background image

Brzeziński Miłosz 
 
Pókiż niebo i ziemię 

Z „Science Fiction” 
 
 
 
 
 
 

Zmierzch ustąpił miejsca nocy, gdy na wzgórze, tuż za miasteczkiem, wbiegł chłopiec. Miał nie więcej 

niż osiem lat. Skakał po zaoranym polu, co chwila potykając się o wystające korzenie. Kilka metrów za 
nim  biegł  mężczyzna.  Ścigał  go.  Obaj  byli  już  wyczerpani.  Ich  stopy  zapadały  się  w  wilgotnej  glinie. 
Nagle malec upadł, niemal ryjąc twarzą w ziemi. Mężczyzna chwycił go za kołnierz i postawił na nogi. 

- Hola, smarkaczu! Coś ty narobił! Jeśli cię nie wychowali matka z ojcem, to ja ciebie tutaj, na tym polu 

zaraz wychowam! - krzyczał wniebogłosy. 

Chłopiec  się  rozpłakał.  Piąstkami  tarł  mokre  oczy  i  krzyczał  coś  niezrozumiale.  Z  ręki  wypadła  mu 

zdobiona zapalniczka. 

- I kradnie jeszcze do tego! - Gniew naparł od wewnątrz, próbując wyrwać cugle władzy nad ciałem. -

Gdybym miał takiego huncwota jak ty, wygarbowałbym mu skórę, rozumiesz?! 

Chłopczyk rozbeczał się na całe gardło. 
- Kaza-ali mi ta-ak zrobić! Kaza-ali, panie Leonie! - skrzeczał, zachłystując się łzami. 
Mężczyzna potrząsnął nim jak zabawką. 
-

 

Kto ci kazał, synu! Mów natychmiast, to może ci odpuszczę! 

-

 

Jak to kto... Przecież pan zna - chlipało dziecko. - Pókiż niebo i ziemię, Wiekuisty Panie, nie zemścisz 

się niewinnej krwie naszej wylanie - recytował. 

Leon  puścił  chłopca.  Noc  w  tej  samej  chwili  stała  się  chłodna  i  nieprzyjemna.  Wróciła  jej  rześkość. 

Skąd wzięło się w nim nagle tyle złości? Tyle siły i agresji? Przecież mało brakowało, a zrobiłby malcowi 
krzywdę. 

- Gdzieżeś to usłyszał? - zapytał już spokojnie. 
- Zna pan przecież. Duchy tak gadają. I kazały palić. Leon popatrzył przed siebie. Na nocnym niebie 

migotała łuna wielkiego pożaru. Z dala dobiegały krzyki walczących z żywiołem ludzi. 

-

 

Na jednej nodze do domu - szepnął. - Nie mów nikomu, że to przez duchy, bo cię gdzieś jeszcze do 

lekarzy wyślą i szkołę opuścisz bez potrzeby. Zrozumiano? 

-

 

Aha.  -  Chłopiec  pociągnął  nosem,  odwrócił  się  i  ruszył  biegiem  w  dół  pagórka.  Za  pierwszymi 

drzewami  zwolnił,  a  po  paru  krokach  stanął.  Upadł na  kolana.  Coś  było  nie tak.  Odwrócił  się  w  stronę 
mężczyzny,  którego  sylwetka  wciąż  majaczyła  niewyraźnie  między  gałęziami.  Chciał  krzyknąć,  ale 
zupełnie zaschłe mu w ustach. Serce biło jak opętane. Znowu się rozpłakał... Ale tym razem z oczu nie 
popłynęły łzy. Stwierdził też, że nie  może się poruszać. Nic dziwnego. Nogi i  dłonie zamieniły się w... 
Nie mógł w to uwierzyć! Przerażenie sięgnęło zenitu i nagle... wszystko ustało. 

Na  polnej  drodze,  tuż  za  domem  młynarza  pojawił  się  tej  nocy  niewielki  narzutowy  głaz,  wielkości 

skulonego ośmioletniego chłopca. 

 

* * * 

 
Dwa dni wcześniej, w pobliskim punkcie pocztowym wysłano pocztówkę następującej treści: 
 
Staszów, 23 kwietnia 1923 
 
Drogi Przyjacielu, 
Wybacz mi absencją na Twoim odczycie na uniwersytecie. 
Wbrew  woli  spędzam  czas  w  Staszowie.  Lawina  schodząca  zapewne  po  ostatnich  ulewach  kolej 

uszkodziła. Przedostałem się kilka kilometrów na chłopskim wozie, lecz pomimo szczerej chęci dalej nie 
mam jak jechać. Wszędzie błoto i zarwane drogi Kilka dni spędzę więc jak nic tutaj. Póki nie naprawią 

background image

torów. Z postoju najbardziej się cieszy Złota - widzę, że źle znosi podróże koleją Zapewne hałas jej nie 
służy 

Ale wracając do mnie, korzystam z gościny miejscowego proboszcza. Człowiek to wspaniały zarówno 

jako gospodarz, jak i towarzysz rozmów. Zapewniam cię, że czas mi się nie dłuży. Żal tylko odczytu, na 
który  nie  zdążę  -  wybacz,  Przyjacielu.  Liczę,  iż  kilka  butelek  z  kościelnej  piwnicy,  które  otrzymałem  w 
prezencie,  choć  po  części  wynagrodzi  Twój  zawód.  Sądzę,  że  naprawa  torów  dłużej  jak  kilka  dni  nie 
potrwa. 

Kłaniam się, Leon Bartoszewski 

 

* * * 

-

 

Rano posłałem widokówkę - powiedział Leon Bartoszewski, młody doktorant z Warszawy. - Furgon 

pocztowy  z  wieczora  ją  pewnie  zabierze.  Może  i  mnie  by  zabrał?  Tak  czy  owak  nie  będą  się  o  mnie 
niepokoić. 

-

 

Gdy  człowiek  zbyt  szczęśliwy  jest,  drży  z  niepokoju...  -  burknął  proboszcz  Filipiuk,  mąż  wiekowy, 

którego przebyta gruźlica naznaczyła świszczącym oddechem. 

Siedzieli  nad  niewielką  rzeką,  kilkanaście  metrów  poniżej  mostka  i  patrzyli  na  szczytówki  wędek, 

rzuciwszy  wcześniej  w  nurt  parę  rosówek.  U  stóp  Leona  chlapała się  mała, szara  kaczuszka.  Proboszcz 
wskazał na nią palcem. 

-

 

Powiadasz pan, że ten kaczorek nie rośnie? Jak nazywa się? - zaciągał na wschodnią modłę. 

-  Daję  słowo,  że  nie  zmieniła  się  od  dwóch  miesięcy.  To  kaczka.  Nazywa  się  Złota.  Mniemam,  że 

urodziła się, nieboga, z jakąś chorobą. I wszędzie biega za mną. Wykluła się też przy mnie. 

- Podobnież ptactwo ma tak, że pierwsze, co zobaczy, za matkę bierze. Każdy chłop to wie. Skąd ją pan 

wynalazłeś? 

- Znalazłem jajko - Leon nie spuszczał oka z wędki. 
-

 

Dziwy  to,  dziwy...  -  szepnął  Filipiuk.  -  Z  dziwności,  to  u  nas  dopiero  co  starą  Karpińską 

pochowaliśmy. Ta też pochorzała się, tyle że na starość. Miała tak, że jak podawałeś jej jaki przedmiot 
albo kładłeś w zasięgu ręki, zaraz ci go spożytkować musiała. Kładłeś parasol, ona go rozkładała. 

-

 

Zachowanie użytkownika się to nazywa. Z psychiatrii. Przez pręg przechodziła, wymazywała ołówki, 

prawda? 

-

 

Ano,  ano!  I  miała  ci  zwyczaj  łażenia  wprost  i  wstecz  po  całej  okolicy.  Aż  na  koniec,  którego  dnia 

zniknęła. To akurat sobota była. W niedzielę rano odprawiam sumę, kościół pełen wiernych, a Karpińska 
wchodzi, wyobraź pan sobie i w ręku granat trzyma.  - Proboszcz zarechotał i zaraz też się rozkaszlał. - 
Hej... Co ludzie nogi za pas brali! Ale szczęściem, ona widać nie wiedziała, co to, i przyniosła jako dar 
Najjaśniejszej Panience. 

-

 

Czarna by to była niedziela. - Leon uśmiechnął się półgębkiem. 

-

 

Ano, czarna. Wyrwali jej ten granat. Ojć, branie u ciebie... 

Wędka zadrgała. Dwa razy. Leon podniósł ją delikatnie i zebrał nadmiar żyłki. Raz jeszcze szczytówka 

ukłoniła  się  rzece.  Zaciął.  Chyba  pusto.  Zwinął  żyłkę  -  faktycznie.  Założył  świeże  rosówki  i  po  chwili 
znowu siedzieli w milczeniu. 

-  A  tydzień  później  -  zaczął  nagle  Filipiuk  -  zauważyłem,  że  z  kruchty  wszystka  woda  święcona 

wyparowuje. Com dolał, na następny dzień pusto. Czort jaki?... Aż tu idę któregoś razu namaścić do wsi 
obok i widzę jak po środku pola stoi Karpińską, chlapiąca tą wodą gdzie popadnie. Krzyczę do niej, co 
robi. A ona, że ziemię trzeba poświęcić w okolicy całą, bo tu bitwa była za powstania i dusze spokoju nie 
znają. Wszystkie pola pono tak wyświęciła. Nic zrobić nie mogłem. 

-

 

Była bitwa. Faktycznie. Jedna z kilku zwycięskich naszych bitew. Może kobiecina straciła kogoś i jej 

się przypomniało? 

-

 

Ano.  Męża  i  syna  na  tej  bitwie  pochowała.  Sama  podupadła  na  zdrowiu  potem  okrutnie.  Ale  teraz 

wreszcie ma spokój. Takie dary zniosła do kościoła, to pewnie w niebie, cha, cha... 

Leon podniósł wzrok znad wody. Na moście przystanęła kobieta. Nie pasowała do tego otoczenia i w 

pierwszej chwili prawie wziął ją za jednego z duchów, o których wspominał proboszcz. Miała na sobie 
czarną suknię, podkreślającą krągłe biodra i wąską talię, skryła się przed słońcem za czarnym kapeluszem 
z  szerokim  rondem.  Dodatkowo  chłodziła  się  niewielkim  wachlarzem  tego  samego  koloru,  a  dłonie 
oblekła w rękawiczki. Zapewne, tak jak matka Leona, uważała, że opalenizna przystoi tylko panience z 
czworaków. 

background image

Najdziwniejsze  zaś  było  w  niej,  że  choć  oczy  zasłaniała jej  czarna  opaska,  Leon  odniósł  wrażenie,  iż 

wpatruje  się  w  niego  bardzo  wnikliwie.  Rzec  by  się  chciało:  przegląda  go,  wyczuwa.  Nawet  kiedy 
odwróciła głowę, wciąż, męskim zmysłem, czuł na sobie ciepły dotyk jej. uwagi. 

-

 

A, to pani Gloria. - Proboszcz odchrząknął. Widać milczenie nie służyło jego krtani. - Ze starą służącą 

mieszka. Niewidoma, biedaczka. Od urodzenia. Służąca też na starość prawie oślepła. Chcieliśmy zebrać 
się, pisać o jakie zapomogi. Może nawet operację zrobić by dało się. 

-

 

Jeśli jest, jak ojciec mówi, nie daję wielkich szans - zauważył Leon. - Nawet gdyby operacja się udała, 

pisał  już  o  tym  Diderot,  będzie  nieszczęśliwa.  W  jej  mózgu  zapewne  są  już  tylko  resztki  komórek 
odpowiedzialnych za analizę wzroku. Nie wiedziałaby, jak sobie ze wzrokiem poradzić, rozumie ojciec? 
Za to świetnie na pewno słyszy. Sądzę, że słyszy nas teraz... 

-

 

Słyszy? - Filipiuk podniósł wzrok znad wędki i zmarszczył brwi. Także patrzył na Glorię. 

 

* * * 

Drogi Przyjacielu, 
Obie  kartki  pewnie  dotrą  do  Ciebie  razem.  Wysłałem  je  w  odstępie  dziesięciu  godzin.  Piszę  Ci,  żeby 

samemu  poukładać  sobie  w  głowie.  A  może  wcale  tego  nie  myślę?  Potrzebuję  miejsca,  gdzie  wszystko 
będzie pro et contra... Zapałałem dziś chęcią, by podejść do damy. Ona nawet nie patrzyła na mnie, nie 
odezwała się. Ale po raz pierwszy chyba poczułem, że kobieta, z ciekawości żywej, chciała mnie zapoznać 
Krępująca to dla mnie sytuacja, wierz mi. Ale ta nowość mnie pociąga, aż czuję ściskanie w piersi. Jak 
uczeń.  Chyba  nie  zdołam  się  opanować  Tak,  odwiedzę  ją,  bo  jeśli  nie,  będę  sobie  wyrzucał  do  końca 
ż

ycia, że tego nie zrobiłem. 

Zabawne, co Ci tu piszę. Chyba nie wyślę tej kartki wcale. Jeszcze się zobaczy. 

Pozostaję z uszanowaniem, Leon 

 
PS. Parzysta liczba kwiatów czy nie? Nigdy nie potrafiłem tego zapamiętać. 

* * * 

 
Piętrowy  dom,  w  którym  mieszkała  Gloria  wyróżniał  się  w  całym  Staszowie.  Położony  na  obrzeżach 

miasteczka,  z  jednej  strony  graniczył  z  jakąś  sypiącą  się  chatą,  z  drugiej  zaś  wdzierał  przybudówką  w 
bezkresne  pola,  niczym  wielki,  zakotwiczony  w  morzu  zieleni  okręt.  Sam  budynek  wyglądał  na  bardzo 
stary. Z drewnianych ścian, na podobieństwo pożółkłych liści, płatami sypała się farba. Brakowało kilku 
dachówek, a ogród poległ w walce z chwastem. „Chłopa brakło" - mawiali w miasteczku, nikt jednak nie 
pamiętał, żeby kiedykolwiek mieszkał tu jakiś mężczyzna. 

Długo  po  zachodzie  słońca  Bartoszewski,  ściskając  w  dłoniach  bukiet  polnych  kwiatów,  przekroczył 

skrzypiącą  ogrodową  furtę  i  stanął  przed  drzwiami.  Ledwie  zdążył  poprawić  krawat,  dał  się  słyszeć 
szczęk  zamka  i  w  wąskiej  szczelinie  drzwi  ukazała  się  poorana  zmarszczkami  twarz  służącej.  Jej  oczy 
były  tak  przymrużone,  że  niemal  zapadły  się  między  wydatnymi  policzkami  z  jednej  strony  i 
krzaczastymi brwiami z drugiej. 

-

 

Dzień dobry. Ja do pani... - zawahał się. Nie powinien powiedzieć „panny"? - Glorii. Przepraszam, że 

bez zapowiedzi, ale... 

-

 

To proszę - przerwała mu oschle - niech wejdzie.  

   Leon  wszedł  do  ciemnej  sieni,  a  potem  do  pokoju  gościnnego.  Dom  urządzono  wyjątkowo  surowo, 
niczym  muzeum.  Dwa  fotele,  prosty  stół,  zegar  i  wolnostojąca  szachownica.  Gdzieś  z  piętra  dobiegała 
skoczna muzyka, odtwarzana zapewne z gramofonu. 

-

 

Ładnie to tak, bez uprzedzenia damę nachodzić? - Bordowa suknia i golf, sięgający niemal pod samą 

brodę. Oczy przysłonięte karmazynową opaską. Gloria. Niesamowita. 

-

 

Proszę spocząć - ośmieliła go, kiedy zaczął się jąkać.  

   Usiadł. 

-

 

Czemu zawdzięczam odwiedziny? - Jej głos był głęboki i pewny. Leon czuł się tak przytłoczony, że 

jedyne,  co  mógł  zrobić,  to  podać  jej  bukiet.  Kobieta  drgnęła  i  wyciągnęła  po  niego  smukłą  dłoń. 
Niepewny, myszkujący w powietrzu ruch, sprowadził Leona na ziemię: spójrz, ona nie jest doskonałym 
bóstwem. 

-

 

Czuję kwiaty. Dziękuję. - Oddała je służącej, która dopiero teraz wyszła z pomieszczenia. 

-

 

Herbaty? Kawy? Wody sodowej? 

-

 

Her... Kawy. - Leon z wolna dochodził do siebie. 

background image

- Nie znamy niestety żadnego Herr Kawy -uśmiechnęła się. - A z kim mam przyjemność? 
-

 

Leon Bartoszewski. - Zapomniał się przedstawić! Jakież to szczęście, że Gloria nie widziała teraz jego 

policzków,  które  zamieniły  się  w  dwa  wielkie  buraki.  Chyba  jednak  wyczuła  jego  zakłopotanie,  bo 
uśmiechnęła się delikatnie. 

-

 

Niezmiernie mi miło, panie Leonie. A to i dobrze się składa, że pan nas odwiedził. Nie mam tu z kim 

pokonwersować  o  tym,  co  się  dzieje  poza  miasteczkiem.  Od  czasu  do  czasu  przyjeżdżają  państwo 
Zabłoccy,  z  posiadłości  kilka  kilometrów  stąd.  Poza  nimi...  mam  wrażenie,  że  cała  ta...  była  szlachta 
siedzi głową we własnej garderobie i politycznych frazesach. Filozofia, etyka, logika to dla nich czarna 
magia. 

„Filozofia, etyka... " Zrobiło mu się ciepło. 
- Chłopstwo ma na takie rozmowy swoje powiedzenie. - Uwaga, będzie żart. Zacisnął kciuki. 
- Jakież to? 
- Wlazł na gruszkę, trząsł pietruszkę, a cebula leciała. 
Gloria chwilę milczała, a potem wybuchła śmiechem tak spontanicznym i szczerym, że Leon pieścił tę 

chwilę jeszcze długo po jej przebrzmieniu. 

-

 

Doprawdy,  pierwszorzędna  nazwa  na  rozmowę  ludzi,  którzy  poza  salonami  i  przyjęciami  niczego 

sobą nie reprezentują. 

-

 

Ano tak. - Leon uśmiechnął się także. - Trafna. Ponieważ urodziny obchodzę z początkiem stycznia, 

mam  nierzadko  przyjemność  nocować  u  siebie  noworocznych  gości  i  w  tym  to  właśnie  towarzystwie 
niejeden  się  trafia  taki  od  gruszek,  pietruszek  i  cebuli.  Na  szczęście  innych  świąt  nie  obchodzę  tak 
hucznie. Mamy więc podobny problem. 

-

 

Widzi  pan,  my  też  tu  prawie  z  nikim  kontaktów  nie  utrzymujemy  -  westchnęła.  -  Ludzie  raczej 

niechętni. 

Chwilę milczeli. 
-

 

Na początku stycznia? - zaczęła znów Gloria. - A kiedy dokładnie? 

-

 

Trzeciego. 

-

 

No, proszę. Ja też. 

-

 

Ha... cóż za przypadek! 

-

 

Nie  taki  znów  przypadek  -  poprawiła  opaskę.  -  Łatwo  wyliczyć,  że  w  grupie  dwudziestu  trzech 

zaproszonych na przyjęcie gości jest już pięćdziesiąt procent szans na to, że dwie osoby mają urodziny 
tego samego dnia. 

Nie wiedział, jak podjąć ten temat. Gloria wydawała się bardzo pewna siebie, pogodna i inteligentna. 

Miała  też  wiedzę.  Niestety  zbyt  duża  inteligencja,  jak  każdy  odchył  od  normy,  czyniła  jej  właściciela 
społecznym inwalidą. Geniusze, w myśl starej prawdy, siedzą w domu i rozwiązują krzyżówki. 

-

 

Muszę wyznać, że kiedy panią zobaczyłem po raz pierwszy, zdało mi się, jakobym ujrzał ducha. Nie 

pasowała mi pani do pejzażu miasteczka. Teraz pałam podziwem dla jej inteligencji. Nie myślała pani o 
przeprowadzce? 

-

 

Mówmy sobie po imieniu, dobrze? Nie myślałam. A co do duchów: chyba pan się nie przeląkł? 

-

 

Skądże znowu. Zbłąkany duch może się pojawić, nieprawdaż? Tu bitwa była, widzi pani - zażartował. 

-

 

Nie widzę - mruknęła Gloria. - Ale czuję czasem...  

   Służąca pojawiła się na chwilę w drzwiach. Odchrząknęła. 

-

 

Ś

ni mi się - poprawiła się Gloria - że tam, gdzie łatwiej duchom wrócić do naszego świata, cisną się, 

próbując  przeleźć  do  upadłego.  „Płonni  samą  nadzieją,  nadludzkich  dokonują  wysiłków"  ,  jak  mówi 
poeta. 

- Zwierzęta robią podobnie - zauważył Leon. - Czytałem o tym. Wrzuć szczura do cebra pełnego wody 

i  każ  mu  pływać.  W  końcu  utonie.  A  potem  wrzuć  drugiego,  by  raz  tylko,  po  jakimś  czasie  podać  mu 
kijek, żeby mógł wyleźć. I na powrót wrzuć. Będzie pływał trzy albo i cztery razy dłu... 

Coś było nie tak. Gloria, w miarę jak rozwijał swój wykład, zaciskała zęby, a w końcu warknęła. 
- Proszę o subtelniejsze metafory, panie Leonie. Kijek i ceber, to nie są narzędzia do zgłębiania świata. 

Tym bardziej duchowego. 

Służąca znów weszła do pokoju, wycierając ręce w ścierkę. 
- Panienka zmęczona - szepnęła. - Już pójdzie, dobrze? Przyjdzie kiedyś znowu. 
Nie!  Dlaczego  niektóre  chwile  są  tak  delikatne,  że  wystarczy  chwila  nieuwagi,  by  wypłynęły  na 

zatracenie między palcami, jak rozbite jajko? Leon spojrzał błagalnie na Glorię. 

-  Ależ  ja  kocham  zwierzęta.  Mam  tu  nawet  ze  sobą  kacz...  -  urwał.  Nie  widząc  z  jej  strony  żadnej 

zachęty,  wstał  i  ukłonił  się  tylko,  a  następnie  ruszył  w  kierunku  wyjścia.  Żałował  tej  wizyty.  Nie  tak 

background image

miała  wyglądać.  Otworzył  drzwi  i  spojrzał  w  mrok  na  zewnątrz.  Czy  coś  można  jeszcze  zrobić? 
Odwrócić się? Jak młokos przeprosić i zapomnieć? 

Naraz wydało mu się, że za załomem muru mignęła świetlista postać. Dałby głowę, że była to kobieta 

odziana w długą szatę, na podobieństwo Matki Boskiej. Niosła na rękach zawiniątko. 

-  Jezzz  -  syknął  Leon,  lecz  w  tym  samym  momencie  otrzymał  cios  w  tył  głowy.  Przed  oczami 

zatańczyły białe iskierki i stracił przytomność. 

Ocknął się na łóżku Glorii z głową na jej kolanach. Otarł spływającą po jej policzku łzę. Była gorąca. 

Jakiż bóg go wysłuchał? 

* * * 

-  Nie  będę  ojca  przekonywał!  -  Bartoszewski  krzyczał  na  całą  zakrystię.  -  To  się  dzieje  codziennie! 

Rozumie ojciec? 

-

 

Ale skąd ona wie? - Filipiuk był oceanem spokoju. - Przecie nie widzi, prawda? 

-

 

Czuje!  Zimno  czuje.  Słyszy  je.  Wyobraża  sobie  straszne  rzeczy.  -  Leon  wstał  z  krzesła  i  zaczął 

chodzić  w  kółko,  jak  ryś  zamknięty  w  klatce.  -  Toż  w  trwodze  najgorsze  nie  to,  co  widać,  a  co  sobie 
człowiek wyobraża. Nie wiem... Służąca jej opowiada. 

-

 

Służąca też je widziała? - Leon nachylił się nad księdzem. 

-

 

Ja je widziałem, ojcze. Ja sam. Nie namawiam ojca na krucjaty ani egzorcyzmy. Może teren poświęcić 

wystarczy, może modlitwę odmówić? 

-

 

Może  i  wystarczy  -  burknął  proboszcz.  -  Tylko  czemu  same  nie  pomodlą  się?  Do  kościoła  nie 

przyjdą? Na nowy nie dadzą? Budowa stanęła, niedługo z piasku będziemy kręcić. 

-

 

Rozumiem,  że  ksiądz  ma  tu  własne  problemy.  Ale  pomóc  chyba  się  jakoś  godzi,  nieprawdaż?  Poza 

tym widzę, że ojciec mi wierzy. Pewnie wie coś, mylę się? 

- Ano - chrząknął. - Mamy w Staszowie lud zabobonny i nic z tym zrobić nie mogę. Wyszukali kiedyś 

w okolicy kamienie, podobne do ludzi i potworów. Na polu, za miasteczkiem. I zaprosili czarownicę aż z 
Ukrainy  do  odczyniania  uroków.  Ta  nagadała,  że  tu  diabli  mają  schadzki.  Kazała  kotów  nawieźć,  nie 
wiadomo po co. A ziemia rodzi kamienie, panie Leonie. Spytaj chłopa, to ci powie: ziemia rodzi kamienie 
po prostu. Geologia. 

Leon znów usiadł i próbował się uspokoić. Może faktycznie to tylko zwidy? 
-

 

A  my dwa lata z kocurami się tu użeraliśmy  -  mówił dalej ksiądz. - Mnożyły się, darły po nocach i 

przynosiły słabości na ludzi. Narwaliśmy kozłka i pełne wory za miasto wywiozło się. Kocury po okolicy 
rozbiegły  się  za  zapachem,  zdziczały  i  było  jeszcze  gorzej.  W  końcu  pewnie  wyzdychały  albo  psy  je 
zagryzły. Potem Karpińska ze swoimi... 

-

 

Ojcze  -  przerwał  Leon.  -  Ja  też  mogę  zarzucić  ojca  historiami  nie  z  tej  ziemi.  Nie  potrzebuję,  żeby 

ojciec mi wierzył. Potrzebuję jedynie modlitwy i domu wyświęcenia. 

-

 

O, to to! Czy to nie ciekawe, że tylko jeden dom nawiedzają? 

-

 

Może niejeden. Może wszystkie, a ludzie się boją, żeby ich potem od „Karpińskich" nie wyzywali i 

nie pokazywali palcami. Pójdzie ojciec wreszcie? 

-

 

Muszę tam pójść - sapnął. - A zgadzają się na święcenie w domu? 

- Dopiero co z nimi rozmawiałem. 
-

 

No to już. - Proboszcz westchnął ciężko i podniósł się z fotela, by zabrać potrzebne dewocjonalia. 

-

 

Ale  ciapnęła  cię  starucha  drągiem  jednak.  Taki  niby  zbawca  miał  być  z  ciebie,  a  drągiem  po  łbie 

przeciągnęła jak karpiowi przed Wigilią. 

-

 

Bo  zlękła  się  ducha  i  nie  chciała,  żebym  go  zwabił.  Żeby  duch  rozumu  mi  nie  pomieszał.  Tak 

tłumaczyła przynajmniej. 

-

 

Wierz im tam wszystkim, wierz - prychnął ksiądz bardziej do siebie niż do Leona. 

Po chwili szli już drogą w kierunku domu Glorii. We wszystkich oknach światła były zgaszone. 
-

 

Nie miałoby twoje kaczątko długiego żywota, gdybyście tu za kocich rządów trafili - podśmiewał się 

proboszcz. - Nie byłoby miejsca na kąpiele w rzece i spacerki. 

-

 

I  tak  woli  siedzieć  całe  dnie  w  domu.  Śpi  w  koszyku  jak  kot.  -  Leon  był  myślami  zupełnie  gdzie 

indziej. - Kiedy duchy zaczęły się pokazywać? 

-

 

Ja wiem? Ludzie cały czas coś mówią. Ciężko ocenić. 

-

 

A kto mieszkał w tym domu, zanim Gloria się wprowadziła? 

-

 

Szukasz  miejsca śmierci  nagłej?  Pożarowiska?  Mordu?  Gwałtu?  Nie. Tu  nigdy  nic.  Zawsze  spokój. 

Tylko ta bitwa. Przed panią Glorią mieszkał tu... Niech pomyślę... 

background image

Nagły powiew chłodu ścisnął Leona za kark. Jakiś szmer przebiegł przez powietrze. Tuż za jego głową.     

Odwrócił się, unikając potencjalnego ciosu i stanął oko w oko z duchem. Smutna, jakby pokryta szronem 
twarz starej kobiety rozdziawiła usta, tak że mogłaby pochłonąć go w całości. Uchylił się i odtoczył na 
bok, próbując ciągnąć za sobą księdza. Ten jednak twardo stał w miejscu. 

Leon  teraz  dopiero  ogarnął  całą  sytuację.  Był  to  prawdziwy  korowód  duchów.  Kilkanaście  postaci, 

niektóre  zlane  w  jedną  lśniącą  masę,  niczym  upiorna  chmura  połączonych,  eterycznych  ciał,  ciągnęło 
niezgrabnie wzdłuż drogi, zostawiając za sobą pasmo szronu, który natychmiast niemal się topił. Szły w 
zupełnym milczeniu, szarpiąc kończynami, jak wisielcy, tuż nad powierzchnią gruntu. 

Filipiuk też je dojrzał. Odskoczył w tył i sięgnął po krucyfiks. Zaczął odmawiać modlitwę, ale korowód 

przeszedł przez niego po prostu, nie zważając wcale na sacrum, a potem rozpłynął się w powietrzu. 

Leon rozglądał się nerwowo, czy znów nie pojawią się tuż za nim. Podbiegł do proboszcza, który wciąż 

stał z wyciągniętym krzyżem. 

- Wierzy teraz... - przerwał dostrzegłszy w księżycowej poświacie bladą twarz Filipiuka. Stężała, jakby 

odlano ją z wosku. W oczach nie było nic poza bezdenną pustką, zaś po brodzie potokami płynęła ślina. 
Leon drgnął, by chwycić sutannę i potrząsnąć Filipiukiem, ale bał się przemówić do porażonego mocą z 
zaświatów duchownego. 

-  Pókiż  niebo  i  ziemię...  Wiekuisty  Panie...  nie  zemścisz  się  niewinnej  krwie  naszej  wylanie  -  jęknął 

proboszcz  i  postąpił  kilka  kroków,  po  czym  osunął  się  na  ziemię.  Jęczał  coś  niezrozumiale,  grzebiąc 
palcami w ubitym piasku drogi, który wciąż był wilgotny od świeżo topniejących igiełek lodu. 

* * * 

...i  ruszyłem  onym  tropem,  Przyjacielu.  Nie  uwierzysz,  dokąd  mnie  zaprowadził.  Ślady  były  widoczne 

ledwie.  Żałowałem,  że  nie  ma  człowiek  w  skórze  receptorów  wilgoci.  Miałem  jednak  resztki  bibuły,  i 
faktycznie.  Nie  mogłem  się  mylić.  Ślady  zaczynały  się  -  nie  uwierzysz  -  przy  fundamentach  nowo 
stawianego kościoła.    . 

Myśli w głowie kotłowały się setki. Tysiące nawet, ale nie mogłem z nikim się nimi podzielić. Jakie mam 

bowiem doświadczenie? Jak tu przyznać się do poszukiwania lustra Twardowskiego, jakże opowiadać o 
tym, że kaczka, którą posiadam jest dziełem alchemika, który chciał stworzyć złoto krzyżując zwierzęta? 
Jakże  wyjść  od  tego  wszystkiego  do  podejrzeń,  że  kościół  na  ziemi  niepoświęconej  budują,  albo  na 
miejscu jakiejś  zakazanej  świątyni?  Że  duchy terror  sieją  w  okolicy, że  ostatnia ostoja ludu, proboszcz, 
bez  zmysłów  padł  w  zakrystii,  zalewając  się  na  przemian  flegmą  i  łzami.  Nie  wiem.  Nadzieją  pozostała 
Gloria, która była jedyną znaną mi tu osobą mądrą na tyle, by ogarnąć wszystko na trzeźwo. No i, na miły 
Bóg, jej właśnie chciałem pomóc... 

Uszanowanie, Leon Bartoszewski 

 

* * * 

 
Gloria od dłuższej chwili milczała. 
-  Jeśli  koszmary  mają  źródło  w  nowym  kościele,  to  trzeba  coś  z  nim  zrobić!  Zawołać  księdza  z 

sąsiedniej wsi, może tę Ukrainkę od kotów, wszystkiego po drodze popróbować. - Leon stał przy oknie z 
lampką  wina.  Było  ono  z  gatunku  tych,  których  badanie  bukietu  nie  ściąga  wstydu  na  degustującego. 
Pachniało  cudownie,  szlachetnie  wylegując  się  na  ściankach  kryształowego  naczynia  i  niechętnie 
opadając ku dołowi. 

Gloria  pokręciła  głową.  Opaska  zsunęła  się  nieco  -  i  Leon  przystanął  na  chwilę,  by  dojrzeć  jej  oczy. 

Dotąd nie sądził, że widok oczu tak bardzo pomaga zrozumieć ich właściciela. 

- Wyjedźmy - zaproponował nieśmiało. - Spakuj, proszą, co potrzebne. 
Podniosła  głową.  Jakby  spojrzała  na  niego.  Boże,  był  pewien,  że  spojrzała!  Wpatrywała  się  w  jego 

twarz, wodziła za nią powoli! To niemożliwe, żeby słuch... 

-  Niczego  nie  rozumiesz,  Leo  -  szepnęła  niemal  zalotnie.  Bartoszewski  poczuł,  że  odpływa. 

Kryształowy  kieliszek  rozbił  się  na  podłodze,  rozchlapując  rubinową  ciecz.  Odłamki  kryształu  iskrzyły 
niczym mgławica krwawiących gwiazd. To wino było... 

Nagle,  jakby  znikąd,  pojawiła  się  Gloria.  Ujęła  go  za  dłoń  i  wyfrunęli  z  domu.  Masywna  drewniana 

futryna  wypluła  ich  z  obrzydzeniem,  ścigał  ich  jedynie  głos  starej  służącej  miotającej  przekleństwa, 
których Leon nie potrafił powtórzyć. Biegli potem przez łąkę, ku wzgórzom. Leon śmiał się i krzyczał, 
wołając wszelkie autorytety, by dały choć chwilę na ogarnięcie tego wielkiego doświadczenia, w którym 
utonął, jakby wrzucony w gorące bagno znaczeń i struty jego oparami. Mówił coś, śpiewał... 

background image

A  potem  baraszkowali  boso  w  przestworzach.  Ziemia  była  daleko  w  dole,  gdzieś  wśród  maleńkich 

gwiazd.  Oni  zaś  biegli  po  granicy  nieba,  nie  mogąc  spaść  na  dziką  łąkę.  Wznieśli  się  aż  do  miękkiej 
powłoki Niebios, żeby tam znaleźć schronienie. I znaleźli. Niczym delfiny mknęli przez fale ku strażnicy 
Bram Niebieskich. Tam dopiero znieruchomieli. Leon opadłszy na kolana głaskał potężne demony, które 
teraz  zdawały  się  być  pokorne,  zimne  i  nieruchome.  Ale  wewnątrz  pulsowało  coś,  przesuwało  się, 
krążyło. 

- One żyją! - krzyknął i ujrzał przed sobą Glorię. Nagą, piękną i nieogarnioną niczym Wszechświat! Bo 

to  ona  była  Wszechświatem!  Wyrywała  go  ładowi  jak  swoją  własność.  Wtopił  się  w  nią,  nie  będąc  w 
końcu niczym więcej niż jej częścią. Wtuleni w miękką powłokę Nieba, szukając domu w roju gwiazd, 
wobec  niemych  strażników  dokonali  wszystkiego  naraz,  kalecząc  ciała,  krzycząc  i  wyzywając  tych, 
którzy ukryli przed nimi Bramę Piotrową! Dysząc, zadając sobie ból i cierpiąc... 

* * * 

 
Leon ocknął się na wzgórzu. Wciąż było ciemno. Leżał sam, zupełnie nagi, pokryty świeżymi strupami 

z licznych zadrapań. Podniósł się, pojedynczym jękiem karcąc pulsujące pieczenie ran. Narzucił koszulę i 
spodnie.  Żadna  z  części  garderoby  nie  była  bez  szwanku.  Co  za  wstyd!  Milczał.  Cokolwiek  pomyśli, 
pożałuje. Świat zawirował delikatnie i Leon wsparł się o pobliski głaz. Duży głaz wielkości człowieka i 
nawet lekko przypominający go formą. 

- A więc to tooo... - udawał zdziwienie, radując się zarazem, że istnieje coś, o czym może myśleć bez 

skrępowania.  Wypełnił  głowę  akademickimi  myślami  o  kamiennych  ludziach  i  ruszył  w  kierunku 
miasteczka majaczącego daleko w ciemnościach. Po drodze minął jeszcze parę podobnych kamieni. 

Tymczasem zaledwie kilka kroków za nim, między kamieniami coś się poruszyło. Najpierw mozolnie 

jak  nocny  motyl  wykuwający  się  z  poczwarki.  Później  żwawiej,  wręcz  nerwowo,  panicznie.  Blada 
poświata  wystrzeliła  spod  trawy,  by  zaraz  niemal  zgasnąć.  Tuż  obok  jednego  z  głazów  pojawiły  się 
zwłoki  małego  chłopca.  Chwilę  później  z  ziemi  wychynął  dziwny  cień,  podpełzł  do  trupa i  obejrzał  go 
dokładnie,  jakby  się  upewniając.  Następnie  wsunął  się  w  ciało  i  ułożył  w  środku,  przymierzając  każdą 
część ciała z osobna. 

Chłopiec westchnął głęboko i otworzył oczy. Podniósł z ziemi jakiś mały, srebrny przedmiot, a potem 

ruszył w ślad za Leonem, prosto do miasteczka. 

* * * 

 

Bartoszewski  szedł  powoli.  Po  drodze  ułamał  kij  z  porzuconych  w  polu  gałęzi  i  przysposobił  sobie 

kostur. Teraz, podpierając się, odnajdował drogę przez pole. Szczęście, że była noc i mógł iść do domu 
nie  wzbudzając  niepotrzebnej  sensacji.  Zawsze  jednak  istniało  niebezpieczeństwo,  że  ktoś  się  obudzi 
przypadkiem i wyprawiając nocą do sławojki przydybie go półnagiego, obitego i sprawiającego wrażenie 
mocno pijanego. 

Leon wszedł na drogę wjazdową do miasteczka i ledwie pokonał kilka metrów, wydało mu się, że ktoś 

go obserwuje. Odwrócił się, ale niczego nie dostrzegł w panujących ciemnościach. W miasteczku księżyc 
odbijał  się  od  szyb  i  dawał  przynajmniej  ogólną  wiedzę  o  aktualnym  położeniu.  Zapewne  kiedyś 
elektryczność  dotrze  do  samych  granic  kraju.  Teraz  można  było  na  nią  liczyć  tylko  w  co  większych 
miastach. 

Znów ruszył przed siebie. Kiedy mijał rusztowania i świeże mury nowo stawianego kościoła, tknęło go, 

by zajrzeć do środka. 

Ktoś  kręcił  się  po  budowie.  Jakaś  przygarbiona  sylwetka,  telepiąca  się  z  jednej  nogi  na  drugą. 

Oddychała świszcząc i mrucząc pod nosem. Rozpoznał ten głos. To był proboszcz! Leon rozejrzał się raz 
jeszcze  i  najciszej  jak  potrafił  podszedł  do  rusztowań.  Następnie  tuż  przy  ścianie  jął  zbliżać  się  do 
majstrującego coś wewnątrz murów duchownego. Wciąż nie mógł dostrzec, co tam się dzieje. Podsunął 
się bliżej. 

Na  chwilę  rozbłysło  jakieś  światło  i  Leon  zorientował  się,  że  jego  twarz  dotyka  niemal  kamiennej 

płaskorzeźby.  Ale  co  płaskorzeźba  robiła  na  murach  zewnętrznych  kościoła?  Przyjrzał  się  dokładniej. 
Okazało  się,  że  w  tym  miejscu  odpadł  tynk  i  wśród  kamieni  wykorzystanych  do  wzmocnienia  murów 
zamajaczyły  niewyraźne,  acz  regularne  kształty.  Nie  ulegało  wątpliwości,  czym  były.  Ludzkie  ręce, 
twarze, stopy. Znów zrobiło się jaśniej. Leon dostrzegł nawet twarzyczkę jakiegoś dziecka, jakby... 

background image

Jaśniej?!  Odwrócił  się  natychmiast,  napotykając  tuż  przed  swoją  twarzą  przerażone  oblicze 

proboszcza.-  Oczy  wielkie  jak  spodki!  Usta  rozdziawione  na  całą  szerokość,  a  w  środku  szaleńczo 
kołaczący się język! 

- Nie gozzi się z kamieni przeklętych świątyyyyni stawiaśśśś! - ryknął ksiądz, zdzierając gardło i plując 

na stojącego tuż przed nim Leona. Ten zaś dostrzegł opodal, pod murem mały pełgający płomyk. Krzyk 
zamarł  mu  w  gardle,  kiedy  błysk  zamienił  na  chwilę  noc  w  słoneczny  poranek,  a  potworny  huk 
zbombardował  naprężone  ciało  Leona.  Podmuch  targnął  nim  o  ścianę.  Filipiuk  zwalił  się  na  niego, 
nieomal  go  przewracając,  martwy.  Bartoszewski  nie  stracił  przytomności  umysłu.  Zarejestrował,  że 
najpierw echo poniosło huk po całej okolicy, a potem jeszcze przez długi czas resztki gruzów osypywały 
się  to  bliżej,  to  znów  dalej  od  niego,  cały  czas  leżącego  pod  tężejącym  ciałem  proboszcza.  Wciąż 
dzwoniło mu w uszach. Szczęście, że huk zastał go z otwartymi ustami. 

Już  po  krótkiej  chwili  zabrzmiały  pierwsze  nawoływania  zbudzonych  mieszkańców  miasteczka. 

Próbował  krzyknąć,  ale  było  tak  ciasno,  że  nie  mógł  nabrać  powietrza  i  w  gardle  uwiązł  mu  tylko 
zdławiony jęk. Wysilił się, by zepchnąć z siebie ciało Filipiuka, lecz zaklinowało się pod resztkami muru. 
Pozostawało czekać i liczyć na szczęście. Tylko czy ktoś się odważy w środku nocy przeszukiwać gruzy 
kościoła? 

* * * 

 

Udało  mi  się  w  końcu  zwrócić  czyjąś  uwagę  i  wydostano  mnie.  Proboszcz  nie  żył,  okruchy  kamieni  i 

fragmenty  rusztowania  strasznie  okaleczyły  jego  plecy.  Jak  się  później  okazało,  zdetonował  pod  ścianą 
kościoła stary ładunek z czasów wojny. Kamień na kamieniu nie został. 

Nazajutrz  przeszukałem  gruzy,  chcąc  wydobyć  choć  jeden  z  dziwnych  głazów,  jakie  wieczorem 

widziałem.  Pomagało  mi  kilku  chłopców,  którzy  zwiedziawszy  się,  czego  szukam,  opowiedzieli,  że  tego 
rodzaju dziwne skały od dawna znajduje się w okolicy. Kiedyś sądzono nawet, że ktoś rzuca we wsi uroki i 
zamienia  w  kamień,  jakowyś  bazyliszek  albo  meduza  z  mitów.  Sprowadzono  wiedźmę,  która  orzekła,  że 
miasteczko  należy  zasiedlić  kotami,  te  bowiem,  kiedy  człowiek  śpi,  zakradają  się  i  wąchają  mu  oczy.  A 
jeśli ów jest bazyliszkiem, potrafią to natychmiast wyczuć i wydrapują mu je, czyniąc niegroźnym. 

Zrazu rozbawiła mnie ta barwna interpretacja niewinnego kociego zwyczaju, lecz potem pomyślałem o 

Glorii i jej spojrzeniu, którego nigdy przecież nie doświadczyłem. A jeszcze później, w głowie, która po 
poprzednim nadzwyczajnym wieczorze mieliła myśli mozolnie niczym wielki, zapiaszczony młyn, ułożyłem 
sobie  wszystko,  co  o  niej  wiedziałem.  Zawładnęło  mną  przerażenie.  Stąd...  Stąd  pytam,  przyjacielu:  co 
powinienem teraz uczynić? Nie na mój rozum i siły podjąć walkę ze strachem, który się w sercu lęgnie. I 
piszę
 ten list czując prawie pewność, że przeczytasz go jako list zza grobu. 

Kłaniam się nisko, Leon Bartoszewski 
 

* * * 

 
Bartoszewski westchnął. Odłożył pióro i drżące dłonie położył na głowie. W piersi zagnieździło się coś 

chłodnego  i  niewiarygodnie  ciężkiego.  Tak  ciężkiego,  że  nie  sposób  było  unieść  się  z  miejsca.  Myśli 
goniły  jedna  drugą.  Czuł  się  jak  dziecko  stojące  na  kolejowym  nasypie  i  oglądające  pociągi  pełne 
strasznych myśli. Ani ich zatrzymać, ani nawrócić. 

Wtem wejściowe drzwi rozwarły się i stanęła w nich jakaś kobieta. 
- Gore! - krzyknęła. - Gore chałupa pani Glorii! A potem pobiegła do następnego domu. 
Leon wypadł na podwórze. Faktycznie, na niebie migotała czerwona łuna pożaru, a z daleka docierały 

stłumione krzyki. 

- Na Boga... - szepnął i ruszył w tamtym kierunku. Dziwna ulga i nieopisana trwoga starły się w nim w 

tej samej chwili, w której dotarł do płonącego budynku. Właśnie wynoszono jednego z sąsiadów, który 
podobno rzucił się w płomienie, by ratować mieszkanki rezydencji. Ale budowla była drewniana i sucha. 
Przez kilka ostatnich tygodni nie spadła ani kropla deszczu. Płomień zapewne osiągnął taką temperaturę, 
ż

e  samo  ogrzane  nim  powietrze  przyprawiało  o  utratę  przytomności.  Wyniesiony  mężczyzna  miał 

poparzone  ręce  i  twarz.  Zaraz  też  zajęły  się  nim  kobiety,  obie  dłonie  układając  w  cebrach  pełnych 
studziennej wody, a twarz rosząc delikatnie. 

Tymczasem płomień pożerał dom do szczętu. Wielkie kęsy drewna z hukiem odpadały od całości, wraz 

z ulatującymi w niebo snopami iskier. Resztki ścian, z wypalonymi już dziurami po oknach i drzwiach, 

background image

przypominały wielką płonącą czaszkę, a zgromadzeni wokół chłopi, w ciszy patrzący na dokonujące się 
dzieło, wyglądali jak wyznawcy pogańskiego kultu. 

Z daleka dobiegły Leona dźwięki strażackiej syreny. 
- Droga na pole - usłyszał nagle głos. Rozejrzał się ale obok nikogo nie było. - Spójrz na drogę. To on... 
Leon  odwrócił  się  w  tamtą  stronę.  Jakiś  chłopiec  stał  niebezpiecznie  blisko  płomieni  i  uśmiechał  się, 

szczerzył w dziwny sposób. Wyłowiwszy z tłumu spojrzenie Leona, malec szybko spoważniał, a potem 
odwrócił się na pięcie i popędził przed siebie. Bartoszewski natychmiast ruszył za nim. 

Był  wściekły.  Nie  wiedział  nawet,  skąd  nagle  wzięło  się  w  nim  tyle  gniewu.  Nagle  i  znikąd.  Biegł 

dosłownie  nim  przepełniony,  zaciskając  pięści  i  czując,  jak  nadmiar  energii  znajduje  ujście  w 
zaciśniętych  szczękach.  Tak!  Gniewu  było  więcej,  niż  mógł  pomieścić!  Znacznie  więcej!  W  końcu 
dopadł chłopca. Zaczął nim potrząsać, zadawać jakieś pytania, których sam nie słyszał. Czuł, że mógłby 
go zabić, gdyby tylko... 

-

 

Widziałam, to on - szeptała Gloria w jego głowie. - Ukarz go. 

Głos zamiast go podjudzić, przywrócił na chwilę trzeźwość myślenia. Czemuż to ulegał? Przecież... -

...to dziecko! - zaprotestował. 

- Nie wiesz, czym jest. To zjawa. Upiór przyobleczony w ludzką postać. On już jest martwy! Zabij go! 
-  Nie! - Leon wypuścił z rąk spłakanego chłopca. - Co się ze mną dzieje? 
Kiedy malec pobiegł w dół pagórka, Gloria przestała przebierać w słowach. 
-

 

Zaufałam ci. Kocham cię. I tak mi zależy... Nie zdążyłam ci wyznać. 

-

 

Odejdź! - krzyknął Leon. 

-

 

Byłeś  cudownym  kochankiem!  Spełniłam  się  przy  tobie  jak  przy  nikim.  Moglibyśmy  razem, 

codziennie, w gorących oparach ziół nieść cuda światu alkowy... 

-

 

Przestań, czymkolwiek jesteś! 

-

 

Ty  skurwysynu!  Nie  nadajesz  się  do  niczego.  Ze  zgniłego  nasienia,  z  zaplutej  rodni  swojej  matki 

ladacznicy! Zarób na swoje życie, bo upiór już jest dla świata stracony. Nie oprze się mojemu spojrzeniu. 
-  Głos  był  coraz  silniejszy  i  natarczywszy.  -  Dobij  go,  zanim  odejdzie!  Żeby  nie  umknął!  Pałką! 
Kamieniem! 

-

 

Jednak go widziałaś - mruknął tryumfalnie, zdając sobie nagle sprawę z tego, co zostało powiedziane. 

-

 

A teraz... Stój! - Leon pobiegł w ślad za chłopcem i zatrzymał się za pierwszymi krzewami. W nikłym 

blasku księżyca rysował się niewyraźny kontur małej skały przypominającej małe dziecko z wyciągniętą 
błagalnie ręką. Zabrzmiał jeszcze cichutki dźwięk, jakby mozolnej, zgłuszonej pracy młyńskich kamieni, 
i Leon został sam z biciem własnego serca, które prawie wyskakiwało mu z piersi. Odwrócił wzrok, ale to 
tylko pogorszyło sprawę. W oddali znów zobaczył łunę gaszonego pożaru. 

-

 

Boże, Boże, Boże... - powtarzał, oddając się pod opiekę i odganiając czarne myśli, które krążyły nad 

nim jak wrony, czekając tylko, kiedy znów zapomni o ich bliskości. 

-

 

Widziałem twoje oczy - szepnął Leon drżącym głosem, a potem pobiegł w kierunku domu, z daleka 

mijając pożarowisko. 

* * * 

 

Wpadłszy do środka natychmiast otworzył szafę i wyrzucił wszystkie swoje rzeczy na łóżko. Szpargały 

z  biurka  zawinął  w  znoszoną  koszulę.  Nie  zapalał  nawet  lampy,  szkoda  czasu.  Wpadające  przez  okna 
ś

wiatło księżyca wystarczało. 

-  Nie odchodź - zabrzmiał znów głos w jego głowie. Po plecach Leona przebiegły ciarki. 
-

 

Ty... żyjesz? 

-

 

Niedługo już, mój najdroższy... 

-  Przestań  mamić!  -  bronił  się.  -  Po  prostu  umrzyj  i  odejdź,  rozumiesz?  Nie  chcę  cię.  Odrzucam. 

Wypieram  się...  Uwolnij  mnie  od  siebie  -  zabrakło  mu  słów.  –  Idź  dokądkolwiek...  Do  piekła. 
Gdziekolwiek teraz utknęłaś! - Własny głos dodawał mu otuchy. 

- Ależ jestem tuż obok... - Głos mówił jakby wprost do jego ucha. Gdzieś w domu jęknęła deska. Leon 

zamarł. Próbował przebić mrok wnikliwym spojrzeniem. 

- Jak... to? - wycedził. - Gdzie? 
- Blisko, kochany. Nigdy cię już nie opuszczę... jeśli mi nie pomożesz. Nic cię to kosztować nie będzie. 
- Kłamiesz. Zwodzisz mnie. Jakimż to czortem jesteś? 
Milczała chwilę, po czym głowę Leona wypełnił jej miękki szept. 
-

 

Dozoruję stanicę. 

background image

-

 

Jakąż znowu stanicę? 

-

 

Stanicę dla dusz, którym uda się umknąć z piekła. Czy to brzmi lepiej? 

-

 

Aaaależ... - warknął Leon. - Nie wciągaj mnie w rozmowę. Z piekła nie da się uciec. 

-

 

Zewsząd da się uciec. Nie próbowałbyś? Z piekła? Z najgorszego miejsca? Z milszych miejsc uciekają 

- mówiła spokojnie. - A gdyby uciekł tylko jeden? Choć raz? To jak patyk podany szczurowi do cebra z 
wodą, pamiętasz? 

Zatrzymał się na chwilę. 
- Powiadasz, że zmory uciekają z piekła? 
-  Dusze.  Próbują.  I  czasem  im  się  udaje.  A  wtedy  kradną  ciała  zmarłych  i  przyobleczone  w  nie  chcą 

zniknąć  w  świecie.  W  tej  okolicy,  nie  wiedzieć  czemu,  było  ich  sporo.  I  powstała  ta  stanica.  Jedna  z 
wielu. 

- Kto ją postawił? Opatrzność? 
- Opatrzność?... Co jej do tego? To nie On. Wręcz przeciwnie. 
-

 

Ale to ty spojrzeniem obracasz w kamień, tak? 

-

 

Owszem. 

-

 

Tylko zmory? 

-

 

Och...  -  westchnęła  w  dziwny,  świszczący  sposób.  Zapewne  gorące  powietrze  zmieniło  jej  płuca  w 

dwa suche worki. - Czasem zdarzy się straszna pomyłka. 

-

 

Jak z kamieniami z kościoła, prawda? Oni byli niewinni? 

-

 

I tak powinni trafić do piekła. Za wiarę w zabobon. 

-

 

To dlaczego nie odeszli? 

-

 

Nie  wiem...  Domyślam  się  tylko.  Od  pewnego  czasu  nikt  nowy  się  nie  pojawił.  Ale  i  dusze 

przemienione  nie  mogły  odejść.  Jakby  uszczelniono  na  chwilę  granice.  Czuć  było  tę  silną  barykadę. 
Domyśliłam się, że to robota proboszcza, bo duchy wypełzły z kamieni kościelnych i przez poświęconą 
ziemię nie mogły zstąpić. Zaczęły mnie nawiedzać. 

-

 

Jak to poświęconą... - Leon zamyślił się na chwilę. - Ale to nie proboszcz! To zupełny przypadek. 

-

 

Przypadek pomaga przygotowanym, mnie jednak nie pomógł. 

Cała ziemia w okolicy jest wyświęcona. Pewna chora kobieta, pod wpływem majaków skropiła ją nie 

tak dawno co do metra... Tylko skąd się wziął podpalacz? 

- Tak też podejrzewałam - oddychała ciężko. - Podpalacz... wypełzł z dziury, którą wyryliśmy. Z 

naszego mostu w święconej ziemi. 

- Jak to? Niczego z tobą... O, Boże! - Leon wsparł się o blat biurka. 
- Udrożniliśmy go na powrót, najukochańszy - zamruczała. 
- Nie! Tego już zbyt wiele. 
- Poczekaj! Jeszcze tylko jedno... 
- Zamilcz! Fałsz leży w naturze demona. Raz już mnie wykorzystałaś. Umrzyj wreszcie! 
- Musisz przechować moje ciało przez jakiś czas. Żeby nikt go nie zabrał, rozumiesz? Musisz je ukryć i 

pilnować. 

- Kpina! - parsknął Leon. - Do kącika absurdu napisz! Gdzie mam je trzymać? W spiżarce? W 

słoikach? 

- Błagam... - jej głos był coraz cichszy. - Nie możesz mi odmówić. 
Leon zdjął ze stołu koszyk ze Złotą, która jak zwykle spała w najlepsze i położył go obok ubrań. 

Milczał. 

- Wiesz, co by się stało, gdyby znaleźli moje ciało i posiedli je? Tylko na pewien czas. 
- Nie. Nie zgadzam się - powiedział krótko. - Nie interesuje mnie to. 
Schylił się i sięgnął po walizkę wsuniętą pod łóżko. - Nie będę się z tobą układał - powiedział głośno i 

najpewniej jak był w stanie. 

Wysunął walizkę, stwierdzając nagle, że nie trzyma skórzanej rączki, a przeżartą ogniem, ciepłą jeszcze 

ludzką dłoń. Szarpnął odruchowo, a wtedy zaraz za nią wypełzł spod łóżka korpus Glorii. Resztki 
spalonych włosów i spływającej płatami osmalonej skóry nadały jej ciału groteskowy wygląd źle zszytej 
szmacianej lalki. 

- Zzzabraniam - syknęły zwęglone wargi, krusząc się przy tym niemal doszczętnie i odsłaniając białe 

zęby. Nos odpadł już dawno, podobnie jak... opaska. Leon natychmiast zamknął oczy i odwrócił się, 
próbując wybiec z domu. Nie! Potknął się o zydel, wyrżnął jak długi na podłogę. Ledwie zakrył ręce 
dłońmi, poczuł na plecach lekki, ciepły kształt. Zapachniało ostrym swądem palonych włosów. 

- Nie możesz stąd wyjść w takim razie, rozumiesz mnie? Zrozum mnie, kochany... 

background image

Jezu Chryste... Kochany? Jeszcze nie tak dawno miał ją równie blisko siebie. Pachnącą i ponętną. A 

teraz wpełzła na jego głowę całym swym sączącym, cuchnącym ciężarem. Na okrywających oczy 
dłoniach poczuł zaciskające się kości palców. Próbowała je rozewrzeć. Najpierw delikatnie, potem ucisk 
stawał się coraz silniejszy, potwornie silny. Gdzieś z zakamarków duszy, kłębowiskiem wrzasku i chaosu, 
biciem serca, galopowało w jego stronę szaleństwo. 

- Spójrz na mnie tylko raz... Bo nigdy już nie odważysz się otworzyć oczu. A ja nie jestem jedyna ze 

swego rodzaju. I zawsze ktoś będzie czekał. Zzzzzzzawsze... 

Ciepłe palce pękły z trzaskiem. Nacisk zelżał, zaś Gloria syknęła i zsunęła się z niego. Nie słyszał, by 

się poruszała. Przez dłuższą chwilę bał się drgnąć. Nagle zdało mu się, że coś małego zsuwa się z łóżka i 
tupta w jego stronę. 

- Kwak... pipipi... - zabrzmiało tuż obok. - Kwak. „Skoro Złota mogła się poruszać, zapewne Gloria 

odeszła" - myślał. A może to kolejny fortel? Spróbował po omacku zagarnąć kaczkę ręką, ale nie trafił. 
Widocznie podreptała gdzieś dalej. Natrafił za to na resztki kruchej substancji na podłodze, ciała? 

- Kwak... - rozległo się z drugiej strony. - Pipipi... Leon poruszył się i powoli otworzył oczy. Mogła 

być wszędzie. Kawałek po kawałku badał podłogę, licząc, że Gloria w tym stanie nie znajdzie się nagle w 
jego polu widzenia. Najwidoczniej jednak nigdzie jej nie było. 

Uciekła. 
Podniósł się z podłogi i odszukał wzrokiem Złotą. Siedziała na krześle i piła wodę z małej miski. 
Myśl  o  tym,  jak  kaczka  mogła  wdrapać  się  na  krzesło,  jednoczesna  była  z  odkryciem,  że  spoglądał 

prosto w cień tuż za meblem. Tam zaś wyraźnie rysował się kontur zdeformowanej twarzy i para oczu. 
Krew  odpłynęła  mu  z  rąk  i  nóg,  gromadząc  się  w  szaleńczej  trwodze  pod  żebrami  i  cisnąc  skołatane 
serce. 

To  był  jeden  impuls.  Oczy,  niepodobne  do  niczego,  co  widział  w  życiu.  Jakby  tuż  pod  czaszką, 

szeleszcząc  szorstko,  przesuwała  się  gruba,  lniana  tkanina.  W tej samej  chwili  powietrze  między  nim  a 
Glorią  zafalowało.  Oczy  zniknęły.  Jakaś  dziwna  poświata  wypełniła  wąską  przestrzeń  między  ich 
twarzami. Kobieta charknęła i osunęła się na podłogę bez sił, sapiąc jeszcze, lecz już się nie poruszając. 

Tymczasem ciałem Leona targnął potężny skurcz. W twarz wbiły się igły lodu, wiercąc i kalecząc go 

od  środka.  Jakby  ktoś  zaczął  nakłuwać  trzewia  wielkimi,  szewskimi  igłami.  Jęknął  z  bólu.  Widział 
jeszcze  przez  chwilę  rozpływający  się  w  powietrzu  kształt  ducha  proboszcza,  który  po  raz  ostatni 
przyszedł mu z pomocą. Być może teraz dopiero mógł odejść, załatwiwszy już wszystko. 

Ostatnim  widokiem,  jaki  zapamiętał,  była  biegnąca  w  jego  kierunku  Złota.  Poczuł  na  dłoni  jej 

delikatną, ciepłą obecność. 

A potem wszystko zgasło. 

 

* * * 

 
Wczoraj odbył się pogrzeb, mój drogi Przyjacielu. Zadbałem, by pochowano ją w poświęconej ziemi i 

dopilnowałem nawet ponownego poświęcenia. Dla pewności. Wiesz już niemal wszystko, resztę dopowiem 
Ci po swoim powrocie. Nie będę jeszcze jechał do Warszawy. Zrozumiesz mnie zapewne, Przyjacielu, że 
muszę nieco ochłonąć, wciąż jestem jakby odrętwiały. Udam się ze Złotą do Krynicy i tam spędzę kilka 
dni. Może zabawię dłużej. Na razie śpię przy zapalonych lampach i końca nie widać fobiom. Minęło już 
kilka dni, a mnie wciąż się zdaje, że to jeszcze nie koniec. 

Pozdrawiam, Leon. 

* * * 

 

Wybiła północ, kiedy na rynek Staszowa zajechał powóz. Wysiadł z niego niski mężczyzna w białym 

garniturze. Pomimo panującej ciemności nosił wielkie ciemne okulary przysłaniające niemal pół twarzy. 
Odwróciwszy się w kierunku woźnicy, wypłacił okrągłą sumę, a następnie wyciągnął zza fotela pokaźny 
szpadel. Chwilę patrzył za odjeżdżającym, by w końcu udać się wprost na miejski cmentarz. Tu zbliżył 
się  do  jednego  z  najświeższych  grobów  i  jął  kopać.  Z  odległości  kilkunastu  metrów  obserwowała  go 
wnikliwie  para  oczu,  które  nawet  w  nocy  świetnie  widziały  każdy  ruch  dziwnego  przybysza.  Ten  zaś 
wreszcie  natrafił  na  twarde  wieko  trumny,  by  kilkoma  zdecydowanymi  ruchami  wyrąbać  sobie  mały 
otwór u jej wezgłowia. Następnie schylił się i przez moment zniknął z pola widzenia obserwatora. Potem 
wyszedł  z  dołu  i  zawinął  w  szmatkę  dwa  małe,  kuliste  przedmioty.  Nie  trudząc  się  nawet,  by  zatrzeć 
ś

lady, ruszył z powrotem do miasteczka. 

background image

Para oczu zmrużyła się i zgasła. 
Tymczasem  mężczyzna  szedł  główną  ulicą  i  zatrzymał  się  przed  jednym  z  domów.  Mieszkał  w  nim 

niejaki Wolf Tuchman, od kilku lat członek Rady Miejskiej Staszowa i właściciel nieruchomości. 

Dopiero co nabył on za bezcen działkę budowlaną, na której - rzec by można - tliły się jeszcze resztki 

niedawnego pożaru. 

Człowiek w białym garniturze usiadł na ławeczce przed domem, poprawił okulary i czekał świtu. 

 
 
 

                                                                                                                       Miłosz Brzeziński