background image

WILLIAM FAULKNER

WŚCIEKŁOŚĆ I WRZASK

Tytuł oryginału

THE SOUND AND THE FURY

tłumaczyła

Anna Przedpełska-Trzeciakowska

background image

SPIS TREŚCI
Siódmy kwietnia 1928 roku
Drugi czerwca 1910 roku
Szósty kwietnia 1928 roku
Ósmy kwietnia 1928 roku
Dodatek - Rodzina Compsonów: 1699—1945
Przypisy

SIÓDMY KWIETNIA

1928 ROKU

Poprzez sztachety, przez kędzierzawe kwietne przerwy widziałem, jak uderzali. Szli tam, gdzie 

stała chorągiewka, a ja za nimi wzdłuż sztachet. Luster szukał w trawie koło kwiatowego drzewa. 
Wyjęli chorągiewkę i uderzali. Potem wsadzili chorągiewkę z powrotem i podeszli do stolika, i 
jeden uderzył, i drugi uderzył. Potem ruszyli, a ja też wzdłuż sztachet. Luster odszedł od drzewa i 
szliśmy wzdłuż sztachet, i oni stanęli, i myśmy stanęli, i patrzyłem przez sztachety, a Luster szukał 
w trawie.

— Trzymaj, caddie1). — Uderzył. Odeszli przez pastwisko. Złapałem się ogrodzenia i patrzyłem 

za nimi.

— Słuchaj no — powiedział Luster. — Wstyd, taki stary, trzydzieści trzy lata, i takie wrzaski. Mało 

ci, że łaziłem kawał drogi do miasta po ten twój tort. Przestań lamentować. Pomóż mi szukać moich 
dwudziestu pięciu centów. Jak nie znajdę, to mogę się pożegnać z przedstawieniem.

Jeszcze   trochę   uderzali,   tam,   na   pastwisku.   Poszedłem   z   powrotem   wzdłuż   sztachet,   do 

chorągiewki. Trzepotała na jasnej trawie i drzewach.

— Chodź — powiedział Luster. — Dosyć tego wybałuszania ślepi. Już nie wrócą. Pójdziemy nad 

zalew i poszukamy mojej ćwierćdolarówki. Prędzej, bo ją zabiorą inne czarnuchy.

Była czerwona i trzepotała na pastwisku. Potem ptak przechylał się na niej w tył i w przód. Luster 

rzucił. Chorągiewka trzepotała na jasnej trawie i drzewach. Trzymałem się sztachet.

— Przestań lamentować — mówił Luster. — Przecie ich nie przymuszę, żeby tu przyszli, no nie. 

Jak się nie zamkniesz, to ci Nianiusia nie urządzi urodzin. Wiesz, co będzie. Pójdę i zjem cały twój 
tort. Świeczki też. Wszystkie, każdą jedną. Chodź, idziemy nad zalew. Muszę znaleźć moje ćwierć 
dolara. Może nam się trafi jaka piłka. Popatrz. Oni są już tam. Kawał drogi. Spójrz. — Podszedł do 
sztachet i pokazał ręką. — Widzisz ich. Wcale nie zamiarują wracać. Chodź.

Poszliśmy wzdłuż sztachet do ogrodowego parkanu, na którym leżały nasze cienie. Mój cień był 

wyższy od cienia Lustera. Doszliśmy do dziury i przeleźliśmy na drugą stronę.

— Stój — zawołał Luster. — Znowu zaczepiłeś się o ten gwóźdź. Nie potrafisz przeleźć przez tę 

dziurę, żeby się nie zahaczyć.

Caddy odczepiła mnie i przeszliśmy na drugą stronę. Wujek Maury przykazał, żebyśmy się nikomu 

background image

nie pokazywali na oczy, więc lepiej się pochylmy, powiedziała Caddy. Pochyl się, Benjy. O, tak, 
widzisz. Pochyliliśmy się i przeszliśmy przez ogród, gdzie kwiaty szeleszcząc ocierały się o nas. 
Ziemia była twarda. Wdrapaliśmy się na płot, tam gdzie świnie chrumkały i sapały. Pewno im 
smutno, bo jedną z nich dzisiaj zarżnęli, powiedziała Caddy. Ziemia była twarda, ubita, sękata.

Trzymaj   ręce   w   kieszeniach,   mówiła   Caddy,   bo   sobie   odmrozisz.   Przecież   nie   chcesz   mieć 

odmrożonych rąk na Boże Narodzenie.

— Za zimno na dworze — oświadczył Versh. — Po co ci tam łazić.
— Co tam znowu — spytała Matka.
— Napiera się na dwór — odparł Versh.
— Niech idzie — powiedział Wujek Maury.
— Za zimno — mówiła Matka. — Lepiej niech zostanie w domu. Benjamin, uspokój się w tej 

chwili.

— Nic mu się nie stanie — tłumaczył Wujek Maury.
— Słuchaj, Benjamin. Jak nie będziesz grzeczny, to pójdziesz do kuchni — gniewała się Matka.
— Nianiusia przykazywała, żeby go nie puszczać do kuchni — mówił Versh. — Ona ma tyle 

gotowania na głowie.

— Niech idzie, Karolino — nalegał Wujek Maury. — Doprowadzisz się do choroby tą ciągłą 

troską o niego.

— Wiem — powiedziała Matka. — To jest mój los. Zastanawiam się czasami...
— Tak, tak — przerwał Wujek. — Musisz być silna. Przygotuję ci szklaneczkę grogu.
— Po grogu bywam jeszcze bardziej zgnębiona, wiesz przecież.
— Zobaczysz, że dobrze ci zrobi. Opatul go porządnie, chłopcze, i wyprowadź stąd na chwilę.
Wujek Maury wyszedł. Versh wyszedł.
— Bądźże cicho — prosiła Matka. — Staramy się jak najszybciej wyprowadzić cię na dwór, 

szybciej już nie możemy. Nie chcę, żebyś się rozchorował.

Versh nałożył mi kalosze i płaszcz, wzięliśmy moją czapkę i wyszliśmy. Wujek Maury odstawiał 

właśnie butelkę do kredensu w stołowym.

— Zatrzymaj go tam z pół godzinki, chłopcze — przykazał Vershowi. — Tylko niech nie wychodzi 

poza ogrodzenie.

— Dobrze, psze pana. Ja mu tam nie pozwalam wychodzić.
Stanęliśmy na dworze. Słońce było zimne i jasne.
— Gdzie tak lecisz — zapytał Versh, — Chyba nie do miasta, co. — Szliśmy po szeleszczących 

liściach. Brama była zimna. — Trzymaj ręce w kieszeniach — powiedział. — Przymarzną ci do 
bramy, zobaczysz. Nie możesz zaczekać w domu. — Wsadził mi ręce do kieszeni. Słyszałem, jak 
szura w liściach. Czułem zapach zimna. Brama była zimna.

— Spójrz. Orzeszki hikorowe. O, tam. Włazi na drzewo. Popatrz, wiewiórka, Benjy.
Nie czułem już wcale bramy, tylko zapach jasnego zimna.
— Wsadź lepiej te ręce z powrotem do kieszeni.

background image

Caddy szła. Potem biegła, a torba z książkami kołysała się i podskakiwała jej na plecach.
— Dzień dobry, Benjy — powiedziała. Otworzyła bramę, weszła i pochyliła się. Caddy pachniała 

jak liście. — Wyszedłeś mi naprzeciw. Wyszedłeś na spotkanie Caddy. Versh, jak mogłeś pozwolić, 
żeby mu tak ręce zmarzły.

— Toć mu przykazywałem, niech je trzyma w kieszeni. Czepia się i czepia tej żelaznej bramy.
— Wyszedłeś na spotkanie Caddy — mówiła rozcierając mi ręce. — No co. Co chcesz powiedzieć 

swojej Caddy. — Caddy pachniała jak drzewa, tak jak wtedy, kiedy mówi, że już śpimy.

Czego jęczysz, pytał Luster. Będziesz mógł wybałuszać na nich ślepia, jak dojdziemy do zalewu. 

Masz, trzymaj to swoje zielsko. Dał mi kwiat. Przeszliśmy przez parkan, na posesję.

— No co — pytała Caddy. — Co chcesz powiedzieć Caddy. Czy go wysłali z domu, Versh.
— Nie dali rady utrzymać go w domu. Cięgiem się napierał, a jak go puścili, to zaraz tu przyleciał i 

gapi się na tę bramę.

— O czym ty myślisz — pytała Caddy. — Wydaje ci się, że jak wrócę ze szkoły, to już będzie 

Boże Narodzenie. Tak myślałeś. Boże Narodzenie jest pojutrze. Święty Mikołaj, Benjy. Święty 
Mikołaj. Chodź, pobiegniemy do domu, żeby się rozgrzać.

Wzięła mnie za rękę i biegliśmy po jasnych szeleszczących liściach. Wpadliśmy po schodach z 

jasnego zimna w ciemne zimno. Wujek Maury odstawiał butelkę do kredensu. Zawołał Caddy. 
Powiedziała:

— Zaprowadź go do kominka, Versh. Idź z Vershem, Benjy, ja zaraz przyjdę.
Poszliśmy do kominka. — Czy on zmarzł, Versh — spytała Matka.
— Czego by miał zmarznąć.
— Zabierz stąd jego płaszcz i kalosze. Ile razy ci mówiłam, żebyś go nie wprowadzał do domu w 

kaloszach.

— Dobrze, psze pani. Stój spokojnie. — Zdjął mi kalosze i rozpiął płaszcz.
— Zaczekaj, Versh. — Weszła Caddy. — Czy on może jeszcze wyjść, mamo. Chciałabym, żeby się 

ze mną przeszedł.

— Lepiej go zostaw w domu, dosyć już ma na dzisiaj — powiedział Wujek Maury.
— Myślę, że najlepiej będzie, jak zostaniecie oboje — rozkazała Matka. — Dilsey powiada, że 

robi się coraz zimniej.

— Ale Mamo — napierała się Caddy.
— Co tam — wtrącił Wujek. — Siedziała cały dzień w szkole, potrzeba jej świeżego powietrza. 

Biegnij, Candace.

— Niech mu Mama pozwoli wyjść. Proszę. Mama wie, że będzie płakał.
— To czemu mówiłaś przy nim o wyjściu. Czemu do mnie przychodziłaś. Żeby miał sposobność 

znowu mnie dręczyć. Dosyć już miałaś dzisiaj świeżego powietrza. Usiądź tu lepiej i pobaw się z 
nim.

— Niech sobie idą, Karolino — powiedział Wujek Maury. — Trochę zimna nic im nie zaszkodzi. 

Pamiętaj, musisz dbać o swoje siły.

— Wiem. Nikt sobie nawet nie wyobraża, jak bardzo się boję Bożego Narodzenia. Nikt nie jest w 

background image

stanie wyobrazić sobie tego. Nie należę do kobiet, które mogą wiele udźwignąć. Ze względu na 
Jazona i dzieci pragnęłabym mieć więcej sił.

—   Musisz   robić,   co   się   tylko   da,   i   nie   pozwolić,   żeby   cię   dzieci   denerwowały.   Biegnijcie 

obydwoje. Ale nie siedźcie na dworze za długo, bo się Matka będzie martwiła.

— Dobrze, Wujku — powiedziała Caddy. — Chodź, Benjy. Idziemy znowu na dwór. — Zapięła mi 

płaszcz i ruszyliśmy w stronę drzwi.

—  Chcesz  zabrać  to   dziecko   bez  kaloszy  —  zawołała   Matka.  —  Chcesz   go  doprowadzić   do 

choroby, kiedy mamy dom pełen ludzi.

— Zapomniałam — powiedziała Caddy. — Myślałam, że ma je na sobie.
Zawróciliśmy. — Trzeba myśleć — powiedziała Matka.
Stój spokojnie prosił Versh. Założył mi kalosze.
— Przyjdzie dzień, kiedy umrę, a wtedy będziesz musiała o nim myśleć.
Teraz tupnij rozkazał Versh.
— Chodź no tu i daj Mamie buzi, Benjaminie.
Caddy podprowadziła mnie do fotela Mamy, a ona wzięła w ręce moją twarz, a potem przycisnęła 

mnie do siebie.

— Moje biedne dziecko — powiedziała. Puściła mnie. — Pilnuj go razem z Vershem, kochanie.
— Dobrze, Mamo. — Wyszliśmy. Caddy powiedziała:
— Nie potrzebujesz chodzić z nami, Versh. Ja się nim trochę zajmę.
— Dobra. Nie będę łaził po próżnicy na taki mróz. — Poszedł, a my stanęliśmy w hallu, Caddy 

uklękła, objęła mnie rękami i przycisnęła do mego policzka swoją zimną, jasną twarz. Pachniała jak 
drzewa.

— Nie jesteś żadne biedne dziecko, prawda. Masz swoją Caddy, co.
Przestań wreszcie jęczeć i pluć, powiedział Luster. Nie wstyd ci podnosić taki lament. Minęliśmy 

powozownię, w której stał brek. Miał nowe koło.

— Właź do środka, siedź spokojnie i czekaj na Mamę. — Dilsey wepchnęła mnie do breka. T. P. 

trzymał lejce. — W głowie się nie mieści, że Jazon tyle czasu nie kupuje nowego powozu. Ten grat 
się kiedyś pod człowiekiem rozleci na kawałki. Patrzaj tylko na te koła.

Matka wyszła, opuszczając na twarz woalkę. Trzymała kwiaty.
— Gdzie Roskus — spytała.
— Roskus dzisiaj nie może podnieść ręki — tłumaczyła Dilsey. — T.P. umie powozić tak samo 

dobrze.

— Boję się — powiedziała Matka. — Wydawałoby się, że wszyscy razem wzięci moglibyście mi 

raz w tygodniu dostarczyć stangreta. Nie proszę o wiele, Bóg mi świadkiem.

— Panienka wie tak samo jak ja, że Roskus ma straszny reumatyzm i nie może robić więcej, niż 

musi. Niech no panienka idzie i wsiada. T. P. umie powozić jak Roskus.

— Boję się — powiedziała Matka. — Z dzieckiem.
Dilsey weszła na schody. — Panienka nazywa go dziecko — wzięła Mamę za rękę. — Toć to 

background image

mężczyzna nie mniejszy jak T.P. Niech no panienka idzie, jak panienka chce jechać.

— Boję się jechać — powiedziała Mama.
Zeszły   po   schodach   i   Dilsey   pomogła   Mamie   wsiąść.   —   Może   tak   byłoby   najlepiej   dla   nas 

wszystkich.

— Nie wstyd panience gadać takie rzeczy — oburzyła się Dilsey. — Osiemnastoletni Murzyn nie 

wystarczy, żeby Queenie poniosła. Starsza jest jak on i Benjy razem wzięci. Panienka to dobrze 
wie. I żebyś mi nie próbował wymachiwać batem nad Queenie, słyszysz, T.P. Jak nie będziesz 
jechał tak, jak chce panna Kahlina, to każę Roskusowi, żeby cię zlał. Na to mu jeszcze starczy sił.

— Dobra — powiedział T.P.
— Czuję, że coś się stanie — mówiła Mama. — Spokój, Benjamin,
— Niech mu panienka da kwiatek do potrzymania. On prosi. — Dilsey wsunęła rękę do środka.
— Nie, nie — zawołała Mama. — Rozsypiesz mi wszystkie.
— Niech je panienka przytrzyma. Wyciągnę mu jeden. — Dilsey podała mi kwiat i ręka jej się 

cofnęła.

— Jedźcie już. Jak Quentin was zobaczy, to zacznie się napierać, żeby też jechać — mówiła Dilsey.
— Gdzie ona jest — spytała Mama.
— W domu, bawi się z Lusterem. Ruszaj, T.P. Masz powozić, jak ci Roskus przykazał.
— Dobra — obiecał T.P. — Wio, Queenie.
— Quentin — mówiła Mama. — Pilnuj.
— Pewno, że przypilnuję — powiedziała Dilsey.
Powóz podskakiwał i skrzypiał na podjeździe. — Boję się jechać i zostawiać Quentin — mówiła 

Mama. — Lepiej, żebym była nie wyjeżdżała, T.P. — Znaleźliśmy się za bramą, gdzie już nie 
trzęsło. T.P. zaciął Queenie batem.

— Co ty robisz, T.P. — zawołała Mama.
— Trzeba ją pogonić, żeby szła — odparł T.P. — Będzie spała, jak wróci do stajni.
— Zawracaj. Boję się jechać i zostawiać Quentin samą.
— Tu nie da rady zawrócić — powiedział T.P. Dalej było już szerzej.
— Tu już możesz — powiedziała Mama.
— Dobra. — Zaczęliśmy zawracać.
— Co ty robisz, T.P. — zawołała Mama łapiąc mnie.
— Muszę przecie wykręcić. Prrr. Stój, Queenie. — Stanęliśmy.
— Przewrócisz nas — powiedziała Mama.
— No to czego panienka chce — spytał T.P.
— Boję się tych twoich prób zawracania — powiedziała Mama.
— Dalej, Queenie. — Pojechaliśmy dalej.
— Czuję, że Dilsey nie dopilnuje dziecka jak należy pod moją nieobecność — powiedziała Mama. 

— Musimy się śpieszyć z powrotem.

— Wiśta, mała — powiedział T.P. Uderzył Queenie batem.

background image

— Co ty robisz, T.P. — zawołała Mama i złapała mnie. Słyszałem kopyta Queenie, po obu stronach 

przesuwały   się   gładko   i   nieprzerwanie   jasne   kształty,   a   ich   cienie   przepływały   po   grzbiecie 
Queenie. Przesuwały się niby jasne wierzchy kół. Potem te po jednej stronie zatrzymały się tam, 
gdzie stał wysoki biały słup i żołnierz. Ale po drugiej stronie przesuwały się równo i gładko dalej, 
tyle że trochę wolniej.

— Czego chcesz — spytał Jazon. Ręce miał w kieszeni, a za uchem ołówek.
— Jedziemy na cmentarz — powiedziała Mama.
— Dobrze — odparł Jazon. — Nie mam przecież zamiaru was zatrzymywać. Czy to tylko chciałaś 

mi zakomunikować.

— Wiem, że z nami nie pojedziesz, ale czułabym się z tobą bezpieczniejsza.
— Bezpieczna przed czym. Ojciec i Quentin przecież cię nie ugryzą.
Mama wsunęła chusteczkę pod woalkę. — Przestań, Mamo — powiedział Jazon. — Czy chcesz 

koniecznie, żeby ten przeklęty idiota zaczął tu wyć na środku skweru. Jazda, T.P.

— Wio, Queenie — powiedział T.P.
— To dopust Boży — mówiła Mama. — Ale i ja też niedługo zejdę z tego świata.
— Chwileczkę — zawołał Jazon.
— Prrr — zatrzymał konia T.P.
Jazon powiedział:
— Wujek Maury wystąpił o pięćdziesiąt dolarów z twego konta. Co z tym zrobić.
— Czemu mnie pytasz — mówiła Mama. — Nie mam przecież nic do powiedzenia. Staram się nie 

przysparzać zmartwień tobie i Dilsey. Niedługo mnie już na tym świecie, a wtedy ty...

— Jedź, T.P. — zawołał Jazon.
— Wiśta, Queenie. — Cienie płynęły dalej. Te po drugiej stronie ruszyły znowu, jasne, szybkie i 

gładkie jak wtedy, kiedy Caddy powiada, że będziemy spać.

Beksa, mówił Luster. Nie wstyd ci. Przeszliśmy przez stajnię. Wszystkie stanowiska były otwarte. 

Nie masz już tego dereszowatego kucyka pod wierzch, powiedział Luster. Podłoga była sucha i  
pylista. Dach się zapadał. Ukośne dziury pełne były wirującego złota. Czego się tu pchasz. Chcesz, 
żeby ci która z tych piłek głowę rozbiła.

— Trzymaj ręce w kieszeniach — powiedziała Caddy. — Bo sobie odmrozisz. Przecież nie chcesz 

mieć odmrożonych rąk na Boże Narodzenie.

Obeszliśmy stajnię naokoło. Duża krowa i ta mała stały w drzwiach i słyszeliśmy, jak Prince, 

Queenie i Fancy grzebią kopytami tam, w środku. — Gdyby nie było tak zimno, pojeździlibyśmy 
na Fancy, co — powiedziała Caddy. — Ale dziś za zimno. — Potem zobaczyliśmy zalew, gdzie w 
górę   szedł   dym.   —   Tam   zarzynają   świnię   —   powiedziała   Caddy.   —   Możesz   to   zanieść.   — 
Wyciągnęła list z kieszeni i włożyła do mojej. — To prezent świąteczny — powiedziała. — Wujek 
Maury chce zrobić niespodziankę pani Patterson. Musimy to jej dać tak, żeby nikt nie zobaczył. 
Trzymaj teraz porządnie ręce w kieszeniach. — Doszliśmy nad zalew.

— Lód — zawołała Caddy. — Popatrz. — Złamała wierzch wody i przytrzymała kawałek przed 

moimi   oczami.   —   Lód.  To   dowód,   jak   jest   zimno.   —   Pomogła   mi   przejść   na   drugą   stronę   i 

background image

poszliśmy na wzgórze. — Nie możemy powiedzieć nawet Mamie i Tatusiowi. Czy wiesz, co ja o 
tym myślę. Myślę, że to niespodzianka dla Mamy i Taty, i tak samo dla pana Pattersona, za to, że 
pan Patterson przysłał ci słodycze. Pamiętasz, jak pan Patterson przysłał ci słodycze zeszłego roku 
w lecie.

Potem było ogrodzenie. Pnącza uschły i wiatr w nich szeleścił.
— Nie rozumiem tylko, dlaczego Wujek Maury nie posłał Versha — powiedziała Caddy, — Versh 

by się nie wygadał. — Pani Patterson wyglądała przez okno. — Zaczekaj tutaj — powiedziała 
Caddy.   —   Zaczekaj,   nie   ruszaj   się.  Wrócę   za   chwileczkę.   Daj   mi   ten   list.   —   Przelazła   przez 
ogrodzenie trzymając list w ręku i poszła po brązowych szeleszczących liściach. Pani Patterson 
podeszła do drzwi, otworzyła je i stała.

Pan Patterson siekał ziemię między zielonymi kwiatami. Przestał siekać i popatrzał na mnie. Pani  

Patterson biegła przez ogród coraz bliżej. Kiedy zobaczyłem jej oczy, zacząłem płakać. Ty, głupi,  
powiedziała pani Patterson, mówiłam  mu, żeby cię tu więcej samego nie przysyłał. Daj mi to  
szybko.   Pan   Patterson   nadchodził   spiesznie   z   motyką.   Pani   Patterson   przechylając   się   przez 
ogrodzenie wyciągnęła rękę. Próbowała się wdrapać. Daj mi to, mówiła, daj mi to. Pan Patterson  
wdrapał się na ogrodzenie. Wziął list. Suknia pani Patterson zahaczyła się o sztachety. Znowu 
zobaczyłem jej oczy i zbiegłem ze wzgórza.

— Dalej nic nie ma, ino te domy — mówił Luster. — Idziemy nad zalew.
Prali   tam   nad   zalewem.   Jedno   z   nich   śpiewało.   Czułem   zapach   trzepoczącej   odzieży  i   dymu 

płynącego nad wodą.

— Siądnij tutaj — powiedział Luster. — Nie masz tam żadnego interesu. Ci ludzie na pewno by ci 

przylali.

— Co on chce zrobić.
— A czy on tam wie — powiedział Luster. — Myśli, że chce iść o, tam, gdzie stukają w tę kulę. 

Siądnij tutaj i pobaw się swoim zielskiem. Patrzaj, jak dzieci chlapią się w wodzie, kiedy już musisz 
na coś patrzeć. Że też nie potrafisz zachować się jak człowiek. — Usiadłem na brzegu, gdzie oni 
prali i gdzie szedł niebieski dym. — Nie widzieliście tu gdzieś ćwierćdolarówki — spytał.

— Jakiej.
— Tej, co tu miałem rano, ale gdzieś zgubiłem. Wypadła mi przez tę tutaj dziurę w kieszeni. Jak się 

nie znajdzie, to koniec z moim przedstawieniem dziś wieczór.

— Skąd weźmiesz ćwierć dolara, chłopcze. Poszukaj w kieszeni białego, jak nie będzie patrzał.
— Wziąłem, skąd się bierze forsę — odparł Luster. — Pełno jej tam jeszcze. Tyle, że ja muszę 

znaleźć tę, co miałem, a nie inną. Możeście ją znaleźli.

— Ja tam nie zamiaruję szukać żadnej ćwiartki. Mam swoje sprawy na głowie.
— Chodźże tutaj — zawołał Luster. — Pomóż mi ją znaleźć.
— Przecież on nie rozezna pieniądza, choćby i zobaczył, no nie.
—   Tak   czy   inaczej   może   pomóc   szukać   —   powiedział   Luster.   —   Idziecie   wieczorem   na 

przedstawienie.

— Nie gadaj mi o przedstawieniach. Jak przyjdzie czas i skończę się szarpać nad tą balią, będę taka 

zmęczona, że ani palcem nie kiwnę.

background image

— Założę się, że pójdziesz. Założę się, że byłaś wczoraj. Założę się, że wszyscy tam będziecie, jak 

otworzą namiot.

— Dosyć tam czarnych i beze mnie. Jak wczoraj.
— Na mój rozum, forsa czarnych nie gorsza od forsy białych.
— Biali dają czarnym forsę, bo wiedzą, że jak się tylko pokaże jaki inny biały z orkiestrą, to sobie 

odbierze wszystko z powrotem, a czarny zaraz poleci pracować na więcej.

— Czy nikt ci nie zafunduje tego przedstawienia.
— Jak dotąd nikt. Jakoś to chyba nikomu do głowy nie przyszło.
— Czego ty chcesz od białych, co.
— Niczego od nich nie chcę. Idę swoją drogą, a biali niech sobie chodzą swoją. Ani mi w głowie te 

twoje przedstawienia.

— Oni tam mają takiego jednego, co potrafi grać na pile. Całkiem jak na banjo.
— Ty byłeś wczoraj, ja pójdę dzisiaj — powiedział Luster. — Niech tylko znajdę te ćwierć dolara 

tam, gdzie je zgubiłem.

— Pewno go zabierasz ze sobą.
— Co — zdziwił się Luster. — Myślisz, że jak on wyje, to ja nic tylko przy nim sterczę.
— A co ty robisz, jak on zaczyna wyć.
— Tłukę go — powiedział Luster. Usiadł i podwinął nogawki. Bawili się w zalewie.
— Znalazł tam już który jaką piłkę — spytał Luster.
— Nie bądź za mądry. Żeby czasem twoja babcia nie usłyszała, co ty tu gadasz.
Luster wszedł do zalewu, gdzie oni się bawili. Szukał w wodzie wzdłuż brzegu.
— Miałem ją, jak tu byliśmy rano — powiedział.
— A gdzie ją zgubiłeś.
— Przez tę dziurę w kieszeni — odpowiedział Luster. Szukali w zalewie. Potem wszyscy szybko 

się wyprostowali i stanęli, potem chlapali i bili się w wodzie. Luster to złapał i przysiedli w wodzie 
spoglądając przez krzaki ku pagórkowi.

— Gdzie oni są — spytał Luster.
— Jeszcze nie widać.
Luster schował to do kieszeni. Tamci zeszli z pagórka.
— Czy tutaj nie stoczyła się piłka.
— Powinna była wpaść do wody. Czy nikt z was jej nie widział albo nie słyszał, chłopcy.
— Ja tam nie słyszałem, żeby tu coś leciało — powiedział Luster. — Słyszałem, jak coś walnęło w 

to drzewo, tam, wyżej. Nie wiem, gdzie się pokulało.

Patrzyli na wodę.
— Do diabła. Poszukajcie wzdłuż zalewu. Potoczyła się tutaj. Sam widziałem.
Patrzyli wzdłuż zalewu. Potem wrócili na wzgórze.
— Masz tę piłkę — spytał chłopak.

background image

— Na co mi piłka — odparł Luster. — Nie widziałem tu żadnej piłki.
Chłopak wlazł do wody. Szedł. Odwrócił się i znowu popatrzył na Lustera. Poszedł dalej zalewem.
Mężczyzna na pagórku zawołał: — Caddie. — Chłopak wylazł z wody i ruszył na pagórek.
— Co ty wyrabiasz — powiedział Luster. — Cicho bądź.
— A czego on znowu jęczy.
— Bóg jeden wie — odparł Luster. — Zaczyna swoje i tyle. Jęczy dziś cały dzień. Pewnikiem 

przez te jego urodziny.

— Ile on ma lat.
— Trzydzieści trzy — powiedział Luster. — Trzydzieści trzy lata skończył dziś rano.
— Powiadasz, że toto ma trzy lata od trzydziestu lat.
—   Ja   tylko   powtarzam,   co   powiada   Nianiusia.   Skąd   mam   wiedzieć.  Tyle   że   będziemy   mieli 

trzydzieści trzy świeczki na torcie. Małym torcie. Ledwo się na nim zmieszczą. Cichaj. Wróć no 
tutaj. — Podszedł i złapał mnie za rękę. — Ty stary idioto — powiedział. — Chcesz, żebym cię 
zlał.

— Już to widzę.
— Iłem razy go lał. Cichaj. Toć mówiłem, że nie wolno ci tam łazić na górę. Rozwalą ci głowę 

jaką piłką. Chodź tutaj. — Pociągnął mnie z powrotem. — Siądnij. — Siadłem, a on zdjął mi buciki 
i podwinął nogawki spodni. — A teraz właź do wody i baw się. Nijak nie potrafisz skończyć z tym 
skomleniem.

Ucichłem   i   wszedłem   do   wody  i   Roskus   przyszedł   i   kazał   nam   wracać   na   kolację,   a   Caddy  

powiedziała,

Jeszcze nie pora na kolację. Ja nie idę.
Była   mokra.   Bawiliśmy   się   w   zalewie   i   Caddy   przykucnęła,   i   zmoczyła   sukienkę,   a   Versh 

powiedział:

— Mama da ci lanie za tę mokrą sukienkę.
— Mama nic podobnego nie zrobi — odparła Caddy.
— Skąd wiesz — spytał Quentin.
— Wszystko jedno skąd. A skąd ty wiesz.
— Bo mówiła — powiedział Quentin. — Poza tym jestem od ciebie starszy.
— Ja mam siedem lat — zawołała Caddy. — Chyba wiem.
— A ja mam więcej — powiedział Quentin. — Ja chodzę do szkoły, prawda, Versh.
— A ja idę do szkoły na przyszły rok — wykrzyknęła Caddy. — Jak tylko ten przyszły rok się 

zacznie. Prawda, Versh.

— Wiesz, że ona ci da lanie, jak zamoczysz sukienkę — mówił Versh.
— Nie zamoczyłam — Caddy wyprostowała się w wodzie i popatrzyła na sukienkę. — Zdejmę ją, 

to wyschnie.

— Założę się, że nie zdejmiesz — powiedział Quentin.
— Założę się, że zdejmę — zawołała Caddy.

background image

— Założę się, że lepiej zrobisz, jak nie zdejmiesz — powiedział Quentin. Caddy podeszła do 

Versha i do mnie i odwróciła się plecami.

— Odepnij, Versh — rozkazała.
— Nie rób tego, Versh — zawołał Quentin.
— A co mi tam do jej sukienki — powiedział Versh.
—  Odepnij, Versh   —  powtórzyła   Caddy  —  bo   jak   nie,   to   powiem   Dilsey,   coś   robił   wczoraj 

wieczorem. — No i Versh rozpiął guziki.

— Tylko spróbuj ją zdjąć — groził Quentin.
Caddy ściągnęła sukienkę i rzuciła na brzeg. Nie miała na sobie nic prócz staniczka i majtek i 

Quentin dał jej klapsa, a ona pośliznęła się i wpadła do wody. Jak wstała, to zaczęła chlapać wodą 
na Quentina, a Quentin na nią. Trochę wody chlapnęło na Versha i na mnie, a Versh złapał mnie i 
posadził na brzegu. Powiedział, że poskarży na Caddy i Quentina, a wtedy Caddy i Quentin zaczęli 
chlapać na Versha. Schował się za krzak.

— Naskarżę Nianiusi na was wszystkich — powiedział.
Quentin wdrapał się na brzeg i próbował złapać Versha, ale on uciekł i Quentinowi się nie udało. 

Jak zawrócił, to Versh stanął i wrzeszczał, że naskarży. Caddy powiedziała, że jak nie naskarży, to 
mu pozwolą wrócić. Więc Versh powiedział, że nie powie, i oni mu pozwolili.

— Teraz chyba jesteś zadowolona — powiedział Quentin. — Oboje dostaniemy w skórę.
— A co mi tam — zawołała Caddy. — Ja ucieknę.
— Akurat — powiedział Quentin.
— Ucieknę i nigdy nie wrócę — wołała Caddy. Zacząłem płakać. Caddy obróciła się i powiedziała: 

— Cicho. — Więc ucichłem. Potem bawili się w zalewie. Jazon też się bawił. On był sam, trochę 
dalej w wodzie. Versh obszedł krzak, podniósł mnie i wsadził z powrotem do wody. Caddy była 
cała mokra i zabłocona z tyłu i zacząłem płakać, a ona podeszła i przykucnęła w wodzie.

— Cicho, cicho — mówiła. — Nie uciekną. — Więc ucichłem. Caddy pachniała jak drzewa w 

deszcz.

Co ci znowu, pytał Luster. Dosyć tych jęków. Baw się w zalewie jak człowiek.
Zabierz go do domu. Nie mówili ci, żeby go nie wyprowadzać za płot, co.
On cięgiem myśli, że to ich pastwisko, powiedział Luster. Zresztą i tak nikt z domu nie może nas tu 

zobaczyć.

My możemy. A ludzie nie lubią patrzeć na wariata. To nie przynosi szczęścia.
Roskus przyszedł i kazał nam iść na kolację, a Caddy powiedziała, że jeszcze nie pora.
— Pora i tyle — powiedział Roskus. — Dilsey przykazywała, żebyście zaraz wracali do domu. 

Przyprowadź ich, Versh. — Ruszył na wzgórze, gdzie ryczała krowa.

— Może wyschniemy, nim dojdziemy do domu — mówił Quentin.
— To wszystko twoja wina. Mam nadzieję, że dostaniemy w skórę — Caddy nałożyła sukienkę, a 

Versh ją zapiął.

— Nie będą wiedzieli, że się zamoczyliście — mówił. — Nic nie widać. Chyba że ja albo Jazon 

poskarżymy.

background image

— Poskarżysz, Jazon — spytała Caddy.
— Na kogo.
— On nie poskarży — powiedział Quentin.
— Założę się, że poskarży — mówiła Caddy. — Poskarży Babuni.
— Może jej skarżyć — powiedział Quentin. — Ona jest chora. Jeśli będziemy wolno iść, to się 

zrobi tak ciemno, że nikt nic nie zobaczy.

— Mnie tam wszystko jedno, czy kto zobaczy, czy nie. Sama im powiem. Versh, zanieś go pod 

górę.

— Jazon nie poskarży — powiedział Quentin. — Pamiętasz ten łuk ze strzałami, który ci zrobiłem, 

Jazon.

— Połamany już — mruknął Jazon.
— A niech sobie skarży — zawołała Caddy. — Mam to w nosie. Zanieś Maury'ego pod górę, 

Versh. — Versh przykucnął, a ja wsiadłem mu na barana.

Do   zobaczenia   z   wszystkimi   wieczorem   na   przedstawieniu,   powiedział   Luster.   Chodźże   tutaj.  

Musimy znaleźć ten pieniądz.

— Jak pójdziemy wolno, to zrobi się ciemno, nim dojdziemy — powiedział Quentin.
— Nie mam zamiaru iść wolno — zawołała Caddy. Ruszyliśmy pod górę, ale Quentin nie szedł z 

nami. Stał nad zalewem jeszcze wtedy, jak już doszliśmy tam, gdzie czuć było świnie. Chrząkały i 
chrumkały przy korycie w kącie. Jazon szedł za nami, ręce trzymał w kieszeniach. Roskus doił 
krowę w drzwiach obory.

Krowy wyskakiwały z obory.
— Dalej — powiedział T.P. — klnij sobie! Ja też będę klął. Rety. — Quentin znowu kopnął T.P. 

Wkopał go do koryta, gdzie żarły świnie i T.P. tam leżał. — O, rany — powiedział. — Ale mi 
przyłożył. Widzieliście, jak ten biały mnie kopie. Rety!

Nie   płakałem,   ale   nie   mogłem   przestać.   Nie   płakałem,   ale   ziemia   nie   była   spokojna   i   wtedy 

zacząłem płakać. Ziemia podnosiła się w górę i krowy wbiegały na wzgórze. T.P. próbował się 
podnieść.  Upadł  znowu,  a  krowy  zbiegły  na dół.  Quentin  trzymał  mnie  za  ramię  i  szliśmy w 
kierunku obory. Potem obory tam nie było i musieliśmy poczekać, aż wróci. Nie widziałem, jak 
wracała.  Wróciła  za  naszymi   plecami,  a  Quentin  posadził  mnie  w   korycie,  gdzie  jadły  krowy. 
Trzymałem   się   koryta.   Ono   też   odchodziło,   trzymałem   się   mocno.   Krowy  znowu   zbiegały   ze 
wzgórza, na skos drzwi. Nie mogłem przestać. Quentin i T.P. wchodzili na wzgórze i bili się. T.P. 
spadał ze wzgórza, a Quentin go wciągał. Quentin uderzył T.P. Nie mogłem przestać.

— Wstawaj — powiedział Quentin. — Zostań tu i nie ruszaj się. Żebyś nigdzie nie odchodził, nim 

wrócę.

— My z Benjym wracamy na wesele — powiedział T.P. — Rety.
Quentin uderzył go znowu. Potem zaczął walić T.P. o ścianę, a T.P. śmiał się. Za każdym razem, 

kiedy Quentin walił nim o ścianę, próbował powiedzieć „Rety”, ale nie mógł, bo tak się śmiał. Nie 
płakałem już, ale nie mogłem przestać. T.P. upadł na mnie i drzwi obory poleciały. Poleciały w dół 
wzgórza, a T.P. bił się sam i znowu upadł. Śmiał się dalej, a ja nie mogłem przestać i próbowałem 
wstać, i upadłem i nie mogłem przestać. Versh powiedział:

background image

— Tego już za dużo. Słowo daję. Skończ z tym wyciem.
T.P. ciągle się śmiał. Zwalił się na drzwi i śmiał się. — Rety — powiedział. — My z Benjym 

wracamy na wesele. Na lemoniadkę.

— Cicho — powiedział Versh. — Skądeś to wziął.
— Z piwnicy. Rety.
— Cicho. Skąd w piwnicy.
— Z wszystkąd — odparł T.P. Śmiał się jeszcze. — Zostało tam ze sto butelek. Milion albo więcej. 

Uważaj, czarnuchu, będę wrzeszczał.

Quentin powiedział: — Podnieś go.
Versh podniósł mnie.
— Wypij to, Benjy — rozkazał Quentin. Szklanka była gorąca. — Cicho, cicho. Wypij to.
— Lemoniadka — mówił T.P. — Niech mi panicz Quentin da, ja to wypiję.
— Zamknij gębę — rozkazał Versh — bo panicz Quentin ci pokaże.
— Trzymaj go, Versh — powiedział Quentin.
Przytrzymali mnie. Zrobiło mi się gorąco na policzku i na koszuli. — Pij — rozkazał Quentin. 

Trzymali mi głowę. Było gorąco wewnątrz mnie i znowu zacząłem. Płakałem teraz i coś się działo 
w środku mnie i płakałem jeszcze, i trzymali mnie, aż to się przestało dziać. Potem ucichłem. 
Kręciło się w dalszym ciągu, potem zaczęły się kształty. — Otwórz komórkę, Versh — sunęły 
wolno. — Rozłóż te puste worki na ziemi. — Sunęły szybciej, właściwie to całkiem szybko. — 
Teraz weź go za nogi. — One przesuwały się dalej, gładkie i jasne. Słyszałem, jak się T.P. śmieje. 
Sunąłem z nimi na jasne wzgórze.

Na wzgórzu Versh mnie postawił. — Chodźże tu, Quentin — zawołał odwracając się i patrząc w 

dół zbocza. Quentin stał w dalszym ciągu nad zalewem. Rzucał patyki w cienie, tam, gdzie była 
woda.

— Niech sobie ten stary mędrek zostaje — powiedziała Caddy. Wzięła mnie za rękę i poszliśmy 

koło obory i przez furtkę. Na kamiennej dróżce przykucnęła ropucha, na samym środku. Caddy 
przeszła nad nią i pociągnęła mnie dalej.

— Chodźże, Maury — powiedziała. Ona wciąż tam siedziała przykucnięta, póki Jazon nie trącił jej 

palcem nogi.

— Zrobi ci się od niej brodawka — ostrzegł Versh. Ropucha poskakała dalej.
— Chodźże, Maury — zawołała Caddy.
— Mają dziś gości — powiedział Versh.
— Skąd wiesz.
— Wszystkie światła zapalone. We wszystkich oknach.
—   Możemy  chyba   zapalić   wszystkie   światła   nawet   bez   gości,   jeśli   nam   przyjdzie   ochota   — 

powiedziała Caddy.

— Założę się, że to goście — mówił Versh. — Wejdźcie kuchennymi drzwiami i cichaczem na 

górę.

— Ja się nie będę przejmować — powiedziała Caddy. — Wejdę prosto do salonu, tam gdzie 

background image

wszyscy siedzą.

— Założę się, że jakbyś tak zrobiła, toby cię Tata sprał — powiedział Versh.
— A co mi tam. Pójdę prosto do salonu. Pójdę prosto do jadalni i zjem kolację.
— A gdzie usiądziesz — spytał Versh.
— Usiądę w krześle Babuni — powiedziała Caddy. — Ona je w łóżku.
—   Głodny   jestem   —   oznajmił   Jazon.   Wyprzedził   nas   i   pobiegł   ścieżką.   Trzymał   ręce   w 

kieszeniach i upadł. Versh podszedł i podniósł go.

— Nie trzymaj tych łap w kieszeniach, to ustoisz na nogach — powiedział Versh. — Nigdy nie 

zdążysz wyjąć ich na czas, żeby się podeprzeć, ty grubasie.

Ojciec stał przy schodkach kuchennych.
— Gdzie Quentin — spytał.
— Idzie drogą — odparł Versh. Quentin nadchodził powoli. Jego koszula była białą plamą.
— Och — powiedział Ojciec. Światło padało na schody, na niego.
— Caddy i Quentin chlapali się wodą, jedno i drugie — poskarżył Jazon.
Czekaliśmy.
— Co ty mówisz — spytał Ojciec. Quentin nadszedł i Ojciec powiedział: — Możecie dzisiaj zjeść 

kolację w kuchni. — Stanął i podniósł mnie do góry, a światło potoczyło się po schodach i na mnie 
i mogłem patrzeć z góry na Caddy i Jazona, i Quentina, i Versha. Ojciec obrócił się ku schodom: — 
Ale musicie być cicho — dodał.

— Dlaczego mamy być cicho, Tatusiu — spytała Caddy. — Czy mamy gości.
— Tak — odparł Ojciec.
— Przecie mówiłem, że są goście — powiedział Versh.
—   Nic   takiego   nie   mówiłeś   —   zaprzeczyła   Caddy.   —   To   ja   powiedziałam,   że   są   goście. 

Powiedziałam, że pójdę...

— Cicho — przerwał jej Ojciec. Ucichli, a Ojciec otworzył drzwi i przeszliśmy przez kuchenny 

ganek do kuchni. Była tam Dilsey, a Ojciec posadził mnie na krześle, zakrył mi fartuchem kolana i 
przysunął do stołu, gdzie stała kolacja. Dymiła.

— Teraz będziecie słuchali Dilsey — rozkazał Ojciec. — Nie pozwól im hałasować, więcej niż to 

konieczne, Dilsey.

— Dobrze, psze pana — odparła Dilsey. Ojciec poszedł.
— Pamiętajcie, że macie teraz słuchać Dilsey — powiedział za nami. Pochyliłem głowę nad tym 

miejscem, gdzie stała kolacja. Dymiła mi w twarz.

— Tatusiu, niech oni mnie dzisiaj słuchają, dobrze — prosiła Caddy.
— Ja nie będę — oburzył się Jazon. — Ja tam słucham Dilsey.
— Będziesz musiał, jeśli ci Tatuś każe — upierała się Caddy. — Tatusiu, niech oni mnie dzisiaj 

słuchają.

— Cicho — powiedział Ojciec. — No więc dobrze, będziecie teraz słuchać Caddy. Jak skończą, 

zaprowadzisz ich na górę tylnymi schodami, Dilsey.

background image

— Dobrze, psze pana.
— No — powiedziała Caddy. — Myślę, że teraz będziecie mnie słuchać.
— Teraz już ani słowa — przerwała Dilsey. — Musicie być dzisiaj cicho.
— Czemu mamy być dzisiaj cicho — szepnęła Caddy.
— Nie twoja sprawa. Dowiesz się w Dzień Pański. — Przyniosła moją miseczkę. Szła z niej para i 

łechtała mnie w twarz. — Chodź no tu, Versh. — A kiedy jest Dzień Pański, Dilsey — spytała 
Caddy.

— W niedzielę — odparł Quentin. — Czy ty nic nie wiesz.
— Cichajcie — powiedziała Dilsey. — Nie słyszeliście, jak pan Jazon przykazywał, żebyście 

siedzieli cicho. Jedzże tę kolację. Masz, Versh, weź jego łyżkę. — Ręka Versha razem z łyżką 
weszła do miski. Potem łyżka podniosła się do moich ust. Para łechtała mnie w wargi. Potem 
przestaliśmy jeść i spoglądaliśmy jedno na drugie i byliśmy cicho, i usłyszeliśmy to znowu, i 
zacząłem płakać.

— Co to — spytała Caddy. Położyła rękę na mojej ręce.
— To Mama — powiedział Quentin. Łyżka podeszła i zjadłem, i zapłakałem znowu.
— Cicho — szepnęła Caddy. Ale ja nie ucichłem i ona podeszła, i objęła mnie rękami. Dilsey 

poszła i zamknęła jedne i drugie drzwi, i wtedy nie mogliśmy już tego słyszeć.

— Bądź cicho — prosiła Caddy. Ucichłem i jadłem. Quentin nie jadł, ale Jazon jadł.
— To była Mama — powiedział Quentin. Wstał.
— Siadaj w tej chwili — rozkazała Dilsey. — Mają tam gości, a ty cały ubabrany w błocie. I ty też 

siadaj, Caddy, i kończ jedzenie.

— Mama płakała — powiedziała Caddy. — Prawda, Dilsey.
— Zjadajcie kolację, jak pan Jazon przykazał. Dowiecie się wszystkiego w Dzień Pański. — 

Caddy wróciła na swoje krzesło.

— Mówiłam wam, że to przyjęcie — powiedziała.
Versh odezwał się: — On już zjadł wszystko.
— Przynieś tu jego miskę — kazała Dilsey. Miska odeszła.
— Dilsey — powiedziała Caddy. — Quentin nie je kolacji. Czy on nie miał mnie słuchać.
— Jedz kolację, Quentin — rozkazała Dilsey. — Wszyscy macie kończyć i wynosić się z mojej 

kuchni.

— Ja już nie chcę jeść — mówił Quentin.
— Masz jeść, jeśli ci każę — powiedziała Caddy. — Prawda, Dilsey.
Miska dymiła mi w twarz, a ręka Versha zagłębiła w niej łyżkę i para łechtała mnie w usta.
— Nie chcę już więcej jeść — powiedział Quentin. — Jak oni mogą robić przyjęcie, kiedy Babunia 

jest chora.

— Mają przyjęcie na dole — mówiła Caddy. — Babunia może wyjść na podest i patrzeć z góry. Ja 

też to zrobię, jak tylko włożę nocną koszulę.

— Mama płakała — powiedział Quentin. — Prawda, Dilsey?

background image

— Przestań mnie męczyć, dziecko. Muszę się brać za kolację dla tej gromady ludzi, jak tylko 

skończycie jeść.

Po chwili nawet Jazon miał dość jedzenia i zaczął płakać.
— Teraz ty znów beczysz — gniewała się Dilsey.
—   Płacze   każdego   wieczora,   odkąd   Babunia   się   rozchorowała,   i   on   nie   może   z   nią   spać   — 

powiedziała Caddy. — Beksa.

— Poskarżę na ciebie. — Jazon płakał.
— Już naskarżyłeś — powiedziała Caddy. — Już nie masz nic więcej do skarżenia.
— Teraz wszyscy jazda do łóżka — kazała Dilsey. Podeszła, zsadziła mnie i wytarła mi ręce i 

twarz ciepłą ściereczką. — Versh, idź z nimi na górę tylnymi schodami, ale cicho. A ty, Jazon, 
przestań beczeć.

— Za wcześnie jeszcze, żeby iść do łóżka — mówiła Caddy. — Nigdy nam nie każą kłaść się tak 

wcześnie.

— Ale dzisiaj każą — powiedziała Dilsey. — Tatuś przykazał, żebyście zarutko po kolacji szli na 

górę. Słyszeliście.

— Powiedział, że mają słuchać mnie.
— Ja tam nie będę ciebie słuchał — powiedział Jazon.
— Musisz — zawołała Caddy. — Chodź teraz. Musisz robić, co ja każę.
— Versh, uspokój ich — prosiła Dilsey. — Macie wszyscy być cicho, słyszycie.
— A dlaczego musimy być dzisiaj cicho — spytała Caddy.
— Bo twoja Mama źle się czuje — odpowiedziała Dilsey. — Teraz idźcie wszyscy z Vershem.
— Mówiłem ci, że Mama płakała — powiedział Quentin. Versh podniósł mnie i otworzył drzwi na 

kuchenny ganek. Wyszliśmy i Versh zamknął za nami drzwi. Czułem Versha nosem i palcami.

— Teraz wszyscy bądźcie cicho. Nie pójdziemy jeszcze na górę. Pan Jazon kazał wam zaraz tam 

iść. Kazał, żebyście mnie słuchali. Ciebie nie będę słuchać. Wszystkim kazał. Prawda, Quentin. — 
Czułem głowę Versha. Słyszałem nas. — Prawda, Versh. Tak, to prawda. Wobec tego każę nam 
wszystkim wyjść jeszcze na chwilę na dwór. Chodźcie. — Versh otworzył drzwi i wyszliśmy.

Zeszliśmy po schodach.
— Myślę, że najlepiej pójść do domu Versha, jeśli się mamy zachowywać cicho — powiedziała 

Caddy. Versh postawił mnie na ziemi, a Caddy wzięła mnie za rękę i poszliśmy kamienną dróżką.

— Chodź — mówiła Caddy. — Ta ropucha już poszła. Teraz sobie skacze daleko, w ogrodzie. Ale 

może zobaczymy jakąś inną. — Nadszedł Roskus z wiadrami mleka. Minął nas. Quentin nie szedł z 
nami.   Siedział   na   schodkach   kuchennych.   Poszliśmy   do   domu   Versha.   Lubiłem   wąchać   dom 
Versha.  Wewnątrz   palił  się  ogień,   a   T.P.   przykucnięty   przed   nim   w   koszuli   wrzucał   patyki  
płomienie.

Wtedy wstałem i T.P. mnie ubrał, i poszliśmy do kuchni, i jedliśmy. Dilsey śpiewała i zacząłem 

płakać, a ona przerwała.

— Trzymaj go na dworze, dalej od domu — rozkazała Dilsey.
— Nie możemy iść tamtędy — mówił T.P. Bawiliśmy się w zalewie.

background image

— Nie możemy iść tamtędy naokoło — powiedział T.P. — Nianiusia powiada, że nie wolno, sam 

wiesz.

Dilsey śpiewała w kuchni, a ja zacząłem płakać.
— Cichaj — mówił T.P. — Chodź. Pójdziemy sobie do obory.
Roskus  doił  krowy w  oborze.  Doił  jedną ręką i  jęczał. Kilka  ptaków  siedziało  na drzwiach  i 

przyglądało mu się. Jeden sfrunął i jadł razem z krowami. Patrzałem, jak Roskus doi krowy, a T.P. 
karmi Queenie i Prince'a. Cielę siedziało w zagrodzie dla świń. Tarło nosem o siatkę i ryczało.

— T.P. — zawołał Roskus. T.P. powiedział: — Słucham — w oborze. Fancy wysuwała łeb nad 

drzwi, bo T.P. jeszcze jej nie karmił. — Kończ tam — kazał Roskus. — Musisz za mnie wydoić te 
krowy. Nie dam rady dłużej robić prawą ręką.

T.P. przyszedł i doił.
— Czemu tata nie pójdzie do doktora — spytał.
— Doktory nie poradzą — powiedział Roskus. — Nie w tym domu.
— A co złego z tym domem — spytał T.P.
— Szczęście go się boi — powiedział Roskus. — Wpuść tu to cielę, jak skończyłeś.
Szczęście go się boi, powiedział Roskus. Za nim i Vershem ogień podnosił się, opadał i ślizgał się  

po ich twarzach. Dilsey skończyła kłaść mnie do łóżka. Łóżko pachniało T.P. Podobało mi się.

— Co ty o tym wiesz — gniewała się Dilsey. — Co cię znowu naszło.
— Nie potrzebuje mnie nic nachodzić — powiedział Roskus. — Czy to, co tu leży na łóżku, to nie 

jest znak. Czy od piętnastu lat ludzie nie widzą tego znaku.

— Może i racja — powiedziała Dilsey. — Ale to nie zaszkodziło tobie i twoim, prawda. Versh ma 

pracę, Frony sam wydałeś za mąż, a T.P. już dorasta, żeby zająć twoje miejsce, jak reumatyzm 
całkiem cię wykończy.

— Poszło już dwoje — powiedział Roskus. — Pójdzie jeszcze jedno. Widziałem znak i ty też 

widziałaś.

— Słyszałem dzisiaj w nocy kozuba — mówił T.P. — I Dan za nic nie chciał przyjść wieczorem na 

żarcie. Nie chciał podejść, tyle co do obory. Zaczął wyć zaraz po zmroku. Versh słyszał.

— Pójdzie więcej niż jedno — powiedziała Dilsey. — Pokaż mi człowieka, który nie umrze, mój ty 

Boże.

— Umrzeć to nie wszystko — mruknął Roskus.
— Wiem, o czym myślisz — gniewała się Dilsey. — I nie licz na szczęście, jak wypowiesz głośno 

to imię, chyba że chcesz siedzieć przy nim, jak będzie płakał.

— Szczęście się boi tego domu — mówił Roskus. — Od początku to widziałem, a kiedy odmienili 

mu imię, tom wiedział na pewno.

— Cichaj — kazała Dilsey. Podciągnęła koce. Pachniały jak T.P. — Wszyscy teraz cichajcie, póki 

on nie zaśnie.

— Widziałem znak — powiedział Roskus.
— Taki tam znak, że T.P. musi robić za ciebie całą robotę — mruknęła Dilsey.  Zabierz jego i 

Quentin do domu, T.P., niech się bawią z Lusterem tak, żeby Frony mogła mieć na nich oko, i leć  

background image

pomóc ojcu.

Skończyliśmy jeść, T.P. wziął Quentin na ręce i poszliśmy do jego domu. Luster bawił się w ziemi. 

T.P. postawił Quentin i ona też bawiła się w ziemi. Luster miał jakieś szpulki i pobił się z Quentin, i 
potem Quentin miała szpulki. Luster płakał i Frony wyszła, i dała Lusterowi blaszaną puszkę, żeby 
się bawił, i potem ja miałem szpulki, i Quentin biła się ze mną, i rozpłakałem się.

— Cichaj — mówiła Frony. — Nie wstyd ci zabierać małemu dziecku zabawki. — Odebrała mi 

szpulki i dała je z powrotem Quentin.

— Cichaj już — prosiła Frony. — Cichaj, mówię ci.
— Cichaj — mówiła Frony. — Trzeba ci batów, i tyle. — Wzięła Lustera i Quentin na ręce. — 

Chodźcie. — Poszliśmy do obory. T.P. doił krowę. Roskus siedział na skrzyni.

— Czego on znowu jęczy — spytał Roskus.
— Zatrzymaj go tutaj — powiedziała Frony. — Znowu się bije z dziećmi. Zabiera im zabawki. 

Zostań tu z T.P., może usiedzisz chwilę cicho.

— Zdój ją porządnie — rozkazał Roskus. — Przez ciebie ta młoda straciła mleko zeszłej zimy. 

Jeśli zasuszysz i tę, nie będziemy mieli więcej mleka.

Dilsey śpiewała.
— Nie tamtędy, naokoło — powiedział T.P. — Wiesz, że Nianiusia nie pozwoliła ci tam chodzić.
Śpiewali.
— Chodź — mówił T.P. — Pobawimy się z Quentin i Lusterem.
Quentin i Luster bawili się w ziemi przed domem T.P. W domu palił się ogień, wstawał i opadał, a 

Roskus tak się czernił przed tym ogniem.

— To już troje, dzięki Bogu — powiedział Roskus. — Mówiłem ci dwa lata temu. Szczęście się 

boi tego domu.

— Więc czemu tu siedzisz — gniewała się Dilsey. Rozbierała mnie. — Ciągiem gadasz i gadasz o 

nieszczęściu, a tyle tylko z tego, że Versh chce się wynieść do miasta. Powinieneś się cieszyć.

— Żeby się tylko na tym skończyło nieszczęście Versha — mówił Roskus.
Weszła Frony.
— Skończyliście — zapytała Dilsey.
— T.P. już kończy — powiedziała Frony. — Panienka Kahlina mówi, żeby mama położyła Quentin 

do łóżka.

— Szybciej się ruszać nie potrafię — mruczała Dilsey. — Powinna chyba wiedzieć, że nie mam 

skrzydeł.

— To ci właśnie powiadam — mówił Roskus. — Szczęście musi się bać takiego domu, gdzie 

nigdy nie wymawiają imienia jednego z własnych dzieci.

— Cichaj — powiedziała Dilsey. — Chcesz, żeby znowu zaczął.
— Chować dziecko, żeby nie znało imienia własnej matki — mruczał Roskus.
— Niech cię o to głowa nie boli — gniewała się Dilsey. — Wychowałam ich wszystkich, to mogę 

wychować jeszcze jedno. Cichaj już. Niech zaśnie.

background image

— Co tam imię — mówiła Frony. — Przecież on się nie rozumie na imionach.
— Powiedz to jedno, a zobaczysz, czy się nie rozumie — kiwała głową Dilsey. — Powiedz nad 

nim to imię, jak będzie spał, a zobaczysz, że cię usłyszy.

— On więcej wie, niż się ludziom zdaje — mówił Roskus. — Wiedział, jak się zbliżał ich czas, tak 

jak ten wyżeł. Jakby tylko umiał mówić, toby powiedział, kiedy przyjdzie jego czas. Albo twój. 
Albo mój.

— Niech mama zabierze Lustera z tego łóżka — zawołała Frony. — Ten chłopak rzuci na niego 

urok.

— Milcz — rozgniewała się Dilsey. — Że też nie masz lepiej w głowie. Ot, co przychodzi ze 

słuchania Roskusa. Właź, Benjy.

Dilsey popchnęła mnie i położyłem się do łóżka, gdzie już leżał Luster. Spał. Dilsey wzięła długi 

kawał deski i wsunęła między nas. — Trzymaj się swojej strony — powiedziała — Luster jest mały, 
a ty chyba nie zamiarujesz mu zrobić nic złego.

Nie możesz jeszcze iść, powiedział T.P. Zaczekaj.
Wyjrzeliśmy zza węgła domu i patrzyliśmy, jak powozy odjeżdżają.
— Teraz — Teraz wziął T.P. Quentin na ręce, pobiegliśmy do rogu ogrodzenia i patrzyliśmy, jak 

przejeżdżają. — O, tam jedzie — powiedział T.P. — Widzisz, ten ze szkłem. Popatrz tylko. On tam 
leży. Widzisz.

Chodź, mówił Luster. Zabieram tę piłkę do domu, tam jej nie zgubią. Nie, ty jej nie dostaniesz. 

Jakby ci ludzie zobaczyli ją u ciebie, toby zaraz gadali, żeś ją ukradł. Cichaj już. Nie mogę ci jej 
dać. Na co ci ona. Nie potrafisz się bawić piłką.

Frony i T.P. bawili się w ziemi koło drzwi. T.P. miał robaczki świętojańskie w butelce.
— Jak żeście wyszli z domu — spytała Frony.
— Mamy gości — odparła Caddy. —Tatuś im kazał słuchać mnie dzisiaj. Myślę, że ty i T.P. też 

musicie mnie słuchać.

— Ja nie mam zamiaru cię słuchać — powiedział Jazon. — Frony i T.P. też nie muszą.
— Muszą, jeśli im każę — mówiła Caddy. — Może im nie każę.
— T.P. nikogo nie słucha — powiedziała Frony. — Czy pogrzeb już się zaczął.
— Co to jest pogrzeb — spytał Jazon.
— Przecież ci Nianiusia przykazywała, żeby im nic nie gadać — rozgniewał się Versh.
— To tam, gdzie jęczą — powiedziała Frony. — Jęczeli dwa dni nad siostrą Beulah Clay.
Jęczeli w domu Dilsey. Dilsey jęczała. Kiedy Dilsey jęczała, Luster powiedział, cicho, i myśmy się  

uciszyli, a potem ja zacząłem płakać, a Blue wył pod kuchennymi schodami. Wtedy Dilsey przestała  
i myśmy przestali.

— Och — powiedziała Caddy. — To był murzyński. Biali nie mają pogrzebów.
— Nianiusia nam przykazała, żeby im nie gadać, Frony — powiedział Versh.
— Nie gadać czego — spytała Caddy.
Dilsey jęczała, a kiedy to już stanęło na miejscu, ja zacząłem płakać, a Blue wył pod schodami.  

Luster, powiedziała Frony w oknie, weź ich do obory. Nie mogę gotować w tym wrzasku. Jeszcze ten  

background image

pies. Weź ich stąd.

Nie pójdę, powiedział Luster. Mogę tam zobaczyć dziadka. Widziałem go wczoraj wieczór, jak  

machał rękami w oborze.

—— Chciałabym wiedzieć, czemu nie — rozgniewała się Frony. — Biali umierają tak samo. 

Twoja babcia jest tak samo umarła jak każden jeden umarły Murzyn.

— I psy są też umarłe — mówiła Caddy. — A kiedy Nancy wpadła w ten rów, to Roskus ją 

zastrzelił i przyleciały sępy i rozdziobały ją.

Z rowu, gdzie ciemne gałęzie tkwiły w czarnym dole, wyokrąglały się kości w światło księżyca, 

jakby niektóre kształty się zatrzymały. Potem wszystkie się zatrzymały i było ciemno, i kiedy ja 
przestałem,   żeby   znowu   zacząć,   usłyszałem   Mamę   i   stopy   odchodzące   szybko   i   poczułem   to 
węchem. Potem już był pokój, ale oczy miałem zamknięte. Nie przestałem. Czułem to węchem. T.P. 
odrzucił koce.

— Cicho — mówił. — Ciiii.
Ale ja to czułem węchem. T.P. wyciągnął mnie i szybko ubrał.
— Cichaj, Benjy — powiedział. — Idziemy do naszego domu. Chcesz iść do nas do domu, tam 

gdzie jest Frony. Cichaj. Ciii.

Zasznurował mi buciki, włożył czapkę i wyszliśmy. W hallu było światło. Poprzez hall słyszeliśmy 

Mamę.

— Cichaj, Benjy — mówił T.P. — Zarutko wyjdziemy.
Drzwi się otworzyły i czułem to węchem mocniej niż kiedykolwiek i wychyliła się głowa. To nie 

była głowa Ojca. Ojciec leżał tam chory.

— Czy nie możesz wyprowadzić go na dwór.
— Już wychodzimy — powiedział T.P. Dilsey wchodziła po schodach.
— Cicho — przykazała. — Cicho. Zabierz go na dół, do nas. Frony szykuje dla niego spanie. 

Miejcie teraz wszyscy na niego baczenie. Cicho, Benjy. Idź razem z T.P.

Poszła tam, skąd słyszeliśmy Mamę.
— Zatrzymajcie go tam lepiej. — To nie był Ojciec. Zamknął drzwi, ale ja wciąż czułem to 

węchem.

Zeszliśmy po schodach. Schody schodziły w ciemność i T.P. wziął mnie za rękę i wyszliśmy na 

dwór z ciemności. Dan siedział na podwórku za kuchnią i wył.

— On to wyczuł węchem — powiedział T'P- — Czy ty też węchem się o tym dowiedziałeś.
Zeszliśmy po schodkach do naszych cieni.
— Całkiem zapomniałem o twojej kurtce — powiedział T.P. — Powinieneś ją włożyć. Ale nie będą 

wracał.

Dan wył.
— Cicho — powiedział T. P. Nasze cienie poruszyły się, ale cień Dana został nieruchomy, tylko 

wył, kiedy Dan wył.

— Nie mogę cię zaprowadzić do domu takiego rozryczanego. I tak ledwośmy to mogli znieść, 

kiedy jeszcze nie skrzeczałeś jak stara żaba. Chodź.

background image

Szliśmy  kamienną   dróżką   razem   z   naszymi   cieniami.   Zagroda   dla   świń   pachniała   jak   świnie. 

Krowa stała na łączce, żuła na nas. Dan wył.

— Obudzisz całe miasto — gniewał się T.P. — Nie możesz się uciszyć.
Zobaczyliśmy Fancy, pasła się nad zalewem. Księżyc oświetlał wodę, kiedy tam doszliśmy.
— Nie, mój panie — powiedział T. P. — To za blisko. Nie możemy tu stawać. Idziemy dalej. No, 

patrzaj. Zmoczyłeś calutką nogę. Chodź tu. — Dan wył.

Rów wynurzył się z bzyczącej trawy. Kości wyokrąglały się z czarnych pnączy.
— Teraz — powiedział T. P. — możesz sobie ryczeć, ile wlezie. Masz całą noc i dwadzieścia 

akrów pastwiska do ryczenia.

T.P. położył się w rowie, a ja usiadłem patrząc na kości, tam gdzie sępy zjadły Nancy podfruwając 

wolno, czarne i ciężkie.

Miałem ją, jakeśmy tu pierwej chodzili, mówił Luster. Pokazywałem ci. Nie widziałeś. Wyjąłem ją z  

kieszeni tu, w tym miejscu i pokazywałem.

— Myślisz, że myszołowy rozdziobią Babunię — spytała Caddy. — Głupi.
— Mądrala — Jazon zaczął płakać.
— A ty jesteś zakuta pała — zawołała Caddy. Jazon płakał. Race trzymał w kieszeniach.
— Z Jazona będzie bogacz — mówił Versh. — Cały czas trzyma łapę na swojej forsie.
Jazon płakał.
— Teraz się przez ciebie rozbeczał na dobre — gniewała się Caddy. — Cicho, Jazon. Przecież 

myszołowy nie mogą dostać się tam, gdzie jest Babunia. Tatuś by im nie dał. Czy ty byś pozwolił, 
żeby cię myszołowy rozdziobały? Cicho już.

Jazon ucichł. — Frony mówiła, że to pogrzeb.
— Ale to nie pogrzeb — powiedziała Caddy. — To przyjęcie. Frony nic o tym nie wie. On chce 

wziąć te twoje robaczki świętojańskie, T.P. Daj mu, niech je chwilę potrzyma.

T.P. dał mi butelkę z robaczkami.
— Założę się, że jak obejdziemy dom i zajrzymy przez okno do salonu, to coś zobaczymy — 

mówiła Caddy. — Wtedy mi uwierzycie.

— Ja tam już wiem — powiedziała Frony. — Nie potrzebuję zaglądać.
— Lepiej byś się zamknęła, Frony — gniewał się Versh. — Mama cię spierze.
— A co ty wiesz — spytała Caddy.
— Wiem, co wiem.
— Chodźcie — powiedziała Caddy. — Obejdźmy dom od frontu.
Ruszyliśmy.
— T.P. chce swoje robaczki świętojańskie — powiedziała Frony.
—   Niech   je   sobie   jeszcze   chwilę   potrzyma,   T.P.   —   poprosiła   Caddy.   —   Przyniesiemy   je   z 

powrotem.

— Wyście ich nie łapali — złościła się Frony.
— Jeśli pozwolę tobie i T.P. iść z nami, dasz mu je potrzymać — spytała Caddy.

background image

— Nikt nie przykazywał ani mnie ani T.P., żebyśmy ciebie słuchali — powiedziała Frony.
— Jeśli powiem, że nie musicie, to czy pozwolisz mu ją potrzymać.
— Dobrze — odparła Frony. — Niech trzyma, T.P. Chodź, popatrzymy, jak oni tam jęczą.
— Oni nie jęczą — gniewała się Caddy. — Mówiłam ci, że to przyjęcie. Czy oni jęczą, Versh.
— Nie dowiemy się, co robią, jak będziemy tu stali.
— Chodźcie — rozkazała Caddy. — Frony i T.P. nie muszą mnie słuchać. Ale reszta musi. Lepiej 

ponieś go, Versh. Już się robi ciemno.

Versh podniósł mnie i obeszliśmy kuchnię naokoło.
Kiedy wyjrzeliśmy zza węgła, widzieliśmy na podjeździe zbliżające się światła. T.P. wrócił do drzwi 

od piwnicy i otworzył.

Wiesz, co tam jest na dole, spytał. Woda sodowa. Widziałem, jak panicz Jazon wychodził stąd z  

pełnymi rękami butelek. Zaczekaj chwileczkę.

T. P. poszedł i zajrzał do drzwi kuchennych. Czego tu chcesz. Gdzie Benjy, spytała Dilsey.
Na dworze, powiedział T.P.
Idź i pilnuj go, rozkazała Dilsey. Trzymaj go teraz z daleka od domu.
Dobrze, Nianiusiu, powiedział T.P. Czy oni już zaczęli.
Zabieraj się stąd i trzymaj tego chłopca, żeby go nikt nie oglądał, rozkazała Dilsey. Ja i tak mam 

dosyć na głowie.

Spod domu wylazł wąż. Jazon powiedział, że nie boi się węży, a Caddy powiedziała, że on się boi, 

ale ona nie, a Versh powiedział, że się oboje boją, a Caddy powiedziała, żeby byli cicho, jak Tatuś 
kazał.

Chyba nie zaczniesz teraz ryczeć, mówił T. P. Chcesz kropelkę lemoniadki.
Łechtało mnie w nos i oczy.
Jak sam nie chcesz, to mnie daj pociągnąć, powiedział T.P. Dobra, już mamy. Weź sobie lepiej 

jeszcze jedną butelkę, jak nikt nam nie przeszkadza. Cichaj teraz.

Zatrzymaliśmy się pod drzewem koło okna salonu. Versh posadził mnie w mokrej trawie. Było 

zimno. Świeciło się we wszystkich oknach,

— Za tym oknem jest Babunia — powiedziała Caddy. — Teraz co dzień choruje. Jak wyzdrowieje, 

urządzimy piknik.

— Ja tam wiem, co wiem — powiedziała Frony.
Drzewa i trawa bzyczały.
—  To   okno   obok,   to   tam,   gdzie   przechodziliśmy  odrę   —   mówiła   Caddy.   —   Gdzie   ty  i  T.P. 

przechodziliście odrę, Frony.

— Tam, gdzieśmy akurat byli — odparła Frony.
— Jeszcze nie zaczęli — powiedziała Caddy.
Oni zaraz zaczną, już się szykują, mówił T.P.. Stój tu, ani się rusz, a ja podciągnę tę skrzynię, to  

popatrzymy przez okno. No, koniec z tą lemoniadką. Tak mi dziwno, jakby mi kozub siedział w  
brzuchu.

background image

Wypiliśmy lemoniadę i T.P. wepchnął butelkę przez kratę pod dom i poszedł. Słyszałem ich w 

salonie i zacisnąłem ręce na murze. T.P. przyciągnął skrzynię. Upadł i zaczął się śmiać. Leżał i 
śmiał się w trawę. Wstał i pociągnął skrzynię pod okno starając się nie śmiać.

— Rety, zacznę wrzeszczeć — mówił. — Właź na tę skrzynię i zobacz, czy już zaczęli.
— Nie zaczęli, bo orkiestra jeszcze nie przyszła — powiedziała Caddy.
— Nie będzie żadnej orkiestry — mówiła Frony.
— Skąd wiesz.
— Wiem, co wiem.
— Nic nie wiesz — powiedziała Caddy. Podeszła do drzewa. — Podsadź mnie, Versh.
— Tatuś ci przykazywał, żebyś się trzymała z daleka od tego drzewa — mówił Versh.
— To było dawno. Pewno już o tym zapomniał. Poza tym kazał wam dzisiaj mnie słuchać. Czy nie 

kazał wam mnie słuchać.

— Ja nie będę ciebie słuchał — zawołał Jazon, — Frony i T.P. też nie.
— Podsadź mnie, Versh — kazała Caddy.
— Dobra — zgodził się Versh. — Ty dostaniesz lanie, nie ja. — Podszedł i podsadził Caddy na 

drzewo, na pierwszą gałąź. Patrzyliśmy na jej zabłocone majtki. Potem już nie było jej widać. 
Słyszeliśmy, jak drzewo trzeszczy.

— Pan Jazon powiadał, że jak złamiesz to drzewo, to cię spierze — mówił Versh.
— Ja na nią też naskarżę — groził Jazon.
Drzewo przestało trzeszczeć. Patrzyliśmy w górę na nieruchome gałęzie.
— Co tam widzisz — szepnęła Frony.
Zobaczyłem ich. Potem zobaczyłem Caddy z kwiatami we włosach, z długim welonem jak lśniący  

wiatr. Caddy. Caddy.

— Cichaj  — powiedział T.P. — Bo cię usłyszą. Złaź stąd szybko. — Ściągnął mnie. Caddy. 

Zacisnąłem ręce na murze. Caddy. T.P. ciągnął mnie.

— Cicho — mówił. — Chodź tu szybko. — Ciągnął mnie. Caddy. — Cichaj, Benjy. Chcesz, żeby 

cię usłyszeli. Chodź, łykniemy jeszcze lemoniadki, potem wrócimy, jak ścichniesz. Lepiej weźmy 
jeszcze z jedną butelkę, żeby nam odeszła ochota do krzyku. Możemy powiedzieć, że Dan to wypił. 
Panicz Quentin tyle gada, jaki z niego mądrala, to powiemy, że lubi się dobierać i do lemoniadki.

Księżycowe światło padało na schody do piwnicy. Napiliśmy się jeszcze lemoniadki.
— Wiesz co — powiedział T.P. — Chciałbym, żeby tu niedźwiedź stanął teraz na schodach do 

piwnicy. Wiesz, co bym zrobił. Podszedłbym prosto do niego i plunąłbym mu w ślepia. Daj mi 
butelkę, niech sobie zatkam gębę, żebym się nie darł.

T.P. upadł. Zaczął się śmiać, drzwi do piwnicy i światło księżyca odskoczyły i coś mnie uderzyło.
— Cichaj — mówił T.P. starając się nie śmiać. — Rety, usłyszą nas. Wstawaj. Wstawaj, Benjy. 

Szybko. — Walił rękami i śmiał się, a ja próbowałem wstać. Schody do piwnicy biegły pod górę w 
światło księżyca i T.P. upadł tam, w światło księżyca, a ja wpadłem na ogrodzenie i T.P. biegł za 
mną mówiąc: — Cichaj, cichaj. — Potem przewrócił się na kwiaty, a ja wpadłem na skrzynię. Ale 
kiedy próbowałem na nią wejść, odskoczyła i uderzyła mnie w tył głowy, a gardło wydało dźwięk. 

background image

Znowu   wydało   ten   dźwięk   i   już   nie   próbowałem   się   podnieść   i   znowu   wydało   ten   dźwięk,   i 
zacząłem płakać. Z gardła wciąż mi wychodził ten dźwięk, kiedy T.P. mnie ciągnął. Ten dźwięk był 
dalej   i   nie   wiedziałem,   czy  płaczę,   czy  nie,   i  T.P.   upadł   na   mnie   śmiejąc   się,   i   gardło   wciąż 
wydawało   ten   dźwięk,  i  Quentin   kopnął  T.P.,  i   Caddy  objęła   mnie   ramionami   i  tym   lśniącym 
welonem, i nie czułem już zapachu drzew, i zacząłem płakać.

Benjy, mówiła Caddy, Benjy. Znowu objęła mnie ramionami, ale ja odszedłem. —  O co chodzi, 

Benjy — pytała. — Czy o ten kapelusz. — Zdjęła kapelusz i wróciła, a ja odszedłem.

— Benjy — powiedziała. — O co chodzi, Benjy. Co ci Caddy zrobiła.
— Jemu się nie podoba ta cudaczna sukienka — mówił Jazon. — Tobie się zdaje, że jesteś dorosła, 

co. Tobie się zdaje, że jesteś coś lepszego niż wszyscy inni, co. Cała taka wycudaczona.

— Zamknij się — zawołała Caddy. — Parszywiec. Benjy.
— Dlatego, że masz czternaście lat, to ci się wydaje, że jesteś dorosła, co — mówił Jazon. — Tobie 

się zdaje, że jesteś kimś.

— Cicho, Benjy — powiedziała Caddy. — Mama się zdenerwuje. Cicho.
Ale ja nie ucichłem, i kiedy ona odeszła, poszedłem za nią, a ona zatrzymała się na schodach i 

czekała, i ja zatrzymałem się również.

— O co chodzi, Benjy — spytała. — Powiedz Caddy. Ona to zrobi. Spróbuj.
— Candace — zawołała Mama.
— Słucham, Mamo.
— Czemu go drażnisz. Przyprowadź go tutaj.
Poszliśmy do pokoju Mamy, gdzie ona leżała z chorobą w chustce leżącej na czole.
— O co znowu chodzi — spytała Mama. — Benjamin.
— Benjy — powiedziała Caddy. Znowu podeszła, ale ja się odsunąłem.
— Musiałaś mu coś zrobić — mówiła Mama. — Czemu go nie zostawisz w spokoju, żebym mogła 

mieć trochę ciszy. Daj mu pudełko i proszę cię idź i zostaw go samego.

Caddy  wyjęła   pudełko,   postawiła   na   podłodze   i   otworzyła.   Było   pełne   gwiazd.   Kiedy  stałem 

nieruchomy, one też tkwiły nieruchomo. Kiedy się poruszyłem, one lśniły i iskrzyły się. Ucichłem.

Potem usłyszałem, że Caddy idzie i znowu zacząłem.
— Benjamin — zawołała Mama. — Chodź tutaj. — Podszedłem do drzwi. — Słyszysz.
— O co znowu chodzi — spytał Ojciec. — Dokąd się wybierasz.
— Zabierz go na dół i znajdź kogoś, kto go przypilnuje. Wiesz przecież, że jestem chora, a mimo 

to...

Ojciec zamknął za nami drzwi.
— T.P. — zawołał.
— Tak, psze pana — odpowiedział T.P. z dołu.
— Benjy tam schodzi. Idź razem z nim, T.P.
Podszedłem do drzwi łazienki. Słyszałem wodę.
— Benjy — zawołał T.P. z dołu.

background image

Słuchałem wody.
Nie słyszałem już wody i Caddy otworzyła drzwi.
— Cóż to — spytała. Spojrzała na mnie, a ja podszedłem i objęła mnie ramionami. — Znalazłeś 

Caddy — powiedziała. — Myślałeś, że uciekła. — Caddy pachniała jak drzewa.

Poszliśmy do jej pokoju. Usiadła przed lustrem. Zatrzymała ręce i popatrzyła na mnie.
— Benjy, cóż to takiego — spytała. — Nie płacz. Caddy nie odchodzi. Popatrz. — Podniosła 

flakon, wyjęła korek i podsunęła mi pod nos. — Słodkie. Powąchaj. Przyjemne.

Odszedłem i nie ustawałem, a ona trzymała flakon w ręku i spoglądała na mnie.
— Aha — powiedziała. Postawiła flakon, podeszła i objęła mnie ramionami. — Więc o to ci 

chodziło.   Starałeś   się   powiedzieć   Caddy   i   nie   potrafiłeś.   Chciałeś,   ale   nie   mogłeś,   prawda. 
Oczywiście Caddy więcej nie będzie. Oczywiście Caddy już nie będzie. Zaczekaj, niech się tylko 
ubiorę.

Caddy ubrała się i wzięła znowu flakon i poszliśmy na dół do kuchni.
— Dilsey — powiedziała Caddy. — Benjy przyniósł ci prezent. — Pochyliła się i wsunęła mi 

flakon do ręki. — Podaj to teraz Dilsey. — Caddy wyciągnęła moją rękę i Dilsey wzięła flakon.

— Co ja widzę — zawołała. — Moje dziecko przyniosło Dilsey butelkę perfum. Patrzaj tylko, 

Roskus.

Caddy pachniała jak drzewa. — My oboje nie lubimy perfum — powiedziała.
Pachniała jak drzewa.
— Chodź — mówiła Dilsey. — Za duży jesteś, żeby z kimś sypiać. Dorosły chłopiec. Trzynaście 

lat. To wystarczy, żebyś już spał sam w pokoju Wujka Maury.

Wujek Maury był chory. Miał chore oko i usta. Versh zaniósł mu na górę kolację na tacy.
— Maury powiada, że zastrzeli tego łajdaka — mówił Ojciec. — Powiedziałem, żeby lepiej nie 

uprzedzał o tym Pattersona. — Wypił.

— Jazon — powiedziała Mama.
— Kogo zastrzeli, Tatusiu — zapytał Quentin. — Za co Wujek Maury ma kogo zastrzelić.
— Bo mu się nie spodobał pewien żarcik — powiedział Ojciec.
— Jazon — mówiła Mama. — Jak ty możesz. Siedziałbyś spokojnie patrząc, jak do Maury'ego 

strzelają z ukrycia i śmiałbyś się tylko.

— Wobec tego niech Maury lepiej trzyma się z daleka od zasadzki — powiedział Ojciec.
— Kogo zastrzeli, Tatusiu — spytał Quentin. — Kogo Wujaszek Maury zastrzeli.
— Nikogo — odparł Ojciec. — Ja nie mam pistoletu.
Mama zaczęła płakać. — Jeśli żałujesz Maury'emu twego chleba, to czemu nie zachowasz się jak 

mężczyzna i nie powiesz mu tego w twarz. Wyśmiewać się z niego wobec dzieci, za jego plecami.

— Jasne, że nie żałuję — powiedział Ojciec. — Uwielbiam Maury'ego. Jest nieoceniony dla mego 

poczucia wyższości rasowej. Nie zamieniłbym Maury'ego na dobraną parę koni. Wiesz dlaczego, 
Quentin.

— Nie, proszę ojca — powiedział Quentin.

background image

—   Et   ego   in   arcadia.   Zapomniałem   już   łaciny   ze   szczętem.   Dobrze,   już   dobrze.   Ja   tylko 

żartowałem. — Wypił, odstawił kieliszek, podszedł i położył rękę na ramieniu Mamy.

— To nie są żarty — mówiła Mama. — Moja rodzina jest równie dobra jak twoja. Przecież to tylko 

dlatego, że Maury ma słabe zdrowie.

— Oczywiście — powiedział Ojciec. — Słabe zdrowie jest pierwotną przyczyną wszelkiego życia. 

Stworzony słabością, poprzez zgniliznę przechodzi w rozkład. Versh.

— Słucham — odezwał się Versh zza mojego krzesła.
— Weź karafkę i napełnij.
— I powiedz Dilsey, żeby przyszła i zabrała Benjamina na górę do łóżka — powiedziała Mama.
— Jesteś już duży chłopiec — mówiła Dilsey. — Caddy ma dość spania z tobą. Cichaj już, bo nie 

zaśniesz. — Pokój odszedł, ale ja nie ucichłem i pokój wrócił, i Dilsey przyszła, i usiadła na łóżku, i 
patrzyła na mnie.

— Bądź dobry chłopiec, cichaj — mówiła. — Jakiś ty niepoczciwy. Przestań na chwilę.
Wyszła. W drzwiach nic nie było. Nagle stanęła w nich Caddy.
— Cicho — powiedziała. — Idę już.
Ucichłem i Dilsey odrzuciła kapę, i Caddy wsunęła się między kapę i koc. Nie zdjęła szlafroka.
—  No — powiedziała. — Już jestem. — Dilsey przyniosła jeszcze jeden koc, nakryła ją i zatuliła.
— On za chwilę zaśnie — powiedziała. — Zostawiam światło w twoim pokoju.
— Dobrze — szepnęła Caddy. Wtuliła głowę koło mojej w poduszkę. — Dobranoc, Dilsey.
— Dobranoc, kochana — powiedziała Dilsey. Pokój poczerniał. Caddy pachniała jak drzewa.
Popatrzyliśmy na drzewo, gdzie siedziała.
— Co ona tam widzi, Versh — szepnęła Frony.
— Ciiii... — powiedziała Caddy z góry, z drzewa.
— Chodźcie tutaj — zawołała Dilsey. Wyszła zza węgła domu. — Czemu nie siedzicie wszyscy na 

górze, jak Tatuś przykazał, tylko uciekacie mi za plecami. Gdzie Caddy i Quentin.

— Mówiłem jej, żeby nie właziła na drzewo — powiedział Jazon. — Poskarżę na nią.
— Kto siedzi, na jakim drzewie — spytała Dilsey. Zbliżyła się i spojrzała w górę, na drzewo. — 

Caddy. — Gałęzie zaczęły się znowu trząść.

— Ty diablico — zawołała Dilsey. — Złaź tu w tej chwili.
— Cicho — szepnęła Caddy. — Nie wiesz, że Tatuś kazał nam być cicho. — Ukazały się jej nogi i 

Dilsey wyciągnęła ręce i zdjęła ją z drzewa.

— Chyba masz źle w głowie, żeby dać im się tu włóczyć — powiedziała.
— Nie mogłem jej poradzić — mówił Versh.
— Co wy robicie. Kto wam kazał przychodzić tu od frontu.
— Ona — powiedziała Frony. — Ona kazała.
— Kto wam powiedział, że co ona każe to mus — gniewała się Dilsey. — Jazda do domu. — 

Frony i T.P. poszli. Nim odeszli, już ich nie było widać.

— Na dworze, w głuchą noc — mówiła Dilsey.

background image

Podniosła mnie i poszliśmy do kuchni.
— Żeby tak mi uciekać, jak się tylko odwrócę — mówiła Dilsey. — Wiedzieliście przecie, że już 

dawno pora spać.

— Ciiicho, Dilsey — szepnęła Caddy. — Nie gadaj tak głośno. Mamy być cicho.
— Więc zamknij buzię i sama siedź cicho — gniewała się Dilsey. — Gdzie Quentin.
— Quentin się wściekł, bo musi mnie dzisiaj słuchać — powiedziała Caddy. — Benjy ciągle 

jeszcze ma butelkę z robaczkami świętojańskimi T.P.

— T.P. może się bez nich obejść, na mój rozum — powiedziała Dilsey. — Idź i znajdź Quentina, 

Versh. Roskus powiadał, że go widział na drodze do obory. — Versh poszedł. Nie było go widać.

— Oni tam nic nie robią — mówiła Caddy. — Siedzą tylko na krzesłach i patrzą.
— Niepotrzebna im do tego wasza pomoc — gniewała się Dilsey. Poszliśmy naokoło kuchni.
Dokąd się wybierasz, zapytał Luster. Chyba nie zamiarujesz wracać i patrzeć, jak walą w tę piłkę.  

Dość już tego patrzenia. Stój. Zaczekaj chwilę. Zaczekaj tu chwilę, a ja pójdę i wezmę tę piłkę. Coś 
sobie umyśliłem.

Kuchnia była ciemna. Drzewa czerniły się na niebie. Dan wylazł, kołysząc się, spod schodków i 

pogryzał mi moją kostkę. Poszedłem naokoło kuchni, tam gdzie był księżyc. Dan powlókł się za 
mną w księżycu.

— Benjy — zawołał T.P. z domu.
Drzewo   kwiatowe   pod   oknem   salonu   nie   było   ciemne,   ale   grube   drzewa   poczerniały.  Trawa 

bzyczała w księżycu, kiedy szedł po niej mój cień.

— Hej, Benjy — wołał T.P. — Gdzie się chowasz. Chcesz mi zwiać. Wiem o tym.
Luster wrócił. Zaczekaj, powiedział. Stój. Nie chodź tam. Panna Quentin siedzi ze swoim galantem  

na huśtawce. Chodź tędy. Wracaj tu, Benjy.

Pod drzewami było ciemno. Dan nie chciał iść. Został w księżycowym świetle. Potem zobaczyłem 

huśtawkę i zacząłem płakać.

Chodźże stąd, Benjy, mówił Luster. Wiesz przecie, że panna Quentin będzie się wściekać.
Było dwoje, a potem jedno na huśtawce. Caddy podeszła szybko, cała biała w ciemności.
— Benjy — powiedziała. — Skądżeś się tu znalazł. Gdzie Versh.
Objęła mnie ramionami i ucichłem, i chwyciłem jej sukienkę, i starałem się ją odciągnąć.
— Dlaczego, Benjy — spytała. — O co chodzi. T.P. — zawołała.
Ten w huśtawce wstał i podszedł, a ja płakałem i ciągnąłem Caddy za sukienkę.
— Benjy — mówiła Caddy. — To tylko Charlie. Przecież go znasz.
— Gdzie jest czarnuch — spytał Charlie. — Czemu pozwalają mu włóczyć się bez dozoru.
— Cicho, Benjy — powiedziała Caddy. — Odejdź, Charlie. On cię nie lubi. — Charlie odszedł, a 

ja ucichłem. Ciągnąłem Caddy za sukienkę.

— Dlaczego, Benjy — pytała Caddy. — Nie pozwolisz mi tu zostać chwileczkę i porozmawiać z 

Charlie'm.

— Zawołaj tego czarnucha — rzekł Charlie. Wrócił. Płakałem głośniej i ciągnąłem Caddy za 

background image

sukienkę.

— Odejdź, Charlie — powiedziała Caddy. Charlie podszedł i położył ręce na Caddy, a ja płakałem 

mocniej. Płakałem głośno.

— Nie, nie — mówiła Caddy. — Nie, nie.
— On nie umie mówić — powiedział Charlie. — Caddy.
— Oszalałeś. — Caddy zaczęła szybko oddychać. — On nie jest ślepy. — Szarpali się. Oddychali 

szybko. — Proszę cię, proszę — szeptała.

— Odeślij go — powiedział Charlie.
— Dobrze. Puść mnie.
— Odeślesz go.
—  Tak.   Puść   mnie.   —   Charlie   odszedł.   —   Cicho   —   mówiła   Caddy.   —   On   już   poszedł.   — 

Ucichłem. Słyszałem ją, czułem, jak jej pierś podnosi się i opada.

— Będę go musiała zaprowadzić do domu — szepnęła. Wzięła mnie za rękę. — Idę.
— Zaczekaj — powiedział Charlie. — Zawołaj tego czarnucha.
— Nie — odparła Caddy. — Wrócę. Chodź, Benjy.
— Caddy — wołał szeptem Charlie. Szliśmy dalej. — Wróć. Czy wrócisz — Caddy i ja biegliśmy. 

— Caddy — zawołał Charlie. Biegliśmy w księżycowe światło, do kuchni.

— Caddy — wołał Charlie.
Biegliśmy. Wbiegliśmy po schodkach kuchennych na ganek i Caddy uklękła w ciemnościach i 

objęła mnie. Słyszałem ją i czułem, jak jej pierś podnosi się i opada. — Nie będę — mówiła. — Nie 
będę już więcej, nigdy. Nigdy, Benjy. — Rozpłakała się i ja płakałem, i obejmowaliśmy się mocno. 
— Cicho — mówiła. — Nie będę już, nigdy. — Więc ucichłem i Caddy wstała, i poszliśmy do 
kuchni,   i   zapaliliśmy   światło,   i   Caddy   wzięła   mydło   kuchenne,   i   umyła   usta   nad   zlewem, 
wyszorowała. Caddy pachniała jak drzewa.

Mówiłem ci, nie wiem ile razy, żebyś tutaj nie chodził, powiedział Luster. Podnieśli się z huśtawki,  

szybko. Quentin trzymała ręce na włosach. On miał czerwony krawat.

Ty stary głupi kretynie, gniewała się Quentin. Powiem Dilsey, że pozwalasz mu włóczyć się za mną. 

Zobaczysz, że cię za to spierze.

— Nie mogłem go utrzymać — mówił Luster. — Chodźże, Benjy.
— Owszem, mogłeś — gniewała się Quentin. — Mogłeś, ale ci się nie chciało. Obaj tu węszyliście 

za mną. Czy to Babka cię wysłała, żebyś mnie szpiegował. — Zeskoczyła z huśtawki. — Jeśli go 
stąd w tej chwili nie zabierzesz i nie będziesz trzymał z daleka, to powiem Jazonowi, żeby cię 
wytłukł.

— Nie daję z nim rady — powiedział Luster. — Niech panienka sama spróbuje.
— Milcz — zawołała Quentin. — Zabierzesz go czy nie.
— A niech zostanie — powiedział. Miał czerwony krawat. Słońce się na nim czerwieniło. — 

Spójrz no tutaj, chłoptasiu. — Zapalił zapałkę i włożył do ust. Potem wyjął. Paliła się dalej. — 
Chcesz spróbować — spytał. Podszedłem. — Otwórz usta. — Otworzyłem usta. Quentin uderzyła 
ręką zapałkę, która upadła.

background image

— Niech cię diabli — zawołała. — Chcesz, żeby znowu zaczął. Nie wiesz, że będzie wył przez 

cały dzień. Poskarżę na ciebie Dilsey. — Odbiegła.

— Hej, mała — zawołał. — Hej. Wróć. Nie będę z nim robił żadnych sztuczek.
Quentin biegła dalej do domu. Ścieżką naokoło kuchni.
— Aleś narozrabiał, chłoptasiu — powiedział,
— On nie rozumie, co pan mówi — odezwał się Luster. — On jest głuchoniemy.
— Naprawdę. Jak to już długo tak z nim jest.
— Dzisiaj stuknęło mu trzydzieści trzy lata. Urodził się głupi. To pan jest jeden z tych aktorów.
— Czemu.
— Bo mi się nie widzi, żebym tu pana kiedy oglądał — odparł Luster.
— A o co chodzi.
— O nic. Idę dziś na przedstawienie.
Patrzał na mnie.
— A może to pan gra na pile — pytał Luster.
— Będzie cię kosztowało ćwierć dolara, żeby się tego dowiedzieć. — Patrzał na mnie. — Czemu 

go nie zamykają. Po coś go tu przyprowadził.

— Co pan mnie pyta. Ja tam nic do niego nie mam. Przyszedłem tu szukać ćwierćdolarówki, com 

ją zgubił. Chcę pójść wieczorem na przedstawienie i tyle. Ale coś mi się widzi, że nic z tego. — 
Luster popatrzał w ziemię. — Nie ma pan pewno dwudziestu pięciu centów na zbyciu, co.

— Nie mam.
— To myślę, że trzeba mi znaleźć tamte — powiedział Luster. Wsadził rękę do kieszeni. — Pewno 

pan też nie chce kupić piłki golfowej, co.

— Jakiej piłki — spytał.
— Golfowej — odparł Luster. — Chcę za nią tylko ćwierć dolara.
— Na co. Na co mi taka piłka.
— Pewno na nic — powiedział Luster. — Chodź tu, barani łbie. Chodź i patrz, jak walą w tę piłkę. 

Masz tu coś. Możesz się tym bawić jak twoim chwastem. — Luster podniósł to i dał mi. Było jasne.

— Gdzieś ją znalazł — spytał. Szedł. Krawat miał czerwony w słońcu.
— Pod tym krzakiem — odparł Luster. — Myślałem, że może to moje zgubione ćwierć dolara.
Podszedł i wziął to.
— Cicho — powiedział Luster. — On ci odda, jak obejrzy.
— Agnes Mabel Becky — powiedział. Spojrzał w stronę domu.
— Cicho — mówił Luster. — On ci ją zaraz odda, za chwilę.
Oddał mi ją, a ja ucichłem.
— Kto do niej przychodził wczoraj — spytał.
— A bo ja wiem — odparł Luster. — Przychodzą co wieczór, za każdym razem, jak ona może 

zsunąć się po tym drzewie. Ja ich tam nawet nie spamiętam.

background image

— Niech mnie diabli, jeśli jeden nie zostawił tu pamiątki — powiedział. Popatrzył na dom. Potem 

poszedł i znowu rozwalił się na huśtawce. — Idźcie — rozkazał. — Nie zawracajcie mi głowy.

— Chodźże — powiedział Luster. — Dość narozrabiałeś. Czas, żeby i panna Quentin skończyła 

skarżyć na ciebie.

Podeszliśmy do ogrodzenia i patrzyliśmy przez kędzierzawe kwietne przerwy. Luster szukał w 

trawie.

— Miałem ją jeszcze tutaj — powiedział. Widziałem trzepoczącą chorągiewkę i słońce kładące się 

na szeroką murawę.

— Zarutko jacyś przyjdą — mówił Luster. — Teraz też są, ale już odchodzą. Chodź no, pomóż mi 

tu szukać.

Szliśmy wzdłuż sztachet.
— Cichaj — mówił Luster. — Jak mogę ich zmusić, żeby tu przyszli, jak nie chcą. Zaczekaj. 

Zarutko jacyś przyjdą. Popatrz. Tam idą.

Szedłem wzdłuż ogrodzenia do bramy, gdzie przechodziły dziewczęta z tornistrami. — Benjy — 

zawołał Luster — chodź no tutaj.

Nic  ci  nie  przyjdzie  z   tego  wyglądania  przez   bramę,  powiedział  T.P.  Panna Caddy  pojechała  

daleko. Panna Caddy wyszła za mąż i zostawiła cię. Nic ci nie przyjdzie z trzymania się tej bramy i  
beków. Ona cię, nie usłyszy.

Czego on chce, T.P., spytała Mama. Nie możesz go czymś zająć, żeby był cicho.
On chce tam iść i wyglądać przez bramę, odparł T.P.
Ale nie może, powiedziała Mama. Deszcz pada. Musisz go zabawić, żeby by! cicho. Benjamin.
Nic go nie uciszy, mówił T.P. On myśli, że jak będzie stał przy bramie, to panna Caddy wróci.
Bzdura, powiedziała Mama.
Słyszałem, jak rozmawiali. Wyszedłem za drzwi i już ich nie słyszałem, i poszedłem do bramy, 

gdzie przechodziły dziewczynki z tornistrami. Spoglądały na mnie idąc szybko i odwracały głowy. 
Próbowałem powiedzieć, ale one szły i ja szedłem wzdłuż ogrodzenia, próbowałem powiedzieć, 
wtedy one poszły szybciej. Potem już biegły, a ja doszedłem do rogu ogrodzenia, skąd nie mogłem 
iść dalej, i trzymając się sztachet patrzyłem za nimi i próbowałem powiedzieć.

— Hej, Benjy — zawołał T.P. — Do czego to podobne tak mi uciekać. Zobaczysz, że Dilsey da ci 

lanie.

— Nic ci nie przyjdzie z tego jęczenia i lamentów pod ogrodzeniem — mówił T.P. — Wystraszyłeś 

te dzieciaki. Popatrz, przeszły na drugą stronę ulicy.

Jak on się wydostał, spytał Ojciec. Czyżbyś nie zaryglował furtki wracając do domu, Jazon.
Jasne że nie, odparł Jazon. Wie Tata chyba że mam na to za dobrze w głowie. Myśli Tata, że ja bym  

czegoś takiego chciał. Bóg wie, że nasza rodzina już się i bez tego stoczyła. Dawno wiedziałem, że  
się coś takiego stanie. Mam nadzieję, że teraz wyślecie go do Jackson. O ile pani Burgess przedtem  
go nie zastrzeli.

Cicho, powiedział Ojciec.
Dawno wiedziałem, że coś takiego się stanie, powiedział Jazon.

background image

Była otwarta, kiedy jej dotknąłem i trzymałem się jej w zmroku. Nie płakałem i starałem się 

przestać, patrząc jak dziewczynki przechodzą w półcieniu. Nie płakałem.

— O, jest.
Stanęły.
— Nie może wyjść. Zresztą on i tak nikomu nie zrobi krzywdy. Chodźmy.
— Boję się. Boję. Przejdę na drugą stronę ulicy.
— On nie może wyjść.
Nie płakałem.
— Nie bądź strachulec. Chodź.
Ruszyły dalej w półmroku. Nie płakałem i trzymałem się bramy. Nadchodziły powoli.
— Boję się.
— On ci nic nie zrobi. Przechodzę tędy codziennie. On tylko biega wzdłuż ogrodzenia.
Szły  dalej.   Otworzyłem   furtkę.   Stanęły,   obracając   się.   Starałem   się   powiedzieć   i   złapałem   ją, 

starałem się powiedzieć i ona krzyknęła, i ja próbowałem powiedzieć, i starałem się, i jasne kształty 
zaczęły się zatrzymywać, a ja próbowałem się wydostać. Starałem się zedrzeć to z twarzy, ale jasne 
kształty ruszały się znowu. Szły popod wzgórze, gdzie to odpadło, a ja próbowałem płakać. Ale 
kiedy wciągnąłem powietrze, nie mogłem go wypuścić płaczem i starałem się powstrzymać, żeby 
nie upaść w dół wzgórza i spadłem ze wzgórza w jasne, wirujące kształty.

Hej, głupi, powiedział Luster. Tu jacyś idą. Przestań się ślinić i jęczeć.
Podeszli do chorągiewki. Jeden ją wyjął i uderzył, a drugi wsadził ją z powrotem.
— Proszę pana — powiedział Luster.
Tamten się obejrzał. — Co takiego.
— Chce pan kupić piłkę golfową — spytał Luster.
— Pokaż. — Podszedł do ogrodzenia, a Luster wyciągnął piłkę.
— Skąd ją masz.
— Znalazłem.
— Wiem o tym. Gdzie. W czyimś worku golfowym.
— Znalazłem ją tu, u nas — mówił Luster. — Chcę za nią ćwierć dolara.
— A dlaczego uważasz, że jest twoja.
— Znalazłem ją.
— To znajdź sobie jeszcze jedną — powiedział, włożył piłkę do kieszeni i poszedł.
— Muszę iść wieczorem na przedstawienie — mówił Luster.
— Co ty powiesz. — Podszedł do stolika. — Dalej, caddie. — Uderzył.
— Słowo daję — powiedział Luster. — Lamentujesz, jak ich nie ma, i lamentujesz, jak są. Nie 

możesz   siedzieć   cicho.  Toć   ludziom   zbrzydnie   słuchać   bez   ustanku.   Masz.   Zgubiłeś   to   swoje 
zielsko. — Podniósł i dał mi. — Przyda ci się nowy chwast. Ten już całkiem połamałeś. — Staliśmy 
przy ogrodzeniu i patrzyliśmy na tamtych.

— Z tym białym nie dojdziesz do ładu — mówił Luster. — Widziałeś, jak mi zabrał piłkę. — 

background image

Poszli   dalej.   My  ruszyliśmy   wzdłuż   sztachet.   Doszliśmy  do   ogrodu   i   nie   mogliśmy   iść   dalej. 
Trzymałem się sztachet i patrzyłem przez kędzierzawe kwietne przerwy. Tamci odeszli.

— Teraz już nie masz co jęczeć — mówił Luster. — Cicho bądź. To ja miałbym o co jęczeć, nie ty. 

Weź. Czemu nie trzymasz tego zielska. Zaraz będziesz za nim wył. — Podniósł go i dał mi. — 
Dokąd się znowu wybierasz.

Nasze cienie leżały na trawie. Docierały do drzew przed nami. Mój dotarł pierwszy. Potem myśmy 

dotarli, a potem cienie zniknęły. W butelce był kwiat. Włożyłem do niej ten drugi.

— Przecież z ciebie dorosły chłop — powiedział Luster. — Zęby się bawić dwoma badylami w 

butelce. Wiesz, co z tobą zrobią, jak panna Kahlina umrze. Poślą cię do Jackson, gdzie twoje 
miejsce. Pan Jazon tak mówi. Tam będziesz mógł się trzymać kratek cały dzień razem z innymi 
głupimi i ślinić się ile wlezie. Co ty na to.

Luster uderzył kwiaty ręką i przewrócił. — Tak będą robić z tobą w Jackson, jak zaczniesz wyć.
Próbowałem podnieść kwiaty. Luster podniósł je i one zniknęły. Zacząłem płakać.
— Rycz — powiedział Luster. — Rycz. Nie masz o co ryczeć, co. Caddy — szepnął. — Caddy. 

Teraz rycz. Caddy.

— Luster — zawołała Dilsey z kuchni.
Kwiaty wróciły.
— Cicho — powiedział Luster. — Już są. Patrzaj. Siedzą jak przedtem. Cichaj teraz.
— Luster — wołała Dilsey.
— Słucham — powiedział Luster. — Idziemy. Aleś narozrabiał. Wstawaj. — Szarpnął mnie za 

rękę i wstałem. Wyszliśmy z drzew. Nasze cienie zniknęły.

— Cichaj — powiedział Luster. — Ludzie na ciebie patrzą. Cichaj.
— Przyprowadź go tutaj — kazała Dilsey. Zeszła po schodkach.
— Cóżeś mu znowu zrobił — spytała.
— Nic mu nie zrobiłem. Ot, zwyczajnie, zaczął ryczeć.
— Już ja wiem — powiedziała Dilsey. — Musiałeś mu coś zrobić. Gdzieście byli.
— Tam, pod cedrami.
— Rozzłościłeś Quentin, że trudno gorzej — mówiła Dilsey. — Czemu nie możesz go utrzymać, 

żeby do niej nie szedł. Nie wiesz, że ona go nie lubi koło siebie.

— Może się nim tak samo zająć jak ja — powiedział Luster. — To nie mój wujek.
— Nie przebieraj miarki, łobuzie — zawołała Dilsey.
— Nic mu nie zrobiłem — powiedział Luster. — Tu się bawi, a tu ci nagle zaczyna ryczeć.
— Założę się, że grzebałeś przy jego cmentarzu — mówiła Dilsey.
— Nie dotykałem jego cmentarza — powiedział Luster.
— Nie kłam, łobuzie — gniewała się Dilsey. Weszliśmy po schodkach do kuchni. Dilsey otworzyła 

drzwi do ognia i przysunęła tam krzesło, a ja usiadłem. Ucichłem.

Po co ją złościsz, spytała Dilsey. Czemu go nie trzymasz z daleka.
On tylko patrzył w ogień, powiedziała Caddy. Mama powtarzała mu jego nowe imię. Wcale nie  

background image

chcieliśmy jej złościć.

Wiem, żeś nie chciała, mówiła Dilsey. On w jednym końcu domu, ona w drugim. Teraz zostaw moje  

rzeczy w spokoju. Nic tutaj nie ruszaj, aż wrócę.

— Nie wstyd ci — gniewała się Dilsey. — Drażnić się z nim. — Postawiła tort na stole.
— Ja się z nim nie drażnię — mówił Luster. — Bawił się butelką pełną psiego rumianku, a tu nagle 

zaczyna ryczeć. Aż tutaj było go słychać.

— Nic nie zrobiłeś jego kwiatkom — spytała Dilsey.
— Nie ruszałem jego cmentarza — powiedział Luster. — Na co mi te jego śmiecie. Ja tylko 

szukałem moich dwudziestu pięciu centów.

—   Więc   tak,   zgubiłeś   je   —   gniewała   się   Dilsey.   Zapaliła   świeczki   na   torcie.   Niektóre   były 

malutkie, a inne duże, tylko pocięte na kawałki. — Mówiłam ci, żebyś je schował. Teraz pewno 
chcesz, żebym ci wyciągnęła drugie od Frony.

— Muszę iść na to przedstawienie, Benjy nie Benjy — powiedział Luster. — Nie będę przecież 

łaził za nim dzień i noc.

— Będziesz robił akuratnie to, czego od ciebie zechce, łobuziaku — gniewała się Dilsey.  — 

Słyszysz.

— Przecie zawsze robię. Czy nie robię zawsze tego, co on chce. Nie robię, Benjy.
— Więc niech tak będzie dalej — powiedziała Dilsey. — Sprowadzasz go do domu rozryczanego, 

jeszcze ona się wystraszy. No, dalej, jeden i drugi, zjadajcie ten tort, nim Jazon przyjdzie. Jeszcze 
mi tu zacznie gębę krzywić o tort, kupiony za moje własne pieniądze. Jakby tu można było upiec 
tort. Przecie mi liczy każde jajko w kuchni. A teraz pilnuj, żeby cichał, jak chcesz iść wieczorem na 
przedstawienie. Dilsey odeszła.

— Ty nie potrafisz zdmuchnąć świeczek — mówił Luster. — Popatrz, jak ja je zdmuchnę. — 

Pochylił się i nadął policzki. Świeczki zniknęły. Zacząłem płakać. — Cicho — powiedział Luster. 
— Cicho. Patrzaj na ogień, a ja będę kroił tort.

Słyszałem zegar i słyszałem Caddy stojącą za mną i słyszałem dach. Ciągle pada, mówiła Caddy.  

Nienawidzę deszczu. Nienawidzę wszystkiego. I nagle jej głowa znalazła się na moich kolanach i 
Caddy płakała trzymając mnie i ja też zacząłem płakać. Potem patrzyłem znowu na ogień, jasne  
gładkie kształty znów szły. Słyszałem zegar i dach, i Caddy.

Zjadłem trochę tortu. Ręka Lustera pojawiła się i wzięła jeszcze jeden kawałek. Słyszałem, jak 

jadł. Patrzyłem na ogień.

Długi kawał drutu przesunął się nad moim ramieniem. Doszedł do drzwiczek i ogień zniknął. 

Zacząłem płakać.

— Czego znowu wyjesz — spytał Luster. — Patrzaj. — Ogień był znowu. Ucichłem. — Że też 

taki nie może usiąść, patrzeć na ogień i siedzieć cicho, jak Nianiusia kazała. Wstyd. Masz. Zjedz 
jeszcze kawałek tortu.

— Cóżeś mu znowu zrobił — spytała Dilsey. — Zostaw go wreszcie w spokoju.
— Chciałem tylko, żeby siedział cicho i nie przeszkadzał pannie Kahlinie — odparł Luster. — Coś 

go znowu napadło.

background image

— Już ja wiem, jak się to coś nazywa — powiedziała Dilsey. — Powiem Vershowi, żeby wziął na 

ciebie pasa, jak wróci do domu. Dokuczasz mu. Cały boży dzień. Czy prowadziłeś go nad zalew.

— Skąd — powiedział Luster. — Byliśmy koło domu cały dzień, jak Nianiusia kazała.
Ręka jego wyciągnęła się po następny kawałek. Dilsey uderzyła ją. — Sięgnij jeszcze raz, to ci tę 

łapę odrąbię tasakiem — gniewała się. — On pewno nie zjadł ani kawałeczka.

— A właśnie, że zjadł — powiedział Luster. — Dwa razy tyle co ja. Zapytaj, czy to nieprawda.
— Spróbuj wziąć jeszcze jeden kawałek — mówiła Dilsey. — Spróbuj tylko.
Dobrze, powiedziała Dilsey. Teraz moja kolej płakać. Chyba Maury pozwoli i mnie popłakać nad  

nim trochę.

On się teraz nazywa Benjy, mówiła Caddy.
Jak to może być, spytała Dilsey. Przecież nie zużył jeszcze tego imienia, z którym się urodził, co.
Benjamin to imię z Biblii, powiedziała Caddy. Dla niego to lepsze imię niż Maury.
Jak to może być, spytała Dilsey.
Mama tak powiada, Caddy na to.
Nie gadaj. Żadne imię mu nie pomoże. Ani nie zaszkodzi. Ludziom nie przyniesie szczęścia, jak im 

zmienić imię. Ja miałam imię Dilsey, odkąd pamiętam, i zostanie Dilsey, kiedy już mnie dawno  
zapomną.

Skąd będą wiedzieli, że Dilsey, skoro już dawno zapomną, spytała Caddy.
Ono będzie w księdze, kochana. Napisane.
Potrafisz je przeczytać  
—  spytała Caddy. A po co. Wyczytają je za mnie. Ja będę tylko musiała  

powiedzieć: Jestem.

Długi drut sięgnął ponad moim ramieniem i ogień zniknął. Zacząłem płakać.
Dilsey i Luster szamotali się.
— Widziałam — mówiła Dilsey. — Widziałam cię. — Wyciągnęła Lustera z kąta i trzęsła nim. — 

Nikt mu nie dokuczał, co. Czekaj tylko, nicponiu, jak twój tata wróci do domu. Chciałabym znów 
być młoda, to bym ci wyrwała te uszyska z głowy. Aż mnie świerzbi, żeby cię zamknąć w piwnicy i 
nie puścić na to przedstawienie wieczorem, słowo daję.

— Och, Nianiusiu — mówił Luster. — Och, Nianiusiu.
Położyłem rękę tam, gdzie był przedtem ogień.
— Trzymaj go — zawołała Dilsey. — Przytrzymaj.
Ręka odskoczyła do tyłu i włożyłem ją do ust, i Dilsey złapała mnie. Wciąż słyszałem zegar 

między moim głosem. Dilsey sięgnęła ręką i uderzyła Lustera w głowę. Mój głos podnosił się za 
każdym razem.

— Przynieś sody — rozkazała Dilsey. Wyjęła mi rękę z ust. Mój głos podniósł się jeszcze bardziej 

i ręka chciała wrócić do ust, ale Dilsey ją trzymała. Mój głos podnosił się. Posypała mi sodą rękę.

— Leć do spiżarni i odedrzyj kawałek tej ścierki, co wisi na haczyku — mówiła. — Cichaj już, 

cichaj. Nie chcesz chyba, żeby się Mama znowu rozchorowała. Masz, popatrzaj tu na ogień. Dilsey 
tak zrobi, że zarutko nic nie będzie bolało. Patrzaj tylko na ogień. — Otworzyła drzwiczki od ognia. 
Patrzyłem na ogień, ale moja ręka nie przestawała i ja nie przestawałem. Ręka próbowała wejść mi 

background image

do ust, ale Dilsey ją trzymała.

Owinęła ją ściereczką.
— Co się znowu dzieje — spytała Mama. — Czy nie mogę nawet chorować w spokoju, muszę 

koniecznie wstawać z łóżka i schodzić na dół, kiedy w domu jest dwoje dorosłych Murzynów, 
którzy mają się nim opiekować.

— Już po wszystkim — odparła Dilsey. — On zaraz przestanie. Sparzył sobie tylko trochę rękę.
— Dwoje dorosłych Murzynów i muszą go sprowadzać do domu rozwrzeszczanego — mówiła 

Mama. — Zrobiliście to umyślnie, bo wiecie, że jestem chora. — Podeszła i stanęła przy mnie. — 
Cicho — rozkazała. — W tej chwili. Czy dawałaś mu tego tortu.

— To kupny — tłumaczyła Dilsey. — Nic nie brałam ze spiżarni Jazona. Uszykowałam mu takie 

urodziny.

— Chcesz go otruć jakimś tanim kupnym ciastem — mówiła Mama. — O to ci pewno chodzi. Czy 

nigdy nie będę miała ani chwili spokoju.

— Niech panienka idzie na górę i kładzie się do łóżka — powiedziała Dilsey. — Przestanie go za 

chwilę piec, to ucichnie. No, już dobrze.

— I zostawcie go tutaj na dole, żebyście sami mogli coś jeszcze zrobić. Jak ja mam leżeć, kiedy on 

tu ciągle wrzeszczy. Benjamin, uspokój się w tej chwili.

— A gdzie go zabrać — rzekła Dilsey. — Nie mamy tego pokoju, cośmy zawsze mieli. Nie może 

stać przed domem i płakać, żeby wszyscy sąsiedzi go oglądali.

— Wiem, wiem — mówiła Mama. — To wszystko moja wina. Ale ja niedługo odejdę, a ty z 

Jazonem będziecie sobie lepiej dawali radę. — Zaczęła płakać.

— No, niech się panienka uspokoi — prosiła Dilsey. — Niech panienka idzie się położyć. Niech 

panienka idzie na górę. Luster zabierze go do biblioteki i pobawi się z nim, a ja przyszykuję 
kolację.

Dilsey z Mamą wyszły.
— Cichaj — mówił Luster. — Cicho siedź. Chcesz, żebym ci przypiekł drugą rękę. Nic ci się nie 

stało. Cicho.

— Masz — powiedziała Dilsey. — Przestań już płakać. — Dała mi kapeć i ucichłem. — Zabierz 

go do biblioteki. Jak go jeszcze raz usłyszę, to cię własną ręką wytłukę.

Poszliśmy do biblioteki. Luster zapalił światło. Okna zrobiły się czarne i wyszło ciemne wysokie 

miejsce na ścianie, a ja podszedłem i dotknąłem go. Było jak drzwi, ale to nie były drzwi.

Ogień podniósł się za mną, podszedłem do niego i usiadłem na podłodze trzymając kapeć. Ogień 

podnosił się wyżej. Sięgnął do poduszki na fotelu Mamy.

— Cicho — powiedział Luster. — Czy nie możesz na chwilę przestać. Rozpaliłem ci taki ogień, a 

ty nawet nie patrzysz.

Nazywasz się Benjy, powiedziała Caddy. Słyszysz, Benjy. Benjy.
Nie mów mu tego, kazała Mama, Przyprowadź go tutaj.
Caddy podniosła mnie pod ręce.
Wstań Mau... to znaczy Benjy, powiedziała.

background image

Nie próbuj go nosić, gniewała się Mama. Nie możesz go tutaj przyprowadzić. Czy to takie trudne 

do zrozumienia.

Ja go mogę ponieść, upierała się Caddy. Pozwól mi go zanieść na górę, Dilsey.
— Odejdź, mała — powiedziała Dilsey. — Taki pędrak nie może jeszcze tyle dźwigać. Idź i bądź 

cicho, jak pan Jazon kazał.

Na górze schodów było światło. Stał tam Ojciec, w koszuli. Patrzył tak, jakby mówił: „Cicho”. 

Caddy szepnęła:

— Czy Mama jest chora.
Versh   postawił   mnie   i   poszliśmy   do   pokoju   Mamy.   Tam   był   ogień.   Podnosił   się   i   opadał   na 

ścianach. W lustrze widziałem drugi ogień. Czułem zapach choroby. To była chusteczka położona 
na głowie Mamy. Włosy leżały na poduszce. Ogień ich nie sięgał, ale błyskał jej na ręku, gdzie  
skakały pierścionki.

— Podejdź i powiedz Mamie dobranoc — rozkazała Caddy. Podeszliśmy do łóżka. Ogień zniknął z 

lustra. Ojciec wstał z łóżka i podniósł mnie, a Mama położyła mi rękę na głowie.

— Która to godzina — spytała. Oczy miała zamknięte.
— Za dziesięć siódma — odparł Ojciec.
— Za wcześnie, żeby szedł do łóżka — powiedziała Mama. — Zbudzi się o świcie, a ja po prostu 

nie zniosą drugiego takiego dnia jak dzisiejszy.

— No, już dobrze, dobrze. — Ojciec dotknął twarzy Mamy.
— Wiem, że jestem ci tylko ciężarem — mówiła. — Ale ja wkrótce odejdę. Wtedy nie będę już 

przysparzała wam kłopotów.

— Cicho — powiedział Ojciec. — Zniosę go na chwilę na dół. — Wziął mnie na ręce. — Chodź, 

synu. Pójdziemy na chwilę na dół. Będziemy musieli być cicho, bo Quentin się uczy.

Caddy podeszła i pochyliła twarz nad łóżkiem i ręka Matki ukazała się w świetle ognia. Pierścionki 

skakały na plecach Caddy.

Mama jest chora, mówił Ojciec. Dilsey położy cię do łóżka. Gdzie jest Quentin.
Versh poszedł po niego, odparła Dilsey.
Ojciec stał i patrzył, jak przechodzimy. Słyszeliśmy Mamę w jej pokoju. Caddy powiedziała: — 

Szsz... — Jazon jeszcze wchodził po schodach. Ręce trzymał w kieszeniach.

— Musicie być dzisiaj wszyscy grzeczni — mówił Ojciec. — I zachowywać się cicho, żeby nie 

denerwować Mamy.

— Będziemy cicho — powiedziała Caddy. — Teraz musisz być cicho, Jazon. — Poszliśmy dalej 

na palcach.

Słyszeliśmy dach. Widzieliśmy też ogień w lustrze. Caddy podniosła mnie znowu.
— Chodź teraz — rozkazała. — Potem będziesz mógł wrócić do ognia. Cicho.
— Candace — powiedziała Mama.
— Cicho, Benjy — szepnęła Caddy. — Mama potrzebuje cię na chwileczkę. Bądź grzeczny. Potem 

będziesz mógł wrócić, Benjy.

Caddy postawiła mnie i ucichłem.

background image

— Pozwól mu zostać tu, Mamo. Kiedy się napatrzy na ogień, będziesz go mogła zawołać.
— Candace — powiedziała Mama. Caddy pochyliła się i podniosła mnie znowu. Zachwialiśmy się. 

— Candace — powiedziała Mama.

— Cicho — szepnęła Caddy. — Przecież jeszcze go widzisz. Cicho.
— Przyprowadź go tutaj — powiedziała Mama. — Za duży jest, żebyś go dźwigała. Nie próbuj 

tego. Uszkodzisz sobie kręgosłup. Wszystkie kobiety w naszej rodzinie słynęły z pięknej postawy. 
Czy chcesz wyglądać jak praczka.

— On nie jest bardzo ciężki — mówiła Caddy. — Mogę go ponieść.
— A więc nie życzę sobie, żeby go noszono. Pięcioletnie dziecko. Nie, nie. Nie na moich kolanach. 

Niech sobie stoi.

— Jeśli go Mama potrzyma na kolanach, to przestanie — mówiła Caddy. — Cicho. Zaraz wrócisz. 

Masz. Tu jest twoja poduszka. Widzisz.

— Nie rób tego, Candace — rozkazała Mama.
— Niech na nią popatrzy, to nie będzie płakał. Usiądź, Mamo, prosto na chwileczkę, żebym ją 

mogła wyciągnąć. Masz, Benjy, popatrz.

Popatrzyłem i ucichłem.
— Zbytnio mu pobłażasz — powiedziała Mama. — Ty i Ojciec, obydwoje. Nie zdajecie sobie 

sprawy, że ja za to wszystko muszę płacić. Babunia rozpuściła Jazona i trzeba było dwóch lat, żeby 
z tego wyrósł. Nie starcza mi sił na to samo z Benjaminem.

— Mama nie potrzebuje się nim kłopotać. Ja lubię się nim opiekować. Prawda, Benjy.
— Candace — powiedziała Mama. — Mówiłam ci, żebyś się w ten sposób do niego nie zwracała. 

Dość, że Ojciec nalega, by ciebie nazywać tym niemądrym zdrobnieniem. Nie pozwolę, żeby do 
niego tak się zwracać. Zdrobnienia są wulgarne. Używają ich tylko ludzie pospolici. Benjamin. 
Spójrz na mnie.

— Benjamin — powiedziała. Ujęła moja twarz w ręce i obróciła do swojej.
— Benjamin. Zabierz tę poduszkę, Candace.
— Będzie płakał.
— Zabierz tę poduszkę, powiedziałam. Musi się nauczyć posłuszeństwa.
Poduszka odeszła.
— Cicho, Benjy — szepnęła Caddy.
— Ty odejdź tam i usiądź — rozkazała Mama. — Benjamin — przysunęła moją twarz do swojej.
— Przestań — powiedziała. — Przestań.
Ale ja nie przestałem i Mama schwyciła mnie w objęcia i zaczęła płakać, i ja płakałem. Potem 

poduszka wróciła i Caddy trzymała ją nad głową Mamy. Osunęła Mamę z powrotem na oparcie 
fotela i Mama leżała płacząc wsparta na czerwonej i żółtej poduszce.

— Cicho, Mamo — mówiła Caddy. — Niech Mama idzie na górę położyć się i pochorować. Ja 

pójdę i zawołam Dilsey. — Poprowadziła mnie do ognia, patrzałem na jasne, gładkie kształty i 
słyszałem ogień i dach.

Ojciec podniósł mnie. Pachniał jak deszcz.

background image

— No cóż, Benjy — powiedział. — Byłeś dzisiaj grzeczny.
Caddy i Jazon bili się w lustrze.
— Caddy — zawołał Ojciec.
Bili się dalej. Jazon zaczął płakać.
— Caddy — zawołał Ojciec. Jazon płakał. On już się nie bił, ale widzieliśmy w lustrze, że Caddy 

się bije, i Ojciec mnie postawił i wszedł w lustro i też się bił. Podniósł Caddy w górę. Ona się dalej 
biła. Jazon leżał na podłodze i płakał. W ręku miał nożyczki. Ojciec trzymał Caddy.

— Pokrajał wszystkie lalki Benjy'ego — powiedziała Caddy. — Poderżnę mu gardło.
— Candace — zawołał Ojciec.
— Poderżnę — wołała Caddy. — Poderżnę. — Biła się. Ojciec ją trzymał. Kopała w kierunku 

Jazona. Potoczył się w kąt, wytoczył się z lustra. Ojciec zaniósł Caddy do ognia. Wszyscy wyszli 
lustra. Tylko ogień został. Tak, jakby ogień był w drzwiach.

— Dość — powiedział Ojciec. — Czy chcesz, żeby się Mama rozchorowała.
Caddy   przestała.   —   Pokrajał   wszystkie   lalki,   jakie   Mau...   Benjy   i   ja   razem   zrobiliśmy   — 

powiedziała. — Pokrajał z czystej podłości.

— Nieprawda — mówił Jazon. Siedział tylko i płakał. — Nie wiedziałem, że to jego. Myślałem, że 

to jakieś stare papiery.

— Musiałeś wiedzieć — powiedziała Caddy. — Pociąłeś je umyślnie.
— Cicho bądź — przerwał jej Ojciec. — Jazon.
— Zrobię ci jutro więcej — mówiła Caddy. — Zrobimy ich całą masę. Masz, możesz jeszcze 

popatrzeć na poduszkę.

Wszedł Jazon.
Cały czas ci powtarzam, żebyś był cicho, powiedział Luster.
Co się tu znowu dzieje, spytał Jazon.
— On się tylko drażni — powiedział Luster. — Taki już dzisiaj jest cały dzień.
— Wobec tego czemu go nie zostawisz w spokoju — spytał Jazon. — Jeśli nie potrafisz go 

zabawić, to będziesz musiał zabrać go do kuchni. Nie możemy pozamykać się każde w swoim 
pokoju tak jak moja Matka.

— Nianiusia kazała, żeby go nie puszczać do kuchni, póki nie zrobi kolacji — tłumaczył Luster.
— To baw się z nim tak, żeby był cicho — rozkazał Jazon. — Mam pracować cały boży dzień, a 

potem wracać do domu wariatów. — Otworzył gazetę i czytał.

Możesz patrzeć na ogień i w lustro, i na poduszką też, mówiła Caddy. Teraz nie będziesz już musiał  

czekać aż do kolacji, żeby patrzeć na poduszkę.

Słyszeliśmy dach. Słyszeliśmy i Jazona, który płakał głośno za ścianą.
— Chodź, Jazon. — zawołała Dilsey. — Nic mu tam złego nie robisz, co.
— Ale skąd — powiedział Luster.
— Gdzie Quentin — spytała Dilsey. — Kolacja już prawie gotowa.
— Nie wiem — odparł Luster. — Ja tam jej nie widziałem.

background image

Dilsey wyszła. — Quentin — zawołała w hallu. — Quentin. Kolacja gotowa.
Słyszeliśmy dach. Quentin też pachniał jak deszcz.
Co Jazon zrobił, spytał.
Pociął wszystkie lalki Benjy'ego, odparła Caddy.
Mama mówiła, żeby go nie nazywać Benjy. Quentin usiadł na dywaniku koło nas. Żeby przestało 

padać! Nic nie można robić.

Biłeś się, powiedziała Caddy. Prawda.
Trochę.
Możesz się przyznać, powiedziała Caddy. Tatuś i tak zobaczy.
Wszystko mi jedno, chciałbym, żeby już nie padało.
— Czy Dilsey wołała, że kolacja gotowa — spytała Quentin.
— Tak — odparł Luster. Jazon popatrzył na Quentin. Potem znowu czytał gazetę. Quentin weszła. 

— Mówiła, że już prawie gotowa — powiedział Luster. Quentin wskoczyła na fotel Mamy.

— Paniczu — odezwał się Luster do Jazona.
— Czego — spytał Jazon.
— Dałby mi panicz dwadzieścia pięć centów.
— Na co.
— Żebym poszedł wieczorem na przedstawienie.
— Zdawało mi się, że Dilsey miała wyciągnąć dla ciebie ćwierć dolara od Frony.
— Wyciągnęła. Ale ja je zgubiłem. Szukaliśmy z Benjym cały dzień. Niech go panicz spyta.
— To pożycz sobie od niego — powiedział Jazon. — Ja muszę pracować na swoje pieniądze. — 

Czytał gazetę. Quentin spoglądała w ogień. Ogień był w jej włosach i na jej ustach. Usta miała 
czerwone.

— Starałem się go tam nie puszczać — tłumaczył Luster.
— Zamknij się — powiedziała Quentin. Jazon podniósł na nią oczy.
— Mówiłem ci, co zrobię, jeśli cię jeszcze raz zobaczę z tym aktorzyną — powiedział. Quentin 

patrzyła w ogień. — Słyszałaś — spytał Jazon.

— Słyszałam — odparła Quentin. — Więc czemu tego nie robisz.
— Nie martw się.
— Ja się nie martwię — zawołała Quentin. Jazon znowu czytał gazetę.
Słyszałem dach. Ojciec pochylił się i spojrzał na Quentina.
Witaj, rzekł. Kto zwyciężył.
— Nikt — odparł Quentin. — Przerwali nam. Nauczyciele.
— A kto on zacz — spytał Ojciec. — Powiesz nam.
— Wszystko w porządku — odparł Quentin. — On był tego samego wzrostu co ja.
— Wobec tego w porządku — zgodził się Ojciec. — Czy możesz powiedzieć, o co poszło.
— O nic specjalnego. On powiedział, że wsadzi żabę pod jej pulpit, a ona się nie ośmieli go 

background image

rąbnąć.

— Aha — powiedział ojciec. — Ona. I potem co.
— No więc — mówił Quentin — ja go tam trochę trzepnąłem.
Słyszeliśmy dach i ogień i pochlipywanie za drzwiami.
— Skąd by wziął żabę w listopadzie — zapytał Ojciec.
— Nie wiem, Tatusiu — powiedział Quentin.
Słyszeliśmy tamto.
— Jazon — zawołał Ojciec. Słyszeliśmy Jazona.
— Jazon — zawołał Ojciec. — Wejdź tu i uspokój się.
Słyszeliśmy dach i ogień, i Jazona.
— Skończ z tym — mówił Ojciec. — Chcesz dostać jeszcze raz w skórę. — Ojciec posadził 

Jazona na fotelu koło siebie. Jazon wciągnął nosem. Słyszeliśmy ogień i dach. Jazon wciągnął 
nosem trochę głośniej.

— Jeszcze raz — powiedział Ojciec. Słyszeliśmy ogień i dach.
Dilsey zawołała, gotowe. Możecie przychodzić na kolację.
Versh pachniał jak deszcz. Pachniał też jak pies. Słyszeliśmy ogień i dach.
Słyszeliśmy, jak Caddy idzie, szybko. Ojciec i Matka spojrzeli na drzwi. Caddy minęła je, szła 

szybko. Nie patrzyła. Szła szybko.

— Candace — powiedziała Matka. Caddy stanęła.
— Słucham, Mamo.
— Cicho, Karolino — powiedział Ojciec.
— Chodź tutaj — rozkazała Matka.
— Cicho, Karolino — powiedział Ojciec. — Zostaw ją w spokoju.
Caddy podeszła do drzwi i stanęła w nich patrząc na Ojca i Matkę. Jej oczy podleciały do mnie i 

odleciały. Zacząłem płakać, płakałem głośno i wstałem. Caddy podeszła i stanęła plecami do ściany, 
spoglądając na mnie. Szedłem do niej płacząc, a ona przycisnęła się do ściany i zobaczyłem jej 
oczy, i zapłakałem jeszcze głośniej, i pociągnąłem ją za sukienkę. Wyciągnęła przed siebie ręce, ale 
ja ciągnąłem ją za sukienkę. Jej oczy uciekły.

Versh powiedział: Teraz nazywasz się Benjamin. Wiesz, jak to się stało, że nazywasz się teraz  

Benjamin. Robią z ciebie sinodziąsłego2). Mama powiada, że dawno temu twój dziadek zmienił  
imię Murzynowi i z niego 
się zrobił kaznodzieja, a jak ludzie popatrzyli, to zobaczyli, że on jest też  
sinodziąsły. A przedtem nie był sinodziąsły. A jak ciężarne baby spojrzały mu w oczy przy pełni  
księżyca,   to   dziecko   się   rodziło   sinodziąsłe.   I   jednego   wieczora,   kiedy   już   kilkanaście   takich  
sinodziąsłych dzieci tutaj biegało, on nie wrócił do domu. Myśliwi z Parsham znaleźli go w lesie,  
objedzonego do kości. A wiesz, kto go tak zjadł. Te sinodziąsłe dzieci.

Byliśmy w hallu. Caddy wciąż patrzyła na mnie. Rękę trzymała przy ustach, widziałem jej oczy i 

płakałem. Weszliśmy po schodach. Zatrzymała się znowu, oparła o ścianę i spoglądała na mnie, a ja 
płakałem i ona ruszyła dalej, i ja ruszyłem płacząc, gdy przyciskała się do ściany i patrzyła na mnie. 
Otworzyła drzwi do swojego pokoju, ale ja ciągnąłem ją za sukienkę i poszliśmy do łazienki, i ona 

background image

stała oparta o drzwi patrząc na mnie. Potem zasłoniła twarz ramieniem, a ja ciągnąłem ją, płacząc.

Co ty mu robisz, spytał Jazon. Nie możesz zostawić go w spokoju.
Ani go palcem nie tknąłem, tłumaczył Luster. On taki dziś jest cały boży dzień. Powinien dostać w  

skórę.

Powinno się go odesłać do Jackson, zawołała Quentin. Jak można żyć w takim domu.
Jeśli ci się nie podoba, moja panno, to się stąd wynieś, gniewał się Jazon.
Mam zamiar, odparła Quentin. Bądź spokojny.
Versh powiedział: — Odsuń się kapinkę, niech wysuszę nogi. — Odsunął mnie nieco. — Tylko nie 

zaczynaj swoich ryków. Przecie widzisz go w dalszym ciągu. Nic nie masz do roboty. Nie musisz 
wystawać w deszcz na dworze jak ja. Urodziłeś się pod szczęśliwą gwiazdą, tyle że o tym nie 
wiesz. — Położył się na plecach przed ogniem.

— Wiesz, jak to się stało, że teraz nazywasz się Benjamin — mówił Versh. — Twoja Mama jest na 

ciebie za dumna. Tak powiada Nianiusia.

— Siedź cicho i daj mi wysuszyć nogi — mówił Versh. — Bo wiesz, co ci zrobię. Obedrę ci ze 

skóry twój interesik.

Słyszeliśmy ogień i dach, i Versha.
Versh poderwał się szybko i cofnął nogi od ognia. Ojciec powiedział: — Nie szkodzi, Versh.
— Nakarmię go dzisiaj — mówiła Caddy. — On czasami płacze, jak go Versh karmi.
—   Zanieś   tacę   na   górę   —   powiedziała   Dilsey.   —   I   nie   marudź   z   powrotem,   to   nakarmisz 

Benjy'ego.

— Nie chcesz, żeby cię Caddy karmiła — pytała Caddy.
Czy on musi trzymać ten stary brudny kapeć na stole, pytała Quentin. Czemu go nie karmicie w  

kuchni. To tak jakby człowiek jadł ze świnią.

Jeśli ci się nie podoba, jak jemy, tu nie przychodź do stołu, powiedział Jazon.
Z Roskusa podnosiła się para. Siedział przed piecem kuchennym. Drzwi piekarnika były otwarte i 

Roskus trzymał w nim nogi. Para podnosiła się z miski. Caddy bez trudu wsunęła mi łyżkę do ust. 
Ta miska miała w środku czarną plamkę.

Dobrze już, dobrze, mówiła Dilsey. On ci więcej nie będzie przeszkadzał.
Potem opadło poniżej plamki. Potem miseczka była pusta. Odeszła. — On jest dzisiaj głodny — 

powiedziała Caddy. Miseczka wróciła. Nie widziałem plamki. Potem zobaczyłem. — On jest dzisiaj 
strasznie głodny — powtórzyła Caddy. — Spójrzcie, jak dużo zjadł.

Owszem, będzie, zawołała Quentin. Posyłacie go za mną, żeby mnie szpiegował. Nienawidzę tego  

domu. Chcę stąd uciec.

Roskus mruczał: — Będzie dzisiaj lało całą noc.
Uciekasz już dłuższy czas, ale nie na dłużej niż do najbliższego posiłku, odparł Jazon.
Zobaczysz, że ucieknę, zawołała Quentin.
— Słowo daję, nie wiem, co zrobię — mówiła Dilsey. — Tak mi paskudnie wlazło w biodro, 

ledwo się mogę ruszyć. Łazić i łazić po tych schodach cały wieczór.

background image

Och, wcale bym się nie zdziwił, powiedział Jazon. Taka jak ty jest zdolna do wszystkiego.
Quentin rzuciła serwetkę na stół.
Cichaj, Jazon, zawołała Dilsey. Podeszła i objęła ramieniem Quentin. Usiądź, kochana. Że też on  

się nie wstydzi wypominać ci nie twoje winy.

— Ona tam znowu jęczy, co — mówił Roskus.
— Cichaj — powiedziała Dilsey.
Quentin   odepchnęła   Dilsey.   Spoglądała   na   Jazona.   Usta   miała   czerwone.   Podniosła   swoją  

szklankę wody i zamachnęła się, patrząc na Jazona. Dilsey złapała ją za rękę. Szamotały się.  
Szklanka stłukła się na stole i woda się lała. Quentin wybiegła.

— Mama znowu jest chora — martwiła się Caddy.
—   Pewno,   że   chora   —   powiedziała   Dilsey.   —   Przy   takiej   pogodzie   każdy   chory.   Kiedy   ty 

skończysz jeść, chłopcze.

Niech cię diabli, wołała Quentin. Niech cię diabli.
Słyszeliśmy, jak biegnie po schodach. Poszliśmy do biblioteki.
Caddy dała mi poduszkę i mogłem patrzeć na poduszkę, na lustro i na ogień.
— Musimy siedzieć cicho, kiedy Quentin się uczy — mówił Ojciec. — Co ty tam robisz, Jazon.
— Nic — odpowiedział Jazon.
— To może przyjdziesz i będziesz to robił tutaj.
Jazon wyszedł z kąta.
— Co ty żujesz — spytał Ojciec.
— Nic.
— On znowu żuje papier — powiedziała Caddy.
— Chodź tutaj, Jazon — rozkazał Ojciec.
Jazon rzucił to do ognia. Zasyczało i rozwinęło się czerniejąc. Potem zszarzało. Potem zniknęło. 

Caddy  i   Ojciec,   i   Jazon   siedzieli   w   fotelu   Mamy.   Jazon   miał   oczy  grube   i   zamknięte,   a   usta 
poruszały mu się, jakby smakował. Głowa Caddy leżała na ramieniu Ojca. Włosy jej były jak ogień, 
miała kropeczki ognia w oczach i podszedłem, i Ojciec podniósł mnie też na fotel, i Caddy mnie 
trzymała. Pachniała jak drzewa.

Pachniała jak drzewa. W kącie było ciemno, ale widziałem okno i przykucnąłem, trzymając kapeć.  

Nie mogłem go widzieć, ale moje ręce go widziały, i słyszałem, że noc zapada i moje ręce widziały 
kapeć, ale ja nie widziałem, tylko moje ręce widziały kapeć, i przykucnąłem, słysząc jak zapada  
mrok.

Tu jesteś, powiedział Luster. Patrzaj, co dostałem. Pokazał mi. Wiesz skąd. Panna Quentin mi dała. 

Wiedziałem, że muszą mi dać, jak się nie odczepię. Co robisz. Myślałem, żeś się znowu wymknął na 
dwór. Nie starczy ci na dzisiaj tego jęczenia i ślinienia, musisz się jeszcze chować w pustym pokoju,  
biadolić i bełkotać. Chodź do łóżka, żebym zdążył, nim się zacznie. Dziś nie mogę się z tobą cackać 
całą noc. Niech tylko zagra pierwsza trąbka, już mnie tu nie będzie.

Nie poszliśmy do naszego pokoju.
— Tutaj chorowaliśmy na odrę — powiedziała Caddy. — Czemu mamy tu dzisiaj spać.

background image

— Nie wszystko ci jedno, gdzie śpisz — odparła Dilsey. Zamknęła drzwi, usiadła i zaczęła mnie 

rozbierać. Jazon rozpłakał się. — Cichaj — gniewała się Dilsey.

— Chcę spać z Babunią — mówił Jazon.
— Ona jest chora — tłumaczyła Caddy. — Będziesz mógł z nią spać, jak wyzdrowieje. Prawda, 

Dilsey.

— Cichajcie teraz — rozkazała Dilsey. Jazon ucichł.
— Tu są nasze nocne koszulki i wszystko — powiedziała Caddy. — To jak przeprowadzka.
— Wkładaj już tę koszulę — mówiła Dilsey. — Rozepnij guziki Jazonowi.
Caddy rozpięła guziki Jazonowi. Zaczął płakać.
— Chcesz dostać w skórę — groziła Dilsey. Jazon ucichł.
Quentin, zawołała Matka w hallu.
Co, odparła Quentin przez ścianę. Słyszeliśmy, jak Mama zamyka drzwi na klucz. Zajrzała w nasze  

drzwi, weszła, pochyliła się nad łóżkiem i pocałowała mnie w czoło.

Jak go położysz, pójdź i spytaj Dilsey, czy ma coś przeciwko temu, żebym dostała worek z gorącą  

wodą. Powiedz jej, że jeśli ma, to spróbuję się bez niego obejść. Powiedz, że chciałabym tylko  
wiedzieć.

Dobrze, psze pani, odparł Luster. No, ściągaj portki.
Quentin i Versh weszli. Quentin odwracał od nas twarz. — Czemu płaczesz — spytała Caddy.
— Cicho — powiedziała Dilsey. — Rozbierajcie się teraz wszyscy. Ty możesz już iść do domu, 

Versh.

Rozebrany spojrzałem na siebie i zacząłem płakać. Cicho, gniewał się Luster. Nic ci nic przyjdzie z  

tego szukania. Nie ma ich i tyle. Jak będziesz beczał, to nie urządzimy ci więcej urodzin. Włożył mi 
koszulę. Ucichłem. Potem  Luster zatrzymał się. Głowę skierował ku oknu. Podszedł do okna i  
wyjrzał.   Wrócił   i   wziął   mnie   za   ramię.   To   ona,   szepnął.   Cichaj   teraz.   Podeszliśmy   do   okna   i  
wyglądaliśmy. To wyszło z okna Quentin i wdrapało się na drzewo. Widzieliśmy, jak drzewo się  
trzęsie. Trzęsienie schodziło coraz niżej, potem to wyszło i widzieliśmy, jak odchodzi przez trawę. 
Potem już nie mogliśmy tego dojrzeć. Dalej, powiedział Luster. Jazda. Słyszysz trąbki. Właź do  
łóżka, żebym ci czasem nie przykopał.

Były dwa łóżka. Quentin położył się na tym drugim. Odwrócił twarz do ściany. Dilsey położyła z 

nim Jazona. Caddy ściągnęła sukienkę.

— Patrzaj tylko na te swoje majtki — gniewała się Dilsey. — Ciesz się, że Mama ich nie widziała.
— Ja już na nią poskarżyłem — odezwał się Jazon.
— Ty byś kiedy nie poskarżył — powiedziała Dilsey.
— I co ci z tego przyszło — spytała Caddy. — Nic a nic.
— Co mi z tego przyszło — powiedział Jazon.
— Wkładajcie już koszule — rozkazała Dilsey. Podeszła i pomogła Caddy zdjąć staniczek i majtki. 

— Patrzaj tylko. — Zwinęła majtki i wytarła nimi pupę Caddy. — Przesiąkło na wylot aż do skóry. 
Ale dzisiaj nie będziecie się kąpali. Masz. — Włożyła Caddy koszulę i Caddy wlazła do łóżka i 
Dilsey   podeszła   do   drzwi,   i   stanęła   z   ręką   na   kontakcie.   —  Teraz   macie   być   wszyscy  cicho, 

background image

słyszycie.

— Dobrze — odparła Caddy. — Mama dzisiaj nie przychodzi, więc ciągle jeszcze musicie słuchać 

mnie.

— Tak — powiedziała Dilsey. — Śpijcie teraz.
— Mama jest chora — mówiła Caddy. — Ona i Babunia, obie są chore.
— Cicho — szepnęła Dilsey. — Spij już.
Pokój zrobił się czarny oprócz drzwi. Potem i drzwi poczerniały. Caddy powiedziała: — Cicho, 

Maury — i położyła na mnie rękę. Więc leżałem cicho. Słyszeliśmy się nawzajem. Słyszeliśmy 
ciemność.

Ciemność odeszła i patrzał na nas Ojciec. Patrzał na Quentina i na Jazona, a potem podszedł i 

pocałował Caddy, i położył mi rękę na głowie.

— Czy Mama bardzo chora — spytała Caddy.
— Nie — odparł ojciec. — Czy będziesz się opiekowała Maurym.
— Tak — szepnęła Caddy.
Ojciec podszedł do drzwi i spojrzał na nas znowu. Potem wróciła ciemność i on stał czarny w 

drzwiach,   a   potem   drzwi   zrobiły   się   znowu   czarne.   Caddy   trzymała   mnie   i   słyszałem   nas 
wszystkich i ciemność, i coś, co czułem węchem. A potem widziałem okna, gdzie szemrały drzewa. 
Potem ciemność zaczęła się przelewać w gładkie jasne kształty, jak się zawsze dzieje, nawet kiedy 
Caddy mówi, że już zasnąłem.

DRUGI

 

CZERWCA

1910 ROKU

Kiedy cień ramy okiennej ukazywał się na zasłonie, było już między siódmą a ósmą, i wtedy 

znowu   wracałem   w   czas,   i   słyszałem   tykanie   zegarka.   Należał   kiedyś   do   Dziadka,   a   Ojciec 
wręczając mi go powiedział: Quentin, daję ci oto mauzoleum wszystkich pragnień i nadziei, jest 
rzeczą   rozpaczliwie   właściwą,   byś   go   używał,   aby  dojść   do   reductio   ad   absurdum   wszelkiego 
ludzkiego doświadczenia, jakie może nie lepiej odpowiadać twoim indywidualnym potrzebom, niż 
odpowiadało potrzebom twego dziadka czy jego ojca. Daję ci go nie po to, byś pamiętał o czasie, 
ale żebyś mógł o nim niekiedy zapomnieć na chwilę i abyś nie trwonił wszystkich sił na starania, by 
go zwyciężyć. Bowiem nie wygrywa się żadnej bitwy. Nawet się jej nie toczy. Pole walki unaocznia 
tylko człowiekowi jego własne szaleństwo i rozpacz, a zwycięstwo jest złudzeniem filozofów i 
głupców.

Oparty był o pudełko do kołnierzyków, a ja leżałem i słuchałem tykania. A raczej słyszałem. Nie 

sądzę,   żeby   ktokolwiek   rozmyślnie   słuchał   zegarka   czy   zegara.   To   zbędne.   Można   długo   nie 
uświadamiać sobie tego dźwięku, aż nagle jakaś tykająca właśnie sekunda stwarza w biernym dotąd 
umyśle wizję długiego pochodu czasu, którego się nie słyszało. Jak to Ojciec powiadał, na długich 
samotnych   promieniach   światła   można   niejako   zobaczyć   idącego   Jezusa.   I   dobrego   świętego 
Franciszka, tego, który mówił Siostrzyczka Śmierć, tego, który nigdy nie miał siostry.

background image

Przez ścianę słyszałem skrzypienie materaca Shreve'a, potem zaszurały po podłodze jego ranne 

pantofle.   Wstałem,   podszedłem   do   komody,   przesunąłem   po   niej   dłonią,   dotknąłem   zegarka, 
odwróciłem go tarczą na dół i wróciłem do łóżka. Ale cień ramy wciąż jeszcze pozostawał w tym 
samym miejscu, a ja nauczyłem się określać czas z dokładnością niemal co do minuty, tak że 
musiałem odwracać się od niego plecami i piekły mnie te oczy z tyłu głowy, kiedy był już na górze 
i drażnił. Będziesz zawsze żałował tych gnuśnych, nabytych przyzwyczajeń. Ojciec tak mówił. Że 
Chrystus nie został ukrzyżowany: został powoli starty na proch drobnym tykaniem małych kółek. 
Że nie miał siostry.

I natychmiast, kiedy już wiedziałem, że nie mogę go dojrzeć, zacząłem się zastanawiać, która 

godzina. Ojciec mówił, że nieustanne rozważania tyczące pozycji mechanicznych wskazówek na 
arbitralnej tarczy są świadectwem działania umysłu. Ekskrementy, powiedział Ojciec, tak jak pot. A 
ja powiadam: W porządku. Zastanawiaj się. Dalej, zastanawiaj się.

Gdyby było pochmurno, mógłbym spojrzeć w okno, myśląc o tym, co Ojciec mawiał o gnuśnych 

przyzwyczajeniach. Myśląc, że przyjemnie im będzie tam, w New London, jeśli utrzyma się dalej 

taka pogoda. Czemu by się nie miała utrzymać? Miesiąc oblubienic, głos, który tchnął3). Wybiegła 
prosto z lustra, zza skraju zapachu. Róże. Róże. Pan Jazon Richmond Compson z małżonką mają  
zaszczyt   zawiadomić   o   ślubie.
  Róże.   Nie   dziewicze,   jak   dereń   czy   spirea.   Powiedziałem,   że 
popełniłem kazirodztwo, Ojcze, powiedziałem. Róże. Chytre i spokojne. Jeśli przez rok będziesz 
studiował na Harvardzie, daj sobie spokój z regatami, powinni zwrócić pieniądze. Niech je weźmie 
Jazon. Niech Jazon ma rok Harvardu.

Shreve stał w drzwiach, wkładając kołnierzyk, okulary połyskiwały mu różowo, jakby je umył 

razem z twarzą. — Wagarujesz przed południem?

— To już tak późno?
Spojrzał na zegarek. — Dzwonek za dwie minuty.
— Nie wiedziałem, że tak późno. — Wciąż patrzył na zegarek, układając usta. — Muszę lecieć. 

Nie mogę sobie pozwolić na jeszcze jedne wagary. Dziekan powiedział mi w zeszłym tygodniu...

Schował zegarek do kieszeni. Przestałem mówić.
— Wciągaj portki i gnaj — poradził. Wyszedł.
Wstałem i zacząłem się krzątać, nasłuchując przez ścianę. Wszedł do bawialni kierując się ku 

drzwiom.

— Jeszcześ nie gotów?
— Jeszcze nie. Leć już. Jakoś zdążę.
Wyszedł.   Drzwi   się   zamknęły.   Kroki   jego   oddaliły   się   korytarzem.   Potem   znów   usłyszałem 

zegarek. Przestałem się krzątać po pokoju, podszedłem do okna, rozsunąłem zasłony i patrzyłem, 
jak   oni   biegną   do   kaplicy,   zawsze   ci   sami,   walczą   z   tymi   samymi   opornymi   rękawami   od 
marynarek,   te   same   książki   i   rozchełstane   kołnierzyki,   jak   przepływają   mimo,   niby   szczątki 
niesione powodzią, i Spoade. Nazwał Shreve'a moim mężem. Ach, dajcie mu spokój, powiedział 
Shreve, jeśli jest za mądry na to, żeby się uganiać za jakimiś brudnymi dziewuchami, nie nasza 
sprawa. Na południu wstyd być dziewicą. Chłopcy. Mężczyźni. Kłamią o tym. Bo to ma mniejsze 
znaczenie   dla   kobiet,   mówił   Ojciec.   Powiedział,   że   to   mężczyźni   wymyślili   dziewictwo,   nie 

background image

kobiety. Ojciec mówił, że to jest jak śmierć, że to jest tylko stan, z którego inni są wyłączeni, a ja na 
to:   Ale   mówić,   że   to   nie   ma   znaczenia,   a   on   powiedział:   Na   tym   właśnie   polega   smutek 
wszystkiego, nie tylko dziewictwa, a ja zawołałem: Czemu nie mogło się stać, żebym to ja, a nie 
ona stracił dziewictwo, a on powiedział: Również dlatego to jest takie smutne; nic nie jest warte 
nawet   własnej   odmiany,   a   Shreve   powiedział:   Jeśli   jest   za   mądry   na   to,   żeby   się   uganiać   za 
brudnymi dziewuchami, a ja wołałem: Czy ty miałeś kiedy siostrę? Miałeś? Miałeś?

Spoade   sunął   pośrodku   nich   niby   żółw   na   ulicy   pełnej   pierzchających   martwych   liści,   z 

kołnierzykiem   gdzieś   przy   uszach,   idąc   swoim   zwykłym   niespiesznym   krokiem.   Pochodził   z 
Południowej Karoliny, był na ostatnim roku. Jego klub pysznił się, że Spoade nigdy nie biegł do 
kaplicy i nigdy nie przychodził na czas, i że w ciągu czterech lat nie miał ani jednej nieobecności i 
nigdy nie zjawił się ani w kaplicy, ani na pierwszym wykładzie w koszuli na grzbiecie i skarpetkach 
na   nogach.   Około   dziesiątej   wkraczał   do   Thompsona,   zamawiał   dwie   filiżanki   kawy,   siadał, 
wyciągał skarpetki z kieszeni, zdejmował buty, wkładał skarpetki, podczas gdy kawa mu stygła. 
Około południa widziało się go już w koszuli i kołnierzyku, jak wszystkich innych. Koledzy mijali 
go biegiem, ale on ani razu nie przyspieszył kroku. Po chwili dziedziniec był pusty.

Wróbel spłynął z promieniem słonecznym, siadł na parapecie okna i przechylił ku mnie łepek. Miał 

oczka okrągłe i żywe. Najpierw przyglądał mi się jednym, potem myk i drugim, gardło pulsowało 
mu   szybciej   niż   czyjekolwiek   tętno.   Zegar   zaczął   wybijać   godzinę.   Wróbel   skończył   z   tym 
przekrzywianiem łepka i dopóki zegar nie przestał bić, przyglądał mi się stale jednym i tym samym 
okiem, jakby słuchał uderzeń. Potem śmignął z parapetu i zniknął.

Upłynęła chwila, nim przebrzmiało ostatnie uderzenie. Wisiało w powietrzu bardziej namacalne niż 

słyszalne,   przez   długi   czas.   Jakby   wszystkie   dzwony   świata   wciąż   dzwoniły   w   długich 
umierających promieniach światła i Jezus ze świętym Franciszkiem mówiącym o swojej siostrze. 
Bo żeby to wiodło tylko do piekła; gdyby to było wszystko. Skończone. Gdyby rzeczy po prostu 
same się zakończyły. Nikt inny tam oprócz niej i mnie. Gdybyśmy tylko mogli uczynić coś tak 
strasznego, żeby wszyscy uciekli z piekła z wyjątkiem nas. Popełniłem kazirodztwo powiedziałem 
Ojcze to byłem ja to nie Dalton Ames 
A kiedy podał mi Dalton Ames. Dalton Ames. Dalton Ames. 
Kiedy podał mi pistolet, ja tego nie zrobiłem. Właśnie dlatego nie zrobiłem. On by tam był i ona, i 
ja bym był.  Dalton Ames, Dalton Ames, Dalton Ames.  Gdybyśmy tylko mogli uczynić coś tak 
okropnego,   a   Ojciec   powiedział:  To   również   jest   smutne,   ludzie   nie   mogą   uczynić   nic   aż   tak 
strasznego, nie mogą uczynić w ogóle nic bardziej strasznego, nie mogą nawet pamiętać jutro, co 
im się dzisiaj wydawało straszne, a ja powiedziałem: Potrafisz umyć ręce od wszystkiego, a on 
powiedział: A ty? I będę spoglądał w dół i zobaczę moje toczące się kości i głęboką wodę niby 
wicher, niby dach z wichru, po długim czasie nie można będzie rozróżnić nawet kości na odludnym 
i   dziewiczym   piasku.   Dopiero   w   Dniu,   kiedy   On   powie:   Wstań,   samo   żelazko   wypłynie   na 
powierzchnię. Nie wtedy to się dzieje, kiedy zdasz sobie sprawę, że nic ci już nie jest w stanie 
pomóc — religia, duma, nic — ale wtedy, kiedy zrozumiesz, że nie potrzeba ci już żadnej pomocy. 
Dalton Ames. Dalton Ames. Dalton Ames. Żebym mógł być jego matką i leżąc z rozwartym ciałem 
unoszonym śmiechem przytrzymać jego ojca hamującą ręką, patrzeć, jak umiera, zanim zaczął żyć. 
Przez moment stała w drzwiach

Podszedłem do komody, ująłem zegarek wciąż tarczą w dół. Stuknąłem szkłem w róg komody, 

zgarnąłem w dłoń kawałki szkła, wysypałem je do popielniczki, odgiąłem wskazówki, wyrwałem i 

background image

włożyłem do popielniczki. Zegarek tykał dalej. Odwróciłem go do góry ślepą tarczą, za którą tykały 
i tykały małe kółeczka, co nie umieją nic innego. Jezus chodził po Galilei, a Washington nie potrafił 
skłamać.  Ojciec  przywiózł  Jazonowi z Targów  w Saint Louis  mały bibelocik  do łańcuszka  od 
zegarka: była to miniaturowa lornetka operowa, w którą patrzyło się zmrużonym okiem i widziało 
wieżowiec, diabelskie koło jak pająk, wodospad Niagara na główce od szpilki. Tarczę przecinała 
czerwona smużka. Zobaczywszy ją poczułem pieczenie kciuka. Odłożyłem zegarek, poszedłem do 
pokoju Shreve'a, wziąłem jodynę i posmarowałem skaleczenie. Resztę szkła z oprawki wytarłem 
ręcznikiem.

Wyjąłem   dwa   komplety   bielizny,   skarpetki,   koszule,   krawaty   i   zapakowałem   mój   kuferek. 

Włożyłem do niego wszystko z wyjątkiem nowego i starego garnituru, dwóch par butów, dwóch 
kapeluszy i książek. Zaniosłem książki do bawialni i ustawiłem na stole te, które przywiozłem z 
domu, i tamte Ojciec mówił, że dawniej dżentelmena poznawano po jego książkach, dzisiaj po tych, 
których nie zwrócił 
zamknąłem kuferek i zaadresowałem. Wybił kwadrans. Słuchałem bez ruchu, aż 
dźwięk zamilkł.

Wykąpałem się i ogoliłem. Pod wodą palec zaczął trochę piec, więc znowu go zajodynowałem. 

Ubrałem się w nowy garnitur, wsadziłem do kieszonki zegarek, zapakowałem drugie ubranie i 
dodatki, brzytwę i szczotki do podręcznej torby, zawinąłem klucz od kufra w kawałek papieru, 
włożyłem do koperty i zaadresowałem do Ojca, napisałem dwa listy i zapieczętowałem.

Cień   nie   całkiem   jeszcze   przesunął   się   ze   stopni   wejściowych.   Zatrzymałem   się   w   drzwiach 

patrząc, jak się porusza. Przesuwał się nieomal dostrzegalnie, pełzał z powrotem na próg, zapędzał 
się   za   próg.  Tylko   że   kiedy   to   usłyszałem,   ona   już   biegła.   W   lustrze   biegła,   nim   jeszcze  
zorientowałem się, o co chodzi. Szybko, z trenem przerzuconym przez rękę, wybiegła z lustra niby 
obłok,   welon   jej   wirował   w   długich   lśnieniach,   biegła   na   obcasach   kruchych   i   prędkich,  
przytrzymując drugą ręką suknię na ramionach, wybiegła z lustra zapachy róże róże, głos, który 
tchnął ponad rajem. Potem przemknęła przez ganek, nie słyszałem stukotu jej obcasów, w poświatę  
księżyca jak obłok, spływający cień jej welonu sunął poprzez trawę, w to wycie. Biegła gubiąc  
suknię, przyciskając bukiet ślubny, pędziła w to wycie, gdzie T.P. w alkoholowym hejże lemoniadka 
a ryczący Benjy pod skrzynką. Ojciec miał srebrny pancerz w kształcie litery V na zdyszanej piersi

Shreve powiedział: — Słuchaj, nie byłeś... Co to, wesele czy stypa?
— Nie zdążyłem — odparłem.
— No pewno, skoro się tak stroiłeś. Co to za okazja? Chyba ci się nie zdaje, że dziś niedziela?
— Mam nadzieję, że mnie policja nie aresztuje za włożenie nowego ubrania.
— Miałem na myśli takich, co wolą kawiarnię od wykładów. Czy ty także jesteś za wielki, żeby 

chodzić na wykłady?

— Najpierw mam zamiar coś zjeść. — Cień zniknął ze stopni. Wyszedłem w światło i znowu 

znalazłem swój cień. Schodziłem po stopniach tuż przed nim. Wybiło pół godziny. Potem uderzenie 
zegara ucichło i zamarło.

Deacona nie było również i na poczcie. Ofrankowałem dwie koperty, wysłałem jedną do Ojca, a tę 

do Shreve'a wsadziłem do wewnętrznej kieszeni i wtedy przypomniałem sobie, gdzie widziałem 
Deacona po raz ostatni. Było to w Dniu Poległych, a on w mundurze kombatanta armii federalnej 
maszerował   pośród   defilujących.   Wystarczyło   stać   dostatecznie   długo   na   jakimś   rogu   ulicy,   a 

background image

można go było zobaczyć w każdym przechodzącym akurat pochodzie. Poprzednia parada odbywała 
się   w   dzień   urodzin   Kolumba   czy   Garibaldiego,   czy   kogoś   tam.   Szedł   w   grupie   Zamiataczy 
Ulicznych w kapeluszu jak rura od piecyka, niosąc włoską flagę na dwa cale i palił cygaro pośród 
tych   mioteł   i   szufli.  Ale   ta   ostatnia   była   na   cześć   kombatantów   armii   federalnej,   bo   Shreve 
powiedział:

— No masz. Popatrz tylko, co twój dziadzio zrobił temu biednemu staremu Murzynowi.
— Aha — odparłem. — Teraz może dzień w dzień maszerować na defiladach. Gdyby nie mój 

dziadek, musiałby pracować tak jak biali.

Nie mogłem go znaleźć. Ale nigdy nie widziałem pracującego Murzyna, którego można znaleźć, 

kiedy   jest   potrzebny,   a   co   dopiero   takiego,   co   to   nie   sieje   ani   orze.   Minął   mnie   samochód. 
Poszedłem na miasto, do Parkera, i zjadłem dobre śniadanie. Jedząc usłyszałem, jak zegar wybija 
godzinę. Ale myślę, że trzeba chyba co najmniej godziny, by zatracić czas, dłuższy niż historia 
włączająca się w jego mechaniczny pochód naprzód.

Po skończonym śniadaniu kupiłem cygaro. Sprzedawczyni powiedziała, że najlepsze jest to za 

pięćdziesiąt centów, więc je wziąłem, zapaliłem i wyszedłem na ulicę. Stałem tak, zaciągnąłem się 
kilka razy, potem z cygarem w ręku ruszyłem do rogu. Przechodziłem koło wystawy zegarmistrza, 
ale  zdążyłem  odwrócić  głowę.  Na rogu  złapało  mnie  dwóch  pucybutów,  każdy  za  jedną  rękę, 
piskliwych i ochrypłych jak kosy. Wręczyłem jednemu cygaro, a drugiemu pięć centów. Wtedy dali 
mi spokój. Ten z cygarem próbował je przehandlować temu drugiemu za pięć centów.

Wysoko, w słońcu, wisiał zegar, a ja myślałem o tym, że kiedy się nie chce czegoś zrobić, ciało 

usiłuje jednak przymusić podstępnie człowieka do zrobienia tego bez udziału świadomości. Czułem 
mięśnie   na   karku,   potem   usłyszałem   zegarek,   tykający   mi   w   kieszeni   sekundy,   a   po   chwili 
wyłączyły się wszystkie inne dźwięki pozostawiając tylko ten zegarek w kieszeni. Zawróciłem i 
poszedłem znów ulicą ku tej wystawie. Pracował przy stole tuż za nią. Łysiał już. W oku miał 
szkiełko — taka metalowa tuba wkręcona w twarz. Wszedłem.

Pomieszczenie było pełne tykania, niby świerszczy we wrześniowej trawie, słyszałem wielki zegar 

wiszący na ścianie nad jego głową. Podniósł twarz, oko miał wielkie, zamglone i bystre za tym 
szkłem. Wyjąłem zegarek i podałem.

— Stłuczony.
Obrócił go podrzutem dłoni. — Trudno zaprzeczyć. Musiał pan na niego nadepnąć.
— Tak, proszę pana. Zrzuciłem go z komody i nastąpiłem w ciemności. Ale on mimo to chodzi.
Podważył tylne wieczko, otworzył i zajrzał, przymrużywszy oko. — Wydaje się, że wszystko w 

porządku. Ale nie mogę być pewny, póki nie sprawdzę. Zabiorę się do tego po południu.

— Przyniosę go później — powiedziałem. — Chciałbym się, jeśli można, dowiedzieć, czy któryś z 

tych zegarów na wystawie dobrze chodzi?

Trzymając zegarek na dłoni podniósł na mnie swe zamglone bystre oko.
— Założyłem się z kolegą — wyjaśniłem. — I zapomniałem rano okularów.
— Ależ nic nie szkodzi — odparł. Położył zegarek, uniósł się ze swego stołka i spojrzał poprzez 

barierkę. Potem popatrzył na ścianę. — Jest dwadzie...

— Niech pan nie mówi — przerwałem. Proszę. Niech mi pan tylko powie, czy któryś z nich dobrze 

background image

chodzi.

Popatrzył na mnie znowu. Usiadł z powrotem na stołku i podsunął szkiełko na czoło. Pozostało 

czerwone kółko wokół oka i bez tego szkiełka twarz jego wydała się raptem naga. — Co to dzisiaj 
świętujecie? — spytał. — Przecież regaty są dopiero w przyszłym tygodniu, nie?

— Tak, proszę pana. To taka prywatna uroczystość. Urodziny. Czy któryś z nich dobrze chodzi?
— Nie, ale nie były jeszcze regulowane i nakręcane. Jeśli myśli pan o kupnie...
—   Nie,   proszę   pana,   nie   potrzebuję   zegarka.   Mamy  zegar   w   naszej   bawialni.   Oddam   ten   do 

reperacji, jak będę potrzebował. — Wyciągnąłem rękę.

— Lepiej niech go pan teraz zostawi.
— Przyniosę później. — Oddał mi zegarek. Włożyłem go do kieszonki. Nie słyszałem go teraz, 

poprzez tykanie wszystkich innych. — Jestem panu bardzo zobowiązany. Mam nadzieję, że nie 
zabrałem panu wiele czasu.

—   Nie   szkodzi.   Niech   pan   przyniesie,   kiedy   będzie   panu   wygodnie.   I   lepiej   odłóżcie   tę 

uroczystość, póki nie wygramy regat.

— Tak jest. Ja ją już chyba odłożyłem.
Wyszedłem, zamykając drzwi za tym tykaniem. Zajrzałem jeszcze przez wystawę. Spoglądał na 

mnie nad barierką. Na wystawie leżało kilkanaście zegarków, wskazujących kilkanaście różnych 
godzin, a każdy z tą samą apodyktyczną i przekorną pewnością siebie, jaką miał i mój, pozbawiony 
wskazówek. Przeczyły jeden drugiemu. Słyszałem mój, tykający dalej w wewnętrznej kieszonce, 
chociaż   nikt   nie   mógł   na   niego   patrzeć,   więcej,   choć   nie   byłby  w   stanie   nic   pokazać,   gdyby 
ktokolwiek mógł patrzeć.

Powiedziałem więc sobie, że go zabiorę. Bo Ojciec mówił, że zegary zabijają czas. Powiedział, że 

czas jest martwy tak długo, jak długo odlicza go tykanie małych kółek; dopiero kiedy zegar staje, 
czas   ożywa.  Wskazówki   były   rozwarte,   nie   całkiem   poziomo,   pod   dużym   kątem,   niby   mewa 
przechylająca się pod wiatr. Zawierały między sobą wszystko to, co napełniało mnie żalem, jak 
księżyc   na   nowiu   zawiera   w   sobie   wodę,   tak   mówią   Murzyni.   Zegarmistrz   znowu   pracował 
pochylony nad swoją ławą, lupę jak tunel wśrubowaną miał w twarz. Włosy rozdzielały mu się 
pośrodku. Rozdziałek prowadził do łysego miejsca podobnego do bagna wyschniętego w grudniu.

Zobaczyłem sklep z wyrobami żelaznymi po przeciwnej stronie ulicy. Nie wiedziałem, że kupuje 

się żelazka na funty.

Sprzedawca powiedział: — Te ważą dziesięć funtów. — Ale były większe, niż myślałem. Więc 

kupiłem dwa małe sześciofuntowe, bo będą wyglądały jak para zawiniętych w papier butów. Razem 
wzięte wydawały się dostatecznie ciężkie, ale znowu przypomniało mi się, jak to Ojciec powiedział 
o reductio ad absurdum ludzkiego doświadczenia i pomyślałem o tej jedynej chyba sposobności, 
jaka mi się nadarza, by wykorzystać Harvard. Może do przyszłego roku, to znaczy może potrzeba 
dwóch lat studiów, by się nauczyć, jak to porządnie zrobić.

Ale na dworze wydawały się dostatecznie ciężkie. Nadjechał tramwaj. Wsiadłem. Nie widziałem 

tabliczki na przodzie. Był pełen ludzi wyglądających na ogół dostatnio, czytających gazety. Jedyne 
wolne miejsce znalazłem koło Murzyna. Miał na głowie melonik, na nogach wypucowane buty, 
trzymał   zgaszony  niedopałek  cygara.  Zwykłem myśleć,  że  Południowiec  powinien  zawsze  być 

background image

wyczulony na obecność Czarnego. Sądziłem, że ci z Północy oczekują tego od Południowca i z 
początku,   kiedy  przyjechałem   na   wschodnie   wybrzeże,   powtarzałem   sobie   nieustannie:   Musisz 
wciąż pamiętać, żeby myśleć o nich jako o ludziach kolorowych, a nie jak o Czarnych, i gdyby nie 
to, że przypadkiem znalazłem się gdzieś tam, gdzie było ich tak niedużo, zmarnowałbym wiele 
czasu i wysiłku, zanimbym wreszcie stwierdził, że ludzi, wszystko jedno czy białych, czy czarnych, 
najlepiej brać takimi, za jakich sami się uważają, a potem dać im święty spokój. Bo właśnie wtedy 
zdałem sobie sprawę, że Czarny to nie tyle osoba, ile pewien sposób bycia; jakiś negatyw białych, 
wśród których żyje.

Z początku myślałem, że powinno mi brakować gromady Murzynów naokoło, bowiem sądziłem, 

że ci z Północy uważają, iż mi ich musi brakować, ale aż do owego ranka w Virginii nie zdawałem 
sobie sprawy, że naprawdę brakuje mi Roskusa i Dilsey, i tamtych. Pociąg stał, kiedy się obudziłem, 
podniosłem zasłonę i wyjrzałem przez okno. Nasz wagon blokował skrzyżowanie dróg, w miejscu 
gdzie dwa białe ogrodzenia spływały ze wzgórza, a potem rozbiegały się na dwie strony i w dół 
niby część rogów, a pośrodku stwardniałych kolein siedział Murzyn na mule czekając, aż pociąg 
ruszy. Nie wiem, jak długo już tam tkwił, ale siedział tak okrakiem na mule, z głową owiniętą 
kawałkiem koca, jakby obaj byli wrośnięci w to ogrodzenie i w tę drogę, czy nawet w to wzgórze, 
w ogóle wyrzeźbieni w tym wzgórzu, niby znak drogowy oznajmiający: „Wróciłeś do domu”. Nie 
miał siodła, a nogi dyndały mu niemal do ziemi. Muł wyglądał jak królik. Podniosłem okno.

— Hej, wuju! — zawołałem. — To tędy wypadła ci droga?
— Słucham, paniczu? — spojrzał na mnie, potem rozluźnił koc i zsunął go z ucha.
— Prezent na święta! — krzyknąłem.
— A idą, idą. Przyłapał mnie panicz, co?
— Tym razem udało ci się. — Wyciągnąłem spodnie z siatki i wyjąłem ćwierć dolara z kieszeni. — 

Ale następnym razem pilnuj się. Będę tędy wracał w dwa dni po Nowym Roku, a wtedy uważaj. — 
Rzuciłem mu ćwierćdolarówkę przez okno. — Kup sobie coś od świętego Mikołaja.

— Dobrze, paniczu. — Zsiadł, podniósł monetę i otarł ją o udo. — Dziękuję, paniczu, dziękuję.
Pociąg ruszał. Wychylając się przez okno w zimne powietrze patrzyłem za nim. Stał tam obok 

kościstego królikomuła, obaj wynędzniali, nieruchomi, wyzbyci niecierpliwości. Pociąg zatoczył 
łuk,   lokomotywa   dyszała   krótkimi   ciężkimi   sapnięciami   i   tak   oto   gładko   wypłynęli   z   kręgu 
widzenia,   w   owej   otoczce   wynędzniałej,   bezkresnej   cierpliwości,   stałej   pogody:   ta   mieszanina 
dziecinnej skwapliwej niekompetencji i paradoksalnej niezawodności, co jest opieką i ochroną tym, 
których   kocha   bez   żadnego   powodu   i   stale   okrada,   i   wykręca   się   od   odpowiedzialności   czy 
zobowiązań przy pomocy środków zbyt oczywistych, by to nazwać wybiegiem, a przyłapanie na 
kradzieży czy wykręcie przyjmuje z tym szczerym i spontanicznym podziwem dla zwycięzcy, jaki 
dżentelmen czuje wobec każdego, kto go zwyciężył w uczciwej walce, a równocześnie z tą czułą i 
nie   słabnącą   tolerancją   dla   dziwactw   białych   ludzi,   jaką   ma   dziadek   dla   nieznośnych, 
nieodpowiedzialnych dzieci, o czym ja zapomniałem. I przez cały ten dzień, kiedy pociąg snuł się 
poprzez rozdziawione przełęcze czy wzdłuż krawędzi skalnych, gdzie ruch był tylko pracowitym 
dźwiękiem wycieńczonych i jęczących kół, a wieczne góry wtapiały się w gęste niebo, myślałem o 
domu, o pustej stacji i o błocie, i o Czarnych, i o ludziach ze wsi poruszających się wolno ciżbą na 
skwerze,   o   tych   sztucznych   małpkach   i   wagonikach,   i   cukierkach   w   torebkach   i   sterczących 

background image

pałeczkach sztucznych ogni i wszystko mi się w brzuchu przewracało, jak kiedyś w szkole, kiedy 
dzwonił dzwonek.

Nie   zaczynałem   liczyć,   dopóki   zegar   nie   wybił   trzeciej.   Potem   zaczynałem,   licząc   do 

sześćdziesięciu, zaginając po jednym palcu i myśląc o tych pozostałych czternastu palcach, które 
czekają,   żeby   je   zagiąć,   potem   trzynastu   czy   dwunastu,   czy   ośmiu,   czy   siedmiu,   by  wreszcie 
zupełnie nagle zdać sobie sprawę z ciszy i napiętych myśli i wtedy mówiłem: — Słucham panią? — 
Masz na imię Quentin, prawda? — pytała panna Laura. Potem dalej cisza i okrutne, napięte myśli i 
ręce wyrywające się w to milczenie. — Henry, powiedz Quentinowi, kto odkrył rzekę Missisippi? 
—   De   Soto.   —   Potem   myśli   odstępowały   i   po   chwili   już   bałem   się,   że   zostałem   w   tyle,   i 
zaczynałem   liczyć   szybko   i   zginać   następny   palec,   potem   bałem   się,   że   za   prędko   liczę,   i 
zwalniałem, potem znowu zaczynałem się bać i znowu liczyłem szybko. No i tak nigdy mi się nie 
udało skończyć równo z dzwonkiem i wzbierającym tupotem wyzwolonych nóg, które już pędziły, 
już   czuły  ziemię   pod   podłogą   i   dzień   niby  szyba   pod   lekkim   ostrym   uderzeniem   i   wszystkie 
wnętrzności przewracały się we mnie, choć siedziałem bez ruchu. Przewracały się, choć siedziałem 
bez ruchu. Przez chwilę stała w drzwiach. Benjy. Ryczał. Benjamin, dziecię mego starczego wieku, 
ryczący. Caddy! Caddy!

Ja stąd ucieknę. Zaczął płakać, podeszła i dotknęła go. Cicho. Nie ucieknę. Cicho. Ucichł. Dilsey.
On jak chce, wyczuwa węchem wszystko, co do niego mówisz. Nie potrzebuje słuchać ani gadać.
Czy może wyczuć węchem to nowe imię, jakie mu dali? Czy może węchem wyczuć nieszczęście?
A po co by miał sobie o to głowę łamać? Szczęście czy nieszczęście jemu to jedno.
Po co więc zmieniali mu imię, jeśli nie starają się przez to przynieść mu szczęścia?
Tramwaj zatrzymał się, ruszył, znowu stanął. Z góry przez okno spoglądałem na płynące czubki 

ludzkich głów w nowych kapeluszach ze słomki jeszcze nie spłowiałej. Teraz tramwaj zapełniły 
kobiety   z   koszykami   na   zakupy,   mężczyzn   w   roboczych   ubraniach   było   więcej   niż   tych   w 
kołnierzykach i wypucowanych butach.

Czarny dotknął mego kolana. — Przepraszam — powiedział. Przesunąłem nogi na zewnątrz i 

dałem mu przejść. Jechaliśmy wzdłuż muru, klekotliwe dźwięki wdzierały się do wnętrza wozu, 
napierały   na   kobiety,   z   koszykami   na   kolanach,   na   mężczyznę   w   poplamionym   kapeluszu   z 
wstążką, za którą zatknięta była fajka. Czułem zapach rzeki, a w wyrwie muru zobaczyłem błysk 
wody i  dwa  maszty,  i mewę  wiszącą nieruchomo w  powietrzu  jakby na  niewidocznym  drucie 
rozpiętym między masztami i uniosłem dłoń, i przez marynarkę dotknąłem listów. Gdy tramwaj 
stanął, wysiadłem.

Most   podniesiono,   by   przepuścić   szkuner.   Szedł   na   holu,   szturchany   z   boku   przez   dymiący 

holownik,   lecz   sprawiał   wrażenie   statku,   który   płynie   sam,   nie   poruszany   żadną   siłą.   Jakiś 
mężczyzna nagi do pasa zwijał linę na przodzie forkasztelu. Ciało miał spalone na kolor liścia 
tytoniowego. Inny mężczyzna w kapeluszu bez ronda stał przy sterze. Szkuner sunął pod mostem ze 
zwiniętymi żaglami niby duch w biały dzień, a trzy mewy wisiały nad rufą jak zabawki rozpięte na 
niewidocznych drutach.

Kiedy   most   opuszczono,   przeszedłem   na   drugą   stronę   i   pochyliłem   się   poprzez   barierkę   nad 

przystanią wioślarską. Pomost był pusty i drzwi poszczególnych szop na łodzie zamknięte. Załogi 
wypływały teraz późnym popołudniem, przedtem wypoczywały. Cień mostu, pręty bariery, mój 

background image

cień kładący się płasko na wodę, tak łatwo udało mi się go oszukać, cień, co nie chciał mnie 
opuścić. Było tam co najmniej pięćdziesiąt stóp i gdybym tylko miał coś, czym by go można wkleić 
w   wodę,   przytrzymać   pod   nią,   ażeby   się   utopił,   ten   cień   paczki   przypominającej   parę   butów 
zawiniętych   w   papier,   leżący   na   wodzie.   Czarni   powiadają,   że   topielcowi   przez   cały   czas 
przypatruje się z wody jego cień. Iskrzyła się i polśniewała niby oddech i pomost też jak oddech 
powolny, zwietrzeliny na wpół zanurzone, szukające oczyszczenia tam, w morzu, w jaskiniach i 
grotach morza. Woda wyparta jest równa czemuś tam czegoś. Reductio ad absurdum wszelkiego 
ludzkiego doświadczenia i dwa sześciofuntowe żelazka ważą więcej niż żelazko krawieckie. Cóż za 
grzeszne marnotrawstwo, powiedziałaby Dilsey. Benjy wiedział wtedy, że Babunia umarła. Płakał. 
Czuł to węchem. Czuł to węchem.

Holownik wracał z prądem, woda na powierzchni toczyła się w dwóch długich walcach, wreszcie 

pomost zakolebał się echem przepływu, wkołysał z mlaśnięciem na toczący się walec, rozległ się 
przeciągły skrzyp, drzwi się rozsunęły i zobaczyłem dwóch mężczyzn niosących jedynkę. Zsunęli 
ją na wodę, a po chwili wyszedł na pomost Bland z wiosłami. Miał na sobie ubranie z wełnianej 
flaneli i wysoki sztywny kapelusz słomkowy. Albo on, albo jego matka musieli gdzieś wyczytać, że 
studenci   z   Oxfordu   wiosłują   we   flanelowych   ubraniach   i   sztywnych   kapeluszach,   toteż   w 
początkach   marca   kupili   Geraldowi   jedynkę,   a   on   w   swoich   flanelach   i   sztywnym   kapeluszu 
wypłynął   na   wodę.   Ludzie   w   szopach   na   łodzie   grozili,   że   poślą   po   policję,   ale   mimo   to   on 
wypłynął. Jego matka zjechała wynajętym samochodem, okutana futrami niby badacz arktyki i 
żegnała go na wietrze o szybkości dwudziestu pięciu mil i przy nieustającym posuwaniu się kry 
lodowej przypominającej stado brudnych owiec. Od tego czasu wierzyłem, że Pan Bóg musi być 
nie   tylko   dżentelmenem   i   rasowym   graczem,   lecz   również   kentuckeńczykiem.   Kiedy   Gerald 
popłynął, ona zawróciła i jechała w dół rzeki, równolegle z nim, na niskim biegu. Podobno trudno 
byłoby przypuścić, iż się w ogóle znają, niby król i królowa nawet nie patrzyli na siebie, po prostu 
sunęli obok siebie poprzez Massachusetts po równoległych szlakach niby dwie planety.

Wsiadł i odbił. Wiosłował już wcale dobrze. Cóż dziwnego. Powiadają, że jego matka próbowała 

mu wyperswadować to wiosłowanie, chciała, żeby robił coś innego, coś, czego reszta jego kolegów 
nie potrafiłaby czy nie mogłaby robić, ale tym razem okazał upór. Jeśli można nazwać uporem tą 
jego pozę książęcego znudzenia, jasne wijące się włosy, fiołkowe oczy, te rzęsy i te garnitury z 
Nowego Jorku, podczas gdy jego mama opowiadała nam o koniach Geralda, kobietach Geralda i 
Murzynach   Geralda.   Ci   mężowie   i   ojcowie   w   Kentucky   musieli   się   strasznie   cieszyć,   kiedy 
wywiozła Geralda do Cambridge. Miała własny apartament w mieście, Gerald miał swój również, 
oprócz   pokoi   na   terenie   uniwersytetu.   Pochwalała   to,   że   Gerald   ze   mną   obcuje,   ponieważ   ja 
przynajmniej dałem kulawy dowód poczucia noblesse oblige, a to przez fakt, że pozwoliłem się 
urodzić na południe od stanu Pensylwania, oraz z kilkoma innymi, których geografia urodzenia 
odpowiadała wymaganiom (minimalnym). A w każdym razie wybaczała lub darowała. Ale odkąd 
spotkała Spoade'a wychodzącego z kaplicy On powiedział, że to nie może być dama, żadna dama 
nie znajduje się na ulicy o tak późnej porze nigdy nie mogła mu wybaczyć tych jego pięciu imion, 
między   którymi   było   nazwisko   pewnego   angielskiego   książęcego   rodu.   Jestem   pewien,   że 
pocieszała się myślą, iż jakiś niewydarzony Maingault czy Mortemar wpadł z córką dozorcy. Co 
wcale nie było wykluczone, czy to wymyśliła, czy nie. Spoade był mistrzem świata w nawiewaniu z 
wykładów, wszystkie chwyty dozwolone, oszustwa bez ograniczeń.

background image

Jedynka była teraz już punktem, wiosła chwytały słońce w rytmicznych błyskach, jakby kadłub 

mrugał sobie podczas jazdy.  Czy miałeś siostrę? Nie, ale wszystkie one to dziwki. Przez chwilę 
stała. Dziwki. Nie dziwka przez  chwilę stała w drzwiach  
Dalton Ames. Dalton Ames. Koszule 
Daltona.   Zawsze   myślałem,   że   to   koszule   khaki,   takie   mundurowe   koszule,   dopiero   potem 
zobaczyłem, że są z ciężkiego chińskiego jedwabiu czy najcieńszej wełny, bo na ich tle jego twarz 
wydawała się taka opalona, oczy takie niebieskie. Dalton Ames. To brzmi niemal jak dżentelmen, 
ale nie całkiem. Makieta teatralna. Tylko papier–mâché, dotknij. Och, azbest. Do spiżu mu czegoś 
brak. Ale nie chce widywać się z nim w domu.

Caddy jest i kobietą, pamiętaj. Musi robić pewne rzeczy również z powodu swej kobiecości.
Czemu go nie przyprowadzisz do domu, Caddy? Czemu musisz się zachowywać jak Murzynka,  

gdzieś   na   pastwisku   w   przydrożnym   rowie   w   ciemnych   lasach   rozgrzana   ukryta   rozszalała   w  
ciemnych lasach.

I   potem   zdałem   sobie   sprawę,   że   od   pewnego   czasu   słyszę   mój   zegarek   i   poczułem   listy, 

szeleszczące   mi   poprzez   marynarkę,   gniecione   o   barierę   mostu,   i   pochyliłem  się   przez   poręcz 
patrząc na mój cień, jak to ja go oszukałem. Posunąłem się wzdłuż bariery, ubranie miałem również 
ciemne, mogłem zatrzeć ręce, patrząc na mój cień, jak to ja go oszukałem. Wprowadziłem go w 
cień nabrzeża. Potem ruszyłem na wschód.

Harvard mój chłopiec z Harvardu Harvald harvard. Ten pryszczaty dzieciak, którego spotkała na 

pikniku   pod   kolorowymi   wstęgami.   Czaił   się   za   płotem,   próbował   ją   wywabić   na   zewnątrz 
gwizdem jak szczeniaka. Nie mogli go uprosić, żeby wszedł do jadalni, matka wierzyła, że on 
posiadł jakiś czar, który rzuci na Caddy, jak tylko zostanie z nią sam na sam. Ale przecież każdy 
łobuz  On leżał koło skrzyni pod oknem rycząc  który potrafi prowadzić samochód z kwiatkiem w 
butonierce. Harvard, Quentin, to jest Herbert. Mój chłopiec z Harvardu. Herbert będzie ci starszym  
bratem, obiecał już Jazonowi posadę w banku.

Zdrowy,   celuloidowy   niby   komiwojażer.   Gęba   pełna   białych   zębów,   ale   nie   uśmiechnięta. 

Słyszałem już tam o nim. Same zęby, ale bez uśmiechu. Chcesz prowadzić?

Wsiadaj, Quentin.
Chcesz prowadzić.
To jej samochód nie jesteś dumny ze swojej małej siostrzyczki która jest właścicielką pierwszego  

samochodu w mieście Herbert prezent od niego. Luis daje jej lekcje co dzień rano nie dostałeś  
mojego listu 
Pan Jazon Richmond Compson z małżonką mają zaszczyt zawiadomić o ślubie swojej 
córki Candace z panem Sydneyem Herbertem Head, który odbył się dwudziestego piątego kwietnia 
tysiąc dziewięćset dziesiątego roku w Jefferson w stanie Missisippi. Adres domowy od pierwszego 
sierpnia numer jakiś tam przy jakiejś tam Avenue South Bend w stanie Indiana. Nie masz zamiaru 
nawet go otworzyć, zapytał Shreve.  Trzy dni. Razy. Pan Jazon Richmond Compson  z  małżonką 
Młody Lochinvar opuścił Zachód nieco za wcześnie, nieprawda?

Pochodzę z Południa. Dowcipniś z ciebie, co?
Och, prawda, wiedziałem, że to gdzieś na prowincji.
Dowcipniś z ciebie, co? Powinieneś był wstąpić do cyrku.
Wstąpiłem.   Popsułem   sobie   oczy,   bo   podlewałem   pchły   słoniom.  Trzy   razy.   Te  wiejskie 

background image

dziewczyny. Nie można się nimi nawet chwalić, co? No cóż, tak czy inaczej Byron nigdy nie miał, 
czego   chciał,   dzięki   Bogu.  Ale   nie   bić   człowieka  w  okularach.  Nie   masz   zamiaru   nawet   go 
otworzyć? Leżał na stole w obu rogach płonęły świece na kopercie przewiązanej ubrudzoną różową 
podwiązką dwa sztuczne kwiatki. Nie bić człowieka w okularach.

Ludzie na prowincji biedacy nigdy w życiu nie oglądali jeszcze automobilu ilu ich jest zatrąb 

Candace żeby Nie chciała spojrzeć na mnie zeszli z drogi nie chciała spojrzeć na mnie ojciec nie 
byłby zadowolony gdybyś kogoś potrąciła twój ojciec powiadam będzie po prostu musiał teraz 
kupić automobil niemal żałuję żeś go tu sprowadził Herbercie to była dla mnie wielka przyjemność 
oczywiście mamy powóz ale tak często kiedy chcę wyjechać okazuje się że mój mąż wysłał już 
Murzynów do innej roboty która jest zbyt ważna żeby ich odrywać on twierdzi że Roskus jest do 
mojej dyspozycji przez cały czas ale ja wiem co to znaczy wiem jak często ludzie coś obiecują po to 
tylko żeby uspokoić własne sumienie czy ty będziesz tak samo traktował moją małą dziewuszkę 
Herbercie   ale   przecież  wiem  że  nie   Herbert  nas  wszystkich  strasznie  rozpuścił  czy  ci  pisałam 
Quentin że on ma zamiar wziąć Jazona do banku kiedy Jazon skończy szkoły z Jazona będzie 
świetny bankier to jedyne z moich dzieci obdarzone zmysłem praktycznym to moja zasługa wdał 
się w moją rodzinę pozostali to wszystko Compsonowie Jazon zdobywał mąkę. Lepili latawce na  
kuchennym ganku i sprzedawali je po pięć centów, on i ten syn Pattersonów. Jazon trzymał kasę.

W tym tramwaju nie było Murzyna, kapelusze z surowej słomki przepływały pod oknem. Idzie do 

Harvardu. Sprzedaliśmy pastwisko Benjy'ego  Leżał na ziemi pod oknem i ryczał. Sprzedaliśmy 
pastwisko Benjy'ego, żeby Quentin mógł iść na Harvard. 
Będzie ci bratem. Twój braciszek.

Powinieneś mieć samochód to naprawdę niesłychanie wygodne nie sądzisz Quentin mówię mu z 

miejsca Quentin widzi pani tyle o nim słyszałem od Candace.

Czemu miałbyś mówić inaczej chciałabym żeby moi chłopcy byli czymś więcej niż przyjaciółmi 

tak Candace i Quentin czymś więcej niż przyjaciółmi  Ojcze popełniłem  jaka szkoda że nie masz 
siostry ani brata Nie ma siostry nie ma siostry nie ma siostry Nie pytaj Quentina on i mój mąż czują 
się trochę urażeni kiedy ja zbiorę dość sił żeby zejść na dół do stołu teraz trzymają mnie nerwy 
zapłacę za to później jak będzie po wszystkim jak już mi zabierzesz moją małą córeczkę Moja mała 
siostrzyczka nie miała. Gdybym potrafił powiedzieć Mamo. Mamo

Chyba żebym zrobił to na co mam wielką ochotę i zabrał zamiast tego panią nie przypuszczam 

żeby pan Compson zdołał dogonić samochód.

Ach   Herbercie   Candace   czy   słyszysz  Nie   chciała   na   mnie   spojrzeć   miękka   uparta   szczęka  

zaciśnięta   nie   odwracała   głowy  Nie   masz   o   co   być   zazdrosna,   on   prawi   komplementy   starej 
kobiecie dorosła zamężna córka nie mogę w to uwierzyć.

Nonsens wygląda pani jak dziewczyna jest pani o wiele młodsza od Candace policzki o panieńskim 

rumieńcu Twarz pełna wyrzutów łzawa zapach kamfory łez nieustanny cichy płacz za szarzejącymi 
drzwiami zmierzchający zapach kapryfolium. Znoszenie ze strychu pustych kufrów po schodach  
dźwięczały jak trumny Francuska Lizawka. Nie znalazł śmierci przy solnej lizawce

W  kapeluszach   bez   barwy  i   bez   kapeluszy.   Za   trzy   lata   nie   będę   mógł   nosić   kapelusza.   Nie 

mógłbym. Byłem. Więc czy będą kapelusze, jeśli ja nie będę i nie będzie Harvardu. Gdzie, jak 
mówił Ojciec, najlepsza myśl czepia się tak, jak obumarłe gałęzie bluszczu czepiają się starych 
obumarłych   cegieł.   Wtedy   nie   będzie   Harvardu.   Nie   dla   mnie,   w   każdym   razie.   Jeszcze   raz. 

background image

Smutniej niż byłem. Jeszcze raz. Najsmutniej z wszystkiego. Jeszcze raz.

Spoade miał na sobie koszulę: więc to tak musi być. Kiedy znów przy odrobinie nieuwagi zobaczę 

swój   cień,   ten,   który   podstępem   wepchnąłem   do   wody,   zacznę   znowu   kroczyć   po   moim 
nieprzeniknionym   cieniu.   Ale   żadnej   tam   siostry.   Nie   zrobiłabym   tego.  Nie   pozwolę   żeby 
szpiegowano moją córkę. 
Nie zrobiłabym.

Jakże ja mogę utrzymywać ich w ryzach kiedy wciąż im wpajasz brak szacunku dla mnie i moich 

życzeń wiem że patrzysz z góry na moją rodzinę ale czy to jest powód żeby uczyć moje dzieci moje  
własne   dzieci   dla   których   tyle   cierpiałam   braku   szacunku  
Wdeptywałem   kości   mojego   cienia 
twardymi obcasami w bruk i wtedy usłyszałem mój zegarek i dotknąłem listów przez marynarkę.

Nie pozwolę żeby szpiegowano moją córkę żeby ją ktokolwiek szpiegował czy ty czy Quentin czy  

kto inny bez względu na to co ona twoim zdaniem mogła zrobić

Przynajmniej zgadzasz się że jest powód dla którego należy jej pilnować
Nie zrobiłabym Nie zrobiłabym. Wiem że nie zrobiłabyś nie chciałem mówić tak ostro ale kobiety 

nie mają dla siebie nawzajem szacunku nie mają szacunku dla samych siebie

Ale czemu ona Zegar zaczął bić, kiedy nastąpiłem na cień, ale to był tylko kwadrans. Nigdzie ani 

śladu Deacona. myślała, że ja bym to zrobił mógłbym zrobić

Jej nie o to chodziło tak właśnie kobiety załatwiają takie sprawy to dlatego że ona kocha Caddy
Latarnie uliczne zstąpią ze wzgórza potem wstąpią ku miastu 
Szedłem po brzuchu mojego cienia. 

Mogłem wystawić poza niego rękę.  czując Ojca za mną za chrapliwą ciemnością lata i sierpnia  
latarnie uliczne 
Ojciec i ja osłaniamy kobiety jedną przed drugą przed nimi samymi nasze kobiety 
Kobiety już takie są one nie zdobywają tej wiedzy o ludziach której my szukamy one się po prostu  
rodzą podatne na wszelką podejrzliwość co sprawia że rezultaty są na ogół takie, jak należy, kobiety 
mają zdolność przyciągania zła uzupełniania wszystkiego czego mu braknie wleczenia go za sobą 
instynktownie tak jak wleczesz za sobą pościel we śnie użyźniając umysł pod jego siew aż zło spełni  
swój cel czy on istniał czy nie 
Zbliżał się pośród kilku pierwszoroczniaków. Jeszcze nie otrząsnął się 
po paradzie, bowiem zasalutował mi wyniośle w oficerski sposób.

— Chciałbym z tobą chwilę pomówić — powiedziałem stając.
— Ze mną? Doskonale. Do zobaczenia, chłopcy — zatrzymał się i zawrócił. — Miło mi było 

pogadać z wami. — Cały Deacon, wypisz, wymaluj. Ludzie mówią o urodzonych psychologach. 
Podobno od czterdziestu lat nie spóźnił się ani na jeden pociąg na początku roku akademickiego i 
na pierwszy rzut oka potrafi rozpoznać Południowca. Nigdy się nie omylił, a byle usłyszał, jak 
mówisz, potrafił ci powiedzieć, z jakiego jesteś stanu. Miał specjalny strój, w którym wychodził na 
pociągi, jakieś takie odzienie w stylu „Chaty Wuja Toma”, nawet łaty jak należy.

— Tak, proszę pana. Tędy, paniczu, tą drogą — biorąc twoje bagaże. — Hej, chłopcze, chodź no 

tutaj i weź te walizki. — Obok wyrastała wielka ruchoma góra pecołków, spod której wyglądał 
biały chłopiec mniej więcej piętnastoletni, a Deacon władowywał w jakiś sposób na niego jeszcze 
jedną walizę i odpędzał go. — Pilnuj, żebyś nie upuścił. Tak, paniczu, proszę tylko dać staremu 
Murzynowi numer swego pokoju, a wszystko będzie załatwione i na miejscu, jak panicz przyjdzie.

Od tego momentu do chwili, kiedy cię całkowicie uzależnił od siebie, wciąż zaglądał do twojego 

pokoju, wszędobylski i gadatliwy, stopniowo jednak zaczynał nabierać manier Północy, a jego ubiór 

background image

się poprawiał, później, kiedy cię wyssał tak, żeś się wreszcie nauczył rozumu, zwracał się już do 
ciebie po imieniu, aż wreszcie zjawiał się już w wyrzuconym przez kogoś ubraniu z firmy Brooks i 
kapeluszu z wstążką jakiegoś, zapomniałem już jakiego, klubu Princeton, którą ktoś mu podarował, 
a co do której on żywił miłe i niewzruszone przekonanie, iż stanowiła część szarfy mundurowej 
Abrahama   Lincolna.   Przed   laty,   kiedy   tu   skądś   tam   przyjechał,   ktoś   puścił   dowcip,   że   jest 

absolwentem szkoły teologicznej. A kiedy Deacon4) zrozumiał, co to znaczy, tak mu to przypadło 
do gustu, że sam zaczął kolportować tę wiadomość, aż wreszcie chyba nawet w nią uwierzył. Tak 
czy inaczej opowiadał długie i nudne anegdoty o swych studenckich latach, wspominał poufale 
zmarłych   profesorów   mówiąc   o   każdym   po   imieniu,   przy  czym   zwykle   się   mylił.   Był   jednak 
przewodnikiem, mentorem i przyjacielem niezliczonej liczby niewinnych i samotnych studentów 
pierwszego   roku   i   sądzę,   że   przy   całej   swej   taniej   mędrkowatości   i   hipokryzji   nie   bardziej 
śmierdział Niebiosom niż inni.

— Nie widziałem cię od kilku dni — powiedział spoglądając na mnie wciąż jeszcze z wyżyn 

kombatanckich. — Byłeś chory?

— Nie, całkiem zdrów. Chyba pracowałem. Ale ja cię widziałem.
— Naprawdę?
— Na paradzie, onegdaj.
— Aha. Tak, poszedłem za nimi. Nic mnie takie rzeczy nie obchodzą, rozumiesz, ale chłopcy, 

koledzy, lubią mnie mieć wśród siebie. Damy chcą, żeby się pokazali wszyscy starzy weterani, 
rozumiesz. No więc ustępuję, jak proszą.

— I na tej uroczystości makaroniarzy tak samo — powiedziałem. — Pewno robiłeś to, o co cię 

prosiło Towarzystwo Chrześcijanek Antyalkoholiczek, co?

— Wtedy? Wtedy to robiłem dla mojego zięcia. On chce dostać pracę w magistracie. Jako uliczny 

zamiatacz. Powiadam, że potrzebna mu tylko miotła, będzie na niej spał. Widziałeś mnie, co?

— O, tak. Za jednym i za drugim razem.
— Ale wtedy, w mundurze. Jak wyglądałem?
— Wyglądałeś wspaniale. Lepiej od wszystkich. Powinni cię zrobić generałem, Deacon.
Dotknął mojego ramienia, leciutko, dłonią spracowaną, delikatną murzyńską dłonią. — Słuchaj. To 

nie do powtarzania. Mówię to tobie, bo ty i ja to ludzie jednego gatunku. — Pochylił się nieco ku 
mnie szepcząc gwałtownie, oczy miał odwrócone. — Trzymam w ręku różne sznurki, co daleko 
prowadzą. Zaczekaj do przyszłego roku. Tylko zaczekaj. Wtedy zobaczysz, dokąd to ja idę. Nie 
potrzebuję ci mówić, jak to wszystko zorganizuję: powiadam, zaczekaj tylko, a zobaczysz, mój 
chłopcze. — Popatrzył na mnie, poklepał lekko po ramieniu i zakołysał się na obcasach, kiwając 
głową.   —  Tak,   mój   panie.   Nie   bez   powodu   zostałem   trzy  lata   temu   demokratą.   Mój   zięć   — 
pracownik   magistracki;   ja... Tak,   mój   panie.   Jeśli   przyłączenie   się   do  demokratów   zmusi   tego 
sukinsyna  do pracy... A co do mnie... Stań sobie  tylko o tam, na tym  rogu od dziś  za  rok, a 
zobaczysz.

— Mam nadzieję. Zasługujesz na to, Deacon. A kiedy o tym mowa... — wyjąłem list z kieszeni. — 

Zanieś   to   jutro   do   mojego   pokoju   i   oddaj   Shreve'owi.   On   ci   za   to   coś   da.  Ale   pamiętaj,   nie 
wcześniej niż jutro.

background image

Wziął list i obejrzał. — Zapieczętowany.
— Tak. I w środku zapisany. Nieważny przed jutrem.
— Hmm. — Patrzył na kopertę wydawszy wargi. — Coś mi da, powiadasz?
— Tak. Prezent, który ci przygotowałem.
Spoglądał teraz na mnie, a koperta bielała w jego czarnej dłoni, w słońcu. Oczy jego były miękkie, 

bez źrenicy, brązowe i nagle zobaczyłem Roskusa patrzącego na mnie spoza tej całej jego białej 
gadaniny o uniformach, polityce i manierach harvardzkich — uniżonego, dyskretnego, niemego i 
smutnego. — Nie strugasz wariata ze starego Murzyna, co?

— Wiesz, że nie. Czy jakikolwiek Południowiec strugał z ciebie kiedyś wariata?
— Masz rację. To morowi ludzie. Tylko nie można z nimi żyć.
— Próbowałeś kiedy? — zapytałem. Ale Roskus już zniknął. Deacon był znowu tym, czym od 

dawna nauczył się być w oczach świata — pompatyczny, nieautentyczny, trochę prostacki.

— Przychylę się do twojego życzenia, chłopcze.
— Nie wcześniej niż jutro, pamiętaj.
— Oczywiście — powiedział. — Zrozumiane, chłopcze. No...
—   Mam   nadzieję...   —   powiedziałem.   Popatrzył   na   mnie   z   góry,   łaskawy,   godny.   Nagle 

wyciągnąłem do niego rękę i uścisnęliśmy sobie dłonie, on poważnie z pompatycznych wysokości 
swych   magistrackich   i   wojskowych   marzeń.   —   Porządny   z   ciebie   człowiek,   Deacon.   Mam 
nadzieję... Pomogłeś wielu młodym ludziom.

—   Starałem   się   zawsze   traktować   wszystkich   jednakowo   —   oświadczył.   —   Żadnych 

małostkowych rozróżnień społecznych. Człowiek to dla mnie człowiek wszędzie, gdzie go znajdę.

— Mam nadzieję, że zawsze będziesz znajdował tylu przyjaciół, ilu sobie dotąd potrafiłeś zdobyć.
— Młodzi. Umiem ich zrozumieć. Oni mnie też nie zapominają — powiedział machając kopertą. 

Włożył ją do wewnętrznej kieszeni i zapiął marynarkę. — Tak, mój panie — powiedział. — Mam 
dobrych przyjaciół.

Zegar zaczął bić znowu, wybił pół godziny. Stałem na brzuchu mojego cienia i słuchałem uderzeń 

miarowych   w  słońcu   i  spokojnych,  pośród  delikatnych,   drobniutkich   jeszcze  liści.   Miarowych, 
spokojnych   i   uroczystych   o   takim   jesiennym   charakterze,   jaki   zawsze   mają   dzwony   nawet   w 
miesiącu oblubienic. Leżał na ziemi pod oknem i ryczał Spojrzał na nią tylko raz i już wiedział. Z 
ust niewiniątek. Lampy uliczne Dzwony ucichły. Wróciłem do urzędu pocztowego wdeptując mój 
cień w chodnik. zstąpią ze wzgórza potem wstąpią ku miastu jak lampy zawieszone jedna nad drugą  
na ścianie. 
Ojciec powiedział, że to dlatego, że ona kocha Caddy, kocha ludzi przez ich słabostki. 
Wuj Maury rozkraczywszy nogi przed kominkiem musi wyswobodzić jedną rękę i sięgnąć, by 
wypić  z okazji Bożego Narodzenia. Jazon biegł, ręce trzymał  w kieszeniach, upadł i leżał tak 
niczym kurczę przygotowane do pieczenia, póki go Versh nie postawił. Czego trzymasz te ręce w 
kieszeniach kiedy biegniesz jakbyś nie trzymał to mógłbyś 
się podnieść Kręcił głową w kołysce, aż 
ją całkiem z tyłu spłaszczył od tego kręcenia. Caddy powiedziała Jazonowi, że Versh mówił, że Wuj 
Maury dlatego nie pracuje, bo kręcił głową w kołysce, kiedy był całkiem mały.

Chodnikiem  zbliżał  się  Shreve  powłócząc  nogami,  poważnogruby,  okulary błyszczały  mu   pod 

ruchliwymi liśćmi niby małe kałuże.

background image

— Dałem Deaconowi listę różnych rzeczy do załatwienia. Może nie będę w domu po południu, 

więc zostaw go dzisiaj w spokoju, dobrze?

—   Dobrze   —   popatrzył   na   mnie.   —   Słuchaj,   a   właściwie   co   ty   dzisiaj   robisz?   Wystrojony 

włóczysz się bez celu, czy to prolog do samopalenia wdowy? Byłeś dziś rano na psychologii?

— Nic nie robię. Zostaw go w spokoju do jutra.
— A co. tu masz?
— Nic. Buty, które dałem do podzelowania. Zostaw go dzisiaj w spokoju, słyszysz?
— Oczywiście. Dobrze. Och, żebym nie zapomniał, czy zabrałeś rano list ze stołu?
— Nie.
— To leży tam. Od Semiramidy. Szofer przywiózł go rano przed dziesiątą.
— Dobra. Wezmę go. Czego ona znowu chce?
— Jeszcze jeden koncert symfoniczny, przypuszczam. Tra ta ta Gerald pa. „Troszeczkę mocniej w 

ten bęben, Quentin”. Boże, co za szczęście, że nie jestem dżentelmenem. — Poszedł dalej, tuląc 
książkę, trochę bezkształtny, zawzięto gruby.  Lampy uliczne  czy tak sądzisz dlatego że mieliśmy 
wśród przodków jednego gubernatora i trzech generałów a matka nie

każdy żywy człowiek jest lepszy od umarłego człowieka ale żaden żywy czy umarły nie jest wiele 

lepszy   od   jakiegokolwiek   innego   żywego   czy   umarłego  Stało   się   jednak   w   umyśle   Matki.  
Skończone. Skończone. Wszyscy zostaliśmy zatruci  
ty mylisz grzech i moralność kobiety tego nie 
robią twojej matce chodzi o moralność czy to jest grzech czy nie o tym w ogóle nie myślała

Jazon ja muszę odejść ty zatrzymaj resztę ja zabiorę Jazona i pojadę tam gdzie nikt nas nie zna 

żeby miał jakąś szansę żeby mógł wyrosnąć i zapomnieć o tym wszystkim tamci mnie nie kochają 
nigdy niczego nie kochali to przez wrodzone Compsonom samolubstwo i fałszywą dumę Jazon był 
jedynym ku któremu moje serce wychodziło bez lęku

bzdura   Jazonowi  nic   nie   brak  myślałem  sobie   że   jak  tylko   będziesz   się   lepiej   czuła   to   może 

pojechałabyś z Caddy do Francuskiej Lizawki

i zostawić tu Jazona tylko z tobą i Murzynami
ona wtedy o nim zapomni całe to gadanie ucichnie nie znalazł śmierci koło solnych lizawek
może mogłabym znaleźć dla niej męża nie znalazł śmierci koło solnych lizawek
Tramwaj   podjechał   i   stanął.   Zegar   wydzwaniał   jeszcze   pół   godziny.   Wsiadłem,   a   on   ruszył 

zamazując te pół godziny. Nie: trzy kwadranse. Tak czy inaczej zostanie jeszcze dziesięć minut. 
Żeby opuścić Harvard marzenie twojej matki za sprzedane pastwisko Benjy'ego za

co ja zrobiłam żeby zasłużyć na takie dzieci Benjamin to chyba dostateczna kara Boża i teraz żeby 

ona   miała   tak   mało   szacunku   dla   własnej   matki   cierpiałam   dla   niej   marzyłam   robiłam   plany 
poświęcałam się na tym padole łez ale nigdy odkąd otworzyła oczy nie obdarzyła mnie ani jedną 
myślą wyzbytą z samolubstwa czasem spoglądam na nią i zastanawiam się czy to naprawdę moje 
dziecko z wyjątkiem Jazona ten mi nigdy nie dał jednej chwili smutku od czasu kiedy go pierwszy 
raz wzięłam w ramiona wiedziałam że stanie się moją radością i mym wybawieniem myślałam że 
Benjamin to dostateczna kara Boża za wszystkie grzechy jakie popełniłam myślałam że to kara za 
to że nie dbając o dumę poślubiłam mężczyznę który uważał się za coś lepszego ode mnie ja się nie 
skarżę kochałam go bardziej niż tamte właśnie dlatego że mój obowiązek chociaż Jazon cały czas 

background image

domagał się mego uczucia ale widzę teraz że nie nacierpiałam się dość widzę że muszą płacić i za 
twoje   grzechy   jak   za   własne   cóż   ty   takiego   uczyniłeś   za   jakie   grzechy   twoich   wielkich   i 
wspaniałych   przodków   muszę   teraz   cierpieć   ale   ty  będziesz   ich   bronił   ty  zawsze   znajdowałeś 
usprawiedliwienie dla swojej rodziny tylko Jazon może robić coś złego bo on jest bardziej Bascomb 
niż Compson podczas gdy twoja córka moja mała córeczka moja malutka dziewuszka ona okazała 
się taka właśnie kiedy ja byłam dziewczyną nie miałam szczęścia pochodziłam tylko z Bascombów 
uczono mnie że nie ma pośredniego stopnia że kobieta jest albo damą albo nie ale nigdy by mi do 
głowy nie przyszło kiedy trzymałam ją w ramionach że moja córka pozwoli sobie czy ty rozumiesz 
wystarczy że spojrzę jej w oczy i wiem może myślisz że ona ci powie ale ona nikomu nic nie mówi 
ona jest skryta ty jej nie znasz wiem o rzeczach które robiła ale wolałabym umrzeć niż mówić o 
nich tobie tak proszę krytykuj dalej Jazona wymawiaj mi że mu kazałam jej pilnować jakby to była 
zbrodnia podczas gdy twoja własna córka może ja wiem że ty go nie kochasz że zawsze skłonny 
jesteś wierzyć w jego winę ale ty nigdy nie próbowałeś dobrze wyśmiewaj się z niego tak jak 
zawsze wyśmiewasz się z Maury'ego nie możesz mnie mocniej zranić niż mnie zraniły twoje dzieci 
a potem umrę i nie będzie komu kochać Jazona uchroń go przed tym patrzę na niego co dzień ze 
strachem czy nie zobaczę jak w nim w końcu przebija krew Compsonów kiedy jego siostra wymyka 
się na spotkania z jak ty to nazywasz więc czy ty w ogóle widziałeś go na oczy czy ty kiedykolwiek 
pozwolisz   mi   choćby   spróbować   dowiedzieć   się   kto   on   taki   nie   przez   wzgląd   na   mnie   nie 
mogłabym znieść jego widoku ale przez wzgląd na ciebie żeby ciebie osłonić ale któż to może 
walczyć z zatrutą krwią ty mi nie pozwolisz spróbować mamy tak siedzieć z założonymi rękami 
podczas gdy ona nie tylko szarga twoje nazwisko ale zatruwa powietrze jakim oddychają twoje 
dzieci Jazon musisz mi pozwolić odejść ja tego nie zniosę pozwól mi zabrać Jazona a ty zatrzymasz 
resztę oni nie są z mojej krwi tak jak on są obcy nie mają nic ze mnie i ja się ich boję mogę zabrać 
Jazona i pojechać gdzie nas nikt nie zna pójdę na kolanach i będę błagać Boga o przebaczenie 
moich win żeby mógł zdjąć tę klątwę będę się starała zapomnieć że tamte w ogóle istniały

Jeśli to były trzy kwadranse, zostało tylko niecałe dziesięć minut. Jeden tramwaj właśnie odjechał i 

ludzie czekali na następny. Zapytałem, ale nie wiedział, czy jeszcze jakiś odejdzie przed południem, 
bo przecież to międzymiastowe. No i następny to był lokalny tramwaj. Wsiadłem. Można wyczuć 
południe. Zastanawiam się, czy i górnicy też we wnętrznościach ziemi. Właśnie dlatego są gwizdki: 
bo ludzie tak harują, a znowu jeżeli są wystarczająco daleko od harówki, to nie słyszą gwizdka, w 
osiem minut powinno się być na taką właśnie odległość od harówki w Bostonie. Ojciec powiedział, 
że człowiek jest sumą swoich nieszczęść. Przychodzi dzień, kiedy sądzisz, że nieszczęście ma już 
ciebie dość, ale wtedy to czas jest twoim nieszczęściem, mówił Ojciec. Mewa na niewidzialnym 
drucie rozpiętym w ciągnącej się przestrzeni. Symbol własnej frustracji unosisz w wieczność. Tam 
skrzydła są większe, powiedział Ojciec, tylko kto umie grać na harfie.

Słyszałem mój zegarek za każdym razem, kiedy tramwaj się zatrzymywał ale nie często oni już 

jedli  Któż   by   grał  Jedzenie   cały   ten   proces   jedzenia   wewnątrz   ciebie   a   i   przestrzeni   również 
przestrzeń i czas wszystko poplątane Żołądek powiada południe umysł powiada godzina jedzenia 
No dobra która to może być godzina i co z tego. Ludzie wysiadali. Tramwaj nie zatrzymywał się 
teraz tak często, opróżniony przez jedzenie.

Potem było już po. Wysiadłem i stałem w moim cieniu, a po chwili nadjechał tramwaj i wsiadłem, i 

wróciłem na międzymiastowy przystanek. Tam miał akurat odjeżdżać tramwaj, znalazłem miejsce 

background image

przy oknie, wóz ruszył, patrzyłem, jak z wysiłkiem wyrywa się w leniwy przypływ równin, a potem 
drzew. Od czasu do czasu migała mi rzeka i myślałem sobie, jak przyjemnie im będzie tam w New 
London, jeśli pogoda i jedynka Geralda sunąca poważnie pod prąd iskrzącym się popołudniem i 
zastanawiałem się, czego ta baba może znowu chcieć, żeby mi przysyłać bilecik przed dziesiątą 
rano. W jakim to obrazie Geralda ja mam się znajdować jako  Dalton Ames och azbest Quentin  
strzelił 
tło. W jakimś z dziewczynami. Kobiety wciąż jego glos ponad bełkotem głos który tchnął  
mają skłonność do zła, do wierzenia, iż żadnej innej nie można ufać, ale że niektórzy mężczyźni są 
zbyt niewinni, by potrafili sami się obronić. Brzydkie dziewczyny. Dalekie kuzynki i przyjaciółki 
domu, z którymi zwykła znajomość niosła w sobie pewne zobowiązania rodzinne, noblesse oblige. I 
ona, rozsiadła, gadająca nam w ich obecności, jaki to wstyd, że Gerald odziedziczył całą rodzinną 
urodę, że przecież mężczyźnie to niepotrzebne, lepiej mu bez tego, a dla dziewczyny brak urody to 
po prostu nieszczęście. Te jej opowiadania o kobietach Geralda Quentin strzelił Herbert on strzelił 
jego   głos   przez   podłogę   pokoju   Caddy  
tonem   pełnej   zadowolenia   aprobaty.   „Kiedy   miał 
siedemnaście lat, powiedziałam mu pewnego dnia: — To wstyd, żebyś miał takie usta, one się 
powinny znajdować na dziewczęcej buzi — i możecie wy sobie wyobrazić, zasłony wspierające się 
o   zmierzch   o   zapach   jabłoni   jej   głowa   na   tle   tego   zmierzchu   ręce   popod   głową   uskrzydlone 
kimonem głos który tchnął ponad rajem  ubranie na łóżku nosem  widziane wyżej jabłko  
co mi 
powiedział?   Ledwo   siedemnaście   lat,   weźcie   to   pod   uwagę.   —   Mamo   —   powiada   —   często 
bywają.”   I   on  z   tymi   królewskimi   pozami,   siedzi   i   spogląda   na  nie   spod   rzęs. Te   jego   rzęsy. 
Spływały niby pikujące jaskółki. Shreve twierdził, że zawsze Czy będziesz się opiekował Benjym i 
Ojcem

Im mniej mówisz o Benjym i Ojcu tym lepiej kiedy to liczyłaś się z nimi Caddy
Obiecaj
Nie potrzebujesz się o nich martwić sama się stąd zabierasz w całkiem niezłej formie
Obiecaj jestem chora musisz obiecać 
zastanawiał się kto wymyślił ten dowcip, poza tym uważał 

panią Bland za kobietę wyjątkowo dobrze się trzymającą, powiadał, że ona hoduje Geralda, żeby 
uwiódł w przyszłości jakąś księżniczkę. O Shreve'ie mówiła: ten gruby Kanadyjczyk, dwa razy 
załatwiała   mi   zmianę   współlokatora   bez   porozumienia   się   ze   mną,   raz   chciała,   żebym   ja   się 
przeprowadził a raz

Otworzył drzwi w zmierzchu. Twarz jego przypominała okrągły placek z dyni.
— No cóż, chciałem się z tobą czule pożegnać. Okrutny los może nas rozdzielić, ale nigdy nie 

pokocham innego. Nigdy!

— O czym ty gadasz?
— Gadam o okrutnym losie w ośmiu jardach morelowego jedwabiu dźwigającym proporcjonalnie 

biorąc   więcej   metalu   niż   niewolnik   na   galerach   nadto   jedynej   właścicielce   i   posiadaczce 
autentycznego przenośnego klozetu należącego do świętej pamięci Konfederacji.

Potem powiedział mi, jak to ona poszła do proktora5), żeby kazał Shreve'a przenieść, i jak proktor 

wykazał   dostateczną   siłę   prymitywnego   uporu,   by   żądać   porozumienia   się   w   tej   sprawie   z 
zainteresowanym. Potem zaproponowała, żeby wobec tego zaraz posłać po Shreve'a i z miejsca 
załatwić sprawę, na co ten się nie zgodził, no i po tym wszystkim ledwo kiwała głową Shreve'owi. 
— Z zasady nigdy nie mówię źle o kobietach — powiedział Shreve — ale ta bardziej przypomina 

background image

dziwkę niż jakakolwiek inna dama w tych suwerennych stanach i dominiach — a teraz List na stole 
doręczony   przez   posłańca   rozkaz   o   zapachu   barwie   orchidei   Gdyby   zdawała   sobie   sprawę   że 
przechodziłem niemal pod oknem wiedząc że on tam jest i bez Łaskawa Pani nie miałem jeszcze 
sposobności   by  odebrać   liścik   Pani   ale   proszę   z   góry  o   usprawiedliwienie   mojej   nieobecności 
dzisiaj czy wczoraj czy jutro czy kiedykolwiek O ile pamiętam to za następnym razem ma być o 
tym jak Gerald zrzuca swego Murzyna ze schodów i jak ten Murzyn błaga żeby mu pozwolono 
zapisać się na studia teologiczne żeby mógł znajdować się bliżej swego młodego pana panicza 
Geralda i Jak to on leciał przy powozie całą drogę do stacji ze łzami w oczach kiedy panicz gerald 
odjeżdżał Zaczekam na ten dzień kiedy wypadnie tamta opowieść o mężu z tartaku który przyszedł 
pod drzwi kuchenne z dubeltówką a Gerald zeszedł złamał dubeltówkę na dwoje oddał tamtemu 
obie części wytarł ręce w jedwabną chusteczkę i wrzucił chusteczkę do pieca tę słyszałem tylko 
dwa razy

strzelił do niego  przez  widziałem jak tu wchodzisz  więc skorzystałem z  okazji i przyszedłem 

również myślę że powinniśmy się lepiej poznać weź cygaro

Dziękuję nie palę
Nie musiało się tam wiele zmienić od moich czasów nie przeszkadza ci że zapalę
Proszę bardzo
Dziękuję wiele słyszałem sądzę że twoja matka nie będzie miała mi za złe jeśli włożę zapałkę za 

ekran   prawda   wiele   słyszałem   na   twój   temat   Candace   gadała   o   tobie   przez   cały   czas   tam   w 
Lizawkach bardzo byłem zazdrosny mówię sobie któż to taki ten Quentin trzeba sprawdzić jak to 
zwierzę   wygląda   bo   widzisz   bardzo   szybko   mnie   wzięło   zaraz   jak   poznałem   naszą   małą 
dziewczynkę nie będę ukrywał że w ogóle mi do głowy nie przyszło że ten o którym cały czas 
mówi to może być jej brat gdybyś był jedynym człowiekiem na świecie trudno by więcej o tobie 
mówić żaden mąż nie mógłby się z tobą równać nie zmienisz zdania i nie zapalisz

Nie palę
Wobec tego nie będę cię namawiał chociaż to nie najgorsze cygarko kosztuje mnie dwadzieścia 

pięć dolarów setka przyjaciel hurtownik w Hawanie tak sądzę że tam musiało się wiele zmienić 
ciągle sobie obiecuję że pojadę ale nigdy mi się to nie udaje od dziesięciu lat pcham ten interes nie 
mogę się wyrwać z banku w czasie roku akademickiego człowiek zmienia zwyczaje sprawy które 
się wydają ważne dla studenta sam wiesz opowiedz mi jak tam wszystko wygląda

Nie mam zamiaru mówić Matce i Ojcu jeśli o to ci chodzi
Nie masz zamiaru mówić nie masz zamiaru mówić więc o to ci chodzi prawda nie pojmujesz że 

jest mi najzupełniej obojętne czy powiesz czy nie zrozum że to była niefortunna historia ale nie 
żadne karne przestępstwo nie jestem pierwszy ani ostatni po prostu nie miałem szczęścia może 
tobie się lepiej powiedzie

Kłamiesz
Nie denerwuj się nie chcę cię zmuszać do mówienia czegoś czego nie chcesz mówić nie miałem 

nic złego na myśli oczywiście taki młody chłopak jak ty musi uważać podobną sprawę za o wiele 
bardziej poważną niż mu się ona wyda za pięć lat

Mam jednoznaczny pogląd na oszustwo i nie przypuszczam żebym mógł go zmienić na Harvardzie

background image

Nie wystarczy ci zwykła sztuka ty musisz z tego robić Dramat no cóż racja nie ma powodu im 

mówić co było to było czemu mielibyśmy dopuścić by dzieliły nas takie drobiazgi lubię cię Quentin 
podobasz mi się nie jesteś podobny do tych wszystkich prowincjuszy cieszę się że doszliśmy do 
zgody obiecałem twojej matce że zrobię coś dla Jazona ale chciałbym i tobie pomóc Jazon i tutaj 
doskonale się urządził ale dla chłopaka twojego pokroju nie ma przyszłości w takiej dziurze.

Dziękuję lepiej zajmij się Jazonem on ci będzie bardziej pasował niż ja
Przykro mi z powodu tamtej sprawy ale byłem wtedy zupełne szczenię poza tym nie miałem takiej 

matki jak wasza która by mnie nauczyła różnych subtelności niepotrzebnie by ją bolało gdyby się 
dowiedziała tak masz rację to zbędne oczywiście dotyczy to również Candace

Powiedziałem że Matce i Ojcu
Spójrz na mnie przyjrzyj mi się dobrze jak sądzisz długo wytrzymałbyś walcząc ze mną
Nie będę musiał wytrzymywać długo jeśli i walki uczyłeś się na studiach spróbuj sprawdź
Ty przeklęty pętaku co ty sobie wyobrażasz o co ci chodzi
Spróbuj sprawdź
Boże cygaro cóż by twoja matka powiedziała gdyby znalazła osmalony parapet kominka w samą 

porę słuchaj Quentin jesteśmy bliscy zrobienia czegoś czego obydwaj będziemy żałowali ja cię 
lubię   polubiłem   od   pierwszej   chwili   odkąd   cię   zobaczyłem   powiedziałem   sobie   to   musi   być 
cholernie równy facet wszystko jedno kto zacz inaczej Candace tak by go nie uwielbiała słuchaj ja 
już od dziesięciu lat żyję w świecie te rzeczy potem nie mają tak wielkiego znaczenia sam się o tym 
przekonasz dojdźmy do porozumienia w tej sprawie ty i ja wychowankowie starego Harvardu i w 
ogóle przypuszczam że nie poznałbym budy to najlepsze miejsce na świecie dla młodego człowieka 
mam zamiar posłać tam moich synów dać im lepsze możliwości niż sam miałem zaczekaj nie chodź 
jeszcze   pomówimy   o   tym   młody   człowiek   nabiera   takich   poglądów   ja   się   z   nimi   całkowicie 
zgadzam one są dla niego z korzyścią kiedy jest w szkole i kształtuje swój charakter to jest z 
korzyścią dla tradycji dla szkoły ale kiedy z niej wyjdzie w świat jak zacznie żyć będzie musiał 
walczyć takimi metodami jakie mu najbardziej odpowiadają bo stwierdzi że wszyscy naokoło tak 
postępują i niech to diabli no podajmy sobie ręce i co było to było przez wzgląd na twoją matkę 
pamiętaj o jej zdrowiu no chodź dawaj łapę spójrz na to dziewiczy najmniejszej skazy nawet nie 
złożony spójrz.

Do diabla z twoimi pieniędzmi
Dobra dobra daj spokój jestem teraz członkiem rodziny wiem jak to bywa u młodych ludzi przecież 

ma się tyle osobistych spraw a zawsze ciężko wycisnąć coś ze starego wiem jak to bywa przecież 
studiowałem tam i to nie tak dawno a teraz się żenię i w ogóle zwłaszcza tam na Harvardzie no nie 
bądź wariat słuchaj jak się nadarzy okazja na prawdziwą rozmowę to ci opowiem o pewnej wdówce 
która tam mieszka w mieście

Słyszałem i to trzymaj te swoje przeklęte pieniądze
Niechże więc to będzie pożyczka zamknij na chwilę oczy i będziesz o pięćdziesiąt
Trzymaj ode mnie ręce z daleka lepiej sprzątnij to cygaro z kominka
Więc mów i niech cię diabli wezmą zobaczysz do czego doprowadzisz gdybyś nie był przeklętym 

głupcem   zrozumiałbyś   że   już   ich   za   mocno   trzymam   żeby   mi   mógł   przeszkodzić   jakiś 

background image

niedowarzony braciszek Galahad twoja matka opowiadała jaki ty jesteś z głową nabitą różnymi och 
wejdź wejdź kochanie właśnie poznajemy się bliżej z Quentinem gadamy sobie o Harvardzie czy 
potrzebujesz mnie ona nie potrafi ani na chwilę rozstać się ze swoim chłopcem prawda

Wyjdź na chwilę Herbercie ja muszę porozmawiać z Quentinem
Chodźże chodź pogadajmy sobie razem trzeba się bliżej poznać właśnie mówiłem Quentinowi
Wyjdź Herbercie wyjdź na chwilę
Dobrze w porządku pewno chcesz jeszcze sobie pogadać z małym braciszkiem
Lepiej zabierz to cygaro z kominka.
Masz rację jak zwykle mój chłopcze już się wynoszę niech tobą rządzą póki jeszcze mogą Quentin 

popojutrze ona już będzie calutka tylko dla swojego chłopa prawda kochanie daj buzi malutka

Och przestań zaczekaj na to do pojutrza
Wobec   tego   upomnę   się   o   procenty  nie   pozwól   Quentinowi   robić   czegoś   czego   by  nie   mógł 

doprowadzić do końca och  à propos czy ja opowiadałem Quentinowi tę historię o papudze tego 
jegomościa i co się z nią stało smutna historia przypomnij mi o niej pomyśl o niej sama pa pa do 
zobaczenia ale z ciebie cudak

No
No
Co ty znowu wyrabiasz
Nic
Znowu wtrącasz się do moich spraw czy ci nie było dość zeszłego lata
Caddy masz gorączkę Jesteś chora na co ty jesteś chora
Jestem 
po prostu chora. Nie mogę pytać.
Strzelił jego głos przez
Nie z tym szubrawcem Caddy
Od czasu do czasu rzeka polśniewała spoza zasłaniających  ją przedmiotów  takimi  pikującymi 

błyskami, przez południe i później. Dużo później, chociaż minęliśmy go wiosłującego wciąż pod 
prąd majestatycznie w obliczu boga bogów. Tak lepiej. Bogów. W Bostonie w stanie Massachusetts 
jeden Bóg to za mało. W każdym razie na męża. Albo może po prostu tylko jak nie mąż. Mokre 
wiosła mrugały w drodze jasnymi łypnięciami i kobiecymi dłońmi. Pochlebca. Pochlebca jeśliby 
nie został jej mężem, to lekceważyłby i Pana Boga. Ten szubrawiec, Caddy Rzeka polśniewała dalej 
za pochyłym zakrętem.

Jestem chora będziesz musiał obiecać
Chora na co jesteś chora
Jestem po prostu chora nie mogę pytać nikogo ale ty obiecaj
Jeśli   wymagają   opieki   to   wszystko   przez   ciebie   na  
co  jesteś   chora  Pod   oknem   słyszeliśmy 

samochód ruszający na stację na pociąg 8.10. Żeby przywieźć dalszą rodzinę. Głowy. Wciąż się 
rozrastał, głowa za głową, ale nie fryzjerczyków. Manicurzystek. Mieliśmy kiedyś rasowego konia. 
W stajni dobry, ale pod siodłem kundel. Quentin strzelił wszystkie ich głosy przez podłogę pokoju  
Caddy

background image

Tramwaj stanął. Wysiadłem na środek mojego cienia. Szosa przecinała drogę. Drewniana buda i 

starzec wyjadający coś z papierowej torebki, potem tramwaj również znalazł się poza zasięgiem 
słuchu. Droga wiodła między drzewami, gdzie powinno być cieniście, choć czerwcowe listowie w 
Nowej Anglii nie jest gęściejsze niż kwietniowe u nas w Missisippi. Dojrzałem komin statku. 
Obróciłem się do niego tyłem wdeptując mój cień w pył. Było we mnie coś strasznego czasami w 
nocy widziałam jak szczerzy do mnie zęby widziałam przez nich jak szczerzy do mnie zęby poprzez 
ich twarze to już przeszło i jestem chora

Caddy
Nie dotykaj mnie obiecaj tylko
Jeśli jesteś chora nie możesz
Owszem mogę potem będzie w porządku nie będzie już miało znaczenia nie pozwól im wysłać go  

do Jackson obiecaj

Obiecuję Caddy Caddy
Nie dotykaj mnie nie dotykaj
Jak to wygląda Caddy
Co
To 
co szczerzy do ciebie zęby poprzez nich
Wciąż widziałem komin statku. To tam właśnie woda płynie ku morzu i spokojnym grotom. Będą 

się spokojnie toczyć, a kiedy On powie: Wstań, tylko te żelazka. Kiedy polowaliśmy z Vershem 
cały   dzień,   nie   zabieraliśmy   ze   sobą   lunchu   i   o   dwunastej   zaczynałem   odczuwać   głód. 
Pozostawałem głodny do mniej więcej pierwszej, a potem nagle zapominałem nawet o tym, że już 
nie jestem głodny. Lampy uliczne zstępują ze wzgórza, potem odgłos samochodu zjeżdżającego ze 
wzgórza. Oparcie płaskie chłodne gładkie pod moim czołem formuje kształt fotela jabłoń chyląca  
się  
na  moje włosy ponad rajem ubranie nosem widziane  Masz gorączkę czułem to wczoraj tak 
jakbym stał koło pieca.

Nie dotykaj mnie.
Caddy nie możesz tego zrobić, jeżeli jesteś chora. Ten szubrawiec.
Muszę wyjść za kogoś. Potem mi powiedzieli że kość trzeba będzie łamać po raz drugi,
Nareszcie nie widziałem już komina statku. Droga wiodła wzdłuż muru. Ponad murem przechylały 

się drzewa oproszone słońcem. Kamień był chłodny. Idąc tuż przy nim czuło się chłód. Tylko że ta 
okolica nie przypominała naszej. U nas nawet w zwykłym spacerze na wsi było coś specjalnego. 
Jakaś taka nieruchoma sprężona żyzność, która jakby nawet zaspokajała głód chleba. Opływała 
człowieka   wokół   miast   niańczyć   troskliwie   każdy   nędzny   kamień.   Jakby   tu   je   rzucono,   by 
nadrabiały   niedostatek   zieleni   wokół   drzew;   nawet   błękit   w   oddali   nie   miał   w   sobie   tego 
fantastycznego bogactwa barwy. powiedzieli mi że trzeba będzie ponownie łamać kość a we mnie 
coś w środku zaczęło mówić Och Och Och i oblałem się potem. Drobiazg wiem co to znaczy  
złamana   noga   wszystko   razem   bzdura   będę   musiał   posiedzieć   trochę   dłużej   w   domu   i   tyle   i  
drętwiejące mięśnie szczęki i usta mówiące Czekaj Czekaj jeszcze chwileczkę poprzez ten pot och 
och przez zęby i Ojciec żeby diabli wzięli tego konia żeby go diabli. Czekaj to moja wina. Szedł co  
rano wzdłuż ogrodzenia z koszykiem szedł w stronę kuchni ciągnąc kij po sztachetach co rano  

background image

podciągałem się ku oknu z tym gipsem i czaiłem się na niego z kawałkiem węgla Dilsey powiadała 
zrobisz sobie krzywdę że też nie masz więcej rozumu w głowie jeszcze cztery dni nie minęły odkąd ją  
złamałeś. Czekaj przyzwyczaję się zaraz do tego czekaj zaraz się

Nawet dźwięk zawodził w tym powietrzu, które jakby się już zmęczyło tak długim noszeniem 

głosów. Szczekanie psa niesie się o wiele dalej niż stukot pociągu, w każdym razie w ciemnościach. 
I głosy niektórych ludzi. Murzynów. Louis Hatcher nigdy nie używał swojego rogu, choć go nosił i 
tę starą latarnię. Zapytałem: — Louis, kiedy czyściłeś tę latarnię ostatni raz?

— Nie tak dawno. Pamiętasz, jak woda zniosła tych ludzi stamtąd? Tego samiusieńkiego dnia 

oczyściłem  latarnię.  Siedzieliśmy  sobie  ze  starą  przed  ogniem,  a ona  powiada:  Louis, a  co  ty 
zrobisz, jak ta woda tu do nas przyleci? A ja powiadam: Słuszna racja. Trza mi wziąć i oczyścić 
latarnię. No i oczyściłem ją zaraz tego wieczora.

— Tamta powódź była daleko, w Pensylwanii — powiedziałem. — Nie mogła do nas dojść z takiej 

odległości.

— Tak powiadasz — zastanowił się chwilę Louis. — Na mój rozum do Jefferson może przyjść 

woda tak samo mokra i wysoka jak do Pensylwanii. Tacy, co gadają, że powódź daleko nie zajdzie, 
płyną potem na belkach kalenicy,

— Wyszliście z Martą z domu tego wieczora?
— Pewno, że tak. Wyczyściłem latarnię i zaraz poszliśmy z Martą szukać, gdzie by się ratować na 

pagórku za cmentarzem. Jakbym znał jakiś wyższy, tobym siedział na nim, a nie na tamtym.

— I od tego czasu nie czyściłeś tej latarni?
— A na co ją czyścić bez potrzeby.
— To znaczy, dopiero jak przyjdzie następna powódź.
— Ta lampa nie da powodzi przyjść do nas.
— Och, Wuju Louisie, przecież to niedorzeczne.
— Niby dlaczego? Ty sobie swoją drogą, a ja swoją. Wystarczy mi oczyścić latarnię, żeby się woda 

trzymała od nas z daleka i tyle. Co mi tam kto będzie głowę kręcił.

— Wuj Louis nie potrafiłby nic złapać, jakby miał światło — tłumaczył Versh.
— Polowałem tu na oposy, kiedy twojemu ojcu topili jeszcze w nafcie gnidy na głowie — mówił 

Louis. — Polowałem i to jak.

— Święta prawda — przyznał Versh. — Nikt w tym kraju nie złapał tyle oposów, co wuj Louis, już 

ja wiem dobrze.

— Dobrze mówi — ciągnął Louis. — Oposom wystarczy tego światła co mam, więcej nie trzeba. 

Nie   słyszałem   jeszcze,   żeby   który   narzekał.   Cichajcie.   Jest.   Hola.   Bierz   go,   pies!   —  A  my 
siedzieliśmy   na   zeschłych   liściach,   które   szeptały   cicho   w   rytm   powolnego   oddechu   naszego 
oczekiwania i powolnego oddechu ziemi i ten bezwietrzny październik, i cuchnąca latarnia, która 
zatruwała kruche powietrze i słuchaliśmy psów i zamierającego w oddali echa nawoływań Louisa. 
Ani na chwilę nie podnosił głosu, ale w cichą noc słyszeliśmy go z naszego frontowego ganku. 
Kiedy zwoływał psy, brzmiało to jak dźwięk trąbki, którą nosił przewieszoną przez ramię i której 
nigdy nie używał, ale wyraźniej, bardziej dojrzale, jakby jego głos był częścią ciemności i ciszy, 
jakby z nich wypełzał, jakby w nie wpełzał z powrotem. HooooOooooola HooooOoooooo. Muszę 

background image

wyjść za kogoś

Czy było ich bardzo wielu Caddy
Nie wiem zbyt wielu czy będziesz się opiekował Benjy'm i Ojcem
Nie wiesz czyje ono a czy on wie
Nie dotykaj mnie czy będziesz się opiekował Benjy'm i Ojcem
Wyczułem wodę, nim jeszcze doszedłem do mostu. Był z szarego kamienia, omszały, cętkowany 

leniwą wilgocią tam, gdzie pełznął grzyb. Popod mostem płynęła w cieniu woda czysta i spokojna, 
szeptała coś i cmoktała o kamień w blednących wirach obracającego się nieba. Caddy ten

Muszę wyjść za kogoś  Versh opowiadał mi o człowieku, który się okaleczył. Poszedł do lasu i 

zrobił to przy pomocy brzytwy siedząc w rowie. Złamanej brzytwy i rzucił je w tył przez ramię tym 
samym ruchem doprowadzonym do końca targnięta gęstwa krwi do tyłu nie łukiem. Ale nie w tym 
rzecz. Nie w tym, że się ich nie ma. Ale w tym żeby się ich nigdy nie miało wtedy mógłbym 
powiedzieć: Ach  to  to jest  chińszczyzna  ja  nie  rozumiem  po chińsku. A  Ojciec  tłumaczył:  To 
dlatego, że jesteś dziewicą, nie rozumiesz? Kobiety nigdy nie są dziewicami. Czystość to stan 
negatywny i dlatego sprzeczny z naturą. Natura cię rani nie Caddy a ja odparłem: To tylko słowa a 
on: Dziewictwo to też słowo a ja zawołałem: Ty nie wiesz. Ty nie możesz wiedzieć a on powiedział: 
Tak. Z chwilą kiedy pojmujemy że tragedia to nic nowego.

Tam, gdzie padał cień mostu, mogłem sięgnąć wzrokiem głęboko, ale nie do samego dna. Kiedy 

liść zostanie przez dłuższy czas na wodzie, po pewnym okresie zniknie tkanka i pozostaną delikatne 
włókna kołyszące się wolno jakby ruchem snu. Nie dotykają się nawzajem bez względu na to, jak 
mocno były kiedyś powiązane, bez względu na to, jak ściśle przylegały kiedyś do szkieletu. I może 
kiedy   On   powie:  Wstań,   wypłyną   i   oczy   na   powierzchnię   z   tych   spokojnych   głębi   i   snu,   by 
popatrzeć na chwałę. I po chwili żelazka wypłyną również. Schowałem je z jednej strony pod 
mostem, wróciłem i pochyliłem się nad poręczą.

Nie mogłem dojrzeć dna, ale mogłem wpatrywać się bardzo głęboko w ruch wody, póki się oko nie 

zmęczyło,   i   nagle   dostrzegłem   cień   wiszący   niby   tłusta   strzała   przeciwstawna   prądowi.   Jętki 
wyślizgiwały  się   i   znikały  z   cienia   mostu   tuż   nad   powierzchnią   wody.  Gdyby   tylko   poza   tym 
wszystkim mogło istnieć piekło: czysty płomień nas dwoje bardziej niż umarłych. Wtedy miałabyś 
tylko mnie wtedy miałabyś tylko mnie wtedy nas dwoje pośród tych wytykań i zgorszenia poza 
czystym płomieniem  
Strzała powiększała się bez ruchu, potem nagle z szybkim skrętem pstrąg 
wciągnął muchę pod powierzchnię wody z gigantyczną elegancją słonia podnoszącego orzeszek 
ziemny. Zamierający wir spłynął z nurtem i po chwili ujrzałem znowu strzałę z nosem pod prąd 
chwiejącą się delikatnie wraz z ruchem wody, nad którą jętki zniżały lot i ważyły się na skrzydłach. 
Tylko ty i ja pośród tych wytykań i zgorszenia odcięci ścianą czystego ognia

Pstrąg wisiał tak, delikatnie i nieruchomo pośród chwiejnych cieni. Na most weszli trzej chłopcy z 

wędkami, pochyliliśmy się razem przez poręcz i spoglądaliśmy w dół na pstrąga. Oni go znali. Był 
tu popularną postacią.

— Od dwudziestu pięciu lat próbują złapać tego pstrąga. Jeden sklep w Bostonie daje temu, kto go 

złapie, wędkę za dwadzieścia pięć dolarów.

— Czemu więc go nie złapiecie? Nie chcielibyście wędki za dwadzieścia pięć dolarów?

background image

— Owszem — powiedzieli. Pochylili się przez poręcz patrząc w dół na pstrąga. — Pewno, żebym 

chciał — oznajmił jeden.

— Ja bym tam nie wziął wędki — zastanawiał się drugi. — Wziąłbym zamiast niej pieniądze.
— Oni by się pewno nie zgodzili — zaoponował pierwszy. — Założę się, że kazaliby ci wziąć tę 

wędkę.

— To bym ją sprzedał.
— Nie dostałbyś za nią dwudziestu pięciu dolarów.
— Wziąłbym  tyle,  ile  by  mi   dali.  Na  ten  kij   potrafię  złapać  tyle   samo  ryb,  co  na  wędkę za 

dwadzieścia pięć dolarów. — Potem zaczęli mówić o tym, co by zrobili z dwudziestoma pięcioma 
dolarami. Gadali wszyscy trzej naraz, głosy ich niecierpliwe, napierające, kłótliwie przemieniały 
urojenie w możliwość, potem prawdopodobieństwo, potem niezaprzeczalny fakt, tak jak to robią 
ludzie, kiedy ich pragnienia stają się słowami.

— Ja bym kupił konia i wóz — powiedział drugi.
— Akurat, kupiłbyś — odpowiedzieli tamci.
— Pewno, że tak. Wiem, gdzie mógłbym dostać konia z wozem za dwadzieścia pięć dolarów. 

Znam takiego faceta.

— Kto to taki?
— Wszystko jedno, kto taki. Mogę je kupić za dwadzieścia pięć dolarów.
— Akurat! On nikogo takiego nie zna. On tylko tak gada.
— Tak myślicie? — spytał chłopiec. Tamci dalej z niego kpili, ale on nie powiedział już ani słowa. 

Pochylił   się   i   wsparty  na   poręczy  patrzył   na   pstrąga,   którego   już   przecież   prze-handlował,   aż 
wreszcie   cała   złość,   cały  sprzeciw   ustąpiły  nagle   z   ich   głosów,   jakby  i   tamtym   chłopcom   się 
wydało, że on złapał rybę i kupił wóz z koniem, jakby przejęli ową cechę dorosłych, którzy wierzą 
w każdą prawdę podaną z postawą milczącej wyższości. Wydaje mi się, że ludzie, którzy tak bardzo 
nadużywają słów w stosunku do siebie samych i swoich bliźnich, są konsekwentni przynajmniej w 
tym, że wiążą mądrość z milczeniem. Przez chwilę wyczuwałem, że tamtych dwóch gorliwie szuka 
jakiegoś sposobu, by go jednak pognębić i wydrzeć mu tego konia i wóz.

— Nie dostałbyś dwudziestu pięciu dolarów za tę wędkę — powiedział pierwszy. — Założę się, o 

co chcesz!

— On jeszcze nie złapał tego pstrąga — przypomniał sobie trzeci i nagle obaj krzyknęli:
— No, nie mówiłem? Jak się ten facet nazywa? Powiedz, jeżeli wiesz. Nie ma takiego faceta.
— Och, zamknijcie się — uciszył ich drugi. — Spójrzcie, znowu wypływa. — Wsparli się na 

poręczy, nieruchomi, identyczni, ich smukłe wędki też identyczne pochylały się w słonecznym 
świetle. Pstrąg wypływał bez pośpiechu, cień rosnący z delikatnym kołysaniem; znowu malutki wir 
spłynął powoli z prądem rzeki. — O rany! — mruknął ten pierwszy.

— My go już nie próbujemy łapać — powiedział. — Przyglądamy się tylko ludziom z Bostonu, co 

tu przyjeżdżają i próbują.

— Czy to jedyna ryba w tym zakolu?
— Tak. Wypędził wszystkie inne. Najlepsze miejsce na ryby w tej okolicy to koło Wirów.

background image

— Co ty tam pleciesz — zaprzeczył drugi. — Dwa razy lepiej łowić przy Młynie Bigelowa. — 

Potem zaczęli się przez chwilę kłócić, gdzie najlepiej biorą ryby,  a potem przerwali nagle, by 
patrzeć na pstrąga, który wypływał znowu, i na załamany wir wody, który wsysał odrobinę nieba. 
Zapytałem, jak daleko do najbliższego miasta. Wyjaśnili mi.

— Ale najbliższa linia tramwajowa jest tam — tłumaczył drugi wskazując na drogę za siebie. — 

Dokąd pan idzie?

— Donikąd. Spaceruję.
— Pan z uniwersytetu?
— Tak. Czy w tym mieście są jakieś fabryki?
— Fabryki? — popatrzyli na mnie.
— Nie — powiedział drugi. — Nie ma. — Patrzyli na moje ubranie. — Szuka pan pracy?
— Jest Młyn Bigelowa — przypomniał trzeci. — Przecież to jak fabryka.
— Taka fabryka jak ja cesarz. Jemu chodzi o prawdziwą.
— Taką, co gwiżdże — wytłumaczyłem. — Nie słyszałem jeszcze gwizdka na godzinę pierwszą.
— Och — powiedział ten drugi. — Na wieży kościoła unitarianów jest zegar. Może pan zobaczyć, 

która godzina. Nie ma pan zegarka na tym łańcuszku?

— Stłukłem go dziś rano — tłumaczyłem. Pokazałem im mój zegarek. Oglądali go z powagą.
— Jeszcze chodzi — stwierdził drugi. — Ile taki zegarek kosztuje?
— To był prezent — wyjaśniłem. — Dostałem go od ojca, kiedy skończyłem szkołę.
— Czy pan jest Kanadyjczykiem? — zapytał trzeci. Miał rude włosy.
— Kanadyjczykiem?
— On nie mówi jak Kanadyjczyk — oponował drugi. — Słyszałem, jak oni gadają. On mówi tak 

jak minstrele6) ze sceny.

— Słuchaj — powiedział trzeci. — Nie boisz się, że ci da w łeb?
— Da w łeb?
— Powiedziałeś, że mówi jak Murzyn.
— Och, uspokój się — odrzekł drugi. — Zobaczy pan wieżę, jak minie pan tamto wzgórze.
Podziękowałem im. — Mam nadzieję, że szczęście wam dopisze. Tylko nie łapcie tego starego. 

Zasługuje na to, żeby mu dać spokój.

—   Tej   ryby   nikt   nigdy   nie   złapie   —   zapewnił   mnie   pierwszy.   Nachylili   się   przez   poręcz 

spoglądając w dół, w wodę, trzy wędki rysowały się jak trzy ukośne nitki żółtego ognia w słońcu. 
Szedłem po moim cieniu wdeptując go znowu w cętkowany cień drzewa. Droga zakręcała pod górę, 
od rzeki, przecinała wzgórze, potem opadała kręto prowadząc wzrok i myśli daleko naprzód popod 
cichym   zielonym   tunelem   ku   kanciastej   kopule   ponad   drzewami   i   okrągłemu   oku   zegara, 
dostatecznie jednak dalekiemu. Usiadłem przy drodze. Trawa była po kostki, nieprzeliczona, Cienie 
na drodze stały tak nieruchomo, jakby je tam ktoś wymalował przez szablon i te ukośne ołówki 
słońca. Ale to był tylko pociąg, po chwili długi dźwięk zamarł za drzewami i wtedy usłyszałem mój 
zegarek i pociąg cichnący w dali, jakby już się toczył przez inny miesiąc albo inne lato pędząc 
gdzieś przed siebie pod zawieszoną na skrzydłach mewą. I wszystko rozpędzone. Z wyjątkiem 

background image

Geralda. W nim jakaś  dostojność: wiosłuje tak w samotności poprzez południe, wywiosłowuje 
samego siebie z tego południa w górę, na długie, jasne smugi, jak w apoteozie wstępuje w senny 
bezkres,   gdzie   tylko   on   i   mewa,   jedno   w   straszliwym   bezruchu,   drugie   w   równomiernym 
odmierzonym rytmie przeciągania w przód i w tył, które również ma w sobie coś z tego bezwładu, 
świat wyglądający tak nikle spod ich cieni na słońcu. Caddy ten szubrawiec ten szubrawiec

Głosy ich nadpłynęły zza wzgórza, ukazały się trzy smukłe kije niby wyważone nitki ciągłego 

ognia. Spojrzeli na mnie przechodząc, nie zwolnili kroku.

— No cóż — powiedziałem. — Jakoś go nie widzę.
— Nie próbowaliśmy go łapać — tłumaczył pierwszy. — Tej ryby nie da się złapać.
— O, tam jest zegar — wskazał ręką drugi. — Zobaczy pan, która godzina, jak pan trochę bliżej 

podejdzie.

— Aha. Dobrze. — Wstałem. — Idziecie wszyscy do miasta?
— Idziemy do Wirów na klenie — oznajmił pierwszy.
— W Wirach nie złapie się żadnej ryby — oświadczył drugi.
— Pewno chcecie iść do młyna, gdzie cała banda chłopaków będzie się pluskać i płoszyć ryby.
— W Wirach nie złapie się żadnej ryby.
— Nigdzie nie złapiemy ryby, jeśli będziemy tak stać i gadać — zniecierpliwił się trzeci.
— Nie rozumiem, czemu wy ciągle upieracie się przy Wirach — oponował drugi. — Tam nic nie 

złapiecie.

— Nikt ci nie każe iść — powiedział pierwszy. — Ja cię nie trzymam na sznurku.
— Chodźmy popływać do młyna — zaproponował trzeci.
— Ja idę do Wirów na ryby — oświadczył pierwszy. — Wy możecie robić, co się wam podoba.
—   Słuchaj,   kiedy   to   ostatni   raz   słyszałeś,   żeby   ktoś   coś   złapał   w   Wirach?   —   drugi   zapytał 

trzeciego.

— Chodźmy popływać koło młyna — zaproponował trzeci. Kopuła zapadała się powoli za drzewa, 

okrągła twarz zegara była jeszcze dostatecznie daleko. Szliśmy przed siebie w cętkowanym cieniu. 
Doszliśmy do różowobiałego sadu. Pełno w nim było pszczół: dolatywało już nas ich brzęczenie.

— Chodźmy do młyna popływać — powtórzył trzeci. Kolo sadu skręcała dróżka. Trzeci chłopiec 

zwolnił i stanął. Pierwszy szedł dalej, cętki słońca zsuwały się po kiju na jego ramię i w dół po 
plecach koszuli. — Chodźcie — powiedział trzeci. Drugi chłopiec też przystanął.  Czemu musisz 
wyjść za kogoś Caddy

Chcesz żebym ci powiedziała myślisz że jeśli to powiem to nie będzie
— Chodźmy do młyna — mówił. — No, idziemy.
Pierwszy chłopiec szedł dalej. Bose jego stopy nie czyniły najmniejszego szmeru opadając lżej niż 

liście na cienki kurz. W sadzie pszczoły brzęczały niby wzbierający wiatr, dźwięk zauroczony tuż 
przed crescendo i trwający w zawieszeniu. Dróżka prowadziła wzdłuż muru sklepiona gałęźmi, 
rozsadzana kwieciem, rozpływająca się w drzewach. Padały na nią skośne promienie słońca, skąpe i 
rześkie. Złote motyle trzepotały w cieniu niby słoneczne cętki.

— Po co ci iść aż do Wirów — perswadował ten drugi. — Możesz łapać ryby pod młynem, jak 

background image

masz ochotę.

— Och, niech sobie idzie — powiedział trzeci. Spoglądali za pierwszym. Słońce ześlizgiwało się 

łatami z jego maszerujących ramion, polśniewało na kiju niby złote mrówki.

— Kenny — zawołał ten drugi.  Powiedz to Ojcu dobrze powiem jestem ojcem mego ojca ja go  

wymyśliłem stworzyłem ja jego Powiedz mu to na nic on powie że mnie nie było a wtedy ty i ja jako  
że zdolni do stworzenia człowieka

—   Och,   chodźmy   —   powiedział   chłopiec.   —   Oni   już   tam   są.   —   Spoglądali   za   pierwszym 

chłopcem. — Dobrze — zawołali nagle. — Idź sobie, maminsynku. Jak pójdzie pływać, to sobie 
zmoczy główkę i dostanie w pupkę. — Skręcili na ścieżkę i poszli a żółte motyle spływały wokół 
nich wzdłuż cienia.

to dlatego że nic więcej nie ma wierzę że jest coś więcej ale może i nie ma a wtedy ja Ty zobaczysz  

że nawet niesprawiedliwość nie jest warta tego za co ty się masz  Nie patrzał na mnie szczęka 
zaciśnięta w profilu twarz nieco odwrócona popod zmiętym kapeluszem.

— Czemu nie idziesz z nimi popływać? — zapytałem. ten szubrawiec Caddy
Czy chciałeś zacząć z nim bójkę
Łgarz i łobuz Caddy wyrzucili go z klubu za oszustwo w kartach był bojkotowany przez kolegów  

złapano go na oszukiwaniu podczas egzaminów semestralnych i wyrzucono

No i cóż z tego ja nie mam zamiaru grać z nim w karty
— Wolisz łapać ryby niż pływać? — spytałem. Brzęczenie pszczół przycichło, w dalszym ciągu 

zawieszone, jakby nie ono wsiąkało w ciszę tylko cisza wokół nas wzbierała niby podnosząca się 
woda.   Droga   skręciła   znowu   i   zmieniła   się   w   ulicę   między   białymi   domami   na   cienistych 
trawnikach. Caddy ten szubrawiec czy możesz to zrobić myśląc o Benjy'm i Ojcu nie o mnie

O czym innym ja mogę myśleć o czym innym myślałam  Chłopiec zboczył z ulicy. Przelazł przez 

parkan ze sztachet nie oglądając się nawet, doszedł trawnikiem do drzewa, położył na ziemi wędkę, 
wdrapał się na gałąź i usiadł, plecami do drogi, a cętkowane słońce znieruchomiało wreszcie na 
jego białej koszuli.  O czym innym  myślałam nie mogę nawet płakać umarłam  w zeszłym roku 
mówiłam ci że umarłam ale nie wiedziałam wtedy co to naprawdę znaczy nie wiedziałam co mówię  
W końcu sierpnia bywają u nas takie dni, powietrze przejrzyste i rześkie jak tutaj, ale jest w nim coś 
smutnego,   nostalgicznego,   bliskiego.   Człowiek   sumą   swych   klimatycznych   doświadczeń, 
powiedział   Ojciec.   Człowiek   sumą   tego   co   tam.   Problem   nieczystych   skłonności   sprowadzany 
monotonnie   do   niezmiennego   zera:   martwego   punktu   prochu   i   pożądania.  Ale   teraz   wiem   że 
umarłam mówię ci

Czemu musisz słuchaj możemy wyjechać ty Benjy i ja tam gdzie nikt nas nie zna gdzie  Bryczkę 

ciągnął siwy koń, kopyta stukały w cienkim kurzu; rachityczne koła skrzypiały cienko i sucho, 
wjeżdżali na wzgórze pod falującym szalem listowia. Wiąz. Nie: brzost. Brzost.

Za co za twoje pieniądze na studia te pieniądze które dostali za sprzedane pastwisko żebyś mógł iść  

na Harvard nie rozumiesz musisz teraz skończyć jeśli nie skończysz on nie będzie miał nic

Sprzedali pastwisko Jego biała koszula tkwiła nieruchomo w rozwidleniu w pełgających cieniach. 

Koła   były   rachityczne.   Spod   brzucha   bryczki   zręczne   kopyta   szybkie   niby   poruszenia   palców 
haftującej damy zmniejszały się nie oddalając niby kukiełka na kole odjeżdżająca szybko w tył za 

background image

scenę. Ulica skręcała znowu. Mogłem dojrzeć białą kopułę, krągłą głupawą pewność siebie zegara. 
Sprzedali pastwisko

Ojciec umrze za rok powiadają jeśli nie przestanie pić a on nie przestanie on nie może przestać od  

kiedy ja od zeszłego lata a wtedy poślą Benjy'ego do Jackson nie mogę płakać nie mogę nawet  
płakać przez chwilę stała w drzwiach w następnej ciągnął ją za suknię i ryczał głos jego łomotał  
falą tam i z powrotem między ścianami a ona kurczyła się pod ścianą malała i malała z tą blada  
twarzą oczy miała jak wciśnięte w nią kciuki wreszcie wypchnął ją z pokoju głos jego łomotał tam i  
z powrotem jakby siła rozpędu nie pozwalała mu przestać jakby nie było nań miejsca w ciszy ryczał

Przy otwieraniu drzwi dzwonek zabrzęczał, ale tylko raz, ostro i wyraźnie taki mały w schludnej 

ciemności   nad   drzwiami,   jakby   go   skalibrowano   i   dopasowano   tak,   by   wydawał   tylko   ten 
pojedynczy drobny i wyraźny dźwięk, może po to, żeby się dzwonek nie zużywał ani nie wymagał 
zbyt dużej ilości ciszy dla wyrównania jego brzęku, kiedy drzwi się otwierają w ciepły zapach 
świeżego pieczywa; małe brudne dziecko z oczyma jak u pluszowego misia i dwoma cienkimi 
warkoczykami jak lakierowanej skóry.

— Dzień dobry, siostro. — Jej twarz w ciepłej słodkiej pustce była niby filiżanka mleka z odrobiną 

kawy. — Jest tu kto?

Ale ona przyglądała mi się tylko, aż wreszcie drzwi się otworzyły i weszła jakaś pani. Ponad 

kontuarem, na którym szeregi chrupkich kształtów rysowały się za szkłem, jej schludna szara twarz, 
włosy rzadkie i ściągnięte ze schludnej szarej czaszki i okulary w szarych schludnych kółkach 
nadjeżdżały, zbliżały się niby coś na drucie, niby wysuwająca się kasa sklepowa. Wyglądała na 
bibliotekarkę,   na   coś   spomiędzy   zakurzonych   półek,   uporządkowanych   pewności   dawno 
oddzielonych od realnego świata, zasuszających się spokojnie niby tchnienie tego powietrza, które 
jest świadkiem wyrządzanej niesprawiedliwości

— Proszę dwa takie.
Wyciągnęła spod kontuaru kwadrat wycięty z gazety, położyła go na ladzie i wyjęła dwa rogaliki. 

Mała dziewczynka wpatrywała się w nie rozwartymi nieruchomo oczyma  jak dwa nieruchome 
rodzynki   pływające   w   filiżance   słabej   kawy.   Kraj   parchów–kramarzy,   dom   makaroniarzy. 
Wpatrywała się w chleb, w schludne szare dłonie, szeroką złotą obrączkę na lewym serdecznym 
palcu wepchniętą za sinawy knykeć.

— Czy pani sama wypieka te wyroby, proszę pani?
— Słucham pana? — spytała. O, tak: Słucham pana? Jak na scenie. Słucham pana? Pięć centów. 

Czy coś jeszcze?

— Nie, proszę pani. Nie dla mnie. Ale ta młoda dama czegoś chce. — Nie była dość wysoka, by 

zobaczyć małą ponad gablotką, podeszła więc do końca lady i stamtąd spojrzała na dziewczynkę.

— Czy to pan ją przyprowadził?
— Nie, proszę pani. Była tu, kiedy przyszedłem.
—   Ty   mała   łotrzyco!   —   Wyszła   spoza   lady,   ale   nie   dotknęła   dziewczynki.   —   Co   masz   w 

kieszeniach?

— Ona w ogóle nie ma kieszeni — wyjaśniłem. — Nic tu nie robiła. Stała tylko i czekała na panią,
— Więc czemu dzwonek nie zadzwonił? — spiorunowała mnie wzrokiem. Brakowało jej tylko 

background image

pęki rózeg i na tablicy w tle 2×2 = 5. — Schowa coś pod sukienkę i nikt się nawet nie domyśli. No, 
mała, jak tu weszłaś?

Dziewczynka   nie   powiedziała   ani   słowa.   Spoglądała   na   kobietę,   potem   rzuciła   mi   przelotne 

mroczne spojrzenie i znowu patrzyła na kobietę. — Ci cudzoziemcy — narzekała kobieta. — Jak 
ona tu weszła, że dzwonek nie zadzwonił?

—   Weszła,   kiedy   otworzyłem   drzwi   —   wytłumaczyłem.   —   Dzwonek   zadzwonił   raz   dla   nas 

obojga.   Nie   mogła   zresztą   niczego   stąd   dosięgnąć.   Poza   tym,   nie   sądzę,   żeby   chciała   sięgać. 
Prawda, siostro? — Dziewczynka spojrzała na mnie tajemnicza, zamyślona. — Czego chcesz? 
Chleba?

Wysunęła piąstkę. Palce rozgięły się ukazując pięciocentówkę wilgotną i brudną, wilgoć i brud 

zatarte w liniach dłoni. Moneta była mokra i ciepła. Czułem jej zapach lekko metaliczny.

— Czy ma pani bochenek za pięć centów, proszę pani?
Spod   kontuaru   wydobyła   kwadrat   wycięty   z   gazety,   położyła   go   na   ladzie   i   zawinęła   weń 

bochenek. Położyłem monetę na ladzie, potem drugą. — I proszę panią o jeszcze jeden rogalik.

Wyjęła rogalik z gablotki. — Niech pan da tę paczkę — powiedziała. Podałem, a ona ją rozwinęła, 

dołożyła trzeci rogalik, zawinęła paczkę z powrotem, wzięła monety, poszukała dwóch centów w 
kieszeni fartucha i dała mi. Wręczyłem je dziewczynce. Jej paluszki, wilgotne i ciepłe jak gąsienice, 
objęły monety.

— Pan jej chce dać ten rogalik? — zapytała kobieta.
— Tak, proszę pani, przypuszczam, że pani wypieki pachną jej równie apetycznie jak mnie.
Wziąłem obydwie paczki, podałem chleb dziewczynce, a stalowoszara kobieta za ladą przyglądała 

się nam z zimną pewnością siebie. — Zaczekajcie chwilę — powiedziała. Poszła gdzieś w głąb. 
Drzwi znowu otwarły się i zamknęły. Dziewczynka patrzyła na mnie przyciskając chleb do brudnej 
sukienki.

— Jak ci na imię? — zapytałem. Przestała mi się przyglądać, ale wciąż stała bez ruchu. Zdawało 

się, że nawet nie oddycha. Kobieta wróciła. Trzymała w ręku coś, co wyglądało bardzo śmiesznie. 
Niosła to w taki sposób, jakby to były zwłoki jej ulubionego szczura.

— Masz — powiedziała. Dziecko spojrzało na nią. — Weź to — kobieta szturchnęła ją tym czymś. 

— To tylko tak dziwnie wygląda. Przypuszczam, że nie zauważysz różnicy w jedzeniu. Masz. Nie 
będę tutaj wystawała cały dzień. — Dziecko wzięło wciąż patrząc na nią. Kobieta otarła ręce o 
fartuch.   —   Muszę   naprawić   ten   dzwonek   —   powiedziała.   Podeszła   do   drzwi   i   otworzyła   je 
szarpnięciem.   Mały   dzwonek   zadźwięczał   raz,   cichy,   wyraźny,   niewidzialny.   Ruszyliśmy   w 
kierunku drzwi i bacznych pleców kobiety.

— Dziękuję pani za ciastko — powiedziałem.
— Ci cudzoziemcy! — mówiła wpatrzona w ciemność, z której dochodził dzwonek. — Niech pan 

posłucha mojej rady i trzyma się od nich z daleka, młody człowieku.

— Dobrze, proszę pani — obiecałem. — Chodź, siostro. — Wyszliśmy. — Dziękuję pani.
Zamknęła   drzwi,   potem   otworzyła   je   szarpnięciem   zmuszając   dzwonek   do   wydania   tego 

pojedynczego nikłego dźwięku. — Ci cudzoziemcy — powtórzyła wpatrując się w dzwonek na 
górze.

background image

Szliśmy ulicą. — No — zacząłem — co myślisz o porcji lodów? — Jadła to rozgniecione ciastko. 

— Lubisz lody? — Rzuciła na mnie mroczne, spokojne spojrzenie żując. — Chodź.

Poszliśmy do drugstoru na lody. Nie chciała odłożyć chleba. — Połóż go, będzie ci wygodniej jeść 

—   namawiałem   próbując   wziąć   od   niej   paczkę.  Ale   przyciskała   ją   żując   lody   niby   ciągutkę. 
Nadgryzione ciastko leżało na stole. Jadła lody spokojnie, systematycznie, potem znowu zabrała się 
do ciastka rozglądając się po gablotach z jedzeniem. Skończyłem moje i wyszliśmy.

— Gdzie mieszkasz? — zapytałem.
Bryczka, ta zaprzężona w siwego konia. Tylko, że doktor Peabody jest gruby. Trzysta funtów. 

Jeździło się z nim zawsze tak, że twoja strona bryczki była nieco uniesiona i trzymało się mocno. 
Dzieci. Łatwiej iść, niż jechać tak w górze. Widziałaś doktora byłaś u doktora Caddy

Nie potrzebuję nie mogę teraz pytać potem to będzie normalne nie będzie miało znaczenia
Bo kobiety są takie delikatne, takie tajemnicze, mówił Ojciec. Subtelna równowaga okresowego 

brudu w regularnych nawrotach między dwoma księżycami. Księżyce, mówił, krągłe i żółte jak 
księżyce w pełni, jej biodra, uda. Na zewnątrz, zawsze na zewnątrz nich ale. Żółte. Podeszwy stóp 
jakby od chodzenia. I wiedz, że jakiś mężczyzna, że to wszystko tajemne, władcze, ukryte. Ze 
wszystkim,   co   zawiera   wewnątrz,   przybiera   kształt   zewnętrznej   gładkości   czekającej   tylko   na 
dotknięcie.   Cieknąca   gnilizna,   jak   pływający   na   powierzchni   zatopiony   przedmiot,   jak   jasna 
sflaczała guma słabo nabierająca zapachu kapryfolium, wszystko to pomieszane.

— Zaniosłabyś lepiej ten chleb do domu!
Spojrzała   na   mnie.   Żuła   spokojnie   i   jednostajnie,   w   regularnych   odstępach   czasu   mała   kulka 

rozszerzała jej gardło i spływała w dół. Odwinąłem moją paczkę i dałem jej jednego rogalika. — 
Do widzenia — powiedziałem.

Poszedłem dalej. Potem obejrzałem się. Szła za mną. — Czy tędy droga do twojego domu? — Nie 

odpowiedziała. Maszerowała koło mnie, prawie pod moim ramieniem, zajadając. Szliśmy dalej. 
Było   cicho,   wokół   niemal   nikogo  nabierające   zapachu   kapryfolium   wszystko   to   pomieszane 
Powinna mi była powiedzieć a nie pozwalać żebym siedział na stopniach słysząc trzaśniecie drzwi 
zmrok słysząc jak Benjy wciąż płacze Na kolację będzie musiała zejść na dół potem nabierające  
zapachu kapryfolium wszystko to pomieszane
 Doszliśmy do rogu,

— No, ja muszę iść tędy — oświadczyłem. — Do widzenia. — Ona również się zatrzymała. 

Przełknęła ostatni kęs ciastka i zabierała się do rogalika, sponad którego patrzyła na mnie. — Do 
widzenia — powiedziałem. Skręciłem w ulicę i szedłem naprzód aż do następnego rogu, dopiero 
tam się zatrzymałem.

— Gdzie ty mieszkasz? — spytałem. — W której stronie? Tam? — pokazałem w głąb ulicy. Ona 

tylko patrzyła na mnie. — Czy może gdzieś w tamtym kierunku? Założyłbym się, że mieszkasz 
niedaleko stacji, tam, gdzie chodzą pociągi. Prawda? — Ona tylko patrzyła na mnie spokojna, 
skryta i żująca. Ulica po obu stronach była pusta, ciche trawniki i schludne domy pośród drzew, ale 
nikogo   ani   na   lekarstwo   z   wyjątkiem   tych   w   tyle.   Zawróciliśmy   i   ruszyliśmy   w   przeciwnym 
kierunku. Na krzesłach przed składem siedziało dwóch mężczyzn.

— Czy panowie znają tę dziewczynkę? Widocznie spodobało jej się moje towarzystwo, a ja nie 

mogę się dowiedzieć, gdzie ona mieszka.

background image

Przestali patrzeć na mnie i spojrzeli na nią.
—   Musi   być   z   tych   włoskich   rodzin,   co   tu   zjechały   —   powiedział   pierwszy.   Miał   na   sobie 

zrudziały  surdut.   —   Ja   już   ją   widziałem.   Jak   się   nazywasz,   dziewuszko?   —   Patrzyła   na   nich 
mrocznie przez chwilę, szczęki jej poruszały się jednostajnie. Przełknęła nie przestając żuć.

— Może ona nie umie po angielsku — powiedział drugi.
— Wysłali ją po chleb — wyjaśniłem. — Musi znać choć kilka słów.
— Jak się nazywa twój tatuś? — zwrócił się do niej pierwszy. — Pete? Joe? Może John, co? — 

Ugryzła następny kęs rogala.

— Co ja mam z nią zrobić? — spytałem. — Ona wciąż za mną idzie. Muszę wracać do Bostonu.
— Pan z uniwersytetu?
— Tak, proszę pana. I muszę wracać.
— Może pan pójść tą ulicą i oddać ją Anse. On jest tam w Wynajmie Powozów. To szeryf.
— Chyba tak będzie najlepiej. Muszę coś przecież z nią zrobić. Dziękuję bardzo. Chodź, siostro.
Szliśmy dalej ulicą po cienistej stronie, gdzie cień załamanej fasady powoli kładł się plamą przez 

jezdnię. Doszliśmy do Wynajmu Powozów. Szeryfa nie było. W niskich, szerokich drzwiach, gdzie 
ciemny rześki powiew pachnący amoniakiem wiał między rzędami stanowisk, siedział odchylony 
na krześle jakiś człowiek, który powiedział, żebym sprawdził w urzędzie pocztowym. On również 
nie znał dziewczynki.

— Te cudzoziemce. Człowiek nie odróżnia jednego od drugiego. Niech ją pan poprowadzi za tory, 

tam, gdzie oni mieszkają, może się ktoś o nią upomni.

Poszliśmy do urzędu pocztowego. Musieliśmy znowu zawrócić. Człowiek w surducie rozkładał 

gazetę.

— Anse akurat wyjechał z miasta — powiedział. — Radzę, niech pan idzie koło stacji i przejdzie 

wzdłuż domów nad rzeką. Tam ktoś musi ją znać.

— Chyba tak trzeba — zgodziłem się. — Chodź, siostro. — Wepchnęła ostatni kawałek rogala w 

usta i połknęła. — Chcesz jeszcze jednego? — zapytałem. Popatrzyła na mnie żując, ciemne jej 
oczy były szeroko otwarte, przyjazne. Wyjąłem tamte dwa rogale, dałem jej jeden i zacząłem gryźć 
drugi. Zapytałem mężczyznę, gdzie jest stacja, a on mi pokazał. — Chodź, siostro.

Doszliśmy do stacji, przeszliśmy przez tory, koło rzeki. Przecinał ją most, a wzdłuż brzegu wiodła 

ulica rozchwierutanych drewnianych domków niejako wspierająca się o wodę. Nędzna uliczka, ale 
z jakimś szczególnym charakterem i to bardzo wyraźnym. Pośrodku zapuszczonego skrawka ziemi 
otoczonego   parkanem   z   rozdziawionych   połamanych   sztachet   stał   wiekowy,   koślawy   faeton   i 
zniszczony dom; z górnego okna zwisała jakaś część odzieży jaskraworóżowej barwy.

— Czy tak wygląda twój dom? — zapytałem. Popatrzyła na mnie sponad rogala. — To ten? — 

ciągnąłem wskazując. Ona tylko żuła, ale wydało mi się, że dostrzegam coś potwierdzającego w jej 
zachowaniu,   jakieś   potakiwanie,   nawet   jeśli   nie   było   ono   bardzo   skwapliwe.   —   To   ten?   — 
powtórzyłem. — Chodźmy więc. — Wszedłem przez wyłamaną furtkę. Obejrzałem się na małą. — 
Tu? Czy to ci przypomina twój dom?

Przytaknęła gwałtownie głową, spoglądając na mnie, wgryzając się w wilgotny półksiężyc chleba. 

Szliśmy dalej. Dróżka z przypadkowej zbieraniny niedopasowanych kamieni pomiędzy młodymi 

background image

szorstkimi   źdźbłami   trawy   prowadziła   do   rozlatującej   się   werandy.   Z   domu   nie   dochodził 
najmniejszy ruch, ta różowa część odzieży zwisała bezwładnie z górnego okna w bezwietrznym 
powietrzu.   Do   sześciu   stóp   sznurka   przywiązana   była   rączka   dzwonka,   przestałem   wreszcie 
pociągać i zastukałem. Dziewczynka miała skórkę chleba w obu kącikach żujących ust.

Jakaś   kobieta   otworzyła   drzwi.   Popatrzyła   na   mnie   i   zaczęła   szybko   mówić   po   włosku   do 

dziewczynki,   głos   jej   podnosił   się,   potem   następowała   przerwa,   pytająca.   Zagadała   do   małej 
ponownie, ta patrzyła na nią sponad skórki od chleba, której koniec wpychała sobie do ust brudną 
ręką.

— Ona mówi, że tu mieszka — tłumaczyłem. — Spotkałem ją w mieście. Czy to pani chleb?
— Nie mówić — oświadczyła kobieta. Znowu zagadywała do dziewczynki. Tamta odpowiadała 

tylko spojrzeniem.

— Nie mieszka tu? — zapytałem. Wskazałem na dziewczynkę, potem na kobietę, potem na drzwi. 

Zapytana potrząsnęła głową. Mówiła szybko. Wyszła na skraj werandy i wskazywała ręką wzdłuż 
drogi, wciąż mówiąc.

Ja również kiwałem gwałtownie głową. — Pani pójść pokazać — zapraszałem. Wziąłem ją za rękę, 

machając drugą w kierunku drogi.

Mówiła prędko, wskazując palcem. — Pani pójść pokazać — próbowałem sprowadzić ją na dół po 

schodkach.

— Si, si — terkotała zapierając się, pokazując nie wiadomo co. Ja znów kiwnąłem głową.
— Dziękuję. Dziękuję. Dziękuję. — Zeszedłem ze schodków i ruszyłem ku furtce, nie biegiem, ale 

bardzo szybko. Doszedłem do furtki, zatrzymałem się i obejrzałem. Skórka zniknęła już, mała 
patrzyła mrocznym, przyjaznym spojrzeniem. Kobieta stała na werandzie i spoglądała za nami.

— No to chodź — powiedziałem. — Musimy wreszcie prędzej czy później znaleźć właściwy dom.
Podsunęła się tuż pod mój łokieć. Ruszyliśmy. Wszystkie domy wydawały się puste. Ani żywej 

duszy naokoło. Atmosfera stojącego powietrza, jaką mają niezamieszkane domy. Ale przecież nie 
mogą wszystkie stać puste. Tyle najróżniejszych pokoi, gdyby tylko można było znienacka odrąbać 
ścianę  i  oto  córeczka  łaskawej   pani.  Nie.  Pani, przebóg,  oto  twoja córka!  Szła  tuż  pod  moim 
łokciem, te jej lśniące ciasno splecione mysie ogonki, potem ostatni dom wyczerpał wszystkie 
możliwości,  droga  skręcała  za  murem i  ginęła  ciągnąc  się  wzdłuż  rzeki.  Zza  połamanej  furtki 
wychynęła kobieta, głowę miała okrytą szalem przytrzymywała go pod brodą. Droga skręcała dalej, 
pusta.   Znalazłem   monetę   i   dałem   ją   małej.   Ćwierć   dolara.   —   Do   widzenia,   siostro   — 
powiedziałem. Potem uciekłem.

Biegłem szybko nie oglądając się. Tuż przed zakrętem drogi spojrzałem w tył. Stała na drodze tuląc 

bochenek chleba do brudnej sukienczyny, malutka postać o oczach spokojnych, mrocznych, szeroko 
rozwartych, Ruszyłem dalej biegiem.

Od   drogi   odchodziła   ścieżka.  Wbiegłem   na   nią,   po   chwili   zwolniłem   i   zacząłem   iść   szybko. 

Ścieżka biegła na tyłach nieruchomości: nie malowane domy, na sznurach mnóstwo podobnych 
części   garderoby   w   wesołych   zaskakujących   barwach,   stodoła   o   przełamanym   grzbiecie, 
rozpadająca   się   spokojnie   w   sadzie   między   szeregami   drzew   nie   przycinanych,   zduszonych 
chwastami, różowych i białych, rozmruczanych od słońca i pszczół. Obejrzałem się. Wylot ścieżki 

background image

był pusty. Zwolniłem jeszcze bardziej, własny cień mnie wyprzedzał ciągnąc głowę przez chwasty 
skrywające ogrodzenie.

Ścieżka wiodła do zamkniętej furtki, gubiła się w murawie stając się drożynką, ledwo zaznaczoną 

w młodej trawie. Przelazłem przez furtkę, minąłem kawałek porośniętego drzewami gruntu, potem 
doszedłem do następnego muru i ruszyłem wzdłuż niego, mój cień tym razem za mną. Jakieś 
krzewy i pnącza rosły tu w miejscach, gdzie u nas w domu wiłoby się kapryfolium. Wracać, a 
zwłaszcza   wracać   o   zmierzchu   i   w   deszcz,   nabierające   zapachu   kapryfolium,   wszystko   to 
pomieszane, jakby bez tego nie było dość, jakby nie było wystarczająco straszne.  Dlaczego mu 
pozwoliłaś pocałować.

Ja mu nie pozwoliłam ja go zmusiłam patrzała na mnie ogarniała ją złość Co o tym myślisz?  

Czerwony ślad mojej dłoni wypływał na jej twarz jakby pod dłonią zapaliło się światło jej oczy  
coraz mocniej rozjarzone

Nie uderzyłem cię za całowanie. Piętnastolatek a łokcie jak u dziewczyny powiedział Ojciec łykasz 

jakbyś miał ości w gardle co się z tobą dzieje a Caddy po przeciwnej stronie stołu tylko żeby na  
mnie nie spojrzeć. Uderzyłem cię w twarz bo pozwoliłaś żeby to był jakiś głupi miejski pętaczyna  
teraz będziesz no teraz zobaczymy chyba powiesz poddaję się. Czerwony ślad mojej dłoni wypływa  
na jej twarz. Co o tym myślisz i znów ją szoruję głową w. Splątane łodygi i trawy wbijają się  
szorują jej głowę. Powiedz poddaję się powiedz

Zresztą nie całowałem takiego brudasa jak Natalie Mur pogrążył się w cieniu, a potem mój cień 

znowu go oszukałem. Zapomniałem, iż rzeka wije się wzdłuż drogi. Wdrapałem się na mur. Stała 
przyglądając się, jak zeskakuję i przyciskała bochenek do sukienki.

Znieruchomiałem wśród zielsk i przez chwilę patrzyliśmy nawzajem na siebie.
— Czemu nie powiedziałaś, że mieszkasz tu gdzieś, za miastem, siostro? — spytałem. Bochenek 

powoli znikał z opakowania, opakowanie zresztą też było w strzępach. — No więc chodź i pokaż 
mi   swój   dom.  nie   takiego   brudasa   jak   Natalie.   Padało   słyszeliśmy   na   dachu   krople   deszczu 
wzdychające poprzez wysoką rozkoszną pustkę obory.

Tutaj? dotykając jej
Nie nie tutaj
Tutaj? To nie był ulewny deszcz ale nie słyszeliśmy nic oprócz tego dachu i czegoś jakby mojej krwi  

albo jej krwi

Zepchnęła mnie drabiny uciekła i zostawiła mnie tutaj ta Caddy
Czy tu cię bolało kiedy Caddy uciekła czy to tu
Och 
Szła tuż pod moim łokciem, czubek głowy z lakierowanej skóry, bochenek wyszczerzał się z 

gazety.

— Jeśli nie wrócisz szybko do domu, to z tego bochenka nic nie zostanie. I co na to powie mama? 

Założę się że dam radę cię podnieść

Nie dasz rady jestem za ciężka
Czy Caddy odeszła czy poszła do domu z naszego domu nie widać obory czy próbowałaś kiedy 

zobaczyć oborę z

To jej wina ona mnie popchnęła uciekła

background image

Dam radę cię podnieść o zobacz
Och, jej krew och moja krew Och 
Szliśmy dalej w cienkim kurzu nasze stopy ciche jak guma na 

cienkim   kurzu   gdzie   ołówki   słońca   kładły  się   ukosem   na   drzewach.   I   znowu   poczułem   wodę 
płynącą bystro a spokojnie w ukrytym cieniu.

— Daleko mieszkasz, co? Sprytna z ciebie dziewuszka, żeby iść sama taki kawał drogi do miasta. 

To tak jakby się tańczyło na siedząco czy kiedykolwiek tańczyłaś na siedząco? Słychać było deszcz  
szczura w żłobie pustą wyzbytą koni oborę. Jak się ludzie trzymają w tańcu czy tak się trzymają

Och
Ja trzymam zwykle w ten sposób widzisz myślałaś że nie jestem dość silny widzisz
Och och och
Ja zwykłem trzymam w ten sposób to znaczy czy słyszałaś co powiedziałem powiedziałem
Och och och
Droga ciągnęła się dalej, cicha i pusta, słońce skłaniało się coraz niżej i niżej. Jej sztywne mysie 

warkoczyki związane były na końcach czerwonymi szmatkami. Kiedy szła, róg opakowania odginał 
się nieco obnażając wierzch bochenka. Stanąłem.

— Słuchaj. Czy ty mieszkasz gdzieś przy tej drodze? Przecież nie minęliśmy ani jednego domu, 

choć uszliśmy pewno z milę.

Popatrzyła na mnie, mroczna, tajemnicza i przyjazna.
— Gdzie mieszkasz, mała? Czy mieszkasz tam, w tamtym kierunku, w mieście?
Gdzieś w lesie odezwał się ptak, za rzadkimi, załamanymi promieniami słońca.
— Ojciec będzie się o ciebie martwił. Dostaniesz lanie za to, żeś nie wróciła prosto do domu z tym 

chlebem, nie rozumiesz?

Ptak zagwizdał znowu, niewidoczny, dźwięk bez znaczenia, głęboki, niemodulowany, ścichł niby 

ścięty   uderzeniem   noża   i   znowu,   i   poczułem   wodę,   bystrą   i   spokojną   ponad   tajemniczymi 
miejscami, wyczuwaną, nie widzianą czy słyszaną

—   Och,   do   diabła,   siostro.   —   Już   połowa   papieru   zwisała.   —  Tak   naprawdę   nie   można.   — 

Oddarłem papier i rzuciłem go na bok. — Chodź, musimy wracać do miasta. Pójdziemy wzdłuż 
rzeki.

Zeszliśmy z drogi.  Malutkie  blade  kwiaty kwitły wśród mchów  i  to poczucie wody,  niemej  i 

niewidzialnej. Ja zwykłem trzymam w ten sposób to znaczy zwykle trzymam w ten sposób Stała w  
drzwiach i patrzyła na nas ręce wsparła na biodrach

Tyś mnie popchnęła to twoja wina bolało mnie
Tańczyliśmy na siedząco założę się że Caddy nie potrafi tańczyć na siedząco
Przestań przestań
Ja tylko chciałem strzepnąć ci te śmiecie z sukienki na plecach
Trzymaj z daleka ode mnie swoje brudne stare łapy to twoja wina tyś mnie strąciła jestem na ciebie  

wściekła

Nic   mnie   to   nie   obchodzi   patrzyła   na   nas   bądź   sobie   wściekła   odeszła  Usłyszałem   okrzyki   i 

odgłosy chlapaniny; zobaczyłem na moment błysk brązowego ciała.

background image

Bądź sobie wściekła. Koszula zaczęła mi wilgotnieć i włosy też. Przez dach który słyszałem teraz  

głośno widziałem Natalie idącą ogrodem pośród deszczu. Moknij sobie Chciałbym żebyś dostała  
zapalenia płuc  idź  do domu Krowa. Skoczyłem  w świński  gnój w błoto  ubabrałem  się po pas  
cuchnąłem zanurzałem się raz po raz wreszcie upadłem i wytarzałem się cały — 
Słyszysz, tam się 
kąpią, siostro? Sam miałbym na to ochotę. — Gdybym miał czas. Kiedy będę miał czas. Słyszałem 
tykanie  zegarka.  błoto  było  cieplejsze od deszczu cuchnęło okropnie.  Była odwrócona plecami  
obszedłem  ją naokoło  i stanąłem  twarzą w twarz. Wiesz  co robiłem? Odwróciła się ode  mnie  
obszedłem ją znowu deszcz wciskał się w błoto spłaszczając gors jej sukienki śmierdziało ohydnie.  
Przytulałem ją wiesz przytulałem. Odwróciła się ode mnie obszedłem ją i stanąłem twarzą w twarz. 
Tuliłem ją mówię ci.

Nic mnie nie obchodzi co robiłeś
Nic cię nie obchodzi nic cię ja ci pokażę że cię zacznie obchodzić. Odepchnęła gwałtownie moje 

ręce obsmarowałem ją błotem drugą ręką nie mogłem wyczuć uderzenia jej wilgotnej dłoni otarłem  
błoto z nóg rozsmarowałem na jej mokrym twardym uchylającym się ciele słyszałem jak jej palce 
wchodzą w moją twarz ale nie czułem nic nawet kiedy krople deszczu zaczęły mi słodko smakować 
na wargach

Pierwsi zobaczyli nas z wody, głowy, ramiona. Wrzasnęli, a jeden podniósł się i przygięty skoczył 

pomiędzy nich. Wyglądali niczym bobry, woda lizała im usta, wrzeszczeli.

— Zabierać stąd tę dziewczynę! Po co pan tu sprowadził dziewczynę! Wynocha stąd!
— Ona was nie ugryzie. Chcemy się tylko chwileczkę na was popatrzeć.
Przycupnęli w  wodzie. Głowy ich czujnie w nas wpatrzone zsunęły się, potem rozpierzchły i 

chłopcy skoczyli ku brzegowi bryzgając na nas wodą. Odsunęliśmy się szybko.

— Posłuchajcie, chłopcy. Ona was przecież nie ugryzie.
— Wynoś się, ty z Harvardu! — To był ten drugi chłopak, ten, co na moście myślał o koniu i 

wozie. — Wodą ich, chłopaki!

— Chodźmy,  wrzucimy ich  do wody — zaproponował inny.  — Ja się tam nie  boję żadnych 

dziewuch!

— Wodą ich, wodą! — skoczyli bryzgając na nas. Cofnęliśmy się. — Wynocha! — wrzeszczeli. — 

Wynocha stąd!

Wynieśliśmy się. Stłoczyli się tuż przy brzegu, szereg gładkich głów na tle jasnej wody. Poszliśmy 

dalej. — To nie dla nas, prawda? — Słońce kładło się tu i ówdzie na mchy, coraz bardziej płasko. 
— Biedne dziecko, jesteś dziewczyną. Wśród mchów kwitły malutkie kwiatki, nigdy nie widziałem 
malutszych. — Jesteś po prostu dziewczyną. Biedne dziecko. — Ścieżka wiła się wzdłuż rzeki. 
Potem woda stała się znowu spokojna, ciemna, spokojna i bystra. — Tylko dziewczyną. Biedna 
siostrzyczka. Leżeliśmy w mokrej trawie dysząc czułem deszcz na plecach niby zimne strzały. Teraz 
cię obchodzi teraz cię obchodzi

O rany aleśmy się ubabrali wstawaj. Zaczęło piec tam gdzie deszcz dotykał mi czoła moja dłoń 

powróciła czerwona znacząc różową smugę w deszczu. Czy boli

Pewno że boli co ty sobie wyobrażasz
Chciałam ci wydrapać oczy ojejku jak śmierdzimy lepiej spróbujmy się obmyć w zalewie — 
No i 

background image

jesteśmy z powrotem w mieście, siostro. Teraz musisz maszerować do domu. Ja muszę wracać na 
uniwersytet. Popatrz, jak już późno. Pójdziesz do domu, co? — Ale ona tylko spoglądała na mnie 
tym tajemniczym, mrocznym, przyjaznym spojrzeniem, przyciskając do piersi na wpół rozwinięty 
bochenek. — Cały zamoczony. Odskoczyliśmy od nich w samą porę. — Wyjąłem chusteczkę i 
próbowałem wytrzeć chleb, ale skórka zaczęła z niego złazić, więc dałem spokój. — Musimy go 
zostawić jak jest, niech wyschnie. Trzymaj go tak. — Trzymała go tak. Wyglądał, jak obgryziony 
przez szczury. i woda wciąż wzbierająca przygięte plecy rozciapane błoto wydychające na zewnątrz  
smród co opryszczał siekaną powierzchnię niby tłuszcz na rozgrzanej płycie kuchennej. Mówiłem  
już ja ci pokażę

Nic mnie nie obchodzi co robisz
Wtem usłyszeliśmy tupot biegnących stóp i stanęliśmy, by się obejrzeć. Zobaczyliśmy, jak pędzi 

ścieżką, a płaskie cienie śmigają mu na nogach.

— Spieszy się. Może my... — zobaczyłem drugiego mężczyznę starszawego, który biegł ciężko 

trzymając w ręku kij, a potem chłopaka o długim torsie przytrzymującego spodnie w biegu.

— To Giulio — oświadczyła mała. Dojrzałem twarz i oczy Włocha, kiedy rzucał się na mnie. 

Upadliśmy  na   ziemię.   Dźgał   mnie   palcami   w   twarz,   próbował   coś   mówić,   chciał   mnie   chyba 
ugryźć, wtedy go odciągnęli i przytrzymali, a on dyszał i rzucał się, i wrzeszczał, trzymali go za 
ręce,   próbował   mnie   kopnąć,   wreszcie   go   odwlekli.   Dziewczynka   wyła   trzymając   w   obydwu 
dłoniach bochenek chleba. Półnagi chłopak miotał się i podskakiwał przytrzymując wciąż spodnie, 
a ktoś szarpnięciem postawił mnie na nogi akurat na czas, bym zobaczył jeszcze jedną, golusieńką 
postać, która wybiegła pędem zza spokojnego zakrętu ścieżki, zmieniła nagle kierunek w pół kroku 
i skoczyła w las trzymając z tyłu sztywną jak deska odzież. Giulio wciąż się szamotał. Człowiek, 
który postawił mnie na nogi, powiedział: — No, wreszcie. Mamy cię. — Był w kamizelce, ale bez 
marynarki. W kamizelce miał wpiętą metalową oznakę. W drugiej ręce trzymał sękaty, lśniący kij.

— Pan jest pewno Anse, co? — zapytałem. — Szukałem pana. O co chodzi?
— Ostrzegam, że wszystko, co powiesz, będzie użyte przeciwko tobie — oświadczył. — Jesteś 

aresztowany.

— Ja go zatłukam! — krzyczał Giulio. Szarpał się. Przytrzymywali go dwaj mężczyźni. Mała 

dziewczynka wyła bez przerwy, trzymając bochenek chleba. — On mi ukradnął siostrę! — wołał 
Giulio. — Puszczajcie, pany!

— Ukradłem mu siostrę? — zdumiałem się. — Ale przecież...
— Milczeć! — rozkazał Anse. — Możesz to wszystko powiedzieć sędziemu.
— Ukradłem mu siostrę? — powtórzyłem. Giulio wyrwał się mężczyznom i znowu rzucił się ku 

mnie,   ale   szeryf   złapał   go   w   pół   drogi   i   szamotał   się   z   nim,   aż   wreszcie   tamci   dwaj   znowu 
unieruchomili Włochowi ręce. Anse puścił go, dysząc ciężko.

— Przeklęty cudzoziemiec! Mam wielką ochotę przymknąć i ciebie za napaść i pobicie. — Obrócił 

się znowu ku mnie. — Pójdziesz po dobremu, czy mam cię zakuć w kajdanki?

— Pójdą po dobremu — odparłem. — Proszę bardzo, tylko żebym mógł kogoś znaleźć... coś 

zrobić z... ukradłem mu siostrę... — powtórzyłem. — Ukradłem mu siostrę.

— Ostrzegłem cię — przypomniał Anse. — On chce cię oskarżyć o przestępstwo z premedytacją. 

background image

Hej tam, powiedz tej dziewczynie, żeby przestała wyć.

— Och — powiedziałem. Potem zacząłem się śmiać. Z krzaków wynurzyło się jeszcze dwóch 

chłopców   o   przylizanych   włosach   i   okrągłych   oczach,   dopinali   koszule,   które   już   zdążyły 
zwilgotnieć na łopatkach i ramionach, starałem się powstrzymać śmiech, ale nie mogłem.

— Pilnuj go, Anse, mnie się widzi, że on ma szmergla.
— Ja... ja... muszę przestać — tłumaczyłem. — To mi za chwilę przejdzie. Poprzednim razem 

mówiło   och,   och,   och   —   wyjaśniałem   ze   śmiechem.   —   Pozwólcie   mi   usiąść   na   chwilę.   — 
Usiadłem,   tamci   patrzyli   na   mnie,   mała   dziewczynka   z   umazaną   twarzą   i   bochenkiem 
nadgryzionego   chleba,   i   ta   woda,   bystra   i   spokojna   w   dole,   za   ścieżką.   Po   chwili   śmiech   się 
wyczerpał. Ale nie ustawały ruchy w gardle, tak jak po zwymiotowaniu nie od razu ustają skurcze.

— Dalej — powiedział Anse. — Weź się w garść.
— Dobrze — odparłem zaciskając gardło. Latał jeszcze jeden żółty motyl, jakby jedna z cętek 

słonecznych zerwała się z uwięzi. Po chwili nie musiałem już tak mocno zaciskać gardła. — Jestem 
gotów. Którędy?

Poszliśmy dalej ścieżką, tamci dwaj pilnowali Giulia, mała i chłopcy wlekli się gdzieś z tyłu. 

Ścieżka wiodła wzdłuż rzeki do mostu. Przeszliśmy most i tory, ludzie wychodzili na progi, by na 
nas popatrzeć i wciąż skądś materializowało się coraz więcej chłopców, aż wreszcie skręciliśmy w 
główną   ulicę   prowadząc   za   sobą   całą   procesję.   Przed   drugstorem   stało   auto,   duże   auto,   ale 
poznałem ich dopiero wtedy, kiedy odezwała się pani Bland:

— Przecież to Quentin Compson! Quentin Compson! — Wtedy zobaczyłem Geralda i na tylnym 

siedzeniu Spoade'a, siedzącego mu prawie na karku. I Shreve'a. Dwóch dziewcząt nie znałem.

— Quentin Compson — powtórzyła pani Bland.
— Dobry wieczór — powiedziałem unosząc kapelusza. — Jestem aresztowany. Przykro mi, że nie 

otrzymałem pani listu. Czy Shreve to wytłumaczył?

—  Aresztowany?   —   zdumiał   się   Shreve.   —   Przepraszam.   —   Dźwignął   się   i   wygramolił   z 

samochodu ponad ich nogami. Miał na sobie moje flanelowe spodnie, opięte jak rękawiczki. Nie 
przypominałem sobie, żebym o nich zapomniał. Nie pamiętałem również, ile podbródków ma pani 
Bland. Ta ładniejsza dziewczyna siedziała z Geraldem na przednim siedzeniu. Przyglądały mi się 
przez woalki z jakimś delikatnym przerażeniem. — Kto jest aresztowany? — zapytał Shreve. — Co 
to wszystko znaczy?

— Geraldzie — rozkazała pani Bland. — Odeślij tych ludzi. Wsiadaj do auta, Quentin.
Gerald wysiadł. Spoade nawet nie drgnął.
— Co on takiego zrobił, szefie? Okradł kurnik?
— Ostrzegam wszystkich — oświadczył Anse. — Znacie więźnia?
— Czy znamy? — zdumiał się Shreve. — Ależ proszę pana...
— Wobec tego możecie pójść z nami do sędziego. Stawiacie opór władzy. Naprzód — potrząsnął 

mnie za ramię.

— No cóż, do widzenia — powiedziałem. — Rad jestem, że spotkałem państwa. Żałuję, że nie 

możemy pozostać razem.

background image

— Ależ, Geraldzie... — denerwowała się pani Bland.
— Niech pan posłucha, panie policjancie... — zaczął Gerald.
— Ostrzegam, że przeszkadzacie przedstawicielowi prawa — przerwał mu Anse. — Jeśli macie 

państwo coś do powiedzenia, możecie pójść do sędziego i dać świadectwo o aresztowanym. — 
Szliśmy dalej. Teraz już niemała procesja. Anse na przedzie razem ze mną. Słyszałem, jak im 
tłumaczyli, o co chodzi, i Spoade zadawał pytania, potem Giulio powiedział coś gwałtownie po 
włosku, obejrzałem się i zobaczyłem, że mała stoi na zakręcie i spogląda na mnie tym przyjaznym, 
nieprzeniknionym spojrzeniem.

— Do doma! — krzyknął na nią Giulio. — Już ja tam wytłukam z ciebie duszę!
Szliśmy dalej ulicą, potem skręciliśmy na mały trawniczek, na którym, cofnięty od ulicy, stał 

parterowy ceglany budynek z białymi ozdobami. Doszliśmy do niego dróżką z płyt kamiennych, 
tam  Anse   zatrzymał   wszystkich   z   wyjątkiem   nas   i   kazał   im   zaczekać   przed   drzwiami.   Nas 
wprowadził do pustawego pokoju pachnącego stęchłym tytoniem. Żelazny piecyk stał pośrodku 
drewnianej ramy wypełnionej piaskiem, na ścianie wisiała spłowiała mapa i brudny plan miasta. 
Zza   porysowanego,   zaśmieconego   stołu   spoglądał   na   nas   przez   okulary   w   drucianej   oprawie 
mężczyzna z groźnym czubem stalowosiwych włosów.

— Złapałeś go, co, Anse? — zapytał.
— Złapałem, panie sędzio.
Otworzył ogromną zakurzoną księgę, przysunął do siebie brudne pióro i zanurzył je w kałamarzu, 

który był wypełniony czymś, co przypominało gęstą maź.

— Niech no pan posłucha — zaczął Shreve.
— Nazwisko aresztowanego? — zapytał sędzia. Odpowiedziałem. Wpisał je powoli do księgi, 

pióro skrzypiało z rozdzierającą starannością.

— Niech no pan posłucha — mówił Shreve. — Znamy tego młodego człowieka. My...
— Spokój na sali! — zawołał Anse.
— Zamknij się, chłopie — zwrócił się Spoade do Shreve'a. — Niech on to robi po swojemu. 

Zresztą i tak będzie robił po swojemu.

— Wiek? — pytał sędzia. Powiedziałem. Zapisał i to, ruszał ustami w miarę pisania. — Zawód? — 

Powiedziałem. — Co, student z Harvardu? — podniósł na mnie wzrok podginając nieco szyję, by 
móc spojrzeć nad okularami. Oczy miał jasne i zimne, jak u kozy. — Co panu do głowy przyszło, 
żeby tu przychodzić i porywać dzieci?

— Oni powariowali, panie sędzio — wtrącił się Shreve. — Jeśli ktoś twierdzi, że ten chłopak 

porywa dzieci...

Giulio szarpnął się gwałtownie. — Powariowały! — krzyknął. — Czy ja ich nie złapał? Co? Nie 

widział na własne oczy?...

— Kłamiesz — odparł Shreve. — Z pewnością wcale...
— Spokój, spokój! — Anse podniósł głos.
— Wy tam, cisza! — rozkazał sędzia. — Jak nie będą cicho, wyrzuć ich, Anse. — Umilkli. Sędzia 

popatrzył na Shreve'a, potem na Spoade'a, potem na Geralda. — Znacie tego młodego człowieka? 

background image

— zapytał Spoade'a.

— Tak, panie sędzio — odparł Spoade. — To chłopak z prowincji, przyjechał tu na studia. Na 

pewno nie chciał zrobić nic złego. Myślę, że szeryf sam się przekona o tej pomyłce. On jest synem 
pastora kongregacjonalistów.

— Hm — powiedział sędzia. — A co pan właściwie robił? — Opowiedziałem mu, a on przyglądał 

mi się tymi zimnymi, wyblakłymi oczyma. — Co ty na to, Anse?

— Mogło i tak być — zastanowił się Anse. — Ci przeklęci cudzoziemcy...
— Ja Amerykan! — zakrzyknął Giulio. — Mam papier.
— Gdzie ta dziewczyna?
— Odesłał ją do domu — powiedział Anse.
— Była wystraszona, czy co?
— Przestraszyła się dopiero, jak ten Giulio rzucił się na aresztowanego. Szli spokojnie dróżką 

wzdłuż rzeki w kierunku miasta. Chłopaki, które się kąpały w rzece, powiedziały nam, w którą 
stronę poszli.

— To wszystko pomyłka, panie sędzio — powtórzył Spoade. — Wszystkie dzieci i psy zawsze się 

do niego kleją. On nic na to nie może poradzić.

— Hm — powiedział sędzia. Przez chwilę patrzył przez okno. Przyglądaliśmy mu się bacznie. 

Słyszałem, jak Giulio się drapie. Sędzia wrócił spojrzeniem do pokoju.

— Słuchaj, ty tam, czy jesteś pewny, że dziewczynie nic się nie stało?
— Nie zdążyło się stać — oświadczył Giulio ponuro.
— Rzuciłeś robotę, żeby jej szukać?
— Pewno, ja rzuca. Biega. Biega jak głupi. Patrzy tu, patrzy tam, potem jeden mówi, widział, jak 

on jej dawa jeść. Ona idzie razem.

— Hm — zastanowił się sędzia. — No cóż, synu, myślę, że powinieneś coś dać Giuliowi za to, że 

odszedł od pracy.

— Dobrze, panie sędzio — zgodziłem się. — Ile?
— Myślę, że dolara.
Dałem mu dolara.
— No — powiedział Spoade — jeśli to już wszystko, myślę... — on został chyba zwolniony, panie 

sędzio.

Sędzia nie spojrzał na niego. — Jak daleko biegłeś za nim, Anse?
— Co najmniej dwie mile. Zabrało nam ze dwie godziny, nim żeśmy go złapali.
— Hm — powiedział sędzia. Zastanawiał się chwilę. Patrzyliśmy na niego bacznie, na ten jego 

sztywny czub włosów. Okulary zjechały mu nisko na nos. Żółty kształt okna pełzał powoli przez 
podłogę, doszedł do ściany, zaczął się wdrapywać. Pyłki kurzu wirowały i spływały ukośnie. — 
Sześć dolarów.

— Sześć dolarów? — zdumiał się Shreve. — A za cóż to?
—   Sześć   dolarów   —   powtórzył   sędzia.   Przez   chwileczkę   patrzył   na   Shreve'a,   potem   znowu 

background image

przeniósł wzrok na mnie.

— Ale panie sędzio... — zaczął Shreve.
— Zamknij się — przerwał Spoade. — Daj mu te pieniądze, chłopie, i wynośmy się stąd. Panie na 

nas czekają. Masz sześć dolarów?

— Tak — odparłem. Wręczyłem mu sześć dolarów.
— Skarga oddalona — powiedział sędzia.
— Weź pokwitowanie — nalegał Shreve. — Weź podpisane pokwitowanie na te pieniądze.
Sędzia popatrzył łagodnie na Shreve'a. — Skarga oddalona — powtórzył, nie podnosząc głosu.
— Niech mnie diabli... — zaczął Shreve.
— Chodź — przerwał Spoade biorąc go pod ramię. — Do widzenia, panie sędzio. Dziękujemy 

bardzo. — Kiedy przechodziliśmy przez próg, usłyszeliśmy, jak głos Giulia unosi się gwałtownie, 
potem przycicha. Spoade przyglądał mi się, brązowe jego oczy były zagadkowe, nieco chłodne. — 
No, chłopcze, mam nadzieję, że po tym numerze będziesz gonił dziewczyny tylko po Bostonie.

— Ty przeklęty idioto! — denerwował się Shreve. — Co ci do głowy strzeliło, żeby się tutaj 

włóczyć i wygłupiać z tymi cholernymi makaroniarzami!

— Chodźcie już — ponaglał Spoade. — Na pewno zaczęły się niecierpliwić.
Pani  Bland  coś  do  nich  mówiła.  Nazywały się  panna  Holmes   i panna  Daingerfield;  przestały 

słuchać pani Bland i znowu zwróciły na mnie spojrzenia, w których kryło się delikatne, pełne 
zaciekawienia   przerażenie,   woalki   miały   zasunięte   znowu   na   białe   noski,   oczy   tajemnicze   i 
pierzchające za tymi woalkami.

— Quentin Compson — zaczęła pani Bland. — Co by na to powiedziała twoja matka? Młody 

człowiek musi z natury rzeczy wpadać w tarapaty, ale żeby cię jakiś prowincjonalny policjant 
aresztował na piechotę! Co oni tam wymyślili przeciwko niemu, Geraldzie?

— Nic — oparł Gerald.
— Nonsens. O co chodziło, Spoade?
— Chciał porwać tą małą brudną dziewczynkę, ale zdążyli go złapać w sam czas — powiedział 

Spoade.

— Nonsens — powtórzyła pani Bland, ale głos jej jakby zamarł, chwilę wpatrywała się we mnie, a 

dziewczęta wciągnęły oddech z miękkim zgodnym dźwiękiem. — Brednie — zdecydowała szybko 
pani Bland. — Typowe dla tych jankeskich prostaków i nieuków. Wsiadaj, Quentin.

Shreve   i   ja   siedliśmy   na   małych   rozkładanych   siedzeniach,   Gerald   zakręcił   korbą,   wsiadł   i 

ruszyliśmy.

— A teraz powiedz mi, Quentin, o co to całe idiotyczne zamieszanie? — zapytała pani Bland. 

Opowiedziałem im, Shreve przycupnął skurczony i wściekły na zapasowym siedzeniu, a z tyłu 
Spoade znów siedział mu prawie na karku obok panny Daingerfield.

—  A  dowcip   polega   na   tym,   że   Quentinowi   przez   cały   czas   udawało   się   nas   oszukiwać   — 

tłumaczył Spoade. — Byliśmy przekonani, że to uosobienie cnót młodzieńczych, któremu każdy 
może spokojnie zawierzyć własną córkę, aż wreszcie policja odsłoniła jego prawdziwe oblicze 
przyłapując go na gorącym, łajdackim uczynku.

background image

— Uspokój się, Spoade — rozkazała pani Bland. Jechaliśmy ulicą, potem przez most, minęliśmy 

dom, gdzie w oknie wisiała ta różowa część garderoby. — Wszystko to za karę, żeś nie przeczytał 
mojego listu. Czemu nie wróciłeś po list? Pan MacKenzie powiada, że ci o nim mówił.

— Tak, proszę pani, zamierzałem wziąć ten list, ale już nie wróciłem do pokoju.
— I kazałbyś nam tak siedzieć i czekać, nie wiem jak długo, gdyby nie pan MacKenzie. Kiedy 

powiedział, że w ogóle nie wróciłeś, pozostawało nam jedno wolne miejsce, więc go zaprosiliśmy. 
Ogromnie nam zresztą miło, że jest pan z nami, panie MacKenzie. — Shreve nie odpowiedział. 
Siedział z założonymi rękoma i patrzył prosto przed siebie nad czapką Geralda. To była angielska 
czapka automobilowa, jak objaśniła nas pani Bland. Minęliśmy tamten dom i trzy inne, i jeszcze 
jeden ogródek, gdzie mała dziewczynka stała przy furtce. Nie trzymała już bochenka, a buzię miała 
całą w smugach jakby umazaną węglem. Pomachałem jej ręką, ale nie odpowiedziała, tylko głowa 
jej obracała się powoli za odjeżdżającym autem i spojrzenie rozwartych oczu podążało za nami. 
Potem jechaliśmy wzdłuż muru, po chwili przejechaliśmy kawałek podartej gazety leżącej przy 
drodze, a ja znowu zacząłem się śmiać. Czułem ten śmiech w gardle, więc patrzyłem na drzewa, po 
których spływało popołudnie i myślałem o popołudniu i o ptaku, i kąpiących się chłopcach. Ale 
mimo to wciąż nie mogłem przestać, a potem zrozumiałem, że jeśli zbyt usilnie będę się starał 
przestać, to zacznę płakać, i myślałem o tym, jak to kiedyś myślałem o tym, że nie mogę być 
dziewicą, a przecież tyle ich spaceruje w cieniach i szepcze miękkimi dziewczynogłosami ociągając 
się w mrocznych zaułkach, skąd dochodzą słowa i zapach perfum, i oczy, które się czuje, a nie 
widzi, ale jeśli to tak łatwo się robi, to nie powinno mieć znaczenia, a jeśli to nie ma znaczenia, to 
cóż znaczę ja, i wtedy pani Bland powiedziała: — Quentin? Czy on nie chory, panie MacKenzie? 
— a potem gruba dłoń Shreve'a dotknęła mego kolana i Spoade zaczął gadać, a ja przestałem 
usiłować przestać.

—   Jeśli   ten   kosz   mu   przeszkadza,   to   niech   go   pan   przesunie   trochę   w   swoją   stronę,   panie 

MacKenzie. Zabrałam kosz wina, bo sądzę, że młodzi panowie powinni pijać wino, aczkolwiek mój 
ojciec, a dziadek Geralda  zrobić to kiedykolwiek. Czy zrobiłeś to kiedy. W szarej ciemności nikłe  
światło jej ręce zaciśnięte

— Piją, jak im dają — powiedział Spoade. — Co Shreve? na kolanach jej twarz spoglądająca w 

niebo na twarzy i szyi zapach kapryfolium

— Piwo również — powiedział Shreve. Dłoń jego znowu dotknęła mego kolana. Przesunąłem 

kolano. niby cienka warstwa liliowej farby i mówiła o nim przywołując

— Ty nie jesteś dżentelmen — zgorszył się Spoade. go między nas aż wreszcie jej kształt wtopił się 

ciemności

— Nie. Jestem Kanadyjczyk — powiedział Shreve. i mówiła o nim pióra wioseł przymrugiwały go 

coraz   bliżej   przymrugiwały   angielska   czapka   automobilowa   a   przez   cały   czas   ten   pęd   pod  
powierzchnią i tych dwoje wtopionych w siebie na zawsze więcej on służył w wojsku zabijał ludzi

— Uwielbiam Kanadę — powiedziała panna Daingerfield. — Dla mnie jest cudowna.
— Czy pani kiedykolwiek piła perfumy?  — zapytał Spoade.  jedną ręką mógł ją podnieść na  

wysokość ramienia i biec z nią biegiem Biegiem

— Nie — powiedział Shreve. biegiem zwierzę o dwóch grzbietach ona wtopiła się w mrugające 

wiosła biegiem świnie Eubuleusa biegiem sczepione wewnątrz ile razy Caddy

background image

— Ja również nie — powiedział Spoade. Nie wiem zbyt wiele razy było we mnie coś strasznego coś  

strasznego Ojcze ja popełniłem Czy zrobiłeś to kiedy Nie zrobiliśmy nie zrobiliśmy czyśmy to zrobili

— a dziadek Geralda zawsze zrywał sobie miętę przed śniadaniem, kiedy jeszcze na liściach była 

rosa. Nie pozwolił jej tknąć nawet staremu Wilkie, pamiętasz, Geraldzie, tylko zawsze zbierał je 
sam i własnoręcznie przyrządzał sobie julep, odmierzał składniki jak stara panna według receptury 
z   pamięci.  Tylko   jednemu   człowiekowi   dał   ten   przepis,   to  tak   zrobiliśmy   jakże   ty   możesz   nie  
wiedzieć jeśli tylko poczekasz powiem ci jak to było to co zrobiliśmy to była zbrodnia straszliwa  
zbrodnia nie można jej ukryć myślisz że można ale zaczekaj Biedny Quentin nigdy w życiu tego nie 
zrobiłeś ja ci powiem jak było powiem Ojcu wtedy już tak będzie musiało być bo przecież ty kochasz 
Ojca wtedy będziemy musieli wyjechać pośród wytykania palcami i zgorszenia czysty płomień ja cię  
zmuszę do powiedzenia żeśmy to uczynili jestem silniejszy od ciebie ja cię zmuszę do uznania żeśmy  
to zrobili myślałaś że to oni ale to byłem ja słuchaj nabierałem cię cały czas to byłem ja myślałaś że  
ja zostaję w domu gdzie to przeklęte kapryfolium starając się nie myśleć huśtawka cedry tajemne 
ponaglenia oddech zamknięty pijąc chwytając nieprzytomnie powietrze tak Tak Tak tak 
nigdy się nie 
dał namówić na picie wina, ale zawsze powiadał, że koszyk, w jakiej to książce wyczytałeś, w tej, 
gdzie  był   wioślarski  strój   Geralda  z  winem,  to nieodzowna  część  ekwipunku,  jaki  dżentelmen 
zabiera na piknik czy ty kochałaś ich Caddy czyś ty ich kochała Kiedy mnie dotykali umierałam

przez chwilę stała tam w następnej już wrzeszczał i ciągnął ją za suknię weszli do hallu i po 

schodach wrzeszczał i pchał się na nią po schodach i do łazienki stanęli ona plecami do drzwi 
ramionami zakrywała twarz wrzeszczał i starał się wepchnąć ją do łazienki kiedy zeszła na kolację 
T.P. go karmił zaczął znowu z początku tylko skomlał dopiero kiedy go dotknęła rozwrzeszczał się 
a ona stała z oczyma  jak zaszczute szczury wtedy ja biegłem przez szarą ciemność pachniało 
deszczem i wszystkimi  zapachami  kwiatów  wyzwolone wilgotne ciepłe  powietrze  i świerszcze 
rzępolące gdzieś w trawie odmierzały mi tempo małą ruchomą wysepką ciszy Fancy przyglądała mi 
się poprzez ogrodzenie plamista niczym kołdra ze zszywków wisząca na sznurku pomyślałem niech 
diabli tego czarnego znowu zapomniał ją nakarmić zbiegłem ze wzgórza w tę próżnię świerszczy 
niby oddech wędrujący po powierzchni lustra leżała w wodzie z głową na klinie piasku woda 
obmywała jej biodra nieco jaśniej było na wodzie przesiąknięta spódnica chlupotała o jej boki z 
ruchem fal biegnących w grubych zmarszczkach donikąd odnawiających się we własnych ruchu 
stałem na brzegu czułem zapach kapryfolium na plamie wody powietrze jakby ociekało zapachem 
kapryfolium i rzępoleniem świerszczy czymś niemal wyczuwalnym na skórze

czy Benjy wciąż płacze
nie wiem tak nie wiem
biedny Benjy
usiadłem na brzegu trawa była trochę wilgotna potem poczułem że buty mi przemiękły
wyłaź z wody zwariowałaś
ale ona nie drgnęła twarz jak biała plama obrysowana włosami na plamie piasku
wyłaź już
usiadła potem wstała spódnica ociekając chlupnęła o jej boki ona wdrapała się na brzeg wszystko 

na niej chlupotało usiadła

czemu tego nie wyżmiesz chcesz się zaziębić

background image

tak
woda mlaskała i gulgotała po piaszczystym klinie i dalej w ciemnościach pomiędzy wierzbami nad 

płycizną marszczyła się niby skrawek materiału wciąż jeszcze zawierała w sobie odrobinę światła 
jak to woda

on przepłynął wszystkie oceany naokoło świata
potem mówiła o nim obejmując mokre kolana twarz odchyliwszy do tyłu w szarym świetle zapach 

kapryfolium w matki pokoju świeciło się i u Benjy'ego gdzie T.P. kładł go do łóżka

czy ty go kochasz
dłoń jej się wysunęła nie drgnąłem wyszukała moje ramię ześliznęła się po nim w dół przycisnęła 

moją dłoń do piersi serce jej waliło

nie nie
więc on cię do tego zmusił on cię zmusił żebyś pozwoliła był mocniejszy od ciebie i on jutro go 

zabiję przysięgam zabiję Ojciec nie potrzebuje wiedzieć dowie się później a wtedy już ty i ja nikt w 
ogóle nie potrzebuje wiedzieć możemy wziąć moje pieniądze na studia możemy odwołać moją 
immatrykulację Caddy nienawidzisz go prawda prawda

przyciskała moją dłoń do piersi serce jej waliło odwróciłem się i chwyciłem ją za ramię
Caddy nienawidzisz go prawda
przesunęła moją dłoń w górę do gardła tam jej serce też waliło
biedny Quentin
twarz jej spoglądała w niebo które wisiało nisko tak nisko że wszystkie zapachy i dźwięki nocy 

były  stłoczone   niby  pod   obwisłą   płachtą   namiotu   zwłaszcza   kapryfolium  wpychało   się   w   mój 
oddech kładło na jej twarzy i gardle jak farba krew tętniła mi pod dłonią opierałem się na drugiej 
ręce zaczęła mi drętwieć drgać a ja musiałem chwytać oddech ustami żeby wciągnąć choć odrobinę 
powietrza z tego gęstego szarego kapryfolium

tak nienawidzę go umarłabym dla niego już dla niego umarłam umieram dla niego raz po raz za 

każdym razem kiedy to się dzieje

kiedy podniosłem rękę czułem dalej splątane gałązki i trawę piekące mi dłoń
biedny Quentin
odchyliła się ręce zacisnęła na kolanach
ty tego nigdy nie robiłeś prawda
czego nie robiłem czego
tego co ja robię co ja robiłam
tak tak masę razy z masą dziewczyn
a potem płakałem dłoń jej dotknęła mnie znowu i płakałem w jej mokrą bluzkę a ona leżała na 

plecach   spoglądając   w   niebo   mimo   mojej   głowy   widziałem   białą   obwódkę   pod   jej   źrenicami 
otworzyłem scyzoryk

pamiętasz ten dzień kiedy Babunia umarła kiedy ty usiadłaś w wodzie i zamoczyłaś majtki
tak

background image

trzymałem ostrze noża nad jej gardłem
to potrwa tylko chwilkę potem będę mógł sobie będę mógł sobie
dobrze a czy będziesz mógł sobie sam
tak ostrze jest wystarczająco długie Benjy leży już w łóżku
tak
to potrwa tylko chwilkę postaram się żeby nie bolało
dobrze
zamknij oczy
nie tak musisz naciskać mocniej
dotknij go ręką
ale ona nie drgnęła oczy miała szeroko rozwarte spoglądała w niebo mimo mej głowy
Caddy czy ty pamiętasz jak cię Dilsey skrzyczała bo ubłociłaś sobie majtki
nie płacz
nie płaczę Caddy
naciśnij mocniej czy ty
chcesz żebym nacisnął
tak naciśnij
dotknij go ręką
nie płacz biedny Quentin
ale nie mogłem przestać przyciskała mi głowę do mokrej twardej piersi słyszałem jak jej serce bije 

mocno i wolno już nie wali a woda gulgocze między wierzbami w ciemnościach i fale kapryfolium 
nadpływają powietrzem ramię i rękę miałem skręcone pod sobą

co się stało co ty robisz
mięśnie jej naprężyły się usiadłem
scyzoryk mi upadł
usiadła
która godzina
nie wiem
podniosła się na nogi ja szukałem w trawie
idę zostaw już to
czułem jak ona tam stoi czułem jej mokrą odzież czułem ją samą
musi tu gdzieś być
daj spokój poszukasz go jutro chodź
zaczekaj chwilę zaraz go znajdę
czy ty się boisz
o tu jest leżał cały czas
niemożliwe chodźmy

background image

wstałem i ruszyłem za nią szliśmy na wzgórze świerszcze uciszały się przed nami
to śmieszne że można tak siedzieć i upuścić coś a potem musi się szukać tego wszędzie naokoło
szarość było szaro rosa wznosiła się ukosem w szare niebo potem dalej drzewa
niech diabli to kapryfolium żeby już nie pachniało
przecież je lubiłeś
przeszliśmy przez wzgórze i ruszyliśmy w kierunku drzew ona wpadła na mnie cofnęła się rów był 

jak czarna blizna na szarej trawie znów wpadła na mnie spojrzała cofnęła się doszliśmy do rowu

chodźmy tędy
po co
sprawdźmy czy jeszcze można zobaczyć kości Nancy od długiego czasu nie przyszło mi do głowy 

żeby tam zajrzeć a tobie

splątane pnącza i ciernie ciemność
leżały właśnie tutaj trudno powiedzieć czy się je widzi czy nie jak myślisz
daj spokój Quentin
chodź
rów zwężał się zamykał obróciła się ku drzewom
daj spokój Quentin
Caddy
znów stanąłem przed nią
daj spokój
trzymałem ją
jestem silniejszy od ciebie
trwała bez ruchu naprężona nieustępliwa ale nieruchoma
nie będę się biła daj spokój lepiej daj spokój
Caddy nie rób tego Caddy
nic z tego nie przyjdzie przecież wiesz że nic nie przyjdzie pozwól mi iść
kapryfolium sączyło się i sączyło słyszałem jak świerszcze przyglądają nam się bacznie ustawione 

kołem cofnęła się obeszła mnie i ruszyła w stronę drzew

wracaj do domu nie ma powodu żebyś szedł
szedłem
czemu nie wracasz do domu
diabli to kapryfolium
doszliśmy do ogrodzenia przeczołgała się na drugą stronę ja też kiedy wyprostowałem plecy on 

wychodził  ku nam spomiędzy drzew  w  szarość podchodził ku nam wysoki nieruchomy nawet 
ruszał się jakby był nieruchomy ona podeszła do niego

to jest Quentin przemokłam cała przemokłam nie musisz jeśli nie chcesz nie musisz
ich cień jeden cień głowa jej wznosiła się nad jego głowę na niebie wyżej ich dwie głowy

background image

nie musisz jeśli nie chcesz
potem już nie było dwóch głów ciemność pachniała deszczem wilgotną trawą i liśćmi szare światło 

sączyło się jak deszcz kapryfolium nadpływało mokrymi falami widziałem jej twarz plamę na tle 
jego ramienia trzymał ją jedną ręką jakby nie była większa od dziecka wyciągnął dłoń

miło mi cię poznać
uścisnęliśmy sobie dłonie staliśmy tak jej cień wysoko na jego cieniu jeden cień
co będziesz robił Quentin
chyba pospaceruję trochę pójdę przez las do drogi i wrócę przez miasto
obróciłem się by odejść
dobranoc
Quentin
stanąłem
czego chcesz
w lesie rechotały drzewne żabki czując w powietrzu deszcz brzmiało to jak dźwięk dziecinnych 

katarynek które się zacinają przy kręceniu i to kapryfolium

chodź tutaj
czego chcesz
chodź tutaj Quentin
wróciłem dotknęła mego ramienia pochyliła się jej cień plama jej twarzy wychyliła się z jego 

wysokiego cienia cofnąłem się

uważaj
wracaj do domu
nie jestem śpiący chcę się przejść
zaczekaj na mnie nad zalewem
idę się przejść
zaraz tam przyjdę zaczekaj na mnie zaczekaj
nie pójdę przez las
nie obejrzałem się żabki drzewne nie zwracały na mnie żadnej uwagi szare światło jak mech na 

drzewach mżące ale przecież nie będzie padało po chwili zawróciłem i poszedłem z powrotem na 
skraj lasu kiedy się tam znalazłem zaraz poczułem kapryfolium zobaczyłem światła na zegarze 
sądowym i poblask miasta kwadrat na niebie i ciemne wierzby wzdłuż zalewu i światła w oknach 
matki i wciąż jeszcze światło w pokoju Benjy'ego pochyliłem się i przelazłem przez ogrodzenie 
potem biegiem przez pastwisko biegłem po szarej trawie pośród świerszczy coraz to mocniejszy 
zapach kapryfolium i zapach wody potem zobaczyłem wodę koloru szarego kapryfolium położyłem 
się na brzegu twarzą do ziemi żebym nie wdychał tego zapachu już go nie wdychałem i leżałem tak 
czując, jak ziemia przenika moje ubranie wsłuchując się w wodę po chwili nie oddychałem już tak 
ciężko i leżałem myśląc że jeśli nie poruszę twarzy to nie będę musiał tak ciężko oddychać i 
wąchać tego kapryfolium a potem już nie myślałem o niczym w ogóle i ona przyszła na brzeg i 
stanęła nie ruszyłem się

background image

już późno idź do domu
co
idź do domu już późno
dobrze
suknia jej szeleściła nie ruszyłem się przestała szeleścić
idziesz do domu jak ci powiedziałem
cisza
Caddy
tak pójdę jeśli chcesz żebym poszła to pójdę
usiadłem ona siedziała na ziemi rękami obejmowała kolana
idź do domu jak ci mówiłem
tak zrobię wszystko co chcesz wszystko
nawet nie patrzyła na mnie złapałem ją za ramiona i potrząsnąłem mocno
zamknij się
potrząsnąłem nią
zamknij się zamknij się
tak
podniosła twarz i zobaczyłem że nawet na mnie nic patrzy widziałem tylko białą obwódkę
wstawaj
pociągnąłem ją była bezwładna podniosłem ją na nogi
idź teraz
czy Benjy wciąż płakał kiedy wychodziłeś
idź
przeszliśmy zalew oczom naszym ukazał się dach potem okna na górze
on już teraz śpi
musiałem się zatrzymać i zamknąć furtkę ona szła dalej w szarym świetle zapach deszczu i jednak 

nie będzie padać i zapach kapryfolium zaczął teraz dochodzić poczynając od ogrodzenia weszła w 
cień słyszałem jej kroki wtedy

Caddy
zatrzymałem się na schodach nie słyszałem jej kroków
Caddy
wtedy   usłyszałem   jej   kroki   moja   ręka   dotknęła   jej   dłoni   ani   ciepłej   ani   zimnej   tylko   wciąż 

nieruchomej suknię miała jeszcze trochę wilgotną

czy kochasz go teraz
nie oddychała tylko tak jakoś wolno jakby z daleka
Caddy czy kochasz go teraz
nie wiem

background image

na dworze szare światło cienie przedmiotów niby martwe przedmioty w stojącej wodzie
chciałbym żebyś nie żyła
naprawdę czy wchodzisz już
myślisz o nim teraz
nie wiem
powiedz mi o czym myślisz powiedz
przestań przestań Quentin
to ty się zamknij ty się zamknij słyszysz zamknij się zamkniesz się wreszcie
dobrze nie będę mówić, za duży robimy hałas
zabiję cię rozumiesz
chodźmy na huśtawkę tutaj cię usłyszą
ja nie płaczę czy ty mówisz że płaczę
nie cicho już cicho obudzimy Benjy'ego
wchodź do domu w tej chwili
już idę nie płacz jestem zła nic na to nie poradzisz
na nas ciąży jakaś klątwa to nie nasza wina czy to nasza wina
cicho wejdź do domu i idź już spać
nie możesz mnie zmusić na nas ciąży klątwa
wreszcie go zobaczyłem właśnie wchodził do fryzjera rozejrzał się podszedłem i zaczekałem
szukam cię od kilku dni
chciałeś się ze mną zobaczyć
chcę się z tobą zobaczyć
zwinął papierosa szybko chyba dwoma ruchami uderzył kciukiem zapałkę
tu trudno rozmawiać może spotkalibyśmy się gdzieś indziej
przyjdę do twojego pokoju czy mieszkasz w hotelu
nie to nie najlepszy pomysł znasz ten mostek nad strumieniem na tyłach
tak dobrze
o pierwszej
tak
zawróciłem
bardzo ci jestem wdzięczny
słuchaj
stanąłem i obejrzałem się
czy z nią wszystko w porządku
wydawał się ulepiony z brązu w tej koszuli khaki
czy jestem jej potrzebny do czegoś

background image

będę tam o pierwszej
słyszała jak mówię do T.P. żeby na pierwszą osiodłał Prince'a przez cały czas przyglądała mi się 

jadła niewiele przyszła

co ty chcesz zrobić
nic nie mogę pojechać na spacer jak mi przyjdzie ochota
ty chcesz coś zrobić co ty chcesz zrobić
nie twoja sprawa dziwka dziwka
T.P. trzymał Prince'a przy bocznym wejściu
nie potrzebuję go pójdę pieszo
poszedłem przez podjazd do bramy tam skręciłem na ścieżkę potem biegłem i nim znalazłem się na 

mostku zobaczyłem go przechylającego się przez poręcz konia przywiązał w lesie obejrzał się przez 
ramię potem znów odwrócił głowę i nie podniósł na mnie wzroku póki nie stanąłem na moście 
trzymał w ręku kawał kory odrywał z niej kawałki i rzucał przez poręcz na wodę

przyszedłem ci powiedzieć żebyś wyjechał z miasta
oderwał z namysłem kawałek kory i ostrożnie rzucił na wodę potem patrzył jak odpływa
powiedziałem że musisz wyjechać z miasta
spojrzał na mnie
czy ona cię do mnie przysłała
powiadam ci że musisz wyjechać nie mój ojciec ani nikt inny tylko ja to mówię
słuchaj zaczekaj z tym chwilę chcę wiedzieć czy z nią wszystko w porządku może oni ją tam 

dręczą

o to nie potrzebujesz się kłopotać
potem słyszałem samego siebie mówiącego daję ci czas do zachodu na opuszczenie miasta
oderwał kawałek kory i rzucił na wodę potem położył korę na poręczy i zwinął papierosa tymi 

dwoma szybkimi ruchami potarł zapałkę o poręcz.

a co zrobisz jeśli nie wyjadę
zabiję cię... chociaż tobie się wydaje, że jestem smarkacz
dym wypłynął dwoma smugami z jego nozdrzy i przesłonił mu twarz
ile masz lat
zacząłem się trząść dłonie trzymałem na poręczy pomyślałem że jeśli je schowam będzie wiedział 

dlaczego

daję ci czas do wieczora
słuchaj koleś jak ci na imię Benjy to ten głupi no nie a ty jesteś
Quentin
moje usta powiedziały to nie ja
daję ci czas do zachodu
Quentin

background image

strącił   z  namysłem  papierosowy  popiół  o  poręcz   zrobił   to  wolno  i   z  namysłem  jakby  ostrzył 

ołówek ręce przestały mi się trząść

słuchaj nie ma sensu tak tego brać do serca to nie twoja wina dzieciaku to samo stałoby się z 

jakimś innym facetem

czy ty miałeś kiedy siostrę czy miałeś
nie ale to wszystko dziwki
uderzyłem go moja otwarta dłoń była szybsza niż nakaz mózgu by trzasnąć go w twarz jego ręka 

poruszyła się równie szybko jak moja papieros poleciał za poręcz zamierzyłem się drugą on złapał i 
ją   nim   jeszcze   papieros   zdążył   dotknąć   wody   trzymał   jedną   ręką   moje   dwa   przeguby   druga 
śmignęła pod kurtkę niżej pachy za nim padało ukosem słońce a zza tego blasku śpiewał ptak 
spoglądaliśmy na siebie gdy ten ptak śpiewał potem on zwolnił moje przeguby

popatrz
zdjął korę z poręczy i rzucił na wodę kora podskakiwała prąd porwał ją odpływała jego ręka oparta 

na poręczy trzymała od niechcenia pistolet czekaliśmy

teraz już nie możesz trafić
nie
kora płynęła dalej w lesie było bardzo cicho usłyszałem znów ptaka i wodę potem broń się uniosła 

on   wcale   nie   celował   kora   zniknęła   potem   wypłynęły   rozpryśnięte   kawałki   trafił   jeszcze   dwa 
kawałki nie większe niż srebrne dolarówki

na mój gust chyba dość
odchylił   bębenek   i   dmuchnął   w   lufę   wypłynęła   cienka   smużka   dymu   załadował   trzy  komory 

wręczył mi pistolet rękojeścią naprzód

na co mi nie będę próbował cię pobić
potrzebny ci z tego co mówiłeś więc ci go daję bo widziałeś co można nim zrobić
do diabła z tą bronią
trzasnąłem go próbowałem go bić długo jeszcze kiedy przytrzymywał moje przeguby długo jeszcze 

próbowałem   potem   zrobiło   się   tak   jakbym   patrzył   na   niego   przez   kolorową   szybę   usłyszałem 
własną krew  potem zobaczyłem znowu niebo i gałęzie na tle nieba i słońce padające poprzez 
gałęzie i jego podtrzymywał mnie na nogach

czy trzasnąłeś mnie
nic nie słyszałem
co
tak jak się czujesz
w porządku puść mnie
puścił mnie wsparłem się o poręcz
nic ci nie jest
zostaw mnie nic mi nie jest
czy dasz radę dojść do domu

background image

idź już daj mi spokój
lepiej nie próbuj chodzić weź mojego konia
nie idź już
możesz okręcić wodze o łęk i potem puścić go luzem sam wróci do stajni
daj mi spokój idź już daj mi spokój
pochylony przez poręcz spoglądałem w wodę słyszałem jak odwiązuje konia i odjeżdża po chwili 

nic już nie słyszałem tylko wodę i potem znowu tego ptaka zeszedłem z mostu i usiadłem wsparłszy 
się plecami  o drzewo głowę też oparłem o pień  zamknąłem oczy promień słońca  wypełznął  i 
położył mi się na powiekach przesunąłem się nieco koło drzewa znowu usłyszałem tego ptaka i 
wodę a potem wszystko jakby się potoczyło gdzieś dalej nic nie czułem w ogóle czułem się niemal 
dobrze po tych  wszystkich dniach  i nocach  z kapryfolium wpełzającym z  ciemności do mego 
pokoju gdzie próbowałem zasnąć nawet kiedy po pewnym czasie zrozumiałem że on mnie nie 
uderzył że on skłamał także ze względu na nią że ja po prostu zemdlałem jak dziewczyna ale nawet 
i to nie miało już żadnego znaczenia i siedziałem tak wsparty o drzewo a małe cętki słońca ocierały 
się o moją twarz niby żółte listki na gałązce wsłuchiwałem się w wodę i nie myślałem o niczym 
nawet kiedy usłyszałem szybki tętent konia siedziałem tak z zamkniętymi  oczyma i słyszałem 
kopyta zgarniające w galopie skrzypliwy piasek i odgłos biegnących nóg i jej twarde rozbiegane 
ręce

głupiec głupiec jesteś ranny
otworzyłem oczy ręce jej przesuwały się po mojej twarzy
nie wiedziałam którędy aż usłyszałam strzały nie wiedziałam gdzie nie przyszło mi do głowy że on 

i ty żeby uciec wyśliznąć się nie przypuszczałam że on będzie zdolny

objęła dłońmi moją twarz a potem waliła moją głową o pień drzewa
przestań przestań
złapałem ją za przeguby
zostaw zostaw
wiedziałam że on by nigdy wiedziałam że nigdy
próbowała uderzyć moją głową o drzewo
powiedziałam mu żeby się więcej do mnie nie odzywał powiedziałam mu
próbowała wyrwać ręce
puść mnie
zostaw jestem silniejszy od ciebie zostaw
puść mnie muszę go złapać i poprosić o puść mnie Quentin proszę cię puść mnie puść
nagle przestała się szarpać ręce jej zwisły bezwładnie
tak mogę mu powiedzieć mogę go przekonać zawsze mogę go
Caddy
nie przywiązała Prince'a a on potrafił jak mu strzeliło do łba uciekać do domu
on mi zawsze uwierzy

background image

czy ty go kochasz Caddy
czy ja co
spojrzała   na   mnie   i   nagle   oczy   jej   opustoszały   wyglądały   jak   oczy   rzeźb   próżne   niewidzące 

poważne

połóż mi dłoń na gardle
ujęła moją rękę i położyła ją płasko na swoim gardle
a teraz powiedz jego imię
Dalton Ames
wyczułem pierwszą falę krwi waliła silnymi coraz spieszniejszymi uderzeniami
powiedz jeszcze raz
twarz jej zwrócona była w dal ku drzewom gdzie przesączało się słońce i gdzie ptak
powiedz jeszcze raz
Dalton Ames
krew jej pulsowała coraz silniej waląc i waląc pod moją dłonią
Płynęła bardzo długo, twarz miałem zimną jakby zdrętwiałą i oko, a skaleczony palec znowu bolał. 

Słyszałem, jak Shreve pompuje wodę, potem wraca z miednicą i chyboczącym się w niej okrągłym 
kleksem   zmierzchu 

Z

  żółtą   otoczką   niby   flaczejący   balon,   później   moje   odbicie.   Próbowałem 

zobaczyć własną twarz.

— Przestało? — zapytał Shreve. — Daj mi tę szmatę. — Próbował mi ją wyjąć z ręki.
— Uważaj — powiedziałem. — Sam potrafię. Tak, prawie przestało. — Zanurzyłem ponownie 

szmatę niszcząc balon. Szmata zafarbowała wodę. — Wolałbym czystą.

— Powinieneś sobie przyłożyć befsztyk na to oko — radził Shreve. — Niech mnie diabli, jeśli nie 

będziesz miał jutro siniaka. Skurwysyn.

— Czy ja mu dołożyłem chociaż trochę? — wycisnąłem chusteczkę i próbowałem zmyć krew z 

kamizelki.

— Tak nie zejdzie — tłumaczył Shreve. — Będziesz musiał oddać ją do pralni. Masz, trzymaj to na 

oku, czemu nie trzymasz?

— Trochę mogę zetrzeć — powiedziałem. Ale niewiele pożytku z tego ścierania. — W jakim 

stanie jest mój kołnierzyk?

— Nie wiem — odparł Shreve. — Trzymaj to przy oku. Masz.
— Uważaj — powiedziałem. — Sam to potrafię zrobić. Czy mu dołożyłem chociaż trochę?
— Może go uderzyłeś. Może wtedy patrzyłem akurat w inną stronę albo mrugnąłem, albo coś 

takiego. Tłukł cię jak diabli. Walił, jak chciał. Co ci przyszło do głowy, żeby się z nim bić na pięści? 
Ty głupi wariacie. Jak się czujesz?

— Czuję się doskonale — oświadczyłem. — Zastanawiam się, czy mógłbym znaleźć coś, czym 

dałoby się oczyścić moją kamizelkę.

— Och, przestań myśleć o swoim głupim ubraniu. Boli cię oko?
—   Czuję   się   doskonale   —   powtórzyłem.  Wszystko   było   jakieś   takie   fioletowe   i   nieruchome, 

background image

zielone niebo blednące w złoto ponad szczytem domu i pióropusz dymu wzbijający się z komina w 
bezwietrznej pogodzie. Znowu usłyszałem pompę. Mężczyzna napełniał wiadro spoglądając na nas 
przez ramię. Kobieta mignęła w drzwiach, ale nie wyjrzała. Usłyszałem gdzieś ryk krowy.

— No — powiedział Shreve — nie myśl już o swoich łachach i przyłóż tę szmatę do oka. Jutro z 

samego rana wyślę twój garnitur do czyszczenia.

— W porządku. Żałuję, że mu chociaż trochę nie puściłem krwi.
—   Skurwysyn   —   stwierdził   Shreve.   Spoade   wyszedł   z   domu,   rozmawiał   pewnie   z   kobietą   i 

przeszedł przez podwórze. Popatrzył na mnie swymi zimnymi zagadkowymi oczyma.

— No, koleś — zaczął spoglądając na mnie. — Wynajdujesz sobie cholernie wymyślne i drogie 

rozrywki, słowo daję. Najpierw porywasz dzieci, potem się bijesz. Co ty robisz w czasie wakacji? 
Podpalasz domy?

— Czuję się dobrze — powiedziałem. — Co mówiła pani Bland?
— Zrobiła Geraldowi straszną awanturę za to, że cię zakrwawił. Tobie zrobi taką samą za to, żeś 

mu się pozwolił zakrwawić. Ona nie ma nic przeciwko walce, tylko nie znosi krwi. Wydaje mi się, 
żeś chyba przepadł w jej oczach, bo nie potrafiłeś powstrzymać upływu własnej krwi. Jak się 
czujesz?

—   Pewno   —   powiedział   Shreve.   —   Jak   nie   możesz   być   Blandem,   to   pozostaje   ci   jedynie 

cudzołożyć z jednym z nich albo się upić i walczyć z drugim, zależnie od sytuacji.

— Całkiem słusznie — przyznał Spoade. — Tylko nie wiedziałem, że Quentin był pijany.
— Nie był — obruszył się Shreve. — Czy trzeba być pijanym, żeby mieć ochotę na rąbnięcie tego 

skurwysyna?

— Cóż, teraz kiedy już widziałem skutki u Quentina, musiałbym się urżnąć, żeby zaczynać z 

Geraldem. Gdzie on się uczył boksu?

— Chodzi codziennie do miasta i ćwiczy u Mike'a — wyjaśniłem.
— Chodzi? — zdziwił się Spoade. — Wiedziałeś o tym, kiedy z nim zacząłeś?
— Nie wiem. Chyba tak. Tak.
— Zmocz ją jeszcze — radził Shreve. — Chcesz świeżej wody?
— Ta mi wystarczy. — Zanurzyłem znowu płótno i przytrzymałem przy oku. — Chciałbym czymś 

oczyścić kamizelkę. — Spoade wciąż mi się przyglądał.

— Powiedz no — spytał — dlaczegoś ty go uderzył? Co on takiego powiedział?
— Nie wiem. Nie wiem, dlaczego.
— Najpierw  zobaczyłem,  jak się niespodzianie  podrywasz  i mówisz: — Czy ty miałeś  kiedy 

siostrę? Miałeś? — a kiedy powiedział: — Nie — dałeś mu w zęby. Zauważyłem, że mu się przez 
cały czas przyglądasz, ale nie zwracałeś w ogóle uwagi na to, co wszyscy mówią, aż tu nagle 
skaczesz i pytasz, czy on miał jakieś siostry.

— Przechwalał się jak zwykle — tłumaczył mi Shreve — na temat swoich kobiet. Wiesz, tak jak to 

on   robi   w   obecności   dziewcząt,   żeby   nie   rozumiały   całkiem   jasno,   o   czym   właściwie   mówi. 
Wszystkie   te   jego   cholerne   niedomówienia   i   kłamstwa,   cała   masa   rzeczy,   które   w   ogóle   nie 
trzymają się kupy. Opowiadał nam o jakiejś dziewczynie, z którą umówił się w Atlantic City na 

background image

tańce, ale nie poszedł, poszedł do hotelu do łóżka i tylko, kiedy tak leżał, zrobiło mu się przykro, że 
ona stoi na molo i czeka, a jego nie ma, i nie daje jej tego, czego chciała. Gadał o pięknie ciała i 
żałosnym tegoż kresie, i o tym, jakie to przykre, że kobiety nie mogą nic tylko leżeć na plecach. 
Leda czai się w krzakach jęcząc i skomląc ze swoim łabędziem, rozumiesz. Skurwysyn. Sam bym 
go chętnie trzepnął. Tylko że gdybym to był ja, tobym go rąbnął tym cholernym koszykiem z 
winem.

— Patrzcie go — powiedział Spoade — obrońca kobiet! Wzbudzasz we mnie, chłoptasiu, nie tylko 

podziw, ale i przerażenie. — Przyglądał mi się zimno i pytająco. — Wielki Boże!

— Przykro mi, że go uderzyłem — przyznałem. — Czy tak jak teraz wyglądam, mogę wrócić i 

załatwić tę całą sprawę?

— Przepraszać?  Jeszcze czego! — zawołał Shreve. — Niech idą do wszystkich diabłów. My 

jedziemy do miasta.

— Powinien wrócić, by dać świadectwo, że walczy jak dżentelmen — oświadczył Spoade. — A 

raczej, powiedzmy, przyjmuje lanie jak dżentelmen.

— W takim stanie? — skrzywił się Shreve. — W ubraniu całym upapranym krwią?
— No dobrze — zgodził się Spoade. — Ty wiesz wszystko najlepiej.
— Przecież nie może latać w podkoszulce. Nie jest jeszcze na ostatnim roku. Chodź, idziemy do 

miasta.

— Wy nie potrzebujecie iść — powiedziałem. — Wracajcie na piknik.
— Niech ich diabli wezmą! — zawołał Shreve. — Chodź.
— Co mam im powiedzieć? — spytał Spoade. — Że teraz pobiliście się ty i Quentin?
— Nic nie mów — zdenerwował się Shreve. — Powiedz, że jej prawo decydowania wygasło z 

zachodem słońca. Chodź, Quentin. Zapytam tę kobietę, gdzie jest najbliższy międzymiastowy...

— Nie — powiedziałem. — Ja nie wracam do miasta.
Shreve zatrzymał się, spojrzał na mnie. Kiedy się obrócił, jego okulary wyglądały jak małe żółte 

księżyce.

— Co ty chcesz robić?
— Nie wrócę jeszcze do miasta. Wy idźcie obaj na piknik. Powiedzcie, że nie chciałem przyjść, bo 

mam zabrudzone ubranie.

— Słuchaj — powiedział. — Co ty tam kombinujesz?
— Nic. Czuję się dobrze. Wracaj razem ze Spoade'em. Zobaczymy się jutro. — Ruszyłem przez 

podwórze w kierunku drogi.

— Wiesz, gdzie jest przystanek? — zawołał Shreve.
— Znajdę. Zobaczymy się jutro. Powiedzcie pani Bland, że przepraszam ją za zepsutą zabawę. — 

Stali patrząc za mną. Obszedłem dom naokoło. Ścieżka z kamiennych płyt prowadziła do drogi. Po 
obu   stronach   rosły   róże.   Wyszedłem   przez   furtkę,   na   drogę.   Biegła   w   dół,   w   kierunku   lasu, 
dojrzałem samochód na poboczu. Ruszyłem w kierunku wzgórza. Kiedy wchodziłem, robiło się 
coraz jaśniej, a nim doszedłem do wierzchołka, usłyszałem samochód. Odgłos jego niósł się z 
daleka, gdzieś poprzez zmierzch, więc stanąłem i nasłuchiwałem. Już teraz nie mogłem dojrzeć 

background image

samochodu, ale na drodze przed domem stał Shreve spoglądając w górę. Za nim żółte światło leżało 
na   dachu   domu   niby   warstwa   farby.   Podniosłem   rękę   i   przeszedłem   wierzchołek   wzgórza 
nasłuchując warkotu samochodu. Potem dom zniknął, stanąłem w zielonożółtym świetle i słyszałem 
narastający   warkot,   który   potem,   zaraz   gdy   zaczął   cichnąć,   nagle   zamarł   ze   szczętem.   Kiedy 
usłyszałem, że znowu rusza, poszedłem dalej.

Podczas   gdy  schodziłem,   światło   niknęło   powoli,   lecz   przez   cały  czas   zachowywało   tę   samą 

jasność, jakbym to ja, a nie ono, zmieniał się, malał, chociaż kiedy droga wbiegła między las, 
dałoby się jeszcze czytać gazetę. Wkrótce doszedłem do ścieżki. Skręciłem w nią. Była węższa i 
ciemniejsza   niż   droga.   Kiedy   mnie   doprowadziła   do   przystanku   tramwajowego   —   znowu 
drewniana   buda   —   światło   wciąż   pozostawało   nie   zmienione.   U   wylotu   ścieżki   wydało   się 
jaśniejsze,   jakbym   ścieżką   szedł   przez   noc,   a   wyszedł   o   świcie.   Wkrótce   nadjechał   tramwaj, 
wsiadłem, ludzie oglądali się na moje oko, znalazłem miejsce po lewej stronie.

Wewnątrz wozu paliły się światła, więc kiedy jechaliśmy między drzewami, nie widziałem nic z 

wyjątkiem własnej twarzy i kobiety na przeciwległym siedzeniu — miała kapelusz ze złamanym 
piórem na samym czubku głowy — ale kiedy wyjechaliśmy spomiędzy drzew, znowu zobaczyłem 
zmierzch, takie światło, jak gdyby czas naprawdę zatrzymał się na chwilę, a słońce zawisło tuż nad 
horyzontem, potem minęliśmy budę, gdzie jakiś starzec jadł coś z torebki, a droga wiodła dalej 
poprzez zmierzch, w zmierzch i to poczucie bliskości wody spokojnej gdzieś i wartkiej. Potem wóz 
ruszył, w otwartych drzwiach zaczął powoli rosnąć wiew, aż wreszcie szedł już niezmiennie przez 
tramwaj niosąc ze sobą zapach lata i ciemności, ale bez kapryfolium. Kapryfolium to był chyba 
najsmutniejszy zapach. Ileż ja ich pamiętam. Glicynie, to jeden. W deszczowe dni, kiedy Matka 
czuła się na tyle dobrze, by wyglądać przez okno, zwykliśmy bawić się pod oknem. Kiedy Matka 
leżała, Dilsey wkładała nam stare ubrania i pozwalała wychodzić na deszcz, ponieważ jak mawiała, 
młodemu deszcz nigdy nie zaszkodzi. Ale jeśli Mama była na nogach, zawsze zaczynaliśmy od 
zabawy na ganku, dopóki nie powiedziała, że zbyt głośno hałasujemy, a wtedy wynosiliśmy się pod 
zwisające glicynie.

W   tym   właśnie   miejscu   ostatni   raz   widziałem   rzekę   przed   południem,   o   tu   gdzieś   właśnie. 

Wyczuwałem wodę pod zmierzchem, czułem ją węchem. Na wiosnę w porze kwitnienia, kiedy 
padał deszcz, ten zapach był wszędzie, w innych okresach nie zauważało się go tak wyraźnie, ale 
kiedy deszcz padał, zapach zaczynał o zmierzchu wchodzić do domu, a może o zmierzchu padał 
większy deszcz, a może było coś w samym mroku, tak czy inaczej wtedy zapach był najsilniejszy, 
aż wreszcie kładłem się do łóżka myśląc, kiedy przestanie, kiedy wreszcie przestanie. Podmuch w 
otwartych drzwiach pachniał wodą, wilgotny równy wiew. Czasami udawało mi się pogrążyć w sen 
powtarzając to i powtarzając aż wreszcie kiedy dochodził do tego zapach kapryfolium wszystko 
razem stawało się symbolem nocy i niepokoju zdawało mi się że leżę ni to we śnie ni na jawie 
spoglądając   w   długi   korytarz   wypełniony   szarym   światłem   gdzie   wszystkie   przedmioty   były 
mrocznie paradoksalne każdy mój uczynek był cieniem wszystko co przeżywałem przecierpiałem 
przyjmowało widzialne formy błazeńskie i przekorne drwiące bez sensu splecione z negacją tego 
znaczenia które winny potwierdzać i myślałem byłem nie byłem kto nie był nie był kto.

Wyczuwałem węchem zakręty rzeki pod zmierzchem i widziałem na mieliznach ostatnie promienie 

nieruchawe i spokojne niby kawałki rozbitego lustra, potem w bladym czystym powietrzu nad nimi 
zapaliły się światła, drżąc nieco niby motyle unoszące się w oddali. Benjamin, dziecię. Jak on lubił 

background image

siadywać przed tym lustrem. Niezawodna ucieczka, w której konflikt łagodniał, milczenie jednało. 
Benjamin, dziecię  mojej  starości,  zatrzymane  jako zakładnik  w Egipcie.  O Benjaminie.  Dilsey 
powiedziała, że to dlatego, że matka była na niego zbyt dumna. Oni tak właśnie wkraczają w życie 
białych ludzi, niby nagłe, ostre, czarne strugi, które na moment wyodrębniają białe fakty, ukazują je 
w świetle niezaprzeczalnej prawdy, jak pod mikroskopem; poza tym tylko głosy, które śmieją się, 
kiedy nie widzisz powodu do śmiechu, płaczą bez powodu do płaczu. Będą stawiali zakłady na 
parzystą czy nieparzystą liczbę żałobników na pogrzebie. W Memphis cały murzyński burdel wpadł 
w trans religijny, nadzy wybiegli na ulicę. Trzeba było trzech policjantów na jednego. Tak Jezu O 
dobry Jezu O ten dobry człowiek.

Tramwaj zatrzymał się. Wysiadłem, ludzie patrzyli na moje oko. Nadjechał tramwaj, był pełny. 

Zatrzymałem się na tylnej platformie.

— Są miejsca na przodzie — powiedział konduktor. Zajrzałem do wnętrza. Nie było miejsc po 

lewej stronie.

— Jadę niedaleko — odparłem. — Postoję sobie tutaj.
Przejechaliśmy rzekę. To znaczy most wznoszący się powolnym wysokim łukiem w przestrzeni 

pomiędzy ciszą a pustką, gdzie światła żółte, zielone i czerwone drżały w czystym powietrzu, wciąż 
się powtarzając.

— Lepiej niech pan pójdzie do przodu i usiądzie — powiedział konduktor.
— Zaraz wysiadam. To tylko kilka przecznic.
Wysiadłem jeszcze przed pocztą. Wszyscy już teraz pewno dokądś poszli, nagle posłyszałem mój 

zegarek i zacząłem nasłuchiwać uderzenia godziny, dotknąłem przez marynarkę listu do Shreve'a, 
wystrzępione cienie wiązów spłynęły na moją dłoń. I kiedy skręcałem na dziedziniec, zegar zaczął 
bić,   ja   szedłem,   dźwięki   nadpływały   niby   zmarszczki   na   wodzie   i   mijały,   i   płynęły   dalej 
powtarzając: Za kwadrans co? No, dobrze. Za kwadrans co?

W naszych oknach było ciemno. Przy wejściu pusto. Podchodziłem trzymając się blisko lewej 

ściany, ale nikogo nie było; tylko schody zakręcały w górę ku cieniom, echa kroków smutnych 
pokoleń niby lekki kurz osiadający na cieniach, moje nogi budziły je jak kurz, który lekko opadał z 
powrotem.

Nim jeszcze zapaliłem światło, zobaczyłem list wsparty o książkę na stole tak, żebym go łatwo 

spostrzegł. Nazywał go moim mężem. I Spoade zawiadamiał, że gdzieś się wybierają, wrócą późno, 
a   pani   Bland   będzie   potrzebowała   jeszcze   jednego   kawalera.  Ale   przecież   powinienem   był   go 
zobaczyć, dopiero za godzinę będzie miał następny tramwaj, ponieważ po szóstej. Wyciągnąłem 
zegarek i słuchałem, jak cyka nieświadom, że nie może nawet kłamać. Potem położyłem go na 
stole, tarczą do dołu, wziąłem list pani Bland, podarłem i wrzuciłem kawałki do kosza na śmieci, 
zdjąłem marynarkę, kamizelkę, kołnierzyk, krawat i koszulę. Krawat także był poplamiony, ale 
przecież Murzyni. Może zobaczywszy ślady krwi będzie mógł go nazwać krawatem, który nosił 
Chrystus. Znalazłem benzynę w pokoju Shreve'a, rozłożyłem kamizelkę na stole, gdzie mogłem ją 
położyć płasko, i otworzyłem benzynę.

pierwszy samochód mieście dziewczyna Dziewczyna tego właśnie Jazon nie mógł znieść zapach 

benzyny przyprawiał go o mdłości potem wściekał się jeszcze bardziej niż zwykle bo dziewczyna 
Dziewczyna nie miał siostry ale Benjamin Benjamin dziecię mojej boleściwej gdybym tylko miał  

background image

matkę tak żebym mógł powiedzieć Matko Matko. Strasznie dużo trzeba było tej benzyny, a potem 
trudno było powiedzieć, czy to jeszcze plama, czy już tylko benzyna. Skaleczenie zaczęło mnie 
znowu piec, więc nim poszedłem się myć, powiesiłem kamizelkę na krześle i ściągnąłem nisko 
lampę,   żeby   żarówka   suszyła   plamę.   Umyłem   twarz   i   ręce,   ale   nawet   wtedy  czułem   benzynę 
poprzez zapach mydła, gryzła, drażniła lekko nozdrza. Potem otworzyłem torbę i wyjąłem z niej 
koszulę, kołnierzyk i krawat, wsadziłem do środka te zakrwawione, zamknąłem torbę i ubrałem się. 
Kiedy   szczotkowałem   włosy,   wybiło   wpół   do.  Ale   tak   czy   inaczej,   dopiero   kiedy   będzie   za 
kwadrans, chyba że  widząc w pędzącej ciemności tylko własną twarz żadnego złamanego piórka  
chyba że dwie ale nie dwie jak kiedy jechałem do Bostonu tego samego wieczoru wtedy moja twarz 
jego twarz przez moment poprzez łoskot kiedy w ciemnościach dwa oświetlone okna w sztywnym  
lotnym łoskocie mignęły jego twarz i moja widzę właśnie widziałem czy widziałem nie do widzenia  
budka opróżniona przez jedzenie droga opróżniona w ciemnościach w ciszy most wchodzący łukiem 
w ciszę ciemność sen woda spokojna i bystra nie do widzenia

Zgasiłem światło i wszedłem do mojego pokoju, tu nie było benzyny, ale wciąż czułem jej zapach. 

Stałem   przy   oknie,   zasłony   wychynęły   powoli   z   ciemności,   dotknęły   mojej   twarzy   jak   ktoś 
oddychający we śnie, wessały się powoli z powrotem w ciemność pozostawiając dotknięcie. Kiedy 
poszli na górę, Matka oparła się głęboko w fotelu przykładając do ust chusteczkę z kamforą. Ojciec  
nie ruszył się, wciąż siedział przy niej trzymając ją za rękę, fale ryków oddalały się, jakby nie było  
na nie miejsca w ciszy. 
Kiedy byłem mały, mieliśmy w książce taki obrazek ciemnego miejsca, do 
którego wpada jeden słaby promień oświetlając dwie twarze wydobyte w ten sposób z mroku. Czy 
wiesz co bym zrobiła gdybym była Królem? 
nigdy nie była królową ani wróżką była zawsze królem 
albo olbrzymem albo generałem Rozwaliłabym to wszystko siłą wyciągnęła ich i stłukła porządnie  
Obrazek był porwany, postrzępiony. Cieszyłem się. Musiałem do niego wracać, aż wreszcie loch to 
była Matka we własnej osobie, ona i Ojciec wznosili się ku górze w słabym świetle trzymając się za 
ręce i my zagubieni gdzieś głębiej jeszcze pod nimi pozbawieni choćby jednego promyka. Potem 
dołączało się do tego kapryfolium. Natychmiast kiedy gasiłem światło i układałem się do snu, 
zaczynało   wlewać   się   do   pokoju   falami,   które   piętrzyły  się   coraz   wyżej   i   wyżej,   aż   wreszcie 
musiałem dysząc ciężko wyławiać choć trochę powietrza z tego zapachu, aż wreszcie musiałem 
wstawać i macać sobie drogę w ciemnościach jak wtedy, kiedy byłem małym chłopcem ręce widzą 
dotykiem w myślach nadają kształt niewidzialnym drzwiom Drzwi teraz nic ręce widzą 
Nos widział 
benzynę, kamizelkę na stole, drzwi. Korytarz był w dalszym ciągu opróżniony ze wszystkich stóp 
smutnych   pokoleń   szukających   wody.  lecz   oczy   niewidzące   zaciskały   się   jak   zęby   nie   w 
niedowiarstwie zwątpieniu nawet nieobecność bólu goleń kostka kolano to długie niewidzialne co  
spływa z poręczy schodów gdzie jeden mylny krok w ciemnościach wypełnionych śpiącymi Matką  
Ojcem Caddy Jazonem Maurym drzwi ja
 się nie boję tylko Matka Ojciec Caddy Jazon Maury są tak 
daleko przede mną śpią ja zaraz zasnę kiedy drzwi Drzwi drzwi 
Tam było też pusto, rury, porcelana, 
poplamione ciche ściany, tron kontemplacyjny. Zapomniałem szklanki, ale zdołałem  ręce widzą 
chłodzące palce niewidzialne łabędzie gardło gdzie mniej niż laska Mojżeszowa szklanka dotyk 
nieśmiało żeby nie bębnić szczupłe chłodne gardło bębnić chłodzi metal szklankę pełną przelaną 
chłodzi szklankę palce spłukanie snu zostawia smak zwilgotniałego snu w długim milczeniu gardła  
Wróciłem   korytarzem   budząc   zagubione   stopy   w   szepczących   batalionach   w   milczeniu,   do 
benzyny,   zegarka   opowiadającego   swoje   wściekłe   kłamstwa   na   ciemnym   stole.   Potem   zasłony 

background image

westchnęły z ciemności ku mojej twarzy, pozostawiając mi tchnienie na policzkach. Kwadrans 
jeszcze. I wtedy nie będę. Słowa najspokojniejsze. Najspokojniejsze ze słów.  Non fui. Sum. Fui. 
Non sum.
 Gdzie słyszałem raz dzwony, W Missisipi albo w Massachusetts. Byłem. Nie jestem. W 
Massachusetts albo w Missisipi. Shreve trzyma butelkę w kufrze.  Nie masz zamiaru nawet go 
otworzyć 
Pan Jazon Richmond Compson z małżonką mają zaszczyt zawiadomić Trzy razy. Dni. Czy 
nie masz zamiaru nawet go otworzyć
  o małżeństwie ich córki Candace  że trunek uczy cię brać 
środki za cele.
 Jestem. Picie. Nie byłem. Sprzedajmy pastwisko Benjy'ego żeby Quentin mógł pójść 
na Harvard żebym ja mógł złożyć moje kości. Skończyć. Czy Caddy powiedziała że to jeden rok. 
Shreve trzyma butelkę w kufrze. Panie nie będzie mi potrzebna butelka Shreve'a ja sprzedałem 
pastwisko Benjy'ego i mogę już umrzeć w Harvard Caddy powiedziała w jaskiniach i grotach mórz 
będą toczyć się spokojnie z falami przypływu ponieważ Harvard to taki piękny dźwięk czterdzieści 
akrów   to   nie   wygórowana   cena   za   taki   piękny   dźwięk.   Piękny   martwy   dźwięk   wymienimy 
pastwisko Benjy'ego na piękny martwy dźwięk. Wystarczy mu na długo bo on tego nie może 
usłyszeć chyba żeby mógł wyczuć węchem  natychmiast kiedy stanęła w drzwiach zaczął płakać. 
Myślałem przez cały czas że to jeden z tych miejskich bubków na temat których Ojciec jej zawsze 
docinał   aż   wreszcie.   Nie   zwróciłem   na   niego   większej   uwagi   niż   na   pierwszego   lepszego 
przejezdnego   komiwojażera   czy  kogoś   takiego   myślałem   że   to   wojskowe   koszule   aż   wreszcie 
całkiem nagle pojąłem, że on bynajmniej nie myślał o mnie jako o potencjalnym źródle kłopotów, 
ale że myślał o niej, kiedy patrzył na mnie, to patrzył na mnie poprzez nią jak przez kawałek 
kolorowego szkiełka czemu musisz się do mnie wtrącać nie wiesz że to się na nic nie zda myślałam  
że pozostawisz to Matce i Jazonowi.

czy Matka nasyłała Jazona żeby cię szpiegował ja się nie zgodzę
kobiety korzystają tylko z cudzych kodeksów honorowych to dlatego że ona kocha Caddy zostawała 

na dole nawet kiedy była chora żeby Ojciec nie mógł drwić z Wujka Maury'ego przy Jazonie Ojciec 
powiadał   że   Wujek   Maury   był   zbyt   słabym   znawcą   klasyki   by   podjąć   ryzyko   spotkania  
nieśmiertelnym ślepym chłopcem powinien był wysłać Jazona bo Jazon popełniłby tylko podobną 
pomyłkę a Wujek Maury nie zrobiłby błędu za który podbito by mu oko młody Patterson był też 
mniejszy   od   Jazona   sprzedawali   latawce   po   pięć   centów   sztuka   aż   doszło   do   nieporozumień 
finansowych   i   Jazon   znalazł   sobie   nowego   wspólnika   również   mniejszego   w   każdym   razie 
dostatecznie małego bo T.P. powiadał że Jazon w dalszym ciągu trzyma kasę ale Ojciec mówił po 
cóż   by   Wujek   Maury   miał   pracować   jeśli   on   Ojciec   może   utrzymywać   pięciu   czy   sześciu 
Murzynów którzy nic nie robią tylko siedzą i grzeją nogi przy piecu z pewnością może ofiarować 
od czasu do czasu dach nad głową utrzymanie i drobną pożyczkę człowiekowi który tak gorliwie 
utwierdza wiarę Ojca w nieziemskie pochodzenie własnego gatunku wtedy Matka zaczynała płakać 
i wyrzekać że Ojciec uważa swoją rodzinę za coś lepszego od jej rodziny i że wyśmiewa się z 
Wujka Maury'ego żeby nam wpoić to samo przekonanie nie mogła pojąć że Ojciec uczy nas iż 
wszyscy   ludzie   to   tylko   zlepki   lalki   wypchane   trocinami   zmiecionymi   ze   śmietników   gdzie 
wyrzucono wszystkie poprzednie lalki trociny co wypłynęły z jakiejś rany w jakimś boku co nie dla 
mnie nie umarł. Bywało czasem że myślałem o śmierci jak o mężczyźnie kimś w rodzaju Dziadka 
jakimś jego przyjacielu bliskim i szczególnym przyjacielu tak jak myśleliśmy o biurku Dziadka nie 
dotykaliśmy go nawet nie rozmawialiśmy głośno w pokoju gdzie stało zawsze myślałem o nich że 
są przez cały czas gdzieś razem i czekają aż stary Pułkownik Sartoris zejdzie i zasiądzie z nimi 

background image

czekają na jakimś wysokim miejscu za kępą cedrów Pułkownik Sartoris znajduje się na jeszcze 
wyższym miejscu i spogląda gdzieś przed siebie na coś a oni czekają aż on skończy patrzeć na to 
coś i zejdzie Dziadek nosił swój mundur a my słyszeliśmy szmer ich rozmów dochodzący zza 
cedrów bo oni zawsze rozmawiali i Dziadek zawsze miał rację

Zaczęło wybijać trzy kwadranse. Przebrzmiał pierwszy dźwięk, wymierzony i spokojny, pogodny i 

stanowczy i opróżniał niespieszną ciszę na następny i w tym właśnie rzecz gdyby ludzie mogli 
podobnie   wymieniać   w   nieskończoność   jeden   drugiego   przetapiać   się   jak   płomień   strzelający 
chwilę w górę a potem zdmuchiwany w zimną wieczystą ciemność a nie leżeć tam starając się nie 
myśleć o tej huśtawce aż wszystkie cedry nabiorą tej ostrej martwej woni perfum których Benjy tak 
nie cierpiał. Samo wyobrażenie sobie tej kępy sprawiło że słyszałem jak gdyby szepty tajemne fale 
czułem   zapach   uderzeń   gorącej   krwi   pod   szalonym   nieskrywanym   ciałem   i   widziałem   przez 
czerwone powieki jak rozpętane świnie pędzą sczepione w morze a on musimy tylko czuwać by 
przez   krótką   chwilę   widzieć   dokonujące   się   zło   to   nie   zawsze   się   zdarza   a   ja   dla   człowieka 
odważnego chwila może być jeszcze krótsza a on czy ty to uważasz za odwagę a ja tak ojcze a czy 
ty nie a on każdy człowiek jest sędzią swoich własnych cnót czy uważasz to za odwagę czy nie jest 
o wiele ważniejsze niż sam czyn niż jakikolwiek czyn inaczej nie mógłbyś brać tego poważnie a ja 
ty nie wierzysz że mówię poważnie a on myślę że jesteś zbyt poważny by mi dać jakikolwiek 
powód do obaw inaczej nie czułbyś się zmuszony do powiedzenia mi że popełniłeś kazirodztwo a ja 
ja nie kłamałem ja nie kłamałem a on chciałeś przetworzyć drobinę zwykłego ludzkiego szaleństwa 
w ohydę i potem wyegzorcyzmować ją prawdą a ja to było po to by odseparować ją od tego 
wrzaskliwego świata tak by musiał unikać nas z konieczności bo wtedy nawet jego wrzask byłby 
nierzeczywisty a on czy starałeś się nakłonić ją do tego a ja tego się bałem bałem się że ona 
mogłaby to zrobić i wtedy nic by z tego nie przyszło ale gdybym mógł ci powiedzieć żeśmy to 
zrobili toby tak było i wtedy z tymi innymi toby nie było i wtedy świat potoczyłby się gdzieś z 
rykiem a on i teraz ten inny nie kłamiesz w tej chwili bynajmniej ale wciąż jeszcze pozostajesz 
ślepy na to co jest w samym tobie na tę część ogólnej prawdy naturalny bieg wypadków i ich 
przyczyny które zasępiają czoło każdego człowieka nawet benjy'ego ty nie myślisz o skończoności 
ty widzisz apoteozę w której umysł w chwilowym stanie wzniesie się i zawiśnie ponad ciałem ze 
świadomością zarówno siebie jak ciała którego się nie wyzbędzie ze szczętem nie będziesz nawet 
martwy a ja na jakiś czas a on nie możesz znieść myśli że kiedyś to już nie będzie bolało tak mocno 
teraz dochodzimy do sedna sprawy uważasz to jedynie za przeżycie które jak to się mówi przez 
jedną noc wybieli ci włosy choć w niczym nie zmieni twojego wyglądu nie zrobisz tego w takich 
warunkach to będzie tylko hazard a dziwne że człowiek który został poczęty przez przypadek i 
którego każdy oddech to nowe rzucanie kości choć dobrze z góry wiadomo że musi w tej grze 
przegrać ten człowiek nie potrafi stanąć twarzą w twarz wobec ostatecznej rozgrywki do której od 
dawna wie musi stanąć nieuchronnie bez wypróbowywania takich środków których lista zaczyna 
się od przemocy a kończy na małych świństwach — nawet dziecko nie da się na to nabrać — i 
wreszcie pewnego dnia powodowany obrzydzeniem stawia wszystko ślepo na jedną kartę nikt tego 
nigdy nie robi pod wpływem pierwszego ataku szału rozpaczy czy wyrzutów sumienia czy poczucia 
straty czyni to dopiero wtedy kiedy pojmuje że nawet ta rozpacz czy wyrzuty sumienia czy strata 
nie mają specjalnej wagi dla tego posępnego gracza w kości a ja na jakiś czas a on trudno uwierzyć 
że miłość czy ból to tylko obligacja zakupiona przypadkiem która chcąc niechcąc nabiera wartości i 

background image

zostaje wycofana bez ostrzeżenia by na jej miejsce przyszło coś co bogowie akurat w danym czasie 
puszczają w obieg nie nie uczynisz tego póki nie dojdziesz do przekonania że chyba nawet i dla niej 
nie warto tak rozpaczać a ja to jest niemożliwe nikt nie wie tego co ja wiem a on myślę że lepiej by 
było gdybyś zaraz wyjechał do cambridge możesz pojechać do maine na miesiąc starczy ci na to 
jeśli będziesz rozsądny to może być całkiem przyjemne konieczność liczenia się z każdym pensem 
więcej zaleczyła ran niż Pan Jezus a ja przypuśćmy że rozumiem co ty myślisz że zrozumiem tam w 
przyszłym tygodniu albo w przyszłym miesiącu a on wtedy przypomnisz sobie że to abyś poszedł 
na harvard było marzeniem twojej matki odkąd przyszedłeś na świat i żaden compson nigdy nie 
zawiódł kobiety a ja na jakiś czas lepiej będzie dla mnie dla nas wszystkich a on każdy człowiek 
jest sędzią własnych cnót ale niechże nikt nie daje recepty na szczęście drugiemu człowiekowi a ja 
na jakiś czas a on był to najsmutniejsze ze wszystkich słów nie ma nic smutniejszego na świecie to 
nie rozpacz dopóki czas to nawet nie jest czas dopóki był

Rozbrzmiało   ostatnie   uderzenie.   Przestało   wreszcie   wibrować   i   ciemność   znów   stała   cicha. 

Wszedłem do saloniku i zapaliłem światło. Włożyłem kamizelkę. Benzyna już wyparowała, ledwo 
ją   czułem,   a   w   lustrze   nie   raziła   plama.  W  każdym   razie   nie   tak   bardzo   jak   oko.  Włożyłem 
marynarkę. List do Shreve'a zaszeleścił przez materiał, wyjąłem go, sprawdziłem adres i włożyłem 
do bocznej kieszeni. Potem zaniosłem zegarek do pokoju Shreve'a, włożyłem do jego szuflady, 
poszedłem do mojego pokoju, wyjąłem czystą chusteczkę, podszedłem do drzwi i wyciągnąłem 
rękę do kontaktu. Wtedy przypomniałem sobie, że nie umyłem zębów, więc musiałem jeszcze raz 
otworzyć torbę. Znalazłem szczotkę, wziąłem trochę pasty Shreve'a, wyszedłem i wyczyściłem 
zęby. Wycisnąłem szczoteczkę, jak się tylko dało, włożyłem z powrotem do torby, zamknąłem ją i 
znowu podszedłem do drzwi. Nim wyłączyłem światło, rozejrzałem się, by sprawdzić, czy jeszcze 
coś zostało do zrobienia, i spostrzegłem, że nie mam kapelusza. Będę musiał przejść koło poczty i z 
pewnością  spotkam  któregoś   z nich,  pomyślą,  że  ze  mnie  kawiarniany student  udający ostatni 
rocznik.   Zapomniałem   wyczyścić   kapelusz   ale   Shreve   miał   szczotkę,   więc   nie   potrzebowałem 
ponownie otwierać torby.

SZÓSTY

 

KWIETNIA

1928 ROKU

Jak już raz dziwka, to do śmierci dziwka. Masz szczęście, powiadam, jeśli martwisz się tylko o jej 

wagarowanie. Powinna siedzieć tu na dole, powiadam, w tej  kuchni teraz, w tej chwili, a nie 
pacykować   szminką   gębę   we   własnym   pokoju   na   górze   i   czekać,   aż   jej   przygotuje   śniadanie 
sześcioro czarnuchów, co to nie potrafią stanąć na nogi, póki się nie napchają chlebem i mięsem.

A Matka na to:
— Ale żeby te władze szkolne mogły twierdzić, że nie mam autorytetu i wpływu na nią, tego nie 

mogę...

— No bo — ja na to — nie możesz, prawda? Przecież nigdy nie próbowałaś na nią wpływać. A 

teraz ci się zdaje, że można zacząć tak późno, kiedy ona ma już siedemnaście lat.

Zastanawiała się chwilę.

background image

— Ale jak oni mogą twierdzić... Nawet nie wiedziałam, że ona ma dzienniczek. Powiedziała mi 

zeszłej jesieni, że w tym roku nie będą obowiązywały dzienniczki. A teraz profesor Junkin dzwoni 
do mnie i mówi, że jeśli ona jeszcze raz opuści lekcje, to zostanie wydalona ze szkoły! Jak ona to 
robi? Dokąd chodzi? Jesteś cały dzień w mieście, musiałbyś ją zobaczyć, gdyby wałęsała się po 
ulicach.

— Tak — ja na to — gdyby wałęsała się po ulicach. Chyba nie po to wagaruje, żeby robić coś, co 

można robić na oczach wszystkich.

— Co masz na myśli?
— Nic — ja na to. — Odpowiadam tylko na twoje pytanie. — Wtedy Matka znowu w płacz i 

zaczyna gadać, jak to jej własna krew z krwi i kość z kości powstała, by okazać się dla niej 
przekleństwem.

— Sama pytałaś — powiadam.
— Nie o tobie mówię — ona na to. — Ty jeden z nich wszystkich nie przynosisz mi wstydu.
— No pewno — powiadam. — Nigdy nie miałem na to czasu. Ani na to, żeby iść na Harvard jak 

Quentin, ani żeby zapić się na śmierć jak Ojciec. Musiałem pracować. Ale, oczywiście, jeśli sobie 
życzysz, żebym za nią chodził i sprawdzał, co robi, to mogę rzucić magazyn i znaleźć nocną pracę. 
Wtedy będę mógł jej pilnować za dnia, a na nocną zmianę możesz wziąć Bena.

— Wiem, że jestem ci tylko udręką i ciężarem — płakała w poduszkę.
— Ja już też wiem — mówię. — Powtarzasz mi to od trzydziestu lat. Nawet Ben już się chyba 

dowiedział. Chcesz, żebym z nią porozmawiał?

— A czy sądzisz, że to coś pomoże?
—   Na   pewno   nie   pomoże,   jeśli   zaczniesz   się   natychmiast   wtrącać.   Jeśli   chcesz,   żebym   jej 

przypilnował, powiedz mi tylko, a sama trzymaj się z daleka. Za każdym razem, kiedy próbuję coś 
z tym zrobić, ty się zaraz w to mieszasz, a ona tylko śmieje się z nas w kułak.

— Pamiętaj, że wy oboje to moje ciało i krew.
— Pewno — ja na to. — O niczym innym nie myślę... o ciele. I o odrobinie krwi również, gdybym 

tylko mógł robić, co chcę. Kiedy ktoś postępuje jak czarnuch, to obojętne, kim jest — trzeba go 
traktować jak czarnucha.

— Boję się, że przestaniesz panować nad sobą...
— No cóż — ja na to. — Twój system jakoś nie przyniósł rezultatów. Więc chcesz, żebym się tym 

zajął? Powiedz tak albo nie — bo nie mam czasu.

— Przecież zdaję sobie sprawę, że musisz dla nas zaharowywać się na śmierć — powiada. — 

Wiedz, że gdybym mogła postawić na swoim, miałbyś własne biuro i godziny urzędowania, jak 
przystoi Bascombowi. Bo ty jesteś Bascomb, wbrew nazwisku. Jestem pewna, że gdyby Ojciec 
mógł przewidzieć...

— No cóż — przerwałem jej — miał chyba takie samo prawo do pomyłki, jak każdy inny, nawet 

Smith czy Jones. — Zaczęła znowu płakać.

— Kiedy słyszę, że mówisz z taką goryczą o swoim zmarłym Ojcu...
— No dobrze — powiadam. — Już dobrze. Niech ci będzie. Ale że nie mam własnego biura, 

background image

muszę robić to, na co mnie stać. Wiec chcesz, żebym z nią porozmawiał?

— Obawiam się, że przestaniesz nad sobą panować...
— W porządku — ja na to. — Wobec tego nic jej nie powiem.
— Ale coś trzeba zrobić. Ludzie nie mogą myśleć, że pozwalam jej wagarować i włóczyć się po 

ulicach albo że nie potrafię jej tego zabronić... O Jazon, Jazon! Jak mogłeś mnie zostawić samą z 
takim ciężarem!

— Spokojnie, spokojnie — ja na to. — Doprowadzisz się do choroby. Czemu więc nie zamkniesz 

jej na cały dzień albo nie oddasz mnie i przestaniesz się wszystkim kłopotać?

— To krew z mojej krwi — ona na to, płacząc. Więc ja:
— Dobrze, zajmę się nią. Przestań płakać.
— Ale żebyś panował nad sobą. To jeszcze dziecko, pamiętaj.
— Nie — powiedziałem. — Nie będę pamiętał. — Wyszedłem i zamknąłem drzwi.
— Jazon! — zawołała. Nie odpowiedziałem. Wyszedłem na schody. — Jazon! — słyszę zza drzwi. 

Zeszedłem   po   schodach.   W   jadalni   nie   było   nikogo,   ale   usłyszałem   ją   w   kuchni.   Próbowała 
nakłonić Dilsey, żeby jej dała jeszcze kubek kawy. Wszedłem.

— To jest pewno twój szkolny strój — powiedziałem. — A może dzisiaj święto?
— Tylko połówkę, Dilsey — mówiła. — Proszę...
—   Nie   —   odparła   Dilsey.   —   Nie   dam.   Nie   masz   co   się   napierać   o   drugi   kubek   kawy,   ty, 

siedemnastoletnia dziewczyna. Wiesz dobrze, co panna Kahlina mówi. Idź i ubieraj się do szkoły, 
żebyś zdążyła pojechać do miasta z Jazonem. Znowu chcesz się spóźnić.

— Nie spóźni się — ja na to. — Zaraz to załatwimy. — Spojrzała na mnie, trzymając kubek w 

ręku. Odgarnęła włosy z twarzy, szlafrok zsuwał jej się z ramienia. — Postaw ten kubek i chodź tu 
na chwilkę — rozkazałem.

— Po co?
— Chodź — powtórzyłem. — Postaw kubek w zlewie i chodź tutaj.
— Co ty zamiarujesz, Jazon? — spytała Dilsey.
— Pewno myślisz, że i mnie możesz skakać po głowie tak, jak swojej babce i wszystkim innym — 

powiedziałem — ale zobaczysz, że jest inaczej. — Daję ci dziesięć sekund na odstawienie tego 
kubka tam, gdzie kazałem.

Odwróciła ode mnie oczy, patrzała na Dilsey.
— Która godzina, Dilsey? — spytała. — Jak minie dziesięć sekund, to zagwiżdż. Tylko pół kubka, 

Dilsey, pro...

Złapałem ją za rękę. Upuściła kubek, stłukł się na podłodze. Szarpnęła się patrząc na mnie, ale 

trzymałem ją mocno za ramię. Dilsey podniosła się z krzesła.

— Słuchaj, Jazon... — zaczęła.
— Puszczaj mnie — zawołała Quentin — bo cię uderzę!
— Co ty powiesz! — ja na to. — Co ty powiesz! — Uderzyła mnie.
Złapałem ją i za tę drugą rękę i trzymałem, jak rozwścieczoną kocicę. — Co ty powiesz! — 

background image

powtórzyłem. — Tak ci się zdaje?

— Słuchaj, Jazon — wołała Dilsey. Zaciągnąłem dziewczynę do jadalni. Szlafrok jej się rozwiązał 

i trzepotał wokół niej, była, u diabła, prawie goła. Dilsey kusztykała za nami. Obróciłem się i 
kopnąłem drzwi — trzasnęły jej przed nosem.

— Nie właź tutaj! — krzyknąłem.
Quentin oparta o stół zawiązywała szlafrok. Patrzyłem na nią.
— A teraz — powiadam — chciałbym wiedzieć, co to ma znaczyć, że wagarujesz, okłamujesz 

swoją Babkę, podrabiasz jej podpis w dzienniczku i doprowadzasz ją do choroby ze zmartwienia. 
Co to ma wszystko znaczyć?

Milczała. Zapinała szczelnie szlafrok pod brodą, obciskając mocno, patrzyła na mnie. Jeszcze nie 

zdążyła   się   umalować   i   twarz   jej   wyglądała   jak   wypucowana   szmatą   do   czyszczenia   broni. 
Podszedłem i złapałem dziewczynę za przegub. — Co to ma znaczyć? — powtórzyłem.

— Nie twój interes, do cholery — odparła. — Puszczaj mnie.
Dilsey stanęła w drzwiach. — Słuchaj, Jazon... — zaczęła.
— Nie właź tutaj, powiedziałem! — krzyknąłem, nie obracając nawet głowy. — Chcę wiedzieć, 

gdzie jesteś, kiedy wagarujesz ze szkoły. Nie chodzisz po ulicach, bobym cię zobaczył. Z kim ty się 
włóczysz?   Może   poleciałaś   do   lasu   z   jednym   z   tych   przeklętych   przylizanych   durniów,   co? 
Chodziłaś tam, co?

— Ty... ty przeklęty stary... — Wyrywała się, ale trzymałem ją mocno. — Ty przeklęty stary — 

powiada.

— Pokażę ci — ja na to. — Może potrafisz zastraszyć starą kobietę, ale ja ci pokażę, co to znaczy 

mocna ręka. — Trzymałem ją, przestała się szarpać i patrzyła na mnie, a oczy jej rozszerzały się i 
ciemniały.

— Co robisz? — zapytała.
— Zaczekaj, aż ściągnę pasek, to zobaczysz — powiedziałem, szarpiąc klamerkę. Dilsey złapała 

mnie za rękę.

— Jazon! — zawołała. — Słuchaj, Jazon! Nie wstyd ci?
— Dilsey! — powiedziała Quentin. — Dilsey!
— Ja mu nie dam — uspokajała ją Dilsey. — Nie martw się, kochanie. — Trzymała mnie za ramię. 

Wyciągnąłem wreszcie pasek, wyrwałem się i odepchnąłem Murzynkę. Zatoczyła się na stół. Była 
już taka stara, że ledwo mogła się ruszać, do niczego niezdatna. W porządku: potrzeba w kuchni 
kogoś, kto zje resztki zostawione przez młodszych. Przykusztykała znowu między nas, próbowała 
mnie przytrzymać. — Uderz mnie — woła — jeśli musisz kogoś bić, żeby sobie ulżyć. Uderz mnie! 
— krzyczy.

— Myślisz, że nie uderzę? — powiadam.
— Pewnie, do ciebie pasuje każde łotrostwo — ona na to. Wtedy usłyszałem Matkę na schodach. 

Można było przewidzieć, że nie dotrzyma obietnicy. Puściłem dziewuchę. Zatoczyła się na ścianę, 
przytrzymując mocno szlafrok.

— No, dobra — mówię. — Tymczasem to odłożymy. Ale nie wyobrażaj sobie, że możesz na mnie 

background image

gwizdać. Ja nie jestem stara kobieta ani półzdechła Murzynka. Ty przeklęta latawico!

— Dilsey — ona na to. — Dilsey. Chcę do Matki.
Dilsey podeszła do niej. — Cichaj, spokojnie. On ciebie nie tknie, póki ja tu stoję, nie tknie. — 

Matka zeszła po schodach.

— Jazon... — zaczęła. — Dilsey.
— Już dobrze, dobrze — łagodziła Dilsey. — Nie dam cię tknąć — położyła rękę na Quentin. Ta 

odepchnęła ją.

— Ty przeklęta stara Murzynico! — zawołała. Pobiegła ku drzwiom.
— Dilsey — mówiła Matka ze schodów. Quentin minęła ją, biegnąc na górę. — Quentin! — 

zawołała Matka. — Słuchaj, Quentin! — Quentin biegła dalej. Słyszałem, jak pędzi po schodach, 
potem w hallu trzasnęły drzwi.

Matka umilkła. Po chwili zaczęła znowu: — Dilsey!
— Już idę, idę — odparła Dilsey. — A ty wyciągnij samochód i poczekaj, musowo trzeba ją 

odwieźć do szkoły.

— Nie martw się — ja na to — zawiozę ją do szkoły i dopilnuję, żeby tam została. Wziąłem się za 

to i dokończę.

— Jazon — słyszę ze schodów.
— Idź już — powiada Dilsey. — Chcesz, żeby i ona się zestrachała? Już idę, panno Kahlino. — 

Wyszedłem. Słyszałem je jeszcze na schodach. — Niech panienka zaraz wraca do łóżka. Przecie 
panienka jeszcze nie ma sił na wstawanie. Niech panienka wraca. Ja już dopilnuję, żeby pojechała 
na czas do szkoły.

Wyszedłem   kuchennymi   drzwiami,   chcąc   wyprowadzić   samochód,   potem   musiałem   obejść 

naokoło dom, nim ich znalazłem.

— Zdaje się, że ci kazałem założyć koło na tył samochodu — powiadam.
— Czasu  nie  miałem —  tłumaczył  Luster.  — Przecie  nie  ma  nikogo,  co  by go  pilnował,  aż 

Nianiusia skończy robotę w kuchni.

— To tak — ja na to. — Karmię całą bandę Murzynów, żeby za nim chodzili, ale jak trzeba 

założyć koło w samochodzie, muszę to robić sam.

— Nie miałem go z kim zostawić — on na to. Tamten zaczął jęczeć i ślinić się.
— Zabierz go tam za dom — powiedziałem. — Co za diabeł cię kusi, żeby go trzymać tu od 

frontu, gdzie ludzie mogą zobaczyć. — Wypchnąłem ich, nim rozryczał się na dobre. Poszli. Dosyć 
kłopotu w niedzielę, kiedy ta przeklęta łąka pełna jest ludzi, którzy nie mają żadnych dodatkowych 
atrakcji ani sześciu czarnuchów do wykarmienia i tylko walą cały czas w tę gałkę antymolową 
ekstra rozmiarów. A on biega tam i z powrotem wzdłuż ogrodzenia i ryczy za każdym razem, kiedy 
się pojawiają na widoku; dojdzie wreszcie do tego, że każą mi płacić składki klubu golfowego. 
Wtedy chyba Matka i Dilsey będą musiały odkręcić parę porcelanowych gałek od drzwi, wziąć 
jakąś laskę i zabrać się do nauki, albo może ja bym grywał w nocy przy latarni. A potem pewnie 
posłaliby nas wszystkich do Jackson. Na Boga, urządziliby tam wtedy uroczysty zjazd rodzinny.

Poszedłem na tył domu do garażu. O ścianę opierało się koło, ale niech mnie diabli, jeśli je będę 

background image

zakładał. Wycofałem samochód i zakręciłem. Stała przy podjeździe.

— Wiem, że nie masz książek — powiadam. — Chciałbym tylko spytać, coś z nimi zrobiła, jeśli 

wolno   się  wtrącić.  Oczywiście   nie  mam  do  tego   prawa,  ja  tylko  zapłaciłem  za  nie   jedenaście 
dolarów i sześćdziesiąt pięć centów we wrześniu.

— Matka kupuje mi książki — ona na to. — Nie wydajesz na mnie ani centa z twoich pieniędzy. 

Wolałabym umrzeć z głodu.

— Co ty mówisz! Powiedz to swojej Babce i zobacz, co ona na to. Nie wyglądasz na całkiem gołą 

— powiadam — chociaż te świństwa na twarzy zakrywają więcej niż wszystko, co masz na sobie.

— A ty myślisz, że na to poszedł chociaż cent z twoich pieniędzy albo jej?
— Zapytaj  Babki — ja na to. — Zapytaj  jej, co się dzieje z tymi czekami. O ile pamiętam, 

widziałaś, jak paliła jeden z nich. — Nie słuchała nawet, twarz miała całą w tej farbie, a oczy 
twarde jak mały kundel.

— Czy wiesz, co bym zrobiła, gdybym uważała, że kupiono mi to za twoje albo jej pieniądze? — 

powiada kładąc ręce na sukience.

— Co byś zrobiła? Nosiłabyś beczkę zamiast kiecki?
— Zdarłabym to z siebie w tej chwili i rzuciła na ulicę — powiada. — Wierzysz?
— No pewno — ja na to. — A co innego robisz za każdym razem.
— Zobaczymy, czy nie zrobię — powiada. Złapała w obie ręce sukienkę przy szyi, jakby ją chciała 

rozerwać.

— Jeśli rozedrzesz tę kieckę, to dam ci tu, na miejscu, takie lanie, że popamiętasz do końca życia.
— Zobaczymy, czy nie zrobię! — Nagle dostrzegłem, że ona naprawdę próbuje rozerwać sukienkę, 

zedrzeć ją z siebie. Zanim zatrzymałem samochód i złapałem ją za ręce, już kilkoro ludzi patrzyło 
na nas. Tak mnie to rozwścieczyło, że przez chwilę byłem jak ślepy.

— Jeszcze raz zrobisz coś podobnego, a pożałujesz, żeś przyszła na ten świat — powiadam.
— Już tego żałuję — ona na to. Dała spokój kiecce, jej oczy nabrały takiego jakiegoś dziwnego 

wyrazu, a ja powiedziałem sobie: „Jeśli się rozpłaczesz tu, w tym samochodzie, na ulicy, to cię 
wysmagam. Odechce ci się.” Na szczęście nie rozpłakała się, więc puściłem jej ręce i ruszyłem. 
Dobrze się złożyło, że byliśmy blisko wąskiego przejścia między domami, którędy mogłem dostać 
się na boczną ulicę i w ten sposób uniknąć wyjeżdżania na skwer. Rozpinali już namiot na działce 
Bearda. Earl dał mi uprzednio dwa bilety za wystawienie afiszów w naszych oknach wystawowych. 
Siedziała odwróciwszy ode mnie twarz, przygryzając wargi. — Już tego żałuję — powtórzyła. — 
Nie rozumiem, czemu się w ogóle urodziłam.

— Znam co najmniej jeszcze jedną osobą, która ma w tej sprawie dużo wątpliwości — powiadam. 

Zatrzymałem   wóz   przed   drzwiami   szkoły.   Dzwonek   już   dzwonił   i   ostatnie   uczennice   właśnie 
wchodziły. — Przynajmniej raz zdążyłaś na czas — powiadam. — Czy wejdziesz tam i zostaniesz, 
czy mam iść z tobą i zmusić cię siłą? — Wyszła trzasnąwszy drzwiczkami. — Nie zapomnij, co 
mówiłem   —   zawołałem.   —   Dotrzymam   słowa.   Niech   jeszcze   raz   usłyszę,   że   się   włóczysz 
ukradkiem po bocznych uliczkach z jakimiś przeklętymi fircykami!

Odwróciła   się   na   te   słowa.   —   Nigdzie   nie   chodzę   ukradkiem   —   powiada.   —   Każdy   może 

wiedzieć, co robię.

background image

— I wszyscy wiedzą — powiadam. — Każdy w tym mieście wie, co z ciebie za jedna. Ale ja tego 

dłużej nie ścierpię, słyszysz? Osobiście wszystko mi jedno, co robisz, ale mam w tym mieście 
pozycję i nie pozwolę, żeby ktoś z mojej rodziny zachowywał się jak murzyńska dziwka. Słyszysz?

— Nic mnie to nie obchodzi — ona na to. — Jestem zła, pójdę do piekła i nic mnie to nie 

obchodzi. Wolę być w piekle niż tam, gdzie ty.

— Jak jeszcze raz usłyszę, że nie poszłaś do szkoły, pożałujesz, że naprawdę nie jesteś w piekle. — 

Odwróciła się i pobiegła przez ogródek szkolny. — Jeszcze jeden raz, pamiętaj — powtórzyłem. 
Nie obejrzała się.

Wstąpiłem na pocztę, zabrałem listy, podjechałem do magazynu i zaparkowałem wóz. Earl spojrzał 

na mnie, gdy wchodziłem. Miał okazję przygadać mi na temat mego spóźnienia, ale powiedział 
tylko:

— Przyszły kultywatory. Pomógłbyś je ustawić wujowi Jobowi.
Udałem się na tyły magazynu, gdzie stary Job wyciągał je ze skrzyń z szybkością mniej więcej 

trzech śrubek na godzinę.

— Powinieneś u mnie pracować — powiadam. — Wszystkie inne czarne lenie w tym mieście 

jadają w mojej kuchni.

— Pracuję, żeby dogodzić temu, co mi płaci tygodniówkę w sobotę wieczór — on na to. — I nie 

mam już czasu, żeby jeszcze innym dogadzać. — Wykręcił śrubkę. — Dzisiaj to w tym kraju nikt 
dużo nie pracuje tylko stonka bawełniana.

— To się ciesz, że nie jesteś stonka, która ustawia te kultywatory. Zapracowałbyś się na śmierć, 

zanimby ci kto zdążył w tym przeszkodzić.

— Święta prawda — on na to. — Taka stonka ma ciężkie życie. Pracuje każdziutkiego dnia w upał, 

deszcz, pogodę i niepogodę. I nie ma  ganka od frontu, żeby sobie siadła i patrzała, jak rosną 
kawony, a sobota to też dla niej nic.

— Sobota nic by i dla ciebie nie znaczyła — powiadam — gdyby ode mnie zależało wypłacanie ci 

tygodniówki. Wyciągnij wreszcie te kultywatory ze skrzyń i ładuj do środka.

Otworzyłem najpierw jej list i wyjąłem czek. Typowo kobiece. Sześć dni spóźnienia. I próbują 

wmówić mężczyznom, że są zdolne do prowadzenia interesów. Jak długo mógłby prowadzić interes 
mężczyzna, który by uważał, że pierwszy dzień miesiąca przychodzi szóstego. I bardzo możliwe, że 
kiedy   tamtej   przyślą   wyciąg   z   konta   bankowego,   będzie   ciekawa,   czemu   dopiero   szóstego 
zdeponowałem moje wynagrodzenie. Kobiety nigdy nie pomyślą o takich rzeczach.

„Nie mam odpowiedzi na mój list w sprawie wielkanocnej  sukienki Quentin. Czy doszła bez 

szwanku? Nie miałam odpowiedzi na dwa ostatnie listy, które do niej napisałam, chociaż czek z 
tego drugiego został podjęty razem z miesięcznym czekiem. Czy ona nie chora? Zawiadom mnie 
natychmiast, inaczej przyjadę i sprawdzę sama. Obiecałeś, że dasz mi znać, jeśliby czegokolwiek 
potrzebowała. Oczekuję twojej odpowiedzi przed dziesiątym. Albo nie, lepiej zadepeszuj do mnie 
natychmiast. Otwierasz moje listy do niej. Wiem o tym, jakbym na to patrzyła. Lepiej zrobisz, jeśli 
zadepeszujesz mi o niej natychmiast na ten adres.”

W tej chwili Earl zaczął wrzeszczeć na Joba, więc odłożyłem listy i poszedłem go rozruszać. Temu 

krajowi najbardziej potrzeba białej siły roboczej. Gdyby te przeklęte czarne lenie pogłodowały 

background image

sobie przez parę lat, toby zrozumiały, jak lekkie mają życie.

Gdzieś około dziesiątej poszedłem na front sklepu. Stał tam komiwojażer, a że brakowało paru 

minut do dziesiątej, zaprosiłem go obok na coca colę. Zaczęliśmy gadać o zbiorach.

— To bardzo proste — powiadam. — Bawełna to zbiory spekulantów. Nabijają farmerowi głowę 

nadzieją na zyski, ten szykuje wielkie zbiory, a wszystko po to, żeby oni mogli kiwać innych na 
rynku i nabierać naiwnych. Czy pan sądzi, że farmerowi coś z tego przyjdzie? Słońce spali mu tylko 
kark i grzbiet go będzie bolał. Czy pan myśli, że człowiek, który w pocie i trudzie sadzi tę bawełnę, 
ma jeden cent więcej nad skromne utrzymanie? — powiadam. — Jak zbiory są udane, to mu się nie 
opłaca tej bawełny zbierać. Jak są nieudane, to nie wystarczy mu na oczyszczenie bawełny z nasion. 
I na co to wszystko? Na to, żeby kupa przeklętych Żydów ze wschodu, nie mówię tu o ludziach 
wyznania mojżeszowego — powiadam — znam niektórych Żydów, dobrych obywateli, może pan 
jest jednym z nich...

— Nie — on mi na to. — Jestem Amerykaninem.
— Bez obrazy — powiadam. — Każdemu oddaje sprawiedliwość, bez względu na wyznanie i 

wszystko inne. Nie mam nic przeciwko Żydom jako jednostkom — powiadam — ale idzie mi o 
rasę. Przyzna pan, że sami nic nie produkują. Idą za pionierami na nowe tereny i sprzedają im 
ubrania.

— Myśli pan o Ormianach — on na to — prawda? Pionierom na nic by się zdały nowe ubrania.
— Bez obrazy — powiadam. — Nie robię nikomu zarzutu z religii, jaką wyznaje.
— No pewno — on na to. — Jestem Amerykaninem. W mojej rodzinie jest trochę francuskiej krwi, 

dlatego mam taki nos. Ale jestem Amerykaninem jak należy.

— Ja też — powiadam. — Niewielu nas zostało. Ci, o których mówię, siedzą w Nowym Jorku i 

naciągają naiwnych spekulantów.

— Pewno — on na to. — Biedny nie powinien brać się do spekulacji. Powinni tego zakazać 

sądownie.

— Uważa pan, że mam rację? — powiadam.
— Tak — on mi na to. — Myślę, że pan ma rację. Farmer dostaje tylko w kość za tę całą harówkę.
— Wiem, że mam rację — powiadam. — To zabawa dla naiwnych, chyba że człowiek otrzymuje 

informacje z wewnątrz od kogoś, kto wie, co w trawie piszczy. Tak się składa, że mam powiązania z 
ludźmi, którzy siedzą w  samym  środeczku tych  spraw. Doradcą  ich jest jeden z największych 
nowojorskich maklerów. Robię to tak — powiadam — żeby nigdy nie ryzykować wiele za jednym 
razem. Oni czyhają na takiego, co to myśli, że wszystko wie, i chce zrobić fortunę przy pomocy 
trzech dolarów. Dlatego siedzą w tym interesie.

Potem zegar wybił dziesiątą. Poszedłem do urzędu telegraficznego. Zwyżkowało trochę, tak jak 

powiadali. Poszedłem w kąt i wyciągnąłem telegram jeszcze raz, żeby się całkiem upewnić. Kiedy 
patrzyłem, wpłynął właśnie komunikat. Poszło dwa punkty w górę. Wszyscy kupują. Mogłem to 
przewidzieć z tego, co mówili. Do ataku. Tak jakby nie wiedzieli, że to może pójść tylko w jednym 
kierunku.   Jakby  zostało   wydane   prawo   czy  coś   takiego   przeciwko   wszystkiemu   innemu   prócz 
kupowania. No cóż, myślę, że ci Żydzi ze wschodu też muszą z czegoś żyć. Ale do czego to doszło, 
u diabła, żeby każdy przeklęty cudzoziemiec, co nie potrafi zarobić na życie w kraju, w którym go 

background image

Pan Bóg usadził, mógł tu przyjeżdżać i wyciągać pieniądze z amerykańskich kieszeni. Znowu 
zwyżkowało dwa punkty. Cztery punkty. Ale, u diabła, przecież oni siedzą w samym środku i 
wiedzą, co się dzieje. I jeśli nie mam zamiaru korzystać z ich rady, to po co im płacę dziesięć 
dolarów   miesięcznie.  Wyszedłem,   potem   sobie   przypomniałem,   wróciłem   i   wysłałem   depeszę: 
„Wszystko w porządku. Q napisze dzisiaj.”

— Q? — pyta urzędnik.
— Tak — ja mu na to. — Q. Nie potrafisz napisać Q?
— Zapytałem, żeby się upewnić — powiada.
— Wyślij dokładnie tak, jak napisałem, a żadne upewnienie nie będzie potrzebne — powiedziałem. 

— Telegram na koszt adresata.

—   Co   tam   wysyłasz,   Jazon?   —   pyta   Doc   Wright   spoglądając   mi   przez   ramię.   —   Czy   to 

zaszyfrowane zlecenie kupna?

— Coś mniej więcej w tym stylu — powiadam. — Wy, chłopcy, róbcie, jak wam rozum każe. 

Więcej o tym wiecie, niż ci faceci z Nowego Jorku.

— No cóż, ja powinienem coś wiedzieć — powiada Doc. — Odbiłbym sobie trochę forsy w tym 

roku, gdybym cenę podniósł o dwa centy na funcie.

Następny komunikat. Jeden punkt spadku notowań.
— Jazon sprzedaje — powiedział Hopkins. — Spójrzcie na jego twarz.
— Zgadza się, jeśli o mnie idzie — powiadam. — A wy, chłopcy, róbcie, co wam rozum każe. Ci 

bogaci nowojorscy Żydzi muszą przecież żyć, jak wszyscy inni ludzie.

Wróciłem do magazynu. Earl krzątał się przy wejściu. Poszedłem na tył do kasy i przeczytałem list 

Lorraine:   „Kochany   Papciu,   chciałabym,   żebyś   tu   był.   Żadnych   zabaw,   jak   Papcia   nie   ma   w 
mieście, okropnie tęsknię za skarbeńkiem”. Pewno, że tęskni. Ostatnim razem dałem jej czterdzieści 
dolarów. Dałem. Nigdy nie obiecuję kobiecie niczego ani nie mówię, co mam jej zamiar dać. To 
jedyny sposób postępowania z nimi. Niech zawsze zgadują. Jeśli nie potrafisz wymyślić dla niej 
lepszej niespodzianki, to daj jej choćby w zęby.

Podarłem list i spaliłem nad spluwaczką. Z zasady nie trzymam nawet kawałka papieru zapisanego 

babską ręką i nigdy nie piszę do bab. Lorraine zawsze mnie męczy, żebym do niej pisał, ale ja 
powiadam, że wszystko, co jej zapomniałem powiedzieć, może zaczekać na mój następny przyjazd 
do Memphis, ale, powiadam, nie mam nic przeciwko temu, żebyś ty pisała do mnie od czasu do 
czasu w zwyczajnej kopercie, tylko jeśli kiedykolwiek spróbujesz rozmawiać ze mną telefonicznie, 
to i Memphis ci zbrzydnie. Jak tu przyjeżdżam, powiadam, to jestem taki jak inni chłopcy, ale nie 
pozwolę na to, żeby jakakolwiek kobieta dzwoniła do mnie. Masz, powiadam, i daję jej czterdzieści 
dolarów. Jak się kiedy upijesz i przyjdzie ci do głowy telefonować do mnie, przypomnij to sobie i 
policz do dziesięciu, nim weźmiesz słuchawkę.

— Kiedy to będzie? — ona na to.
— Co? — pytam.
— Kiedy przyjedziesz następnym razem?
— Dam ci znać — powiadam. Ona wtedy chciała zafundować sobie piwo, ale ja nie pozwoliłem. 

— Trzymaj pieniądze — powiadam. — Kup sobie za nie sukienkę. — Dałem i służącej piątaka. 

background image

Przecież, powiadam, pieniądze same w sobie nie mają żadnej wartości, tylko przez to, na co je 
wydajesz. Do nikogo nie należą na stałe, więc po co je gromadzić. Należą tylko do tego, kto je 
potrafi   zdobyć   i   utrzymać.   Tu,   w   Jefferson,   jest   jeden   taki,   co   zbił   grubą   forsę,   sprzedając 
czarnuchom jakieś parszywe towary, mieszkał nad sklepem, w pokoiku wielkości komórki dla świń 
i sam sobie gotował. Jakieś cztery czy pięć lat temu zachorował. Wystraszył się jak diabli i kiedy 
tylko stanął na nogi, zaczął chodzić do kościoła i kupił sobie chińskiego misjonarza za pięć tysięcy 
dolarów rocznie. Często sobie wyobrażam, jaki on będzie wściekły, jeśli po śmierci stwierdzi, że 
nie ma żadnych niebios, i pomyśli wtedy o tych pięciu tysiącach rocznie. Lepiej by było, żeby od 
razu umarł i oszczędził sobie wydatków.

Kiedy list spalił się ze szczętem, chciałem wsunąć pozostałe do kieszeni, ale nagle coś mnie tknęło, 

żeby otworzyć list do Quentin przed powrotem do domu, tylko że akurat wtedy Earl zaczął na mnie 
wrzeszczeć od frontu, więc odłożyłem listy i poszedłem obsługiwać jakiegoś przeklętego wsioka z 
byczym karkiem, który przez piętnaście minut zastanawiał się, czy kupić sznur do chomąta za 
dwadzieścia centów, czy ten za trzydzieści pięć.

— Weźcie lepiej ten dobry — ja mu na to. — jak wy sobie wyobrażacie postęp, jeśli próbujecie 

pracować na farmie takim sprzętem?

— Jeśli ten sznur nie jest dobry — powiada facet — to czemu go trzymacie?
— Nie mówiłem, że jest niedobry. Powiedziałem, że nie jest taki dobry jak ten drugi,
— A skąd wiecie, że nie jest taki dobry? Próbowaliście jednego i drugiego?
— Stąd wiem, że nie kosztuje trzydziestu pięciu centów — powiadam — więc nie może być 

równie dobry.

Trzymał w ręku ten za dwadzieścia centów i przesuwał go między palcami. — Myślę, że wezmę 

ten — powiada. Zaproponowałem, że zapakuję mu sznur, ale on go tylko zwinął i wsadził do 
kieszeni kombinezonu. Potem wyciągnął kapciuch, rozwiązał z wielkim trudem i wysupłał z niego 
jakieś monety. Wręczył mi ćwierć dolara. — Za te piętnaście centów kupię sobie kanapkę na obiad.

— Dobra jest — ja mu na to — sami wiecie, co się wam opłaci. Ale nie przychodźcie do mnie w 

przyszłym roku z pretensjami, że musicie kupować nowy sprzęt.

— Przyszłe zbiory jeszcze daleko — on mi na to.
Pozbyłem się go wreszcie, ale za każdym razem, kiedy wyciągałem list z kieszeni, coś musiało się 

dziać. Wszyscy zjechali do miasta na to przedstawienie, przyjeżdżali stadami, żeby wyrzucić forsę 
na coś, co nie dawało miastu nic i nie zostawiało mu nic z wyjątkiem tego, co rozdzielą między 
siebie łapowniki z Rady Miejskiej, a Earl latał tam i z powrotem jak kura po kojcu, powtarzając: — 
Tak, łaskawa pani, pan Compson panią obsłuży, Jazon, pokaż tej pani masielnicę albo daj haczyków 
do wieszania za pięć centów.

No  cóż,   Jazon  lubi   pracę.   Nie,  powiadam,   nie  miałem  studiów  uniwersyteckich,  ponieważ  na 

Harvardzie uczą, jak pływać w nocy bez umiejętności pływania, a na Sewanee nie wytłumaczą ci 
nawet, co to jest woda. Możesz mnie posłać do Uniwersytetu Stanowego, może nauczyłbym się 
zatrzymywać zegar przy pomocy spryskiwacza, a wtedy można by posłać Bena do marynarki, 
powiadam, a choćby do kawalerii, przecież w kawalerii potrzebne są wałachy. A potem, kiedy ona 
przysłała mi Quentin do domu na garnuszek, to powiedziałem, że na mój rozum wszystko jest tak, 
jak być powinno, zamiast żebym ja jechał na Północ po pracę, to mi  przysłali pracę tutaj, na 

background image

Południe, a wtedy Matka zaczęła płakać, a ja jej na to, nie mam nic przeciwko temu, żeby wziąć tą 
robotę tutaj, i jeśli to ci sprawi satysfakcję, przestanę pracować i zaczną niańczyć bachora, a ty i 
Dilsey będziecie się martwić, jak zapełnić spiżarnię, albo niech Ben się tym zajmie. Można go 
wynajmować jako dodatkową atrakcję, przecież muszą być ludzie, co zapłacą dziesięć centów za 
taki widok, wtedy rozpłakała się jeszcze głośniej i powtarzała w kółko, moje biedne, nieszczęsne 
dzieciątko, a ja na to, zobaczysz, że on ci będzie kiedyś pomocą, jak całkiem wyrośnie, zwłaszcza 
że już teraz jest półtora razy wyższy ode mnie, a ona na to, że niedługo umrze, a wtedy nam będzie 
o wiele lżej, a ja na to, już dobrze, niech będzie, jak chcesz. To przecież twoja wnuczka, czego ci 
drudzy dziadkowie nie mogą powiedzieć z całą pewnością. Tylko, powiadam, wszystko jest kwestią 
czasu. Jeśli wierzysz, że ona dotrzyma obietnicy i nie będzie się starała zobaczyć małej, to sama 
siebie oszukujesz, to było wtedy, kiedy Mama pierwszy raz zaczęła powtarzać, dzięki Bogu, że ty 
jesteś Compson tylko z nazwiska, bo teraz mam tylko ciebie, i Wujka Maury'ego, a ja powiadam, 
no cóż, jeśli o mnie idzie, mógłbym sobie darować Wujka Maury'ego, a oni przyszli i powiedzieli, 
że   można   ruszać.   Wtedy   Matka   przestała   płakać.   Opuściła   woalkę   na   twarz   i   zeszliśmy   po 
schodach. Wujek Maury wychodził z jadalni zasłaniając chusteczką usta. Zrobili nam taką niby to 
dróżkę i wyszliśmy na dwór akurat na czas, żeby zobaczyć, jak Dilsey zapędza Bena i T.P. za dom. 
Zeszliśmy po stopniach i wsiedliśmy. Wujek Maury powtarzał w kółko: Moja biedna siostrzyczka, 
moja biedna siostrzyczka, tak jakoś obracał te słowa w ustach i głaskał Matkę po ręku. Mówił tak 
jakoś bokiem, jakby koło czegoś, co miał w ustach.

— Czy masz opaskę? — spytała. — Czemu oni nie ruszają, nim Benjamin wyjdzie i zrobi z siebie 

widowisko? Biedny chłopczyk. On nic nie wie. On nawet nie może zrozumieć.

— No cicho, cicho — powiada kącikiem ust Wuj Maury głaszcząc ją po ręku. — Lepiej, że tak 

jest. Niechże pozostanie nieświadom swojej straty, dopokąd to nie będzie konieczne.

— Inne kobiety mają dzieci, które są im podporą w takich chwilach — powiada Matka.
— Masz Jazona i mnie — Wuj na to.
— To takie straszne! Żeby stracić dwoje w ciągu niecałych dwóch lat...
— Cicho, cicho — on na to. Po chwili podsunął ukradkiem rękę do ust i wyrzucił coś przez okno. 

Wtedy zrozumiałem, co tak pachniało. Goździki. Pewno uważał, że należy choćby w ten sposób 
uczcić pogrzeb Ojca albo może kredens myślał, że to jeszcze Ojciec we własnej osobie i omyłkowo 
przyhaczył  Wuja   w   przejściu.   Jeśli   już   Ojciec   musiał   coś   sprzedać,   żeby  wysłać   Quentina   na 
Harvard, to bylibyśmy w o wiele lepszym położeniu, gdyby sprzedał ten kredens i kupił sobie z 
tych pieniędzy kaftan bezpieczeństwa. Pewno nie pozostało w nim już nic Compsona, nim do mnie 
doszło   —  jak  mówi   Matka   —  dlatego,   że   go   zatopił   w   alkoholu.  W  każdym   razie   nigdy  nie 
słyszałem, by chciał cokolwiek sprzedać i zafundować mi rok na Harvardzie.

Więc głaskał ją w dalszym ciągu po ręku i powtarzał: — Biedna siostrzyczka — głaskał ręką w 

czarnej rękawiczce, a w cztery dni później przyszedł rachunek za te rękawiczki, bo to był właśnie 
dwudziesty szósty, równo miesiąc od dnia, kiedy Ojciec tam pojechał i zabrał dziecko, i przywiózł 
do domu, i nie chciał powiedzieć, gdzie ona jest ani nic, i Matka płakała, i mówiła: — I nawet go 
nie widziałeś? Nie próbowałeś go zmusić, żeby ją w jakiś sposób zabezpieczył? — A Ojciec na to: 
— Nie, ona nie tknie jego pieniędzy, ani jednego centa — a Matka: — Przecież można go do tego 
zmusić sądownie. Nie może niczego dowieść, chyba że... Jazonie Compson — woła — czy byłeś do 

background image

tego stopnia szalony, żeby powiedzieć...

— Cicho, Karolino — uspokajał ją Ojciec, a potem kazał mi iść do Dilsey i pomóc jej przy 

znoszeniu tej starej kołyski z poddasza, a ja mówię:

— No cóż, przywieźli mi dziś wieczór robotę do domu — bo przez cały czas mieliśmy nadzieję, że 

jakoś uładzą te wszystkie sprawy i on ją zatrzyma, Matka wciąż powtarzała, że Caddy będzie miała 
choćby tyle względów dla rodziny, by nie wystawiać na ryzyko moich szans życiowych, kiedy już i 
ona, i Quentin zmarnowali swoje.

— A gdzie jej miejsce? — pyta Dilsey. — Tu jej dom. Kto inny ją wychowa, jak nie ja? Przecie 

wychowałam was wszystkich.

— I piękne masz rezultaty — powiadam. — Tak czy inaczej, Matka będzie teraz miała świetny 

powód do zmartwienia, to pewne. — Znieśliśmy więc kołyskę na dół i Dilsey zaczęła ją ustawiać w 
dawnym pokoju Caddy. Potem Matka zaczęła swoje, jak było do przewidzenia.

— Cicho, panno Kahlino — powiedziała Dilsey. — Jeszcze się toto obudzi.
— Tutaj!  — woła  Matka.  — Żeby ją  plugawiła  atmosfera  tego  pokoju!  Jakby nie  było  dość 

dziedzictwa, które na niej ciąży.

— Cicho — uspokajał ją Ojciec. — Nie bądź niemądra.
— Czemu nie ma tu spać? — pyta Dilsey. — Przeciem tu kładła jej mamę do łóżka calutkie życie, 

odkąd się toto nie bało samo spać.

— Ty nie rozumiesz — Matka na to. — Żeby moją córkę rzucił jej własny mąż! Biedne niewinne 

maleństwo!   —   powiada   patrząc   na   Quentin.   —   Nigdy  nie   będziesz   wiedziała,   ile   przyniosłaś 
cierpienia.

— Cicho, Karolino — powtórzył Ojciec.
— Czego panienka wyprawia takie rzeczy przy Jazonie — zrzędziła Dilsey.
— Starałam się go osłaniać — Matka na to. — Zawsze starałam się go osłaniać przed tym. Teraz 

będę robić wszystko, co w mojej mocy, żeby ją osłaniać.

— Co jej zaszkodzi spanie w tym pokoju? — pyta Dilsey. — Chciałabym wiedzieć.
—   Nic   na   to   nie   poradzę   —   powiada   Matka.   —   Jestem   tylko   starą   kobietą,   która   sprawia 

wszystkim kłopot. Ale wiem, że człowiek nie może bezkarnie lekceważyć praw boskich.

— Bzdura — Ojciec na to. — Wobec tego postaw kołyskę w pokoju panny Kahliny, Dilsey.
— Mów sobie, że to bzdura — powiada Matka. — Ale mała nie może się nigdy dowiedzieć. Nie 

może nigdy usłyszeć tego imienia. Dilsey, zabraniam ci wymawiać przy niej to imię. Gdyby mogła 
wyrosnąć nie wiedząc, że miała kiedyś matkę, dziękowałabym Bogu.

— Nie bądź wariatka — zdenerwował się Ojciec.
— Nigdy nie wtrącałam się w twoje metody chowania dzieci — powiedziała Matka. — Ale teraz 

dość. Musimy podjąć decyzję zaraz, dzisiaj. Albo to imię nigdy nie zostanie wymówione w jej 
obecności, albo ona musi stąd iść, albo ja stąd pójdę. Wybieraj.

— Cicho — powtórzył Ojciec. — Jesteś tylko zdenerwowana. Ustaw kołyskę tutaj, Dilsey.
— Panu też niewiele brak — zrzędziła Dilsey. — Słowo daję, jak z krzyża zdjęty. Teraz tylko do 

łóżka i starać się zasnąć, ja zaraz przyniosę grogu. Pewno od wyjazdu z domu nie przespał pan 

background image

porządnie jednej nocy.

— Nie — powiedziała Matka. — Nie słyszałaś, co mówi doktor? Czemu go namawiasz do picia? 

Przecież w tym cała rzecz. Spójrz na mnie, ja też cierpię, ale nie jestem na tyle słaba, żeby się 
zabijać alkoholem.

— Brednie — obruszył się Ojciec. — Co wiedzą lekarze? Zarabiają na życie każąc ludziom robić 

coś innego, niż właśnie robią; tyle każdy wie o zwyrodniałej małpie — to każdy potrafi. Jeszcze 
tylko   brakuje,   byś   wezwała   pastora   i   kazała   mu   trzymać   mnie   za   rękę.   —   Wtedy   Matka   się 
rozpłakała, a on wyszedł. Zeszedł na dół, a potem usłyszałem kredens. Obudziłem się i słyszałem, 
jak Ojciec znowu schodzi. Matka pewno zasnęła czy coś, bo wreszcie w domu panował spokój. 
Ojciec też starał się zachowywać cicho, bo go nie słyszałem, widziałem tylko skraj jego nocnej 
koszuli i gołe nogi przed kredensem.

Dilsey ustawiła kołyskę, rozebrała małą i położyła. Odkąd wniósł ją do domu, nie obudziła się 

jeszcze ani razu.

— Ledwie się mieści w tej kołysce — mówiła Dilsey. — No, dobra. Rozłożę sobie siennik tam, w 

hallu, żeby nikt nie potrzebował wstawać do niej w nocy.

— Nie będę spała — powiada Matka. — Idź do siebie. Mnie wszystko jedno. Będę szczęśliwa 

mogąc poświęcić jej resztę życia, jeśli tylko zdołam zapobiec...

— Już cicho — przerwała jej Dilsey. — Będziemy mieli na nią baczenie. A ty też do łóżka — 

zwróciła się do mnie. — Przecie jutro trzeba do szkoły.

Wyszedłem więc, potem Matka zawołała mnie z powrotem i popłakała trochę nade mną.
— Jesteś moją jedyną nadzieją — powiada. — Każdego wieczora dziękuję za ciebie Bogu. — 

Kiedy czekaliśmy tam, żeby ruszyli, powiedziała, jeśli on również musiał odejść, dziękuję Bogu, że 
to ty mi pozostałeś, a nie Quentin. Dzięki Bogu, że ty nie jesteś Compson, bo teraz zostałeś mi tylko 
ty i Wujek Maury, a ja na to, cóż, mógłbym sobie darować Wujka Maury. On mówiąc do niej z 
odwróconą głową dalej gładził ją po ręku tą czarną rękawiczką. Zdjął je, kiedy przyszła na niego 
kolej do łopaty. Podszedł pierwszy bliżej, tam gdzie trzymali nad głowami parasole, potupując, by 
otrząsnąć buty z błota, które kleiło się do łopat tak, że je musieli obtrącać, spadało na trumnę z 
głuchym   dźwiękiem,   a   kiedy   cofnąłem   się   i   obszedłem   powóz,   zobaczyłem,   jak  Wujaszek   za 
grobowcem znowu pociąga z butelki. Myślałem, że już nigdy nie przestanie, a przecież i ja miałem 
na sobie nowy garnitur, ale tak się złożyło, że koła nie były jeszcze zbytnio oblepione gliną, tylko 
Matka to zobaczyła i powiada: nie wiem, kiedy będziesz mógł sprawić sobie nowy, a Wujek Maury: 
— Cicho, cicho, nie martw się. Pamiętaj, że macie mnie. Zawsze będziecie mnie mieli.

I rzeczywiście. Mamy.  Ten czwarty list był  od niego. Nie potrzebowałem go nawet otwierać. 

Mógłbym go był sam napisać i wyrecytować Matce z pamięci, dodając jeszcze dziesięć dolarów na 
wszelki wypadek. Ale miałem przeczucie co do tego drugiego listu. Czułem, że już czas, żeby 
znowu wycięła jakąś sztuczkę. Bardzo zmądrzała po tamtej pierwszej. Szybko stwierdziła, że ja 
jestem ulepiony z innej gliny niż Ojciec. Kiedy zasypali już niemal całkiem, Matka zaczęła płakać, 
co można było przewidzieć, a Wujek Maury wsiadł do powozu i odjechał z nią. Powiedział, ty 
możesz   z   kimś   wrócić,   każdy   cię   chętnie   podwiezie.   Muszę   odwieźć   Matkę,   a   ja   w   myślach 
chciałem   mu   powiedzieć,   tak,   powinieneś   był   przywieźć   dwie   butelki   a   nie   jedną,   tylko   że 
uprzytomniłem   sobie,   gdzie   jesteśmy,   i   dałem   im   odjechać.   Niewiele   się   przejmowali,   że   tak 

background image

przemokłem,   bo   przecież   dzięki   temu   Mama   będzie   miała   rozkosz   zamartwiania   się   o   moje 
ewentualne   zapalenie   płuc.   No   cóż,   zacząłem   o   tym   myśleć   i   patrzyłem,   jak   rzucają   błoto 
przyklepując je tak, jakby to było coś w rodzaju zaprawy murarskiej albo jakby budowali zagrodę, i 
zrobiło mi się jakoś głupio, więc postanowiłem trochę się przejść. Pomyślałem, że jeśli pójdą w 
kierunku miasta, to się ze mną zrównają i będą mnie namawiać, żebym wsiadł do któregoś powozu, 
więc skręciłem w kierunku cmentarza murzyńskiego. Wszedłem pod jakieś cedry, gdzie deszcz nie 
zacinał tak silnie, siąpił tylko tu i ówdzie, i stąd patrzyłem, jak kończą i odchodzą. Po chwili nikogo 
nie było, zaczekałem trochę i wyszedłem.

Musiałem iść ścieżką, żeby nie wchodzić na mokrą trawę, więc zobaczyłem ją, kiedy już byłem 

bardzo blisko; stała w czarnym płaszczu, spoglądając na kwiaty. Zorientowałem się od razu, kto to 
taki, jeszcze nim odwróciła się, spojrzała na mnie i podniosła welon.

— Dzień dobry, Jazon — powiada wyciągając dłoń. Podaliśmy sobie ręce.
— Co ty tu robisz? — pytam. — Zdaje się, przyrzekłaś nigdy tu nie wracać. Myślałem, że masz 

więcej rozumu w głowie.

—  Naprawdę?  —  ona  na   to.  Znowu  popatrzyła  na   kwiaty.  Musiały  kosztować  co  najmniej  z 

pięćdziesiąt dolarów. Ktoś położył wiązankę na grobie Quentina. — Tak myślałeś? — powtórzyła.

— Ale wcale mnie to nie dziwi — powiedziałem. — U ciebie wszystko możliwe. Ty się nikim nie 

przejmujesz. Ty wszystkich masz w nosie.

— Och — ona na to. — Ta posada. — Spojrzała na grób. — Bardzo mi przykro, jeśli o to idzie, 

Jazon.

— Pewno, że ci przykro — powiadam. — Teraz cienko śpiewasz. Ale niepotrzebnie wróciłaś. Nic 

nie zostało. Zapytaj Wujka Maury'ego, jeśli mi nie wierzysz.

—   Ja   nic   nie   chcę.   —   Popatrzyła   na   grób.   —   Czemu   mnie   nie   zawiadomili?   Przypadkiem 

przeczytałam w gazecie. Na ostatniej stronie. Ot, tak, przypadkiem.

Nie odpowiedziałem. Staliśmy tak, spoglądając na grób, a potem zacząłem myśleć, jak to kiedyś 

byliśmy mali, o tym i o owym i znowu zaczęło mi się robić tak jakoś dziwnie, tak jakbym był 
trochę wściekły na myśl, że teraz będziemy mieli Wujka Maury'ego cały czas w domu, on będzie 
wszystkim dyrygował, tak właśnie jak dzisiaj z tym zostawieniem mnie na deszczu, żebym sam 
wracał do domu. Powiedziałem:

— Dużo cię to wszystko obchodzi, przyjeżdżasz chyłkiem zaraz, jak tylko umarł. Ale nic z tego. 

Nie myśl, że możesz skorzystać z jego śmierci i wrócić tu po cichu. Jak nie potrafisz się utrzymać 
na swoim koniu, to musisz chodzić piechotą. Nie wymawiamy twego imienia w domu, wiesz o 
tym? Nie mówi się o tobie przy nim i przy Quentin. Wiesz o tym?

— Wiem — ona na to. — Jazon — powiada patrząc na grób. — Jeśli tak urządzisz, żebym ją 

mogła widzieć chwileczkę, to ci dam pięćdziesiąt dolarów.

— Nie masz pięćdziesięciu dolarów.
— Zrobisz to? — pyta nie patrząc na mnie.
— Chciałbym je zobaczyć. Nie wierzę, żebyś miała pięćdziesiąt dolarów.
Ręce jej poruszyły się pod płaszczem, potem wyciągnęła dłoń. Niech mnie diabli, jeśli nie miała 

garści pełnej forsy! Dojrzałem kilka żółtych banknotów.

background image

— On ci wciąż daje pieniądze? — spytałem. — Ile ci przysyła?
— Dam ci sto — ona na to. — Zgoda?
— Ale tylko minutkę — powiadam. — I w taki sposób, jak powiem. Nie ryzykowałbym, żeby się 

Matka o tym dowiedziała, nawet za tysiąc dolarów.

— Dobrze. Tak, jak każesz. Tak, żebym ją mogła przez minutkę widzieć. Nie będę o nic błagać, nic 

nie zrobię. Potem wyjadę natychmiast.

— Daj pieniądze — powiedziałem.
— Dam ci je potem,
— Nie ufasz mi?
— Nie. Znam cię. Chowałam się razem z tobą.
— Ładne masz prawo gadać o zaufaniu — ja na to. — No cóż. Muszę uciekać z tego deszczu. Do 

widzenia. — Zrobiłem ruch, jakbym odchodził.

— Jazon! — zawołała. Stanąłem.
— Tak — powiadam. — Pośpiesz się. Moknę.
— No więc masz. — Wokół nie było nikogo. Wróciłem, by wziąć pieniądze. Ona przytrzymywała 

jeszcze banknot. — Zrobisz to? — pyta i spogląda na mnie przez welon. — Obiecujesz?

— Chodźmy — powiadam. — Czy chcesz, żeby ktoś przyszedł i zobaczył nas?
Puściła banknot. Włożyłem go do kieszeni. — Zrobisz to, Jazon? — pyta. — Nie prosiłabym cię, 

gdybym miała inną możliwość.

— Co do tego racja, innej możliwości nie masz — mówię. — Pewno że zrobię. Obiecałem, że 

zrobię, to zrobię. Tylko że musisz się dostosować do tego, co powiem, słyszysz?

—   Tak   —   ona   na   to,   —  Wszystko   jak   każesz.   —   Więc   jej   powiedziałem,   gdzie   ma   być,   i 

poszedłem do wynajmu powozów. Pośpieszyłem się i przyszedłem akurat, kiedy wyprzęgali konie z 
wynajętego przez nas powozu. Zapytałem, czy już zapłacone, powiedzieli, że nie, a ja na to, że pani 
Compson  zapomniała   czegoś  i   prosi,   żeby to  przywieźć,  więc   niech   mi  jeszcze   dadzą  powóz. 
Powoził   Mink.   Zafundowałem   mu   cygaro   i   jeździliśmy   w   kółko,   aż   zaczęło   zmierzchać, 
jeździliśmy   po   bocznych   ulicach,   żeby   nikt   nie   zobaczył.   Potem   Mink   powiedział,   że   musi 
zaprowadzić konie z powrotem, więc obiecałem mu jeszcze jedno cygaro i tak wjechaliśmy na 
boczną   drogę   koło   domu,   a   ja   poszedłem   przez   ogród   do   drzwi.   Zatrzymałem   się   w   hallu, 
usłyszałem, że Matka i Wuj Maury są na górze, rozmawiają, potem poszedłem na tył, do kuchni. 
Siedziała   tam   mała   i   Ben   z   Dilsey.   Powiedziałem,   że   Matka   chce   zobaczyć   Quentin,   więc   ją 
zabieram.  Owinąłem ją w   płaszcz  deszczowy Wuja  Maury'ego,  wziąłem na  ręce,  poszedłem  z 
powrotem   na   boczną   drogę   i   wsiadłem   do   powozu.   Powiedziałem   Minkowi,   żeby   jechał   na 
dworzec. Bał się przejeżdżać koło swoich stajen, więc musieliśmy objechać dokoła. Zobaczyłem 
Caddy, stała na rogu, pod światłem, kazałem Minkowi jechać tuż przy krawężniku, a kiedy powiem: 
Jazda, porządnie zaciąć konie. Potem zdjąłem z małej płaszcz deszczowy i trzymałem ją przy oknie, 
a Caddy zobaczyła ją i tak jakoś skoczyła do przodu.

— Batem je, Mink! — zawołałem. Mink zaciął konie i minęliśmy ją jak wóz straży pożarnej. A 

teraz idź na ten pociąg, jak obiecałaś, myślę sobie. Widziałem przez tylne okienko, jak biegnie za 
nami. — Daj im jeszcze batem — powiadam. — Jedźmy do domu. — Kiedy skręcaliśmy za róg, 

background image

ona wciąż biegła.

Tego wieczora przeliczyłem jeszcze raz pieniądze, odłożyłem i było mi wcale raźno na duszy. 

Mówiłem   sobie:   „To   nauczka.   Teraz,   mam   nadzieję,   będziesz   pamiętała,   że   nie   można   mnie 
bezkarnie pozbawiać posady”. Nie przyszło mi do głowy, że ona nie dotrzyma obietnicy i nie 
wsiądzie   do   tego   pociągu.  Ale   niewiele   jeszcze   wtedy  wiedziałem   o   kobietach:   głupi   byłem   i 
wierzyłem we wszystko, co mówią. No i następnego ranka, niech mnie diabli, weszła prościutko do 
sklepu, tylko starczyło jej rozumu, żeby opuścić woalkę i do nikogo się nie odzywać. To była 
sobota rano, bo tkwiłem w magazynie, a ona podeszła szybkim krokiem prosto do kasy, na tyłach 
magazynu, gdzie siedziałem.

— Łgarz — powiada. — Łgarz.
— Zwariowałaś — mówię. — O co ci chodzi, jak mogłaś tu przyjść! — Chciała coś powiedzieć, 

ale jej nie pozwoliłem. — Już mnie kosztowałaś jedną posadę, chcesz, żebym i tę stracił? Jeśli masz 
mi coś do powiedzenia, to spotkam się gdzieś z tobą, jak zmrok zapadnie. Czego ode mnie chcesz? 
Nie zrobiłem wszystkiego, co obiecałem? Powiedziałem, że ją przez chwilę zobaczysz, no co, nie 
widziałaś? — Ona tylko stała, patrząc na mnie, trzęsła się jak w malarii, ręce miała zaciśnięte, tak 
nimi jakoś szarpała. — Zrobiłem, co obiecałem — powiadam. — To ty łgasz. Powiedziałaś, że 
zaraz odjedziesz pociągiem. Nieprawda? Może nie obiecałaś? Jeśli ci się zdaje, że odbierzesz te 
pieniądze, to spróbuj. Nawet gdyby to było tysiąc dolarów, jeszcze byłabyś mi dłużna za takie 
ryzyko.  A  jak   zobaczę   albo   się   dowiem,   że   zostałaś   w   mieście   po   odjeździe   pociągu   numer 
siedemnaście, to powiem o wszystkim Matce i Wujowi Maury'emu. A wtedy możesz długo czekać, 
nim ją znowu zobaczysz. — Stała tak, bez ruchu, tylko wykręcała ręce.

— Niech cię diabli — powiada. — Niech cię diabli.
— No pewno — ja na to. — Racja. Ale uważaj, co mówię. Po odjeździe siedemnastki powiem im.
Kiedy odeszła, poczułem się lepiej. Teraz dwa razy się zastanowisz, nim mnie pozbawisz obiecanej 

pracy. Byłem wtedy dzieckiem. Wierzyłem ludziom, jak obiecywali, że coś zrobią. Od tego czasu 
zmądrzałem. Poza tym, powiadam, dam sobie radę bez niczyjej pomocy, umiem stać na własnych 
nogach,   zawsze   musiałem   sam   sobie   radzić.   Potem   całkiem   niespodzianie   zacząłem   myśleć   o 
Dilsey i Wujku Maurym. Przecież Caddy okręci sobie Dilsey naokoło palca, a Wujek Maury zrobi 
wszystko za dziesięć dolarów. W pięknej znalazłem się sytuacji, nie mogę nawet wyjść z magazynu, 
żeby strzec własnej matki. Jak to ona powiada, jeśli jeden z was musiał odejść, dziękuje Bogu, że to 
ty mi zostałeś, mogę na tobie polegać, a ja na to, no cóż, nie sądzę, bym kiedykolwiek wydostał się 
ze sklepu poza zasięg twojej ręki. Ktoś musi pilnować tych resztek, jakie nam jeszcze zostały, tak w 
każdym razie uważam.

Natychmiast po przyjściu do domu załatwiłem Dilsey. Powiedziałem jej, że Caddy jest trędowata, 

wyciągnąłem Biblię, czytałem jej, jak to ciało człowieka gnije, i powiedziałem, że gdyby Caddy 
kiedykolwiek   spojrzała   na   nią,   Bena   czy   Quentin,   toby   ich   zaraziła.   Myślałem,   że   mam   już 
wszystko   z   głowy   do   owego   dnia,   kiedy   wróciłem   i   znalazłem   wyjącego   Bena.   Wrzeszczał 
wniebogłosy i nikt go nie mógł uspokoić. Matka powiedziała: No więc dajcie mu już ten kapeć, a 
Dilsey udawała, że nie słyszy. Matka powtórzyła polecenie, a ja dodałem, że nie wytrzymam dłużej 
tych piekielnych wrzasków. Mogę, powiadam, dużo znieść i niewiele od was oczekuję, ale skoro 
już muszę harować cały dzień w tym przeklętym sklepie, to niech mnie diabli, jeśli nie zasługuję na 

background image

trochę ciszy i spokoju przy obiedzie. Więc, mówię, wobec tego ja stąd pójdę, a Dilsey powiada 
szybko: — Jazon!

W jednej chwili zrozumiałem, o co chodzi, ale żeby się całkiem upewnić, poszedłem i przyniosłem 

ten kapeć, no i tak jak myślałem, kiedy go zobaczył, można by sądzić, że go obdzierają ze skóry. 
Zmusiłem więc Dilsey, żeby się przyznała, i powiedziałem Matce. Musieliśmy zaprowadzić ją na 
górę do łóżka, a kiedy wszystko nieco przycichło, napędziłem Dilsey porządnego stracha. Tyle, ile 
można napędzić czarnuchowi, rzecz jasna. Cały kłopot z czarną służbą w tym, że jak z człowiekiem 
bardzo długo przebywają, to im się w głowie przewraca i robią się do niczego. Wydaje im się, że 
rządzą całym domem.

— Chciałabym wiedzieć, co komu szkodzi, jak toto biedactwo zobaczy swoje małe — powiada. — 

Gdyby pan Jazon był z nami, inaczej by tu wyglądało.

— Ale pana Jazona nie ma z nami — powiadam. — Wiem, że ja znaczę dla ciebie tyle co nic, ale 

może zechcesz robić, co ci Matka każe. Zadręczaj ją dalej, aż i ją wpędzisz do grobu, potem 
będziesz mogła cały dom zapchać tą swoją hołotą. Ale po co pozwoliłaś, żeby ją ten przeklęty idiota 
oglądał?

— Zimny z ciebie człowiek, Jazon, jeśli z ciebie w ogóle człowiek — powiada. — Dziękuję Panu, 

że dał mi więcej serca, choćby nawet czarnego.

— Taki ze mnie człowiek, że potrafię przynajmniej dopilnować, aby spiżarnia nie stała pusta — 

powiadam. — A jeśli jeszcze raz zrobisz coś podobnego, nie będziesz jadła z tej spiżarni.

Tak więc za następnym razem powiedziałem Caddy, że jeśli jeszcze raz zacznie kombinować z 

Dilsey,   to   Matka   wyrzuci   starą   z   domu,   Bena   wyśle   do   Jackson,   a   sama   zabierze   Quentin   i 
wyjedzie. Patrzyła  na mnie przez chwilę. Nie było w  pobliżu żadnej  lampy ulicznej, więc nie 
widziałem jej twarzy, ale czułem jej spojrzenie. Kiedy byliśmy mali, a ona się wściekała, ale nic nie 
mogła   poradzić,   to   zaczynała   jej   podskakiwać   górna   warga.   Za   każdym   takim   podskokiem 
ukazywało się nieco więcej górnych zębów, a przez cały czas Caddy stała nieruchomo jak słup, 
żaden mięsień w niej nie drgnął z wyjątkiem tej wargi podskakującej coraz wyżej i wyżej nad 
zębami. Ale nic nie powiedziała. Tylko tyle:

— Dobrze. Ile chcesz?
— No cóż, jeśli jedno spojrzenie przez okno powozu było warte setkę... — powiadam. Po tym 

zachowywała   się   już   przyzwoicie,   tylko   raz   powiedziała,   że   chce   zobaczyć   wyciąg   z   konta 
bankowego.

— Wiem, że Mama je musi indosować — powiada — ale chcę zobaczyć wyciąg z konta. Chcę 

stwierdzić na własne oczy, dokąd idą te czeki.

— To jest prywatna sprawa Matki — ja na to. — Jeśli sobie wyobrażasz, że masz jakiekolwiek 

prawo wtykać nos w osobiste sprawy Matki, to jej powiem, że podejrzewasz, że te czeki zostały 
przywłaszczone i żądasz kontroli buchalteryjnej, ponieważ jej nie ufasz.

Nie   powiedziała   nic,   nie   drgnęła.   Słyszałem   tylko,   jak   szeptała:   —   Żeby  cię   diabli,   żeby  cię 

wszyscy diabli.

— Powiedz to głośno — mówię. — Nie sądzę, żeby to, co myślimy nawzajem o sobie, było 

tajemnicą. A może chcesz te pieniądze z powrotem?

background image

— Słuchaj, Jazon — powiada. — Nie kłam mi teraz. O niej. Nie będę chciała niczego sprawdzać. 

Jeśli to nie wystarcza, zaczną przysyłać więcej pieniędzy miesięcznie. Ale obiecaj, że ona... że 
ona... To możesz zrobić. Różne rzeczy dla niej... Bądź dla niej dobry. Takie drobiazgi, których ja nie 
mogę... nie pozwolą... Ale ty tego nie zrobisz. W tobie nigdy nie płynęła ani jedna kropla gorącej 
krwi. Słuchaj — powiada — jeśli namówisz Matkę, żeby mi ją zwróciła, dam ci tysiąc dolarów.

— Nie masz tysiąca dolarów — powiadam. — Wiem, że w tej chwili kłamiesz.
— Owszem, mam. Będę miała. Mogę je zdobyć.
— Tak, nawet wiem, w jaki sposób. W taki sam, w jaki zdobyłaś ją. A i ona, jak dorośnie... — 

Wydało mi się, że w tej chwili naprawdę chce mnie uderzyć, a potem już nie wiedziałem, co zrobi. 
Zachowywała się jak taka mechaniczna zabawka, którą nakręcono zbyt mocno, i niewiele brakuje, 
żeby się rozpękła na kawałki.

—  Och,  zwariowałam  —  wykrztusiła.   —  Nie  jestem  przy  zdrowych   zmysłach.   Nie  mogę   jej 

zabrać. Zatrzymaj ją. Ale to, o czym myślę, Jazon... — mówi i łapie mnie za rękę. Dłonie miała 
rozpalone jak w gorączce. — Musisz mi obiecać, że będziesz się nią opiekował, że... Przecież to 
twoja siostrzenica, twoja własna krew. Obiecaj mi, Jazon. Przecież Ojciec dał ci swoje imię. Czy 
sądzisz, że jego musiałabym prosić dwa razy? Choćby raz?

— Tak — powiadam. — Coś mi jednak dał. Co mam twoim zdaniem robić? Kupić fartuszek i 

samochodzik na kółkach? Nie ja cię w to wpakowałem. Więcej ryzykuję niż ty, bo ty nie masz 
czym ryzykować. Więc jeśli sobie wyobrażasz...

— Nie. — Zaczęła się śmiać jednocześnie starając się powstrzymać śmiech. — Nie, ja nie mam 

czym ryzykować — mówi wydając ciągle te dziwne dźwięki i zakrywając usta dłonią. — Niiiiiiiie.

— Ejże — ja na to. — Uspokój się.
— Przecież się staram — powiada trzymając ręce na ustach. — Och, Boże, Boże!
— Idę już — zdenerwowałem się. — Nie mogą mnie tu zobaczyć. Wynoś się zaraz z miasta, 

słyszysz?

— Zaczekaj. — Złapała mnie za ramię. — Już przestałam. Nie będę więcej. Obiecujesz, Jazon? — 

Zdawało mi się, że jej oczy dotykają niemal mojej twarzy. — Obiecujesz? Matka... te pieniądze... 
jeśliby ona czegoś potrzebowała... Jeśli będę przysyłała jej czeki, nie tylko tamte, oddasz jej? Nie 
powiesz? Dopilnujesz, żeby miała różne rzeczy, jak inne dziewczynki?

— Oczywiście — powiadam. — Jak długo będziesz się przyzwoicie zachowywać i stosować do 

tego, co mówię.

No więc, kiedy Earl podszedł do drzwi w kapeluszu i oznajmił: — Idę do Rogersa, żeby coś 

przekąsić. Nie będziemy mieli dziś czasu na obiad w domu — ja mu na to:

— Co to znaczy, że nie będziemy mieli czasu?
— Przez to przedstawienie w mieście i w ogóle. Grają dziś dodatkowo po południu, wszyscy będą 

chcieli   pozałatwiać   zakupy   tak,   żeby   zdążyć   przed   rozpoczęciem.   Więc   lepiej,   żebyśmy   tylko 
wpadli do Rogersa.

— W porządku — powiadam. — Twój żołądek. Jeśli chcesz robić z siebie niewolnika interesu, 

twoja sprawa, mnie to nie obchodzi.

— Tak mi się zdaje, że ty nigdy nie będziesz niewolnikiem żadnego interesu — on mi na to.

background image

— Nie, chyba że to będzie interes Jazona Compsona — odpowiedziałem.
Tak więc, kiedy poszedłem na tył magazynu i otworzyłem list, zdziwiło mnie tylko to, że to był 

przekaz pocztowy a nie czek. Tak jest. Żadnej z nich nie można ufać. Narażałem się przecież dla 
niej, ryzykując, że Matka dowie się o jej przyjazdach czasem raz a czasem dwa razy do roku. Ile 
kłamstw musiałem Matce wymyślać! I taka za to wdzięczność. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby 
się  okazało,  że  zawiadomiła  urząd  pocztowy,   by nie  wypłacali  pieniędzy nikomu  z  wyjątkiem 
Quentin. Takiej smarkatej dawać pięćdziesiąt dolarów! Ja do dwudziestego pierwszego roku życia 
nie widziałem nawet pięćdziesięciodolarowego banknotu, wszyscy inni chłopcy mieli popołudnia 
wolne   i   całe   wolne   soboty,   a   ja   musiałem   harować   w   sklepie.   Więc,   powiadam,   jak   można 
oczekiwać, że ktoś zdoła utrzymać dziewuchę w karbach, jeśli ta daje jej pieniądze za naszymi 
plecami. Przecież Quentin ma ten sam dom, co ty miałaś, powiadam, i takie samo wychowanie. 
Myślę, że Matka lepiej wie, czego jej potrzeba, niż ty, która nawet nie masz domu. — Jeśli chcesz 
jej dawać pieniądze — powiadam — to je wysyłaj Matce, a nie dawaj małej do rąk. Jeśli mam brać 
na   siebie   to   ryzyko   co   kilka   miesięcy,   to   musisz   postępować   tak,   jak   ci   każę,   albo   zabawa 
skończona.

Już się szykowałem, by się zabrać do tego, bo jeśli Earl myśli, że dla niego będę ganiał i jadł na 

mieście jakieś świństwo za dwadzieścia centów, to się grubo myli. Mogę nie siedzieć z nogami na 
mahoniowym   biurku,   ale   biorę   pieniądze   za   to,   co   tutaj   robię,   i   jeśli   nie   mogę   prowadzić 
cywilizowanego życia poza tym sklepem, to pojadę tam, gdzie będę mógł. Potrafię się utrzymać na 
własnych nogach: nie potrzeba mi cudzych mahoniowych biurek za podporę. No więc wtedy mniej 
więcej gotów już byłem zabrać się do tego. Ale musiałem jeszcze rzucić wszystko i biec, żeby 
sprzedać jakiemuś durniowi z byczym karkiem gwoździ za dziesięć centów czy coś, a tymczasem 
Earl gdzieś u Rogersa pożerał sandwicza i już na pewno pędził z powrotem, jakbym to widział, i 
wtedy stwierdziłem, że skończyły mi się blankiety. Przypomniałem sobie, że miałem je przynieść, 
ale teraz już za późno, a potem podniosłem wzrok i weszła Quentin. Słyszałem, jak pytała starego 
Joba w drzwiach od podwórza, czy jestem w sklepie. Ledwo starczyło mi czasu, żeby wepchnąć 
wszystko do szufladki i zasunąć.

Podeszła do kasy. Spojrzałem na zegarek.
—   Byłaś   już   na   obiedzie?   —   pytam.   —  Akurat   dwunasta.  W  tej   chwili   słyszałem,   jak   bije. 

Musiałaś fruwać do domu i z powrotem.

— Nie idę na obiad do domu — ona na to. — Czy przyszedł dziś do mnie list?
— A spodziewałaś się? Masz takiego wielbiciela, który umie pisać?
— Od matki — mówi — czy jest list od matki? — i patrzy na mnie.
— Babka dostała od niej list — powiadam. — Nie otwierałem go. Będziesz musiała zaczekać, aż 

ona otworzy. Pewno ci pozwoli przeczytać.

— Proszę cię, Jazon — nie zwracała uwagi na moje słowa. — Czy przyszedł do mnie list?
— Co się stało? — pytam. — Nigdy nie widziałem, żebyś się tak o kogoś niepokoiła. Widać 

oczekujesz od niej jakichś pieniędzy?

— Powiedziała, że... Proszę, Jazon. Przyszedł?
— Musiałaś  jednak być dzisiaj  w szkole, czy też gdzieś, gdzie cię nauczyli  mówić „proszę”. 

background image

Zaczekaj chwilę, muszę obsłużyć klienta.

Poszedłem i obsłużyłem go. Kiedy wracałem, jej nie było widać za kasą. Pobiegłem. Okrążyłem 

kasę i złapałem dziewuchę akurat, gdy wyszarpywała rękę z szuflady. Odebrałem list, waląc jej 
knykciami o kasę, wreszcie puściła.

— Więc i tak potrafisz — mówię.
—   Oddaj   mi   go!   Jużeś   i   tak   otworzył.   Oddaj   mi   go.   Proszę   cię,   proszę,   Jazon.  To   mój   list. 

Widziałam adres.

— Dam ci pasem i tyle! Więcej się nie spodziewaj. Żeby grzebać w moich papierach.
— Czy tam są jakieś pieniądze? — wyciągnęła rękę po list. — Powiedziała, że mi przyśle trochę 

pieniędzy. Obiecała, Oddaj mi je.

— A na co ci pieniądze? — pytam.
— Powiedziała, że przyśle. Oddaj mi je. Proszę cię, Jazon. Nigdy cię już więcej o nic nie poproszę, 

jeśli mi je dzisiaj dasz.

— Mam zamiar ci dać, jak chwilę poczekasz — powiadam. Wziąłem kopertę, wyjąłem z niej 

przekaz i podałem sam list. Sięgnęła po przekaz, nawet nie spojrzawszy na list. — Będziesz musiała 
najpierw podpisać — powiadam.

— Ile tego jest? — pyta.
— Przeczytaj list. Tam musi być napisane.
Przeczytała szybko ledwo rzuciwszy okiem.
— Nie napisane. — Podniosła wzrok na mnie. List cisnęła na podłogę. — Ile jest tych pieniędzy?
— Dziesięć dolarów.
— Dziesięć dolarów. — Nie spuszczała ze mnie oczu.
—   Powinnaś   się   cholernie   cieszyć,   że   je   dostajesz.   Taka   smarkata!   Czemuż   to   tak   nagle   i 

niespodziewanie potrzeba ci pieniędzy?

— Dziesięć dolarów — powtórzyła jak we śnie. — Tylko dziesięć dolarów. Rzuciła się nagle na 

przekaz. — Kłamiesz! — krzyczy. — Złodziej! Złodziej!

— Taka jesteś! — powiadam przytrzymując ją na odległość ręki.
— Dawaj mi je — wrzeszczy. — To moje. Mnie przysłała te pieniądze. Muszę zobaczyć przekaz, 

muszę.

— Musisz? — powiadam, przytrzymując ją. — A jak chcesz to zrobić?
— Pozwól mi tylko spojrzeć, Jazon! Proszę. Nie będę cię o nic więcej prosiła.
— Uważasz, że ja kłamię, co? — powiadam. — Właśnie dlatego nie zobaczysz, co tu napisane.
— Ale tylko dziesięć dolarów! Powiedziała mi... powiedziała... Jazon, proszę, tak strasznie proszę. 

Ja muszę mieć trochę pieniędzy. Po prostu muszę. Daj mi je, Jazon. Zrobię wszystko, co każesz.

— Powiedz mi, na co ci one potrzebne — powiadam.
— Muszę je mieć — powtórzyła. Patrzyła na mnie. Potem całkiem nagle przestała na mnie patrzeć 

nie poruszywszy przy tym oczyma. Wiedziałem, że zacznie kłamać. — Mam długi. — mruknęła. — 
Muszę zwrócić pieniądze. Muszę je zwrócić dzisiaj.

background image

— Komu? — spytałem. Tak jakoś wykręcała dłonie. Niemal widziałem, jak stara się wymyślić 

jakieś łgarstwo. — Brałaś znowu coś na kredyt w sklepach? — powiadam. — Nawet mi nie próbuj 
tego wmawiać. Jeśli znajdziesz w tym mieście jeden sklep, który da ci coś na kredyt po wszystkim, 
co ode mnie usłyszeli, to uwierzę.

— Jednej  dziewczynie — ona na to. — Jednej  dziewczynie. Pożyczyłam pieniądze od jednej 

dziewczyny. Muszę jej oddać. Proszę cię, Jazon, daj mi te pieniądze. Matka ci zwróci. Napiszę do 
niej, żeby ci zwróciła i że już nigdy więcej o nic jej nie poproszę. Będziesz mógł przeczytać mój 
list. Proszę cię, Jazon, ja muszę mieć te pieniądze.

— Powiedz mi, na co ci potrzebne, a zastanowię się nad tym. Powiedz. — Stała tak, tylko dłonie 

jej się zaciskały na sukience. — No, dobrze — powiadam. — Jeśli dziesięć dolarów to dla ciebie za 
mało,   zabiorę   je   do   domu   i   oddam   Babce,   a   ty   wiesz   dobrze,   co   się   wtedy   z   nimi   stanie. 
Oczywiście, jeśli jesteś taka bogata, że nie potrzebujesz dziesięciu dolarów...

Stała tak, z oczyma wbitymi w podłogę, jakby mrucząc do siebie pod nosem: — Powiedziała, że 

mi przyśle trochę pieniędzy. Powiedziała, że mi przysyła pieniądze, a ty znowu mówisz, że nic nie 
przysyła. Powiedziała, że przysłała tu już masę pieniędzy. Powiedziała, że to były pieniądze dla 
mnie. Że część ich miałam sama dostać do rąk. A ty powiadasz, że nie mamy pieniędzy.

— Wiesz o tym równie dobrze jak ja. Widziałaś, co się dzieje z jej czekami.
— Tak — ona na to z wzrokiem wbitym w podłogę. — Dziesięć dolarów. Dziesięć dolarów.
— I powinnaś dziękować losowi, że to aż dziesięć dolarów. Masz — położyłem przekaz drukiem 

do spodu przytrzymując go ręką. — Podpisz to.

— Pozwolisz mi go zobaczyć? — pyta. — Chcę tylko spojrzeć. Nie będę prosiła o więcej niż 

dziesięć  dolarów,  bez  względu  na to,  ile  tam  jest.  Możesz  zatrzymać  resztę.  Ja  tylko  chcę  go 
zobaczyć.

— Po tym, jak się zachowywałaś, nie! Musisz się jednej rzeczy nauczyć: jak ci mówią, że masz coś 

zrobić, to masz zrobić i kwita. Podpisz się tu, na tej linijce.

Wzięła pióro, ale zamiast się podpisać, stała tak, z pochyloną głową, a pióro drżało jej w palcach. 

Zupełnie jak jej matka. — Boże! — powtarzała. — O Boże!

— Tak — powiadam. — Tego jednego musisz się nauczyć, choćbyś się nigdy w życiu nie nauczyła 

niczego innego. Podpisz teraz i wynoś się stąd.

Podpisała.   —   Gdzie   pieniądze?   —   pyta.   Wziąłem   przekaz,   wytarłem   bibułą   i   wsunąłem   do 

kieszeni. Potem dałem jej dziesięć dolarów.

— A teraz wracaj do szkoły na popołudnie, słyszysz? — Nie odpowiedziała. Zmięła banknot w 

ręku, jakby to była szmata i wyszła frontowym wejściem akurat, kiedy Earl wchodził. Razem z nim 
zjawił   się   klient,   zatrzymali   się   w   drzwiach.   Zebrałem   swoje   rzeczy,   włożyłem   kapelusz   i 
podszedłem do wyjścia.

— Duży był ruch? — zapytał Earl.
— Niewielki — odparłem. Wyjrzał na ulicę.
— To twój samochód, tam na ulicy? Lepiej nie jedź, na obiad do domu. Na pewno będziemy mieli 

znowu tłok, tuż przed rozpoczęciem przedstawienia. Zjedz lunch u Rogersa, a rachunek włóż do 
kasy.

background image

— Bardzo ci dziękuję — ja na to. — Ale chyba stać mnie jeszcze, żeby samemu płacić za swoje 

jedzenie.

No i stał tam w dalszym ciągu, wpatrując się w drzwi niby jastrząb i czekał, aż pokażę się w nich 

znowu. Cóż, poczeka trochę! I tak robię, co mogę. Poprzednim razem powtarzałem sobie: to już 
ostatni, pamiętaj, żeby zaraz zdobyć parę nowych. Ale kto ma głowę, żeby to wszystko spamiętać w 
tym zamęcie. A teraz na dodatek ten piekielny teatr, co zjechał akurat wtedy, kiedy ja muszę latać 
po  całym   mieście  i   szukać  blankietu   czekowego,  nie   mówiąc   o  wszystkich   innych  domowych 
sprawach, które mam na głowie, i jeszcze Earl stoi wpatrzony w drzwi jak jastrząb.

Poszedłem do drukarza i powiedziałem, że chcę zrobić kawał jednemu facetowi, ale on nic nie 

miał. Potem mi poradził, żebym zajrzał do starego domu zebrań, gdzie ktoś zeskładował całą kupę 
różnych papierów i śmieci z dawnego Banku Kupców i Farmerów po bankructwie, pojechałem 
więc tam bocznymi ulicami, żeby mnie Earl nie zobaczył, znalazłem starego Simonsa, wziąłem od 
niego  klucz,  wszedłem  do  środka  i  zacząłem  grzebać.  Znalazłem  wreszcie  bloczek  blankietów 
banku w Saint Louis. Na pewno akurat tym razem postanowi przyjrzeć mu się z bliska. No cóż, 
musi jej to wystarczyć. Nie mogłem już marnować więcej czasu.

Wróciłem do magazynu. — Zapomniałem jakichś papierów, które Matka chce posłać do banku — 

wytłumaczyłem. Podszedłem do kasy, przygotowałem czek. Ponieważ bardzo się spieszyłem i w 
ogóle, pomyślałem sobie, jak to dobrze, że jej się wzrok psuje, w dodatku ta dziwka w domu, 
wszystko na taką wyrozumiałą chrześcijańską kobietę jak Matka. Przecież wiesz równie dobrze jak 
ja, na co ona wyrośnie, powiadam, ale to twoja sprawa, jeśli chcesz ją trzymać i wychowywać w 
swoim domu przez pamięć Ojca. Wtedy ona w płacz i powiada, że to przecież jej rodzona wnuczka, 
więc powiadam, dobrze już dobrze, niech będzie, jak chcesz. Ja to jakoś zniosę, jeśli ty możesz 
znieść.

Włożyłem list, zalepiłem kopertę i wyszedłem. — Postaraj się wrócić jak najprędzej — powiada 

Earl.

—   Dobra   —   ja   mu   na   to.   Poszedłem   do   urzędu   telegraficznego.  Te   cwaniaki   wszystkie   tam 

siedziały.

— Zrobił już który z was swój milion? — pytam.
— A kto może co zrobić, jak taki rynek — powiada Doc.
— Co się dzieje? — mówię. Wchodzę i patrzę. Trzy punkty niżej notowania otwarcia. — Chyba 

nie   pozwolicie,   chłopcy,   żeby   pokręciło   się   wam   w   głowie   przez   taki   drobiazg,   jak   rynek 
bawełniany — powiadam.— Sądziłem, że za wielkie z was na to cwaniaki.

— Cwaniaki! Niech to diabli! — oburza się Doc. — O dwunastej spadło dwanaście punktów. 

Spłukałem się ze szczętem.

—   Dwanaście   punktów   —   powiadam.   —   Czemu   nikt   mi   o   tym   nie   powiedział,   do   cholery? 

Czemuście mnie o tym nie zawiadomili? — pytam urzędnika.

— Przyjmuję raporty, jak idą — on na to. — Ja tu nie prowadzę biura pośrednictwa giełdowego.
— Ale z ciebie mądrala — mówię. — Tylko tak mi się zdaje, że przy tych pieniądzach, jakie na 

ciebie wydaję, mógłbyś  znaleźć czas na telefon do mnie. A może twoje cholerne towarzystwo 
telegraficzne jest w zmowie z tymi przeklętymi rekinami ze wschodu, co?

background image

Nie odpowiedział. Udawał, że jest zajęty.
—   Robisz   się   ciut   za   ważny   —   powiadam.   —  Ani   się   obejrzysz,   jak   będziesz   musiał   sobie 

poszukać takiej pracy, przy której naprawdę się spocisz.

— Co cię ugryzło? — pyta Doc. — Przecież i tak jeszcze brak ci trzech punktów do wyrównania.
— Owszem — ja na to. — Gdybym miał ochotę sprzedawać. Ale, zdaje się, jeszcze tego nie 

powiedziałem. Wy, chłopcy, puściliście już całą forsę?

— Wpadłem dwa razy — powiada Doc. — Zmieniłem dyscyplinę w sam czas.
— No cóż — dorzuca I.O. Snopes. — Skubałem innych. Pewno teraz po sprawiedliwości przyszła 

kolej na to, żeby mnie oskubali.

Zostawiłem   ich   tam,   kupujących   i   sprzedających   jeden   drugiemu   po   pięć   centów   za   punkt. 

Znalazłem jakiegoś czarnucha i posłałem go, żeby mi sprowadził samochód, stanąłem na rogu i 
czekałem. Nie widziałem Earla wyglądającego ze sklepu z jednym okiem utkwionym wciąż w 
zegarze tylko dlatego, że nie mogłem stąd dojrzeć drzwi magazynu. Mniej więcej po tygodniu 
czarnuch wrócił. — Gdzie byłeś, u diabła? — powiadam. — Jeździłeś po mieście, żeby się pokazać 
dziewuchom.

— Spieszyłem się, jak mogłem — powiada. — Musiałem objechać rynek naokoło, a cały był 

zatkany wozami.

Nigdy w życiu nie widziałem czarnucha, który by nie miał na wszystko żelaznego alibi. Daj tylko 

któremu samochód, a zaraz musi się pokazać innym. Wsiadłem i objechałem rynek naokoło. Po 
przeciwnej stronie zobaczyłem Earla w drzwiach.

Poszedłem prosto do kuchni i kazałem Dilsey pośpieszyć się z obiadem.
— Quentin jeszcze nie przyszła — ona na to.
— No to co? Niedługo będziesz mi tłumaczyć, że Luster jeszcze nie gotów do stołu. Quentin wie, o 

której się jada w tym domu. Pospiesz się.

Matka była w swoim pokoju. Dałem jej list. Otworzyła, wyjęła czek i siedziała tak, trzymając go w 

ręku.   Podszedłem,   wziąłem   z   kąta   szufelkę   na   węgle   i   podałem   Matce   zapałki.   —   Dalej   — 
powiadam. — Skończ tym. Za chwilę się rozpłaczesz.

Wzięła zapałki, ale nie zapaliła. Siedziała, patrząc na czek. Tak, jak przepowiadałem.
— Nie cierpię tego robić. — powiada. — Żeby dodawać do twoich ciężarów jeszcze Quentin...
— Jakoś przecież sobie radzimy — powiadam. — No, dalej. Skończ z tym.
Ale ona siedziała w dalszym ciągu, trzymając czek.
— Ten jest wystawiony na inny bank — zauważyła. — Dotąd były na bank z Indianapolis.
— Tak — mówię. — Kobietom i to wolno.
— Co wolno?
— Trzymać pieniądze w dwóch różnych bankach,
— Aha. — Przez chwilę patrzyła na czek. — Rada jestem, widząc... że ona... że tyle ma... Bóg 

jeden widzi, że słusznie postępuję.

— No, dalej — powiadam. — Skończ z tym. Skończ tę zabawę.
— Zabawę? — mówi. — Kiedy pomyślę...

background image

— Myślałem, że palisz te dwieście dolarów miesięcznie dla zabawy. No, dalej. Chcesz, żebym ci 

zapalił zapałkę?

— Mogę się zmusić do przyjęcia tych pieniędzy — oświadczyła. — Dla dobra moich dzieci. Mnie 

już nie pozostało nic dumy.

— Nigdy byś się nie mogła z tym pogodzić — ja na to. — Wiesz o tym. Zdecydowałaś raz, niechże 

już tak dalej zostanie. Dajemy sobie radę.

— Wszystko zrzucam na twoje barki — powiada. — Ale czasami ogarnia mnie przerażenie, że 

postępując tak pozbawiam cię wszystkiego, co ci się słusznie należy. Może zostanę za to ukarana. 
Jeśli chcesz, zrzucę moją dumę i przyjmę te pieniądze.

— Co przyjdzie z tego, że od dziś zaczniesz je przyjmować, skoro paliłaś czeki przez piętnaście lat 

— ja na to. — Jeśli będziesz to dalej robiła, nie stracisz nic, ale jeśli je zaczniesz teraz przyjmować, 
stracisz pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Tyle lat minęło — powiadam — i jakoś nie widzę cię jeszcze 
w przytułku.

— Tak — odparła — my Bascombowie nie potrzebujemy niczyjej łaski. A już z pewnością nie 

łaski kobiety upadłej.

Zapaliła zapałkę, podpaliła czek i położyła go na szufli, potem zapaliła kopertę i patrzyła, jak się 

palą.

— Nie zdajesz sobie sprawy, co to jest. Bogu niech będą dzięki, że nie będziesz nigdy wiedział, co 

czuje Matka.

— Wiele jest na świecie kobiet nie lepszych od niej — mówię.
— Ale żadna z nich nie jest moją córką — Matka mi na to. — Nie dla siebie to robię. Chętnie 

przyjęłabym  ją z  powrotem,  choć  zgrzeszyła,  bo to  moje rodzone  dziecko.  Ale  robię  to  przez 
wzgląd na Quentin.

No   cóż,   miałbym   ochotę   jej   powiedzieć,   że   mało   jest   prawdopodobne,   by  coś   mogło   jeszcze 

Quentin zaszkodzić, ale przecież chcę jeść i spać w spokoju, a nie żeby mi tu baby jęczały i płakały.

— I na ciebie — ciągnie dalej. — Wiem przecież, jakie żywisz wobec niej uczucia.
— Jeżeli o mnie chodzi, możesz ją tu przyjąć z powrotem.
— Nie — ona na to. — Tego nie mogę zrobić przez wzgląd na pamięć twojego Ojca.
— Przecież on wciąż cię namawiał, żebyś jej pozwoliła na powrót do domu, kiedy ją Herbert 

rzucił.

— Ty nie rozumiesz. Wiem, że nie chcesz powiększać moich trudności. Ale obowiązkiem moim 

jest cierpieć dla dzieci. Mogę znieść to cierpienie.

— Wydaje mi się, że całkiem niepotrzebnie to robisz — powiadam. Papier spalił się do cna. 

Zaniosłem szufelkę do kominka i zsypałem popiół na palenisko. — Po prostu na mój rozum wstyd 
palić dobre pieniądze.

— Obym nigdy nie dożyła dnia, w którym moje dzieci będą musiały przyjąć pieniądze za grzech. 

Prędzej wolałabym zobaczyć cię w trumnie.

— Rób, jak uważasz — mówię. — Czy zaraz będziemy jedli? Bo jeśli nie, to muszę wracać. Mamy 

dzisiaj duży ruch. — Wstała. — Powiedziałem jej już — wyjaśniłem. — Zdaje się, że czeka na 

background image

Quentin   czy  Lustera,   czy  jeszcze   kogoś.  Zaczekaj,   zawołam  ją  —   ale   Matka   już  podeszła   do 
balustrady schodów i zawołała.

— Quentin jeszcze nie przyszła — odpowiedziała Dilsey.
— No cóż, wobec tego muszą wracać — ja na to. — Mogę sobie zjeść kanapkę w mieście. Nie 

będę przecież wtrącał się do zarządzeń Dilsey. — No, to ją trochę ruszyło, a Dilsey człapała tam i z 
powrotem mrucząc:

— Dobrze, dobrze, przecie podaję, fruwać mam czy jak.
—   Staram   się   dogodzić   wam   wszystkim   —   tłumaczyła   Matka.   —   Staram   się   jak   najbardziej 

ułatwić ci wszystko.

— Przecież ja nie narzekam — mówię. — Czy powiedziałem chociaż słowo z wyjątkiem tego, że 

muszę wracać do pracy?

— Wiem, wiem — ona mi na to. — Wiem, że nie miałeś takich możliwości jak inni, że musiałeś 

się zagrzebać w tym prowincjonalnym sklepiku. Tak pragnęłam Ci dać jakąś szansę. Wiedziałam, 
chociaż Ojciec nigdy tego nie rozumiał, że ty jeden jedyny masz głowę do interesów, a potem, 
kiedy   już   wszystko   inne   zawiodło,   wierzyłam,   że   jak   ona   wyjdzie   za   Herberta...   po   tym,   co 
obiecywał...

— No cóż, on pewno też kłamał — powiedziałem. — Może w ogóle nie miał banku. A nawet jeśli 

miał, to pewno nie potrzebował jechać taki kawał drogi, aż do Missisipi, żeby przywozić sobie 
pracownika.

Jedliśmy przez chwilę. Słyszałem z kuchni Bena, Luster go tam karmił. Powiedziałem, że jeśli 

mamy jeszcze jedną gębę do wykarmienia, a Matka nie chce brać tych pieniędzy, to czemu nie 
odesłać Bena do Jackson. Byłby tam szczęśliwy, między takimi samymi jak on. Bóg jeden wie, 
powiadam, że mało pozostało tej rodzinie dumy, ale niewiele trzeba dumy, żeby człowiekowi było 
przykro patrzeć, jak trzydziestoletni facet bawi się z małym czarnuchem koło domu, biega tam i z 
powrotem wzdłuż ogrodzenia i ryczy jak krowa za każdym razem, kiedy grają w golfa. Powiadam, 
że gdyby go od razu odesłali do Jackson, to my wszyscy mielibyśmy się dzisiaj o wiele lepiej. 
Powtarzam, spełniłaś już swój obowiązek wobec niego, zrobiłaś wszystko, czego można było od 
ciebie oczekiwać, a więcej niż ktokolwiek inny zrobiłby w takiej sytuacji, więc czemu go teraz nie 
odeślesz i nie wykorzystasz choćby raz podatków, jakie płacimy. Wtedy ona: — Niedługo już 
odejdę. Wiem, że jestem dla ciebie tylko ciężarem. — A ja na to: — Powtarzasz to już tak długo, że 
zaczynam wierzyć, tylko uważaj i nie powiedz mi kiedy, że już odeszłaś, bo z całą pewnością tego 
samego wieczora wsadzę go do pociągu numer siedemnaście, a co więcej, znam też miejsce, gdzie 
tamta w końcu się znajdzie i nie nazywa się ani Brylantowe Góry, ani Dolina Szczęścia. — Wtedy 
ona zaczyna płakać, a ja na to: — No, dobrze już, dobrze, niech ci będzie, mam tyle samo rodzinnej 
dumy co każdy, chociaż nie bardzo wiem, skąd jedna osoba z mojej rodziny pochodzi.

Jedliśmy przez chwilę. Matka wysłała Dilsey przed dom, żeby popatrzyła, czy Quentin nie idzie.
— Mówiłem ci już, że nie przyjdzie na obiad — tłumaczę.
— Ona przecież dobrze wie, że ma przyjść. Wie, że nie pozwalam jej chodzić po ulicach i że musi 

wracać do domu w porze posiłku. Rozejrzałaś się dobrze, Dilsey?

— Więc nie pozwalaj, żeby to robiła — mówię.

background image

— Cóż ja mogę poradzić — Matka na to. — Wszyscy mnie zawsze lekceważyliście. Zawsze.
— Gdybyś nie przyszła i nie wtrąciła się, tobym ją zmusił do posłuszeństwa. Wystarczyłby jeden 

dzień, żeby jej uporządkować w głowie.

— Byłbyś wobec niej brutalny — powiada. — Masz temperament Wujka Maury'ego.
To przypomniało mi o liście. Wyjąłem go i oddałem Matce. — Nie potrzebujesz nawet otwierać — 

mówię. — Bank cię i tak powiadomi, ile to jest tym razem.

— Adresowany do ciebie — zwróciła mi uwagę.
— Otwórz go — ja na to. Otworzyła, przeczytała i podała mi.
„Mój drogi Siostrzeńcze,
Dowiesz się z zadowoleniem, że mam możliwość skorzystania z pewnej okazji, której szczegółów, 

z przyczyn dla Ciebie oczywistych, nie będę Ci tu wykładał, dopóki nie nadarzy się sposobność 
poinformowania   Cię   w   sposób   gwarantujący   większe   bezpieczeństwo.   Moje   doświadczenie   w 
świecie interesów nauczyło mnie ostrożności w zawierzaniu informacji poufnej natury środkom 
bardziej konkretnym niż rozmowa w cztery oczy, a moja szczególna ostrożność w tym przypadku 
winna Ci dać niejakie pojęcie o wadze przedsięwzięcia. Nie trzeba mówić, że skończyłem właśnie 
niezwykle   wyczerpujące   i   dogłębne   badania   wszelkich   tego   przedsięwzięcia   aspektów   i   bez 
wahania powiadam Ci, że jest to tego rodzaju złota okazja, jaka człowiekowi zdarza się tylko raz w 
życiu, toteż widzę teraz jasno przed sobą ów cel, do którego od dawna i nieustępliwie dążyłem, a 
mianowicie całkowitą stabilizację mojej sytuacji majątkowej, dzięki czemu będę mógł przywrócić 
właściwą i należną pozycję rodzinie, której mam zaszczyt być jedynym żyjącym przedstawicielem 
płci męskiej, rodzinie, do której zawsze zaliczałem Twoją czcigodną Matkę i jej potomstwo.

Tak się składa, że chwilowo nie jestem w stanie wykorzystać tej  okazji w pełni, a nie chcąc 

zwracać się do kogoś spoza rodziny, by z tego ciągnął profity, wystawiam dzisiaj na bank Twojej 
Matki   czek   na   niewielką   sumkę,   konieczną   dla   zaokrąglenia   mojego   własnego   podstawowego 
wkładu,   na   którą   to   sumkę   załączam   przy   niniejszym   liście,   jako   formalność,   pokwitowanie 
odręczne ze zobowiązaniem uiszczenia ośmiu procent rocznie. Nie potrzebuję mówić, że jest to 
zwykła formalność, aby zabezpieczyć Twą Matkę na wszelki wypadek, zważywszy fakt, że każdy 
człowiek jest tylko igraszką i zabawką w rękach losu. Oczywista bowiem, zainwestuję tę sumę tak, 
jakby była ona moją własnością, i w ten sposób umożliwię Twojej Matce wykorzystanie owej 
okazji, która jak wykazały moje wyczerpujące badania, jest żyłą złota — wybacz to wyświechtane 
określenie — pierwszej próby i najwyższej jakości.

To wszystko zawierzam Ci w zaufaniu, rzecz jasna, jak człowiek interesu człowiekowi interesu: 

sami będziemy zbierać plony z naszych winnic, prawda? A znając delikatne zdrowie Twojej Matki 
oraz ową lękliwość wrodzoną subtelnym damom Południa, a budzącą się zawsze przy kwestiach 
finansowej natury, jak też czarującą skłonność do wyjawiania bezwiednie tego rodzaju spraw w 
rozmowach, proponuję, byś  Jej w ogóle o tym nie wspominał. Po zastanowieniu doradzam Ci 
nawet, abyś tego nie robił. Będzie lepiej, jeśli po prostu pewnego dnia w przyszłości zwrócę te 
pieniądze do banku, powiedzmy, jako okrągłą sumkę łączącą pozostałe moje drobne w stosunku do 
Matki   długi,   i   jeśli   nic   Jej   o   tym   nie   powiemy.   Obowiązkiem   naszym   jest   osłaniać   Ją   przed 
ograniczonym światem materii, jak tylko potrafimy.

Twój kochający wuj Maury L. Bascomb”

background image

— Co mam z tym robić? — pytam rzucając jej list przez stół.
— Wiem, że żałujesz mu tych pieniędzy — powiada.
— Należą do ciebie — ja na to. — Nawet gdybyś je chciała rzucić ptaszkom, twoja sprawa.
— To mój rodzony brat. Ostatni z Bascombów. Kiedy my umrzemy, nie będzie już Bascombów na 

świecie.

— Ktoś pewno bardzo się zmartwi — mówię. — Dobrze, już dobrze. Twoje pieniądze. Rób sobie z 

nimi, co ci się podoba. Mam powiedzieć w banku, żeby mu wypłacili?

— Wiem, że mu żałujesz — powtórzyła. — Zdaję sobie sprawę, jaki ciężar spoczywa na twoich 

barkach. Kiedy odejdę, będzie ci lżej.

— Mogłoby mi i teraz być lżej — powiedziałem. — No dobrze, dobrze, nie będę już o tym mówił. 

Sprowadź tu cały dom wariatów, jeśli chcesz.

— To przecież twój rodzony brat, choć dotknięty nieszczęściem.
— Wezmę twoją książeczkę bankową — powiadam. — Dostanę dzisiaj moją pensję.
— Kazał ci sześć dni czekać — ona na to. — Czy jesteś pewien, że to dobry interes? Wydaje mi się 

dziwne, żeby wypłacalne przedsiębiorstwo nie mogło na czas dawać pensji pracownikom.

— Na pewno dobry. Bezpieczny jak bank. Mówię mu, żeby się nie kłopotał o moje pieniądze, 

dopóki nie przyjdą wszystkie przekazy z całego miesiąca. Dlatego czasem się spóźnia.

—   Nie   mogłabym   ścierpieć,   żebyś   stracił   tę   drobną   sumkę,   którą   udało   mi   się   dla   ciebie 

zainwestować — powiada. — Często myślę, że Earl nie jest obrotnym przedsiębiorcą. Wiem, że cię 
nie wtajemnicza w sprawy magazynu w takim stopniu, jaki powinien gwarantować twój wkład. 
Mam zamiar porozmawiać z Earlem.

— Nie, daj mu spokój — powiadam. — To jego przedsiębiorstwo.
— Ale ty masz w nim tysiąc dolarów udziału.
—   Daj   mu   spokój   —   powtórzyłem.   —   Ja   wszystkiego   pilnuję.   Mam   twoje   pełnomocnictwo. 

Wszystko będzie w porządku.

— Sam nie wiesz, jaką mi jesteś pociechą — powiada. — Zawsze byłeś moją dumą i radością, ale 

kiedy przyszedłeś do mnie z własnej woli, nalegając, aby wpłacać miesięcznie swoją pensję na 
moje konto bankowe, dziękowałam Bogu, że to ty mi zostałeś, jeśli już tamci musieli odejść.

— Nic im nie można zarzucić. Pewno robili, co mogli.
— Kiedy tak mówisz, wiem, że myślisz z goryczą o swoim zmarłym Ojcu — powiada. — Sądzę, 

że masz do tego prawo. Ale serce mi się kraje, gdy to słyszę.

Wstałem. — Jeśli już musisz płakać — mówię — to niestety nie w moim towarzystwie, bo na mnie 

czas. Przyniosę książeczkę bankową.

— Sama ją przyniosę.
—   Siedź   spokojnie.   Pójdę   po   nią.   —   Poszedłem   na   górę,   wyjąłem   książeczkę   z   jej   biurka   i 

wróciłem   do   miasta.   Poszedłem   do   banku,   zdeponowałem   czek,   przekaz   pocztowy   i   jeszcze 
dziesięć dolarów  i  zaszedłem do urzędu  telegraficznego. Było  jeden punkt  powyżej  notowania 
otwarcia. Straciłem już trzynaście punktów, a wszystko przez to, że musiała przyjść, robić mi piekło 
w południe i męczyć mnie o ten list.

background image

— O której przyszedł raport? — spytałem.
— Mniej więcej przed godziną.
—   Przed   godziną   —   powiadam.   —  A  za   co   my   ci   płacimy?   Za   tygodniowe   raporty?   Czy 

wyobrażasz sobie, że w takich warunkach można coś robić? Giełda mogłaby eksplodować, a my 
byśmy nic o tym nie wiedzieli.

— Ja tam nie wiem, co pan ma robić — on mi na to. — Zmienili to prawo, co przymusza ludzi do 

grania na giełdzie bawełnianej.

— Co ty powiesz? Nic o tym nie słyszałem. Musieli przysłać wiadomość przez twoje towarzystwo 

telegraficzne.

Wróciłem do sklepu. Trzynaście punktów. Niech mnie diabli, jeżeli wierzę, że ktokolwiek ma 

jakieś pojęcie o tym cholernym interesie z wyjątkiem ludzi, co siedzą w nowojorskich biurach, i 
patrzą, jak frajerzy z prowincji przyjeżdżają i proszą się, żeby im zabrać forsę. No cóż, facet, który 
tylko tam zachodzi, daje dowód, że nie wierzy w siebie, poza tym ciągle mówię, że jeśli się nie ma 
zamiaru słuchać doradców, to po co im płacić. Przecież ci ludzie są tam, na miejscu, i wiedzą, co w 
trawie   piszczy.   Wymacałem   telegram   w   kieszeni.   Wystarczyłoby   dowieść,   że   korzystają   z 
towarzystwa   telegraficznego   dla   przeprowadzania   swoich   szwindli.   To   by   znaczyło,   że   się   tu 
prowadzi biuro pośrednictwa giełdowego. I nie wahałbym się wcale. Tylko, niech mnie diabli, 
przecież wydawałoby się, że tak ogromne i bogate towarzystwo, jak Western Union może przekazać 
na   czas   raport   o   sytuacji   na   giełdzie.   Dwa   razy   szybciej,   niż   telegram:   „Pański   rachunek 
wyczerpany”. Ale co ich obchodzą ludzie? Przecież oni idą ręka w rękę z tymi tam z Nowego 
Jorku. Każdy to widzi.

Kiedy wszedłem do magazynu, Earl spojrzał na zegarek. Ale nie powiedział słowa, zaczekał, aż 

klient wyjdzie. Potem mówi:

— Jeździłeś do domu na obiad?
— Musiałem iść do dentysty — powiadam, bo to nie jego sprawa, gdzie jadam, tylko to, żebym 

siedział z nim w magazynie całe popołudnie. I będzie mi tu jeszcze kłapał szczęką, po wszystkim, 
co musiałem dotąd znieść. Taki prowincjonalny sklepikarz! Tylko facet, który ma całego majątku 
nie więcej jak pięć setek, powiadam, potrafi się martwić, jakby miał pięćdziesiąt tysięcy.

— Mogłeś mi był powiedzieć — on na to. — Spodziewałem się, że zaraz wrócisz.
— Zamienię się z tobą na ten ząb i jeszcze ci dołożę dziesięć dolarów — powiadam. — Umowa 

była, że mam godzinę przerwy na obiad, i jeśli ci nie odpowiadam jako pracownik, to wiesz, co 
możesz zrobić.

— Wiem już od dłuższego czasu — on na to. — Gdyby nie wzgląd na twoją matkę, dawno bym to 

zrobił. Twoja matka jest damą, a ja bardzo jej współczuję, Jazon. Szkoda, że mógłbym wymienić 
takich, których nie stać na to.

— Możesz sobie zachować to swoje współczucie — powiadam. — Jak nam będzie potrzebne, to ci 

dam znać, i to zawczasu.

— Długo już kryję tę twoją sprawę, Jazon.
— Naprawdę? — podpuszczam go dalej. Chcę usłyszeć, co on ma do powiedzenia, nim mu się 

każę zamknąć.

background image

— Myślę, że lepiej wiem, skąd wziąłeś ten samochód, niż twoja matka.
— Tak sądzisz? Co ty powiesz? A kiedy zamierzasz puścić w świat wiadomość, że go ukradłem 

mojej matce?

— Ja tam nic nie mówię — on na to. — Wiem, że masz jej notarialne pełnomocnictwo. I wiem, że 

ona dotąd wierzy, że te tysiąc dolarów tkwi w tym interesie.

— Dobrze — powiadam. — Jeśli aż tyle wiesz, to ja ci powiem coś więcej: idź do banku i zapytaj, 

na czyj rachunek wpłacam od dwunastu lat sto sześćdziesiąt dolarów każdego pierwszego?

— Ja tam nic nie mówię — powtórzył. — Ja ci tylko radzę, żebyś był trochę ostrożniejszy.
Nie powiedziałem już ani słowa. Na nic się nie zda. Nauczyłem się, że jak ktoś wpadnie w jakiś 

nawyk, to najlepiej pozwolić, żeby dalej w nim tkwił. A jeśli ktoś wbije sobie do głowy, że musi na 
ciebie donieść dla twojego własnego dobra, to cześć! Cieszę się, że nie mam sumienia, z którym 
trzeba cały czas się cackać, jak z chorym szczenięciem. Żebym to ja kiedy tak bardzo się o coś 
starał jak on o to, żeby mu przypadkiem ta nędzna sklepiczyna nie przyniosła więcej niż osiem 
procent zysku. Na mój gust jemu się zdaje, że jakby zarobił więcej niż osiem procent, toby go 
oskarżyli o lichwę. Jakie, do cholery, perspektywy ma człowiek związany z takim miastem i z takim 
interesem. Przecież mógłbym wziąć się za ten jego sklepik i po roku Earl nie potrzebowałby już 
pracować do końca życia, tylko że on by od razu dał cały zysk na kościół czy na coś takiego. Nikt 
nie potrafi mi bardziej zaleźć za skórę niż przeklęty hipokryta. Facet, który sobie wyobraża, że 
wszystko, czego on nie potrafi zrozumieć, musi być na pewno kantem, i że ma moralny obowiązek 
opowiadać innym przy pierwszej nadarzającej się sposobności o tym, co go w ogóle nie powinno 
obchodzić. Popatrz, powiadam, jeślibym uważał, że facet, który robi coś, o czym nie wszystko 
wiem, musi być koniecznie kanciarzem, to w takim razie na pewno mógłbym wynaleźć w tych 
księgach coś, co twoim zdaniem wcale by się nie nadawało do opowiadania innym, a co według 
mnie ludzie powinni wiedzieć, chociaż nie wykluczone, że już i tak wiedzą, nawet więcej niż ja, a 
jeśli nie wiedzą, to nie moja sprawa, a on na to: — Moje księgi są do wglądu dla wszystkich. 
Każdy,   kto   ma   do   tego   prawo,   czy   też   wyobraża   sobie,   że   ma   jakieś   prawo   do   mojego 
przedsiębiorstwa, może iść tam, na tył magazynu — proszę bardzo.

—  Pewno,  ty  byś   jej   sam   nie   powiedział   —  ja  mu   na   to.   — To  byłoby  niezgodne   z   twoim 

sumieniem.   Zaprowadziłbyś   ją   tam,   na   tył   magazynu,   i   pozwolił,   żeby   sama   się   wszystkiego 
dowiedziała. Ale sam byś jej nie powiedział.

— Nie chcę mieszać się do twoich spraw — odparł Earl. — Wiem, że zabrakło dla ciebie tego, co 

otrzymał Quentin. Ale twoja matka też miała nieszczęśliwe życie i gdyby tu przyszła, i zapytała 
mnie, czemu odszedłeś, musiałbym jej powiedzieć prawdę. Nie idzie o ten tysiąc dolarów. Wiesz 
dobrze.   Idzie   o   to,   że   człowiek   nigdy   do   niczego   nie   dojdzie,   jeżeli   jego   księgi   przestaną 
odpowiadać prawdzie. Ja nie będę nikomu kłamał ani we własnym interesie, ani w cudzym.

— No dobra — powiadam. — Wydaje mi się, że twoje sumienie to o wiele cenniejszy pracownik 

niż ja i nie musi chodzić w południe na obiad do domu. Tylko nie pozwól, żeby stawało w kolizji z 
moim apetytem. Jakże ja, u diabła, mogę coś zrobić jak należy mając tę całą przeklętą rodzinę na 
głowie i Matkę, która palcem nie kiwnie, żeby przypilnować tej dziewuchy czy kogokolwiek. Tak 
samo było, kiedy zobaczyła przypadkiem, jak któryś całował Caddy, przez cały następny dzień nic, 
tylko chodziła po domu w czarnej sukni i w welonie i nawet Ojciec nie mógł z niej wydobyć słowa, 

background image

bo płakała i powtarzała wciąż, w kółko, że jej córeczka umarła, a Caddy miała wtedy pewno z 
piętnaście lat, więc w tym tempie Matka musiałaby po trzech latach nakładać włosiennicę albo 
może papier ścierny. Sądzisz, powiadam, że ja mogę sobie pozwolić, żeby Quentin włóczyła się po 
ulicach   z   każdym   komiwojażerem,   jaki   przyjedzie   do   naszego   miasta,   i   żeby   taki   opowiadał 
wszystkim kumplom po drodze, gdzie mogą znaleźć dobrą dziwkę, jeśli zawadzą o Jefferson? 
Niewiele mam dumy, nie stać mnie na nią przy tej gromadzie czarnych gąb do wykarmienia, kiedy 
w dodatku stanowy dom wariatów jest pozbawiony wyborowego nowicjusza. Krew, powiadam, 
gubernatorów i generałów. Szczęście, że nie mieliśmy w rodzinie żadnych królów ani prezydentów, 
inaczej wszyscy ganialibyśmy tam w Jackson za motylkami. Dość byłoby biedy, powiadam, gdyby 
ona była moja, przynajmniej miałbym pewność, że to bękart, a tak to chyba i sam Pan Bóg nie wie 
na pewno.

No i po chwili usłyszałem, jak zagrała orkiestra, i zaraz wszyscy zaczęli się wynosić. Prosto na 

przedstawienie,   każdy   jeden.   Targuje   się   taki   o   dwudziestocentowy   sznur   do   uprzęży,   żeby 
oszczędzić piętnaście centów i oddać je bandzie Jankesów, którzy tu przyjeżdżają i może zapłacą 
dziesięć dolarów za ten zaszczyt. Poszedłem na podwórze od tyłu.

— No cóż — powiadam — jak nie będziesz uważał, to ci ten sworzeń przyrośnie do ręki. A wtedy 

będę   ci   ją   musiał   odrąbać   siekierą.   Jak   sobie   wyobrażasz,   co   ta   stonka   będzie   jadła,   jeśli   nie 
wyszykujesz tych kultywatorów, żeby bawełna wyrosła? Może szałwię?

— Jak tam ładnie grają na trąbach — on mi na to. — Mówili, że jest jeden w tym przedstawieniu, 

co umie wygrać melodię na pile. Szarpie ją jak banjo.

— Słuchaj — powiadam. — Czy wiesz, ile ta trupa wyda w naszym mieście? Około dziesięciu 

dolarów. Te dziesięć dolarów ma w tej chwili w kieszeni Buck Turpin.

— A za co dali panu Buckowi dziesięć dolarów?
— Za prawo wystawiania tu przedstawienia. A poza tym zostawią tu tyle, co kot napłakał.
— Płacą dziesięć dolarów, żeby dać u nas przedstawienie, powiada pan?
— I ani centa więcej — tłumaczę. — A jak sobie wyobrażasz, ile...
— Ludzie! — on na to. — Jeszcze każą im płacić, żeby mogli dać u nas przedstawienie? Przecie 

jakby inaczej nie dało rady, to sam bym zapłacił dziesięć dolarów, byle tylko zobaczyć, jak ten facet 
gra na pile. Takim rachunkiem będę im jutro rano winien dziewięć dolarów i siedemdziesiąt pięć 
centów...

No  i  proszę,  jakieś   Jankesy będą  mi  tu  ględziły o  Murzynach  i postępie.  Niech  idą  naprzód, 

powiadam, niech sobie idą tak daleko, żeby nawet psami policyjnymi nie można było ich wytropić 
na południe od Louisville. Bo jak mu wytłumaczyłem, dlaczego oni wybrali sobotę wieczór, i 
mówię, że wywiozą stąd, od nas, co najmniej tysiąc dolarów, to on mi na to:

— Ja im tam nie żałuję. Stać mnie na moje ćwierć dolara.
— Żeby to tylko ćwierć dolara — powiadam. — Od tego się dopiero zaczyna. Zapomniałeś o tych 

dziesięciu czy piętnastu centach, za które kupisz głupią torebkę cukierków, wartą dwa centy? A ten 
czas, który w tej chwili marnujesz słuchając orkiestry?

— Prawda. Ale to pewne: jak dożyję do wieczora, to wyciągną z miasta jeszcze dwadzieścia pięć 

centów.

background image

— Wobec tego jesteś głupiec — powiadam.
— Ee — on na to. — Ja tam się spierał nie będą. Jeśliby to była zbrodnia, to nie tylko czarni byliby 

skazywani na ciężkie roboty.

No   i   mniej   więcej   wtedy  spojrzałem   przypadkiem   na   wąski   przesmyk   na   tyłach   magazynu   i 

zobaczyłem Quentin. Kiedy cofałem się, sprawdzając godzinę, nie zdążyłem dojrzeć, kto on zacz, 
bo patrzyłem na zegarek. Było dopiero wpół do trzeciej, trzy kwadranse brakowało do chwili, kiedy 
każdy prócz   mnie   spodziewał  się   jej   wyjścia  ze   szkoły.  Kiedy więc   popatrzyłem   przez  drzwi, 
pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłem, był jego czerwony krawat, i zastanawiałem się, któż u cholery 
mógłby nosić czerwony krawat. Ale ona przekradała się właśnie uliczką, czujnie wpatrzona w 
drzwi, więc przestałem o nim myśleć, póki nie przeszli. Zastanawiałem się, że też nie ma w niej ani 
krztyny szacunku dla mnie, nie tylko wagaruje wbrew memu zakazowi, ale włóczy się wyzywająco 
tuż pod drzwiami magazynu, tak żebym ją musiał zauważyć. Ona sama nie mogła mnie zobaczyć 
przez te drzwi, bo słońce padało wprost na nie; to było tak, jakby się próbowało patrzeć pod światło 
reflektorów samochodowych, a ja stałem i widziałem, jak przechodzi z gębą umalowaną niby jakiś 
cholerny klaun. Włosy poklejone i poskręcane, ubrana w taką kieckę, że gdyby za moich młodych 
lat jakaś kobieta wyszła na ulicę, nawet na taką ulicę jak Gayoso czy Beale, mając na sobie tylko 
tyle do zasłonięcia nóg i zadka, toby ją wsadzili do aresztu. Niech mnie piorun strzeli, jeśli one nie 
ubierają się tak po to, żeby każdy mężczyzna mijając je na ulicy miał ochotę wyciągnąć łapę i 
klepnąć. No i zastanawiałem się, któż taki mógłby nosić czerwony krawat, kiedy nagle przyszło na 
mnie olśnienie, zrozumiałem, jakbym od niej usłyszał, że to jeden z tych komediantów. No cóż, 
wiele   potrafię   znieść;   gdybym   nie   potrafił,   to   ładnie   bym   wyglądał.   Więc   kiedy   już   byli   za 
zakrętem, wyskoczyłem i ruszyłem za nimi. Żebym ja musiał z gołą głową w środku dnia uganiać 
się za kimś po zaułkach przez wzgląd na dobre imię mojej Matki. Nie da się z taką rady, powiadam, 
jeśli już ma to w sobie. Jeśli to ma we krwi, to nie da się z nią rady. Można się jej tylko pozbyć, 
niech idzie i żyje wśród takich samych jak ona.

Wyszedłem dalej na ulicę, ale już zniknęli mi z oczu. No i stałem tak, z gołą głową, jakbym i ja też 

był wariat. Ktoś by mógł pomyśleć, rzecz jasna, jak jeden z nich jest obłąkany, drugi się utopił, 
trzecią mąż wyrzucił z domu na ulicę, to dlaczego by i reszta nie miała być stuknięta? Cały czas 
widziałem, że wpatrują się we mnie jak jastrzębie, czekają tylko na okazję, żeby powiedzieć: No 
cóż, nie dziwota, spodziewałem się tego od dawna, cała rodzina jest obłąkana. Sprzedawać ziemię, 
żeby   posłać   Quentina   na   Harvard   i   płacić   przez   cały   czas   podatki   na   rzecz   Uniwersytetu 
Stanowego, którego nigdy w życiu nie oglądałem z wyjątkiem tych dwóch okazji, kiedy były mecze 
baseballowe, i nie pozwalać na wymawianie w domu imienia córki, aż wreszcie po pewnym czasie 
Ojciec już nie chciał wyjeżdżać na miasto, siedział tak cały dzień przy karafce, widziałem tylko 
skraj jego koszuli nocnej, bose nogi i słyszałem brzęk karafki, aż w końcu T.P. musiał mu sam 
nalewać, a ona mi gada, nie masz szacunku dla pamięci własnego Ojca, a ja powiadam, skądże, 
przecież się całkiem dobrze przechowała, tylko jeżeli i ja jestem stuknięty, to Bóg jeden wie, co mi 
przyjdzie z tym zrobić, bo jak spojrzę na wodę, to mi się na wymioty zbiera, a chętniej bym łyknął 
benzyny niż whisky. Lorraine powiada dziewczynom, może nie pije, ale jak nie wierzycie, że z 
niego chłop, to wam powiem, w jaki sposób potrafi tego dowieść; jeśli cię tylko przyłapię, mówi, 
na kombinowaniu z tymi kurwami, to wiesz, co zrobię, powiada, spiorę taką, pazurami poorzę, za 
łeb wezmę, niech tylko zobaczę, a ja powiadam, to, że nie piję, to moja sprawa, ale czyś mnie kiedy 

background image

przyłapała na sknerstwie, powiadam, kupię ci tyle piwa, żebyś się w nim mogła wykąpać, jeśli 
zechcesz, zdejmuję kapelusz przed dobrą uczciwą kurwą, ale żeby tamta przy chorobie Matki i przy 
moich wysiłkach, by utrzymać naszą pozycję, żeby zamiast szacunku za to wszystko robiła z siebie, 
z mojej Matki i ze mnie pośmiewisko całego miasta!

Gdzieś zniknęła mi z oczu. Zobaczyła, że idę, i zwiała w jakiś inny zaułek, lata po bocznych 

ulicach z przeklętym aktorzyną w czerwonym krawacie, na który każdy zwróci uwagę i pomyśli, 
cóż to za typas może nosić czerwony krawat. Chłopak mówił do mnie w dalszym ciągu, więc 
wziąłem   telegram,   nie   bardzo   zdając   sobie   sprawę,   co   robię.   Ocknąłem   się   dopiero,   kiedy 
kwitowałem, otworzyłem go, ale niewiele mnie obchodziło, co tam znajdę. Wydaje mi się jednak, 
że cały czas wiedziałem, co w nim będzie. Tego tylko brakowało, w dodatku nie doręczyli mi go, 
dopóki nie zdeponowałem czeku na książeczkę bankową.

Nie rozumiem, jak miasto nie większe niż Nowy Jork może pomieścić w sobie tyle ludzi, którzy 

potrafią wyciągać forsę z nas, prowincjonalnych naiwniaków. Pracuj człowieku jak wół dzień i noc, 
dzień w dzień, wysyłaj im pieniądze, a w zamian dostaniesz świstek papieru: Na pańskim rachunku 
cena zamknięcia wynosi 20.62. Najpierw cię podniecają, pozwalają, żebyś sobie w teorii trochę 
zarobił, a potem łups. Na pańskim rachunku cena zamknięcia wynosi 20.62! I jakby tego nie było 
dość, płacisz jeszcze dziesięć dolarów miesięcznie komuś, kto cię uczy, jak stracić szybko forsę, i 
kto   albo   nie   ma   o   sprawie   najmniejszego   pojęcia,   albo   jest   w   spółce   z   towarzystwem 
telegraficznym. No cóż, skończyłem z nimi. Naciągnęli mnie ostatni raz. Każdy idiota z wyjątkiem 
faceta na tyle głupiego, żeby wierzyć w żydowskie słowo, mógł stwierdzić, że rynek ma tendencję 
zwyżkową przez cały czas, przecież tej całej cholernej delcie znowu grozi zalanie i bawełnę zmyje 
z   ziemi   tak   jak   w   zeszłym   roku.   Niech   tam   zmywa   człowiekowi   zbiory   rok   w   rok,   a   ci   w 
Waszyngtonie będą sobie wydawać pięćdziesiąt tysięcy dolarów dziennie na utrzymanie armii w 
Nicaragua   czy  gdzieś   tam.   Oczywiście,   znowu   wyleje   i   bawełna   będzie   kosztować   trzydzieści 
centów za funt. No cóż, chciałbym raz dorwać się do nich i wyciągnąć im swoją forsę. Nie chcę 
robić majątku, tylko tacy mali prowincjonalni spekulanci liczą na coś podobnego, ja chcę jedynie 
dostać   z   powrotem   moją   forsę,   którą   mi   wyciągnęły   te   przeklęte   Żydy   z   ich   obiecywanymi 
poufnymi informacjami. Wtedy będziemy kwita, mogą mnie pocałować w piętę za każdy rudy cent, 
jaki ode mnie jeszcze dostaną.

Wróciłem do magazynu. Było niemal wpół do czwartej. Cholernie mało czasu, żeby zdążyć coś 

zrobić, ale do tego przywykłem. Nie musiałem studiować na Harvardzie, żeby się tego nauczyć. 
Orkiestra przestała grać. Mają już wszystkich w środku, więc po co będą marnować sobie płuca. 
Earl powiedział:

— Znalazł cię, co? Przychodził już tu z tym telegramem jakiś czas temu. Myślałem, żeś znowu po 

coś wyszedł.

— Tak — ja na to. — Dostałem. Nie mogli przecież przez całe popołudnie wstrzymywać się z 

doręczeniem depeszy. Miasto jest na to za małe. Muszę wyjść jeszcze na chwilę do domu. Możesz 
mnie zwolnić, jeśli ci to poprawi humor.

— Wychodź. Teraz dam sobie radę. Mam nadzieję, że nie dostałeś złych wiadomości?
— Musisz pójść do urzędu telegraficznego, żeby sprawdzić. Oni będą mieli czas na opowiadanie. 

Ja nie mam.

background image

— Tak tylko pytałem. Twoja matka wie, że może na mnie polegać.
— Ogromnie jej będzie miło to usłyszeć. Wrócę, jak tylko będę mógł.
— Nie śpiesz się. Teraz dam sobie radę. Idź i rób swoje.
Wsiadłem do samochodu i pojechałem do domu. Raz rano, dwa razy w południe, teraz znowu i w 

dodatku ta dziewucha, i latanie po mieście, i potem proszenie, żeby mi dali trochę zjeść za moje 
własne pieniądze. Czasem się pytam, na co to wszystko. Trzeba być idiotą, żeby wciąż się męczyć 
po takich doświadczeniach. A teraz pewno zdążę do domu akurat na czas, żeby mi kazała jechać 
kawał drogi po koszyk pomidorów czy coś takiego, potem będę musiał wrócić do miasta pachnąc 
jak fabryka kamfory, żeby mi głowa nie pękła. Powtarzam jej i powtarzam, że w tej cholernej 
aspirynie nie ma nic oprócz mąki i wody dla chorych z urojenia. Nie wiesz, powiadam, co to jest 
ból głowy. Myślisz, powiadam, że bawiłbym się tym przeklętym samochodem, gdyby tylko o mnie 
chodziło. Potrafię się obejść bez wielu rzeczy, powiadam, ale jeśli chcesz ryzykować własną osobą 
w   tym   starym   rozklekotanym   powozie   z   czarnym   niedorostkiem   za   stangreta,   to   dobrze,   w 
porządku, bo, powiadam, Pan Bóg czuwa nad takimi jak Ben, Pan Bóg wie, że powinien coś dla 
niego zrobić, ale jeśli myślisz, że ja powierzę delikatną maszyną wartą tysiąc dolarów czarnemu 
niedorostkowi, a nawet dorosłemu czarnemu, sama mu lepiej kup samochód, bo, powiadam, lubisz 
jeździć samochodem i wiesz o tym dobrze.

Dilsey powiedziała,   że  Matka   jest  w   domu.  Wszedłem  do  hallu  i   nasłuchiwałem,  było   cicho. 

Poszedłem na górę, ale kiedy przechodziłem koło jej pokoju, zawołała mnie.

— Chciałam tylko wiedzieć, kto to — tłumaczyła. — Taka jestem ciągle sama, że słyszę każdy 

dźwięk.

— Przecież nie musisz tu siedzieć — powiadam. — Mogłabyś cały dzień składać wizyty, tak jak 

inne kobiety, jeślibyś tylko chciała. — Podeszła do drzwi.

— Myślałam, że może jesteś chory. Żeby tak gwałtownie łykać ten obiad, jak dzisiaj.
— Może następnym razem pójdzie lepiej. Czego chcesz?
— Czy coś się stało?
— Co się miało stać? Nie mogę przyjść do domu po południu bez robienia zamieszania?
— Nie widziałeś Quentin? — pyta.
— Jest w szkole.
— Już po trzeciej — ona na to. — Słyszałam, jak zegar bił trzecią co najmniej pół godziny temu. 

Powinna już być w domu.

— Powinna? — mówię. — A kiedy to ostatni raz widziałaś ją w domu przed zmierzchem?
— Powinna być w domu. Kiedy ja byłam młoda...
— To miałaś kogoś, kto pilnował, żebyś się przyzwoicie zachowywała — ja na to. — Ona nie ma.
— Nie mogę nic z nią zrobić. Próbowałam tyle razy.
— A mnie jakoś nie pozwalasz spróbować — powiadam. — Więc powinnaś być zadowolona. — 

Wszedłem do mojego pokoju. Przekręciłem cicho klucz i stałem, aż poruszyła się klamka. Potem 
Matka zaczęła:

— Jazon.

background image

— Co takiego?
— Myślałam tylko, że coś się stało.
— Tu, w moim pokoju, nic się nie stało. Źle trafiłaś.
— Nie chciałam cię martwić.
— Miło mi to słyszeć. Nie byłem pewien. Sądziłem, że może się mylę. Czy chcesz czegoś?
Po chwili powiedziała: — Nie. Niczego nie chcę. — Potem odeszła. Wyjąłem pudło, przeliczyłem 

pieniądze, schowałem pudło z powrotem, otworzyłem drzwi i wyszedłem. Pomyślałem o kamforze, 
ale teraz już tak czy inaczej za późno. I przecież mam przed sobą jeszcze jedną wyprawę. Matka 
stała w swoich drzwiach, czekała.

— Nie potrzeba ci nic z miasta? — spytałem.
— Nie. Nie mam zamiaru wtrącać się do twoich spraw. Ale nie wiem, co bym zrobiła, gdyby ci się 

coś stało, Jazon.

— Nic mi nie jest — powiedziałem. — Tylko głowa mnie boli.
— Proszę cię, zażyj aspirynę. Wiem, że nie przestaniesz jeździć samochodem.
— A co ma z tym wspólnego samochód? Jak może samochód wywołać ból głowy?
— Wiesz, że zawsze cię mdliło od benzyny. Jeszcze gdy byłeś dzieckiem. Chciałabym, abyś zażył 

aspirynę.

— To sobie chciej. Nic ci to nie zaszkodzi.
Wsiadłem do samochodu i ruszyłem z powrotem do miasta. Ledwo skręciłem w ulicę, zobaczyłem 

Forda, jechał w moim kierunku jak wariat. I nagle stanął. Słyszałem zgrzyt kół, kiedy zawracał, 
cofał się i gwałtownie skręcał, i akurat jak myślałem, co on u diabła wyrabia, zobaczyłem czerwony 
krawat. Potem dojrzałem jej twarz, spoglądała przez tylną szybę. Skręcili w przesmyk  między 
domami,   zobaczyłem,   że   znowu   skręcają,   ale   kiedy   dojechałem   do   tamtej   równoległej   ulicy, 
zniknęli już, pędzili jak szaleni.

Krew   mnie   zalała.   Żeby   po   tym   wszystkim,   co   jej   mówiłem,   zobaczyć   znowu   ten   czerwony 

krawat! Zapomniałem o całym świecie. Nie pomyślałem ani razu o mojej głowie, aż do chwili, 
kiedy   dojechałem   do   pierwszego   rozwidlenia   drogi   i   musiałem   stanąć.   Płacimy   na   te   drogi   i 
płacimy,  a  niech  mnie diabli,  jeśli  człowiek  nie jeździ  po nich jak po arkuszu blachy falistej. 
Chciałbym wiedzieć, jak można sobie wyobrażać, że kierowca będzie po czymś takim prowadził 
wóz szybciej  niż taczkę. Za bardzo szanuję mój samochód. Nie mam zamiaru rozwalić go na 
drobne kawałki, jakby to był jaki Ford. Bardzo prawdopodobne, że go ukradli, więc im wszystko 
jedno, co ich ten samochód obchodzi. Jaka matka, powiadam, taka córka. Jak się ma w żyłach taką 
krew, to jest się zdolnym do wszystkiego. Ze wszystkich zobowiązań, powiadam, jakie mogłeś mieć 
w stosunku do niej, już się wywiązałeś. Od teraz, powiadam, możesz mieć tylko do siebie pretensje, 
bo wiesz, jak postąpiłby każdy rozsądny człowiek na twoim miejscu. Jeśli, powiadam, mam przez 
połowę mojego czasu bawić się w cholernego detektywa, to wolę się zaangażować gdzieś, gdzie mi 
za to będą płacić.

Więc musiałem zatrzymać się tam, przy tym rozwidleniu. Potem sobie przypomniałem. To było 

tak, jakby ktoś siedział mi w głowie i walił młotkiem. Mówiłem sobie, próbowałem nie dopuścić, 
żebyś się przez nią martwiła. Mówiłem sobie, jeśli o mnie idzie, to niech ją diabli wezmą jak 

background image

najszybciej, a im szybciej, tym lepiej. A czego ty się spodziewasz, powiadam, jeśli nie pierwszego 
lepszego domokrążcy czy przyjezdnego kramarza, bo już nawet te mydłki z miasta patrzą na nią z 
góry. Nie wiesz, co się dzieje, powiadam, nie słyszysz tego gadania, które ja słyszę, a możesz być 
pewna, że zamykam im gęby. Powiadam, że moja rodzina miała tu niewolników wtedy, kiedy wy 
wszyscy  handlowaliście   w   jakichś   kramikach   albo   uprawialiście   skrawki   ziemi,   których   nawet 
Murzyn by nie wziął w dzierżawę.

Jeśli ją kiedykolwiek uprawiali. Dobrze, że Pan Bóg uczynił coś dla tej ziemi, bo ludzie, którzy tu 

żyją, nic dla niej nigdy nie zrobili. Piątkowe popołudnie: widzą stąd trzy mile ziemi, której dotąd 
nawet nie zaorano, a tymczasem każdy zdolny do roboty mężczyzna z całego hrabstwa siedzi tam w 
mieście na przedstawieniu. Mógłbym być konającym z głodu podróżnym i nie zobaczyłbym żywej 
duszy, która mogłaby mi wskazać drogę do miasta. A ona mnie namawiała na aspirynę. Jak jem 
chleb, powiadam, to przy stole. Zawsze opowiadasz o tym, czego ty się dla nas wyrzekasz, a 
przecież mogłabyś sobie kupić dziesięć nowych kiecek za to, co wydajesz na te cholerne lekarstwa. 
Nie potrzeba mi żadnych leków, potrzeba mi, żebym mógł z tym skończyć, żebym nie musiał ich tu 
dłużej trzymać, ale jeśli już muszę harować dziesięć godzin dziennie i utrzymywać kuchnię pełną 
czarnuchów   na   tym   poziomie,   do  jakiego   przywykli,   i   posyłać   ich   na   przedstawienia   razem  z 
wszystkimi innymi czarnuchami w całym hrabstwie, tylko że ten i tak się spóźni. Nim dojdzie, 
akurat skończy się przedstawienie.

Po chwili podszedł do samochodu, a kiedy wreszcie postawiłem mu dostatecznie jasno pytanie, czy 

nie minęły go dwie osoby w Fordzie, odpowiedział: Tak. Ruszyłem więc dalej, a kiedy znalazłem 
się na zakręcie wiejskiej drogi, dostrzegłem ślady opon. Ab Russell stał na swoim podwórzu, ale nie 
zawracałem sobie głowy zadawaniem mu pytań i jeszcze miałem jego stodołę w zasięgu wzroku, 
kiedy zobaczyłem Forda. Próbowali go ukryć. Tak jej się z tym udało, jak z wszystkim innym, co 
robi. Bo, powiadam, nie chodzi o to, żebym ja jej zabraniał — może ona naprawdę nie jest zdolna 
powstrzymać się od tego, ale dlaczego nie ma dość szacunku dla własnej rodziny, by to robić 
dyskretnie. Cały czas się boję, że zobaczę ich gdzieś na środku ulicy albo pod wozem na rynku jak 
parę psów.

Zaparkowałem i wysiadłem. Teraz będę musiał iść kawał drogi naokoło, przejść przez to zaorane 

pole, jedyne, jakie widziałem od wyjazdu  z  miasta, a każdy krok będę czuł tak, jakby ktoś tłukł 
mnie pałką po głowie idąc tuż za mną. Myślałem cały czas, że jak już przejdę przez to pole, to 
zobaczę wreszcie płaski kawałek przed sobą, gdzie nie będzie mnie podrzucać za każdym krokiem, 
ale   kiedy   doszedłem   do   lasu,   poszycie   okazało   się   takie   gęste,   że   musiałem   się   przez   nie 
przedzierać, a potem dotarłem do rowu pełnego cierni. Szedłem chwilę wzdłuż niego, ale ciernie 
gęstniały coraz bardziej, a przez cały czas Earl tam pewno telefonuje do domu i pyta, gdzie jestem, 
a Matka się znowu denerwuje.

Kiedy się wreszcie przedarłem, stwierdziłem, że musiałem kołować, i teraz trzeba stanąć chwilę i 

zastanowić się, gdzie może być ten samochód. Wiedziałem, że nie odeszli od niego daleko, ot, 
pewno pod najbliższy krzak, zawróciłem więc i ruszyłem w kierunku drogi. Potem nie mogłem się 
zorientować, jak daleko odszedłem, więc musiałem się zatrzymać i nasłuchiwać, a widać moim 
nogom nie trzeba było aż tyle krwi, więc cała reszta waliła do głowy, jakby ją miała za chwilę 
rozsadzić, i zachodzące słońce wlazło akurat tam, skąd mogło mi świecić prosto w oczy, w dodatku 
w uszach mi dzwoniło i nic nie słyszałem. Ruszyłem dalej, starając się iść cicho, potem chyba 

background image

usłyszałem   psa   i   wiedziałem,   że   jak   mnie   zwęszy,   to   tu   przyleci   i   podniesie   piekło,   a   wtedy 
wszystko weźmie w łeb.

Cały byłem w rzepach, gałązkach i rozmaitym śmieciu, miałem je wszędzie, pod ubraniem, w 

butach, na ubraniu, a jak się przypadkiem obejrzałem, to zobaczyłem, że trzymam rękę akurat na 
kępie trującego dębu. Nie mogłem tylko pojąć, dlaczego to trujący dąb a nie żmija czy coś takiego. 
Nawet mi się nie chciało podnieść tej ręki. Stałem tak, póki pies nie odszedł. Potem ruszyłem.

Nie miałem pojęcia, gdzie jest samochód. Nie byłem zdolny do myślenia o czymkolwiek oprócz 

mojej głowy i mógłbym tak stać w miejscu, i zastanawiać się, czy ja naprawdę widziałem tego 
Forda i byłoby mi chyba wszystko jedno, czy go widziałem, czy nie. Mówiłem już, niech się 
kładzie w dzień i noc z każdym, kto w tym mieście nosi spodnie, co mnie to obchodzi. Nie mam 
żadnych zobowiązań wobec osoby, która mi okazuje takie względy, którą stać byłoby nawet na 
umyślne postawienie tam Forda, żebym się za nią uganiał całe popołudnie i żeby Earl zabrał Matkę 
do magazynu, i pokazał jej księgi tylko dlatego, że jest za cnotliwy na ten świat, cholera. Piekielnie 
się, powiadam, ubawisz w tym niebie, jak nie będziesz się mógł wtrącać do cudzych spraw, tylko 
żebym cię nigdy na tym nie przyłapał, powiadam, przymykam na to oczy przez wzgląd na twoją 
babkę, ale niech cię tylko kiedy przyłapię na gorącym uczynku w domu mojej Matki. Te cholerne, 
ulizane fircyki, wydaje im się, że z nich tacy piekielni zdobywcy, już ja im pokażę, co to piekło, 
powiadam, i tobie tak samo. Jeszcze mu się ten czerwony krawat wyda powrozem piekielnym, jeśli 
myśli, że może się włóczyć po lesie z moją siostrzenicą.

Z tym słońcem świecącym prosto w oczy, krwią pulsującą tak, że za każdym razem wydawało mi 

się, że głowa mi weźmie i pęknie, i wreszcie wszystko się skończy, cały w tych czepiających się 
cierniach i wszelakim świństwie, doszedłem wreszcie do piaszczystego rowu, gdzie przed chwilą 
byli, poznałem drzewo, pod którym stał samochód, i właśnie kiedy wylazłem z rowu i zaczynałem 
biec, usłyszałem, jak samochód rusza. Rusza szybko i trąbi. Naciskali klakson, który mówił: tak. 
Tak. Takkkkkkk znikając mi z oczu. Dotarłem do drogi akurat na czas, żeby zobaczyć, jak nikną.

Kiedy doszedłem do miejsca, gdzie stał mój samochód, nie było ich już widać, słyszałem tylko 

klakson. No cóż, nie przychodziły mi do głowy żadne inne myśli, tylko mówiłem: Uciekaj. Uciekaj 
do miasta. Uciekaj do domu i próbuj przekonać Matkę, że cię nie widziałem w tym samochodzie. 
Próbuj w nią wmówić, że nie wiem, kto on taki. Próbuj jej wytłumaczyć, że nie dopadłbym was w 
tym rowie, gdybym był o dziesięć kroków bliżej. Niech i w to uwierzy, żeś wtedy stała.

Powtarzał   wciąż:  Takkk,  takkkk,  takkkkk,   a  mnie  robiło   się  coraz   słabiej   i  słabiej.  Potem  mi 

przeszło i usłyszałem, jak krowa ryczy w oborze Russella. Ale na to bym nie wpadł. Podszedłem do 
drzwiczek, otworzyłem i uniosłem stopę. Wtedy mi się wydało, że samochód stoi bardziej krzywo, 
niż to wynika z pochyłości drogi, ale zrozumiałem wszystko dopiero, kiedy wsiadłem i zapaliłem 
motor.

No i tak siedziałem. Chyliło się już ku zachodowi, a miasto odległe o pięć mil. Zabrakło im ikry, 

żeby je przebić, żeby dźgnąć na wylot. Wypuścili tylko powietrze. Siedziałem tam chwilę, myśląc o 
tej kuchni pełnej czarnuchów i że nikt z nich nie miał czasu założyć na miejsce koła i przykręcić 
paru  śrub.  Śmieszne,   przecież  ona  nie   mogła   być  tak   przewidująca,  żeby  już  na   zapas  zabrać 
pompkę, chyba że jej to przyszło do głowy, kiedy on wypuszczał powietrze. Ale tak naprawdę to 
pewno było tak, że ktoś wyjął pompkę i dał Benowi do zabawy, żeby sobie z niej zrobił sikawkę, 

background image

przecież oni rozebraliby cały samochód na kawałki, gdyby Ben tego zechciał, a Dilsey powiada: 
Kto by tam ruszał twój samochód. Komu to w głowie? A ja na to: Ty jesteś czarna, masz szczęście, 
czy  rozumiesz?   Zamieniłbym   się   z   tobą   w   każdej   chwili,   bo   trzeba   głupoty  białego,   żeby  się 
zamartwiać tym, co robi jakaś tam latawica.

Poszedłem do Russella. Miał pompkę. To było pewno przeoczenie z ich strony. Tylko nie mogłem 

uwierzyć, że ona jest do tego zdolna. Ciągle o tym myślałem. Nie wiem, jak to się dzieje, ale wciąż 
nie mogę się nauczyć, że kobieta jest zdolna do wszystkiego. Myślałem i myślałem, zapomnijmy na 
chwilę o moim stosunku do ciebie i twoim stosunku do mnie, ja bym po prostu nie zrobił ci tego. 
Nie zrobiłbym ci tego bez względu na to, co ty byś mnie zrobiła. Krew, powiadam, to krew i od 
tego   nie   można   się   wymigać.   Bo   to   nie   był   żart,   który   strzelił   do   głowy   ośmioletniemu 
smarkaczowi,   ty   dopuściłaś,   by   z   twojego   wuja   drwił   bubek,   który   nosi   czerwony   krawat. 
Przyjeżdżają do nas, nazywają nas wszystkich kupą prowincjuszy i uważają, że nasze miasto jest 
dla nich za małe. No cóż, ten nawet nie wie, ile ma słuszności. I ona też. Jeśli tak myśli, niech się 
stąd wynosi, Bóg z nią.

Skończyłem, oddałem Russellowi pompkę i ruszyłem do miasta. Zaszedłem do sklepu, wypiłem 

coca–colę, a potem pojechałem do urzędu telegraficznego. Na giełdzie cena zamknięcia wynosiła 
12.21,  czterdzieści   punktów   spadku.  Czterdzieści   razy pięć  dolarów:   Kup  sobie   coś   za  to,  jak 
zdołasz, a ona powie: Ja je muszę mieć, ja je po prostu muszę mieć, a ja na to: Fatalnie się składa, 
musisz się zwrócić do kogoś innego, ja nie mam pieniędzy, zbyt jestem zapracowany, żeby robić 
pieniądze.

Spojrzałem tylko na niego.
—   Powiem   ci   nowinę   —   powiadam.   —   Zdziwisz   się   usłyszawszy,   że   interesuję   się   rynkiem 

bawełnianym. Nigdy ci to nie przyszło do głowy, prawda?

— Robiłem, co mogłem, żeby go dostarczyć — powiada. — Dwa razy łączyłem się ze składem i 

dzwoniłem do pana do domu, ale nie wiedzieli, gdzie pan jest — powiada grzebiąc w szufladzie.

— Żeby co dostarczyć? — pytam. Wręczył mi telegram. — O której godzinie przyszedł?
— Koło wpół do czwartej.
— A w tej chwili jest dziesięć po piątej.
— Starałem się go doręczyć — powiada. — Nie mogłem pana znaleźć.
— To chyba nie moja wina, co? — Odebrałem telegram, ot, żeby zobaczyć, jakie nowe łgarstwo 

wymyślą mi tym razem. Są chyba w nie lada opałach, jeśli muszą się pchać tak daleko, aż do 
Missisipi,   żeby   kraść   dziesięć   dolarów   miesięcznie.   Sprzedawać   —   piszą.   —   Na   rynku   brak 
stabilności, ogólna tendencja spadkowa. Nie przerażać się sprawozdaniem rządowym.

— Ile kosztuje taka depesza? — pytam.
— Zapłacili — powiada.
— Wobec tego jestem im winien tyle samo. — mówię. — Wiedziałem już o tym. Wyślij to na koszt 

adresata — powiadam, biorąc blankiet. „Kupować — piszę. — Cena skoczy w górę. Od czasu do 
czasu popłoch na giełdzie, żeby wyssać jeszcze kilku prowincjonalnych naiwniaków, którzy dotąd 
nie  dobrnęli  do  urzędu   telegraficznego.  Nie   przerażać  się.”   — Wyślij  to  na   koszt   adresata   — 
powiadam.

background image

Spojrzał na depeszę, potem na zegar. — Giełda zamknięta od godziny — powiada.
— No to co? — ja na to. — Czy to moja wina? Ja tego nie wymyśliłem, ja tylko wyłożyłem trochę 

forsy pod wrażeniem, że towarzystwo telegraficzne będzie mnie przez cały czas informować, co się 
dzieje.

— Sprawozdanie z sytuacji na giełdzie jest wywieszane natychmiast po nadejściu — powiada.
— Tak — ja na to. — A w Memphis wywieszają je na tablicy co dziesięć sekund. Byłem o 

sześćdziesiąt siedem mil stamtąd dziś po południu.

Popatrzył na depeszę. — Pan chce to wysłać? — pyta.
— Nie zmieniłem zdania — mówię. Napisałem drugą i odliczyłem pieniądze. — I tę również, jeśli 

potrafisz napisać poprawnie słowo „kupować”.

Wróciłem do składu. Słyszałem z głębi ulicy orkiestrę. Prohibicja to piękna rzecz. Dawnymi czasy, 

nawet jak w rodzinie była jedna para butów, w sobotę on je wkładał i wszyscy gromadnie szli na 
stację kolejową odebrać jego przesyłkę; teraz wszyscy na bosaka idą na przedstawienie i mijają 
kupców, co stoją w drzwiach niby rząd tygrysów, czy czegoś tam w klatkach. Earl powiedział:

— Mam nadzieję, że to nie było nic poważnego?
— Co? — ja na to. Spojrzał na swój zegarek. Potem podszedł do drzwi i sprawdził na zegarze 

Sądu.   —   Powinieneś   mieć   zegarek   za   dolara   —   powiadam.   —   Taniej   by   cię   kosztowało   to 
przekonanie, że ci za każdym razem kłamie.

— Co? — zapytał.
— Nic. Mam nadzieję, że ci nie sprawiłem kłopotu.
— Nie było wielkiego ruchu. Wszyscy poszli na przedstawienie. W porządku.
— Bo jeśli nie w porządku — powiadam — to wiesz, co możesz zrobić.
— Powiedziałem, że w porządku.
— Słyszałem. Ale jeśli nie jest w porządku, to wiesz, co możesz z tym zrobić.
— Czy ty chcesz odejść?
— To nie mój interes — powiadam. — To, czego ja chcę, nie ma znaczenia. Ale nie wyobrażaj 

sobie, że z ciebie taki dobroczyńca, bo mi dajesz posadę.

— Byłbyś całkiem dobrym kupcem, gdybyś tylko chciał, Jazon — powiada.
— Potrafię w każdym razie pilnować własnych interesów i zostawić innych w spokoju.
— Nie wiem, czemu mnie chcesz zmusić do tego, żebym ci wypowiedział — on mi na to. — 

Przecież wiesz, że możesz odejść, kiedy tylko zechcesz i nikt nie będzie ci tego miał za złe.

— Może właśnie dlatego nie chcę odejść — powiadam. — Jak długo pilnuję mojej roboty, tak 

długo za nią płacisz. — Poszedłem na tyły składu, napiłem się wody i wyszedłem na podwórze. Job 
wreszcie ustawił wszystkie kultywatory. Cicho tu było i po niedługim czasie ból głowy trochę 
zelżał. Słyszałem, jak śpiewają, potem orkiestra zaczęła od nowa. No cóż, niech sobie ściągną 
wszystek bilon z całego hrabstwa; nie moją skórę zdzierają. Ja zrobiłem, co mogłem: mężczyzna, 
który żyje tak długo jak ja i nie wie, kiedy dać sobie z czymś spokój, jest głupcem. Zwłaszcza, że to 
nie moja sprawa. Gdyby to była moja córka, no cóż, wtedy wszystko wyglądałoby inaczej, nie 
miałaby na to czasu; musiałaby pracować, żeby wykarmić gromadę kalek, wariatów i czarnuchów, 

background image

ale jakże ja bym śmiał wprowadzać kogoś do tego domu. Za bardzo szanuję swoich bliźnich, żeby 
zrobić coś podobnego. Ja jestem mężczyzną, mogę to znieść, to moja własna rodzina, a chciałbym 
zobaczyć   z   bliska   takiego,   kto   wyraziłby   się   bez   szacunku   o   jakiejś   mojej   przyjaciółce,   to   te 
przeklęte przyzwoite kobiety tak robią, pokażcie mi jedną z tych cnotliwych, pobożnych dam, w 
połowie tak porządną jak Lorraine, chociaż to prostytutka. Bo, powiadam, gdybym miał się żenić, 
tobyś się wzdęła jak balon, wiesz o tym dobrze, a Matka na to: Chcę, żebyś był szczęśliwy i żebyś 
założył rodzinę, żebyś się nie zaharowywał przez całe życie dla nas. Ja wkrótce odejdę i wtedy 
będziesz sobie mógł wziąć żonę, ale nigdy nie znajdziesz kobiety, która byłaby ciebie warta, a ja 
powiadam, owszem, to by się dało zrobić. Ale ty byś zaraz wstała z grobu, sama o tym wiesz. Nie, 
powiadam, dziękuję bardzo, mam już dosyć bab pod opieką, a zresztą jeślibym się ożenił, to pewno 
by się zaraz okazała narkomanką albo czymś w tym guście. Takie już mamy szczęście w naszej 
rodzinie, powiadam.

Słońce skryło się za kościołem metodystów, gołębie latały tam i z powrotem naokoło wieży i kiedy 

orkiestra przestała grać, słyszałem, jak gruchają. Jeszcze cztery miesiące nie minęły od Bożego 
Narodzenia, a prawie ich tyle co zawsze. Pewno sam pastor Walthall ma ich już po uszy. Można 
było pomyśleć, że strzelamy do ludzi, jak się słyszało te jego kazania, nawet chwytał za strzelbę, 
kiedy przyszli strzelać. Gadał o pokoju na ziemi i dobrej woli w stosunku do wszystkiego i że nawet 
wróbel nie powinien paść. Ale co jego to obchodzi, że ich tak dużo, on nie ma nic do roboty, on nie 
sprawdza, która godzina. Nie płaci podatków, nie musi patrzeć, jak jego pieniądze idą co roku na 
oczyszczanie zegara na gmachu Sądów. Trzeba płacić człowiekowi czterdzieści pięć dolarów za 
takie   czyszczenie.   Zliczyłem   wtedy  ponad   sto   świeżo   wylęgniętych   piskląt   gołębich   na   ziemi. 
Myślałby kto, że nabiorą rozumu i wyniosą się z miasta. To dobrze, że mnie też nie więcej tu 
trzyma niż takiego gołębia.

Orkiestra   grała   znowu   głośną,   skoczną   melodię,   jakby   na   zakończenie.   Chyba   teraz   będą 

zadowoleni.   Może   ta   muzyka   wystarczy   im   za   rozrywkę   przez   cały   czas,   kiedy   będą   wracali 
czternaście czy piętnaście mil do domu, wyprzęgali po ciemku konie, karmili bydło i doili krowy. 
Mogą sobie gwizdać tę melodię i opowiadać kawały żywemu inwentarzowi w oborze, a potem 
jeszcze podliczyć, ile zarobili na tym, że nie zabrali bydła na przedstawienie. Gotowe im wyjść, że 
jeśli ktoś ma pięcioro dzieci i siedem mułów, to zarobił na czysto ćwierć dolara zabierając tylko 
rodzinę na przedstawienie. Można i tak. Wrócił Earl z kilkoma paczkami.

— Tu jest trochę towaru do zabrania — powiada. — Gdzie wuj Job?
— Pewno poszedł na przedstawienie — ja na to. — Chyba że go pilnowałeś.
— On się nie urywa z magazynu. Mogę na niego liczyć.
— Czy do mnie pijesz? — pytam.
Podszedł do drzwi i wyjrzał nasłuchując.
— Dobra orkiestra. Czas, żeby zaczęli wychodzić.
— Chyba że zechcą tam siedzieć całą noc — powiadam. Jaskółki już zaczęły, słychać było też 

wróble, które zbierały się tłumnie na drzewach przed gmachem sądów. Co pewien czas całe ich 
stado wirowało nad dachem, potem znikały. Na mój gust to takie same paskudztwo jak gołębie. 
Przez nie człowiek nie może nawet posiedzieć tam pod drzewami. Zanim się obejrzysz — pac! 
Prosto na kapelusz. Ale trzeba by milionera, żeby móc sobie pozwolić na wytłuczenie ich po pięć 

background image

centów za strzał. Gdyby po prostu wysypali trochę trucizny na trawnik, pozbyliby się ich w ciągu 
jednego dnia, bo jeśli kupiec nie potrafi upilnować swoich kurcząt, żeby nie latały po skwerze, to 
powinien handlować czymś innym, a nie kurczętami, czymś, co nie dziobie, na przykład pługami 
albo cebulą. A jeśli ktoś nie potrafi utrzymać swoich psów, to albo mu na tym nie zależy, albo nie 
powinien   mieć   psa.   Bo   jak   powiadam,   jeśli   wszystkie   interesy   w   mieście   prowadzone   są   jak 
prowincjonalny kram, to razem może wyjść tylko prowincjonalna dziura.

— Nic ci z tego nie przyjdzie, nawet jeśli skończyli — mówię. — Będą musieli zaraz zaprzęgać i 

ruszać, żeby dotrzeć przed nocą do domu.

— No cóż — powiada. — Bawią się dobrze. Niech puszczą od czasu do czasu trochę pieniędzy na 

takie przedstawienie. Farmer w górach urabia sobie ręce po łokcie i niewiele mu z tego przychodzi.

— Nie ma takiego prawa, które by ludzi zmuszało do zakładania farm w górach — powiadam. — 

Czy też gdziekolwiek indziej.

— A gdzie byśmy byli, ty i ja, gdyby nie farmerzy? — na to on.
— Ja byłbym w tej chwili w domu. Leżałbym z okładem z lodu na głowie.
— Za często miewasz te migreny — powiada. — Czemu nie każesz sobie porządnie sprawdzić 

zębów? Czy on ci przejrzał wszystkie dziś rano?

— Kto? — pytam.
— Mówiłeś przed południem, że idziesz do dentysty.
—   Czy   masz   mi   za   złe,   że   dostałem   migreny   w   czasie   pracy   u   ciebie?   O   to   ci   chodzi?   — 

Przechodzili teraz uliczką na tyłach sklepu, wracając z przedstawienia.

— Idą już — powiada. — Lepiej pójdę do drzwi frontowych. — Poszedł. To dziwna rzecz, ale bez 

względu na to, co ci dolega, mężczyzna zawsze ci doradzi, żebyś sprawdził zęby, a kobieta — żebyś 
się ożenił. A już taki, co nigdy w życiu do niczego nie doszedł, na pewno będzie cię pouczać, jak 
powinieneś prowadzić swoje interesy. Podobnie jak profesorzy na wyższych uczelniach, co to nie 
mają jednej całej pary skarpetek w majątku, a mówią, jak zrobić milion w dziesięć lat, albo kobieta, 
która nie umiała sobie nawet zdobyć męża, będzie cię pouczać, jak masz chować dzieci.

Stary Job nadjechał wozem. Po chwili skończył obwijać lejce wokół tulejki na bat.
— No cóż — powiadam. — Udane przedstawienie?
— Ja go tam jeszcze nie widział. Ale coś mi się zdaje, że na wieczór to ja tam będę.
— Komu innemu opowiadaj, że nie byłeś — ja na to. — Wyszedłeś stąd o trzeciej godzinie. Pan 

Earl przed chwilą cię szukał.

— Robiłem, co mi kazali — powiada. — Pan Earl wie, gdzie byłem.
— Oszukuj go, jak chcesz — powiadam. — Ja tam nie naskarżę na ciebie.
— Jakbym miał kogo oszukiwać, to pewnikiem jego, nie kogo — powiada. — Na co marnować 

czas i kręcić głowę takiemu, co i tak mi nie płaci. Pana to bym i nie próbował oszukać — powiada. 
— Pan to za sprytny dla mnie. Tak, psze pana — powiada i udaje zapracowanego jak choroba, 
ładując te pięć czy sześć paczuszek do wozu. — Pan to dla mnie za sprytny. Nie ma w tym mieście 
takiego,   co  by panu  dał  radę.   Pan  to  i  takiego  przechytrzy,   co  samego   siebie  przechytrzył  — 
powiada włażąc do wozu i odwiązując lejce.

background image

— A kto to taki? — pytam.
— Pan Jazon Compson — powiada. — Wio, Dan!
Jedno   z   kół   już   niemal   spadało.   Przyglądałem   się,   czy   spadnie,   nim   on   wyjedzie   z   naszego 

przesmyka,   czy  nie.  Tak   to  jest   zawsze,   jak  się   da   pojazd   czarnuchowi.   Powiadam,   taki   stary 
gruchot to przecież wstyd i hańba, a mimo to będziesz go trzymała w powozowni przez sto lat po to 
tylko, żeby ten mógł raz na tydzień jechać na cmentarz. Nie on pierwszy, powiadam, będzie musiał 
robić to, na co nie ma ochoty. Zmusiłbym go, żeby albo jeździł w samochodzie jak cywilizowany 
człowiek, albo siedział w domu. Czy on w ogóle wie, dokąd jedzie albo w czym jedzie, a my 
trzymamy powóz i konie, żeby mógł wyjeżdżać sobie na przejażdżkę w niedzielę po południu.

Dużo to Joba obchodziło, czy koło spadnie, czy nie, byleby tylko nie musiał wracać zbyt daleko 

piechotą. Powiadam, że jedyne dla nich miejsce to pole, gdzie musieliby pracować od wschodu do 
zachodu. Oni nie nadają się do dobrobytu czy łatwej roboty. Wystarczy, żeby który przez jakiś czas 
pokręcił się wśród białych, a zaraz zrobi się do niczego. Tak się wycwani, że potrafi cię na twoich 
własnych oczach oszukać przy robocie, jak to było z Roskusem; jedyny błąd, jaki popełnił, to że 
pewnego dnia był na tyle nieostrożny, że umarł. Obijają się, kradną i pyskują coraz zuchwalej i 
zuchwalej,   aż   wreszcie   przyjdzie   dzień,   kiedy   musisz   dać   takiemu   po   łbie   kijem   czy   co   tam 
znajdziesz pod ręką. Zresztą to nie moja sprawa tylko Earla. Ale nie chciałbym, żeby reklamą 
mojego przedsiębiorstwa na całe miasto był stary trzęsący się Murzyn i wóz, który na każdym 
zakręcie o mało się nie rozleci na kawałki,

Słońce   stało   teraz   wysoko   w   powietrzu,   a   w   magazynie   zaczynało   się   już   robić   ciemnawo. 

Wyszedłem na front sklepu. Na skwerze było pusto. Earl zamykał szafę na tyłach sklepu, a potem 
zegar zaczął wybijać godzinę.

— Zamknij tylne drzwi — powiedział. Poszedłem, zamknąłem je i wróciłem. — Chyba pójdziesz 

wieczorem na przedstawienie? — spytał. — Dałem ci, zdaje się, wczoraj te darmowe bilety, co?

— Tak — ja na to. — Chcesz, żebym ci je oddał?
— Ależ skąd! Zapomniałem tylko, czy ci je dałem, czy nie. Szkoda, żeby się zmarnowały.
Zamknął drzwi na klucz, powiedział: Do widzenia, i poszedł. Wróble w dalszym ciągu jazgotały na 

drzewach, ale skwer był pusty, zobaczyłem tylko kilka samochodów. Przed drugstorem stał Ford, 
ale nawet nie spojrzałem na niego. Wiem, kiedy mam czegoś dosyć. Chętnie starałbym się jej 
pomóc, ale wiem, kiedy mam dość. Może nauczyłbym Lustera prowadzić, wtedy mogliby się za nią 
uganiać całymi dniami, jeśliby chcieli, a ja bym siedział w domu i bawił się z Benem.

Wszedłem i kupiłem kilka cygar. Potem przyszło mi do głowy, żeby łyknąć sobie na wszelki 

wypadek przeciwko migrenie, i stałem, i rozmawiałem z nimi przez chwilę.

— Myślę — powiada Mac — że stawiasz w tym roku na „Jankesów”?
— Czemu? — pytam.
— Zdobędą mistrzostwo — on na to. — Nikt nie może z nimi wygrać.
— Akurat. Oni się skończyli. Myślisz, że szczęście może im dopisywać w nieskończoność?
— Ja bym tego nie nazywał szczęściem — upierał się Mac.
— Nie stawiałbym na żadną drużynę, w której gra ten Ruth — oznajmiłem. — Nawet gdybym 

wiedział, że ona zwycięży.

background image

— Tak? — zdziwił się Mac.
— Mogę ci wyliczyć po kilkunastu graczy w każdej lidze, którzy są o wiele więcej warci niż on.
— A co ty masz przeciwko Ruthowi? — pyta Mac.
— Nic — ja mu na to. — Nie mam nic przeciwko niemu. Nawet nie lubię patrzeć na jego zdjęcie. 

— Wyszedłem. Zaczęły się zapalać światła i ludzie wracali ulicami do domów. Czasem wróble 
uciszają się dopiero, gdy zapadną zupełne ciemności. Tego wieczora, kiedy założono nowe lampy 
naokoło gmachu sądu, rozbudziły się i zaczęły latać, i kołować, i tłuc się o światła przez całą noc. 
Powtarzało się to kilka nocy, potem pewnego ranka wszystkie zniknęły. Po dwóch miesiącach nagle 
znowu wróciły.

Jechałem do domu. Świateł jeszcze nie zapalono, ale wszyscy na pewno wyglądają przez okna, a 

Dilsey miele ozorem w kuchni, jakby to własne jedzenie musiała trzymać na ogniu, póki ja nie 
wrócę do domu. Zupełnie jakby na świecie nie było nic, tylko ta jedna kolacja, którą ona musi przez 
kilka minut opóźnić ze względu na mnie. No, przynajmniej raz wracając do domu nie zastanę Bena 
i tego czarnucha czepiających się bramy niby niedźwiedź i małpa zamknięci razem w klatce. Gdy 
tylko zaczyna się zmierzchać, ten już gna do bramy niby krowa do obory, czepia się jej, kręci głową 
i   jęczy   sam   do   siebie.   Skaranie   Boskie.   Gdyby   mnie   się   przydarzyło   to,   co   jemu   zrobili   za 
majstrowanie przy otwartych bramach, nigdy bym już nie chciał patrzeć na bramy.  Często się 
zastanawiałem, o czym on też myśli tam, pod tą bramą, patrząc, jak dziewczęta wracają ze szkoły, 
gdy majaczy mu się coś, czego nawet nie pamięta, czego nie pragnął i nie jest w stanie pragnąć. I co 
myśli, kiedy przypadkiem na siebie spojrzy przy rozbieraniu i zaczyna płakać, jak to często bywa. 
Ale nie na tym trzeba było poprzestać. Wiem, powiadam, czego ci trzeba, trzeba ci tego, co zrobili 
Benowi, wtedy byś się zachowywała przyzwoicie. A jeśli nie wiesz, o czym mówię, to się zapytaj 
Dilsey, niech ci ona powie.

W Matki pokoju paliło się światło. Wprowadziłem samochód i wszedłem do kuchni. Byli tam 

Luster i Ben.

— Gdzie Dilsey? — spytałem. — Szykuje kolację?
— Na górze z panną Kahliną — powiada Luster. — Ale tam Sodomagomora. Zaraz jak panna 

Quentin wróciła do domu. Nianiusia poleciała na górę, żeby nie skakały sobie do oczu. Czy te 
aktory przyjechały, psze pana?

— Tak.
— Coś mi się zdawało, że orkiestra gra. Och, jak ja bym chciał iść. Żebym tylko miał dwadzieścia 

pięć centów.

Weszła Dilsey. — O, jesteś — powiedziała. — Gdzieś ty się podziewał cały wieczór? Wiesz, ile 

mam roboty, nie możesz przyjść do domu na czas?

— Może byłem na przedstawieniu — ja na to. — Czy kolacja gotowa?
— Och, jak ja bym chciał iść — mówił Luster. — Żebym tylko miał te dwadzieścia pięć centów.
— Nie kręć sobie tym głowy — powiedziała Dilsey. — A ty idź do pokoju i usiądź. Nie chodź na 

górę, żeby nie zaczęty od nowa.

— O co znowu idzie? — zapytałem.
— Quentin przyszła przed chwilą i gadała, żeś calutkie popołudnie za nią latał, a panna Kahlina jak 

background image

na nią nie skoczy. Nie możesz jej zostawić w spokoju? Nie możesz żyć pod jednym dachem z 
własną siostrzenicą bez tego, żeby się cięgiem za łeb wodzić?

— Nie mogę się z nią kłócić — powiadam — bo jej nie widziałem od rana. Cóż znowu takiego, 

wedle niej, zrobiłem? Zmusiłem ją, żeby poszła do szkoły? A to okropne!

— Pilnuj swoich spraw i daj jej spokój. Gdybyście mi tylko z panną Kahliną pozwolili, sama bym 

się nią zajęła. Siądź tam teraz spokojnie i czekaj kolacji.

— Żebym tylko miał te ćwierć dolara — jęczał Luster — tobym poleciał na to przedstawienie.
— A jakbyś miał skrzydła, tobyś poleciał do nieba — Dilsey na to. — Żebym już słowa nie 

słyszała o tym przedstawieniu.

— To mi coś przypomniało — powiadam. — Mam tutaj dwa bilety, które dostałem. — Wyjąłem 

bilety z kieszeni.

— Pan zamiaruje iść na przedstawienie? — spytał Luster.
— Ani mi się śni. Nie poszedłbym, gdyby mi dopłacili dziesięć dolarów.
— Niech mi pan da jeden, psze pana!
— Sprzedam ci jeden. Co ty na to?
— Ale ja nie mam pieniędzy.
— To pech. — Ruszyłem do drzwi.
— Niech mi pan da jeden, psze pana! Na co panu dwa!
— Milcz! — zawołała Dilsey. — Nie wiesz, że on nigdy nikomu nic nie da?
— Ile pan chce za bilet?
— Pięć centów — mówię.
— Nie mam tyle!
— A ile masz?
— Nic nie mam!
— W porządku. — Szedłem dalej.
— Psze pana! — woła.
— Milcz — mówi Dilsey. — On się tylko z tobą drażni. Przecież sam się szykuje iść na to 

przedstawienie. Idź już, Jazon, i daj mu spokój.

— Mnie one niepotrzebne — powiadam. Wróciłem do kuchennego pieca. — Przyszedłem tu, żeby 

je spalić. Ale jeśli chcesz kupić jeden za pięć centów — mówię patrząc na niego i otwierając 
palenisko.

— Skąd ja bym wziął?
— W porządku — ja na to. Wrzuciłem jeden bilet do pieca.
— Jazon! — woła Dilsey. — Nie wstyd ci?
— Psze pana — jęczy Luster — psze pana! Będę zakładał te koła calutki miesiąc, dzień w dzień.
— Potrzeba mi gotówki — powiadam. — Możesz dostać ten bilet za pięć centów.
— Cichaj, Luster! — Dilsey szarpnęła chłopaka za ramiona. — Dalej — powiada. — Wrzuć i 

tamten. Dalej. Skończ z tym.

background image

— Możesz go mieć za pięć centów — mówię.
— Dalej — woła Dilsey. — On nie ma pięciu centów. Dalej. Wrzucaj go.
— Dobrze. — Wrzuciłem bilet, a Dilsey zamknęła piec.
— Dorosły człowiek! — powiada. — Wynoś mi się z kuchni. Cichaj — do Lustera. — Cichaj, 

żeby   Benjy  nie   zaczął.   Zdobędę   ci   dzisiaj   dwadzieścia   pięć   centów   od   Frony,   pójdziesz   jutro 
wieczór. Cichaj już, cichaj!

Wyszedłem do bawialni. Z góry nie dochodziły żadne dźwięki. Rozłożyłem gazetę. Po chwili 

wszedł Ben z Lusterem. Ben podszedł do ciemnego miejsca na ścianie, gdzie kiedyś wisiało lustro, 
gładził je palcami, śliniąc się i jęcząc. Luster zaczął grzebać w palenisku.

— Co ty tam robisz? — pytam. — Nie trzeba dzisiaj ognia.
— Robię, żeby był cicho — powiada. — Na Wielkanoc zawsze chłód bierze.
— Tylko, że dzisiaj nie Wielkanoc. Zostaw to.
Odłożył pogrzebacz, wyciągnął poduszkę z fotela Matki i dał ją Benowi, a ten przycupnął przed 

paleniskiem i ucichł.

Czytałem gazetę. Z góry nie dochodził żaden dźwięk. Dilsey weszła, odesłała Lustera z Benem do 

kuchni i powiedziała, że kolacja gotowa.

— Dobrze — mówię. Wyszła. Siedziałem dalej i czytałem gazetę. Po chwili usłyszałem, jak Dilsey 

zagląda do pokoju.

— Czego nie przyjdziesz jeść? — zapytała.
— Czekam na kolację.
— Stoi na stole. Przecie mówiłam.
— Naprawdę? Przepraszam. Nie słyszałem, żeby ktoś schodził na dół.
— One nie przyjdą — powiada. — Chodź i jedz, przecie muszę im co zanieść na górę.
— Zachorowały? — spytałem. — Jaką diagnozę postawił doktor? Mam nadzieję, że to nie ospa.
— Chodźże, Jazon! Żebym już mogła pozmywać.
— Dobrze — podniosłem gazetę do oczu. — Czekam na kolację.
Czułem, jak mi się przypatruje tam, od drzwi. Czytałem gazetę.
— Po co ty to robisz? Czy ty nie wiesz, ile bez tego muszę się nalatać.
— Jeśli Matka jest bardziej chora, niż była, kiedy przyjechałem na obiad, to trudno — mówię. — 

Ale jak długo płacę za jedzenie osób młodszych ode mnie, to te osoby muszą schodzić na dół, żeby 
zjeść przy stole. Zawiadom mnie, kiedy kolacja będzie gotowa — powiedziałem zabierając się 
znowu do gazety. Słyszałem, jak włazi po schodach, ciągnąc za sobą nogi, mrucząc i jęcząc, jakby 
te schody były strome, a stopnie nie wiem jak wysokie. Słyszałem ją pod drzwiami Matki, potem 
słyszałem, jak woła Quentin, chyba przez zamknięte na klucz drzwi, potem wróciła do drzwi Matki, 
potem Matka wyszła i przemawiała do Quentin. Potem zeszły na dół. Ja czytałem gazetę.

Dilsey podeszła do drzwi. — Chodź już — powiedziała — bo znowu ci jakieś diabelstwo przyjdzie 

do głowy. Co cię dzisiaj napadło.

Poszedłem do jadalni, Quentin siedziała ze spuszczoną głową. Znowu umalowała sobie twarz. Nos 

jej wyglądał jak porcelanowy izolator.

background image

— Cieszę się, że czujesz się na tyle dobrze, by móc zejść na dół — mówię do Matki.
— Mogę zrobić dla ciebie ten wysiłek, żeby przynajmniej zejść na kolację — powiada. — Bez 

względu na to, jak się czuję. Zdaję sobie sprawę, że mężczyzna, który pracuje cały dzień, lubi być 
wieczorem otoczony rodziną przy stole. Chciałam ci zrobić tę przyjemność. Pragnęłabym tylko, 
żeby stosunki między tobą i Quentin lepiej się ułożyły. Lżej by mi było.

— Wcale nie są złe — ja na to. — Nie mam nic przeciwko temu, żeby siedziała cały dzień 

zamknięta  w swoim pokoju, jeśli  tego chce. Ale  wypraszam sobie te  wygłupiania i dąsy przy 
jedzeniu. Wiem, że wymagam dużo, ale chcę, żeby tak było w moim domu. W twoim domu, 
chciałem powiedzieć.

— To twój dom — Matka na to. — Ty jesteś teraz głową rodziny.
Quentin nie podniosła wzroku. Nałożyłem na talerze, zaczęła jeść.
— Czy dostałaś dobry kawałek mięsa? — spytałem. — Jeśli nie, to ci wyszukam lepszy.
Nie odpowiedziała.
— Pytałem, czy dostałaś dobry kawałek mięsa?
— Słucham? — powiada. — Tak, dobry.
— Może chcesz jeszcze trochę ryżu?
— Nie.
— Pozwól, niech ci dołożę.
— Nie chcę więcej.
— Ależ proszę — mówię. — Proszę uprzejmie.
— Czy minął ci ból głowy? — pyta Matka.
— Ból głowy?
— Obawiałam się, że to początki migreny — powiada Matka. — Dziś, kiedy przyszedłeś na obiad.
— Aha — ja na to. — Nie, jakoś minęło. Tyle mieliśmy po południu zajęcia, że całkiem o niej 

zapomniałem.

— Czy dlatego przyszedłeś później? — pyta Matka. Wiedziałem, że Quentin słucha. Spojrzałem na 

nią. Poruszała widelcem i nożem, ale przyłapałem ją, jak spoglądała na mnie, potem znowu spuściła 
wzrok na talerz. Powiedziałem:

— Nie, pożyczyłem koło trzeciej mój samochód jednemu gościowi i musiałem czekać, aż mi go 

zwróci. — Jadłem przez chwilę.

— Któż to był taki? — zapytała Matka.
— Jeden z tych aktorów — powiadam. — Zdaje mi się, że mąż jego siostry wypuścił się gdzieś z 

jakąś tutejszą dziewczyną i on ich gonił.

Quentin siedziała bez ruchu, żując.
— Nie powinieneś pożyczać samochodu tego rodzaju ludziom — oświadczyła Matka. — Masz 

zbyt szeroką ręką z tym samochodem. Dlatego cię o niego nigdy nie proszę, chyba że muszę.

— Sam tak przez chwilę myślałem — powiadam. — Ale on jednak wrócił. Mówił, że znalazł, 

czego szukał.

background image

— A któż to taki, ta kobieta? — spytała Matka.
— Powiem ci później. Nie chcę mówić o takich rzeczach przy Quentin.
Quentin przestała jeść. Od czasu do czasu popijała łyk wody, potem siedziała krusząc w palcach 

bułkę, z twarzą pochyloną nad talerzem.

— Tak — powiedziała Matka. — Kobiety, które tak jak ja siedzą zamknięte w domu, nie mają w 

ogóle pojęcia o tym, co się dzieje w tym mieście.

— Owszem — zgodziłem się. — Istotnie nie mają pojęcia.
— Moje życie płynęło tak całkowicie odmiennie — powiada Matka. — Dzięki ci, Boże, że nic nie 

wiem o podobnej rozpuście. Nawet nie chcę o niej wiedzieć. Odwrotnie niż większość ludzi.

Nie odzywałem się już słowem. Quentin siedziała, krusząc bułkę, a kiedy skończyłem jeść, spytała:
— Czy mogę już iść? — nie patrząc na nikogo.
— Co takiego? — powiadam. — Proszę, proszę. Przecież nie podajesz do stołu.
Spojrzała na mnie. Pokruszyła całą bułkę, ale ręce jej wciąż się ruszały, jakby dalej coś kruszyły, a 

oczy miała niby zaszczute zwierzę czy coś takiego, a potem zaczęła przygryzać wargi, jakby ją truł 
ten czerwony ołów, co przecież byłoby logiczne.

— Babciu — powiada. — Babciu...
— Czy chcesz coś jeszcze zjeść? — pytam.
— Czemu on mnie tak traktuje, Babciu? — mówi. — Ja mu nigdy nic złego nie zrobiłam.
— Chcę, żebyście dobrze ze sobą żyli — powiada Matka. — Oprócz was nikogo nie mam na tym 

świecie i chcę, żeby stosunki między wami były lepsze.

— To jego wina. — Ona na to. — On mnie się ciągle czepia i wtedy muszę. Jeśli on mnie tu nie 

chce, czemu nie pozwoli mi wrócić do...

— Dość — przerwałem. — Ani słowa więcej.
— Więc czemu nie zostawi mnie w spokoju? On... on przecież...
— Jest dla ciebie niemal ojcem — oświadczyła Matka. — Jesz jego chleb, ty i ja. Jest rzeczą 

słuszną, by oczekiwał od ciebie posłuszeństwa.

— To jego wina. — Poderwała się na nogi. — On mnie do tego zmusza. Żeby on tylko... — 

patrzyła na nas, oczy zaszczute, ramiona tak jej jakoś drgały, opuściła ręce.

— Żeby tylko co? — spytałem.
— Wszystko, co robię, robię przez ciebie — powiada. — Jeśli jestem zła, to dlatego, że mnie do 

tego zmuszono. Ty mnie zmusiłeś. Wolałabym nie żyć. Wolałabym, żebyśmy wszyscy nie żyli. — 
Potem wybiegła. Słyszeliśmy, jak leci po schodach. Potem trzasnęły drzwi.

— Pierwsza rozsądna rzecz, jaką kiedykolwiek powiedziała — odezwałem się.
— Nie poszła dzisiaj do szkoły — szepnęła Matka.
— Skąd wiesz? — ja na to. — Byłaś w mieście?
— Wiem. Żebyś ty mógł być dla niej lepszy!
— Gdybym   był   lepszy,   to  musiałbym  coś   zrobić,  żeby widywać  ją  częściej   niż  raz  dziennie. 

Musiałabyś pilnować, żeby schodziła do stołu na każdy posiłek. Wtedy mógłbym jej dawać za 

background image

każdym razem dodatkowy kawałek mięsa.

— Są takie drobne rzeczy, które mógłbyś robić.
— Na przykład nie zwracać uwagi, kiedy mnie prosisz, żebym dopilnował jej pójścia do szkoły.
— Nie była dzisiaj w szkole. Po prostu wiem, że nie była. Powiada, że pojechała po południu na 

samochodową przejażdżkę z jakimś chłopcem, a ty ją śledziłeś.

— Jak mogłem — powiadam. — Przecież mój samochód miał przez całe popołudnie ktoś inny. A 

to, czy była dzisiaj w szkole, czy nie, to już przeszłość. Jeśli się musisz czymś martwić, to martw 
się o przyszły poniedziałek.

— Chciałabym, żebyście lepiej ze sobą żyli — powiada. — Ona odziedziczyła ten upór rodzinny. 

Po Quentinie również. Myślałam sobie wtedy, przy całym jej dziedzictwie jeszcze w dodatku to 
imię! Czasem mi się wydaje, że to kara Boża na mnie za Caddy i Quentina.

— Wielki Boże! — mówię. — Piękne myśli chodzą ci po głowie! Nic dziwnego, że ustawicznie 

pakujesz się w choroby.

— Co? — pyta. — Nie rozumiem.
— Mam nadzieję — ja na to. — Uczciwa kobieta wiele nie dostrzega, ale ta niewiedza wychodzi 

jej tylko na korzyść.

— Oboje byli tacy — ciągnęła. — Tworzyli wspólny front z twoim Ojcem przeciwko mnie, kiedy 

próbowałam ich napominać. Zawsze powiadał, że oni nie potrzebują żadnej kontroli, że oni wiedzą, 
co to jest czystość i uczciwość, a trudno przypuszczać, by można kogokolwiek nauczyć czegoś 
więcej. Teraz, mam nadzieję, jest zadowolony.

— Masz jeszcze podporę w Benie — mówię. — Nie martw się.
— Rozmyślnie wyłączyli mnie ze swego życia — powiada. — Zawsze ważna była ona i Quentin. 

Zawsze spiskowali przeciwko mnie. I przeciwko tobie również, choć byłeś za młody, by sobie z 
tego zdawać sprawę. Zawsze uważali ciebie i mnie za ludzi obcych, tak samo Wujka Maury'ego. 
Powtarzałam ciągle twojemu Ojcu, że za wiele im się daje swobody, za wiele przebywają razem. 
Kiedy Quentin poszedł do szkoły, musieliśmy w następnym roku posłać i ją, żeby była razem z nim. 
Nie mogła ścierpieć, żeby któryś z was zrobił coś, czego ona nie mogłaby zrobić. To ta jej próżność, 
próżność i fałszywa duma. A potem, kiedy zaczęły się z nią kłopoty, wiedziałam, że Quentin będzie 
uważał, iż musi zrobić coś równie złego. Ale nie mogłam przypuścić, że okaże się tak samolubny, 
żeby... żeby... nigdy bym nie uwierzyła...

— Może wiedział, że to będzie dziewczyna — mówię. — I że nie zniesie jeszcze jednej takiej.
—   Mógł   jej   pilnować   —   powiada.   —   Zdawałoby   się,   że   to   jedyna   osoba,   dla   której   miała 

jakiekolwiek względy. Ale myślę, że to też pewno część kary boskiej.

— Tak — ja na to. — Fatalnie, że to był on a nie ja. Lepiej byś na tym wyszła.
— Mówisz takie rzeczy, żeby mi sprawić przykrość — powiada. — Ale zasłużyłam na to. Kiedy 

zaczęli sprzedawać ziemię, żeby posłać Quentina na Harvard, powiedziałam Ojcu, że musi tak samo 
zabezpieczyć ciebie. Wtedy, kiedy Herbert zaproponował, że cię weźmie do banku, powiedziałam 
sobie, no, Jazon już ma przyszłość zapewnioną, a kiedy wydatki zaczęły się sypać i musiałam 
sprzedać nasze meble i resztę pastwiska, napisałam wreszcie do niej, bo przecież, pisałam, zdaje 
sobie chyba sprawę, iż ona i Quentin otrzymali nie tylko swoje, ale i część tego, co się tobie 

background image

należało, i że teraz do niej należy wyrównanie twojej straty. Przypominałam, że powinna to zrobić 
przez szacunek dla Ojca. Wierzyłam wówczas, ze to zrobi. Ale ze mnie tylko biedna, stara kobieta; 
wychowywano mnie w przekonaniu, że ludzie od ust sobie odejmą dla własnej rodziny. To moja 
wina. Miałeś słuszność robiąc mi wyrzuty.

—   Czy   myślisz,   że   ja   potrzebuję   czyjejkolwiek   pomocy,   by   stanąć   na   własnych   nogach   — 

powiadam. — A zwłaszcza pomocy kobiety, która nie może powiedzieć, kto jest ojcem jej dziecka?

— Jazon!
— No, dobrze — powiadam. — Nie miałem tego na myśli. Oczywiście, że nie.
— Gdybym przypuszczała, że to możliwe, po tym wszystkim, co wycierpiałam.
— Oczywiście, że niemożliwe — powiadam. — Nie miałem tego na myśli.
— Mam nadzieję, że to przynajmniej zostało mi oszczędzone.
— Oczywiście. Za bardzo jest podobna da nich obydwojga, żeby w to wątpić.
— Nie mogłabym tego znieść.
— Wobec tego przestań o tym myśleć — mówię. — Czy męczyła cię jeszcze o wychodzenie 

wieczorami?

— Nie. Wytłumaczyłam jej wreszcie, ze to dla jej własnego dobra i że jeszcze kiedyś mi za to 

podziękuje. Zabiera ze sobą książki i uczy się, kiedy ja zamknę drzwi. Widzę u niej światło czasem 
nawet późno, o jedenastej.

—:  Skąd wiesz, że się uczy?
— Nie wiem, co by tam mogła robić innego sama. Nigdy nic nie czytała.
— Nie — mówię. — Nie wiesz. I możesz dziękować za to swoim gwiazdom. — Tylko co by 

przyszło z tego, żebym to powiedział głośno. Znowu zaczęłaby się wypłakiwać.

Słyszałem, jak wchodzi na górę. Potem zawołała Quentin, a ta odpowiedziała: — Co? — przez 

drzwi. — Dobranoc — powiedziała Matka. Potem usłyszałem klucz przekręcany w drzwiach i 
Matka weszła do swojego pokoju.

Kiedy skończyłem cygaro i poszedłem na górę, światło paliło się w dalszym ciągu. Widziałem 

pustą dziurkę od klucza, ale nie słyszałem najmniejszego szmeru. Odrabia lekcje po cichu. Może się 
tego nauczyła w szkole. Powiedziałem dobranoc Matce, poszedłem do mojego pokoju, wyjąłem 
pudełko i przeliczyłem je ponownie. Słyszałem, jak Wielki Wałach Amerykański chrapie, niby piła 
elektryczna. Czytałem gdzieś, że tak właśnie załatwiają mężczyzn, żeby mieli kobiece głosy. Ale 
może on nie wie, co mu zrobili. Myślę, że wtedy nawet nie zdawał sobie sprawy, co chce zrobić, ani 
dlaczego pan Burgess zdzielił go po głowie palikiem z ogrodzenia. A gdyby go po prostu wysłali do 
Jackson, kiedy był jeszcze pod narkozą, to w ogóle nie zauważyłby różnicy. Ale to byłoby zbyt 
proste   rozwiązanie,   by   mogło   przyjść   do   głowy   Compsonom.   Nawet   w   połowie   nie   dość 
skomplikowane. Żeby tak czekać z załatwieniem go do chwili, kiedy się wyrwie na wolność i 
zacznie gonić małą dziewczynkę po całej ulicy na oczach jej własnego ojca! No cóż, powiadam, za 
późno użyli w tej sprawie chirurgicznego noża i za wcześnie skończyli. Znam co najmniej dwoje, 
którym by się coś w tym stylu przydało, a jedno z nich jest tu całkiem blisko. Ale właściwie nie 
wierzę, żeby i to pomogło. Bo, powiadam, jak już raz dziwka, to do śmierci dziwka. Dajcie mi teraz 
choć dwadzieścia cztery godziny spokoju, żeby mi się nie wtrącał żaden przeklęty nowojorski Żyd 

background image

ze swymi radami. Wcale nie chcę robić majątku, to dobre dla naciągania małych cwaniaczków. 
Chcę tylko mieć uczciwą szansę odzyskania moich pieniędzy. A jak to zrobię, mogą tu ściągnąć 
całą ulicę Beale i cały dom wariatów i dwoje niech śpi w moim łóżku, a trzecie niech zajmie moje 
miejsce przy stole.

ÓSMY

 

KWIETNIA

1928 ROKU

Wstawał świt ponury i chłodny;  ruchoma  ściana szarego światła nadpływająca od północnego 

wschodu miast rozpuścić się w wilgoć przemieniała się w drobne jadowite cząsteczki niby pył, a 
one, kiedy Dilsey otworzyła drzwi chaty i stanęła w progu, wpiły się ze wszystkich stron w jej ciało 
osadzając na nim nie tyle wilgoć, co substancję przypominającą w konsystencji rzadką, nie całkiem 
skrzepłą oliwę. Dilsey nasadziła na głowę obwiązaną chustką czarny, sztywny kapelusz słomkowy, 
a   na   suknię   z   fioletowego   jedwabiu   rudobrązową   aksamitną   pelerynę   obrzeżoną   wyleniałym   i 
nieokreślonym futrem; stała tak przez chwilę w drzwiach wystawiając na powietrze zapadłą twarz o 
nieprzeliczonych  zmarszczkach  i  jedną  wychudłą   rękę  zwiotczałą  od  spodu,  niby brzuch   ryby, 
potem rozsunęła pelerynę i obejrzała przód swojej sukni.

Suknia opadała luźno z jej ramion na obwisłe piersi, opinała brzuch i znowu opadała wydymając 

się trochę nad dolnymi częściami garderoby, które Dilsey zacznie zdejmować warstwa po warstwie 
w miarę nadchodzenia wiosny i ciepłych dni, w barwie królewska i żałobna. Dilsey była niegdyś 
rosłą kobietą, ale teraz pozostał z niej tylko szkielet obciągnięty wyschłą skórą, opinającą wydęty 
jak od puchliny wodnej  brzuch. Wydawać się mogło, że mięśnie i tkanki tak jak odwaga czy 
męstwo niszczały z upływem dni czy lat, aż sterczał już tylko nieugięty szkielet niby jakaś ruina 
czy punkt orientacyjny ponad sennymi i obojętnymi wnętrznościami, a ponad nim — zapadła twarz, 
gdzie kości jak gdyby wyszły na zewnątrz, uniesiona teraz w nadchodzący dzień z wyrazem i 
fatalistycznym, i pełnym dziecięcego, zaprawionego zdumieniem rozczarowania. Wreszcie Dilsey 
odwróciła się, weszła z powrotem do domu i zamknęła drzwi.

Ziemia przed drzwiami była naga. Miała na sobie naniesioną przez pokolenia bosych stóp patynę 

niczym   stare   srebro   czy   ręcznie   wyprawiane   ściany   meksykańskich   domów.   Przy  chacie   stały 
ocieniające ją latem trzy drzewa morwowe o pierzastych listkach, które później zrobią się szerokie i 
spokojne   niby   ludzkie   dłonie   i   powiewać   będą   płasko   i   faliście.   Dwie   sójki   pojawiły   się   nie 
wiadomo skąd, zawirowały w podmuchu wiatru jak dwa wesołe strzępki materiału albo papieru i 
usadowiwszy się na morwach, bujały się w górę i w dół hałaśliwie skrzecząc na wietrze, który 
porywał ich chrypliwe wrzaski jak strzępki papieru albo materiału. Potem dołączyły się do nich 
jeszcze trzy i przez pewien czas bujały się skrzecząc na wygiętych gałęziach. Drzwi chaty otwarły 
się i Dilsey wynurzyła się ponownie, tym razem w męskim filcowym kapeluszu i żołnierskim 
płaszczu o wystrzępionych połach, spod którego opadała perkalikowa suknia w niebieską kratkę 
powypychana tu i tam i falująca, kiedy Murzynka przechodziła przez podwórze i wstępowała na 
schodki kuchenne.

W chwilę później wyszła, tym razem z otwartym parasolem, który wymierzyła ukosem w wiatr, 

background image

podeszła do stosu drzewa i położyła parasol, w dalszym ciągu otwarty. Natychmiast musiała go 
złapać i przytrzymać chwilę rozglądając się wokoło. Potem zamknęła parasol, położyła, naładowała 
sobie naręcze drew, przycisnęła je do piersi, podniosła parasol i otworzywszy z trudem, wróciła na 
schodki, gdzie balansując ryzykownie drzewem, zamknęła go z niemałym wysiłkiem i postawiła w 
kąciku tuż za drzwiami. Zwaliła drwa do skrzyni za piec kuchenny. Zdjęła płaszcz i kapelusz, 
włożyła wiszący na ścianie poplamiony fartuch i zabrała się do rozpalania pod kuchnią. Właśnie 
stukała po prętach paleniska i grzechotała pokrywkami garnków, kiedy z górnej platformy schodów 
zaczęła ją wołać pani Compson.

Miała na sobie szlafrok z  pikowanej czarnej satyny, który mocno przytrzymywała pod brodą. W 

drugiej ręce dzierżyła czerwony, gumowy worek na gorącą wodę i stała tak na górnym podeście 
schodów wołając — Dilsey! — w regularnych, monotonnych odstępach w cichą klatkę schodową, 
która schodziła w  całkowite  ciemności  i rozjaśniała  się dopiero  tam,  gdzie  padał na  nią szary 
odblask okna. — Dilsey! — wołała pani Compson monotonnie, wolno i obojętnie, jakby wcale nie 
oczekiwała odpowiedzi. — Dilsey!

Dilsey odpowiedziała i przestała grzechotać przy piecu, ale nim zdążyła dojść do drzwi, pani 

Compson zawołała ją znowu, a nim Murzynka przeszła przez jadalnię i ukazała głowę na tle szarej 
plamy okna, pani Compson zawołała jeszcze raz.

— Jestem — mówiła Dilsey.  — Jestem już, jestem.  Zarutko  naleję, niech no się tylko  woda 

zagrzeje. — Zgarnęła spódnicę i zaczęła wstępować na schody całkowicie zasłaniając szare światło. 
— Niech panienka to zostawi i wraca do łóżka.

— Nie mogłam pojąć, co się stało — powiedziała pani Compson. — Od godziny co najmniej nie 

śpię, leżę w łóżku i nie słyszę najmniejszego ruchu w kuchni.

— Niech panienka zostawi worek i idzie do łóżka — Dilsey gramoliła się z trudem na schody, 

bezkształtna, dysząca ciężko. — Za minutę będę miała ogień, a za dwie wrzątek.

— Leżałam tak co najmniej godzinę — ciągnęła pani Compson. — Myślałam, że może czekasz, 

żebym zeszła i sama rozpaliła pod kuchnią.

Dilsey   dotarła   do   podestu   schodów   i   wzięła   worek   na   wodę.   —   Zarutko   będzie   gotów   — 

powiedziała. — Luster zaspał dzisiaj, bo pół nocy przesiedział na tym przedstawieniu. Migiem 
rozpalę ogień. Niech panienka wraca, żeby się inni nie pobudzili, nim ja się oporządzę.

— Jeśli pozwalasz Lusterowi robić rzeczy, które kolidują z jego pracą, to musisz sama ponosić 

konsekwencje — oświadczyła pani Compson. — Jazon będzie bardzo niezadowolony, jak się o tym 
dowie. Wiesz dobrze.

— Nie poszedł za Jazonowe pieniądze — mruknęła Dilsey. — To jedno pewne. — Ruszyła na dół. 

Pani Compson wróciła do swego pokoju. Kiedy kładła się do łóżka, słyszała jeszcze, jak Dilsey 
schodzi   po   schodach   z   jakąś   bolesną   straszliwą   powolnością,   która   mogłaby   doprowadzić   do 
szaleństwa, gdyby wreszcie nie ustała, uciszona klapnięciem drzwi spiżarni.

Murzynka weszła do kuchni, rozpaliła ogień i zaczęła szykować śniadanie. Nagle przerwała to 

wszystko, zbliżyła się do okna i wyjrzała ku swojej chacie, potem podeszła do drzwi i otworzyła:

—   Luster!   —   krzyknęła   w   porywisty   wiatr   i   urwała,   nasłuchując,   uchylając   twarz   przed 

następnymi   podmuchami.   —   Hej,   Luster!   —   Słuchała,   a   potem,   właśnie   gdy   miała   znowu 
krzyknąć, Luster wychylił się zza rogu kuchni.

background image

— Słucham — powiedział niewinnie, tak niewinnie, że Dilsey patrzyła na niego, znieruchomiała w 

zdumieniu.

— Gdzieś ty się włóczył?
— A gdzie bym się włóczył? Byłem w piwnicy.
— Coś ty robił w piwnicy? Nie stój na deszczu, ty głupi.
— Nic nie robiłem. — Wszedł na schodki.
— Żebyś mi się nie ważył przejść przez te drzwi bez naręcza drew — ostrzegała. — Musiałam je 

dźwigać za ciebie i rozpalać ogień. Nie przykazywałam ci wczoraj wieczór, żebyś nie wychodził, 
póki skrzynia nie będzie całkiem pełna?

— Była — powiedział Luster. — Przyniosłem do pełna.
— To co się stało z drzewem?
— A bo ja wiem. Ja go tam nie ruszałem.
—   To   teraz   przyniesiesz   tyle,   żeby   była   pełna.   A   potem   żebyś   mi   zaraz   poszedł   na   górę 

przypilnować Benjy'ego.

Zamknęła drzwi. Luster podszedł do sterty drew. Pięć sójek kołowało z wrzaskiem nad domem, to 

znów wracało na morwy. Luster przyglądał im się, potem podniósł kamień i rzucił. — Wynocha! — 
krzyknął. — Jazda do pieklą, skąd was przyniosło. Jeszcze nie poniedziałek.

Naładował   sobie   kopiastą   naręcz   drew.   Zasłaniały   mu   widok,   więc   szedł   potykając   się   do 

schodków, potem schodkami na górę i z hukiem walnął o drzwi, rozsypując polana. Dilsey podeszła 
i otworzyła, a on dalej kroczył po omacku. — Luster! — zawołała, lecz on już cisnął drzewo do 
skrzyni ze straszliwym łomotem. — Przyniosłem — oznajmił.

— Chcesz obudzić cały dom? — Trzepnęła go dłonią w tył głowy. — Jazda teraz na górę ubierać 

Benjy'ego.

— Dobrze. — Skierował się ku drzwiom na dwór.
— Dokąd idziesz?
— Takem sobie pomyślał, że jak obejdę dom i wejdę frontem, to nie obudzę panny Kahliny.
— Pójdziesz na górę tylnymi schodami, jak ci przykazałam, i ubierzesz Benjy'ego. Idź już.
— Dobrze. — Luster zawrócił i ruszył do jadalni. Po chwili drzwi przestały się chybotać. Dilsey 

szykowała się do robienia bułek. Kiedy miarowo przesiewała mąkę nad stolnicą, zaczęła śpiewać, z 
początku pod nosem, coś, co nie miało ani określonej melodii, ani słów i powtarzało się żałobne, 
pełne skargi i surowe, gdy sypała na stolnicę delikatny śnieg mąki. Piec rozgrzewał izbę napełniając 
ją minorowymi pomrukami ognia, a wtedy Dilsey zaczęła śpiewać głośniej, jakby i jej głos roztajał 
we   wzrastającym   cieple;   wówczas   pani   Compson   zawołała   ją   znowu   z   wnętrza   domu.   Dilsey 
uniosła głowę, jakby potrafiła patrzeć przez ściany i sufit i widziała na szczycie schodów starą 
kobietę w pikowanym szlafroku przywołującą ją z regularnością maszyny.

— O, Boże! — westchnęła. Odłożyła sito, podniosła rąbek fartucha, wytarła ręce, złapała worek z 

krzesła,   gdzie   go   uprzednio   położyła,   i   owinęła   fartuchem   rączkę   imbryka,   który   właśnie 
wypuszczał pierwsze kłęby pary. — Już lecę! — zawołała. — Akuratnie woda się zagotowała.

Ale nie worka z gorącą wodą chciała teraz pani Compson. Dilsey, trzymając go za szyjkę niby 

background image

zdechłą kurę, podeszła do stóp schodów i spojrzała w górę.

— Lustera tam z nim nie ma?
— Luster w ogóle nie był jeszcze w domu. Leżę tu i nasłuchuję, czy przyszedł. Wiedziałam, że się 

spóźni, ale miałam nadzieję, że zdąży na czas i nie pozwoli Benjaminowi niepokoić Jazona w 
jedyny dzień tygodnia, kiedy może pospać rano.

— A jak kto może tu spać, kiedy panienka stoi tam w hallu i wrzeszczy na ludzi od samego 

świtania — mruczała Dilsey.  Z ogromnym  wysiłkiem zaczęła wdrapywać się po schodach. — 
Posłałam chłopaka na górę pół godziny temu.

Pani Compson przyglądała się Dilsey trzymając szlafrok mocno pod brodą. — Co masz zamiar 

teraz zrobić?

— Ubrać Benjy'ego i sprowadzić go na dół do kuchni, żeby nie pobudził Jazona i Quentin — 

odparła.

— Nie zaczęłaś jeszcze szykować śniadania?
— Dam rady jednemu i drugiemu — odparła Dilsey. — Niech panienka wraca do łóżka, póki 

Luster panience nie napali. Zimno dzisiaj.

— Wiem. Nogi mam jak lód. Tak mi zmarzły, że się obudziłam. — Patrzała, jak Dilsey wchodzi po 

schodach.   Zabrało   jej   to   sporo   czasu.   —   Wiesz,   jak   się   Jazon   gniewa,   kiedy   śniadanie   jest 
spóźnione.

— Ja się tam na dwoje nie rozdzielę — oświadczyła Dilsey. — Niech panienka wraca do łóżka, 

żebym jeszcze i tego nie miała na głowie.

—   Jeśli   chcesz   rzucać   wszystko,   żeby   ubierać   Benjamina,   to   lepiej   sama   zejdę   i   przygotuję 

śniadanie. Wiesz dobrze, jak się Jazon zachowuje, kiedy śniadanie jest nie w porę.

— I kto zje tę panienki papraninę, chciałabym wiedzieć. No, teraz do łóżka — mówiła drapiąc się 

na górę. Pani Compson przyglądała się, jak Murzynka wchodzi czepiając się jedną ręką ściany, 
drugą unosząc spódnicę.

— Chcesz go obudzić tylko po to, żeby mu włożyć ubranie? — spytała. Dilsey stanęła. Z jedną 

nogą   uniesioną   do   następnego   schodka,   wsparta   ręką   o   ścianę,   z   szarą   plamą   okna   za   sobą, 
majaczyła bezkształtna, nieruchoma.

— To on się nie obudził? — spytała.
— Jak do niego zaglądałam, to jeszcze nie. Ale już minęła jego pora budzenia. Nigdy nie śpi dłużej 

niż do wpół do ósmej, wiesz o tym dobrze.

Dilsey nie odpowiedziała. Nie uczyniła żadnego ruchu, lecz pani Compson, choć dostrzegała ją 

jedynie jako plamę bez cienia, bez głębi, wiedziała, że Dilsey pochyliła nieco twarz i stoi jak krowa 
w deszczu, trzymając pusty gumowy worek za szyjkę.

—   Na   tobie   nie   ciąży   to   brzemię   —   powiedziała   pani   Compson.   —   Nie   ponosisz   żadnej 

odpowiedzialności. Ty możesz odejść. Nie w ciebie walą te ciosy dzień po dniu. Niczego nie jesteś 
winna ani im, ani pamięci mojego męża. Wiem, żeś od początku nie miała serca do Jazona. Nigdy 
nie starałaś się tego ukryć.

Dilsey nic nie powiedziała. Odwróciła się powoli i zaczęła schodzić, zsuwając ciało ze stopnia na 

stopień, tak jak to robią małe dzieci, ręką przytrzymywała się ściany. — Niech no panienka więcej 

background image

tam nie wchodzi. Poślę Lustera na górę, jak go tylko znajdę. Niech Benjy jeszcze pośpi.

Wróciła   cło   kuchni.   Zajrzała   do   piecyka,   potem   naciągnęła   fartuch   na   głowę,   wzięła   płaszcz, 

otworzyła drzwi na dwór i rozejrzała się na wszystkie strony po podwórzu. Wiatr z deszczem zaciął 
ją w twarz, ostry i drobny, ale nic się wokół nie poruszało. Zstępowała po schodkach ostrożnie, 
jakby zależało jej na zachowaniu ciszy, i obeszła węgieł domu od strony kuchni. Właśnie w tym 
momencie Luster wychynął niewinnie z drzwi prowadzących do piwnicy.

Dilsey stanęła. — Co cię tam nosi do tej piwnicy?
— Nic — odparł Luster. — Panicz Jazon przykazał, żebym poszedł i sprawdził, skąd tam przecieka 

woda.

— Kiedy on ci przykazywał? W zeszły Nowy Rok, co?
— Tom sobie pomyślał, że sprawdzę póki co, jak oni jeszcze śpią — tłumaczył Luster. Dilsey 

podeszła do drzwi piwnicznych. Luster odsunął się na bok, a ona zajrzała w ciemność pachnącą 
ziemią, stęchlizną i gumą.

— Fu — mruknęła. Znowu przypatrywała się Lusterowi. Odpowiedział jej otwartym, niewinnym, 

łagodnym spojrzeniem. — Nie wiem, co ty wyrabiasz, ale pewnikiem coś, czego nie wolno. We 
wszystkich dzisiaj coś wlazło, to i w ciebie musiało. Jazda teraz do domu, na górę, i żebyś mi się 
zajął Benjym, słyszysz?

— Tak, Nianiusiu. — Luster szybko ruszył ku drzwiom kuchennym.
— Hej tam! — zawołała Dilsey. — Jak już tu jesteś, to zanieś jeszcze jedną naręcz drzewa.
— Dobrze, Nianiusiu. — Minął ją na schodkach i ruszył  ku stercie. Kiedy w chwilę później 

łomotał pod drzwiami, ponownie niewidoczny za swym drzewnym wcieleniem i nic nie widząc 
spoza niego, Dilsey otworzyła mu drzwi i mocną ręką poprowadziła przez kuchnię.

— Tylko mi jeszcze raz grzmotnij do skrzyni! — groziła. — Tylko mi grzmotnij.
— Muszę — tłumaczył Luster, dysząc. — Nie da rady inaczej.
— To stój i trzymaj — Dilsey rozładowała go szczapa po szczapie. — Co w ciebie dzisiaj wlazło?! 

Nigdy mi jeszcze nie przynosiłeś więcej jak sześć kawałków naraz. Co chcesz ode mnie wyciągnąć, 
powiadaj. Czy te aktory nie wyjechały z miasta?

— Wyjechały na dobre.
Włożyła ostatnią szczapą do skrzyni. — A teraz idź na górę do Benjy'ego, jak ci przykazywałam. I 

żeby nikt na mnie nie wrzeszczał ze schodów, póki nie zadzwonię na śniadanie. Słyszałeś?

— Tak,   Nianiusiu.   —  Luster   zniknął   za   wahadłowymi   drzwiami.   Dilsey  dorzuciła   drzewa   do 

kuchni i wróciła do stolnicy. Po chwili zaczęła znowu śpiewać.

W izbie zrobiło się cieplej. Wkrótce skóra krzątającej się po kuchni Dilsey nabrała połyskliwości 

bogatej w  porównaniu z normalną, jakby przykurzoną popiołem drzewnym barwą twarzy jej i 
Lustera. Murzynka szykowała produkty do gotowania układając sobie kolejno robotę. Na ścianie 
nad kredensem tykał szafkowy zegar, niewidoczny, chyba tylko w nocy, bo wtedy oświetlała go 
lampka, ale nawet i wówczas okazywał jakąś enigmatyczną głębię, jako że posiadał jedną tylko 
wskazówkę, i z ostrzegawczym dźwiękiem, jakby odchrząkiwaniem, wybił pięć uderzeń.

— Ósma — mruknęła Dilsey. Znieruchomiała i zadarłszy nieco głowę, nadsłuchiwała. Ale nic nie 

było słychać prócz tykania zegara i syku ognia. Otworzyła piecyk i spojrzała na blachę z bułkami, 

background image

potem,   pochylona,   przerwała   robotę  słysząc,   że  ktoś  schodzi   po  schodach.   Kroki  przemierzały 
jadalnię,   potem   otworzyły  się   drzwi   wahadłowe   i   wszedł   Luster,   a   za   nim   wielki   mężczyzna; 
wydawać by się mogło, że został ukształtowany z substancji, której cząsteczki nie mogą czy nie 
chcą wiązać się ze sobą ani też z dźwigającym je kośćcem. Jego bezwłosa skóra miała wygląd 
martwy  i   obrzękły,   chodząc   powłóczył   nogami   jak   tresowany  niedźwiedź.  Włosy  miał   jasne   i 
piękne,   sczesane   gładko   na   czoło   jak   dzieci   na   starych   dagerotypach,   oczy   czyste,   o   słodkim 
szafirowym kolorze chabrów, grube usta obwisłe w rozwarciu, lekko zaślinione.

— Czy jemu nie zimno? — spytała Dilsey. Otarła ręce w fartuch i dotknęła jego ręki.
— Jak nie jemu, to mnie — odparł Luster. — Zawsze mi zimno na Wielkanoc. Każdego roku tak 

samo. Panna Kahlina powiada, że jeśli Nianiusia nie ma czasu przynieść jej worka z gorącą wodą, 
to żeby się Nianiusia nie martwiła.

— O, Boże! — jęknęła Dilsey. Zaciągnęła krzesło w kąt między skrzynią na drzewo i piecem. 

Mężczyzna poszedł tam posłusznie i usiadł. — Zajrzyj do stołowego i zobacz, gdzie ja położyłam 
ten worek! — Luster przyniósł worek z jadalni, a Dilsey nalała wrzątku i oddała worek chłopcu. — 
Leć na górę. Zobacz, czy Jazon się obudził. Powiedz im, że śniadanie gotowe.

Luster wyszedł. Ben siedział za piecem. Siedział bezwładnie, zupełnie nieruchomy, tylko jego 

głowa wykonywała nieustannie wahadłowy ruch, gdy wodził łagodnym, nieobecnym wzrokiem za 
krzątającą się Dilsey. Wrócił Luster.

— Wstał — oświadczył. — Panna Kahlina powiada, żeby podawać do stołu. — Podszedł do pieca 

kuchennego i wyciągnął nad płytą ręce, spodem dłoni do dołu. — Wstał, niech go! Lewą nogą.

— O co znowu chodzi? — jęknęła Dilsey. — Wynoś się stąd. Jak ja tu mogę coś robić, kiedy tak 

stoisz nad kuchnią.

— Zimno mi.
— A w piwnicy na dole to ci zimno nie było? O co znów chodzi Jazonowi?
— Powiada, że ja z Benjym stłukliśmy mu szybę w pokoju.
— Ma stłuczoną szybę?
— Powiada, że ma. Powiada, że to ja stłukłem.
— Jak mogłeś stłuc, kiedy dzień i noc trzyma pokój zamknięty.
— Powiada, że ja rzucałem w okno kamieniami i stłukłem.
— Rzucałeś?
— Nie.
— Nie kłam, łobuzie.
— Wcale nie stłukłem tego okna. Nianiusia spyta Benjy'ego. Co mnie jego okno obchodzi!
— Więc kto? — zastanawiała się Dilsey. — On się tak tylko wścieka, żeby obudzić Quentin — 

zdecydowała, wyciągając z piecyka blachę z bułkami.

— Pewno, że tak — zgodził się Luster. — Dziwne to ludzie. Dobrze, że ja nie jestem jeden z nich.
— Że nie jesteś jeden z jakich? — zapytała Dilsey. — Coś ci powiem, czarnuchu, tyle samo w 

tobie z Compsonowskiego diabła co w każdym z nich. Przyznaj się, jak tu stoisz, nie stłukłeś tego 
okna?

background image

— A po co miałbym tłuc?
—  A  po   co   wyprawiasz   wszystkie   swoje   diabelstwa?   Pilnuj   go   teraz,   żeby   sobie   znowu   nie 

poparzył ręki, a ja nakryję do stołu.

Wyszła do jadalni, skąd usłyszeli jej krzątaninę, potem wróciła, postawiła na stole kuchennym 

talerz i jedzenie. Ben przyglądał się jej, śliniąc się i bełkocąc coś cicho i pożądliwie.

— Już dobrze, kochany — uspokajała go. — Masz tu śniadanie. Przynieś mu krzesło, Luster. — 

Luster przysunął krzesło i Benjy usiadł kwiląc i śliniąc się. Dilsey zawiązała mu serwetkę pod 
brodą   i   otarła   rąbkiem   usta.   —   Postaraj   się   choć   raz   nie   upaprać   mu   ubrania   —   powiedziała 
wręczając łyżkę Lusterowi.

Ben przestał kwilić. Wpatrywał się w łyżkę podnoszącą się do jego ust. Wydawało się, że nawet 

pożądliwość   była   w   nim   porażona   skurczem,   a   sam  głód   —   niemy,   bez   świadomości,   że   jest 
głodem.   Luster   karmił   go   zręcznie   i   obojętnie.   Od   czasu   do   czasu   uwaga   jego   wracała   na 
wystarczająco długą chwilę, by potrafił ruchami łyżki mylić karmionego, tak że Ben zamykał w 
ustach powietrze, było jednak widoczne, że myśli Lustera wędrują w całkiem innym kierunku. 
Druga   jego   ręka   spoczywała   na   poręczy   krzesła   i   poruszała   się   po   tej   martwej   płaszczyźnie 
niezdecydowanie i delikatnie, jakby wybierała niedosłyszalną melodię z martwej pustki. Raz nawet 
zapomniał   drażnić   Bena   łyżką,   gdy  jego   palce   drażniły   martwe   drzewo,   by  wydobyć   z   niego 
bezdźwięczne zawiłe arpeggio, aż ponowne kwilenie karmionego przywołało go do przytomności. •

W jadalni krzątała się Dilsey.  Wreszcie  zadzwoniła malutkim dźwięcznym  dzwonkiem, potem 

Luster usłyszał z kuchni, jak pani Compson i Jazon schodzą na dół i Jazon coś mówi, a Luster aż 
wywrócił białkami oczu od wysiłku nasłuchiwania.

— Pewno, wiem, że oni go nie stłukli — mówił Jazon. — Jasne, że wiem. Może się stłukło przy 

zmianie pogody.

— Nie wyobrażam sobie, jakby się to mogło stać — odparła pani Compson. — Twój pokój jest 

zamknięty cały dzień, zostaje tak, jak go zostawiasz wyjeżdżając do miasta. Żadne z nas nigdy do 
niego   nie   wchodzi   z   wyjątkiem   niedziel,   kiedy   się   tam   sprząta.   Nie   chcę,   byś   sądził,   że   ja 
mogłabym wejść tam, gdzie mnie nie proszą, czy też żebym na to komukolwiek pozwoliła.

— Przecież nie mówiłem, że to tyś je zbiła — przerwał Jazon.
— Nie mam ochoty wchodzić do twego pokoju — mówiła pani Compson. — Szanuję prywatne 

sprawy każdego. Nie przestąpiłabym progu, nawet gdybym miała klucz.

— Tak — powiedział Jazon. — Wiem, że twoje klucze nie pasują. Po to zmieniałem zamek. Chcę 

tylko wiedzieć, jak się to okno stłukło.

— Luster powiada, że tego nie zrobił — oświadczyła Dilsey.
— Wiedziałem to bez pytania — odparł Jazon. — Gdzie Quentin?
— Tam gdzie zawsze w niedzielę rano — obruszyła się Dilsey. — Co w ciebie wlazło ostatnimi 

dniami!

—   No   cóż,   musimy  to   wszystko   zmienić   —   stwierdził   Jazon.   —   Idź   na   górę   i   powiedz,   że 

śniadanie na stole.

— Zostaw ją w spokoju, Jazon — prosiła Dilsey. — Wstaje na śniadanie w każdziutki powszedni 

dzień, a panna Kahlina pozwala jej zostawać w łóżku w niedzielę rano. Wiesz o tym.

background image

— Chociaż bardzo bym tego chciał, nie mogę utrzymywać do jej obsługi kuchni pełnej Murzynów. 

Idź i powiedz, żeby schodziła na dół na śniadanie.

— Nikt jej nie musi obsługiwać — tłumaczyła Dilsey. — Zostawiam jej śniadanie w piecyku, a 

ona...

— Słyszałaś, co powiedziałem?
— Słyszałam. Ciebie jednego słychać, jak jesteś w tym domu. Jak nie na Quentin czy Mamę, to na 

Lustera albo Benjy'ego. Jak panienka może na coś takiego pozwalać?

— Rób, co każe — powiedziała pani Compson. — On jest teraz głową tego domu. Ma prawo 

żądać, byśmy uszanowali jego życzenia. Ja staram się je spełniać, a jeśli ja mogę, to i ty możesz.

— Gdzie on ma rozum, żeby z czystej złości ściągać Quentin z łóżka, bo jemu się tak podoba. 

Może ci się zdaje, że to ona zbiła okno?

— Zbiłaby, gdyby jej to akurat przyszło do głowy — odparł Jazon. — Idź i rób, co ci kazałem.
— Wcale bym się nie dziwiła — mruczała Dilsey, ruszając w stronę schodów. — Jak jesteś w 

domu, to tylko cięgiem zrzędzisz na nią i zrzędzisz, calutki czas.

—   Cicho,   Dilsey   —   powiedziała   pani   Compson.   —  Ani   do   ciebie,   ani   do   mnie   nie   należy 

pouczanie Jazona, co ma robić. Czasem wydaje mi się, że nie ma racji, ale staram się spełniać jego 
życzenia przez wzgląd na was wszystkich. Jeśli ja mam dość sił, by schodzić do stołu, to Quentin 
może robić to samo.

Dilsey wyszła. Słyszeli, jak wchodzi na schody. Słyszeli długo, jak wchodzi na schody.
— Masz wzorowy zestaw służby — zwrócił się Jazon do matki, podając jej jedzenie i nakładając 

sobie. — Czy miałaś kiedykolwiek takiego, który byłby cośkolwiek wart? Musiałem być za mały, 
żeby zapamiętać.

— Muszę im pobłażać — powiedziała pani Compson. — Jestem od nich tak całkowicie zależna. 

Byłoby inaczej, gdybym była silna. Chciałabym być. Chciałabym podołać sama całej domowej 
robocie. Przynajmniej tyle mogłabym zdjąć ci z bark.

— Ale żylibyśmy w chlewie — mruknął Jazon. — Pośpiesz no się, Dilsey! — krzyknął.
— Wiem, że masz do mnie żal za zwolnienie ich dzisiaj do kościoła.
— Dokąd? — zdumiał się Jazon. — Czy ci przeklęci aktorzy jeszcze nie wyjechali z miasta?
—   Do   kościoła   —   tłumaczyła   pani   Compson.   —   Murzyni   mają   specjalne   nabożeństwo 

wielkanocne. Dwa tygodnie temu obiecałam Dilsey, że dostaną wychodne.

— To znaczy, że obiad będziemy mieli zimny albo może w ogóle obejdziemy się bez obiadu.
— Wiem, że to moja wina. Wiem, że masz do mnie żal.
— Za co? Przecież to nie ty wskrzesiłaś Chrystusa!
Usłyszeli, jak Dilsey wstępuje na ostatni stopień, potem jej powolne kroki na górze.
— Quentin — mówiła. Kiedy zawołała po raz pierwszy, Jazon odłożył nóż i widelec. Razem z 

Matką robili wrażenie, jakby czegoś oczekiwali siedząc tak naprzeciwko siebie, w identycznych 
pozach: jedno zimne i przebiegłe o gładko przyczesanych włosach skręcających się uparcie w dwa 
haczyki po obu stronach czoła, jak w karykaturach barmanów o brązowych oczach z czarnymi 
obrączkami na marmurkowych tęczówkach, a drugie zimne i zrzędne, o całkiem białych włosach, 

background image

oczach podpuchniętych, skłopotanych i tak ciemnych, że wydawały się całe tęczówką czy źrenicą.

— Quentin — prosiła Dilsey. — Wstań, kochana. Czekają na ciebie ze śniadaniem.
— Nie mogę pojąć, w jaki sposób stłukło się to okno — mówiła pani Compson. — Jesteś pewny, 

że to się stało wczoraj? Mogło już tak być od dawna, przy takiej ciepłej pogodzie. Górna część i w 
dodatku za storą.

— Mówię ci po raz ostatni, że to się stało wczoraj. Chyba znam pokój, w którym mieszkam? Czy 

uważasz, że mógłbym mieszkać przez tydzień w pokoju z taką dziurą w oknie, że można by w nią 
wsadzić rękę. — Głos jego zamarł, odpłynął, a on wpatrywał się dalej w Matkę oczyma, które przez 
chwilę   wydawały   się   kompletnie   puste.   Tak   jakby   jego   oczy   wstrzymały   oddech,   gdy   Matka 
spoglądała na niego z twarzą zwiotczałą, zrzędną, ponadczasową, jasnowidzącą, a jednak tępą. I 
kiedy tak siedzieli, Dilsey mówiła:

— Quentin! Nie żartuj ze mną, kochana! Schodź na śniadanie, kochana! Oni tam na ciebie czekają.
— Nie mogę tego pojąć — podjęła pani Compson. — Jakby ktoś próbował włamać się do domu. 

—  Jazon  poderwał  się.   Krzesło   z  łomotem  runęło  do  tyłu.   —  Co...  —  pani   Compson   urwała 
wpatrując się w Jazona, który przebiegł mimo niej i pędził susami po schodach, gdzie spotkał się z 
Dilsey. Twarz jego była w cieniu. Dilsey powiedziała:

— Ona się gniewa. Twoja mamusia jeszcze nie otworzyła drzwi z klucza... — ale Jazon minął ją i 

biegł dalej korytarzem do drzwi. Nie wołał. Chwycił gałkę i spróbował otworzyć, potem stał tak 
trzymając gałkę w ręce, z głową spuszczoną nieco, jakby nasłuchiwał czegoś o wiele bardziej 
odległego niż na to pozwalały wymiary pokoju, czegoś, co już usłyszał. Miał postawę człowieka, 
który podejmuje trud nasłuchiwania po to, by wmówić w samego siebie, że słyszy zupełnie co 
innego, niż słyszy naprawdę. Pani Compson wołała go wspinając się za nim po schodach. Potem 
zobaczyła Dilsey i przestała wołać syna, a zaczęła przyzywać Murzynkę.

— Mówiłam ci, że ona jeszcze nie odkluczyła tych drzwi — tłumaczyła Dilsey.
Odwrócił się i skoczył ku niej, ale głos jego brzmiał spokojnie, rzeczowo: — Ona nosi klucz przy 

sobie? Czy ma go teraz, to znaczy, czy będzie miała...

— Dilsey! — wołała pani Compson ze schodów.
— Co miała? — spytała Dilsey. — Czego nie zostawisz...
— Klucz — odparł Jazon. — Do tego pokoju. Czy ona go zawsze nosi przy sobie? Matka. — 

Wtedy zobaczył panią Compson i zszedł ku niej po schodach. — Daj mi klucz! — Przypadł do niej 
i obmacywał kieszenie jej zrudziałego czarnego luźnego szlafroka. Odpychała go.

— Jazon! — wołała. — Jazon. Czy chcecie z Dilsey znowu doprowadzić mnie do choroby? — 

broniła się przed jego rękami. — Czy nie pozwolisz, żebym chociaż w niedzielę miała spokój?

— Klucz — powtórzył Jazon obmacując ją. — Dawaj go! — obejrzał się na drzwi, jakby się 

spodziewał, że otworzą się gwałtownie, nim zdąży do nich dobiec z kluczem, którego jeszcze nie 
miał w ręku.

— Dilsey! — wołała pani Compson obciskając szlafrok wokół siebie.
— Daj mi ten klucz, ty głupia! — zawołał nagle Jazon. Wyciągnął jej z kieszeni wielki pęk 

zardzewiałych   kluczy   wiszących   na   żelaznym   kółku   niby   u   średniowiecznego   strażnika 
więziennego i ruszył biegiem z powrotem, a obie kobiety za nim.

background image

— Jazon! — mówiła pani Compson. — Nigdy nie znajdziesz właściwego. Ty wiesz, Dilsey, że ja 

nigdy nie pozwalam nikomu brać moich kluczy. — Zaczęła zawodzić.

— Cicho — uspokajała ją Dilsey. — On jej nic nie zrobi. Ja mu nie pozwolę.
— Ale żeby w niedzielę rano! — zawodziła pani Compson. — W moim własnym domu! Tak 

bardzo się starałam, żeby ich wychować na chrześcijan! Daj, Jazon, znajdę ci ten klucz — położyła 
mu rękę na ramieniu. Potem zaczęła szamotać się z nim, ale on odepchnął ją na bok jednym ruchem 
łokcia, obejrzał się i chwilę patrzył na nią oczyma zimnymi i udręczonymi, potem znów obrócił się 
ku drzwiom i nieustępliwym kluczom.

— Cicho — powtórzyła Dilsey. — Słuchaj, Jazon!
— Stało się coś strasznego — zawodziła znowu pani Compson. — Wiem, że się stało. Słuchaj, 

Jazon — chwyciła go ponownie za ramię. — Nie pozwoli mi nawet wyszukać klucza do pokoju w 
moim własnym domu!

— Cicho już, cicho — powtarzała Dilsey. — A co się może stać? Stoję tu, ani się ruszę. Nie 

pozwolę, żeby jej co zrobił. Quentin! — podniosła głos — nie bój się, kochana, ja tu stoję, ani się 
ruszę.

Drzwi otwarły się, chybnęły łukiem do wewnątrz. Jazon stał chwilę w progu zasłaniając pokój, 

potem odstąpił na bok. — Wejdź — powiedział głuchym, beznamiętnym głosem. Weszli. To nie był 
dziewczęcy pokój. To był bezosobowy pokój, a słaby zapach tanich kosmetyków i nieliczne kobiece 
drobiazgi oraz inne świadectwa niewymyślnych i daremnych starań, by go uczynić kobiecym, tylko 
podkreślały   jego   nijakość   nadając   mu   cechę   martwej   i   stereotypowej   przejściowości 
charakterystycznej   dla  pokoi  w  domach  schadzek.  Łóżko  było  nie  tknięte.  Na  podłodze  leżała 
zbrudzona koszulka z taniego jedwabiu trochę zbyt mocno różowego; z półprzymkniętej szuflady 
komody zwisała jedna pończocha. Okno było otwarte. Rosła pod nim grusza, tuż przy domu. Stała 
teraz w kwiatach, jej gałęzie ocierały się o ścianę, zaś niezliczone drobiny powietrza wypadające 
przez okno wnosiły do pokoju zbłąkany zapach kwiecia.

— No proszę — powiedziała Dilsey. — Nie mówiłam, że wszystko z nią w porządku?
— Wszystko w porządku? — spytała pani Compson. Dilsey weszła za nią do pokoju i dotknęła jej 

ramienia.

— Teraz niech panienka pójdzie się położyć. Ja ją zarutko znajdę.
Pani Compson odtrąciła jej rękę. — Znajdź list — powiedziała. — Quentin zostawił list, kiedy to 

zrobił.

— Dobrze — zgodziła się Dilsey. — Znajdę. Niech panienka idzie do siebie.
—   Od   razu,   kiedy   jej   dali   na   imię   Quentin,   wiedziałam,   że   to   się   stanie.   —   Ciągnęła   pani 

Compson.   Podeszła   do   komody   i   zaczęła   przeszukiwać   porozrzucane   tam   rzeczy,   butelki   po 
perfumach,   pudełko   pudru,   obgryziony   ołówek,   nożyczki   ze   złamanym   ostrzem   leżące   na 
pocerowanej apaszce, obsypanej pudrem i poplamionej różem. — Znajdź list — powtórzyła.

— Już szukam. Niech panienka tylko idzie. My to znajdziemy z Jazonem. Niech panienka wraca 

do siebie.

— Jazon — powiedziała pani Compson. — Gdzie on jest? — Podeszła do drzwi. Dilsey poszła za 

nią przez hall do innych drzwi. Były zamknięte. — Jazon! — zawołała nie wchodząc. Nie usłyszała 

background image

odpowiedzi. Spróbowała otworzyć przekręcając gałkę, zawołała na niego ponownie. W dalszym 
ciągu nie słyszała odpowiedzi, on bowiem wyrzucał właśnie rzeczy ze schowka w ścianie: ubrania, 
buty, walizkę. Potem wynurzył się niosąc wypiłowany kawał fugowanych desek podłogi, odstawił, 
wszedł znowu do schowka i wyniósł stamtąd metalowe pudło. Położył je na łóżku i stał patrząc na 
rozbity zamek, szukając jednocześnie w kieszeni pęku kluczy, z których wybrał właściwy; przez 
pewien czas stał tak z wybranym kluczem w dłoni i spoglądał na rozbity zamek, potem włożył 
klucze   z  powrotem  do  kieszeni   i  ostrożnie   wysypał   zawartość   kasety na  łóżko.   Potem  równie 
ostrożnie przeglądał papiery, wyjmując je kolejno i wytrząsając. Wreszcie postawił pudło pionowo, 
potrząsnął nim również, powoli ułożył papiery z powrotem, wyprostował się i z opuszczoną głową 
trzymając kasetę w ręku spoglądał na wyłamany zamek. Usłyszał za oknem kołujące z wrzaskiem 
sójki, ich krzyki uciekały z wiatrem, jakiś samochód zawarczał koło domu i ucichł w oddali. Matka 
spoza   drzwi   wymówiła   ponownie   jego   imię,   ale   Jazon   się   nie   ruszył.   Słyszał,   jak   Dilsey 
odprowadza ją przez hall, potem drzwi się zamknęły. Wtedy włożył pudło do schowka, wrzucił z 
powrotem ubrania i zeszedł na dół do telefonu. Kiedy stał tak i czekał trzymając słuchawkę w ręku, 
Dilsey zeszła po schodach. Spojrzała na niego nie zatrzymując się i poszła dalej.

Z   drugiej   strony   podniesiono   słuchawkę.   —   Mówi   Jazon   Compson   —   oznajmił   głosem   tak 

ochrypłym i głuchym, że musiał powtórzyć swoje nazwisko. — Przygotuj samochód i twojego 
zastępcę, jeśli  sam nie  możesz  jechać,  niech  będą gotowi  za dziesięć minut. Przyjadę... Co?... 
Kradzież. W moim domu. Wiem, kto... Kradzież, powiadam. Miej w pogotowiu samochód. Co? 
Czyżbyś nie był płatnym przedstawicielem prawa?... Tak, będę za pięć minut. Miej samochód w 
pogotowiu, żeby móc natychmiast ruszyć. Jeśli nie będziesz gotów, złożę skargę gubernatorowi.

Trzasnął słuchawką, i przez jadalnię, gdzie ledwo napoczęte śniadanie stało już zimne na stole, 

wszedł do kuchni. Dilsey napełniała worek gorącą wodą. Ben siedział spokojny i pusty. Luster miał 
minę bystrego i czujnego kundla. Zajadał coś. Jazon przeszedł przez kuchnię.

— Nie będziesz jadł? — pytała Dilsey. Nie zwrócił na nią uwagi. — Idź, Jazon, i zjedz śniadanie. 

— Szedł dalej. Zatrzasnęły się za nim drzwi wyjściowe. Luster wstał, zbliżył się do okna i wyjrzał.

— O jejku! — zawołał. — Co się tam wyrabia? Czy on bił panienkę Quentin?
— Milcz! — ucięła Dilsey. — Łeb ci oberwę, jak Ben znowu przez ciebie zacznie. Pilnuj teraz, 

żeby cicho siedział, póki nie wrócę. — Zakręciła korek worka i wyszła. Słyszeli, jak wchodzi po 
schodach,   potem   jak   Jazon   przejeżdża   samochodem   koło   domu.   W   kuchni   zapanowała   cisza, 
przerywana tylko syczącym pomrukiwaniem imbryka i cykaniem zegara.

— Założyłbym się — powiedział Luster. — Założyłbym się, że on ją wytłukł. Założyłbym się, że 

dał jej po głowie i teraz leci po doktora. Założyłbym się, że to wszystko święta prawda. — Zegar 
cykał dostojnie i poważnie. Mogło to być zamierające tętno chylącego się ku upadkowi domu; po 
chwili zegar zawarczał i wybił sześć uderzeń. Ben podniósł na niego wzrok, potem spojrzał na 
kulisty zarys czaszki Lustera na tle okna i zaczął znowu kołysać głową i ślinić się. Zakwilił.

— Cichaj, ty głupi — powiedział Luster nie odwracając się. — Coś mi się widzi, że nic dziś nie 

będzie z tego kościoła. — Ale Ben siedział na krześle, wielkie, miękkie dłonie zwisały mu między 
kolanami i jęczał cicho. Nagle zapłakał powolnie, donośnie, głosem jednostajnym i bez sensu. — 
Cichaj. — Luster odwrócił się i podniósł rękę. — Chcesz, żebym ci przylał? — Ale Ben spoglądał 
na niego wydając powolny ryk z każdym oddechem. Luster podszedł i potrząsnął nim. — Cichaj w 

background image

tej chwili! — wrzasnął. — Patrzaj! — Wywlókł Bena z krzesła, przeciągnął je przez kuchnię, 
ustawił na wprost pieca, potem otworzył drzwiczki paleniska i zaciągnął Bena na krzesło. Wyglądał 
jak mały holownik, który wprowadza niezdarny tankowiec w wąski dok. Ben usiadł znowu, twarzą 
do różowych drzwiczek. Ucichł. Wtedy ponownie usłyszeli tykanie zegara i powolne kroki Dilsey 
na schodach. Kiedy weszła, Ben zaczął znowu popłakiwać. Płakał coraz głośniej.

— Coś ty mu znowu zrobił? — spytała Dilsey. — Nie możesz go choć dzisiaj zostawić w spokoju?
— A co miałem mu robić? Panicz Jazon go wystraszył, i tyle. Czy on zatłukł panienkę Quentin?
— Cichaj, Benjy — uspokajała go Dilsey. Ucichł. Podeszła do okna i wyjrzała. — Przestało padać?
— Tak — odparł Luster. — Już dobrą chwilę temu.
— To wyjdźcie trochę na dwór. Dopiero co uspokoiłam pannę Kahlinę.
— A czy idziemy do kościoła?
— Jak przyjdzie czas, to ci powiem. Trzymaj go z daleka od domu, aż cię zawołam.
— A możemy iść na pastwiska?
— Możecie. Tylko trzymaj go z daleka od domu. Ja mam na dzisiaj dość.
— Dobrze — powiedział Luster. — A gdzie poszedł panicz Jazon?
— Nie twój interes — Dilsey zabrała się do sprzątania ze stołu. — Cichaj, Benjy. Luster weźmie 

cię na dwór, będziecie się bawić.

— A co on zrobił panience Quentin? — pytał Luster.
— Nic jej nie zrobił. Wyniesiecie się stąd wreszcie czy nie?
— Założę się, że jej nie ma w domu.
Dilsey spojrzała na niego. — Skąd wiesz, że jej nie ma w domu?
— Widzieliśmy z Benjym, jak wyłaziła wczoraj wieczór przez okno, prawda, Benjy?
— Widziałeś? — Dilsey patrzyła na niego.
—  Widzieliśmy  każdego   wieczora   —   oświadczył   Luster.   —   Złaziła   po   tej   gruszce   prosto   na 

ziemię.

— Nie kłam, łobuzie!
— Ja nie kłamię! Niech Nianiusia spyta Benjy'ego, czy ja kłamię.
— Więc dlaczego nic o tym nie mówiłeś?
— Bo to nie mój interes — odparł Luster. — Ja tam nie będę się mieszał w sprawy białych. Chodź, 

Benjy, idziemy na dwór.

Wyszli. Dilsey stała przez chwilę przy stole, potem poszła do stołowego, zebrała naczynia po 

śniadaniu, sama zjadła, po czym sprzątnęła kuchnię. Zdjęła i powiesiła fartuch, podeszła do stóp 
schodów i nasłuchiwała przez chwilę. Nie dobiegał do niej żaden dźwięk. Przywdziała płaszcz i 
kapelusz i wyszła do swej chaty.

Deszcz   ustał.   Powietrze   napływało   teraz   z   południowego   wschodu,   poszarpane   nad   głową   w 

niebieskie strzępy. Ze szczytu wzgórza za drzewami, dachami i wieżyczkami miasta zmieciony 
został spłacheć słonecznego światła, który leżał tam jak wyblakły kawałek płótna. Wiatr przyniósł 
dźwięk dzwonu, potem, jak na dany sygnał, inne dzwony podchwyciły ów dźwięk i zaczęły go 

background image

powtarzać.

Drzwi chaty rozwarły się i ukazała się Dilsey, znowu w rudobrązowej pelerynie, fioletowej sukni i 

ubrudzonych rękawiczkach do łokcia, lecz bez chustki na głowie. Wyszła na podwórze i zawołała 
Lustera. Czekała chwilę, potem zbliżyła się do domu i obeszła go tuż pod murem w stronę zejścia 
do piwnicy, wpatrując się w drzwi. Ben siedział na schodkach. Przed nim na wilgotnym klepisku 
przykucnął   Luster.  Trzymał   w   lewym   ręku   piłę,   napiętą   nieco   pod   naciskiem   dłoni,   i   właśnie 
uderzył w ostrze starym drewnianym tłuczkiem, którym od przeszło trzydziestu lat biła ciasto na 
bułeczki.   Piła   wydała   leniwy  brzęk,   który   ucichł   z   martwą   skwapliwością,   a   ostrze   pozostało 
cienkie i wygięte pomiędzy dłonią chłopca a ziemią. Wybrzuszało się spokojne i tajemnicze.

— On to tak właśnie robił — tłumaczył Luster. — Nie znalazłem tylko czegoś takiego, co by się 

akurat nadawało do pobijania.

— Ładnie się bawisz! — oburzyła się Dilsey. — Oddawaj mi tłuczek.
— Przecie nic mu się nie stało — zdziwił się Luster.
— Dawaj go. A najpierw odnieś piłę, skąd ją wziąłeś.
Odstawił piłę i przyniósł Murzynce tłuczek. Wtedy Ben znowu zakwilił, beznadziejnie, długo. Nie 

było to właściwie nic. Tylko dźwięk. Albo wieczysty czas i krzywda, i ból, które dzięki koniunkcji 
gwiazd otrzymały na moment głos.

—   Niech   Nianiusia   tylko   posłucha   —   powiedział   Luster.   —   Nic   innego   nie   robi,   odkąd   nas 

Nianiusia wysłała z domu. Nie mam pojęcia, co dzisiaj w niego wlazło.

— Przyprowadź go tutaj — rozkazała Dilsey.
— Chodź no, Benjy. — Luster wrócił po schodkach i ujął Bena za ramię. Ten szedł posłusznie, 

zawodząc, wydając to powolne chrapliwe buczenie, jakie wydają syreny okrętowe, buczenie, które 
zdaje się wzbierać, nim się rozlegnie, kończyć, nim przebrzmi.

— Biegaj i przynieś jego czapkę. Ale cicho, żeby panna Kahlina nie słyszała. Pośpiesz się. Już 

jesteśmy spóźnieni.

— Ona i tak usłyszy, jak go Nianiusia nie uspokoi!
— Przestanie, jak stąd pójdziemy — tłumaczyła Dilsey. — On to czuje węchem. W tym rzecz.
— Co on zwęszył, Nianiusiu?
— Idź i przynieś mu czapkę. — Luster poszedł. Ben i Dilsey stali w drzwiach piwnicy, Ben o jeden 

stopień niżej od Murzynki. Niebo porwane było teraz w mknące szybko strzępy, które wywlekały 
za sobą swe chyże cienie z zaniedbanego ogrodu, poprzez wyłamane sztachety i podwórze. Dilsey 
głaskała   głowę   Bena   powoli   i   jednostajnie,   przygładzając   mu   grzywkę   na   czole.   Zawodził 
spokojnie, niespiesznie. — Cichaj — mówiła Murzynka. — Cichaj już. Zaraz pójdziemy. Cichaj 
już! — Zawodził spokojnie, jednostajnie.

Luster powrócił w nowym słomkowym kapeluszu z kolorową wstążką niosąc płócienną czapkę. 

Kapelusz  w  oczach  patrzącego  wyodrębniał,  niby  reflektor,  czaszkę  chłopaka  z  wszystkimi  jej 
charakterystycznymi płaszczyznami i załamaniami. Ten kształt był tak osobliwie indywidualny, że 
na pierwszy rzut oka mogłoby się zdać, iż kapelusz znajduje się na głowie kogoś, stojącego tuż za 
chłopcem. Dilsey obrzuciła go spojrzeniem.

— Czemu nie włożyłeś starego?

background image

— Nie mogłem znaleźć.
—  Akurat!   Pewnikiem   schowałeś   go   wczoraj   wieczór   po   to,   by   go   dzisiaj   nie   móc   znaleźć. 

Koniecznie chcesz ten zniszczyć.

— Oj, Nianiusiu! — stęknął Luster. — Przecie nie będzie padało!
— A skąd ty to wiesz! Idź i przynieś stary kapelusz, a ten zostaw.
— Oj, Nianiusiu!
— To idź i przynieś parasol.
— Oj, Nianiusiu!
— Wybieraj! — zdecydowała Dilsey. — Albo stary kapelusz, albo parasol. Mnie wszystko jedno.
Luster wszedł do chaty. Ben popłakiwał cicho.
— Chodźmy — powiedziała Dilsey. — Oni nas mogą dogonić. Idziemy posłuchać śpiewów. — 

Ruszyli   naokoło   domu,   ku   furtce.   —   Cichaj   —   powtarzała   raz   po   raz   Dilsey  kierując   się   ku 
podjazdowi. Doszli do bramy.  Dilsey otworzyła. Luster podążał za nimi przez podjazd, niosąc 
parasol. Szła z nim kobieta. — Idą już — powiedziała Dilsey. Wyszli za bramę. — No — zwróciła 
się do Bena. Ucichł. Luster z matką dogonili ich. Frony miała na sobie suknię z jasnoniebieskiego 
jedwabiu i kapelusz przybrany kwiatami. Była to chuda kobieta o płaskiej, miłej twarzy.

— Masz na grzbiecie sześciotygodniowy zarobek — stwierdziła Dilsey. — Co zrobisz, jak zacznie 

padać?

— Pewno zmoknę — uśmiechnęła się Frony. — Nigdy jeszcze nie dałam rady zatrzymać deszczu.
— Nianiusia zawsze mówi, że idzie na deszcz — powiedział Luster.
— Bo jak ja się nie zatroszczę o was wszystkich, to kto się zatroszczy — odparła Dilsey. — 

Chodźcie, już i tak jesteśmy spóźnieni.

— Dzisiaj będzie kazał wielebny Shegog — oświadczyła Frony.
— Tak? — zdziwiła się Dilsey. — A kto on taki?
— Z Saint Louis. Wielki kaznodzieja.
— Aha. Potrzeba tu takiego, co by potrafił napędzić trochę Bożego strachu tym młodym czarnym 

łobuzom — stwierdziła Dilsey.

— Dzisiaj będzie kazał wielebny Shegog — powtórzyła Frony. — Tak powiadają.
Szli dalej spokojną ulicą. W dźwięku rozkołysanych wiatrem dzwonów barwne gromadki białych 

sunęły   w   kierunku   kościoła   przez   rzadko   rozsiane   migotliwe   plamy   słońca.   Porywy   wiatru   z 
południowego wschodu wydawały się chłodne i ostre po minionych ciepłych dniach.

— Wolałabym, żebyś go nie zabierała do kościoła, mamo — powiedziała Frony. — Ludzie gadają.
— Jacy ludzie?
— Przecież słyszę, jak gadają.
— Ja wiem, co to za ludzie! — wybuchnęła Dilsey. — To białe śmiecie. Nie kto inny. Tacy, co 

myślą, że kościół białych jest za dobry dla niego, a znowu na  kościół czarnych to on jest za dobry.

— Ale gadają, tak czy inaczej — upierała się Frony.
— To ich odeślij do mnie. Powiedz im, że dobry Pan nie dba o to, czy Benjy mądry czy głupi. O to 

background image

nie dba nikt, tylko białe śmiecie.

Ulica skręcała pod kątem prostym, opadała, stawała się zwykłą wiejską drogą. Po obu stronach 

teren   obniżał   się   coraz   gwałtowniej;   otaczała   ich   teraz   szeroka   płaszczyzna,   usiana   domkami, 
których zniszczone dachy znajdowały się na jednym poziomie z wypukłością drogi. Stały na gołych 
skrawkach  ziemi  wśród potłuczonych  cegieł,  naczyń,  połamanych  desek,  rupieci  posiadających 
niegdyś  wartość użytkową. Zamiast trawy, rosły tam zielska, a z drzew tylko morwy, akacje i 
sykomory, również napiętnowane ową odrażającą suchością otaczającą domy. Pączki tych drzew 
tkwiły jak smutna pozostałość września, jakby nawet wiosna je ominęła każąc im czerpać pokarm 
jedynie z silnej, specyficznej woni Murzynów, wśród której wzrastały.

Od drzwi pozdrawiano mijających, zwykle zwracając się do Dilsey:
— Siostro Gibson! Jak zdrowie?
— Zdrowie mi dopisuje. A tobie?
— Mnie również.
Wynurzali się z chat i po ciemniejących groblach wdrapywali na drogę — mężczyźni poważni, 

ciemnobrązowi lub czarni, ze złotymi łańcuszkami od zegarków, niekiedy z laską, młode chłopaki 
w tanich jaskrawych granatach lub ubraniach w prążki, w wyzywających kapeluszach; kobiety 
nieco sztucznie cedzące słowa; dzieci, w używanych ubrankach po białych dzieciach, spoglądały na 
Bena ukradkiem niby nocne zwierzątka.

— Założę się, że nie podejdziesz, żeby go dotknąć.
— A dlaczego?
— Założę się, że nie dotkniesz. Na pewno byś się bała.
— On nikomu nie zrobi krzywdy. On jest wariat.
— A skąd wiesz, że wariat nie zrobi nikomu krzywdy?
— Ten nie zrobi. Ja już go dotknęłam.
— Ale założę się, że dzisiaj nie.
— Bo panna Dilsey patrzy.
— I tak byś się bała.
— On nikomu nie robi krzywdy. On jest wariat.
Starsi z powagą zwracali się do Dilsey, lecz ona pozwalała Frony odpowiadać, chyba że pytający 

byli już bardzo starzy.

— Mama trochę dziś słabuje.
— To źle. Ale wielebny Shegog ją wyleczy. On da jej pociechę i ujmie ciężaru.
Droga podniosła się znowu i ukazał się widok niby malowana dekoracja teatralna. Droga, cięcie w 

czerwonej glinie, ukoronowana dębami kończyła się nagle jak zerwana wstążka. Koło niej wznosił 
rozchwierutaną wieżyczkę zniszczony kościółek, całkiem jak malowany, a widok ten był tak płaski 
i pozbawiony perspektywy jak pomalowana tektura osadzona na samym skraju płaskiej ziemi na tle 
wietrznej słoneczności przestrzeni i kwietnia, i przedpołudnia wypełnionego graniem dzwonów. 
Ludzie tłoczyli się ku kościołowi z poważną niedzielną rozwagą. Kobiety i dzieci wchodziły do 
środka, mężczyźni zatrzymywali się na zewnątrz i rozmawiali w spokojnych gromadkach, póki 

background image

dzwon nie przestał bić. Wówczas i oni weszli.

Kościół   udekorowany   był   mizernym   kwieciem   z   kolorowej   bibułki.   Nad   kazalnicą   wisiał 

zdezelowany dzwonek bożonarodzeniowy, taki harmonijkowaty, co się czasem zapada. Kazalnica 
stała pusta, mimo że już się zebrał chór, a jego członkowie wachlowali się, choć wcale nie było 
gorąco.

Większość kobiet zgromadziła się po jednej stronie kościoła. Rozmawiały. Wtem dzwon uderzył 

jeden   raz   i   wszystkie   rozpierzchły   się   na   swoje   miejsca;   przez   chwilę   wierni   siedzieli   w 
oczekiwaniu.   Dzwon   uderzył   ponownie,   jeden   raz.   Chór   powstał   i   zaczął   śpiewać,   a   wszyscy 
zebrani obrócili, jak jeden mąż, głowy, kiedy sześcioro małych dzieci — cztery dziewczynki z 
ciasno splecionymi warkoczykami zdobnymi w kokardki ze skrawków materiału i dwaj chłopcy o 
krótko przystrzyżonych włosach — weszło i przemaszerowało nawą, w uprzęży z białych wstążek i 
kwiatów, a za nimi dwóch mężczyzn jeden za drugim. Drugi z mężczyzn był ogromny, koloru 
mlecznej kawy, wspaniały, w surducie i białej muszce. Głowę miał władczą i godną, podbródek 
układał mu się nad kołnierzykiem w grube fałdy. Ale oni go znali, toteż głowy pozostały w dalszym 
ciągu odwrócone, choć przeszedł, lecz dopiero, gdy chór skończył śpiewać, zdali sobie sprawę, że 
kaznodzieja już się zjawił, a kiedy ujrzeli, że ten człowiek, który poprzedzał ich duszpasterza, 
wszedł na kazalnicę, również przed nim, rozległ się jakiś nieokreślony odgłos, westchnienie, jakby 
wyraz zdumienia i rozczarowania.

Przybysz był malutki, ubrany w wyświechtaną alpakową marynarkę Miał pomarszczoną czarną 

twarz jak stara małpka. I przez cały czas, kiedy chór podjął znowu pieśń i kiedy sześcioro dzieci 
powstało, i zaczęło śpiewać cienkim, przerażonym, niemelodyjnym szeptem, zebrani przyglądali się 
z   zakłopotaniem   niepozornemu   człowieczkowi,   jeszcze   mniejszemu   i   pospolitszemu   przy 
imponującej okazałości ich duszpasterza. Patrzyli na niego w dalszym ciągu z zakłopotaniem i 
niedowierzaniem, kiedy ich pastor wstał i przedstawił przybysza głębokim, pełnym namaszczenia 
głosem, co jeszcze bardziej podkreślało niepozorność ich gościa.

— I że toto przywieźli tyli kawał drogi, aż z Saint Louis! — westchnęła Frony.
— Widziałam już, jak Pan obierał sobie osobliwsze narzędzia — odpowiedziała Dilsey. — Cichaj 

teraz — zwróciła się do Bena. — Już się szykują, zarutko będą śpiewać.

Kiedy przybysz powstał i przemówił, głos jego zabrzmiał jak głos człowieka białego. Był chłodny i 

wyważony.  Wydawał   się   zbyt   potężny  na   tą   postać,   toteż   z   początku   przysłuchiwali   mu   się   z 
ciekawością, jak gadającej małpie. Potem zaczęli nań patrzeć jak na linoskoczka. Zapomnieli o jego 
niepozornej   powierzchowności   wobec   wirtuozostwa,   z   jakim   wznosił   się,   utrzymywał   w 
równowadze   i  opadał  na  zimny,  niemodulowany  drut  swego  głosu,  a   kiedy wreszcie   płynnym 
ześlizgiem zsunął się ponownie w bezruch, gdy wsparłszy się ręką o pulpit na wysokości ramienia, 
unieruchomił swe małpie ciało niby mumię lub próżne naczynie, zebrani westchnęli, jak obudzeni z 
zespołowego snu i poruszyli się lekko na swoich siedzeniach. Za kazalnicą chór wachlował się 
nieustannie. Dilsey szepnęła:

— Cichaj no. Szykują się, żeby za chwilę zaśpiewać.
Potem rozległ się głos: — O, bracia moi!
Kaznodzieja nie poruszył się. Ręka jego leżała dalej na pulpicie i kiedy głos zamierał w donośnych 

echach pośród ścian, drobny człowieczek zachowywał w dalszym ciągu niezmienioną postawę. 

background image

Lecz ten głos był teraz tak odmienny od poprzedniego jak dzień od nocy, miał w sobie jakąś smutną 
dźwięczność altowego sakshornu, zapadał w ich serca i przemawiał w nich ponownie, kiedy już 
umilkł w cichnących zespolonych echach.

— Bracia moi i siostry — rozległ się znowu głos. Kaznodzieja zdjął rękę i zaczął chodzić przed 

pulpitem tam i z powrotem założywszy dłonie na plecach — niepozorna postać pochylona nad samą 
sobą jak ktoś od dawna zasklepiony w zmaganiach z nieubłaganą ziemią. — Oto posiadłem pamięć 
na   krew   Baranka.   —   Stąpał   miarowo   tam   i   z   powrotem   popod   skręconą   bibułką   i 
bożonarodzeniowym   dzwonkiem,   przygarbiony,   z   rękami   założonymi   z   tyłu.   Był   jak   odłamek 
zwietrzałej skały pochłanianej kolejnymi falami głosu. Wydawało się, że tym swoim ciałem karmi 
głos, który niczym demon wgryza się w niego zębami. I wydawało się, że wierni widzą na własne 
oczy, jak ten głos go pożera, aż wreszcie ów człowiek stał się niczym i oni stali się niczym, i nie 
było już nawet głosu, a zamiast tego serca ich przemawiały jedno do drugiego śpiewnym rytmem, 
co zbył się potrzeby słów, toteż kiedy kaznodzieja znieruchomiał znowu za pulpitem z uniesioną w 
górę małpią twarzą w świetlistej i udręczonej postawie krzyża, co przemieniła nędzę, niepozorność 
jego postaci i pozbawiła je znaczenia, cały tłum wydał cichy jęk i rozległ się pojedynczy kobiecy 
sopran:

— Tak, o Jezu!
W miarę jak upływający dzień przesuwał się nad ich głowami, zmatowiałe okna to rozżarzały się, 

to znowu bladły w upiornym przemijaniu. Drogą przejechał samochód, zawarczał z wysiłkiem w 
piasku, potem ucichł w dali. Dilsey siedziała sztywno wyprostowana, trzymając dłoń na kolanie 
Bena. Dwie łzy spływały po jej zapadłej twarzy skrząc się w nieprzeliczonych bruzdach wyrzeczeń, 
poświęceń, czasu.

— Bracia moi! — zaczął kaznodzieja ochrypłym szeptem, nieruchomy.
— Tak, o, Jezu — odezwał się kobiecy głos, przyciszony teraz.
— Bracia i siostry — głos jego zabrzmiał znowu, a w nim ton sakshornu. Zdjął rękę z kazalnicy, 

stał wyprostowany, wzniósł w górę dłonie. — Oto posiadłem pamięć na krew Baranka. — Nie 
zauważyli nawet, w którym momencie jego intonacja i wymowa stały się murzyńskie, siedzieli 
tylko kołysząc się lekko w krzesłach, kiedy ów głos zagarniał ich ku sobie.

— Podczas długich, zimnych... Powiadam wam, o, bracia, podczas długich, zimnych... ujrzałem 

światło   i,   biedny   grzesznik,   ujrzałem   słowo.   Przeminęły   w   Egipcie   rozpędzone   rydwany, 
przeminęły pokolenia. Był człowiek bogaty: gdzie on teraz, o, bracia? Był człowiek ubogi: gdzie on 
teraz, o, siostry? Powiadam wam, jeśliście nie posiedli mleka i rosy dawnego zbawienia podczas 
długich, zimnych lat, co przemijają!

— Tak, o, Jezu!
— Powiadam wam, bracia, i powiadam wam, siostry, nadejdzie na nich czas. Biedny grzesznik 

mówi: Pozwól mi spocząć w Panu, pozwól mi złożyć brzemię moich win. I co na to Jezus, o, 
bracia? O, siostry? Czy posiedliście pamięć na krew Baranka? A jeśli nie będę mógł złożyć w 
niebiesiech brzemienia moich win!

Poszperał w marynarce, wyciągnął chustkę i otarł twarz. Niski zgodny szmer podniósł się wśród 

zebranych: — Mmmmmmmmmm! — Kobiecy głos powiedział: — Tak, o Jezu, o, Jezu!

— Bracia. Spójrzcie na te dzieciny, co tam siedzą. Jezus był kiedyś taki samiuśki. Jego mamusia 

background image

cierpiała chwałę i ból. Może kiedyś trzymała go o zmierzchu, kiedy aniołowie śpiewali mu do snu: 
może wyjrzała przez drzwi i zobaczyła przechodzących rzymskich policjantów. — Kroczył tam i z 
powrotem ocierając twarz. — Słuchajcie, bracia! Widzę ten dzień. Maria siedzi we drzwiach z 
Jezusem   na   kolanach,   z   małym   Jezuskiem.   Jak   te   dzieci   tutaj,   taki   mały  Jezusek.   Słyszę,   jak 
aniołowie śpiewają pieśni pokoju i chwały: widzę zamykające się oczka; widzę, jak Maria się 
podrywa, zobaczyła twarz żołnierza: „Zabijemy go! Zabijemy! Zabijemy twojego małego Jezuska!” 
Słyszę płacz i zawodzenie tej biednej mamusi, co nie miała zbawienia i słowa Bożego!

— Mmmmmmmmmmmmmmmmmmm! Jezus! Mały Jezus! — i nagle inny głos:
— Widzę, o, Jezu, widzę! — I jeszcze jeden, bez słów, niczym bańki powstające na wodzie.
— Widzę to, bracia! Widzę! Widzę ten straszny, oślepiający obraz! Widzę Kalwarię i jej święte 

drzewa,   widzę   złodzieja   i   mordercę,   widzę   wszystko,   wszyściutko;   słyszę   mądrzenia   się   i 
przechwałki:   „Jeśli   tyś   jest   Jezus,   podnieś   te   oto   drzewo   i   idź!”   Słyszę   zawodzenia   kobiet   i 
wieczorne lamenty; słyszę płacz i wołanie, i odwróconą twarz Boga: „Uczynili to, zabili Jezusa: 
uczynili to, zabili mi Syna!”

— Mmmmmmmmmmmmm. Jezu! Widzę, o, Jezu!
— O, ślepy grzeszniku! Powiadam wam, bracia; powiadam wam, siostry, kiedy Bóg odwraca swą 

możną   twarz,   mówcie:   „Niech   brzemię   moich   grzechów   nie   będzie   za   wielkie!”   Widzę,   jak 
owdowiały Bóg zamyka swoje drzwi: widzę, jak toczy się żarłoczna fala powodzi, widzę ciemność 
i wieczystą śmierć idącą na pokolenia. I spójrzcie, bracia! Bracia moi! Co ja widzę? Co widzę, 
grzeszniku? Widzę zmartwychwstanie i światłość; widzę dobrotliwego Jezusa, który mówi: „Zabili 
mnie, abyś ty mógł znowu żyć; umarłem, aby ci, co widzą i wierzą, nigdy nie umarli.” Bracia, o, 
bracia!   Widzę   koniec   świata,   słyszę   złociste   trąby   oznajmiające   chwałę   i   oglądam 
zmartwychpowstałych, co posiedli pamięć na krew Baranka!

Pośród   tych   głosów   i   wyciągniętych   rąk   siedział   Ben   jak   wniebowzięty   ze   swym   słodkim 

błękitnym spojrzeniem. Dilsey, sztywno wyprostowana obok niego, płakała surowo i spokojnie w 
harcie i krwi pamiętanego Baranka.

Kiedy wracali w jasne popołudnie piaszczystą drogą wśród rozchodzących się grupami wiernych 

rozmawiających swobodnie, płakała w dalszym ciągu, nie bacząc na rozmowy.

— Ten umie kazać, człowieku! Z początku niewiele byś za niego dał, ale potem!
— Widział potęgę i chwałę.
— Pewno, że widział. Oko w oko.
Dilsey nie wydała głosu, twarz jej nie drżała, gdy łzy obierały swoje zapadłe i pokrętne drogi, szła 

z podniesioną głową nie czyniąc najmniejszego nawet wysiłku, by je osuszyć.

— Przestań, mamo! — szepnęła Frony. — Ludzie patrzą. Niedługo zaczniemy mijać białych.
— Widziałam pierwsze i ostatnie — odparła Dilsey. — Daj mi pokój.
— Pierwsze i ostatnie co? — spytała Frony.
— Daj spokój — powiedziała Dilsey. — Oglądałam początek, teraz oglądam koniec.
Ale nim doszli do ulicy, stanęła, uniosła spódnice i osuszyła oczy rąbkiem górnej halki. Potem 

ruszyli dalej. Ben szedł powłócząc nogami koło Dilsey zagapiony na Lustera, który błaznował 
przed nimi, z parasolem w dłoni, w nowym słomkowym kapeluszu przekrzywionym wyzywająco w 

background image

słońcu,   wielki   głupawy   pies   wpatrzony   w   małego   i   sprytnego   kolegę.   Doszli   do   wejścia. 
Natychmiast za bramą Ben zaczął znowu kwilić i przez chwilę cała grupa spoglądała przez podjazd 
na kanciasty, proszący się farby dom z rozchwierutanym gankiem.

— Co tam się dzisiaj dzieje? — spytała Frony. — Bo pewnikiem coś się dzieje.
— Nic — odparła Dilsey. — Pilnuj swoich spraw i zostaw białym ich sprawy.
— Coś się dzieje — powtórzyła Frony. — Słyszałam go od samego rana. Ale to nie mój interes.
— A ja wiem, co — powiedział Luster.
— Więcej wiesz, niż ci potrzeba — oświadczyła Dilsey. — Nie słyszałeś, jak Frony mówiła przed 

chwilą, że to nie twój interes? Zabierz Bena za dom i żeby był cicho, póki nie nastawię obiadu.

— Ja wiem, gdzie jest panienka Quentin — powiedział Luster.
— To wiedz. Zarutko jak Quentin będzie potrzebowała twojej rady, dam ci znać — obruszyła się 

Dilsey. — Teraz idźcie i bawcie się za domem.

— Nianiusia wie, co się będzie działo, jak oni zaczną walić w tę piłkę!
— Jeszcze nie zaczną. Do tego czasu T.P. wróci i zabierze go na przejażdżkę. Dawaj mi ten nowy 

kapelusz.

Luster oddał jej kapelusz i poszedł z Benem przez podwórze. Ben w dalszym ciągu kwilił, lecz nie 

głośno. Dilsey i  Frony weszły  do chaty.   Po chwili  Dilsey wynurzyła  się,  znowu w   spłowiałej 
perkalowej sukni, i weszła do kuchni. Ogień wygasł. W domu panowała cisza. Murzynka włożyła 
fartuch i weszła na górę. Znikąd żadnego dźwięku. Pokój Quentin wyglądał tak, jak go zostawiły. 
Weszła, podniosła bieliznę, włożyła pończochę z powrotem do szuflady i zasunęła ją. Drzwi pani 
Compson były zamknięte. Dilsey stała chwilę pod progiem nasłuchując. Potem otworzyła i weszła, 
weszła w gęsty odór kamfory. Zasłony były zaciągnięte, w pokoju panował półmrok okrywający i 
łóżko, toteż Dilsey w pierwszej chwili sądziła, iż pani Compson zasnęła i już miała zamknąć drzwi, 
kiedy leżąca przemówiła.

— No? — spytała — O co chodzi?
— To ja — powiedziała Dilsey. — Potrzeba czegoś panience?
Pani Compson milczała. Po chwili spytała nie poruszając głową: — Gdzie Jazon?
— Jeszcze nie wrócił. Czego panience trzeba?
Pani Compson milczała. Podobnie jak wiele ludzi zimnych i słabych, kiedy stanęła wreszcie wobec 

nieodwracalnego nieszczęścia, ekshumowała skądś coś w rodzaju męstwa i siły. W jej przypadku 
była to niewzruszona pewność co do jednej jeszcze nie wyjaśnionej sprawy.

— Cóż — powiedziała wreszcie. — Czyś już znalazła?
— Co takiego? O czym panienka mówi?
— O liście. Powinna mieć przynajmniej tyle przyzwoitości, żeby zostawić list. Nawet Quentin go 

zostawił.

— Co też panienka gada! Nie wie panienka, że jej nic nie jest? Jeszcze przed zmrokiem wejdzie 

przez te tutaj drzwi.

— Bzdura — oświadczyła pani Compson.— Ona to ma we krwi. Jaki wuj, taka siostrzenica. Albo 

jaka matka. Nie wiem, co gorsze i już mi chyba wszystko jedno.

background image

— I po co gadać takie rzeczy? Dlaczego miałaby to zrobić?
— Nie wiem. A dlaczego zrobił to Quentin? Na Boga, powiedz mi, jaki powód miał Quentin? 

Chyba nie tylko to, żeby mnie upokorzyć i zranić. Przecież Bóg, kimkolwiek jest, nie pozwoliłby na 
to. Jestem damą. Można by w to nie uwierzyć sądząc po moich dzieciach, ale jestem damą.

— Niech panienka tylko zaczeka — uspokajała ją Dilsey. — Wieczorem Quentin na pewno zaśnie 

we własnym łóżku. — Pani Compson nie odpowiedziała. Na czole trzymała przesyconą kamforą 
chustkę. W nogach jej łóżka leżał czarny szlafrok. Dilsey stała z ręką na klamce.

— No? — spytała pani Compson. — Czego chcesz? Czy masz zamiar przygotować jakiś obiad dla 

Jazona i Benjamina, czy nie?

— Jazon jeszcze nie wrócił — wyjaśniła i Dilsey. — Zarutko się wezmę za obiad. Na pewno 

panience nic nie trzeba? Worek jeszcze gorący?

— Możesz mi podać moją Biblię.
— Toć ją panience dałam przed wyjściem.
— Położyłaś ją na brzegu łóżka. Jak myślisz, długo mogła tam leżeć?
Dilsey podeszła do łóżka, pomacała w ciemności pod jego krawędzią i znalazła Biblię leżącą 

grzbietem   do   góry.   Wygładziła   pogięte   kartki   i   położyła   książkę   z   powrotem   na   łóżku.   Pani 
Compson   nie   otworzyła   oczu.   Włosy   miała   tego   samego   koloru   co   poduszka,   pod   kwefem 
przesiąkniętego lekarstwem płótna wyglądała jak stara, rozmodlona zakonnica. — Nie kładź jej tam 
znowu — powiedziała nie otwierając oczu. — Tam położyłaś ją poprzednio. Czy chcesz, żebym 
musiała wstawać z łóżka i podnosić ją?

Dilsey sięgnęła ponad leżącą i położyła Biblię na szerszej płaszczyźnie łóżka. — Za ciemno tu 

przecie na czytanie — oświadczyła. — Chce panienka, żebym trochę odsłoniła okno?

— Nie, zostaw tak jak jest. Idź i przygotuj Jazonowi coś do jedzenia.
Dilsey wyszła. Zamknęła drzwi i wróciła do kuchni. Piec był niemal zimny. Kiedy tak nad nim 

stała, zegar nad kredensem wybił dziesięć uderzeń. — Pierwsza — powiedziała głośno. — Jazon 
nie wraca. Widziałam pierwsze i ostatnie — mówiła spoglądając na zimny piec. — Widziałam 
pierwsze i ostatnie. — Postawiła na stole jakieś zimne jedzenie. Krzątając się po kuchni zaczęła 
śpiewać hymn. Znała melodię, ale umiała tylko dwie pierwsze linijki tekstu. Przygotowała posiłek, 
zawołała od drzwi Lustera, który po chwili wszedł z Benem. Ben ciągle jęczał cicho, jakby do 
samego siebie.

— Cięgiem to samo i to samo — wyjaśnił Luster.
— Chodźcie i jedzcie — powiedziała Dilsey. — Jazon nie przychodzi na obiad. — Zasiedli do 

stołu. Ben potrafił całkiem nieźle dawać sobie radę z jedzeniem w kawałkach, ale Dilsey, mimo iż 
stało   przed   nim   zimne   mięso,   zawiązała   mu   i   teraz   serwetkę   pod   brodą.  Ben   i   Luster   jedli. 
Murzynka krzątała się po kuchni śpiewając dwie zapamiętane linijki hymnu. — Wszyscy możecie 
już jeść — oznajmiła. — Jazon nie wraca do domu.

Znajdował się w tym momencie o dwadzieścia mil od nich. Po wyjściu z domu pojechał szybko do 

miasta,   wyprzedzając   leniwe   grupki   niedzielnych   przechodniów   i   apodyktyczne   dzwony   w 
rozbitym   powietrzu.   Przejechał   przez   pusty  skwer,   skręcił   w   wąską   uliczkę,   która   nawet   teraz 
zaskakiwała swą ciszą, stanął przed drewnianym domem i ruszył wysadzoną kwiatami dróżką do 

background image

ganku.

Za   drzwiami   z   siatki   rozmawiali   ludzie.   Kiedy   podnosił   rękę,   by   zapukać,   usłyszał   kroki, 

wstrzymał więc dłoń i zaczekał, aż wielki mężczyzna w czarnych spodniach z sukna i białej koszuli 
ze   sztywnym   gorsem,   lecz   bez   kołnierzyka,   otworzy   mu   drzwi.   Mężczyzna   miał   mocno 
rozwichrzone stalowosiwe włosy i szare oczy okrągłe i błyszczące jak oczy chłopca. Uścisnął rękę 
Jazona i wprowadził gościa do pokoju wciąż potrząsając jego dłonią.

— Chodźże! — powtarzał. — Chodź do środka.
— Możesz już jechać? — zapytał Jazon.
— Wchodź do środka — mówił tamten wpychając go za łokieć do pokoju, w którym siedzieli 

kobieta i mężczyzna. — Znasz chyba męża Myrtle, co? Vernon, to jest Jazon Compson.

— Tak — skinął głową Jazon. Nie spojrzał nawet na siedzącego, który, gdy szeryf wysunął krzesło 

na środek pokoju, powiedział:

— Wyjdziemy, żebyście mogli pogadać. Chodź, Myrtle.
—   Nie,   nie   —   zaprotestował   szeryf.   —   Siedźcie,   gdzie   siedzicie.   Mam   nadzieję,   że   to   nic 

poważnego, Jazon? Usiądź.

— Powiem ci po drodze — odparł Jazon. — Bierz marynarkę i kapelusz.
— Wyjdziemy. — Tamten wstał.
— Siedźcie, gdzie siedzicie — powtórzył szeryf. — Pójdę z Jazonem na ganek.
— Bierz marynarkę i kapelusz — nalegał Jazon. — Oni mają już dwanaście godzin przewagi. — 

Szeryf   wyprowadził   go   z   powrotem   na   ganek.   Zagadnął   go   jakiś   przechodzący   mężczyzna   z 
kobietą. Odpowiedział im jowialnym, kwiecistym gestem. Dzwony biły w dalszym ciągu od strony 
dzielnicy zwanej Murzyńską Doliną. — Bierz kapelusz, szeryfie — nalegał Jazon. Szeryf przysunął 
dwa krzesła.

— Siadaj i mów, w czym kłopot.
—   Powiedziałem   ci   już   przez   telefon   —   Jazon   stał   w   dalszym   ciągu.   —   Zrobiłem   to,   żeby 

oszczędzić czasu. Czy mam się zwrócić do władz, by cię zmuszono do wykonaniu obowiązku, 
który przysiągłeś spełniać?

— Siadaj i mów wszystko — powtórzył szeryf. — Z całą pewnością zajmę się twoją sprawą.
— Zajmiesz się! — drwił Jazon. — Czy to nazywasz zajęciem się moją sprawą?
—   Ty   nas   wstrzymujesz,   nie   ja   —   wzruszył   ramionami   szeryf.   —   Siadaj   i   opowiedz   mi   o 

wszystkim.

Jazon zaczął mówić, a jego bezsiła i poczucie krzywdy karmiły się dźwiękiem słów, toteż po 

pewnym czasie zapomniał o pośpiechu w gwałtownym przypływie gniewu i samousprawiedliwień. 
Szeryf przyglądał mu się spokojnie zimnymi, błyszczącymi oczyma.

— Ale nie masz pewności, że to oni — powiedział. — Tak tylko sądzisz.
— Nie mam pewności? — zdumiał się Jazon. — Przez dwa cholerne dni goniłem ją po bocznych 

uliczkach i starałem się odciągnąć od faceta, zapowiedziałem, co zrobię, jeśli ją kiedykolwiek z nim 
przyłapię, a twoim zdaniem nie mam pewności, że ta mała dzi...

— Dosyć — przerwał szeryf. — Wystarczy. Dosyć już tego. — Spoglądał na przeciwną stronę 

background image

ulicy trzymając ręce w kieszeniach.

— I kiedy przychodzę do ciebie, przedstawiciela i wykonawcy prawa...
— Ta trupa jest w tym tygodniu w Mottson — powiedział szeryf.
—  Wiem   —   potwierdził   Jazon.   —   I   gdybym   mógł   znaleźć   przedstawiciela   prawa,   który   nie 

gwizdałby na obowiązek ochrony tych, co go wybrali na urząd, to już bym tam był! — Powtórzył 
całą historię w cierpkim skrócie, jakby własna wściekłość i bezradność sprawiały mu wyraźną 
przyjemność. Wydawało się, że szeryf w ogóle go nie słucha.

— Jazon — powiedział. — A po co ci było trzymać trzy tysiące dolarów w domu!
— Co? — zapytał Jazon. — Gdzie trzymam moje pieniądze, to moja sprawa. Twoją sprawą jest 

pomóc mi je odzyskać.

— Czy twoja matka wiedziała, że trzymasz tyle pieniędzy u siebie?
— Słuchaj — powiedział Jazon. — W moim domu dokonano rabunku. Znam sprawców i wiem, 

gdzie oni są. Przyszedłem do ciebie jako przedstawiciela i wykonawcy prawa i pytam jeszcze raz: 
czy masz zamiar ruszyć palcem, żeby odebrać moje pieniądze, czy nie?

— Co chcesz zrobić z tą dziewczyną, jak ich złapiesz?
— Nic — odparł Jazon. — Nic a nic. Nie tknę jej nawet. Dziwka, która kosztowała mnie posadę, 

jedyną szansę życiową, jaką kiedykolwiek miałem, dziwka, która zabiła mego Ojca i skraca dni 
mojej Matki, która zrobiła z mego nazwiska pośmiewisko całego miasta! Nic jej nie zrobię. Nic a 
nic.

— Doprowadziłeś dziewczynę do tego, że uciekła — mówił szeryf.
— Nie twoja rzecz, jak układam stosunki w mojej rodzinie. Czy zamierzasz mi pomóc, czy nie?
— Zmusiłeś ją do ucieczki — powtórzył szeryf. — A mam również pewne podejrzenia co do tego, 

czyją własnością są te pieniądze, chociaż wątpię, żebym mógł kiedykolwiek dojść prawdy.

Jazon stał mnąc powoli w rękach rondo kapelusza. — Nic zamierzasz nic zrobić, żeby ich złapać? 

— zapytał spokojnie.

— To nie do mnie należy, Jazon. Gdybyś przedstawił jakikolwiek dowód rzeczowy, musiałbym 

działać. Ale tak bez dowodu, nie sądzę, żeby ta sprawa należała do mnie.

— Taka jest twoja odpowiedź, co? Zastanów się porządnie.
— Tak, Jazon.
— Dobrze — powiedział Jazon. Włożył kapelusz. — Pożałujesz tego. Dam sobie radę. — Zeszedł 

po schodkach, wsiadł do samochodu i zapuścił motor. Szeryf patrzył, jak rusza, zakręca i mija dom 
jadąc szybko w kierunku miasta.

Dzwony rozdzwoniły się znowu wysoko w przesuwającym się blasku słońca — jasne bezładne 

strzępy dźwięków. Zatrzymał się przy stacji benzynowej, kazał sprawdzić opony i napełnić bak.

— Pan się wybiera na przejażdżkę, co? — zapytał Murzyn. Jazon nie odpowiedział. — Widzi mi 

się, że będzie ładna pogoda.

— Diabła tam ładna! — obruszył się Jazon. — O dwunastej będzie lało jak z cebra! — Spojrzał na 

niebo, myśląc o deszczu, o śliskich gliniastych drogach, o tym, jak ugrzęźnie gdzieś z dala od 
miasta.   Myślał   z   niejakim   triumfem,   że   nie   będzie   jadł   obiadu,   że   jeśli   wyjedzie   natychmiast 

background image

ulegając wewnętrznemu nakazowi pośpiechu, znajdzie się w samo południe daleko od obu miast. 
Wydawało mu się, że przez to właśnie okoliczności dają mu jakąś szansę, więc zwrócił się do 
Murzyna:

— Co tam robisz, u diabła? Czy ci płacą za to, żebyś przetrzymywał samochód tak długo, jak 

możesz?

— Koło siadło — tłumaczył Murzyn.
— Wobec tego idź do diabła i dawaj mi tę pompkę!
— Gotowe — Murzyn podniósł się. — Może pan jechać.
Jazon wsiadł, zapuścił motor i ruszył. Wrzucił drugi bieg, maszyna krztusiła się i dławiła, a on ją 

popędzał dusząc pedał gazu, gwałtownie wyszarpując i wciskając ssanie. „Będzie padać — mówił 
sobie. — Dojadą do połowy drogi i lunie jak diabli.” I wyjechał tak z dźwięku dzwonów i z miasta, 
wyobrażając sobie, jak grzęźnie w błocie i szuka zaprzęgu. „A każdy z tych durni będzie siedział 
akurat   w   kościele”.   Wyobrażał   sobie,   jak   wreszcie   znajdzie   kościół   i   bierze   jakiś   zaprzęg   i 
właściciel wychodzi, zaczyna na niego krzyczeć, i jak on wtedy powala go uderzeniem. „Jestem 
Jazon   Compson.   Spróbuj   mnie   zatrzymać.   Spróbujcie   tylko   wybrać   na   urząd   człowieka,   który 
zdołałby mnie zatrzymać”, mówił, wyobrażając sobie, jak wchodzi do gmachu sądu z oddziałem 
żołnierzy i wywleka stamtąd szeryfa. „Wydaje mu się, że może siedzieć z założonymi rękami i 
patrzeć, jak tracę posadę. Ja mu pokażę posadę!” O swojej siostrzenicy nie myślał wcale ani o 
bezwzględnej wartości tych pieniędzy. Ani jedno, ani drugie nie było dla niego realne, konkretne od 
dziesięciu   lat:   obie   rzeczy   symbolizowały   tylko   ową   posadę   w   banku,   której   go   pozbawiano, 
jeszcze nim ją otrzymał.

Powietrze było rześkie, ruchliwe plamy cienia też takie same i wydawało się Jazonowi, że sam fakt 

rozpogodzenia się dnia to jeszcze jedno chytre pociągnięcie nieprzyjaciela, nowa bitwa, do której 
on zmierza ze starymi ranami. Od czasu do czasu mijał kościoły, nie malowane drewniane budowle 
z wieżyczkami z blachy, wokół stały spętane konie w zaprzęgach i stare samochody i wydawało się 
Jazonowi, że każdy z tych kościołów to placówka, gdzie tylne straże odwracają się, by go obrzucić 
przelotnym   spojrzeniem.  „I ciebie  też  niech  diabli  wezmą  —  mruczał.  —  Spróbuj   mnie  tylko 
zatrzymać!” i myślał o sobie, wyobrażał sobie swój oddział żołnierzy prowadzący zakutego w 
kajdany szeryfa, ściągający, jeśli zajdzie potrzeba, Wszechwładnego z jego tronu; o ustawionych w 
bojowym   szyku   zastępach   piekieł   i   niebios,   przez   które   będzie   przerąbywał   sobie   drogę,   by 
wreszcie położyć ręce na uciekającej siostrzenicy.

Wiatr wiał z południowego wschodu i dął ustawicznie w policzek jadącego. Czuł jego uderzenie 

przedłużające się, przenikające mu do głowy poprzez czaszkę i wtem dobrze znane przeczucie 
kazało mu zahamować gwałtownie i usiąść bez najmniejszego ruchu. Potem podniósł dłoń do szyi i 
zaczął kląć i siedział tak, klnąc ochrypłym szeptem. Kiedy bywa zmuszony do dłuższej jazdy, 
zabezpieczał się chustką przesiąkniętą kamforą, którą zawiązywał sobie wokół szyi po wyjeździe z 
miasta, by wdychać w ten sposób jej zapach, wysiadł więc teraz i podniósł poduszkę siedzenia 
sprawdzając, czy przypadkiem nie leży tam taka ochronna szmatka. Zajrzał pod obydwa siedzenia i 
znowu   stał   przez   chwilę,   klnąc,   zrozumiawszy,   jak   z   niego   zakpiło   własne   poczucie   triumfu. 
Zamknął oczy i oparł się o drzwiczki. Może wrócić i zabrać zapomnianą kamforę albo jechać dalej. 
W obu wypadkach głowa będzie mu pękać, tyle że w domu z pewnością znajdzie kamforę w 

background image

niedzielę, a w drodze to niepewne. Ale jeśli wróci, dojedzie do Mottson o półtorej godziny później. 
— Może uda mi się jechać wolno — powiedział. — Może uda mi się jechać wolno i myśleć o 
czymś innym...

Wsiadł i ruszył. „Będę myślał o czymś innym” — postanowił, więc zaczął myśleć o Lorraine. 

Wyobrażał sobie, że jest z nią w łóżku, ale leży tylko koło niej, błagając, by mu pomogła, potem 
znowu myślał o pieniądzach i o tym, że wystrychnęła go na dudka kobieta, dziewczyna. Gdyby 
tylko mógł uwierzyć, że obrabował go mężczyzna, Ale żeby zostać okradzionym z tego, co miało 
mu wynagrodzić utratę posady, z tego, co osiągnął po tylu wysiłkach i po takim ryzyku — żeby 
zostać okradzionym przez symbol tej straty, a co najgorsze, przez taką smarkulę, taką dziwkę. 
Jechał, osłaniając twarz brzegiem kołnierza przed nie słabnącym wiatrem.

Widział niemal, jak przeciwstawne siły, jego wola i przeznaczenie, suną z ogromną szybkością 

przeciwko sobie, ku spotkaniu, które będzie nieodwracalne. Stał się chytry. Nie mogę popełnić 
błędu, powtarzał. Będzie tylko jedno właściwe wyjście bez alternatywy, to właśnie wyjście muszę 
wybrać. Przypuszczał, że oni obydwoje poznają go od pierwszego spojrzenia, podczas gdy on musi 
liczyć na to, że ją zobaczy pierwszą, chyba że ów mężczyzna w dalszym ciągu nosi czerwony 
krawat. I ten właśnie fakt, że jest zależny od czerwonego krawata, wydawał mu się istotą grożącej 
mu klęski; mógł ją niemal wyczuć węchem, wymacać nad pulsowaniem rozsadzającym czaszkę.

Wjechał na ostatnie wzniesienie. W dolinie leżał dym, nad drzewami ukazały się dachy i kilka 

wieżyczek.   Zjechał   ze   wzgórza,   ku   miastu,   zwalniając,   powtarzając   sobie,   że   konieczna   jest 
ostrożność, że najpierw musi się dowiedzieć, gdzie rozbito namiot. Nie najlepiej teraz widział i 
zdawał sobie sprawę, że groźba tej klęski każe mu przede wszystkim szukać miejsca, gdzie znajdzie 
coś na ból głowy. Przy stacji benzynowej powiedziano mu, że namiotu jeszcze nie rozpięto, ale 
wagony trupy stoją przy stacji na bocznym torze. Pojechał w tamtym kierunku.

Dwa wagony pulmanowskie w jaskrawych kolorach stały na torach. Poznał je z samochodu. Starał 

się oddychać płytko, żeby krew nie rozsadzała mu czaszki. Wysiadł i ruszył wzdłuż ściany budynku 
stacyjnego, wpatrując się w wagony. Z okien zwisało kilka sztuk odzieży, wiotkich, pomiętych, 
jakby niedawno wypranych. Na ziemi przed drzwiami jednego z wagonów stały trzy brezentowe 
krzesła. Nie widział jednak żadnego znaku życia, dopóki do drzwi nie podszedł jakiś mężczyzna w 
brudnym fartuchu i nie wylał szerokim gestem miski pomyj; słońce zalśniło na metalowym brzuchu 
miski. Potem mężczyzna wszedł z powrotem do wagonu.

Muszę go zaskoczyć, nim zdąży ich ostrzec, pomyślał. Nie przyszło mu nawet do głowy, że może 

ich   nie   być   w   tym   wagonie.   Byłoby   to   sprzeczne   z   naturą,   sprzeczne   z   całym   rytmem 
dotychczasowych wypadków, gdyby ich tam nie było, gdyby całe rozwiązanie nie zależało od tego, 
czy on ich pierwszy zobaczy, czy też oni — jego. I więcej: on musi ich zobaczyć pierwszy, odebrać 
pieniądze, potem to, co zrobią, nie będzie już dlań miało najmniejszego znaczenia, zaś gdyby się 
stało inaczej, cały świat dowiedziałby się, że on, Jazon Compson, został obrabowany przez Quentin, 
swoją siostrzenicę, dziwkę.

Jeszcze   raz   spenetrował   teren.   Potem   podszedł   do   wagonu,   spokojnie,   cicho   wspiął   się   po 

stopniach   i   stanął   przed   drzwiami.   Kuchenka   była   ciemna,   cuchnąca   zatęchłym   jedzeniem. 
Mężczyzna, biała plama, wyśpiewywał coś drżącym załamującym się tenorem. „Stary, pomyślał 
Jazon, i mniejszy ode mnie”. Wszedł do wagonu, mężczyzna podniósł wzrok.

background image

— Co tam? — zapytał przerywając śpiew.
— Gdzie oni? — spytał Jazon. — Szybko! W wagonie sypialnym?
— Gdzie jest kto? — zdumiał się mężczyzna.
— Nie łżyj! — Jazon sunął dalej po omacku w ciasnocie i ciemności.
— Co to znaczy! — obruszył się mężczyzna. — Kogo nazywasz łgarzem? — A kiedy Jazon 

chwycił go za ramię, wrzasnął: — Uważaj, ty!

— Nie łżyj! — powtórzył Jazon. — Gdzie oni?
—  Ty  łobuzie!   —   krzyknął   mężczyzna.   Jego   ramię   w   uścisku   Jazona   było   cienkie   i   kruche. 

Próbował  się wyrwać,  potem obrócił  się i zaczął  gorączkowo czegoś  szukać z tyłu  na małym 
zagraconym stoliku.

— Mów! — naglił Jazon. — Gdzie oni są?
— Już ja ci powiem, gdzie oni są! — wrzeszczał mężczyzna. — Niech tylko znajdę mój nóż 

kuchenny!

— Spokój. — Jazon próbował go przytrzymać. — Ja cię tylko pytam.
—   Ty   łobuzie!   —   darł   się   stary   grzebiąc   wśród   przedmiotów   na   stole.   Jazon   próbował   go 

przytrzymać obydwoma rękami, obezwładnić wściekłość tej kruszyny. Ten człowiek wydawał się 
taki stary, taki wątły, a jednocześnie taki złowrogi w swoim zapamiętaniu, że Jazon po raz pierwszy 
ujrzał jasno i bez osłonek klęskę, ku której zmierzał.

— Zostaw to — mówił. — No już, no już. Wysiądę. Daj mi chwilę czasu, to wysiądę.
— Mnie nazywać łgarzem! — wył tamten. — Puszczaj! Puść mnie tylko na chwilę, już ja ci 

pokażę.

Jazon rozglądał się wokół dzikim wzrokiem przytrzymując starego. Na dworze było teraz pogodnie 

i   słonecznie,   powietrze   rześkie,   jasne   i   przejrzyste,   i   pomyślał   o   ludziach,   co   wkrótce   będą 
spokojnie   wracać   do   domów   na   niedzielny  obiad,   statecznie   świąteczni,   i   o   sobie   próbującym 
przytrzymać   tego   przeklętego   zajadłego   staruszka,   którego   bał   się   puścić,   bo   sam   mógłby  nie 
zdążyć mu uciec.

— Czy dasz mi spokój na chwilę, żebym zdążył wyjść? — spytał. — Dasz mi spokój? — Ale 

tamten szarpał się w dalszym ciągu, więc Jazon oswobodził jedną rękę i uderzył go w głowę. Był to 
niezdarny,  pośpieszny cios, bynajmniej nie silny, ale stary osunął się natychmiast i potoczył  z 
hałasem   na   podłogę   między   rondle   i   wiadra.   Jazon   stał   nad   nim,   dysząc,   nasłuchując.   Potem 
zawrócił i wybiegł z wagonu. Przy drzwiach opanował się, zeszedł wolniej po stopniach i znowu 
stanął.   Dyszał   głośno  z   chrapliwym:   ha,   ha,   ha,  więc   próbował   się   uspokoić   stojąc   i   rzucając 
spojrzenia to w tę, to w tamtą stronę. Nagle usłyszał za sobą jakieś szuranie, więc obrócił się i 
zobaczył, jak zajadły starzec wyskakuje niezdarnie z korytarzyka wagonu trzymając w wysoko 
uniesionej ręce zardzewiały toporek.

Uchwycił ten toporek, nie czując zdumienia, zdając sobie tylko sprawę, że pada, myśląc: A więc 

tak to się wszystko skończy, przekonany, że za chwilę umrze, a kiedy coś łomotnęło go w tył głowy, 
pomyślał: W jaki sposób on mógł mnie tam dosięgnąć? Może już mnie dawno uderzył, a ja dopiero 
teraz   poczułem,   i   myślał:   Szybko,   szybko.   Skończ   z   tym   wreszcie,   a   potem   zawładnęło   nim 
wściekłe pragnienie, by nie umrzeć, i zaczął się szamotać słysząc, jak starzec klnie i zawodzi 

background image

łamiącym się głosem.

Szamotał się jeszcze, kiedy go podnoszono, ale uspokoił się, przytrzymany.
— Bardzo krwawię? — spytał. — Tam, z tyłu głowy. Czy krwawię? — powtarzał to jeszcze wtedy, 

kiedy czuł, że go ktoś spiesznie odprowadza, słyszał, jak cienki wściekły głos starca zamiera za nim 
w oddali. — Spójrz pan na moją głowę — nalegał Jazon. — Chwileczkę...

— Diabła tam chwileczkę — powiedział człowiek, który go prowadził. — Ten cholerny mały 

szerszeń zabije pana. Idź pan przed siebie. Nie jest pan ranny.

— On mnie uderzył — tłumaczył Jazon. — Czy krwawię?
— Idź pan — powtórzył tamten. Zaprowadził Jazona za węgieł budynku stacyjnego na pusty 

peron, gdzie stał wózek bagażowy, na skrawku ziemi rosła sztywno trawa obrzeżona sztywnymi 
kwiatami i gdzie biegł napis  z  elektrycznych świateł: Miej oko na Mottson, a w pustym miejscu 
było oko ludzkie z elektryczną źrenicą. Mężczyzna puścił go.

— A teraz — powiedział — wynoś się pan i trzymaj stąd z daleka. Czegoś pan chciał? Popełnić 

samobójstwo?

— Szukałem dwojga ludzi — tłumaczył Jazon. — Zapytałem go tylko, gdzie oni są.
— Kogo pan szukał?
— Dziewczyny — odparł Jazon. — I mężczyzny. Wczoraj miał na sobie czerwony krawat. Z tej 

trupy. Obrabowali mnie.

— Aha! To pan! No cóż, tutaj ich nie ma.
— Tak i mnie się zdaje — powiedział Jazon. Oparł się o mur, przyłożył dłoń do potylicy i obejrzał 

rękę.   —   Wydawało   mi   się,   że   krwawię   —   wyjaśnił.   —   Myślałem,   że   on   mnie   uderzył   tym 
toporkiem.

— Uderzył się pan o szyny — tłumaczył mężczyzna. — Idź pan stąd lepiej. Ich tutaj nie ma.
— Tak. On też mówił, że ich nie ma. Myślałem, że kłamie.
— Myślisz pan, że ja też kłamię? — spytał mężczyzna.
— Nie — odparł Jazon. — Wiem, że ich tu nie ma.
— Posłałem ich obydwoje do diabła. Nie pozwolę na coś podobnego w mojej trupie. Prowadzę 

przyzwoite przedsiębiorstwo z przyzwoitymi ludźmi.

— Tak — powiedział Jazon. — Nie wie pan, dokąd pojechali?
— Nie. I nie chcę wiedzieć. Nikt z członków mojej trupy nie może sobie pozwalać na takie kawały. 

Pan jesteś jej... brat?

— Nie — odparł Jazon. — To nie ma znaczenia. Chciałem ich tylko zobaczyć. Jest pan pewien, że 

on mnie nie uderzył? Idzie mi o to, czy nie krwawię?

— Krwawiłbyś pan, gdybym nie przyszedł w porę. Jedź pan stąd teraz. Ten mały drań zabije pana. 

To pański samochód, ten tam?

— Tak.
— No cóż, wsiadaj pan i wracaj do Jefferson. Jeśli ich pan znajdzie, to nie u mnie. Prowadzę 

przyzwoite przedsiębiorstwo. Powiada pan, że go okradli?

— Nie — odpowiedział Jazon. — To nie ma znaczenia. — Podszedł do samochodu i wsiadł. „Co ja 

background image

takiego muszę zrobić?” — pomyślał. Potem sobie przypomniał. Zapuścił motor i pojechał wolno 
ulicą, aż wreszcie znalazł drugstore. Drzwi były zamknięte. Stał przez chwilę z ręką na klamce i 
głową nieco pochyloną. Potem zawrócił i po chwili zapytał przechodzącego człowieka, czy jest 
gdzieś w mieście otwarty drugstore, ale nie było. Potem zapytał, kiedy odchodzi pociąg w kierunku 
północnym, a tamten powiedział, że o wpół do trzeciej. Jazon przeszedł przez chodnik, wsiadł do 
samochodu i siedział. Po chwili nadeszli dwaj Murzyni. Przywołał ich.

— Czy któryś z was umie prowadzić samochód?-
— Tak, psze pana.
— Ile weźmiecie za zawiezienie mnie zaraz do Jefferson?
Spoglądali na siebie nawzajem, coś mamrocząc.
— Dam dolara — powiedział Jazon.
Mamrotali dalej. — Za dolara nie mogę — oznajmił jeden.
— A za ile pojedziesz?
— Możesz jechać? — spytał jeden drugiego.
— Nie da rady — odparł tamten. — Sam go zawieź. Nie masz nic do roboty,
— Akuratnie mam.
— Co byś ty tam miał!
Mamrotali dalej, śmiejąc się.
— Dwa dolary — powiedział Jazon. — Jednemu albo drugiemu.
— Ja też nie dam rady jechać — powiedział pierwszy.
— Dobra — powiedział Jazon. — Wynoście się.
Siedział tak przez pewien czas. Usłyszał, jak zegar wybija pół godziny, potem zaczęli go mijać 

ludzie w świątecznych ubraniach. Niektórzy przechodząc oglądali się na człowieka siedzącego bez 
ruchu   za   kierownicą   małego   samochodu,   omotanego   swym   niewidzialnym   życiem   niby   starą 
pończochą. Po chwili podszedł do niego jakiś Murzyn w kombinezonie.

— Czy to pan jest ten, co ma chęć jechać do Jefferson? — spytał.
— Tak — odparł Jazon. — Ile chcesz?
— Cztery dolary.
— Dam ci dwa.
— Nie pojadą za mniej niż cztery. — Mężczyzna w samochodzie siedział spokojnie. Nie patrzał 

nawet na niego. Murzyn spytał: — Chce pan czy nie?

— Dobrze — powiedział Jazon. — Wsiadaj.
Przesunął  się  i Murzyn   usiadł  za  kierownicą.  Jazon  zamknął  oczy.  Mogę  coś  na  to  dostać  w 

Jefferson, mówił do siebie rozluźniając ciało przy wstrząsach. Mogę tam coś dostać. Jechali dalej 
ulicami, na których ludzie wracali spokojnie do domów na niedzielne obiady, potem wyjechali z 
miasta. Myślał o tym. Nie myślał o domu, gdzie Luster i Ben jedli zimny obiad przy kuchennym 
stole. Coś — nieobecność jakiegoś stałego zła i kryjącej się w nim klęski, groźby — pozwoliło mu 
nie myśleć o Jefferson jako o miejscu, które kiedykolwiek oglądał i w którym musi podjąć życie na 
nowo.

background image

Kiedy Ben i Luster skończyli obiad, Dilsey wysłała ich na dwór.
— I postaraj się, żeby było cicho do czwartej. Wtedy przyjedzie T.P.
— Dobrze — powiedział Luster. Wyszli. Dilsey zjadła obiad i uprzątnęła kuchnię. Potem podeszła 

do schodów i nasłuchiwała, ale nie dobiegł do niej żaden dźwięk. Wróciła przez kuchnię, wyszła na 
dwór i stanęła na kuchennych schodkach. Bena ani Lustera nie było w zasięgu jej wzroku, ale kiedy 
tak stała, usłyszała znowu od drzwi piwnicy ściszony brzdęk, podeszła więc i spojrzała w dół, gdzie 
powtarzała się scena poranna.

— On to tak jakoś robi — tłumaczył Luster. Przyglądał się znieruchomiałej pile z pełnym nadziei 

przygnębieniem. — Nie mam czegoś, co by się nadało do pobijania.

—  I  tutaj  nie   będziesz   szukał  —  oświadczyła  Dilsey.   —  Zabieraj  go  stąd   na  słońce.  Jak  nic 

dostaniecie zapalenia płuc na tej wilgotnej ziemi.

Zaczekała patrząc, jak przechodzą przez podwórze ku kępie cedrów rosnących koło ogrodzenia. 

Potem zawróciła do swojej chaty.

— Żebyś mi tylko nie zaczął — zapowiedział Luster. — Dosyć już miałem z tobą dzisiaj kłopotów. 

— Położył się na hamaku zrobionym z klepek od beczek przeplecionych drutem, ale Ben szedł 
dalej niepewnie i bez celu. Zaczął znowu popłakiwać. — Cichaj! — zawołał Luster. — Aż mnie 
swędzi,   żeby  ci   przylać.   —   Rozłożył   się   na   hamaku.   Ben   znieruchomiał,   ale   Luster   dosłyszał 
kwilenie. — Będziesz cicho czy nie? — Wstał, poszedł za nim i znalazł Bena przykucniętego przed 
małym kopczykiem. W głowach i nogach kopczyka wetknięte były w ziemię puste buteleczki z 
niebieskiego szkła, które kiedyś zawierały truciznę. W jednej tkwiła zwinięta łodyżka bielunia. Ben 
kucał przed kopczykiem wydając powolny, nieartykułowany jęk. Macał wokół siebie niepewnie, 
jęcząc bezustannie, znalazł wreszcie jakąś gałązkę i wetknął ją w drugą butelkę. — Zamkniesz się 
wreszcie? — pytał Luster. — Chcesz mieć prawdziwy powód do jęków? A jak zrobię tak? — 
uklęknął, nagłym ruchem wyrwał butelkę i schował ją za plecami. Ben przestał jęczeć. Spoglądał 
przykucnięty na małe wgłębienie, gdzie przedtem stała butelka, lecz kiedy wciągnął już w płuca 
pełny haust powietrza, Luster podsunął mu ją pod oczy. — Cichaj! — syknął. — Żebyś mi się nie 
ważył ryczeć. Popatrz. Masz ją. Widzisz? Masz. Znowu będziesz ryczał, jak tu zostaniesz. Chodź, 
pójdziemy zobaczyć, czy już zaczęli walić piłkę. — Wziął Bena za rękę, podniósł, podeszli razem 
do   ogrodzenia   i   stali   tak   obok   siebie   wyglądając   poprzez   splątane,   jeszcze   nie   kwitnące 
kapryfolium.

— Tam — powiedział Luster. — Tam jacyś idą. Widzisz?
Patrzyli, jak dwie dwójki poruszają się po torze golfowym, podchodzą do miejsca rozpoczęcia gry i 

uderzają. Ben przyglądał im się, zaśliniony, kwiląc. Kiedy mężczyźni ruszyli dalej, on podążył za 
nimi wzdłuż ogrodzenia, podskakując i jęcząc. Jeden z grających zawołał:

— Hej, caddie. Dawaj tu worek.
— Cichaj, Benjy — powiedział Luster, ale Ben kłusował niezdarnie dalej wzdłuż ogrodzenia, 

zawodząc  ochrypłym   beznadziejnym  głosem.  Mężczyzna  uderzył  piłkę  i  poszedł  naprzód,  Ben 
dotrzymywał   mu   kroku,   aż   do   miejsca,   gdzie   ogrodzenie   skręcało   pod   kątem   prostym,   i   tam 
przywarł do sztachet patrząc, jak grający mijają go, odchodzą.

— Będziesz ty cicho? — wołał Luster. — Uspokoisz się w końcu? — Potrząsnął Bena za ramię. 

Ten przywarł do ogrodzenia zawodząc jednostajnie i ochryple. — Cichaj wreszcie! — wołał Luster. 

background image

— Cichaj! — Ben gapił się przez sztachety. — No, dobrze — powiedział Luster. — Chcesz mieć 
naprawdę o co ryczeć? — Obejrzał się przez ramię ku domowi. Potem szepnął: — Caddy. Teraz 
sobie rycz. Caddy! Caddy! Caddy!

W chwilę później, w rzadkich przerwach między rykami Bena, Luster usłyszał wołanie Dilsey. 

Wziął Bena za ramię i ruszyli do Murzynki przez podwórze.

— Mówiłem, że nie będzie siedział cicho — tłumaczył Luster.
— Ty łotrze! Coś mu zrobił?!
— Anim go tknął. Mówiłem, byle tamci zaczęli grać, to on zaraz w ryk.
— Chodź no tutaj — powiedziała Dilsey. — Cichaj, Benjy, cichaj. — Ale Ben nie chciał ucichnąć. 

Minęli szybko podwórze i weszli do chaty. — Biegaj po kapeć — rozkazała Dilsey. — Tylko żebyś 
nie hałasował i nie przeszkadzał pannie Kahlinie. Jak zapyta, powiedz, że jest tu ze mną. Idź już, to 
jedno chyba potrafisz. — Luster wyszedł. Dilsey podprowadziła Bena do łóżka, przyciągnęła do 
siebie i trzymała go kołysząc, ocierając zaślinione usta rąbkiem sukni. — Cichaj już — mówiła 
głaszcząc go po głowie. — Cichaj. Jesteś z Dilsey. — Ale on ryczał żałośnie, powoli, bez łez; 
poważny beznadziejny dźwięk wyrażający ogrom całego niemego nieszczęścia pod słońcem. Luster 
wrócił niosąc biały satynowy pantofelek ranny. Był już teraz pożółkły, popękany i brudny, ale kiedy 
Ben dostał go do ręki, ucichł na chwilę. W dalszym jednak ciągu kwilił i wkrótce znowu podniósł 
głos.

— Mógłbyś gdzieś znaleźć T.P.? — spytała Dilsey.
— Mówił wczoraj, że pojedzie dziś do Saint John. Miał wrócić o czwartej.
Dilsey kołysała się, gładząc Bena po głowie.
— Tyle czasu, o, Jezu — mówiła. — Tyle czasu!
— Ja mogę go zawieźć powozem, Nianiusiu — powiedział Luster.
— Zabiłbyś siebie i jego — odparła Dilsey. — Ty to robisz z czystej łobuzerki. Wiem, że głupi nie 

jesteś. Ale kto by ci tam zaufał. Cichaj no, cichaj! Cichaj!

— Nic mu nie zrobię — mówił Luster. — Jeżdżę przecie z T.P. — Dilsey kołysała się, trzymając w 

ramionach Bena. — Panna Kahlina powiada, że jak Nianiusia nie da rady go uspokoić, to ona sama 
wstanie i zejdzie na dół.

— Cichaj, kochaneczku — prosiła Dilsey głaszcząc Bena po głowie. — Luster, serce — zwróciła 

się do chłopca. — Czy pomyślisz o swojej starej babci i będziesz prowadził powóz jak należy?

— Tak — przyrzekł Luster. — Będę jechał jak T.P.
Dilsey   kołysząc   się   głaskała   głowę   Bena.   —   Robię,   co   mogę   —   powiedziała.   —   Bóg   mi 

świadkiem. Więc idź i wyprowadź powóz — zwróciła się do chłopca wstając. Luster wyskoczył na 
dwór. Ben trzymał kapeć i płakał. — Cichaj wreszcie. Luster poszedł po powóz i zawiezie cię na 
cmentarz. Nie będę się wystawiać na krzyki i chodzić po twoją czapkę — zdecydowała. Podeszła 
do schowka w kącie izby osłoniętego zwykłym perkalem i wyjęła stamtąd swój miękki kapelusz. — 
Do gorszych rzeczy doszliśmy — powiedziała. — Gdyby to ludzie wiedzieli. Ale tak czy inaczej ty 
jesteś dzieckiem Pana. I ja też będę jego dzieckiem niezadługo, chwała Jezusowi. Masz. — Włożyła 
mu kapelusz na głowę i zapięła kurtkę. Kwilił nieprzerwanie. Zabrała mu kapeć, odłożyła i wyszli 
razem na dwór. Nadjechał Luster starą siwką zaprzęgniętą do rozklekotanego powozika.

background image

— Będziesz uważał, Luster? — pytała.
— Tak, Nianiusiu. — Wsadziła Bena na tylne siedzenie. Przestał już płakać, ale teraz zaczął znowu 

kwilić.

— Względem tego kwiatka — powiedział Luster. — Niech Nianiusia zaczeka, przyniosę jaki.
— Siedź, nie ruszaj się! — zawołała Dilsey. Podeszła i ujęła konia przy pysku. — Teraz leć i 

przynieś. — Luster pobiegł naokoło domu do ogrodu. Po chwili wrócił z jednym narcyzem.

— Złamany — stwierdziła Dilsey. — Nie mogłeś przynieść całego?
— Tylko ten znalazłem — tłumaczył Luster. — Zerwaliście wszystkie w piątek do kościoła. Zaraz 

go wyrychtuję. — I kiedy Dilsey dalej trzymała konia, Luster usztywnił łodyżkę narcyza patykiem i 
dwoma kawałkami sznurka, po czym wręczył kwiat Benowi. Potem wsiadł i ujął lejce. Dilsey 
trzymała konia przy pysku.

— Znasz drogę? — pytała. — Ulicą jak strzelił naokoło skweru, do cmentarza, potem prosto do 

domu.

— Tak, Nianiusiu — odparł Luster. — Bujaj się, Queenie.
— Będziesz jechał ostrożnie?
— Tak. — Dilsey puściła konia.
— Bujaj się, Queenie — powtórzył Luster.
— Zaczekaj! — krzyknęła Dilsey. — Oddawaj ten bat.
— Oj, Nianiusiu!
— Dawaj go zaraz. — Dilsey podeszła do koła. Luster niechętnie podał jej bat.
— Teraz już żadną miarą nie zmuszę Queenie do ruszenia.
— Nie martw się! Queenie lepiej wie, dokąd idzie, niż ty. Nie masz nic innego do roboty, jak 

siedzieć i trzymać lejce. Znasz drogę, prawda?

— Tak, Nianiusiu. Ta sama, którą T.P. jeździ co niedziela.
— Pamiętaj, że masz tak samo jechać w tę niedzielę.
— No pewno. Nie powoziłem to zamiast T.P. więcej niż sto razy?
— Więc żebyś jechał tak samo — powiedziała Dilsey. — Ruszaj już. I jeśli coś zrobisz Benjy'emu, 

łobuzie, nie wiem, co się z tobą stanie. Chcesz się doigrać ciężkich robót, to cię na nie poślę i to 
migiem.

— Dobrze, Nianiusiu. Bujaj się, Queenie.
Klepnął lejcami po tłustych bokach konia i powóz zakolebał się i zaczął się toczyć.
— Uważaj, Luster! — zawołała Dilsey.
—   Bujaj   się   —   powtórzył   Luster.   Znowu   trzepnął   lejcami.   Z   podziemnym   łomotem   Queenie 

pokłusowała   wolno   przez   podjazd   i   skręciła   na   ulicę,   gdzie   Luster   nakłonił   ją   do   kroku 
przypominającego przedłużany i wstrzymywany upadek na pysk.

Ben   przestał   kwilić.   Z   wejrzeniem   pogodnym   i   niewysłowionym   tkwił   pośrodku   siedzenia, 

trzymając w zaciśniętej pięści usztywniony kwiat. Bezpośrednio przed nim kulista głowa Lustera 
obracała się raz za razem w kierunku domu, aż wreszcie, kiedy zniknął im z oczu, chłopak zjechał 

background image

na bok ulicy, wysiadł, obserwowany cały czas przez Bena, i urwał witkę z żywopłotu. Queenie 
opuściła głowę i zaczęła skubać trawę; Luster wsiadł, poderwał łeb klaczy i przymusił ją znowu do 
kłusa, potem zgiął ręce w łokciach i trzymając wysoko witkę i lejce przyjął wyzywającą postawę 
bynajmniej nie licującą ze statecznym klapaniem podków Queenie oraz przypominającym organy 
basowym akompaniamentem jej wnętrzności. Mijały ich samochody i piesi; raz grupa murzyńskich 
wyrostków.

— O, Luster! Dokąd jedziesz? Do parku sztywnych?
— Serwus! — zawołał Luster. — Do tego samego parku sztywnych, gdzie i wy celujecie. Bujaj 

się, mała!

Zbliżali się do skweru, gdzie żołnierz Konfederacji przesłaniając puste oczy marmurową dłonią 

wpatrywał się w wiatr i niebo. Luster zebrał się w sobie jeszcze bardziej i zadał niewrażliwej 
Queenie uderzenie witką, obrzucając spojrzeniem skwer. — Patrzaj, tam stoi samochód pana Jazona 
—   powiedział,   potem   dostrzegł   jeszcze   jedną   grupkę   Murzynów.   —   Pokażemy   fason   tym 
czarnuchom, Benjy! — zawołał. — Co ty na to? — Obejrzał się. Ben siedział trzymając kwiatek w 
pięści, z wzrokiem pustym i niefrasobliwym. Luster ponownie zaciął Queenie i skręcił ją na lewo 
od pomnika.

Przez chwilę Ben tkwił w zawieszeniu. Potem zaryczał. Głos jego rósł, ryk za rykiem, niemal bez 

żadnych przerw na zaczerpnięcie oddechu. Było w tym coś więcej niż zdumienie, było przerażenie, 
szok, śmiertelna udręka ślepa i niewymowna, sam dźwięk; oczy Lustera na biały moment uciekły w 
tył głowy. — O Jezu! — zawołał. — Cichaj, cichaj! O Jezu! — Zamachnął się znowu i zaciął konia 
witką. Złamała się, więc ją odrzucił i kiedy głos Bena wzbijał się do swego niewiarygodnego 
crescendo, Luster złapał koniec lejców i przechylił się w przód w chwili, kiedy Jazon nadbiegł 
susami przez skwer i wskoczył na stopień.

Wierzchem   dłoni   odrzucił   Lustera   na   bok,   chwycił   lejce,   piłując   pysk   klaczy   zawrócił   ją   w 

przeciwnym kierunku i zaciął końcem lejców po zadzie. Jednym uderzeniem po drugim zmusił ją 
do rozwierzganego galopu, wciąż w akompaniamencie chrypliwej rozpaczy Bena i skręcił powóz w 
prawą stronę od pomnika. Potem walnął Lustera pięścią w głowę.

— Chyba masz źle w tym łbie, żeby go wieźć lewą stroną! — krzyknął. Odchylił się ku tyłowi i 

uderzył Bena łamiąc łodygę kwiatu. — Milcz! — wrzasnął. — Milcz! — Zatrzymał szarpnięciem 
klacz i wyskoczył. — Wracaj u diabła do domu. Jeśli jeszcze raz wyjedziesz z nim za bramę, to cię 
zabiję.

— Dobrze psze pana. — Luster wziął lejce i zaciął nimi klacz. — Jazda, jazda! O rany, Benjy!
Ben ryczał i ryczał. Queenie ruszyła znowu, kopyta jej zaczęły miarowo stukotać i natychmiast 

Ben ucichł. Luster obrócił się szybko przez ramię, potem jechał dalej. Złamany kwiatek zwisał z 
pięści Bena, a oczy jego były puste, błękitne i znowu pogodne, kiedy gzyms i fasada przepływały 
łagodnie raz jeszcze od lewej do prawej: słup i drzewo, okno i drzwi, i szyld, wszystko na swoim 
ustalonym miejscu.

DODATEK

background image

RODZINA COMPSONÓW: 1699–1945

IKKEMOTUBBE. Wyzuty z dziedzictwa król amerykański. Nazywany „l'Homme” (a czasem „de 

l'homme”) przez swego przybranego brata, niejakiego Chevaliera z Francji, który gdyby się urodził 
wcześniej,   mógłby   się   znaleźć   wśród   najznamienitszych   z   owej   migotliwej   plejady   rycerskich 
łajdaków, co byli napoleońskimi marszałkami, który to brat przybrany w ten sposób przetłumaczył 
tytuł Czikasawów znaczący „Człowiek”, a tłumaczenie to Ikkemotubbe, sam również obdarzony 
dowcipem i wyobraźnią, bystry znawca ludzkich charakterów łącznie ze swym własnym, posunął o 

krok   dalej   i   zanglicyzował   na   „Doom”7).   Ze   swoich   niezmierzonych   posiadłości   Ikkemotubbe 
darował dobrą milę kwadratową dziewiczej ziemi w Północnym Missisipi, tak rzetelnie kwadratową 
jak   cztery  rogi   karcianego   stolika   (była   wówczas   zalesiona,   bowiem   działo   się   to   w   dawnych 
czasach przed 1833 rokiem, kiedy to gwiazdy spadały i Jefferson w stanie Missisipi było jednym 
długim rozłożystym parterowym budynkiem z bali uszczelnionych błotem, gdzie mieszkał agent 
handlujący z Czikasawami i gdzie znajdowała się jego placówka), darował wnukowi szkockiego 
uciekiniera, co utracił prawo pierworództwa, gdyż złączył swój los z losem króla, który sam został 
wyzuty z dziedzictwa. To częściowo w zamian za pozwolenie na posuwanie się bez przeszkód, w 
sposób   jaki   on   i   jego   ludzie   uznają   za   właściwy,   pieszo   lub   konno,   byleby   to   były   konie 
Czikasawów, do dzikiej zachodniej krainy, dziś zwanej Oklahoma: nie wiedziano jeszcze wówczas 
o nafcie.

JACKSON. Wielki Biały Ojciec z mieczem. (Stary pojedynkowicz, awanturniczy, chudy, zaciekły, 

sparszywiały, twardy, niezniszczalny stary lew, który postawił dobro narodu ponad Białym Domem, 
a zdrowie swojej nowej partii politycznej ponad jednym i drugim, zaś nad tym wszystkim postawił 
nie honor swojej żony, ale zasadę, że honoru trzeba bronić, był czy nie był, ponieważ bronienie go 
to sprawa być czy nie być.) Który zatwierdził, przypieczętował i kontrasygnował darowiznę własną 
ręką w swoim złotym tepee w dalekim Wassi Town, także nic nie wiedząc o nafcie: tak by kiedyś 
bezdomni potomkowie wydziedziczonych syci trunku i pogrążeni we wspaniałym otępieniu mogli 
przemierzać   te   pełne   kurzu   przestrzenie   wyznaczone   ich   kościom   na   spoczynek   w   specjalnie 
zamawianych szkarłatnych karawanach i wozach strażackich.

Oto Compsonowie:
QUENTIN MACLACHAN. Syn drukarza z Glasgow, sierota, wychowany przez rodzinę matki w 

górach Perthu. Uciekł z Culloden Moor do Karoliny ze szkockim obosiecznym mieczem i tartanem, 
który nosił w dzień, a pod którym sypiał w nocy, i z niczym więcej. W wieku osiemdziesięciu lat, 
pamiętając,  że  już  raz  walczył   przeciwko  angielskiemu  królowi  i  przegrał,  nie  chciał  popełnić 
powtórnie tego samego błędu i uciekł znowu pewnej nocy 1779 roku ze swym nowo narodzonym 
wnukiem oraz tartanem (miecz zaginął bowiem razem z ojcem wnuka, a jego synem, walczącym w 
jednym z oddziałów Tarletona na pobojowisku w Georgii mniej więcej przed rokiem) do Kentucky, 
gdzie pewien sąsiad nazwiskiem Boon albo Boone już założył osiedle.

KAROL STUART. Zdegradowany i wyjęty spod prawa w swoim angielskim regimencie. Uznany 

za zabitego i pozostawiony na bagnisku Georgii przez własną wycofującą się armię, a potem przez 

background image

nadchodzącą armię amerykańską, przy czym obie się myliły. Miał wciąż jeszcze ze sobą ów miecz, 
nawet wówczas, kiedy na wystruganej z drzewa sztucznej nodze dogonił wreszcie swego ojca i 
syna w cztery lata później w Harrodsburgu w stanie Kentucky w sam czas, żeby pogrzebać ojca i 
cierpieć   na   długotrwałe   rozdwojenie   jaźni,   gdyż   wciąż   starał   się   być   nauczycielem   szkolnym, 
czego, jak mu się wydawało, pragnął, aż wreszcie dał temu spokój i stał się hazardzistą, jakim w 
istocie rzeczy był każdy Compson — chociaż żaden nie zdawał sobie z tego sprawy — jeśli tylko 
miał naprawdę nóż na gardle. Udało mu się wreszcie postawić na szalę nie tylko własną głowę, ale 
bezpieczeństwo swojej rodziny i czystość nazwiska, jakie miał po sobie zostawić, gdy przyłączył 
się do konfederacji, której przewodził pewien jego znajomy nazwiskiem Wilkinson (człowiek o 
dużym talencie, wpływach, rozumie i możliwościach), a która była spiskiem, mającym na celu 
secesję całej Doliny Missisipi od Stanów Zjednoczonych i przyłączenie jej do Hiszpanii. Uciekł, 
kiedy sprawa spaliła na panewce (co mógł przewidzieć każdy z wyjątkiem Compsona–nauczyciela), 
jako jedyny ze spiskowców, który musiał zbiec z kraju: a to nie na skutek zemsty czy kary rządu, 
który i usiłował rozbić, ale nagłego, wściekłego zwrotu w postawie swoich byłych towarzyszy, teraz 
oszalałych   z  trwogi   o   własne  bezpieczeństwo.  Nie   został   wygnany  ze   Stanów   Zjednoczonych, 
mówił o sobie jako o człowieku bez ojczyzny, powodem tego wygnania był nie sam fakt zdrady, ale 
to, że dokonywał jej  tak gadatliwie i głośno, paląc słowami każdy most za sobą, nim jeszcze 
doszedł do miejsca, w którym należało budować następny; tak więc nie komendant żandarmerii ani 
nawet władze administracyjne, ale sami jego byli towarzysze zainicjowali akcję, by usunąć go z 
Kentucky i Stanów Zjednoczonych, a gdyby go schwytali, to usunęliby go zapewne i z tego świata. 
Uciekł nocą, zabierając ze sobą, zgodnie z tradycją rodzinną, syna, stary szkocki miecz i tartan.

JAZON   LYCURGUS.   Zapewne   pod   presją   wyszukanego   imienia   nadanego   mu   przez 

sardonicznego,   zgorzkniałego,   nieposkromionego   ojca   z   drewnianą   nogą,   który   być   może   w 
dalszym ciągu wierzył w głębi serca, że w istocie rzeczy najbardziej pragnął być nauczycielem 
literatury  klasycznej,   nadjechał   pewnego   dnia   1811   roku   traktem   na   Natchez   z   parą   pięknych 
pistoletów i jedną nędzną sakwą na drobnej klaczy o nieco zbyt wklęsłym brzuchu, lecz o mocnych 
ścięgnach,   która   potrafiła   przebiec   pierwsze   ćwierć   mili   w   czasie   krótszym   niż   pół   minuty,   a 
następne ćwierć w niewiele dłuższym, chociaż na tym koniec. Ale to wystarczało. Dojechał do 
placówki agenta handlującego z Czikasawami w Okatoba (która w 1860 roku nazywała się jeszcze 
Stare Jefferson) i już nie ruszył dalej. W sześć miesięcy później został pomocnikiem agenta, a po 
roku   jego   wspólnikiem,   chociaż   oficjalnie   był   ciągle   pomocnikiem,   a   w   istocie   właścicielem 
połowy czegoś, co stało się już sklepem wielobranżowym pokaźnych rozmiarów, wyposażonym za 
wygrane, zdobyte przez klacz w wyścigach z końmi młodych ludzi Ikkemotubbe, wyścigach, które 
on,   Compson,   zawsze   przezornie   ograniczał   do   ćwierci   mili   albo   najwyżej   jednej   trzeciej;   w 
następnym   zaś   roku   właścicielem   drobnej   klaczy   był   już   Ikkemotubbe,   zaś   Compson   stał   się 
posiadaczem dobrej kwadratowej mili ziemi, która kiedyś będzie leżała niemal w samym centrum 
miasta Jefferson, wówczas porosłej lasem i w dwadzieścia lat później też porosłej drzewami, ale 
przypominającej   już   raczej   park   niż   las,   i   wyposażonej   w   chaty   niewolników,   stajnie,   ogrody 
warzywne i piękne trawniki, alejki i altany zaprojektowane przez tego samego architekta, który 
zbudował   dom   z   gankiem   wspartym   na   kolumnach,   umeblowany   sprzętami   sprowadzonymi 
parostatkiem z Francji i Nowego Orleanu. W 1840 roku ta sama ciągle jeszcze nie uszczuplona mila 
kwadratowa (kiedy to zaczęło ją okalać nie tylko małe, białe miasteczko zwane Jefferson, ale całe 

background image

białe hrabstwo, ponieważ za kilka lat potomkowie Ikkemotubbe i jego lud odejdą, a ci, co zostaną, 
będą żyli już nie jako wojownicy i myśliwi, lecz biali ludzie — nieporadni farmerzy albo od czasu 
do   czasu   właściciele   skrawków   ziemi,   które   też   nazwą   plantacjami,   właściciele   niezdarnych 
niewolników,   nieco   brudniejsi   od   białych,   nieco   bardziej   leniwi,   nieco   bardziej   okrutni   —   aż 
wreszcie nawet i dzika ich krew zacznie zanikać objawiając się tylko niekiedy w kształcie nosa 
Murzyna na platformie z bawełną, czy u białego pomocnika w tartaku, czy u trapera, czy palacza na 
lokomotywie) zwana była Dobrami Compsonów, ponieważ teraz godna była wydawać książęta, 
mężów stanu, generałów i biskupów wyrównując rachunki za wyzutych z dziedzictwa Compsonów 
spod   Culloden   i   z   Karoliny,   i   z   Kentucky,   potem   zwana   Siedzibą   Gubernatora,   ponieważ   w 
odpowiednim czasie wytworzyła, czy też przynajmniej spłodziła gubernatora — drugiego Quentina 
MacLachana,   ochrzczonego   po   dziadku   spod   Culloden   —   i   później   zwana   Dawną   Siedzibą 
Gubernatora nawet po spłodzeniu (w 1861 roku) generała — (zwana tak za wcześniejszą zgodą i 
umową przez całe miasto i hrabstwo, jakby już wtedy wiedzieli, że stary gubernator będzie ostatnim 
Compsonem, który nie poniesie klęski we wszystkim, z wyjątkiem długowieczności i samobójstwa) 
— brygadiera Jazona Lycurgusa II, który poniósł klęskę pod Shiloh w 1862 i ponownie poniósł 
klęskę, choć już nie tak straszną, pod Resaca w 64 roku, który zaciągnął pierwszy dług na hipotekę 
wciąż jeszcze nie tkniętej mili kwadratowej u łobuza z Nowej Anglii w 66 roku, po spaleniu starego 
miasta   przez   armię   federalną   generała   Smitha,   gdy   nowe   miasteczko   zaludniało   się   powoli 
potomkami   nie   Compsonów,   ale   Snopesów,   i   zaczęło   się   wdzierać,   skubać   tę   milę,   a   pobity 
brygadier przez następnych czterdzieści lat sprzedawał jej kawałki, by utrzymać się przy obciążonej 
hipotecznie   resztówce;   aż   w   końcu   pewnego   dnia   1900   roku   umarł   spokojnie   na   żołnierskim 
płaszczu w obozie myśliwskim i rybackim w dolinie rzeki Tallachatchie, gdzie spędzał większość 
swoich ostatnich lat życia.

I nawet stary gubernator poszedł teraz w niepamięć; to, co pozostało z dawnej mili kwadratowej, 

nazywało   się   teraz   posesją   Compsonów   —   zaduszone   chwastami   ślady   dawnych   trawników   i 
alejek, dom, który już od zbyt dawna domagał się malowania, łuszczące się kolumny ganku, gdzie 
Jazon   III   (wychowany   na   prawnika   i   naprawdę   miał   kancelarię   na   pięterku   przy   skwerze; 
zagrzebane   tam   w   zakurzonych   kartotekach   niektóre   z   najstarszych   w   hrabstwie   nazwisk   — 
Holston   i   Sutpen,   Grenier   i   Beauchamp,   i   Coldfield   —   blakły   z   roku   na   rok   w   otchłannym 
labiryncie kancelarii; kto wie, czy taki sen śniło wiecznie żywe serce jego ojca, którego trzecie 
wcielenie dobiegało już prawie końca — w pierwszym był synem znakomitego i wytwornego męża 
stanu, w  drugim — wodzem dzielnych i  rycerskich żołnierzy,  w  trzecim — czymś  w  rodzaju 
uprzywilejowanego   pseudo–Daniela   Boone–Robinsona   Crusoe,   co   nie   powrócił   do   wieku 
dziecinnego, ponieważ w gruncie rzeczy nigdy z niego nie wyszedł — że kancelaria prawnika może 
znowu   stać   się   antykamerą   apartamentów   gubernatora   i   dawnego   splendoru)   siadywał   całymi 
dniami z karafką whisky za stosem brudnych i wygniecionych Horacych, Liwiuszy i Katullusów 
układając (jak powiadano) kostyczne i satyryczne panegiryki zarówno na umarłych jak żyjących 
współmieszkańców miasta. Sprzedał on resztkę swej posiadłości, z wyjątkiem kawałka, gdzie stał 
dom z ogrodem warzywnym, rozsypujące się stajnie i jedna chata dla służby, zamieszkana przez 
rodzinę Dilsey, klubowi golfowemu za gotówkę, za którą mógł wyprawić swej córce Candace 
wspaniałe wesele w kwietniu, a jego syn Quentin mógł ukończyć rok studiów na Harvardzie i 
popełnić   samobójstwo   w   czerwcu   1910;   zwanej   już   Dawną   Posesją   Compsonów,   choć 

background image

Compsonowie jeszcze w niej mieszkali w ów wiosenny wieczór 1928 roku, kiedy przeklęta przez 
los,   urodzona   bez   nazwiska,   siedemnastoletnia   prapraprawnuczka   starego   gubernatora   okradła 
swego ostatniego zdrowego na umyśle męskiego krewniaka (swego wuja, Jazona IV) z ukrytego 
skarbu   i   spuściła   się   z   okna   po   rynnie,   i   uciekła   ze   sprzedawcą   słodyczy   z   wędrownej   trupy 
aktorskiej; nazywanej  Dawną Posesją Compsonów  długo jeszcze, kiedy zniknęły tam wszelkie 
ślady po Compsonach; po śmierci owdowiałej matki, gdy Jazon IV nie obawiając się już Dilsey, 
oddał swego zidiociałego brata Benjamina do Stanowego Domu dla Umysłowo Chorych i sprzedał 
dom komuś z okolicy, kto przerobił go na pensjonat dla sędziów i handlarzy końmi i mułami; 
nazywanej Dawną Posesją Compsonów później jeszcze, nawet kiedy już ten pensjonat (a potem i 
klub   golfowy)   zniknął   i   stara   mila   kwadratowa   znowu   zespoliła   się   w   całość   złożoną   z 
niezliczonych szeregów małych stłoczonych tandetnych podmiejskich domków.

Oraz ci:

QUENTIN   III,   który   kochał   nie   tyle   ciało   swej   siostry,   co   jakieś   wyobrażenie   o   honorze 

Compsonów wspierającym się niepewnie i (z czego dobrze zdawał sobie sprawę) tylko czasowo na 
małej kruchej błonie jej dziewictwa podobnie jak drobna miniatura wielkiego szerokiego globu 
ziemskiego może balansować na nosie tresowanej foki. Kochał nie samą ideę kazirodztwa, którego 
nigdy by nie popełnił, ale jakieś prezbiteriańskie wyobrażenie o wieczystej za nie karze; w ten 
bowiem sposób to nie Bóg rzuciłby go razem z siostrą do piekieł, gdzie on mógłby jej ciągle strzec i 
zachować na zawsze nietkniętą pośród wiecznego ognia — ale uczyniłby to on sam. Lecz ponad 
wszystko kochał śmierć, kochał tylko śmierć, kochał i żył w rozmyślnym i niemal perwersyjnym 
wyczekiwaniu śmierci, jak kocha kochanek, który celowo pohamowuje się przed oczekującym, 
chętnym przyjaznym, czułym niewiarygodnym ciałem swej ukochanej, aż wreszcie nie może już 
dłużej znieść nie tyle powstrzymywania, co napięcia, więc rzuca się, stacza, rezygnując, tonąc. 
Popełnił samobójstwo w Cambridge w stanie Massachusetts w czerwcu 1910 roku, w dwa miesiące 
po  ślubie  swojej   siostry,   doczekawszy wpierw  końca   pierwszego  roku  akademickiego,  tak  aby 
wykorzystać w pełni wpłacone z góry czesne za rok studiów, nie dlatego, że płynęła w nim krew 
dziadów   spod   Culloden,   z   Karoliny   i   Kentucky,   ale   dlatego,   że   ten   ostatni   skrawek   starej 
Compsonowskiej mili, sprzedany, by zapłacić za ślub Candace i rok jego studiów na Harvardzie, 
był   jedyną   rzeczą,   poza   tą   właśnie   siostrą   oraz   widokiem   płonącego   ognia,   jaką   kochał   jego 
najmłodszy brat, nienormalny od urodzenia.

CANDACE   (CADDY).   Przeklęta   od   urodzenia   i   świadoma   tego,   przyjęła   wyrok   ani   go   nie 

szukając, ani przed nim nie uciekając. Kochała swego brata wbrew niemu, kochała nie tylko jego, 
ale kochała w nim gorzkiego proroka, nieugiętego, nieprzekupnego sędziego tego, co uważał za 
honor i przekleństwo rodziny, tak jak on sądził, że kocha, choć w istocie nienawidził w niej tego, co 
uważał za kruche, przeklęte naczynie rodzinnej dumy i plugawe narzędzie jej hańby; więcej, ona 
kochała go nie tylko wbrew, ale dzięki temu, że nie był zdolny do miłości, akceptowała fakt, że on 
musi cenić ponad wszystko nie ją samą, ale jej dziewictwo, którego była strażniczką i do którego 
nie przywiązywała najmniejszej wagi: kruche fizyczne przewężenie, które dla niej znaczyło tyle, co 
ropień pod paznokciem. Wiedziała, że jej brat najbardziej kocha śmierć, i nie czuła o to zazdrości, 
mogłaby (i może kalkulacją i wyrachowaniem swego małżeństwa istotnie to uczyniła) podać mu 

background image

hipotetyczną cykutę. Zaszła z innym mężczyzną w ciążę i w drugim miesiącu postanowiła, bez 
względu na płeć przyszłego dziecka, nazwać je imieniem Quentin po swoim bracie, o którym 
obydwoje (i ona, i ten brat) wiedzieli, że jest już jak umarły, kiedy w 1910 roku robiła doskonałą 
partię wychodząc za mąż za młodego człowieka z Indiany, którego poznała z matką ubiegłego lata 
na   wakacjach   w   Lizawce   Francuskiej.   Rozwiódł   się   z   nią   w   1911.   Wyszła   w   1920   roku   za 
pomniejszego magnata filmowego z Hollywood w Kalifornii. Rozeszli się za obopólną zgodą w 
Meksyku   w   1925   roku.   Znikła   w   Paryżu   w   czasie   okupacji   niemieckiej   w   1940   roku, 
prawdopodobnie  bogata  i  wciąż  jeszcze  piękna,  ponieważ  nie  wyglądała  na  swoje czterdzieści 
osiem lat, lecz o piętnaście lat młodziej; nie słyszano o niej więcej. Była tylko pewna kobieta w 
Jefferson, bibliotekarka z tamtejszej biblioteki, mała jak mysz i szara jak mysz stara panna, która 
chodziła w miejscowej szkole do tej samej klasy co Candace Compson, a potem spędziła resztę 
życia starając się utrzymać „Forever Amber” w jej kolejnych zachodzących na siebie wcieleniach i 
„Jurgena” i „Toma Jones” z dala od młodych licealistów i starszych licealistów, którzy potrafili je 
bez stawania na palcach ściągnąć z najwyższych półek, na których je ukrywała, wspinając się przy 
tym   na   skrzynie.   Pewnego   dnia   1943   roku,   po   tygodniu   roztargnienia   graniczącego   niemal   z 
kompletnym   wyobcowaniem   ze   świata,   kiedy   to   każdy   wchodzący   do   biblioteki   widział,   jak 
gwałtownie zamyka szufladę swego biurka i przekręca w niej klucz (tak że różne matrony, żony 
bankierów, lekarzy i adwokatów, w wielu wypadkach wychowanki tej samej szkoły i klasy, które 
przychodziły po południu i wychodziły z egzemplarzami owych „Forever Amber” i tomami Thorne 
Smitha przezornie osłoniętymi przed okiem przechodniów w gazety z Memphis i Jackson, owe 
matrony   przypuszczały,   że   bibliotekarka   jest   w   przededniu   jakiejś   choroby,   a   może   i   utraty 
zmysłów), zamknęła na klucz bibliotekę wcześnie po południu i z torebką ściskaną kurczowo pod 
pachą, i wypiekami determinacji na zwykle bezbarwnych policzkach weszła do magazynu narzędzi 
rolniczych, gdzie Jazon IV zaczął pracę jako sprzedawca i gdzie teraz prowadził własny interes jako 
kupiec i handlarz bawełną, i wkroczyła do mrocznej jaskini, do której wchodzili jedynie mężczyźni 
— jaskini zagraconej, poprzegradzanej, obwieszonej stalagmitami pługów i krążków, i pętli szlei, i 
orczyków, i chomąt, i boczków, i mąki, i melasy, mrocznej, bo towary w niej zalegające nie były 
wystawiane na widok, lecz raczej ukryte, gdyż ludzie, którzy zaopatrywali farmerów z Missisipi 
czy chociażby murzyńskich farmerów z Missisipi za udział w zbiorach, nie pragnęli bynajmniej, 
dopóki   zbiory   nie   zostały   zwiezione   i   nie   można   było   w   przybliżeniu   określić   ich   wartości, 
pokazywać owym farmerom tego, czego ci mogliby zapragnąć, woleli zaopatrywać ich tylko na 
określone   żądanie   w   to,   czego   oni   po   prostu   musieli   potrzebować   —   otóż   wkroczyła   na   tył 
magazynu do prywatnej siedziby Jazona. zagrodzenia, otoczonego sznurami, zapchanego półkami i 
przegródkami, gdzie zalegały nabite na kołki osypane kurzem i strzępami bawełny recepty na dżyn 
i księgi rachunkowe, i próbki bawełny cuchnące serem z naftą i smarami do uprzęży, gdzie tkwił 
ogromny żelazny piec, przed który wypluwano od prawie stu lat przeżuty tytoń, i podeszła do 
długiego   pochylonego   kontuaru,   gdzie   stał   Jazon,   i,   nie   patrząc   nawet   na   mężczyznę   w 
kombinezonie, który w momencie wejścia spokojnie przestał mówić, a nawet żuć gumę, otworzyła 
z jakąś omdlewającą desperacją torebkę, coś z niej wygrzebała, rozłożyła na kontuarze i stała drżąc 
i oddychając szybko, kiedy Jazon na to spoglądał — był to obrazek, kolorowe zdjęcie wycięte na 
pewno z jakiegoś bardzo dobrego pisma, tchnące pieniędzmi, luksusem i słońcem, dekoracje z 
Cannebière: góry, palmy, cyprysy i morze, a na tym tle otwarte, potężne, drogie lśniące niklami auto 

background image

sportowe, twarz kobiety bez kapelusza, otulonej kosztownym szalem, fokowym futrem, kobiety w 
nieokreślonym   wieku,   pięknej,   zimnej,   pogodnej   i   potępionej;   koło   niej   przystojny   szczupły 
mężczyzna w średnim wieku z wstążeczkami i dystynkcjami niemieckiego generała sztabu — i 
drżąca szara jak mysz i drobna jak mysz stara panna, zdumiona własną zuchwałością, patrzyła 
ponad zdjęciem na bezdzietnego starego kawalera ostatniego z owej długiej linii mężczyzn, którym 
pozostało nieco przyzwoitości i dumy nawet wówczas, kiedy ich prawość zaczęła nieco zawodzić, a 
ich   duma   przekształciła   się   niemal   całkowicie   w   próżność   i   współczucie   dla   samych   siebie: 
począwszy od tego wygnańca, co musiał uciec z ojczyzny unosząc niewiele więcej prócz własnego 
życia,   lecz   który   mimo   wszystko   nie   uznał   porażki,   poprzez   tego,   co   dwukrotnie   ryzykował 
własnym życiem i dwukrotnie przegrał i również nie uznał tej przegranej, i tego, co mając za jedyne 
narzędzie drobnego sprytnego ścigłego na ćwierć mili konika, wziął odwet za swego wyzutego z 
dziedzictwa   ojca   i   dziada   i   zdobył   księstwo,   poprzez   wspaniałego   i   rycerskiego   gubernatora   i 
generała, który chociaż zawiódł prowadząc do boju dzielnych i rycerskich chłopców, przynajmniej 
wystawił również na ryzyko własne życie, aż po kulturalnego alkoholika, który sprzedał ostatnią 
część   ojcowizny   nie   po   to,   by   kupić   alkohol,   ale   żeby   dać   przynajmniej   jednemu   ze   swoich 
potomków najlepszą szansę życiową, jaką znał.

— To Caddy — szepnęła bibliotekarka. — Musimy ją ratować!
— To Cad, nie ma co gadać — powiedział Jazon. Potem zaczął się śmiać. Stał tak i śmiał się nad 

fotografią zimnej pięknej twarzy, fotografią pogiętą teraz i zmiętą po tygodniowym trzymaniu jej w 
szufladzie   biurka   i   w   torebce.  A  bibliotekarka   wiedziała,   dlaczego   on   się   śmieje,   ten   którego 
nazywała   „panem   Compsonem”   od   trzydziestu   dwóch   lat,   od   tego   dnia   w   1911   roku,   kiedy 
Candace, rzucona przez męża, przywiozła do domu niemowlę, swoją córkę, zostawiła dziecko i 
wyjechała następnym pociągiem, by już nigdy nie wrócić, i nie tylko murzyńska kucharka Dilsey, 
ale i bibliotekarka odgadły zwykłym instynktem wiedzione, że Jazon w jakiś sposób wykorzystuje 
to dziecko i fakt, że jest nieślubne, by szantażem utrzymywać Candace z dala od Jefferson do końca 
życia, a także aby stać się za jej zgodą jedynym niekwestionowanym kuratorem pieniędzy, jakie 
przesyłała na utrzymanie dziecka, a od owego dnia w 1928 roku, kiedy córka Candace spuściła się 
po rynnie i uciekła ze sprzedawcą słodyczy z wędrownej trupy teatralnej — bibliotekarka nigdy 
więcej nie przemówiła do Jazona.

— Jazon! — zawołała teraz. — Musimy ją ratować! Jazon! Jazon! — i dalej tak wołała, kiedy on 

ujął fotografię w dwa palce i cisnął jej z powrotem przez kontuar.

— To ma być Candace? Śmiechu warte! Przecież ta dziwka nie ma trzydziestki. A tamta ma już 

pięćdziesiątkę!

I następnego dnia bibliotekarka siedziała dalej przez cały czas zamknięta, a o trzeciej po południu, 

na  obolałych  nogach,   zmęczona,  lecz  dalej   nieugięta,  wciąż  ściskając  pod  pachą   ową   torebkę, 
skręciła   w   mały   schludny  ogródek   w   dzielnicy   domków   murzyńskich   w   Memphis,   weszła   po 
schodkach do małego schludnego domku, zadzwoniła, drzwi się otwarły i czarna kobieta w tym 
samym co ona wieku spojrzała na nią spokojnie. — Frony, prawda? — powiedziała bibliotekarka. 
— Nie pamiętasz mnie?... Melissa Meek z Jefferson.

— Tak — odparła Murzynka. — Proszę wejść. Pani chce się widzieć z mamą. — Bibliotekarka 

weszła do pokoju, schludnej, lecz zatłoczonej sprzętami sypialni starej Murzynki, gdzie czuć było 

background image

starymi   ludźmi,   starymi   kobietami,   starą   Murzynką,   gdzie   siedziała   Dilsey   w   bujaku   przed 
kominkiem, na którym tlił się ogień, chociaż był czerwiec — kobieta niegdyś rosła, w spłowiałym 
czystym perkalu i nieskazitelnym turbanie owiniętym wokół głowy nad zmętniałymi, a teraz niemal 
niewidzącymi oczyma — i włożyła pogiętą fotografię w czarne ręce, które jak zwykle ręce kobiet 
tej rasy, były równie giętkie i delikatne w kształcie jak wówczas, kiedy Murzynka miała trzydzieści 
czy dwadzieścia, czy nawet siedemnaście lat.

— To Caddy — zawołała bibliotekarka. — To ona. Dilsey! Dilsey!
— Co on powiedział?  — spytała stara Murzynka. Bibliotekarka wiedziała, kim jest „on”, nie 

zdziwiło jej też nie tylko to, że stara Murzynka wie, iż ona (bibliotekarka) zrozumie, kim jest „on”, 
ale że domyśli się od razu, iż Jazon oglądał już fotografię.

— Nie wiesz, co on powiedział? — zawołała. — Kiedy pojął, że Caddy jest w niebezpieczeństwie, 

stwierdził, że to ona, zrobiłby to, nawet gdybym nie miała tej fotografii i nie mogła mu jej pokazać. 
Ale kiedy tylko zdał sobie sprawę, że ktoś, ktokolwiek, chociażby ja, pragnie ją ratować, chciałby 
spróbować ją ratować, powiedział, że to nie ona. Ale to ona. Popatrz tylko!

— Popatrz na moje oczy — powiedziała Murzynka. — Jakże ja mogę zobaczyć ten obrazek?
— Zawołaj Frony — krzyknęła bibliotekarka. — Ona ją pozna. — Ale stara Murzynka składała już 

ostrożnie wycinek z gazety dokładnie według starych zgięć, po czym wręczyła go bibliotekarce.

— Oczy mi osłabły ze szczętem — oświadczyła. — Nie mogę nic dojrzeć.
I to było wszystko. O szóstej bibliotekarka przepchała się przez zatłoczony dworzec autobusowy, 

trzymając pod pachą torebkę a w drugiej ręce bilet powrotny, i została wymieciona na hałaśliwy 
peron wraz z dzienną falą złożoną z kilku cywilów  w średnim wieku, a poza tym żołnierzy i 
marynarzy   w   drodze   albo   na   urlop,   albo   na   śmierć   oraz   bezdomnych   młodych   kobiet,   ich 
towarzyszek, które już od dwóch lat spędzały życie w wagonach pulmanowskich i hotelach, jeśli im 
szczęście   dopisało,   w   zwykłych   pociągach,   w   autobusach,   na   stacjach,   w   hallach   i   toaletach 
publicznych   i   gdzie   tam   jeszcze,   przerywając   podróż   tylko   na   tak   długo,   by   się   oźrebić   w 
szpitalnych oddziałach dla najbiedniejszych lub w komisariatach, a potem ruszać w dalszą drogę, i 
wcisnęła się do autobusu na siłę, jako najmniejsza z wszystkich pasażerów, tak że stopy jej dotykały 
podłogi tylko od czasu do czasu, aż wreszcie jakiś kształt (mężczyzna w mundurze; nie mogła w 
ogóle go dojrzeć, bo już wtedy płakała) wstał, podniósł ją i posadził na miejscu przy oknie, gdzie w 
dalszym ciągu płacząc cicho spoglądała na miasto uciekające mimo, a potem pozostające w tyle; 
już zaraz, zaraz znajdzie się w domu, bezpieczna w Jefferson, gdzie życie również zawiera w sobie 
wszystkie niepojęte namiętności i zamęt, i ból, i wściekłość, i rozpacz, ale gdzie o godzinie szóstej 
można zamknąć jego okładkę i nawet delikatna dłoń dziecka zdolna jest wsunąć je z powrotem 
pomiędzy bezosobowych krewniaków na spokojnych wiecznotrwałych półkach i przekręcić za nim 
klucz na całą noc bez snów. Tak — myślała płacząc spokojnie — o to chodziło, nie chciała patrzeć  
na fotografie, nie chciała wiedzieć, czy to Caddy, czy nie, bo wie, że Caddy nie chce być uratowana,  
że ona już nie ma nic, co byłoby warte ratunku i nie może już utracić nic, co jest warte straty
.

JAZON IV. Pierwszy normalny Compson od Culloden i (jako bezdzietny stary kawaler) ostatni. 

Logiczny, racjonalny, opanowany, a nawet filozof wedle starej stoickiej tradycji: nie myślał w ogóle 
o Panu Bogu przyjmując po prostu fakt istnienia policji; stąd bał się i szanował jedynie Murzynkę, 

background image

swego zaprzysięgłego wroga od urodzenia, a śmiertelnego wroga od owego dnia w 1911 roku, 
kiedy i ona również odgadła wiedziona przeczuciem, że Jazon w jakiś sposób wykorzystuje fakt 
nieślubnego pochodzenia siostrzenicy, by szantażować swoją siostrę; Murzynkę, która codziennie 
gotowała   mu   jadło.   Nie   tylko   potrafił   się   bronić   i   nie   ustępować   wobec   Compsonów,   ale 
dorównywał i nie ustępował Snopesom, którzy opanowali tę małą mieścinę na przełomie wieków, 
kiedy to Compsonowie, Sartorisowie i im podobni odeszli w cień (to nie Snopes, ale sam Jazon 
Compson natychmiast po śmierci matki — siostrzenica uprzednio uciekła była zsuwając się po 
rynnie,  toteż   Dilsey  nie  miała   już  broni   na  niego   —  odesłał  swojego  nienormalnego  brata   do 
Stanowego   Domu   dla   Umysłowo   Chorych,   opróżnił   stary  dom   posiekawszy  ogromne,   niegdyś 
wspaniałe pokoje na coś, co nazywał mieszkaniami, i sprzedał to wszystko komuś z okolicy, kto 
otworzył tu pensjonat), chociaż to bynajmniej nie było dlań trudne, jako że w jego oczach reszta 
miasta, jak również świata i rasy ludzkiej z wyjątkiem niego samego, była Compsonami, którym — 
rzecz niewytłumaczalna, ale do przewidzenia — nie należało pod żadnym względem ufać. Kiedy 
wszystkie  pieniądze  za sprzedane  pastwisko poszły na opłacenie  ślubu jego siostry i  rocznych 
studiów brata na Harvardzie, zapisał się sam za skąpe oszczędności wyciśnięte z nędznej pensyjki 
ekspedienta do szkoły w Memphis, gdzie nauczył się klasyfikować i rozpoznawać gatunki bawełny; 
i  tak  założył   własne przedsiębiorstwo;  po śmierci  ojca, nałogowego  pijaka,  przejął  cały ciężar 
gnijącej   rodziny  w   gnijącym   domu,   utrzymywał   nienormalnego   brata   ze   względu   na   matkę,   z 
wszelkich przyjemności, które dla trzydziestoletniego kawalera byłyby oczywiste, należne, a nawet 
konieczne, zrezygnował, aby życie jego matki przypominało w miarę możności dawne jej życie; a 
to nie dlatego, że ją kochał, ale (będąc cały czas przy zdrowych zmysłach) po prostu dlatego, że bał 
się   murzyńskiej   kucharki,   której   nie   mógł   zmusić   do   odejścia,   nawet   kiedy  jej   przestał   płacić 
tygodniówkę:   człowiek,   który  mimo   to   potrafił   jednak   oszczędzić   niemal   trzy  tysiące   dolarów 
(2 840 dolarów i 50 centów) zgodnie z meldunkiem, jaki złożył, kiedy jego siostrzenica ukradła te 
pieniądze; wysupłane, wyduszone dziesięciocentówki, ćwierć– i półdolarówki, których nie trzymał 
w banku, ponieważ dla niego i bankier także był  jeszcze jednym Compsonem, ale ukrywał w 
zamkniętej szufladzie biurka we własnej sypialni, gdzie sam sobie słał i zmieniał pościel od chwili, 
kiedy zaczął trzymać drzwi swej sypialni nieustannie zamknięte z wyjątkiem momentów, kiedy 
przez owe drzwi przechodził. Na skutek niezdarnej, udaremnionej próby swego nienormalnego 
brata,   który   chciał   zbliżyć   się   do   przechodzącej   małej   dziewczynki,   ustanowił   samego   siebie 
opiekunem chorego bez wiedzy matki i w ten sposób mógł nakazać jego kastrację, nim matka 
zdążyła się zorientować, że Benjamina nie ma w domu. Po śmierci matki w 1933 roku zdołał 
uwolnić   się   raz   na   zawsze   nie   tylko   od   nienormalnego   brata   i   domu,   ale   również   i   od   owej 
Murzynki, by wprowadzić się do dwóch mansardowych izb, do których wchodziło się po schodach 
z magazynu, gdzie trzymał swoje księgi rachunkowe i próbki bawełny, izb przerobionych na pokoik 
z kuchenką, gdzie w czasie weekendów kręciła się wielka, brzydka, życzliwa szatynka o miłej 
twarzy, już nie bardzo młoda, nosząca okrągłe kapelusze z szerokim rondem i (w sezonie) imitacje 
futra. Tych dwoje, kupca bawełny w średnim wieku i kobietę, nazywaną przez całe miasto po prostu 
jego przyjaciółką z Memphis, widywano w sobotnie wieczory w miejskim kinie; w niedzielne ranki 
wchodzili po schodach do mieszkania niosąc papierowe torby ze sklepu spożywczego, a w nich 
chleb,   jajka,   pomarańcze,   zupy   w   puszkach,   domowo,   małżeńsko,   pantoflarsko,   zaś   późnym 
popołudniem autobus zawoził ją z powrotem do Memphis. Jazon stał się teraz niezależny, wolny. 

background image

„W roku 1865 — mawiał — Abe Lincoln wyzwolił Murzynów od Compsonów. W roku 1933 Jazon 
Compson wyzwolił Compsonów od Murzynów.”

BENJAMIN.  Nazwany  Maurym   po  jedynym   bracie   swojej  matki:   przystojnym,   błyskotliwym, 

chełpliwym, nigdzie nie pracującym kawalerze, który pożyczał pieniądze niemal od wszystkich, 
nawet od Dilsey, choć była Murzynką, tłumacząc jej przy tym z ręką wyciągniętą z kieszeni, że nie 
tylko w jego oczach jest równa wszystkim członkom rodziny jego siostry, ale wszędzie byłaby 
uważana za urodzoną damę. Kiedy wreszcie nawet matka zdała sobie sprawę, czym jest jej syn, i 
nalegała z płaczem, by zmienić mu imię, został przez swego brata Quentina powtórnie ochrzczony 
imieniem Benjamin (Benjamin najmłodsze nasze dziecię, sprzedane do Egiptu). Kochał trzy rzeczy: 
pastwisko, które sprzedano, by zapłacić za ślub Caddy i wysłanie Quentina do Harvardu, swą 
siostrę Candace i ogień. Nie stracił żadnej z nich, bowiem nie pamiętał siostry, a tylko jej stratę, 
ogień był takim samym jasnym kształtem jak zasypianie, a pastwisko po sprzedaży stało się czymś 
jeszcze lepszym, bowiem mógł chodzić z T.P. bez końca wzdłuż sztachet przyglądając się ludzkim 
ruchom, które choć to nie miało dla niego najmniejszego znaczenia, były uderzeniami w piłkę 
golfową. T.P. prowadził go, bywało, do kępek traw czy chwastów, i tam nagle ukazywała się na 
dłoni Murzyna mała biała kula, która gdy wypuściło się ją z ręki ku deskom podłogi czy ścianie 
wędzarni, czy betonowemu chodnikowi współzawodniczyła a nawet przezwyciężała coś, co, choć o 
tym  wcale  nie  wiedział,  nazywa  się  prawem  ciążenia  i  innymi   niezmiennymi   prawami.  Został 
wykastrowany w 1913 roku. Oddany do Stanowego Domu dla Umysłowo Chorych w Jackson w 
1933 roku. A i wówczas nie odebrało mu to niczego, bo podobnie jak się rzecz miała z siostrą, nie 
pamiętał pastwiska, a tylko jego stratę, a ogień był w dalszym ciągu tym samym jasnym kształtem 
snu.

QUENTIN. Ostatnia. Córka Candace. Bez ojca już na dziewięć miesięcy przed swoim urodzeniem, 

bez nazwiska od urodzenia, skazana na niezamęście od chwili, kiedy dzielące się jajo ustaliło jej 
płeć.   W   wieku   siedemnastu   lat,   w   tysiąc   osiemset   dziewięćdziesiątą   piątą   rocznicę   dnia 
poprzedzającego Zmartwychwstanie Pańskie, spuściła się po rynnie z okna pokoju, w którym wuj 
zamknął ją w południe na klucz, do okna jego zamkniętej na klucz i pustej sypialni, wybiła szybę, 
weszła do środka, pogrzebaczem wuja rozbiła zamek szuflady biurka i zabrała pieniądze (było tam 
nie 2 840 dolarów 50 centów, ale niemal siedem tysięcy dolarów, stąd szaleńczy gniew Jazona, jego 
nieopanowana, nie do zniesienia wściekłość tak wielka tej nocy i w momencie nawrotów, które 
nękały   go   z   podobną   lub   niewiele   mniejszą   siłą   przez   następne   pięć   lat,   tak   że   był   głęboko 
przekonany, iż gniew ten w jakimś nagłym momencie unicestwi go, zabije, jak kula czy uderzenie 
pioruna; bo chociaż go obrabowano nie z głupich trzech tysięcy dolarów, ale niemal z siedmiu 
tysięcy, nie mógł tego nikomu powiedzieć; i przez to, że został obrabowany z siedmiu tysięcy 
dolarów,   a   nie   z   trzech,   nie   mógł   nie   tylko   znaleźć   nigdy  sprawiedliwości   —   bo   nie   pragnął 
współczucia — u innych ludzi podobnie dotkniętych przez los, to znaczy mających jedną dziwkę za 
siostrę, a drugą za siostrzenicę, ale nie mógł nawet iść na policję; stracił przecież cztery tysiące 
dolarów, które nie były jego własnością, i z tego powodu nie mógł odzyskać nawet tych trzech, 
które   jego   własnością   były,   bo   te   pierwsze   cztery  tysiące   nie   tylko   należały  z   prawa   do   jego 
siostrzenicy stanowiąc część pieniędzy wpłacanych przez ostatnie szesnaście lat przez jej matkę na 
wychowanie i utrzymanie córki, ale w ogóle nie istniały, ponieważ Jazon stwierdzał w oficjalnych 

background image

sprawozdaniach   rocznych,   przedstawianych   Okręgowemu   Sędziemu,   czego   od   niego,   jako   od 
opiekuna i kuratora, wymagali jego poręczyciele, że je wydano i zużytkowano. W ten sposób został 
obrabowany nie tylko z tego, co ukradł, ale i tego, co zaoszczędził, i to przez swoją własną ofiarę; 
został obrabowany nie tylko z czterech tysięcy dolarów, za które narażał się na więzienie, ale z 
trzech tysięcy, które zgromadził za cenę poświęceń i wyrzeczeń, odkładając po pięć, po dziesięć 
centów przez niemal dwadzieścia lat; został obrabowany nie tylko przez swoją własną ofiarę, ale w 
dodatku przez dziecko, które dokonało tego jednym pociągnięciem, bez premedytacji i planów, nie 
wiedząc wcale ani nie dbając o to, ile znajdzie, kiedy rozbije szufladę; a teraz nie mógł nawet 
zwrócić się do policji o pomoc, on, który zawsze uznawał istnienie policji, nigdy nie sprawiał jej 
żadnych   kłopotów,   latami   płacił   podatki,   utrzymujące   ją   w   pasożytniczej   i   sadystycznej 
bezczynności; i nie tylko to: nie ośmielił się sam ścigać dziewczyny, bowiem gdyby ją złapał, ona 
mogłaby zacząć mówić, toteż jedyną jego ucieczką był złudny sen, co kazał mu, zlanemu potem, 
rzucać się i miotać nocami w pościeli w dwa, trzy a nawet cztery lata po wydarzeniu, o którym już 
dawno powinien był zapomnieć; śnił, że wyskakuje z ciemności, chwyta ją znienacka, nim zdążyła 
wydać wszystkie pieniądze, i morduje, nim dziewczyna otworzy usta), po czym spuściła się po tej 
rynnie w mrok i uciekła z teatralnym sprzedawcą słodyczy, który miał już wyrok za bigamię. I tak 
zniknęła;   jeśliby   ją   kiedykolwiek   ogarnęła   jakaś   okupacja,   nie   nadjechałaby   w   lśniącym 
Mercedesie; na jej fotografiach nie byłoby żadnego generała sztabu.

I to wszyscy. Pozostali nie byli Compsonami. Byli czarni.

T.P. Nosił w Memphis na Beale Street piękne kolorowe tanie wyzywające ubrania wyprodukowane 

specjalnie dla niego przez producentów masowej tandety w Chicago i Nowym Jorku.

FRONY. Wyszła za mąż za bagażowego z pociągu pulmanowskiego i przeniosła się do Saint Louis, 

a potem z powrotem do Memphis, by stworzyć dom dla swojej matki, bowiem Dilsey odmówiła 
przeniesienia się gdziekolwiek dalej.

LUSTER.   Mężczyzna   w   wieku   14   lat.   Był   nie   tylko   zdolny   do   pełnej   opieki   i   nadzoru   nad 

umysłowo chorym dwukrotnie od niego starszym i trzykrotnie większym, ale potrafił go zabawić.

DILSEY.
Ci przetrwali.

background image

Przypisy

 1)  Caddie (ang.) — chłopiec do noszenia kijów i piłek przy grze w golfa.
  2)   Sinodziąsły — według ludowych wierzeń Murzynów amerykańskich — czarownik, którego 

dziąsła zawierają śmiertelny jad.

3) Głos, który tchnął ponad rajem w ten pierwszy dzień zaślubin — początek poematu Johna 

Keble'a „Świętość małżeństwa”.

 4)  Deacon (ang.) — diakon.
  5)     Proktor   —   na   uniwersytetach   amerykańskich   przedstawiciel   władz   uczelni   do   spraw 

dyscyplinarnych.

 6)  Minstrele — w Ameryce biali aktorzy, przebrani za Murzynów, śpiewający pieśni z Południa.
 7)  Doom (ang.) — zguba, potępienie, złowrogi los.