background image

EVA RUTLAND

Cudowny zbieg okoliczności

Tytuł oryginalny: Private Dancer

Seria wydawnicza: Harlequin Romance (tom 302)

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Dziewczyna  wykonująca  taniec  brzucha  miała  na  sobie  kostium  typowy  dla  tego  rodzaju 

występów.  Od  góry  spowijały  ją,  chociaż  niezbyt  dokładnie,  miękkie,  ułożone  w  fałdy, 

przejrzyste bryty haremowego  przyodziewku.  Niżej  była nagość  przepony brzusznej, a jeszcze 

niżej falujące, bufiaste spodnie, które podtrzymywał opierający się na biodrach, bogato zdobiony 

pas.

Zmysłowe  ruchy  ciała  tancerki,  poczynając  od  potrząsania  burzą  czarnych  włosów,  a 

kończąc  na  rytmicznym  postukiwaniu  delikatnych  stóp,  też  były  typowe.  Rutynowe  w  swym 

erotyzmie...  a  jednak  wykonywane  z  niezwykłą  delikatnością,  pełne  gracji,  urokliwego 

skoordynowania z rytmicznym strzelaniem długich palców u rąk.

Tańczyła  niby  tak  jak  zawsze,  a  jednak  inaczej,  jakoś  odmiennie.  Coś  sprawiało,  że 

dziewczyna  była  jakby  nieobecna,  gdzieś  daleko.  Fizycznie  tutaj,  a  jednak  poza  tym  za-

tłoczonym, pełnym papierosowego dymu barem Spike'a O'Malleya.

Mark  Denton  wybrał  stolik  stojący  najbliżej  małej  okrągłej  estrady.  Chciał  się  dokładniej 

przyjrzeć  tancerce,  należycie  ją  ocenić,  nim  zamieni  z  nią  pierwsze  słowa.  Wychylił  się  do 

przodu, całkowicie zafascynowany tym, co widział, obojętny na wszystko, co się działo poza nią. 

Nieodparcie  ulegał  urokowi  jej  kuszących  oczu,  które  mówiły:  podejdź  bliżej,  a  dobrze  się 

zabawimy.  Prowokujące  ruchy  bioder  dziewczyny  i  jej  biustu  rodziły  w  nim  głód  pożądania. 

Cholera!  - pomyślał,  wyprostował  się  gwałtownie  i  szybko  wychylił  duży  łyk  szkockiej. 

Jednocześnie przypomniał sobie niedawną rozmowę z wujkiem, który mówił:

- To dziwka goniąca za forsą. Zatopiła swe pazury w moim głupawym wnusiu, który jest już 

gotów, aby go dobrze oskubać.

- Niewiele u niego zyska, wujku Jasper. - Mark wiedział, że starszy pan trzymał twardą ręką 

kontrolę nad  milionami  Goodrichów.  Kontrolował  także wnuka.  A  był już przecież najwyższy 

czas, żeby chłopak wyzwolił się z tego nadzoru. - Robbie jest dobrym chłopakiem - dorzucił. -

Ma już chyba prawo, aby się trochę zabawić.

- Mógłbym się ostatecznie zgodzić na coś takiego, ale nie na ślub, nie na małżeństwo!

- Małżeństwo? - Mark był wyraźnie zaskoczony.

- Taki jest właśnie zamiar tego przeklętego głupka. I ja w żadnym wypadku nie dam na to 

swojej  zgody.  - Przy  tych  słowach  Jasper  Goodrich  uderzył  płaską  dłonią  w  blat  masywnego 

biurka  z  różanego  drzewa.  - W  każdym  razie  nie  zaakceptuję  jakiejś  puszczalskiej  lafiryndy, 

background image

która potrząsa cyckami i podryguje brzuchem w barze pełnym rozpustników, wytrzeszczających 

swoje gały na takie wątpliwe cudeńka.

Wargi Marka nerwowo zadrgały.

- Czyżby opinia wuja wynikała z osobistej inspekcji na miejscu?

- Żartujesz chyba. Knajpa nosi nazwę „U Spike'a", a ona... - starszy pan przerzucił na biurku 

kilka  leżących tam  papierów  - a ona  nazywa  się...  Deedee  Divine.  - Przy tych słowach  wujek 

prychnął  wzgardliwie.  - Co  to  za  nazwisko?!  Znaczy  przecież  „świątobliwa  wróżka".  Już  to 

powinno  być dla mojego  wnusia sygnałem ostrzegawczym,  że ma do  czynienia z  dziewczyną, 

którą stać na niejeden szwindel. Ale Robbie jest głupcem i tłumaczyć może go tylko to, że ma 

zaledwie  dwadzieścia  lat.  Nie  pozwolę  jednak,  żeby  chłopak  dalej  wplątywał  się  w  tę  aferę. 

Chcę, żebyś położył temu kres!

- Ja?

- Jesteś przecież wziętym dziennikarzem, komentatorem. Potrafisz przekonywać. Mówisz w 

taki sposób, że ludzie zaczynają myśleć jak ty.

- Wujku, na Boga. Ja tylko zbieram fakty i prezentuję je na łamach gazety. Natomiast...

- Nie  wykręcaj  się.  - Jasper  machnął  ręką  lekceważąco.  - Faktem  jest,  że  Robbie 

niepotrzebnie się zaplątał i ty musisz go z tego wyciągnąć.

Mark  w  istocie  nie  czuł  się  szczególnie  zaskoczony.  Był  tylko  o  dziesięć  lat  starszy  od 

Robbie'ego,  a  tym  samym  był  jedynym  członkiem  rodziny  najbardziej  zbliżonym  do  niego 

wiekiem. Od początku pełnił też wobec młodszego kuzyna rolę opiekuna.

- No więc dobrze - Mark zgodził się po chwili. - Pogadam z nim, jeśli tak bardzo chcesz. 

Lecz wątpię, czy wyniknie z tego coś dobrego. Czy Robbie zechce być rozsądny.

- Na pewno nie i dlatego musisz porozmawiać także z dziewczyną.

- Ale ja przecież nigdy jej nawet nie widziałem.

- Nic  nie  szkodzi.  Twoja  służbowa  wizytówka  czasami  więcej  znaczy  niż  moje  duże 

pieniądze.

Kolejne słowa wuja także nie powinny być dla Marka zaskoczeniem. Goodrich był święcie 

przekonany,  że  pieniądze wprawiały  cały  świat  w  ruch.  I  wuj  często  korzystał  z  tego  środka. 

Markowi  przypomniała  się  historia  kuzynki  Janine.  To  pieniądze  pomogły  udaremnić  jej  zbyt 

pochopne  plany  małżeńskie  z  pewnym  wyścigowym  kierowcą  samochodowym.  Facet  musiał 

być chyba krętaczem, jak zresztą Jasper utrzymywał, albowiem gdy Janine stanęła wobec groźby 

background image

wydziedziczenia,  zgarnął  pieniądze,  które  wuj  mu  zaproponował,  i  zniknął.  Ale  nie  na  długo, 

bowiem  niebawem  zginął  w  wypadku  na  torze  wyścigowym.  Janine  umarła  wkrótce  po  uro-

dzeniu  dziecka.  Matka  Marka  mówiła  potem,  że  Janine  umarła  raczej  z  rozpaczy  po  swym 

ukochanym,  a  nie  z  powodu  rzekomych  komplikacji,  które  pojawiły  się  przy  narodzinach 

Robbie'ego.  Wuj  Jasper  był  wtedy  bardzo  załamany,  ale  jak  Mark  zrozumiał  teraz,  tamte 

wydarzenia niczego  go nie nauczyły. Znowu postanowił użyć pieniędzy, żeby pokierować tym 

razem życiem Robbie'ego.

- Pomyśl, wujku, może jednak chcesz iść niewłaściwą drogą?

Starszy pan nie dał się jednak przekonać.

- To jedyny sposób, Mark. Musisz wyraźnie dać do zrozumienia tej naciągaczce, że Robbie 

nie dostanie ani jednego centa do garści, jeżeli  ożeni się z nią. Gwarantuję, że to ją otrzeźwi i 

zniknie z jego życia. Możesz zaoferować jej za to najwyżej pół miliona. I trzymaj mnie z dala od 

tej afery. Rozumiesz? Nie chcę, żeby Robbie dowiedział się, że rozmawialiśmy na ten temat.

Oto powód, pomyślał Mark, dla którego wuj zwraca się do mnie, a nie do któregoś z falangi 

swoich prawników. Jednego przynajmniej nauczył się z dramatycznych wydarzeń związanych z 

Janine.  Przeklęła  go  wówczas  na  wieki  całe  i  nie  chciał  teraz  w  podobnych  okolicznościach 

utracić serca Robbie'ego. Dlatego zrzucał tę brudną robotę na kogoś innego.

- Nie chciałbym być w to wplątany, szanowny wuju.

- Nie grozi ci to, jeśli odpowiednio zajmiesz się sprawą. Robbie wyjedzie w tym tygodniu na 

Wschodnie Wybrzeże. Postaraj się nawiązać kontakt z tą dziewczyną w czasie jego nieobecności 

i  powiedz,  żeby  trzymała  buzię  zamkniętą  na  kłódkę.  Chyba  się  rozumiemy?  Przecież  nie 

zamierzasz mu robić krzywdy. Przeciwnie, nie chcesz dopuścić, aby zrujnował sobie życie! To 

oczywiste, że nie może związać się ślubem z tego typu kobietą!

- Wydajesz o niej sąd, a nie widziałeś jej nawet. Może ona naprawdę jest w nim zakochana?

- Przestań gadać głupstwa! Widzi w nim tylko wypchany portfel. A jeśli mi nie wierzysz... 

poddaj ją próbie!

Mark zgodził się ostatecznie na plan wuja. Robbie był bardzo młody, impulsywny. Nikomu 

nie przyniesie szkody, jeśli na dziewczynę popatrzy ktoś bardziej doświadczony i podda ją może 

jakiejś próbie.

Dlatego  właśnie  pojawił  się  w  tej  knajpie.  Otrząsnął  się  już  z  pierwszego  euforycznego 

zachwytu i starał się obserwować ją z chłodną obojętnością. Taniec dobiegł końca i Mark przy-

background image

glądał  się,  jak  dziewczyna  reagowała  na  aplauz  widowni,  na  gorące  okrzyki  uwielbienia  i 

klaskanie  w  dłonie.  Patrzył  również  z  uwagą,  gdy  tancerka  powróciła  na  estradę  i  posyłała 

symboliczne  pocałunki,  zdmuchując  je  z  dłoni.  Obserwował  zwłaszcza  jej  oczy.  Ich  kuszący 

wyraz,  który  można  było  rozumieć  jako  zaproszenie  w  rodzaju:  „podejdź  bliżej,  a  dobrze  się 

zabawimy", zniknął, zastąpiło go twarde, chłodne spojrzenie.

A więc wujek Jasper miał, być może, rację. W tych oczach dostrzec można było jedynie coś 

w  rodzaju  dzikiego,  nieposkromionego  głodu  za  czymś,  a  nawet  więcej,  determinację, 

zdecydowanie, aby zdobyć wszelkimi sposobami to, czego się pragnęło.

Ten piekielny błysk w oczach dziewczyny wynikał z wielu powodów.

Po pierwsze: z podniecenia! A to z tej racji, iż okazało się, że ciotka Meg ma tę samą grupę 

krwi co mama i mogła być dla niej dawcą.

Po  drugie:  z  desperacji.  Bo  gdzież  córka  matki  dotkniętej  tak  tragiczną  chorobą  mogła 

zdobyć  trzysta  pięćdziesiąt  tysięcy  dolarów,  niezbędnych  do  opłacenia  przeszczepu  szpiku 

kostnego?

I  na  koniec:  ze  zdecydowania.  Życie  mamy  było  zagrożone.  Ona,  córka,  musiała  te 

pieniądze zdobyć! Ale w jaki sposób, dobry Boże? Gdzie?

Myśli  te  nękały  cały  czas  psychicznie  wyczerpaną  Terri  Thompson.  Nie  opuszczały  jej 

również,  gdy  całkiem  automatycznie  całym  ciałem  wykonywała  ostatnie  ruchy  układu  ta-

necznego. Dziewczyna naprawdę lubiła tańczyć i zwykle muzyka i ruch uspokajały ją.

Tym razem było jednak zupełnie inaczej.

Taniec  zakończył  się  huraganem  braw,  tancerka  zbiegła  z  estrady  i  wpadła  wprost  w 

ramiona Spike'a O'Malleya. Cygaro tkwiło mu w zębach ubrudzonych tytoniem. Uśmiechał się 

do niej szeroko.

- Jesteś  wspaniała,  moje  dziecko!  Nawet  lepsza  od  twojej  matki.  Posłuchaj,  co  wołają  te 

lalusie. Ukłoń się im jeszcze raz. - Popchnął ją lekko ku estradzie.

Zawróciła  więc,  wykonała  dodatkowy  dziękczynny  skłon i  posłała  sto  całusków  we 

wszystkie  strony.  Ale  potem  zlekceważyła  nawoływania  o  mały  bis  i  ostatecznie  zbiegła  z 

estrady.  Ominęła  wyciągnięte  ramiona  szefa,  uśmiechnęła  się  tylko  do  niego  i  zniknęła  za 

drzwiami swej garderoby.

background image

Właściciel baru był wyrozumiały i serdeczny, więc bez oporów zgodził się, żeby Terri zajęła 

miejsce chorej matki. To, co zarabiała u Spike'a za cztery taneczne występy tygodniowo, dawało 

jej dwa razy więcej gotówki, niż dostawała na pełnym etacie w stanowym biurze.

Ale  wszystko  to  razem  wzięte  nadal  nie  wystarczało.  Poczuła  ogarniający  ją  strach. 

Zaczerpnęła głęboko powietrza. Odpręż się, pomyślała. Cokolwiek się stanie...

- Co słychać u  Deedee,  moje dziecko? - To zdawkowe pytanie zadała pulchna jasnowłosa 

kelnerka,  siedząca  w  jednym  z  foteli.  Jej  piwne  oczy  były  jednak  pełne  prawdziwego 

współczucia.

- Sytuacja  jest  znacznie  lepsza  - odparła  Terri,  zgodnie  ze  swym  przeświadczeniem,  że 

człowiek nie powinien dopuszczać do siebie negatywnych myśli. - Nowotwór nie rozprzestrzenia 

się.  Zaatakował  tylko  kości.  Jeśli  mamie  przeszczepi  się  szpik  kostny...  - Dziewczyna 

wyprostowała się i zacisnęła usta. Żadnego , jeśli". - Gdy przeszczepią jej szpik kostny. ..

Trzysta pięćdziesiąt tysięcy dolarów! Oczywiście plus wszelkie inne wydatki. Wykonywała 

teraz dwie prace jednocześnie,  a jednak nie była  w stanie opłacić dotychczasowych  wydatków 

szpitalnych i wszystkich przeprowadzonych tam testów.

Terri  przypomniała  sobie,  co  jej  powiedział  ostatnio  doktor:  „Przeszczep  jest  jedyną 

nadzieją na powrót matki do zdrowia. Ale, jak pani wie, przeszczepy szpiku kostnego znajdują 

się nadal w fazie eksperymentalnej i dlatego nie są objęte ubezpieczeniem".

Dobre  sobie,  nie  są  objęte  ubezpieczeniem!  Wewnętrzne  wzburzenie  opanowało 

dziewczynę. Przez wszystkie minione lata matka skrupulatnie opłacała składki ubezpieczeniowe, 

które  w  rezultacie  pokryły  tylko  osiemdziesiąt  procent  monstrualnych  kosztów  związanych  z 

pobytem w szpitalu i z przeprowadzeniem testów. Badania ostatecznie wykazały, co jej dolega. 

Nie było natomiast żadnej nadziei na zwrot kosztów leczenia. To było oburzające. Każdy miał 

przecież  prawo  do  opieki  zdrowotnej  i  Terri  miała  nadzieję,  że  znajdzie  się  ktoś,  kto 

zagwarantuje matce takie prawo. Ale czy nie będzie już zbyt późno, aby uratować ją od śmierci? 

Jeśli ona, córka, nie dostanie...

- To był straszny szok! - Mówiąc to, Vashti zaciągnęła się kolejnym papierosem. - Deedee 

była ostatnią osobą, którą podejrzewałabym, że może się tak załamać. Była przecież ogromnie... 

żywotna. Bez przerwy śmiała się, żartowała.

background image

Matka rzeczywiście taka była, pomyślała Terri. Jej praca w charakterze tancerki sprawiała, 

że często przebywała poza domem. Ale gdy wracała, przywoziła ze sobą coś w rodzaju świeżego 

oddechu z szerokiego świata. Cała była muzyką, tańcem, śmiechem.

- Wtedy  również  tańczyła  jak  zawsze  na  estradzie  i  nagle...  niespodziewanie,  po  prostu 

załamała  się.  -  Vashti  pokręciła  głową  ze  smutkiem.  - Powiem  ci  jeszcze  raz,  że  pomyślałam 

sobie, iż ja także zemdleję.

- Ze  mną  było  tak  samo.  - Terri  zdjęła  już  z  siebie  kostium  sceniczny  i  włożyła  białą 

jedwabną  sukienkę,  z  obniżoną  talią  i  układaną  w  fałdy  minispódniczką.  Spike  powiedział  jej 

kiedyś, że ma nogi godne pokazywania.

Tamtego dnia, kiedy matka zemdlała, Terri po telefonie szefa pędziła do baru jak szalona. 

Gdy zjawiła się na miejscu, matka odzyskała już świadomość, ale nadal była przerażająco blada. 

Terri  zdecydowała  wówczas,  że  był  to  ostatni  jej  występ.  Córka  przejęła  w  swe  ręce  całą 

inicjatywę.  Zaczęło  się  od  dokładnego  przebadania  matki.  Okazało  się,  że  chodzi  nie  tylko  o 

wypoczynek.  Gdy  rachunki  szpitalne  zaczęły  opiewać  na  coraz  większe  sumy,  Terri 

przypomniała sobie słowa, które Spike kiedyś powiedział: „Czy potrafisz tańczyć, dziecko? Bo 

jeśli tak, to mam nadzieję, że zastąpisz swą matkę, gdyby zaszła taka potrzeba".

I  tak  się  też  stało.  Szczęśliwym  zbiegiem  okoliczności,  w  chwili  gdy matka  zasłabła,  ona 

miała już ukończone studia i od dwóch miesięcy pracowała w stanowej kalifornijskiej Komisji 

do  Spraw  Rozwoju  Gospodarczego.  Szczęściem  było  również,  że  ostatnio  matka  z  córką 

pracowały  stosunkowo  blisko  siebie.  A  przecież  całkiem  niedawno  Deedee  występowała  na 

Wschodnim Wybrzeżu, podczas gdy Terri studiowała na kalifornijskim Stanford University.

Dyplom  magistra  sprawił,  że  dziewczyna  dostała  liczącą  się  pracę  w  Komisji.  Wówczas 

matka pojawiła się także w Kalifornii i żartując, powiedziała, że jakiś czas się tu zatrzyma, „aby 

mieć  oko  na  córkę".  Ale  nie  było  to  ani  trochę  zabawne,  pomyślała  Terri,  obrzucając 

spojrzeniem  tandetnie  urządzoną  garderobę  matki.  Dopiero  ostatnio  zdała  sobie  sprawę,  ile 

wysiłku ze strony matki wymagała opieka nad ciotką Meg, nad nią samą i dwiema kuzynkami.

Terri  bardzo  niewiele  wiedziała  o  swym  ojcu,  Teransie  Thompsonie.  Tylko  tyle,  że  był 

kiedyś partnerem matki  w tańcu. Ale porzucił  obie, gdy Terri miała zaledwie  dwa latka. Delia 

Thompson  nigdy  nie  wspominała  dawnych  czasów, zmieniła  nazwisko  na  Deedee  Divine  i 

zaczęła się specjalizować w tańcu brzucha. Jej siostra Meg i mąż siostry, Jack, przejęli opiekę 

nad  Terri  i  zajmowali  się  dziewczynką  tak  samo  troskliwie  jak  własnymi  córkami.  Gdy 

background image

ukochany wujek Terri, Jack, zmarł przedwcześnie, Delia wymogła na siostrze, żeby pozostała w 

domu i opiekowała się dziewczynkami. A ona swym tańcem utrzymywała cały dom. Tak się też 

działo,  aż  do  chwili,  kiedy obie  córki  Meg  objęły  posady  nauczycielek  w  szkole.  No  a  potem 

ona, Terri, również ukończyła studia. Można było  sądzić, że wreszcie wszelkie  trudności mają 

już za sobą, gdy oto mama nagle zachorowała.

Zarabianie  na  utrzymanie  nas  wszystkich  musiało  być  dla  mamy  wielkim  ciężarem, 

pomyślała  Terri,  rozczesując  długie  włosy  czarnej  peruki,  która  szczelnie  skrywała  jej  własne 

kasztanowate  pukle.  Peruka  była  częścią  stroju,  który  upodabniał  ją  do  matki,  i  nigdy  nie 

zdejmowała jej pomiędzy kolejnymi występami, kiedy wychodziła na salę baru i przysiadała się 

do bardziej znanych klientów. To była także część obowiązków matki, jak tłumaczył jej Spike.

- Tak,  dziecino,  spisujesz  się  na  miejscu  mamy  doskonale.  Dopiero  po  chwili  Terri  zdała 

sobie sprawę, że Vashti mówi do niej, kontynuując przerwaną przed chwilą rozmowę.

- Dobrze się stało, że zajęłaś miejsce po Deedee. Staraj się, aby gotówka nadal płynęła. Co 

mi przypomina, że muszę się zająć własną robotą. - Vashti zgasiła papierosa, wstała i dotykając 

ramienia  Terri,  powiedziała  jeszcze:  - Możesz  pozostać  tutaj  tak  długo,  jak  będziesz  chciała. 

Spike cię lubi. Wiem coś o tym.

To  jest  kolejny  problem,  pomyślała  Terri,  patrząc  na  koleżankę  wychodzącą  z  garderoby. 

Jak długo jeszcze będzie mogła utrzymać Spike'a na dystans, bez urażania go? A i tak nie chodzi 

przecież  o  ostateczne  rozwiązanie  problemu.  Nawet  praca  u  Spike'a  nie  da  jej  trzystu 

pięćdziesięciu  tysięcy  dolarów.  Doktor  powiedział,  że  przeszczep  szpiku  kostnego  jest  jedyną 

szansą dla matki. Ale dodał jeszcze, że matka musi się udać na zabieg do szpitala w Seattle, co 

będzie kosztowało kolejną górę pieniędzy. I wówczas przerażenie ogarnęło ją całkowicie. Teraz 

już kompletnie nie mogła sobie wyobrazić, w jaki sposób zgromadzić taką sumę.

- Módl się - poradziła jej ciotka Meg. - O cokolwiek prosisz w modlitwach...

Natomiast Angie podeszła do sprawy inaczej.

- Puść wodze fantazji... - powiedziała.

Była  to  młoda  kobieta,  pracująca  w  tym  samym  co  Terri  biurze  stanowym,  która  miała 

zawsze  osobliwe,  zwariowane  pomysły.  Na  przykład  upierała  się,  że  jeśli  się  o  czymś  inten-

sywnie myśli i przywołuje w swej wyobraźni uparcie coś, co chciałoby się, żeby się wydarzyło, 

to ostatecznie tak się właśnie stanie.

- Wypróbuj tę metodę - powiedziała do Terri - zobaczysz, że to się sprawdzi.

background image

Dziewczyna  była  w  takim  stanie  ducha,  iż  wszystko  byłaby  skłonna  uczynić,  aby  tylko 

uratować matkę. Modliła się więc, a także przywoływała rozmaite obrazy i bez przerwy łamała 

sobie głowę, jak znaleźć rozwiązanie problemu...

Przypomniała sobie teraz, że zaledwie trzy dni temu nie wiedziały, skąd wziąć dawcę krwi 

dla mamy i gdy okazało się, że sama ma inną grupę, zatelefonowała do ciotki Meg, prosząc, aby 

i  ona  poddała  się  testowi.  Zamknęła  potem  oczy  i  wyobraziła  sobie  ciotkę, że  stoi  obok  niej i 

woła  rozradowana:  „Moja  krew  pasuje,  mam  taką  samą  grupę!  Mogę  być  dawcą.  Po  tym 

wszystkim, co twoja mama zrobiła dla nas, jest to po prostu boży akt wdzięczności". To działo 

się  w  wyobraźni  Terri.  A  dzisiaj  usłyszała,  że  ciotka  w  rozmowie  z  nią  używa  prawie 

identycznych słów. Podniesiona na duchu zamknęła więc znowu oczy i z kolei wyobraziła sobie, 

że odlicza doktorowi garść nowiutkich, tysiącdolarowych banknotów. Chciała zatem jeszcze raz 

sprowokować los.

Trzymając się kurczowo  tej myśli, sprawdziła,  czy jest należycie ubrana  i przeszła do  sali 

barowej.  Rozejrzała  się  wokoło,  mając  nadzieję,  że  zobaczy  swych  kolegów  z  college'u  w 

Berkeley. Byli to sympatyczni młodzi ludzie, których znacznie bardziej lubiła od agresywnych 

starszych  bywalców  baru.  Ale  żadnego  z  młodych  nie  dostrzegła  i  przypomniała  sobie,  że 

Robbie wspomniał jej, iż wyjeżdża gdzieś na cały tydzień. Na dodatek chłopak był zły na  nią. 

Ale  gdy  wspomniał,  że  może  wzięliby  ślub,  wydało  jej  się  to  żartem,  jednym  z  jego  licznych 

dowcipów. Wiedziała wprawdzie, że bardzo ją lubił, zwłaszcza od tego wieczoru, kiedy podpił 

sobie nielicho i ona zabrała go do siebie. Bo po prostu nie chciała, aby w takim stanie prowadził 

samochód. Pozwoliła mu się przespać i wytrzeźwieć na sofie w jej małym pokoiku, rano dała mu 

kawy  i  pokrzepiające  śniadanie,  a  potem  odprawiła  do  domu.  Od  tego  momentu  często 

przychodził  do  baru  i  stali  się  dobrymi  przyjaciółmi.  Tyle  tylko,  że  od  czasu  tamtej  pijatyki 

postanowili, że drinki przekraczające rozsądną granicę wlewać będą ukradkiem do nie używanej 

już donicy na kwiaty. Byli więc trzeźwi, chociaż zawsze zamawiali coś do picia, a ona spokojnie 

mogła  siedzieć  przy  jego  stoliku.  Terri  naprawdę  bardzo  lubiła  tego  chłopaka,  ale  propozycję 

ślubu nadal traktowała jako żart, aż pewnego dnia ofiarował jej piękny zaręczynowy pierścionek 

z brylantem.

- Ależ, Robbie, ja cały czas myślałam, że to dowcip z twojej strony - powiedziała, śmiejąc 

się.

- Dowcip? Na temat małżeństwa? - Chłopak wyglądał na wyraźnie zaskoczonego.

background image

- Daj  spokój,  Robbie.  Dowcipkujemy  ze  sobą  na  rozmaite  tematy,  ale  małżeństwo  to  już 

poważna sprawa. I jesteś stanowczo zbyt młody, żeby... - Przerwała w pół zdania, bo zdała sobie 

sprawę, że znowu zrobiła mu przykrość.

- A więc mówisz jak wszyscy inni! Myślisz, że jestem zbyt młody, żeby używać własnego 

rozumu?

- Nie. Nie to miałam na myśli. Myślałam tylko... - Zawahała się, bo nie chciała go jeszcze 

bardziej urazić. - Ja, po prostu, nie mogę sobie w tej chwili pozwolić na małżeństwo. A ty, swoją 

drogą,  jesteś  naprawdę  bardzo  młody.  Poczekaj  jeszcze  trochę,  spotykaj  się  także  z  innymi 

kobietami. Zdobywaj doświadczenie, że tak powiem.

- Nie  wykręcaj  się  - przerwał  jej  chłopak.  - Prawda  wygląda  tak,  że  podczas  gdy ja  robię 

wszystko, żeby  wziąć cię za  żonę  i wyciągnąć z  tego śmietnika,  ty  kpisz  sobie ze  mnie. Mam 

rację?

Chciała  go  wszelkimi  sposobami  ułagodzić,  ale  on  z  irytacją  wybiegł  z  baru.  I  być  może 

nigdy się już więcej nie pokaże. Może to i lepiej. Jasne było, że nie miała zamiaru wiązać się z 

nim  ślubem  i  im  mniej  będą  się  ze  sobą  widywali,  tym  szybciej  wywietrzeje  mu  z  głowy  ta 

rzekomo wielka miłość.

Obrzuciła  więc  jeszcze  raz  szybkim  spojrzeniem  wszystkie  kąty  baru,  ale  nadal  nie 

dostrzegała nikogo z Berkeley. Natomiast z różnych stron słyszała nawoływania:

- Przysiądź się do nas, dziecino!

W pewnej chwili usłyszała tuż za plecami kulturalny męski głos:

- Czy panna Divine?

- Tak - odparła, obracając się.

Patrzył  na  nią  mężczyzna,  którego  przedtem  nigdy  nie  widziała.  Był  wysoki,  raczej 

przystojny, ciemnowłosy, miał brązowe, głęboko osadzone oczy, które jakby przewiercały ją na 

wskroś.

- Czy mogłaby pani poświęcić mi chwilę? - zapytał, wskazując na stolik stojący na boku. -

Jest pewna mała sprawa, którą chciałbym z panią przedyskutować.

ROZDZIAŁ DRUGI

Podprowadził dziewczynę do stolika, podświadomie czując, że powinien ją bronić, osłaniać. 

Przed  czym  jednak,  czy  przed  kim?  Przecież  to  ona  jest  tutaj  stałym  bywalcem,  a  nie  on.  A 

jednak jeszcze raz wydało mu się, że wyczuwa pustkę wokół dziewczyny. Nie potrafił sobie tego 

background image

wyjaśnić.  Przed  chwilą  pojawiła  się  pełna  godności,  z  głową  wysoko  uniesioną.  Sprawiała 

wrażenie,  iż  panuje  nad  otoczeniem.  W  prostej  białej  sukience,  z  długimi  rozpuszczonymi 

ciemnymi włosami, sięgającymi aż po pas, emanowała czystością i niewinnością. Jeśli nawet jej 

uśmiech  był  raczej  ostrożny,  to  jednak  był  także  ciepły  i  tak  pełen  rozbrajającej  słodyczy,  że 

Mark poczuł w sercu ukłucie zazdrości. Szkoda, że to właśnie Robbie wcześniej ją poznał... Na 

Boga, pomyślał, lepiej jednak będzie, gdy weźmie się w garść.

Był  świadom,  że  paru  mężczyzn  posyła  im  podejrzliwe  spojrzenia,  jakby  oni  również 

odczuwali instynktowną potrzebę opiekowania się dziewczyną, bronienia jej.... Przed kim? Przed 

nim,  Markiem  Dentonem?  Przecież  to  kompletna  bzdura!  Na  wszelki  wypadek  powiedział 

jednak:

- A może byłoby lepiej, gdybyśmy porozmawiali gdzie indziej?

Jej  oczy  w  odpowiedzi  rozszerzyły  się,  nie  wiadomo,  czy  z  zaskoczenia,  czy  też  z 

podejrzliwości.

- Proszę  mi  wybaczyć  - powiedziała  - ale  ja  mam  do  mojego  kolejnego  występu  niecałą 

godzinę.

- Temat, na który chcę z panią porozmawiać, jest natury osobistej. Może zatem spotkamy się 

w  innym  miejscu  i  czasie.  Mogę  złożyć  pani  wizytę  lub  też,  jeśli  pani  woli,  możemy  się 

spotkać...

- Nie, ja nie utrzymuję kontaktów z klientami baru poza godzinami służbowymi.

W  słowach  dziewczyny  dała  się  wyczuć  wyraźna  nieufność,  co  go  bardzo  poirytowało. 

„Godziny służbowe", dobre sobie. Poirytował go również fakt, że natychmiast pojawiła się przy 

stoliku  kelnerka,  przynosząc  butelkę  szampana  wetkniętą  w  kubełek  z  lodem.  Czy  nie  można 

zachować tutaj nawet przez chwilę prywatności?

- Nie  zamawiałem  tego!  - prychnął  i  ręką  zrobił  gest  oddalający  kelnerkę.  Ale  w  tym 

momencie  usłyszał  jakby  chrząknięcie  tancerki  i  zreflektował  się.  - Może  panna  Divine...  -

powiedział, spoglądając pytająco.

- Tak,  proszę  to,  co  zwykle  - odparła,  patrząc  na  kelnerkę.  - Dziękuję  ci,  Vashti  -

powiedziała,  poczekała  aż  drinki  będą  rozlane  i  kelnerka  odejdzie  i  wtedy  dorzuciła  tonem 

usprawiedliwienia: - Lubią tutaj, gdy podczas godzin służbowych przysiadam się do klientów, a 

oni zamawiają wówczas coś mocniejszego...

background image

Mark  zacisnął  zęby.  Zrozumiał,  że  to  nielicha  speluna,  a  ona  jest  tu  zatrudniona  w 

charakterze nie tylko tancerki. I zupełnie się z tym nie kryje.

Dobrze  więc,  pomyślał,  bowiem  takie  jej  zachowanie  ułatwiało  mu  zadanie,  które  miał 

wykonać.

- Jak  rozumiem,  mój  siostrzeniec  jest  jednym  z  pani  stałych  kompanów  do  kieliszka?  -

Dziewczyna  wzruszyła  ramionami.  - I  jak  mi  się  wydaje,  wasze  kontakty  są  raczej  bliskie  i 

należą do tych, które wykraczają poza pani godziny służbowe.

- Chyba się pan myli - dziewczyna zareagowała ze spokojem, chociaż w jej oczach, pełnych 

ekspresji, ukazał się błysk gniewu. - Nie zadaję się z naszymi klientami poza tą salą.

- Nawet jeśli tym kimś jest narzeczony?

- Nie rozumiem, o czym pan mówi!

- O Robercie Goodrichu, młodym człowieku, z którym jest pani zaręczona.

- Nie jestem zaręczona z... - Przerwała, bo nagle zaświtało jej coś w głowie.

Robert Goodrich, Robert... Robbie! Jego siostrzeniec. Ten arogancki mężczyzna to pewnie 

jeden  z  tych  nadętych  krewniaków,  na  których  Robbie  zawsze  się  uskarżał.  Być  może  jest  to 

nawet facet, który powiedział Robbie'emu, że jest kopnięty w głowę, że nie wie nawet, jaki jest 

dzień tygodnia, ani że nie jest w stanie podjąć żadnej sensownej decyzji. Ci krewniacy pozbawili 

Robbie'ego  wiary  w  samego  siebie.  Należeli  jednak  do  starszej  generacji,  jakiś  dziadzio, 

ciotunia. Tymczasem osobnik mówiący do niej w tej chwili, gładko i rozsądnie, ubrany w dobrze 

skrojony  garnitur,  miał  chyba  około  trzydziestki  i  nie  powinien  traktować  Robbie'ego  jak 

nastolatka.

- Kim pan jest? - zapytała.

- Denton,  Mark Denton.  Jak już powiedziałem, jestem wujkiem Robbie'ego i  zjawiłem się 

tu, żeby z panią porozmawiać w jego imieniu.

- Czyżby? A ja myślę, że Robbie jest całkowicie zdolny, aby osobiście reprezentować swoje 

interesy.

- W  pewnych  wypadkach  oczywiście  tak  – powiedział mężczyzna,  mrużąc  oczy.  - Ale 

małżeństwo  jest  poważną  decyzją  życiową  i  wskazana  jest  przy  tym  porada  kogoś  bardziej 

doświadczonego.

Małżeństwo?  A  więc  Robbie  nie  powiedział  im  o  odrzuceniu  przez  nią  jego  propozycji. 

Rozumiała, że dla tego dzieciaka była to trudna sprawa, kłopotliwa.

background image

- Robbie jest młody  - powiedział mężczyzna. - Stanowczo zbyt młody,  żeby już myśleć o 

małżeństwie.

- Ale dostatecznie dorosły, żeby się zgodzić, gdyby mu jakaś kobieta zaproponowała. - Terri 

użyła  tej  zawiłej  formy,  bo  nie  chciała  komplikować  życia  Robbie'emu.  Niechaj  sam  wyjaśni 

wszystko swojej rodzince, we właściwym czasie i w formie, która mu będzie odpowiadała.

- Słusznie! Ale rzecz w tym, że Robbie jest młody nie tylko w sensie lat. Wydaje mi się, że 

nie powinien interesować kobiet, które... które mają tak duże doświadczenie jak pani.

Dziewczyna  doskonale  rozumiała,  co  jej  rozmówca  miał  na  myśli.  Ale  nie  wydawała  się 

dotknięta.

- Z  matką  naturą  nie  należy  walczyć  - powiedziała,  wywracając  oczami  z  ekspresją.  - Za 

każdym razem, gdy Robbie spogląda na mnie, dostaję gęsiej skórki na całym ciele. - Po chwili 

mruknęła jeszcze pod nosem: - Może to cię zadowoli, ty zarozumiały głupcze!

Obrzucił ją ostrym spojrzeniem.

- Do  stworzenia  trwałego  małżeństwa  zmysłowe  zauroczenie  nie  wystarczy.  Myślę,  że 

powinna pani wiedzieć, iż rodzina Robbie'ego jest zdecydowanie przeciwna temu związkowi.

- Jest to wasz problem, a nie mój! - Wciąż wewnętrznie wzburzona rozejrzała się wokoło, 

szukając miejsca, gdzie mogłaby wylać drinka. Wiedziała z doświadczenia, że nie będzie mogła 

tańczyć, jeśli przekroczy swoją granicę.

- Może  to  panią  zainteresuje...  Nie  mając  poparcia  rodziny,  Robbie  będzie  bez  centa  przy 

duszy.

- Czyżby? - Dziewczyna popatrzyła wymownie na Marka i nagle poczuła się zmęczona całą 

tą gierką.

Bez centa? Chłopak był zatem w podobnej sytuacji jak ona, jeśli brać pod uwagę potrzeby 

matki.  Drogi  Boże,  co  ona  właściwie  powinna  zrobić?  Nikt  z  jej  rodziny  nie  miał  jakichś 

większych pieniędzy, które można by pożyczyć, nie było żadnej nieruchomości, która mogłaby 

zabezpieczyć kredyt bankowy. Jej dwie prace również nie polepszały sytuacji ani na jotę. Suma 

trzystu pięćdziesięciu tysięcy dolarów  wisiała nadal nad nią jak miecz Damoklesa. Westchnęła 

głęboko. Była już bardzo zmęczona.

- Aha! Widzę, że zaczyna pani pojmować moje argumenty - powiedział mężczyzna i Terri 

uświadomiła sobie, że on nadal coś mówi. - Robbie w tej chwili nie tylko nie ma jeszcze żadnej 

background image

pracy, ale nawet nie ukończył studiów i nie wie, co to znaczy zarabiać na życie. W konsekwencji 

nie ma własnych pieniędzy.

Terri, zaabsorbowana swoimi myślami, nie słuchała właściwie, co Mark mówi, lecz ostatnie 

trzy słowa, które on szczególnie podkreślił, uderzyły ją mocno i w efekcie nagle się ocknęła.

Nie ma pieniędzy! Nie ma pieniędzy! Nie! Nie można się poddawać.

- Jakieś pieniądze na pewno się znajdą! Dostaniemy się do nich. Wymyślimy jakiś sposób!

Nie  zdawała  sobie  sprawy,  że  słowa  te  wypowiedziała  na  głos.  Ale  Denton  doskonale  je 

usłyszał. Wyprostował się gwałtownie i postawił swój kieliszek z szampanem tak zdecydowanie 

na stoliku, że Terri spojrzała na niego.

- Jak  rozumiem,  Robbie wspomniał pani  o dziesięciomilionowym funduszu,  który na  jego 

nazwisko zdeponowany jest w banku!

Terri z wrażenia szeroko otworzyła usta. Dziesięć milionów! Robbie ma dziesięć milionów 

dolarów?  Zapewne  pożyczyłby  jej  coś  z  tego  dla  ratowania  mamy.  Na  pewno  by  pożyczył, 

niezależnie  od  tego,  czy  wzięłaby  z  nim  ślub,  czy  nie.  O Boże,  dokąd  on  pojechał?  Powinna 

natychmiast nawiązać z nim kontakt i...

- Niech pani o tym zapomni! Robbie nie może nawet tknąć tych pieniędzy. Jasper Goodrich 

zabezpieczył je w  banku takimi klauzulami,  że są wręcz hermetycznie zamknięte. Chłopak nie 

dostanie się do nich przed ukończeniem trzydziestki. Natomiast wszystko straci, jeśli weźmie z 

panią ślub. Zrozumiałe?

To było przerażające. Dziesięć milionów dolarów leży gdzieś bezużytecznie. A przecież dla 

matki nieodzowna jest, aby utrzymać ją przy życiu, suma zaledwie trzystu pięćdziesięciu tysięcy.

- To  wręcz  nieuczciwe  - szepnęła,  znowu  nie  zdając  sobie  sprawy,  że  głośno  wypowiada 

swoje myśli. - To jest po prostu nieuczciwe.

- Uczciwe lub nie, ale tak się sprawy mają.  I nic nie można na to poradzić. A skoro już o 

moralności mowa, to czy sądzi pani, że byłoby fair wobec Robbie'ego, gdyby przez panią utracił 

całą dziedziczoną fortunę?

- Utracił? Nie rozumiem, o czym pan mówi?

- Powiedziałem już przecież, że jego dziadek zastrzegł w testamencie jednoznacznie, że jeśli

Robbie  ożeni  się  z  panią,  utraci  wszelkie  prawa  do  spadku.  Jego  dotychczasowe  zasiłki  też 

zostaną wstrzymane, wszystko zniknie...

background image

Terri  z  wrażenia  zaniemówiła.  Jej  uczucie  było  mieszaniną  wściekłości  i  przerażenia. 

Wprost nie do wiary, że jakiś człowiek mógł być taki dyktatorski i diaboliczny jednocześnie! A 

gdyby ona i Robbie naprawdę się kochali?

Mężczyzna siedzący przy niej uśmiechnął się ironicznie i skinął głową.

- Chyba zaczynamy się rozumieć - powiedział. - A teraz proszę pomyśleć, czy byłaby pani

fair wobec samej siebie? Gdybyście się pobrali z moim siostrzeńcem, byłby on przecież dla pani 

ciężarem. Z drugiej jednak strony...

Pojawienie  się  kelnerki  z  kolejnym  drinkiem  przerwało  mu  na  chwilę  wywód.  Terri  bez 

żenady jednym ruchem  wylała swój kieliszek szampana do kubełka z lodem, a on,  gdy Vashti 

odeszła, wrócił do przerwanej myśli.

- Panno  Divine,  chcę  panią  jednak  zapewnić,  że  nasza  rodzina  nie  jest  pozbawiona 

umiejętności współczucia, mamy trochę litości. - W słowach Dentona słychać było pewien sar-

kazm. - Zdajemy sobie sprawę, że decyzja o porzuceniu myśli o ślubie z ukochanym chłopcem 

będzie dla pani trudna, i jesteśmy skłonni wynagrodzić to. Możemy pani ofiarować prezent pod 

postacią... powiedzmy... stu tysięcy dolarów.

Dziewczynie zaparło dech w piersiach. Sto tysięcy dolarów za niezrobienie czegoś, co i tak 

nie miała zamiaru zrobić. Sto tysięcy! Ale z drugiej strony ta suma była tylko kroplą w wiadrze 

wody,  gdy  porównać  ją  z  dziesięcioma  milionami...  które  spoczywały  na  koncie  Robbie'ego. 

Przyszło jej jednak również do głowy, że to zaledwie jedna trzecia sumy, jaka była potrzebna na 

kurację matki.  Co  jednak  się  stanie,  pomyślała,  jeśli  ona  odmówi?  Ta  nowa myśl  sprawiła, że 

Terri

zaczęła kalkulować.  Być może  dotychczas  rozgrywała  swoje karty właściwie...  Zamrugała 

więc gwałtownie powiekami w nadziei, że wydusi z oczu parę łez.

- Nie  mogę wprost  w  to  uwierzyć. Proponuje  mi  pan,  abym zrezygnowała  z  Robbie'ego... 

zapomniała o tym, co nas łączy... i to wszystko za jakieś tam pieniądze? - Dziewczyna w geście 

niby zaskoczenia zakryła usta dłonią i pokręciła głową. - Nie mogłabym... nie mogę tego zrobić! 

- Wyglądało na to, jakby dławiła się łzami.

Mark  Denton  nie  dał  się  jednak  zwieść  pozorom.  Ta  kobieta  wydawała  się  być 

profesjonalistką nie tylko w zakresie tańca. A niech ją wszyscy diabli. To święta prawda, że nie 

można  oceniać  książki  po  okładce.  A  tutaj  okładka  była  wyjątkowo  atrakcyjna,  sprawiała 

niewinne,  piękne  wrażenie  i  na  to  wszystko  Robbie  dał  się  nabrać.  Ale  nie  tylko  Robbie. 

background image

Przecież i on, o dziesięć lat starszy i znacznie bardziej doświadczony, też był gotów ulec urokom 

tej  dziewczyny.  Tymczasem  była  ona  bez  żadnych  wątpliwości  przewrotną  istotą.  Z  czego 

wynikało, że rację miał jednak wujek Jasper. Tylko twarda gotówka będzie w stanie tę pijawkę 

oderwać od naiwnego chłopaka. Pytanie tylko, jaka gotówka?

Udało  się,  naprawdę  się  udało!  Być  może  był  to  wspólny  efekt  modlitwy  i  wywoływania 

pozytywnych  obrazów  w  myślach.  Dzięki  ci,  Panie  Boże!  Dziękuję  ci  również,  Angie.  W 

kieszeni miała co prawda nie gotówkę, ale czek na czterysta tysięcy dolarów, pozwoli to jednak 

opłacić nie tylko zabieg chirurgiczny, ale też pobyt matki i ciotki w Seattle, a nawet, być może, 

półroczną potem rehabilitację.

Terri poczuła ulgę. Zdjęto jej ogromny ciężar z ramion. Stało się to jakby cudem! A raczej 

cudownym  zbiegiem  okoliczności.  Gdyby  nie  tańczyła,  zastępując  matkę,  gdyby  nie  spotkała 

Robbie'ego...  Jej  osobisty  wkład  w  ten  „cud"  był  jednak  bardzo  skromny.  Tylko  jedno  małe 

kłamstewko, a właściwie przemilczenie prawdy. Jedno sobie wszakże przysięgła, mianowicie, że 

zwróci  całe  czterysta  tysięcy.  Do  ostatniego  centa.  Była  to  wprawdzie  suma  ogromna,  ale 

przecież ludzie spłacają kupione na raty domy, mieszkania, samochody. Być może, iż będzie to 

robić do ostatnich dni swojego życia, ale takie jest jej postanowienie. Zwrot wszystkiego i to jak 

najszybciej. Pierwszą ratę wyśle, gdy tylko mama poczuje się lepiej.

Nie  zwlekając,  zaczęła  wszystko  załatwiać.  Następnego  dnia  zwolniła  się  z  pracy  i 

zdeponowała  czek  w  banku.  Chodziło  jej  między  innymi  o  to,  aby  rodzina  Robbie'ego  nie 

zamroziła jej dostępu do gotówki z jakiejś zwariowanej przyczyny... na przykład, żeby wydobyć 

z  niego  prawdę.  Terri  wiedziała  jednak,  że  nikt  nie  powie  chłopakowi,  co  się  stało,  bowiem 

Denton nie tylko wymógł na niej, że nie weźmie ślubu z Robbie'em, ale również, że nie powie 

mu, iż on, jego wujek, spotkał się z nią kiedykolwiek. 

Denton. Mark Denton.  Gdy się tylko przedstawił,  to nazwisko wydało się jej skądś znane.

Teraz  przypomniała  sobie,  skąd Mark  Denton.  Od  jego  felietonu  zaczynała  czytać  codziennie 

„The  Chronicie".  Pisywał  na  wszelkie  tematy.  O  polityce,  gospodarce,  wydarzeniach  między 

ludźmi.  Zawsze,  w  jej  przekonaniu,  trafiał  w  sedno  sprawy  i  przedstawiał  ją bezstronnie.  W 

krótkim czasie nabrała respektu dla jego sposobu myślenia i pisania.

Ale  poprzedniego  wieczoru  musiała  zmienić  o  nim  zdanie.  Teraz  wiedziała,  kim  on  jest 

naprawdę.  Upartym  arogantem,  narzucającym  innym  swoje  zdanie,  zarozumiałym  draniem,

który manipulował ludźmi, używając zgrabnych słówek. I pieniędzy!

background image

Terri  czuła  się  bardzo  rozczarowana.  A  przecież,  trzeźwo  myśląc,  nie  było  właściwie 

powodu. Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Odpędziła więc od siebie gorycz tamtego 

przeżycia  i  zajęła  się  bez  reszty  sprawami  matki.  Poprosiła  doktora,  żeby  natychmiast 

zarezerwował miejsce w szpitalu w Seattle. Znacznie trudniej było wyjaśnić matce i ciotce Meg, 

jakim cudem nastąpiła taka nagła zmiana ich sytuacji.

- Mam już pieniądze - powiedziała. - Jest to pożyczka od pana Jaspera Goodricha.

Ciotka Meg klasnęła rozradowana w ręce i była przekonana, że stało się to z pomocą Bożą. 

Natomiast matka okazała się znacznie bardziej podejrzliwa.

- Nikt przy zdrowych zmysłach nie mógłby pożyczyć ci tak ogromnej sumy.

- Ja  również  byłam  zdumiona.  Ale  ten  pan  jest  filantropem  i  po  prostu  sprawia  mu 

przyjemność, gdy osobiście może pomóc człowiekowi, który jest w potrzebie.

- I  ja  się  właśnie  mu  napatoczyłam.  Ot  tak,  spadłam  z  jasnego  nieba.  - W  głosie  matki 

wyczuwało się wyraźną ironię.

Wyszła  już  ze  szpitala, była trochę  blada, ale  nikt  nie mógłby przypuszczać,  że  właściwie 

tak niedawno leżała w jakimś sensie na łożu śmierci, nie mając żadnych szans na pomoc. Teraz 

czekał ją przeszczep szpiku kostnego w szpitalu w Seattle.

- W  dużej  mierze  jest  to  również  zasługą  szpitala,  mamo.  Jasper  Goodrich  właśnie  od 

lekarzy usłyszał o twoim  przypadku i oni skontaktowali go ze mną. Pamiętaj o tym jednak, że 

jest  to  pożyczka,  a  nie  darowizna.  Goodrich  jest  ponadto  na  tyle  wspaniałomyślny,  że  swoim 

dłużnikom  pozwala  na ustalanie  terminów  spłaty  zobowiązania.  - Terri  mówiła  to  wszystko  z 

takim przekonaniem w głosie, że matka dała wreszcie wiarę jej słowom.

- Jednym  słowem  wspaniały  człowiek  - powiedziała starsza  pani Thompson.  - Prześlę mu 

liścik z podziękowaniami.

- Zrób to - odparła Terri. - Wyślę go w twoim imieniu.

- Było to jeszcze jedno kłamstwo. Ale tak się przecież na ogół dzieje, że jedno minięcie się z 

prawdą pociąga za sobą następne.

Terri,  gdy znalazła  się  znowu  w  biurze,  powiedziała Angie  to  samo,  co  matce  i  tak  samo 

mijając się z prawdą. Koleżanka nie była jednak zaskoczona.

- Tak się zwykle dzieje - powiedziała z przekonaniem.

background image

- Stajesz  przed  wielkim  problemem,  tak  wielkim,  że  wydaje  ci  się  wprost  niemożliwy  do 

rozwiązania. W rzeczywistości owo rozwiązanie już istnieje, należy je tylko przywołać. Tak jak 

się czyni z rozmaitymi dokumentami za pomocą komputera.

Terri pokręciła głową z powątpiewaniem i powiedziała:

- Nie  wyglądasz,  kochanie,  jakbyś  przybyła  do  nas  z  jakiejś  odległej  planety,  a  jednak 

czasami myślę, że...

- Ale  moje  przewidywania  spełniły  się...  czy  nie  mam  racji?  Po  prostu,  gdy  stajesz  przed 

jakimś  dylematem,  zapytaj  tego  komputera,  a  będziesz  miała  odpowiedź.  - Angie  stuknęła  się 

przy tym wymownie w głowę.

- Może masz rację - powiedziała Terri i popatrzyła na swoje biurko, pełne nie załatwionych 

spraw, które musiała na jakiś czas odłożyć, bo przecież sprawa matki była najpilniejsza. Wśród 

listów  były prośby  o udzielenie pożyczek na  księgarnię,  na  szkołę  tańca,  fabryczkę porcelany. 

Chodziło  w  każdym  wypadku  o  niewielki  biznes.  Przedsiębiorcy  walczyli  z  trudnościami  i 

potrzebowali  wsparcia  w  gotówce,  a  jej  zadaniem  było  zaopiniowanie  tych  podań.  - Popatrz, 

Angie,  na  te  listy  leżące  na  moim  biurku.  Ludzie,  którzy  je  napisali,  potrzebują  pieniędzy  i 

stosowanie twojej metody nic by im nie dało!

- Ale tobie dało i mama jest w drodze do Seattle, czy nie mam racji?

Terri  skinęła  głową,  ale  nadal  z  powątpiewaniem.  Jej  praktyczny  umysł  wciąż  nie  mógł 

zrozumieć,  w  jaki  to  cudowny  sposób  zdarzyło  się,  że  w  jej  kieszeni  było  czterysta  tysięcy 

dolarów.

Angie  natomiast  nie  miała  najmniejszych  wątpliwości  co  do  swej  metody.  Przysiadła  na 

krawędzi biurka Terri i z miną pewną siebie powiedziała:

- Posłuchaj, co ci powiem. Wiesz doskonale, jak miałam już dość tego ciasnego mieszkanka 

przy  Beacon  Street?  Wpisałam  więc  w  mój  komputer  to,  co  było  mi  potrzebne.  - Angie 

przeczesała  przy  tym  palcami  swoją  gładką  fryzurę.  - Przy  mojej  metodzie,  jak  ci  mówiłam, 

trzeba  być precyzyjnym  i  zdawać  sobie  dokładnie  sprawę  z  tego,  co  jest  nam  potrzebne.  Otóż 

pomyślałam,  że  chciałabym  mieć  jeden  z  tych  dużych  apartamentów  przy  Costal  Green, 

naprzeciw  parku,  gdzie  puszczają  latawce  i  opalają  się  na  słońcu.  Jest  to  również  w  pobliżu 

przystani jachtowej, gdzie w każdej chwili możesz natknąć się na bogatego kawalera...

- I  gdzie  czynsz  jest  dla  ciebie  za  wysoki,  a  także  kaucja  przekracza  twoje  możliwości  -

Terri dokończyła myśl za przyjaciółkę.

background image

- Tak myślisz? No to posłuchaj. Marge Sims, ta z księgowości, zerwała właśnie ze swoim 

facetem i w rezultacie nie jest w stanie płacić czynszu za swój apartament. Zgadnij, gdzie on się 

znajduje? Tak jest! Przy Costal Green. Dziewczyna zabiera swe pęknięte serce do Los Angeles i 

szuka kogoś, kto przejmie jej mieszkanie... bez wpłaty kaucji! Czy zatem może się spełnić to, co 

zaprogramowałam?

- Chyba tak. Ale czy czynsz nie jest przypadkiem zbyt wysoki jak na twoje możliwości?

- Właśnie  pracuję  nad  tym.  - Angie  zamknęła  oczy,  jakby  stosując  swą  metodę  i  zaczęła 

mruczeć: - Potrzebna mi miła, zgodna towarzyszka do mieszkania, aby dzielić ze mną wszelkie 

opłaty... a także taka, która nie będzie obnaszać mojej garderoby ani podrywać moich facetów, 

która...  - Nagle  Angie  otworzyła  oczy  i  popatrzyła  na  koleżankę.  - Przecież  to  ty,  wypisz 

wymaluj. Jesteś za drobna, żeby chodzić w moich szmatkach i zbyt uczciwa, żeby wtrącać się do 

moich męskich znajomości. Co myślisz na ten temat, Terri?

- Trudno mi odpowiedzieć na gorąco - odparła zaskoczona dziewczyna.

- Terri.  Przecież  to również  doskonałe rozwiązanie dla ciebie. Mama będzie w  Seattle pół 

roku, a może dłużej. A w nowym mieszkaniu jest jeszcze trzecia sypialnia. Będzie w niej mogła 

wspaniale powrócić do zdrowia. Koszty nadal dzieliłybyśmy po połowie.

Nie był to  zły pomysł,  zdecydowała  Terri. Czynsz  co prawda będzie nieco wyższy niż  jej 

obecny za dwie sypialnie, ale różnica nie jest chyba szokująca. A poza tym chwila była bardzo 

odpowiednia na przeprowadzkę. W ten sposób Robbie zgubi jej ślad, a bardzo by tego pragnęła. 

Nie  znał  przecież  jej  prawdziwego  nazwiska,  a  teraz,  na  dodatek,  nie  znałby  także  adresu. 

Podejrzewała, że Robbie bardzo by to przeżył, gdyby się o wszystkim dowiedział i nie chciała 

mu  robić  przykrości.  Natomiast  to,  co  pomyśli  sobie  ten  jego  nadęty wujek,  niewiele  ją 

obchodziło. Choć była mu bardzo wdzięczna za to, że dostarczył jej ową okrągłą sumkę.

Marka  pieniądze  nie  interesowały.  Jasper  Goodrich  miał  ich  mnóstwo.  I  jeśli  chciał  ich 

używać jako pałki policyjnej, żeby poganiać ludzi w tę czy inną stronę... to jego sprawa! Marka 

natomiast zawsze zdumiewało, jak łatwo było kierować ludźmi za pomocą pieniędzy. Chociażby 

ta  dziewczyna  z  baru  u  Spike'a.  Nie  wyglądała  na  to,  że  głoduje  albo  że  czegoś  jej  ogromnie 

potrzeba. Co więcej, na twarzy miała wymalowane to, co Mark pamiętał z jakiegoś starego wier-

szyka... niewinność, dobroć, poczucie przyzwoitości. Dostrzegł to, gdy patrzyła na innych gości 

w barze i gdy spoglądała na niego, tłumacząc się z zamówionego szampana.

background image

Do  diabła,  pomyślał.  Zdawał  sobie  sprawę,  że  jeszcze  nie  przeszło  mu  zauroczenie  tą 

dziewczyną.  Jakby  nie  był  faktem  błysk  chciwości,  który  pojawił  się  w  jej  oczach,  gdy  tylko 

wspomniał  o  pieniądzach.  W  ten  sposób  obnażył  się  jej  prawdziwy  charakter.  Dobrze,  że  był 

bardziej doświadczony w ocenianiu ludzi niż Robbie.

Młody,  naiwny,  łatwowierny,  niedoświadczony...  i  nieodporny  na  zranienia.  Ten  chłopak 

nigdy już nie dowie się, jaka Terri jest naprawdę. On zna ją na tyle tylko, na ile ona sama dała 

się  poznać.  Kiedy  uświadomi  sobie,  że  zaręczyny  zostały  zerwane,  na  pewno  będzie  głęboko 

zraniony.  Mark  nie  wiedział,  co  on  sam  powinien  teraz  zrobić.  Czy powiedzieć  Robbie'emu o 

wszystkim, żeby zmniejszyć rozczarowanie chłopaka? Z dobroci serca postanowił powitać go na 

lotnisku.

Robbie był wyraźnie zaskoczony pojawieniem się kuzyna.

- Co cię, u licha, tu sprowadza? - zapytał, uśmiechając się szeroko.

- Miałem w pobliżu sprawę do załatwienia i pomyślałem sobie, że przy okazji podwiozę do 

miasta mego ulubionego siostrzeńca.

- A  więc  jestem  wciąż  szczęściarzem.  -  Robbie  przyjął  wytłumaczenie  bez  zastrzeżeń, 

zarzucił torbę podróżną na ramię i zrównał krok z Markiem.

- Mówisz  o  szczęściu,  więc,  jak  rozumiem,  wygrałeś  debatę  w  studenckim  klubie 

dyskusyjnym - powiedział Mark, mając nadzieję, że to właśnie było powodem dobrego nastroju 

siostrzeńca, a nie wiara w rychłe zobaczenie się z panną Divine.

- Zgadza się - odparł Robbie z wyraźną dumą w głosie. - Masz do czynienia z mistrzem, na 

dodatek mistrzowskiego  zespołu. - Chłopak był pełen entuzjazmu  i opowiadał ze szczegółami, 

jak  jego  partnerzy  i  przeciwnicy  przerzucali  się  argumentami  i  jak  jego  strona  ostatecznie 

wyeliminowała wszystkich z placu boju.

- Okay  - stwierdził  Mark. - Przypuszczam, że zdajesz sobie sprawę, iż  ode mnie przejąłeś 

siłę argumentacji?

- Wiem, i co więcej: wiem również, że w podejściu do kobiet zaczynam iść twoimi śladami.

- Czyżby? - Mark pytająco zawiesił głos i pomyślał, że usłyszy teraz kilka słów o wspaniałej 

Deedee Divine.

- Tak  jest!  - rzucił  Robbie  z  przekonaniem,  jednocześnie  upychając  torbę  podróżną  w 

bagażniku samochodu. - W zespole uniwersytetu z Yale była wspaniała blondynka, najlepsza ze 

wszystkich dziewczyn. Chłopcy uganiali się za nią jak szaleni. Ale ja zapamiętałem sobie twoją

background image

technikę,  Mark.  Udawałem,  że  na  mnie  nie  robi  wrażenia.  - Zaśmiał  się  w  tym  momencie  i 

rozsiadł  na  miejscu  pasażera.  - Technika  ta  szybko  się  sprawdziła.  W  krótkim  czasie  to  ona 

goniła za mną.

Wyobraź sobie, że bez trudu namówiłem ją, żeby przyjechała do mnie na Florydę w czasie 

wiosennej przerwy w wykładach.

- Rozumiem - powiedział Mark, który jednak niczego nie rozumiał. Omal nie zapytał: „A co 

z  Deedee  Divine?".  Na  szczęście  w  porę  przypomniał  sobie,  że  przecież  nic  na  temat  tej 

dziewczyny nie wie. Mruknął więc tylko: - W czasie wiosennej przerwy, czy tak? - i pomyślał, 

że  może  Robbie  nabiera  cech  playboya. Widać  Jasper  trzymał  go  w  garści  zbyt  twardo  i  zbyt 

długo.

- Zgadza  się,  na  wiosnę.  A  w  ogóle  nie  jest  wykluczone,  że  namówię  tę  dziewczynę  do 

przeniesienia się do Berkeley.

- Masz więc ciekawe plany - powiedział Mark, ale w duchu zastanawiał się, skąd tak wielki 

entuzjazm  Robbie'ego  dla  blondynki  i  ani  słowa  o  Deedee?  - Powiedz  mi  jednak...  czy  na 

przykład  twoje  wakacyjne  plany  na  Florydzie,  nie  będą  się  kłóciły...  no,  jeśli  tak  można 

powiedzieć, z innymi twoimi towarzyskimi zobowiązaniami...?

- Do  diabła,  nie.  Ale  powiem  ci,  że  to  kolejny  dowód  mojego  szczęścia.  Układało  mi  się 

nieźle z tą małą tancereczką z baru Spike'a. To znaczy, szczerze mówiąc, mnie się tak wydawało. 

Byłem  przekonany,  że  ona  to  samo  czuje  do  mnie,  co  ja  do  niej.  I  nagle,  tuż  przed  moim 

wyjazdem, odtrąciła mnie krótko i węzłowato! Byłem wściekły jak wszyscy diabli.

- Odrzuciła  cię?  Tuż  przed  twoim  wyjazdem?  - Mark  udawał  zaskoczonego,  a  może  był 

naprawdę zaskoczony.

- Dokładnie tak.  Przepędziła  mnie. A przecież przez  dłuższy czas było  nam  wspaniale. W 

pewnej  chwili  ofiarowałem  jej  pierścionek  zaręczynowy  z  dużym  brylantem  i  wtedy  ona 

zachowała  się  jak  jakaś  stara,  rozsądna  kobieta.  Powiedziała  mi,  że  jestem  za  młody,  żeby 

podejmować takie decyzje, że powinienem jeszcze dużo się nauczyć, poznać wiele kobiet i takie 

tam bzdury. Człowieku, myślałem, że oszaleję. Ale wiesz, co ci powiem, Mark? Do diabła, ona 

miała rację. Okropnie bym się poczuł, gdybym miał związane ręce, poznając Debbie... Tak się 

nazywa ta moja blondynka z Yale. Czy myślisz, że wypadnie to głupio, jeśli poślę jej bransoletkę 

z brylantami?

background image

Ale Mark nie słuchał. Był zaskoczony, że Terri zdecydowanie odtrąciła Robbie'ego, jeszcze 

przed  jego  wyjazdem  na  Wschodnie  Wybrzeże.  Nie  zanosiło  się  więc  na  żadne  małżeństwo, 

które on miał uniemożliwić za drobne czterysta tysięcy dolarów!

Cholera  jasna.  Wygląda  na  to,  że  będzie  musiał  przeprowadzić  jeszcze  jedną  rozmowę  z 

panną Deedee Divine!

ROZDZIAŁ TRZECI

Mark  podwiózł  Robbie'ego  do  mieszkania  i  szybko  odjechał.  Nie  mógł  opanować 

wewnętrznego wzburzenia.

Ta zakłamana suka wycyganiła od niego czterysta tysięcy dolarów! Ściślej mówiąc, nie od 

niego, lecz od  Jaspera. Dlatego on sam, Mark Denton,  nie mógł polecić bankowi wstrzymania 

wypłacenia  tej  sumy.  Czek  i  konto  należały  do  Goodricha.  Zresztą  było  już  za  późno  na  to. 

Kiedy  dał  jej  czek?  Sześć  dni  temu?  Do  diabła!  Ona  przecież  na  pewno  zrealizowała  już  ten 

czek.

Zatrzymał wóz z piskiem opon, pod czerwonym światłem, i z wściekłością walnął pięścią w 

kierownicę. Musi ją odnaleźć, i zacznie od Spike'a. Oczywiście nie sądził, żeby tam jeszcze była. 

Przypuszczalnie korzysta teraz z kąpieli słonecznych w jakimś luksusowym ośrodku na Francu-

skiej Riwierze lub płynie statkiem po Karaibach, a wszystko na poziomie zgodnym oczywiście z 

wielkością zagrabionej sumy.

Gdziekolwiek jesteś, pomyślał Mark, znajdę cię, przysięgam. A bar Spike'a jest miejscem, 

od którego należy zacząć.

Bogu  dzięki,  był  to  już  ostatni  jej  wieczór  u  Spike'a,  pomyślała  Terri,  poprawiając  swój 

sceniczny kostium. Długie wieczory na estradzie, po długich dniach za biurkiem, zaczynały być 

dla niej zbyt dużym ciężarem. A na dodatek zmieniała jeszcze miejsce zamieszkania, no i cały 

czas martwiła się o matkę. Tego wieczoru była w wyjątkowo ponurym nastroju. Może zbyt dużo 

nadziei wiązała z przeszczepem szpiku kostnego? Ta operacja, jak mówił doktor, była wciąż w 

fazie eksperymentalnej i niektórym pacjentom ów zabieg nie pomagał.

Dziewczyna  starała  się  jednak  wyrwać  ze  stanu  przygnębienia.  Przecież  wszystko 

przebiegało  szczęśliwie.  Matka  i  ciotka  Meg  przeszły  dobrze  przez  wszystkie  testy.  Trans-

plantacja nastąpi jutro. Dla Terri był to ostatni wieczór u Spike'a i jutro będzie mogła polecieć 

background image

samolotem do matki, by spędzić z nią cały weekend. Dziewczyna zamknęła oczy i wyobraziła 

sobie,  że  stoi  naprzeciw  doktora,  który  jej  mówi:  „Wspaniały  sukces.  Żadnych  komplikacji. 

Wszystko wskazuje na to, że pani matka w pełni wróci do zdrowia".

Terri  z  tą  myślą  i  ze  szczęśliwym  uśmiechem  na  twarzy  weszła  na  estradę  i  rozpoczęła 

taniec. Po zakończonym występie przebrała się i powróciła na salę, aby towarzyszyć klientom. I 

nagle natknęła się na Marka Dentona.

- Nadal na starym miejscu, jak widzę? Co za szczęśliwy zbieg okoliczności - wycedził przez 

zaciśnięte zęby. - Jak mi się wydaje, mamy jeszcze coś do przedyskutowania ze sobą.

- Tak pan sądzi? - Terri z trudem przełknęła ślinę. - Nie bardzo wiem, o co chodzi?

Ale mężczyzna nie miał wątpliwości. Pochwycił ją mocno za łokieć, popchnął w kierunku 

pustej loży i nieomal siłą usadowił za stolikiem.

- Oszukałaś  mnie,  nie  mylę  się?  - Powiedział  to  cichym  głosem,  ale  jego  wzrok  miotał 

pioruny.

A  więc  wiedział  już  wszystko,  pomyślała  Terri.  Robbie  opowiedział  mu  wszystko  ze 

szczegółami i Mark zjawił się, żeby odebrać pieniądze. Ale nie mogła mu oddać, bo opłaciła już 

z  tych  pieniędzy  zabieg  chirurgiczny  matki.  Była  zadowolona,  że  on  nie  wie,  na  co  dolary 

zostały wydane.

- Poczęstowałaś mnie stekiem kłamstw, nie zaprzeczysz? Terri pokręciła przecząco głową, 

ale nie mogła wydobyć z siebie głosu.

- Nie okłamuj mnie jeszcze raz. I nie pokazuj mi tego niewinnego buziaczka. Wiem, co się 

za  tym  kryje.  Kłamstwa,  oszukaństwa,  machlojki...  Wynoś  się!  - Terri  podskoczyła  przy  tych 

ostatnich słowach, ale były one skierowane do Vashti. - I zabieraj to cholerne świństwo ze sobą -

dodał  i  pchnął  z  całej  siły  kubełek  z  szampanem  tak,  że  ten  omal  nie  spadł  ze  stolika.  Vashti 

pochwyciła go oburącz w ostatniej chwili, rzuciła gościowi piorunujące spojrzenie i znikła.

Ten  moment  wystarczył, żeby  Terri  odzyskała  panowanie  nad  sobą.  Nie  da  się  zastraszyć 

temu rozrabiace. Zarozumiałemu i aroganckiemu! Nie szukała go przecież wówczas. Sam do niej 

przyszedł. Nie prosiła go również o nic. To on wystąpił z ofertą.

- Mylisz się. Nie okłamałam cię - powiedziała, odzyskując głos i też przechodząc na „ty".

- Dobre sobie, a co znaczyły te łzy w oczach, opowieści o tym, co działo się między wami?

- Sam to wymyśliłeś, ja niczego nie mówiłam...

background image

- Jesteś pewna? A kto wspominał gęsią skórkę na  całym  ciele, wzajemne  zauroczenie, kto 

mówił o tym, że nie należy sprzeciwiać się matce naturze?

- To  ty  powiedziałeś  wtedy,  że  nie  są  to  oznaki  głębokiego  uczucia.  - Terri  niemal 

roześmiała się w tym momencie. Mężczyzna zapewne pamiętał, że tak właśnie powiedział.

- Panno Divine, to nie jest zabawa. Wyciągnęłaś ode mnie wielką sumę pieniędzy. Grożą za 

to  konsekwencje  prawne,  z  wyrokiem  skazującym  na  więzienie  włącznie.  Ale  mogę  być 

oczywiście wyrozumiały. Powinnaś zwrócić zagrabioną sumę.

- Nie mogę tego zrobić... - zamilkła w pół zdania. Zadała sobie w myślach pytanie, czy on 

może  wyśledzić,  co  się  stało  z  dolarami,  czy  może  wstrzymać  wypłatę  pieniędzy  doktorowi? 

Oszalała  chyba?  Jakże  to  było  możliwe,  gdy  wszystko  dotyczyło  innych  nazwisk  i  doktora  z 

Seattle? Mama była bezpieczna! Jutro przeszczep będzie wykonany. Nic już nie powstrzyma tej 

operacji.  I  ona  nie  pozwoli  zastraszyć  się  temu  mężczyźnie!  - Ja  nie  oszukałam  ciebie...  nie 

szukałam  z  tobą  kontaktu,  nie  prosiłam  cię  ani  o  jednego  centa.  Ty  sam  zaproponowałeś  mi 

pieniądze, z własnej nieprzymuszonej woli. W zamian za wyświadczenie ci przysługi.

- Za zerwanie zaręczyn, których w ogóle nie było.

- Myślę,  że  suma  została  wypłacona  - Terri  oświadczyła  z  całą  powagą  - w  zamian  za 

obietnicę, że nie poślubię Roberta Goodricha. I ja dotrzymam tej obietnicy.

- Przecież nie miałaś w ogóle zamiaru wyjść za niego za mąż!

- Ta ewentualność nie była rozpatrywana.

- Rzeczywiście  nie  była.  - Mark  uderzył  otwartą  dłonią  w  stolik.  - A  to  dlatego,  że  z 

rozmysłem utwierdziłaś mnie w przekonaniu, że ślub jest już ustalony.

- Mylisz się. To ty podniosłeś temat małżeństwa, to ty plotłeś, że Robbie jest na to za młody 

i że  rodzina  jest temu  przeciwna. Ty naciskałeś,  że  sprawę trzeba  rozważyć w  rozsądniejszym 

gronie, i dodałeś, że współczucie nie jest obce twojej rodzinie i że jesteście skłonni wynagrodzić 

mi moją stratę.

- Twoją stratę! W postaci zauroczenia i gęsiej skórki na całym ciele?

Terri wzruszyła ramionami.

- Cokolwiek to było. W każdym razie ty zaproponowałeś odszkodowanie.

- Byłem na tyle głupi, że zaproponowałem sto tysięcy dolarów.

- Niemniej to właśnie ty zaproponowałeś pieniądze, a nie ja...

background image

- A  czy  nie  ty  odegrałaś  ze  znawstwem  scenkę,  z  której  wynikał  wniosek,  że  cokolwiek 

dzieje się między tobą i Robbim to nie jest na sprzedaż?

- I tak też było!

- Oczywiście. Ale tylko do czasu, aż cena doszła do pół miliona.

- Czterystu tysięcy.

- W zamian za nic!

- Za moją obietnicę, że nie wezmę z nim ślubu.

- Ale przecież od początku nie miałaś takiego zamiaru.

- To jednak nie miało nic wspólnego z naszym porozumieniem. Ja obiecałam, ty zapłaciłeś. 

Dotrzymuję obietnicy i zatrzymuję odszkodowanie.

- Posłuchaj, szanowna pani... używam tego określenia raczej symbolicznie... jeśli myślisz, że 

pozwolimy  ci  urwać  się  z  połówką  miliona  dolarów  zdobytych  oszukaństwem,  to  się  grubo 

mylisz! - Po tych słowach Mark wstał, pochylił się nad stolikiem, zajrzał jej głęboko w oczy. -

Albo  zwrócisz  całą  sumę,  a  przynajmniej  większą  jej  część,  albo  zobaczymy  się  niebawem  w 

sądzie. I to bardzo szybko!

Terri,  gdy  mężczyzna  zniknął,  siedziała  przez  chwilę  bez  ruchu.  Była  przerażona.  Jego 

ostatnie  słowa,  wypowiedziane  zachrypniętym  szeptem,  nie  były  tylko  pogróżką.  Czy  dopro-

wadzi do jej aresztowania, czy w ogóle może to uczynić?

- Co z tym gościem w gorącej wodzie kąpanym? - zapytała Vashti z wyrazem współczucia 

na  twarzy, balansując  tacą  obciążoną  drinkami.  - Nie  przejmuj  się,  w  naszej  budzie  pełno  jest 

kopniętych facetów. Już czas na ciebie. Wychodź, dziecino, na estradę.

Terri  wstała,  ale  nogi  miała  ciężkie  jak  z  ołowiu.  Czuła  się  w  jakimś  stopniu  winna. 

Wyciągnęła jednak od  niego te  czterysta tysięcy  dolarów... Ale przecież  miała zamiar zwrócić 

wszystko, do ostatniego centa. I chciała zacząć spłatę już niedługo... Po sekundzie zastanowienia 

dziewczyna  sama  ostro  się  skrytykowała.  Przestań  żartować,  pomyślała.  Czterysta  tysięcy 

dolarów? Nie zwrócisz ich do końca życia. Czy wobec tego powinna wstrzymać operację matki i 

oddać pieniądze?

Nie! Po stokroć nie! Nawet gdyby to było możliwe. Mama musi mieć swoją szansę. Terri 

była  zadowolona,  że  zdobyła  pieniądze,  niezależnie  od  tego,  jaką  drogą.  Niezależnie  od 

konsekwencji.

Poprawiła swój kostium i wyszła na estradę.

background image

- Powtórzmy,  dla  jasności,  jeszcze  raz.  -  Nate  Collins,  bystry  i  wzięty  prawnik,  który  był 

bliskim przyjacielem Marka od początku szkoły podstawowej, spojrzał na niego znad okularów. 

- Podejmę czterysta tysięcy dolarów z twojego rachunku w banku i przekażę je na konto Jaspera 

Goodricha z adnotacją, że suma ta została odzyskana od panny Deedee Divine, która wyłudziła 

te pieniądze dzięki oszustwu.

Mark skinął potakująco głową.

- Coś w tym rodzaju. Wiesz przecież, jak się takie sprawy załatwia.

Jasper  może  być  głupkiem,  jeśli  chodzi  o  podejście  do  pieniędzy,  ale  nie  można  było 

pozbawiać  go  takiej  sumy, skoro  to  on,  Mark,  został  oszukany.  Będzie  musiał  wytłumaczyć 

jeszcze wujowi, że Robbie nie znajdował się w tak kłopotliwej sytuacji, jak im się wydawało i że 

on, Mark, zmusił kobietę do zwrócenia pieniędzy.

- Rozumiem - mruknął Nate i dorzucił: - I ta cholerna suma będzie potem ściągnięta z konta 

wyżej wzmiankowanej panny Divine?

- Jak  najbardziej.  Z  tym  wszakże,  iż  cała  operacja  musi  być  przeprowadzona  delikatnie, 

dyskretnie, żeby nie wywoływać szumu wokół osoby Jaspera Goodricha.

- To  również  rozumiem,  jednak  nie  bardzo  wiem,  jak  ma  być  zachowana  owa  dyskrecja? 

Ale przejdźmy do konkretów. Jak rozumiem, zawarłeś jakiś kontrakt z tą kobietą?

- Kontrakt?

- No tak. Pisemne porozumienie, ustalające zasady umowy między wami.

- Nie, nie. Nic na piśmie. My po prostu...

- A więc jest to ustne porozumienie, które również może być prawnym zobowiązaniem.

- No właśnie. Ona zobowiązała się, że nie wyjdzie za mąż za Robbie'ego, a ja, że wręczę jej 

czek  na  czterysta  tysięcy  dolarów...  Zaczekaj  chwilkę.  Jest  coś  na  piśmie.  Przecież  czek  jest 

materialnym dowodem, czarno na białym. On przecież dowodzi czegoś.

- Jeśli w całej tej umowie był z jej strony zamiar oszustwa... - Prawnik sięgnął po jeden ze 

swoich ciężkich foliałów. - W  tym tomie znajduje się opis sprawy jako pewnego precedensu... 

Oszust został wtrącony do więzienia, za to, że...

- Nie,  nie.  Zaczekaj  - powiedział  Mark  w  pośpiechu,  oczami  wyobraźni  widząc  już  tę 

niewinnie wyglądającą dziewczynę, z kuszącymi błękitnymi oczami, wtrąconą za

kratki razem z różnymi włóczęgami. Z trudem wyzwalając się z ponownie ogarniającego go 

uczucia  litości,  dodał:  - Niech  to  wszyscy  diabli...  Co  mnie  to  da,  jeśli  ona  znajdzie  się  w 

background image

więzieniu? Ja chcę dostać z powrotem moje pieniądze! Powiedz jej, że jeśli ich nie zwróci, to... 

to ją publicznie zdemaskujemy!

- Żartujesz  chyba.  Z  moich  prawniczych  doświadczeń  wynika,  że  kobiety  tego  typu  lubią 

reklamę,  wysoko  ją  sobie  cenią,  nawet  gdy  ma  skandaliczny  posmaczek.  Taki  rozgłos  często 

przyczynia się do rozwoju ich kariery.

Mark patrzył na przyjaciela wyraźnie przygnębiony.

- Rozumiem,  co  chcesz  powiedzieć.  Jeśli  o  mnie  chodzi,  to  nie  życzę  sobie  żadnego 

rozgłosu. Dobrze, że poruszyliśmy ten temat, bo w porozumieniu między mną i tą dziewczyną 

jest jeszcze jeden szczegół. Ona ma się wstrzymać przed nadawaniem sprawie rozgłosu. Wujek 

Jasper szczególnie naciska, żeby cała sprawa została utrzymana w tajemnicy.

- Ach tak? - powiedział z ironią Nate i zdjął z nosa okulary. - Nie chcesz, aby wtrącać ją do 

więzienia, chcesz również  uniknąć wszelkiego gadulstwa  na ten temat. Stawia to  nas  w trochę 

kłopotliwym położeniu. Mam tylko nadzieję, że nie zaproponujesz niebawem, żeby zatrzymała 

te pieniądze.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Mężczyzna w krzykliwej kraciastej marynarce podszedł do niej, gdy tylko pojawiła się we 

wtorek wieczorem u Spike'a.

- Pani jest Deedee Divine? - zapytał.

- Zgadza  się  - potwierdziła  Terri.  Nie  był  to  pierwszy  facet,  który  przypuszczalnie  chciał 

zaproponować  jej  jakiś  kontrakt  taneczny,  jednorazowy  lub  nawet  na  dłuższy  termin.  - W  tej 

chwili, proszę wybaczyć, ale nie przyjmuję już żadnych nowych propozycji.

Odniosła wrażenie, że ubawiła go.

- Tę bez wątpienia pani przyjmie - powiedział i wetknął jej w rękę jakąś kopertę.

Gdy  drzwi  zamknęły  się  za  nim,  Terri  rzuciła  wzrokiem  na  list.  W  lewym  górnym  rogu 

widniała nazwa firmy prawniczej. Poczuła dreszcz niepokoju, ale zdecydowanym ruchem otwo-

rzyła  kopertę.  W  prawniczym  żargonie  domagano  się  od  niej  zwrotu  w  ciągu  trzydziestu  dni 

sumy  czterystu  tysięcy  dolarów,  wyłudzonych  podstępnie  od  Jaspera  Goodricha.  Jeśli  to  nie 

nastąpi  w  wyznaczonym  terminie,  będzie  pozwana  do  sądu  i  oskarżona  o  oszustwo.  List  był 

podpisany przez Nate'a Collinsa.

background image

Dziewczynę  zalały  uczucia  jednocześnie  gniewu,  winy  i  przerażenia.  Przez  głowę  jeszcze 

raz przewinęły się błyskawicznie wszelkie argumenty za i przeciw. Strach był w tym wszystkim 

dominujący. Przecież nie mogła iść teraz do więzienia, nie tylko ze względu na jej własną pracę, 

lecz przede wszystkim z uwagi na mamę.

Popatrzyła  jeszcze  raz  na  kopertę.  Była  zaadresowana  do  panny  Deedee  Divine  w  barze 

Spike'a. Bo przecież oni nie wiedzieli, jakie jest jej prawdziwe nazwisko i adres. Postanowiła w 

związku z tym ukrywać skrzętnie wszelkie dalsze dane, gdy będą się zmieniały... Ale... ale czy 

ewentualnie  sąd  nie  byłby  w  stanie,  przy  swych  uprawnieniach,  szybko  rozwiązać  zagadki...? 

Powinna właściwie wynająć jakiegoś adwokata... Niestety, nie było jej na to stać. Zatem musiała 

sięgnąć do własnej wiedzy prawniczej, bo przecież w czasie studiów też się czegoś nauczyła w 

tym  zakresie.  Po  chwili  zastanowienia  przyszło  jej  na  myśl,  że  przecież  nie  wydała  jeszcze 

wszystkich  pieniędzy,  tych  od  Marka  Dentona,  na  pokrycie  kosztów  hospitalizacji  mamy. 

Mogłaby  więc  jakieś  dwadzieścia  tysięcy  wysłać  temu  cholernikowi.  Terri  wróciła  więc  do 

nowego mieszkania i napisała list.

Twarz Nate'a była zupełnie bez wyrazu, gdy spoglądał na przyjaciela.

- Co o tym myślisz? - zapytał na koniec.

Mark obrzucił go badawczym wzrokiem, a potem przeczytał list, tym razem jednak znacznie 

uważniej.

Szanowny panie Collins!

W odpowiedzi na list pana z czwartego maja, w którym zarzuca sią mi, że dopuściłam się 

oszustwa  wobec  pańskiego  klienta,  Marka  Dentona,  jestem  zmuszona  przedstawić  następujące 

fakty:

Wydaje  mi  się,  że  doszło  do  nieporozumienia,  jeśli  chodzi  o  ustną  umową  między  mną  i 

panem Dentonem. Jestem przekonana, że w zamian za wypłacone mi czterysta tysięcy dolarów 

obiecałam, że nie wejdę w związek małżeński z Robertem Goodrichem, niezależnie od tego, co 

mnie uprzednio łączyło czy nie łączyło z nim. Z mojej strony przestrzegam tego zobowiązania. 

Upieranie się pana Dentona, że do zawarcia naszej umowy nieodzowne były moje zaręczyny z 

Robertem Goodrichem jest dla mnie wielkim zaskoczeniem.

- To  jest  cholerne  kłamstwo!  - wykrzyknął  Mark,  podczas  gdy  prawnik  nadal  siedział  z 

kamienną twarzą. - Szkoda,  że nie słyszałeś tego  jej  gadania o  wzajemnym  ich zauroczeniu, o 

gęsiej skórce, której dostawała na sam jego widok, czy

background image

o tym, że ich uczucie nie jest na sprzedaż!

Usta Nate'a wykrzywiły się w grymasie uśmiechu.

- Wydaje ci się to zabawne? Niech to wszyscy diabli! - mruknął Mark i wrócił do listu.

Jednakże  rozumiem,  że  ustne  umowy  mogą  być  błędnie  interpretowane  i  być  może  pan 

Denton żle  zapamiętał  nasz  kontrakt.  W  każdym  razie  dzisiaj  różnimy  się  zasadniczo  w  ro-

zumieniu tego, do czego się zobowiązywaliśmy. Nie mam jednak zamiaru wykorzystywać jego 

błędnego  rozumienia  istoty  sprawy  ani  pozbawiać  go  pieniędzy,  które  mi  dał  bez  należytego 

zastanowienia. Dlatego niniejszym zgadzam się zwrócić mu sumą czterystu tysięcy dolarów.

Jednakże zdajecie sobie panowie sprawę, że od chwili gdy dostałam wspomniane pieniądze 

minęło sporo czasu i wcześniejsze moje wydatki nie pozwalają mi na bezzwłoczne oddanie całej 

sumy.  Dlatego  dołączam  do  mego  listu  czek  na  dwadzieścia  tysięcy  dolarów  i  jednocześnie 

zobowiązuję  się  wysyłać  co  miesiąc  panu  Markowi  Dentonowi  czek na  sto  dolarów,  aż  do 

momentu zwrócenia całej sumy, łącznie z odsetkami.

Mam nadzieją, że moje powyższe zobowiązanie przyjmiecie jako świadectwo dobrej woli.

Z góry dziąkują i kłaniam sią Deedee Divine

- To  przecież  niemożliwe!  - wykrzyknął  Mark.  Nate  uniósł  tylko  brwi.  - Ona  nie  mogła 

wydać trzystu osiemdziesięciu tysięcy dolarów w ciągu zaledwie dziesięciu dni.

- Ale to ma niewiele wspólnego ze sprawą - odparł Nate, wzruszając ramionami. - Natomiast 

ważne  jest  to,  że  mamy  do  czynienia  z  bardzo  bystrą  dziewczyną  albo  z  taką,  która  ma 

doskonałego  doradcę  prawnego.  W  tym,  co  napisała,  ma  rację,  gdyż  ustne  umowy  są, 

powiedzmy,  ze  swej  natury  niezbyt  precyzyjne,  a  nieraz  w  sposób  zamierzony  źle  interpre-

towane. Wspomniane przez nią dwadzieścia tysięcy jest w każdym razie deklaracją dobrej woli z 

jej strony. A poza tym wyciąga ją z ciężkiej sytuacji. Człowieka można wsadzić do więzienia za 

oszustwo, natomiast nie można... za długi. I jeszcze jedno. Kto będący przy zdrowych zmysłach 

uwierzy,  że  szeroko  znany  autor  komentarzy  prasowych,  Mark  Denton,  który  tak  wspaniale 

analizuje to, co się dzieje na  świecie, dał się nabrać  oszustce na monstrualną sumę,  nie zdając 

sobie sprawy, co się święci. Na koniec powiem  ci, że jeśli dopuścisz do ujawnienia chociażby 

części tych absurdalnych faktów, twoi koledzy po fachu będą mieli wspaniałą zabawę. Jednym 

słowem ta dziewczyna trzyma cię na muszce!

Mark, zagubiony w myślach, przyglądał się uparcie przyjacielowi. Miał pełną świadomość 

poniesionej klęski, ale niech go diabli porwą, jeśli pozwoli odejść tej przewrotnej dziewczynie! 

background image

Szczerze  jednak  mówiąc,  to,  co  najbardziej  go  w  tym  wszystkim  rozwścieczało,  to  nie  były 

pieniądze, lecz fakt, że znikła gdzieś, zagubiła się para tych uwodzicielskich błękitnych oczu.

Stan  zdrowia  matki  wyraźnie  się  polepszał.  Nie  pojawiały  się  żadne  komplikacje 

pooperacyjne.  Za  tydzień  będzie  zapewne  mogła  przenieść  się  do  małego  mieszkanka,  które 

Terri i ciotka Meg wynajęły w pobliżu szpitala.

W związku z tym w radosnym nastroju wróciła do San Francisco wcześnie rano w niedzielę. 

Była zadowolona, że zdecydowała się zamieszkać razem z Angie, chociaż czynsz był niemały. 

Opłaciło  sięjednak,  gdyż  mieszkanie  było  bardzo  ładne,  doskonale  urządzone,  nawet  z 

kominkiem, w którym będą palić w deszczowe dni, co oczywiście mamę zachwyci.

Jedno  tylko niepokoiło  Terri.  Czek,  który  wysłała  Demonowi  nie został  zrealizowany, nie 

było też do niej żadnego listu w barze Spike'a, czyli pod jedynym jej adresem, znanym tamtemu 

mężczyźnie. Czy to znaczyło, że razem ze swoim prawnikiem nie zaakceptowali jej propozycji? 

Chciała zatelefonować do adwokata, ale rozmyśliła się. Lepiej będzie, gdy zniknie, tym bardziej 

jeśli naprawdę chcieliby postawić ją przed sądem.

Tak czy inaczej czeku jej nie zwrócili i był on nadal dowodem jej dobrej woli. Teraz będzie 

musiała dokładać wszelkich starań, aby przypuszczalnie do końca życia wysyłać co miesiąc sto 

zielonych. Zważywszy te wszystkie okoliczności, pomyślała sobie, że właściwie nie ma powodu, 

aby  była  na  niego  wściekła.  Raczej  powinna  być  wdzięczna  i  robić  wszystko,  by  zwrócić  mu 

pieniądze, którym mama zawdzięcza powrót do zdrowia, a być może... życie. Uznała więc, że w 

takiej sytuacji może już się zająć swoją pracą. Dziwiła się jednak, że na dnie serca czuła nadal 

jakiś lęk. Nie była jeszcze całkowicie pewna, czy wydostała się z pułapki...

Dopiero  po  upływie  paru  następnych  tygodni  zdołała  pozbyć  się  prześladujących  ją 

wątpliwości.  Był  już  najwyższy  czas,  bowiem  jej  biurko  w  stanowej kalifomiskiej  Komisji  do 

Spraw Rozwoju Gospodarczego zawalone było sprawami do załatwienia. Do jej zadań należało 

opiniowanie  podań  o  niewielkie  pożyczki,  wnoszonych  głównie  przez  ludzi  stawiających  w 

biznesie  pierwsze  kroki.  Po  szczegółowym  zapoznaniu  się  ze  sprawą  formułowała  wniosek 

pozwalający  ludziom  potrzebującym  otrzymać  wymarzony  kredyt.  Terri  lubiła  swoją  pracę  i 

lubiła ludzi, z którymi przy okazji się spotykała.

W  rozmowie  z  Angie,  gdy  pewnego  dnia  tak  się  złożyło,  że  obie  były  w  domu  i  razem 

przygotowywały obiad, opowiadała jej właśnie o tych ludziach. Za przykład podała Elizę Carr.

background image

- Wypychanie zwierząt było dla niej początkowo zabawą, hobby... ale potem umarł jej mąż i 

stało  się  to  jedynym  środkiem  utrzymania  dla  niej  i  jej  dzieciaków.  Gdyby  mogła  tę  swoją 

piwnicę  dostosować  do  tej  produkcji  i  rozsyłać  katalogi...  - Terri  cytowała  podanie  Elizy.  -

Innym przykładem jest Joe Daniels - opowiadała z ożywieniem. - To jest ten młody człowiek, 

który był u mnie rano w biurze. On nie tylko tańczy jak marzenie, ale również ma niesłychany 

talent przekazywania tej umiejętności innym. Widziałam kilka zespołów, które tańczą pod jego 

kierunkiem w jakichś dziwnych miejscach, gdzie podłogi są krzywe, nie ma luster ani żadnych 

drążków. Gdyby znalazł jakąś salę, odpowiednią na szkołę tańca...

- I ty jesteś pewna, że taką znajdzie - wtrąciła Angie, uśmiechając się miło. - Czy wiesz, co 

jest twoim największym mankamentem, Terri?

- Ja wiem, jaki jest twój największy mankament. Ciągle przypalasz ziemniaki! - krzyknęła 

Terri i porwała garnek z kuchenki. - Daj mi tę miskę.

Przyjaciółka posłuchała jej bez protestów, ale nie miała zamiaru zmieniać tematu.

- Powiem  ci  wprost,  że  zajmujesz  się  nieodpowiednimi  sprawami.  Przeczytam  ci  twój 

horoskop.

- Och,  nie!  Błagam  - jęknęła  Terri.  Angie  była  doskonałą  współlokatorką,  ale  miała  też 

swoje dziwaczne upodobania. - Przecież wprowadzałaś mnie już w tajemnice numerologii, która 

twoim zdaniem poprzez żonglerkę cyframi tłumaczy nam otaczający świat, a teraz na dodatek... -

Terri  zamilkła,  bo  zdała  sobie  sprawę,  że  Angie  jej  po  prostu  nie  słucha.  Wyraz  twarzy 

przyjaciółki  sprawiał  wrażenie,  jakby  dziewczyna  błądziła  myślami  gdzieś  daleko,  poza  tym 

światem. Po chwili wróciła do rzeczywistości i do tematu rozmowy.

- Jesteś zbyt miękka, delikatna, Terri. Bardziej nastawiona na ludzi niż na biznes.

- Daj spokój, Angie!

- Ale  tak  jest  naprawdę,  Terri.  Będziesz  bardziej  zachwycona,  gdy  ta  kobieta,  Eliza  Carr, 

pracować  będzie  w  domu,  jednocześnie  pilnując  dzieci,  niż  gdyby  miało  się  okazać,  że  jej 

produkcja wpływa na rozwój gospodarki regionu. Podobnie jest z Joe Danielsem.

- Szkoła  tańca  jest  bardzo  dobrym  biznesem.  Daniels  zatrudni  dodatkowych  nauczycieli, 

będzie  dawał  przedstawienia.  A  teraz  nagrywa  na  kasetach  wideo  fragmenty  lekcji,  kasety  te 

będą rozprowadzane przez różne sklepy i z całą pewnością przyniosą zysk.

Angie  nie  była  jednak  w  pełni  przekonana  i  dyskusja  toczyła  się  nadal,  gdy  dziewczyny 

zasiadły już do obiadu.

background image

- Mówię ci jeszcze raz, że powinnaś wstąpić do naszego klubu „LLL" - powiedziała Angie.

- A co to takiego?

- Spotykamy się w co drugi wtorek. Nasze zainteresowanie to:  Life, Love i Living. Zycie, 

miłość i sposób, w jaki z życia korzystamy. Stawiamy sobie za cel sięganie do istoty każdego z 

nas tak, aby zyskać jak najwięcej z życia. A więc na przykład, gdy zrozumiesz, jaka jest różnica 

między  tym,  kto  jest  samolubny  i  tym,  kto  bezinteresowny,  zrozumiesz  powiedzenie: 

„Najważniejsze jest być szczerym i prawdziwym wobec samego siebie".

- Rozumiem.

- Ty, Terri, jesteś oczywiście bezinteresowną istotą. Zbyt wiele czasu i energii poświęcasz, 

żeby inni byli szczęśliwi, zamiast się zająć własnym życiem i być szczęśliwą.

- Ale ja jestem szczęśliwa.

- Uważasz,  że  zadowala  cię  całkowicie  twoja  praca  i  to,  że  jeździsz  do  Seattle,  żeby 

dowiedzieć się, jak się czuje mama? A powiedz mi, kiedy ostatni raz byłaś na randce?

Terri już chciała odpowiedzieć, że dla niej liczba randek nie jest żadną miarą szczęśliwości, 

gdy zadzwonił telefon i Angie podbiegła, żeby go odebrać. Z tego, co przyjaciółka mówiła, Terri 

domyśliła się, że rozmawia z Sidem Farmerem, zamożnym sąsiadem z tego samego kompleksu 

mieszkaniowego.  Angie  udało  się  zawrzeć  z  nim  znajomość,  bo  swoim  zwyczajem 

przywoływała  go  w  myślach,  a  ponadto  umyślnie  często  odwiedzała  miejscowy  ekskluzywny 

klub.

Angie powróciła do kuchni w radosnym nastroju.

- Zgadnij, kto to był? Otóż Sid, członek klubu jachtowego. Jak widzisz, moje czary skutkują. 

Zaprosił mnie na tańce jutro wieczorem.

- Cieszę się, Angie.

- Zapytałam  go,  czy  mogę  także  przyprowadzić  ciebie  i  odpowiedział,  że  oczywiście. 

Powinnaś chyba włożyć...

- Zaczekaj chwilkę. Czy nie będę przypadkiem piątym kołem u wozu?

- Może kimś w tym rodzaju, ale ja chcę wprowadzić w moje zachowanie trochę równowagi.

- O czym ty mówisz?

- Mam pewne skłonności do egoizmu. Mój doradca w klubie „LLL" sugeruje, że jeśli będę 

się  starała  podchodzić  do  życia  mniej  samolubnie,  na  przykład  wyciągając  ciebie  z  chandry, 

przygnębienia...

background image

Terri wybuchnęła śmiechem.

- Przesadzasz chyba trochę, Angie. Nie jestem przygnębiona - odparła, ale gdy zobaczyła, że 

przyjaciółka mówi całkiem poważnie, a poza tym, gdy zrozumiała, że Angie woli zabrać ją niż 

inną  dziewczynę,  która  mogłaby  jej  poderwać  Sida,  przyjęła  zaproszenie.  Właściwie  nie  było 

wyraźnych  przeciwwskazań.  Bardzo lubiła  tańczyć,  a poza  tym  interesowało  ją,  jak  od  środka 

wygląda taki ekskluzywny klub.

Nie  była  zawiedziona.  Od  frontu  znajdowało  się  tam  kilka  obszernych  holi,  elegancko 

urządzonych  i  bogato  ozdobionych  przede  wszystkim  akcesoriami  żeglarskimi.  Tańczono  w 

głównej  jadalni.  Stoły  ustawiono  półkolem,  aby  zrobić  jak  najwięcej  miejsca  na  wieczorny 

dansing.  Wszystko  było  urządzone  ze  znawstwem  i  Terri  cieszyła  się,  że  tu  przyszła.  Sid  był 

bardzo uprzejmym gospodarzem, dwoił się i troił, przedstawiając sobie gości, i Terri nie mogła 

narzekać na brak partnerów do tańca. Melodie były rozmaite. Tradycyjne, stare i całkiem nowe, 

w  wykonaniu  małego  latynoskiego  zespołu.  Gdy  muzycy  postanowili  trochę  odpocząć,  goście 

też  zadowoleni  byli  z  małego  oddechu.  Terri  przysłuchiwała  się  rozmowom  sąsiadów,  a 

jednocześnie podziwiała wieczorowe kreacje pań i eleganckie smokingi panów. W pewnej chwili 

zobaczyła  jego.  -  Mark  Denton!  Siedział  przy  następnym  stole,  zaledwie  parę  metrów  dalej. 

Patrzył uparcie wprost na nią.

Szybko odwróciła oczy. Miała nadzieję, że jej nie rozpoznał. Uśmiechnęła się do brunetki 

obok, która mówiła właśnie o walorach ćwiczeń fizycznych.

- Czy pani chodzi na aerobik? - zwróciła się do Terri.

- Tak... a właściwie nie. - Szczerze nienawidziła tych drgawek. Rzuciła jeszcze raz szybkie 

spojrzenie na Dentona. Wciąż ją obserwował.

- Powinna pani spróbować. To naprawdę utrzymuje człowieka w dobrej formie - zachęcała 

brunetka.

- Może się zdecyduję.

Siedź spokojnie. Nie ma powodu do paniki, uspokajała się. W tym otoczeniu i bez peruki na 

pewno mnie nie rozpozna.

Ale  myliła  się.  Rozpoznał  ją  natychmiast.  Był  przekonany,  że  to  ona.  Obcięła  te  długie 

czarne  włosy  i  ufarbowała.  Ale  nawet  w  tych  obfitych,  obecnie  kasztanowatych  puklach,  roz-

poznałby ją po twarzyczce w kształcie serca, po małym nosku. To była panna Deedee Divine z 

baru Spike'a. Tylko, co u diabła ona tutaj robiła?

background image

Będzie musiał to ustalić. Szczęście, że coś go tknęło, aby wpaść do klubu.

Podniósł się i zmierzał w kierunku ich stołu. Co miała począć? Nic! Nie wiedział przecież, 

kim  ona  jest.  A  nawet  jeśli  domyślał  się...  Nie  zrealizował  czeku,  ale  go  również  nie zwrócił. 

Czy nie oznaczało to, że przyjął jej propozycję? Dlaczego zatem tak się denerwowała?

- Elitarny Klub  Aerobiku?  Ależ  oczywiście.  To  niedaleko od  naszego  apartamentu  - Terri 

powiedziała do uśmiechniętej brunetki. - Zajrzę tam przy okazji.

Brunetka przestała jej słuchać. Uśmiechała się teraz do Marka Dentona.

- Mark! A więc zdecydowałeś się jednak zaszczycić nas swą obecnością. Czy jesteś sam? -

Gdy potwierdził to skinieniem głowy, mówiła dalej: - Weź jakieś krzesło i przyłącz się do nas. 

Posuń się trochę, Bob - rzuciła do męża i po chwili Denton sadowił się już między nią i Terri, 

która przełknęła ślinę, westchnęła głęboko i starała się wyglądać na całkiem spokojną.

Na  szczęście  nie  zwracał  na  nią  szczególnej  uwagi  i  witał  się  z  pozostałymi  gośćmi. 

Wszyscy go znali, z wyjątkiem oczywiście Angie i... Terri. Zostało to po chwili naprawione, gdy 

Sid dokonał prezentacji.

- To  jest  Angie  Parker  i  Terri  Thompson,  a  ten  dżentelmen,  szanowne  panie,  to  słynny 

komentator,  Mark  Denton,  którego  artykuły  czytujecie  zapewne  co  dzień  w  „The  Chronicie". 

Oczywiście, jeśli lubicie tego typu perwersyjny intelektualizm.

- Bardzo ci dziękuję, chłopie, za rekomendację. - Mark dobrze przyjął tę prezentację i śmiał 

się z resztą towarzystwa.

Część obaw Terri znikła. Wydawało się, że jej jednak nie rozpoznał!

Mark  tymczasem dokładał starań, żeby  utrzymać  się w ryzach. Terri Thompson?  Niech ja 

skonam!  To  przecież  Deedee  Divine.  W  żaden sposób  nie  pozbędzie  się  tych  uwodzicielskich 

błękitnych  ocząt  ani  tych  małych  dołeczków  na  policzkach.  Czy  uważała  go  za  kompletnego 

idiotę? A może planowała znowu jakąś zagrywkę?

- Panna...  Thompson,  czy  dobrze  usłyszałem?  - Mark  zapytał,  zwracając  się  do  niej 

bezpośrednio.

- Tak...

- Przyjechała pani niedawno do naszego miasta?

- Nie, a może tak. Zależy, jak się na to patrzy. Jestem tu zaledwie od trzech miesięcy.

- A co panią sprowadza do tego grodu bez skazy?

background image

- Moja praca - odparła i pomyślała sobie, że mógłby już dać spokój tym głupim pytaniom i 

nie świdrować jej przenikliwym spojrzeniem. Jeśli wiesz, kim jestem, powiedz to i przestańmy 

się bawić w kotka i myszkę.

- Mamy  wreszcie  muzykę.  Czy  zatańczy  pani,  panno...  Nie,  dajmy  spokój  tym 

formalnościom, Terri?

Ujęła dłoń, którą do niej wyciągnął i pozwoliła zaprowadzić się na parkiet. Zespół latynoski 

grał uwodzicielską melodię, a ich solista gardłowym głosem śpiewał miłosny tekst. Mężczyzna 

objął  Terri  obu  rękami  i  przyciągnął  do  siebie,  jednocześnie  uśmiechając  się  tak,  że  poczuła 

dreszcz przebiegający po jej ciele. To drżenie nie miało jednak nic wspólnego ze strachem, który 

odczuwała na myśl, że zostanie zdemaskowana.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Wszystko to razem wydawało mu się szaleństwem.

Powiedziała,  że  nazywa  się  Terri  Thompson.  A  przecież  wiedział  doskonale,  że  Deedee 

Divine.  Obserwował  ją  spod  przymrużonych  powiek.  W  przytłumionym  świetle  twarz  miała 

bladą, oczy spuszczone, długie rzęsy rzucały cień na policzki. Wdychał głęboko zapach perfum, 

który  roztaczała  wokół  siebie,  zapach  podszeptujący,  aby  nigdy  nie  wypuścić  jej  ze  swych 

ramion. Poruszał się jakby we śnie, w rytm kolejnych uwodzicielskich melodii.

Muzyka w pewnej chwili zamilkła, wytrącając go z rozmarzenia.

Ludzie zaczęli się przepychać i powstał gwar z mieszaniny głosów i śmiechów. Ktoś klepnął 

go po ramieniu.

- Nie wiedziałem, Mark, że już jesteś.

Obrócił się i zobaczył jednego z wydawców „The Chronicie".

- Cześć.  Tak  jest,  wróciłem  wczoraj  wieczorem.  Podczas  krótkiej  wymiany  zdań  Mark 

uświadomił  sobie, że  ona  odchodzi.  Szybko  więc  złapał  ją  za  rękę.  Los  sprawił,  że  ta  mała 

Cyganicha wpadła mu znowu w ręce i tym razem nie mógł pozwolić, żeby jeszcze raz zniknęła. 

Nie wiedział wprawdzie, co z nią dalej pocznie, ale na razie znowu poprowadził ją na parkiet.

Mark był zachwycony. W swych wędrówkach po całym globie, w chwilach wolnych, nieraz 

mial okazję tańczyć.  Próbował też  swych  sił w  Hiszpanii,  w Meksyku,  ale nigdzie  nie spotkał 

partnerki tak wspaniałej jak Terri. Z lekkością piórka poddawała się jego prowadzeniu, kolejno 

background image

w  rumbie,  sambie,  cza-cza.  W  zachwycie  obserwował  rytmiczne  falowanie  jej  ramion,  pełne 

gracji ruchy bioder, gdy falując, odpływała od niego, a potem wracała w oczekujące ją ramiona. 

Nigdy jeszcze taniec nie dawał mu takiej zmysłowej radości. I jasne było,  że nie pozwoli, aby 

ktoś inny go w tym upojeniu zastąpił.

- Jest pani wspaniałą tancerką - powiedział w przerwie między jedną melodią a następną. -

Czy może jest pani profesjonalistką?

Dostrzegł na jej twarzy namysł i po chwili zastanowienia zdecydowanie odparła:

- Nie, nic podobnego.

A  więc  jest  doskonałą  kłamczucha, czego  miał  już  zresztą  uprzednio  dowody.  Powiedział 

jednak tylko:

- Z tego wynika, jak sądzę, że mija się pani z powołaniem. Bo ma pani naturalne warunki i 

talent do tańca.

- To samo mogę powiedzieć o panu - zareplikowała szybko. - Nigdy jeszcze nie spotkałam 

mężczyzny tak rytmicznie reagującego na muzykę i tak świetnie tańczącego.

- Pochlebstwo  zaprowadzi  panią  daleko  - zażartował  z  uśmiechem  na  twarzy.  - A  zimny 

napój ugasi teraz nasze pragnienie. Chodźmy napić się czegoś.

Chciał ją zatrzymać wyłącznie dla siebie. Wykryć, na czym polega jej gra. Prawdopodobnie 

Nate  miał  rację.  Prędzej  piekło  wystygnie,  nim  on  odzyska  swoje  pieniądze.  Ale  Mark 

koniecznie chciał się dowiedzieć, co dziewczyna zrobiła z taką masą pieniędzy.

- Wydaje mi się - powiedziała Terri, chcąc szybko zmienić temat - że wrócił pan właśnie z 

jakiejś podróży?

- Zgadza się - odparł. - Przyjechałem z Olimpii. Dziewczyna głęboko westchnęła, na chwilę 

zapominając o swoich własnych sprawach. W ostatnim czasie we wszystkich mediach ogromnie 

dużo było wiadomości o zamieszkach w Olimpii, o zniszczeniach, ruinach, przelewie krwi.

- Jak długo... był pan tam? - zapytała, nie bardzo rozumiejąc, dlaczego ją to interesuje.

- Tylko pięć dni - odpowiedział, gdy sadowili się na stołkach barowych.

- To  chyba  bardzo  niebezpieczne  znajdować  się  wśród  takich  zamieszek?  Wciąż  donoszą 

stamtąd o strasznych wydarzeniach!

- Rzeczywiście, jest tam trochę niebezpiecznie, ale to rzecz raczej normalna, gdzie coś się 

dzieje... - odpowiedział, wzruszając ramionami.

Terri zmarszczyła czoło.

background image

- Ale ja nie zauważyłam niczego, co by wyszło spod pana pióra na temat Olimpii.

- Znaczy to, że czytuje pani moje reportaże? - zapytał, uśmiechając się życzliwie.

Pierwszy raz widziała u niego taki ciepły wyraz twarzy.

I  miała  wobec  tego  pewność,  że  jednak  nie  rozpoznał  jej.  Taki  uśmiech  nie  mógł  być 

przeznaczony dla kogoś w rodzaju Deedee Divine!

- Nie zdołałem jeszcze przemyśleć tej całej historii - dodał i zwrócił się do barmana, który, 

jak wszyscy pozostali w klubie, wydawał się znać Dentona bardzo dobrze. Mark wyglądał na w 

pełni  zrelaksowanego.  Przed  chwilą  oddawał  się  sztuce  tańca  całym  sercem,  a  teraz 

dowcipkował z barmanem. Aż trudno było uwierzyć, że zaledwie wczoraj krył się przed kulami 

w Olimpii.

- Zawsze pan tak postępuje? - zapytała, biorąc z jego ręki kieliszek.

- To znaczy, jak?

- Analizuje  starannie  sytuację,  nim  zabierze  się  do  pisania?  - I  być  może  dlatego  jego 

materiały  były  zawsze  tak  czytelne,  przekonywające,  pomyślała  Terri,  pociągając  łyk  wina.  -

Proszę wobec tego powiedzieć, kiedy przeczytamy coś na temat wydarzeń w Olimpii?

- Jeszcze  w tej chwili nie wiem. Trudno jest napisać coś z sensem na temat bezsensownej 

sytuacji.

- Rzeczywiście uważa ją pan za idiotyczną? O co właściwie w tym wszystkim chodzi?

- To stara, odległa już przeszłość - powiedział i gniewnym ruchem zamieszał kostki lodu w 

swym kieliszku, tak jakby nagle rozzłościł się. - Tamte rany sprzed stu lat nigdy się nie zagoiły. 

Nienawiści nie wygasły. Pragnienie zemsty jest ciągle żywe.

- Rozumiem, co chce pan powiedzieć. - Teraz wiedziała już, że cokolwiek pisał, wkładał w 

to całe swoje serce. Pomyślała o Olimpii i przyznała mu w duchu rację. - To takie idiotyczne -

powiedziała - podtrzymywać nienawiść... przez tyle lat.

- A  zatem,  pani  zdaniem,  wybaczenie  jest  najlepszym  rozwiązaniem  wielu  ludzkich 

dramatów?

- Oczywiście.

- Ale to nie zawsze jest takie proste: zapomnieć i przebaczyć.

- Słusznie.  Jak  brzmi  to  powiedzenie?  O,  już  sobie  przypomniałam:  „Błądzić  to  sprawa 

ludzka, przebaczać to atrybut Boga".

Mark podniósł gwałtownie głowę. Dlaczego tak dziwnie spoglądał na nią?

background image

- Czy pani tak właśnie postępuje w kłopotliwych  sytuacjach? Każdemu, kto panią oszuka, 

gotowa jest pani przebaczyć?

Terri zastanawiała się przez sekundę, czy nie powiedziała czegoś głupiego. Przecież wciąż 

rozmawiali o Olimpii. A może. .. Nagle poczuła zimno w całym ciele, a on wciąż patrzył na nią 

uparcie.

- Wybacza pani, nawet gdy po drugiej stronie nie ma skruchy ani żalu za popełniony czyn, 

nie ma chęci odpokutowania?

U  licha,  przecież  ona  chciała  odpokutować.  Czyż  nie  zaczęła  spłacać  długu?  Daj  spokój, 

skarciła samą siebie. On nie powinien zorientować się, kim jesteś.

- Niech  pan  nie  będzie  śmieszny!  - powiedziała  na  głos,  wciąż  trzymając  się  tematu 

„Olimpia".  - Kto  chciałby  odpokutować  przewinienia  sprzed  stu  lat?  Z  drugiej  strony  chęć 

wybaczenia sprawiłaby, że w Olimpii nie byłoby takiego rozlewu krwi.

Mężczyzna  lekko  się  uśmiechnął  i  wykonał  ruch  głową,  jakby  pochwalał  jej  sposób 

myślenia.

- Oczywiście ma pani rację. Być może zastosuję te argumenty w mojej analizie.

- Nie mogę nawet marzyć o tym, aby cokolwiek doradzać Markowi Dentonowi - zastrzegła 

się dziewczyna, a jednocześnie z uczuciem ulgi głęboko odetchnęła.

- Wydaje  mi  się,  że  rozwiązała pani mój  problem,  panno Thompson.  Czy  mógłbym panią 

namówić do dołączenia do mego zespołu?

- A ma pan jakiś zespół? - zapytała zaskoczona.

- Oczywiście, że mam. Czy wyobraża sobie pani...?

- Ani przez chwiię nie myślałam o tym. Sądziłam, że... - przerwała, pohamowując chichot -

...wyobrażałam  sobie  pana  jako  samotnika,  skupiającego  się  nad  notatkami,  bębniącego  na 

maszynie do pisania. Albo skrywającego się za barykadą i robiącego notatki, podczas gdy kule 

gwiżdżą  wokoło.  Lub  też  siedzącego  w  suterenie,  a  jakiś  ciemny  typ  szepcze  panu  do  ucha 

polityczne sensacje. Czy też...

- Dobrze,  już  dobrze.  - Mężczyzna  zahamował  potok  jej  słów  i  wybuchnął  śmiechem.  -

Jakiego  rodzaju  powieści  czytywała  pani  ostatnio?  Czy  moja  charyzma  bardzo  zmaleje,  gdy 

powiem,  że  pracuję  w  zwykłym  biurze,  że  mam  sekretarkę,  facetów  od  wygrzebywania 

materiałów  i  innych  pomagierów,  i  że  wokoło  jest  mnóstwo  telefonów,  komputerów,  faksów? 

Czy, powtórzę, stracę wtedy w pani oczach?

background image

- Kilka punktów - odparła, robiąc zabawny grymas. - I w takiej sytuacji nie będę mogła dla 

pana pracować. Nic w tym zabawnego.

- Obawiałem się takiej odpowiedzi. Zatańczmy więc jeszcze, póki nikt nam nie przeszkadza 

- powiedział Mark i z niepokojem popatrzył w kierunku jej stolika.

- Nic nam stamtąd nie grozi. Jestem piątym kołem u wozu. Przyszłam z koleżanką, z którą 

razem mieszkamy, i z jej facetem. Ona chce wprowadzić trochę równowagi do swego życia. To 

zabawna historia, dla mnie jednak nieważna. Jestem pewna, że oni woleliby, abym się zgubiła.

- Wobec tego proszę dołączyć do tej jednokołówki - powiedział Mark, pokazując palcem na 

siebie i uśmiechając się szeroko.

Terri  nie  mogła  pojąć,  że  taki  wspaniały  mężczyzna,  przystojny,  bystry,  na  dodatek 

doskonały tancerz,  może  być samotnikiem.  Jak  to  się  dzieje,  że  w  sali,  po  brzegi wypełnionej 

pięknymi  kobietami,  ona  była  w  stanie  utrzymać  go  wyłącznie  dla  siebie  przez  całą  godzinę? 

Poczuła  dziwną  radość.  Znaczyło  to  bowiem,  że  polubił  ją,  odpowiadało  mu  jej  towarzystwo. 

Wolał ją niż którąkolwiek z tych przepięknie ubranych ślicznotek. Terri czyniła więc wszystko, 

żeby  utwierdzić  go  w  tym  przekonaniu.  Kiedy  więc  zaproponował,  żeby  wyszli  i  odetchnęli 

świeżym powietrzem, pospieszyła za nim jak w transie.

Noc była ciepła. Bez odrobiny nawet wiatru. Złocisty księżyc wisiał nad zatoką.

Terri, nie zdając sobie nawet sprawy, że wokoło spaceruje wiele innych par, przechyliła się 

przez  balustradę,  okalającą  taras  klubowy  i  spojrzała  w  dół  na  przycumowane  przed  nimi 

rozmaite łodzie.

- Pływanie na czymś takim musi być wspaniałe. Niezależnie, czy jest to pełnomorski jacht, 

czy mniejsza łódź żaglowa - powiedziała rozmarzonym głosem.

- Zabiorę  cię  wobec  tego  na  taki  spacerek!  - powiedział  z  ujmującym  uśmiechem, 

przechodząc na „ty". - Kiedy będziesz miała czas?

- Czy to znaczy, że masz własną łódź? - Ona też odrzuciła oficjalne „pan".

Gdy skinął potakująco głową, uzmysłowiła sobie, że on zapewne musi być bardzo bogaty.

- Mam jacht, chociaż niezbyt duży. Przycumowany jest tam, naprzeciw, między tą żaglówką 

i jachtem oświetlonym od wewnątrz. Czy chciałabyś popłynąć ze mną?

- Och, oczywiście, marzyłam o tym - odpowiedziała bez chwili zastanowienia.

- A zatem ustalmy datę. - Wydawał się bardzo zadowolony. -I przypieczętujemy umowę w 

ten  sposób:  - Mówiąc  to,  nachylił  się  i  dotknął  ustami  jej  warg.  Bardzo  delikatnie,  lecz  ona 

background image

poczuła gwałtowne przyspieszenie tętna, dreszcz zachwytu przebiegł całe jej ciało i usadowił się 

w sercu. Ale to właśnie sprawiło, że się ocknęła. Opanowało ją uczucie zagrożenia, iż zakocha 

się w mężczyźnie, który znienawidziłby ją, gdyby się dowiedział... Ogarnęło ją przeświadczenie, 

że musi przed nim uciec.

- Tak  jest,  musimy!  To  znaczy,  chcę  powiedzieć,  że  musimy  wybrać  się  na  wycieczkę 

twoim jachtem - mówiła trochę bezładnie. - Wkrótce. Ale nie w najbliższym czasie. Teraz jestem 

bardzo zajęta. Mam mnóstwo roboty. I nie mam czasu na randki, na pływanie. O Boże, zrobiło 

się strasznie późno. Angie nie będzie wiedziała, co się stało. Muszę ją odnaleźć.

- Poczekaj - zawołał. - Umówmy się teraz wstępnie.

- Przepraszam, ale innym razem. Wieczór był wspaniały. Dziękuję. Do widzenia.

Chciał ją przytrzymać, ale usłyszał, że ktoś go woła:

- Chwileczkę, Mark. Chciałem cię zapytać...

Gdy po chwili wbiegł do sali tanecznej, nigdzie nie mógł jej odnaleźć. Cholera! Gdyby ten 

wydawca nie zatrzymał go... Zaczął rozglądać się za Sidem. On mu ją przecież przedstawił. Ale 

jego też nie było w pobliżu. Ani w holu, gdzie ludzie przygotowywali się już do wyjścia.

Mark pomyślał, że dziewczyna zniknęła tak nagle, jakby dopiero teraz przypomniała sobie 

sprawę Deedee Divine. Chociaż przez cały wieczór była tak rozkosznie uwodzicielska. Łącznie 

ze wspaniałą, subtelną reakcją na jego pocałunek. Przypomniał sobie również jej radę: „Wybacz 

i zapomnij".

Sęk  jednak  w  tym,  że  przez  następne  dni  ani  przez  chwilę nie  mógł  o  niej  zapomnieć. 

Gdziekolwiek był, cokolwiek robił. Czy leciał samolotem, czy przeprowadzał wywiad, czy pisał 

o Olimpii i o tragedii pamiętania wszystkich krzywd po stuleciu.

Pewnego dnia zatelefonował do niego Nate.

- Wydaje się,  że byłem  w błędzie, staruszku.  Prawdopodobnie odzyskasz forsę, jeśli tylko 

poczekasz jakieś pięćdziesiąt lat.

- O czym gadasz, bo nie łapię?

- O  czeku.  Właśnie  go  otrzymałem  od  panny  Deedee  Divine.  Na  sto  dolarów.  We 

właściwym czasie. Jak zostało obiecane.

Mark był ogromnie zadowolony. Gotów wybaczyć wszelkie winy. Chciałby ją zobaczyć i...

- A więc znowu pokazała się na powierzchni. Gdzie...?

background image

- Nie  jest  tak,  jak  myślisz.  Zastosowała  stary  sposób  postępowania.  Czek  nie  ma  adresu 

zwrotnego.

Mark  odłożył  słuchawkę,  ale  jego  myśli  wciąż  krążyły  wokół  dziewczyny  o  błękitnych 

oczach.  Deedee  Divine  czy  też  Terri  Thompson  na  pewno  nie  była  święta.  Lecz  zaczęła  go 

spłacać. Może wobec tego był jakiś racjonalny powód tej oszukańczej gierki w barze Spike'a... 

Mark  poczuł  się  tak,  jakby  sam  siebie  chciał  okpić.  Bowiem  powód  był  oczywiście  jeden  i 

bardzo  prosty.  Wyłudzona  forsa  miała  jej dać  wysokie  towarzysko  miejsce,  które pozwoliłoby 

zastawić pułapkę na kolejnego bogatego frajera.

W pewien deszczowy dzień, po południu, Mark natknął się w klubie na Sida. Zapytał, czy 

Sid pamięta, że jakiś czas temu przyprowadził na tańce dwie dziewczyny.

- Oczywiście,  pamiętam,  jedna  z  nich,  Angie,  jest  trochę zwariowana  - odparł  młody 

człowiek,  rozpoczynając  ćwiczenia  na  siłowni.  - Plecie  wciąż  coś  o  stworach  z  zaświatów  i  o 

tym,  jak  one  kierują  naszym  losem.  Angie  chciała  nawet  wprowadzić  mnie  do  kręgu 

wtajemniczonych.

- To znaczy, że dziewczyny mieszkają w komunie?

- Nie,  bynajmniej.  W  jednym  z  apartamentów  w  naszym  kompleksie  mieszkaniowym,  do 

którego  te  urządzenia  sportowe  też  należą.  Angie  jest  trudna  do  uniknięcia.  Namawia  mnie, 

abym  wstąpił  do  klubu,  gdzie  dyskutują  o  zależnościach  między  życiem  i  miłością.  - Sid, 

mówiąc  to,  wybuchnął  śmiechem.  - Powiedziałem  jej,  że  w  tej  sprawie  ja  sam  mogę  ją 

niejednego nauczyć.

Gdy Mark nacisnął dzwonek do apartamentu wskazanego mu przez Sida, drzwi otworzyła 

gładko uczesana kobieta.

- Witam!  - powiedziała  i  błysk  w  ciemnych  oczach  dał  mu  do  zrozumienia,  że  został  bez 

trudu rozpoznany. - Proszę wejść, oczekiwałam cię. Usiądź. Terri powinna zjawić się za chwilę. 

Czy napijesz się herbaty, a może czegoś mocniejszego?

- Nie, dziękuję bardzo - odparł, oddał jej swój prochowiec i zajął wskazane miejsce

Ona  tymczasem  usiadła  na  podłodze  buddyjskim  zwyczajem,  otoczona  kilkoma  kartami 

starannie, z premedytacją, ustawionymi.

- Proszę, wybacz, ale muszę skończyć to, co zaczęłam. Czy znasz się na tajemnej wiedzy, 

którą  nazywamy  numerologią?  - Zaprzeczył  ruchem  głowy,  a  ona  ciągnęła  dalej:  - To  jest 

background image

fascynujące.  Polega  na  interpretacji  czy  też  analizie  każdej  jednostki,  czegoś,  co  po  prostu 

istnieje, a ty to coś pragniesz zrozumieć.

- Aha - odparł, chociaż zupełnie nie wiedział, o co chodzi.

Sid wspomniał, że dziewczyna, chociaż wyglądała bardzo pospolicie, interesuje się tajemną 

wiedzą. Była na bosaka, w obciętych krótko dżinsach, w wypłowiałym podkoszulku. Całkowicie 

zajęta  swoimi  myślami,  rysowała  jakieś  znaki  na  kartach.  Nie  chciał  jej  przeszkadzać,  ale  z 

drugiej strony pragnął wiedzieć, czy rzeczywiście go oczekiwała. Zapytał więc ją o to.

Popatrzyła na niego i roześmiała się.

- Oczywiście, że cię oczekiwałam. Ze sposobu, w jaki tamtego wieczoru patrzyłeś na Terri 

wynikało, że się zjawisz, i to szybko. A między nami mówiąc, jestem przekonana, że znaliście 

się w poprzednim wcieleniu. Ty i Terri.

Popatrzył  na  nią  zaskoczony.  I  pomyślał,  że  faktycznie  spotkali  się  wcześniej,  ale  na 

szczęście w tym życiu. Był zaniepokojony. W co się z nim bawiła ta dziewczyna?

- Czy Terri... to znaczy panna Thompson, powinna, jak mówisz, zjawić się tu niebawem?

- Zgadza się. Wyszła tylko na krótki spacerek.

- Spacerek... przy takiej pogodzie? - zapytał i wskazał na krople deszczu bijące o szyby.

- Terri nigdy  nie przejmuje  się deszczem.  Ale  myślę,  że wiesz  o  tym doskonale.  Jesteście 

przecież bratnimi duszami. Znajdę na pewno potwierdzenie tego w kartach.

- Nie, nie, bardzo dziękuję. Lepiej będzie, jak już sobie pójdę - powiedział i pomyślał, że w 

przeciwnym wypadku pogrąży się jeszcze bardziej w tej dziwnej sytuacji.

Gdy  znalazł  się  na  zewnątrz  i  poczuł  podmuch  wiatru  na  twarzy,  postanowił  odnaleźć  ją. 

Musiała spacerować w pobliskim parku.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Terri w ponurym nastroju szła bez celu, nie zważając na padający deszcz.

Telefon  od  ciotki  Meg  wstrząsnął  nią  głęboko.  Mama  dotychczas  wyraźnie  wracała  do 

zdrowia. I nagle wzięli ją znowu do szpitala. Nie zapowiadało to niczego dobrego.

Terri nie zdradziła swych obaw przyjaciółce, bo nie chciała ujmować tego w słowa. „Słowa 

są silniejsze od myśli", to było kolejne credo Angie. Dlatego tylko powiedziała:

- Idę na krótki spacer.

background image

Jej praktyczny umysł podszepnął:  testy widać nie były wystarczające, potrzebne są dalsze. 

Jeśli są jakieś przerzuty raka... Jeśli konieczne będą kolejne przeszczepy szpiku kostnego. .. Nie 

można mieć nadziei na następne trzysta pięćdziesiąt tysięcy dolarów!

Biedna mama. Tyle już przecież wycierpiała. Terri chciała lecieć do Seattle, zarzucić jej ręce 

na szyję, być z nią w czasie robienia dalszych testów. Ale ciotka Meg powiedziała:

- Nie. Nic tu nie pomożesz. Trzeba po prostu poczekać. Zatelefonuję do ciebie.

Terri szła wolnym krokiem, a łzy mieszały się jej na policzkach z kroplami deszczu.

Dostrzegł  ją  przy  skręcie  alejki  prowadzącej  do  przystani  jachtowej.  Samotna  postać  w 

pustym parku zmierzała  ku niemu.  Gdy podeszła  bliżej,  zorientował się, że nie ma niczego na 

głowie,  a  także,  iż  jest  bez  płaszcza  deszczowego,  tylko  w  lekkim  żakiecie.  Szła  wolnym 

krokiem, z rękami w kieszeniach, z pochyloną głową, tak pogrążona w myślach, że wpadłaby na 

niego i przewróciła się, gdyby jej nie pochwycił w ramiona.

- Przepraszam - wyszeptała. Twarz miała szarą, a wyraz oczu dziecka, czującego dotkliwy 

ból.

- Jesteś  całkowicie  przemoczona  - powiedział  Mark pełen  współczucia.  - Musisz  schować 

się gdzieś przed tym deszczem i włożyć coś suchego.

- Nie, nie, nic mi nie będzie.

Terri  chciała  odsunąć  się  od  niego  i  wtedy  uświadomił  sobie,  że  wciąż  trzymają  w 

ramionach.

- Uspokój się, podprowadzę cię do mieszkania.

- Nie, jeszcze nie wracam. Chcę coś... przemyśleć.

- Możesz to przecież zrobić gdzieś pod dachem.

Był zdecydowany, że nie zostawi jej samej. Na szczęście do jego jachtu było blisko. I tam 

właśnie ją zabrał. Terri wzdrygnęła się, co znaczyło, że dopiero teraz poczuła zimno. Popatrzyła 

na Marka i zapytała:

- Skąd się tu wziąłeś?

- Często tu przychodzę - odpowiedział i pomógł jej zdjąć buty. - Przecież to jest mój jacht. 

A ty jesteś tu po to, żeby zrzucić mokre ciuchy i wziąć gorący prysznic.

Zaprotestowała, ale on nastawał. Ostatecznie zgodziła się, gdyż rzeczywiście zmarzła i nie 

była w nastroju do sprzeczki.

background image

Łazienka była mała, ale wyposażona we wszystko, co potrzebne. Gorąca woda rozgrzała jej 

ciało, uspokoiła nerwy, przywróciła racjonalne myślenie. Gdy wyszła spod prysznica, zobaczyła, 

że jej mokre odzienie zostało zabrane, a na haczyku na drzwiach wisiał, widać przeznaczony dla 

niej, aksamitny ciepły szlafrok. Był oczywiście dla niej za duży, ale gdy go włożyła, okazał się 

wielce przytulny, pachniał miło i odświeżająco płynem po goleniu.

Kiedy wyszła z łazienki, Mark zauważył, że wygląda już lepiej. Skórę miała zaróżowioną, 

włosy, nieco podsuszone, zaczęły układać się w naturalne pukle. A może zrobiła sobie „trwałą", 

gdy skracała i farbowała swoje długie ciemne włosy?

A  może...  Lecz  byłoby  kompletną  głupotą  przypuszczać,  że  przypadkiem  trafił  na 

dziewczynę ogromnie tylko podobną do tamtej tancerki z baru Spike'a.

Ponieważ przyznała się, że jest głodna, Mark przygotował dla niej zupę z puszki i dokroił 

francuskiego chleba. Terri cały czas ukradkiem go obserwowała. Wyglądał tym razem zupełnie 

inaczej. Miał na sobie niebieską koszulę polo i dżinsy, jedno i drugie podniszczone. To nie był 

elegant w smokingu, z którym tańczyła w klubie, ani facet w gustownym garniturze, który chciał 

ją  obrazić  i  zastraszyć  w  barze  u  Spike'a. Dziś  wyglądał  na  zwykłego  faceta z  ulicy,  a  jednak 

miał coś w sobie, co napełniało ją uczuciem... bezpieczeństwa. Może widziała w nim człowieka, 

który, chcąc nie chcąc, był dawcą pieniędzy na zabieg niezbędny dla matki? Ta refleksja spra-

wiła, że Terri znów wróciła myślami do komplikacji pojawiających się w Seattle.

- Zabrałbym  cię  na  przejażdżkę  tym  jachtem,  jak  obiecywałem,  ale  pogoda  jest  niezbyt 

sprzyjająca.

Terri  w  duchu  przyznała  mu  rację.  Teraz  nie  miałaby  ochoty  wychodzić  na  otwartą 

przestrzeń i odruchowo otuliła się dokładniej aksamitnym szlafrokiem. Ale w kajucie było zaci-

sznie  i  ciepło.  Wnętrze  jachtu  urządzono  wygodnie  i  funkcjonalnie.  Wszystko  było  pod  ręką. 

Część  jadalna,  kuchenna, wypoczynkowa.  Wszystko  było  czyste  i  suche,  z  wyjątkiem  jej 

ubrania,  które  wisiało  na  ścianie,  tuż  przy  kaloryferze.  Mark  usiadł  przy  stole  i  uniósł  swoją 

szklankę z winem.

- Nasze zdrówko - powiedział i oboje zaczęli jeść z apetytem to, co przygotował.

Dziewczyna popatrzyła na niego.

- Skąd się wziąłeś w parku? - zapytała.

- Szukałem ciebie.

- Ale jak się dowiedziałeś, że... ?

background image

- Twoja przyjaciółka powiedziała mi, że wyszłaś na krótki spacer... postanowiłem odnaleźć 

cię.

Terri poczuła  zadowolenie.  Znaczyło to  bowiem,  że myślał o  niej, że  ją lubił.  Westchnęła 

więc z ulgą.

- Czy coś cię martwi? - zapytał cichym głosem, pełnym współczucia.

Spuściwszy głowę, potaknęła.

- Chcesz może porozmawiać o tym ze mną?

- Och nie, nie - zareagowała żywo, zdając sobie sprawę, że jego współczucie dotyczyło Terri 

Thompson, a nie Deedee Divine.

Pamiętała  doskonale  wściekłość  na  jego  twarzy,  gdy mówił:  „Jeśli  sądzisz,  że  pozwolę  ci 

uciec  z  połową  miliona  dolarów".  Rzeczywiście  prawie  pół  miliona.  To,  co  wówczas  zrobiła, 

nadal przytłaczało ją i  napełniało przerażeniem.  Zerwała wszystkie  nici łączące ją ze  Spikiem, 

ale ciągle sprawdzała, co się dzieje z czekami,  które wystawiła na nazwisko  Marka. Nadal nie 

zrealizowano  ich.  A  więc  nie  wydobyła  się  jeszcze  z  pułapki  i  być  może  Mark  wciąż  będzie 

poszukiwać Deedee Divine. Całe szczęście, że nie wprowadziła Angie w tę sprawę, wobec czego 

przyjaciółka nie mogła Markowi niczego zdradzić.

Mark  był  przekonany,  że  Terri  ma  jakieś  poważne  kłopoty.  Widać  to  było  na  jej  twarzy. 

Chciał wziąć dziewczynę w ramiona, całować te drgające usta...

- Powiedz mi, co cię gnębi? - zapytał jeszcze raz i delikatnie dotknął dłonią jej policzka. -

Może potrafię ci pomóc?

- Nie,  nie  potrafisz.  Nikt  nie  potrafi  - odparła,  odsuwając  się  trochę.  - A  poza  tym,  w  tej 

chwili  czuję  się  już  całkiem  dobrze.  Wydaje  się,  że  czas  już  na  mnie  - dorzuciła  i  zaczęła 

wstawać.

- Usiądź  i  dokończ  zupę,  nim  wystygnie.  I  tak  nie  możesz  wyjść,  nim  twoje  ubranie  nie 

będzie całkiem suche.

- Masz rację, zapomniałam.

Próbowała się uśmiechnąć,  siadając ponownie,  aby skończyć posiłek,  lecz uczucie strachu 

już jej nie opuszczało. Nie miała zamiaru mu się wyspowiadać. Skoro więc nadal bawiła się w tę 

grę, on będzie czynił podobnie. Z uczuciem lekkiej irytacji posprzątał naczynia ze stołu i podał 

kawę.

background image

Złość po chwili mu przeszła, a to rzecz jasna z powodu bliskości tej dziewczyny. Siedziała 

przed  nim,  osłonięta  tylko  szlafrokiem,  kryjąc  pod  nim  kremową  miękkość  skóry.  Nie  mógł 

oderwać  oczu  od  drgającego  pulsu,  widocznego  na  jej  szyi.  Pragnął  przylgnąć  ustami  do  tego 

miejsca, wsunąć ręce pod szlafrok i... Nagle wyprostował się i popatrzył na jej wargi, a potem w 

jej  oczy,  tak  zagubione,  bezbronne.  Niech  to  diabli  wezmą!  Przecież  nie  mógł  jej  uwieść,  nie 

mógł wykorzystać nastroju, w jakim się znajdowała. 

- A może zagramy w szachy? - zaproponował.

- Co mówisz? - zapytała, jakby nagle wytrącona z głębokiego zamyślenia.

- Proponuję partyjkę szachów. - Mark wstał i po chwili przyniósł szachownicę z pionkami, 

ukrytą w schowku, pod sofą.

- Ja...  ja  nie  wiem,  jak  się  w  to  gra  - ostrzegła,  ale  on,  nie  zwracając  uwagi  na  to,  co 

powiedziała, zaczął przygotowywać szachownicę do pierwszej partii.

- Nauczę cię. Nic szybciej nie odrywa człowieka od nurtujących go problemów, jak właśnie 

ta gra. - A mnie oderwie od myśli o tobie, trzeźwo pomyślał, chociaż bez entuzjazmu.

- To  wspaniała  rozrywka  - oświadczyła  Terri  z  przekonaniem,  gdy  w  skrócie  wyłożył  jej 

zasady gry, a potem rozegrali kilka próbnych partyjek. - Dziwi mnie tylko, że król tkwi w pełnej 

glorii, w jednym miejscu szachownicy, podczas gdy wszystkie inne figury i pionki kręcą się jak 

w ukropie, starając się króla osłaniać. A robi to zwłaszcza królowa - dodała.

- Uważaj, co mówisz. Brzmi to jak wypowiedź zagorzałej feministki.

- Stwierdzam  tylko  fakt  - powiedziała,  posyłając  mu  słodki  uśmieszek.  - Przyznasz,  że 

królowa najwięcej wędruje i pracuje na tej szachownicy. Kobiety czynią tak zresztą na każdym 

kroku, chociaż niewielu mężczyzn to przyznaje.

- To przywilej płci żeńskiej - powiedział, ale w głębi ducha zgodził się, że kobieta siedząca 

vis-a-vis  była w  stanie  sprawić,  że  zapominał  o  wszystkim  na  świecie,  z  wyjątkiem  jej  samej. 

Zauważył  jej  szybką  orientację  i  dowcip,  równie  intrygujące  go  jak  jej  uroda.  Podziwiał 

delikatnie brzmiący śmiech i oczy, które raz mogły być pogodne, a innym razem przepełnione 

agresją.  On  był  doskonałym  szachistą,  a  ona  zupełnym  nowicjuszem,  a  przecież  Mark  nigdy 

jeszcze nie odczuwał takiej przyjemności z gry, jak w tej chwili.

- Wydaje mi się - powiedziała w pewnym momencie - że moje dżinsy już wyschły i mogę 

wracać do siebie.

background image

Mark  z zaskoczeniem  stwierdził,  że  siedzieli  przy  stole prawie  trzy  godziny. A  wydawało 

mu się, że upłynęły zaledwie minuty, i nadal nie miał ochoty wypuszczać jej od siebie.

Terri wstała i powiedziała z sympatią w głosie:

- Dziękuję za wszystko. Nie masz pojęcia, ile to popołudnie dla mnie znaczyło. Rano byłam 

w  strasznie  podłym  nastroju.  - Roześmiała  się  i  dodała:  - A  teraz  wydaje  mi  się,  że  wszystko 

będzie dobrze.

- Ja też mam taką nadzieję - powiedział, biorąc ją za ręce.

- A  gdyby  było  inaczej,  powiedz  mi.  Pozwól  mi  sobie  pomóc.  Niezależnie  od  tego,  o  co 

chodzi.

On rzeczywiście tak myśli, przebiegło przez  głowę Terri.  Instynktownie przysunęła się do 

niego,  a  on  objął  ją  ramionami.  Był  to  ciepły  uścisk.  I  mocny.  Dający  poczucie  siły.  Uniosła 

nieco  głowę.  Usta  miała  rozchylone,  a  twarz  rozradowaną.  Poczuła  jego  ciepły  oddech  i  jego 

usta na swoich. Odniosła wrażenie, jakby poraził ją prąd. Zarzuciła mu ręce na szyję i tak chciała 

trwać już na zawsze. Fale zmysłowej rozkoszy przepływały przez nią, całowali się coraz namięt-

niej.  Jedna  ręka  Marka  wsunęła  się  pod  szlafrok,  ręka  pełna  wyczucia,  delikatna,  pieszcząca, 

potęgująca jej pożądanie. Dziewczyna jęknęła cicho.

Nagle mężczyzna odsunął się, zaczerpnął powietrza i dokładnie otulił ją szlafrokiem.

- Masz rację - powiedział głosem nieco schrypniętym.

- Czas już, abyśmy wracali. Twoje ubranie już wyschło, ubierz się więc i odprowadzę cię do 

domu. Był przekonany, że słusznie postąpił, nie przyspieszając dalszego biegu wypadków. Jeśli 

ta  wspaniała  dziewczyna  ma  się  zbliżyć  do  niego,  musi  to  być  rezultatem  jej  radosnego 

uniesienia, a nie efektem rozpaczy.

Przy drzwiach jej apartamentu obiecali sobie wzajemnie, że będą się spotykać.

Mark  wskoczył  do  samochodu  i  nacisnął  gaz  do  deski.  Musiał  szybko  wziąć  zimny 

prysznic...

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Terri  usiłowała  zachować  dobry  nastrój,  ale  wciąż,  na  zmianę,  opanowywała  ją  to 

desperacja,  to  nadzieja.  Dobre  wieści  zaczęły  napływać  z  Seattle  dopiero  po  trzech  dniach. 

background image

Matka  miała  już  zrobione  wszystkie  testy  i  ich  ostateczny  wynik  był  doskonały.  Radość 

opanowała Terri bez reszty, gdy więc zatelefonował Mark Denton, odparła w zachwycie:

- Niczego nie pragnę bardziej, jak pójść z tobą dzisiaj na kolację.

I tak się też stało. Po paru godzinach siedzieli przy elegancko nakrytym stoliku, w zacisznej 

restauracji.  Mark  obserwował  dziewczynę  z  uwagą.  Zadzwonił  do  niej  zaraz  po  powrocie  z 

Nowego Jorku, z zamiarem podniesienia jej jakoś na duchu. Ale z niedawnego przygnębienia nic 

już  nie  pozostało.  Była  pełna  wewnętrznej  radości  i  rozmowa  między  nimi  miała  wyraźnie 

charakter towarzyskiej paplaniny.

- Domyślam  się  - powiedział  Mark  - że  twój  problem,  chociaż  wciąż  nie  wiem,  na  czym 

polegał, został szczęśliwie rozwiązany.

- Och  tak,  całkowicie.  I  muszę  ci  jeszcze  raz  podziękować  - powiedziała,  posyłając  mu 

radosny  uśmiech.  - Wtedy,  na  twoim  jachcie;  uczyniłeś  to,  co  było  mi  tak  potrzebne.  Byłam 

głupia,  że  przed  spotkaniem  z  tobą  dałam  się  opanować  całkowicie  nastrojowi  przygnębienia. 

Byłam głupia i nie miałam racji. Trzeba było, tak jak mówi Angie, pozytywnie myśleć.

I w ten sposób odmienić bieg wypadków na korzystny. Czy wierzysz  w siłę pozytywnego 

myślenia?

- Oczywiście, że nie! - odpowiedział z głębokim przekonaniem. - Zgodziłbym się, że zbieg 

okoliczności  może wiele dobrego zdziałać. Ale uwierz  mi, szanowna pani,  że trzeba naprawdę 

dużo działać, a nie tylko pozytywnie myśleć, aby osiągnąć jakieś rezultaty. Wróciłem właśnie z 

Nowego Jorku, z sesji Narodów Zjednoczonych, poświęconej pokojowi na Bliskim Wschodzie. I 

zastanawiam się, czy w ogóle istnieje sposób na rozwiązanie tamtejszych problemów.

- O to właśnie chodzi! Czy nie sądzisz, że gdyby ktoś opracował sensowny i praktyczny w 

zastosowaniu  kompromis,  w  miejsce  stałego  podsycania  sporów  i  powiększania  wymagań, 

sytuacja zmieniłaby się zdecydowanie? - Dla wzmocnienia swej tezy dziewczyna zaczęła rzucać 

konkretnymi  przykładami  z  wieloletniego  konfliktu  na  Bliskim  Wchodzie,  tak  że  Mark  był 

zaskoczony  jej  znajomością  rzeczy.  - Powiedz  mi,  co  się  właściwie  wydarzyło  w  czasie  tej 

ostatniej sesji? - zapytała.

Mark  streścił  jej  przebieg  debaty,  a  to  doprowadziło  ich  do  szerszego  omówienia  jego 

kolumny w gazecie.

- Widzę, że systematycznie czytujesz moje komentarze.

background image

- Tak jest naprawdę i bardzo lubię rozmaitość twoich materiałów. Piszesz zarówno o tym, 

jak  dziewczynka  zgubiła  kota,  jak  i  o  sprawach  dotyczących  całego  kraju,  a  także  mię-

dzynarodowych.  A  wszystko  zawsze  przystępnie,  prostymi  słowami,  które  rozumie  nawet  taki 

głupek jak ja.

- Nie jesteś żadnym głupkiem, wprost przeciwnie, zadziwiasz mnie swoją orientacją w tak 

różnorodnych sprawach.

Mark był zachwycony, że rozmawia z osobą, która nie recytuje bezmyślnie, jak papuga, jego 

własnych  zdań.  Przeciwnie,  dziewczyna  nie  zgadzała  się  z  wieloma  jego  tezami.  Cały  czas 

popijali  kawę  i  brandy  i  dopiero  kelner  uświadomił  im,  że  upłynęło  kilka  godzin  i  za  chwilę 

zamkną restaurację.

Mark  znał  w  swym  życiu  wiele  kobiet,  ale  żadna  nie  zrobiła  na  nim  takiego  wrażenia,  iż 

chciałby przebywać wyłącznie w jej towarzystwie. Dlatego też ta kolacja zapoczątkowała serię 

następnych  spotkań.  Byli  więc  potem  w  teatrze,  operze,  na  tańcach,  przyjęciach,  a  jednego 

słonecznego dnia wybrali się na przejażdżkę jachtem.

Czasami  odnosił  wrażenie,  że  o  kobiecie  nazywającej  się  Deedee  Divine  już  właściwie 

zapomniał.  I  nagle  w  sobotę  wszystko  znowu  stanęło  mu  przed  oczami.  Tego  dnia  rano  Terri 

zaprosiła go na śniadanie, bowiem jej przyjaciółka wyjechała gdzieś z chłopakiem i mogli mieć z 

Markiem całe mieszkanie do dyspozycji.

Oboje  byli  tym  zachwyceni,  wszystko  układało  się  znakomicie.  Po  pysznym  śniadaniu,  w 

cieple  kominka,  rozłożyli  na  podłodze  szachy  i  Mark,  który  cały  czas  myślał  tylko  o  Terri, 

przegrał  parę  kolejnych  partii.  Dziewczyna  śmiała  się  radośnie  ze  swego  sukcesu.  Wyglądała 

tego  dnia  jeszcze  bardziej  kusząco  niż  zwykle.  Choć  mówiła  do  niego,  on  nic  nie  słyszał, 

zapatrzony, jak pod miękkim materiałem w kolorze brzoskwiniowym, z którego uszyte było jej 

spodnium,  poruszały  się  przy  każdym  głębszym  oddechu  nieduże  wzgórki  jej  piersi.  Odnosił 

wrażenie,  że  to  młode  ciało  przyzywa  go  wręcz  do  siebie.  Pocałował  jej  rozchylone  wargi  i 

poczuł, że sam płonie z pożądania. Położył się na dywanie wzdłuż niej i przyciągnął dziewczynę 

ku sobie, całując raz za razem jej twarz, szyję, ramiona, piersi.

Terri  była  zachwycona.  Chociaż  bez  słów,  gorąco  reagowała,  prosiła,  domagała  się, 

obiecywała... I nagle... bez uprzedzenia odsunęła się od niego i uniosła z podłogi.

O co jej chodziło, u diabła? Poczuł się pozbawiony czegoś, okradziony, obrabowany. Coś, 

co było w zasięgu jego ręki, zostało mu nagle odebrane. Wściekły i sfrustrowany zerwał się na 

background image

równe  nogi.  Terri  odsunęła  się  jeszcze  bardziej  i  sprawiała  wrażenie,  jakby  wyciągniętą  ręką 

chciała go powstrzymać. Przed czym, u licha? Czyżby myślała, że chce ją zgwałcić? Przecież w 

równej mierze jak on pragnęła tego zbliżenia, oczekiwała go. A zatem dlaczego?

- Przykro  mi  i  bardzo  cię  przepraszam  - powiedziała  cichym  głosem.  - Nie  teraz,  jeszcze 

nie... - Jej oczy wyrażały prośbę.

I  wtedy  właśnie  stanęła  mu  przed  oczami  Deedee  Divine.  Przypomniał  sobie  jej  taniec  u 

Spike'a. Jej ciało pełne prowokacyjnych ruchów, krąg mężczyzn obserwujących ją w gorączce. 

Jej oczy patrzyły na wszystkich kusząco, zapraszająco, pełne obietnic i... oszustwa.

Podobnie jak teraz u Terri Thompson, jej błękitne oczy również kusiły go i obiecywały..

- Czego  spodziewasz  się  po  mnie,  Terri  Thompson?  - Jego  głos  był  schrypnięty  i  ze 

szczególnym naciskiem wypowiedział jej nazwisko.

- N... niczego - odparła z wahaniem. - To znaczy, chciałabym, żebyśmy zostali przyjaciółmi.

- Czyżby? A mnie się wydawało, że łączy nas już coś więcej niż tylko przyjaźń.

- Masz rację. Ale na jeszcze więcej nie nadszedł czas - powtórzyła. - Są sprawy... o których 

nie wiesz... znamy się przecież niezbyt długo.

Marka  nagle  uderzyła  niespodziewana  myśl.  A  może  ona  chce  również  jego  skusić, 

naciągnąć  na  coś?  Na  przykład  na  małżeństwo?  Ta  myśl  zawstydziła  go  jednak  i  rozzłościła. 

Przecież zaledwie parę minut wcześniej zgodziłby się na każdą jej zachciankę.

- Może powinniśmy mieć czas, by ostudzić się nieco - powiedział. Sięgnął po marynarkę i 

wyszedł.

Terri oparła się o drzwi, które zamknęły się za nim. Zbierało się jej na płacz. Chciała wołać, 

żeby wziął ją w ramiona i przywrócił to wspaniałe uczucie, kiedy oboje tak bardzo nawzajem się 

pożądali.  Zdawała  sobie  jednak  sprawę,  że  jeśli  ich  związek  ma  być  trwały,  to  w  pierwszym 

rzędzie  muszą  zniknąć  wszystkie  dzielące  ich  przegrody,  muszą  być  wyjaśnione  wszelkie 

kłamstwa.  Ona  przecież  kochała  Marka  Dentona  i  chwilami  zdawało  się  jej,  że  Mark 

zrozumiałby  ją  i  wybaczył,  gdyby  mu  wszystko  wyznała.  Parokrotnie  była  już  bliska  takiej 

decyzji i w ostatniej chwili powstrzymywało ją przed tym wspomnienie jej własnej bezczelności 

tamtego pierwszego dnia,  w barze  Spike'a, i  ogrom  sumy, którą  od Marka wycyganiła. Gdyby 

chodziło  o  sto  dolarów,  nawet  o  cztery  tysiące,  które  można  byłoby  spłacić  i  o  całej  sprawie 

zapomnieć, to na pewno zostaliby przyjaciółmi. Ale tak olbrzymia suma tworzyła między nimi 

przeszkodę nie do przebycia. A na dodatek jeszcze te jej kłamstwa...

background image

Były  chwile,  kiedy  wydawało  się  Terri,  że  on  rozpoznaje  w  niej  tamtą  tancerkę,  jednak 

postanowił  tę  sprawę  puścić  w  niepamięć.  Ale  czy  można  puścić  w  niepamięć  prawie  pół 

miliona  dolarów?  Nie  starać  się  ich  odzyskać?  Dziewczyna  zastanawiała  się  także,  co  miało 

znaczyć  jego  powiedzenie,  że  być  może  potrzebny  jest  im  pewien  okres na  ochłodzenie?  Czy 

znaczyło to, że już go więcej nie zobaczy?

Jednak  Mark  w  żadnym  wypadku  nie  chciał  zrywać  tej  znajomości.  Kimkolwiek  była, 

oczarowała go całkowicie, a to, co  do niej czuł  było głębsze niż erotyczne pożądanie. Jej czar 

osobisty  zauważało  także  wiele  innych  osób.  Pewnego  wieczoru  jego  matka  zaprosiła  go  na 

kolację. I wtedy zabrał ze sobą Terri.

- Co za czarująca kobieta - powiedziała potem starsza pani. - Zrównoważona, a jednocześnie 

pełna życia i gracji, zauroczyła wszystkich gości.

- O, tak! - zgodził się Mark, wyraźnie zadowolony. I pomyślał, że nawet wuj Jasper był nią 

oczarowany. Obserwował z uwagą chwilę prezentacji.

- Mój brat, pan Goodrich - powiedziała matka i Mark był pewien, że zauważył zakłopotanie 

Terri czy nawet lekki szok.

Jeśli  tak  było,  to  Terri  opanowała  się  natychmiast  i  poddała  bez  ociągania  sondującym 

pytaniom wuja Jaspera.  Potem, na boku, starszy pan powiedział do siostry, że dziewczyna jest 

wyjątkowo miła. Matka Marka przytaknęła i stwierdziła, że zapewne jest wtorkowym dzieckiem.

- Wtorkowym? - zapytał zaskoczony Mark.

- Jak to, nie wiesz, że dzieci urodzone we wtorek są wyjątkowo miłe?

- Rozumiem - powiedział Mark, a w duchu pomyślał, że nie wie nawet, którego dnia i roku 

urodziła się Terri, ani gdzie. Nie wie zresztą w ogóle, kim jest. Wie tylko, że ma piękne, błękitne 

oczy, dołki w policzkach i melodyjny głos. Trudno też zaprzeczyć, że była specjalistką od tańca 

brzucha i omotała jego siostrzeńca, nie mówiąc już o tym, że nakłamała niemało jemu samemu. 

Deedee  Divine  rozstała  się  z  nim  w  tak  trudnej  sytuacji, iż  nic  dziwnego,  że  Terri  nie  chciała 

teraz  wyjaśniać  czegokolwiek.  Tak  czy  inaczej,  Mark  postanowił,  że  będzie  czekał  na  chwilę 

szczerości, chwilę prawdy...

ROZDZIAŁ ÓSMY

background image

Brian był asystentem Marka. Zbierał dla niego materiały, głównie z konkurencyjnych gazet, 

i mnóstwo wycinków pokrywało całe jego biurko.

- Będziemy to musieli sprawdzić - powiedział. - Dawny spór odradza się na nowo.

Szef  przeglądał  właśnie  wręczony  mu  przez  sekretarkę  wydruk  swego  komentarza  do 

nowego numeru gazety, nie uniósł więc nawet głowy.

- O  jaki  spór  ci  chodzi?  - zapytała  sekretarka,  Ginger,  wysoka,  atrakcyjna,  młoda,  o 

ciemnobrązowej karnacji.

- O spór wielkiego biznesu z małym biznesem - odparł Brian. - Zdaniem Sama Petersona, 

szefa  Zjednoczenia  Producentów  Aut,  stanowa  Komisja  do  Spraw  Rozwoju  Gospodarczego 

dobrze  by  zrobiła,  przyglądając  się  swoim  priorytetom.  Jego  zdaniem  powiększenie  ulg 

podatkowych  ściągnęłoby  do  Kalifornii  duże  firmy,  które  stworzyłyby  nowe  miejsca  pracy  i 

powiększyły  produkcję.  W  ten  sposób  dałoby  się  uniknąć  strat,  które  przyniosły  pożyczki 

udzielane drobnym biznesmenom.

- Szowinistyczna  świnia  - prychnęła  Ginger.  - Ciekawa  jestem,  gdzie  on  wynalazł  taką 

statystykę?

Brian posłał jej szelmowski uśmieszek, poprawił okulary i zaczął czytać fragment artykułu z 

gazety:

- Liczba bankructw odnotowanych wśród sponsorowanego przez władze stanowe drobnego 

biznesu  jest  żałosna.  Niedbalstwo  w  zasadach  przyznawania  pożyczek  przez  Administrację 

Małego  Biznesu  sprawiło,  że  wiele  firm  dostało  się  w  niepowołane  ręce,  co  w  rezultacie 

sprawia...

- Och,  zamknij  się.  Chciałbyś,  żeby  gospodarka  znajdowała  się,  jak  zawsze,  w  rękach 

grubych ryb, oczywiście o białej skórze i płci męskiej.

- Ja chciałbym? Przecież tylko cytuję ekspertów.

Mark  nie  włączył  się  do  dyskusji.  Nakazał  tylko  sekretarce,  która  zresztą  z  reguły 

opowiadała się po stronie wszelkich mniejszości, aby naniosła niewielkie poprawki na jego tek-

ście, nim faksem przekaże go do drukami.

- Okay, szefie - odparła. - Proszę, powiedz tylko temu panu Głupolowi, że jedno śmierdzące 

jajko nie zanieczyszcza całego koszyka.

- Jakie jajko i jaki koszyk?

background image

- Ona  plecie  o  Ericu  Saundersie  - powiedział  Brian.  - To  ten  facet,  który  oszukał 

Administrację Małego Biznesu na dwieście tysięcy dolarów, co oczywiście nie jest drobną sum-

ką.  Dodam,  że  nie  możesz  mówić  o  mnie,  iż  jestem  przeciw  mniejszościom,  szanowna  panno 

Ginger, dlatego że Saunders jest białym mężczyzną.

- Nie,  bynajmniej!  Tobie  nie  chodzi  o  krytykowanie  Saundersa  - upierała  się  Ginger.  -

Ucieszyłoby cię zlikwidowanie całej Administracji Małego Biznesu z powodu tego faceta.

- Jeszcze raz powiem, że się mylisz, panno Mądrzalska. Twierdzę tylko, że jeśli cały Zarząd 

może być tak łatwo oszukany przez jednego bezczelnego faceta, z powodu wydumanej fabryki 

porcelany,  to  znaczy,  że  coś  w  interesie  śmierdzi.  I  my  powinniśmy  się  temu  przyjrzeć.  - To 

mówiąc, Brian położył na biurku szefa kilka wycinków z gazet. A potem zwrócił się do Ginger: -

Czas na lunch. Postawię ci, zepsuta dziewczyno, hamburgera. A co przynieść dla ciebie, szefie?

Mark przeglądał już wycinki i pokręcił przecząco głową. Po chwili był sam w gabinecie i 

zdegustowany  pomyślał,  że  poranna  prasa  nie  przynosi  nic  godnego  komentarza.  Wszyscy 

przecież  wiedzą,  że  gospodarka  kuleje  i  władze  stanowe  powinny  wpływać  ożywiająco  na 

biznes, zarówno ten duży, jak i mały.

Przerzucając  gazety,  trafił  na  artykuł  omawiający  sprawę  Erica  Saundersa.  Dostał  on 

pożyczkę, z poręczenia stanu Kalifornia, w wysokości rzeczywiście dwustu tysięcy dolarów, na 

wybudowanie  fabryki  porcelany.  Fabryka  okazała  się  fikcyjnym  przedsięwzięciem,  Saunders 

podjął pieniądze i zniknął. Stan Kalifornia został bez gotówki, a Administracja Małego Biznesu 

zbierała cięgi ze wszystkich stron.

Mark  wstał  zza  biurka  i  podszedł  do  okna.  Przed  nim  roztaczał  się  widok  na  ruchliwą, 

śródmiejską  Market  Street.  Na  czym  polegał  błąd  Administracji  Małego  Biznesu?  Chodziło  o 

niedbalstwo  czy  czyjś  współudział  w  przestępstwie?  Zasady  finansowania  tak dużych  operacji 

powinny  być  ujęte  w  twarde  ramy.  Nie  jest  wykluczone,  że  ktoś  w  środku  tej  instytucji... 

Przerwał  swój  tok  myśli.  Nie  musiał  wyciągać  przedwczesnych  wniosków,  tym  bardziej  że 

pamiętał, co kiedyś powiedział Nate:

- Chłopie, to, co ty uwielbiasz, to nie są słowa, lecz siła! Siła słów.

- Jak mam to rozumieć? - zapytał Mark, cały najeżony.

- Chcę przez to powiedzieć, że wy, cholerni dziennikarze, możecie swymi słowami okręcić 

sznur  wokół  szyi  człowieka i  powiesić  go,  nim  stanie  przed  sądem.  Uważacie,  że  jesteście  i 

prokuratorem, i sędzią.

background image

- Pleciesz  głupoty - odparł zdenerwowany Mark. -W imieniu społeczeństwa opisujemy to, 

co  nas  otacza.  I  jesteśmy  zobowiązani  do  prezentowania  faktów  naszym  czytelnikom.  - Mark 

wyrzucił  to  z  siebie  z  przekonaniem,  ale  nigdy  właściwie  nie  potrafił  wyzbyć  się  myśli,  że  w 

zarzutach  Nate'a  było  trochę  racji.  Fakty  można  naciągać,  nie  eksponując  dostatecznie  mocno 

winowajcy lub osłaniając niewinnego. Dlatego starał się raczej wyrażać opinie, niż prezentować 

fakty, chyba że nie miał co do nich najmniejszej wątpliwości. A to nie zdarza się często.

Jest  również  prawdą,  że  sens  słów  można  przekręcić.  Niuanse  zawarte  w  słowach,  czy  w 

całych zdaniach, mogą  mieć różne znaczenie.  Słowa mogą sprawiać  ludziom przyjemność czy 

też  wpędzać  ich  w  złość,  pogłębiać  nienawiść,  ale  także  wywoływać  radość,  żal...  Tak,  słowa 

mają swoją moc i człowiek musi być ostrożny w posługiwaniu się nimi.

Mark  z  dużą  starannością  studiował  wycinki  z  gazet.  Erie  Saunders  pobrał  pieniądze  i 

zniknął. A więc sądzić można, że jest winny. Ale Ginger miała rację, iż Zarządu nie powinno się 

potępiać z powodu jednej sprawy. A może podobnych było więcej? Jeśli wewnątrz Zarządu był 

współwinny...  Mark  jeszcze  raz  przejrzał  wycinki.  Okazało  się,  że  Zarząd  organizował 

konferencję  prasową  następnego  dnia  rano,  o  dziesiątej.  Aby  dokładniej  zaznajomić 

społeczeństwo  ze  swoją  działalnością.  A  także,  jak  Mark  się  domyślał,  aby  bronić  się  przed 

ostatnio  wysuwanymi  zarzutami. Sprawdził  swój  rozkład  zajęć na  następny dzień  i  postanowił 

pojawić się na konferencji.

Mark  witał  się  skinieniem  głowy  ze  znanymi  mu  reporterami  i  zajął  miejsce  przy  Samie 

Wellsie,  z  „The  Tribune".  Byli  głęboko  pogrążeni  w  dyskusji  na  temat  ostatnich  rozgrywek 

profesjonalnego  golfa,  gdy  na  podium  pojawili  się  przedstawiciele  Administracji  Małego 

Biznesu.  Mark  chciał  jeszcze  coś  powiedzieć  do  Sama,  gdy  nagle  zobaczył,  jak  tuż  obok 

przewodniczącego  zasiadła  elegancka,  na  czarno  ubrana  kobieta.  Wokół  szyi  miała  zawiązany 

szalik w tym samym kolorze co jej piękne błękitne oczy. Była to Terri Thompson.

Co ona, u diabła, tutaj robiła?

Zza  stołu  wstał  przewodniczący  konferencji,  aby  powitać  dziennikarzy  i  zaprezentować 

kolegów.  Jedną  z  nich  była,  jak  stwierdził  przewodniczący,  Terri  Thompson,  szefowa  działu 

kredytów.

Oszołomiony  Mark  usiłował  pojąć,  co  mogła  mieć  wspólnego  kobieta  o  tak  wysokiej 

pozycji  zawodowej  z  tancerką  w  podrzędnym  barze.  I  starał  się  sobie  przypomnieć,  co  sama 

background image

Terri  mówiła  mu  o  swej  pracy.  Doszedł  do  wniosku,  że  niewiele. Równie  mało  mówiła  mu  o 

innych szczegółach swego życia. Tyle tylko, że pracuje w jakimś biurze stanowym.

Dziewczyna  dostrzegła  go  wśród  dziennikarzy,  skinęła  głową  i  uśmiechnęła  się. 

Odpowiedział  jej tym samym, starając się nie okazywać  swego zaskoczenia. Główny urzędnik 

od udzielania kredytów! Kluczowa pozycja! Wygodna dla wszelkich finansowych machlojek. W 

stylu panny Deedee Divine...

Mark  nie  słyszał  ani  jednego  słowa  z  całej  debaty,  aż  do  chwili,  kiedy  przewodniczący 

poprosił do mikrofonu Terri.

- Panna  Terri  Thompson,  nasz  główny  specjalista  od  spraw  kredytów.  Przybyła  do  nas  z 

doskonałymi  rekomendacjami  i  dyplomem  magistra  w  zakresie  biznesu,  uzyskanym na 

Uniwersytecie  Stanforda.  Wykonuje  wzorowo  swą  pracę  i  zjawiła  się  tutaj,  żeby  przedstawić 

państwu założenia naszej polityki kredytowej i obowiązujące przy tym reguły. Odpowie też na 

pytania z waszej strony, jeśli takie się pojawią.

Wstała  i  zwróciła  się  ku  słuchaczom.  Terri  Thompson,  jakiej  nigdy  przedtem  nie  widział. 

Oczywiście zdawał sobie sprawę, że jest zrównoważona i pełna gracji. Ale nigdy nie wydawała 

mu się tak kompetentna, pewna siebie oraz opanowana. Czyżby nie była świadoma, że cała sala 

pełna  jest  pazernych  dziennikarzy,  mogących  ją  pożreć,  przy  okazji  rozpatrywania  sprawy 

Saundersa?

Przeciwnie,  wiedziała  o  tym  doskonale.  Wewnętrznie  trzęsła  się  jak  liść  na  wietrze.  Tak 

wiele  ryzykowała.  Jej  reputacja,  jej  praca,  a  także  dalsze  losy  jej  urzędu  były  w 

niebezpieczeństwie.  Na  szczęście,  gdy  podchodziła  do  mikrofonu,  nie  myślała  w  ogóle  o  tym 

haniebnym  oszuście  i  złodzieju  Saundersie,  lecz  o  setkach  innych  ludzi,  którzy  doskonale 

wykorzystywali  zaciągnięte  kredyty  dzięki  swej  przedsiębiorczości,  pomysłom,  talentom, 

aspiracjom. Ci ludzie potrzebowali tylko pomocnej dłoni. Wiele podań czekało na załatwienie na 

jej biurku.

Terri w swej wypowiedzi ani słowem nie wspomniała o mrocznej sprawie Erica Saundersa. 

Skupiła  się  wyłącznie  na  pozytywach.  Cytowała  dane  statystyczne,  sukcesy  małych 

przedsiębiorstw,  wskazywała  na  powstające  nowe  stanowiska  pracy  i  najnowsze  podatki 

napływające do kas stanowych. Na koniec przedstawiła zasady obowiązujące przy przyznawaniu 

pożyczek,  mówiła  o  dokładnym  sprawdzaniu  podań.  Mimo  tak  pozytywnego  obrazu  już 

background image

pierwsze  pytania,  padające  z  sali,  nacechowane  były agresywnością.  Atakowano  zarówno całą 

administrację, jak i szefową działu kredytowego.

Mark  nie  mógł  tego  wytrzymać.  Wyglądało  na  to,  jakby  cała  sala  postawiła  sobie  za  cel 

ukrzyżowanie Terri. Chciał wstać, otoczyć ją ramionami i bronić przed wszelką napastliwością. 

Wydawała się tak podatna na zranienie...

Nagle  przyszło  na  niego  otrzeźwienie.  Co  ty  sobie  wyobrażasz?  - skarcił  sam  siebie. 

Przecież  wiesz  o  niej  niejedno.  Ta  cała  sprawa  może  być  dokładnie  ukartowana  przez  dwoje 

ludzi,  którzy  zmieniają  swe  nazwiska,  swe  tożsamości,  tak  jak  zmieniają  ubiory.  W  trakcie 

konferencji wyszło bowiem na jaw, że Eric Saunders wielokrotnie przeistaczał się w rozmaitych 

facetów.  Padło  też  twierdzenie,  że  jako  zabezpieczenie  pożyczki  z  Administracji  Małego 

Biznesu  podał  swoje  konto  w  jakimś  banku,  na  którym  było  dwieście  tysięcy  dolarów.  Czy 

przypadkiem nie pochodziły one z kieszeni Marka Dentona? Wycyganione przez niejaką Deedee 

Divine? Po co bowiem ktoś, kto uzyskał tytuł magistra ekonomii, miałby zajmować się tańcem?

No tak, ale tytuł magistra również mógł być fałszywy.

Jednak Terri, odpierając ataki dziennikarzy, nie sprawiała wrażenia osoby niekompetentnej. 

Mark  nie  mógł  się  oprzeć  satysfakcji,  gdy  słuchał,  jak  szybko  i  precyzyjnie  dziewczyna 

odpowiadała na pytania z sali. Widać było, że doskonale orientuje się w temacie. Jeśli było coś 

w  niej  sfałszowane,  to  zrobiono  to  znakomicie...  podobnie  jak  znakomicie  wypadała  w  tańcu 

brzucha.

Konferencja miała się już ku końcowi i argumenty Terri Thompson brały górę. Tak, sprawa 

Erica  Saundersa  była  wyraźnym  naruszeniem  zasad.  Oczywistym  oszustwem,  zaplanowanym 

zawczasu. Administracja  musi  ponieść tego konsekwencje.  Był  to  jej błąd,  ale też  ostrzeżenie. 

Osoby  składające  podania  o  kredyt  muszą  być  staranniej  sprawdzane  niż  dotychczas.  Należy 

jednak sprawnie działać. Kredyty muszą być dostępne dla tych, którzy ich naprawdę potrzebują i 

na nie zasługują. Terri Thompson namawiała ludzi do społecznego uczestniczenia w działalności 

Zarządu  i  zapraszała  do  swego  biura.  Nie,  podania  o  kredyty,  stare  czy  nowe,  nie  będą  pod-

dawane społecznej inspekcji. Prywatność klientów musi być uszanowana: Ale sprawy biznesu to 

co  innego,  i  każda  osoba  indywidualnie,  jak  też  całe  grupy  zawodowe,  są  zapraszane  do 

współpracy z Administracją Małego Biznesu.

background image

Konferencja  dobiegła  w  ten  sposób  końca.  Część  dziennikarzy,  jak  zwykle  w  takich 

wypadkach,  opuszczała  szybko  salę,  inni  podchodzili  do  stołu  prezydialnego,  żeby  wymienić 

jeszcze jakieś spostrzeżenia.

Mark,  zbliżając  się  powoli  do  stołu,  zastanawiał  się,  co  powiedzieliby  koledzy  po  piórze, 

gdyby oświadczył, że ta pani z Administracji jest w stanie oszukiwać, kłamać, fałszować, być w 

zmowie...

- Halo,  Mark  - powiedziała  Terri,  wyciągając  do  niego  rękę.  - Byłam  zaskoczona.  Nie 

spodziewałam się, że przyjdziesz tutaj.

- Jak się masz, Terri - odparł, uśmiechając się szeroko w odpowiedzi. - Może pójdziemy na 

lunch?

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

- Wywarłaś na mnie i na całej sali duże wrażenie - powiedział Mark, gdy byli już sami.

- Doprawdy? - zapytała Terri z cieniem wątpliwości w głosie. - Sądzisz więc, że będziemy 

mieli dobre relacje w prasie?

- Zdecydowanie!  Przełknęli  wszystko,  co  im  powiedziałaś.  - W  głosie  mężczyzny  była 

odrobina ironii, dziewczyna jednak nie zareagowała, a tylko westchnęła głęboko.

- Dobrze by było, gdybyś miał rację. Ten przypadek Erica Saundersa był dla nas poważnym 

ostrzeżeniem.  Tyle  tylko,  że  to  odosobniony  przypadek.  Nigdy  jeszcze  nic  takiego  nie  miało 

miejsca. Pan Anderson, mój szef - kontynuowała -chciał, abym to ja poprowadziła na konferencji 

ten temat i miałam ogromne obawy, że nie podołam. Czułam, że ryzyko było ogromne.

Mark  zrozumiał  na  koniec  swoje  postępowanie.  Nie  wywierał  nacisku  na  Terri,  żeby 

wyznała całą prawdę, bo obawiał się, że jego podejrzenia mogły się okazać słuszne, a on tego nie 

chciał. Jedyne, czego pragnął, to wziąć tę rozkoszną twarzyczkę w ręce i ucałować kuszące usta. 

Na  środku  ruchliwej  ulicy,  wśród  tłumu  otaczających  ich  ludzi.  Do  diabła  z  tymi  ludźmi  i  do 

diabła z gnębiącymi go wątpliwościami!

Po chwili siedzieli w małym bistro i jedli coś w rodzaju lunchu. Przy czym on milczał, a ona 

w dalszym ciągu zalewała go potokiem słów na temat swej pracy i zakończonego przed chwilą 

spotkania z prasą.

background image

- Nie mówisz ani słowa, Denton, a mnie interesuje, co chcesz sam napisać o tej konferencji. 

A może nie masz w ogóle takiego zamiaru?

- Jeszcze  nie  wiem  - bąknął,  nie  wystawiając  sobie  najlepszego  świadectwa.  Gdzie  się 

podziała  jego  odpowiedzialność  wobec  społeczeństwa,  rzetelne  relacjonowanie  przez  niego 

faktów?

Był zadowolony, gdy skończyli lunch. Miał nadzieję, że przemyśli jeszcze raz całą sprawę. 

Kiedy jednak ona podniosła się od stolika, przytrzymał ją za rękę.

-- Chodźmy już, szanowny panie - powiedziała, śmiejąc się i ukazując dołki na policzkach. -

Nie mam czasu na marzenia i pogaduszki. Czeka mnie ciężka praca.

- Sterta nowych podań o kredyt? - powiedział domyślnie i także zaśmiał się.

- Zgadłeś! A co z tobą? Nie masz nic do omówienia? Żadnego zamachu stanu, powstania? A 

może poświęciłbyś uwagę jakiejś konferencji prasowej?

- Dobrze, już dobrze. - Mówiąc to, Mark nie wypuszczał jej dłoni. - Czy mamy jakieś plany 

na niedzielę? Może wybierzemy się nad jezioro Tahoe?

Odparła, że bardzo jej przykro, ale w piątek wyjeżdża do Seattle i wróci dopiero w niedzielę 

późnym wieczorem. Mark przy tych słowach puścił jej rękę, zastanawiając się któryś raz z rzędu, 

co ciągnie ją do tego cholernego Seattle?

Lecąc samolotem do Seattle, Terri myślała wyłącznie o Marku Dentonie. Był dla niej wciąż 

nieodgadniona  zagadką.  Zawsze  niedbały,  wszystko  traktujący  z  przymrużeniem oka,  lekko. 

Niezależnie od tego, czy tańczył, grał w szachy, czy po prostu stał na swym kiwającym się na 

wodzie  jachcie  w  wypłowiałych  dżinsach  i  mieszał  zupę  w  garnku.  Nikt  wówczas  nie 

uwierzyłby,  że  jest  pełnym  poświęcenia  dziennikarzem,  który  donosi  z  szerokiego  świata  o 

zamieszkach, rewolucjach, walkach, w których krew się leje. Pochłaniała jego teksty zachłannie, 

zachwycała się tym, co pisał, podobnie jak tym, kim był... A był wysokim, przystojnym mężczy-

zną,  beztroskim,  z  zawsze  zmierzwionymi  czarnymi  włosami  i  uśmiechem,  który  rodził  się  w 

kącikach  ust  i  rozprzestrzeniał  na  całą  twarz,  oczy.  Te  oczy  świdrowały  ją  głęboko  i  miała 

chwilami wrażenie, że sięgają w głąb jej duszy.

Terri  wyprostowała  się  na  swym  fotelu,  przerzuciła  niedbale  kilka  stron  kolorowego 

magazynu, który leżał na jej kolanach i zastanawiała się, co ma dalej robić z Markiem? Kiedy 

wreszcie hędzie mogła powiedzieć mu wszystko?

background image

A może nigdy to nie nastąpi? Przecież tyle osób wplątanych jest w tę sprawę. Po pierwsze... 

jej  matka.  Miała  naprawdę  ciężkie  życie.  Przykładem  była  praca  w  barze  Spike'a.  Tam  Terri 

odkryła  wiele  szczegółów  z  życia  Delii,  o  których  wcześniej  nie  miała  pojęcia.  Ale  z  drugiej 

strony  było  wiadome,  że  Delia  nie  byłaby  w  stanie  oszukiwać.  Była  uczciwą,  przyzwoitą, 

prostolinijną kobietą, która nigdy by nie wybaczyła oszustowi naciągającemu drugą osobę na tak 

monstrualną sumę.  Dlatego Terri  musiała  okłamać również swą rodzoną  matkę. Naopowiadała 

jej o rzekomym dobroczyńcy, Jasperze Goodrichu.

Och! Wielki Boże! Jasper Goodrich. Jak to się stało, że ona, Terri, nie zemdlała na przyjęciu 

u  matki  Marka,  gdy  pani  Denton powiedziała:  „Moja  droga,  chciałabym,  żebyś  poznała  mego 

brata, Jaspera Goodricha". Wszystko, co była w stanie

wówczas  zrobić,  to  uśmiechnąć  się  i  podać  mu  rękę.  Oczywiście  nie  mogła  ustrzec  się 

rumieńca wstydu, na szczęście nikt go nie zauważył.

Gdyby Goodrich wiedział, że ona jest Deedee Divine...

Gdyby jej matka wiedziała, co ona zrobiła...

Gdyby  Mark  wiedział...  A  oczywiście  natychmiast  by  wszystko  skojarzył,  gdyby 

kiedykolwiek  spotkał  jej  matkę.  Terri  oczami  duszy  widziała,  jak  jej  otwarta,  uczciwa  Delia 

mówi pełna szczerości:,Jestem tancerką. Tak, mogę się założyć, że w mym życiu przetańczyłam 

już wielokrotnie nasz kontynent wzdłuż i wszerz". Śmiałaby się i odpowiadała na wszystkie jego 

pytania. I poznałby całą prawdę.

Jasne więc, że Mark i jej matka nie mogą się nigdy spotkać. Może więc powinna poszukać 

jakiejś innej pracy, wyjechać z San Francisco. Ale przecież bardzo lubiła swoją pracę i kochała 

Marka.

Zrujnowała całe swe życie przez te wszystkie kłamstwa.

Matka wyglądała pięknie. Cała jakby rozkwitła.

- Czuję się wspaniale, Terri! - powiedziała z wdzięcznością.

- Tak bardzo się cieszę - odparła córka, przyciskając ją do siebie. Słowa matki warte były 

miliona kłamstw.

- Lekarze chcą, żebym jeszcze przez parę miesięcy była w pobliżu. Ale nie obawiają się już 

komplikacji  i  są  zaskoczeni  moim  szybkim  powrotem  do  zdrowia.  Muszę  napisać  do  pana... 

jakże się on nazywa? Goodlaw? Gdyby nie on...

background image

- Och, mamo.  Tacy ludzie,  jak pan  Goodrich nie  wymieniają listów z  każdą  osobą, której 

pożyczą pieniądze.

- Naprawdę?  - Delia  była  zaskoczona.  - Wydaje  mi  się,  że  powinni  być  szczęśliwi,  kiedy 

dowiedzą się, że komuś  tak bardzo pomogli. Wiem, że nie odpowiedział na mój pierwszy list, 

ale...

- Mamusiu,  on  prawdopodobnie  w  ogóle  nie  widział  twego  listu.  Otoczony  jest 

sekretarkami, asystentami i... prawnikami od podatków... na pewno w dziewięciu wypadkach na 

dziesięć nawet nie wie, na co przeznaczone są jego pieniądze.

- Nie  wierzę  w  to.  Jestem  pewna,  że  chciałby  wiedzieć,  jaki  cud  sprawiły  jego  dolary. 

Napiszę do niego jeszcze raz.

- W  porządku,  mamo.  Jeśli  w  wyniku  tego  poczujesz  się  lepiej...  Wyślę  ten  list  w  twoim 

imieniu. - Było to jeszcze jedno kłamstwo. Terri zmieniła temat i zaczęła opowiadać o Angie i 

nowym mieszkaniu.

- A co powiesz nam o twoim towarzyskim życiu? - zapytała ciotka Meg. - Poznałaś jakichś 

nowych panów?

- Niewielu  - odpowiedziała.  - Właściwie  tylko  jednego.  - Oczywiście  Terri  nie  chciała 

rozwijać tego tematu, zaczęła więc mówić o swojej pracy i ciekawych klientach.

Jej  matka  zainteresowała  się  szczególnie,  rzecz  jasna,  Joe  Danielsem  i  jego  tanecznym 

studiem.

- Może dostanę u niego pracę? - zastanowiła się głośno.

- Mamo, ty nie będziesz już musiała pracować.

- Taniec to nie praca, lecz przyjemność. A nauka tańca to wręcz rozrywka.

- Poczekamy,  zobaczymy.  - Terri  jeszcze  raz  zmieniła  temat.  Opowiedziała  im  o  aferze 

Saundersa i o konferencji prasowej. Ciągle pamiętała, że Mark nic nie napisał na ten temat. Ani 

jednego słowa. Zastanawiała się, dlaczego.

- Wiesz przecież, że nie wypowiadam się, gdy nie dysponuję odpowiednią liczbą faktów -

powiedział Mark do Briana.

- Czy pojawiło się coś nowego, co dotyczyłoby Erica Saundersa czy Larry'ego Cobbsa, tego 

drugiego nazwiska, pod którym on występuje?

- Znane są tylko jego nowe, kolejne pseudonimy.

- Sprawdź je wszystkie.

background image

- Wszystkie? - zapytał Brian zaskoczony, unosząc brwi.

- A jak, u diabła, zamierzasz go rozpracować?

- Szefie, to będzie wymagało ogromnej roboty.

- A czy nie za to ci płacą? - zapytał Mark, nie ukrywając rozdrażnienia.

Brian  zastanawiał  się,  co  sprawiało,  że  szef  ostatnio  tak  łatwo  wpadał  w  zły  nastrój  i 

dlaczego przywiązywał tak wielkie znaczenie do sprawy stosunkowo drobnej w skali kraju?

Kiedy Mark został sam, zaczął nerwowo spacerować po pokoju. Zdał sobie nagle sprawę, że 

dobrowolnie oddałby Terri Thompson wszystko to, co od niego wyłudziła, a nawet więcej, aby 

się  tylko  przekonać,  że  wbrew  faktom  przemawiającym  za  jej  winą  nie  jest  kłamczucha, 

oszustką,  mistrzynią  w  naciąganiu  innych.  Bardzo  chciał  się  też  dowiedzieć,  czy  łączyło  ją 

cokolwiek  z  tym  Saundersem.  Co  jednak  uczyniłby,  gdyby  okazało  się  to  prawdą?  Może 

wówczas przestałby myśleć wyłącznie o niej i zabrał się do pracy... Na razie był zadowolony, że 

trzymał w szufladzie dużo opracowanych już wcześniej materiałów.

Żeby rozładować swoje podejrzenia, zatelefonował do Terri.

- Dzień dobry, Mark, jak się czujesz?

- Pomyślałem  sobie,  że  może  wybralibyśmy  się  na  przejażdżkę  w  teren,  tak  jak  mi 

obiecywałaś...

- Oho! Jak widzę, chcesz sprawdzić wyniki mojej pracy, nim coś na ten temat napiszesz?

- Przecież zawsze tak robię. Czy masz coś przeciwko temu?

- Oczywiście,  że  nie.  Powiedz,  co  cię  szczególnie  interesuje,  to  opracuję  plan  naszego 

wyjazdu. Postaram się, żeby nie było to zbyt daleko...

- Nieważne. Chodzi mi tylko o kilka spraw, którymi ty osobiście się zajmowałaś. - Mark nie 

chciał budzić jej podejrzliwości.

Dziewczyna przyjęła propozycję i po paru dniach wyruszyli w inspekcyjną podróż.

Pierwsze  miejsce,  do  którego  Terri  go  zabrała,  znajdowało  się  w  Oakland,  niedaleko  San 

Francisco.  Dom  był  stary,  w  dzielnicy  raczej  średniozamożnej,  zabudowanej  zarówno  dość 

okazałymi  willami,  jak  i  sfatygowanymi  domkami.  Był  tam  również  sklep  spożywczy,  bar  i 

restauracja.  Po  uliczkach  biegały  rozbrykane  dzieciaki.  Terri  zaparkowała  samochód  przy 

jednym z piętrowych domostw obok furgonetki.

Otworzyła im kobieta z niezbyt czystymi rudymi włosami i z papierosem zwisającym z ust.

background image

- Panna Thompson - zawołała, wyraźnie zadowolona z przyjazdu Terri. - Przygotowujemy 

właśnie do wysłania gotowy numer naszego magazynu. Chce go pani zobaczyć?

- Po to właśnie przyjechaliśmy - odparła Terri. - Wiem, że jest pani bardzo zajęta, ale mam 

nadzieję, że znajdzie trochę czasu, żeby opowiedzieć panu Dentonowi o waszym biznesie. Pisuje 

on do wielu gazet i może to być dla pani reklamą. Mark, to jest Vera Cox, która wydaje lokalny 

miesięczny magazyn. Chcesz na pewno zobaczyć, jak się coś takiego robi?

Pani Cox wyjęła papierosa z ust i wyciągnęła rękę.

- Miło  mi  pana  poznać  - powiedziała.  - Przejdźmy  na  tył  domu,  tam  pracujemy.  - Nagle 

zawołała  do  dwojga  małych dzieci,  zwabionych  przyjazdem  obcych  ludzi:  - Mówiłam  wam, 

żebyście bawili się na podwórku, aż zawołam was na lunch. Uciekajcie stąd.

Dzieci, poczęstowane lizakami, które niespodzianie znalazły się w torebce Terri, zniknęły i 

pani  Cox  poprowadziła  ich  do  pomieszczeń  na  tyłach  domu.  Pokój,  który  sprawiał  wrażenie 

uporządkowanego  bałaganu,  pachniał  klejem  i  papierem.  Znajdowały  się  w  nim  dwa  nie 

używane w tej chwili komputery, przez jeden z trzech telefonów rozmawiał jakiś mężczyzna, a 

dwie kobiety przycinały papier i sklejały go na długim stole.

- Kolumny  przeszły  już  przez  skład  komputerowy  - wyjaśniała  pani  Cox.  - Teraz 

zestawiamy z kolumn i ogłoszeń całe stronice i przygotowujemy wszystko dla drukarki.

Kobieta  uniosła  jedną  z  gotowych  stron,  aby  mu  ją  pokazać.  Zawierała  dwa  artykuły:  na 

temat bezpieczeństwa jazdy na rowerze i na temat menu na Dzień Dziękczynienia. Na stronicy 

były  też  dwie  reklamy,  jedna  mówiąca  o  sklepie  z  dziecięcym  obuwiem,  a  druga  o  sklepie 

spożywczym.

- Bardzo  mi  się  to  podoba  - powiedział  Mark,  a  Terri  zaproponowała,  aby  pani  „redaktor 

naczelna" opowiedziała coś jeszcze o początkach przedsięwzięcia.

- Wszystko stało się z konieczności. Miałam trudne życie po śmierci męża. Zasiłki z pomocy 

społecznej nie wystarczały na utrzymanie, nie mówiąc już o tym, że człowiek się ich wstydził. 

Nie  chciałam  zostawiać  dzieci  bez  opieki,  wpadłam  więc  na  pomysł  wydawania  w  domu 

lokalnego magazynu. Mąż pracował kiedyś w gazecie i od tego czasu wiedziałam,  że najlepiej 

można  zarobić  na  reklamach.  - Pani  Cox  opowiadała  Markowi  szczegółowo,  jaką  gehennę 

początkowo przeżywała, kiedy sama pisała artykuły, sama składała strony i z dziećmi rozwoziła 

swój magazyn po okolicy. Uzbrojona w długą listę nic nie płacących „subskrybentów", zaczęła 

zbierać reklamy od miejscowych biznesmenów.

background image

Zaczęło  to  przynosić zyski,  ale  wciąż  niedostateczne,  żeby  mogła  zrezygnować  z  pomocy 

społecznej. Nie traciła jednak nadziei, bo interes mimo wszystko powoli się rozwijał. W pewnej 

chwili ktoś powiedział jej o możliwości otrzymania kredytu z Administracji Małego Biznesu.

- Spotkałam się z panną Thompson - powiedziała kobieta i posłała Terri pełen wdzięczności 

uśmiech.  - Gdyby  nie  ona...  Kredyt,  który  poręczyła  Administracja,  pozwolił  mi  na  zakup 

niezbędnych  materiałów  produkcyjnych  i  zatrudnienie  pomocników.  Dzisiaj  mam  dwóch 

pracowników,  specjalistów  od  reklam,  operatora  komputerowego,  kobiety,  które  składają 

magazyn, i kilku chłopców, którzy rozwożą go. Jest on w dalszym ciągu  bezpłatny, ale dzisiaj 

ma już sześć stron i tyle reklam, że dzięki nim dawno zrezygnowałam z zasiłków społecznych. I 

jeszcze jedno. Mam kilku autorów. Płacę im po dwadzieścia pięć dolarów za artykuł i nie ma pan 

pojęcia,  ilu  chętnych  mam  do  tej  roboty.  Czasami  artykuły  z  mojego  miesięcznika 

przedrukowywane  są  przez  większych,  lepiej  płacących  wydawców  i  wtedy  wszyscy  jesteśmy 

zachwyceni. O tak, szanowny panie.  Prowadzę  dobry biznes  i  gdyby nie  panna Thompson,  do 

dziś musiałabym na pewno wisieć u klamki pomocy społecznej. Mam rację, panno Thompson?

Tego  dnia  Terri  i  Mark  odwiedzili  jeszcze,  również  w  okolicy  Oakland,  przedszkole 

prowadzone  przez  Murzynkę  w  nieco  zaawansowanym  wieku,  a  potem  zajrzeli  jeszcze  do 

warsztatu naprawczego sprzętu rolniczego, gdzie młodzi ludzie, wręcz nastolatki, popisywali się 

tym,  co  potrafią.  Wszystko  to  były  przedsięwzięcia  bardzo  udane,  w  których  decydującą  rolę 

odegrały kredyty sponsorowane przez Administrację Małego Biznesu. W każdym wypadku Terri 

Thompson przyjmowana była niezmiernie serdecznie jako sprawczyni wszystkiego dobrego.

Opuszczając  warsztat  naprawczy,  Mark  uświadomił  sobie,  że  jeden  z  młodzieńców  tam 

zatrudnionych, szczycący się wymyślnym kolczykiem w uchu, ukradł mu coś z samochodu, parę 

miesięcy wcześniej.

Gdy powiedział o tym Terri, zaśmiała się.

- Jeśli nawet tak było, to czy nie jesteś zadowolony, że ten młody człowiek teraz pracuje, a 

nie kradnie?

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Mark szedł prędko do redakcji, głęboko wdychając zimne poranne powietrze. Przebijanie się 

autem  przez  korki  na  zatłoczonych  ulicach  zajęłoby  mu  więcej  czasu,  a  idąc  piechotą,  mógł 

background image

łatwiej przemyśleć to czy owo. Na przykład zastanawiał się, czy Terri z rozmysłem pokazała mu 

poprzedniego  dnia  jedynie  przykłady  tych  małych  przedsiębiorstw,  których  uruchomienie  nie 

wymagało większych kredytów, a zatem nie mogło kusić do przywłaszczenia dużych sum? Ich 

właścicielami byli wyłącznie ludzie wzbudzający sympatię, a nie podejrzenia...

Po  chwili  Mark  zreflektował  się.  To,  co  myślał, było  głupie.  Oszuści  nie planują  kolejnej 

afery w tym samym miejscu. Przenoszą się w inną okolicę. Tymczasem Terri nie miała takich 

zamiarów.  Sprawiała  wrażenie,  że  jest  bardzo  pochłonięta  swą  pracą.  Ta  myśl  poprawiła 

wyraźnie samopoczucie Marka. Do biura wszedł zdecydowanym krokiem.

- Cześć, Ginger. Czy jest coś nowego, Brian, w sprawie Saundersa?

- Znalazła się kolejna żona, tym razem w Virginii.

- Mówisz,  kolejna  żona?  Ale  przecież  nie  słyszało  się  dotychczas,  żeby  jego  poprzednia 

żona była w to wplątana?

- Nie, nie była.  Ich małżeństwo trwało tylko cztery miesiące i była równie zaskoczona jak 

wszyscy, gdy okazało się, że zniknął. Podobno ją również oszukał na czym się tylko dało.

- A  teraz  ma  kolejną  żonkę,  w  Virginii?  - Nie  jest  nią  chyba  Terri,  pomyślał  Mark.  Bo 

przecież ona mieszka tutaj.

- Trudno o niej powiedzieć, że jest żoną - skorygował Brian. - To jedna z licznych kobiet, z 

którymi  Eric  Saunders  się  wiązał,  a  potem  je  oszukiwał.  Ten  facet  ma  za  sobą  cały  sznur 

złamanych serc. Wie doskonale, jak podchodzi się do kobiet. Ma wypracowany system.

Czy Terri stosuje podobny system wobec mężczyzn? - zastanawiał się Mark.

- Jeszcze jedno wyszło na jaw w związku z tym panem - dorzucił Brian. - Ale ujawniono to 

za  późno.  Otóż  ktoś  podobno  widział  go  w  Seattle,  parę  tygodni  temu.  Jednak  wymknął  się 

policji.

Seattle! Mark usłyszał w głowie dzwonek ostrzegawczy.

Terri myślała o tym od chwili wyjazdu z Seattle. Nie było innego sposobu. Musiała opuścić 

San Francisco. I trzeba to będzie zrobić przed pełnym wyzdrowieniem matki i powrotem jej do 

miasta. Nie może dopuścić do jej spotkania z Markiem, bo wtedy wszystko zostałoby ujawnione 

i eksplodowało jak bomba. Matka nigdy nie zgodziłaby się na przyjęcie w ten sposób zdobytych 

pieniędzy,  nawet  jeśli  od  nich  zależało  jej  życie.  Jest  przekonana,  że  to  była  pożyczka  i  bez 

przerwy  pod  niebiosa  wychwala  swego  dobroczyńcę.  Drugi  kłopot  to  Mark.  Gdyby  on  czy 

ktokolwiek  inny  wspomniał  Jaspera  Goodricha  lub  gdyby  matka  zetknęła  się  z  Jasperem 

background image

osobiście,  a  przecież  byłoby  to  całkiem  możliwe,  bowiem  Terri  nadal  chciała  widywać  się  z 

Markiem... Gdyby z kolei Jasper Goodrich uświadomił sobie, że Mark...

Mark.  Jak  byłaby  w  stanie  kiedykolwiek  powiedzieć  mu  prawdę?  Początkowo  sądziła,  że 

mógł ją po prostu rozpoznać. Ale tak się nie stało. Teraz była już przekonana, że zaakceptował ją 

jako  Terri  Thompson  i  nie  kojarzy  jej  z  Deedee  Divine.  W  podejściu  do  niej  był  tak  otwarty, 

przyjazny,  pełen  zachwytów.  Spędzał  z  nią  coraz  więcej  czasu.  Czuli  się  razem  wspaniale, 

niezależnie od tego, co robili. Płynęli jachtem, grali w szachy, żartowali z Angie czy po prostu 

siedzieli we dwójkę, rozmawiając lub dyskutując. A gdy ją pocałował... Terri czuła, że jej ciało 

silnie reaguje na jego bliskość.

Oczywiście mogła powiedzieć Markowi na przykład coś w tym rodzaju: „Posłuchaj, chcę ci 

wyjaśnić, że  jestem naprawdę Terri  Thompson,  ale  spotkałam cię kiedyś wcześniej  i wówczas 

myślałeś, że ja jestem Deedee Divine, co też w jakimś sensie było prawdą, lecz..."

Terri odstawiła papierowy kubek, bo właśnie piła zimną wodę, i przypomniała sobie wyraz 

jego twarzy, kiedy spoglądał na nią tamtego wieczoru, gdy odgrywała rolę Deedee Divine...

- O  Boże,  Terri,  co  się  stało?  - Pytanie padło  ze  strony koleżanki  biurowej,  która właśnie 

weszła  do  pokoju,  i  chusteczką  papierową  chciała  pomóc  szefowej  w  wysuszeniu  sukienki.  -

Oblałaś  się  cała,  dziewczyno.  Ale  na  szczęście  nie  będzie  plam,  bo  to  przecież  tylko  czysta 

woda... Przyszłam do ciebie, gdyż chcę, żebyś rzuciła okiem na to podanie.

Krótko omówiły sprawę i po chwili Terri znowu została sama. Natychmiast powrócił do niej 

nurtujący ją problem. Trzeba było zbyt wiele tłumaczyć, zbyt wielu ludziom. Ona rzeczywiście 

pokochała  Marka  Dentona,  a  on  lubił  ją,  co  więcej,  może  się  nawet  w  niej  podkochiwał.  Nie 

mogła więc dopuścić do tego, żeby miłość przerodziła się w nienawiść.

Jeżeli stąd wyjedzie i nigdy się już nie zobaczą... Jeśli nie chce, by jej życie skomplikowało 

się okropnie, musi wyjechać z miasta.

Ale oznaczało to również porzucenie pracy. Znalezienie nowego zajęcia nie będzie łatwe. A 

przecież musi  nadal zarabiać, regulować wszelkie  rachunki, płacić za  wynajem mieszkania dla 

matki. Zaczęła więc  rozsyłać w różne  miejsca w  kraju swoje podania o pracę z odpowiednimi 

referencjami. Wiele z tych ofert wysłała nawet poza Kalifornię.

Rozmawiała o swoich planach wyłącznie z Angie, prosząc ją jednak o dyskrecję.

- Nie chcę, żeby moi szefowie dowiedzieli się o moich zamiarach, nim znajdę nowe zajęcie.

background image

Angie była bardzo zaskoczona tym, co usłyszała i oczywiście zmartwiona. Terri musiała jej 

jednak powiedzieć, bowiem chodziło o znalezienie nowej współlokatorki.

Spadło to na niego jak grom z jasnego nieba. Przejeżdżając samochodem obok mieszkania 

Terri, pod wpływem impulsu, postanowił zajrzeć do niej. A swoją drogą takich impulsów miał 

niemało.

Dziewczyna wzięła od niego płaszcz i zatrzymała się chwilkę przy drzwiach, żeby zapłacić 

dostawcy gazet. Mark wszedł tymczasem do saloniku i zobaczył tam Angie, która rzadko bywała 

wieczorami w domu. Tym razem siedziała na podłodze i rozkładała jakieś karty.

- Mark  - powiedziała  - doskonale,  że  wpadłeś.  Chciałabym,  żebyś  porozmawiał  z  Terri  o 

planach jej przeprowadzki.

- Z tego mieszkania? - zapytał zaskoczony.

- Chce zmienić mieszkanie, pracę, a także miasto.

Serce  zabiło  mu  gwałtownie,  a  w  mózgu  zrodziło  się  podejrzenie.  Czyżby  oszustka 

zmieniała pole działania?

- Dokąd zamierza się przenieść?

- Jeszcze  się  nie  zdecydowała  - odparła  Angie,  rozkładając ręce.  - Czy  nie  wygląda  to  na 

szalony pomysł? Ona nie wie dokąd, byle daleko stąd.

- Ale dlaczego? - zapytał wstrząśnięty.

- Właśnie staram się to w tej chwili ustalić. - Angie pochyliła się nad kartami. - Wiem tyle 

tylko,  że  wróciła  z  Seattle,  oznajmiając,  że  być  może  przeprowadzi  się  i  że  w  związku  z  tym 

powinnyśmy znaleźć dla mnie nową współlokatorkę.

Seattle. Te wszystkie podróże już dawno wydały mu się podejrzane. Przypomniał sobie, jak 

odnalazł ją wtedy w parku, przemoczoną do suchej nitki i w okropnym nastroju. Wtedy też nie 

wiedziała, co ma ze sobą zrobić. Ciekawe, czy to wówczas właśnie ktoś zauważył Saundersa w 

Seattle? Opowiadała wtedy jakieś niestworzone rzeczy i po pewnym czasie nagle uspokoiła się. 

Bo Saunders wydostał się cały i czysty z jakiejś pułapki?

- Nic ci o swoich zamiarach nie powiedziała? - Angie była zaskoczona.

- Nic, ani jednego słowa.

- Może się czegoś napijesz? - zapytała Terri, wchodząc do pokoju. - Martini albo filiżanka 

kawy. Chciałam właśnie zaparzyć świeżej.

background image

- Poproszę kawę - powiedział, licząc, że w ten sposób zyska parę chwil i będzie mógł coś 

więcej dowiedzieć się od Angie. - Nie wiesz, dlaczego Terri chce wyjechać z miasta?

- Nie  mam  pojęcia.  Horoskop  nic  na  ten  temat  nie  mówi.  Wszystko  to  jest  dla  mnie 

niepojęte.  Szaleje  na  punkcie  swojej  pracy,  ty  też  nie  jesteś  jej  obojętny.  Być  może...  - Angie 

spojrzała na Marka przenikliwie. - Kim jesteś?

- Co mówisz? Aha, kim ja jestem? Dziennikarzem.

- To wiem. Chodzi mi o znak zodiaku, pod którym się urodziłeś.

- Szósty lipca tysiąc dziewięćset...!

- Rak!  Oczywiście.  Powinnam  się  domyślić.  Masz  wyraźnie  osobowość  urodzonego  pod 

tym  znakiem.  Doskonale  pasuje  do  Strzelca.  A  to  jest  znak  Terri.  A  więc  nie  powinno  być 

problemów - powiedziała,  ale widać było,  że jej  wątpliwości jeszcze się  pogłębiły.  - Zapewne 

jesteś również bogaty.

- Stosunkowo...  - potaknął.  Miał  już  szczerze  dość  tej  całej  gadaniny  o  znakach  zodiaku. 

Nachylił się nad dziewczyną. - Jak rozumiem, decyzja Terri przyszła nagle, ale czy były jakieś 

sygnały zapowiadające ją?

- Nie, nic takiego, przysięgam. W układach gwiazd też nie ma żadnych wskazań.

Angie  zaczęła  zagłębiać  się  w  swoje  karty,  wyraźnie  lekceważąc  zdenerwowanie 

mężczyzny. Mark był więc zadowolony, gdy w drzwiach pojawiła się Terri z kawą i smakowicie 

wyglądającymi ciasteczkami. Żałował, że nie jest głodny. Patrząc na Terri, zmarszczył się.

- Myślisz  o  wyprowadzeniu  się  z  San  Francisco?  Obrzuciła  rozwścieczonym  spojrzeniem 

Angie, a potem wolno i dobitnie powiedziała:

- Niczego jeszcze nie postanowiłam. Chciałam tylko uprzedzić Angie, na wszelki wypadek. 

Niech szuka współlokatorki do mieszkania.

Angie popatrzyła na koleżankę.

- Już panience chce się zwiewać? - spytała złośliwie. - A przecież mieszkamy tu zaledwie 

dwa  miesiące.  Jesteś  taka  niekonsekwentna  jak  twój  znak  Strzelec.  Zbyt  zajęta  pracą, żeby 

cieszyć się życiem czy uważać, komu depczesz po nagniotkach.

- Angie, przestaniesz się wygłupiać?

- Nie  mam  zamiaru.  Bo  nagniotek  jest  w  tej  chwili  mój.  Nie  wiesz  nawet,  dokąd  się 

przenieść, a ja nie uważam, by to w ogóle było potrzebne. Po co ten nagły wyjazd?

background image

- Nie  wyjeżdżam  nagle!  Powiedziałam  tylko,  że...  może.  Ponieważ  nic  jeszcze  nie  jest 

postanowione,  może  zmienimy  temat  rozmowy?  Mark,  twoja  kawa  stygnie...  Proszę,  spróbuj 

tych ciasteczek. Są bardzo dobre.

Mark popatrzył na ciasteczka, potem na Terri.

- Chodźmy stąd - powiedział ostro.

Dziewczyna  zawahała  się,  była  lekko  przestraszona.  Wyglądał  groźnie.  Szybkim  krokiem 

wyszedł  do  holu,  bez  słowa  włożył  płaszcz  i  podał  Terri  jej  okrycie.  Nie  czekał  jednak,  aż 

dziewczyna go włoży, lecz mocno ujął jej ramię i nakłonił do wyjścia na ulicę. Tak jak wtedy, 

pierwszego dnia ich znajomości, kiedy prawie siłą wepchnął ją do loży w barze Spike'a.

- Okłamałaś mnie - wychrypiał.

Nogi  się  pod  nią  ugięły.  On  wiedział  wszystko.  Wiedział,  że  chce  uciec,  ukryć  się. 

Zapragnęła  nagle  przytulić  się  do  niego,  wytłumaczyć  mu  wszystko,  prosić  o  zrozumienie.  W 

ustach jej jednak zaschło, a ponadto on trzymał  ją kurczowo za ramię. Stać ją było jedynie  na 

dreptanie obok niego drobnymi kroczkami, potykając się co chwila. Wreszcie Mark wyrzucił z 

siebie, nie zwalniając kroku ani na chwilę:

- Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi.

- My... oczywiście jesteśmy...

- Więc dlaczego te tajemnice? Chciałaś się przecież wymknąć niepostrzeżenie. Rozpłynąć w 

powietrzu? Dlaczego mi nic nie powiedziałaś o swoich zamiarach?

- Jeszcze się nie wyprowadzam... Ja po prostu... planuję.

- Wyprowadzasz się czy na razie tylko planujesz, jaka to różnica... - Nagle znaleźli się tuż 

przy jego jachcie. Pchnął ją w kierunku kabiny, zamknął za nimi drzwi i zapalił światło. - Czy 

nie sądzisz, że najwyższy czas, abyś wyjaśniła mi niejedno?

Terri  nie  mogła  wydobyć  z  siebie  głosu.  Patrzyła  tylko  na  niego  przerażonymi,  szeroko 

otwartymi oczami. Sprawiała wrażenie małego bezbronnego zwierzątka. Poczuł ucisk w sercu i 

zrozumiał, że jego agresja do niej znowu zanika.

- Jest ci zimno - stwierdził i włączył ogrzewanie.

Jego  myśl  pobiegła  do  tego  przeklętego  oszusta,  Erica  Saundersa.  Ciekawe,  ile  jeszcze 

złodziejskich planów kołacze się w głowie tego człowieka. Mark zwrócił się do Terri:

- Zdajesz sobie sprawę, że on nie jest ciebie wart?

- Kto taki?

background image

- Ten facet, za którym poszłabyś do piekła. Jej zdumienie nie było ani trochę udawane.

- Wciąż nie rozumiem, o kim mówisz.

Czyżby więc mylił się? - zapytał siebie Mark. Czy istnieją dwie prawie identyczne kobiety

na świecie? Czy możliwe jest, aby dziewczyna, stojąca teraz przed nim, nie miała nic wspólnego 

z  wykonawczynią  tańca  brzucha,  a  z  drugiej  strony  miała  wszelkie  prawa,  żeby  się 

przeprowadzić, gdzie tylko będzie chciała? Taka ewentualność tak go odprężyła i ucieszyła, że 

uśmiechnął się do Terri.   .

- Cały  czas  mówię  o  twojej  przeprowadzce.  A  powodem  może  być  w  pierwszym  rzędzie 

mężczyzna.

- Oszalałeś chyba! - wyrzuciła z siebie i roześmiała się, bo tak wielką poczuła ulgę. Stało się 

dla niej jasne, że Mark niczego się nie domyślił. A wściekły był po prostu  z zazdrości! Zatem 

jemu,  równie  jak  jej,  zależało  na  utrzymaniu  ich  przyjaźni.  - Nie,  nie  ma  żadnego  innego 

mężczyzny - wyszeptała, patrząc mu prosto w oczy.

Z ogromną delikatnością przyciągnął ją do siebie, co ona zaakceptowała z zadowoleniem.

- Wyjaśnij wobec tego, dlaczego mnie opuszczasz?

- Nic takiego nie robię. W każdym razie nie teraz.

- Ale wkrótce?

Głowa  spoczywająca  na  jego  piersi  najpierw  jakby  zaczęła  potakiwać,  potem  zaprzeczać. 

Wreszcie zamarła w bezruchu. I dał się słyszeć ledwo uchwytny szept:

- Naprawdę nie wiem. Być może.

- Dlaczego?

- Dlatego, że... - Terri zatrzymała się w pół słowa. - Proszę, nie pytaj mnie więcej.

I  Mark  nie  zapytał.  Po  prostu  nie  chciał  wiedzieć.  Nieważne  już  okazywało  się,  kim  ona 

była.  Liczyło  się  tylko  to,  że  wyczuwał  dotyk  całego  jej  ciała.  Robiło  mu  się  od  tego  gorąco. 

Liczyło  się  tylko  to,  że  była  tutaj,  w  jego  ramionach,  i  nie  miał  zamiaru  pozwolić,  aby  go 

opuściła.

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Gdy  był  z  nią,  nic  innego  się  nie  liczyło.  Ale  gdy  zostawał  sam,  wątpliwości  znowu 

powracały. Czy był aż tak zamroczony szaleńczą miłością, że nieważne było, kim ona jest?

background image

A  może  się  mylił?  Władze  stanowe  na  pewno  sprawdziły  dokładnie  jej  papiery  i  jeżeli 

pojawiła się tutaj z magisterium Uniwersytetu Stanforda i liczącymi się rekomendacjami...

Ale władze stanowe potwierdziły również dane Saundersa.

Nie udzieliła odpowiedzi na jego liczne pytania na temat przeprowadzki. Zresztą Terri nigdy 

nie  wspomniała  mu  nawet  o  podobnym  zamiarze.  Wszystko  wypaplała  Angie,  której  chciała 

oszczędzić kłopotów z mieszkaniem. Dziwne więc było również, że martwiła się znajomą, a nie 

miała skrupułów wobec niego.

Od  Angie  dowiedział  się  także,  że  rozsyłała  w  różne  strony  podania  o  nową  pracę.  Czyli 

jednak planowała jakieś przenosiny! W  podaniach prosiła o takie samo zajęcie jak dotychczas. 

Czyżby miała zamiar popełniać takie same nadużycia? Mało prawdopodobne. Dołączy do swego 

wspólnika,  gdziekolwiek  on  przebywa,  ale  dla  większego  bezpieczeństwa  zaplanują  zapewne 

jakieś inne złodziejstwo.

Oczywiście,  powiedział  sobie  Mark,  mogę  być  też  w  błędzie.  Terri  może  nie  mieć  nic 

wspólnego z Deedee Divine.  Po  chwili jednak tamte podejrzenia powracały. Nie może  myśleć

rozsądnie,  bo  przecież  ona  oczarowała  go  bez  reszty.  Gdy  obejmuje  go  ramionami,  gdy 

przyciska swoje usta do...

Do diabła!  Zaczynał się podniecać,  gdy tylko dłużej rozmyślał o Terri. Czy ona myśli tak 

samo o nim? Jej reakcja była taka, że nie mógł uwierzyć w jej szczerość. Zawsze wycofywała się 

nagle,  gdy  tylko  nadchodził  ten  decydujący  moment.  Dlaczego?  Czy  bała  się,  że  całkowite 

spełnienie się musiało oznaczać związanie się z nim na stałe, a ona nie chciała tego?

A  może  dlatego,  że  była  już  związana  z  kimś  innym?  I  to  jest  chwyt  stosowany  przez 

kobiety wobec takich frajerów jak on. Doprowadzanie mężczyzny do szaleństwa, aż kobieta uzy-

skuje od niego to, o co jej chodzi.

No właśnie, ale czego ona chciała od niego?

Przecież już to dostała! Czterysta tysięcy dolarów! Może wobec tego drażni się z nim, bo po 

prostu sprawia jej to przyjemność? Ta myśl dotknęła go do żywego i nie chciał w to uwierzyć. 

Nie! Terri nie była typem uwodzicielki. Należała do kobiet sympatycznych, pociągających i...

Taka była wobec Robbie'ego, zgadza się. Zahipnotyzowała go do tego stopnia, że sprzeciwił 

się swemu dziadkowi i chciał się z nią żenić.

Jeśli, u diabła, była naprawdę Deedee Divine.

background image

Robbie! Rzecz jasna tylko on może wyjaśnić sprawę. Dlaczego nie wpadł na to wcześniej? 

Bo wydawało mu  się, że jego własny  osąd  jest bardziej  wiarygodny, co  w tym wypadku,  Bóg 

świadkiem,  okazało  się  fatalnym  błędem.  Robbie.  Nic  mu  nie  powie.  Po  prostu  zaaranżuje 

sytuację,  w  której  oni  we  dwoje  zetkną  się  ze  sobą.  A  on,  Mark,  będzie  siedzieć  obok  i 

obserwować ich spotkanie.

Terri  dostała  z  Dallas  odpowiedź  na  swoją  ofertę.  Chcieli,  żeby  przyjechała  do  nich  na 

rozmowę.

- Teksas?  - zapytała  matka.  - Dlaczego  miałabyś  przenosić  się  do  Teksasu?  Nie  lubisz 

Kalifornii?

- Z powodu pogody - odparła. - Tutaj nigdy się nie zmienia. Zawsze taka sama.

- W  Dallas  rzeczywiście  jest  inaczej.  Mrozy  i śnieg  w zimie,  gorąco jak  w piecu  w lecie. 

Tego ci potrzeba do szczęścia? A co z pracą? Myślałam, że obecna bardzo ci odpowiada.

Terri przestała się spierać. Zabrakło jej argumentów, pozostawały tylko kłamstwa.

Dlaczego musiał to być Mark Denton, wobec którego wypowiedziała to pierwsze i ostatnie, 

ale okropne - nazwijmy rzecz po imieniu - monstrualne kłamstwo?

Dlaczego potem musiała się zakochać właśnie w nim? Całkowicie, nieodwołalnie, boleśnie 

zakochać?  Jej  poprzednie  flirty,  miłostki,  nawet  uczuciowe  zaplątania,  które  przeżywała 

wcześniej  z  innymi  mężczyznami,  były  niczym  w  porównaniu  z  jej  uczuciem  do  Marka. 

Zawładnęło nią całkowicie, było absolutnie niepowtarzalne.

Seks.  Jej  wstrzemięźliwość  nie  była  jedynie  wynikiem  zasad  moralnych.  Nigdy  przedtem 

nie pragnęła mężczyzny każdą cząstką swego ciała. Nigdy wcześniej nie tęskniła w tym stopniu, 

żeby oddawać się, żeby ulec prymitywnej rozkoszy połączenia się z drugą ludzką istotą. Nigdy... 

aż pojawił się Mark. Kochała go, pożądała.

Za każdym jednak razem, gdy miało się to wydarzyć, nagle ukazywały się jej, jak świetlne 

znaki ostrzegawcze, owe przeklęte wyłudzone dolary.

Jej kłamstwo rozdzielało ich jak gruba ceglana ściana.

Teksas albo Timbuktu, gdzieś w Środkowej Afryce. Musiała się stąd wynieść.

A jednak, mimo wszystko, gdy znajdowała się obok niego, kusiło ją, aby wykorzystać każdy 

moment ich zbliżenia.  Gdy zaproponował jej,  żeby razem  spędzili  weekend w  Monterey i tam 

obchodzili jej urodziny, zapytała ze zdziwieniem:

- Skąd wiesz o moich urodzinach?

background image

- Powiedziała mi Angie.

- Okropna z niej papla!

- A zatem, co myślisz o wyjeździe do Monterey?

- Sama nie wiem... - odpowiedziała z wahaniem. Oni sami, tylko we dwójkę na jego łodzi? 

Przez cały weekend?

- Będzie dobra zabawa. Angie i jej przyjaciel mają jakieś swoje plany, więc zaprosiłem inną 

parę.

- Inną parę? - A zatem nie będzie okazji do intymności. Jednak Mark będzie z nią. - Zgoda. 

Rzeczywiście brzmi to zachęcająco.

Meteorolodzy  zapowiadali  burzę.  Ale  pewności  nie  było.  W  każdym  razie  w  sobotę  rano 

było słonecznie, a nawet ciepło. A przecież mieli płynąć na południe, czyli powinno się jeszcze 

bardziej ocieplić. Powiedziała Markowi, że przejdzie przez park i spotkają się na przystani, przy 

jachcie. Ubrana na biało, chwyciła torbę z ubraniem i drugą z owocami i słodkościami i wyszła z 

domu.

Gdy jednak była w połowie drogi przez park, zatrzymały ją podniecone głosy trzech małych 

chłopaczków.  Sądząc  po  ich  dość  niechlujnym  ubraniu,  nie  pochodzili  z  tej  dzielnicy.  Często 

jednak  pojawiały  się  tu  również  dzieci  z  pobliskich  przeludnionych  bloków  mieszkalnych  i 

bawiły się, między innymi puszczając latawce. Tak było i w tym przypadku. Ich latawiec wplątał 

się  w  konary  drzewa.  Jeden  z  chłopców  wspiął  się  już  na  drzewo  i  starał  się  ściągnąć  swoją 

zabawkę. Drugi trzymał  w ręce dwa sznurki  od  pozostałych latawców, jednocześnie podając z 

dołu wskazówki, co ma robić ten na drzewie.

- Zaczekaj - zawołał. - Nie stawaj na tej gałęzi, bo ją złamiesz.

Trzeci chłopaczek, najmniejszy, przyglądał się im pełen niepokoju.

Terri ułożyła na trawie swoje torby i pospieszyła z pomocą.

- Ja to potrzymam - powiedziała, biorąc do ręki sznurki fruwających latawców i zwróciła się 

do chłopaka: - A ty właź na drzewo i pomóż mu.

Z wdzięcznością skinął głową i zaczął się wspinać. Gdy jednak ściągnęli w końcu latawiec 

na  ziemię,  okazało  się,  że  jest  uszkodzony.  Widząc  to,  najmniejszy  chłopak,  rudowłosy  i 

piegowaty, rozbeczał się.

- Nie płacz, Chip - powiedział starszy, który wyglądał na jego brata. - Rusty i ja zrobimy ci 

nowy.

background image

Terri przyjrzała się latawcowi. Był przemyślnie wykonany z cieniutkich listewek i oklejony 

starą  gazetą.  Popatrzyła  na  Rusty'ego.  Miał  ciemną  skórę,  bardzo  białe  zęby  i  rezolutne 

spojrzenie.

- Czy to twoja robota?

- Tak - potwierdził. - Mógłbym go naprawić, gdybym miał klej, a także...

- Zaczekaj minutkę - powiedziała Terri i pobiegła do mieszkania.

Po  chwili,  gdy  znalazła  się  znowu  w  parku,  obdarowując  klejem  i  gazetą  uradowanych 

chłopców, zobaczyła Marka, idącego ku niej z rozbawionym wyrazem twarzy.

- Przepraszam,  zabałaganiłam  trochę  - powiedziała  usprawiedliwiająco.  Tymczasem  on 

wziął od niej torbę i ruszył w kierunku jachtu. - Byłam zafascynowana. Czy widziałeś tego la-

tawca, zrobionego z rozmaitych skrawków...

- Tak,  widziałem  - odparł  rozbawiony  Mark.  - I  dziwię  się,  że  nie  zaproponowałaś  temu 

chłopcu uruchomienia zakładu produkcyjnego.

- To  zbyteczne  - powiedziała  śmiejąc  się.  - On  już  sam  na  to  wpadł.  Oświadczył,  że 

sprzedaje je po piętnaście centów sztuka. I muszę się jeszcze do jednego przyznać. Zabrałam dla 

nas rozmaite smakołyki, ale wszystkie oddałam chłopcom.

- Nie dziwi mnie to - stwierdził, wciąż się uśmiechając.

- Nie  mogłam  się  oprzeć,  bo  Chip,  ten  najmniejszy,  strasznie  mi  przypomina  chłopaczka, 

który mieszkał tuż obok mojej ciotki...

W tym momencie doszli do jachtu i Terri nagle zatrzymała się, bo zauważyła, że z pokładu 

ktoś macha do nich ręką.

- Cześć, Mark! Jesteśmy już tutaj. Dokładnie o umówionej godzinie.

Robbie,  och,  Święty  Boże!  Robbie  Goodrich,  pomyślała  zaskoczona.  Na  moment 

sparaliżowała ją własna głupota. Dlaczego nie przewidziała takiej możliwości? Robbie Goodrich 

został całkowicie wymazany z jej pamięci.

Ale teraz... gdy ją zobaczy... miała chęć uciec jak najdalej.

Nie mogła jednak. Mark trzymał ją mocno za rękę i wchodzili razem na pokład jachtu.

- Chodź ze mną - powiedział. - Chcę cię poznać z moim siostrzeńcem, Robbim Goodrichem.

Ale  ona  nie  mogła  spojrzeć  na  młodzieńca.  Miała  oczy  spuszczone  i  tylko  słyszała  słowa 

Marka:

- Robbie, to jest moja przyjaciółka, Terri Thompson.

background image

Wydawało się jej, że zaraz nastąpi eksplozja. Usłyszała tylko głos Robbie'ego, który nadal 

dobrze pamiętała. Głos młody i pełen ożywienia.

- Miło mi cię poznać, bardzo się cieszę. - I to było wszystko. Żadnego wyrazu zaskoczenia.

Otworzyła oczy. Robbie w ogóle na nią nie patrzył. Natomiast wysuwał przed siebie swoją 

towarzyszkę, ładną blondynkę.

- Terri,  to  jest  Sue  Allen.  Chyba  będziemy  się  doskonale  bawić.  Mark,  czy  możesz  nas 

zabrać do San Simian? Sue nigdy nie widziała zamku Hearsta.

Mark odparł, że nie widzi przeszkód.

Terri pomyślała, że peruka musiała całkowicie ją zmienić, skoro Robbie jej nie poznał.

Mimo wszystko potrzeba było aż dwu godzin, żeby całkowicie się odprężyła i upewniła, że 

młodemu  Goodrichowi z  nikim  się nie kojarzy.  Zresztą, prawdę  mówiąc,  był  cały  czas zajęty, 

pomagając  w  nawigacji  Markowi,  a  poza  tym  spełniając  liczne  zachcianki  swej  ładniutkiej 

dziewczyny. Była miła i gorąco pragnęła wszystkich przekonać, że nigdy jeszcze nie płynęła tak 

wielkim prywatnym jachtem i że w ogóle czuje się wspaniale.

Było to zresztą prawdą.

Również Terri czuła, że tę wycieczkę będzie pamiętać do końca życia. Płynęli na południe, 

wzdłuż  wybrzeża  Kalifornii,  pełnego  skał  klifowych,  zatoczek  i  piaszczystych  plaż,  a  także 

lasów sekwojowych i uprawnych pól. Od czasu do czasu słyszeli powarkiwania lwów morskich. 

W pewnej chwili, ku zachwytowi Sue i Terri, podpłynęli bardzo blisko do jednej ze skalistych 

wysepek, na których te opasłe stwory wystawiały się do słońca.

- Te lwy same wyglądają jak skały - wykrzyknęła Terri. - Aż do chwili, kiedy zaczynają się 

ruszać.

Były  tam  oczywiście  również  inne  jachty,  ale  Terri  czuła  się  tak,  jakby  byli  zamkniętą  w 

sobie, odseparowaną od reszty świata kapsułą. Oddaloną od innych ludzi i kłopotliwych myśli. 

Mężczyźni  stanowili  załogę,  a  kobiety  przygotowywały  smakowite  posiłki.  Wszyscy  byli  w 

doskonałych humorach, grali w scrabble, pokera, szachy, opalali się i podziwiali piękne widoki.

Przycumowali w Monterey, wynajęli samochód i objechali okolicę, poruszając się głównie 

słynną,  ponad  dwudziestokilometrową  trasą  Carmel.  Odwiedzili  też  rybne  targowisko,  gdzie 

Mark  i  Robbie  bywali  już  poprzednio  i  które  nie  było  szczególną  atrakcją  dla  Sue.  Natomiast 

Terri  była  podniecona  jak  dziecko,  a  szczególnie  zachwycała  się  morskimi  jeżowcami  i 

kolorowymi rozgwiazdami. Z trudem wyciągnęli ją stamtąd.

background image

Wieczorem,  w  eleganckiej  restauracji,  z  oknami  wychodzącymi  na  ocean,  obchodzili 

dwudzieste  trzecie  urodziny  Terri.  Były  tańce,  kolacja  przy  świecach,  tort  urodzinowy  i  wiele 

innych  niespodzianek.  Atmosfera  była  doskonała  i  oczywiście do  okolicznościowych  śpiewów 

dołączyli  także  inni  goście  bawiący  się  tam  tego  wieczoru.  Były  także  prezenty.  Od  Sue  i 

Robbie'ego, uprzedzonych, że będą obchodzone urodziny, Terri dostała małe rzeźby zwierzątek 

morskich, które tak bardzo ją zachwycały w czasie dnia. Solenizantka była wniebowzięta.

Od Marka... Dziewczyna rozpakowała wąskie pudełko, wyłożone aksamitem. Leżała w nim 

pięknie zakomponowana bransoletka z drogich kamieni. Tworzył ją sznur szafirów, otoczonych 

małymi brylantami. Całość  naprawdę śliczna.  Terri poczuła  ucisk w gardle i miała trudności z 

oddychaniem.

- Pozwolisz - spytał Mark - że ci ją założę? Nie mogę się temu oprzeć. Wydaje mi się, że 

pasuje do twoich oczu.

- Och!  - Terri  wymamrotała  tylko.  Chciała  wyrazić  swój  zachwyt,  podziękować  z  całego 

serca, ale w gardle jej zaschło i nie mogła wypowiedzieć ani jednego słowa.

- Wszystko  w  porządku  - powiedział,  sprawdzając  zapięcie.  - I  pasuje  idealnie  do  twoich 

oczu. Szafiry są w takim samym kolorze, a brylanty dają takie błyski jak twoje oczy.

Dotknęła  bransoletki  delikatnie,  z  szacunkiem  i  popatrzyła  na  Marka,  starając  się 

powstrzymać łzy. Ale nie była w stanie. Klejnot wart był fortunę. Terri miała nadzieję, że Mark 

nigdy nie skojarzy jej z tamtą tancerką z baru. Ale jeśli przekona się, że to ta sama osoba, niechaj 

wie, że Terri Thompson nie jest tak zachłanna i chciwa jak Deedee Divine.

Pęknie  jej  serce, ale  zwróci  mu  tę  bransoletkę.  Później.  Nie  teraz,  kiedy  był taki  dumny  i 

zadowolony z przyjęcia urodzinowego, które urządził dla niej.

- To są najwspanialsze urodziny, jakie kiedykolwiek miałam - powiedziała, uśmiechając się 

najcieplej jak potrafiła.

Mark obserwował ich z napięciem. Ze strony Robbie'ego nie dostrzegł żadnego znaku, który 

świadczyłby,  że  miał  jakieś  skojarzenia.  A  przecież,  gdyby  to  była  Deedee  Divine,  na  pewno 

rozpoznałby  ją.  Z  drugiej  jednak  strony  jego  uczucia  były  chyba  bardzo  powierzchowne. 

Przerzucał  je  przecież  z  dużą  łatwością.  Od  tancerki,  specjalizującej  się  w  tańcu  brzucha,  do 

oponentki  w  debacie  uniwersyteckiej,  a  od  niej  z  kolei  do  studentki  pierwszego  roku 

uniwersytetu Berkeley. Jasne więc, że na jego rozeznaniu nie można było polegać.

background image

Ale  młody  człowiek  wzrok  miał  dobry,  a  zmiana  fryzury  u  kobiety  nie  jest  przecież 

usprawiedliwieniem, że się jej nie rozpoznaje. Jeśli Terri była Deedee Divine, Robbie powinien 

to zauważyć. Przecież nie tak dawno chciał się z nią żenić.

Sprawiał  jednak  wrażenie,  że  nigdy  wcześniej  jej  nie  spotkał.  A  więc,  pomyślał  Mark, 

widocznie  ja  się  mylę.  Są  zatem  dwie  różne  kobiety.  Ale  przecież  z  jego  wzrokiem  też  było 

wszystko w porządku. Mógłby przysiąc, że...

Wobec  tego  postanowił,  że  zapyta  Robbie'ego  wprost,  gdy  tylko  nadarzy  się  pierwsza 

okazja, czy dostrzega jakieś podobieństwo... Mark powtarzał sobie jednak uparcie, że nie wolno 

mu  przyznawać  się,  iż  poznał  kiedyś  jakąś  Divine.  Tak  czy  inaczej,  musi  dojść  do  ustalenia 

prawdy.

A  swoją  drogą,  Mark  ciągle  zadawał  sobie  podchwytliwe  pytania:  Dlaczego  bez  końca 

nurtuje mnie ta myśl? Dlaczego nie rozwiążę tego rebusa jednym zdaniem? Dlaczego nie zadam 

bezpośredniego  pytania,  domagając  się  równie  prostej  odpowiedzi:  „Czy  jesteś  oszustką,  jak 

podejrzewam, czy też nie jesteś?".

W tym właśnie sęk. Tak emocjonalnie uwikłał się w sprawę, że nie poradziłby sobie, gdyby 

odpowiedź była dla niego niekorzystna.

Oczywiście obserwował Terri z taką samą uwagą jak Robbie'ego i ona również nie zdradziła 

się,  że  rozpoznaje  w  nim  kogoś.  Ale  Mark  był  przekonany,  że  gdyby  tak  było,  to  raczej  nie 

dałaby tego poznać po sobie.

Nie  zdradziła  się  również  niczym,  gdy  w  jakiś  czas  potem  zwiedzali  zamek  Hearsta. 

Wydawała się tylko bardziej poirytowana niż zachwycona jego bogactwami.

Natomiast  Sue  dostała  niemal  fioła,  gdy  zobaczyła  wszystkie  te  wspaniałości.  Pokoje  dla 

gości  umeblowane  cudownymi  antykami,  pochodzącymi  z  zamków  i  pałaców  całego  świata, 

olimpijski basen pływacki otoczony wspaniałymi

rzeźbami,  postacie  świętych  wymalowane  na  sufitach,  ogromny stół  w  jadalni.  Zrobiły na 

niej  także  wrażenie  ogromne  tereny  ogrodu  zoologicznego,  chociaż  zwierząt  zachowało  się  w 

nim niewiele.

- I  wyobraźcie  sobie  - wykrzyknęła  Sue  w  pełni  oczarowana  - że  jest  ktoś  tak  w  was 

zakochany, że ofiarowuje wam to wszystko w prezencie. Czy nie chcielibyście tu mieszkać?

background image

- Nie!  - odparła  Terri,  wzruszając  ramionami.  - Najbardziej  nadaje  się  to  na  muzeum.  -

Widząc  jednak  zaskoczenie  na  twarzy  Sue,  dorzuciła:  - Być  może,  nie  mam  zbyt  wyra-

finowanego gustu, ale....

Na  pewno  nie  masz,  kochanie,  pomyślał  Mark.  Nie  masz  gustu  nieodzownego  dla 

złodziejaszka, jeśli zachwycasz się fauną południowych mórz i latawcem sklejonym ze starych 

gazet, a nic nie odczuwasz przy takich skarbach jak w tym zamku.

Gdy płynęli w górę wzdłuż wybrzeża, rozszalała się zapowiadana burza. Uderzały pioruny, 

niebo rozjaśniały błyskawice, deszcz padał strumieniami. Wiatr ciskał jachtem jak łupiną, tak że 

wszystko w kajucie spadało na deski pokładu. Markowi i Robbie'emu udało się wprowadzić łódź 

do portu, a Terri z wielkim trudem uspokoiła Sue, która dostawała wręcz histerii ze strachu. A 

ponadto męczyły ją nudności i ostatecznie wszystko wokół siebie zapaskudziła.

Terri  posprzątała  kajutę  i  znalazła  pastylki  na  chorobę  morską,  zatem,  gdy  ostatecznie 

przycumowali w basenie jachtowym, Sue już się uspokoiła. Mężczyźni przemokli kompletnie i 

byli zachwyceni, gdy Terri podała im gorącą kawę i pyszne chrupiące tosty. Potem opowiadali 

sobie rozmaite historyjki i grali w warcaby, domino i szachy, aż się rozpogodziło i mogli szybko 

wrócić do San Francisco.

Następnego dnia z samego rana w mieszkaniu Marka zjawił się Robbie.

- Co  sprowadza  tutaj  rannego  ptaszka?  - zapytał  Mark,  otwierając  drzwi  owinięty 

ręcznikiem, z twarzą namydloną.

- Chciałem cię złapać jeszcze przed wyjściem do pracy - odpowiedział Robbie.

- Udało ci się, jak widać, o co więc chodzi?

- Powiedz,  co  myślisz  o  Sue?  - Po  tych  słowach  Robbie  poszedł  za  wujkiem  do  łazienki, 

stanął w drzwiach i obserwował, jak Mark się goli.

- Wydaje mi się, że to fajna dziewuszka - odparł Mark, w nadziei, że za chwilę on będzie 

zadawał przemyślane już dawno pytania. - Czyżbyś miał wobec Sue jakieś poważne zamiary?

- Coś w tym rodzaju. Czy pamiętasz Debbie? Opowiadałem ci o niej. Była wtedy w Yale, 

poznałem ją w klubie dyskusyjnym. Od tego czasu jesteśmy w kontakcie. Chce się przenieść do 

Kalifornii, ale jeśli ja się zwiążę z Sue...

- Powoli, chłopcze. Musisz się nauczyć załatwiać te sprawy z zimną krwią. Nie podejmuje 

się poważnych decyzji zbyt szybko. - Mark odłożył maszynkę do golenia i powiedział jakby od 

niechcenia: - A na marginesie... Co myślisz o Terri?

background image

- Jest naprawdę miła. Podoba mi się. - Przy tych słowach młody człowiek zmarszczył czoło. 

- Wydaje mi się, że kogoś mi przypomina.

- Czyżby? - Mark spiął się wewnętrznie.

- Tak jest. Czy pamiętasz tancerkę od tańca brzucha, o której ci kiedyś wspominałem?

- Od  tańca  brzucha?  - Mark  udawał,  że  nie  jest  pewny,  że  musi  się  zastanowić,  ale  w 

rzeczywistości z trudem ukrywał podniecenie.

- A może ci o niej nie opowiadałem? Tak mnie podniecała, że chciałem się z nią żenić.

- Rozumiem.  I ta... tancerka wydaje ci się podobna do Terri? Czy też Terri przypomina ci 

tamtą?  - Mark  odrzucił  ręcznik  i  wszedł  do  sypialni,  jakby  cała  sprawa  zupełnie  go  nie 

interesowała.

- Do diabła, nie! W ogóle nie wygląda jak tamta. Deedee, tak się nazywała ta tancerka, miała 

długie  czarne  włosy  i  niebieskie  oczy.  A  może  szare?  -  Robbie  potarł  nos.  - Nie  pamiętam 

dokładnie. Ale tamta była na pewno bardziej zaokrąglona. A poza tym, jakże wspaniale kręciła 

tułowiem i ruszała biodrami. To było coś, na co mogłem patrzyć przez cały wieczór.

Mark,  słuchając  uważnie  siostrzeńca,  wkładał  spodnie.  Odnosił  wrażenie,  że  młody 

człowiek  nie  był  zakochany  w  kobiecie  z  baru  Spike'a,  a  tylko  jej  pożądał,  obserwując  taniec 

brzucha na estradzie. Sam doskonale pamiętał to uczucie...

- Nie - Robbie odezwał się znowu. - Terri nie przypomina mi Deedee swoim wyglądem, lecz 

zachowaniem.  Czy  zwróciłeś  uwagę,  jak  ona  opiekowała  się  Sue,  gdy  zapadła  na  jachcie  na 

chorobę morską?

Wkładał już koszulę, ale nie odrywał oczu od twarzy siostrzeńca.

- W ten sam sposób Deedee odnosiła się do mnie, kiedy nocowałem u niej...

Mark przerwał zapinanie koszuli i z trudem przełknął ślinę.

- Spędziłeś w jej mieszkaniu kilka nocy? - zapytał z niedowierzaniem.

- Nie! Nie! Tylko jedną noc. Upiłem się wtedy u Spike'a i ona powiedziała, że w tym stanie 

nie mogę prowadzić samochodu. I zabrała mnie ze sobą do domu. - Robbie opowiedział jeszcze, 

jak został poczęstowany kawą, jak przespał się na sofie, a rano znalazł jej liścik, bo dziewczyna 

musiała  wstać  przed  nim,  żeby  zdążyć  do  pracy.  Dodał,  że  potem  spotykali  się  jeszcze  przez 

jakiś czas. - Opiekowała się mną wspaniale, podobnie jak teraz Terri zajęła się Sue. Deedee też 

wiedziała,  jak  się  w  takich  wypadkach  zachować.  Miała  talent  i...  serce.  Podobnie  było  z 

facetami w knajpie... Niektórzy z nich byli z gruba ciosani, wiesz, jak to jest. Ale wszyscy lubili 

background image

ją i szanowali. Chyba dlatego, że ona lubiła ich. Miała w sobie coś takiego, co ty nazwałbyś... 

ciepłym wdziękiem. Terri ma dokładnie to samo. Lubię ją.

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Mark mówił do dyktafonu:

- Pytanie  brzmi:  Czy  nasze  państwo  i  cały  naród  rzeczywiście  dba  o  sprawy  biznesu? 

Wstępne  oceny  świadczą,  że  chyba  nie.  Bo  na  przykład,  obserwując  efekty  pracy  drobnych 

przedsiębiorstw w stanie Kalifornia, można by dojść do wniosku, że ta właśnie sfera działalności 

najbardziej przyczyniała się do powstawania krajowego deficytu. Co jest oczywiście wnioskiem 

pochopnym...

Mark  przerwał  dyktowanie  i  pomyślał,  czy  on  jednak  nie  sugeruje  takiej  konkluzji? 

Wyłączył urządzenie, odchylił się na fotelu do tyłu i myślami znowu pobiegł do Terri.

To nie było tylko zmysłowe pożądanie. Robbie poznał nieźle Deedee Divine. Tancerkę od 

tańca  brzucha...  z  wielkim  sercem.  Ale  Robbie  zapomniał  już  nawet,  jak  ona  wygląda.  Ja  nie 

zapomniałem  jednak.  Ma  takie  same  oczy,  takie  same  dołki  na  policzkach,  ten  sam...  ciepły 

wdzięk.

Mark wyprostował się na krześle i dalej intensywnie myślał. Są pytania, na które cholernie 

trudno znaleźć odpowiedź. Na przykład, w jaki sposób kobieta o tak wielkiej dobroci może się 

wplątać w pieniężną przestępczą aferę?

Drzwi gwałtownie się otworzyły i stanęła w nich Ginger.

- Wybacz, szefie, ale wydaje mi się, że będziesz chciał szybko na to odpowiedzieć.

Przebiegł oczami faks, który mu wręczyła i odpowiedział:

- Masz rację, weź coś do pisania.

Ginger usiadła obok z notatnikiem, ale w tym momencie pojawił się Brian.

- Mam dobrą wiadomość, szefie.

Mark  popatrzył  na  swego  asystenta  i  zobaczył  na  jego  twarzy  grymas,  który  kiedyś 

ironicznie nazywał „kopią Edgara Hoovera", byłego szefa FBI.

- Czyżbyś złapał złodzieja? - zapytał kpiąco.

- Jakbyś  zgadł.  Znaleźli  jego  ślad  tutaj,  w  mieście,  w  dzielnicy  nad  zatoką.  Miałeś  rację, 

Mark, sugerując, żeby porozmawiać z żoną Saundersa.

background image

- Dała wskazówkę, gdzie go szukać? - zapytał, a w głębi duszy miał nadzieję, że nie była to 

Terri.

- Jego  kolejna  żonka  jest  też  ofiarą.  Zbudziła  się  któregoś  ranka  i  stwierdziła,  że  zabrał 

wszystko, co było wartościowe, i prysnął. Mieszkali razem zaledwie przez dwa miesiące.

- To sposób, w jaki teraz pracują panowie! To znaczy szybko - warknęła Ginger, wydymając 

usta.

Mark  popatrzył  na  dziewczynę,  uzmysławiając  sobie,  że  jego  również  nabrano  szybko,  w 

parę minut zaledwie.

- Czy  wykryto  jakichś  współsprawców?  - zapytał  Briana,  a  w  duchu  modlił  się,  żeby  nie 

potwierdziły się jego podejrzenia.

- Musieli  być  wspólnicy  -  Brian  potaknął.  - Nikt  przecież  przy  zdrowych  zmysłach  nie 

wydałby zgody na udzielenie tak dużego kredytu przy tak wątpliwym przedsięwzięciu. Muszę ci 

jeszcze powiedzieć, że skoro już tam byłem, rzuciłem okiem na cały interes. Wszystko wydaje 

się  podejrzane  i  wymyślone.  Bardzo  wątpliwe,  czy  taki  kredyt  zatwierdził  ktoś,  kto  sam  nie 

czerpał z tego korzyści.

Mark domyślił się, co Brian chciał powiedzieć.

- Rozumiem, że sprawie przyglądają się już z rozmaitych punktów widzenia. Ale wiesz, jak 

to się odbywa w podobnych przypadkach. Jeśli uwikłany jest ktoś z kierowniczych kręgów, to 

kości grzebane są szybko i sprawnie. A więc myślę, że powinienem wetknąć tam również swój 

nos i...

- Nie, poczekaj.

Z  zachowania  Briana  wynikało,  że  Mark  mówił  zbyt  ostro,  postanowił  więc  osłabić 

znaczenie słów. Tym bardziej że wciąż przecież sprawa kręciła się w jakimś stopniu wokół Terri. 

Skończył zatem dyktować list, nawet przygotował szkic artykułu do gazety. Ale jego myśli przez 

cały czas były gdzie indziej. Czy kochał się w kobiecie, której właściwie nie powinien ufać? Tak 

czy inaczej chciał ją ostrzec... Nie! Prosić ją tylko... Nie, to również mógł być fałszywy krok.

Czas  biegł  szybko.  Terri  siedziała  przy  małym  biureczku  w  sypialni,  głęboko  zamyślona. 

Musi podjąć decyzję. Sprawa jest pilna. Trzeba się zdecydować na jedną z ofert. Zgodzić się na 

jedną z prac i wyjechać z San Francisco.

To ostatnie było najtrudniejsze. Przeprowadzka.

background image

W  ostatnich  dniach  ciekawe  rzeczy  działy  się  w  Kalifornii  w  zakresie  rozwoju  małych 

przedsiębiorstw.  Ludzie,  tacy  jak  Joe  Daniels  czy  Mary  Ables,  stawali  się  niezależni  po  raz 

pierwszy w swym życiu. Administracja Małego Biznesu była prawdziwą platformą startową dla 

firm gospodarujących wieloma milionami dolarów. Po co daleko szukać. Biznes założony przez 

dwie  siostry,  które  zaczęły  od  produkcji  na  małą  skalę  obuwia  do  chodzenia  po  śniegu, 

przekształcił się w jeden z większych koncernów w Kalifornii.

Tak,  Terri  lubiła  swoją  pracę.  Podobało  się  jej,  że  mogła pomagać  ludziom,  mającym 

doskonałe  pomysły,  ułatwiając  im  uzyskanie  kredytu.  Myślała  o  podaniach  leżących  na  jej 

biurku. Było tam jedno od Arnolda Stokesa, weterana wojny wietnamskiej, który stracił na niej 

obie  nogi,  i  teraz  poruszał  się  na  wózku  inwalidzkim.  Arnold zaprojektował  grę  komputerową 

dla głuchych dzieci. Terri chciała, żeby produkcja tej gry ruszyła jeszcze przed jej odejściem, bo 

wtedy będzie mogła pokazać ją swemu szefowi. Pamiętała, jak niedawno ostrzegał ją:

- Kłopot z tobą, Terri, polega na tym, że ty myślisz o ludziach, a nie o dolarach i centach, 

które, muszę ci przypomnieć, są mimo wszystko podstawą biznesu.

Ale produkty dla inwalidów też mogą przynosić zyski. W każdym razie w biznesie ważne są 

nie  tylko  pieniądze,  pomyślała  Terri.  W  prowadzeniu  interesu  trzeba  także  uwzględniać  ludzi, 

ich pomysły, ambicje, marzenia.

Terri westchnęła.  Na szczęście ludzie mają również  swoje marzenia w Dallas i w Albany, 

stolicy stanu Nowy Jork.

A zatem, które z tych miejsc wybrać?

Uniosła  w  górę  dwie  koperty  zawierające  najlepsze  propozycje  zatrudnienia.  Zaczęła 

porównywać  ich  ciężar,  jakby  mogło  to  mieć  wpływ  na  jej  decyzję.  Nie  musiała  otwierać  ich 

ponownie.  Wiedziała,  co  zawierają.  Z  Teksasu  pisano,  że  planują  wydostać  się  w  najbliższym 

czasie z najgorszej w historii tego stanu depresji. Natomiast w stanie Nowy Jork zastanawiano 

się, jak w taką depresję nie popaść. W obu przypadkach potrzebna była pomoc fachowca, a Terri 

była  ekspertem  w  tej  dziedzinie  dzięki  mamie,  która  zarabiała  tańcem  na  naukę  córki.  Mama 

zawsze udawała, że taniec ją bawi, ale Terri, sama występując u Spike'a, przekonała się, jaka to 

zabawa.  Trzeba  jednak  przyznać,  że  matka  się  nie  sprzedała.  Podczas  gdy  Terri  uczyniła  coś, 

czego się wstydziła.

background image

Jednak  gdy  widziała  teraz  matkę,  pełną  nadziei  i  radosną,  gdy  dostrzegała  rumieńce 

wracające  na  jej  policzki,  była  zadowolona  ze  swego  postępku.  Bardzo  zadowolona!  Gdyby 

tylko to wszystko nie wiązało się z Markiem...

Terri  otworzyła  pudełko  z  urodzinowym  prezentem  i  wyjęła  z  niego  bransoletkę.  Gdy 

gładziła  ją  z  tkliwością,  drogie  kamienie  zabłyszczały wspaniale.  Miała  wielką  ochotę,  aby  to 

cudo zatrzymać. Ale nie mogła tego zrobić. Był to zbyt cenny prezent, zbyt wartościowy. Gdyby 

Mark wiedział... Nie chciała jednak o tym myśleć w tej chwili. Włożyła bransoletkę z powrotem 

do pudełka i zamknęła je zdecydowanym ruchem.

Albany czy Dallas, co wybrać? Albany byłoby jak powrót w rodzinne strony. Ona i matka 

nie byłyby daleko od ciotki Meg i kuzynów mieszkających w Nowym Jorku. Ale Mark Denton 

zbyt często bywał w Nowym Jorku i chociaż prawdopodobnie nigdy by się tam nie spotkali...

Pod tym względem Dallas byłoby lepsze. Marka nic z tym miastem nie łączyło.

- Spotkamy się na obiedzie w klubie jachtowym - zaproponował Mark przez telefon.

Zawsze  jest  tam  sporo  ludzi,  pomyślał,  a  więc  będzie  się  trzymał  i  prowadził  sensowną 

rozmowę. Nie będą go nachodziły myśli, aby wziąć dziewczynę w ramiona i przytulić.

Teraz,  gdy  siedzieli  naprzeciw  siebie  przy  stoliku  klubowym,  zrozumiał,  że  miejsce  nie 

miało  większego  znaczenia  i  tutaj  również  dostrzegał  zaproszenie  w  jej  kuszących  błękitnych 

oczach... Oczach przyciągających go jak magnes i blokujących wszelkie inne myśli. Z wielkim 

wysiłkiem skoncentrował się na karcie win i zamówił jakiś rocznik. A potem, wciąż unikając jej 

oczu, przeszedł do konkretów.

- Podobno wciąż planujesz wyjazd z miasta? Dlaczego? Terri chwilę zastanawiała się. Jego 

głos brzmiał ostro, w jakimś sensie oskarżające

- Ja... to jest sprawa osobista - wyszeptała wreszcie.

- Czy ma to coś wspólnego z tym skandalem?

- Skandalem? - powtórzyła jak echo, zaskoczona.

- Z aferą, której, że tak powiem, głównym bohaterem jest Eric Saunders.

Terri pomyślała, że musi mu dać jakąś odpowiedź, a ta była jedną z możliwych.

- W jego przypadku czuję się częściowo odpowiedzialna.

- Dawałaś ostateczne przyzwolenie na udzielenie kredytu.

- Masz rację. Jako kierowniczka działu decyduję o przyznawaniu kredytów.

background image

Mark  wpadł  nagle  w  taką  wściekłość,  że  chciał  nią  potrząsnąć  z  całej  siły, żeby  wreszcie 

pojęła, co zrobiła.

- Dlaczego tak postąpiłaś?  Dwieście tysięcy dolarów  to  kupa pieniędzy, a przecież interes 

był fikcyjny! Musiałaś o tym wiedzieć! - Mark nachylił się do przodu, pragnąc całą duszą, żeby 

temu  zaprzeczyła. - Musiało  to  być wtedy  oczywiste dla ciebie, jak  jest jasne dzisiaj  dla tych, 

którzy badają sprawę.

- To... no więc, wydaje  mi się... - Terri przerwała, nie mogąc zrozumieć, o co mu chodzi. 

Skąd  ten  nagły  wybuch  związany  z  Saundersem?  Wcześniej  zaledwie  go  wspomnieli.  Nawet 

podczas konferencji prasowej...

- Czy  nie  sądzisz  - warknął  - że  dwieście  tysięcy  dolarów  to  całkiem  niemały  pęczek 

zielonych banknotów?

- Masz  rację  - odparła  niepewnym  głosem  i  zobaczyła  jego  przeszywające  spojrzenie, 

podobne  do  tego,  którym  obrzucił  ją  w  barze  u  Spike'a.  Ale,  pomyślała,  dwieście  tysięcy to 

zaledwie  połowa  czterystu  tysięcy.  Jeśli  on  zaczął  kojarzyć  ją  z  tamtą  tancerką...  Na  tę  myśl 

przebiegł ją zimny dreszcz.  - Rozumiem, że  to  był  wielki  błąd - powiedziała.  - Ale w tamtym 

czasie  byłam  tak  zajęta,  że...  - Że  podpisywałam  wszystko,  pomyślała  i  na  chwilę  cofnęła  się 

pamięcią. Miała wówczas dwie prace, co chwila jeździła do szpitala, konferowała z lekarzami, a 

przy  tym  była  wciąż  przerażona,  nie  wiedząc,  co  będzie  dalej  z  matką.  - W  tamtych  dniach 

byłam pogrążona w rozpaczy... - dodała cicho.

Mark wewnętrznie odprężył się, zmiękł. Wyobraził sobie, że młoda dziewczyna, tak słodko 

wyglądająca,  z  tak  dobrym  sercem...  łatwo  mogła  być  wyprowadzona  w  pole  przez  cwaniaka, 

doświadczonego w rozmaitego rodzaju przestępstwach.

- Chcesz powiedzieć, że nie jest wykluczone, iż w tamtym czasie mogłaś popełnić jeszcze 

inne pomyłki?

Terri kiwnęła głowę. Rzeczywiście przerażało ją, ile jeszcze błędów mogła zrobić w tamtym 

krytycznym okresie.

- Gdy  ktoś,  kogo  bardzo  kochasz,  jest  w  niebezpieczeństwie  - powiedziała  - twoja 

wrażliwość na świat  zewnętrzny jest ograniczona  i często  po prostu nie  wiesz,  co  robisz.  Zro-

zum, że... - Terri przerwała, wstrząśnięta, bo jeszcze chwila, a opowiedziałaby mu o wszystkim. 

O mamie, tańcach i czterystu tysiącach dolarów. A przecież nie powinna przyznawać się do tego. 

Nigdy by jej nie wybaczył.

background image

Wspomniała  o  kimś,  kogo  kocha,  pomyślał  Mark.  Jak  to  określił  Brian?  Saunders  jest 

kobieciarzem, wie, jak do nich trzeba podchodzić i one dają się nabierać. Tak, Terri, która była 

przeświadczona,  że  ludzie  bywają  tylko  dobrzy,  mogła  mu  łatwo  uwierzyć,  jeśli  się  w  nim 

zakochała...  Przecież  dziewczyna  użyła  zwrotu:  „Gdy  ktoś,  kogo  bardzo  kochasz, jest  w 

niebezpieczeństwie". To  tłumaczyłoby wszystko.  Na przykład,  dlaczego, mimo  pożądania,  ona 

wycofywała się zawsze w ostatnim momencie. Może nie jest święta, ale z całą pewnością należy 

do tych kobiet, które są wierne jednemu mężczyźnie. I które zrobią wszystko dla tego, którego 

kochają.

Tak  się  złożyło,  że  zakochała  się  w  przestępcy,  który  ją  wykorzystał  dla  swych  celów. 

Rujnując jej życie. Gdyby on, Mark, mógł dopaść tego s...

Dotyk  jej  delikatnej  ręki,  który  nagle  poczuł  na  swej  zaciśniętej  pięści,  sprawił,  że  się 

wzdrygnął. Uniósł głowę i zobaczył jej pełną winy twarz.

- Nie wpadaj w gniew - powiedziała - to był wielki błąd. Nie dziwię się, że ty i reszta prasy 

chcecie wyciągać daleko idące konsekwencje wobec Administracji i mnie samej, ale...

- Mylisz się. Nie wiem nic o stosunku prasy do tej całej historii, ale ja z całą pewnością nie 

chcę niczyjej  „krwi", a zwłaszcza twojej. - Gdy Mark to powiedział, zdał sobie sprawę, że tak 

jest naprawdę. Chciał jedynie... - Chcę ci jedynie pomóc. Jeśli na to pozwolisz.

- Bardzo  ci  dziękuję,  Mark.  Mam  nadzieję,  że  w  swoim  artykule  opowiesz  się  za 

Administracją  Małego  Biznesu.  A  ponieważ  u  podstaw sprawy  leży moja  wina,  mój  wyjazd z 

Kalifornii ułatwi...

- Nie  wyjeżdżaj!  Zrozum,  że  potrafimy  sprawę  załagodzić.  - Mark  pomyślał,  że  dołoży 

wszelkich starań, żeby ją z tych kłopotów wydobyć.

Terri pokręciła tylko z powątpiewaniem głową, bo trudno jej było wykrztusić choćby jedno 

słowo. Patrzyła na niego wzrokiem pełnym miłosnego oddania. Nagle odwróciła głowę...

- Muszę  już  iść  - wyszeptała.  Była  przekonana,  że  nie  zniosłaby,  gdyby  jego  miłosne 

spojrzenie zamieniło się w spojrzenie nienawistne. - Jest jeszcze coś innego... ale nie mogę ci o 

tym teraz powiedzieć. Może innym razem, gdy ja... - Gdy spłacę mój dług, pomyślała i spuściła 

oczy,  dostrzegając  dopiero  teraz,  że  stoi  przed  nią  talerz  z  jarzynową  sałatką.  Kiedy,  u  licha, 

kelner postawił go, zastanawiała się, zaskoczona. - Bardzo mi przykro - powiedziała. - Ja... ja nie 

mogę... proszę, odwieź mnie już do domu.

background image

Mark  dostrzegł,  że  jej  oczy  napełniają  się  łzami.  Nie  był  to  stosowny  czas,  żeby  na 

dziewczynę wywierać nacisk.

- Oczywiście - odpowiedział i przywołał kelnera.

Gdy  pożegnali  się  w  drzwiach  jej  mieszkania,  Terri  niepostrzeżenie  wsunęła  mu  coś  do 

kieszeni marynarki. Nie zauważył tego. Dopiero później, gdy już był u siebie i zdjął marynarkę, 

wymacał pudełko w kieszeni. Była w nim bransoletka i karteczka ze słowami: „Dziękuję ci za 

pamięć  o  mnie.  Jest  to  dla  mnie  cenniejsze  niż  bransoletka,  której  z  uwagi  na  pewne 

okoliczności, nie mogę przyjąć od ciebie".

Przeczytał  tę  kartkę  dwa  razy.  „Pewne  okoliczności".  Zazdrosny  przyjaciel?  Zbyt 

wartościowa?

To przecież śmiechu warte. Kobieta, która naciągnęła go na czterysta tysięcy dolarów, nie 

chce przyjąć bransoletki wartej dwa tysiące?

Coś tu nie pasuje!

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Coś  tu  nie  pasuje,  powtarzał  w  myślach,  nerwowo  spacerując  po  swoim  salonie.  Ona 

przyznaje się tylko, że została oszukana. Ma wynikać z tego, że podatna jest na zranienia. Ulega 

łatwo osobom,  które kocha?  W  głębi serca  jest uczciwa.  Ja  sam widzę  to  na  jej twarzy.  I tym 

właśnie  mnie  zawojowała,  podbiła.  Niewinnością  spojrzenia.  Dałem  się  nabrać  niczym 

początkujący studencina.

Podszedł do barku, nalał sobie drinka i zaczął go sączyć powoli.

Okay, omotała mnie! Mark postawił szklankę z nie dopitym drinkiem na barku, aż stuknęła. 

Ale przecież nie jestem idiotą. Potrafię odkryć, jaki charakter ma ten czy ów. Terri Thompson 

nie ma natury oszustki i nie lubi ranić ludzi. To jest oczywiste. A jednak powieka jej nawet nie 

drgnęła, gdy brała czek na czterysta tysięcy dolarów.

Mark popatrzył na bransoletkę. Coś tu więc nie pasuje. Wiele by dał, żeby dotrzeć do sedna 

sprawy i wytłumaczyć sobie tę sytuację...

Wziął do ręki słuchawkę telefonu.

background image

Terri położyła się do łóżka, ale nie mogła zasnąć.  Leżała z otwartymi oczami i nie umiała 

powstrzymać  napływających  myśli.  Gdy  zadzwonił  telefon,  była  przekonana,  że  usłyszy  głos 

matki i szybko sięgnęła po słuchawkę.

- Terri? - Był to jednak głos męski, jego głos. Odezwał się, a to znaczyło, że wybaczył jej, iż 

tak szybko wyszła z restauracji.

- Posłuchaj, musimy porozmawiać.

- Nie, proszę, jeszcze nie teraz... - Jej głos załamywał się. Były sprawy, o których nadal nie 

chciała z nim rozmawiać.

- Dobrze,  w  porządku.  Nie  będziemy  więc  rozmawiać...  Po  prostu  pojedziemy  na  małą 

przejażdżkę...

- Pojedziemy? Dokąd?

- Dokądkolwiek. Wprost przed siebie. Nie lubisz tego?

- Przeciwnie,  bardzo  lubię.  - Terri  pomyślała, że  może  być wspaniale.  Tylko we  dwoje,  z 

Markiem. Po prostu pojadą szosą przed siebie, bez określonego celu, o niczym nie myśląc.

- W porządku. A więc jutro. Przyjadę do ciebie o siódmej. Wybierzemy się na cały dzień.

- Ale ja mam przecież pracę.

- A nie masz przypadkiem jakiegoś zaległego urlopu?

- Tak, ale... - Terri pomyślała o podaniach o kredyty, czekających na nią na biurku. Chciała 

je rozpatrzyć jeszcze przed wyjazdem z Kalifornii.

- A  ponieważ  planujesz  opuszczenie  niebawem  naszego  stanu...  - powiedział  Mark  z 

odrobiną ironii w głosie.

W związku z czym nie będziemy się już chyba nigdy więcej widzieć, dopowiedziała sobie 

Terri. Przebywanie z nim przez jeszcze jeden cały dzień będzie wspaniałe. Jechać wprost przed 

siebie, nie martwiąc się o nic, nie myśląc o przeszłości. Po prostu...

- Terri, jesteś tam?

- Tak, oczywiście, jestem. I bardzo podoba mi się twój pomysł. Będę gotowa o siódmej.

Nie  było  prawdą,  że  nie  miał  wytkniętego  celu.  Chciał  jechać  prosto  do  miasteczka 

Watsonville, gdzie mieściła się właśnie, okryta złą sławą, fabryczka porcelany Saundersa. I gdzie 

nadal  mieszkała  była  żona  owego  dżentelmena.  Jak  wiadomo,  ograbił  ją  niedawno  i  porzucił. 

Łatwo sobie było wyobrazić, w jakim stanie ducha była ta pani dzisiaj.

background image

Jeśli  Terri,  która  nienawidziła  ludzkich  nieszczęść  i  cierpień,  zobaczy  ją...  i  uświadomi 

sobie, jakie mogą być następstwa męskich oszustw...

Mark  nie  lubił  krętych  ścieżek  i  nie  spodziewał  się  po  tej  wycieczce  specjalnych  radości. 

Przypuszczał natomiast, że Terri po spotkaniu byłej pani Saunders zapamięta do końca swoich 

dni tę rzekomą wycieczkę donikąd.

Na  twarzyczce  Terri,  która  radośnie  powitała  go  rano,  nie  było  śladów  smutku  z 

poprzedniego  wieczora.  Jej  uśmiech  był  ciepły,  oczy  błyszczały  w  oczekiwaniu  tego,  co  miał 

przynieść dzień. Miała na sobie jasnozielone spodnie i bluzkę w podobnym kolorze. Pasujący do 

tego żakiet narzuciła na ramiona. Wyglądała świeżo, młodo i niewinnie. Miał ochotę otoczyć ją 

ramieniem i tak przez chwilę trzymać. Przełknął  jednak tylko ślinę  i zajrzał  do koszyka, który 

trzymała w ręce.

- Co tam masz takiego smacznego? - zapytał.

- Nie chcesz chyba, żeby zabrakło nam jedzenia, gdy będziemy jechali przez pustkowia.

Pustkowia,  dobre  sobie,  pomyślał  i  oczami  wyobraźni  zobaczył  setki  samochodów  na  ich 

trasie do Watsonville i rozmaite punkty żywienia na poboczach szosy. Wstyd mu się zrobiło, że 

chciał dziewczynę nabrać.

- Pojedźmy  szosą  numer  jeden,  to  znaczy  tą  najbliższą  Pacyfiku  - powiedziała.  - Robi 

wrażenie, jakby prowadziła donikąd, a punkty widokowe,  których  tam jest  mnóstwo, pokazują 

tylko niebo, przybrzeżne skały i ocean.

Terri  wyglądała  na  tak  szczęśliwą  i  oczekującą  cudów,  że  Mark  poczuł  lekkie  wyrzuty 

sumienia. Ostatecznie zgodził się, bo szosą numer jeden co prawda było trochę dalej, ale również 

dojeżdżało się do Watsonville.

Była  to  ta  sama  droga,  którą  odbyli  w  czasie  wycieczki  do  Monterey,  tyle  że  wówczas 

płynęli  jachtem,  a  teraz  mknęli  samochodem.  Dzięki  Bogu  ruch  na  szosie  był  mały,  a  widoki 

oglądane przez szybę auta należały do najpiękniejszych na świecie.

Dziewczyna  zaplanowała  wszystko  doskonale.  Na  pierwszym  punkcie  widokowym  zjedli 

rogaliki  i  popili  dobrą  kawą  z  termosu.  Terri  wzięła  ze  sobą  aparat  fotograficzny  i  z  radością 

robiła zdjęcia na prawo i lewo. Jej entuzjazm okazał się zaraźliwy.

- Mark, popatrz, jakie to piękne. Czy sądzisz, że foki na tej wysepce nie są zbyt daleko od 

nas? Stań trochę bliżej, chcę cię mieć na tej fotce.

background image

- Wystygnie  ci  kawa  - ostrzegł ją.  - Zamieńmy się  rolami.  Ty  wypij  swoją kawę  i  daj  mi 

aparat, to zrobię ci zdjęcie.

- Wspaniale - zawołała zachwycona. - Miałam właśnie ci powiedzieć, że chciałabym mieć 

także trochę własnych fotek...

O nie, ta będzie dla mnie, pomyślał Mark, patrząc na dziewczynę przez obiektyw aparatu. 

Na  tle  nieba  widział  jej  wijące  się  pięknie  pukle,  potargane  przez  wiatr,  twarz  lekko 

zaróżowioną,  oczy  błyszczące  ze  szczęścia.  Gdyby  mogła  zachować  ten  wyraz  twarzy  na 

zawsze?

Po powrocie do samochodu zastanawiał się znowu, jak mocno była związana z Saundersem 

i co należało uczynić, żeby oderwać ją od niego? Ale czy chciałaby być oderwana... Postanowił 

jeszcze raz spróbować.

- Terri, przecież lubisz swą pracę? Czy musisz stąd wyjechać? Może jest jakiś sposób...

- Mark, przecież obiecałeś...

- Okay  - odparł  i  przerzucił  się  na  inne  tematy.  Pogoda,  artykuł,  który  pisał,  podania  o 

kredyty, które ona właśnie rozpatrywała. Ale w efekcie, jeszcze bardziej utwierdził się w przeko-

naniu, że muszą zobaczyć byłą żonę Saundersa.

Kiedy zatrzymali się na lunch, słońce było już wysoko, oświetlając wyraziście przybrzeżne 

klifowe  skały,  ocean  pieniący  się  w  dole  i  małą  odległą  wysepkę.  Otuleni  złocistą  poświatą, 

rozgrzani ciepłem promieni, stali przytuleni do siebie, zauroczeni pięknem, które ich otaczało.

- Czuję się tak, jakbym stała na samym szczycie świata - wyszeptała Terri. - Jestem pełna 

życia,  ale  także  spokoju  i  mam  wrażenie,  że  jestem  cząstką  tego,  co  mnie  otacza.  I  jestem  w 

pełni  przekonana,  że  ktoś,  tam  w  górze,  panuje  nad  wszystkim:  nad  drzewami,  skałami, 

oceanem, a także nade mną. I w głębi serca czuję, że wszystkie moje drobne kłopoty są właśnie... 

drobne. Może dlatego niektórzy ludzie stają się pustelnikami. Co o tym sądzisz? Mówią sobie: 

Zostawię ten cały doczesny świat i... odchodzą. - Terri zamilkła. - Coś mi się wydaje, że głupio 

gadam...

- Nie, ani trochę głupio. Terri, czy wyjdziesz za mnie za mąż?

- Co  mówisz?  - Jego  słowa  poraziły  ją  jak  prąd  elektryczny,  ale  jednocześnie  poczuła 

radość,  lęk,  niewiarę,  powątpiewanie.  - Co  powiedziałeś?  - powtórzyła,  jakby  nie  wierząc 

własnym uszom.

background image

- Poprosiłem cię, żebyś została moją żoną. - Jemu też wydawało się to nieprawdopodobne. 

Niezależnie od tego, co zrobiła, kim była, chciał jej, pragnął.

- Ja... jest coś, o czym... - Czuła, że jeszcze chwila, a wszystko mu powie. Tyle było miłości, 

łagodności,  współczucia  w  czarnych  oczach,  które  na  nią  patrzyły.  Tyle  uwielbienia.  Terri 

poczuła, że całe jej ciało dygoce. Niestety, ani słońce, ani ocean, ani ten ktoś tam w górze... nie 

mógł  wymazać  kłamstwa,  ani  oddać  wyłudzonych  czterystu  tysięcy  dolarów.  - Czas  -

powiedziała. - Jest mi potrzebny czas na zebranie się na odwagę.

- Zaczekam - odparł Mark.

Na tarasie punktu widokowego pojawił się drugi samochód i rozproszył urok chwili. Był to 

raczej  sfatygowany  volkswagen,  z  którego  wysiadła  dwójka  młodych  ludzi.  Dziewczyna  była 

różowa na twarzy, pulchna i w zaawansowanej ciąży, a chłopak rudy i piegowaty. Sprawiali miłe 

wrażenie  i  wydawali  się  również  zachwyceni  widokami.  Mieli  też  aparat  fotograficzny  i  po 

chwili obie pary robiły sobie wzajemnie liczne zdjęcia. Po raz pierwszy Terri i Mark pozowali 

wspólnie do fotografii.

Terri przyniosła tekturowe kubki i młodzi ludzie dali się poczęstować winem i kanapkami z 

jej piknikowego koszyka.

- Wypijemy  tylko  po  jednym  drinku  - powiedziała dziewczyna.  - Chcemy  być  całkowicie 

przytomni, jadąc przez te góry.

Mark  również nie chciał pić wina i gdy wsiedli ponownie do  auta, pogryzali tylko kruche 

ciasteczka i owoce.

Rozmowa  nie  bardzo  się  kleiła.  Mark  zastanawiał  się,  jak  jeszcze  raz  powrócić  do 

najbardziej  interesującego  go  tematu  i  co  zrobi,  gdy  potwierdzą  się  jego  najgorsze 

przypuszczenia.

Natomiast Terri była coraz bliższa zwierzeń, ale wciąż się ich obawiała.

- Watsonville - zakomunikował Mark, gdy dojechali do miejscowości. - Czy to przypadkiem 

nie tutaj Eric Saunders zakładał tę fikcyjną fabryczkę porcelany?

- Tak,  to  właśnie  tutaj  - potwierdziła  Terri  i  zaskakując  go,  dodała:  - Bardzo  chciałabym 

rzucić na nią okiem.

Brzmiało to tak, jakby nigdy jej przedtem nie widziała.

Dotarli  do  niej  bez  większego  trudu.  Mieściła  się  w  dwupiętrowym  niedużym  budynku  i 

była pozamykana na  wszystkie spusty. Terri zajrzała do środka przez szerokie, brudne okno, a 

background image

Mark głośno zapukał do drzwi. Brian powiedział mu, że kobieta mieszka na górnym piętrze. W 

końcu  ukazała  się.  Była  drobna,  miała  na  sobie  torbiaste  dżinsy  i  pulower  poplamiony  farbą. 

Cienkie  blond  włosy  przyprószone  były  siwizną  i  opadały  jej  na  ramiona.  Oczy  miały  ponury 

wyraz i były bez życia.

- Zapewne pani Saun... - odezwał się Mark, na co kobieta zmarszczyła się i zdecydowanie 

zaprzeczyła głową.

- Nazywam się Jane Boyers - powiedziała. - Czego pan chce?

- To  jest  panna  Terri  Thompson  z  Administracji  Małego  Biznesu,  i  chcielibyśmy  z  panią 

porozmawiać, jeśli to możliwe?

- Dość się już nagadałam - odpowiedziała. - Z wszystkimi i o wszystkim, o czym wiem.

Ta  kobieta  musiała  się  już  bardzo  nacierpieć,  pomyślał  Mark.  Przypuszczalnie  był  wobec 

niej okrutny, chcąc wykorzystać jej ból tylko po to, żeby pokazać Terri, w jak ciężkim położeniu 

zostawił ją Saunders.

- Nie  będziemy  zadawali  pytań.  Nie  chcemy  robić  pani kłopotów.  Mnie  interesuje  sama 

wytwórnia. Czy możemy na nią rzucić okiem? - zapytała Terri.

- Jeśli  interesuje  was  to,  co  z  niej  zostało  - odparła  kobieta,  wzruszyła  ramionami  i 

zaprowadziła  ich  do  frontowego  pomieszczenia,  które  było  zapewne  miejscem,  gdzie  prezen-

towano produkty.

Na  półkach  pozostało  jeszcze  kilka  wazoników  i  figurek  ceramicznych,  podczas  gdy 

połamane kawałki rzeźb, resztki glinki, papieru i pudeł zaśmiecały podłogę.

Jane Boyers tłumaczyła się:

- Miałam  zamiar  uprzątnąć  ten  bałagan,  ale  pozostało  we  mnie  tak  mało  energii...  - Bez 

specjalnego zamysłu oprowadziła gości po pozostałych częściach wytwórni. Pokazała mały piec 

do wypalania porcelany, koło do jej formowania, butelki z polewą, pojemniki z glinką, pędzlami 

i  innymi  drobiazgami.  - Przed  spotkaniem  Erica  miałam  tutaj  mały  warsztacik,  dopiero  on 

wyposażył go w urządzenia produkcyjne i wszystko to działało aż do chwili... wiecie zapewne, 

czym się to skończyło.

Pani  Boyers,  mimo  swych  poprzednich  zastrzeżeń,  opowiedziała  im  dokładnie,  jak  się 

rzeczy miały, chyba głównie dlatego, że Terri wykazywała autentyczne zainteresowanie, a także 

współczucie. Z opowiedzianej historii wynikało niedwuznacznie, że kobieta została zawojowana 

background image

i  wykorzystana  przez  Erica  Saundersa.  Oddała  mu  wszystko,  co  miała.  Swoją  emeryturę, 

niewielkie oszczędności, a także pieniądze ze sprzedanego domu.

- Wszystko  to  potrzebne  mu  było,  jak  mówił,  do  rozkręcenia  biznesu  - powiedziała  pani 

Boyers,  z  oczami  pełnymi  łez.  - No  a  potem,  widzicie,  do  czego  doszło.  Zabrał  wszystko,  co 

miałam.

Opowieść  Jane  Boyers  zrobiła  na  Marku,  podobnie  jak  wcześniej  na  Brianie,  wielkie 

wrażenie.  Współczuł  kobiecie  całym  sercem  i  był  przekonany,  że  ich  wizyta  tutaj  uświadomi 

Terri należycie, jakie efekty przyniosło jej zaniedbanie kontroli nad Saundersem.

Tymczasem, o dziwo, po zachowaniu Terri nie można było wnosić, że chociaż trochę czuje 

się współwinna. Niewątpliwie była pełna współczucia. Ale przede wszystkim... zainteresowana. 

Odwróciła się pd kobiety i przyglądała się z dużą uwagą figurce przedstawiającej dziewczynkę 

grającą na fujarce.

- Czy to pani robota? - zapytała Jane, a ona potaknęła. - A to także? - Wskazała tym razem 

na figurkę łabędzia. Jane jeszcze raz potwierdziła.

Terri stanęła na wprost gospodyni, cała uśmiechnięta.

- Myli się pani, Jane Boyers. Eric Saunders nie zabrał pani wszystkiego. Czy nie zdaje sobie 

pani sprawy, jaki ma duży talent?

Mark  z  zachwytem  słuchał,  jak  Terri  zaczęła  wychwalać  pod  niebiosa  plastyczne 

umiejętności  i  artystyczną  wyobraźnię  gospodyni.  W  miarę  wypowiadanych  przez  Terri  słów, 

oczy Jane Boyers rozjaśniały się coraz bardziej.

- Wszystko, co mówię, jest prawdą - Terri stwierdziła z przekonaniem, porzucając oficjalną 

formę.  - Wciąż  masz  ten  talent,  który  dostrzegł  w  tobie  Eric  Saunders  na  początku  waszej 

znajomości.  I  teraz  ten  talent  możesz  wykorzystać  wyłącznie  dla  siebie.  - Przy  tych  słowach 

Terri  wyjęła  ze  swej  torebki  długopis  i  notatnik  i  zaczęła  w  nim  coś  pisać  i  podliczać.  - Ten 

budynek jest w tej chwili w rękach likwidatorów twojej firmy, ale są trudności z jego sprzedażą, 

w  związku  z  czym  łatwo  go  będzie  wydzierżawić.  Pomieszczenia  mieszkalne  zostały  już 

przeniesione na górne piętro, wobec czego parter można przekształcić w warsztat i sklep. To jest 

okolica,  gdzie  bywa  dużo  turystów,  poszukiwaczy  pamiątek  i  miłośników  rzeczy  pięknych. 

Znajdzie się również między nimi wielu entuzjastów tych figurek... - Terri podkreśliła zwłaszcza 

pomysł  utworzenia  pracowni  artystycznej  i  możliwość  założenia  szkółki  dla  amatorów,  którzy 

chcieliby  wytwarzać  podobne  cacuszka.  - Masz  właściwie  cały  potrzebny  do  tego  sprzęt. 

background image

Będziesz  mogła  dostać  poprzez  naszą  Administrację  niewielki  kredyt  na  rozwinięcie  tego 

pomysłu.

Mark  słuchał  zafascynowany.  To  była  Terri  w  swoim  żywiole.  To  była  kobieta,  która 

posiadała  osobowość,  zainteresowania  i  odpowiednie  wykształcenie,  aby  pracować  jako 

profesjonalistka  w  dziedzinie  małego  biznesu.  Na  tyle  bystra,  że  nie  można  jej  było 

wyprowadzić  w  pole.  Mark  przekonał  się  tu  o  jeszcze  jednym.  Z  całą  pewnością  nie  było 

jakiegoś związku przestępczego między Terri i Saundersem.

Ich przyjazd tutaj sprawił, że kobieta ograbiona przez tamtego łobuza, mogła mieć nadzieję, 

iż  wydobędzie się ze  swojej  dramatycznej sytuacji  i rozpocznie  twórcze życie na  nowo.  Życie 

pełne  wigoru,  kuszących  pomysłów.  Patrząc  na  Terri,  pochyloną  nad  notatnikiem,  w  którym 

wszystko zostało precyzyjnie wyliczone, Mark odczuwał wyraźnie przypływ dumy.

Coś jeszcze  wynikało  z  tej  ich  przejażdżki.  Mark  był  coraz  bardziej  zakochany.  I  coraz 

bardziej zażenowany.

Co teraz? - zadawał sobie pytanie.

Jedno jest pewne. Jeśli on nazywa się  Mark Denton,  to ta kobieta jest Deedee Divine...  A 

może jednak nie jest?

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

Gdy  następnego  dnia  rano  Mark  pojawił  się  w  redakcji,  sensacyjna  wiadomość  już  się 

rozeszła. Eric Saunders został zatrzymany w Chicago. Dzień później targował się w sądzie, do 

czego  się  przyznać,  żeby  ewentualny  wyrok  był  mniejszy.  Z  tej  też  racji  wskazał  na 

współwinnego.  Był  nim  poprzedni  urzędnik  od  pożyczek  bankowych,  James  Turner.  Porzucił 

pracę w Administracji Małego Biznesu, zaraz potem jak Saundersowi przyznano kredyt.

- Wprost nie mogę w to uwierzyć - powiedziała Terri, gdy Mark zatelefonował do niej, aby 

przekazać najświeższą  informację. - Był takim  miłym facetem.  Zrezygnował z pracy u nas, bo 

chciał zaopiekować się swoją matką, która była chora i mieszkała w... w Kanadzie, o ile dobrze 

pamiętam.

- Wygodne usprawiedliwienie.

background image

- Tak teraz to wygląda. Ale wtedy był bardzo zmartwiony stanem matki. Wydawał się nam 

wszystkim bardzo uczciwy i prostolinijny. Nie mieści mi się w głowie, że potrafił przeprowadzić 

taką machlojkę.

- Mniejsza  z  tym  - powiedział.  - W  każdym  razie  ta  najnowsza  sensacja  jest  doskonałą 

puentą do mojego artykułu.

Szkic  artykułu  Mark  miał  już  w  głowie.  Eric  Saunders  nazywany  był  w  nim  prawdziwą 

hańbą  stanu  Kalifornia.  W  dalszej  części  artykułu  powiedziane  jednak  będzie,  że  ten 

odosobniony przypadek nie może wpłynąć na ogólną opinię

o  pracy całej  Administracji.  Działalność małego biznesu  powinna odgrywać  ważką rolę w 

budowie  gospodarki  narodowej  również  w  stanie  Kalifornia.  Na  poparcie  tej  tezy  zacytuje 

doskonałe  rezultaty działania  Administracji,  a  zwłaszcza  wskaże  na  pracę  głównego  urzędnika 

od  spraw  przydzielania  kredytów,  na  Terri  Thompson.  Ona  to  właśnie  sprawdza  szczególnie 

skrupulatnie  dotychczasową  działalność  petentów  występujących  o  kredyt  i  szacuje  ich 

możliwości  oraz  umiejętności  gospodarcze,  aby  nie  narażać  stanu  Kalifornia  na  jakiekolwiek 

ryzyko. W ten sposób Mark chciał wynagrodzić Terri wszelkie bezpodstawne podejrzenia, które 

wysuwał pod jej adresem.

- Terri - powiedział cichym głosem. - Kocham cię.

- Mark, och, Mark... - wyszeptała głosem pełnym miłości, ale też boleści i udręki. - Ja także 

bardzo cię kocham. - Te słowa przyniosły jej ogromną ulgę, wręcz sprawiły rozkosz! O co więc 

jeszcze jej chodziło, jaki miała problem?

Jakby w odpowiedzi na te pytania usłyszała jego głos w słuchawce:

- Terri, kochanie. Będziesz miała dość czasu, aby podjąć decyzję. Zjawię się u ciebie, dziś 

wieczorem. Zaraz po pracy.

Ręka  dziewczyny  jeszcze  przez  chwilę  spoczywała  na  telefonie,  mimo  zakończenia 

rozmowy.  Będzie  wieczorem,  powtarzała  w  duchu.  Wzdrygnęła  się,  bo  czekała  ją  przecież 

ciężka próba.

On mnie kocha, pomyślała. Jeszcze raz mi to wyznał. Powtórzył też prośbę, żebym wyszła 

za  niego,  a  więc  ma  prawo  wymagać,  abym  mu  o  wszystkim  opowiedziała.  Bez  ogródek!  Na 

przykład  tak:  „Posłuchaj.  Chcę  wszystko  wyjaśnić.  Nie  jestem  tą,  za  którą  mnie  bierzesz.  No 

więc, jestem, ale... Gdy spotkałam cię po raz pierwszy, występowałam w roli tancerki w barze 

Spike'a. I myślałeś... to znaczy dałam ci do zrozumienia, że..."

background image

O  Boże!  Kłamstwo  goni  kłamstwo,  a  suma  czterystu  tysięcy  dolarów  jest  ogromna.  Na 

dodatek jestem winna  te  pieniądze  nie Markowi, tylko temu  staremu człowiekowi,  z  surowym 

wyrazem  twarzy,  który  zarzucił  mnie  dociekliwymi  pytaniami,  kiedy  spotkałam  go  u  matki 

Marka. Czułam się wtedy, jakbym była przesłuchiwana niczym szpieg. Jakby badano, dlaczego 

się  tam  pojawiłam,  bez  wcześniejszych  konsultacji  Marka  ze  starszym  panem.  Tak  mnie 

potraktowano, gdy byłam z pozoru godna szacunku. Wyobrażam więc sobie, co by było, gdyby 

ten leciwy dżentelmen...

Ale zapomnijmy o nim. Przecież to Mark mnie kocha.

Kocha Terri Thompson, a nie Deedee Divine.

Powiedz mu zatem, że twoja matka była ciężko chora i ty potrzebowałaś... - mówiła sama do 

siebie. Oczywiście, bądź dla niego miła i...

- Panno Thompson - powiedział urzędnik z jej działu, przedtem uprzejmie stukając w drzwi. 

- Zjawił się  człowiek  z biura  prokuratora  okręgowego,  pytając, czy  może  obejrzeć  dokumenty 

Saundersa. Mogę go wprowadzić?

- Oczywiście.  I  proszę  przynieść  teczkę  Saundersa  - odparła  i  zaraz  skupiła  się  na  tamtej 

sprawie.

Jak to się stało, że Turner mógł wplątać Administrację w taką aferę? Pamiętała jak dziś, gdy 

powiedział:  „Wiem,  że  macie  tu  niedobory  personalne  i  przykro  mi,  że  muszę  was  tak  nagle 

opuścić. Ale chodzi o moją matkę. Jest poważnie chora i..."

Do  podobnego  wyjaśnienia  będzie  musiała  sięgnąć  dziś  wieczorem,  rozmawiając  z 

Markiem. Z tym, że w jej  wypadku nie było to  kłamstwo. Zatem nie powinna czuć się winna. 

Zawstydzona. A jednak ciągle tak się czuła.

- Dzień dobry - powiedziała do mężczyzny, którego wprowadzono do jej gabinetu. - Proszę 

usiąść.

Terri odłożyła na później własne problemy i zajęła się sprawami służbowymi-.

Mark  opuścił  redakcję  wczesnym  wieczorem  i  udał  się  od  razu  do  apartamentu 

zajmowanego  przez  dziewczyny.  Drzwi  były  otwarte  i  wszedł  wprost  do  salonu,  gdzie  na 

podłodze  siedziała  Angie.  Nogi  miała  skrzyżowane,  ręce  założone  za  siebie.  Czyżby  znowu 

odprawiała medytacje?

Nie. Oczy miała otwarte i uśmiechała się szeroko. I gadała.

background image

- Dziękuję, bardzo dziękuję. Będziemy razem pracować. Mark poszedł za jej spojrzeniem, 

próbując dostrzec, z kim dziewczyna rozmawia. Ale nikogo nie zobaczył.  Zwrócił się więc do 

Angie:

- Co ty, do diabła, wyprawiasz?

- Och,  Mark!  - prychnęła  i  wyrwała się z  transu,  jeśli  coś  takiego  przeżywała.  - Zepsułeś 

wszystko!

- To znaczy, co?

- Oczywiście  mój  wizjonerski  obraz.  Nie  znasz  się  na  tym,  powiem  ci  zatem  tylko,  że 

wszyscy  składali  mi  gratulacje  i  opowiadali,  jaką  wspaniałą  pracę  będę  wykonywała.  Ja 

natomiast  byłam  po  prostu  skromna  i  wdzięczna,  podobnie  jak  Terri.  Na  koniec  do  gabinetu 

Terri,  to  znaczy  do  mojego,  przyszedł  pan  Anderson  i  powiedział:  „Jestem  zachwycony,  że 

przejmujesz pracę po Terri i jestem pewien..."

- Zaczekaj!  Nie  spiesz  się  tak.  Co  chcesz  przez  to  powiedzieć,  że  przejmujesz  pracę  po 

Terri?

- To znaczy wtedy, kiedy ona wyjedzie...

- Nie ma takiego zamiaru - powiedział z przekonaniem i pomyślał, że tego dopilnuje.

- To  ty  się  mylisz.  Właśnie,  że  wyjedzie.  I  nie  muszę  jej  do  tego  popychać,  namawiać. 

Złożyła już wymówienie.

- Wobec tego wycofa je. Mówię ci, że Terri zostaje w San Francisco.

Angie popatrzyła na niego z wyrazem oburzenia.

- Wiesz  doskonale, że  ona zgodziła  się już  i zdecydowała, że  będzie pracować  w  Dallas i 

przeprowadzi się tam w ciągu najbliższych dwu tygodni. I ja obejmę jej stanowisko. Mówiłam ci 

już, że składano mi gratulacje, a także...

- Przestań  pleść  te  koszałki  opałki.  Mówię  ci,  że  ona  nigdzie  się  nie  wybiera.  - Nagle 

ogarnęła go wściekłość. Nie był przecież pewny, co naprawdę zamierza Terri. O wszystkim, jak 

dotychczas,  dowiadywał  się  właśnie  od  Angie.  Powiedział  zatem,  chcąc  zamknąć  temat:  -

Przestań  wreszcie  snuć  te  marzenia.  Twoje  sztuczki  nie  przynoszą  przecież  i  tak  jakiegoś 

konkretnego rezultatu.

- A właśnie, że przynoszą! Czy nie pamiętasz, wielokrotnie przywodziłam sobie na myśl ten 

apartament, aż wreszcie Marge doszła do wniosku, że współżycie z jej panem stało się nieznośne 

i  przekazała  mi  całe  mieszkanie,  ze  wszystkim,  co  w  nim  było.  - Angie  strzeliła  palcami  i 

background image

powiodła  rękami  wokół  siebie.  - No  i  jak  widzisz,  przejęłam  to  wszystko.  A  potem  zaczęłam 

wyobrażać sobie doskonałą współlokatorkę. I mój wybór padł na Terri. A skoro wspomniałam o 

Terri. Czy wiesz, co ona z kolei zrobiła? Doradziłam jej, po moich doświadczeniach, żeby siłą 

wyobraźni przyciągnęła do siebie czterysta tysięcy dolarów. No i zgadnij, co się stało? Zaledwie 

po dwóch dniach, jakby z nieba, spadła na nią ta okrągła sumka dolarów! I co teraz powiesz, ty 

mądralo?

Mark  nie  był  w  stanie  myśleć,  mówić.  Mógł  tylko  wpatrywać  się  w  Angie.  Oniemiały. 

Osłupiały.

- Oho! Widzę, że nareszcie cię przekonałam.  Czterysta tysięcy dolarów  wpadło jej wprost 

do ręki.

- Angie,  czy  Terri  tańczy?  - zapytał  Mark,  odzyskując  mowę.  - Pytam,  czy  tańczy 

profesjonalnie, zawodowo. Przynajmniej na pół etatu?

Wyraz zaskoczenia na twarzy Angie był autentyczny.

- Nie, nie wykonuje żadnej pracy na pół czy ćwierć etatu. Jej etatowa praca w Administracji 

jest dostatecznie absorbująca. I ty o tym wiesz.

Nie, Angie była w błędzie. Terri tańczyła profesjonalnie, przynajmniej jakiś czas temu. Pod 

nazwiskiem Deedee Divine. I w tym charakterze wycyganiła od niego czterysta tysięcy dolarów.

- Pieniądze nie spadają sobie ot tak, po prostu z nieba - powiedział z drwiną w głosie.

- Ale w wypadku Terri tak to właśnie było. Pewien starszy facet... Oczywiście to nie był jej 

facet.  Był  raczej  życzliwą  duszą,  jednym  z  tych  osławionych  dobroczyńców.  Jakże  się  on 

nazywał? James? Nie, Jasper Goodrich. On dostarczył jej tej forsy, a ona nawet go wcześniej nie 

znała.

- Rozumiem - powiedział Mark z udanym zainteresowaniem. - I gdzie doszło do wręczenia 

tej okrągłej sumki przez ową życzliwą duszę?

- W  szpitalu,  tak  mi  się  przynajmniej  wydaje.  Ten  starszy  pan  dowiedział  się  o  jej 

nieszczęściu i pożyczył tyle, ile było potrzebne. Terri spłaca mu już tę sumę.

To się przynajmniej zgadzało. Wedle tego, co mówi Nate, na nazwisko Marka przychodzą 

już  regularnie, co  miesiąc,  czeki  na sto  dolarów. Mężczyzna zmarszczył  się. Przymrużył oczy. 

Szpital?

- Jakie nieszczęście przydarzyło się Terri? - zapytał.

- Nie jej samej, lecz matce. - I Angie opowiedziała mu wszystko, co sama wiedziała.

background image

A  więc  wreszcie  poznał  prawdę.  Angie  dorzuciła  mu  jeszcze  trochę  szczegółów.  Mark 

zastanawiał  się,  ile  jeszcze  osób  na  świecie  byłoby  w  stanie  zdobyć  taką  sumę  pieniędzy  na 

przeszczep szpiku kostnego?

Angie poradziła przyjaciółce, aby zastosowała metodę wizjonerstwa i w ten sposób doszło 

do cudownego wydarzenia. .. Czy to możliwe?

Angie dodała jeszcze, że jest pewna, iż Terri nigdy nie tańczyła zawodowo. Jej matka, tak. 

Była tancerką. Występowała w Nowym Jorku, ale w pewnej chwili przyjechała tutaj, z wizytą do 

Terri,  i  zemdlała,  a  potem  załamała  się  nerwowo...  Dziwne,  jak  człowiek  może  nagle 

niebezpiecznie się rozchorować. Dla Terri był to przerażający szok.

- Gdzie Terri jest w tej chwili? - zapytał. Miał wielką ochotę dostać ją w swoje ręce. I zrobić 

to, na co miał nadzieję przez wiele ostatnich miesięcy!

- Jest wciąż w pracy. Załatwia nadal sprawę afery Saundersa, oczywiście wiesz, o co chodzi. 

Możesz na nią tutaj poczekać. Ja muszę już iść na spotkanie z grupą „LLL".

- Idź zatem - powiedział Mark. - Ja zaczekam.

Była  już  prawie  ósma  wieczorem,  gdy  usłyszał  zgrzyt  klucza  w  zamku.  Po  chwili  Terri 

weszła do salonu i położyła swą torebkę na podręcznym stoliku.

- Przepraszam za spóźnienie. Telefonowałam do ciebie, do redakcji i powiedzieli mi, że już 

wyszedłeś.

- Tak. Spieszyłem się, sądząc, że wreszcie porozmawiamy otwarcie.

- Oczywiście - potwierdziła i skierowała się do kuchni. - Przygotuję dla nas kawę. - Mark 

poszedł za nią i stanął w drzwiach, opierając się o futrynę. Patrzył, jak wyraźnie zdenerwowana 

zajęła się parzeniem kawy. - Czy jesteś może głodny? Jeśli tak, zrobię kanapki.

- Nie  jestem  głodny  - odparł,  panując  nad  głosem.  Nadal  unikając  jego  spojrzenia,  Terri 

nagle zaczęła relacjonować dzisiejsze wydarzenia.

- W  biurze  jest  straszne  zamieszanie.  Prokurator  okręgowy  chciał  przejrzeć  akta  zarówno 

Turnera,  jak  i  Saundersa.  Turner  był  urzędnikiem,  odpowiedzialnym  za  pożyczki  i  pomógł 

Saundersowi przy wyciąganiu z Administracji pieniędzy.

- Dwustu tysięcy dolarów. Prawda?

- Zgadza się.

- To dokładnie połowa tego, na co naciągnęła mnie pewna tancereczka o nazwisku Deedee 

Divine, specjalizująca się w tańcu brzucha...

background image

Dziewczyna gwałtownie zamknęła kurek od wody i obróciła się twarzą do Marka. Ostrożnie 

postawiła dzbanek z kawą na stole i popatrzyła mężczyźnie w oczy.

- A zatem wiesz wszystko?

- Myślałaś, że możesz ukryć się pod peruką?

- Ale  przez  ten  cały  czas...  sprawiałeś  wrażenie,  jakbyś  się  nie  domyślał...  A  Robbie  na 

pewno mnie nie poznał...

- Robbie nie jest w tobie zakochany.

- Mark,  nie  mów  mi  o  miłości.  - Jej  oddech  był  przyspieszony,  a  słowa  wypowiadała  ze 

zdumieniem  w  głosie.  - Wiedziałeś,  jak  się  rzeczy  mają  od  tego  pierwszego  wieczoru w 

jachtklubie... Przez tyle miesięcy... I nigdy nic mi nie powiedziałeś. Dlaczego?

- Czekałem, aż ty mi pierwsza powiesz.

- Czekałeś,  że  ja  powiem,  to  znaczy  świadomie  bawiłeś  się  ze  mną  w  kotka  i  myszkę. 

Poddając torturom, podczas gdy ja...

- Torturom?  - Mark  popatrzył  na  nią  z  góry.  - Czy  wyobrażasz  sobie,  jakie  ja  męki 

przechodziłem, przypuszczając, że jesteś wplątana w aferę Saundersa...

Terri gwałtownie odsunęła się od stołu, a jej oczy płonęły oburzeniem.

- Jak  mogłeś choć przez chwilę pomyśleć coś takiego?  Podejrzewać, że nadużyję zaufania 

Administracji? Oszukam i okradnę ludzi, którym zobowiązałam się służyć?

- Dlaczego  nie?  Jeśli  mogłaś oszukać  mnie  na  czterysta  tysięcy  dolarów?  Przecież  tak  się 

stało?

- Ale to nie jest... nie było... - Terri uniosła głowę, a oczy jej płonęły. - W porządku. Byłam 

wtedy  kompletnie  załamana.  A  pieniądze  były  mi  rozpaczliwie  potrzebne.  I  nagle  ty  się 

pojawiłeś i zacząłeś machać mi przed nosem tą wielką sumą. Co miałam twoim zdaniem robić? 

Odtrącić  ją,  podczas  gdy  moja  matka...  - Terri  przerwała  w  pół  zdania,  wydawało  się,  że  jej 

wewnętrzny ogień zaczyna gwałtownie przygasać. - Oczywiście, żle postąpiłam - powiedziała na 

koniec cichym głosem.

Wyglądała na tak nerwowo rozstrojoną, że Mark złagodniał. Podszedł do Terri i wziął ją w 

ramiona.

- Kochanie, powinnaś mi była powiedzieć. Odsunęła się gwałtownie.

- Powiedzieć? Przecież ja w ogóle cię nie znałam, nic o tobie nie wiedziałam. Dostrzegałam 

tylko twoje przeszywające mnie spojrzenie, a potem dowiedziałam się, że jesteś gotów rzucić mi 

background image

w twarz plik banknotów, żeby tylko wyrwać z moich szponów drogocennego spadkobiercę rodu 

Goodrichów.

Mark ponownie wyciągnął ku niej ramiona.

- Gdybyś wyjaśniła sytuację...

- Wyjaśniła? Ty przecież z góry przykleiłeś mi etykietkę oszustki i kłamczuchy, która myśli 

tylko o tym, jak by tu najszybciej nachapać się złota.

Mark nie mógł powstrzymać się od szerokiego uśmiechu.

- Muszę powiedzieć, że zagrałaś tę rolę perfekcyjnie.

- Ciekawa  jestem,  co  byś  pomyślał,  gdybym  powiedziała,  że  w  istocie  jestem  dobrą 

dziewczyną i  właśnie staram  się  zgromadzić pieniądze,  potrzebne  do opłacenia  szpitalnych  ra-

chunków  mojej  mamy,  ale  tych  pieniędzy  wciąż  mam  za  mało?  Czy  wobec  tego  możesz  mi 

pożyczyć pół miliona dolców?

Teraz Mark roześmiał się w głos.

- Przyznaję,  że  odniósłbym  się  do  tego  dość  sceptycznie.  Powiem  ci  także,  iż  czułem  się 

głupio, kiedy Robbie powiedział mi, że między wami nie było żadnych planów małżeńskich. Ale 

cieszę się, że dałem ci wówczas te pieniądze. - Nagle uśmiech zniknął z jego twarzy. - Jak się 

czuje twoja matka?

- Doskonale. Transplantacja  uratowała jej  życie. Codziennie przybywa jej  sił.  Możesz  być 

pewny, Mark, że zwrócę te pieniądze twemu wujowi, do ostatniego centa.

- Nie przejmuj się. Ja już mu wszystko oddałem.

- Naprawdę? Jak mu to wszystko wytłumaczyłeś?

- Powiedziałem,  że  tancerka  przyznała  się  do  kłamstwa  i  że  zmusiłem  ją  do  zwrócenia 

pieniędzy.

- A więc tę sumę jestem teraz winna tobie?

- Tak.  - Przy  tych  słowach  Mark  przyciągnął  ją  ku  sobie  i  wtulił  twarz  w  jej  wspaniałe 

pukle, a ona przylgnęła do jego piersi, zarzucając mu ręce na szyję.

- Tak  bardzo  cię  kocham,  Mark,  i  jaka  to  ogromna  ulga,  że  wszystko  już  z  siebie 

wyrzuciłam.

- Ja też czuję się wspaniale. Czy możemy teraz coś zaplanować? Mam na myśli, rzecz jasna, 

nasz ślub.

background image

- Oczywiście, tylko że...  - Popatrzyła na niego,  a w oczach znowu miała niepokój. - Moja 

mama  nie  wie,  jaką  drogą  zdobyłam  te  pieniądze  dla  niej.  Jeśli  spotkałaby  kiedyś  Jaspera 

Goodricha, to zaraz zaczęłaby mu dziękować i on odkryłby wszystko...

- I pomyślałby sobie, że zrobił mi dobry dowcip, za który ja płacę!

- Dowcip? - Terri była zaskoczona. - Czterysta tysięcy dolarów? Tak czy inaczej, mama nie 

wie... Nigdy by mi nie wybaczyła, że oszukałam ciebie, ją, pana Goodricha i...

- Cicho  sza!  - powiedział  Mark,  uśmiechając  się.  - Wuj  Jasper  nie  interesuje  się,  jakimi 

drogami  chodzą  jego  darowizny.  Mogę  to  ustalić  z  Nate'em.  On  jeden  wie,  co  wydarzyło  się 

między  Markiem  Dentonem  i  Deedee  Divine.  Natomiast  nic  nie  wie  o  Terri  Thompson. 

Wszystko o naszym sekrecie wiesz tylko ty i ja. A ja zobowiązuję się tej tajemnicy dotrzymać.

- Bardzo ci dziękuję. - Terri przytuliła się do niego jeszcze mocniej. - Och, Mark, czy to nie 

dziwne, że straszne wydarzenia potrafią na  koniec przeistoczyć się we wspaniałe. Na przykład 

tak  było  z  mamą.  W  pewnej  chwili  była  bardzo  chora,  a  teraz  czuje  się  doskonale.  A  także 

pomyśl  o  tym,  że  gdybym  nie  tańczyła  u  Spike'a,  żeby  opłacić  rachunki  szpitalne  mamy  i 

gdybym nie spotkała tam Robbie'ego, to również ty nie przyszedłbyś tam... Byłeś taki napuszony 

i grubiański i... Wiesz przecież doskonale, co mam na myśli! Mark roześmiał się.

- Wydaje  mi  się,  że  wiem.  Chcesz  powiedzieć,  że  jesteś  szczęśliwa,  bowiem  możesz 

poślubić mężczyznę, który jest napuszony i grubiański...

- ... i kochający, inteligentny, wyrozumiały i najwspanialszy ze wszystkich zamieszkujących 

naszą ziemię. Mark, jak ja cię kocham! I strach mnie oblatuje, gdy pomyślę, że mogłabym nigdy 

cię nie spotkać, gdyby nie ten cudowny zbieg okoliczności.

- Muszę ci powiedzieć, że nieraz już dochodziłem do podobnego wniosku.