Jodi Dawson
Nagroda dla dwojga
Gorący Romans Duo 878
ROZDZIAŁ PIERWSZY
– Uwaga! Uwaga! Ogłaszamy spódnicowy alarm. Panie proszone są o przytrzymywanie
spódnic, bo prędkość wiatru dojdzie do stu kilometrów na godzinę.
Dixie Osborne skrzywiła się z niesmakiem. Rozumiała, Ŝe spiker sili się na dowcip, chce
rozbawić słuchaczy, ale nie była w nastroju do śmiechu. Stała u wylotu bocznej drogi, przez
pękniętą szybę patrzyła na nieprzerwany sznur samochodów i zastanawiała się, dlaczego
akurat teraz chce dotrzeć do centrum miasta.
Głos z radioodbiornika podsunął odpowiedź.
– Pozostało zaledwie dwadzieścia minut. Niebawem los uśmiechnie się do osoby, która
wygra nasz konkurs „Jedna szansa na tysiąc”. Drodzy słuchacze, przypominam, Ŝe
warunkiem otrzymania nagrody jest obecność na miejscu losowania.
Przesadnie radosny głos był wręcz irytujący, więc Dixie zmieniła program. Z jedynego
głośnika, który jeszcze jako tako działał, dobiegła niewyraźna muzyka.
Dixie co pewien czas niespokojnie zerkała na termometr, poniewaŜ wiedziała, Ŝe nie
dojedzie na czas, jeśli wskazówka podskoczy wyŜej. Złym okiem patrzyła na mikrobus z
przodu oraz na stojący obok nowy samochód sportowy, przy którym jej odrapane auto
prezentowało się mizernie. Zirytowała się. Dlaczego tylu kierowców jedzie na skróty?
Widocznie duŜo mieszkańców Denver wie o takiej moŜliwości.
Nerwowo postukała obgryzionymi paznokciami w kierownicę. Czas nieubłaganie uciekał.
Czy warto czekać, aŜ przepłynie strumień samochodów? Jaka jest kara za pozostawienie
wozu na poboczu? Czy pieszo udałoby się prędzej dojść na miejsce?
Odszukała stację z przesłodzonym głosem.
– Mówi Brick Dingle, sprawozdawca konkursu „Jedna szansa na tysiąc”. Przy Ulicy
Szesnastej juŜ jest tłok. Przed „Miners Lady Grill” zebrał się spory tłum ludzi niecierpliwie
oczekujących wyniku losowania.
– Brick Dingle! – prychnęła Dixie pogardliwie. – TeŜ imię i nazwisko!
Wreszcie jeden kierowca ulitował się nad nią i przepuścił ją. Pomachała mu ręką, czym
prędzej wśliznęła się na wolne miejsce i pognała przed siebie.
– Jeszcze tylko dziesięć minut – ostrzegł Brick Dingle. – JuŜ niebawem słuchacz-
szczęściarz otrzyma niezwykłą nagrodę. Zgłosiło się dwieście osób, z których jedna uzyska
prawo do domku Crazy Creek Lodge, w pięknej okolicy u podnóŜa Gór Skalistych...
Resztę słów zagłuszyły oklaski i gwizdy.
– Nie zdąŜę – szepnęła Dixie. – Nie warto się pchać.
Mimo to jechała dalej i po chwili skręciła w jednokierunkową ulicę dwie przecznice od
miejsca, do którego dąŜyła. Przed jednym wieŜowcem dostrzegła wolny skrawek
zarezerwowany dla samochodów dostawczych. Nie zastanawiając się nad konsekwencjami
parkowania w niedozwolonym miejscu, ostroŜnie wsunęła się na wąski pas między duŜymi
samochodami.
Wychodząc przez okno, solennie sobie obiecała, Ŝe wkrótce naprawi drzwi.
Czas naglił, więc musiała natychmiast przejść na drugą stronę. Wbiegła na jezdnię, nie
zwaŜając na trąbienie klaksonów. Myślała jedynie o tym, Ŝe ma zaledwie cztery minuty.
Pędem wymijała pieszych, którzy gniewnie ją potrącali, ale nawet ich nie przepraszała.
Uczestnicy konkursu czekali tam, gdzie i ona powinna się znajdować, lecz to nie
oznaczało, Ŝe zaraz tam będzie. Zostało jeszcze kilkanaście metrów. Ignorując krytyczne
spojrzenia i sójki w bok, dotarła na miejsce.
– Mała, ciebie teŜ interesuje wynik? – zapytał chudy wyrostek z kolorową czupryną
punka.
– Tak.
Spojrzała na niego wystraszona; bała się, Ŝe ją uderzy.
ZbliŜała się do trzydziestki, ale wyglądała o dziesięć lat młodziej. Matka często
powtarzała, Ŝe to jej wina i kiedyś tego poŜałuje, lecz Dixie miała nadzieję, Ŝe ponura
przepowiednia się nie spełni. Nie uznawała makijaŜu, włosy zaplatała w warkocz.
Wygląd nie jest najwaŜniejszy.
Wzdrygnęła się, gdy powiał chłodny wiatr. Według kalendarza zima juŜ się skończyła,
lecz w Kolorado wiosna bywa kapryśna, często się spóźnia. Dixie zapięła bluzę i wsunęła
ręce do kieszeni. Nie znalazła rękawiczek. Gdzie się podziały? Prawdopodobnie leŜą na
tylnym siedzeniu razem ze wszystkim, co ostatnio gdzieś się zawieruszyło.
– Uwaga! Uwaga! Nadchodzi oczekiwana chwila. Za moment rozstrzygnie się konkurs
radia KOSĘ. Ciekawe, komu przypadnie „Jedna szansa na tysiąc”.
Dixie stanęła na palcach, aby dojrzeć człowieka, który tylu ludziom robi nadzieję.
– Podnieść cię?
Zerknęła na pytającego przekonana, Ŝe źle go zrozumiała.
– Słucham?
Wyrostek odsunął się i wyciągnął ręce.
– Proponuję pomoc. śebyś lepiej widziała.
Dixie zarumieniła się ze wstydu, Ŝe źle go oceniła. Przecząco pokręciła głową.
– Dziękuję za dobre chęci, ale wszystko widzę. Odwróciła się, zgrabnie prześliznęła
między dwoma grubasami i stanęła w pierwszym rzędzie.
Dopiero teraz ujrzała spikera radia KOSĘ i niemal wybuchła śmiechem. Człowiek o
aksamitnym głosie był o dziesięć centymetrów niŜszy od niej i co najmniej o trzydzieści lat
starszy. Zupełnie inaczej wyobraŜała sobie właściciela głosu, który na falach eteru chwilami
brzmiał uwodzicielsko.
No, cóŜ! Prysło kolejne złudzenie. Złudzenia i proza Ŝycia to dwie diametralnie róŜne
rzeczy.
– Przedstawiam pana Grangera – zawołał Brick Dingle. – Jako przedstawiciel firmy
Granger, Flitch i Becker wyciągnie zwycięski los.
Gwar ucichł, jak gdyby tłum zastygł w oczekiwaniu i nawet wstrzymał oddech.
Podniecona Dixie czuła, Ŝe serce coraz mocniej jej bije. Zacisnęła kciuki, chociaŜ
wiedziała, Ŝe ma znikome szanse. Lecz nagroda była jej potrzebna, a jeszcze bardziej
młodzieŜy z ośrodka, w którym pracowała. To powinno przewaŜyć szalę na jej korzyść.
Pan Granger rozciągnął usta w zdawkowym uśmiechu i wsunął rękę do bębna z
metalowej siatki.
Dixie obserwowała go z napięciem, jakby chciała skierować jego palce do karteczki z jej
nazwiskiem. Oddychała ze świstem, mocno zacisnęła lodowate palce.
Pan Granger wyciągnął biały pasek papieru, a tłum zafalował, posunął się o pół kroku do
przodu.
– Oto chwila, na którą państwo czekają. – Brick Dingle wziął białą karteczkę. – Czy
wszyscy są gotowi, Ŝeby... ?
Rozległy się krzyki i wiwaty, więc wrzawa na moment zagłuszyła jego głos.
– Ogłaszam zwycięzcę konkursu. Odtąd Crazy Creek Lodge będzie własnością...
Chwileczkę...
Opuścił mikrofon i zwrócił się do pana Grangera oraz stojących obok niego męŜczyzn.
Zapadła pełna wyczekiwania cisza. Co się stało? O co chodzi? Czy losowanie jest
niewaŜne? Pytanie zadawali sobie wszyscy obecni.
Nastąpiła krótka narada.
– Panie i panowie... – Brick Dingle zawiesił głos. – Sytuacja jest nietypowa, ale bardzo
ciekawa.
Przez tłum przebiegł pomruk zniecierpliwienia.
– Wygląda na to, Ŝe ktoś bardzo lubi słodycze. Resztka czekolady skleiła dwie kartki...
NiemoŜliwe!
Ducie nie mogła Ŝyć bez słodyczy, ale to chyba były cudze resztki. Pamiętała, Ŝe przed
wrzuceniem swojej kartki starannie oblizała palce.
– Ogłosimy nazwiska i prosimy finalistów, aby podeszli tutaj z jakimś dowodem
toŜsamości. Całkiem moŜliwe, Ŝe sprawa przybierze ciekawy obrót. – Brick Dingle zamilkł i
ostroŜnie rozdzielił kartki. – JuŜ podaję pierwsze nazwisko. .. Czy wszyscy uwaŜnie słuchają?
Dixie w duchu prosiła go, by nie przedłuŜał tortur. Czekanie jest najgorsze. Lepiej poznać
wynik i przestać mieć złudzenia, przestać czekać na cud.
– Dixie Osborn! – zawołał Brick Dingle. – Prosimy panią do nas.
Stała jak sparaliŜowana i wpatrywała się w kartkę, poza którą nic nie widziała. Była
przekonana, Ŝe uległa złudzeniu. Widocznie tak bardzo pragnęła usłyszeć swoje nazwisko, Ŝe
wyobraźnia spłatała jej figla.
– Powtarzam nazwisko i imię: Dixie Osborn. I uprzedzam, ma pani dwie minuty. Po
upływie tego czasu nazwisko zostanie wycofane. Teraz sprawdzę, kto jest przyklejony do
pani.
Dixie zmusiła się, by zrobić jeden krok, dwa. Gdy wyminęła najbliŜsze osoby i stanęła
przed tłumem, rozległy się wiwaty. Zarumieniła się zaŜenowana tym, Ŝe wpatrują się w nią
setki oczu.
– Drugim finalistą jest...
Z powodu wrzawy nie dosłyszała nazwiska, lecz to było niewaŜne. Podeszła do stolika i
niepewnie chrząknęła.
– Jestem... Dixie Osborn.
– Proszę o ciszę, bo nie słyszę tej pani, chociaŜ stoi tuŜ przy mnie. – Spiker przesunął
mikrofon. – Proszę powtórzyć, co pani powiedziała.
Krępowało ją, Ŝe znalazła się w centrum uwagi, ale opanowała zaŜenowanie.
– Jestem Dixie Osborn – powiedziała głośno i wyraźnie.
– Gratuluję. O, a tam widzę drugiego finalistę.
Dixie odwróciła się i zobaczyła, Ŝe ludzie robią przejście. Gdy jej oczom ukazał się
rywal, zdusiła jęk. Była mocno spięta, a na widok potęŜnie zbudowanego męŜczyzny speszyła
się jeszcze bardziej.
Idący pewnym krokiem olbrzym był coraz bliŜej. Kruczoczarne włosy okalały twarz
jakby wykutą ze skał widocznych na horyzoncie.
Nieznajomy pokazał prawo jazdy, przesunął się i popatrzył na Dixie świdrującym
wzrokiem.
– A więc to pani lubi czekoladę?
W milczeniu skinęła głową. Nie była w stanie sklecić najprostszego zdania, jedynie
powtarzała sobie, Ŝe ten człowiek teŜ ma prawo do nagrody.
– Pan Jack Powers, prawda? – zapytał Brick Dingle. Olbrzym odwrócił się i podał mu
rękę.
– Tak. Co teraz będzie?
– Skoro nagroda jest jedna, a kartki dwie, trzeba znaleźć sprawiedliwe rozwiązanie –
powiedziała Dixie.
Skrzywiła się, bo nie poznała własnego głosu; był cichy, niepewny, a powinna mówić
głośno, zdecydowanie.
– DŜentelmen zawsze ustępuje damie. – Rywal nieznacznie się uśmiechnął. – Ale
szanowna pani chyba rozumie, Ŝe Ŝadne z nas jeszcze nic nie wygrało.
Dixie zirytowała się. Kim jest ten człowiek? Co sobie wyobraŜa? Czy liczy na to, Ŝe bez
sprzeciwu pozwoli mu odejść z nagrodą, zniweczyć przyszłość ośrodka?
– Hola, szanowny panie...
– Spokojnie, spokojnie. – Spiker patrzył to na jedno, to na drugie. – Wprawdzie nie brano
pod uwagę komplikacji tego typu, ale przezornie przygotowaliśmy się na róŜne niespodzianki.
Dixie odwróciła się od olbrzyma stojącego stanowczo za blisko i spojrzała na pana
Grangera.
Brick Dingle zwrócił się do niego:
– Szczęśliwi zwycięzcy z niecierpliwością czekają na otwarcie koperty. Proszę
powiedzieć, co ona zawiera.
Dixie wcale nie czuła się szczęśliwa. Nie rozumiała, dlaczego jest tak blisko
upragnionego celu, a tak daleko od spełnienia marzenia. Zerknęła w bok, aby przekonać się,
jaką minę ma drugi kandydat do nagrody. Przez moment zafascynowana wpatrywała się w
potęŜne bary i szeroką pierś, ale opamiętała się i odwróciła wzrok. Powtarzała sobie, Ŝe teraz
musi się skupić i bardzo uwaŜać.
Pan Granger otworzył kopertę i wyciągnął niewielką kartkę, którą powoli rozłoŜył.
– Postępowanie, gdy wygrają dwie osoby. Ustalamy, Ŝe finaliści zamieszkają w domu i
spędzą tam cztery dni oraz trzy noce. JeŜeli ostatniego dnia obie osoby będą obecne w Crazy
Creek Lodge, sprawę własności rozstrzygnie moneta.
W tłumie rozległy się krzyki i śmiechy. Dixie nie była zachwycona perspektywą
spędzenia kilku dni z człowiekiem, który najwyraźniej uwaŜał się za władcę całego świata.
Wynik okazał się niekorzystny, lecz nie zamierzała zrezygnować. Zerknęła spod rzęs i
dostrzegła, Ŝe drugi „szczęśliwy finalista” mocno się zasępił.
Natomiast spiker wybuchnął śmiechem.
– Bardzo ciekawy obrót sprawy. Co nasi zwycięzcy mają do powiedzenia?
Dixie czuła zamęt w głowie i bała się, Ŝe nieprędko uporządkuje myśli. Mimo to zaczęła
układać listę rzeczy do załatwienia. Trzeba wziąć urlop z pracy, podrzucić komuś psa,
załatwić sto innych drobiazgów. Lecz w danej chwili wszystkie przeszkody były do
pokonania. Spojrzała rywalowi w oczy i wyciągnęła rękę.
– Przyjmuję rozwiązanie i Ŝyczę panu powodzenia. Jack Powers poprawił
przeciwsłoneczne okulary i ujął wyciągniętą dłoń. Mocny uścisk męskiej ręki ogrzał
zziębnięte kobiece palce.
– Ja teŜ Ŝyczę pani powodzenia.
Okulary zasłaniały oczy, ale nie upór widoczny na wąskich, zaciśniętych wargach.
Dixie wiedziała, Ŝe musi wygrać, poniewaŜ podopieczni bardzo na nią liczą.
Rozległy się wiwaty.
– Prosimy słuchaczy radia KOSĘ, Ŝeby pilnie nas słuchali. Będziemy na bieŜąco
informować o rozwoju wypadków – obiecał Brick Dingle. – Jestem pewien, Ŝe dalszy ciąg
okaŜe się bardzo interesujący.
Dixie błysnęła zębami w szerokim uśmiechu. Nieistotne, jaki będzie dalszy ciąg. Ona
musi zdobyć Crazy Creek Lodge za wszelką cenę.
Jack zastanawiał się, co powiedzieć ciotce, która od lat marzyła o chacie w górach. Nie
był zachwycony, gdy oświadczyła, Ŝe zgłosiła jego nazwisko do radiowego konkursu, a teraz
trochę gryzło go sumienie, Ŝe został finalistą. Czy to w porządku, Ŝe on jest podstawiony,
występuje zamiast ciotki?
W porządku, bo chodzi o spełnienie jej marzeń.
SkrzyŜował ręce na piersi i przybrał groźną minę, co jednak nie przyniosło
spodziewanego efektu. Zamiast wystraszyć się i cofnąć, filigranowa finalistka wyŜej uniosła
głowę i popatrzyła na niego niemal równie groźnie.
Chyba nie zdawała sobie sprawy, Ŝe wypręŜona postawa uwypukla pełne piersi. Jack
pomyślał, Ŝe perspektywa trzech nocy ze śliczną dziewczyną nie jest zła.
Nieprawda! Akurat teraz nie chciał mieć do czynienia z Ŝadną kobietą. Zdobycie chaty
dla ciotki było zbyt waŜne, by pozwalać sobie na frywolne myśli i marzenia.
Ponownie zerknął na rywalkę. Zastanawiał się, czy zechce wykorzystać swój wdzięk i
urodę, aby nakłonić go do zrzeczenia się nagrody. Niech nie próbuje, bo nic nie wskóra.
Ciotka ma do niego bezgraniczne zaufanie, więc nie moŜe sprawić jej zawodu. Musi skupić
się na tym, by myśleć wyłącznie o ciotce i dla niej wygrać konkurs. Tylko to się liczy.
Przysiągł sobie, Ŝe oprze się wszelkiej pokusie, będzie się pilnował. Mimo to wiedział, Ŝe
czeka go cięŜka próba. Trzeba będzie unikać tej pięknej kobiety.
Dixie odwróciła się.
– Czy dobrze zrozumiałam, Ŝe jedynym warunkiem jest przebywanie w chacie przez
cztery dni?
Jack mimowolnie spojrzał na opięte spodniami pośladki i nogi. Pokręcił głową, zacisnął
pięści.
– Tak, to jedyny warunek – odparł pan Granger piskliwym głosem. – Ale mam
wątpliwości.
Jego odpowiedź zwróciła uwagę Jacka.
– Dlaczego? Jakie?
Zakłopotany starszy pan poprawił kołnierzyk.
– Poprzedni właściciel zamknął chatę przed dwudziestu laty i przez ten czas nikogo tam
nie wpuszczał.
Odpowiedź nie spodobała się Jackowi.
– Czy chałupa jest w takim stanie, Ŝe nie moŜna w niej zamieszkać? Dlaczego nie
uprzedzono słuchaczy?
– UwaŜaliśmy, Ŝe nie ma potrzeby wspominać o tym w zapowiedziach konkursu.
Dixie niecierpliwie tupnęła nogą.
– Co pan wie o Crazy Creek Lodge? Jest tam przynajmniej woda i prąd?
Jack zrozumiał, Ŝe ma godną przeciwniczkę i zapewne trudno będzie przekonać ją do
zrezygnowania z wygranej.
Zamiast od razu odpowiedzieć, pan Granger wyjął z innej koperty dwie kartki.
– To mapy, na których są wszystkie drogi dojazdowe. Za dwa dni, dokładnie o godzinie
dziesiątej, rozpoczną państwo swój pobyt w chacie. Zakończymy sprawę, jeśli państwo złoŜą
podpisy pod oświadczeniem, Ŝe nie zgłoszą Ŝadnych pretensji do radia i naszej firmy za stan
chaty.
– Skąd będzie wiadomo, czy w ogóle tam pojedziemy? – zainteresował się Jack.
ZauwaŜył, Ŝe Dixie przygryza dolną wargę. Hm, a zatem nie jest taka spokojna, na jaką
chce wyglądać. Czy to ułatwi rozprawę z nią? Czy wystarczy wieczorem wyjść z domu,
zawyć jak kojot, by dziewczyna uciekła gdzie pieprz rośnie?
– Stawka jest tak wysoka, Ŝe państwo będą nawzajem się pilnować. – Pan Granger
wyciągnął rękę, ale speszył się na widok miny Jacka. – śyczę powodzenia. Przyjadę w
południe czwartego dnia, Ŝeby sprawdzić, kto został na miejscu. I ewentualnie rzucić monetę,
jeśli to będzie konieczne.
Zamierzał odejść, lecz Dixie schwyciła go za rękaw.
– Czy będzie tam ktoś trzeci? – zapytała spłoniona. Jack zrozumiał, Ŝe boi się zostać z
nim sam na sam, więc zaczął zastanawiać się, czy od razu zacząć udawać podrywacza. MoŜe
dziewczyna wystraszy się i wcale nie przyjedzie do górskiej chaty. Nie, nie wypada tak
postąpić. Straszenie kobiet nie leŜało w jego naturze. Postanowił ją uspokoić.
– Zapewniam panią, Ŝe przy mnie nie ma czego się bać. Dixie zrobiła zdziwioną minę.
– Nie chcę pana obrazić, ale rzadko który przestępca ujawnia swe zamiary.
– Jeśli pani woli się wycofać...
Liczył na to, Ŝe piękna rywalka zrezygnuje z nagrody, a jednocześnie łudził się, Ŝe tego
nie zrobi, bo współzawodnictwo zapowiadało się ciekawie.
Dixie wpatrywała się w niego duŜymi, zielonymi oczami.
– Uprzedzam, Ŝe tak łatwo nie zrezygnuję – oświadczyła stanowczo. – Zbyt wiele
wchodzi w grę.
Patrzył na nią zaintrygowany. Dlaczego młoda kobieta pragnie mieć dom na odludziu?
– Wobec tego liczę na to, Ŝe spotkamy się za dwa dni – rzekł z czarującym uśmiechem.
Dixie odrzuciła gruby czarny warkocz na plecy.
– Na pewno się zjawię. A po czterech dniach pan na zawsze poŜegna się z Crazy Creek
Lodge.
ROZDZIAŁ DRUGI
Jack przesunął teczkę w stronę klienta, starając się nie wdychać zapachu tanich
papierosów i smaŜonego tłuszczu, którym ten człowiek był przesiąknięty. MęŜczyzna miał
bardzo drogi garnitur, który na nim wyglądał tandetnie.
– Proszę, oto fotografie. Wynika z nich, Ŝe pańskie podejrzenia nie są bezpodstawne.
Pana Ŝona utrzymuje... bardzo zaŜyłe stosunki z trenerem.
Zdegustowany patrzył na uwiecznioną na zdjęciach parę, ale po kilku spotkaniach ze
zdradzanym męŜem rozumiał, dlaczego jego Ŝona zapragnęła szukać szczęścia gdzie indziej.
Pamiętał jednak, Ŝe jego zadanie nie polega na osądzaniu. Do niego naleŜało zdobywanie
dowodów zdrady. Nie lubił obecnego zajęcia i marzył o zmianie.
Pan Boyd zaśmiał się, jakby nie zmartwiły go dowody niewierności Ŝony.
– Nareszcie mam w ręku coś konkretnego. Teraz wiedźma nie będzie grozić mi sądem z
powodu afery z sekretarką.
Czy jest jakiś szlachetny powód, Ŝeby być detektywem? Jack chwilami Ŝałował, Ŝe nie
usłuchał wuja Vincenta i nie zgodził się pomagać mu w pralni chemicznej.
– NaleŜność za usługę... – zaczął.
Klient wyciągnął z kieszeni plik banknotów, odliczył kilka i rzucił na biurko.
– Tyle pokryje wszystkie koszty. Kontakty z panem były miłe. Do widzenia.
Po jego wyjściu Jack długo patrzył na pieniądze, które chętnie spryskałby środkiem
odkaŜającym. Nie pamiętał, kiedy praca straciła sens. Lecz zapewniała mu niezaleŜność, no i
nie musiał przyjmować wszystkich zleceń...
Niestety szybko sprzykrzyły mu się kontakty i rozmowy z oszukującymi się
współmałŜonkami. Czy juŜ nikt na tym świecie nie jest wierny?
Rozległo się nieśmiałe pukanie do drzwi.
– Jestem wolny, klient juŜ sobie poszedł.
Przez matową szybę widział przygarbioną sylwetkę ciotki, a jednocześnie sekretarki.
– To dobrze, bo na jego widok dostaję gęsiej skórki. – Starsza pani poprawiła siwy kok. –
Coraz częściej zastanawiam się, dlaczego rzuciłam pracę u koronera.
– Bo po pierwsze ciocia mnie kocha, a po drugie nie znosi trupów. – Jack odwrócił się i
spojrzał za okno. – Czy udało się przełoŜyć sprawę Reynoldsa na inny termin?
– Tak. Ale czy jesteś pewien, Ŝe to słuszna decyzja? Nie byłeś zachwycony tym, Ŝe
zgłosiłam cię do konkursu.
Jack niczego nie był pewien, lecz lubił próbować róŜnych rzeczy.
– Ciociu, wiem, co cię gnębi. Boisz się, Ŝe nie przebaczę ci, Ŝe zgłosiłaś na konkurs mnie,
a nie siebie, prawda? Trudno, stało się. A moŜe okręŜną drogą pytasz, czy na pewno chcę
rzucić to fascynujące zajęcie, Ŝeby prowadzić dom wczasowy? Sądzę, Ŝe przyzwyczaję się do
nowej roli i pogodzę z losem. Ciociu, chyba nie cofasz obietnicy, Ŝe zajmiesz się
księgowością? Oczywiście jeśli wygramy konkurs i dostaniemy dom.
Starszej pani rozbłysły oczy.
– Dobrze wiesz, Ŝe moŜesz na mnie liczyć i zawsze pomogę ci w potrzebie. Marzyłam o
twojej wygranej, ale naprawdę to nie wierzyłam w uśmiech losu. UwaŜam, Ŝe pracujesz za
cięŜko i naleŜy ci się urlop. Chcę, Ŝebyś był szczęśliwy.
Jack dobrze o tym wiedział. Gdy stracił rodziców, ciotka wzięła go do siebie, wychowała,
otoczyła miłością. Poświęciła się dla niego. Przez wiele lat była zmuszona bardzo oszczędzać,
Ŝ
eby opłacić jego naukę. Zawsze stawiała go na pierwszym miejscu i wreszcie powinien się
odwdzięczyć. Teraz ona musi być najwaŜniejsza. Zasługiwała, Ŝeby na starość mieć coś
więcej niŜ ciasne mieszkanie na drugim piętrze starej kamienicy. Ciotka od lat marzyła o
domu w górach i jeśli zdobędą nagrodę, wreszcie odŜyje.
– Niestety sprawa jeszcze nie jest ostatecznie rozstrzygnięta – wyznał z ociąganiem. –
Muszę przetrwać cztery dni i trzy noce, ale gorsze będzie rzucanie monety. – Nerwowo potarł
czoło. – Liczę na to, Ŝe uparta rywalka ucieknie po pierwszej nocy, bo przestraszy się dzikich
zwierząt, dziwnych odgłosów albo martwej ciszy.
– Na jakiej podstawie tak sądzisz? MoŜe okazać się odwaŜną kobietą.
Jack przypomniał sobie determinację w zielonych oczach i uderzył dłonią w udo.
Przeciwniczka miała wojowniczego ducha, a on lubił wojownicze natury.
– Wydała mi się odwaŜna i interesująca...
– Interesująca? – podchwyciła starsza pani.
– Tylko niech ciocia nie myśli o swataniu, bo nic z tego nie będzie. Kilkudniowy pobyt w
chacie jest warunkiem, który po prostu trzeba spełnić, Ŝeby wygrać konkurs. Nie ma w tym
nic romantycznego. – W głębi duszy czuł jednak, Ŝe jest inaczej. – Poza tym dziewczyna
wygląda na jakieś dziewiętnaście lat, więc moŜe rodzice nie pozwolą jej na wyjazd w
nieznane z obcym męŜczyzną.
– Nie wierzę, Ŝe zrezygnuje...
– A ja wierzę w naszą wygraną.
Mówił szczerze. Ze względu na ciotkę musi zostać jedynym zwycięzcą konkursu. Nic nie
odwiedzie go od celu, nic nie sprowadzi z obranej drogi. Nawet posągowo zbudowana
zielonooka rywalka.
Dixie przerwała pakowanie, podrapała Sadie za uchem, odgarnęła włosy opadające na
oczy i rozejrzała się. Pokój wyglądał jak po przejściu huraganu.
Delikatnie odsunęła spaniela, który wsadził jej łeb pod pachę.
– Nie przeszkadzaj! Lepiej poradź mi, co zabrać. Oprócz ciebie, oczywiście. Czy wiesz,
Ŝ
e jedziesz w góry?
Postanowiła zabrać Sadie. Uznała, Ŝe kilka dni poza miastem i spacery na świeŜym
powietrzu obu dobrze zrobią. Poza tym z psem będzie czuła się bezpieczniej, chociaŜ
wystarczy, by olbrzym groźnie spojrzał, a Sadie pewnie podkuli ogon i ucieknie. Jednak
nawet z bojaźliwym psem będzie jej raźniej.
Rozległ się dzwonek przy drzwiach.
– Otwarte.
Maggie popatrzyła na bałagan, pokręciła głową i weszła ostroŜnie, aby niczego nie
nadepnąć.
– Nie przesadzaj – obruszyła się Dixie. – Zachowujesz się, jakbyś pierwszy raz widziała
trochę bałaganu.
– Trochę? Nie było mnie przez godzinę, a jest gorzej niŜ przedtem. Co ty wyrabiasz? –
Maggie przewiesiła torebkę przez ramię, mocniej schwyciła pudło z pizzą i wskazała kuchnię.
– Idź po talerze. Posilimy się, a potem zrobię tu porządek.
Dixie wstała i przeciągnęła się.
– Jesteś niezastąpiona. Tylko proszę cię, pamiętaj, Ŝe jadę do lasu i w góry.
Wyszła do kuchni.
– Naprawdę nie dali ci bliŜszych informacji o warunkach? – zawołała Maggie. – Jesteś
pewna, Ŝe warto ryzykować? Nie znasz faceta, nic o nim nie wiesz.
Dixie wróciła z talerzami i serwetkami.
– Wydaje mi się, Ŝe ryzyko jest niewielkie. Pan Powers chyba nie będzie się wygłupiał,
bo oboje wzbudzamy powszechne zainteresowanie. Jeśli zniknę z powierzchni ziemi, on
pierwszy będzie podejrzany o morderstwo.
– Zaraz morderstwo! Dobrze wiesz, co miałam na myśli. Jeśli zechce cię uwieść albo...
– Mało prawdopodobne. Chyba zauwaŜyłaś, Ŝe nie budzę w męŜczyznach
niepohamowanej Ŝądzy. Poza tym nie widziałaś mojego rywala. Jest wysoki, wspaniale
zbudowany, więc na pewno ma dziewczynę, która z utęsknieniem będzie na niego czekać. –
Odkroiła kawałek pizzy. – Zresztą nie mam czasu dla męŜczyzn.
Maggie popatrzyła na nią, jakby powiedziała coś skandalicznego.
– Kobieta zawsze powinna mieć czas dla męŜczyzny. Dixie często powtarzała
przyjaciółce, Ŝe męŜczyźni jej nie interesują, bo do szczęścia wystarczą praca i pies. Na ogół
sama w to wierzyła, ale od czasu do czasu miewała sny, które wywoływały tęsknotę za czymś
więcej. W ciągu dnia prędko o tym zapominała. Miała wyraźnie określony cel, w którego
osiągnięciu męŜczyzna jedynie by przeszkadzał.
– Dostałaś odpowiedź z banku?
Pytanie Maggie sprowadziło Dixie z wyŜyn na ziemię.
– Nie. Ośrodek musi mieć stałe lokum, a fundusze praktycznie są na wyczerpaniu. Mam
nadzieję, Ŝe wygram chatę i zarobię na wczasowiczach. Na pewno udałoby się coś
zaoszczędzić, a poza tym chata byłaby dodatkową gwarancją i stalibyśmy się bardziej
wiarygodni dla banku.
Maggie patrzyła z powątpiewaniem.
– Lepiej, Ŝeby nie ponosiła cię fantazja i Ŝebyś za bardzo się nie łudziła. Sprawa jeszcze
nie jest rozstrzygnięta.
– Ale w tej chwili to jedyny ratunek Taka wygrana jest nam bardzo potrzebna.
Sadie urwała kawałek pizzy i zadowolona merdała ogonem, dopraszając się o więcej.
– Złodziejko, nic nie dostaniesz! Naucz się grzecznie zachowywać. – Dixie pogroziła
palcem, ale ukroiła spory kawałek dla psa, po czym błagalnie spojrzała na Maggie. – Czemu
nie masz ochoty mi towarzyszyć? Potraktuj wyjazd jako urlop.
– Dziękuję, postoję. Ty od dawna marzysz o Ŝyciu wśród dzikiej przyrody i zwierząt, a
mnie prymityw nigdy nie pociągał.
– Jaki prymityw?
– CzyŜbym źle się wyraziła? – Maggie miała pełne usta, więc mówiła niewyraźnie, ale
przełknęła i dodała: – Chodzi mi o gąszcz drzew i krzewów, o dzikie, niebezpieczne bestie i
tak dalej.
– TeŜ znalazłaś wymówkę. PrzecieŜ w mieście masz prawie to samo.
– Tutaj zwierzęta na ogół są w klatkach, a rośliny w doniczkach. Nie martw się, na pewno
odwiedzę cię, gdy zagospodarujesz chatę. – Skończyła jeść i odstawiła talerz. – Posprzątaj w
kuchni, a ja doprowadzę pokój do ładu.
Zeskrobując z kuchenki jakieś zaschnięte resztki, Dixie wyliczała, co jeszcze zostało do
zrobienia. Trzeba uzyskać kilkudniowy urlop, ale to będzie łatwe. Trzeba zabrać jedzenie dla
psa, uprzedzić o wyjeździe sąsiadkę...
Jęknęła i uderzyła się brudną ręką w czoło.
Zapomniała o najwaŜniejszym, czyli o zawiadomieniu matki. A nie daj BoŜe, aby
rodzicielka dowiedziała się od kogoś o tym, Ŝe córka spędzi kilka dni i nocy z nieznanym
męŜczyzną. Koniecznie trzeba osobiście porozmawiać. Matka moŜe zadzwonić, a gdy usłyszy
automatyczną sekretarkę, natychmiast zawiadomi policję i kaŜe szukać zaginionej jedynaczki.
Lepiej pomówić z matką albo przynajmniej się nagrać.
– Zostaw adres tej twojej chaty – zawołała Maggie z pokoju.
– JuŜ go napisałam i kartka leŜy koło telefonu. Będę niedaleko Pagosa Springs. Tylko
dwadzieścia kilometrów od cywilizacji.
Umyła ręce, powiesiła ręcznik i wyszła z kuchni, a Maggie akurat stanęła na progu
sypialni.
– BagaŜe gotowe.
Dixie zajrzała do pokoju, w którym zamiast nieopisanego bałaganu panował wzorowy
porządek.
– Jak to moŜliwe? – Co?
– Ty przez pół godziny osiągnęłaś to, czego ja nie potrafiłam zrobić przez pół dnia.
Bezsilnie opadła na kanapę.
– KaŜdy ma talent do czego innego. Ty doskonale radzisz sobie z ludźmi, a ja z rzeczami.
– Maggie usiadła na kanapie.
– No, teraz opowiadaj o przystojnym rywalu.
Dixie nie rozumiała, dlaczego przyjaciółka interesuje się nieznanym męŜczyzną, ale
przymknęła oczy i zaczęła:
– Moja kartka była upaćkana czekoladą.
Samochód znowu zarzuciło z powodu wielkiej dziury. Kierowca zaklął, a kundel zaczął
ujadać i wskoczył na przednie siedzenie. Jack zwolnił i wytęŜył wzrok, aby znaleźć względnie
bezpieczne miejsca na wyboistej drodze. Pogłaskał wystraszonego psa, który odwdzięczył się,
liŜąc go po twarzy.
Następna dziura jeszcze bardziej go zirytowała. Czy wojsko ma tutaj poligon i sprawdza
działanie min? Całkiem prawdopodobne. Był w podróŜy od sześciu godzin, a przez ostatnią
stale podskakiwał na wybojach. Przysiągł sobie, Ŝe jeśli wygra chatę, pierwszą rzeczą, jaką
zrobi, będzie zapewnienie lepszego dojazdu.
Wjechał na kręty leśny trakt i mocno zacisnął palce na kierownicy. Czy jeszcze daleko?
Przed godziną zatrzymał się przy leśniczówce i zapytał o dalszą drogę. Pokazano mu na
mapie punkt, do którego naleŜało dotrzeć. Teoretycznie bardzo proste zadanie. Tylko szkoda,
Ŝ
e na mapie nie zaznaczono odległości.
Jack skrycie łudził się, Ŝe skoro jemu trudno jechać wozem terenowym, rywalka
zniechęci się i wcale nie dotrze na miejsce.
Nareszcie wyjechał z lasu i w dali zobaczył drewniany dom na skraju duŜej polany. Przed
domem stał pomarańczowy samochód osobowy.
NiemoŜliwe, aby zielonooka finalistka zdąŜyła zjawić się przed nim. Lecz kto inny i po
co jechałby na takie odludzie? A w dodatku tak marnym pojazdem?
Nim odpowiedział sobie na owe pytania, zza domu wyszła Dixie z naręczem szyszek.
– Patrzcie ją, dziecko natury – mruknął Jack pod nosem. – Albo co gorsza, leśna
boginka...
Podjechał bliŜej i wtedy Dixie go zauwaŜyła. Speszona opuściła ręce, więc szyszki
posypały się na ziemię. Prędko odwróciła głowę i gwizdnęła.
Tigger szarpnął się, ale Jack go złapał.
Dixie przykucnęła i rozłoŜyła ręce.
– Sadie, chodź do pani.
Spaniel natychmiast przybiegł i polizał ją po policzku. Tigger wyrywał się jak szalony.
Jack pomyślał zirytowany, Ŝe jeśli nie będzie uwaŜał, jego duŜy pies uwiedzie spanielkę.
Zanosiło się na cztery trudne dni.
Dixie roześmiała się. Miała rozpuszczone włosy, które czarną kaskadą spływały do pasa.
Jack wyobraził sobie te piękne włosy na poduszce i ogarnęło go podniecenie.
Zaklął ze złości, Ŝe rywalka nie jest zasuszoną siedemdziesięcioletnią staruszką.
Wziął Tiggera na smycz i powoli ruszył w stronę długowłosej pokusy.
– Dzień dobry. Jakim cudem wyprzedziła mnie pani i dotarła tu przede mną? PrzecieŜ to
sześć godzin od Denver.
– Wyruszyłam wczoraj i nocowałam w Pagosa Springs, bo chciałam zobaczyć chatę o
ś
wicie. – Zarumieniła się lekko. – Mówmy sobie po imieniu.
– Dobrze.
Dixie spojrzała na duŜego kundla.
– Dorodny okaz.
Tigger podszedł do Sadie, psy ostroŜnie się obwąchały, po czym entuzjastycznie
zamerdały ogonami.
– Wygląda na to, Ŝe przypadły sobie do gustu. – Jack zauwaŜył, Ŝe Dixie pobladła. – O co
chodzi?
– To pies...
– Tigger jest bardzo grzeczny. Dixie drgnęły kąciki ust.
– Tigger?
– Emma tak go nazwała.
– Sadie jest suką.
– Nie szkodzi.
– Akurat ma cieczkę.
– Oj, to gorzej. – Jack zrozumiał, dlaczego Tigger tak interesuje się niepozornym
stworzeniem. – MoŜe być ciekawie.
– Umówiłam się z jednym hodowcą, Ŝe w przyszłym tygodniu zgłoszę się do niego,
Ŝ
eby... – Dixie zaczerwieniła się. – No, wiadomo po co.
Omawianie takiej sprawy widocznie ją krępowało.
– Będę pilnował Tiggera, ale nic nie gwarantuję. Sadie najwyraźniej go polubiła.
Psy przez chwilę biegały jak szalone, a potem połoŜyły się w cieniu osiki.
Dixie przygryzła dolną wargę i patrzyła na psy, a Jack przypomniał sobie, co powiedział
ciotce o wieku rywalki.
– MoŜna wiedzieć, ile masz lat?
– Dwadzieścia siedem. Czemu pytasz?
– Czy ktoś mówił ci, Ŝe...
– Wyglądam jak nastolatka? Stale to słyszę. – Niecierpliwie machnęła ręką. – Na
szczęście w mojej pracy młody wygląd raczej pomaga.
– Pracujesz jako tajna agentka?
– Nie. – Wybuchła perlistym śmiechem. – Pracuję z tak zwaną trudną młodzieŜą.
Jack tego nie przewidział. A właściwie czego się spodziewał? Oderwał wzrok od Dixie,
aby przypomnieć sobie, po co tutaj przyjechali.
– Byłaś juŜ w środku?
– Nie. UwaŜałam, Ŝe wypada poczekać na ciebie.
Wyznanie bardzo go zaskoczyło, poniewaŜ słuŜbowo nader rzadko spotykał przyzwoitych
i dobrze wychowanych ludzi.
Popatrzył na piętrowy dom z gankiem po obu stronach. Okna były duŜe, drzwi masywne,
ręcznie rzeźbione. Na kaŜdy ganek prowadziły dwa z grubsza ociosane kamienne schodki.
Jack wszedł na ganek i z bliska obejrzał drzwi.
– Co tu jest wyrzeźbione?
– Wilk i łoś, wplecione w serce.
Dixie stała tak blisko, Ŝe poczuł bijące od niej ciepło, więc odsunął się nieco.
– Widzisz je wyraźnie? – spytał zaskoczony.
– Nie, ale straŜnik leśny opowiedział mi trochę o domu. – OstroŜnie połoŜyła rękę na
klamce z kutego Ŝelaza. – Jesteś gotów?
– Tak.
Gdy weszli, owiało ich chłodne powietrze, w którym unosiły się drobiny kurzu widoczne
w słońcu zaglądającym przez brudne szyby. Sufit był na wysokości pierwszego piętra. W
olbrzymim pomieszczeniu stały jedynie dwa fotele na biegunach.
Dixie wpatrywała się w olbrzymi kominek zajmujący pół przeciwległej ściany. Oczyma
wyobraźni ujrzała ogień rzucający odblask na grupy młodych, roześmianych ludzi.
Była zachwycona.
Obejrzała się na Jacka i serce jej się ścisnęło, bo zrozumiała, Ŝe oboje są zachwyceni.
Nie ulegało wątpliwości, Ŝe zareagowali podobnie.
Do licha, zaklęła w duchu.
Jack zapewne juŜ przygotował długą listę pięknych znajomych, które tutaj zaprosi.
– MoŜna z tej chaty zrobić cudo, prawda? – odezwała się, aby przerwać krępujące
milczenie.
Jack popatrzył na nią spod opuszczonych powiek.
– Ale trzeba będzie włoŜyć duŜo pracy, poświęcić mnóstwo czasu.
Dixie poczuła się nieswojo w ciemnym pomieszczeniu, więc przesunęła dłonią po ścianie
obok drzwi. Nie natrafiła na kontakt.
– No, tak. Nie liczyłam na to, Ŝe tu będzie światło elektryczne.
Umknęła wzrokiem i poszła w głąb pokoju.
– Dom stoi daleko od miasta, więc byłoby dziwne, gdyby doprowadzono tu prąd. Trzeba
będzie zainstalować prądnicę. – Jack stanął przed imponującym kominkiem. – Dobrze, Ŝe las
blisko i nie zabraknie drewna. Na wszelki wypadek zabrałem lampę naftową.
Dixie zirytowała się. Dlaczego on mówi, jakby juŜ był właścicielem domu? Co sobie
wyobraŜa?
– Ja teŜ mam lampę. I juŜ znalazłam gorące źródło. Na skraju łąki.
– Czyli tam będziemy się myć. Do picia starczy wody, którą przywiozłem.
Dixie weszła do mniejszego pomieszczenia. Pod ścianą znajdował się solidny Ŝelazny
piec, na środku stół zbity z nieheblowanych desek i trzy krzesła, kaŜde inne. Dom był
urządzony więcej niŜ skromnie.
Jack stanął na progu.
– Proponuję obejrzeć piętro, póki jest względnie jasno. Mam nadzieję, Ŝe tam będzie coś
do spania, bo podłoga nie jest zbyt zachęcająca.
Weszli na schody przy bocznej ścianie. Dixie spojrzała w górę i speszyła się, gdy
zobaczyła, Ŝe ma oczy na poziomie pośladków Jacka.
Nie zamierzała ich oglądać, a mimo to nie mogła oderwać wzroku od mięśni pręŜących
się pod materiałem...
Kobieto, opamiętaj się! – skarciła się. Myśl o tym, co najwaŜniejsze.
A co to takiego? Aha, główne zadanie polega na tym, Ŝeby wygrać chatę i pomóc
dzieciom z ośrodka. Aby to osiągnąć, wystarczy wmawiać sobie, Ŝe ten przystojny męŜczyzna
jest robotem lub manekinem. I sprawa załatwiona.
Jack zatrzymał się, Dixie z rozpędu wpadła na niego i nosem uderzyła o jego plecy.
Trudno było wmawiać sobie, Ŝe to metalowy robot, a nie człowiek z krwi i kości.
– Przepraszam, nie wiedziałem, Ŝe idziesz tuŜ za mną. Panie mają pierwszeństwo.
Wybierz sobie pokój.
Dixie otrząsnęła się i przejechała dłonią po twarzy, aby zetrzeć wspomnienie dotyku.
Otworzyła pierwsze drzwi z prawej strony. W małym pokoju było wąskie Ŝelazne łóŜko z
jeszcze węŜszym materacem.
– Wygląda na to, Ŝe jednak nie będziemy musieli spać na podłodze. – Wskazała drugie
drzwi. – Twoja kolej.
Przeszła dalej, a Jack zastygł na progu drugiego pokoju. Dixie zerknęła na niego
zdziwiona. Dlaczego nie wchodzi? Dlaczego nic nie mówi? Zawróciła, wyminęła go
ostroŜnie, aby nie dotknąć, i zajrzała do pokoju.
– Och!
Tu teŜ był tylko jeden mebel – łóŜko. Ale jakie! DuŜe, drewniane, pięknie rzeźbione, z
czterema słupkami do sufitu. Przykryte śnieŜnobiałą kapą.
– Proponuję rzucić monetę, Ŝeby los za nas zadecydował – powiedziała Dixie, sięgając do
kieszeni.
– Nie będziemy losować – stanowczo orzekł Jack. – Ty będziesz tutaj spać.
– Jesteś wyŜszy ode mnie, a to łóŜko jest większe. Tobie będzie tu wygodniej.
Wpatrując się w olbrzymie łoŜe, wyobraziła sobie dwoje śpiących. Potrząsnęła głową,
aby usunąć obraz, który niepotrzebnie wprowadził zamęt w myślach.
Odniosła wraŜenie, Ŝe w pokoju jest coś dziwnego. Rozejrzała się, podeszła do kominka,
przykucnęła i zrozumiała, o co chodzi. Kominek zbudowano tak, aby ogrzewał dwa
pomieszczenia. Było widać łóŜko w pierwszym pokoju.
Jack odsunął kapę i pięścią uderzył w materac.
– Ktoś tu zagląda – oświadczył.
– Skąd wiesz? Uderzył jeszcze raz.
– Widzisz? Nie kurzy się. Drewno juŜ ułoŜone w kominku, wystarczy podpalić. Zobacz,
co jest w większej skrzyni, a ja otworzę okno i wpuszczę świeŜe powietrze.
Dixie otworzyła skrzynię.
– Pościel! – Wzięła do ręki białe prześcieradło obszyte koronką. – Bardzo ładnie pachnie!
Wcale nie czuć stęchlizną. Ciekawe, czy przed nami był tu pan Granger.
– Wątpię. On nawet nie wiedział, jak tu dojechać. Co straŜnik leśny mówił o domu?
Podszedł do okna, odsunął zasuwę, popchnął ramę, która zaskrzypiała, ale ustąpiła pod
naciskiem. Powiew wiatru o Ŝywicznym zapachu prędko usunął stęchłe powietrze.
Dixie wyjęła pościel i zabrała się do ścielenia łóŜka.
– Dowiedziałam się, Ŝe poprzedni właściciel zbudował ten dom dla ukochanej. Pewnie
dlatego jest tu małŜeńskie łoŜe. – Pomyślała, Ŝe to miała być sypialnia nowoŜeńców.
– Ale dziewczyna rzuciła narzeczonego, który przysiągł, Ŝe nikt inny w jego domu nie
zamieszka. Jack w milczeniu patrzył przez okno.
– Zawiedziony właściciel zabił okna deskami i Ŝył jak pustelnik. Rzadko jeździł do
miasta, nie płacił podatków. W końcu władze stanowe przejęły działkę za zaległe podatki,
potem radio ją wykupiło i dlatego my tu jesteśmy.
Wygładziła prześcieradło, wyprostowała się i speszona uświadomiła sobie, Ŝe pościeliła
łóŜko dla Jacka.
Dlaczego on się nie odzywa? Dlaczego pytał o historię, której nie raczył słuchać?
Milczenie bywa niegrzeczne, a czasami niebezpieczne.
– Panie Powers, czy słyszał pan, co mówiłam? Wystraszyła się, Ŝe jednak ma do
czynienia z jakimś groźnym osobnikiem. PoŜałowała, Ŝe nie skorzystała z rady Maggie i nie
zabrała czegoś do obrony.
– Mówiłaś, Ŝe Sadie ma cieczkę – odezwał się Jack.
– Tak. – Zaniepokojona podbiegła do okna. – Do diaska, co twój pies robi?
– To chyba oczywiste. – Zerknął na nią. – Twoja suka wydaje się bardzo zadowolona.
ROZDZIAŁ TRZECI
Dixie schwyciła go za rękę.
– Zrób coś, Ŝeby przestały. Natychmiast!
– Na tym etapie lepiej nie przeszkadzać.
– Musisz przeszkodzić. Sadie jest rasowym psem i umówiłam się z hodowcą...
– Spontaniczność jest lepsza.
Odsunęła się jak oparzona, spojrzała na łóŜko, potem na Jacka.
Nie rozumiała, co się z nią dzieje i dlaczego przypisuje dodatkowe znaczenie
wszystkiemu, co on mówi. Czemu nie zachowuje się jak obyta w świecie dama, lecz jak
prowincjuszka?
Jack odwrócił się i przez moment badawczo na nią patrzył.
– Idę po bagaŜ – oznajmił sucho.
Wyszedł, nie patrząc na łóŜko. Dixie głośno westchnęła. Była zła na siebie, przeklinała
swą bujną wyobraźnię.
Mocno zacisnęła pięści. Jakoś przetrwa te cztery dni. Otrzyma nagrodę i będzie
prowadzić górski ośrodek wypoczynkowy. Zrobi to dla dobra trudnej młodzieŜy.
Bardzo proste, prawda?
Niby tak, ale...
Przed wyjazdem Jack nie zjadł śniadania, więc burczało mu w brzuchu, lecz nie zwracał
na to uwagi. Szybko przyniósł z samochodu trzy pudła. Słyszał kroki na piętrze, otwieranie i
zamykanie drzwi, dlatego domyślił się, Ŝe Dixie ogląda wszystkie pokoje.
Dobrze, Ŝe wciąŜ jest na górze. Póki tam była, nie przyprawiała go o zamęt w głowie.
Dlaczego złośliwy los kaŜe mu spędzić cztery dni z piękną Pollyanną, której zabierze dom?
Nie, nic jej nie odbierze, poniewaŜ nie jest właścicielką chaty. Dom był spełnieniem
marzeń ciotki, nie wolno mu o tym zapominać.
MoŜe dzięki temu pozostanie obojętny na kobiecy urok przeciwniczki. Trudno jednak nie
zauwaŜyć falowania piersi pod obcisłą bluzką. Nie przypuszczał, Ŝe w górskiej chacie będzie
wielkie łoŜe, którego widok tak go zdenerwuje i podnieci.
– Człowieku, opamiętaj się! – mruknął poirytowany.
Wiedział, Ŝe musi się pilnować, bo rywalka na pewno zrobi wszystko, aby otrzymać
upragnioną nagrodę. Musi mieć się na baczności, Ŝeby nie dać się złapać, gdy piękna
dziewczyna zacznie przymilać się do niego, uwodzicielsko uśmiechać.
Dobrze, Ŝe jest zdecydowany za wszelką cenę zdobyć tę chatę dla ciotki.
Starał się trzymać myśli na wodzy, zapomnieć o istnieniu ślicznej amatorki na dom.
PróŜne wysiłki. Zastanawiał się, czy miejska panna zabrała wszystko, co jest potrzebne do
przetrwania kilku dni z dala od miasta. Prawdopodobnie będzie marznąć, bo kwiecień w
górach bywa bardzo zimny. Niech marznie! Nie jego zmartwienie... Więc dlaczego coś kaŜe
mu zadbać o jej dobre samopoczucie?
Dixie nasłuchiwała odgłosów z parteru i patrzyła na śpiące psy, które sprawiały wraŜenie
bardzo zadowolonych. Dlaczego miałoby być inaczej? Wprawdzie dopiero się poznały, ale
zawarły znajomość najprzyjemniejszą z wszelkich moŜliwych.
– Co ja powiem hodowcy? – szepnęła zmartwiona. Dziwiła się, Ŝe w głębi duszy trochę
zazdrości własnemu psu i Ŝałowała, Ŝe nie ma Maggie, która zawsze przywoływała ją do
porządku.
Nie patrząc, ominęła łoŜe, na którym będzie spał Jack, i poszła do sąsiedniego pokoju.
Parę minut później skończyła ścielić mniejsze łóŜko. Przysiadła na brzegu, zerknęła do
przyległego pokoju i zaczęła głowić się, co postawić jako parawan przed kominkiem.
Nie, to śmieszne, przecieŜ oboje są dorośli. Poza tym wieczorem na pewno zrobi się
chłodno i trzeba będzie rozpalić ogień. Prędko zapadnie noc i... Przedtem nie zdąŜyła
pomyśleć o wspólnych nocach.
Cztery dni i trzy noce wydały się wiecznością.
– Niedługo będzie ciemno – rozległo się od progu. Dixie upuściła poduszkę, której nie
zdąŜyła powlec. Jak to moŜliwe, Ŝe olbrzym bezszelestnie wszedł po schodach? Czy celowo
się skradał? Dlaczego przyniósł tyle drewna? Jack znacząco spojrzał na kominek – Trzeba
zrobić zapas w obu pokojach, bo kto się obudzi, ten dorzuci do ognia.
Przykucnął, aby ułoŜyć polana na kamiennej półce.
Dixie była pewna, Ŝe do rana nie zmruŜy oka.
– Przywiozłam zapiekankę. Jesteś głodny?
– Owszem. Chętnie coś zjem.
Gdy spojrzał na nią z wdzięcznością, poczuła, Ŝe pąsowieje. Szybko pochyliła się i
udawała, Ŝe jest bardzo zajęta. Pierwszy raz powleczenie poduszki wymagało tyle uwagi i
wysiłku.
Jack obserwował ją uwaŜnie, jakby chciał odgadnąć myśli wywołujące rumieniec.
– Bardzo ci przeszkadza, Ŝe kominek jest otwarty na dwa pokoje, prawda?
Dixie była ciekawa, czy jej obawy są aŜ tak widoczne. Wzruszyła ramionami, udając
obojętność.
– Brak kanalizacji jest bardziej krępujący.
Chciała, aby zabrzmiało to jak pretensja rozkapryszonej kobietki, lecz zdradził ją drŜący
głos.
Jack uśmiechnął się i wyszedł, a Dixie długo patrzyła w ślad za nim. Potem z jękiem
opadła na łóŜko i przycisnęła poduszkę do piersi, aby uciszyć szalejące serce.
Zastanawiała się, czy powiedzieć rywalowi, dlaczego marzy o tym domu i jak bardzo taka
odskocznia przyda się młodzieŜy. On chyba nie przedstawi waŜniejszego powodu. Pokręciła
głową. W myślach tłumaczenie wygląda kiepsko, a wyraŜone słowami – wyda się Ŝałosne.
Nie chciała być posądzona o to, Ŝe ucieka się do kobiecych sztuczek, aby zdobyć nagrodę.
Nie, nie będzie uwodzić współzawodnika, by zyskać prawo do domu. Zresztą i tak nie
wiedziała, jak to robić.
OdłoŜyła poduszkę i delikatnie powiodła palcem po literze wyhaftowanej w rogu
powłoczki. Co znaczy „C i kto przywiózł tu świeŜą pościel?
Zapewne pozostanie to tajemnicą, zresztą odpowiedź jest bez znaczenia, bo
najwaŜniejsze, Ŝe ktoś w ogóle o tym pomyślał.
Zeszła na dół, stanęła przy oknie od frontu, rękawem usunęła zastarzały brud, przykleiła
nos do szyby i uśmiechnęła się.
Jack niósł wielkie pudło, a ujadające psy skakały wokół niego. Chciały, Ŝeby się z nimi
bawił. Tigger pobiegł w lewo, a Sadie za nim, między nogami Jacka.
Jack zachwiał się, lecz zdołał utrzymać równowagę. Dixie zadrŜała. Zdawała sobie
sprawę, Ŝe przesadnie reaguje na widok zabójczo przystojnego rywala. Byłoby znacznie
lepiej, gdyby nie miała na czym zawiesić oka.
Wielka szkoda, Ŝe nie ma tu Maggie, bo bardzo by się przydała. Telefon został w
samochodzie. MoŜe warto chyłkiem wymknąć się i zasięgnąć rady, jak postępować
nonszalancko, gdy serce wyrywa się do ledwo poznanego męŜczyzny. Nie, to bez sensu,
poniewaŜ Maggie wybuchnie śmiechem i nic rozsądnego nie powie.
Jack wszedł na schody, więc Dixie odskoczyła od okna. Za Ŝadne skarby nie powinien
domyślić się, Ŝe go obserwowała. I nie moŜe pomyśleć, Ŝe płonęła z poŜądania. PrzecieŜ nie
płonęła!
Najlepiej byłoby skryć się w ciemnym kącie, ale to tchórzostwo. Dixie otworzyła drzwi
i... wpadła na Jacka.
– Och! – krzyknęli oboje.
Wielkie pudło spadło na podłogę.
Silne ręce podtrzymały Dixie. Stała wpatrzona w oczy, w których dostrzegła rozbawienie
i coś, czego nie umiała zidentyfikować.
– Przepraszam – wykrztusiła. – Nie wiedziałam, Ŝe idziesz.
Ze wstydu, Ŝe kłamie, najchętniej zapadłaby się pod ziemię. Odsunęła się, chociaŜ dotyk
ciepłej ręki był bardzo przyjemny.
Jack zmarszczył brwi i schylił się po pudło.
– Nic się nie stało. Ja teŜ nie wiedziałem, Ŝe jesteś za drzwiami.
Dixie przemknęła obok i pobiegła do samochodu. Wyciągnęła sznurek spod
zardzewiałego zderzaka, stuknęła ręką w lewy bok bagaŜnika, a biodrem w prawy. Metoda
była niezawodna, i bagaŜnik otworzył się.
Miała duŜo sentymentu dla wysłuŜonego grata. Znajomi od dawna radzili, by kupiła
nowszy wóz, lecz nie mogła rozstać się ze starym. Nie pozwalała na to lojalność, która
przecieŜ nie ma ceny. Poza tym samochód był całkowicie spłacony, co czyniło go
cenniejszym.
Wystawiła duŜą torbę i sięgnęła po pudło z prowiantem.
– Pomogę ci.
Odwróciła się zaskoczona, ale podała pudło. Uznała, Ŝe skoro pościeliła Jackowi łóŜko,
moŜe spokojnie skorzystać z pomocy. Zwyczajna wymiana usług.
– Jak ty to robisz? – zapytała.
– O co ci chodzi?
Prawie biegła, Ŝeby dotrzymać mu kroku. Głowiła się, jak inaczej spytać o kwestię, która
wywołała jej niepokój podczas oglądania domu.
– Skradasz się, niepostrzeŜenie podchodzisz... I zauwaŜasz róŜne drobiazgi.
– Nie skradam się – rzekł oburzony. – Gdzie to postawić?
– Koło okna.
– MoŜe nie skradasz się, ale chodzisz bardzo cicho. Dlaczego?
Jack postawił pudło i wyprostował się.
– Bo tego wymaga moja praca.
Dixie pomyślała o róŜnych zajęciach wymagających ukradkowych kroków. Co jedno, to
gorsze. Z kim ma do czynienia? Ze szpiegiem, włamywaczem, zbirem wynajmowanym do
mokrej roboty, seryjnym mordercą?
Jakby wyczuwając jej niepokój, Jack ostentacyjnie wyjął z portfela wizytówkę.
„Jack Powers. Usługi detektywistyczne. Wysokie kwalifikacje. Pełna dyskrecja. „
Tego nie przewidziała.
– Czy to cię uspokoi?
Uśmiechnął się tak, Ŝe zrobiło się jej zimno i gorąco jednocześnie. Ogarnęło ją dziwne
podniecenie.
– OstroŜność nie zawadzi – mruknęła.
– Racja. To samo powtarzam Emmie.
Dixie pomyślała, Ŝe nie omyliła się i przystojny rywal nie mieszka sam. Była pewna, Ŝe w
Denver czeka na niego piękna dziewczyna. Normalne. Dlaczego więc sprawia jej to
przykrość?
Jack patrzył na nią bardzo uwaŜnie i zdawał się czytać w jej myślach.
– Emma między innymi jest moją sekretarką – rzekł gwoli wyjaśnienia.
– Aha.
Czyli biurowy romans. Dixie nie wątpiła, Ŝe Jack podoba się wszystkim kobietom – w
biurze, w sklepie, wszędzie. Dlaczego sekretarka miałaby pozostać obojętna na jego urok?
By ukryć zmieszanie, zabrała się do wypakowywania pudła. Przez cały czas czuła na
sobie badawczy wzrok, dlatego była coraz bardziej podniecona.
Jack usiłował przywołać się do porządku. Nie będzie myślał o Dixie jako o kuszącej,
atrakcyjnej kobiecie, poniewaŜ to zaciemnia umysł i sprawia, Ŝe człowiek zapomina, dlaczego
chce wygrać konkurs. Musi pamiętać o ciotce. Wszystko, co będzie robił przez cztery dni,
powinno prowadzić do wytyczonego celu.
Dixie weszła pod stół, aby coś podnieść. Widok, jaki ukazał się męskim oczom, był...
ciekawy.
Jack połoŜył rękę na czole. Dlaczego jest takie gorące? Z powodu temperatury w kuchni?
Chyba nie. Poczuł, Ŝe się dusi. Koniecznie trzeba odetchnąć świeŜym powietrzem. Im
prędzej, tym lepiej.
Oderwał oczy od „widoku”, wbił wzrok w ścianę i siląc się na spokój, rzekł:
– Pójdę na spacer z Tiggerem. Powiedz dokładniej, gdzie widziałaś źródło.
Ucieszył się, Ŝe głos go nie zdradził i nie było w nim ani śladu poŜądania, jakie odczuwał.
Ośmielił się nawet na nią spojrzeć.
– Jest za... nie, przed... Och, nie potrafię ci wytłumaczyć. Speszona odgarnęła włosy,
przygryzła wargę, czubkiem buta popchnęła torbę. Jack ruszył ku drzwiom.
– Nie szkodzi. Znajdę bez instrukcji. – Chciałabym spokojnie wszystko wypakować.
Będę wdzięczna, jeśli zabierzesz Sadie.
– Dobrze, wezmę oba psy.
Dixie długo wpatrywała się w miejsce, w którym przed chwilą stał Jack. Oboje byli
wyraźnie spięci, ale moŜe tylko dla niej napięcie było kłopotliwe. Miała nadzieję, Ŝe Jack nie
zdaje sobie sprawy z biegu jej myśli.
Nie dopuści, by odgadł, co dzieje się w jej sercu.
Postanowiła, Ŝe po powrocie do Denver zacznie udzielać się towarzysko. Poprosi Maggie,
by zapoznała ją z jakimś interesującym męŜczyzną, z którym moŜna by przyjemnie
porozmawiać, pójść na spacer. Przyjaciółka ucieszy się, poniewaŜ od dawna chciała
przedstawić jej kilku sympatycznych znajomych. W tej chwili Dixie byłaby gotowa umówić
się z największym nudziarzem. To zresztą bezpieczne rozwiązanie, bo o nudziarzu na pewno
nie będzie fantazjować.
Zaniosła torbę do swego pokoju. Liczyła na to, Ŝe przy wypakowywaniu rzeczy zapomni
o atlecie, który będzie spał oddzielony od niej jedynie ścianą ognia.
Zajrzała do torby; było w niej wszystko oprócz nowej flanelowej piŜamy. Wyrzuciła
rzeczy na łóŜko. NiemoŜliwe, aby Maggie zapomniała o ciepłej piŜamie, która leŜała koło
torby.
Gdzie zapodziała się najwaŜniejsza rzecz?
Dixie otworzyła boczną kieszeń i wyciągnęła nocny strój. Niestety nie ten, którego
szukała.
– Niech to kule biją! – zaklęła pod nosem. – Uduszę Maggie! Zamorduję! Wydrapię jej
oczy! Powyrywam włosy!
Policzyła do dziesięciu, spojrzała na sufit, policzyła do dwudziestu i niepewnie zerknęła
na to, co trzymała w dłoni. Czy Maggie celowo tak postąpiła? NiemoŜliwe. PrzecieŜ była
najwierniejszą przyjaciółką, która dotychczas nigdy nie zawiodła.
Dixie długo wpatrywała się w zwiewną koszulę fantazyjnie obszytą koronką. Zamknęła
oczy, otworzyła. Tak, to jednak było do przewidzenia. Od początku znajomości, czyli od
kilkunastu lat, przyjaciółki robiły sobie kawały. I teraz Maggie zrobiła jej największego
psikusa.
NaleŜało spodziewać się, Ŝe wykorzysta okazję, gdy przyjaciółka wreszcie będzie sam na
sam z przystojnym męŜczyzną.
CóŜ, Maggie zapomniała, Ŝe noce w górach są zimne i lepiej mieć ciepłą piŜamę.
Dixie uśmiechnęła się szelmowsko i wcisnęła koszulę na dno torby. Nie będzie marznąć
w nocy, bo przecieŜ moŜe spać w bluzce i spodniach. Po powrocie zaś zrewanŜuje się tak, Ŝe
przyjaciółce zbieleje oko.
Wet za wet.
Jack rzucił psom gałązkę. Tigger i Sadie schwyciły ją za dwa końce i niezdarnie
przybiegły z powrotem.
Jack był zły, Ŝe wszystko sprzysięgło się przeciw niemu. Jak nie myśleć o romansie w tak
sprzyjających okolicznościach? Tigger polizał pana w rękę, czym sprowadził go na ziemię. I
dzięki temu Jack w porę zauwaŜył, Ŝe doszedł na miejsce.
Nad wodą unosiła się para. Czyli znalazł gorące źródło, o którym mówiła Dixie.
– Dobrze, Ŝe moja przeciwniczka nie widzi, jaki jestem bystry – mruknął poirytowany. –
Niewiele brakowało, a byłbym wlazł prosto do wody.
Poklepał psa, który zadowolony, Ŝe uratował swemu panu Ŝycie, połoŜył się na trawie.
Sadie przytuliła się do Tiggera i zasnęła.
Jack przykucnął i włoŜył rękę do ciepłej wody. W sam raz do kąpieli. Natychmiast
oczyma wyobraźni ujrzał Dixie – była naga, osłonięta jedynie welonem z włosów i pary.
Zacisnął pięści. Przysiągł sobie, Ŝe podczas kąpieli czarnowłosej boginki będzie trzymał
się z dala od źródła. Ogarniało go podniecenie na samą myśl o Dixie, więc wolał nie
ryzykować. Lepiej nie sprawdzać, jak ciało zareaguje na widok nimfy wynurzającej się z
wody.
Wiedział, Ŝe podczas dnia nie będzie tak źle, ale w nocy. .. Niewidzącym wzrokiem
patrzył na osiki rosnące wokół źródła. Co będzie, jeśli okaŜe się, Ŝe Dixie śpi nago?
Szkoda, Ŝe zbudowano kominek wspólny dla dwóch pokoi, ale chyba nie warto martwić
się na zapas. Pocieszał się, Ŝe Dixie jest rozsądna i zabrała niezbyt twarzową piŜamę.
ROZDZIAŁ CZWARTY
Dixie patrzyła na wieczorne niebo i wysokie sylwetki sosen odcinające się na tle
purpurowego teraz nieba.
– Gdzie podziewa się Jack z psami? – powiedziała na głos.
Niezgrabnie zapaliła staroświecką lampę. Ciepłe światło usunęło cienie, które wypełzały
ze wszystkich kątów. Stare umknęły, lecz powstały nowe.
Normalnie nie bała się ciemności, ale teraz znajdowała się daleko od miasta i ludzi i
przypomniały się jej drastyczne sceny z róŜnych filmów. Wyrzucała sobie, Ŝe oglądała
morderstwa i przemoc. Gdy była wśród ludzi, filmy zdawały się nieszkodliwe, lecz w głębi
lasu, w samotności potęgowały strach. Wszystko, co w nich widziała, mogło jej się przytrafić.
Wyjęła z pojemnika jedzenie i ułoŜyła na papierowych talerzach. Co za wspaniały
poczęstunek! Przynajmniej Jack nie będzie miał podstaw do oskarŜenia jej o to, Ŝe serwując
wykwintne posiłki, próbuje wyłudzić prawo do chaty.
Nie lubiła gotować i dlatego robiła to równie umiejętnie, jak sprzątała mieszkanie lub
pakowała się przed wyjazdem. Czyli beznadziejnie.
Gdy usłyszała kroki i ujadanie, odetchnęła z ulgą. Dopiero teraz uświadomiła sobie, Ŝe
była bardzo spięta.
Och, jak przyjemnie mieć towarzystwo, choćby współzawodnika w konkursie.
Zerknęła na niego spod rzęs. Wyglądał jeszcze bardziej pociągająco niŜ przed spacerem.
Miał potargane włosy i pachniał lasem. Stanowił uosobienie niebezpiecznego uwodziciela,
przed którym ostrzegała ją matka.
Lecz kobiety uwielbiają takie niebezpieczeństwo, prawda?
Dixie wzdrygnęła się, chociaŜ wcale nie było zimno.
Dość długo patrzyli na siebie w milczeniu, więc sekundy zdawały się minutami. Wreszcie
Dixie wyciągnęła rękę w stronę kuchni.
– Zapraszam na kolację.
– Moja wdzięczność nie zna granic, bo solidnie zgłodniałem.
Jack zawrócił do drzwi frontowych i gwizdnął. Tigger oraz Sadie wbiegły jednocześnie i
usiadły przed nim. Oba wpatrywały się w niego z oddaniem, czyli Sadie bezwstydnie
zdradziła swą panią.
Jack zdjął marynarkę i rzucił na fotel. Zafascynowana Dixie obserwowała grę mięśni pod
koszulą i na owłosionej ręce. Zastanawiała się, czy ten olbrzym zdaje sobie sprawę, jak
bardzo ją pociąga. MoŜliwe, Ŝe to część jego planu, by zdobyć prawo do domu w górach.
MoŜe postanowił doprowadzić ją do szaleństwa?
Trzeba uwaŜać, pilnować się, aby nie osiągnął podstępem celu.
– Robi się chłodno, więc jeszcze przed kolacją rozpalę w kominku na górze.
Jack schwycił swoją lampę, przeskakując po dwa stopnie, wbiegł po schodach i zniknął
na półpiętrze.
Dixie energicznie potrząsnęła głową, aby wyrzucić z niej rosnące zainteresowanie
rywalem. Spojrzała na psy, klepnęła się w udo i ruszyła do kuchni.
– Czas na kolację.
Była bardzo głodna. Jack omylił się, jeśli liczył, Ŝe poczeka na niego. Jedzenie juŜ i tak
wystygło. Wystygło? PrzecieŜ od początku było zimne.
Jack miał nadzieję, Ŝe komin nie jest zatkany i ciąg powietrza będzie dobry.
Potarł zapałkę o kamienne palenisko i wsunął rękę do kominka. Ucieszył się, Ŝe dym
idzie prosto do góry, podrzucił szczap na rozpałkę, a po chwili dwa polana.
Siedząc w kucki, widział prawie cały sąsiedni pokój. Zdziwił się, Ŝe Ŝelazne łóŜko stoi
jakoś bliŜej niŜ za dnia. A zatem w nocy nie wolno zbyt nisko nachylać się przy dorzucaniu
drew, bo będzie widać Dixie. Oby spała w grubej piŜamie.
Potarł jeszcze jedną zapałkę i przypalił w drugim miejscu. Gdy uznał, Ŝe ogień na pewno
nie zgaśnie, wstał i przeciągnął się. Nie wypadało dłuŜej zwlekać, trzeba zejść do kuchni. W
brzuchu głośno mu burczało, organizm dopominał się o swe prawa.
Wszedł niepostrzeŜenie i dlatego zobaczył, Ŝe Tigger zajada frytki.
– Był bardzo głodny – usprawiedliwiała się zaczerwieniona Dixie.
– Czy ja coś mówię?
Starał się nie wpaść w zachwyt z powodu zielonych oczu, które przy zarumienionych
policzkach były jeszcze piękniejsze. Postawił krzesło oparciem do stołu, usiadł okrakiem i z
uznaniem popatrzył na pełen talerz.
– Tigger jest Ŝarłokiem.
– ZauwaŜyłam.
– Dziękuję za kolację.
Dixie lekcewaŜąco wzruszyła ramionami.
– Bardzo wystawna, prawda? Chyba domyślasz się, Ŝe przygotowywałam ją przez cały
dzień. Znalazłeś źródło?
Skinął głową, poniewaŜ miał pełne usta, a na dodatek zlizywał musztardę z palców.
ZauwaŜył, Ŝe Dixie spąsowiała i ślicznie wygląda. Coraz mniej ludzi się rumieni, a to bardzo
ładny widok.
Przełknął i odezwał się:
– Dobrze byłoby opracować plan.
– Jaki? Po co?
– Chodzi o mycie. Lepiej ustalić, kto i kiedy będzie korzystać z kąpieli w źródle.
Dixie jeszcze bardziej się speszyła, a jemu podobało się, Ŝe pod wpływem zmieszania
zielone oczy ciemnieją.
– Co tu ustalać? – Aby zyskać na czasie, napiła się wody. – Mnie Ŝadne komplikacje nie
przychodzą do głowy. O której wstajesz?
– RóŜnie.
– A ja zawsze wcześnie. Czy zgodzisz się, Ŝebym była pierwsza w kolejce?
– Zgodzę. Mam nadzieję, Ŝe do ósmej zdąŜysz się wypluskać. I o jedno cię proszę. Idąc
do źródła, rób duŜo hałasu.
ś
ując ostatni kęs, z Ŝalem patrzył na pusty talerz.
– Dlaczego mam hałasować? – zdziwiła się Dixie. – śeby obudzić ciebie czy odstraszyć
jakieś zwierzę?
– Nie boisz się dzikich zwierząt?
Podejrzewał ją o to, Ŝe przestraszy się wiewiórki skaczącej po gałęziach i ucieknie z
wody. Zrobiło mu się przykro na myśl, Ŝe coś mogło ją przerazić.
– Nie boję się, ale na wszelki wypadek wezmę Sadie. – Spojrzała na zegarek. – Och, jak
późno! Zaraz się połoŜę, bo jestem trochę zmęczona.
Wstała, ziewnęła i leniwie się przeciągnęła, a Jack patrzył zafascynowany. Uznał, Ŝe
posągowo zbudowana nimfa jest bardzo niebezpieczna.
Odwrócił wzrok od pokusy i gorączkowo szukał jakiegoś neutralnego tematu.
– Nie wiem, jak tu jest w nocy, ale na wszelki wypadek zamknąłem okna, a ogień
zabezpieczyłem na kilka godzin.
– Dziękuję. Dobranoc.
– Dobranoc.
Postanowił dać Dixie czas, aby spokojnie rozebrała się i połoŜyła. Nie chciał oglądać
pięknej kobiety chodzącej w piŜamie, choćby grubej i niezbyt frywolnej.
Dixie wrzuciła talerz i kubek do kosza, skinęła na Sadie, wzięła lampę i umknęła przed
przenikliwym wzrokiem Jacka, dziwnie niepokojącym w migotliwym świetle.
Starannie zamknęła drzwi sypialni i oparła się o nie. Tutaj odpręŜyła się, ale na plecach
nadal czuła mrowienie. Wiedziała, Ŝe Jack obserwował ją, jak przedtem ona jego. Z jedną
róŜnicą. Ona patrzyła z zachwytem, a on prawdopodobnie z niechęcią. Na pewno pragnął,
Ŝ
eby zrezygnowała z nagrody.
Niedoczekanie. Okolica urzekła ją, majestat gór, piękno i spokój od razu chwyciły za
serce, chata przypadła do gustu. Dixie była przekonana, Ŝe tutaj będzie idealny azyl dla
młodzieŜy mającej kłopoty z sobą i z rodziną. W takim otoczeniu człowiek prędko wraca do
równowagi, poniewaŜ nie ma ingerencji rodziny łub znajomych, co zazwyczaj jedynie
przeszkadza.
W nieprzytulnym pokoju była tym bardziej wdzięczna Jackowi za ciepło i wesołe
płomienie. Przez chwilę stała przy kominku, z przyjemnością się grzejąc, po czym obejrzała
rzeczy, w których przez cały dzień chodziła. Skrzywiła się, poniewaŜ bluzka i spodnie były
poplamione, nosiły ślady trawy, Ŝywicy i błota. Plamy tworzyły nawet dość interesujące
wzory, gdyby potraktować je jako sztukę abstrakcyjną.
Przyjemnie byłoby zdjąć brudne rzeczy, włoŜyć ciepłą piŜamę.
Jaka szkoda, Ŝe Maggie zrobiła takiego psikusa.
Dixie wiedziała, Ŝe nie ma sensu zwlekać i musi podjąć decyzję. Wybór miała
ograniczony. Albo trzeba spać w ciasnych spodniach, albo włoŜyć przejrzystą koszulę, którą
Maggie podstępnie zapakowała. Zdenerwowała się i jak zwykle w takich momentach zaczęła
obgryzać paznokcie. Obejrzała kominek z góry, przykucnęła i obejrzała z tej pozycji.
Doszła do wniosku, Ŝe Jack niewiele zobaczy, jeśli nie będzie celowo przykucał i
zaglądał do sąsiedniego pokoju. Zresztą wcale nie wiadomo, czy według niego jest ładną
kobietą, a tym bardziej godną poŜądania. Mówił o jakiejś Emmie, która pewno czeka na niego
z utęsknieniem.
Zdecydowała się spać w koszuli.
Wcześniej przyniosła pełen dzbanek wody, więc mogła się obmyć. Wyjęła z torby
zwiewny nocny strój i jeszcze raz go obejrzała. W świetle płomieni zdawał się utkany z
księŜycowej poświaty.
Wsunęła koszulę przez głowę. Materiał był bardzo miękki, lecz nie stanowił
odpowiedniego stroju na noc w górskiej chacie. Z przodu cienka koszula dochodziła do
połowy łydki, z tyłu miała tren.
– Wyglądam jak aktorka filmowa sprzed lat – szepnęła z autoironią. – Ale niezaleŜnie od
wyglądu trzeba się porządnie wyspać.
Przytrzymując tren, powoli podeszła do łóŜka, połoŜyła się na śnieŜnobiałym
prześcieradle i podciągnęła koc pod brodę. Rozgrzała się, westchnęła zadowolona. Jak miło i
wygodnie.
Miała nadzieję, Ŝe prześpi całą noc, a wczesnym rankiem pójdzie na długi spacer w lesie.
Oczywiście po kąpieli w gorącym źródle.
Jack spojrzał na zegarek i zmniejszył płomień lampy. Uznał, Ŝe moŜe iść na górę, bo dał
Dixie dość czasu na to, by się połoŜyła. Jeśli jeszcze nie śpi, jej sprawa. Czuł się zmęczony, a
Tigger głośno ziewał i kleiły mu się powieki.
Powoli wszedł na schody.
Wieloletnia praca wytwarza pewne nawyki. Jack automatycznie przystanął na półpiętrze,
by posłuchać dźwięków dochodzących z domu i z zewnątrz. Usłyszał jedynie zwykłe odgłosy
nocy, dalekie wycie kojota.
Cisza w domu oznaczała, Ŝe Dixie śpi. To dobrze. Przynajmniej nie natknie się na
rywalkę, która jest mu obojętna, chociaŜ ładna i miła.
Cicho zamknął drzwi i popatrzył na łóŜko. O czym myślał człowiek, który tak pięknie je
wyrzeźbił? Chyba marzył o nocach z ukochaną.
Jack zdjął koszulę i spodnie, a włoŜył szorty. Gdyby Dixie zobaczyła, w czym zwykle śpi,
mogłaby dostać zawału, a wolał tego nie ryzykować.
Podszedł do kominka, rozgarnął Ŝarzący się popiół i dołoŜył dwa polana. Pilnował się, by
wzrok nie uciekł do łóŜka stojącego za trzaskającymi płomieniami. Nerwowym ruchem
gładził włosy i czekał, , aŜ drewno się rozpali. Gdy ocenił, Ŝe nie zgaśnie, odwrócił się.
Tigger połoŜył się, parę razy cicho ziewnął i usnął.
Jack patrzył z zazdrością, bo teŜ chętnie zasnąłby tak prędko. Gdyby i jemu starczyło
znaleźć odpowiednie miejsce, wygodnie się ułoŜyć i o wszystkim zapomnieć... śycie w ogóle
byłoby łatwiejsze, a juŜ na pewno tej nocy.
Stanął przy oknie i zapatrzył się na srebrzyste pnie osik skąpanych w świetle księŜyca.
Był rozdraŜniony, poniewaŜ myśli o Dixie odpędzały sen. Jej promienny uśmiech,
dziewczęcy wdzięk, bardzo kobiece krągłości stanowiły wyjątkowo atrakcyjne połączenie.
Mimo to powinien być odporny i skupić się na tym, po co przyjechał. Musi otrzymać dom dla
ciotki, która bardzo liczy na wygranie konkursu.
Ciotka i jej marzenia są najwaŜniejsze. Nie wolno myśleć o tym, by zawrzeć bliŜszą
znajomość z Dixie, poznać smak jej ust. Koniecznie trzeba zdobyć nagrodę, potem
zaopiekować się ciotką z wdzięczności za wieloletnie poświęcenie, za to, co dotychczas dla
niego zrobiła. Wyłącznie ten cel powinien mu przyświecać.
Niestety teoria rozmijała się z praktyką, a sen nie nadchodził. Jack długo przemierzał
pokój z kąta w kąt, wreszcie zachciało mu się pić. Szklanka wody na pewno ochłodzi i
oderwie myśli od istoty śpiącej w sąsiednim pokoju.
W otwartych drzwiach zamienił się w słup soli, poniewaŜ przy schodach stała Dixie. Była
w fantazyjnej koszuli. Dlaczego nie w ciepłej piŜamie?
Oboje milczeli zaskoczeni, a Sadie niecierpliwie skakała koło swej pani.
Jack zapomniał o postanowieniach i omiótł wzrokiem kuszącą sylwetkę, widoczną w
przyćmionym świetle z pokoju. Zrozumiał, Ŝe picie nie ostudzi ciała; trzeba będzie oblać
rozpaloną głowę zimną wodą.
Miał być spokój, a zanosi się na coraz większy niepokój!
Dixie zastanawiała się, co znaczy rozogniony wzrok Jacka. Oj, chyba zwiastuje kłopoty!
Było oczywiste, Ŝe koszula nie uszła uwagi Jacka. Dixie w duchu przeklinała ze złości, Ŝe
Sadie ma za mały pęcherz.
Wszystko przez fizjologię spaniela.
SkrzyŜowała ręce na piersi i schrypniętym głosem wykrztusiła:
– Sadie musi... muszę ją wyprowadzić.
– Aha.
Jack powiedział to takim tonem, jakby uwaŜał, Ŝe Dixie celowo wybrała się na
przechadzkę. A przecieŜ nie wiedziała, Ŝe on nie śpi i o tej porze lubi chodzić po domu.
Zanim wyszła z łóŜka, przez kilka minut nasłuchiwała odgłosów z sąsiedniego pokoju. Była
cisza jak makiem zasiał, myślała, Ŝe Jack juŜ śpi. A tymczasem spotkali się. Prawdziwy pech!
– Masz bardzo ładną koszulę.
Uśmiechnął się tak, Ŝe przebiegł ją dreszcz i z trudem opanowała podniecenie.
– Nie moja.
Jack wysoko uniósł brwi, a Dixie poczuła, jak na jej policzki wpełza zdradliwe gorąco.
– Zwykle śpię we flanelowej piŜamie.
– Tak myślałem.
Ciekawe, co to oznacza. Czy ma wypisane na twarzy, Ŝe nie nosi kreacji z jedwabiu i
koronek? Jack jej nie zna, ale moŜe jest wyjątkowo bystry i spostrzegawczy. Jego słuszne
przypuszczenie nie było miłe.
– Maggie pomogła mi się spakować i to – wzięła koszulę w dwa palce – jest dowodem jej
przekornej natury. Nie mam nic innego na noc.
Wiedziała, Ŝe niepotrzebnie to mówi, lecz nie mogła się powstrzymać.
Jack ze zrozumieniem skinął głową.
– Podoba mi się takie poczucie humoru. Dobranoc. Obrócił się na pięcie i zniknął.
Dixie wbiła wzrok w drzwi. Co on miał na myśli? Czy w takiej koszuli mu się podobała?
Zresztą to bez znaczenia. Musiała jednak przyznać się przed sobą, Ŝe aprobujący wzrok
sprawił jej przyjemność.
Przypomniała sobie powód, dla którego wyszła z pokoju, i gniewnie spojrzała na
spaniela. Sadie zaskomliła i pomerdała ogonem.
– Wszystko przez ciebie. Mogłabyś mniej pić. No, biegnij i zrób swoje.
Czekała, dygocąc z zimna. Po kilku minutach wpuściła Sadie, czym prędzej wróciła do
pokoju i wskoczyła do ciepłego łóŜka. LeŜała wpatrzona w płomienie i zastanawiała się, co
Jack robi. Czy juŜ zasnął?
Zreflektowała się, Ŝe za duŜo o nim myśli. Stanowczo postanowiła, Ŝe się opamięta i nie
pozwoli rozwinąć się uczuciu, które psuje Ŝyciowe plany. Miała bardzo odpowiedzialną
pracę, więc nie moŜe ulec hormonom. Poza tym z osobistego doświadczenia wiedziała, jak
wyglądają romantyczne związki. Widziała nieudane małŜeństwa matki.
PołoŜyła się na boku i uderzyła pięścią w poduszkę. Nie da zwieść się interesującej
twarzy i sylwetce atlety. Hormony przebudziły się, lecz moŜna je znowu uśpić. Umiała to
robić, miała wprawę.
Rozum mówił jedno, a ciało drugie. Istniało niebezpieczeństwo, Ŝe hormony zlekcewaŜą
racje rozumu.
Czym zająć myśli, Ŝeby się uspokoić?
Zwykle pomagała tabliczka mnoŜenia. Dotychczas było to najlepsze lekarstwo.
Dixie zaczęła mnoŜyć i dzielić, ale wkrótce się znudziła. Pomyślała o wykładach
profesora Blackwella. Co z nich pamięta? Profesor do znudzenia powtarzał studentom, Ŝe
kiedyś poŜałują, iŜ nie przykładali się do nauki. Warto byłoby napisać do profesora i po latach
przyznać mu rację, chociaŜ nie rozpaczała, Ŝe zapomniała większość z tego, czego uczył.
ś
ałowała jedynie, Ŝe tabliczka mnoŜenia nie zagłuszyła myśli o Jacku i nie sprowadziła snu.
Zamiast pomóc, bodaj jeszcze pogorszyła sytuację.
Dixie mocno zacisnęła powieki i wmawiała sobie, Ŝe zasypia. A jeśli sen nie przychodzi,
to lepiej, Ŝeby jak najprędzej nastał świt. Wtedy będzie moŜna wstać, zdjąć próbtematyczną
koszulę, a włoŜyć spodnie i bluzkę. Przysięgła sobie, Ŝe Maggie drogo zapłaci za
niewybredny Ŝart.
Zbudziło ją światło nowego dnia. Otworzyła oczy zaskoczona, Ŝe jednak przespała kilka
godzin, chociaŜ bała się bezsennej nocy. Przeciągnęła się i głośno ziewnęła. Zza okien
dochodziły miłe dla ucha odgłosy.
Ptaki śpiewały przy akompaniamencie cichego szumu liści. Naturalna symfonia
przewyŜszała swym pięknem wszystko, co człowiek potrafi stworzyć.
Przyjemnie tego słuchać, ale czas wstać, skorzystać z ciepłej wody i zacząć nowy dzień.
Dixie przez dłuŜszą chwilę nadsłuchiwała, ale z sąsiedniego pokoju nie dochodził Ŝaden
dźwięk. Wobec tego prędko się ubrała, wzięła przybory toaletowe i na palcach zeszła na dół.
Cicho zamknęła drzwi frontowe i pobiegła zarośniętą ścieŜką. Niebawem stanęła nad
brzegiem nieduŜej sadzawki. W promieniach wschodzącego słońca woda krystalicznie
połyskiwała, a nad powierzchnią unosiła się lekka mgiełka. Naokoło rosły sosny, w powietrzu
unosił się zapach Ŝywicy.
Raj na ziemi!
Dixie długo napawała się urokiem poranka. Potem rozebrała się, ale szybko okręciła
ręcznikiem, gdyŜ chłodne powietrze wywołało gęsią skórkę. OstroŜnie stąpając po śliskich
głazach, weszła do wody.
Jak przyjemnie!
Rzuciła ręcznik na brzeg i poszła dalej. Na środku było tak głęboko, Ŝe ciepła woda
sięgała po brodę.
Pełnia szczęścia!
Wróciła do brzegu i namydliła się ekologicznym, delikatnie pachnącym mydłem.
Rozejrzała się w poszukiwaniu spaniela, ale Sadie zniknęła. Nigdy nie odchodziła daleko,
lecz widocznie miała jakieś własne sprawy i nie chciała siedzieć na brzegu.
Dixie zanurkowała, wynurzyła się, nalała na dłoń sporą porcję szamponu. Mycie głowy
zawsze działało na nią uspokajająco, teraz teŜ aŜ przymknęła oczy z zadowolenia. Ciepła
woda, chłodny wiatr owiewający nagie ramiona, pachnące powietrze, niewyraźne szelesty
wśród traw.
Spłukała szampon i nadstawiła ucha. Co to za dziwny odgłos? Jakby drapanie pazurami.
Zerknęła w stronę drzew i krzewów na lewym brzegu. Nic nie widać. Spojrzała przez ramię
na miejsce, w którym zostawiła rzeczy i... zamarła.
Rzeczy leŜały tak, jak je zostawiła, lecz na nich skulił się mały skunks. Wyglądało na to,
Ŝ
e smacznie śpi.
Co robić? Co robić? – zastanawiała się Dixie gorączkowo.
Byle nie wpaść w panikę.
Wiedziała, Ŝe w takiej sytuacji najwaŜniejsze jest zachowanie zimnej krwi i jasnej głowy.
Dla uspokojenia zaczęła miarowo oddychać i liczyć do stu.
PrzecieŜ nie mogła pójść do domu nago.
Gorączkowo zastanawiała się, czy i kiedy uda jej się wyjść z wody i w co się ubierze.
Jeśli zacznie krzyczeć, Jack przybiegnie na ratunek, ale skunks wystraszy się i opryska
cuchnącą wydzieliną wszystko naokoło. Oczywiście najpierw rzeczy, na których śpi.
ROZDZIAŁ PIĄTY
Jack raz i drugi spojrzał na zegarek. Dziwne! Minęła pełna godzina od wyjścia Dixie. Co
ta dziewczyna tak długo robi? Powinna juŜ wrócić po kąpieli. Nie wyglądała na flegmatyczkę,
która potrzebuje dwóch godzin, Ŝeby się umyć.
CzyŜby zginęła po drodze albo utonęła? Na pewno nie było tam głęboko, ale mogła
pośliznąć się i utopić w płytkiej wodzie.
Spokojnie, spokojnie.
Nie naleŜy przewidywać najgorszego, bo wyjaśnienie zazwyczaj jest proste. Lepiej
trzymać wyobraźnię na wodzy. I pamiętać, Ŝe skoro jest się cenionym detektywem, naleŜy w
krytycznych momentach zachować trzeźwą głowę i myśleć racjonalnie.
Jednak trzeba coś zrobić. Lecz co?
Postanowił, Ŝe pójdzie na spacer po łące i będzie udawał spokój. Zresztą tak czy owak
czas wyprowadzić Tiggera.
Dixie, która chyba zdąŜyła się wykąpać, na pewno wraca do domu okręŜną drogą,
zrywając kwiaty albo podziwiając widoki. Jack chciał dyskretnie się rozejrzeć. Gdy zauwaŜy
dziewczynę, wyruszy w stronę źródła.
Bardzo rozsądne wyjście. Dlatego nie rozumiał narastającego niepokoju i instynktownego
przeczucia, Ŝe jednak coś jest nie w porządku.
Ciekawe, co się stało.
Doszedł prawie do końca krętej ścieŜki wśród gęstych zarośli. Przystanął, nadstawił ucha.
Naokoło panowała niezmącona cisza. Obejrzał się za siebie i o dziwo nie dostrzegł Tiggera.
Pewnie psiak pogonił za wiewiórką.
– Dixie – odezwał się półgłosem. Zaczekał chwilę, a gdy nie otrzymał odpowiedzi,
zawołał: – Dixie?
– Cicho!
Głos dobiegł od strony wody. Co ta dziewczyna wyprawia? Przeszedł kilka kroków i
znowu przystanął.
– Jeszcze się kąpiesz?
– Potrzebuję pomocy – padła nieoczekiwana i niechętna odpowiedź.
Jack ruszył szybciej.
– Nie pędź, bo go spłoszysz.
Ciekawe kogo? Miał nadzieję, Ŝe Dixie nie natknęła się na węŜa. Wiedział, Ŝe poradzi
sobie z kaŜdym dzikim zwierzem oprócz pełzającego gada. Trzeba przestać zgadywać i na
własne oczy przekonać się, o co chodzi. OstroŜnie wyjrzał zza osłony krzewów,
błyskawicznie ocenił sytuację, pokręcił głową.
To nic strasznego.
UlŜyło mu.
Z duŜym zwierzęciem podjąłby nierówną walkę, zwalone drzewo jakoś by usunął, lecz
jak walczyć z kłębkiem futra?
Dixie powoli wyciągnęła rękę, uwaŜając, aby reszta ciała pozostała pod wodą.
– Tam jest skunks.
– Widzę.
Zwierzątko leŜące na ubraniu niewątpliwie było dorodnym skunksem.
– Śpi na moich rzeczach.
– Ciekawe, na jak długo tam się usadowił.
Dixie wzruszyła ramionami, które na moment ukazały się nad powierzchnią wody.
– Skąd mam wiedzieć? MoŜe to głuchy staruszek albo młode stworzenie, które jeszcze
nie wie, Ŝe naleŜy unikać ludzi. – Uśmiechnęła się współczująco. – Biedactwo.
– Zapominasz, Ŝe to twoje „biedactwo” posiada cuchnący oręŜ. – Jack zaśmiał się,
poniewaŜ sytuacja zaczęła go bawić. – Intryguje mnie, jak zamierzasz odzyskać rzeczy.
– Gdybym wiedziała, co zrobić, nie potrzebowałabym pomocy. – Popatrzyła na niego
błagalnie. – Proszę cię.
Jack zastanowił się nad sposobami rozwiązania problemu. Niestety wszystkie wymagały
usunięcia skunksa, na co nie miał najmniejszej ochoty.
– Twoja koszula – szepnęła Dixie.
– Co takiego?
– PoŜycz mi.
Bystra istota. śe teŜ sam na to nie wpadł. Dzięki temu nie będzie musiał dotykać
zwierzątka. Zdjął koszulę i przewiesił przez rękę.
Dixie zrobiła wielkie oczy i wskazała rosnący nieopodal krzew.
– Bądź tak dobry i tam połóŜ, a potem się odwróć. Jack błysnął zębami w szelmowskim
uśmiechu. A jeśli odmówi? Czy zdesperowana nimfa wyjdzie z wody i weźmie koszulę
prosto z jego ręki?
Dixie zasępiła się. To droczenie się czy odmowa spełnienia prośby? Powinna wyjść z
wody i wziąć koszulę, czy teŜ nago pobiec do domu? Nie. Wiedziała, Ŝe nie zdobędzie się na
taki wyczyn, chociaŜ, o dziwo, w głębi duszy miała ochotę to zrobić.
Przyjrzała się półnagiemu atlecie. Przefiltrowane przez gałęzie promienie słońca tworzyły
intrygujące, tajemnicze cienie na potęŜnym torsie. Spojrzała na twarz Jacka. Jego rozpalony
wzrok i uwodzicielski uśmiech sprawiły, Ŝe z wraŜenia zabrakło jej tchu, poczuła rosnące
poŜądanie.
ś
ałowała, Ŝe nie ma odwagi odpowiedzieć na ogień w niebieskich oczach. Chciałaby
choć raz w Ŝyciu przekroczyć pewną granicę i sprawdzić, co znajduje się dalej. Lecz nie
akurat teraz. I nie nago.
Jack domyślił się, Ŝe dziewczyna toczy wewnętrzną walkę, toteŜ rzucił koszulę na
wskazany krzak i posłusznie się odwrócił. Lecz nie odszedł.
Dixie postąpiła dwa kroki w stronę brzegu. Jeszcze jeden. Dno gwałtownie się podnosiło.
Zrobiła trzy kroki. Woda była ciepła, a poranne powietrze chłodne, więc mokra skóra pokryła
się gęsią skórką.
Dixie schwyciła koszulę. Skrępowana, ubierała się niezdarnie i powoli. Niestety koszula
sięgała jej zaledwie do pół uda. Wolałaby mieć dłuŜsze okrycie, lecz nie było wyboru.
Obciągając koszulę, zerknęła na Jacka i zobaczyła, Ŝe wpatruje się w jej piersi.
Podniecenie wzrosło, skrępowanie teŜ, ale zmusiła się, by nie spuścić wzroku. Wpatrywała
się w pulsującą Ŝyłę na jego skroni...
Po długiej chwili ich oczy się spotkały. I zielone, i niebieskie płonęły poŜądaniem,
którego nie dało się ukryć.
Gdy Jack wyciągnął rękę, Dixie nerwowo podskoczyła.
– Spokojnie. To tylko pomocna dłoń. Przyda ci się, gdy pójdziesz po kamienistej ścieŜce.
– Wskazał jej bose stopy i swoje buty. – Nie poŜyczę, bo trochę za duŜe.
– Och.
Była zła, Ŝe rumieniec ją zdradzi. Dlaczego troskę o bose stopy odczytała jako wyraz
gwałtownej namiętności? PołoŜyła drŜące palce na gorącej dłoni i wyczuła podobne drŜenie.
Jack powoli zamknął jej dłoń w swojej.
– Dlaczego się trzęsiesz? Zimno ci?
Uznała, Ŝe kłamstwo byłoby oznaką tchórzostwa. – Nie.
WyŜej uniosła głowę. Była wystraszona, ale postanowiła udawać odwagę.
Jack delikatnie musnął zaróŜowiony policzek.
– Jeśli nie z zimna, to dlaczego drŜysz?
Bywają chwile, gdy trzeba powiedzieć prawdę. Dixie miała wraŜenie, Ŝe nadszedł
moment podjęcia waŜnej decyzji. Będzie szczera i powie przystojnemu rywalowi, jakie
emocje w niej budzi.
– Boję się – wyznała niemal szeptem. Jack nie ukrywał zaskoczenia.
– Czego się boisz? Mnie? Dixie postąpiła pół kroku.
– Nie. Boję się, Ŝe nie starczy mi odwagi, Ŝeby cię pocałować. A jeszcze bardziej, Ŝe nie
chcesz, Ŝebym to zrobiła.
Jack ujął jej twarz w dłonie i kciukiem pieszczotliwie przesunął po wargach.
– Nie ma Ŝadnego powodu do obaw.
Intuicyjnie wiedziała o tym, lecz głośno wypowiedziane słowa ucieszyły ją, dodały
odwagi. Niejako usprawiedliwiały podszepty instynktu. Dlatego zamiast czekać, aŜ Jack
pochyli się ku niej, stanęła na palcach i odchyliła głowę. Ich usta błyskawicznie się spotkały.
Dixie nie była przygotowana na taką rozkosz i po pierwszym pocałunku błogo
westchnęła. Rozchyliła wargi, podświadomie posunęła się o krok, przytuliła do twardej piersi,
zarzuciła Jackowi ręce na szyję, wsunęła palce we włosy.
Jack objął ją i pieszczotliwie pogładził po plecach; jego gorące dłonie paliły przez
koszulę. Gdy wreszcie oderwał się od jej ust, oboje z trudem łapali oddech.
– Wiesz, do czego to prowadzi?
Zaskoczona przecząco pokręciła głową. Pytanie nie miało sensu. Co on chciał zrobić? Iść
do domu? Teraz zaraz?
– Dokąd idziemy? – spytała.
– Nigdzie. Ale jeśli nie przestaniemy, będziemy kochać się na gołej ziemi.
Rzeczywistość uderzyła Dixie jak obuchem. Jack widocznie uznał, Ŝe jest mało
wymagająca, niewiele potrzebuje do szczęścia. Opuściła ręce, jakby się sparzyła, co w
pewnym sensie było prawdą.
– Nie mogę...
Jack zsunął rękę na jej biodro.
– Dlaczego?
Miała potworny zamęt w głowie. Rozpaczliwie szukała rozsądnego argumentu. Co
mogłoby jej przeszkodzić kochać się z tym wspaniałym męŜczyzną? Zdecydowała się
powiedzieć, Ŝe ma narzeczonego.
– Jestem zaręczona... – Zacisnęła pięść, aby ukryć palec bez pierścionka. – Niedługo
będzie ślub...
Jack niechętnie odsunął się.
– Hm, zaręczyny zwykle poprzedzają ślub.
Dixie nie lubiła kłamać ani wprowadzać ludzi w błąd, ale poŜądanie zaciemniło jej
zwykle jasny umysł. Doszła do głosu sentymentalna strona jej osobowości.
– Narzeczony nazywa się... Guy Montgomery.
Podała nazwisko kolegi z ośrodka. Jack nie musi wiedzieć, Ŝe rzekomy narzeczony ma
sześćdziesiąt lat i od dawna jest wiernym męŜem oraz dobrym ojcem.
– Szczęściarz z niego. – Jack przygładził włosy. – Chodźmy do domu. Po twoje rzeczy
przyjdziemy później.
Jednocześnie odwrócili się i Dixie wybuchła śmiechem. Skunks widocznie obudził się i
dawno odszedł.
Dixie w duchu podziękowała zwierzątku, bo to dzięki niemu znalazła się w ramionach
Jacka.
– Dobrze, Ŝe się wyniósł – rzekła trochę za głośno. – Przynajmniej włoŜę buty.
Szli gęsiego, Dixie jako pierwsza. Szuranie przypominało jej, Ŝe Jack jest niecały metr za
nią. Zresztą nie potrzebowała przypomnienia, bo ilekroć brzeg koszuli musnął udo, miała
wraŜenie, Ŝe to był palec Jacka.
Bała się, Ŝe przegra walkę z sobą.
Spacer do źródła zajął kwadrans, a droga powrotna zdawała się trwać godzinami. Dixie
nie wiedziała, jak przerwać krępujące milczenie. Wszystko, co przychodziło jej do głowy,
było trywialne w porównaniu z cudownymi pocałunkami.
– Dlaczego zaleŜy ci, Ŝeby dostać tę nagrodę? Pytanie tak ją zaskoczyło, Ŝe przystanęła.
– Słucham?
– Czy jest jakiś konkretny powód, dla którego chciałabyś mieszkać z dala od ludzi?
Zatrzymasz chatę dla siebie czy zaraz sprzedasz?
Jack wyminął ją i teraz on szedł pierwszy. Dixie powoli ruszyła za nim. Nie zamierzała
wtajemniczać go w swe plany, przyznać się, Ŝe chce stworzyć azyl dla młodzieŜy.
– Na pewno nie sprzedam – rzekła stanowczo. – A jakie ty masz plany?
– Decyzja nie zaleŜy tylko ode mnie. Emma teŜ ma coś do powiedzenia.
Dixie odniosła wraŜenie, Ŝe imię wymówił innym tonem, bardzo ciepło. Gdy stanęli
przed domem, chrząknęła zakłopotana.
– Jesteś z nią... mocno związany, prawda? – Tak Poczuła bolesne ukłucie w sercu, ale
spojrzała Jackowi w oczy. Zastanawiała się, czy wytrzyma kilka dni na granicy między
rzeczywistością a marzeniami. Spuściła wzrok i odwróciła głowę.
– Zaraz przebiorę się i oddam ci koszulę.
– Nie musisz. Przywiozłem kilka, a na tobie wygląda bardzo dobrze. – Popatrzył w stronę
ź
ródła. – Teraz ja idę się umyć.
Zniknął wśród zarośli, a Dixie patrzyła w ślad za nim, kręcąc głową. Było jej wstyd, Ŝe
nie podziękowała za komplement, ale po prostu nie wiedziała, co powiedzieć. śałowała, Ŝe
nie przyjechała z Maggie, która umiała znaleźć się w kaŜdej sytuacji. Dotychczas tylko
jednym uchem słuchała rad przyjaciółki na temat rozmów z męŜczyznami. UwaŜała, Ŝe nie
warto zajmować się drobiazgami, gdy człowiek ma powaŜny cel w Ŝyciu. Nie zamierzała
łowić męŜczyzn. Jacka teŜ nie. Chciała zdobyć upragnioną nagrodę.
Trzeba wmawiać sobie, Ŝe tylko i wyłącznie o to jej chodzi.
Jack umył się, spłukał mydło i połoŜył się na plecach. Z przyjemnością patrzył na błękit
prześwitujący między zielonymi gałęziami.
Nie pojmował, dlaczego pocałował Dixie. NaleŜało najpierw dowiedzieć się, czy jest
wolna. Nigdy nie uwodził kobiet, które były z kimś związane.
Dosyć napatrzył się na niewierność. Nie zamierzał doprowadzić do sytuacji, której obie
strony musiałyby potem gorzko Ŝałować.
Spomiędzy drzew wybiegły psy i skoczyły prosto na niego. Wynurzył się, wypluwając
wodę i gniewnie opędzając się od psich czułości. Zamachnął się i rzucił patyk.
– Jazda, zbóje. Który będzie pierwszy?
Psy wygramoliły się na brzeg i pognały przed siebie. Jack skorzystał z tego i poszedł się
ubrać. śaden skunks nie upatrzył sobie jego spodni na legowisko. Czy dlatego, Ŝe męskie
ubranie inaczej pachnie? Widocznie nawet dzikiemu stworzeniu odpowiadał kwiatowy
zapach otaczający Dixie.
– Przestań myśleć o tej dziewczynie – mruknął. – To twoja rywalka. I w dodatku owoc
zakazany.
Miał nadzieję, Ŝe bez większych problemów wytrwa trzy dni. Potrafił panować nad sobą.
Przynajmniej z dala od uroczej istoty, gdy nie słyszał jej śmiechu, nie widział oczu, nie czuł
zapachu...
– Cholera! Kogo oszukuję? – syknął. – To będą najdłuŜsze dni w moim Ŝyciu. –
Gwizdnął. – Tigger, Sadie, do nogi!
Psy razem przyniosły patyk.
Nagle od strony domu dobiegły dziwne odgłosy, jakby uderzenia metalu o metal. Co to za
koncert?
Jack zatrzymał się na widok Dixie siedzącej na schodach i wyskrobującej coś z rondla.
Naokoło niej fruwały czarne płatki; większość opadała na ziemię, ale niektóre dolatywały do
drzewa i przyklejały się do liści.
ZauwaŜyła go, skrzywiła się i podsunęła mu pod nos rondel, aby zobaczył zawartość.
– Masz dowód, jaka ze mnie świetna kucharka. To było nasze śniadanie.
Jack pochylił się, pociągnął nosem i poczuł ostry zapach spalenizny.
– Co przypaliłaś?
– Płatki owsiane.
No i dobrze, pomyślał. Byłoby mu przykro, gdyby musiał powiedzieć nieszczęsnej
kucharce, Ŝe nie jest koniem i nie jada owsa, nawet pierwszorzędnie ugotowanego.
Psy powąchały dziwne czarne płatki i odeszły zdegustowane. Jack patrzył na ziemię,
uwaŜając, aby resztki śniadania nie przykleiły mu się do butów.
– Twoja próba się nie powiodła, więc ja zadbam o napełnienie naszych pustych
Ŝ
ołądków.
Dixie rozpromieniła się.
– Naprawdę zajmiesz się śniadaniem? Przywiozłeś coś dobrego i gotowego?
Olśniony jej uśmiechem Jack musiał chwilę/ zastanowić się, aby znaleźć odpowiednie
słowa i ułoŜyć sensowne zdanie.
– Emma pakowała prowiant, więc jestem pewien, Ŝe znajdzie się coś na ząb.
– Ja pościelę łóŜka, a ty przygotuj śniadanie. – Spojrzała na zniszczony rondel. – Tylko
proszę cię, nie idź w moje ślady i nie produkuj węgla.
– Węgiel by się przydał, ale postaram się pamiętać o poleceniu. – Przepuścił ją w
drzwiach. – Czy łaskawa pani dotrzyma mi towarzystwa? Sprzątanie moŜe poczekać.
Dwadzieścia minut później Dixie zagniatała ciasto według wskazówek szefa kuchni.
Miała mąkę nawet na ramionach i na czubku nosa. Przywodziła na myśl dziecko, które
pomaga z entuzjazmem, ale nieudolnie. Lecz to „dziecko” miało bardzo kobiecą figurę...
Jack wsunął rękę do turystycznej lodówki, bo miał nadzieję, Ŝe lodem ostudzi
zainteresowanie podkuchenną. Niestety! Wyjął dwie porcje parówek. Był zadowolony, Ŝe bez
dyskusji pozwolił ciotce zapakować prowiant. Dzięki temu miał zapasy na co najmniej
tydzień.
Z zamyślenia wyrwał go ostry dźwięk. Przestraszona Dixie wysypała mąkę na podłogę.
– Co tak brzęczy?
– Mój telefon. Nie wiedziałam, Ŝe nawet tutaj będę uchwytna. – Pokazała ręce oblepione
ciastem. – Bądź tak dobry i odbierz. Telefon jest w bocznej kieszeni torby.
Jack rzucił parówki na stół i zdąŜył odebrać telefon po czwartym sygnale.
– Słucham.
– Kto mówi? Gdzie jest moja córka? Kim pan jest? Dlaczego pan odebrał telefon?
Kobieta zamilkła dla nabrania tchu, a Jack nie miał wątpliwości, Ŝe zamierza dalej pytać.
– Odebrałem telefon, bo pani córka zagniata ciasto. Zapadło długie milczenie.
– Halo? Słyszy mnie pani?
– Dixie zagniata ciasto? – wykrztusiła pani Osborn.
– Tak. Ściśle wedle mojej instrukcji.
– Więc to pan jest jej nowym wielbicielem, o którym mi opowiadała. Chad, prawda?
Dixie powiedziała, Ŝe jest zaręczona z Guyem, o kim wobec tego mówi jej matka?
– Nie jestem jej wielbicielem – sprostował. – Nazywam się Jack Powers.
– Aha. – Pani Osborn westchnęła. – Z tego wniosek, Ŝe Chad wypadł z listy. – Ponownie
westchnęła. – JuŜ pana lubię za to, Ŝe udziela pan mojej córce lekcji gotowania.
Jack zerknął na Dixie i pokręcił głową. Nic nie rozumiał, ale chciało mu się śmiać.
– Nie jestem nauczycielem...
– Zapewne domyśla się pan, Ŝe jestem matką Dixie. Mam nadzieję, Ŝe zostaniemy
przyjaciółmi – powiedziała pani Osborn z przekonaniem.
– Na pewno.
Jack dawno temu nauczył się, Ŝe naleŜy podsycać złudzenia bliźnich.
Dixie wytarła rękę i wyciągnęła po telefon. Była czerwona jak piwonia, nerwowo
zagryzała wargę.
Jack niedbale oparł się o szafkę.
– Dzień dobry, mamusiu. Jack ani nie jest moim wielbicielem, ani nauczycielem.
Przez chwilę słuchała, potakująco kiwając głową.
– W bardzo ładnej drewnianej chacie, niedaleko Pagosa Springs. Mówiłam ci, Ŝe chcę
wziąć udział w radiowym konkursie. Pamiętasz? Wiesz, prawie wygrałam nagrodę.
Jack głośno chrząknął.
– Tak, jesteśmy sami. Nie, nic złego mi się nie stanie, bo drugi finalista zapewnił mnie, Ŝe
nie jest mordercą. Tak, tak, przewidziałam to.
Jack zawstydził się, Ŝe słucha cudzej rozmowy, dlatego wyszedł do pokoju. Tutaj
dochodził jedynie szmer.
CzyŜby Dixie skłamała na temat narzeczonego? Czy pani Osborn nie wiedziałaby o
człowieku, który wkrótce zostanie jej zięciem? PogrąŜył się w myślach i niebawem uśmiech
rozjaśnił mu twarz. Bardzo prawdopodobne, Ŝe piękna dziewczyna opowiadała o
narzeczonym, aby czuć się bezpieczniej. Po pocałunku wystraszyła się, ostatecznie są sam na
sam na zupełnym odludziu. Co o nim wiedziała? Praktycznie nic. On o niej teŜ niewiele
więcej.
Albo skłamała ze strachu, albo rzeczywiście ma narzeczonego.
Weszła Dixie z nietęgą miną. Jack bał się, Ŝe wybuchnie śmiechem, więc zacisnął pięści i
wsunął ręce do kieszeni.
– Moja droga, powiedz mi coś więcej o narzeczonym. Kiedy ślub? I co łączy cię z
Chadem, o którym wspomniała twoja matka?
ROZDZIAŁ SZÓSTY
O jakim ślubie Jack mówi? Dixie zrobiła wielkie oczy, ale po chwili przypomniała sobie,
co mu nagadała. Ciekawe, co matka zdąŜyła wypaplać.
– Jeszcze nie ustaliliśmy konkretnej daty. Chad to znajomy z przeszłości... z ubiegłego
roku. Mama często myli imiona.
Sama plątała się w zeznaniach. Wołałaby, Ŝeby Jacka nie interesowały jej sprawy
osobiste. Było jej wstyd, Ŝe wcześniej go okłamała. Cierpiała na przesadne poczucie winy i
nie chciała bardziej obciąŜać wraŜliwego sumienia. Wiedziała, Ŝe nie pomoŜe najlepszy
terapeuta i przez długie lata będzie robiła sobie wyrzuty.
Jack przykucnął i podrapał Tiggera za uchem. Sadie natychmiast przybiegła,
niedwuznacznie dopraszając się pieszczot.
Dixie pomyślała, Ŝe zwierzęta dobrze się przy Jacku czują, więc pewnie i dzieci go lubią.
Jak pozostać obojętną wobec ogólnie lubianego człowieka, wobec męŜczyzny, któremu nie
moŜna się oprzeć?
Jack bardzo ją pociągał, więc nie mogła wyznać prawdy, a kłamstwa unikała, aby nie
czuć obrzydzenia do samej siebie. Tak źle i tak niedobrze.
Ze zdenerwowania splatała i rozpłatała palce.
– Bardzo dobrze.
Nieoczekiwane słowa zdumiały ją. Spojrzała na Jacka, który uśmiechał się
uwodzicielsko.
– Bardzo dobrze? – powtórzyła jak papuga. Jack wstał i jednym susem znalazł się przy
niej.
– Ty jeszcze nie ustaliłaś daty, a twoja matka nie pamięta imienia przyszłego zięcia.
– Co z tego?
Zajrzał jej głęboko w oczy.
– Kochasz narzeczonego?
Czuła, Ŝe jest bliska omdlenia, ale wytrzymała badawcze spojrzenie. Najlepiej byłoby
powiedzieć prawdę.
– Nie zaręczyłabym się, gdybym nie była mocno zakochana.
Odpowiedź była prawdziwa, lecz ucisk w gardle wcale nie zelŜał.
Jack palcem musnął jej podbródek.
– Wystraszyłaś się pocałunków – stwierdził z pełnym przekonaniem.
Niech tak myśli. NajwaŜniejsze, Ŝe przestał interesować się zaręczynami i nie zadaje
krępujących pytań. Dixie postanowiła nie zaprzeczać, więc w milczeniu skinęła głową. CóŜ,
jej niedoświadczenie musi być dla niego oczywiste. Pierwszy raz poŜałowała, Ŝe rzadko i
niechętnie chodziła na randki. Dotychczas była bardzo zadowolona ze swojego Ŝycia, teraz
wszystko się zmieniło.
Maggie często powtarzała, Ŝe doświadczenie jest najlepszym nauczycielem, no i miała
rację. Czytanie o namiętnych pocałunkach nie daje wyobraŜenia o tym, jakie gorące uczucia
im towarzyszą. Dixie pamiętała, jak całowała się ze szkolnymi kolegami, lecz tamte doznania
nie umywały się do tego, co właśnie przeŜyła.
Jack przytulił dłoń do jej policzka, spojrzał na usta, oczy mu pociemniały. Dixie oblizała
suche wargi.
Czy teraz podjąć decyzję? Wykorzystać okazję czy nadal kryć się za parawanem pracy?
– Jesteś zaręczona, co stanowi przeszkodę – szepnął Jack. – Nie postępuję wbrew
własnym zasadom...
Zrozumiała, Ŝe daje jej moŜliwość wycofania się. Przestała analizować swe
postępowanie, nawet przestała myśleć, bo uznała, Ŝe nadszedł czas działania.
Podniosła do ust rękę Jacka, który pod wpływem delikatnej pieszczoty jęknął i zmruŜył
oczy.
Dixie nabrała odwagi, przytknęła jeden palec do warg, wsunęła do ust, aŜ poczuła go na
języku. Reakcja Jacka znowu upewniła ją, Ŝe intuicja jej nie zawodzi.
– Dziewczyno, igrasz z ogniem. Powoli wyjęła palec z ust.
– Wiem.
Uśmiechnęła się blado. Lepiej, aby Jack nie domyślił się, Ŝe wewnątrz drŜy jak osika.
Nie wiedziała, jak i kiedy przytuliła się do niego. PołoŜyła dłoń na szerokiej piersi i
wyczuła gwałtowne bicie serca. A jej serce zupełnie oszalało.
Dobrze, Ŝe Jack nie pozostał obojętny, Ŝe jego teŜ ogarnęło poŜądanie. Teraz juŜ się nie
wycofa. Za późno.
Nie istniała przeszłość pełna obaw i strachów. Nie istniała nieznana przyszłość. Była
wyłącznie teraźniejszość, obecna chwila, którą naleŜało jak najlepiej wykorzystać.
MoŜna brodzić na płyciźnie lub rzucić się na głęboką wodę... Dixie zamknęła oczy.
Trzeba wreszcie zaryzykować. Miała nadzieję, Ŝe skok na głębinę nie skończy się katastrofą.
Hm, przynajmniej dowie się, jak to właściwie jest.
Jack przestał biernie czekać, przejął inicjatywę. Pocałował ją inaczej niŜ poprzednio,
wywołując rozkoszne pragnienie, które wyłącznie on mógł zaspokoić. Dixie jęknęła i mocniej
przytuliła się do ciała stanowiącego jedyne oparcie w świecie wirującym jak rozpędzona
karuzela.
Jack delikatnie ujął jej twarz w dłonie i całował coraz namiętniej. Ugiął nogi w kolanach,
a Dixie wspięła się na palce, pozornie zrównali się wzrostem.
Zapomniała o wszystkim. W dal odpłynęły myśli o młodzieŜy i ośrodku, o nieudanych
małŜeństwach matki i rzekomych zaręczynach. Cały świat skurczył się, pozostał jeden jedyny
męŜczyzna i upojne pocałunki.
Objęła Jacka za szyję, wsunęła palce w gęste włosy.
Jack pogładził ją po plecach i mocniej przytulił, choć zdawało się to zupełnie niemoŜliwe.
Po pewnym czasie Dixie poczuła dziwne łaskotanie pod kolanem. Jak Jack zdołał sięgnąć
tak nisko?
Dotknięcie powtórzyło się i tym razem było znacznie mocniejsze. Dixie wystraszyła się,
Ŝ
e lada moment straci władzę w nogach, które złamią się jak zapałka.
Lekko odchyliła głowę i spod cięŜkich powiek spojrzała na Jacka. Patrzył pociemniałymi
oczami i bez słów pytał, dlaczego przestała go całować.
Nie od razu wydobyła głos ze ściśniętego gardła.
– Dlaczego to zrobiłeś?
– Czemu całuję cię, chociaŜ wiem, Ŝe nie powinienem? – spytał przytłumionym głosem.
– Nie. – Speszyła się. – Czemu puknąłeś mnie pod kolanem?
Podejrzewała, Ŝe to wstęp do zalotów, o jakich nie słyszała ani nie czytała. Nie mówiąc o
osobistym doświadczeniu.
– W tej chwili nogi słuŜą mi do stania, a ręce do obejmowania ciebie. – Jack uśmiechnął
się przewrotnie. – Od urodzenia mam tylko cztery kończyny. Teraz wszystkie są zajęte w
wiadomy ci sposób.
Dixie spąsowiała, poczuła się głupio, niezręcznie. Wykręciła głowę i spojrzała w dół.
Koło nogi stała Sadie.
Dixie zobaczyła, co spaniel trzyma w pysku, i zrozumiała, Ŝe pies przyszedł pochwalić się
swoją zdobyczą.
Nieśmiało spojrzała na Jacka.
– Zagadka wyjaśniona.
– Czyli?
– Sadie chce mi coś pokazać.
Odsunęła się, aby Jack mógł zobaczyć, o co chodzi, lecz odskoczył jak oparzony.
– Jasny gwint! – zaklął.
Dixie usłyszała w jego głosie podejrzaną nutę. Dobrze, Ŝe uwaŜała go za nieustraszonego
bohatera, bo w przeciwnym razie posądziłaby go o słabe nerwy.
– Uspokój się. Sadie jest bardzo ostroŜna, nie zrobiła mu krzywdy. – Pochyliła się i
pogłaskała spaniela. – Jestem z ciebie dumna. Masz nowego kolegę, tak?
Pies zamerdał ogonem.
– Daj go pani.
Wyciągnęła rękę, a Sadie posłusznie wypuściła węŜa z pyska.
Dixie wyprostowała się i podniosła gada, aby nieustraszony bohater mógł obejrzeć go z
bliska.
Lecz Jack odskoczył jeszcze dalej. A na dodatek miał minę świadczącą o kompletnym
braku zainteresowania.
– Sadie naprawdę nic mu nie zrobiła – rzekła Ducie uspokajająco.
Jack stał nieporuszony.
– Jadowity?
– SkądŜe. Całkiem nieszkodliwy. A nawet poŜyteczny, bo zjada nadmiar chrząszczy. –
Zaświtało jej podejrzenie, więc uwaŜniej spojrzała na jego spiętą twarz. – Boisz się węŜy?
Jack długo zwlekał z odpowiedzią.
– Przyznaję się, Ŝe to moja pięta achillesowa. – Skrzywił się z niesmakiem. – Dobrze, Ŝe
w mieście nie ma gadów.
Dixie udało się zdusić niewczesny śmiech. Wyznanie sprawiło, Ŝe Jack stał się jej bliŜszy.
Oboje czegoś się bali; ona emocjonalnego zaangaŜowania, a Jack węŜy.
Nie zamierzała zrobić z niego miłośnika gadów, więc wyniosła niewinne stworzenie.
Odeszła kawałek od domu i ostroŜnie połoŜyła węŜa, który natychmiast zniknął w trawie.
Wiedziała, Ŝe pozbycie się irracjonalnego strachu wymaga czasu i cierpliwości. Oraz
właściwej osoby i odpowiedniego otoczenia.
Odwróciła się i zobaczyła Jacka opartego o drzwi. Zabrakło jej tchu, rozbolało serce,
poniewaŜ w tym momencie uświadomiła sobie, Ŝe spotkała właściwą osobę i znalazła
odpowiednie otoczenie. Pozostawało jedynie zrobić ostatni krok i pokonać lęk.
Jack podziwiał Dixie za to, Ŝe nie boi się węŜy, ale był zły, bo ten incydent zniweczył
sprzyjającą okazję. Szkodliwy czy nie, lepiej trzymać się z dala od gada, przez którego najadł
się wstydu. Przyznanie się do słabości jest uszczerbkiem dla męskiej dumy.
Dixie wstała i odgarnęła włosy, które w słońcu wyglądały jak ciemne złoto. Na tle
soczystej zieleni jej posągowe kształty były jeszcze bardziej ponętne.
Jackowi przemknęła myśl, Ŝe znowu kobieta sprzymierzyła się z węŜem na zgubę
męŜczyzny. I teraz ta uwodzicielka bez słów namawia go, by sprawdził, jak smakuje pokusa.
Jędrna, soczysta pokusa.
Zapomniał o wszystkich logicznych powodach, nakazujących trzymać się na dystans, a
przede wszystkim nie całować słodkich ust Dixie. Gdzie podziała się silna wola, tak teraz
potrzebna? Ulotniła się nie wiadomo jak i kiedy.
Ta piękna istota ma narzeczonego!
Zaraz, jeszcze nie jest męŜatką...
Spojrzeli sobie w oczy. Ducie rozchyliła usta, jakby przeŜywała niedawne pocałunki.
Wiadomo, co prędzej czy później nastąpi. Oboje mieli pewność, Ŝe to nieuniknione.
Pytanie „czy” przestało istnieć. Pozostała kwestia czasu.
Jack energicznie potrząsnął głową, aby usunąć podniecające obrazy. Gwizdnął cicho i
zszedł po schodach, a psy pobiegły za nim.
– Przegonię je trochę – rzekł, nie patrząc na Dixie.
Gdyby spojrzał, powtórzyłoby się to samo, co przedtem. Namiętność była zbyt wielka,
poŜądanie zbyt silne. NajlŜejszy podmuch rozpali płomień, który zmieni się we
wszechogarniający poŜar.
Odgłos kroków na ganku świadczył, Ŝe piękna rywalka weszła do domu, ale Jack czuł na
sobie jej wzrok.
Dixie przez brudną szybę patrzyła, jak Jack znika wśród drzew. Została sama, a mimo to
wciąŜ czuła jego pocałunki i pieszczoty.
Widmo tajemniczej sekretarki nie dawało jej spokoju, powodowało wyrzuty. Czy Jack i
Emma juŜ są małŜeństwem lub zamierzają niebawem się pobrać? Co robić?
Nie zauwaŜyła, kiedy przekroczyli pewną granicę, lecz nie zamierzała się cofnąć. Nie
mogła.
Maggie uparcie powtarzała, Ŝe i ona doczeka się tego, co nieuniknione. Przyjdzie taki
czas, gdy serce, rozum i ciało będą wiedziały, Ŝe spotkała człowieka, który pomoŜe
przezwycięŜyć lęk. Nadejdzie dzień, gdy poŜądanie zagłuszy obawy.
Jack był tym męŜczyzną.
Nadszedł ten dzień.
Lecz co z Emmą?
Dixie odwróciła się od okna i połoŜyła rękę na brzuchu. Nie rozumiała, dlaczego ma
mdłości.
Ciekawe, czy Maggie odgadłaby przyczynę takiej zadziwiającej reakcji organizmu.
ROZDZIAŁ SIÓDMY
– O co ci chodzi? Chcesz wiedzieć, czy objawy są groźne? – zawołała Maggie.
Dixie pokręciła głową, chociaŜ przyjaciółka nie mogła tego widzieć.
– Jest inaczej, niŜ myślałam, – Moja droga, o ile dobrze pamiętam, byłaś skautką. –
Byłam, ale...
– śadne „ale”. Dziewczyno, czy muszę ci przypominać, ile masz lat? – Maggie głośno
sapnęła. – Kiedy matka przeprowadziła z tobą zasadniczą rozmowę?
– Nie zadawaj głupich pytań. Myślałam, Ŝe umiesz postawić diagnozę... Czy to normalne,
Ŝ
e czuję się, jakbym się zatruła?
Maggie wybuchła śmiechem.
– Trzeba było od tego zacząć. Sądzę, Ŝe to ostry przypadek.
– Zatrucia pokarmowego? Maggie długo się śmiała.
– Jakie zatrucie? Dopadło cię solidne poŜądanie albo jeśli wolisz ładniejsze określenie,
rodzi się miłość. Przyszła późno, więc będzie cięŜko.
Dixie bezsilnie opadła na fotel koło kominka.
– Ale to krzyŜuje mi plany. Chciałam zaczekać do trzydziestki i dopiero potem poszukać
miłości.
– Miłość rządzi się swoimi prawami. Nie warto sprzeciwiać się losowi.
– Ale dlaczego...
– Przestań marudzić. Ciesz się z takiego bólu Ŝołądka i ze wszystkiego, co z nim
związane.
Dixie odepchnęła się nogą od podłogi i rozkołysała fotel.
– Spróbuję.
– Jeszcze jedno.
– Co znowu?
– Jeśli ten niezwykły Jack cię unieszczęśliwi, będzie miał ze mną do czynienia –
zagroziła Maggie.
Dixie wiedziała, Ŝe tym razem przyjaciółka mówi powaŜnie.
– Dziękuję. Jesteś niezastąpiona.
– Nie dziękuj. Kończmy, bo zapłacisz majątek.
– Do usłyszenia.
Rozłączyła się, oparła głowę na poduszce i zamknęła oczy. Warto duŜo zapłacić, bo
rozmowa z przyjaciółką dobrze na nią wpłynęła.
Rozsądne słowa nieco złagodziły dziwne uczucie w Ŝołądku, ale nie przyniosły ukojenia.
Łatwo było udawać spokój, gdy Maggie nie widziała trzęsących się rąk. I być moŜe nie
słyszała drŜenia w głosie.
Wycie kojota przerwało tok chaotycznych myśli. Dixie spojrzała na zachodzące słońce,
którego ostatnie promienie przedzierały się przez brudne szyby. Za oknem zapadała noc,
ciemności otulały świat.
Powrócił poprzedni niepokój. Dixie była przeraŜona, wręcz traciła głowę, szare komórki
przestawały pracować. Dlatego uznała, Ŝe nie ma sensu dręczyć się czymś, czemu nie sposób
zaradzić.
Nadeszła pora kolacji, wypada zająć się sprawami przyziemnymi. Co przygotować?
Kanapki i drobiowa sałatka są bardzo prozaiczne, nie stworzą nastroju sprzyjającego
uwodzicielskim zamiarom.
– Kogo chcę oszukać? – szepnęła.
O uwodzeniu wiedziała tyle, co o wymianie koła w samochodzie. Lecz to drugie moŜna
zlecić mechanikowi. ..
Zapaliła lampę, której spokojny syk podziałał kojąco, i zajrzała do lodówki. Nie mogła
znaleźć sałatki, a była pewna, Ŝe zabrała. Gdzie się podziała? O, jest pod siatką z jabłkami.
Przygotowanie kolacji zajęło kilka minut.
Dixie często spoglądała na ciemność za oknem i zastanawiała się, dlaczego Jack tak długo
nie wraca. CzyŜby wystraszyła go swym brakiem zahamowań? Nie, mało prawdopodobne.
Sądząc po tym, jak reagował, intuicja podpowiedziała jej najlepszy sposób postępowania.
CzyŜby nagle zrejterował? Gdyby umknął, to ona otrzymałaby nagrodę.
– Nie chcę, Ŝeby Jack odjechał – powiedziała głośno.
Wyjrzała przez okno, aby sprawdzić, czy samochody stoją na swoim miejscu. W tej
chwili chata była mniej waŜna od męŜczyzny, który tak ją oczarował. Dziwiła się, Ŝe za nim
tęskni, wydała się sobie śmieszna.
Rozległo się szczekanie, a zatem Jack i psy wracają do domu.
Pomyślała o chacie jako o własnym domu! Oj, lepiej zbytnio nie przywiązywać się do
tego miejsca. Ani ładna chata, ani przystojny męŜczyzna nie naleŜą do niej. W grę wchodzą
silne emocje, a wtedy nic nie jest pewne.
Czuła, Ŝe wpada w nieuzasadnioną, ale irytującą panikę. Trzeba opanować się,
przypomnieć sobie, kim się jest, co się robi, a przede wszystkim powody, dla których naleŜy
bronić się przed miłością.
Psy natychmiast pobiegły do pełnych misek.
– Oświetlone okno wskazywało nam drogę – rzekł Jack. – Zgadnij, z jakiej odległości je
widać.
Mówił cicho, jakby zdawał sobie sprawę, Ŝe głośna wypowiedź lub gwałtowny ruch
wzbudzą niepokój.
– Nie zgadnę, ale zapraszam na obfitą kolację – powiedziała Dixie, umykając wzrokiem.
Odsunęła krzesło i usiadła przy stole. Pomyślała, Ŝe musi wziąć się w garść i przestać
reagować jak zakochany podlotek. NajwyŜszy czas odzyskać wewnętrzną równowagę i
pamiętać, kim się jest.
Jack usiadł naprzeciw niej.
– Umiem docenić dobry posiłek – rzekł uprzejmie. Dixie poczuła, Ŝe odwaga i
opanowanie biorą w łeb. Na dźwięk głosu Jacka ogarnęło ją podniecenie.
– Dixie?
Czuła, Ŝe patrzy jak cielę na malowane wrota i wygląda bardzo niemądrze.
– Przepraszam. Myślałam o pracy. Nie naleŜą mi się komplementy, bo przygotowanie
takiego posiłku to nie filozofia. Ale trzeba coś jeść, a lepszy rydz niŜ nic.
Jack bez pośpiechu napił się wody.
– Wiem, jak problemy zawodowe potrafią człowieka dręczyć. Czasem trudno się ich
pozbyć, bywają uporczywe, przesłaniają wszystko inne.
Dixie było miło, Ŝe spotkała się ze zrozumieniem. Oparła łokcie na stole i pochyliła się do
przodu. UwaŜała, Ŝe nie okłamała Jacka, chociaŜ nie powiedziała całej prawdy.
– Niestety. Czasami za mocno się angaŜuję, za bardzo absorbują mnie potrzeby dzieci.
Albo cudzy problem tak mnie wciąga, Ŝe nie potrafię się od niego uwolnić.
Jack patrzył na nią w zadumie.
– A mnie się zdarza, Ŝe gdy trochę poznam zwaśnione strony, mam ochotę wycofać się,
przekazać sprawę komuś innemu.
– Dlaczego?
Zawahał się i spojrzał w bok.
– Hm, moja praca najczęściej polega na śledzeniu niewiernej Ŝony albo męŜa.
Dixie wyprostowała się i połoŜyła ręce na kolanach. Dotychczas nie zastanawiała się nad
tym, co Jack robi i jaki jest jego stosunek do wykonywanej pracy. Chciała, aby mówił dalej,
więc zapytała:
– Jak często masz ochotę pozbyć się jakiejś sprawy?
– Niestety coraz częściej. Najpierw widzę wszystko wyłącznie w białym lub czarnym
kolorze. Gdy przekonuję się, Ŝe podejrzenia klientki lub klienta są uzasadnione, nie mam
wątpliwości, Ŝe to zwykłe cudzołóstwo, pospolita zdrada. – Urwał, jakby musiał zebrać myśli.
– Potem spotykam drugą stronę, czyli współmałŜonka, od którego otrzymałem zlecenie,
dowiaduję się o wspólnym Ŝyciu, o róŜnych konfliktach... Obraz przybiera wszystkie odcienie
szarości, gdy zaczynam rozumieć, dlaczego ci ludzie szukają intymnych kontaktów poza
legalnym związkiem. Pragną znaleźć to, czego w ich małŜeństwie brak.
– Rozgrzeszasz zdradę?
Starała się pytać tak, by nie zniechęcić Jacka do kontynuowania opowieści.
– Nie wybaczam i dlatego sprawy się komplikują. Wolałbym wierzyć w to, Ŝe ludzie
pamiętają, co przysięgali w dniu ślubu, Ŝe wszyscy Ŝyją z sobą długo i szczęśliwie. Lecz ilu
udaje się to osiągnąć?
Zreflektował się, Ŝe zbyt emocjonalnie zdradził się ze swymi poglądami. ZaŜenowany
ugryzł kanapkę.
Powaga, z jaką mówił, zdradziła więcej niŜ słowa. Dixie doszła do wniosku, Ŝe pod
niektórymi względami są do siebie podobni. W głębi duszy wierzyła w istnienie prawdziwej
miłości, która łączy ludzi na całe Ŝycie. Zachowała tę wiarę, mimo Ŝe przez lata obserwowała
nieudane małŜeństwa matki.
Czekała, aŜ Jack zje kanapkę, i zastanawiała się, jakie miał Ŝycie. Jacy są jego rodzice?
Czy ich małŜeństwo jest udane? Czy on wierzy w związek oparty na miłości?
Lekko potarła skronie, poniewaŜ czuła, Ŝe zanosi się na ból głowy. CzyŜby z powodu
cisnących się na usta pytań wymagających odpowiedzi? Nie chciałaby wydać się naiwną. A
moŜe jednak warto zaryzykować?
Po namyśle zebrała się na odwagę.
– Czy twoi rodzice są dobraną parą?
– Nie pamiętam ich, bo zmarli, gdy miałem pięć lat. Wychowała mnie ciotka, której
trochę pomagał brat. Dziecko wychowywane przez pannę i kawalera nie ma pojęcia o
normalnym związku męŜczyzny i kobiety. Odchylił się na krześle i załoŜył ręce za głowę.
– Przepraszam. Nie chciałam być wścibska...
– Wiem. A twoi rodzice? – Lekko uniósł jedną brew. – Czy stanowią model pary
szczęśliwej od ślubu po grób?
Dixie cicho się zaśmiała.
– Trzeba znać moją mamę, Ŝeby wiedzieć, dlaczego pytanie mnie rozbawiło.
Zastanawiała się, czy zdoła w kilku słowach scharakteryzować swą rodzicielkę.
– Nie znam ojca – zaczęła – bo rodzice rozwiedli się, gdy miałam pięć miesięcy. Mój
ojciec, prawnik o międzynarodowej sławie, mieszka w Europie. Regularnie płaci alimenty, ale
to wszystko, co dla mnie robi. – Starała się mówić lekkim tonem, aby ukryć zadawniony ból.
– Mama jeszcze trzykrotnie wychodziła za mąŜ. Oczywiście za kaŜdym razem była
przekonana, Ŝe to będzie dozgonna miłość. Niestety nie miała szczęścia.
Jack oparł się o stół i pochylił do przodu.
– Teraz ja przepraszam.
Gdyby usiłował zbyć jej zwierzenia banalną uwagą albo co gorsza zaproponowałby, aby
wypłakała się na jego piersi, byłoby łatwiej się opanować. Lecz szczere współczucie sprawiło,
Ŝ
e jej oczy się zamgliły. Aby nie okazać wzruszenia, prędko zamrugała i połknęła łzy.
– Nie masz za co przepraszać. Wszystko jako tako się ułoŜyło. Obecnie mama jest
zadowolona z Ŝycia. Zajmuje się malowaniem i uwaŜa, Ŝe sztuka jest najlepszą i stałą
miłością w Ŝyciu.
Udawała obojętność, jakiej wcale nie czuła. Wstała, wrzuciła talerz i serwetkę do kosza.
– No, dość zwierzeń, dość mówienia o sobie i rodzinie.
Jack obserwował ją, gdy sprzątała. Oczywiście zauwaŜył, Ŝe początkowo rozmawiała
swobodnie, lecz potem padł jakiś cień i swoboda ustąpiła miejsca skrępowaniu. Dixie zrobiła
się nerwowa, jakby nagle uznała, Ŝe rozmowa o sprawach osobistych jest ryzykowna.
ś
ałował, Ŝe tak się stało, lecz z doświadczenia wiedział, Ŝe nie naleŜy naciskać, bo
rozmówca zasklepi się jeszcze bardziej. Dziwił się, Ŝe reakcja rywalki do nagrody sprawia mu
przykrość. Przed paroma dniami nie znał tej dziewczyny i po rozstrzygnięciu konkursu na
pewno więcej się nie spotkają.
Dziwnie go to zmartwiło.
Dlaczego Dixie jest inna? Czym róŜni się od większości kobiet? Był towarzyski, miał
duŜo znajomych, z którymi spotykał się w róŜnych sytuacjach i okolicznościach. Dlaczego
akurat ta dziewczyna tak go intryguje? Zmusza do zastanawiania się nad postępowaniem,
swoim i innych ludzi. Podnieca go i jednocześnie działa kojąco, a często rozbawia.
Nie tak jak inne kobiety.
Pomyślał, Ŝe uwierzy, jeśli będzie to sobie często powtarzał. Jest to konieczne, poniewaŜ
jej zaręczyny stawiały go w niezręcznej sytuacji.
Potrząsnął głową, aby usunąć niepoŜądane myśli.
– Zapomniałem podziękować za ręcznik, który po południu wyłoŜyłaś.
Dixie przerwała zamiatanie i spojrzała na niego wyraźnie zaskoczona.
– Jaki ręcznik?
– Biały, z monogramem.
– Czy ja wyglądam na pokojówkę? Nie wykładałam Ŝadnych ręczników. Sądziłam, Ŝe
sam o siebie zadbasz. – Pogłaskała Sadie, która do niej podeszła. – Jaki jest monogram?
Zdezorientowany Jack zmarszczył brwi. Albo Dixie z niego kpi, albo mieli nieproszonego
gościa.
– Taki sam jak na poszewkach.
– Na tych, które wyjęłam z komody? – Tak.
Powoli podeszła do stołu, usiadła na swoim miejscu i machinalnie zaczęła obgryzać
paznokcie.
Jack był zły na siebie, bo dostrzegł w jej oczach niepokój. śałował, Ŝe bez zastanowienia
napomknął o ręczniku.
– Całkiem moŜliwe, Ŝe sam połoŜyłem go na łóŜku, ale zapomniałem, co zrobiłem.
Zastanawiał się, czy Dixie jest dobrą aktorką. Być moŜe wyjęła ręcznik pod wpływem
jakiegoś impulsu, a teraz wstydzi się, Ŝe zrobiła dobry uczynek.
– Naprawdę tak myślisz? – spytała z ulgą.
– Jestem pewien. Kto inny mógłby to zrobić? PrzecieŜ jesteśmy sami. Ja mogę czegoś nie
zauwaŜyć, ale psy zawsze wyczują obcego.
Uznał, Ŝe takie wyjaśnienie powinno wystarczyć.
– Według ciebie nikt obcy...
– Oczywiście.
Jego błyskawiczne zapewnienie wywołało niezamierzony skutek. W pośpiechu, Ŝeby
uspokoić nerwy, zachowywał się nietypowo. Nawet osoba znająca go bardzo krótko bez trudu
to dostrzeŜe.
Głośno odsunął krzesło.
– Wyprowadzę psy na spacer.
– Będę zobowiązana.
– Za co zobowiązana? – Ujął ją pod brodę. – Ty przygotowałaś kolację, więc do mnie
naleŜy spacer z psami. Partnerski podział obowiązków.
Dixie uśmiechnęła się tak, Ŝe poŜałował, iŜ są przeciwnikami. Zastanawiał się, jak
rozwinęłaby się ich znajomość, gdyby poznali się kiedy indziej, w innych okolicznościach.
Ledwo zrobił krok w stronę drzwi, psy rzuciły się do wyjścia. Zerknął przez ramię i na
twarzy Dixie dostrzegł dziwne zmieszanie. Co wywołało taką reakcję?
Dixie poczekała, aŜ drzwi się zamkną, i głęboko odetchnęła. Dobrze, Ŝe Jack nareszcie
wyszedł. Gdy był blisko, zapominała o tym, Ŝe płuca potrzebują powietrza.
Paliło ją miejsce, którego dotknął, gdy ujął ją pod brodę. Bała się, Ŝe ma na skórze jego
linie papilarne jako znamię.
– Kobieto, opanuj się – szepnęła rozdygotana. Wiedziała, Ŝe musi wziąć się w karby, aby
przetrwać resztę wieczoru. Nie mówiąc o pozostałych dniach.
Powtarzała sobie, Ŝe jeśli nie będzie nad sobą panować i zapomni, po co tu jest,
sympatyczny detektyw odjedzie jako posiadacz domu. A co gorsza, zabierze z sobą jej serce.
Irytowała się, Ŝe nawet podczas jego nieobecności ma w głowie albo pustkę, albo zamęt.
Usiłowała przypomnieć sobie, o czym mówił przed wyjściem.
Aha, o jakimś ręczniku.
Najpierw zapytał dość ostro, ale potem złagodniał, gdy zauwaŜył jej niepokój. Dobrze, Ŝe
jest spostrzegawczy. KaŜdego wystraszyłby fakt, Ŝe po domu kręci się ktoś obcy. Zaraz
jednak pocieszyła się, Ŝe rano Jack wyłoŜył ręcznik, a potem zapomniał. Trochę to dziwne, bo
nie sprawiał wraŜenia człowieka roztargnionego. Wręcz przeciwnie. Był nadzwyczaj bystry i
logicznie myślący.
Nagle przemknęła jej myśl o rozwiązaniu znacznie gorszym niŜ poprzednie
przypuszczenia. OtóŜ moŜliwe, Ŝe Jack chce wystraszyć rywalkę, aby uciekła i tym samym
ułatwiła mu wygranie chaty. Nie, niemoŜliwe. Nie posunąłby się do tego. Była gotowa dać
głowę, Ŝe ma prawy charakter.
Wzięła lampę i przeszła do pokoju. Migotliwe światło rzucało ruchome cienie
sprawiające, Ŝe ciemne kąty zdawały się jeszcze ciemniejsze. Dixie poczuła, Ŝe ogarnia ją
paniczny strach. Była zadowolona, Ŝe przyjaciółka jej nie widzi i nie moŜe drwić.
Postanowiła odwaŜnie iść na piętro, zajrzeć do pokoju Jacka, na własne oczy obejrzeć
tajemniczy ręcznik i wyjaśnić zagadkę. Lecz na progu sypialni zamieniła się w słup soli.
PoniewaŜ w kominku palił się ogień i rzucał Ŝółtawe światło na łóŜko, które...
Nie, to przywidzenie!
Olbrzymie łoŜe było przygotowane do spania, narzuta zdjęta, kołdra odwinięta. Środek
łóŜka zdobiły artystycznie ułoŜone kwiaty. Były świeŜe, śliczne.
Sytuacja przestała być zabawna.
Jack przed kolacją nie był na górze, więc nie mógł nic zrobić. A Dixie po południu
przechodziła obok otwartych drzwi i widziała zasłane łóŜko bez kwiatów oraz kominek bez
ognia.
Zastanawiała się, czy pędzić do samochodu czy lepiej zostać, ale z pogrzebaczem w
dłoni. Przyszedł jej do głowy inny pomysł, lecz był gorszy niŜ przypuszczenie, Ŝe ktoś obcy
chyłkiem wbiegł do sypialni, aby przygotować łóŜko i rozpalić ogień.
Na pewno to sprawka Jacka. Wszedł do sypialni przez okno, tą samą drogą wycofał się,
po czym przyszedł na kolację. Nic dziwnego, Ŝe jego spacer trwał tak długo. Wyjaśnienie
było bardzo proste, logiczne. Jack miał nadzieję, Ŝe pozbędzie się przeciwniczki i otrzyma
nagrodę.
Niedoczekanie!
Nie wiedział, Ŝe ma do czynienia z osobą zbudowaną z twardego kruszcu. śałowała, Ŝe
jest bez spaniela, przy którym czułaby się bezpieczniej. Psina wprawdzie mała i niegroźna,
ale ma kły. Lecz co z tego? Nie zrobi z nich uŜytku i nie ugryzie człowieka, którego polubiła
od pierwszego wejrzenia.
Gonitwa myśli nie ustawała. Wreszcie Dixie doszła do wniosku, Ŝe Jack jednak nie chciał
jej nastraszyć. Raczej opracował plan mający osłabić jej opór, przygotować idealną scenerię
do uwodzenia. Trzeba przyznać, Ŝe zaplanował to w pięknym stylu.
Zamierzała odwrócić się, gdy kątem oka zauwaŜyła coś niezgodnego ze swą teorią.
Okno! Podeszła bliŜej i zrobiło się jej słabo. Okno było porządnie zamknięte. Pamiętała, z
jakim trudem Jack otworzył je od środka, więc zupełnie nie wyobraŜała sobie, Ŝe zrobiłby to
od zewnątrz.
Czyli niemoŜliwe, aby wszedł przez okno.
Zatem jak, kto?
Zmusiła się do zachowania spokoju, chociaŜ miała ochotę uciekać co sił w nogach.
Najlepiej byłoby mieć skrzydła...
W głębi duszy pragnęła, aby to było jakieś zabawne nieporozumienie, które moŜna
racjonalnie wytłumaczyć.
Przystanęła na progu i cicho się zaśmiała. Tak, znalazła rozsądne wyjaśnienie. To
pokojówka z sąsiedniego domu przez pomyłkę przygotowała pokój dla Jacka zamiast dla
swego pana.
Nie. NiemoŜliwe nawet w kiepskim filmie.
Najlepiej przesłuchać osobę, która zna odpowiedź. To logiczne rozwiązanie.
Gwałtownie odwróciła się i z rozpędu wpadła na winowajcę.
Jack potarł brodę w miejscu, w którym nastąpiło zderzenie z głową Dixie.
– Co to, dom się pali? Dixie uderzyła go w ramię.
– Przestań mnie straszyć. Czemu stale czaisz się i skradasz? A uwaŜasz się za
dŜentelmena!
Urwała zawstydzona wybuchem.
– Kobieto, opamiętaj się. Ogłuchłaś czy co? Robiliśmy tyle hałasu, Ŝe słychać nas było w
całym lesie.
Wskazał ręką psy, które zziajane stały za nim. Były podejrzanie ciche i patrzyły na Dixie,
jakby uwaŜały, Ŝe postradała rozum.
Czyli nie tylko Jack, ale i zwierzęta podejrzewają ją o to, Ŝe zwariowała.
– Najpierw ty coś wyjaśnij, a potem ci odpowiem. Odsunęła się i szerokim gestem
wskazała pokój, więc Jack minął ją i stanął na progu. Zamiast zaprzeczyć, Ŝe cokolwiek
zrobił, błyskawicznie złapał ją za rękę i wyciągnął z sypialni.
– Stój tu na straŜy. Daj mi lampę.
Dixie w milczeniu spełniła polecenie i obserwowała go, gdy powoli podchodził do okna,
a potem bardzo dokładnie je oglądał.
– JuŜ wcześniej sprawdziłam, Ŝe jest zamknięte od wewnątrz – rzekła, powstrzymując się
od sarkastycznego komentarza.
Zaniepokoiło ją to, Ŝe Jack ściągnął kołdrę, zajrzał pod prześcieradło. Kwiaty niestety
rozsypały się, kilka spadło na podłogę.
– Przyznaj się, Ŝe chcesz mnie nastraszyć – odezwała się półgłosem. – Wykoncypowałeś
sobie, Ŝe to najpewniejszy sposób wygrania chaty.
Błagała go, by przyznał się, Ŝe to jego sprawka. Zamiast potwierdzić lub zaprzeczyć, Jack
przywołał psy i skinął na Dixie, by weszła do pokoju.
– Jesteś pewna, Ŝe tego nie zrobiłaś? UraŜona przecząco pokręciła głową.
– Zostań tutaj – zarządził Jack. – Idę na dół.
Miała ochotę sprzeciwić się, ale posłusznie usiadła na samym brzegu łóŜka. Nie wypada
iść za Jackiem, bo to oznaczałoby przyznanie się do braku odwagi. Poza tym on był
detektywem, nie ona. Mieli odmienne wykształcenie i doświadczenie, znali się na róŜnych
sprawach, a zatem nie warto się wtrącać. Lepiej cierpliwie czekać.
Jack zabrał lampę, więc jedynym źródłem światła był ogień w kominku. Psy patrzyły,
jakby czekały na rozkaz.
– No, czego się gapicie? LeŜeć! – Wskazała chodnik przed kominkiem. – Jeszcze nie
straciłam rozumu, ale przyznaję, Ŝe straciłam rozsądek, gdy zgłosiłam się na ten idiotyczny
konkurs.
Tigger obwąchał wszystkie kąty, zajrzał pod łóŜko, po czym wyciągnął się na chodniku.
Sadie natychmiast połoŜyła się obok niego.
Dixie usłyszała kroki na schodach, poderwała się z łóŜka, podbiegła do kominka i
schwyciła pogrzebacz. Nim się wyprostowała, do pokoju wszedł Jack. W jednej ręce niósł
lampę, w drugiej dźwigał fotel na biegunach.
Polecił Dixie, by usiadła na łóŜku, a sam usiadł w fotelu. Twarz miał bez wyrazu.
– Dokonałeś jakiegoś ciekawego odkrycia? – spytała dość ostro. – Co tutaj się dzieje?
Jack długo patrzył na nią nieodgadnionym wzrokiem.
– Rano z grubsza sprzątnąłem po sobie, ale potem przez cały dzień nie wchodziłem na
górę.
Dixie patrzyła mu prosto w oczy. Nie miała wątpliwości, Ŝe mówi prawdę.
– A ja raz przechodziłam koło twoich otwartych drzwi i nie widziałam nic szczególnego.
Ze strachu miała ochotę przysunąć się bliŜej, lecz było jej wstyd.
– ZauwaŜyłem braki w stosie drewna przed domem, dwa polana leŜą na ziemi. –
Przewidział kolejne pytanie, więc od razu dodał: – Widzę najdrobniejsze szczegóły, bo taki
mam zawód. Rano na ziemi nic nie było.
– Och!
Wskazał palcem łóŜko i kominek.
– Ktokolwiek to zrobił, zna rozkład pokoi, wie, gdzie są ręczniki, umie poruszać się tak,
Ŝ
eby nikt go nie zauwaŜył. Pozostaje pytanie, dlaczego to robi.
– MoŜe pan Granger kogoś zaangaŜował. To byłoby względnie rozsądne wyjaśnienie.
– PrzecieŜ by nam powiedział.
– Wobec tego jakiś sąsiad, a raczej sąsiadka. Jack pokręcił głową.
– Ile domów minęłaś po drodze? Ja po wyjeździe z miasta nie zauwaŜyłem ani jednego.
– Dziwny intruz, który rozpala ogień w kominku, przygotowuje łóŜko na noc, zostawia
kwiaty.
– Zapomniałaś o ręczniku.
Uśmiechnął się filuternie, a Dixie poczuła, Ŝe napięcie odrobinę zelŜało.
– Dziwaczne i podejrzane... Ciebie to nie martwi?
– Nie za bardzo, ale jestem ostroŜny. Sprawdziłem, czy wszystkie okna i drzwi są
porządnie zamknięte. – Popatrzył na śpiące zwierzęta. – Poza tym mamy psy.
– I broń. – Dixie uśmiechnęła się. – Pogrzebaczem i kawałem drewna moŜna nieźle
przyłoŜyć.
Nie wiedziała, czego bardziej się boi; tajemniczego intruza czy pociągającego rywala.
Przebywała pod jednym dachem z męŜczyzną wprawdzie bardzo przystojnym, ale
nieznanym. Znajdowali się daleko od ludzi, a co gorsza oboje pragnęli tego samego, czyli
otrzymania nagrody.
Czy Jack miałby szansę wygrać konkurs, gdyby powiedział, Ŝe rywalka w ogóle nie
przyjechała? Nie, niemoŜliwe, poniewaŜ rozmawiali z jej matką. Jack uśmiechnął się i
pokręcił głową.
– Przyznaję, Ŝe dom bardzo by mi się przydał, ale nie zaleŜy mi na nim do tego stopnia,
Ŝ
eby pozbyć się ciebie w niegodziwy sposób.
Dixie spiekła raka.
– Skąd wiesz, co myślałam?
– Skarbie, masz bardzo wyrazistą twarz. Malują się na niej twoje uczucia, myśli.
Dlaczego nazwał ją „skarbem”? Zapewne zwracał się tak do wszystkich kobiet, które
rozszyfrował, i to jest właściwie epitet, a nie komplement.
Odwróciła głowę i zapatrzyła się w ogień. Nie chciała, aby Jack znał jej myśli. Było to
niepokojące, niebezpieczne.
– Co wobec tego zrobimy? – zapytała speszona.
– Dom jest zabezpieczony i nic więcej nie zdziałam. Zostajemy wszyscy w jednym
pokoju. Ja jestem solidnie zmęczony.
Dixie nie zamierzała spać „w cudzej sypialni.
– ŁóŜko jest duŜe, nie zabraknie miejsca dla dwóch osób – dodał Jack obojętnie.
– To niemoŜliwe! Dlaczego...
– Nie marudź. – Wstał, zdjął marynarkę, wykonał kilka wymachów, pomasował kark. –
Ty teŜ jesteś zmęczona, prawda? JeŜeli uwaŜasz, Ŝe nie opanujesz się i będziesz się do mnie
tulić, śpij w fotelu.
Dixie oniemiała. Co on wygaduje? Ona nie będzie mogła się opanować? Jakie on ma o
sobie mniemanie? UwaŜa, Ŝe jest boŜyszczem wszystkich kobiet?
SkrzyŜowała ręce na piersi i dumnie uniosła głowę.
– Czemu mam męczyć się w fotelu?
Postanowiła udowodnić, Ŝe nie jest wystraszoną starą panną.
Gdy Jack usiadł na łóŜku, przesunęła się na sam brzeg. Była podniecona, serce mocno
kołatało, w uszach dudniła krew. Dobrze, Ŝe w ciemnościach nie było widać rumieńców.
Tłumaczyła sobie, Ŝe to nic wielkiego. Mają tyle miejsca, Ŝe rzeczywiście mogą
swobodnie spać. Są dojrzałymi ludźmi, którzy nad sobą panują, a przynajmniej jedno z nich
jest opanowane.
Raz i drugi głośno przełknęła ślinę, bo robiło się jej niedobrze.
Trzeba się połoŜyć.
Nie ma innego wyjścia.
Byle tylko Jack nie domyślił się, Ŝe dla niej będzie to pierwsza noc spędzona z
męŜczyzną. Gdyby nie wiedziała, Ŝe to absolutnie niemoŜliwe, posądzałaby Maggie o
maczanie w tym palców. Przyjaciółka chętnie wpędziłaby ją w taką sytuację.
Dixie marzyła o tym, aby jak najprędzej zasnąć, lecz przeszkadzała świadomość, Ŝe po
domu krąŜył obcy człowiek. Na razie był niegroźny, lecz nigdy nie wiadomo. Bardziej jednak
niepokoiło ją to, Ŝe leŜy w łóŜku z męŜczyzną, którego pocałunki sprawiły, Ŝe zapomniała o
całym świecie. To rozkoszna, ale i straszna tortura. Kto zesłał taką karę i za co?
Starała się uspokoić, ale podskoczyła nerwowo, gdy Jack się połoŜył. Zaczęła wmawiać
sobie, Ŝe obok leŜy matka; to powinno rozwiązać problem.
– Dixie?
Głos matki nigdy nie był taki niski i głęboki.
– Co?
– MoŜesz spać spokojnie. Przestań wyobraŜać sobie nie wiadomo co. Obiecuję, Ŝe cię nie
tknę.
Oburzona usiadła, ale zaraz połoŜyła się z powrotem. Przesunęła się jeszcze trochę w
lewo, na samą krawędź łóŜka, byle jak najdalej od niebezpieczeństwa.
– Wiem o tym.
Uznała, Ŝe Jack jest bardzo zarozumiały. Dlaczego sądzi, Ŝe pozwoliłaby pocałować się
choćby tylko w ucho lub w czubek nosa? Nie pozwoli mu zrobić nic z tych rzeczy, które
podpowiada rozbudzona wyobraźnia.
ROZDZIAŁ ÓSMY
Dixie usłyszała klakson, ale podciągnęła kołdrę i przewróciła się na bok, aby być bliŜej
ź
ródła ciepła. Mocne ramię objęło ją i przytuliło, ciepły oddech ogrzał szyję.
MęŜczyzna w jej łóŜku!
Podniosła się tak gwałtownie, Ŝe czubkiem głowy uderzyła Jacka w nos. Prędko odsunęła
się na skraj łóŜka.
Jack usiadł, trzymając się za nos.
– Co do cholery...
– Dotknąłeś mnie! – zawołała Dixie piskliwym głosem. – A obiecałeś, Ŝe nie będziesz.
– Przez całą noc tuliłaś się do mnie, więc myślałem, Ŝe ci zimno.
Psy podbiegły do łóŜka, przekrzywiły łby, ogonami rytmicznie uderzały o podłogę.
Znowu rozległ się klakson. Jack wyskoczył z łóŜka na równe nogi.
– Ty się stąd nie ruszaj – polecił Dixie.
Trzasnęły drzwi samochodu. Okna sypialni wychodziły na tyły domu, więc nie moŜna
było sprawdzić, kto przyjechał.
– Halo, halo! – rozległ się kobiecy głos. – Jesteśmy z policji w Pagosa Springs.
Dixie spojrzała na pogniecioną pościel. Było oczywiste, Ŝe w łóŜku spały dwie osoby, a
wolałaby, aby nikt o tym nie wiedział i nie snuł domysłów na temat tego, jak spędzili noc.
PoniewaŜ spali jak niewinne dzieci, a marzenia się nie liczą.
Jack włoŜył buty i wyprostował się.
– Trzeba wyjść, zanim babsko pobudzi wszystkie skunksy w okolicy. Tigger, Sadie,
idziemy!
– Zaczekaj. – Dixie usiadła na skraju łóŜka. – Dlaczego policja się tu pofatygowała?
Wystraszyła się, Ŝe Jack jest od dawna poszukiwanym przestępcą, Ŝe znaleziono go i
prosto stąd zostanie zabrany do więzienia.
– Bo o to prosiłem. Wczoraj zgłosiłem nasze podejrzenia. Dixie nie bardzo mu wierzyła,
a on oczywiście wyczuł jej sceptycyzm.
– Skontaktowałem się z policją przez radio i powiedziałem, Ŝe tu dzieją się jakieś dziwne
rzeczy. Sądziłem, Ŝe dziś dowiemy się czegoś o domu i człowieku, który go zbudował.
– Uśmiechnął się ironicznie. – Jesteś zadowolona?
Dixie pochyliła głowę, aby ukryć czerwone policzki. śałowała, Ŝe prysło marzenie o
spokojnym pobycie w górach. Trzeba psychicznie przygotować się na ewentualne
nieprzyjemności. śycie pełne jest niespodzianek Jack starał się przybrać pogodny wyraz
twarzy, aby dobrze usposobić policjantkę. Wieczorem powiedział, kim jest, lecz nie warto
irytować miejscowego straŜnika prawa.
Odsunął zasuwę i uchylił drzwi, a psy rzuciły się ku niewysokiej ciemnowłosej kobiecie.
Policjantka obronnym gestem podniosła ręce i niewiele brakowało, a uderzyłaby Jacka w nos.
Co dziś jest z kobietami i moim nosem? – pomyślał zirytowany. Automatycznie zerknął
na nazwisko policjantki.
– Jestem Jack Powers. To ja wczoraj dałem znać o tajemniczym zajściu.
W wozie policyjnym dostrzegł męŜczyznę, ale nie widział jego rysów, poniewaŜ ostrość
widzenia pogarszała gęsta mgła. Zdziwiło go jednak, Ŝe kierowca nie towarzyszy policjantce.
Przyszła Dixie i na powitanie wyciągnęła rękę.
– Dzień dobry. Jestem Dixie Osborn. Policjantka uścisnęła jej dłoń.
– Państwo pozwolą, Ŝe zadam kilka pytań. SłuŜbowy meldunek musi zadowolić mojego
szefa.
Wyjęła niewielki notes i spojrzała pytająco, a zaskoczona Dixie zerknęła na Jacka. Oboje
zauwaŜyli ostry ton.
– Najpierw muszę zapisać państwa nazwiska i imiona. Jack z trudem opanował
ogarniającą go irytację. PrzecieŜ juŜ się przedstawili.
– Jack Powers – rzekł powoli i wyraźnie.
Policjantka przestała pisać i rzuciła mu krytyczne spojrzenie. Czyli usłyszała
zniecierpliwienie w jego głosie.
– Proszę pana, to powaŜna sprawa. Trzeba sporządzić oficjalny raport.
Dixie wymownie popatrzyła na Jacka.
– Bądź tak dobry i zagotuj wodę, bo przyjemniej będzie porozmawiać przy kawie.
Proponuję, Ŝebyśmy w czwórkę usiedli przy stole i spokojnie wszystko wyjaśnili.
Jack był pełen uznania dla niej za taktowne rozładowanie nieprzyjemnej sytuacji. Skinął
głową i poszedł do kuchni. Lepiej nie denerwować przedstawicielki miejscowej władzy.
Aby rozproszyć marsa na czole policjantki, Dixie uśmiechnęła się i ponowiła zaproszenie:
– Chciałabym teŜ poczęstować kawą kierowcę.
– To Ŝaden kierowca. – Policjantka zamknęła notes. – To mój mąŜ. Zgłosiłam się na
ochotnika, Ŝeby tutaj przyjechać, a Clyde nie chciał puścić mnie samej.
– Jesteśmy bardzo wdzięczni.
Dixie starała się ukryć zdumienie. Intrygowało ją, dlaczego zgłoszenie zainteresowało tę
kobietę i jej męŜa.
Policjantka odwróciła się i skinęła ręką, lecz męŜczyzna przecząco pokręcił głową.
– MąŜ jest bardzo nieśmiały. Przepraszam na chwilę. Oddaliła się szybkim krokiem.
Czekając na nią, Dixie słuchała odgłosów dochodzących z kuchni. Psy cicho skomliły, a
Jack głośno gwizdał. Nie mogła przypomnieć sobie, jaka to melodia, więc wzruszyła
ramionami i zajęła się obserwowaniem policjantki i jej nieśmiałego męŜa.
Scenka była komiczna, poniewaŜ kobieta kiwała głową potakująco, a męŜczyzna
przecząco. Dixie stała daleko, słowa do niej nie dochodziły, ale wyobraziła sobie rozmowę:
– Clyde, wysiadaj i chodź ze mną.
– Nie chce mi się.
– To po co przyjechałeś? – Bo ja wiem...
Rozległy się kroki w pokoju.
– Kawa gotowa – zawołał Jack Dixie zrobiło się wstyd, Ŝe zabawiała się układaniem
dialogu, a Jack to odgadnie i będzie kpił. Wzięła kubek, którego ciepło rozgrzało jej dłonie.
Aby ukryć rumieńce, nisko pochyliła głowę i z lubością wciągnęła aromat kawy.
Jack wskazał scenę rozgrywającą się przy radiowozie.
– O co im chodzi?
– Pani Church przyjechała z męŜem, który rzekomo jest bardzo nieśmiały.
– TeŜ coś. Potrzymaj.
Podał jej swój kubek i duŜymi krokami podszedł do radiowozu.
Dixie wystraszyła się, Ŝe narazi się policjantce, która zakuje go w kajdanki i zabierze na
posterunek. Było oczywiste, Ŝe nie przypadli sobie do gustu.
Jack czuł narastające zniecierpliwienie, chociaŜ do niczego się nie śpieszył; był na
urlopie, nie miał Ŝadnego słuŜbowego spotkania. UwaŜał, Ŝe skoro wcześniej zawarł
znajomość z policjantką, teraz moŜe skupić uwagę na nieśmiałym indywiduum.
– Witam pana – rzekł, wsuwając rękę przez okno. MęŜczyzna na mgnienie zawahał się,
po czym uścisnął wyciągniętą dłoń.
Jack wiedział, Ŝe nieśmiali ludzie cenią rozmowę w cztery oczy i dlatego odwrócił się do
policjantki.
– Kawa juŜ gotowa. Czy zechce pani... Urwał i spojrzał na męŜczyznę.
– Clyde Church – przedstawił się introwertyk.
Jack uśmiechnął się do jego Ŝony.
– Czy pozwoli nam pani iść na krótki spacer z psami? Zaraz wrócimy.
Policjantka zawahała się. Chęć kontrolowania męŜa walczyła z zapotrzebowaniem na
kofeinę. ZwycięŜyła kofeina.
– Dobrze. Czekam najdalej kwadrans.
Bez cienia uśmiechu oddaliła się, i kobiety weszły do domu.
Kierowca powoli wysiadł.
– Podziwiam, Ŝe pan tak gładko poradził sobie z moją Ŝoną. Imogene to wyjątkowa
kobieta, szczere złoto, ale czasem trudno z nią wytrzymać.
Jack był zdumiony, Ŝe człowiek, który przed chwilą jąkał się, teraz mówił płynnie.
– Jestem pełen uznania, Ŝe państwo tak wcześnie przyjechali, Ŝeby zająć się tą osobliwą
sytuacją.
– Drobiazg. Po to jest rodzina. Rodzina?
Jack zwolnił, aby nie wyprzedzać gościa. Psy zbiegły z ganku i rzuciły się ku niemu.
Clyde Church zaczerwienił się.
– Imogene wolałaby, Ŝeby ludzie nie wiedzieli o naszym związku z tym domem, ale
wszystkie wróble od lat o tym ćwierkają. W małej mieścinie nie da się utrzymać Ŝadnej
tajemnicy. śona uparła się, Ŝe ona zbada sprawę, a ja nie mogłem pozwolić, Ŝeby sama
jechała tak daleko.
Jack westchnął. Wiedział, Ŝe musi uzbroić się w cierpliwość i zmarnuje cały kwadrans,
aby uzyskać odpowiedzi na parę pytań.
– MoŜna wiedzieć, czyja rodzina i co ma tu do rzeczy? Flegmatyk obserwował psy, które
przez chwilę wyrywały sobie patyk, po czym zniknęły między drzewami.
– Było tak... – zaczaj wreszcie. – Tę chatę zbudował brat mojego ojca i dlatego gdy robi
się szum, my interweniujemy. Wie pan... rodzina.
Jack przejechał dłonią po twarzy i skrzywił się, gdy dotknął bolącego nosa. Dixie
uderzyła go niechcący, lecz mocno.
– Czy daje mi pan do zrozumienia, Ŝe tu często coś się dzieje?
– Nie powiem, Ŝe często, ale dwudziesty szósty kwietnia tuŜ, tuŜ, więc spodziewaliśmy
się jakiegoś incydentu.
Clyde podrapał się za uchem, a Jack zrozumiał, Ŝe dawanie odpowiedzi szybkich i na
temat nie leŜy w naturze tego człowieka.
Cierpliwość jest wielką zaletą. Ciotka byłaby dumna, gdyby teraz zobaczyła bratanka.
– Dlaczego dwudziesty szósty kwietnia jest taki istotny? Powolny ruch komórek
mózgowych był niemal słyszalny, gdy flegmatyk zastanawiał się, co powiedzieć i jak
sformułować zdanie. Wreszcie rozejrzał się, jakby chciał sprawdzić, czy są sami, i pochylił
się do przodu.
– Nie jestem ekspertem w Ŝadnej dziedzinie, ale o tym domu ja wiem najwięcej.
– O, to ciekawe – uprzejmie mruknął Jack.
– Poza gronem najbliŜszej rodziny niechętnie poruszamy ten temat.
Zobaczył Dixie, więc urwał, jakby czekał na pojawienie się Ŝony. Lecz policjantka
została w domu.
Dixie spojrzała na Jacka.
– Pani Church jest zajęta szczegółowymi oględzinami. Przeszkodziłam panom?
– SkądŜe. Pan zaczął opowiadać tutejszą historię. – Jack spojrzał na Clydea. – Dixie
moŜna zaufać.
Flegmatyk zawahał się i westchnął. Nie mógł jednak oprzeć się pokusie podzielenia się
wiedzą, szczególnie pod nieobecność Ŝony.
– Cynthia porzuciła stryja dosłownie w ostatniej chwili, bo juŜ czekał przed ołtarzem.
Chcieliśmy o tym zapomnieć, ale im większym stryj stawał się dziwakiem, tym bardziej
pamiętaliśmy.
Zadowolony, Ŝe ma słuchaczy, nieznacznie skinął, aby się przybliŜyli.
Jack uznał, Ŝe introwertyk pragnie wykorzystać zapewne rzadką okazję popisania się
wiedzą. Nie winił go za to, ale chciał jak najprędzej usłyszeć coś więcej. Na razie dowiedział
się, co znaczy C wyhaftowane na pościeli i ręczniku.
– Powinniśmy przewidzieć, Ŝe będą kłopoty. Cynthia zawsze była inna, nic nie robiła
normalnie, jak wszyscy. Poznała mojego stryja na potańcówce. Och, zapomniałem
powiedzieć, Ŝe to zdarzyło się ponad dwadzieścia lat temu.
Dla większego efektu przerwał i głośno sapnął.
Jack gotów był przysiąc, Ŝe zna najdrobniejsze szczegóły i przez dwadzieścia lat chętnie
wszystkim opowiadał.
– Bill nie miał najmniejszej szansy – podjął Clyde. – Był bardzo pracowity, ale biedny.
PrzyjeŜdŜał do miasta co sobotę, nawet podczas budowania chaty. – Pokręcił głową. –
Cynthia spędziła kilka lat w Denver, bo tam kończyła edukację. UwaŜała się za kogoś
lepszego, ubierała się inaczej niŜ miejscowe dziewczyny, w dodatku malowała się. Usta było
widać na długo przed ukazaniem się całej reszty.
Parsknął śmiechem na wspomnienie komicznego widoku. Jack spokojnie czekał na dalszą
część, a Dixie niecierpliwie bębniła palcami jednej ręki o drugą.
Uświadomiła sobie, Ŝe zachowuje się niezbyt grzecznie, więc usiłowała uspokoić palce,
lecz było to niemoŜliwe. Gdy raz zaczęły swój taniec, nie zatrzymały się, póki nie zniknął
powód zniecierpliwienia. Miała ochotę popędzić flegmatyka, aby szybko dowiedzieć się
więcej. Był jednak wyraźnie zadowolony, Ŝe ma słuchaczy, dlatego zmusiła się do spokoju.
Niezbyt niecierpliwie, ale czekała.
Clyde wreszcie przestał się śmiać, westchnął i pochylił się ku nim.
– Na czym to ja skończyłem? Aha, usta Cynthii... Nie były czerwone ani róŜowe, lecz
pomarańczowe. Cynthia kupowała wyłącznie pomarańczowe pomadki. Przepraszam, to nie
ma związku z historią i niepotrzebnie mnie rozśmiesza.
– Kiedy pana stryj postanowił zbudować tu dom? – zapytał Jack.
– Po czterech czy pięciu miesiącach wytrwałych zalotów zebrał całą odwagę i oświadczył
się. O dziwo Cynthia zgodziła się zostać jego Ŝoną. – Clyde urwał i pokręcił głową.
– Stryj był bardzo dobrym, przyzwoitym facetem, ale oni do siebie nie pasowali, mieli
diametralnie róŜne usposobienia i upodobania. Ledwo Cynthia wyraziła zgodę na
małŜeństwo, stryj zabrał się do budowania domu, który – jak mawiał – będzie godzien jego
umiłowanej Ŝony.
Zasłuchana Dixie przestała bębnić palcami. Bardzo ją wzruszyło, Ŝe poczciwy Bill darzył
zarozumiałą Cynthię tak wielką miłością. Wszystkie jego marzenia skupiły się na jednym
celu, serce oddał ukochanej, z którą pragnął spędzić całe Ŝycie. Dixie miała ochotę poprosić
Clydea, Ŝeby nie kończył opowiadania, jakby to mogło zmienić bieg wydarzeń.
– Stryj zbudował prawie cały dom własnoręcznie, o wszystkim sam decydował. Okno w
małŜeńskiej sypialni wychodzi na wschód, bo Cynthię miało budzić wstające słońce.
Flegmatyk znowu zamilkł, a mina Jacka wyraźnie świadczyła o tym, Ŝe chce pomóc mu
dobrnąć do końca. Widocznie wolał usłyszeć zakończenie prędzej niŜ później. Dixie
zastanawiała się, czy nie widzi, na co się zanosi i czy nie jest mu Ŝal zakochanego
nieszczęśnika.
Clyde wyczuł zniecierpliwienie Jacka, a moŜe wystraszył się, Ŝe straci słuchaczy, więc
tym razem prędzej podjął swoją opowieść.
– Stryj osobiście wyrzeźbił małŜeńskie łóŜko. Całymi miesiącami nie robił nic innego,
tylko upiększał wnętrze. Cynthia nigdy tu nie przyjechała. Twierdziła, Ŝe chce zobaczyć
chatę, gdy będzie całkowicie wykończona.
– Och! Nie chciała przyczynić się do urządzenia własnego domu? – zawołała Dixie.
Dla niej było to niepojęte.
– Niezrozumiałe postępowanie, prawda? – spytał Clyde. – Normalna kobieta uwaŜa, Ŝe
dom jest jej królestwem. Ten brak zainteresowania powinien ostrzec stryja, Ŝe coś jest nie w
porządku. Ale był nieprzytomnie zakochany i nic nie mąciło jego szczęścia.
Jack łekko się uśmiechnął.
– Przepraszam, Ŝe przerywam, ale jak doszło do tego, Ŝe pański stryj stracił dom?
– To najsmutniejsza część historii. Wszyscy mieszkańcy Pagosa Springs chcieli zobaczyć
ś
lub, który na prośbę Cynthii miał odbyć się z wielką pompą. – Clyde urwał, wygładził
nieistniejącą zmarszczkę na rękawie i spojrzał Dixie w oczy. – Wybiła godzina trzecia, czyli
pora rozpoczęcia uroczystości. Minął kwadrans, pół godziny. Około czwartej w kościele było
juŜ niewiele osób, ale pan młody uparcie czekał, nie chciał ruszyć się z miejsca. Wreszcie
matka Cynthii zdenerwowała się i poszła do domu. Wróciła z kartką znalezioną w pokoju
córki.
Serce Dixie skurczyło się ze strachu.
– Co tam było napisane?
Wolałaby, aby Clyde nie kończył, a jednocześnie pragnęła dowiedzieć się reszty. Miała
wraŜenie, Ŝe obserwuje pociąg, który powoli się wykoleja, a ona nie moŜe zapobiec
katastrofie.
– Na kartce były tylko dwie linijki. Dziesięć słów, które na zawsze odmieniły Billa
Churcha. – Clyde na moment zamilkł dla zwiększenia efektu. – Oto one: „Chcę mieszkać w
duŜym mieście. Wychodzę za Timothyego Barta. Cynthia”.
Stryj nic nie powiedział. Timothy Bart, rywal jeszcze ze szkoły podstawowej, był
dyrektorem banku, w którym stryj zaciągnął poŜyczkę na budowę domu. Cynthia i Timothy
wyjechali tego dnia i odtąd nigdy się tu nie pojawili.
Dixie pociągnęła nosem, ale powstrzymała łzy.
– Pana stryj zamknął dom na głucho?
– Zamknął nie tylko dom. – Clyde pokręcił głową. – W milczeniu wyszedł z kościoła i
odtąd nigdy nie wypowiedział ani słowa na temat ślubu. Starał się w terminie spłacać raty, ale
na podatki juŜ mu nie starczało. W końcu urzędowo przejęto całą posesję za zaległe podatki.
Stryj czasami pojawia się w mieście. Niektórzy twierdzą, Ŝe mieszka w jaskini.
Biedny, bardzo biedny człowiek.
Dixie nie potrafiła wyobrazić sobie takiej tragedii, ale rozumiała wstyd porzuconego
człowieka i uczucie, Ŝe lepiej Ŝyć w samotności, niŜ ponownie narazić się na szyderstwo, a
serce na cierpienia. Młodzi ludzie, z którymi pracowała, przychodzili do niej z podobnymi
problemami, podobne myśli krąŜyły im po głowie. Odrzucone, niekochane dzieci odwracały
się od rodziców, Ŝeby uniknąć dalszego zranienia.
Zastanowiła się, czy i ona postępuje podobnie. Dlaczego boi się uczuć mogących
przerodzić się w miłość? Dlaczego uwaŜa, Ŝe kaŜda znajomość okaŜe się niewypałem?
Znała odpowiedź na owe pytania. Obserwowała matkę, która kilkakrotnie oznajmiała, Ŝe
znalazła prawdziwą miłość i za kaŜdym razem okazywało się to złudzeniem. Nie ma
gwarancji i dlatego lepiej nie ryzykować.
Zobaczyła, Ŝe Jack podejrzanie przewraca oczami. Udawał, Ŝe sentymentalna opowieść
wcale go nie wzruszyła.
– Clyde! – rozległo się wołanie. – Potrzebna mi pomoc. Flegmatyk nerwowo podskoczył,
ukłonił się i pobiegł w stronę domu, a Jack wybuchł zduszonym śmiechem.
– O, facet jednak ma prawidłowe odruchy. Przynajmniej w odpowiedzi na wezwanie
Ŝ
ony.
– Musimy mu pomóc – oświadczyła Dixie stanowczym tonem.
– Po co? – Wysoko uniósł brwi. – Jest zdrowy i bardzo przywiązany do Ŝony.
– Nie jemu, lecz jego stryjowi.
Rozejrzała się, jakby spodziewała się, Ŝe pośród drzew ujrzy nieszczęsnego odludka.
Jack przykucnął i zaczął zgarniać sosnowe igły.
– Jak chcesz mu pomóc?
– Na razie nie potrafię ci powiedzieć... Ale jakoś go znajdziemy, poszukamy
przyzwoitego mieszkania, pomoŜemy wybrnąć z długów.
Jack wstał i spojrzał na nią z góry.
– Mówisz powaŜnie?
– Oczywiście – odparła niezbyt pewnym głosem. – Dlaczego pytasz?
– Bo nie znamy człowieka. – Podniósł jeden palec. – Nie wiemy, ile prawdy jest w tej
historii. – Podniósł drugi palec. – Nie zbawisz świata. – Podniósł trzeci palec. – Widzisz, ile
powodów?
– Czemu uwaŜasz, Ŝe to nie ma sensu?
– Hm, widzę, Ŝe traktujesz sprawę bardzo powaŜnie. – Przyjrzał się jej bacznie. – Jesteś
siostrą miłosierdzia?
– Nie... tak... właściwie... niezupełnie. – WyŜej uniosła głowę. – Po prostu uwaŜam, Ŝe
mogę zmienić coś na tym świecie. Warto pomóc choćby tylko jednej osobie w biedzie. To
moje zdanie.
Jack gwizdnął. Zza drzew wypadły zziajane psy, jednocześnie wbiegły po schodach i
usiadły koło nóg pana.
– Jak to robisz?
Dixie owinęła pasmo włosów na palcu i spojrzała w dal.
– Trudno to ująć w słowa, bo tak wiele jest do powiedzenia. .. o moich podopiecznych, o
ich marzeniach, lękach i rozczarowaniach. Chcę wierzyć, Ŝe mogę zmienić coś na lepsze w
ich Ŝyciu i w Ŝyciu ludzi, z którymi w przyszłości się zetkną. Wydaje mi się, Ŝe Bill Church
jest w podobnej sytuacji. Dobry człowiek został oszukany, boleśnie zraniony i stracił zaufanie
do ludzi, do świata.
Nagle poczuła się głupio, bo niepotrzebnie tak emocjonalnie odpowiedziała na pytanie
Jacka.
– W jakim wieku są dzieci, z którymi pracujesz?
– Głównie nastolatki. MłodzieŜ bez celu w Ŝyciu, większość bez normalnej rodziny. –
Wykonała nieznaczny ruch ręką. – Czy moŜesz wyobrazić sobie, jak dobrze zrobi im pobyt
tutaj? Wychowawcy będą duŜo z nimi rozmawiać, pomogą odzyskać pewność siebie, nauczą
Ŝ
ycia w grupie.
– A taka pomoc jest niemoŜliwa w mieście? – zdziwił się Jack. – Chata stoi na uboczu...
Dixie uśmiechnęła się promiennie.
– OtóŜ to. Tu są idealne warunki.
Jack zamyślił się nad tym, co usłyszał. Potrafił wyobrazić sobie tutaj ośrodek dla trudnej
młodzieŜy i nie wątpił, Ŝe nastolatkom przyda się terapia, o której Dixie wspomniała. Sam
uniknąłby wielu tarapatów, gdyby w odpowiednim momencie ktoś mądry nim pokierował.
Dixie nie zdawała sobie sprawy, Ŝe zdradziła się z marzeniami. Jack był zadowolony, Ŝe
czuła się przy nim swobodnie i dlatego nieświadomie się zwierzyła. Jej marzenie było
szlachetne.
Lecz i ciotka Emma chciałaby mieć dom w górach. Powinien pamiętać o długu
wdzięczności wobec tej, która przez lata poświęcała się dla niego. Za to na starość naleŜało
się jej trochę piękna, wygody. I poczucia bezpieczeństwa.
Był zły, Ŝe spełnienie się marzenia ciotki oznacza zniszczenie marzenia Dixie.
Zaklął w duchu.
Oboje długo milczeli pogrąŜeni w myślach. Jack nie przyznał się, dlaczego zaleŜy mu na
otrzymaniu nagrody. Uznał, Ŝe moment jest nieodpowiedni i jego zwierzenia umniejszą
wartość tego, co powiedziała Dixie.
– Panie Powers!
– Słucham?
– Obeszliśmy cały dom, sprawdziliśmy wszystko, co było do sprawdzenia. – Policjantka
otworzyła notes. – Zapisałam państwa nazwiska oraz parę uwag i zaraz po powrocie do
Pagosa Springs złoŜę meldunek.
Zadowolona z siebie zamknęła notes, a Jack pomyślał, Ŝe niewiele zdziałała.
– Jeszcze raz dziękuję, Ŝe państwo przyjechali. – Wyciągnął rękę. – Panu jestem
szczególnie zobowiązany.
Miał jednak wątpliwości, czy w zasłyszanej historii wszystko jest zgodne z prawdą.
– Nie... ma... za... co – wyjąkał Clyde.
– Czy pani coś nam radzi? – zapytała Dixie. Policjantka znacząco spojrzała na Jacka.
– Proszę zawsze zamykać drzwi na klucz. Szczególnie jedne.
Jack zastanawiał się, dlaczego to podkreśliła.
Gdy radiowóz zniknął za zakrętem, spojrzał na Dixie i zobaczył, Ŝe drŜy. Czy aŜ do łez
współczuje biednemu narzeczonemu, który został porzucony przed laty?
Dixie panowała nad sobą w obecności policjantki, lecz teraz śmiała się do rozpuku.
Wolałaby opanować rozbawienie, aby Jack nie pomyślał, Ŝe postradała zmysły.
Niestety trochę to trwało. Wreszcie otarła załzawione oczy.
– ZałoŜę się, Ŝe tu jest ukryta kamera.
Jack popatrzył na nią zaskoczony, ale drgnęły mu kąciki ust.
– Całkiem prawdopodobne.
– Czy występujemy w programie telewizyjnym, w którym widzowie obserwują, jak
uczestnicy powoli wariują? Czy bohaterem jest dziwny pustelnik z lasu? Jacy aktorzy grają
policjantkę i jej małomównego męŜa? – Znowu zachichotała. – Dobrze, Ŝe byłeś świadkiem,
bo znajomi nie uwierzą mi i zarzucą, Ŝe zmyślam. Po powrocie do Denver poproszę cię, Ŝebyś
zaświadczył o mojej prawdomówności.
Jack zmruŜył oczy.
– Proponujesz randkę? Nie jesteś zaręczona?
– Hm, niezupełnie. To, co mówiłam...
Urwała speszona, gdy zobaczyła uśmiech, jaki rozjaśnił mu twarz. Czyli Jack jedynie się
z nią przekomarza. Dobrze, Ŝe w porę ugryzła się w język i nie wyznała prawdy. Nie
zdradziła teŜ, jak bardzo pragnie się z nim spotkać. Być moŜe jest kobieciarzem i
uwodzicielem, ale jego pocałunki są tak podniecające, Ŝe pragnęła więcej.
Daleko w lesie rozległ się klakson. Raz i drugi.
– Psiakrew, a to co znowu?
Jack zbiegł z ganku i wyszedł na drogę.
Patrząc na sylwetkę atlety, Dixie pomyślała, Ŝe to wielka pokusa być blisko niego.
Samochód, który wtoczył się na polanę, jechał zbyt szybko jak na tutejsze warunki
drogowe. Nie był to radiowóz, lecz czarna limuzyna.
Dixie oderwała wzrok od Jacka i z ciekawością spojrzała na auto. Kto zabłądził w te
strony? Za wcześnie na pana Grangera i rzucanie monety. Komu chciało się przyjechać aŜ
tutaj, w dodatku pojazdem nadającym się do miasta, a nie na wyboiste drogi?
– Twoi znajomi? – zawołała.
Jack jedynie wzruszył ramionami. Limuzyna zatrzymała się i Dixie dostrzegła dwie
osoby. Jedno okno otworzyło się, a wtedy z jej gardła wyrwał się jęk rozpaczy.
– Nie, tylko nie to...
Przez okno wysunęła się ręka z pierścionkami i bransoletkami.
Dixie widziała zapowiedź nieszczęścia, ale nie wierzyła własnym oczom!
– Kochanie, przyjechałam w odwiedziny – zawołała właścicielka pierścionków i
bransoletek A jednak to nie zwidy!
Dixie patrzyła jak zahipnotyzowana. Była przeraŜona, lecz nie mogła oderwać oczu od
upierścienionej dłoni.
Nie wiedziała, za jakie przestępstwo zostaje tak surowo ukarana. Dlaczego matka zjawia
się nieproszona?
Jack miał wraŜenie, Ŝe skądś zna piskliwy głos, ale nie potrafił przypisać go do znanej
osoby.
Wreszcie przypomniał mu się telefon.
Dzwoniła matka Dixie.
A teraz przyjechała.
Po co ta kobieta wybrała się w góry? Czy Dixie wiedziała o zamiarze matki? Czy uknuły
spisek, aby zmusić rywala do zrezygnowania z nagrody?
Zerknął na Dixie. PrzeraŜenie na jej twarzy świadczyło, Ŝe wizyta jest niemiłą
niespodzianką.
Odwrócił się i zobaczył, Ŝe kobieta otworzyła drzwi, ale jeszcze mówi coś do kierowcy.
Pomyślał, Ŝe chyba tylko wariat zdecydował się na jazdę takim samochodem po takich
drogach.
Kierowca wysiadł, a wtedy Jack głośno jęknął.
Stryj Vincent!
Teraz Jack nie wierzył oczom. Czy to dzień spotkań rodzinnych? Stryj Jacka wziął pod
rękę matkę Dixie.
Widocznie rzeczywiście zainstalowano ukrytą kamerę i krewni dowiedzieli się, gdzie
finaliści przebywają. Jack miał ochotę krzyczeć, Ŝe zabawa skończona.
Niestety wiedział, Ŝe to nie zabawa, lecz fatalny pech. Nie pojmował, dlaczego ludzie,
którzy się nie znają i którzy powinni siedzieć w Denver, składają niezapowiedzianą wizytę
jemu i Dixie w chacie, która do nich nie naleŜy i znajduje się na odludziu.
Pani Osborn wyciągnęła ręce do córki.
– Cieszysz się, Ŝe przyjechałam? Niewiele brakowało, a byśmy zabłądzili.
Dixie uśmiechnęła się z przymusem.
– Mamo, co TY tu robisz?
– Przywiozłam ci śniadanie. Gdzie jest ten przemiły młodzian, z którym rozmawiałam
przez telefon? – Starsza pani spojrzała na Jacka. – Czy to jest mistrz kucharski, któremu udało
się zapędzić cię do gotowania?
– Tak.
Dixie zerknęła na Jacka, który złym okiem łypał na nadchodzącego męŜczyznę.
– Stryju...
Starszy pan mocno uścisnął mu rękę i energicznie klepnął go w plecy.
– Wiem, co myślisz, i rozumiem cię, ale ty teŜ musisz mnie zrozumieć. Wobec uporu
Emmy i Estelli słaby męŜczyzna nie ma szans, musi ulec.
Ducie zdziwiło, Ŝe Emma ma władzę nie tylko nad Jackiem, ale i nad jego stryjem.
Jack odciągnął nieproszonego gościa na stronę.
– Niech stryj nie zrozumie mnie źle – zaczął półgłosem.
– Zawsze cieszę się ze spotkania, ale po co stryj przyjechał?
– Matka twojej rywalki zamartwiała się o swoje dziecko, jakoś dotarła do Emmy, Emma
zadzwoniła do mnie, ja do Estelle i... oto rezultat tych telefonów. – Pan Powers miał bardzo
nietęgą minę. – Sam nie wiem, jak to się stało, Ŝe zaproponowałem usługi kierowcy nieznanej
kobiecie, która chciała samotnie wybrać się na poszukiwanie córki.
– Aha. Powiedzmy, Ŝe coś rozumiem. – Wrócili do pań.
– Dixie, pozwól, Ŝe przedstawię ci mojego stryja, pana Vincenta Powersa.
– Miło mi. Mamo, to jest Jack Powers.
Jack ukłonił się i uścisnął upierścienioną dłoń.
– Bardzo mi miło.
Pani Osborn zaśmiała się perliście.
– My juŜ się znamy. Po telefonicznej rozmowie miałam wraŜenie, Ŝe się spotkaliśmy.
Proszę mówić mi po imieniu.
– Dobrze, proszę pani... Stryj mówił, Ŝe pani... Ŝe masz wielki dar przekonywania.
– Bałam się, Ŝe Dixie jest daleko w górach z jakimś maniakiem seksualnym. – Zrobiła
przepraszającą minę. – Oczywiście myślałam tak przed naszą rozmową, ale i tak wolałam
sprawdzić, jak wygląda sytuacja.
Dixie zamieniła się w słup soli.
Powoli jednak dotarła do niej świadomość, Ŝe naprawdę matka przyjechała na inspekcję.
A w dodatku zabrała krewnego Jacka.
Zakrawało to na kiepski Ŝart, w jakich gustowała Maggie. Podrzucenie zwiewnej koszuli
nocnej było drobiazgiem w porównaniu z nasłaniem dwuosobowej kontroli.
– Czy dobrze słyszałam coś o śniadaniu? – zapytała słabym głosem.
Gorączkowo szukała pretekstu, aby odciągnąć matkę na bok i powiedzieć o swych
rzekomych zaręczynach.
– Zawsze miałaś dobry słuch. – Pani Osborn odwróciła się do kierowcy mimo woli. –
Vinnie, bądź tak dobry i przynieś prowiant. Dixie chce pokazać mi, jak mieszka.
Jack z niedowierzaniem patrzył na stryja posłusznie spełniającego polecenie. Dixie
poprowadziła matkę, która rozglądała się z ciekawością.
– Opowiedz mi wszystko – zaŜądała pani Osborn, rozglądając się po domu. – Widzę, Ŝe
jest... bardzo duŜy.
Dixie znała matkę i wiedziała, jak ocenia dom; według niej na pewno jest bardzo
zaniedbany i brudny, stoi za daleko od innych ludzkich siedzib. Ona sama przymykała na to
oczy, poniewaŜ wolała widzieć jedynie moŜliwości zaadoptowania domu dla młodzieŜy.
Oprowadzając matkę, szeptem wtajemniczyła ją w sprawę „zaręczyn” i poprosiła o
dyskrecję.
MęŜczyźni wyjęli z bagaŜnika siatki z zakupami, zanieśli do kuchni i połoŜyli na stole.
Poprzednio za duŜy dom teraz zdawał się za mały z powodu dwojga nieproszonych gości.
Jack wolał nie analizować irytacji wywołanej tym, Ŝe odebrano mu chwile sam na sam z
Dixie. Był niezadowolony.
Nawet bardzo.
– Po co przywieźliście tyle jedzenia?
– Estelle nie mogła zdecydować się, co zabrać, bo nie wiedziała, co lubisz. – Pan Powers
wypakował drugą torbę. – Mamy naleśniki, parówki, bekon, sos, chleb, bułki, grzanki, płatki
owsiane, owoce. Na pewno nie zginiemy z głodu.
Jack usłyszał kroki na schodach i rozmowę. Pani Osborn mówiła coś podniesionym
głosem, ale początkowo nie mógł rozróŜnić poszczególnych słów.
– Dziecko, masz dwadzieścia siedem lat i jeŜeli chcesz się z kimś przespać, ja ci nie
zabronię. Jesteś dorosła, sama musisz podjąć decyzję. Jeśli nie mieliście ochoty nacieszyć się
sobą, to wielka szkoda.
– AleŜ mamo. – Spłoniona Dixie zerknęła na panów. Powiedziała matce o fikcyjnych
zaręczynach, więc nie rozumiała, o co chodzi. Podejrzewała jakieś knowania. – Jeszcze raz
powtarzam, Ŝe Jack i ja nie jesteśmy w Ŝaden sposób związani.
– Nie chcesz uciąć sobie romansu ze względu na Guya? – obojętnie zapytała czterokrotna
męŜatka.
Jack ulitował się nad Dixie. Starczyło mu to, czego dowiedział się poprzedniego dnia i
krótka osobista znajomość, by stwierdzić, Ŝe trzeba zdecydowanie wkroczyć do akcji.
– Przepraszam, Ŝe się wtrącę. Pani... twoja córka jest bardzo atrakcyjna, ale przysięgam,
Ŝ
e nie zrobiliśmy nic, o co narzeczony mógłby mieć pretensje.
Dixie Ŝachnęła się.
– Daj spokój. Jestem dorosła i potrafię sama za siebie mówić. – Nerwowym ruchem
odsunęła włosy opadające na oczy. – Mamo, jeszcze raz powtarzam, Ŝe łączy nas tylko chęć
wygrania konkursu.
– A ja powtarzam, Ŝe to wielka szkoda. Jack bardzo przypomina mi drugiego... nie,
trzeciego męŜa.
Dixie niecierpliwie tupnęła nogą, nie ulegało wątpliwości, Ŝe lada moment wybuchnie.
Dlatego Jack postanowił uspokoić ją... pocałunkiem. Zaskoczył Dixie, która w pierwszej
chwili chciała go odepchnąć, ale widocznie rozmyśliła się, bo nie stawiła oporu.
Mimo to Jack podejrzewał, Ŝe będzie musiał odpokutować uleganie impulsom.
I to niebawem.
Dixie zapomniała, co zamierzała powiedzieć, a zirytowały ją zapewnienia Jacka, Ŝe jej
reputacja nie doznała uszczerbku. Była oburzona, bo traktowano ją jak dziecko, które
wszystkim musi tłumaczyć się ze swych myśli i postępków.
Chciała się odsunąć, ale dało szybko przekonało umysł, Ŝe zaaplikowany przez Jacka
ś
rodek uspokajający będzie miał podwójnie pozytywny skutek.
Pocałunek trwał tak długo, Ŝe Dixie groziło uduszenie, więc jej matka chrząknęła głośno.
Jack opamiętał się i oderwał od słodkich ust, lecz nadal obejmował Dixie. Była mu
wdzięczna, poniewaŜ uginały się pod nią nogi i groził jej upadek. Zerknęła spod rzęs. Jack
miał nieodgadniona twarz i zaciśnięte usta. Czy to oznacza, Ŝe pocałunek wcale go nie
wzruszył?
– Brawo, chłopcze – zawołał pan Powers, energicznie potrząsając jego ręką. – Jesteś
godnym przedstawicielem naszego rodu. Grunt to zdecydowane działanie.
Dixie nie wiedziała, czy śmiać się, czy płakać. Co się tutaj dzieje? Jak się wycofać, nie
raniąc uczuć trzech zapewne Ŝyczliwych osób? Jack chyba uwaŜał, Ŝe swym postępkiem
rozładuje napięcie, a osiągnął to, Ŝe wzbudził chęć zemsty.
Co matka miała na myśli, mówiąc „wielka szkoda”? Dixie wytłumaczyła jej powód
rzekomych zaręczyn, więc zupełnie nie rozumiała takiego postępowania.
Nagle doznała olśnienia. Jest doskonałe wyjście! Z zemsty za lekcewaŜenie udusi Jacka
przy dwóch świadkach i tym samym zakończy konkurs. Proste jak obręcz. Jury przyzna
nagrodę jej i potrzebującej młodzieŜy. Tylko jak udusić wysokiego rywala? Na pewno nie
będzie czekał, aŜ niski kat wejdzie na krzesło, by dokonać egzekucji. Najlepiej byłoby
ustrzelić przeciwnika z broni palnej. Lecz skąd ją wziąć?
Jack widocznie odczytał mordercze myśli, bo przezornie stanął za stołem.
– Dixie oczywiście potrafi sama się bronić – rzekł pojednawczo – ale uwaŜam, Ŝe ja teŜ
muszę coś wyjaśnić. OtóŜ pamiętam, Ŝe ona jest zaręczona i zapewniam, Ŝe ja jestem
dŜentelmenem.
Dixie pociągnęła matkę za rękaw, a Jackowi oczyma wskazała drzwi.
NajwyŜszy czas porozmawiać.
Natychmiast.
Jack zrozumiał jej polecenie bez słów.
– Musimy wyprowadzić psy, więc na chwilę zostawimy miłych gości. – Wziął Dixie za
rękę i pociągnął w stronę wyjścia. – Proszę nam wybaczyć.
– Wybaczamy. Ale pamiętaj, córeczko, Ŝe chcę pomóc ci w przygotowaniach do ślubu.
MoŜe wesele na jesieni...
Dixie nie dosłyszała końca zdania, poniewaŜ Jack wyprowadził ją z kuchni. Gdy drzwi
się zamknęły, wyszarpnęła rękę.
– No, mądralo, jesteś zadowolony?
W kuchennym oknie ukazały się dwie twarze, więc Jack znowu schwycił Dixie i tym
razem jeszcze mocniej pociągnął za sobą.
– Psiakrew – zaklął. – Najpierw ukryta kamera, a teraz jawne podglądanie.
– Dokąd tak pędzisz? Zwolnij! – zawołała, biegnąc za nim.
– Przepraszam. – Zatrzymał się. – Czy twoja matka zawsze miała takie szerokie
„zainteresowania”?
– Twój stryj teŜ ma niewąskie – odcięła się. Gniewnie wsparła się pod boki. To
bezczelność zarzucać jej matce wścibstwo. Nawet jeśli bywa zanadto ciekawa, gdy nie trzeba,
Jack nie ma prawa jej osądzać. Tym bardziej Ŝe jego stryj teŜ przykleił nos do szyby.
Jack potarł brodę.
– Proponuję naprawienie tej komedii pomyłek, zanim będzie za późno.
– Patrzcie go, znalazł się naprawiacz. Nie pozwalam zarzucać mojej matce wścibstwa.
Dlaczego w ogóle się wtrącałeś? Czy boisz się, Ŝe po świecie rozejdzie się wieść o tym, Ŝe
spaliśmy w jednym łóŜku?
Czuła, Ŝe wpada w histerię, lecz nie panowała nad sobą. Noc spędzona u boku Jacka i
nieoczekiwane pocałunki wytrąciły ją z równowagi.
– Dziewczyno, uspokój się.
Wyraz jego twarzy powinien jej uświadomić, Ŝe lepiej działać ostroŜnie, ale zlekcewaŜyła
ostrzeŜenie.
– Sam skradasz się cichaczem i szpiegujesz ludzi, ale to nie oznacza, Ŝe kaŜdy...
Jack gwałtownie przyciągnął ją do siebie. Chciała jeszcze coś dodać, lecz zamknął jej
usta pocałunkiem.
Drugi raz tego samego ranka!
Instynktownie zarzuciła mu ręce na szyję. Coś, co zaczęło się jako próba powstrzymania
gniewnych słów, zmieniło się w rozkosz.
Dixie długo i gorąco oddawała pocałunki, ale wreszcie oprzytomniała, opuściła ręce,
odsunęła się.
Oj, źle ze mną, pomyślała niezadowolona.
NajlŜejsze pieszczoty powodowały, Ŝe traciła władzę nad kończynami i ustami, które
działały spontanicznie. Zdawała sobie sprawę z groŜącego niebezpieczeństwa, ale pragnęła
przytulić się do Jacka i znowu poczuć rozkosz, o jakiej dotychczas jedynie śniła.
Ośmieliła się spojrzeć na uwodziciela.
– Koniec z całusami. Odtąd będę bardzo rozsądna. Powiedz, czemu uwaŜałeś za stosowne
tłumaczyć się, jakbyśmy byli nastolatkami przyłapanymi na zdroŜnym uczynku?
– Twoja matka widziała rozgrzebane łóŜko i na pewno wyciągnęła błędny wniosek. Nie
chciałem, Ŝeby dostała spazmów.
– Mama miała czterech męŜów, więc widok w sypialni wcale jej nie zdziwił.
Przypominam szanownemu panu, Ŝe epoka wiktoriańska minęła juŜ dawno i teraz ludzie
trochę więcej wiedzą o łóŜkowych sprawach.
Jack zaczął przechadzać się po ścieŜce.
– Dziękuję łaskawej pani za przypomnienie. Pewno uwaŜasz mnie za człowieka starej
daty, ale nie chciałbym być posądzony o brak szacunku wobec kobiet. Wiadomość o tej nocy
chyba dotrze do twojego narzeczonego i dlatego wolałem mieć coś na obronę.
Odwrócił się, a Dixie wbiła wzrok w jego plecy. Ten atleta był Ŝywym dowodem, Ŝe
rycerscy męŜczyźni jeszcze nie wymarli. Fakt bardzo podnoszący na duchu. Czuła coraz
większy szacunek dla barczystego rywala dŜentelmena.
Zreflektowała się, Ŝe jej myśli biegną niewłaściwym torem i rozprasza się, gdy powinna
pamiętać o ośrodku, o młodzieŜy i o... narzeczonym.
– Wiesz, co ci powiem?
– Na razie nie wiem.
– Zostały nam dwa dni, które musimy przetrwać. Dobrze byłoby przeŜyć je w zgodzie, a
przynajmniej udawać zgodę przy świadkach. – Wsunęła ręce do kieszeni spodni. – Potem
przyjedzie pan Granger, rzuci monetę i poŜegnamy się, kaŜde pójdzie w swoją stronę.
Jack odwrócił się i długo na nią patrzył.
– Zgoda. Liczę na to, Ŝe twoja matka i mój stryj wieczorem odjadą.
– Ja teŜ na to liczę.
– Więc mamy tylko niecały dzień udawania, a na tyle chyba się zdobędziemy.
Rozwiązanie wydawało się zbyt łatwe, a rzeczy z pozoru łatwe, nigdy takie nie są. MoŜe
to będzie wyjątek od reguły. Czy wystarczy przestać myśleć o ustach Jacka? Tak.
Po powrocie do domu natychmiast zorientowali się, Ŝe mili goście przygotowali jakieś
zarzuty.
Dixie odwaŜnie stanęła przed dwuosobowym zespołem sędziowskim, jedną ręką trzymała
Jacka, a drugą podniosła, aby zapobiec przesłuchaniu.
– Szanowni państwo, bardzo chcemy, Ŝebyście przyjemnie spędzili z nami dzień.
Pani Estelle zamierzała coś powiedzieć, lecz córka ją powstrzymała.
– Sprawę ślubu przedyskutujemy w Denver.
– Słusznie – odezwał się pan Vincent. – Kochani, zjedzmy coś, zanim mój bratanek
padnie z głodu. MęŜczyźni z naszego rodu mają wilczy apetyt.
Pani Estelle zabrała się do nakrywania stołu, a Jack powiedział, Ŝe przyniesie fotel. Był
zadowolony, Ŝe moŜe wyjść i pozbierać myśli.
Przystanął na progu sypialni i popatrzył na pokój; pościel pognieciona, kwiaty rozrzucone
na podłodze, dogasający ogień w kominku.
Tak, sceneria sprzyjająca uwodzeniu... lecz niestety nie została wykorzystana. Noc
spędzona z Dixie upłynęła niewinnie.
No, prawie niewinnie. To, co krąŜy po głowie, nie liczy się i nie naleŜy się za to winić.
Dixie spała jak zabita, ale przez całą noc tuliła się do niego, co było prawdziwą torturą.
PrzeŜywał katusze, lecz nie uległ pokusom i podszeptom szatana.
Mimo niezaspokojonego poŜądania nigdy nie czuł się w łóŜku tak dobrze, jak podczas
tych długich godzin, gdy leŜał wsłuchany w oddech Dixie. Jak to moŜliwe?
Zdarzyło mu się to pierwszy raz w Ŝyciu.
Wyjrzał przez okno i zobaczył, Ŝe psy dziwnie się bawią.
Co one wyprawiają? O coś walczą? Nie, szarpią coś, ale bez złości.
Machnął ręką, wziął fotel i zszedł na dół. Postawił fotel przy stole i spojrzał na
zarumienioną Dixie.
Szkoda, Ŝe ta piękna dziewczyna jest zaręczona i dlatego nieosiągalna. Lepiej nie marzyć
o niej. Przypomniał sobie, jaki cel mu przyświeca. Dixie teŜ miała cel w Ŝyciu. Oboje
pragnęli... Nie, oboje potrzebowali tego samego.
Obojgu był potrzebny dom w górach.
– Stryju, mogę prosić cię na chwilę?
Zamierzał sprawdzić, czym psy się bawią oraz powiedzieć stryjowi o dziwnych
zdarzeniach w domu.
– JuŜ idę. Mam nadzieję, Ŝe panie wybaczą nam krótką nieobecność.
Szarmancki starszy pan ukłonił się i posłusznie wyszedł za bratankiem.
Jack starannie zamknął drzwi.
– Najpierw chcę zobaczyć, co robią psy.
Nadal były zajęte dziwną zabawą. Jack gwizdnął i Sadie natychmiast się odwróciła, a
Tigger sekundę później. W pysku trzymał kawał materiału.
Jack przykucnął i wyciągnął rękę.
– Daj panu.
Okazało się, Ŝe to porządna flanelowa koszula, przybrudzona jedynie tam, gdzie wlokła
się po ziemi. Nie naleŜała do Jacka, a dom stał daleko od najbliŜszych sąsiadów. CzyŜby
tajemniczy gość był tu niedawno? Lecz jak to moŜliwe, Ŝe psy zabrały mu koszulę?
Jack odwrócił się i spojrzał na stryja.
– Od naszego przyjazdu, a na pewno wczoraj, co najmniej raz ktoś zakradł się do domu.
– Zginęło coś?
– Nie. Osobliwa historia. Pierwszego dnia nic nie zauwaŜyliśmy. Ale gdy wczoraj
poszliśmy do sypialni, łóŜko było przygotowane, ręcznik w innym miejscu, na kołdrze świeŜe
kwiaty, w kominku rozpalony ogień. – Bezradnie rozłoŜył ręce świadom, Ŝe to brzmi
ś
miesznie. – Nic złego się nie stało, ale niepokoi mnie, Ŝe ktoś obcy kręci się w pobliŜu i
wchodzi do domu. Co będzie, jeśli zastanie Dixie samą?
– Rzeczywiście dziwne. Czy jesteś pewien, Ŝe to nie ona przygotowała sypialnię?
– Ona pierwsza zauwaŜyła tajemnicze zmiany i ją jeszcze bardziej intrygują. Chyba Ŝe
jest świetną aktorką i doskonale udaje. Dla bezpieczeństwa spaliśmy w jednym łóŜku. –
Rzucił psom patyk. – A rano była tu policja. Minęliście radiowóz, prawda?
– Tak. Długo się znacie?
– Niecały tydzień. Poznaliśmy się w dniu losowania nagrody.
– Bardzo krótka znajomość. – Pan Vincent uśmiechnął się znacząco. – Coś mi się zdaje,
Ŝ
e piękna rywalka juŜ cię zawojowała.
Jack był zdumiony, Ŝe stryj spostrzegł to, do czego on nie chciał przyznać się nawet przed
sobą.
– Trochę – wyznał z ociąganiem. Pan Vincent obejrzał koszulę.
– Nie jest wystrzępiona przy mankietach, nie ma śladów krwi... MoŜna przyjąć, Ŝe psy
znalazły ją na ziemi.
– Jest czysta, co oznacza, Ŝe nie przywlokły jej z daleka, bo wtedy byłaby brudniejsza
albo podarta. Ten człowiek krąŜył gdzieś w pobliŜu i pewnie wy go wystraszyliście.
Omiótł spojrzeniem drzewa. Zrobił to z przyzwyczajenia, bo oczywiście nie łudził się, Ŝe
dojrzy ukrytą tam postać.
– NaleŜałoby zawiadomić nie tylko szeryfa w Pagosa Springs.
– I co powiemy? śe ktoś traktuje nas jak miłych gości i przynosi kwiaty? Wiem o intruzie
zaledwie to, Ŝe nosi porządną koszulę. – Jack prychnął zniecierpliwiony. – Widziałem reakcję
policjantki, która tu była. Ona i jej mąŜ uwaŜają, Ŝe to nic powaŜnego. Jakaś lokalna historia.
– OstroŜność nie zawadzi. Podczas mojego pobytu będziesz miał dodatkowe oczy i uszy.
– Pan Vincent spojrzał na kuchenne okno. – Wolałbym nie niepokoić Estelle. Czy sprawa
moŜe zostać między nami?
Jack uśmiechnął się wymownie.
– Oj, widzę, Ŝe jeszcze ktoś został zawojowany. Jak długo stryj zna tę troskliwą matkę?
– Krócej niŜ ty jej córkę. – Starszy pan ruszył w stronę domu. – Nie wiem, jak ty, ale ja
solidnie zgłodniałem.
Jack szedł za nim, kręcąc głową. Pierwszy raz widział stryja naprawdę zainteresowanego
kobietą. Dotychczas jedyną jego pasją było prowadzenie pralni chemicznej. Jack chwilami
miał dość swej pracy, ale wiedział, Ŝe jako pomocnik stryja oszalałby z nudów.
KaŜdy człowiek wybiera swój los. Do pewnego stopnia, gdyŜ los czasami psuje najlepsze
plany.
Dixie spojrzała na wchodzących.
– JuŜ myślałyśmy, Ŝe utonęliście albo zostaliście porwani przez tajemniczego ducha.
– Córeczko, nie mów tak – skarciła ją matka. – Nie wolno Ŝartować z mieszkańców
zaświatów.
– Jakie zaświaty? Słyszałaś o duchu, który ścieli łóŜko, przynosi kwiaty, rozpala ogień?
Nasz intruz jest z krwi i kości.
– Tym gorzej. Pakuj się. – Pani Estelle wstała tak gwałtownie, Ŝe przewróciła krzesło. –
OdjeŜdŜamy.
– Chwileczkę. Zapominasz, ile mam lat. A poza tym, jeśli wyjadę, przepadnie mi
nagroda.
– Niewielka strata. CzyŜbyś zapomniała, Ŝe jestem twoją matką? Brak wygód moŜna
wytrzymać, ale zagroŜenie ze strony jakiegoś szaleńca to nie przelewki.
Jack głośno chrząknął.
– Proszę pani... Estelle, zapewniam, Ŝe gdybym wiedział, Ŝe Dixie grozi
niebezpieczeństwo, a był bez samochodu, na rękach zaniósłbym ją do Pagosa Springs.
Dixie powoli odwróciła się i spojrzała na niego rozświetlonymi wzrokiem. Jack nie był
pewien, czy miał przywidzenie czy naprawdę zobaczył światło w zielonych w oczach.
– Proponuję, Ŝebyśmy zjedli śniadanie, a potem pojechali do Pagosa Springs. Mamy
spędzić tu cztery dni, ale nie zabroniono nam wyjeŜdŜać na krótkie wycieczki.
Gdy zasiedli do stołu, zorientował się, Ŝe postąpił głupio. Gdyby lepiej rozegrał tę partię,
matka przekonałaby córkę, Ŝe naleŜy wracać do Denver, a on otrzymałby wygraną.
Spojrzał na stryja, który z uśmiechem patrzył na Dixie.
Czy wszyscy zawsze uśmiechają się do tej czarującej dziewczyny? Czy podziwiają jej
taneczny sposób poruszania się, jej inteligencję i poczucie humoru, jej...
Nie, to śmieszne, zdenerwował się Jack. Przyjechał tu w określonym celu; aby wygrać
dom dla ciotki, a nie po to, aby zawracać sobie głowę cudzą narzeczoną. NiewaŜne, jak
piękną i kuszącą.
Niedobrze, Ŝe coraz rzadziej myśli o zdobyciu nagrody, a coraz częściej o pięknej
rywalce.
O marzeniach lepiej w ogóle nie wspominać...
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
Godzinę później zgodnie krytykowali wyboistą drogę.
Jack mocno trzymał kierownicę, aby nie stracić panowania nad limuzyną, którą matka
Dixie koniecznie chciała jechać. Był coraz bardziej zdumiony, Ŝe stryj zdołał dotrzeć na
miejsce. Wynajęty wehikuł był niewiele lepszy od auta Dixie, której przyjazd teŜ graniczył z
cudem.
Psy miały pilnować posesji, lecz było prawie pewne, Ŝe wykorzystają nieobecność ludzi i
będą biegać dalej niŜ zwykle.
Jack zerknął na Dixie, ale w ostatniej chwili kątem oka dostrzegł spory kamień na środku
drogi. Gwałtownie skręcił, aby ominąć przeszkodę i uśmiechnął się zadowolony. Na początku
podróŜy stwierdził, Ŝe zarzucanie auta zmusza Dixie do przechylania się w stronę kierowcy.
Za kaŜdym razem, gdy go dotknęła, na jej policzki wypływał rumieniec.
Ładny widok.
Bardzo miły.
Milczenie przerwał pan Vincent.
– Zamierzacie popytać w mieście o poprzedniego właściciela domu?
Jack spojrzał w lusterko i zobaczył, Ŝe pani Estelle mocno zbladła. Ciekawe, skąd tak
duŜo odwagi u córki bojaźliwej matki.
– Nie zaszkodzi spróbować – odparł. – Chciałbym porozmawiać ze zwykłymi ludźmi, bo
wiem, co urzędnicy myślą o intruzie, który „dręczy” ofiary dobrymi uczynkami.
– Jeśli mam być szczera, bardzo mi Ŝal Billa Churcha. Jeśli to był on... – powiedziała
Dixie.
– Obrzydliwe zachowanie – zawołała jej matka. – Do czego to podobne, Ŝeby wchodzić
do cudzego domu i przekładać cudze rzeczy? Takiemu osobnikowi przydałaby się pomoc
lekarza, najlepiej psychiatry.
– Mamo, powinnaś mu współczuć, bo biedak został skrzywdzony w dniu ślubu.
Ukochana rzuciła go, nie chciała przyjąć najcenniejszego daru, jaki moŜna ofiarować. – Dixie
obejrzała się do tyłu. – O ile to Bill Church do nas przychodzi, a nie wiemy na pewno. Ja
serdecznie mu współczuję. Pokochał niewdzięcznicę i stracił wielkie, piękne marzenie, a to
trudno przeboleć.
Otworzyła okno, przymknęła oczy i wystawiła twarz na powiew wiatru.
Jack zmusił się, by patrzeć na drogę, a nie na sąsiadkę. Zazdrościł włosom muskającym
brzoskwiniowe policzki. Po nocy spędzonej w jednym łóŜku wiedział, jaką Dixie ma skórę.
Jedwabiście gładką, pachnącą.
Skóra była czysta i świeŜa, ciepła i zapraszająca, a jednocześnie... surowo zabroniona.
Romans z narzeczoną innego męŜczyzny był niemoŜliwy.
Resztę podróŜy przebyli w milczeniu. Nikt nie miał ochoty wygłaszać opinii o
tajemniczym osobniku.
Jack zastanawiał się, dlaczego Dixie tak emocjonalnie broni budowniczego Crazy Creek
Lodge. Miał wyczulony słuch i dlatego w tonie, jakim mówiła, dostrzegł tęsknotę za
pięknymi marzeniami. Pozornie Dixie była logicznie myślącą realistką, lecz miała serce
marzycielki.
Pochodziła z rozbitej rodziny, a jednak zdołała zachować optymizm, wiarę w ludzi.
Pracowała z trudną młodzieŜą, więc z konieczności poznała ciemną stronę Ŝycia. Mimo to
wciąŜ miała usposobienie Pollyanny, szczerze współczuła tym, których doświadczał los.
– Widziałeś znak?
Pociągnęła go mocno za rękaw i sprowadziła na ziemię. Ciekawe, czy długo starała się
zwrócić mu uwagę. Miała gniewnie zmarszczone brwi, więc zapewne trochę to trwało.
CzyŜby posądzała go, Ŝe ją lekcewaŜy?
Nie lekcewaŜył. Wręcz przeciwnie. Poświęcał jej stanowczo za duŜo uwagi.
– Przepraszam. Nic nie zauwaŜyłem, bo myślałem o czymś, co stale chodzi mi po głowie.
– Rozgrzeszył się, poniewaŜ tylko trochę rozminął się z prawdą. – Jaki znak widziałaś? Coś
waŜnego?
Dixie zorientowała się, Ŝe za długo trzyma dłoń na jego rękawie. Cofnęła rękę, a Jackowi
zrobiło się przykro.
– Na szczęście nie było to ostrzeŜenie o niebezpieczeństwie, tylko informacja, Ŝe do
Pagosa Springs jest pięć kilometrów.
Teraz droga była mniej wyboista, co miało ten plus, Ŝe skończyło się omijanie dziur, ale i
ten minus, Ŝe Dixie przestała opierać się o kierowcę.
Jack pomyślał, Ŝe droga jest coraz lepsza, a z nim coraz gorzej. NajlŜejsze dotknięcie
powodowało nową falę poŜądania. Dlaczego tak się dzieje? Bo piękna Dixie jest teŜ
wyjątkową kobietą?
Wyglądało na to, Ŝe tak.
Dteie z ciekawością patrzyła na miasto, które poprzednio widziała krótko i nocą.
LeŜało wśród porośniętych lasem wzgórz, toteŜ widok był bardzo malowniczy. Po jednej
stronie znajdowało się jezioro, którego powierzchnia lśniła w promieniach słońca
wychylającego się zza szczytów.
Ładna, spokojna okolica, ale na razie moŜna jedynie marzyć o tym, by tu zamieszkać.
Czy po rzuceniu monety to pragnienie na zawsze pozostanie w sferze marzeń? Co stanie się z
dziećmi z ośrodka? Nie były jej własne, nie nosiła ich pod sercem przez dziewięć miesięcy,
lecz wszystkie miały jakieś miejsce w jej sercu. Postanowiła, Ŝe niezaleŜnie od wyniku
konkursu znajdzie sposób, by zmienić Ŝycie swych podopiecznych na lepsze.
Z zamyślenia wyrwała ją matka, która dość ostro zapytała:
– Słyszałaś, co mówiłam?
– Nie. Przepraszam – Gdy przejeŜdŜaliśmy przez tę mieścinę, zauwaŜyłam znak o
gorących źródłach. Jak sądzisz, są higieniczne?
Pytanie rozbawiło Dixie. Dobrze wiedzieć, Ŝe pewne rzeczy są niezmienne, a jedną z
owych stałych był strach matki przed zarazkami.
– Źródła podlegają ministerstwu zdrowia, więc kąpiel powinna być bezpieczna.
Starsza pani klasnęła w ręce.
– Vinnie, sprawdźmy, jak się pływa w ciepłej wodzie.
– Niezły pomysł. Mój bratanek mógłby popisać się skokami, z których zasłynął na
studiach.
– Reprezentowałeś uczelnię? – spytała Dixie.
Jack skręcił na główną ulicę biegnącą przez całe miasteczko.
– Ukończyłem studia tylko dzięki temu, Ŝe przyznano mi stypendium dla członków
reprezentacji.
Dixie omiotła jego sylwetkę spojrzeniem, które według niej było ukradkowe, ale
oczywiście Jack wyczuł jej wzrok.
– Wiem, Ŝe nie jestem zbudowany jak rasowy pływak, ale sport opłacił mi studia.
– Ja z kolei wiem, Ŝe nie jestem kapryśna, ale... – odezwała się pani Estelle.
Dixie prędko spojrzała na drogę, aby ukryć uśmiech cisnący się na usta. Znała wady swej
rodzicielki i uwaŜała, Ŝe jest bardzo kapryśna. Na szczęście w granicach rozsądku.
– Ale co?
– Nie zabraliśmy kostiumów kąpielowych.
Jack rzucił Dixie spojrzenie, od którego zrobiło jej się ciepło w okolicy serca.
– Tę przeszkodę bardzo łatwo usunąć – powiedział. – Jedna połowa wycieczki pójdzie po
kostiumy, a druga po informacje o budowniczym domu.
Pani Estelle klasnęła w dłonie.
Jack zostawił matkę Dixie i swego stryja przed największym sklepem i pojechał na
parking dla turystów. Wyłączył silnik, szybko przeszedł przed maską i otworzył drugie drzwi.
Dixie była mile zdziwiona.
– Och, dziękuję.
– Bardzo proszę.
Intrygowało go, czy jest pierwszym męŜczyzną, który zachowuje się wobec niej
szarmancko.
Weszli do małego budynku, w którym na duŜej tablicy wisiały ogłoszenia i informacje o
atrakcjach Pagosa Springs. Obok dokładna mapa miasteczka.
– Czym mogę państwu słuŜyć? – zapytała uśmiechnięta siwowłosa kobieta.
Jack dyskretnie przeczytał jej imię i nazwisko.
– Dzień dobry. Chcielibyśmy najpierw obejrzeć Pagosa Springs, a potem popływać.
– Państwo tu na długo?
– Tylko na kilka dni. Zatrzymaliśmy się w Crazy Creek Lodge.
Uprzejmy uśmiech natychmiast zniknął.
– O, to ciekawe.
Dixie stanęła obok Jacka.
– Dzień dobry. Czy pani moŜe nam poradzić, do kogo zwrócić się po informację o domu,
w którym mieszkamy? Jest bardzo ładny, więc chcielibyśmy poznać jego historię.
Było niemal słychać działanie trybików w mózgu pani Grey, która zastanawiała się, co
powiedzieć i w jakiej kolejności. Rozejrzała się, aby sprawdzić, czy nie ma innych
interesantów.
– Ja na niczym się nie znam. Radzę porozmawiać z Clydeem Churchem, bo Bill jest jego
stryjem.
Jack wolałby usłyszeć historię z ust kogoś postronnego, poznać ją z innego punktu
widzenia.
– Z panem Churchem rozmawialiśmy dziś rano. Miałem nadzieję, Ŝe postronna osoba
rzuci inne światło na sprawę albo poda inne szczegóły.
– Przyznam się państwu, Ŝe w naszej rodzinie nie lubimy o tym mówić.
Dixie pytająco spojrzała na Jacka. Intrygowało ją, czy trafili do kolejnej osoby
spokrewnionej z bohaterami wydarzeń. Dziwny zbieg okoliczności.
– Cynthia jest moją kuzynką...
Pani Grey smutno westchnęła, ale westchnienie było mylące, poniewaŜ wyraźnie cieszyła
się, Ŝe ma słuchaczy. Szerokim gestem poprosiła ich, by przeszli dalej, gdzie przed
kominkiem stała obita skórą kanapa oraz dość wygodne krzesła.
W kominku palił się ogień, mimo Ŝe zbliŜał się koniec kwietnia.
Dixie i Jack usiedli na kanapie, a pani Grey stanęła przy kominku.
– Cynthia zawsze była niepowaŜna, lekkomyślna. To niewybaczalne, Ŝe złamała
biedakowi serce.
Jack gotów był załoŜyć się, Ŝe mieszkańcom Pagosa Springs nigdy nie sprzykrzy się
opowiadanie tej historii. Pani Grey przysunęła sobie krzesło i usiadła.
– Cynthia wyjechała stąd, Ŝeby dalej się uczyć i wróciła dopiero po kilku latach. Pewnego
dnia Bill zobaczył ją na zabawie i zakochał się od pierwszego wejrzenia. Był bardzo
nieśmiały, nie umiał rozmawiać z dziewczynami, ale tym razem zebrał się na odwagę i
poprosił Cynthię do tańca.
Starsza pani zaczęła chichotać na wspomnienie widoku, jaki przedstawiała para. Jack
pochylił się do przodu, a Dudę niecierpliwie bębniła palcami o krzesło. Po minucie
zreflektowała się, Ŝe nie wypada okazywać zniecierpliwienia, więc mocno splotła palce i
połoŜyła ręce na kolanach.
Pani Grey jeszcze raz i drugi parsknęła śmiechem, ale wreszcie spowaŜniała.
– Na czym to ja skończyłam? Aha, potańcówka. Cynthia była wysoka, a Bill niski, więc
tworzyli niezdarną parę. Ale Bill przez cały wieczór patrzył w Cynthię jak w obraz. I potem
ś
wiata poza nią nie widział.
Za ich plecami rozległo się chrząknięcie. Dixie odwróciła głowę i zobaczyła matkę oraz
pana Vincenta.
Ciekawe, jak długo tam stali i co słyszeli.
Pani Estelle wyjęła chusteczkę i ostroŜnie wytarła oczy. Matka i córka były bardzo
uczuciowe.
Jack uśmiechnął się do pani Grey.
– Wiemy, Ŝe Bill Church stracił dom. Czy pani moŜe nam powiedzieć, jak do tego
doszło?
– Na pewno państwo słyszeli, Ŝe biedak został porzucony dosłownie przed ołtarzem. Po
tak okrutnej złośliwości zamknął się w sobie, odsunął od ludzi. Brał róŜne prace, Ŝeby spłacić
poŜyczkę zaciągniętą na budowę domu. Po pewnym czasie niestety okazało się, Ŝe koszty
przerosły jego moŜliwości, więc juŜ nie płacił podatków. Wydziedziczono go właśnie za
zaległości podatkowe.
– Co było potem? – szepnęła Dixie.
– Właściwie nic. Bill od czasu do czasu przychodzi do miasta, ale nadal milczy. Mało kto
słyszał jego głos.
Dixie czuła się tak samo przygnębiona, jak podczas słuchania opowieści Clyde’a
Churcha. Zgarbiła się, pogrąŜyła w smutnych myślach.
Jack wstał i wyciągnął do niej rękę. Dixie spojrzała na niego trochę nieprzytomnie.
Wreszcie podała mu dłoń i wstała.
– Dziękuję.
– Nie ma za co.
– Jesteśmy pani bardzo wdzięczni za to, Ŝe poświęciła nam tyle czasu i opowiedziała tę
smutną historię. Czy ktoś w Pagosa Springs wie, gdzie moŜna znaleźć pana Billa Churcha?
Chcielibyśmy poznać człowieka, który własnoręcznie zbudował piękną chatę.
– Nikt nic pewnego nie wie, bo on Ŝyje jak pustelnik. Nagle pojawia się i nagle znika.
Nigdy nie wiadomo, kiedy tu będzie.
Zadzwonił dzwonek przy wejściu, więc pani Grey pośpieszyła do kolejnych turystów.
Pani Estelle wzdrygnęła się, jakby zmarzła.
– Strasznie smutna historia. – Spojrzała na Jacka. – Czy podejrzewasz, Ŝe to dawny
właściciel ukradkiem wchodzi do domu?
– Tak.
– Jakie masz wobec niego zamiary? Chyba nie zrobisz mu nic złego?
– Mamo, co za pytanie! Jack wobec nikogo nie ma złych zamiarów. – Dixie zerknęła na
niego. – Panie przewodniku, co teraz robimy?
– Idziemy popływać. Nasz tajemniczy gość jest nieszkodliwy, więc nie wypada traktować
go jak niebezpiecznego zbrodniarza.
Dixie była mu wdzięczna za taką odpowiedź. Cieszyła się, Ŝe Jack ma dobre serce i pod
pozornie szorstką powłoką kryje się duŜo ciepłych uczuć, troska o bliźnich. Wolałaby nie
wiedzieć o tym, Ŝe Jacek ma szlachetne marzenia, które mogą spełnić się dzięki wygranej.
To komplikuje sprawę, w takiej sytuacji znacznie trudniej być egoistką.
Głowiła się, jak zmienić miejsce nieziszczonych marzeń na miejsce, w którym marzenia
się spełniają.
Istniało tylko jedno rozwiązanie. Było trudne do pomyślenia, a tym bardziej do
przeprowadzenia.
Pani Estelle, która bacznie obserwowała córkę i Jacka, zauwaŜyła, jak ze sobą
rozmawiają, jak na siebie patrzą, gdy sądzą, Ŝe nikt ich nie widzi.
Bystra obserwatorka prędko doszła do wniosku, Ŝe oboje są niedoświadczeni w sprawach
sercowych. Nie posiadali nawet takiej mądrości, jaką Bóg obdarzył najlichsze stworzenia.
Nic dziwnego, Ŝe Dixie ze strachu wymyśliła rzekomego narzeczonego.
Jak pomóc tym dwojgu? Co zrobić, aby przestali bać się miłości?
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
Dixie jeszcze raz obejrzała się w lustrze. Nie rozumiała, dlaczego matka kupiła taki skąpy
kostium kąpielowy! CzyŜby coś ją na chwilę oślepiło?
Kupno stroju kąpielowego zostawiła matce, poniewaŜ wolała szukać informacji o
nieszczęsnym Billu Churchu. Miała zaufanie do eleganckiej rodzicielki, sądziła, Ŝe wybierze
coś gustownego, przyzwoitego.
Niestety, srodze się zawiodła.
Teraz była zła na siebie, Ŝe nie potrafiła ostro zaprotestować, nawet zaklęła, co rzadko się
jej zdarzało. Gdyby nie chodziło o najbliŜszą osobę, za zrobienie takiego zakupu skazałaby
winowajczynię na więzienie albo sprowadziła na nią wszystkie plagi egipskie.
Strój kąpielowy wybrany przez kochającą matkę był wyzywający. Nawet trudno nazwać
strojem coś, co składa się z mikroskopijnych trójkątów i wąskich pasków.
Dixie wstydziła się paradować w nim przed obcymi ludźmi, a szczególnie przed Jackiem.
Temperatura ich kontaktów była bliska wrzenia, a nieprzyzwoity kostium na pewno podniesie
ją jeszcze o kilka stopni.
– Mamo, coś ty kupiła! – krzyknęła ze złością. – Lepiej zostań w kabinie, bo mam zamiar
cię ukatrupić.
Pociągnęła materiał z tyłu, aby bardziej zakryć pośladki, ale wtedy zupełnie obnaŜyła
brzuch. Był płaski, lecz nie powinien cały być na widoku.
– Kochana, nie denerwuj się – zawołała pani Estelle. – Wybrałam bikini idealne dla
ciebie. Będziesz ślicznie wyglądać. Masz zgrabną figurę, więc nie rozumiem, czemu
pruderyjnie ją zakrywasz. W naszej rodzinie kobiety słyną z talii osy. Czas najwyŜszy, abyś
pokazała, Ŝe nie przynosisz nam wstydu.
– To nie pora ani miejsce na takie rozmowy.
Dixie uwaŜała, Ŝe w jej wieku juŜ nie wypada pokazywać się w skąpym bikini.
Tupnęła nogą. Nie, nie podda się tyranii mody. Nie jest kobietą, która lubi wyglądać
wyzywająco i zwracać na siebie uwagę strojem... albo jego brakiem. Przez chwilę
zastanawiała się, jakie wyjście wybrać: pokazać się ludziom półnago czy ubrać się z
powrotem i zrezygnować z pływania.
Bardzo lubiła pływać i dlatego zebrała się na odwagę. Trzeba robić dobrą minę do złej
gry, aby nie zdradzić, Ŝe w skąpym stroju czuje się fatalnie.
Chyłkiem wyszła z kabiny i stanęła przed sąsiednią.
– Mamo, pokaŜ się. Chcę zobaczyć, w czym ty wystąpisz. Pani Estelle uchyliła drzwi.
– Czy szczerze powiesz mi, jak wyglądam? Panicznie boję się śmieszności. Nie mam juŜ
takiej figury jak dawniej, a nie chcę udawać kogoś, kim nie jestem.
Otworzyła drzwi na ościeŜ.
Dixie zaniemówiła z podziwu. Czerwony jednoczęściowy kostium był dość mocno
wycięty, ale gustowny. Sama wybrałaby coś takiego dla matki.
– W tym stroju jesteś na pewno sobą.
Zadowolona Estelle okręciła się naokoło.
– Ciekawe, co Vinnie powie. Jak myślisz córeczko, spodobam mu się?
Dixie widziała po błysku w oczach, Ŝe matka jest Ŝywo zainteresowana nowym
znajomym.
– JuŜ się w nim zadurzyłaś?
– To wyjątkowy człowiek.
– Dlaczego tak uwaŜasz?
– Trudno powiedzieć. Po prostu intuicyjnie czuję, Ŝe jest nadzwyczajny. Prawdziwy
dŜentelmen. Przepuszcza mnie w drzwiach, pomaga wysiąść z samochodu, jest delikatny,
często pyta mnie o opinię w jakiejś sprawie. I wiesz, on naprawdę mnie słucha. Bardzo
korzystnie wypada w porównaniu z większością męŜczyzn.
Dixie miała wraŜenie, Ŝe matka mówi o Jacku, a nie o jego stryju. Opis idealnie pasował,
poniewaŜ Jack teŜ był wyjątkowy pod kaŜdym względem. A co najwaŜniejsze, całował tak,
jak sobie wymarzyła.
Niestety był rywalem do nagrody.
Czyli przeszkodą w urzeczywistnieniu marzenia.
Tak samo, jak ona dla niego.
Poza tym był związany z Emmą.
Co za pech! Nareszcie spotkała męŜczyznę, do którego rwie się serce, a akurat on jest
rywalem w konkursie.
Sprawę komplikuje teŜ fakt, Ŝe matka zadurzyła się w jego stryju.
Czy to nie złoŜona sytuacja?
Jack zarzucił ręcznik na ramiona, wyszedł z kabiny i rozejrzał się. Pań nigdzie nie było.
Po chwili zauwaŜył Dixie. Lecz czy to naprawdę ona?
Nie przewidział, jak będzie wyglądała w kostiumie kąpielowym. Nawet w najśmielszych
marzeniach nie widział takiego cudnego zjawiska.
Cofnął się i ukrył w cieniu. Dixie pochyliła głowę, miała twarz zasłoniętą włosami, co
oznaczało, Ŝe jest zaŜenowana.
Czego się wstydzi?
I dlaczego nagle owija się ręcznikiem? PrzecieŜ nie jest zimno. Czy naprawdę wstydzi się
pokazać ludziom w bikini? Dotychczas był przekonany, Ŝe wszystkie pięknie zbudowane
dziewczyny lubią nosić skąpe stroje kąpielowe.
Hm, na podstawie tego, co wie o Dixie, moŜna przypuszczać, Ŝe to jest jej pierwsze
bikini. Ta śliczna istota była pełna sprzeczności. Czasami namiętna dojrzała kobieta, a kiedy
indziej zaŜenowana, nieśmiała dziewczyna. Teraz ma bikini, którego widok burzy
męŜczyznom krew.
Stryj przywołał go do siebie.
– Estelle kupiła bardzo twarzowe kostiumy, prawda?
– Bardziej do figury niŜ do twarzy – skomentował Jack. Wymownie spojrzał na Dixie,
która wyŜej uniosła głowę.
Zrozumiał, Ŝe nerwy odmawiają jej posłuszeństwa, lecz nie przyzna się do tego. Taka juŜ
była.
Starsi państwo usiedli na brzegu basenu i zamoczyli nogi w parującej wodzie.
– Idziemy w ich ślady czy skaczemy na łeb, na szyję? – zapytał Jack z szelmowskim
uśmiechem.
Dixie pobladła, ale odrzuciła ręcznik.
– Ja nurkuję. Ciekawe, czy mnie dogonisz. Podbiegła do basenu i zniknęła w wodzie.
Jack lubił kobiety, które dobrze pływają, a jeszcze bardziej takie, które odwaŜnie idą w
zawody, nie wycofują się. Popłynął za nimfą w Ŝółtym bikini.
Pan Vincent świetnie naśladował Humphreya Bogarta, więc otrzymał entuzjastyczne
brawa. Wprawdzie tylko jednej pary rąk, ale za to bardzo głośne.
Dixie była zamyślona, nic nie widziała i nie słyszała. Dla niej istniał jedynie męŜczyzna,
obok którego siedziała, a który w basenie ścigał ją tak wytrwale, Ŝe w końcu musiała uznać
się za pokonaną.
Zrozumiała, dlaczego wybrano go do druŜyny na uczelni. Miał ciało greckiego boga i
pływał z taką łatwością, jakby urodził się ze skrzelami i płetwami. Przyjemnie było go
obserwować.
– Córeczko, teraz twoja kolej. Zaśpiewaj nam „Jolene”. Robisz to wspaniale.
Dixie nie chciała psuć nastroju, więc spełniła prośbę. Słuchacze odnieśli wraŜenie, Ŝe z jej
ust dobywa się głos Dolly Parton.
Gdy przebrzmiała ostatnia nuta, rozległy się gromkie oklaski.
– Bis! Bis! Prosimy o powtórkę. Lub o coś innego. Dixie zarumieniła się.
– Zaśpiewam, ale w duecie. Który z panów będzie mi towarzyszył?
Jack zajechał przed dom i wyłączył silnik.
– Ja nie będę się popisywał. Za Ŝadne skarby. Dixie chciała otworzyć drzwi, ale ją
powstrzymał.
– Zaczekaj.
UwaŜnie omiótł spojrzeniem dom, po czym wykręcił głowę i popatrzył do tyłu.
– Czemu tak patrzysz? – szepnęła zaniepokojona Dixie.
– ZauwaŜyłaś coś szczególnego?
– Ja nic... Och, nie ma psów! – Rozejrzała się niespokojnie. – Powinny przybiec.
Jack zasępił się.
– Znam Tiggera. Podczas mojej nieobecności przypomina mu się, Ŝe ma być stróŜem i nie
pozwala obcym podejść do drzwi. Wytresowałem go dla bezpieczeństwa Emmy.
Dixie zrobiło się przykro.
– Panie zostają – zadecydował pan Vincent. – My sprawdzimy, czy w domu wszystko jest
po staremu. To potrwa kilka minut.
Jack uśmiechnął się krzywo.
– Stryj ogląda za duŜo kryminałów.
– Ale dzięki temu wiem, jak naleŜy postępować. Długo jeszcze będziemy gadać po
próŜnicy?
– Jestem pewien, Ŝe paniom nic „nie grozi, ale na wszelki wypadek zablokujcie drzwi –
polecił Jack.
Po jego odejściu poirytowana Dixie uznała, Ŝe nie jest słaba i bezradna, więc nie musi
siedzieć zamknięta.
– Ja teŜ idę się rozejrzeć – oznajmiła stanowczo.
– Nie naraŜaj się. Jack kazał nam zostać w samochodzie, zablokować drzwi.
– Co z tego?
– Powinnyśmy być posłuszne. Ale ty zawsze byłaś niezaleŜna, stawiałaś na swoim. – Pani
Estełle połoŜyła rękę na klamce. – Pójdę razem z tobą... Och!
Dixie cofnęła się i uderzyła się w głowę. Potarła bolące czoło, wyprostowała się i...
ujrzała to, co przeraziło matkę.
Przed samochodem stał szpakowaty, lekko przygarbiony męŜczyzna. Miał starannie
uczesane włosy, ogoloną twarz i czystą flanelową koszulę.
Nieznajomy powoli przechodził przed maską.
Dixie za późno poŜałowała, Ŝe nie posłuchała Jacka. Dlaczego zawsze zachowuje się,
jakby nie miała ani krzty rozsądku?
Nagłe dostrzegła, Ŝe męŜczyzna ma w ręce bukiet kwiatów. Spojrzała na twarz i w
bladoniebieskich oczach ujrzała odbicie tego, co on zapewne widział w jej oczach:
ostroŜność, obawę i... nadzieję.
Zdecydowanie otworzyła drzwi.
– Co ty wyczyniasz? – zawołała pani Estelle piskliwym głosem.
Człowiek zatrzymał się, w jego oczach mignął strach, spojrzał w stronę lasu. Było
oczywiste, Ŝe chęć ucieczki walczy z pragnieniem, by zbliŜyć się do drugiego człowieka.
– Idę przywitać się z naszym gościem – cicho powiedziała Dixie. – Nie mam czego się
bać.
Wysiadła i stanęła naprzeciw nieznajomego. Był niewiele wyŜszy od niej i nie tak stary,
jak początkowo sądziła. Pochylona postawa i zmarszczki sprawiały, Ŝe wydawał się starszy,
niŜ był w istocie.
– Serdecznie pana witam.
Powiedziała to powoli i cicho, aby nie wystraszył się jeszcze bardziej. Nie ulegało
wątpliwości, Ŝe toczy wewnętrzną walkę, ale jednak postanowił zostać. Nieśmiało wyciągnął
rękę z bukietem.
– To dla pani – rzekł cicho.
Głos miał łagodny, ale zachrypnięty, jakby rzadko uŜywany.
Biorąc kwiaty, Ducie uśmiechnęła się ciepło.
– Dziękuję. Są prześliczne. Tamte teŜ były od pana? – Tak.
– Jedne i drugie piękne. – Powąchała kwiaty i znowu się uśmiechnęła. – Jestem Dixie
Osborn.
– Wiem. MęŜczyzna cofnął się.
– Proszę nie odchodzić. – Opanowała chęć, by schwycić go za rękę i zatrzymać. – Pan
Bill Church, prawda?
W smutnych oczach pojawił się strach, a Dixie pomyślała, Ŝe musi coś zrobić, aby
odludek nie uciekł.
– Bardzo się cieszę, Ŝe pana poznałam. I pański piękny dom. Widać, Ŝe pan ma talent w
rękach.
– To juŜ nie mój dom.
W wypowiedzianych szeptem słowach był wielki ból. Jak na to zareagować?
– Oficjalnie nie, ale włoŜył pan w niego tyle serca, tyle twórczej inwencji, Ŝe część
domu... jego dusza zawsze będzie do pana naleŜeć. Piękne marzenia zostawiają niezatarty
ś
lad.
– Co pani zrobi, jeŜeli dostanie dom?
Dixie zdziwiła się, Ŝe nieśmiały odludek wie o konkursie radiowym.
Jak w kilku słowach wyrazić wszystkie marzenia, całą nadzieję związaną z tym domem?
Wystarczą trzy słowa.
– Pragnę pomagać dzieciom.
Na wymizerowanej twarzy pojawił się uśmiech, który rozjaśnił przygasłe oczy.
– Bardzo się cieszę, bo ja dawno temu chciałem, Ŝeby tu było duŜo dzieci.
– MoŜliwe, Ŝe ja nie otrzymam nagrody, ale jestem pewna, Ŝe Jack teŜ ma szlachetne
plany.
Nie wiedziała, co rywal zamierza zrobić, lecz przypisywała mu wzniosłe pobudki.
– Tylko jedna osoba wygra.
– Wiem.
Nieśmiały odludek odwaŜył się podejść do niej i spojrzeć prosto w oczy.
– Wszystko jest zapisane w gwiazdach. Co ma być, to będzie. Właśnie tak.
Lekko dotknął jej ręki, odwrócił się i odszedł.
Powoli, bez pośpiechu.
Dixie pragnęła go pocieszyć, powiedzieć mu, Ŝe nie wszystko stracone, bo inne marzenia
mogą się spełnić.
Niestety odszedł, nim się na to zdecydowała. Zniknął, ale dowodem jego obecności były
kwiaty.
Jack jeszcze trochę poczekał, a potem wyszedł zza swego wozu. Zdenerwował się, gdy
przez okno zobaczył, Ŝe do samochodu zbliŜa się obcy męŜczyzna. W pierwszej chwili chciał
biec, aby nie pozwolić intruzowi niepokoić kobiet. Opanował się jednak, chyłkiem przekradł
się w pobliŜe, aby ratować Dixie, gdy zajdzie potrzeba. Stał bardzo blisko, więc wszystko
słyszał.
Wzruszyło go to, co powiedziała o swym marzeniu i o jego planach, których przecieŜ nie
znała. Podszedł do niej.
– Widziałeś go?
– Tak.
– Jest bardzo delikatny, subtelny.
– Dlatego nie interweniowałem. – Jack przytulił ją i oparł brodę na jej głowie. – A ty
jesteś bardzo odwaŜna.
– Dziękuję, Ŝe nie przeszkodziłeś mi w rozmowie.
Pani Estelle wysiadła z samochodu, a pan Vincent wyszedł z domu.
Jack zamyślił się o Billu Churchu. Zrobiło mu się Ŝal człowieka, który zmarnował Ŝycie z
powodu niespełnionego marzenia. I zastanowił się, czy moŜe uczynić coś, Ŝeby Dixie nie
spotkało to samo.
Przytulił ją mocniej. Jeszcze nie zadecydował, jak postąpi, ale wiedział, Ŝe musi coś
zrobić, aby jej marzenie się spełniło.
Dixie zdołała przekonać matkę, Ŝe nocleg w Pagosa Springs będzie wygodniejszy.
Tłumaczyła, Ŝe dom ładnie wygląda w ciągu dnia, ale brakuje światła i wody, są tylko dwa
łóŜka, więc czterem osobom będzie niewygodnie.
Zapatrzona na odjeŜdŜający samochód, słuchała wewnętrznego głosu mówiącego, Ŝe to
będzie ostatnia noc przed rozstrzygnięciem konkursu. Czy z tego powodu zaleŜało jej, aby
być w domu tylko z Jackiem?
Gdy w dali ucichł warkot samochodu, poczuła się nieswojo. Nadal śpiewały ptaki i
szumiały drzewa, lecz ona słyszała wyłącznie głośne bicie serca.
Jack rzucił psom patyki. Zdawał się nieświadom napięcia, podniecenia, które narastało
między nimi. Dixie zastanawiała się, czy pozostał wobec niej zupełnie obojętny. Czy poniosła
ją wyobraźnia?
Jack odwrócił się i ujrzał wpatrzone w siebie oczy. Dixie nie zdąŜyła schylić głowy,
ukryć uczuć wypisanych na twarzy.
A jego rozpalony wzrok duŜo zdradził. Zrozumiała, Ŝe Jack bardzo jej pragnie. Nie
wiedziała, czy Ŝywi wobec niej jakieś głębsze uczucie, ale była pewna, Ŝe oboje rozpaliło
wielkie poŜądanie.
Spuściła oczy i chrząknęła.
– Pójdę się wykąpać.
– UwaŜaj, miej oczy otwarte. Tym razem zostaw rzeczy wysoko na krzaku.
Dixie uśmiechnęła się. Chętnie podziękowałaby skunksowi za to, Ŝe zasnął na jej ubraniu.
Po jej odejściu Jack zaczął robić pompki.
Dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści. Doszedł do osiemdziesięciu i bezsilnie opadł na
trawę. Ćwiczenie spełniło zadanie i oderwało myśli od kuszącej rywalki.
Niestety jedynie na bardzo krótko; marzenia o pocałunkach i pieszczotach wróciły bardzo
prędko.
– Cholera! – zaklął. – Co się ze mną dzieje?
Nie wiedział, jak i kiedy Dixie przebiła jego pancerz ochronny. Był zły, bo wolałby
skupić się wyłącznie na osiągnięciu celu, nie zastanawiać się, jak jego wygrana wpłynie na
los rywalki i jej podopiecznych.
Lecz stało się to niemoŜliwe.
Dixie zawojowała go.
Był wdzięczny stryjowi, Ŝe bez dyskusji zgodził się nocować w mieście, bo pragnął
spędzić jeszcze trochę czasu sam na sam z Dixie. Będą sami, lecz nie wiedział, jak powinien
postąpić.
A dotychczas zawsze był wszystkiego pewien.
Wiedział, czego chce i jak to zdobyć.
Dlaczego teraz opuściła go pewność?
Wprawdzie doskonale wiedział, czego chce, lecz nie był pewien, Ŝe to osiągnie. Jak
doprowadzić do tego, aby Dixie umówiła się na randkę? Jak sprawić, Ŝeby mu zaufała, a z
tym drugim zerwała?
Pragnął jej fizycznie, lecz bardziej zaleŜało mu na zdobyciu jej zaufania.
Znacznie bardziej.
ROZDZIAŁ JEDENASTY
Dixie długo pławiła się w ciepłej wodzie. Chciała odwlec moment, w którym będzie
musiała podjąć waŜną Ŝyciową decyzję.
Kolejny raz rozmyślała o tym, dzięki czemu przez tyle lat uniknęła sercowych udręk
Dotychczas, gdy wielbiciel oczekiwał od niej zbyt wiele, po prostu odchodziła i zapominała o
nim w pracy lub podczas załatwiania waŜnych cudzych spraw.
Tym razem było inaczej, poniewaŜ to ona oczekiwała więcej. Nie określała wyraźnie, o
ile więcej, ale trzymała myśli na wodzy, aby nie umykały w niebezpieczną stronę.
Przed sobą przyznawała się jedynie do tego, Ŝe szanuje i lubi rywala do nagrody.
Podobało jej się to, co o nim wiedziała.
Postępował jak dŜentelmen, był uprzejmy, wręcz rycerski w zachowaniu. Bardzo ujął ją
tym, Ŝe nie przeszkodził jej w rozmowie z Billem Churchem.
Przede wszystkim jednak wyjątkowo pociągał ją fizycznie, jak Ŝaden inny męŜczyzna.
Spośród wielu przystojnych znajomych właśnie ten tak nieodparcie na nią działał. Dlaczego
akurat on?
PoniewaŜ rozum milczał, a odezwało się serce. Wiedziała, Ŝe gdyby Jack pociągał ją
jedynie intelektualnie, potrafiłaby się z nim rozstać. Lecz wreszcie do głosu doszło serce i ono
utrudniało zerwanie znajomości. Zresztą wcale tego nie chciała.
Z daleka widziała oświetlone okna, a gdy podeszła bliŜej, poczuła zapach smaŜonego
mięsa.
Jack stał przed kominkiem, a Tigger biegał naokoło Sadie, wesoło szczekając.
Dixie pomyślała, Ŝe w tym domu wszyscy dobrze się czują.
– Zgłodniałaś? – zapytał Jack. Inaczej, niŜ myślisz, odparła w duchu.
– Tak – rzekła głośno. – Pomóc ci?
– Wszystko juŜ gotowe. Napijesz się wina?
– Chętnie.
– Butelka jest w kuchni. Emma pamiętała o moim ulubionym trunku.
Dixie intrygowało, dlaczego tajemnicza Emma zapakowała wino, skoro wiedziała, Ŝe
Jack będzie sam na sam z inną kobietą. Czy była tak pewna jego uczuć, Ŝe miała do niego
pełne zaufanie?
Postanowiła otwarcie zadać pytania, które dręczyły ją od dwóch dni. Zadecydowała, Ŝe
będzie szczera, bo nie ma nic do stracenia.
To ich ostatnia noc.
Na progu pokoju stanęła tak nagle, Ŝe niewiele brakowało, a kieliszki wypadłyby jej z
rąk. Powodem zdumienia było to, Ŝe Jack rozłoŜył przed kominkiem koc, na którym postawił
talerze z mięsem, ziemniakami i marchewką.
– Nie wiedziałam, Ŝe jesteś takim sprawnym kucharzem – wykrztusiła, siląc się na
zachowanie spokoju. Speszona rozejrzała się naokoło. – Gdzie zabrałeś psy?
Jack spojrzał jej prosto w oczy.
– Zamknąłem je w sypialni.
Bez słowa podała mu kieliszek i prędko usiadła koło jednego nakrycia.
– Byłem skautem dawno temu, ale jeszcze umiem przygotować względnie prosty posiłek.
Emma rzadko dopuszcza mnie do garnków...
Dixie skorzystała z tego, Ŝe sam wspomniał o kobiecie, z którą jest związany.
– Nie masz jej tego za złe, prawda?
– Ani trochę. Bardzo ją cenię.
Dixie nie zdąŜyła o nic więcej zapytać, poniewaŜ uniósł kieliszek.
– Zdrowie godnej i ślicznej rywalki. Trącili się kieliszkami.
– Twoje zdrowie.
Przez jakiś czas jedli w milczeniu.
– Dobrze, Ŝe nie grozi ci bezrobocie. Jednak zawsze moŜesz zostać kucharzem. – Dixie
zaśmiała się nerwowo. – Choćby tylko specjalistą od jednego dania.
– Wiesz, całkiem powaŜnie myślę o zmianie zawodu. Dixie tego nie skomentowała.
– Emma bardzo liczy na to, Ŝe nagroda umoŜliwi nam wymarzony start.
Dixie o mało się nie zakrztusiła. Celowo długo Ŝuła kawałek mięsa. Wymarzony start...
dla Jacka i Emmy. Jaka szkoda, Ŝe jej sercem zawładnął człowiek, który jest nieosiągalny.
Zrobiło się jej przykro, ale wiedziała, Ŝe nie będzie uwodzić męŜczyzny, który kocha
inną.
– Emma zasługuje na lepszy los – dodał Jack.
Tym razem Dixie naprawdę się zakrztusiła, więc mocno uderzyła się w mostek, by
usunąć tkwiący w gardle kawałek ziemniaka.
– Wpadło ci coś w złą dziurkę?
Jack objął Dixie od tyłu i mocno naciskał pięściami coraz wyŜej.
Było jej bardzo wstyd, Ŝe zakrztusiła się w obecności męŜczyzny, którego zamierzała
uwieść.
– Lepiej?
– Trochę. Dziękuję – odparła cicho.
– Ze strachu o mało nie dostałem zawału.
– Kpisz sobie ze mnie.
Łyknęła wina, usiłując przypomnieć sobie, o czym przedtem rozmawiali.
– Czy Emma... – zaczęła niepewnie.
– Dlaczego interesujesz się moją ciotką?
Nie odpowiedziała, poniewaŜ znowu zaczęła się krztusić. Tym razem ze śmiechu.
– Dziewczyno, co z tobą?
Otarła załzawione oczy i opanowała się.
– Przepraszam, ale... myślałam, Ŝe... Byłam pewna, Ŝe Emma jest twoją sekretarką i...
kochanką.
Jack wlepił w nią wielkie oczy.
– Jak doszłaś do tego genialnego wniosku?
– Często o niej mówisz, ale nie zdradziłeś, co was łączy... Wyobraziłam sobie...
– Mogłaś zapytać.
Dixie wypiła kolejny łyk, chociaŜ juŜ kręciło się jej w głowie i wiedziała, Ŝe powinna
więcej jeść, a mniej pić.
– Nie mam prawa zadawać osobistych pytań. Uświadomiła sobie, jak bardzo się
zdradziła, więc spuściła wzrok i ukroiła kawałek mięsa.
– Spójrz na mnie – zaŜądał Jack. – Ty jesteś z kimś związana, a nie ja.
Zrozumiała, Ŝe jest na skraju przepaści i dlatego nie wyznała prawdy o fikcyjnym
narzeczonym, który stanowił jedyny parawan chroniący serce. RównieŜ dlatego przez godzinę
opowiadała zabawne historyjki o matce i przyjaciółkach, o podopiecznych i ich rodzicach.
Po kolacji znalazła się w trudniejszym połoŜeniu.
Dość niebezpiecznym.
Gdy zabrali się do sprzątania, Jack co chwilę kręcił głową. Wreszcie skończyli i juŜ nic
nie mogło odwlec decydującego momentu.
Dixie niepewnie stanęła przy kominku. Jack podszedł do niej, ujął pod brodę i zmusił, by
spojrzała mu w oczy.
– Czy wiesz, Ŝe cię pragnę? – spytał cicho.
– Tak.
Czekał. Dał jej czas i moŜliwość, by zapobiegła temu, co nieuniknione. Nie drgnęła, więc
objął ją i pocałował. Mocno, Ŝarliwie.
Jego usta podziałały bardziej upajająco niŜ wino, sto razy silniej. Przylgnęli do siebie i...
Nie było dalszego ciągu.
Nagle nastąpił koniec.
– Dobranoc. – Jack pocałował ją w czoło. – PołóŜ się, a ja wyprowadzę psy. Do
zobaczenia rano.
Była zmieszana, nie rozumiała, co się stało. Oboje rozognili się, a mimo to Jack odszedł.
Dlaczego?
Widocznie pamiętał o „zaręczynach”. Skłamała, poniewaŜ chciała trzymać go na dystans,
a teraz tego bardzo Ŝałowała.
Wieczorem wypiła za duŜo wina i dlatego natychmiast zasnęła. Przez całą noc śniła
piękne sny o Jacku...
Zbudził ją śpiew ptaków. Spojrzała w okno; dzień był piękny, a mimo to zrobiło się jej
przykro.
Dlaczego?
PoniewaŜ zbliŜał się decydujący moment.
Niebawem nastąpi rzucenie monety i ostateczne rozstrzygnięcie konkursu.
Nadszedł czas, by przestać się wahać. Zresztą juŜ podjęła decyzję, Ŝe nie zniszczy
marzenia Jacka. Nie wypada tego robić, nie moŜna postąpić tak wobec człowieka, którego się
kocha.
Czy to naprawdę miłość?
Tak.
Nie wiedziała, jak to się stało, Ŝe pokochała Jacka. Miłość przyszła za wcześnie, ale
człowiek rzadko otrzymuje ostrzeŜenie, Ŝe Amor go ustrzeli.
Rozległo się pukanie.
– Dixie? Czas wstawać.
Weszła uśmiechnięta pani Estelle, a Ducie patrzyła, nic nie rozumiejąc. Dlaczego matka
przyjechała skoro świt?
– Leniu, masz kwadrans na to, by się ubrać i przyjść do nas. W przeciwnym razie
rzucanie monety odbędzie się bez ciebie.
– Która godzina?
– Prawie południe. Wszyscy juŜ czekają.
– Kocham Jacka – szepnęła Dixie.
– Dlatego opowiadałaś mu, Ŝe jesteś zaręczona, prawda? – Pani Estelle niecierpliwie
machnęła ręką. – Dziecko, powiedz mi coś, czego nie wiem.
– Jak się domyśliłaś?
– Nawet ślepy by to zauwaŜył. Intryguje mnie tylko, co teraz zrobisz.
Pan Granger siedział w samochodzie obok swego asystenta. Obaj wysiedli, gdy
kandydaci do nagrody wyszli na ganek. Dixie nie patrzyła na Jacka.
– Dzień dobry – rzekł pan Granger. – Cieszę się, Ŝe państwo jeszcze tu są.
– Proszę zaczynać – powiedział Jack oschle.
Dixie zrozumiała, Ŝe pragnie jak najprędzej uwolnić się od niej. Niebawem to nastąpi,
lecz najpierw ona coś mu podaruje.
Pan Granger odwrócił się do asystenta.
– Gdzie moneta?
Młodszy męŜczyzna wyjął z kieszeni marynarki niewielkie pudełko.
– Tu, proszę pana.
– Zasady losowania są bardzo proste. Ja podrzucę monetę, a państwo zawołają orzeł albo
reszka. Jeśli oboje krzykniecie to samo, będzie powtórka.
Dixie obejrzała się na matkę i pana Vincenta, a potem zerknęła na Jacka. Dlaczego ma
zaciśnięte usta i patrzy prosto przed siebie?
Rzucona moneta błysnęła w słońcu i zginęła w dłoni Jacka.
– Co u diaska? – Pan Granger zaczerwienił się ze złości. – Panie, tak nie wolno.
– AleŜ wolno, wolno. – Jack energicznym ruchem rzucił monetę w krzaki. – Nie zniszczę
marzenia mojej rywalki. Ona potrzebuje tego domu na odludziu dla trudnej młodzieŜy, więc
ja się wycofuję.
Oniemiała Dixie przez chwilę stała z rozdziawionymi ustami. Jack odebrał jej moŜliwość
spełnienia dobrego uczynku. Dlaczego tak postąpił?
– To bardzo ładny gest z twojej strony, ale ja chcę, Ŝebyś ty otrzymał dom.
Jack mocniej zacisnął pięści.
– Wiem, Ŝe jesteś zaręczona, ale kocham cię i chcę, Ŝebyś była szczęśliwa. Ze mną lub
beze mnie. Staram się postępować przyzwoicie. Marzyłaś o tej chacie dla swoich
podopiecznych, więc niech twoje marzenie się spełni.
Pani Estelle straciła cierpliwość.
– Niech was gęś kopnie – zawołała. – Jack, parę minut temu moja córka przyznała się, Ŝe
cię kocha. Ona nie ma Ŝadnego narzeczonego. Wymyśliła bajkę, Ŝeby trzymać cię na dystans.
Czy jestem jedyną osobą, która...
Jack porwał Dixie w ramiona i obsypał pocałunkami, a jego stryj wziął jej matkę pod
rękę.
– Przejdźmy się. Chętnie sprawdzę temperaturę wody w źródle.
Pani Estelle obejrzała się. Jack nadal całował Dixie, a dwaj męŜczyźni szli do samochodu.
Kręcili głowami, jakby nie rozumieli, co się stało.
Wyglądało na to, Ŝe spełnią się marzenia dwojga finalistów, a Bill Church teŜ zazna
trochę szczęścia, bo zobaczy w swym domu dzieci.
Wszystko dobre, co się dobrze kończy.
EPILOG
W dom rozbrzmiewała muzyka i śmiech. Czy naprawdę upłynęły zaledwie dwa miesiące
od rzucenia monety?
MłodzieŜ myła podłogi, Dixie okna, a przed domem dwaj męŜczyźni piłowali drewniane
kloce na nowe schody.
Odludek nadal był milczkiem, ale zmienił się i z kaŜdym dniem mówił coraz więcej.
Bardzo chętnie pomagał przy przekształcaniu domu w ośrodek dla młodzieŜy.
– Chodź! Prędko! – rozległo się wołanie z piętra. Dixie uśmiechnęła się do ciotki swego
męŜa.
– JuŜ czas – powiedziała podniecona starsza pani.
W sypialni na starej kołdrze leŜała Sadie. Właśnie zaczynał się poród.
Dixie pogłaskała sukę i po chwili poczuła, Ŝe ją teŜ ktoś głaszcze. Jack przerwał
piłowanie i przybiegł.
W skupieniu obserwowali przyjście na świat pierwszego szczenięcia.
Urodziło się dziewięć miniatur Tiggera.