background image

ANDRZEJ PEREPECZKO

PODWODNY ŚWIAT DZIKIEJ 

MRÓWKI

background image

WSTĘP

DZIĘKI KTÓREMU CZYTELNIK MOŻE POZNAĆ 

DOTYCHCZASOWE PRZYGODY DZIKIEJ MRÓWKI, ZRESZTĄ 

OPISANE DOKŁADNIE W KSIĄŻKACH PT: „DZIKA MRÓWKA I 

TAM-TAMY” ORAZ „DZIKA MRÓWKA POD ŻAGLAMI”

Marek, zwany przez rodzinę i kolegów Dziką Mrówką z racji niewielkiego wzrostu i 

niezwykłych pomysłów, które się bez przerwy rodziły w jego nadzwyczaj wybujałej fantazji i 

wyobraźni,   mieszkał   w   dzielnicy   Gdańska   zwanej   Oliwą.   Razem   z   bratem   Jarkiem, 

bliźniakiem zresztą, ale zupełnie do Marka niepodobnym, chodzili do jednej klasy i razem też 

grali w hokeja, tyle tylko że w różnych drużynach. W jednej Dzika Mrówka był napastnikiem, 

w drugiej Jego Brat (tak nazwano Jarka) - bramkarzem.

Tata obu chłopców bliźniaków był ochmistrzem na statku, Mama - wielbicielką języka 

angielskiego. Starała się, z niecałkowitym jednakże powodzeniem, wpoić w swych synów 

zamiłowanie do tego języka.

Pewnego dnia, gdy Tata wrócił z rejsu, obaj chłopcy tak dokuczyli Mamie swymi 

niezwykłymi  pomysłami i swoim zachowaniem (choć - po prawdzie - wszystkie pomysły 

były autorstwa Dzikiej Mrówki, a Jego Brat był tylko wiernym, choć nieco powolnym ich 

wykonawcą), że płacząc stwierdziła, iż ma wszystkiego dosyć i że nie może sobie absolutnie 

z nieznośnymi chłopakami poradzić.

Na takie dictum Tata zdecydował się osobiście zająć się synami bliźniakami, a że 

pływał na statku i akurat nie za bardzo mógł zejść na urlop, postanowił zabrać chłopców w 

rejs, żeby ich „mieć na oku”.

Popłynęli tedy statkiem we trójkę: Tata, Dzika Mrówka i Jego Brat. Przed samym 

odjazdem Mama, którą chłopcy i Tata nazywali Micią, wcale nie była taka pewna, czy tak 

naprawdę   „miała   wszystkiego   dosyć”   i   czy   pomysł   zabrania   chłopców   na   statek   był 

najlepszym z życiowych pomysłów Taty.

Statek w swym rejsie odwiedził kolejno Londyn, Sewillę w Hiszpanii, Safi w Maroko 

i   port   Kaolack   w   Senegalu.   Londyn   zwiedzili   chłopcy   dość   dokładnie,   ale   najbardziej 

podobało im się muzeum techniki, do którego wielokrotnie wracali. W Sewilli byli na walce 

byków, która jednak nie za bardzo im do gustu przypadła. W tejże samej Sewilli zauważyli 

podejrzany, ich zdaniem, statek o nazwie „Torro” i Dzika Mrówka postanowił na własną rękę 

background image

śledzić członków jego załogi, która ani chybi trudniła się jakimiś ciemnymi sprawkami.

W morzu, w czasie przelotu z Sewilli do Safi, Dzika Mrówka i Jego Brat wdrapali się 

na maszt statku i dojrzeli stamtąd samotną łódź. Jak się potem okazało, była to uszkodzona 

łódź rybacka  z wyczerpanym  prawie do cna Arabem i jego rannym  synem. Dzięki temu 

odkryciu, ratującemu życie ludziom, obaj bracia stali się sławni na statku i udało im się nawet 

uniknąć kary za samowolne wlezienie na maszt.

Po południu tego samego dnia statek ich dogonił tajemniczy stateczek „Torro”.

W Safi bracia mieli niezbyt przyjemną przygodę w meczecie, do którego - jak się 

okazało - wstęp dla „niewiernych” był surowo zabroniony.

Po kilku dalszych dniach podróży dopłynęli wreszcie do Kaolacku w Senegalu, skąd 

w czasie wojny uciekły po upadku Francji dwa polskie statki: „Cieszyn” i „Śląsk”. A że 

właśnie na statku znajdował się bosman, który jako młody chłopak był członkiem załogi 

„Cieszyna”  w 1940 roku, obaj  bracia  usłyszeli  opowieść naocznego  świadka o tej  pełnej 

emocji sławnej ucieczce.

W Kaolacku znajdował się już tajemniczy „Torro”, Dzika Mrówka zatem i Jego Brat 

przystąpili do śledzenia załogi. Niewiele brakowało, aby się to bardzo smutnie skończyło dla 

obu braci bliźniaków. Na szczęście z groźnych opałów uratowała ich senegalska policja, która 

odstawiła   obu   domorosłych   detektywów   na   statek   i   oddała   w   ręce   na   dobre   już 

zaniepokojonego Taty.

Powrotną   drogę   do   kraju   obaj   chłopcy   spędzili   pracując   -   jeden   w   dziale 

maszynowym,   drugi   na  pokładzie   statku   -   w   Tacie   bowiem   obudził   się   nagle   niezwykle 

pedagogiczny talent i postanowił swych synów wychować przez pracę. Wtedy obaj bracia 

poznali, że praca na statku wcale nie należy do łatwych i że marynarze nie tylko „pływają, 

opalają się i zwiedzają cały świat”.

W   Gdańsku   czekała   na   swych   chłopców   stęskniona   Mama,   która   już   dawno 

zapomniała, że miała „zupełnie dosyć” i obaj bracia bliźniacy doszli, tym razem zgodnie o 

dziwo, do wniosku, że

WSZĘDZIE DOBRZE, ALE W DOMU NAJLEPIEJ!

Po   powrocie   z   rejsu   obaj   chłopcy   spóźnili   się   o   parę   dni   na   rozpoczęcie   roku 

szkolnego.  Dzika   Mrówka  postanowił   wykorzystać  tę   okoliczność  i  ułożył  błyskawicznie 

plan, zgodnie z którym profesorowie nie mieli mieć w tym dniu żadnych zajęć w ich klasie. 

„Wszystkie lekcje biorę na siebie” - oświadczył swym koleżankom i kolegom Dzika Mrówka.

Przemyślnie   ułożony   program   działania   udał   się   tylko   po   części,   bowiem   Pan   od 

Przyrody zdemaskował Marka, gdy go zbyt poniosła bujna fantazja i gdy mocno przeholował 

background image

w opowiadaniu niestworzonych przygód, które miały rzekomo wydarzyć się w ciągu rejsu. 

Cała klasa śmiała się z Dzikiej Mrówki, a w obronę wzięła go tylko jedna z koleżanek o 

imieniu Ulka.

W  okresie   Świąt  Bożego  Narodzenia,   które  Tata  spędził  razem   z całą  rodziną  na 

lądzie, ojciec zabrał Dziką Mrówkę na doroczne spotkanie Klubu Kaphornowców, do którego 

mogą   należeć   tylko   ci   z   żeglarzy,   którzy   na   żaglach   opłynęli   przylądek   Horn,   jeden   z 

najbardziej   burzliwych   przylądków   świata.   Pod   wpływem   tego   spotkania   Marek 

zainteresował się żeglarstwem, zaczął czytać przeróżne książki na ten temat, poznawał tajniki 

astronomii i w konsekwencji zarzucił swą dawną pasję, czyli hokej, i zapisał się do klubu 

żeglarskiego.

W   klubie   zaczęło   się   szkolenie   teoretyczne   i   pierwsze   prace   przy   jachtach   na 

przystani. Początki były trudne i mało efektowne, trzeba było bowiem jachty czyścić, skrobać 

i   malować,   a   pływanie   pod   białymi   żaglami   stawało   się   coraz   bardziej   odległe.   Mimo 

trudności   Dzika   Mrówka   zawsze   pełen   był   najrozmaitszych   pomysłów,   kreślił   wciąż   na 

mapach trasy swych przyszłych  rejsów i snuł niezbyt realne marzenia, a tymczasem - na 

codzień - skrobał jachtowe burty, szpachlował,  splatał linki czy też szył  żagle. Wreszcie 

nadszedł dzień, kiedy Marek wypłynął w pierwszy swój rejs, w czasie którego sam sterował i 

sam   prowadził   swą   łódź.   Niedaleki   to   co   prawda   był   rejs,   bo   tylko   po   wodach   basenu 

jachtowego, ale chłopiec po raz pierwszy spostrzegł, że łódź posłuszna jest każdemu ruchowi 

JEGO ręki, że to ON kieruje, po raz pierwszy naprawdę ŻEGLUJE!

Po pewnym czasie Dzika Mrówka został wyróżniony - wyznaczono go na zawodnika 

regat jednoosobowych żaglowych łodzi, zwanych bardzo ładnie „Optymistami”. Regaty miały 

wielce dramatyczny przebieg, bo w momencie, kiedy Marek już, już miał wyjść na czoło 

wyścigu, łódź jego wywróciła się wskutek nieuwagi chłopca i oczywiście tym samym stracił 

on wszelkie szanse w wyścigu.

Mimo   tego   pierwszego   niepowodzenia   Marek   brał   udział   również   i   w   innych 

kolejnych   wyścigach,   a   po   pewnym   czasie   został   w   nagrodę   wybrany   do   załogi 

pełnomorskiego jachtu w rejsie bałtyckim. W czasie podróży Dzika Mrówka spróbował po 

raz pierwszy niezwykle trudnej - jak się okazało - sztuki kucharzowania na jachcie.

W   swym   rejsie   jacht   o   wdzięcznej   nazwie   „Stella   Polaris”   odwiedził   Rygę   i 

Leningrad. W drodze powrotnej żeglarzy złapał sztorm, który zagnał jacht aż pod brzegi 

szwedzkie. Tam, w nocy i w sztormie, Dzika Mrówka zauważył czerwony błysk rakiety. To 

mógł być ktoś wzywający pomocy!

„Stella Polaris” ruszyła na ratunek i nad ranem odnaleziono przewrócony jacht, a przy 

background image

nim   trzymających   się   resztkami   sił   młodych   rozbitków.   W   czasie   akcji   ratunkowej 

szczególnie wyróżnił się Marek, który nie bacząc na niebezpieczeństwo wskoczył do wody i 

uratował kilkunastoletnią dziewczynę, Szwedkę o imieniu Ulla.

Polski   jacht   z   uratowaną   załogą   wpłynął   do   portu   w   Sztokholmie,   gdzie   rodzice 

rozbitków przyjęli polskich żeglarzy niezwykle gościnnie i serdecznie. W czasie zwiedzania 

zabytków tego pięknego portu, „Wenecji Północy”, Dzika Mrówka został tak zafascynowany 

widokiem żaglowca „Vasa” sprzed przeszło 300 lat, wydobytego w całości z dna morskiego, 

że stwierdził: Pływanie pod żaglami to jest na pewno bardzo fajna sprawa,

ale

PODWODNE POSZUKIWANIA

ARCHEOLOGICZNE

TO JEST WŁAŚNIE

TO!

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY,

W KTÓRYM DZIKA MRÓWKA UŚWIADAMIA MAMIE, ŻE POD 

POWIERZCHNIĄ WODY DZIEJE SIĘ BARDZO DUŻO CIEKAWYCH 

RZECZY

Pogoda  tego  dnia   była   naprawdę  wspaniała   i  „zupełnie   odświętna”,  jak  -  nie   bez 

pewnej dozy słuszności - zauważył Dzika Mrówka, gdy zbudzono go na poranną wachtę.

Wracali do kraju. Jacht „Stella Polaris” zbliżał się do swego macierzystego portu, do 

prastarego   polskiego   Gdańska,   do   swej   zacisznej   klubowej   przystani,   skąd   wypłynął   w 

kilkutygodniowy, niezbyt może długi, ale za to niezwykle ciekawy i pełen przygód bałtycki 

rejs.   Oczywiście   kulminacyjnym   jego   punktem   była   akcja   ratunkowa   i   wizyta   w   stolicy 

Szwecji, nazwana przez załogę jachtu „sztokholmską przygodą”.

Jacht płynął pod pełnymi żaglami w rześkich podmuchach porannej morskiej bryzy. 

Przed dziobem rysował się ojczysty, polski brzeg. Na tle pogodnego nieba widać było już 

nawet gołym okiem poszarpaną koronkę wież starego miasta, a bliżej na pierwszym planie 

czerniała pajęczyna kratownicy transporterów węglowych Portu Północnego.

Na redzie stały statki czekające swej rozładunkowej kolejki, a wśród nich rozpierał się 

potężny   kadłub   olbrzymiego   zbiornikowca,   który   właśnie   kilka   pracowitych   holowników 

wprowadzało   między   falochrony.   Po   prawej   stronie   rozległej   Zatoki   Gdańskiej   widniały 

zielone krawędzie wysoczyzny, dochodzące koło Orłowa do samej wody. Na tle lasów bielały 

tu i ówdzie białe smukłe wieżowce nowych mieszkalnych dzielnic Trójmiasta, wyglądające z 

oddali jak klocki powtykane w plastyczną panoramę Wybrzeża.

„Stella Polaris” wśliznęła się zgrabnie między główki wejściowe gdańskiego portu, 

przemknęła   wzdłuż   przystani,   gdzie   piętrzył   się   elegancki   kadłub   pasażerskiego   promu, 

zbudowanego kilka miesięcy temu przez jedną z polskich stoczni. Pod wysoko uniesionymi 

na   dziobie   wrotami   wtaczały   się   do   pękatego   brzucha   statku   załadowane   ciężarówki   i 

samochody   osobowe   rozmaitych   marek   i   rejestracji,   z   którymi   turyści   wędrowali   przez 

bałtyckie morze do Szwecji czy Finlandii.

Jeszcze   tylko   majestatyczny   kamienny   obelisk   pomnika   na   Westerplatte,   jeszcze 

zatłoczone statkami portowe baseny, jeszcze pełna pracy i hałasu stocznia, jeszcze kilkaset 

metrów i już przed dziobem powracającego jachtu wyłoniły się nabrzeża rodzimego klubu.

Kapitan Filip wywołał całą załogę do manewrów. Każdy wiedział dokładnie, co do 

niego  należy. Jeden  pilnował   żagli, inni  dzierżyli   w  rękach  odbijacze,  by  ochronić  burtę 

background image

jachtu od zbyt brutalnego kontaktu z lądem, jeszcze inni trzymali w pogotowiu bosaki.

Lecz   co   to?   Całe   klubowe   nabrzeże   udekorowane   odświętnie,   całe   w   girlandach 

różnokolorowych flag marynarskiego kodu.

- Czy to dzisiaj jakieś państwowe święto? - zdziwił się Dzika Mrówka.

- Dzisiaj? Pojęcia nie mam, ale chyba nie - odrzekł stojący tuż obok Baleron.

- No to dlaczego taka banderowa gala?

- A może to, stary, na naszą cześć?

- Eee, Baleron, ty jak coś powiesz... - Dzika Mrówka wzruszył ramionami. - Niby z 

jakiej racji?

- No to dlaczego tyle ludzi na nabrzeżu?

Rzeczywiście. Pod girlandami banderek kodu sygnałowego kłębił się całkiem spory 

tłumek. Wymachiwano rękoma, a w niektórych rękach zupełnie wyraźnie już teraz widać 

było kwiaty. I cały ten tłum coś pokrzykiwał.

Niestety, na razie nie można było tego dosłyszeć, za burtą bowiem szumiała rozcinana 

dziobem jachtu woda, a na domiar żagle zaczęły głośno łopotać podczas kolejnego zwrotu. 

Gdy jednak płótna wypełniły się wiatrem i ponownie napięły, do uszu załogi „Stella Polaris” 

dobiegło najwyraźniej:

- Niech żyją! NIECH ŻYJĄ!! NIECH ŻYJĄ!!!

-   Niby   kto?   -   zapytał   sam   siebie   Dzika   Mrówka,   ale   odpowiedź   właściwie   była 

zdecydowanie jednoznaczna, bo w zasięgu wzroku nie było widać żadnego innego jachtu 

poza „Stellą”.

- Do zwrotu przez sztag! - rozległ się na jachcie tubalny głos Kapitana Filipa.

Załoga rzuciła się do manewrów. „Stella” bardzo zgrabnie wykręciła na wiatr, przez 

chwilę żagle łopotały, a w tym czasie jacht przeszedł linię wiatru i położył się na przeciwny 

ciąg, nabierając zwolna szybkości.

-   Żagle   precz!   -   rozkazał   kapitan,   pilnie   obserwując   wody   portowego   basenu   i 

oceniając odległość dzielącą jacht od nabrzeża.

Żagle „Stelli” ześliznęły się na pokład jachtu. Ogołocona  z ciągnących  ją płócien 

sunęła coraz wolniej w stronę brzegu. Po chwili posłuszny wychyleniu steru kadłub jachtu 

skręcił i łagodnie złożył się do nabrzeża dokładnie w tym miejscu, które uprzednio wybrał 

Kapitan Filip.

Dzika Mrówka, stojący na dziobie jachtu z odbijaczem splecionym misternie z linek, 

dostrzegł nagle wśród zgromadzonego na brzegu tłumu swoją Mamę. Tuż obok niej stał brat 

bliźniak,   czyli   Jego   Brat   lub   inaczej   Jarek,   a   z   drugiej   strony   mignęła   zarumieniona 

background image

twarzyczka dziewczęca okolona gęstwą jasnych włosów.

- Ulka! - poznał Marek i zdziwił się bardzo. Ale już w następnej sekundzie uczucie 

zdziwienia i zaskoczenia ustąpiło uczuciu radości i Marek poczuł nagle i niespodziewanie, że 

coś   dziwnego   ścisnęło   go   za   gardło.   Chciał   zawołać   i   nie   mógł   z   siebie   przez   moment 

dosłownie wydobyć głosu.

- Coś nagle zrobił się taki czerwony? - zapytał stojący obok Baleron.

- Nie gadaj głupstw! - obruszył się Dzika Mrówka, któremu przeszło już owo dziwne 

ściśnięcie gardła.

- Mareczku! Mareczku!! - chłopak usłyszał drżący nieco głos Mamy.

- Ahoj, Miciu! - zawołał Marek. Chciał, by ten prawdziwie żeglarski okrzyk wypadł 

jak najbardziej po męsku, ale głos mu się jakoś dziwnie w tym momencie załamał i Marek 

poczuł, jak mu się nagle - zupełnie nie wiadomo dlaczego - dziwnie zapociły oczy.

Widocznie Mamie też się akurat w tym samym momencie to samo przytrafiło, bo 

wyciągnęła   z   torebki   chusteczkę   i   wytarła   nią   „zapocone”   oczy,   rozmazując   przy   okazji 

ciemny tusz do rzęs.

- Cześć Ulka! - zawołał z kolei Dzika Mrówka, już znacznie pewniejszym głosem.

- A mnie to już nie zauważasz, Mrówa? - zapytał stojący przy Mamie Jego Brat. - 

Takżeś zhardział po tym rejsie?

- Nie zhardziałem, skądże! - bronił się Marek. - Ale... kobietom należy się chyba 

pierwszeństwo, no nie?

- Fakt - przytwierdził Jarek, wydymając jednakże przy tym usta w geście, który mógł 

zarówno oznaczać przytaknięcie dla wywodów brata bliźniaka, jak i powątpiewanie, czy Ulkę 

można zaliczyć do kobiet...

Wśród tego wszystkiego zacumowano wreszcie jacht przy nabrzeżu i w ten sposób 

pozornie zakończyła się pełna przygód morska wyprawa Dzikiej Mrówki na wody Bałtyku. 

Załoga „Stelli” chciała już gremialnie zeskoczyć na brzeg, by wreszcie ucałować najbliższych 

witających, ale okazało się, że jeszcze wcale nie koniec rejsu. Oto bowiem - ku pełnemu 

zaskoczeniu żeglarzy - rozległy się zwielokrotnione przez rozstawione na terenie klubowej 

przystani głośniki uroczyste słowa jeszcze bardziej uroczystej mowy.

Czego   tam   nie   było   w   tej   mowie,   wygłaszanej   przez   Kogoś   Bardzo   Ważnego.   I 

sztormy, i żywioł wszelki i bohaterstwo kapitana i całej załogi, i honor bandery, i dobre 

obyczaje   żeglarskie,   i   oczywiście   rozsławianie   naszej   Ojczyzny   na   morzach   i   oceanach 

świata, a jeżeli nie na wszystkich, to przynajmniej na tym dla nas najważniejszym, na naszym 

polskim Bałtyku.

background image

Potem   przemawiał   KTOŚ   JESZCZE   BARDZIEJ   WAŻNY   i   prawie   dokładnie 

powtórzył   poprzednie   przemówienie,   tyle   tylko   że   trwało   ono   nieco   dłużej   i   zawierało 

znacznie większą ilość kwiecistych określeń.

O rany! - pomyślał w pewnym momencie Dzika Mrówka - jak tak będą powtarzali w 

kółko Macieju, to powitanie będzie dłużej trwało niż cały ten rejs. I o co w końcu chodzi? - 

zdziwił się w duchu - przecież nic nadzwyczajnego się nie stało.

Wszystko jednak ma swój koniec, a więc wreszcie i na przemówienia nadszedł kres. I 

wtedy wystąpił

KTOŚ NAJWAŻNIEJSZY

i przeczytał z karteczki, że za zasługi oddane w czasie akcji jachtu „Stella Polaris” pod 

Sztokholmem zarówno kapitan jachtu - tu wymieniono nazwisko i imię Kapitana Filipa - jak i 

członek załogi - tu Dzika Mrówka ku swemu najwyższemu zdumieniu i zaskoczeniu usłyszał 

własne imię i nazwisko

ZOSTAJĄ ODZNACZENI

MEDALEM

ZA

RATOWANIE

ŻYCIA

KTOŚ   NAJWAŻNIEJSZY   skończył,   a   na   całym   nabrzeżu   rozległy   się   huragany 

oklasków i okrzyków:

- Niech żyją! NIECH ŻYJĄ!! NIECH ŻYJĄ!!!

A nagle nad wszystkie głosy olbrzymiego tłumu wybił się potężny bas, przy którym 

słynne biblijne trąby jerychońskie pochowałyby się ze wstydu:

NIECH ŻYJĄ ROBASZKOWIE ŚWIĘTOJAŃSCY !!!

-   zabrzmiało   nad   całym   nabrzeżem,   przeleciało   nad   zabudowaniami   żeglarskiego 

klubu, wstrząsnęło gałęziami rozłożystych drzew rosnących w pobliżu, z których zerwało się 

stado wrzaskliwych kawek, i potoczyło gromkim echem ku odległym murom Starego Miasta.

Wszyscy zamilkli jak jeden mąż, patrząc z wielkim podziwem na człowieka potężnej 

postury, który z przepaścistych swych płuc potrafił wydać dźwięk tak okazały, gdy w tej 

nagłej ciszy zabrzmiał cienki, srebrzysty jak dzwoneczek dziewczęcy głosik, który zawołał:

- NIECH ŻYJE DZIKA MRÓWKA!

Teraz   wszyscy   odwrócili   oczy   od   potężnego   klubowego   bosmana   i   spojrzeli   na 

niewysoką dziewczynkę z dużymi, gęstymi warkoczami. Twarz dziewczynki pod wpływem 

spojrzenia   setek   oczu   poczęła   zmieniać   gwałtownie   barwę   z   różowej   poprzez   wszystkie 

background image

odcienie czerwieni aż do ciemnopurpurowej, tak iż wydawało się, że jeszcze tylko chwila, a 

krew   tryśnie   niechybnie   z   pałających   policzków   Ulki,   ona   to   bowiem   -   ku   własnemu 

przerażeniu i zawstydzeniu - wydała ten piskliwy nieco i odrobinę spóźniony okrzyk.

-   Fakt   -   powiedział   Jarek   i   chciał   chyba   coś   jeszcze   dodać,   ale   wszelkie   słowa 

zagłuszyła   zgodna   salwa   gromkiego   śmiechu   zebranych,   trudno   bowiem   było   utrzymać 

powagę   wobec   zestawienia   zwalistej   góry   mięsa,   jaką   był   Bosman,   z   filigranowo-

porcelanową urodą Ulki.

Roześmiał   się   nawet   KTOŚ   NAJWAŻNIEJSZY,   czym   zresztą   wzbudził   ogólną 

sympatię zebranych, i dopiero gdy umilkły śmiechy, powiedział:

- Pozwólcie mi, kochani, dokończyć tę miłą uroczystość.

To jeszcze nie koniec? - zdziwił się niechętnie Dzika Mrówka, ale w chwilę potem 

zdecydowanie zmienił zdanie, gdy okazało się, że końcowym akcentem była dekoracja obu 

odznaczonych, to jest Kapitana Filipa i jego Dzikiej Mrówki - medalami, które ładnie odbijały 

swymi kolorowymi wstążeczkami od żeglarskiego dresu.

- No, teraz to już naprawdę koniec rejsu - pomyślała z ulgą cała załoga „Stella Polaris” 

i na nabrzeżu  zrobił  się większy bałagan, choć przed chwilą wydawało  się to absolutnie 

niemożliwe.

- Tak bardzo się o ciebie martwiłam, synku, tak się niepokoiłam przez cały czas rejsu - 

to były pierwsze słowa Mici, gdy Dzika Mrówka znalazł się już w matczynych ramionach.

- Uhmmm - mruknął coś niezbyt wyraźnie chłopak, który trochę wstydził się tych, 

maminych czułości i maminej troski, tym bardziej że w pewnym momencie poczuł dziwną 

wilgoć pod powiekami.

-   Cześć!   -   powiedział   krótko   i   po   męsku   do   Ulki,   która   podeszła   cała   jeszcze 

zaróżowiona i zmieszana i cichutko pisnęła:

- Ja też się martwiłam..  A najbardziej,  gdy przyszła  wiadomość ze Sztokholmu o 

waszej przygodzie.

- Wtedy to już było po strachu - powiedział lekceważącym tonem Dzika Mrówka i 

ugryzł się natychmiast w język, dojrzawszy lęk w oczach Mamy.

- Musisz koniecznie o wszystkim opowiedzieć. Dokładnie i po kolei - stwierdziła 

Mama w drodze do samochodu. - Chodź z nami - zwróciła się do Ulki - podwiozę cię i zjesz u 

nas słodkie drugie śniadanie, które przygotowałam na powitanie naszego dzielnego żeglarza - 

tu spojrzała na Dziką Mrówkę wzrokiem będącym mieszaniną dumy i niepokoju.

- No, no, niech Mama nie przesadza - mruknął Marek, w głębi duszy jednak czuł się 

zadowolony i mile połechtany w swej chłopięcej ambicji.

background image

- A sernik upiekłaś, Micdu? - zapytał, żeby zmienić temat rozmowy.

- Oczywiście. Przecież to sernik dla powracającego z morza. I udał się nadzwyczajnie 

- Micia była najwyraźniej mocno zadowolona.

- Taki sernik jak na POWRÓT TATY? - upewniał się dodatkowo Marek.

-   Zupełnie   taki   sam.   Tyle   tylko,   że   teraz   na   POWRÓT   DZIKIEJ   MRÓWKI   - 

roześmiała się Mama, Jarek powiedział swoje nieśmiertelne „Fakt”, a Ulka, nie wiadomo 

dlaczego, znowu zaczerwieniła się okrutnie.

W domu, gdy już z olbrzymiego sernika, królującego niedawno na stole jak niewielkie 

koło młyńskie, pozostały tylko smętne resztki okruszynek, do czego walnie przyczynił się 

Dzika Mrówka, Mama, delektując się aromatyczną czarną kawą z ekspresu, powiedziała:

- No to słuchamy, synku.

- A więc jak wyszliśmy z portu, to się zaraz znalazł blinda, czyli Punt, a potem ja 

gotowałem   i   potem   było   zwiedzanie   Rygi   i   Leningradu   też,   a   jeszcze   potem   w   drodze 

powrotnej  była   burza  i   uratowaliśmy   tamten  jacht,   a  Ulla  mało  co   nie  utonęła,  no  to   ja 

skoczyłem do wody i ją wyciągnąłem, i zwiedzaliśmy Sztokholm i taki fajny okręt-muzeum 

„Vasa”, który wyciągnęli nurkowie z morskiego dna, i potem wróciliśmy do Gdańska - to 

wszystko Marek wyrecytował jednym tchem i starannie zebrał pozostałe jeszcze nieliczne 

sernikowe okruszyny.

- Ulla? - spytały prawie jednocześnie Mama i Ulka. - Jaka Ulla?

- To taka... jedna... no... Szwedka - zaczął bąkać Marek i zaczerwienił się ni z tego ni z 

owego.

- A ładna? - wyrwało się nagle Ulce, która w tym samym momencie dałaby bardzo 

dużo za to, żeby mogła cofnąć te słowa, ale już było za późno i jedyne, co Ulce pozostało, to 

zaczerwienić się ponownie - jak piwonia.

- A bo ja wiem... - wybąkał też czerwony Marek - nie znam się wcale na tym. Taka... 

ruda - spojrzał na kasztanowe włosy Mici.

Mama się roześmiała i pogroziła Markowi palcem. Jarek też się roześmiał, ale Ulce 

wcale a wcale nie było do śmiechu.

- Zostawmy lepiej Ullę - odezwała się w końcu Mama - i opowiadaj.

- Kiedy nie ma o czym. Chyba, że o tym wydobytym okręcie - tu Marek wyciągnął z 

żeglarskiego   worka   pogniecione   nieco   prospekty   i   kolorowe   fotografie   okrętu-muzeum 

„Vasy” ze Sztokholmu i zaczął z wielkim zapałem objaśniać wszelkie szczegóły związane z 

samym   okrętem,   a   w   szczególności   z   długą   i   wielce   skomplikowaną   historią   jego 

wydobywania z morskiego dna i konserwacji. W Markowej opowieści ogromnie dużo miejsca 

background image

zajmowały wszelkie działania nurków i płetwonurków.

- Bo, Miciu - zapalił się do tematu - to dopiero jest naprawdę ciekawe. Tak sobie 

swobodnie pływać pod wodą i szukać różnych wraków czy innych zatopionych skarbów. A 

na przykład w Ameryce i jeszcze gdzie indziej to są całe kluby podwodnych poszukiwaczy. I 

czasami znajdują rozmaite rzeczy. Raz to na przykład znaleźli statek hiszpański, który wiózł 

pełno złota i srebra z Ameryki do Hiszpanii ze trzysta lat temu i zatonął, i kiedy oni go 

znaleźli, to było tam samych złotych monet, nie licząc srebra, parę ton. PARĘ TON! Miciu, 

masz pojęcie?

- Fakt - odezwał się Jarek. - Sam czytałem. A parę ton złota to cała kupa szmalu, ale 

nie każdemu się trafia od razu jakiś skarb.

- Jasne, że nie każdemu. Ale tamci, co znaleźli, też nie wiedzieli czy znajdą. Szukali 

przecież w ciemno, ale jednak im się udało. Bo próbowali. A gdyby nie próbowali, to by na 

pewno nikt im do domu tego całego złota nie przyniósł. Grunt to próbować... - Marek zapalał 

się coraz bardziej.

- Oho, ho - gwizdnął Jarek. - To widzę, że mojego szanownego Brata Bliźniaka znowu 

coś   zaczęło   opętywać   Najpierw   hokej,   potem   żeglarstwo,   a   czyżby   teraz   kolej   na 

płetwonurkowanie?

- Fakt! - przytaknął Dzika Mrówka z takim zapałem, że wszyscy się roześmiali, a Ulka 

przy   okazji   zrobiła   bardzo   chytrą   minkę   i   przez   chwilę   wyglądało   jakby   chciała   coś 

powiedzieć, ale chyba tym razem w porę ugryzła się w język.

- No, no, no - pokiwał sceptycznie głową Jarek - jak tak będziesz co chwila zmieniał 

swoje zainteresowania, to do niczego nigdy nie dojdziesz.

- A właśnie, że dojdę - zaperzył się chłopak. - A ty myślisz, że już poza historią nie ma 

innych ciekawych rzeczy na świecie? A zresztą, jakeś taki wielki historyk, to chyba wiesz, że 

żyła cała masa ludzi, którzy się interesowali wieloma rzeczami i we wszystkim byli dobrzy. 

Taki Leonardo da Vinci na przykład...

-   Niby   fakt   -   mruknął   Jarek   -   ale   też   ty  strzeliłeś   od   razu   z   bardzo   grubej   rury. 

Bagatela! Leonardo da Vinci! Ale widzisz, to był LEONARDO DA VINCI, a nie jakaś tam 

byle jaka DZIKA MRÓWKA.

Tylko obecność Ulki i gwałtowna interwencja Mamy zapobiegła wybuchowi zaciętej 

walki w stylu dowolnym między Braćmi Bliźniakami. A po zażegnaniu niebezpieczeństwa 

Mama powiedziała do Marka:

-   A   może,   Mareczku,   jak   już   tak   chcesz   koniecznie   zarzucić   żeglarstwo, 

zainteresowałbyś się jakimś bardziej spokojnym i bardziej bezpiecznym sportem?

background image

- A jakiż to mi mama proponuje?

- No... jest dużo rozmaitych - zastanowiła się Micia. - Weźmy choćby taki tenis... albo 

ping-pong czy wreszcie szachy...

Obaj chłopcy skwitowali równoczesnym śmiechem mamine propozycje, a nawet Ulka 

się roześmiała i odważyła się powiedzieć:

- Szachy też mogą być niebezpieczne, proszę pani.

- Szachy? A to niby dlaczego? - szczerze zdziwiła się Mama.

-   Bo   jak   szachista   zacznie   łamać   sobie   głowę,   jaki   by   tu   następny   ruch 

wykombinować, to w końcu może sobie tę głowę złamać.

- Oj, Ula, Ula! To i ty przeciwko mnie? A ja myślałam, że my kobiety musimy się 

zawsze popierać - roześmiała się Micia i wstała od stołu, co było sygnałem, że powitalne 

drugie śniadanie jest już zakończone.

Micia, słuchając entuzjastycznych słów swego syna na temat płetwonurkowania, miała 

jednak cichą nadzieję, że może jest to typowo słomiany ogień, znała bowiem co nieco swego 

syna   i   jego   niespodziewane   i   mocno   zwariowane   pomysły,   które   jak   błyskawicznie   się 

rodziły, tak samo szybko ginęły i przepadały w zapomnieniu. Kiedy jednak chłopak zaczął 

znosić do domu rozmaite książki o tematyce płetwonurkowej, zaniepokoiła się nie na żarty.

Z żeglarstwem też tak się zaczynało - przypomniała sobie nieodległe czasy, pełne 

książek o rozmaitych żeglarzach i ich śmiałych i dramatycznych nieraz wyprawach.

Tak jak poprzednio zaczęła przeglądać przynoszone przez syna książki i sama nie 

wiedząc kiedy - zaczęła je czytać, pociągnięta tajemnicami olbrzymiego i jeszcze niezbyt 

dokładnie zbadanego podwodnego świata, „siódmego kontynentu”, jak niekiedy go określano.

A   Marek   od   czasu   powrotu   z   bałtyckiego   rejsu   dosłownie   oszalał   na   punkcie 

najrozmaitszych podwodnych przygód.

- Miciu, TO JEST TO! - stwierdził pewnego dnia, obłożony zresztą, jak ostatnio co 

dzień, rozmaitymi książkami na tematy z głębin wód. - Ani hokej, ani nawet żeglarstwo nie 

daje tyle możliwości co płetwonurkowanie. Zresztą niech mama sama posłucha.

I przeczytał fragment książki, w której autor, znany na całym świecie płetwonurek i 

badacz podwodnego, milczącego świata, zachwycał się olbrzymią swobodą poruszania się 

pod wodą.

- Bo widzi mama - Dzika Mrówka zapalał się coraz bardziej do tematu - po ziemi to 

można chodzić jedynie albo w lewo albo w prawo, albo do przodu albo do tyłu, ale zawsze 

tylko po płaszczyźnie. Inaczej nie da rady. A w wodzie zupełnie, ale to zupełnie coś innego. 

Tam można we wszystkich kierunkach. Dowolnie i obojętnie. W bok, w tył, w przód, do 

background image

góry, do dołu. Nie to co na ziemi.

- Przecież na ziemi też można „do góry i do dołu” - zauważyła w pewnym momencie 

Mama.   -   Już   zapomniałeś,   ileśmy   się   to   nałazili   po   Tatrach?   Ja   na   przykład   dokładnie 

pamiętam, że w czasie tamtej wycieczki chodziłam wciąż i wyłącznie DO GÓRY.

- Ależ Miciu, to całkiem co innego. W wodzie to człowiek może szybować tak jak 

ptak w powietrzu.

- Chyba raczej, jak ryba w wodzie - zauważyła nie bez racji Micia.

- Nawet lepiej niż ryba - entuzjazmował się Marek - bo ryby to chyba nie pływają 

pionowo w górę, Miciu?

-   Tak   dokładnie   to   nie   wiem   -   zastanowiła   się   Mama.   -   Nigdy   się   nad   tym   nie 

zastanawiałam. Ale chyba w jakiejś książce by można taką wiadomość znaleźć. Zadzwonię 

do Bożenki, ona namiętnie rozwiązuje krzyżówki i zna całą masę najdziwniejszych rzeczy, to 

może będzie coś wiedziała i na temat rybich obyczajów.

- Nieważne, mamo, ryby. Tu chodzi o inne sprawy. Bo widzi mama, płetwonurkowie 

mogą polować na ryby...

- To chyba jest zabronione...

- Jak się ma specjalne zezwolenie, to wolno. A poza tym płetwonurkowie mogą na 

przykład szukać zatopionych skarbów.

- Skarbów? - zdziwiła się Mama - jakich skarbów?

- No, na przykład różnych piratów, którzy gdzieś pod wodą schowali swoje łupy i 

potem już nie zdążyli ich nigdy wydobyć.

- Ale gdzie ty tu w pobliżu chcesz znaleźć piratów? - wtrąciła Mama z wyraźnym 

powątpiewaniem.

- Jak nie tu, to gdzie indziej. Można przecież pojechać na egzotyczne wody, no nie?

- Niby tak, można pojechać - zgodziła się Mama, ale w jej głosie trudno byłoby się 

doszukać choćby cienia przekonania, że to co mówi jest w ogóle możliwe do zrealizowania.

- I jeszcze płetwonurkowie badają rozmaite podwodne budowle. Różne mosty i tamy, 

wieże wiertnicze...

- Wieże?

- Właśnie. Takie, co stoją na morzu i wydobywają ropę naftową z morskiego dna. Gdy 

płynęliśmy z tatą do Afryki, widzieliśmy takie wieże na Morzu Północnym.

- Na Północnym? - wtrąciła Mama.

- Na własne oczy widziałem. I w dzień i w nocy oświetlone całe jak choinki na Boże 

Narodzenie. Ale płetwonurkowie działali też w czasie wojny.

background image

- W czasie wojny? A cóż oni mogli robić akurat w czasie wojny?

- Bardzo dużo, mamo. O, na przykład była raz taka sprawa. W Gibraltarze w czasie 

wojny stało zawsze w porcie i na redzie dużo rozmaitych angielskich okrętów wojennych i 

statków handlowych. Włosi, którzy prowadzili z Anglikami wojnę, mieli dużą chrapkę na te 

statki   i   okręty,   wykombinowali   więc   taki   numer.   Do   hiszpańskiego   portu   naprzeciw 

Gibraltaru wszedł włoski statek handlowy i stanął sobie jakby nigdy nic. A w środku, w 

kadłubie mieli oni tajną skrytkę dla płetwonurków i podwodną klapę do wychodzenia ze 

statku od razu do wody, żeby z góry, z powierzchni nie było nic widać. I taki płetwonurek 

wychodził   sobie   w   nocy   i   płynął   pod   wodą   na   specjalnym   pojeździe,   coś   jakby   na 

podwodnym   skuterze.   I   wiózł   ze   sobą   materiały   wybuchowe,   które   przyczepiał   do   dna 

angielskiego   okrętu   wojennego   na   przykład,   a   potem   włączał   mechanizm   zegarowy   na 

odpowiednią godzinę i... BUUUMMMM!!! - w okręcie robiła się bardzo duża dziura i okręt 

tonął zupełnie nie wiadomo dlaczego.

- No, no, no - Mama pokiwała głową - co też to jeden człowiek przeciwko drugiemu 

nie wymyśli! A więc mówisz, że płetwonurkowie takie rzeczy robili w czasie wojny?

- I takie i jeszcze inne. Na przykład kiedy Amerykanie chcieli wysadzić desant na 

jakiejś wyspie zajętej przez Japończyków, to najpierw wysyłali płetwonurków, żeby zbadali 

dokładnie dno przed plażą. Jaka jest głębokość i gdzie, czy nie ma na dnie skał lub dużych 

głazów, czy nie ma podwodnych zapór przeciwdesantowych, no i czy na przykład nie ma min 

albo jeszcze jakichś innych pułapek. I to byli tacy podwodni szperacze jak w piechocie albo 

tacy podwodni saperzy.

- No, no, Marek, czy ty trochę nie przesadzasz. Zaraz powiesz, że w czasie wojny byli 

podwodni lotnicy - Micia spojrzała podejrzliwie na Dziką Mrówkę.

- Ojej, mama taka niewierząca... Lotników podwodnych to na razie nie było, ale żeby 

mama wiedziała, że na przykład są podwodni komandosi.

- PODWODNI KOMANDOSI? - powtórzyła Mama - pierwszy raz słyszę.

- A właśnie, mamo. Nawet ma wyjść niedługo taka książka pod tytułem „Podwodni 

komandosi”, gdzie mama może wszystko przeczytać, o czym mówiłem.

- Ale jeżeli książka jeszcze nie wyszła, to skąd to wszystko wiesz?

- Czytałem w takich małych broszurkach, które wydawało Wydawnictwo Morskie, w 

Miniaturach Morskich. Ale trudno je znaleźć. Są w naszej bibliotece, ale pani nie wypożycza, 

trzeba czytać na miejscu, bo te broszurki bardzo łatwo się drą i niszczą. Ale jak teraz wyjdzie 

książka, to muszę koniecznie ją mieć. Mamo - Marek uderzył się dłonią w czoło - mama ma 

jakieś   znajomości   w   księgarni   we   Wrzeszczu,   to   może   ta   pani   odłoży   dla   mamy 

background image

„Podwodnych komandosów”, jak tylko wyjdzie ta książka.

- A sam nie możesz kupić?

- Niby i mogę, ale mama to na pewno znacznie lepiej załatwi. Prawda Miciu?

- Dobrze już dobrze - odrzekła Micia i zupełnie w tym momencie nie wiedziała, czy 

ma się cieszyć czy też martwić z tych nowych zainteresowań swego syna.

Panie w księgarni przy głównej ulicy Wrzeszcza były nieco zdziwione, gdy Mama 

Jarka i Marka przyszła z prośbą o odłożenie książki. Oczywiście zdziwienie nie dotyczyło 

samej prośby, bo Micia była stałą klientką w tej księgarni, ale dotychczas kupowała albo 

rozmaite słowniki polsko-angielskie i odwrotnie, albo podręczniki do nauki tegoż języka, albo 

też biografie czy pamiętniki różnych sławnych ludzi, a już najlepiej sławnych kobiet.

- Wszystkie książki o płetwonurkach? - pani w księgarni powtórzyła po Mamie.

- Tak, właśnie - przytaknęła Mama. - O płetwonurkach, o badaniach podwodnych, o 

poszukiwaniach zatopionych statków i skarbów rozmaitych, o podwodnych komandosach...

- O podwodnych komandosach? - pani w księgarni wydawała się być coraz bardziej 

zdziwiona.

- Ależ oczywiście, o podwodnych  komandosach. Nic pani o tym  nie słyszała? To 

bardzo interesujące sprawy. Bo widzi pani, w czasie ostatniej wojny, gdy Anglicy mieli swą 

bazę morską w Gibraltarze... - zaczęła opowiadanie Mama.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI,

W KTÓRYM POZNAJEMY PANA WOJTKA I NOWE KOLEŻANKI I 

KOLEGÓW DZIKIEJ MRÓWKI, A ULKA UKAZUJE SIĘ 

CZYTELNIKOM Z ZUPEŁNIE INNEJ STRONY

Gdzieś tak mniej więcej w miesiąc po sławetnym powrocie z rejsu i po dekoracji 

Dzikiej   Mrówki   medalem,   Marek   zapisał   się   do   klubu,   który   posiadał   również   sekcję 

płetwonurkową. I co było ważniejsze, klub ten prowadził szkoleniowe kursy płetwonurkowe.

- To coś dla mnie - zdecydował błyskawicznie Dzika Mrówka, gdy tylko dotarła do 

niego wiadomość o rozpoczęciu się kolejnego kursu przygotowawczego, którego ukończenie 

dawało przepustkę w fascynujący świat podwodnych przygód, swego rodzaju paszport do 

tajemniczej KRAINY SIÓDMEGO KONTYNENTU.

Formalności wpisowe były nieskomplikowane. Potrzebne były jedynie dwa papierki. 

Pierwszy z nich to świadectwo lekarskie, z którym nie było najmniejszych problemów, jako 

że chłopak cieszył się dotychczas doskonałym zdrowiem i poza krótkotrwałym pobytem w 

szpitalu na małym zabiegu chirurgicznym nie miał dotychczas żadnych kontaktów ze służbą 

medyczną.

Z drugim papierkiem natomiast było nieco kłopotów, klub bowiem wymagał pisemnej 

zgody-oświadczenia   obojga   rodziców   młodego   delikwenta,   kandydata   na   przyszłego 

zdobywcę podwodnego świata. I otóż - na nieszczęście Dzikiej Mrówki - początkowo Mama 

w żaden sposób nie chciała wyrazić samodzielnie, zgody na synowskie płetwonurkowanie, 

jako że Tata znajdował się w kolejnym rejsie gdzieś hen na morzach i oceanach świata.

Znowu   zatem   trzeba   było   czekać   na   telefoniczne   połączenie   ze   statkiem   poprzez 

Gdynię-Radio, trzeba było na olbrzymią odległość przekazywać wszystkie argumenty „za” 

Dzikiej Mrówki i wszystkie argumenty „przeciw”, wysuwane przez Micie.

Na   szczęście   czy   to   argumenty   Dzikiej   Mrówki   były   znacznie   bardziej 

przekonywające od maminych, czy też Tata miał od dawna wyrobione własne a pozytywne 

zdanie na temat płetwonurkowania i podwodnego sportu, dość że wyraził swą zgodę bardzo 

szybko, a jako konieczny dokument na piśmie przysłał natychmiast telegram ze statku przez 

tęże samą Gdynię-Radio o następującej treści:

WYRAŻAM ZGODĘ NA UCZESTNICTWO MEGO SYNA MARKA W KURSIE 

PŁETWONURKOWYM STOP

a dalej było imię i nazwisko Taty, jego stanowisko służbowe i nazwa statku.

background image

Wobec   takiej   sytuacji   Micia   ostatecznie   zmiękła,   choć   -   po   prawdzie   -   nie   bez 

pewnych   wewnętrznych   oporów,   stwierdziła   bowiem   odbierając   telegram   z   rąk 

zaprzyjaźnionego z rodziną od lat listonosza:

- Mój mąż, proszę pana, to mi całkiem porozpuszcza synów, a już najgorzej Marka. 

Na wszystko mu pozwala.

- Święte słowa - przytaknął zgodnie listonosz - zupełnie tak samiuteńko robiła moja 

ŻONA z moimi synami. Też na nic mi ich rozpuściła. Jak dziadowskie bicze, proszę łaskawej 

pani. Za dobra była zawsze dla nich. A ja zawsze mówiłem, że na chłopaków tylko silna ręka, 

proszę szanownej pani. Tylko silna ręka! Wspomni jeszcze szanowna pani moje słowa.

Na   takie   dictum   Micia   nie   bardzo   wiedziała,   jak   zareagować   i   co   powiedzieć   i 

spojrzała jedynie z pewnym roztargnieniem połączonym ze zdziwieniem na swoją drobną 

rękę. Widocznie nie mogła sobie za bardzo wyobrazić dosłownego znaczenia listonoszowego 

określenia „silna ręka”. Z tego roztargnienia dała listonoszowi całe pięćdziesiąt złotych za 

przyniesiony telegram, choć zazwyczaj nie przekraczała kwoty dwudziestu złotych.

Będę musiała JA się za nich zabrać solidnie - postanowiła w duchu, gdy zamknęły się 

drzwi za uradowanym niespodziewaną hojnością listonoszem i z tym postanowieniem weszła 

do pokoju.

Nie można we wszystkim ulegać tym moim TRZEM chłopakom - pomyślała i po raz 

nie wiadomo który stwierdziła, że szkoda iż nie ma jednak córki.

Choć   JEDNĄ,   żebym   nie   była   zawsze   taka   SAMA   -   westchnęła   i   raz   jeszcze 

postanowiła   od   dzisiaj   postępować   z   synami   stanowczo   i   zdecydowanie,   ostro,   ale   i 

sprawiedliwie.

W efekcie tych maminych postanowień Dzika Mrówka zaniósł następnego dnia do 

władz   klubowych   statkową   depeszę   od   Ojca,   na   której   „silna   ręka”   Mamy   dopisała 

WŁASNORĘCZNIE: 

Zgoda 

a pod spodem pełne 

imię i nazwisko

 oraz jeszcze niżej 

datę

.

- No, no, no - mruknął instruktor zapisujący nowych kandydatów do podwodnych 

specjalności, oglądając na wszystkie strony tatowy telegram wraz z maminym dopiskiem.

- To z morza? - zapytał po chwili Dziką Mrówkę.

- Z morza! - potwierdził chłopak z wyraźnym akcentem dumy w głosie - bo mój tata 

pływa - dodał po chwili.

-  Wyobraź   sobie,   chłopcze,  że   udało  mi   się  samemu   dokonać  tego  błyskotliwego 

odkrycia - powiedział z całkiem wyraźną odrobiną złośliwości instruktor.

- Przepraszam - bąknął Marek.

background image

- Nic się nie stało i nic nie szkodzi. Zdarza się - usłyszał w odpowiedzi.

Przez chwilę panowało milczenie.

- Powiedz no, chłopcze... czekaj, jak ci na imię? - zaczął instruktor.

- Dzi... - chłopak ugryzł się w ostatniej chwili w język i przerwał - Marek, proszę pana 

- powiedział po małej chwilce.

- Marek? - instruktor zdziwił się jakby - a dlaczegóż to się zająknąłeś? Czyżbyś nie 

był pewien swego imienia?

- Nie, ale... kiedy właśnie... - zaczął bąkać Dzika Mrówka.

- Właśnie co? No, wykrztuśże wreszcie z siebie, chłopie, co masz do wykrztuszenia - 

roześmiał się instruktor.

- No to już powiem, proszę pana. Bo na imię to ja mam Marek, ale wszyscy wołają na 

mnie Dzika Mrówka. Nawet tata i mój brat bliźniak zresztą - wypalił jednym tchem.

- Ach tak? To ty jesteś ten Dzika Mrówka czy może „ten Dziki Mrówek”, o którym mi 

mówił Filip?

- To ja z nim pływałem, a właściwie... to on ze mną.

- No i bardzo dobrze. Coś tam niecoś od niego słyszałem o tobie. A dla mnie możesz 

być Mrówka. Bez różnicy, dzika czy oswojona, choć po prawdzie nigdy o żadnej oswojonej 

mrówce nie słyszałem. I wiesz, co ci powiem? To twoje przezwisko nawet zupełnie dobrze 

się słyszy.  I łatwe do zapamiętania.  Bo widzisz - roześmiał  się - ja też  mam  problem z 

własnym imieniem.

- Problem? - zdziwił się uprzejmie Dzika Mrówka.

- A tak. Wyobraź sobie. Bo na imię mam Wojciech, a na nazwisko Adam. A więc 

wychodzi na to, że mam dwa imiona. I cała masa moich znajomych myli je oczywiście. Jeden 

na przykład pisze uparcie do mnie na listach A. Wojciech.

- A te listy dochodzą?

-   Wyobraź   sobie,   Mrówka,   że   -   o   dziwo   -   dochodzą.   Pewno   listonosze   już   się 

przyzwyczaili.   Ale  to  jeszcze   nic.  Kiedy chodziłem  do  szkoły, to   u  jednego   nauczyciela 

byłem na samym początku listy jako Adam Wojciech, a u drugiego znowu prawie na samym 

końcu jako Wojciech Adam. A i teraz, choć już dość dawno skończyłem szkołę, też zdarzają 

się   pomyłki.   Nawet   koleżanki   i   koledzy,   z   którymi   jestem   „na   ty”,   mówią   do   mnie   raz 

„Wojtek”, a raz znowu „Adaś”, tak że w końcu i mnie samemu już zaczyna się mylić.

- To zupełnie tak samo jak mnie - roześmiał się Marek - raz podpisałem się na kartce 

do cioci zamiast Marek, Dzika Mrówka. I ciocia zupełnie nie wiedziała, od kogo dostała 

pozdrowienia z gór, bo nie wiedziała, że ja mam takie przezwisko.

background image

- No to fajno. Jednym słowem poznaliśmy się, Mrówka. A więc od poniedziałku ostry 

trening. Czasu mamy niewiele, a zostać płetwonurkiem to wcale nie takie proste, jak by się 

niektórym   wydawało.   Będziemy   mieli   na   początek   jednego   dnia   zajęcia   teoretyczne,   a 

drugiego   praktyczne   na   basenie.   Pływać   umiesz?   -   rzucił   niespodziewanie   pytanie   Pan 

Wojtek.

- Oczywiście  - powiedział z dumą Marek i przypomniało  mu się, jak skoczył  do 

morza, żeby uratować młodą Szwedkę.

- Zobaczymy - mruknął pod nosem Pan Wojtek Adam.

Plan   zajęć   na   kursie   płetwonurkowym   został   ułożony   w   ten   sposób,   że   pierwsze 

spotkanie wypadło na basenie.

Basen pływacki mieścił się w specjalnej przybudówce kompleksu szarych gmachów 

Szkoły Morskiej w Gdyni. Takie usytuowanie zajęć szczególnie pasowało Panu Wojtkowi, 

który „w cywilu” był inżynierem elektronikiem i pracował jako starszy asystent właśnie w 

tejże   szkole.   Poza   swymi   zajęciami   w   bardzo   mądrym   i   niezwykle   skomplikowanym 

laboratorium   Pan   Wojtek   prowadził   w   zimie   obozy   narciarskie,   latem   zaś   żeglarskie   i 

płetwonurkowe. Sam doskonale jeździł na nartach, w wodzie czuł się jak ryba, a i żagle też 

nie stanowiły dla niego żadnych tajemnic, a nade wszystko - jak zresztą oznajmił od razu na 

pierwszej godzinie zajęć, gdy przedstawiał się grupie młodych adeptów podwodnych przygód 

- uwielbiał dalekie podróże i podwodne płetwonurkowe przygody.

Dzika Mrówka z wielkim przejęciem stawił się na pierwszą godzinę zajęć. Wyobrażał 

sobie, że oto za chwilę przytroczy na plecy malowane na żółto metalowe butle tlenowe, na 

twarz   włoży   maskę   z   elastycznym   karbowanym   wężem   prowadzącym   do   butli,   na   nogi 

wciągnie płetwy i... zanurzy się w wodzie. Na razie co prawda tylko w basenie, ale zawsze to 

już coś!

Szybko przebrał się w szatni, opłukał pod ciepłym prysznicem i razem z Baleronem, 

który   też   zgłosił   się   na   kurs   płetwonurkowy,   wybiegł   do   hali,   w   której   połyskiwała 

niebieskawozielonkawa tafla basenu. Za nimi wybiegła grupka chłopców - kolegów z kursu 

mniej więcej w tym samym co Dzika Mrówka i Baleron wieku.

W drugich drzwiach, wiodących z szatni i umywalni damskiej pojawiło się po chwili 

kilka drobnych dziewczęcych sylwetek.

- Ulka! - Dzika Mrówka rozpoznał w jednej z nich z największym zdziwieniem swoją 

najlepszą koleżankę. - Co ty tu robisz?

- To samo mniej więcej co ty - roześmiała się Ulka.

- To ty TEŻ?

background image

- A dlaczego by nie?

- No bo... - zaczął Marek, ale zamilkł, bo - prawdę mówiąc - nie bardzo wiedział, jak 

ma dokończyć. No bo niby o co mu chodziło? Po prostu nie bardzo jakoś pasowała mu Ulka 

do klubu, a już zupełnie nie wyobrażał sobie swojej koleżanki, tak bardzo dotychczas cichej i 

nieśmiałej, jako PŁETWONURKA.

- A widzisz - roześmiała się Ulka - coś chciałeś powiedzieć, ale wyglądasz tak, jakby 

ci nagle powietrze odcięło.

- Ale przecież tu trzeba umieć pływać - Dzika Mrówka przypomniał sobie jeden z 

warunków przyjęcia na płetwonurkowy kurs. - A ty...

- A ja właśnie umiem - Ulka znowu się roześmiała.

- Umiesz??? - zdziwił się Marek.

- A niby dlaczego nie? Kiedy ty zapisałeś się do żeglarskiego klubu, ja też chciałam, 

ale nie umiałam pływać i na pewno by mnie nie przyjęli, więc zgłosiłam się do tego klubu i 

zaczęłam się uczyć. I nauczyłam się. Chyba nawet nie najgorzej...

- No, no, no, nie bądź Ulka taka skromna - odezwała się stojąca obok niej koleżanka - 

pływasz najlepiej z naszej grupy.

- Ale numer, Ulka - Marek w dalszym ciągu z podziwem patrzył na swoją koleżankę. 

Takie toto było zawsze ciche i nieśmiałe, że wydawało się, iż do trzech nie umie zliczyć, a tu 

tymczasem... ho, ho, ho.

- Czołem KIJANKI! - rozległ się w tym  momencie  głośny i wesoły okrzyk Pana 

Wojtka.

- Czołem, panie instruktorze! - zawołała część zgromadzonej na basenie młodzieży, bo 

na przykład ani Dzika Mrówka, ani Baleron nie wiedzieli ani co to są owe dziwne „kijanki”, 

ani jak odpowiedzieć Panu Wojtkowi na jego gromkie powitanie.

- Ulka, co to są te „kijanki”? - zapytał Marek.

-   To   tak   nazywają   w   klubie   najmłodszych   kandydatów   do   płetwonurkowania   - 

wyjaśniła szeptem Ula. - Coś niby młodziki.

- No to zaczynamy! - Pan Wojtek stanął po głębszej stronie basenu. - Na początek 

naszych zajęć przewiduję ćwiczenia oswajające z wodą. Bo od tego każdy płetwonurek musi 

zacząć. W wodzie musicie wszyscy się czuć tak samo jak na lądzie, a może nawet i jeszcze 

swobodniej, bo inaczej nie da rady. A więc brać deski i hop do wody! Każdy stanie na jednym 

torze i płynąć ma tylko przy pomocy nóg. Bo dla płetwonurka najważniejsza jest praca nóg!

- Z deską? Co to za pływanie z deską? Przecież ja umiem pływać! - oburzył się Dzika 

Mrówka, na szczęście tak cicho, że słyszał go tylko Baleron, który nic nie odpowiedział, ale 

background image

myślał zupełnie tak samo jak Marek.

Gdzieś w nieokreślonej dali poczęły się rozwiewać Markowe marzenia o butlach na 

plecach,   o   masce   i   płetwach.   Zamiast   tego   została   tylko   lekka   piankowa   płytka,   zwana 

popularnie „deską”, a służąca przecież jako pomoc dla bardzo początkując pływaków.

Co było jednak robić? Chcąc nie chcąc Marek wziął jedną z „desek” i wskoczył do 

wody.

- Brrr! - wstrząsnął się cały, gdyż woda wcale nie była taka ciepła, na jaką wyglądała i 

jak wskazywał kredowy zapis na czarnej tablicy na ścianie.

Obok Marka stała Ulka. Też z niewielką deską przed sobą.

Spróbujemy   się!   -   Dzika   Mrówka   postanowił   w   myślach   pościgać   się   z   Ulką   - 

zobaczymy, jak ona pływa.

Marek z miejsca ruszył ostro. Oparty rękoma na desce począł młócić nogami wodę w 

basenie, jednakże płynąca tuż obok niego Ulka mimo że wykonywała znacznie wolniejsze od 

Marka   ruchy   nogami,   zdecydowanie   wysunęła   się   do   przodu.   Widząc   to   Dzika   Mrówka 

jeszcze bardziej przyspieszył.

-   Mrówka!   Co   ty   wyprawiasz   z   nogami?   -   usłyszał   zwielokrotniony   przez   tubę 

trzymaną przy ustach głos Pana Wojtka. - To basen pływacki, a nie młocarnie w pegeerze. To 

ma być praca nóg, a nie młócenie cepami na oślep.

Dzika Mrówka zwolnił i jednocześnie zdecydowanie pozostał w tyle płynących.

- Spójrz, jak Ulka pracuje nogami! - dobiegł go znów głos Pana Wojtka. - Stopy 

powinny wchodzić do wody pod zupełnie innym kątem niż u ciebie. I powoli, powoli. Licz 

sobie w myślach: „raz, dwa, trzy, cztery; raz, dwa, trzy, cztery”. Równomiernie. Teraz lepiej, 

ale jeszcze bardziej trzeba wyprostować stopy. I raaz, i dwaaa i raaz i dwaa! - dyrygował Pan 

Wojtek, idąc z tubą wzdłuż basenu.

Zanim Dzika Mrówka dopłynął  do końca basenu, poczuł w nogach zmęczenie. A 

tymczasem Ulka wracała już w drugą stronę. I - o dziwo - wcale nie wyglądała na zmęczoną.

- Teraz trochę lepiej - dalej dyrygował Pan Wojtek. - I nawrót, i jeszcze raz przez 

basen, i same nogi pracują, i równo, i raaz i dwaaa, i potem znowu nawrót, i znowu. Pięć 

basenów, w tę i z powrotem, i odpoczynek. A potem znowu pięć podwójnych.

O   rany!   -   pomyślał   Dzika   Mrówka.   -   Jakie   to   męczące.   I   jakie   nudne!   Tam   i   z 

powrotem z tą idiotyczną deską...

Gdy po niespełna godzinie wyszli z wody, Marek o mało co a byłby się zatoczył - tak 

bardzo bolały go wszystkie mięśnie, a szczególnie mięśnie nóg.

- To nic - roześmiał się Pan Wojtek - zawsze na początku najtrudniej. Potem będziesz 

background image

śmigał przez basen bez żadnych problemów.

- Potem? - powtórzył Dzika Mrówka i chciał jeszcze zapytać, jak długo będzie trwało 

to oswajanie z wodą na desce i kiedy zaczną się „prawdziwe” zajęcia płetwonurkowe, ale nic 

więcej nie powiedział i powlókł się wielce zmęczony do łaźni, a potem do szatni i do suszarni 

włosów, gdzie usiedli wszyscy z głowami schowanymi w błyszczących niklem metalowych 

kapsułach. Wyglądali teraz trochę jak kosmonauci, a tak naprawdę to jak paniusie robiące 

sobie u fryzjera wymyślne karnawałowe fryzury. Obok Dzikiej Mrówki suszyła włosy pod 

dużym metalowym kloszem Ulka, na którą Marek patrzył teraz zupełnie innymi oczyma niż 

jeszcze przed godziną zaledwie.

Zajęcia   teoretyczne   na   płetwonurkowym   kursie   zupełnie   przypominały   Dzikiej 

Mrówce   teoretyczny   kurs   żeglarski.   I   tu  też   wszystkie   „kijanki”   siedziały   w   normalnych 

szkolnych ławkach, i tu też była czarna tablica i kreda, i tu też trzeba było prowadzić notatki z 

rozmaitych przedmiotów.

A   przedmiotów   tych   było   niemało.   Fizyka   nurkowania,   choroby   nurkowe,   flora   i 

fauna podwodna, przepisy nurkowania  i  ochrona wodnego środowiska,  wreszcie  nauka  o 

płetwonurkowym   sprzęcie.   A   dodatkowo   jeszcze   -   niejako   poza   kursem   -   Pan   Wojtek 

opowiadał młodym kursantom o rozmaitych podwodnych wyprawach i przygodach. Puszczał 

filmy i przeźrocza i w ten sposób Dzika Mrówka, Ulka, Baleron, ich koleżanki i koledzy 

poznawali coraz lepiej uroki i problemy podwodnego świata, SIÓDMEGO KONTYNENTU, 

który zajmował prawie trzy czwarte całej powierzchni ziemskiego globu i w którym  tyle 

jeszcze było NIEZNANEGO I NIE ZBADANEGO.

Na basenie w Szkole Morskiej powoli, powoli młodzi adepci poznawali wciąż nowe 

arkana podwodnej sztuki. Na szczęście dla Marka ćwiczenia oswajające z wodą za pomocą 

deski trwały tylko przez kilka kolejnych godzin, a potem przyszedł czas na założenie płetw.

Tego   dnia   Marek   po   raz   pierwszy   nałożył   gumowe   niby-pantofle   z   nadmiernie 

wydłużonymi niby-palcami i, uczepiony w dalszym ciągu nieśmiertelnej deski, wystartował 

wzdłuż basenu. Gdy tylko parę zaledwie razy machnął nogami, ze zdziwieniem spostrzegł, że 

znalazł się już nieomal w środku basenu. Jeszcze kilka ruchów i nawrót.

- A to dopiero! - pomyślał Dzika Mrówka i przyspieszył tempo. Płynął teraz zupełnie 

jak   mała   motorówka,   a  wysoko  uniesiona   w   górę  deska   sunęła   szybko,   rozcinając   wodę 

basenu. Obok płynęła Ulka, ale teraz już wcale nie wysuwała się przed Dziką Mrówkę.

Na następnych zajęciach „kijanki” uczyły się nakładać fachowo maskę na twarz, a 

potem oddychać przez rurkę płynąc z głową przez cały czas zanurzoną pod wodę.

Kiedy Dzika Mrówka, Ulka, Baleron i inni czuli się już w wodzie jak ryby, a nawet 

background image

może i lepiej niż ryby, Pan Wojtek urządził egzamin pływacki. Trzeba było przepłynąć w 

ściśle określonym czasie 500 metrów. Raz bez płetw, a raz w płetwach, z tym że oczywiście 

czasy za każdym razem były różne.

Sprawdzian   pływacki   wypadł   pomyślnie   dla   wszystkich   kursantów   i   na   kolejnym 

spotkaniu na basenie Pan Wojtek oznajmił:

- W wodzie dacie sobie już jako tako radę! Nadszedł zatem czas, żeby zejść POD 

WODĘ!!!

Po tych słowach skoczył sam do wody i po przepłynięciu dwóch długości basenu dla 

rozgrzewki zawołał:

-   Pod   wodę   wchodzić   można   na   rozmaite   sposoby,  a   mianowicie:   scyzorykiem   z 

płynięcia, po sapersku i do tyłu.

A   potem   zademonstrował   po   kolei   wszystkie   sposoby.   Dzikiej   Mrówce   i   Ulce 

najbardziej podobał się jednak pierwszy z nich.

- I fajnie się nazywa i bardzo ładnie wygląda - stwierdziła Ula.

- Pewno. SCYZORYK Z PŁYNIĘCIA - przyznał Marek i na dany przez trenera znak 

skoczył do wody, aby spróbować tego właśnie sposobu. To jednak, co w wykonaniu Pana 

Wojtka   wyglądało   i   zgrabnie,   i   niezwykle   efektownie,   teraz   wcale   nie   było   podobne   do 

SCYZORYKA Z PŁYNIĘCIA. Na domiar złego chłopak zanurzając się pod wodę łyknął co 

nieco chlorowanej wody i po chwili wynurzył się na powierzchnię całkiem niezadowolony, a 

nawet zupełnie zły.

-   Mrówka,   ty   chyba   wymyśliłeś   jakiś   nowy  sposób   -   zawołał   Baleron,   a   jedna   z 

dziewcząt, Jadzia, roześmiała się na cały głos:

-   To   wcale   nie   był   SCYZORYK   Z   PŁYNIĘCIA,   tylko   po   prostu   najzwyklejsza 

SIEKIERA W WODZIE!

- Spróbuj sama, jakżeś taka mądra! - odburknął wciąż jeszcze zły Marek. - To ty 

zaprodukujesz   na   pewno   jeszcze   inną   metodę,   która   będzie   się   nazywać   KAMIEŃ   W 

WODĘ!!!

Prawdę   mówiąc,   pierwsza   próba   nikomu   z   kijanek   nie   wyszła   dobrze,   ale   po 

kilkunastu próbach było już zupełnie znośnie i na jednym z kolejnych treningów Pan Wojtek 

zarządził następne ćwiczenie.

- Dzisiaj będziemy przerabiać LEŻENIE NA DNIE - oznajmił.

To   chyba   nie   będzie,   takie   trudne   -   pomyślał   Dzika   Mrówka,   szczególnie   gdy 

zobaczył, jak robi to Pan Wojtek. A Pan Wojtek skoczył do basenu, przepłynął przez jego 

całą długość na tę stronę, gdzie woda była najgłębsza i sięgała przeszło trzy metry w dół, 

background image

zszedł   pod   wodę   pięknym   scyzorykiem   z   płynięcia   i   położył   się   na   dnie   z   szeroko 

rozkrzyżowanymi w bok rękoma. Widać go było przez cały ten czas zupełnie wyraźnie. Leżał 

bez ruchu nie ruszając ani ręką, ani nogą przez przeszło minutę, a potem wyprysnął jednym 

ruchem do góry, na powierzchnię.

- No, to po kolei! - zakomenderował. - Tylko pamiętajcie o tym, czego was uczyłem 

na ostatnich wykładach. Wypuścić z płuc tyle powietrza, aby zrównoważyć ciężar ciała w 

wodzie. I wtedy reszta jest już całkiem prosta.

Pierwsi skakali chłopcy. Baleron zszedł nawet dość ładnie, prawie że scyzorykiem, jak 

stwierdził Dzika Mrówka, i płynąc pod samym dnem rozkrzyżował w bok obie ręce, podobnie 

jak zrobił to przed chwileczką Pan Wojtek. Baleron jednak zamiast położyć się spokojnie na 

kafelkowym dnie wyprysnął natychmiast potem w górę, jak korek od butelki.

-   Co   cię   tak   pognało   na   powierzchnię?   -   zapytał   ze   śmiechem   Pan   Wojtek.   - 

Zapomniałeś o powietrzu w płucach. No, nic nie szkodzi, spróbuj jeszcze raz.

Tym   razem   widać   było   zupełnie   wyraźnie,   jak   wchodząc   pod   wodę   Baleron 

wypuszczał powietrze z płuc, które w gęstych bańkach uciekało na powierzchnię.

- Dobrze, dobrze - powtarzał Pan Wojtek - tylko nie za dużo! - przestrzegł w pewnym 

momencie   Balerona,   ale   ten   -   oczywiście   -   nie   mógł   absolutnie   nic   słyszeć   z   Pana 

Wojtkowych  rad, płynął  bowiem co  najmniej  ze  dwa metry  pod powierzchnią  wody.  Po 

chwili zszedł jeszcze niżej, tuż nad samo dno, rozkrzyżował szeroko ręce i... w tym samym 

momencie gwałtownie wyprysnął do góry. Wynurzył nad wodę czerwoną z wysiłku twarz i 

szeroko otwartymi ustami łapczywie łapał powietrze.

- Mówiłem, żebyś całego powietrza nie wyciskał od razu z płuc - gderał Pan Wojtek. - 

Nic ci nie zostało i w końcu zląkłeś się, że się udusisz.

Baleron   zdołał   tylko   kiwnąć   potakująco   głową   i   powolnymi   ruchami   płynął   do 

drabinki.

Gdy przyszła kolej na Marka, zdołał za pierwszym razem utrzymać  się na dnie w 

zupełnym niemal bezruchu może ze trzy lub najwyżej cztery sekundy, gdy poczuł, jak siła 

wyporu wyrzuca go na powierzchnię.

- Całkiem nieźle, jak na początek - usłyszał ku swemu wielkiemu zdziwieniu, gdy 

tylko się wynurzył.

Po nim próbowali inni, ze zmiennym zresztą szczęściem, ale najlepiej powiodło się 

Ulce, która potrafiła przeleżeć na dnie prawie całe PÓŁ MINUTY!

- Brawo! - zawołał Pan Wojtek, gdy Ula pokazała się na powierzchni - dwadzieścia 

siedem sekund! - spojrzał na trzymany przez cały czas w ręku stoper.

background image

- Niecałe pół minuty? - zdziwiła się Ula - a ja myślałam, że co najmniej ze trzy! 

Leżałam na tym dnie i leżałam chyba przez całą wieczność.

-   Pod   wodą   czas   płynie   szybciej!   -   stwierdził   w   tym   momencie   Pan   Wojtek   i 

powiedział to z tak poważną miną i takim tonem na serio, że przez chwilę Dzika Mrówka 

zastanowił się nad tym, w jaki sposób możliwy jest taki fizyczny fenomen.

Gdy wszyscy już jako tako opanowali dość skomplikowany - jak się jednak wbrew 

pozorom okazało - problem leżenia na dnie basenu, Pan Wojtek przeszedł do następnych 

stopni podwodnego wtajemniczenia.

- Na dzisiaj mamy siedzenie pod wodą. Na dnie basenu oczywiście - oznajmił.

A gdy już młode „kijanki” umiały siedzieć na kafelkowym dnie, Pan Wojtek rozkazał 

siadać parami naprzeciw siebie i... podać rękę jak przy powitaniu.

Dzika Mrówka i Ulka zeszli tedy pod wodę i usadowili się jedno naprzeciw drugiego, 

ale gdy chcieli podać sobie ręce, obydwoje  nagle poczęli się wynurzać na powierzchnię. 

Druga   i   trzecia   próba   również   nie   przyniosła   spodziewanych   rezultatów,   a   podwodne 

przywitanie okazało się niespodziewanie dość trudną ewolucją. Minęło ładnych parę tygodni 

zanim wreszcie można się było swobodnie przywitać pod wodą.

Potem przyszło nakładanie maski rzuconej na dno basenu i znowu okazało się, że ta 

prosta na pozór czynność kryje w sobie sporo rozmaitych zasadzek. Otóż bowiem, gdy nie 

wydmuchało   się   całej   wody   z   wnętrza   maseczki,   to   potem   widoczność   pod   wodą   była 

zdecydowanie zła i mocno ograniczona.

Po masce przyszła kolej na nakładanie - również pod wodą i też leżących na dnie - 

płetw, a jeszcze później trzeba było pod wodą założyć cały ekwipunek płetwonurkowy i to 

oczywiście za jednym tylko zanurzeniem. Nieraz też zdarzało się w tej fazie szkolenia, że 

młoda „kijanka” wynurzała się na powierzchnię odziana bądź w maseczkę i z jedną tylko 

płetwą lub też w obie płetwy, ale za to bez maski, a niektórym udawało się nawet wynurzyć i 

bez płetw, i bez maski.

Jeszcze później odbyły się ćwiczenia z prawdziwym sprzętem - z butlami, pasami 

obciążającymi   i   z   całościowymi   kostiumami   płetwonurkowymi,   które   się   bardzo   trudno 

wkładało, ale które oddawały nieocenione wręcz usługi, gdy woda była chłodna.

Wreszcie nadeszły egzaminy końcowe na płetwonurkowym kursie. I teoretyczne, i 

praktyczne w znanym już doskonale basenie pływackim gdyńskiej Szkoły Morskiej. A potem 

nastąpiło uroczyste rozdanie upragnionych świadectw i obietnica Pana Wojtka.

- Gratuluję wszystkim. A latem spotykamy się wszyscy na obozie nad jeziorem.

-   Latem?   No   to   już   niedługo   -   stwierdził   Dzika   Mrówka,   który   był   wielce 

background image

niepoprawnym   gadułą   i   nigdy   nie   ominął   najdrobniejszej   nawet   okazji,   kiedy   mógł 

powiedzieć choćby jedno zdanie, bo zawsze - jak uważał niezmiennie - lepsze cośkolwiek niż 

nic.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI,

KTÓRY UDOWADNIA, ŻE CZASEM OKŁADKA MOŻE BYĆ 

ZNACZNIE CIEKAWSZA OD CAŁEJ KSIĄŻKI

Szkoła, do której chodzili Dzika Mrówka i Jego Brat, miała dość miły zwyczaj, dzięki 

któremu dwa razy do roku urządzano wycieczki. Rozmaite to były wycieczki, raz bardziej, 

raz znacznie mniej interesujące, wszystkie jednak miały tę jedną niewątpliwą zaletę, że dzięki 

nim umykało bezpowrotnie wiele różnych lekcji, co przy szczególnym zapale do nauki było 

witane przez uczniów z wielką radością. No może nie przez wszystkich, ale to były nieliczne 

wyjątki potwierdzające regułę, a ani Dzika Mrówka, ani też małomówny Jego Brat do tych 

nielicznych wyjątków nie należeli.

Tak tedy gdy późną już wiosną Pani od Chemii zaczęła coś mówić na temat szkolnej 

wycieczki, obaj bracia bliźniacy, a już szczególnie Dzika Mrówka, bardzo się do tych planów 

zapalili.

-   Proszę   pani,   proszę   pani   -   tuż   po   dzwonku   oznajmiającym   koniec   lekcji   Dzika 

Mrówka podbiegł do tablicy, przy której stała Pani od Chemii - a dokąd pojedziemy?

- A dokąd  byście  chcieli?  - zapytała  Pani Lucyna,  bo tak  miała  na imię  Pani od 

Chemii.

- Ja to bym chciał - zastanawiał się Dzika Mrówka - na przykład do Zakopanego.

- Po pierwsze do Zakopanego jeździ stanowczo za dużo wycieczek - roześmiała się 

Pani Lucyna - i niedługo nasze Tatry zostaną definitywnie zadeptane i zaśmiecone, po drugie 

o tej porze roku to góry są raczej mało ciekawe. Na śnieg za późno, na słońce i górskie 

wycieczki za wcześnie. A po trzecie to w naszej wycieczce musimy połączyć parę elementów. 

I poznać kawałek naszej Ojczyzny i nabyć jakieś wiadomości z przedmiotu, którego was 

uczę, a więc z chemii.

- No to jedźmy do takiego miasta, gdzie będzie i ciekawie, i jakaś chemia się znajdzie, 

fakt - powiedział Jego Brat, który dopiero teraz dołączył do grupki otaczającej Panią Lucynę.

-   Bardzo   dobrze,   Jarku   -   pochwaliła   Pani.   -   No   to   teraz   szybciutko   podajcie   mi 

miejscowości, które spełniałyby te warunki.

- No to... eee... może Warszawa - powiedział jeden z chłopców.

- W Warszawie już byliśmy. Nawet dwa razy - zauważyła Ulka.

- Na Warszawę to i dziesięć razy za mało - odezwał się Kazik.

- Masz rację - wtrąciła się Pani Lucyna - ale do Warszawy nie pojedziemy tym razem. 

background image

Jest jeszcze w Polsce dużo innych, też bardzo ciekawych miast.

- To może Oświęcim. Tam są duże zakłady chemiczne.

- Albo Kościerzyn na Śląsku. Tam też jest przemysł chemiczny.

-   A   ja   bym   proponowała   zwiedzić   dużą   fabrykę   cukierków   i   czekolady   - 

zaproponował Dzika Mrówka i aż oblizał się na samą myśl o takiej wycieczce.

- Obawiam się, że po takiej wycieczce trzeba by było całej klasie zafundować wizytę u 

lekarza i płukanie żołądków - roześmiała się Pani Lucyna.

- No, kochani moi, żadne z was nie zgadło.

- A gdzie pojedziemy? Dokąd?

- Pojedziemy do Płocka. I niezbyt daleko, i zakłady chemiczne są duże, i miasto stare, 

zabytkowe, no i wreszcie to miasto i te zakłady znam dość dobrze, bo tam przez parę lat 

pracowałam. W Technikum Chemicznym, gdzie byłam też nauczycielką.

- No i bardzo dobrze. Fakt! - stwierdził Jarek, ale nie bardzo było wiadomo, czego 

dotyczyła jego wypowiedź. Czy faktu że Pani Lucyna uczyła w technikum, czy też że jadą na 

wycieczkę do Płocka. Zresztą nie było to ważne, bo po słowach Pani Lucyny zaczął się taki 

szum i rozgardiasz w klasie, że i tak zupełnie nic nie można było zrozumieć.

Oczekiwany z niecierpliwością dzień wycieczki do Płocka rozpoczął się na szczęście 

pogodnie. Słońce przygrzewało nieźle, choć był to dopiero wczesny poranek.

Autobus wypożyczony szkole na tę okazję przez przedsiębiorstwo transportowe, w 

którym pracował jako kierownik tatuś jednej z koleżanek Dzikiej Mrówki, zjawił się dość 

punktualnie, jakby  chcąc  zadać  kłam  wiecznym  narzekaniom  na niesolidność  kursowania 

wszelkich środków komunikacji masowej. Młodzież też się prawie nie spóźniła oprócz jednej 

koleżanki, która zresztą spóźniała się zawsze i wszędzie. Przyszli też niektórzy Rodzice, a 

raczej Mamy, by odprowadzić swoje pociechy i oczywiście, by udzielić rozmaitych dobrych 

rad na drogę. Przyszła też - mimo oporów Dzikiej Mrówki i Jego Brata - Micia i na domiar 

złego poleciła swoich obu synów bliźniaków opiece Pani Lucyny. Szczególnej opiece, jak 

podkreśliła.

- Bo proszę  pani  - powiedziała  jeszcze  Micia  i  prawie wszyscy  to słyszeli  - moi 

synowie są dość spokojni i grzeczni, kiedy każdy z nich jest oddzielnie. Ale kiedy są razem... 

- tu Micia zrobiła minę na temat „co ja też muszę z moimi synami wycierpieć”.

Na szczęście nieco podbramkową sytuację uratowała Pani Lucyna, która z uśmiechem 

odpowiedziała Mamie:

- Oczywiście, proszę pani, zwrócę szczególną uwagę, jeżeli pani sobie tego życzy, ale 

na   podstawie   obserwacji   pani   synów   odnoszę   wrażenie,   że   obaj   są   miłymi   dobrze 

background image

wychowanymi chłopcami. Marek może trochę żywy i bardzo energiczny, ale też ma pani z 

niego dodatkową pociechę. Nie każda matka może się pochwalić tak dzielnym synem.

W pierwszej chwili Mama chciała zaprzeczyć Pani Lucynie, w drugiej zaś poczuła się 

dumna ze swego uorderowanego przecież medalem syna i w rezultacie nic nie powiedziała, 

tylko uśmiechnęła się do Pani Lucyny.

- Że też mama zawsze musi nas skompromitować - mruczał Dzika Mrówka.

- Fakt - nawet spokojny zawsze Jego Brat był wyraźnie zdegustowany wystąpieniem 

Mamy.

- Jaka znowu kompromitacja? - wydawać by się mogło, że Mama w ogóle nie wie, o 

co synom chodzi.

- Oj, mamo, mamo - jęknął Dzika Mrówka - bo też mama nas zawsze traktuje jak małe 

dzieci. Żeby to jeszcze Jarka, to rozumiem, ale mnie...

- No, no, nie pozwalaj sobie. Fakt! - oburzył się Jego Brat, ale Dzika Mrówki nie 

zwracając na niego najmniejszej nawet uwagi ciągnął dalej:

...przecież w końcu popłynąłem na jachcie na Bałtyk i nikt mnie tam nie pilnował i 

dałem sobie radę...

- Jak to, nikt cię nie pilnował? A kapitan Filip, z którym rozmawiałam przed waszym 

wyjazdem i który mi obiecał, że osobiście przypilnuje ciebie.

- Mamo! - Dzika Mrówka zdobył się jedynie na ten pełen wyrzutu okrzyk. - Mama 

prosiła kapitana Filipa???

- A co w tym złego?

- No wie mama... - Dzika Mrówka nie znalazł już słów, aby wyrazić swoje oburzenie.

Na szczęście w tym właśnie momencie nadbiegła zadyszana spóźnialska i autobus 

pełen   rozkrzyczanej   młodzieży   ruszył   w   drogę,   zostawiając   na   szkolnym   placu   rozmaite 

Mamy machające chusteczkami tak energicznie, że wszystkie okoliczne gołębie poderwały 

się do lotu, a postronnemu obserwatorowi mogłoby się wydawać, że dzieci wyjechały co 

najmniej w podróż dokoła Europy, jeżeli nie dokoła świata.

Droga do Płocka została przez Panią Lucynę ułożona tak, aby można było po drodze 

zwiedzić i zobaczyć co nieco, przyjazd bowiem na miejsce przewidziany był dopiero dość 

późnym wieczorem.

Tak więc pierwszy postój wypadł w niewielkim miasteczku pomorskim położonym 

malowniczo   na   wysokiej   nadwiślańskiej   skarpie,   w   Gniewie.   Nad   miasteczkiem   górował 

masyw   dużego  zamku  zbudowanego  z   czerwonej   cegły.  Niestety  gdy cała  klasa   z  Panią 

Lucyną podeszła do wyniosłych murów, okazało się, że zamek jest w odbudowie, remoncie, 

background image

przebudowie i czymś tam jeszcze, jak poinformował jakiś zabłąkany w pobliżu ruin robotnik, 

który niezbyt skutecznie udawał zapracowanego.

-   To   dziwne   -   stwierdziła   Pani   Lucyna   -   kiedy   byłam   tu   ostatni   raz,   też   trwała 

odbudowa.

- A kiedy Pani była? - zapytał jak zwykle ciekawski Dzika Mrówka.

- Jeszcze jako studentka. Piętnaście lat temu - roześmiała się Pani Lucyna.

Ostatecznie jednak przez uchyloną i przez nikogo nie pilnowaną bramę wycieczka 

weszła   najpierw   na   zewnętrzny   dziedziniec,   otoczony   zewsząd   murem,   a   potem   na 

dziedziniec  wewnętrzny nawet  niezbyt zniszczonego zamku. W każdym  bądź  razie  mury 

zamku stały, a wszystkie komnaty pokryte były dachem.

Przewodnika żadnego - rzecz jasna - nie było, okazało się jednak, że Pani Lucyna 

całkiem dobrze orientuje się w historii Polski i w historii zamków pomorskich. Dowiedziała 

się   więc   klasa   wielu   szczegółów   o   historii   zakonu   krzyżackiego   na   dawnych   pruskich   i 

polskich ziemiach, historii pełnej oszustw i sprzeniewierzeń, zamek bowiem w Gniewe został 

zbudowany przez Krzyżaków na przełomie XIII i XIV wieku i należał do grupy zamków 

krzyżackich odgrywających dużą rolę w ujarzmianiu ziem zdobytych przez Zakon.

- Historia Gniewa - opowiadała Pani Lucyna gromadce swych podopiecznych stojącej 

na kwadratowym dziedzińcu gniewskiego zamczyska - zaczęła się dość dawno, bo już w 1204 

roku   spotykamy   pierwszą   o   nim   wzmiankę   w   starych   dokumentach   jako   o   grodzie 

pomorskim. Niestety, książę Sambor II w 1276 roku oddał nieopatrznie Gniew Krzyżakom. 

W ten sposób stał się on pierwszą posiadłością Zakonu na lewym brzegu Wisły. Aby lepiej 

ujarzmić zagarnięte przez siebie rozmaitymi sposobami ziemie, Krzyżacy budowali w wielu 

punktach opanowanych ziem warowne zamki, które przy ówczesnej technice wojennej były 

prawie nie do zdobycia.

-   Zamek   w   Gniewie   -   kontynuowała   Pani   od   Chemii   -   należał   do   całego   ciągu 

warownych siedzib krzyżackich. Budowano je najczęściej na wzgórzach i w takiej odległości 

jeden od drugiego, aby można było przesyłać wzajemnie sygnały świetlne lub dymne.

-   To   tak   jak   Indianie   -   wtrącił   Dzika   Mrówka,   ale   natychmiast   został   skarcony 

zarówno przez Jego Brata, jak i przez Ulkę, która stała obok.

- O Indianach to może potem opowiesz, Marku - uśmiechnęła się Pani Lucyna, a 

Marek zaczerwienił się cały jak piwonia.

- A gdzie jest następny zamek? - zapytał po chwili Jarek, gdy Pani Lucyna skończyła 

swą opowieść o krzyżackich warowniach.

- Niedaleko stąd. Pojedziemy tam - odparła Pani, ale nie chciała na razie wyjawić 

background image

nazwy zamku. - Niech to będzie małą niespodzianką - uśmiechnęła się.

Obchodząc zniszczone komnaty zamkowe, czekające od lat na remont i odnowienie, 

dzieci natknęły się w jednej z nich na dość oryginalną parę. Był to zupełnie siwy staruszek z 

dużą laską i duży, równie biały jak jego pan, pies z gatunku owczarków podhalańskich. Obaj - 

i dziadek, i pies - siedzieli sobie na drewnianej, ongiś zapewne eleganckiej posadzce. Na 

widok dzieci pies uniósł nieco swój duży łeb do góry, łypnął przekrwionym okiem i otworzył 

pysk w widomym  zamiarze szczeknięcia. Nie szczeknął jednak, a pysk  rozdarł mu się w 

potężnym ziewnięciu. Z wyraźnym zniechęceniem pies wrócił do przerwanego posiłku.

Siwy dziadek skończył obierać dużym kozikiem równie duże różowe jabłko i spojrzał 

na wchodzących.

- A panienki i paniczowie tu czego? - zapytał.

- My zwiedzamy zamek - odparła Pani Lucyna.

- Zabronione - mruknął dziadek. - Absolutnie zabronione zwiedzanie.

- A dlaczego? - zapytała Pani Lucyna.

- Bo remont idzie - znowu mruknął dziadek.

- Remont? Przecież tu nikogo nie ma - zdziwiła się Pani Lucyna.

- Nikogo? - oburzył się dziadek. - A ja?

- A pan, przepraszam, kim tu jest?

- Ja jestem strażnikiem - wyjaśnił dziadek z dumą w głosie. - I Kuba też... - dodał.

Usłyszawszy swoje imię Kuba, który skończył już swój posiłek, podniósł leniwie łeb 

do góry i ponownie ziewnął.

- I Kuba też - powtórzyła Pani Lucyna z trudem utrzymując powagę. - I czego pan tu 

pilnuje?

- Jak to czego? - zdziwił się dziadek. - Przecież mówiłem... remontu.

- Przecież tu nikt nie pracuje.

- To nieważne, ale remont jest, to i pilnuję.

- A długo jest ten remont?

- Ho, ho - powiedział dziadek - będzie ze szesnaście lat. Kuba był wtedy jeszcze 

szczeniakiem, jak zaczęli.

- I pan tak cały czas sam?

- Czasami ktoś tam przyjdzie - wyznał dziadek. - Raz jakiś robotnik, raz znowuż 

jakasik kontrol, a najwięcej to takie turysty jak wy teraz.

- A kiedy skończy się ten remont?

- Tego to nie wiem, ale dla mnie to on może jeszcze parę lat pociągnąć. Dopóki 

background image

jeszcze Kuba łazi jako tako i dopóki jeszcze może szczekać.

- A to on szczeka? - zdziwił się Dzika Mrówka.

- Szczeka - przytwierdził dziadek - ale rzadko. Bo po pierwsze nie ma sił za dużo, a po 

drugie to mu się nie chce.

Kuba   jakby   wiedząc,   że   to   o   nim   mowa,   podniósł   znowu   swój   biały   (pewno   ze 

starości), łeb i już już miał szczeknąć, ale w ostatniej chwili znowu zrezygnował i ziewnął.

Po „zwiedzeniu” zamku dzieci obejrzały jeszcze uroczy mały ryneczek gniewski, z 

odnowionym   ratuszem   i   starymi   mieszczańskimi   kamieniczkami,   a   potem   poszły   wzdłuż 

uliczki ciągnącej się pod dawnym murem miejskim. Stały na tej uliczce malutkie pięknie 

odbudowane domki, jakby żywcem przeniesione z bajki o Jasiu i Małgosi, w której występują 

piernikowe domeczki.

- Ale tu ładnie - stwierdziła Ulka. - Chciałabym mieszkać w takim domku.

- Trochę przymały - powiedział Staszek, który był najwyższy w całej klasie i właśnie 

przed chwilą przymierzył się do wejściowych drzwi takiego domeczku.

Tuż po wyjeździe z miasteczka autobus skręcił w lewo, w bok od głównej szosy. 

Wąska,   pokryta   typowymi   „kocimi   łbami”   droga   prowadziła   wzdłuż   skarpy,   na   której 

rozłożony był Gniew, pod krzyżackim zamkiem i dość okazałym budynkiem zwanym przez 

ludność   „pałacem   królowej   Marysieńki”.   Rzeczywiście   przebywała   tu   swego   czasu 

Marysieńka Sobieska, żona króla Jana Sobieskiego, związanego przez pewien okres swego 

życia właśnie z Gniewem, który odbudował po zniszczeniach w czasie najazdu szwedzkiego i 

gdzie założył jedną ze swoich królewskich rezydencji.

-   Dokąd   teraz   jedziemy?   -   zapytała   jedna   z   dziewcząt   zdziwiona,   zresztą   tak   jak 

wszyscy,   że   autobus   skręcił   na   boczną   drogę   z   podłą   nawierzchnią,   na   której   trząsł   się 

niemiłosiernie.

- Zaraz zobaczycie - uśmiechnęła się tajemniczo Pani Lucyna.

Droga wiodła teraz wzdłuż dość szerokiego nurtu Wisły, która toczyła swe jesienne, 

niestety niezbyt czyste, wody ku morzu. W pewnej chwili szlak „kocich łbów” - jak nazwał 

ten odcinek Dzika Mrówka - skręcił w prawo w stronę rzeki. Nigdzie jednak nie było widać 

mostu.

Autobus   zatrzymał   się   w   odległości   kilkunastu   metrów   od   wodnej   przeszkody,   a 

droga... droga najwyraźniej nikła w rzece.

- Wysiadać dzieci - zakomenderowała Pani Lucyna.  - Czeka nas przeprawa przez 

Wisłę.

- Niby jak? - zapytał jeden z chłopców, Kazik. - Przecież tu nie ma mostu.

background image

- W bród - podpowiedział Dzika Mrówka.

- Kiedy ja nie umiem pływać - odezwał się Kazik wyraźnie zaniepokojonym głosem.

- Nie trzeba było tracić czasu na kucie, to byś miał czas nauczyć się pływać - burknął 

Dzika   Mrówka   półgłosem,   ale   tak,   że   usłyszała   go   co   najmniej   połowa   wycieczki, 

wybuchając   śmiechem.   Kazik   należał   do   lepszych   uczniów   w   klasie,   miał   jednak   dość 

jednoznaczne przezwisko „kowal”, gdyż właściwie poza nauką nie zajmował się niczym.

- Popłyniemy na drugą stronę promem - oznajmiła Pani Lucyna.

- Promem? - zdziwiły się dzieci. - To u nas są promy?

- Nigdy jeszcze nawet nie widziałam takiego - stwierdziła mała piegowata Halinka.

- O, jest nawet dość dużo - odrzekła Pani Lucyna. - Nie wszędzie na rzekach są mosty, 

bo most to bardzo droga inwestycja i nie zawsze nas na nią stać. A zresztą nie wszędzie 

opłaca się budowanie mostu, bo ruch na drodze może być za mały. W takich miejscach są 

promy. Rozmaite,  większe i mniejsze. Są nawet statki-promy z własnym  napędem, które 

pływają  nie tylko po rzekach, ale też i po morzach. Inne - mniejsze - przeciągane są na 

stalowej linie.

- A taka lina nie przeszkadza barkom i statkom płynącym po rzece? - zatroskał się 

nagle Jarek.

- Nie, bo lina jest dość długa, dłuższa od szerokości rzeki i przez większą część czasu 

leży na dnie. Ot, choćby teraz. Widzicie, prom dopiero rusza z tamtego brzegu i liny nie 

widać, a tutaj wychodzi z wody.

W poprzek wodnego nurtu posuwał się powoli - jak duży żółw wodny - prostokątny 

prom.

- Pierwszy raz będę jechała promem - ucieszyła się Halinka.

- I ja!

- I ja też!

- Oj, oj, drodzy moi - roześmiała się Pani Lucyna - widać, że jesteście urodzeni i 

wychowani w mieście. I do tego w dużym mieście. To mi przypomina wizytę w Polsce jednej 

starszej pani, Angielki, nauczycielki botaniki zresztą. Otóż Miss Dorothy, bo tak się nazywała 

Angielka, która zresztą mimo mocno dojrzałego wieku starannie zawsze podkreślała swoje 

panieństwo, jechała ze mną samochodem z Wybrzeża do Warszawy. Jedziemy,  jedziemy, 

rozmawiamy o tym i owym, a nagle moja Dorota woła:

- Zatrzymaj się, Lucy, please!

Przestraszyłam  się w pierwszej chwili, że może coś się stało lub że Dorota nagle 

zasłabła czy co, zatrzymałam natychmiast samochód i pytam, co się stało.

background image

-   Szybko,   szybko   -   mówi   Miss   Dorota   i   gorączkowo   wyciąga   swój   aparat 

fotograficzny z podręcznej torby.

Co też ona tu takiego ciekawego zobaczyła? - zdziwiłam się, gdyż wokoło nie było 

absolutnie   nic   godnego   jakiejś   większej   uwagi.   Ot,   zwykła   łąka,   na   której   akurat   jakiś 

gospodarz kosił trawę. Skrajem łąki spacerowały dwa czy trzy bociany. Nic poza tym.

Ale moja Dorota wyszła z samochodu i najwyraźniej skradała się w kierunku kosiarza 

i trzech bocianów. Podeszła może na dziesięć, piętnaście metrów, przykucnęła, co przy jej 

tuszy wcale nie było takie proste, i poczęła dość nerwowo pstrykać jedno zdjęcie po drugim.

Po chwili wsadziła aparat fotograficzny do podręcznej torby, skąd z kolei wyciągnęła 

kamerę filmową. Widocznie jednak warkot kamery spłoszył bociany, bo poderwały się w 

powietrze i odleciały wciąż filmowane przez Miss Dorothy.

Angielka wróciła do samochodu cała w skowronkach. Co chwila powtarzała, że było 

„very nice”, „beautiful”* [* Bardzo miło pięknie.] i tak dalej. Okazało się, że oto ona, bądź co 

bądź   wieloletnia   nauczycielka   botaniki,   a   więc   za   pan   brat   z   przyrodą,   widziała   po   raz 

pierwszy bociany na swobodzie, a nie w ogrodzie zoologicznym.

- Ale bociany to mniejsza - stwierdziła po kilkunastu kilometrach dalszej jazdy - tam 

był człowiek, który kosił prawdziwą kosą. Zupełnie normalnie. A ja myślałam, że kosę można 

zobaczyć już tylko albo w muzeum, albo na historycznym filmie.

-   What   a   nice   story   to   tell   about   -   cieszyła   się   -   co   za   wspaniała   historia   do 

opowiadania.

- Tak, tak, kochani - powiedziała po chwili Pani Lucyna  z wyraźnym  smutkiem - 

niedługo może nadejść taki czas, że będzie się uczniom w szkole pokazywało obrazki, jak 

wygląda trawa, drzewo czy bocian. Kolorowe, może nawet trójwymiarowe i panoramiczne 

obrazki, ale tylko obrazki. Jeżeli nie będziemy szanować Przyrody...

Tak pogadując doczekali się promu, który tymczasem przybił do brzegu. Zaraz też 

jakiś człowiek w czapce z przybrudzonym białym pokrowcem opuścił na brzeg dużą klapę, 

po której powoli wtoczył się najpierw autobus. Pod jego ciężarem prom zakołysał się i osiadł 

głębiej   w   wodzie.   Oprócz   autobusu   wjechały   jeszcze   dwa   motocykle,   jeden   samochód 

osobowy i konny wóz, a dopiero potem można było wchodzić na pokład pasażerom. Dzieci 

oczywiście rozbiegły się na wszystkie strony i powciskały między ciasno stojące pojazdy.

Prom ruszył,  powoli pełznąc wzdłuż przeciągniętej w poprzek rzeki stalowej liny. 

Silny prąd rzeki spychał go nieco w lewo, a woda chlupotała o burty powolnej krypy.

Po kilkunastu minutach niecodziennego „rejsu” przepłynęli Wisłę i dalej drogą wzdłuż 

wysokiego   wału   przeciwpowodziowego   autobus   zawiózł   ich   do   Kwidzyna,   gdzie   obok 

background image

wspaniałej katedry stał kolejny zamek, też zbudowany w czasach panowania krzyżackiego, a 

dokładniej w latach pierwszej połowy czternastego wieku.

- To tutaj odbierano sygnały świetlne lub dymne z Gniewa - wyjaśniła pani Lucyna.

Ten zamek był dobrze zadbany i mieściło się w nim wielce ciekawe muzeum, a na 

ostatnim   piętrze,   już   pod   samym   dachem,   znajdowała   się   pokaźna   kolekcja   wypchanych 

ptaków żyjących w Polsce.

Czego tam nie było! I dumne orły, od których wzięliśmy nasze narodowe godło, i 

jastrzębie,   i   rozmaite   gatunki   sów,   mądrych   i   jakby   wiecznie   zamyślonych,   głuszce   i 

cietrzewie, smukłonogie czaple, kolorowe zimorodki i gile, kosy i poczciwe szare wróble, 

sędziwe poważne kruki i gawrony, wesołe sikorki i śmigłe jaskółki i wreszcie cała masa 

rozmaitego   ptactwa   wodnego.   Uwagę   wszystkich   przykuła   jednak   duża   kolekcja   pięknie 

upierzonych batalionów żyjących w puszczy białowieskiej.

- Każdy z samczyków ma inne upierzenie - powiedziała Pani Lucyna - podobno nie 

można znaleźć dwóch identycznie wyglądających osobników.

- Tak się stroją, a mówi się, że tylko kobietom sukienki przesłaniają świat - odezwała 

się milcząca raczej i nieśmiała Zosia.

- No widzisz, jakie to niesprawiedliwe dla nas, kobiet, opinie krążą po świecie - Pani 

Lucyna powiedziała to z wyraźnie udaną powagą.

Schodząc w dół szerokimi schodami Ula i Marek zostali z tyłu  za całą gromadką 

wycieczkowiczów. Ulka zbyt długo podziwiała delikatne, różnobarwne pióra ptaków, które 

wymalowała im Pani Natura, a może po prostu chciała zostać sama z Markiem, z dala od 

rozgadanej, wiecznie rozchichotanej grupy koleżanek i kolegów. Bo tak się jakoś ułożyło 

ostatnimi czasy, że Ula - nie zdając może sobie sprawy z tego faktu - tylko Markowi-Dzikiej 

Mrówce opowiadała o rozmaitych swoich wrażeniach, dzieliła się z nim swoimi myślami i 

marzeniami.

I   o   dziwo   -   jakoś   nigdy   się   nie   zdarzyło,   żeby   Marek   wyśmiał,   obyczajem 

przeważającej części męskiej młodzieży, Ulczyne marzenia i malutkie tajemnice. Nigdy też 

nie powiedział o nich ani słowa nikomu, żadnemu ze swych licznych kolegów, choć gdy byli 

razem z Ulą w grupie, zachowywał się „normalnie” - pozwalał sobie na żarty z Uli, a nawet 

czasami i na malutkie złośliwostki, w czym zresztą Ula wcale nie pozostawała dłużna. Gdy 

byli sami, Marek stawał się inny i nawet jednego razu sam się swemu zachowaniu zdziwił, ale 

o tym też nikomu nie powiedział. Nawet Ulce.

Szli więc teraz powolutku szerokimi schodami w dół, a Ulka cichutkim głosem, żeby 

nie spłoszyć nastroju - jak mówiła - dzieliła się ze swym kolegą wrażeniami.

background image

- Ile jest piękna na świecie - powiedziała zamyślona. - A w ogóle jakie to wszystko 

dziwne i niezrozumiałe. No bo skąd się na przykład wzięły kolory na kwiatach i to tyle 

rozmaitych odcieni? Kto to powymyślał? Kto je tak pięknie podobierał? Jak to się dzieje, że 

jeden kwiat róży różni się od drugiego, że jeden bez kwitnie na liliowo, a inny na biało, że 

kasztany mają takie prześliczne choinkowe kwiaty, że każdy kwiat inaczej pachnie, że jest 

taka ogromna rozmaitość motyli czy ptaków?

A ludzie podglądają przyrodę i biorą z niej wzory i potem powstają takie cudowne 

hafty, jakie widzieliśmy choćby przed chwilą w muzeum, ludzie też zdobią swoje ubiory i 

swoje sprzęty domowe tak, aby przypominały im w jesieni albo w zimie ukwiecone pola i 

łąki.

Jakie to wszystko i dziwne, i piękne, i tajemnicze!

- Faktycznie - potwierdził machinalnie Dzika Mrówka, bo jakoś na nic mądrzejszego 

nie mógł się zdobyć. Zawsze taki wygadany, w tej chwili był wyłącznie pełen szczerego 

podziwu dla Ulki.

Że też Ula tak ładnie potrafi powiedzieć o takich przecież prostych i zwyczajnych 

rzeczach jak choćby kasztanowe kwiaty? - pomyślał nieco zdziwiony słowami Ulki i tym, że 

jemu   samemu   nigdy  coś   podobnego   do  głowy  nie   przychodziło,   choć   przecież   tyle   razy 

patrzył na kwitnące wiosną kasztany, i różne kwiaty. Po prostu kwiaty jak kwiaty i tyle. A 

Ulka zupełnie inaczej wszystko widzi i całkiem inaczej odbiera. No, no, kto by to pomyślał.

- Jak się tak dobrze przypatrzeć temu, co nas otacza - kontynuowała zamyślona Ula - 

to chciałoby się to wszystko zrozumieć i zapamiętać na zawsze. Chciałoby się to namalować 

albo opisać. Najlepiej wierszem, bo chyba właśnie wierszami można najlepiej wyrazić to, co 

się myśli i czuje.

- To napisz wiersz - mruknął Marek.

- A żebyś wiedział... - zaczęła Ula, ale przerwała nagle i spojrzała bacznie na Marka - 

Marek, jak przyrzekniesz, że nikomu nic nie powiesz, to ci coś powiem. Ale przyrzeknij...

- Przyrzekam - Dzika Mrówka spojrzał zdziwiony na Ule.

- Bo wiesz... ja czasami piszę wiersze. Ale nikomu jeszcze nigdy o tym nie mówiłam.

- Ty piszesz wiersze? - zdumiał się Marek.

- Właśnie - przytaknęła Ula - i akurat teraz przypomniał mi się taki mały wierszyk o 

kwiatkach. On tak się zaczyna:

Kocham małe dzwonki konwalii,

kocham białą lilię i puszystą szarotkę

i kocham schowany w trawie

background image

różowy kwiat stokrotki.

I bratki kocham liliowe

pachnące płatki róży.

Ja kocham wszystkie kwiatki

i małe kocham, i duże.

- Ho, ho! - zdziwił się Marek.

- Podoba ci się?

- Fajny, zupełnie jak prawdziwy wiersz. Toś ty naprawdę sama go napisała?

-   Sama.   I   jeszcze   jest   dalszy   ciąg,   ale   go   już   nie   pamiętam.   Mam   zapisany   w 

specjalnym zeszyciku, którego nikomu nie pokazuję. I inne wiersze też...

- No, no - Marek spojrzał na Ulkę takim wzrokiem, jakby zobaczył ją po raz pierwszy 

w życiu.

- Ale pamiętaj, przyrzekłeś, że nikomu nie powiesz... - spłoszyła się nagle Ulka.

- Jak przyrzekłem, to wiadomo, że nie powiem. Za kogo mnie masz? - obruszył się 

Marek.

Tak rozmawiając schodzili coraz niżej i ani się spostrzegli, gdy nagle znaleźli się w 

jakimś wąskim pomieszczeniu o sklepionych w łuki ceglanych ścianach.

- Gdzie my jesteśmy? - zapytała Ula.

- A bo ja wiem - Dzika Mrówka wzruszył ramionami. - Wygląda mi to na jakąś 

piwnicę czy lochy...

- Wracajmy - zaniepokoiła się Ula.

- Iii... niby dlaczego? Przecież może właśnie tędy jest droga do wyjścia. W takich 

starych zamkach to rozmaicie bywa. Chodźmy dalej - pociągnął Ule za sobą.

Dalej sklepiony korytarz zwężał się coraz bardziej, skręcił w lewo, potem w prawo i 

nagle oboje znaleźli się w niewielkiej sklepionej komnacie, z której prowadziło w rozmaitych 

kierunkach kilka ciemnawych wąskich korytarzy. Komnatkę roświetlało słabe światło jednej 

jedynej lampki, umieszczonej pod sufitem.

- I co teraz? - Ula miała mocno niewyraźną minę, a jej głosik brzmiał jeszcze mniej 

wyraźnie.

- A bo ja wiem - Marek rozglądał się po komnacie, zresztą całkiem pustej. Było tu 

cicho i mroczno, a głosy Uli i Marka budziły głuche echa w ceglanym wnętrzu.

- Wracajmy - powiedziała Ula.

- Ba, ale którędy? - zastanowił się Marek.

Istotnie, kręcili się już jakiś czas po ceglanej komnacie i teraz naprawdę żadne z nich 

background image

nie wiedziało, którym korytarzem tutaj weszli.

- Trzeba spróbować pierwszym lepszym - zdecydował w końcu Marek. - Pójdziemy 

kawałek i jak okaże się, że to nie ta droga, to wrócimy i zaczniemy szukać innej.

- Ojejej - pisnęła cichutko Ula, przestraszona już nie na żarty.

- Nie bój się - Dzika Mrówka próbował udawać odważnego - ja sam w strachu - 

zażartował.

Ruszyli w pierwszy wąski korytarzyk, na oko zupełnie podobny do tego, którym tu 

przyszli. Tak samo skręcał to w lewo, to w prawo, ale po przejściu kilkudziesięciu metrów - 

ukazały się kamienne schody prowadzące gdzieś w dół.

- Ojej - znowu jęknęła Ulka - to nie ten korytarz.

- Fakt - zgodził się Marek - nie da się ukryć - próbował żartem pokryć również i swoje 

zaniepokojenie.

Stanęli niezdecydowani przed schodami.

Wracać czy iść naprzód? - wahał się Marek. - Właściwie czego tu się w ogóle bać? 

Przecież jak na razie w ciasnym korytarzu jest dość czysto i nawet względnie jasno, bo od 

czasu do czasu gdzieś pod sufitem widnieje maleńkie zakratowane okieneczko. A tam niżej, 

w podziemiach, bo to chyba są już podziemia? - widać nawet jakąś słabiutką żaróweczkę, 

widomy znak, że ktoś tu gospodarował. Ale z drugiej strony dokąd ich na przykład te wąskie i 

kręte schody doprowadzą? I czy w końcu nie zabłądzą tu na amen? A zabłądzić nie jest 

znowu tak trudno, jak się okazało choćby już przed chwilą w tej niewielkiej komnatce, z 

której prowadziło w kilka stron kilka identycznie wyglądających korytarzyków.

-   Zobaczymy   dokąd   prowadzą   te   schody!   -   zdecydował   nagle   Marek,   w   którym 

ciekawość zwyciężyła wszelkie obawy. Żeby pokonać wszelkie ewentualne Ulczyne opory, 

złapał ją za rękę i pociągnął za sobą.

Krętymi   schodami   schodzili   w   dół,   opierając   się   dłońmi   o   ściany   z   olbrzymich 

głazów. Wokoło panowała wilgotna cisza, w której głuchym echem odbijały się ich własne 

kroki i szepty, bo przytłoczeni otoczeniem nie odważyli się rozmawiać normalnymi głosami.

Nagle Ulka mocniej ścisnęła dłoń Marka i szepnęła:

- Co to? Posłuchaj!

Marek zatrzymał się i oboje zamienili się w słuch. Teraz, kiedy nic nie mówili, kiedy 

nie słychać było echa ich kroków, obojgu wydało się, że otaczająca cisza przytłacza ich i 

odgradza od rzeczywistości.

- Nic nie słyszę - szepnął cichutko Marek.

- Cii... - Ulka położyła palec na ustach. - O, teraz... Rzeczywiście. Do uszu Dzikiej 

background image

Mrówki dobiegł nikły szelest - nie szelest, jakby ktoś bardzo lekki wędrował ostrożnie na 

palcach.

- Co to? - Ulka przytuliła się do chłopca.

- Nie wiem - odszepnął Marek i znowu cały zamienił się w słuch.

Stali   przez   chwilę   nieruchomo,   starając   się   nawet   nie   oddychać,   aby   nie   zamącić 

panującej   ciszy.   Szelest   nie   szelest,   ludzki   nie   ludzki   ucichł   jednak   i   po   chwili   Ulka   z 

Markiem zupełnie nie wiedzieli, czy słyszeli coś naprawdę czy też im się tak wydawało.

- Chodźmy - szepnął najciszej jak tylko mógł Marek.

- Dokąd? - odszepnęła Ulka.

- Chyba na dół - zdecydował Dzika Mrówka, ponieważ słyszane przed chwilą kroki-

szelesty odezwały się chyba w górze schodów i tak jakoś zupełnie naturalne wydało się, że 

można iść tylko właśnie w dół.

Ruszyli w bladym mroku ostatniej żarówki, która została za zakrętem schodów. Oboje 

starali się stawiać nogi ostrożnie, jak najciszej i skradali się niemal jak koty, ledwie śmiejąc 

oddychać.

- Popatrz! - szepnął w pewnym momencie Marek idący przodem. - Tam jest chyba 

jakieś okienko.

Istotnie, za kolejnym zakrętem wyraźnie widać było szare kamienne płyty, z których 

wykonane  były  schody. Zbiegli  niżej i ku swemu wielkiemu  zdziwieniu i wielkiej  uldze 

ujrzeli malutkie zakratowane okienko umieszczone pod samym stropem wąskiego korytarza. 

Okienko było wąziuteńkie i bardzo wysoko, jednakże w zakratowanej szparze najwyraźniej 

przebijał... błękit.

- Niebo - zdziwił się Dzika Mrówka.

- Niebo! - powtórzyła z ulgą Ulka.

- Ale skąd tu, pod ziemią? Przecież tak długo szliśmy w dół. To prawie niemożliwe - 

zastanawiał się Dzika Mrówka.

- Żeby można było wyjrzeć na zewnątrz - zmierzył wzrokiem ścianę, ale okienko było 

naprawdę   bardzo   wysoko,   a   ściana   zupełnie   gładka   nie   dawała   żadnych   możliwości 

wdrapania się do wciśniętej między kamienne głazy zakratowanej szpary.

- Ula - zdecydował Marek - wejdź mi na ramiona, to może sięgniesz do okienka.

Założył ręce do tyłu tworząc z dłoni koszyczek i stanął twarzą do ściany tuż pod 

okienkiem. Po chwili, gdy Ulka wspięła mu się na ramiona korzystając po drodze ze stopnia 

splecionych dłoni, przytrzymał rękoma nogi dziewczyny.

- Widzisz coś? - zapytał.

background image

- Widzę! - usłyszał głos Ulki, która z podniecenia zapomniała mówić szeptem i której 

głośny okrzyk wzbudził rozliczne echa w katakumbowych pomieszczeniach.

- I co widzisz? - niecierpliwił się Marek.

- Drzewa i krzaki. A tam dalej jakieś pola. I niebo.

- A do ziemi daleko? - zapytał znów Marek niepomiernie zdziwiony, przypuszczał 

bowiem, że znajdują się co najmniej kilka pięter pod ziemią.

- Niedaleko, najwyżej z metr! - odkrzyknęła Ulka, która gdy tylko ujrzała drzewa z 

rozsłonecznioną okolicą, natychmiast zapomniała o wszelkich poprzednich obawach.

- No to schodź! - zakomenderował Marek. - Tu chyba gdzieś musi być wyjście z tego 

lochu.

Przeszli   jeszcze   kilka   zakrętów   i   nagle   znaleźli   się   przed   solidnymi   drzwiami 

nabijanymi metalowymi gwoździami. Marek nacisnął metalową ozdobną klamkę. Poruszała 

się z przeraźliwym zardzewiałym piskiem i hałasem, ale drzwi nie ustąpiły.

- Pewno zamknięte na klucz - skonstatował. - Trzeba będzie chyba wracać - dodał z 

wyraźną niechęcią, przypomniały mu się bowiem w tej chwili tajemnicze kroki nie kroki - na 

schodach.

- Popatrz, popatrz, tu jest zasuwa! - zawołała Ula.

Istotnie, ponad klamką sterczał kuty w metalu uchwyt  solidnej, mocno zakurzonej 

zasuwy.

Marek   złapał   za   uchwyt.   Pociągnął   z   całej   siły.   Zasuwa   z   przeraźliwym   piskiem 

ruszyła się trochę i stanęła. Spróbował jeszcze raz, ale zasuwa ani drgnęła.

- Pomóż, może we dwoje damy radę.

Drobne dłonie Uli złapały zakurzone zardzewiałe żelastwo uchwytu.

- Raaazem! - zakomenderował Dzika Mrówka i szarpnęli oboje jednocześnie.

Zasuwa pisnęła przeraźliwie i wysunęła się z zamka.

Marek   jeszcze   raz   spróbował   nacisnąć   klamkę   i   pociągnął   drzwi   do   siebie.   Przy 

akompaniamencie przeraźliwego zgrzytu od wielu chyba lat nie oliwionych zawiasów drzwi 

uchyliły się. Za drzwiami parę mocno uszkodzonych ceglanych schodków prowadziło w górę, 

na równie zaniedbany, porośnięty zielskiem i chwastami trawnik.

Ula i Marek przecisnęli się przez uchylone drzwi i musieli w pierwszym momencie 

zamknąć   oczy,   tak   bowiem   poraziło   ich   słoneczne   światło,   mimo   że   osłabione   przecież 

cieniem dość gęsto już pokrytych liśćmi drzew.

Stali obok wyniosłej wieży wykonanej z kamiennych solidnych bloków, która była 

oddalona zaledwie o kilkanaście metrów od wysokiej skarpy, na której stał zamek.

background image

- Teraz wszystko rozumiem - zawołał Dzika Mrówka. Razem z Ulką szybko wdrapali 

się na skarpę i przez główną bramę wbiegli na dziedziniec zamkowy, na którym stała cała ich 

klasa z Panią Lucyną na czele.

-   A   wy   gdzieżeście   się   podziewali?   -   odezwała   się   z   wyrzutem   Pani   Lucyna.   - 

Wszyscy myśleli, że zostaliście gdzieś w muzeum. Podobno widziano was jeszcze gdzieś na 

schodach, a potem znikliście jak kamfora. Posłałam nawet po was Zosię i Franka i pewno was 

tam szukają po wszystkich salach, a wy tymczasem kręcicie się gdzieś poza zamkiem. Co to 

wszystko ma znaczyć? I to żeby tylko sam Marek, to jeszcze bym się nie dziwiła, ale Ula... 

nie, tego się po tobie nie spodziewałam.

- Proszę się nie gniewać, ale to nie nasza wina. Ja... potem pani wszystko wyjaśnię - 

zaczęła Ulka, ale na jej szczęście w tym właśnie momencie na zamkowy dziedziniec wróciła 

Zosia z Frankiem. Przyszedł też Pan Kustosz muzeum i Pani Lucyna zajęła się zgoła czym 

innym.

A   gdy   Pan   Kustosz   opowiadając   o   ciekawych   losach   tutejszego   zamczyska 

wspomniał, że wedle powszechnie krążącej, acz wcale nie sprawdzonej, legendy właśnie w 

tym   zamku   miała   zostać   zamurowana   żywcem   Aldona,   bohaterka   mickiewiczowskiego 

poematu, która podobno od czasu do czasu ma się ukazywać w rozmaitych  zakamarkach 

starego zamku, pani Lucyna wtrąciła:

-   Widzicie,   dzieci,   jak   to   literatura   wpłynąć   może   na   historię.   Przecież   i   Konrad 

Wallenrod, i Aldona to postacie fikcyjne, wytwór literackiej fantazji naszego Wieszcza, a 

miejscowa legenda powołała je do życia i umieściła w tym właśnie zamku.

W tym momencie Ula spojrzała porozumiewawczo na Marka, a Marek na Ule. I oboje 

przypomnieli sobie dziwne kroki-szelesty na stromych schodach odludnej wieży.

- A ta Aldona - to gdzie była zamurowana? - nie wytrzymał jak zwykle Marek. - Może 

w tej wieży, co stoi obok zamku?

- Może w tej wieży - roześmiał się Pan Kustosz.

Ula znowu spojrzała porozumiewawczo na Marka, a Marek na Ulę.

A jeżeli Aldona żyła naprawdę? - pomyślała Ula.

To samo też pomyślał Dzika Mrówka, ale tym razem nic się nie odezwał. Tylko, gdy 

wycieczka zbierała się już do wyjścia, podszedł do Pana Kustosza i powiedział, że w starej 

wieży jest otwarta furta na samym dole i że on bardzo przeprasza, ale zupełnie przypadkowo 

pobłądził i że prosi bardzo, żeby Pan Kustosz kogoś posłał, żeby tę furtę zamknąć i żeby nic 

nie mówić Pani Profesor, bo jej lekarz zabronił się denerwować.

- Zrobi się - uśmiechnął się porozumiewawczo Pan Kustosz.

background image

Następny postój wypadł w Chełmie nad Wisłą, gdzie też zachowały się bardzo stare 

zabytki:   pierścień   murów   obronnych   miasta   z   XIII   wieku   z   piękną   Bramą   Grudziądzką, 

resztki zamku obronnego, liczne kościoły i piękny Ratusz. Tu też w XVIII wieku utworzono 

filię   Akademii   Krakowskiej,   znanego   uniwersytetu.   Potem   był   Toruń,   zwiedzanie   Domu 

Kopernika,   starego   kościoła   Świętego   Jana   z   pierwszej   połowy   XIII   wieku   oraz   ruin 

pokrzyżackiego zamku nad pięknie uporządkowanym i zagospodarowanym brzegiem Wisły. 

Tam też czekał na zgłodniałych  już mocno wycieczkowiczów zupełnie dobry,  ale mocno 

spóźniony obiad w restauracji nie opodal zabytkowego Rynku i wreszcie wieczorem pełen 

wrażeń autobus dotarł do Płocka. Na tle ciemnego już nieba pobłyskiwał widoczny z daleka 

płomień wydobywający się bez przerwy z wysokiego, wąskiego komina.

- Dlaczego tak się tu wciąż pali? - zapytał Dzika Mrówka.

- Widzisz Marku - Pani Lucyna odpowiedziała - nie jestem fachowcem z dziedziny 

rafinacji ropy naftowej, ale wydaje mi się, że spala się po prostu lotne pozostałości, których 

nie   opłaca   się   już   dalej   przerabiać,   a   wypuszczenie   ich   w   powietrze   bez   spalenia 

spowodowałoby silne zanieczyszczenie atmosfery. Ale o bliższe szczegóły musisz się spytać 

któregoś z panów inżynierów z Płockiej Rafinerii.

Na   szkolną   wycieczkę   z   Gdańska   czekał   już   nocleg   w   internacie,   pustym   teraz, 

ponieważ   uczniowie   tego   technikum   mieli   akurat   trzytygodniową   praktykę   zawodową,   o 

czym zresztą Pani Lucyna dowiedziała się swoimi prywatnymi „kanałami” i dzięki czemu 

cała wycieczka do Płocka mogła dość tanim kosztem dojść do skutku.

Mimo że młodzi wycieczkowicze byli znużeni podróżą i zwiedzaniem po drodze miast 

i   zamków,   długo   w   nocy   w   salach   sypialnych   nie   ustawały   rozmowy.   Dzielono   się 

wrażeniami i rzecz dziwna - niby wszyscy przecież oglądali to samo, niby wszyscy słuchali 

tych samych słów, tych samych przewodników, a okazało się, że prawie każdy na co innego 

zwrócił uwagę, prawie każdy, co innego zapamiętał.

Na drugi dzień zaplanowane było zwiedzanie Płocka. Obyło się bez przewodników, 

bo Pani Lucyna, która spędziła parę lat w tym mieście pracując w technikum i w Petrochemii, 

tak   dobrze   poznała   historię   i   zabytki   miasta,   że   na   pewno   zakasowałaby   niejednego 

zawodowego oprowadzacza.

- Płock zawsze odgrywał w historii państwa polskiego ważną rolę, choć najstarsze 

dzieje miasta nie są jeszcze dokładnie znane. W prowadzonych ostatnio badaniach natrafiono 

na terenie Góry Tumskiej na ślady podgrodzia i ośrodka kultu pogańskiego z IV wieku przed 

naszą erą, czyli aż sprzed przeszło dwóch tysięcy lat!

W X-XI wieku powstał w tym miejscu gród książęcy i osada, a w drugiej połowie XI 

background image

wieku Płock został biskupstwem.

Liczne   wojny   i   walki   nie   oszczędzały   Płocka.   W   1031   roku   zniszczyły   miasto 

oddziały księcia kijowskiego Jarosława Mądrego i gród odbudował dopiero Masław, jeden z 

dworzan króla Mieszka II. W tym czasie Płock stał się stolicą Mazowsza, a trzeba pamiętać, 

że działo się to w czasach, gdy o Warszawie jeszcze się nawet nikomu nie śniło. Tu założył 

swoją książęcą siedzibę Władysław Herman, a po jego śmierci rezydował w Płocku Bolesław 

Krzywousty.

Mimo   wielu   najazdów   Litwinów,   Pomorzan,   Prusów   i   plemion   ruskich,   miasto 

wielokrotnie podnosiło się z ruin, odbudowywało i rozwijało.

Za Kazimierza Wielkiego zniesiono samodzielność Mazowsza i Płock włączono do 

Korony.   Miasto   nadal   się   rozwijało   i   stało   się   siedzibą   województwa.   Najazd   szwedzki 

zniszczył   miasto   prawie   całkowicie.   W   dobie   rozbiorów   Płock   dostał   się   najpierw   pod 

panowanie  Prus,  w  okresie Księstwa  Warszawskiego  stanowił  stolicę departamentu,  a  po 

upadku Napoleona znalazł się w granicach Królestwa Kongresowego i został stolicą guberni. 

Tu w dniu 23 września 1831 roku odbył swoje ostatnie przed opuszczeniem kraju posiedzenie 

Sejm Polski okresu powstania listopadowego.

Z tak bogatej i długiej historii zostało w Płocku - mimo zniszczeń i pożarów - sporo 

ciekawych   zabytków   z   piękną   katedrą   na   czele,   w   której   znajdują   się   królewskie   groby 

Władysława Hermana i Bolesława Krzywoustego. Ale o tym potem, gdy będziemy kolejno te 

wszystkie zabytki oglądać.

- Czy Pani zna wszystkich  ludzi w Płocku? - Marek jak zwykle  nie  wytrzymał  i 

zapytał, gdy któraś już z kolei spotkana na ulicy osoba witała się serdecznie z Panią Lucyną i 

każdy nieodmiennie pytał, co też teraz Pani Lucyna porabia, gdzież to tak nagle znikła z 

Płocka i mówił, że bardzo tu Pani brakuje.

- Znam sporo ludzi, bo w czasie mojej tu pracy udzielałam się nieco społecznie - 

wyjaśniła   Pani   Lucynka   Markowi,   którego   równocześnie   Ulka   skarciła   za   niepoprawne 

wścibstwo.

- Co ciebie to obchodzi, czy Pani zna tu wszystkich czy nikogo? - szepnęła do Dzikiej 

Mrówki. - Jak tak można?

- A co? - odburknął Marek. - To jest przecież nasza Pani, a tutaj wszyscy ją traktują 

jak swoją. Jakim prawem?

Pani Lucyna widocznie usłyszała ostatnie słowa Marka, bo uśmiechnęła się, ale tym 

razem nic nie powiedziała.

Na koniec zwiedzania Starego Miasta w Płocku Pani Lucyna  zaprowadziła swych 

background image

podopiecznych   do   niewielkiego,   świeżo   odnowionego   domku   na   Rynku,   w   którym 

znajdowała się siedziba Płockiego Towarzystwa Naukowego.

-   Cieszę   się,   że   pani   nie   zapomniała   o   swych   starych   przyjaciołach   z   małego 

prowincjonalnego miasteczka - już na schodach witał wycieczkę starszy pan z siwą niewielką 

bródką,   jak   się   potem   okazało,   sam   Prezes   tutejszego   Towarzystwa   Naukowego,   wielki 

znawca historii Ziemi Płockiej i wielki też jej patriota i miłośnik.

-   Nie   zapomniałam,   nie   zapomniałam   -   zapewniała   Pani   Lucyna   -   i   jeszcze 

przyprowadziłam panu prezesowi gromadę młodych urwipołciów. Może przypadkiem którąś 

lub któregoś z nich zainteresują pańskie badania i w efekcie wyląduje kiedyś w tym uroczym i 

wcale nie takim znów prowincjonalnym Płocku.

-  Co   też   pani   mówi,   pani   Lucynko   kochana.   Przecież   pani   podopieczni   wcale   na 

urwipołciów nie wyglądają.

- Ho, ho, ho - roześmiała się Pani Lucyna - oni tylko tak się maskują. Ale jak się 

rozbrykają, to rady sobie w żaden sposób dać nie można. Zupełnie jak młode źrebaki.

- Pani profesor to nam ładną opinię wystawia, nie ma co. Pan prezes pomyśli, że tu 

licho wie co za banda przyjechała - znowu zamruczał Marek, ale na tyle głośno, że Pan Prezes 

go usłyszał.

- Nic sobie nie pomyślę - zapewnił Pan Prezes i zrobił piękne oczko do Pani Lucyny. - 

Ale   my   tu   gadu,   gadu   na   schodach,   a   czas   ucieka.   No   więc   jak   już   was   wasza   pani 

przyprowadziła do starego nudziarza, to musicie spokojnie i grzecznie wysłuchać, co ten stary 

nudziarz   ma   do   powiedzenia.   A   przede   wszystkim   musicie   wysłuchać   krótkiej   historii 

Płockiego Towarzystwa Naukowego.

Otóż towarzystwo nasze zostało założone w 1820 roku - zaczął Pan Prezes i od tego 

czasu   prowadzi   nieprzerwaną   działalność,   jest   więc   tym   samym   najstarszym   tego   typu 

towarzystwem w Polsce.

Trudno byłoby wyliczyć wszystkie prace i zasługi członków naszego Towarzystwa, 

ale   na  pewno  warto  wspomnieć   choćby  o  naszej   wspaniałej   bibliotece,   która   liczy  sobie 

przeszło 150 000 woluminów. Do zupełnie bezcennych zabytków należą: fragment biblijnej 

„Księgi   Mądrości”   z   X   wieku,   pierwsze   wydanie   pracy   Mikołaja   Kopernika   „De 

revolutionibus   orbium   celestium”   czyli   „O   obrotach   sfer   niebieskich”   z   1543   roku   oraz 

oryginalne sztychy sławnego malarza hiszpańskiego Goyi.

Następnie Pan Prezes oprowadził wycieczkę po przytulnych  salkach Towarzystwa, 

zastawionych rozmaitymi eksponatami, objaśniając każdy z nich i opowiadając ich burzliwe 

nieraz i ciekawe dzieje.

background image

-   A   teraz,   kochani   moi,   pokażę   wam   parę   naszych   białych   kruków   -   Pan   Prezes 

zaprowadził   wycieczkę   do   niewielkiego   saloniku   zastawionego   stylowymi   mebelkami   co 

najmniej sprzed dwustu lat.

Otóż jedną z form działalności naszego Towarzystwa Naukowego jest kompletowanie 

możliwie najbardziej wartościowego i cennego księgozbioru. Już dawno, na wiele lat przed 

pierwszą   i   drugą   wojną   światową,   które   przewaliły   się   przez   nasze   ziemie   niszcząc 

bezpowrotnie   wiele   bezcennych   zabytków   w   prywatnych   rękach,   członkowie   naszego 

Towarzystwa   zaczęli   zbierać   książki   i   dokumenty   po   rozmaitych   zakamarkach,   urzędach 

parafialnych,   klasztorach,   bibliotekach,   a   nawet   strychach   starych   dworów   szlacheckich   i 

mieszczańskich mieszkań. Dzięki temu udało nam się skompletować dobry księgozbiór. Tu 

właśnie przed wami leżą najcenniejsze nasze zabytki.

Ta oto książka na przykład - Pan Prezes wskazał na gruby foliał oprawny w skórę i 

ozdobiony sążnistymi metalowymi klamrami - pochodzi z połowy XIV wieku, a ta z kolei jest 

o przeszło 100 lat młodsza, z końca wieku XV, czyli jest to inkunabuł.

- Inku co? - zapytał Dzika Mrówka.

- Inkunabuły to pierwsze książki drukowane, przeważnie zresztą ręcznie uzupełniane 

oraz również ręcznie ilustrowane. Wyróżniamy jeszcze starodruki, czyli książki drukowane 

między 1500 a 1800 rokiem.

-Ależ one bardziej przypominają jakiś kufer na skarby niż książki - zauważył Jarek i 

wszyscy się roześmieli.

- A masz rację, chłopcze, masz rację - przytaknął Pan Prezes - bo też w tamtych 

czasach książka była prawdziwym skarbem nie tylko ze względu na treść, ale ze względu na 

jej koszt. Tylko bardzo bogaci mogli sobie pozwolić na taki wydatek. Przecież w tej książce - 

tu Pan Prezes wskazał na najstarszy, gruby rękopis - to wszystko ręczna robota. Każda literka 

musiała być oddzielnie wykaligrafowana przez skrybę-kopistę, który czasem ślęczał przez 

kilka lat w klasztornej celi nim jedną taką księgę wiernie przepisał. Ba, nie tylko przepisał, ale 

jeszcze musiał ozdobić pierwsze litery każdego rozdziału, a nieraz i każdej strony misternym 

kolorowym obrazkiem, który dziś czasem jest dla badacza historii bardziej wartościowy od 

całej książki.

- Od całej książki? - zdziwił się zaciekawiony Jarek.

- A tak, tak, bo czasami z inicjału, z małej miniaturki można odtworzyć wygląd stroju 

ówczesnych ludzi, ich zajęcia i narzędzia, jednym słowem sprawy powszednie, sprawy dnia 

codziennego, o których daremno szukać w uczonej książce. A przecież nie tylko książęta, 

biskupi   i   możnowładcy   tworzyli   naszą   historię,   ale   także   rzemieślnicy,   chłopi,   poddani 

background image

tamtych możnych, którzy budowali zamki i kościoły, którzy kuli w kamieniu czy rzeźbili w 

drzewie figury do dziś dnia nas zachwycające.

Tak, tak, mili goście - tu Pan Prezes wskazał na rzędy starodruków stojące na regałach 

- te książki mogą kryć jeszcze niejedną tajemnicę.

- Jak to, to ich jeszcze nikt nie czytał? - zapytał się Jarek, który - jak wiadomo - w 

całej   klasie   był   zawsze   najlepszy   z   historii   i   którego   interesowały   przede   wszystkim 

wszelkiego rodzaju starocie.

- No, nie - roześmiał się Pan Prezes - ja mówię zupełnie o czymś innym. Otóż przed 

paroma   laty   zdarzyła   nam   się   w   konserwatorskiej   pracowni   introligatorskiej   sensacyjna 

przygoda.

- W introligatorni? - zdziwił się Dzika Mrówka na tyle głośno, żeby usłyszał Pan 

Prezes. Chłopak chciał jeszcze coś powiedzieć, ale został natychmiast skarcony wymownym 

wzrokiem Ulki, której spojrzenie mówiło wyraźnie: „Że też ty nigdy nie potrafisz utrzymać 

języka za zębami”.

Pan   Prezes   jednak   wcale   nie   miał   Markowi   za   złe   jego   odzywki,   lecz   wprost 

przeciwnie, wyraźnie wydawał się być z niej zadowolony, bo powiedział:

- A tak, tak, właśnie w introligatorni. I to wydarzenie na skalę krajową. A było to tak. 

Jak zapewne wiecie, każda stara rzecz wymaga konserwacji i specjalnego starania. Ja sam na 

przykład jeżdżę co roku do Rumunii, aby w tamtejszych błotach leczniczych nad Czarnym 

Morzem wyganiać z moich kości zasiedziały tam od wielu lat reumatyzm i w ten sposób też 

przeprowadzam na osobistym  podwórku konserwację staroci i zabytków  - roześmiał się i 

lekceważąco machnął ręką widząc, że Pani Lucyna zbiera się do energicznego zaprzeczania. - 

A więc i stare książki też trzeba konserwować, naprawiać, odświeżać, szczególnie jeżeli przez 

szereg   lat,   a   nawet   nieraz   i   przez   kilka   stuleci   przechowywane   były   w   nieodpowiednich 

warunkach.

Tak też było i z tą książką z początku siedemnastego wieku, którą udało nam się 

znaleźć i kupić w jednym ze starych kościołów na Pomorzu. Otóż okładka tej książki była 

mocno nadgryziona. I dosłownie przez jakieś gryzonie, i w przenośni, przez ząb czasu.

Nasz nieoceniony introligator, mistrz Zaremba, który w tym fachu przepracował już 

prawie pół wieku, zabrał się pewnego dnia do pracy. Okładka książki była bardzo gruba, więc 

pan Zaremba wziął się najpierw do ostrożnego i precyzyjnego odklejania wewnętrznych jej 

warstw. Jakież jednak było jego zdziwienie, gdy tuż pod wierzchnią warstwą papieru ukazał 

się   inny   papier,   pokryty   ręcznym   pismem.   Już   na   pierwszy   rzut   oka   tak   doświadczony 

konserwator jak mistrz Zaremba zorientował się, że ta karta z wyblakłym mocno pismem jest 

background image

znacznie starsza od samej książki. Po tym odkryciu przerwał natychmiast pracę i zawiadomił 

mnie o wszystkim.

Po gorączkowej naradzie zgodnie zdecydowaliśmy,  że rozbieramy całą okładkę na 

czynniki pierwsze.

Praca   była   niezwykle   żmudna,   ówczesny   bowiem   introligator   który   użył   przeszło 

trzysta lat temu starych papierzysk, jak byśmy dziś powiedzieli - makulaturę, do wypełnienia 

okładki oprawianego mszału, wcale nie szanował tych papierów. Przycinał arkusze, jak mu 

tam było potrzebne i jak pasowało, smarował je klejem, a my, to znaczy mistrz Zaremba i ja, 

musieliśmy milimetr po milimetrze podważać i odklejać, tak aby zniszczyć jak najmniej, żeby 

jak najwięcej uchronić.

Po zbadaniu okazało się, że stare karty wydobyte z okładki pochodzą częściowo z 

początku   XVI   wieku,   a   jeden   skrawek   pergaminu,   wielkości   kartki   z   zeszytu   szkolnego, 

specjaliści określili jako pochodzący z połowy wieku XIV!

Zabezpieczyliśmy całość i przystąpiliśmy do odczytywania. Okładkowe starocie nie 

pochodziły,   niestety,   z   jednej   większej   całości.   Na   kilku   kartkach   widniały   fragmenty 

modlitw, a tylko jedna dotyczyła  - zresztą ta najstarsza i nie na papierze pisana, lecz na 

wyprawionej   cienko   skórze,   czyli   na   pergaminie   -   jak   byśmy   to   dziś   nazwali,   spraw 

świeckich. Niestety karta ta była niekompletna i mocno zniszczona.

W   tym   momencie   Pan   Prezes   podszedł   do   jednego   ze   stolików   i   podniósł 

przykrywającą   go   zieloną   narzutę.   Pod   szkłem   znajdował   się   mocno   pożółkły   pergamin. 

Miejscami   brakowało   kawałka,   a   z   jednej   strony   fragment   tekstu   odcięty   był   nożem   w 

poprzek napisanych zdań.

- Oto i nasz najcenniejszy zabytek.

- A co tam napisane? - zapytał Jarek, którego niezwykle zafascynowały dziwne dzieje 

średniowiecznego pergaminu.

- Trudno wyrokować, czy jest to samodzielna karta czy też fragment jakiejś większej 

całości. W pierwszym  wypadku  byłoby to bowiem roczne sprawozdanie  z gospodarstw  i 

włości   podległych   jakiemuś   klasztorowi,   w   drugim   zaś   chyba   fragment   kroniki   tegoż 

klasztoru. Ze strzępów, niestety mocno uszkodzonej jak widzicie karty pokrytej łacińskim 

pismem,  bo wówczas tym  językiem  się w  piśmie  w Polsce  posługiwano,  odczytaliśmy  - 

oczywiście w tłumaczeniu na współczesną już polszczyznę, co następuje:

...W   zimie   roku   pańskiego   od   Narodzenia   Pana   naszego   Jezusa   Chrystusa   tysiąc 

trzechsetnego... śniegu spadło niewiele, a mrozy były... pomarzły drzewa owocowe a winna 

latorośl... Wiosną padały deszcze i już w Wielkim Tygodniu... burze z piorunami. A potem 

background image

latem przyszły srogie upały i susza nastała wielka... zboża wypaliło i pożarów było dużo w 

okolicy. Spalił się wtedy... pełen zboża i bydła. Nie było grzybów ani leśnych jagód i głód 

nastał w okolicy... nie mogli nałowić ryb żadnych nawet w jeziorze oddalonym o pół dnia... 

klasztoru. Rzeki i strumienie wysychały, wody brakowało w studniach, a bydło ryczało nie 

napojone. A w jeziorze pod koniec lata woda opadła... wynurzył się szczyt drewnianej wieży 

zbitej   z   dębowych   bali...   I   rybacy   ujrzeli...   rwało   im   sieci   przy   połowach,   I   przełożeni 

klasztoru dali wiarę rybakom, co przez ostatnie lata skarżyli się... Grodziszcze tam ponoć 

przed wiekami było wielkie i możne, ale spalone zostało do cna... wrogów dzikich i srogich z 

północy. A kiedy pan tego grodziska... zbudował od nowa, cała wyspa poczęła się zapadać w 

głąb jeziora... odjechali z całym dobytkiem i pobudowali nowy gród obronny na wzgórzu, 

które górowało nad jeziorem, aby nigdy już więcej...”

- Na tych słowach urywa się fragment starej kroniki zapewne, która mówi po pierwsze 

o jakimś tam roku w XIV wieku, niestety dokładnej daty nie znamy, bo w tym miejscu akurat 

przyciął kartę na potrzebny mu wymiar nieznany introligator. Wiemy z tej karty, że była 

susza i głód, ale wiemy też, że o pół dnia drogi od jakiegoś klasztoru było jakieś grodzisko na 

wyspie i że grodzisko to zostało zniszczone przed wiekami przez najazd, zapewne Wikingów 

lub   Prusów   czy   innych   nieprzyjaciół,   a   potem   wyspa   zaczęła   się   zapadać   i   trzeba   było 

porzucić grodzisko dziadów i ojców i zbudować nowe, na wzgórzu nad jeziorem.

- A jaki to klasztor i jakie jezioro? - zapytał znowu Jarek.

- Ba, żeby to wiedzieć - westchnął Pan Prezes. - Tego niestety nikt nie wie. Z miejsca 

znalezienia tej księgi, w której okładce był cenny pergamin, można by jedynie wnioskować, 

że jezioro i gród znajdują się na jakimś górzystym pojezierzu. Takim warunkom odpowiada 

Pojezierze   Kaszubskie.   Po   drugie,   jego   położenie   na   północy   ówczesnych   ziem   polskich 

wystawiało   je   najłatwiej   na   najazdy   czy   to   Wikingów,   czy   Waregów,   czy   też   Prusów 

mieszkających nie opodal i wiecznie wojny toczących. Przecież między innymi dlatego książę 

Konrad Mazowiecki sprowadził nieopatrznie na ziemie polskie Krzyżaków w roku... no, w 

którym roku? - zapytał Pan Prezes.

- W 1226 oczywiście - powiedział Jarek bez chwili zastanowienia.

- Fakt! - wyrwało się Dzikiej Mrówce.

- Wspaniale! - potwierdził Pan Prezes. - Pogratulować takich uczniów, Pani Lucyno.

- Kiedy ja uczę chemii, a nie historii.

- To nic. Ale pani historią też się przecież interesuje. Fakt!

Pan   Prezes   był   trochę   zdziwiony,   gdy   po   ostatnim   jego   słowie   wybuchł   wśród 

młodzieży chóralny śmiech i dopiero Pani Lucyna wyjaśniła, że to ulubione słowo Jarka.

background image

- Fakt! - przytwierdził Jarek i dopiero teraz wszyscy łącznie z Panem Prezesem i Panią 

Lucyną roześmieli się na cały głos.

- A nikt nie próbował odszukać tego zatopionego grodziska? - zapytał Dzika Mrówka, 

kiedy śmiech już nieco ucichł.

- Nie, bo za mało danych. Poza tym nawet gdybyśmy wiedzieli, o jaką okolicę chodzi, 

to   przecież   na   Pojezierzu   Kaszubskim   jezior   bardzo   dużo,   a   po   trzecie   toć   to   przecież 

wszystko zatopione. Więc jak szukać? Pod wodą? Ja po pierwsze mam reumatyzm i wody się 

boję, szczególnie zimnej, a po drugie gdybym nawet nie miał reumatyzmu, to i tak nic z tego, 

bo - wstyd się przyznać na stare lata - ale nawet pływać nie umiem.

- Ale my umiemy i nawet niektórzy z nas należą do klubu płetwonurkowego - odezwał 

się znowu Dzika Mrówka.

- Oho, ho! - zdziwił się Pan Prezes. - Należycie do klubu płetwonurków?

- No, nie wszyscy - sprostował Jarek.

- A ilu z was, jeżeli można wiedzieć?

- Ja - powiedział Marek.

- I ja - dodała Ulka i swoim zwyczajem spiekła raka.

- Ho, ho, ho - znowu zdziwił się Pan Prezes - to i panienka też?

A panienka, czerwona jak piwonia, nic nie powiedziała, tylko  kiwnęła potakująco 

głową.

- Jak tak, to WY możecie szukać zatopionego grodziska. A jak znajdziecie, to dajcie 

mi znać. Dobrze?

- Dobrze, panie prezesie - powiedzieli razem Marek i Ulka.

- No to jak? Umowa stoi? - Pan Prezes wyciągnął obie ręce.

- Stoi - odrzekli obydwoje i uścisnęli dłonie Pana Prezesa. Marek prawą, a Ulka lewą.

Następnego dnia, w drugim i ostatnim dniu pobytu  w wojewódzkim od niedawna 

Płocku, wypadło zwiedzanie największego tutejszego zakładu: Płockiej Petrochemii, w której 

to przed paru laty pracowała Pani Lucyna.

Olbrzymi   zakład   przemysłowy,   największy   tego   rodzaju   w   Polsce,   zrobił   duże 

wrażenie   na   zwiedzających.   Tysiące   najrozmaiciej   powyginanych   rur,   niezliczona   ilość 

zaworów, jakieś wieże, wszystko to razem sprawiało wrażenie chemicznego  laboratorium 

zbudowanego w bardzo dużej skali.

Najpierw   całą   wycieczkę   zaprowadzono   do   dużej   sali,   gdzie   na   olbrzymim   stole 

znajdowała   się   makieta   całej   rafinerii.   Przewodnik,   młody   inżynier   pracujący   w   Płocku 

dopiero parę lat, objaśniał wszystko tak obrazowo i przystępnie, że nawet ci z uczniów, dla 

background image

których chemia była zawsze jeżeli nie czarną, to w każdym bądź razie mocno tajemną magią, 

zdawali   się   wszystko   rozumieć.   Potem   w   dużej   sali   kinowej   pokazano   film   o   budowie 

Petrochemii.   Jak   to   na   początku   było   tu   pole   porośnięte   dorodnym   zbożem,   jak   potem 

przyszły   koparki   i   spychacze,   jak   powstawały   pierwsze   obiekty,   jak   wreszcie   popłynęła 

pierwsza   ropa   olbrzymim,   liczącym   parę   tysięcy   kilometrów   długości   rurociągiem,   jak 

kolejno uruchamiano produkcję, a to tego, a to owego.

- Bo z ropy naftowej można zrobić prawie dosłownie wszystko - powiedział na koniec 

młody inżynier - od nafty do lampy poczynając poprzez rozmaite paliwa i smary, a kończąc 

na... perfumach i... BEFSZTYKACH.

-   BEFSZTYKACH?   -   zapytali   z   niedowierzaniem   słuchający,   patrząc   mocno 

podejrzliwie na młodego inżyniera.

-   A   tak,   tak.   Przeprowadzono   już   takie   próby   i   podobno   żaden   z   największych 

smakoszy nie mógł odróżnić, który z serwowanych mu befsztyków jest z prawdziwego mięsa, 

a który sporządzono z... ropy naftowej.

Gdy potem w czasie zwiedzania zakładu wycieczka przechodziła obok pracowniczej 

stołówki, Dzika Mrówka zapytał inżyniera.

- To w tej stołówce dają befsztyki z ropy naftowej?

- W tej to nie. Jak na razie to jeszcze z prawdziwego mięsa.

- Z prawdziwego? - Dzika Mrówka przymrużył domyślnie oko - sam pan mówił, że 

nie można odróżnić, to czy jest pan naprawdę pewien, że te, które pan tutaj je, nie są z 

odpadów ropy naftowej?

- Rzeczywiście - roześmiał się inżynier. - Faktycznie nie mam pewności. I może masz 

rację, młody człowieku.

Na koniec wycieczki Pani Lucyna powiedziała:

- A teraz, uwaga. Czeka was NIESPODZIANKA! Dyrekcja Petrochemii ofiarowała 

nam sześć miejsc w zakładowym samolocie i lot nad miastem!

- Niech żyje dyrekcja!!!  - krzyknęli gromadnie,  Dzika Mrówka jednakże przerwał 

okrzyk w połowie i zaczął błyskawicznie kalkulować.

- Sześć miejsc, a nas jest dwadzieścioro pięcioro, nie licząc Pani Lucyny. I pani musi 

wybrać. Jeśli weźmie najlepszych uczniów w klasie jako nagrodę - słabe szanse, bo jestem 

gdzieś   tak   ósmy,  dziewiąty   z   kolei.   Jeżeli   weźmie   najlepszych   z   chemii,  też   odpadam   z 

czołówki peletonu. I tak i tak nie ma szans - pomarkotniał.

Pani Lucyna jednak zdecydowała inaczej.

- Ponieważ jest tylko sześć miejsc, to uważam, że najsprawiedliwiej będzie losować. 

background image

Ja też będę próbowała szczęścia.

JEST SZANSA! - pomyślał błyskawicznie Marek i od razu przestał się martwić.

Pani   Lucyna   wzięła   tymczasem   kartkę   papieru,   rozdarła   ją   na   dwadzieścia   sześć 

jednakowych kawałków i na sześciu napisała osobiście PREMIA i obok narysowała mały 

samolocik.   Potem   zwinęła   wszystkie   losy   i   wrzuciła   do   plastykowej   torby   z   napisem 

„Wrangler”.

Teraz cała klasa podchodziła kolejno, według listy i każdy zanurzał rękę w torbie i 

wyciągał jeden los.

Pierwszą PREMIĘ wyciągnęła Ulka i swoim zwyczajem zaczerwieniła się cała jakby 

zrobiła coś nie tak jak trzeba, drugą Wojtek o przezwisku Gruby, trzecią spóźnialska, czwartą 

Kazik, najlepszy sportowiec w klasie, piątą Janek, który był prymusem i który nosił okulary i 

miał przezwisko Profesor.

Jeszcze tylko jedna premia! - myślał Dzika Mrówka. - Tylko jedna... beznadziejna 

sprawa.

Pociągnęło jeszcze kilkoro, ale ich losy były puste. Przyszła wreszcie kolej na braci 

bliźniaków. Pierwszy na liście był Jarek, jako że pierwsza litera jego imienia była wcześniej 

w alfabecie.

Że też rodzice nie dali mi na imię Adam - pomyślał w tej chwili Marek - Jaro jak nic 

wyciągnie premię. Nie dość, że jest wyższy ode mnie, że wciąż udaje starszego, to jeszcze i to 

na dokładkę. Że też ja muszę mieć takie paskudne szczęście.

Jarek powoli - jak zwykle - podszedł do plastykowej torby i zanurzył w niej rękę. 

Widać było, jak przebiera palcami we wnętrzu.

- Nie kombinuj! Ciągnij jak leci! - nie wytrzymał Marek.

-  Daj   mu   spokój   -   skarciła   go   Pani   Lucyna.   -   Przecież   wszyscy   mają   jednakowe 

szanse.

- Niby tak, ale on się tak grzebie, że się wszystkie kiszki w człowieku obracają.

Jarek tymczasem wcale nie zwracał uwagi na Markowe poganianie, powoli wybrał 

los, wyciągnął go z torby i równie powoli zaczął rozwijać papierek.

- No i co? - Dzika Mrówka znowu nie wytrzymał.

- No i nic. Fakt! - powiedział Jego Brat jak zwykle bez większej zresztą emocji i 

podniósł do góry czysty papierek.

- Teraz kolej na ciebie, Marku - Pani Lucyna podsunęła chłopcu torbę.

Dzika Mrówka zanurzył rękę w torbie i w tej chwili spojrzał na Ulkę i zauważył, że 

Ulka obie ręce miała zaciśnięte, a oba kciuki miała włożone między dwa kolejne palce w 

background image

stary, wypróbowany przez całe pokolenia sposób, bo wiadomo było, że nic tak nie pomaga w 

trudnych i skomplikowanych sytuacjach życiowych jak trzymana przez kogoś figa.

O.K. - pomyślał uradowany Marek i złapał delikatnie palcami zwinięty papierek. Już, 

miał   go   pociągnąć   do   góry,   gdy   po   raz   drugi   spojrzał   na   Ulkę   i   wydało   mu   się,   że 

dziewczynka dała mu oczyma jakiś znak.

Pod   wpływem   nagłej   myśli   wypuścił   z   palców   trzymany   już   los,   szybko   złapał 

następny i jeszcze szybciej, żeby się już nie rozmyślić, wyciągnął rękę do góry.

Niech się dzieje, co chce - pomyślał, zaczął rozwijać papierek i zamknął oczy.

Po omacku dokończył rozwijanie i po omacku podał papierek Pani Lucynie wciąż 

trzymając oczy szczelnie zamknięte.

- No widzisz,  masz jak  zwykle  szczęście!  - usłyszał  głos Pani  Lucyny.  Otworzył 

błyskawicznie oczy i pierwszą rzeczą, którą zobaczył, był rysunek samolociku.

- Uff! - odsapnął i dopiero teraz odetchnął głęboko, przez cały bowiem czas miał 

oddech kompletnie wstrzymany z wielkiego napięcia.

Niewielki zgrabny samolocik typu wilga kołował po trawiastym lotnisku na start. W 

kabinie, za pilotem zajęli miejsce obok siebie Ulka i Dzika Mrówka.

Gdy samolocik wzbił się do góry, ujrzeli pod sobą piękną panoramę miasta, kolorową 

w świetle skłaniającego się już ku zachodowi słońca. Z jednej strony rozciągała się olbrzymia 

przestrzeń   srebrzystej   Petrochemii,   zabudowana   kłębowiskiem   rur   i   rozmaitych   wież   i 

urządzeń. Obok niej stały na torach maleńkie jak zabawki cysterny kolejowe. Dalej rozciągało 

się nowoczesne miasto z szeroką centralną aleją i wysokim hotelem PETROPOL, jeszcze 

dalej stały klocki bloków osiedli mieszkalnych.  A z drugiej strony oczom zachwyconych 

dzieci   ukazały   się   wąskie   uliczki   starego   miasta   i   wspaniały   masyw   pięknej   katedry   na 

wysokiej skarpie wiślanej.

A   jeszcze   niżej   w   dole   płynęła   największa   z   polskich   rzek   -   Wisła   i   widniały, 

umieszczone już na drugim brzegu, rzeczne stocznie, gdzie budowano barki do przewozów 

różnych ładunków drogą wodną.

Dalej ciągnęły się prostokąty uprawnych pól, a jeszcze dalej grały wszystkimi nieomal 

odcieniami zieleni mieszane lasy ciągnące się aż po horyzont.

Piękna jest ta nasza ziemia - powiedziała w pewnym momencie Ulka.

- Fakt! - potwierdził z przekonaniem Dzika Mrówka.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY,

KTÓRY POTWIERDZA PRZYSŁOWIE, ŻE PO NITCE MOŻNA 

TRAFIĆ DO KŁĘBKA, CHOĆBY NAWET TA NITKA ZUPEŁNIE DO 

NITKI NIE BYŁA PODOBNA

Letni   obóz   szkoleniowy   sekcji   młodzieżowej   Klubu   Płetwonurków   założył   Pan 

Wojtek na dużej łące, łagodnie opadającej w stronę uroczo położonego wśród malowniczych 

wzgórz jeziora. Miejsce to było  wybrane  nieprzypadkowo  i decyzja  była  wynikiem kilku 

wyjazdów   Pana   Wojtka   do   Płocka,   gdzie   spędzał   za   każdym   razem   długie   godziny   na 

dyskusjach z Panem Prezesem.

Pan   Wojtek,   Pan   Prezes,   a   czasami   również   i   Pani   Lucyna   odwiedzali   też 

najrozmaitsze   biblioteki   i   archiwa,   szperając   z   benedyktyńską   wprost   cierpliwością   w 

rozmaitych starych księgach i pergaminach. Kilka razy Pani Lucyna, która choć chemiczka z 

zawodu, miała spore ciągnoty historyczne, zabierała ze sobą do bibliotek i archiwów Jarka. 

Ten wśród starych ksiąg czuł się jak przysłowiowa ryba w wodzie.

Wszyscy   razem   szukali   najniklejszych   nawet   śladów,   najdrobniejszych   wzmianek, 

które pozwoliłyby na przybliżone choćby zlokalizowanie Zatopionej Wyspy, jak poczęto w 

tej   grupie   nazywać   grodzisko   na   dnie   jeziora,   o   którym   wzmiankę   odkrył   przypadkowo 

konserwator-introligator pan Zaremba w Płocku.

A   wszystko,   całą   tę   skomplikowaną   akcję,   rozpętali   Dzika   Mrówka   i   Ulka.   Po 

powrocie z wycieczki do Płocka zaraz na pierwszym treningu klubowym w basenie wszystko 

dokładnie opowiedzieli  Panu Wojtkowi,  któremu aż oczy zaświeciły się na samą myśl  o 

możliwości podwodnego archeologicznego odkrycia. Tak prawdę mówiąc, opowieść Dzikiej 

Mrówki była aż nazbyt dokładna, bowiem bujna fantazja chłopca podpowiadała mu coraz to 

nowe szczegóły dotyczące Zatopionej Wyspy, tak że po upływie pewnego czasu Marek sam 

już   dokładnie   nie   wiedział,   co   było   najprawdziwszą   prawdą   w   jego   opowiadaniu,   a   co 

wyłącznie wytworem nadmiernie wybujałej fantazji.

Wszystkie,  najmniejsze   nawet   wzmianki  mogące   naprowadzić  na  ślad  właściwego 

jeziora, były  starannie analizowane przez SZTAB OPERACJI „ZATOPIONA WYSPA” i 

umiejscawiane na dokładnej mapie. W skład sztabu wchodzili: Pan Prezes z Płocka, Pani 

Lucyna, Pan Wojtek i - ku zdziwieniu i zaskoczeniu Dzikiej Mrówki - również Jarek, czyli 

Jego Brat.

- Ho, ho, ho - z wyraźnym podziwem stwierdził Dzika Mrówka, gdy dowiedział się o 

background image

wyróżnieniu swego brata bliźniaka i od razu wykombinował sobie, że warto by z Jarkiem 

założyć PPP, czyli PRZEDSIĘBIORSTWO POSZUKIWAŃ PODWODNYCH.

- Ty będziesz wyszukiwał w starych książkach i dokumentach różne takie sprawy i 

oznaczał na mapie, a potem ja z Ulką będziemy to wydobywać i dzielić się po połowie.

- Po połowie? - zapytał podejrzliwie Jego Brat. - To niby jak?

- Normalnie. Pół dla mnie, a pół dla Ulki!

- A dla mnie?

- Po pierwsze to ty masz satysfakcję i zadowolenie z samego szperania po starych 

książkach i rozmaitych szpargałach, a po drugie to MY się narażamy. Nie masz zielonego 

pojęcia,   jak   NIEBEZPIECZNE   jest   nurkowanie.   Podwodne   prądy,   ciśnienie,   choroby 

kesonowe, jadowite węże, ośmiornice, rekiny - Dzika Mrówka rozpędzał się coraz bardziej, 

puszczając już teraz zupełnie swobodnie cugle swojej fantazji.

- Stop, stop... przyhamuj nieco - osadził Jarek brata bliźniaka. - Po pierwsze to sam 

mówiłeś Mici, że płetwonurkowanie jest zupełnie bezpieczne...

- A co miałem mówić? Przecież inaczej mama by wcale nie zgodziła się na klub i 

jeszcze by tatę napuściła.

...a po drugie - ciągnął Jego Brat - to gdzie ty masz w naszych wodach jadowite węże, 

ośmiornice i rekiny?

- A kto ci powiedział, że ograniczymy działalność PPP tylko do naszych wód? My 

będziemy szukali pod wodą również i na eksport. Za złotówki i za cenne dewizy.

- Fakt! - zgodził się nagle Jarek. - Ale pod warunkiem, że dzielimy wszystko na trzy 

części.

- Aleś ty chciwy! Zresztą na trzy to trudno dzielić. Weźmy na przykład sto - podziel to 

na  trzy.   Co masz?  33,3333...  i  tak  dalej. Sam  chyba  widzisz,  jakie  mogą  być  kłopoty  z 

podziałem. Niech ostatecznie będzie tak, ty jedną czwartą, a my z Ulką resztę.

- To też będzie trudno podzielić - zauważył nie bez racji Jarek, który był niezły w 

matematyce. - A zresztą i tak się nie zgadzam. Albo jedna trzecia dla mnie albo nici ze spółki.

- Oj, takiś chciwy - skrzywił się Marek. - To niech już w końcu będzie po twojemu.

Obaj bracia podzieliwszy w ten sposób skórę na niedźwiedziu, zasiedli do odrabiania 

lekcji   na   jutro,   a   Mama,   słysząca   z   drugiego   pokoju   zakończenie   bohaterskiej   dyskusji, 

odetchnęła z  ulgą, że  nie doszło  tym  razem do normalnej  w  takich sytuacjach  bijatyki  i 

jednocześnie westchnęła głęboko na temat: „Co też z tych dwóch wyrośnie?”

Tymczasem   prace   „SZTABU   OPERACJI   ZW”,   jak   poczęto   w   skrócie   nazywać 

planowane poszukiwania, posuwały się powoli, ale stale i skutecznie do przodu.

background image

Gdzieś tak na wiosnę ograniczono zakres poszukiwań do dziesięciu już tylko jezior, z 

których   cztery   odpadły   w   dalszych   przedbiegach,   bo   były   i   za   małe,   i   jednocześnie   za 

głębokie. W rezultacie zostało tylko sześć.

- Które z nich wybrać? - oto pytanie, które wraz z upływem czasu nurtowało SZTAB z 

coraz większą natarczywością, gdyż obóz szkoleniowy można było zorganizować tylko w 

czasie wakacyjnych miesięcy letnich.

- Trzeba zaryzykować! - zdecydował ostatecznie Pan Wojtek, który rokrocznie był 

szefem   obozu   płetwonurkowego.   Z   sześciu   pozostałych   jezior   wybrał   ostatecznie   jedno. 

Miało ono tę dodatkową zaletę, że było ładnie położone, woda w nim była najczystsza, co w 

dzisiejszych   czasach   stało   się   -   niestety   -   coraz   rzadszym   zjawiskiem,   i   w   niewielkiej 

odległości   znajdowała   się   kaszubska   wioska   ze   sklepem,   a   samo   jezioro   łączyło   się 

przepustem   z   drugim,   podobnym,   co   dawało   szansę   na   zbadanie   obu.   Za   wyborem   tego 

właśnie jeziora przemawiał dodatkowo fakt, że w odległości kilku zaledwie kilometrów od 

wioski znaleziono przed kilkunastu laty ślady starego grodziska na szczycie  niewielkiego 

wzgórza, co zgadzało się z notatką na pergaminie znalezionym w książkowej okładce.

Tak   więc   któregoś   pięknego   lipcowego   dnia   dwunastoosobowa   grupka   młodych 

adeptów płetwonurkowej sztuki załadowała na ciężarowy samochód namioty, śpiwory, trochę 

naczyń i całą masę różnorakiego sprzętu - od butli powietrznych począwszy, a na płetwach, 

wodoszczelnych zegarkach, kompasach, latarkach i aparatach fotograficznych kończąc.

Na   obóz   klub   wytypował   tych   młodych   członków   płetwonurkowej   sekcji,   którzy 

osiągali dotychczas najlepsze wyniki w zajęciach na basenie. W dwunastce tej zmieścili się 

bez specjalnego trudu Ulka, która była z nich wszystkich bezapelacyjnie najlepszą pływaczką, 

i Marek-Dzika Mrówka. Oprócz nich pojechały jeszcze trzy dziewczynki: Magda, Halina i 

Jadwiga i siedmiu chłopaków, w tym również Baleron, który był żeglarskim towarzyszem 

Dzikiej Mrówki w ubiegłorocznym rejsie „Stella Polaris” na wody Bałtyku.

Po   przybyciu   na   miejsce   najpierw   było   dużo   rwetesu   i   -   co   tu   ukrywać   -   sporo 

bałaganu,   gdyż   gromadka   młodzieży   płetwonurkowej   tworzyła   na   razie   niezbyt   jeszcze 

zgraną grupę. Powoli jednak na trawiastej polanie wyrastały kolorowe namioty ustawione w 

krąg.   Jeden   większy   miał   stanowić   kuchnio-jadalnię   oraz   świetlicę,   salę   zebrań   i   salę 

wykładową jednocześnie. Ustawiono w nim nawet w tym celu niedużą czarną tablicę.

- Że też nigdy nie może się obejść bez nauki - westchnął sobie cicho Dzika Mrówka, 

wspominając razem z Baleronem pierwsze dni w klubie żeglarskim, kiedy to znacznie więcej 

było trygonometrii i matematyki niż „białych żagli na masztach”.

Po rozstawieniu namiotów i jakim takim ich zagospodarowaniu wybuchła sprzeczka o 

background image

gotowanie i zmywanie.

- Nie ma problemu, chłopaki! - zdecydował momentalnie Dzika Mrówka - są wśród 

nas cztery dziewczyny, to sprawy kuchenne mamy z głowy. Prosta rzecz i oczywista!

- Oczywista  może  dla ciebie, Mrówa - odcięła się z miejsca Jadwiga, najbardziej 

energiczna  i   bystra   z  żeńskiego   zespołu.  -  Nie   zapominaj,  że   jesteśmy   tutaj  na  równych 

prawach, to i równo będziemy pracować.

Jadwigę - rzecz jasna - natychmiast poparły wszystkie dziewczyny, a Halinka nawet 

dodała:

- Tak prawdę mówiąc, to powinnyśmy być w ogóle zwolnione z zajęć gospodarskich 

na   obozie.   Dosyć  napomagamy   się   w   domu,   kiedy   nasi   bracia   czytają   sobie   książki   lub 

oglądają mecze w telewizorze.

- Moja mama na przykład - dodała po chwili - pracuje do czwartej, a czasem i dłużej, 

to ja prawie codziennie muszę wszystko w kuchni zrobić i mam tego wszystkiego po same 

dziurki w nosie.

- A ty, co myślisz, że ja nie pomagam mamie? - oburzył się Dzika Mrówka.

- Ty? - Jadwiga wydęła wargi w wybitnie lekceważącym geście. - Co ty w ogóle 

potrafisz?

- Jak to co? - zaperzył się Marek. - Chodzę na zakupy, stoję w kolejkach, obieram 

kartofle, śmiecie wynoszę, koks z piwnicy... - zaczął wyliczać jednym tchem.

- Jakżeś taki zdolniacha, to i tu będziesz obierał ziemniaki - zdecydowała Jadwiga. - 

Robota lekka i myśleć przy niej nie trzeba. Coś w sam raz dla ciebie.

- Jadźka, żebym cię nie musiał... - rozzłościł się nagle Marek, który spojrzawszy na 

Ulkę dostrzegł, że dziewczyna się śmieje.

Pewno ze mnie - pomyślał i złość na Jadźkę jeszcze bardziej w nim wzrosła.

- Spokój, płetwowe nurki - do sprzeczki, która zaostrzając się zataczała coraz szersze 

kręgi, włączył się Pan Wojtek. - Ustalamy następujący regulamin kuchenny: przez wszystkie 

powszednie   dni   tygodnia   codziennie   pełnią   dyżur   w   kuchni   dwie   osoby.   W   niedzielę 

stołujemy się w pobliskiej gospodzie. Przyjęte do wiadomości?

- Przyjęte, panie Wojtku! - rozległy się głosy młodzieży.

- No to bardzo dobrze! I jeszcze jedno. Przez cztery dni dyżury kuchenne pełnią: 

jedna, panienka i jeden kawaler - zażartował Pan Wojtek - a przez ostatnie dwa dni tygodnia z 

konieczności tylko męska obsada kuchennego stanowiska roboczego.

Tym razem okrzyków radosnych było jakby mniej, a właściwie - co tu ukrywać - nie 

było   ich   wcale.   Dziewczęta   pomyślały   natychmiast,   że   jak   będą   miały   chłopców   „do 

background image

pomocy”,   to   tak   i   tak   większa   część   roboty   spadnie   na   nie,   bo   chłopak   zawsze   może 

powiedzieć, że tego to on wcale nie umie robić, że tamtego nie potrafi, a o tym wreszcie nie 

ma zielonego pojęcia, chłopcy zaś zastanawiać się poczęli z wielkim przestrachem, na kogo 

wypadnie  pomaganie  „babom”, bo to i niehonor,  i na pewno wszystkie  cięższe i brudne 

roboty   spadną   na   nich.   Dzika   Mrówka   i   Baleron   dodatkowo   wspomnieli   sobie   niezbyt 

odległe,   ale   też   i   niezbyt   udane   próby   ich   własnego   kucharzowania   na   „Stella   Polaris”. 

Ostatecznie więc nikt nie miał powodu do zbytniej radości po decyzji Pana Wojtka.

Pan Wojtek udał, że absolutnie nie zauważył zmiany nastroju i w ten sposób jedna z 

drażliwych,   a   wyjątkowo   ważnych,   bo   dotyczących   jedzenia,   spraw   została   pomyślnie 

załatwiona.

Po   pierwszej   obozowej   kolacji,   która   nawet   wypadła   zupełnie   nieźle,   zebrali   się 

wszyscy w namiocie-świetlicy.

-   Chciałem   wam   przedstawić   plan   działania   -   zagaił   Pan   Wojtek.   -   Otóż   oprócz 

normalnych   ćwiczeń   kondycyjnych   i   treningów   podwodnych   chciałem,   abyście   czas   tu 

spędzony wykorzystali na próbę podwodnych poszukiwań archeologicznych.

- Ooooo! - odezwała się część płetwonurków. Część, bo zarówno Dzika Mrówka, jak 

Ulka oraz Baleron wiedzieli już o Pana Wojtkowych planach, na razie jednak nie dzielili się z 

nikim tą wiadomością.

- Właśnie - ciągnął dalej Pan Wojtek - jak kilkorgu z was już jest wiadome, niedawno 

został odnaleziony dokument, z którego wynika, że gdzieś w tych okolicach znajdował się 

kiedyś   obronny   gród   na   wyspie   na   jeziorze.   Gród   ten   -   jak   wszystkie   ówczesne   grody 

warowne - był siedzibą lokalnego możnowładcy i leżał zapewne na szlaku handlowym.

O grodzie tym wiadomo nam jest teraz jedynie to, że gdzieś przypuszczalnie w IX-X 

wieku   został   zdobyty,   splądrowany   i   spalony   przez   najeźdźców   z   północy,   następnie 

odbudowany,   ale   że   wysepka   na   jeziorze   zaczęła   się   zapadać,   lub   też   może   zaczęło 

przybywać   wody   w   jeziorze,   dość   że   ostatecznie   na   pół   spalone,   na   pół   odbudowane 

grodzisko zostało opuszczone przez jego mieszkańców.

Późniejsze   nasze   badania   i   poszukiwania   po   rozmaitych   bibliotekach   i   archiwach 

pozwoliły wysnuć przypuszczenie, że gród ów na dawnej jeziornej wyspie lub też na jakimś 

cyplu mógł znajdować się gdzieś w tej właśnie okolicy. Jak jednak wiecie, jezior tu jest sporo 

i nie wiadomo, gdzie zacząć szukać. Zdecydowałem się na to jezioro - tu Pan Wojtek wskazał 

na spokojne wody roztaczające się kilkanaście metrów za kolorowymi namiotami obozu, a 

dwanaście głów przyszłych zdobywców podwodnego świata jak na komendę obróciło się w 

tym  samym  kierunku i dwanaście par oczu poczęło intensywnie wpatrywać się w gładką 

background image

powierzchnię   jakby   oczekując,   że   lada   moment   z   głębin   wychylą   się   najpierw   obronne 

wieżyce, potem bramy i drewniane częstokoły, a wreszcie dachy zatopionych przed wiekami 

domostw.   Tymczasem   nic   się   nie   ukazało,   tylko   w   oddali   plusnęła   ryba,   która   w 

przedwieczornej porze zapragnęła nagle rozejrzeć się wokoło.

Pan Wojtek zauważył ten gest młodzieży i roześmiał się.

- Na razie trochę jeszcze za wcześnie, ale kto wie, kto wie... - powiedział poważnie. - 

Zanim   wody   jeziora   zechcą   nam   odsłonić   swoje   tajemnice,   trzeba   będzie   solidnie   się 

napracować. Po pierwsze trzeba zrobić pomiary głębokości całego jeziora,  wychodząc  ze 

słusznego   założenia,   że   tam   gdzie   ongiś   była   wyspa,   jest   przypuszczalnie   płyciej   niż 

gdzieindziej. W ten sposób wyznaczymy tereny przyszłych badań - Pan Wojtek narysował 

kredą na tablicy zarys jeziora i zaznaczył  na nim trzy rejony.  - Przypuśćmy,  że to są te 

wytypowane   przez   sondowanie   obszary.   Następną   czynnością   będzie   dokładne   ich 

spenetrowanie. W tym celu przeciągnie się kilka długich linek z pływakami, wzdłuż których 

wszyscy będziemy kolejno szukali. Oczywiście  gdybyśmy  natrafili na coś interesującego, 

natychmiast zaczniemy dokładne badania.

- A co może być na przykład interesującego? - zapytał Dzika Mrówka.

- Na przykład... może to być jakiś kawałek częstokołu, może być fragment bramy, 

wieży czy ja wiem zresztą co. Albo może być tam stara, zatopiona przed wiekami łódź, mogą 

być fragmenty przystani. Dużo rzeczy może kryć takie jezioro.

Wieczorem Ula wraz z koleżankami, Magdą, Haliną i Jadwigą, poszły na spacer w 

najbliższą okolicę obozowiska. Słońce zniżało się już ku zachodowi i wydłużone cienie drzew 

sięgały już wód jeziora nawet tam, gdzie przez cały dzień można się było opalać.

Łagodnie   nachylone   zbocze   pokrywała   soczysta   zielona   trawa   ozdobiona 

najrozmaitszymi polnymi kwiatami, nic więc dziwnego, że dziewczęta zaczęły je zbierać.

- Ozdobimy sobie nasz namiot - powiedziała Magda.

- Żeby chłopcom było żal - dodała Halinka.

- I wstyd - dorzuciła Jadwiga.

- Eee, tam, chłopakom wcale wstyd nie będzie. Oni tam na takie rzeczy najmniejszej 

nawet uwagi nie zwracają. Czy żadna z was nie ma brata? - zapytała Ulka.

- Masz rację - podjęła Jadwiga. - U mnie w domu wszystko tylko ja muszę robić. I 

pomagać mamie przy zmywaniu i kurze wycierać, czego już chyba najbardziej nie lubię, i 

prasować, a mój ukochany braciszek to nawet śmieci nie chce wynieść. Najchętniej to razem 

z tatą wybierają się zaraz po obiedzie do garażu i siedzą tam godzinami. Mama mówi, że tata 

tylko po to samochód kupił, żeby mieć wykręty od wszystkich domowych robót. A Wojtek, 

background image

jak to usłyszał, to od tego czasu niby ojcu pomaga. Jak ich zapytać, czemu tak długo siedzą w 

garażu, to tata mówi o jakimś alternatorze, a Wojtek o sworzniach, a my z mamą dalej nic nie 

wiemy.

Tak narzekając na ród męski przyszłe kobietki zawędrowały aż na szczyt łąki, tam 

gdzie zaczynał się już las, i usiadły na wyrwanej z korzeniami, powalonej widocznie jakimś 

wichrem sośnie i z zerwanych kwiatów zaczęły splatać wianki.

- Spójrzcie, jak tu ładnie - powiedziała Ula spoglądając na roztaczający się przed nimi 

widok.   -   Wygląda   tak,   jakby   ktoś   specjalnie   namalował   piękny,   a   nawet   cukierkowaty 

widoczek i nie żałował przy tym farb. Zobaczcie, ile kolorów ma choćby woda jeziora. Przy 

samym brzegu, gdzie przebija piasek dna, jest zielonkawożółta, dalej przechodzi w błękit, a 

jeszcze dalej, na głębinie, robi się ciemnogranatowa. Przy tamtym brzegu, gdzie rozłożyły się 

zarośla z trzcin, woda jest zupełnie zielona, zupełnie jak trawa tej łąki, a znów na samym 

środku   odbijają   się   w   niej   różowe   chmury   zachodu   i   ciemny   las   na   przeciwległych 

wzgórzach.

- Spójrzcie, jak ładnie odbijają się czerwone dachówki najbliższej wioski od bielonych 

ścian i od zieleni sadów - dorzuciła po chwili zamyślona Magda.

- Oj, dziewczęta, co was taki romantyczny nastrój ogarnął - roześmiała się Jadwiga. - I 

to   mają   być   archeologiczne   płetwonurkinie!   Czas   wrócić   na   ziemię.   Ale   swoją   drogą 

przyjrzyjcie się naszemu obozowisku. Jasnożółte namioty też pięknie kontrastują z łąką i z 

wodą   jeziora.   To   też   jest   w   końcu   jakiś   element   krajobrazu   „Szwajcarii   Kaszubskiej”   - 

roześmiała się znowu.

Nazajutrz od samego rana Pan Wojtek z dwoma kursantami wsiadł na małą łódkę i 

zaczęli   dokładnie   sondować   jezioro.   Pozostali   uczestnicy   obozu   prowadzili   treningowe 

zajęcia   pod   okiem   dwóch   instruktorów-trenerów.   Zajęcia   trwały   przed   południem,   po 

południu  zaś,   po  poobiednim  odpoczynku,  przewidziany   był  czas  na   dwie   godziny  zajęć 

teoretycznych i na zajęcia dowolne.

Dzika Mrówka, Ulka, Magda, Baleron i kilku jeszcze chłopców wybrali się jednego 

popołudnia na jagody do pobliskiego lasu, za którym znajdowała się mała wioska kaszubska 

leżąca już nad brzegiem następnego jeziora, oddzielonego od „ich” jeziora tylko  wąskim 

przesmykiem, przez który prowadziła droga łącząca między sobą urocze wioski „Szwajcarii 

Kaszubskiej”.

Na   niewielkich   poletkach,   malowniczo   położonych   na   nadjeziornych   wzgórzach, 

żniwa były już w pełni. Słońce dopisywało, więc na większości pól stały już poustawiane w 

sterty snopki i wszędzie od świtu aż do późnego wieczora trwała wytężona praca.

background image

Gdy młodzi płetwonurkowie wyszli z lasu i szli polną ścieżką w stronę niedalekiej 

wioski, Ulka zauważyła w pewnym momencie dosyć osobliwą parę ludzi. Na niewielkim 

wózku zaprzężonym  w małego konika stała mocno już starsza, zupełnie siwa kobiecina i 

układała   snopki,   które   donosił   z   pola,   równie   siwy   jak   ona   dziadek.   W   najbliższym 

sąsiedztwie prawie wszystkie pola były już puste i nikt na nich już nie pracował. Jedynie nie 

opodal małego wózka z parą staruszków kołysał się jeszcze dorodny łan nie zżętego zboża.

- Szczęść Boże! - Ulka pozdrowiła pracujących staruszków.

- Bóg tobie  zapłać, panieneczko  - odrzekł mężczyzna,  nabijając  na  widły kolejny 

snopek.

- A to tak tylko sami pracujecie? - zagadnęła Ulka.

- Co zrobić, kiedy my sami zostali we wse na stare lata. Dzece wyjechały dalek, aż na 

koniec Polsczi. Wszesce wkół skuńczele ju swoja robota, le me z białka nie możeme sobie 

dać rade. Nie jesme ju tak chwatczi jak kiedyś.

- A gdybyśmy tak my pomogli, dziadku? - ni to zapytała, ni to zaproponowała Ulka i 

spojrzała na Magdę i swych kolegów.

- Bóg wama zapłać, le my... - zaczął dziadek - le my nie mamy czym zapłacec za 

robota - dokończył.

- A kto tu mówi o zapłacie? - zdziwiła się Ulka i rozglądnęła dokoła jakby szukając 

tego niegodziwca, który by chciał wziąć od staruszków pieniądze za pomoc.

- No, chłopaki - zawołała - do roboty!

Ruszyli całą gromadką na pole i po kilku minutach cały wóz był naładowany. Teraz 

dziadek wziął za lejce i cmoknął na konika.

- Wio, stary, pokaż, że jeszcze masz kusk chwatu. Ten koń je prawie tak stary jak my 

dwoje.  Lat on ma kusk  mniej,  le  to dla konia je tyle  co dla człowieka nasze lata. I tak 

cignieme ten nasz wóz we troje.

Do   obejścia   nie   było   daleko.   Ulka   z   Magdą   i   kolegami   raz   dwa   uwinęli   się   z 

rozładowaniem   wozu   i   obrócili   na   pole.   Babcia   tym   razem,   widząc   tylu   młodych 

pomocników, została w domu.

- Uszykuję wama cos do zjedzeni - powiedziała.

- Ależ nie ma po co - żachnęła się Magda. - My niedługo będziemy mieli kolację.

-   Wieczerza   swoją   drogą,   a   poczęstowanie   u   mnie   drugą   drogą   -   roześmiała   się 

Babcia. - Dobrze znóm wos młodych. Apetyt u waji, że cztery razy by postawić na stół trzeba. 

Zresztą co mom, to dom, a wy ino jedzta.

Mała gromadka płetwonurków ruszyła z powrotem na pole, migiem uwinęła się z 

background image

załadowaniem snopkami drugiego i potem trzeciego wozu, które mały stary konik jakby nieco 

żwawiej   zwoził   do   stodoły,   być   może   zachęcony   śmiechami   i   gwarem   młodych   głosów, 

czego już bardzo dawno jego końskie uszy nie słyszały.

- No to na dzisi je ju po roboce - powiedział Dziadek, gdy już ostatnie kłosy zostały 

zabrane z małego poletka.

- To koniec żniw? - zapytała Magda.

Eee, końca jeszcze nie ma widzec - skrzywił się Dziadek. - Zostało niezesekłe pole 

pod lasem.

- A kto panu zetnie? - spytała Ulka patrząc jednym okiem na Dziadka, drugim zaś w 

niezwykle sprytny sposób obserwując swych kolegów.

- Jak wezmę się od słunuszka, to i za bożą pomocą do wieczorka bandze zesekłe. Jak 

co roku. Tyle, że z roku na rok to nama dłużej bawi. Nie ma ju tego chwatu co kiedyś.

-   To   my   pomożemy   -   odezwał   się   Dzika   Mrówka   wyraźnie   zdopingowany 

natarczywym wzrokiem Ulki.

- A rozmiejesz te sec, knopku? - roześmiał się Dziadek.

- Nie kosiłem jeszcze nigdy, ale spróbuję - Dzika Mrówka odważnie brnął dalej.

- Kiedy tak, to Bóg wama zapłać, moje dzece - Dziadek wyraźnie się ucieszył. - A 

teraz do checzy. Obaczymy, co tam starka przyszykowała.

A Babcia przygotowała najlepsze jedzenie, jakie można sobie wymyśleć na lipcowy 

gorący   wieczór   po   pracy   przy   żniwach   na   polu   -   zimne   zsiadłe   mleko   i   młode   kartofle 

okraszone suto masłem i przypruszone świeżym zielonym koperkiem. Nic też dziwnego, że 

gromadka młodych płetwonurków zajadała z wielkim apetytem i tylko im się wszystkim uszy 

trzęsły.

A na deser Babcia postawiła na stole dużą miskę czarnych jagód i dzbanek śmietany. 

Pycha!

Gdy   już   dobrze   sobie   podjedli,   Marek   zaczął   rozglądać   się   po   izbie   gospodarzy. 

Pokoik był niewielki, z drewnianymi  belkami biegnącymi  wzdłuż pułapu. Pod okienkiem 

stało typowe kaszubskie łóżko rozsuwane na noc na podobieństwo rozciąganego stołu, w rogu 

rozpierała się wielka szafa, malowana w kwiecisty kaszubski wzór, a na jej szczycie widniał 

monogram F.P., dwa ptaszki złączone dzióbkami i data 1838.

- Taka stara ta szafa? - zdziwił się Marek.

- Mama mojej starki dostała ta szafa na wesele - wyjaśniła gospodyni. - To beło lata 

lateczne temu, w 1838 roku.

- Ojejej, ale dawno - zdziwili się wszyscy.

background image

- Ta szafa to jeszcze nic - powiedział Dziadek i podkręcił z wyraźnym zadowoleniem 

siwego wąsa. - Le ta ława, na której siedzita, ta ma lata i lata!

- Ta ława? - spytał Baleron i spojrzał. Ława jak ława, zrobiona z solidnej belki, prawie 

czarna, mocna, solidna, ale nic w końcu nadzwyczajnego.

- Jo, decht ta - potwierdził Dziadek. - A wiecie wy, moje dzece, z jakiego drewna je 

ona zrobiona?

Zaczęli zgadywać, ale że ich znajomość gatunków drzew była raczej licha, więc też i 

Dziadek uśmiechał się tylko za każdym razem pod wąsem i kręcił przecząco głową.

- Ni żadne z was nie wezgadło. Ta ława je z dębu, któren leżał w wodzie dobrych 

czieleset lat. W tej wodzie on się stał czarny i ćwiardy jak żelazo.

- Kilkaset lat w wodzie? - zaciekawił się nagle Dzika Mrówka.

-   Ano   tedy   jo.   Stark   gadał,   że   wyłowił   kiedyś   ze   swym   młodszym   bratem   parę 

dębowych balek z naszego jeziora. One były tak namokłe, że utonęły i porwały jima jadra. A 

jak te balki podeschły przez parę lat, to zrobili z nich ławy i stoły. A ten dąb był tak ćwiardy, 

że najlepsze siekiery się na nim tępiły i piły nie chciały brać. Mnie została le ta ława, reszta 

dębowych mebli rozeszła się po krewnosce.

- To mówi pan, że pański dziadek wyłowił z naszego jeziora dębowe bardzo stare 

belki? - spytał coraz bardziej zaintrygowany Marek. - Aż którego jeziora, bo tu są dwa w 

pobliżu.

- Ja tam tego doch nie widzoł, le stark gadał. A z chternigo jeziora? Tego tyż nie 

wiem. Tyle wiem, że stark łowił rybczi na tym większym, kole chternigo wa jesta.

- To więc na tym większym? - zapytał jeszcze raz Marek, chcąc się upewnić.

- Wiera na większym - potwierdził Dziadek - choć pamiętam, że i na tym pod lasem 

my ze starkiem łowiele rybczi.

- No to więc na którym? - dopytywał się coraz bardziej niecierpliwie Dzika Mrówka.

- Tak naprawdę to ja nie wiem - przyznał w końcu Dziadek - le czy to na jedno nie 

wychodzi?

- MOŻE być różnica! I to bardzo DUŻA! - powiedział dość tajemniczo Marek, w 

którego   głowie   zaczęły   się   pewne   fakty   kojarzyć   w   logiczną,   choć   na   razie   mało 

prawdopodobną całość.

A gdybym  tak miał  rację?  - pomyślał  podniecony Marek w  drodze powrotnej  do 

obozu   i   poganiał   koleżanki   i   kolegów,   bo   nie   mógł   się   doczekać   rozmowy   z   Panem 

Wojtkiem.

Pan Wojtek  tymczasem  był  już  z lekka  zaniepokojony,  nie  wiedział bowiem,  czy 

background image

przypadkiem grupka jego podopiecznych  nie zabłądziła  gdzieś w lesie, a wieczór już się 

zbliżał. W pierwszej chwili zaczął im nawet robić wymówki, gdy jednak dowiedział się, w 

jakim zbożnym celu pozostali na polu, pochwalił ich i już całkiem uspokojony i odprężony 

wysłuchał sensacyjnych wieści, które mu podnieconym wielce głosem zakomunikował Dzika 

Mrówka.

- To powiadasz, że dziadek tego waszego Dziadka wyciągnął dębowe belki z wody? - 

zapytał na koniec.

-   Tak   nam   właśnie   powiedział   -   przytwierdził   Dzika   Mrówka,   a   Baleron,   Ulka   i 

Magda skinęli potakująco głowami.

- Jest jeszcze jedna sprawa - zastanawiał się głośno Pan Wojtek. - Otóż chodzi o to, 

czy wasz Dziadek mówił, iż jego dziadek wyciągnął z wody obrobione bale dębowe czy też 

były to po prostu dębowe pnie, zwalone przed wiekami do wody jeziora.

- Aaaa... - zastanowił się Dzika Mrówka - tego to nie wiem.

- Dziadek nic chyba na ten temat nie mówił - potwierdziła Ula.

-  Nie  mówił   -  zastanawiał  się   w  dalszym  ciągu   Pan  Wojtek  -  a  TO  jest   właśnie 

najbardziej istotne. Bo jeżeli te bale były obrobione, to już mamy nitkę do naszego kłębka.

- NITKĘ? - zdziwił się Baleron.

- Oczywiście, że nitkę - przytaknął głęboko zamyślony Pan Wojtek. - I po tej dębowej 

nitce można trafić do samego kłębka.

Ulka i Magda roześmiały się, bo w ich dziewczyńskich głowach w żaden sposób nie 

mogło się pomieścić, że gruby dębowy sczerniały bal drzewa mógł być nitką. Nitką, którą tyle 

razy nawlekały w cienkie igielne ucho.

- Pierwszy raz w życiu widzę taką grubą nitkę! - powiedziała Ulka. - Bo jeżeli nitka 

jest taka gruba, to jakie musi być ucho igły, do której tę nitkę można by nawlec?

Wszyscy głośno się roześmieli,  a w nocy Markowi śniły się podwodne grodziska 

zastawione dziesiątkami dębowych ław, na których siedziały siwiuteńkie babcie i nawlekały 

bez przerwy drewniane nitki do olbrzymich, również drewnianych igieł!

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY,

W KTÓRYM ULCE POJAWIA SIĘ WĘGORZ WSPANIAŁY, A 

PODWODNY ŚWIAT JEZIORA ODKRYWA SWOJĄ PREHISTORIĘ

Zaraz następnego dnia wczesnym rankiem do zagrody zaprzyjaźnionych gospodarzy 

wyruszyła „silna grupa pod wezwaniem”, aby pomóc przy zakończeniu żniw. Razem z nimi 

ruszył też Pan Wojtek, który najpierw bardzo dokładnie obejrzał dębową ławę, a potem jął 

rozpytywać Dziadka „na okoliczność” dębowych znalezisk w wodach jeziora. Okazało się 

niestety, że Dziadek nie wiedział, czy były to obrobione belki czy też jeden pień drzewny, 

działo się to wszystko bowiem na długo przed jego urodzeniem i tylko z dziecinnych lat 

przypominał sobie rodzinne na ten temat opowieści.

Na szczęście Panu Wojtkowi przyszło do głowy zapytać o resztę mebli, wykonanych 

przez Dziadkowego dziadka, na co otrzymał odpowiedź, że jeszcze parę lat temu ława i stół z 

tego samego kompletu były u Dziadkowej siostry w sąsiedniej zaledwie wiosce.

Pan Wojtek ruszył tedy natychmiast do owej siostry, a „silna grupa” na pole. Tam 

młodzi płetwonurkowie przekonali się, że koszenie kosą tylko z pozorów wygląda prosto i 

łatwo.

- Co za dziwne zjawisko fizycznej natury - zastanawiał się głośno Dzika Mrówka, gdy 

już po raz piąty na dziesięć zaledwie zamachnięć kosą jej ostrze znowu utkwiło w ziemi. - 

Pan od fizyki uczył nas, że metale przyciągane są wyłącznie przez magnesy. A tu tymczasem 

okazuje się, że ziemia też przyciąga rozmaite metale, a już szczególnie ten metal, z którego 

jest zrobiona Dziadkowa kosa.

- Może tu jest specjalna ziemia magnesowa! - medytował Baleron, którego efekty w 

próbach koszenia też nie odbiegały od Markowych wyczynów na tym polu.

Obaj spoceni i zziajani patrzyli z podziwem i zazdrością na Dziadka, który szerokimi 

machnięciami kładł równiutkie rzędy kłosów na ściernisku. A wszystkie źdźbła były ucięte 

równiusieńko, na jednakowej wysokości nad ziemią, jakby odmierzone miarką.

- Nie święci garnki lepią - Dziadek pocieszał początkujących kosiarzy. - Najgorzej to 

je tych pierwszych... sto lat, a potem to ju idzie samo.

Najwyraźniej jednak Dziadek dość mocno przesadzał, bowiem po dwóch zaledwie 

godzinach   szło   już   młodym   kosiarzom   znacznie   lepiej.   Jednakże   mimo   że   się   naprawdę 

solidnie starali i nie żałowali sił, ledwo, ledwo we trójkę nadążali za jednym Dziadkiem, który 

ciął niestrudzenie, przystając tylko po to aby od czasu do czasu naostrzyć kosę. Dziadkowa 

background image

kosa wydawała wtedy przyjemne dla ucha dźwięki, które zdawało się, że układają się w jakąś 

żniwną melodię, wtórującą śpiewom ptaków dochodzącym z nieodległego lasu.

Koło   południa   Pan   Wojtek   wrócił   z   archeologicznego   rekonesansu   i   razem   z 

chłopcami zabrał się żwawo do pomocy. Ku ich zdziwieniu okazało się, że Pan Wojtek daje 

sobie radą z kosą wcale nie gorzej niż z płetwonurkowym sprzętem.

Gdy podczas obiedniej przerwy siedzieli wszyscy w cieniu przydrożnej dzikiej gruszy, 

popijając   zimne   zsiadłe   mleko   z   grubym   kożuchem   smakowitej   śmietany   na   wierzchu   i 

pojadając   gorące   ziemniaki   posypane   solą,   Pan   Wojtek   zdał   swoim   podopiecznym 

sprawozdanie ze swych przedpołudniowych poszukiwań.

- Po przełamaniu pierwszych lodów nieufności - zaczął Pan Wojtek - użyłem całego 

swego uroku osobistego, aby wyjaśnić siostrze naszego dziadka, o co mi chodzi. Kiedy już 

wytłumaczyłem, okazało się, że ława owszem była, ale że ją parę lat temu wyrzucili z izby do 

komórki,   no   więc   ja   do   tej   komórki,   a   tam   pełno   rozmaitych   rupieci.   I   stary   połamany 

kołowrotek, i dziurawy miedziany olbrzymi rondel do smażenia powideł, i połamana wisząca 

lampa naftowa, i z pięć żelazek na metalowe dusze i na drzewne węgle, i rozeschnięta balia, a 

na samym spodzie dębowa ława. Wyciągnąłem ją na światło dzienne, wytarłem jako tako z 

wieloletniego kurzu i przyjrzałem się uważnie. No i...

- I co? - nie wytrzymał Dzika Mrówka.

- No i wydaje mi się, że kolor tamtej ławy jakby trochę ciemniejszy, co mogłoby 

sugerować, że oba te szacowne meble nie pochodzą jednakże z jednego dębowego pnia, a 

zatem...

- A zatem dziadek naszego dziadka znalazł w jeziorze nie pień drzewa, lecz belki - 

dokończyła Magda.

- Taki by można było wyciągnąć wniosek... - zaczął po chwili zastanowienia się Pan 

Wojtek i chciał coś jeszcze powiedzieć, ale przerwało mu potężne, chóralne „HURRAA!!!” 

całego płetwonurkowego zespołu.

-   ...ale   pewności   nie   ma   żadnej   -   skończył   Pan   Wojtek,   gdy   gromada   wodnych 

urwipołciów uspokoiła się nieco. - Po pierwsze nie wiadomo, z którego to jeziora, po drugie 

nie   wiadomo,   czy   to   naprawdę   były   belki   z   naszego   grodziska,   po   trzecie   w   ogóle   nic 

pewnego nie wiadomo. I w związku z tym... - tu Pan Wojtek zawiesił na moment głos - 

będziemy kontynuować poszukiwania na tym samym jeziorze i w ten sam sposób.

- HURRRAA!!! - rozległo się ponownie.

Powrócono   tedy   do   sondowania   jeziora   i   do   codziennych   ćwiczeń   i   podwodnego 

treningu. Po niedługim czasie Pan Wojtek naniósł na dokładną mapę jeziora trzy zakratowane 

background image

pola oznaczające rejony, w których miano przeprowadzić dokładne badania podwodne.

- Od jutra zaczynamy „wymiatanie” jeziora - oznajmił wieczorem Pan Wojtek.

- Wymiatanie? - zdziwiła się Ulka, której to słowo kojarzyło się w oczywisty sposób z 

miotłą lub szczotką, a te z kolei przedmioty w żaden sposób nie chciały się skojarzyć z 

rozległymi wodami jeziora roztaczającego się przed ich oczyma.

- Nie przesłyszałaś się, Ulka - roześmiał się Pan Wojtek - tak właśnie powiedziałem, 

choć to jest raczej gwarowe powiedzonko lotnicze. Tak nazywano patrolowanie samolotu nad 

określonymi obszarami morskimi, na przykład w poszukiwaniu obcych okrętów wojennych.

- A więc do jutra! - powiedział na zakończenie Pan Wojtek.

Tymczasem w nocy otworzyły się niebieskie upusty i cała okolica została zalana już 

nie   strumieniami   i   nie   potokami   nawet,   lecz   całymi   rzekami   wody.   Wszystko   było 

przemoczona do ostatniej nitki, a z otaczających wzgórz spływały rwące kaskady w dół ku 

jezioru, którego poziom wyraźnie zaczął się podnosić. Oczywiście nikt w obozie nie zmrużył 

tej nocy oka i wszystkie ręce zajęte były walką z wodą zalewającą namioty.

Gdzieś tak po północy, gdy ustało już główne uderzenie wodnej nawałnicy, do obozu 

płetwonurków przybiegł zadyszany sołtys najbliższej wioski.

- Chciałem pana prosić o pomoc - powiedział do Pana Wojtka.

- Co się stało?

- Drogę nam rozmywa. Jeżeli nie zadziałamy zaraz, do rana woda przerwie całą groblę 

-   wyrzucił   z   siebie   mokruteńki   do   cna   sołtys,   którego   długie   i   sterczące   zazwyczaj 

zawadiacko wąsy wisiały teraz smętnie jak oklapnięte skrzydła zmokłej kury.

- To między jeziorami jest sztuczna grobla? - zdziwił się w pierwszym momencie Pan 

Wojtek, w tej samej jednak chwili zdał sobie sprawę z niestosowności swego zapytania w 

panującej sytuacji i szybko dorzucił:

- Ależ naturalnie. Natychmiast biegniemy!

Bezzwłocznie ogłoszono w obozie alarm „przeciwpowodziowy” i po kilku minutach 

wszyscy chłopcy biegli już za sołtysem w kierunku grobli. Dziewczęta zostały w obozie i 

walczyły w dalszym ciągu z malejącymi już na szczęście strugami niszczącej wody.

- Ho, ho, ho! - zdumiał się Pan Wojtek, gdy w świetle kilku latarek dojrzał drogę 

łączącą   oba   brzegi   wąskiego   przesmyku.   Poziom   wody   w   jeziorze   podniósł   się   w   ciągu 

ostatnich godzin ulewy tak wysoko, że powierzchnia drogi była nią całkowicie przykryta. 

Krótka,   gniewna   fala   pędzona   wiatrem   wzdłuż   całego   jeziora   szturmowała   bez   przerwy 

pobocze   grobli   i   w   chwili   obecnej   jej   niszczące   działanie   przyniosło   już   groźne   efekty. 

Wyrwa zrobiona przez atakujące jezioro sięgała prawie do połowy drogi. Tam gdzie jeszcze 

background image

wczoraj przejeżdżały wozy i samochody, teraz chlupała brudna błotnista woda z kożuchem 

piany na powierzchni.

- Znosić kamienie i worki z piaskiem! - sołtys wydał rozkazy głośnym, nawykłym do 

komend   głosem.   Nic   dziwnego   zresztą,   jeżeli   całą   ostatnią   wojnę   od   jej   pierwszego   do 

ostatniego dnia przeżył w wojsku. W rozmaitych mundurach i na rozmaitych frontach, ale 

zawsze w wojsku.

Chłopcy rzucili się po worki z piaskiem, których właśnie pełną przyczepę przywiózł 

traktor z najbliższego GS-u. Jeden po drugim zdejmowali z platformy i rzucali z głośnym 

chlupotem w wyrwę na drodze. Inna grupa zaczęła znosić kamienie i toczyć co większe głazy 

leżące nie opodal.

Powoli wyrwa w drodze poczęła maleć, aż wreszcie zniknęła zupełnie. Poczęło już 

szarzeć i zbliżał się świt, a i deszcz przestał padać. Ciemne chmury przegnał gdzieś wiatr i 

wstawał pogodny letni ranek.

- A to co? - Dzika Mrówka zauważył wystające z wody tuż przy rozmywanej grobli 

gęsto   wbite   jeden   obok   drugiego   ciemne,   prawie   czarne   drewniane   bale,   które   od   razu 

przypomniały mu starożytną ławę w dziadkowej izbie.

- To? - sołtys  spojrzał w kierunku wyciągniętej ręki chłopca i machinalnie począł 

wykręcać wodę z sumiastych wąsów.

- Kiedy przed pierwszą wojną budowano tę groblę, umocniono ją dębowymi balami, 

które leżały nie opodal w wodzie.

- Dębowe bale!!!? - krzyknął Dzika Mrówka.

- A co w tym dziwnego - sołtys począł wykręcanie drugiego wąsa - tu w okolicy rosło 

kiedyś pełno dębów. Zresztą niedaleko jest wioska o nazwie Dębowo. Teraz tam już tylko 

jeden dąb rośnie na krzyżówce, gdzie przystanek PKS-u, ale ja pamiętam, że jako dziecko 

chodziłem do dębowej dąbrowy na grzyby albo zbierać żołędzie dla świń.

-  Panie   Wojtku!   Panie   Wojtku!   -   Dzika   Mrówka   nie   słuchał   opowiadań   sołtysa   i 

pobiegł do kierownika obozu. - Mam dalsze nitki do naszego kłębka! - krzyczał na cały głos.

- Nitki? Do kłębka? - zdumiał się wąsaty sołtys. - Co mu się stało? A tak rozsądnie ten 

chłopak wygląda. Chyba mu wilgoć szkodzi na umysł czy co? Gdzie tu nitki? - zdziwionym 

wzrokiem potoczył dokoła jakby biorąc całą okolicę na świadków dziwnego zachowania. - 

Ech, co tam. Ta dzisiejsza młodzież - machnął lekceważąco ręką. - Za moich młodych lat nie 

do pomyślenia. Co to się porobiło teraz na tym świecie - wzruszył ramionami i znowu zaczął 

wydawać gromkim, wojskowym głosem kolejne rozkazy.

Tymczasem   Pan   Wojtek   zwabiony   rewelacjami   Dzikiej   Mrówki   podszedł   do 

background image

groblowej skarpy. Z brudnej skotłowanej wody jeziora sterczały czarne oślizgłe dębowe bale.

- Masz rację, Marku - powiedział uradowany - coraz więcej tych nitek. Oj, chyba już 

ciepło. Ciepło i coraz cieplej.

Następnego dnia już od samego ranka cała grupa młodych adeptów płetwonurkowej 

sztuki wystartowała z wielkim zapałem do podwodnych poszukiwań. Każdy w głębi ducha 

miał nadzieję, że to on właśnie napotka coś ciekawego na dnie jeziora, że to właśnie jemu 

przypadnie w udziale sława ODKRYWCY.

Plan   poszukiwań   był   prosty.   Pan   Wojtek   z   dwoma   instruktorami   zakotwiczyli   na 

jeziorze małe kolorowe bójki, do których przymocowano nylonowe linki. Aby linki te były 

bardziej widoczne w wodzie, co metr umieszczono na lince kolorową szmatkę. Linki ciągnęły 

się nad wytypowanymi uprzednio do podwodnej penetracji obszarami jeziora i przebiegały w 

odległości   około   sześciu   metrów   jedna   od   drugiej,   na   taką   bowiem   odległość   oceniono 

widzialność w strefie przydennej jeziora.

Kursantów podzielono na dwie grupy, z których jedna miała prowadzić poszukiwania 

przed południem, druga zaś po południu.

Na dany znak pierwsza grupa zanurzyła się w chłodnych, mimo lipca, wodach jeziora. 

Młodzi płetwonurkowie mieli za zadanie posuwać się wzdłuż linki, każdy swojej, możliwie 

blisko dna i pilnie uważać, czy w pobliżu nie znajduje się coś interesującego. Po dopłynięciu 

do końca linki mieli się wynurzyć na odpoczynek i wtedy Pan Wojtek wraz z instruktorem 

bez przerwy krążący na łódce przestawiał bójki i przesuwał linki na nowe położenie.

Dzika Mrówka, mający po swej prawej stronie Balerona, po lewej zaś Ulkę i dalej 

Magdę zanurzył się jak inni na dany sygnał w wody jeziora i od razu zeszedł nad samo dno. 

Niestety,   po   ostatnich   deszczach   woda   w   jeziorze   była   bardzo   mało   przejrzysta   i   na   tej 

głębokości było dość ciemno, mimo że na powierzchni świeciło słońce.

Marek poprawił butlę, która przesunęła mu się trochę na bok i spojrzał w prawo. W 

odległości   kilku   metrów   zobaczył   dość   mętne   zarysy   swego   kolegi,   Balerona.   Po   lewej 

jaśniała   plama   żółtozłotego   kostiumu   Ulki,   która   nie   nałożyła   dzisiaj   swego   piankowego 

płetwonurkowego kombinezonu.

No to zaczynamy! - powiedział w myślach sam do siebie.

Spojrzał   w   dół   na   dno   jeziora.   Porośnięte   ono   było   w   tym   miejscu   podwodnymi 

zielskami, które łagodnie kołysały się w słabiutkim prądzie wywołanym przepływem przez 

jezioro małej rzeczki, a właściwie strugi, którą można było swobodnie przeskoczyć w każdym 

miejscu jej leniwego biegu.

Niewiele   znajdę   w   tych   zaroślach!   -   pomyślał   Marek   nie   bez   słuszności,   gdyż 

background image

podwodne   zielska   wyrastały   na   dobry   metr   ponad   dno.   Dodatkowym   utrudnieniem   był 

niewątpliwie fakt, że - prawdę mówiąc - ani Marek, ani żadna z jego koleżanek i żaden z 

kolegów nie wiedzieli właściwie, czego szukają.

Meldować,   gdy   zobaczycie   coś   ciekawego   -   przypomniał   sobie   Dzika   Mrówka 

polecenie Pana Wojtka. - Ba, ale jak to CIEKAWE wygląda?

Po krótkiej chwili potrzebnej do zorientowania się w kierunku i przyzwyczajenia oczu 

do panującego mroku, Marek ruszył płynąc tuż nad wierzchołkami zielsk i rozgarniając je 

rękoma. Nagle, niemal tuż przed maską chłopca wyprysnął w górę mały śmigły srebrny błysk.

Co to? - zdziwił się i jednocześnie trochę przestraszył, lecz już w następnej sekundzie 

zorientował się, że to mknęła spłoszona widocznie przez niego niewielka rybka. Lecz nie, 

okazało się, że na małą rybkę czyhało znacznie większe i groźniejsze niż Dzika Mrówka 

niebezpieczeństwo. Bo oto tuż za srebrną rybką pędziła inna, znacznie od niej większa, z 

charakterystycznym kształtem pyska.

Szczupak! - poznał Marek.

Dalsze sceny rozegrały się błyskawicznie. Silne uderzenie ogoniej płetwy szczupaka 

pchnęło go do przodu z wielką szybkością. Nie pomogły rozpaczliwe uniki małej rybki, nie 

pomogły gwałtowne zwroty. Na oczach zafascynowanego Marka szczupak otworzył paszczę 

zbrojną w rzędy ostrych, zakrzywionych zębów i srebrna rybka zniknęła z pola widzenia.

Marek   zapomniał   na   chwilę   o   swych   poszukiwaniach   i   jak   urzeczony   patrzył   na 

rozgrywającą   się   przed   jego   oczyma   podpatrzoną   na   gorąco   scenę   z   podwodnego   życia 

jeziora. Po raz pierwszy uświadomił sobie jasno i niezwykle wyraziście, że oto istnieje jakiś 

zupełnie inny od naszego podwodny świat, w którym panują zupełnie inne warunki i inne 

obyczaje niż w świecie rozpościerającym się nad powierzchnią wszelkich wód. I że tutaj, w 

głębinie, on, Marek-Dzika Mrówka jest chwilowym intruzem, który wdarł się w cudzy świat 

dzięki doskonałości techniki.

Czas jednak naglił, Baleron z prawej i Ulka z lewej zniknęli już z pola widzenia 

Dzikiej Mrówki, a Marek nie posunął się w swych pierwszych podwodnych poszukiwaniach 

dalej jak o trzy, najwyżej cztery metry. W takim tempie do jutra nie dociągnę do końca linki - 

pomyślał i ruszył żwawo do przodu rozgarniając raz po raz rękoma podwodne chaszcze i 

pilnie rozglądając się na boki i przed siebie, a raczej pod siebie.

Po osiągnięciu krańcowej bójki wynurzył się nad powierzchnię, gdzie już czekał Pan 

Wojtek na wiosłowej łodzi.

- No i co? - zapytał Pan Wojtek.

- Jak na razie nic - odezwał się Marek, wyjąwszy ustnik aparatu z ust. - A co inni?

background image

- Magda znalazła...

- Co znalazła? - niemal wykrzyknął Dzika Mrówka.

- Eee... nic wielkiego - odparła Magda, która już siedziała w łodzi - jeden podarty 

gumowy but, pięć puszek po konserwach i jeden dziurawy nocnik.

Roześmieli się wszyscy, ale Pan Wojtek stwierdził po chwili wcale bez śmiechu.

-   Sami   widzicie,   jak   człowiek   dewastuje   przyrodę.   Jak   bezmyślnie   niszczy   sam 

środowisko,   w   którym   żyje.   Niedługo   zaśmiecimy   dokumentnie   całą   ziemię   i   będziemy 

wegetować na gigantycznym śmietniku, oddychać dymem i spalinami, wąchać same smrody, 

a pić ścieki.

- Może tak źle nie będzie - zauważyła Ula, która dopiero teraz wychynęła z wody i 

posłyszała ostatnie słowa Pana Wojtka. - W tym jeziorze na razie woda jest zupełnie smaczna.

- Skąd wiesz?

- Niestety spróbowałam. I to spory łyk. - Bo w pewnym momencie ustnik mi się 

wysmyknął i zamiast powietrza zassałam sporo jeziorowej wody.

- Od razu widać skutki, Ulka - zażartował Baleron - poziom wody w jeziorze wyraźnie 

opadł.

- Powiedział, co wiedział - prychnęła Ulka. - Mądrala. Po pierwsze to jeżeli napiłam 

się wody z jeziora i dalej w tym jeziorze siedzę, to nic się nie mogło zmienić, czyli że poziom 

wyraźnie   opadł   wyłącznie   dlatego,   że   taki   grubas   jak   ty   wylazł   z   wody   -   odcięła   się 

Baleronowi, który zresztą nie na darmo nosił takie smakowito-tłuste przezwisko.

- Fakt! - przytwierdził Dzika Mrówka wśród ogólnej wesołości.

- Dobrze ci tak, Baleron - roześmiał się Pan Wojtek. - Nie zaczepiaj dam.

- Ale mi wielka dama - zamruczał Baleron, lecz i tak Ulka w tym pojedynku słownym 

zdobyła wyraźne prowadzenie.

- Dosyć odpoczynku, płetwowe nurki - zakomenderował Pan Wojtek - przestawiamy 

bójki i do roboty. Tam pod wodą czeka na nas zatopione grodzisko.

- Jak na razie to czekają tylko dziurawe nocniki i podarte gumiaki - zauważył Dzika 

Mrówka skacząc z łodzi w głąb jeziora.

Pracowano   na   dwie   zmiany   aż   do   samego   wieczora,   ale   plonem   żmudnych 

poszukiwań stały się kolejne wraki rozmaitych naczyń i garnków. Do cenniejszych znalezisk 

można   było   zaliczyć   ułamaną   kosę,   kierownicę   ciężarowego   samochodu,   pogiętą   lufę   od 

karabinu i zupełnie nieźle się nawet prezentujący, lecz całkowicie zardzewiały stojący zegar.

- Do końca obozu nazbieramy tyle  złomu, że nam zwrócą się wszystkie  koszty - 

zauważył nie bez racji Dzika Mrówka.

background image

Drugi i trzeci dzień poszukiwań minął podobnie jak pierwszy i rezultaty też były 

podobne, to jest żadne. Młodzi płetwonurkowie schodzili pod wodę ze znacznie mniejszym 

entuzjazmem i zapałem jak za pierwszym czy też drugim razem.

- Ojejej, ale nudne to „wymiatanie” - stwierdziła Magda trzeciego dnia przy kolacji i 

nikt z zebranych w namiocie-jadalni nawet nie zaprzeczył.

- Chyba tak samo interesujące jak „zamiatanie” w domu - dodała po chwili jedna z 

dziewcząt.

- Chyba...

- No to ja wam coś opowiem - odezwał się po dalszej chwili Pan Wojtek. - To jest 

prawdziwa   historia   z   czasów   II   wojny   światowej,   a   dotyczy   właśnie   niespodziewanego 

zupełnie finału bardzo nudnego „wymiatania”.

Jak pewno niektórzy z was wiedzą, podczas wojny alianci - i nie tylko alianci - chcieli 

mieć jak najlepsze wiadomości na temat tego, co się dzieje na morzach i oceanach. Niemcy i 

Włosi   interesowali   się   przede   wszystkim   konwojami   statków   handlowych,   które   wiozły 

wojenne   zaopatrzenie   z   Ameryki,   Afryki   czy   Australii   do   Wielkiej   Brytanii   czy   też   do 

Związku Radzieckiego, alianci zaś bardzo dużo by dali za to, żeby znać aktualne pozycje 

hitlerowskich okrętów podwodnych, czyli tak zwanych z niemiecka U-bootów. Ba, ale morza 

i oceany są bardzo duże, a U-boot w porównaniu z nimi tak maleńki, że w praktyce szukanie 

przysłowiowej igły w stogu siana jest łatwiejsze. A gdy na dodatek weźmie się pod uwagę, że 

pogoda bardzo często bywała dla szukających niepomyślna, to znaczy były mgły, deszcze, 

mżawki, śnieg i takie rozmaite rzeczy, nic dziwnego że zadanie kontroli morza było w czasie 

wojny nie lada problemem.

Zasięg widzialności z pokładu okrętu jest niewielki, nic prostszego zatem na pozór jak 

wysłać samolot i niech sobie lata i patrzy na dół. Tak też alianci robili, ale że ocean jest 

ogromny, a zasięg widzialności z samolotu też przecież ograniczony, stosowali więc bardzo 

precyzyjne   właśnie   „wymiatanie”.   Samoloty   dalekiego   zasięgu,   najczęściej   tzw.   łodzie 

latające, które mogły wodować na powierzchni oceanu, oczywiście tylko przy sprzyjającej 

pogodzie - latały tam i z powrotem po wyznaczonych sektorach jak na sznurku, tak jak wy 

teraz pływacie pod wodą wzdłuż linki.

Nie wyobrażacie sobie, jak bardzo nudne jest takie „wymiatanie”. Ja co prawda sam 

tego nie przeżyłem, bo w czasie wojny jeszcze mnie na świecie nie było, ale rozmawiałem z 

polskimi   pilotami,   którzy   w   takim   „wymiataniu”   oceanu   nie   raz,   nie   dwa   brali   udział. 

Wyobraźcie sobie sami. Latać godzinami nad puściuteńkim oceanem tam i z powrotem tam i 

z powrotem i ciągle wpatrywać się w te same szare fale na dole.

background image

- Wyobrażam  to sobie - mruknął Dzika Mrówka pod nosem, ale tak że wszyscy, 

łącznie z Panem Wojtkiem go usłyszeli - wyobrażam sobie doskonale.

Wszyscy się roześmieli, bo wiedzieli dobrze, co Dzika Mrówka miał na myśli, a Pan 

Wojtek kontynuował po małej przerwie swoje opowiadanie.

Było to w sierpniu 1941 roku, kiedy toczyła się okrutna i nie znająca litości olbrzymia 

Bitwa o Atlantyk. Pole tej bitwy, jedynej w swoim rodzaju bitwy, jakiej jeszcze nigdy w 

historii wcześniejszych wojen nie było, stanowił olbrzymi, bezkresny ocean.

Kapitan pilot Thompson, dowódca samolotu patrolowego o bardzo miłym i słodkim 

kryptonimie „S jak Sugar”, czyli po prostu „CUKIER”, patrolował wody oceanu w okolicach 

Islandii, gdzie jego eskadra miała swoją bazę. Nudno było w czasie tego lotu niewymownie, 

pogoda była zdecydowanie nieciekawa, a lot samolotem na niewielkiej wysokości ze względu 

na niski pułap chmur powodował spore i męczące napięcie u pilota.

Nagle, zupełnie niespodziewanie nieomal przed samym dziobem samolotu z głębin 

morskich   wynurzył   się   na   powierzchnię   niemiecki   okręt   podwodny,   którego   dowódca 

widocznie przed podjęciem decyzji nie zauważył nadlatującego samolotu.

Przypadek jeden na milion, ale naprawdę się zdarzył!

Gdy niemieccy marynarze  wyskoczyli  na pokład U-boota, oczywiście  natychmiast 

zobaczyli  brytyjski samolot, ale na jakiekolwiek działanie było  już za późno. Co prawda 

niemiecki   dowódca   ogłosił   natychmiast   alarmowe   zanurzenie   swego   okrętu,   ale   samolot 

zdołał zrzucić całą serię bomb, które widocznie uszkodziły na tyle zanurzający się okręt, że 

ten   po   kilku   minutach   znowu   ukazał   się   na   powierzchni.   Na   pokład   U-boota   wybiegli 

marynarze i chcieli dobiec do przeciwlotniczych działek, ale strzelec pokładowy samolotu „S 

jak Sugar” skutecznie im w tym przeszkodził celnym ogniem swych podwójnych ciężkich 

karabinów maszynowych.

W   pomieszczeniach   okrętu   podwodnego   widocznie   nie   można   było   wytrzymać, 

najpewniej  zostały uszkodzone akumulatory i ostry gaz wypełnił wnętrze U-boota, bo na 

pokładzie   unieruchomionego   okrętu   pojawiła   się   cała   załoga.   Stali   stłoczeni   przy   kiosku 

trzymani w szachu przez karabiny maszynowe krążącego nisko nad nimi samolotu.

Kapitan Thompson zastanawiał się, co zrobić w takiej niezwykłej sytuacji.

Rzucić bomby?  - myślał  - ale przecież na pokładzie stoją  bezbronni w  tej  chwili 

ludzie, chociaż Niemcy. A tak krążyć w kółko też długo nie można i nie ma najmniejszego 

celu ani sensu. Zresztą w końcu zabraknie paliwa.

Tymczasem Niemcy będąc już widocznie w rozpaczliwej sytuacji, zdecydowali się 

wywiesić białą flagę, czyli poddać się krążącemu nad nimi samolotowi.

background image

Krążący   nad   unieruchomionym   U-bootem   samolot   nadał   reflektorem   sygnałowym 

rozkaz do niemieckiej załogi, aby nikt nie ważył się ruszyć z pokładu, bo w przeciwnym razie 

otworzy ogień. Jednocześnie kapitan Thompson wysłał depeszę do swej bazy i w kilka godzin 

po   pierwszym   kontakcie   samolotu   z   U-bootem   obok   zjawiła   się   inna   latająca   łódź   z 

odpowiednio dużym zapasem paliwa na pokładzie i przejęła straż nad wziętym do niewoli U-

bootem.

Tymczasem zapadła noc i okręt podwodny - na rozkaz pilnującej go łodzi latającej - 

zapalił reflektor, aby ułatwić odszukanie niezwykłego łupu przez brytyjski okręt wojenny, 

który tymczasem zbliżał się do miejsca niezwykłego wydarzenia.

Wreszcie   koło   północy   nadpłynął   pierwszy   brytyjski   okręt   wojenny   -   mały 

patrolowiec - ale sztormowa pogoda nie pozwoliła na podjęcie żadnych działań. Przez całą 

noc zatem ograniczono się wyłącznie do pilnowania niezwykłego łupu. Do ranka nadeszły 

jeszcze cztery angielskie okręty, w tym dwa niszczyciele.

Dopiero   po   południu   następnego   dnia,   gdy   pogoda   nieco   się   poprawiła,   zdołano 

przetransportować doszczętnie przemarzniętych - mimo sierpnia - niemieckich marynarzy na 

pokład angielskiego trawlera, a potem wzięto na hol prawie nie uszkodzony - jak się okazało - 

U-boot 570 i dociągnięto go do najbliższego portu.

W   taki   to   sposób   zupełnie   właściwie   przypadkowo   samolot   wziął   do   niewoli 

całkowicie zdolny do służby i sprawny nieprzyjacielski okręt podwodny. Nie muszę chyba 

wam tłumaczyć, jaka to była gratka dla angielskiego technicznego wywiadu wojskowego. 

Poznać   wszystkie   tajemnice   wroga   na   oryginalnym   obiekcie,   móc   wszystko   zbadać, 

sprawdzić.   A   wzięty   do   niewoli   U-570   po   dokładnych   badaniach   został   wcielony   do 

brytyjskiej marynarki wojennej, obsadzony angielską załogą i pływał pod angielską banderą 

jako HMS „GRAPH” - zakończył swe opowiadanie Pan Wojtek.

- Bardzo ciekawe - stwierdził Dzika Mrówka - ale jeszcze ciekawsze by było, gdyby 

to okręt podwodny wziął do niewoli lecący samolot.

Wszyscy - razem z Panem Wojtkiem - roześmieli się, a Pan Wojtek powiedział:

-   Masz   szansę,   Mrówka.   Nawet   bardzo   dużą   szansę,   biorąc   pod   uwagę   twoją... 

nieograniczoną FANTAZJĘ.

- No tak - odezwał się siedzący w kącie Baleron - wszystko to bardzo pięknie, ale my 

tutaj choćbyśmy nie wiem jak długo „wymiatali”, mało mamy szans na wzięcie do niewoli 

jakiegoś okrętu podwodnego.

-   Masz   rację   -   przytaknął   ze   śmiechem   Pan   Wojtek   -   bardzo   niewielkie   szansę, 

rzeczywiście. Ale nie wiem, czy pamiętacie, że my szukamy zupełnie czegoś innego.

background image

- Jak tak będziemy pływać w kółko tam i z powrotem jeszcze parę dni, to dostaniemy 

w końcu kręćka w głowie i naprawdę zapomnimy, czego właściwie szukamy - zażartowała 

Ulka.

- Niedawno rozmawiałem z kolegą, który jest płetwonurkiem w poznańskim klubie 

PTTK - kontynuował Pan Wojtek. - Parę lat temu szukali oni na dnie Jeziora Lednickiego, 

między Poznaniem i Gnieznem, śladów bardzo starego mostu.

- No i co? - zapytał Baleron.

- No i znaleźli. A cała sprawa wyglądała tak:

Na jeziorze Lednickim, długim i stosunkowo wąskim, jest pięć wysp. O jednej z nich - 

Ostrowie Lednickim - największej, bo o powierzchni przeszło 7 hektarów, już od bardzo, 

bardzo dawna krążyły wśród okolicznej ludności rozmaite legendy. Jedna głosiła na przykład, 

że właśnie na tej wyspie urodził się pierwszy wielki król Polski - Bolesław Chrobry. Według 

tejże legendy, potwierdzonej zresztą przez historyków, tu właśnie Bolesław przyjmował z 

całym królewskim przepychem cesarza Ottona III, najpotężniejszego wówczas władcę świata 

zachodniego,   i   stąd   miał   cesarz   Otto   pielgrzymować   pieszo   do   grobu   Św.   Wojciecha   w 

Gnieźnie, drogą pokrytą drogocennymi materiałami.

Inna znowu opowieść wspomina o jakimś nieznanym z imienia władcy, który razem 

ze swymi wojami znalazł śmierć w wodach jeziora podczas jakiejś bitwy. Jedno z podań 

wspominało coś o jakichś mostach łączących brzegi jeziora z wyspą.

Wszystko to razem zwróciło uwagę niektórych polskich uczonych już na początku 

ubiegłego   wieku   na   Ostrów   Lednicki,   zwłaszcza   że   na   wyspie   zachowały   się   mocno 

zniszczone ruiny dużej - jak na owe czasy - świątyni  zbudowanej z kamienia.  Ponieważ 

kamienia tego typu na wyspie nie było, musiał być przywieziony w czasie budowy, którą 

określono na koniec X wieku, a więc rzeczywiście na okres powstania państwa polskiego, na 

czasy Mieszka I i Bolesława Chrobrego, na czasy Chrztu Polski. A kamienia tego i innych 

materiałów budowlanych było bardzo dużo - jak ktoś w przybliżeniu obliczył, na samą tylko 

świątynię trzeba było zwieźć przeszło siedem tysięcy wozów dwukonnych.

Archeologowie   zaczęli   szukać   i   kopać,   i   doszli   do   rewelacyjnego   odkrycia.   Otóż 

okazało   się,   że   Ostrów   Lednicki   leżał   na   drodze   głównego   traktu   łączącego   Gniezno   z 

Poznaniem,   a   droga   przechodziła...   przez   jezioro   i   przez   wyspę   po   dwóch   drewnianych 

mostach   łączących   oba   brzegi   z   Ostrowem.   Mosty   te   miały   łączną   długość   aż   przeszło 

sześćset metrów.

W   tej   sytuacji   archeologowie   wezwali   do   pomocy   płetwonurków   z   poznańskiego 

klubu PTTK i oni właśnie, a wśród nich i mój kolega, odkryli ślady mostu, zatopioną łódź i 

background image

sporo rozmaitych  resztek broni, takich jak miecze  czy topory pochodzące z początku XI 

wieku. Znaleziony został też hełm z tegoż okresu, typu używanego przez wojów czeskich, 

którzy istotnie w pierwszej połowie XI wieku najechali polskie ziemie i doszli do okolic 

Gniezna.

W ten sposób dzięki między innymi płetwonurkom jeszcze jedna legenda stała się 

sprawdzonym fragmentem naszej historii - zakończył Pan Wojtek swoje opowiadanie.

- Żeby tak w końcu coś znaleźć - westchnęła Magda.

- Ba, każdy by chciał - dorzuciła zamyślona Ulka.

- Ale czy w naszym jeziorze w ogóle coś jest? - Baleron wyraził swoje powątpiewanie 

umocnione bezowocnymi kilkudniowymi już poszukiwaniami.

- Na to pytanie ja też chciałbym usłyszeć odpowiedź. Ale spokojnie. Przeszukajmy 

najpierw   to   jezioro,   a   jak   nic   nie   znajdziemy,   zabierzemy   się   w   następnym   sezonie   do 

sąsiedniego   jeziora   i   może   wreszcie   natrafimy   na   właściwe.   W   końcu   niektórzy 

archeologowie trawili całe życie, żeby wykopać parę posążków czy parę popękanych skorup. 

Nie można być w gorącej wodzie kąpanym...

-   No,   o   gorącej   wodzie   to   w   naszym   jeziorze   nie   ma   co   mówić   -   wtrącił   Dzika 

Mrówka, a wszyscy się roześmieli.

-   Faktycznie   -   przyznał   ze   śmiechem   Pan   Wojtek.   -   A   wracając   do   naszych 

poszukiwań, to przyjmijmy jedną zasadę: uzbrójmy się w cierpliwość i dowiedzmy sobie, że 

jeżeli nawet nie znajdziemy my, to może znajdą nasi następcy, nasi młodsi koledzy. W końcu 

ważne   jest,   żeby   w   ogóle   znaleźć,   a   to   KTO   znajdzie,   nie   ma   już   chyba   tak   wielkiego 

znaczenia.

- Niby i racja  - skonstatował  Dzika Mrówka  - ale  znacznie przyjemniej  by było, 

gdybyśmy to byli MY.

- FAKT!!! - dorzuciła z głębokim przekonaniem Ulka i powiedziała to takim tonem, 

że wszyscy się znów roześmieli, przypomniał się im bowiem Jarek, brat bliźniak Dzikiej 

Mrówki, który nad podwodne przygody nad jeziorem przełożył zacisze jakiejś historycznej 

biblioteki.

Następne   dni   znowu   nie   należały   do   udanych,   bowiem   tylko   złomowisko   ze 

znalezionych na dnie jeziora rozmaitych śmieci powiększało się z dnia na dzień. Pan Wojtek 

począł   się   całkiem   poważnie   zastanawiać,   co   z   tymi   pordzewiałymi   fantami   zrobić.   Bo 

zostawić przecież na łące nie można w żadnym wypadku, a wywieźć do jakiejś najbliższej 

składnicy złomu nie było czym i z zakopaniem w ziemi byłoby też sporo kłopotu i roboty.

Na domiar   wszystkiego  pogoda  się  nieco  popsuła,  niebo  było   przez  przeważającą 

background image

część dnia zachmurzone, co jakiś czas kropiło, temperatura wody znacznie się obniżyła, a 

słońce   tylko   z   rzadka   oświetlało   płetwonurków   pracowicie   przeszukujących   jezioro. 

Oczywiście na dnie było znacznie ciemniej, a tym samym poszukiwania stały się o wiele 

trudniejsze, a ich tempo wyraźnie zmalało.

- Jutro będzie słońce! - oznajmiła przy kolacji Ulka.

- Skąd wiesz?

- Po prostu wiem. Zawsze w sobotę jest słońce.

- Eee tam, pleciesz - skrzywiła się Magda.

- Zobaczymy. Może chcesz się założyć?

- Zobaczymy.

Ulka chyba rzeczywiście miała jakieś dobre przeczucia albo naprawdę w każdą sobotę 

musi świecić słońce, dość że ranek wstał pogodny, słoneczny i znacznie bardziej wesoły niż 

poprzednie dwa dni. Ptaki śpiewały jakby głośniej i z większą chyba ochotą, kwiaty kwitły 

bardziej kolorowo i wszystkim od samego ranka dopisywał dobry humor.

-   Dziś   kończymy   przeszukiwanie   kwadratu   „A”   -   oznajmił   Pan   Wojtek,   który 

zakreskowane   na   mapie   obszary   jeziora   oznaczył   kolejnymi   literami   alfabetu.   -   Jutro 

odpoczynek, bo niedziela, a od poniedziałku idzie na warsztat sektor „B”.

- Do końca alfabetu jeszcze dość daleko - zauważył dość sceptycznie Dzika Mrówka, 

ale powiedział to tak cicho, że usłyszała go tylko Ulka, która spojrzała na Marka z wyraźną 

dezaprobatą.

Ulka   tego   dnia   była   w   dobrym   nastroju   i   humorze   i   właściwie   nawet   nie   bardzo 

wiedziała dlaczego. Po prostu są takie dni, kiedy budzisz się rano i wszystko wydaje ci się 

O.K.   Nie   ma   żadnych   kłopotów,   żadnych   absolutnie   zmartwień,   nie   myślisz   o   żadnych 

przykrych rzeczach, jednym słowem JEST BARDZO FAJNIE!

Pan   Wojtek   wyznaczył   na   ten   dzień   Ulce   skrajny   prawy   tor.   Dalej   ciągnęły   się 

znacznie już głębsze obszary, które nie miały być na razie obiektem „wymiatania”. Na łódce, 

jak   zwykle   przed   każdym   zanurzeniem   się,   Ulka   sprawdziła   dokładnie   działanie   całej 

aparatury, usiadła na burcie łodzi, przechyliła się do tyłu i wpadła plecami do wody, jak to 

robili   zawsze   wszyscy   fachowi   płetwonurkowie   na   wszystkich   filmach   o   podwodnym 

świecie, które widziała w telewizji, w kinie i na specjalnych pokazach instruktorskich.

CHLUUPPP!!! Nad dziewczyną zamknęła się zielonkawa, rozświetlona słońcem toń. 

Woda nie była za ciepła, ale że słońce już od rana dość silnie przygrzewało, przyjemnie było 

w niej się zanurzyć. Ulka szybko odnalazła pod wodą linkę kotwiczną początkowej bójki, od 

której miała zacząć dzisiejsze poszukiwania. Na lewo od niej widać było Magdę, która już 

background image

odpłynęła kawałek, na prawo dno schodziło dość ostro w dół i nie było tam dzisiaj nikogo.

Ulka zeszła niżej, nad samo dno, które w tym miejscu jeziora prawie wcale nie było 

porośnięte   i   jasny  piasek   złocił   się  w   promieniach   świecącego   nad   wodą  słońca.   Dzisiaj 

będzie łatwo szukać - ucieszyła się Ulka, która niezbyt lubiała rozgarniać rękoma podwodne 

zarośla.   Podświadomie   obawiała   się,   że   w   takim   zielsku   może   coś   się   czaić   i   że   nagle 

wyskoczy...

W tym momencie przed oczyma Ulki mignął jakiś smukły kształt.

CO TO? - przestraszyła się, ale już po chwilce odetchnęła z ulgą.

To węgorz - poznała. Spotykali te ryby dość często w czasie swoich poszukiwań i 

prawdę mówiąc chłopcy mieli nawet sporą ochotę na podwodne polowanie, ale Pan Wojtek 

surowo zakazał, takie bowiem polowania były prawnie zabronione.

Węgorz   tymczasem,   jakby   nie   widząc   płynącej   tuż   nad   piaszczystym   dnem   Ulki, 

zbliżał się do niej powoli.

Ale duży! - zdziwiła się dziewczyna.

Rzeczywiście,   był   to   jakiś   okaz   wyjątkowej   wprost   wielkości,   o   długości   chyba 

półtorametrowej i grubości niewiele niniejszej od ręki Ulki, dotychczas bowiem napotykane 

w wodach jeziora węgorze zasługiwały raczej na nazwę „węgorzyków”.

To na pewno jest WĘGORZ WSPANIAŁY, WŁADCA JEZIORA! - pomyślała sobie 

Ulka, przypomniawszy zasłyszaną w dzieciństwie bajkę, w której występował jakiś bardzo 

duży węgorz.

Węgorz z bajki był oczywiście królem jeziora, panem i władcą całego podwodnego 

świata. Panował niepodzielnie nad wszystkimi rybami zamieszkującymi wodne głębiny, jemu 

podlegały też raki kryjące się w przybrzeżnych podwodnych zakamarkach, wreszcie także 

wszystkie   żaby   i   najmniejsze   nawet   kijanki.   Przyboczną   gwardię   Węgorza   Wspaniałego 

stanowił  doborowy  oddział  ostrozębych   szczupaków,  a  nadworna  orkiestra   składała  się  z 

najpiękniej kumkających żab.

Komnaty   podwodnego   pałacu   Węgorza   Wspaniałego   zdobiły   rozmaite   muszle   o 

przedziwnych kształtach i kolorach i piękne wodne kwiaty. Sam Węgorz Wspaniały ukazywał 

się zawsze w uroczystym  orszaku, złożonym  z wszelkich  gatunków ryb  zamieszkujących 

jezioro   i   w   uroczystym   stroju   królewskim   naszywanym   perłami   sprowadzonymi   z   dna 

dalekich tropikalnych mórz. Głowę Węgorza Wspaniałego wieńczyła misterna, szczerozłota 

korona.

Węgorz, którego spostrzegła Ulka, nie nosił co prawda ani naszywanej perłami szaty, 

ani złotej korony, ale za to jego skóra lśniła w promieniach padającego z góry słońca jakby 

background image

cały był pokryty zielonkawozłotą blaszką.

Węgorz dopiero teraz musiał dostrzec Ulkę, bo skręcił nagle ostro w prawo i począł 

odpływać.

Ciekawe,   dokąd   też   płynie   -   pomyślała   Ulka   i   odruchowo   nieomal   skręciła   za 

Węgorzem Wspaniałym.

Gdy   po   chwili   zorientowała   się,   że   odpłynęła   w   bok   od   kierunku   wyznaczonego 

nylonową  linką, już, już chciała zawrócić, bo wiedziała, że Pan Wojtek wcale nie byłby 

zadowolony z jej niesubordynacji, gdy węgorz - jakby wyczuwając wahania dziewczyny - 

zatoczył niewielkie koło, po czym powolutku zaczął odpływać w głąb jeziora.

Eeee tam - pomyślała Ulka - popłynę tylko kawałek za nim, a potem wrócę do liny i 

raz dwa dokończę przeszukiwać swoją działkę. Dziś na dnie prawie sam czysty piaseczek, to 

uwinę się bardzo szybko i nawet nikt nic nie zauważy.

Tak uspokojona ruszyła w pościg za WĘGORZEM WSPANIAŁYM. Ten tymczasem 

płynął majestatycznie łagodnymi, niemal baletowymi ruchami, wyginając swe długie ciało to 

w jedną, to znów w drugą stronę.

Ciekawe, gdzie on mieszka? - zastanawiała się Ulka, płynąc wciąż za WĘGORZEM 

WSPANIAŁYM.

Zapatrzona w Węgorza Ulka straciła zupełnie rachubę czasu i odległości. W pewnym, 

momencie zdała sobie sprawę, że nie bardzo... orientuje się, gdzie w ogóle jest i w którym 

kierunku znajduje się podwodny sektor „A”.

Ojej   -   przestraszyła   się   -   ale   będzie   draka,   jak   będę   musiała   się   wynurzyć   na 

powierzchnię.  Co  powie  pan   Wojtek?  On   tak  nie   lubi   gdy  się  go  nie  słucha.   Już  chyba 

najwyższy czas wracać... Ale w którą stronę?

Już, już miała - choć z wielkim żalem - zawrócić i szukać pod wodą swojej linki, gdy 

węgorz zaczął schodzić głębiej pod wodę. Popłynęła więc jeszcze kawałek za nim, schodząc 

też w dół, w stronę dna. Było tu chyba dość głęboko, bo światło przebijającego przez wodę 

słońca docierało znacznie słabsze i wokoło panował zielonkawoszary półmrok.

Nie będę schodzić tak głęboko - przestraszyła się nagle Ulka, przypomniawszy sobie 

niezwykle  ostre  zalecenia   Pana  Wojtka  w  tym   względzie.  -  Jeszcze   tylko  raz  spojrzę  na 

WĘGORZA WSPANIAŁEGO - postanowiła po małej chwilce.

A węgorz tymczasem skręcił ostro w prawo i... znikł Ulce z oczu. Po prostu znikł!

Gdzie on się podział? - zdziwiła się mocno zaskoczona dziewczyna i rozejrzała się 

dokoła.

Tuż prawie przed nią, a właściwie POD NIĄ, może ze dwa trzy metry w dole, coś 

background image

czerniało w mrocznym świetle. Woda w tym miejscu jeziora była chyba bardziej mętna, a i 

głębokość nieco większa, tak że resztki światła z trudem tylko docierały z powierzchni.

Żeby tak mieć reflektor - Ulka przypomniała sobie oglądany niedawno film, którego 

akcja toczyła się w podwodnych grotach i pieczarach - albo przynajmniej silną latarkę.

Zawahała   się   poczuwszy   ponowny   napływ   wyrzutów   sumienia,   ale   wrodzona 

ciekawość przezwyciężyła zarówno te wyrzuty, jak i obawę przed Panem Wojtkiem, który na 

pewno nie pochwali jej, że tak bardzo oddaliła się od kwadratu „A”. Odbiła się zdecydowanie 

nogami uzbrojonymi w płetwy i zeszła jeszcze niżej, do miejsca, gdzie - jak jej się wydawało 

-   znikł   Węgorz   Wspaniały!   Oczy   osłonięte   szybką   maski   przyzwyczaiły   się   już   do 

zielonkawego półmroku.

I NAGLE!!!

Tuż,   tuż   przed   Ulka   zamajaczyły   ukryte   częściowo   w   podwodnych   zielskach 

fragmenty kilku drewnianych belek, tworzących najwyraźniej jakąś konstrukcję!

Ulka chciała przetrzeć oczy, ale dłoń natrafiła na szybkę maski.

TAK! NIE BYŁO WĄTPLIWOŚCI!!!

DWIE... NIE... TRZY BELKI...

DREWNIANE BELKI POŁĄCZONE ZE SOBĄ...

Wyraźnie widać łączenia. Tak samo to wygląda jak zręby góralskiej chaty ze ściętych 

w lesie świerkowych bali, jakie Ulka widywała tylekroć w górskich wioskach: Murzasichlu, 

Małem Cichem, Poroninie czy Bukowinie Tatrzańskiej, gdzie rokrocznie nieomal spędzała 

część wakacji ze swoją mamą i bratem.

Ulka prawie nie wierzyła swym oczom. Dopłynęła do belek, dotknęła je ręką, żeby 

sprawdzić namacalnie, żeby się przekonać, że to nie jest złudzenie. Belki jednak tkwiły dalej 

w swoim miejscu,  pociemniałe  od starości, oślizgłe  od porastających  je  wodorostów,  ale 

jednak najprawdziwsze belki, połączone ze sobą ludzką ręką.

O RANY!!! - dopiero teraz dotarło do umysłu  Ulki znaczenie jej przypadkowego 

odkrycia - CZYŻBY TO BYŁO TO?

W pierwszej chwili chciała zawrócić i płynąć czym prędzej pod wodą do Pana Wojtka 

i   do   swych   kolegów   i   koleżanek,   ale   na   całe   szczęście   zreflektowała   się   już   po   dwóch 

pierwszych ruchach.

Przecież ja tu nie trafię - zorientowała się. - Jeżeli tylko odpłynę, to będziemy musieli 

Bóg wie ile czasu stracić na ponowne szukanie. Trzeba inaczej. Trzeba koniecznie zaznaczyć 

miejsce niespodziewanego odkrycia.

Ale jak?

background image

Nic innego tylko trzeba się wynurzyć. I to możliwie pionowo w górę! Bez względu na 

to, co powie Pan Wojtek... bez względu na cokolwiek!

Ulka zmieniła błyskawicznie kierunek. Odbiła się prosto w górę silnym wyrzutem 

nóg. Wokoło jaśniało coraz bardziej i po kilku jeszcze ruchach wyskoczyła  jak korek na 

powierzchnię jeziora.

W pierwszej chwili oślepiło ją jaskrawe słońce. Jeszcze nic prawie nie widząc wyjęła 

ustnik aparatu z ust i krzyknęła głośno:

- PAAANIE WOJTKU!!! HOOOP!!! HOOOOPW

Okrzyk Ulki głośnym echem odbił się od lesistych wzgórz otaczających jezioro.

- Hooop! Hooop!!! - zawołała ponownie i rozejrzała się dookoła.

Była oddalona o dobre kilkaset metrów od łódki, prawie na samym środku jeziora. Po 

chwili zauważyła, że Pan Wojtek i drugi instruktor wstali z ławeczki w łodzi, przysłonili 

dłonią oczy, by ochronić je przed blaskiem słońca igrającego na drobniutkich zmarszczkach 

wody, po czym siedli i żwawo pociągnęli za wiosła.

- Co to ma znaczyć,  Ulka? - w głosie Pana Wojtka było  i zdziwienie, i wyraźna 

nagana   i   obawa   wreszcie.   Żeby   to   jeszcze   któryś   z   chłopaków,   którym   nieraz   przecież 

strzelają do głowy zupełnie szalone pomysły, ale Ulka? Taka spokojna i zdyscyplinowana, 

taka zawsze posłuszna wszelkim poleceniom?

- Panie Wojtku! - zawołała dziewczynka. - Ja potem wszystko wytłumaczę, ale teraz 

niech pan szybko  schodzi pod wodę. Mnie się wydaje...  ja nie jestem pewna... ale mam 

wrażenie...

- No, wyduszę z siebie wreszcie - nie wytrzymał Pan Wojtek.

- Ja chyba COS ZNALAZŁAM!

- Gdzie?

- Tu, prosto pode mną.

Pan Wojtek podpłynął łodzią do Ulki, błyskawicznie założył butle i maskę i skoczył 

do   wody.   Nie   było   go   przez   dobre   kilka   minut,   a   może   nawet   przez   kilkanaście,   bo 

czekającym   na   powierzchni   czas   dłużył   się   nadzwyczajnie.   Podczas   tych   minut   Ulka 

wygramoliła się do łodzi i z wielką niecierpliwością i niepokojem czekała na powrót Pana 

Wojtka.

Czy sprawdzą się jej przypuszczenia?

Czy to naprawdę TO?

Wreszcie   na   powierzchni   wody   znalazł   się   z   powrotem   Pan   Wojtek.   Wyrwał 

błyskawicznie ustnik z ust i krzyknął:

background image

- Ulka! JESTEŚ WIELKA JAK SŁOŃ!

To nieco dziwne dla niewtajemniczonych  zdanie w ustach Pana Wojtka oznaczało 

dowód najwyższego uznania i wręcz zachwytu.

Wyciągnął z wody rękę z uniesionym radośnie kciukiem w górę.

- ALE BOMBA!

- TAM JEST ZATOPIONA WYSPA!!!

- Sławek! - zwrócił się do instruktora w łodzi. - Stawiaj tu bojkę. Natychmiast! Po 

obiedzie startujemy wszyscy w tym sektorze.

Wgramolił się do łodzi.

- Gratuluję ci, Ulka! - uścisnął dziewczynę i mocno ucałował w oba mokre policzki.

- Gratuluję z całego serca - powtórzył. - Ale jak ty właściwie się tutaj znalazłaś?

Ulka poczuła, że się cała czerwieni.

Teraz się zacznie - pomyślała spłoszona.

- A tak jakoś... - zaczęła bąkać - pobłądziłam...

Pan Wojtek spojrzał nader podejrzliwie na całą czerwoną Ulkę.

- Zresztą mniejsza z tym - machnął ręką - najważniejsze, że ZNALAZŁAŚ!

A Ulka w tej chwili pomyślała, że to wcale nie ona znalazła, że to KTOŚ ją po prostu 

zaprowadził.

Chyba   to   był   naprawdę   WĘGORZ   WSPANIAŁY,   WŁADCA   JEZIORA   i   PAN 

ZATOPIONEJ WYSPY - pomyślała Ulka, ale nie powiedziała ani słóweczka, bo i tak nikt by 

jej nie uwierzył. Najwyżej by ją wyśmiali i tyle. Jak to chłopaki...

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY,

W KTÓRYM ULKA I DZIKA MRÓWKA RAZEM Z PANEM 

WOJTKIEM ODLATUJĄ NAD ADRIATYK

W samolocie zapalił się napis głoszący w dwóch językach, że należy zgasić papierosy 

i zapiąć pasy bezpieczeństwa. Ulka nawet nie bardzo początkowo wiedziała, jak się te pasy 

zapina, ale siedzący obok niej Dzika Mrówka pomógł jej w tej nieskomplikowanej zresztą 

operacji.

- To tak samo jak w naszym samochodzie - powiedział.

- Aha - przytaknęła machinalnie Ulka, ale w tej chwili myślami była zupełnie gdzie 

indziej.

A właściwie to jej myśli były rozdwojone, jeżeli nawet nie roztrojone. Bo myślała o 

Mamie, która w tym momencie stała jeszcze na górnym tarasie międzynarodowego lotniska w 

Warszawie  i zapewne  machała  chusteczką,  myślała  też  o tym  wszystkim,  co ją czeka  w 

nieznanej i atrakcyjnie brzmiącej Jugosławii i wreszcie myślała po raz nie wiadomo który o 

tych wszystkich wydarzeniach, które spowodowały, że oto siedziała w samolocie przypięta 

pasem do fotela, a samolot wolno kołował na start.

Dzika Mrówka miał znacznie mniej problemów i jego myśli kręciły się w zasadzie 

głównie koło jednego, najważniejszego tematu: JAK BĘDZIE?

Micia została na lotnisku i choć pożegnanie z Mamą - jak zwykle - było czułe i łzawe 

(oczywiście płakała tylko Micia, bo Dzika Mrówka, choć też mu było trochę niewyraźnie, 

nigdy by sobie nie pozwolił na publicznie okazywanie takiej niemęskiej słabości), jednak z 

chwilą gdy Marek wsiadł wreszcie do samolotu i gdy zatrzasnęły się za nim hermetycznie 

drzwi, poczuł się od razu tak, jakby znalazł się nagle w zupełnie innym świecie. W jednej 

chwili przestawił się całkowicie. Z miejsca stało się nieważne to, co BYŁO i zostało, tylko to 

co JEST, a przede wszystkim to, co BĘDZIE.

Ruszali teraz, sześcioosobowa grupka płetwonurków-żeglarzy do Jugosławii. Na czele 

ich stał Pan Wojtek, który oprócz tego, że był doskonałym płetwonurkiem i wyśmienitym, 

zapalonym narciarzem, pływał również wielokrotnie na pełnomorskich jachtach jako oficer 

wachtowy.   Dzika   Mrówka,   Baleron   i   jeszcze   trzech   ich   klubowych   kolegów:   Mirek   o 

przezwisku Bąbel, szczupły Irek, który był znacznie lepiej znany jako Drzazga i pyzaty Janek 

- „Szufla” mieli stanowić trzon żeglarskiej załogi jachtu „Swantewid”, który służył już od 

dwóch sezonów jako baza szkoleniowa dla płetwonurkowego klubu i stacjonował na Morzu 

background image

Adriatyckim. Dowódcą jachtu w bieżącym sezonie był kapitan Filip, który oprócz tego, że był 

wyśmienitym żeglarzem, wcale nie stronił od nurkowania, choć to ostatnie traktował jedynie 

jako wypoczynkowy dodatek do swej głównej pasji, którą jednakże przede wszystkim było 

żeglarstwo.

Kapitan  Filip  przebywał   na „Swantewidzie”  przez   cały sezon,  a załogi  żeglarsko-

płetwonurkowe   zmieniały   się   ruchem   wahadłowym   co   15   dni   przez   całe   lato,   które   nad 

Adriatykiem   było   znacznie   dłuższe   niż   w   Polsce   i   trwało   od   połowy   maja   do   połowy 

października prawie.

Razem z żeglarzami leciała także w tej zmianie Ulka, która co prawda żeglarką na 

razie nie była, ale którą wytypowano w klubie na adriatyckie nurkowanie przede wszystkim w 

nagrodę za wspaniały płetwonurkowy sukces, za znalezienie w jeziorze śladów zatopionego 

grodziska. Znalezisko to narobiło sporego szumu w archeologiczno-historycznym  świecie, 

okazało się bowiem, że wody jeziora kryją niezwykle interesujące materiały, umożliwiające 

jeszcze lepsze poznanie naszych bardzo dawnych dziejów.

Okazało się też - po dokładniejszych badaniach przeprowadzonych przez zawodowych 

płetwonurków z Centralnego Muzeum Morskiego w Gdańsku - że zalane wiele  lat temu 

grodzisko   (jednakże   przyczyn   tego   wodnego   kataklizmu   na   razie   nie   udało   się   ustalić) 

znajdowało się na ruchliwym handlowym szlaku łączącym przed wiekami morze Bałtyckie z 

Morzem Śródziemnym, a generalnie Północ z Południem. Katastrofa musiała przyjść dość 

szybko  i mieszkańcy opuścili swe domy jeżeli nie w popłochu, to w każdym  bądź razie 

niezbyt   wiele   czasu   mieli   na   wyprowadzkę,   w   resztkach   bowiem   zatopionego   grodziska 

znaleziono masę rozmaitych przedmiotów codziennego użytku. Niektóre z nich przedstawiały 

prawie bezcenną wartość archeologiczną.

Szum się tedy zrobił wielki koło podwodnego znaleziska, a Ulka przez długi czas była 

obiektem zainteresowań ze strony rozmaitych dziennikarzy, radiowców i filmowców nawet. Z 

Kroniki   Filmowej   i   z   Dziennika   Telewizyjnego   również.   Ulka   odpowiadała   na   setki 

różnorakich   pytań,   pozowała   do   tysięcy   zdjęć.   A   to   w   domu,   a   to   w   szkole,   a   to   przy 

odrabianiu lekcji, a to na ulicy, a to w Klubie, a to w czasie treningu na basenie, a to w 

pełnym rynsztunku płetwonurkowym na wodzie i pod wodą, a to dla odmiany kontemplująca 

z wielce mądrą miną jakąś poszczerbioną starożytną skorupę.

I o dziwo! Ta zawsze tak bardzo nieśmiała, małomówna i lękliwa Ulka wcale nie 

czuła   żadnego,   ale   to   najmniejszego   nawet   zażenowania   przed   kamerą,   mikrofonem   czy 

obiektywem. Odpowiadała szybko, logicznie i nawet - jak stwierdziła Pani Irena Dziedzic, 

która  oczywiście  zaprosiła  Ulkę   do  Tele-Echa   -  niezwykle   błyskotliwie.  Jednym  słowem 

background image

„cudowne dziecko podwodnej krainy” i urodzona gwiazda filmowo-telewizyjna.

Na całe szczęście Ulce wcale się z tych wszystkich zaszczytów i splendorów w głowie 

nie przewróciło. Może stało się to poczęści dzięki temu, że Ulka doskonale pamiętała, komu 

właściwie   zawdzięczała   odkrycie   podwodnego   grodziska,   nikomu   jednakże   o   tym   nie 

powiedziała.   Żadnemu   dziennikarzowi,   żadnemu   fotografowi   ani   nawet   Markowi-Dzikiej 

Mrówce, który może jeden jedyny by jej uwierzył i nie wyśmiał. Tak więc Ulka pozostała 

ostatecznie prawie taka jak była, nabrała tylko śmiałości, z czym zresztą było jej bardzo do 

twarzy.

I jeszcze jedno. Od chwili pamiętnego odkrycia Ulka zrobiła solenne postanowienie:

„Przez   całe   życie   nigdy   nie   tknę   najmniejszego   nawet   kawałeczka   węgorza!   W 

jakiejkolwiek postaci!”

Tak   tedy   niedoszła   GWIAZDA   i   „cudowne   dziecko   podwodnej   krainy”   miała 

wystarczająco dużo powodów, dla których znalazła się w doborowym składzie adriatyckiej 

ekipy. Dodatkowo Kapitan Filip i Pan Wojtek zobowiązali się przeprowadzić teoretyczne i 

praktyczne - przyspieszone co prawda, ale dokładne - szkolenie Ulki na stopień morskiego 

żeglarza, a pozostali męscy członkowie ekipy ustalili między sobą w wielkiej tajemnicy, że 

Ulka zostanie obdarzona na „Swantewidzie” wielce honorowym tytułem POKŁADOWEGO 

KUKA. Nie trzeba dodawać, że głównym inicjatorem tego pomysłu był Dzika Mrówka, do 

którego dołączył  się skwapliwie Baleron, obaj dotychczas niezbyt radośnie wspominający 

okres kucharzowania i zmywania naczyń (brrr!) na „Stella Polaris”.

Takie mniej więcej myśli przelatywały Ulce przez głowę, gdy tymczasem samolot 

Polskich Linii Lotniczych stanął na początku długiego betonowego pasa i próbował silniki 

przed startem.

To jeden, to drugi silnik ryczał pełnym basem, potem nagle oba ryknęły zgodnie, pilot 

zwolnił hamulce i aluminiowa, srebrzysta maszyna poczęła się toczyć, nabierając rozpędu.

Ulka, skrępowana zarówno zapiętym trochę za mocno pasem bezpieczeństwa, jak i - 

co tu ukrywać - niezłym strachem, ciekawie spojrzała w okrągłe okienko.

Szary pas betonu uciekał coraz szybciej do tyłu, coraz szybciej i szybciej migały trawy 

i kwiatki rosnące na poboczu lotniskowej płyty. Samolot przetoczył się już spory kawałek 

drogi, minął w pędzie prowadzący w bok szeroki pas betonu, ale wciąż jeszcze nie odrywał 

się od ziemi.

Ojejej, czy nie za późno? - pomyślało coś w głębi przestraszonej Ulki. Spojrzała na 

Dziką Mrówkę, który usiłował zrobić dość bohaterską minę na nieco przybladłej, roześmianej 

zazwyczaj twarzy.

background image

Czy ten pilot da radę wystartować? - pomyślało coś w środku Dzikiej Mrówki.

Samolot tymczasem pędził i pędził zupełnie jakby pas startowy wcale się nie kończył. 

A przecież...

Nagle... Ulka dostrzegła w okrągłej szybce, że ziemia gwałtownie zaczęła uciekać w 

dół, a cały samolot jakby stanął dęba, tak że miła, uśmiechająca się wciąż stewardessa stojąca 

u wejścia do kabiny pilotów znalazła się nagle znacznie powyżej pasażerów i ich foteli.

Samolot   piął   się   do   góry,   a   w   okrągłym   okienku   mignęły   inne   samoloty,   stojące 

rzędem   przed   budynkiem   dworca   lotniczego,   z   tarasem,   na   którym   na   pewno   wszystkie 

Mamy machały wciąż chusteczkami mokrymi od pożegnalnych łez, a potem nagle przechylił 

się gwałtownie i całe okienko wypełniła szara szachownica warszawskich ulic, ustawionych 

jakby   na   jakiejś   bardzo   pochyłej   desce.   Gdy   Ulka   spojrzała   w   okrągły   iluminator   po 

przeciwnej   stronie   samolotu,   dojrzała   w   nim   -   dla   odmiany   -   tylko   samo   bezchmurne, 

niebieskie niebo.

Dziwne - pomyślała.

Po chwili pilot wyrównał maszynę i pod sobą Ulka oraz przechylony przez nią Dzika 

Mrówka dojrzeli rozległą panoramę Warszawy.

- O, popatrz, widać Zamek Królewski - powiedziała Ulka.

- I całe Stare Miasto - dorzucił Marek. - I Wisłę.

- I mosty na Wiśle. Popatrz, jaki pociąg malutki na tym moście. A w Wiśle widać 

wyraźnie każdą płyciznę, każdą piaskową mieliznę. Widzisz?

-  Widzę   -  potwierdził   Dzika   Mrówka.   -   Ale   widzę   też,   jaka   brudna   jest   królowa 

naszych rzek... - w tej chwili pomyślał, że niechętnie zanurzyłby się w wiślane wody tu w 

Warszawie.

Istotnie, z tej wysokości widać było wyraźnie płynące z prądem rzeki jakieś tłuste 

plamy opalizujące w słońcu i odcinające się od niebieskoszarej wstążki wody.

W tym momencie zgasły w samolocie światła nakazujące zapięcie pasów i zakazujące 

palenia papierosów, a w głośnikach odezwał się miły kobiecy głos:

- Kapitan Majkowski wraz z załogą wita serdecznie państwa na pokładzie samolotu 

Polskich Linii Lotniczych. Samolot będzie leciał na wysokości 10 000 metrów, przylot do 

Dubrownika   spodziewany   jest   o   godzinie   14   minut   20   czasu   polskiego.   Życzymy 

przyjemnego lotu!

Zaraz potem zostało powtórzone to samo po angielsku.

Samolot   leciał   teraz   równo.   Pod   skrzydłami   rozpościerała   się   piękna,   kolorowa 

panorama Polski. Jak okiem sięgnąć, ciągnęły się szachownice uprawnych pól, zieleniły łąki i 

background image

pastwiska, gdzieniegdzie ciemniały lasy. Raz po raz ziemia mrugała do lecącego samolotu 

nagłym blaskiem, jakby porozumiewawczego znaku. To promienie słoneczne odbijały się w 

wodnych taflach jezior, stawów czy rzek. Tu i ówdzie widać było szare cienkie wstążeczki 

dróg, a na nich maleńkie miniaturki kolorowych samochodów. Gdzieniegdzie poutykane były 

równie maleńkie domki, stodoły, ogrody i sady.

Piękna, najbardziej plastyczna mapa ojczystego kraju przesuwała się przed oczyma 

Ulki i Marka.

Po chwili do kabiny pasażerskiej weszły dwie uśmiechnięte  stewardessy i zaczęły 

podawać drugie śniadanie.

- Wiesz co - powiedziała Ulka zajadając chrupiącą bułeczkę z plasterkiem szynki - ja 

to się trochę bałam, jak startowaliśmy. Samolot pędził i pędził po lotnisku i pomyślałam, że 

może coś złego się stało i pilot nie może wystartować. Niby leciałam już samolotem, wtedy w 

Płocku, ale tam to było  zupełnie coś innego. Tamten samolocik  to raz dwa wzbił się w 

powietrze   i   wcale   tak   szybko   nie   pędził   jak   ten,   a   i   miejsca   dla   startu   takiego   małego 

samolociku było bardzo dużo. Całe ogromne trawiaste pole.

- Płockie lotnisko to całkiem malutkie w porównaniu do Okęcia. Tyle tylko, że ten 

samolot, którym teraz lecimy, jest zupełnie inny. I duży, i odrzutowiec, i w ogóle.

- Ja to niby wszystko wiem, ale w Płocku to się nie bałam prawie ani trochę, a tutaj 

tak. A ty?

- Co ja? - zapytał Marek.

- Ty, czy też się bałeś?

Dzika   Mrówka   już,   już   miał   odpowiedzieć   z   miną   Bóg   wie   jakiego   lotniczego 

globtrotera, że co mi taki start, zwykła sprawa, po prostu normalka, gdy nagle poczuł w głębi 

duszy, że to by było nie w porządku zgrywać przed Ulką wielkiego bohatera i odrzekł:

- Wiesz, co ci powiem? Ja się też bałem.

- Troszeczkę - dodał jednakże po chwili - ale lepiej nie mów o tym nikomu, dobrze?

- Dobrze - uśmiechnęła się porozumiewawczo Ulka - i ty też nie mów nikomu, że ja 

się bałam.

Tymczasem   w   dole,   pod   samolotem,   krajobraz   zmieniał   się   jak   w   wielobarwnym 

kalejdoskopie.   Pojawiały   się   najpierw   wzgórza   i   pagórki,   a   potem   już   wyrosły   góry   i 

stewardessa oznajmiła przez głośnik, że „właśnie mijamy granicę Polski”. A jeszcze potem 

samolot   ogarnęły   chmury,   na   moment   zrobiło   się   w   kabinie   zupełnie   szaro   i   niezbyt 

przyjemnie, ale po chwili znowu zajaśniało słońce jednakże w dole nie było już widać ziemi.

- Popatrz, popatrz - zawołała radośnie Ulka - jesteśmy w niebie!

background image

Istotnie.   Poniżej   samolotu,   jak   tylko   daleko   sięgnąć   wzrokiem,   rozciągały   się 

olśniewająco białe w słonecznych promieniach puszyste kłęby. Zalegały miękkim dywanem 

aż   po   sam   horyzont   i   tylko   od   czasu   do   czasu   wyrastały   w   górę,   tworząc   zupełnie 

nieoczekiwane i całkiem fantastyczne kształty.

- Popatrz - entuzjazmowała się Ulka - tam na prawo to zupełny zamek. Są baszty i 

mury obronne, o, jest nawet brama i zwodzony most!

- A tam - dorzucił Marek - zupełnie smok wawelski. Tutaj ma otwarty pysk, a tam, 

bardziej w lewo jest jego ogon. O, teraz wspiął się na tylne łapy. A teraz zamienił się nagle w 

jakąś bardzo dużą żabę, taką wielką ropuchę.

- Ja tam raczej widzę drzewo - zaoponowała Ulka. - Duże rozłożyste drzewo, podobne 

do tego, które rośnie przed naszą szkołą.

Oboje   zamilkli   na   moment,   każde   bowiem   pomyślało   o   pozostawionych   w   kraju 

koleżankach czy kolegach.

Szkoda, że nie ma z nami Magdy - pomyślała Ula. - Byłoby mi chyba raźniej we dwie. 

A poza tym jest w ogóle bardzo fajna.

Ale będzie co opowiadać po powrocie do klasy - fantazja wyraźnie zaczęła ponosić 

Marka. - Wszyscy pootwierają usta na całą szerokość. Odetnie im całkowicie powietrze! Mur, 

beton!

Potem chmury ustąpiły i pod spodem ukazała się bardzo rozległa równina przecięta w 

środku jakąś dużą rzeką. Były to - jak powiedział pan siedzący przed Markiem i Ulką do swej 

sąsiadki - węgierskie stepy, czyli puszta, i Dunaj. A potem były znowu góry, chyba jednak 

wyższe niż Tatry, bo wierzchołki nosiły jeszcze czapy ze śniegu, mimo że to przecież było 

lato, i po następnych kilkunastu minutach zabrzmiał głos stewardessy w głośniku:

- Proszę zakończyć palenie i zapiąć pasy bezpieczeństwa! Za kilka minut samolot 

będzie   lądował   na   lotnisku   pod   Dubrownikiem.   Temperatura   powietrza   na   lotnisku   plus 

dwadzieścia osiem stopni Celsjusza.

Samolot   wyraźnie   obniżył   się   i   nagle   Ulka   i   Dzika   Mrówka   dojrzeli   przed   sobą 

jasnobłękitną, błyszczącą w słońcu tysiącami odblasków taflę.

- MORZE!!! - zawołali oboje równocześnie.

Przed ich oczyma leżał Adriatyk, czyli Bursztynowe Morze, jak można przetłumaczyć 

Jadransko Morę - jego nazwę w serbo-chorwackim języku. Samolot schodził w dół.

- Ale cudownie! - wykrzyknęła Ula i przywarła nosem do szyby. - To jest tak piękne, 

że chyba zupełnie nieprawdziwe! - dorzuciła po chwili.

Istotnie.   W   dole   rozpościerała   się   wspaniała   panorama.   Do   stóp   wyniosłej   góry, 

background image

porośniętej   bujną   zielonością,   przytulone   było   urocze,   bajecznie   kolorowe,   malownicze 

miasto. Leżało na wysuniętym w morze cyplu, o który rozbijało się błękitne morze w białych 

gejzerach pian, całe otoczone wyraźnie widocznymi z samolotu murami obronnymi i pokryte 

plątaniną małych, wąskich, ciasnych uliczek. Od rażącej w słońcu bieli ścian domów odbijał 

jaskrawo żywy ton dachówek.

-   Jak   pomarańczowy   tort   z   bitą   śmietaną   -   skojarzyło   się   nagle   Ulce   i   aż   ślinka 

pociekła na samo wspomnienie.

W niewielkiej błękitnej zatoczce bieliły się małe stateczki. To stały setki rozmaitych 

łódek i motorówek. Zatoczki strzegły z obu stron potężne szare kamienne mury i bastiony 

obronne.   Za   starym   miastem   rozciągały   się   na  zachód   szersze,   zadrzewione   ulice   i   aleje 

nowego miasta z basenami portowymi, a jeszcze dalej, na zielonym, wysuniętym w morze 

półwyspie bieliły się potężne, supernowoczesne hotele i pensjonaty.

Ależ to jest całkiem fantastyczne! Miasto zupełnie jak z kolorowej bajki - szeptała 

zauroczona Ula, a Marek, który bez przerwy zaglądał jej przez ramię, zupełnie zaniemówił z 

wrażenia,   co   u   Dzikiej   Mrówki   było   zjawiskiem   nadzwyczaj   rzadkim   i   zdecydowanie 

nietypowym.

Pilot samolotu - jakby w formie dodatkowej premii chciał przedstawić pasażerom z 

Polski dalmatyńskie wybrzeże z najlepszej strony - przechylił maszynę i zatoczył duży łuk 

nad   morzem.   Stąd   rozpościerał   się   wspaniały   widok   na   rozłożone   w   dole   wybrzeże   z 

licznymi, jakby specjalnie wyrzeźbionymi w skałach zatoczkami, wzdłuż których jeden obok 

drugiego stały nowoczesne hotele, pensjonaty, domy wypoczynkowe. Przed hotelami złociły 

się wąskie paski piaszczystych plaż, za budynkami zboczem góry ciągnęła się jasna smuga 

krętej szosy. Dalej na wschód widać było tarasowate pólka, na których dojrzewały słynne 

jugosłowiańskie winogrona.

Samolot   leciał   teraz   w   stronę   wybrzeża,   prosto   w   dolinę   u   podnóża   wyniosłych 

szczytów.

- Gdzie on leci? - zlękła się znowu Ulka, ale w tym momencie dojrzała betonowe pasy 

startowe.

Lotnisko - odetchnęła.

Pilot  obniżył  samolot  jeszcze  bardziej i delikatnie,  bez  wstrząsów  posadził  ciężką 

maszynę na ziemi. Znowu ryknęły silniki pełnym basem, tym razem hamując pęd samolotu i 

po   chwili   skręcił   i   kołował   pod   nowoczesny   pawilon   portu   lotniczego   CILIPI   koło 

Dubrownika.

- Nareszcie! - Ulka odetchnęła z wyraźną ulgą i chciała odpiąć pas, ale jakoś jej się to 

background image

niezbyt udawało i dopiero Dzika Mrówka pokazał swojej sąsiadce, że to zupełnie proste.

Gdy   wysiedli   z   samolotu,   uderzyło   wszystkich   nagrzane   powietrze   jakby   nagle 

wskoczyli   do   wnętrza   gorącego   pieca   piekarskiego   tuż,   tuż   przed   włożeniem   chleba 

przygotowanego do pieczenia.

- Gorąco! - stwierdziła odkrywczo Ulka.

- Fakt! - przyświadczył Dzika Mrówka.

Poszli   całą   grupą   do   wyjścia,   przy   którym   stali   funkcjonariusze   jugosłowiańskiej 

straży   granicznej.   Dalej   była   duża   sala   z   kręcącym   się   wkoło   taśmowo-płytkowym 

transporterem.

- A to co? - zdziwiła się Ulka wskazując na transporter.

Marek, tym razem nie wiedział, co powiedzieć, sam bowiem był po raz pierwszy w 

życiu na sali lotniczych odpraw i mruknął tylko coś bardzo niewyraźnie pod nosem, ale już po 

chwili odpowiedź niejako nadeszła sama.

Rzeczywiście  „nadeszła”, bowiem z małych,  zakrytych  zasłoną drzwiczek  poczęły 

jedna po drugiej wysuwać się na krążący transporter walizki, torby, kufry, paczki. Jednym 

słowem bagaż podróżnych, którzy dopiero co wysiedli z samolotu. Ludzie podchodzili do 

wolno sunących waliz, brali je i nieśli do stojących nie opodal celników.

Strumień walizek i rozmaitych toreb płynął powoli, ale nieprzerwanie, gdy nagle za 

zasłonką zaczęło się jakieś zamieszanie. Coś tam poczęło się kotłować, coś przewracać, a z 

otworu przestał wypływać strumień bagażu.

Do zakleszczonego czymś  białym  otworu podbiegło dwóch pracowników lotniska. 

Przez dobrą chwilę  szarpali  się z jakimś mocno opornym  ciężarem,  szamotali  i wreszcie 

wyciągnęli   spory...   żeglarski   worek   z   żaglowego   płótna,   na   którym   dużymi,   starannie 

wyhaftowanymi pomarańczową nitką literami rzucał się w oczy napis:

Pracownicy   lotniska   rzucili   oporny   worek   na   transporter   i   stanęli   obok   z   wielce 

ponurymi minami, bacznie obserwując, do kogóż to też może należeć ten potężny wór, który 

tyle kłopotów im sprawił. Ulka już, już chciała podbiec do transportera, gdy wtem spojrzała 

na dwóch groźnie wyglądających tragarzy i zawahała się przez moment.

- Bierz, co się łamiesz - usłyszała z tyłu szept Dzikiej Mrówki - jesteś dziewczyna, to 

background image

ci nic nawet nie powiedzą.

Na takie dictum Ula zdecydowała się błyskawicznie, podbiegła lekko do transportera i 

chciała   podnieść   swój   worek.   W  obu   ponurych   dotychczas   cerberów   jakby   nagle   strzelił 

piorun. Z ich niezbyt przyjaźnie wyglądających twarzy znikły momentalnie ponure grymasy i 

nawet zrobili pewne wysiłki,  aby stworzyć coś na kształt imitacji  uśmiechu. Jeden przez 

drugiego rzucili się do nieszczęsnego worka, wyrywając go sobie nieomal i podali wdzięcznie 

uśmiechniętej Ulce.

W tym momencie coś się znowu zakotłowało w ciasnych drzwiczkach bagażowych. 

Obaj   portierzy,   potężne   zresztą   i   barczyste   chłopy,   rzucili   się   na   wyścigi   do   okienka   z 

wdziękiem dorodnych hipopotamów, błyskawicznie wyszarpali drugi, również zakleszczony 

żeglarski wór i spojrzeli z grymasem imitującym uśmiech na Ulkę.

Ulka lekko skinęła głową i obaj tragarze w mig podrzucili worek aż pod samą ladę, za 

którą  królował   uroczysty,  pełen  urzędniczej  powagi  Pan  Celnik.  Szybko  zagadali  coś  do 

Celnika w języku niby to zbliżonym do polskiego, z którego jednak ani Ula, ani stojący za nią 

Marek nie zrozumieli ani jednego słowa, a Pan Celnik z niezwykle ważną i skupioną miną 

zrobił na leżącym worku krzyżyk różową kredą i napisał jakiś zygzaczek, zapewne udający 

niezwykle ważny, superurzędowy podpis.

Na białym, żeglarskim worku czerniła się i żółciła olbrzymia MRÓWKA, a gdyby 

ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości, wokół mrówkowego portretu biegł napis wymalowany 

jadowicie zieloną farbą:

- Hvala - powiedział Pan Celnik do Ulki, a gdy ta podsunęła mu tym razem swój 

worek, zrobił nieco zdziwioną minę, ale postawił drugi krzyżyk i drugi urzędowy zygzak.

- Hvala - powtórzył Pan Celnik po raz drugi i ręką dał znać, że celna odprawa dwóch 

żeglarskich worków z dziwnymi napisami została zakończona.

background image

-   Dziękuję   -   uśmiechnęła   się   Ulka,   a   Dzika   Mrówka   rzucił   się   dziewczynce   do 

pomocy, porywając czym prędzej worek z wizerunkiem mrówki.

Przez   drzwi   prowadzące   do   poczekalni   przeciskała   się   akurat   jakaś   starsza   pani, 

obarczona dwiema pokaźnymi walizkami, dwiema wypchanymi mocno siatkami, parasolką i 

jeszcze   trzema   pudełkami   zawiniętymi   w   ozdobny   papier   i   przewiązanymi   kolorowymi 

wstążeczkami.

Marek odstawił swój worek i pomógł starszej pani.

- Hvala - usłyszał.

Pewno, że chwała Bogu, że to się wszystko skończyło - pomyślał Marek, cokolwiek 

jednak   zdziwiony,   nie   mógł   bowiem   w   żaden   sposób   wykombinować,   skąd   ta   obca   mu 

zupełnie osoba wie, że Marek obawiał  się nieco kontroli celnej. Nie żeby coś przewoził 

nielegalnie przez granicę, ale po prostu miał worek tak ciasno upakowany,  że gdyby mu 

przyszło wszystkie rzeczy wyciągać ze środka, to na pewno w żaden sposób nie dałby rady 

wpakować ich z powrotem do worka.

- Ulka, czemu oni tak  wszystko  i wszystkich  chwalą?  - zapytał  nieco zdziwiony, 

zanim jednak dziewczyna zdołała cokolwiek odpowiedzieć, jakiś młody chłopak przytrzymał 

jej   wahadłowe   drzwi,   aby   mogła   swobodnie   przejść   przez   nie   z   żeglarskim   workiem   na 

ramieniu.

- HVALA! - powiedziała Ulka i uśmiechnęła się do chłopaka.

- Coś ty powiedziała? - zdziwił się nie na żarty Dzika Mrówka.

- Jak to co, powiedziałam „hvala”.

- Tyle to słyszałem, ale co to znaczy?

- Po prostu „dziękuję”.

- No, ale skąd wiedziałaś?

- Sprawa prosta jak obręcz. Domyśliłam się. Niewielka to sztuka - odparła Ulka, a 

Dzika Mrówka spojrzał na swą koleżankę z wcale niekłamanym podziwem.

Zupełnie inna ta Ulka niż była kiedyś - pomyślał. - I bystra się jakaś zrobiła taka, 

jakby   zupełnie   nie   była   „babą”   -   dodał   po   chwili   w   myślach   z   typową   dla   młodych 

„mężczyzn” w wieku ...nastu lat zarozumiałością i wyższością.

Po drugiej stronie barierki czekali na „podwodnych żeglarzy” - jak ich ktoś dosyć 

może złośliwie, ale i zupełnie trafnie określił przed wyjazdem z Polski - koledzy, których 

przyjechali tu zmienić. Mieli oni odlecieć do kraju za niespełna dwie godziny, tym samym 

polskim samolotem.

Witali teraz następną „zmianę warty” na „Swantewida” uśmiechnięci, opaleni na brąz, 

background image

wypoczęci.

- Jak było? - zagadnął Dzika Mrówka jednego z nich, zresztą kolegę klubowego i 

jednocześnie szkolnego, tyle tylko, że ze starszej klasy.

Tamten zamiast odpowiedzi zgiął najpierw prawe ramię w geście oznaczającym, że 

wszystko było jak najbardziej O. K., a na podkreślenie dodatkowo wyciągnął kciuk ku górze.

- Chłopcy - odezwał się drugi z czekających - taaaaka bomba!

- A jaka woda czysta! - zachwycał się trzeci. - Na trzydziestu metrach możesz czytać 

w gazecie drobne ogłoszenia.

Dzika Mrówka przez króciutki moment starał się wyobrazić siebie siedzącego na dnie 

morskim   na   jakimś   dużym   kamieniu   jak   na   fotelu   na   głębokości   trzydziestu   metrów   i 

czytającego gazetę: „Kupię używany zegar ścienny, może być nie na chodzie”, „Sprzedam 

przednią szybę do mercedesa” i tak dalej, ale nie za bardzo jakoś mu to wychodziło, wrócił 

więc szybko do rzeczywistości.

- A żarcie? - spytał. - Jakie?

- Niezgorsze - usłyszał w odpowiedzi. - Zależy wszystko od kuka.

Dzika Mrówka lekko skrzywił się na te słowa i spojrzał z niezbyt ukrywaną nadzieją 

na Ulkę. Razem z odjeżdżającymi przybył też na lotnisko Kapitan Filip.

- Dobro dośli nad Jadranskom Morem! - powiedział po serbo-chorwacku, co miało 

oznaczać „Witajcie nad Adriatykiem”.

- Dobro dośli! Hvala! - odrzekła Ulka i wszyscy spojrzeli na nią ze zdziwieniem, a ona 

- o dziwo! - wcale, ale to wcale nie była speszona i nawet nie miała na buzi najlżejszego 

choćby rumieńca zażenowania.

A   potem   było   pożegnanie   z   odjeżdżającymi,   ładowanie   się   wśród   pokrzykiwań   i 

śmiechów   do   małej   furgonetki,   która   wyglądała   wkrótce   jak   obładowany   ponad   miarę 

wielbłąd co najmniej sześciogarbny, i była przyjemna jazda krętą szosą, przy której raz po raz 

rosły rozłożyste palmy z pióropuszami liści i potężne kolczaste agawy, a za każdym zakrętem 

odkrywał się taki widok, że dosłownie zapierało dech w piersiach z zachwytu.

W górze świeciło złote południowe słońce, na niebie nie było najmniejszej nawet 

chmurki, a woda w morzu miała jasny seledynowobłękitny kolor.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY,

PEŁEN PIĘKNYCH WIDOKÓW DALMATYŃSKIEGO WYBRZEŻA

-   Witam   was   wszystkich   serdecznie   na   pokładzie   poczciwego   „Swantewida”!   - 

powiedział Kapitan Filip, gdy dotarli już do jachtu. Żeglarskie worki, na razie jeszcze nie 

rozpakowane,   leżały   kupą   na  pokładzie,   na   którym   poza   tym   panował   idealny   porządek. 

Wszystkie drewniane klepeczki pokładu lśniły niepokalaną wręcz białością, okucia błyszczały 

jak   małe   słoneczka   w   dużym   adriatyckim   słońcu.   Liny   leżały   pięknie   sklarowane,   żagle 

zwinięte   pokazowo,   a   przed   trapem,   łączącym   jacht   z   kamiennym   molo,   wisiała   wielce 

wymowna   i  dla   każdego  chyba   zrozumiała   tabliczka,   wzorowana   na  drogowych  znakach 

zakazu. Na białej, podzielonej poziomą linią tarczy z czerwoną obwódką widniały czarne 

sylwetki dwóch bucików, damskiego na górze i męskiego na dole. Oba przekreślone były na 

krzyż czerwonym iksem.

Oznaczało   to,   jak   można   się   było   niezwykle   łatwo   domyśleć,   że   zabrania   się 

wchodzenia na pokład jachtu w jakimkolwiek obuwiu. Wszyscy zatem teraz stali na bosaka, 

co wyglądało dość śmiesznie, ponieważ nikt nie zdążył się jeszcze przebrać po podróży w 

żeglarskie, bardziej odpowiednie na jacht ciuszki.

- Otóż, moi drodzy, czeka was teraz kilkanaście dni wypoczynku, bo te obowiązkowe 

zajęcia   i   treningi   płetwonurkowe   i   żeglarskie   to   sama   przyjemność,   a   nie   żadna   praca. 

Oczywiście zapomniałem o jednym członku nowej załogi, a właściwie o jednej, która posiada 

dodatkowy   obowiązek,   prawda?   -   zwrócił   się   do   Ulki,   która   przytaknęła   ochoczo.   -   W 

związku   z   tą   sytuacją   zdecydowałem,   że   dla   skutecznego   odciążenia   naszej   jedynaczki 

zwolnimy ją z obowiązków kuka na okres rejsu. Zgoda, panowie dżentelmeni?

Dzika Mrówka rzucił w tym momencie krótkie acz bardzo wymowne spojrzenie na 

Balerona, a Baleron na Dziką Mrówkę, obaj jednakże powiedzieli „zgoda”.

-   Coś   mi   się   zdaje,   że   nie   słyszałem   w   głosach   niektórych   z   was   należytego 

entuzjazmu - roześmiał się Kapitan Filip - i to „zgoda” wskutek tego zabrzmiało jakby bardzo 

background image

anemicznie. Prawda, Dziki?

- ZGODA!!! - krzyknął Dzika Mrówka z taką mocą, że aż załogi wszystkich jachtów 

stojących   w   Starym   Porcie   Dubrownika,   leniwe   opalające   się   w   popołudniowym   słońcu, 

poderwały się na równe nogi.

- No, no, no, bez przesady - mitygował chłopca Kapitan Filip. - Chociaż, co prawda, 

przy twoich talentach kulinarnych, taki wielki zapał jest nawet usprawiedliwiony.

W tym miejscu Baleron nie wytrzymał i parsknął śmiechem, Dzika Mrówka poczuł ze 

złością na samego siebie, że się czerwieni na twarzy (czyżby to czerwienienie przeszło z Ulki 

na   mnie?   -   pomyślał   w   nagłym   popłochu),   a   pozostali   członkowie   załogi,   nie   wiedzący 

dokładnie,  o  co  chodzi,  patrzyli   nieco  zdetonowanym  spojrzeniem   to  na  Kapitana,   to  na 

Balerona, to na Dziką Mrówkę.

-   No,   dobrze   -   odezwał   się   znów   Kapitan   -   dość   żartów.   Przedstawię   wam   teraz 

szczegółowy rozkład zajęć na dzisiejsze popołudnie i ramowy plan na najbliższe dni.

Po rozpakowaniu się, umyciu i przebraniu, jednym słowem po rozgoszczeniu się na 

naszej łajbie, zapraszam na zimną kolację, którą przygotowali dla was schodzący z jachtu. 

Taki tu panuje obyczaj. A wieczorem mały spacerek po uroczym Starym Mieście.

Jutro przed południem szczegółowsze zwiedzanie niektórych tutejszych zabytków i 

rzeczy godnych widzenia, a po obiedzie mały, próbny rejs wokół Dubrownika.

Załogę dzielimy na dwie wachty. Ja obejmuję jedną, Wojtek drugą. Ulę biorę do mojej 

wachty, bo nieopatrznie podpisałem cyrograf, że zrobię z niej żeglarza.

Plan   waszego   tu   pobytu   przewiduje   żeglowanie   wzdłuż   uroczego   i   ciekawego 

turystycznie  i żeglarsko wybrzeża  dalmatyńskiego  od Dubrownika aż prawie po albańską 

granicę   na   południu,   ze   szczególnym   uwzględnieniem   tutejszego   fenomenu   natury,   Boki 

Kotorskiej. A teraz pytanie za dwadzieścia punktów. Co to jest fiord i gdzie coś takiego się 

znajduje?

Młodzi   żeglarze   spojrzeli   nieco   zdziwieni   na   Kapitana   Filipa   po  pierwsze,   że   tak 

zmienił   temat,   a   po   drugie,   że   pyta   o   takie   proste   i   oczywiste   rzeczy.   W   chwilę   potem 

wszyscy podnieśli ręce do góry, tak jak w szkole, dając znak, że gotowi są odpowiedzieć.

- Oczywiście - roześmiał się Kapitan Filip - wszyscy wiedzą. Jasne, że fiord to - 

popularnie mówiąc - wąska, długa i kręta zatoka morska, wciśnięta między nadbrzeżne góry. 

Po prostu taka jakby zatopiona przez morze górska dolina i wszyscy wiedzą, że takie fiordy to 

specjalność Norwegii, prawda?

- Prawda - odpowiedzieli zgodnym chórem.

- No to ja wam powiem, że się mylicie!

background image

- Jak to? - nie wytrzymał, jak zwykle, Dzika Mrówka.

- A tak to, że o kilkadziesiąt mil stąd znajduje się jak najbardziej prawidłowy fiord, 

właśnie owa Boka Kotorska, jedyny w tych okolicach adriatycki fiord. I powiem wam, że gdy 

pierwszy raz tam wpływałem na jachcie, to gdyby nie palmy na brzegu myślałbym, że padłem 

ofiarą   gigantycznej   pomyłki   nawigacyjnej   i   zamiast   na   Adriatyk   wpłynąłem   na   Morze 

Norweskie.

- Bagatela - mruknął Dzika Mrówka - taaaaka pomyłka...

- No, wiesz, Marek, na morzu bywa rozmaicie, a i rozmaici są też nawigatorzy - 

roześmiał się Kapitan Filip. - Zresztą - dodał po chwili - mógł Kolumb pomylić się o ładnych 

parę tysięcy mil i odkryć Ameryką zamiast, jak się spodziewał, dotrzeć do brzegów Azji, to 

można by było pomylić Adriatyk z północnym Atlantykiem. Zawszeć mniejsza różnica.

- No, dobra - zakończył Kapitan. - To by było na razie tyle - A teraz do roboty i za pół 

godziny zapraszam na lekką kolacyjkę.

Na   kolacyjkę   była   doskonała   lokalna   kiełbasa,   tak   zwane   salami,   pokrojona   na 

cieniutkie plasterki, rozmaite serki, czerwona i zielona papryka w dużej obfitości, pieczywo i 

masło, a na deser koszyk smakowitych, wielce dorodnych owoców.

Odświeżeni, przebrani i najedzeni zeszli wszyscy z jachtu na niewielkie kamienne 

molo wychodzące kilkadziesiąt  metrów w głąb małej zatoczki, tworzącej naturalny basen 

wśród skał. Z prawej strony port osłonięty był ciężkim kamiennym masywem półokrągłej 

baszty obronnej z małymi wąskimi okienkami, z lewej natomiast rozłożył się niższy nieco 

bastion, również o wyraźnie militarnym przeznaczeniu. Od morza zatoczkę pełną jachtów, 

łodzi i motorówek zamykał niewielki łamacz fal, po którego obu stronach znajdowały się 

wejścia do basenu.

Na   zapleczu   niejako   porciku   pod   szerokimi   arkadami   mieściła   się   kawiarnia 

wypełniona teraz, ciepłym popołudniem adriatyckiego lata, tłumem turystów. Dalej widać 

było pomarańczowe dachy miasta przetkane tu i ówdzie strzelistymi wieżami, a po lewej 

stronie, wysoko w górę pięło się porośnięte bogatą roślinnością zbocze.

- Jesteśmy w samym sercu, w najważniejszym punkcie jednego z najpiękniejszych 

miast, jakie znam, starego, sławnego Dubrownika, czyli dawniejszego rzymskiego jeszcze 

Ragusium - zaczął Kapitan Filip.

- Dubrownik przez całe wieki żył, i to dobrze żył, czerpiąc niebagatelne dochody z 

dwóch   rzeczy:   z   handlu   i   żeglugi.   A   obie   te   sprawy   skupiały   się   właśnie   tu,   w   starym 

dubrownickim porcie, którego nieomal niezmienny kształt przetrwał szczęśliwie całe wieki i 

dochował się aż do naszych dni.

background image

Pomyślcie, w tak niewielkim basenie, gdzie dziś stoją tylko jachty i motorówki, stało 

w   latach   świetności   Republiki   Dubrownickiej   zapewne   kilkadziesiąt   brzuchatych   statków 

handlowych.   Dubrownickie   karaki,   bo   tak   w   XV-XVI   wieku   nazywano   typ   statków 

budowanych   w   tutejszych   stoczniach,   wypływały   stąd   pod   rozkazami   kapitanów-kupców 

zarówno na wschód, do portów Lewantu, jak i na zachód, do pobliskiej Italii, do Hiszpanii i 

dalej, przez gibraltarską cieśninę i ocean do Francji, Anglii czy ówczesnej Flandrii, a obecnej 

Holandii.

Tam dalej, na brzegu, gdzie dziś widzimy kawiarnie, restauracje, hotele i pensjonaty 

pełne turystów z całego świata, kiedyś stały składy i magazyny handlowe, stocznie i banki, 

prowadzące rozmaite interesy z całym ówcześnie znanym światem.

Tak   wielkiego   bogactwa   portu   trzeba   było   bronić,   dlatego   też   portu   strzegą   dwa 

potężne, nie do zdobycia przy ówczesnej technice wojennej, forty. Ten z prawej, patrząc od 

strony   miasta,   to   Fort   Świętego   Jana,   obecnie   przekształcony   w   muzeum   morskie   i 

etnograficzne,   z   dużym   i   dobrze   wyposażonym   akwarium,   które   jutro   obowiązkowo 

zwiedzimy,   a   z   lewej   Fort   Revelin   z   pięknie   zachowanymi   fragmentami   obronnej 

architektury, z kamienną bramą i równie starym kamiennym mostem.

Działa   ustawione  w  basztach  tych   obu  potężnych   na  owe  czasy  fortów  panowały 

całkowicie   nad   całą   zatoką   przed   Dubrownikiem,   a   sam   basen   portowy   można   było 

dodatkowo w razie niebezpieczeństwa  inwazji ze strony jakiegokolwiek nieprzyjaciela od 

strony morza zamknąć po prostu na... kłódkę.

- Zamknąć na kłódkę? - powtórzyli równocześnie równie zdumieni Baleron i Dzika 

Mrówka i spojrzeli na Kapitana Filipa. Znali go dość dobrze i wiedzieli, że lubi żartować od 

czasu do czasu, ale żeby aż w taki sposób chciał ich wystrychnąć na dudka? To nie pasowało 

do kapitana; „zamknąć port na kłódkę” brzmiało równie prawdopodobnie jak „drzwi do lasu”.

- A tak, tak - potwierdził Kapitan Filip, widząc wielkie zdziwienie i niedowierzanie na 

twarzach   słuchaczy.   -   I   to   dosłownie.   Mianowicie   przeciągano   solidny   łańcuch   między 

Fortem   Świętego   Jana   a   falochronem   oraz   drugi   podobny   między   falochronem   i   wieżą 

Świętego Łukasza, niestety już nie istniejącą, a która stała ot tam, mniej więcej gdzie dziś stoi 

ten dom z małą wieżyczką. A każdy łańcuch, choćby i największy, można przecież zamknąć 

na kłódkę, no nie?

-   Tylko,   że   kłódka   musi   być   odpowiedniego   formatu   -   zauważył   przekonany   już 

prawie Marek.

- Oczywiście, ale dobrych ślusarzy nie brakowało wówczas w bogatym Dubrowniku i 

zrobienie największej nawet kłódki nie stanowiło chyba żadnego problemu. A więc w ten 

background image

sposób zamykano port i już żaden okręt wojenny ani żaden brander nie mogły dostać się do 

basenu.

- A co to ten brander? - zapytała Ula.

-   To   taki   okręt   wojenny,   który   był   wypełniony   jakimś   łatwopalnym   materiałem   i 

podpalany. Załoga ustawiała w odpowiedni sposób żagle i w ostatniej chwili uciekała z okrętu 

na szalupach. A taki płonący brander płynął prosto na nieprzyjacielskie okręty i podpalał je i 

one paliły się albo wylatywały w powietrze - Dzika Mrówka wypalił jak karabin maszynowy, 

zanim Kapitan zdążył otworzyć usta.

- Zgadza się - zdołał tylko powiedzieć, gdy Dzika Mrówka zamilkł, by nabrać tchu.

- No  i  wyobraźcie   sobie   - ciągnął  dalej  Kapitan  Filip  -  że  tutaj dopływały   statki 

handlowe ze wszystkich znanych podówczas zakątków świata, a Dubrownik handlował już 

wtedy, gdy jeszcze ani Vasco da Gama nie odkrył drogi morskiej do Indii, ani Kolumb nie 

odkrył Ameryki, ani Magellan nie opłynął świata wokoło. A więc przepływały dubrownickie 

karaki   pełne   drogocennych   towarów   ze   Wschodu.   Wieziono   je   najpierw   arabskimi 

żaglowcami o skośnych żaglach, jakie jeszcze do dzisiejszego dnia można spotkać na wodach 

Morza Arabskiego, Czerwonego i Zatoki Perskiej, a potem taskały je karawany wielbłądów 

przez pustynię,  by nad brzegami Morza Śródziemnego  w czynnych  od tysiącleci  portach 

załadować   je   na   statki   dubrownickiej   floty.   A   w   tamtych   czasach   zysk   na   handlu   był 

niewiarygodnie olbrzymi.  Gdzieś czytałem  na przykład, że podróż Magellana opłaciła się 

znakomicie   właścicielom   statków,   mimo   że   z   całej   wyprawy   wrócił   tylko   jeden   i   to   nie 

największy   statek,   a   z   kilkuset   ludzi,   którzy   wypłynęli   na   wyprawę,   wróciło   zaledwie 

kilkunastu do cna wyczerpanych, istne ludzkie szkielety.

- Co ty robisz, Marek? - Kapitan Filip przerwał swą opowieść.

Wszyscy obejrzeli się na chłopca, a Dzika Mrówka stał z mocno zaciśniętymi oczyma.

-   Ja   starałem   się   wyobrazić   sobie   port   dubrownicki   w   tamtych   latach,   ale   mi 

przeszkadzały nowoczesne jachty i plastykowe motorówki z radarami. To zamknąłem oczy.

- No i co? Udało ci się wyobrazić? - roześmiał się życzliwie Kapitan.

- Nie - skrzywił się Marek.

- A to znów dlaczego?

- Bo mi przeszkadzają klaksony samochodów.

- To zatkaj uszy - zaproponował Kapitan.

- I nos! - dorzucił Baleron.

- Nosa to nie potrzebuje zatykać, bo tu niedaleko, zaraz za najbliższym rogiem jest 

targ rybny - wyjaśnił Kapitan Filip. - A ryby na całe szczęście nie zmieniły swego zapachu i 

background image

tak samo pachną jak przed kilku nawet tysiącami lat.

- Pachną? - zdziwiła się Ulka, która dotąd raczej uważała, że co jak co, ale ryby to 

jednak po prostu... śmierdzą.

- Kwestia gustu - Kapitan Filip znowu się roześmiał. Przez mały placyk o nazwie 

Rybarnica,  a potem przez ostrołukową  bramę w murze okalającym  miasto  ze wszystkich 

stron, mała grupka płetwonurków-żeglarzy przeszła na większy plac, a właściwie na szeroką 

promenadę z obu stron zabudowaną niewysokimi kamieniczkami z szarego kamienia. Partery 

wszystkich tych kamieniczek zajmowały umieszczone jeden obok drugiego sklepy i sklepiki. 

Szeroka ulica kończyła się wysokim murem, a po prawej stronie wznosiła się wieża kościelna 

nakryta kopulastym hełmem dachu.

-  Oto   i   centrum  Dubrownika,   a  właściwie   centrum  jego   Starego   Miasta,   czyli   po 

chorwacku Stari Grad.

Przejdźmy się teraz tą szeroką ulicą, zwaną Placa, główną promenadą miasta, będącą 

jednocześnie   miejscem   spotkań   i   wielkim   oknem   wystawowym   Dubrownika   pod   gołym 

niebem, dzielącą Stari Grad na dwie części: południową, ongiś znacznie bardziej elegancką, w 

której mieszkali dubrowniccy patrycjusze, i północną, pełną do dziś wąziuteńkich uliczek, 

których mieszkańcami byli rzemieślnicy i rozmaici drobni kupcy. Pozostały jeszcze po nich 

po wiekach nazwy uliczek takie, jak Złotnicza, Kowalska, Żydowska.

- To podobnie jak w niektórych naszych starych miastach - zauważył Baleron.

- A podobnie - przytaknął Kapitan - bo też wszystkie średniowieczne miasta były w 

pewnym sensie do siebie podobne, tyle tylko że nie wszystkie były położone nad morzem, nie 

wszystkie   miały   tak   piękne   otoczenie   i   nie   wszystkie   miały   szczęście   leżeć   akurat   na 

skrzyżowaniu ważnych dróg handlowych ówczesnego świata.

No, ale wróćmy do naszego Dubrownika.

Jak widzicie uliczki w obie strony, licząc od Placa, wspinają się ku górze i niektóre z 

nich   są   właściwie   po   prostu...   kamiennymi   schodami,   po   których   niemożliwy   jest   ruch 

kołowy. Może to dobrze, bo w ten sposób samochody nie mają żadnego dostępu do starego 

miasta i powietrze jest tu na szczęście nie zatrute spalinami.

- Z tyłu, za nami - objaśniał w dalszym ciągu Kapitan Filip, gdy tak szli powolutku 

zatłoczonym, pełnym turystów, dubrownickim deptakiem - stoi wspaniały Pałac Rektora.

- Rektora? - zdziwiła się Ulka - to tutaj był uniwersytet?

-   W   tamtych   czasach,   gdy   budowano   pałac,   w   Dubrowniku   nie   było   jeszcze 

uniwersytetu, ale rektorem nazywano rządzącego miastem wybieralnego urzędnika w latach 

świetności  Republiki   Dubrownickiej.  Jego  piękny  pałac  zbudowany  został   jeszcze  w   XII 

background image

wieku,   a   potem   był   wielokrotnie   odbudowywany   i   przebudowywany,   a   zwłaszcza   po 

tragicznym wybuchu magazynu prochowego i po trzęsieniu ziemi, jakie zniszczyło miasto w 

1667 roku. Obok widzicie misternie wykonaną fontannę miejską, tak zwaną małą Fontannę 

Onufrego,   bo   tak   też   miał   na   imię   jej   twórca.   A   trzeba   wam   wiedzieć,   że   problem 

zaopatrzenia   w   bieżącą   wodę   został   w   Dubrowniku   rozwiązany   bardzo   wcześnie,   bo   w 

pierwszej połowie XV wieku, kiedy to zbudowano rurociąg o długości prawie 12 kilometrów, 

wiodący od siedmiu źródeł w górach aż do samego miasta. Na owe czasy było to wielkie 

osiągnięcie zarówno pod względem technicznym, jak i sanitarnym.

- A ta wieża obok fontanny? - zapytał Baleron.

- O, to miejska dzwonnica, która posiada wielce ciekawą historię.

Zbudowano ją w połowie XV wieku i umieszczono na niej zegar, a poniżej płytę 

pokazującą   zmiany   faz   księżyca.   Dzwon   wydzwaniał   godziny   i   służył   do   oznajmiania 

rozmaitych ważnych wydarzeń w dziejach miasta. Mechanizm zegara dodatkowo uruchamia 

dwie figury dzwonników wykonane z brązu. Figury te zachowały się szczęśliwie do dnia 

dzisiejszego i każdy może zobaczyć na własne oczy, jak „zieloni ludzie”, czyli jak mówią 

mieszkańcy Dubrownika „zelenci”, wybijają kolejne godziny.

- A dlaczego „zelenci”?

- Bo z biegiem lat te brązowe figury pokryły się całkowicie zieloną patyną starości - 

wyjaśnił Kapitan.

Wieża zawaliła się w czasie straszliwego trzęsienia ziemi w 1667 roku i przez długie 

bardzo lata czekała na odbudowanie, które nastąpiło dopiero w początkach naszego wieku, 

kiedy to odbudowano wieżę dokładnie według starych sztychów i odnowiono gruntownie cały 

skomplikowany mechanizm zegarowy.

-   Zaczekajmy   na   pełną   godzinę,   żeby   zobaczyć   zielonych   dzwonników   - 

zaproponowała Ula.

- Z chęcią - zgodził się Kapitan Filip - możemy w końcu robić, na co tylko mamy 

ochotę. Chcecie zobaczyć, to zaczekamy.

Była godzina za pięć minut szósta. Punktualnie w momencie, gdy duża wskazówka 

doszła   do   cyfry   12,   dwaj   dzwonnicy   na   wieży   podnieśli   młoty   trzymane   w   rękach   i 

miarowymi  uderzeniami  w  dzwon oznajmili  dubrowniczanom,  że oto  znów minęła  jedna 

godzina.

- Widziałem podobny zegar na ścianie ratusza w Pradze - przypomniał sobie Baleron. 

- Tyle tylko, że tam było bardzo dużo figurek. Coś się bez przerwy ruszały, otwierały się 

jakieś drzwiczki, ktoś się chował, jednym słowem ruch się robił wielki co każdą godzinę. 

background image

Tłum ludzi stał czekając, aż pokażą się te wszystkie figurki. Zupełnie jak w krakowskich 

szopkach.

-   Słusznie   -   przytaknął   Kapitan   -   takie   szopki   były   dość   popularne   w   pewnych 

okresach. Na przykład w Wenecji jest podobna wieża na placu Świętego Marka. Tam też stoi 

dwóch   dzwonników,   których   Wenecjanie   nazywają   Maurami.   A   u   nas   w   Gdańsku   też 

posiadamy ruszające się figurki. A wiecie, gdzie one są - zapytał Kapitan.

Przez chwilę panowała pełna zaskoczenia cisza, którą przerwała dopiero Ulka.

- Już wiem - zawołała - w oliwskiej katedrze na organach są anioły, które się ruszają i 

grają na trąbach.

- Właśnie - przytaknął Kapitan.

Poszli potem spacerkiem przez całe Stare Miasto, wspinali się po uliczkach-schodach, 

oglądali potężne mury i baszty, podziwiali wystawy sklepów z najróżniejszymi pamiątkami i 

wyrobami dalmatyńskich rzemieślników.

Wyroby były bardzo ładne i niejedno by kupowali młodzi płetwonurkowie, ale ceny 

były słone, znacznie bardziej słone niż woda w Adriatyku i obliczone na o wiele bardziej 

zasobne   kieszenie.   Kupili   jednakże   na   pamiątkę   jakieś   drobiazgi,   a   Dzika   Mrówka   na 

kolorowej karteczce przedstawiającej Stari Grad w Dubrowniku z lotu ptaka, na której od 

ciemnego błękitu morza i jaśniejszego nieba odbijały jasne, prawie białe w słońcu ściany 

domów, solidne masy popielatych murów, soczysta zieleń drzew i krzewów i równie soczyste 

jasnopomarańczowe dachy, napisał:

background image

Na jacht wrócili dopiero późnym wieczorem, gdy cały Dubrownik podświetlony był 

różnokolorowymi   reflektorami.   Ich   światło   tworzyło   tajemniczą   i   intrygującą   atmosferę, 

wydobywało na jaw wciąż nowe kształty i fragmenty starych potężnych murów obronnych, 

które przetrwały całe wieki. Światła miasta odbijały się na gładkiej wodzie budząc kolorowe 

refleksy.

Teraz w nocy, kiedy nie widać już było anten telewizyjnych ani parkujących poza 

miejskimi murami samochodów Dzikiej Mrówce znacznie łatwiej było wyobrazić sobie stare 

pękate   żaglowce,   stojące   ciasno   w   dubrownickim   porcie.   Z   ich   ładowni   wyładowywano 

rozmaite drogocenne towary, marynarze zabawiali się w licznych dubrownickich tawernach, 

pili wino i śpiewali rozmaite marynarskie pieśni, a poważni kupcy w długich fałdzistych 

szatach liczyli złote i srebrne pieniądze, chowali je do drewnianych, mocno okutych blachą i 

nabijanych miedzianymi  ćwiekami skrzyń zamykanych  na potężne kłódki, skrobali gęsimi 

piórami po pergaminach, sporządzając rachunki i raporty z dalekich podróży. Na obronnych 

murach i basztach przechadzali się wartownicy uzbrojeni w halabardy i wypatrywali, czy z 

morza   nie   nadpływają   okręty   nieprzyjaciół   lub   grasujących   po   Adriatyku   piratów,   i 

obwoływali się nawzajem co jakiś czas dla potwierdzenia, że czuwają nad bezpieczeństwem 

bogatego kupieckiego grodu.

background image

- Ale dziś był dzień! - Ulka przerwała Markowe marzenia. - Raniutko wyjechaliśmy z 

Gdańska ekspresem do Warszawy, tuż po południu byliśmy już na dubrownickim lotnisku, a 

kładziemy się spać na wodach Adriatyku. I już zdążyliśmy zwiedzić prawie całe Stare Miasto. 

Jaki ten świat się zrobił maleńki dzięki samolotom. W ciągu paru godzin można przeskoczyć 

z Bałtyku nad Adriatyk. A ile czasu potrzebowali dawni kupcy za czasów rzymskich, ot, 

choćby ci, których pieniążki znaleziono w naszym zatopionym grodzisku, żeby dotrzeć stąd 

nad jeziora kaszubskie. Chyba parę miesięcy...

-   Chyba   -   przytaknął   Marek   wciąż   jeszcze   zapatrzony   w   swoją   wizję   starego 

Dubrownika. - A może nawet i dłużej jechali przez lasy i góry. Albo ile na przykład trzeba 

było płynąć karaką z Dubrownika do Anglii? W dodatku przy ożaglowaniu, które wcale nie 

pozwalało chodzić pod wiatr. Najwyżej półwiatrem, a i to chyba dryf był bardzo duży.

- Ale tu ładnie... - stwierdziła Ula niezbyt zresztą odkrywczo po raz nie wiadomo 

który, ale po prostu tak była zachwycona tym wszystkim, co ją otaczało, że zabrakło jej słów.

- Mylisz się - odezwał się Marek po dłuższej chwili milczenia.

- Dlaczego? Tobie się tu nie podoba?

- Nie... tu nie jest ładnie, tu jest BARDZO ŁADNIE!

- FAKT! - zgodziła się ze śmiechem Ulka.

Nazajutrz   rankiem   -   zgodnie   z   przedstawionym   przez   Kapitana   Filipa   planem   - 

powędrowano do dubrownickiego muzeum i innych zabytków. A więc odwiedzono przede 

wszystkim   niewielkie,   ale   ciekawe   muzeum   morskie,   mieszczące   się   w   dawnej   fortecy 

Świętego   Jana,   gdzie   można   było   prześledzić   rozwój,   rozkwit   i   upadek   dubrownickiej 

świetności. Byli też w morskim akwarium, w rektorskim pałacu i w zabytkowych kościołach.

I tak im zeszedł czas do południa, a po obiedzie Kapitan Filip kazał postawić żagle i 

„Swantewid” wyszedł w morze na krótki, próbny rejsik wokół Dubrownika. Miało to być 

zgranie nowej załogi żeglarskiej, a jednocześnie rzucenie okiem na Dubrownik z zewnątrz, co 

też jest godne widzenia, jak zapewniał Kapitan.

Pierwsze manewry żeglarskie nie wyszły - co tu ukrywać - najlepiej. Nic zresztą nie 

było w tym dziwnego, załoga była nowa i zupełnie ze sobą nie zgrana, a Kapitan znał tylko 

Pana Wojtka oraz Dziką Mrówkę wraz z Baleronem z pamiętnego  rejsu „Stella Polaris”. 

Kapitan   Filip   jednakże   na   szczęście   wcale   się   nie   denerwował   i   ostatecznie   jacht   jakoś 

wyszedł   z   portu,   może   nie   w   najbardziej   eleganckim   stylu,   niemniej   jednak   zupełnie 

skutecznie, jak podsumował żartobliwie Pan Wojtek, któremu zresztą też udało się popełnić 

kilka drobnych błędów.

Po   wyjściu   z   portu   „Swantewid”   zrobił   zwrot   w   prawo,   wykorzystując   słabe 

background image

podmuchy wiatru przeciskającego się w szczelinie między starym portem a odległą zaledwie 

o kilkaset metrów wyspą Lokrum.

Po   prawej   burcie   zostawał   szary   masyw   Fortu   Świętego   Jana,   gdzie   rankiem 

podziwiali rozmaite ryby w akwiarium i modele dubrownickich karak w muzeum morskim. 

Potężny   bastion   wyrastał   prosto   z   morza   uczepiony   skał,   u   stóp   których   pluskała   teraz 

błękitna, czysta woda Adriatyku, w czas zaś groźnych sztormów huczały zapewne rozbijające 

się   fale.   Dalej   ciągnął   się   zbudowany   na   szczycie   jasnych   skał   potężny   mur   obronny 

otaczający całe stare miasto. Co kilkadziesiąt metrów mur wybrzuszał się w stronę morza 

bastionami   o   ostrych,   stromych   ścianach,   ozdobionych   kamiennymi   grzebieniami.   W 

otworach  wyraźnie  widocznych   z  pokładu   jachtu   zapewne  czaiły   się  ongiś  lufy armat,   a 

jeszcze dawniej machiny do ciskania kamiennych pocisków czy też saganów wypełnionych 

płonącą smołą.

- Ale rnury! - zdumieli się chłopcy, patrząc z podziwem na dobrze zachowany potężny 

kompleks obronny.

- Przy średniowiecznej technice chyba nie do zdobycia od strony morza - zastanawiał 

się Dzika Mrówka. - Bo i jak? Desant na łodziach? Rozbiłyby się od razu o skały, a jeżeli 

nawet nie, to co dalej? Drapać się najpierw po skałach w górę, a potem przystawiać drabiny? 

Skąd je brać? A zresztą przecież obrońcy też nie spali. Podkopu też w żaden sposób nie 

można   zrobić,   żeby   na   przykład   wysadzić   mur   w   powietrze.   A   żaden   pocisk   artylerii 

okrętowej z tamtych czasów nie rozbiłby takiego muru, żeby nie wiem jak długo strzelać i 

żeby   nawet   trafiać   raz   za   razem   w   to   samo   idealnie   miejsce   -   chłopak   głośno   wyliczał 

wszystkie możliwości wojskowo-techniczne, jakie mu przychodziły do głowy.

- I też nigdy te mury nie zostały przez nikogo zdobyte - odezwał się od steru Kapitan 

Filip. - A widzieliście przecież Dubrownik też od strony lądu, jak wjeżdżaliśmy do miasta. 

Tam też są takie same mury. Bastiony, wieże, forty i forteca od strony wejścia do portu, 

jednym słowem zupełnie niezdobyte gniazdo morskie. Na pewno było niemało chętnych na 

taką zdobycz, bo w środku, w mieście, za murami, bogactw było co niemiara.

Zresztą Dubrownik był bogaty nie tylko w materialne dobra, ale również historię miał 

niezwykle bogatą. Żadne inne miasto, oprócz może jedynej Wenecji, nie może się pochwalić 

bogatszą. A jeżeli już porównuje się Republikę Dubrownicką z Republiką Wenecką, to trzeba 

pamiętać, że Dubrownik wytrwał w swym niepodległym bycie dłużej niż Wenecja. O kilka lat 

zaledwie dłużej, ale zawsze fakt jest faktem.

Tu kapitan przerwał, bo trzeba było wydać odpowiednie komendy do zwrotu jachtu. 

Tym razem manewr wyszedł nowej załodze znacznie składniej i po chwili „Swantewid” lekko 

background image

pochylony   płynął   wzdłuż   wyniosłych   i   naprawdę   jeszcze   dzisiaj   imponujących   murów 

miejskich.

- Kiedy Dubrownik został założony, dokładnie nikt nie wie - podjął znowu Kapitan. - 

Jak zwykle w takich okolicznościach powstało wiele legend, a jedna z nich - najpowszechniej 

rozgłaszana i przyjęta za najbardziej prawdopodobną - mówi o tym, że po upadku bogatego 

ongiś   miasta   -   Epidaurum,   leżącego   nie   opodal   obecnego   Dubrownika,   część   jego 

mieszkańców   założyła   nową   osadę   na   małej   skalistej,   a   więc   łatwej   do   obrony  wysepce 

zwanej   przez   starożytnych   Greków   Laus,   co   oznacza   po   prostu   -   skałę.   Owa   wysepka 

oddzielona   była   od   stałego   lądu   wąskim   kanałem   morskim,   po   którego   drugiej   stronie 

znajdowały się ziemie nadające się pod uprawę, porosłe dębowym lasem, czyli  w języku 

ówczesnych   Słowian   zamieszkujących   te   ziemie   dubrawą.   I   tak   od   słowa   Laus   poprzez 

zmienione Raus wyszła późniejsza rzymska nazwa Ragusium, a od dubrawy obecna nazwa 

Dubrownik.

Legendarne owe wydarzenia miały miejsce dawno, najprawdopodobniej w okolicach 

VI wieku naszej ery, kiedy to całe wybrzeże dalmatyńskie zostało podporządkowane władcy 

Cesarstwa Wschodniego z siedzibą w Konstantynopolu, czyli władzy cesarzy bizantyńskich.

Pod władzą Bizancjum miasto pozostaje aż do początku XIII wieku, z małymi tylko 

przerwami, kiedy to - na krótko zresztą - Dubrownik popadał w zależność od awanturniczych 

przybyszów z dalekiej północy Europy - Normanów, którzy w początkach naszego tysiąclecia 

założyli swe państewko na południu Półwyspu Apenińskiego i prowadzili rozmaite wojny na 

terenie Morza Śródziemnego.

- Normanowie? - zdziwił się Bąbel, który dotąd raczej zachowywał się milcząco. - 

Czyżby mieli oni coś wspólnego z tymi Normanami, którzy zdobyli Anglię?

- A tak, zgadza się - odrzekł Kapitan.

- No to wobec tego - ciągnął Bąbel - ci Normanowie pochodzili od Wikingów.

- I to też się zgadza.

- To skąd Wikingowie na dalekim południu Europy? Ze Szwecji i Norwegii aż do 

południowej Italii? - dziwił się dalej Bąbel, który jak uczepił się jakiegoś tematu, to już 

musiał go rozgryźć do samego końca.

- Widzisz, Wikingowie to były takie niespokojne duchy na przełomie pierwszego i 

drugiego tysiąclecia naszej ery, że im bardzo ciasno było w zimnej, skalistej Skandynawii. A 

że byli odważni, przedsiębiorczy, a przy tym  doskonałymi  żeglarzami, ciągnęli na swych 

odkrytych  łodziach   w  rozmaitych  kierunkach.  Zdobyli  masę   ziem  na  terenach   ówczesnej 

Rusi, z biegiem wielkich rosyjskich rzek dotarli daleko w głąb lądu, podbili ziemie obecnej 

background image

północnej   Francji,   zdobyli   Anglię,   założyli   swe   państwo   nad   Morzem   Śródziemnym, 

skolonizowali Islandię, Grenlandię i odkryli Amerykę.

- Odkryli Amerykę? No, a Kolumb? - zdziwił się Bąbel.

- Kiedy Kolumb odkrywał Amerykę w końcu XV wieku, Europa nic nie wiedziała o 

odkryciach  Wikingów i dlatego cała sława za odkrycie  przypadła  genialnemu i upartemu 

genueńczykowi. Istnieją zresztą uzasadnione podejrzenia, że Kolumb wcale nie płynął tak w 

ciemno, że jednak musiał coś wiedzieć, iż na zachodzie znajduje się jakiś ląd. Może to było 

właśnie jakieś odległe echo Wikingowych odkryć i szlaków podboju. Kto to wie i kto dziś 

odkryje prawdę? - Kapitan Filip na moment zamyślił się jakby nad losami różnych wielkich 

odkrywców   i   losami   ich   odkryć.   Jacht   tymczasem   powoli   płynął   wciąż   wzdłuż   murów 

Dubrownika.

-   Aleśmy   odskoczyli   od   tematu   -   zreflektował   się   po   chwili   Kapitan   -   gdzie 

Dubrownik, a gdzie Ameryka - roześmiał się.

- Otóż, jak wspomniałem, od początku XIII wieku Dubrownik, który już tymczasem 

stał   się   ważnym   i   bogatym   miastem   handlowym,   podlegał   władzy   Bizancjum.   A   potem 

Dubrownik zagarnęła Wenecja, wówczas potężne i bogate miasto, które doszło właśnie na 

początku XIII wieku do szczytu swego znaczenia.

Władza Wenecji nad Dubrownikiem, zresztą nie tak bardzo uciążliwa, bo Dubrownik 

początkowo nie był dla  potężnej Wenecji  żadnym  poważnym  konkurentem, trwała aż do 

połowy wieku XV, kiedy to formalnie opiekę nad miastem przejął król Ludwik I Węgierski, 

mi   mniej   ni   więcej   tylko...   ojciec   naszej   królowej   Jadwigi,   żony   Władysława   Jagiełły. 

Ponieważ   władza   króla   Ludwika   i   jego   następców   nad   Dubrownikiem   ograniczała   się   w 

praktyce  do pobierania corocznej opłaty oraz do obowiązkowych  modłów za pomyślność 

królów   węgierskich   w   dubrownickich   kościołach,   miasto   od   tego   momentu   zyskało 

praktyczną niezależność i niedługo potem przyjęło nazwę Republiki Dubrownickiej.

Odtąd   przez   cały   wiek   XV   aż   do   połowy   mniej   więcej   wieku   XVI   Dubrownik 

przeżywa swój złoty wiek, czas największego bogactwa i rozkwitu. Jego statki docierają do 

wszystkich portów ówczesnej Europy, jego kupcy i bankierzy znani są bardzo szeroko.

Potem jednak przychodzi odkrycie nowych lądów, poznanie nowych mórz i Morze 

Śródziemne traci swe znaczenie, a wraz z tym traci znaczenie Republika Dubrownicka. Na 

domiar   złego   miasto   spustoszyła   prawie   całkowicie   przywleczona   zapewne   ze   Wschodu 

dżuma,   czyli   tak   zwana   w   średniowieczu   „czarna   śmierć”,   a   wielkie   trzęsienie   ziemi 

zniszczyło je prawie kompletnie.

Co prawda Dubrownik podniósł się jeszcze i z tych klęsk - zostały odbudowane domy, 

background image

kościoły, magazyny i mury obronne, ale Republika powoli zaczęła upadać i ostatecznie na 

początku   XIX   wieku   wojska   napoleońskie,   które   aż   tu   zawędrowały,   położyły   kres 

niezależnej Republice Dubrownickiej.

Kapitan Filip zakończył swoją długą, ale ciekawą opowieść o historii miasta-państwa, 

które widzieli teraz jak na dłoni z pokładu „Swantewida” pławiące się w popołudniowych 

promieniach słońca, pogrążone zapewne w codziennej sjeście, kiedy wszystko co żyło, spało i 

nabierało werwy na wieczorne życie.

Mury okalające miasto, wzdłuż których wolniutko płynęli, wznosiły się coraz wyżej i 

wyżej ponad poziom wody. Nie żeby one same były wyższe, ale po prostu skała, na której 

krawędzi te mury stały, spadała pionowo w dół, prosto ku morzu, a stromizna jej była jakby 

przedłużeniem muru czy też mur przedłużeniem skały. Zachodniego cypla półwyspu chronił 

inny okrągły bastion podobny do Fortu Świętego Jana, jednakże nieco mniejszy.

- To Fort Bohar - objaśnił Kapitan. - Strzeże on wejścia do małej płytkiej zatoczki. A 

tam - po przeciwnej stronie - to dalmatyński Gibraltar - jak niektórzy nazywają twierdzę 

Świętego Wawrzyńca, zbudowaną na prawie pięćdziesięciometrowej, dostępnej tylko ptakom, 

skale.

Za   twierdzą   Świętego   Wawrzyńca   ciągnął   się   w   kierunku   zachodnim   wyniosły 

skalisty grzebień, zasłaniający widok.

-   Za   tymi   skałami   położone   są   nowoczesne   willowe   dzielnice   Dubrownika,   a   na 

zachodnim   krańcu   półwyspu   rozłożył   się   potężny,   wspaniały   kompleks   turystyczno-

wypoczynkowy. Jugosławia postawiła - między innymi - na turystykę. Ale niekiedy chyba 

przesadzają z cenami - westchnął Kapitan Filip.

- A tutaj macie pierwszy ze wspaniałych hoteli dla turystów z grubo wypchanymi 

portfelami   lub   z   książeczkami   czekowymi   poważnych   banków.   Hotel   ten   nazywa   się 

„Libertas”.

Z   kamienistego   zbocza   porośniętego   bogatą,   soczystą   roślinnością   spadały 

amfiteatralnie w dół ku morzu piętra jasnego hotelu. Każde niższe piętro wysunięte było 

nieco do przodu tak, że balkony i tarasy wyższych pięter nie zasłaniały słońca mieszkającym 

niżej. Między skałami nad samą wodą złocił się niewielki skrawek pokrytej piaskiem plaży.

„Swantewid”   płynął   dalej   gnany   lekkim   wschodnim   powiewem.   Dziób   leniwie 

rozcinał przeźroczystą, klarowną wodę, tak że leżąc na pokładzie można było swobodnie 

dostrzec  poszczególne kamienie  i głazy na dnie, można było  obserwować  pływające  tu i 

ówdzie ryby.

Jacht okrążał skalisty półwysep, na którym co kilkaset metrów bielił się spadający 

background image

kaskadami pięter ku morzu hotel. Leżący gdzieniegdzie pod parasolami plażowicze machali 

niekiedy do płynącego jachtu. Ulka, Dzika Mrówka, Baleron, Bąbel, Drzazga i reszta załogi 

odmachiwała im ochoczo i radośnie.

- Panie kapitanie - odezwał się w pewnym momencie Bąbel - ja mam jedno pytanie. 

Czy można?

- Wal śmiało. Co za tajemniczą minę robisz?

- Bo ja chciałem się spytać, panie kapitanie, skąd pan to wszystko tak dokładnie wie, o 

czym pan opowiadał.

- Wcale nie tak dokładnie, mój chłopcze, wcale nie tak dokładnie. A wiem coś niecoś 

po pierwsze dlatego, że jestem tu już drugi sezon, po drugie, że interesują mnie takie historie 

sprzed lat, jako że nic co żeglarskiego nie jest mi obce, a Dubrownik z morzem jest jak 

najbardziej związany, a po trzecie - bom sobie ten Dubrownik i jego okolice bardzo upodobał. 

No i poczytałem cośkolwiek na ten temat. Ale dosyć relaksu i leniuchowania. Zobaczyliśmy, 

co jest nad wodą, teraz czas pod wodę. Potoście w końcu tu przyjechali i potom ja postarał się 

o zezwolenie na płetwonurkowanie.

- To trzeba mieć zezwolenie? - zdziwił się Bąbel.

-   A   coś   ty   myślał?   Jugosłowianie   umieją   wszystko   sprzedać.   Ziemię,   na   której 

stawiasz   namiot,   wodę,   w   której   się   kąpiesz   czy   pływasz   i   nawet   powietrze,   którym 

oddychasz, bo wszyscy płacą tu specjalną, wcale nie małą taksę kuracyjną. Tak, tak, mój 

chłopcze. Nic za darmochę, nic na piękne oczy.

Schodzili pod wodę parami. Gdy Marek, któremu wyznaczono nurkowanie razem z 

Ulką, zanurzył się w przeźroczystej wodzie, oniemiał wprost z zachwytu. Słońce docierało tu 

aż do samego dna, które wcale nie było tak płytko. Widoczność była doskonała, tak że można 

było odróżnić każdy kamyk, każdą muszelkę.

Nie to co w naszych jeziorach albo i w Bałtyku - pomyślał Dzika Mrówka z lekką 

zazdrością. - Żeby tak u nas był choć mały kawałek Adriatyku.

Kryształ nie woda - zachwycała się nurkująca obok Ulka.

Zeszli   oboje   niżej,   nad   samo   dno,   pilnie   uważając,   aby   nie   dotknąć   przypadkiem 

kolących kulek przyczepionych do skał - jeżowców, których ukłucie pociągało za sobą bardzo 

bolesne i długotrwałe skutki, jak ostrzegał Kapitan Filip.

Gdy   wynurzyli   się   po   kilku   minutach,   Ulka   trzymała   w   ręce   dużą   fantazyjnie 

poskręcaną   muszlę,   a   gdy   wdrapali   się   na   pokład   i   zdjęli   z   siebie   całe   płetwonurkowe 

oporządzenie, Ulka siadła na drewnianym rozgrzanym pokładzie leżącego leniwie w dryfie 

„Swantewida” i przyłożyła muszlę do ucha.

background image

-   Szumi   -   szepnęła   cicho   -   szumi   i   opowiada   o   dawnych   sławnych   dziejach 

Dubrownika. O odważnych kapitanach, o bogatych kupcach, o dzielnych marynarzach i o 

Julii, czekającej przez całe lata na swego Romeo, który wypłynął w bardzo daleki rejs.

Dzika Mrówka, który leżał obok i wygrzewał się na słońcu, spojrzał ze zdziwieniem 

na Ulkę.

Ale   romantyczka   -   pomyślał   w   pierwszej   chwili   z   przekąsem   i   już,   już   miał 

powiedzieć coś złośliwego, jednakże ugryzł się w język w ostatnim momencie i równie cicho 

zapytał:

- I wrócił ten Romeo z rejsu do swojej Julii?

Ulka spłoszyła się i - po raz pierwszy od bardzo dawna - spiekła najprawdziwszego 

raka, z którym nawiasem mówiąc bardzo jej było do twarzy.

I co dziwniejsze, Marek też poczuł, że się czerwieni. Jakby był jakiś powód.

-   Wrócił...   -   szepnęła   Ulka   i   uśmiechnęła   się,   ale   tak   jakoś   zupełnie   inaczej   niż 

dotychczas. Uśmiechnęła się „do środka”. Przynajmniej tak wydało się Dzikiej Mrówce.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY,

W KTÓRYM DZIĘKI STANKO MILEVIĆOWI POLSCY 

PŁETWONURKOWIE POZNAJĄ ROZMAITE CIEKAWE RZECZY

-   Przygotować   się   do   zwrotu   przez   sztag!   -   głos   Kapitana   Filipa   przerwał   pełną 

lenistwa   ciszę,   jaka   od   dłuższego   już   czasu   panowała   na   pokładzie   „Swantewida”.   Jacht 

płynął spokojnie wzdłuż górzystego dalmatyńskiego brzegu. Jak daleko sięgnąć wzrokiem, od 

błękitnoszmaragdowej gładzizny morza aż po szare skaliste wierzchołki nadbrzeżnych grani 

wznosiły się tarasowato zielone płaty winnic, z których słynna była cała ta okolica, tu bowiem 

wyrabiano najlepsze wina rozsyłane na całą Europę od niepamiętnych czasów.

Wiatr wiał umiarkowany i wielce korzystny dla „Swantewida”, który po manewrach 

wyjściowych   z   Dubrownika   płynął   przez   cały   czas   jednym   halsem   kursem   południowo-

wschodnim. Celem niezbyt długiego rejsu była Zatoka Kotorska, a ściślej sam port Kotor, 

położony w głębi adriatyckiego fiordu. Tam bowiem Pan Wojtek miał przyjaciela, z którym 

koniecznie   chciał   się   zobaczyć.   Przyjaciel   ów,   Stanko   Milević,   pracował   w   kotorskiej 

Wyższej   Szkole   Morskiej,   którą   to   uczelnię   łączyły   z   gdyńską   Szkołą   serdeczne   więzy 

współpracy. Sam Stanko był z zawodu historykiem sztuki i wykładał ten przedmiot w szkole, 

która   posiadała   oprócz   morskich   specjalności   również   wydział   turystyczny   dla   obsługi 

olbrzymiej rzeszy odwiedzających rokrocznie dalmatyńskie wybrzeże. Dodatkowo - według 

zapewnień Pana Wojtka - Stanko Milević był zapalonym płetwonurkiem amatorem w lecie, a 

równie zapalonym  narciarzem w zimie, była  to więc rzeczywiście wielce pokrewna Panu 

Wojtkowi dusza.

Przed dziobem „Swantewida” rozłożyło  się szerokie wejście do Zatoki Kotorskiej, 

wyglądając z morza jak wcinająca się w ląd spokojna wodna płaszczyzna. Z lewej burty 

widać było stojące na skalistym brzegu jak na straży jakieś rozsypujące się ruiny i sterczącą 

obok ruin wyniosłą wieżę latarni morskiej, z prawej - na kamiennej wyspie piętrzył się masyw 

jakiejś   dużej   fortecy.   Z   pokładu   jachtu   wyraźnie   było   widać   bastiony,   mury,   stanowiska 

nabrzeżnej artylerii.

- Co to za forteca? - spytał Baleron.

-   To   taka   trochę   śmieszna   historia   -   uśmiechnął   się   Kapitan   Filip.   -   Po   pierwsze 

skalista wysepka, a i cała forteca z nią razem nazywa się Mamula, co w naszym języku wcale 

nie pasuje do groźnej fortecy, a po drugie z ciężkich dział Mamuli nie wystrzelono ani razu od 

chwili jej zbudowania aż po dzień dzisiejszy. A fort ten zbudowano w czasie panowania 

background image

austriackiego gdzieś w połowie ubiegłego wieku dużym zapewne nakładem pracy i kosztów.

Twierdza Mamula razem ze stanowiskami artylerii nabrzeżnej na obu widocznych 

stąd wyraźnie przylądkach: Ostri i Mirista miała bronić dostępu do Zatoki Kotorskiej, historia 

jednak tak się potoczyła, że wszelkie obce wojska od czasu zbudowania Mamuli zajmowały 

te okolice od strony lądu, a nie od strony morza. I w ostatecznym efekcie całe te fortyfikacje 

psu na budę się zdały. Na przykładzie mamulskiej fortalizacji widać, ile to daremnego trudu 

ludzkiego i ile pieniędzy pochłaniają wieczne zbrojenia. Że też nic ludzi nie może nauczyć - 

zakończył sentencjonalnie Kapitan Filip swoje objaśnienia.

Po wejściu na wody Zatoki Kotorskiej w żagle „Swantewida” raz po raz uderzały z 

rozmaitych stron podmuchy wiatru odbite od górzystych brzegów, tak że trzeba było czujnie 

obserwować   zarówno   pracujące   płótna,   jak   i   powierzchnię   wody   i   być   w   każdej   chwili 

gotowym do manewru. Dodatkowym utrudnieniem stały się turystyczne motorówki śmigające 

tu i ówdzie. Przeważnie ciągnęły one za sobą na długich linkach narciarzy wodnych, którzy w 

slalomowych zakrętach wzbijali do góry srebrzyste fontanny wody.

Bardzo ładnie wszystko to wyglądało, ale też znacznie utrudniało spokojną dotychczas 

i   leniwą   żeglugę.   Dodatkowym   utrudnieniem   były   przecinające   wody   zatoki   promy 

samochodowe,   białe   pasażerskie   stateczki,   dziesiątki   pykających   silnikami   rybackich 

kuterków z zawieszonymi na wytykach sieciami i załadowane statki handlowe wchodzące w 

głąb fioru lub wychodzące na morze.

Za   kolejnym   przylądkiem   Kapitan   Filip   zawrócił   jacht   w   prawo   i   przed   dziobem 

ukazała się skryta dotychczas przed wzrokiem żeglarzy szeroka przestrzeń wodna.

- Co za uroczy zakątek! - stwierdziła ze szczerym  zachwytem  Ulka. - Żebym  nie 

zobaczyła na własne oczy, trudno by mi było uwierzyć!

- Istotnie - zgodził się Kapitan - ale dalej jest jeszcze piękniej.

- To jeszcze nie koniec fiordu? - zdziwił się Dzika Mrówka.

- O, ho, ho, do końca fiordu, czyli  do portu Kotor, jeszcze ludny szmat drogi. A 

najpiękniejsze   fragmenty   Zatoki   Kotorskiej   są   dopiero   za   następnym   przesmykiem   -   tu 

Kapitan Filip wskazał ręką kierunek, w którym widać było tylko wznoszące się ku górze 

strome zbocza pokryte obfitą, soczystą zielenią.

- Tam jest w ogóle jakiś przesmyk? - zdziwił się milczący raczej dotąd Szufla.

- A jakże, ten piękny fiord kryje rozmaite widokowe niespodzianki - roześmiał się 

Kapitan. - To chyba jeden z najpiękniejszych zakątków dalmatyńskiego wybrzeża, ba, może 

nawet całego wybrzeża Adriatyku. Czy to płynąc wodami fiordu czy też jadąc samochodem 

wzdłuż jego  brzegów można  co krok stawać  i podziwiać,  bo z każdego  miejsca inne  są 

background image

widoki, bo obrazy wciąż zmieniają się niby w naturalnym, żywym, ogromnym kalejdoskopie.

Na brzegach, wzdłuż których płynął jacht, rozłożyły się małe wioski i miasteczka. 

Ponad dachy niskich domków pokrytych  ceglastymi  dachówkami wystrzelały tu i ówdzie 

wysokie  białe nowoczesne wieżowce i śmiałe  w  swym  architektonicznym  kształcie  bryły 

budowli, tarasami balkonów schodzące w dół, ku wodom zatoki.

-   Mijamy   jedną   ze   sławniejszych   miejscowości   wypoczynkowo-leczniczych   w   tej 

okolicy, miasto Herceg Novi. Pełno tu nowoczesnych hoteli i sanatoriów wykorzystujących 

liczne i obfite silnie radioaktywne źródła lecznicze. Zjeżdżają się tutaj przez cały okrągły rok 

rozmaici, bogaci najczęściej kuracjusze, a szczególnie Szwedzi i Norwegowie, którzy oprócz 

leczniczych źródeł szukają tu gorącego słońca i ciepłych wód Adriatyku.

Całej   mamy   miasteczko   Zelenika,   co   chyba   można   przetłumaczyć   luźno   jako 

Zielonka, a parę kilometrów przed nami rozłożyła się Bijela, co znowu oznacza Białą lub 

Białkę. Z tej ostatniej miejscowości kursuje co kilkanaście minut prom samochodowy na 

drugą  stronę  wąskiej   tu  zatoki  do  miejscowości  Tivat.   To  dla   tych  turystów,  którym   się 

spieszy i którzy nie chcą objeżdżać całego fiordu dookoła. Co prawda zaoszczędzają w ten 

sposób dobre pięćdziesiąt kilometrów, ale tracą bezpowrotnie przepiękne plenery.

W Bijeli na skalistym wybrzeżu rozłożyła się stocznia. Na jej pochylniach czerwieniły 

się minią kadłuby budowanych statków, a na pływających dokach piętrzyły się ponad wodę 

odrapane kadłuby remontowanych jednostek. Na jednym z doków rysowały się ostre kontury 

pokrytego   szarą   bojową   farbą   niszczyciela   i   leżały   obłe,   podłużne   cielska   okrętów 

podwodnych, które wyglądały jak wyrzucone na piasek plaży wieloryby.

Po   kolejnym   zwrocie   w   lewo   jacht   wpłynął   w   kręty,   wąski   przesmyk   między 

wyniosłymi skalnymi brzegami, szeroki zaledwie na kilkadziesiąt metrów. Za przesmykiem 

na spokojnej, nie zmarszczonej wiatrem toni leżały dwie malutkie wysepki. Na jednej z nich 

sterczał  kopulasty  budynek   niewielkiego   kościółka,   na  drugiej   odbijał   od  ciemnej   zieleni 

smukłych cyprysów pomarańczowo połyskujący dach drugiej świątyni.

- Te dwie urocze wysepki to Sveti Juraj, czyli Święty Jerzy - ta większa, i mniejsza: 

Gospa od Skrpjela, czyli Matki Bożej ze Skrpjela - objaśnił Kapitan. - Trochę dziwny jest 

tutejszy język. Niektóre słowa składają się prawie z samych spółgłosek tak, że prawie wcale 

tego nie można wymówić - zauważył po chwili.

Przez chwilę płynęli w milczeniu pchani zamierającymi podmuchami wiatru wzdłuż 

wąskiej cieśniny, podziwiając otwierający się przed nimi widok.

- Panie kapitanie - głos Dzikiej Mrówki przerwał nabożną nieomal kontemplację. - 

Jeżeli tu tak wąsko od brzegu do brzegu, to można by było dalszy ciąg fiordu zamknąć na 

background image

kłódkę, podobnie jak port w Dubrowniku.

- Brawo, Mrówa - roześmiał się Pan Wojtek. - Ale wyobraź sobie, że na identyczny 

pomysł wpadli już ładne paręset lat przed tobą kotorscy władcy. I rzeczywiście przeciągali 

taki łańcuch w poprzek cieśniny, gdy im cokolwiek groziło od strony morza.

- I pomogło to?

- Chyba tak, bo w czasie swej bardzo długiej historii Kotor zdołał się obronić przed 

Turkami, którzy wszystkie ziemie dookoła pozajmowali. Oczywiście udało się to Kotorowi 

nie tylko dzięki łańcuchowi, który zamykał cieśninę do dalszej części fiordu, ale też dzięki 

potężnym miejskim murom obronnym, które niedługo zobaczymy.

Po przepłynięciu przesmyku trzeba było włączyć silnik, gdyż wiatr ustał zupełnie, a w 

Kotorze miał przecież czekać na nich przyjaciel Pana Wojtka Stanko Milević.

Stanko, czekał istotnie. Jeszcze nie zdążyli dobić do małego betonowego mola u stóp 

miasta, które przycupnęło jakby i przytuliło się do wyniosłych, wznoszących się aż pod same 

chmury   szarych   skał,   gdy   na   nabrzeżu   pojawił   się   potężnie   zbudowany   mężczyzna, 

czarnobrody i czarnowłosy.  Ubrany był w białe płócienne spodnie i rozchełstaną koszulę 

malowaną w jaskrawożółte słoneczniki, jakby żywcem przeniesione z obrazów Van Gogha. 

nogach olbrzym ten nosił proporcjonalne do swego wzrostu drewniane chodaki, którymi teraz 

łomotał głośno po betonie nabrzeża.

D

O

B

R

O

 

D

O

S

L

I

!

wrzasnął przeraźliwie acz radośnie przybyły, aż siedzącemu spokojnie na pobliskim 

polerze  jakiemuś miejscowemu staruszkowi  wypadła  z bezzębnych  ust  fajka,  którą  pykał 

powolutku.

W

I

T

A

J

C

I

E

!

Krzyknął jeszcze raz Stanko, gdyż on to był we własnej, olbrzymiej postaci, schylił się 

w klekocącym drewniakami biegu po fajkę wypadłą staruszkowi, podał mu ją jedną ręką, 

drugą przez cały ten czas wymachując w powitalnych gestach szerokoskrzydłym słomkowym 

kapeluszem o takich wymiarach, że snadnie mógł służyć w razie potrzeby jako niewielki 

dwuosobowy namiot, a zatknięty na kiju mógł z powodzeniem udawać kawiarniano-plażowy 

parasol, osłaniający od piekącego słońca co najmniej czteroosobowy stolik.

- WITAJ  STANKO!!!  - odkrzyknęli  równie  ochoczo  Pan Wojtek  i Kapitan  Filip, 

background image

jednakże wspólny ich okrzyk zabrzmiał jak szept osłabionego dziecięcia wobec stankowego 

okrzyku, którego gromkie echo błąkało się jeszcze po okolicznych górach.

D

O

B

R

O

 

D

O

S

LI

 

ZEL

ENCI!

zawołał   ponownie   gromkim   głosem   Stanko   Milević   do   całej   zgromadzonej   na 

pokładzie „Swantewida” gromadki, której to niespodziewane przezwisko widocznie od razu 

przypadło do gustu, bo odkrzyknęli wszyscy razem nawet prawie składnym chórem:

- DOBRO DOSLI, STANKO OD KOTORA!

H

V

A

L

A

!

Stanko roześmiał się szeroko, od ucha do ucha. - Mnogo hvala! Pięknie wam dziękuję! 

- dorzucił zupełnie płynnie po polsku. - Od dzisiaj wy jesteście ZELENCI, a ja - STANKO 

OD KOTORA! O. K?

-   O.K!   -   odkrzyknęła   załoga   „Swantewida”,   której   serca   zwalisty   przyjaciel   Pana 

Wojtka pozyskał sobie z miejsca.

W czasie, gdy tak sobie na wzajem pokrzykiwali, „Swantewid” dobił zgrabnie do 

kotorskiego mola i Stanko uściskał najpierw Pana Wojtka, potem Kapitana Filipa, a następnie 

kolejno wszystkich członków załogi jachtu.

-   Dobrze,   żeście   zdążyli   przed   wieczorem   -   zawołał   Stanko   po   pierwszych 

powitaniach. - Czeka na nas wszystkich kolacja!

- WSZYSTKICH? - zdziwił się Pan Wojtek. - Czyż ty, Stanko, obrabował w ostatnich 

dniach jakiś bank w okolicy? Przecież nas tu cała gromada. Siedmiu chłopa, którym wcale nie 

brakuje apetytu, a i ósmy członek załogi, nasza jedynaczka Ulka, niewiele pod tym względem 

ustępuje swoim kolegom. Zresztą pod żadnym względem nie ustępuje - dodał po chwili, ale 

Stanko zdążył już nisko pokłonić się Ulce, zamiatając pokład jachtu olbrzymim kapeluszem.

- Dla pięknej panienki mam zawsze dokładkę każdego dania! - huknął radośnie. - A 

ty, Wojtek, nie masz nic do gadania. Zapraszam was WSZYSTKICH na kolację. Decyzja 

zapadła jednogłośnie, to znaczy MOIM głosem, i nie ma żadnej dyskusji. A o moje pieniądze 

tak bardzo znowu się nie martw. Idziemy na kolację do knajpki mojego wielkiego przyjaciela, 

który najlepiej na całą Bokę Kotorską smaży ryby i przyrządza wszelkie „frutti di mare”, jak 

background image

mówią Włosi, czyli „owoce morza”. A przyjacielowi wcale nie zamierzam płacić od razu.

- Czy mamy rozumieć, że TY zapraszasz NAS na kolację na JEGO koszt? - roześmiał 

się Pan Wojtek.

- Wcale nie na jego, tylko na MOJE KONTO - oburzył się szczerze Stanko. - Dopiszę 

koszt tej kolacji do moich długów u przyjaciela.

- A dużo już masz tych długów? - znowu roześmiał się Pan Wojtek.

- Wcale nie dużo - odpowiedział z powagą Stanko. - Nie dopuszczam do tego. Po 

prostu, jak dług robi się za duży, to wyrywam z zeszytu mojego przyjaciela kartkę z moim 

nazwiskiem i moimi długami, palę ją uroczyście i zaczynamy liczyć od nowa.

Teraz   roześmieli   się   wszyscy,   a   najgłośniej   i   najserdeczniej   śmiał   się   oczywiście 

olbrzymi Stanko Milević. Co prawda nie wiadomo, czy przyjacielowi Stanka też było tak 

bardzo do śmiechu, ale z obecnych na jachcie ani nikt o tym nie pomyślał, ani nikogo to w 

danym momencie nie obchodziło.

- A co to są te „frutti di mare”, te „owoce morza” czy jak tam? - zapytała Ulka, gdy 

umilkły wreszcie śmiechy.

- To panna jeszcze nie wie? - zdziwił się Stanko szczerze. - „Frutti di mare” to jest to 

wszystko, co w morzu żyje i daje się zjeść. A więc ryby rozmaitych gatunków i małże, i 

krewetki, kalmary, czyli kałamarnice i ośmiornice... - zaczął wyliczać Stanko.

- Ojejej - skrzywiła się Ula z wyraźnym obrzydzeniem. - Kałamarnice? Ośmiornice? 

Ależ to paskudztwo...

- Żadne paskudztwo. Absolutnie. Jak mój przyjaciel przyrządzi, to po prostu paluszki 

lizać. On zresztą jest taki majster, że gdyby przyrządził kawałek drzewa, to i ono nadawałoby 

się do zjedzenia - roześmiał się Stanko. - Ale my tu gadu, gadu, a ryby już skwierczą na 

ruszcie. Szkoda czasu...

Przyjaciel Stanko Milevića rzeczywiście był chyba najlepszym kucharzem na całym 

dalmatyńskim wybrzeżu, a z jego przytulnej restauracyjki schowanej w wąskich uliczkach 

starego miasta w Kotorze rozchodziły się na wszystkie strony tak smakowite zapachy, że 

liczni   o   tej   porze   roku   i   dnia   turyści   ciągnęli   gromadnie   jak   muchy   do   miodu.   Miejsc 

oczywiście nie było, ale gdy tylko przyjaciel Stanka zobaczył nadchodzących oczekiwanych 

gości, wyczarował błyskawicznie jeszcze dwa małe stoliki, które ustawił wprost na ulicy pod 

kuchennym   oknem   swej   restauracyjki,   przez   które   podawał   bezpośrednio   na   stół   a   to 

wspaniałe, świeżuteńkie, smażone na ruszcie ryby, a to kalmary, a to ośmiornice, a to znów 

kraby rozmaite. A wszystko było tak smaczne, że nawet Ulka zapomniała całkowicie o swym 

uprzedzeniu do „owoców morza” i wszyscy z wielką trudnością szli na jacht, tak bardzo byli 

background image

objedzeni, „aż po same dziurki od nosa”, jak stwierdził autorytatywnie Baleron, którego o 

brak apetytu nikt nie śmiałby posądzić.

Tymczasem zapadła już noc i światła wokoło rozbłysły,  a na nieruchomej wodzie 

kotorskiego fiordu pojawiły się długie smugi. Jak okiem sięgnąć, wzdłuż wybrzeży ciągnęły 

się   kolorowe   światełka   niczym   sznury   choinkowych   lampek,   mrugały   ogniki   rusztów 

ustawionych  na  wolnym  powietrzu  przed domami,  na  których  smażono  kolacje, błyskały 

odblaski   samochodowych   reflektorów   i   zielono-czerwone   światła   pozycyjne   płynących 

motorówek i kutrów wypływających na nocne połowy lub wracających z morza z sieciami 

wypełnionymi rozmaitymi „frutti di mare”.

A na ciemnogranatowym niebie migały tysiące innych światełek, układających się w 

różne   gwiezdne   konstelacje   i   zbiory,   i   rozpierał   się   ogromny   pyzaty   księżyc   jak   dobrze 

wypieczony dorodny bochen chleba.

Wczesnym   rankiem   następnego   dnia   śpiącą   w   komplecie   załogę   „Swantewida” 

obudził przeraźliwy klakson samochodu.

To trąbił niespożyty Stanko Milević, ubrany w te same co wczoraj białe płócienne 

spodnie, tę samą koszulę malowaną w jaskrawe słoneczniki i te same klekoczące drewniaki. 

Że jednak dzień był - mimo wczesnego ranka - już dość gorący, słonecznikowa koszula była 

rozpięta, tak że widać było wspaniale opalony Stankowy tors, a nogawki płóciennych spodni 

zawinięte były prawie do samych kolan.

- WSTAWAĆ!!! POBUDKA!!! - głos Stanka Milevića mógłby snadnie podnieść z 

grobu nawet najbardziej zaspanego i leniwego nieboszczyka.

- Mam propozycję nie do odrzucenia - oświadczył  gromko, radośnie i głosem nie 

uznającym sprzeciwu, gdy z głębi „Swantewida” wynurzyły się zaspane jeszcze załoganty - 

mianowicie zabieram moim wspaniałym  rolls-roycem  pod tytułem „Złota Strzała Kotoru” 

całą gromadkę „zelenców” na wycieczkę do dawnej stolicy Czarnogóry, do Cetynii. Kapitana 

i Wojtka nie zabieram, bo po pierwsze już ze mną w Cetynii byli i to w dodatku parę razy, po 

drugie mój wspaniały samochód jest zarejestrowany tylko na pięć osób, więc jasne, że więcej 

niż siedem nie mogę zabrać, a po trzecie ktoś musi przez ten czas przeprowadzić wasz jacht 

do Budvy, bo tam się spotkamy i wrócimy razem wodą do Kotoru. Wszystko jasne?

- Wszystko jasne! - odwrzasnęli chórem „zelency”.

- Nie tak znowu wszystko - zaoponowali Kapitan Filip z Panem Wojtkiem - a niby po 

co my mamy płynąć do Budvy? Co to, źle nam tutaj? Lepiej zaczekamy tutaj aż wrócicie z 

powrotem przez góry.

- Absolutnie  niemożliwe  - odrzekł  tubalnym  głosem  Stan- Po pierwsze wcale  nie 

background image

wiadomo, czy moja „Złota Strzała Kotoru” zdoła dociągnąć dalej niż do Budvy, bo to jest 

samochód wybitnie krótkodystansowy, a po drugie jestem umówiony na obiad w jednej takiej 

gospodzie u mego przyjaciela, do której można dotrzeć tylko od strony wody. Teraz jasne?

- Mniej więcej - zgodził się Kapitan Filip.

- Czy wszyscy właściciele restauracji, knajp i gospód w okolicy to twoi przyjaciele? - 

dorzucił Pan Wojtek.

- Wszyscy nie, ale najlepsi to tak! - roześmiał się Stanko i już ładował „zelenców” do 

swojego   mocno   już   zdezelowanego   samochodu,   który   mógłby   z   powodzeniem   zasilić 

niejedno muzeum automobilizmu, a który miał się mniej więcej tak do rolls-royce’a jak stara 

dorożkarska szkapa do wyścigowego konia pełnej krwi.

Gdy już jakimś cudem pomieścili się wszyscy we wnętrzu limuzyny, która jeszcze 

jakieś piętnaście lat temu mogła udawać zupełnie elegancką, Stanko zatrąbił z wielką fantazją 

i ruszył przy akompaniamencie głośnych salw z rury wydechowej.

- To nic - zlekceważył wyraźnie Stanko - to zawsze tak na początku, dopóki się silnik 

nie rozgrzeje.

Jechali   wzdłuż   starych   murów   obronnych   Kotoru   nadbrzeżną   aleją   wysadzaną 

rozłożystymi   palmami,   przejechali   obok   ozdobnej   bramy   wiodącej   do   Starego   Miasta   i 

minąwszy domki przedmieścia zaczęli wspinać się pod górę pokręconą w serpentyny drogą. 

Stanko pokonywał jeden po drugim coraz bardziej ostre zakręty, a w dole pojawiała się coraz 

szersza i wspanialsza panorama kotorskiego fiordu.

Przy   którymś   tam   z   coraz   ciaśniejszych   szosowych   wiraży   z   rury   wydechowej 

samochodu rozległy się znowu głośne wybuchy.

- To silnik jeszcze się nie rozgrzał? - zapytał niewinnym głosem Dzika Mrówka.

- A dlaczego pytasz? - Stanko spojrzał nieco podejrzliwie na chłopaka.

- No bo strzela z rury zupełnie tak samo jak na początku, kiedy pan mówił, że jest 

zimny silnik.

-   Bo   wtedy   strzelał   dlatego,   że   BYŁ   zimny.   A   teraz   strzela,   dlatego,   bo   jest 

PRZEGRZANY. Normalka - wyjaśnił ze stoickim spokojem i kamienną twarzą Stanko, choć 

oczy mu się najwyraźniej śmiały.

- No to kiedy ten silnik nie strzela? - Dzika Mrówka był uparty w swej dociekliwości.

- Żeby tak prawdę powiedzieć, to on wcale nie strzela tylko wtedy, kiedy silnik nie 

pracuje - tym razem Stanko roześmiał się na cały głos tak, że zagłuszył zupełnie strzelanie 

silnika, a po okolicznych górach poszło gromkie echo tego potężnego śmiechu.

Mimo   kaszlania,   strzelania,   a   potem   też   gęstych   kłębów   ciemnego   dymu 

background image

wydobywającego się z rury wydechowej i białej pary spod korka chłodnicy jakoś jednak 

„Złota Strzała Kotoru” - która nawiasem mówiąc wcale nie była złota, tylko dość solidnie 

zardzewiała - dzielnie pokonała ostatnie zakręty pnące się pod górę i pojazd potoczył się 

górską drogą okalającą najwyższe okoliczne wzniesienie.

- Na prawo mamy masyw Lovcenu - objaśniał Stanko - u w dole jak na dłoni leży cała 

Boka Kotorska.

Z tej wysokości istotnie cały fiord widoczny był doskonale i wyglądał jak wielka 

kolorowa mapa plastyczna. Maleńkie z tej wysokości motorówki i kutry ciągnęły za sobą 

ślady kilwaterów i warkocze fal, rozchodzące się na boki od dziobu. W kotorskim porcie przy 

reprezentacyjnym nabrzeżu, tuż, tuż koło murów starego miasta, stał widocznie dopiero co 

przybyły biały statek pasażerski. Nieco dalej widać było niewielką białą kreseczkę dwoma 

cieniutkimi jak słomki masztami. To ich jacht „Swantewid”. Z drugiej strony rozpościerały 

się łagodne zbocza pokryte soczystą zielenią, a ponad drogą piętrzyły się dwa skalne szczyty, 

najwyższe góry w tej okolicy.

Potem zjechali do niewielkiego i sennego miasteczka Cetynia i aż wierzyć się nie 

chciało, że mogła to być zaledwie przed kilkudziesięciu laty stolica niezależnego i bitnego 

górskiego królestwa Czarnogóry. Zwiedzili tam niewielkie, ale bogate w eksponaty muzeum i 

równie niewielki królewski pałacyk, którego wnętrze tak było urządzone jakby przez cały 

czas ktoś je zamieszkiwał.

- Ostatni król Czarnogóry Nikoła był nazywany „Teściem Europy”, bo po prawdzie 

mówiąc, jedynym jego prawdziwym skarbem były liczne i bardzo piękne córki - powiedział 

Stanko, gdy zwiedzali pałacyk. - I powydawał te córki bardzo dobrze za mąż. Przeważnie za 

rozmaitych królów w ówczesnej Europie. Oczywiście to wszystko działo się jeszcze przed 

pierwszą wojną światową, kiedy królów w Europie nie brakowało, a książąt można było 

liczyć na kopy.

Potem   zjeżdżali   w   dół   drogą   równie   karkołomną   jak   tamta   wiodąca   z   Kotoru   na 

przełęcz, tylko że o znacznie gorszej nawierzchni. Samochód strzelał z rury wydechowej jak z 

małej armatki, choć silnik nie był ani za zimny, ani też przegrzany. Wreszcie zobaczyli przed 

sobą, a właściwie pod sobą, bo zupełnie w dole, morze.

„Swantewid” chyba nie dotarł tak szybko do Budvy - stwierdził Stanko, a w głosie 

jego słychać było wyraźnie dumę z osiągnięć „Złotej Strzały Kotoru”, która mimo ciągłych 

rozgłośnych   salw   jakoś   jednakże   wciąż   jechała   -   to   mamy   trochę   czasu,   aby   zwiedzić 

Świętego Stefana.

Jak się okazało, Święty Stefan była to ongiś maleńka rybacka wioseczka w całości 

background image

zbudowana na niewielkiej skalistej niby-wysepce, połączonej ze stałym lądem jedynie wąską, 

również skalistą, groblą. Przed kilkunastu laty, kiedy zaczął się w Jugosławii gwałtowny ruch 

turystyczny, ktoś wpadł na pomysł, żeby całą wioskę wykupić i połączyć wszystkie ciasno 

stojące domki w jeden wielki, luksusowy i bardzo oryginalny hotel. No i oczywiście bardzo 

drogi hotel.

A potem zwiedzali Budvę, urocze małe miasteczko położone nad samym morzem u 

stóp wysokich nadbrzeżnych skał.

- Podobna ta Budva do Dubrownika - stwierdziła Ula - tylko znacznie mniejsza, jakby 

miniatura.

- Masz rację - przytaknął Stanko. - Jeden ze sławnych w świecie historyków sztuki 

powiedział, że Budvę można by było nakryć dużym szklanym kloszem i przenieść w całości 

do muzeum.

W Budwie czekał już „Swantewid”, gromadka nasza zatem przeniosła się na jego 

pokład razem ze Stankiem, który beztrosko zostawił swoją „Złotą Strzałę” na ulicy i nawet 

wcale nie zamknął drzwiczek na klucz.

- Po pierwsze nikt takiego grata nie ukradnie, po drugie, gdyby nawet wpadł na taki 

obłąkańczy pomysł, to nie zapali, po trzecie gdyby mu się udało cudem zapalić, to daleko nie 

ujedzie, po czwarte gdyby nawet i ujechał, to i tak aż w Kotorze go będzie słychać, a po piąte 

wreszcie nie mam żadnych kluczyków do żadnych drzwi w tym wspaniałym samochodzie - 

wyjaśnił Dzikiej Mrówce, Baleronowi, Drzazdze, Bablowi, Szufli i Ulce.

Po zwiedzeniu Budvy, ślicznego starego miasteczka jakby żywcem przeniesionego z 

ubiegłych   wieków,   Stanko   zaproponował   dla   orzeźwienia   kąpiel   w   wodach   niewielkiej 

zatoczki   o   kryształowo   przeźroczystej   wodzie.   Nad   zatoczkę   wiodła   z   Budvy   wąziutka 

wykuta w skale ścieżka, zawieszona jak półka nad wodą. Na dnie widać było niemal każdy 

najmniejszy nawet kamyk i najmniejszą muszelkę.

- Tutaj to musi być przyjemne nurkowanie! - zauważyła Ulka.

-   A   pewno   -   przytaknął   ochoczo   Stanko.   -   Płetwonurkowanie   to   oprócz   starych 

zabytków i nart w zimie moje trzecie równoległe hobby!

- Zapomniałeś o jeszcze jednym - zauważył Pan Wojtek.

- O jakim? - zdziwił się Stanko.

- A „frutti di mare”?

- Ach tak, oczywiście. Ale to nie jest hobby, to jest prawdziwa miłość! - roześmiał się 

Stanko. - I to miłość od pierwszego wejrzenia.

- Ale wracając do płetwonurkowania to tutaj, w najbliższych okolicach jest istny raj 

background image

dla wszelkich poszukiwaczy podwodnych przygód i skarbów. A już wody Zatoki Kotorskiej 

to prawdziwa skarbnica. Przez tyle lat, ile trwa tutaj żegluga, nazbierało się na dnie wiele 

wspaniałych rzeczy. Ale znaleźć coś niełatwo mimo pozorów.

W drodze powrotnej okazało się, że Stanko miał jeszcze w zanadrzu niespodziankę. 

Mianowicie w niewielkiej odległości od posępnej fortecy Mamuli jacht skręcił do samego 

brzegu i zatrzymał się przy urwistej skale, w której widniał duży otwór prowadzący w głąb.

- Tam dalej jest grota - wyjaśnił Stanko - moim zdaniem wcale nie gorsza od słynnej 

Lazurowej na Capri. Niestety wasz jacht ma za wysokie maszty, żeby wejść do środka i 

musimy poszukać innego sposobu.

- W takim razie jest doskonała okazja do małych ćwiczeń rozgrzewających - włączył 

się Pan Wojtek. - A zatem wszyscy do wody. Kapitan - mam nadzieję - zostanie na jachcie, a 

cała reszta do groty stylem dowolnym marsz!

Cała szóstka z Ulką na czele błyskawicznie znalazła się w wodzie, tym bardziej że z 

przebieraniem się w stroje kąpielowe nie było wcale kłopotu, jako że w tak gorącym dniu 

wszyscy na jachcie nosili stroje plażowe. Skoczył też do wody z olbrzymim pluskiem Stanko 

i płynął teraz pierwszy, co mu się słusznie jako przewodnikowi należało. Ostatni wystartował 

Pan Wojtek, on bowiem odczepił z pokładu jachtu nadmuchiwany ponton i pociągnął go za 

sobą w charakterze asekuracji. Bo niby wszyscy pływają doskonale i czują się w wodzie jak 

ryby, ale... licho nie śpi.

Grota była wewnątrz wysoka jak wnętrze kościoła czy koncertowej sali. Tu i ówdzie 

zwisały ze skalnego stropu białe nacieki solne, które wyglądały jak gigantyczne sople lodowe. 

Gdzieniegdzie  sklepienie  połyskiwało  to czerwienią, to znowu szmaragdem,  widocznie  w 

zależności   od   rodzaju   skał   i   wprasowanych   między   nie   jakichś   skamielin.   Tu   i   ówdzie 

błyskały żywe ogniki, jakby malutkie światełka lub „zajączki” puszczane lusterkami przez 

bawiące się dzieci.

„Zelency”   płynęli   oniemiali   z   zachwytu   i,   o   dziwo,   wśród   młodej,   rozhukanej 

zazwyczaj   gromadki   zapanowało   głębokie   milczenie,   przerywane   tylko   cichym   pluskiem 

wody.

- Zupełnie jak w bajce - wyszeptała wreszcie Ulka nabożnym niemal szeptem.

Skupioną   ciszę   zachwytu   przerwał   nagle   okrzyk   Dzikiej   Mrówki,   który   odbił   się 

wielokrotnym echem od wielobarwnych ścian kolorowej groty.

- Woda! Woda! Zobaczcie, co się stało z wodą! - zawołał chłopak.

Wszyscy   oderwali   wzrok   od   skrzącego   się   słonecznymi   odblaskami   sklepienia   i 

zwrócili wzrok na powierzchnię wody.

background image

Istotnie,   woda   miała   niepowtarzalny   zielonkawobłękitny   kolor,   a   jednocześnie 

wyglądała jakby bezbarwna, tak bardzo była przeźroczysta. Ale co dziwniejsze, zanurzone w 

niej ciała płynących płetwonurków zupełnie zmieniły swój wygląd. Wszystkie straciły nagle 

wszelkie  ludzkie cechy i pod wodą widać było  wyraźnie  posągi jakby wykute  z szarego 

kamienia.   Żywe   posągi,   bo   poruszały   one   nogami   i   rękoma,   ale   jednak   najwyraźniej 

wykonane z jakiegoś kamienia!

- Czarodziejska grota! - szepnęła znów Ula i w tej chwili wyobraziła sobie, że w 

grocie tej mieszka jakaś zaklęta na przykład w rybę Królewna-Wróżka, która każdego intruza 

odważającego się wtargnąć do jej królestwa zamienia w kamienny posąg. Ale o tych swoich 

myślach Ulka oczywiście za nic w świecie nie powiedziałaby nikomusieńku ani słowa! Tożby 

dopiero   zaczęli   się   z   niej   śmiać,   że   taka   marzycielska   i   taka   naiwna   jak   jakaś   mała 

dziewczynka.

Młodzi płetwonurkowie patrzyli ze zdziwionym zachwytem na niebywałe zjawisko. 

Ciała wszystkich wyglądały jak kamienne lub marmurowe posągi, tylko wystające z wody 

głowy były znajome i naturalne.

Nagle Dzika Mrówka zamachnął  się kilka razy rękoma, przepłynął  parę metrów i 

klasycznym, pokazowym wprost scyzorykiem zszedł pod wodę. W tym samym momencie 

znikł   znajomy   wszystkim   chłopak   z   zawsze   uśmiechniętą   piegowatą   gębą,   a   pojawił   się 

płynący metr lub dwa pod powierzchnią posąg takiego samego chłopca. Posąg wykonany był 

z szarego marmuru, ... może nawet - gdyby się tak lepiej i dokładniej przyjrzeć - odlany był z 

jakiegoś   metalu.   Nogi,   ręce,   korpus   i   głowa   byty   z   metalu,   a   nawet   włosy   miały   kolor 

stalowoszary.

W tej chwili Ulce przyszła dość niedorzeczna myśl do głowy, że oto Marek został 

CAŁY zaklęty przez Wróżkę w spiżowy posąg i że już taki zostanie NA ZAWSZE, i Ula 

przestraszyła się nawet tej myśli i już, już miała ostrzegawczo krzyknąć, gdy zorientowała się, 

że Marek i tak nie usłyszy pod wodą jej głosu. Na szczęście w tym samym momencie głowa 

Dzikiej   Mrówki   ukazała   się   nad   powierzchnią   i   w   jednym   ułamku   sekundy   znikł   posąg 

chłopca, a pojawiła się roześmiana piegowata wesoła gęba.

- CZARODZIEJSKA GROTA! Nieprawdaż, Zelency? - zahuczało nagle wewnątrz 

groty i wszystkim się zdało, że od tego hałasu musi się albo całe sklepienie zawalić albo co 

najmniej powinny się urwać stalaktytowe sople.

Nic się jednak nie stało, widocznie ściany groty były już przyzwyczajone do tubalnego 

głosu Stanko Milevića od Kotora.

Gdy wreszcie młoda gromadka wypłynęła z czarodziejskiej, kolorowej groty i wróciła 

background image

na pokład jachtu, przez długi czas nie mogli przyjść do siebie z wielkiego zachwytu i tylko 

Ulka, jak to zwykle dziewczyna, zdobyła się na stwierdzenie:

- Natura jest piękna i wspaniała! - A po chwili dodała jeszcze:

- I groźna!

W tej chwili Ulka wcale nie wiedziała jeszcze, jak bardzo była bliska prawdy!

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY,

W KTÓRYM OKAZUJE SIĘ, ŻE MORZE NIEKIEDY JEST BARDZIEJ 

STAŁE OD LĄDU, ALE NA SZCZĘŚCIE JEST PEŁNO LUDZI DOBREJ 

WOLI

Następne   dni   upływały   grupce   polskich   płetwonurków   na   pływaniu   jachtem   po 

pięknej   Zatoce   Kotorskiej   i   na   ćwiczebnych   zanurzeniach   w   ciepłych   i   niezwykle 

przejrzystych   jej   wodach,   Zwiedzono   przy   okazji,   na   własną   już   rękę,   małe   wysepki   z 

zabytkowymi kościółkami leżące naprzeciw miasteczka Perest. Miasteczko to zresztą samo 

też jest godne uwagi, choćby z tego względu, że stąd właśnie pochodzili najlepsi kapitanowie 

żeglarze południowego Adriatyku, tu też już przed kilkuset laty istniała jedna z pierwszych 

szkół morskich, tu szkolić kazał kapitanów dla swej nowo zbudowanej floty wielki reformator 

Rosji sławny car Piotr Pierwszy.

Spenetrowali też dokładnie całą twierdzę na wysepce Mamula, nurkowali po kilkakroć 

w dziwnych wodach groty, zwiedzali zabytki starego Kotoru, z ciekawym muzeum morskim 

na czele.

Jednym   słowem   spędzali   czas   w   Zatoce   Kotorskiej   i   przyjemnie,   i   pożytecznie. 

Odpoczywali, zwiedzali, podnosili swe płetwonurkowe umiejętności.

Jacht zmieniał miejsce swego postoju w zależności od aktualnych potrzeb, a po trosze 

i w zależności od fantazji, gdyż prawdę mówiąc plan zajęć nie był zbyt dokładny i wiele 

zależało od tego, na co kapitan Filip, Pan Wojtek czy wreszcie młodzi płetwonurkowie mieli 

ochotę.

Z   soboty   na   niedzielę   „Swantewid”   stanął   na   kotwicy   w   jednym   z   rozlicznych 

maleńkich skalistych zakamarków Zatoki Kotorskiej. Cała załoga jachtu zebrana na pokładzie 

długo w noc słuchała na zmianę to ciekawych żeglarskich opowieści Kapitana Filipa, który 

już pod niejednym żaglem spleśniałe jadał suchary, to znów marynarskich opowieści Pana 

Wojtka, który na pokładach rozmaitych statków zwiedził sporo ciekawych zakątków świata.

- Skala szybkościomierza, którym mierzyliśmy prędkość wiatru, skończyła się nam 

jeszcze wczesnym wieczorem - wspominał Kapitan Filip swoje przeżycia podczas przejścia 

na żaglach wokół najgroźniejszego z przylądków - przylądka Horn. - A trzeba pamiętać, że 

największe jej wskazania oznaczają siłę wiatru dwanaście według skali Beauforta. W nocy 

wiało jeszcze silniej i wszystkim nam wydawało się, że chyba nadszedł koniec świata. Gdyby 

mi ktokolwiek opowiadał o czymś takim, nie uwierzyłbym.

background image

Walące   się   na   jacht   fale   były   tak   olbrzymie,   że   trudno   mi   je   teraz   porównać   do 

czegokolwiek. Może miały wysokość 20 metrów, a może i więcej, trudno powiedzieć. Sama 

grzywa na grzbiecie fali miała dobre 2-3 metry wysokości. A masa wody, którą niosła każda 

taka potworna fala, jest wprost niewyobrażalna.

O żadnym utrzymywaniu właściwego kursu nie mogło być nawet mowy. Każdy, kto 

sterczał przy sterze, miał tylko jeden cel: przetrzymać następną falę, tak ustawić jacht, żeby 

zdobyć  jeszcze kilka minut, żeby jeszcze choć przez chwilę uniknąć ostatecznej zagłady. 

Wszyscy - poza sternikiem - próbowali jakoś przetrwać we wnętrzu jachtu, gdzie było zresztą 

mokro i zimno prawie tak samo jak na pokładzie, tyle tylko że nie czuć było potwornych 

uderzeń huraganu.

Siedziałem właśnie przy sterze, oczywiście w pasie bezpieczeństwa, zamocowany jak 

się dało, i wpatrywałem się w widoczne przy świetle księżyca - bo księżyc świecił na prawie 

bezchmurnym   niebie   -   olbrzymie   grzywacze   atakujące   nasz   biedny   jacht   ze   wszystkich 

niemal stron. Starałem się nie wpaść w ślizg na zboczu fali i uniknąć załamania grzywacza 

nad naszym kadłubem.

W pewnym  momencie  zobaczyłem  falę  większą od innych.  Trudno mi  ocenić jej 

wielkość,   bo   było   to   przecież   w   nocy,   po   drugie   byłem   mocno   zmęczony   długim 

sterowaniem,   a   po   trzecie   -   co   tu   ukrywać   -   strach   ma   wielkie   oczy.   A   stracha   miałem 

potężnego! Było się zresztą czego bać - Kapitan Filip zamyślił się przez moment - na taki 

sztorm nie ma mocnych.

No więc zobaczyłem  tę falę, tę formalną górę wodną, która waliła prosto na nas. 

Czytałem w jednej z żeglarskich książek takie określenie: „Wydawało się, że to Tatry wędrują 

na Zakopane” i w tym właśnie momencie to mi się przypomniało.

Właśnie dokładnie tak to wyglądało.

Gdy zobaczyłem tę „superfalę”, od razu zrozumiałem, że ona załamie się akurat nad 

naszym jachtem. Do dziś nie wiem, dlaczego tak pomyślałem, ale wtedy byłem absolutnie 

pewien, że tak się właśnie stanie.

Na zrobienie czegokolwiek było  już za późno. Złapałem  się, czego  mogłem  i jak 

mogłem   najmocniej   i   czekałem.   Pomyślałem   sobie,   że   teraz   jacht   musi   już   sobie   SAM 

poradzić. Że teraz nikt mu już nic pomóc nie może.

I stało się! Nie umiem powiedzieć, co się potem działo, bo to wszystko  było  tak 

szybkie   i   tak   NIEZWYKŁE.   Wiem   tylko   tyle,   że   CAŁY   ŚWIAT   OSZALAŁ   w   jednej 

sekundzie. Na jacht zwaliły się chyba setki ton lodowatej wody naraz, a ja nie wiedziałem, 

gdzie góra, gdzie dół, gdzie niebo, gdzie ocean. Zresztą wszędzie była tylko woda, a ja przez 

background image

ułamek sekundy byłem chyba poza jachtem.

Gdyby   nie   mocno   zapięty   pas   bezpieczeństwa,   gdyby   nie   linki   asekuracyjne,   nie 

byłoby mnie teraz tu z wami. Coś mnie rzuciło, coś szarpnęło, gdzieś leciałem, o coś się 

obijałem. Topiłem się i dusiłem, a potem znalazłem się... na pokładzie jachtu, który znowu 

wracał na powierzchnię.

Koledzy, którzy byli w tym czasie w środku, opowiadali mi potem, że jacht przez 

krótki moment leżał prawie zupełnie do góry nogami. Czy to była prawda - tego nikt już nie 

stwierdzi z całą pewnością, faktem jednak jest, że puszki konserw z zęz znajdowaliśmy na 

górnych kojach.

Jak  wyszliśmy   z  tamtej  opresji   cało,  my   i  jacht,  jeden  Pan  Bóg  wie  -  zakończył 

Kapitan   Filip   i   patrzył   zamyślony   na   gładką   toń   wodną   spokojnej   Zatoki   Kotorskiej.   W 

wodzie odbijały się światła nieodległej małej wioski, skąd dobiegały dźwięki muzyki i głosy 

śpiewających jakąś wesołą piosenkę. Nad zatoką świecił pyzaty, okrągły księżyc.

Dzika Mrówka obracał się właśnie na drugi bok na pół jeszcze śpiąc, mając jednak w 

podświadomości tę błogą pewność, że jeszcze nie musi się zrywać, że jeszcze może poleżeć, 

że jeszcze może sobie przez jakiś czas pospać, gdy nagle z jachtem stało się coś dziwnego. 

Cały kadłub począł ni stąd ni zowąd drżeć i dziwne drżenie, przechodzące jakby z otaczającej 

ich wody, a właściwie nie wiadomo skąd, udzieliło się nie tylko kadłubowi, ale też wszystkim 

rzeczom wewnątrz jachtu, począwszy od kubków i garnków umieszczonych  w kambuzie, 

które   zaczęły   nagle   pobrzękiwać   i   podzwaniać   na   rozmaite   tony,  a   kończąc   na   rękach   i 

nogach, na całym ciele, na każdym nerwie chłopca.

Co się dzieje? - Dzika Mrówka momentalnie otrzeźwiał z resztek snu i gwałtownym 

ruchem   wyskoczył   z   ciepłej   koi   na   drżący   również   w   dziwnym,   zatrważającym   rytmie 

podłogowy greting w kabinie „Swantewida”. Garnki i rondle kambuzowe dźwięczały coraz 

głośniej i coraz szybciej  drgał calusieńki jacht.  Równocześnie do uszu rozbudzonego już 

całkowicie   chłopca   dobiegł   jakiś   głuchy,   zupełnie   nieznany,   lecz   budzący   grozę   dźwięk. 

Jakby  gdzieś   w   głębinach   przepaścistej   groty  jechały  pod   bardzo   stromą   górę  niezwykle 

ciężkie, przerażająco olbrzymie gigantyczne ciągniki.

- Co to? - cała załoga „Swantewida” brutalnie wyrwana ze snu miała na ustach tylko 

to pytanie.

Wszyscy rzucili się do wyjścia na pokład.

Pierwsza rzecz, która uderzyła wzrok Dzikiej Mrówki, to było słońce. Jasne i pogodne 

niby, ale jakieś trochę dziwne, jakby nieco przymglone, choć ani mgły ani chmur żadnych nie 

było widać na błękitnawym niebie.

background image

A   więc   nie   burza?   A   więc   nie   grzmoty?   -   przeleciało   chłopcu   przez   myśl,   a 

jednocześnie do jego uszu bez przerwy dobiegał jednostajny, lecz narastający ciągle głuchy 

grzmot.

- Popatrzcie, jaka dziwna woda! - krzyknęła Ulka.

Rzeczywiście.   Gładką   powierzchnię   wody   pokrywały   drobniuteńkie,   drżące   w 

poświacie  słonecznej niby-falki.  I choć powietrze  stało się nieruchome i nie można  było 

wyczuć najlżejszego nawet podmuchu wiatru, jednocześnie miało się wrażenie jakby ono całe 

drgało.

-   Maszt!   Maszt!   -   rozdarł   się   nagle   na   cały   głos   Baleron   i   wszyscy   odruchowo 

popatrzyli  w górę. Smukły pień głównego masztu  drgał coraz wyraźniej  i coraz bardziej 

odchylał się na boki aż dźwięczały napinane tym drganiem wanty i sztagi.

- Co się dzieje, panie kapitanie?

- Co się stało? - Dzika Mrówka czuł, jak ogarnia go niewytłumaczalny niczym lęk i 

strach, choć przecież na pozór nic się na razie złego nie działo.

- Spokojnie  -  Kapitan  Filip   był  już  prawie  całkowicie   ubrany i  opanowany,  choć 

wyraźnie zbladł, co widoczne było nawet pod silną opalenizną - wydaje mi się, że jest to 

trzęsienie ziemi.

- O Boże! - zdołała jęknąć Ulka, a w głosie jej można było wyczuć mieszaninę strachu 

ze zdziwieniem i ciekawością. Inni nic nie powiedzieli, tak bowiem wszystkich dosłownie 

zamurowała niespodziewana wiadomość i niezwykła sytuacja.

Groźny huk narastał w dalszym ciągu, kotłował się wśród gór otaczających Zatokę 

Kotorską, odbijał stokrotnym echem, wracał i nakładał jeden na drugi aż każdy poczuł w 

uszach nieznośny ból. Jednocześnie woda drgała coraz bardziej, coraz szybciej i falki stały się 

jakby większe, choć - o dziwo - rosły we wszystkich kierunkach. Nakładały się na siebie, 

niwelowały wzajemnie, krzyżowały, załamywały lub rosły i olbrzymiały.

- O Boże! - znowu krzyknęła Ulka i wskazała ręką na pobliski brzeg. Znajdowała się 

tam maleńka wioska rybacka, przycupnięta między wąską wstążką asfaltowej nitki szosy a 

stromymi ścianami skalnymi, pnącymi się nieomal pionowo w górę.

Wszystkie domki tej wioski były do siebie podobne, wszystkie niewysokie, najwyżej 

jednopiętrowe,   wszystkie   budowane   z   kremowego   kamienia,   wszystkie   pokryte 

jasnopomarańczową, jakby wypłowiałą od słońca dachówką. Na skraju wioseczki wystawała 

ponad dachy domostw smukła igła kościelnej wieży, zwieńczonej połyskującym w słońcu 

złotym krzyżem.

W   tej   chwili   krzyż   najwyraźniej   drżał,   bo   promienie   słoneczne,   które   akurat   nań 

background image

padały, puszczały migające, jaskrawe „zajączki” prosto w oczy przerażonej i sparaliżowanej 

tym przerażeniem załogi jachtu.

Drżała też cała wieża i z tej odległości wyraźnie widać było, jak pryskają jedna po 

drugiej wyblakłe dachówki, ukazując w smukłej wieży coraz większe ciemne dziury.

Nagle wieża zakołysała się silniej, złocony krzyż odbił raz jeszcze promień słoneczny 

i począł przechylać się coraz bardziej w bok. Razem z nim przechylała się też cała wieża. 

Przez   krótkie   mgnienie   oka   zawisła   w   powietrzu,   jakby   wahała   się,   czy   nie   wrócić   w 

poprzednie położenie, ale w ułamek sekundy później rozsypała się cała i runęła w dół, między 

pomarańczowe dachy domów wioski.

- O Boże! - rozległ się jęk wśród patrzącej gromadki, która jednak nie ruszała się i jak 

skamieniała patrzyła dalej na rozgrywający się przed jej oczyma przerażający, lecz wspaniały 

spektakl natury.

Skaliste   zbocze   nad   wioską   wyraźnie   drgnęło,   poruszyły   się   bowiem   wszystkie 

krzewy i nieliczne drzewa, które zdołały pozaczepiać się przed laty w szczelinach skał, dokąd 

wiatry   nawiały   kurz,   ziemię   i   nasiona.   Przez   moment   miało   się   wrażenie   jakby   ktoś, 

drzemiący dotąd spokojnie we wnętrzu góry, obudził się i chciał strząsnąć z siebie potworny, 

przytłaczający go wiekami ciężar skał i głazów.

Po chwili od samego wierzchołka oderwał się olbrzymi głaz i runął w dół, porywając 

po drodze mniejsze  odłamy skał, wyrywając  drzewa z korzeniami,  łamiąc  pnie  i tratując 

krzewy. Zboczeni stromizny waliła w dół, prosto na rybacką wioskę olbrzymia, bezlitosna 

kamienna lawina.

Równocześnie w samej wiosce kilka dachów domów zapadło się, wzbijając w górę 

słupy białego pyłu, który przesłonił na chwilę całkowicie widoczność. Cała wioseczka skryła 

się przed wzrokiem za białymi kłębami jak za niezwykłą dymną zasłoną. Prosto w chmurę 

pyłu waliła tymczasem z góry kamienna lawina ogromniejąc coraz bardziej.

Wszystko to razem wyglądało przerażająco, jakby nagle ruszyło całe zbocze atakując 

spokojną, zagubioną w wapiennym pyle gromadkę domków.

- Przecież tam są ludzie! - krzyknęła Ulka, ale nikt się nie ruszył. Każdy z patrzących 

zdawał sobie w tej chwili sprawę, że tej wioseczce, że jej mieszkańcom, że domom, ludziom i 

zwierzętom nikt i nic w tej chwili nie jest w stanie pomóc. Że można tylko CZEKAĆ. Czekać 

na ślepy los, na przypadek, na opiekę Boską.

Kamienna   lawina   dosięgła   wreszcie   podnóża   skał   i   runęła   w   dół.   Szczęśliwie   w 

ostatniej chwili, na ostatnich nieomal metrach swej nieuchronnej drogi walące się głazy trafiły 

na sterczący nad samą wioską na kształt niewielkiej piramidy ostry występ skalny. Pędzące 

background image

lawiną głazy rozdzieliły się na tym występie na dwa oddzielne strumienie, które obramowały 

domki wioski kamiennymi  kleszczami. Wznosząc w powietrze olbrzymie  chmury kurzu i 

skalnego pyłu lawina zwaliła się na asfaltową drogę po obu stronach wioski i część jej z 

rozgłośnym pluskiem wpadła do wód zatoki.

Z tej odległości wydawało się, że ani jeden z większych głazów nie trafił na skupisko 

rybackich domków.

Załoga „Swantewida” w dalszym ciągu stała bez najmniejszego ruchu na pokładzie 

jachtu. Nikt się też nie odzywał ani słowem.

Dzika Mrówka zdał sobie nagle sprawę, że COŚ się zmieniło.

Ale CO? - zastanawiał się i nagle dotarło do niego.

CISZA!   Śmiertelna,   niczym   nie   zakłócana   cisza   panowała   wokoło.   Znikł   gdzieś, 

umilkł denerwujący, groźny, nieznany huk i grzmot. Ustało też niezwykłe, przenikające aż do 

samego wnętrza drżenie. I wody, i kadłuba, i całego ciała wreszcie.

Kapitan   Filip   odruchowo   spojrzał   na   zegarek.   I   aż   przetarł   oczy   ze   zdumienia,   a 

zegarek przytknął z niedowierzaniem do ucha, aby sprawdzić, czy przypadkiem nie stanął. 

Duża wskazówka stała w tym samym położeniu jak w momencie, gdy spojrzał poprzednio, 

wyskakując w pośpiechu na pokład. A sekundnik zrobił zaledwie pół obrotu.

- A więc WSZYSTKO trwało PÓŁ MINUTY? - zdziwił się na głos Kapitan Filip.

PÓŁ MINUTY? A wydawało się, że minęły już co najmniej godziny od momentu, 

gdy groźny huk i drgania poderwały załogę „Swantewida” ze spokojnego snu.

Na   nieodległym   brzegu   z   wolna   opadał   biały   kurz   i   spoza   niego   wyłaniały   się 

zburzone   domki   rybackiego   osiedla.   Widać   było   też   ludzi   biegających   między   gruzami 

domów i rozległy się jakieś okrzyki i wołania.

-   Idziemy   na   ratunek!   -   zawołał   Kapitan   Filip,   który   pierwszy   otrząsnął   się   z 

niezwykłego wrażenia i błyskawicznie, jak zwykle, podjął decyzję.

-   Wybierać   kotwicę!   Przygotować   silnik!   Wyciągnąć   apteczkę   z   opatrunkami   i 

lekarstwami! - począł wydawać rozkazy.

Dzika Mrówka i Baleron poderwali się i skoczyli do małego kabestanu na dziobie 

jachtu i zaczęli wybierać kotwiczny łańcuch. Po chwili jacht drgnął i ruszył w miarę skracania 

łańcucha i w miarę, jak coraz bardziej pionowo wystawał z wody.

Wreszcie łańcuch znalazł się w pionie.

- Raaazem!  - zakomenderował  Dzika Mrówka,  teraz  bowiem  trzeba  było  mocniej 

nacisnąć na korby kabestanu, aby oderwać kotwicę od dna i podciągnąć ją ku górze.

Obaj chłopcy napięli się, wytężyli wszystkie siły, ale łańcuch zatrzymał się i ani rusz 

background image

nie chciał wynurzyć się, choćby na centymetr więcej.

- Chodźcie do pomocy! - krzyknął  Dzika Mrówka i doskoczył jeszcze  Drzazga  z 

Szuflą.   Szczególnie   ten   ostatni   odznaczał   się   sporą   siłą   i   cieszył   się   zasłużoną   sławą 

klubowego osiłka.

Przyłożyli się teraz już we czwórkę do opornego kabestanu, nacisnęli razem z całej 

siły aż korby poczęły się wyginać niepokojąco.

I nic!

Łańcuch ani drgnął!

Kotwica trzymała się dna jak zaklęta!

- No co tam z tą kotwicą? - zniecierpliwił się Kapitan Filip.

- Nie można jej oderwać od dna! - zameldował Dzika Mrówka od dziobu.

Kapitan sam ruszył na dziób, sam przyłożył się też do kabestanu. I też bez żadnego 

rezultatu!

-   I   co   dalej,   panie   kapitanie?   -   zapytał   Dzika   Mrówka,   do   którego   obowiązków 

załogowych należała właśnie opieka nad kotwicą razem z łańcuchami i całym kabestanem.

- Ano, nie ma czasu na zastanawianie się - zdecydował jak zwykle błyskawicznie 

Kapitan. - Rozszaklować łańcuch, podczepić linkę z bojką i ruszamy co prędzej!

Po kilku minutach rozkaz Kapitana Filipa został wykonany i „Swantewid”, uwolniony 

z kotwicy ruszył na silniku w stronę pobliskiego brzegu.

Przy sterze zasiadł sam Kapitan Filip i skierował jacht do niewielkiego kamiennego 

mola usytuowanego mniej więcej w środku wioseczki rybackiej. Druga przystań, przy której 

stały jeszcze przed kilkoma minutami rybackie łódki, małe kuterki i motorówki, położona na 

skraju wioski, zniszczona była teraz kompletnie przez skalne usypisko, a łodzie i kutry rozbite 

głazami pogrążały się właśnie w wodach zatoki.

,,Swantewid” dobił do brzegu i Baleron wyskoczył na molo, aby obłożyć cumę na 

kamiennym pachołku.

- Słuchaj, Filip, czy ty się znasz na trzęsieniach ziemi? - Pan Wojtek zapytał cicho 

Kapitana.

- Nie - przyznał Kapitan. - Pierwszy raz w życiu mam do czynienia z czymś takim.

- A czy nie sądzisz, że wstrząsy mogą się powtórzyć?

- To zupełnie możliwe. Czytałem o takich wypadkach.

- No więc?

- Co więc? - pytaniem na pytanie odpowiedział Kapitan Filip.

- To, że następna kamienna lawina może spaść prosto na „Swantewida” - stwierdził 

background image

Pan Wojtek.

- Ano, może - przytaknął Kapitan Filip.

- Brałeś to pod uwagę?

- Oczywiście, że tak. I wiem doskonale, że w tej chwili narażam jacht i nas wszystkich 

też. Ale czy można inaczej postąpić?

- Nie, nie można - zgodził się Pan Wojtek.

Na tym obaj zakończyli krótką rozmowę i obaj wyskoczyli na brzeg.

- Ja zostanę przy jachcie. Drzazga zostaje ze mną, nie, lepiej Ulka, Drzazga może się 

bardziej przydać na lądzie - rozkazał Kapitan.

-   O.K.   -   Pan   Wojtek   potwierdził   kapitański   rozkaz   i   ruszył   biegiem   w   stronę 

rozwalonych domków rybackiego osiedla.

- Kto wy? Skądeście się tu wzięli? - zagadnął po serbo-chorwacku biegnącą gromadkę 

jakiś młody człowiek w wojskowym poszarpanym nieco i zakurzonym mundurze.

- My Polacy! Z jachtu! - wyjaśnił w biegu Pan Wojtek.

- Polacy? I macie łódź? - ucieszył się młody żołnierz. - To bardzo dobrze - dodał po 

chwili.

- Pomóżcie nam! - zawołał ktoś od gruzów rozwalonego domu.

Całą gromadką pobiegli na maleńkie podwórko. Zawalony dach opierał się jednym 

krańcem o ocalałą ścianę, drugi zaś kraniec leżał w gruzach pozostałych ścian domku. W 

ocalałej ścianie tkwiły drzwi, które teraz dwóch mężczyzn bezskutecznie usiłowało otworzyć.

Zakleszczyły się! - zrozumiał Dzika Mrówka.

- Tam w środku są ludzie! - zawołał jeden z mężczyzn. - Pomóżcie wyważyć drzwi.

- STOP! - krzyknął Pan Wojtek. - Jak je wyrwiemy, cała ściana może runąć razem z 

resztkami dachu. Najpierw trzeba te resztki czymś podeprzeć.

- Dajcie szybko jakąś belkę! - krzyknął do swoich chłopców, którzy biegiem ruszyli 

na poszukiwania i po chwili biegli już z powrotem taszcząc ciężką dużą drewnianą ławę.

- Będzie dobra? - zapytał zdyszany Dzika Mrówka.

- Chyba tak, ale przydałaby się jeszcze jedna - odkrzyknął Pan Wojtek, podpierając 

ustawioną na sztorc ławą framugę zakleszczonych drzwi.

Po chwili znalazła się i druga ława, ciężki, dębowy chyba stół i jakaś dłuższa belka. 

Tym wszystkim podparto drewnianą ramę zakleszczonych drzwi.

Naparli w piątkę. Drzwi wygięły się, ale wciąż stawiały opór. Ktoś z tyłu podał długi 

stalowy drąg. Pan Wojtek włożył go w szparę koło zawiasów, nacisnął i drzwi odskoczyły z 

głośnym  trzaskiem. Z góry posypał się tynk i spadło kilka dachówek z lecącego ukośnie 

background image

dachu. Wszyscy odskoczyli do tyłu, tylko jeden Pan Wojtek przytulił się do ocalałych resztek 

ściany.

Przez chwilę ratownicy zamarli w trwożnym oczekiwaniu, ale ocalała ściana trzymała 

się nadal, a tymczasem z wnętrza rozwalonego domu dobiegły słabe ludzkie jęki.

Młody żołnierz wskoczył  do rozbitego wnętrza, a za nim ruszył bez namysłu  Pan 

Wojtek,   wciąż   trzymający   łom   w   ręku   oraz   Dzika   Mrówka,   Baleron   i   Szufla.   Drzazga 

pozostał na zewnątrz, podtrzymując zaparte o framugę drzwi solidne ławy.

Przez moment ratownicy nie mogli nic zobaczyć, gdyż wewnątrz panował głęboki 

mrok, a chmura kurzu jeszcze bardziej utrudniała widoczność i uniemożliwiała jakąkolwiek 

orientację.   Dodatkowo   kurz   drapał   w   gardle   i   gryzł   w   oczy,   tak   że   wszyscy   ratownicy 

rozkaszlali się na dobre.

- Kto tu jest? - zawołał młody żołnierz.

Gdzieś z dołu, z kąta izby znowu odezwał się cichy jęk. Ruszyli w tym kierunku.

- Tu ktoś leży! - zawołał Baleron i schylił się.

Istotnie, na podłodze wśród cegieł i potrzaskanych dachówek leżała jakaś nieruchoma 

postać.

- Bierzemy ją - zakomenderował Pan Wojtek, którego oczy przyzwyczaiły się już do 

ciemności   i   który   w   leżącej   postaci   rozpoznał   młodą   kobietę   z   długimi   rozpuszczonymi 

włosami. Podnieśli z trudem leżącą, wzięli ostrożnie na podłożone ręce i przenieśli przez 

wywalone   drzwi.   Kobieta   miała   zamknięte   oczy,   a   spomiędzy   czarnych   gęstych   włosów 

sączyła się strużka krwi. Tymczasem w rogu rozbitej izby znowu rozległ się jęk.

- Tam jest ktoś jeszcze! - krzyknął żołnierz i razem z Dziką Mrówką podczołgali się 

pod dotykający tu gruzowiska dach.

W samym rogu leżała starsza kobieta pojękując z cicha. Jej lewą nogę przyciskała 

jedna z belek zawalonego dachu. Obok - również przyciśnięta dachem - stała mała drewniana 

kołyska, a w niej leżało zupełnie cichutko maleńkie dziecko zawinięte w niebieski kocyk.

Nie żyje? - przemknęło przez myśl Dzikiej Mrówce. Wcisnąwszy głowę pod deski 

rozwalonego dachu zbliżył twarz do niemowlaka. W bladym świetle przeciskającym się przez 

rozmaite szczeliny dojrzał ze zdziwieniem, że dziecko oddycha zupełnie miarowo.

- ŚPI? - zdziwił się i ucieszył jednocześnie.

- Pomóż mi - usłyszał głos żołnierza, który daremnie starał się uwolnić przyciśniętą 

nogę starszej kobiety. Razem złapali za belkę i starali się unieść ją nieco w górę, ta jednak 

nawet nie drgnęła.

- Nie damy rady - zdecydował Dzika Mrówka.

background image

- Panie Wojtku! - zawołał - Szufla, Baleron, Drzazga na pomoc!

Wbiegli wszyscy do przywalonej izby. Pan Wojtek podłożył łom pod belkę.

- Mrówka, wyjmij najpierw dziecko z kołyski - zdecydował Pan Wojtek - bo ten cały 

dach może nam zlecieć na głowy.

-   Kiedy   nie   dam   rady.  Nie   zmieszczę   dzieciaka   pod   dachem.   Za   ciasno   -   Marek 

spróbował, ale osiągnął tylko tyle, że dziecko się obudziło, otworzyło oczy i jednocześnie 

wykrzywiło buzię do płaczu.

- To wyrwij boczną deskę kołyski i tędy wyciągaj. Ale się pośpiesz!

Dzika Mrówka szarpnął. Na szczęście zakleszczona pod dachem kołyska widać była 

używana w tej rodzinie od wielu już pokoleń, ścianka bowiem trzymała się słabo i została 

chłopcu   w   ręku.   Teraz   już   bez   problemu   można   było   wyciągnąć   płaczące   już   na   dobre 

dziecko i wynieść błyskawicznie na podwórko, z dala od wciąż grożącego zawaleniem domu.

- RAAAZEM! - Dzika Mrówka wynosząc dziecko usłyszał komendę Pana Wojtka. 

Oddał szybko dziecko jakiejś kobiecie i wbiegł z powrotem do zawalonej izby. Doskoczył do 

belki obciążającej wciąż nogę starszej kobiety, wczepił się w uparte drzewo nieomal pazurami 

i pchał z całych sił ku górze. Obok niego mocował się z belką Szufla aż mu żyły wystąpiły na 

skroni i pokazały się krople potu.

Belka drgnęła i uniosła się na kilka centymetrów w górę, ale jednocześnie cały dach 

zatrzeszczał   niepokojąco   i   znowu   posypały   się   pęknięte   dachówki   i   wzniosły   tumany 

tynkowego pyłu.

- Teraz! - zakomenderował znowu Pan Wojtek i w tym momencie żołnierz z Drzazgą 

wyciągnęli wciąż pojękującą kobietę ze śmiertelnej pułapki.

Błyskawicznie wszyscy znaleźli się na zewnątrz, na maleńkim podwórku ocienionym 

winną latoroślą z dojrzewającymi już gronami.

- Czy w domu jeszcze ktoś został? - żołnierz zapytał starszą kobietę, która przestała 

teraz jęczeć i leżała cicho na płytach podwóreczka.

- Ze mną razem była tylko córka i wnuczka. Co z nimi?

- Są tu obie obok - uspokajał  żołnierz, zresztą płacz dziecka było  słychać bardzo 

wyraźnie.

- Żyje? - zapytała babcia, a Dzika Mrówka odpowiedział prędko:

-   Żyje,   żyje!   -   choć   prawdę   mówiąc,   wcale   nie   wiedział   o   kogo   chodziło,   czy   o 

maleństwo, czy też o młodą czarnowłosą kobietę, którą wydobyto na samym początku.

Tymczasem   młoda   kobieta   otworzyła   oczy,   spojrzała   wokoło   mało   przytomnym 

wzrokiem,   a   usłyszawszy   płacz   dziecka   chciała   o   coś   zapytać,   ale   udało   się   jej   jedynie 

background image

bezgłośnie poruszyć wargami i po chwili znowu zamknęła oczy.

- Szybko do szpitala! - zdecydował Pan Wojtek, gdyż stan obu kobiet był  wielce 

niepokojący. Starsza z kobiet miała na pewno złamaną nogę, a młodsza ponownie straciła 

przytomność. O dziecku też nic nie można było powiedzieć, czy przypadkiem nie odniosło 

jakichś obrażeń. - Gdzie tu jest najbliższy szpital?

- Będzie z dziesięć kilometrów. W miasteczku - odezwał się żołnierz.

- Samochód! Gdzie tu jest jakiś samochód? - niecierpliwił się Pan Wojtek.

Żołnierz pobiegł na poszukiwania, a tymczasem Pan Wojtek sprawnie unieruchomił 

złamaną nogę między dwiema drewnianymi łubkami.

Gdy owijał nogę zaimprowizowanym z podartego prześcieradła bandażem, nagle za 

jego   plecami   rozległ   się   głośny   trzask,   a   potem   gwałtowny   huk   i   w   oka   mgnieniu   całe 

podwórze skryło się w gęstych kłębach tynkowego i ceglanego pyłu. To zawalił się dach na 

częściowo   dotychczas   rozbitym   domu,   dach,   spod   którego   przed   kilkunastu   zaledwie 

minutami wyciągnęli kobiety z trzech pokoleń tej samej rodziny: babcię, matkę i maleńką 

córeczkę.

Tymczasem nadbiegł żołnierz.

- Samochód jest, ale nic z tego. Droga po obu stronach wioski tak zatarasowana, że 

nikt teraz nie przejedzie, ani nie da się jej oczyścić bez ciężkiego sprzętu czy materiałów 

wybuchowych.   Jedyna   droga   to   wodą,   ale   w   tym   bieda,   że   wszystkie   nasze   łodzie   i 

motorówki zatopione, uszkodzone lub są w morzu na połowach.

- Ale my mamy jacht - odparł Pan Wojtek, kończąc prowizoryczny opatrunek.

- Właśnie - zaczął żołnierz - ale...

- Nie ma żadnego ale  - zaraz  płyniemy.  Pomóżcie  nam zabrać  te dwie  kobiety z 

dzieckiem. Szybko, bo stan matki może być poważny. Nie jestem lekarzem, ale wydaje mi 

się, że wcale nie jest za dobrze. A i dziecko też trzeba jak najszybciej zbadać.

- Kiedy są jeszcze i inni ranni w wiosce. Też potrzebują lekarskiej pomocy.

- To dawać ich natychmiast na jacht - zdecydował w jednej chwili Pan Wojtek.

Żołnierz pobiegł z wiadomością, a Pan Wojtek ze swymi chłopakami rozglądnął się za 

prowizorycznymi choćby noszami, bo jak tu transportować obie ranne na pokład jachtu?

- Nosze? - Dzika Mrówka podrapał się w rozczochraną jak zwykle, a dziś jeszcze 

dodatkowo przysypaną gęsto tynkiem i ceglanym pyłem głowę. - Skąd tu wykombinować 

nosze?

Wtem wzrok jego padł na wystające spod gruzów domu drzwi. Podskoczył razem z 

Szuflą   i   Drzazgą,   wyciągnęli   drzwi,   omietli   z   kurzu   i   pyłu   pierwszą   z   brzegu   szmatą, 

background image

przykryli znalezionym gdzieś kocem.

- Już są nosze! - zameldował Dzika Mrówka Panu Wojtkowi.

- W porządku! Dawaj jeszcze jedne!

Następne drzwi wyjęli z zawiasów prawie nie uszkodzonego sąsiedniego domu. Nikt 

nie protestował, a jeszcze tamta gospodyni wyniosła dużą poduszkę w białej powłoczce i 

kraciastą   pierzynę.   Na   tych   noszach   położyli   wciąż   nieprzytomną,   wciąż   leżącą   z 

zamkniętymi oczyma młodszą z dwóch rannych kobiet.

- A teraz szybko na jacht! - rozkazał Pan Wojtek, biorąc na ręce płaczące maleństwo 

w niebieskim kocyku. Chłopcy podnieśli drzwi z rannymi ruszyli w stronę nabrzeża.

Na jachcie było już sporo ludzi. Pod masztem siedział stary mężczyzna z siwą brodą. 

Miał obwiązaną bandażem głowę i rękę na prowizorycznym  temblaku. Obok przykucnęły 

dwie staruszki w czarnych, jak każe tutejszy obyczaj, sukniach i równie czarnych chustach na 

siwych   włosach.   Obie   miały,   jak   można   było   zrozumieć,   połamane   żebra   i   całe   były 

potłuczone.   Na   również   prowizorycznych   noszach   leżał   młody   chłopiec   cały   owinięty 

bandażami.   Kilka   młodych   kobiet   tuliło   w   chustach   płaczące   głośno   małe   dzieci.   Dwaj 

mężczyźni prowadzili pod ręce trzeciego, którego noga zwisała bezwładnie.

Chłopcy   postawili   swoje   nosze   na   zatłoczonym   pokładzie   jachtu.   Po   nich   weszło 

jeszcze kilku ludzi i na koniec młody żołnierz w rozdartym i poplamionym mundurze.

- Odbijać - rozkazał Kapitan Filip.

Baleron zrzucił cumy i odepchnął nogą jacht od nabrzeża. Dzika Mrówka czuwał obok 

z bosakiem w ręku. W chwilę później zaskoczył silnik i nad wodą Zatoki Kotorskiej rozległ 

się miarowy jego terkot. Kapitan Filip znów zasiadł przy rumplu sterowym.

Pokład „Swantewida” wyglądał jak szpitalna poczekalnia. Wśród ludzi uwijała  się 

Ulka. To podawała mleko w butelkach kobietom z małymi dziećmi, to szklankę wody czy 

herbaty, to przewinęła komuś opatrunek, to podłożyła pod głową zrolowany koc, to po prostu 

uśmiechała się i gładziła po włosach zlepionych kurzem i krwią młodego chłopca, leżącego 

wprost na pokładzie.

Z zewsząd słychać było wciąż to samo słowo kierowane do Ulki.

- Hvala! Mnogo hvala!

Kapitan Filip tymczasem wyprowadził jacht na szersze wody zatoki i skierował go w 

stronę miasteczka, w którym - według słów żołnierza - znajdował się najbliższy szpital.

Jacht płynął wzdłuż brzegu, a oczom jego załogi i zebranych na pokładzie rannych raz 

po raz ukazywały się przerażające, tragiczne w swej wymowie obrazy.

Oto piękny nowoczesny budynek hotelu, zbudowany z betonu i szkła, stał dziwnie 

background image

przekrzywiony,   jakby   jakiś   olbrzym   wgniótł   go   gigantycznym   obcasem   w   ziemię.   Oto 

wiszące na stalowych prętach balkony z odartymi różnokolorowymi markizami trzepocącymi 

na wietrze, który się nagle zerwał. Oto dwupiętrowy budynek mieszkalny z odciętą jakby 

nożem frontową ścianą ukazującą obnażone wnętrza. Na ocalałych ścianach wisiały jeszcze 

obrazy,  na   stole  przykrytym  białą  serwetą   stało  niedzielne  śniadanie,  w   rozbitej  łazience 

zwisała nad rumowiskiem biała wanna, z prysznica w absurdalny sposób lała się wciąż woda, 

siejąc tęczowe blaski w promieniach słońca. Oto nagłe urwisko przecięło asfaltową szosę, a 

dalej   stoi   piękny   jeszcze   przed   chwilą   samochód   przygnieciony   olbrzymim   odłamem 

skalnego rumowiska.

Na wodach Zatoki, pustych jeszcze do niedawna, pojawiły się szybkie motorówki, 

powolne   kutry   rybackie,   a   nawet   łodzie   wiosłowe.   Wszystkie   płynęły   w   tym   samym   co 

„Swantewid” kierunku. Na wszystkich pokładach znajdowali się, widoczni już z daleka dzięki 

białym opaskom bandaży, poszkodowani w trzęsieniu ziemi. Najpewniej szosa wiodąca u 

podnóża skał wzdłuż brzegu zatoki została zniszczona w wielu jeszcze innych miejscach i nie 

było żadnych dróg poza wodną.

Wreszcie   „Swantewid”   podszedł   do   betonowego   mola   w   miasteczku.   Na   brzegu 

czekały   już   białe   karetki   pogotowia   i   kilka   samochodów   osobowych   z   białymi   flagami 

czerwonego krzyża zatkniętymi koło przednich drzwiczek. Obok stało kilkunastu żołnierzy z 

polowymi noszami.

- Już czekają na rannych! - stwierdził z podziwem Dzika Mrówka.

- Przecież od podziemnego wstrząsu minęła zaledwie niespełna godzina, przecież i tu 

też pełno domów zostało zniszczonych, przecież i tu też na pewno są ranni, a oni już czekają 

na nas - powiedział do Pana Wojtka, gdy dobijali do nabrzeża.

- Tu ludzie są przyzwyczajeni do takich kataklizmów. To przecież nie pierwszy raz 

spotyka ich takie nieszczęście i na pewno każdy wie, co do niego należy i co ma robić na 

wypadek trzęsienia ziemi.

Z   pokładu   jachtu   szybko   przetransportowano   wszystkich   rannych   do   sanitarek   i 

samochodów,   które   natychmiast   odjechały   na   sygnale   w   głąb   miasteczka,   gdzie 

prawdopodobnie mieścił się lokalny szpital. Kapitan Filip zaraz po opróżnieniu jachtu zgłosił 

się do sztabu akcji ratowniczej, który już urzędował w holu pobliskiego hotelu, który odniósł 

na szczęście niewielkie tylko uszkodzenia.

-   Dziękujemy   wam   pięknie   za   pomoc   okazaną   naszym   mieszkańcom   -   jowialny 

starszy wąsaty oficer  uścisnął kordialnie  dłonie  Kapitana  Filipa.  - Miło mi  pana poznać, 

kapitanie, i cieszę się ze spotkania z Polakami. W czasie wojny w partyzantce marszałka Tito 

background image

byłem w oddziale, w którym walczyło też trzech Polaków. Jeden z nich niestety zginął i nie 

doczekał ani zwycięstwa, ani powrotu do wolnego kraju, ale dwóch przeżyło do końca walk, 

wrócili do Polski i teraz przyjeżdżają czasem do mnie na urlop. No, na szczęście dla nich, w 

tym roku jeszcze nie przyjechali.

- Czy dużo jest ofiar? - zapytał Kapitan Filip.

- Nie mamy na razie dokładnych meldunków, ale mam wrażenie, że ofiar nie jest 

dużo. Może to zabrzmi dziwnie, ale na szczęście trzęsienie ziemi trafiło nas w niedzielny 

ranek. Nie było ani dzieci w szkołach, ani ludzi w fabrykach i stoczniach. I dobrze, że nie w 

nocy, bo w nocy zawsze jest gorzej i trudniejsza akcja ratunkowa.

- To widzę, że pan ma doświadczenie z trzęsieniami ziemi.

- Trudno nie wiedzieć, jak wygląda ogień, jeżeli się mieszka na wulkanie - uśmiechnął 

się gorzko oficer.

- Zgłaszam się z naszym jachtem do pomocy. Gdzie mam się udać i co mam robić? - 

zapytał Kapitan Filip.

- Jeszcze raz pięknie dziękujemy,  ale teraz to już damy sobie radę. Mam radiowe 

wiadomości, że z Dubrownika i z Herceg Novi płyną szybkie jednostki marynarki wojennej, a 

z Titogradu lecą wojskowe helikoptery ratunkowe. Jesteście wolni i raz jeszcze dziękujemy za 

pomoc. Za pomoc udzieloną w najważniejszej chwili.

Załoga „Swantewida” wyszła na ląd. Z przerażeniem i rozpaczą oglądali doszczętnie 

zniszczone stare i zabytkowe miasteczko, rozbite dawne mury obronne, które przez tyleset lat 

broniły przed najazdami wrogów. Jeszcze parę dni temu podziwiali te zabytki razem z wciąż 

roześmianym Stanko Milevićem, a teraz wszystko przypominało zdjęcia ze starych kronik 

filmowych przedstawiających Warszawę tuż po wojnie i wyzwoleniu.

-   Podobno   tak   samo   wygląda   też   Budva   -   powiedział   w   pewnym   momencie   Pan 

Wojtek, który rozmawiał z jednym z oficerów milicji.

- Budva? Takie piękne miasto - zmartwiła się szczerze Ulka. - Jaka szkoda.

-   Pewno.   Tyle   wieków   to   wszystko   stało,   tyle   pokoleń   ludzkich   budowało,   tyle 

ludzkiego trudu i wysiłku i to wszystko zniszczone w ciągu pół minuty. I piękny stary Kotor, i 

śliczna Budva, i elegancki hotel Świętego Stefana.

- To Święty Stefan też?

- Podobno niestety też.

- Ciekawe, co ze Stankiem Milevićem?

-  Pytałem   też   o   niego.   Odleciał   już   helikopterem   do  Budvy,  aby  zabezpieczyć   te 

zabytki, które nadają się jeszcze do uratowania. Jak widzicie, każdy ma tu swoje zadanie na 

background image

wypadek kataklizmu.

Smutni i przygnębieni wracali wszyscy na jacht. Jeszcze wczoraj byli tak weseli, tak 

piękny i szczęśliwy świat ich otaczał. A dziś?

Na wszystkich placykach i skwerkach, na wszystkich trawnikach oddziały wojskowe 

rozbijały już  duże zielone  namioty, do których  wstawiano  polowe łóżka.  Z samochodów 

wyładowywano sterty koców i paczki pościeli. Inne grupy montowały kuchnie polowe, od 

których ciągnęły zapachy gotowanych już potraw.

Żołnierzom pomagali cywile, a wśród nich słyszało się też obce języki. To turyści, 

których trzęsienie ziemi zastało na wybrzeżu Zatoki Kotorskiej, zgłaszali się samorzutnie do 

pomocy.

- W tym całym nieszczęściu dobrze, że choć znajdują się jeszcze ludzie dobrej woli i 

pomagają jedni drugim.

- Prawdziwych  przyjaciół  poznajemy w biedzie - stwierdził  sentencjonalnie  Dzika 

Mrówka i wszyscy całą grupą zgłosili się do najbliższego oddziału wojskowego, który zaczął 

rozbijać   nowe   namioty   pod   rozłożystymi   postrzępionymi   palmami   zdobiącymi   miejski 

deptak, tak niedawno jeszcze pełen życia i radości.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY,

W KTÓRYM BOKA KOTORSKA UCHYLA RĄBKA SWEJ 

TAJEMNICY

W   ciągu   dni,   które   nastąpiły   po   tragicznym   trzęsieniu   ziemi,   cała   załoga   jachtu 

„Swantewid” zmieniła w sposób zasadniczy tryb  zajęć. Oczywiście nie było  już mowy o 

jakimkolwiek   bezczynnym   opalaniu   się   na   pokładzie   jachtu   ani   o   przyjemnym 

płetwonurkowaniu w ciepłych wodach adriatyckich. Zarówno młodzi płetwonurkowie, jak też 

Pan   Wojtek   i   Kapitan   Filip   zgłosili   się   jak   jeden   mąż   do   pomocy   przy   ratowaniu   tego 

wszystkiego, co jeszcze można było uratować.

Z  okazji  tej  skorzystał   od  razu  Stanko   Milević,  który  zajmował  się   ratowaniem  i 

ochroną   wszystkich   wartościowych   zabytków,   od   kościołów   i   rozmaitych   budynków 

począwszy,   a   kończąc   na   obrazach   i   meblach,   które   znajdowały   się   w   rozbitych   i 

zniszczonych domach i muzeach.

Praca była ciekawa i na pewno bardzo pożyteczna, ale też niezwykle ciężka, a przede 

wszystkim   niezbyt   bezpieczna,   bo   niektóre   dzieła   sztuki   trzeba   było   wyciągać   niemal 

dosłownie spod gruzów lub grożących natychmiastowym zawaleniem ścian czy stropów.

Ratowanie zabytków  trwało od wczesnego ranka do późnego wieczora,  czas więc 

biegł   naszym   płetwonurkom   niezwykle   szybko,   a   gdy   prawie   nocą   wracali   na   pokład 

„Swantewida”, stojącego przez cały czas w kotorskim porcie, byli tak nieludzko zmęczeni, że 

myśleli już tylko o jednym: położyć się i spać! Nic też dziwnego, że ostatni tydzień pobytu 

minął jak z bicza strzelił i ani się ktokolwiek obejrzał, a trzeba było zwijać manatki i płynąć z 

powrotem do Dubrownika, dokąd miała za dwa dni przylecieć kolejna zmiana żeglarsko-

płetwonurkowa.

Nadszedł tedy pożegnalny wieczór z nieocenionym  znawcą i wielkim miłośnikiem 

czarnogórskich zabytków  i dzieł sztuki. Na wieczór ten zebrali się wszyscy na pokładzie 

jachtu, gdyż restauracja Stankowego przyjaciela,  w której podawano najlepsze w okolicy 

„frutti   di   mare”,   leżała   całkowicie   w   gruzach.   Co   prawda   Stankowy   przyjaciel,   który 

szczęśliwie wyszedł z trzęsienia ziemi bez żadnych obrażeń, zmontował coś na kształt rusztu 

na wolnym powietrzu przed ruinami restauracji, a zamiast stołów ustawił na razie trzy puste 

beczki po winie przykryte papierem, ale Kapitan Filip stanowczo zdecydował, że tym razem 

jacht ma ugościć Stanka u siebie.

- Kiedy teraz to ja jestem waszym dłużnikiem - na próżno przekonywał Stanko swym 

background image

tubalnym głosem. - Pomogliście mi tyle, że bez was nie uratowałoby się ani jednej trzeciej 

zabytków. Zwłaszcza że - jak się okazało - czasu było mało, bo wczorajsza ulewa mogła 

bardzo dużo poniszczyć. Szczególnie obrazy, które wisiały tu i ówdzie na ocalałych ścianach 

domów bez dachów. Nie mówiąc o samym muzeum w Kotorze, które jako tako też dzięki 

waszej pomocy zostało już zabezpieczone.

- Tamto jedna sprawa - odpowiadał Kapitan Filip - a pożegnalna kolacja zupełnie co 

innego. Nasza pomoc dla was to zaszczyt i obowiązek. Zresztą nie wyobrażam sobie, jak 

mogłoby być  inaczej. Gdybyśmy  wam nie pomogli, to tak samo jakbyśmy  nie poszli na 

pomoc komuś, kto na morzu wzywa ratunku. Prawda chłopcy? - tu Kapitan Filip mrugnął 

porozumiewawczo do Dzikiej Mrówki i do Balerona, nawiązując do bałtyckich wydarzeń na 

„Stella Polaris” sprzed roku. - Nie wyobrażam sobie, żeby można było postąpić inaczej - 

powtórzył Kapitan Filip.

- To prawda, ja też sobie nie wyobrażam... - roześmiał się Stanko Milević. - Ale na 

kolację...

- Stop - przerwał mu Kapitan Filip - sprawa została postanowiona, a na tym jachcie JA 

jestem KAPITANEM - dorzucił z udaną powagą.

- Aye, aye, sir! - Stanko Milević wyprężył się w postawie na baczność i zasalutował 

olbrzymią dłonią do takoż olbrzymiego kapelusza, z którym prawie się nie rozstawał, bez 

względu na pogodę ani na porę dnia, a jak pozwolił sobie zauważyć Dzika Mrówka, pewno 

też w nim sypiał.

Wieczorem tedy, po całodziennej pracy przy ratowaniu zabytków, zjawił się Stanko na 

pokładzie w niezwykle uroczystym stroju. Co prawda miał na sobie te same noszone na co 

dzień,   niegdyś   białe,   płócienne   spodnie,   na   mocno   zmierzwionych   włosach,   ten   sam   co 

zawsze szerokoskrzydły kapelusz, na bosych nogach olbrzymie drewniane klapoki, a i tę co 

zawsze koszulę w jaskrawe słoneczniki, prawie całkowicie rozpiętą, jednakże na szyi Stanko 

miał   -   rzecz   niezwykła   doprawdy   -   zawiązany   w   fantazyjny   węzeł   równie   fantazyjny   w 

kolorach olbrzymi jedwabny fular!

Obie potężne dłonie Stanko Milevića zajęte były całkowicie prezentami. W jednej 

dźwigał olbrzymich rozmiarów butlę z domowym winem, prezent dla Kapitana Filipa i Pana 

Wojtka, w drugiej plastykową torbę z tyloma tabliczkami czekolady, ilu było młodocianych 

płetwonurków, i całą masę pięknie dojrzałych brzoskwiń, a oprócz tego wspaniały bukiet 

rozmaitych,   przepysznie   kolorowych   kwiatów,   który  prawie   że   zasłaniał   solidną   przecież 

postać Stanka.

- Kwiaty dla najpiękniejszej dziewczyny ze „Swantewida” - zahuczał wręczając bukiet 

background image

Ulce, która nagle przypomniała sobie swoje stare zwyczaje i tak się zmieszała, czerwieniąc 

się przy tym jak piwonia, że nawet nie przyszło jej do głowy pomyśleć, czy Stanko nazwał ją 

„najpiękniejszą dziewczyną” dlatego, że była jedyną dziewczyną na jachcie, czy też miał na 

myśli rzeczywistą ocenę jej urody.

Zresztą, kto by się tam zastanawiał nad takimi drobiazgami, kiedy Ulkę czekał w tej 

chwili   nie   byle   jaki   EGZAMIN!   I   to   w   dodatku   egzaminatorem   miał   być   wspaniały 

ZNAWCA PRZEDMIOTU, najlepszy chyba, jakiego można było znaleźć w całej okolicy.

Otóż Ulka na pożegnalną kolację przygotowała nie byle co, bo:

- po pierwsze: TORT!

- po drugie: WŁASNORĘCZNIE!!

-   po   trzecie:   ZUPEŁNIE   SAMODZIELNIE,   BEZ   NAJMNIEJSZEJ 

CZYJEJKOLWIEK POMOCY!!!

I   to   wszystko   w   zupełnie   niezwykłych   przecież   warunkach,   bo   na   jachcie   i   bez 

dokładnego   przepisu   (WSZYSTKO   Z   PAMIĘCI!),   a   na   domiar   wszystkiego   jednym   z 

biesiadników, i to w dodatku NAJWAŻNIEJSZYM, był doskonały znawca wszystkiego, co 

nadawało się do zjedzenia, SAM STANKO MILEVIĆ!

Jadłospis   pożegnalnej   kolacji   nie   był   zbytnio   skomplikowany,   bazowano   bowiem 

głównie na konserwach przywiezionych z Polski, nikt jednakże nie zwracał na to specjalnej 

uwagi, bo apetyty wszyscy mieli wilcze, a Stanko Milević był tak bardzo zajęty rozmową na 

aktualne tematy, iż wydawało się, że nie ma absolutnie pojęcia, co jest na talerzu.

Nadszedł wreszcie czas na herbatę i deser. Ulka, która razem z Drzazgą podawała „do 

stołu”, czyli przynosiła wszystko z kambuza na pokład, wyniosła teraz swój tort ozdobiony 

kawałeczkami   świeżych   owoców   i   kunsztownym   napisem   DO   VIDENJA!   ułożonym   z 

łuskanych migdałów.

Gdy Ulka postawiła swoje dzieło na zaimprowizowanym stole, Stanko Milević, który 

akurat coś opowiadał - oczywiście niezwykle donośnym głosem, jak to miał w zwyczaju - 

przerwał grzmiący monolog w pół słowa, spojrzał na tort, potem na Ulkę, potem jeszcze raz 

na tort i mruknął basem:

- No, no, no!

A gdy Ula nałożyła mu na okrągłą tekturkę udającą kryształowy talerzyk sporą porcję 

tortu, Stanko w milczeniu o dziwo! - spróbował łyżeczką mały kawałeczek, a spróbowawszy 

podniósł oczy w górę ku rozgwieżdżonemu niebu, lewą ręką pogłaskał się po gardle i huknął 

basem:

- Jak to się u was mówi - „niebo w gębie”?

background image

- Dokładnie tak się mówi - przytwierdził Pan Wojtek.

- No to ja powiem wobec tego - odezwał się znów Stanko - „NIEBO W GĘBIE” I NA 

DODATEK ZE WSZYSTKIMI GWIAZDAMI I Z KSIĘŻYCEM TEZ!

- A skąd wy właściwie macie takie wspaniałości? - zapytał Stanko po chwili - o ile się 

orientuję, a orientuję się nieźle pod tym względem, to nikt tu w najbliższej okolicy niczego 

takiego wspaniałego nie produkuje, szczególnie teraz...

- To dzieło Uli - wtrącił Kapitan Filip.

- ULKI!?!? - ryknął wielkim głosem Stanko, skoczył na równe nogi aż jacht przechylił 

się gwałtownie, złapał dziewczynę i ucałował ją siarczyście w oba policzki.

Ulka aż cała pokraśniała i by ukryć swoje zmieszanie, zaczęła wszystkim nakładać po 

wydzielonym  kawałku tortu na tekturowe krążki. A gdy obdzieliła już wszystkich z sobą 

włącznie, została  jej  niespodziewanie  jeszcze  jedna  porcja.  Podała  ją  Stanko Milevićowi, 

który ze swoją pierwszą porcją uporał się w iście rekordowym tempie.

- Czy to nie za dobre? - spytał żartobliwie. - Jeżeli zjem jeszcze i ten kawałek, to mi 

już chyba żaden inny tort nie będzie w życiu smakował.

- O, co do tego to nie ma obawy! - roześmiała się Ulka.

I roześmieli się wszyscy, a najgłośniej śmiał się oczywiście Stanko, którego tubalnego 

śmiechu nie mogło w żaden sposób zagłuszyć nawet osiem normalnych gardeł.

Następnego dnia rankiem „Swantewid” opuścił Kotor. Ulka, Dzika Mrówka, Baleron, 

Drzazga i inni, cała załoga patrzyła z ogromnym żalem na ruiny starego grodu, który jeszcze 

tak niedawno witał ich w swej pełnej krasie i urodzie.

Na nabrzeżu żegnał ich potężny Stanko, który mimo swych rozlicznych obowiązków 

znalazł jeszcze czas na to, aby wpaść do portu i przynieść dla każdego z członków załogi 

polskiego   jachtu   pięknie   wydrukowane   imienne   podziękowanie   od   Komitetu   Odbudowy 

Kotoru za pomoc w ratowaniu i za dzielną postawę w czasie trzęsienia ziemi. Stanko stał 

teraz na nabrzeżu, a jego wielka postać w jeszcze większym kapeluszu malała coraz bardziej.

- Czeka nas jeszcze mała praca po drodze - powiedział Kapitan Filip, gdy już załoga 

postawiła odpowiednie żagle, a jacht położył się na właściwy kurs wiodący ku wyjściu z 

Zatoki Kotorskiej.

- Praca? - zdziwili się Ulka i Dzika Mrówka prawie jednocześnie.

- A zapomnieliście o kotwicy?

-   Rzeczywiście   -   Dzika   Mrówka   przecież   własnoręcznie   zaczepiał   łańcuch 

zakleszczonej gdzieś na dnie kotwicy do małej bojki z nazwą jachtu i macierzystego jego 

portu, ale w nawale niezwykłych wydarzeń, które zaszły w ostatnim tygodniu, zupełnie o tym 

background image

zapomniał.

- No to dobrze, że na tym jachcie jest jeszcze ktoś do pamiętania - roześmiał się 

Kapitan. - Mam nadzieję, że bojki nie zerwało w czasie ostatnich dni i że jest w tym samym 

miejscu, gdzie leży na dnie nasza zakleszczona, ale przecież jeszcze zupełnie dobra i prawie 

nowa kotwica. No i tyle  metrów łańcucha. Kiedy podejdziemy na miejsce, dwóch z was 

zejdzie w aparatach na dół i zobaczy, co się tam stało. Głębokość nie jest na szczęście duża, 

tak że nie powinno być żadnych problemów, a szkoda kotwicy.

- Jasne, że szkoda - Dzika Mrówka od razu zapalił się do czekającej roboty.

- Dwóch? A dlaczego nie DWOJE - zapytała równocześnie Ulka.

- To robota dla chłopców - krótko uciął Kapitan  Filip, ale widząc, że zrobił  tym 

przykrość Ulce, dodał: - Tam może być potrzeba trochę więcej siły, bo kotwica na pewno się 

zakleszczyła w jakiejś szczelinie skalistego dna.

Naprzeciw małej wioseczki, gdzie ratowali mieszkańców przygniecionych w rozbitym 

domu, bójka „Swantewida” znajdowała się dokładnie w tym miejscu, które zdołał zaznaczyć 

na   mapie   dokładny   w   każdym   calu   Kapitan   Filip.   Nawet   w   czasie   trzęsienia   ziemi   nie 

zapomniał on o najdrobniejszym szczególe.

- Na morzu nie ma rzeczy mniej lub więcej ważnych i najmniejszy drobiazg może w 

jakimś momencie okazać się NAJWAŻNIEJSZY - zwykł był powtarzać wielokrotnie, starając 

się wbić tę prawdę w głowy swych załogantów, sądząc nie bez racji, że ta sama zasada może 

odnosić się nie tylko do spraw morza, ale również do spraw całego życia.

- Pierwszy krok udany! - ucieszył się Kapitan Filip. - Boja jest na swoim starym 

miejscu!

Dzika Mrówka wyskoczył za burtę jachtu i podczepił cumkę jachtu do końca łańcucha 

kotwicznego   przytwierdzonego   do   bojki.   Potem   wylazł   z   powrotem   na   pokład   i   zaczął 

nakładać płetwonurkowy sprzęt, a więc butle, płetwy, pas ozdobiony specjalnymi ołowianymi 

ciężarkami   i   maskę   na   twarz.   Do   lewej   łydki   przymocował   dwoma   gumowymi   paskami 

pochwę z ostrym jak brzytwa nożem, bo nigdy nie wiadomo, co pod wodą może się okazać i 

co może się zupełnie niespodziewanie przydać.

Obok Pan Wojtek również szykował się do zejścia pod wodę.

- Zabierzemy ze sobą na wszelki wypadek te nieduże dwa łomiki - zdecydował. - 

Może trzeba będzie tam podważyć.

- No to schodzimy! - zwrócił się do Marka.

Pierwszy   skoczył   Dzika   Mrówka,   a   tuż   za   nim   Pan   Wojtek.   Płynęli   jeden   obok 

drugiego, doszli równocześnie do bojki i obaj złapali końcówkę łańcucha.

background image

- Schodzimy w dół po łańcuchu - powiedział Pan Wojtek i zanurzył się pierwszy. Za 

nim poszedł w dół Dzika Mrówka.

Im głębiej się obaj zanurzali, tym bardziej rozpraszało się i słabło światło słoneczne, 

aż dwóch płetwonurków otoczyła zielonkawobłękitna poświata, którą tak bardzo lubił Dzika 

Mrówka.   Uważał,   że   właśnie   w   takim   świetle   odbywają   się   wszystkie   bajki,   zasłyszane 

jeszcze w dzieciństwie, czy to od Mici, która opowiadała je wieczorami, gdy obaj z Jarkiem 

leżeli   już   w   swych   małych   jeszcze   łóżeczkach,   wykąpani   i   pachnący   mydłem   w   czystej 

pościeli, czy też przeczytanych później samodzielnie, gdy już odróżniał poszczególne litery, a 

potem nauczył się je składać w słowa, a słowa w zdania.

Teraz jednak nie była pora na wspominanie najpiękniejszych nawet bajek, bo obaj 

płetwonurkowie mieli do wykonania jak najbardziej konkretne zadanie. Musieli po pierwsze 

dotrzeć do kotwicy, a po drugie oswobodzić ją z tego czegoś, co ją trzymało na dnie.

Schodzili coraz niżej wzdłuż łańcucha kotwicznego aż wreszcie dojrzeli dno.

No   tak   -   pomyślał   Dzika   Mrówka   -   nic   dziwnego,   że   nie   mogliśmy   wyrwać   tej 

kotwicy z dna. - Koniec łańcucha nikł pod sporym odłamem skalnym, który go przyciskał do 

dna. Sama kotwica, nawet wcale nie zakleszczona, spoczywała po drugiej stronie skalnego 

odłamu.

Widocznie jeden z głazów stoczył się aż tutaj z brzegu - doszedł do wniosku chłopak 

podpływając bliżej - albo też skaliste dno poruszyło się w czasie trzęsienia ziemi i oto są 

skutki.

Istotnie, nie można było sobie inaczej wytłumaczyć widocznej teraz wyraźnie sytuacji.

Pan Wojtek podpłynął z drugiej strony skały przygniatającej końcówkę kotwicznego 

łańcucha i po chwili dał ręką znak, który oznaczał: „ja będę próbował podważyć skałę, a ty 

ciągnij łańcuch”.

Dzika Mrówka kiwnął głową na znak, że wszystko zrozumiał i złapał obiema rękoma 

łańcuch. Pan Wojtek tymczasem podłożył łomik i próbował unieść skalny blok.

Za pierwszym razem nie udało się, gdyż łomik ześlizgnął się z kamienia, który służył 

Panu Wojtkowi jako podpórka dla dźwigni. Za drugim razem było nieco lepiej, ale skalny 

blok ani drgnął.

Może spróbujemy razem? - zaproponował na migi Dzika Mrówka, ale Pan Wojtek 

przecząco machnął głową, co miało mniej więcej oznaczać: „jeżeli obaj będziemy podnosić 

głaz, to kto wyciągnie w tym czasie łańcuch?”

- Podaj mi swój łom - znowu na migi powiedział Pan Wojtek, gdyż  łom Dzikiej 

Mrówki był znacznie dłuższy i grubszy.

background image

Pan   Wojtek   wbił   teraz   jeden   koniec   łomu   pod   głaz,   drugim   łomem   podbił   spory 

kamień, służący za podparcie zaimprowizowanej  dźwigni i nacisnął z całej siły na drugi 

koniec łomu.

Tym razem odłam skalny wyraźnie drgnął i uniósł się odrobinę. Dzika Mrówka schylił 

się błyskawicznie i z całej siły szarpnął przygnieciony łańcuch.

POSZŁO!

-   W   porządku!   -   Dzika   Mrówka   podniósł   umownym   gestem   kciuk   lewej   dłoni   i 

wyprostował się.

W   tym   samym   momencie   prosto   przed   sobą,   w   odległości   zaledwie   kilkunastu 

najwyżej metrów od miejsca, gdzie leżała ich kotwica, Dzika Mrówka COŚ DOJRZAŁ!

To COŚ było przede wszystkim dość duże i najpierw Marek pomyślał, że to po prostu 

jeszcze jeden odłam skalny o dość oryginalnych i niezwykłych kształtach, ale zaraz potem...

Chyba mnie oczy nie mylą - myślał gorączkowo Dzika Mrówka i machinalnie chciał 

ręką przetrzeć oczy i dopiero w ostatniej chwili zorientował się, że przecież jest w masce!

Rzeczywiście to, co zobaczył, trudne było do uwierzenia! Bo oto przed zdumionym 

chłopcem na skalistym dnie morza najwyraźniej leżał

WRAK!

Drewniany kadłub z dwiema wznoszącymi się nad pokład nadbudówkami opierał się 

jednym bokiem o duży złom skalny. Z pokładu wraku sterczał ukośnie wznoszący się w górę 

przedni maszt ułamany gdzieś w połowie chyba swej wysokości. Z tej odległości można było 

nawet   odróżnić   jakieś   poplątane   grube   liny,   najwidoczniej   resztki   olinowania   okrętu. 

Drewniana balustrada okalająca pokład rozbita była prawie na całej swej długości i porośnięta 

grubym kożuchem podwodnych roślin, które oplatały również ułomek masztu, olinowanie i 

podłużny kształt sterczący z roztrzaskanego nadburcia.

Pewnie  działo! - pomyślał  Dzika Mrówka i poczuł, jak coraz bardziej ogarnia go 

dziwne podniecenie.

Zaczął   dawać   energiczne   znaki   do   Pana   Wojtka.   Ten   w   pierwszej   chwili   patrzył 

wielce zdziwionym na chłopaka, w końcu jednak odwrócił się i również dostrzegł leżący nie 

opodal wrak.

Obaj, jakby tknięci równocześnie jedną myślą, pozostawili uwolnioną już ze skalnej 

pułapki   kotwicę   i   podpłynęli   do   wraku.   Z   bliska   zatopiony   okręt   wyglądał   niemal 

imponująco. Duży brzuchaty kadłub sterczał dość wysoko ponad skaliste dno, a porastające 

go   wodorosty   wyglądały   jak   przedziwne   macki   jakiegoś   podwodnego   żarłocznego 

stworzenia, które objęło w swe wyłączne posiadanie zatopiony przed laty okręt.

background image

Bo że wrak był wielce stary, nie ulegało najmniejszej wątpliwości już na pierwszy rzut 

oka. Takich kadłubów, takich nadbudówek, a już zwłaszcza takiego działa nie buduje się już 

nigdzie   od   bardzo,   bardzo   wielu   lat.   Przy   czym   wrak   był   -   o   dziwo   -   zupełnie   dobrze 

zachowany i niezbyt nawet uszkodzony, o ile można było stwierdzić powierzchownymi tylko 

oględzinami.

Obaj   wielce   przejęci   płetwonurkowie   opłynęli   niezwykle   znalezisko   raz   i   drugi   i 

dopiero energiczny sygnał Pana Wojtka zmusił Dziką Mrówkę do skierowania się ku górze, 

na powierzchnię.

Gdy   wynurzyli   się   obok   „Swantewida”,   dobiegł   ich   wielce   niecierpliwy   okrzyk 

Kapitana Filipa.

- Goście tam, u licha, robili tak długo? Narada produkcyjna czy posiedzenie komisji?

- Kiedy, Filip - Pan Wojtek wypluł z ust ustnik aparatu i zawołał przejętym ze wszech 

miar głosem - tam na dole prawdziwa BOMBA!

- BOMBA? - zdziwił się i przeraził jednocześnie Kapitan. - W takim razie na coście 

tam na dole czekali? Trzeba było raz dwa uciekać, a nie ryzykować tak głupio. Natychmiast 

odchodzimy! Zostawiamy kotwicę! Nie ma sensu się narażać!

- Kiedy tam nie ma żadnej bomby - próbował wyjaśnić Pan Wojtek.

- No to jak w końcu - zdenerwował się Kapitan Filip - jest tam bomba, czy jej nie ma?

- Niby jest - zaczął Pan Wojtek, ale Kapitan przerwał mu natychmiast.

- Jak to? - zawołał, zły już teraz nie na żarty - zdecyduj się w końcu i nie rób głupich 

żartów. Raz mówisz, że jest, to znów, że nie ma.

-  Kiedy  nie   dajesz   mi   skończyć  -   tłumaczył   się  Pan   Wojtek.   -   Tam   na   dole   jest 

BOMBA, ale nie taka, jak myślisz, lotniczy niewypał z czasów wojny czy coś takiego. Po 

prostu tam jest WRAK!

- No to co, że wrak? - powiedział w pierwszej chwili Kapitan wyraźnie lekceważącym 

tonem, ale zreflektował się natychmiast. - Wrak? - powtórzył - jaki wrak? Przecież na mapie 

nie ma tu żadnego wraku!

- Nic dziwnego, bo to jest BARDZO STARY wrak.

- Stary? - zaciekawił się Kapitan - jak stary?

- Skromnie licząc, ze dwieście, trzysta lat - wypalił Pan Wojtek.

-   DWIEŚCIE,   mówisz,   TRZYSTA???   -   powoli   wycedził   Kapitan,   patrząc 

podejrzliwie   na   Pana   Wojtka,   jakby   chciał   sprawdzić,   czy   ten   ostatni   ma   w   porządku 

wszystkie klepki w głowie.

-   No...   przynajmniej   tak   na   oko   -   zawahał   się,   Pan   Wojtek   -   ale   jednak   mam 

background image

wrażenie...

- Słuchaj, Wojtek, przecież to może być naprawdę bardzo ciekawe i bardzo ważne 

odkrycie - zauważył Kapitan.

- Tyle to ja też wiem sam - obruszył się nieco Pan Wojtek - ale nie chciałbym też się 

ośmieszyć  w razie  czego. Przecież sam Stanko mówił,  że Zatoka Kotorska  jest pod tym 

względem już wielokrotnie przebadana. Gdyby tu było naprawdę coś ciekawego, to by dawno 

już odnaleziono.

- Niby racja, ale weź pod uwagę ostatnie TRZĘSIENIE ZIEMI. Przecież mogło się 

wiele zmienić w układzie dna, mogło na przykład odkryć się coś, co było przedtem zakryte 

przed ludzkim wzrokiem - Kapitan Filip głośno snuł swe rozważania.

- Oczywiście! - wtrącił Dzika Mrówka, uczepiony burty „Swantewida”. - Tak mogło 

być naprawdę - entuzjazmował się coraz bardziej.

- No więc co zrobimy? - spytał Pan Wojtek.

- Po pierwsze wyłaźcie z wody - rozkazał Kapitan. - Wrak nie ucieknie. Jak przeleżał 

dwieście lub trzysta lat, to poleży jeszcze parę godzin...

- Parę godzin? - zdziwił się Dzika Mrówka.

- A tak, parę godzin, ale nie przerywaj, kiedy starsi mówią - skarcił Marka Kapitan 

Filip i nie czekając na przeprosiny ciągnął dalej: - A jak właściwie z kotwicą?

-   Można   ciągnąć   do   góry.   Łańcuch   był   przygnieciony   jakimś   sporym   kawałkiem 

skały, która albo wpadła do wody w czasie trzęsienia, albo też przesunęła się wtedy po dnie - 

wyjaśnił Pan Wojtek.

- Czyli nasza teoria co do wraku ma swoje uzasadnienie - ucieszył się Kapitan, który 

użył słowa „nasza”, mimo że najwyraźniej przecież był to jego własny pomysł, ale taki już 

dziwny był Kapitan Filip, który zwykł był swoje sukcesy rozdzielać na całą załogę, za to 

wszystkie   błędy   brać   tylko   na   siebie,   ponieważ   Kapitan   jest   zawsze   za   wszystko 

odpowiedzialny.

- A więc my zabieramy się do wyciągania kotwicy, a ty, Wojtek, bierz ponton, płyń do 

brzegu i pierwszą okazją jedź do Kotoru, do Stanka i zgłoś mu wasze znalezisko. Po pierwsze 

Stanko to fachowiec, po drugie trzeba mieć zezwolenie władz na podwodne poszukiwania, a 

po trzecie i tak i tak nie mamy już czasu, bo jutro musimy być w Dubrowniku.

Podekscytowana załoga „Swantevida” zabrała się tedy do wyciągania kotwicy, zaś 

Pan Wojtek pospieszył po fachowca. Wszyscy opadli Dziką Mrówkę wypytując o szczegóły 

znaleziska. Nic dziwnego, że Marek z miejsca poczuł się lokalnym bohaterem, ale też po 

prawdzie to on pierwszy zauważył zatopiony wrak. Inna rzecz, że w opowiadaniu Dzikiej 

background image

Mrówki leżący na dnie statek urósł, a jedno obrośnięte działo rozmnożyło się do całej baterii.

- To na pewno jakiś uzbrojony statek  handlowy z Zatoki Kotorskiej, który został 

zatopiony podczas licznych tu bitew morskich. Może z czasów, kiedy Turcy chcieli zdobyć 

Kotor, a może gdy Wenecjanie walczyli tu o swoje wpływy, a może też to robota piratów - 

wyobraźnia Marka coraz bardziej ożywiała się i podsuwała chłopcu wciąż nowe pomysły i 

sugestie.

- A może na pokładzie wraku są zatopione skarby - podpowiedziała Ulka.

- Co tam „może”, one tam są NA PEWNO - oburzył się Baleron - przecież piraci by 

nie napadali na statek, który by nie wiózł skarbów.

- Skąd wiesz, że piraci? - zdziwił się sceptyczny jak zwykle Drzazga.

- Jak to, skąd? Przecież Mrówa przed chwilą sam mówił, że piraci...

- Jakby nie było, fakt jest faktem, że na dnie jest COŚ - spokojny Szufla zażegnał 

rodzącą   się   już   sprzeczkę   -   i   byłoby   bardzo   fajnie,   gdyby   można   tu   było   w   przyszłości 

popracować przy wydobywaniu TEGO CZEGOŚ.

- Ba, ale czy nam pozwolą - zmartwił się Dzika Mrówka. - Szkoda, że już musimy 

wracać do domu i że kończą się wakacje.

- Z wakacjami to tak zawsze - stwierdził melancholijnie Baleron - kończą się zwykle 

w najmniej odpowiednim momencie, wtedy kiedy akurat robi się najfajniej.

- Złośliwość natury, fakt - przytwierdziła Ulka z przekonaniem.

Dzika Mrówka tym razem nic nie powiedział, że pomyślał sobie, że i tak i tak bardzo 

fajnie się złożyło, że chociaż w ostatni dzień, ale jednak UDAŁO mu się. I że teraz to już 

chyba   dogonił   Ulkę,   której   podświadomie   i   w   wielkiej   skrytości   ducha   nieco   zazdrościł 

odkrycia zatopionego grodziska. A w najgłębszych i najskrytszych marzeniach ujrzał siebie 

przed   kamerami   telewizji,   w   blasku   reflektorów,   opowiadającego   do   mikrofonu 

podstawionego usłużnie przez reportera o REWELACYJNYM ODKRYCIU.

Tak pogadując młodzi  płetwonurkowie uporali się z oporną kotwicą, dzięki której 

pośrednio Zatoka Kotorska odkryła rąbek swej tajemnicy. Gdy kończono tę pracę, od strony 

Kotoru pojawiła się mknąca po wodzie szybka motorówka, której dziób odkładał na boki 

dwie wspaniałe fontanny.

Gdy motorówka zbliżyła się do „Swantewida”, do załogi jachtu dobiegło gromkie, 

zagłuszające ryk silnika pracującego na pełnym gazie

A

H

O

J

 

ZE

L

EN

CY

!

background image

a   nad   motorówką   pojawiła   się   płachta   olbrzymiego   stankowego   kapelusza,   który 

machał nim w radosnych, gwałtownych gestach.

W minutę później motorówka zatrzymała się z wielką precyzją przy burcie jachtu, a 

na pokład „Swantewida” wskoczyli Stanko i Pan Wojtek. Stanko dźwigał ze sobą cały swój 

płetwonurkowy sprzęt.

- Ubieraj się, Mrówka - zahuczał Stanko i pokaż, coś ty tam odkrył?

Sam Stanko powiedział „coś TY tam odkrył” - zanotował w duchu Dzika Mrówka i 

dyskretnie spojrzał po twarzach pozostałych „zelenców”.

Ubrał się błyskawicznie  i po chwili ze Stankiem i Panem Wojtkiem zanurzyli  się 

ponownie w wodach zatoki.

Wrak   leżał   w   tym   samym   miejscu   i   w   takim   samym   położeniu  i   Dzika   Mrówka 

odetchnął głęboko aż strumień baniek powietrznych poszybował ku górze, na powierzchnię, 

nie wiadomo bowiem dlaczego wyobraził sobie przez moment, że to wszystko, co poprzednio 

zobaczył na dnie, było po prostu złudzeniem, podwodną „fata morganą” i że teraz okaże się, 

iż na dnie nie ma żadnego wraku.

We trójkę  opłynęli  kilkakrotnie  przechylony na  burtę zatopiony statek,  na którym 

Dzika Mrówka zauważył teraz już znacznie więcej szczegółów. Na przykład oprócz jednego 

działa zwisającego z burty, na dnie leżały jeszcze dwa inne.

Stanko powoli, metr po metrze, oglądał znalezisko. Wpłynął nawet przez otwór w 

pokładzie do wnętrza zatopionego statku i usiłował coś tam zobaczyć w świetle zabranego ze 

sobą dość silnego podwodnego reflektora. Po chwili wychynął na pokład i pokazał na migi 

Panu Wojtkowi i Dzikiej Mrówce, żeby płynąć na powierzchnię.

Wszyscy trzej pomknęli ku górze i równocześnie wychynęli  nad wodę nie opodal 

jachtu,   na   pokładzie   którego   cała   załoga   oczekiwała   z   wielką   niecierpliwością   na   wynik 

pierwszego badania.

Stanko wyjął ustnik i odsunął zasłaniającą mu twarz maskę.

- Gratulacje! - krzyknął w stronę Kapitana Filipa.

TO JEST TO!

- Niby co?

- Tak na oko sądząc, tam leży wrak, który ma co najmniej ze dwieście lat! Duża 

sprawa!

- HURRRA!!! - wrzasnęli wszyscy zgodnie. I ci na pokładzie, i ci w wodzie, to znaczy 

Pan Wojtek z Dziką Mrówką.

- HURRRA!!! - krzyknął po chwili samotnie Stanko, ale jego pojedynczy głos był 

background image

znacznie donośniejszy niż przebrzmiały przed chwilką zespołowy okrzyk i nawet Kapitan 

Filip spojrzał z wyraźną troską na okalające zatokę skaliste góry jakby obawiając się, że drgną 

od tego okrzyku i że zacznie się na nowo jakieś lokalne trzęsienie ziemi.

A gdy już Stanko Milević znalazł się w kokpicie „Swantewida”, wspólnie ułożyli tok 

dalszego postępowania. Stanko postanowił wystąpić natychmiast do odpowiednich władz o 

zezwolenie na penetrację wraku, a decyzję co do czasu tejże penetracji oraz składu ekipy 

odłożono na później.

Tymczasem wszyscy płetwonurkowie schodzili po kolei w dół, każdy bowiem był 

niezwykle ciekaw starego wraku i każdy po powrocie na pokład aż drżał z wielkiej chęci 

uczestniczenia w przyszłych pracach poszukiwawczych.

- No to jest jeszcze czas - stwierdził Stanko. - To wcale zresztą nie jest takie proste. 

No i dość kosztowne, a teraz najważniejsza jest odbudowa zniszczeń po trzęsieniu ziemi i nikt 

nie   da   w   obecnej   chwili   ani   dinara   na   taką   imprezę   i   nikomu   też   z   mieszkańców   całej 

Czarnogóry nie przyszłoby teraz do głowy zajmować się czymkolwiek innym jak odbudową. 

Nie ma się zatem co spieszyć i miejmy nadzieję, że jeżeli dotąd wrak leżał nie niepokojony 

przez nikogo, to i w najbliższym czasie nic się z nim złego nie stanie.

- Miejmy nadzieję - zgodził się Pan Wojtek - a zresztą my i tak i tak musimy już 

wracać do kraju, ale wiemy, że zostawiamy sprawę wraku w najbardziej właściwych rękach.

- Hvala - podziękował Stanko. - Mnogo hvala! I, rzecz jasna, będę was wszystkich na 

bieżąco informował o postępach operacji. Ale, ale, jeżeli OPERACJA, to trzeba by było ją 

jakoś nazwać. Są jakieś propozycje - zwrócił się do zebranych.

- Może „OPERACJA WRAK”? - podał Dzika Mrówka.

- Eee, za prozaicznie - skrzywił się Baleron. - To już może lepiej „OPERACJA BOKA 

KOTORSKA”.

- To znów za długie - skrytykowała Ulka. - A gdyby „OPERACJA KARAKA”?

Ostatecznie przegłosowano projekt Ulki, choć Kapitan Filip zgłosił zastrzeżenie, że aż 

tak stary to ten wrak chyba nie jest, ale uznano, że nazwa jest i ładna, i krótka, i wystarczająco 

tajemnicza, a przecież głównie o to chodziło.

Gdy samolot oderwał się od płyty lotniska i począł stromo piąć się ku górze, Ulka i 

siedzący obok Dzika Mrówka dojrzeli w pewnym momencie wyłaniającą się spoza skalistych 

grzbietów ciemnogranatową powierzchnię Zatoki Kotorskiej.

- Boka Kotorska - poznali natychmiast.

- A tam, na jej dnie, czeka nasz wrak - powiedziała Ulka.

- Właśnie - zgodził się Dzika Mrówka. - A jeszcze ile ciekawostek i ile rozmaitych 

background image

tajemniczych zagadek kryją w sobie inne wody. I Zatoka Kotorska, i Adriatyk i wszystkie 

morza i oceany świata!

- Nie zapominaj o jeziorach - dopominała się Ula.

- I w jeziorach OCZYWIŚCIE też! - zgodził się Dzika Mrówka.


Document Outline