background image

ANNE STUART

UPADŁY ANIOŁ

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Gideon musnął palcami klawisze fortepianu. Grał z pamięci, myśląc o czymś innym. 

Poziom trzysta czterdziesty siódmy piekła nie był najgorszy, przynajmniej Gideon nie miał tu 

zbyt   wielu   obowiązków.   Czas   spędzał   zazwyczaj   przy   fortepianie,   zręcznie   przebiegając 

długimi palcami po klawiszach z kości słoniowej; nawet jeśli inni potępieni ryczeli z bólu 

podczas piekielnych mąk, on ich nie słyszał.

Nie   było   to   pierwsze   miejsce,   do   którego   trafił   po   nagłej   śmierci   za   sprawą 

rozwścieczonego   kochanka   pewnej   dziewczyny.   Z   niewiadomego   powodu   od   samego 

początku czekał na niego fortepian. Na jednych  poziomach upał dawał się porządnie  we 

znaki,   na   innych   było   umiarkowanie   gorąco.   Tutaj,   na   poziomie   trzysta   czterdziestym 

siódmym, czuł się wręcz komfortowo.

Ogólnie biorąc, Ralph nie był złym gospodarzem.

Bardziej przypominał rekina finansjery z Wall Street niż władcę tego całego poziomu 

piekła. Inna sprawa, że Gideon nie miał pewności, czy między jednym a drugim istnieje 

zasadnicza różnica.

Właściwie nie miał pewności w żadnej sprawie. Nie wiedział nawet, ile lat spędził na 

ziemi. Rozumiał jednak, dlaczego trafił do piekła - cechował go niezaspokojony apetyt na 

kobiety. Uwielbiał je, wszystkie razem i każdą z osobna, wysokie i niskie, pulchne i kościste, 

stare i młode, słodkie i zgorzkniałe. Po prostu lubił kobiety. Nie było to naganne, lecz on 

kochał przede wszystkim  seks i marzył  o zyskaniu sławy fascynującego kochanka o nie-

zrównanej wyobraźni. Może to szczególne upodobanie do seksu także nie przyczyniłoby się 

do jego potępienia, gdyby nie to, że Gideonem powodowały duma i egoizm, a nie uczucia do 

kobiet, na które zastawiał sidła. Pragnął, żeby czuły się przy nim w pełni usatysfakcjonowane 

i   żeby   żaden   jego   następca   nie   mógł   mu   dorównać   pod   tym   względem.   W   ten   sposób 

przyczyniał   się   do   powiększania   armii   mężczyzn   trawionych   kompleksami,   bowiem   po 

rozkochaniu w sobie i zaspokojeniu kobiety w sposób iście mistrzowski, bardzo szybko ją po-

rzucał, skazując na odczuwanie ciągłego niedosytu z każdym następnym kochankiem.

Zapewne   już   w   młodym   wieku,   może   nawet   nieświadomie,   podpisał   piekielny 

cyrograf. Mężatki, panny, wdowy, czy nawet zakochane w innym, a raz nawet i zakonnica - 

było mu wszystko jedno.

Nic zatem dziwnego, że w końcu dopadł go jakiś zazdrosny partner jednej z pań.

Pamiętał   ból  w   miejscu,  w   którym   nóż  przeszył   jego   ciało,  ale   nie   potrafił   sobie 

background image

przypomnieć   miejsca   i   czasu   zdarzenia,   ani   też   mordercy.   Mogło   się   to   stać   w 

siedemnastowiecznej Wenecji - wiele wskazywało na to, że był samym Casanovą. A może 

obracał   się   na   dworach   w   Salzburgu?   Jedyne,   co   mu   pozostało,   to   umiejętność   gry   na 

fortepianie.   Kiedy  próbował  zgadywać,   jakie   życie   niegdyś  prowadził,  chętnie  wyobrażał 

sobie, że był kobieciarzem i geniuszem gry na fortepianie w jednej osobie, jak Liszt. Tylko że 

akurat utwory Liszta kiepsko mu wychodziły, podobnie jak kompozycje Chopina.

Najprawdopodobniej jednak był dzieckiem dwudziestego wieku, może dwudziestego 

pierwszego - na trzysta czterdziestym siódmym poziomie piekła czas nie odgrywał żadnej 

roli. Pocieszał się, że gra na fortepianie jest zdecydowanie przyjemniejsza, niż dorzucanie 

węgla do ogromnych kotłów.

Czasami   zastanawiał   się   nad   istnieniem   nieba.   Diabelska   biurokracja   była   tak 

zróżnicowana, pogmatwana i złożona, że po tylu latach, a może nawet wiekach pobytu w 

piekle, Gideon nie miał pojęcia o jego organizacji. Za każdym razem, kiedy zdawało mu się, 

że zaczyna coś rozumieć, przenoszono go na inny poziom, jednocześnie czyszcząc mu umysł. 

Tylko jego palce wciąż machinalnie przyciskały właściwe klawisze fortepianu.

W   porównaniu   z   innymi   sługami   szatana,   Ralph   był   całkiem   znośny.   Miał 

niezrozumiałe poczucie humoru, ale przepadał za muzyką Gideona i zwykle nie zawracał mu 

głowy.   Tylko   od   czasu   do   czasu   na   fortepianie   pojawiały   się   nieoczekiwane   wezwania, 

których Gideon nigdy nie ignorował, bo wiedział, że nie wolno mu tego robić.

Pokonywał mroczne korytarze, nucąc pod nosem. Właściwie był całkiem zadowolony 

z miejsca swojego pobytu, pomimo - a może dzięki - całkowitej nieobecności kobiet. Nikt nie 

próbował go kusić, a celibat miał swoje uroki. No cóż, trzysta czterdziesty siódmy poziom 

przypominał sypialnię w akademii wojskowej, ale Gideon nie miał prawa oczekiwać białych 

pałaców i bezchmurnych krajobrazów. W końcu tkwił w piekle, i to zasłużenie.

Ralph był nieco  próżny i miał  słabość do patosu. Kiedy Gideon ujrzał go po raz 

pierwszy, diabeł siedział na białym tronie, w otoczeniu bezpłciowych istot, nasuwających 

skojarzenie z kiepską ilustracją do jakiegoś biblijnego eposu. Tego dnia Ralph zasiadł za 

poobijanym,   metalowym   biurkiem.   Zasłony   były   zaciągnięte,   pomieszczenie   tonęło   w 

półmroku. Gideon ledwie dostrzegł zarys znajomej postaci.

- Ładna   fryzura   -   powiedział.   Pomimo   ciemności,   nie   mógł   nie   dostrzec   dziwnie 

ułożonych  w kolce,  pomarańczowo - niebieskich włosów. Ralph zmieniał fryzury niemal 

równie często jak rysy twarzy i ciało. Tylko oczy pozostawały stale takie same: czujne i 

uważne.

- Lubię urozmaicenia, to mnie bawi - wyznał z lekkim rosyjskim akcentem. Sposób 

background image

mówienia również modyfikował w zależności od samopoczucia. Tym razem nie miał jednak 

nastroju do zabawy. - Siadaj.

- Mogę zapalić światło?

- Nie.

Gideon zahaczył stopą o stalową nogę krzesła i przyciągnął je do siebie. Siadając, 

wyprostował  plecy, by starannie  obejrzeć  swojego...  No  właśnie...  kogo? Swojego  szefa? 

Przyjaciela? Mentora? Gospodarza? Właściwie nigdy nie wiedział, jak nazwać Ralpha.

- Diabeł z piekła rodem wydaje się trafnym określeniem - oświadczył głośno Ralph.

- Nie cierpię, kiedy czytasz mi w myślach - westchnął Gideon.

- To straszne - mruknął głucho Ralph. - Mam dla ciebie zadanie.

- A ja je wykonam, bo...?

Długie milczenie.

- Bo mogę cię zmusić - warknął diabeł. - Ale lepiej ci pójdzie, jeśli weźmiesz się do 

roboty z własnej woli. Czas ucieka.

Gideon czekał w ciszy.

- Pytasz: dlaczego? - ciągnął Ralph, nie zwracając uwagi na jego milczenie. - Pośpiech 

jest wskazany ze względów medycznych, a ty najlepiej się nadajesz do tego zadania.

- Nic nie wiem o medycynie.

- Antybiotyki   nie   działają   w   piekle,   Gideon.   Spytaj   doktora   Crippena

1

  Jeżeli   nie 

załatwimy  tego problemu, stracę wzrok. A ślepy diabeł to wściekły diabeł. Nikt nie lubi 

wściekłych diabłów.

Gideon powstrzymał się od komentarza, że diabły jako takie w ogóle nie cieszą się 

niczyją sympatią.

- Możesz oślepnąć, co? Już wspominałem, że powinniście mieć kobiety.

Spodziewał   się,   że   Ralph   ciśnie   w   niego   błyskawicą   lub   przynajmniej   słoikiem   z 

ołówkami, który stał na biurku, lecz diabeł tylko się zaśmiał.

- Widzisz,   właśnie   dlatego   jesteś   dokładnie   tym   mężczyzną,   którego   potrzebuję. 

Twoje myśli momentalnie koncentrują się na seksie. I tego oczekuję: maniaka seksualnego.

- Nie   zamierzam   uprawiać   z   tobą   seksu,   Ralph   -   obwieścił   beznamiętnym   głosem 

Gideon.

- Miałbyś nie lada szczęście, ale nic z tego! - prychnął diabeł. - Chcę, żebyś uprawiał 

seks z kobietą. Z piękną kobietą. Myślisz, że temu podołasz?

1

 Hawley Harvey Crippen, znany jako doktor Crippen, 1862 - 1910, amerykański lekarz zamieszkały w 

Anglii,   skazany   na   śmierć   za   otrucie   żony;   wyrok   wykonano.   Pierwszy   przestępca   schwytany   dzięki 
wykorzystaniu radiotelegrafu (przypis tłumacza).

background image

- Kiedy ostatnio się rozglądałem po okolicy, w piekle mieszkali tylko chłopcy, szefie. 

Gdzie ja tu znajdę kobietę?

Ralph wstał i obszedł biurko, zatrzymując się w plamie mizernego światła. Pochylił 

się i odsunął włosy z twarzy, żeby zaprezentować swoją opuchniętą i pomarszczoną powiekę 

oraz mocno zaróżowione oko.

- Obrzydliwość - jęknął Gideon. - Masz w tym oku stan zapalny. A może to jęczmień, 

wszystko jedno. Nie wiem, jak mógłbym ci pomóc. Ściągnij Crippena na konsultację.

- Już mówiłem, że Crippen nie pomoże. To zadanie dla ciebie.

Ralph   zwykle   mówił   wprost,   o   co   chodzi,   dziś   jednak   wyjątkowo   długo   zwlekał. 

Usiadł   na   krawędzi   biurka,   nie   zwracając   uwagi   na   fluorescencyjne   włosy,   które   znowu 

opadły mu na twarz.

- Kobieca cnota kłuje diabła w oczy - obwieścił ponuro. - Słyszałeś to powiedzenie? 

Znasz filmy Ingmara Bergmana?

- Szczerze mówiąc, nie za bardzo - przyznał. - Poza tym pamiętaj, że jestem dobry, ale 

nie genialny. Nie dam rady pozbawić cnoty wszystkich dziewic na świecie, żeby cię uchronić 

przed ślepotą.

- Nie chodzi mi o wszystkie dziewice, tylko o jedną, konkretną. Uwiedziesz ją, mój 

wzrok   się   poprawi,   a   ty   awansujesz   na   wyższy   poziom.   Zbyt   długo   tkwisz   na   trzysta 

czterdziestym siódmym. Nie masz ochoty na zmianę?

- Tęskniłbym za tobą.

- Och, wierz mi, nigdy cię nie opuszczę. - Ralph zarechotał irytująco.

- Powiedz  lepiej, jak  to możliwe,  że  wystarczy ci  jedna dziewica?  Pomyśl  o tych 

wszystkich zakonnicach, lesbijkach, cnotliwych starych pannach...

- Wszystkie one zachowują tę swoją głupią cnotę tylko dlatego, że tak być powinno, 

że jest to im sądzone. Natomiast Sam jest pogwałceniem praw natury.

- Chcesz,   żebym   się  kochał   z  facetem?   Pewnie  bym zdołał,   byleby  tylko   się  stąd 

wyrwać, ale nie jestem pewien...

- Sam to kobieta. Naprawdę ma na imię Samantha. Nie używa nazwiska, podobnie jak 

Madonna albo Cher.

- Matka Dziewica nie potrzebuje nazwiska, ale kim, u licha, jest Cher?

- Nie   chodzi   o   Najświętszą   Panienkę,   Madonna   to   zupełnie   inna   osoba.   To 

piosenkarka,   a   Madonna   to   jej   pseudonim   artystyczny.   Natomiast   Samantha   to   modelka. 

Wiesz, kim są modelki?

Gideon zmarszczył brwi i po chwili doznał olśnienia.

background image

- No pewnie, że wiem! - wykrzyknął. - Modelka to wysoka, ładna i głupia blondynka.

- Niezupełnie. Sam mieszka w Los Angeles, dzieli dom z inną dziewczyną i dziwnym 

trafem zachowała  cnotę.  Nie uległa nikomu, choć wielu próbowało ją uwieść. Odrzucała 

awanse   najprzystojniejszych   mężczyzn   w   Hollywood,   przebojowych   polityków, 

najwybitniejszych artystów, najbogatszych biznesmenów. Jest całkowicie obojętna na sprawy 

seksu. Będziesz miał pole do popisu.

Tobie żadna się nie oprze. - Na chwilę zamilkł i nagle wyrecytował: - Gideon, Gideon, 

niezły z niego byk, gdy on nie da rady, nie pomoże nikt.

- Może wyślesz kogoś, kto ją zgwałci? Skoro jesteś taki pewien, że to właśnie jej 

cnota tak cię oślepia, to po co tracić czas na uwodzenie i takie tam... inne ceregiele? Pięć 

minut w ciemnej alejce i sprawa załatwiona.

Ralph się zachmurzył.

- Zgłosisz   się   do   tego   zadania   na   ochotnika?   Osobiście   nie   mam   nic   przeciwko 

gwałtom ani morderstwom, w końcu jestem sługą szatana. Sądziłem jednak, że brzydzisz się 

takim metodami i zdecydowanie wolisz uwodzenie niż przemoc.

- To fakt - westchnął Gideon. - Po prostu nie jestem w nastroju. Wyślij kogoś innego.

- Po   tylu   latach?   Skup   się   i   do   roboty!   Poczyniłem   już   wszelkie   stosowne 

przygotowania, nikt nie stanie ci na drodze. Poza tym infekcja przenosi się już na drugie oko, 

więc nie mam czasu. Ty też nie, jazda do pracy!

- Jeszcze nie wyraziłem zgody... - zaczął Gideon, ale nagle głos uwiązł mu w gardle, 

zdławiony przez silny powiew wiatru. Skąd nagle ten wiatr, zdążył jeszcze pomyśleć, i już 

znalazł się pod jasnoniebieskim niebem Kalifornii.

Jechał zbyt prędko. Dziwne, nawet nie podejrzewał, że potrafi prowadzić samochód, 

czyli należało wykluczyć, że Gideon był niegdyś Mozartem.

Sunął eleganckim, sportowym autem; na jezdni panował tłok, w powietrzu unosił się 

ciężki smród spalin, lecz pojazdy mknęły na tyle szybko, że wyziewy zostawały z tyłu. I tak 

było to lepsze od siarkowych woni piekielnych.

- Zakochasz się w niej, stary.

Nie   był   sam.   Kątem   oka   zerknął   na   mężczyznę   siedzącego   obok   na   fotelu   dla 

pasażera. Nieznajomy był wysoki i dobrze zbudowany, ubrany w kosztowny garnitur. Miał 

gęste, jasne włosy, mocno zarysowaną szczękę, zęby tak proste i białe, że wyglądały wręcz 

nienaturalnie, oraz wielkie dłonie. Gideon pomyślał, że takimi łapskami facet mógłby objąć 

dwie oktawy, choć jednocześnie, mając takie grube palce, zapewne grałby jak w bokserskich 

rękawicach.

background image

- Niewątpliwie   się   zakocham   -   mruknął   ironicznie   Gideon,   spoglądając   na   swoje 

odbicie we wstecznym lusterku. Wyglądał tak samo jak kiedyś, choć minęły wieki, odkąd 

ostatni raz widział swoją twarz. Miał inteligentne oblicze, ciemne oczy, wyrazisty nos i usta. 

Ciało miał nadal takie, jak kiedyś, choć tym razem było obleczone w garnitur od Armaniego. 

Był dosyć wysoki, szczupły i umięśniony, silniejszy, niż można by sądzić na pierwszy rzut 

oka. Dobrze się czuł w tym eleganckim ubraniu. Pomyślał, że to pewnie ten garnitur ma 

przekonać do niego tę jakąś głupią modelkę - dziewicę.

- Jesteś  do tego  stworzony, Gideon. A  ja wprost  nie mogę  w  to uwierzyć,  że się 

spotkaliśmy po tylu latach - ciągnął mężczyzna.

Gideon   nagle   uświadomił   sobie,   że   to   Aaron   McAndrews,   szef   działu   reklamy, 

bezwzględny i płytki egoista o typowo kalifornijskiej urodzie. Tak naprawdę wcale się nie 

znali, Gideon nigdy w życiu nie widział tego człowieka, ale magiczne sztuczki Ralpha robiły 

swoje.

- Nie nagrałbym Sam byle komu - mówił dalej Aaron. - Wiesz, co mówią: randka w 

ciemno to szatański wynalazek. Na szczęście Jasmine ją przekonała, ale ja wiem, że mogę ci 

ufać. Znamy się długo, a jeszcze nigdy mnie nie wystawiłeś.

Gideon pomyślał, że zna tego faceta od półtorej minuty. Uśmiechnął się chłodno.

- Wyjaśnij mi jeszcze raz, dlaczego to robimy? - zagadnął. - Skąd ten pomysł randki w 

ciemno?

- A bo ja wiem? Może dlatego, że jesteś nowy w mieście i potrzebujesz dziewczyny? 

Zwykle nie bywam takim altruistą - przyznał z uśmiechem Aaron i wzruszył ramionami. - 

Kiedy jednak ludzie zobaczą cię z Sam, będziesz ustawiony. Nawet nie ruszysz palcem, a 

wszystkie dziewczyny padną ci do stóp. Odwdzięczysz mi się tym samym, stary.

Gideon uśmiechnął się bez przekonania.

- Dokąd się wybieramy? - zapytał.

- W Hollywood otworzyli nową restaurację, wszyscy o niej mówią. Zarezerwowałem 

tam stolik dla Sam. Zwykle trzeba odczekać miesiąc i nawet Jasmine nie potrafi się wkręcić 

bez kolejki. Trafia tam każdy, kto jest kimś.

- Każdy, kto jest kimś - powtórzył Gideon.

- Tylko nie zakładaj, że Sam od razu zgodzi się na rumbę w pozycji horyzontalnej. 

Moim zdaniem to lesbijka.

- Czemu tak uważasz?

- Nic na nią nie działa - westchnął z goryczą Aaron. - Nieważne, wystarczy, że się z 

nią pokażesz, a od razu zainteresują się tobą rozmaite gwiazdeczki. Randka z Sam to dobre 

background image

posunięcie, nawet jeśli ona na ciebie nie poleci.

- Poważne wyzwanie. - Gideon machinalnie sięgnął do kieszeni marynarki, lecz nie 

znalazł w niej papierosów. Może to i dobrze, bo właściwie nie miał ochoty zapalić. Nie 

narzekał na brak dymu.

- Człowieku, nawet nie myśl o uwiedzeniu jej - mruknął Aaron. - Nie pozwoli się 

tknąć.

Gideon tylko się uśmiechnął.

- Naprawdę sądzisz, że pójdę na randkę w ciemno? - spytała Sam, stojąc przed lustrem 

i   patrząc   na   ulubioną   szkarłatną   sukienkę,   na   błyszczące   rajstopy,   jeden   butna   wysokim 

obcasie na nodze, drugi w ręce. Miała gęste, złociste włosy, doskonały makijaż i zielone oczy, 

których  kolor podkreślały idealnie dobrane barwione soczewki kontaktowe. Wydatne usta 

pomalowała szminką w kolorze wiśniowym.

- Chyba się nie wycofasz, prawda? - Jasmine była wyraźnie zaniepokojona.

- Wiesz, czym są randki w ciemno? - Sam wsunęła drugi but na nogę, w ten sposób 

rosnąc   w   sekundę  z   metra   osiemdziesięciu   do   metra   osiemdziesięciu   ośmiu.   -  Randki   w 

ciemno są wymysłem szatana. Chodzą na nie masochiści i sadyści.

- To rozrywka dla ludzi, którzy chcą oddać przysługę przyjacielowi, nawet jeśli nie 

sprawia im to przyjemności - odparła łagodnie Jasmine. - Wiem, co sądzisz o Aaronie. Powoli 

przestaje się mną interesować, więc muszę działać, nim będzie za późno i znajdzie sobie inną. 

Nie umówiłby się ze mną, gdybym nie zaproponowała, że spotkasz się z jego przyjacielem.

- Nadal nie rozumiem, co ty w nim widzisz...

- Już to przerabiałyśmy - przerwała Jasmine. - Miłość rządzi się własnymi prawami.

Sam wygładziła czerwony jedwab sukienki.

- Moim zdaniem powinnaś kierować się rozumem także w miłości - westchnęła. - 

Hormony sprawiają, że twój mózg przestaje funkcjonować.

- Jesteś znacznie bardziej zrównoważona niż ja, a przy tym o wiele bardziej dyskretna. 

Znam cię od czterech lat, dzielę z tobą dom, a jeszcze nie widziałam ani jednego z twoich 

kochanków.

- Mam inne priorytety. - Sam ponownie spojrzała na swoje odbicie w jednym z wielu 

luster wiszących  na ścianach małego  domku zbudowanego i urządzonego  w hiszpańskim 

stylu.

Lustra były pomysłem Jasmine, Sam doskonale wiedziała, jak wygląda. Uważała, że 

jest ideałem kobiety dla każdego przeciętnego Amerykanina.

- Powiedz mi coś bliższego o moim partnerze - westchnęła, odwracając się od lustra. - 

background image

Będzie się do mnie lepił jak ten ostatni?

- Jak większość z nich, moja droga - odparła wesoło Jasmine.

Sam spojrzała na swoją piękną modną sukienkę, ale jednocześnie bardzo skąpą.

- Może powinnam włożyć coś skromniejszego?

- To bez znaczenia. Mogłabyś włożyć nawet fartuch, a mężczyźni i tak nie odrywaliby 

od ciebie wzroku. Nie martw się, ostrzegłam Aarona, że robisz to tylko dla mnie, a on mi 

przyrzekł, że jego przyjaciel będzie się zachowywał bardzo przyzwoicie.

- Wątpię,   czy   którykolwiek   z   przyjaciół   Aarona   ma   pojęcie   o   przyzwoitym 

zachowaniu - mruknęła Sam. - Jak się poznali? Na studiach?

- Nie wiem, podejrzewam, że Aaron nawet tego nie pamięta. Chyba zna Gideona od 

zawsze. Podobno jest fantastyczny.

- Gideon. - Sam przewróciła  oczami. - Brzmi jak pseudonim artystyczny  gwiazdy 

rocka z ambicjami. Pewnie tak naprawdę jest księgowym i ma na imię George. - Pokiwała 

głową. - Może to i lepiej.

- Następnym razem powiem Aaronowi, że gustujesz w księgowych.

- Nie będzie następnego razu, Jasmine. Lubię cię, ale są pewne granice.

Nagle zadźwięczał dzwonek. Samantha znieruchomiała. Było za późno na ucieczkę 

lub udawanie chorej, chociaż z przyjemnością uniknęłaby tego nieprzyjemnego obowiązku.

- Rozchmurz się, Sam. - Jasmine ruszyła ku drzwiom. - Wszyscy wiedzą, że randki w 

ciemno to wymysł z piekła rodem.

- Właśnie - burknęła ponuro Sam. - Wolałabym teraz siedzieć na fotelu dentystycznym 

niż...

Było już jednak za późno. Jasmine otworzyła drzwi, uśmiechając się promiennie do 

ukochanego. Za nim stał niezbyt wysoki mężczyzna. Sam jęknęła w duchu: szła na randkę z 

konusem, którego niski wzrost zapewne szedł w parze z agresją.

- A oto nasza słynna Samantha. - Aaron przedstawił ją z irytującą manierą handlarza 

niewolników  lub  właściciela  zabawki,  którą  zamierzał  pożyczyć   przyjacielowi.  -  Sam, to 

Gideon Hyde.

Podniosła głowę, wyprostowała plecy i popatrzyła na mężczyznę. Na szczęście nie 

wyglądał  na zupełnego kurdupla.  Gdyby  nie włożyła  takich wysokich  obcasów,  zapewne 

byliby   równi   wzrostem.   Póki   co   mogła   z   satysfakcją   spoglądać   na   niego   z   góry.   Nie 

wyciągnęła ręki.

- Miło mi - powiedziała chłodnym tonem.

Zareagował inaczej, niż się spodziewała. Nowy znajomy powinien stać z otwartymi 

background image

ustami, pełen podziwu i pokory, a tymczasem on tylko grzecznie skinął głową i całą uwagę 

skupił na trajkoczącej Jasmine. Sam szeroko otworzyła oczy ze zdumienia. Nie przywykła do 

tego, że ktoś ją ignoruje, a zwłaszcza partner na randkę w ciemno. Właściwie nigdy wcześniej 

nie   chodziła   na   tego   typu   randki.   Zawsze   umiała   sprzeciwić   się   każdemu,   kto   próbował 

namówić ją na spotkanie z nieznajomym  mężczyzną.  Odmówiła wszystkim,  z wyjątkiem 

Jasmine. Zwłaszcza że jej przyjaciółka, prosząc ją o to, płakała.

Gideon   Hyde   sprawiał   wrażenie   kompletnie   niezainteresowanego   jej   osobą.   Sam 

poczuła irytację, dość dziwną w tych okolicznościach.

- Za godzinę musimy być na miejscu, a jazda z przedmieścia do centrum zajmie nam 

właśnie   tyle   -   oświadczył   pogodnie   Aaron.   -   Możemy   ruszać?   Pojedziemy   samochodem 

Gideona, ślicznym małym mercedesem. Sam, jeśli chcesz, możesz ze mną usiąść z tyłu.

To   również   stanowiło   problem.   Aaron   najwyraźniej   okazywał   Samancie 

zainteresowanie, i manifestował je za każdym razem, kiedy sądził, że Jasmine nie patrzy. Sam 

mogła sobie wyobrazić wspólną godzinną podróż na ciasnej kanapce sportowego mercedesa.

- Usiądę z przodu, z moim... partnerem - odparła z fałszywą słodyczą w głosie.

Gideon   się   odwrócił   i   spojrzał   na   nią   uważnie,   jakby   właśnie   dopiero   teraz 

przypomniał sobie o jej istnieniu.

- Dobrze - mruknął bez entuzjazmu. - Będzie mi bardzo miło - dodał już bardziej 

uprzejmym tonem.

Miał niski dźwięczny głos, jednak Samantha nie potrafiłaby określić, z którego stanu 

Ameryki Północnej pochodzi. Mimo że tembr tego głosu przypadł jej do gustu, nadal nie była 

zadowolona z tej przymusowej znajomości z obcym mężczyzną. Poza tym miała już dość 

oczekiwania. Doszła do wniosku, że im prędzej zacznie się ta głupia randka, tym wcześniej 

się skończy.

- Chodźmy - westchnęła. - Jestem głodna.

Nie   oglądając   się   za   siebie,   wyszła   przez   otwarte   drzwi,   doskonale   wiedząc,   że 

wszyscy posłusznie pójdą za nią.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Długonoga Samantha szybko dotarła do samochodu, stojącego na małym podwórzu 

przed domkiem, i zajęła fotel z przodu. Nie czekała, aż jej nowy znajomy otworzy przed nią 

drzwi.   Wcale   nie   miała   ochoty   przekonywać   się,   czy   to   zrobi.   Gdyby   je   przytrzymał, 

oznaczałoby to, że zapewne jest staromodny, wyniosły i szuka sposobu, by zaciągnąć ją do 

łóżka. Gdyby tego nie uczynił, należałoby wnioskować, że jest samolubny i nieuprzejmy. 

Właściwie już zdążyła dojść do wniosku, że facet jest niesympatyczny, lecz nie chciała tego 

potwierdzać, zwłaszcza że czekało ją kilka godzin w jego towarzystwie. Po co miałaby dodat-

kowo uprzykrzać sobie randkę?

Jechał prędko i sprawnie krętą drogą. Zbyt prędko, zdaniem Samanthy. Spojrzała na 

jego   ręce   obejmujące   kierownicę.   Na   szczęście   nie   miał   obrączki.   Dłonie   Gideona 

prezentowały   się   wspaniale:   były   szczupłe,   z   długimi   palcami.   Sam   miała   słabość   do 

pięknych męskich rąk.

Dobrze się ubierał. Nosił rzeczy od Armaniego, pewnie szyte na miarę. Znała się na 

materiałach, bez wątpienia ciemny jedwab był wysokiej jakości. Mężczyzna skrywał oczy za 

okularami.   Jego   kości   policzkowe   były   lekko   wystające,   twarz   wąska,   a   wyraz   ust   nie 

zdradzał żadnych uczuć.

Jedynie włosy mężczyzny nie pasowały do wizerunku współczesnego Kalifornijczyka. 

Były   długie,   znacznie   dłuższe,   niż   nakazywała   aktualna   moda,   czarne,   idealnie   proste,   i 

przewiązane   z   tyłu   jedwabną   tasiemką.   Na   taką   fryzurę   mógł   sobie   pozwolić   znany 

hollywoodzki aktor Steven Seagal, lecz z niewiadomych względów pasowała ona także do 

Gideona. Dziwne.

Samantha wsunęła na nos okulary i poprawiła się na fotelu, wyciągając przed siebie 

nogi. Przyzwyczaiła się do tego, że mężczyźni bez przerwy pożerają ją wzrokiem, lecz ten 

osobnik najwyraźniej bardziej interesował się drogą, niż siedzącą obok niego pięknością.

Sam nie miała żadnych kompleksów na temat swojej urody. Wiedziała, że jest piękna, 

ale nie była to jej żadna zasługa. Traktowała swoją urodę jak boży dar, z którym się urodziła. 

Potrafiła ją wykorzystywać, ale tylko wtedy, gdy było to niezbędne. Dzisiaj miała w planach 

snucie się po domu, oglądanie telewizji i czytanie, a nie męczące malowanie się i wybór 

odpowiednich ciuchów na randkę z nieznajomym mężczyzną.

No cóż, poświęcenie  jednego dnia dla przyjaciółki  nie powinno być  dla niej  zbyt 

wielkim wyrzeczeniem, zwłaszcza że nowy znajomy zupełnie się jej nie narzucał. Pomyślała, 

background image

że jakoś to wytrzyma.

- Ładne auto - mruknęła, kiedy cisza stała się nieznośna.

Zerknął na nią zdumiony, zupełnie jakby zapomniał o jej obecności.

- Bardzo ładne - przytaknął. - Nigdy wcześniej czegoś takiego nie prowadziłem.

- Z wypożyczalni?

Przez moment wyglądał tak, jakby nie znał odpowiedzi.

- Tak - odparł w końcu.

- Nie jesteś z Kalifornii?

- Nie.   Przybywam   z   miejsca   położonego   znacznie   dalej   na   południe   i   znacznie 

gorętszego. - Ta odpowiedź najwyraźniej go rozbawiła, bo się roześmiał.

- Z San Diego?

Pokręcił głową.

- Nie, nigdy tam nie byłaś.

- Prawdę mówiąc, w San Diego także nigdy nie byłam. Sama nie wiem, dlaczego. 

Kiedyś   miałam   zaplanowaną   sesję   zdjęciową   w   hotelu   Del,   ale   w   ostatniej   chwili   ją 

odwołano.

Właściwie po co mu to opowiada? Przecież chodziło tylko o to, żeby znieść tych kilka 

godzin i  wrócić  do domu.  Kiedy wrabiano  ją  w  podobne sytuacje,  zwykle  zachowywała 

wyniosły   dystans,   dyskretnie   manifestując   znudzenie.   Tym   razem   szczebiotała   do   tego 

mężczyzny, jakby perspektywa spędzenia z nim wieczoru sprawiała jej radość.

Nieznajomy milczał. Najwyraźniej dawał jej w ten sposób do zrozumienia, że nie jest 

zainteresowany rozmową. Zdezorientowana Samantha także ucichła, obmyślając zemstę na 

całkowicie zajętej swoimi sprawami Jasmine, która siedząc na kanapce z tyłu, z entuzjazmem 

dążyła do złamania wszystkich zasad przyzwoitości, przy gorliwym wsparciu Aarona.

Sam zamknęła oczy. Doszła do wniosku, że da sobie radę. Zawsze uważała się za 

wyjątkowo   odporną   psychicznie   i   fizycznie.   Kiedyś   uczestniczyła   w   sesji   zdjęciowej   na 

hiszpańskich schodach w Rzymie, gdzie przez siedem godzin mokła na deszczu. Gdy ulewa 

się skończyła, organizatorzy zaczęli polewać modelkę wodą z węży strażackich. Zdarzało się 

jej brnąć przez błoto, pozować w kostiumach kąpielowych na śniegu, siedzieć godzinami bez 

ruchu,   by   nie   zepsuć   pięknie   ułożonej   fryzury   i   wspaniałego   makijażu.   Tego   wieczoru 

przynajmniej   mogła   się   ruszać,   mówić,   nie   była   przemoczona   i   nie   marzła.   Postanowiła 

zatonąć w rozmyślaniach, odizolować się od hałaśliwego świata, z pełną świadomością, że jej 

partner nawet tego nie zauważy.

Powinna   była   przewidzieć,   że   jadą   do   ,,Murph’s   Steak   and   Grill’’,   najnowszej   i 

background image

najmodniejszej restauracji. Zaprojektowano ją tak, by wyglądała jak zwykły lokal należący do 

ogólnokrajowej sieci, lecz większość serwowanych tu befsztyków smażono z mięsa zwierząt 

znacznie bardziej egzotycznych niż woły. Stoliki w lokalu zarezerwowano do końca roku, a 

pieniądze   zostawiane   tu   przez   klientów   były   równe   dwuletniemu   budżetowi   średniej 

wielkości państwa Trzeciego Świata.

Partner Samanthy, którego nazwiska nie zapamiętała, podjechał na strzeżony parking.

Hyde, chyba tak się nazywa, nagle przypomniała sobie. Gideon Hyde.

Wszyscy   wysiedli,   a   on   podszedł   do   niej,   najwyraźniej   w   ogóle   nie   speszony   jej 

wzrostem. Wyprostowała plecy. Chyba nie był od niej niższy. Niestety, nie mógł nosić butów 

na obcasach, więc musiał pogodzić się z tym, że nadal patrzyła na niego z góry. To mu jednak 

najwyraźniej nie przeszkadzało.

Aaron   wepchnął   się   między   nich,   gadając   niemal   bez   przerwy.   Nieco   spłoszona 

Jasmine dreptała z tyłu. Sam stłumiła westchnięcie. Czego się nie robi dla przyjaciół.

- Wejdziemy? - spytał Gideon.

Gdyby położył dłoń na jej plecach, z pewnością kopnęłaby go w kostkę. Na szczęście 

powstrzymał się od jakichkolwiek poufałych gestów. Dziwne, ale zdołał wprowadzić ją do 

supermodnego lokalu, nawet jej nie dotykając. Miała wrażenie, że roztoczył nad nią opiekę. 

Rzecz jasna, wcale tego nie potrzebowała, ale to uczucie było dla niej nowe i - co ciekawe - 

całkiem przyjemne.

Gdy weszli do środka, ich uszy zaatakował potworny hałas. Już dawno Samantha 

nauczyła się ignorować natrętne spojrzenia, które prześlizgiwały się po jej ciele w miejscach 

publicznych. Tego wieczoru goście lokalu zachowywali się tak jak zawsze. Ze znudzoną miną 

podążała   za   kierownikiem   restauracji,   który   prowadził   ich   wyjątkowo   krętą   trasą,   aby 

zaprezentować Samanthę jak największej liczbie gości.

W końcu posadził ich przy zdecydowanie zbyt wyeksponowanym stoliku. Samantha 

miała ochotę poprosić o inne miejsce, lecz Aaron już runął na jedno z krzeseł, nie troszcząc 

się o to, gdzie siądzie Jasmine, po czym energicznie zatarł dłonie.

- Ale fajnie, co? - wykrzyknął z zachwytem. - Po prostu super!

Gideon podszedł do Samanthy. Zesztywniała, oczekując jego dotyku. Tymczasem on 

ją minął, wysunął krzesło dla Jasmine i uśmiechnął się do niej promiennie.

Samantha   nie   czekała,   aż   jej   nowy   znajomy   ją   obsłuży.   Gdyby   tego   nie   zrobił, 

chybaby go uderzyła, a gdyby i jej przysunął krzesło, musiałaby mu podziękować. Teraz 

jednak była zbytnio zajęta rozważaniem innej kwestii, choćby takiej, czy Gideon naprawdę 

interesuje się Jasmine i wykorzystał randkę w ciemno, żeby się do niej zbliżyć. Jeśli tak, 

background image

mogła mu tylko pogratulować dobrego gustu.

Jasmine   zasługiwała   na   zainteresowanie   mężczyzn   znacznie   ciekawszych   niż   ten 

prostak Aaron.

Prostak. To słowo doskonale pasowało do Aarona. Nudny, płytki  prostak. Z kolei 

Gideon Hyde był dla niej zagadką, znacznie ciekawszą, niż miała odwagę przyznać.

Po chwili zamawiali drinki. Gideon poprosił o szkocką.

- Ja nie piję - oznajmiła zimno Samantha.

Jasmine   nawet   nie   drgnęła   powieka.   Już   dawno   nauczyła   się,   że   w   miejscach 

publicznych nie wolno kwestionować słów przyjaciółki. Nie powiedziała też ani słowa, kiedy 

Samantha zamknęła menu i zamówiła wyłącznie sałatkę z nowalijek. Jasmine wiedziała, że 

jej przyjaciółka miała dość rozumu, by się najeść przed wyjściem. Pewnie liczyła na to, że 

szybki mały posiłek prędzej zakończy tę niefortunną randkę.

- Nie jesz mięsa? - spytał Gideon.

Wciąż   miał   na   nosie   okulary   przeciwsłoneczne,   podobnie   jak   połowa   ludzi   w 

mrocznej sali, lecz Samanthę nagle ogarnęła z tego powodu irytacja.

- Jesteś wegetarianką, Sam?

- Weganką - sprostowała. - Nie jem żadnych  potraw pochodzenia zwierzęcego. W 

menu nie ma nic na bazie tofu, więc musiałam zadowolić się sałatką.

- Tofu, też coś! - wzruszył ramionami Aaron.

- Wobec tego smażalnia befsztyków to nie najlepsze miejsce na posiłek dla ciebie - 

zauważył Gideon.

Za jego ciemnymi okularami kryło się coś niepokojącego, a w głosie pobrzmiewał ton, 

którego nie potrafiła określić. Kusiło ją, żeby sprawdzić, jak by się zachował, gdyby ściągnęła 

mu okulary z nosa i rzuciła je w drugi kąt sali.

Rzecz jasna, nie zamierzała tego robić, gdyż wiązałoby się to z dotykaniem Gideona.

- Nic jej nie będzie - mruknął beztrosko Aaron. - Modelki i tak żywią się powietrzem. 

Nie wolno im przecież tyć.

Siedział   tuż   obok   Samanthy,   więc   bez   trudu   sięgnął   ręką   i   uszczypnął   ją   w   udo. 

Podskoczyła, nie spodziewając się takiej napaści, i wbiła w niego nienawistne spojrzenie. 

Gdyby Jasmine nie siedziała przy stole, cały czasz rozanieloną miną gapiąc się na Aarona, na 

pewno   wylałaby   mu   na   głowę   szklankę   wody.   Pomyślała,   że   jeszcze   znajdzie   stosowną 

chwilę, by się zemścić.

- Nie pijesz, nie jesz - westchnął Gideon. - Masz jakieś słabości?

- Nic, co mogłoby cię zainteresować. - Posłała Aaronowi niechętne spojrzenie. - To ty 

background image

wybrałeś ten lokal, prawda?

- Od   miesięcy   usiłowałem   dostać   się   tutaj.   Dopiero,   kiedy   napomknąłem,   że 

przyjdziesz ze mną, okazało się, że jest wolny stolik. Daj spokój, Sam, rozruszasz się. Podają 

tu wszystko, od strusia emu do nowo narodzonych foczek. Szef kuchni to wielbiciel zwierząt. 

Zawsze przyprowadza do pracy swojego pieska rasy Bichon Frise.

- Na wypadek opóźnienia dostawy mięsa? - wycedziła.

- Fuj! - jęknęła Jasmine.

- No cóż, na przykład w Wietnamie jada się nawet psy i koty - zauważył Gideon.

- Chwała Bogu, że nie wybrałeś wietnamskiej restauracji - powiedziała Samantha. - 

Nie cierpię psów i na pewno żadnego bym nie zjadła. - Podniosła szklankę z wodą, odrzuciła 

pasmo włosów przez ramię i spojrzała na Gideona chłodnym, taksującym wzrokiem.

W końcu przyniesiono jego szkocką. Wzniósł milczący toast i przytknął szklankę do 

ust. Samantha nie mogła oderwać od nich oczu. Oblała ją fala gorąca.

- Samantho, może masz ochotę wybrać się w inne miejsce? - spytał nieoczekiwanie.

Zawsze nienawidziła swojego imienia i celowo używała go wyłącznie w pracy.

- Skoro już tu przyjechaliśmy, równie dobrze możemy tu zostać - powiedziała, ale bez 

przekonania. Zawsze balansowała na granicy uprzejmości i ostentacyjnego znużenia. Sama 

nie wiedziała, czemu to robi. Czuła, że powinna się zachowywać inaczej, lecz nie mogła 

przestać myśleć o Gideonie.

Wyciągnął rękę i poklepał ją po dłoni tak, jak lekarz pediatra pociesza przestraszone 

dziecko, oczekujące na zastrzyk.

- Spokojnie, to się wkrótce skończy - szepnął.

Cofnęła rękę jak oparzona, natychmiast kładąc ją na udzie pod stołem. Jednocześnie 

posłała mu najzimniejszy, najbardziej nieprzychylny uśmiech, na jaki potrafiła się zdobyć. 

Była pewna, że ugasiłby ognie piekielne.

Tymczasem całkowicie niewzruszony Gideon po prostu odwzajemnił uśmiech.

Samantha była piękna i zimna jak lód, co powinno przypaść Gideonowi do gustu, 

biorąc pod uwagę jego długi pobyt w piekielnych tropikach. Szczerze wielbił kobiety, sądził, 

że je rozumie, lecz Sam była dla niego zagadką. Kiedy z rzadka na niego spoglądała, robiła 

taką   minę,   jakby   widziała   przed   sobą   skrzyżowanie   seryjnego   mordercy   ze   zboczeńcem 

seksualnym. O ile pamiętał, nie był ani jednym, ani drugim, przynajmniej mocno w to wątpił. 

Co prawda Ralph mógł odesłać na ziemię obłąkanego mordercę, tylko dla własnej uciechy, 

lecz mimo wszystko Gideon nie uważał się za z gruntu złego człowieka. Co prawda, skończył 

w piekle, ale to całkiem inna historia.

background image

I co miał zrobić z oszałamiająco piękną kobietą u swego boku? Jej lśniące oczy były 

chłodne i pozbawione emocji, na jej idealnych ustach gościł niemal bez przerwy lekceważący, 

wyniosły   uśmiech.   Przyzwoicie   traktowała   tylko   Jasmine,   swoją   przyjaciółkę,   osóbkę 

wrażliwą, słodką i niezbyt rozgarniętą. Może Ralph się mylił? Może rzeczywiście Samanthę 

interesowały   tylko   kobiety?   Co   prawda   nie   powstrzymałoby   to   Gideona   przed   próbą 

uwiedzenia jej, lecz Ralph zapewniał go, że Sam nie jest lesbijką ani osoba oziębłą. Po prostu 

jeszcze nie spotkała właściwego mężczyzny.

Gideon czuł, że sytuacja uległa zmianie w chwili, gdy on pojawił się na scenie, bez 

względu na to, czy Samantha chciała to przyjąć do wiadomości, czy nie.

Była dla niego wyzwaniem, i to na tyle poważnym, że nie potrafił ocenić, jak długo 

przyjdzie mu zabiegać o jej względy. Podejrzewał, że byłby zdolny zaciągnąć ją do łóżka 

jeszcze tego samego dnia, ale wiązałoby się to z nadludzkim wysiłkiem. Ale skoro o tym 

mowa, nie był już przecież człowiekiem, prawda? Właściwie nie miał pewności, kim jest. 

Duchem? Potępieńcem? Tak długo tkwił w piekle, utrzymując celibat, że nawet nie wiedział, 

czy ma ochotę uprawiać miłość z jedną z najpiękniejszych kobiet, jakie kiedykolwiek widział.

Skubała sałatkę tak, jakby postawiono przed nią talerz smażonych robaków. Sącząc 

wodę, łagodnie przymykała powieki. Gideon pomyślał, że jest nieco za chuda, ale po chwili 

zmienił zdanie. Przecież żadna kobieta nie była dla niego zbyt chuda ani zbyt gruba. Chyba 

zwyczajnie szukał wymówki, a może po prostu nie lubił wykonywania cudzych poleceń. Po 

raz pierwszy od wieków przejął kontrolę nad sytuacją. Pomimo nieuchronnych przykrych 

konsekwencji niesubordynacji, mógł odmówić współpracy. Chłodna Samantha z pewnością 

pochwaliłaby jego decyzję, gdyby znała kulisy sytuacji.

Gideon   zjadł   najbardziej   krwisty,   najmniej   wysmażony   befsztyk,   jaki   serwowała 

kuchnia w tym lokalu. Chciał w ten sposób zirytować Samanthę, lecz także zakładał, że może 

już   nigdy   nie   trafi   mu   się   okazja   spożycia   równie   wyśmienitej   potrawy.   Danie   było   tak 

smaczne, że niemal zapomniał, czemu tu się znalazł.

Pomyślał, że jest zwyczajnie nudno. Musiał coś zrobić, ożywić atmosferę, bo inaczej 

nie   miał   szans   na   szczęśliwy   finał.   Uznał,   że   wystarczy   odrobina   humoru   bądź   jakiegoś 

zamieszania, żeby rozruszać nowych znajomych...

Eksplozja nie była potężna, chociaż drzwi do kuchni otworzyły się z hukiem, a z nich 

buchnęła   chmura   dymu   i   płomienie.   Natychmiast   uruchomiły   się   zraszacze.   Gideon   nie 

wiedział, czy goście wrzeszczą przerażeni perspektywą nagłej śmierci w płomieniach, czy też 

widokiem zrujnowanych drogich ubrań, które właśnie obficie zalewała woda ze zraszaczy. 

Ludzie pędzili do wyjścia niczym stado spłoszonych krów, a pomieszczenie wypełniło się 

background image

gęstym, gryzącym dymem.

Aaron natychmiast uciekł przy pierwszych oznakach niebezpieczeństwa. Oniemiała 

Jasmine nie ruszyła się z krzesła, za to Samantha natychmiast podniosła się i zaczęła iść w 

kierunku wyjścia z lokalu.

Gideon uznał, że powinien je obie natychmiast stamtąd wyprowadzić. Domyślił się 

już,  że   Samantha  nie   lubi  być  dotykana,  lecz  Jasmine   najwyraźniej   potrzebowała  opieki. 

Otoczył ją więc ramieniem w talii i ruszył do wyjścia, wiedząc, że Samantha poradzi sobie 

sama. I rzeczywiście tak by się stało, gdyby nagle jeden z jej piekielnie wysokich obcasów 

nagle się nie złamał, a ona sama nie runęła na ziemię.

Do diabła z jej nietykalną przestrzenią osobistą! Gideon wyciągnął rękę i chwycił 

Samanthę za ramię, wyciągając ją z tłumu w jednej z najbardziej ekskluzywnych restauracji 

Miasta Aniołów. I pomyśleć, że jeszcze przed chwilą uskarżał się na nudę!

Cała   trójka   wydostała   się   na   zewnątrz,   a   w   ślad   za   nią   z   lokalu   buchnęły   kłęby 

gryzącego   dymu.   Przemoczeni   klienci   -   łącznie   z   Jasmine   -   krztusili   się   i   kasłali,   tylko 

Samantha po prostu strząsnęła rękę Gideona i wbiła rozsierdzony wzrok w spotulniałego 

Aarona.

- Ty  tchórzliwy   sukinsynu...   -  zaczęła   i   urwała,   kiedy   obok  niej   rozległ  się   pełen 

rozpaczy krzyk.

- Mój choux - fleur! - krzyczał ktoś. Samantha odwróciła się i zobaczyła rozpaczają-

cego szefa kuchni.

- Spokojnie, na pewno kupi pan sobie nowy kalafior - prychnęła.

- Nie!  Choux   -   fleur  to   mój   piesek,   rasy   Bichon   Frise.   Spał   w   koszyczku,   kiedy 

wszystko wybuchło. Muszę wracać...

Nieszczęsnego kucharza natychmiast powstrzymali strażacy.

- Zostawił tam pan psa? - spytała Samantha.

Mon petit choux - fleur! - jęczał biedny mężczyzna.

Gideon   poczuł   czyjąś   dłoń   na   ramieniu.   Odwrócił   głowę   i   ujrzał,   że   Samantha 

przytrzymuje się go, by nie stracić równowagi podczas zdejmowania najpierw jednego buta, 

potem drugiego. Na bosaka byli tego samego wzrostu. Dziwnie się poczuł, mogąc jej spojrzeć 

prosto w oczy, lecz ona nie zwracała na niego najmniejszej uwagi. Wepchnęła mu w ręce 

pantofelki i dziwaczną torebkę w kształcie łabędzia.

- Zaopiekuj   się   tymi   drobiazgami   -  szepnęła   i   moment   później,   zanim   ktokolwiek 

zdążył   ją   zatrzymać,   pędziła   po   zaśmieconym   chodniku   prosto   do   wypełnionej   dymem 

restauracji.

background image

Gideon bez wahania rzucił się za nią. Nie bał się śmierci i bywał już w gorętszych 

miejscach,   lecz   strażacy   zdążyli   ustawić   się   w   kordonie,   żeby   odseparować   ludzi   od 

zagrożonego budynku.

- Moja dziewczyna tam pobiegła! - krzyknął, wciąż ściskając jej buty i torebkę.

- Spokojna głowa, kolego - pocieszył go stojący obok policjant. - Nasi chłopcy już za 

nią pędzą. Z pewnością nic jej nie będzie. Ta twoja dziewczyna szuka śmierci, czy co? Często 

się jej zdarza robić takie głupoty?

- Sam nie wiem. Umówiłem się z nią na randkę w ciemno.

Gliniarz zarechotał i rzekł szyderczo:

- Skoro to była  randka w ciemno, pewnie będzie lepiej dla ciebie, stary, jeśli ona 

stamtąd nie wyjdzie.

Gideon popatrzył na niego i nagle zamrugał, kiedy spod policyjnej czapki wyjrzała 

twarz Ralpha.

Jego chore oko ukryte było w cieniu, a uśmiech wydawał się stanowczo zbyt radosny.

- Bierz  się do roboty, staruszku - mruknął i poklepał Gideona po ramieniu.  - Nie 

chcesz mnie rozczarować, prawda? Zwłaszcza że zadałem sobie sporo trudu, by uwolnić cię 

od nudy.

- To ty podłożyłeś ogień?

Ralph wzruszył ramionami.

- To   by  było   zbyt   prozaiczne.   Ja   zaaranżowałem   pożar.   Wystarczy,   że   zaczekasz, 

Samantha zaraz wyjdzie. Nie pozwolę, by coś się jej stało. Zbytnio cenię sobie swój wzrok, 

by narażać ją na śmierć.

- Jesteś pozbawionym sumienia draniem.

- Miły komplement, dziękuję - odparł. - Ale w piekle jest sporo podobnych do mnie, o 

czym dobrze wiesz. A teraz szkoda czasu, do roboty.

Sekundę później Gideon patrzył na inną twarz, starszego wiekiem policjanta.

- W porządku, kolego? - spytał z przejęciem policjant. - Zamroczyło cię na moment. 

Uderzyłeś się w głowę?

Gideona przeszył dreszcz na wspomnienie Ralpha.

- Moja dziewczyna pobiegła z powrotem do restauracji - wyjaśnił. - Muszę po nią iść...

- O nią chodzi?

Gideon   podniósł   wzrok.   Samantha   wyszła   z   lokalu,   cała   mokra   i   potargana,   z 

kłębkiem futerka w ramionach. Piesek usiłował zlizać z siebie sadzę.

Oszalały z radości szef kuchni popędził do Samanthy. Po jego policzkach lały się 

background image

strumieniami łzy wdzięczności. Wziął zwierzę na ręce i przytulił je mocno, a w następnej 

chwili razem z Samanthą oddalili się i zniknęli w ciemnościach.

Gideon stał wciąż w tym samym miejscu, ściskając najbardziej absurdalne buty, jakie 

kiedykolwiek   widział,   oraz   wysadzaną   kryształowymi   paciorkami   torebkę   w   kształcie 

łabędzia.

- Ej, stary, podwieziesz nas do domu? - spytał Aaron, który nagle pojawił się za jego 

plecami, wlokąc za sobą wstrząsaną dreszczami Jasmine. Ubranie Aarona było idealnie suche 

i czyste. Najwyraźniej uciekł z lokalu, nim uruchomiły się zraszacze.

- Muszę odszukać Samanthę.

- O nią się nie martw - poradziła Jasmine. - Razem z szefem kuchni pojechała na 

pogotowie weterynaryjne. Sama trafi do domu.

W takiej sytuacji Gideon nie miał wiele do powiedzenia. Skinął głową, wepchnął buty 

pod pachę, a torebkę wsunął do kieszeni. Kiedy dotarli do domu Aarona, wiedział już na 

pewno, co zrobi. Postanowił sprzeciwić się Ralphowi.

- Przykro mi z powodu twojej randki, stary - westchnął Aaron, niezdarnie gramoląc się 

z samochodu i czekając na Jasmine. - Robiłem, co mogłem, ale Samantha to bryła lodu. Jeśli 

chcesz,   żebym   cię   poznał   z   kimś   bardziej   przyjaznym,   daj   mi   znać.   Na   jak   długo 

przyjechałeś?

- Na krótko - odparł, licząc na to, że Ralph zabierze go z powrotem do piekła w chwili, 

gdy usłyszy o jego odmowie.

- Razem z Jasmine jadę na weekend do mojego domku w górach, ale dam ci znać, 

kiedy wrócę, dobra? Nie przenosisz się nigdzie, prawda?

- Na razie nic nie planuję - odparł spokojnie.

Wiedział dobrze, gdzie spędzi wieczność. Szkoda tylko, że nie pamiętał, dlaczego.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

- Zapomnij.

Gideon zamrugał oczami. Właśnie miał wejść z powrotem do swojego fantastycznego 

mercedesa i rozkoszować się ciepłą kalifornijską nocą... a tu nagle znowu tkwił w dusznych 

zakamarkach trzysta czterdziestego siódmego poziomu piekła w towarzystwie rozpartego na 

drewnianej   ławie   Ralpha,   który   zerkał   na   niego   spod   gęstych   czarnych   loków   peruki. 

Poprzednio ujawnił się w ciele wysportowanego policjanta, a teraz najwyraźniej postanowił 

zostać kapitanem Hakiem, w eleganckim surducie, ze złotym hakiem zamiast dłoni, rzeźbioną 

kulą zamiast nogi i z haftowaną przepaską na oko.

- Tylko nie kapitan Hak - warknął lekko zirytowany Ralph, który jak zwykle przejrzał 

myśli Gideona. - On miał parę widzących oczu i obie nogi, o ile dobrze pamiętam klasykę 

powieści dziecięcej.

Ale nie o literaturze mieliśmy mówić, tylko o moim oku. Nie zgadzam się na odmowę.

Gideon popatrzył na swoje ubranie. Miał na sobie dżinsy i podkoszulek, jedwabny 

garnitur znikł. Machinalnie sięgnął do nieistniejącej kieszeni, żeby sprawdzić, czy nadal ma 

przy   sobie   torebkę   w   kształcie   łabędzia.   Niestety,   pamiątka   po   Samancie   również   się 

zdematerializowała.

- Nie zmusisz mnie.

- Zachowujesz   się   jak   zbuntowany   nastolatek.   Mogę   cię   zmusić   do   wszystkiego   - 

warknął   ze   złością   Ralph.   -   Wystarczy   ci   zagrozić   następnym   tysiącleciem   w   moim 

towarzystwie. Pomyśl tylko, jak niewiele brakuje, byś zamieszkał gdzie indziej. Wystarczy 

wypełniać   moje   polecenia.   Zresztą,   co   masz   do   stracenia?   Dziewczyna   jest   śliczna   jak 

marzenie, a ty kochasz kobiety. Boisz się, że jej nie zdobędziesz? Strach cię obleciał?

Gideon pomyślał, że raczej boi się zbyt łatwego sukcesu. To takie nudne dla niego, a 

dla dziewczyny, niestety, zbyt bolesne...

- Sentymentalny frajer - mruknął Ralph. - Posłuchaj, rozkochaj ją, a potem przeleć, 

skorzystaj   z   życia,   a   ja   przy   okazji   ocalę   oko.   Na   dodatek   przeniesiesz   się   do   lepiej 

klimatyzowanego miejsca, a ona zamieszka z kimś pokroju Aarona, kto da jej dzieci, będzie 

ją zdradzał, a po latach odejdzie do młodszej.

- Jesteś tego pewien?

- Ależ skąd! Przyszłość nie jest zaplanowana aż w takich szczegółach i nie tylko ja 

mam na nią wpływ, myślałem, że to wiesz. Istnieje wiele możliwości. Jedyne, co nie podlega 

background image

dyskusji, to fakt, że na pewno uwiedziesz Sam. Wierz mi, spodoba się jej to...

- Jej przyjemność chyba nie ma znaczenia dla procesu leczenia twojego oka?

- Fakt, ale ja po prostu chcę, żebyś czerpał satysfakcję z dobrze wykonanej roboty. 

Obdarzenie dziewicy rozkoszą to ciężka sprawa, ale ty to potrafisz.

- A jeśli się nie zgodzę?

- Już mówiłem! Mowy nie ma!

Gideon rozglądał się po małym, rozgrzanym pomieszczeniu, starając się o niczym nie 

myśleć.

- Więc dlaczego wróciłem?

- A  co ty sobie  wyobrażasz?  Myślisz,  że  wyjechałeś  na letni obóz?  Nie jesteś na 

wczasach,   masz   zadanie   do   wykonania.   Kiedy   nie   pracujesz,   wracasz   tutaj,   nie   do 

apartamentu hotelowego.

Gideon podniósł brew.

- Chcesz, żebym współpracował, Ralph? - wycedził. - Wobec tego musisz ofiarować 

mi   coś   więcej   niż   tylko   mętne   obietnice.   Zostanę   na   górze   do   czasu   zakończenia   misji, 

bezdyskusyjnie. Inaczej zrywam umowę.

Ralph podrapał się po głowie złotym hakiem. Peruka przekrzywiła się nieznacznie.

- Irytujący jesteś, wiesz? Pamiętaj, że zawsze mogę odstąpić od umowy i wybrać na 

twoje miejsce kogoś chętniejszego do współpracy.

- Więc na co czekasz?

- Poczyniłeś   już   pewne   postępy.   Ona   cię   lubi,   nawet   jeśli   nie   wie,   czemu.   Wolę 

skorzystać z tego, co już osiągnąłem, niż zaczynać wszystko od początku. Masz dwie doby, 

Gideon. Dopadnij ją, bo w przeciwnym razie poznasz prawdziwe piekło. Mam cię na oku.

- Ślepnący podglądacz - mruknął Gideon.

- Nie nadużywaj mojej cierpliwości.

- Zrobię... - Nie zdążył dokończyć, bo już stał na balkonie i patrzył na rozpościerające 

się w dole Los Angeles. Doskonale widział wzgórze, na którym wznosił się dom Samanthy.

A więc Ralph odesłał go na górę, ale nie oznaczało to, że przestał obserwować każdy 

jego ruch, śledzić każdą jego myśl.

Specjalnie dla Ralpha przywołał najbardziej obraźliwy obraz, jaki mu przychodził do 

głowy, i zaśmiał się szyderczo.

Noc była chłodna, o jego skórę ocierał się miękki jedwab, a w kieszeni wyczuwał 

ciężar torebki w kształcie łabędzia. Sięgnął po jeden z pantofli Samanthy. Postawił go na 

niskim   stoliku   i   przesunął   palcem   po   jego   niedorzecznie   wysokim   obcasie.   Nie   potrafił 

background image

zrozumieć, jak kobieta może chodzić w czymś  tak niewygodnym, nie wspominając już o 

bieganiu. Ani dlaczego kobieta, która nie cierpi psów, wraca do płonącego budynku, żeby 

uratować jakiegoś zwierzaka.

Pomyślał, że wkrótce pozna odpowiedź.

Ale teraz zamierzał ściągnąć garnitur, wsunąć się nago do jedwabnej pościeli i spać 

jak kamień.

Było gorące, leniwe popołudnie. Samantha wiele godzin męczyła się z usuwaniem 

resztek sadzy z włosów oraz ciała, a potem poszła spać. Obudziła się dopiero w południe, na 

wyraźne żądanie Ragsa. Psy to zmora ludzkości, pomyślała z czułością, prowadząc na spacer 

częściowo niewidomego, głuchego jak pień springer spaniela, który po wyjściu na podwórze 

natychmiast   zaczął   skakać   niczym   szczeniak,   a   nie   dwunastoletni   staruszek.   Kochała 

wszystkie psy, bez względu na rasę, rozmiary i wiek. Teraz opiekowała się tylko Ragsem, ale 

w przyszłym tygodniu oczekiwała dwóch uratowanych king charles spanieli i już z góry cie-

szyła się na ich przybycie.

Źle spała. Nie wiadomo dlaczego, cały czas śniła o swojej irytującej randce w ciemno. 

Bywała już na takich spotkaniach, na których  poznawała nowych  mężczyzn,  lecz jeszcze 

nigdy nie spotkała równie przebiegłego faceta. Poza tym mocno zapadał w pamięć, przez co 

był jeszcze bardziej niebezpieczny.

Gideon Hyde. Żałowała, że nie potrafi wymazać go z pamięci.

O   dziwo,   spodobał   się   jej.   Może   przypadł   jej   do   gustu   sposób,   w   jaki   traktował 

Jasmine?  A może polubiła go dlatego, że jej raczej niezbyt  sympatyczne zachowanie nie 

wywarło na nim żadnego wrażenia? Albo dlatego, że nie padł jej do stóp i nie próbował jej 

obłapiać? A może ogarnęła ją obsesja na punkcie jego ust?

To wszystko nie miało jednak znaczenia, przecież już nigdy go nie zobaczy. Z całą 

pewnością dała mu niezłą lekcję. Facet na długo zapamięta, że taka kobieta jak Sam nie musi 

być ani potulna, ani łatwa. Nie wspominając już o tym, że odeszła bez pożegnania, niestety 

również bez pary najmodniejszych butów i torebki od Judith Leiber. Zawsze lubiła tę torebkę, 

łabędź odpowiadał bowiem jej poczuciu humoru. Poza tym zostawiła w torebce parę cennych 

drobiazgów.

Jak co dzień, dość intensywnie trenowała przez godzinę, a potem nagrodziła się wielką 

kanapką   z   pieczoną   wołowiną   oraz   butelką   piwa   marki   Sapporo.   Miała   słabość   do   tego 

trunku, choć nie mogła pić tyle, ile by pragnęła. Przy każdej nadarzającej się sposobności 

próbowała rozmaitych gatunków z różnych krajów: przerobiła już piwa niemieckie, duńskie i 

meksykańskie, a od dwóch tygodni testowała smak piw japońskich. Póki co, te odpowiadały 

background image

jej najbardziej, lecz zostało jej do przetestowania jeszcze wielu innych producentów, z wielu 

różnych państw znanych z produkcji tego wspaniałego trunku.

Miała   na   sobie   dżinsy   z   odciętymi   nogawkami   i   wytarty   biały   podkoszulek, 

reklamujący Amerykańskie Stowarzyszenie Walki z Okrucieństwem Wobec Zwierząt. Włosy 

związała w luźny koński ogon. Siedziała sobie teraz na trawie pod drzewem.

Nie   włożyła   soczewek   kontaktowych,   bo   miała   szkła   optyczne   w   okularach 

przeciwsłonecznych. Rags podbiegł i położył się przy niej, opierając łeb o jej udo. Wyczuł 

wołowinę, lecz jako prawdziwy dżentelmen nigdy nie żebrał.

Nie miała żadnych planów na tak piękny dzień, zresztą nawet gdyby coś przyszło jej 

do głowy, samochód i tak zostawiła w warsztacie. Nie musiała się niczym przejmować, nawet 

Jasmine.  Poza tym  udało się jej dać kosza niechcianemu partnerowi  z randki  w ciemno, 

dlaczego więc nie czuła się spokojna i zadowolona?

Wypiła jeszcze jeden łyk schłodzonego piwa, delektując się jego smakiem. Pozwalała 

sobie tylko na jedno tygodniowo - piwo było tuczące, a ona nie zamierzała marnować pięciu 

minut sławy z powodu niedostatecznej dbałości o ofiarowane jej przez naturę narzędzie do 

zarabiania pieniędzy, czyli szczupłą i zgrabną figurę.

Nagle usłyszała warkot silnika samochodu, który podjeżdżał do bramy. Odetchnęła z 

ulgą - Jasmine wcześniej wróciła. Pewnie cała we łzach, bo przecież Aaron to zwykła świnia. 

Diabli wiedzą, czemu Jasmine go kochała. Nie pomagały żadne argumenty i rozmowy.

- Tu jestem! - zawołała i ugryzła następny kęs kanapki, wprost imponującej wielkości. 

- Chodź, opowiesz mi, jak spędziłaś noc. Czy ten ciemnowłosy i groźny krasnolud był bardzo 

zły, że dostał ode mnie kosza...? - Nagle urwała przerażona, bo zza rogu domu wyłonił się 

ciemnowłosy i groźny krasnolud we własnej osobie.

- Nieszczególnie - odparł.

Wciąż nosił okulary przeciwsłoneczne, lecz dzisiaj miał na sobie czarne spodnie i 

czarną jedwabną koszulę. Co prawda nie zawiesił na szyi złotych łańcuchów, za to rozpiął 

kilka guzików.

Samantha nagle poczuła, że ma ochotę dokładnie obejrzeć jego tors. Na szczęście 

nigdy się nie rumieniła.

- Dobry byłby z ciebie model - oznajmiła, obserwując go z lekko przechyloną głową. - 

Ubranie nieźle na tobie leży.

- Bez ubrania też prezentuję się interesująco - odparł spokojnym, łagodnym głosem. - 

Zostawiłaś buty i torebkę. Ponieważ nie uważam cię za Kopciuszka, chciałem oddać twoje 

rzeczy Jasmine, ale kiedy ją odwiozłem, była za bardzo zajęta Aaronem, by zwracać uwagę 

background image

na to, co się do niej mówi.

- Zatem skorzystałeś z pretekstu, żeby ponownie mnie zobaczyć?

- Odniosłem wrażenie, że moje wdzięki najwyraźniej nie rzuciły cię na kolana, ale 

możesz wyprowadzić mnie z błędu, jeśli chcesz. - Postawił buty przy basenie, na nich położył 

torebkę.   -   Nie   cierpisz   psów,   co?   I   rozumiem,   że   Sapporo   ostatnio   produkuje   piwo 

bezalkoholowe? A na kanapce masz tofu w kolorze wołowiny?

Powinna się zirytować.

- Masz szczęście, że Rags jest ślepy i głuchy - burknęła tylko. - Nie znosi mężczyzn. 

Jako szczenię był bity przez swojego właściciela i dlatego robi się agresywny, kiedy wyczuwa 

kogoś płci męskiej.

- Naprawdę? Całkiem jak jego właścicielka. - Nie czekając na zaproszenie, usiadł na 

jednym z żeliwnych krzeseł.

Rzecz jasna, Rags nagle uświadomił sobie, że w pobliżu jest obcy: uniósł głowę, z 

jego gardła wydobyło się niskie warczenie, i niezgrabnie wstał.

Samantha usiłowała go chwycić, lecz wyrwał się jej, nienaturalnie szybko biegnąc ku 

Gideonowi. Nie spodziewała się takiej sprawności po swoim chorym i ślepym psie. Zamknęła 

oczy, czekając na to, co nieuchronne. Tymczasem Rags nie ugryzł gościa, za to narobił tyle 

hałasu, że mógłby wystraszyć diabła. Zdumiała się, słysząc, że wrogie warczenie nagle ustaje. 

Otworzyła oczy i ujrzała, jak Rags ociera się radośnie o piękne dłonie Gideona.

- Najwyraźniej mnie lubi. Następne kłamstwo?

Samantha pokręciła głową.

- Jeszcze nigdy nie pozwolił dotknąć się żadnemu mężczyźnie - odparła. - To dziwne.

- Może lepiej zna się na ludziach niż jego właścicielka.

Wypiła jeszcze jeden łyk piwa.

- Niech będzie. Przepraszam. Po prostu nie cierpię randek w ciemno.

- Za mężczyznami też nie przepadasz?

- Mężczyzn lubię. Pod warunkiem, że znają swoje miejsce - dodała.

- A gdzie jest ich miejsce? Jak najdalej od ciebie?

- Zależy od mężczyzny - westchnęła. - Piwa?

- Wolałbym...

Przerwał   mu   dzwonek   telefonu.   Samantha   podniosła   słuchawkę,   założyła   nogę   na 

nogę i przechyliła się do przodu.

Dzwoniła Jasmine.

- Sam! - załkała.

background image

- Co się stało?

- Pokłóciłam się z Aaronem. Zostawił mnie tu całkiem samą!

- Gdzie jesteś?

- W górach! - chlipnęła. - W domu w Santa Ina, pamiętasz? Przyjechałaś tu kiedyś na 

czwartego lipca. Jestem zupełnie sama i nie sądzę, żeby on wrócił.

- Świnia! - warknęła Samantha.

- Co? - wykrzyknęła Jasmine.

- Aaron, nie ty - wyjaśniła Samantha. - Pojadę po ciebie, tylko się uspokój. Będę jak 

najszybciej.

- Przecież   nie  masz   samochodu,  jest   w  warsztacie   -  przypomniała  jej  roztrzęsiona 

Jasmine i wybuchnęła jeszcze bardziej rozpaczliwym płaczem.

Samantha zerknęła na Gideona, drapał Ragsa za uchem. Zachwycony pies ocierał się o 

jego nogi.

- Pożyczę   auto   -   zdecydowała.   -   Tylko   daj   mi   trzy   godziny,   na   pewno   po   ciebie 

przyjadę. W porządku?

- W porządku - zgodziła się załamana Jasmine. - Bądź jak najszybciej.

Samantha odłożyła słuchawkę i wstała.

- Pożyczysz mi samochód? - spytała pozornie spokojnym głosem.

- Nigdy w życiu. Wykluczone. Chyba, że pojadę z tobą.

- Jeśli sądzisz, że prześpię się z tobą tylko dlatego, że zechcesz pożyczyć mi auto...

Nie pozwolił jej dokończyć.

- Czy   choćby   słowem   wspomniałem   o   spaniu   ze   mną?   Wynająłem   samochód   z 

wypożyczalni i nie chcę, żeby ktoś inny siadał za kółkiem. Jeżeli chcesz dokądś pojechać, 

chętnie cię zawiozę.

Nie   umiała   się   rumienić,   ale   mogła   skarcić   się   w   myślach.   Dlaczego,   do   diabła, 

wymsknęło się jej coś tak piekielnie głupiego? Przecież nie miała pojęcia, czy Gideon Hyde 

chce iść z nią do łóżka. Większość mężczyzn skorzystałaby z okazji, lecz Sam przekonała się 

już,   że   Gideon   nie   jest   taki   jak   inni.   Wydawał   się  znacznie   bardziej  interesujący,   wręcz 

niebezpiecznie ciekawy.

- Muszę jechać do domu w górach blisko Santa Ina, żeby zabrać stamtąd Jasmine. 

Posprzeczała się z Aaronem i ten głupiec ją tam zostawił.

- A więc ruszajmy w drogę - westchnął Gideon.

Gdy wstał, przypomniała  sobie, że jest jej wzrostu, co oznaczało, że powinna jak 

najszybciej włożyć buty. Poza tym musiała doprowadzić do porządku włosy, zrobić makijaż i 

background image

ubrać się w coś reprezentacyjnego na podróż.

- Daj mi chwilę, idę się przebrać.

- Myślałem, że się spieszymy.

Popatrzyła na niego. Ogarnęło ją dziwne uczucie. On wyglądał jak z obrazka, ona była 

spocona, rozczochrana i miała na sobie stare szmaty.

- Chcę ci spojrzeć w oczy - oznajmiła nieoczekiwanie.

- Sądzisz, że brałem narkotyki?

- Nie. Muszę sprawdzić, czy można ci ufać.

Podniosła rękę, ściągnęła mu okulary i zajrzała prosto w oczy. Jej serce na moment 

zamarło.  Gideon miał  wyjątkowo ciemne  oczy,  niemal  czarne, a przy tym  lekko skośne, 

trochę egzotyczne, głębokie i nieprzeniknione. Mogła tylko patrzeć bez słowa, czując, że 

zapada się w nie jak w długi, aksamitny tunel.

- Teraz ty - mruknął Gideon, nie spuszczając z niej wzroku.

- To nie jest rozbierany poker.

- Zdejmuj.

Jego   niski   aksamitny   głos   miał   niemal   hipnotyczne   działanie.   Samantha   zdjęła 

okulary.

- Nie   mam   soczewek   kontaktowych   -   wyjaśniła.   -   Nie   będę   mogła   zobaczyć   cię 

wyraźnie.

Mimo to doskonale widziała jego twarz. Patrzyła mu w oczy, czuła na sobie jego 

spojrzenie. Po jej skórze przebiegł dreszcz. Zapragnęła...

Nie wiedziała, czego zapragnęła. Pospiesznie włożyła okulary i zrobiła krok do tyłu.

- Zadowolony?

- Jeszcze nie. A co z psem? Nie będzie mu smutno bez pani?

Jak dotąd, żaden mężczyzna nie wyraził troski o jej psa.

- Da sobie radę. Moja gospodyni przyjdzie później i go nakarmi. Kiedy nie ma mnie w 

domu, po prostu zabiera go do siebie. Jest do niej przyzwyczajony.

- Wobec tego w drogę.

- Potrzebne mi są pantofle.

Uśmiechnął się. Jeszcze jedno niebezpieczeństwo: jego ciemne, tajemnicze oczy i ten 

jego lekki, ironiczny uśmiech wyglądały niesłychanie atrakcyjnie, a ona wcale nie pragnęła 

się nimi zachwycać, ani w ogóle interesować się tym mężczyzną.

- Weź  te pantofle, które przyniosłem,  chyba  że już je wykorzystałaś  i nie czujesz 

potrzeby sięgać po nie ponownie.

background image

- Co masz na myśli?

- Pokazałaś mi, gdzie jest moje miejsce. Myślę, że teraz możesz spokojnie włożyć coś 

na płaskiej podeszwie. I tak wiem, że jesteś górą.

Mało   brakowało,   a   włożyłaby   pantofle   na   obcasach.   Powstrzymała   się   jednak   i 

wybrała podniszczone sandały, które leżały na brzegu basenu.

- A torebka? - spytała.

Gideon rzucił jej torebkę w kształcie maleńkiego łabędzia wysadzanego paciorkami. 

Nie trzymała w niej nic poza studolarowym banknotem, prawem jazdy i kartą bankomatową. 

Mimo wszystko były to dla niej cenne rzeczy.

- Jestem gotowa - oznajmiła, nie do końca pewna, czy mówi prawdę.

Czarny mercedes stał na podjeździe. Rzecz jasna, był to ten sam samochód, którym 

Gideon przyjechał poprzedniego wieczoru.

- Rozumiem, że nadal upierasz się przy prowadzeniu auta?

- Jak   najbardziej.   Otworzyć   ci   drzwi?   Na  pewno   tak.   Bo  jeśli   tego   nie   zrobię,   to 

poczujesz się urażona.

Ponownie udało mu się ją  zaskoczyć.  Czyżby  poprzedniego  wieczoru odczytał  jej 

myśli? Wykluczone.

- Sama sobie otworzę.

- No to na co czekasz? Wskakuj.

Wahała się jeszcze przez chwilę. Sama nie wiedziała, dlaczego przyszło jej do głowy, 

że jeśli to zrobi, spali za sobą wszystkie mosty. Czuła, że kiedy wsiądzie do tego samochodu, 

jej życie całkiem się zmieni.

Otrząsnęła się z tych dziwnych obaw i wsiadła. Jasmine jej potrzebowała. Nie było 

czasu na absurdalne lęki.

Nie   zamierzała   przepłynąć   rzeki   Styks,   a   Gideon   nie   był   Charonem.   Nie   była 

Persefoną   ani   Kopciuszkiem,   po   prostu   jechała   pomóc   przyjaciółce...   A   że   jechała   w 

towarzystwie fascynującego mężczyzny,  którego prawie wcale nie znała? Cóż z tego? Da 

sobie radę. Jak zawsze.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Możliwe, że przeciwstawienie się woli Ralpha było najgłupszym pomysłem, jaki mu 

kiedykolwiek  przyszedł  do głowy, zarówno przed śmiercią,  jak i po niej. Samantha  była 

piękną  i atrakcyjną  kobietą. W krótkich  dżinsowych  szortach  i podkoszulku, uczesana  w 

koński ogon, sprawiała wrażenie najseksowniejszej dziewczyny na świecie. Nie nosiła sta-

nika, za co Gideon w duchu szczerze podziękował Ralphowi. Doszedł do wniosku, że nie 

zdoła się jej oprzeć. Mógł tylko liczyć na to, że dziewczyna wykaże więcej silnej woli niż on.

Miała nieprawdopodobne oczy. Kiedy Gideon dyskretnie na nią zerkał, przychodziły 

mu do głowy jeszcze takie określenia, jak: przebojowa, rewelacyjna, cudowna, a i tak uważał, 

że są zbyt stonowane. Gdy zdjęła okulary i uważnie na niego popatrzyła, wydała mu się 

łagodna i niemal... słodka. Tak słodka, że musiał jej spróbować.

Spojrzał   na   nią.   Siedziała   na   fotelu   dla   pasażera,   ściskając   w   pięknych   dłoniach 

śmieszną torebkę. Nie potrafił odgonić natrętnych myśli o tych smukłych palcach na swoim 

ciele.

- Masz sentyment do łabędzi?

- Nie, zbieram torebki.

- Ale nie przypadkiem wybrałaś łabędzia?

- Nie. - Spojrzała na niego badawczo.

- Jako dziewczynka byłaś zbyt wysoka i niezgrabna, przez co zawsze się czułaś jak 

brzydkie kaczątko, a teraz utożsamiasz się z łabędziem?

- Nie   jesteś   taki   bystry,   jak   ci   się   wydaje   -   prychnęła.   -   Jestem   łabędziem,   który 

wolałby być kaczątkiem. Problem w tym, że trzeba brać to, co się dostało, i nauczyć się z tym 

żyć.

- Biedactwo. Taka uroda to faktycznie przekleństwo - westchnął ironicznie.

- Idź do diabła. - Łypnęła na niego ponuro.

Zaśmiał się i ugryzł się w język, by nie powiedzieć: ,,Już u niego byłem’’.

- Przepraszam. Chyba powinienem być bardziej uprzejmy.

Przesunęła   okulary   na   czoło,   żeby   lepiej   się   przyjrzeć   Gideonowi,   dzięki   czemu 

ponownie miał okazję podziwiać jej piękne oczy.

- Mój charakter nie pasuje do wyglądu zewnętrznego - westchnęła. - Jednak nie lubię 

niczego marnować. Otrzymałam wielki boży dar, więc zamierzam z niego korzystać, dopóki 

się da. Gdy już nie będę mogła dłużej korzystać z tego bożego daru, gdy już będzie po 

background image

wszystkim, wówczas podejmę pieniądze i przeprowadzę się jak najdalej od Los Angeles.

- I co będziesz robić?

- Wszystko, na co mi przyjdzie ochota. A ty? Czym się zajmujesz? Zapewne pracujesz 

w reklamie, tak jak Aaron.

- Nie przepadasz za mną, prawda? - westchnął.

- Jak dotąd nie dałeś mi powodów do sympatii. - Wzruszyła ramionami.

Przez chwilę wahał się z odpowiedzią na jej poprzednie pytanie.

- Gram - wyjaśnił w końcu.

- I tak zarabiasz na życie? - prychnęła z powątpiewaniem.

Wzruszył ramionami.

- Komponuję. Muzykę dla różnych filmów, trochę dla telewizji. Jakoś wiążę koniec z 

końcem.

Jego słowa zabrzmiały dziwnie wiarygodnie, chociaż wymyślił to na poczekaniu.

- I tym  się zajmujesz, mieszkając gdzieś dalej na południu, w znacznie gorętszym 

miejscu?

Zapomniał, że to powiedział. Najwyraźniej słuchała uważniej, niż sądził.

- Nie, stamtąd pochodzę. Teraz mieszkam na małej wysepce w Zatoce Pugeta. Na 

szczęście   to   wolny   zawód.   -   Postanowił   zmienić   temat.   -   Nie   przepadasz   za   zawodem 

modelki?

Przez chwilę podejrzewał, że Samantha wybuchnie gniewem, tymczasem ona wsunęła 

okulary na nos i nieco się odprężyła.

- Ta praca ma swoje dobre strony - powiedziała. - Zarabiam mnóstwo pieniędzy i lubię 

przebieranki.   Już   jako   dziecko   uwielbiałam   fantazjować,   pewnie   dlatego,   że   nie   miałam 

rodzeństwa. Teraz udaję, że jestem kimś innym, a potem wracam do domu i jestem sobą.

- Którą rolę wolisz?

- Wolę być sobą - odparła bez wahania.

- Ja też taką cię wolę.

- Co? Nie rozumiem...

- Wolę   cię   taką   prawdziwą,   inną   od   tych   wszystkich   kobiet,   które   udajesz.   Pod 

warunkiem, że nie zgrywasz bohaterki, doprowadzając mnie do stanu przedzawałowego.

- Nie wyglądasz na człowieka o słabych nerwach - mruknęła. - Dlaczego zgodziłeś się 

mnie odwieźć? Jestem pewna, że masz mnóstwo innych zajęć podczas pobytu w Los Angeles.

- Nic szczególnie interesującego. Zresztą... chyba cię lubię...

Samantha nie kryła zdumienia.

background image

- Lubisz   mnie?   -   powtórzyła.   -   Mężczyźni   mnie   nie   lubią.   Chcą   ze   mną   sypiać, 

wykorzystywać mnie, zakochiwać się we mnie, ale mnie nie lubią.

- Och, i ja chciałbym się z tobą przespać. Rzecz w tym, że sypiam tylko z kobietami, 

które lubię.

Wyglądała na zmieszaną, lecz w końcu sama była sobie winna, to ona poruszyła ten 

temat.

- Nie lepiej sypiać z kobietami, które się kocha? - spytała przekornie.

- Kto wie? Chyba jeszcze trochę za wcześnie, bym się w tobie zakochał. Jeśli jednak 

chcesz, mogę spróbować...

- Żartujesz sobie. - Zaśmiała się głośno. - Zresztą dobrze wiem, dlaczego przyjechałeś 

do mojego domu, choć mieszkam tak daleko.

- Czyżby?

- Jestem   bystrzejsza,   niż   sądzisz.   Jasmine   wpadła   ci   w   oko.   Wczoraj   wieczorem 

zwracałeś na nią większą uwagę niż na mnie.

- Dałaś mi wyraźnie do zrozumienia, że sama potrafisz o siebie zadbać. Sprawiłem ci 

przykrość?

- Skąd. Uwielbiam Jasmine, a ty byłbyś dla niej zdecydowanie lepszą partią niż ten 

pyszałkowaty Aaron. Moglibyście...

Jechali z dużą prędkością i nagle Gideon nieco zbyt mocno przycisnął pedał hamulca. 

Samochód zatrzymał się z piskiem opon.

- Jasmine nie wpadła mi  w oko - oświadczył  stanowczo. - W przeciwieństwie  do 

ciebie.

Nie mogąc już dłużej czekać, nagle ujął jej podbródek w dłoń i pocałował ją w usta, 

jednocześnie drugą ręką odpinając pas bezpieczeństwa.

Miała chłodne wargi. Pozwoliła się pocałować, lecz nie odwzajemniła jego pocałunku. 

Gideon poczuł się zniechęcony. Zawsze uważał, że całkowita bierność kobiety w zupełności 

wystarcza do ostudzenia miłosnych zapałów mężczyzny. Nic dziwnego, że Sam wciąż była 

dziewicą.

Gideon nie miał jednak zamiaru ruszać w dalszą drogę, dopóki jego wybranka nie 

wykaże   więcej   entuzjazmu.   Nie   chodziło   mu   o   wypełnienie   poleceń   Ralpha,   lecz   o 

zaspokojenie  zwykłej  męskiej ambicji. Nagle zapragnął, by Samantha też go pocałowała. 

Przesunął językiem  po jej wargach, rozkoszując  się ich smakiem,  a następnie  się cofnął, 

zaglądając w ciemne szkła jej okularów przeciwsłonecznych.

- Nie przepadasz za całowaniem?

background image

- Niespecjalnie to lubię - mruknęła chłodno.

- Wobec   tego   najwyraźniej   dotąd   nie   spotkałaś   odpowiedniego   mężczyzny.   - 

Delikatnie   przywarł  wargami   do  jej   ust.   Nie  domagał  się  od  niej  aktywności   ani  jej  nie 

poganiał. Postanowił zastosować taktykę małych  kroczków. Na chwilę zamierał, po czym 

kontynuował   pieszczotę.   Dotykał   twarzy   Samanthy   ustami   i   ocierał   się   o   jej   policzki, 

jednocześnie delikatnie pieszcząc językiem kąciki jej ust.

Nie była już tak chłodna jak na początku. Dotknął ustami jej szyi i wyczuł językiem 

puls. Przesunął wargi wyżej, do ust, i łagodnie zmusił Samanthę, by je rozchyliła. Pieścił ją i 

drażnił, mając świadomość,  że jej  tętno  gwałtownie  przyspiesza. Gideon chętnie  oddałby 

dziesięć   lat   życia   za   możliwość   dotknięcia   tych   niedużych   piersi   o   idealnym   kształcie, 

ukrytych pod koszulką. Problem w tym, że nie pozostał mu ani jeden rok życia. On przecież 

już   dawno   nie   żył.   Postanowił   więc   zadowolić   się   jej   kształtnymi   ustami,   zwłaszcza   że 

drgnęły pod wpływem pocałunku, lekko, ale wyraźnie.

Przywarł   do   nich   nieco   mocniej.   Otworzyła   usta,   a   on   nie   miał   już   siły,   by   się 

powstrzymywać.   Musiał   wsunąć   język   między   jej   zęby.   Nie   przypominał   sobie,   by 

kiedykolwiek tak bardzo pragnął pocałować kobietę.

Jęknęła cicho, a to absolutnie wystarczyło, by niemal eksplodował. Ten jęk ponad 

wszelką wątpliwość świadczył o jej pożądaniu.

Gideon natychmiast zaczął się zastanawiać, czy potrafiłby ją skłonić do zdjęcia tych 

krótkich szortów i położenia się na tylnej kanapie auta.

Podniosła   dłoń   i   dotknęła   jego   twarzy   w   chwili,   gdy   sięgał   do   blokady   jej   pasa 

bezpieczeństwa. Miała chłodną skórę i drżące palce.

Dość. Cofnął się, ciężko dysząc, i ponownie popatrzył na szkła jej okularów.

- Wpadłaś mi w oko ty, a nie Jasmine - oznajmił głośno i uruchomił silnik, by wjechać 

na drogę.

Samantha usiłowała wcisnąć się w fotel, lecz uświadomiła sobie, że przeszkadzają jej 

w tym zbyt długie nogi. Skrzyżowała ręce na piersiach i dopiero wówczas dotarło do niej, że 

nie włożyła stanika. Ze zgrozą zauważyła sterczące pod cienką bawełną twarde sutki.

Chciała wytrzeć usta. Nie, właściwie miała ochotę dotknąć warg, żeby sprawdzić, czy 

zaszła w nich jakaś zmiana. Przyciskała ręce do tułowia i w tej pozycji szukała ukojenia. Była 

poruszona i niepewna.

Zerknęła na niego, kiedy z powrotem włączał się do ruchu. Wcale nie wyglądał na 

kogoś, kto przez ostatnich pięć minut całował ją tak mocno, że oboje tracili dech. Być może 

było to widać jedynie po jego ustach, lecz Samantha z całą pewnością nie odważyłaby się 

background image

spojrzeć teraz na jego wargi, bo wiedziała, że zapragnęłaby ponownie poczuć je na swoich.

Nieznośna cisza dodatkowo pogarszała sytuację.  Samantha postanowiła zapanować 

nad drżeniem głosu.

- Całkiem   nieźle   całujesz   -   pochwaliła   go   z   pozornym   chłodem   w   głosie.   -   Z 

pewnością masz bogate doświadczenie.

Rzucił na nią okiem i uśmiechnął się krzywo.

- Czego się nie da powiedzieć o tobie - mruknął.

Nie była pewna, jak to rozumieć.

- Chcesz powiedzieć, że nie przypadł ci do gustu nasz pocałunek?

- Skąd, przeciwnie. Ogromnie mi się podobał. Bardzo interesujące przeżycie.

- Nie sądziłam, że całowanie się można traktować w takich kategoriach.

- Jeśli   chcesz,   zjadę   na   pobocze   i   zademonstruję   ci,   jak   bardzo   interesujące   i 

poruszające bywa całowanie.

- Nie! - krzyknęła, wyraźnie przestraszona.

- W porządku. - Ponownie obdarzył ją uśmiechem. - Możemy się zabawić później.

- Nie, nie możemy!

- Oczywiście, że nie, jeśli sobie tego nie życzysz.

- Nie życzę! Za nic!

- Za nic? - mruknął.

Nie   mógł   tego   przewidzieć.   Nikt   nie   mógł.   Zdaniem   większości   ludzi   Samantha 

ukrywała gdzieś swoją kochankę... lesbijkę. Wielu sądziło, że jej życie seksualne jest tak 

niesłychanie wyuzdane, że musi je trzymać w tajemnicy. Nikomu nie przyszło do głowy, że 

słynna modelka nie ma żadnej kochanki, a jej jedyna dewiacja seksualna polega na tym, że do 

dziś zachowała dziewictwo. Nawet gdyby postanowiła to ogłosić wszem i wobec, nikt by jej 

nie uwierzył. A zresztą, po co miałaby decydować się na taki krok? Póki co, nie zamierzała 

uprawiać seksu. Postanowiła, że kiedy już wreszcie podejmie tę ważną decyzję,  to przed 

pójściem z mężczyzną do łóżka najpierw dobrze go pozna, a przede wszystkim uprzedzi, że to 

jej  pierwszy  raz.  Nie  wyobrażała  sobie,  by mogła   wskoczyć do  łóżka  z  obcym  facetem, 

którego zna od niespełna dwudziestu czterech godzin. Mimo że - o dziwo - miała  na to 

ochotę.

Ogólnie biorąc, nie mogła zrozumieć, co się z nią dzieje. Gustowała w wysokich, 

postawnych mężczyznach, a nie w smukłych i eleganckich. Potrzebowała dużo czasu, by się 

oswoić z nowym znajomym, podczas gdy on wprawiał ją w osobliwy, niepokojący nastrój.

Nie mogła przestać o nim myśleć.

background image

Nigdy nie miała żadnych obiekcji w stosunku do seksu. Kilka lat temu o mały włos nie 

poszła z kimś do łóżka. Zdarzyło się to dwa razy. Jednak za każdym razem wycofywała się w 

ostatniej chwili, ku bezbrzeżnemu rozczarowaniu zainteresowanych mężczyzn.  Za trzecim 

razem, gdy znowu odmówiła, postanowiła w ogóle nie dopuszczać do podobnych sytuacji, 

jeśli nie będzie absolutnie zdecydowana na ostateczny krok. Od tamtego czasu ani razu nie 

poczuła pokusy.

Teraz też jej nie czuła. Uważała, że pójście z Gideonem do łóżka byłoby szaleństwem. 

Owszem, ten mężczyzna potrafił całować... ale tylko tyle. Była to taka sama umiejętność, jak 

każda inna. Niektórzy ludzie umieli dobrze grać na fortepianie, inni w tenisa, a jeszcze inni 

potrafili   świetnie   malować.   Wiadomo,   że   praktyka   czyni   mistrza.   Aby   dojść   do   takiego 

poziomu mistrzostwa, na pewno musiał dużo trenować, a ona nie miała zamiaru obdarzać 

uczuciem mężczyzny, który w taki sposób traktuje kobiety.

Skoro jednak tak dobrze całował, jaki byłby seks z nim? Każdy, kto potrafił przelać 

tyle  zmysłowości w proste zetknięcie ust, z pewnością umiałby zmienić zwykły stosunek 

seksualny w wyjątkowe przeżycie... Nagle zdała sobie sprawę, że przecież nie wiedziała, jaki 

jest ten zwykły stosunek, więc czemu miałaby fantazjować o tym wyjątkowym?

Przesunęła okulary na czubek głowy i spojrzała na krajobraz, skąpany w jaskrawym 

popołudniowym świetle. Była krótkowidzem, miała też lekką wadę wzroku. Sam potrafiła 

obyć   się   bez   okularów,   mimo   że   wówczas   jej   życie   stawało   się   nieco   bardziej 

skomplikowane. Liście na drzewach rozmazywały się, tworząc zieloną plamę na tle błękit-

nego nieba, a droga zmieniała w szarą kreskę. Samantha popatrzyła na Gideona. Siedział dość 

blisko, by widziała go wyraźnie. Zbyt wyraźnie.

Przebywała już w towarzystwie wielu mniej lub bardziej rozebranych, urodziwych 

mężczyzn,   hetero   -   i   homoseksualistów,   lecz   jeszcze   nigdy   nie   była   w   równym   stopniu 

zafascynowana niczyją twarzą ani ciałem. Gideon miał naturalny, lekko złocisty odcień skóry, 

wysoko   osadzone   kości   policzkowe,   wąski   nos   i   najpiękniejsze   usta,   jakie   kiedykolwiek 

całowała. Uroda nigdy jednak nie należała do wartości, które ceniła najwyżej. Wiedziała, jak 

ulotne bywa piękno, które na dodatek wynika wyłącznie z prostej kombinacji genów oraz 

szczęścia.   To  absurdalne,  że   ludzie  przywiązują  do  urody tak   ogromną  wagę.  Nigdy nie 

rozumiała,   dlaczego   ugania   się   za   nią   aż   tylu   facetów,   których   fascynuje   wyłącznie   jej 

wygląd. Tymczasem teraz sama nie mogła oderwać oczu od Gideona. Zastanawiała się, jak by 

to było...

- Zanosi się na deszcz - mruknął. Z pewnością poczuł na sobie jej spojrzenie. Na jego 

ustach błąkał się lekki uśmiech.

background image

- W Kalifornii nigdy nie pada - oznajmiła stanowczo. - Zresztą na niebie nie ma ani 

jednej chmurki.

Nic nie odpowiedział. Nad ich głowami z jaśniała pierwsza błyskawica, a zaraz potem 

ziemią wstrząsnął potężny grzmot. Gideon uruchomił wycieraczki, zanim pierwsze krople 

uderzyły o szybę, i nieznacznie zredukował niebezpieczną prędkość.

Kiepska   pogoda   sprawiła,   że   we   wnętrzu   samochodu   zrobiło   się   ciemno,   a 

jednocześnie ciaśniej oraz intymniej.

- To twoja sprawka? - spytała podejrzliwie, mając świadomość, jak niedorzeczna jest 

jej sugestia.

- Co masz na myśli? Zmianę pogody? Tam, gdzie mieszkam, mam dość deszczu, nie 

muszę modlić się o niego tutaj.

Tymczasem na ziemię spływały prawdziwe potoki wody.

- Gwałtowne opady bywają niebezpieczne. Jezdnia staje się piekielnie śliska.

- Nie mam zamiaru doprowadzić  do wypadku.  Jedziemy z misją ratunkową, mam 

nadzieję, że pamiętasz? Co poczęłaby Jasmine, gdybyśmy wylądowali w rowie?

Przygryzła wargę. Jeszcze nigdy w życiu nie była równie zazdrosna o inną kobietę, 

lecz jednocześnie wiedziała, że wzmianka o Jasmine mogła zachęcić go do podjęcia próby 

udowodnienia, że się nią nie interesuje. Tymczasem Samantha nie chciała, żeby całował ją 

tylko z tego powodu. W ogóle nie chciała, żeby ją całował!

- Nie powiedziałaś mi, gdzie zniknęłaś wczoraj wieczorem - powiedział po chwili.

- Razem z szefem kuchni pojechałam na pogotowie weterynaryjne. Facet był niemal 

równie wstrząśnięty, jak biedny choux - fleur i potrzebował wsparcia moralnego.

- A ty postanowiłaś z nim jechać, bo nie znosisz psów?

- Niech będzie, lubię psy - przyznała. - Po moim domu zwykle włóczy się pięć lub 

sześć. Jestem członkiem organizacji, która się nimi zajmuje.

- Co robisz w wolnym czasie?

- Stanie przed aparatami fotograficznymi i strojenie min nie jest aż tak angażujące - 

oznajmiła pogodnie. - Poza tym ustaliliśmy już, że piję alkohol, jem czerwone mięso, lubię 

psy i popełniam tysiąc innych grzechów.

- Poważnie? Wymień jakiś.

- Łatwo się irytuję, kiedy obcy mężczyźni zadają mi pytania.

- Już nie jestem obcy. - Niebo przeszyła jeszcze jedna, niepokojąco bliska błyskawica. 

- Powiesz mi dokładniej, dokąd jedziemy?

- Do pięknego domku w górach. Aaron uprawia tam seks.

background image

- Poważnie? Kiedy uprawiałaś seks z Aaronem?

- Nigdy! - Przeszył ją dreszcz na samą myśl o mięsistych paluchach dotykających jej 

ciała. - W zeszłym roku pojechałam tam z Jasmine na piknik z okazji Święta Niepodległości.

- I wciąż pamiętasz drogę?

- Mam dobrą orientację w terenie, nigdy się nie gubię.

Gideon milczał. Gdy w samochodzie zrobiło się ciemno, zdjął okulary, lecz ani na 

moment nie odrywał wzroku od jezdni. Samantha musiała przyznać, że jego oczy były równie 

niepokojąco ładne, jak usta.

Deszcz   jednostajnie   bębnił   o   samochód,   a   pod   oponami   szumiała   mokra   droga. 

Powieki Samanthy zaczęły opadać. Musiała odzyskać czujność, lecz miała za sobą długą i 

ciężką noc, a Rags obudził ją wcześnie rano. Nic dziwnego, że zapragnęła skorzystać z okazji 

i uciąć sobie drzemkę.

- Śmiało   - zachęcił   ją  Gideon.  - Przy  takiej  pogodzie  musimy  jechać  wolniej.  Na 

miejsce dotrzemy dopiero za jakieś dwie godziny. W tym czasie możesz się przespać.

Chciała go spytać, skąd wie, ile czasu będą jechali do domku w górach. Skąd wiedział, 

że będzie padało. Była jednak zbyt zmęczona na prowadzenie rozmowy.

- Dobrze - mruknęła sennie i oparła głowę o drzwi. - Mam nadzieję, że nie chrapię.

- Nie wiesz tego? Któryś z twoich kochanków z pewnością by ci to powiedział.

Któryś z kochanków? Nie była aż tak senna, żeby niechcący wyjawić prawdę. Zresztą 

i tak by jej nie uwierzył.

- Wszyscy moi kochankowie najwyraźniej byli zbyt uprzejmi, by w ogóle poruszyć 

ten temat - wymamrotała i ziewnęła, poprawiając się na fotelu.

- To miło. Nie ma nic przyjemniejszego niż kulturalny partner.

Powinna   była   odpowiedzieć,   lecz  już   prawie   spała.   Wiedziała,   że   przyśnią   się   jej 

niebezpieczne pocałunki.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

- Wątpię, by ktoś tam był. Możliwe również, że skręciłem w niewłaściwą drogę.

Samantha   obudziła   się   nagle.   Gideon   zatrzymał   mercedesa.   Światło   reflektorów 

rozświetlało mrok i deszcz, widzieli niewyraźne zarysy domu z bali.

- Dojechaliśmy   na   miejsce   -   oznajmiła,   otwierając   drzwi.   Rzuciła   się   pędem   ku 

domowi,   do   środka   wbiegła   kompletnie   przemoczona.   Drzwi   były   otwarte,   a   dzięki 

reflektorom samochodowym bez trudu zlokalizowała włącznik światła. Nacisnęła przycisk, 

ale w mrocznym domu nie zabłysła ani jedna żarówka.

- Prąd jest wyłączony! - zawołała przez ramię. Gideon stał tuż za jej plecami. Wyszedł 

z samochodu, nie gasząc silnika.

- Wobec tego poszukajmy Jasmine i wynośmy się stąd - zasugerował. - Nawierzchnia 

zaczyna rozmiękać, a do tego miejsca chyba nie prowadzi inna droga.

- To prawda. - W świetle reflektorów Samantha dostrzegła notatnik na drewnianym 

blacie. - Niech mnie wszyscy diabli - zaklęła, pobieżnie przeglądając bazgroły Jasmine. - 

Spóźniliśmy się. Odjechała.  Najwyraźniej  pogodziła się z Aaronem i oboje  wyruszyli  do 

Cancun, żeby wziąć ślub! - Rzuciła notatnik na blat. - Nie mogę uwierzyć, że jest aż tak 

łatwowierna!

- Chwilowo   to   nasze   najmniejsze   zmartwienie.   Też   powinniśmy   się   stąd   wynosić. 

Zatrzymamy   się   na   kolację   w   drodze   powrotnej.   Tym   razem   będziesz   mogła   zjeść   cały 

befsztyk i wypić tyle piwa, ile zechcesz.

- Tak   ci   się   tylko   wydaje   -   mruknęła.   -   Moje   idealne   ciało   wymaga   starannej 

pielęgnacji. Innymi słowy, tygodniowo przysługuje mi tylko jedno piwo i już wyczerpałam 

swój limit. A befsztyk jest tuczący.

- Twoje idealne ciało? Kwestia gustu. Gdyby ktoś mnie pytał o zdanie, mogłabyś się 

nieco podtuczyć.

- Od razu widać, że znasz drogę do serca dziewczyny - prychnęła ironicznie. - Poza 

tym nie przypominam sobie, żebym cię o to pytała. Moje ciało to narzędzie pracy, i taki mam 

do niego stosunek. Po prostu musi być zadbane i sprawne.

- Narzędzie pracy, mówisz? A jak je nagradzasz?

- Nagrody są dopuszczalne, choć ograniczone, bo tuczą. Będę jeszcze miała  sporo 

czasu na rozkosze podniebienia, kiedy moje pięć minut sławy dobiegnie końca.

- Nie mówiłem o jedzeniu. Od seksu się nie tyje.

background image

W pomieszczeniu było zbyt ciemno, aby w pełni odczuł siłę jej lodowatego spojrzenia, 

więc puściła jego komentarz mimo uszu.

- Porozmawiamy   o   kolacji,   kiedy   będziemy   w   drodze   -   oświadczyła,   usiłując 

opanować dreszcze. W pokoju panował przenikliwy chłód.

- Nie mówiliśmy o jedzeniu - przypomniał, idąc za nią na deszcz.

Natychmiast po wejściu do samochodu nastawił ogrzewanie na najwyższy poziom, 

potem wrzucił  wsteczny bieg  i pojechał tyłem  wąską drogą, sprawnie omijając dziury w 

nawierzchni.   Samanthę   oblała   fala   rozkosznego   ciepła.   Dziewczyna   właśnie   przestawała 

drżeć, kiedy pojazd nagle się zatrzymał.

- Co się stało? - wykrzyknęła, choć od razu zrozumiała, w czym rzecz. Drogę przed 

nimi przecinał szeroki strumień rwącej wody.

- Koniec podróży.

Wpatrywała się w miejsce, które do niedawna było drogą.

- Dlaczego   nie   możesz   jeździć   wielką   terenówką,   jak   reszta   mieszkańców   Los 

Angeles? - spytała z goryczą.

- Przez taki potok przejechałbym tylko czołgiem - mruknął i znowu wrzucił wsteczny 

bieg.  - Ty zresztą   również.   Nie wiesz,  że  nigdy  nie  wolno  wjeżdżać  w  taką   wodę?  Nie 

wiadomo, co się pod nią kryje. Nie mam ochoty cię zabić.

- Nie martwisz się o własną skórę?

- Niespecjalnie. - Uśmiechnął się enigmatycznie.

- Uważasz, że czuwa nad tobą twój prywatny anioł stróż?

Tym razem się zaśmiał.

- Można tak to ująć. Ma na imię Ralph.

- Kto daje swojemu aniołowi stróżowi na imię Ralph?

W milczeniu podjechał pod dom.

- Zostań w samochodzie, a ja poszukam świec.

Samantha miała fatalny humor. Myśl o spędzeniu nocy w miłosnym gniazdku Aarona, 

w towarzystwie Gideona Hyde’a, napełniła ją dziwnym niepokojem.

- Ani myślę. - Wyskoczyła z samochodu, wyprzedzając towarzysza.

Zanim dotarł za nią do domu, zdążyła przetrząsnąć większość szuflad w kuchni. Nie 

znalazła w nich nic godnego uwagi. Gideon wszedł za nią, oświetlony od tyłu reflektorami 

mercedesa, nadal skierowanymi na okna. Cała sytuacja wydawała się osobliwa. Nagle światła 

samochodu zgasły, a dom pogrążył się w ciemnościach.

- Do diabła - usłyszała głos z mroku. - Myślałem, że automatyczny wyłącznik świateł 

background image

uruchamia się później. Znalazłaś świece?

Głos Gideona był coraz bliżej, a Samantha wpadła w popłoch. Usiłowała odejść, nie 

stać mu na drodze, a tymczasem w następnej chwili zderzyła się z jego twardym ciałem. 

Znieruchomiała, gdy złapał ją za ręce. Czuła ciepło jego skóry i miała wrażenie, że jej serce 

zaraz wyskoczy z piersi. Krew pulsowała w jej żyłach, miała dreszcze. Zapewne ogarnął ją 

strach, choć wiedziała, że nie ma się czego obawiać. Nie zamierzał jej skrzywdzić.

Nerwowo wyrwała się z jego uścisku. Gideon jej nie powstrzymywał.

- Nie wierzę, żeby Aaron nie miał ani jednej świecy w całym domu - wymamrotała, po 

omacku   usiłując   wydostać   się   z   kuchni.   -   To   jego   miłosne   gniazdko.   Kiedy   tu   ostatnio 

przyjechałam, wszystko było przygotowane na miłosny wieczór.

Jeszcze nie zdążyła dokończyć zdania, a już miała ochotę wymierzyć sobie kopniaka. 

Nie potrafiła opędzić się od natrętnych myśli o seksie.

- Wobec tego pewnie szukamy w nieodpowiednim miejscu - odparł spokojnie Gideon. 

Usłyszała trzask zapalniczki i w jego dłoni pojawił się mały płomień. - Może przejrzymy 

pokoje?

- Palisz?

- Już nie - odparł lekko rozbawiony. Jego sposób mówienia był zarazem irytujący i 

atrakcyjny. Jeszcze nie miała pewności, czy lubi tego mężczyznę, czy też powinna raczej 

traktować go jak resztę znanych sobie mężczyzn. Nie, on się jednak od nich różnił. To, co do 

niego czuła, wydawało się o wiele bardziej skomplikowane, a ona nie była w nastroju na 

rozwikływanie skomplikowanych problemów.

Gideon   pierwszy   znalazł   świece,   i   to   od   razu   całą   furę:   stały   we   wszystkich 

dostępnych   miejscach   w   pokojach.   Gdy   je   pozapalał,   środek   pokoju   był   pełen   ciepłego 

światła, za to w kątach nadal czaiły się ciemności.

- Proszę bardzo! - obwieścił triumfalnie i ponownie spojrzał na Samanthę. - Wszystko 

gotowe na miłosny wieczór.

- Jestem innego zdania - mruknęła wyniośle.

- Zmarzłaś.   Nie   chcę   nic   sugerować,   lecz   powinnaś   chyba   znaleźć   jakieś   suche 

ubranie.   Ja   w   tym   czasie   rozpalę   w   kominku.   Jestem   gorącym   entuzjastą   mokrych 

podkoszulków, lecz ty drżysz.

Z przerażeniem opuściła wzrok. Nawet w tym świetle wyraźnie widziała zarys swoich 

drobnych  piersi, opiętych cienką i wilgotną bawełną. Równie dobrze mogłaby paradować 

nago.

Machinalnie   skrzyżowała   ręce,   ukrywając   piersi.   Jednocześnie   ze   zdumieniem 

background image

poczuła,   że   ma   ochotę   ściągnąć   podkoszulek   przez   głowę   i   cisnąć   nim   w   Gideona.   Z 

pewnością nie odkryłaby więcej niż do tej pory, a myśl o jego wstrząśniętej minie wydawała 

się   kusząca.   Samantha   była   przyzwyczajona   do   nagości,   już   od   dawna   pracowała   jako 

modelka,   lecz   rozebranie   się   przed   wyraźnie   zainteresowanym   seksualnie   mężczyzną   to 

zupełnie inna sprawa.

Gideon rzeczywiście sprawiał wrażenie zainteresowanego. Nawet jeśli żywiła co do 

tego jakieś wątpliwości, pozbyła się ich w samochodzie, kiedy ją pocałował. Nie kłamał: nie 

był zainteresowany Jasmine.

Pospiesznie chwyciła jedną ze świec zapachowych.

- Idę   na   górę,   może   tam   znajdę   jakieś   ubrania.   Znając   Aarona   podejrzewam,   że 

zaopatrzył się we wszystkie rozmiary najrozmaitszej bielizny erotycznej, żeby mieć w co 

stroić przyjaciółki.

- Obiecanki cacanki - mruknął.

Większą część domku z cedru i ze szkła zajmował duży pokój gościnny na dole, na 

górze znajdowała się spora sypialnia. Panowały tam egipskie ciemności i polarny chłód, lecz 

bez większego trudu zlokalizowała jeden ze zbyt dużych podkoszulków Aarona oraz parę 

szortów gimnastycznych. Mokre ubranie cisnęła na podłogę, w prezencie dla Aarona, żeby 

mógł sobie pofantazjować, kiedy następnym razem przyjedzie do chaty.

Nie wątpiła, że wróci, i to bez Jasmine. Ten związek od samego początku nie miał 

szans, lecz żadne argumenty Samanthy nie docierały do jej zaślepionej przyjaciółki.

Kiedy zeszła  do pokoju  gościnnego, Gideon  zdążył  już  rozpalić ogień  w  wielkim 

kamiennym kominku, od którego bił łagodny, ciepły blask.

- Sprawdziłeś telefon? - spytała, przysuwając się do ognia.

- Nie ma sygnału. Poza tym jesteśmy poza zasięgiem sieci komórkowej. Sam, spójrz 

prawdzie w oczy: utknęliśmy tu na noc.

Nie   przypadło   jej   do   gustu,   że   nazywa   ją   Sam.   W   ten   sposób   starał   się   z   nią 

zaprzyjaźnić, a przecież ona chciała, by pozostał dla niej kimś obcym.

- A jutro?

- Jeśli droga wciąż będzie zalana i nikt nie przyjedzie, wybierzemy się na dłuższy 

spacer za dnia. Deszcz musi w końcu przestać padać.

- Mam   nadzieję   -   mruknęła.   -   Późno   się   zrobiło,   chyba   pora   spać.   Na   górze   jest 

sypialnia, jeśli chcesz, możesz się tam położyć.

- To propozycja?

- Chyba już śnisz.

background image

Rozpiął   czarną   koszulę   i   wyciągnął   ją   ze   spodni.   Samantha   na   moment   wbiła 

spojrzenie w jego tors. Miał gładką, piękną skórę, był wąski w pasie, a jego mięśnie brzucha 

prężyły się nad jedwabiem spodni.

Gwałtownie odwróciła wzrok.

- Na górze są jeszcze podkoszulki, jeśli ci zimno - powiedziała.

- Wyglądam na zmarzniętego? W moich stronach jest bardzo gorąco, więc rozkoszuję 

się chłodem przy każdej okazji.

- W Seattle jest gorąco?

- Niedaleko Seattle. W gruncie rzeczy ten ogień jest dla mnie zbyt ciepły.

- Na litość boską, czemu więc go rozpaliłeś?

- Na litość boską, bo marzłaś - odparł, przedrzeźniając ją. - Gdzie chcesz spać?

- Wszędzie, byle nie z tobą.

- Nie przypominam sobie, żebym cię o to prosił - zauważył spokojnie. Odsunął się od 

kominka. W prawej dłoni trzymał szklaneczkę brandy, którą wyciągnął ku Samancie. - Nie 

ma tu nic do jedzenia, za to barek jest całkiem przyzwoicie zaopatrzony. To dla ciebie.

Nawet nie drgnęła.

- Już mówiłam, że wyczerpałam swój tygodniowy limit...

Bezceremonialnie złapał ją za nadgarstek i wsunął szklankę do jej dłoni. Nie kłamał: 

jego skóra była ciepła, wręcz gorąca, zwłaszcza w zetknięciu z jej wychłodzonym ciałem.

- Nie jadłaś kolacji. Bilans wyjdzie na zero.

Ponownie znalazł się zbyt blisko. Samantha odniosła wrażenie, że temperatura jej krwi 

niebezpiecznie zbliża się do punktu wrzenia. Nigdy wcześniej nie czuła nic podobnego.

Tymczasem   Gideon   zrobił   krok   do   tyłu.   Oddech   dziewczyny   powoli   wracał   do 

normalnego   rytmu.   Wypiła   nawet   łyk   brandy,   delektując   się   przyjemnym   ciepłem, 

spływającym po jej gardle. Poczucie zagrożenia zniknęło.

- Będę spała tutaj - zadecydowała. - To rozkładana sofa. Aaron lubi być przygotowany 

na każdą ewentualność. Ty kładź się, gdzie chcesz.

Jak zwykle za późno uświadomiła sobie, że niefortunnie dobrała słowa. Zamarła w 

oczekiwaniu na jego deklarację, iż chce się położyć u jej boku.

Gideon nie powiedział jednak ani słowa, tylko  sięgnął po szklankę i usiadł przed 

kominkiem. Samantha rozłożyła sofę i rzuciła dwie poduszki na wezgłowie.

- Zaproponowałbym   ci   pomoc,   ale   wiem,   jak   byś   zareagowała   -   wyjaśnił   i   upił 

odrobinę alkoholu. - Jeżeli jednak jest coś, co mógłbym dla ciebie zrobić, daj mi znać.

Żebyś   się   nie   zdziwił,   pomyślała.   Powinna   była   przynieść   z   sypialni   koc,   lecz 

background image

wcześniej nie przyszło jej to do głowy. Postanowiła o tym nie myśleć: im szybciej zamknie 

oczy  i  odpłynie  w  sen,  tym   bezpieczniej   się  poczuje.  Zresztą   ogień  w  kominku  wkrótce 

rozgrzeje cały pokój, a ona już nie drżała z zimna.

Mruknęła coś nieartykułowanego i wyciągnęła się na sofie. Postanowiła nie zadręczać 

się niepotrzebnymi przemyśleniami. Nie miała przecież powodu myśleć o nim. O dziwnym 

skurczu w brzuchu, o łaskotaniu na skórze, o jego gładkim, złocistym torsie. Nie zamierzała 

też   wspominać   dotyku   jego   ust.   Po   prostu   zaśnie,   a   jeśli   jej   dopisze   szczęście,   zacznie 

chrapać.

Odetchnęła głęboko, usiłując się odprężyć. Gdy zasypiała, mimowolnie dotknęła ust 

palcami, tam, gdzie ją pocałował. Po chwili odpłynęła w sen.

- I co?

Gideon odwrócił wzrok od ognia. Sam nie wiedział, dlaczego jest nim tak bardzo 

zafascynowany. W końcu odkąd sięgał pamięcią, otaczały go płomienie i ogień.

Popatrzył na Ralpha, który przysiadł na skraju sofy, tuż obok głowy śpiącej Samanthy. 

Diabeł miał na sobie szkarłatny strój biskupa, a na nosie okulary w grubych oprawkach, z 

jednym   czarnym   szkłem,   na   głowie   postawione   na   sztorc   blond   włosy.   Nawet   niezbyt 

spostrzegawczy obserwator od razu zauważyłby liczne kolczyki we wszystkich możliwych 

miejscach na ciele.

- Sprecyzuj pytanie. - Gideon usiłował skoncentrować uwagę na swoim prześladowcy. 

Wygląd   Ralpha   nie   przestawał   go   zdumiewać,   lecz   w   gruncie   rzeczy   bezpieczniej   było 

patrzeć na szatana niż na śpiącą Samanthę.

- Jesteś na miejscu, masz ją jak na tacy. Bierz się do roboty, i tyle.

- Romantyk z ciebie - parsknął Gideon. - Nie.

- Jak to: nie?

- Tak to. Nie zrobię tego.

- Nie żartuj sobie. Przecież wiem, że jest w twoim typie. Wszystkie kobiety są w 

twoim typie.

- Zmieniłem   się.   Pobyt   w   piekle   odmienia   mężczyznę.   Rozsmakowałem   się   w 

celibacie.

- Lepiej się rozsmakuj w Samancie, i to już.

- Bo co, zmusisz mnie? - warknął.

Fioletowa   z   wściekłości   twarz   Ralpha   nie   pasowała   kolorystycznie   do   czerwonej 

sutanny.

- Co się z tobą dzieje? Nie udawaj, że jej nie pragniesz, dobrze wiem, co czujesz. No 

background image

jazda, bierz się do dzieła.

- Przykro mi, ale musisz poszukać kogoś innego na moje miejsce. To nie powinno być 

trudne. Wystarczy, że rozkochasz ją w pierwszym lepszym mężczyźnie, a reszta pójdzie jak z 

płatka.

- Gdyby to było takie proste, w ogóle bym cię nie potrzebował. Potrafię zmieniać 

pogodę, podpalać to i owo, tego typu sprawy. Nie umiem jednak wpływać na ludzkie emocje. 

Dlatego ty tutaj jesteś.

- Niestety. - Wyciągnął ręce tak, jakby prosił, by go skuć kajdankami. - Zabierz mnie z 

powrotem do więzienia. Nie kochałem się z nią.

- Och, do diabła ciężkiego! - burknął Ralph, a Gideon uśmiechnął się z przymusem. - 

Dobrze wiem, co zrobiłeś! Najzwyczajniej zakochałeś się w niej, przyznaj się. Naprawdę 

musiałeś?   Za   życia   uwodziłeś   każdą   kobietę,   która   ci   wpadła   w   oko,   lecz  nigdy  się   nie 

zakochałeś. Dlaczego właśnie teraz postąpiłeś inaczej? Przecież liczę na ciebie!

Gideon rozważał możliwość zaprzeczenia, lecz tylko wzruszył ramionami.

- Może masz rację - mruknął po chwili. - Szczęście ci nie dopisało. Możesz wysłać 

mnie na czterysta sześćdziesiąty ósmy poziom piekła, ale nie zmusisz mnie do zrobienia jej 

krzywdy. Podeślij jej kogoś, w kim się zakocha.

- Już   to   zrobiłem   -   wycedził   ponuro   Ralph.   -   Mimowolnie.   Miałeś   przecież   tylko 

pozbawić ją dziewictwa. Spłataliście mi niezłego figla. Nie chciałem, żebyście się w sobie 

zakochiwali,   mieliście   rzucić   się   na   siebie   i   parzyć   jak   króliki.   -   Wbił   oskarżycielskie 

spojrzenie w niebo. - To Twoja sprawka, prawda? Zawsze psujesz mi rozrywkę.

- Co ty wygadujesz?

- Tylko   to,  że   ona  cię   kocha.  Czasami  wszystko  rozgrywa  się  błyskawicznie.   Nie 

śpieszyła się i zapewne dojrzała, by pokochać odpowiedniego mężczyznę, a gdy na niego 

trafiła, od razu zapałała do niego uczuciem. - Zdrowym okiem zerknął na Gideona. - Dojrzała 

- powtórzył. - Czeka na ciebie. Leży tam piękna kobieta o długich zgrabnych nogach, wilgot-

nych ustach...

- Daj sobie spokój. Nie złapiesz mnie na swoje nędzne sztuczki.

Ralph westchnął.

- Chyba masz rację. Ale ona to co innego. - Wyciągnął rękę, żeby chwycić Samanthę 

za ramię i nią potrząsnąć, lecz jego dłoń tylko gładko przeszła przez ciało dziewczyny. Nawet 

nie drgnęła. - Do diabła - prychnął.

Gideon wybuchnął śmiechem.

- Ciężka sprawa. Lepiej daj sobie spokój. Ona jest odporna na twoje podszepty, dzięki 

background image

Bogu.

- Dzięki Bogu - powtórzył zirytowany Ralph. - Masz jeszcze dwanaście godzin.

- Nic mi po twoich dwunastu godzinach. Zabierz mnie teraz. Mam już dość.

Ralph niespodziewanie się rozpogodził.

- Zobaczymy - syknął tylko i znikł.

Gideon odchylił się na bujanym fotelu, nie odrywając wzroku od ognia, a tymczasem 

Samantha   smacznie   spała,   nieświadoma   obecności   diabła,   który   czaił   się   u   wezgłowia. 

Gideon  nie   sądził,  że   dziewczyna  wykaże   taką  siłę  woli.  Ralph   nie   potrafił  wpływać   na 

emocje, lecz świetnie umiał mieszać ludziom w głowach. Gideon w ogóle mu nie wierzył: 

Samantha traktowała go tak samo jak Aarona. Był dla niej zwykłym natrętem i świetnie się 

bawiła, pokazując mu, gdzie jego miejsce.

Przez chwilę było jednak inaczej, wtedy, gdy ją pocałował. Zapewne to ją solidnie 

oszołomiło, choć nie tak, jak jego. Pocałunek z Samanthą okazał się najbardziej erotycznym 

doświadczeniem w jego życiu.

Postanowił, że jakoś wytrzyma te dwanaście godzin. Samantha i tak większość z nich 

prześpi, a resztę spędzą na wędrówce w poszukiwaniu oznak cywilizacji.

Czy faktycznie pokochał tę dziewczynę? Było to mało prawdopodobne, chociaż nie 

dawało się wykluczyć. Gdyby się w niej zakochał, dołożyłby jeszcze jeden płomyk do ognia 

wiecznego potępienia.

Popatrzył na nią, na jej twarz bez makijażu, włosy rozrzucone po sofie, długie nogi. 

Nie zamierzał spać - był zbyt rozgorączkowany. Mógł spędzić całą noc, wpatrując się w twarz 

tej dziewczyny, lecz nie chciał przesadzić. Po co kusić złego? Wpatrzony w ogień, kołysał się 

i rozmyślał o wiecznym potępieniu.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Śniła o jego dłoniach na swoim ciele. Śniła o jego ustach i o pocałunkach. Śniła o nim 

i o diable, który przysiadł na brzegu jej sofy i nakazał mu iść z nią do łóżka. Śniła, że Gideon 

mu się sprzeciwił.

Drgnęła niespokojnie, zarazem rozpalona i zmarznięta. Obudziła się ze snu, ale o nim 

nie   zapomniała.   Gideon   był   jej   potrzebny.   Zupełnie   nie   rozumiała,   dlaczego,   lecz 

potrzebowała go i pragnęła.

Zawsze zakładała, że w końcu nadejdzie chwila, kiedy zapragnie uprawiać z kimś 

miłość. Prędzej czy później musiał pojawić się odpowiedni mężczyzna, zwrócić na nią uwagę, 

a może nawet ją poślubić, nim w końcu trafią do łóżka.

Tymczasem to ona była teraz gotowa - wbrew zdrowemu rozsądkowi, wbrew logice, 

prawie pokochała obcego człowieka.

Pragnęło go jej serce. Choć był obcy, chciała, by leżał obok niej. Po raz pierwszy w 

życiu zamierzała zignorować podszepty rozsądku.

Otworzyła oczy. Deszcz nadal lał, a ona przez chwilę zastanawiała się, czy dom na 

pewno jest wystarczająco solidny, by zagwarantować im bezpieczeństwo. Błoto często się 

osuwało w tych okolicach i przy takiej pogodzie. Istniało niebezpieczeństwo, że masy ziemi 

mogą porwać dom. Ta perspektywa powinna przerazić Samanthę, lecz z niezrozumiałych 

przyczyn dziewczyna odniosła się do niej obojętnie.

Gideon   jeszcze   nie   spał.   Siedział   przed   kominkiem,   wpatrzony   w   dogasające 

płomienie.   W   pokoju   zrobiło   się   ciepło.   Gideon   zdmuchnął   część   świec;   Samantha 

dostrzegała złocistą poświatę ognia na jego gładkiej skórze, na płaskim brzuchu. Zamknęła 

oczy, usiłując skoncentrować się na czym innym.

- Nie znam cię - szepnęła. - Nic o tobie nie wiem.

Nawet się nie odwrócił.

- Śpij, Sam - mruknął.

Uniosła się nieco, odgarniając włosy z twarzy. Nieraz spotykała się z mężczyznami - 

dobrymi mężczyznami - którzy wyłazili ze skóry, żeby pójść z nią do łóżka, lecz ona nigdy 

nie   wyraziła   na   to   zgody.   Opierała   się   dobrym   kumplom   i   złym   facetom,   uroczym 

młodzieńcom i starym tyranom, małym, dużym, silnym, słabym.

Gdyby jednak Gideon zechciał ruszyć się ze swojego miejsca na bujanym fotelu, z 

pewnością by mu nie odmówiła.

background image

Nie zechciał. Może zafascynował ją właśnie dlatego, że jej nie chciał?

Przyklękła, patrząc na jego twarz, na której tańczyły złociste refleksy. Nagle odwrócił 

się do niej. Na jego pociągłej, pięknej twarzy widniał smutek i żal. Skąd się tam wzięły?

- To niedobry pomysł - westchnął.

- Jaki pomysł?

Wstał z fotela i podszedł do niej powoli. Samantha leżała na środku sofy, lecz on tylko 

przysiadł na skraju materaca i ujął jej twarz w swoje dłonie.

- To bardzo niedobry pomysł - powtórzył szeptem i pocałował ją w usta.

Kiedy   ich   wargi   się   zetknęły,   Samantha   poczuła,   jak   jej   ciało   ożywa.   Gideon 

przysunął się bliżej, niemal do niej przywierając, lecz tylko ją całował. Nie musiał robić nic 

więcej.   Zamknęła   oczy   i  odwzajemniła   jego   pocałunek,  wczuwając   się   w   ciemną,   ciepłą 

przestrzeń jego ust, jego języka.

Nawet sobie nie uświadomiła, że oparła dłonie na jego ramionach, twardych barkach 

pod gładką koszulą. Przywarła do niego, nie przestając go całować.

W pewnej chwili odsunął się i wziął ją za rękę. Dostrzegła napięcie w jego twarzy, 

wyczuła gwałtowne bicie serca.

- Robię coś niewłaściwie? - zaniepokoiła się. - Nigdy wcześniej nie próbowałam...

Nie wyglądał na zdumionego.

- Sam, nie rób tego teraz. Zaczekaj, aż się w kimś zakochasz.

Nie wiedziała, skąd płyną jej słowa.

- To się już stało - zamruczała i ponownie go pocałowała.

Pogłaskał jej dłonie, odsuwając ją lekko od siebie, lecz natrafił na opór. Jego ciało 

przeszył dreszcz. Nie miała pojęcia, czy to dobrze, czy źle, ale nic jej to nie obchodziło. 

Gideon chwycił skraj jej podkoszulka i szybko go z niej ściągnął, a następnie cisnął w kąt 

pokoju.

Po raz pierwszy w życiu ogarnęło ją zakłopotanie. Zawsze była dumna ze swego ciała 

i nigdy nie zastanawiała się nad jego mankamentami, teraz jednak nabrała wątpliwości.

- Mam za małe piersi - oznajmiła, na co on wybuchnął śmiechem, objął ją w talii i 

mocno przytulił.

Skóra Gideona była gładsza niż jedwab jego koszuli. Samantha bez wahania zdjęła z 

niego ubranie, napawając się zapachem mężczyzny.

Położyła  się na plecach, a on ściągnął z niej workowate szorty. Leżała przed nim 

niemal całkiem naga, ubrana wyłącznie w czarne, koronkowe figi, które zdjął z niej po chwili. 

Następnie położył  się na dziewczynie, odgrodzony od niej wyłącznie cienkim materiałem 

background image

spodni.

Zadrżała, gdy pocałował ją w szyję i ugryzł w ucho. Dotknął językiem jej małej piersi, 

a Samantha krzyknęła. Czuła, jak jej ciało płonie.

Przesunęła palcami po jego gęstych, jedwabistych włosach i wtuliła w nie twarz, by 

nacieszyć się ich wonią.

Coś twardego uciskało jej brzuch. Dotknęła tego dłonią, sądząc, że to sprzączka jego 

paska, lecz on już rozpiął pasek i górny guzik spodni. Nerwowo cofnęła rękę, ale Gideon 

złapał ją za przegub.

Nadszedł czas, by wpadła w panikę, by zmieniła zdanie, nim będzie za późno. Bez 

wątpienia nie zaprotestowałby. Nawet nie zakląłby,  jak to się zdarzało innym:  po prostu 

cofnąłby się i ponownie usiadł na fotelu przed kominkiem.

Wiedziała, że tego by nie zniosła. Dotknęła go przez miękką tkaninę, przesunęła tam 

palcami, a on drgnął i stwardniał jeszcze bardziej. Uświadomiła sobie, że to zrobi. Nic nie 

mogło jej skłonić do zmiany zdania.

Te pieszczoty sprawiały jej  przyjemność.  Musnęła  palcami  jego brzuch, a Gideon 

jęknął, kładąc się na plecach obok niej. Pochyliła się nad nim i dotknęła ręką jego płaskiego 

brzucha. Sutki mężczyzny przypominały twarde dyski na złocistej klatce piersiowej; polizała 

jeden   z   nich,   czując,   jak   twardnieje   przy   jej   ustach.   Gideon   głośno   wciągnął   do   płuc 

powietrze, złapał ją za rękę i zawahał się, zanim wsunął ją sobie w spodnie. Poczuła cudowną, 

gorącą i ciężką erekcję.

- Rozepnij spodnie - nakazała i ponownie skupiła uwagę na jego torsie.

Uwolnił się od zbędnego ubrania, ściągając je za pomocą kilku gwałtownych ruchów 

nóg. Choć sama mu to nakazała, nagle straciła pewność siebie. Może jednak nie powinien się 

rozbierać?   Teraz   jednak   było   już   za   późno.   Poczuła   w   dłoni   jego   jedwabistą   gładkość   i 

stalową twardość. Zapragnęła zbliżyć do niej usta, by posmakować mężczyzny.

Ledwie jednak musnęła go wargami, Gideon się cofnął, odpychając ją od siebie.

- Nie - zachrypiał. - Za dużo czasu minęło... To się skończy... - Nagle znieruchomiał. - 

Chyba że zmienisz zdanie. Nie musisz robić nic, na co nie masz ochoty.

Spojrzała na niego spod zasłony gęstych włosów.

- Czy chcesz, żebym... pocałowała cię tam?

Jego twarz drgnęła, jakby przeszył ją spazm bólu.

- Nie teraz - wydusił. - Później. Kiedy już do tego przywykniesz.

Sama nie wiedziała, czemu ta myśl nagle ją uszczęśliwiła.

- W porządku - przytaknęła i przysunęła usta do jego warg.

background image

Pchnął ją na materac i pochylił się nad nią, głaszcząc dłonią jej aksamitny brzuch. 

Wiedziała, do czego zmierza i znieruchomiała instynktownie, gdy jego palce podążyły niżej.

- Nie   musimy   tego   robić   -   wyszeptał,   pochylony   nad   jej   uchem.   -   Właściwie   nie 

powinniśmy tego robić. Powiedz, że nie.

Odwróciła głowę, by pocałować go w usta.

- Tak - zamruczała.

Dotknął jej uda.

- Nie wiem, co słyszałaś, lecz nic nam z tego nie wyjdzie, jeśli będziesz zaciskała 

nogi. To nie boli, odpręż się.

Odprężyła   się, a  on  wsunął  rękę  między  jej  uda.  Odetchnęła   głęboko  i  ponownie 

stężała, lecz Gideon był silniejszy.

- Powiedz, że nie - powtórzył, dotykając ją.

- Tak - szepnęła, kiedy wsuwał w nią swoje długie palce. Wyprężyła się i poddała 

całkiem nowemu doznaniu. Rozkosz stawała się coraz bardziej intensywna, coraz głębsza. 

Gideon doskonale wiedział, jak ją dotykać, kiedy okazać delikatność, a kiedy stanowczość. 

Samantha oddychała coraz szybciej i gwałtowniej, jej ciało przeszywały dreszcze, lecz tym 

razem nie miały one związku z chłodem.

Powinna wiedzieć, co się zdarzy, lecz najwyższa rozkosz nadpłynęła bez ostrzeżenia i 

z taką siłą, że Samantha krzyknęła, potem jeszcze raz i jeszcze, ogarnięta ekstazą, jakiej nigdy 

w życiu nie doświadczyła. Tak bardzo zatraciła się w tych doznaniach, że nie zauważyła, 

kiedy Gideon odsunął się od niej i cofnął rękę.

Dopiero po chwili zorientowała się, że wstał z sofy.

- Wystarczy - oznajmił łamiącym się głosem.

Była   jednak   szybsza.   Rzuciła   się   na   niego   i   oboje   opadli   na   materac,   spleceni   w 

miłosnym uścisku. W następnym momencie Gideon leżał na niej, a ona obejmowała udami 

jego biodra. Przyciskał ją coraz mocniej i wbijał się w nią. Wyczuwała, jak bardzo pragnie ją 

posiąść, a sama marzyła o tym, by raz jeszcze eksplodować, tym razem czując go w sobie. 

Chciała mieć wszystko.

Tymczasem  on znieruchomiał,  a  ona uświadomiła sobie,  że z pewnością  napotkał 

absurdalną barierę jej dziewictwa. Dostrzegła na jego twarzy grymas, jakby poczuł fizyczny 

ból. Najwyraźniej usiłował nad sobą zapanować, lecz nie potrafił.

- Sprawię ci ból - wymamrotał łamiącym się głosem.

- Zrób to - zażądała i wyprężyła biodra, momentalnie pokonując jego wahanie.

Wbił się w nią głęboko, rozrywając jej ostatni bastion, lecz ból, który odczuła, był 

background image

niczym w porównaniu z nieopisaną rozkoszą. Gideon opuścił głowę na jej ramię, dysząc i nie 

poruszając się.

- Za chwilę poczujesz się lepiej - zapewnił ją cicho.

Objęła dłońmi jego twarz. Jeszcze nigdy nie czuła się taka mocna, silna, spełniona.

- Już się czuję lepiej - wyznała i pogłaskała go po twarzy. - Twoja kolej, Gideon. 

Powiedz, że nie.

Odetchnął głęboko.

- Tak - wydyszał i poruszył się powoli, do przodu i do tyłu, drażniąc ją. Drażniąc 

siebie.   -   Tak   -   powtórzył.   Całował   ją   w   usta   i   kołysał   się   na   niej.   -   Tak   -   oznajmił 

zdecydowanym tonem i poruszył się szybciej, na co ona uniosła nieco nogi, by przyjąć go 

głębiej.

Oboje przestali myśleć, pozostały tylko uczucia.

Poruszali się razem, ich ciała były śliskie od potu, jaśniały w świetle ognia, kołysali 

się coraz prędzej, a gdy pomyślała, że już dłużej nie wytrzyma, on dotknął ją dłonią, mocno, 

tak jak tego pragnęła.

- Tak - wyszeptał w jej usta, kiedy dostawała konwulsji w jego ramionach. Jak przez 

mgłę   poczuła,   że   całe   jego   ciało   sztywnieje,   a   w   następnej   chwili   cała   jej   łączność   z 

rzeczywistością się zerwała, znikła w ciemnościach nocy.

Spała od chwili, w której odsunął się od niej. Na jej twarzy widniał wyraz błogiego 

zachwytu. W świetle ognia Gideon widział tylko słone ślady łez na policzkach dziewczyny. 

Wyciągnął rękę i dotknął jeszcze wilgotnego strumyka. Nie wiedział, że płakała.

Przez moment nie odrywał od niej wzroku. Zawsze najbardziej lubił kobiety, które 

potrafiły mocno spać. Dzięki temu mógł uciec przed niezręcznym i kłopotliwym porankiem. 

Miał szansę ucieczki także teraz - wystarczyło wyjść na dwór, na deszczową noc.

Gdzie, do licha, podziewał się Ralph, kiedy był naprawdę potrzebny? Wbrew własnej 

woli   Gideon   wypełnił   wydane   mu   przez   diabła   polecenie.   Nie,   właściwie   nie.   Przecież 

pragnął jej od chwili, gdy...

To nie było pożądanie od pierwszego wejrzenia. Jej elegancka, wyniosła uroda nie 

działała   na   niego   stymulująco.   Chodziło   raczej   o   wrażliwość   w   jej   jasnych   oczach.   O 

krnąbrny   wyraz   jej   ust.   O   sposób   poruszania   się,   jakby   jej   ciało   było   własnością   kogoś 

innego. Tak cudownie było ją całować. Uwielbiał, kiedy zmagała się z nim, byle postawić na 

swoim.

Nawet nie przewróciła się na drugi bok, kiedy opuszczał sofę. W kącie pokoju leżał 

koc.   Gideon   podniósł   go   i   okrył   nim   Samanthę,   przy  okazji   oglądając   ją   uważnie.   Była 

background image

całkowicie odprężona, zapewne tak, jak nigdy w życiu. Wciąż nie do końca rozumiał, jak to 

możliwe, że reagowała tak żywiołowo. Nawet się nie spodziewał, że dziewczyna tak szybko 

osiągnie   spełnienie.   Jego   doświadczenie   seksualne   i   technika   były   imponujące   -   w 

przeciwnym   razie   Ralph   nie   wysłałby   go   z   misją   -   lecz   gdyby   tylko   o   to   chodziło, 

doprowadzenie jej do szczytowania zapewne zajęłoby mu całą noc.

Rzecz jasna, nie miałby nic przeciwko temu.

Czy w podobny sposób zareagowałaby na kogoś innego? Nie ulegało wątpliwości, że 

po nim pojawią się następni. Kiedy już się przekonała, jak to jest, będzie miała zdrowszy 

stosunek do seksu. Odkryje, że jej ciało nadaje się nie tylko do pokazywania przed kamerami 

i aparatami fotograficznymi.

Gideona jednak nie będzie już przy niej. Mogła myśleć, że go kocha, a on wciąż 

obwiniał  o to Ralpha. Co zrobić - kiedy odejdzie, Samantha posmutnieje, lecz stanie się 

mądrzejsza. Przygotuje się na spotkanie z prawdziwym mężczyzną, a nie kimś jego pokroju.

Zadawał   sobie   to   pytanie   już   od   pewnego   czasu.   Kim   jest?   Duchem?   Zjawą? 

Niemiłym   psikusem   losu,  spłatanym   piękności   o   czułym   sercu?   To   nie   miało   znaczenia. 

Wkrótce pozostanie tylko wspomnieniem, a po pewnym czasie także ono się rozwieje.

Opatulił ją kocem; wyczerpana, nawet nie drgnęła. Ubrał się, gotów zająć miejsce na 

fotelu przed kominkiem, kiedy zaskoczył go nagły grzmot. Pomyślał, że pewnie już nadszedł 

jego czas.

Boso wyszedł na deszczową noc. Z nieba lały się potoki wody. Momentalnie przemókł 

do nitki, lecz nie zwracał na to uwagi. Podniósł głowę i zapatrzył się w nocne niebo.

- Gotowe! - krzyknął głosem pełnym bólu.

Odpowiedziała mu cisza. Nie zagrzmiał piorun, nie odezwały się nieziemskie głosy. 

Wokoło szumiała tylko ulewa. Padł na kolana i po raz pierwszy, od kiedy sięgał pamięcią, 

może w całym swoim zmarnowanym życiu, Gideon Hyde się rozpłakał.

Gdy Samantha otworzyła oczy,  był już ranek. Wciąż leżała na sofie, przepełniona 

dziwną satysfakcją. Po chwili przypomniała sobie, gdzie jest: znajdowała się w wiejskim 

domu   Aarona.   Leżała   nago   pod   cienkim   kocem,   rozebrana   i   uwiedziona.   Cudownie, 

wspaniale uwiedziona przez mężczyznę, którego ledwie znała.

Uważała, że miłość od pierwszego wejrzenia to zwyczajny wymysł. Głębsze uczucie 

rodzi się z przyjaźni, rozwija w sposób naturalny, a zatem kłębiące się w niej emocje nie mają 

nic wspólnego z miłością. To po prostu wykluczone.

Samantha postawiła sobie za punkt honoru nigdy nie kłamać, a w szczególności nie 

oszukiwać   samej   siebie.   Bez   względu   na   to,   jak   bardzo   irracjonalne,   niezdrowe   czy 

background image

niewiarygodne   to   było,   najwyraźniej   dokonała   rzeczy   niemożliwej.   Zakochała   się   w 

tajemniczym nieznajomym. Po tylu latach wstrzemięźliwości zdarzyło się jej coś zupełnie 

absurdalnego.

Usłyszała szum wody z prysznica i zapragnęła się umyć: była lepka od potu i czuła się 

z tym fatalnie. Pomyślała, że przyjemnie będzie wejść pod prysznic i patrzeć, jak gorąca woda 

spływa po złocistej skórze Gideona. Zresztą, powinna chyba sprawdzić, czy poprzednia noc 

była przejawem chwilowego braku rozsądku, dowodem na szaleństwo, czy też czymś zgoła 

innym.

Aaron zainstalował w łazience ogromny prysznic - właściwie była to salka wyłożona 

kafelkami,   wbudowano   tu   miejsca   siedzące,   a   na   pozłacanych   rurach   zainstalowano 

prysznice. Gideon stał pośrodku, z uniesioną głową i zamkniętymi oczami, a woda spływała 

po jego ciele, pieszcząc go niczym kochanka. Niczym język kochanki. Niczym jej łzy.

Samantha weszła do zaparowanego pomieszczenia. Gideon otworzył oczy i popatrzył 

na nią z niemal zaniepokojoną miną.

Pragnął   jej.   Nie   miał   co   do   tego   wątpliwości,   zwłaszcza   że   oboje   stali   nago   w 

strumieniach   parującej   wody.   Samantha   niemal   natychmiast   przestała   się   czymkolwiek 

przejmować. Podeszła bliżej i zarzuciła mu ręce na szyję, dzięki czemu woda spływała po 

nich obojgu. Miał wilgotne i wygłodniałe usta. Przysunęła się jeszcze bliżej, chcąc stworzyć 

jedność z jego ciałem.

Przerwał pocałunek, jedną ręką odsuwając jej twarz, lecz drugą cały czas obejmując ją 

w talii.

- To niedobry pomysł - mruknął.

Uśmiechnęła się, spoglądając mu prosto w oczy.

- Jesteś najsmutniejszym kochankiem, jakiego kiedykolwiek miałam.

- Jestem jedynym kochankiem, jakiego miałaś.

- Nie da się ukryć - przyznała. - I chcę nadrobić stracony czas. - Przesunęła dłonią po 

jego brzuchu. - Nie mów tylko, że nie masz ochoty mi pomóc.

- Z dnia na dzień zrobiłaś się bardzo namiętna.

- Zawsze   byłam   namiętna,   ale   nie   zdawałam   sobie   z   tego   sprawy   -   zamruczała, 

pochyliła się i przygryzła jego dolną wargę. Miał cudowne usta.

- Nie myślę...

- I bardzo dobrze - przerwała mu. - Nie ma takiej potrzeby.

Poczuła na plecach twardy ucisk kafelków, kiedy przywarł do niej, a następnie wszedł 

w nią, podpierając ją obydwiema rękami. Otoczyła nogami jego wąskie biodra i przyjęła go, 

background image

drżąc z rozkoszy.

Tym razem nie potrafiła się powstrzymać. Jej ciche okrzyki i słabe jęki wypełniły 

zaparowaną przestrzeń, odbijając  się echem od ścian. Gideon był  przy niej,  był w  niej i 

zabierał ją w miejsca, których istnienia nawet nie podejrzewała. Kiedy osiągnął spełnienie w 

jej wnętrzu, jego stłumiony jęk dołączył do jej okrzyków ekstazy.

Jak przez mgłę zauważyła, że jej kochanek drży i wycofuje się, opuszczając ją na 

wyłożoną kafelkami ławę. Osunęła się po ścianie. Gideon opadł przed nią na kolana, otoczył 

rękami jej biodra i przywarł głową do jej ud.

Odnalazła w sobie dość energii, by unieść dłoń i odsunąć mu z twarzy mokre, czarne 

włosy. Miał zamknięte oczy, a gdyby udało się jej znaleźć jeszcze trochę siły, pochyliłaby się 

i   pocałowała   go.   W   tej   pozycji   dostrzegła   jednak   coś   nieskończenie   ufnego,   i   to   jej   się 

ogromnie podobało. Chciała, by przynajmniej teraz, przez krótką chwilę Gideon pozostał 

tylko i wyłącznie jej własnością.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Zostawił ją samą pod prysznicem. Kiedy wzięła go za rękę, wymamrotał tylko słowo 

,,kawa’’.   Puściła   go   i   przytuliła   się   do   kafelków,   a   gorąca   woda   spływała   po   jej   ciele. 

Samancie przyszło do głowy, że mogłaby zasnąć w takiej pozycji i siedzieć tak już zawsze 

albo do chwili, kiedy on powróci, a wówczas...

Nagle, zupełnie bez ostrzeżenia, woda stała się lodowata. Samantha pisnęła i wypadła 

spod prysznica, niemal wyrywając drzwi z zawiasów, byle tylko jak najszybciej umknąć spod 

zimnych   strumieni.   Właściwie   spodziewała   się,   że   Gideon   przyjdzie   sprawdzić,   czy   nie 

przytrafiło się jej coś złego, dlatego otworzyła drzwi do łazienki i zawołała, że wszystko w 

porządku.   Odpowiedziała   jej   głucha   cisza,   więc   Samantha   uznała,   że   Gideon   zajął   się 

parzeniem kawy. W sumie była nawet zadowolona, że lada chwila wypije kubek smacznego, 

gorącego napoju.

Zaśmiała się na widok własnego odbicia w zaparowanym lustrze. Patrzyła na swoje 

nagie ciało, które zawsze tak wiernie jej służyło. Wyglądało tak samo jak zwykle, lecz miała 

wrażenie, że zaszła w nim nieodwracalna, głęboka zmiana. Stało się czymś więcej niż tylko 

kombinacją   nóg,   piersi,   brzucha   i   bioder,   połączonych   tak   zgrabnie,   że   produkty   z 

wizerunkiem jej ciała świetnie się sprzedawały, a ludziom, którzy je oglądali, przychodziły do 

głowy rozmaite przyjemne fantazje. Należało jednak tylko do niej i nikt inny nie mógł go 

posiąść.

Nikt z wyjątkiem Gideona. Jej starannie złożone ubrania leżały na umywalce, chociaż 

brakowało   czarnych,   koronkowych   majtek.   W   przeszłości   zdarzało   się   jej   chodzić   bez 

bielizny,   więc   nie   stanowiło   to   problemu.   Wciągnęła   szorty   i   podkoszulek,   a   następnie 

wyruszyła na poszukiwania Gideona.

Dopiero gdy dotarła do pustej, idealnie posprzątanej kuchni, uświadomiła sobie, że nie 

czuje zapachu kawy. Nie widziała też zaparzarki ani dzbanka. W dużym pokoju wszystko 

zostało   posprzątane.   Sofa   stała   złożona,   koc   był   zwinięty  i   odłożony  na   miejsce,   świece 

zebrane, a kieliszki po brandy umyte i odstawione.

Brakowało jednak kawy. I Gideona.

Usłyszała   dobiegający   z   dworu   warkot   silnika.   Odetchnęła   z   ulgą.   Najwyraźniej 

pojechał sprawdzić, czy droga jest już przejezdna. Samantha nie była tym zachwycona, w 

końcu po wspólnie spędzonej nocy nie powinien się tak spieszyć z wyjazdem. Przynajmniej 

nie zniknął bez słowa. Podeszła do drzwi i otworzyła je na całą szerokość. Na podjeździe 

background image

ujrzała taksówkę. Ani śladu mercedesa.

- Pani Samantha? - spytał taksówkarz, gramoląc się z kabiny. - Mam panią odwieźć do 

Los Angeles. Czy jest pani gotowa do drogi?

- Gdzie Gideon?

Mężczyzna   pokręcił   głową,  poprawił   czapkę   na   przerzedzonych   siwych   włosach   i 

potarł oko.

- Nie wiem, o kim pani mówi. Otrzymałem zlecenie i muszę je wykonać. Mam panią 

zawieźć do Los Angeles. Wszystko jest już załatwione, kurs opłacony, bez względu na to, czy 

pani ze mną pojedzie, czy nie. Wolny wybór.

Samantha poczuła się jak świeczka zdmuchnięta przez wiatr. Jej wewnętrzny płomyk 

zgasł. Zamknęła drzwi wejściowe, nie oglądając się za siebie.

- Jestem gotowa - westchnęła i podeszła do żółtej taksówki.

Usiadła na samym środku tylnej kanapy, starannie zapinając pas bezpieczeństwa. Jej 

długie nogi ledwie się mieściły w przestrzeni za przednimi fotelami. Kierowca okazał się 

gadułą: opowiadał o pogodzie, stanie dróg, polityce  w Kalifornii, niedawnej infekcji oka, 

swoich przemyśleniach na temat świata, a Samantha cierpliwie tonęła w potoku słów i od 

czasu do czasu wtrącała uprzejme ,,hm’’.

Gideon znikł. Zdematerializował się, jakby nigdy nie istniał. Wmawiała sobie, że to 

najlepsze,   co   mogło   ją   spotkać.   Ostatnia   noc   była   absolutnym   szaleństwem,   przejawem 

całkowitego zaćmienia umysłu. Teraz jednak nastał dzień, Gideon odjechał, a ona ponownie 

była sobą. Praktyczną, zrównoważoną, spokojną Samanthą.

Coś się jednak zmieniło. Właściwie powinna być mu wdzięczna. Mijały lata, a ona 

żyła w celibacie, coraz częściej zastanawiając się, czy na pewno wszystko z nią w porządku. 

Może   była   oziębła?   Brakowało   jej   zdolności   do   pokochania?   Jej   dziewictwo   stało   się 

mrocznym sekretem, którego nie chciała nikomu zdradzić, równie wstydliwym, jak dewiacja 

seksualna. Koniec końców, brak ochoty na miłość to forma dewiacji, więc cieszyła się, że 

wreszcie ten etap w jej życiu dobiegł końca. Naprawdę była za to wdzięczna Gideonowi.

A poza tym zamierzała go wytropić i zabić.

Jak śmiał ją zostawić, odjechać bez słowa? Czemu nie nabazgrał choćby krótkiego 

listu?   Mimo   swego   niedoświadczenia   nie   zasłużyła   na   takie   traktowanie.   Gdyby   miała 

pojęcie, jak przyjemna jest miłość fizyczna, spróbowałaby jej znacznie wcześniej. Tyle że 

dotąd nie spotkała nikogo, z kim chciałaby to zrobić. Także i teraz pragnęła tylko Gideona, 

jego złocistej skóry i pięknych ust.

Dobrze, że od niej uciekł. Nie wierzyła w miłość od pierwszego wejrzenia. Nic nie 

background image

wiedziała o Gideonie Hydzie: był obcy, a mądre kobiety nie zakochują się w nieznajomych.

Teraz jednak czuła się tak, jakby dostała obuchem w głowę. Cokolwiek starała się 

sobie wmówić, pokochała tego tajemniczego człowieka. A przecież był jej całkiem nieznany - 

mógł nie cierpieć zwierząt i głosować na republikanów.

Ale Rags go polubił. Ten sam Rags, który warczał i szczekał na wszystkich mężczyzn, 

przyjaźnie łasił się do Gideona, całkowicie nim zauroczony.

Ufała Ragsowi bardziej niż sobie. Skoro Gideon został zaakceptowany przez jej psa, i 

ona miała prawo go polubić.

Zamknęła oczy, izolując się psychicznie od gadaniny taksówkarza. A więc uciekł. 

Miała długie nogi, mogła go dogonić. Z całą pewnością nie zamierzała dać za wygraną bez 

walki.

- Dobrze się bawiłeś?

Gideon   zamrugał   oczami.   Jeszcze   przed   chwilą   szukał   kawy,   przekonany,   że 

właściciel tak dobrze zaopatrzonego barku z pewnością będzie miał w domu ten aromatyczny 

napar.   Teraz   jednak   stał   pośrodku   pomieszczenia,   które   wyglądało   niczym   opuszczona 

fabryka  samochodów. Ralph zrezygnował z ubioru biskupa: teraz miał  na sobie sukienkę 

ozdobioną mnóstwem koronek. Do niej zrobił sobie mocny makijaż i ufarbował włosy na 

rudawy kolor.

- Niebrzydkie - mruknął Gideon.

- Nie   unikaj   tematu!   -   zagrzmiał   Ralph.   -   Chcę   wiedzieć,   czy   dobrze   się   bawiłeś 

podczas swojej... Jak by to nazwać? Randki w lesie? Poszczęściło ci się? No, mów!

Odsądzanie Ralpha od czci i wiary nie miało większego sensu, bo jako diabeł był 

dumny ze swej fatalnej opinii.

- Nie wiesz? - udał zdumienie Gideon. - Sądziłem, że radośnie obserwujesz przebieg 

zdarzeń.

- Dziwne, że myśl o postronnym obserwatorze w mojej skromnej osobie nie wpłynęła 

negatywnie na twoją sprawność.

- Możesz mi wierzyć lub nie, Ralph, ale nawet o tobie nie pomyślałem. Co ja tu robię? 

Zdaje się, że dałeś mi jeszcze dwanaście godzin.

- Od tej chwili sześć. Ale o czym mowa? Przecież zakończyłeś misję. Moje oko jest w 

świetnej formie i wszystko wróciło do normy.

- Nie dałeś mi szansy się pożegnać. Będzie myślała, że ją wykorzystałem i porzuciłem 

bez słowa.

- A co cię to obchodzi? - wzruszył ramionami Ralph. - Ach, zapomniałem, przecież 

background image

jesteś w niej zakochany. Ohyda. A sądziłeś, że nie zniżasz się do tak banalnych uczuć.

- Tak czy inaczej, powinienem był się pożegnać.

- Ach, rozumiem - zachichotał diabeł. - Chciałeś jej wyznać miłość, co? Naprawdę 

uważasz, że to dobry pomysł? A może takie fatalne zakończenie waszej znajomości wyjdzie 

jej na dobre? Skoro związek martwego mężczyzny i takiej kobiety jak ona nie ma przyszłości, 

to nie warto się zastanawiać nad konwenansami i wyznaniami miłosnymi. Równie dobrze 

możesz korzystać z okazji, kiedy się nadarza. Kochaj je i zostawiaj, przecież to twoja zasada.

- Ralph, czy ktoś już próbował cię zabić?

- Strata czasu, przyjacielu. Ale, przyznaję, zdarzały się takie incydenty. Potrafię grać 

ludziom na nerwach. Zresztą, mniejsza z tym, zboczyliśmy z tematu. Chcesz swoich sześciu 

ostatnich godzin? To się da załatwić.

Gideon na moment zamknął oczy. Ujrzał Samanthę na sofie, pogrążoną w mocnym 

śnie, usatysfakcjonowaną. Wyczuwał zapach jej skóry, smak jej piersi. Oddałby dziesięć lat 

życia, byle tylko ponownie jej dotknąć.

Co jednak robić: jego życie już się skończyło, a powrót na ziemię tylko by pogorszył 

samopoczucie dziewczyny.

- Nie - westchnął ciężko Gideon. - Nie wracam.

- A to czemu?

- Lepiej jej będzie beze mnie. Sam powiedziałeś, że ten związek nie ma przyszłości. 

Trudno, nic na to nie poradzę. Nawet nie pamiętam, za co mnie tutaj zesłano, ale po ostatniej 

nocy nic mnie to nie obchodzi. Najlepsze, co mogłem zrobić, to trzymać się od niej z daleka. 

Nie udało mi się, choć próbowałem. Wyrządziłem jej krzywdę, a ona na to nie zasługiwała. 

Jeśli uważasz, że zakochanie się w kimś jest równoznaczne z zadawaniem mu bólu, to chyba 

faktycznie ją kocham. A do tego czuję się tak, jakby przytrafiło mi się to po raz pierwszy.

- Jesteś na trzysta czterdziestym siódmym poziomie piekła, i ja tu rządzę. To jasne, że 

moim zdaniem miłość jest nieodłącznie związana z cierpieniem i krzywdą. Jestem z ciebie 

dumny, przyjacielu. Faktycznie, pokochałeś kogoś po raz pierwszy. Sypiałeś z setkami kobiet, 

ale żadnej nie darzyłeś uczuciem.

- Setkami? - powtórzył oszołomiony Gideon.

- I żadnej z nich nie pamiętasz - zauważył surowym głosem Ralph. - Nadeszła pora, 

żebyś podjął ostateczną decyzję.

- Ostateczną? To znaczy, że miałem możliwość wyboru?

- Przecież mówiłem, że nie potrafię kontrolować emocji i nie mam władzy nad wolną 

wolą. Straszna jest ta wolna wola. Sam widzisz, jakie są z nią problemy.

background image

- W jakiej sprawie mam podjąć decyzję, Ralph?

- Twój pobyt na tym poziomie dobiegł końca. Zdałeś wszystkie egzaminy, przyjacielu. 

Moim zdaniem zasługujesz na awans.

- Masz na myśli przejście na poziom trzysta czterdziesty ósmy? I co mnie tam czeka, 

sprawniejsza klimatyzacja?

- Niezupełnie. Już mówię, w czym rzecz. Możesz wrócić na ziemię na kilka dni, zażyć 

uciech cielesnych z Sam i potem powędrować na wyższy poziom. Alternatywa: pozwolisz jej 

znaleźć sobie nowego faceta. Jest już taki jeden, podkochuje się w niej, a dzięki tobie ona go 

wreszcie dostrzeże. To weterynarz ze schroniska dla zwierząt, młody, przystojny, dobry i 

miły...

- I piekielnie szlachetny. Niedobrze się robi - burknął Gideon.

- Proszę, proszę, jesteś zazdrosny, co? On da jej szczęście. Wybór należy do ciebie: to 

twoja nagroda za dobrze wykonaną robotę. Zastanów się, co wolisz. Albo tydzień w łóżku z 

Sam, albo prezent dla niej w postaci szczęśliwego życia.

- Kto powiedział, że jej życie będzie nieszczęśliwe po tygodniu spędzonym ze mną?

- Też racja. Wybieraj.

Gideon doskonale wiedział, że w gruncie rzeczy nie ma żadnego wyboru.

- Podeślij jej tego przeklętego księcia z bajki - warknął. - Tylko nie każ mi na to 

patrzeć.

Ralph promieniał.

- Naprawdę ją kochasz.

- Jeszcze jedna męka piekielna. Będę mógł o niej zapomnieć, prawda? Wszystko inne, 

co mnie  spotkało,  zostało  wymazane  z mojej pamięci,  więc jej  również  nie będę  musiał 

pamiętać, tak?

- Nie chcesz za nią tęsknić, co? Pamiętaj, że piekło to wieczne cierpienia. Może jednak 

zmienisz zdanie?

Gideon pokręcił przecząco głową.

- Choć raz w życiu postąpię tak, jak należy. Mam nadzieję, że tym razem wreszcie 

zdołam cię wkurzyć.

Ralph strzelił palcami i stary garaż znikł. Stali na skraju wysokiego urwiska. Diabeł 

był ubrany jak zwyczajny turysta.

- Przyjrzyj   się   -   polecił,   ruchem   głowy   wskazując   krawędź   klifu.   -   Patrz,   dokąd 

trafiłeś.

Gideon podszedł do skraju przepaści. Przed sobą widział postrzępione chmury, a w 

background image

dole dom Samanthy. Cofnął się o krok.

- Nie! - wyszeptał z niedowierzaniem.

- Widzisz, przyjacielu, rzecz w tym, że trzysta czterdziesty ósmy poziom piekła nie 

istnieje. Trzysta czterdziesty siódmy jest najwyższy, a ty właśnie zdałeś egzamin końcowy. 

Wracasz tam, skąd przyszedłeś, i zaczynasz z czystym kontem. Tylko tym razem nie zawal 

sprawy.

- O czym ty mówisz?

- Wędrujesz na ziemię i masz nowe życie przed sobą.

Gideon wpatrywał się w niego oszołomiony.

- Nie powinniśmy przypadkiem widzieć tej okolicy od dołu, nie od góry?

- Niebo i piekło się stykają. Ucałuj ode mnie pannę młodą.

- Nie wracam. Nie zasługuję na Sam.

- Och, daj spokój tym bzdurom, nie jesteś męczennikiem. No już, w drogę - zachęcił 

go Ralph, kładąc mu ręce na ramionach. Nagle popchnął go gwałtownie. Gideon poszybował 

między chmurami, koziołkując bezradnie, a dotyk dłoni Ralpha wciąż parzył mu skórę.

Ralph cofnął się znad przepaści. Na jego twarzy widniał pełen satysfakcji uśmiech. 

Wzdrygnął się lekko, a wówczas skórzana kurtka turystyczna zmieniła się w miękką białą 

szatę.   Przeciągnął   się,   prezentując   ogromne   białe   skrzydła,   zdrętwiałe   od   zbyt   długiego 

ukrywania za plecami.

- Uwielbiam, kiedy moi podopieczni zdają egzaminy - szepnął z zachwytem Ralph i 

znikł w chmurach.

Nie miał pojęcia, jak się tam znalazł i nie wiedział, gdzie przed chwilą był. W jego 

umyśle   kłębiły   się   urywki   wspomnień,   aż   wreszcie   odfrunęły,   niczym   pędzone   wiatrem 

chmury. Stał w ogrodzie Samanthy, nad brzegiem basenu.

Usłyszał ciche, ostrzegawcze warknięcie i natychmiast się odwrócił w jego stronę. To 

wierny, stary pies Samanthy dał o sobie znać.

Gideon nie wiedział, jaki jest dzień ani która godzina. Domyślał się, że nadchodzi 

wieczór, lecz mógł tylko zgadywać, ile czasu nie widział ukochanej. Nagle w jego mózgu 

pojawiło   się   fragmentaryczne   wspomnienie   -   zamierzała   wyjść   za   weterynarza?   -   i 

natychmiast znikło. Ile czasu go nie było? Gdzie wędrował?

Nagle  Rags przestał  warczeć  i potruchtał  ku niemu, entuzjastycznie  okazując psią 

radość. Gideon ukląkł i pogłaskał go po łbie.

- Jak się masz, staruszku? - spytał czule. - Nadal jesteśmy przyjaciółmi? A co z twoją 

panią? Zdążyła naostrzyć nóż, żeby mi poderżnąć gardło?

background image

- Niewykluczone - rozległ się za nim głos Samanthy. Odwrócił się powoli i czujnie, 

niepewny, co go spotka.

Była   ubrana   w   swój   strój   roboczy:   modną   sukienkę   i   buty,   które   dodawały   jej 

najmarniej osiem centymetrów. Miała idealny makijaż, artystycznie ułożone włosy i chłodny 

wyraz pogardy na wyniosłej, pięknej twarzy.

- Dokąd poszedłeś?

Na to pytanie nie znał odpowiedzi.

- Bez trudu wróciłaś do domu? - bąknął zmieszany.

- Przysłana przez ciebie taksówka zabrała mnie w chwili, gdy dotarło do mnie, że 

mnie zostawiłeś. Dokąd cię poniosło?

Rozpaczliwie poszukiwał w głowie wiarygodnego wyjaśnienia, lecz jego usta same 

ułożyły się do odpowiedzi.

- Miałem   umówione   spotkanie.   Właśnie   w   związku   z   nim   przyjechałem   do   Los 

Angeles.

- I nie mogłeś poświęcić minuty, żeby mnie o tym poinformować?

Jej głos pasował do chłodnego, nieskazitelnego wyglądu. Była spełnieniem marzeń 

każdego mężczyzny. Gideon pomyślał, że najchętniej zdarłby z niej ubranie i potargał włosy. 

Mimo to nawet nie drgnął.

- Chodziło   o   przygotowanie   ścieżki   dźwiękowej   do   wysokobudżetowego   filmu. 

Uznałem, że muszę znaleźć jakieś dochodowe zajęcie na przyszły rok, bo na wyspie Maclean 

nie ma zbyt wielkiego zapotrzebowania na modelki.

Jego słowa brzmiały całkowicie wiarygodnie i rozsądnie. Przed oczami miał nawet 

swój dom, a wszelkie jego wcześniejsze wątpliwości i zastrzeżenia szybko znikały. Oczyma 

wyobraźni widział Samanthę przed tym domem. Nie wątpił, że jej się spodoba. Budynek był 

duży, znajdowało się tam mnóstwo miejsca dla psów. I dla dzieci.

Nadal patrzyła na niego podejrzliwie.

- A jakie znaczenie ma zapotrzebowanie na modelki na wyspie Maclean?

- Nie powinnaś rezygnować z pracy zawodowej, jeśli tego nie chcesz.

- Jestem na to przygotowana - wyjaśniła spokojnie. - A jakie zajęcie przewidziałeś dla 

mnie, kiedy trafię na tę wyspę?

- Będziesz robiła, cokolwiek zechcesz - obwieścił.

Stała   przed   nim,   odwrócona   plecami   do   krystalicznie   czystej,   błękitnej   wody   w 

basenie. Na jej ustach pojawił się ciepły uśmiech.

- Skąd wiesz, że chcę wszystko rzucić i przeprowadzić się na odludzie?

background image

- Może potrzebujesz więcej miejsca dla psów? - zasugerował jej. - Spójrz na tę sprawę 

z innej strony. Jeżeli pojedziesz ze mną do mojego domu, już nigdy nie będziesz musiała iść 

na randkę w ciemno.

- I tak poprzysięgłam sobie, że na żadną się nie wybiorę.

- Pojedź ze mną - poprosił ją żarliwie. Nie wiedział, dlaczego mu na tym tak zależy: 

po prostu nie mógł bez niej żyć.

- Czemu?

- Bo cię kocham. I sądzę, że ty kochasz mnie.

- Poznaliśmy się dwa dni temu.

- Nie mówiłem, że to wszystko ma sens. Po prostu wiem, jaka jest prawda.

Stała tak blisko, że mógł wyciągnąć rękę i dotknąć jej idealnej twarzy.

- Przemyślę twoją propozycję - zadecydowała po chwili. - Jestem już spóźniona na 

sesję zdjęciową, a potem idę na kawę z Jasmine. Wciąż jest wstrząśnięta ucieczką Aarona 

sprzed ołtarza; wreszcie przejrzała na oczy. A teraz wracaj do hotelu i zadzwoń do mnie za 

kilka dni.

Jej   ręce  drżały.  Pod  wyniosłą  postawą  kryła   się  niepewność:   wiedziała,   że  gdyby 

zdjęła okulary, Gideon dostrzegłby w jej oczach prawdę. Pragnął ją pocałować, musiał ją 

pocałować, a ona go chciała. To było takie proste.

Podszedł bliżej, a Samantha wytrzymała napięcie i nie cofnęła się ani o centymetr. 

Nadal nie wiedział, czy dobrze postępuje, a tej pewności mógł nabrać tylko w jeden sposób: 

musiał spojrzeć w jej oczy.

Nawet   nie   drgnęła.   Wyciągnął   rękę   i   ściągnął   z   jej   pięknego   nosa   okulary. 

Natychmiast zrozumiał, że musi ściągnąć z niej także resztę rzeczy.

- Powinnam iść - przypomniała niepewnym głosem.

Nie zwracając najmniejszej uwagi na jej słowa, wepchnął ją do basenu i natychmiast 

wskoczył za nią.

Prychając,   wypłynęła   na   powierzchnię.   Jej   makijaż   momentalnie   spłynął,   włosy 

przemokły, modna sukienka nie nadawała się do niczego. Z trudem utrzymywała równowagę, 

stąpając   po   dnie   w   butach   na   wysokim   obcasie.   Spojrzała   na   Gideona   i   wybuchnęła 

śmiechem.

Zanurkowała   i   wciągnęła   go   pod   cudownie   chłodną   wodę.   Kiedy   się   wynurzyli, 

ściągnęła mu koszulkę przez głowę. Jej zniszczona sukienka z jedwabiu unosiła się na wodzie 

parę metrów dalej. Gideon całował ukochaną, a ona odwzajemniała jego pieszczoty, tuląc go 

mocno. Na chwilę oderwała od niego usta.

background image

- Masz szczęście, że mój pies cię lubi - zauważyła. - Ufam jego osądom bardziej niż 

własnym.

- Przede wszystkim zaufaj mnie - zażądał i ponownie złożył na jej wargach gorący 

pocałunek, po czym zanurzyli się w chłodnej błękitnej wodzie.

Obudził go żar. Leżał na brzuchu i nie był sam. Odwrócił głowę i ujrzał obok siebie 

Samanthę, z krótko obciętymi włosami i sennym uśmiechem na twarzy. W pobliżu szumiała 

woda; natychmiast zorientował się, że są w domu. Na jego wyspie. Na ich wyspie.

Samantha położyła dłoń na jego ustach i łagodnie je pogłaskała. Ujrzał obrączkę na jej 

palcu.

- Przyśnił mi się koszmar - wyznał, nie ruszając się z miejsca. - Byłem przekonany, że 

wyszłaś za weterynarza.

- Zaoszczędziłabym mnóstwo pieniędzy na rachunkach - wymamrotała sennie. - Wolę 

jednak męża, który gra na fortepianie. Och, czego te dłonie nie potrafią... - rozmarzyła się z 

uśmiechem. - Dlaczego wstałeś tak wcześnie? Myślałam, że pośpisz do południa.

- Która godzina?

- Po ósmej. - Przetoczyła się na plecy, a on ujrzał łagodne zaokrąglenie jej brzucha, 

sterczące pod jasnoniebieskim kocem, który ich okrywał. - Lepiej śpij, ile się da. Za pięć 

miesięcy nie będziesz miał okazji.

- Chodź do mnie! - Pociągnął ją za rękę. Przysunęła się do niego i usiadła; koc zsunął 

się z jej bioder. Oczekiwała potomka, a Gideon zastanawiał się, dlaczego jest taki zdumiony. 

To uczucie jednak minęło już po kilku chwilach, tak jak zawsze.

- Wiesz, którą część twojego ciała najbardziej lubię? - spytała, pochylając się i całując 

go w krzyż.

- Tak.

Dała mu klapsa w pupę.

- Jesteś nieprzyzwoity, Gideon - skarciła go żartobliwie i pocałowała w kark. Jego 

ramiona drgnęły. Wciąż pamiętał dłonie, które na nich spoczęły, popychając go w przestrzeń. 

Silne, palące dłonie.

Jeszcze jeden sen. Tymczasem Samantha całowała go w łopatki, powoli, najpierw w 

jedną, potem w drugą.

- Twoje tatuaże - westchnęła, przyglądając się w zamyśleniu jego skórze. Położyła 

dłonie dokładnie tam, gdzie spoczywały ręce zjawy. - Ładne, chociaż moim zdaniem chyba 

przesadziłeś. Jeszcze nigdy nie widziałam kogoś, kto wytatuowałby sobie anielskie skrzydła u 

ramion.

background image

Nawet go nie  zdumiała.  Przeszłość szybko  odchodziła w niepamięć,  niczym  mgła 

rozwiewana przez światło dnia. Pozostała tylko teraźniejszość.

- Może   to   skrzydła   upadłego   anioła   -   zasugerował,   odwracając   się   i   przyciągając 

Samanthę.

- Idealnie w moim typie - oświadczyła i pocałowała go w usta, zamierzając wstać.

Przyciągnął ją z powrotem i pogłaskał po krótkich włosach.

- To, że nie śpimy, nie oznacza, że musimy się zrywać z łóżka.

- A co z Ralphem?

- Ralphem?

- To stary pies, a już bardzo długo siedzi  tu cierpliwie,  czekając, aż któreś z nas 

wstanie i wyprowadzi go na spacer.

Gideon się odwrócił. Zwierzę grzecznie czekało z wysuniętym jęzorem i szerokim, 

psim uśmiechem na pysku.

- Zawsze tak się wabił? - spytał zdezorientowany.

- No pewnie, głuptasie - potwierdziła Samantha i pocałowała go ponownie, wstając z 

łóżka.

- Ralph - powtórzył zamyślony. - Wiesz co, czasami mam wrażenie, że w poprzednim 

życiu dobrze znałem Ralpha - mruknął, odrzucił kołdrę i wygramolił się z pościeli.

- Z całą pewnością ma już swoje lata - potwierdziła Samantha. - Mam tylko nadzieję, 

że trafiają do tego samego nieba, co ludzie. Chcę, żeby tam na mnie czekał, kiedy umrę.

Gideon spojrzał na wierne stworzenie.

- Na pewno go tam zastaniemy - oznajmił zdecydowanym tonem.

Wyszli na dwór, by obejrzeć wspaniały wschód słońca, a Ralph podążył za nimi w 

radosnych podskokach.


Document Outline