background image

Jodi Dawson 

 

Nagroda dla dwojga 

Gorący Romans Duo 878 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

– Uwaga! Uwaga!  Ogłaszamy spódnicowy alarm. Panie proszone są o przytrzymywanie 

spódnic, bo prędkość wiatru dojdzie do stu kilometrów na godzinę.  

Dixie Osborne skrzywiła się z niesmakiem. Rozumiała, Ŝe spiker sili się na dowcip, chce 

rozbawić słuchaczy, ale nie była w nastroju do śmiechu. Stała u wylotu bocznej drogi, przez 

pękniętą  szybę  patrzyła  na  nieprzerwany  sznur  samochodów  i  zastanawiała  się,  dlaczego 

akurat teraz chce dotrzeć do centrum miasta.  

Głos z radioodbiornika podsunął odpowiedź.  

–  Pozostało  zaledwie  dwadzieścia  minut.  Niebawem  los  uśmiechnie  się  do  osoby,  która 

wygra  nasz  konkurs  „Jedna  szansa  na  tysiąc”.  Drodzy  słuchacze,  przypominam,  Ŝe 

warunkiem otrzymania nagrody jest obecność na miejscu losowania.  

Przesadnie  radosny  głos  był  wręcz  irytujący,  więc  Dixie  zmieniła  program.  Z  jedynego 

głośnika, który jeszcze jako tako działał, dobiegła niewyraźna muzyka.  

Dixie  co  pewien  czas  niespokojnie  zerkała  na  termometr,  poniewaŜ  wiedziała,  Ŝe  nie 

dojedzie  na  czas,  jeśli  wskazówka  podskoczy  wyŜej.  Złym  okiem  patrzyła  na  mikrobus  z 

przodu  oraz  na  stojący  obok  nowy  samochód  sportowy,  przy  którym  jej  odrapane  auto 

prezentowało  się  mizernie.  Zirytowała  się.  Dlaczego  tylu  kierowców  jedzie  na  skróty? 

Widocznie duŜo mieszkańców Denver wie o takiej moŜliwości.  

Nerwowo postukała obgryzionymi paznokciami w kierownicę. Czas nieubłaganie uciekał. 

Czy  warto  czekać,  aŜ  przepłynie  strumień  samochodów?  Jaka  jest  kara  za  pozostawienie 

wozu na poboczu? Czy pieszo udałoby się prędzej dojść na miejsce? 

Odszukała stację z przesłodzonym głosem.  

–  Mówi  Brick  Dingle,  sprawozdawca  konkursu  „Jedna  szansa  na  tysiąc”.  Przy  Ulicy 

Szesnastej  juŜ  jest  tłok.  Przed  „Miners  Lady  Grill”  zebrał  się  spory  tłum  ludzi  niecierpliwie 

oczekujących wyniku losowania.  

– Brick Dingle! – prychnęła Dixie pogardliwie. – TeŜ imię i nazwisko! 

Wreszcie  jeden  kierowca  ulitował  się  nad  nią  i  przepuścił  ją.  Pomachała  mu  ręką,  czym 

prędzej wśliznęła się na wolne miejsce i pognała przed siebie.  

–  Jeszcze  tylko  dziesięć  minut  –  ostrzegł  Brick  Dingle.  –  JuŜ  niebawem  słuchacz-

szczęściarz  otrzyma  niezwykłą  nagrodę.  Zgłosiło  się  dwieście  osób,  z  których  jedna  uzyska 

prawo do domku Crazy Creek Lodge, w pięknej okolicy u podnóŜa Gór Skalistych...  

Resztę słów zagłuszyły oklaski i gwizdy.  

– Nie zdąŜę – szepnęła Dixie. – Nie warto się pchać.  

Mimo  to  jechała  dalej  i  po  chwili  skręciła  w  jednokierunkową  ulicę  dwie  przecznice  od 

miejsca,  do  którego  dąŜyła.  Przed  jednym  wieŜowcem  dostrzegła  wolny  skrawek 

zarezerwowany  dla  samochodów  dostawczych.  Nie  zastanawiając  się  nad  konsekwencjami 

parkowania  w  niedozwolonym  miejscu,  ostroŜnie  wsunęła  się  na  wąski  pas  między  duŜymi 

samochodami.  

Wychodząc przez okno, solennie sobie obiecała, Ŝe wkrótce naprawi drzwi.  

background image

Czas  naglił,  więc  musiała  natychmiast  przejść  na  drugą  stronę.  Wbiegła  na  jezdnię,  nie 

zwaŜając  na  trąbienie  klaksonów.  Myślała  jedynie  o  tym,  Ŝe  ma  zaledwie  cztery  minuty. 

Pędem wymijała pieszych, którzy gniewnie ją potrącali, ale nawet ich nie przepraszała.  

Uczestnicy  konkursu  czekali  tam,  gdzie  i  ona  powinna  się  znajdować,  lecz  to  nie 

oznaczało,  Ŝe  zaraz  tam  będzie.  Zostało  jeszcze  kilkanaście  metrów.  Ignorując  krytyczne 

spojrzenia i sójki w bok, dotarła na miejsce.  

–  Mała,  ciebie  teŜ  interesuje  wynik?  –  zapytał  chudy  wyrostek  z  kolorową  czupryną 

punka.  

– Tak.  

Spojrzała na niego wystraszona; bała się, Ŝe ją uderzy.  

ZbliŜała  się  do  trzydziestki,  ale  wyglądała  o  dziesięć  lat  młodziej.  Matka  często 

powtarzała,  Ŝe  to  jej  wina  i  kiedyś  tego  poŜałuje,  lecz  Dixie  miała  nadzieję,  Ŝe  ponura 

przepowiednia się nie spełni. Nie uznawała makijaŜu, włosy zaplatała w warkocz.  

Wygląd nie jest najwaŜniejszy.  

Wzdrygnęła  się,  gdy  powiał  chłodny  wiatr.  Według  kalendarza  zima  juŜ  się  skończyła, 

lecz  w  Kolorado  wiosna  bywa  kapryśna,  często  się  spóźnia.  Dixie  zapięła  bluzę  i  wsunęła 

ręce  do  kieszeni.  Nie  znalazła  rękawiczek.  Gdzie  się  podziały?  Prawdopodobnie  leŜą  na 

tylnym siedzeniu razem ze wszystkim, co ostatnio gdzieś się zawieruszyło.  

–  Uwaga!  Uwaga!  Nadchodzi  oczekiwana  chwila.  Za  moment  rozstrzygnie  się  konkurs 

radia KOSĘ. Ciekawe, komu przypadnie „Jedna szansa na tysiąc”.  

Dixie stanęła na palcach, aby dojrzeć człowieka, który tylu ludziom robi nadzieję.  

– Podnieść cię? 

Zerknęła na pytającego przekonana, Ŝe źle go zrozumiała.  

– Słucham? 

Wyrostek odsunął się i wyciągnął ręce.  

– Proponuję pomoc. śebyś lepiej widziała.  

Dixie zarumieniła się ze wstydu, Ŝe źle go oceniła. Przecząco pokręciła głową.  

–  Dziękuję  za  dobre  chęci,  ale  wszystko  widzę.  Odwróciła  się,  zgrabnie  prześliznęła 

między dwoma grubasami i stanęła w pierwszym rzędzie.  

Dopiero  teraz  ujrzała  spikera  radia  KOSĘ  i  niemal  wybuchła  śmiechem.  Człowiek  o 

aksamitnym  głosie  był  o  dziesięć  centymetrów  niŜszy  od  niej  i  co  najmniej  o  trzydzieści  lat 

starszy.  Zupełnie inaczej wyobraŜała sobie właściciela głosu, który na falach eteru  chwilami 

brzmiał uwodzicielsko.  

No,  cóŜ!  Prysło  kolejne  złudzenie.  Złudzenia  i  proza  Ŝycia  to  dwie  diametralnie  róŜne 

rzeczy.  

–  Przedstawiam  pana  Grangera  –  zawołał  Brick  Dingle.  –  Jako  przedstawiciel  firmy 

Granger, Flitch i Becker wyciągnie zwycięski los.  

Gwar ucichł, jak gdyby tłum zastygł w oczekiwaniu i nawet wstrzymał oddech.  

Podniecona  Dixie  czuła,  Ŝe  serce  coraz  mocniej  jej  bije.  Zacisnęła  kciuki,  chociaŜ 

wiedziała,  Ŝe  ma  znikome  szanse.  Lecz  nagroda  była  jej  potrzebna,  a  jeszcze  bardziej 

młodzieŜy z ośrodka, w którym pracowała. To powinno przewaŜyć szalę na jej korzyść.  

background image

Pan  Granger  rozciągnął  usta  w  zdawkowym  uśmiechu  i  wsunął  rękę  do  bębna  z 

metalowej siatki.  

Dixie obserwowała go z napięciem, jakby chciała skierować jego palce do karteczki z jej 

nazwiskiem. Oddychała ze świstem, mocno zacisnęła lodowate palce.  

Pan Granger wyciągnął biały pasek papieru, a tłum zafalował, posunął się o pół kroku do 

przodu.  

–  Oto  chwila,  na  którą  państwo  czekają.  –  Brick  Dingle  wziął  białą  karteczkę.  –  Czy 

wszyscy są gotowi, Ŝeby... ? 

Rozległy się krzyki i wiwaty, więc wrzawa na moment zagłuszyła jego głos.  

–  Ogłaszam  zwycięzcę  konkursu.  Odtąd  Crazy  Creek  Lodge  będzie  własnością... 

Chwileczkę...  

Opuścił mikrofon i zwrócił się do pana Grangera oraz stojących obok niego męŜczyzn.  

Zapadła  pełna  wyczekiwania  cisza.  Co  się  stało?  O  co  chodzi?  Czy  losowanie  jest 

niewaŜne? Pytanie zadawali sobie wszyscy obecni.  

Nastąpiła krótka narada.  

–  Panie  i  panowie...  –  Brick  Dingle  zawiesił  głos.  –  Sytuacja  jest  nietypowa,  ale  bardzo 

ciekawa.  

Przez tłum przebiegł pomruk zniecierpliwienia.  

– Wygląda na to, Ŝe ktoś bardzo lubi słodycze. Resztka czekolady skleiła dwie kartki...  

NiemoŜliwe! 

Ducie  nie  mogła  Ŝyć  bez  słodyczy,  ale  to  chyba  były  cudze  resztki.  Pamiętała,  Ŝe  przed 

wrzuceniem swojej kartki starannie oblizała palce.  

–  Ogłosimy  nazwiska  i  prosimy  finalistów,  aby  podeszli  tutaj  z  jakimś  dowodem 

toŜsamości. Całkiem moŜliwe, Ŝe sprawa przybierze ciekawy obrót. – Brick Dingle zamilkł i 

ostroŜnie rozdzielił kartki. – JuŜ podaję pierwsze nazwisko. .. Czy wszyscy uwaŜnie słuchają? 

Dixie w duchu prosiła go, by nie przedłuŜał tortur. Czekanie jest najgorsze. Lepiej poznać 

wynik i przestać mieć złudzenia, przestać czekać na cud.  

– Dixie Osborn! – zawołał Brick Dingle. – Prosimy panią do nas.  

Stała  jak  sparaliŜowana  i  wpatrywała  się  w  kartkę,  poza  którą  nic  nie  widziała.  Była 

przekonana, Ŝe uległa złudzeniu. Widocznie tak bardzo pragnęła usłyszeć swoje nazwisko, Ŝe 

wyobraźnia spłatała jej figla.  

–  Powtarzam  nazwisko  i  imię:  Dixie  Osborn.  I  uprzedzam,  ma  pani  dwie  minuty.  Po 

upływie  tego  czasu  nazwisko  zostanie  wycofane.  Teraz  sprawdzę,  kto  jest  przyklejony  do 

pani.  

Dixie  zmusiła  się,  by  zrobić  jeden  krok,  dwa.  Gdy  wyminęła  najbliŜsze  osoby  i  stanęła 

przed  tłumem,  rozległy  się  wiwaty.  Zarumieniła  się  zaŜenowana  tym,  Ŝe  wpatrują  się  w  nią 

setki oczu.  

– Drugim finalistą jest...  

Z powodu wrzawy nie dosłyszała nazwiska, lecz to było niewaŜne. Podeszła do stolika i 

niepewnie chrząknęła.  

– Jestem... Dixie Osborn.  

background image

–  Proszę  o  ciszę,  bo  nie  słyszę  tej  pani,  chociaŜ  stoi  tuŜ  przy  mnie.  –  Spiker  przesunął 

mikrofon. – Proszę powtórzyć, co pani powiedziała.  

Krępowało ją, Ŝe znalazła się w centrum uwagi, ale opanowała zaŜenowanie.  

– Jestem Dixie Osborn – powiedziała głośno i wyraźnie.  

– Gratuluję. O, a tam widzę drugiego finalistę.  

Dixie  odwróciła  się  i  zobaczyła,  Ŝe  ludzie  robią  przejście.  Gdy  jej  oczom  ukazał  się 

rywal, zdusiła jęk. Była mocno spięta, a na widok potęŜnie zbudowanego męŜczyzny speszyła 

się jeszcze bardziej.  

Idący  pewnym  krokiem  olbrzym  był  coraz  bliŜej.  Kruczoczarne  włosy  okalały  twarz 

jakby wykutą ze skał widocznych na horyzoncie.  

Nieznajomy  pokazał  prawo  jazdy,  przesunął  się  i  popatrzył  na  Dixie  świdrującym 

wzrokiem.  

– A więc to pani lubi czekoladę? 

W  milczeniu  skinęła  głową.  Nie  była  w  stanie  sklecić  najprostszego  zdania,  jedynie 

powtarzała sobie, Ŝe ten człowiek teŜ ma prawo do nagrody.  

–  Pan  Jack  Powers,  prawda?  –  zapytał  Brick  Dingle.  Olbrzym  odwrócił  się  i  podał  mu 

rękę.  

– Tak. Co teraz będzie? 

–  Skoro  nagroda  jest  jedna,  a  kartki  dwie,  trzeba  znaleźć  sprawiedliwe  rozwiązanie  – 

powiedziała Dixie.  

Skrzywiła  się,  bo  nie  poznała  własnego  głosu;  był  cichy,  niepewny,  a  powinna  mówić 

głośno, zdecydowanie.  

–  DŜentelmen  zawsze  ustępuje  damie.  –  Rywal  nieznacznie  się  uśmiechnął.  –  Ale 

szanowna pani chyba rozumie, Ŝe Ŝadne z nas jeszcze nic nie wygrało.  

Dixie zirytowała się. Kim jest ten człowiek? Co sobie wyobraŜa? Czy liczy na to, Ŝe bez 

sprzeciwu pozwoli mu odejść z nagrodą, zniweczyć przyszłość ośrodka? 

– Hola, szanowny panie...  

– Spokojnie, spokojnie. – Spiker patrzył to na jedno, to na drugie. – Wprawdzie nie brano 

pod uwagę komplikacji tego typu, ale przezornie przygotowaliśmy się na róŜne niespodzianki.  

Dixie  odwróciła  się  od  olbrzyma  stojącego  stanowczo  za  blisko  i  spojrzała  na  pana 

Grangera.  

Brick Dingle zwrócił się do niego: 

–  Szczęśliwi  zwycięzcy  z  niecierpliwością  czekają  na  otwarcie  koperty.  Proszę 

powiedzieć, co ona zawiera.  

Dixie  wcale  nie  czuła  się  szczęśliwa.  Nie  rozumiała,  dlaczego  jest  tak  blisko 

upragnionego celu, a tak daleko od spełnienia marzenia. Zerknęła w bok, aby przekonać się, 

jaką  minę  ma  drugi  kandydat  do  nagrody.  Przez  moment  zafascynowana  wpatrywała  się  w 

potęŜne bary i szeroką pierś, ale opamiętała się i odwróciła wzrok. Powtarzała sobie, Ŝe teraz 

musi się skupić i bardzo uwaŜać.  

Pan Granger otworzył kopertę i wyciągnął niewielką kartkę, którą powoli rozłoŜył.  

–  Postępowanie,  gdy  wygrają  dwie  osoby.  Ustalamy,  Ŝe  finaliści  zamieszkają  w  domu  i 

background image

spędzą tam cztery dni oraz trzy noce. JeŜeli ostatniego dnia obie osoby będą obecne w Crazy 

Creek Lodge, sprawę własności rozstrzygnie moneta.  

W  tłumie  rozległy  się  krzyki  i  śmiechy.  Dixie  nie  była  zachwycona  perspektywą 

spędzenia  kilku  dni  z  człowiekiem,  który  najwyraźniej  uwaŜał  się  za  władcę  całego  świata. 

Wynik  okazał  się  niekorzystny,  lecz  nie  zamierzała  zrezygnować.  Zerknęła  spod  rzęs  i 

dostrzegła, Ŝe drugi „szczęśliwy finalista” mocno się zasępił.  

Natomiast spiker wybuchnął śmiechem.  

– Bardzo ciekawy obrót sprawy. Co nasi zwycięzcy mają do powiedzenia? 

Dixie czuła zamęt w głowie i bała się, Ŝe nieprędko uporządkuje myśli. Mimo to zaczęła 

układać  listę  rzeczy  do  załatwienia.  Trzeba  wziąć  urlop  z  pracy,  podrzucić  komuś  psa, 

załatwić  sto  innych  drobiazgów.  Lecz  w  danej  chwili  wszystkie  przeszkody  były  do 

pokonania. Spojrzała rywalowi w oczy i wyciągnęła rękę.  

–  Przyjmuję  rozwiązanie  i  Ŝyczę  panu  powodzenia.  Jack  Powers  poprawił 

przeciwsłoneczne  okulary  i  ujął  wyciągniętą  dłoń.  Mocny  uścisk  męskiej  ręki  ogrzał 

zziębnięte kobiece palce.  

– Ja teŜ Ŝyczę pani powodzenia.  

Okulary zasłaniały oczy, ale nie upór widoczny na wąskich, zaciśniętych wargach.  

Dixie wiedziała, Ŝe musi wygrać, poniewaŜ podopieczni bardzo na nią liczą.  

Rozległy się wiwaty.  

–  Prosimy  słuchaczy  radia  KOSĘ,  Ŝeby  pilnie  nas  słuchali.  Będziemy  na  bieŜąco 

informować  o  rozwoju  wypadków  –  obiecał  Brick  Dingle.  –  Jestem  pewien,  Ŝe  dalszy  ciąg 

okaŜe się bardzo interesujący.  

Dixie  błysnęła  zębami  w  szerokim  uśmiechu.  Nieistotne,  jaki  będzie  dalszy  ciąg.  Ona 

musi zdobyć Crazy Creek Lodge za wszelką cenę.  

Jack  zastanawiał  się,  co  powiedzieć  ciotce,  która  od  lat  marzyła  o  chacie  w  górach.  Nie 

był zachwycony, gdy oświadczyła, Ŝe zgłosiła jego nazwisko do radiowego konkursu, a teraz 

trochę  gryzło  go  sumienie,  Ŝe  został  finalistą.  Czy  to  w  porządku,  Ŝe  on  jest  podstawiony, 

występuje zamiast ciotki? 

W porządku, bo chodzi o spełnienie jej marzeń.  

SkrzyŜował  ręce  na  piersi  i  przybrał  groźną  minę,  co  jednak  nie  przyniosło 

spodziewanego efektu.  Zamiast wystraszyć się i  cofnąć,  filigranowa finalistka wyŜej uniosła 

głowę i popatrzyła na niego niemal równie groźnie.  

Chyba  nie  zdawała  sobie  sprawy,  Ŝe  wypręŜona  postawa  uwypukla  pełne  piersi.  Jack 

pomyślał, Ŝe perspektywa trzech nocy ze śliczną dziewczyną nie jest zła.  

Nieprawda!  Akurat  teraz  nie  chciał  mieć  do  czynienia  z  Ŝadną  kobietą.  Zdobycie  chaty 

dla ciotki było zbyt waŜne, by pozwalać sobie na frywolne myśli i marzenia.  

Ponownie  zerknął  na  rywalkę.  Zastanawiał  się,  czy  zechce  wykorzystać  swój  wdzięk  i 

urodę,  aby  nakłonić  go  do  zrzeczenia  się  nagrody.  Niech  nie  próbuje,  bo  nic  nie  wskóra. 

Ciotka  ma  do  niego  bezgraniczne  zaufanie,  więc  nie  moŜe  sprawić  jej  zawodu.  Musi  skupić 

się na tym, by myśleć wyłącznie o ciotce i dla niej wygrać konkurs. Tylko to się liczy.  

Przysiągł sobie, Ŝe oprze się wszelkiej pokusie, będzie się pilnował. Mimo to wiedział, Ŝe 

background image

czeka go cięŜka próba. Trzeba będzie unikać tej pięknej kobiety.  

Dixie odwróciła się.  

–  Czy  dobrze  zrozumiałam,  Ŝe  jedynym  warunkiem  jest  przebywanie  w  chacie  przez 

cztery dni? 

Jack mimowolnie spojrzał na opięte spodniami pośladki i nogi. Pokręcił  głową, zacisnął 

pięści.  

–  Tak,  to  jedyny  warunek  –  odparł  pan  Granger  piskliwym  głosem.  –  Ale  mam 

wątpliwości.  

Jego odpowiedź zwróciła uwagę Jacka.  

– Dlaczego? Jakie? 

Zakłopotany starszy pan poprawił kołnierzyk.  

– Poprzedni właściciel zamknął chatę przed dwudziestu laty i przez ten czas nikogo tam 

nie wpuszczał.  

Odpowiedź nie spodobała się Jackowi.  

–  Czy  chałupa  jest  w  takim  stanie,  Ŝe  nie  moŜna  w  niej  zamieszkać?  Dlaczego  nie 

uprzedzono słuchaczy? 

– UwaŜaliśmy, Ŝe nie ma potrzeby wspominać o tym w zapowiedziach konkursu.  

Dixie niecierpliwie tupnęła nogą.  

– Co pan wie o Crazy Creek Lodge? Jest tam przynajmniej woda i prąd? 

Jack  zrozumiał,  Ŝe  ma  godną  przeciwniczkę  i  zapewne  trudno  będzie  przekonać  ją  do 

zrezygnowania z wygranej.  

Zamiast od razu odpowiedzieć, pan Granger wyjął z innej koperty dwie kartki.  

– To mapy, na których są wszystkie drogi dojazdowe. Za dwa dni, dokładnie o godzinie 

dziesiątej, rozpoczną państwo swój pobyt w chacie. Zakończymy sprawę, jeśli państwo złoŜą 

podpisy pod oświadczeniem, Ŝe nie zgłoszą Ŝadnych pretensji do radia i naszej firmy za stan 

chaty.  

– Skąd będzie wiadomo, czy w ogóle tam pojedziemy? – zainteresował się Jack.  

ZauwaŜył, Ŝe Dixie przygryza dolną wargę. Hm,  a zatem nie jest taka spokojna, na jaką 

chce  wyglądać.  Czy  to  ułatwi  rozprawę  z  nią?  Czy  wystarczy  wieczorem  wyjść  z  domu, 

zawyć jak kojot, by dziewczyna uciekła gdzie pieprz rośnie? 

–  Stawka  jest  tak  wysoka,  Ŝe  państwo  będą  nawzajem  się  pilnować.  –  Pan  Granger 

wyciągnął  rękę,  ale  speszył  się  na  widok  miny  Jacka.  –  śyczę  powodzenia.  Przyjadę  w 

południe czwartego dnia, Ŝeby sprawdzić, kto został na miejscu. I ewentualnie rzucić monetę, 

jeśli to będzie konieczne.  

Zamierzał odejść, lecz Dixie schwyciła go za rękaw.  

–  Czy  będzie  tam  ktoś  trzeci?  –  zapytała  spłoniona.  Jack  zrozumiał,  Ŝe  boi  się  zostać  z 

nim sam na sam, więc zaczął zastanawiać się, czy od razu zacząć udawać podrywacza. MoŜe 

dziewczyna  wystraszy  się  i  wcale  nie  przyjedzie  do  górskiej  chaty.  Nie,  nie  wypada  tak 

postąpić. Straszenie kobiet nie leŜało w jego naturze. Postanowił ją uspokoić.  

– Zapewniam panią, Ŝe przy mnie nie ma czego się bać. Dixie zrobiła zdziwioną minę.  

– Nie chcę pana obrazić, ale rzadko który przestępca ujawnia swe zamiary.  

background image

– Jeśli pani woli się wycofać...  

Liczył na to, Ŝe piękna rywalka zrezygnuje z nagrody, a jednocześnie łudził się, Ŝe tego 

nie zrobi, bo współzawodnictwo zapowiadało się ciekawie.  

Dixie wpatrywała się w niego duŜymi, zielonymi oczami.  

–  Uprzedzam,  Ŝe  tak  łatwo  nie  zrezygnuję  –  oświadczyła  stanowczo.  –  Zbyt  wiele 

wchodzi w grę.  

Patrzył na nią zaintrygowany. Dlaczego młoda kobieta pragnie mieć dom na odludziu? 

– Wobec tego liczę na to, Ŝe spotkamy się za dwa dni – rzekł z czarującym uśmiechem.  

Dixie odrzuciła gruby czarny warkocz na plecy.  

– Na pewno się zjawię. A po czterech dniach pan na zawsze poŜegna się z Crazy Creek 

Lodge.  

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Jack  przesunął  teczkę  w  stronę  klienta,  starając  się  nie  wdychać  zapachu  tanich 

papierosów  i  smaŜonego  tłuszczu,  którym  ten  człowiek  był  przesiąknięty.  MęŜczyzna  miał 

bardzo drogi garnitur, który na nim wyglądał tandetnie.  

–  Proszę,  oto  fotografie.  Wynika  z  nich,  Ŝe  pańskie  podejrzenia  nie  są  bezpodstawne. 

Pana Ŝona utrzymuje... bardzo zaŜyłe stosunki z trenerem.  

Zdegustowany  patrzył  na  uwiecznioną  na  zdjęciach  parę,  ale  po  kilku  spotkaniach  ze 

zdradzanym męŜem rozumiał, dlaczego jego Ŝona zapragnęła szukać szczęścia gdzie indziej. 

Pamiętał  jednak,  Ŝe  jego  zadanie  nie  polega  na  osądzaniu.  Do  niego  naleŜało  zdobywanie 

dowodów zdrady. Nie lubił obecnego zajęcia i marzył o zmianie.  

Pan Boyd zaśmiał się, jakby nie zmartwiły go dowody niewierności Ŝony.  

– Nareszcie mam w ręku coś konkretnego. Teraz wiedźma nie będzie grozić mi sądem z 

powodu afery z sekretarką.  

Czy  jest  jakiś  szlachetny  powód,  Ŝeby  być  detektywem?  Jack  chwilami  Ŝałował,  Ŝe  nie 

usłuchał wuja Vincenta i nie zgodził się pomagać mu w pralni chemicznej.  

– NaleŜność za usługę... – zaczął.  

Klient wyciągnął z kieszeni plik banknotów, odliczył kilka i rzucił na biurko.  

– Tyle pokryje wszystkie koszty. Kontakty z panem były miłe. Do widzenia.  

Po  jego  wyjściu  Jack  długo  patrzył  na  pieniądze,  które  chętnie  spryskałby  środkiem 

odkaŜającym. Nie pamiętał, kiedy praca straciła sens. Lecz zapewniała mu niezaleŜność, no i 

nie musiał przyjmować wszystkich zleceń...  

Niestety  szybko  sprzykrzyły  mu  się  kontakty  i  rozmowy  z  oszukującymi  się 

współmałŜonkami. Czy juŜ nikt na tym świecie nie jest wierny? 

Rozległo się nieśmiałe pukanie do drzwi.  

– Jestem wolny, klient juŜ sobie poszedł.  

Przez matową szybę widział przygarbioną sylwetkę ciotki, a jednocześnie sekretarki.  

– To dobrze, bo na jego widok dostaję gęsiej skórki. – Starsza pani poprawiła siwy kok. – 

Coraz częściej zastanawiam się, dlaczego rzuciłam pracę u koronera.  

– Bo po pierwsze ciocia mnie kocha, a po drugie nie znosi trupów. – Jack odwrócił się i 

spojrzał za okno. – Czy udało się przełoŜyć sprawę Reynoldsa na inny termin? 

–  Tak.  Ale  czy  jesteś  pewien,  Ŝe  to  słuszna  decyzja?  Nie  byłeś  zachwycony  tym,  Ŝe 

zgłosiłam cię do konkursu.  

Jack niczego nie był pewien, lecz lubił próbować róŜnych rzeczy.  

– Ciociu, wiem, co cię gnębi. Boisz się, Ŝe nie przebaczę ci, Ŝe zgłosiłaś na konkurs mnie, 

a  nie  siebie,  prawda?  Trudno,  stało  się.  A  moŜe  okręŜną  drogą  pytasz,  czy  na  pewno  chcę 

rzucić to fascynujące zajęcie, Ŝeby prowadzić dom wczasowy? Sądzę, Ŝe przyzwyczaję się do 

nowej  roli  i  pogodzę  z  losem.  Ciociu,  chyba  nie  cofasz  obietnicy,  Ŝe  zajmiesz  się 

księgowością? Oczywiście jeśli wygramy konkurs i dostaniemy dom.  

Starszej pani rozbłysły oczy.  

background image

– Dobrze wiesz, Ŝe moŜesz na mnie liczyć i zawsze pomogę ci w potrzebie. Marzyłam o 

twojej  wygranej,  ale  naprawdę  to  nie  wierzyłam  w  uśmiech  losu.  UwaŜam,  Ŝe  pracujesz  za 

cięŜko i naleŜy ci się urlop. Chcę, Ŝebyś był szczęśliwy.  

Jack dobrze o tym wiedział. Gdy stracił rodziców, ciotka wzięła go do siebie, wychowała, 

otoczyła miłością. Poświęciła się dla niego. Przez wiele lat była zmuszona bardzo oszczędzać, 

Ŝ

eby opłacić jego naukę. Zawsze stawiała  go na  pierwszym miejscu i wreszcie powinien się 

odwdzięczyć.  Teraz  ona  musi  być  najwaŜniejsza.  Zasługiwała,  Ŝeby  na  starość  mieć  coś 

więcej  niŜ  ciasne  mieszkanie  na  drugim  piętrze  starej  kamienicy.  Ciotka  od  lat  marzyła  o 

domu w górach i jeśli zdobędą nagrodę, wreszcie odŜyje.  

–  Niestety  sprawa  jeszcze  nie  jest  ostatecznie  rozstrzygnięta  –  wyznał  z  ociąganiem.  – 

Muszę przetrwać cztery dni i trzy noce, ale gorsze będzie rzucanie monety. – Nerwowo potarł 

czoło. – Liczę na to, Ŝe uparta rywalka ucieknie po pierwszej nocy, bo przestraszy się dzikich 

zwierząt, dziwnych odgłosów albo martwej ciszy.  

– Na jakiej podstawie tak sądzisz? MoŜe okazać się odwaŜną kobietą.  

Jack  przypomniał  sobie  determinację  w  zielonych  oczach  i  uderzył  dłonią  w  udo. 

Przeciwniczka miała wojowniczego ducha, a on lubił wojownicze natury.  

– Wydała mi się odwaŜna i interesująca...  

– Interesująca? – podchwyciła starsza pani.  

– Tylko niech ciocia nie myśli o swataniu, bo nic z tego nie będzie. Kilkudniowy pobyt w 

chacie  jest  warunkiem,  który  po  prostu  trzeba  spełnić,  Ŝeby  wygrać  konkurs.  Nie  ma  w  tym 

nic  romantycznego.  –  W  głębi  duszy  czuł  jednak,  Ŝe  jest  inaczej.  –  Poza  tym  dziewczyna 

wygląda  na  jakieś  dziewiętnaście  lat,  więc  moŜe  rodzice  nie  pozwolą  jej  na  wyjazd  w 

nieznane z obcym męŜczyzną.  

– Nie wierzę, Ŝe zrezygnuje...  

– A ja wierzę w naszą wygraną.  

Mówił szczerze. Ze względu na ciotkę musi zostać jedynym zwycięzcą konkursu. Nic nie 

odwiedzie  go  od  celu,  nic  nie  sprowadzi  z  obranej  drogi.  Nawet  posągowo  zbudowana 

zielonooka rywalka.  

Dixie  przerwała  pakowanie,  podrapała  Sadie  za  uchem,  odgarnęła  włosy  opadające  na 

oczy i rozejrzała się. Pokój wyglądał jak po przejściu huraganu.  

Delikatnie odsunęła spaniela, który wsadził jej łeb pod pachę.  

– Nie przeszkadzaj! Lepiej poradź mi, co zabrać. Oprócz ciebie, oczywiście. Czy wiesz, 

Ŝ

e jedziesz w góry? 

Postanowiła  zabrać  Sadie.  Uznała,  Ŝe  kilka  dni  poza  miastem  i  spacery  na  świeŜym 

powietrzu  obu  dobrze  zrobią.  Poza  tym  z  psem  będzie  czuła  się  bezpieczniej,  chociaŜ 

wystarczy,  by  olbrzym  groźnie  spojrzał,  a  Sadie  pewnie  podkuli  ogon  i  ucieknie.  Jednak 

nawet z bojaźliwym psem będzie jej raźniej.  

Rozległ się dzwonek przy drzwiach.  

– Otwarte.  

Maggie  popatrzyła  na  bałagan,  pokręciła  głową  i  weszła  ostroŜnie,  aby  niczego  nie 

nadepnąć.  

background image

– Nie przesadzaj – obruszyła się Dixie. – Zachowujesz się, jakbyś pierwszy raz widziała 

trochę bałaganu.  

–  Trochę?  Nie  było  mnie  przez  godzinę,  a  jest  gorzej  niŜ  przedtem.  Co  ty  wyrabiasz?  – 

Maggie przewiesiła torebkę przez ramię, mocniej schwyciła pudło z pizzą i wskazała kuchnię. 

– Idź po talerze. Posilimy się, a potem zrobię tu porządek.  

Dixie wstała i przeciągnęła się.  

– Jesteś niezastąpiona. Tylko proszę cię, pamiętaj, Ŝe jadę do lasu i w góry.  

Wyszła do kuchni.  

–  Naprawdę  nie  dali  ci  bliŜszych  informacji  o  warunkach?  –  zawołała  Maggie.  –  Jesteś 

pewna, Ŝe warto ryzykować? Nie znasz faceta, nic o nim nie wiesz.  

Dixie wróciła z talerzami i serwetkami.  

– Wydaje mi się, Ŝe ryzyko jest niewielkie. Pan  Powers chyba nie będzie się wygłupiał, 

bo  oboje  wzbudzamy  powszechne  zainteresowanie.  Jeśli  zniknę  z  powierzchni  ziemi,  on 

pierwszy będzie podejrzany o morderstwo.  

– Zaraz morderstwo! Dobrze wiesz, co miałam na myśli. Jeśli zechce cię uwieść albo...  

–  Mało  prawdopodobne.  Chyba  zauwaŜyłaś,  Ŝe  nie  budzę  w  męŜczyznach 

niepohamowanej  Ŝądzy.  Poza  tym  nie  widziałaś  mojego  rywala.  Jest  wysoki,  wspaniale 

zbudowany, więc na pewno ma dziewczynę, która z utęsknieniem będzie na niego czekać. – 

Odkroiła kawałek pizzy. – Zresztą nie mam czasu dla męŜczyzn.  

Maggie popatrzyła na nią, jakby powiedziała coś skandalicznego.  

–  Kobieta  zawsze  powinna  mieć  czas  dla  męŜczyzny.  Dixie  często  powtarzała 

przyjaciółce, Ŝe męŜczyźni jej nie interesują, bo do szczęścia wystarczą praca i pies. Na ogół 

sama w to wierzyła, ale od czasu do czasu miewała sny, które wywoływały tęsknotę za czymś 

więcej.  W  ciągu  dnia  prędko  o  tym  zapominała.  Miała  wyraźnie  określony  cel,  w  którego 

osiągnięciu męŜczyzna jedynie by przeszkadzał.  

– Dostałaś odpowiedź z banku? 

Pytanie Maggie sprowadziło Dixie z wyŜyn na ziemię.  

– Nie. Ośrodek musi mieć stałe lokum, a fundusze praktycznie są na wyczerpaniu. Mam 

nadzieję,  Ŝe  wygram  chatę  i  zarobię  na  wczasowiczach.  Na  pewno  udałoby  się  coś 

zaoszczędzić,  a  poza  tym  chata  byłaby  dodatkową  gwarancją  i  stalibyśmy  się  bardziej 

wiarygodni dla banku.  

Maggie patrzyła z powątpiewaniem.  

– Lepiej, Ŝeby nie ponosiła cię fantazja i Ŝebyś za bardzo się nie łudziła. Sprawa jeszcze 

nie jest rozstrzygnięta.  

– Ale w tej chwili to jedyny ratunek Taka wygrana jest nam bardzo potrzebna.  

Sadie urwała kawałek pizzy i zadowolona merdała ogonem, dopraszając się o więcej.  

–  Złodziejko,  nic  nie  dostaniesz!  Naucz  się  grzecznie  zachowywać.  –  Dixie  pogroziła 

palcem, ale ukroiła spory kawałek dla psa, po czym błagalnie spojrzała na Maggie. – Czemu 

nie masz ochoty mi towarzyszyć? Potraktuj wyjazd jako urlop.  

–  Dziękuję,  postoję.  Ty  od  dawna  marzysz  o  Ŝyciu  wśród  dzikiej  przyrody  i  zwierząt,  a 

mnie prymityw nigdy nie pociągał.  

background image

– Jaki prymityw? 

–  CzyŜbym  źle  się  wyraziła?  –  Maggie  miała  pełne  usta,  więc  mówiła  niewyraźnie,  ale 

przełknęła i dodała: – Chodzi mi o gąszcz drzew i krzewów, o dzikie, niebezpieczne bestie i 

tak dalej.  

– TeŜ znalazłaś wymówkę. PrzecieŜ w mieście masz prawie to samo.  

– Tutaj zwierzęta na ogół są w klatkach, a rośliny w doniczkach. Nie martw się, na pewno 

odwiedzę cię, gdy zagospodarujesz chatę. – Skończyła jeść i odstawiła talerz. – Posprzątaj w 

kuchni, a ja doprowadzę pokój do ładu.  

Zeskrobując  z  kuchenki  jakieś  zaschnięte  resztki,  Dixie  wyliczała,  co  jeszcze  zostało  do 

zrobienia. Trzeba uzyskać kilkudniowy urlop, ale to będzie łatwe. Trzeba zabrać jedzenie dla 

psa, uprzedzić o wyjeździe sąsiadkę...  

Jęknęła i uderzyła się brudną ręką w czoło.  

Zapomniała  o  najwaŜniejszym,  czyli  o  zawiadomieniu  matki.  A  nie  daj  BoŜe,  aby 

rodzicielka  dowiedziała  się  od  kogoś  o  tym,  Ŝe  córka  spędzi  kilka  dni  i  nocy  z  nieznanym 

męŜczyzną. Koniecznie trzeba osobiście porozmawiać. Matka moŜe zadzwonić, a gdy usłyszy 

automatyczną sekretarkę, natychmiast zawiadomi policję i kaŜe szukać zaginionej jedynaczki. 

Lepiej pomówić z matką albo przynajmniej się nagrać.  

– Zostaw adres tej twojej chaty – zawołała Maggie z pokoju.  

–  JuŜ  go  napisałam  i  kartka  leŜy  koło  telefonu.  Będę  niedaleko  Pagosa  Springs.  Tylko 

dwadzieścia kilometrów od cywilizacji.  

Umyła  ręce,  powiesiła  ręcznik  i  wyszła  z  kuchni,  a  Maggie  akurat  stanęła  na  progu 

sypialni.  

– BagaŜe gotowe.  

Dixie  zajrzała  do  pokoju,  w  którym  zamiast  nieopisanego  bałaganu  panował  wzorowy 

porządek.  

– Jak to moŜliwe? – Co? 

– Ty przez pół godziny osiągnęłaś to, czego ja nie potrafiłam zrobić przez pół dnia.  

Bezsilnie opadła na kanapę.  

– KaŜdy ma talent do czego innego. Ty doskonale radzisz sobie z ludźmi, a ja z rzeczami. 

– Maggie usiadła na kanapie.  

– No, teraz opowiadaj o przystojnym rywalu.  

Dixie  nie  rozumiała,  dlaczego  przyjaciółka  interesuje  się  nieznanym  męŜczyzną,  ale 

przymknęła oczy i zaczęła: 

– Moja kartka była upaćkana czekoladą.  

Samochód  znowu  zarzuciło  z  powodu  wielkiej  dziury.  Kierowca  zaklął,  a  kundel  zaczął 

ujadać i wskoczył na przednie siedzenie. Jack zwolnił i wytęŜył wzrok, aby znaleźć względnie 

bezpieczne miejsca na wyboistej drodze. Pogłaskał wystraszonego psa, który odwdzięczył się, 

liŜąc go po twarzy.  

Następna dziura jeszcze bardziej go zirytowała. Czy wojsko ma tutaj poligon i sprawdza 

działanie  min?  Całkiem prawdopodobne.  Był  w  podróŜy  od  sześciu  godzin,  a  przez  ostatnią 

stale  podskakiwał  na  wybojach.  Przysiągł  sobie,  Ŝe  jeśli  wygra  chatę,  pierwszą  rzeczą,  jaką 

background image

zrobi, będzie zapewnienie lepszego dojazdu.  

Wjechał na kręty leśny trakt i mocno zacisnął palce na kierownicy. Czy jeszcze daleko? 

Przed  godziną  zatrzymał  się  przy  leśniczówce  i  zapytał  o  dalszą  drogę.  Pokazano  mu  na 

mapie punkt, do którego naleŜało dotrzeć. Teoretycznie bardzo proste zadanie. Tylko szkoda, 

Ŝ

e na mapie nie zaznaczono odległości.  

Jack  skrycie  łudził  się,  Ŝe  skoro  jemu  trudno  jechać  wozem  terenowym,  rywalka 

zniechęci się i wcale nie dotrze na miejsce.  

Nareszcie wyjechał z lasu i w dali zobaczył drewniany dom na skraju duŜej polany. Przed 

domem stał pomarańczowy samochód osobowy.  

NiemoŜliwe,  aby  zielonooka  finalistka  zdąŜyła  zjawić  się  przed  nim.  Lecz  kto  inny  i  po 

co jechałby na takie odludzie? A w dodatku tak marnym pojazdem? 

Nim odpowiedział sobie na owe pytania, zza domu wyszła Dixie z naręczem szyszek.  

–  Patrzcie  ją,  dziecko  natury  –  mruknął  Jack  pod  nosem.  –  Albo  co  gorsza,  leśna 

boginka...  

Podjechał  bliŜej  i  wtedy  Dixie  go  zauwaŜyła.  Speszona  opuściła  ręce,  więc  szyszki 

posypały się na ziemię. Prędko odwróciła głowę i gwizdnęła.  

Tigger szarpnął się, ale Jack go złapał.  

Dixie przykucnęła i rozłoŜyła ręce.  

– Sadie, chodź do pani.  

Spaniel  natychmiast  przybiegł  i  polizał  ją  po  policzku.  Tigger  wyrywał  się  jak  szalony. 

Jack  pomyślał  zirytowany,  Ŝe  jeśli  nie  będzie  uwaŜał,  jego  duŜy  pies  uwiedzie  spanielkę. 

Zanosiło się na cztery trudne dni.  

Dixie roześmiała się. Miała rozpuszczone włosy, które czarną kaskadą spływały do pasa. 

Jack wyobraził sobie te piękne włosy na poduszce i ogarnęło go podniecenie.  

Zaklął ze złości, Ŝe rywalka nie jest zasuszoną siedemdziesięcioletnią staruszką.  

Wziął Tiggera na smycz i powoli ruszył w stronę długowłosej pokusy.  

– Dzień dobry. Jakim cudem wyprzedziła mnie pani i dotarła tu przede mną? PrzecieŜ to 

sześć godzin od Denver.  

–  Wyruszyłam  wczoraj  i  nocowałam  w  Pagosa  Springs,  bo  chciałam  zobaczyć  chatę  o 

ś

wicie. – Zarumieniła się lekko. – Mówmy sobie po imieniu.  

– Dobrze.  

Dixie spojrzała na duŜego kundla.  

– Dorodny okaz.  

Tigger  podszedł  do  Sadie,  psy  ostroŜnie  się  obwąchały,  po  czym  entuzjastycznie 

zamerdały ogonami.  

– Wygląda na to, Ŝe przypadły sobie do gustu. – Jack zauwaŜył, Ŝe Dixie pobladła. – O co 

chodzi? 

– To pies...  

– Tigger jest bardzo grzeczny. Dixie drgnęły kąciki ust.  

– Tigger? 

– Emma tak go nazwała.  

background image

– Sadie jest suką.  

– Nie szkodzi.  

– Akurat ma cieczkę.  

–  Oj,  to  gorzej.  –  Jack  zrozumiał,  dlaczego  Tigger  tak  interesuje  się  niepozornym 

stworzeniem. – MoŜe być ciekawie.  

–  Umówiłam  się  z  jednym  hodowcą,  Ŝe  w  przyszłym  tygodniu  zgłoszę  się  do  niego, 

Ŝ

eby... – Dixie zaczerwieniła się. – No, wiadomo po co 

Omawianie takiej sprawy widocznie ją krępowało.  

– Będę pilnował Tiggera, ale nic nie gwarantuję. Sadie najwyraźniej go polubiła.  

Psy przez chwilę biegały jak szalone, a potem połoŜyły się w cieniu osiki.  

Dixie przygryzła dolną wargę i patrzyła na psy, a Jack przypomniał sobie, co powiedział 

ciotce o wieku rywalki.  

– MoŜna wiedzieć, ile masz lat? 

– Dwadzieścia siedem. Czemu pytasz? 

– Czy ktoś mówił ci, Ŝe...  

–  Wyglądam  jak  nastolatka?  Stale  to  słyszę.  –  Niecierpliwie  machnęła  ręką.  –  Na 

szczęście w mojej pracy młody wygląd raczej pomaga.  

– Pracujesz jako tajna agentka? 

– Nie. – Wybuchła perlistym śmiechem. – Pracuję z tak zwaną trudną młodzieŜą.  

Jack tego nie przewidział. A właściwie czego się spodziewał? Oderwał wzrok od Dixie, 

aby przypomnieć sobie, po co tutaj przyjechali.  

– Byłaś juŜ w środku? 

– Nie. UwaŜałam, Ŝe wypada poczekać na ciebie.  

Wyznanie bardzo go zaskoczyło, poniewaŜ słuŜbowo nader rzadko spotykał przyzwoitych 

i dobrze wychowanych ludzi.  

Popatrzył na piętrowy dom z gankiem po obu stronach. Okna były duŜe, drzwi masywne, 

ręcznie rzeźbione. Na kaŜdy ganek prowadziły dwa z grubsza ociosane kamienne schodki.  

Jack wszedł na ganek i z bliska obejrzał drzwi.  

– Co tu jest wyrzeźbione? 

– Wilk i łoś, wplecione w serce.  

Dixie stała tak blisko, Ŝe poczuł bijące od niej ciepło, więc odsunął się nieco.  

– Widzisz je wyraźnie? – spytał zaskoczony.  

–  Nie,  ale  straŜnik  leśny  opowiedział  mi  trochę  o  domu.  –  OstroŜnie  połoŜyła  rękę  na 

klamce z kutego Ŝelaza. – Jesteś gotów? 

– Tak.  

Gdy weszli, owiało ich chłodne powietrze, w którym unosiły się drobiny kurzu widoczne 

w  słońcu  zaglądającym  przez  brudne  szyby.  Sufit  był  na  wysokości  pierwszego  piętra.  W 

olbrzymim pomieszczeniu stały jedynie dwa fotele na biegunach.  

Dixie  wpatrywała  się  w  olbrzymi  kominek  zajmujący  pół  przeciwległej  ściany.  Oczyma 

wyobraźni ujrzała ogień rzucający odblask na grupy młodych, roześmianych ludzi.  

Była zachwycona.  

background image

Obejrzała się na Jacka i serce jej się ścisnęło, bo zrozumiała, Ŝe oboje są zachwyceni.  

Nie ulegało wątpliwości, Ŝe zareagowali podobnie.  

Do licha, zaklęła w duchu.  

Jack zapewne juŜ przygotował długą listę pięknych znajomych, które tutaj zaprosi.  

–  MoŜna  z  tej  chaty  zrobić  cudo,  prawda?  –  odezwała  się,  aby  przerwać  krępujące 

milczenie.  

Jack popatrzył na nią spod opuszczonych powiek.  

– Ale trzeba będzie włoŜyć duŜo pracy, poświęcić mnóstwo czasu.  

Dixie poczuła się nieswojo w ciemnym pomieszczeniu, więc przesunęła dłonią po ścianie 

obok drzwi. Nie natrafiła na kontakt.  

– No, tak. Nie liczyłam na to, Ŝe tu będzie światło elektryczne.  

Umknęła wzrokiem i poszła w głąb pokoju.  

– Dom stoi daleko od miasta, więc byłoby dziwne, gdyby doprowadzono tu prąd. Trzeba 

będzie zainstalować prądnicę. – Jack stanął przed imponującym kominkiem. – Dobrze, Ŝe las 

blisko i nie zabraknie drewna. Na wszelki wypadek zabrałem lampę naftową.  

Dixie  zirytowała  się.  Dlaczego  on  mówi,  jakby  juŜ  był  właścicielem  domu?  Co  sobie 

wyobraŜa? 

– Ja teŜ mam lampę. I juŜ znalazłam gorące źródło. Na skraju łąki.  

– Czyli tam będziemy się myć. Do picia starczy wody, którą przywiozłem.  

Dixie  weszła  do  mniejszego  pomieszczenia.  Pod  ścianą  znajdował  się  solidny  Ŝelazny 

piec,  na  środku  stół  zbity  z  nieheblowanych  desek  i  trzy  krzesła,  kaŜde  inne.  Dom  był 

urządzony więcej niŜ skromnie.  

Jack stanął na progu.  

– Proponuję obejrzeć piętro, póki jest względnie jasno. Mam nadzieję, Ŝe tam będzie coś 

do spania, bo podłoga nie jest zbyt zachęcająca.  

Weszli  na  schody  przy  bocznej  ścianie.  Dixie  spojrzała  w  górę  i  speszyła  się,  gdy 

zobaczyła, Ŝe ma oczy na poziomie pośladków Jacka.  

Nie  zamierzała  ich  oglądać,  a  mimo  to  nie  mogła  oderwać  wzroku  od  mięśni  pręŜących 

się pod materiałem...  

Kobieto, opamiętaj się! – skarciła się. Myśl o tym, co najwaŜniejsze.  

A  co  to  takiego?  Aha,  główne  zadanie  polega  na  tym,  Ŝeby  wygrać  chatę  i  pomóc 

dzieciom z ośrodka. Aby to osiągnąć, wystarczy wmawiać sobie, Ŝe ten przystojny męŜczyzna 

jest robotem lub manekinem. I sprawa załatwiona.  

Jack  zatrzymał  się,  Dixie  z  rozpędu  wpadła  na  niego  i  nosem  uderzyła  o  jego  plecy. 

Trudno było wmawiać sobie, Ŝe to metalowy robot, a nie człowiek z krwi i kości.  

–  Przepraszam,  nie  wiedziałem,  Ŝe  idziesz  tuŜ  za  mną.  Panie  mają  pierwszeństwo. 

Wybierz sobie pokój.  

Dixie  otrząsnęła  się  i  przejechała  dłonią  po  twarzy,  aby  zetrzeć  wspomnienie  dotyku. 

Otworzyła  pierwsze  drzwi  z  prawej  strony.  W  małym  pokoju  było  wąskie  Ŝelazne  łóŜko  z 

jeszcze węŜszym materacem.  

–  Wygląda  na  to,  Ŝe  jednak  nie  będziemy  musieli  spać  na  podłodze.  –  Wskazała  drugie 

background image

drzwi. – Twoja kolej.  

Przeszła  dalej,  a  Jack  zastygł  na  progu  drugiego  pokoju.  Dixie  zerknęła  na  niego 

zdziwiona.  Dlaczego  nie  wchodzi?  Dlaczego  nic  nie  mówi?  Zawróciła,  wyminęła  go 

ostroŜnie, aby nie dotknąć, i zajrzała do pokoju.  

– Och! 

Tu  teŜ  był  tylko  jeden  mebel  –  łóŜko.  Ale  jakie!  DuŜe,  drewniane,  pięknie  rzeźbione,  z 

czterema słupkami do sufitu. Przykryte śnieŜnobiałą kapą.  

– Proponuję rzucić monetę, Ŝeby los za nas zadecydował – powiedziała Dixie, sięgając do 

kieszeni.  

– Nie będziemy losować – stanowczo orzekł Jack. – Ty będziesz tutaj spać.  

– Jesteś wyŜszy ode mnie, a to łóŜko jest większe. Tobie będzie tu wygodniej.  

Wpatrując  się  w  olbrzymie  łoŜe,  wyobraziła  sobie  dwoje  śpiących.  Potrząsnęła  głową, 

aby usunąć obraz, który niepotrzebnie wprowadził zamęt w myślach.  

Odniosła wraŜenie, Ŝe w pokoju jest coś dziwnego. Rozejrzała się, podeszła do kominka, 

przykucnęła  i  zrozumiała,  o  co  chodzi.  Kominek  zbudowano  tak,  aby  ogrzewał  dwa 

pomieszczenia. Było widać łóŜko w pierwszym pokoju.  

Jack odsunął kapę i pięścią uderzył w materac.  

– Ktoś tu zagląda – oświadczył.  

– Skąd wiesz? Uderzył jeszcze raz.  

– Widzisz? Nie kurzy się. Drewno juŜ ułoŜone w kominku, wystarczy podpalić. Zobacz, 

co jest w większej skrzyni, a ja otworzę okno i wpuszczę świeŜe powietrze.  

Dixie otworzyła skrzynię.  

– Pościel! – Wzięła do ręki białe prześcieradło obszyte koronką. – Bardzo ładnie pachnie! 

Wcale nie czuć stęchlizną. Ciekawe, czy przed nami był tu pan Granger.  

– Wątpię. On nawet nie wiedział, jak tu dojechać. Co straŜnik leśny mówił o domu? 

Podszedł  do  okna,  odsunął  zasuwę,  popchnął  ramę,  która  zaskrzypiała,  ale  ustąpiła  pod 

naciskiem. Powiew wiatru o Ŝywicznym zapachu prędko usunął stęchłe powietrze.  

Dixie wyjęła pościel i zabrała się do ścielenia łóŜka.  

–  Dowiedziałam  się,  Ŝe  poprzedni  właściciel  zbudował  ten  dom  dla  ukochanej.  Pewnie 

dlatego jest tu małŜeńskie łoŜe. – Pomyślała, Ŝe to miała być sypialnia nowoŜeńców.  

–  Ale  dziewczyna  rzuciła  narzeczonego,  który  przysiągł,  Ŝe  nikt  inny  w  jego  domu  nie 

zamieszka. Jack w milczeniu patrzył przez okno.  

–  Zawiedziony  właściciel  zabił  okna  deskami  i  Ŝył  jak  pustelnik.  Rzadko  jeździł  do 

miasta,  nie  płacił  podatków.  W  końcu  władze  stanowe  przejęły  działkę  za  zaległe  podatki, 

potem radio ją wykupiło i dlatego my tu jesteśmy.  

Wygładziła  prześcieradło,  wyprostowała  się  i  speszona  uświadomiła  sobie,  Ŝe  pościeliła 

łóŜko dla Jacka.  

Dlaczego  on  się  nie  odzywa?  Dlaczego  pytał  o  historię,  której  nie  raczył  słuchać? 

Milczenie bywa niegrzeczne, a czasami niebezpieczne.  

–  Panie  Powers,  czy  słyszał  pan,  co  mówiłam?  Wystraszyła  się,  Ŝe  jednak  ma  do 

czynienia z jakimś groźnym osobnikiem. PoŜałowała, Ŝe nie skorzystała z rady Maggie i nie 

background image

zabrała czegoś do obrony.  

– Mówiłaś, Ŝe Sadie ma cieczkę – odezwał się Jack.  

– Tak. – Zaniepokojona podbiegła do okna. – Do diaska, co twój pies robi? 

– To chyba oczywiste. – Zerknął na nią. – Twoja suka wydaje się bardzo zadowolona.  

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Dixie schwyciła go za rękę.  

– Zrób coś, Ŝeby przestały. Natychmiast! 

– Na tym etapie lepiej nie przeszkadzać.  

– Musisz przeszkodzić. Sadie jest rasowym psem i umówiłam się z hodowcą...  

– Spontaniczność jest lepsza.  

Odsunęła się jak oparzona, spojrzała na łóŜko, potem na Jacka.  

Nie  rozumiała,  co  się  z  nią  dzieje  i  dlaczego  przypisuje  dodatkowe  znaczenie 

wszystkiemu,  co  on  mówi.  Czemu  nie  zachowuje  się  jak  obyta  w  świecie  dama,  lecz  jak 

prowincjuszka? 

Jack odwrócił się i przez moment badawczo na nią patrzył.  

– Idę po bagaŜ – oznajmił sucho.  

Wyszedł,  nie  patrząc  na  łóŜko.  Dixie  głośno  westchnęła.  Była  zła  na  siebie,  przeklinała 

swą bujną wyobraźnię.  

Mocno  zacisnęła  pięści.  Jakoś  przetrwa  te  cztery  dni.  Otrzyma  nagrodę  i  będzie 

prowadzić górski ośrodek wypoczynkowy. Zrobi to dla dobra trudnej młodzieŜy.  

Bardzo proste, prawda? 

Niby tak, ale...  

Przed wyjazdem Jack nie zjadł śniadania, więc burczało mu w brzuchu, lecz nie zwracał 

na to uwagi. Szybko przyniósł z samochodu trzy pudła. Słyszał kroki na piętrze, otwieranie i 

zamykanie drzwi, dlatego domyślił się, Ŝe Dixie ogląda wszystkie pokoje.  

Dobrze,  Ŝe  wciąŜ  jest  na  górze.  Póki  tam  była,  nie  przyprawiała  go  o  zamęt  w  głowie. 

Dlaczego złośliwy los kaŜe mu spędzić cztery dni z piękną Pollyanną, której zabierze dom? 

Nie,  nic  jej  nie  odbierze,  poniewaŜ  nie  jest  właścicielką  chaty.  Dom  był  spełnieniem 

marzeń ciotki, nie wolno mu o tym zapominać.  

MoŜe dzięki temu pozostanie obojętny na kobiecy urok przeciwniczki. Trudno jednak nie 

zauwaŜyć falowania piersi pod obcisłą bluzką. Nie przypuszczał, Ŝe w górskiej chacie będzie 

wielkie łoŜe, którego widok tak go zdenerwuje i podnieci.  

– Człowieku, opamiętaj się! – mruknął poirytowany.  

Wiedział,  Ŝe  musi  się  pilnować,  bo  rywalka  na  pewno  zrobi  wszystko,  aby  otrzymać 

upragnioną  nagrodę.  Musi  mieć  się  na  baczności,  Ŝeby  nie  dać  się  złapać,  gdy  piękna 

dziewczyna zacznie przymilać się do niego, uwodzicielsko uśmiechać.  

Dobrze, Ŝe jest zdecydowany za wszelką cenę zdobyć tę chatę dla ciotki.  

Starał  się  trzymać  myśli  na  wodzy,  zapomnieć  o  istnieniu  ślicznej  amatorki  na  dom. 

PróŜne  wysiłki.  Zastanawiał  się,  czy  miejska  panna  zabrała  wszystko,  co  jest  potrzebne  do 

przetrwania  kilku  dni  z  dala  od  miasta.  Prawdopodobnie  będzie  marznąć,  bo  kwiecień  w 

górach bywa bardzo zimny. Niech marznie! Nie jego zmartwienie... Więc dlaczego coś kaŜe 

mu zadbać o jej dobre samopoczucie? 

Dixie nasłuchiwała odgłosów z parteru i patrzyła na śpiące psy, które sprawiały wraŜenie 

background image

bardzo  zadowolonych.  Dlaczego  miałoby  być  inaczej?  Wprawdzie  dopiero  się  poznały,  ale 

zawarły znajomość najprzyjemniejszą z wszelkich moŜliwych.  

– Co ja powiem hodowcy? – szepnęła zmartwiona. Dziwiła się, Ŝe w głębi duszy trochę 

zazdrości  własnemu  psu  i  Ŝałowała,  Ŝe  nie  ma  Maggie,  która  zawsze  przywoływała  ją  do 

porządku.  

Nie patrząc, ominęła łoŜe, na którym będzie spał Jack, i poszła do sąsiedniego pokoju.  

Parę  minut  później  skończyła  ścielić  mniejsze  łóŜko.  Przysiadła  na  brzegu,  zerknęła  do 

przyległego pokoju i zaczęła głowić się, co postawić jako parawan przed kominkiem.  

Nie,  to  śmieszne,  przecieŜ  oboje  są  dorośli.  Poza  tym  wieczorem  na  pewno  zrobi  się 

chłodno  i  trzeba  będzie  rozpalić  ogień.  Prędko  zapadnie  noc  i...  Przedtem  nie  zdąŜyła 

pomyśleć o wspólnych nocach.  

Cztery dni i trzy noce wydały się wiecznością.  

–  Niedługo  będzie  ciemno  –  rozległo  się  od  progu.  Dixie  upuściła  poduszkę,  której  nie 

zdąŜyła powlec. Jak to moŜliwe, Ŝe olbrzym bezszelestnie wszedł po schodach? Czy celowo 

się  skradał?  Dlaczego  przyniósł  tyle  drewna?  Jack  znacząco  spojrzał  na  kominek  –  Trzeba 

zrobić zapas w obu pokojach, bo kto się obudzi, ten dorzuci do ognia.  

Przykucnął, aby ułoŜyć polana na kamiennej półce.  

Dixie była pewna, Ŝe do rana nie zmruŜy oka.  

– Przywiozłam zapiekankę. Jesteś głodny? 

– Owszem. Chętnie coś zjem.  

Gdy  spojrzał  na  nią  z  wdzięcznością,  poczuła,  Ŝe  pąsowieje.  Szybko  pochyliła  się  i 

udawała,  Ŝe  jest  bardzo  zajęta.  Pierwszy  raz  powleczenie  poduszki  wymagało  tyle  uwagi  i 

wysiłku.  

Jack obserwował ją uwaŜnie, jakby chciał odgadnąć myśli wywołujące rumieniec.  

– Bardzo ci przeszkadza, Ŝe kominek jest otwarty na dwa pokoje, prawda? 

Dixie  była  ciekawa,  czy  jej  obawy  są  aŜ  tak  widoczne.  Wzruszyła  ramionami,  udając 

obojętność.  

– Brak kanalizacji jest bardziej krępujący.  

Chciała, aby zabrzmiało to jak pretensja rozkapryszonej kobietki, lecz zdradził ją drŜący 

głos.  

Jack  uśmiechnął  się  i  wyszedł,  a  Dixie  długo  patrzyła  w  ślad  za  nim.  Potem  z  jękiem 

opadła na łóŜko i przycisnęła poduszkę do piersi, aby uciszyć szalejące serce.  

Zastanawiała się, czy powiedzieć rywalowi, dlaczego marzy o tym domu i jak bardzo taka 

odskocznia przyda się młodzieŜy. On chyba nie  przedstawi waŜniejszego powodu. Pokręciła 

głową.  W  myślach  tłumaczenie  wygląda  kiepsko,  a  wyraŜone  słowami  –  wyda  się  Ŝałosne. 

Nie chciała być posądzona o to, Ŝe ucieka się do kobiecych sztuczek, aby zdobyć nagrodę.  

Nie,  nie  będzie  uwodzić  współzawodnika,  by  zyskać  prawo  do  domu.  Zresztą  i  tak  nie 

wiedziała, jak to robić.  

OdłoŜyła  poduszkę  i  delikatnie  powiodła  palcem  po  literze  wyhaftowanej  w  rogu 

powłoczki. Co znaczy „C i kto przywiózł tu świeŜą pościel? 

Zapewne  pozostanie  to  tajemnicą,  zresztą  odpowiedź  jest  bez  znaczenia,  bo 

background image

najwaŜniejsze, Ŝe ktoś w ogóle o tym pomyślał.  

Zeszła na dół, stanęła przy oknie od frontu, rękawem usunęła zastarzały brud, przykleiła 

nos do szyby i uśmiechnęła się.  

Jack  niósł  wielkie  pudło,  a  ujadające  psy  skakały  wokół  niego.  Chciały,  Ŝeby  się  z  nimi 

bawił. Tigger pobiegł w lewo, a Sadie za nim, między nogami Jacka.  

Jack  zachwiał  się,  lecz  zdołał  utrzymać  równowagę.  Dixie  zadrŜała.  Zdawała  sobie 

sprawę,  Ŝe  przesadnie  reaguje  na  widok  zabójczo  przystojnego  rywala.  Byłoby  znacznie 

lepiej, gdyby nie miała na czym zawiesić oka.  

Wielka  szkoda,  Ŝe  nie  ma  tu  Maggie,  bo  bardzo  by  się  przydała.  Telefon  został  w 

samochodzie.  MoŜe  warto  chyłkiem  wymknąć  się  i  zasięgnąć  rady,  jak  postępować 

nonszalancko,  gdy  serce  wyrywa  się  do  ledwo  poznanego  męŜczyzny.  Nie,  to  bez  sensu, 

poniewaŜ Maggie wybuchnie śmiechem i nic rozsądnego nie powie.  

Jack  wszedł  na  schody,  więc  Dixie  odskoczyła  od  okna.  Za  Ŝadne  skarby  nie  powinien 

domyślić się, Ŝe go obserwowała. I nie moŜe pomyśleć, Ŝe płonęła z poŜądania. PrzecieŜ nie 

płonęła! 

Najlepiej  byłoby  skryć  się  w  ciemnym  kącie,  ale  to  tchórzostwo.  Dixie  otworzyła  drzwi 

i... wpadła na Jacka.  

– Och! – krzyknęli oboje.  

Wielkie pudło spadło na podłogę.  

Silne ręce podtrzymały Dixie. Stała wpatrzona w oczy, w których dostrzegła rozbawienie 

i coś, czego nie umiała zidentyfikować.  

– Przepraszam – wykrztusiła. – Nie wiedziałam, Ŝe idziesz.  

Ze wstydu, Ŝe kłamie, najchętniej zapadłaby się pod ziemię. Odsunęła się, chociaŜ dotyk 

ciepłej ręki był bardzo przyjemny.  

Jack zmarszczył brwi i schylił się po pudło.  

– Nic się nie stało. Ja teŜ nie wiedziałem, Ŝe jesteś za drzwiami.  

Dixie  przemknęła  obok  i  pobiegła  do  samochodu.  Wyciągnęła  sznurek  spod 

zardzewiałego  zderzaka,  stuknęła  ręką  w  lewy  bok  bagaŜnika,  a  biodrem  w  prawy.  Metoda 

była niezawodna, i bagaŜnik otworzył się.  

Miała  duŜo  sentymentu  dla  wysłuŜonego  grata.  Znajomi  od  dawna  radzili,  by  kupiła 

nowszy  wóz,  lecz  nie  mogła  rozstać  się  ze  starym.  Nie  pozwalała  na  to  lojalność,  która 

przecieŜ  nie  ma  ceny.  Poza  tym  samochód  był  całkowicie  spłacony,  co  czyniło  go 

cenniejszym.  

Wystawiła duŜą torbę i sięgnęła po pudło z prowiantem.  

– Pomogę ci.  

Odwróciła  się  zaskoczona,  ale  podała  pudło.  Uznała,  Ŝe  skoro  pościeliła  Jackowi  łóŜko, 

moŜe spokojnie skorzystać z pomocy. Zwyczajna wymiana usług.  

– Jak ty to robisz? – zapytała.  

– O co ci chodzi? 

Prawie biegła, Ŝeby dotrzymać mu kroku. Głowiła się, jak inaczej spytać o kwestię, która 

wywołała jej niepokój podczas oglądania domu.  

background image

– Skradasz się, niepostrzeŜenie podchodzisz... I zauwaŜasz róŜne drobiazgi.  

– Nie skradam się – rzekł oburzony. – Gdzie to postawić? 

– Koło okna.  

– MoŜe nie skradasz się, ale chodzisz bardzo cicho. Dlaczego? 

Jack postawił pudło i wyprostował się.  

– Bo tego wymaga moja praca.  

Dixie pomyślała o róŜnych zajęciach wymagających ukradkowych kroków. Co jedno, to 

gorsze.  Z  kim  ma  do  czynienia?  Ze  szpiegiem,  włamywaczem,  zbirem  wynajmowanym  do 

mokrej roboty, seryjnym mordercą? 

Jakby wyczuwając jej niepokój, Jack ostentacyjnie wyjął z portfela wizytówkę.  

„Jack Powers. Usługi detektywistyczne. Wysokie kwalifikacje. Pełna dyskrecja. „ 

Tego nie przewidziała.  

– Czy to cię uspokoi? 

Uśmiechnął  się  tak,  Ŝe  zrobiło  się  jej  zimno  i  gorąco  jednocześnie.  Ogarnęło  ją  dziwne 

podniecenie.  

– OstroŜność nie zawadzi – mruknęła.  

– Racja. To samo powtarzam Emmie.  

Dixie pomyślała, Ŝe nie omyliła się i przystojny rywal nie mieszka sam. Była pewna, Ŝe w 

Denver  czeka  na  niego  piękna  dziewczyna.  Normalne.  Dlaczego  więc  sprawia  jej  to 

przykrość? 

Jack patrzył na nią bardzo uwaŜnie i zdawał się czytać w jej myślach.  

– Emma między innymi jest moją sekretarką – rzekł gwoli wyjaśnienia.  

– Aha.  

Czyli  biurowy  romans.  Dixie  nie  wątpiła,  Ŝe  Jack  podoba  się  wszystkim  kobietom  –  w 

biurze, w sklepie, wszędzie. Dlaczego sekretarka miałaby pozostać obojętna na jego urok? 

By  ukryć  zmieszanie,  zabrała  się  do  wypakowywania  pudła.  Przez  cały  czas  czuła  na 

sobie badawczy wzrok, dlatego była coraz bardziej podniecona.  

Jack  usiłował  przywołać  się  do  porządku.  Nie  będzie  myślał  o  Dixie  jako  o  kuszącej, 

atrakcyjnej kobiecie, poniewaŜ to zaciemnia umysł i sprawia, Ŝe człowiek zapomina, dlaczego 

chce  wygrać  konkurs.  Musi  pamiętać  o  ciotce.  Wszystko,  co  będzie  robił  przez  cztery  dni, 

powinno prowadzić do wytyczonego celu.  

Dixie  weszła  pod  stół,  aby  coś  podnieść.  Widok,  jaki  ukazał  się  męskim  oczom,  był... 

ciekawy.  

Jack połoŜył rękę na czole. Dlaczego jest takie gorące? Z powodu temperatury w kuchni? 

Chyba  nie.  Poczuł,  Ŝe  się  dusi.  Koniecznie  trzeba  odetchnąć  świeŜym  powietrzem.  Im 

prędzej, tym lepiej.  

Oderwał oczy od „widoku”, wbił wzrok w ścianę i siląc się na spokój, rzekł: 

– Pójdę na spacer z Tiggerem. Powiedz dokładniej, gdzie widziałaś źródło.  

Ucieszył się, Ŝe głos go nie zdradził i nie było w nim ani śladu poŜądania, jakie odczuwał. 

Ośmielił się nawet na nią spojrzeć.  

–  Jest  za...  nie,  przed...  Och,  nie  potrafię  ci  wytłumaczyć.  Speszona  odgarnęła  włosy, 

background image

przygryzła wargę, czubkiem buta popchnęła torbę. Jack ruszył ku drzwiom.  

–  Nie  szkodzi.  Znajdę  bez  instrukcji.  –  Chciałabym  spokojnie  wszystko  wypakować. 

Będę wdzięczna, jeśli zabierzesz Sadie.  

– Dobrze, wezmę oba psy.  

Dixie  długo  wpatrywała  się  w  miejsce,  w  którym  przed  chwilą  stał  Jack.  Oboje  byli 

wyraźnie spięci, ale moŜe tylko dla niej napięcie było kłopotliwe. Miała nadzieję, Ŝe Jack nie 

zdaje sobie sprawy z biegu jej myśli.  

Nie dopuści, by odgadł, co dzieje się w jej sercu.  

Postanowiła, Ŝe po powrocie do Denver zacznie udzielać się towarzysko. Poprosi Maggie, 

by  zapoznała  ją  z  jakimś  interesującym  męŜczyzną,  z  którym  moŜna  by  przyjemnie 

porozmawiać,  pójść  na  spacer.  Przyjaciółka  ucieszy  się,  poniewaŜ  od  dawna  chciała 

przedstawić jej kilku sympatycznych znajomych. W tej chwili Dixie byłaby gotowa umówić 

się z największym nudziarzem. To zresztą bezpieczne rozwiązanie, bo o nudziarzu na pewno 

nie będzie fantazjować.  

Zaniosła torbę do swego pokoju. Liczyła na to, Ŝe przy wypakowywaniu rzeczy zapomni 

o atlecie, który będzie spał oddzielony od niej jedynie ścianą ognia.  

Zajrzała  do  torby;  było  w  niej  wszystko  oprócz  nowej  flanelowej  piŜamy.  Wyrzuciła 

rzeczy  na  łóŜko.  NiemoŜliwe,  aby  Maggie  zapomniała  o  ciepłej  piŜamie,  która  leŜała  koło 

torby.  

Gdzie zapodziała się najwaŜniejsza rzecz? 

Dixie  otworzyła  boczną  kieszeń  i  wyciągnęła  nocny  strój.  Niestety  nie  ten,  którego 

szukała.  

–  Niech  to  kule  biją!  –  zaklęła  pod  nosem.  –  Uduszę  Maggie!  Zamorduję!  Wydrapię  jej 

oczy! Powyrywam włosy! 

Policzyła do dziesięciu,  spojrzała na sufit, policzyła do dwudziestu i niepewnie zerknęła 

na  to,  co  trzymała  w  dłoni.  Czy  Maggie  celowo  tak  postąpiła?  NiemoŜliwe.  PrzecieŜ  była 

najwierniejszą przyjaciółką, która dotychczas nigdy nie zawiodła.  

Dixie  długo  wpatrywała  się  w  zwiewną  koszulę  fantazyjnie  obszytą  koronką.  Zamknęła 

oczy,  otworzyła.  Tak,  to  jednak  było  do  przewidzenia.  Od  początku  znajomości,  czyli  od 

kilkunastu  lat,  przyjaciółki  robiły  sobie  kawały.  I  teraz  Maggie  zrobiła  jej  największego 

psikusa.  

NaleŜało spodziewać się, Ŝe wykorzysta okazję, gdy przyjaciółka wreszcie będzie sam na 

sam z przystojnym męŜczyzną.  

CóŜ, Maggie zapomniała, Ŝe noce w górach są zimne i lepiej mieć ciepłą piŜamę.  

Dixie uśmiechnęła się szelmowsko i wcisnęła koszulę na dno torby. Nie będzie marznąć 

w nocy, bo przecieŜ moŜe spać w bluzce i spodniach. Po powrocie zaś zrewanŜuje się tak, Ŝe 

przyjaciółce zbieleje oko.  

Wet za wet.  

Jack  rzucił  psom  gałązkę.  Tigger  i  Sadie  schwyciły  ją  za  dwa  końce  i  niezdarnie 

przybiegły z powrotem.  

Jack był zły, Ŝe wszystko sprzysięgło się przeciw niemu. Jak nie myśleć o romansie w tak 

background image

sprzyjających okolicznościach? Tigger polizał pana w rękę, czym sprowadził go na ziemię. I 

dzięki temu Jack w porę zauwaŜył, Ŝe doszedł na miejsce.  

Nad wodą unosiła się para. Czyli znalazł gorące źródło, o którym mówiła Dixie.  

– Dobrze, Ŝe moja przeciwniczka nie widzi, jaki jestem bystry – mruknął poirytowany. – 

Niewiele brakowało, a byłbym wlazł prosto do wody.  

Poklepał  psa,  który  zadowolony,  Ŝe  uratował  swemu  panu  Ŝycie,  połoŜył  się  na  trawie. 

Sadie przytuliła się do Tiggera i zasnęła.  

Jack  przykucnął  i  włoŜył  rękę  do  ciepłej  wody.  W  sam  raz  do  kąpieli.  Natychmiast 

oczyma wyobraźni ujrzał Dixie – była naga, osłonięta jedynie welonem z włosów i pary.  

Zacisnął pięści. Przysiągł sobie, Ŝe podczas kąpieli czarnowłosej boginki będzie trzymał 

się  z  dala  od  źródła.  Ogarniało  go  podniecenie  na  samą  myśl  o  Dixie,  więc  wolał  nie 

ryzykować.  Lepiej  nie  sprawdzać,  jak  ciało  zareaguje  na  widok  nimfy  wynurzającej  się  z 

wody.  

Wiedział,  Ŝe  podczas  dnia  nie  będzie  tak  źle,  ale  w  nocy.  ..  Niewidzącym  wzrokiem 

patrzył na osiki rosnące wokół źródła. Co będzie, jeśli okaŜe się, Ŝe Dixie śpi nago? 

Szkoda, Ŝe zbudowano kominek wspólny dla dwóch pokoi, ale chyba nie warto martwić 

się na zapas. Pocieszał się, Ŝe Dixie jest rozsądna i zabrała niezbyt twarzową piŜamę.  

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Dixie  patrzyła  na  wieczorne  niebo  i  wysokie  sylwetki  sosen  odcinające  się  na  tle 

purpurowego teraz nieba.  

– Gdzie podziewa się Jack z psami? – powiedziała na głos.  

Niezgrabnie zapaliła staroświecką lampę. Ciepłe światło usunęło cienie, które wypełzały 

ze wszystkich kątów. Stare umknęły, lecz powstały nowe.  

Normalnie  nie  bała  się  ciemności,  ale  teraz  znajdowała  się  daleko  od  miasta  i  ludzi  i 

przypomniały  się  jej  drastyczne  sceny  z  róŜnych  filmów.  Wyrzucała  sobie,  Ŝe  oglądała 

morderstwa  i  przemoc.  Gdy  była  wśród  ludzi,  filmy  zdawały  się  nieszkodliwe,  lecz  w  głębi 

lasu, w samotności potęgowały strach. Wszystko, co w nich widziała, mogło jej się przytrafić.  

Wyjęła  z  pojemnika  jedzenie  i  ułoŜyła  na  papierowych  talerzach.  Co  za  wspaniały 

poczęstunek! Przynajmniej Jack nie będzie miał podstaw do oskarŜenia jej o to, Ŝe serwując 

wykwintne posiłki, próbuje wyłudzić prawo do chaty.  

Nie  lubiła  gotować  i  dlatego  robiła  to  równie  umiejętnie,  jak  sprzątała  mieszkanie  lub 

pakowała się przed wyjazdem. Czyli beznadziejnie.  

Gdy  usłyszała  kroki  i  ujadanie,  odetchnęła  z  ulgą.  Dopiero  teraz  uświadomiła  sobie,  Ŝe 

była bardzo spięta.  

Och, jak przyjemnie mieć towarzystwo, choćby współzawodnika w konkursie.  

Zerknęła na niego spod rzęs. Wyglądał jeszcze bardziej pociągająco niŜ przed spacerem. 

Miał  potargane  włosy  i  pachniał  lasem.  Stanowił  uosobienie  niebezpiecznego  uwodziciela, 

przed którym ostrzegała ją matka.  

Lecz kobiety uwielbiają takie niebezpieczeństwo, prawda? 

Dixie wzdrygnęła się, chociaŜ wcale nie było zimno.  

Dość długo patrzyli na siebie w milczeniu, więc sekundy zdawały się minutami. Wreszcie 

Dixie wyciągnęła rękę w stronę kuchni.  

– Zapraszam na kolację.  

– Moja wdzięczność nie zna granic, bo solidnie zgłodniałem.  

Jack zawrócił do drzwi frontowych i gwizdnął. Tigger oraz Sadie wbiegły jednocześnie i 

usiadły  przed  nim.  Oba  wpatrywały  się  w  niego  z  oddaniem,  czyli  Sadie  bezwstydnie 

zdradziła swą panią.  

Jack zdjął marynarkę i rzucił na fotel. Zafascynowana Dixie obserwowała grę mięśni pod 

koszulą  i  na  owłosionej  ręce.  Zastanawiała  się,  czy  ten  olbrzym  zdaje  sobie  sprawę,  jak 

bardzo  ją  pociąga.  MoŜliwe,  Ŝe  to  część  jego  planu,  by  zdobyć  prawo  do  domu  w  górach. 

MoŜe postanowił doprowadzić ją do szaleństwa? 

Trzeba uwaŜać, pilnować się, aby nie osiągnął podstępem celu.  

– Robi się chłodno, więc jeszcze przed kolacją rozpalę w kominku na górze.  

Jack  schwycił  swoją  lampę,  przeskakując  po  dwa  stopnie,  wbiegł  po  schodach  i  zniknął 

na półpiętrze.  

Dixie  energicznie  potrząsnęła  głową,  aby  wyrzucić  z  niej  rosnące  zainteresowanie 

background image

rywalem. Spojrzała na psy, klepnęła się w udo i ruszyła do kuchni.  

– Czas na kolację.  

Była bardzo głodna. Jack omylił się, jeśli liczył, Ŝe poczeka na niego. Jedzenie juŜ i tak 

wystygło. Wystygło? PrzecieŜ od początku było zimne.  

Jack miał nadzieję, Ŝe komin nie jest zatkany i ciąg powietrza będzie dobry.  

Potarł  zapałkę  o  kamienne  palenisko  i  wsunął  rękę  do  kominka.  Ucieszył  się,  Ŝe  dym 

idzie prosto do góry, podrzucił szczap na rozpałkę, a po chwili dwa polana.  

Siedząc  w  kucki,  widział  prawie  cały  sąsiedni  pokój.  Zdziwił  się,  Ŝe  Ŝelazne  łóŜko  stoi 

jakoś bliŜej niŜ za dnia. A zatem w nocy nie wolno zbyt nisko nachylać się przy dorzucaniu 

drew, bo będzie widać Dixie. Oby spała w grubej piŜamie.  

Potarł jeszcze jedną zapałkę i przypalił w drugim miejscu. Gdy uznał, Ŝe ogień na pewno 

nie zgaśnie, wstał i przeciągnął się. Nie wypadało dłuŜej zwlekać, trzeba zejść do kuchni. W 

brzuchu głośno mu burczało, organizm dopominał się o swe prawa.  

Wszedł niepostrzeŜenie i dlatego zobaczył, Ŝe Tigger zajada frytki.  

– Był bardzo głodny – usprawiedliwiała się zaczerwieniona Dixie.  

– Czy ja coś mówię? 

Starał  się  nie  wpaść  w  zachwyt  z  powodu  zielonych  oczu,  które  przy  zarumienionych 

policzkach były jeszcze piękniejsze. Postawił krzesło oparciem do stołu, usiadł okrakiem i z 

uznaniem popatrzył na pełen talerz.  

– Tigger jest Ŝarłokiem.  

– ZauwaŜyłam.  

– Dziękuję za kolację.  

Dixie lekcewaŜąco wzruszyła ramionami.  

–  Bardzo  wystawna,  prawda?  Chyba  domyślasz  się,  Ŝe  przygotowywałam  ją  przez  cały 

dzień. Znalazłeś źródło? 

Skinął  głową,  poniewaŜ  miał  pełne  usta,  a  na  dodatek  zlizywał  musztardę  z  palców. 

ZauwaŜył, Ŝe Dixie spąsowiała i ślicznie wygląda. Coraz mniej ludzi się rumieni, a to bardzo 

ładny widok.  

Przełknął i odezwał się: 

– Dobrze byłoby opracować plan.  

– Jaki? Po co? 

– Chodzi o mycie. Lepiej ustalić, kto i kiedy będzie korzystać z kąpieli w źródle.  

Dixie  jeszcze  bardziej  się  speszyła,  a  jemu  podobało  się,  Ŝe  pod  wpływem  zmieszania 

zielone oczy ciemnieją.  

– Co tu ustalać? – Aby zyskać na czasie, napiła się wody. – Mnie Ŝadne komplikacje nie 

przychodzą do głowy. O której wstajesz? 

– RóŜnie.  

– A ja zawsze wcześnie. Czy zgodzisz się, Ŝebym była pierwsza w kolejce? 

– Zgodzę. Mam nadzieję, Ŝe do ósmej zdąŜysz się wypluskać. I o jedno cię proszę. Idąc 

do źródła, rób duŜo hałasu.  

ś

ując ostatni kęs, z Ŝalem patrzył na pusty talerz.  

background image

– Dlaczego mam hałasować? – zdziwiła się Dixie. – śeby obudzić ciebie czy odstraszyć 

jakieś zwierzę? 

– Nie boisz się dzikich zwierząt? 

Podejrzewał  ją  o  to,  Ŝe  przestraszy  się  wiewiórki  skaczącej  po  gałęziach  i  ucieknie  z 

wody. Zrobiło mu się przykro na myśl, Ŝe coś mogło ją przerazić.  

– Nie boję się, ale na wszelki wypadek wezmę Sadie. – Spojrzała na zegarek. – Och, jak 

późno! Zaraz się połoŜę, bo jestem trochę zmęczona.  

Wstała,  ziewnęła  i  leniwie  się  przeciągnęła,  a  Jack  patrzył  zafascynowany.  Uznał,  Ŝe 

posągowo zbudowana nimfa jest bardzo niebezpieczna.  

Odwrócił wzrok od pokusy i gorączkowo szukał jakiegoś neutralnego tematu.  

–  Nie  wiem,  jak  tu  jest  w  nocy,  ale  na  wszelki  wypadek  zamknąłem  okna,  a  ogień 

zabezpieczyłem na kilka godzin.  

– Dziękuję. Dobranoc.  

– Dobranoc.  

Postanowił  dać  Dixie  czas,  aby  spokojnie  rozebrała  się  i  połoŜyła.  Nie  chciał  oglądać 

pięknej kobiety chodzącej w piŜamie, choćby grubej i niezbyt frywolnej.  

Dixie  wrzuciła  talerz  i  kubek  do  kosza,  skinęła  na  Sadie,  wzięła  lampę  i  umknęła  przed 

przenikliwym wzrokiem Jacka, dziwnie niepokojącym w migotliwym świetle.  

Starannie zamknęła drzwi sypialni i oparła się o nie. Tutaj odpręŜyła się, ale na plecach 

nadal  czuła  mrowienie.  Wiedziała,  Ŝe  Jack  obserwował  ją,  jak  przedtem  ona  jego.  Z  jedną 

róŜnicą.  Ona  patrzyła  z  zachwytem,  a  on  prawdopodobnie  z  niechęcią.  Na  pewno  pragnął, 

Ŝ

eby zrezygnowała z nagrody.  

Niedoczekanie.  Okolica  urzekła  ją,  majestat  gór,  piękno  i  spokój  od  razu  chwyciły  za 

serce,  chata  przypadła  do  gustu.  Dixie  była  przekonana,  Ŝe  tutaj  będzie  idealny  azyl  dla 

młodzieŜy mającej kłopoty z sobą i z rodziną. W takim otoczeniu człowiek prędko wraca do 

równowagi,  poniewaŜ  nie  ma  ingerencji  rodziny  łub  znajomych,  co  zazwyczaj  jedynie 

przeszkadza.  

W  nieprzytulnym  pokoju  była  tym  bardziej  wdzięczna  Jackowi  za  ciepło  i  wesołe 

płomienie. Przez chwilę stała przy kominku, z przyjemnością się grzejąc, po czym obejrzała 

rzeczy,  w  których  przez  cały  dzień  chodziła.  Skrzywiła  się,  poniewaŜ  bluzka  i  spodnie  były 

poplamione,  nosiły  ślady  trawy,  Ŝywicy  i  błota.  Plamy  tworzyły  nawet  dość  interesujące 

wzory, gdyby potraktować je jako sztukę abstrakcyjną.  

Przyjemnie byłoby zdjąć brudne rzeczy, włoŜyć ciepłą piŜamę.  

Jaka szkoda, Ŝe Maggie zrobiła takiego psikusa.  

Dixie  wiedziała,  Ŝe  nie  ma  sensu  zwlekać  i  musi  podjąć  decyzję.  Wybór  miała 

ograniczony. Albo trzeba spać w ciasnych spodniach, albo włoŜyć przejrzystą koszulę, którą 

Maggie podstępnie zapakowała. Zdenerwowała się i jak zwykle w takich momentach zaczęła 

obgryzać paznokcie. Obejrzała kominek z góry, przykucnęła i obejrzała z tej pozycji.  

Doszła  do  wniosku,  Ŝe  Jack  niewiele  zobaczy,  jeśli  nie  będzie  celowo  przykucał  i 

zaglądał  do  sąsiedniego  pokoju.  Zresztą  wcale  nie  wiadomo,  czy  według  niego  jest  ładną 

kobietą, a tym bardziej godną poŜądania. Mówił o jakiejś Emmie, która pewno czeka na niego 

background image

z utęsknieniem.  

Zdecydowała się spać w koszuli.  

Wcześniej  przyniosła  pełen  dzbanek  wody,  więc  mogła  się  obmyć.  Wyjęła  z  torby 

zwiewny  nocny  strój  i  jeszcze  raz  go  obejrzała.  W  świetle  płomieni  zdawał  się  utkany  z 

księŜycowej poświaty.  

Wsunęła  koszulę  przez  głowę.  Materiał  był  bardzo  miękki,  lecz  nie  stanowił 

odpowiedniego  stroju  na  noc  w  górskiej  chacie.  Z  przodu  cienka  koszula  dochodziła  do 

połowy łydki, z tyłu miała tren.  

– Wyglądam jak aktorka filmowa sprzed lat – szepnęła z autoironią. – Ale niezaleŜnie od 

wyglądu trzeba się porządnie wyspać.  

Przytrzymując  tren,  powoli  podeszła  do  łóŜka,  połoŜyła  się  na  śnieŜnobiałym 

prześcieradle i podciągnęła koc pod brodę. Rozgrzała się, westchnęła zadowolona. Jak miło i 

wygodnie.  

Miała nadzieję, Ŝe prześpi całą noc, a wczesnym rankiem pójdzie na długi spacer w lesie. 

Oczywiście po kąpieli w gorącym źródle.  

Jack spojrzał na zegarek i zmniejszył płomień lampy. Uznał, Ŝe moŜe iść na górę, bo dał 

Dixie dość czasu na to, by się połoŜyła. Jeśli jeszcze nie śpi, jej sprawa. Czuł się zmęczony, a 

Tigger głośno ziewał i kleiły mu się powieki.  

Powoli wszedł na schody.  

Wieloletnia praca wytwarza pewne nawyki. Jack automatycznie przystanął na półpiętrze, 

by posłuchać dźwięków dochodzących z domu i z zewnątrz. Usłyszał jedynie zwykłe odgłosy 

nocy, dalekie wycie kojota.  

Cisza  w  domu  oznaczała,  Ŝe  Dixie  śpi.  To  dobrze.  Przynajmniej  nie  natknie  się  na 

rywalkę, która jest mu obojętna, chociaŜ ładna i miła.  

Cicho zamknął drzwi i popatrzył na łóŜko. O czym myślał człowiek, który tak pięknie je 

wyrzeźbił? Chyba marzył o nocach z ukochaną.  

Jack zdjął koszulę i spodnie, a włoŜył szorty. Gdyby Dixie zobaczyła, w czym zwykle śpi, 

mogłaby dostać zawału, a wolał tego nie ryzykować.  

Podszedł do kominka, rozgarnął Ŝarzący się popiół i dołoŜył dwa polana. Pilnował się, by 

wzrok  nie  uciekł  do  łóŜka  stojącego  za  trzaskającymi  płomieniami.  Nerwowym  ruchem 

gładził włosy i czekał, , aŜ drewno się rozpali. Gdy ocenił, Ŝe nie zgaśnie, odwrócił się.  

Tigger połoŜył się, parę razy cicho ziewnął i usnął.  

Jack  patrzył  z  zazdrością,  bo  teŜ  chętnie  zasnąłby  tak  prędko.  Gdyby  i  jemu  starczyło 

znaleźć odpowiednie miejsce, wygodnie się ułoŜyć i o wszystkim zapomnieć... śycie w ogóle 

byłoby łatwiejsze, a juŜ na pewno tej nocy.  

Stanął  przy  oknie  i  zapatrzył  się  na  srebrzyste  pnie  osik  skąpanych  w  świetle  księŜyca. 

Był  rozdraŜniony,  poniewaŜ  myśli  o  Dixie  odpędzały  sen.  Jej  promienny  uśmiech, 

dziewczęcy  wdzięk,  bardzo  kobiece  krągłości  stanowiły  wyjątkowo  atrakcyjne  połączenie. 

Mimo to powinien być odporny i skupić się na tym, po co przyjechał. Musi otrzymać dom dla 

ciotki, która bardzo liczy na wygranie konkursu.  

Ciotka  i  jej  marzenia  są  najwaŜniejsze.  Nie  wolno  myśleć  o  tym,  by  zawrzeć  bliŜszą 

background image

znajomość  z  Dixie,  poznać  smak  jej  ust.  Koniecznie  trzeba  zdobyć  nagrodę,  potem 

zaopiekować  się  ciotką  z  wdzięczności  za  wieloletnie  poświęcenie,  za  to,  co  dotychczas  dla 

niego zrobiła. Wyłącznie ten cel powinien mu przyświecać.  

Niestety  teoria  rozmijała  się  z  praktyką,  a  sen  nie  nadchodził.  Jack  długo  przemierzał 

pokój  z  kąta  w  kąt,  wreszcie  zachciało  mu  się  pić.  Szklanka  wody  na  pewno  ochłodzi  i 

oderwie myśli od istoty śpiącej w sąsiednim pokoju.  

W otwartych drzwiach zamienił się w słup soli, poniewaŜ przy schodach stała Dixie. Była 

w fantazyjnej koszuli. Dlaczego nie w ciepłej piŜamie? 

Oboje milczeli zaskoczeni, a Sadie niecierpliwie skakała koło swej pani.  

Jack  zapomniał  o  postanowieniach  i  omiótł  wzrokiem  kuszącą  sylwetkę,  widoczną  w 

przyćmionym  świetle  z  pokoju.  Zrozumiał,  Ŝe  picie  nie  ostudzi  ciała;  trzeba  będzie  oblać 

rozpaloną głowę zimną wodą.  

Miał być spokój, a zanosi się na coraz większy niepokój! 

Dixie zastanawiała się, co znaczy rozogniony wzrok Jacka. Oj, chyba zwiastuje kłopoty! 

Było  oczywiste,  Ŝe  koszula  nie  uszła  uwagi  Jacka.  Dixie  w  duchu  przeklinała  ze  złości,  Ŝe 

Sadie ma za mały pęcherz.  

Wszystko przez fizjologię spaniela.  

SkrzyŜowała ręce na piersi i schrypniętym głosem wykrztusiła: 

– Sadie musi... muszę ją wyprowadzić.  

– Aha.  

Jack  powiedział  to  takim  tonem,  jakby  uwaŜał,  Ŝe  Dixie  celowo  wybrała  się  na 

przechadzkę.  A  przecieŜ  nie  wiedziała,  Ŝe  on  nie  śpi  i  o  tej  porze  lubi  chodzić  po  domu. 

Zanim wyszła z łóŜka, przez kilka minut nasłuchiwała odgłosów z sąsiedniego pokoju. Była 

cisza jak makiem zasiał, myślała, Ŝe Jack juŜ śpi. A tymczasem spotkali się. Prawdziwy pech! 

– Masz bardzo ładną koszulę.  

Uśmiechnął się tak, Ŝe przebiegł ją dreszcz i z trudem opanowała podniecenie.  

– Nie moja.  

Jack wysoko uniósł brwi, a Dixie poczuła, jak na jej policzki wpełza zdradliwe gorąco.  

– Zwykle śpię we flanelowej piŜamie.  

– Tak myślałem.  

Ciekawe,  co  to  oznacza.  Czy  ma  wypisane  na  twarzy,  Ŝe  nie  nosi  kreacji  z  jedwabiu  i 

koronek?  Jack  jej  nie  zna,  ale  moŜe  jest  wyjątkowo  bystry  i  spostrzegawczy.  Jego  słuszne 

przypuszczenie nie było miłe.  

– Maggie pomogła mi się spakować i to – wzięła koszulę w dwa palce – jest dowodem jej 

przekornej natury. Nie mam nic innego na noc.  

Wiedziała, Ŝe niepotrzebnie to mówi, lecz nie mogła się powstrzymać.  

Jack ze zrozumieniem skinął głową.  

– Podoba mi się takie poczucie humoru. Dobranoc. Obrócił się na pięcie i zniknął.  

Dixie wbiła wzrok w drzwi. Co on miał na myśli? Czy w takiej koszuli mu się podobała? 

Zresztą  to  bez  znaczenia.  Musiała  jednak  przyznać  się  przed  sobą,  Ŝe  aprobujący  wzrok 

sprawił jej przyjemność.  

background image

Przypomniała  sobie  powód,  dla  którego  wyszła  z  pokoju,  i  gniewnie  spojrzała  na 

spaniela. Sadie zaskomliła i pomerdała ogonem.  

– Wszystko przez ciebie. Mogłabyś mniej pić. No, biegnij i zrób swoje.  

Czekała,  dygocąc  z  zimna.  Po  kilku  minutach  wpuściła  Sadie,  czym  prędzej  wróciła  do 

pokoju  i  wskoczyła  do  ciepłego  łóŜka.  LeŜała  wpatrzona  w  płomienie  i  zastanawiała  się,  co 

Jack robi. Czy juŜ zasnął? 

Zreflektowała się, Ŝe za duŜo o nim myśli. Stanowczo postanowiła, Ŝe się opamięta i nie 

pozwoli  rozwinąć  się  uczuciu,  które  psuje  Ŝyciowe  plany.  Miała  bardzo  odpowiedzialną 

pracę,  więc  nie  moŜe  ulec  hormonom.  Poza  tym  z  osobistego  doświadczenia  wiedziała,  jak 

wyglądają romantyczne związki. Widziała nieudane małŜeństwa matki.  

PołoŜyła  się  na  boku  i  uderzyła  pięścią  w  poduszkę.  Nie  da  zwieść  się  interesującej 

twarzy  i  sylwetce  atlety.  Hormony  przebudziły  się,  lecz  moŜna  je  znowu  uśpić.  Umiała  to 

robić, miała wprawę.  

Rozum mówił jedno, a ciało drugie. Istniało niebezpieczeństwo, Ŝe hormony zlekcewaŜą 

racje rozumu.  

Czym zająć myśli, Ŝeby się uspokoić? 

Zwykle pomagała tabliczka mnoŜenia. Dotychczas było to najlepsze lekarstwo.  

Dixie  zaczęła  mnoŜyć  i  dzielić,  ale  wkrótce  się  znudziła.  Pomyślała  o  wykładach 

profesora  Blackwella.  Co  z  nich  pamięta?  Profesor  do  znudzenia  powtarzał  studentom,  Ŝe 

kiedyś poŜałują, iŜ nie przykładali się do nauki. Warto byłoby napisać do profesora i po latach 

przyznać  mu  rację,  chociaŜ  nie  rozpaczała,  Ŝe  zapomniała  większość  z  tego,  czego  uczył. 

ś

ałowała jedynie, Ŝe tabliczka mnoŜenia nie zagłuszyła myśli o Jacku i nie sprowadziła snu.  

Zamiast pomóc, bodaj jeszcze pogorszyła sytuację.  

Dixie mocno zacisnęła powieki i wmawiała sobie, Ŝe zasypia. A jeśli sen nie przychodzi, 

to  lepiej,  Ŝeby  jak  najprędzej  nastał  świt.  Wtedy  będzie  moŜna  wstać,  zdjąć  próbtematyczną 

koszulę,  a  włoŜyć  spodnie  i  bluzkę.  Przysięgła  sobie,  Ŝe  Maggie  drogo  zapłaci  za 

niewybredny Ŝart.  

Zbudziło ją światło nowego dnia. Otworzyła oczy zaskoczona, Ŝe jednak przespała kilka 

godzin,  chociaŜ  bała  się  bezsennej  nocy.  Przeciągnęła  się  i  głośno  ziewnęła.  Zza  okien 

dochodziły miłe dla ucha odgłosy.  

Ptaki  śpiewały  przy  akompaniamencie  cichego  szumu  liści.  Naturalna  symfonia 

przewyŜszała swym pięknem wszystko, co człowiek potrafi stworzyć.  

Przyjemnie tego słuchać, ale czas wstać, skorzystać z ciepłej wody i zacząć nowy dzień.  

Dixie przez dłuŜszą chwilę nadsłuchiwała, ale z sąsiedniego pokoju nie dochodził Ŝaden 

dźwięk. Wobec tego prędko się ubrała, wzięła przybory toaletowe i na palcach zeszła na dół.  

Cicho  zamknęła  drzwi  frontowe  i  pobiegła  zarośniętą  ścieŜką.  Niebawem  stanęła  nad 

brzegiem  nieduŜej  sadzawki.  W  promieniach  wschodzącego  słońca  woda  krystalicznie 

połyskiwała, a nad powierzchnią unosiła się lekka mgiełka. Naokoło rosły sosny, w powietrzu 

unosił się zapach Ŝywicy.  

Raj na ziemi! 

Dixie  długo  napawała  się  urokiem  poranka.  Potem  rozebrała  się,  ale  szybko  okręciła 

background image

ręcznikiem,  gdyŜ  chłodne  powietrze  wywołało  gęsią  skórkę.  OstroŜnie  stąpając  po  śliskich 

głazach, weszła do wody.  

Jak przyjemnie! 

Rzuciła  ręcznik  na  brzeg  i  poszła  dalej.  Na  środku  było  tak  głęboko,  Ŝe  ciepła  woda 

sięgała po brodę.  

Pełnia szczęścia! 

Wróciła  do  brzegu  i  namydliła  się  ekologicznym,  delikatnie  pachnącym  mydłem. 

Rozejrzała  się  w  poszukiwaniu  spaniela,  ale  Sadie  zniknęła.  Nigdy  nie  odchodziła  daleko, 

lecz widocznie miała jakieś własne sprawy i nie chciała siedzieć na brzegu.  

Dixie  zanurkowała,  wynurzyła  się,  nalała  na  dłoń  sporą  porcję  szamponu.  Mycie  głowy 

zawsze  działało  na  nią  uspokajająco,  teraz  teŜ  aŜ  przymknęła  oczy  z  zadowolenia.  Ciepła 

woda,  chłodny  wiatr  owiewający  nagie  ramiona,  pachnące  powietrze,  niewyraźne  szelesty 

wśród traw.  

Spłukała szampon i nadstawiła ucha. Co to za dziwny odgłos? Jakby drapanie pazurami. 

Zerknęła w stronę drzew i krzewów na lewym brzegu. Nic nie widać. Spojrzała przez ramię 

na miejsce, w którym zostawiła rzeczy i... zamarła.  

Rzeczy leŜały tak, jak je zostawiła, lecz na nich skulił się mały skunks. Wyglądało na to, 

Ŝ

e smacznie śpi.  

Co robić? Co robić? – zastanawiała się Dixie gorączkowo.  

Byle nie wpaść w panikę.  

Wiedziała, Ŝe w takiej sytuacji najwaŜniejsze jest zachowanie zimnej krwi i jasnej głowy. 

Dla uspokojenia zaczęła miarowo oddychać i liczyć do stu.  

PrzecieŜ nie mogła pójść do domu nago.  

Gorączkowo  zastanawiała  się,  czy  i  kiedy  uda  jej  się  wyjść  z  wody  i  w  co  się  ubierze. 

Jeśli  zacznie  krzyczeć,  Jack  przybiegnie  na  ratunek,  ale  skunks  wystraszy  się  i  opryska 

cuchnącą wydzieliną wszystko naokoło. Oczywiście najpierw rzeczy, na których śpi.  

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Jack raz i drugi spojrzał na zegarek. Dziwne! Minęła pełna godzina od wyjścia Dixie. Co 

ta dziewczyna tak długo robi? Powinna juŜ wrócić po kąpieli. Nie wyglądała na flegmatyczkę, 

która potrzebuje dwóch godzin, Ŝeby się umyć.  

CzyŜby  zginęła  po  drodze  albo  utonęła?  Na  pewno  nie  było  tam  głęboko,  ale  mogła 

pośliznąć się i utopić w płytkiej wodzie.  

Spokojnie, spokojnie.  

Nie  naleŜy  przewidywać  najgorszego,  bo  wyjaśnienie  zazwyczaj  jest  proste.  Lepiej 

trzymać wyobraźnię na wodzy. I pamiętać, Ŝe skoro jest się cenionym detektywem, naleŜy w 

krytycznych momentach zachować trzeźwą głowę i myśleć racjonalnie.  

Jednak trzeba coś zrobić. Lecz co? 

Postanowił,  Ŝe  pójdzie  na  spacer  po  łące  i  będzie  udawał  spokój.  Zresztą  tak  czy  owak 

czas wyprowadzić Tiggera.  

Dixie,  która  chyba  zdąŜyła  się  wykąpać,  na  pewno  wraca  do  domu  okręŜną  drogą, 

zrywając kwiaty albo podziwiając widoki. Jack chciał dyskretnie się rozejrzeć. Gdy zauwaŜy 

dziewczynę, wyruszy w stronę źródła.  

Bardzo rozsądne wyjście. Dlatego nie rozumiał narastającego niepokoju i instynktownego 

przeczucia, Ŝe jednak coś jest nie w porządku.  

Ciekawe, co się stało.  

Doszedł prawie do końca krętej ścieŜki wśród gęstych zarośli. Przystanął, nadstawił ucha. 

Naokoło panowała niezmącona cisza. Obejrzał się za siebie i o dziwo nie dostrzegł Tiggera. 

Pewnie psiak pogonił za wiewiórką.  

–  Dixie  –  odezwał  się  półgłosem.  Zaczekał  chwilę,  a  gdy  nie  otrzymał  odpowiedzi, 

zawołał: – Dixie? 

– Cicho! 

Głos  dobiegł  od  strony  wody.  Co  ta  dziewczyna  wyprawia?  Przeszedł  kilka  kroków  i 

znowu przystanął.  

– Jeszcze się kąpiesz? 

– Potrzebuję pomocy – padła nieoczekiwana i niechętna odpowiedź.  

Jack ruszył szybciej.  

– Nie pędź, bo go spłoszysz.  

Ciekawe  kogo?  Miał  nadzieję,  Ŝe  Dixie  nie  natknęła  się  na  węŜa.  Wiedział,  Ŝe  poradzi 

sobie  z  kaŜdym  dzikim  zwierzem  oprócz  pełzającego  gada.  Trzeba  przestać  zgadywać  i  na 

własne  oczy  przekonać  się,  o  co  chodzi.  OstroŜnie  wyjrzał  zza  osłony  krzewów, 

błyskawicznie ocenił sytuację, pokręcił głową.  

To nic strasznego.  

UlŜyło mu.  

Z  duŜym  zwierzęciem  podjąłby  nierówną  walkę,  zwalone  drzewo  jakoś  by  usunął,  lecz 

jak walczyć z kłębkiem futra? 

background image

Dixie powoli wyciągnęła rękę, uwaŜając, aby reszta ciała pozostała pod wodą.  

– Tam jest skunks.  

– Widzę.  

Zwierzątko leŜące na ubraniu niewątpliwie było dorodnym skunksem.  

– Śpi na moich rzeczach.  

– Ciekawe, na jak długo tam się usadowił.  

Dixie wzruszyła ramionami, które na moment ukazały się nad powierzchnią wody.  

–  Skąd  mam  wiedzieć?  MoŜe  to  głuchy  staruszek  albo  młode  stworzenie,  które  jeszcze 

nie wie, Ŝe naleŜy unikać ludzi. – Uśmiechnęła się współczująco. – Biedactwo.  

–  Zapominasz,  Ŝe  to  twoje  „biedactwo”  posiada  cuchnący  oręŜ.  –  Jack  zaśmiał  się, 

poniewaŜ sytuacja zaczęła go bawić. – Intryguje mnie, jak zamierzasz odzyskać rzeczy.  

–  Gdybym  wiedziała,  co  zrobić,  nie  potrzebowałabym  pomocy.  –  Popatrzyła  na  niego 

błagalnie. – Proszę cię.  

Jack zastanowił się nad sposobami rozwiązania problemu. Niestety wszystkie wymagały 

usunięcia skunksa, na co nie miał najmniejszej ochoty.  

– Twoja koszula – szepnęła Dixie.  

– Co takiego? 

– PoŜycz mi.  

Bystra  istota.  śe  teŜ  sam  na  to  nie  wpadł.  Dzięki  temu  nie  będzie  musiał  dotykać 

zwierzątka. Zdjął koszulę i przewiesił przez rękę.  

Dixie zrobiła wielkie oczy i wskazała rosnący nieopodal krzew.  

– Bądź tak dobry i tam połóŜ, a potem się odwróć. Jack błysnął zębami w szelmowskim 

uśmiechu.  A  jeśli  odmówi?  Czy  zdesperowana  nimfa  wyjdzie  z  wody  i  weźmie  koszulę 

prosto z jego ręki? 

Dixie  zasępiła  się.  To  droczenie  się  czy  odmowa  spełnienia  prośby?  Powinna  wyjść  z 

wody i wziąć koszulę, czy teŜ nago pobiec do domu? Nie. Wiedziała, Ŝe nie zdobędzie się na 

taki wyczyn, chociaŜ, o dziwo, w głębi duszy miała ochotę to zrobić.  

Przyjrzała się półnagiemu atlecie. Przefiltrowane przez gałęzie promienie słońca tworzyły 

intrygujące,  tajemnicze  cienie  na  potęŜnym  torsie.  Spojrzała  na  twarz  Jacka.  Jego  rozpalony 

wzrok  i  uwodzicielski  uśmiech  sprawiły,  Ŝe  z  wraŜenia  zabrakło  jej  tchu,  poczuła  rosnące 

poŜądanie.  

ś

ałowała,  Ŝe  nie  ma  odwagi  odpowiedzieć  na  ogień  w  niebieskich  oczach.  Chciałaby 

choć  raz  w  Ŝyciu  przekroczyć  pewną  granicę  i  sprawdzić,  co  znajduje  się  dalej.  Lecz  nie 

akurat teraz. I nie nago.  

Jack  domyślił  się,  Ŝe  dziewczyna  toczy  wewnętrzną  walkę,  toteŜ  rzucił  koszulę  na 

wskazany krzak i posłusznie się odwrócił. Lecz nie odszedł.  

Dixie postąpiła dwa kroki w stronę brzegu. Jeszcze jeden. Dno gwałtownie się podnosiło. 

Zrobiła trzy kroki. Woda była ciepła, a poranne powietrze chłodne, więc mokra skóra pokryła 

się gęsią skórką.  

Dixie schwyciła koszulę. Skrępowana, ubierała się niezdarnie i powoli. Niestety koszula 

sięgała jej zaledwie do pół uda. Wolałaby mieć dłuŜsze okrycie, lecz nie było wyboru.  

background image

Obciągając  koszulę,  zerknęła  na  Jacka  i  zobaczyła,  Ŝe  wpatruje  się  w  jej  piersi. 

Podniecenie  wzrosło,  skrępowanie  teŜ,  ale  zmusiła  się,  by  nie  spuścić  wzroku.  Wpatrywała 

się w pulsującą Ŝyłę na jego skroni...  

Po  długiej  chwili  ich  oczy  się  spotkały.  I  zielone,  i  niebieskie  płonęły  poŜądaniem, 

którego nie dało się ukryć.  

Gdy Jack wyciągnął rękę, Dixie nerwowo podskoczyła.  

– Spokojnie. To tylko pomocna dłoń. Przyda ci się, gdy pójdziesz po kamienistej ścieŜce. 

– Wskazał jej bose stopy i swoje buty. – Nie poŜyczę, bo trochę za duŜe.  

– Och.  

Była  zła,  Ŝe  rumieniec  ją  zdradzi.  Dlaczego  troskę  o  bose  stopy  odczytała  jako  wyraz 

gwałtownej namiętności? PołoŜyła drŜące palce na gorącej dłoni i wyczuła podobne drŜenie.  

Jack powoli zamknął jej dłoń w swojej.  

– Dlaczego się trzęsiesz? Zimno ci? 

Uznała, Ŝe kłamstwo byłoby oznaką tchórzostwa. – Nie.  

WyŜej uniosła głowę. Była wystraszona, ale postanowiła udawać odwagę.  

Jack delikatnie musnął zaróŜowiony policzek.  

– Jeśli nie z zimna, to dlaczego drŜysz? 

Bywają  chwile,  gdy  trzeba  powiedzieć  prawdę.  Dixie  miała  wraŜenie,  Ŝe  nadszedł 

moment  podjęcia  waŜnej  decyzji.  Będzie  szczera  i  powie  przystojnemu  rywalowi,  jakie 

emocje w niej budzi.  

– Boję się – wyznała niemal szeptem. Jack nie ukrywał zaskoczenia.  

– Czego się boisz? Mnie? Dixie postąpiła pół kroku.  

– Nie. Boję się, Ŝe nie starczy mi odwagi, Ŝeby cię pocałować. A jeszcze bardziej, Ŝe nie 

chcesz, Ŝebym to zrobiła.  

Jack ujął jej twarz w dłonie i kciukiem pieszczotliwie przesunął po wargach.  

– Nie ma Ŝadnego powodu do obaw.  

Intuicyjnie  wiedziała  o  tym,  lecz  głośno  wypowiedziane  słowa  ucieszyły  ją,  dodały 

odwagi.  Niejako  usprawiedliwiały  podszepty  instynktu.  Dlatego  zamiast  czekać,  aŜ  Jack 

pochyli się ku niej, stanęła na palcach i odchyliła głowę. Ich usta błyskawicznie się spotkały.  

Dixie  nie  była  przygotowana  na  taką  rozkosz  i  po  pierwszym  pocałunku  błogo 

westchnęła. Rozchyliła wargi, podświadomie posunęła się o krok, przytuliła do twardej piersi, 

zarzuciła Jackowi ręce na szyję, wsunęła palce we włosy.  

Jack  objął  ją  i  pieszczotliwie  pogładził  po  plecach;  jego  gorące  dłonie  paliły  przez 

koszulę. Gdy wreszcie oderwał się od jej ust, oboje z trudem łapali oddech.  

– Wiesz, do czego to prowadzi? 

Zaskoczona przecząco pokręciła głową. Pytanie nie miało sensu. Co on chciał zrobić? Iść 

do domu? Teraz zaraz? 

– Dokąd idziemy? – spytała.  

– Nigdzie. Ale jeśli nie przestaniemy, będziemy kochać się na gołej ziemi.  

Rzeczywistość  uderzyła  Dixie  jak  obuchem.  Jack  widocznie  uznał,  Ŝe  jest  mało 

wymagająca,  niewiele  potrzebuje  do  szczęścia.  Opuściła  ręce,  jakby  się  sparzyła,  co  w 

background image

pewnym sensie było prawdą.  

– Nie mogę...  

Jack zsunął rękę na jej biodro.  

– Dlaczego? 

Miała  potworny  zamęt  w  głowie.  Rozpaczliwie  szukała  rozsądnego  argumentu.  Co 

mogłoby  jej  przeszkodzić  kochać  się  z  tym  wspaniałym  męŜczyzną?  Zdecydowała  się 

powiedzieć, Ŝe ma narzeczonego.  

–  Jestem  zaręczona...  –  Zacisnęła  pięść,  aby  ukryć  palec  bez  pierścionka.  –  Niedługo 

będzie ślub...  

Jack niechętnie odsunął się.  

– Hm, zaręczyny zwykle poprzedzają ślub.  

Dixie  nie  lubiła  kłamać  ani  wprowadzać  ludzi  w  błąd,  ale  poŜądanie  zaciemniło  jej 

zwykle jasny umysł. Doszła do głosu sentymentalna strona jej osobowości.  

– Narzeczony nazywa się... Guy Montgomery.  

Podała  nazwisko  kolegi  z  ośrodka.  Jack  nie  musi  wiedzieć,  Ŝe  rzekomy  narzeczony  ma 

sześćdziesiąt lat i od dawna jest wiernym męŜem oraz dobrym ojcem.  

–  Szczęściarz  z  niego.  –  Jack  przygładził  włosy.  –  Chodźmy  do  domu.  Po  twoje  rzeczy 

przyjdziemy później.  

Jednocześnie  odwrócili  się  i  Dixie  wybuchła  śmiechem.  Skunks  widocznie  obudził  się  i 

dawno odszedł.  

Dixie  w  duchu  podziękowała  zwierzątku,  bo  to  dzięki  niemu  znalazła  się  w  ramionach 

Jacka.  

– Dobrze, Ŝe się wyniósł – rzekła trochę za głośno. – Przynajmniej włoŜę buty.  

Szli gęsiego, Dixie jako pierwsza. Szuranie przypominało jej, Ŝe Jack jest niecały metr za 

nią.  Zresztą  nie  potrzebowała  przypomnienia,  bo  ilekroć  brzeg  koszuli  musnął  udo,  miała 

wraŜenie, Ŝe to był palec Jacka.  

Bała się, Ŝe przegra walkę z sobą.  

Spacer  do  źródła  zajął  kwadrans,  a  droga  powrotna  zdawała  się  trwać  godzinami.  Dixie 

nie  wiedziała,  jak  przerwać  krępujące  milczenie.  Wszystko,  co  przychodziło  jej  do  głowy, 

było trywialne w porównaniu z cudownymi pocałunkami.  

– Dlaczego zaleŜy ci, Ŝeby dostać tę nagrodę? Pytanie tak ją zaskoczyło, Ŝe przystanęła.  

– Słucham? 

–  Czy  jest  jakiś  konkretny  powód,  dla  którego  chciałabyś  mieszkać  z  dala  od  ludzi? 

Zatrzymasz chatę dla siebie czy zaraz sprzedasz? 

Jack wyminął ją i teraz  on szedł pierwszy. Dixie powoli ruszyła za nim.  Nie zamierzała 

wtajemniczać go w swe plany, przyznać się, Ŝe chce stworzyć azyl dla młodzieŜy.  

– Na pewno nie sprzedam – rzekła stanowczo. – A jakie ty masz plany? 

– Decyzja nie zaleŜy tylko ode mnie. Emma teŜ ma coś do powiedzenia.  

Dixie  odniosła  wraŜenie,  Ŝe  imię  wymówił  innym  tonem,  bardzo  ciepło.  Gdy  stanęli 

przed domem, chrząknęła zakłopotana.  

–  Jesteś  z  nią...  mocno  związany,  prawda?  –  Tak  Poczuła  bolesne  ukłucie  w  sercu,  ale 

background image

spojrzała  Jackowi  w  oczy.  Zastanawiała  się,  czy  wytrzyma  kilka  dni  na  granicy  między 

rzeczywistością a marzeniami. Spuściła wzrok i odwróciła głowę.  

– Zaraz przebiorę się i oddam ci koszulę.  

– Nie musisz. Przywiozłem kilka, a na tobie wygląda bardzo dobrze. – Popatrzył w stronę 

ź

ródła. – Teraz ja idę się umyć.  

Zniknął  wśród zarośli,  a Dixie patrzyła  w ślad za nim, kręcąc  głową. Było jej wstyd, Ŝe 

nie  podziękowała  za  komplement,  ale  po  prostu  nie  wiedziała,  co  powiedzieć.  śałowała,  Ŝe 

nie  przyjechała  z  Maggie,  która  umiała  znaleźć  się  w  kaŜdej  sytuacji.  Dotychczas  tylko 

jednym  uchem  słuchała  rad  przyjaciółki  na  temat  rozmów  z  męŜczyznami.  UwaŜała,  Ŝe  nie 

warto  zajmować  się  drobiazgami,  gdy  człowiek  ma  powaŜny  cel  w  Ŝyciu.  Nie  zamierzała 

łowić męŜczyzn. Jacka teŜ nie. Chciała zdobyć upragnioną nagrodę.  

Trzeba wmawiać sobie, Ŝe tylko i wyłącznie o to jej chodzi.  

Jack umył się, spłukał mydło i połoŜył się na plecach. Z przyjemnością patrzył na błękit 

prześwitujący między zielonymi gałęziami.  

Nie  pojmował,  dlaczego  pocałował  Dixie.  NaleŜało  najpierw  dowiedzieć  się,  czy  jest 

wolna. Nigdy nie uwodził kobiet, które były z kimś związane.  

Dosyć  napatrzył  się  na  niewierność.  Nie  zamierzał  doprowadzić  do  sytuacji,  której  obie 

strony musiałyby potem gorzko Ŝałować.  

Spomiędzy  drzew  wybiegły  psy  i  skoczyły  prosto  na  niego.  Wynurzył  się,  wypluwając 

wodę i gniewnie opędzając się od psich czułości. Zamachnął się i rzucił patyk.  

– Jazda, zbóje. Który będzie pierwszy? 

Psy wygramoliły się na brzeg i pognały przed siebie. Jack skorzystał z tego i poszedł się 

ubrać.  śaden  skunks  nie  upatrzył  sobie  jego  spodni  na  legowisko.  Czy  dlatego,  Ŝe  męskie 

ubranie  inaczej  pachnie?  Widocznie  nawet  dzikiemu  stworzeniu  odpowiadał  kwiatowy 

zapach otaczający Dixie.  

–  Przestań  myśleć  o  tej  dziewczynie  –  mruknął.  –  To  twoja  rywalka.  I  w  dodatku  owoc 

zakazany.  

Miał nadzieję, Ŝe bez większych problemów wytrwa trzy dni. Potrafił panować nad sobą. 

Przynajmniej z dala od uroczej istoty, gdy nie słyszał jej śmiechu, nie widział oczu, nie czuł 

zapachu...  

–  Cholera!  Kogo  oszukuję?  –  syknął.  –  To  będą  najdłuŜsze  dni  w  moim  Ŝyciu.  – 

Gwizdnął. – Tigger, Sadie, do nogi! 

Psy razem przyniosły patyk.  

Nagle od strony domu dobiegły dziwne odgłosy, jakby uderzenia metalu o metal. Co to za 

koncert? 

Jack  zatrzymał  się  na  widok  Dixie  siedzącej  na  schodach  i  wyskrobującej  coś  z  rondla. 

Naokoło niej fruwały czarne płatki; większość opadała na ziemię, ale niektóre dolatywały do 

drzewa i przyklejały się do liści.  

ZauwaŜyła go, skrzywiła się i podsunęła mu pod nos rondel, aby zobaczył zawartość.  

– Masz dowód, jaka ze mnie świetna kucharka. To było nasze śniadanie.  

Jack pochylił się, pociągnął nosem i poczuł ostry zapach spalenizny.  

background image

– Co przypaliłaś? 

– Płatki owsiane.  

No  i  dobrze,  pomyślał.  Byłoby  mu  przykro,  gdyby  musiał  powiedzieć  nieszczęsnej 

kucharce, Ŝe nie jest koniem i nie jada owsa, nawet pierwszorzędnie ugotowanego.  

Psy  powąchały  dziwne  czarne  płatki  i  odeszły  zdegustowane.  Jack  patrzył  na  ziemię, 

uwaŜając, aby resztki śniadania nie przykleiły mu się do butów.  

–  Twoja  próba  się  nie  powiodła,  więc  ja  zadbam  o  napełnienie  naszych  pustych 

Ŝ

ołądków.  

Dixie rozpromieniła się.  

– Naprawdę zajmiesz się śniadaniem? Przywiozłeś coś dobrego i gotowego? 

Olśniony  jej  uśmiechem  Jack  musiał  chwilę/  zastanowić  się,  aby  znaleźć  odpowiednie 

słowa i ułoŜyć sensowne zdanie.  

– Emma pakowała prowiant, więc jestem pewien, Ŝe znajdzie się coś na ząb.  

– Ja  pościelę  łóŜka,  a ty  przygotuj  śniadanie.  –  Spojrzała  na  zniszczony  rondel.  –  Tylko 

proszę cię, nie idź w moje ślady i nie produkuj węgla.  

–  Węgiel  by  się  przydał,  ale  postaram  się  pamiętać  o  poleceniu.  –  Przepuścił  ją  w 

drzwiach. – Czy łaskawa pani dotrzyma mi towarzystwa? Sprzątanie moŜe poczekać.  

Dwadzieścia  minut  później  Dixie  zagniatała  ciasto  według  wskazówek  szefa  kuchni. 

Miała  mąkę  nawet  na  ramionach  i  na  czubku  nosa.  Przywodziła  na  myśl  dziecko,  które 

pomaga z entuzjazmem, ale nieudolnie. Lecz to „dziecko” miało bardzo kobiecą figurę...  

Jack  wsunął  rękę  do  turystycznej  lodówki,  bo  miał  nadzieję,  Ŝe  lodem  ostudzi 

zainteresowanie podkuchenną. Niestety! Wyjął dwie porcje parówek. Był zadowolony, Ŝe bez 

dyskusji  pozwolił  ciotce  zapakować  prowiant.  Dzięki  temu  miał  zapasy  na  co  najmniej 

tydzień.  

Z zamyślenia wyrwał go ostry dźwięk. Przestraszona Dixie wysypała mąkę na podłogę.  

– Co tak brzęczy? 

– Mój telefon. Nie wiedziałam, Ŝe nawet tutaj będę uchwytna. – Pokazała ręce oblepione 

ciastem. – Bądź tak dobry i odbierz. Telefon jest w bocznej kieszeni torby.  

Jack rzucił parówki na stół i zdąŜył odebrać telefon po czwartym sygnale.  

– Słucham.  

– Kto mówi? Gdzie jest moja córka? Kim pan jest? Dlaczego pan odebrał telefon? 

Kobieta zamilkła dla nabrania tchu, a Jack nie miał wątpliwości, Ŝe zamierza dalej pytać.  

– Odebrałem telefon, bo pani córka zagniata ciasto. Zapadło długie milczenie.  

– Halo? Słyszy mnie pani? 

– Dixie zagniata ciasto? – wykrztusiła pani Osborn.  

– Tak. Ściśle wedle mojej instrukcji.  

– Więc to pan jest jej nowym wielbicielem, o którym mi opowiadała. Chad, prawda? 

Dixie powiedziała, Ŝe jest zaręczona z Guyem, o kim wobec tego mówi jej matka? 

– Nie jestem jej wielbicielem – sprostował. – Nazywam się Jack Powers.  

– Aha. – Pani Osborn westchnęła. – Z tego wniosek, Ŝe Chad wypadł z listy. – Ponownie 

westchnęła. – JuŜ pana lubię za to, Ŝe udziela pan mojej córce lekcji gotowania.  

background image

Jack zerknął na Dixie i pokręcił głową. Nic nie rozumiał, ale chciało mu się śmiać.  

– Nie jestem nauczycielem...  

–  Zapewne  domyśla  się  pan,  Ŝe  jestem  matką  Dixie.  Mam  nadzieję,  Ŝe  zostaniemy 

przyjaciółmi – powiedziała pani Osborn z przekonaniem.  

– Na pewno.  

Jack dawno temu nauczył się, Ŝe naleŜy podsycać złudzenia bliźnich.  

Dixie  wytarła  rękę  i  wyciągnęła  po  telefon.  Była  czerwona  jak  piwonia,  nerwowo 

zagryzała wargę.  

Jack niedbale oparł się o szafkę.  

– Dzień dobry, mamusiu. Jack ani nie jest moim wielbicielem, ani nauczycielem.  

Przez chwilę słuchała, potakująco kiwając głową.  

–  W  bardzo  ładnej  drewnianej  chacie,  niedaleko  Pagosa  Springs.  Mówiłam  ci,  Ŝe  chcę 

wziąć udział w radiowym konkursie. Pamiętasz? Wiesz, prawie wygrałam nagrodę.  

Jack głośno chrząknął.  

– Tak, jesteśmy sami. Nie, nic złego mi się nie stanie, bo drugi finalista zapewnił mnie, Ŝe 

nie jest mordercą. Tak, tak, przewidziałam to.  

Jack  zawstydził  się,  Ŝe  słucha  cudzej  rozmowy,  dlatego  wyszedł  do  pokoju.  Tutaj 

dochodził jedynie szmer.  

CzyŜby  Dixie  skłamała  na  temat  narzeczonego?  Czy  pani  Osborn  nie  wiedziałaby  o 

człowieku, który wkrótce zostanie jej zięciem? PogrąŜył się w myślach i niebawem uśmiech 

rozjaśnił  mu  twarz.  Bardzo  prawdopodobne,  Ŝe  piękna  dziewczyna  opowiadała  o 

narzeczonym, aby czuć się bezpieczniej. Po pocałunku wystraszyła się, ostatecznie są sam na 

sam  na  zupełnym  odludziu.  Co  o  nim  wiedziała?  Praktycznie  nic.  On  o  niej  teŜ  niewiele 

więcej.  

Albo skłamała ze strachu, albo rzeczywiście ma narzeczonego.  

Weszła Dixie z nietęgą miną. Jack bał się, Ŝe wybuchnie śmiechem, więc zacisnął pięści i 

wsunął ręce do kieszeni.  

–  Moja  droga,  powiedz  mi  coś  więcej  o  narzeczonym.  Kiedy  ślub?  I  co  łączy  cię  z 

Chadem, o którym wspomniała twoja matka? 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

O jakim ślubie Jack mówi? Dixie zrobiła wielkie oczy, ale po chwili przypomniała sobie, 

co mu nagadała. Ciekawe, co matka zdąŜyła wypaplać.  

–  Jeszcze  nie  ustaliliśmy  konkretnej  daty.  Chad  to  znajomy  z  przeszłości...  z  ubiegłego 

roku. Mama często myli imiona.  

Sama  plątała  się  w  zeznaniach.  Wołałaby,  Ŝeby  Jacka  nie  interesowały  jej  sprawy 

osobiste.  Było  jej  wstyd,  Ŝe  wcześniej  go  okłamała.  Cierpiała  na  przesadne  poczucie  winy  i 

nie  chciała  bardziej  obciąŜać  wraŜliwego  sumienia.  Wiedziała,  Ŝe  nie  pomoŜe  najlepszy 

terapeuta i przez długie lata będzie robiła sobie wyrzuty.  

Jack  przykucnął  i  podrapał  Tiggera  za  uchem.  Sadie  natychmiast  przybiegła, 

niedwuznacznie dopraszając się pieszczot.  

Dixie pomyślała, Ŝe zwierzęta dobrze się przy Jacku czują, więc pewnie i dzieci go lubią. 

Jak  pozostać  obojętną  wobec  ogólnie  lubianego  człowieka,  wobec  męŜczyzny,  któremu  nie 

moŜna się oprzeć? 

Jack  bardzo  ją  pociągał,  więc  nie  mogła  wyznać  prawdy,  a  kłamstwa  unikała,  aby  nie 

czuć obrzydzenia do samej siebie. Tak źle i tak niedobrze.  

Ze zdenerwowania splatała i rozpłatała palce.  

– Bardzo dobrze.  

Nieoczekiwane  słowa  zdumiały  ją.  Spojrzała  na  Jacka,  który  uśmiechał  się 

uwodzicielsko.  

–  Bardzo  dobrze?  –  powtórzyła  jak  papuga.  Jack  wstał  i  jednym  susem  znalazł  się  przy 

niej.  

– Ty jeszcze nie ustaliłaś daty, a twoja matka nie pamięta imienia przyszłego zięcia.  

– Co z tego? 

Zajrzał jej głęboko w oczy.  

– Kochasz narzeczonego? 

Czuła,  Ŝe  jest  bliska  omdlenia,  ale  wytrzymała  badawcze  spojrzenie.  Najlepiej  byłoby 

powiedzieć prawdę.  

– Nie zaręczyłabym się, gdybym nie była mocno zakochana.  

Odpowiedź była prawdziwa, lecz ucisk w gardle wcale nie zelŜał.  

Jack palcem musnął jej podbródek.  

– Wystraszyłaś się pocałunków – stwierdził z pełnym przekonaniem.  

Niech  tak  myśli.  NajwaŜniejsze,  Ŝe  przestał  interesować  się  zaręczynami  i  nie  zadaje 

krępujących pytań. Dixie postanowiła nie zaprzeczać, więc w milczeniu skinęła głową. CóŜ, 

jej  niedoświadczenie  musi  być  dla  niego  oczywiste.  Pierwszy  raz  poŜałowała,  Ŝe  rzadko  i 

niechętnie  chodziła  na  randki.  Dotychczas  była  bardzo  zadowolona  ze  swojego  Ŝycia,  teraz 

wszystko się zmieniło.  

Maggie  często  powtarzała,  Ŝe  doświadczenie  jest  najlepszym  nauczycielem,  no  i  miała 

rację. Czytanie o namiętnych pocałunkach nie daje wyobraŜenia o tym, jakie gorące uczucia 

background image

im towarzyszą. Dixie pamiętała, jak całowała się ze szkolnymi kolegami, lecz tamte doznania 

nie umywały się do tego, co właśnie przeŜyła.  

Jack przytulił dłoń do jej policzka, spojrzał na usta, oczy mu pociemniały. Dixie oblizała 

suche wargi.  

Czy teraz podjąć decyzję? Wykorzystać okazję czy nadal kryć się za parawanem pracy? 

–  Jesteś  zaręczona,  co  stanowi  przeszkodę  –  szepnął  Jack.  –  Nie  postępuję  wbrew 

własnym zasadom...  

Zrozumiała,  Ŝe  daje  jej  moŜliwość  wycofania  się.  Przestała  analizować  swe 

postępowanie, nawet przestała myśleć, bo uznała, Ŝe nadszedł czas działania.  

Podniosła  do  ust  rękę  Jacka,  który  pod  wpływem  delikatnej  pieszczoty  jęknął  i  zmruŜył 

oczy.  

Dixie nabrała odwagi, przytknęła jeden palec do warg, wsunęła do ust, aŜ poczuła go na 

języku. Reakcja Jacka znowu upewniła ją, Ŝe intuicja jej nie zawodzi.  

– Dziewczyno, igrasz z ogniem. Powoli wyjęła palec z ust.  

– Wiem.  

Uśmiechnęła się blado. Lepiej, aby Jack nie domyślił się, Ŝe wewnątrz drŜy jak osika.  

Nie  wiedziała,  jak  i  kiedy  przytuliła  się  do  niego.  PołoŜyła  dłoń  na  szerokiej  piersi  i 

wyczuła gwałtowne bicie serca. A jej serce zupełnie oszalało.  

Dobrze, Ŝe Jack nie pozostał obojętny, Ŝe jego teŜ ogarnęło poŜądanie. Teraz juŜ się nie 

wycofa. Za późno.  

Nie  istniała  przeszłość  pełna  obaw  i  strachów.  Nie  istniała  nieznana  przyszłość.  Była 

wyłącznie teraźniejszość, obecna chwila, którą naleŜało jak najlepiej wykorzystać.  

MoŜna  brodzić  na  płyciźnie  lub  rzucić  się  na  głęboką  wodę...  Dixie  zamknęła  oczy. 

Trzeba wreszcie zaryzykować. Miała nadzieję, Ŝe skok na głębinę nie skończy się katastrofą. 

Hm, przynajmniej dowie się, jak to właściwie jest.  

Jack  przestał  biernie  czekać,  przejął  inicjatywę.  Pocałował  ją  inaczej  niŜ  poprzednio, 

wywołując rozkoszne pragnienie, które wyłącznie on mógł zaspokoić. Dixie jęknęła i mocniej 

przytuliła  się  do  ciała  stanowiącego  jedyne  oparcie  w  świecie  wirującym  jak  rozpędzona 

karuzela.  

Jack delikatnie ujął jej twarz w dłonie i całował coraz namiętniej. Ugiął nogi w kolanach, 

a Dixie wspięła się na palce, pozornie zrównali się wzrostem.  

Zapomniała  o  wszystkim.  W  dal  odpłynęły  myśli  o  młodzieŜy  i  ośrodku,  o  nieudanych 

małŜeństwach matki i rzekomych zaręczynach. Cały świat skurczył się, pozostał jeden jedyny 

męŜczyzna i upojne pocałunki.  

Objęła Jacka za szyję, wsunęła palce w gęste włosy.  

Jack pogładził ją po plecach i mocniej przytulił, choć zdawało się to zupełnie niemoŜliwe.  

Po pewnym czasie Dixie poczuła dziwne łaskotanie pod kolanem. Jak Jack zdołał sięgnąć 

tak nisko? 

Dotknięcie powtórzyło się i tym razem było znacznie mocniejsze. Dixie wystraszyła się, 

Ŝ

e lada moment straci władzę w nogach, które złamią się jak zapałka.  

Lekko odchyliła głowę i spod cięŜkich powiek spojrzała na Jacka. Patrzył pociemniałymi 

background image

oczami i bez słów pytał, dlaczego przestała go całować.  

Nie od razu wydobyła głos ze ściśniętego gardła.  

– Dlaczego to zrobiłeś? 

– Czemu całuję cię, chociaŜ wiem, Ŝe nie powinienem? – spytał przytłumionym głosem.  

– Nie. – Speszyła się. – Czemu puknąłeś mnie pod kolanem? 

Podejrzewała, Ŝe to wstęp do zalotów, o jakich nie słyszała ani nie czytała. Nie mówiąc o 

osobistym doświadczeniu.  

– W tej chwili nogi słuŜą mi do stania, a ręce do obejmowania ciebie. – Jack uśmiechnął 

się  przewrotnie.  –  Od  urodzenia  mam  tylko  cztery  kończyny.  Teraz  wszystkie  są  zajęte  w 

wiadomy ci sposób.  

Dixie spąsowiała, poczuła się głupio, niezręcznie. Wykręciła głowę i spojrzała w dół.  

Koło nogi stała Sadie.  

Dixie zobaczyła, co spaniel trzyma w pysku, i zrozumiała, Ŝe pies przyszedł pochwalić się 

swoją zdobyczą.  

Nieśmiało spojrzała na Jacka.  

– Zagadka wyjaśniona.  

– Czyli? 

– Sadie chce mi coś pokazać.  

Odsunęła się, aby Jack mógł zobaczyć, o co chodzi, lecz odskoczył jak oparzony.  

– Jasny gwint! – zaklął.  

Dixie usłyszała w jego głosie podejrzaną nutę. Dobrze, Ŝe uwaŜała go za nieustraszonego 

bohatera, bo w przeciwnym razie posądziłaby go o słabe nerwy.  

–  Uspokój  się.  Sadie  jest  bardzo  ostroŜna,  nie  zrobiła  mu  krzywdy.  –  Pochyliła  się  i 

pogłaskała spaniela. – Jestem z ciebie dumna. Masz nowego kolegę, tak? 

Pies zamerdał ogonem.  

– Daj go pani.  

Wyciągnęła rękę, a Sadie posłusznie wypuściła węŜa z pyska.  

Dixie  wyprostowała  się  i  podniosła  gada,  aby  nieustraszony  bohater  mógł  obejrzeć  go  z 

bliska.  

Lecz  Jack  odskoczył  jeszcze  dalej.  A  na  dodatek  miał  minę  świadczącą  o  kompletnym 

braku zainteresowania.  

– Sadie naprawdę nic mu nie zrobiła – rzekła Ducie uspokajająco.  

Jack stał nieporuszony.  

– Jadowity? 

–  SkądŜe.  Całkiem  nieszkodliwy.  A  nawet  poŜyteczny,  bo  zjada  nadmiar  chrząszczy.  – 

Zaświtało jej podejrzenie, więc uwaŜniej spojrzała na jego spiętą twarz. – Boisz się węŜy? 

Jack długo zwlekał z odpowiedzią.  

– Przyznaję się, Ŝe to moja pięta achillesowa. – Skrzywił się z niesmakiem. – Dobrze, Ŝe 

w mieście nie ma gadów.  

Dixie udało się zdusić niewczesny śmiech. Wyznanie sprawiło, Ŝe Jack stał się jej bliŜszy. 

Oboje czegoś się bali; ona emocjonalnego zaangaŜowania, a Jack węŜy.  

background image

Nie  zamierzała  zrobić  z  niego  miłośnika  gadów,  więc  wyniosła  niewinne  stworzenie. 

Odeszła kawałek od domu i ostroŜnie połoŜyła węŜa, który natychmiast zniknął w trawie.  

Wiedziała,  Ŝe  pozbycie  się  irracjonalnego  strachu  wymaga  czasu  i  cierpliwości.  Oraz 

właściwej osoby i odpowiedniego otoczenia.  

Odwróciła  się  i  zobaczyła  Jacka  opartego  o  drzwi.  Zabrakło  jej  tchu,  rozbolało  serce, 

poniewaŜ  w  tym  momencie  uświadomiła  sobie,  Ŝe  spotkała  właściwą  osobę  i  znalazła 

odpowiednie otoczenie. Pozostawało jedynie zrobić ostatni krok i pokonać lęk.  

Jack  podziwiał  Dixie  za  to,  Ŝe  nie  boi  się  węŜy,  ale  był  zły,  bo  ten  incydent  zniweczył 

sprzyjającą okazję. Szkodliwy czy nie, lepiej trzymać się z dala od gada, przez którego najadł 

się wstydu. Przyznanie się do słabości jest uszczerbkiem dla męskiej dumy.  

Dixie  wstała  i  odgarnęła  włosy,  które  w  słońcu  wyglądały  jak  ciemne  złoto.  Na  tle 

soczystej zieleni jej posągowe kształty były jeszcze bardziej ponętne.  

Jackowi  przemknęła  myśl,  Ŝe  znowu  kobieta  sprzymierzyła  się  z  węŜem  na  zgubę 

męŜczyzny. I teraz ta uwodzicielka bez słów namawia go, by sprawdził, jak smakuje pokusa. 

Jędrna, soczysta pokusa.  

Zapomniał  o  wszystkich  logicznych  powodach,  nakazujących  trzymać  się  na  dystans,  a 

przede  wszystkim  nie  całować  słodkich  ust  Dixie.  Gdzie  podziała  się  silna  wola,  tak  teraz 

potrzebna? Ulotniła się nie wiadomo jak i kiedy.  

Ta piękna istota ma narzeczonego! 

Zaraz, jeszcze nie jest męŜatką...  

Spojrzeli sobie w oczy. Ducie rozchyliła usta, jakby przeŜywała niedawne pocałunki.  

Wiadomo,  co  prędzej  czy  później  nastąpi.  Oboje  mieli  pewność,  Ŝe  to  nieuniknione. 

Pytanie „czy” przestało istnieć. Pozostała kwestia czasu.  

Jack  energicznie  potrząsnął  głową,  aby  usunąć  podniecające  obrazy.  Gwizdnął  cicho  i 

zszedł po schodach, a psy pobiegły za nim.  

– Przegonię je trochę – rzekł, nie patrząc na Dixie.  

Gdyby  spojrzał,  powtórzyłoby  się  to  samo,  co  przedtem.  Namiętność  była  zbyt  wielka, 

poŜądanie  zbyt  silne.  NajlŜejszy  podmuch  rozpali  płomień,  który  zmieni  się  we 

wszechogarniający poŜar.  

Odgłos kroków na ganku świadczył, Ŝe piękna rywalka weszła do domu, ale Jack czuł na 

sobie jej wzrok.  

Dixie przez brudną szybę patrzyła, jak Jack znika wśród drzew. Została sama, a mimo to 

wciąŜ czuła jego pocałunki i pieszczoty.  

Widmo  tajemniczej sekretarki  nie  dawało  jej  spokoju,  powodowało  wyrzuty.  Czy  Jack  i 

Emma juŜ są małŜeństwem lub zamierzają niebawem się pobrać? Co robić? 

Nie  zauwaŜyła,  kiedy  przekroczyli  pewną  granicę,  lecz  nie  zamierzała  się  cofnąć.  Nie 

mogła.  

Maggie  uparcie  powtarzała,  Ŝe  i  ona  doczeka  się  tego,  co  nieuniknione.  Przyjdzie  taki 

czas,  gdy  serce,  rozum  i  ciało  będą  wiedziały,  Ŝe  spotkała  człowieka,  który  pomoŜe 

przezwycięŜyć lęk. Nadejdzie dzień, gdy poŜądanie zagłuszy obawy.  

Jack był tym męŜczyzną.  

background image

Nadszedł ten dzień.  

Lecz co z Emmą? 

Dixie  odwróciła  się  od  okna  i  połoŜyła  rękę  na  brzuchu.  Nie  rozumiała,  dlaczego  ma 

mdłości.  

Ciekawe, czy Maggie odgadłaby przyczynę takiej zadziwiającej reakcji organizmu.  

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

– O co ci chodzi? Chcesz wiedzieć, czy objawy są groźne? – zawołała Maggie.  

Dixie pokręciła głową, chociaŜ przyjaciółka nie mogła tego widzieć.  

–  Jest  inaczej,  niŜ  myślałam,  –  Moja  droga,  o  ile  dobrze  pamiętam,  byłaś  skautką.  – 

Byłam, ale...  

–  śadne  „ale”.  Dziewczyno,  czy  muszę  ci  przypominać,  ile  masz  lat?  –  Maggie  głośno 

sapnęła. – Kiedy matka przeprowadziła z tobą zasadniczą rozmowę? 

– Nie zadawaj głupich pytań. Myślałam, Ŝe umiesz postawić diagnozę... Czy to normalne, 

Ŝ

e czuję się, jakbym się zatruła? 

Maggie wybuchła śmiechem.  

– Trzeba było od tego zacząć. Sądzę, Ŝe to ostry przypadek.  

– Zatrucia pokarmowego? Maggie długo się śmiała.  

–  Jakie  zatrucie?  Dopadło  cię  solidne  poŜądanie  albo  jeśli  wolisz  ładniejsze  określenie, 

rodzi się miłość. Przyszła późno, więc będzie cięŜko.  

Dixie bezsilnie opadła na fotel koło kominka.  

– Ale to krzyŜuje mi plany. Chciałam zaczekać do trzydziestki i dopiero potem poszukać 

miłości.  

– Miłość rządzi się swoimi prawami. Nie warto sprzeciwiać się losowi.  

– Ale dlaczego...  

–  Przestań  marudzić.  Ciesz  się  z  takiego  bólu  Ŝołądka  i  ze  wszystkiego,  co  z  nim 

związane.  

Dixie odepchnęła się nogą od podłogi i rozkołysała fotel.  

– Spróbuję.  

– Jeszcze jedno.  

– Co znowu? 

–  Jeśli  ten  niezwykły  Jack  cię  unieszczęśliwi,  będzie  miał  ze  mną  do  czynienia  – 

zagroziła Maggie.  

Dixie wiedziała, Ŝe tym razem przyjaciółka mówi powaŜnie.  

– Dziękuję. Jesteś niezastąpiona.  

– Nie dziękuj. Kończmy, bo zapłacisz majątek.  

– Do usłyszenia.  

Rozłączyła  się,  oparła  głowę  na  poduszce  i  zamknęła  oczy.  Warto  duŜo  zapłacić,  bo 

rozmowa z przyjaciółką dobrze na nią wpłynęła.  

Rozsądne słowa nieco złagodziły dziwne uczucie w Ŝołądku, ale nie przyniosły ukojenia. 

Łatwo  było  udawać  spokój,  gdy  Maggie  nie  widziała  trzęsących  się  rąk.  I  być  moŜe  nie 

słyszała drŜenia w głosie.  

Wycie  kojota  przerwało  tok  chaotycznych  myśli.  Dixie  spojrzała  na  zachodzące  słońce, 

którego  ostatnie  promienie  przedzierały  się  przez  brudne  szyby.  Za  oknem  zapadała  noc, 

ciemności otulały świat.  

background image

Powrócił poprzedni niepokój. Dixie była przeraŜona, wręcz traciła głowę, szare komórki 

przestawały pracować. Dlatego uznała, Ŝe nie ma sensu dręczyć się czymś, czemu nie sposób 

zaradzić.  

Nadeszła  pora  kolacji,  wypada  zająć  się  sprawami  przyziemnymi.  Co  przygotować? 

Kanapki  i  drobiowa  sałatka  są  bardzo  prozaiczne,  nie  stworzą  nastroju  sprzyjającego 

uwodzicielskim zamiarom.  

– Kogo chcę oszukać? – szepnęła.  

O uwodzeniu wiedziała tyle, co o wymianie koła  w samochodzie. Lecz to drugie moŜna 

zlecić mechanikowi. ..  

Zapaliła  lampę,  której  spokojny  syk  podziałał  kojąco,  i  zajrzała  do  lodówki.  Nie  mogła 

znaleźć sałatki, a była pewna, Ŝe zabrała. Gdzie się podziała? O, jest pod siatką z jabłkami.  

Przygotowanie kolacji zajęło kilka minut.  

Dixie często spoglądała na ciemność za oknem i zastanawiała się, dlaczego Jack tak długo 

nie  wraca.  CzyŜby  wystraszyła  go  swym  brakiem  zahamowań?  Nie,  mało  prawdopodobne. 

Sądząc po tym, jak reagował, intuicja podpowiedziała jej najlepszy sposób postępowania.  

CzyŜby nagle zrejterował? Gdyby umknął, to ona otrzymałaby nagrodę.  

– Nie chcę, Ŝeby Jack odjechał – powiedziała głośno.  

Wyjrzała  przez  okno,  aby  sprawdzić,  czy  samochody  stoją  na  swoim  miejscu.  W  tej 

chwili chata była mniej waŜna od męŜczyzny, który tak ją oczarował. Dziwiła się, Ŝe za nim 

tęskni, wydała się sobie śmieszna.  

Rozległo się szczekanie, a zatem Jack i psy wracają do domu.  

Pomyślała  o  chacie  jako  o  własnym  domu!  Oj,  lepiej  zbytnio  nie  przywiązywać  się  do 

tego miejsca. Ani ładna  chata, ani przystojny męŜczyzna nie naleŜą do niej. W grę wchodzą 

silne emocje, a wtedy nic nie jest pewne.  

Czuła,  Ŝe  wpada  w  nieuzasadnioną,  ale  irytującą  panikę.  Trzeba  opanować  się, 

przypomnieć sobie, kim się jest, co się robi, a przede wszystkim powody, dla których naleŜy 

bronić się przed miłością.  

Psy natychmiast pobiegły do pełnych misek.  

– Oświetlone okno wskazywało nam drogę – rzekł Jack. – Zgadnij, z jakiej odległości je 

widać.  

Mówił  cicho,  jakby  zdawał  sobie  sprawę,  Ŝe  głośna  wypowiedź  lub  gwałtowny  ruch 

wzbudzą niepokój.  

– Nie zgadnę, ale zapraszam na obfitą kolację – powiedziała Dixie, umykając wzrokiem.  

Odsunęła  krzesło  i  usiadła  przy  stole.  Pomyślała,  Ŝe  musi  wziąć  się  w  garść  i  przestać 

reagować  jak  zakochany  podlotek.  NajwyŜszy  czas  odzyskać  wewnętrzną  równowagę  i 

pamiętać, kim się jest.  

Jack usiadł naprzeciw niej.  

–  Umiem  docenić  dobry  posiłek  –  rzekł  uprzejmie.  Dixie  poczuła,  Ŝe  odwaga  i 

opanowanie biorą w łeb. Na dźwięk głosu Jacka ogarnęło ją podniecenie.  

– Dixie? 

Czuła, Ŝe patrzy jak cielę na malowane wrota i wygląda bardzo niemądrze.  

background image

–  Przepraszam.  Myślałam  o  pracy.  Nie  naleŜą  mi  się  komplementy,  bo  przygotowanie 

takiego posiłku to nie filozofia. Ale trzeba coś jeść, a lepszy rydz niŜ nic.  

Jack bez pośpiechu napił się wody.  

–  Wiem,  jak  problemy  zawodowe  potrafią  człowieka  dręczyć.  Czasem  trudno  się  ich 

pozbyć, bywają uporczywe, przesłaniają wszystko inne.  

Dixie było miło, Ŝe spotkała się ze zrozumieniem. Oparła łokcie na stole i pochyliła się do 

przodu. UwaŜała, Ŝe nie okłamała Jacka, chociaŜ nie powiedziała całej prawdy.  

–  Niestety.  Czasami  za  mocno  się  angaŜuję,  za  bardzo  absorbują  mnie  potrzeby  dzieci. 

Albo cudzy problem tak mnie wciąga, Ŝe nie potrafię się od niego uwolnić.  

Jack patrzył na nią w zadumie.  

– A mnie się zdarza, Ŝe gdy trochę poznam zwaśnione strony, mam ochotę wycofać się, 

przekazać sprawę komuś innemu.  

– Dlaczego? 

Zawahał się i spojrzał w bok.  

– Hm, moja praca najczęściej polega na śledzeniu niewiernej Ŝony albo męŜa.  

Dixie wyprostowała się i połoŜyła ręce na kolanach. Dotychczas nie zastanawiała się nad 

tym, co Jack robi i jaki jest jego stosunek do wykonywanej pracy. Chciała, aby mówił dalej, 

więc zapytała: 

– Jak często masz ochotę pozbyć się jakiejś sprawy? 

–  Niestety  coraz  częściej.  Najpierw  widzę  wszystko  wyłącznie  w  białym  lub  czarnym 

kolorze.  Gdy  przekonuję  się,  Ŝe  podejrzenia  klientki  lub  klienta  są  uzasadnione,  nie  mam 

wątpliwości, Ŝe to zwykłe cudzołóstwo, pospolita zdrada. – Urwał, jakby musiał zebrać myśli. 

–  Potem  spotykam  drugą  stronę,  czyli  współmałŜonka,  od  którego  otrzymałem  zlecenie, 

dowiaduję się o wspólnym Ŝyciu, o róŜnych konfliktach... Obraz przybiera wszystkie odcienie 

szarości,  gdy  zaczynam  rozumieć,  dlaczego  ci  ludzie  szukają  intymnych  kontaktów  poza 

legalnym związkiem. Pragną znaleźć to, czego w ich małŜeństwie brak.  

– Rozgrzeszasz zdradę? 

Starała się pytać tak, by nie zniechęcić Jacka do kontynuowania opowieści.  

–  Nie  wybaczam  i  dlatego  sprawy  się  komplikują.  Wolałbym  wierzyć  w  to,  Ŝe  ludzie 

pamiętają, co przysięgali w dniu ślubu, Ŝe wszyscy Ŝyją z sobą długo i szczęśliwie. Lecz ilu 

udaje się to osiągnąć? 

Zreflektował  się,  Ŝe  zbyt  emocjonalnie  zdradził  się  ze  swymi  poglądami.  ZaŜenowany 

ugryzł kanapkę.  

Powaga,  z  jaką  mówił,  zdradziła  więcej  niŜ  słowa.  Dixie  doszła  do  wniosku,  Ŝe  pod 

niektórymi względami są do siebie podobni. W głębi duszy wierzyła w istnienie prawdziwej 

miłości, która łączy ludzi na całe Ŝycie. Zachowała tę wiarę, mimo Ŝe przez lata obserwowała 

nieudane małŜeństwa matki.  

Czekała,  aŜ Jack  zje  kanapkę,  i  zastanawiała  się,  jakie  miał  Ŝycie.  Jacy  są  jego  rodzice? 

Czy ich małŜeństwo jest udane? Czy on wierzy w związek oparty na miłości? 

Lekko  potarła  skronie,  poniewaŜ  czuła,  Ŝe  zanosi  się  na  ból  głowy.  CzyŜby  z  powodu 

cisnących  się  na  usta  pytań  wymagających  odpowiedzi?  Nie  chciałaby  wydać  się  naiwną.  A 

background image

moŜe jednak warto zaryzykować? 

Po namyśle zebrała się na odwagę.  

– Czy twoi rodzice są dobraną parą? 

–  Nie  pamiętam  ich,  bo  zmarli,  gdy  miałem  pięć  lat.  Wychowała  mnie  ciotka,  której 

trochę  pomagał  brat.  Dziecko  wychowywane  przez  pannę  i  kawalera  nie  ma  pojęcia  o 

normalnym związku męŜczyzny i kobiety. Odchylił się na krześle i załoŜył ręce za głowę.  

– Przepraszam. Nie chciałam być wścibska...  

–  Wiem.  A  twoi  rodzice?  –  Lekko  uniósł  jedną  brew.  –  Czy  stanowią  model  pary 

szczęśliwej od ślubu po grób? 

Dixie cicho się zaśmiała.  

– Trzeba znać moją mamę, Ŝeby wiedzieć, dlaczego pytanie mnie rozbawiło.  

Zastanawiała się, czy zdoła w kilku słowach scharakteryzować swą rodzicielkę.  

–  Nie  znam  ojca  –  zaczęła  –  bo  rodzice  rozwiedli  się,  gdy  miałam  pięć  miesięcy.  Mój 

ojciec, prawnik o międzynarodowej sławie, mieszka w Europie. Regularnie płaci alimenty, ale 

to wszystko, co dla mnie robi. – Starała się mówić lekkim tonem, aby ukryć zadawniony ból. 

–  Mama  jeszcze  trzykrotnie  wychodziła  za  mąŜ.  Oczywiście  za  kaŜdym  razem  była 

przekonana, Ŝe to będzie dozgonna miłość. Niestety nie miała szczęścia.  

Jack oparł się o stół i pochylił do przodu.  

– Teraz ja przepraszam.  

Gdyby usiłował zbyć jej zwierzenia banalną uwagą albo co gorsza zaproponowałby, aby 

wypłakała się na jego piersi, byłoby łatwiej się opanować. Lecz szczere współczucie sprawiło, 

Ŝ

e jej oczy się zamgliły. Aby nie okazać wzruszenia, prędko zamrugała i połknęła łzy.  

–  Nie  masz  za  co  przepraszać.  Wszystko  jako  tako  się  ułoŜyło.  Obecnie  mama  jest 

zadowolona  z  Ŝycia.  Zajmuje  się  malowaniem  i  uwaŜa,  Ŝe  sztuka  jest  najlepszą  i  stałą 

miłością w Ŝyciu.  

Udawała obojętność, jakiej wcale nie czuła. Wstała, wrzuciła talerz i serwetkę do kosza.  

– No, dość zwierzeń, dość mówienia o sobie i rodzinie.  

Jack  obserwował  ją,  gdy  sprzątała.  Oczywiście  zauwaŜył,  Ŝe  początkowo  rozmawiała 

swobodnie, lecz potem padł jakiś cień i swoboda ustąpiła miejsca skrępowaniu. Dixie zrobiła 

się nerwowa, jakby nagle uznała, Ŝe rozmowa o sprawach osobistych jest ryzykowna.  

ś

ałował,  Ŝe  tak  się  stało,  lecz  z  doświadczenia  wiedział,  Ŝe  nie  naleŜy  naciskać,  bo 

rozmówca zasklepi się jeszcze bardziej. Dziwił się, Ŝe reakcja rywalki do nagrody sprawia mu 

przykrość.  Przed  paroma  dniami  nie  znał  tej  dziewczyny  i  po  rozstrzygnięciu  konkursu  na 

pewno więcej się nie spotkają.  

Dziwnie go to zmartwiło.  

Dlaczego  Dixie  jest  inna?  Czym  róŜni  się  od  większości  kobiet?  Był  towarzyski,  miał 

duŜo  znajomych,  z  którymi  spotykał  się  w  róŜnych  sytuacjach  i  okolicznościach.  Dlaczego 

akurat  ta  dziewczyna  tak  go  intryguje?  Zmusza  do  zastanawiania  się  nad  postępowaniem, 

swoim i innych ludzi. Podnieca go i jednocześnie działa kojąco, a często rozbawia.  

Nie tak jak inne kobiety.  

Pomyślał, Ŝe uwierzy, jeśli będzie to sobie często powtarzał. Jest to konieczne, poniewaŜ 

background image

jej zaręczyny stawiały go w niezręcznej sytuacji.  

Potrząsnął głową, aby usunąć niepoŜądane myśli.  

– Zapomniałem podziękować za ręcznik, który po południu wyłoŜyłaś.  

Dixie przerwała zamiatanie i spojrzała na niego wyraźnie zaskoczona.  

– Jaki ręcznik? 

– Biały, z monogramem.  

–  Czy  ja  wyglądam  na  pokojówkę?  Nie  wykładałam  Ŝadnych  ręczników.  Sądziłam,  Ŝe 

sam o siebie zadbasz. – Pogłaskała Sadie, która do niej podeszła. – Jaki jest monogram? 

Zdezorientowany Jack zmarszczył brwi. Albo Dixie z niego kpi, albo mieli nieproszonego 

gościa.  

– Taki sam jak na poszewkach.  

– Na tych, które wyjęłam z komody? – Tak.  

Powoli  podeszła  do  stołu,  usiadła  na  swoim  miejscu  i  machinalnie  zaczęła  obgryzać 

paznokcie.  

Jack był zły na siebie, bo dostrzegł w jej oczach niepokój. śałował, Ŝe bez zastanowienia 

napomknął o ręczniku.  

– Całkiem moŜliwe, Ŝe sam połoŜyłem go na łóŜku, ale zapomniałem, co zrobiłem.  

Zastanawiał  się,  czy  Dixie  jest  dobrą  aktorką.  Być  moŜe  wyjęła  ręcznik  pod  wpływem 

jakiegoś impulsu, a teraz wstydzi się, Ŝe zrobiła dobry uczynek.  

– Naprawdę tak myślisz? – spytała z ulgą.  

– Jestem pewien. Kto inny mógłby to zrobić? PrzecieŜ jesteśmy sami. Ja mogę czegoś nie 

zauwaŜyć, ale psy zawsze wyczują obcego.  

Uznał, Ŝe takie wyjaśnienie powinno wystarczyć.  

– Według ciebie nikt obcy...  

– Oczywiście.  

Jego  błyskawiczne  zapewnienie  wywołało  niezamierzony  skutek.  W  pośpiechu,  Ŝeby 

uspokoić nerwy, zachowywał się nietypowo. Nawet osoba znająca go bardzo krótko bez trudu 

to dostrzeŜe.  

Głośno odsunął krzesło.  

– Wyprowadzę psy na spacer.  

– Będę zobowiązana.  

–  Za  co  zobowiązana?  –  Ujął  ją  pod  brodę.  –  Ty  przygotowałaś  kolację,  więc  do  mnie 

naleŜy spacer z psami. Partnerski podział obowiązków.  

Dixie  uśmiechnęła  się  tak,  Ŝe  poŜałował,  iŜ  są  przeciwnikami.  Zastanawiał  się,  jak 

rozwinęłaby się ich znajomość, gdyby poznali się kiedy indziej, w innych okolicznościach.  

Ledwo  zrobił  krok  w  stronę  drzwi,  psy  rzuciły  się  do  wyjścia.  Zerknął  przez  ramię  i  na 

twarzy Dixie dostrzegł dziwne zmieszanie. Co wywołało taką reakcję? 

Dixie  poczekała,  aŜ  drzwi  się  zamkną,  i  głęboko  odetchnęła.  Dobrze,  Ŝe  Jack  nareszcie 

wyszedł. Gdy był blisko, zapominała o tym, Ŝe płuca potrzebują powietrza.  

Paliło ją miejsce, którego dotknął, gdy ujął ją pod brodę. Bała się, Ŝe ma na skórze jego 

linie papilarne jako znamię.  

background image

– Kobieto, opanuj się – szepnęła rozdygotana. Wiedziała, Ŝe musi wziąć się w karby, aby 

przetrwać resztę wieczoru. Nie mówiąc o pozostałych dniach.  

Powtarzała  sobie,  Ŝe  jeśli  nie  będzie  nad  sobą  panować  i  zapomni,  po  co  tu  jest, 

sympatyczny detektyw odjedzie jako posiadacz domu. A co gorsza, zabierze z sobą jej serce.  

Irytowała się, Ŝe nawet podczas jego nieobecności ma w głowie albo pustkę, albo zamęt. 

Usiłowała przypomnieć sobie, o czym mówił przed wyjściem.  

Aha, o jakimś ręczniku.  

Najpierw zapytał dość ostro, ale potem złagodniał, gdy zauwaŜył jej niepokój. Dobrze, Ŝe 

jest  spostrzegawczy.  KaŜdego  wystraszyłby  fakt,  Ŝe  po  domu  kręci  się  ktoś  obcy.  Zaraz 

jednak pocieszyła się, Ŝe rano Jack wyłoŜył ręcznik, a potem zapomniał. Trochę to dziwne, bo 

nie sprawiał wraŜenia człowieka roztargnionego. Wręcz przeciwnie. Był nadzwyczaj bystry i 

logicznie myślący.  

Nagle  przemknęła  jej  myśl  o  rozwiązaniu  znacznie  gorszym  niŜ  poprzednie 

przypuszczenia.  OtóŜ  moŜliwe,  Ŝe  Jack  chce  wystraszyć  rywalkę,  aby  uciekła  i  tym  samym 

ułatwiła  mu  wygranie  chaty.  Nie,  niemoŜliwe.  Nie  posunąłby  się  do  tego.  Była  gotowa  dać 

głowę, Ŝe ma prawy charakter.  

Wzięła  lampę  i  przeszła  do  pokoju.  Migotliwe  światło  rzucało  ruchome  cienie 

sprawiające,  Ŝe  ciemne  kąty  zdawały  się  jeszcze  ciemniejsze.  Dixie  poczuła,  Ŝe  ogarnia  ją 

paniczny strach. Była zadowolona, Ŝe przyjaciółka jej nie widzi i nie moŜe drwić.  

Postanowiła  odwaŜnie  iść  na  piętro,  zajrzeć  do  pokoju  Jacka,  na  własne  oczy  obejrzeć 

tajemniczy ręcznik i wyjaśnić zagadkę. Lecz na progu sypialni zamieniła się w słup soli.  

PoniewaŜ w kominku palił się ogień i rzucał Ŝółtawe światło na łóŜko, które...  

Nie, to przywidzenie! 

Olbrzymie  łoŜe  było  przygotowane  do  spania,  narzuta  zdjęta,  kołdra  odwinięta.  Środek 

łóŜka zdobiły artystycznie ułoŜone kwiaty. Były świeŜe, śliczne.  

Sytuacja przestała być zabawna.  

Jack  przed  kolacją  nie  był  na  górze,  więc  nie  mógł  nic  zrobić.  A  Dixie  po  południu 

przechodziła  obok  otwartych  drzwi  i  widziała  zasłane  łóŜko  bez  kwiatów  oraz  kominek  bez 

ognia.  

Zastanawiała  się,  czy  pędzić  do  samochodu  czy  lepiej  zostać,  ale  z  pogrzebaczem  w 

dłoni. Przyszedł jej do głowy inny pomysł, lecz był gorszy niŜ przypuszczenie, Ŝe ktoś obcy 

chyłkiem wbiegł do sypialni, aby przygotować łóŜko i rozpalić ogień.  

Na pewno to sprawka Jacka. Wszedł do sypialni przez okno, tą samą drogą wycofał się, 

po  czym  przyszedł  na  kolację.  Nic  dziwnego,  Ŝe  jego  spacer  trwał  tak  długo.  Wyjaśnienie 

było  bardzo  proste,  logiczne.  Jack  miał  nadzieję,  Ŝe  pozbędzie  się  przeciwniczki  i  otrzyma 

nagrodę.  

Niedoczekanie! 

Nie  wiedział,  Ŝe  ma  do  czynienia  z  osobą  zbudowaną  z  twardego  kruszcu.  śałowała,  Ŝe 

jest  bez  spaniela,  przy  którym  czułaby  się  bezpieczniej.  Psina  wprawdzie  mała  i  niegroźna, 

ale ma kły. Lecz co z tego? Nie zrobi z nich uŜytku i nie ugryzie człowieka, którego polubiła 

od pierwszego wejrzenia.  

background image

Gonitwa myśli nie ustawała. Wreszcie Dixie doszła do wniosku, Ŝe Jack jednak nie chciał 

jej nastraszyć. Raczej opracował plan mający osłabić jej opór, przygotować idealną scenerię 

do uwodzenia. Trzeba przyznać, Ŝe zaplanował to w pięknym stylu.  

Zamierzała odwrócić się, gdy kątem oka zauwaŜyła coś niezgodnego ze swą teorią.  

Okno! Podeszła bliŜej i zrobiło się jej słabo. Okno było porządnie zamknięte. Pamiętała, z 

jakim trudem Jack otworzył je od środka, więc zupełnie nie wyobraŜała sobie, Ŝe zrobiłby to 

od zewnątrz.  

Czyli niemoŜliwe, aby wszedł przez okno.  

Zatem jak, kto? 

Zmusiła  się  do  zachowania  spokoju,  chociaŜ  miała  ochotę  uciekać  co  sił  w  nogach. 

Najlepiej byłoby mieć skrzydła...  

W  głębi  duszy  pragnęła,  aby  to  było  jakieś  zabawne  nieporozumienie,  które  moŜna 

racjonalnie wytłumaczyć.  

Przystanęła  na  progu  i  cicho  się  zaśmiała.  Tak,  znalazła  rozsądne  wyjaśnienie.  To 

pokojówka  z  sąsiedniego  domu  przez  pomyłkę  przygotowała  pokój  dla  Jacka  zamiast  dla 

swego pana.  

Nie. NiemoŜliwe nawet w kiepskim filmie.  

Najlepiej przesłuchać osobę, która zna odpowiedź. To logiczne rozwiązanie.  

Gwałtownie odwróciła się i z rozpędu wpadła na winowajcę.  

Jack potarł brodę w miejscu, w którym nastąpiło zderzenie z głową Dixie.  

– Co to, dom się pali? Dixie uderzyła go w ramię.  

–  Przestań  mnie  straszyć.  Czemu  stale  czaisz  się  i  skradasz?  A  uwaŜasz  się  za 

dŜentelmena! 

Urwała zawstydzona wybuchem.  

– Kobieto, opamiętaj się. Ogłuchłaś czy co? Robiliśmy tyle hałasu, Ŝe słychać nas było w 

całym lesie.  

Wskazał ręką psy, które zziajane stały za nim. Były podejrzanie ciche i patrzyły na Dixie, 

jakby uwaŜały, Ŝe postradała rozum.  

Czyli nie tylko Jack, ale i zwierzęta podejrzewają ją o to, Ŝe zwariowała.  

–  Najpierw  ty  coś  wyjaśnij,  a  potem  ci  odpowiem.  Odsunęła  się  i  szerokim  gestem 

wskazała  pokój,  więc  Jack  minął  ją  i  stanął  na  progu.  Zamiast  zaprzeczyć,  Ŝe  cokolwiek 

zrobił, błyskawicznie złapał ją za rękę i wyciągnął z sypialni.  

– Stój tu na straŜy. Daj mi lampę.  

Dixie w milczeniu spełniła polecenie i obserwowała go, gdy powoli podchodził do okna, 

a potem bardzo dokładnie je oglądał.  

– JuŜ wcześniej sprawdziłam, Ŝe jest zamknięte od wewnątrz – rzekła, powstrzymując się 

od sarkastycznego komentarza.  

Zaniepokoiło  ją  to,  Ŝe  Jack  ściągnął  kołdrę,  zajrzał  pod  prześcieradło.  Kwiaty  niestety 

rozsypały się, kilka spadło na podłogę.  

– Przyznaj się, Ŝe chcesz mnie nastraszyć – odezwała się półgłosem. – Wykoncypowałeś 

sobie, Ŝe to najpewniejszy sposób wygrania chaty.  

background image

Błagała go, by przyznał się, Ŝe to jego sprawka. Zamiast potwierdzić lub zaprzeczyć, Jack 

przywołał psy i skinął na Dixie, by weszła do pokoju.  

– Jesteś pewna, Ŝe tego nie zrobiłaś? UraŜona przecząco pokręciła głową.  

– Zostań tutaj – zarządził Jack. – Idę na dół.  

Miała ochotę sprzeciwić się, ale posłusznie usiadła na samym brzegu łóŜka. Nie wypada 

iść  za  Jackiem,  bo  to  oznaczałoby  przyznanie  się  do  braku  odwagi.  Poza  tym  on  był 

detektywem,  nie  ona.  Mieli  odmienne  wykształcenie  i  doświadczenie,  znali  się  na  róŜnych 

sprawach, a zatem nie warto się wtrącać. Lepiej cierpliwie czekać.  

Jack  zabrał  lampę,  więc  jedynym  źródłem  światła  był  ogień  w  kominku.  Psy  patrzyły, 

jakby czekały na rozkaz.  

–  No,  czego  się  gapicie?  LeŜeć!  –  Wskazała  chodnik  przed  kominkiem.  –  Jeszcze  nie 

straciłam  rozumu,  ale  przyznaję,  Ŝe  straciłam  rozsądek,  gdy  zgłosiłam  się  na  ten  idiotyczny 

konkurs.  

Tigger obwąchał wszystkie kąty, zajrzał pod łóŜko, po czym wyciągnął się na chodniku. 

Sadie natychmiast połoŜyła się obok niego.  

Dixie  usłyszała  kroki  na  schodach,  poderwała  się  z  łóŜka,  podbiegła  do  kominka  i 

schwyciła  pogrzebacz.  Nim  się  wyprostowała,  do  pokoju  wszedł  Jack.  W  jednej  ręce  niósł 

lampę, w drugiej dźwigał fotel na biegunach.  

Polecił Dixie, by usiadła na łóŜku, a sam usiadł w fotelu. Twarz miał bez wyrazu.  

– Dokonałeś jakiegoś ciekawego odkrycia? – spytała dość ostro. – Co tutaj się dzieje? 

Jack długo patrzył na nią nieodgadnionym wzrokiem.  

–  Rano  z  grubsza  sprzątnąłem  po  sobie,  ale  potem  przez  cały  dzień  nie  wchodziłem  na 

górę.  

Dixie patrzyła mu prosto w oczy. Nie miała wątpliwości, Ŝe mówi prawdę.  

– A ja raz przechodziłam koło twoich otwartych drzwi i nie widziałam nic szczególnego.  

Ze strachu miała ochotę przysunąć się bliŜej, lecz było jej wstyd.  

–  ZauwaŜyłem  braki  w  stosie  drewna  przed  domem,  dwa  polana  leŜą  na  ziemi.  – 

Przewidział  kolejne  pytanie,  więc  od  razu  dodał:  –  Widzę  najdrobniejsze  szczegóły,  bo  taki 

mam zawód. Rano na ziemi nic nie było.  

– Och! 

Wskazał palcem łóŜko i kominek.  

– Ktokolwiek to zrobił, zna rozkład pokoi, wie, gdzie są ręczniki, umie poruszać się tak, 

Ŝ

eby nikt go nie zauwaŜył. Pozostaje pytanie, dlaczego to robi.  

– MoŜe pan Granger kogoś zaangaŜował. To byłoby względnie rozsądne wyjaśnienie.  

– PrzecieŜ by nam powiedział.  

– Wobec tego jakiś sąsiad, a raczej sąsiadka. Jack pokręcił głową.  

– Ile domów minęłaś po drodze? Ja po wyjeździe z miasta nie zauwaŜyłem ani jednego.  

–  Dziwny  intruz,  który  rozpala  ogień  w  kominku,  przygotowuje  łóŜko  na  noc,  zostawia 

kwiaty.  

– Zapomniałaś o ręczniku.  

Uśmiechnął się filuternie, a Dixie poczuła, Ŝe napięcie odrobinę zelŜało.  

background image

– Dziwaczne i podejrzane... Ciebie to nie martwi? 

–  Nie  za  bardzo,  ale  jestem  ostroŜny.  Sprawdziłem,  czy  wszystkie  okna  i  drzwi  są 

porządnie zamknięte. – Popatrzył na śpiące zwierzęta. – Poza tym mamy psy.  

–  I  broń.  –  Dixie  uśmiechnęła  się.  –  Pogrzebaczem  i  kawałem  drewna  moŜna  nieźle 

przyłoŜyć.  

Nie  wiedziała,  czego  bardziej  się  boi;  tajemniczego  intruza  czy  pociągającego  rywala. 

Przebywała  pod  jednym  dachem  z  męŜczyzną  wprawdzie  bardzo  przystojnym,  ale 

nieznanym.  Znajdowali  się  daleko  od  ludzi,  a  co  gorsza  oboje  pragnęli  tego  samego,  czyli 

otrzymania nagrody.  

Czy  Jack  miałby  szansę  wygrać  konkurs,  gdyby  powiedział,  Ŝe  rywalka  w  ogóle  nie 

przyjechała?  Nie,  niemoŜliwe,  poniewaŜ  rozmawiali  z  jej  matką.  Jack  uśmiechnął  się  i 

pokręcił głową.  

– Przyznaję, Ŝe dom bardzo by mi się przydał, ale nie zaleŜy mi na nim do tego stopnia, 

Ŝ

eby pozbyć się ciebie w niegodziwy sposób.  

Dixie spiekła raka.  

– Skąd wiesz, co myślałam? 

– Skarbie, masz bardzo wyrazistą twarz. Malują się na niej twoje uczucia, myśli.  

Dlaczego  nazwał  ją  „skarbem”?  Zapewne  zwracał  się  tak  do  wszystkich  kobiet,  które 

rozszyfrował, i to jest właściwie epitet, a nie komplement.  

Odwróciła  głowę  i  zapatrzyła  się  w  ogień.  Nie  chciała,  aby  Jack  znał  jej  myśli.  Było  to 

niepokojące, niebezpieczne.  

– Co wobec tego zrobimy? – zapytała speszona.  

–  Dom  jest  zabezpieczony  i  nic  więcej  nie  zdziałam.  Zostajemy  wszyscy  w  jednym 

pokoju. Ja jestem solidnie zmęczony.  

Dixie nie zamierzała spać „w cudzej sypialni.  

– ŁóŜko jest duŜe, nie zabraknie miejsca dla dwóch osób – dodał Jack obojętnie.  

– To niemoŜliwe! Dlaczego...  

–  Nie  marudź.  – Wstał, zdjął  marynarkę,  wykonał  kilka  wymachów,  pomasował  kark.  – 

Ty teŜ jesteś zmęczona, prawda? JeŜeli uwaŜasz, Ŝe nie opanujesz się i będziesz się do mnie 

tulić, śpij w fotelu.  

Dixie  oniemiała.  Co  on  wygaduje?  Ona  nie  będzie  mogła  się  opanować?  Jakie  on  ma  o 

sobie mniemanie? UwaŜa, Ŝe jest boŜyszczem wszystkich kobiet? 

SkrzyŜowała ręce na piersi i dumnie uniosła głowę.  

– Czemu mam męczyć się w fotelu? 

Postanowiła udowodnić, Ŝe nie jest wystraszoną starą panną.  

Gdy  Jack  usiadł  na  łóŜku,  przesunęła  się  na  sam  brzeg.  Była  podniecona,  serce  mocno 

kołatało, w uszach dudniła krew. Dobrze, Ŝe w ciemnościach nie było widać rumieńców.  

Tłumaczyła  sobie,  Ŝe  to  nic  wielkiego.  Mają  tyle  miejsca,  Ŝe  rzeczywiście  mogą 

swobodnie spać. Są dojrzałymi ludźmi, którzy nad sobą panują, a przynajmniej jedno z nich 

jest opanowane.  

Raz i drugi głośno przełknęła ślinę, bo robiło się jej niedobrze.  

background image

Trzeba się połoŜyć.  

Nie ma innego wyjścia.  

Byle  tylko  Jack  nie  domyślił  się,  Ŝe  dla  niej  będzie  to  pierwsza  noc  spędzona  z 

męŜczyzną.  Gdyby  nie  wiedziała,  Ŝe  to  absolutnie  niemoŜliwe,  posądzałaby  Maggie  o 

maczanie w tym palców. Przyjaciółka chętnie wpędziłaby ją w taką sytuację.  

Dixie  marzyła  o  tym,  aby  jak  najprędzej  zasnąć,  lecz  przeszkadzała  świadomość,  Ŝe  po 

domu krąŜył obcy człowiek. Na razie był niegroźny, lecz nigdy nie wiadomo. Bardziej jednak 

niepokoiło ją to, Ŝe leŜy w łóŜku z męŜczyzną, którego pocałunki sprawiły, Ŝe zapomniała o 

całym świecie. To rozkoszna, ale i straszna tortura. Kto zesłał taką karę i za co? 

Starała  się  uspokoić,  ale  podskoczyła  nerwowo,  gdy  Jack  się  połoŜył.  Zaczęła  wmawiać 

sobie, Ŝe obok leŜy matka; to powinno rozwiązać problem.  

– Dixie? 

Głos matki nigdy nie był taki niski i głęboki.  

– Co? 

– MoŜesz spać spokojnie. Przestań wyobraŜać sobie nie wiadomo co. Obiecuję, Ŝe cię nie 

tknę.  

Oburzona  usiadła,  ale  zaraz  połoŜyła  się  z  powrotem.  Przesunęła  się  jeszcze  trochę  w 

lewo, na samą krawędź łóŜka, byle jak najdalej od niebezpieczeństwa.  

– Wiem o tym.  

Uznała,  Ŝe  Jack  jest  bardzo  zarozumiały.  Dlaczego  sądzi,  Ŝe  pozwoliłaby  pocałować  się 

choćby  tylko  w  ucho  lub  w  czubek  nosa?  Nie  pozwoli  mu  zrobić  nic  z  tych  rzeczy,  które 

podpowiada rozbudzona wyobraźnia.  

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Dixie  usłyszała  klakson,  ale  podciągnęła  kołdrę  i  przewróciła  się  na  bok,  aby  być  bliŜej 

ź

ródła ciepła. Mocne ramię objęło ją i przytuliło, ciepły oddech ogrzał szyję.  

MęŜczyzna w jej łóŜku! 

Podniosła się tak gwałtownie, Ŝe czubkiem głowy uderzyła Jacka w nos. Prędko odsunęła 

się na skraj łóŜka.  

Jack usiadł, trzymając się za nos.  

– Co do cholery...  

– Dotknąłeś mnie! – zawołała Dixie piskliwym głosem. – A obiecałeś, Ŝe nie będziesz.  

– Przez całą noc tuliłaś się do mnie, więc myślałem, Ŝe ci zimno.  

Psy  podbiegły  do  łóŜka,  przekrzywiły  łby,  ogonami  rytmicznie  uderzały  o  podłogę. 

Znowu rozległ się klakson. Jack wyskoczył z łóŜka na równe nogi.  

– Ty się stąd nie ruszaj – polecił Dixie.  

Trzasnęły  drzwi  samochodu.  Okna  sypialni  wychodziły  na  tyły  domu,  więc  nie  moŜna 

było sprawdzić, kto przyjechał.  

– Halo, halo! – rozległ się kobiecy głos. – Jesteśmy z policji w Pagosa Springs.  

Dixie spojrzała na pogniecioną pościel. Było oczywiste, Ŝe w łóŜku spały dwie osoby, a 

wolałaby, aby nikt o tym nie wiedział i nie snuł domysłów na temat tego, jak spędzili noc.  

PoniewaŜ spali jak niewinne dzieci, a marzenia się nie liczą.  

Jack włoŜył buty i wyprostował się.  

–  Trzeba  wyjść,  zanim  babsko  pobudzi  wszystkie  skunksy  w  okolicy.  Tigger,  Sadie, 

idziemy! 

– Zaczekaj. – Dixie usiadła na skraju łóŜka. – Dlaczego policja się tu pofatygowała? 

Wystraszyła  się,  Ŝe  Jack  jest  od  dawna  poszukiwanym  przestępcą,  Ŝe  znaleziono  go  i 

prosto stąd zostanie zabrany do więzienia.  

– Bo o to prosiłem. Wczoraj zgłosiłem nasze podejrzenia. Dixie nie bardzo mu wierzyła, 

a on oczywiście wyczuł jej sceptycyzm.  

– Skontaktowałem się z policją przez radio i powiedziałem, Ŝe tu dzieją się jakieś dziwne 

rzeczy. Sądziłem, Ŝe dziś dowiemy się czegoś o domu i człowieku, który go zbudował.  

– Uśmiechnął się ironicznie. – Jesteś zadowolona? 

Dixie  pochyliła  głowę,  aby  ukryć  czerwone  policzki.  śałowała,  Ŝe  prysło  marzenie  o 

spokojnym  pobycie  w  górach.  Trzeba  psychicznie  przygotować  się  na  ewentualne 

nieprzyjemności.  śycie  pełne  jest  niespodzianek  Jack  starał  się  przybrać  pogodny  wyraz 

twarzy,  aby  dobrze  usposobić  policjantkę.  Wieczorem  powiedział,  kim  jest,  lecz  nie  warto 

irytować miejscowego straŜnika prawa.  

Odsunął zasuwę i uchylił drzwi, a psy rzuciły się ku niewysokiej ciemnowłosej kobiecie. 

Policjantka obronnym gestem podniosła ręce i niewiele brakowało, a uderzyłaby Jacka w nos.  

Co dziś jest z kobietami i moim nosem? – pomyślał zirytowany. Automatycznie zerknął 

na nazwisko policjantki.  

background image

– Jestem Jack Powers. To ja wczoraj dałem znać o tajemniczym zajściu.  

W wozie policyjnym dostrzegł męŜczyznę, ale nie widział jego rysów, poniewaŜ ostrość 

widzenia pogarszała gęsta mgła. Zdziwiło go jednak, Ŝe kierowca nie towarzyszy policjantce.  

Przyszła Dixie i na powitanie wyciągnęła rękę.  

– Dzień dobry. Jestem Dixie Osborn. Policjantka uścisnęła jej dłoń.  

– Państwo pozwolą, Ŝe zadam kilka pytań. SłuŜbowy meldunek musi zadowolić mojego 

szefa.  

Wyjęła niewielki notes i spojrzała pytająco, a zaskoczona Dixie zerknęła na Jacka. Oboje 

zauwaŜyli ostry ton.  

–  Najpierw  muszę  zapisać  państwa  nazwiska  i  imiona.  Jack  z  trudem  opanował 

ogarniającą go irytację. PrzecieŜ juŜ się przedstawili.  

– Jack Powers – rzekł powoli i wyraźnie.  

Policjantka  przestała  pisać  i  rzuciła  mu  krytyczne  spojrzenie.  Czyli  usłyszała 

zniecierpliwienie w jego głosie.  

– Proszę pana, to powaŜna sprawa. Trzeba sporządzić oficjalny raport.  

Dixie wymownie popatrzyła na Jacka.  

–  Bądź  tak  dobry  i  zagotuj  wodę,  bo  przyjemniej  będzie  porozmawiać  przy  kawie. 

Proponuję, Ŝebyśmy w czwórkę usiedli przy stole i spokojnie wszystko wyjaśnili.  

Jack był pełen uznania dla niej za taktowne rozładowanie nieprzyjemnej sytuacji. Skinął 

głową i poszedł do kuchni. Lepiej nie denerwować przedstawicielki miejscowej władzy.  

Aby rozproszyć marsa na czole policjantki, Dixie uśmiechnęła się i ponowiła zaproszenie: 

– Chciałabym teŜ poczęstować kawą kierowcę.  

–  To  Ŝaden  kierowca.  –  Policjantka  zamknęła  notes.  –  To  mój  mąŜ.  Zgłosiłam  się  na 

ochotnika, Ŝeby tutaj przyjechać, a Clyde nie chciał puścić mnie samej.  

– Jesteśmy bardzo wdzięczni.  

Dixie starała się ukryć zdumienie. Intrygowało ją, dlaczego zgłoszenie zainteresowało tę 

kobietę i jej męŜa.  

Policjantka odwróciła się i skinęła ręką, lecz męŜczyzna przecząco pokręcił głową.  

– MąŜ jest bardzo nieśmiały. Przepraszam na chwilę. Oddaliła się szybkim krokiem.  

Czekając na nią, Dixie słuchała odgłosów dochodzących z kuchni. Psy cicho skomliły, a 

Jack  głośno  gwizdał.  Nie  mogła  przypomnieć  sobie,  jaka  to  melodia,  więc  wzruszyła 

ramionami i zajęła się obserwowaniem policjantki i jej nieśmiałego męŜa.  

Scenka  była  komiczna,  poniewaŜ  kobieta  kiwała  głową  potakująco,  a  męŜczyzna 

przecząco. Dixie stała daleko, słowa do niej nie dochodziły, ale wyobraziła sobie rozmowę: 

– Clyde, wysiadaj i chodź ze mną.  

– Nie chce mi się.  

– To po co przyjechałeś? – Bo ja wiem...  

Rozległy się kroki w pokoju.  

–  Kawa  gotowa  –  zawołał  Jack  Dixie  zrobiło  się  wstyd,  Ŝe  zabawiała  się  układaniem 

dialogu,  a Jack to odgadnie i będzie kpił. Wzięła kubek, którego ciepło  rozgrzało jej dłonie. 

Aby ukryć rumieńce, nisko pochyliła głowę i z lubością wciągnęła aromat kawy.  

background image

Jack wskazał scenę rozgrywającą się przy radiowozie.  

– O co im chodzi? 

– Pani Church przyjechała z męŜem, który rzekomo jest bardzo nieśmiały.  

– TeŜ coś. Potrzymaj.  

Podał jej swój kubek i duŜymi krokami podszedł do radiowozu.  

Dixie wystraszyła się, Ŝe narazi się policjantce, która zakuje go w kajdanki i zabierze na 

posterunek. Było oczywiste, Ŝe nie przypadli sobie do gustu.  

Jack  czuł  narastające  zniecierpliwienie,  chociaŜ  do  niczego  się  nie  śpieszył;  był  na 

urlopie,  nie  miał  Ŝadnego  słuŜbowego  spotkania.  UwaŜał,  Ŝe  skoro  wcześniej  zawarł 

znajomość z policjantką, teraz moŜe skupić uwagę na nieśmiałym indywiduum.  

–  Witam  pana  –  rzekł, wsuwając  rękę  przez  okno.  MęŜczyzna  na  mgnienie  zawahał  się, 

po czym uścisnął wyciągniętą dłoń.  

Jack wiedział, Ŝe nieśmiali ludzie cenią rozmowę w cztery oczy i dlatego odwrócił się do 

policjantki.  

– Kawa juŜ gotowa. Czy zechce pani... Urwał i spojrzał na męŜczyznę.  

– Clyde Church – przedstawił się introwertyk.  

Jack uśmiechnął się do jego Ŝony.  

– Czy pozwoli nam pani iść na krótki spacer z psami? Zaraz wrócimy.  

Policjantka  zawahała  się.  Chęć  kontrolowania  męŜa  walczyła  z  zapotrzebowaniem  na 

kofeinę. ZwycięŜyła kofeina.  

– Dobrze. Czekam najdalej kwadrans.  

Bez cienia uśmiechu oddaliła się, i kobiety weszły do domu.  

Kierowca powoli wysiadł.  

–  Podziwiam,  Ŝe  pan  tak  gładko  poradził  sobie  z  moją  Ŝoną.  Imogene  to  wyjątkowa 

kobieta, szczere złoto, ale czasem trudno z nią wytrzymać.  

Jack był zdumiony, Ŝe człowiek, który przed chwilą jąkał się, teraz mówił płynnie.  

– Jestem pełen uznania, Ŝe państwo tak wcześnie przyjechali, Ŝeby zająć się tą osobliwą 

sytuacją.  

– Drobiazg. Po to jest rodzina. Rodzina? 

Jack  zwolnił,  aby  nie  wyprzedzać  gościa.  Psy  zbiegły  z  ganku  i  rzuciły  się  ku  niemu. 

Clyde Church zaczerwienił się.  

–  Imogene  wolałaby,  Ŝeby  ludzie  nie  wiedzieli  o  naszym  związku  z  tym  domem,  ale 

wszystkie  wróble  od  lat  o  tym  ćwierkają.  W  małej  mieścinie  nie  da  się  utrzymać  Ŝadnej 

tajemnicy.  śona  uparła  się,  Ŝe  ona  zbada  sprawę,  a  ja  nie  mogłem  pozwolić,  Ŝeby  sama 

jechała tak daleko.  

Jack  westchnął.  Wiedział,  Ŝe  musi  uzbroić  się  w  cierpliwość  i  zmarnuje  cały  kwadrans, 

aby uzyskać odpowiedzi na parę pytań.  

– MoŜna wiedzieć, czyja rodzina i co ma tu do rzeczy? Flegmatyk obserwował psy, które 

przez chwilę wyrywały sobie patyk, po czym zniknęły między drzewami.  

– Było tak... – zaczaj wreszcie. – Tę chatę zbudował brat mojego ojca i dlatego gdy robi 

się szum, my interweniujemy. Wie pan... rodzina.  

background image

Jack  przejechał  dłonią  po  twarzy  i  skrzywił  się,  gdy  dotknął  bolącego  nosa.  Dixie 

uderzyła go niechcący, lecz mocno.  

– Czy daje mi pan do zrozumienia, Ŝe tu często coś się dzieje? 

–  Nie  powiem,  Ŝe  często,  ale  dwudziesty  szósty  kwietnia  tuŜ,  tuŜ,  więc  spodziewaliśmy 

się jakiegoś incydentu.  

Clyde  podrapał  się  za  uchem,  a  Jack  zrozumiał,  Ŝe  dawanie  odpowiedzi  szybkich  i  na 

temat nie leŜy w naturze tego człowieka.  

Cierpliwość jest wielką zaletą. Ciotka byłaby dumna, gdyby teraz zobaczyła bratanka.  

–  Dlaczego  dwudziesty  szósty  kwietnia  jest  taki  istotny?  Powolny  ruch  komórek 

mózgowych  był  niemal  słyszalny,  gdy  flegmatyk  zastanawiał  się,  co  powiedzieć  i  jak 

sformułować  zdanie.  Wreszcie  rozejrzał  się,  jakby  chciał  sprawdzić,  czy  są  sami,  i  pochylił 

się do przodu.  

– Nie jestem ekspertem w Ŝadnej dziedzinie, ale o tym domu ja wiem najwięcej.  

– O, to ciekawe – uprzejmie mruknął Jack.  

– Poza gronem najbliŜszej rodziny niechętnie poruszamy ten temat.  

Zobaczył  Dixie,  więc  urwał,  jakby  czekał  na  pojawienie  się  Ŝony.  Lecz  policjantka 

została w domu.  

Dixie spojrzała na Jacka.  

– Pani Church jest zajęta szczegółowymi oględzinami. Przeszkodziłam panom? 

–  SkądŜe.  Pan  zaczął  opowiadać  tutejszą  historię.  –  Jack  spojrzał  na  Clydea.  –  Dixie 

moŜna zaufać.  

Flegmatyk  zawahał  się  i  westchnął.  Nie  mógł  jednak  oprzeć  się  pokusie  podzielenia  się 

wiedzą, szczególnie pod nieobecność Ŝony.  

–  Cynthia  porzuciła  stryja  dosłownie  w  ostatniej  chwili,  bo  juŜ  czekał  przed  ołtarzem. 

Chcieliśmy  o  tym  zapomnieć,  ale  im  większym  stryj  stawał  się  dziwakiem,  tym  bardziej 

pamiętaliśmy.  

Zadowolony, Ŝe ma słuchaczy, nieznacznie skinął, aby się przybliŜyli.  

Jack  uznał,  Ŝe  introwertyk  pragnie  wykorzystać  zapewne  rzadką  okazję  popisania  się 

wiedzą. Nie winił go za to, ale chciał jak najprędzej usłyszeć coś więcej. Na razie dowiedział 

się, co znaczy C wyhaftowane na pościeli i ręczniku.  

–  Powinniśmy  przewidzieć,  Ŝe  będą  kłopoty.  Cynthia  zawsze  była  inna,  nic  nie  robiła 

normalnie,  jak  wszyscy.  Poznała  mojego  stryja  na  potańcówce.  Och,  zapomniałem 

powiedzieć, Ŝe to zdarzyło się ponad dwadzieścia lat temu.  

Dla większego efektu przerwał i głośno sapnął.  

Jack gotów był przysiąc, Ŝe zna najdrobniejsze szczegóły i przez dwadzieścia lat chętnie 

wszystkim opowiadał.  

–  Bill  nie  miał  najmniejszej  szansy  –  podjął  Clyde.  –  Był  bardzo  pracowity,  ale  biedny. 

PrzyjeŜdŜał  do  miasta  co  sobotę,  nawet  podczas  budowania  chaty.  –  Pokręcił  głową.  – 

Cynthia  spędziła  kilka  lat  w  Denver,  bo  tam  kończyła  edukację.  UwaŜała  się  za  kogoś 

lepszego, ubierała się inaczej niŜ miejscowe dziewczyny, w dodatku malowała się. Usta było 

widać na długo przed ukazaniem się całej reszty.  

background image

Parsknął śmiechem na wspomnienie komicznego widoku. Jack spokojnie czekał na dalszą 

część, a Dixie niecierpliwie bębniła palcami jednej ręki o drugą.  

Uświadomiła  sobie,  Ŝe  zachowuje  się  niezbyt  grzecznie,  więc  usiłowała  uspokoić  palce, 

lecz  było  to  niemoŜliwe.  Gdy  raz  zaczęły  swój  taniec,  nie  zatrzymały  się,  póki  nie  zniknął 

powód  zniecierpliwienia.  Miała  ochotę  popędzić  flegmatyka,  aby  szybko  dowiedzieć  się 

więcej.  Był  jednak  wyraźnie  zadowolony,  Ŝe  ma  słuchaczy,  dlatego  zmusiła  się  do  spokoju. 

Niezbyt niecierpliwie, ale czekała.  

Clyde wreszcie przestał się śmiać, westchnął i pochylił się ku nim.  

–  Na  czym  to  ja  skończyłem?  Aha,  usta  Cynthii...  Nie  były  czerwone  ani  róŜowe,  lecz 

pomarańczowe.  Cynthia  kupowała  wyłącznie  pomarańczowe  pomadki.  Przepraszam,  to  nie 

ma związku z historią i niepotrzebnie mnie rozśmiesza.  

– Kiedy pana stryj postanowił zbudować tu dom? – zapytał Jack.  

– Po czterech czy pięciu miesiącach wytrwałych zalotów zebrał całą odwagę i oświadczył 

się. O dziwo Cynthia zgodziła się zostać jego Ŝoną. – Clyde urwał i pokręcił głową.  

–  Stryj  był  bardzo  dobrym,  przyzwoitym  facetem,  ale  oni  do  siebie  nie  pasowali,  mieli 

diametralnie  róŜne  usposobienia  i  upodobania.  Ledwo  Cynthia  wyraziła  zgodę  na 

małŜeństwo,  stryj  zabrał  się  do  budowania  domu,  który  –  jak  mawiał  –  będzie  godzien  jego 

umiłowanej Ŝony.  

Zasłuchana Dixie przestała bębnić palcami. Bardzo ją wzruszyło, Ŝe poczciwy Bill darzył 

zarozumiałą  Cynthię  tak  wielką  miłością.  Wszystkie  jego  marzenia  skupiły  się  na  jednym 

celu, serce oddał ukochanej, z którą pragnął spędzić całe Ŝycie. Dixie miała ochotę poprosić 

Clydea, Ŝeby nie kończył opowiadania, jakby to mogło zmienić bieg wydarzeń.  

– Stryj zbudował prawie cały dom własnoręcznie, o wszystkim sam decydował. Okno w 

małŜeńskiej sypialni wychodzi na wschód, bo Cynthię miało budzić wstające słońce.  

Flegmatyk znowu zamilkł, a mina Jacka wyraźnie świadczyła o tym, Ŝe chce pomóc mu 

dobrnąć  do  końca.  Widocznie  wolał  usłyszeć  zakończenie  prędzej  niŜ  później.  Dixie 

zastanawiała  się,  czy  nie  widzi,  na  co  się  zanosi  i  czy  nie  jest  mu  Ŝal  zakochanego 

nieszczęśnika.  

Clyde  wyczuł  zniecierpliwienie  Jacka,  a  moŜe  wystraszył  się,  Ŝe  straci  słuchaczy,  więc 

tym razem prędzej podjął swoją opowieść.  

–  Stryj  osobiście  wyrzeźbił  małŜeńskie  łóŜko.  Całymi  miesiącami  nie  robił  nic  innego, 

tylko  upiększał  wnętrze.  Cynthia  nigdy  tu  nie  przyjechała.  Twierdziła,  Ŝe  chce  zobaczyć 

chatę, gdy będzie całkowicie wykończona.  

– Och! Nie chciała przyczynić się do urządzenia własnego domu? – zawołała Dixie.  

Dla niej było to niepojęte.  

–  Niezrozumiałe  postępowanie,  prawda?  –  spytał  Clyde.  –  Normalna  kobieta  uwaŜa,  Ŝe 

dom jest jej królestwem. Ten brak zainteresowania powinien ostrzec stryja, Ŝe coś jest nie w 

porządku. Ale był nieprzytomnie zakochany i nic nie mąciło jego szczęścia.  

Jack łekko się uśmiechnął.  

– Przepraszam, Ŝe przerywam, ale jak doszło do tego, Ŝe pański stryj stracił dom? 

– To najsmutniejsza część historii. Wszyscy mieszkańcy Pagosa Springs chcieli zobaczyć 

background image

ś

lub,  który  na  prośbę  Cynthii  miał  odbyć  się  z  wielką  pompą.  –  Clyde  urwał,  wygładził 

nieistniejącą zmarszczkę na rękawie i spojrzał Dixie w oczy. – Wybiła godzina trzecia, czyli 

pora rozpoczęcia uroczystości. Minął kwadrans, pół godziny. Około czwartej w kościele było 

juŜ  niewiele  osób,  ale  pan  młody  uparcie  czekał,  nie  chciał  ruszyć  się  z  miejsca.  Wreszcie 

matka  Cynthii  zdenerwowała  się  i  poszła  do  domu.  Wróciła  z  kartką  znalezioną  w  pokoju 

córki.  

Serce Dixie skurczyło się ze strachu.  

– Co tam było napisane? 

Wolałaby,  aby  Clyde  nie  kończył,  a  jednocześnie  pragnęła  dowiedzieć  się  reszty.  Miała 

wraŜenie,  Ŝe  obserwuje  pociąg,  który  powoli  się  wykoleja,  a  ona  nie  moŜe  zapobiec 

katastrofie.  

–  Na  kartce  były  tylko  dwie  linijki.  Dziesięć  słów,  które  na  zawsze  odmieniły  Billa 

Churcha. – Clyde na moment zamilkł dla zwiększenia efektu. – Oto one: „Chcę mieszkać w 

duŜym mieście. Wychodzę za Timothyego Barta. Cynthia”.  

Stryj  nic  nie  powiedział.  Timothy  Bart,  rywal  jeszcze  ze  szkoły  podstawowej,  był 

dyrektorem  banku,  w  którym  stryj  zaciągnął  poŜyczkę  na  budowę  domu.  Cynthia  i  Timothy 

wyjechali tego dnia i odtąd nigdy się tu nie pojawili.  

Dixie pociągnęła nosem, ale powstrzymała łzy.  

– Pana stryj zamknął dom na głucho? 

–  Zamknął  nie  tylko  dom.  –  Clyde  pokręcił  głową.  –  W  milczeniu  wyszedł  z  kościoła  i 

odtąd nigdy nie wypowiedział ani słowa na temat ślubu. Starał się w terminie spłacać raty, ale 

na podatki juŜ mu nie starczało. W końcu urzędowo przejęto całą posesję za zaległe podatki. 

Stryj czasami pojawia się w mieście. Niektórzy twierdzą, Ŝe mieszka w jaskini.  

Biedny, bardzo biedny człowiek.  

Dixie  nie  potrafiła  wyobrazić  sobie  takiej  tragedii,  ale  rozumiała  wstyd  porzuconego 

człowieka  i  uczucie,  Ŝe  lepiej  Ŝyć  w  samotności,  niŜ  ponownie  narazić  się  na  szyderstwo,  a 

serce  na  cierpienia.  Młodzi  ludzie,  z  którymi  pracowała,  przychodzili  do  niej  z  podobnymi 

problemami, podobne myśli krąŜyły im po  głowie. Odrzucone, niekochane dzieci odwracały 

się od rodziców, Ŝeby uniknąć dalszego zranienia.  

Zastanowiła  się,  czy  i  ona  postępuje  podobnie.  Dlaczego  boi  się  uczuć  mogących 

przerodzić się w miłość? Dlaczego uwaŜa, Ŝe kaŜda znajomość okaŜe się niewypałem? 

Znała odpowiedź na owe pytania. Obserwowała matkę, która kilkakrotnie oznajmiała, Ŝe 

znalazła  prawdziwą  miłość  i  za  kaŜdym  razem  okazywało  się  to  złudzeniem.  Nie  ma 

gwarancji i dlatego lepiej nie ryzykować.  

Zobaczyła,  Ŝe  Jack  podejrzanie  przewraca  oczami.  Udawał,  Ŝe  sentymentalna  opowieść 

wcale go nie wzruszyła.  

– Clyde! – rozległo się wołanie. – Potrzebna mi pomoc. Flegmatyk nerwowo podskoczył, 

ukłonił się i pobiegł w stronę domu, a Jack wybuchł zduszonym śmiechem.  

–  O,  facet  jednak  ma  prawidłowe  odruchy.  Przynajmniej  w  odpowiedzi  na  wezwanie 

Ŝ

ony.  

– Musimy mu pomóc – oświadczyła Dixie stanowczym tonem.  

background image

– Po co? – Wysoko uniósł brwi. – Jest zdrowy i bardzo przywiązany do Ŝony.  

– Nie jemu, lecz jego stryjowi.  

Rozejrzała się, jakby spodziewała się, Ŝe pośród drzew ujrzy nieszczęsnego odludka.  

Jack przykucnął i zaczął zgarniać sosnowe igły.  

– Jak chcesz mu pomóc? 

–  Na  razie  nie  potrafię  ci  powiedzieć...  Ale  jakoś  go  znajdziemy,  poszukamy 

przyzwoitego mieszkania, pomoŜemy wybrnąć z długów.  

Jack wstał i spojrzał na nią z góry.  

– Mówisz powaŜnie? 

– Oczywiście – odparła niezbyt pewnym głosem. – Dlaczego pytasz? 

–  Bo  nie  znamy  człowieka.  –  Podniósł  jeden  palec.  –  Nie  wiemy,  ile  prawdy  jest  w  tej 

historii. – Podniósł drugi palec. – Nie zbawisz świata. – Podniósł trzeci palec. – Widzisz, ile 

powodów? 

– Czemu uwaŜasz, Ŝe to nie ma sensu? 

– Hm, widzę, Ŝe traktujesz sprawę bardzo powaŜnie. – Przyjrzał się jej bacznie. – Jesteś 

siostrą miłosierdzia? 

–  Nie...  tak...  właściwie...  niezupełnie.  –  WyŜej  uniosła  głowę.  –  Po  prostu  uwaŜam,  Ŝe 

mogę  zmienić  coś  na  tym  świecie.  Warto  pomóc  choćby  tylko  jednej  osobie  w  biedzie.  To 

moje zdanie.  

Jack  gwizdnął.  Zza  drzew  wypadły  zziajane  psy,  jednocześnie  wbiegły  po  schodach  i 

usiadły koło nóg pana.  

– Jak to robisz? 

Dixie owinęła pasmo włosów na palcu i spojrzała w dal.  

– Trudno to ująć w słowa, bo tak wiele jest do powiedzenia. .. o moich podopiecznych, o 

ich  marzeniach,  lękach  i  rozczarowaniach.  Chcę  wierzyć,  Ŝe  mogę  zmienić  coś  na  lepsze  w 

ich Ŝyciu i w Ŝyciu ludzi, z którymi w przyszłości się zetkną. Wydaje mi się, Ŝe Bill Church 

jest w podobnej sytuacji. Dobry człowiek został oszukany, boleśnie zraniony i stracił zaufanie 

do ludzi, do świata.  

Nagle  poczuła  się  głupio,  bo  niepotrzebnie  tak  emocjonalnie  odpowiedziała  na  pytanie 

Jacka.  

– W jakim wieku są dzieci, z którymi pracujesz? 

–  Głównie  nastolatki.  MłodzieŜ  bez  celu  w  Ŝyciu,  większość  bez  normalnej  rodziny.  – 

Wykonała  nieznaczny  ruch  ręką.  –  Czy  moŜesz  wyobrazić  sobie,  jak  dobrze  zrobi  im  pobyt 

tutaj? Wychowawcy będą duŜo z nimi rozmawiać, pomogą odzyskać pewność siebie, nauczą 

Ŝ

ycia w grupie.  

– A taka pomoc jest niemoŜliwa w mieście? – zdziwił się Jack. – Chata stoi na uboczu...  

Dixie uśmiechnęła się promiennie.  

– OtóŜ to. Tu są idealne warunki.  

Jack zamyślił się nad tym, co usłyszał. Potrafił wyobrazić sobie tutaj ośrodek dla trudnej 

młodzieŜy  i  nie  wątpił,  Ŝe  nastolatkom  przyda  się  terapia,  o  której  Dixie  wspomniała.  Sam 

uniknąłby wielu tarapatów, gdyby w odpowiednim momencie ktoś mądry nim pokierował.  

background image

Dixie nie zdawała sobie sprawy, Ŝe zdradziła się z marzeniami. Jack był zadowolony, Ŝe 

czuła  się  przy  nim  swobodnie  i  dlatego  nieświadomie  się  zwierzyła.  Jej  marzenie  było 

szlachetne.  

Lecz  i  ciotka  Emma  chciałaby  mieć  dom  w  górach.  Powinien  pamiętać  o  długu 

wdzięczności  wobec  tej,  która  przez  lata  poświęcała  się  dla  niego.  Za  to  na  starość  naleŜało 

się jej trochę piękna, wygody. I poczucia bezpieczeństwa.  

Był zły, Ŝe spełnienie się marzenia ciotki oznacza zniszczenie marzenia Dixie.  

Zaklął w duchu.  

Oboje długo milczeli pogrąŜeni w myślach. Jack nie przyznał się, dlaczego zaleŜy mu na 

otrzymaniu  nagrody.  Uznał,  Ŝe  moment  jest  nieodpowiedni  i  jego  zwierzenia  umniejszą 

wartość tego, co powiedziała Dixie.  

– Panie Powers! 

– Słucham? 

– Obeszliśmy cały dom, sprawdziliśmy wszystko, co było do sprawdzenia. – Policjantka 

otworzyła  notes.  –  Zapisałam  państwa  nazwiska  oraz  parę  uwag  i  zaraz  po  powrocie  do 

Pagosa Springs złoŜę meldunek.  

Zadowolona z siebie zamknęła notes, a Jack pomyślał, Ŝe niewiele zdziałała.  

–  Jeszcze  raz  dziękuję,  Ŝe  państwo  przyjechali.  –  Wyciągnął  rękę.  –  Panu  jestem 

szczególnie zobowiązany.  

Miał jednak wątpliwości, czy w zasłyszanej historii wszystko jest zgodne z prawdą.  

– Nie... ma... za..co – wyjąkał Clyde.  

– Czy pani coś nam radzi? – zapytała Dixie. Policjantka znacząco spojrzała na Jacka.  

– Proszę zawsze zamykać drzwi na klucz. Szczególnie jedne.  

Jack zastanawiał się, dlaczego to podkreśliła.  

Gdy  radiowóz zniknął za zakrętem, spojrzał na  Dixie i zobaczył, Ŝe drŜy. Czy  aŜ do łez 

współczuje biednemu narzeczonemu, który został porzucony przed laty? 

Dixie  panowała  nad  sobą  w  obecności  policjantki,  lecz  teraz  śmiała  się  do  rozpuku. 

Wolałaby opanować rozbawienie, aby Jack nie pomyślał, Ŝe postradała zmysły.  

Niestety trochę to trwało. Wreszcie otarła załzawione oczy.  

– ZałoŜę się, Ŝe tu jest ukryta kamera.  

Jack popatrzył na nią zaskoczony, ale drgnęły mu kąciki ust.  

– Całkiem prawdopodobne.  

–  Czy  występujemy  w  programie  telewizyjnym,  w  którym  widzowie  obserwują,  jak 

uczestnicy  powoli  wariują?  Czy  bohaterem  jest  dziwny  pustelnik  z  lasu?  Jacy  aktorzy  grają 

policjantkę i jej małomównego męŜa? – Znowu zachichotała. – Dobrze, Ŝe byłeś świadkiem, 

bo znajomi nie uwierzą mi i zarzucą, Ŝe zmyślam. Po powrocie do Denver poproszę cię, Ŝebyś 

zaświadczył o mojej prawdomówności.  

Jack zmruŜył oczy.  

– Proponujesz randkę? Nie jesteś zaręczona? 

– Hm, niezupełnie. To, co mówiłam...  

Urwała speszona, gdy zobaczyła uśmiech, jaki rozjaśnił mu twarz. Czyli Jack jedynie się 

background image

z  nią  przekomarza.  Dobrze,  Ŝe  w  porę  ugryzła  się  w  język  i  nie  wyznała  prawdy.  Nie 

zdradziła  teŜ,  jak  bardzo  pragnie  się  z  nim  spotkać.  Być  moŜe  jest  kobieciarzem  i 

uwodzicielem, ale jego pocałunki są tak podniecające, Ŝe pragnęła więcej.  

Daleko w lesie rozległ się klakson. Raz i drugi.  

– Psiakrew, a to co znowu? 

Jack zbiegł z ganku i wyszedł na drogę.  

Patrząc na sylwetkę atlety, Dixie pomyślała, Ŝe to wielka pokusa być blisko niego.  

Samochód,  który  wtoczył  się  na  polanę,  jechał  zbyt  szybko  jak  na  tutejsze  warunki 

drogowe. Nie był to radiowóz, lecz czarna limuzyna.  

Dixie  oderwała  wzrok  od  Jacka  i  z  ciekawością  spojrzała  na  auto.  Kto  zabłądził  w  te 

strony?  Za  wcześnie  na  pana  Grangera  i  rzucanie  monety.  Komu  chciało  się  przyjechać  aŜ 

tutaj, w dodatku pojazdem nadającym się do miasta, a nie na wyboiste drogi? 

– Twoi znajomi? – zawołała.  

Jack  jedynie  wzruszył  ramionami.  Limuzyna  zatrzymała  się  i  Dixie  dostrzegła  dwie 

osoby. Jedno okno otworzyło się, a wtedy z jej gardła wyrwał się jęk rozpaczy.  

– Nie, tylko nie to...  

Przez okno wysunęła się ręka z pierścionkami i bransoletkami.  

Dixie widziała zapowiedź nieszczęścia, ale nie wierzyła własnym oczom! 

–  Kochanie,  przyjechałam  w  odwiedziny  –  zawołała  właścicielka  pierścionków  i 

bransoletek A jednak to nie zwidy! 

Dixie  patrzyła  jak  zahipnotyzowana.  Była  przeraŜona,  lecz  nie  mogła  oderwać  oczu  od 

upierścienionej dłoni.  

Nie wiedziała, za jakie przestępstwo zostaje tak surowo ukarana. Dlaczego matka zjawia 

się nieproszona? 

Jack  miał  wraŜenie,  Ŝe  skądś  zna  piskliwy  głos,  ale  nie  potrafił  przypisać  go  do  znanej 

osoby.  

Wreszcie przypomniał mu się telefon.  

Dzwoniła matka Dixie.  

A teraz przyjechała.  

Po co ta kobieta wybrała się w góry? Czy Dixie wiedziała o zamiarze matki? Czy uknuły 

spisek, aby zmusić rywala do zrezygnowania z nagrody? 

Zerknął  na  Dixie.  PrzeraŜenie  na  jej  twarzy  świadczyło,  Ŝe  wizyta  jest  niemiłą 

niespodzianką.  

Odwrócił się i zobaczył, Ŝe kobieta otworzyła drzwi, ale jeszcze mówi coś do kierowcy. 

Pomyślał,  Ŝe  chyba  tylko  wariat  zdecydował  się  na  jazdę  takim  samochodem  po  takich 

drogach.  

Kierowca wysiadł, a wtedy Jack głośno jęknął.  

Stryj Vincent! 

Teraz  Jack  nie  wierzył  oczom.  Czy  to  dzień  spotkań  rodzinnych?  Stryj  Jacka  wziął  pod 

rękę matkę Dixie.  

Widocznie  rzeczywiście  zainstalowano  ukrytą  kamerę  i  krewni  dowiedzieli  się,  gdzie 

background image

finaliści przebywają. Jack miał ochotę krzyczeć, Ŝe zabawa skończona.  

Niestety  wiedział,  Ŝe  to  nie  zabawa,  lecz  fatalny  pech.  Nie  pojmował,  dlaczego  ludzie, 

którzy  się  nie  znają  i  którzy  powinni  siedzieć  w  Denver,  składają  niezapowiedzianą  wizytę 

jemu i Dixie w chacie, która do nich nie naleŜy i znajduje się na odludziu.  

Pani Osborn wyciągnęła ręce do córki.  

– Cieszysz się, Ŝe przyjechałam? Niewiele brakowało, a byśmy zabłądzili.  

Dixie uśmiechnęła się z przymusem.  

– Mamo, co TY tu robisz? 

–  Przywiozłam  ci  śniadanie.  Gdzie  jest  ten  przemiły  młodzian,  z  którym  rozmawiałam 

przez telefon? – Starsza pani spojrzała na Jacka. – Czy to jest mistrz kucharski, któremu udało 

się zapędzić cię do gotowania? 

– Tak.  

Dixie zerknęła na Jacka, który złym okiem łypał na nadchodzącego męŜczyznę.  

– Stryju...  

Starszy pan mocno uścisnął mu rękę i energicznie klepnął go w plecy.  

–  Wiem,  co  myślisz,  i  rozumiem  cię,  ale  ty  teŜ  musisz  mnie  zrozumieć.  Wobec  uporu 

Emmy i Estelli słaby męŜczyzna nie ma szans, musi ulec.  

Ducie zdziwiło, Ŝe Emma ma władzę nie tylko nad Jackiem, ale i nad jego stryjem.  

Jack odciągnął nieproszonego gościa na stronę.  

– Niech stryj nie zrozumie mnie źle – zaczął półgłosem.  

– Zawsze cieszę się ze spotkania, ale po co stryj przyjechał? 

– Matka twojej rywalki zamartwiała się o swoje dziecko, jakoś dotarła do Emmy, Emma 

zadzwoniła do mnie, ja do Estelle i... oto rezultat tych telefonów. – Pan Powers miał bardzo 

nietęgą minę. – Sam nie wiem, jak to się stało, Ŝe zaproponowałem usługi kierowcy nieznanej 

kobiecie, która chciała samotnie wybrać się na poszukiwanie córki.  

– Aha. Powiedzmy, Ŝe coś rozumiem. – Wrócili do pań.  

– Dixie, pozwól, Ŝe przedstawię ci mojego stryja, pana Vincenta Powersa.  

– Miło mi. Mamo, to jest Jack Powers.  

Jack ukłonił się i uścisnął upierścienioną dłoń.  

– Bardzo mi miło.  

Pani Osborn zaśmiała się perliście.  

–  My  juŜ  się  znamy.  Po  telefonicznej  rozmowie  miałam  wraŜenie,  Ŝe  się  spotkaliśmy. 

Proszę mówić mi po imieniu.  

– Dobrze, proszę pani... Stryj mówił, Ŝe pani... Ŝe masz wielki dar przekonywania.  

–  Bałam  się,  Ŝe  Dixie  jest  daleko  w  górach  z  jakimś  maniakiem  seksualnym.  –  Zrobiła 

przepraszającą  minę.  –  Oczywiście  myślałam  tak  przed  naszą  rozmową,  ale  i  tak  wolałam 

sprawdzić, jak wygląda sytuacja.  

Dixie zamieniła się w słup soli.  

Powoli jednak dotarła do niej świadomość, Ŝe naprawdę matka przyjechała na inspekcję. 

A w dodatku zabrała krewnego Jacka.  

Zakrawało to na kiepski Ŝart, w jakich gustowała Maggie. Podrzucenie zwiewnej koszuli 

background image

nocnej było drobiazgiem w porównaniu z nasłaniem dwuosobowej kontroli.  

– Czy dobrze słyszałam coś o śniadaniu? – zapytała słabym głosem.  

Gorączkowo  szukała  pretekstu,  aby  odciągnąć  matkę  na  bok  i  powiedzieć  o  swych 

rzekomych zaręczynach.  

–  Zawsze  miałaś  dobry  słuch.  –  Pani  Osborn  odwróciła  się  do  kierowcy  mimo  woli.  – 

Vinnie, bądź tak dobry i przynieś prowiant. Dixie chce pokazać mi, jak mieszka.  

Jack  z  niedowierzaniem  patrzył  na  stryja  posłusznie  spełniającego  polecenie.  Dixie 

poprowadziła matkę, która rozglądała się z ciekawością.  

– Opowiedz mi wszystko – zaŜądała pani Osborn, rozglądając się po domu. – Widzę, Ŝe 

jest... bardzo duŜy.  

Dixie  znała  matkę  i  wiedziała,  jak  ocenia  dom;  według  niej  na  pewno  jest  bardzo 

zaniedbany i brudny, stoi za daleko od innych ludzkich siedzib. Ona sama przymykała na to 

oczy, poniewaŜ wolała widzieć jedynie moŜliwości zaadoptowania domu dla młodzieŜy.  

Oprowadzając  matkę,  szeptem  wtajemniczyła  ją  w  sprawę  „zaręczyn”  i  poprosiła  o 

dyskrecję.  

MęŜczyźni wyjęli z bagaŜnika siatki z zakupami, zanieśli do kuchni i połoŜyli na stole.  

Poprzednio za duŜy dom teraz zdawał się za mały z powodu dwojga nieproszonych gości. 

Jack  wolał  nie  analizować  irytacji  wywołanej  tym,  Ŝe  odebrano  mu  chwile  sam  na  sam  z 

Dixie. Był niezadowolony.  

Nawet bardzo.  

– Po co przywieźliście tyle jedzenia? 

– Estelle nie mogła zdecydować się, co zabrać, bo nie wiedziała, co lubisz. – Pan Powers 

wypakował drugą torbę. – Mamy naleśniki, parówki, bekon, sos, chleb, bułki, grzanki, płatki 

owsiane, owoce. Na pewno nie zginiemy z głodu.  

Jack  usłyszał  kroki  na  schodach  i  rozmowę.  Pani  Osborn  mówiła  coś  podniesionym 

głosem, ale początkowo nie mógł rozróŜnić poszczególnych słów.  

–  Dziecko,  masz  dwadzieścia  siedem  lat  i  jeŜeli  chcesz  się  z  kimś  przespać,  ja  ci  nie 

zabronię. Jesteś dorosła, sama musisz podjąć decyzję. Jeśli nie mieliście ochoty nacieszyć się 

sobą, to wielka szkoda.  

–  AleŜ  mamo.  –  Spłoniona  Dixie  zerknęła  na  panów.  Powiedziała  matce  o  fikcyjnych 

zaręczynach,  więc  nie  rozumiała,  o  co  chodzi.  Podejrzewała  jakieś  knowania.  –  Jeszcze  raz 

powtarzam, Ŝe Jack i ja nie jesteśmy w Ŝaden sposób związani.  

– Nie chcesz uciąć sobie romansu ze względu na Guya? – obojętnie zapytała czterokrotna 

męŜatka.  

Jack  ulitował  się  nad  Dixie.  Starczyło  mu  to,  czego  dowiedział  się  poprzedniego  dnia  i 

krótka osobista znajomość, by stwierdzić, Ŝe trzeba zdecydowanie wkroczyć do akcji.  

– Przepraszam, Ŝe się wtrącę. Pani... twoja córka jest bardzo atrakcyjna, ale przysięgam, 

Ŝ

e nie zrobiliśmy nic, o co narzeczony mógłby mieć pretensje.  

Dixie Ŝachnęła się.  

–  Daj  spokój.  Jestem  dorosła  i  potrafię  sama  za  siebie  mówić.  –  Nerwowym  ruchem 

odsunęła włosy opadające na oczy. – Mamo, jeszcze raz powtarzam, Ŝe łączy nas tylko chęć 

background image

wygrania konkursu.  

–  A  ja  powtarzam,  Ŝe  to  wielka  szkoda.  Jack  bardzo  przypomina  mi  drugiego...  nie, 

trzeciego męŜa.  

Dixie  niecierpliwie  tupnęła  nogą,  nie  ulegało  wątpliwości,  Ŝe  lada  moment  wybuchnie. 

Dlatego  Jack  postanowił  uspokoić  ją...  pocałunkiem.  Zaskoczył  Dixie,  która  w  pierwszej 

chwili chciała go odepchnąć, ale widocznie rozmyśliła się, bo nie stawiła oporu.  

Mimo to Jack podejrzewał, Ŝe będzie musiał odpokutować uleganie impulsom.  

I to niebawem.  

Dixie  zapomniała,  co  zamierzała  powiedzieć,  a  zirytowały  ją  zapewnienia  Jacka,  Ŝe  jej 

reputacja  nie  doznała  uszczerbku.  Była  oburzona,  bo  traktowano  ją  jak  dziecko,  które 

wszystkim musi tłumaczyć się ze swych myśli i postępków.  

Chciała  się  odsunąć,  ale  dało  szybko  przekonało  umysł,  Ŝe  zaaplikowany  przez  Jacka 

ś

rodek uspokajający będzie miał podwójnie pozytywny skutek.  

Pocałunek trwał tak długo, Ŝe Dixie groziło uduszenie, więc jej matka chrząknęła głośno.  

Jack  opamiętał  się  i  oderwał  od  słodkich  ust,  lecz  nadal  obejmował  Dixie.  Była  mu 

wdzięczna,  poniewaŜ  uginały  się  pod  nią  nogi  i  groził  jej  upadek.  Zerknęła  spod  rzęs.  Jack 

miał  nieodgadniona  twarz  i  zaciśnięte  usta.  Czy  to  oznacza,  Ŝe  pocałunek  wcale  go  nie 

wzruszył? 

–  Brawo,  chłopcze  –  zawołał  pan  Powers,  energicznie  potrząsając  jego  ręką.  –  Jesteś 

godnym przedstawicielem naszego rodu. Grunt to zdecydowane działanie.  

Dixie  nie  wiedziała,  czy  śmiać  się,  czy  płakać.  Co  się  tutaj  dzieje? Jak  się  wycofać,  nie 

raniąc  uczuć  trzech  zapewne  Ŝyczliwych  osób?  Jack  chyba  uwaŜał,  Ŝe  swym  postępkiem 

rozładuje napięcie, a osiągnął to, Ŝe wzbudził chęć zemsty.  

Co  matka  miała  na  myśli,  mówiąc  „wielka  szkoda”?  Dixie  wytłumaczyła  jej  powód 

rzekomych zaręczyn, więc zupełnie nie rozumiała takiego postępowania.  

Nagle  doznała  olśnienia.  Jest  doskonałe  wyjście!  Z  zemsty  za  lekcewaŜenie  udusi  Jacka 

przy  dwóch  świadkach  i  tym  samym  zakończy  konkurs.  Proste  jak  obręcz.  Jury  przyzna 

nagrodę  jej  i  potrzebującej  młodzieŜy.  Tylko  jak  udusić  wysokiego  rywala?  Na  pewno  nie 

będzie  czekał,  aŜ  niski  kat  wejdzie  na  krzesło,  by  dokonać  egzekucji.  Najlepiej  byłoby 

ustrzelić przeciwnika z broni palnej. Lecz skąd ją wziąć? 

Jack widocznie odczytał mordercze myśli, bo przezornie stanął za stołem.  

– Dixie oczywiście potrafi sama się bronić – rzekł pojednawczo – ale uwaŜam, Ŝe ja teŜ 

muszę  coś  wyjaśnić.  OtóŜ  pamiętam,  Ŝe  ona  jest  zaręczona  i  zapewniam,  Ŝe  ja  jestem 

dŜentelmenem.  

Dixie pociągnęła matkę za rękaw, a Jackowi oczyma wskazała drzwi.  

NajwyŜszy czas porozmawiać.  

Natychmiast.  

Jack zrozumiał jej polecenie bez słów.  

– Musimy wyprowadzić  psy, więc na  chwilę zostawimy miłych  gości. –  Wziął Dixie za 

rękę i pociągnął w stronę wyjścia. – Proszę nam wybaczyć.  

–  Wybaczamy.  Ale  pamiętaj,  córeczko,  Ŝe  chcę  pomóc  ci  w  przygotowaniach  do  ślubu. 

background image

MoŜe wesele na jesieni...  

Dixie  nie  dosłyszała  końca  zdania,  poniewaŜ  Jack  wyprowadził  ją  z  kuchni.  Gdy  drzwi 

się zamknęły, wyszarpnęła rękę.  

– No, mądralo, jesteś zadowolony? 

W  kuchennym  oknie  ukazały  się  dwie  twarze,  więc  Jack  znowu  schwycił  Dixie  i  tym 

razem jeszcze mocniej pociągnął za sobą.  

– Psiakrew – zaklął. – Najpierw ukryta kamera, a teraz jawne podglądanie.  

– Dokąd tak pędzisz? Zwolnij! – zawołała, biegnąc za nim.  

–  Przepraszam.  –  Zatrzymał  się.  –  Czy  twoja  matka  zawsze  miała  takie  szerokie 

„zainteresowania”? 

–  Twój  stryj  teŜ  ma  niewąskie  –  odcięła  się.  Gniewnie  wsparła  się  pod  boki.  To 

bezczelność zarzucać jej matce wścibstwo. Nawet jeśli bywa zanadto ciekawa, gdy nie trzeba, 

Jack nie ma prawa jej osądzać. Tym bardziej Ŝe jego stryj teŜ przykleił nos do szyby.  

Jack potarł brodę.  

– Proponuję naprawienie tej komedii pomyłek, zanim będzie za późno.  

–  Patrzcie  go,  znalazł  się  naprawiacz.  Nie  pozwalam  zarzucać  mojej  matce  wścibstwa. 

Dlaczego  w  ogóle  się  wtrącałeś?  Czy  boisz  się,  Ŝe  po  świecie  rozejdzie  się  wieść  o  tym,  Ŝe 

spaliśmy w jednym łóŜku? 

Czuła,  Ŝe  wpada  w  histerię,  lecz  nie  panowała  nad  sobą.  Noc  spędzona  u  boku  Jacka  i 

nieoczekiwane pocałunki wytrąciły ją z równowagi.  

– Dziewczyno, uspokój się.  

Wyraz jego twarzy powinien jej uświadomić, Ŝe lepiej działać ostroŜnie, ale zlekcewaŜyła 

ostrzeŜenie.  

– Sam skradasz się cichaczem i szpiegujesz ludzi, ale to nie oznacza, Ŝe kaŜdy...  

Jack  gwałtownie  przyciągnął  ją  do  siebie.  Chciała  jeszcze  coś  dodać,  lecz  zamknął  jej 

usta pocałunkiem.  

Drugi raz tego samego ranka! 

Instynktownie zarzuciła mu ręce na szyję. Coś, co zaczęło się jako próba powstrzymania 

gniewnych słów, zmieniło się w rozkosz.  

Dixie  długo  i  gorąco  oddawała  pocałunki,  ale  wreszcie  oprzytomniała,  opuściła  ręce, 

odsunęła się.  

Oj, źle ze mną, pomyślała niezadowolona.  

NajlŜejsze  pieszczoty  powodowały,  Ŝe  traciła  władzę  nad  kończynami  i  ustami,  które 

działały  spontanicznie.  Zdawała  sobie  sprawę  z  groŜącego  niebezpieczeństwa,  ale  pragnęła 

przytulić się do Jacka i znowu poczuć rozkosz, o jakiej dotychczas jedynie śniła.  

Ośmieliła się spojrzeć na uwodziciela.  

– Koniec z całusami. Odtąd będę bardzo rozsądna. Powiedz, czemu uwaŜałeś za stosowne 

tłumaczyć się, jakbyśmy byli nastolatkami przyłapanymi na zdroŜnym uczynku? 

– Twoja matka widziała  rozgrzebane łóŜko i na pewno wyciągnęła błędny wniosek. Nie 

chciałem, Ŝeby dostała spazmów.  

–  Mama  miała  czterech  męŜów,  więc  widok  w  sypialni  wcale  jej  nie  zdziwił. 

background image

Przypominam  szanownemu  panu,  Ŝe  epoka  wiktoriańska  minęła  juŜ  dawno  i  teraz  ludzie 

trochę więcej wiedzą o łóŜkowych sprawach.  

Jack zaczął przechadzać się po ścieŜce.  

–  Dziękuję  łaskawej  pani  za  przypomnienie.  Pewno  uwaŜasz  mnie  za  człowieka  starej 

daty, ale nie chciałbym być posądzony o brak szacunku wobec kobiet. Wiadomość o tej nocy 

chyba dotrze do twojego narzeczonego i dlatego wolałem mieć coś na obronę.  

Odwrócił  się,  a  Dixie  wbiła  wzrok  w  jego  plecy.  Ten  atleta  był  Ŝywym  dowodem,  Ŝe 

rycerscy  męŜczyźni  jeszcze  nie  wymarli.  Fakt  bardzo  podnoszący  na  duchu.  Czuła  coraz 

większy szacunek dla barczystego rywala dŜentelmena.  

Zreflektowała się, Ŝe jej myśli biegną niewłaściwym torem i rozprasza się, gdy powinna 

pamiętać o ośrodku, o młodzieŜy i o... narzeczonym.  

– Wiesz, co ci powiem? 

– Na razie nie wiem.  

– Zostały nam dwa dni, które musimy przetrwać. Dobrze byłoby przeŜyć je w zgodzie, a 

przynajmniej  udawać  zgodę  przy  świadkach.  –  Wsunęła  ręce  do  kieszeni  spodni.  –  Potem 

przyjedzie pan Granger, rzuci monetę i poŜegnamy się, kaŜde pójdzie w swoją stronę.  

Jack odwrócił się i długo na nią patrzył.  

– Zgoda. Liczę na to, Ŝe twoja matka i mój stryj wieczorem odjadą.  

– Ja teŜ na to liczę.  

– Więc mamy tylko niecały dzień udawania, a na tyle chyba się zdobędziemy.  

Rozwiązanie wydawało się zbyt łatwe, a rzeczy z pozoru łatwe, nigdy takie nie są. MoŜe 

to będzie wyjątek od reguły. Czy wystarczy przestać myśleć o ustach Jacka? Tak.  

Po  powrocie  do  domu  natychmiast  zorientowali  się,  Ŝe  mili  goście  przygotowali  jakieś 

zarzuty.  

Dixie odwaŜnie stanęła przed dwuosobowym zespołem sędziowskim, jedną ręką trzymała 

Jacka, a drugą podniosła, aby zapobiec przesłuchaniu.  

– Szanowni państwo, bardzo chcemy, Ŝebyście przyjemnie spędzili z nami dzień.  

Pani Estelle zamierzała coś powiedzieć, lecz córka ją powstrzymała.  

– Sprawę ślubu przedyskutujemy w Denver.  

–  Słusznie  –  odezwał  się  pan  Vincent.  –  Kochani,  zjedzmy  coś,  zanim  mój  bratanek 

padnie z głodu. MęŜczyźni z naszego rodu mają wilczy apetyt.  

Pani  Estelle  zabrała  się  do  nakrywania  stołu,  a  Jack  powiedział,  Ŝe  przyniesie  fotel.  Był 

zadowolony, Ŝe moŜe wyjść i pozbierać myśli.  

Przystanął na progu sypialni i popatrzył na pokój; pościel pognieciona, kwiaty rozrzucone 

na podłodze, dogasający ogień w kominku.  

Tak,  sceneria  sprzyjająca  uwodzeniu...  lecz  niestety  nie  została  wykorzystana.  Noc 

spędzona z Dixie upłynęła niewinnie.  

No, prawie niewinnie. To, co krąŜy po głowie, nie liczy się i nie naleŜy się za to winić.  

Dixie spała jak zabita, ale przez całą noc tuliła się do niego,  co było prawdziwą torturą. 

PrzeŜywał katusze, lecz nie uległ pokusom i podszeptom szatana.  

Mimo  niezaspokojonego  poŜądania  nigdy  nie  czuł  się  w  łóŜku  tak  dobrze,  jak  podczas 

background image

tych długich godzin, gdy leŜał wsłuchany w oddech Dixie. Jak to moŜliwe? 

Zdarzyło mu się to pierwszy raz w Ŝyciu.  

Wyjrzał przez okno i zobaczył, Ŝe psy dziwnie się bawią.  

Co one wyprawiają? O coś walczą? Nie, szarpią coś, ale bez złości.  

Machnął  ręką,  wziął  fotel  i  zszedł  na  dół.  Postawił  fotel  przy  stole  i  spojrzał  na 

zarumienioną Dixie.  

Szkoda, Ŝe ta piękna dziewczyna jest zaręczona i dlatego nieosiągalna. Lepiej nie marzyć 

o  niej.  Przypomniał  sobie,  jaki  cel  mu  przyświeca.  Dixie  teŜ  miała  cel  w  Ŝyciu.  Oboje 

pragnęli... Nie, oboje potrzebowali tego samego.  

Obojgu był potrzebny dom w górach.  

– Stryju, mogę prosić cię na chwilę? 

Zamierzał  sprawdzić,  czym  psy  się  bawią  oraz  powiedzieć  stryjowi  o  dziwnych 

zdarzeniach w domu.  

– JuŜ idę. Mam nadzieję, Ŝe panie wybaczą nam krótką nieobecność.  

Szarmancki starszy pan ukłonił się i posłusznie wyszedł za bratankiem.  

Jack starannie zamknął drzwi.  

– Najpierw chcę zobaczyć, co robią psy.  

Nadal  były  zajęte  dziwną  zabawą.  Jack  gwizdnął  i  Sadie  natychmiast  się  odwróciła,  a 

Tigger sekundę później. W pysku trzymał kawał materiału.  

Jack przykucnął i wyciągnął rękę.  

– Daj panu.  

Okazało  się,  Ŝe  to  porządna  flanelowa  koszula,  przybrudzona  jedynie  tam,  gdzie  wlokła 

się  po  ziemi.  Nie  naleŜała  do  Jacka,  a  dom  stał  daleko  od  najbliŜszych  sąsiadów.  CzyŜby 

tajemniczy gość był tu niedawno? Lecz jak to moŜliwe, Ŝe psy zabrały mu koszulę? 

Jack odwrócił się i spojrzał na stryja.  

– Od naszego przyjazdu, a na pewno wczoraj, co najmniej raz ktoś zakradł się do domu.  

– Zginęło coś? 

–  Nie.  Osobliwa  historia.  Pierwszego  dnia  nic  nie  zauwaŜyliśmy.  Ale  gdy  wczoraj 

poszliśmy do sypialni, łóŜko było przygotowane, ręcznik w innym miejscu, na kołdrze świeŜe 

kwiaty,  w  kominku  rozpalony  ogień.  –  Bezradnie  rozłoŜył  ręce  świadom,  Ŝe  to  brzmi 

ś

miesznie.  –  Nic  złego  się  nie  stało,  ale  niepokoi  mnie,  Ŝe  ktoś  obcy  kręci  się  w  pobliŜu  i 

wchodzi do domu. Co będzie, jeśli zastanie Dixie samą? 

– Rzeczywiście dziwne. Czy jesteś pewien, Ŝe to nie ona przygotowała sypialnię? 

–  Ona  pierwsza  zauwaŜyła  tajemnicze  zmiany  i  ją  jeszcze  bardziej  intrygują.  Chyba  Ŝe 

jest  świetną  aktorką  i  doskonale  udaje.  Dla  bezpieczeństwa  spaliśmy  w  jednym  łóŜku.  – 

Rzucił psom patyk. – A rano była tu policja. Minęliście radiowóz, prawda? 

– Tak. Długo się znacie? 

– Niecały tydzień. Poznaliśmy się w dniu losowania nagrody.  

– Bardzo krótka znajomość. – Pan Vincent uśmiechnął się znacząco. – Coś mi się zdaje, 

Ŝ

e piękna rywalka juŜ cię zawojowała.  

Jack był zdumiony, Ŝe stryj spostrzegł to, do czego on nie chciał przyznać się nawet przed 

background image

sobą.  

– Trochę – wyznał z ociąganiem. Pan Vincent obejrzał koszulę.  

–  Nie  jest  wystrzępiona  przy  mankietach,  nie  ma  śladów  krwi...  MoŜna  przyjąć,  Ŝe  psy 

znalazły ją na ziemi.  

–  Jest  czysta,  co  oznacza,  Ŝe  nie  przywlokły  jej  z  daleka,  bo  wtedy  byłaby  brudniejsza 

albo podarta. Ten człowiek krąŜył gdzieś w pobliŜu i pewnie wy go wystraszyliście.  

Omiótł spojrzeniem drzewa. Zrobił to z przyzwyczajenia, bo oczywiście nie łudził się, Ŝe 

dojrzy ukrytą tam postać.  

– NaleŜałoby zawiadomić nie tylko szeryfa w Pagosa Springs.  

– I co powiemy? śe ktoś traktuje nas jak miłych gości i przynosi kwiaty? Wiem o intruzie 

zaledwie to, Ŝe nosi porządną koszulę. – Jack prychnął zniecierpliwiony. – Widziałem reakcję 

policjantki, która tu była. Ona i jej mąŜ uwaŜają, Ŝe to nic powaŜnego. Jakaś lokalna historia.  

– OstroŜność nie zawadzi. Podczas mojego pobytu będziesz miał dodatkowe oczy i uszy. 

–  Pan  Vincent  spojrzał  na  kuchenne  okno.  –  Wolałbym  nie  niepokoić  Estelle.  Czy  sprawa 

moŜe zostać między nami? 

Jack uśmiechnął się wymownie.  

– Oj, widzę, Ŝe jeszcze ktoś został zawojowany. Jak długo stryj zna tę troskliwą matkę? 

– Krócej niŜ ty jej córkę. – Starszy pan ruszył w stronę domu. – Nie wiem, jak ty, ale ja 

solidnie zgłodniałem.  

Jack szedł za nim, kręcąc głową. Pierwszy raz widział stryja naprawdę zainteresowanego 

kobietą.  Dotychczas  jedyną  jego  pasją  było  prowadzenie  pralni  chemicznej.  Jack  chwilami 

miał dość swej pracy, ale wiedział, Ŝe jako pomocnik stryja oszalałby z nudów.  

KaŜdy człowiek wybiera swój los. Do pewnego stopnia, gdyŜ los czasami psuje najlepsze 

plany.  

Dixie spojrzała na wchodzących.  

– JuŜ myślałyśmy, Ŝe utonęliście albo zostaliście porwani przez tajemniczego ducha.  

–  Córeczko,  nie  mów  tak  –  skarciła  ją  matka.  –  Nie  wolno  Ŝartować  z  mieszkańców 

zaświatów.  

–  Jakie zaświaty?  Słyszałaś  o  duchu,  który  ścieli  łóŜko,  przynosi  kwiaty,  rozpala  ogień? 

Nasz intruz jest z krwi i kości.  

– Tym gorzej. Pakuj się. – Pani Estelle wstała tak gwałtownie, Ŝe przewróciła krzesło. – 

OdjeŜdŜamy.  

–  Chwileczkę.  Zapominasz,  ile  mam  lat.  A  poza  tym,  jeśli  wyjadę,  przepadnie  mi 

nagroda.  

–  Niewielka  strata.  CzyŜbyś  zapomniała,  Ŝe  jestem  twoją  matką?  Brak  wygód  moŜna 

wytrzymać, ale zagroŜenie ze strony jakiegoś szaleńca to nie przelewki.  

Jack głośno chrząknął.  

–  Proszę  pani...  Estelle,  zapewniam,  Ŝe  gdybym  wiedział,  Ŝe  Dixie  grozi 

niebezpieczeństwo, a był bez samochodu, na rękach zaniósłbym ją do Pagosa Springs.  

Dixie  powoli  odwróciła  się  i  spojrzała  na  niego  rozświetlonymi  wzrokiem.  Jack  nie  był 

pewien, czy miał przywidzenie czy naprawdę zobaczył światło w zielonych w oczach.  

background image

–  Proponuję,  Ŝebyśmy  zjedli  śniadanie,  a  potem  pojechali  do  Pagosa  Springs.  Mamy 

spędzić tu cztery dni, ale nie zabroniono nam wyjeŜdŜać na krótkie wycieczki.  

Gdy zasiedli do stołu, zorientował się, Ŝe postąpił głupio. Gdyby lepiej rozegrał tę partię, 

matka przekonałaby córkę, Ŝe naleŜy wracać do Denver, a on otrzymałby wygraną.  

Spojrzał na stryja, który z uśmiechem patrzył na Dixie.  

Czy  wszyscy  zawsze  uśmiechają  się  do  tej  czarującej  dziewczyny?  Czy  podziwiają  jej 

taneczny sposób poruszania się, jej inteligencję i poczucie humoru, jej...  

Nie,  to  śmieszne,  zdenerwował  się  Jack.  Przyjechał  tu  w  określonym  celu;  aby  wygrać 

dom  dla  ciotki,  a  nie  po  to,  aby  zawracać  sobie  głowę  cudzą  narzeczoną.  NiewaŜne,  jak 

piękną i kuszącą.  

Niedobrze,  Ŝe  coraz  rzadziej  myśli  o  zdobyciu  nagrody,  a  coraz  częściej  o  pięknej 

rywalce.  

O marzeniach lepiej w ogóle nie wspominać...  

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Godzinę później zgodnie krytykowali wyboistą drogę.  

Jack  mocno  trzymał  kierownicę,  aby  nie  stracić  panowania  nad  limuzyną,  którą  matka 

Dixie  koniecznie  chciała  jechać.  Był  coraz  bardziej  zdumiony,  Ŝe  stryj  zdołał  dotrzeć  na 

miejsce. Wynajęty wehikuł był niewiele lepszy od auta Dixie, której przyjazd teŜ graniczył z 

cudem.  

Psy miały pilnować posesji, lecz było prawie pewne, Ŝe wykorzystają nieobecność ludzi i 

będą biegać dalej niŜ zwykle.  

Jack zerknął na Dixie, ale w ostatniej chwili kątem oka dostrzegł spory kamień na środku 

drogi. Gwałtownie skręcił, aby ominąć przeszkodę i uśmiechnął się zadowolony. Na początku 

podróŜy stwierdził, Ŝe zarzucanie auta zmusza Dixie do przechylania się w stronę kierowcy. 

Za kaŜdym razem, gdy go dotknęła, na jej policzki wypływał rumieniec.  

Ładny widok.  

Bardzo miły.  

Milczenie przerwał pan Vincent.  

– Zamierzacie popytać w mieście o poprzedniego właściciela domu? 

Jack  spojrzał  w  lusterko  i  zobaczył,  Ŝe  pani  Estelle  mocno  zbladła.  Ciekawe,  skąd  tak 

duŜo odwagi u córki bojaźliwej matki.  

– Nie zaszkodzi spróbować – odparł. – Chciałbym porozmawiać ze zwykłymi ludźmi, bo 

wiem, co urzędnicy myślą o intruzie, który „dręczy” ofiary dobrymi uczynkami.  

–  Jeśli  mam  być  szczera,  bardzo  mi  Ŝal  Billa  Churcha.  Jeśli  to  był  on...  –  powiedziała 

Dixie.  

– Obrzydliwe zachowanie – zawołała jej matka. – Do czego to podobne, Ŝeby  wchodzić 

do  cudzego  domu  i  przekładać  cudze  rzeczy?  Takiemu  osobnikowi  przydałaby  się  pomoc 

lekarza, najlepiej psychiatry.  

–  Mamo,  powinnaś  mu  współczuć,  bo  biedak  został  skrzywdzony  w  dniu  ślubu. 

Ukochana rzuciła go, nie chciała przyjąć najcenniejszego daru, jaki moŜna ofiarować. – Dixie 

obejrzała  się  do  tyłu.  –  O  ile  to  Bill  Church  do  nas  przychodzi,  a  nie  wiemy  na  pewno.  Ja 

serdecznie  mu  współczuję.  Pokochał  niewdzięcznicę  i  stracił  wielkie,  piękne  marzenie,  a  to 

trudno przeboleć.  

Otworzyła okno, przymknęła oczy i wystawiła twarz na powiew wiatru.  

Jack zmusił się, by patrzeć na drogę,  a nie na sąsiadkę.  Zazdrościł włosom muskającym 

brzoskwiniowe policzki. Po nocy spędzonej w jednym łóŜku wiedział, jaką Dixie ma skórę.  

Jedwabiście gładką, pachnącą.  

Skóra  była  czysta  i  świeŜa,  ciepła  i  zapraszająca,  a  jednocześnie...  surowo  zabroniona. 

Romans z narzeczoną innego męŜczyzny był niemoŜliwy.  

Resztę  podróŜy  przebyli  w  milczeniu.  Nikt  nie  miał  ochoty  wygłaszać  opinii  o 

tajemniczym osobniku.  

Jack zastanawiał się, dlaczego Dixie tak emocjonalnie broni budowniczego Crazy Creek 

background image

Lodge.  Miał  wyczulony  słuch  i  dlatego  w  tonie,  jakim  mówiła,  dostrzegł  tęsknotę  za 

pięknymi  marzeniami.  Pozornie  Dixie  była  logicznie  myślącą  realistką,  lecz  miała  serce 

marzycielki.  

Pochodziła  z  rozbitej  rodziny,  a  jednak  zdołała  zachować  optymizm,  wiarę  w  ludzi. 

Pracowała  z  trudną  młodzieŜą,  więc  z  konieczności  poznała  ciemną  stronę  Ŝycia.  Mimo  to 

wciąŜ miała usposobienie Pollyanny, szczerze współczuła tym, których doświadczał los.  

– Widziałeś znak? 

Pociągnęła  go  mocno  za  rękaw  i  sprowadziła  na  ziemię.  Ciekawe,  czy  długo  starała  się 

zwrócić  mu  uwagę.  Miała  gniewnie  zmarszczone  brwi,  więc  zapewne  trochę  to  trwało. 

CzyŜby posądzała go, Ŝe ją lekcewaŜy? 

Nie lekcewaŜył. Wręcz przeciwnie. Poświęcał jej stanowczo za duŜo uwagi.  

– Przepraszam. Nic nie zauwaŜyłem, bo myślałem o czymś, co stale chodzi mi po głowie. 

– Rozgrzeszył się, poniewaŜ tylko trochę rozminął się z prawdą. – Jaki znak widziałaś? Coś 

waŜnego? 

Dixie zorientowała się, Ŝe za długo trzyma dłoń na jego rękawie. Cofnęła rękę, a Jackowi 

zrobiło się przykro.  

–  Na  szczęście  nie  było  to  ostrzeŜenie  o  niebezpieczeństwie,  tylko  informacja,  Ŝe  do 

Pagosa Springs jest pięć kilometrów.  

Teraz droga była mniej wyboista, co miało ten plus, Ŝe skończyło się omijanie dziur, ale i 

ten minus, Ŝe Dixie przestała opierać się o kierowcę.  

Jack  pomyślał,  Ŝe  droga  jest  coraz  lepsza,  a  z  nim  coraz  gorzej.  NajlŜejsze  dotknięcie 

powodowało  nową  falę  poŜądania.  Dlaczego  tak  się  dzieje?  Bo  piękna  Dixie  jest  teŜ 

wyjątkową kobietą? 

Wyglądało na to, Ŝe tak.  

Dteie z ciekawością patrzyła na miasto, które poprzednio widziała krótko i nocą.  

LeŜało wśród porośniętych lasem wzgórz, toteŜ widok był bardzo malowniczy. Po jednej 

stronie  znajdowało  się  jezioro,  którego  powierzchnia  lśniła  w  promieniach  słońca 

wychylającego się zza szczytów.  

Ładna,  spokojna  okolica,  ale  na  razie  moŜna  jedynie  marzyć  o  tym,  by  tu  zamieszkać. 

Czy po rzuceniu monety to pragnienie na zawsze pozostanie w sferze marzeń? Co stanie się z 

dziećmi z ośrodka? Nie były jej  własne, nie nosiła ich pod sercem przez dziewięć miesięcy, 

lecz  wszystkie  miały  jakieś  miejsce  w  jej  sercu.  Postanowiła,  Ŝe  niezaleŜnie  od  wyniku 

konkursu znajdzie sposób, by zmienić Ŝycie swych podopiecznych na lepsze.  

Z zamyślenia wyrwała ją matka, która dość ostro zapytała: 

– Słyszałaś, co mówiłam? 

–  Nie.  Przepraszam  –  Gdy  przejeŜdŜaliśmy  przez  tę  mieścinę,  zauwaŜyłam  znak  o 

gorących źródłach. Jak sądzisz, są higieniczne? 

Pytanie  rozbawiło  Dixie.  Dobrze  wiedzieć,  Ŝe  pewne  rzeczy  są  niezmienne,  a  jedną  z 

owych stałych był strach matki przed zarazkami.  

– Źródła podlegają ministerstwu zdrowia, więc kąpiel powinna być bezpieczna.  

Starsza pani klasnęła w ręce.  

background image

– Vinnie, sprawdźmy, jak się pływa w ciepłej wodzie.  

–  Niezły  pomysł.  Mój  bratanek  mógłby  popisać  się  skokami,  z  których  zasłynął  na 

studiach.  

– Reprezentowałeś uczelnię? – spytała Dixie.  

Jack skręcił na główną ulicę biegnącą przez całe miasteczko.  

–  Ukończyłem  studia  tylko  dzięki  temu,  Ŝe  przyznano  mi  stypendium  dla  członków 

reprezentacji.  

Dixie  omiotła  jego  sylwetkę  spojrzeniem,  które  według  niej  było  ukradkowe,  ale 

oczywiście Jack wyczuł jej wzrok.  

– Wiem, Ŝe nie jestem zbudowany jak rasowy pływak, ale sport opłacił mi studia.  

– Ja z kolei wiem, Ŝe nie jestem kapryśna, ale... – odezwała się pani Estelle.  

Dixie prędko spojrzała na drogę, aby ukryć uśmiech cisnący się na usta. Znała wady swej 

rodzicielki i uwaŜała, Ŝe jest bardzo kapryśna. Na szczęście w granicach rozsądku.  

– Ale co? 

– Nie zabraliśmy kostiumów kąpielowych.  

Jack rzucił Dixie spojrzenie, od którego zrobiło jej się ciepło w okolicy serca.  

– Tę przeszkodę bardzo łatwo usunąć – powiedział. – Jedna połowa wycieczki pójdzie po 

kostiumy, a druga po informacje o budowniczym domu.  

Pani Estelle klasnęła w dłonie.  

Jack  zostawił  matkę  Dixie  i  swego  stryja  przed  największym  sklepem  i  pojechał  na 

parking dla turystów. Wyłączył silnik, szybko przeszedł przed maską i otworzył drugie drzwi.  

Dixie była mile zdziwiona.  

– Och, dziękuję.  

– Bardzo proszę.  

Intrygowało  go,  czy  jest  pierwszym  męŜczyzną,  który  zachowuje  się  wobec  niej 

szarmancko.  

Weszli do małego budynku, w którym na duŜej tablicy wisiały ogłoszenia i informacje o 

atrakcjach Pagosa Springs. Obok dokładna mapa miasteczka.  

– Czym mogę państwu słuŜyć? – zapytała uśmiechnięta siwowłosa kobieta.  

Jack dyskretnie przeczytał jej imię i nazwisko.  

– Dzień dobry. Chcielibyśmy najpierw obejrzeć Pagosa Springs, a potem popływać.  

– Państwo tu na długo? 

– Tylko na kilka dni. Zatrzymaliśmy się w Crazy Creek Lodge.  

Uprzejmy uśmiech natychmiast zniknął.  

– O, to ciekawe.  

Dixie stanęła obok Jacka.  

– Dzień dobry. Czy pani moŜe nam poradzić, do kogo zwrócić się po informację o domu, 

w którym mieszkamy? Jest bardzo ładny, więc chcielibyśmy poznać jego historię.  

Było  niemal  słychać  działanie  trybików  w  mózgu  pani  Grey,  która  zastanawiała  się,  co 

powiedzieć  i  w  jakiej  kolejności.  Rozejrzała  się,  aby  sprawdzić,  czy  nie  ma  innych 

interesantów.  

background image

– Ja na niczym się nie znam. Radzę porozmawiać z Clydeem Churchem, bo Bill jest jego 

stryjem.  

Jack  wolałby  usłyszeć  historię  z  ust  kogoś  postronnego,  poznać  ją  z  innego  punktu 

widzenia.  

–  Z  panem  Churchem  rozmawialiśmy  dziś  rano.  Miałem  nadzieję,  Ŝe  postronna  osoba 

rzuci inne światło na sprawę albo poda inne szczegóły.  

– Przyznam się państwu, Ŝe w naszej rodzinie nie lubimy o tym mówić.  

Dixie  pytająco  spojrzała  na  Jacka.  Intrygowało  ją,  czy  trafili  do  kolejnej  osoby 

spokrewnionej z bohaterami wydarzeń. Dziwny zbieg okoliczności.  

– Cynthia jest moją kuzynką...  

Pani Grey smutno westchnęła, ale westchnienie było mylące, poniewaŜ wyraźnie cieszyła 

się,  Ŝe  ma  słuchaczy.  Szerokim  gestem  poprosiła  ich,  by  przeszli  dalej,  gdzie  przed 

kominkiem stała obita skórą kanapa oraz dość wygodne krzesła.  

W kominku palił się ogień, mimo Ŝe zbliŜał się koniec kwietnia.  

Dixie i Jack usiedli na kanapie, a pani Grey stanęła przy kominku.  

–  Cynthia  zawsze  była  niepowaŜna,  lekkomyślna.  To  niewybaczalne,  Ŝe  złamała 

biedakowi serce.  

Jack  gotów  był  załoŜyć  się,  Ŝe  mieszkańcom  Pagosa  Springs  nigdy  nie  sprzykrzy  się 

opowiadanie tej historii. Pani Grey przysunęła sobie krzesło i usiadła.  

– Cynthia wyjechała stąd, Ŝeby dalej się uczyć i wróciła dopiero po kilku latach. Pewnego 

dnia  Bill  zobaczył  ją  na  zabawie  i  zakochał  się  od  pierwszego  wejrzenia.  Był  bardzo 

nieśmiały,  nie  umiał  rozmawiać  z  dziewczynami,  ale  tym  razem  zebrał  się  na  odwagę  i 

poprosił Cynthię do tańca.  

Starsza  pani  zaczęła  chichotać  na  wspomnienie  widoku,  jaki  przedstawiała  para.  Jack 

pochylił  się  do  przodu,  a  Dudę  niecierpliwie  bębniła  palcami  o  krzesło.  Po  minucie 

zreflektowała  się,  Ŝe  nie  wypada  okazywać  zniecierpliwienia,  więc  mocno  splotła  palce  i 

połoŜyła ręce na kolanach.  

Pani Grey jeszcze raz i drugi parsknęła śmiechem, ale wreszcie spowaŜniała.  

– Na czym to ja skończyłam? Aha, potańcówka. Cynthia była wysoka, a Bill niski, więc 

tworzyli niezdarną parę. Ale Bill przez cały wieczór patrzył w Cynthię jak w obraz. I potem 

ś

wiata poza nią nie widział.  

Za ich plecami rozległo  się chrząknięcie. Dixie odwróciła  głowę i zobaczyła matkę oraz 

pana Vincenta.  

Ciekawe, jak długo tam stali i co słyszeli.  

Pani  Estelle  wyjęła  chusteczkę  i  ostroŜnie  wytarła  oczy.  Matka  i  córka  były  bardzo 

uczuciowe.  

Jack uśmiechnął się do pani Grey.  

–  Wiemy,  Ŝe  Bill  Church  stracił  dom.  Czy  pani  moŜe  nam  powiedzieć,  jak  do  tego 

doszło? 

– Na pewno państwo słyszeli, Ŝe biedak został porzucony dosłownie przed ołtarzem. Po 

tak okrutnej złośliwości zamknął się w sobie, odsunął od ludzi. Brał róŜne prace, Ŝeby spłacić 

background image

poŜyczkę  zaciągniętą  na  budowę  domu.  Po  pewnym  czasie  niestety  okazało  się,  Ŝe  koszty 

przerosły  jego  moŜliwości,  więc  juŜ  nie  płacił  podatków.  Wydziedziczono  go  właśnie  za 

zaległości podatkowe.  

– Co było potem? – szepnęła Dixie.  

– Właściwie nic. Bill od czasu do czasu przychodzi do miasta, ale nadal milczy. Mało kto 

słyszał jego głos.  

Dixie  czuła  się  tak  samo  przygnębiona,  jak  podczas  słuchania  opowieści  Clyde’a 

Churcha. Zgarbiła się, pogrąŜyła w smutnych myślach.  

Jack  wstał  i  wyciągnął  do  niej  rękę.  Dixie  spojrzała  na  niego  trochę  nieprzytomnie. 

Wreszcie podała mu dłoń i wstała.  

– Dziękuję.  

– Nie ma za co.  

– Jesteśmy  pani  bardzo  wdzięczni za  to, Ŝe  poświęciła  nam  tyle  czasu  i  opowiedziała  tę 

smutną  historię.  Czy  ktoś  w  Pagosa  Springs  wie,  gdzie  moŜna  znaleźć  pana  Billa  Churcha? 

Chcielibyśmy poznać człowieka, który własnoręcznie zbudował piękną chatę.  

–  Nikt  nic  pewnego  nie  wie,  bo  on  Ŝyje  jak  pustelnik.  Nagle  pojawia  się  i  nagle  znika. 

Nigdy nie wiadomo, kiedy tu będzie.  

Zadzwonił dzwonek przy wejściu, więc pani Grey pośpieszyła do kolejnych turystów.  

Pani Estelle wzdrygnęła się, jakby zmarzła.  

–  Strasznie  smutna  historia.  –  Spojrzała  na  Jacka.  –  Czy  podejrzewasz,  Ŝe  to  dawny 

właściciel ukradkiem wchodzi do domu? 

– Tak.  

– Jakie masz wobec niego zamiary? Chyba nie zrobisz mu nic złego? 

– Mamo, co za pytanie! Jack wobec nikogo nie ma złych zamiarów. – Dixie zerknęła na 

niego. – Panie przewodniku, co teraz robimy? 

– Idziemy popływać. Nasz tajemniczy gość jest nieszkodliwy, więc nie wypada traktować 

go jak niebezpiecznego zbrodniarza.  

Dixie była mu wdzięczna za taką odpowiedź. Cieszyła się, Ŝe Jack ma dobre serce i pod 

pozornie  szorstką  powłoką  kryje  się  duŜo  ciepłych  uczuć,  troska  o  bliźnich.  Wolałaby  nie 

wiedzieć o tym, Ŝe Jacek ma szlachetne marzenia, które mogą spełnić się dzięki wygranej.  

To komplikuje sprawę, w takiej sytuacji znacznie trudniej być egoistką.  

Głowiła się, jak zmienić miejsce nieziszczonych marzeń na miejsce, w którym marzenia 

się spełniają.  

Istniało  tylko  jedno  rozwiązanie.  Było  trudne  do  pomyślenia,  a  tym  bardziej  do 

przeprowadzenia.  

Pani  Estelle,  która  bacznie  obserwowała  córkę  i  Jacka,  zauwaŜyła,  jak  ze  sobą 

rozmawiają, jak na siebie patrzą, gdy sądzą, Ŝe nikt ich nie widzi.  

Bystra obserwatorka prędko doszła do wniosku, Ŝe oboje są niedoświadczeni w sprawach 

sercowych. Nie posiadali nawet takiej mądrości, jaką Bóg obdarzył najlichsze stworzenia.  

Nic dziwnego, Ŝe Dixie ze strachu wymyśliła rzekomego narzeczonego.  

Jak pomóc tym dwojgu? Co zrobić, aby przestali bać się miłości? 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

Dixie jeszcze raz obejrzała się w lustrze. Nie rozumiała, dlaczego matka kupiła taki skąpy 

kostium kąpielowy! CzyŜby coś ją na chwilę oślepiło? 

Kupno  stroju  kąpielowego  zostawiła  matce,  poniewaŜ  wolała  szukać  informacji  o 

nieszczęsnym Billu Churchu. Miała zaufanie do eleganckiej rodzicielki, sądziła, Ŝe wybierze 

coś gustownego, przyzwoitego.  

Niestety, srodze się zawiodła.  

Teraz była zła na siebie, Ŝe nie potrafiła ostro zaprotestować, nawet zaklęła, co rzadko się 

jej  zdarzało.  Gdyby  nie  chodziło  o  najbliŜszą  osobę,  za  zrobienie  takiego  zakupu  skazałaby 

winowajczynię na więzienie albo sprowadziła na nią wszystkie plagi egipskie.  

Strój kąpielowy wybrany przez kochającą matkę był wyzywający. Nawet trudno nazwać 

strojem coś, co składa się z mikroskopijnych trójkątów i wąskich pasków.  

Dixie wstydziła się paradować w nim przed obcymi ludźmi, a szczególnie przed Jackiem. 

Temperatura ich kontaktów była bliska wrzenia, a nieprzyzwoity kostium na pewno podniesie 

ją jeszcze o kilka stopni.  

– Mamo, coś ty kupiła! – krzyknęła ze złością. – Lepiej zostań w kabinie, bo mam zamiar 

cię ukatrupić.  

Pociągnęła  materiał  z  tyłu,  aby  bardziej  zakryć  pośladki,  ale  wtedy  zupełnie  obnaŜyła 

brzuch. Był płaski, lecz nie powinien cały być na widoku.  

–  Kochana,  nie  denerwuj  się  –  zawołała  pani  Estelle.  –  Wybrałam  bikini  idealne  dla 

ciebie.  Będziesz  ślicznie  wyglądać.  Masz  zgrabną  figurę,  więc  nie  rozumiem,  czemu 

pruderyjnie ją zakrywasz. W naszej rodzinie kobiety słyną z talii osy. Czas najwyŜszy,  abyś 

pokazała, Ŝe nie przynosisz nam wstydu.  

– To nie pora ani miejsce na takie rozmowy.  

Dixie uwaŜała, Ŝe w jej wieku juŜ nie wypada pokazywać się w skąpym bikini.  

Tupnęła  nogą.  Nie,  nie  podda  się  tyranii  mody.  Nie  jest  kobietą,  która  lubi  wyglądać 

wyzywająco  i  zwracać  na  siebie  uwagę  strojem...  albo  jego  brakiem.  Przez  chwilę 

zastanawiała  się,  jakie  wyjście  wybrać:  pokazać  się  ludziom  półnago  czy  ubrać  się  z 

powrotem i zrezygnować z pływania.  

Bardzo  lubiła  pływać  i  dlatego  zebrała  się  na  odwagę.  Trzeba  robić  dobrą  minę  do  złej 

gry, aby nie zdradzić, Ŝe w skąpym stroju czuje się fatalnie.  

Chyłkiem wyszła z kabiny i stanęła przed sąsiednią.  

– Mamo, pokaŜ się. Chcę zobaczyć, w czym ty wystąpisz. Pani Estelle uchyliła drzwi.  

– Czy szczerze powiesz mi, jak wyglądam? Panicznie boję się śmieszności. Nie mam juŜ 

takiej figury jak dawniej, a nie chcę udawać kogoś, kim nie jestem.  

Otworzyła drzwi na ościeŜ.  

Dixie  zaniemówiła  z  podziwu.  Czerwony  jednoczęściowy  kostium  był  dość  mocno 

wycięty, ale gustowny. Sama wybrałaby coś takiego dla matki.  

– W tym stroju jesteś na pewno sobą.  

Zadowolona Estelle okręciła się naokoło.  

background image

– Ciekawe, co Vinnie powie. Jak myślisz córeczko, spodobam mu się? 

Dixie  widziała  po  błysku  w  oczach,  Ŝe  matka  jest  Ŝywo  zainteresowana  nowym 

znajomym.  

– JuŜ się w nim zadurzyłaś? 

– To wyjątkowy człowiek.  

– Dlaczego tak uwaŜasz? 

–  Trudno  powiedzieć.  Po  prostu  intuicyjnie  czuję,  Ŝe  jest  nadzwyczajny.  Prawdziwy 

dŜentelmen.  Przepuszcza  mnie  w  drzwiach,  pomaga  wysiąść  z  samochodu,  jest  delikatny, 

często  pyta  mnie  o  opinię  w  jakiejś  sprawie.  I  wiesz,  on  naprawdę  mnie  słucha.  Bardzo 

korzystnie wypada w porównaniu z większością męŜczyzn.  

Dixie miała wraŜenie, Ŝe matka mówi o Jacku, a nie o jego stryju. Opis idealnie pasował, 

poniewaŜ  Jack  teŜ  był  wyjątkowy  pod  kaŜdym  względem.  A  co  najwaŜniejsze,  całował  tak, 

jak sobie wymarzyła.  

Niestety był rywalem do nagrody.  

Czyli przeszkodą w urzeczywistnieniu marzenia.  

Tak samo, jak ona dla niego.  

Poza tym był związany z Emmą.  

Co  za  pech!  Nareszcie  spotkała  męŜczyznę,  do  którego  rwie  się  serce,  a  akurat  on  jest 

rywalem w konkursie.  

Sprawę komplikuje teŜ fakt, Ŝe matka zadurzyła się w jego stryju.  

Czy to nie złoŜona sytuacja? 

Jack zarzucił ręcznik na ramiona, wyszedł z kabiny i rozejrzał się. Pań nigdzie nie było.  

Po chwili zauwaŜył Dixie. Lecz czy to naprawdę ona? 

Nie przewidział, jak będzie wyglądała w kostiumie kąpielowym. Nawet w najśmielszych 

marzeniach nie widział takiego cudnego zjawiska.  

Cofnął  się  i  ukrył  w  cieniu.  Dixie  pochyliła  głowę,  miała  twarz  zasłoniętą  włosami,  co 

oznaczało, Ŝe jest zaŜenowana.  

Czego się wstydzi? 

I dlaczego nagle owija się ręcznikiem? PrzecieŜ nie jest zimno. Czy naprawdę wstydzi się 

pokazać  ludziom  w  bikini?  Dotychczas  był  przekonany,  Ŝe  wszystkie  pięknie  zbudowane 

dziewczyny lubią nosić skąpe stroje kąpielowe.  

Hm,  na  podstawie  tego,  co  wie  o  Dixie,  moŜna  przypuszczać,  Ŝe  to  jest  jej  pierwsze 

bikini. Ta śliczna istota była pełna sprzeczności. Czasami namiętna dojrzała kobieta, a kiedy 

indziej  zaŜenowana,  nieśmiała  dziewczyna.  Teraz  ma  bikini,  którego  widok  burzy 

męŜczyznom krew.  

Stryj przywołał go do siebie.  

– Estelle kupiła bardzo twarzowe kostiumy, prawda? 

–  Bardziej  do  figury  niŜ  do  twarzy  –  skomentował  Jack.  Wymownie  spojrzał  na  Dixie, 

która wyŜej uniosła głowę.  

Zrozumiał, Ŝe nerwy odmawiają jej posłuszeństwa, lecz nie przyzna się do tego. Taka juŜ 

była.  

background image

Starsi państwo usiedli na brzegu basenu i zamoczyli nogi w parującej wodzie.  

–  Idziemy  w  ich  ślady  czy  skaczemy  na  łeb,  na  szyję?  –  zapytał  Jack  z  szelmowskim 

uśmiechem.  

Dixie pobladła, ale odrzuciła ręcznik.  

– Ja nurkuję. Ciekawe, czy mnie dogonisz. Podbiegła do basenu i zniknęła w wodzie.  

Jack  lubił  kobiety,  które  dobrze  pływają,  a  jeszcze  bardziej  takie,  które  odwaŜnie  idą  w 

zawody, nie wycofują się. Popłynął za nimfą w Ŝółtym bikini.  

Pan  Vincent  świetnie  naśladował  Humphreya  Bogarta,  więc  otrzymał  entuzjastyczne 

brawa. Wprawdzie tylko jednej pary rąk, ale za to bardzo głośne.  

Dixie była zamyślona, nic nie widziała i nie słyszała. Dla niej istniał jedynie męŜczyzna, 

obok którego siedziała,  a który w basenie ścigał ją tak wytrwale, Ŝe w końcu musiała uznać 

się za pokonaną.  

Zrozumiała,  dlaczego  wybrano  go  do  druŜyny  na  uczelni.  Miał  ciało  greckiego  boga  i 

pływał  z  taką  łatwością,  jakby  urodził  się  ze  skrzelami  i  płetwami.  Przyjemnie  było  go 

obserwować.  

– Córeczko, teraz twoja kolej. Zaśpiewaj nam „Jolene”. Robisz to wspaniale.  

Dixie nie chciała psuć nastroju, więc spełniła prośbę. Słuchacze odnieśli wraŜenie, Ŝe z jej 

ust dobywa się głos Dolly Parton.  

Gdy przebrzmiała ostatnia nuta, rozległy się gromkie oklaski.  

– Bis! Bis! Prosimy o powtórkę. Lub o coś innego. Dixie zarumieniła się.  

– Zaśpiewam, ale w duecie. Który z panów będzie mi towarzyszył? 

Jack zajechał przed dom i wyłączył silnik.  

–  Ja  nie  będę  się  popisywał.  Za  Ŝadne  skarby.  Dixie  chciała  otworzyć  drzwi,  ale  ją 

powstrzymał.  

– Zaczekaj.  

UwaŜnie omiótł spojrzeniem dom, po czym wykręcił głowę i popatrzył do tyłu.  

– Czemu tak patrzysz? – szepnęła zaniepokojona Dixie.  

– ZauwaŜyłaś coś szczególnego? 

– Ja nic... Och, nie ma psów! – Rozejrzała się niespokojnie. – Powinny przybiec.  

Jack zasępił się.  

– Znam Tiggera. Podczas mojej nieobecności przypomina mu się, Ŝe ma być stróŜem i nie 

pozwala obcym podejść do drzwi. Wytresowałem go dla bezpieczeństwa Emmy.  

Dixie zrobiło się przykro.  

– Panie zostają – zadecydował pan Vincent. – My sprawdzimy, czy w domu wszystko jest 

po staremu. To potrwa kilka minut.  

Jack uśmiechnął się krzywo.  

– Stryj ogląda za duŜo kryminałów.  

–  Ale  dzięki  temu  wiem,  jak  naleŜy  postępować.  Długo  jeszcze  będziemy  gadać  po 

próŜnicy? 

– Jestem pewien, Ŝe paniom nic „nie grozi, ale na wszelki wypadek zablokujcie drzwi – 

polecił Jack.  

background image

Po  jego  odejściu  poirytowana  Dixie  uznała,  Ŝe  nie  jest  słaba  i  bezradna,  więc  nie  musi 

siedzieć zamknięta.  

– Ja teŜ idę się rozejrzeć – oznajmiła stanowczo.  

– Nie naraŜaj się. Jack kazał nam zostać w samochodzie, zablokować drzwi.  

– Co z tego? 

– Powinnyśmy być posłuszne. Ale ty zawsze byłaś niezaleŜna, stawiałaś na swoim. – Pani 

Estełle połoŜyła rękę na klamce. – Pójdę razem z tobą... Och! 

Dixie  cofnęła  się  i  uderzyła  się  w  głowę.  Potarła  bolące  czoło,  wyprostowała  się  i... 

ujrzała to, co przeraziło matkę.  

Przed  samochodem  stał  szpakowaty,  lekko  przygarbiony  męŜczyzna.  Miał  starannie 

uczesane włosy, ogoloną twarz i czystą flanelową koszulę.  

Nieznajomy powoli przechodził przed maską.  

Dixie  za  późno  poŜałowała,  Ŝe  nie  posłuchała  Jacka.  Dlaczego  zawsze  zachowuje  się, 

jakby nie miała ani krzty rozsądku? 

Nagłe  dostrzegła,  Ŝe  męŜczyzna  ma  w  ręce  bukiet  kwiatów.  Spojrzała  na  twarz  i  w 

bladoniebieskich  oczach  ujrzała  odbicie  tego,  co  on  zapewne  widział  w  jej  oczach: 

ostroŜność, obawę i... nadzieję.  

Zdecydowanie otworzyła drzwi.  

– Co ty wyczyniasz? – zawołała pani Estelle piskliwym głosem.  

Człowiek  zatrzymał  się,  w  jego  oczach  mignął  strach,  spojrzał  w  stronę  lasu.  Było 

oczywiste, Ŝe chęć ucieczki walczy z pragnieniem, by zbliŜyć się do drugiego człowieka.  

–  Idę  przywitać  się  z  naszym  gościem  –  cicho  powiedziała  Dixie.  –  Nie  mam  czego  się 

bać.  

Wysiadła i stanęła naprzeciw nieznajomego. Był niewiele wyŜszy od niej i nie tak stary, 

jak  początkowo  sądziła. Pochylona  postawa  i  zmarszczki  sprawiały,  Ŝe  wydawał  się  starszy, 

niŜ był w istocie.  

– Serdecznie pana witam.  

Powiedziała  to  powoli  i  cicho,  aby  nie  wystraszył  się  jeszcze  bardziej.  Nie  ulegało 

wątpliwości, Ŝe toczy wewnętrzną walkę, ale jednak postanowił zostać. Nieśmiało wyciągnął 

rękę z bukietem.  

– To dla pani – rzekł cicho.  

Głos miał łagodny, ale zachrypnięty, jakby rzadko uŜywany.  

Biorąc kwiaty, Ducie uśmiechnęła się ciepło.  

– Dziękuję. Są prześliczne. Tamte teŜ były od pana? – Tak.  

–  Jedne  i  drugie  piękne.  –  Powąchała  kwiaty  i  znowu  się  uśmiechnęła.  –  Jestem  Dixie 

Osborn.  

– Wiem. MęŜczyzna cofnął się.  

–  Proszę  nie  odchodzić.  –  Opanowała  chęć,  by  schwycić  go  za  rękę  i  zatrzymać.  –  Pan 

Bill Church, prawda? 

W  smutnych  oczach  pojawił  się  strach,  a  Dixie  pomyślała,  Ŝe  musi  coś  zrobić,  aby 

odludek nie uciekł.  

background image

– Bardzo się cieszę, Ŝe pana poznałam. I pański piękny dom. Widać, Ŝe pan ma talent w 

rękach.  

– To juŜ nie mój dom.  

W wypowiedzianych szeptem słowach był wielki ból. Jak na to zareagować? 

–  Oficjalnie  nie,  ale  włoŜył  pan  w  niego  tyle  serca,  tyle  twórczej  inwencji,  Ŝe  część 

domu...  jego  dusza  zawsze  będzie  do  pana  naleŜeć.  Piękne  marzenia  zostawiają  niezatarty 

ś

lad.  

– Co pani zrobi, jeŜeli dostanie dom? 

Dixie zdziwiła się, Ŝe nieśmiały odludek wie o konkursie radiowym.  

Jak w kilku słowach wyrazić wszystkie marzenia, całą nadzieję związaną z tym domem? 

Wystarczą trzy słowa.  

– Pragnę pomagać dzieciom.  

Na wymizerowanej twarzy pojawił się uśmiech, który rozjaśnił przygasłe oczy.  

– Bardzo się cieszę, bo ja dawno temu chciałem, Ŝeby tu było duŜo dzieci.  

–  MoŜliwe,  Ŝe  ja  nie  otrzymam  nagrody,  ale  jestem  pewna,  Ŝe  Jack  teŜ  ma  szlachetne 

plany.  

Nie wiedziała, co rywal zamierza zrobić, lecz przypisywała mu wzniosłe pobudki.  

– Tylko jedna osoba wygra.  

– Wiem.  

Nieśmiały odludek odwaŜył się podejść do niej i spojrzeć prosto w oczy.  

– Wszystko jest zapisane w gwiazdach. Co ma być, to będzie. Właśnie tak.  

Lekko dotknął jej ręki, odwrócił się i odszedł.  

Powoli, bez pośpiechu.  

Dixie pragnęła go pocieszyć, powiedzieć mu, Ŝe nie wszystko stracone, bo inne marzenia 

mogą się spełnić.  

Niestety odszedł, nim się na to zdecydowała. Zniknął, ale dowodem jego obecności były 

kwiaty.  

Jack  jeszcze  trochę  poczekał,  a  potem  wyszedł  zza  swego  wozu.  Zdenerwował  się,  gdy 

przez okno zobaczył, Ŝe do samochodu zbliŜa się obcy męŜczyzna. W pierwszej chwili chciał 

biec, aby nie pozwolić intruzowi niepokoić kobiet. Opanował się jednak, chyłkiem przekradł 

się  w  pobliŜe,  aby  ratować  Dixie,  gdy  zajdzie  potrzeba.  Stał  bardzo  blisko,  więc  wszystko 

słyszał.  

Wzruszyło go to, co powiedziała o swym marzeniu i o jego planach, których przecieŜ nie 

znała. Podszedł do niej.  

– Widziałeś go?  

– Tak.  

– Jest bardzo delikatny, subtelny.  

–  Dlatego  nie  interweniowałem.  –  Jack  przytulił  ją  i  oparł  brodę  na  jej  głowie.  –  A  ty 

jesteś bardzo odwaŜna.  

– Dziękuję, Ŝe nie przeszkodziłeś mi w rozmowie.  

Pani Estelle wysiadła z samochodu, a pan Vincent wyszedł z domu.  

background image

Jack zamyślił się o Billu Churchu. Zrobiło mu się Ŝal człowieka, który zmarnował Ŝycie z 

powodu  niespełnionego  marzenia.  I  zastanowił  się,  czy  moŜe  uczynić  coś,  Ŝeby  Dixie  nie 

spotkało to samo.  

Przytulił  ją  mocniej.  Jeszcze  nie  zadecydował,  jak  postąpi,  ale  wiedział,  Ŝe  musi  coś 

zrobić, aby jej marzenie się spełniło.  

Dixie  zdołała  przekonać  matkę,  Ŝe  nocleg  w  Pagosa  Springs  będzie  wygodniejszy. 

Tłumaczyła,  Ŝe  dom  ładnie  wygląda  w  ciągu  dnia,  ale  brakuje  światła  i  wody,  są  tylko  dwa 

łóŜka, więc czterem osobom będzie niewygodnie.  

Zapatrzona  na  odjeŜdŜający  samochód,  słuchała  wewnętrznego  głosu  mówiącego,  Ŝe  to 

będzie  ostatnia  noc  przed  rozstrzygnięciem  konkursu.  Czy  z  tego  powodu  zaleŜało  jej,  aby 

być w domu tylko z Jackiem? 

Gdy  w  dali  ucichł  warkot  samochodu,  poczuła  się  nieswojo.  Nadal  śpiewały  ptaki  i 

szumiały drzewa, lecz ona słyszała wyłącznie głośne bicie serca.  

Jack  rzucił  psom  patyki.  Zdawał  się  nieświadom  napięcia,  podniecenia,  które  narastało 

między nimi. Dixie zastanawiała się, czy pozostał wobec niej zupełnie obojętny. Czy poniosła 

ją wyobraźnia? 

Jack  odwrócił  się  i  ujrzał  wpatrzone  w  siebie  oczy.  Dixie  nie  zdąŜyła  schylić  głowy, 

ukryć uczuć wypisanych na twarzy.  

A  jego  rozpalony  wzrok  duŜo  zdradził.  Zrozumiała,  Ŝe  Jack  bardzo  jej  pragnie.  Nie 

wiedziała,  czy  Ŝywi  wobec  niej  jakieś  głębsze  uczucie,  ale  była  pewna,  Ŝe  oboje  rozpaliło 

wielkie poŜądanie.  

Spuściła oczy i chrząknęła.  

– Pójdę się wykąpać.  

– UwaŜaj, miej oczy otwarte. Tym razem zostaw rzeczy wysoko na krzaku.  

Dixie uśmiechnęła się. Chętnie podziękowałaby skunksowi za to, Ŝe zasnął na jej ubraniu.  

Po jej odejściu Jack zaczął robić pompki.  

Dwadzieścia,  trzydzieści,  czterdzieści.  Doszedł  do  osiemdziesięciu  i  bezsilnie  opadł  na 

trawę. Ćwiczenie spełniło zadanie i oderwało myśli od kuszącej rywalki.  

Niestety jedynie na bardzo krótko; marzenia o pocałunkach i pieszczotach wróciły bardzo 

prędko.  

– Cholera! – zaklął. – Co się ze mną dzieje? 

Nie  wiedział,  jak  i  kiedy  Dixie  przebiła  jego  pancerz  ochronny.  Był  zły,  bo  wolałby 

skupić  się  wyłącznie  na  osiągnięciu  celu,  nie  zastanawiać  się,  jak  jego  wygrana  wpłynie  na 

los rywalki i jej podopiecznych.  

Lecz stało się to niemoŜliwe.  

Dixie zawojowała go.  

Był  wdzięczny  stryjowi,  Ŝe  bez  dyskusji  zgodził  się  nocować  w  mieście,  bo  pragnął 

spędzić jeszcze trochę czasu sam na sam z Dixie. Będą sami, lecz nie wiedział, jak powinien 

postąpić.  

A dotychczas zawsze był wszystkiego pewien.  

Wiedział, czego chce i jak to zdobyć.  

background image

Dlaczego teraz opuściła go pewność? 

Wprawdzie  doskonale  wiedział,  czego  chce,  lecz  nie  był  pewien,  Ŝe  to  osiągnie.  Jak 

doprowadzić  do  tego,  aby  Dixie  umówiła  się  na  randkę?  Jak  sprawić,  Ŝeby  mu  zaufała,  a  z 

tym drugim zerwała? 

Pragnął jej fizycznie, lecz bardziej zaleŜało mu na zdobyciu jej zaufania.  

Znacznie bardziej.  

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 

Dixie  długo  pławiła  się  w  ciepłej  wodzie.  Chciała  odwlec  moment,  w  którym  będzie 

musiała podjąć waŜną Ŝyciową decyzję.  

Kolejny  raz  rozmyślała  o  tym,  dzięki  czemu  przez  tyle  lat  uniknęła  sercowych  udręk 

Dotychczas, gdy wielbiciel oczekiwał od niej zbyt wiele, po prostu odchodziła i zapominała o 

nim w pracy lub podczas załatwiania waŜnych cudzych spraw.  

Tym  razem  było  inaczej,  poniewaŜ  to  ona  oczekiwała  więcej.  Nie  określała  wyraźnie,  o 

ile więcej, ale trzymała myśli na wodzy, aby nie umykały w niebezpieczną stronę.  

Przed  sobą  przyznawała  się  jedynie  do  tego,  Ŝe  szanuje  i  lubi  rywala  do  nagrody. 

Podobało jej się to, co o nim wiedziała.  

Postępował  jak  dŜentelmen,  był  uprzejmy,  wręcz  rycerski  w  zachowaniu.  Bardzo  ujął  ją 

tym, Ŝe nie przeszkodził jej w rozmowie z Billem Churchem.  

Przede  wszystkim  jednak  wyjątkowo  pociągał  ją  fizycznie,  jak  Ŝaden  inny  męŜczyzna. 

Spośród  wielu  przystojnych  znajomych  właśnie  ten  tak  nieodparcie  na  nią  działał.  Dlaczego 

akurat on? 

PoniewaŜ  rozum  milczał,  a  odezwało  się  serce.  Wiedziała,  Ŝe  gdyby  Jack  pociągał  ją 

jedynie intelektualnie, potrafiłaby się z nim rozstać. Lecz wreszcie do głosu doszło serce i ono 

utrudniało zerwanie znajomości. Zresztą wcale tego nie chciała.  

Z  daleka  widziała  oświetlone  okna,  a  gdy  podeszła  bliŜej,  poczuła  zapach  smaŜonego 

mięsa.  

Jack stał przed kominkiem, a Tigger biegał naokoło Sadie, wesoło szczekając.  

Dixie pomyślała, Ŝe w tym domu wszyscy dobrze się czują.  

– Zgłodniałaś? – zapytał Jack. Inaczej, niŜ myślisz, odparła w duchu.  

– Tak – rzekła głośno. – Pomóc ci? 

– Wszystko juŜ gotowe. Napijesz się wina? 

– Chętnie.  

– Butelka jest w kuchni. Emma pamiętała o moim ulubionym trunku.  

Dixie  intrygowało,  dlaczego  tajemnicza  Emma  zapakowała  wino,  skoro  wiedziała,  Ŝe 

Jack  będzie  sam  na  sam  z  inną  kobietą.  Czy  była  tak  pewna  jego  uczuć,  Ŝe  miała  do  niego 

pełne zaufanie? 

Postanowiła  otwarcie  zadać  pytania,  które  dręczyły  ją  od  dwóch  dni.  Zadecydowała,  Ŝe 

będzie szczera, bo nie ma nic do stracenia.  

To ich ostatnia noc.  

Na  progu  pokoju  stanęła  tak  nagle,  Ŝe  niewiele  brakowało,  a  kieliszki  wypadłyby  jej  z 

rąk. Powodem zdumienia było to, Ŝe Jack rozłoŜył przed kominkiem koc, na którym postawił 

talerze z mięsem, ziemniakami i marchewką.  

–  Nie  wiedziałam,  Ŝe  jesteś  takim  sprawnym  kucharzem  –  wykrztusiła,  siląc  się  na 

zachowanie spokoju. Speszona rozejrzała się naokoło. – Gdzie zabrałeś psy? 

Jack spojrzał jej prosto w oczy.  

background image

– Zamknąłem je w sypialni.  

Bez słowa podała mu kieliszek i prędko usiadła koło jednego nakrycia.  

– Byłem skautem dawno temu, ale jeszcze umiem przygotować względnie prosty posiłek. 

Emma rzadko dopuszcza mnie do garnków...  

Dixie skorzystała z tego, Ŝe sam wspomniał o kobiecie, z którą jest związany.  

– Nie masz jej tego za złe, prawda? 

– Ani trochę. Bardzo ją cenię.  

Dixie nie zdąŜyła o nic więcej zapytać, poniewaŜ uniósł kieliszek.  

– Zdrowie godnej i ślicznej rywalki. Trącili się kieliszkami.  

– Twoje zdrowie.  

Przez jakiś czas jedli w milczeniu.  

–  Dobrze,  Ŝe  nie  grozi  ci  bezrobocie.  Jednak  zawsze  moŜesz zostać  kucharzem.  –  Dixie 

zaśmiała się nerwowo. – Choćby tylko specjalistą od jednego dania.  

– Wiesz, całkiem powaŜnie myślę o zmianie zawodu. Dixie tego nie skomentowała.  

– Emma bardzo liczy na to, Ŝe nagroda umoŜliwi nam wymarzony start.  

Dixie  o  mało  się  nie  zakrztusiła.  Celowo  długo  Ŝuła  kawałek  mięsa.  Wymarzony  start... 

dla Jacka i Emmy. Jaka szkoda, Ŝe jej sercem zawładnął człowiek, który jest nieosiągalny.  

Zrobiło  się  jej  przykro,  ale  wiedziała,  Ŝe  nie  będzie  uwodzić  męŜczyzny,  który  kocha 

inną.  

– Emma zasługuje na lepszy los – dodał Jack.  

Tym  razem  Dixie  naprawdę  się  zakrztusiła,  więc  mocno  uderzyła  się  w  mostek,  by 

usunąć tkwiący w gardle kawałek ziemniaka.  

– Wpadło ci coś w złą dziurkę? 

Jack objął Dixie od tyłu i mocno naciskał pięściami coraz wyŜej.  

Było  jej  bardzo  wstyd,  Ŝe  zakrztusiła  się  w  obecności  męŜczyzny,  którego  zamierzała 

uwieść.  

– Lepiej? 

– Trochę. Dziękuję – odparła cicho.  

– Ze strachu o mało nie dostałem zawału.  

– Kpisz sobie ze mnie.  

Łyknęła wina, usiłując przypomnieć sobie, o czym przedtem rozmawiali.  

– Czy Emma... – zaczęła niepewnie.  

– Dlaczego interesujesz się moją ciotką? 

Nie odpowiedziała, poniewaŜ znowu zaczęła się krztusić. Tym razem ze śmiechu.  

– Dziewczyno, co z tobą? 

Otarła załzawione oczy i opanowała się.  

–  Przepraszam,  ale...  myślałam,  Ŝe...  Byłam  pewna,  Ŝe  Emma  jest  twoją  sekretarką  i... 

kochanką.  

Jack wlepił w nią wielkie oczy.  

– Jak doszłaś do tego genialnego wniosku? 

– Często o niej mówisz, ale nie zdradziłeś, co was łączy... Wyobraziłam sobie...  

background image

– Mogłaś zapytać.  

Dixie  wypiła  kolejny  łyk,  chociaŜ  juŜ  kręciło  się  jej  w  głowie  i  wiedziała,  Ŝe  powinna 

więcej jeść, a mniej pić.  

–  Nie  mam  prawa  zadawać  osobistych  pytań.  Uświadomiła  sobie,  jak  bardzo  się 

zdradziła, więc spuściła wzrok i ukroiła kawałek mięsa.  

– Spójrz na mnie – zaŜądał Jack. – Ty jesteś z kimś związana, a nie ja.  

Zrozumiała,  Ŝe  jest  na  skraju  przepaści  i  dlatego  nie  wyznała  prawdy  o  fikcyjnym 

narzeczonym, który stanowił jedyny parawan chroniący serce. RównieŜ dlatego przez godzinę 

opowiadała zabawne historyjki o matce i przyjaciółkach, o podopiecznych i ich rodzicach.  

Po kolacji znalazła się w trudniejszym połoŜeniu.  

Dość niebezpiecznym.  

Gdy zabrali się do sprzątania, Jack co chwilę kręcił głową. Wreszcie skończyli i juŜ nic 

nie mogło odwlec decydującego momentu.  

Dixie niepewnie stanęła przy kominku. Jack podszedł do niej, ujął pod brodę i zmusił, by 

spojrzała mu w oczy.  

– Czy wiesz, Ŝe cię pragnę? – spytał cicho.  

– Tak.  

Czekał. Dał jej czas i moŜliwość, by zapobiegła temu, co nieuniknione. Nie drgnęła, więc 

objął ją i pocałował. Mocno, Ŝarliwie.  

Jego usta podziałały bardziej upajająco niŜ wino, sto razy silniej. Przylgnęli do siebie i...  

Nie było dalszego ciągu.  

Nagle nastąpił koniec.  

–  Dobranoc.  –  Jack  pocałował  ją  w  czoło.  –  PołóŜ  się,  a  ja  wyprowadzę  psy.  Do 

zobaczenia rano.  

Była zmieszana, nie rozumiała, co się stało. Oboje rozognili się, a mimo to Jack odszedł. 

Dlaczego? 

Widocznie pamiętał o „zaręczynach”. Skłamała, poniewaŜ chciała trzymać go na dystans, 

a teraz tego bardzo Ŝałowała.  

Wieczorem  wypiła  za  duŜo  wina  i  dlatego  natychmiast  zasnęła.  Przez  całą  noc  śniła 

piękne sny o Jacku...  

Zbudził  ją  śpiew  ptaków.  Spojrzała  w  okno;  dzień  był  piękny,  a  mimo  to  zrobiło  się  jej 

przykro.  

Dlaczego? 

PoniewaŜ zbliŜał się decydujący moment.  

Niebawem nastąpi rzucenie monety i ostateczne rozstrzygnięcie konkursu.  

Nadszedł  czas,  by  przestać  się  wahać.  Zresztą  juŜ  podjęła  decyzję,  Ŝe  nie  zniszczy 

marzenia Jacka. Nie wypada tego robić, nie moŜna postąpić tak wobec człowieka, którego się 

kocha.  

Czy to naprawdę miłość? 

Tak.  

Nie  wiedziała,  jak  to  się  stało,  Ŝe  pokochała  Jacka.  Miłość  przyszła  za  wcześnie,  ale 

background image

człowiek rzadko otrzymuje ostrzeŜenie, Ŝe Amor go ustrzeli.  

Rozległo się pukanie.  

– Dixie? Czas wstawać.  

Weszła uśmiechnięta pani Estelle, a Ducie patrzyła, nic nie rozumiejąc. Dlaczego matka 

przyjechała skoro świt? 

–  Leniu,  masz  kwadrans  na  to,  by  się  ubrać  i  przyjść  do  nas.  W  przeciwnym  razie 

rzucanie monety odbędzie się bez ciebie.  

– Która godzina? 

– Prawie południe. Wszyscy juŜ czekają.  

– Kocham Jacka – szepnęła Dixie.  

–  Dlatego  opowiadałaś  mu,  Ŝe  jesteś  zaręczona,  prawda?  –  Pani  Estelle  niecierpliwie 

machnęła ręką. – Dziecko, powiedz mi coś, czego nie wiem.  

– Jak się domyśliłaś? 

– Nawet ślepy by to zauwaŜył. Intryguje mnie tylko, co teraz zrobisz.  

Pan  Granger  siedział  w  samochodzie  obok  swego  asystenta.  Obaj  wysiedli,  gdy 

kandydaci do nagrody wyszli na ganek. Dixie nie patrzyła na Jacka.  

– Dzień dobry – rzekł pan Granger. – Cieszę się, Ŝe państwo jeszcze tu są.  

– Proszę zaczynać – powiedział Jack oschle.  

Dixie  zrozumiała,  Ŝe  pragnie  jak  najprędzej  uwolnić  się  od  niej.  Niebawem  to  nastąpi, 

lecz najpierw ona coś mu podaruje.  

Pan Granger odwrócił się do asystenta.  

– Gdzie moneta? 

Młodszy męŜczyzna wyjął z kieszeni marynarki niewielkie pudełko.  

– Tu, proszę pana.  

– Zasady losowania są bardzo proste. Ja podrzucę monetę, a państwo zawołają orzeł albo 

reszka. Jeśli oboje krzykniecie to samo, będzie powtórka.  

Dixie  obejrzała  się  na  matkę  i  pana  Vincenta,  a  potem  zerknęła  na  Jacka.  Dlaczego  ma 

zaciśnięte usta i patrzy prosto przed siebie? 

Rzucona moneta błysnęła w słońcu i zginęła w dłoni Jacka.  

– Co u diaska? – Pan Granger zaczerwienił się ze złości. – Panie, tak nie wolno.  

– AleŜ wolno, wolno. – Jack energicznym ruchem rzucił monetę w krzaki. – Nie zniszczę 

marzenia mojej rywalki. Ona potrzebuje tego domu na odludziu dla trudnej młodzieŜy, więc 

ja się wycofuję.  

Oniemiała Dixie przez chwilę stała z rozdziawionymi ustami. Jack odebrał jej moŜliwość 

spełnienia dobrego uczynku. Dlaczego tak postąpił? 

– To bardzo ładny gest z twojej strony, ale ja chcę, Ŝebyś ty otrzymał dom.  

Jack mocniej zacisnął pięści.  

–  Wiem,  Ŝe  jesteś  zaręczona,  ale  kocham  cię  i  chcę,  Ŝebyś  była  szczęśliwa.  Ze  mną  lub 

beze  mnie.  Staram  się  postępować  przyzwoicie.  Marzyłaś  o  tej  chacie  dla  swoich 

podopiecznych, więc niech twoje marzenie się spełni.  

Pani Estelle straciła cierpliwość.  

background image

– Niech was gęś kopnie – zawołała. – Jack, parę minut temu moja córka przyznała się, Ŝe 

cię kocha. Ona nie ma Ŝadnego narzeczonego. Wymyśliła bajkę, Ŝeby trzymać cię na dystans. 

Czy jestem jedyną osobą, która...  

Jack  porwał  Dixie  w  ramiona  i  obsypał  pocałunkami,  a  jego  stryj  wziął  jej  matkę  pod 

rękę.  

– Przejdźmy się. Chętnie sprawdzę temperaturę wody w źródle.  

Pani Estelle obejrzała się. Jack nadal całował Dixie, a dwaj męŜczyźni szli do samochodu. 

Kręcili głowami, jakby nie rozumieli, co się stało.  

Wyglądało  na  to,  Ŝe  spełnią  się  marzenia  dwojga  finalistów,  a  Bill  Church  teŜ  zazna 

trochę szczęścia, bo zobaczy w swym domu dzieci.  

Wszystko dobre, co się dobrze kończy.  

background image

EPILOG 

 

W dom rozbrzmiewała muzyka i śmiech. Czy naprawdę upłynęły zaledwie dwa miesiące 

od rzucenia monety? 

MłodzieŜ myła podłogi, Dixie okna, a przed domem dwaj męŜczyźni piłowali drewniane 

kloce na nowe schody.  

Odludek  nadal  był  milczkiem,  ale  zmienił  się  i  z  kaŜdym  dniem  mówił  coraz  więcej. 

Bardzo chętnie pomagał przy przekształcaniu domu w ośrodek dla młodzieŜy.  

– Chodź! Prędko! – rozległo się wołanie z piętra. Dixie uśmiechnęła się do ciotki swego 

męŜa.  

– JuŜ czas – powiedziała podniecona starsza pani.  

W sypialni na starej kołdrze leŜała Sadie. Właśnie zaczynał się poród.  

Dixie  pogłaskała  sukę  i  po  chwili  poczuła,  Ŝe  ją  teŜ  ktoś  głaszcze.  Jack  przerwał 

piłowanie i przybiegł.  

W skupieniu obserwowali przyjście na świat pierwszego szczenięcia.  

Urodziło się dziewięć miniatur Tiggera.