background image
background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

- Co to jest? - Wyrwana ze snu Brenda Stuart uniosła 

nieco głowę z ramienia męża. 

W pokoju rozbrzmiewał przenikliwy ton trąbek, wygry­

wających jakąś dziarską melodię. 

Kye Stuart, nie otwierając oczu, przesunął dłonią po podu­

szce w bezcelowym geście. 

- To znaczy... co? - wymamrotał na wpół pogrążony we 

śnie. 

Pokój był mroczny i dziwnie nieznajomy. Brenda wciąg­

nęła w nozdrza powietrze, ale zamiast oczekiwanego aromatu 
migdałowca poczuła znacznie mniej egzotyczny zapach świe­
żej farby, środków czyszczących i ciepłego od snu męskiego 
ciała. 

Opuściła głowę z powrotem na silne ramię Kye'a. 
- Ta muzyka - powiedziała. - Co to za muzyka? 
Natrętne dźwięki wdzierały się do jej uszu i już po chwili 

Brenda rozbudziła się zupełnie. 

- Kye, kochanie - powiedziała, uświadamiając sobie 

w końcu, że włączyło się radio, nastawione na budzenie. 

Spróbowała wyswobodzić się z objęć męża, aby dosięgnąć 

emitujące nieznośne dźwięki urządzenie. Nie było to jednak 
łatwe. W zasięgu jej ręki znalazły się tylko dwa kieliszki 
i pusta butelka. 

Po omacku próbowała przepełznąć przez Kye'a na drugą 

Razem będzie nas troje  2 5 5 

stronę łóżka, kiedy mąż zatrzymał ją łagodnie. Jego ręka 
powędrowała gdzieś w mrok, rozległ się głuchy stukot i za­
padła błoga cisza. 

Ta sama ręka namacała jej biodra, unieruchomione w tra­

kcie przechodzenia przez niego, dołączyła do niej druga i obie 
zatrzymały się na kształtnych pośladkach Brendy. 

- Ha, teraz ty chcesz być na wierzchu? - spytał Kye, 

tonem zaskakująco trzeźwym jak na kogoś, kto przed chwilą 
nie słyszał nawet huczącej w sypialni muzyki. 

- Ależ skąd, ja tylko chciałam wyłączyć buuuuu... - roz­

dzierające ziewnięcie przerwało Brendzie - ...budzik - do­
kończyła. 

W jednej chwili przypomniała sobie ich ostatnią noc, 

a wraz z nią cały, dopiero co miniony, miodowy miesiąc. 
Opadła z powrotem na poduszki, jakby zapominając, że bu­
dzik dzwonił, bo nie są już na Hawajach, ale w Merriwether, 

w stanie Oregon. 

- Nic tu nie można znaleźć. W ogóle nie wiem, gdzie co 

leży - stwierdziła kapryśnie Brenda. 

- Wiesz, gdzie ja leżę - lubieżnie wyszeptał jej prosto do 

ucha Kye. -1 to ci na razie powinno wystarczyć. 

Ich usta spotkały się w pocałunku, a języki kontynuowały 

rozmowę, która przerodziła się w dialog dwóch ciał. 

Ogarnięci pożądaniem dali się porwać namiętności tak 

szalonej, że aż przerażającej. Brenda wzięła Kye'a w siebie 
i sprawiła, że każdy jego mięsień poruszał się w takt jej pulsu. 
Czuła, że mu się oddaje, ale paradoksalnie - dając siebie, 
w pewnym sensie panowała także nad jego i swoją rozkoszą. 

Wszystko jednak nagle się zmieniło, kiedy Kye cofnął się 

i pozwolił jej znaleźć się nad sobą. Rozważny, opanowany ruch 

jego bioder, lekko wychylonych ku górze, wywołał w niej wra­

żenie, jakby znalazła się w samym centrum trąby powie-

background image

2 5 6 OGŁASZAM WAS MĘŻEM I ŻONĄ... 

trznej, której spiralne porywy windowały ją w niebotyczne 
otchłanie, aż usłyszała w uszach muzykę, która tym razem nie 
pochodziła z zewnątrz. 

Brenda obciągnęła na sobie fiołkoworóżowy sweter i spię­

ła ciemne włosy w koński ogon. Rozsunęła suwak plastiko­
wej kosmetyczki, leżącej na łazienkowej półce wyłożonej 
zielonymi kafelkami. 

- Nie mogę się doczekać, kiedy wyremontujemy tę łazien­

kę i będziemy mieć dwa duże lustra zamiast tej miniatury. 

- Odkręciła tusz do rzęs i wskazała spiralką małe przenośne 

lusterko, które stało obok kosmetyczki na półce. - Długo to 
potrwa, jak myślisz? 

Kye, który stał za nią i zawiązywał krawat, posłał odbiciu 

żony ponury uśmiech. 

- Wieczność. Remontuję ten dom po pracy od roku i uda­

ło mi się doprowadzić do porządku trzy pokoje na dole. 

- Kye, tu jest siedem sypialni - powiedziała Brenda, za­

bierając się do malowania ust, co sprawiło, że jej dalsze słowa 
brzmiały dość niewyraźnie. - Mogłeś kupić coś mniejszego, 

jeżeli postanowiłeś remontować dom sam w wolnym czasie. 

- Cena była okazyjna - odparł, sięgając przez jej ramię po 

grzebień. - A poza tym, mam teraz ciebie do pomocy. Mówi­
łaś, że jesteś świetna w przyklejaniu tapet. 

Wyprostowała się, zamknęła szminkę i wrzuciła ją do kos­

metyczki. Posłała mu poprzez lusterko prowokacyjny 
uśmiech. 

- Skłamałam. 
- Dlaczego? - Uporządkował swoje gęste ciemne włosy 

i odłożył grzebień z powrotem na półkę. Popatrzył na nią 
spod zmarszczonych brwi, sięgając po wiszącą na drzwiach 
łazienki marynarkę. 

Razem będzie nas troje 257 

- Żebyś się ze mną ożenił - odparła, odwracając się do 

niego z bezwstydnym uśmiechem. - W redakcji mówiło się, 
że szukasz na żonę dziewczyny z widokiem na wysoki spa­
dek, która zna się na malowaniu i przyklejaniu tapet. 

Złapał jej nosek w dwa palce w żartobliwie karcącym ge­

ście, po czym zrobił krok w tył do sypialni, żeby mieć swobo­
dę ruchów przy zakładaniu marynarki. Rzucił żonie nieco 
chłodne spojrzenie i powiedział: 

- Przynajmniej co do majątku rodziców mnie nie nabiera­

łaś. 

Jego uśmiech był zaprawiony goryczą. Rodzice Brendy 

stanowili jedyny zgrzyt w ich idealnym jak dotąd małżeń­
stwie. Wciąż miał ich przed oczami - protekcjonalni państwo 
z wielkiego miasta z przyklejonymi uśmiechami, bez akcep­
tacji patrzący na związek Kye'a z ich córką. 

- Wiem, o czym myślisz - powiedziała cicho Brenda -

ale cóż, rodziców się nie wybiera. 

Kye wziął portfel i klucze ze stolika, schował je do kiesze­

ni marynarki i uśmiechnął się do żony. 

- Myślę, że dla nich to był większy wstrząs niż dla mnie. 

Trudno im było uwierzyć, że ich pociecha wybrała sobie na 
męża małomiasteczkowego chłopaka bez wielkich aspiracji. 

Brenda podeszła i zarzuciła mu ramiona na szyję. 

- Bardzo cię kocham i wcale nie uważam, że masz małe 

aspiracje. Jesteś świetnym redaktorem i wydawcą, a „Herold" 

jest znakomitą gazetą lokalną. Moi rodzice prowadzą agencję 

reklamową od tak dawna, że przestali już widzieć cokolwiek 
poza nią. Nie miej do nich żalu i cieszmy się, że są cztery 
tysiące kilometrów stąd. 

Kye popatrzył na swoją młodą żonę, wciąż nie mogąc 

uwierzyć, że ta wspaniała dziewczyna jest córką pary nie­
sympatycznych snobów. 

background image

2 5 8 OGŁASZAM WAS MĘŻEM I ŻONĄ... 

Kiedy Brenda dwa miesiące temu znalazła się w jego biu­

rze i powiedziała, że szuka pracy, o mało z miejsca nie odrzu­
cił jej oferty. Podejrzewał, że ta reporterka z wielkiego miasta 
przyjechała tu, żeby kosztem małego lokalnego tygodnika 
wyrobić sobie nazwisko. 

Właśnie miał jej to powiedzieć, kiedy Brenda, czytając do 

góry nogami leżącą na jego biurku notatkę, wskazała mu błąd 
drukarski, który przeoczył w korekcie. A potem uśmiechnęła 
się do niego. 

W Merriwether nie można się było uskarżać na nadmiar 

fachowych reporterów. Kye postanowił dać jej szansę. 

Począwszy od tego dnia, Brenda maszerowała w demon­

stracji rybaków pikietujących miejscową przetwórnię ryb, le­
ciała helikopterem Straży Przybrzeżnej na akcję ratunkową do 
ujścia rzeki i napisała reportaż o parze kloszardów mieszkają­
cych pod mostem, za który „Herold" dostał doroczną nagrodę 
Stowarzyszenia Wydawców. 

W wolnym zaś czasie sprawiła, że Kye beznadziejnie, 

bezrozumnie i nieodwracalnie się w niej zakochał. 

Przyciągnął ją mocniej do siebie, aż poczuł każdą rozkosz­

ną wypukłość jej ciała. 

- Szkoda, że nie jesteśmy już na Hawajach - powiedział, 

wsuwając dłoń pod jej sweter. 

Zaśmiała się gardłowo. 
- Zgadzam się. Ale, niestety, jesteśmy tutaj i jest właśnie 

poniedziałek rano. Zostały nam trzy dni na wypełnienie dzie­
sięciu stron gazety niesłychanymi historiami, więc lepiej już 
chodźmy. 

Kye wsunął nos do jej ucha i potarł nim ciepłą, pachnącą 

małżowinę. 

- Mam niezrównany zespół redakcyjny - wymruczał. -

Świetnie sobie radzili bez nas przez ostanie dwa tygodnie. 

Razem będzie nas troje  2 5 9 

Brenda bezskutecznie sprówała go odsunąć. 
- Przepracowują się. 
- To im dobrze zrobi. 
- Zastrajkują i odejdą. 
- Wtedy zostaniemy w biurze sami. - Chwycił ją w ra­

miona i uniósł z powrotem na łóżko. - Będziemy się mogli 
kochać na stole do naświetlania albo na kserokopiarce i nikt 
nas nie będzie podglądał. 

Brenda zachichotała na te słowa, a kiedy upuścił ją na 

środku materaca, zapiszczała: 

- We dwójkę będziemy mogli co najwyżej robić gazetkę 

ścienną w sypialni! Kye! - zaprotestowała, gdy zaczął zdej­
mować jej sweter. - Kochaliśmy się trzy razy dziennie przez 
ostatnie dwa tygodnie. Teraz to będzie drugi raz dzisiaj, a nie 
ma nawet dziewiątej rano! 

- A czyja to wina? - spytał, zbliżając usta do białej skóry 

pomiędzy dżinsami i beżowym koronkowym stanikiem. -
Kto nalegał, żebyśmy się oszczędzali przed ślubem? Kto para­
dował na Hawajach w bikini z samych sznurków? Kto ma 
najładniejszą pupę w całym zachodnim świecie? 

Brenda westchnęła dramatycznie i przestała się opierać. 

- No, chyba  j a - stwierdziła z rezygnacją. 
- Otóż to! - oznajmił z mocą, schwycił dłonie Brendy 

i jedną ręką przygwoździł do materaca nad jej głową. Palcami 
wolnej ręki pogładził ją lubieżnie po policzku. W jego oczach 
odbijały się jakieś niegodziwe zamiary. - Chcę, żeby przez 
cały dzień nie opuszczały cię bardzo nieprzyzwoite myśli... 
- całował ją długo, jakby nie mogąc oderwać od niej ust, 
wreszcie popatrzył jej znowu w oczy - ...które wcielimy 

w czyn wieczorem. A teraz - wstał i poprawił marynarkę -
przestań mnie odciągać od pracy. Za pół godziny mamy kole­
gium redakcyjne. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Kye i Brenda zostali przywitani w redakcji „Herolda" we­

sołymi okrzykami, wśród których nie brakowało przyjaznych 
docinków, oraz serdecznymi uściskami. 

Zespół redakcyjny składał się z Wilmy, starszej pani, która 

odbierała telefony i przygotowywała każdy numer gazety do 
druku, Tiffany, studentki college'u prowadzącej dział sportowy, 
oraz Harry'ego, samotnego ojca z trójką dzieci w wieku przed­
szkolnym. W jego gestii znajdowały się relacje z posiedzeń urzę­

du miejskiego i akwizycja reklam, zaś w czasie nieobecności 
redaktora naczelnego także piecza nad całością. Wszyscy troje 
z wyraźną ulgą przyjęli powrót szefa i jego młodej żony. 

Tiffany napełniła ich kubki kawą, Wilma uroczyście otwo­

rzyła pudełko ciasteczek orzechowych, Harry ustawił krzesła 
wokół biurka Kye'a. Równocześnie cała trójka zapoznawała 
nowoprzybyłych z tym, co zdarzyło się pod ich nieobecność. 

- Żona burmistrza Kimbrough urodziła bliźnięta. 
- Owczarek Rolfa Olsena ugryzł Mary White. Włożyła 

mandat za wycieraczkę samochodu Rolfa, a stary Pookie... 

ciach ją w palec! 

- Dobrze jej tak! Precz ze Strażą Miejską! 
Wszyscy się roześmiali. 
- Bedford dostał zgodę na budowę hotelu - powiedział 

Harry. - Mają go postawić nad zatoką, zaraz na wschód od 
mostu. 

Razem będzie nas troje  2 6 1 

Kye, który przeglądał zaległą pocztę, i Brenda, czytająca 

ostatni numer „Herolda", popatrzyli na Harry'ego i równo­
cześnie zapytali: 

- Co? 
- To prawda. - Harry umoczył ciastko w kawie. - Piszę 

o tym na pierwszej stronie. Nie zauważyłaś? - zwrócił się do 
Brendy. 

Brenda uśmiechnęła się do wszystkich z zakłopotaniem, po­

śpiesznie przerzucając kartki w poszukiwaniu pierwszej strony. 

- Przepraszam, wiesz, że zawsze zaczynam od komiksu... 

O, jest. 

Zmarszczyła brwi, patrząc na trzyszpaltowy artykuł, któ­

remu towarzyszyło zdjęcie, przedstawiające czaplę błękitną 
stojącą majestatycznie na brzegu rzeki. 

- Joan Cameron - czytała - przewodnicząca Komisji Pla­

nowania, ogłosiła dzisiaj, że udzielono zgody korporacji Bed­
ford Hotels na budowę sześciopiętrowego obiektu wypoczyn­
kowego wraz z centrum konferencyjnym na mokradłach nad 
zatoką Merriwether. David Pellegrino, przedstawiciel Wojow­

ników Mokradeł - organizacji ekologicznej mającej pod opie­
ką wybrzeże rzeki - spowodował opóźnienie realizacji tej 
decyzji, wnosząc skargę do Rady Miejskiej, w której stwier­
dza, że tereny te są stałym miejscem pobytu czapli błękitnej. 
Budowa hotelu - twierdzi Pellegrino - znacznie uszczupli, 

lub nawet zupełnie zniszczy jej żerowiska, skazując skupisko 
tych rzadkich ptaków na zagładę, natomiast propozycja Bed­
ford Hotels, aby przenieść czaple w inne, sztucznie zbudowa­
ne miejsce, jest -jak twierdzi - nierealna, gdyż wymagałoby 
to dziesięciu lat oczekiwania, aż sztuczny teren zacznie przy­
pominać naturalne mokradło, którego zresztą i tak nigdy 

w pełni nie zastąpi. Wojownikom Mokradeł obiecano, że będą 
mogli zabrać w tej sprawie głos na posiedzeniu Rady 16 

background image

2 6 2 OGŁASZAM WAS MĘŻEM I ŻONĄ... 

czerwca. „Inwestycja Korporacji Bedforda byłaby znacznym 

zastrzykiem gotówki dla Merriwether i całego północnego 

wybrzeża. Ten kompleks to nowe miejsca pracy i wpływy do 

kasy miejskiej" - powiedział burmistrz Kimbrough. Żadna ze 

stron konfliktu nie zamierza jednak ustąpić. 

Brenda rzuciła gazetę na biurko Kye'a. 
- To nie do wiary! Mamy jeden z niewielu w tym kraju 

czystych ekologicznie obszarów, a jacyś hotelarze chcą dla 

pieniędzy przerobić to miejsce na wesołe miasteczko! 

- Hotel to nie taki zły pomysł - zaoponowała Wilma, 

sięgając po kolejne ciasteczko. - Poprawiłby znacznie finanse 

miasta. 

- Może by i poprawił - przyznała Brenda - ale niech ktoś 

postawi jeszcze jeden hotel, a turyści nie będą mieli po co przy­

jeżdżać, bo będzie tu tak samo jak tam, gdzie mieszkają. 

Odwróciła się do męża z wojowniczym błyskiem w oku. 

- Daj mi ten temat. 

Kye uśmiechnął się do niej, wystukując numer telefonu. 

- Podzielimy się nim. 

- Słuchaj, Kye, nie pora na zawodową neutralność. - Za­

wsze opisywali kontrowersyjne sprawy, przedstawiając argu­

menty każdej ze stron. - Tu nie ma dwóch racji, sprawa jest 

jasna. Przecież nie chcesz, żeby zbudowali hotel nad zatoką, 

prawda? Dlaczego mamy pisać: „Ten powiedział to, tamten 

powiedział tamto"? Zajmijmy, jako redakcja, konkretne sta­

nowisko. 

- Moja droga, jesteś w gorącej wodzie kąpaną ekstremi-

stką - odparł, uśmiechając się do niej porozumiewawczo, że­

by osłabić krytyczny wydźwięk tych słów. - W każdej spra­

wie są dwie racje. Sama wiesz, że Merriwether utrzymuje się 

z turystyki. Sztuka polega na tym, żeby zharmonizować roz­

wój z ochroną przyrody, a sztuczne mokradła to ważny krok 

Razem będzie nas troje 263 

w tym kierunku. Proszę z biurem burmistrza Kimbrough -
powiedział do słuchawki. 

- Po prostu nie mogę uwierzyć, że mnie nazwałeś ekstremi-

stką! - Brenda, w ochronnych okularach i maseczce przeciwpy­

łowej, przekrzykiwała hałas ręcznej szlifierki. Klęczała na pod­

łodze pomieszczenia, które kiedyś pełniło w ich starym wikto­

riańskim domu funkcję jadalni i szlifowała szerokie deski. 

Kye stał na drabinie i szpachlował nierówności sufitu. 

- Nie chodziło mi o ekstremizm polityczny - odkrzyknął. 

- Miałem na myśli radykalizm w ogóle. Angażujesz się do 

tego stopnia po stronie, którą uważasz za słuszną, że jakikol­

wiek kompromis staje się niemożliwy. 

Brenda wyłączyła maszynę i wstała z klęczek. Jego ocena 

była stanowcza, ale prawdziwa. W głębi duszy musiała mu 

przyznać rację. Ściągnęła okulary i maskę i rzuciła je na bok. 

- Idę zrobić kawę - powiedziała i pokazała mu język - ale ty 

nie dostaniesz, bo ja robię kawę z dużym zaangażowaniem. Pijąc 

ją, mógłbyś zaszkodzić swojej nieskazitelnej bezstronności. 

- Wracaj tu z tym językiem - zawołał za nią, kiedy ruszy­

ła w stronę kuchni - i zrób z niego właściwy użytek! 

- Pomyśl o tym, to może ci się przyśni! 

Słowa te przypieczętowało trzaśniecie drzwi. Kye odłożył 

szpachelkę, zamknął tubę z masą gipsową i zszedł z drabiny, 
podążając za dziewczyną. 

- Kye! - zawołała Brenda, stojąc w ciemnym pokoju 

redakcyjnym. Otworzyła drzwi na korytarz, wiodący do ga­

binetu Kye'a, ciemni i pozostałych pokoi. - Kochanie, jesteś tu? 

- W ciemni! - odpowiedziało jej wołanie. - Poczekaj se­

kundę. W porządku, możesz wejść. 

Brenda weszła do mrocznego pomieszczenia oświetlonego 

background image

2 6 4 OGŁASZAM WAS MĘŻEM 1 ŻONĄ... 

tylko czerwoną żarówką. Kye rozwieszał zdjęcia, żeby wy­

schły. Na wilgotnych płachtach widniały twarze dzieci z roz­

dziawionymi buziami, jedno bardziej zachwycone od drugie­

go - plon wizyty Brendy na karnawałowej zabawie w szkole 

podstawowej. 

- Gdybyś zatrudnił jakiegoś technika do wywoływania 

zdjęć - mówiła, podsuwając mu pod nos papierową torbę, 

z której wydobywał się kuszący aromat - byłbyś od trzech 

godzin w domu. Z jadalnią jesteśmy nadal w lesie. 

- Lubię osobiście dbać o jakość - odparł, obejmując ją 

ramieniem i całując na powitanie. - A poza tym, ty byłaś na 

zebraniu Wojowników Mokradeł. To żadna przyjemność za-

harowywać się w samotności. Ekierki? 

- Zgadłeś. Chcesz zjeść w biurze, czy wytrzymasz i zje­

my w domu? 

- Wytrzymam - oświadczył mężnie. Wytarł dłonie w rę­

cznik i zgasił światło. Po chwili znaleźli się na zewnątrz. 

Brenda oparła się na jego ramieniu, kiedy szli w głąb cie­

mnej nocy. W oddali słychać było posępne syreny barek rze­

cznych, a powietrze miało taki zapach, że można by je pako­

wać w butelki i sprzedawać u Diora. 

- Wiesz co, zamiast tak się przepracowywać - powiedzia­

ła tonem łagodnej wymówki - mógłbyś zrobić mały rekone­

sans we wschodnim Oregonie, żeby założyć następny tygo­

dnik prasowej sieci Stuarta. 

Pocałował ją w czoło i otworzył drzwi terenowego kombi. 

- Nie chcę zakładać żadnej sieci. Wystarczy mi, żeby 

„Herold" był najlepszą gazetą w Merriwether. 

- Trudno, żeby był jeszcze lepszy - nalegała, przytulając 

się do niego, kiedy usiadł za kierownicą. Auto miało z przodu 

jedno szerokie siedzenie, z którego chętnie korzystali, całując 

się na czerwonym świetle. - Czas zrobić następny krok. 

Razem będzie nas troje 265 

Kye zwolnił ręczny hamulec i samochód zaczął się wspi­

nać na wzgórze, które dzieliło ich od domu. 

- Wygodnie mi tutaj. 

- Ale w życiu nie chodzi o wygodę, głuptasie. W życiu 

trzeba iść naprzód i podejmować wyzwania. 

Kye posłał jej wesoły uśmiech i zatrzymał się na skrzyżo­

waniu. 

- To brzmi jak tekst z reklamy twoich rodziców. Wiesz, 

o co naprawdę chodzi w życiu? 

Ujął ją pod brodę i ich usta spotkały się. Brenda bez waha­

nia zaakceptowała tę kompromisową odpowiedź. 

- Ci Wojownicy są naprawdę dobrzy - mówiła Brenda już 

w domu, polewając ryż sosem sojowym. - Mają szczegółowe 

informacje o czaplach, zatoce, glebie, planach budowy. Nie 

widzą powodów, żeby kapitalista miał budować hotel na natu­

ralnych mokradłach i uspokajał sumienie, robiąc sztuczne ki­

lometr dalej. Wykupiłam u nich kartę członkowską. 

Siedzieli w salonie po przeciwnych stronach małego stoli­

ka. Dzielił ich tylko wątły płomyk świecy, zamkniętej w kry­

ształowym kloszu. Drugi klosz do pary gdzieś się Brendzie 

zapodział wśród pudełek ze ślubnymi prezentami. Kye zmar­

szczył czoło. 

- Prawda jest taka, że miasto potrzebuje pieniędzy - po­

wiedział. - Możemy chronić przyrodę, ale w naszym mieście 

nie zostanie w końcu nikt, żeby się nią cieszyć, bo wszyscy 

rozjadą się po okolicy w poszukiwaniu pracy. Chyba przy­

znasz, że sztucznie odtworzone mokradła to jednak coś le­

pszego niż trzypasmowa autostrada, a mam wrażenie, że dla 

tych Wojowników to bez różnicy. Poza tym oni mają nienajle­

pszą opinię. Słyszałem, że dopuszczali się różnych mało od­

powiedzialnych wybryków w tej swojej walce o nieskażone 

środowisko. 

background image

2 6 6 OGŁASZAM WAS MĘŻEM I ŻONĄ... 

Brenda popatrzyła na niego z wyrzutem. 
- Po prostu mają odwagę bronić swoich przekonań. 
- To są - zawahał się, czy użyć tego słowa, jednak zdecy­

dował się powiedzieć to, co myśli - ekstremiści. 

- Ekstremiści! - wybuchła Brenda, niemal unosząc się 

z krzesła. - Ty chyba dostałeś bzika z tymi ekstremistami! 
Każdy, kto podchodzi do czegoś poważnie, jest dla ciebie 
ekstremistą! Dziennikarska obiektywność to jedna sprawa, 
ale czy poza nią nie masz innych potrzeb? 

- Owszem - odpowiedział spokojnie. - Potrzebę rozsąd­

ku. Postępowania, które podejmuje się po rozważeniu wszy­
stkich za i przeciw i którego nie trzeba później żałować. 

W odpowiedzi prychnęła pogardliwie, ale nagle, ku jego 

zaskoczeniu, twarz Brendy wygładziła się i pojawił się na niej 
uśmiech. 

- Nie przypominam sobie, żebyś wyznawał tę dewizę 

w czasie naszej poślubnej nocy. 

Uniósł brwi. 
- Czyżbyś czegoś później żałowała? 
Przypomniała sobie jego opanowaną namiętność, cierpli­

we, cudownie rozważne wchodzenie krok po kroku w arkana 
sztuki miłości. Poczuła wtedy, że kocha go jeszcze bardziej 
niż przedtem. 

- Nie - odparła. Sięgnęła przez stół, by dotknąć jego dło­

ni. - Tak się cieszę, że trafiłam właśnie tutaj, weszłam do 
twojego biura, popatrzyłam na ciebie i od razu postanowiłam 
za ciebie wyjść. 

Wolną ręką podrapał się po policzku i przekrzywił głowę. 
- Od jednego spojrzenia, co? 
Potaknęła. 
- Jak widzisz, kobiety nie muszą dzielić włosa na czworo, 

żeby podjąć właściwą decyzję. 

Razem będzie nas troje 

267 

- Mężczyźni też czasem idą za nagłym impulsem. 
- To brzmi jak reklama dezodorantu. 

- Pokażę ci coś, czego nie zobaczysz w żadnej reklamie -

odparł i nie zważając na udawane protesty wziął ją za rękę 
i pociągnął w kierunku sypialni. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Kye zaczynał już mieć wrażenie, jakby się urodził na 

przedostatnim szczeblu malarskiej drabiny. Wynajął co pra­
wda fachowca, który dokończył szpachlowania sufitu. Teraz 

jednak Kye pochłonięty był niekończącym się, żmudnym ma­

lowaniem sztukaterii farbą o delikatnym odcieniu wanilii. 

Nagły krzyk dochodzący z piętra domu sprawił, że pędzel 

drgnął mu w ręku i pozostawił waniliową smugę na świeżo 

odmalowanej białej ścianie. 

- Brenda? - zawołał. 
Nie był specjalnie zaniepokojony. Po czterech tygodniach 

wspólnego mieszkania przekonał się, że to, co inni wyrażali 
zwyczajnym westchnieniem, Brenda uzewnętrzniała okrzykami. 

Kiedy krzyknęła znowu, zawiesił pędzel na wiaderku z farbą, 

zszedł na pokrytą folią podłogę i wspiął się po schodach. 

Stanął przed otwartymi drzwiami łazienki i mimo wszy­

stko poczuł ukłucie niepokoju na widok przerażenia w szero­
ko otwartych oczach Brendy. 

- Co się stało? - spytał nerwowo. 
Zamachała ręką, w której trzymała coś, czego nie widział. 
- Różowe! - krzyknęła, nie przestając wymachiwać mu 

niewiadomym przedmiotem przed nosem. - To jest różowe! 

Kye poczuł, że jego puls wraca do normy. Nie miał poję­

cia, o czym mówi Brenda, ale nie przypuszczał, żeby można 
się było naprawdę przestraszyć czegoś, co jest różowe. 

Razem będzie nas troje  2 6 9 

Wszedł do łazienki i zbliżył się do niej. 
- Co jest różowe? O czym ty mówisz? 

Odsunęła się od niego, opierając się plecami o okno z mu­

ślinowymi zasłonami. 

- Nie dotykaj mnie! - wyszeptała ze złością. W jej cie­

mnych oczach była uraza. 

Kye zatrzymał się zmieszany. 
- Dlaczego? Brendo, co się dzieje? 
Wyciągnęła w jego stronę rękę i podała mu przedmiot, któ­

rym przed chwilą wymachiwała. Było to coś w rodzaju małe­
go patyczka. 

- To jest test ciążowy. Wynik jest pozytywny, widzisz? 

Zrobiła się różowa kropka - wyszeptała dramatycznie. 

Kye poczuł, że serce zaczyna mu znowu bić szybciej. 
- Naprawdę? - Chwycił ją za ramiona i popatrzył w oczy, 

nadal ciskające złe błyski. - Tak prędko? 

- "Prędko"? Co znaczy „prędko"? - Wyrwała się z jego rak 

i cofnęła znów pod okno. - A komu nie chciało się pójść do 
sklepu w naszą noc poślubną, pamiętasz? Teraz się dziwisz? 

- Zaraz, zaraz - powiedział z łagodną perswazją w głosie, 

- Pamiętam. Pamiętam, że oboje mieliśmy w tym swój udział. 

Brenda jęknęła i potrząsnęła patyczkiem jak termome­

trem, jakby miała nadzieję, że różowy znaczek zniknie. 

- Ja powiedziałam, że powinniśmy się zabezpieczyć, a ty 

zacząłeś mnie całować. - Znaczek nie zniknął, za to jej twarz 

jeszcze bardziej się zaróżowiła. - Rzeczywiście, oboje mieli­

śmy w tym swój udział! 

Kye założył ręce na piersiach. 
- A co zrobiłaś później? 
Brenda cofnęła się pamięcią o ponad miesiąc i przypo­

mniała sobie, jak była spragniona jego ciała, jak opanowało ją 

szalone pożądanie, nie stawiające rozkoszy żadnych granic. 

background image

2 7 0 OGŁASZAM WAS MĘŻEM I ŻONĄ... 

Tak jej się przynajmniej zdawało. Okazało się bowiem, że 

spokojna pewność Kye'a, jego prawie groźna powściągliwość, 

rozkosz odmierzana w nieznośnie małych dawkach były o wiele 
bardziej podniecające niż oczekiwała. Czułość Kye'a była tak 
rozbrajająca, a ich wzajemne pożądanie tak wielkie, że Brenda 
przestała wtedy myśleć o ryzyku i utonęła w jego ramionach. 
Zdała sobie sprawę, że nie może być niesprawiedliwa. 

- Niech ci będzie - powiedziała już znacznie łagodniej, 

trochę rozmarzona wspomnieniem tamtej pierwszej nocy. 

Kye przycisnął ją do siebie i pocałował w policzek. 
- Brendo, pomyśl. To cudowne: będziemy mieli dziecko! 
- Wiem - odparła z ociąganiem. - Dzieci są cudowne, ale 

we właściwym czasie. Tyle rzeczy chciałam zrobić, zanim 
urodzę dziecko. Kye, zrozum, chciałam najpierw coś osiągnąć 
w swoim zawodzie, dla ciebie i dla naszej gazety... A teraz 

już nigdy tego wszystkiego nie zrealizujemy... 

- Brendo - przerwał jej Kye z lekkim zniecierpliwieniem 

- jeszcze nie umierasz, będziesz tylko miała dziecko. Rozej­
rzyj się wokół, a przekonasz się, że istnieje życie po macie­
rzyństwie. 

Pokręciła głową bez przekonania. 
- To już nie to samo. To już jest życie dziecka. Moje 

własne życie już nigdy nie będzie należało do mnie. 

- Przecież ja też będę z tobą. - Kye uścisnął ją. - Razem 

będzie nas troje. Będziemy się wszystkim dzielić. Nasze życie 
się zmieni, ale na lepsze, zobaczysz. 

Popatrzyła na niego z powątpiewaniem. 
- Na lepsze? Bo będę miała mdłości? Bo sok pomarań­

czowy będę zagryzać marynowanym śledziem? Bo zrobię się 
nadęta jak balon? 

Kye położył jej palec na ustach i groźnie zmarszczył brwi. 

W jego oczach błyskały jednak wesołe iskierki. 

Razem będzie nas troje  2 7 1 

- Jeżeli nie przestaniesz - ostrzegł ją - wpakuję cię pod 

prysznic. 

- Bo będę musiała pisać, siedząc tyłem do komputera? 
- Sama się o to prosisz. 
- Bo będziemy musieli wcześniej wstawać, żebyś mi za­

wiązywał buty? 

- Ostrzegałem cię! - Po krótkiej walce wciągnął ją do 

staromodnej żeliwnej wanny, wskoczył tam za nią, zaciągnął 
zasłonkę i puścił wodę. 

- Ale mnie ukarałeś! Sam też jesteś mokry. - Brenda za­

śmiała się, zarzucając mu ramiona na szyję. - Myślisz, że 
damy sobie radę? - spytała poważniej. 

- Jestem całkowicie pewny. - Kye odgarnął kosmyki mo­

krych włosów z jej twarzy. 

- Ja nie jestem. 
- Więc mi zaufaj. Niczym się nie przejmuj, ja się wszy­

stkim zajmę, będę ci we wszystkim pomagał. A teraz - zaczął 
troskliwie rozpinać guziki jej bluzki - trzeba zdjąć z ciebie te 
mokre rzeczy, bo się jeszcze przeziębisz. 

Brenda poczuła się tak, jakby woda stopniowo zmywała 

z niej wszystkie zmartwienia, a dotyk Kye'a zastępował je 
coraz przyjemniejszymi doznaniami. 

- Brenda! - zawołał Kye ze swojego biura. - Twój szef 

kazał ci już iść do domu. 

Brenda wyłączyła komputer i przeciągnęła się. Wszyscy 

pozostali członkowie redakcji wyszli ponad godzinę temu. 

- Dziękuję, szefie - odkrzyknęła. 
Wyjęła z dolnej szuflady biurka torebkę, wstała i podeszła 

do wieszaka, żeby włożyć płaszcz. Tu jednak spotkała ją 
niespodzianka: płaszcza nie było. 

Na jego miejscu, obok niemiłosiernie wytartej skórzanej 

background image

2 7 2 OGŁASZAM WAS MĘŻEM I ŻONĄ... 

kurtki Kye'a, wisiała, delikatna jak jedwabny obłok, nocna 

koszulka na dwóch cienkich ramiączkach. 

Do jednego z nich przyczepiona była róża i karteczka ze 

słowami: „Mojej żonie, teraz matce mojego dziecka, ale za­

wsze, zawsze mojej kochance". 

Brenda zdjęła prezent z wieszaka i przyłożyła do siebie. 

- Podoba ci się? - dobiegł ją z tyłu głos Kye'a. 
- Jest piękna - wyszeptała, uśmiechając się do niego 

z wdzięcznością. 

Kye odczepił bawełnianą różę i zatknął Brendzie za 

ucho. 

- Tak wyglądasz w moich oczach - powiedział, także się 

uśmiechając. - Inteligentna, groźna dziennikarka, ale przede 

wszystkim kobieta w każdym calu. Ciąża zmieni twoją figurę, 

ale we mnie nie wywoła żadnej zmiany. Chciałem, żebyś 

o tym wiedziała. 

Brenda bez słowa przytuliła się do Kye'a. 

- To chyba niezbyt rozsądne posunięcie? - Pytanie Bren­

dy było skierowane do Davida Pellegrino, przywódcy Wo­

jowników Mokradeł. 

Siedziała po turecku pomiędzy nim, a młodym człowie­

kiem w okularach o drogich oprawkach i w kosztownym 

trzyczęściowym garniturze; młodzieniec przedstawił jej się 

jako prawnik prowadzący prywatną praktykę. Krąg uformo­

wany przez siedzących w przedsionku biura burmistrza uzu­

pełniało starsze małżeństwo mieszkające nad zatoką, młoda 

matka z dzieckiem, mężczyzna o wyglądzie urzędnika, dwie 

młode właścicielki uprawy ziół leczniczych oraz dwóch sze­

fów lokalnej stacji radiowej. 

- Mam na myśli - ciągnęła Brenda - to, że siedzicie tu już 

od dwóch tygodni. Czy spodziewacie się w ten sposób coś 

Razem będzie nas troje  2 7 3 

osiągnąć? Nie obawiacie się, że wzbudzicie raczej wrogość 

Rady Miejskiej? 

Pellegrino wzruszył ramionami, jakby ta sprawa go 

w ogóle nie interesowała. Był wysokim, szczupłym mężczy­

zną o ostrym orlim nosie i ciemnej, przetykanej pojedynczy­

mi białymi nitkami brodzie. Brenda oceniła jego wiek na 

mniej więcej czterdzieści lat. 

- My uważamy, że to Rada Miejska stara się wzbudzić naszą 

wrogość - odpowiedział. - Burmistrz w każdym wywiadzie 

podkreśla, jak wiele finansowych korzyści przyniesie miastu 

budowa hotelu i wielu nowych turystów. Należałoby spytać, czy 

potrzebujemy jeszcze więcej turystów niż mamy ich teraz, w se­

zonie. Burmistrz został wybrany, żeby służyć nam, którzy tutaj 

mieszkamy. Zamiast tego szkodzi naszym przyjaciołom żyjącym 

na mokradłach i także nam samym. - Pellegrino uśmiechną] się 

lekko. - Próbowała pani kiedyś znaleźć wolny stolik w kawiarni 

przy rynku w czasie sezonu turystycznego? 

- Jaki będzie wasz następny krok, jeżeli Rada odrzuci 

waszą skargę i zignoruje protest? 

Brenda zadawała pytania, robiła minę wyrażającą żywe 

zainteresowanie tematem i notowała odpowiedzi, ale wszy­

stko to robiła niejako automatycznie, z dziennikarskiego obo­

wiązku. Wewnątrz niej raz po raz dawały bowiem o sobie 

znać nieustające, męczące mdłości. 

Wyjęła z kieszeni krakersa z sodą, odgryzła kawałek i za­

częła ssać w nadziei, że powstrzyma w ten sposób narastającą 

potrzebę udania się do toalety. 

Kiedy krakersy nie pomogły, wstała, żeby porobić trochę 

zdjęć. Wreszcie poczuła, że nie wytrzyma już ani minuty. 

Przeprosiła zebranych i popędziła do poczekalni, która była 

akurat zamknięta, bo ją sprzątano. Ledwie zdążyła dobiec do 

biblioteki, w której była druga toaleta. 

background image

2 7 4 OGŁASZAM WAS MĘŻEM I ŻONĄ... 

Kye właśnie rozmawiał przez telefon, kiedy przyszła, bla­

da i wyczerpana. Zamknęła za sobą drzwi, położyła rolkę 
filmu z aparatu na jego biurku i zapadła się w niewiarygod­
nych rozmiarów fotelu, który Kye kupił kiedyś na wyprzed­

aży na cele dobroczynne. 

Po chwili poczuła, że Kye jest przy niej, ciepła duża dłoń 

odgarnęła włosy z jej czoła. 

- Dobrze się czujesz? - usłyszała pytanie. 
- Nie - mruknęła w odpowiedzi. 
- Masz mdłości? 
- Już nie żyję. 

Zaśmiał się lekko i przytulił ją do siebie. 
- Jak na martwą kobietę wyglądasz znakomicie. Napijesz 

się soku? 

- Aha. Dzięki. 
Kye wyjął z małej lodówki butelkę soku jabłkowego, a 

z szafki obok biurka dwa papierowe kubki i napełnił je złoci­
stym płynem. 

- Jak tam protest? - Przyciągnął sobie krzesło i usiadł 

obok niej. 

- Pokojowo. - Wzięła od niego kubek i wypiła łyk. -

Burmistrza, rzecz jasna, nie było, ale gadałam z Pellegrinem 
i zrobiłam chyba parę niezłych zdjęć. Ten facet ma coś w so­
bie. Musiałam wyjść, właśnie jak przyszedł burmistrz. 

- Zaraz wywołam twój film - powiedział Kye, gładząc ją po 

policzku. - Damy to na pierwszą stronę dodatku weekendowego. 
Może byś pojechała do domu i trochę się zdrzemnęła? 

Sok jabłkowy dobrze jej robił. Wypiła jeszcze łyk i po­

trząsnęła przecząco głową. 

- Muszę napisać ten artykuł o zabawie szkolnej i wyko­

nać parę telefonów. No i mam jeszcze nekrologi. W tym tygo­
dniu moja kolej. 

Razem będzie nas troje 275 

- Zrobię to za ciebie - zaproponował. - Artykuł możesz 

napisać w domu. 

Wstała i pocałowała go w policzek. 
- Dzięki. - Zgniotła kubek i wyrzuciła do kosza. - Już mi 

lepiej. Dam sobie radę. 

Brenda przerwała szczotkowanie włosów i przyglądała się 

sobie badawczo w lustrze sprawdzając, czy jej ciąża jest już 
widoczna. Kye wyszedł właśnie z łazienki, wycierając mokre 
włosy w ręcznik. 

- Babciu, zawołał Czerwony Kapturek - usłyszała jego 

rozbawiony głos. - Dlaczego masz taki wieeelki brzuch? 

- Odczep się, Czerwony Kapturku - mruknęła Brenda. 

- Na razie jeszcze nic nie widać. 

W radiu ucichła muzyka. Nadawano właśnie wiadomości. 
- A teraz - mówił spiker - bezpośredni przekaz ze szpita­

la stanowego, gdzie odwieziono dziś rano burmistrza Kimbro-
ugh. Mówi Don Benedict. 

Brenda usiadła obok Kye'a na łóżku i słuchała uważnie. 
- Jak pan się czuje, panie burmistrzu? - To był głos repor­

tera. 

Teraz zabrzmiał rześki, pewny siebie, choć lekko stłumio­

ny głos Jeffreya Kimbrough. 

- Czuję się dobrze, Don. Prawy sierpowy to za mało, żeby 

unieszkodliwić nasze władze miejskie. 

Kye i Brenda popatrzyli na siebie szeroko otwartymi ze 

zdziwienia oczami. 

- Co się właściwie stało, panie burmistrzu? Kiedy protest 

Wojowników Mokradeł przerodził się w agresję? 

Brenda zbladła i utkwiła wzrok w podłodze. Kye wes­

tchnął i uważnie słuchał dalej. 

- No cóż - zabrzmiał głos burmistrza, stłumiony zapew-

background image

2 7 6 OGŁASZAM WAS MĘŻEM I ŻONĄ... 

ne z powodu złamanego nosa - to dziwne, że pokojowi de­
monstranci mogą okupować czyjeś biuro, posługując się histe­
ryczną i napastliwą retoryką, a potem wpadać we wście­
kłość, kiedy ten ktoś próbuje spokojnie odpowiadać na ich 
oskarżenia. 

- Wojownicy mówią, że to był wypadek, że został pan 

uderzony dziecięcą butelką. 

- To oni tak twierdzą. - Sceptycyzm w jego głosie świad­

czył, że burmistrz jest innego zdania. 

- Czy to prawda, że nazwał pan Wojowników hipisowski-

mi faszystami...? 

- Nie. 
- ...i że powiedział pan do pani Cox, która była tam 

z córeczką, że powinna siedzieć w domu, zamiast wciągać 
dziecko w ekstremistyczne awantury? 

Chwila milczenia. 
- Niezupełnie. 

- A więc nie jest pan pewny, czy cios został zadany umy­

ślnie, czy też była to tylko nieprzemyślana reakcja dziecka? 
Kto pana uderzył, panie burmistrzu? 

- Nie wiem dokładnie. To wszystko stało się tak szybko. 

Oni wszyscy otoczyli mnie ciasno, a potem... - Tu nastąpiła 
dramatyczna pauza. - Wiem tylko, że ocknąłem się na oddzia­
le intensywnej terapii. Chciałbym podziękować heroicznemu 
personelowi naszego szpitala za głęboko... - Kye wyłączył 
radio. 

Wiedział, co go teraz czeka. Czuł to przez skórę, kiedy 

Brenda podeszła do lustra i ze śmiertelnym spokojem skoń­
czyła szczotkować włosy. 

Kye stanął za nią. 

- Twoje dzisiejsze zdjęcia to świetny materiał - powie­

dział cicho. - Wpadniesz do urzędu, zrobisz zdjęcie burmi-

Razem będzie nas troje  2 7 7 

strzowi z zabandażowanym nosem i nikt się nawet nie domy­
śli, że cię tam nie było, kiedy to się stało. 

Odwróciła się twarzą do niego. 

- Wiem. - W jej głosie była furia, ale brzmiał spokojnie. 
Okrążyła go, żeby włożyć szczotkę do kosmetyczki, po 

czym okrążyła go raz jeszcze i stanęła na poprzednim miej­
scu. Dłużej już nie potrafiła się powstrzymać. 

- Burmistrzowi podbili oko -jej głos brzmiał coraz głoś­

niej - a mnie tam nie było! Nie było mnie! 

- Brendo, to przecież nie twoja wina! 
- To nie ma znaczenia! - wykrzyknęła, zupełnie się już 

nie hamując. - Nie było mnie tam! Jaki reporter wychodzi 
przed najważniejszym zdarzeniem? Ja! Brenda Stuart! Cię­
żarna Brenda Stuart, która musi się iść wyrzygać! 

- Kochanie. - Położył dłonie na jej ramionach i lekko 

zacisnął. - To nie była afera Watergate. W twoim życiu dzieje 
się teraz coś bardzo ważnego. Nie możesz oczekiwać, że to się 
odbędzie zupełnie bez żadnych utrudnień. 

Posłała mu groźne spojrzenie. 
- Nie chodzi mi o utrudnienia. Chodzi mi o to, że nie chcę 

być zmuszona do bycia kimś innym niż jestem! 

Kye po raz pierwszy poczuł, że opuszcza go cierpliwość. 

Kochał ją i bardzo chciał tego dziecka. Po raz pierwszy po­
czuł, że trudno mu być równocześnie mężem i szefem Bren-
dy. 

- Brendo, to brzmi tak, jakbym słyszał twoich rodziców. 
W jej oczach pojawił obok gniewu bolesny wyraz, ale Kye 

wiedział, że musi jej powiedzieć, co czuje. 

- To brzmi - mówił - jakbyś myślała tylko o jakimś su-

perkontrakcie, który otworzy ci drzwi największych stacji 
telewizyjnych i gazet. No cóż, ciąża to nie to samo, co trzy­
dzieści sekund w czasie największej oglądalności, Brendo. To 

background image

2 7 8 OGŁASZAM WAS MĘŻEM I ŻONĄ... 

jest życie. Będziemy mieli dziecko. Nie możesz oczekiwać, że 

wszystko zostanie po staremu. 

- To ja będę miała dziecko! - krzyknęła. - To nie ty mu­

sisz chodzić na spotkania, zasłaniając sobie usta ręką. To nie 
ty musisz pracować na pół gwizdka. 

Kye uniósł ręce do góry. 
- Co ty mówisz? Zrobiłaś bardzo dobrą robotę. Twój film 

jest znakomity, jak zwykle zresztą, a artykuł na pewno będzie 

taki sam. 

- Jestem przyzwyczajona, że to, co robię, robię dobrze, 

najlepiej jak potrafię - powiedziała poważnie. - Przez te po­
ranne mdłości - przełknęła ślinę ze zdenerwowania - przega­
piłam gwóźdź programu, supermateriał na pierwszą stronę. 
Zdjęcie burmistrza z zabandażowanym nosem nie zastąpi 
zdjęcia burmistrza dostającego cios w szczękę. 

To, co mówiła, było zupełnie szczere. Dorastała niemal 

dosłownie w agencji reklamowej swoich rodziców i to wycis­
nęło na jej psychice swoiste piętno. Żywiła wręcz fanatyczny 
szacunek dla ciężkiej pracy, podejmowania każdego ryzyka 
w pogoni za sukcesem i stawiania wszystkich innych rzeczy 
na drugim planie. Nauczyła się, że to jest najważniejsze, waż­
niejsze nawet niż ona sama. 

- Brendo - powiedział Kye z troską w głosie, - Czy ty 

chcesz tego dziecka? 

- Oczywiście, że chcę! - wybuchnęła. - Ale chciałabym 

jeszcze bardziej, żebyś to ty je nosił. 

Potem zasłoniła sobie usta i pobiegła do łazienki. 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

- Jesteś pewny, że to właśnie ja mam się tym zająć? - za­

pytała Brenda. 

Siedziała na kolanach Kye'a. Zapadał wieczór i byli w re­

dakcji sami. 

- Jestem najzupełniej pewny. - Uśmiechnął się. - Rada 

Miejska ma posiedzenie wieczorem, więc twoje poranne 
mdłości nie będą ci przeszkadzały. 

Zaśmiała się z żartu. Wiedziała co prawda, że przypadłość, 

o której mówił, nie ogranicza się u kobiet w ciąży jedynie do 
poranka, jednak w jej przypadku tak właśnie się działo. 

- I zdobądź więcej informacji o tym Pellegrinie. Zrobimy 

o nim artykuł. 

- Dobrze - powiedziała Brenda i przytuliła twarz do poli­

czka męża. Ostatnio jej samopoczucie znacznie się poprawiło. 
Miała lepszy nastrój, dieta nie była tak dotkliwa, jak się oba­

wiała, a wspólne z Kye'em wieczorne spacery stały się dla 
nich obojga okazją do snucia planów na przyszłość i marzeń. 

- Myślę, że powinieneś mnie zaprosić na uroczystą kola­

cję - powiedziała Brenda, poprawiając się na jego kolanach. 

- Jasne. - Uśmiechnął się lekko, gładząc jej drobne plecy. 

- Zapraszam cię. A co będziemy świętować? 

- Jesteśmy małżeństwem od czterdziestu czterech dni -

spojrzała na swój zegarek z Myszką Miki na cyferblacie -
i około dziewięciu godzin. 

background image

2 8 0 OGŁASZAM WAS MĘŻEM I ŻONĄ... 

- To jakaś okrągła rocznica? 

Brenda przysunęła się do niego jeszcze bliżej. 

- Każda chwila z tobą wydaje mi się warta uczczenia. 

- Popatrzyła mu w oczy i znalazła w nich ciepły blask czuło­
ści. - Myślę, że jesteśmy szczęśliwi nie tylko dlatego, że 

jesteśmy nowożeńcami. Chyba po prostu pasujemy do siebie. 

Kye opuścił nieco rękę, na której opierały się plecy Bren­

dy, i pocałował ją namiętnie, z całą słodyczą, jaką wzbudziło 
w nim jej wyznanie. 

Brenda czuła jego miłość i była ona dla niej niczym cu­

downy lek wzmacniający. Stopniowo przestawała się bać no­
wej sytuacji. Jeszcze miesiąc i skończą się te nieszczęsne 
mdłości, myślała, a życie wróci do normy. Będzie miała po 

prostu większy brzuch i będzie na siebie bardziej niż dotąd 
uważać, to wszystko. 

Kye popatrzył na nią tajemniczo i powiedział: 

- Musiałem mieć jakieś przeczucie, że zbliża się ta czter­

dziesta czwarta rocznica i dziewięć godzin, bo kupiłem ci 
prezent. Chyba dobrze zrobiłem? - dodał, udając wahanie. 

- Prezent? Znów nieprzyzwoita bielizna? - wypytywała 

zachłannie. Potem zmarszczyła groźnie brwi. - Kye, przez tę, 

którą mi kupiłeś ostatnio, i tak zarywamy kolejne noce. 

- To niespodzianka. Nie mogę ci powiedzieć. - Zsadził ją 

z kolan i wstał. - Weź torebkę i chodźmy... 

Brenda uwiesiła mu się u szyi. 

- Daj mi ją teraz. 
- Nie mogę. 

- Dlaczego? 
- Bo jest w domu. 
Puściła jego szyję i zaczęła się zastanawiać. 
- W domu? Gdzie? Niczego nie zauważyłam. 

- W tym pokoju, gdzie ma być pracownia. - Wziął 

Razem będzie nas troje  2 8 1 

z krzesła torebkę Brendy i założył jej na ramię. Potem zdjął 
z wieszaka swoją kurtkę i skierował się do wyjścia. - Im szyb­
ciej się stąd ruszymy, tym szybciej się dowiesz, co to jest. 

- No to jedźmy. - Brenda była już przy drzwiach wyjścio­

wych. 

Niespodzianką okazał się przenośny komputer, podłączo­

ny bezpośrednio do systemu działającego w redakcji. Kye 
kupił dodatkowo prosty zestaw dębowych mebli, które zdobi­
ły połowę nie do końca jeszcze wyremontowanego pomiesz­
czenia. Resztę pokoju zajmował ścielący się na podłodze bre­
zent, szlifierki oraz piramida puszek z farbami. 

- Jeśli nie będziesz się czuła zbyt dobrze - mówił Kye, 

pochylając się nad nią, gdy usiadła przed komputerem, aby od 
razu sprawdzić, jak działa - możesz go zabrać ze sobą do 
łóżka i przesłać gotowy tekst prosto do redakcji. Wystarczy 
tylko, że podłączysz komputer do tej wtyczki. Kiedy dziecko 

się urodzi, będziesz mogła pracować tutaj, jeśli będziesz 
chciała. 

Brenda popatrzyła na niego z pełną niedowierzania wdzię­

cznością. Nie przypuszczała, że aż tak wziął sobie do serca jej 
obawy i wątpliwości. Teraz będzie mogła w razie potrzeby 
zostać w domu, a jej praca na tym nie ucierpi. Będzie jej co 
prawda brakowało redakcyjnego ruchu, kontaktu z ludźmi, 

ale przecież miała korzystać z tego rozwiązania tylko w razie 
konieczności. 

Mimo wszystko, przez moment poczuła ukłucie żalu za 

utraconą niezależnością, ale uczucie to szybko minęło. Kye 
będzie szczęśliwy, kiedy dziecko się urodzi. I ona także bę­
dzie szczęśliwa. Och, żeby tylko to wszystko nie działo się tak 

strasznie szybko, pomyślała. 

- Działa idealnie. - Brenda zbliżyła dłoń do monitora. 
- Możesz porobić nekrologi - powiedział Kye z twarzą 

background image

2 8 2 OGŁASZAM WAS MĘŻEM I ŻONĄ... 

pokerzysty. - Tak na próbę, żebyśmy byli pewni, że jest do­

brze podłączony. 

Popatrzyła na niego podejrzliwie. 

- Przecież to twój tydzień na rubrykę zgonów. 
- Oczywiście, chodziło mi tylko o to, żeby wypróbować 

działanie systemu. 

Brenda pokiwała głową z udanym politowaniem. 

- Kye, chciałeś mnie złapać na taki tani chwyt? 

Westchnął ciężko. 
- Myślałem, że się nabierzesz. 
- Jestem w ciąży, ale nie jestem głupia. 

Brenda siedziała razem z członkami grupy Wojowników 

Mokradeł przy długim stole w restauracji Barroughsa. Wszy­

scy w skupieniu słuchali zarejestrowanego na taśmie przebie­

gu spotkania z Radą Miejską, w którym wzięli udział Pelle­

grino oraz doktor Wayne Haven, znany ornitolog. Obaj rzecz­

nicy ochrony przyrody wypowiadali swoje opinie z przekona­

niem, ale unikając emocjonalnego tonu. Pellegrino wyraził 

także żal z powodu incydentu z burmistrzem. Podkreślił, że 

był to wypadek, spowodowany przez dziecko pani Cox, które 

cisnęło w pana Kimborough butelką. 

Członkowie Rady byli uprzejmi, zainteresowani tematem 

i zadawali wiele dociekliwych pytań. Mimo to wśród słucha­

jących nagrania panował nastrój przygnębienia. Nie pierwszy 

raz spotykali się z tym, że Rada Miejska przyjmuje ich racje 

z zainteresowaniem i uwagą. Doświadczenie nauczyło ich 

jednak, że nie musi to wcale oznaczać rzeczywistej przychyl­

ności urzędu. 

- No i co o tym myślisz? - spytał ktoś przywódcę Wojow­

ników. - Jak będą głosować? 

- Trudno coś powiedzieć na sto procent. - Pellegrino po-

Razem będzie nas troje  2 8 3 

patrzył markotnie na swoją kawę, po czym podniósł wzrok 

i potoczył nim po zebranych. - Ale powinniśmy być przygo­

towani na ich odmowę. 

Na chwilę zapadła głucha cisza. Pierwsza przerwała ją 

Brenda, która znowu włączyła magnetofon, tym razem na 

nagrywanie, przesunęła go w stronę przywódcy grupy i posta­

wiła pytanie, które wszyscy zadawali sobie w myślach. 

- W jaki sposób można się przygotować na odmowę Rady 

Miejskiej? 

Pellegrino rozparł się wygodniej na krześle, na ustach za-

igrał mu lekki uśmieszek. 

- Zastanawiałem się nad tym - powiedział z namysłem. 

- Jeśli mimo wszystko wydadzą zgodę na hotel, gubernator 

powinien się dowiedzieć, że jesteśmy niezadowoleni, bardzo 

niezadowoleni... 

Wszyscy pokiwali głowami na znak, że są tego samego 

zdania. 

- Co prawda, wątpię - ciągnął Pellegrino - żeby guberna­

tor się tym przejął, ale w każdym razie narobimy w mieście 

trochę zamieszania i Rada następnym razem zastanowi się 

dwa razy, zanim odmówi. Najlepiej, żebyśmy dali gubernato­

rowi znak tu, u nas. To by zrobiło największe wrażenie. 

Rita Cox wyglądała na zaskoczoną. 

- Dać gubernatorowi znak tu, u nas? Jakim cudem? Ma­

my wysadzić kamienicę? 

Wszyscy w napięciu czekali na odpowiedź. Brenda spraw­

dziła, czy magnetofon wszystko rejestruje. 

- To proste - powiedział Pellegrino. - Gubernator ma 

łódź, którą wstawił do warsztatu na przystani w Warrenton. 

- Uprzedzam, że nie mam zamiaru - Rita wyglądała tym 

razem na naprawdę zaniepokojoną - niczego niszczyć. 

Pellegrino uśmiechnął się do niej. 

background image

2 8 4 OGŁASZAM WAS MĘŻEM I ŻONĄ... 

- Ja także. Mój plan polega na tym, żeby zrobić demon­

strację, kiedy gubernator odbierze jacht i będzie płynął w górę 

rzeki. 

- Ale jak nas zobaczy z rzeki? - zapytał jeden z członków 

grupy. - Znasz kogoś, kto ma łódź? 

Pellegrino uśmiechnął się jeszcze szerzej. 

- Będziemy wisieć przywiązani do mostu. 
Znowu zapadła pełna konsternacji cisza, którą przerwał 

śmiech Pellegrina. 

- Potrzebny będzie sprzęt wspinaczkowy. Nie będzie 

mógł nas nie zauważyć, bo będziemy trzymać transparent 
z żądaniem ochrony terenów zamieszkanych przez czaplę błę­
kitną. 

Wszystko stało się jasne. Wojownicy Mokradeł zaczęli 

wymieniać uwagi, omawiać szczegóły, zastanawiać się, skąd 
zdobyć sprzęt wspinaczkowy dla tych, którzy nie mieli włas­
nego. 

Brenda zamyśliła się. W college'u należała do grupy wy­

sokogórskiej i miała nawet pewne osiągnięcia, choć nie była 

oczywiście alpinistką. Z tych czasów zostało jej też całe po­
trzebne wyposażenie. Serce zabiło jej szybciej. 

Gdyby wzięła udział w akcji Wojowników, to byłby dopie­

ro reportaż! Już widziała siebie, zawieszoną między niebem 
a rzeką na linie przymocowanej do barierki mostu, razem 
z ludźmi protestującymi przeciwko bezmyślności władz. 
Wtedy nagle przypomniała sobie, że jest w ósmym tygodniu 
ciąży. 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Kye starannie przyłożył górną krawędź paska tapety do 

styku posmarowanej klejem ściany i sufitu jadalni. Rozwinął 
tapetę na tyle, na ile mógł sięgnąć z drabiny, a resztę przekazał 
Brendzie, która wygładziła dolny koniec szczotką i wykrzyk­
nęła: 

- Pasuje idealnie! Ten dom ma niewiarygodnie proste 

ściany. - Podała mu szczotkę. - We wszystkich podręczni­

kach piszą, że nie powinno nam pójść tak łatwo. 

Kye wygładził tapetę na górze i oddał Brendzie szczotkę. 
- To dopiero pierwszy kawałek - powiedział. 
- Nie bądź pesymistą. Mam przeczucie, że jeszcze ty­

dzień i będziemy mogli korzystać z jadalni. 

- Obawiam się, że nie. 

Uniosła głowę i popatrzyła na niego. 
- Dlaczego nie? 
Kye spojrzał w dół. Brenda miała na sobie starą czapkę 

z daszkiem i równie wysłużoną, za dużą bluzę od dresu. Spod 
bluzy wystawały gołe nogi, gdyż zaczynało jej być za ciasno 
w spodniach. Przez chwilę Kye napawał się tym widokiem. 

- Bo nie mamy mebli - powiedział. 
- Mama i tata dali nam pieniądze na meble, jako prezent 

ślubny. 

Wyciągnęła za końce następny kawałek tapety, który mo­

czył się wraz z innymi w wielkiej kuwecie pod drabiną, i po-

background image

2 8 6 OGŁASZAM WAS MĘŻEM I ŻONĄ... 

dała go Kye'owi. On zamocował tapetę jak poprzednio pod 

sufitem i puścił dolny koniec, który zjechał w ręce Brendy. 
Wygładziła papier na dole i znów zawołała: 

- Idealnie! Słuchaj, może damy sobie spokój z gazetą 

i założymy firmę remontową? 

Podała mu szczotkę, Kye wygładził zmarszczki na górze 

i oddał jej narzędzie. 

Pamiętał, jak ojciec Brendy wręczył mu kopertę z miną 

człowieka zmuszonego do zrobienia czegoś, na co nie ma 
najmniejszej ochoty. Brenda, tryskając entuzjazmem, opro­

wadziła wtedy rodziców po domu, któremu on, Kye, poświę­
cał każdą wolną chwilę. Ich reakcją było widoczne przeraże­
nie. 

Kye widział, jak entuzjazm Brendy blednie, i poczuł do jej 

rodziców niechęć i żal. Nie dlatego, że potraktowali tak 
bezceremonialnie dom, który był jego oczkiem w głowie i 
z którym wiązał tyle planów, ale dlatego, że zranili własną 
córkę. Podejrzewał, że potraktowali ją w ten sposób nie po raz 
pierwszy. Dlatego nie miał wielkiej ochoty korzystać z ich 

pieniędzy. 

- Dzwoniłaś do nich? - spytał badawczo. 
Brenda klęczała, wygładzając dolną krawędź tapety. 
- Aha- kiwnęła głową, pochłonięta swoim zajęciem. 
- Mówiłaś, że jesteśmy w ciąży? 
- Aha. 
Wstała i odeszła dwa kroki, żeby popatrzeć, czy obie wstę­

gi tapety są równo położone. Unikała jego wzroku. 

- Co oni na to? - spytał. 
- Och, no wiesz. - Podeszła do drugiego paska, uklęknęła 

i wygładziła nie istniejącą zmarszczkę. - Ty zwariowałeś, ja 
zwariowałam, oboje zwariowaliśmy. Teraz już nigdy nie wy­
robię sobie nazwiska, nie będę miała czasu, żeby robić to, co 

Razem będzie nas troje  2 8 7 

powinna robić kobieta z moimi zdolnościami i wykształce­
niem. .. Jak zwykle. 

Kye położył dłonie na górnym szczeblu drabiny i popa­

trzył w dół. Brenda nie podniosła oczu. 

- Brendo - powiedział. 
- Słucham? 
- Popatrz na mnie. 
Spojrzała w górę. Jej oczy były bez wyrazu. 

- Ty też tak myślisz? - spytał. 
Wstała. Na jej twarzy odmalowało się rozżalenie. 
- Nie. - Podeszła do deski wspartej na dwóch krzyżakach 

i usiadła na niej, zwieszając ramiona między kolanami. - Mo­
głabym ci to wszystko zacytować, zanim jeszcze do nich 
zadzwoniłam. 

Kye zszedł z drabiny i zbliżył się do niej, wycierając dło­

nie w swoje zniszczone dżinsy. 

- To, co oni uważają za najważniejsze, wcale takie nie jest 

- powiedział łagodnie. - Wcale nie myślą o twoim szczęściu, 
tylko o swoich własnych planach wobec ciebie. 

Usiadł obok niej. Przesunęła się, żeby zrobić mu więcej 

miejsca, i kiwnęła głową. 

- Ja to wszystko wiem. Już dawno temu postanowiłam, że 

będę ich brać takimi, jakimi są. Chciałabym tylko, żeby oni 
także potrafili mnie zaakceptować. Nie umiem ich tak napra­
wdę szanować ani podziwiać, ale ich kocham. 

Otoczył ją ramieniem i przysunął do siebie. 

- To dobrze. Tylko nie bierz sobie za bardzo do serca tego, 

co ci mówią. 

Westchnęła i przytuliła się do niego. 
- Byłoby może lepiej, gdybyśmy mieli dziecko, kiedy 

byśmy się już trochę urządzili. 

- Brendo, nie ma takiego momentu, który jest najlepszy, 

background image

2 8 8 OGŁASZAM WAS MĘŻEM I ŻONĄ... 

żeby mieć dziecko. Po prostu trzeba dostosować do niego 
swoje życie i przekonać się, że dziecko daje znacznie więcej 
niż odbiera. 

Były chwile, kiedy mąż zaskakiwał ją trafnością swoich 

sądów. 

- Bardzo cię kocham - powiedziała i zaśmiała się - cho­

ciaż pachniesz jak Pan Proper. 

- Bardzo ci dziękuję. - Pocałował ją w czoło. - Ty pach­

niesz nie lepiej. Słuchaj, jesteś po prostu dobra i dlatego będziesz 
miała w tym fachu nazwisko, dziecko nie ma tu nic do rzeczy. 

Brenda popatrzyła na niego z powątpiewaniem i bez prze­

konania kiwnęła głową. 

- Mówię ci, że tak jest. Twój artykuł o Pellegrinie jest 

świetnie napisany i bardzo uczciwy. Pokazujesz go jako zde­
klarowanego obrońcę środowiska, ale nie ukrywasz, że jest 
w nim także coś z aktora, który lubi występować przed publi­
cznością. Masz jasność spojrzenia i dlatego zajdziesz daleko. 

Brenda poczuła wdzięczność za słowa, które sprawiły jej 

wielką przyjemność. Jednak dobre samopoczucie psuła jej 
świadomość, że w swoim artykule nie napisała ani słowa 
o nowym planie Pellegrina. Nie wspomniała o tym także 
Kye'owi. 

Nie mam powodów, żeby czuć się winna, myślała. W koń­

cu to jest mój temat i mam prawo zająć się nim tak, jak 
uważam za właściwe. Poza tym, cała rzecz może w ogóle nie 
dojść do skutku, jeżeli Rada nie wyrazi zgody na budowę 
hotelu. Coś jej jednak mówiło, że to płonna nadzieja. 

- Dobrze sie czujesz? - spytał Kye. - Może skończymy 

na dzisiaj i pójdziemy gdzieś na kolację? 

Zdjął jej czapkę z głowy i miękkimi ruchami palców za­

czął masować kark. Brenda poddała się temu z pomrukiem 
zadowolenia. 

Razem będzie nas troje 

289 

- Wolałabym, żebyś mi zrobił swój słynny omlet. 

Zjedli na tarasie. Późnowiosenny wieczór był suchy 

i chłodny, powietrze przesycał aromat tajemniczej, pogrążo­
nej w ciemnościach rzeki. 

- Przyjemnie tu, ale robi się trochę za zimno. Chyba nie 

chcemy, żeby dziecko dostało kataru i nie dawało ci spać po 
nocach - powiedział Kye, wziął Brendę w ramiona i uniósł do 
góry. Przytuliła się do niego, rozkoszując się bliskością jego 
ciała. 

- Myślę, że nie ma potrzeby martwić się o dziecko, Kye. 

Jest pod moją opieką i nic mu się nie stanie. 

- Wiem o tym. I właśnie dlatego ktoś musi się opiekować 

tobą. - Pocałował ją i wniósł do ciepłego domu. 

- Czego sobie teraz życzysz? - zapytał, zatrzymując się 

w połowie drogi między schodami a salonem. - Dietetyczny 

jogurt i telewizja czy łóżko i ja? 

- Uwielbiam cię - powiedziała Brenda i pocałowała go 

- ale mam też niejaką skłonność do jogurtu. Mogłabym do­

stać najpierw jogurt, a potem ciebie? Albo... najpierw ciebie, 
a potem jogurt? 

- Wolę być pierwszy. - Kye zaczął wchodzić po schodach. 
- Jaki ty jesteś zachłanny - powiedziała oskarżycielskim 

tonem, całując go w szyję. 

- Chcesz i mnie, i deseru, i to niby ja jestem zachłanny? 

Kye, stojąc przy kontuarze oddzielającym poczekalnię od 

komisariatu, przeglądał wyciąg z akt policyjnych przeznaczo­
ny dla prasy. Życie w cichym małym miasteczku ma mnóstwo 
zalet, jeśli oczywiście nie jest się wydawcą gazety, który szu­
ka materiału na pierwszą stronę, myślał melancholijnie. Ofi­

cjalna zgoda na budowę hotelu, która została ogłoszona przez 

background image

2 9 0 OGŁASZAM WAS MĘŻEM I ŻONĄ... 

Radę Miejską tego ranka, na szczęście rozwiązywała część pro­
blemu. Brenda już wzięła się do pisania, zostawił ją nad kompu­
terem, posapującą z gniewu i walącą z impetem w klawisze. Kye 

potrzebował jednak jeszcze czegoś dla przeciwwagi. 

Nie znalazłszy niczego ciekawego w raportach, zapukał 

do drzwi komisarza. Stary znajomy Kye'a przywitał go jak 

zwykle żelaznym uściskiem dłoni i posadził w fotelu naprze­
ciwko siebie. Twarz komisarza raczej nie wyrażała zadowole­
nia. 

- Słyszałeś, że Rada odrzuciła petycję Wojowników prze­

ciwko budowie hotelu? - Właściwie nie było to pytanie, ale 

stwierdzenie. 

Kye kiwnął głową. 

- To było do przewidzenia. Miastu potrzeba pieniędzy, 

a hotel to gwarantowany zysk. 

Komisarz pokręcił głową. 
- Mało mnie obchodzi, kto ma rację, a kto nie. Obchodzi 

mnie to, że teraz zacznie się dziać diabli wiedzą co, a służby 
porządkowe znajdą się między młotem a kowadłem. 

- Chyba się nie boisz, że dostaniesz kamieniem w czasie 

demonstracji? - uśmiechnął się Kye. 

Komisarz nie odwzajemnił uśmiechu. 
- Zwieszanie się z mostu to coś gorszego niż zwykła de­

monstracja. 

Kye uniósł brwi. 
- Zwieszanie się z mostu? 
- Myślałem, że to ty robisz gazetę w tym mieście. - Ko­

misarz aż poruszył się na krześle. - Chcesz powiedzieć, że nic 
nie wiesz? Nie wysyłasz do tych Wojowników Mokradeł żad­
nych reporterów? 

Kye poczuł jakby chłodny dotyk wzdłuż kręgosłupa. 
- Co konkretnie wiesz na ten temat? 

Razem będzie nas troje 291 

- Wieść niesie, że Wojownicy chcą zwiesić się na linach 

przymocowanych do mostu we wtorek o dziesiątej rano, do­
kładnie wtedy, kiedy będzie przepływał gubernator, który od­
biera łódź z warsztatu w Warrenton. 

Jakiś mroczny i niejasny dotąd domysł stanął nagle Kye'o-

wi przed oczami w pełnym świetle, w postaci osobliwego 
równania. Reporter „Herolda" plus ekstremistyczni Wojowni­

cy równa się brzemienna kobieta zawieszona na linie między 
niebem a wodą. Poczuł, jak blednie. 

- Kto ci przyniósł tę plotkę? 
Komisarz wzruszył ramionami. 
- Nie wiem, gdzie jest jej źródło. Powiedział mi o tym syn, 

który usłyszał od kogoś w szkole. Nie zdziwiłbym się, gdyby 
rozpuszczał ją sam Pellegrino. W każdym razie, jako tutejszy 
stróż porządku, byłbym niezmiernie wdzięczny... - Kye słuchał 
go już tylko z zawodowego obowiązku. Jakaś jego część, wolna 

od przerażenia i gniewu, robiła notatki i zapamiętywała szczegó­
ły - .. .gdybyś przedstawił także nasz punkt widzenia. Świetnie 
się sprawiliście pokazując, co o tym wszystkim sądzą obrońcy 
środowiska, i pewnie to jest najlepszy temat w tym roku, ale 

pomyślcie i o nas. Wielu chłopców z policji też jest za ochroną 
środowiska, ale my musimy przede wszystkim chronić ludzi. 
Czasem przed innymi ludźmi, a czasem także przed nimi samy­
mi, więc jeśli będziemy musieli wciągać tych wiszących Wojow­

ników, chciałbym, żeby znalazł się także ktoś, kto przedstawi 
sprawę z naszej perspektywy. 

Kye kiwnął głową. Zdołał już całkowicie zapanować nad 

emocjami. Popatrzył na komisarza z chłodnym zdecydowaniem. 

- W porządku. Będę tam osobiście. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

- Kye? Kyyye! - wołała Brenda, idąc przez ciemny salon. 
Wywiad z miejscową pisarką potrwał dłużej niż się spo­

dziewała. Rzuciła torebkę na sofę i zdjęła różową jedwabną 

marynarkę, która stanowiła komplet ze spodniami. Zawiesiła 

ją na oparciu krzesła w pustej kuchni. Ekspres do kawy był 

włączony, co oznaczało, że Kye jest w domu. 

Zdarzało się nieraz, że kiedy przychodziła później niż 

zwykle, zastawała go w kuchni, przygotowującego kolację, 
albo dobiegał ją zapach pizzy czy jakiejś chińskiej potrawy na 
wynos, stojącej w ciepłym piekarniku. 

Tego wieczoru nie było jednak żadnego z tych zapachów. 

Co więcej, zazwyczaj przytulny dom wydał jej się dzisiaj 
dziwnie cichy, jakby nikt w nim nie mieszkał. 

Wśliznęła się do jadalni i jej wzrok automatycznie po­

wędrował ku górnym szczeblom drabiny, gdzie Kye spę­
dzał ostatnio dziewięćdziesiąt procent wolnego od pracy 
redakcyjnej czasu. Jednak drabina była złożona i oparta 
o ścianę. 

- Oho - powiedziała cicho do siebie. Jakiś szósty zmysł 

mówił jej, że czekają coś nieprzyjemnego. 

Wtedy usłyszała, jak Kye wychodzi z piwnicy. Kroki na 

schodach były stanowcze i niespieszne, jakby odzwierciedla­
ły stan jego duszy. Brenda zebrała się w sobie: Kye wiedział 
o planie Pellegrina. 

Razem będzie nas troje 

293 

Kiedy znalazł się na górze, wyraz jego twarzy był opano­

wany, ale gdzieś pod spodem czaił się gniew. 

Podeszła, żeby go objąć i pocałować na powitanie. 

- Cześć - powiedziała jak gdyby nigdy nic. - Wywiad 

z Jenny Bragą się przeciągnął. Ona jest strasznie gadatliwa. 
Wyobraź sobie, ona uważa, że... 

Urwała. Kye stał z rękami opartymi na kuchennym stole, 

patrząc na nią przenikliwie. 

- Myślałem, że wyjechałaś z miasta - powiedział cicho -

i zapomniałaś mi o tym powiedzieć. 

Zaśmiała się trochę nerwowo. 
- No wiesz. Co za pomysł. 
- Tak jak zapomniałaś mi powiedzieć, że zamierzasz ska­

kać z mostu. 

Miał prawo być zły i gotowa była to przyznać. Ukrywanie 

tego przed nim wydało jej się teraz niemądrym posunięciem. 
Ale tkwiąca w niej niezależna kobieta i gotowa na wszystko 
reporterka jeszcze się broniła. 

- Kto ci o tym powiedział? 
Pokręcił głową, nie spuszczając z niej wzroku. 
- Nikt. Dowiedziałem się od komisarza Bentona, że Wo­

jownicy mają zamiar opuścić się na linach z mostu, kiedy 

będzie przepływał gubernator. Wyciągnąłem wnioski. 

- Raczej pochopne. 
- Jeżeli się mylę - powiedział z kamienną twarzą - to dla­

czego nawet słowem nie wspomniałaś o planach Wojow­
ników? 

Nie było sensu dalej udawać. Nagle dzieląca ich szerokość 

kuchni wydala jej się rozległa jak Sahara. 

- Bo z góry wiedziałam, co byś powiedział. 
- Dobrze. Ale ja i tak to powiem. Zabraniam ci uczestni­

czyć w tej akcji. 

background image

2 9 4 OGŁASZAM WAS MĘŻEM I ŻONĄ... 

Te słowa ugodziły ją jak rozgrzane żelazo. Podeszła 

do niego i zatrzymała się po przeciwnej stronie kuchennego 
stołu. 

- Za kogo ty się uważasz, żeby mówić do mnie w ten 

sposób?! - krzyknęła mu prosto w twarz. 

- Za twojego męża i, w tym wypadku, również szefa -

odpowiedział równie spokojnie jak poprzednio. - Jeśli będzie 
trzeba, zamknę cię na klucz, ale nie pójdziesz! 

Zbliżyła się do niego jeszcze bardziej. Cała aż drżała. 
- Nie ośmielisz się! 
Zgiął w łokciach ręce, na których się opierał, i zniżył twarz 

tak, że ich nosy prawie się dotykały. 

- Owszem, ośmielę się! - wykrzyknął, nagle tracąc pano­

wanie nad sobą. 

Brenda instynktownie odskoczyła w tył. 
Kye odwrócił się, złapał worek ze śmieciami i szarpnię­

ciem otworzył drzwi na dwór. Brenda wybiegła za nim i zaj­
rzała mu w twarz, kiedy wyrzucał śmieci do pojemnika na 
podwórku. 

- Możesz mi zabraniać - mówiła, zatrzaskując klapę po­

jemnika i idąc za nim z powrotem do kuchni - ale to nie 

znaczy, że ja cię posłucham. Owszem, jestem twoją żoną 
i - tak się składa - podwładną, ale oprócz tego jestem jeszcze 
wolną kobietą! Wydaje ci się, że tylko dlatego, że jestem 
w ciąży... 

Odwrócił się nagle w połowie pokoju, zatrzymał w miej­

scu i utkwił w niej wściekłe spojrzenie. 

- Nie. Zabroniłbym ci nawet, gdybyś nie była w ciąży. 
Jej gniew jakby przygasł, ustępując rozżaleniu. 
- Dlaczego? Mam doświadczenie we wspinaczce. Prze­

cież kiedyś ci o tym mówiłam! Mam świetny sprzęt. Poza tym 
Pellegrino wie, co ro... 

Razem będzie nas troje 

295 

- Pellegrino się popisuje! - przerwał jej ze złością. - Nie 

robisz tego dla sportu ani żeby ratować komuś życie. Robisz to... 

- Robię to - tym razem ona mu przerwała, celując w nie­

go palcem - bo to jest moja praca! Reporterzy jeżdżą na 
wojnę, idą do więzienia, idą do piekła, jeżeli to jest niezbędne, 
żeby zdobyć materiał! 

- Robisz to - chwycił ją za nadgarstek i zmusił, by opu­

ściła oskarżycielski palec - bo bardziej ci zależy, żeby być 
Brendą Wielką Gwiazdą Dziennikarstwa niż zaledwie Brendą 
Stuart! Mam wrażenie, że wcale nie chodzi ci o hotel ani 
o tych całych Wojowników, tylko o to, żeby twoi rodzice zo­
baczyli, że nie jest z tobą tak źle, jak myśleli, że nadal jesteś 
gotowa robić karierę za wszelką cenę, tak jak cię nauczyli. 

Brenda pobladła. Musiała przyznać, że mignęła jej w któ­

rymś momencie nadzieja, że rodzice zobaczą ją w wieczor­
nych wiadomościach. 

- Wiedziałem, że tak jest - podsumował triumfalnie Kye. 

- Co się, do diabła, z tobą dzieje? Oni chcą się powiesić na 

tym cholernym moście, tak? A nie przyszło im do głowy, że 
będą narażać nie tylko swoje życie, ale także życie policjan­
tów, którzy będą musieli ich powstrzymać? To idzie za dale­
ko, Brendo. Nie pozwolę ci ryzykować życia. 

Poczuła się nagle zupełnie odsłonięta i upokorzona. Były 

to dwa uczucia, których najbardziej w życiu nienawidziła. 

- To mój materiał. Nie możesz mi zabronić, żebym go 

opisała tak, jak zechcę. 

Patrzył na nią przez długą, bardzo długą chwilę. Widziała, 

jak w jego oczach gniew ustępuje wyrazowi uporu. 

- Owszem, mogę - powiedział. - Zwalniam cię z pracy. 

Obrócił się na pięcie i wyszedł z kuchni. 
Brenda stała w bezruchu i słuchała, jak tyka kuchenny ze­

gar, szumi lodówka i kapie woda z kranu. 

background image

2 9 6 OGŁASZAM WAS MĘŻEM I ŻONĄ... 

Świetnie, pomyślała. W takim razie pojadę tam jako człon­

kini Wojowników Mokradeł i sprzedam swój artykuł jakie­
muś wielkiemu tygodnikowi albo stacji telewizyjnej, komuś, 
kto płaci wielkie pieniądze i nadaje przez satelitę. Wtedy zo­
baczymy, komu będzie przykro. 

Pozbierała się i podeszła do kuchni, żeby nastawić czajnik. 

Przy każdym ruchu czuła prawie fizyczny ból. Zwolniona. To 
słowo brzmiało obco, jakby nie potrafiła go zrozumieć. 

Postawiła na gazie rondel z potrawką z kurczaka i stopnio­

wo zaczęła odzyskiwać zdolność spokojnego rozumowania. 

Kye zwolnił ją, bo był wściekły. W końcu była najlepszą 

reporterką, jaką miał kiedykolwiek w swojej gazecie. Zasta­
nawiała się, czy aby nie dlatego był aż taki wściekły, że nie 
podzieliła się z nim w porę swoją rewelacją. 

Popatrzyła na pusty talerz, rozważając możliwości ruchu, 

jakimi dysponuje. Może pójść do swojego kącika, który nazy­

wali pracownią, i zjeść kolację, przeglądając teksty wpisane 
wczoraj do komputera. Może też dać Kye'owi jeszcze jedną 

szansę. 

Zdarzało im się kłócić, ale nigdy jeszcze nie rozeszli się 

w ten sposób. Nie podobało jej się to. Budziło złe wspomnie­
nia z dzieciństwa - wiecznie niezadowolonych z niej rodzi­
ców i napiętego milczenia, którego nie sposób było rozłado­
wać. 

To ważne, pomyślała, żeby zrozumiał, o co mi naprawdę 

chodzi. 

Stanęła u szczytu schodów do piwnicy i zawołała go po 

imieniu. 

Kye upuścił śrubę, którą przykręcał właśnie do obluzowa­

nej obudowy pieca. Głos żony zupełnie go zaskoczył. Prędzej 
by się spodziewał, że Brenda zatrzaśnie go w piwnicy, a sama 
zamknie się w pokoju na górze. Postanowił być czujny. 

Razem będzie nas troje  2 9 7 

- Co? - spytał szorstko. 
Zapadła cisza. Teraz mnie zatrzaśnie, pomyślał Kye i po­

żałował swojej hardości. Zamiast tego usłyszał, jak spytała 
równie napiętym głosem: 

- Jadłeś coś? 
Ta troska jeszcze bardziej go zaskoczyła. Poczuł się trochę 

zakłopotany. 

- Nie - odpowiedział. 
- Chcesz trochę potrawki z kurczaka? 
- Poproszę. 

- Możesz zjeść teraz albo zostawię ci w piecyku na 

później. 

Podniósł śrubkę i włożył ją na właściwe miejsce. 

- Dwie minutki - zawołał. 

Nie bardzo wiedział, co się dzieje. Brenda nie zachowała 

się tak, jak się spodziewał. Co prawda, to właśnie ta nieprze-
widywalność zawsze go w niej fascynowała. Dopóki nie zo­
stał jej mężem. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Kye wspiął się po schodach, wystawił głowę przez klapę 

w kuchennej podłodze i zobaczył Brendę, krzątającą się po 

kuchni we wzorzystym fartuszku. Na nakrytym stole paliła się 

świeczka. Ten obrazek zupełnie go rozbroił. Nieczęsto widy­

wał Brendę w roli pani domu. 

Na dźwięk jego kroków obróciła się z wyrazem niepewno­

ści, malującym się na twarzy. Kye poczuł, że to on ponosi 

winę za tę jej niepewność i zapragnął jak najszybciej zatrzeć 

nieprzyjemne wrażenie. Uśmiechnął się. 

- Ładnie pachnie - powiedział. 

- Potrawka z puszki i kilka moich specjalnych dodatków. 

- Tak? - Odsunął krzesło, żeby usiąść. - A co dodałaś? 

- Pietruszkę. I posmarowałam grzanki masłem. 

- No, no. Chyba cię przeniosę do rubryki porad kuchennych. 

Miał to być żart, ale dopiero gdy wypowiedział te słowa, 

zdał sobie sprawę z ich dodatkowego znaczenia. 

Przez chwilę Brenda była jakby zakłopotana, ale zaraz 

uśmiechnęła się, podając mu koszyk z pieczywem. 

- Czy to znaczy, że przyjmujesz mnie z powrotem do 

pracy? 

Postawił koszyk między nakryciami. 

- Dobrze, miejmy to już za sobą - powiedział z namy­

słem. - Jesteś współpracownikiem „Herolda", ale to nie daje 

ci prawa do zachowywania wiadomości dla siebie. Nigdy nie 

Razem będzie nas troje 299 

pytałem cię wprost o szczegóły spotkania z Pellegrinem. Za­

kładam więc, że powiedziałabyś mi o jego planach, gdybym 

cię o to spytał? 

Tym razem Brenda poczuła się winna. 

- Oczywiście. Przepraszam, że ci sama nie powiedziałam. 

Byłam zbyt skoncentrowana na swoim reportażu. 

Kye pomyślał, że była raczej skoncentrowana na swoich 

rodzicach, ale zachował tę opinię dla siebie. 

- A ja przepraszam, że na ciebie krzyczałem - powiedział. 

Oboje odetchnęli z ulgą. Zapanowała między nimi zgoda. 

Zjedli kolację, rozmawiając o wywiadzie z miejscową pisarką. 

- Tapetujemy? - spytała Brenda, wstając od stołu, kiedy 

skończyli jeść. 

Kye podszedł do niej z tajemniczą miną. Wziął ją w ra­

miona i niespodziewanie uniósł w stronę schodów. 

- Kocham cię - powiedział złowieszczo. 

- Nigdy nie skończymy tego domu - zaśmiała się Brenda. 

- Stoi od stu lat, może jeszcze chwilę poczekać. 

Leżeli wyczerpani i szczęśliwi na wielkim łożu w ciemnej 

sypialni. Przyjemnie chłodne powietrze studziło ich rozpalo­

ne szalonymi emocjami ciała. Oboje byli wciąż jeszcze złą­

czeni - już nie fizycznie, ale nawet mocniej, jakby otaczała 

ich jakaś promieniująca aura wspólnoty, jedności dwojga. By­

ło to wspaniałe uczucie. 

- Potapetujemy trochę? - spytał Kye, komicznie naśladu­

jąc głos Brendy. 

- Odczep się! - Wybuchnęła śmiechem. - Jest dziewiąta 

wieczór, chcę herbaty i prawa do wypoczynku. 

- Szanuję twoje prawa i dlatego zrobię ci herbaty. W ku­

chni są dla ciebie pyszne ciasteczka. 

- Jesteś wspaniały. A ja sobie tymczasem obejrzę moją 

background image

3 0 0 OGŁASZAM WAS MĘŻEM I ŻONĄ... 

starą uprząż. Od lat jej nie wyjmowałam. Muszę ją wziąć na 

jutrzejsze spotkanie, bo Pellegrino... 

Wstała i podeszła do krzesła, żeby się ubrać, i w tym mo­

mencie spojrzała na Kye'a. Wyraz jego twarzy sprawił, że 
słowa zamarły jej na ustach. 

- Uprząż? To znaczy sprzęt do wspinaczki, tak? - powiedział 

to cicho, ale w jego głosie było niedowierzanie i złowieszcze tony. 

- Tak - potwierdziła nieco zaskoczona. 
- Czy ty jesteś głucha?! - Zrobił kilka kroków w jej stro­

nę, potem cofnął się, jakby w obawie przed samym sobą. - Co 
ci mówiłem pół godziny temu w kuchni? 

Brenda dopiero teraz zrozumiała, że się pomyliła sądząc, iż 

wszystko sobie wyjaśnili. A więc - nadal wojna, pomyślała. 

- Nie mówiłeś, tylko krzyczałeś jak jakiś pruski żandarm 

i potem mnie za to, zdaje się, przepraszałeś! - wykrzyknęła. 

- Bardzo słusznie zresztą! 

Kye podszedł do niej blisko. 
- Nie przepraszałem cię za to, co krzyczałem. Nie pój­

dziesz na tę demonstrację. 

Brenda zrobiła krok do przodu. 
- Owszem, pójdę, jako reporterka „Herolda" albo czegoś 

innego, bez różnicy. Jestem członkiem grupy i pójdę jako 
demonstrantka, a potem sprzedam artykuł komuś, kto potrafi 
docenić dobry materiał. 

Kye pochylił się nad nią groźnie. 
- A może wyślesz go od razu do swoich rodziców? Prze­

cież o to w tym wszystkim chodzi, prawda? 

- W tym wszystkim chodzi o to - gniew i napływające jej 

do oczu łzy sprawiły, że jej zawsze mocny głos załamał się 
- żeby ktoś mówił ludziom, co się dzieje za ich plecami. 

- Szczytny cel. Tylko popatrz, co naprawdę tobą kieruje, 

bo ja to widzę jak na dłoni. 

Razem będzie nas troje  3 0 1 

Nie ma sensu z nim dyskutować, pomyślała Brenda. 
- Więc jak, jestem zwolniona, czy nie? - spytała zimno. 
- Jesteś zwolniona. 
- W porządku. 
Wzięła z łóżka swoją bluzę, nałożyła ją i z wielką godnością 

podążyła ku drzwiom, nie zwracając najmniejszej uwagi na to, 
że dolna połowa jej ciała pozostaje nie ubrana. Przy samych 
drzwiach obróciła się do niego i powiedziała wyniośle: 

- Będę spać i mieszkać w pracowni na dole aż do dnia 

demonstracji. Potem możesz sobie znaleźć nowego pomocni­
ka do przyklejania tapet, bo mnie już tu nie będzie. 

Odwróciła się na pięcie z zamiarem opuszczenia sypialni, 

ale ledwo pociągnęła za klamkę, drzwi zatrzasnęły się z hała­
sem, popchnięte ponad jej głową przez Kye'a. Jego ręka nadal 
się na nich opierała, on sam zaś stał tak blisko niej, że prawie 
się dotykali. Brenda uznała, że w tej sytuacji bezpieczniej 
będzie nie wykonywać gwałtownych ruchów. Czekała. 

- Jesteś moją żoną - powiedział cichym głosem, w któ­

rym brzmiała śmiertelna powaga - i nosisz moje dziecko. 
Zostajesz tutaj. Mieszkaj sobie w pracowni, pisz powieść albo 
co innego, rób, co chcesz, ale, do diabła, przysięgaliśmy sobie 
i dotrzymasz tej przysięgi. 

Brenda podniosła na niego roziskrzone oczy. 
- Przysięgałam, że nie opuszczę mądrego i rozsądnego 

człowieka, a ten gdzieś zniknął. 

- Tak bywa z mężczyznami - odparował - których żony tra­

cą nagle mądrość i rozsądek. - Opuścił rękę i otworzył drzwi. 
- Poduszkę i koce znajdziesz w bieliźniarce, za ręcznikami. 

Blada z wściekłości Brenda odepchnęła go i wypadła z sy­

pialni, zatrzaskując za sobą drzwi tak, że o mało nie wyleciały 
z futryny. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

„Chmura przesłoniła księżyc. Justine bezszelestnie przy­

padła do ziemi, znajdując schronienie w plątaninie rododen­
dronów. Strażnik uzbrojony w karabin uzi przeszedł o krok 
od niej i zniknął jak duch w zaroślach..." 

Brenda przeczytała na monitorze komputera trzy zdania, 

które stanowiły już ósmy początek tego samego opowiadania. 
Potem nacisnęła przycisk służący do kasowania i patrzyła, 
jak, słowo po słowie, tekst znika z ekranu. 

Kiedyś, pomyślała, mogłabym wyciągnąć kartkę z maszy­

ny do pisania, zgnieść ją w kulkę i cisnąć w kąt. Kasowanie 
literek na monitorze to zupełnie nie to samo. Nie ten efekt. 

Jak się okazało, Kye nie żartował, kiedy mówił, że ją 

zwalnia. Miała nadzieję, że koło wtorku, kiedy trochę ochło­
nie, zadzwoni do niej i poprosi, żeby przyszła do redakcji. 
Wtorek był najgorętszym dniem, ponieważ materiał wysyłano 
do drukarni w środę przed południem i zawsze były jakieś, 
przyniesione w ostatniej chwili, ogłoszenia i artykuły, któ­
rych wpisywanie trwało zwykle do późnego wieczora. 

Jednak telefon nie zadzwonił. Kye wpadł na chwilę w po­

rze obiadu, zjadł coś naprędce, zamienił z nią kilka słów i po­

jechał do redakcji. 

Było już po północy, kiedy Kye zapukał do pracowni, 

w której od kilku dni mieszkała Brenda. 

Razem będzie nas troje  3 0 3 

- Wejdź - powiedziała. 

Od dłuższej chwili siedziała, bezmyślnie wpatrując się 

w ciemne okno ponad pustym ekranem komputera. 

- Zobaczyłem, że jeszcze nie śpisz. - Stanął niezdecydo­

wany na środku pokoju z płaszczem przewieszonym przez 
ramię. - Właśnie wróciłem z redakcji - dodał, choć Brenda 
doskonale o tym wiedziała. 

- Kto robił dzisiaj nekrologi? - spytała tonem, z którego 

niewiele można było wywnioskować. 

- Tiffany. - Kye nie o tym chciał z nią rozmawiać, ale 

postanowił zaczekać ze swoim tematem. - Przekupiłem ją 
wolnym piątkiem, będzie miała długi weekend. 

Brenda poczuła ukłucie żalu, że wszystko poszło gładko 

mimo jej nieobecności. 

- Cieszę się, że tak sobie świetnie radzisz - powiedziała 

niedbale, stukając w klawisze i udając, że jest bardzo zajęta 
poprawianiem nie istniejącego tekstu. - Nie będzie żadnych 
komplikacji, jak stąd wyjadę. 

Kye odłożył płaszcz na krzesło i podszedł do niej powoli. 
- Nie zrobisz tego - powiedział z cichym, spokojnym 

przekonaniem. - Kochasz mnie. 

Jego pewność rozwścieczyła ją, ale postanowiła zachowy­

wać się równie spokojnie jak on. Wykonała na komputerze 
końcową operację i popatrzyła na niego poważnie. 

- Nawet jeśli cię jeszcze kocham - powiedziała powoli 

- nie zostanę, skoro moja ciąża jest dla ciebie powodem, żeby 
mnie więzić. 

Kye minął ją i podszedł do okna. Potem odwrócił się 

i usiadł na wąskim parapecie. Pokręcił głową. 

- Może naprawdę nie powinienem cię wypuszczać, dla 

twojego własnego dobra. Przecież bierzesz udział w tej histo­
rii z mostem nie dla artykułu, tylko dlatego że to jest niebez-

background image

3 0 4 OGŁASZAM WAS MĘŻEM I ŻONĄ-

pieczne. A ty chcesz udowodnić sama sobie, że mimo ciąży 
nic sienie zmieniło... 

- Kye - Brenda z impetem wstała od komputera - jesteś 

dziennikarzem, więc nie baw się w mojego terapeutę. 

- Wcale nie muszę- powiedział spokojnie, opierając ręce 

na parapecie. - Zrozumiałem to, kiedy byli u nas twoi rodzi­
ce. Chcesz, żeby byli z ciebie dumni, a oni uważają, że ta 
ciąża złamie ci karierę, więc masz zamiar im pokazać, że 

wcale tak nie jest. 

Odwróciła głowę, nie chcąc popatrzeć mu w oczy. 

- Robię to wyłącznie dla siebie - powiedziała z naciskiem, 

ale jej głos nie zabrzmiał tak zdecydowanie, jak chciała. 

Skłamała i Kye wiedział o tym. Przez długą chwilę w po­

koju panowało milczenie. Wreszcie Kye spytał łagodnie: 

- Wiesz, co myślę? 

Wahała się kilka sekund. 
- Co? - zapytała w końcu z udaną obojętnością. 
Podszedł bardzo blisko, położył dłonie na jej ramionach 

i obrócił ją ku sobie. Ich oczy spotkały się. W spojrzeniu 
Kye'a było głębokie skupienie. 

- Myślę, że spotkanie ciebie było najlepszą rzeczą, jaka 

zdarzyła mi się w życiu. Mnie nie musisz niczego udowad­
niać. Jesteś wspaniała, Brendo. Dla mnie jesteś wspaniała. 

Brenda wysunęła się z jego ramion. Wiedziała, że Kye ją 

kocha, tak jak ona kochała jego, ale miłość wyobrażała sobie 

jako uczucie, które dodaje skrzydeł. Tymczasem ona czuła się 

spętana. 

- Kocham cię - powiedziała przez ściśnięte gardło - ale 

nie przestanę pracować tylko dlatego, że jestem w ciąży. Je­
stem reporterką, Kye. Jeżeli ty nie chcesz mojego artykułu, 
napiszę go dla kogoś innego. 

Na twarzy Kye'a nie drgnął ani jeden mięsień. Cały wie-

Razem będzie nas troje 

305 

czór zastanawiał się, jak doprowadzić do kompromisowego 

rozwiązania. 

- A gdybyś zrobiła ten reportaż bez opuszczania się na 

linie? 

Brenda oparła się nagłemu impulsowi, żeby przystać na 

ten pomysł i za jednym zamachem uzdrowić sytuację. O nie, 
pomyślała, to byłoby tchórzowstwo. 

- Taki reportaż mógłby zrobić każdy. Mój ukaże się 

w „Newsweeku". 

Kye poczuł, że spokój zaczyna go opuszczać. 

- Więc chcesz ryzykować życie swoje i dziecka, żeby 

udowodnić, że możesz zawsze postawić na swoim? 

- Ty chyba powinieneś to zrozumieć - odparła. - To prze­

cież ty zawsze stawiasz na swoim, ty o wszystkim decydu­

jesz. Które zdjęcie jest dostatecznie ostre, a które nie, który 

artykuł przyjąć, a który odrzucić... - wzięła głęboki oddech 
i dokończyła - i co twoja żona może robić, a czego nie może. 
A to jest moje życie, Kye. 

- I naszego dziecka - dodał, podnosząc nieco głos. -

A jedno i drugie jest związane z moim. 

Brenda przełknęła ślinę. Wiedziała już, co te słowa dla niej 

znaczą. Jej serce zabiło szybciej. 

- W takim razie zmuszasz mnie, żebym zerwała ten wę­

zeł, aby móc robić to, co jest dla mnie ważne. 

Kye poczuł, że traci panowanie nad sobą. Poderwał się 

z miejsca, minął Brendę i wielkimi krokami podszedł do 
drzwi. 

- Dobrze - wycedził. - Jeżeli musisz ryzykować życie, 

żeby sobie udowodnić, że jesteś coś warta, proszę bardzo. 
Droga wolna. Nie będę cię zatrzymywał. Ale pomyśl o jed­
nym: na jak długo ci to wystarczy? 

Brenda popatrzyła na niego zaskoczona. 

background image

3 0 6 OGŁASZAM WAS MĘŻEM I ŻONĄ... 

- Co chcesz przez to powiedzieć? 
- Myślisz, że to wystarczy na całe życie? - spytał, zata­

czając dłonią szeroki łuk. - Czy twoi rodzice będą cię podzi­
wiać aż do, daj im Boże zdrowie, dziewięćdziesiątki, czy 
raczej przez najbliższy tydzień? Jeżeli komuś trzeba udowad­

niać swoją wartość, to nie wystarczy raz, trzeba to robić ciągle 
na nowo. A pamiętaj, że tu nie chodzi wcale o twoją wartość. 
Tu chodzi o ich kompletną niezdolność docenienia cię, nie 

z jakiegoś konkretnego powodu, ale po prostu jako córki. To, 
co chcesz osiągnąć, może ci zająć całe życie. - Podszedł do 

wyjścia, ale na progu się zatrzymał. - Śpij dobrze - powie­
dział i cicho zamknął za sobą drzwi. 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

David Pellegrino dokładnie obejrzał wspinaczkowy sprzęt 

Brendy. Sprawdził liny i karabińczyk, który służył do moco­
wania liny do trwałego oparcia. Tym razem miała to być 

balustrada mostu. 

- W porządku - powiedział, oddając jej sprzęt z wyrazem 

zastanowienia na twarzy. - Jesteś pewna, że dasz sobie radę? 

Brenda popatrzyła na grupę zebraną w mieszkaniu Rity 

Cox i pomyślała, że Wojownicy wyglądają na podekscytowa­

nych perspektywą zbliżającej się akcji. Ona sama jednak nie 
potrafiła w sobie wzbudzić podobnego entuzjazmu. Nie rozu­
miała, dlaczego. Przecież tyle ją kosztowało wywalczenie 
sobie prawa do udziału w tym przedsięwzięciu. 

Zmusiła się do zuchowatego uśmiechu. 

- Nie ma problemu. Zrobię wam świetne zdjęcia na tle 

poranka. Będziecie na pierwszych stronach gazet. 

Pellegrino poklepał ją po ramieniu. 

- W porządku. Tego nam trzeba. Dobra, słuchajcie -

zwrócił się do grupy z tajemniczym uśmieszkiem. - Jest mała 

zmiana planów. 

Skierowały się na niego pełne oczekiwania spojrzenia. 

- Gubernator przyspieszył swój urlop o jeden dzień - mó­

wił Pellegrino. - Już tu jest. Po południu odebrał łódź z przy­
stani i wyjeżdża jutro rano. 

Wszyscy wpatrywali się w niego w napięciu, chociaż wic-

background image

3 0 8 OGŁASZAM WAS MĘŻEM I ŻONĄ... 

dzieli, co powie. Brenda poczuła, jak żołądek podchodzi jej 

do gardła. 

- Ruszamy dziś w nocy - powiedział Pellegrino. 

- Dziś w nocy? - powtórzyła Rita Cox. - Nie mam na 

dzisiaj nikogo do dzieci. 

Pellegrino skinął ze zrozumieniem głową. 
- Jesteś usprawiedliwiona. Ile osób może pójść? 

Oprócz niego i Brendy ręce podniosło pięć osób. 

- Sześcioro wystarczy - podsumował Pellegrino. 
Rita zwróciła się do jedenastoletniej dziewczynki siedzą­

cej obok niej, która zabawiała malutkie dziecko. 

- Mandy, dałabyś sobie radę - spytała córkę - gdybym 

poszła dzisiaj, a nie jutro? Ciocia Sylvia pracuje i nie będzie 

mogła z wami zostać. Wiesz, że robię to dla czapli i dla naszej 

pięknej zatoki. 

Dziewczynka uśmiechnęła się i kiwnęła głową. 

- Wiem, mamo. Jasne, że tak. 
- Będziesz musiała sama przygotować śniadanie i zapro­

wadzić Sissy do sąsiadów przed wyjściem do szkoły. 

Mandy wzruszyła ramionami, dając do zrozumienia, że to 

dla niej drobiazg. 

- Jasne. Przecież już nieraz tak robiłam. 

Rita przytuliła córkę, a członkowie grupy wyrazili uznanie 

dla samodzielności dziewczynki. 

Brenda uśmiechnęła się do niej i poczuła, że Mandy kogoś 

jej przypomina. Nie mogła tylko sobie uświadomić kogo. 

Ostatnie szczegóły ustalono z wojskową dokładnością. 

Wszyscy uzgodnili zegarki i umówili się na moście o trzeciej 

w nocy, by umocować sprzęt w tajemnicy. Pellegrino narysował, 

w jaki sposób trzeba zawiązać liny, żeby nie dało się ich wciąg­

nąć do góry. Potem rozeszli się, podając sobie w milczeniu ręce. 

Razem będzie nas troje 309 

Światło księżyca wpływało do pokoju, który nazywali pra-

:ownią. Brenda ocknęła się ze snu na dźwięk niewielkiego 

rudzika i wkładała teraz w pośpiechu dżinsy. Zniecierpliwiła 

się nieco, gdy poczuła opór suwaka. Wciągnęła brzuch i jakoś 

jdało jej się zaciągnąć błyskawiczny zamek, o zapięciu guzi­

ka jednak nie było nawet mowy. Zapięła więc tylko pasek, 

naciągnęła bluzę, która zakryła górną część spodni, i podeszła 

io okna. 

W księżycowej poświacie majaczył potężny most, po któ­

rym wiodła trzypasmowa droga do Waszyngtonu. Wyraźnie 

odcinały się ostrzegawcze światła dla samolotów w górnej 

części mostu, reszta konstrukcji rozpływała się w głębokich 

ciemnościach. 

Brenda poczuła, jak zimny dreszcz przebiega jej po ple­

cach, ale zaraz się opanowała. Spięła włosy w koński ogon, 

wzięła kurtkę i aparat fotograficzny. Cicho zeszła po scho­

dach. Na dole odłożyła swoje rzeczy i poszła do kuchni napić 

się wody, żeby zwilżyć wyschnięte gardło. Potem wsiadła do 

samochodu, czując ulgę, że Kye dotrzymał słowa i nie starał 

się jej zatrzymać. 

Tymczasem Kye, leżąc z rękami pod głową i oczami utk­

wionymi w sufit, słyszał każdy ruch Brendy. Słyszał ciche 

kroki po schodach, brzęk szklanki w kuchni, trzaśniecie wyj­

ściowych drzwi. Słyszał silnik samochodu, którego dźwięk po 

jakimś czasie oddalił się i ucichł. 

Mógł ją zatrzymać siłą, ale to by niczego nie załatwiło. 

Przymusowa bezczyność jego położenia sprawiła, że miał 

wrażenie, jakby coś miało w nim eksplodować. 

Kiedy silnik samochodu Brendy przestał być słyszalny, 

wstał i ubrał się. On też miał zamiar zrobić reportaż dla swojej 

gazety. 

Wziął swój aparat fotograficzny i zbiegł po schodach. Sta-

background image

3 1 0 OGŁASZAM WAS MĘŻEM I ŻONĄ... 

nął jak wryty na widok canona Brendy, leżącego na stoliku 

w hallu. Przypomniał sobie brzęk szklanki w kuchni i doszedł 

do wniosku, że musiała odłożyć swój aparat, żeby napić się 

wody, a potem w pośpiechu o nim zapomniała. Nie będzie 

miała czasu po niego wrócić, jeżeli zorientuje się dopiero na 

moście, bo Pellegrino na pewno chce umieścić wszystkich na 

miejscach przed świtem, zanim ktokolwiek mógłby ich zoba­

czyć i spróbować przeszkodzić. 

Czy Brenda mimo wszystko weźmie udział w akcji, jeżeli 

nie będzie mogła robić zdjęć? - zadał sobie pytanie Kye. 

Młody prawnik powitał Brendę pełnym entuzjazmu uści­

skiem dłoni. Wiatr rozwiewał im włosy, kiedy szli na drugą 

stronę mostu, aby dołączyć do tych, którzy przyszli wcześniej. 

W milczeniu obserwowali, jak Pellegrino mocuje liny. Bren­

da oddała swoją uprząż i patrzyła, jak mu ją przekazują. 

- A gdzie Rita? - spytał ktoś, kiedy wszyscy przywitali 

się z Brendą. 

- Będzie trochę później - odpowiedział ktoś inny. - Jej 

dziecko ząbkuje i musiała zostać dłużej, żeby je uśpić. 

Pellegrino sprawdził każdą z lin, po czym zniknął pod 

mostem, gdzie zgodnie z planem umocował liny do środko­

wego przęsła, tak że były zupełnie niedostępne dla stojących 

na moście. Los im sprzyjał. W czasie całej operacji nie przeje­

chał ani jeden samochód. 

Brenda przeszła na drugą stronę, oparła się o barierkę i po­

patrzyła w dół. Po raz pierwszy uświadomiła sobie, że może 

spaść. Wszystko było bardzo dobrze przygotowane, to pra­

wda, ale przecież wypadek zawsze może się zdarzyć. Tym 

w końcu jest życie - wielką tajemnicą, ciemną i głęboką jak 

niewidoczna rzeka, która płynęła bezszelestnie kilkadziesiąt 

metrów niżej. 

Razem będzie nas troje  3 1 1 

A jeśli spadnę? - zapytała sama siebie. 

Całe jej ciało oblało jakieś zimne i ciemne paraliżujące 

uczucie, nie tyle strach przed śmiercią, ile lęk przed utratą 

wszystkiego, co miała - Kye'a i dziecka. 

- Wszystko gotowe. Schodzisz za parę minut - usłyszała 

nagle dobiegający z tyłu głos. 

Odwróciła się i zobaczyła czyjąś zamazaną twarz. Zamru­

gała powiekami. 

- Brenda, dobrze się czujesz? - mężczyzna wziął ją za 

ramiona i popatrzył uważnie w oczy. 

Zebrała się w sobie i przywołała na usta pogodny uśmiech. 
- Jasne. Podziwiam widoki. 

- Nie wyglądasz najlepiej. 

- Musiałam się umalować po ciemku. 

Pellegrino zaśmiał się i poprowadził ją na drugą stronę, ku 

grupie demonstrantów, którzy obserwowali, jak młody prawnik, 

jako pierwszy, zapina rzemienie i paski, po czym odbija się od 

barierki, zjeżdża dziesięć metrów w dół i zawisa w powietrzu. 

Mimo gęstego mroku Brenda odruchowo sięgnęła po apa­

rat fotograficzny, ale jej dłoń napotkała tylko gładką powierz­

chnię kurtki. Zupełnie zaskoczona poklepała się po drugim 

boku. Znowu nic. Musiała zostawić go w samochodzie! 

I nagle z całą jasnością zobaczyła, jak wychodzi w pośpiechu 

z kuchni, myśląc o Kye'u, i bierze ze sobą tylko kurtkę, aparat 

zostawiając na stoliku. Boże! Jak mogła być tak głupia? 

Za prawnikiem podążył następny członek grupy. 

Kiedy wszyscy wychylali się poza barierkę, żeby popa­

trzeć, jak opuszcza się w dół, Brenda podeszła do Pellegrina, 

żeby powiedzieć mu o aparacie. Zanim jednak zdążyła otwo­

rzyć usta, na moście rozległ się gwałtowny pisk opon. Wszy­

scy podnieśli głowy i zobaczyli wysiadającą z samochodu 

w wielkim pośpiechu Ritę. 

background image

3 1 2 OGŁASZAM WAS MĘŻEM I  Ż O N Ą . . _ 

Pellegrino odebrał od niej uprząż. 
- Jak dziecko? Udało ci sieje uśpić? - posypały się pytania. 
Rita kiwnęła głową i z matczyną dumą w głosie powie­

działa: 

- Z małą wszystko w porządku. Dzięki Bogu mam jesz­

cze Mandy. Mówię wam, co to za samodzielna dziewczyna! 
Sama uśpiła małą, żebym zdążyła się ubrać, i powiedziała, że 
mam się o nic nie martwić, bo ona się wszystkim zajmie. Co 
za szczęście mieć taką córkę! 

Pellegrino zszedł pod most, by przywiązać linę dla Rity. 

Natomiast Brenda uświadomiła sobie nagle, kogo przypomi­
nała jej mała Mandy. Tym kimś była ona sama w wieku dzie­
sięciu lat. 

„Wiem, że nie bardzo lubisz siedzieć sama w domu - ma­

wiała jej matka słodkim głosem - ale ty się tak nudzisz w biu­
rze, a my musimy jeszcze popracować, żeby zarobić dużo 
pieniędzy, za które będziemy mogli sobie wreszcie kupić..." 

Brenda pamiętała, że wtedy byłaby o wiele szczęśliwsza, 

obywając się bez tych wszystkich rzeczy, których ceną była 
ciągła nieobecność jej rodziców. 

Zadała sobie pytanie, czy mała Mandy popatrzy kiedyś na 

swoje dzieciństwo tak jak ona. Obie sytuacje były różne, 
w jednej szło o pieniądze, w drugiej o szlachetny cel ochrony 
środowiska naturalnego, ale prowadziły w końcu do tego sa­

mego rezultatu: samotne dziecko uśmiecha się i udaje, że 
wszystko jest w porządku, bo to jedyny sposób, jaki mu pozo­

staje, by zyskać uznanie rodziców. 

Nigdy nie będę taką matką, pomyślała Brenda. Nigdy. 
Wzięła głęboki oddech. Teraz, kiedy miała wszelkie po­

wody, żeby się wycofać, mogła wreszcie przyznać się przed 
sobą, jak bardzo się boi. 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Kye pędził w stronę mostu, mając nadzieję, że Brenda jeszcze 

nie zdążyła opuścić się na linie. Zaparkował swój samochód 
w szeregu siedmiu innych, wziął aparat i pobiegł w stronę wido­
cznej z daleka grupki czterech osób. Pellegrino mocował na kimś 

podobne do szelek paski - z pewnością była to.. .. 

- Brenda! - krzyknął Kye. - Zaczekaj! 

Wpadł pomiędzy Pellegrina a domniemaną Brendę i ujrzał 

przed sobą obcą kobietę, która wskazała ręką za siebie. 

- Brenda jest tam-powiedziała. 
Wtedy zobaczył swoją żonę, pobladłą na twarzy, z rozczo­

chranymi przez wiatr włosami i skulonymi z zimna ramiona­

mi. Kye zatrzymał się o krok od niej, siłą woli powstrzymując 
się, by jej nie przytulić. 

- Cześć - powiedział cicho. - Cieszę się, że zdążyłem. 
- Dlaczego? - spytała, patrząc na niego badawczo. 

- Bo... bo nie podoba mi się to, co robisz. Uważam, że to 

niemądre, niebezpieczne i niewarte takiego ryzyka... - Na 
twarzy Brendy odbiło się rozczarowanie i zniecierpliwienie. 
- ...ale - mówił dalej Kye - leżałem tak, kiedy wyszłaś, 

i przypominałem sobie nasz ślub, nasz miodowy miesiąc, to, 

jak zmieniło się na lepsze moje życie, od kiedy jesteśmy 

razem... I pomyślałem, że może nie mam prawa decydować, 
co jest dla ciebie bezpieczne, a co nie. Jeżeli to naprawdę dla 
ciebie takie ważne - zrób to. 

background image

3 1 4 OGŁASZAM WAS MĘŻEM I ŻONĄ... 

Wyraz zaskoczenia w jej oczach nie dał mu jasnej odpo­

wiedzi na pytanie, czy jeszcze może ją odzyskać, czy też już 

ją bezpowrotnie utracił. Postanowił mówić dalej. 

- Niełatwo mi to powiedzieć, ale wiem, że może za bar­

dzo lubię mieć nad wszystkim kontrolę. Nie chcę za ciebie 
decydować, chcę ci pomóc w tym, co uważasz za słuszne. 

- Westchnął i dodał: - Pomóc ci przejść przez tę barierkę? 

Pojedyncza łza spłynęła z oka Brendy. Nadal nie była to 

oznaka, z której mógł coś wywnioskować. 

Pokręciła głową i westchnęła ciężko. 

- Nie - powiedziała, lekko drżąc. - Nie zrobię tego. 

Kye poczuł, jak ogarnia go radość. Nie okazał jednak tego. 
- Dlaczego? 

- Zapomniałam... - głos jej się załamał, odchrząknęła 

i powtórzyła - zapomniałam aparatu. 

Kye zdjął z ramienia canona Brendy i wyciągnął do niej rękę. 
Patrzyła w bezruchu to na niego, to na aparat. 
- Przywiozłeś mi go, chociaż wiedziałeś, że skoro go za­

pomniałam, nie będę mogła zejść na dół? 

Kye uśmiechnął się szeroko i trącił ją łokciem. 

- No i co, niesamowity ze mnie facet, nie? 

Wyciągnęła wreszcie rękę po aparat, przewiesiła go sobie 

przez ramię i znów dotknęła jego dłoni. 

Kye pełen niepokoju czekał na jej słowa. Czy teraz Brenda 

zdecyduje się na skok z mostu? A może zrezygnuje, robiąc 
ustępstwo, którego później będzie żałować? Czy jest z tej 
sytuacji w ogóle jakieś sensowne wyjście? 

- Mogłabym teraz zejść na dół zupełnie bezpiecznie - po­

wiedziała wreszcie, uśmiechając się z zakłopotaniem. -1 mo­
że właśnie to powinnam zrobić. Ale kiedy tak stałam na mo­
ście, przypomniałam sobie dzieciństwo. Materialnie nigdy 
niczego mi nie brakowało, ale praca moich rodziców była 

Razem będzie nas troje 

315 

zawsze na pierwszym miejscu. Nagle zrozumiałam coś bardzo 
ważnego. Zrozumiałam, że coś takiego chcę teraz zrobić sama 
- postawić moje dziecko na drugim miejscu. I przysięgłam 

sobie, że nigdy czegoś takiego nie uczynię. 

- Brendo, na razie dziecko nie będzie jeszcze o tym wie­

dzieć. - Kye ścisnął mocno jej dłoń. 

Uśmiechnęła się. 
- Mylisz się. Dzieci, nawet najmniejsze, mają w sobie 

niezawodny radar, one zawsze wiedzą. W tej chwili zrozumia­

łam, że nic nie jest dla mnie ważniejsze niż ty i dziecko. 

Kye porwał ją w ramiona i pocałował tak, że oboje zapo­

mnieli, gdzie są i co robią. Potem uścisnął ją mocno, czując 

się najszczęśliwszym z ludzi. 

Brenda, wtulona w jego ramiona, miała jedynie mglistą 

świadomość tego, że na moście pojawiają się ludzie szeryfa, 
że nagle zaczynają ich otaczać błyskające światła samocho­

dów policyjnych, przerywany szum krótkofalówek i głosy 
umundurowanych ludzi. Oboje z Kye'em mieli tu zadanie do 

wykonania, ale jeszcze przez chwilę chciała nacieszyć się 
poczuciem cudownego zrozumienia, które na powrót zagości­

ło w ich związku. Sprawiła to miłość i ona była gwarancją ich 
wspólnej, szczęśliwej przyszłości. 

W końcu Kye wypuścił ją z objęć, pocałował krótko i po­

wiedział: 

- Nie ma rady, dokończymy w domu. Ty bierzesz Wojow­

ników, ja policję. 

Kiwnęła głową i sięgnęła po swój aparat. 

- No to do dzieła. 

- To pójdzie na pierwszą stronę. - Brenda podążała za 

Kye'em od kuwety z utrwalaczem do wanienki z wodą, nie 

spuszczając oczu ze zdjęcia. 

background image

Razem będzie nas troje  3 1 7 

3 1 6 OGŁASZAM WAS MĘŻEM I ŻONĄ... 

Teraz oboje przypatrywali mu się w milczeniu. 
Na fotografii widniały postacie Pellegrina i policjanta, 

który wciągał go na właściwą stronę barierki. Twarz policjan­
ta wyrażała rozdrażnienie wywołane faktem, że plan lidera 
Wojowników zadziałał bez pudła. Ludzie szeryfa, nie mogąc 
dostać się do przemyślnie zawiązanych lin, musieli czekać, aż 
gubernator przepłynie pod mostem, przeczyta transparent 

i demonstranci sami podciągną się do góry. Dopiero wtedy 
mogła się zacząć interwencja, przedstawiona na zdjęciu Bren­
dy. Twarz Pellegrina, otoczona mokrymi kosmykami czupry­
ny i gęstej brody, promieniała poczuciem zwycięstwa. Poli­
cjant trzymał jego kurtkę w mocnym uścisku. Perspektywa 
mostu za nimi dopełniała obrazu. 

- No, no, chyba nie jestem taka zła - pochwaliła sama 

siebie Brenda. 

Kye sięgnął szczypcami po następną fotografię. Przedsta­

wiała ona Wojowników, którzy rozmawiają z gubernatorem, 
stojąc przed otwartymi tylnymi drzwiami policyjnego auta, 
którym w chwilę później odwieziono ich do aresztu. Mieli 
stamtąd wyjść, gdy tylko sędzia ustali wysokość kaucji. 

- Świetna robota - skomentował Kye. - Wyraźnie widać, 

że osiągnęli swój cel. Gubernator wysłuchał ich i obiecał 
wpłynąć na decyzję Rady Miejskiej. 

Znów sięgnął do wodnej kąpieli i wyjął zdjęcie przedsta­

wiające plątaninę lin i rzemieni na środku pustego mostu -
zarekwirowany przez policję jako dowód rzeczowy sprzęt do 
wspinaczki. 

- To jest twoja okładka dla „Newsweeka". Wyślij do nich 

ten materiał razem z artykułem. Publikacja murowana. „He­
rold" będzie miał sławną reporterkę. - Uśmiechnął się. - Bo 
mam nadzieję, że mimo wszystko zostaniesz z nami? 

Brenda popatrzyła na fotografie i oczyma wyobraźni 

zobaczyła swoje zdjęcie na okładce słynnego magazynu. Po­
myślała o wielkoduszności Kye'a, który dawał jej właś­
nie możliwość zrealizowania czegoś, o czym zawsze marzy­
ła. Ale Brenda miała jeszcze jedno, ważniejsze marzenie -
być

 kochaną i rozumianą. To drugie marzenie spełniło się, kie­

dy Kye podbiegł do niej na moście z jej aparatem fotogra­
ficznym. 

- Wiesz co? - powiedziała niespodziewanie poważnym 

tonem. - Wtedy, na moście, dokonałam ponurego odkrycia na 
Swój temat. 

- Jakiego odkrycia? 
- Chyba zrobiłam się tchórzliwa - wyznała Brenda i wes­

tchnęła. 

Z trudem udało mu się nie roześmiać. 
- Co takiego? 
- Poczułam, że okropnie się boję. 
- Brendo - Kye pogłaskał ją po policzku - nie wydaje ci 

się naturalne, że ktoś się boi wisieć na linie kilkadziesiąt 
metrów nad głęboką rzeką? 

- To nie to, Kye. Robiłam już bardziej zwariowane rze­

czy, ale nigdy nie czułam się tak jak wtedy. To było coś 
więcej. - Między jej brwiami pojawiła się pionowa zmarsz­
czka. - Zrozumiałam, jak bardzo ważne jest dla mnie życic 
z tobą. Myślę, że wcześniej nie bałam się niczego, bo nie 
miałam nic do stracenia. A teraz... - wzięła głęboki oddech 
- teraz mam jeszcze inne życie w sobie i to jest jak bogactwo, 
którego nie chcę wystawiać na żadne ryzyko. 

- Cieszę się, że tak myślisz. - Jego słowa brzmiały sta­

nowczo i poważnie. - Nie wiem, co bym zrobił, gdyby coś ci 

się stało. 

Przytulił ją mocno i poczuł, że w jego ramionach napra­

wdę jest bezpieczna. Potem popatrzył jej w oczy. 

background image

I  " J 

3 1 8 OGŁASZAM WAS MĘŻEM I ŻONĄ... 

- A teraz nadamy twoje zdjęcia i artykuł faksem tam, 

gdzie zechcesz. 

Brenda potrząsnęła przecząco głową. 
- Przemyślałam to. Nie będę ich nigdzie wysyłać. Ta spra­

wa jest zbyt lokalna. 

- Wcale nie - nalegał. - Greenpeace błaga Pellegrina, że­

by się do nich przyłączył. Mówię ci, że to pierwszorzędny 
materiał dla każdej ogólnokrajowej gazety. Może ci się już nie 
trafić taka oka... 

Nie udało mu się dokończyć. Brenda zamknęła mu usta 

szalonym, głębokim pocałunkiem. Kiedy oderwali się od sie­
bie, przez chwilę nie mogli wydobyć słowa. 

- Kye, to nie jest mi już potrzebne - powiedziała wreszcie 

Brenda. - Jesteśmy teraz razem, ty, ja i dziecko. Daj to zdjęcie 
na pierwszą stronę „Herolda". Pokażemy wszystkim, co po­
trafi małżeński duet Stuartów. Co ty na to? 

- Co ja na to? Kocham cię- powiedział po prostu.