background image

 

 

background image

Sławomir Sierecki 

Na pokładzie  

nie było nikogo

 

Wydawnictwo Morskie 

 Gdańsk 1979 

background image

Okładk

ę

 projektował  

TADEUSZ CIESIULEWICZ 

© Copyright by Sławomir Sierecki Gda

ń

sk 1979 

Redaktor:  

Maria Jasik 

Redaktor techniczny:  

Barbara Bukowska 

Korektor:  

Renata Milczarek, Barbara Sztremer 

Wydawnictwo Morskie.  

Gda

ń

sk 1979 

Wydanie pierwsze.  

Nakład 39 750+250 egz.  

Ark, wyd. 7,75. Ark, druk. 5,125.  

Papier druk, sat. VII kl. 65 g. 

Oddano do składania 21 III 1978 r.  

Podpisano do druku i druk uko

ń

czono w styczniu 1979 r.  

Olszty

ń

skie Zakłady Graficzne im. S. Pieni

ęż

nego 

w Olsztynie, ul. Towarowa 2. 

Zam. 1709   

R-9/242 

 

Cena zł 25,

 

background image

Część I 

Nie opuszczajcie strefy pasatów... 

„...Po tamtej stronie został ląd. 

Po tej nie ma już ani skrawka ziemi. 

Jest woda ‒ 

Tak czysta, tak klarowna, 

ż

e zmusza do ciągłego patrzenia na nią...  

Manuel del Cabral  

(Dominikana) 

1. 

 To prawda, że zgodziłem się udzielić panu wywiadu, nawet może więcej: 

porozmawiać z panem. Określiłem to zresztą dość ogólnikowo, kiedy dok-

tor  przekazał  mi  tę  propozycję.  Mówiłem  mu  chyba  również  o  potrzebie 

zwierzeń oraz, że wolałbym formę luźnej pogawędki z dziennikarzem albo 

pisarzem, aniżeli samodzielne pisanie książki. Nie jestem mocny w formu-

łowaniu  swych  myśli  na  papierze.  To  prawda  także,  że  wyraziłem  się  o 

potrzebie  samooczyszczenia...  Ale  ileż  nonsensów  mówi  lekarzowi  czło-

wiek  chory?  Dodajmy:  śmiertelnie  chory.  Bo  ja,  proszę  pana,  jestem  rze-

czywiście chory nieuleczalnie i chyba moje tygodnie są już policzone. Wie 

pan  o  tym  dobrze  od  mojego  doktora  i  jedynie  idiotyczna  etyka  lekarska 

zabrania  mu  powiedzieć  mi  to  otwarcie,  wprost,  chociaż  czytam  to  z  jego 

oczu, gestów, słów, a dodatkowo wiem także cośkolwiek na temat mojej  

background image

choroby.  Zdecydowałem  się  więc  porozmawiać  z  panem  i  prosiłem,  aby 

przyjechał pan razem z panem Zbigniewem, któremu muszę także coś nie-

coś wyjaśnić przed jego podróżą na Antyle. Ale jak mam rozumieć te pań-

skie pytania, a zwłaszcza to ostatnie: czy widziałem w czasie podróży rze-

czy  DZIWNE?  Albo:  czy  przeżyłem  DZIWNE  zdarzenia?  Co  oznacza  ten 

przymiotnik w pana pytaniu? Wszystko, co spotykałem na trasie rejsu, było 

w pewnym sensie DZIWNE ‒ niebo, morze, ptaki, nawet gwiazdy. Czy wie 

pan,  na  przykład,  jak  osobliwe  uczucie  wywołuje  zanikanie  za  linią  hory-

zontu  Gwiazdy  Polarnej  i  równoczesne  wstępowanie  na  firmament  Krzyża 

Południa, stopniowo, w miarę jak posuwamy się na południe? Można sobie 

wyobrazić, co przeżywali portugalscy lub holenderscy marynarze na pokła-

dach  kruchych  galeonów,  płynących  tą  trasą  przed  wiekami,  jeżeli  my,  w 

naszym  stuleciu,  nie  możemy  pozbyć  się  tego  osobliwego  uczucia,  gdy 

oglądamy  kopułę  nieba  usianą  innymi  gwiazdami  aniżeli  te,  do  których 

widoku  przywykliśmy?  Zresztą  sam  ocean  ma  w  sobie  tyle  nieodgadnio-

nych  tajemnic,  a  pan,  panie  Julianie,  pyta  mnie  o  rzeczy  DZIWNE...  Albo 

ten mój jacht... wie pan, jak wygląda mój jacht, który stoi dziś spokojnie na 

Martynice, czekając na nowy podmuch pasatu? ‒ zakończył pytaniem kapi-

tan Remigiusz Arystowicz, przez przyjaciół nazywany po prostu Remy. 

Remigiusz Arystowicz był samotnym żeglarzem, który opłynął dookoła 

kulę ziemską na niewielkiej żaglowej łupinie. Od tego czasu uważano go za 

bohatera, a może istotnie był bohaterem? Był to człowiek znany z tego, że 

nie robił  wokół  swego żeglarskiego przedsięwzięcia reklamy. Uważano go 

za  kogoś  zamkniętego  w  sobie,  nawet  tajemniczego.  Dziwne,  że  oto  nagle 

postanowił opowiedzieć mi szczegóły swego rejsu. 

Znajdowaliśmy się w niewielkiej willi w Jastrzębiej Górze, jednej z tych 

licznych willi, półoficjalnych pensjonatów otwartych tylko dla znajomych  

background image

lub dla gości rekomendowanych. Remy wynajął ten pokój z zagwarantowa-

ną opieką. Pokój z widokiem na morze ‒ bo to ważne. Nie przesadzał, był 

istotnie śmiertelnie chory. Dowiedziałem się o tym od lekarza, ale co waż-

niejsze,  Remy  także  o  tym  wiedział,  choć  rzeczywiście  nie  od  swojego 

lekarza,  który  zbywał  go  ogólnikami  i  pocieszał  stereotypowymi  kłam-

stwami.  Sprawa  etyki  lekarskiej?  Nie  wiem.  Nie  będę  się  tym  tematem 

zajmował,  choć  podzielałem  wówczas  pogląd  nie  lekarza,  lecz  chorego. 

Bzdurą było ukrywanie prawdy przed kimś, kto w czasie, rejsu patrzał czę-

sto  w  twarz  śmierci.  Wracając  do  pensjonatu,  to  Remy  wynajął  pokój  z 

balkonem  zwróconym  właśnie  w  stronę  morza,  aby,  leżąc  nawet  w  łóżku, 

kiedy  „nie  starczy  mu  już  sił  na  powstanie”  ‒  jak  powiedział  ‒  oglądać 

przez otwarte drzwi balkonu morze. Chyba nie był to taki sobie kaprys. W 

obliczu  śmierci  mało  kto  lubi  żartować.  On  rzeczywiście  chciał  umrzeć 

patrząc na morze, jeżeli los oszczędził mu śmierci na morzu... 

Było nas trzech w pokoju: Remy, ja i młody żeglarz Zbigniew Zachwa-

towicz  nazywany  Zygą.  Remy  wyznaczył  go  na  spadkobiercę  swojego 

jachtu.  To  znaczy  jacht  Arystowicza,  noszący  nazwę  „Noa  Noa”,  stojący 

teraz na Martynice, miał należeć do klubu ‒ wspaniałomyślnie podarowany 

przez  żeglarza.  ‒  Miał  należeć  do  klubu,  który  dopomógł  mu  w  sfinalizo-

waniu  jego  wyprawy,  ale  pod  warunkiem,  że  sprowadzi  go  najmłodszy 

wiekiem członek tego klubu, oczywiście żeglarz z odpowiednimi uprawnie-

niami.  Zyga  był  jedynym  kandydatem.  Wydaje  mi  się  więc,  że  anonimo-

wość  tego  warunku  była  tylko  grą.  Arystowiczowi  chodziło  chyba  rzeczy-

wiście  o  to,  aby  Zachwatowicz  przyprowadził  jacht  „Noa  Noa”  do  kraju. 

Zyga  był  gorącym  wielbicielem  Arystowicza.  Powiedzenie,  że  Remy  był 

ż

yciowym  idolem  Zygi,  nie  oddawało  w  pełni  uwielbienia,  jakie  Zachwa-

towicz żywił dla starszego kolegi żeglarza. 

background image

Był  wieczór,  a  od  czasu  zapalenia  się  latarni  na  Rozewiu,  na  framudze 

drzwi balkonowych co jakiś czas pojawiał się blask światła. Z Rozewia do 

Jastrzębiej Góry nie jest przecież daleko. Na stole paliła się lampa naftowa 

  prawdziwy  unikat  z  dawnych  lat.  Remy  prosił  o  pozostawienie  mu  w 

pokoju  naftowego  oświetlenia,  chociaż  w  willi  była  elektryczność.  Mimo 

bryzy,  duchota  dnia  wolno  odpływała  z  pokoju.  Obite  skórą  fotele,  które 

niedawno  jeszcze  piekły,  nareszcie  zaczynały  chłodzić  ciało  nawet  przez 

materię ubrania. 

  Czy  widziałem  pański  jacht? ‒  powtórzyłem  pytanie.  ‒  Nie  miałem 

takiej okazji. Bardzo żałuję. Natomiast oglądałem tuzin zdjęć w gazetach i 

pismach.  Sądzę  więc,  że  mogę  powiedzieć:  znam  „Noa  Noa”  i  wydaje  mi 

się piękna. 

  Cieszy mnie, że użył pan rodzaju żeńskiego. Zauważył pan, że nada-

łem  mojemu  statkowi  imię  kobiece?  Mówię  o  moim  jachcie:  droższa  nad 

wszystko,  jedyna  „Noa  Noa”.  W  języku  angielskim  „ship”  jest  rodzaju 

ż

eńskiego. To wzruszające, prawda? 

  Oglądałem  również  pańskie  zdjęcia  w  prasie  zagranicznej  ‒  mówi-

łem dalej. ‒ Pan na pokładzie, na tle jachtu, na różnych nabrzeżach różnych 

dalekich portów. 

  Ach,  moje  zdjęcia!  ‒  strzepnął  palcami.  ‒  Nigdy  nie  lubiłem,  gdy 

mnie obfotografowywano, nie szukałem takiej popularności. Na co mi ona 

zresztą?  Mój  rejs,  moje  przejście  wokół  Hornu,  potem  strefa  ryczących 

czterdziestek,  Malaje,  Przylądek  Igielny  ‒  to  wszystko  w  gruncie  rzeczy 

moje osobiste sprawy. Mogę przywoływać je w pamięci, jakbym wyświetlał 

nakręcone dawniej filmy, a przecież żadnego nie  nakręciłem. Mogę czytać 

w  tych  przeżyciach,  jak  w  książce.  Mogę  wreszcie  mówić  o  nich,  kiedy 

chcę. Znam oczywiście żeglarzy, którzy oczekiwali, a nawet wymagali, nie 

tylko  popularności,  ale  wprost  reklamy.  Nie  potępiam,  nie  mam  im  tego  za 

złe. To ich sprawa. Ja jednak byłem i jestem daleki od tego. Jeżeli rozmawiam 

background image

z panem, powód jest zupełnie inny. Rozumie mnie pan? 

  Tak  przypuszczam.  Z  takim  nastawieniem  tu  przyjechałem.  Może 

jest  coś,  w  tych  przeżyciach,  na  co  nie  ma  pan  sam  poglądu,  co  pana  drę-

czy? 

  Tak.  Można  to  określić  w  ten  sposób:  dręczy  mnie.  Jest  to  pewna 

sprawa,  o  którą  się  otarłem.  Dręczy  mnie  tak,  jak  pana  dręczy  ciekawość 

mojej osoby. 

  Ciekawość jest naturalną cechą mojego zawodu. 

  Oczywiście. Nie chciałem przecież pana urazić. Pan to co innego niż 

tamci, którzy czekali mnie na nabrzeżu, nie licząc nawet na sensację, ale na 

stereotypową wypowiedź żeglarza, który samotnie opłynął przylądek Horn. 

Pan nie chce stereotypów. Chcę w to wierzyć i cieszę się z tego. A wie pan, 

kiedyś  na  widok  ludzi  z  notesami  i  aparatami  fotograficznymi,  na  widok 

dziennikarzy  i  fotoreporterów  cierpła  mi  ze  strachu  skóra.  Wydawało  mi 

się, że za chwilę podepcą obłoconymi butami moje zamki z piasku. 

  Stąd te krótkie wypowiedzi dla prasy, ta oszczędność w wywiadach, 

ta wstrzemięźliwość w opowiadaniu o swoim rejsie? 

Skinął  głową,  potem  przygładził  przystrzyżone  krótko  włosy.  Był 

szczupły, wysportowany, opalony, choć była to już inna opalenizna aniżeli 

ta, jaką przywiózł z sobą ze strefy pasatów. Jakby poszarzała, podkreślająca 

setki nowych zmarszczek i kontrastująca z podcienionymi, zapadniętymi w 

głąb czaszki oczami. Był stary i chory. Nie tak wyglądał na zdjęciach. 

  Stąd ‒ powiedział. ‒ Ale nie tylko stąd. Wiedziałem, że nie opowiem 

im  wszystkiego,  bo  i  po  co?  Zrobiliby  z  tego  podwójną  sensację.  Pan  jest 

pierwszy, któremu zgodziłem się opowiedzieć więcej. 

  Podobno pewien wydawca zwrócił się do pana z propozycją opubli-

kowania pańskich wspomnień, ale spotkał się z odmową. 

  Nie  jestem  literatem,  nie  umiem  pisać,  mówiłem  to  już  panu.  Nie 

umiem wyrazić w zapisie tego wszystkiego, co jest we mnie. Zresztą, nie 

background image

chcę tego robić. Czytałem  wiele  wspomnień żeglarzy,  wiele relacji z dale-

kich  rejsów...  Czasami  do  pisania  zabierali  się  ludzie,  których  przeżycia, 

refleksje na temat tych przeżyć, były uboższe od przeżyć i refleksji konduk-

tora wagonów sypialnych. Ciekawa książka może narodzić się w oparciu o 

wrażenia w czasie rejsu z Gdyni do Ustki i na odwrót ‒ rejs dookoła świata 

może w opisie okazać się nudną kroniką nocy i dni, powielającą to wszyst-

ko,  co  już  poprzednio  na  ten  temat  napisano,  a  dodatkowo  uzupełniającą 

dziennik wypisami z bedekerów. Czy nie mam racji? 

  Czytelnicy oczekują jednak  książek,  które opowiadałyby o dalekich 

rejsach. Pasjonują ich żeglarze-samotnicy. 

  Nierzadko czytelnicy oczekują czego innego, a co innego otrzymują. 

Nie  chciałbym  przysporzyć  im  rozczarowania.  Nie  uważa  pan  tak  samo? 

Oczekują oni tej prawdy o życiu, do której zbliżyli się istotnie  niektórzy z 

samotnych żeglarzy, ale jeszcze mniejszej ich grupie udało się o tym napi-

sać. 

  Komu to się udało, zdaniem pana? 

  Wydam się panu staroświecki, ale taki chyba rzeczywiście jestem. W 

mojej opinii udało się to na pewno Gerbaultowi... Alainowi Gerbaultowi ‒ 

powtórzył  jeszcze  raz  nazwisko  francuskiego  żeglarza,  spolszczając  je  w 

trzecim  przypadku.  ‒  No  i  oczywiście  udało  się  to  wielkiemu  Slocumowi, 

Joshuy  Slocumowi.  Temu,  który  żeglował  na  rybackim  stateczku  przysto-

sowanym  do połowu ostryg,  noszącym poetycką  nazwę  „Spray”.  On także 

miewał halucynacje. 

   Dlaczego mówi pan: „także”? Dotąd o halucynacjach nie rozmawia-

liśmy. 

  Każdy  z  samotnych  żeglarzy  miewa  halucynacje,  proszę  pana.  To 

objaw przemęczenia, braku snu. Wierzę jednak Slocumowi, że spotkał Lata-

jącego Holendra. Pan mu także wierzy? 

10 

background image

  Wierzę ‒ przytaknąłem. 

Czy  Remy  Arystowicz zdawał sobie sprawę, jak bardzo zależało mi na 

tej  rozmowie?  Chyba  nie.  Gdyby  wiedział,  byłby  może  znacznie  powścią-

gliwszy. Nie było mu wiadome również, że od kilku lat zbierałem informa-

cje o rejsie „Noa Noa” i fascynowała mnie jego osoba: dziwaka-samotnika i 

romantycznego  awanturnika.  Ciekawe,  czy  traktował  mnie  jako  anonima-

spowiednika  ‒  jak  to  powiedział  doktorowi  Różańskiemu,  godząc  się  na 

moją  wizytę,  Anonima-spowiednika,  na  którego  barki  należy  przerzucić 

całe brzemię własnych niepokojów? Właśnie ‒ jakich niepokojów? A może 

istotnie  chodziło  o  zagadkę  pewnego  wydarzenia  w  czasie  rejsu  dookoła 

ś

wiata?  Wydarzenia,  o  którym  już  cośkolwiek  wiedziałem,  zanim  jeszcze 

trafiłem do willi w Jastrzębiej Górze? A może niepokoje te powodował fakt, 

ż

e Remy zbliżył  się do partyzantów  Zamboanga,  niemal  „przystał do pira-

tów  na  Morzu  Sulu”  ‒  jak  napisano  o  nim  w  „Hong-Kong  Journal”?  Kto 

wie,  czy  nie  uważał,  że  powinien  o  swoim  rejsie  opowiedzieć  dziennika-

rzowi  lub  pisarzowi,  aby  razem  z  jego  śmiercią  tajemnica  nie  „zeszła  do 

grobu”? Jaka tajemnica? Chciałem o niej usłyszeć z ust głównego świadka. 

Czy  jednak  zdradzi  mi  ją?  Jest  przecież  różnica  między  wyznaniem  uczy-

nionym  lekarzowi,  zwłaszcza  w  sytuacji  krytycznej  ‒  a  w  takiej  się  wów-

czas znajdował ‒ a rozmową jak nasza, w naturalnych warunkach towarzy-

skich, tyle że ze świadomością ograniczonego czasu. 

Prowadzić  rozmowę!  ‒  nakazałem  sobie.  ‒  Koniecznie  ciągnąć  dialog. 

To była jedyna możliwość, żeby wreszcie usłyszeć to, na czym mi zależało. 

  Gerbault,  Slocum,  chyba  jeszcze  Voss  ‒  to  właściwie  klasycy  sa-

motnego żeglarstwa i klasycy książek o samotnym żeglarstwie ‒ powiedzia-

łem, kontynuując jego myśl. 

  Niewątpliwie  tak...  Byli  zakochani  w  swoich  jachtach:  „Firecrest”, 

„Spray”, „Tillikum”... No, dodałbym może jeszcze do tej trójki Robinsona, 

11 

background image

choć to nie samotnik. A kogo z naszych? Romantykiem morza był Zaruski, 

choć  to  już  zupełnie  ktoś  inny.  Czytał  pan  o  podróży  jego  „Witezia”  na 

bałtyckich  szlakach?  Nie  mówiło  się  jeszcze  w  Polsce  o  Atlantyku,  a  wy-

czynem  była  żegluga  na  Alandy.  Potem  zjawili  się  inni,  młodsi:  Bohomo-

lec, Wagner, ale mało w ich książkach znalazłem tej autentycznej fascyna-

cji, którą czuło się przez skórę u Zaruskiego. 

  A Teliga? ‒ strzeliłem. 

  Tak, Teliga z całą pewnością to ktoś mi bliski, ale o innych naszych 

współczesnych  żeglarzach  nie  umiem  sprecyzować  osądu.  Kiedyś  byłem 

zazdrosny o to, że im się udało, a mnie nie. Teraz jestem zazdrosny o to, że 

oni jeszcze będą pływać, ja natomiast już nie... 

  A między „kiedyś” a „dziś” był pan może, ot zwyczajnie, zazdrosny 

o ich wszystkie pojedyncze sukcesy? 

  Miał pan być powiernikiem moich myśli i uczuć, przyznam się więc 

panu do  mojego egocentryzmu,  który  na pewno zrodził egoizm.  A egoizm 

to właśnie zazdrość. Byłem rzeczywiście „zupełnie zwyczajnie zazdrosny”. 

Kiedy pan o tym napisze, mnie już z pewnością nie będzie wśród żywych. 

Wówczas  ‒  moi  koledzy-żeglarze  wybaczą  mi  mój  egoizm.  Zresztą  czy 

tylko  egoizm?  Czy  zazdrościłem  im  tylko  rejsów?  Chyba  czegoś  więcej. 

Czasami czytałem wywiady z nimi. Mówili więcej niż ja, i o to miałem do 

nich pretensje, ale nie można im zarzucić, aby byli tak bardzo pewni siebie, 

jak  ja.  Ja  mówiłem  mniej,  ale  rozpierała  mnie  pycha.  Byłem  WIELKIM 

Ż

EGLARZEM w swojej własnej opinii. Pan to rozumie? A oni? Większość 

z  nich  to  zapewne  wspaniali  ludzie.  Ale  ich  książek  nie  czytałem.  Jestem 

złym starcem. Złym, zawistnym, starcem... 

  A Chichester? ‒ próbowałem kontynuować zabawę w zgadywankę. 

  Jego książkę czytałem w czasie postoju w jednym z portów na trasie 

podróży. Wie pan ‒ wciąż miałem wrażenie, że Chichester dzieli się z 

12 

background image

czytelnikami  tylko  cząstką  tego,  co  zobaczył  i  przeżył.  Ale  i  tak  była  to 

lektura pasjonująca! 

  Zabrał pan z sobą dużo książek na pokład „Noa Noa”? 

  Nie.  Wszystko  było  balastem,  nawet  książki,  a  nie  balastowałem 

jachtu  niepotrzebnie.  Potem  tego  żałowałem,  ale  na  początku  rejsu  byłem 

pod tym względem zasadniczy. 

  Nie wziął pan więc żadnej książki „zbędnej”, żadnej lektury? 

  Nie  wydawało  mi  się,  abym  na  lekturę  znalazł  czas,  chyba  w  por-

tach.  Ale  zrobiłem  na  początku  istotnie  jeden  wyjątek.  Wziąłem  „Małego 

księcia”.  Po  prostu  ‒  „Małego  księcia”  Antoine  de  Saint-Exupéry...  Nato-

miast książkę Chichestera kupiłem w czasie postoju. Całą książkę przeczy-

tałem na nabrzeżu i tam ją pozostawiłem. 

Remy sięgnął po karafkę i nalał sobie koktajlu  własnego pomysłu. Do-

rzucił  kilka  grudek  lodu  i  zamieszał.  Pić  alkoholu  nie  było  mu  wolno,  ale 

wiedząc, że dni jego są policzone, wydawał się kpić z zaleceń lekarzy. Za-

stanawiałem się, czy mimo wszystko boi się śmierci i doszedłem do wnio-

sku, że tak, jest to bowiem lęk oczywisty, zakodowany w naszej osobowo-

ś

ci. 

Zastukano do drzwi i po chwili w szparze ukazała się głowa pani Topol-

skiej,  właścicielki  willi.  Pytała,  czy  czegoś  nam  nie  trzeba.  Podziękowali-

ś

my. 

  Bardzo  miła  kobieta,  ta  pani  Topolska  ‒  powiedział  Arystowicz.  ‒ 

Ale  trochę  mnie  krępuje.  Nie  mając  życia  własnego,  żyje  życiem  innych, 

choć  robi  to  ‒  na  szczęście  ‒  dyskretnie.  Obecność  moja  tutaj,  to  jakby 

ciekawy  serial  telewizyjny.  „Umierający,  stary,  samotny  żeglarz...”  Ona 

wie, że w ostatniej fazie choroby nie będę miał sił zwlec się z łóżka. To już 

niedługo.  To  ją  podnieca,  w  moich  oczach  próbuje  odczytać  lepiej  niż  le-

karz, ile mi pozostało jeszcze życia. To jak ta naftowa lampa, która ‒ kiedy 

nie dolewać do niej nafty ‒ zaczyna płonąć nieregularnie, migać, przygasać,  

13 

background image

aż wreszcie zgaśnie zupełnie. 

Podniósł szklankę i przyjrzał się złocistemu płynowi pod światło nafto-

wej  lampy.  Bawiły  go  może  wirujące  bryłki  lodu,  chciał  zobaczyć  w  tym 

złocistym  wnętrzu  jakieś  sobie  tylko  znane  obrazy.  Może  zagubione  w 

pianie  kilwateru  za  rufą  „Noa  Noa”  oblicza  ludzi,  których  gdzieś,  kiedyś 

spotykał, a może wybrzeża wysp, które oglądał z pokładu. 

Wieczór stał się ciemniejszy, głębszy. Szła noc. Ekscentryczny pomysł, 

aby palić naftową lampę, pozwolił mrokom dość szybko omotać bezbronne 

kąty  pokoju.  Jeszcze  niedawno,  w  czasie  rozmowy,  oglądałem  obrazy  za-

wieszone  na  ścianach,  malowane  przez  Arystowicza  w  czasie  postoju  na 

dalekich  wyspach.  Były  to  akwarele,  przedstawiające  wschody  i  zachody 

słońca na morzu, czasami ze skrawkiem lądu, z jakimś fragmentem nadbur-

cia.  Dalekie  i  bliskie  ‒  tak  jak  dalekie  i  bliskie  równocześnie  są  wszelkie 

samotności, słońce i wszelkie morza. Obecnie jaskrawe barwy farb zmętnia-

ły i jednoczyły się z ciemną tapetą. 

Arystowicz studiował kiedyś sztuki piękne, konkretnie ‒ malarstwo. Po-

tem z niewiadomych przyczyn studia te przerwał. Przynależał podobno jako 

młodzieniec do  warszawskiej cyganerii lat  międzywojennych, tej cyganerii 

bliskiej  jeszcze  wyobraźni  Murgera.  Żył  w  świecie  zmyśleń.  Po  sztukach 

pięknych  przerzucił  się  na  filozofię.  Mówiono  mi,  że  znajdował  się  pod 

wpływem książek Witkacego. Podobno (znów to  „podobno”) kochał  się  w 

Hance Ordonównie, o czym ona ‒ być może ‒ nawet nie wiedziała. Tak wy-

glądało wiele miłości studenckich. Malarstwo, Ordonówna, filozofia, Witkacy 

 trudno  się  w tym  wszystkim pozbierać. Może to  wszystko legenda? Ale z 

całą pewnością  w czasie  wojny zarzucił pozę peleryniarza, zapomniał o He-

ideggerze i Husserlu, bez reszty oddając się pracy konspiracyjnej. Niektórzy 

uważali to za kaprys romantyka, ale Arystowicz nie zawiódł w sytuacjach, w 

jakich inni się załamywali. Stracił wszelkie kontakty towarzyskie ze swym 

14

background image

dawnym  otoczeniem.  Mało,  a  właściwie  nic  nie  wiem  o  jego  stosunkach 

rodzinnych w tym czasie. Ci, którzy poznali go w latach okupacji, mówili o 

jego samotności. Nie czuł się dobrze w surowej, niemal purytańskiej atmos-

ferze dyscypliny konspiracyjnej, ale mimo to w tych kręgach właśnie pozo-

stał. Po wojnie, nie bacząc na posiwiałe skronie i balast przeżyć wojennych, 

skończył  Politechnikę  Gdańską  ‒  Wydział  Budowy  Okrętów.  Czuł  się  już 

wówczas  stary.  W  pracy  niczym  szczególnym  nie  zabłysnął,  ale  właśnie 

praca  wciągnęła  go.  A  potem  zauroczyło  go  morze.  Wykorzystywał  każdą 

sytuację, aby pływać. Zdobył powoli kwalifikacje żeglarskie ‒ na początek 

sternika  jachtowego,  a  wreszcie  jachtowego  kapitana  żeglugi  wielkiej.  Za-

czął  wówczas  budować  własny  jacht.  Pomagano  mu,  to  jasne,  zwłaszcza 

miał oparcie w klubie, w klubowych warsztatach, ale w gruncie rzeczy był 

to jacht zbudowany według jego koncepcji, głównie nakładem jego pracy i 

w  większości  z  jego  funduszy,  a  więc  ‒  dzieło  jego  życia.  Nazwał  swój 

statek  „Noa  Noa”  ‒  jak  brzmiał  tytuł  wspomnień  Gauguina  z  Tahiti  ‒  i 

wyruszył  na  jego  pokładzie  w  rejs  dookoła  świata,  mając  w  kieszeni  sto 

trzydzieści dolarów. 

Zdaję sobie sprawę z lapidarności tego życiorysu i muszę zaraz uzupeł-

nić, że faktów godnych odnotowania było w jego życiu z pewnością więcej, 

ale jako wstępna charakterystyka, to powinno wystarczyć. 

Ten jacht to było bezspornie największe wydarzenie w jego życiu, zna-

lazł bowiem najlepszy środek do sprawdzenia siebie samego u schyłku dnia. 

Miał już wówczas ‒ jak wspomniałem ‒ uprawnienia warunkujące wydanie 

niezbędnych zezwoleń  na tak ryzykowne przedsięwzięcie.  Miał również  w 

sercu wciąż jeszcze wiele młodzieńczego szaleństwa, mimo siwych włosów 

i  mimo  powtarzania  własnej  opinii  o  swojej  starości.  Człowiek  przechodzi 

w życiu dwie „smugi cienia” ‒ gdy z młodzieńca staje się mężczyzną i gdy 

rozstaje się z wiekiem męskim. On przez tę bramę pożegnania wieku 

15 

background image

męskiego  nie  przeszedł,  lecz  przepłynął  ‒  właśnie  na  tym  swoim  ukocha-

nym jachcie ”Noa Noa”. Kochał wielką przygodę, ale ‒ jak to określił ktoś 

z  grona  żeglarzy  ‒  w  tej  przygodzie  najbardziej  kochał  siebie.  Chorobliwa 

zazdrość o sukcesy innych nie mogła mu zjednać przyjaciół, ale może były 

to tylko gesty samoobrony? W każdym razie tam, na oceanie, na pokładzie 

swego jachtu stanowił centrum otaczającej go rzeczywistości. 

Powrót jego ‒ mimo że nie na pokładzie swego jachtu, ale na pokładzie 

samolotu,  prasa  zareklamowała  hucznie  ‒  „SAMOTNY  RYCERZ  OCE-

ANU”,  „ARYSTOWICZ  ‒  KOCHANEK  SIEDMIU  MÓRZ  I  TRZECH 

OCEANÓW”,  „BŁĘDNY  RYCERZ  SZMARAGDOWYCH  SZLAKÓW”. 

Tak,  nawet  Teliga  nie  miał  takiej  prasy  jak  Remy  Arystowicz.  Te  porów-

nywania  go  do  samotnego,  błędnego  rycerza  powtarzały  się  najczęściej. 

Dobrze, że dziennikarze nie nazwali go Don Kichotem, bo w ferworze po-

witania i to mogło się zdarzyć. Ale co dziwniejsze, reporterzy okazali się na 

tyle  taktowni,  aby  nie  przyrównywać  go  do  innych  samotnych  żeglarzy. 

Może  sprawiła  to  jego  izolacja,  niechęć  do  wywiadów,  brak  prostoty  i 

otwartości. Był idolem  wielu  młodych, ale chyba  nie zabiegał o  to.  A jed-

nak jego stosunek do Zygi Zachwatowicza mówił o tym, że nie skromność 

powodowała u niego niechęć uchodzenia za bohatera i wzorzec wobec mło-

dych. Więc co było tego powodem? 

  Ponowię  moje  pytanie,  ponieważ  wydaje  mi  się  bardzo  istotne  dla 

naszego dzisiejszego spotkania ‒ po chwili  milczenia zabrałem znów głos, 

lękając się, żeby Arystowicz nie zaprzestał zwierzeń. 

  Chodzi panu dalej o sprawy DZIWNE? 

  Właśnie.  Chciałem  jednak  panu  przypomnieć,  że  to  pan  pierwszy 

użył tego określenia w swoich krótkich wywiadach. 

Zaśmiał się i upił łyk koktajlu. Lód się roztopił i mieszanka płynów  

16 

background image

musiała  być  już  letnia.  Pomyślałem,  że  mimo  udziału  w  niej  ginu,  chyba 

smakuje  obrzydliwie,  jak  podgrzana  słońcem  lemoniada  sprzedawana  w 

upalny  dzień  na  plaży.  Wolałem  kawę,  którą  gospodyni  willi  przyrządzała 

w sposób godny dyplomu uznania. Tyle że moja kawa już wystygła. 

  Miewałem  wówczas stany podgorączkowe i plotłem, co  mi ślina na 

język  przyniosła.  Nie  znaczy,  żeby  nie  zdarzyły  się  w  czasie  rejsu  sprawy 

osobliwe, ale... 

  Powiedział  pan  wtedy,  że  za  tym  rejsem  kryje  się  „pewna  tajemni-

ca”. Pamięta pan? Jeszcze raz to powtórzę: „PEWNA TAJEMNICA”. 

  Nie  będę  zaprzeczał.  Możliwe,  że  coś  takiego  mówiłem.  Ci,  którzy 

pytają mnie o wrażenia, pan również, oczekują koniecznie tajemnicy. Cze-

mu więc im, jej poskąpić? Każdy człowiek tęskni za jakąś tajemnicą, która 

zjawia się w jego marzeniach jak zbitka pomysłów z przeczytanych dawno 

książek.  Może  to  być  stary  dwór,  skarby  piratów  zakopane  na  bezludnej 

wyspie,  ruiny  zamku  albo  Tahiti  ze  wspomnień  Gauguina.  A  może  jest  to 

po  prostu  tęsknota  za  czymś  zupełnie  innym  niż  dzień  dzisiejszy,  niż  rze-

czywistość,  która  nas  otacza,  choćby  była  najpiękniejsza?  Jakiś  filozof 

powiedział,  że  jest  to  poszukiwanie  utraconego  raju,  który  notabene  nigdy 

nie  istniał  w  rzeczywistości,  a  jedynie  w  naszych  urojeniach.  Niektórzy 

widzą  w  tym  wpływ  kultury  Zachodu,  ale  przecież  raj  jest  pomysłem 

Wschodu ‒  w  każdym razie raj  w takiej postaci, jaką przekazała  nam reli-

gia. Zresztą gdzież więcej tęsknot za osobliwościami świata, jak właśnie w 

„Księdze tysiąca i jednej nocy”? Ja tej wizji także kiedyś uległem i dziś nie 

ż

ałuję tego. Pewien pisarz, spóźniony  nieco  w  swojej epoce romantyk, po-

wiedział  kiedyś  tak,  pozwoli  pan,  że  zacytuję  z  pamięci:  Każdy  z  nas  ma 

swojego  „jelenia  wiecznych  łowów”,  któremu  na  imię  „Niespełnione  Ma-

rzenia”.  Zdarza  się,  że  w  rozkwicie  sił,  albo  u  schyłku  życia,  dostrzeżemy 

nagle tego jelenia wśród drzew, na skraju wielkiego lasu codzienności.  

17 

background image

Wystarczy  wówczas pójść za nim... Ale zaprzątnięci powszednimi sprawa-

mi,  które  nagle  wydają  nam  się  ważniejsze,  odkładamy  podążanie  tropem 

jelenia  na  jutro  lub  pojutrze.  Jeleń  jednak  nie  czeka,  bo  cóż  to  byłby  za 

jeleń, i gdy ‒ po uporządkowaniu  wszystkich  spraw ‒ próbujemy znów  go 

odnaleźć,  a  nawet  jesteśmy  gotowi  pójść  za  nim  ‒  nie  ma  już  nawet  jego 

ś

ladów. Niespełnione odeszło, straciliśmy ‒ kto wie czy nie jedyną w życiu 

  okazję  pójścia  jego  tropem.  Tymczasem  ja,  kiedy  usłyszałem  zew  Nie-

spełnionego, po prostu podążyłem za  nim. Można było  to  również nazwać 

szukaniem tajemnicy. Tajemnicy, która istnieje w nas, zanim ją ujrzymy na 

własne oczy... 

  I zobaczył pan ją? 

Remy  Arystowicz  zmrużył  powieki  i  przechylił  w  tył  głowę.  Złocisty 

płyn  podświetlony  lampą  nie  budził  już  więcej  skojarzeń  i  nie  wyświetlał 

obrazów przeszłości. Kto wie, może żeglarz-samotnik łowił te obrazy wła-

ś

nie teraz w oceanie swych niespokojnych myśli? 

  Nie ma mi pan za złe, że odpowiadam panu na stawiane pytania cy-

tatami innych autorów? 

  To także jest forma odpowiedzi. Chce pan jeszcze coś zacytować? 

  Tak,  pewien  wiersz,  a  raczej  fragment  wiersza.  Napisał  go  poeta, 

którego nawet nazwiska nie znam. Niech pan posłucha: 

„Nie pomogą podróże, dalekie odjazdy, 

Wszędzie jest jedno słońce i księżyc, i gwiazdy, 

Gwiazdy wszędzie są zimne. 

A słońca są znojne, 

Trawy lekko omdlałe, 

Sny drzew niespokojne. 

I od ziemi, co stygnie, 

Do gwiazd, które gasną ‒ 

Jednakowo mi wszędzie: 

18 

background image

I pusto,  

I ciasno...” 

Postanowiłem  przerwać  tę  rozmowę,  to  błądzenie  po  omacku.  Sięgną-

łem do arsenału najcięższej broni, który kryłem w zanadrzu. 

   Widzi  pan,  panie  kapitanie,  sprawa  jest  znacznie  prostsza.  Nie  cho-

dzi  w  tym  przypadku  o  metaforę.  Moje  pytania  dotyczą  konkretnych  fak-

tów. Śledząc pański rejs dookoła świata, znalazłem  w pewnej gazecie bry-

tyjskiej  małą  notatkę  nie  zauważoną  przez  naszych  dziennikarzy.  Polska 

prasa  o  tym  nie  pisała.  Nikt  nie  łączył  jej  z  pana  osobą.  W  notatce  tej  nie 

podano ani pańskiego nazwiska, ani bandery statku, o którym pisano. Była 

jedynie wzmianka o „kapitanie jachtu „Noa Noa”. Taką nazwę bez wątpie-

nia może nosić więcej statków na świecie, ale mowa była o pewnym incy-

dencie  w  pobliżu  Małych  Antyli.  Data  tego  incydentu  zgadzała  się  z  datą, 

kiedy  dowodząc  jachtem  „Noa  Noa”,  znalazł  się  pan  niedaleko  brzegów 

Barbados.  To jest  właśnie  ta  TAJEMNICA,  to  DZIWNE  zdarzenie,  o  któ-

rym  chciałem  usłyszeć  od  pana,  jeżeli  istotnie  chce  pan  opowiedzieć  mi  o 

tym rejsie. 

Mówiąc to, spojrzałem na Zbyszka Zachwatowicza, który przecież miał 

wkrótce  znaleźć  się  właśnie  na  Antylach  i  przyprowadzić  stamtąd  jacht 

„Noa-Noa”.  Zobaczyłem  napięcie  rysujące  się  na  jego  twarzy.  Cały  czas 

milczał,  zgadując,  że  moja  rozmowa  z  Arystowiczem  dawno  wyszła  poza 

ramy towarzyskiej pogawędki, choć nie wiedziałem, jak to przyjmuje. Było 

nie  było,  to  jakby  kontredans  dwóch  bokserów  ciężkiej  wagi,  szukających 

stosownej  chwili  do  zadania  ciosu.  I,  ba,  to  ja  byłem  atakującym,  Remy 

Arystowicz ‒ jego bożyszcze ‒ wyraźnie tchórzył. Niby chciał opowiedzieć 

coś  niezwykłego,  ale  bał  się.  Miało  być  „samooczyszczenie”,  „wyznanie”, 

„spowiedź”  ‒  jak  mi  zrelacjonował  doktor  Różański,  a  tymczasem  była 

wymiana pytań i odpowiedzi, jak na typowym wieczorze autorskim, 

19 

background image

który musi się odbyć, choć audytorium ma już dość prelegenta, a prelegent 

myśli o tym, jakby tu zakończyć spotkanie w sposób taktowny. Zdaje się, że 

Zachwatowicz  zaczął  domyślać  się,  że  przybyłem  po  to,  aby  zadać  jedno 

jedyne pytanie, właśnie na temat incydentu w pobliżu Barbados. 

  To  był  początek  pańskiego  rejsu  dookoła  świata,  panie  kapitanie. 

Szedł pan wówczas w strefie pasatów z Dakaru wprost na Antyle. Szlakiem 

konkwistadorów  i  handlarzy  niewolnikami  ‒  przypomniałem  mu,  choć  nie 

wątpiłem, że już wie, o co mi chodzi. 

  Każdy rozsądny żeglarz trzyma się tego szlaku, gdy decyduje się  w 

dowolnym  miejscu  przemierzyć  Atlantyk.  Na  tym  odcinku  udaje  się  to 

nawet żeglarzom na łodzi bezpokładowej, nawet pierwsi lotnicy na swoich 

kruchych  latających  maszynach  latali  tamtędy.  Z  naszych  ‒  bodajże  Skar-

ż

yński...  Porzekadło  portugalskich  żeglarzy  miało  podobno  brzmieć:  „Nie 

opuszczajcie strefy pasatów, a dotrzecie do celu”. 

  Trzymał się pan tej dewizy nawigacyjnej? 

  W pewnym sensie. Ta dewiza ma bowiem znacznie szersze znacze-

nie.  Każdy  z  nas  może  czasami  w  życiu  napotkać  taką  strefę  pasatów,  po-

winien się jej wówczas pilnie trzymać, a dotrze do celu. Jeżeli zejdziemy ze 

strefy pasatów na północ, możemy stracić wiatr w żaglach i wejść w rejon 

ciszy, na Morze Sargassowe. 

  I  właśnie  nie  opodal  wyspy  Barbados  napotkał  pan  pewnego  dnia 

luksusowy jacht o romantycznej nazwie „Captain Flint”, chyba także zapo-

ż

yczonej z literatury, jak z literatury zapożyczył pan nazwę swego jachtu. 

  Tak, wszystko się zgadza. Nie myślałem, że pan wymieni dziś tę na-

zwę pierwszy, bo to przecież ja miałem opowiedzieć o tym spotkaniu. 

  Więc niech pan opowie. 

Otworzył  oczy,  ale  chyba  myślami  żeglował  wciąż  jeszcze  w  mrokach 

swej pamięci, najwyraźniej nie widział nas. Odstawił mechanicznie 

20 

background image

szklankę  ze  złotym  płynem.  Obaj  z  Zygą  Zachwatowiczem  siedzieliśmy 

nieporuszenie. Przez otwarte drzwi na balkon dochodził nas szum fal przy-

boju. Wieczorna bryza poruszyła firankami. 

  To długa opowieść ‒ powiedział nagle zmienionym głosem. 

  Jeżeli  nie  starczy  nam  czasu  dziś,  zakończy  pan  opowieść  jutro. 

Umówiliśmy  się  przecież,  że  jeszcze  nie  odjeżdżamy.  Gospodyni  przygo-

towała  dla  nas  dwa  ‒  w  jej  przekonaniu  i  sądząc  po  cenach  ‒  luksusowe 

pokoje. Zostajemy. 

  Ta opowieść nie ma właściwie końca. 

  Ale zapewne ma swoją kulminację. 

  No  więc  dobrze.  Opowiem  panom  tę  historię,  ale  umówmy  się,  że 

uczynię  to  jutro.  Jutro  wieczorem.  Czuję  się  dziś  niezbyt  dobrze.  Nie,  nie 

mam wprawdzie żadnych bólów, ale po prostu jestem słaby. Rano będę czuł 

się  znacznie  lepiej.  Proponuję:  spotkajmy  się  zaraz  po  śniadaniu,  potem 

możemy  zrobić  małą  wycieczkę  pańskim  samochodem.  Czy  ten  plan  ju-

trzejszego  dnia  ma  jakiś  związek  z  moim  opowiadaniem?  Proszę  sobie 

wyobrazić,  że  tak.  Nawet  dość  bliski.  Będzie  to  również  sprawa  zjawisk 

DZIWNYCH,  chociaż  zjawiska  te  nie  będą  dotyczyć  bezpośrednio  Indii 

Zachodnich  i  tajemniczego  jachtu  „Captain  Flint”.  Czasami  nie  potrzeba 

płynąć aż do Barbados, żeby odkrywać TAJEMNICE. Potem zjemy razem 

obiad i dowiecie się, co znalazłem na pokładzie jachtu. 

  Oczywiście! ‒ przytaknęliśmy obaj. 

  Jeżeli czytał pan notatkę w gazecie o tym spotkaniu, panie Julianie ‒ 

zwrócił  się  Arystowicz  bezpośrednio  do  mnie  ‒  to  wie  pan  już,  co  było 

niezwykłego w napotkanym wówczas statku, prawda? 

  No, mniej więcej ‒ bąknąłem pod nosem, nie chcąc uprzedzać relacji 

kapitana. 

  Ale Zyga Zachwatowicz tego pewnie nie wie. 

  Nie, skąd! ‒ zaprzeczył młody sportowiec i były to pierwsze jego 

21 

background image

słowa, jakie wypowiedział tego wieczoru. Dla niego Remy Arystowicz był 

dalej chyba częścią legendy oceanów. 

  Więc, panie Julianie, niechże pan powie naszemu młodemu koledze, 

czym  charakteryzował  się  jacht  „Captain  FJint”,  co  było  w  nim  takiego 

niezwykłego,  że  aż  odnotowali  to  dziennikarze  na  Antylach.  Resztę  zobo-

wiązuję się uzupełnić jutro. 

  Według  tej  notatki  ‒  wyjaśniłem  ‒  na  pokładzie  jachtu  „Captain 

Flint” nie było nikogo. Nie było żadnej żywej istoty. 

Arystowicz uśmiechnął się. 

  Jak  zwykle,  dziennikarze  przesadzili.  Na  pokładzie  jachtu  „Captain 

Flint” była jednak żywa istota. Kot. Czarny, mały kocur, taki sam, jak ten, 

który  witał  was na progu, kiedy dziś przyjechaliście do Jastrzębiej Góry, a 

który zapewne obecnie buszuje wśród nadmorskich traw i sosen. Ale praw-

dą jest, że poza kotem nie było nikogo. Zupełnie nikogo... 

2. 

Następnego  dnia  zaraz  po  śniadaniu  pojechaliśmy  w  trójkę,  zgodnie  z  za-

powiedziami Remy Arystowicza, oglądać rzeczy niezwykłe. 

Po upalnym poprzednim dniu nastąpiła dość gwałtowna zmiana pogody. 

Przybój  fal  wyraźnie  wzrósł,  spotężniał  i  zalewał  plaże,  czym  wypłoszył 

znaczną część wczasowiczów. Był to wiatr chłodny, północny, a właściwie 

północno-wschodni, przynoszący z głębi Zatoki Botnickiej oddech podbie-

gunowy.  Bywały  przecież  lata,  kiedy  do  końca  maja  gdzieś  w  okolicach 

ujść  Kemi  i  Oulu  spotykało  się1  jeszcze  lodową  kaszę,  a  na  początku 

kwietnia  przejścia  dla  żeglugi  żłobiły  lodołamacze.  Kto  wie,  jaka  sytuacja 

panowała tam obecnie? Wiatr przyniósł również chmurzyska ‒ ciężkie, 

22 

background image

sinogranatowe, postrzępione. Nadmorski sosnowy las giął się pod sztormo-

wymi uderzeniami. Koło Karwi Arystowicz poprosił o zatrzymanie wozu. 

  Nie sądzę, aby w tej atmosferze rzeczy dziwnych i tajemnic jeszcze 

było  coś,  co  może  pana  zaskoczyć,  panie  Julianie.  Chcę  jednak  wyjaśnić, 

dlaczego tu się zatrzymaliśmy. Weźmiemy do wozu pasażerkę. 

  Pasażerkę? 

  A jednak zaskoczyłem pana? Tak, pasażerkę. W dodatku młodą ko-

bietę. I co pan powie na to, że nie zaproponuję pójścia do wsi, ale na brzeg 

morski?  Właśnie  na  brzeg  morski!  W  taką  sztormową  wichurę  jak  dziś,  to 

jedyne miejsce, gdzie można ją zastać. 

Po  wyjściu  z  wozu,  odczuliśmy  zmianę  w  wilgotności  powietrza  i  całą 

siłę wiatru. Szły ostre, siekące drobnym deszczem szkwały. Okazało się, że 

Arystowicz był na to przygotowany ‒ miał z sobą nieprzemakalny płaszcz. 

Ja  swój  wiozłem  w  bagażniku.  Zyga  Zachwatowicz  był  w  najtrudniejszej 

sytuacji,  bo  w  ogóle  płaszcza  z  sobą  nie  zabierał,  ale  żeglarzowi,  który  w 

dodatku  miał  niedługo  samotnie  przyprowadzić  jacht  „Noa  Noa”  z  Marty-

niki,  nie  wypadało  „łamać  się”  w  obliczu  bałtyckiego  szkwału.  Poszliśmy 

więc w trójkę drogą między sosnami, ku urwisku nadmorskiemu, nie spoty-

kając po drodze nikogo. 

  Taka raptowna zmiana pogody zdarza się tylko w końcu lata! ‒ wy-

krzyknął  mi  w  ucho  Arystowicz.  ‒  To  prawie  Bartłomiejowy  Sztorm.  Ale 

nietrwały, zobaczy pan. Jutro może już być pogoda. 

Nie wiem, czy istotnie zawsze w czasie sztormu ta młoda kobieta tkwiła 

w tym miejscu, czy był to tylko żart Arystowicza, który właśnie tutaj umó-

wił się z nią tego ranka. Rzeczywiście jednak znaleźliśmy ją. Miała na sobie 

zydwestkę,  kaptur  nieprzemakalny,  połączony  z  ubraniem  sztormowym 

noszonym przez rybaków. 

Arystowicz coś jej tam wykrzyczał do ucha, czego nie byliśmy w stanie 

zrozumieć. Kobieta, a właściwie dziewczyna ‒ bo przy bliższym  

23 

background image

przyjrzeniu  się  doszedłem  do  takiego  wniosku  ‒  skinęła  głową  i  zeszła  na 

ś

cieżkę, która zaprowadziła nas na urwisko. Gdy znalazła się razem z nami 

wśród sosnowego lasu, Arystowicz dopełnił wzajemnej rekomendacji. 

  Pozwól, Marto, to jest właśnie pan Julian, pisarz, o którym ci mówi-

łem. Chce coś napisać o moim rejsie. A to Zyga. 

Pomyślałem wtedy, że Arystowicz mógł iść po dziewczynę sam, a nasza 

asysta  była  zupełnie  zbyteczna.  Co  chciał  osiągnąć,  prowadząc  nas  nad 

urwisko?  Chciał,  abym  utrwalił  w  pamięci  obraz  młodej  kobiety  w  rybac-

kim płaszczu i kapuzie, wpatrzonej w szalejące u brzegów morze? 

  Poznajcie się. To jest Marta ‒ powiedział do nas, kontynuując reko-

mendację. 

Zrzuciła  wreszcie  kapuzę  rybacką  i  pozwoliła  wiatrowi  targać  włosy  ‒ 

płowe, o złotawym odcieniu. 

  Chcemy  cię  zabrać  do  Budzisza!  ‒  wykrzyczał  Arystowicz,  ponie-

waż znów poryw wiatru utrudnił porozumiewanie się. 

Coś  odpowiedziała,  czego  nie  zrozumieliśmy,  ale  z  jej  wzroku  można 

było  odczytać,  że  na  życzenie  starego  żeglarza,  zgodziłaby  się  nawet  od-

wiedzić piekło. Chwilę jeszcze staliśmy patrząc na płynące górą postrzępio-

ne  obłoki,  potem  wróciliśmy  leśną  ścieżką  wśród  sosen  do  samochodu. 

Miałem  trochę  czasu  przyjrzeć  się  młodej  kobiecie.  Była  ładna,  tą  jakąś 

prostą urodą zachowującą pewne cechy dzieciństwa, jak w kobiecych głów-

kach malowanych przez Stykę. Wkrótce siedzieliśmy już w wozie, Arysto-

wicz koło mnie, a Zyga i Marta na tylnym siedzeniu. 

  A teraz dokąd? ‒ zapytałem. 

  No, oczywiście, do Karwieńskich Błot. To trzy kroki stąd, ale drogi 

tam jeszcze nie zbudowali. Może wydać się śmieszne, że dwie wsie Karwia 

i Karwieńskie Błota leżały przez stulecia obok siebie i nie miały praktycz-

nie żadnego połączenia, prawda? Ale też Karwieńskie Błota nie były 

24 

background image

zwykłą  wsią.  Kilka  setek  lat  temu  osiedlono  tam  holenderskich  chłopów, 

właśnie ze względu na charakter tego terenu przypominający podobno Ho-

landię.  Trzeba  było  wykopać  kanały  i  odwodnić  glebę,  ale  nie  za  bardzo, 

aby nie uczynić z bagna pustyni. 

  I Holendrzy to potrafili? 

  Potrafili.  Powstało  wówczas  więcej  takich  osad:  Kniewskie  Błota, 

Karwieńskie  Błota,  Karwieński  Dwór.  Mieszkańcy  otrzymali  szczególne 

przywileje  ‒  nie  odrabiali  pańszczyzny,  nie  byli  zobowiązani  do  żadnych 

danin  dla  dworu,  sami  ustalili  przepisy  prawne,  czyli  tak  zwany  wówczas 

wilkierz wiejski, co roku wybierali sobie sołtysa, płacili czynsz tylko mone-

tą. Panowała tu podobno szczególna wspólnota. Ale też może dlatego nigdy 

nie zasymilowali się z otoczeniem, pozostali kimś obcym. 

  Jak tam dojedziemy, jeżeli nie ma drogi? 

  Za  rok,  za  dwa  droga  już  będzie,  ale  tymczasem  trzeba  jechać  do-

okoła, przez Sławoszyno. Kawał drogi, ale co to dla pańskiego wozu, panie 

Julianie. 

Pojechaliśmy  więc  okrężną  drogą  przez  Sławoszyno,  nic  już  do  siebie 

więcej  nie  mówiąc  na  temat  Karwieńskich  Błot  i  historii,  a  jedynie  Remy 

Arystowicz  podpowiadał  mi,  gdzie  mam  skręcać  i  którą  drogę  wybierać. 

Para  za  moimi  plecami  zupełnie  milczała.  Zachwatowicz  był  bardzo  nie-

ś

miały  w  spotkaniach  towarzyskich,  a  całą  męską  stanowczość  i  odwagę 

demonstrował  podobno  dopiero  na  morzu.  Znałem  więcej  takich  ludzi 

dzielnych i twardych na pokładzie, którzy w spotkaniu na lądzie, zwłaszcza 

w  obecności  kobiet,  okazywali  się  bezradni,  zagubieni.  Kim  była  Marta? 

Przychodziły  mi  do  głowy  różne  rozwiązania,  ale  żadne  ostatecznie  nie 

pasowało. 

Karwieńskie Błota były ocienioną drzewami, cichą, prawie pustą osadą. 

Część domów zniknęła już z powierzchni ziemi i jedynie ślady zagród, stare 

sady  i  parki  mówiły  o  przeszłości.  Kilka  domów  zostało  jakby  niedawno 

odnowionych. Gdy wysiadaliśmy z wozu, zauważyłem, że wiatr w niczym  

25 

background image

tu  nie  przypomina  sztormowej  nawałnicy  szalejącej  na  samym  brzegu.  Na 

wybrzeżu zdarzają się takie niezwykłości ‒ nad morzem wichura, a równo-

cześnie w głębi lądu wieje zefirek. 

Arystowicz prowadził nas teraz ścieżką biegnącą równolegle do odwad-

niającego kanału, ku kępie drzew sprawiającej wrażenie jakiegoś zaniedba-

nego parku. Istotnie tak chyba było, a świadczyły o tym resztki zabudowy i 

ocalałe,  odremontowane  skrzydło  parterowego  budynku,  mogące  budzić 

skojarzenia z pozostałością dworku. 

  Wśród tutejszych rybaków jest kilka  nazwisk ‒ zaczął nagle  mówić 

stary  żeglarz.  ‒  Nazwiska  te  stale  się  powtarzają.  Najliczniej  spotyka  się 

Budziszów  i  Konkolów  czy  Konkelów.  Wieś  helska,  Chałupy,  zamieszki-

wana była  kiedyś przez samych Budziszów ‒  wykład  Arystowicza adreso-

wany  był  do  mnie,  bo  ja  kroczyłem  zaraz  za  nim,  za  mną  szła  tajemnicza 

Marta  zabrana  w  Karwi,  a  na  końcu  przyszły  kapitan  jachtu  „Noa  Noa”, 

Zyga  Zachwatowicz.  ‒  Żeby  się  im  Budzisze  czy  Konkole  nie  mieszali, 

każdy  miał  jakiś  przydomek,  jakieś  nazwanie  ‒  opowiadał  Remy.  ‒  Był 

więc  Mateusz  Budzisz  „Starzik”,  Mateusz  Budzisz  „Krziwi”  i  Mateusz 

Budzisz  „Majster”, był  Augustyn Budzisz  „Pón”,  Augustyn Budzisz  „Gre-

bi”, czyli otyły, i Augustyn Budzisz „Tatk”, czyli ojciec. 

  A ten, do którego idziemy? 

  To już  starzec.  Starszy  ode  mnie.  Sam  nie  wie,  ile  ma  lat.  Dają  mu 

sto, ale to chyba przesada. Osiemdziesiąt z  hakiem  ma  na  pewno. Nazywa 

się Klemens Budzisz,  „Szyper”, chociaż  miejscowi Kaszubi  wymawiają to 

miękko,  coś  jakby  szoper.  Znaczy:  kapitan  statku,  nawet  armator  albo  po 

prostu rybak. Mówi się do niego: Szyper albo Klemens, a on, jak zapamięta 

czyjeś imię, to mówi także po imieniu. Moje zapamiętał. Po nazwisku mó-

wić  tu  nie  trzeba,  a  jeżeli  już,  to  akcentując  tak,  jak  tutejsi:  coś  jak:  „Bu-

dzysz”. 

Arystowicz podszedł do drzwi i, zastukał. Gospodarz musiał nas  

26 

background image

jednak już widzieć przez okno, bo drzwi otworzyły się niemal natychmiast, 

jakby zainstalowano tu gdzieś fotokomórkę. Weszliśmy do wnętrza, pochy-

lając  nisko  głowy,  aby  nie  stuknąć  się  o  ramę.  Wnętrze  było  niewielkie  ‒ 

jedna  dość  mroczna  izba.  W  kącie  łóżko,  czysto  i  porządnie  zasłane.  W 

drugim: kredens, stół, ława, dwa zydle i piec kuchenny. Zadziwiała panują-

ca  wszędzie  schludność i porządek, ale Kaszubi  lubią czystość,  może  wła-

ś

nie na przekór ich twardemu życiu, jakie wiedli od stuleci, nie poddając się 

nigdy  nieszczęściom.  Pod  ścianami  stały  sklecone  z  desek  regały,  na  któ-

rych  dostrzegłem  mnóstwo  starych  rupieci.  Brak  jednak  kurzu  i  pajęczyn 

przemawiał za tym, że rupiecie te są przez rybaka często czyszczone, że coś 

znaczą. 

Klemens  Budzisz  był  rzeczywiście  już  bardzo  stary,  nosił  bujną  brodę, 

na  głowie  granatową  czapkę.  Spod  daszka  i  krzaczastych  brwi  patrzyły  na 

nas  przenikliwe,  mądre,  i  bystre  oczy.  Był  wysoki,  ale  jego  plecy  już  się 

lekko  pod  brzemieniem  lat  gięły.  Twarz  miał  ogorzałą  od  słońca  i  wiatru, 

pełną  zmarszczek.  Zauważyłem  także  jego  duże,  żylaste,  ale  na  pewno 

mocne jeszcze dłonie. Uprzejmym gestem zaprosił nas do stołu, sam także 

usiadł i wyciągnął z kieszeni tabakierkę z rogu ‒ taką, jakie jeszcze produ-

kują nieliczni już na Kaszubach  mistrzowie. Z poczęstunku tabaką skorzy-

stał tylko Arystowicz, wciągnął do nosa, kichnął i rozpoczął rekomendację. 

   Martę znasz, Klemensie, a to jest pisarz, mój przyjaciel, Julian. Obok 

drugi mój przyjaciel, żeglarz jak ja, choć jeszcze bardzo młody. Nazywamy 

go Zygą. 

Arystowicz  wykrzyczał  to  do  ucha  Budzisza,  widocznie  Szyper  miał 

kłopoty ze słuchem. Rybak przyjrzał się nam po kolei, potem coś zabulgotał 

pod nosem do Arystowicza, z czego ja już nic a nic nie zrozumiałem, a co 

znaczyło, jak zaraz wyjaśnił nam Arystowicz, że gospodarz jest wielce rad z 

naszego przybycia i pyta, czy nie napilibyśmy się herbaty. Nie wypadało  

27 

background image

odmówić, ale przyrządzeniem herbaty zajęła się Marta. Teraz kapitan Remy 

zaczął  coś  tłumaczyć  Budziszowi  długo  i  zawile  po  kaszubsku,  wskazując 

od  czasu  do  czasu  na  nas.  Szyper  wysłuchał  tego,  kiwając  głową,  potem 

znów zażył tabaki, kichnął i skinął przyzwalająco głową. Wtedy Arystowicz 

odetchnął jakby z ulgą i zwrócił się do nas, tłumacząc wreszcie cel przyby-

cia do tej wpółrozwalonej chatki w Karwieńskich Błotach. 

   Czas wyjaśnić, po co was tu przyprowadziłem. Oczywiście, abyście 

poznali mojego przyjaciela Klemensa, a on was, ale to jeszcze nie wszystko. 

Chciałem pokazać wam zbiory Klemensa. Jesteście bowiem w muzeum. Na 

całym  pobrzeżu  gdańskim  znajdziecie  kilka  prywatnych  zbiorów  muzeal-

nych  w  domach  starych  rybaków.  Jeden  z  nich,  w  Pucku,  zyskał  nawet 

charakter  półoficjalny.  Kiedyś  było  ich  wiele  w  Rewie,  słynnym  porcie 

macierzystym rewskich żaglowców. Chyba najmniej znane jest właśnie to ‒ 

w  checzy  Klemensa  Budzisza.  Przyczyna  nieznajomości  jest  prosta,  Kle-

mens pokazuje swoje zbiory tylko przyjaciołom, a  wyjątek  czyni dla przy-

jaciół  swoich  przyjaciół.  Oglądacie  więc  coś,  co  niewielu  ludzi  ujrzało  i 

niewiele  ujrzy,  a  są  to  właśnie  rzeczy  DZIWNE  i  TAJEMNICZE,  takie 

jakie pan, panie Julianie, kocha. 

Stary  Kaszuba  wtulił  się  niemal  w  kąt,  obracając  w  gruzłowatych,  mo-

carnych dłoniach ozdobny róg z tabaką i przyglądał się nam po kolei z całą 

uwagą. Nie wiedziałem, czemu nie zdejmuje czapki, ale może taką miał już 

fantazję,  aby  w  czapce  łazić  po  domu?  A  może  wkładał  ją  właśnie  wów-

czas, kiedy przychodzili goście? Marta pobrzękiwała przy kredensie naczy-

niami. Słuchaliśmy  tego, co mówił  Arystowicz, który próbował tu,  w Kar-

wieńskich Błotach, wrócić do tematu naszych wczorajszych dialogów. Jaki 

miał w tym cel? Znów chciał dreptać wokół tematu, a nie mówić nic o za-

gadce jachtu „Captain Flint”? 

   Dawniej nad morze nie wyjeżdżałem latem ‒ opowiadał. ‒ W czerw-

cu nikt mnie tu nie zobaczył. Nie ma w tym nic dziwnego, jestem  

28 

background image

odludkiem,  przeraża  mnie  tłum,  a  przecież  latem  całe  wybrzeże  pełne  jest 

wczasowiczów.  Lubiłem jesień, ale nie tę jesień  wczesną, zaraz po Bartło-

miejowym Sztormie, lecz późną. Październikową. Bałtyk traci wtedy kolor 

szafiru,  staje  się  ołowiany,  pluje  żółtą  pianą,  a  huk  jego  fal  nie  pozwala 

nocą spać. Po kolejnym sztormie zawsze wędrowałem wzdłuż plaży, wśród 

brunatnych  zwłok  umarłych  porostów  i  glonów  szukając  złotych  grudek 

bursztynu,  białych  muszelek  o  kształcie  wachlarza  albo  płaskich  koloro-

wych kamieni. Czasami leżały tam martwe ryby lub ptaki, pływaki do sieci, 

zerwane dryfujące boje, deski, belki, pnie drzew, niekiedy rozbite skrzynie 

zerwane z pokładów statków  albo  wyrzucone za burtę, a także przedmioty 

zupełnie fantastyczne, nie wiadomo skąd przyniesione. 

Marta  nalewała  już  ciemną  esencję  do  szklanek  i  zalewała  wrzątkiem. 

Herbata miała kolor bursztynu. Rybak tak naturalnie przyjmował krzątaninę 

tej  dziewczyny  w  jego  królestwie,  że  mimo  woli  nasuwało  to  myśl  o  czę-

stych  odwiedzinach  Arystowicza  i  Marty  w  tym  ponurym  domku  w  Kar-

wieńskich Błotach. 

   Bałtyk, moi drodzy ‒ mówił dalej Arystowicz ‒ jest morzem niemal 

zamkniętym. Sund i Bełty oraz Kanał Kiloński ‒ to przecież wąskie, maleń-

kie drzwiczki na wielki świat wszechziemskiego oceanu. Zbadano już daw-

no prądy na tym morzu, temperaturę, zasolenie, faunę i florę, głębie i mieli-

zny.  Ale  wcale  to  nie  znaczy,  że  ujawniono  już  wszystkie  jego  tajemnice. 

Pochłonął  wiele  ofiar,  zwłaszcza  spośród  tych,  którzy  próbowali  lekcewa-

ż

yć  jego  kaprysy.  Biały  szkwał  ‒  straszny  biały  szkwał,  tak  typowy  dla 

Bałtyku, jak dla Adriatyku jugosłowiańska bora ‒ zatopił już wiele statków. 

Nawet tak piękny i wielki żaglowiec, jakim był w latach międzywojennych 

szkolny  statek  „Niobe”,  został  zdmuchnięty  niemal  błyskawicznie  razem  z 

bielą swych żagli i liczną załogą z powierzchni i zepchnięty w czeluść mor-

ską. A ileż okrętów zginęło w podobny sposób w dawnych czasach? Echo  

29 

background image

tych  wydarzeń  krąży  w  starych  kronikach  grodów  nadmorskich  i  w  legen-

dach wespół z pieśniami o zatopionych miastach. Na górze Rowokół, koło 

Smołdzina,  w  rejonie  jezior  Gardno  i  Łebsko  ‒  za  każdym  razem,  gdy  w 

pobliżu tonie statek, zapalać się ma ogień, a na brzeg schodzą widma umar-

łych  rybaków,  patrząc  ku  otwartemu  morzu  tak  długo,  jak  długo  lecą  ku 

niebu  czerwone  rakiety.  A  kiedy  po  sztormowej  nocy  przychodzi  świt,  na 

brzegu  znaleźć  można  przedmioty  pochodzące  z  zatopionych  statków. 

Dawniej  wszystko,  co  wyrzuciło  morze,  było  własnością  ludzi,  którzy  to 

znaleźli.  Były  to  jakby  „dary  morza”.  Potem  prawo  do  tych  szczątków, 

nazywanych  wówczas  „bitą”,  kupowali  starostowie,  właściciele  nadbrzeż-

nych  włości, królewscy  urzędnicy.  Dziś prawo przyznaje je państwu. Oso-

ba,  która  wydobyła  z  morza  cudze  mienie,  nie  staje  się  jego  właścicielem, 

ma tylko prawo do zwrotu kosztów wydobycia i do wynagrodzenia, którego 

wysokość określa się według przepisów o ratownictwie. Nie stanowią tylko 

cudzego  mienia  muszelki  o  oryginalnych  kształtach,  bursztyny  lub  płaskie 

kamienie, utopione w morzu ptaki, rozbite o głazy ryby i meduzy oraz ko-

rzenie drzew... Ale zdarzają się także przedmioty, do których własności nikt 

się nie przyznaje przedmioty  bezwartościowe, a jednak budzące niezwykłe 

refleksje. 

Na  chwilę  przerwał  ten  przydługi  monolog  ‒  osłodził  herbatę  i  zaczął 

mieszać w szklance łyżką. Klemens Budzisz, Szyper, popijał herbatę gorz-

ką, ale potem wziął z cukiernicy kawałek cukru i zaczął go ssać. Przerywa-

jąc ciszę, zapytałem, czy właśnie chodzi o te rupiecie, które leżą pod ścianą 

na regałach, czy to właśnie są owe „dary morza”? Arystowicz przytaknął i 

wrócił do swojego wykładu. 

  Od  czasu  gdy  Klemens  przestał  pływać,  chodził  często  na  brzeg 

morski,  zbierał  kamienie  i  muszelki,  a  czasami  trafił  mu  się  nawet  kawał 

bursztynu. Wszystko to leży w tych skrzyniach, tam pod ścianą, oraz na  

30 

background image

regałach.  Niekiedy  znajdował  jednak  przedmioty,  które  narzucały  myśl  o 

jakimś  zdarzeniu,  może  tragedii.  Oto  na  przykład  ‒  tu  Arystowicz  wstał  i 

sięgnął na półkę ‒ popatrzcie... Poznajecie? To kamizelka ratunkowa, jaką 

mieli zazwyczaj na sobie w czasie akcji lotnicy. O, tu jeszcze widoczny jest 

zatarty mocno napis „Royal Air Force”. Klemens znalazł ją na plaży wiele 

lat  po  wojnie,  musiała  długo  przebywać  w  morzu.  Zapewne  była  niemym 

ś

wiadkiem  wojennej tragedii. A oto ‒ znów sięgnął  na półkę ‒ koło ratun-

kowe z mocno zatartymi już śladami napisu. A napis ten brzmi ‒ s.s. „Gdy-

nia”. Statek s.s. „Gdynia” należał do przedwojennej „białej floty” i zatonął 

w  czasie  akcji  niemieckiego  lotnictwa  na  Zatoce,  w  pobliżu  Kępy  Oksyw-

skiej. Ale, co wydaje się dość osobliwe ‒ to koło ratunkowe, zagrzebane w 

piachu na plaży, znalazł Klemens nie nad Zatoką, lecz na brzegu otwartego 

morza, właśnie tu, nie opodal Karwi. A tamta beczka? Śmiejcie się ze mnie, 

ale  ja  jej  daję  dwie  setki  lat.  Jest  również  w  zbiorach  Klemensa  butelka  i 

znaleziony  w  niej  list  pisany  po  szwedzku.  List  zrozpaczonej,  porzuconej 

dziewczyny.  Czego  spodziewała  się  powierzając  swój  ból  morzu?  Jest 

wreszcie wieko trumny. Wieko z ozdobami, po których trudno odgadnąć, w 

jakim  kraju  zostało  wykonane.  Wydaje  się,  że  w  Szwecji,  ale  mogę  się 

mylić.  Są  także  ślady  po  gwoździach,  którymi  wieko  to  zostało  przybite. 

Możecie te ślady obejrzeć. Kto jednak zaproponuje jakąś hipotezę ‒ jakiego 

wydarzenia śladem jest ta trumna? Albo część nadburcia szalupy rybackiej, 

która w całości została wyrzucona na brzeg w czasie sztormu. Prowadzono 

ś

ledztwo  w  sprawie  tej  łodzi,  była  niemym  świadkiem  jakiejś  tajemnicy. 

Ś

ledztwo  nie  dało  rezultatów,  łódź  milczała,  a  wreszcie  postanowiono  ją 

usunąć. Naszemu gospodarzowi udało się wówczas uratować tę część nad-

burcia.  Jest  na  niej  widoczny  jeszcze  napis  ‒  nazwa  łodzi:  „KERSTIN”. 

Właściwie czytelne jest tylko „ERSTI”, ale reszty można się domyślić. Na 

burcie widoczne są ponadto dwa silne cięcia topora. Były jeszcze ciemne 

31 

background image

plamy, chyba krwi... Nikt nie wie i chyba nigdy się nie dowie, co się na niej 

zdarzyło, choć można na ten temat snuć różne hipotezy. O zniknięciu łodzi 

nikt w rejonie całego Bałtyku jednak nie zameldował... 

  No, a jak może wyglądać taka hipoteza, nawet całkiem fantastyczna? 

 spróbowałem  wrócić do tematu, rozumiejąc że Arystowicz nawiązuje do 

zagadki jachtu „Captain Flint”. 

  Hipoteza Klemensa jest zupełnie realna. 

  Może  ją  nam  zdradzić?  ‒  zapytałem,  wnioskując,  że  cała  wyprawa 

do Karwieńskich Błot i zwiedzanie muzeum Budzisza, ma stanowić uzupeł-

nienie naszej rozmowy. 

  Ależ tak. Upoważnił mnie do przedstawienia jej panom. Jeszcze kie-

dy  pływał,  trafił  nasz  Klemens  na  Alandy,  na  wyspy,  wysepki  i  szkiery, 

których coraz to inną ilość podają podręczniki geografii. Alandy należą do 

Finlandii,  ale  mają  swoją,  daleko  posuniętą  autonomię,  a  mieszkańcy  uży-

wają tam języka fińskiego i szwedzkiego, zresztą wydaje mi się, że szwedz-

ki  przeważa.  Byłem  kiedyś  na  Alandach  jachtem  ‒  śladem  „Witezia”  Ma-

riusza  Zaruskiego.  Otóż  mówiono  mu  tam  o  swojego  rodzaju  „Sądzie  Bo-

ż

ym”, wzorowanym chyba na obyczajach średniowiecza. Sąd taki odbył się 

w  pewnej  nadmorskiej,  wyspiarskiej,  osadzie  rybackiej  na  Alandach,  w 

okresie międzywojennym, a nawet ‒ kto wie ‒ może przed pierwszą wojną 

ś

wiatową.  Dwaj  młodzi  rybacy,  zakochani  w  jednej  i  tej  samej  piękności 

wioskowej,  wypłynęli  na  morze,  zabierając  z  sobą  każdy  po  jednym  topo-

rze. Wypłynęli i zniknęli we mgle. Ludzie na brzegu czekali godzinę, dwie, 

trzy,  pięć...  Miał  z  tej  przejażdżki  powrócić  jeden  z  rywali,  nie  powrócił 

ż

aden. 

  Czy  można  uwierzyć,  żeby  historyjka  sprzed  dziesiątków  lat  paso-

wać miała do tej łodzi znalezionej na polskim wybrzeżu? 

  Ależ nie! Po prostu Klemens podejrzewa, że na łodzi o nazwie 

32 

background image

„KERSTIN”  zdarzyło  się  coś  podobnego.  Tyle  że  zdarzyło  się  współcze-

ś

nie. Kto wie ‒ może to obyczaj jeszcze starszy niż nam się wydaje, jeszcze 

z  czasów,  gdy  topór  był  u  Skandynawów  wyobrażeniem  potęgi  i  sprawie-

dliwości  boga  Odyna?  Oczywiście  to  tylko  hipoteza  lub  zwyczajnie  baśń, 

ale czy możemy zaproponować inną hipotezę albo inną baśń? 

Herbata  przyrządzona  przez  Martę  było  gorąca  i  aromatyczna.  Parzyła 

trochę wargi, ale to sprawiało mi dziwną przyjemność. Patrzałem na młodą 

kobietę zgadując jej wiek i rolę w tym spektaklu, potem wracałem myślą do 

zdarzenia u brzegów wyspy Barbados. Stary rybak ssał kostki cukru i popi-

jał je gorzką herbatą, odsuwając się coraz dalej w kąt, jakby zajmował miej-

sce w loży na jakimś cudacznym spektaklu, w którym my występowaliśmy 

w  roli  aktorów.  Tylko  jego  bystre  oczka  słały  niespokojne  spojrzenia  z 

jednej  twarzy  na  drugą,  jak  gdyby  próbując  odgadnąć,  czego  w  gruncie 

rzeczy tu szukamy, o co w tym spektaklu chodzi. 

  ...  oczywiście  morze  wyrzuca  również  szczątki  rzeczy  zupełnie  zwy-

kłych;  ani  DZIWNYCH,  ani  TAJEMNICZYCH  ‒  cały  arsenał  pudełek, 

butelek,  nawet  przepalone  żarówki.  Czasami  znajdą  się  na  brzegu  zwłoki 

człowieka, które ‒ bywa i tak ‒ nigdy nie zostają zidentyfikowane. Na Bał-

tyku  ruch  prądów  na  powierzchni  jest  zbadany,  a  wiatr  dopełnia  dzieła. 

Kiedy  przepływa  się  jednak  przez  Sund,  często  można  zaobserwować  tam 

rwący  prąd  wody,  przypominający  rzekę.  Przed  wyprawą  dookoła  świata 

ż

eglowałem tamtędy kilkakrotnie. Z reguły po opuszczeniu Sundu i wyjściu 

na Kattegat, zaraz za cyplem Jutlandii dostaje się silną boczną falę idącą z 

Morza  Północnego  przez  Skagerrak.  Stąd  cały  jęzor  przylądka  Grenen,  na 

którym  leży  Skagen,  jest  wygięty  jak  sosny  nadbałtyckie:  z  zachodu  na 

wschód.  Te  właśnie  fale  gnają  również  ku  naszym  brzegom  egzotyczne 

wodorosty, ryby z innych mórz, nawet foki... 

33 

background image

Czas  było  wracać.  Dopiliśmy  herbaty  i  podziękowaliśmy  szyprowi  za 

gościnę i pokazanie nam osobliwej kolekcji nadmorskich znalezisk. Wyszli-

ś

my przed dom i już kierowaliśmy się w stronę samochodu, gdy nagle Ary-

stowicz zawrócił, prosząc abyśmy poczekali na niego w wozie. Wiatr jakby 

zmienił  kierunek,  chmury  pędziły  jeszcze  po  niebie,  ale  nie  były  już  tak 

groźne jak rankiem, nawet tu i ówdzie przeświecać zaczęło słońce i ukazy-

wało się cudownie błękitne niebo. 

Remy wrócił po piętnastu minutach. Był zamyślony, milczący i dopiero 

gdy  usiadł  koło  mnie  w  samochodzie,  wyjaśnił  powód  tej  zadumy.  Stary 

rybak  wyjawił  mu,  że  czuje,  iż  lada  dzień  umrze  i  że  lęka  się  śmierci  na 

lądzie i dlatego, w drewnianej szopie nie opodal domu, „rychtuje” niedużą 

łódkę, na której chce wypłynąć na morze. Żeby go nikt nie zatrzymał, wy-

ruszy na morze w nocy. Wyruszy i już nie wróci. 

  Przy pożegnaniu szepnął, że ma mi coś ważnego do zakomunikowa-

nia ‒ mówił Arystowicz. ‒ Myślałem, że znów znalazł coś niezwykłego na 

brzegu. A tu tymczasem takie wyznanie... I ba, żeby tylko to. Prosił jeszcze, 

abym po jego śmierci podłożył ogień pod checz... 

  1 co pan mu odpowiedział? 

  Co  miałem  odpowiedzieć  innego?  Przyrzekłem,  że  to  zrobię.  Osta-

tecznie  i  tak  nie  wiadomo,  kto  z  nas  pierwszy:  ja  czy  on...  Tyle  że  ja  nie 

mam ani szalupy, ani takiej odwagi... 

3. 

Obiad  zjedliśmy  w  pensjonacie,  choć  teoretycznie  goście  otrzymywali  tu 

jedynie  śniadanie,  a  co  najwyżej  kolację.  Okazało  się  jednak,  że  były  to 

„zasady”  przeznaczone  dla  wydziału  finansowego.  Skromna  willa  mogła, 

jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej, zamienić się w luksusowy  

34 

background image

pensjonat  z  wszystkimi  udogodnieniami,  jeżeli  tylko  trafili  się  odpowiedni 

goście,  a  zdaje  się,  że  Arystowicz  i  ludzie,  którzy  go  odwiedzali,  byli  za 

takich tutaj uważani. Marta zjadła obiad razem z nami, ale mimo że atmos-

fera  posiłku  rozsznurowała  nawet  język  Zachwatowiczowi,  młoda  kobieta 

nie włączyła się do rozmowy, uśmiechając się tylko cokolwiek zagadkowo i 

odpowiadając monosylabami. 

  Zaskoczył  mnie  pan,  panie  Julianie  ‒  zwrócił  się  w  pewnym  mo-

mencie do mnie Arystowicz. Myślałem, że przyjechał ktoś słabo obeznany z 

ż

eglarstwem,  ktoś  dla  kogo  będę  wyrocznią,  a  tu  tymczasem  zjawił  się 

pisarz-detektyw, który wie nawet o tym, co chowałem w zanadrzu do obja-

wienia. Śledził mnie pan? 

  Można  to  o  tyle  nazwać  śledztwem,  o  ile  detektywem  jest  również 

Klemens  Budzisz,  Szyper,  szukający  wyjaśnienia  śladów  topora  na  łodzi. 

Notatkę  o  tym,  co  zdarzyło  się  w  pobliżu  wyspy  Barbados,  znalazłem  zu-

pełnie  przypadkowo.  Są  niekiedy  sprawy,  które  potrafią  zafrapować  wy-

obraźnię  pisarza,  nie  wiadomo  zupełnie  dlaczego.  Mówił  pan  o  swoich 

związkach  z  literaturą.  Ja  także  je  posiadam.  Także  żeglowałem  z  Londo-

nem na jachcie „Snark” i także płynąłem po skarby z Jakubem Hawkinsem i 

Długim  Johnem  Silverem.  Po  znalezieniu  tej  notatki  o  spotkaniu  jachtu 

„Captain  Flint”  istotnie  śledziłem  w  zagranicznej  prasie  ‒  o  ile  była  dla 

mnie dostępna ‒ notatki o pańskim rejsie, notatki zdawkowe, często mylące. 

Kiedy pan się zjawił, szukałem w polskiej prasie wywiadów z panem. Zna-

lazłem  niewiele,  jednak  znalazłem  te  napomknięcia  o  TAJEMNICY.  Nie 

byłbym  pisarzem,  gdybym  to  tak  pozostawił.  Zawsze  fascynowała  mnie 

wszelka  TAJEMNICZOŚĆ.  Próbowałem  więc  dotrzeć  do  pana,  zwłaszcza 

gdy dowiedziałem się, że zamieszkał pan tak blisko Gdańska, w Jastrzębiej 

Górze.  Namawiałem  nawet  doktora  Różańskiego,  pańskiego  lekarza,  a 

mojego dobrego znajomego, na skontaktowanie mnie z panem, ale 

35 

background image

początkowo odmówił. Pomocny okazał mi się przypadek. Wyznał pan leka-

rzowi, że chciałby spotkać się z jakimś dziennikarzem, „który traktuje swój 

zawód  poważnie”,  albo  pisarzem  „zainteresowanym  poważnie  sprawami 

morskimi”, pisarzem, który „rozumie morze”. Mówił pan doktorowi Różań-

skiemu  o  „potrzebie  spowiedzi”,  o  „zrzuceniu  z  siebie  balastu  psychiczne-

go”... Tak to określił doktor Różański, gdy zadzwonił do mnie. Zdaje się, że 

byłem jedynym, znanym mu człowiekiem pióra, choć obawiam się, że żad-

nej mojej książki nie czytał. Moje życzenie spełniło się więc przez przypa-

dek. Ale pan... czy nie żałuje pan swojej decyzji? 

  Nie,  z  pewnością  nie.  Przyznam  jednak,  że  wczoraj  opadły  mnie 

wątpliwości, czy powinienem  w ogóle o  tym opowiedzieć. W gruncie rze-

czy  niczego  to  nie  zmieni.  A  jeżeli  chodzi  o  zwierzenia,  całą  historię  ze 

szczegółami  ‒  może  nawet  trochę  zmyślonymi,  co  usprawiedliwia  czas  ‒ 

opowiedziałem  Marcie.  Chyba  nawet  czyniłem  to  wielokrotnie.  Zna  ją  już 

na  pamięć.  Chyba,  że  coś  w  tych  opowiadaniach  poplątałem.  Pamiętasz, 

Marto? 

Skinęła twierdząco głową. 

  To śmieszne, ale kiedy czuję się trochę lepiej, przestaję wierzyć, że 

moje dni są policzone ‒ wrócił niespodziewanie do tematu swej choroby ‒ 

wtedy zastanawiam się, czy w ogóle należy poruszać tę sprawę. 

  Znam przypadki, mówiące o tym, że diagnozy lekarskie myliły się ‒ 

próbowałem  rzecz  zbagatelizować,  a  prawdę  mówiąc  ani  o  chorobie  Ary-

stowicza,  ani  o  „podobnych  przypadkach”  nie  miałem  żadnego  pojęcia.  ‒ 

Sądzę, że groźniejsza jest tu pana świadomość choroby niż sama choroba. 

  Niestety, liczy się tu jeszcze przeczucie. A ono podszeptuje, że jed-

nak  to  prawda.  Ja  wiem,  że  niewiele  już  czasu  mam  na  uporządkowanie 

swoich spraw, a to pewniejsze od wszelkiej diagnozy lekarskiej. Wiem tak  

36 

background image

samo, jak Klemens Budzisz. Ale dajmy chwilowo temu spokój. Mówimy o 

czymś  innym.  O,  chociażby  o  tym  wspaniałym  kocie,  który  zagląda  do 

pokoju. Taki był właśnie jedyny świadek tego, co stało się na jachcie „Cap-

tain Flint”, I tak go też nazwałem: „Flint”. 

Do  pokoju  wsunął  się  czarny,  olbrzymi  kocur,  zatrzymał  się,  przyjrzał 

zielonymi  ślepiami  całemu  towarzystwu  i  powoli  zbliżył  się  do  stołu.  By-

łem  ciekaw,  jak  przywita  się  ze  swoim  panem,  ale  ominął  Arystowicza  i 

wskoczył na kolana Marty, gdzie natychmiast zwinął się w kłębek i zaczął 

mruczeć swoje odwieczne pacierze. 

Pokojówka podawała już kawę i koniak. Dwa razy zajrzała do nas wła-

ś

cicielka  pensjonatu  pani  Topolska,  pytając,  czy  obiad  smakował.  Chyba 

Arystowicz  miał rację, że z nudów interesuje ją życie  gości i próbuje „żyć 

ich  życiem”.  Koniak  już  był  nalany.  Znów  kapitan  Remy  Arystowicz  pro-

wokował  swoje  zdrowie,  a  raczej  ‒  swoją  chorobę.  Za  oknami  wędrowały 

dalej po niebie brzuchate chmury, ale coraz częściej przeświecało słońce, a 

razem z jego blaskiem nastrój uczynił się pogodniejszy. Prosiłem żeglarza, 

aby zaczął wreszcie opowiadać o swojej przygodzie. 

   No więc dobrze. Nie ma w tym nic takiego, czego nie mógłbym, lub 

nie  chciałbym,  ujawnić.  Zresztą  musiałem  to  i  tak  opowiedzieć  po  dojściu 

do  Barbados,  pytała  mnie  nawet  policja.  Zdarzyło  się  to...  Nie,  nie  pamię-

tam  już  dnia,  miesiąca.  W  dzienniku  zapisałem,  że  było  wówczas  około 

wpół do piątej po południu. Dokładność czasu zapisanego była jednak wąt-

pliwa. Obserwowałem ten statek przecież od godziny, może dłużej, notatkę 

uczyniłem wtedy, kiedy jego zachowanie wydało mi się dziwne. O, właśnie, 

ma pan wreszcie ten poszukiwany przymiotnik: DZIWNE. Siłą rzeczy zapi-

sałem  więc  czas  przybliżony.  Zauważona  jednostka  była  jachtem.  Dużym 

jachtem pełnomorskim, wymagającym kilkuosobowej załogi. Z początku  

37 

background image

myślałem, że jacht idzie kursem równoległym do kursu „Noa Noa”, tyle że 

wyłącznie  na  silniku.  Wydawało  mi  się  to  nawet  zagadkowe,  bo  wiatr  był 

dobry,  choć  niezbyt  silny,  ale  gdyby  postawili  żagle,  odsądziliby  się  ode 

mnie o kilka mil w ciągu krótkiego czasu. Zamocowałem bom i, obserwując 

grot, pilnowałem jedynie steru, aby nie stracić tak pięknego wiatru. Pogoda 

była  wspaniała,  niebo  błękitne,  a  jedynie  na  zachodzie  kilka  waciatych 

cumulusów. Tam leżały już Antyle. Morze było spokojne, o ile oczywiście 

Atlantyk potrafi być spokojny. Ryby latające wystrzeliwały przed dziobem, 

a nieraz zdarzyło się nawet, że spora sztuka pacnęła o pokład... 

  Pamięta pan takie szczegóły? 

  Ja tego nie pamiętam... Po prostu ‒ ja to znów widzę... Widzę i od-

czuwam.  A  wie  pan,  znałem  wtedy  już  różne  obyczaje  tamtejszych  żegla-

rzy.  Byłem  przecież  raz  na  Antylach,  i  wiedziałem,  że  na  tym  akwenie 

można  napotkać  bogaczy,  którym  wydaje  się,  że  ich  pieniądze  starczą  za 

patent kapitański i praktykę pokładową. Ci ludzie traktują często morze jak 

państwową  autostradę,  na  której  ich  krążownikom  szos  należy  się  pierw-

szeństwo,  a  potężne  zderzaki  w  razie  czego  gwarantują  absolutne  bezpie-

czeństwo.  Oczywiście,  z  tymi  zderzakami  to  tylko  metafora.  Kiedy  więc 

zauważyłem,  że  statek  idzie  dziwnym  kursem  ‒  zląkłem  się.  Pomyślałem, 

ż

e na pokładzie musi znajdować się jakieś nieodpowiedzialne towarzystwo, 

może  kompletnie  pijane,  a  ich  statek  ma  wielką  ochotę  przeciąć  mi  kurs... 

Byliśmy już dość blisko siebie... Zdecydowałem się na zmianę kursu. Wła-

ś

nie wtedy napadła mnie po raz pierwszy myśl, żeby nie uciekać od niezna-

jomego, ale podejść blisko do jego burty i zajrzeć, co też dzieję się tam, na 

pokładzie.  Wróciłem  na  poprzedni  kurs  i  zacząłem  zbliżać  się  do  obcego 

statku.  Była  to  decyzja  nieodpowiedzialna.  Po  dziesięćkroć  nieodpowie-

dzialna. 

  A jednak udało się panu podejść do obcego statku. 

  Musiałem być szalony. Istniało dziewięć szans na dziesięć, że 

38 

background image

bezawaryjnie nie uda mi się podejść do obcej jednostki. 

  Ale równocześnie jedna szansa, że jednak przedsięwzięcie może się 

udać. 

  Tak.  Może  był  to  efekt  długiej  samotności?  Może  zmęczenie?  Mój 

charakter  także  miał  tu  coś  do  powiedzenia.  Zabezpieczyłem  w  każdym 

razie burtę odbijaczami przed zderzeniem i ostatni kawałek drogi zrobiłem 

już tylko na silniku. Przy większej fali poszłyby w drzazgi burty obu jach-

tów...  Działałem  jakby  pod  wpływem  hipnozy,  wyeliminowałem  z  wy-

obraźni  wszystkie  możliwości  katastrofy,  byłem  niemal  pewny,  że  to  się 

musi udać. I już wówczas wiedziałem, że za chwilę dotknę tajemnicy. 

  Więc jednak... 

  Tak.  Było  coś  niesamowitego  w  tym  stateczku.  Gdy  znajdowałem 

się  tak  blisko,  że  rozróżniałem  już  każdy  szczegół  na  pokładzie,  byłem 

pewny, że na statku nie ma nikogo. 

  I nie było? 

  Nie.  Szybko  spenetrowałem  wnętrze,  zajrzałem  do  wszystkich  po-

mieszczeń.  No,  może  do  prawie  wszystkich  pomieszczeń.  Bo  to  był  prze-

cież duży jacht, ale w każdym razie tam, gdzie powinni byli znajdować się 

 jak przypuszczałem ‒ ludzie. Jacht sprawiał wrażenie statku ludzi bardzo 

bogatych.  Na  takich  jachtach  bywa  zawsze  kilkuosobowa  stała  załoga,  a 

właściciel i jego goście są jakby pasażerami. Wszystkie kabiny i koje były 

jednak  puste,  koła  ratunkowe,  pasy  znajdowały  się  na  swoich  miejscach. 

Nie  miałem  czasu  na  szczegółowe  oględziny,  ale  kto  miałby  czas  na  coś 

podobnego  w  podobnych  warunkach  ‒  gdy  nasze  oba  jachty  dryfowały  w 

charakterze  rozlatującego  się  katamaranu,  waląc  co  chwila  burtą  o  burtę  ‒ 

mimo wszystkich zabezpieczeń burtowych, mimo lin krępujących je nawza-

jem,  mimo  małej fali  i zrzuconych żagli... Wie pan ‒ tak jak  w przypadku 

tajemnicy „Mary Celeste”, tej „Mary Celeste”, którą cytuje się jako 

39 

background image

klasyczny przykład statku-widma, znalazłem w pomieszczeniu pasażerskim 

filiżanki z nie dopitą kawą. W kuchni była gorąca zupa. 

  I żadnego żywego stworzenia? 

  Mówiłem  już,  że  przecież  coś  tam  znalazłem.  Był  to  właśnie  taki 

sam jak ten, obecny tutaj, czarny kot... Tylko, że tamten był jakby przerażo-

ny... 

  Przerażony? 

  Takie odniosłem  wrażenie. Lubię zwierzęta i znam ich zachowanie. 

W  pierwszym  odruchu  złapałem  kota  i  przytuliłem  go  do  policzka.  Cały 

drżał. 

  Może to pan go tak przestraszył? 

  Może. Ale sądzę, że był to jedyny świadek jakiejś tragedii, która ro-

zegrała się na pokładzie. Niemy świadek. 

  Zabrał go pan wówczas na pokład? 

  Tak.  Oczywiście.  Dziś  pewnie  już  zapomniał  o  tej  przygodzie  i  jak 

wszystkie koty ‒ podobnie jak ów anegdotyczny kot opisany przez Kiplinga 

 chadza sobie tylko znanymi ścieżkami. 

  Więc był tam tylko kot i nikt więcej? 

  Tylko kot... 

  Nie było śladów krwi, jak na „Mary Celeste” albo na szalupie „Kir-

sten”? 

  Nie znalazłem. Może gdzieś były, ale nie znalazłem. Spieszyłem się. 

Bałem się, że „Noa Noa” może doznać awarii. Zresztą nie tylko bałem się o 

mój  jacht.  Ja  po  prostu  bałem  się.  Rozumie  pan?  Bałem  się.  Szukałem 

dziennika pokładowego, licząc na to, że znajdzie się tam jakiś zapis, który 

coś wyjaśni, ale nie znalazłem. Może źle szukałem? Wziąłem odruchowo ‒ 

jakby  na  pamiątkę  ‒  jakąś  książkę,  znalezioną  na  czyjejś  pustej  koi.  Nie 

wiem,  po  co  to  zrobiłem,  ot  po  prostu  zabierałem  jakiś  przedmiot  „na  pa-

miątkę”, ze statku-widma. Potem okazało się, że był to jeden z tomów C. S. 

Forestera o przygodach komandora Horatio Hornblowera. Wciąż słyszałem  

40 

background image

niebezpieczne zgrzyty i łomotanie przy burcie. Wpadłem w panikę. Zaczą-

łem uciekać. Udało mi się stosunkowo łatwo wrócić na mój jacht i rozcze-

pić  burty  obu  statków  ‒  choć  „Noa  Noa”  doznała  wówczas  małej  awarii. 

Odbiłem na silniku, ale wkrótce zgasiłem motor i postawiłem grot, pragnąc 

jak najszybciej oddalić się od obcego. Miałem dobry wiatr... 

  Czego pan się bał? 

  Nie  wiem.  Może  działało  ‒  jak  już  powiedziałem  ‒  zmęczenie? 

Dzień przedtem czułem się chory. Kto wie, czy nie miałem  wtedy również 

gorączki?  A  może  był  to  wpływ  zapisanych  w  podświadomości  jakichś 

dawnych  wzruszeń,  jakich  każdy  z  nas  doznawał  przy  czytaniu  książek 

takich  pisarzy,  jak  Marryatt,  Stevenson,  Conrad?  W  lekturach  tych  po-

brzmiewały  zawsze  echa  tajemniczych  katastrof,  które  zdarzały  się  u  wy-

brzeży,  nieznanych  wysp,  na  akwenach  położonych  poza  granicami  naszej 

wyobraźni  i  naszej  trzeźwej,  racjonalnej  wiedzy.  W  dziecięcych  snach 

oglądałem zawsze burty i strzeliste maszty białych fregat i czarnych barków 

 tych z „Blackboard P-Line”, słyszałem nawet pirackie pieśni. Jeżeli czytał 

pan „Złoto z Porto Bello” Howden Smitha albo „Wyspę Skarbów” Steven-

sona, to musiał pan po przeczytaniu obu książek, nucić tę piosenkę o statku 

„Skrzynia Umrzyka”... 

„Piętnastu chłopa na „Umrzyka Skrzyni”  

Ho-aj-ho w butelce rum!  

Pije za zdrowie, resztę czart uczyni,  

Ho-aj-ho w butelce rum!” 

Arystowicz odśpiewał zwrotkę dobrze mi znanej z lektury  piosenki, po 

czym uśmiechnął się jakby do swoich myśli, upił trochę koniaku i wrócił do 

opowiadania, ale uśmiech powoli znikł z twarzy. 

  Ścigał mnie nawet w moich snach sam Długi John Silver. Słyszałem 

stuk jego szczudła na pustych uliczkach jakiegoś miasta, którego nie znałem,  

41 

background image

a  być  może  istniało  ono  tylko  na  ilustracjach  książek.  Ścigał  mnie  Ślepy 

Pew i Bill Bones zwany Czarnym Psem... Cała zgraja tych piratów, którzy 

ż

eglowali  z  Flintem  po  Morzu  Karaibskim,  łupiąc  hiszpańskie  złote  gale-

ony. Były także sny, w których oglądałem zjawę statku-widma.  Najczęściej 

statek wyłaniał się z mgły, czarny, groźny i straszny. Nigdy nie widziałem 

na  pokładzie  ludzi.  Natomiast  raz  przyśniło  mi  się,  że  znalazłem  się  we-

wnątrz  statku-widma  błądzącego  bez  załogi  po  oceanach.  Czułem  smród 

gnijącej od wieków wody w zęzach i słyszałem skrzyp wręg kadłuba na fali. 

W  przytłumionym  szumie  wichru  dobiegał  mych  uszu  łopot  żagli.  Ale  to 

wszystko nie było tak straszne, jak miarowy odgłos czyichś kroków, jakby 

ktoś  spacerował  na  pokładzie  ‒  od  rufy,  przez  śródokręcie  aż  na  dziób. 

Wiedziałem, że to spaceruje kapitan. I że kapitanem jest upiór... Były to sny 

męczące,  powtarzające  się  w  pewnych  okresach  dzieciństwa,  absorbujące 

wyobraźnię  w  dzień.  Byłem  dzieckiem  nadwrażliwym,  nerwowym,  chyba 

wymagającym poważniejszej opieki niż ta, jaką nade mną roztaczano. Może 

leczenia? Aż raptem wszystko znikło ‒ którejś nocy widma nie zjawiły się 

więcej.  Z  pewnością  jednak  gdzieś  w  głębi  podświadomości  pozostał  ich 

obraz i ów koszmarny nastrój ‒ dlatego może instynktownie byłem później 

wyczulony  na  wszystkie  niesamowite  sytuacje.  A  cóż  dopiero,  gdy  nagle 

widma  dzieciństwa  zmaterializowały  się  w  sposób  tak  nieoczekiwany? 

Spotkałem  oto  na  oceanie  żaglowiec  bez  załogi,  żaglowiec,  który  nosił  w 

dodatku nazwę przypominającą dziecięcą lekturę ‒ „Captain Flint”. Było to 

przecież nazwisko dowódcy, korsarza, który ukrył zrabowane bogactwa na 

tajemniczej  Wyspie  Skarbów,  wyczarowanej  przez  talent  pisarski  Roberta 

Louisa Stevensona... 

Remy Arystowicz umilkł i głęboko westchnął. Wydawało się, że uważa 

swoją  opowieść  za  zakończoną,  postanowiłem  jednak  nie  dać  za  wygraną. 

Wypiłem resztę  kawy,  która zdążyła już ostygnąć,  i sięgnąłem do  kieszeni 

marynarki.  Wyciągnąłem  stamtąd  wycinek  angielskiej  gazety  sprzed  kilku 

laty, wyprostowałem go i zacząłem głośno czytać: 

42 

background image

  „Jak  donosz

ą

  nam  z  Barbados,  do  portu  w  Bridgetown  wszedł  jacht 

„Noa Noa”, jego kapitan zło

ż

ył przed władzami portowymi o

ś

wiadczenie, 

ż

na wschód od tej wyspy napotkał jacht „Captain Flint”, na którego pokładzie 

nie  było  wida

ć

  nikogo. 

Ż

agle  były  jakby  w  po

ś

piechu  zrzucone,  ale  nic  nie 

wskazywało  na  to, 

ż

e  jacht  jest  uszkodzony.  By

ć

  mo

ż

e  bli

ż

sze  ogl

ę

dziny 

doprowadziłyby  do  jakich

ś

  wniosków,  ale,  niestety,  mimo  natychmiastowej 

penetracji  przez  samoloty  wojskowe  wskazanego  obszaru  morskiego,  jacht 

„Captain  Flint”  nie  został  przez  lotników  odnaleziony.  Według  informacji, 

jakie  nast

ę

pnie  otrzymali

ś

my,  portem  macierzystym  statku  było  Nassau  na 

wyspach Bahama. Jacht „Captain Flint” stanowił własno

ść

 niejakiego Johna 

Brewstera,  przemysłowca,  miał  wynaj

ę

t

ą

  załog

ę

  w  liczbie  pi

ę

ciu  ludzi  i  trzy 

kabiny pasa

ż

erskie, w tym czasie zaj

ę

te przez syna pana Brewstera 

 Johna 

Brewstera,  jego  przyjaciółk

ę

  Margot  Callwey  oraz  czwórk

ę

  innych  go

ś

ci, 

prawdopodobnie młodych ludzi sp

ę

dzaj

ą

cych wakacje razem z synem pana 

Brewstera. Nazwisk innych pasa

ż

erów dot

ą

d nie ustalono.”

 

Skończyłem czytać i spojrzałem na starego żeglarza. 

  Wiedział pan o tym? Znał pan tę notatkę? 

  Dziennikarze  podali  znacznie  więcej  o  spotkaniu  ze  statkiem-

widmem, niż im o tym powiedziałem. Zaczęli trochę fantazjować. Zna pan 

dziennikarzy. 

  A te nazwiska? 

  No cóż, tego nie sprawdzałem. To już informacja policji. John Brew-

ster? Może i John Brewster. Mógłby to być równie dobrze John Smith. Czy 

to dla pana takie ważne? 

  Chciałbym usłyszeć wszystko, co wie pan o tej sprawie. 

  Dlaczego? 

43 

background image

  Po  prostu  ciekawi  mnie  to.  Obiecał  pan  ponadto  doktorowi  Różań-

skiemu,  że  nie  będzie  miał  pan  przede  mną  tajemnic.  Trzymam  pana  za 

słowo. 

  Pan to naprawdę opisze? 

  Tak,  ale  nie  jestem  dziennikarzem.  Nie  interesuje  mnie  statek-

widmo,  lecz  pan.  Tylko  pan.  Przecież  nie  zostawił  pan  wówczas  tak  tej 

sprawy? 

  Nie... ‒ uśmiechnął się. ‒ Nie zostawiłem, ale równocześnie miałem 

ograniczone  możliwości  działania.  Po  prostu  nie  miałem  na  to  pieniędzy, 

aby prowadzić na  własną rękę śledztwo. Jaśniej się  wyrażając: nie  miałem 

w  ogóle  pieniędzy.  Po  przyjściu  na  Barbados,  zacząłem  rozglądać  się  za 

jakąś  możliwością  zarobienia.  Zacząłem  więc  malować,  zorganizowałem 

wystawę  obrazów  na  jachcie,  udzieliłem  wywiadu  za  pieniądze,  robiłem 

różne rzeczy, o których nie chciałbym tu mówić. 

  A  równocześnie  próbował  pan  więcej  dowiedzieć  się  o  całej  spra-

wie... Zgadłem? 

  Tak. W prasie krążyło na ten temat wiele różnych hipotez. Cieszyła 

się  właśnie  popularnością  hipoteza  trójkąta  bermudzkiego.  Zacząłem  w 

porcie  studiować  na  ten  temat  materiały.  Na  obszarze  od  Bermudów  po 

wyspy  Bahama  miały  bez  wieści  ginąć  statki  i  samoloty.  Barbados  leży 

poza  tym  obszarem,  ale  ostatecznie  nie  tak  daleko.  Pisano  o  wirach  mor-

skich, o latających talerzach pojawiających się nad tą okolicą... 

  I właśnie wówczas otrzymał pan przekaz i list. 

  Więc i o tym pan wie? 

  Mówiłem już panu, że interesowałem się tą sprawą. 

  To  była  tajemnica,  zobowiązano  mnie  do  dyskrecji.  Dziwne,  skąd 

pan o tym wie. Nie mówiłem przecież nikomu. 

  Pieniądze pan jednak przyjął. 

  Tak... ‒ przyznał z ociąganiem. ‒ Przyjąłem. 

  Jaki postawiono panu warunek? 

44 

background image

  Wyruszyć  w  dalszą podróż dookoła świata.  Natychmiast.  Ktoś oba-

wiał się, że będę rozgrzebywał dalej tę sprawę ‒ to oczywiste. 

  A więc była to zapłata za milczenie? 

Mój  Boże,  jaki  ja  byłem  brutalny  w  tej  indagacji!  Jaki  nietaktowny! 

Przecież  Arystowicz  musiał  się  czuć  jak  oskarżony!  On  zazdrościł  innym 

ż

eglarzom, a ja zazdrościłem i im, i jemu, zazdrościłem, bo nigdy nie było 

mi przypisane zobaczyć Barbados, nie mówiąc o przylądku Horn. 

  Może  to  była  zapłata  za  milczenie,  a  może  nie.  Za  wiele  na  temat 

jachtu „Captain Flint” wówczas się dyskutowało, robiło się wokół tej spra-

wy ‒ jak to się mówi ‒ dużo szumu. Poproszono mnie nawet na spotkanie w 

jachtklubie, poświęcone zagadkom zaginionych żaglowców i samolotów w 

rejonie  trójkąta  bermudzkiego.  Na  Barbados  byłem  już  wówczas  osobą 

popularną,  znaną.  Jeżeli  ktoś  zaczął  się  moim  zachowaniem  niepokoić, 

mógł mnie po prostu sprzątnąć ‒ byłem zupełnie bezbronny. Ale widocznie 

nie chodziło o zabicie mnie, ale o mój wyjazd. 

  Jest  takie  przysłowie  gangsterskie,  które  przeczytałem  w  jednej  z 

amerykańskich  książek  kryminalnych:  „trup  cuchnie”.  Zabijanie  to  osta-

teczność. Jeżeli nawet obawiał się pana ktoś, wolał to załatwić dyskretniej. 

Ten ktoś musiał dowiedzieć się o tym, że przedłużający się postój w Barba-

dos,  to  nie  tylko  pańska  fantazja,  ale  brak  pieniędzy.  Kto  był  nadawcą  tej 

przesyłki? 

  Towarzystwo Popierania Samotnych Żeglarzy. Wtedy wydawało mi 

się, że coś takiego naprawdę może istnieć. Teraz wiem, że była to mistyfi-

kacja. Takiego Towarzystwa nie było nigdy i pewnie nie będzie. 

  Ale pieniądze pan przyjął i odpłynął w dalszy rejs. 

  Brzmi to jak oskarżenie. Musi pan jednak zrozumieć moją sytuację. 

Straciłem  nadzieję  na  możliwość  kontynuacji  dalszego  rejsu.  Mój  jacht  ‒ 

jak  już  mówiłem  ‒  doznał  małej  awarii.  Pieniądze  spadły  mi  jak  z  nieba. 

Chciałem istotnie iść dalej, na południe. Mówiłem sobie, że po powrocie 

45 

background image

skomunikuję  się  z  tym  Towarzystwem  Popierania  Samotnych  Żeglarzy. 

Podziękuję... 

  Nie wysłał im pan zaraz podziękowania? 

  Nie.  Nie  było  dokładnego  adresu.  Podano  tylko  nazwę  tego  Towa-

rzystwa i miasto nadania przekazu: Fort-de-France na Martynice. Pomyśla-

łem nawet, że może to jakaś agenda Klubu Śródziemnomorskiego, który ma 

swoje oddziały  na całym  świecie, również  na Martynice.  A  może to jakieś 

stowarzyszenie  powstałe  w  czasach  Gerbaulta?  Dość,  że  pieniądze  przyją-

łem  i  popłynąłem  w  dalszy  rejs.  Oczywiście  na  południe.  Przez  cały  czas 

rejsu  myślałem  o  tym.  Stało  się  to  moją  obsesją.  Zacząłem  uważać  się  za 

wspólnika  jakiegoś  przestępstwa,  którego  charakteru  nie  znałem.  Może 

zbrodni?  Bo  w  tym  wszystkim  nie  działały  zjawiska  nadprzyrodzone...  U 

licha, skąd pan dowiedział się o tym przekazie? No, ale mniejsza o to. Do 

przekazu jeszcze  wrócę. Popłynąłem  więc  na południe.  Zaszedłem do Rio, 

potem do Buenos Aires, no i dotarłem do Hornu. O całej sprawie zapomnia-

łem. To znaczy włączyłem ją do łańcucha przeżyć na trasie Wielkiego Rej-

su ‒ takiego, pisanego z dużej litery. Przecież jestem maniakiem żeglarstwa, 

a  to  było  dopiero  prawdziwe,  wielkie  żeglarstwo.  Co  to  znaczy  opłynąć 

Horn,  tego  nikt  sobie  nie  potrafi  wyobrazić.  Wiele  na  ten  temat  czytałem, 

ale  to,  co  przeżyłem,  przekroczyło  daleko  ramy  opisów  i  ramy  mojej  wy-

obraźni.  Zawsze  w  podobnym  dokonaniu  musi  istnieć  przysłowiowy  łut 

szczęścia, a nie tylko wiedza żeglarska i wytrwałość. Miałem chwile abso-

lutnego  załamania.  Tylko  ten,  kto  oglądał  cypel  Horn,  rozumie  innego, 

który przeszedł także tę drogę. Nie zrozumie nigdy tego ktoś taki jak pan ‒ 

chyba że opłynie pan także Horn, ale w to wątpię. Jest to miejsce straszne, 

wydaje się, jakby za rufą pozostała cała, znana nam, cywilizowana ziemia, z 

jej wszystkimi aktualnymi problemami. Tam można zrozumieć takie słowa 

jak Wieczność, jak Nicość, jak Początek i jak Koniec. Mówię może bardzo  

46 

background image

patetycznie, ale nie sposób mówić o tym inaczej ‒ język nasz jest za ubogi, 

aby  wypowiedzieć  wszystkie  stany  duchowe  w  czasie  takiego  zdarzenia. 

Jeden z pisarzy angielskich powiedział kiedyś: „zdejmujcie kapelusz przed 

człowiekiem, który opłynął Horn”... Prawdę  mówiąc liczyłem, panie Julia-

nie, że zechce pan opisać moje przeżycia w czasie przejścia wokół przyląd-

ka Horn, a nie na temat jakiejś tam sensacyjnej historyjki. Horn... Przylądek 

Nieprzejednany... To też legenda, to też tajemnica i to też  łańcuch zjawisk 

niezwykłych.  Zapisano  mnie  do  bractwa  kaphornowców  jeszcze  w  czasie 

rejsu  ‒  bezpośrednio  do  „Amical  Internationale  des  Cap  Hornies”  w  Saint 

Malo,  w  tym  samym  Saint  Malo,  skąd  wyruszał  na  swe  eskapady  korsarz 

Suffren. Nie zgłosiłem się jeszcze do naszej, polskiej, narodowej sekcji, ale 

to wina choroby... 

  Niektórzy  twierdzą,  że  to  wina  pańskiego  egocentryzmu.  Przyznał 

pan, że zazdrości swym kolegom sukcesów. 

  Tak, zazdroszczę. Zazdroszczę każdemu żeglarzowi jego przepływa-

nych  mil  morskich,  jego  spotkania  z  „ryczącymi  czterdziestkami”...  Za-

zdroszczę im zresztą głównie młodości pod żaglami; tego, że przed nimi są 

wciąż otwarte morskie szlaki, że wabią ich morskie przestrzenie i oni mogą 

dać się porwać tym wezwaniom. A ja już nie ‒ stary wrak zacumowany w 

porcie, z gnijącymi pokładami, z urwanym sterem, ze zgubioną kotwicą. Jak 

mam im nie zazdrościć? I do tego są lepsi ode mnie, czyści i szlachetni... A 

ja... 

Ja też mu zazdrościłem. On realizował swoje marzenia utkane ze strzę-

pów  książek  i  płacił  wysoką  cenę.  Chyba  i  ja  zapłaciłbym  taką  cenę,  gdy-

bym mógł zrealizować swoje, podróżnicze, marzenia. Ale nie ‒ nigdy chyba 

nie zobaczę Barbados, Martyniki, Tahiti, nie będę żeglował po Morzu Sulu. 

Stąd ten mój prokuratorski ton w rozmowie towarzyskiej, stąd te moje insy-

nuacje. 

47 

background image

  A potem był Ocean Spokojny? ‒ zapytałem nie pozwalając mu zanu-

rzyć się w refleksjach. 

Ożywił się znów. 

  Właśnie,  Ocean  Spokojny,  a  więc  Wyspa  Wielkanocna,  a  więc  ar-

chipelagi  koralowe  z  frędzlastymi  palmami,  słońce,  niebo  i  woda...  Duże 

odległości, duże odległości... Miałem dobrą pogodę i dobre wiatry, i wolny 

czas.  No  i  sięgnąłem  wreszcie  po  tę  książkę  o  przygodach  Horatio  Horn-

blowera, którą zabrałem z pokładu statku-widma. W czasie czytania znala-

złem między kartkami list. 

  Ma go pan jeszcze? 

  Nie, ale treść zapamiętałem i  mogę ją zacytować z pamięci. Czemu 

pyta pan w taki sposób, jakby prowadził pan śledztwo? 

  Bo to jest jakby śledztwo, mówiłem już panu, tyle że po jego zakoń-

czeniu, nikt nie zostanie powieszony ani nagrodzony. Chodzi o książkę... 

  Jestem więc rzeczywiście złamanym, starym człowiekiem, jeżeli się 

na to godzę... 

  Ale  i  romantykiem,  któremu  szkoda  byłoby  zamknąć  tę  historię  we 

własnej  świadomości.  I  słusznie  ‒  próbowałem  złagodzić  wrażenie.  ‒  Są-

dzę, że pan Zbigniew powinien także poznać tę historię, jeżeli ma udać się 

na Martynikę po jacht. Może tam spotkać ludzi, którzy pamiętają historię ze 

statkiem-widmem. Nie byłoby dobrze, gdyby doszukiwali się w Zbigniewie 

kontynuatora pańskich detektywistycznych ambicji... 

  Ma pan rację. Lepiej, żebym opowiedział to do końca. Tak jak było. 

Ale  nie  życzyłbym  sobie,  aby  Zyga,  lub  ktokolwiek  inny,  chodził  moim 

ś

ladem. Jest to historia skończona, zamknięta. A opublikować może ją pan 

dopiero, gdy mnie już nie będzie na tej planecie. 

  Co więc było w liście? ‒ byłem znów konkretny. 

  Był to list pisany przez ojca do syna. Syn miał na imię Jean. List pi-

sany był po francusku. W liście tym ojciec prosił syna, aby wyjechał,  

48 

background image

dokądkolwiek  chce,  na  okres  najbliższego  miesiąca  i  zatarł  za  sobą  ślady. 

Pieniądze  na  niego  czekać  miały  w  najbliższej  filii  „American  Express”. 

Natomiast  po  powrocie,  powinien  zatrzymać  się  w  hotelu  „Seine”  w  St. 

Pierre i zapytać o Luciena. Lucien miał mu dać samochód, którym w dwie 

godziny  można  było  trafić  na  miejsce.  Co  to  było  za  „miejsce”  ‒  list  nie 

wyjaśniał.  Zapewne  Jean  wiedział,  o  jakie  „miejsce”  chodzi.  Autor  listu 

ostrzegał go tylko, aby nie zatrzymywał się w Fort-de-France. 

  Czego się obawiał? 

  Tego  w  liście  nie  wyjaśniano.  Ale  i  tak  było  już  dostatecznie  wiele 

informacji,  aby  zidentyfikować  miejsce.  Chodziło  o  wyspę  Martynikę,  o 

wyspę, z której wysłano mi ów przekaz pieniężny Towarzystwa Popierania 

Samotnych  Żeglarzy.  A  dwie  godziny  drogi  z  St.  Pierre  wskazywały,  że 

chodzi  o  jakieś  miejsce  na  północno-wschodniej  stronie  wyspy,  w  okolicy 

La Trinité. Żałowałem, że nie znalazłem tego listu wcześniej, wówczas gdy 

stałem na Barbados. 

  I  pan  mnie  pyta,  dlaczego  prowadzę  „śledztwo”?  Przecież  ma  pan 

takie  samo  usposobienie  jak  ja  i  tak  samo  wabi  pana  tajemnica  jak  mnie. 

Sądzę, że mamy pokrewne charaktery, podobną wyobraźnię... 

  Czy  będąc  na  moim  miejscu,  miałby  pan  podobne  pragnienia:  pój-

ś

cia tropem tej zagadki? 

  Z całą pewnością, ale szkopuł  w tym, że panu już raz zapłacono za 

to, żeby przestał się pan interesować tą sprawą. Jeżeli byliby to nawet Mar-

sjanie, mogli oczekiwać od pana, że zostawi ich pan w spokoju. 

  Ależ panie Julianie, to są tylko pańskie domysły, że zapłacono mi za 

milczenie.  Wydaje  się,  że  chciano  po  prostu  pozbyć  się  mnie  i  to  im  się 

udało. W dodatku było zupełnie naturalne, że mogłem chcieć poznać osobi-

ś

cie mojego dobroczyńcę. 

  I motywy jego charytatywności. 

  I motywy także, jeżeli nazwać to charytatywnością. 

49 

background image

  Będąc na Pacyfiku, zdecydował więc pan powrócić na Antyle. Jesz-

cze raz... 

  Tak. Ale był to projekt jeszcze bardzo mglisty.  Zatrzymałem  się  na 

Tahiti,  potem  na  Filipinach,  miałem  dość  niebezpieczną  przygodę  z  party-

zantami  na  Morzu  Sulu.  Ktoś  oskarżył  mnie  nawet  o  sprzyjanie  separaty-

stom  w  rejonie  Zamboanga.  To  również  cała  historia,  może  panu  kiedyś 

opowiem. 

  Przewiózł pan broń na pokładzie „Noa Noa”? 

  Zostałem  do  tego  zmuszony  i  do  dziś  dziwię  się,  że  na  koniec  nie 

wsadzili  mi  noża  w  serce.  Byłem  przecież  „ohydnym  białym”,  znienawi-

dzonym przez obie walczące strony. Ale istotnie, liczyli, że nikt nie będzie 

penetrował wnętrza takiej łupiny jak „Noa Noa”, kierowanej przez szaleńca. 

Ta sprawa utrudniła mi jednak dalsze poruszanie się po archipelagu Malezji 

i Indonezji. Potem był Ocean Indyjski, cypel Afryki i Południowy Atlantyk. 

Dotliłem wreszcie do Dakaru i zastanawiałem się, czy płynąć do kraju, czy 

wejść znów w strefę pasatów i osiągnąć barierę Antyli. 

  Ostatecznie wybrał pan Antyle? 

  Tak, ale postanowiłem  na  Antylach nigdzie nie zawijać, aż zobaczę 

brzegi Martyniki. A tam po prostu miałem zamiar stanąć w St. Pierre. Omi-

nąć Fort-de-France i zacumować bezpośrednio w St. Pierre. 

  Bał się pan, że tamci z Towarzystwa Popierania Samotnych Żeglarzy 

mogą mieć w Fort-de-France swoich ludzi? 

  Nazwijmy to: byłem przezorny. 

  Co pan chciał osiągnąć wchodząc do St. Pierre na Martynice? 

  Chciałem  rozliczyć  się  z  kimś,  kto  wręczył  mi  kiedyś  te  pieniądze. 

Chciałem  po  prostu  odkryć  tajemnicę  statku-widma.  Na  własny  użytek. 

Może  pan  to  zrozumieć?  Gdybym  nawet  miał  za  to  zapłacić  własnym  ży-

ciem, nie cofnąłbym się przed tym przedsięwzięciem. Chyba tak gorąco 

50 

background image

chciał  Kolumb  zobaczyć  ląd  na  drugim  brzegu  Atlantyku,  a  Cortez  złote 

miasta Majów. 

  Czuł się pan więc współczesnym konkwistadorem? 

  To za wiele powiedziane. Byłem po prostu i jestem romantykiem. 

  Cortez nie był na pewno romantykiem. 

  Różnimy się w ocenach faktów i ludzi, ale to nie takie ważne, skoro 

osiągnąłem  cel.  Lawirując  wśród  cudownych  wysp,  wabiących  swoimi 

niepowtarzalnymi pejzażami,  goniąc resztkami  sił i prowiantu, dobiłem do 

brzegów  Martyniki.  I  tak  zaczął  się  drugi  rozdział  mojej  Wielkiej  Przygo-

dy... 

4. 

Arystowicz  poczuł  się  trochę  gorzej,  ale  opowiadał  jeszcze  długo.  Potem 

nagle stwierdził, że na dziś koniec i poprosił mnie o odwiezienie Marty do 

domu.  Siedzieliśmy  w  pokoju  wynajmowanym  przez  żeglarza,  gdzie  wła-

ś

cicielka pensjonatu poleciła podać nam kolację. Piliśmy dalej koniak, co z 

niepokojem  obserwowała  Marta.  Słuchając  opowieści  samotnego  żeglarza, 

robiłem  notatki,  ale  byłem  pewny,  że  nadam  całości  kształt  noweli.  Moty-

wacje  działań  poszczególnych  postaci  tej  historii  wydawały  mi  się  absur-

dalne  ‒  musiałem  znaleźć  dla  nich  jakieś  uzasadnienie.  Ale  jak  znaleźć 

logiczne  uzasadnienie  dla  działania  Arystowicza?  Niby  chciał  mi  zdradzić 

tajemnicę, ale potem wycofywał się, operował aluzjami, schodził na boczne 

tory, kluczył, a wreszcie zaczynał fantazjować. 

W moim przekonaniu dobrnął do końca, ale on obiecywał jeszcze jutro 

kontynuację  opowieści.  O  czym  chciał  jeszcze  opowiedzieć?  Pożegnałem 

go  i  radziłem  Zachwatowiczowi,  aby  poszedł  także  spać.  Potem  zabrałem 

Martę.  Nie  lubię  prowadzić  wozu  po  kilku  kieliszkach  koniaku,  a  Marta 

podzielała moje zasady. Poszliśmy więc do najbliższego przystanku  

51 

background image

autobusowego,  gdzie  dowiedzieliśmy  się,  że  mamy  jeszcze  tylko  jeden 

autobus, ale w przeciwnym kierunku ‒ nie do Karwi, lecz do Władysławo-

wa. Zaproponowałem więc Marcie, że pojedziemy do Władysławowa i tam 

znajdziemy  taksówkę.  Pomysł  był  nonsensem,  ale  tyle  było  nonsensów  w 

naszym spotkaniu, że jeden więcej nie sprawiał różnicy. Pojechaliśmy więc 

do  Władysławowa  szukać  taksówki  pod  okazałym  Domem  Rybaka;  osta-

tecznie  poszliśmy  do  miejscowej  restauracji.  Kierownik  znalazł  nam  za-

ciszny  stolik,  którego  jedynym  mankamentem  było,  że  z  tego  miejsca  nie 

widziało  się  parkietu,  gdzie  był  właśnie  strip-tease.  Mankament  ten  wydał 

się  nam  nader  cenny  ‒  mieliśmy  niewątpliwy  spokój,  różni  natręci  omijali 

bowiem podobny kąt, pragnąc nic nie uronić z parterowego spektaklu. 

Zamówiłem koniak, kawę i wodę. Ponieważ miał być koniak, kelner nie 

był oburzony, że nie zamówiłem kotleta schabowego ani węgorza z rusztu. 

Z tym lokalem łączyły Martę jakieś wspomnienia. Widziałem, że wyraźnie 

czuje  się  podniecona  obecnością  tutaj.  Wyznała,  że  „dawno  tu  nie  była”, 

jakby tonem usprawiedliwienia. Z głośnika leciały oszałamiające wrzaski i 

zmusiło to dziewczynę do nachylenia się ponad stolikiem, kiedy mówiła do 

mnie. Nadało to całości charakter intymnych zwierzeń; a więc po spowiedzi 

Arystowicza,  wysłuchiwałem  kolejnej  spowiedzi  dziewczyny,  z  tym  że  jej 

historia była znacznie prostsza niż żeglarza i właśnie zaskoczyła mnie swo-

im kontrastem. 

Marta  miała  obecnie  lat  dwadzieścia  sześć  czy  siedem.  Podała  mi  datę 

urodzenia  i  próbowałem  szybko  w  myśli  obliczyć  jej  wiek.  Nad  morze 

przyjechała przed kilku laty z drugiego końca Polski, z Jasła. Przyjechała u 

schyłku sezonu, na jesieni. To był jej pierwszy kontakt z morzem. Nie były 

to wczasy. Przyjechała po śmierci matki, gdy została sama na świecie. Tak 

powiedziała ‒ „sama na świecie”. Tutaj mieszkała siostra jej matki, a więc 

jej ciotka, której mąż zobowiązał się znaleźć Marcie pracę. Dostała ją w 

52 

background image

patroszarni  „Szkunera”.  Wiosną  zaczęła  odczuwać  bóle  rąk,  było  to  ostre 

zapalenie  stawów.  Leczyła  się  w  specjalistycznym  ośrodku  w  Sopocie. 

Kiedy  wróciła,  zerwała  z  patroszarnią  i  spróbowała  swych  umiejętności 

jako kelnerka. W tym czasie poznała chłopca, z którym „zaczęła chodzić”. 

I wtedy przyszedł Bartłomiejowy Sztorm... 

Miano takie  nadają rybacy pierwszemu sztormowi jesieni,  który zdarza 

się około dnia  świętego Bartłomieja. Wichura  wieje  wtedy trzy albo i pięć 

dni,  fale  łamią  się  na  betonie  mola,  strzelając  wysokimi  fontannami,  a  w 

porcie stoją kutry wszystkich bałtyckich nacji, oczekując na poprawę pogo-

dy.  Bartłomiejowy  Sztorm  wygania  z  plaży  większość  letników,  którzy 

przekonani,  że  to  już  koniec  lata,  pakują  manatki  i  uciekają  z  Wybrzeża. 

Gdy  przychodzi  potem  słoneczny,  cudowny  wrzesień,  z  plaż  korzystają 

nieliczni znawcy nadmorskiej aury i opalone rybackie dzieci. 

W czasie Bartłomiejowego Sztormu Marta poznała rybaka z załogi jed-

nego z kutrów duńskich. Uczyła się  w  szkole angielskiego, to jej pomogło 

porozumieć  się  z  Duńczykiem.  Porozumiałaby  się  jednak  i  bez  tego.  Był 

piękny i szedł od niego wiew szerokiego świata, do którego zaczęła ostatnio 

tak  bardzo  tęsknić.  I  to,  czego  nie  mógł  wyżebrać  Tadek  ‒  jej  chłopak  ‒ 

otrzymał  bez  proszenia  Duńczyk.  Przyszła  do  niego  ‒  na  jego  przelotną 

kwaterę  w  Domu  Rybaka  ‒  bo  często  marynarze  z  jednostek  stojących  w 

porcie  wynajmowali  pokoje,  aby  pomieszkać  wygodnie  na  stałym  lądzie. 

Był jej pierwszym mężczyzną. 

Pokochała  go  tak,  jak  może  tylko  pokochać  naiwna  dziewczyna  ideał 

swych marzeń. 

Pytała go, jak i gdzie mieszka, oczekując odpowiedzi zgodnej ze swoim 

ś

wiatem marzeń, a on ‒ chyba orientując się o co jej chodzi ‒ zapominał o 

domku  na  brzegach  cichej  zatoki  i  kreślił  kolorowe  obrazy  willi  nadmor-

skich wśród palm. Znał te wizje, tak jak i ona, z kina. 

53 

background image

Następnego dnia wiatr ustał tak samo gwałtownie, jak nadleciał. Morze 

kolebało martwą falą, ale kutry opuszczały już basen portowy. Duński kuter 

wyszedł jeden z pierwszych. 

Historia banalna, jak milion podobnych. 

  Sama nie wiem, dlaczego o tym panu opowiadam, ale po raz pierw-

szy w eleganckim lokalu byłam z tym Duńczykiem. 

  W jakim „eleganckim lokalu”? 

  Właśnie tu, w Domu Rybaka. 

Tym „eleganckim lokalem” mnie rozbroiła. 

  Czy widziała go pani jeszcze kiedyś? 

  Kogo? 

  Duńczyka. 

  Nie. Oczywiście, że nie. Przecież ich kutry nie mają w planie zawi-

jania do Władysławowa. Takie odwiedziny to dla nich same straty. To kosz-

tuje. Często wolą sztormować, jeżeli fala nie jest za wysoka. Można liczyć 

tylko na zbieg okoliczności ‒ sztorm o wielkiej sile, uszkodzony silnik, no i 

musieliby znaleźć się akurat w pobliżu Władysławowa. 

  Mimo to czekała pani na niego. 

  Czekałam... Czekam, zawsze, zwłaszcza kiedy jest sztorm... 

Skończyła potem kursy pielęgniarskie, zamieszkała w Karwi, pracuje w 

miejscowym ośrodku. Mieszka tam z dzieckiem. 

  Jak poznała pani Arystowicza? 

  Poproszono  mnie  o  opiekę  nad  nim.  Cały  miesiąc  mieszkałam  w 

pensjonacie pani Topolskiej. Był bardzo ciężko chory. Myśleli wszyscy, że 

umrze. Wyszedł z tego, ale nie na długo. Jeżeli znów zachoruje, przeniosę 

się do pensjonatu, aby go pielęgnować. 

  Czy wie pani, że Arystowicz niedługo umrze? 

  Wiem. On też wie o tym. 

54 

background image

  Lubi go pani? 

  Ja go kocham.  

Tak też myślałem. 

Przez moment milczeliśmy słuchając muzyki nadawanej z taśm magne-

tofonowych. W pewnej chwili podszedł do naszego stolika ktoś  w  mundu-

rze oficera marynarki handlowej i zapytał, czy mógłby się dosiąść. On także 

szukał  jakiegoś  ustronnego  kącika,  żeby  coś  zjeść  w  spokoju  i  jego  także 

nie  interesował  strip-tease.  Znałem  go  dość  dawno  z  jakichś  środowisko-

wych  spotkań  pisarzy  z  ludźmi  morza,  potem  spotykałem  się  z  nim,  gdy 

zbierałem materiały na temat pracy ratownictwa morskiego do pewnej sen-

sacyjnej książki. Nazywał się Rowiński i pracował w Polskim Ratownictwie 

Okrętowym. We Władysławowie był zapewne na jakiejś inspekcji. Wydało 

mi  się,  że  zjawił  się  w  samą  porę,  temat  rozmowy  między  mną  a  Martą 

został wyczerpany. 

  Nie przeszkadzam? 

  Ależ  skąd!  Wracamy  właśnie  od  Remy  Arystowicza  z  Jastrzębiej 

Góry. 

  Od tego żeglarza-samotnika? 

  Właśnie od niego. 

  Podobno  jest  ciężko  chory,  a  w  dodatku  to  jakiś  dziwak,  odludek... 

Zdaje się jednak, że oni wszyscy tacy. Teliga też był trochę dziwak i odlu-

dek. 

  Wszystko się zgadza: i dziwak, i odludek, ale ciekawy człowiek. 

  Wszyscy dziwacy są ciekawi. Państwo do Gdyni? 

Wyjaśniłem  naszą  sytuację  i  Rowiński  natychmiast  zaoferował  pomoc. 

Zje kolację i odwiezie  nas do Karwi,  gdzie zostawimy Martę, a potem od-

wiezie mnie. 

  Przygotowuje pan książkę o Arystowiczu? ‒ spytał. 

  Mam taki zamiar, ale nie wiem, czy mi się to uda. 

  Małomówny? 

55 

background image

  Ależ nie! Po prostu kopalnia tematów, ale tak obfita kopalnia, że nie 

wiem od czego zacząć książkę. 

  A pana powieść o ludziach z ratownictwa morskiego? 

  Leży nie dokończona. Wciąż łapię się na tym, że za mało poznałem 

temat. Jestem w gruncie rzeczy dyletantem. 

  O ile wiem, pływał pan trochę. 

  Okazuje się, że ciągle tego za mało. Może należałoby pływać na jed-

nostkach jednego typu i pływać całe życie ‒ żeby coś napisać? A co u pana 

 załoga ratownicza czuwa? 

  Czuwa. 

Rowiński musiał mieć specjalne względy, bo dość szybko przyniesiono 

mu jedzenie, które zamówił chyba po drodze do sali restauracyjnej. 

  Czy nie zdarzają się pomyłki w wezwaniu o pomoc? 

  Zdarzają się. Czasami są to światła pozycyjne samolotu lub płomień 

dysz odrzutowca, a gorzej, gdy w Sylwestra ktoś nierozważny wystrzeli na 

statku czerwone rakiety „na wiwat”. 

  Jaki  przewidziano  czas  od  decyzji  o  rozpoczęciu  akcji  ratunkowej, 

do momentu odbicia jednostki ratowniczej od nabrzeża? 

  Najwyżej dziesięć minut. 

  Nawet przy „ósemce” na morzu? 

  Nawet przy „dziesiątce”. 

  Zdarzało się, że nie zdążyli? 

  Zdarzało  się.  Mieliśmy  również  sytuację,  gdy  jednostka  ratownicza 

dostawała  się  w  nie  byle  jakie  opały.  W  czasie  ratowania  „Daru  Opola” 

sztormowe  fale  obróciły  jednostkę  ratowniczą  z  Władysławowa  kilem  do 

góry. I niech pan sobie wyobrazi, nikt nie utonął, a nawet nie puścili holu. 

Po dokonaniu pełnego obrotu weszli do portu, ciągnąc za sobą „Dar Opola”. 

Innym  razem,  kiedy  na  mieliznę  koło  Władysławowa  weszły  dwa  kutry, 

idąca im na pomoc nasza jednostka ratownicza „Halny” także weszła na  

56 

background image

mieliznę.  Z  morzem  nie  ma  żartów.  Ostatnio  dobitnie  poświadczyła  o  tym 

seria  katastrof  jachtowych:  straciliśmy  „Otago”,  straciliśmy  „Iwonę  Pień-

kawę”,  a  tuż,  niedaleko  nas,  rozbił  się  na  władysławowskim  falochronie 

jacht „Centaurus”... Denerwują mnie ci jachtowi kawalerzyści. 

  Nie fascynują pana białe żagle na morzu? 

  Nie jestem romantykiem, proszę pana. Morze to po pierwsze warsz-

tat pracy, a nie boisko sportowe. 

  Mam jeszcze jedno pytanie: czy zdarzyło się, że ratownicy wyławiali 

jakiś  pas  ratunkowy,  jakąś  szalupę,  o  których  pochodzeniu  nikt  nie  umiał 

nic powiedzieć? 

  Oj,  czuję,  że  rodzi  się  jakaś  książka  morska!  I  pewnie  o  Latającym 

Holendrze, zgadłem? 

  Nie odpowiedział pan jednak na pytanie. 

  No więc dobrze, zdarzało się to i często się zdarza. A czy milicja jest 

w  stanie  wyjaśnić  każde  włamanie,  każde  morderstwo?  Także  nie.  Zostaje 

więc wówczas TAJEMNICA. I piszą o niej książki, tacy jak pan. Nie gnie-

wa się pan na mnie za to, co mówię? 

  Nie, skąd! A czyta pan takie książki? 

  Czasami dla relaksu, proszę pana, a codzienność nie daje wiele czasu 

na rozrywki. Widzi pan, jest noc, a ja dopiero skończyłem pracę. 

  Czy tu, we Władysławowie, znaleziono kiedyś łódź bez załogi? 

  A tak. Było coś takiego. I niech pan sobie wyobrazi, nikt na obszarze 

całego  Bałtyku  nie  zameldował  wówczas  o  zniknięciu  łodzi.  Licho  wie, 

skąd się wzięła. 

  A zdarzyło się, że jakiś statek przepadał bez wieści? 

  Było  kilka  takich  przypadków  z  jednostkami  rybackimi,  ale  nie 

wiem, czy później nie znaleziono jakichś śladów. Czy zresztą zawsze moż-

na zidentyfikować szczątki burty, kawałki desek pokładu albo wyrzuconego 

na plażę topielca, który leżał miesiąc w wodzie? Mówiłem już panu,  

57 

background image

zostaje TAJEMNICA,  ale  to  nie  znaczy  zaraz,  żeby  wierzyć  w  Latającego 

Holendra. 

Rowiński  odwiózł  Martę  do  Karwi,  a  następnie  wysadził  mnie  przed 

pensjonatem,  w  którym  zamieszkiwał  kapitan  Arystowicz.  Życzył  mi  spo-

kojnej nocy i radził wrócić do tematu ratownictwa okrętowego. Może miał 

rację. 

W  drzwiach  pensjonatu  natknąłem  się  na  właścicielkę  tego  przybytku, 

panią Topolską. Sprawiała wrażenie podekscytowanej. 

  Wie pan... nie poznaję pana Arystowicza. Nie wiem, co robić. Posy-

łać po lekarza, czy iść tam i stanowczo zażądać, aby szedł spać? 

  A co się dzieje? 

  Siedzą razem z tym młodym, który przyjechał z panem i... śpiewają! 

Wytłumaczyłem pani Topolskiej, że Remy i Zyga to żeglarze, a żeglarze 

na całym świecie lubią sobie pośpiewać, niezależnie od wieku i niezależnie 

od stanu zdrowia. Teraz rzeczywiście usłyszałem i ja, górował zdecydowa-

nie potężny głos Arystowicza. 

„... Kiedy sztorm morze wzburzy,  

W takielunku wiatr wyje,  

To załoga „Zawiszy”  

Czuje wtedy, że żyje...” 

Uspokoiłem  więc  panią  Topolską  i  obiecałem  uspokoić  rozśpiewanych 

ż

eglarzy. Wstąpiłem, jeszcze  do łazienki, aby obmyć twarz zimną  wodą, a 

gdy szedłem już korytarzem, repertuar uległ zmianie. 

„... Wróćcie do mnie białe żagle ‒ 

Hen, z dalekich oceanów 

I przynieście białą mewę w górnej rei...” 

Podszedłem  do  drzwi  i  nacisnąłem  klamkę.  Nie  usłyszeli  mojego  wej-

ś

cia. Siedzieli obaj przed otwartymi drzwiami balkonowymi, Arystowicz na  

58 

background image

fotelu,  Zyga  Zachwatowicz  na  podłodze.  Firanka  była  odsłonięta,  lampa 

zgaszona, a na framudze rozbłysło odbicie światła rozewskiej latarni. 

„Białe żagle, białe żagle ‒ 

Tak bielutkie jak sukienka mej dziewczyny... 

Co zniknęły mi tak nagle 

Jak wspomnienia mej młodości... 

Białe żagle...” 

5. 

Rano Arystowicz dostał krwotoku i nie mogło być mowy o kontynuowaniu 

wywiadu.  Przyjechał  doktor  Różański,  w  pensjonacie  zjawiła  się  Marta,  a 

lekarz zalecił, żeby nie odstępowała chorego. 

W  południe  uregulowałem  rachunek  i  pożegnałem  się  z  właścicielką 

pensjonatu,  obiecując  wrócić,  jak  tylko  Arystowicz  poczuje  się  lepiej,  ale 

trudno było przewidzieć, kiedy to nastąpi. 

Na  drodze  mijaliśmy  całe  karawany  samochodów  z  rejestracją  ze 

wszystkich  stron  kraju.  Zaczynała  się  pełnia  sezonu.  Byliśmy,  zdaje  się,  z 

Zygą  jedynymi,  którzy  opuszczali  Władysławowo,  kierując  się  w  stronę 

Gdyni.  Pogoda  także  się  poprawiła.  Na  niebie  zostały  samotne,  niegroźne 

cumulusy, słońce przygrzewało, plaże znów zaroiły się od wczasowiczów. 

  Remy  opowiedział  mi  wczoraj  wiele  dodatkowych,  ciekawych  in-

formacji o swoim pobycie na Antylach. Sądzę, że ułatwi mi to odbiór jach-

tu. Jest tam nawet opłacony przez Arystowicza człowiek, który miał dbać o 

konserwację  statku.  Nie  będzie  chyba  większych  trudności  w  przyprowa-

dzeniu jachtu do Polski. 

  Chcesz jechać sam? 

  A czemu nie? Mam przecież solidną wiedzę i praktykę, a każdy ma-

rzy  o  samotnym  rejsie,  w  którym  najlepiej  sprawdzić  swoje  umiejętności  i 

możliwości. 

59 

background image

  Nie namawiał cię, aby pójść jego śladem i grzebać się w tych zagad-

kach? 

Zyga odwrócił twarz i spojrzał na mnie pytająco. 

  Zdaje  się,  że  życzy  sobie  czegoś  wręcz  odwrotnego.  Dlaczego  tak 

pomyślałeś? 

  Tak mi się tylko wydawało, Arystowicz mógł wysłać mnie z Martą, 

aby pomówić swobodnie z tobą. Jego dalej coś gnębi, w tym wszystkim jest 

jednak jeszcze jakaś zagadka. 

  Chyba  to  prawda,  ale  przecież  tematy  naszych  rozmów  były  różne: 

ciebie interesowała przeszłość, ja miałem otrzymać kilka rad i wskazówek, 

jak  przyprowadzić  jacht  do  Polski  wprost  z  Martyniki.  To  oczywiste,  że 

chciał  zostać  ze  mną.  Ty  nie  jesteś  żeglarzem,  co  najwyżej  teoretykiem  i 

literackim  entuzjastą  żeglarstwa,  ja  po  prostu  pływam.  I  wiesz  co,  „Noa 

Noa” nie stoi wcale w St. Pierre, ale w Fort-de-France. 

  Wpadniesz do mnie przed wyjazdem na Antyle? 

  Chętnie. 

  Zrobiłem  notatki  z  wczorajszej  opowieści  Arystowicza,  spróbuję 

ułożyć je w całość. 

  Chcesz to wydać? 

  Arystowicz  jest  jedynym  naszym  żeglarzem  bez  biografii,  bez  wy-

wiadów, bez nagród, bez sławy, nie należy do polskiego  „bractwa  kaphor-

nowców”, unika spotkań koleżeńskich. 

  Uważasz, że „nietypowy”? ‒ zapytał jakby ironicznie. 

  Nie o to chodzi, że „nietypowy”. Po prostu warto zostawić o nim ja-

kieś  wspomnienie.  Nikt  dotąd  tego  nie  spróbował  napisać,  a  tymczasem 

zdrowie Arystowicza... 

  To pewne, że jest z nim tak źle? 

  Zupełnie pewne. 

  Szkoda chłopa. Wczoraj, jak odszedłeś i jak już nie widział twojego 

notatnika, jakby  się odmienił. Poznałem go  takim, jakim go nikt dotąd  nie 

znał. 

60 

background image

  Może Marta? 

  Żartujesz... 

  Nie, nie żartuję. Kocha się w nim, powiedziała mi o tym. Muszę coś 

jeszcze  sprawdzić,  podobno  przed  wyruszeniem  w  rejs  Arystowicz  był  już 

ż

onaty, a po powrocie wziął rozwód. 

  Po co to badać? Po co grzebać w cudzych sprawach? 

  Jeżeli  będzie  postacią  sławną,  będą  grzebać  inni.  „Grzebiąc  się  w 

cudzych  sprawach”  ludzie  szukają  motywacji  postępowania  innych,  a  to  z 

kolei  pomaga  lepiej  zrozumieć  im  siebie.  Cena  sławy,  to  między  innymi 

wglądanie  ludzi  obcych  w  osobiste  sprawy  człowieka  sławnego.  Jeżeli  nie 

lubisz tego, nie szukaj popularności. 

  Lubię żeglarstwo. Jest dla mnie wszystkim. 

  Arystowicz wiedział o tym i dlatego wybrał ciebie na swego następ-

cę. Trzymam cię za słowo, że przed odjazdem wpadniesz do mnie. Płyniesz 

statkiem na Morze Karaibskie? 

  Podobno mają mi załatwić samolot do Meksyku, a stamtąd przez Pu-

erto  Rico  albo  Jamajkę  mam  się  dostać  na  Martynikę.  Jeżeli,  jak  mówi 

Arystowicz, jacht jest konserwowany, sprawny, można załadować prowiant 

i paliwo i... płynąć. 

  Jaką trasę wybierzesz? 

  Może  starą  trasę  hiszpańskich  „Srebrnych  Flot”,  a  może  wprost  na 

północ, przez barierę wysp Bahama, potem  wzdłuż brzegów  Ameryki Pół-

nocnej i od Nowego Jorku na wschód. Mogę mieć tam lepsze wiatry. Zresz-

tą nie wiadomo jeszcze, kiedy będę płynął, w jakim miesiącu. Jeżeli okaże 

się, że przygotowania do rejsu potrwają ‒ będę wybierał zależnie od bieżą-

cych warunków na Atlantyku. Otwartego Atlantyku nie boję się. „Noa Noa” 

to  zresztą  jacht  stateczny  i  równocześnie  przystosowany  do  ewentualnej 

wywrotki, choć nikt nie chciałby czegoś podobnego przeżywać. Lękam się 

trochę Zatoki Biskajskiej, mam z tego obszaru jak najgorsze wspomnienia i  

61 

background image

radziłbym  każdemu  żeglarzowi  omijanie  tego  kotła.  Tam  są  zawsze  jakieś 

niespodzianki.  Arystowicz  już  w  czasie  rejsu  dobrze  wyposażył  jacht.  Ma 

obecnie  radiostację  bezpieczeństwa  i  to  dobrego  gatunku  ‒  „Clifford  and 

Shell Lifeline Radio”, a także silny radiotelefon. 

  Nie miał tego, kiedy wypływał. 

  Znów coś sugerujesz. Widocznie zarobił, sprzedając swoje obrazy, a 

zresztą nie miałbym mu za złe, gdyby nawet przemycał broń na Morzu Sulu 

dla powstańców w Zamboanga. Jak przyjadę do ciebie, pokażesz mi notatki 

o Arystowiczu? 

  Oczywiście. Ale na początek piszę o tym, co zdarzyło się Arystowi-

czowi na Martynice. 

  A więc, jak on sam to nazywa: drugi rozdział jego przygód w czasie 

rejsu dookoła świata. Zaczynasz od drugiego rozdziału tej Wielkiej Przygo-

dy. Dlaczego nie od pierwszego? 

  Pierwszy  wymagać  będzie  z  pewnością  jeszcze  uzupełnień;  nato-

miast ten drugi, od  momentu  wylądowania  na Martynice, przypomina  sen-

sacyjne  powieści.  Coś  jest  tu  z  walki  Jamesa  Bonda  z  doktorem  No.  Aż 

wierzyć się nie chce, że to rzeczywistość. 

Znów spojrzał na mnie podejrzliwie. 

  Nie wierzysz mu? 

  To nie ma nic do rzeczy. Opiszę tak, jak odmalował nam to wczoraj 

przy koniaku, tyle że swoimi słowami, jakbym pisał vie romancee. 

  Co takiego? 

  Vie romancée, czyli biografię w formie powieści. 

  Nie nakłamiesz tam za wiele? 

  Sam ocenisz. Jeżeli uznasz, że nakłamałem, nie opublikuję. Zgoda? 

  Zgoda. 

Wjeżdżaliśmy  już  w  szerokie  arterie  Chylonii.  Wiatr  przegnał  ostatnie 

chmury, na najbliższe dni zapowiadała się piękna pogoda. 

62 

background image

Część II 

Rezydencja „Xanadu” 

„Martynika, Jamajka 

 wszystko to tylko imaginacja...” 

Aimé Césaire  

(Martynika) 

1. 

Właściwie  można  to  sobie  doskonale  wyobrazić  ‒  od  strony  morza  niebo 

ciemnobłękitne, od lądu ‒ spowite mgłą, w okolicach wulkanu Mt. Pelée ‒ 

wełniste  obłoki.  Morze  o  barwie  ciemnego  szafiru  przy  wybrzeżach,  prze-

chodzące w srebrzystą gładź na horyzoncie. Naokoło bujna zieleń, palmy i 

zgiełk miasta, które ongiś było stolicą Martyniki, a od czasu słynnej erupcji 

wulkanu Mt. Pelée zajmuje drugie miejsce na wyspie po Fort-de-France. 

   Czy  chce  pan  zobaczyć  starego  mordercę  ‒  górę  Pelée  ‒  z  bliska, 

monsieur navigateur solitaire? ‒ pyta recepcjonista ubrany w niezbyt czyste 

białe  spodnie  i  białą  koszulę  bez  rękawów.  Recepcjonista  ma  oliwkową 

skórę  i  wydatne  wargi,  jego  mowa  przypomina  francuszczyznę  pewnych 

dzielnic  Paryża  zamieszkałych  przez  cudzoziemców,  ale  równocześnie 

wyzbyta jest tamtej wulgarności. Jest miękka, trochę szeleszcząca, jak hisz-

pański z Katalonii. Mowę tą kształtowali konkwistadorzy, handlarze 

63 

background image

niewolnikami i piraci, a potem haitańskie bunty, dyrektoriat i cesarstwo. Na 

Mont  Pelée,  a  raczej  Montagne  Pelée  ‒  trzeba  jednak  się  udać  koniecznie, 

aby  „zobaczyć  mordercę  z  bliska”.  W  roku  1902  wybuch  tego  wulkanu 

zmiótł w ciągu trzech minut całe miasto z powierzchni ziemi, razem z trzy-

dziestoma tysiącami mieszkańców. Ocalał tylko jeden człowiek ‒ osadzony 

wówczas  w  kamiennym  lochu  więzienia.  Życie  lubi  widocznie  paradoksy. 

Od tego czasu miasto St. Pierre odbudowało się, rozrosło, choć nie zdobyło 

już  prymatu  nad  nową  stolicą.  Nieliczne  ruiny  na  peryferiach  stanowią 

jeszcze wciąż miejsce pielgrzymek turystów. 

Ale monsieur navigateur solitaire odkłada wycieczki na później, choć z 

nich nie rezygnuje. U recepcjonisty zamawia natomiast małą kawę, aroma-

tyczną,  mocną,  gorącą  i  czarną  jak  smoła.  Jest  właśnie  pora  deszczowa, 

trwająca tu od lipca do listopada. Lekka bryza nie łagodzi wilgotnej duchoty 

tropików.  Remy  Arystowicz  ociera  chusteczką  spocone  czoło.  Hotel  „Le 

Seine”,  w  którym  zamieszkał,  nie  ma  nic  z  Hiltona.  Mają  tu  wprawdzie 

prysznice w pokojach i wizerunek cesarzowej Józefiny w hallu (oczywiście 

cesarzowej Józefiny ‒ żony Napoleona, która rodem była z Martyniki), ale 

jest to hotelik więcej niż skromny. Raduje to Arystowicza, który bał się, że 

„Le  Seine”  okaże  się  wieżowcem  albo  potężnym  blokiem  o  wyszukanej 

architekturze, jak te znane mu z prospektów zachwalających wyspy Bahama 

albo Porto Rico ‒ raj milionerów. Ale Martynika to nie wyspy Bahama ani 

Porto Rico. 

Portier, na którego obliczu zapisały się  wszystkie  wpływy  rasowe Indii 

Zachodnich,  nie  przestaje  się  uśmiechać  i  wabić  propozycjami  turystycz-

nymi. Ma na imię Denis. To dobrze, że nie Lucien. Można go jednak spytać 

o pana Luciena, który wypożycza samochody. 

   Znasz może pana Luciena? ‒ pyta żeglarz, popijając kawę. Spogląda 

wprost w oczy recepcjonisty i widzi, jak tęczówki tamtemu mętnieją. Już 

64 

background image

nie zachwala wycieczek w góry, aby obejrzeć „starego mordercę”... 

  Pana Luciena? ‒ powtarza pytanie, udając, że nie dosłyszał. 

  Dobrze usłyszałeś, Denis. Właśnie pana Luciena ‒~ powtarza Remy. 

  Tego, który... ‒ portier jąka się, milknie. 

  Potrzebny  mi  samochód  ‒  wyjaśnia  żeglarz.  ‒  Dwie  godziny  drogi 

nie więcej... Może wrócę zaraz, może zostanę... 

Remy mówi wolno, obserwując wrażenie, jakie jego słowa wywołują na 

twarzy  recepcjonisty.  Denis  już  się  nie  śmieje.  Jest  speszony,  nawet  zde-

nerwowany.  Brał  tego  przybłędę  z  morza  za  zwykłego  żeglarza-turystę 

szukającego tu egzotycznych wrażeń. Po propozycjach odbycia podróży na 

szczyt  Mt.  Pelée  z  pewnością  przyszłaby  propozycja  obejrzenia  wieczoru 

folklorystycznego  (oczywiście  „valse  martiniquaise”,  w  których  brzmią 

rytmy  kubańskiej  zarzueli  i  polskiego  mazurka,  przyniesionego  do  Indii 

Zachodnich przez krnąbrnych legionistów polskich,  których zapragnął  wy-

gubić Bonaparte w malarycznych bagnach San Domingo). Następna propo-

zycja  dotyczyłaby  poznania  miejscowej  szansonistki  „la  mulata”,  z  którą 

można spędzić noc za dwadzieścia dolarów, pół nocy za dziesięć, a godzinę 

za pięć. A może „monsieur navigateur solitaire” reflektowałby na poznanie 

oryginalnego  czarownika  ‒  „quimboiseur”  zawsze  może  się  przydać  na 

Martynice, można tu bowiem nagle zapaść na dziwną chorobę, z której już 

nikt  nigdy  nie  wyleczy...  Niestety,  navigateur  solitaire  żąda  tylko  sprowa-

dzenia pana Luciena. Więc będzie Lucien! 

Denis  przywołuje  małego,  czarnego  jak  smoła  chłopaczka  i  mówi  do 

niego coś szybko, miejscowym slangiem, czego Arystowicz nie jest w sta-

nie zrozumieć. Chłopak kiwa głową i wybiega na dwór. Po dziesięciu minu-

tach jest już z powrotem. Ale nie sam. Człapie za nim stary Mulat  

65 

background image

posiwiały,  chudy,  ascetyczny,  odziany  w  wypłowiałe  czarne  ubranie  i  wy-

płowiały,  a  właściwie  zielony  od  słońca,  czarny  kapelusz.  Na  nosie  ma 

okulary, jakby atrybut ważności, a w dłoni laskę z gałką z kości słoniowej, 

niczym insygnia władzy. 

Siadają  teraz  razem  z  Arystowiczem  w  rogu  hallu  w  hoteliku  „Le  Se-

ine”. Mulat także pije kawę przyrządzoną przez portiera. Mówią półgłosem, 

monosylabami,  to  im  obu  najlepiej odpowiada.  Ani  Remy  Arystowicz,  ani 

Lucien nie chcą za wiele powiedzieć. Remy ‒ bo nie wie, co ma mówić, a 

Lucien, ponieważ nie orientuje się, kim jest przybysz, czego chce i co wie o 

całej sprawie. 

  „Xanadu?” ‒ pyta po chwili ascetyczny Mulat. 

  „Xanadu!” ‒ potwierdza żeglarz, choć nie wie, co to słowo oznacza. 

Czytał  kiedyś  jakąś  książkę:  „Droga  do  Xanadu”,  coś  bardzo  utopijnego, 

gdzie  nazwa  „Xanadu”  występowała  jako  symbol  wyspy  szczęścia.  Na 

wyspach  Bahama  zbudowano  nawet  hotel  noszący  nazwę  „Xanadu  Prin-

cess”,  czyli  „Księżniczka  Xanadu”.  Hotel  niczym  baśniowy  pałac.  Arysto-

wicz zna to z prospektów. Kto napisał tę książkę ‒ może Hilton? Nie. Hil-

ton napisał  „Zaginiony  horyzont” ‒ powieść o innej utopii, rajskiej dolinie 

Shangrii-La,  ukrytej  wśród  niebosiężnych  Himalajów.  Kto  użył  po  raz 

pierwszy nazwy „Xanadu?” Ech, mniejsza z tym... Trzeba tymczasem grać 

dalej... 

  Będę mógł to załatwić jutro albo pojutrze. Czy jest pan tam oczeki-

wany? 

  Sądzę, że tak. 

  Przybył pan z morza? 

  Wprost z morza. 

  Jak nazywa się pański jacht? 

  „Noa Noa”. 

  „Noa Noa” ‒ powtarza Lucien i przymyka oczy, aby dobrze obcą na-

zwę  zapamiętać.  ‒  Niech  pan  tymczasem  zwiedzi  miasto  i  pamiątki  po 

wielkim wybuchu Mt. Pelée. Podobno w Europie też macie takie miasto,  

66 

background image

które  umarło  w  ciągu  trzech  minut.  Nie  pamiętam  tylko  jego  nazwy.  Tu, 

gdzie siedzimy teraz, nie było kiedyś nic ‒ tylko zgliszcza i ruiny. 

Wspomnienie  eksplozji  wulkanu  zastępuje  tutejszym  mieszkańcom  po-

siadania  jakichś  zabytków  ‒  myśli  Arystowicz.  ‒  Gdzie  indziej  radzi  się 

zwiedzić  katedry,  pałace,  muzea,  a  tutaj  mówi  się:  na  tym  miejscu  była 

sterta gruzów, dlatego dziś nie możemy panu nic zaoferować do oglądania. 

Niech pan zobaczy jeszcze te ruiny, których nie uprzątnęliśmy... 

  W jaki sposób da mi pan znać? 

  Tutaj, w hotelu, zostawię panu wiadomość. 

  Dostanę samochód z kierowcą? 

  Tak. Więcej życzeń pan nie ma? 

  Nie mam. 

  Więc wszystko w porządku, monsieur? 

Rozstają  się  i  Remy  idzie  zwiedzać  miasto,  w  którym  istotnie  niewiele 

jest  do  zwiedzania.  A  jednak  coś  znajduje  ‒  jest  to  cela  w  więzieniu,  w 

której  przetrwał  zagładę  miasta  jedyny  żywy  człowiek.  Cela  straszna,  wy-

kuta  niemal  w  skale,  raczej  bunkier  niż  izba.  To  najstraszniejsze  w  całym 

St.  Pierre  miejsce  było  jedynym,  które  pozwoliło  przeżyć  kataklizm.  Wię-

zień ‒ Auguste Ciparis ‒ który nie mógł liczyć na prędkie zwolnienie, został 

dzięki tej katastrofie bohaterem i uzyskał wolność... 

Martynikę odkrył Kolumb w czasie swej czwartej podróży, dwudzieste-

go  pierwszego  dnia  od  opuszczenia  brzegów  Wysp  Kanaryjskich.  Zatrzy-

mał  się  tu  na  trzy  dni,  zanim  wyruszył  w  dalszą  drogę.  W  sto  lat  później 

zjawił się tu pewien francuski awanturnik, nazwiskiem d'Esnambuc, wraz z 

grupą swych rodaków, którzy założyli osadę u stóp wulkanu. Ich przywódca 

nosił imię Piotr ‒ nic więc dziwnego, że osada, otrzymała nazwę St. Pierre. 

Z tych czasów jednak nie zostało żadnych śladów, a nawet niewiele wspo-

mnień. 

I to wszystko, czego dowiedział się Remy, oglądając celę jedynego 

67 

background image

ocalałego  w  Sodomie.  Powiedziano  mu  jeszcze,  aby  wybrał  się  tutaj  po-

nownie  w  okresie  karnawału,  zobaczyłby  wówczas  korowód,  jakiego  nie 

oglądał  jeszcze  nigdy  i  nie  będzie  nigdzie  oglądał.  No  i  usłyszałby  orygi-

nalne  wykonanie  „beguine”.  Na  Martynice  narodził  się  bowiem  taniec 

„beguine”. Narodziła się także Józefina, przyszła żona Napoleona. To także 

przypomina  się  tu  kilkakrotnie,  podsuwając  nawet  turyście  koszmarne  pa-

miątki z wyspy ‒ właśnie z wizerunkiem cesarzowej, według portretu słyn-

nego malarza Isabey. 

Mt. Pelée i Józefina prześladują Arystowicza od początku zejścia na ląd 

Martyniki. Ledwie postawił tu pierwsze kroki, zaczął się nudzić. Nie, to nie 

nuda, to raczej zmęczenie. St. Pierre ma jedną ulicę główną biegnącą rów-

nolegle  do  brzegu  morskiego.  Port jest  prymitywny,  brak  urządzeń  przeła-

dunkowych. Statki cumują do beczek lub kotwiczą dość daleko od brzegu. 

Jedno molo, do którego dobijają lokalne kabotażowce. Nieprzyjemnie musi 

tu  być,  gdy  morze  się  rozkołysze...  Najbardziej  okazały  gmach  to  katedra. 

Inne budynki to dwupiętrowe kamieniczki w „stylu kolonialnym”. Zarówno 

katedra,  jak  i  domki  stoją  na  fundamentach  budowli  zmiecionych  przez 

podmuch  piekieł  w  roku  1902.  W  głębi  wyspy  panuje  większa  duszność  i 

więcej  jest  natarczywych  much  i  moskitów,  ale  i  tak  St.  Pierre  ma  mniej 

moskitów  niż  Fort-de-France,  do  czego  przyczyniają  się  tam  dwie  rzeki 

obejmujące  ramionami  miasto  ‒  nazwane  dość  oryginalnie,  jak  niektórzy 

twierdzą „typowo po francusku”: Rivière Madame i Rivière Monsieur. 

Wulkan  jest  widoczny  z  każdego  miejsca.  Ma  łagodne  stoki,  ale  wyżej 

stoki  te  pozbawione  są  roślinności.  Gdzieniegdzie  ziemia  ma  kolor  siarki. 

Podobno  gdy  wiatr  powieje  z  tamtej  strony,  czuć  wyraźnie  w  powietrzu 

siarkę. „Mieszkamy obok bramy piekieł” mówią mieszkańcy. 

Dość  wygodna  droga  prowadzi  na  wzgórze,  z  którego  można  obejrzeć 

panoramę miasta z wulkanem na drugim planie. Obdarci chłopcy 

68 

background image

sprzedają pocztówki z obrazem tej samej panoramy miasta po 8 maja 1902 

roku.  Porównanie  jest  wstrząsające.  Z  góry  tej  widać  więc  dobrze  całe, 

odbudowane,  ale  niezbyt  imponujące  miasto.  Widać  także szyld  wystający 

ponad  domem  o  czerwonym  dachu.  Na  szyldzie  napis:  „Le  Seine”.  Widać 

również zacumowaną „Noa Noa”, oddaną pod opiekę miejscowemu klubo-

wi, za dość wysoką opłatą. Obok polskiego jachtu dużo większy luksusowy 

jacht  jakiegoś  amerykańskiego  nababa,  St.  Pierre  leży  w  głębi  zatoki.  Za 

plecami  Arystowicza  rozciąga  się  widok  na  najdalszy  północny  cypel,  z 

osadą La Corbet. Przed sobą żeglarz widzi wulkan. U jego podnóża leży La 

Prêcheur. St. Pierre znajduje się przy obwodnicy wokół wyspy, ale prowa-

dzą stąd także dwie inne drogi: jedna na północny wschód, na przeciwległy 

koniec  wyspy,  przez  Le  Morene  Rouge  do  Le  Lorrain.  Druga  ‒  prosto  na 

wschód  przez  Gros-Morne  do  La  Trinité.  Arystowicz  jest  pewny,  że  to 

właśnie TA droga. Dalej ‒ już na wschodnim wybrzeżu ‒ znajduje się Pół-

wysep Karaweli ‒ czyli Presqu'île de la Caravelle ‒ poszarpany, skalisty pas 

lądu,  wychodzący  w  morze  na  kilka  mil,  z  wodami  niebezpiecznymi  dla 

ż

eglugi ‒ dostępnymi tylko sternikom znającym farwatery wśród raf i skał, 

z tajemniczymi zatokami o tajemniczych nazwach ‒ Baie du Galion i Baie 

du  Trésor...  A  to  już  brzmi  echem  lektury  książek  Stevensona,  Poego  czy 

Londona.  I  Arystowicz  wie,  że  to  właśnie  TAM  leży  cel  jego  podróży,  o 

którym  nie  jest  mu  nic  więcej  wiadome,  prócz  niezwykłej  nazwy  ‒  „XA-

NADU”. 

Wieczorem  znów  pije  kawę  w  hotelu  „Le  Seine”.  Denis  na  wieczór 

wkłada  białą  koszulę  z  kołnierzykiem  i  rękawami.  Ma  nawet  krawat.  Wi-

docznie tak życzy sobie jego „patron”. Jest supergrzeczny, nie namawia na 

zwiedzanie nocnego życia St. Pierre, choć próbuje dowcipkować tłumacząc 

polskiemu żeglarzowi „mowę chustek”, którymi mieszkanki wyspy zwykły 

fantazyjnie przyozdabiać sobie głowy. Najlepiej to zobaczyć w czasie 

69 

background image

karnawału,  ponieważ  dziś,  na  co  dzień,  tradycja  ta  nie  jest  kultywowana. 

Jeden  rożek  zadarty  do  góry  na  czubku  głowy  miał  oznaczać  „moje  serce 

jest wolne”, ale dwa różki ‒ „niczego, chłopcze, nie oczekuj”. Denis śmieje 

się ze swojego dowcipu i odkurza oleodruk z podobizną cesarzowej Józefi-

ny. 

Do Arystowicza dosiada się jakiś osobliwy typ w kapeluszu plecionym z 

trawy. Tym razem jest to Europejczyk, choć niezbyt godnie reprezentuje tu 

tę część świata. Jest nie ogolony, biel jego ubrania jest  mocno podejrzana. 

Zamawia  calvados  i  być  może  czuje  się  w  tej  chwili  paryżaninem.  Jego 

akcent jest zresztą łatwy do odkrycia nawet dla takiego profana jak Arysto-

wicz. 

  Jestem Louis ‒ przedstawia się indywiduum. ‒ Ojciec mój był rojali-

stą.  Uważał,  że  Francję  może  wybawić  tylko  cesarstwo  albo  królestwo.  A 

pan nie wygląda mi na tutejszego; ani na Francuza, ani na Amerykanina... 

  Jestem Polakiem ‒ wyjaśnia Arystowicz. ‒ upłynąłem świat dookoła 

i wracam do domu. Mój jacht stoi w porcie. 

  Warto było? ‒ pyta indywiduum. 

  Co takiego? 

  Warto było płynąć dookoła świata? 

  Nie wiem, o jakich wartościach pan mówi. 

  Na pewno nie o pieniądzach, ale o tym, co pan zyskał dla ducha. Czy 

szczęście gdzie indziej, to jakieś inne szczęście? A smutek albo samotność 

 to inny smutek i inna samotność niż tutaj? 

Indywiduum cuchnie alkoholem, ale Arystowicz jest zadowolony z tego 

spotkania.  Ma  za  sobą  daleką  podróż.  Na  Antylach  postanowił  nigdzie  nie 

zawijać do żadnego portu, aż dopiero do St. Pierre. Na pokładzie rozmawiał 

już z ptakami, z morzem, z okrętem albo recytował wiersze. Teraz, on zna-

ny samotnik, chciał z kimś porozmawiać. 

Okazuje się, że nieznajomy o rojalistycznym imieniu pochodzi 

70 

background image

rzeczywiście  z  Paryża,  dokąd  trafił  jego  ojciec  wracający  z  Martyniki  „na 

ojczyzny łono”. 

  Wróciłem  na  Martynikę  po  wojnie,  bo  mój  dziadek  miał  tu  dużą 

plantację. Odziedziczyłem po nim  sporo grosza i  ładny  kawałek ziemi, ale 

na robieniu pieniędzy i na plantacji trzeba się znać, co o tym mogłem wie-

dzieć  ja,  wychowanek  Paryża?  Niewiele.  Wszystko  poszło  w  ciągu  pięciu 

lat.  Nawet  żona  odeszła.  Martynika  to  Martynika  ‒  paryżanin  tu  zginie. 

Trzeba znać ludzi, ich obyczaje, charakter. Jak trzeba ‒ należy pójść nawet 

na „czarną mszę”. 

  Mówi pan o voodoo? To przecież specjalność Haiti. 

  Ech,  proszę  pana,  wszędzie  na  Antylach  odprawia  się  czarne  msze. 

Chrześcijaństwo było tu zawsze powierzchowne, a pod postaciami świętych 

prości ludzie czcili tu różne siły magiczne i pogańskich bożków. 

  A ludzie światli? 

  Ci na całych Antylach czcili zawsze złoto. 

  Na całych? 

  No, do czasu rewolucji na Kubie. Dlatego tak nie lubią Fidela, bo on 

pierwszy  na  Antylach  powiedział,  że  można  czcić  pracę.  Ale  nie  mówmy 

głośno o Fidelu. Na Antylach tego nie lubią. Co pan robił w czasie wojny, 

panie Polaku? 

  To samo co inni ‒ walczyłem. A pan? 

  Nie wszyscy  walczyli, drogi panie. Jedni walczyli, inni bogacili się. 

Byli  tu,  na  Martynice,  entuzjaści  Vichy  i  Petaina...  Ja  zgłosiłem  się  na 

ochotnika i mieli ze mną kłopot, bo panował wówczas we Francji niepraw-

dopodobny  bałagan.  W  czterdziestym  roku  oberwałem  pod  Dunkierką  ‒ 

podciągnął rękaw, ukazując prawe, zniekształcone przedramię. To dostałem 

na pamiątkę od „boszów”. Dostałem tak, że w czterdziestym roku skończyła 

się  dla  mnie  wojna.  No,  może  niezupełnie,  bo  tam  gdzie  było  to  możliwe, 

pomagałem „maquis”. Nigdy nie splamiłem się współpracą z Vichy, a tu, na  

71 

background image

dalekich „terytoriach zamorskich” różnie z tym bywało. Dlatego może trud-

no było im zrozumieć mnie, dlaczego poszedłem ochotniczo na front. Nie-

którzy robili tu wówczas dobre interesy, proszę pana. A kiedy wróciłem tu i 

nie udało mi się wyjść na plus w interesach, stoczyłem się po równi pochy-

łej w dół. Renta wystarcza, żeby jakoś żyć. A jeżeli piję to tylko calvados. 

Nie  znoszę  tego  ich  śmierdzącego  rumu.  Tylko  prawdziwy  francuski 

calvados... 

Jeden z tych, którym się nie udało ‒ myśli Arystowicz. Na początku czuł 

wstręt do tego indywiduum, potem współczucie, teraz serdeczność. Wypija 

z nim także calvados, ku uciesze portiera-barmana. 

Ale oto zjawia się wreszcie znów czarny chłopak, który sprowadził rano 

Mulata Luciena. Przychodzi i coś szepce do ucha portierowi. Potem tamten, 

z promieniejącą twarzą, ukazując dwa rzędy białych jak śnieg zębów, zbliża 

się do stolika, gdzie Remy pije alkohol w towarzystwie nieznajomego włó-

częgi,  któremu  nie  udało  się  zostać  wielkim  plantatorem.  Nachyla  się  i 

powtarza  scenę,  jaką  przed  chwilą  odgrywał  za  barem  z  czarnoskórym 

chłopcem ‒ szepce konfidencjonalnie do ucha gościa hotelowego. 

   Monsieur  navigateur  solitaire,  wszystko  załatwione.  Samochód 

oczekiwać będzie pana jutro rano o godzinie dziewiątej. Zapraszam przed-

tem na śniadanie. 

Remy  kiwa  głową  na  znak,  że  zrozumiał,  potem  płaci  za  siebie  i  za 

zgorzkniałego  towarzysza,  który  z  zamkniętymi  oczami  i  odrzuconą  w  tył 

głową  siedzi jakby  nieobecny duchem  w recepcyjnym saloniku hotelu  „Le 

Seine” pomrukując melodię „Madelon”. 

W  co  się  pakuję?  Co  chcę  przez  to  osiągnąć?  ‒  zadaje  sobie  pytanie 

Arystowicz, zasypiając  w dusznym pokoiku,  na skrzypiącym  wielkim łożu 

przypominającym  fatalne  „łoże  arcybiskupa”  z  noweli  Conrada  „Gospoda 

pod dwiema  wiedźmami”. Jest coraz duszniej. Gdzieś, pod hotelikiem  ma-

towy kobiecy głos śpiewa, a raczej nuci frywolną piosenkę francuską w  

72 

background image

rytmie  „beguine”. Noe, noc,  noc... ‒ W co ja się pakuję? O co  mi chodzi? 

Co  chcę  uzyskać?...‒  zapytuje  dalej  siebie  Remy  Arystowicz,  polski  że-

glarz-samotnik, który nagle postanowił wyświetlić tajemnicę jachtu „Capta-

in Flint”. 

2. 

Nocne zmory przegnała ostra, poranna bryza. Arystowicz kazał sobie podać 

do pokoju śniadanie,  wziął prysznic i  w optymistycznym  nastroju zszedł o 

dziewiątej na dół. Zdziwiło go trochę, że za ladą portierni, która była rów-

nocześnie  barem,  nie  ma  Denisa.  Przed  wejściem  do  hotelu  stał  natomiast 

samochód, stary, obtłuczony ford. W szoferce siedział oliwkowy kierowca, 

ubrany w coś, co kiedyś było zapewne liberią. 

  Pan zamawiał samochód przez Luciena, monsieur? 

  Tak. 

  Jestem gotów do drogi, monsieur. 

Wtedy  ukazał  się  nagle  Denis.  Był  znów  w  podkoszulku  nie  pierwszej 

czystości  i  nie  pierwszej  czystości  spodniach.  Wydawał  się  czymś  mocno 

podekscytowany. 

  Pan odjeżdża? 

  Tak, Denis. Odjeżdżam. Wstąpię tu zaraz po przyjeździe. 

  Kiedy chce pan wrócić, monsieur? 

  Może jeszcze dziś, może jutro. To nie jest sprawa wymagająca zbyt 

wiele czasu. Zresztą spieszę się w dalszą podróż. Mój jacht czeka na mnie. 

  Nie jestem za ciekawy, monsieur. Tak tylko spytałem... ‒ robił wra-

ż

enie przestraszonego. 

Co znaczyło tłumaczenie, że nie jest „za ciekawy?” 

  Podziękuj Lucienowi, Denis. 

  To się nie da zrobić, monsieur. 

  Czemu? Czyżby Lucien wyjechał? 

73 

background image

  Nie,  monsieur...  Ktoś  wpakował  mu  nóż  w  plecy  dzisiejszej  nocy. 

Jest tam u niego policja. Właśnie poszedłem go zobaczyć. Wygląda strasz-

nie. Zabili go, gdy wracał wieczorem do domu. 

  Nóż w plecy? 

  Tak, monsieur. To straszne, nóż w plecy... 

  To  rzeczywiście  straszne...  ‒  odpowiedział  Arystowicz,  zajmując 

miejsce w samochodzie. 

  Jedziemy? ‒ zapytał kierowca. 

  Jedziemy  ‒  odpowiedział  automatycznie  żeglarz.  ‒  Czy  to  morder-

stwo  łączyło  się  z  całą  sprawą?  Jeżeli  tak,  należało  jeszcze  wycofać  się  z 

gry. 

 ... Ale nie wycofałem się, panie Julianie ‒ opowiadał mi później Arysto-

wicz,  kiedy  wróciliśmy  do  tajemnicy  jachtu  „Captain  Flint”,  siedząc  w 

fotelach  willi  w Jastrzębiej Górze. ‒ Nie  wycofałem się, choć początek tej 

historii był ostrzeżeniem, że pakuję się w diabelnie głupią historię. Ale była 

to  historia,  jakie  dotąd  oglądałem  w  kinie  lub  o  jakich  czytałem  ‒  miałem 

więc  wycofać  się?  Nie.  Nawet  gdyby  miała  być  ostatnią  w  moim  życiu, 

postanowiłem nie ustąpić. A poza tym była kwestia tych pieniędzy. Musia-

łem je zwrócić nadawcy. Hotelik „Seine” w St. Pierre na Martynice, Lucien, 

a  wreszcie  i  „Xanadu”  ‒  cokolwiek  to  oznaczało,  były  drogowskazami  do 

celu. To prawda ‒ celu jeszcze nie znałem. Wydawało mi się, że jeżeli od-

dam  te  pieniądze,  zrzucę  z  siebie  część  odpowiedzialności  za  ucieczkę  z 

Barbados  i  pozostawienie  tej  sprawy.  Wie  pan,  pytali  mnie,  dlaczego  nie 

dałem znać przez radio o znalezieniu jachtu-widma, ale gdy pokazałem im 

mój  ówczesny  nadajnik,  zrozumieli,  że  było  to  niemożliwe.  Teraz  „Noa 

Noa” ma wyposażenie jak należy, ale wtedy była to partyzantka. A jednak 

poczucie  winy  towarzyszyło  mi  przez  cały  rejs.  Oddanie  tych  pieniędzy, 

które wtedy wziąłem, mogło mnie uspokoić. Skąd miałem te pieniądze? A, 

to już inny temat i inna historia. W każdym razie, gdy wówczas znalazłem  

74 

background image

się na siedzeniu pasażera, mając przed sobą plecy kierowcy, wiedziałem, że 

sprawa  bliska  jest  rozwikłania.  Co jednak  lub  kogo  ‒  oznaczało  to dziwne 

imię lub dziwna  nazwa ‒ Xanadu? Za dwie godziny powinienem był się o 

tym dowiedzieć... 

Jechali  przez  gąszcz  roślinności  podzwrotnikowej  porastającej  wnętrze 

wyspy,  przez  jakieś  plantacje,  jakieś  wiraże  górskiej  drogi,  minęli  jakąś 

rzekę,  potem  Fonds  St.  Denis,  potem  skrzyżowanie  Deux  Choux.  Drogo-

wskazy  wskazywały  Gros  Morne,  następnie  La  Trinité.  A  więc  wszystko 

odbywało  się  tak,  jak  przypuszczał.  Zaraz  powinien  zjawić  się  Atlantyk  i 

Presqu'île de la  Caravelle. Kierowca  milczał, nawet  nie odwracał głowy, a 

Arystowicz  nie próbował prowadzić z nim konwersacji. Zresztą nie było o 

czym.  Drogowskazy  potwierdzały,  że  znajdują  się  na  właściwej  szosie. 

Wszystko się zgadzało. 

Potem był zjazd w dół, ku morzu, mała przystań i motorówka z napisem 

na burcie „Xanadu”. 

   Monsieur captain de „Noa Noa”? ‒ spytał jakiś człowiek w nieskazi-

telnym uniformie jakby lokaja i marynarza równocześnie. 

Mimo  frędzlastych  palm,  mimo  błękitu  morza,  słońca  i  krystalicznie 

przejrzystego  morza,  brzeg  wydawał  się  ponury  i  groźny.  Wrażenie  to  po-

wodowały wulkaniczne osady i poszarpane skały. Remy Arystowicz jeszcze 

wahał  się.  Patrzał  w  kamienne  oblicze  lokaja-kierowcy  motorówki,  potem 

w wodną otchłań i na małą, chyboczącą na cumach i stukającą obijaczami o 

kamienne nabrzeże motorówkę. „Monsieur captain de „Noa Noa” ‒ a więc 

już nawet nie „navigateur solitaire”. Był po prostu obserwowany w St. Pier-

re, wiedzieli, że przybył, oczekiwali go. 

Chciał jeszcze zapłacić kierowcy odrapanego forda, ale tamten już włą-

czył silnik. Otaczając się chmurą spalin samochód pospiesznie zawracał na 

szosę do St. Pierre. Prawie uciekał. 

75 

background image

  Chciałem zapłacić szoferowi. 

  To zbyteczne, monsieur. On jest już opłacony. 

  No, w takim razie możemy jechać. Czy to daleko? Nigdy tu jeszcze 

nie byłem. 

  Nie. Niedaleko, monsieur ‒ odpowiedział lokaj. Miał twarz szeroką, 

z  wydatnymi  kośćmi  policzkowymi,  skośne  oczy,  wypielęgnowany  cienki 

wąsik i nieruchomą, kamienną twarz. 

Ze  studiowania  mapy  morskiej  ubiegłego  dnia  ‒  jeszcze  na  jachcie,  a 

potem  w pokoju  hotelowym  ‒ żeglarz  mógł  wnosić, że znajduje się  wśród 

raf Baie du Galion. Na południe leżała grupa skalistych wysepek, z których 

największa  była  zapewne  îlet  Ramville.  Czy  tam  leżało  „Xanadu”?  Moto-

rówka mknęła szybko, a przejrzysta woda ukazywała wyraźnie całe bogac-

two dennej fauny i flory. Nie było tu zresztą głęboko, a mnóstwo skał two-

rzyło wiele zasadzek dla kogoś nie obeznanego z tym akwenem. 

Gdybym  chciał  uciekać  motorówką  z  miejsca,  dokąd  mnie  wiozą,  miał 

nikłe szanse na przepłynięcie tędy z powrotem ‒ pomyślał Remy. 

Płynęli  łukiem,  znów  w  stronę  urwistych  brzegów  skalistego  języka 

Presqu'île  de  la  Caravelle.  Niespodziewanie  wśród  skał  zazieleniło  się  ‒ 

była  tam  mała  kotlinka  schodząca  łagodnym  stokiem  nad  samo  morze. 

Zajaśniał  skrawek  plaży  czerwonym  piaskiem,  nad  plażą  zwieszały  pióra 

liści  zmęczone  słońcem  smukłe  karaibskie  palmy.  Wśród  zieleni  zabieliły 

się  ściany  rezydencji.  Bliżej  był  mały,  miniaturowy  porcik,  zabezpieczony 

wysokim łamaczem fal. 

Warczenie  silnika  przeszło  w  skowyt,  motorówka  wytracała  szybkość. 

Byli już na miejscu. Tu kończyła się funkcja człowieka prowadzącego mo-

torówkę.  Remy  przechodził  z  kolei  pod  opiekę  barczystego  mężczyzny  o 

azjatyckich rysach i budowie Bruce'a Lee ‒ mistrza karate. 

Jak w kinie ‒ pomyślał żeglarz. 

  Monsieur Remy Ari ‒ zabulgotał Azjata. Jego wymowa polskiego  

76 

background image

nazwiska przypominała odgłos silnika motorówki. 

Na  początku  byłem  tylko  „un  navigateur  solitaire”,  potem  „monsieur 

captain de vaisseau „Noa Noa”, a teraz jestem „monsieur Remy Arystowicz 

 przebiegało przez myśl żeglarza. ‒ Następny człowiek, którego spotkam, 

powinien już znać na pamięć mój życiorys. 

  Oui. Jestem Arystowicz, kapitan jachtu „Noa Noa”. Czy daleko jesz-

cze do „Xanadu”? 

  Jest pan na  miejscu,  monsieur. To  właśnie jest  willa „Xanadu”. Bę-

dzie pan uprzejmy pójść na pokoje. Jest pan oczekiwany. Czy podróż miał 

pan wygodną? 

Pytania  stereotypowe,  czy  też  prowokacyjne?  Co  obchodziło  ich,  jaką 

miałem podróż? A może ten mistrz karate nic nie wie, kim jestem i po co tu 

przybywam? 

  Jeśli chodzi o podróż od St. Pierre, nie mogę narzekać, ale jeżeli li-

czyć  drogę  od  Bridgetown  na  Barbados  to  można  by  na  ten  temat  coś  po-

wiedzieć... 

Po co, u licha, wdaję się w konwersację z wynajętym gorylem pana czy 

pani na „Xanadu”? Lepiej zachować godność i starać się być tajemniczym. 

Tak zachowywałby się James Bond; ale ba, James Bond dźwigałby  w tym 

czasie pod pachą wielki rewolwer, ja zaś nie mam nawiît papierosów. 

  Tutaj pan wypocznie, monsieur. 

Znów zabrzmiało to dwuznacznie. 

Szli  w  takim  tempie,  że  Remy  miał  niewiele  czasu,  aby  przyjrzeć  się 

wystrojowi zewnętrznemu willi, jej architekturze, położeniu, mijanym wnę-

trzom. Jedno co go uderzyło ‒ to był nadmiar, właśnie NADMIAR rzeźb i 

ornamentów,  a  nawet  obrazów  zdobiących  ściany  wnętrza.  Było  ich  tyle  i 

tak  doskonałych,  że  Remy  pomyślał  wpierw,  że  znalazł  się  w  muzeum,  a 

następnie, że ma do czynienia z jakimś szaleństwem kolekcjonerstwa kopii 

  posiadanie  takiej  ilości  oryginałów  wielkich  mistrzów  i  to  na  podobnym 

pustkowiu, nie wydało mu się po prostu możliwe. 

77 

background image

Wreszcie znaleźli się w saloniku urządzonym w stylu mieszczańskim II 

cesarstwa.  Z  boku  stała  kopia  (bo  chyba  nie  oryginał)  jakiejś  antycznej 

rzeźby,  w  wazonach  bukiety  kwiatów,  meble  ciężkie,  ciemne,  ornamenta-

cyjne i  wielkie pluszowe  fotele. Wyglądało to raczej na studio telewizyjne 

przygotowane  do  kręcenia  filmu  w  oparciu  o  powieści  Verne'a.  Pierwsze 

wydania  książek  tego  genialnego  wizjonera  miały  ilustracje,  na  których 

dżentelmeni w cylindrach lub melonikach, surdutach i frakach spotykali się 

właśnie w podobnych wnętrzach. 

Jeden  z  pluszowych  foteli  był  wolny  ‒  przeznaczony  prawdopodobnie 

dla  gościa,  ale  w  drugim  siedział  tęgi  osobnik  w  nienagannie  skrojonym 

tropikalnym  ubraniu.  Osobnik  ów  miał  twarz  pełną,  opaloną,  o  grubych 

rysach.  Był  zupełnie  łysy.  Jedno  oko  zakrywała  czarna  opaska,  skośnie 

przewiązana przez czoło i policzek. Arystowicz pomyślał, że przez tę opa-

skę  nie  może  nawet  próbować  odgadnąć  wyrazu  tej  twarzy,  a  tym  samym 

charakteru  człowieka.  Trudność  taką  powodują  już  ciemne  okulary,  a  co 

dopiero czarna opaska burząca symetrię oblicza. 

Jestem w jaskini Polifema. Odyseusz w luksusowej jaskini Polifema... 

Jednooki mężczyzna podniósł się z fotela, z uśmiechem godnym dobre-

go znajomego wyciągnął mięsistą, ogromną dłoń i potrząsnął dłonią żegla-

rza jak zabawką. 

   Monsieur Remy Arystowicz, prawda? Kapitan jachtu „Noa Noa”? ‒ 

spytał  w  tak  naturalny  sposób,  jak  Stanley  witający  w  sercu  afrykańskiej 

dżungli  Livingstone'a.  Fakt, że „Jednooki” znał jego imię  w  formie poufa-

łej,  a  także  nazwisko,  już  nie  zaskoczył  żeglarza.  Zdziwiła  go  jednak  wy-

mowa  ‒  było  nie  było  ‒  egzotycznego  dla  obcokrajowca  nazwiska,  gdyż 

była  zdumiewająco  poprawna.  Ostatecznie  jednak  należało  być  przygoto-

wanym  na  różne  niespodzianki,  może  znacznie  bardziej  zaskakujące,  Ary-

stowicz udał więc, że powitanie to również traktuje jako rzecz zwyczajną. 

78 

background image

  Tak,  jestem  Arystowicz,  kapitan  i  właściciel  jachtu  „Noa  Noa”. 

Navigateur solitaire ‒ jak mnie tu nazywają. 

  Oczywiście  wie  pan,  kim  jestem  ja?  ‒  było  to  pytanie,  którego  że-

glarz nie oczekiwał. Tym pytaniem Jednooki zdradził swój niepokój. 

  Nic  o  panu  nie  wiem,  „mister  No”.  Nic  a  nic  ‒  powiedział  żeglarz, 

nazywając grubasa imieniem tajemniczego władcy organizacji „SMERSH” 

z książek Fleminga. 

Tamten zaczął się śmiać. 

  Nie wiedziałem, że czytuje pan książki o Jamesie Bondzie. Gdybym 

ja  był  doktorem  No,  pan  oczywiście  byłby  wówczas  superagentem  007  ‒ 

nieprawda? A mnie czekałaby pewna śmierć. A może jednak jest pan wcie-

leniem 007? 

  Niestety. Nie jestem ani tak odważny jak James Bond, ani tak atrak-

cyjny. Nie noszę poza tym broni i nie podbijam serc pięknych kobiet. Może 

właśnie dlatego, na zasadzie kontrastu, czytuję czasem książki Fleminga. 

  Pije pan koniak czy whisky? 

  Może być koniak. 

  I oczywiście kawa. 

  Z dużą przyjemnością. 

Jednooki  nacisnął  guzik  pod  blatem  stolika  i  zaraz  ukazał  się  ktoś  ze 

służby, komu wydał odpowiednie polecenia. Dość szybko zjawiła się kawa, 

a  wraz z nią południowe owoce i koniak.  Arystowicz nie podejmował dia-

logu,  licząc  na  to,  że  zaraz  padną  jakieś  pytania  i  wówczas  będzie  mu 

znacznie łatwiej poprowadzić rozmowę. 

  Zatrzymał się pan oczywiście w „Le Seine”? 

Nawet to „oczywiście” w pytaniu miało zapewne swój sens. 

  Był to jedyny hotel, o którym wiedziałem, że istnieje w St. Pierre. 

  I poprosił pan starego Luciena o samochód? 

  Tak. To oczywiste. 

  Co, zdaniem pana, było takie oczywiste? 

79 

background image

  No, że zwróciłem się do Luciena. Zdaje się, że zawsze załatwiał sa-

mochody dla tych, którzy jechali do „Xanadu”. 

  A skąd pan wiedział o „Xanadu” i o mnie? 

  Właśnie, tu jest najsłabszy punkt mojej wizyty ‒ nie wiedziałem bo-

wiem nic ani o panu, ani o „Xanadu”. Zdaje się, że to pan był lepiej zorien-

towany  o  wszystkim,  co  dotyczyło  mojej  osoby.  Ja  poszedłem  po  prostu 

pewnym  śladem  i  ślad  ten  zaprowadził  mnie  tutaj.  Był  to  zwykły  przypa-

dek.  Nie  wiedziałem,  dokąd  jadę  i  kogo  spotkam.  Ba,  nie  znałem  nawet 

nazwy tej willi, a raczej rezydencji. Wiedziałem, że powinienem zatrzymać 

się w hoteliku „Le Seine”, zapytać tam o Luciena, a samego Luciena popro-

sić o samochód. To on pierwszy wymienił nazwę „Xanadu”. Myślałem, że 

to nazwisko. 

  Jak mam rozumieć, że był to przypadek? Lądując w hoteliku „Le Se-

ine” musiał pan zostać przez kogoś uprzedzony. 

  Zdaję  sobie  sprawę  z  tego,  że  brzmi  to  osobliwie,  ale  gdy  panu 

wszystko  po  kolei  wyjaśnię,  zrozumie  pan,  że  nie  jestem  ani  agentem  do 

specjalnych  poruczeń,  ani  prywatnym  detektywem  i  dalej  nie  wiem,  kim 

pan jest. Prawdę  mówiąc,  nie obchodzi mnie to nawet. Szukam osoby, lub 

instytucji, która przed półtora rokiem obdarowała mnie pewną sumą pienię-

dzy, w zamian za opuszczenie Barbados. Osoba ta, lub instytucja, figurowa-

ła  pod  hasłem:  Towarzystwo  Popierania  Samotnych  Żeglarzy.  Pieniądze 

nadane zostały telegraficznie z Martyniki. Wtedy przyjąłem je. Dziś chciał-

bym je zwrócić. 

  To jeszcze wszystkiego nie wyjaśnia. 

  Dobrze, więc opowiem panu wszystko ze szczegółami. Proszę, niech 

pan słucha. 

  Wypijemy? 

  Możemy. 

  Za  pana  zdrowie  ‒  podniósł  mięsistą  łapą  kryształowy  kieliszek.  ‒ 

Prosiłem o Stock, a nie wiem, czy pan lubi tę markę. 

80 

background image

  Może być Stock. 

  A kawa? 

  Dziękuję, wspaniała. Pozwoli pan, że będę opowiadał. 

  Ależ  oczywiście.  Więc  całe  zdarzenie  miało  miejsce  półtora  roku 

temu. 

  Tak.  Płynąc  wówczas  na  jachcie  „Noa  Noa”  z  Dakaru  na  Antyle, 

znalazłem  się  w  pobliżu  wyspy  Barbados.  Był  to  pierwszy  etap  mojej  po-

dróży dookoła świata ‒ do Dakaru przypłynąłem z Gdyni i zamierzałem w 

drodze powrotnej także dobić do Dakaru. 

  A potem wracać do Gdyni? 

  Tak. 

  Co więc robi pan dzisiaj na Martynice? 

  Kiedy dobiłem już do Dakaru, po rejsie dookoła świata, zapragnąłem 

jeszcze  raz  odbyć  podróż  w  strefie  pasatów  i  odwiedzić  Antyle.  Chciałem 

oddać  dług,  rozliczyć  się  z  kimś,  kto  wspomógł  mnie,  gdy  wyruszałem  w 

podróż. 

  Dorobił się pan majątku w czasie samotnego rejsu? 

  Zdobyłem tyle pieniędzy, że mogę zwrócić dług. 

  A jeżeli była to darowizna? 

  Chciałbym  znać  jej  motywy.  Pozwoli  pan  jednak,  że  wrócę  jeszcze 

do mojego pierwszego etapu  podróży. Otóż kiedy znalazłem  się  w pobliżu 

wyspy Barbados, napotkałem jacht bez załogi, dryfujący na oceanie... 

Arystowicz dopił kawy. Denerwował go ton prowadzonej rozmowy, nie 

mógł bowiem teraz odgadnąć, czy ów jednooki Polifem boi się go, czy kpi 

sobie z niego? A może jedno i drugie? 

  Jak nazywał się jacht? 

  „Captain Flint”. 

  Był pan na jego pokładzie? 

  Byłem. Szukałem dziennika, ale nie znalazłem.  Liczyłem,  że  mogła 

zostać tam odnotowana przyczyna opuszczenia statku przez załogę, a może  

81 

background image

załogę i pasażerów ‒ był to bowiem pełnomorski luksusowy jacht wyciecz-

kowy  ludzi  bardzo  bogatych.  Schodząc  już  z  pokładu,  wziąłem  ze  sobą 

kota, który teraz znajduje się  na  moim jachcie, pod opieką  dozorcy klubo-

wego.  Wziąłem  coś  jeszcze,  jak  bierze  się  jakiś  przedmiot  na  pamiątkę. 

Była to książka Forestera, jedna z serii opowieści o przygodach komandora 

Horatio  Hornblowera.  Oczywiście,  gdybym  spotkał  właściciela,  oddałbym 

ją  natychmiast.  O  spotkaniu  jachtu  bez  załogi  zgłosiłem  władzom  w  Brid-

geport,  ale  mimo  poszukiwań  przez  policję,  a  nawet  wojskowe  samoloty, 

jachtu nie odnaleziono i nawet dość podejrzliwie zaczęła policja patrzeć na 

mnie  ‒  czy  całej  historii  po  prostu  nie  zmyśliłem.  W  klubie  jachtowym 

natomiast wrócił temat trójkąta bermudzkiego i tajemniczych zaginięć stat-

ków i samolotów. 

  Nie wierzy pan w tajemnicze zaginięcia statków? 

  Wierzę.  Na  Morzu  Sulu  wpadłem  w  takie  tarapaty,  że  gdybym  po-

szedł tam na dno, sam uznałbym to za rzecz naturalną, natomiast w klubach 

mówiłoby się o porwaniu mnie przez przybyszów z innej planety. 

  Co  zrobił  pan,  po  poinformowaniu  władz  na  Barbados  o  spotkaniu 

jachtu bez załogi? 

  Nic.  Co  mogłem  jeszcze  zrobić?  Gdybym  nawet  chciał  sam  prowa-

dzić śledztwo, nie miałem żadnych śladów, a w dodatku nie miałem pienię-

dzy. 

  I bez pieniędzy wybrał się pan samotnie na jakiejś łupince w rejs do-

okoła świata? 

  To oczywiste. Czy słyszał pan o człowieku bogatym, który wyrusza 

na  „łupince”  ‒  jak  pan  nazwał  mój  jacht  ‒  w  rejs  dookoła  świata?  Nie. 

Wszyscy  samotni  żeglarze  z  reguły  z  trudem  wiązali  koniec  z  końcem. 

Wszyscy...  Poczynając  od  Slocuma  czy  Gerbaulta.  To  przywilej  ludzi  go-

rzej sytuowanych, przywilej pozwalający skalą przeżyć i radością swobody 

zdystansować wszystkie luksusowe rozrywki znudzonych nababów. 

  Jak  rozumiem  z  tego,  co  pan  mówi,  pod  znakiem  zapytania  znalazł 

się wówczas pański dalszy rejs dookoła świata, czy tak? 

82 

background image

  Istotnie,  ale  sądzę,  że  jakoś  bym  z  tego  wybrnął.  Zorganizowałem 

wystawę obrazów,  udzieliłem  wywiadu za  honorarium. Mogło  mi  starczyć 

pieniędzy do Rio albo do Buenos Aires. 

  Ale pan chciał przecież opłynąć Horn. 

  Właśnie,  dlatego  bez  wahań  akceptowałem  cud.  Oto  otrzymałem 

przekaz  pieniężny,  a  suma  zapisana  w  nim  umożliwiała  mi  wymarzone 

opłynięcie Hornu. 

  Albo śmierć. 

  O tym się wtedy nie myśli, a zresztą każdy chciałby wjechać karetą 

do nieba. 

  Co takiego? 

  Ech, nic. Takie powiedzonko. 

Nie potrzebował już zachęty. Wypił koniak do dna, poczuł się swobod-

nie. Oko Polifema nie płoszyło już jego wyobraźni. Nalał sobie z dzbanusz-

ka następną kawę. Zauważył, że tłuste palce lewej ręki jednookiego wybija-

ją niespokojny werbel na oparciu fotela. 

Przekaz  pochodził  od  Towarzystwa  Popierania  Samotnych  Żeglarzy. 

Nadany był na Martynice. 

  Wierzył pan, że coś takiego istnieje? ‒ pytał Jednooki. 

  Wygodnie było mi wierzyć. Ale również coś załączono do tego prezen-

tu: polecenie bezwarunkowego i natychmiastowego kontynuowania podróży. 

  I wydało się to panu naturalne? 

  Nie takie znów naturalne, ale w gruncie rzeczy co mógł mnie obchodzić 

cały ten kompot z jachtem bez załogi, który zresztą zaginął potem bez wieści. 

Pomyślałem, że komuś zależy na tym, abym opuścił Barbados. Ale nawet temu 

komuś nie zależało na tym tak bardzo jak mnie. Popłynąłem więc na południe. 

  I opłynął pan przylądek Horn? 

  Proszę sobie wyobrazić ‒ udało mi się to. Dziś brzmi to tak prosto, 

jakbym opowiadał o wycieczce na Palm Beach, ale nigdy nie zapomnę tego 

przejścia. Nie chodzi o trudności, o strach, ale o to dziwne przeświadczenie,  

83 

background image

ż

e  znalazło  się  na  krańcach  ziemi.  Uczucie  takie  miewa  się  czasem  w 

koszmarnych snach. Potem był Ocean Spokojny, a nawet Tahiti ‒ najpięk-

niejsza,  od  której  wywodzi  się  nazwa  mojego  jachtu  „Noa  Noa”.  Mój  rejs 

dookoła  świata  zakończył  się  w  Dakarze.  Stamtąd  powinienem  był  płynąć 

do domu. Postanowiłem jednak skorzystać ze strefy pasatów i przychylnych 

wiatrów. 

  Popłynął pan na Barbados? 

  Nie.  Ominąłem  Barbados.  Celem  mojej  podróży  była  bezpośrednio 

Martynika, a na Martynice ‒ St. Pierre i hotel „Seine”. 

  Chciał  pan  odnaleźć  prezesa  Towarzystwa  Popierania  Samotnych 

Ż

eglarzy? 

  Tak. 

  Kto panu powiedział, że w St. Pierre powinien pan zatrzymać się w 

hotelu „Seine” i zapytać o Luciena? 

  Nie  wiem,  kim  był  mój  informator.  Może  pan?  Między  kartkami 

książki zabranej z pokładu jachtu „Captain Flint”, znalazłem ten oto list. To 

była jedyna wskazówka, jaką posiadałem. Proszę, niech pan to przeczyta. 

Jednooki  rozwinął  kartkę  papieru  krótkimi,  grubymi  palcami  kupca  i 

ś

miesznie  przekrzywiając  głowę,  zaczął  czytać.  Gdy  skończył,  podniósł 

wzrok na żeglarza i długo mu się przyglądał, jakby zastanawiając się, jaką 

przyjąć dalej taktykę rozmowy. 

  Postąpił  pan  nierozważnie,  interesując  się  dalej  tą  sprawą.  Bardzo 

nierozważnie. Niech pan zapamięta: jeżeli  ktoś przesyła panu taką  wysoką 

sumę  pieniędzy  i  wymaga,  aby  przestał  pan  interesować  się  tą  sprawą,  to 

trzeba przestać się interesować. To nie są dowcipy towarzyskie... Dla  każ-

dego  człowieka  istnieje  określona  granica  sumy  pieniędzy,  powyżej  której 

może  zamordować.  W  tej  sprawie,  którą  pan  chce  koniecznie  osobiście 

poznać, życie takich ludzi jak pan właściwie się nie liczy. 

  Tak nisko mnie pan ocenia? 

  W tej grze w ogóle pana nie oceniam. 

84 

background image

  Zapłacono  mi za  milczenie, liczyłem się  więc  w tej grze. Przypusz-

czam, że dalej się liczę. Chcę obecnie zwrócić tę sumę. 

  A jeżeli była to zapomoga bezzwrotna? Nie spodziewa się pan chy-

ba, że Towarzystwo Popierania Samotnych Żeglarzy użyczyło panu kredytu 

za milczenie. A w ogóle ‒ czy ma pan coś do dodania w całej sprawie? 

  Dotąd tylko adres hotelu „Seine”, a także imię Luciena. 

  Jest pan szaleńcem,  mówiąc dziś o tym.  Czy pokazywał pan komu-

kolwiek list? 

  Nie. 

   Jest pan więc podwójnym szaleńcem. 

  Czy pan na moim miejscu postąpiłby inaczej? 

Jednooki  zaczął  się  śmiać  i  śmiał  się  długo,  potem  nalał  do  kieliszków 

koniaku i gestem zaprosił żeglarza do wypicia. 

  Nie możemy się równać ze sobą, drogi panie. Przecież nigdy nie wy-

ruszyłbym w podobną podróż jak pan. Nie wyobrażam sobie, że może być 

coś bardziej niedorzecznego jak rejs dookoła świata na jakiejś małej łupinie. 

To tak, jakby alpinista postanowił wejść na Mont Blanc w smokingu. 

  Chyba nie to samo. 

  Ale z całą pewnością ma to w sobie coś maniakalnego. Nie uwierzę, 

ż

e ci wszyscy samotni żeglarze to normalni ludzie. To maniacy. Pewnie, że 

ś

wiat  byłby  uboższy  pozbywając  się  wszystkich  maniaków.  Z  maniakami 

jest  zawsze  weselej  i  oryginalniej,  ale  nie  czyńmy  z  nich  bohaterów.  A 

pana, jeżeli wróci pan do swojego kraju, obwołają z całą pewnością bohate-

rem.  Rozumiem,  gdy  w  czasie  wojny  rozbitkowie  z  zatopionych  statków 

przemierzają bezkresne obszary oceanów zmuszeni do tego koniecznością. 

Ba,  jestem  nawet  skłonny  zrozumieć  szaleństwa  Thora  Heyerdahla,  choć 

archeologia doświadczalna, jaką on praktykuje, budzi mój protest ‒ fakt, że  

85 

background image

udało  mu  się  przepłynąć  na  „Ra”  Atlantyk,  wcale  jaszcze  nie  świadczy  o 

kontaktach  faraonów  z  Ameryką  Południową.  Gdyby  istotnie  tak  było, 

Egipcjanie lub Fenicjanie czy też ‒ jak chcą inni ‒ Kartagińczycy, skoloni-

zowaliby  najpierw  Antyle.  A  przecież  nic  takiego  nie  nastąpiło.  Ale  co 

najważniejsze, nie istniała potrzeba pozaatlantyckiej kolonizacji w tamtych 

czasach. Rozumie pan? Nie istniała potrzeba. Jeśli jednak mogę spróbować 

rozumieć  oryginalnego  Norwega,  to  za  zupełny  nonsens  uważam  samotne 

ż

eglarstwo.  Można  takich  ludzi  zaliczyć  w  poczet  świętych,  jak  Szymona 

Słupnika,  lecz  nigdy  w  poczet  bohaterów.  To  anachoreci  specjalnego  ga-

tunku. Pan pokalał ten gatunek, pozwalając się nagle zafascynować zagadką 

tego  listu.  I  jak  długo  był  pan  jednym  z  tych  szaleńców,  nie  był  pan  dla 

nikogo  groźny.  Z  chwilą,  gdy  odstąpił  pan  od  reguł  gry  tych  mistyków 

morza  i  mistyfikatorów  bohaterstwa,  stał  się  pan  niebezpieczny.  Wykazał 

pan, że jest pan jednym z normalnych, zwykłych ludzi. 

  A to wydaje się podejrzane? 

  Tu, w „Xanadu”, tak! 

  Czym jest „Xanadu”? 

  O, mój drogi żeglarzu, wywiad zostawmy na inną porę. Na tyle jed-

nak  zainteresował  mnie  pan,  że  będę  chciał  z  panem  dłużej  porozmawiać. 

Proponuję gościnę. Jak to pisał Puzo w „Ojcu Chrzestnym”? Jest to „propo-

zycja  nie  do  odrzucenia”.  Proszę  pana  o  pozostanie  do  jutra.  To  dla  mnie 

ważne, a jeżeli fascynuje pana sprawa „Xanadu”, dla pana też. Może przez 

ten czas zrozumie pan, czym  jest „Xanadu”. Nie radziłbym jednak przece-

niać  mojej  gościnności  i  przekraczać  uprawnień  gościa.  Zwłaszcza  dziś. 

Zabawa, którą pan podjął, przyjeżdżając tutaj, jest zabawą w śmierć. 

  Teraz  znów  pan  używa  sformułowań  z  sensacyjnej  literatury,  teraz 

pan przechodzi na stronę romantyków. 

  To nie jest literatura, panie Remy Arystowicz. Dobrze wymawiam to 

pańskie słowiańskie nazwisko? Być może będzie pan świadkiem zbrodni. 

86 

background image

Koronnym świadkiem zbrodni. Pan wie, że życie  koronnych świadków, aż 

do  ogłoszenia  wyroku,  bywa  zawsze  zagrożone?  A  po  ogłoszeniu  wyroku 

jest  także  niepewne  ‒  skazany  bowiem  mógł  mieć  przyjaciół,  którzy  nie 

zapomnieli, czyje zeznanie przyczyniło się do wydania takiego a nie innego 

werdyktu,  mógł  mieć  braci,  mógł  mieć  swojego  „ojca  chrzestnego”  ‒  jak 

przystało w mafii. 

  Nie wiem, o czym pan mówi. 

  No  więc  dobrze.  Powiem  coś  panu,  ale  fakt,  że  pan  o  tym  będzie 

wiedział, pogorszy tylko pana sytuację. Nikt z ludzi, którzy płynęli na jach-

cie „Captain Flint”, nie żyje. Jacht też nie istnieje. Miał pan to szczęście, że 

widział pan statek jako ostatni. 

  Czyżby pozostawiono tam bombę zegarową? 

  Tak.  Jak  w  powieści,  panie  Arystowicz.  Jak  w  powieści.  Robili  to 

jednak zawodowcy, dlatego nie znaleziono ciał zamordowanych; ani wraku 

statku, choć po pewnym czasie wyłowiono jakieś szczątki i zidentyfikowa-

no je jako szczątki pochodzące z pokładu jachtu „Captain Flint”. 

  Jaki cel mieli ci, którzy wymordowali załogę i zniszczyli jacht? 

  Autorzy artykułów o trójkącie bermudzkim snuli na ten temat różne 

hipotezy. Uważali, że „Captain Flint” został porwany przez kosmitów albo 

przeniósł się w czwarty wymiar. Zna pan zresztą lepiej ode mnie te bajecz-

ki. Rzeczywistość była jednak inna. Jaka? Nie powiem panu jeszcze teraz. 

Nie  wiem,  czy  w  ogóle  dowie  się  pan  o  tym.  Wszystko  zależeć  będzie  od 

sytuacji. 

  Od jakiej sytuacji? 

  Od sytuacji, na którą ani ja, ani pan nie mamy wpływu. 

  Jak długo mam czekać na „rozwój sytuacji”. 

  Przypuszczam, że do jutra. Do jutra, do godziny dwunastej  w połu-

dnie. W tym czasie zdarzyć powinno się bardzo wiele. 

87 

background image

  A jeżeli uznam to za bezsensowne? 

  Co? Czekanie? Ależ pan nie ma żadnego wyboru! Jest pan u mnie, w 

rezydencji „Xanadu”! To nie  jest przecież plantacja tytoniu ‒ chyba to już 

pan spostrzegł. Zapraszam pana na obiad, a teraz może pan się rozejrzeć. To 

jest  raj.  Rozumie  pan?  Mała  próbka  raju,  pilnowana  przez  archaniołów  z 

mieczami ognistymi. Jak w Biblii. 

Nacisnął  guziczek  pod  blatem  stolika  i  niemal  natychmiast  weszła  do 

pokoju szczupła, zgrabna dziewczyna, może raczej należałoby powiedzieć: 

młoda  kobieta.  Miała  skromną,  gładką,  granatową  suknię  i  czarne,  lśniące 

włosy upięte z tyłu. Oliwkowa cera i lekko skośne oczy zdradzały, że ma w 

sobie solidnie wymieszany koktajl krwi zapewne indiańsko-hiszpańskiej. 

  To  jest  panna  Conchita,  rozumie  po  angielsku,  po  hiszpańsku,  po 

francusku.  Panna  Conchita  wskaże  panu  pokój.  Conchito,  oto  pan  Remy 

Arystowicz, samotny żeglarz, który opłynął dookoła świat, mówiąc między 

nami,  nie  wiadomo  po  co.  Pan  Remy  Arystowicz  przybył  tu  w  gościnę  i 

jutro ma zamiar odjechać. Ulokujesz go gdzieś? 

  Słucham pana ‒ powiedziała po francusku. 

  Nie chciałbym, żeby narzekał. 

  Nie sądzę, monsieur. 

I tak najdziwniejsza przygoda w życiu Remy Arystowicza weszła w sta-

dium kulminacyjne. 

 Gdybym miał talent pisarski, sam bym to opisał. Narodziłby się z tego 

nowy  „Fort  Grozy”  albo  „W  podziemiach  Kartaginy”,  albo  „Książę  Wa-

Tunga”. Te tytuły panu nic nie mówią, panie Julianie, ale dla mojego poko-

lenia  znaczą  wiele.  Czytywaliśmy  to  pod  ławkami,  na  lekcjach,  książki 

wędrowały z rąk do rąk. Nasielski, Romański, Marczyński ‒ literatura bru-

kowa, literatura klasy ostatniej, ale ileż pan i panu podobni stracili nie prze-

kraczając etapu tych tanich, obowiązkowo „krew mrożących w żyłach” 

background image

opowieści  o  tajemniczych  władcach  dalekich  wysp,  pięknych  dziewczy-

nach, palmach, złotych plażach. Ale  musiał pan czytać  Londona ‒ no cho-

ciażby jego „Przygodę”. Nie? Niech pan żałuje. To było właśnie to. Gdyby 

nawet  cała  ta  heca  miała  dla  mnie  skończyć  się  tragicznie,  nie  było  czego 

ż

ałować. Wspomnienie to popiół ‒ liczy się samo przeżycie, panie Julianie. 

To cóż, że tamte wzorce powieściowe były po prostu kiczem? Kicz zreali-

zowany  w  życiu  przestaje  być  kiczem.  Pan  mi  nie  wierzy?  Ależ  tak  było, 

mówię  to  panu.  Przez  cały  rejs  myślałem  o  tym  spotkaniu  i  tak  je  sobie 

wyobrażałem. Właśnie tak, chociaż z pana spojrzenia nie wnioskuję aproba-

ty  dla  mojego  entuzjazmu...  ‒  mówił  Remy  Arystowicz  w  małym  pokoiku 

pensjonatu  nad  Bałtykiem,  zgadując  moje  myśli  i  uczucia.  ‒  Ale  nie  prze-

rywajmy opowieści, bo przecież mam ją nie odtwarzać, ale relacjonować. 

Było więc „Xanadu”. 

I  była  piękna  Conchita  ‒  jak  w  powieściach  czytanych  w  szkole  pod 

ławką, w latach młodości Arystowicza... 

3. 

Conchita  szła przodem, pozwalając żeglarzowi oglądać swoją zgrabną syl-

wetkę. W milczeniu minęli hall, a następnie szerokie, wygodne, lekko krę-

cone schody. Arystowicz pomyślał, że wszystkie rezydencje są budowane o 

tyle podobnie, że hall i klatka schodowa zajmują znaczniejszą część głów-

nego  budynku.  Ba,  widział  nawet  rezydencje,,  gdzie  pokoje  mieszkalne 

były  doczepione  do  części  recepcyjnej.  Nie  pamiętał  już  szczegółów  ze-

wnętrznego wyglądu willi, czy też pałacu „Xanadu”, ale sądząc po obszer-

nej klatce  schodowej i przylegających do niej, otwartych  saloników całość 

musiała  sugerować  urzeczywistnione  ilustracje  ze  starych  przygodowych 

romansów dziewiętnastowiecznych, a zwłaszcza kojarzyło mu się z ilustra-

cjami do książek Verne'a. Ten przepych, wylęgły w czyichś marzeniach, 

89 

background image

dosztukowano do budowli, a może nawet do konkretnego człowieka. 

Sekretarka przystanęła koło drzwi na piętrze, otworzyła je szeroko i po-

prosiła Arystowicza do wnętrza. 

  Sądzę,  że  spodoba  się  tu  panu.  Łazienka  jest  obok.  Obiad  będzie  o 

piątej, pokojówka zawiadomi pana. Jeżeli chce pan czegoś się napić, jest w 

pokoju dobrze zaopatrzona lodówka z napojami. W razie gdyby pan czegoś 

potrzebował, proszę dzwonić. 

Mówiła  to  z  kamienną  twarzą,  bez  uśmiechu,  patrząc  jednak  prosto  w 

oczy żeglarza, jakby od niego oczekując wyjaśnień, podczas gdy on właśnie 

ich potrzebował. 

Pokój był kontynuacją pomysłów architekta i dekoratora, którzy wymy-

ś

lili  gabinet,  hall i klatkę  schodową. Ta ilustracyjność, te palmy, obrazy  w 

złoconych  ramach,  wielkie  wazony  i  wazy,  marmurowe  blaty  stolików, 

wyściełane ogromne fotele ‒ wszystko razem sprawiało wrażenie dekoracji 

filmowej. 

  Zostanie  pan  tu  długo?  ‒  spytała  nagle  Conchita,  chyba  pytaniem 

tym przekraczając swoje uprawnienia. 

  Nie  mam  w  ogóle  zamiaru  zostawać,  ale  tymczasem  wszystko  to 

mnie bawi: pani jednooki szef, mówienie o wszystkim w taki sposób, żeby 

nie powiedzieć o jedno słowo za dużo, a  wreszcie ta  śmieszna rezydencja, 

pasująca  w  sam  raz  do  filmów  sensacyjnych.  W  rozmowie  z  pani  szefem 

zakpiłem, że atmosfera naszego spotkania przypomina książki o przygodach 

Jamesa Bonda. Obecnie cofam to ‒ już raczej są to reminiscencje sensacyj-

nej lektury wydawnictw zeszytowych z końca ubiegłego wieku. Może jakiś 

„Rocambole”  albo  „Kapitan  Hyx  i  Anioły  Morza”  Gastona  Leroux,  albo 

„Wyspa siedmiu trumien” i „Natalia” Maurice Leblanca. Mam rację? 

  Nie wiem, o czym pan mówi. 

  Czy całe to wnętrze jest dziełem wyobraźni pani szefa?  

  Tak, pan Oberon sam to zaprojektował. To znaczy ‒ poprawiła się ‒ 

zlecił opracowanie takiej właśnie rezydencji specjalistom. 

90 

background image

  Pan Oberon? A więc dowiedziałem się  wreszcie nazwiska gospoda-

rza,  nie  był  bowiem  uprzejmy  sam  mi  się  przedstawić.  Pan  Oberon  jest 

zapewne ogromnie bogaty. 

  O tak. 

  Zdaje się, że bogactwo to spadło na niego jak z nieba. 

   Nie wiem, proszę pana. 

  Zawsze zazdrościłem ludziom bogatym. Jestem z tych żeglarzy, dla 

których żeglarstwo jest środkiem, a nie celem. Nigdy nie zaakceptuje mnie 

ś

rodowisko autentycznych ludzi morza. Żeglarstwo pozwala mi być wresz-

cie  kimś  ‒  zrozumiałem  to  dość  późno.  Na  morzu,  na  swoim  jachcie  ‒  je-

stem  najważniejszy  na całym obszarze, jaki  mogę objąć  wzrokiem. Jestem 

jedyny. A tu... ‒ nagle przyjrzał się jej twarzy. ‒ Czego pani się obawia? 

  Nie jestem pewna, co pan wie o panu Oberonie i „Xanadu” i kim jest 

pan naprawdę. Nie wiem, czy przyjechał pan, aby go zniszczyć, czy aby go 

obronić? 

  Jak dawno jest pani sekretarką pana Oberona? 

  Pięć lat. 

  I pięć lat zamieszkuje pani w willi „Xanadu”? 

  Pięć  lat.  Wyjeżdżam  rzadko  ‒  do  Fort-de-France,  do  St.  Pierre,  ale 

zasadniczo jestem tutaj. 

  Mogłaby mi więc pani pomóc. 

  W czym? 

  Zrozumieć to  wszystko. Musi pani  wiedzieć, że jadąc tutaj nie  wie-

działem nic o istnieniu „Xanadu”, potem usłyszałem samą nazwę, nie zda-

jąc  sobie  sprawy,  co  się  za  nią  kryje,  nie  znałem  również  przedtem  pana 

Oberona,  a  nazwisko  jego  usłyszałem  po  raz  pierwszy  z  ust  pani,  przed 

chwilą. Nazwisko zresztą chyba tak samo nieprawdziwe jak cała atmosfera 

tej rezydencji. Boję się, że może mnie za chwilę ktoś obudzi, a wówczas nie 

będzie tu już ani „Xanadu”, ani pana Oberona, ani pani.  

  Czy nic pan nie wie o ultimatum? 

  O jakim ultimatum? 

91 

background image

  Termin  wygasa  jutro  w  południe.  Sądzę,  że  to  nie  są  puste  słowa. 

Chyba dlatego pan Oberon chce, żeby pan tutaj pozostał. Może jako świa-

dek? Jako świadek tego, co może się tu jutro zdarzyć. Pan naprawdę wybrał 

ten termin przypadkowo? 

  Ależ  tak.  Do  St.  Pierre  przypłynąłem  wprost  z  Dakaru,  z  Afryki. 

Wiedziałem, że muszę zatrzymać się w hoteliku „Le Seine” i tam zapytać o 

Luciena. 

  Lucien nie żyje. 

  To pani już wie? 

  Wiem. To ma chyba związek z jutrzejszym terminem. To dziwne, że 

udało się panu tutaj dojechać. 

  Co mogło mi w tym przeszkodzić? 

  Śmierć. 

Arystowicza  to  konkretne,  proste  oświadczenie  sekretarki  speszyło,  ale 

zaraz  wytłumaczył  sobie,  że  śmierć  jest  w  tych  rekwizytach  także  tylko 

konwencją określonej gry. Po zapadnięciu kurtyny umarli wrócą do życia. 

  Niech pani usiądzie, proszę bardzo. Porozmawiajmy o wszystkim, co 

tu się dzieje. 

  Teraz nie mogę. Przyjdę do pana później. 

  Kiedy? 

  Nie wiem. Jak tylko będę mogła. Czy ma pan broń? Może być panu 

potrzebna. 

Odwrócił się i już jej nie było. Arystowicz zamknął drzwi od wewnątrz, 

na próżno szukając klucza. Potem pomyślał, że przed pójściem spać, będzie 

mógł zabarykadować drzwi stołem. Ale przed kim i dlaczego miałby bary-

kadować  drzwi?  Rozejrzał  się  po  pokoju,  poszedł  do  łazienki,  zajrzał  do 

szaf  i  szafek  i  na  chwilę  zaciekawiły  go  książki  na  półce.  Część  z  nich  to 

były  półdolarowe  wydawnictwa  pocket-books,  trochę  historii  miłosnych, 

przygodowych  i  sensacyjnych.  Poczuł  dreszcz  na  plecach,  gdy  zobaczył 

dwie powieści C. S. Forestera o przygodach komandora Horatio  

92 

background image

Hornblowera.  Taką  właśnie  książkę  znalazł  na  pokładzie  jachtu-widma 

„Captain Flint”. 

Wyjrzał  przez  okno.  Willę  otaczał  gęsty  ogród  okolony  białym,  wyso-

kim murem. Dalej były rdzawobrunatne wulkaniczne skały, o które rozbija-

ły  się  fale  oceanu.  Wiedziony  ciekawością  postanowił  przed  obiadem  spe-

netrować willę i okolicę ‒ ostatecznie nikt mu tego nie zakazywał. A gdyby 

nawet  ‒  nastrój  tego  miejsca  zalecał  takie  postępowanie.  Należało  zorien-

tować się w sytuacji, zanim rzeczywiście może zdarzyć się coś niezwykłe-

go. 

Wyszedł  na  korytarz  i  zaczął  kolejno  otwierać  drzwi  do  innych  pokoi. 

Było  ich  kilka  ‒  wszystkie  umeblowane  podobnie,  jakby  ktoś  budował 

„Xanadu”  z  zamiarem  otworzenia  tu  pensjonatu  dla  ludzi  tęskniących  za 

romantyką starych powieści z dreszczykiem. Na końcu korytarza znajdowa-

ło się wyjście. Na dole kłębiła się zieleń ogrodu, ale za tą częścią ogrodu nie 

było  już  morza,  tylko  piętrzące  się  wyżej  i  wyżej  skały.  Sam  ogród  robił 

wrażenie  większego  i  jakby  dzikszego  ‒  prawie  cząstka  podzwrotnikowej 

dżungli. W ogrodzie tym, niemal tuż poniżej balustrady krużganku, leżała w 

hamaku  dziewczyna.  Młoda  i  piękna,  ubrana  w  romantyczną,  długą,  białą 

sukienkę, z rozrzuconymi na poduszce splotami złotoczerwonych włosów ‒ 

pasowała  do  tych  wszystkich  ilustracji  książkowych,  które  zainspirowały 

twórcę  tego  zakątka,  zabudowy  i  urządzenia  wnętrza.  Dziewczyna  spała. 

Ale  nie  tylko  ona  stanowiła  dopełnienie  ilustracji.  Obok,  a  właściwie  na-

przeciw niej, siedział sztywno na krześle chudy, ascetyczny, stary Murzyn, 

ubrany  ‒  mimo  upału  ‒  w  czarny  garnitur.  Pod  szyją  miał  ciasno  zapięty, 

biały, sztywny kołnierzyk. Trzecią postacią tej grupy ‒ tak malarsko skom-

ponowanej  na  tle  zieleni  ‒  była  stara  Murzynka  w  tradycyjnym  tutejszym 

stroju,  jaki  zapewne  oglądać  już  można  było  tylko  w  czasie  karnawału. 

Siedziała pod drzewem, oparta o wiekowy pień, i spała. Murzyn miał oczy 

szeroko otwarte, z nieruchomymi tęczówkami hipnotyzera, i wpatrywał się 

93 

background image

cały czas w twarz śpiącego anioła o złoto-czerwonych włosach. 

Kiedy Arystowicz wrócił do swojego pokoju, zastał tam sekretarkę pana 

Oberona.  Conchita  siedziała  w  dość  niedbałej  pozie  na  fotelu.  Na  stoliku 

stały dwie szklaneczki z płynem koloru bursztynu. 

  Whisky? ‒ spytał Arystowicz, starając się nie okazać zaskoczenia, a 

zjawienie się sekretarki traktować jako coś oczywistego. 

  „Black and White”. Bez wody ‒ odpowiedziała. ‒ To nie pora na pi-

cie alkoholu, ale sądziłam, że zechce się pan ze mną napić. 

  Wnioskuję  z  tego,  że  okoliczności  sprzyjają  naszej  zapowiedzianej 

rozmowie. 

  Jest pora południowej sjesty. Mam wyrzuty sumienia, że nie kazałam 

podać panu coś do zjedzenia. W kloszu są orzeszki i migdały. A tam dzba-

nek z kawą ‒ wskazała na barek koło odbiornika radiowego. ‒ Ja już kawy 

dziś nie piję. Zostanę przy whisky. 

Arystowicz nalał sobie jednak kawy i usiadł z dymiącą filiżanką w fote-

lu naprzeciwko młodej kobiety. 

  Czy mogę zadać pani kilka pytań? 

  Na prawach wzajemności. 

  Dobrze. 

  Kim jest ta piękna dziewczyna w hamaku, którą widziałem w ogro-

dzie? 

  To Joséphine, córka pana Oberona. 

  Czy jest chora? 

  Tak twierdzi pan Oberon. 

  A pani? 

  Długi czas wierzyłam w to. 

  A teraz? 

  Jest to mistyfikacja. Pan Oberon obawia się, że jeżeli Joséphina opu-

ś

ci „Xanadu”, zostanie porwana. Wmówiono więc jej, że jest chora. 

  I dała to sobie wmówić? 

94 

background image

  Widział pan w ogrodzie jej opiekunów? 

  Tak, trochę oryginalna para. 

  Ona to stara piastunka, Mercedes. On to czarownik z Haiti. 

  Czarownik? 

  Cały  archipelag  Antyli  to  siedlisko  najdziwniejszych  wierzeń,  wią-

żą

cych  religię  z  obrzędami  przyniesionymi  z  Afryki  w  czasach  niewolnic-

twa. Wiara  w duchy i czary, a  więc i  w zaklinaczy duchów i ludzi czynią-

cych czary. Na Martynice takich ludzi nazywają „quimboiseur”, na Jamajce 

„witch-doctor”...  Ale  ten  tu  pochodzi  z  Haiti.  Jest  mistrzem  kultu  voodoo, 

czciciel świętego węża Hougona Hadagri, a także Shango i Bade ‒ uosobień 

błyskawicy i wiatru oraz Cimbi Kita ‒ możnowładcy piekieł. Węża czczą tu 

także pod wizerunkiem świętego Jana Chrzciciela. W ogóle świątynie kultu 

voodoo  są  często  obwieszone  wizerunkami  katolickich  świętych,  tyle  że 

pod  ich  postaciami  czci  się  tu  siły  przyrody,  a  nawet  piekło.  Ten  tutaj  na-

zywa się Jean-Popoloi. 

  Co on tu robi? 

  Podaje panience odpowiednie zioła i leczy ją hipnozą. Ale to w czę-

ś

ci  szarlataneria,  a  w  części  najzwyklejsze  łamanie  charakteru,  niweczenie 

osobowości... Te „zioła” to jakieś narkotyki. 

  I pan Oberon na to pozwala? 

  Przed  moim  przyjściem  tutaj  stracił  żonę.  Już  za  moich  czasów  se-

kretarzowania ‒ stracił syna. Ostatnią bliską mu osobą jest córka Joséphine. 

Woli mieć w domu narkomankę, niż ją stracić. To już obsesja. 

  Boi się, że ucieknie w świat? 

  To chyba też, ale głównie boi się jej porwania. 

  Przez kogo? 

  Nie  wiem.  Otrzymuje  co  jakiś  czas  pogróżki,  a  ostatnio  nadeszło 

formalne ultimatum. Termin tego ultimatum kończy się jutro w południe. 

  Jak brzmi treść tego ultimatum? 

95 

background image

  Nie znam wszystkich tajemnic tego domu, proszę pana. Na początku 

nawet  nie  próbowałam  ich  zgłębić.  Mam  za  sobą  długą  praktykę  mimo 

trzydziestu  lat  życia  i  wiem,  że  osobistej  sekretarce  płaci  się  nie  tylko  za 

wykonywanie pracy, ale i za milczenie. 

  W tej chwili łamie pani tę zasadę. 

Wypiła potężny łyk whisky i na chwilę zamknęła oczy. 

  To  ostateczność.  Od  pana  Oberona  zażądano  wykonania  jakiegoś 

zobowiązania.  Sądzę,  że  tego  nie  wykona.  Zagrożono,  że  zostanie  zabity. 

Jeżeli to się stanie, ja będę musiała także umrzeć ‒ to jasne. 

  Kim są ci, którzy mu grożą? 

  Nie  wiem.  Ale  chodzi  chyba  o  jakieś  duże  pieniądze  i  w  dodatku 

zdobyte drogą nielegalną. Dlatego ani jedna, ani druga strona nie zawiada-

mia policji. 

  Mafia? Gangsterzy? 

  Przypuszczam, że za tym kryje się coś więcej. W każdym razie chcę 

opuścić „Xanadu”, a sama tego nie dokonam. Musi mi pan pomóc. 

  Dlaczego „muszę”? 

  Bo  jeżeli  pan  zostanie,  będzie  pan  koronnym  świadkiem.  Pan  wie, 

jaki jest niekiedy los koronnych świadków, gdy gra idzie o wielką stawkę? 

  Czy Oberon to prawdziwe nazwisko? 

  Jeszcze rok temu tak przypuszczałam. Teraz wiem, że nie. Pan Obe-

ron nazywał się kiedyś inaczej. 

  Kiedyś? 

  Między  pierwszą  a  drugą  wojną  światową.  Willa  „Xanadu”  była 

wówczas  małym  hotelikiem  dla  łowców  marlinów  ‒  wielkiej  ryby.  Przy-

puszczam, że pan Oberon tu gdzieś się ukrył. 

  Ukrył? 

  Tak,  po  ucieczce  z  Cayence...  Był  więźniem  Cayence  w  Gujanie 

Francuskiej.  W  czasie  upadku  Francji  w  roku  1940  dyscyplina  w  kolonii 

karnej chyba się trochę rozluźniła. 

96 

background image

  Za co był skazany? 

  Chyba za morderstwo, ale to są tylko moje domysły. 

  Na jak długo? 

  Nie  wiem.  Może  dożywotnio,  a  może  dwadzieścia  pięć  lat  ciężkich 

robót. Są to i tak tylko bardziej hipotezy niż fakty. W czterdziestym piątym 

nagle  wzbogacił  się,  ale  równocześnie  zaczęły  się  jego  perypetie  z  kimś, 

kogo bym określiła jako wspólnika lub wspólników. 

  Sądzi pani, że popełnił jakieś grubsze przestępstwo? 

  Tak sądzę, ale nie mam na to żadnych dowodów. Wnioskuję z frag-

mentów  rozmów.  Popełnił  przestępstwo  i  nie  wywiązał  się  z  umowy  ze 

wspólnikami.  Potem  wybudował  tę  bajkową  rezydencję,  ożenił  się,  miał 

dwoje dzieci. Zjawili się jednak jego prześladowcy, a może konkurenci. 

  Zabili mu żonę? 

  To był wypadek, ale różnie o tym mówiono. 

  A jak było z synem? 

  Zażądano od pana Oberona, aby spełnił wymagania swoich prześla-

dowców albo zginie jego syn. 

  A czego żądali? 

  Wszystkiego, rozumie pan? Wszystkiego. Pan Oberon powinien był 

opuścić willę „Xanadu” zostawiając wszystko. 

  Dość dziwne żądanie. I co się stało dalej? 

  Nie znam szczegółów, ale syn pana Oberona popłynął w tym czasie 

jachtem. 

  Czy ten jacht nazywał się „Captain Flint”? 

  Nie  wiem.  Pan  Oberon  krył  te  wszystkie  sprawy  przed  dziećmi. 

Chyba czynił źle, należało wtajemniczyć je, aby były ostrożniejsze. 

  Co się stało z jachtem? 

  Nie wiem. Podobno ktoś widział jacht bez załogi, a potem i o jachcie 

słuch zaginął. O synu pana Oberona zabroniono mówić w tym domu. 

  I wtedy Oberon ściągnął tu córkę i postanowił ją ukryć? 

97 

background image

  Czy ja wiem, czy to można nazwać ukryciem? Dość, że tu zamiesz-

kała. Była to pełna temperamentu dziewczyna ‒ pływała, jeździła konno, a 

teraz... widział pan, jak wygląda. 

  Za sprawą tego „czarownika”? 

  Oczywiście. 

  A Mercedes? 

  To jej dawna piastunka. Ona się nie liczy. Czy pozwoli pan, że teraz 

ja zadam kilka pytań? Taka była umowa. 

  Proszę, niech pani pyta. 

Wypiła do dna whisky, potem wstała, nalała sobie trochę bursztynowego 

płynu „Black and White” i dodała lodu. 

  Dlaczego pan nie pije? 

  Odwykłem. Na morzu, zwłaszcza gdy się płynie samotnie, nie moż-

na sobie pozwolić na zamroczenie alkoholowe. 

  Kto mówi o zamroczeniu, panie Arys... Arys... 

  Arystowicz ‒ powiedział. 

  Diabelnie trudne nazwisko! No więc może mi pan powiedzieć, po co 

pan przyjechał tutaj? 

  Mogę. To ja odnalazłem jacht „Captain Flint”. Był wówczas bez za-

łogi.  W  jednej  z  kabin  znalazłem  list  pisany  przez  nieznanego  mi  ojca  do 

nieznanego mi syna. W liście tym podano, żeby zatrzymać się w hotelu „Le 

Seine” w St. Pierre i od jakiegoś Luciena wziąć samochód. 

  To był list pana Oberona do syna? 

  Teraz jestem tego pewny, ale kiedy płynąłem na Martynikę, nie wie-

działem  ani  o  panu  Oberonie,  ani  o  willi  „Xanadu”.  Po  prostu  tutaj  mnie 

zawieziono. Okazało się jednak, że pan Oberon znał moje imię i nazwisko i 

oczekiwał, że tutaj się zjawię. 

  Po co pan przyjechał? Wyświetlić tajemnicę? 

  Tajemnica  statku  bez  załogi  nurtowała  mnie  do  momentu,  gdy  spo-

tkałem  ten  jacht  w  pobliżu  wyspy  Barbados.  Ale  powód  zasadniczy  był 

inny. Jeszcze w czasie pobytu na Barbados otrzymałem przekaz z Martyniki  

98 

background image

na  pewną  sumę  pieniędzy.  Równocześnie  żądano  ode  mnie  wyruszenia  w 

dalszą drogę. Jako adresat figurowało Towarzystwo Popierania Samotnych 

Ż

eglarzy. Wtedy  wydało  mi się to naturalne, nawet żądanie  wydało  mi  się 

logiczne, było to jakby stypendium na kontynuację rejsu. 

  Ależ  nikt  w  taki  sposób nie ofiarowuje  większej sumy pieniędzy.  Z 

tego się robi uroczystość, a ponadto... 

  Zgoda... Właśnie dlatego tu jestem. Chcę zwrócić te pieniądze. 

  Komu? 

  Sądzę, że panu Oberonowi. 

  Gdyby on robił podobną transakcję, coś bym o tym wiedziała. 

  Jeżeli nie on, to kto mógł to zrobić? 

  Ci,  którzy  go  prześladują.  Czy  pytał  pan  pana  Oberona  o  te  pienią-

dze? 

  Mówiłem mu o tym, ale w gruncie rzeczy niczego się nie dowiedzia-

łem. Nawet nie wymienił swego nazwiska. 

  Jak pan myśli ‒ czego on chce od pana? 

  Nie wiem. 

  A ja  wiem. Chce  mieć świadka tego, co zdarzy  się  tu jutro. Koron-

nego  świadka.  Moim  zdaniem  ma  pan  jedno  wyjście:  pomóc  mi  wydostać 

się stąd i razem ze mną uciec do St. Pierre. Zarówno panu, jak i mnie grozić 

może tutaj śmierć. 

  Pan  Oberon  ma  tu  jakichś  ludzi,  osobistą  ochronę.  Ci,  których  spo-

tkałem po drodze, kierowca motorówki, lokaj... 

  Jest  ich  nawet  więcej,  ale  mogą  oni  przeszkodzić  w  ucieczce  panu 

lub mnie, natomiast nie wierzę, aby ryzykowali w sytuacji krytycznej, jaka 

może tu zaistnieć. 

  Dlaczego myśli pani o zbrodni? 

  Bo w grę wchodzą chyba duże pieniądze, a gdy stawka jest tak wy-

soka... 

  Można zawiadomić policję. 

99 

background image

  O  czym?  O  tym,  co  przypuszczamy,  czego  się  spodziewamy?  Ależ 

to nonsens! Nie  mamy dowodów. Pan Oberon jest starym, emerytowanym 

człowiekiem interesów, który wycofał się z życia czynnego i osiadł w swej 

skromnej  rezydencji  na  Martynice.  Płaci  podatki,  jest  hojny,  daje  na  cele 

charytatywne. Co tu można w obecnej chwili zakwestionować? 

  Istotnie nic. 

  No więc, pozostaje jedyne wyjście dla nas: wyjazd stąd, póki nie bę-

dzie za późno. Pomoże mi pan? 

  Zależy od tego, jakie będzie moje zadanie. 

  A więc zasadniczo zgadza się pan? 

  Tak. Rezerwuję jeszcze tylko czas na ostateczną decyzję do wieczo-

ra. Chcę porozmawiać z Oberonem przy obiedzie. 

  Jest pan naiwny. 

  Może, ale spróbować należy. 

  Skomunikuję się więc z panem wieczorem. 

  Dobrze. Będę czekał. 

Wstała, już stojąc dopiła whisky i trochę niepewnym krokiem wyszła z 

pokoju,  poruszając  tanecznie  biodrami.  Arystowicz  dopił  kawy,  potem 

także wstał i wyszedł z pokoju. Korytarz był pusty. Otworzył drzwi balko-

nowe  i  wyjrzał  na  galeryjkę,  a  nie  widząc  nikogo,  przechylił  się  przez  ba-

rierkę. Dziewczyna dalej spała w hamaku, a ascetyczny Murzyn w czarnym 

garniturze  siedział  na  krześle.  Nie  wpatrywał  się  jednak  w  śpiącą  ‒  oczy 

miał  zamknięte,  na  kolanach  trzymał  bębenek,  w  który  uderzał  co  chwila 

płasko dłonią, nucąc jakąś dziką melodię i niekiedy wypowiadając słowa: 

„Leh! Eh! Bomba, heu! heu!  

Congo bafio ‒ té,  

Congo moune dé-lé,  

Congo do-ki-la, Congo ‒ lu...” 

background image

Było duszno, jakby zbliżało się tornado. Arystowicz z lękiem pomyślał 

o  swoim  jachcie  zacumowanym  w  dość  prymitywnych  warunkach  porto-

wych.  Nagle  na  grzbiecie  skał  otaczających  teren  rezydencji  dojrzał  ostry 

błysk  odbitego  światła.  Ktoś  obserwował  przez  lornetkę  posiadłość.  Kto? 

Czy ktoś z ochrony, czy obcy? A może było to gniazdo strzelca wyborowe-

go? Na  wszelki  wypadek  szybko  wycofał się z balkonu.  Ani  na  korytarzu, 

ani na schodach nie spotkał nikogo. 

Wyszedł przed dom głównym  wyjściem,  minął gazony i  zagłębił  się  w 

gąszcz  parku.  Trzymał  się  betonowej  ścieżki,  licząc,  że  doprowadzi  go  do 

basenu kąpielowego. Istotnie znalazł się wkrótce na niewielkiej platformie z 

urządzeniem kąpielowym. Dookoła było jednak pusto i nic nie wskazywało 

na to, że ktoś tu bywa. Między skałami zobaczył ocean, skaliste poszarpane 

brzegi, a dalej zarysy wyspy lub kilku wysp. 

Basen był olbrzymi, łączyły go jakieś kanały z innym basenem położo-

nym  znacznie  wyżej  i  z  morzem.  Arystowicz  wstąpił  po  schodach  do  gór-

nego  basenu  i  nagle  zatrzymał  się  zdumiony.  Pływał  tam  w  kryształowo 

czystej  wodzie  ogromny  rekin.  Pan  Oberon  był  widocznie  ekscentrykiem. 

Tak jak inni hodują złote rybki, on hodował wielkiego rekina-ludojada. 

4. 

 Nigdy nie zapomnę tego obiadu ‒ opowiadał nam Arystowicz, gdy wresz-

cie zmusiłem go do wyznań w jego kwaterze w Jastrzębiej Górze. ‒ Proszę 

sobie  wyobrazić  ogromny  pokój,  którego  ściany  kryła  ciemna  boazeria, 

pokój z wielkim kredensem, palmą pod oknem, ze zwieszającym się z sufitu 

ż

yrandolem  tak  obciążonym  kryształami,  że  aż  budzącymi  strach  siedzą-

cych  pod  nim.  Znów  sceneria  w  sam  raz  pasująca  do  ilustracji  w  starych 

tygodnikach. 

101 

background image

Arystowicz  tyle  razy  wspominał  o  tych  tygodnikach  albo  starych  edy-

cjach  książek  Verne'a,  że  wnioskując  z  tego,  można  było  podejrzewać  nie 

tylko  Oberona,  ale  i  Arystowicza  o  ekscytację  literaturą  i  prasą  z  końca 

dziewiętnastego stulecia. 

Przy  stole  prócz  jednookiego  gospodarza,  jego  córki,  sekretarki,  Ary-

stowicza  i  cudotwórcy  z  Haiti,  siedział  jeszcze  jakiś  ponury  typ,  podobno 

zarządca  majątku,  wyglądający  jednak  bardziej  na  szefa  osobistej  ochrony 

nababa aniżeli na administratora. Tak przedziwnie skontrastowane towarzy-

stwo  nie  zapewniało  dyskusji  przy  obiedzie,  ale  jej  brak  zastępowany  był 

przez  monolog  gospodarza  adresowany  wyraźnie  do  samotnego  żeglarza. 

Pan Oberon chyba był zmęczony tym stanem oblężenia w swej rezydencji i 

łaknął rozmówców; albo precyzyjniej to określając ‒ łaknął słuchaczy. 

 ...Tak rozumiem trochę samotnych żeglarzy goniących za słońcem. W 

samotności człowiek marny czuja swą nicość, ale wielka indywidualność ‒ 

swoją siłę. Różnimy się tylko metodami, jakimi dochodzi się do tej sytuacji. 

Jeżeli źródłami szczęścia jest niezależność i wolny czas, to samotny żeglarz 

ma  tego  czasu  w  nadmiarze,  ale  co  z  niezależnością?  Zgoda,  że  na  morzu 

nie ma zależności od ludzi, ale jak potworna jest zależność od przyrody... 

Arystowicz  pomyślał  wówczas,  że  należałoby  wyjaśnić  panu  Oberono-

wi, na czym polega żeglowanie na małym jachcie, ze właśnie tego wolnego 

czasu ‒  w zrozumieniu lądowym ‒ nie ma tam zupełnie, ale jaki byłby cel 

tego  przekonywania?  W  wyobraźni  Jednookiego  samotny  żeglarz  spoczy-

wał  na  leżaku,  podczas  gdy  wiatr  niósł  jacht  na  skrzydłach  żagli  bez  żad-

nych  trudności.  No,  a  kiedy  zaczynała  się  chwiejba,  żeglarz  z  wyobraźni 

nababa schodził po prostu pod pokład i zasypiał. 

Córka pana Oberona była dziewczęciem niezwykłej urody, ale cóż z 

102 

background image

tego,  kiedy  jej  oblicze  sprawiało  somnambuliczne  wrażenie  i  nie  można 

było  być  pewnym,  czy  Joséphine  zdaje  sobie  z  tego  sprawę,  że  siedzi  w 

jadalni  willi  „Xanadu”,  a  nie  w  świątyni  bóstw  voodoo.  Arystowicz  spró-

bował  to  sprawdzić  i  nagle  zupełnie  niespodziewanie,  z  pewnością  popeł-

niając nietakt wobec gospodarza, przerwał gadulstwo grubasa, zwracając się 

z pytaniem do dziewczyny. 

  Czy  pani  nie  wyjeżdża  stąd  do  miasta?  Musi  się  pani  przecież  pie-

kielnie nudzić w tym azylu? 

Zapadła  cisza,  pan  Oberon  chrząknął,  po  czym  zapytał  córkę,  czy  sły-

szała pytanie gościa. 

  Mademoiselle Joséphine jest zajęta swoim życiem wewnętrznym, jej 

duch  błądzi  teraz  w  lesie  ‒  powiedział  z  naciskiem  „czarownik”.  ‒  Jeżeli 

zbudzimy ją w niewłaściwym momencie, może przepaść w mrokach lasu i 

nigdy nie trafić do ciała. 

  Pan wierzy w te głupstwa? 

  To nie są głupstwa. To sprawy życia i śmierci. Joséphine jest chora. 

Jean-Popoloi opiekuje się nią. 

  Szkoda panu pieniędzy na lekarza? 

  Ona nie jest tak chora, jak pan myśli. Ona ma chorą duszę. 

  Dlatego sprowadził pan do niej tego szarlatana z Haiti? Może pan w 

ten sposób stracić córkę prędzej, aniżeli ona straci ojca. Widziałem dzisiaj, 

jak ten staruch odprawiał nad nią swoje egzorcyzmy. Czemu pan ją tu trzy-

ma? 

  Może pomówimy o tym po kolacji? 

  Dobrze, ale w gruncie rzeczy to nie moja sprawa. Zaczął pan jednak 

mówić  o  żeglarstwie,  a  zatem  o  moich  osobistych  problemach,  zostałem 

więc upoważniony do wyrażenia swojej opinii na tematy obchodzące pana. 

  Proponuję, nie mówmy teraz o tym. Odpoczął pan dobrze? 

  Odpocząłem i rozejrzałem się po ogrodzie. 

103 

background image

  I co pan zobaczył? 

Chciałbym zobaczyć podobiznę  matki tej dziewczyny ‒  myślał  Arysto-

wicz. Skąd u takiego oliwkowego mężczyzny o czarnoszronkowatych wło-

sach taki anioł? 

  Zobaczył pan coś ciekawego? ‒ powtórzył pytanie Jednooki. 

  Wszystko  tu  jest  ciekawe  i  im  jestem  dłużej,  tym  mniej  wszystko 

pojmuję. Na przykład, ten rekin w basenie. 

Grubas zaśmiał się. 

  Nastraszył pana? 

  Nie, nie miałem zamiaru kąpać się. Jeżeli już, wolę łazienkę. 

  Ten  rekin  to  „Willy”.  Jest  tak  inteligentny,  jak  tresowany  pies.  To 

istotnie  żarłacz-ludojad,  ale  wbrew  opinii  wcale  nie  tak  niebezpieczny  dla 

człowieka. Jest zresztą dobrze karmiony i ma wszelkie wygody, poza jedną 

kwestią nie załatwioną ‒ jest samotny. Ja też czuję się samotny i potrafię go 

zrozumieć. 

  Porównuje pan siebie do rekina? 

  Nie. Przyrównuję tylko moją samotność do jego samotności i widzę 

pewne podobieństwo. Ale czy jest pan zadowolony z pokoju w „Xanadu”. 

  Jak długo mam w nim mieszkać? 

  Sądzę, że do wyjaśnienia między nami pewnych spornych kwestii, a 

to nie może nastąpić prędzej niż jutro po południu. 

  A więc muszę czekać do jutra. 

  Nie ja narzuciłem ten termin. 

  Czyżby spodziewał się pan gości? 

  I  tak,  i  nie.  Mogą  tu  przybyć  nie  proszeni.  Kiedy  pan  się  tu  zjawił, 

myślałem,  że  jest  pan  ich,  powiedzmy,  emisariuszem.  Okazało  się  jednak, 

ż

e nie. 

  Uwierzył pan moim zapewnieniom? 

  Sprawdziłem je. To lepsze niż wiara. 

  Dlaczego jednak według innych kryteriów postępuje pan wobec cór-

ki Joséphine? Jej potrzeba chyba lekarza, a nie znachora. Powtarzam się, 

104 

background image

ale to właśnie jedna ze spraw, których nie rozumiem. Oczywiście, nie ocze-

kuję  od  pana  odpowiedzi  zaraz.  Może  jej  w  ogóle  nie  być.  Chwilę  trwała 

cisza. 

  Ja kocham Joséphine ‒ powiedział nagle zupełnie cicho, ale właśnie 

to oświadczenie spowodowało histeryczny  krzyk Joséphine, jakby obudzo-

nej nagle z somnambulicznego snu. 

  Nieprawda! Nieprawda! On kochał zawsze tylko siebie! 

Zaczęła szlochać, wstała z krzesła i odeszła chwiejnym krokiem w kie-

runku drzwi, opierając się o ścianę jak pijana. 

  Joséphine!  ‒  powiedział  nagle  stanowczo  milczący  dotąd  „czarow-

nik” z Haiti. 

  Czemu  w  tej  sytuacji  nie  postąpi  pan  zgodnie  ze  swymi  racjonali-

stycznymi poglądami? ‒ spytał ponownie żeglarz. ‒ Czemu pozwoli pan na 

szaleństwa tego znachora? A może to pan potrzebuje pomocy, a nie córka? 

  Niech pan się nie wtrąca do spraw, których pan nie rozumie! ‒ wark-

nął Jednooki. ‒ Nikomu na to nie pozwolę! 

  Proszę nie zapominać, że nie jest pan dozorcą w Cayenne. Pół tuzina 

wynajętych gorylów strzeże pana bezpieczeństwa, rekin w basenie kąpielo-

wym  i  pałac  „Xanadu”  jak  hollywoodzka  makieta.  Powinien  pan  kręcić 

filmy  sensacyjne, panie Oberon, czy jak się pan rzeczywiście nazywa! Po-

stanowiłem  dziś  jeszcze  wracać  do  St.  Pierre.  Chciałem  odkryć  tajemnicę 

jachtu bez załogi, jachtu, który nazywał się „Captain Flint”. Obecnie jest to 

już  dla  mnie  bez  znaczenia.  Chciałem  również  zwrócić  pieniądze,  które 

półtora roku temu przekazano mi na Barbados. Ale co to za dług honorowy 

wobec Towarzystwa, którego siedziby nie mogę znaleźć? Już lepiej pienią-

dze  te  przekazać  na  sieroty  po  tych,  którzy  zginęli  na  morzu.  Dziękuję  za 

gościnę, panie Oberon, dziękuję państwu. 

105 

background image

Arystowicz odsunął gwałtownie krzesło wstając, po czym wolnym kro-

kiem  skierował  się  ku  drzwiom,  przy  których  stała  Joséphine.  Pomógł 

dziewczynie wyjść z pokoju, a następnie zaprowadził do jej pokoju na pię-

trze, położonego w drugim skrzydle willi. Posadził ją na łóżku i z zadowo-

leniem stwierdził, że nie ma już tak somnambulicznego spojrzenia. 

  Kim  pan  jest?  ‒  spytała,  gdy  zabierał  się  do  wyjścia,  życząc  jej  ry-

chłego powrotu do zdrowia. 

  Zajęcie mam obecnie dość oryginalne, panno Oberon. Jestem samot-

nym żeglarzem. 

  Co to znaczy? 

  Tylko  to,  co  można  wnioskować  z  nazwy  zawodu.  Pływam  na  ma-

leńkim  jachcie,  wzbudzając  czasami  zainteresowanie  fanatyków  morza,  a 

zdarza się nawet, że gangsterów. 

  Czy może mi pan pomóc? 

  Chyba  tylko  w  ten  sposób,  że  zawiadomię  policję.  Ale  ‒  prawdę 

mówiąc ‒ nie wiem, co miałbym powiedzieć policji. Że leczy panią szaman 

z  Haiti?  Że  bierze  pani  udział  w  obrzędach  voodoo?  Nie,  naprawdę  nie 

wiem, co mógłbym dla pani uczynić. 

  A zabrać mnie stąd? 

  Ze sobą? 

  Tak. 

  To brzmi romantycznie, ale  moim domem jest jednoosobowy jacht. 

Gdyby  nawet  znalazło  się  tam  miejsce  w  mojej  koi,  obawiam  się,  że  po 

pierwszym dniu podróży musiałbym panią wysadzić na ląd. Przy obecnym 

stanie pani zdrowia to niemożliwe. Jeżeli wolno mi coś radzić, mademoisel-

le Joséphine, to powinna pani zażądać lekarza i równocześnie  wyrzucić za 

drzwi  tego  szamana  czy  „czarownika”.  Kim  są  ludzie,  których  obawia  się 

pani ojciec? 

  Nie wiem. 

  A zna pani przeszłość ojca? 

106 

background image

  Tak. On dalej to ukrywa przede mną, ale oczywiście wiem o Cayen-

ne.  Dowiedziałam  się  o  tym  od  brata  jeszcze przed  jego  zniknięciem.  Mój 

ojciec zdobył majątek w jakiś dziwny sposób, ale tu, na Antylach, nie jest to 

wyjątkiem. 

  Czy pani słyszała o jachcie „Captain Flint”? 

  Na tym jachcie płynął mój brat. Jacht zaginął. 

  Zanim jeszcze zaginął jacht, zniknęła z jego pokładu załoga. Spotka-

łem jacht bez załogi półtora roku temu. 

  Więcej nic nie wiem o całej sprawie. Wkrótce potem zaczęłam cho-

rować  i  nie  docierały  do  mnie  żadne  wieści.  „Xanadu”  to  odrębny  świat. 

Nikt  obcy  tu  nie  przyjeżdża.  Czasami  zjawia  się  jakiś  człowiek,  który  za-

myka  się  z  moim  ojcem  i  prowadzi  z  nim  w  gabinecie  długie  rozmowy  ‒ 

poza tym nie dzieje się nic. Już choćby dlatego można zwariować. 

  Wierzę pani. Teraz proponuję: niech pani po moim wyjściu zamknie 

dobrze drzwi, a jeszcze lepiej zabarykaduje je i zażąda od ojca wypędzenia 

z  „Xanadu”  tego  haitańskiego  egzorcysty.  W  razie  czego  proszę  wzywać 

pomocy. 

  Nie odjeżdża pan? 

  Bardzo bym chciał, ale chyba dziś będą z tym pewne trudności. Jest 

już wieczór. 

  Gdyby  nie  było  motorówki  przy  nabrzeżu,  niech  pan  poszuka  w 

pierwszej skalnej zatoczce na prawo od przystani. 

  Dziękuję za radę. A można stąd wydostać się lądem? 

  Tylko piechotą, ale to droga trudna, przez skalne rumowisko. W sam 

raz dla alpinisty. 

  Dokąd można tamtędy dojść? 

  Do szosy. Jakieś pięć kilometrów dalej leży rybacka osada. 

  Dziękuję pani. A teraz do widzenia! I więcej stanowczości w postę-

powaniu z ojcem! 

  On nie jest taki zły. Rzeczywiście boi się o mnie. 

107 

background image

   Uczyni pani tak, jak pani uzna za słuszne, mademoiselle Joséphine. 

Arystowicz  wyszedł,  obawiając  się,  że  za  chwilę  eteryczna  panna  za-

cznie  go  przekonywać  o  dobroci  jednookiego  Polifema  z  rezydencji 

„Xanadu”. Na korytarzu było cicho i pusto. Może na parterze biesiadowano 

jeszcze,  a  może  wszyscy  zniknęli  w  swoich  apartamentach.  Noce  i  dnie 

musiały  tu  być  rzeczywiście  piekielnie  nudne.  Zamieszkać  tu  ‒  znaczyło 

odciąć się od całego świata. 

Co  dalej  robić?  Zbliżał  się  wieczór.  Droga  do  „Xanadu”  przez  usianą 

skałami  Baie  du  Galion  groziła  niebezpieczeństwem,  ale  wybrałby  się  tą 

drogą, gdyby nie obawa, że zaskoczy go tam wieczór. To samo odnosiło się 

do drogi lądem, a osada ‒ sądząc według mapy, którą oglądał przed wyru-

szeniem tutaj ‒ nazywała się Tartane i leżała nie tak daleko od willi. Trzeba 

jednak  było  znać  trasę.  A  poza  tym,  należało  pamiętać  o  „gorylach”.  Za-

pewne mieli zadanie nie dopuścić nikogo obcego na teren „Xanadu”, ale na 

pewno  mieli też czuwać, żeby nikt rezydencji nie opuścił.  Czy jednak byli 

to aż tak zdecydowani na wszystko ludzie, że potrafiliby zabić? Arystowicz 

w to wątpił. Martynika to nie Dominikana lub Haiti, gdzie podobne rzeczy 

się zdarzały. Nawet gdyby była to Walka dwóch zwalczających się gangów 

przemytniczych  ze  Stanów  Zjednoczonych...  Wątpliwe  zresztą  czy  jako 

teren swej akcji wybrałyby Martynikę. Stosunki panujące na Martynice i na 

Gwadelupie  ‒  będącymi  od  niedawna  prawnie  częścią  Francji  ‒  wcale  nie 

ułatwiały wicia sobie gniazd północnoamerykańskim mafiom. Ale jak wia-

domo, życie nie zawsze trzyma się reguł, a przeszłość galernicza pana Obe-

rona?  Ciekawe  czy  przybrał  sobie  to  nazwisko  po  lekturze  „Snu  nocy  let-

niej”  czy  po  obejrzeniu  opery  Webera  ‒  choć  prawdę  mówiąc  jednooki 

Polifem  z  „Xanadu”  nie  wyglądał  na  człowieka,  którego  pasjonuje  lektura 

Szekspira lub muzyka operowa. Ale kto wie? Różni ludzie mają różne zain-

teresowania, o czym na przykład świadczyło urządzenie rezydencji na 

108 

background image

skalistym wybrzeżu Martyniki na wzór ilustracji starych tygodników. 

Arystowicz  zawędrował  znów  na  balkon,  z  którego  obserwował  po-

przednio  dziwne  zachowanie  „czarownika”  z  Haiti,  ale  bajkowa  oaza  ro-

ś

linności  wśród skał nie zdradzała obecności człowieka. ‒ Poszukać  moto-

rówki ‒ jak radziła Joséphina. ‒ Chyba wczesnym świtem. A co z propozy-

cjami  Conchity?  Nie  wiedział,  jak  ma  postąpić.  Cofnął  się  i  skierował  do 

pokoju, który przeznaczono mu na czas pobytu w „Xanadu”. ‒ Czas poby-

tu? Co mogło to znaczyć w tych, dość dziwnych, warunkach? 

Usłyszał, że ktoś gra na fortepianie. Potężne akordy rozległy się głucho 

w pustych korytarzach, powoli wypełniając cały gmach jakimś niepokojem. 

Remy w miarę możliwości chadzał chętnie na koncerty, ale chłonął zawsze 

ich  nastrój,  nie  próbując  jakiejkolwiek  analizy  dzieła  ‒  wiedział  na  ten  te-

mat zbyt mało. Ale właśnie ta spontaniczność odbioru powodowała u niego 

ogromną  wrażliwość  na  to  niewidzialne,  nie  podlegające  regułom,  nie-

uchwytne i niepowtarzalne, co zawarte jest zawsze w wykonaniu dzieł mi-

strzów  przez  wybitnych  odtwórców.  Przejęty  i  zaciekawiony  szedł  w  kie-

runku, skąd rozlegały się dźwięki fortepianu. Wreszcie uchylił drzwi duże-

go salonu, zupełnie pustego, tylko na środku stał wielki, czarny fortepian z 

otwartym  skrzydłem.  Był  to  stary  instrument  z  ruchomymi  lichtarzami,  w 

których płonęły dwie świece. 

Przy  fortepianie  siedział  pan  Oberon,  waląc  wielkimi,  rzeźnickimi  ła-

pami  w  klawisze...  Był  to  obraz  tak  zaskakujący,  że  Arystowicz  stanął  jak 

wryty.  Nie  wyobrażał  sobie,  że  ten  eksgalernik  tak  znakomicie  zrozumiał 

duszę fortepianu, że jest tak świetnym pianistą. I te jego potężne dłonie! To 

cud,  że  znajdował  poszczególne  klawisze,  choć  siła  uderzenia  sprawiała 

wrażenie, jakby jednooki Polifem walił przez cały czas pięściami w klawia-

turę. 

Przez otwarte drzwi powiał ciąg powietrza ‒ płomienie świec zamigota-

ły i naraz całe pomieszczenie pogrążyło się w mroku. Muzyka urwała się, 

109 

background image

a tylko w powietrzu jeszcze wibrował ostatni, umierający dźwięk... 

Arystowicz wycofał się i zamknął drzwi. 

Gdy wracał do swego pokoju, cisza wydawała się jeszcze głębsza, jesz-

cze straszniejsza. 

Postanowił zaczekać na Conchitę. Był jednak tak zmęczony, że po doj-

ś

ciu do swego pokoju rzucił się w ubraniu na kozetkę. Nawet nie zauważył, 

kiedy zamknęły mu się oczy. Zasnął. 

Zbudził się, gdy w pokoju panował już mrok. W pierwszym momencie 

nie  wiedział,  gdzie  się  znajduje.  Dopiero  po  chwili  wróciła  świadomość 

wędrówki przez wyspę i dziwnych spotkań. Podniósł się i ostrożnie posunął 

w  stronę  okna.  Zauważył  już  przedtem,  że  wewnętrzne  ramy  okna  były 

oszklone,  podczas  gdy  na  zewnętrznych  rozpięta  była  moskitiera.  W  bu-

dynku  działała  również  klimatyzacja,  co  pozwalało  trzymać  zamknięte 

okna. Otworzył je teraz, próbując przez moskitierę dojrzeć, co się dzieje na 

dworze, a nie  mogąc  wiele dostrzec, rozwarł także ramy z rozpiętą moski-

tiera.  Odczuł  powiew  bryzy,  ale  nie  zobaczył  nic.  To  znaczy  ‒  z  początku 

nie zobaczył nic, lecz później, między palmami, ujrzał błyski kieszonkowej 

latarki. Ktoś sygnalizował. Komu? W jakim celu? 

Podszedł  do  drzwi  i  spróbował  je  otworzyć,  wówczas  okazało  się,  że 

ktoś zamknął drzwi na klucz od strony korytarza. Jeżeli zjawi się Conchita, 

chyba  nie  zawaha  się  otworzyć,  jeśli  klucz  tkwił  w  drzwiach.  Ale  czy  się 

zjawi? A jeżeli zamiast sekretarki przybędzie morderca? 

Arystowicz  przeżył  jednak  tak  niezwykłe  przygody  na  Morzu  Sulu,  że 

cała ta historia w willi „Xanadu” wydawała mu się w porównaniu z tamtym 

nie  tak  groźna.  Za  dużo  tu  było  czyjejś  bujnej  wyobraźni  w  reżyserii  tego 

niezwykłego  widowiska: czarownik, córka  somnambuliczka, rekin  w base-

nie...  W  sam  raz  materiał  do  kręcenia  filmu.  A  poza  tym  samotny  żeglarz 

był zmęczony i śpiący... Właśnie ‒ zmęczony i śpiący... Ostatecznie  

110 

background image

rozebrał się i położył do łóżka, nie bacząc na to, że przypomina ono łoże z 

makabrycznego  opowiadania  Conrada  ‒  „Gospoda  pod  dwiema  wiedźma-

mi”. Loże,  w  którym uduszono jakiegoś  marynarza. Ledwie przyłożył  gło-

wę do poduszki, już spał. 

5. 

Zbudził  się  bardzo  wcześnie.  Wziął  prysznic,  ogolił  się  znalezioną  w  ła-

zience  maszynką,  przetarł  twarz  wodą  o  łagodnym  zapachu  i  spróbował 

wyjść na korytarz. O dziwo, drzwi nie były zamknięte. 

Pałac jednookiego władcy jeszcze chyba spał ‒ ciszy korytarzy nie pło-

szył najlżejszy szmer, a swoją drogą trudno w tym królestwie chodników i 

dywanów  było  oczekiwać  chociażby  szelestu  czyichś  kroków.  Przed  do-

mem  owiał  żeglarza  wiatr  od  oceanu.  Zeszedł  po  stopniach  na  plac  przed 

głównym  wejściem i skierował się na drogę, którą spacerował wczoraj. Na 

piasku widniało dość dużo różnych śladów, co go trochę zdziwiło i co kon-

trastowało  z  pustką  na  korytarzach  i  wokół  willi.  Znalazł  również  jeden 

przedmiot ‒ pantofel. Próbował sobie przypomnieć, na czyjej nodze widział 

wczoraj  taki  pantofel.  Nie  było  to  obuwie  Mercedes  ‒  w  grę  wchodziła 

tylko  Joséphina  i  Conchita.  Chyba...  Conchita...  Tak,  z  całą  pewnością  se-

kretarka  pana  Oberona.  W  jakich  okolicznościach  pantofel  ten  zgubiła  i 

dlaczego nie przybyła wczoraj na umówione spotkanie? 

Arystowicz  poszedł  spacerkiem  w  kierunku  morza;  tam,  gdzie  wczoraj 

widział basen kąpielowy, a  wyżej ‒ basen z rekinem. W obu basenach  nie 

znalazł  wody,  a  i  rekin  zniknął.  Duże  otwory  w  betonowych  ścianach 

ś

wiadczyły  o  istnieniu  podziemnych  kanałów  ‒  prawdopodobnie  każdy 

basen miał połączenie z oceanem. 

111 

background image

Ktoś  wypuścił  stąd  wodę  razem  z  rekinem  Willy  ‒  pomyślał  żeglarz  i 

nagle  wzrok  jego  napotkał  leżący  tuż  nad  basenem  taki  sam  pantofel,  jaki 

znalazł  na  ścieżce,  tyle  że  z  drugiej  nogi.  Trudno  było  przypuszczać,  że 

Conchita poszła w nocy obejrzeć rekina i po drodze zgubiła pantofle. Chyba 

ż

e... nie trafiła tu dobrowolnie, a pantofle spadły jej po prostu z nóg, gdy... 

Właśnie, co się mogło z nią stać? Nagle przyszła mu do głowy przerażająca 

myśl ‒ ktoś mógł siłą przywlec ją w to miejsce i wrzucić do basenu z reki-

nem.  A  potem...  to  oczywiste.  Należało  po  prostu  spuścić  wodę  razem  ze 

zwierzęciem. Spuścić prosto do oceanu... 

Wzdrygnął się i zawrócił. 

Gdy szedł w stronę willi, ogarnęło go uczucie, że cała ta budowla i całe 

jej otoczenie  wieje pustką. To niemożliwe, żeby nie było  nikogo ‒ kamer-

dynera, pokojówki czy choćby kogoś z ochrony na całym szlaku spaceru, na 

progu  willi,  wewnątrz  budynku.  Zeszedł  w  dół,  trafił  do  kuchni,  odkrył 

kilka  pokojów  ‒  chyba  przeznaczonych  dla  służby,  potem  zaczął  szukać 

znanego  mu  z  wczorajszej  wizyty  pokoju,  w  którym  zostawił  Joséphine. 

Znalazł go dość łatwo. 

Drzwi  były  otwarte,  wewnątrz  panował  nieład,  jakby  ktoś  pospiesznie 

się  pakował.  Jakieś  drobne  części  garderoby  walały  się  na  podłodze  i  na 

krzesłach. 

Joséphine zniknęła... 

Arystowicz  zajrzał  do  kilku  sąsiednich  pokojów,  które  również  były 

otwarte.  Tam  także  zobaczył  ślady  pospiesznego  pakowania.  Zeszedł  do 

jadalni, w której wczoraj wziął udział w przedziwnym spotkaniu. Nie zdzi-

wił się, że nikogo tam nie zastał, ale zdziwiło go, że jadalnia znajdowała się 

w takim stanie, jak pozostawiono ją wczoraj. 

Nie było wątpliwości ‒ służba także zniknęła. 

Arystowicz  jeszcze  raz  wyjrzał  na  dwór  i  wówczas  wzrok  jego  spotkał 

się z jednookim spojrzeniem władcy „Xanadu”, pana Oberona. Polifem stał  

112 

background image

na  środku  placyku  przy  zejściu  ze  schodów  i  oglądał  pantofel  Conchity, 

który poprzednio już zainteresował żeglarza. 

Remy  zeszedł  w  dół  po  stopniach,  nie  spuszczając  wzroku  z  twarzy 

Oberona  i  próbując  odczytać  prawdę  o  sytuacji,  jaka  zapanowała  w 

„Xanadu”, ale jedno oko gospodarza, choć patrzyło przenikliwie, nie zdra-

dzało myśli i uczuć Polifema. 

  Interesuje pana, co się stało z drugim pantofelkiem? ‒ zapytał Remy. 

 Mogę pana ciekawość zaspokoić. 

  Gdzie pan go znalazł? 

  Ten  leżał  właśnie  w  tym  miejscu,  ale  drugi...  ‒  zawiesił  głos  na 

chwilę. 

  Ten drugi? ‒ powtórzył za nim Oberon z akcentem pytającym. 

  Ten drugi leży koło basenu z rekinem. Rekina jednak w basenie nie 

ma. Pański Willy wypłynął już chyba na ocean. Zresztą w obu basenach nie 

ma wody. Jak pan tłumaczy obecność tych dwóch pantofli na trasie do ba-

senu z rekinem? 

  Nie  wiem.  Teraz  już  wszystko  stało  się  możliwe.  A  pan  nie  wyje-

chał? 

  Nie  wiedziałem,  jak  to  zrobić.  Gdybym  nawet  porwał  motorówkę, 

mógłbym ją rozbić na pierwszej najbliższej rafie. 

  Oni nie odjechali morzem. Po prostu poszli piechotą. Jest taka ścież-

ka, którą można dojść do szosy, a tam z pewnością czekały samochody. 

  Jacy „oni”? O kim pan mówi? 

  Wszyscy.  Wszyscy,  którzy  mieszkali  w  „Xanadu”.  Moja  osobista 

ochrona, moja służba. Nawet moja córka Joséphine... To musiało być ukar-

towane..  Ktoś  dał  mi  jakiś  środek  nasenny.  Dość  mocny,  żebym  nic  nie 

słyszał, ale nie dość mocny, bo obudziłem się rano. Widziałem przez okno 

pana  wracającego ze spaceru. Jesteśmy  w  „Xanadu” tylko  dwaj ‒ pan i ja. 

Może nawet dobrze, że pan został. Będzie pan świadkiem końca legendy  

113 

background image

„Xanadu”. Wczoraj jeszcze byłem innym człowiekiem ‒ to, co pan powie-

dział  mi  przy  obiedzie,  uświadomiło  mi,  że  to  koniec.  Poznał  pan  pewną 

tajemnicę,  którą  chciałem  zabrać  ze  sobą  do  grobu.  To  tylko  ułamek  całej 

tajemnicy,  ale  wystarczający,  żeby  mnie  przerazić  i  przyspieszyć  koniec 

„Xanadu”. Wierzę panu, że przyjechał pan tutaj nie  wiedząc nic o  mnie, o 

tym pałacu, ale właśnie tu dowiedział się pan czegoś, co uważałem dotąd za 

sprawę zapomnianą... To Conchita, prawda? Nie, może pan nie zaprzeczać. 

To na pewno Conchita... Była nieostrożna.  Chciała  uciec,  aby  móc  szanta-

ż

ować mnie, jeżeli wyszedłbym z tej historii cało, albo tych, którzy tu dziś 

przyjdą ‒ jeżeliby zwyciężyli. Rozumie pan? 

  Bardzo  niewiele.  Sprowadziła  mnie  tutaj  zagadka  jachtu  „Captain 

Flint”  i  mój  dwuznaczny  udział  w  tej  sprawie,  przez  przyjęcie  wsparcia 

Towarzystwa  Popierania  Samotnych  Żeglarzy.  Na  drugi  raz  będę  ostroż-

niejszy.  Ale  z  tego,  co  pan  obecnie  mówi,  niewiele  rozumiem.  Istotnie, 

dowiedziałem się o panu coś niecoś tutaj dopiero, ale wczoraj trochę zagra-

łem teatralnie. Chodziło mi o pańską córkę. 

  Chciałem ją ratować. Pan miał rację ‒ zgubiłem ją. Z pewnością wy-

jedzie  z  tym  czarownikiem  na  Haiti,  aby  brać  tam  udział  w  czarnych 

mszach  ku  czci  afrykańskich  demonów  ‒  Obatela  lub  Shango.  Jest  narko-

manką... Mamy jeszcze trochę czasu. Do dwunastej daleko. Jeżeli chce pan 

usłyszeć historię nieprawdopodobną, żywcem skopiowaną z półdolarowych 

zeszytów, przeznaczonych do czytania w pociągu, to przejdźmy do mojego 

gabinetu. Telefony wprawdzie nie działają, ale dopływu elektryczności nikt 

nie przerwał, w lodówce mam więc chłodną whisky. Obok biurka Conchity 

jest też automatyczny ekspres do kawy, są jakieś ciasteczka. Zjemy śniada-

nie ‒ może ostatnie. Kiedy oni przyjadą, z pewnością pana również zabiją. 

Arystowicz pomyślał w tym momencie o motorówce w pierwszej 

114 

background image

zatoczce obok przystani, ale równocześnie ciekawość pchała go do pozosta-

nia,  choćby  jeszcze  przez  godzinę,  w  willi  „Xanadu”,  żeby  przynajmniej 

dowiedzieć się, czego się obawiać. 

Wszystko było tak, jak powiedział Oberon. Można było bez trudu przy-

rządzić kawę, znalazły się ciasteczka i mrożona whisky, do której najmniej 

garnął  się  żeglarz.  Chciał  być  trzeźwy  wobec  zapowiedzi  groźnej  sytuacji. 

Usiedli  w  klubowych  fotelach  ‒  w  tym  samym  gabinecie,  na  tych  samych 

miejscach co wczoraj, ale okoliczności były zupełnie inne, choć jedno oko 

Polifema  dalej  nie  zdradzało  uczucia  i  myśli.  Może  był  to  skutek  tych 

wszystkich  kolejnych  etapów,  które  formowały  życie  jednookiego  władcy 

„Xanadu”? 

  Jeèeli chce mi pan opowiedzieć wszystko, jestem gotowy wysłuchać 

pana  ‒  powiedział  Arystowicz  z  rozkoszą  łykając  czarną,  aromatyczną, 

gorącą kawę. 

  Źle  mnie  pan  zrozumiał.  To  nie  będzie  ani  mój  życiorys  ani  spo-

wiedź z występków, choć właśnie pasowałoby to do scenariusza, w którym 

obecnie obaj odgrywamy  główne role. Będzie to po prostu pewna  historia, 

którą może pan przyjąć za zmyśloną, jeżeli wyda się panu niewiarygodna. 

  Proszę, niech pan opowiada. 

  Dobrze. Historia ta zaczyna się w końcowym okresie wojny. Z bazy 

Kriegsmarine we Francji... 

  W końcowej fazie wojny istniały jeszcze we Francji bazy Kriegsma-

rine? Pan się chyba myli. 

  A jednak się nie mylę. Były to bazy przylepione do wybrzeży, gdzieś 

około  La  Rochelle,  St.  Nazaire,  Lorient,  posiadające  wielkie,  wykute  w 

skałach schrony dla okrętów podwodnych. Było tego niewiele. Atakowano 

je zresztą zaciekle z lądu, z powietrza i z morza ‒ ale trzymały się. Ostatnie 

skapitulowały  dopiero  w  maju  1945  roku.  A  więc  w  ostatniej  fazie  wojny 

wyszedł z takiej bazy okręt podwodny. Jego zadaniem było zabezpieczyć  

115 

background image

pewne kwoty pieniędzy, i pewną ilość kosztowności, przeznaczone na akcje 

dywersyjne  i  wsparcie  nazistowskich  komórek  w  Ameryce  Południowej. 

Zresztą nie tylko w Ameryce Południowej ‒ taka komórka istniała także na 

Martynice, zmontowana w 1940 roku, zaraz po zawieszeniu broni i ustano-

wieniu rządu w Vichy. 

  Rządu kolaborantów ‒ wtrącił Remy. 

  Tak to wygląda dziś, ale w tym czasie nawet wielu uczciwym Fran-

cuzom  zamieszkałym  na  terytoriach  zamorskich,  kolonialnych,  wydawało 

się to wcale rozsądną grą na korzyść Francji. Nie muszę panu przypominać 

sytuacji  pod  Mers  el-Kebir,  pod  Oranem,  na  redzie  Dakaru  i  wielu  innych 

miejscach. Niemiecki wywiad zagrał na zadawnionych rywalizacjach Anglii 

i  Francji  i  wyszedł  z  tego  niezły  kompot.  Casablanca  opowiedziała  się,  na 

przykład, oficjalnie za rządem Vichy, a równocześnie na terytorium Sahary 

pojawiły  się  oddziały  Wolnych  Strzelców  pozostających  pod  rozkazami 

aliantów... Pewnie, że nawet ludzie ślepi na oboje oczu, a nie tak jak ja ‒ na 

jedno, po roku, dwóch zaczynali widzieć i rozumieć prawdę. Niestety, nie-

którzy  zabrnęli  już  za  daleko  i,  wśród  tych  dość  łatwo  było  zmontować 

siatkę  wywiadu  nazistowskiego.  Jednym  z  takich  ludzi  był  pewien  zbiegły 

więzień z Cayenne, ukrywający się na Martynice, zarządzający dużą planta-

cją na  wschodniej stronie  wyspy. I oto  w roku 1945 do tego  właśnie czło-

wieka  nadeszła  wiadomość  dość  niezwykła.  Miał  w  pewnym  miejscu  nad 

Zatoką Skarbów, nie tak daleko obecnego położenia „Xanadu”, spotkać się 

z przedstawicielami okrętu podwodnego, który w kwietniu wyszedł ze swe-

go podziemnego schronu w nadmorskich składach Bretanii. 

  Czy  tym  człowiekiem,  który  spotkał  się  z  Niemcami  był  właśnie 

pan? 

  Umówiliśmy się, że opowiadam panu pewną historię, a pan może to 

wszystko przyjąć za autentyk lub odrzucić. 

116 

background image

  No więc dobrze. I co było dalej? 

  Niemców było dwóch. Obaj nie byli marynarzami, ale jakimiś dzia-

łaczami  nazistowskimi.  Dość  łatwo  znaleźli  wspólny  język  z  eksgalerni-

kiem.  W  głowach  ich  bowiem  zrodził  się  piekielny  plan.  Postanowili  z 

pomocą  marynarzy z okrętu podwodnego  wyładować pieniądze i kosztow-

ności na ląd... 

  A co z okrętem? 

  Mieli wielką ochotę odesłać okręt z powrotem, ale właśnie skończyła 

się wojna. Postanowili więc zatopić okręt wraz z załogą, aby zniknęli wszy-

scy świadkowie całego przedsięwzięcia. Niestety, w tym celu musieli dopu-

ś

cić do swego planu jeszcze dwóch członków załogi okrętu podwodnego, z 

którymi  mieli  bliski  kontakt.  Dokonano  tego  w  sposób  dość  prosty  ‒  za 

pomocą bomby zegarowej, która eksplodowała we wnętrzu okrętu, gdy ten 

znajdował się w zanurzeniu, całą noc bowiem przebywano na powierzchni, 

dzień natomiast, ze względu na możliwość spotkania patroli, w zanurzeniu. 

  Ale oczywiście zarówno dwaj działacze nazistowscy, jak i ci dwaj z 

załogi, byli wówczas na wyspie. 

  Tak, nawet nie sami, bo z zastępcą dowódcy okrętu. W sumie pięciu 

ludzi. Zdaje się, że ten zastępca dowódcy nie  wiedział nawet o piekielnym 

planie i kiedy okręt nie wypłynął już więcej na powierzchnię, pogodził się z 

tym. Cała piątka postanowiła teraz z pomocą eksgalernika przedostać się z 

Martyniki  do  Argentyny.  Ale  ekswięzień  Cayenne  nagle  doszedł  do  wnio-

sku, że cała ta sprawa nic go nie obchodzi. 

  Może  obudził  się  w  nim  patriota  ‒  zauważył  nie  bez  ironii  Arysto-

wicz. 

  Nie.  Szczerze  powiem,  że  nie.  Ten  człowiek  po  prostu  nigdy  nie 

mógł  zrozumieć,  czym  jest  patriotyzm,  skąd  się  bierze...  Być  może  był  to 

efekt  jego  dzieciństwa  i  jego  młodości,  efekt  obozu  dla  przestępców  w 

Cayenne, efekt tego, że od zarania swego życia doznawał tylko krzywd 

117 

background image

i  upokorzenia.  Trzeba  zresztą  przyznać,  że  odpłacał  tym  samym.  Co  go 

więc mogły obchodzić takie sprawy, jeżeli w dodatku dość łatwo zrozumiał, 

ż

e ma do czynienia z gangsterami, swoje postępowanie przystrajającymi w 

jakieś hasła, których on nie rozumiał? Zgaduje pan, co postanowił? 

  To  oczywiste.  Zlikwidować  świadków,  tak  jak  tamci  zlikwidowali 

całą  załogę  okrętu  podwodnego.  Wtedy  byłby  jedynym  właścicielem  skar-

bu. 

A  więc  zgadł  pan.  Nie  opowiem  panu  tutaj  szczegółów;  dość,  że  plan 

udał się częściowo. Zginęło dwóch ludzi ‒ jeden z nazistów spośród załogi i 

zastępca  dowódcy  okrętu  podwodnego.  Trzech  uszło  z  życiem  i  z  takim 

majątkiem, który pozwolił im wydostać się z Martyniki i ukryć. Minęły lata, 

w  tym czasie dawny  galernik  wybudował  sobie piękną rezydencję, założył 

rodzinę, zaczął prowadzić interesy.  

  Czy nie wydało się to komuś podejrzane? 

  Nikt nie mógł mu niczego dowieść. Zresztą dawny galernik zmienił 

także nazwisko i życiorys. Był tak zwanym szacownym człowiekiem intere-

su. 

  Domyślam  się  dalszego  ciągu.  Pewnego  dnia  ci  trzej  ludzie,  którzy 

przeżyli, zgłosili się po swoją część. 

  Po wszystko. Zażądali wszystkiego. 

  I oczywiście dawny galernik odmówił. 

  Tak. Było to w czasie, gdy stracił żonę. Dzieci były już prawie doro-

słe. Zagrożono, że porwą i zabiją mu syna, jeżeli nie odda im wszystkiego, 

co  miał.  Uważa  pan  ‒  wszystkiego.  Nie  dawali  mu  żadnej  furtki  wyjścia, 

nie proponowali jakiejkolwiek sumy. Wszystko, absolutnie wszystko. 

  Pan wybaczy, ale to typowe porachunki między bandytami. 

  Tak pan uważa? 

   Tak uważam. Udało im się z synem? 

  Dawny galernik uprzedził syna bardzo oględnie, aby znikł z horyzontu, 

118 

background image

przestał  pokazywać  się  publicznie.  Wytłumaczył  to  walką  konkurencyjną, 

potem szantażem mafii. Nie chciał zdradzać prawdy. 

  Więc jednak na dnie jego duszy pozostało trochę wstydu. 

  Sądzę, że to był już inny człowiek. 

  Inny, ale wciąż z tymi samymi pieniędzmi. 

  Zostawmy  więc  ocenę  moralną  na  koniec.  Teraz  chodziło  o  życie 

młodego człowieka, zupełnie w tej rozgrywce nie zorientowanego. Co mógł 

w tej sytuacji wymyślić ojciec? 

  Ujawnić prawdę. 

  On wymyślił co innego. Wysłał list do syna, ostrzegający przed nie-

bezpieczeństwem. 

  Do rezydencji ojca kazał mu udać się nie przez Fort-de-France, lecz 

przez  St.  Pierre.  Syn  jednak  nie  usłuchał.  Zawinął  do  Fort-de-France,  udał 

się oficjalnie i zażądał pieniędzy. 

  Skąd takie przypuszczenie? 

  Jacht „Captain Flint”, zanim znaleziono go w pobliżu Barbados, od-

wiedził już Martynikę. To podała prasa, kiedy półtora roku temu znajdowa-

łem  się  w  Bridgetown.  List  ojca  został  więc  zignorowany,  wszelkie  kroki 

ostrożności także. 

  To się zgadza. A jak pan myśli, co stało się potem? 

  Mógł  ów  eksgalernik  zaaranżować  porwanie  syna,  aby  uprzedzić 

gangsterów. Zapewne upływał termin ultimatum. 

  Nieźle to pan wymyślił. I co dalej? 

  Powiedzmy, że jacht bez załogi odnalazł  właśnie w tym okresie pe-

wien samotny żeglarz. 

  Dobrze, a co dalej? 

  Właśnie tu tkwi gdzieś tajemnica. Zaaranżowane przez milionera po-

rwanie syna nastąpiło, ale nie dostarczono syna na  miejsce. Ba, jacht rów-

nież zniknął. W całym rachunku tkwił błąd. 

119 

background image

  Ale gdzie odkrył pan błąd? 

  W  fakcie,  że  kazano  samotnemu  żeglarzowi  zniknąć  z  horyzontu, 

przesyłając  mu  pieniądze  w  imieniu  rzekomego  Towarzystwa  Przyjaciół 

Samotnych  Żeglarzy.  Eksgalernik  i  milioner  w  jednej  osobie  zrozumiał 

swój błąd. 

  Niech pan spróbuje pomyśleć: gdzie tkwił błąd? 

  A pan już do tego doszedł? 

  Tak. Jestem  ciekawy  jednak  pańskiego  zdania.  Gdyby  pisał  pan,  na 

przykład, książkę, jakie rozwiązanie zagadki mógłby pan umieścić na końcu 

książki? 

  Jest kilka rozwiązań, wszystkie jednak mogą się wydać dość wątpli-

we.  Czytelnik  książki  żąda  bardziej  wiarygodnych  rozwiązań.  To  prawda, 

ż

e rzeczywistość bywa nielogiczna i tak zaskakująca w rozwiązaniach kon-

fliktów,  że  prześciga  wszystko,  co  wymyślili  autorzy  powieści  sensacyj-

nych. Mówimy o życiu, o autentycznych wydarzeniach, a nie o książce. 

  Rozważmy  to  w  sferze  literatury  sensacyjnej.  Wtedy  zapewne  pan 

prędzej znajdzie rozwiązanie. 

  Dobrze.  Może  więc  ci  ostatni  z  żyjących  członków  załogi  okrętu 

podwodnego  nigdy  nie  zgłosili  się  po  resztę  skarbu  nazistowskiego  trans-

portu złota. Może jakimś trafem dowiedział  się całej prawdy  syn. Nie  mu-

siało  to  być  tak  trudne,  jeżeli  przeszłość  milionera  jako  eksgalernika  była 

już w najbliższym otoczeniu zdekonspirowana. Co pan na to? 

  Dalej... mów pan dalej... 

  A jeżeli ci z okrętu podwodnego nie byli tylko fikcją, mogli rzeczy-

wiście trafić na jacht „Captain Flint” i na tym jachcie zginąć. 

  W jaki sposób? 

   Może bomba zegarowa, może mina-pułapka. 

  A więc twierdzi pan, że samotnemu żeglarzowi mogło się udać? 

  Tak. Szczęśliwy traf. 

120 

background image

  Jak  w  takim  razie  tłumaczyć  dzisiejszą  ucieczkę  całej  służby  i 

ochrony z „Xanadu”. 

  To nie była ucieczka. To było polecenie, którego już się spodziewa-

no wczoraj. Conchita wiedziała, że lepiej byłoby dla niej, gdyby wyjechała 

z „Xanadu” przed dniem dzisiejszym. O której upływa ultimatum pańskich 

wrogów? 

   O godzinie dwunastej w południe. Nie odpowiedział mi pan jednak: 

jakie  motywy  mogły  kierować  milionerem  i  eksgalernikiem,  aby  pozostać 

samemu w wielkiej baśniowej rezydencji? 

  Ponieważ o dwunastej w południe może zjawić się tu syn milionera i 

eksgalernika,  być  może  działający  w  porozumieniu  z  ludźmi  z  nazistow-

skiego  okrętu  podwodnego,  być  może  już  swobodny  po  pozbyciu  się  tam-

tych,  a  być  może  po  prostu  od  początku  jedyny  inspirator  szantażu.  A  ten 

właśnie syn ‒ to cały świat eksgalernika i milionera. Córka go rozczarowa-

ła.  Kochał  ją,  ale  było  to  zupełnie  co  innego.  Liczył  się  syn.  Jeżeli  więc 

istotnie o dwunastej w południe przyjdzie tu syn... 

  Niech pan dalej nic nie mówi. 

  Polifem zamknął  swoje jedyne oko i zapadł jakby  w  letarg. Nie ru-

szał  się,  nie  mówił  nic,  na  twarzy  nie  drgał  mu  żaden  muskuł.  Wstałem, 

wyszedłem  z  gabinetu  przez  nikogo  nie  zatrzymywany,  przemierzyłem 

pusty plac, wysypane żółtym żwirem ścieżki w parku i znalazłem motorów-

kę  w  małej  zatoczce.  Bak  pełen  był  paliwa,  fala  nieduża,  pogoda  piękna. 

Obejrzałem  się  tylko  raz,  ale  za  późno,  żeby  zobaczyć  pałac  „Xanadu”. 

Jakaś ogromna bryła skał nadmorskich zasłoniła  mi  ten rajski zakątek  wy-

stępku...  ‒  kończył  swoją  opowieść  Arystowicz,  co  dosłownie  odnotowa-

łem. 

  Co było potem? 

W  samo  południe  był  Remy  jeszcze  na  trasie,  trzęsąc  się  na  siedzeniu 

jakiejś przygodnie spotkanej landary. Dobrze po południu znalazł się w St. 

121 

background image

Pierre  i  brał  prysznic  w  hoteliku  „Le  Seine”.  Gdy  zasypiał,  usłyszał  nagle 

ś

piew w sąsiednim pokoju. Melodia była mu znana, słowa też. 

„Leh! Eh! Bomba, heu! heu!  

Congo bafio ‒ té,  

Congo moune dé-lé,  

Congo do-ki-la, 

Congo ‒ li...” 

Ś

piewały dwa głosy ‒ kobieta i mężczyzna. ‒ Młoda kobieta ‒ pomyślał, 

głos był bowiem czysty i dźwięczny. Mężczyzna natomiast miał brzmienie 

głosu  nieco  ochrypłe  i  bardzo  niewyraźnie  wymawiał  poszczególne  słowa. 

Przyszło  żeglarzowi  na  myśl,  że  może  to  duet  Joséphine  i  „czarownika”  z 

Haiti, ale odrzucił tę myśl, wydała mu się bowiem niedorzeczna. 

W  nocy  obudził  się  zlany  potem  i  czegoś  przestraszony.  Zdawało  mu 

się, że ktoś jest w pokoju. Nocna lampka przy łóżku nie paliła się, stwierdził 

to już wczoraj. Leżał tak czas jakiś w ciemnościach. Nagle usłyszał zgrzyt, 

jakby odsuwanej deski lub przesuwanego mebla. Usiadł na łóżku i wtedy w 

ś

wietle  księżyca,  a  może  latarni  ulicznej  ‒  tego  nie  był  pewny,  zobaczył 

węża. Gad miał pół metra i sunął od drzwi. Jego ciało było jednolitej grubo-

ś

ci; łeb szczególnie duży, trójkątny, jak azjatyckie kobry „naja-naja”. 

Skąd tu azjatycka kobra? ‒ pomyślał kuląc się w łóżku. 

Powinien był coś przedsięwziąć ‒ może uciekać, może wzywać pomocy, 

ale  sparaliżował  go  wstręt.  Właśnie  ‒  nie  strach,  który  poganiał  go  do 

ucieczki,  ale  wstręt.  Wreszcie  strach  zwyciężył  ‒  podniósł  się  na  łóżku, 

uderzając  głową  w  baldachim  (była  to  przecież  kopia  łoża  arcybiskupa  z 

noweli  Conrada),  skoczył  na  krzesło,  przewrócił  je  i  dopadł  kontaktu  przy 

drzwiach. Białe, elektryczne światło zalało nagle cały pokój ukazując  

122 

background image

porzucone w nieładzie ubranie, skopaną pościel i rozciągnięty wzdłuż pod-

łogi krawat. 

Skąd  krawat,  jeżeli  wczoraj  nie  miał  na  sobie  krawata?  Może  był  to 

krawat cudzy, zapomniany przez kogoś w pokoju i nie zauważony wczoraj 

przez żeglarza? A może sprytny Denis z portierni wynajmował nawet zajęte 

przez gości pokoje na godziny parom gwałtownie złaknionym miłości? 

Arystowicz  podniósł  krawat  ze  wstrętem,  otworzył  okno  i  wyrzucił  na 

dwór. Widział, jak krawat upadł koło rynsztoku i nagle... ruchem typowym 

dla węża zaczął sunąć wzdłuż krawężnika ulicy... 

Mam gorączkę ‒ pomyślał żeglarz ‒ z całą pewnością mam gorączkę. ‒ 

Cofnął  się i zgasił światło. Potem jeszcze raz  wyjrzał przez okno. Pod do-

mem  stał  stary  Murzyn,  przypominający  z  budowy  czarownika  z  Haiti  ‒ 

Jeana  Popoloi.  Właśnie  nachylił  się  i  podniósł  z  ziemi  wyrzucony  przez 

okno krawat. W świetle latarń (więc jednak latarń a nie księżyca) nie można 

było  dostrzec  rysów  jego  twarzy,  ale  wyraźnie  widać  było,  że  spojrzał  na 

okno pokoju Arystowicza. Żeglarz z trzaskiem zamknął okiennicę. 

Rano samotny żeglarz czuł się bardzo źle. Jedząc śniadanie zapytał bar-

mana-portiera o to, kto mieszka w pokoju obok. 

  Ach, to jakiś kupiec z Haiti ‒ wyjaśnił Denis. 

  Sam? 

  Może sam, może nie sam ‒ jesteśmy dyskretni. Czy zachowywał się 

zbyt głośno? 

  W nocy nie. Wczoraj trochę śpiewał. 

  Tu wszyscy lubią śpiewać, monsieur. Na Haiti również. 

  Powiedz mi, Denis, czy ty wierzysz w czary i czy wierzysz w węża 

Shango,  w Obatala,  w  te  wszystkie dziwy, jakie dzieją się w czasie obrzę-

dów voodoo? 

123 

background image

  Obrzędy, o których pan mówi, odprawiają się zazwyczaj w nocy. A 

co dzieje się w nocy ‒ należy do nocy. W dzień o tym się nie mówi. 

  Widziałem wczoraj węża, Denis. 

  Węża? Gdzie, w głębi wyspy? 

  Nie, tu, w hotelu. 

  W hotelu? To niemożliwe! 

  Też tak myślę. Potem ten wąż zamienił się w krawat. Czy to możli-

we, Denis? 

  Moim zdaniem coś takiego jest możliwe. 

Po południu stan zdrowia Arystowicza się pogorszył. Chyba nie ma nic 

gorszego, jak znaleźć  się  samemu  w obcym  kraju i nagle zachorować.  Że-

glarz miał już za sobą sytuację gorszą, gdy poczuł się niedobrze na środku 

Pacyfiku i dostał bólów brzucha, zupełnie jakby nabawił się ostrego zapale-

nia wyrostka robaczkowego. A jednak nie załamał się i jakoś się wylizał, a 

atak  wyrostka  okazał  się  zwykłym  zatruciem,  stosunkowo  niegroźnym. 

Teraz był w kraju cywilizowanym, wśród ludzi, dla których stan jego zdro-

wia nie był  wcale obojętny.  Pierwszą  noc,  gdy  gorączka zwaliła  go z  nóg, 

przesiedział  u  niego  wykolejeniec  i  alkoholik  Louis  ‒  poznany  w  recepcji 

hoteliku.  Nie  był  co  prawda  trzeźwy,  ale  z  obowiązku  samarytańskiego 

wywiązał  się  znakomicie,  podając  leki  i  robiąc  okłady  na  zgorączkowane 

czoło Arystowicza. 

   Miałem jeszcze tyle siły, że następnego dnia omówiłem z kim trzeba 

sprawy  opieki  nad  jachtem.  Z  St.  Pierre  musiałem  się  jednak  przenieść  do 

szpitala  w  Fort-de-France,  a  wreszcie  zdecydować  na  powrót  do  Polski  i 

zrezygnować z ukończenia rejsu na szlaku do Gdyni. Tak zaczęła się moja 

choroba.  A  resztę  już  znacie  ‒  zakończył  swoje  opowiadanie  Arystowicz, 

tamtego  wieczoru  w  pensjonacie  pani  Topolskiej,  niedaleko  rozewskiego 

cypla. 

124 

background image

Część III  

Zimowy sztorm 

„Tamtej nocy śniłem 

o wyspach bardziej zielonych 

niż sen..." 

Saint-John Perse  

(Gwadelupa) 

1. 

Była już zima i cała moja letnia przygoda w Jastrzębiej Górze pozostała w 

zapiskach i w pamięci. Z niezwykłej relacji Arystowicza o jego pobycie na 

Martynice  wyszło  mi  niezłe  opowiadanie,  które  zatytułowałem  „Jaskinia 

Polifema"  i  opatrzyłem  fragmentem  wiersza  czarnego  poety  z  Martyniki 

Aimé  Cesare.  Znalazłem  również  fragmenty  poezji  Saint-Johna  Perse  ‒ 

poety  z  Gwadelupy  i  Manuela  Cabrala  z  Dominikany.  Mogło  mi  się  to 

przydać,  ponieważ  książkę  o  Arystowiczu  postanowiłem  podzielić  na  trzy 

części. Środkowa została naszkicowana jeszcze, zanim Zyga Zachwatowicz 

wyleciał  na  Antyle po odbiór jachtu „Noa Noa", zdążyłem  mu  więc ją po-

kazać.  Pierwszą  ‒  osnutą  wokół  naszego  spotkania  w  Jastrzębiej  Górze  i 

wizyty  u  Klemensa  Budzisza  Szypra  ‒  skończyłem  właśnie  teraz.  Trzecią 

chciałem zakończyć po powrocie Zygi z jachtem, a swoją drogą liczyłem  

123 

background image

jeszcze  na  jedną  wizytę  w  Jastrzębiej  Górze,  aby  uzupełnić  wiadomości  i 

wycyzelować  całość.  Nie  miałem  zamiaru  pisać  biografii  żeglarza,  ani  na-

wet  opisywać  całego  rejsu.  Chyba  bym  nawet  nie  potrafił  ‒  za  mało  mam 

praktyki żeglarskiej, żeby oddać całą historię rejsu, a zresztą Arystowicz nie 

obsypał  mnie  informacjami  ani  o  pobycie  na  Tahiti,  ani  o  swych  niezwy-

kłych  przygodach  na  Morzu  Sulu.  Pragnąłem  skoncentrować  się  na  głów-

nym temacie, na temacie jachtu bez załogi, który spotkał żeglarz koło Bar-

bados. 

  No  i  jak  ci  się  podoba?  ‒  spytałem  Zygę,  gdy  odczytałem  mu  całą 

drugą część, relacjonującą pobyt samotnika na Martynice. 

  Zupełnie jakbym czytał sensacyjną powieść, tylko... ‒ zająknął się. 

  Tylko co? 

  Tylko czy ludzie w to uwierzą? To brzmi jak fikcyjna historia, trochę 

przypominająca  Londonowską  „Przygodę”,  ożenioną  z  powieściami  Fle-

minga o superagencie 007. 

  A jak myślisz, ile w tym jest autentyzmu, a ile zostało dodane przez 

Arystowicza? 

  Sądzisz,  że  coś  tu  upiększył?  Hm,  może  i  tak.  W  ogóle  całość  jest 

bardzo filmowa, ale czy takie fakty nie mogą się zdarzyć? 

  To właśnie ja zadałem ci to pytanie. 

  Jest istotnie kilka spraw zagadkowych, ale może obaj jesteśmy zbyt 

podejrzliwi? 

  Co, na przykład, wydaje ci się zagadkowe? 

  Już sam początek. Długo myślałem o tym, czy ja, będąc na miejscu 

Arystowicza, ryzykowałbym dobicie do burty opuszczonego dużego jachtu, 

a jeżeli tak ‒ jak bym to przeprowadził? Potem pomyślałem, że czepiam się 

szczegółów, ale wrażenie pozostało. 

  A z tych ostatnich jego przygód? 

  Wszystko jest zagadkowe, łącznie z tym wężem w pokoju hotelowym, 

126 

background image

choć  kto  wie,  może  właśnie  to  jest  prawdopodobniejsze  niż  cała  historia 

spotkania jachtu bez załogi. I sam ten jacht... 

  Ale  na  to  właśnie  są  dowody,  pisała  o  tym  prasa  za  granicą,  Remy 

zgłosił to do władz portowych w Bridgetown. 

  Nie wiem, nie mogę nic powiedzieć. Jeżeli nawet trochę nakłamał, to 

wybaczmy mu to, chyba każdy tak robi opowiadając o swoich niezwykłych 

przygodach. Ty też coś tu dodałeś. 

  Co, na przykład? 

  Choćby ten dialog Arystowicza z Oberonem, którego nazywasz Poli-

femem. Arystowicz tak go nie nazywał. Nie utożsamiał się z Odyseuszem. 

  Co jeszcze? 

  Ten  dialog,  w  którym  Remy  rozmawia  z  Oberonem  to  właściwie 

twój dialog z Arystowiczem. 

  A co sądzisz o całej sprawie tego jachtu bez załogi? 

  Przyznam, że  wydaje  mi  się  nie  wyjaśniona.  Chyba za dużo tu spe-

kulacji.  Arystowicz,  sądzę, też nie jest pewny, jaką  wersję przyjąć za  wia-

rygodną. 

  A jeżeli żadna z tych wersji nie odpowiada prawdzie? 

  Co nie odpowiada prawdzie? 

  Jeżeli jest to rzeczywistość pomieszana z fantazją? Ileż to razy Ary-

stowicz wspomniał te ilustracje do książek Verne'a albo inne swoje lektury. 

A  może  nie  było  w  ogóle  żadnego  Oberona,  nie,  istniała  sekretarka 

Conchita, nie ma na całej Martynice i nigdy nie było willi „Xanadu”? 

  Nie, to niemożliwe! Może gdzieś tam fantazja poniosła Arystowicza, 

ale  przecież  nie  do  tego  stopnia.  Nie  wolno  ci  snuć  takich  przypuszczeń, 

Julianie. Sam zresztą mówiłeś, że pisano w gazecie o spotkaniu tego jachtu-

widma. Pokazywałeś przecież wycinek. 

  Tak i to jest bezsporne. W każdym razie tak mi się wydaje. Arysto-

wicz spotkał istotnie w rejonie wyspy Barbados jacht „Captain Flint”, na 

127 

background image

którego  pokładzie  nie  zobaczył  nikogo.  O  fakcie  tym  powiadomił  władze 

portowe w Bridgetown, ale mimo spenetrowania całego obszaru morskiego, 

gdzie prawdopodobnie znajdował się statek bez załogi ‒ nic nie znaleziono. 

Następnie zmuszono Arystowicza do opuszczenia Barbados i kontynuowa-

nia rejsu. Może istotnie był to przekaz od Towarzystwa Popierania Samot-

nych Żeglarzy, a może nie. 

  Powinniśmy wierzyć w wersję Arystowicza. 

  Dobrze.  Niech  tak  będzie.  Potem  bezspornym  faktem  jest  powrót 

Arystowicza na Antyle z ominięciem Barbados i wylądowanie na Martyni-

ce. 

  Tak.  To  jest  potwierdzone.  Przecież  „Noa  Noa”  stoi  na  Martynice. 

Zdaje  się,  że  masz  wątpliwości  co  do  autentyzmu  tej  historii  z  rezydencją 

„Xanadu”,  prawda?  Jeżeli  tak,  będąc  na  Martynice  odwiedzę  hotel  „Le 

Seine”, pogadam z Denisem, a potem pojadę na Presqu'île de la Caravelle i 

obejrzę wybrzeża obu  większych zatok ‒ Baie du Galion i Baie du Trésor. 

Spenetruję zresztą całe to skaliste wybrzeże. Możesz być spokojny ‒ nie na 

„Noa Noa” i nie sam. 

  Właśnie  o  to  chciałem  cię  prosić.  Nie  chciałbym,  abyś  miał  jakieś 

przygody tej kategorii, o jakich opowiadał Arystowicz. 

  Dlaczego  nie?  Cała  sprawa  jest  ogromnie  fascynująca.  Jeżeli 

„Xanadu”  istnieje  ‒  sądzę,  że  pozostaje  przyjąć  rozwiązanie  zagadki  w  tej 

wersji,  jaką  podpowiadał  Remy  ‒  cała  tajemnica  została  spreparowana 

przez syna pana Oberona. Nieprawdaż? 

  Oczywiście, jeżeli Oberon w ogóle istniał. 

Takie i tym podobne wątpliwości krążyły mi po głowie, gdy kończyłem 

drugą  część  książki,  a  potem,  gdy  pisałem  jej  część  pierwszą.  Co  miałem 

napisać w trzeciej? 

Posiadałem  bogaty  zbiór  materiałów  prasowych  na  temat  tego,  co  zda-

rzyło się ostatnio na obszarze morskim wokół Antylów i trzeba przyznać, 

128 

background image

ż

e  lektura  była  nader  bogata  i  w  tonie  podobnym  do  opowieści  Arystowi-

cza.  Na  temat  zaginionych  okrętów  i  samolotów  w  tym  rejonie  urosła  już 

nie tylko cała sterta wycinków prasowych, ale i spora biblioteczka. 

Przede wszystkim sprawa trójkąta bermudzkiego. Podstawa tego trójką-

ta to linia przeprowadzona wzdłuż północnych wybrzeży Puerto Rico, Haiti 

i Kuby aż do centralnego punktu  Zatoki Meksykańskiej. Wierzchołek trój-

kąta  ‒  na  północy  od  Bermudów.  Obejmuje  on  całe  wyspy  Bahama  i  całe 

Bermudy. Do Barbados  więc  jest jeszcze spory kawałek od podstawy trój-

kąta, ale czy „siły nieczyste” bazują na geografii? 

Właśnie ‒ jak to jest z tymi „siłami nieczystymi”? 

Oto  5  grudnia  1945  roku  wystartowało  z  Florydy  pięć  amerykańskich 

bombowców typu „TBM-Avenger”, należących do lotnictwa morskiego, w 

celu przeprowadzenia lotu ćwiczebnego. Wkrótce po starcie wieża kontrol-

na  na  Florydzie  otrzymała  meldunek  od  dowódcy  eskorty,  że  napotkano 

nieprzewidziane  trudności  atmosferyczne.  Dowódcą  był  porucznik  Charles 

Taylor,  mający  na  swoim  koncie  wiele  godzin  lotów  bojowych  i  ćwiczeb-

nych.  Meldunek  wydał  się  dość  dziwny,  ponieważ  wszystkie  stacje  mete-

orologiczne informowały o znakomitej pogodzie. 

Wkrótce  nadeszły  nowe  meldunki.  „Sytuacja  krytyczna  ‒  informował 

Taylor. ‒ Zeszliśmy z kursu. Nie widzimy lądu. Nie mamy żadnej orientacji 

o naszym położeniu...” Z wieży kontrolnej nadano polecenie: „Kierować się 

natychmiast  na  zachód”,  ale  Taylor  odpowiedział:  „Nie  wiemy,  w  którym 

kierunku  leży  zachód.  Wszystko  się  pokręciło.  Morze  także  nie  wygląda 

normalnie...  Moje  oba  kompasy  wysiadły...”  Potem  wyładowania  atmosfe-

ryczne  uniemożliwiły  rozmowę  wieży  kontrolnej  z  eskadrą,  ale  usłyszano 

po  jakimś  czasie  rozmowę  pilotów  eskadry,  prowadzoną  między  załogami 

samolotów. Wynikało z niej, że samoloty wpadły w strumień silnego wiatru  

129 

background image

oraz że wysiadły na pokładach samolotów wszystkie przyrządy nawigacyj-

ne. Charles Taylor przekazywał innemu pilotowi dowództwo eskadry. Jego 

ostatnie słowa brzmiały dziwnie: „Nie lećcie za mną... Oni wyglądają jakby 

z kosmosu...” 

Z  Florydy  wystartowały  natychmiast  inne  samoloty  na  poszukiwanie 

eskadry,  a  wśród  nich  wielka  łódź  latająca  „Martin-Mariner”.  Z  pokładu 

tego  wielkiego  samolotu  ratunkowego  nadano  do  wieży  kontrolnej  wiado-

mość,  że  na  wysokości  około  dwóch  tysięcy  metrów  napotkano  rzeczywi-

ś

cie  silny  prąd  powietrza.  Potem  radiostacja  „Martin-Marinera”  także  za-

milkła. 

Do  dziś  nie  odnaleziono  ani  jednego  śladu  wszystkich  sześciu  samolo-

tów.  Zaginęły  bez  wieści  razem  z  załogami.  W  podobny  sposób  zaginęło 

wiele  innych  samolotów  i  statków  na  tym  obszarze.  W  tej  liczbie  czterna-

ś

cie samolotów pasażerskich. I nie chodzi tu wyłącznie o stwierdzenie kata-

strof,  ale  o  fakt,  że  nie  znaleziono  ani  jednego  ciała  członka  załogi,  ani 

jednego pasa ratunkowego, ani jednej łodzi ratunkowej. Tak zginęły między 

innymi  dwa  wielkie  czterosilnikowe  latające  zbiornikowce  KC-135,  tuż 

przed  odebraniem  przez  wieżę  kontrolną  wiadomości  o  podchodzeniu  do 

lądowania,  tak  zginął  frachtowiec  „Marine  Sulphur  Queen”,  wielki  pełno-

morski  jacht  „Revenco”  i  inne.  Zdarzały  się  także  przypadki  odnalezienia 

statków, ale... bez załogi. 

Niektórzy  autorzy  publikacji  sugerują,  że  przyczyna  tych  wszystkich 

zdarzeń  znajduje  się  poza  Ziemią,  że  są  to  ślady  penetracji  Ziemi  przez 

istoty z innej planety, innego układu... Naukowcy uważają jednak, że są to 

teorie  nie  tylko  fantastyczne,  ale  i  bałamutne.  „Trójkąt  śmierci”  należy  po 

prostu  do  obszaru  o  ogromnym  ruchu  na  morzu  i  w  powietrzu  i  rzeczą 

oczywistą  jest,  że  w  stosunku  do  innych  obszarów  może  występować  tu 

większa  ilość  katastrof,  która  jednak  procentowo  w  stosunku  do  ruchu  na 

szlakach komunikacyjnych nie jest wyższą od innych obszarów. Dodatkowo 

130 

background image

jest to obszar aktywności cyklonów o straszliwej sile, a  także dość osobli-

wych  zjawisk,  które  nie  zostały  jeszcze  w  pełni  ustalone.  Chodzi  o  silne 

burze  magnetyczne,  o  przepływ  mas  powietrza  w  górnych  warstwach  at-

mosfery o niespotykanej szybkości ‒ znany już pilotom ponaddźwiękowych 

samolotów i odrzutowców tzw. jet-strom. Zagadkowe zjawiska deklinacyj-

ne  w  stosunku  do  przyrządów  nawigacyjnych  zaobserwowano  także  na 

morzu  ‒  ponad  mało  znanymi  dotąd  obszarami  dna  morskiego,  pokrytego 

głębokimi lejami i wąwozami. 

Pewien  amerykański  bibliotekarz  Lawrance  Kusche  ‒  także  z  amator-

stwa  ‒  zaczął  interesować  się  zaginionymi  statkami  i  samolotami.  W  opu-

blikowanych  materiałach zakwestionował on  „kosmiczne”  rewelacje. Udo-

wodnił  mianowicie,  że  ‒  jak  wykazały  informacje  ‒  przy  zapowiedziach 

pięknej pogody zdarzały się na tym akwenie niespodziewane lokalne hura-

gany o niezwykłej sile, które potrafiły nawet zatopić w sposób błyskawicz-

ny  wielkie  frachtowce  ‒  jak  na  przykład  frachtowiec  „Cyclop”,  którego 

zatonięcie mogło być, przy odrobinie wyobraźni, także uważane za „tajem-

nicze”.  Na  wybrzeżach  wysp  oraz  na  brzegach  Stanów  Zjednoczonych 

wyłowiono w tym czasie wiele nie zidentyfikowanych szczątków wyrzuco-

nych przez fale. Szczątki te mogły zupełnie dobrze należeć do zatopionych 

w huraganie zaginionych statków i samolotów. 

Nie kwestionując, że eskadra bombowców wpadła w jakiś obszar burzy 

magnetycznej  przy  huraganowej  sile  wiatru,  Kusche  sugerował,  że  Taylor, 

nie mogąc porozumieć się z lądem, polecił pilotom-uczniom latanie w kół-

ko, licząc, że zespół zostanie odnaleziony, lub że uda się nawiązać połącze-

nie z lądem, albo uzyskać  właściwy  stan aparatury  nawigacyjnej. Niestety, 

zapasy  paliwa  były  zbyt  małe,  aby  można  było  taki  lot  kontynuować.  Na 

podobny lot ćwiczebny nie zabierano za dużo paliwa, aby nie tworzyć nie-

bezpiecznych  sytuacji  przy  lądowaniu.  Piloci  byli  bowiem  jeszcze  mało 

doświadczeni. 

131 

background image

Napotkałem również publikacje z nieco zmienionym rysunkiem trójkąta 

bermudzkiego.  Podstawa  jego  rozciągała  się  od  Bermudów  po  Kubę,  a 

wierzchołek dotykał wybrzeży Stanów Zjednoczonych w okolicach Savan-

nah. Przypomniano równocześnie wcześniejsze wydarzenia, jak na przykład 

tajemnicę szkunera „Ellen Austin”. Miał on napotkać jakiś inny, nie ziden-

tyfikowany  szkuner,  który  dryfował,  nie  mając  na  pokładzie  ani  jednego 

członka  załogi.  Kapitan  szkunera  „Ellen  Austin”  obsadził  więc  dryfujący 

szkuner swoją załogą i oba statki  wzięły  kurs na Boston.  Ale oto nagle  na 

oceanie pogoda zaczęła się psuć i po kilku godzinach oba żaglowce weszły 

w  obszar  tornada.  Nic  dziwnego,  że  wkrótce  stracono  wzajemny  kontakt. 

Gdy morze uspokoiło się, po jakimś czasie oba statki odnalazły się, to zna-

czy „Ellen Austin” odnalazł tajemniczy statek-widmo, z tym że po załodze 

pozostawionej  na  pokładzie  tamtej  jednostki  nie  było  ani  śladu.  Kapitan 

szkunera  „Ellen  Austin”  postanowił  wówczas  jeszcze  raz  obsadzić  obcy 

statek  kilku  ludźmi,  ale  w  czasie  rejsu  do  Bostonu  oba  żaglowce  spotkały 

gęstą  mgłę.  Z  mgły  wyszedł  tylko  szkuner  „Ellen  Austin”  ‒  tajemniczy 

ż

aglowiec  zniknął  tym  razem  bez  śladu.  Może  tak  to  wyglądało,  a  może 

kapitan  coś  tam  dodał,  a  całość  upiększyli  i  podkolorowali  publicyści,  ale 

„coś w tym było”... 

Jeden z geologów wysunął tezę, że na obszarze trójkąta powstają gigan-

tyczne wiry, wywołane pęknięciami „bąbli” próżniowych w skorupie ziem-

skiej  na  dnie  oceanu.  Wir,  jaki  powstaje,  sięga  od  dna  oceanu  do  po-

wierzchni morza, a wyżej tworzy tak zwaną trąbę wodną i powietrzną, dzia-

łając  na  zasadzie  pompy  ssącej  i  wciągającej  w  próżniową  grotę  statki  a 

nawet samoloty. 

Inna  hipoteza  mówiła  o  obezwładniającym  działaniu  infradźwięków, 

powstających  wskutek  poprzedzających  sztorm  drgań  powietrza  i  wody. 

Infradźwięki mogą zakłócać rytmy fizjologiczne mózgu, a nawet powodować 

132 

background image

ś

mierć. Ta sama częstotliwość ‒ pisano ‒ wpadając w rezonans z korpusem 

statku lub samolotu, może doprowadzić do rozpadnięcia się ich. 

Pisano  w  tym  czasie  na  temat  prawdopodobieństwa  „kryształowej”  bu-

dowy  ziemi  i  anomaliach  występujących  na  dwunastu  „węzłach”  tego 

kryształu... 

Ostatecznie  nawet  ojciec  samotnego  współczesnego  żeglarstwa  Joshua 

Slocum, ten sam, którego na pierwszym miejscu wśród szanowanych auto-

rów  relacji  z  morskich  podróży  wymienił  Arystowicz,  przepadł  bez  wieści 

także na obszarze trójkąta bermudzkiego. 

Oczywiście  znaleźli  się  i  tacy,  którzy  fakty  zaginięć  statków  i  samolo-

tów  zaczęli  łączyć  z  penetracją  ziemi  przez  kosmitów,  mnie  jednak  wydał 

się cenniejszy wycinek z prasy amerykańskiej, w którym pisano, że w cza-

sie obrad komisji do spraw ochrony  strefy przybrzeżnej Izby  Reprezentan-

tów USA jej przewodniczący oświadczył, że w ciągu zaledwie trzech ostat-

nich lat ponad dwustu ludzi spośród załóg prywatnych jachtów padło ofiarą 

gangsterów ‒  głównie trudniących się przemytem  narkotyków. Gangsterzy 

atakowali  małe  jachty,  mordowali  załogi,  a  następnie  przez  jakiś  czas  po-

sługiwali się opanowanymi  statkami  w celach przemytniczych. Wymienio-

no  między  innymi  jacht  „Imamotu”,  widziany  w  pobliżu  Martyniki,  a  za-

trzymany  następnie,  na  Gwadelupie.  Był  to  prywatny  jacht,  żeglujący  z 

Nowego  Jorku  do  Panamy.  Na  jachcie  policja  zastała  tylko  dwóch  ludzi, 

członków  stałej  załogi,  którzy  oświadczyli,  że  właściciel  jachtu  i  jego  go-

ś

cie, a także pozostali członkowie załogi zostali zmyci przez fale do morza. 

Oczywiście obu  „szczęśliwie  uratowanych” aresztowano.  Władze zwróciły 

się więc do żeglarzy o ostrożność... Ba, ale jak ma wyglądać ostrożność na 

morzu  w obawie przed piratami? To oczywiste, że na jachtach  wycieczko-

wych i sportowych, żeglujących w pobliżu amerykańskich wybrzeży, zaczę-

to do obowiązkowego wyposażenia wpisywać również broń. Wiadomo  

133 

background image

jednak, że gangsterzy posługiwali się pistoletami maszynowymi... Wrócili-

ś

my do czasów pirackich porachunków na Antylach? Do czasów groźnych 

„braci wybrzeży”? 

Studiując te wszystkie  wycinki prasowe, a nawet książki, mogłem  wła-

ś

ciwie  dać  wiarę  opowieści  Arystowicza.  Opisywana  w  tych  informacjach 

rzeczywistość wcale nie odbiegała swoją niezwykłością od tajemnicy rezy-

dencji „Xanadu” i zaginięcia jachtu „Captain Flint”, który  przedtem znale-

ziony został na oceanie bez załogi. A jednak coś wydawało mi się tu nacią-

gnięte,  podkolorowane.  Poszczególne  fakty  opowiedziane  przez  Arystowi-

cza  jakoś  nie  przylegały  do  siebie  ściśle.  Dużo  było  luk,  niedomówień, 

niejasności ‒ jakby sam narrator chciał coś ukryć lub nawet nie dość wiary-

godnie  to  lub  owo  skomentował.  A  może  brakło  mu  wyobraźni?  A  jeżeli 

tak,  gdzie  była  granica  między  rzeczywistością,  a  imaginacją?  I  co  było 

motorem tej imaginacji? 

Wtedy  właśnie  nadeszła  pocztówka  z  Martyniki  ‒  pierwszy  znak  życia 

od Zygi  Zachwatowicza. Pocztówka przedstawiała  miejscową czarną pięk-

ność w kolorowej sukni i równie kolorowym turbanie, o którego symbolice 

opowiadał nam żeglarz tamtego wieczoru w Jastrzębiej Górze. Na znaczku 

znalazłem  stempel  pocztowy  z  Fort-de-France.  Treść  była  lakoniczna:  „z 

uroczej  Martyniki  pozdrowienia  śle  Zyga”.  Potem  dopiero  nadszedł  wła-

ś

ciwy list, który pewne sprawy wyjaśnił, ale za to inne ogromnie skompli-

kował. 

2. 

„Drogi  Julianie  ‒  pisał  Zyga.  ‒  Jestem  właśnie  po  wycieczce  na  drugą, 

wschodnią  stronę  wyspy.  Tak  jak  sobie  życzyłeś,  wybrałem  się  tam,  aby 

przeprowadzić  na  miejscu  rekonesans  w  sprawie  „Xanadu”.  No  i  co  po-

wiesz? Znalazłem krajobraz taki, jak go opisywał nam Remy ‒ z całą więc 

134 

background image

pewnością był tu i widział romantyczne wybrzeża obu zatok. Jest tu tyle raf, 

ż

e  nie  można  sobie  w  ogóle  wyobrazić  podejścia  okrętu  podwodnego  do 

wybrzeża bez pilota, chyba że dowódca bywał już w tych stronach. Ale co 

tam okręt podwodny! Szukałem „Xanadu” ‒ nikt tu takiej nazwy, albo cho-

ciaż  podobnej,  nie  zna.  Niestety,  muszę  cię  rozczarować  (a  może  właśnie 

nie  rozczarować,  ale  potwierdzić  twoje  domysły?)  ‒  Oberon,  „Xanadu”  i 

tajemnica  okrętu  podwodnego  wydają  mi  się  obecnie  wyłącznie  tworami 

wyobraźni Arystowicza. 

Może jednak od początku. „Noa Noa” znalazłem w fatalnym stanie, ale 

za  trzy,  cztery  tygodnie  będzie  można  już  zrobić  pierwszy,  próbny  rejs  ‒ 

oczywiście niedaleko. Znalazłem tu wielu życzliwych ludzi, którzy traktują 

mnie  jak,  dobrego  znajomego,  niemal  przyjaciela,  i  spieszą  z  tak  daleko 

idącą  pomocą,  że  aż  to  krępuje.  Z  początku  nie  miałem  wiele  czasu,  aby 

zająć  się  sprawdzaniem  autentyczności  opowiadań  naszego  przyjaciela, 

nawet  o  tym  nie  myślałem.  Ale  zabrano  mnie  na  wycieczkę  ‒  wpierw  do 

Les  Trois  Ilets,  miejsca,  gdzie  urodziła  się  przyszła  cesarzowa  Józefina, 

pierwsza żona Napoleona, ale potem zaraz do St. Pierre, którym szczycą się 

tu tak, jak neapolitańczycy Pompeją. 

Pierwsze wrażenie jest wstrząsające, zwłaszcza gdy zna się zdjęcia wy-

konane  bezpośrednio  po  katastrofie.  Potem  machinalnie  człowiek  kieruje 

wzrok na Mont Pelée, sprawcę zagłady miasta, ale właśnie widok wulkanu 

zupełnie  uspokaja.  To  Wezuwiusz  ze  swoją  sylwetką  i  wieczną  chmurką 

dymu ponad szczytem  ma  wygląd stokroć groźniejszy, a gdzież Wezuwiu-

szowi do grozy Etny? Mont Pelée sprawia  wrażenie statecznego mieszcza-

nina, który już dawno zapomniał o szaleństwach młodości. Wiem, że jeżeli 

chodzi o wulkany jest to często wrażenie fałszywe, maskujące mordercę, ale 

opisuję ci przecież tylko wrażenie. 

Szukałem hoteliku „Le Seine”. Takiego tu również nie ma i nie było. 

135 

background image

Jest natomiast kilka innych, nawet nieco podobnych do opisu Arystowicza, 

dopiero  jednak  gdyby  poszczególne  cechy  każdego  z  nich  zebrać  razem, 

mielibyśmy  „Le  Seine”. Jest tu również taki hotel,  w  którym recepcjonista 

podaje kawę. Ale recepcjonista ma na imię Jean i jest biały, a może ‒ Kreol. 

O  czarnym  Denisie  nikt  tam  nie  słyszał.  Denisa  znalazłem  natomiast  w 

małej restauracyjce. Niestety, znów nie był ten. Rzecz jasna, że w tej sytu-

acji nie miałem kogo spytać się o Luciena. Zresztą Lucien powinien już nie 

ż

yć ‒ zgodnie z wersją Arystowicza. I tu nagle odkrycie ‒ spotkałem wyko-

lejeńca Louisa, tego alkoholika, którego Remy spotkał w hallu recepcyjnym 

hoteliku „Le Seine”. Ale Louis jest już na skraju delirium, mówi od rzeczy i 

pije, pije, pije... Mówił, że przypomina sobie samotnego żeglarza, który tu 

potem zachorował, pamiętał nawet nazwę jachtu „Noa Noa”, więc mogłem 

przypuszczać,  że  nie  kłamie.  Nie  mógł  jednak  przypomnieć  sobie,  gdzie 

poznał  Arystowicza.  Natomiast  chętnie  rozmawiał  na  temat  magii,  obrzę-

dów i czarnych czarowników, którym niebezpiecznie jest wchodzić w dro-

gę. Niestety, był to jedyny przebłysk przytomności, bo potem Louis zaczął 

już mówić bez związku i nic się więcej nie dowiedziałem. 

Na  drugą  stronę  wyspy  wybrałem  się  z  pewnym  moim  znajomym  z 

Fort-de-France, a więc od Gros Morne podążałem szlakiem podróży nasze-

go przyjaciela. Dojechaliśmy do osady Tartane, najdalszej osady na półwy-

spie  Caravelle.  Mój  znajomy  pytał  mnie,  co  znajduję  tak  interesującego  w 

tym zakątku, odpowiedziałem więc, że słyszałem pewną historię o zatopio-

nych  tutaj  skarbach.  To  go  uspokoiło,  bo  w  zatopione  gdzieś  u  wybrzeży 

skarby  wszyscy  wierzą  tu  jak  w  rzecz  oczywistą.  Wynająłem  dużą  moto-

rówkę w porcie Le Robert i spenetrowaliśmy z moim znajomym wybrzeże. 

Jednocześnie  szczegółowo  wypytywałem  naszego  pilota.  Nie,  żadnej  rezy-

dencji jakiegoś tajemniczego nababa tu nie było, nazwisko Oberon ‒ nie 

136 

background image

jest znane, nazwa „Xanadu” także ‒ tak jak ci napisałem na wstępie. 

Dlaczego jednak Arystowicz zmyślił tę historię? 

Zawiedziony  mocno,  poszukałem  w  Fort-de-France,  w  archiwum  miej-

scowej  gazety,  numerów  prasy  z  okresu,  gdy  Arystowicz  przebywał  na 

Barbados.  I  rzeczywiście  natknąłem  się  na  wzmiankę  o  tym,  że  kapitan 

jachtu „Noa Noa” widział na oceanie dryfujący jacht „Captain Flint” i zgło-

sił to władzom w Bridgetown. Notatka nie była tak anonimowa, napisano tu 

wyraźnie „navigateur solitaire polonaise” i podano imię i nazwisko „Remi-

gius-Remy  Aristovich”  ‒  a  więc  bez  poważniejszych  zniekształceń.  Zasta-

nawiam się, co może gnębić Arystowicza, co ukrywa i dlaczego zmyślił tę 

wspaniałą  bajkę?  A  może  nie  była  to  bajka,  ale  zamaskowana  rzeczywi-

stość?  Przecież  gazety  także  informują  niekiedy  o  autentycznych  faktach, 

zmieniając  jednak  miejsce,  imiona  i  nazwiska  osób,  a  nawet  dokonując 

pewnych korektur samego faktu. 

Może jeszcze poszperam w tej sprawie, ale na razie nie mam na to cza-

su. Jestem zawalony pracą, mój budżet jest przecież skromny i muszę moż-

liwie  jak  najszybciej  wybrać  się  w  podróż  do  kraju.  Jeżeli  dojdę  do  wnio-

sku, że „Noa Noa” mimo wszystko do tak poważnej podróży nie będzie się 

nadawać,  jacht  zostanie  zabrany  przez  jeden  z  naszych  statków  idących  z 

Zatoki Meksykańskiej. 

A tymczasem w każdej wolnej chwili rozkoszuję się słońcem, morzem i 

tutejszym  krajobrazem,  a  uszy  mam  pełne  rytmów  calypso  i  beguine.  Tę 

wyspę nazywają „L'Ile der Revenants”, czyli  „Wyspa tych, Którzy Wraca-

ją”  ‒  ponieważ  każdy,  kto  ją  zobaczy  i  „przeżyje”,  nie  zapomina  o  niej  i 

tęskni. A co dopiero, jeżeli jest to jego wyspa rodzinna, jeżeli tu się urodził? 

Ten tradycyjny kostium, w jaki ubrana była czarna piękność na pocztówce, 

jaką  wysłałem  do  ciebie  ‒  ogląda  się  już  tylko  od  święta.  Tradycja  stroju 

ginie tu podobnie jak i gdzie indziej, choć folklor jest dość silnie osadzony  

137 

background image

w  upodobaniach  i  obyczajach  tutejszej  społeczności.  Z  moimi  tutejszymi 

przyjaciółmi  uczestniczyłem  już  w  meczu  piłki  nożnej,  jaki  odbywa  się 

(także tradycja)  między drużynami Martyniki i Gwadelupy, tyle że  nie był 

to ów mecz właściwy, „wielki”, lecz mecz juniorów. Już zapraszają mnie na 

karnawał, który tutaj jest podobno niezwykle piękny ‒ ale na całych Anty-

lach jest właściwie taki. Sądzę jednak, że jeszcze przed karnawałem opusz-

czę Antyle. 

Dowiedziałem się tu wielu nowych, nieznanych mi faktów z historii wy-

spy,  wiadomości  dotyczących  mieszkańców.  Karaibi  nazywali  ją  podobno 

„Juanakasra”, ale na wyspie nie ma już nie tylko ani jednego Karaiba, lecz 

nawet potomka Karaibów. Pod koniec lat pięćdziesiątych dokonano skrupu-

latnej  rzezi  miejscowej  ludności,  kto  nie  uciekł  z  wyspy  ‒  zginął.  Ci,  co 

uciekli, zamieszkali na Dominice (zajrzyj do atlasu i nie pomyl Dominiki z 

Republiką  Dominikany  we  wschodniej  części  Haiti),  a  ponieważ  zbiegła 

tam, lub została przesiedlona, ostatnia garstka ludności miejscowej z Antyli 

  chcąc  zobaczyć  jak  wyglądali  dawni  mieszkańcy  Martyniki,  trzeba  by 

udać się na Dominikę, tylko  że  wyspa ta nie leży zupełnie  w sferze  moich 

planów  podróżniczych.  Zresztą,  smutne  jest  oglądanie  ludzi  w  charakterze 

reliktu  przeszłości,  żyjących  jak  nasze  żubry  białowieskie  w  rezerwacie. 

Jest  ich  tam  niedużo,  coś  około  pół  tysiąca  i  większość  to  mieszańcy.  Ta-

kich,  którzy  reprezentowali  czysty  typ  ginącej  grupy  naliczono  podobno 

pięćdziesięciu.  A  może  należałoby  powiedzieć  pięćdziesiąt  sztuk?  Prawda 

ż

e straszne? 

Na  miejsce  Karaibów  sprowadzono  czarnych  mieszkańców  Afryki  i  to 

oni  ‒  obok  przedstawicieli  dosłownie  wszystkich  ras,  prezentują  tu  więk-

szość  i  nadają  ton  życiu,  co  w  zestawieniu  z  osobliwym  dialektem  francu-

skim  i  pewnymi  reliktami  dawnej  Francji  Burbonów,  cesarstwa  i  republiki 

stanowi osobliwy, barwny, ale i smakowity koktajl... 

Jest tu również interesujące środowisko jachtsmenów ‒ nie tylko snobów 

138 

background image

z Klubu Morza Śródziemnego, jakich spotkać można na wyspach Dalmacji 

albo  Morza  Egejskiego,  ale  autentycznych  ludzi  morza,  zakochanych  w 

ż

aglach.” 

Następny  list, jaki otrzymałem od Zygi z Martyniki, opisywał szczegó-

łowo postępy przygotowania jachtu „Noa Noa” do transatlantyckiego, wiel-

kiego rejsu. Jacht był właściwie gotowy do drogi. Zyga Zachwatowicz dalej 

był w nastroju optymistycznym i dalej równolegle z przygotowaniami jach-

tu  i  towarzyskim  życiem  na  Martynice,  krążył  wokół  tajemnicy  jachtu  bez 

załogi. 

„...  Znając  datę  przybycia  Arystowicza  na  Barbados  i  datę  wyjścia, 

spróbowałem  sprawdzić  na  głównej  poczcie  w  Fort-de-France,  czy  w  tym 

czasie nadany został przekaz z Fort-de-France do Bridgetown na nazwisko 

naszego przyjaciela. Było z tym sporo kłopotu, bo to i tajemnica pocztowa, 

i  sprawa  wymagająca  solidnej  wyprawy  w  świat  druków  i  papierzysk.  Ale 

przy  pomocy  samego  dyrektora  efekt  końcowy  został  uzyskany.  Okazało 

się,  że  istotnie  taki  przekaz  wysłano.  Tłumaczyłem  całą  sytuację  chorobą 

Arystowicza i koniecznością likwidacji przeze mnie jego zobowiązań. No i 

okazało  się,  że  istotnie  nadawcą  było  Towarzystwo  Popierania  Samotnych 

Ż

eglarzy.  Adres  nadawcy  był  fikcyjny.  Sprawdziłem  osobiście.  Spowodo-

wało to na poczcie duże zainteresowanie i orzeczono, że adresatem  musiał 

być  jakiś  autentyczny  protektor  samotnych  żeglarzy  ‒  pragnący  zachować 

incognito,  a  nawet  ukazała  się  na  ten  temat  wzmianka  w  tutejszej  prasie. 

Dwukrotnie już zrobiono ze mną wywiady dla prasy. Oczywiście, mówiąc o 

Arystowiczu,  pominąłem  tę  jego  barwną  opowieść  o  „Xanadu”,  ale  wspo-

mniałem  o  tajemnicy  jachtu  „Captain  Flint”,  która  stale  niepokoi  pamięć 

mojego przyjaciela. Wspomniałem także, że i ja tym się interesuję...” 

To  oświadczenie  Zygi  trochę  mnie  poirytowało.  Niepotrzebnie  robił 

wokół całej sprawy taki huczek. Wciąż przecież nie wiedzieliśmy obaj, co 

139 

background image

w opowiadaniu  Arystowicza  było prawdą, a co kłamstwem  i dlaczego kła-

mał.  Wszystko  wskazywało  na  to,  że  istotnie  spotkał  opuszczony  jacht  i 

rzeczywiście otrzymał pieniądze na kontynuowanie rejsu  do anonimowego 

nadawcy. A może nie było „Xanadu”, ale jakaś tajemnica trójkąta bermudz-

kiego, o której bał się mówić? 

„... O trójkącie bermudzkim mówi się tu tylko w jachtklubie, natomiast 

prasa nie przywiązuje do całej tej historii zbyt wielkiej wagi. Statki ginęły, 

giną  i  będą  ginąć,  a  zdarza  się  to  często  w  niezbadanych  okolicznościach. 

Ocean to jest ocean, bywają zawsze katastrofy, po których nie zostaje śladu. 

Czasami  sprawcami  są  sztormy  i  huragany,  czasami  skały  i  rafy,  czasami 

kolizje we mgle, a niekiedy sami ludzie... Nawet piraci, których współcze-

sność wcale nie traktuje jako reliktu przeszłości.” 

I  jeszcze  coś,  co  mnie  zaniepokoiło.  Zyga  pisał,  że  próbny  rejs  przed 

wyprawą  do  Gdyni  przeprowadzi  z  Martyniki  na  Barbados,  a  potem  już 

pożegluje  do  kraju.  Jaką  trasą  ‒  nie  podał.  Wolałem,  żeby  ten  próbny  rejs 

odbył  w  innym  kierunku.  Zresztą  nawet  taki  inny  kierunek  byłby  bardziej 

celowy z praktycznych względów. 

Czekałem więc z niepokojem następnego listu. 

3. 

Marta zatelefonowała do mnie z poczty we Władysławowie, widocznie nie 

chcąc używać telefonu w hoteliku. Mówiła, że pojechała właśnie do apteki, 

ponieważ Remy czuje się znów gorzej. Równocześnie zakomunikowała, że 

wyraził  chęć  zobaczenia  się  ze  mną.  ‒  To  już  nie  potrwa  chyba  długo  ‒ 

powiedziała. 

Na takie wezwanie nie pozostaje się obojętnym, a w dodatku zaintrygo-

wało mnie, co też żeglarz chce mi jeszcze przekazać. Mimo paskudnej pogo-

dy zdecydowałem się pojechać następnego dnia, ale przedtem zadzwoniłem 

140 

background image

do  doktora  Różańskiego.  Potwierdził  on  krytyczny  stan  chorego.  Pytałem, 

ile  daje  mu  jeszcze  dni  lub  tygodni  życia,  ale  wykręcił  się  od  odpowiedzi, 

zbywając mnie ogólnikami o co nie miałem do niego żalu. Ustalenie czyjejś 

daty  śmierci  ma  w  sobie  coś  niedobrego.  Całe  działanie  ludzkie  na  ogół 

pozbawione jest refleksji o śmierci  własnej. Najczęściej jeżeli się zjawia ‒ 

jest refleksją o śmierci  „w ogóle” lub śmierci cudzej. Człowiek  konstruuje 

własne  życie  bez  liczenia,  ile  ma  na  to  czasu.  Przed  młodymi  najczęściej 

ż

ycie  rozciąga  się  bez  końca,  w  wieczność.  Świadomość  końca  powoduje 

frustracje, rodzi nihilizm albo wpędza w irracjonalny obłęd. Ze świadomo-

ś

ci  śmierci  brały  się  pustelnicze  eremy,  brali  się  biczownicy,  a  wreszcie 

samobójcy. Mało kto potrzebował tej świadomości dla zaplanowania  sobie 

twórczego  i  godnego  życia.  W  końcu  zadałem  lekarzowi  praktyczne  pyta-

nie: 

  Jeżeli chciałbym uzyskać jakieś dodatkowe informacje od Arystowi-

cza, czy powinienem się spieszyć? 

  Tak... ‒ powiedział po chwili zastanowienia. ‒ Może mieć coraz sil-

niejsze  bóle,  wtedy  trzeba  będzie  zwiększyć  dawkę  środków  przeciwbólo-

wych  i  ich  częstotliwość.  Powstaną  wówczas  warunki,  kiedy  chory  będzie 

wpółświadomy otaczającej go rzeczywistości. 

  Kiedy taki stan się zacznie? 

  Właściwie  już  się  zaczął,  ale  może  pan  spróbować.  Czego  chce  się 

pan jeszcze dowiedzieć? Mało panu opowiedział? 

  Dużo, bardzo dużo, ale są pewne luki, które chciałbym, aby jeszcze 

uzupełnił. 

  Czy będzie to opis jego rejsu? 

  Obawiam  się,  że  niezupełnie,  ale  jest  to  historia  pasjonująca.  Doty-

czy to jednej z licznych przygód, jakie miał Arystowicz w czasie podróży. 

Moim zdaniem najciekawszej, która zostawiła trwały ślad w jego osobowo-

ś

ci. 

  Gdzie, może na Tahiti? Albo na Morzu Sulu? 

141 

background image

  Nie. Jeszcze na początku rejsu. Spotkał wtedy żaglowiec bez załogi. 

  Prawie jak w filmie. 

  Tak, prawie jak w filmie. Nie pan pierwszy zwrócił na to uwagę. Ale 

miała to być prawda. 

  Czy  to  jest  właśnie  ten  problem,  który  go  gryzie?  Ma  takie  stany, 

jakby  rzeczywiście  nosił  w  sobie  jakąś  tajemnicę.  Myślałem,  że  opowie-

dział  panu  wszystko,  gdy  pojechał  pan  do  niego  razem  z  żeglarzem  Za-

chwatowiczem. 

  Tylko część, a resztę zmyślił. 

  Zmyślił? 

  Wie pan,  wszyscy ludzie  morza lubią trochę  ubarwiać  własne przy-

gody. Gawędy marynarskie ‒ to synonim baśni. 

  Tak,  ale  on  miał  jakiś  prawdziwy  problem,  a  nie  zmyślony.  Coś  ‒ 

wydaje  mi  się  ‒  co  jest  związane  z  moralnym  kodeksem  postępowania. 

Oczywiście to tylko przypuszczenia. Jak w tej książce Conrada... 

  Ma pan na myśli „Lorda Jima”? 

  Tak, tam była kwestia opuszczenia statku i pasażerów przez kapitana 

czy coś podobnego. W każdym razie chodziło o sprzeniewierzenie się zasa-

dom  etyki,  mówiąc  dosłowniej  ‒  honoru,  a  następnie  o  próbę  rehabilitacji 

moralnej.  Nie  jestem  zawodowym  psychologiem,  ale  wydaje  mi  się,  że 

Arystowicza dręczy jakaś historia tej kategorii, a choroba uniemożliwiła mu 

zrzucenie  całego  ciężaru  z  sumienia.  Spowiedź  przed  panem  miała  mu  w 

tym  pomóc,  ale  akurat  poczuł  się  lepiej  i  być  może  to  było  powodem,  że 

poczęstował  pana  półprawdą.  Wydawało  mu  się,  że  będzie  mógł  jeszcze 

załatwić wszystko sam. Czy pan odnosi podobne wrażenie? 

  Identyczne. 

  Ale  dlaczego  zainteresował  się  pan  Arystowiczem?  Przecież  to  pan 

pierwszy  zwrócił  się  do  mnie  z  prośbą  o  pomoc  w  uzyskaniu  widzenia  z 

ż

eglarzem i traf chciał, że właśnie on także wyraził podobną chęć, no i ja 

142 

background image

was poznałem. Miałem ułatwione zadanie. 

  Wszystkiemu  winna  była  notatka,  jaką  znalazłem  w  prasie  brytyj-

skiej  o  spotkaniu  przez  jacht  „Noa  Noa”  żaglowca  bez  załogi  w  pobliżu 

wyspy  Barbados  ‒  tłumaczyłem  lekarzowi.  Należał  do  tych  nielicznych 

lekarzy,  którzy  między  kilku  etatami,  całą  furą  obowiązków  i  pobieżnym 

czytaniem  prasy  codziennej,  znajdowali  jeszcze  czas  na  literaturę  piękną  i 

refleksyjne jej przyjmowanie. Nie był na pewno z tych, co klasykę znają z 

seriali telewizyjnych i telewizyjnych widowisk teatralnych. 

  To  rzeczywiście  sensacja!  Czyżby  Arystowicz  nie  mówił  o  tym  w 

swoich wywiadach? 

  Nigdy.  Wokół  tego  spotkania  było  jednak  tyle  tajemniczości,  a  po-

tem  tyle  różnych  informacji  ‒  z  opowiadaniem  Arystowicza  włącznie,  że 

zacząłem podejrzewać, że rzeczywistość musiała być inna. 

  Gdyby nie to, że wydobycie prawdy może istotnie dopomóc Arysto-

wiczowi, poradziłbym panu pozostawienie tej sprawy. Grzebie pan w czło-

wieku za życia, jak ja ‒ gdy dokonuję sekcji zwłok, aby stwierdzić, co było 

przyczyną zgonu. 

  A dlaczego dokonuje pan sekcji zwłok? Z głupiej ciekawości? 

  Nie,  żeby  na  tej  podstawie,  w  oparciu  o  uzyskane  wiadomości,  po-

móc innym. 

  Właśnie  dlatego  pisarzy  absorbuje  to,  co  konfliktowe  w  człowieku, 

w jego duchowym wnętrzu. 

  Nie  zostałem  całkowicie  przekonany,  ale  coś  w  tym,  co  pan  mówi, 

jest  prawdziwego.  Nikt  nie  grzebał  tak  w  duszy  ludzkiej,  jak  ci  najwybit-

niejsi,  na  przykład  Dostojewski,  a  jest  on  ‒  oczywiście  moim  zdaniem  i 

może się pan ze mną nie zgodzić ‒ największym pisarzem świata. Na dru-

gim miejscu dopiero umieszczam Prousta. A ten jak się grzebał w ludzkich 

wnętrznościach, tyle że na swój sposób. 

143 

background image

  Chce  pan,  zdaje  się,  powiedzieć,  że  ja  przy  nich  jestem  kimś  w  ro-

dzaju  studenta  trzeciego  roku  asystującego  przy  sekcji  w  prosektorium. 

Zgoda, ale okazja jest jedyna. Do Arystowicza nie przyjdzie ani Dostojew-

ski, ani Proust. 

  Wygrał pan tym razem. Ma pan moje błogosławieństwo i niech pan 

jedzie. Radzę tylko ostrożnie, bo za Puckiem, tam gdzie szosa zbliża się do 

zatoki, jest już lód na asfalcie. 

Miał  rację.  Przekonałem  się  o  tym  następnego  dnia,  gdy  jadąc  sześć-

dziesiątką wpadłem w poślizg. Wóz zatańczył, potem odwrócił się o trzysta 

sześćdziesiąt  stopni  i...  pojechał  dalej.  Następny  odcinek  wlokłem  się  jak 

ż

ółw, choć było to już wtedy zbyteczne ‒ lodu na asfalcie więcej nie było, a 

deszcz, który przeszedł nad Swarzewem, osuszało wychodzące nagle spoza 

obłoków blade, zimowe słońce. Nad zatoką spiętrzyły się ciemne, kłębiaste 

chmury,  przechodzące  barwą  od  koloru  dymu  do  ciemnego  granatu.  Poza 

linią półwyspu morze było białe od grzyw piany ‒ z tym widokiem kontra-

stowała ciemna, nieruchoma toń Małego Morza, przerżnięta barierą Mewie-

go  Ryfu.  W  blaskach  słońca,  przedzierającego  się  przez  zwały  chmur  za-

równo same obłoki, jak i morze zagrały barwami, ale trwało to krótko. 

Nie powiedziałem Arystowiczowi wszystkiego. Udawałem przecież ko-

goś z wpisanym do zawodu posłannictwem i moralnym prawem do grzeba-

nia  się  w  życiu  innych.  To  nie  była  prawda  i  Różański  intuicyjnie  to  wy-

czuwał.  Nie  odważył  mi  się  zarzucić  zwykłej,  nachalnej,  małostkowej  cie-

kawości,  zwykłej  chęci  przeżycia  między  obiadem  a  kolacją  całego  życia 

drugiego  człowieka.  Czym  różniłem  się  w  tej  sytuacji  od  wścibskiej,  ale 

dyskretniej to czyniącej, pani Topolskiej? Mógł powiedzieć równie dobrze: 

„I  co,  zazdrości  pan  Arystowiczowi  tej  podróży,  tych  palm  na  wyspach, 

tych  wschodów  i  zachodów  słońca  na  oceanie,  a  nawet  tego  spotkania  z 

Latającym Holendrem?” 

144 

background image

Gdy  wjechałem  w  ulice  Władysławowa,  zapadły  już  ciemności,  zaczął 

siec ostry deszcz, a drzewa gięły się pod uderzeniami szkwału. Byłem zmę-

czony,  jak  po  biegu  wzdłuż  „ścieżki  zdrowia”,  gdy  parkowałem  wóz  pod 

pensjonatem pani Topolskiej. 

Właścicielka hoteliku powitała mnie w drzwiach i z niemałym zadowo-

leniem przyjęła wiadomość, że zamierzam zatrzymać się u niej „dwa albo i 

trzy dni”. 

   Pan Arystowicz jest u siebie. Czy zechce pan wpierw zajść do swo-

jego pokoju, czy od razu pójdzie pan do niego? Jest tam także pani Marta. 

Arystowicz prosi, żeby mu czytała książki. Woli to od radia i telewizji. 

Oczywiście  wpierw  poszedłem  do  swojego  pokoju,  rozpakowałem  się, 

umyłem, a dopiero potem poszedłem do Arystowicza. Był już uprzedzony o 

moim  przyjeździe.  Na  stole  stała  kawa  i  ciasto  własnego  wypieku  pani 

Topolskiej.  Remy  tak  się  zmienił,  że  chyba  nie  poznałbym  go,  gdybym 

spotkał w tłumie na ulicy. Leżał na tapczanie okryty kocem, ubrany w gru-

by,  żeglarski  sweter.  Twarz  mu  poszarzała,  poorały  ją  zmarszczki,  cały 

schudł i jakby... skurczył się. Zdaję sobie sprawę ze śmieszności tego okre-

ś

lenia, ale właśnie tak to odebrałem. Przeciwna metamorfoza zaszła w Mar-

cie,  której  uroda  jakby  dopiero  teraz  nabrała  właściwego  poloru,  a  strój  i 

uczesanie wyraźnie świadczyły o tym, że wyszła, albo wychodziła, ze swo-

jego poprzedniego stanu psychicznego, a jej sposób bycia nosił coraz mniej 

widomych  oznak  prowincjonalnej,  zahukanej  gęsi.  Czemu  to  można  było 

przypisać  ‒  nie  wiedziałem.  Oboje  byli  bardzo  uradowani  moim  przyby-

ciem. 

Już przy pierwszym kawałku placka i pierwszym łyku kawy, na przekór 

szaremu niebu i stalowosinemu Bałtykowi, plującemu żółtą pianą, w pokoju 

rozlał  się  blask  podzwrotnikowego  słońca,  a  nad  naszymi  głowami  rozpiął 

pułap  błękit  nieba  sfery  pasatów.  Mówiliśmy  bowiem  o  Zachwatowiczu. 

Remy był autentycznie szczęśliwy, że „Noa Noa” nie wymaga zbyt  

145 

background image

kosztownych przygotowań do rejsu i prawdopodobnie nie odbędzie podróży 

do  Gdyni  na  pokładzie  jakiegoś  transportowca,  który  zabrałby  ją,  idąc  z 

Zatoki Meksykańskiej na Bałtyk. Że wróci pod pełnymi żaglami. 

  Może uda mi się doczekać tego momentu we względnym zdrowiu ‒ 

mówił Arystowicz. ‒ Będę wówczas jednym z pierwszych, którzy powitają 

jacht w basenie, na nabrzeżu. A jak już to się stanie, mogę sobie spokojnie 

umierać. 

Zachwatowicz  wysłał  do  Arystowicza  długi  list,  zaraz  po przybyciu  na 

Martynikę. W liście tym opisał dokładnie stan jachtu i przedsięwzięte kroki 

do  przygotowania  statku  w  rejs  transatlantycki.  Potem  wysyłał  co  tydzień 

lub  dwa  krótkie  raporty  na  kartkach  pocztowych,  których  zebrała  się  już 

spora  sterta  ‒  wszystkie  kokietowały  nas  południowym  niebem  i  szmarag-

dowym  oceanem  albo  urodą  pięknych  mieszkanek  Martyniki.  Na  jednej 

znalazło  się  nawet  łoże,  w  którym  przyszła  na  świat  późniejsza  cesarzowa 

Francuzów, Kreolka Józefina ‒ była to pamiątka z wycieczki Zygi do Trois 

Ilets,  na  innej  ‒  chyba  w  charakterze  dwuznacznej  aluzji  ‒  wybrzeże 

Presqu'île de la Caravella od strony Baie du Tésor, a więc okolice rzekomej 

rezydencji „Xanadu”.  Ale o poszukiwaniach  Oberona i  willi „Xanadu” nie 

było nic. Jednak Remy chyba zrozumiał sens tego widoczku... 

Potem  nagle  południowe  słońce  zaszło  za  szarą  chmurę  nadbałtyckiej 

nawałnicy,  a  szmaragd  morza  zmienił  się  w  siwą,  swojską  bałtycką  toń 

sztormowej  zimy.  Palmy  zostały  zastąpione  przez  sosny  pochylone  od  za-

chodniego wiatru, nasilał się huk przyboju fal na brzegu i pojęk wichury. 

  Budzisz zmarł... ‒ powiedział Remy. 

  Jak to się stało? ‒ spytałem po chwili milczenia. 

  Zwyczajnie,  tak  jak  mówił.  Po  prostu  poczuł,  że  zbliża  się  koniec, 

wyszedł więc z domu, zamknął drzwi, oddał sąsiadom klucze, prosząc aby  

146 

background image

oddali  je  mnie,  i  na  przełaj  podążył  ku  morzu.  Tam  znalazł  swoją  łódź, 

zepchnął na wodę i popłynął. Był już dość daleko, gdy zauważyli go żołnie-

rze ochrony pogranicza. Mimo że nadleciał akurat szkwał, wyszła w morze 

jednostka ratownicza. Ale Budzisza już nie było. Dopiero po dwóch godzi-

nach znaleziono wywróconą łódź, dryfującą na falach. 

  Po trzech dniach morze powinno wyrzucić zwłoki. 

  Nie, nie wyrzuci. Chciał zostać w morzu. Mówił, że na ostatnią po-

dróż  ma  przygotowane  ołowiane  ciężarki,  którymi  napcha  sobie  kieszenie, 

takie  typowe  ciężarki  do  sieci.  Starczy,  żeby  zatrzymać  go  na  dnie...  On 

wcale nie chciał wracać na ląd. 

  Kochał morze... ‒ bąknąłem pod nosem, żeby coś powiedzieć. 

  Tak się pisze w książkach. Mnie się jednak wydaje, że to co innego. 

Wielu  ludzi,  gdy  czuje  śmierć,  myśli  o  tym,  gdzie  spoczną  ich  prochy.  Ja 

boleję  dziś,  na  przykład,  nad  tym,  że  nie  zostałem  gdzieś  w  strefie  ryczą-

cych czterdziestek, a los każe mi oczekiwać śmierci w łóżku. Gdybym po-

prosił  o  obciążenie  mojego  ciała  ołowiem  i  pochowanie  w  morzu,  byłyby 

kłopoty  ze  strony  administracyjno-prawnej.  Jedyna  więc  moja  prośba:  po-

chowajcie  mnie  na  zwykłym,  rybackim  cmentarzu,  żeby  słychać  tam  było 

szum wiatru, jak przelatuje wśród sosen. Budzisz nie chciał spocząć w zie-

mi, prawie bał się tego. No i sam zrobił sobie pogrzeb marynarski. Ziemia 

wydawała  mu  się  brudna,  skażona  grzechem,  zbrodnią...  Natomiast  morze 

to  była  czystość,  szlachetność,  spokój.  Mimo  bowiem,  że  na  powierzchni 

szaleje czasem nawet orkan ‒ tam,  w głębinach jest wieczny mrok, cisza... 

Takim jak on dzwonią na wieczne odpoczywanie po pracowitym życiu boje 

dzwonowe, zakotwiczone na wszystkich mieliznach i rafach świata. 

Nagle uświadomiłem sobie, że śmierć Klemensa Budzisza, Szypra, była 

główną przyczyną, dla której Arystowicz wyraził życzenie widzenia się  

147 

background image

ze  mną.  O  co  mu  jednak  chodziło?  Ach,  prawda  ‒  klucze  od  niezwykłego 

muzeum rybaka były obecnie w jego rękach. 

  Czy zamierza pan te zbiory Budzisza przekazać do muzeum? ‒ zapy-

tałem. 

  Ech, do jakiego muzeum, panie Julianie? ‒ żachnął się. ‒ Do jakiego 

muzeum?  Przecież  tam  grudki  bursztynu  leżą  obok  kamieni  znalezionych 

na  plaży,  kamieni,  które  swoim  kształtem  oczarowały  Budzisza.  Wie  pan, 

co  by  zrobili  pracownicy  muzeum?  Kamienie  wyrzuciliby  na  śmietnik,  a 

bursztyny odstąpili spółdzielni bursztyniarskiej na „masę bursztynową”, do 

wyrobu  koszmarnych  pamiątek.  Albo  te  szczątki  szalupy  ‒  kogo  to  może 

obchodzić!  Tam  jest  pełno  takich  eksponatów,  które  znalazłyby  się  na 

ś

mietniku. Nie, nie trafi to w niczyje ręce. Pamięta pan, co wam mówiłem o 

ostatnim  życzeniu  Budzisza?  To  przecież  on  uczynił  mnie  wykonawcą 

testamentu. Nie napisanego, ale prawomocnego. 

  Nie mówi pan serio o spaleniu całej chaty Budzisza? 

  Tak,  mówię  właśnie  o  tym  i  chciałem  o  spełnienie  woli  zmarłego 

poprosić pana. 

  Szanuję  wolę  zmarłego,  ale  nie  mogę  się  tego  podjąć.  Jest  to 

sprzeczne  ze  zdrowym  rozsądkiem  i  sprzeczne  z  prawem.  Raz  ‒  że  wśród 

zbiorów są rzeczywiście pewne przedmioty, które mogą spełnić swoją spo-

łeczną rolę trafiając do muzeum, a dwa ‒ że z punktu widzenia administra-

cyjno-prawnego  nie  mamy  prawa  niszczyć  świadomie  domu,  w  którym 

mieszkał  Budzisz,  zwłaszcza  drogą  podpalenia.  Ogień  mógłby  nie  tylko 

„spełnić  ostatnią  wolę  zmarłego”,  ale  również  spowodować  pożar okolicz-

nych gospodarstw. 

  Więc pan odmawia? 

  Stanowczo odmawiam. 

  No  cóż,  musi  pan  mi  w  takim  razie  wybaczyć  postawienie  panu  tej 

propozycji, która dla mnie była czymś naturalnym. Może dlatego że żyję tu  

148 

background image

na  tym  odludziu  i  rozumiałem  Budzisza.  Może  pan  uważać  tę  prośbę  za 

ż

yczenie  niezwykłe,  może  nawet  nienormalne.  Wróćmy  więc  do  strefy 

pasatów. Co pisze do pana Zyga? 

  No,  zapewne  to  samo  co  do  pana,  tyle  że  mniej  o  samym  jachcie  i 

technicznych szczegółach przygotowywanej podróży. Uważa mnie za dyle-

tanta i ma rację. 

  Próbował pan pisać o tym, co panu opowiedziałem, gdy przyjechali-

ś

cie do mnie z Zygą? 

  Tak. Mam właściwie całość naszkicowaną. 

  Chce pan to wydać? 

  Może. Brakuje mi jednak pointy. 

  A jaką chciałby pan pointę? 

  Mówiliśmy  o  tajemnicy  całego  tego  epizodu  z  jachtem  „Captain 

Flint” i ta tajemnica w rzeczywistości pozostała dalej tajemnicą. 

  Mimo tego wszystkiego, co spotkało mnie w „Xanadu”? 

  Może  właśnie przez całą tę niezwykłą historię... ‒ strzeliłem, nawet 

trochę  niegrzecznie,  ale  był  to  jedyny  właściwy  moment  do  poruszenia  tej 

sprawy. 

  Widział pan pocztówki, jakie przesłał mi Zyga, prawda? Na jednej z 

nich widoczne jest wybrzeże po wschodniej stronie wyspy. Wiem, że Zyga 

pojechał tam, ale ze swoimi wrażeniami nie podzielił się ze mną. Na pewno 

uczynił to w korespondencji do pana. Zgadłem? Czy szukał „Xanadu”? 

  Szukał ‒ odpowiedziałem. 

  I z jakim rezultatem? 

  Nie znalazł ani pana Oberona, jednookiego Polifema, ani „Xanadu”, 

ani hoteliku „Le Seine”, ani Denisa... 

  Miałem prawo podkoloryzować to wszystko. 

  Miał pan prawo ‒ zgodziłem się. 

  Serio? Tak pan uważa? 

  Oczywiście. Ale jaka była rzeczywistość? 

Arystowicz zmarszczył brwi i nieoczekiwanie zażądał filiżanki kawy, a  

149 

background image

gdy  Marta  powiedziała,  że  lekarz  nie  radził,  z  niecierpliwością  uderzył 

dłonią w blat stołu i podniesionym głosem jeszcze raz zażądał kawy. Potem 

przeprosił  ją  i  mnie,  tłumacząc  rozstrój  nerwowy  samotnością,  chorobą  i 

dość znacznymi dawkami preparatów antybólowych i uspokajających. 

  Kawa ‒ twierdził ‒ neutralizuje działanie tych preparatów, wróci ból, 

ale  za  to  umysł  uczyni  jasnym.  ‒  Wypił  potężny  haust  kawy,  zamknął  na 

chwilę oczy, a gdy je otworzył, bardzo przytomnie i bardzo poważnie spoj-

rzał mi prosto w twarz. 

   Dobrze więc. Powiem panu prawdę. Nie było żadnego jachtu „Cap-

tain Flint”, to znaczy ‒ w ogóle taki jacht istniał, a może nawet istnieje, ale 

ja go nie widziałem. Panu mówię to jako pierwszemu w życiu i niech pan z 

tym zrobi, co pan uważa. Ja tym żyłem dwa lata i pół roku... Dłużej nie ma 

sensu,  tym  bardziej  że  wkrótce  już  spotkam  się  po  tamtej  stronie  z  Budzi-

szem. Nie widziałem jachtu „Capitani Flint” w pobliżu Barbados. 

  Dlaczego  więc  złożył  pan  takie  oświadczenie  władzom  portowym 

Bridgetown? 

  Zostałem  zmuszony.  W  pobliżu  Barbados  podszedł  do  mnie  duży 

jacht motorowy, ot taki pełnomorski stateczek, na którego pokładzie bardzo 

bogaci  Amerykanie  z  Florydy  wybierają  się  na  połów  marlinów  w  pasie 

Golfsztromu... Na pokład „Noa Noa” przeszło kilku drabów, uzbrojonych w 

rewolwery. Próbowałem oponować, nawet grozić, ale wyśmiali mnie, prze-

wrócili i skopali. Plądrowali jacht, drąc mapy, tłukąc niektóre instrumenty, 

w jakie  wyposażyłem  statek za ostatnie pieniądze. Wreszcie postawili  ulti-

matum  ‒  po  przybyciu  do  Bridgetown  mam  złożyć  zeznanie,  że  na  kursie 

spotkałem duży, luksusowo wyglądający szkuner pełnomorski i odczytałem 

jego  nazwę:  „Captain  Flint”.  Jacht  sprawiać  miał  wrażenie,  że  na  jego  po-

kładzie  nie  ma  nikogo.  Jeżeli  tego  oświadczenia  nie  złożę,  zniszczą  mi 

„Noa Noa”. Po prostu zniszczą. Gdybym o spotkaniu z motorowym jachtem  

150 

background image

powiadomił władze, ich ludzie w Bridgetown poderżną mi gardło. Wiedzia-

łem, że mówili prawdę. Byli brutalni i znać było po ich zachowaniu zawo-

dowych  zbirów.  Ten,  który  ze  mną  rozmawiał,  był  ich  szefem.  Obejście 

miał  kupca  a  nie  bandyty.  On  na  pewno  nie  zabijał,  oni  czynili  to  z  jego 

polecenia.  On  sam  natomiast  był  chyba  także  podwładnym  jakiegoś  więk-

szego bossa. Mówili po angielsku z akcentem portorykańskim i trudno było 

mi  ich  zrozumieć  ‒  musieli  wielokrotnie  powtarzać  to  samo  zdanie.  Pan 

wie, czym była dla mnie „Noa Noa”. Było to ukoronowanie marzeń. Zamie-

rzałem  opłynąć  na  niej  kulę  ziemską.  Przygoda  ta  spotkała  mnie  tuż  na 

początku rejsu. Co zrobiłby pan na moim miejscu? 

  Nie wiem. Na pewno nie udawałbym bohatera. 

  A  ja  miałem  początkowo  taki  zamiar,  ale  kiedy  wszedłem  do 

Bridgetown  na  Barbados,  zobaczyłem  ten  sam  motorowy  jacht  z  gangste-

rami stojący spokojnie w porcie. Próbowałem zasięgnąć języka. Dowiedzia-

łem  się,  że  to  prywatny  jacht  jakiegoś  wielkiego  businessmana.  Papiery 

mieli  w  porządku.  Obawiam  się,  że  gdybym  złożył  oświadczenie  o  napa-

dzie, nie uwierzono by mnie. Pewnie nie znaleziono by nawet na pokładzie 

tamtego  większej  ilości  broni,  niż  została  zgłoszona.  A  trzeba  panu  wie-

dzieć, że wobec coraz częstszych gangsterskich napadów na jachty w rejo-

nie od Bermudów do Antyli ‒ załogi małych jednostek sportowych pływają 

uzbrojone.  W  razie  wejścia  do  obcego  portu  broń  zostaje  opieczętowana  i 

nie można jej używać aż do wyjścia w morze. Tak więc złożenie raportu o 

napaści  nie  miało  żadnego  sensu,  a  doprowadziłoby  do  zatopienia  „Noa 

Noa”. To nie były pogróżki na wiatr. Wytłumaczyłem sobie, że ostatecznie 

mogę  złożyć  oświadczenie  o  spotkaniu  jachtu  „Captain  Flint”,  przecież 

takie oświadczenie nic nie znaczy. Mogłem po prostu pomylić się. 

  Nie powiedział pan jednak wówczas, że był pan na pokładzie tamte-

go. 

  Nie.  Rozpamiętując  potem  całą  sprawę,  zacząłem  jednak  fantazjo-

wać, że coś takiego mogło mieć miejsce. Zwid tajemniczego żaglowca 

151 

background image

nawiedzał  mnie  w  nocy,  a  w  czasie  długich  samotnych  tygodni  ‒  także  w 

dzień. Nie mogłem się od tego opędzić. Mówiłem panu, kiedy był pan tutaj 

po  raz  pierwszy,  że  długi  samotny  rejs  powoduje  halucynacje.  Każdy  że-

glarz to potwierdzi. Zresztą nie tylko samotny rejs. ‒ Każdy długi rejs, na-

wet na dużym statku handlowym może wywołać podobny stan. Marynarze 

stają  się  niespokojni,  nerwowi,  kłótliwi,  zaczynają  roztrząsać,  co  robią  w 

tym  czasie  ich  żony  lub  dziewczyny,  zaczynają  wyszukiwać,  kto  z  załogi 

krzywo  na  nich  patrzy,  podejrzewają  swych  zwierzchników  o  to,  że  „od-

grywają się” na nich. Zacząłem więc śnić na jawie. Wyobrażałem sobie, że 

wchodzę na pokład tego pustego żaglowca ‒ „Captain Flint”, że zwiedzam 

jego puste kabiny, oglądam książki czytane przez ludzi, którzy zniknęli. 

  I  dlatego  tę  zmyśloną  historię  opowiedział  pan  jako  autentyczne 

przeżycie? 

  Dlatego. 

  A kot? 

  Nazwałem go „Flint”, tyle ma związku z tą sprawą. Koniec. 

  Czy  gangsterzy  obiecali  panu  wynagrodzenie  za  podanie  tej  fałszy-

wej informacji władzom portowym w Bridgetown? 

  Nie.  Obiecali  tylko,  że  pozwolą  mi  dalej  popłynąć,  a  to  było  dla 

mnie dużo, bardzo dużo. A za milczenie o ich napadzie na „Noa Noa” ofia-

rowali mi życie. To wszystko. Przekaz przyszedł zupełnie niespodziewanie. 

Byłem  właściwie  bez  pieniędzy  i  nie  miałem  zamiaru  badać  autentyzmu 

adresata. Refleksje przyszły później. 

  Zbilansujmy więc: jachtu bez załogi nie widział pan, ale opowiedział 

o  nim  władzom.  Był  pan  potem  indagowany  przez  dziennikarzy  i  wszyst-

kim  powtórzył  pan  tę  samą  bajeczkę.  Potem  nadszedł  przekaz  i  odpłynął 

pan dalej. Ponad rok trwała ta podróż i po tym czasie znów wszedł pan na 

wody archipelagu Antyli. Po co? 

152 

background image

  W  czasie  rejsu  narastało  we  mnie  poczucie  winy.  Moje  kłamstwo 

służyło  jakiejś  nikczemnej  sprawie,  o  której  nie  miałem  pojęcia.  Chciałem 

dowiedzieć  się  czegoś  więcej  i  dotrzeć  do  nadawcy  przekazu.  Przekaz  na-

dany był z Martyniki. 

  Ominął pan Barbados. Bał się pan? 

  Tak. Obawiałem się, że moje kłamstwo wyszło już na jaw. Jak mógł-

bym teraz spojrzeć w oczy tym samym ludziom w porcie? Co innego, gdy-

bym wykrył nadawcę. Byłaby to nić, po której można by dotrzeć do ośrodka 

dyspozycyjnego  mafii.  Nie  wątpiłem  bowiem,  że  spotkałem  się  z  mafią. 

Prawdopodobnie chodziło o przemyt narkotyków. 

  Jak  pan  tłumaczy  całą  grę?  Dlaczego  zależało  im  na  pana  oświad-

czeniu? 

  Mogli  wymordować  załogę  jachtu  „Captain  Flint”,  a  sam  jacht  wy-

korzystać do przemytu. Ale jeżeli ktoś zarejestrowałby obecność tego jachtu 

w  innym  miejscu,  moja  relacja  dawała  im  do  ręki  alibi.  Samotny  żeglarz, 

kapitan, „Noa Noa” widział jacht „Captain Flint”  w pobliżu Barbados. Ale 

to tylko hipoteza. 

  I co pan znalazł na Martynice? 

  Właściwie  nic,  ale  miałem  dowody  na  to,  że  ktoś  zaczął  się  moją 

osobą interesować. Byłem śledzony. Dziś nie jestem pewien, czy działała tu 

jakaś szajka przestępcza, czy po prostu policja. 

  A „Xanadu”? 

  Jest tak, jak stwierdził Zyga. Istniała tylko w mojej wyobraźni. Wy-

myśliłem tę całą historię w czasie rejsu, potem, w czasie choroby, dodawa-

łem do niej nowe szczegóły. 

  Ostatnie pytanie: czemu pan kłamał? 

  Popełniłem  przestępstwo.  Właściwie  zbrodnię.  Dałem  gangsterom 

do ręki alibi i przyjąłem za to zapłatę. Myślałem o tym nieustannie. Byłem 

bliski obłędu, nawet samobójstwa. A jak pan osądza moje postępowanie? 

153 

background image

  Został  pan  sterroryzowany  ‒  to  oczywiste.  Á  potem,  po  przyjęciu 

tych pieniędzy, stał się pan ich wspólnikiem. 

Nie wiem, co zamierzali osłonić tym pana oświadczeniem. 

   Gdybym  dziś  dowiedział  się,  nie  miałoby  to  już  dla  mnie  żadnego 

znaczenia. Jeżeli  mogę pana o coś poprosić, to o nie przemilczenie tego  w 

pana książce. Przyznanie się do winy, to w całej tej historii jakiś gest pozy-

tywny. Powiem panu prawdę ‒ przez tę historię nie nawiązałem kontaktu z 

naszymi  kaphornowcami.  Bałem  się,  że  kiedy  już  wejdę  do  grona  ludzi 

dzielnych i szlachetnych, nagle nadejdzie wiadomość o mojej winie i wszy-

scy odwrócą się ode mnie. Miałem zamiar opowiedzieć to panu, gdy przy-

jechał pan poprzednio, ale brakło mi odwagi. Obecność Zygi Zachwatowi-

cza  także  powstrzymywała  mnie  od  tego.  Wolałem  opowiedzieć  baśń,  w 

którą sam po trochu zacząłem wierzyć. Baśń o tym, że rzeczywiście widzia-

łem jacht „Captain Flint”; ba, że byłem na jego pokładzie, a potem, że do-

tarłem do sedna sprawy, że odnalazłem „Xanadu”. Szkoda, że pan tego nie 

opisze ‒ to także produkt mojego samotnego rejsu i moich dręczących my-

ś

li... 

  Dlaczego  miałbym  nie  opisać?!  Już  to  zrobiłem!  Spełnia  to  zapo-

trzebowanie niektórych czytelników na literaturę sensacyjną. A potem napi-

szę, jak rzecz wygląda naprawdę. 

  Czy  uważa  pan,  że  powinienem  złożyć  jakieś  oświadczenie  przed 

władzami? 

  Porozumiem się  w tej sprawie. Może istotnie dobrze byłoby, gdyby 

ci  w  Bridgetown  wiedzieli,  jak  rzecz  miała  się  naprawdę.  Może  to  pomóc 

wyjaśnić im tajemnicę jachtu „Captain Flint”, jeżeli jej jeszcze nie rozwią-

zali. 

  Czy jest pan dziś zadowolony z naszej rozmowy? 

  Całkowicie. 

W  tej  chwili  do  pokoju  zajrzał  przez  wpółotwarte  drzwi  czarny  kocur. 

Przesunął się miękko między meblami i wskoczył na tapczan, gdzie  

154 

background image

ulokował się w nogach Remy Arystowicza, podwinął łapki i zaczął mruczeć 

swoje wieczorne pacierze. 

  „Kapitan Flint” ‒ powiedziałem do niego pieszczotliwie i pogłaska-

łem trójkątny łepek. Zmrużył ślepia i cicho, rozkosznie miauknął. 

  W  tej  sytuacji  niech  pana  nie  dziwi,  że  moją  obsesją  stała  się  teraz 

sprawa  honoru.  Dlatego  chciałem  namówić  pana  na  spełnienie  w  moim 

imieniu ostatniego życzenia Klemensa Budzisza. Gdybym pewniej trzymał 

się na nogach, zrobiłbym to bez wahania sam. Obiecałem mu to jednak i to 

musi zostać spełnione. 

  Mówiłem już panu, że nie jest to zgodne z prawem, a w dodatku za-

graża bezpieczeństwu całej wsi. 

  Dobrze,  dobrze...  Znam  już  pana  pogląd  na  tę  sprawę.  A  pan  zna 

mój. Może pan umieścić to w swojej książce. Ale co pan może o mnie napi-

sać? Tak niewiele wie pan wciąż o mnie i chyba niewiele więcej będzie pan 

wiedział. Lepiej zostać przy wersji „Xanadu” i jednookiego pana Oberona. 

  Nazywam go w mojej książce Polifemem. 

  Tylko, że ja jestem Odyseuszem bez Itaki. Mój ostatni port, to poko-

ik z widokiem na morze  w hoteliku pani Topolskiej. Dobrze, że Nauzykaa 

jest tutaj... 

4. 

W nocy obudziła mnie pani Topolska. Twierdziła, że u Arystowicza coś się 

dzieje,  że  nie  śpi,  chodzi  po  mieszkaniu,  nawet  zszedł  na  dół,  chyba  żeby 

wyjrzeć na dwór. Wstałem, ubrałem się i razem podeszliśmy pod drzwi, ale 

w pokoju było cicho. Coś mnie tknęło i pobiegłem sprawdzić, czy jest mój 

samochód  ‒  był  jednak  na  swoim  miejscu.  Odetchnąłem  z  ulgą.  Nie,  to 

niedorzeczne podejrzenie ‒ przecież kluczyki do samochodu leżały na noc-

nym stoliku. Dla pewności pani Topolska uchyliła jednak drzwi i zajrzała 

155 

background image

do  pokoju  Arystowicza.  Remy  był  w  domu  i  spał,  prawdopodobnie  po  za-

ż

yciu środków nasennych. 

  Może  szukał  proszków  i  tak  hałasował  albo  wypuszczał  kota.  Wie 

pan,  na  punkcie  tego  kota  jest  trochę  sfiksowany.  Bardzo  przepraszam,  że 

pana niepokoiłam. 

  Nic  nie  szkodzi.  Gdyby  znów  pani  coś  usłyszała,  proszę  mnie  obu-

dzić. 

  Z nim jest źle. 

  Chyba bardzo źle. 

  Będę pamiętać. 

Nie mogłem już zasnąć. Chodziły mi po głowie niedorzeczne myśli, że 

może  ostatnia  wersja  Arystowicza  wyjaśniająca  tajemnicę,  także  nie  jest 

jeszcze  ostateczną.  Odtwarzałem  w  pamięci  zdarzenia  i  te  stworzone  w 

wyobraźni Arystowicza ‒ łącznie z rezydencją „Xanadu”, z czarownikiem z 

Haiti  i  z  jednookim  Polifemem  ‒  i  te  rzeczywiste:  napad  na  jacht  „Noa 

Noa”  i  sponiewieranie  kapitana.  Wyobrażałem  sobie,  co  czuł,  gdy  obcy 

ludzie  demolowali  wnętrze  jego  jachtu,  gdzie  każdy  wbity  w  drewno 

gwóźdź świadczył o jego wyrzeczeniu i ciężkiej własnej pracy, o jego ma-

niakalnym marzeniu wyruszenia w rejs dookoła świata. W sercu rozgrzesza-

łem go całkowicie. Praktycznie nie miał wyboru. Przecież to oczywiste, że 

tamci  spełniliby  swoją  groźbę  i  nikt  nie  stanąłby  w  obronie  samotnego, 

polskiego  romantyka.  Obsesja  rzekomej  hańby,  nie  dająca  mu  spokoju 

przez rejs, była najlepszym świadectwem charakteru tego człowieka. Gang-

sterzy, którzy napadli na jacht nie opodal Barbados, zabili radość tej podró-

ż

y, która miała wieńczyć całe życie ‒ przeciętne i chyba niezbyt udane. No i 

podróż okazała się także niezbyt udana. 

Zmęczony  rozmyślaniami  zasnąłem  wreszcie,  ale  nie  spałem  długo.  Ze 

snu zbudził mnie charakterystyczny dźwięk syreny strażackiej. Zdaje się, że 

szosą przemknęły dwa wozy ‒ w kierunku na Karwię czy na Władysławo-

wo, tego nie byłem w stanie określić. Usiadłem na łóżku. 

Marta! 

156 

background image

Wiedziałem, gdzie jest pokój pani Topolskiej, zastukałem więc do niej, 

przez  drzwi  szepcąc  uspokajające  słowa,  aby  nie  przerazić  właścicielki 

pensjonatu.  Wyjaśniłem,  że  pragnąłem  sprawdzić,  czy  Marta  jest  na  miej-

scu. Nie rozumiała, w jakim celu jest mi potrzebne to, ale była na tyle cie-

kawa,  że  poszła  ze  mną.  Marta  miała  tu  swój  pokój.  Sypiała  w  nim,  jeżeli 

zostawała na noc, a ostatnio ‒ gdy stan zdrowia Arystowicza pogorszył się 

 zdarzało się to dość często. 

Pokój Marty był pusty. 

  Czy ona  miała jakiś  własny  środek lokomocji? ‒ spytałem  pani To-

polskiej. 

  Co takiego? ‒ nie zrozumiała. 

  No, czy miała samochód, motocykl, rower... 

  Ależ oczywiście, że rower. 

  A więc może te hałasy, o których pani mówiła, spowodowała Marta! 

Zeszła na dół, wsiadła na rower i odjechała. 

  Ma pan rację. Że też o tym nie pomyślałam! Ale co by to mogło zna-

czyć? Czy to coś złego? Coś bardzo złego? 

Co  miałem  mówić?  Nurtowały  mnie  przecież  najgorsze  przeczucia,  ale 

mógł  to  być  jedynie  przerost  wyobraźni,  czemu,  w  tych  okolicznościach, 

nie  można  by  się  nawet  dziwić.  Pospiesznie  wróciłem  do  swojego  pokoju, 

ubrałem się, potem zbiegłem na dół i siadłem za kierownicą. 

Noc nie była na takie eskapady. Widoczność była podła. Co chwila ostry 

deszcz  zalewał  mi  zupełnie  szybę;  przy  tym  wiatr,  którego  siłę  czuło  się 

przy prowadzeniu  wozu. Jak  można było  wybrać się  w taką pogodę na ro-

werze? Ale przecież Marta lubiła sztorm, nie bała się ani deszczu, ani wia-

tru, ani nocy. 

Do  Karwi  dojechałem  bezpiecznie  i  dość  szybko.  Kiedy  skręciłem  w 

lewo, już z daleka zobaczyłem łunę ponad wsią Karwieńskie Błota, A więc 

przeczucie mnie nie myliło. Płonęło obejście Klemensa Budzisza, Szypra. 

157 

background image

Gdy zajechałem na miejsce, zastałem tam cztery wozy strażackie. Rato-

wać  z  gospodarstwa  Budzisza  nie  było  co  ‒  sterta  zgliszcz  i  dogasającego 

ż

aru. 

  Wie pan, to mi wygląda na podpalenie ‒ powiedział do mnie dowód-

ca jednej z ekip strażackich, młody człowiek o stanowczym sposobie bycia i 

wyglądzie  szeryfa  z  Dzikiego  Zachodu.  ‒  Podobno  ludzie  posądzali  tego 

rybaka o czary. Teraz, kiedy już nie żyje, ktoś musiał podłożyć ogień. Lu-

dzie tu przesądni, to i pozbyli się tego siedliska diabła. Milicja już jest, na 

pewno dojdzie do tego, kto to podpalił. 

  Uratowaliście coś? 

  Ech, panie! Jak przyjechaliśmy, cała ta buda płonęła niby pochodnia. 

Ktoś nie pożałował nafty czy benzyny...  Dobrze, że dość szybko  udało się 

nam ogień zlikwidować, bo wiatr taki, że pożar mógł się przenieść na oko-

liczne domy. No i udało się. Pożar zlikwidowany, a o resztę niech się mar-

twią milicjanci. 

  Sądzi pan więc, że to było podpalenie? 

  Bez wątpienia. Jutro przyjedzie tu specjalna ekipa ustalić szczegóły. 

Wróciłem do samochodu i  usiadłem za kierownicą,  kiedy  nagle dozna-

łem  dziwnego  uczucia,  że  nie  jestem  sam.  W  świetle  reflektorów  wozów 

strażackich  dostrzegłem  na  tylnym  siedzeniu  jakiś  skulony  kształt.  Nie 

potrzebowałem przyglądać się, aby wiedzieć kto to jest. 

  Gdzie zostawiłaś rower? 

  Tu, niedaleko. Miałam kraksę. Przednie koło do wymiany, ale niech 

tu leży. Nie będę go zabierała. 

  Musisz zabrać. Jeżeli go znajdą, trafią do ciebie i będziesz posądzo-

na o podpalenie. 

  Nikt nie pozna. Mógł pożar wybuchnąć od iskry z sąsiedniego komi-

na... 

  W taką  noc jak ta? Nie są  tacy  naiwni, a przeciwnie są przekonani, 

ż

e to podpalenie. 

  Mówili to? 

  Tak. Gdzie masz ten rower? 

158 

background image

  Jest  w rowie. Po drodze. Możemy jechać powoli, to pokażę,  w któ-

rym miejscu. 

Znalezienie  roweru  nie  było  rzeczą  łatwą.  Obawiałem  się  też,  że  mili-

cjanci  mogli  się  tymi  poszukiwaniami  zainteresować  i  wtedy  skojarzyliby 

sobie pewne fakty. 

  Jest! ‒ krzyknęła nagle Marta. 

Rower leżał w miejscu, koło którego przeszliśmy poprzednio dwa razy. 

Szybko otworzyłem bagażnik i wepchnęliśmy rower ‒ co udało się, jako że 

pierwsze koło praktycznie nie istniało, zwinięte w idealną ósemkę. 

  Do domu czy do pensjonatu? 

  Lepiej  do  pensjonatu.  Jeżeli  przyjechałabym  w  takim  stanie  do  do-

mu, powstałby alarm. 

W  jakim  była  stanie,  przekonałem  się  dopiero  w  hoteliku  pani  Topol-

skiej.  Zmokła do suchej nitki, a kraksa rowerowa pozostawiła kilka zadra-

pań na twarzy i kilka siniaków. Miała również paskudnie zbitą do krwi rękę. 

W dodatku rzeczy jej pachniały benzyną. Mimo nocy pani Topolska ‒ istot-

nie  złota  kobieta  ‒  przyrządziła  herbaty,  zrobiła  gorącą  kąpiel,  a  potem 

starannie  opatrzyła  rany.  No  i  ‒  co  godne  było  najwyższych  pochwał  ‒  o 

nic, zupełnie o nic nie pytała. 

  Nie bałaś się? ‒ spytałem, gdy zostaliśmy sami. 

  Cały  czas.  A  gdy  już  byłam  wewnątrz  i  podpaliłam  szmaty  namo-

czone w benzynie, nagle okazało się, że drzwi nie chcą się otworzyć. Może 

to była wina naporu wiatru, może nasiąkły wilgocią, a może... zresztą diabli 

wiedzą co. Byłabym się tam spaliła. 

  Popełniłaś przestępstwo. 

  Spełniłam  przyrzeczenie,  które  Remy  złożył  wobec  Klemensa  Bu-

dzisza. 

  Dobrze, że nie obiecał mu wysadzenia w powietrze latarni na Roze-

wiu. 

Taka była nasza rozmowa. Byłem ciekaw, jak na tę wiadomość zareaguje 

Arystowicz, ale ciekawość moja nie została zaspokojona. Rano Arystowicza  

159 

background image

nie można było się dobudzić, równocześnie skoczyła mu gorączka tak gwał-

townie, że  wezwano lekarza. Gdy odjeżdżałem, był tam już doktor Różań-

ski. Marta odprowadziła mnie na dół, do drzwi, obiecując, że zadzwoni, jak 

tylko żeglarz poczuje się lepiej. 

Odjechałem pełen różnych niedobrych myśli. 

W  domu  zastałem  list  od  Zygi  Zachwatowicza.  Żeglarz  pisał  go  przed 

dwoma tygodniami, a na znaczku widniał stempel z Bridgetown na Barba-

dos. 

„... Plaża, palmy, mnóstwo luksusowych jachtów na kotwicy i przy bo-

jach. Stoję w ujściu jakiejś rzeczki ‒ aż dziwne, że na takim  skrawku lądu 

może  być  rzeczka.  Może  to  zresztą  nie  rzeczka,  ale  zatoczka?  Nie  spraw-

dzałem. Na ulicach mała, kolonialna Anglia, ruch lewostronny, mieszkańcy 

przeważnie czarni, ale z angielskim gestem, strojem, zachowaniem, angiel-

ską solidnością (tą przedwojenną). Urzędnicy noszą tu białe koszule z kra-

watami, policjanci ‒ mundury zapięte na guziki pod szyję i stojące kołnierze 

  a  wszystko  przy  upale  jak  u  nas  w  lipcu  w  szczególnie  upalne  lato.  A 

przecież jest zima. Słońce podgrzewa Zwrotnik Koziorożca ale jaka to róż-

nica, gdy stąd można ręką dosięgnąć równika? 

Interesuje cię pewnie, po co tu przyjechałem? No więc ‒ jeżeli już mia-

łem poznać cechy „Noa Noa” przed transatlantyckim rejsem, postanowiłem 

wybrać się na Barbados, tam gdzie zaczęła się dziwna przygoda Arystowi-

cza.  Nawet  nie  liczyłem  na  jakieś  rewelacyjne  odkrycie.  A  jednak  dowie-

działem się czegoś nowego. Prasa tutejsza pisze obecnie dużo o pirackich, a 

należałoby raczej powiedzieć: gangsterskich, napadach na jachtsmenów od 

Bermudów do Antylów. Motywami napadów są: zwykły rabunek, porwanie 

albo zawładnięcie szybką jednostką używaną później do przemytu. Ostrze-

gają,  radzą,  ażeby  jachtsmeni  byli  ostrożni,  nawet  polecają  uzbroić  się. 

Mnie to nie grozi, bo „Noa Noa” jest skromnym jachtem, że nikt nie pomy-

ś

li o tym, aby wzbogacić się na jej kasie. A jednak Arystowicz przeżył tu  

160 

background image

przygodę  dramatyczną.  Nie,  wcale  nie  tę,  którą  nam  opowiedział.  Jedna  z 

gazet przypomniała tu zaginięcie szkunera „Captain Flint” i poinformowała, 

ż

e dwa lata temu właśnie koło Barbados został napadnięty jacht „Noa Noa”, 

a  jego  kapitan  zmaltretowany  i  zmuszony  do  złożenia  fałszywych  oświad-

czeń jakoby widział szkuner „Captain Flint” u brzegów Barbados. Informa-

cja  ta  oparta  była  na  zeznaniach  jakiegoś  gangstera.  Pisali,  że  gdy  „Noa 

Noa” cumowała w Bridgetown, burta w burtę stał z nią statek gangsterów i 

ż

e kapitan jachtu nie miał wyboru. Gdyby zaalarmował władze, gangsterom 

nic by nie udowodniono, działali bowiem na zlecenie i z zaginięciem szku-

nera  bezpośrednio  nie  mieli  nic  wspólnego,  gdyby  natomiast  po  zaalarmo-

waniu policji jacht „Noa Noa” wyszedł w morze, byłby to jego ostatni rejs. 

Paskudna sprawa, nieprawda? Zgubiłem się już, co w relacjach Arysto-

wicza było prawdą, a co zostało zmyślone. Jedno jest pewne ‒ on nie tylko 

nie był  na pokładzie  statku-widma  „Captain Flint”, ale  w ogóle go  nie  wi-

dział. Trzymał się jednak tej wersji, którą zaprezentował władzom w Brid-

getown, aby nie wyjść na tchórza. Wyszedł na kłamcę, a jego oświadczenie 

dostarczyło  alibi  gangsterom.  Paskudna  sprawa.  Remy  był  moim  idolem  ‒ 

wszystko  co  wiedziałem  o  nim,  było  piękne  i  szlachetne.  Co  mam  teraz 

począć  z  moją  wyobraźnią,  z  moimi  ideałami?  Chcę  tu  jeszcze  trochę  po-

kręcić się, a potem rozpoczynam mój wielki rejs. Już bez marzeń...”. 

W dwa tygodnie później prasa doniosła, że jacht „Noa Noa” znaleziony 

został na północ od Barbados. Na pokładzie nie było nikogo... Jacht został 

odholowany  do  Bridgetown,  skąd  ma  zostać  zabrany  przez  statek  idący  z 

portów  Zatoki  Meksykańskiej...  Notatka  była  krótka  i  nie  wyjaśniała  faktu 

zniknięcia samotnego żeglarza ‒ Zygi Zachwatowicza. Nie zawierała także 

ż

adnych hipotez. 

Arystowicz o tym się już nie dowiedział, zmarł w kilka dni, przed dotar-

ciem informacji do polskiej prasy. Pochowano go na cmentarzu we  

161 

background image

Władysławowie.  Na  pogrzebie  było  trochę  jachtsmenów,  którzy  pozostali 

wierni swemu koledze, mimo że on ich unikał, była oczywiście Marta, pani 

Topolska,  był  doktor  Różański  i  jeszcze  kilka  nie  znanych  mi  osób.  Po 

pogrzebie  Marta  odjechała  z  pania  Topolską  samochodem  doktora  Różań-

skiego,  jachtsmeni  wrócili  do  Gdyni.  Niepostrzeżenie  dla  innych  zostałem 

sam na cmentarzu. Gdy wyszedłem przed bramę, stał tam tylko mój samo-

chód.  Wsiadłem  i  pojechałem  w  znane  sobie  miejsce,  na  urwisty  morski 

brzeg, aby  wysiąść tam z  wozu, stanąć na samej krawędzi urwiska i popa-

trzeć na morze. 

background image

Treść 

Część I ‒ „Nie opuszczajcie strefy pasatów.... .   5  

Część II ‒ Rezydencja „Xanadu” ..... 

 

 63  

Część III ‒ Zimowy sztorm   

 

 

125