background image

Opowieść niedokończona

Od czasów najdawniejszych, od kiedy tylko siebie pamiętam, miałem 

skłonność do płaczu, z tych samych chyba zresztą przyczyn, które wszystkie na   

ogół dzieci pobudzają do łez: z powodu nabicia   sobie guza, skaleczenia nogi, 

zimna, głodu, strachu,   zniecierpliwienia - czy nawet z nudów. Oprócz   tych, 

które wymieniłem, bywały także jakieś inne,   mniej uchwytne, na przykład: 

uczucie zdziwienia   pomieszanego z niepokojem, które przeżywałem na   widok 

czegoś dotąd nieznanego, czegoś, czego   nigdy dotąd nie widziałem, albo co nie 

zgadzało się   z moim poglądem na świat. Pisałem już kiedyś   o tym. Z czasem, 

na szczęście, pozbyłem się tej   skłonności do płaczu, co nie znaczy, że 

przestałem   się wzruszać. Chociaż z biegiem lat moje dziecinne łzy obeschły - 

przyczyny mojego smutku pozostały te same, świat bowiem nie przestał 

dostarczać   mi wciąż nowych, przykrych niespodzianek. Nie   przestawał mnie 

dziwić, niepokoić, zawstydzać,   a nawet wprawiać w zdumienie.

Powodem moich najpierwszych niepokojów była

dziwność otaczającego mnie świata. Przeżywałem ciężko dramatyczne 

zachody słońca, po których   zapadała niewróżąca nic dobrego ciemność, gdy   

słowa starszych, że „słońce po prostu zachodzi”,   niczego nie wyjaśniały, 

przeciwnie, powodowały   jeszcze głębszy smutek i beznadzieję. Burze z 

piorunami, od których zapalało się niebo, drzewa,   chmury, i stawało w ogniu 

wnętrze domu. Nawałnice, które łamały dęby i kładły pokotem sosny.   

Gwałtowne ulewy. Powodzie, mrozy, które zamieniały świat w krainę zimną i 

martwą. A potem moje   pierwsze wędrówki i zdumienie z powodu różnicy w 

wyglądzie tych samych rzeczy oglądanych   z daleka - i z bliska! Były to inne 

rzeczy, choć wmawiano we mnie, że są te same. Usiłowano mnie   przekonać, że 

drobiazgi są tylko częściami całości,   podczas gdy moje zmysły mówiły co innego: 

że   małe rzeczy są małymi całościami, a wielkie wielkimi, i nie mają ze sobą nic 

wspólnego.

Nie będę się dalej rozwodził nad materią świata i tak zwanymi zjawiskami 

przyrodniczymi. Szamotałem się z nimi wystarczająco długo, a kiedy się   wreszcie

jakoś uporałem z ziemią, powietrzem,   wodą, słońcem i księżycem, piorunami i 

śnieżycami (ale czy mogę powiedzieć, że uporałem się   z nimi? - nie, przyjąłem 

tylko do wiadomości ich   niezrozumiałą obecność, pojawianie się, znikanie -nic 

więcej) - otóż kiedy przeszedłem nad tym do   porządku dziennego, ogarnięty 

background image

zostałem przez   nowe niepokoje, które nie wiem, skąd się brały. Na   pewno 

rodziły się one teraz w mojej głowie, choć   powodów dostarczał dalej świat, ludzie,

ich rozmowy, książki, gazety, które dosyć lubiłem czytać. Tak,   to na pewno 

powstawało w mojej głowie, bo chociaż było związane ze światem, to nachodziło 

mnie   wszędzie: w szkole, w domu, na ulicy, a nawet   w łóżku przed zaśnięciem, 

kiedy leżałem z zamkniętymi oczami. Jedną z pierwszych takich oderwanych od 

rzeczy i obrazów i nachodzących mnie   uporczywie myśli (na szczęście także 

przejściowo,   gdyż i z tym się z czasem pogodziłem) było zdziwienie nad sobą 

samym, nad moim własnym istnieniem, życiem, ruchem, widzeniem i 

odczuwaniem   i nad tym, że mogę o tym wszystkim myśleć. Że   widzę nawet z 

zamkniętymi oczami to, co było, jest,   a nawet przedstawiać sobie to, co będzie. 

Ale nie   na tym koniec; co dziwniejsze, i o tym chcę więcej   powiedzieć: wszystko,

o czym myślałem, wydzielało z siebie jakąś osobliwą substancję, jakby mgłę,   ale 

niewidzialną i jakby pachnącą czymś. Ta woń   przenikała mnie całego, 

napełniała moje serce radością, pobudzała mnie do łez, ożywiała albo wprawiała 

w zadumę. Nie było właściwie myśli, która   by nie wydzielała z siebie tej dziwnej 

mgły, czy jak   by to nazwać, która mnie ogarniała i wzruszała. Bo   nawet kiedy 

pomyślałem: dwa plus dwa równa się   cztery - to nawet to proste stwierdzenie nie

było   pozbawione czegoś niepokojącego. W rozumowaniu tym kryła się gdzieś 

jakaś zagadka. Byłem bowiem przekonany, że nie zawsze dwa plus dwa   równa 

się cztery. Na przykład: dwa jabłka plus dwie   dynie to nie są ani cztery jabłka, 

ani cztery dynie.   No ale znowu z drugiej strony: dwie pomarańcze   plus dwie 

pomarańcze równa się czterem pomarańczom. Czyli na dnie spraw najbardziej 

oczywistych   kryły się wątpliwości. Nie mówiąc już o tym, że jak   tylko 

pomyślałem o liczbach, natychmiast przypominały mi się lekcje matematyki, na 

których nie   zawsze mi się najlepiej wiodło, a to już było wystarczającym 

powodem do smutku pomieszanego   z nieznośnym uczuciem wstydu. Moje myśli 

nie   były więc nigdy obojętne, towarzyszyły im nieodłącznie jakby cienie - 

wzruszenia. Czasem wystarczyło pomyśleć słowo, jedno słowo, a już to słowo   nie

tylko coś znaczyło, ale i wzruszało. Zauważyłem, że zjawisko to jest o wiele 

wyraźniejsze, kiedy się pomyśli dwa słowa. Te dwa słowa, zetknąwszy się ze sobą, 

natychmiast wydzielały z siebie   jakby prąd elektryczny, czasem słaby, czasem 

bardzo silny. Było to zjawisko podobne do tego, które   obserwowałem, pocierając 

bursztyn o czarną spłowiałą spódnicę pluszową mojej babki albo dotykając 

background image

wiszącej na krześle brązowej kosmatej marynarki   mojego ojca. Powstawał wtedy 

prąd elektryczny,   który przyciągał piórka i papierki. Więc myślę sobie na 

przykład o kamieniu, wróblu, liściu kasztana albo zardzewiałym gwoździu, a 

potem zaraz   o płynącej wodzie, o zbożu, oknie otwartym, białej sosnowej desce - 

i już mam powód do przelotnej radości lub cichego smutku.

Tak więc od najmłodszych lat nie było mi dane zaznać spokoju, nie tylko 

zresztą na jawie, ale także we śnie, w którym rzeczy i istoty żywe nabierały jeszcze

gorętszych kolorów, były jeszcze   dziwniejsze i jeszcze bardziej wzruszające. Ale 

nie   mówmy o snach, bo to są inne sprawy. A może nie?

Mniejsza z tym. Potem, w miarę jak byłem coraz większy i starszy, moje 

myśli i towarzyszące im   uczucia mnożyły się i komplikowały. Aż pewnego   dnia 

odkryłem prawdę dziwną, a nawet przerażającą: że na ten sam temat różni ludzie 

mają całkiem   inne i zupełnie od moich odmienne poglądy. Ojciec mój na 

przykład był zdania, że nasze stare fotele należy pokryć materiałem szarym w 

żółte   kwiaty, mama moja była za ciemnoczerwonym,   a mnie się zdawało, że 

najładniejszy byłby niebieski! Albo na przykład: „Gdzież, u licha, zapodział   się 

ten różowy talerzyk?” „Nigdzie się nie zapodział,   tylko się po prostu zbił”. „Nie 

szkodzi, i tak był   brzydki...”. Ta krótka rozmowa mamy mojej   z babką roiła się 

od nieporozumień, niezgodności,   sprzeczności, nielogiczności, bo, po pierwsze: 

talerzyk nie był różowy, tylko według mnie fioletowy. Po wtóre: nie sam się zbił, 

tylko ktoś go zbił,   i po trzecie: nie był brzydki, bo mnie się podobał   i było mi go 

żal. Gdy po malowaniu naszego mieszkania trzeba było zawiesić na nowo obrazy, 

mama   moja stanowczo była za tym, aby kwiaty namalowane przez ciocię Lusię, 

czyli siostrę mojego ojca,   powiesić bardziej w lewo, ojciec mój twierdził, że   w 

prawo, a ja byłem przekonany że ani w lewo,   ani w prawo, tylko trochę wyżej 

albo niżej. Poglądy na świat mojej matki, babki i ojca były więc   sprzeczne ze 

sobą i różniły się od moich, a poza   tym były niezgodne z rzeczywistością, czyli z 

tym,   co ja widziałem i odczuwałem.

Ale różnica zdań na temat foteli, talerzyka i obrazów to były głupstwa w 

porównaniu z tym, cze-

go dowiedziałem się z „Hasła Narodu”: że pewien stary człowiek, którego 

znałem z widzenia i lubiłem, bo chodził w pelerynie i palił fajkę, otóż że   ten 

sympatyczny człowiek jest złodziejem grosza   publicznego, czyli wspólnych 

pieniędzy. W kilka   dni później w gazecie „Pracownik” przeczytałem,   że ojciec 

background image

mojego przyjaciela, zawsze bardzo elegancko ubrany, w niebieskim garniturze i w 

krawacie w biało-czerwone grochy, redaktor właśnie   „Hasła Narodu”, bierze od 

kogoś tam pieniądze tylko   po to, aby rzucać oszczerstwa, czyli pisać nieprawdę.  

Nauka historii, która jakoś w tym czasie rozpoczęła   się w szkole, sprawiła, że 

długo nie mogłem się   pogodzić z myślą, iż moi przodkowie walczyli   i ginęli w 

obronie ich starej, pogańskiej wiary,   a potem ich potomkowie umierali w obronie

nowej   chrześcijańskiej, którą im przecież kiedyś siłą narzucono. W obronie jakiej

jeszcze wiary przyjdzie   kiedyś mnie i moim następcom walczyć i umierać?   

Książki o wojnie światowej, które zresztą lubiłem   czytać, gdyż wojny były moją 

namiętnością, dostarczały mi z jednej strony dużo przyjemności, ale   z drugiej 

wielu nieznośnych wątpliwości. Na przykład: dlaczego, jakim prawem, przed bitwą

księża   po obu stronach odprawiają nabożeństwa i modlą   się do Boga o 

zwycięstwo? W tym czasie, a może   nawet nieco wcześniej, pod wpływem 

przeżycia   związanego z przekroczeniem granicy, legalnym   zresztą, w 

towarzystwie rodziców, zwątpiłem także w sens podziału świata na państwa. 

Przekonałem się mianowicie, że w miejscu, które na mapie   oznaczone było grubą

fioletową linią - nie istniała   żadna granica. Nie było tam żadnego płotu, siatki   

ani drutu kolczastego, a co dziwniejsze - jeszcze   daleko po tamtej stronie 

„granicy” ludzie mówili tym   samym językiem. Od ojca dowiedziałem się, że tak   

jest niemal wszędzie: po naszej stronie dużo ludzi   mówi po niemiecku, 

ukraińsku, rosyjsku, a po tamtej   żyją ludzie mówiący po polsku. Nawet rzeki 

nie   dzielą ludzi. Na przykład po francuskiej stronie   wielkiego Renu mieszkają 

Niemcy, a po niemieckiej - Francuzi. I jest tak, że Niemcy muszą służyć   w 

wojsku francuskim, a Francuzi w niemieckim,   a potem jak wybucha wojna, to 

Francuzi strzelają   do Francuzów, a Niemcy do Niemców. Co gorsza,   

uprzytomniłem sobie, że mój własny ojciec mógł   zginąć za cesarza austriackiego 

albo moskiewskiego cara. Nie zginął, ale mógł zginąć!

-          Tatuś mógł zginąć?!

-          Niewiele brakowało. Dziesięć centymetrów,   czasem nawet mniej.

To już było potworne. Ale mój ojciec jakoś się tym nie przejmował. 

Powiedział tylko, że cała ziemia   usiana jest grobami ludzi, którzy zginęli za 

cudzą   sprawę. Pomyślałem, że jeśli Bóg jest, to wszystko   zostanie sprawiedliwie

i pomyślnie załatwione - ale   co będzie, jak Boga nie ma? Nie wiem, czy świat   

zawsze był tak niedorzeczny, w każdym razie na   moich oczach, czyli za mojego 

background image

życia, komplikował   się niemożliwie. Komu tu było wierzyć, w co wierzyć i jak żyć 

na takim świecie? Czyja to wina, że   świat jest taki - wina ludzi czy Pana Boga? 

Bo na   przykład: ja. Mam ręce i nogi, jestem zdrów (nie   licząc szkarlatyny, 

zapalenia oskrzeli i od czasu do   czasu anginy). Słyszę, widzę, poruszam się. 

Biegam.   A jak się rozpędzę, to unoszę się w powietrze, jakbym miał skrzydła, i 

płynę nad łąką, nad rzeką, nad   lasem. Wspinam się na drzewa, wdrapuję na 

górki, przeskakuję na drugi brzeg potoku. Ale kolega   Gutmann ma tyle lat co ja, 

to znaczy dwanaście,   i nosi już okulary. Jak zdejmie okulary, to nic nie   widzi, 

może nie tak, żeby całkiem nic, ale mało co.   Jeden chłopak, nazywa się Podoski,

jest garbaty,   a pewna koleżanka zachorowała, poszła do szpitala, leży 

nieruchomo i podobno już nigdy nie będzie   mogła chodzić do szkoły. Dwie 

koleżanki i jeden   kolega zanieśli jej do szpitala bukiet róż, kolorowe   papiery, 

klej i nożyczki, żeby mogła wycinać ludzi,   zwierzęta i kwiaty. A ja tymczasem 

sobie beztrosko idę, biegnę, płynę, lecę. Mijam domy, bramy,   sklepy, drzewa. Ale

oto idzie człowiek, którego   znam z widzenia. Znam go, chociaż człowiek ten   nie 

ma właściwie twarzy, to znaczy ma tylko połowę twarzy. Druga połowa jego twarzy

jest zrobiona jakby z wątroby, z fioletowo-brązowo-czerwo-nego mięsa, pokrytego 

bąblami i strupami. Człowiek ten ma więc połowę nosa, ust i brody, jeden   

policzek, połowę czoła i połowę karku. Okropność. Zapomnijmy to prędko. Więc 

widzę tego   człowieka z daleka i jeśli mam dokąd, to skręcam   w prawo albo w 

lewo, jeśli nie, to spuszczam oczy,   odwracam głowę, nie patrzę na niego. Jego 

widok   nie wzbudza we mnie litości (chociaż może trochę,   bo ja wiem?), tylko 

brzydzi, przyprawia   o mdłości, a nawet obraża. Mijam go, przystaję kolo   

fryzjera i w wąskim, oprawionym w złotą ramę   lustrze widzę swoją twarz: jest 

jasna, czysta, moje   oczy są niebieskie, włosy koloru zboża, jak mawia   moja 

mama, kiedy chce opisać komuś mój wygląd,   ale raczej żyta niż pszenicy. To, że 

nie jestem chory, garbaty ani oszpecony przez chorobę, sprawia   mi oczywiście 

pewne zadowolenie, ale ogólnie   rzecz biorąc, pogłębia mój niepokój. Człowieka   z

połową krwawej twarzy widuję często na ulicy,   ale nie zdarzyło mi się go 

zobaczyć w kościele,   pewnie modli się w domu, jeśli w ogóle się modli.   Człowiek

ten nie bywa też nigdy w kinie ani   w teatrze. Ktoś powiedział mi o nim, że jest 

bogaty, więc nie musi pracować. Pisze podobno artykuły   do jakiejś gazety i 

zbiera znaczki pocztowe. Myśl,   że łączy nas jednak coś, mianowicie zbieranie   

znaczków, napawa mnie nowym, nieznanym, trudnym do określenia uczuciem - 

background image

lęku pomieszanego   z niesmakiem i gniewem. Lepiej byłoby, żeby on   nie zbierał 

znaczków, a najlepiej, żeby się   w ogóle nie urodził. Ale on, kiedy mnie mija, widzi

mnie. Jedno oko ma czyste, zdrowe, kolom piwnego, drugie nabiegłe krwią jak u 

zgonionego konia. Widzi mnie i też coś sobie o mnie myśli, że   jestem młody, 

zdrowy, że twarz mam czystą, mogę   chodzić do kościoła i do kina, na basen i na 

mecz.   Mogę jeść lody w cukierni, w której na białych ścianach wymalowane są 

palmy i wielbłądy. Więc nie   patrzę na niego, także dlatego, aby nie widzieć, jak   

on na mnie patrzy. W ogóle nie patrzę w oczy ludzi przez los doświadczonych, 

kalek, a nawet ludzi garbatych. Mój Boże, zostało mi to po dzień   dzisiejszy. Boję 

się ich oczu. Nie mam im nic do   dania, a w każdym razie nic, co mógłbym im 

przekazać wzrokiem. Wszystko, co mogę dla nich zrobić, to nie patrzeć na nich. 

Najmniej kłopotu sprawiają   mi kaleki bez obu nóg, te „kadłuby”, jak nazywa je   

lud, poruszające się nisko nad ziemią, na desce   zaopatrzonej w cztery kółka. Ich 

głowy są na poziomie moich kolan, mogę więc tych istot w ogóle   nie widzieć, a co

ważniejsze, oni sami, przemykając się nisko ponad ziemią, mogą być przekonani, 

że ludzie ich nie widzą. Żyją przecież jakby pod   powierzchnią świata. A ja 

tymczasem w świecie,   który robi się coraz ludniejszy, coraz gęstszy, coraz mniej 

zrozumiały, żyję sobie, ruszam się, biegnę, dokąd chcę. Kładę się spać, lecę ponad

naszym   domem, ponad miastem, ponad rzekami i lasami,   nazajutrz rano 

wstaję i idę do szkoły. Miesiąc temu   ojciec zrobił na framudze drzwi kreskę, od 

tego   czasu urosłem podobno osiem milimetrów. Niestety nie rosną razem ze mną

moje buty i nie wydłużają się spodnie. Nowe trzewiki, które mi kupiono,   są na 

mnie za duże, co mnie bardzo złości. Nie szkodzi, nie zauważysz nawet, kiedy 

będą na ciebie   dobre, za dwa, trzy miesiące będą w sam raz. Wczoraj była 

niedziela, dzisiaj jest już czwartek, niedawno jeździłem na łyżwach i na nartach, 

dzisiaj idąc   do szkoły, zobaczyłem pierwsze stokrotki, a potem   widziałem, jak 

koleżanka położyła na katedrze bukiecik fiołków dla profesora. Tymczasem w 

moim   życiu nic się nie wyjaśnia, tylko wszystko się jeszcze bardziej komplikuje i 

gmatwa. Wczoraj dowiedziałem się o pewnym sympatycznym księdzu, że   ma 

dziecko, nieślubne oczywiście. Bardzo mnie bo   zdziwiło i zasmuciło. Ale to, co 

usłyszałem dzisiaj   przy obiedzie, po prostu mną wstrząsnęło: starszy   sierżant 

Rękoś, którego widywałem często w niedzielę w paradnym mundurze, przy szabli, 

z krzyżem walecznych i innymi odznaczeniami z wojny   światowej na piersiach, 

że ten gruby, wielki jak   niedźwiedź i dobrotliwie uśmiechający się żołnierz,

background image

o          którego bohaterskich wyczynach legendy w pułku chodziły - otóż 

sierżant Rękoś zhańbił się czynem niegodnym żołnierza: ukradł z magazynu 

skórę   na zelówki, którą potem sprzedał handlarzom.   Według mojej matki 

odcięto mu przed frontem całego pułku naszywki i na oczach wszystkich żołnierzy

zerwano odznaczenia (to nie było tak całkiem   pewne, mój ojciec wątpił, sądził, że

takie przedstawienia urządzano dawniej), potem odwieziono do   więzienia. 

Wyraziłem nadzieję, że po odbyciu więzienia, były starszy sierżant będzie mógł 

zacząć   swoją karierę od szeregowca, a w następnej wojnie dać nowe dowody 

męstwa, i znów awansować   na sierżanta.

-          Tak, iw końcu zostanie generałem - powiedziała moja matka.

-          Wątpię, aby sierżant Rękoś miał jeszcze ochotę narażać życie za 

ojczyznę - powiedział ojciec.

-          Kto wie. Takim ludziom jest wszystko jedno,   mogą być bohaterami 

i złodziejami.

Rozmowa między rodzicami toczyła się potem na inny temat i jak zwykle 

polegała na różnicy zdań,   ale ja cierpiałem, bo nie chciało mi się pomieścić   w 

głowie, aby złodziej mógł kochać ojczyznę,

i wątpiłem, aby ten, kto kocha ojczyznę, mógł być

jednocześnie złodziejem. Moją biedną, skołataną głowę zajmowały różne 

takie myśli, pamiętam, że   szczególnie długo i uporczywie prześladowała mnie   

niepewność, co by było, gdybym się był urodził jako   syn mojej matki, ale nie 

mojego ojca, tylko tego   bruneta, ku któremu matka moja, mając lat szesnaście 

czy siedemnaście, skłaniała lekko głowę na   fotografii zrobionej przez pana 

Kaliszewskiego   w Tarnopolu? Lub gdybym był synem z małżeństwa   mojego 

szesnastoletniego ojca z ośmioletnią dziewczynką w sukience z falbankami, 

trzymającą koszyczek na tle sztucznej altanki w zakładzie pana Stefańskiego w 

Żmerynce, z tą właśnie dziewczynką,   która była podobno pierwszą romantyczną 

miłością   mojego ojca? Strach pomyśleć o tym, co by było,   gdybym był kim 

innym, niż jestem! A może byłoby   ciekawsze? W wieku lat trzynastu czy 

czternastu,   mając już tych okropnych sprzeczności, tej ciągłej   rozterki i 

niepewności wyżej uszu, zapragnąłem   czegoś, co pozwoliłoby mi odzyskać 

spokój, mieć   głowę lekką i myśli czyste. Stałem się bardzo religijny. 

Instynktownie czułem, że aby nie zginąć na   tym dziwnym świecie wśród tylu 

zwątpień, trzeba   koniecznie w coś uwierzyć, i potem mocno w tó   coś wierzyć. 

background image

(Nieco później doszedłem co prawda   do wniosku, że w coś wierzyć - to znaczy nie

widzieć, nie słyszeć, nie uznawać niczego, co z moją   wiarą się nie zgadza. Ale to 

przyszło później, trzy   albo cztery lata później). Na razie byłem wierzącym   i życie

zaczęło mi się lepiej układać, chociaż nie   mógłbym powiedzieć, że całkiem bez 

kłopotów   i zmartwień. Ale było mi jakoś lżej na duszy. Prawie zupełnie pozbyłem

się tego dziecinnego zdumienia z powodu niezgodności uczuć i myśli ze słowami i 

słów z rzeczywistością, przestałem także zaprzątać sobie głowę myśleniem o tym, 

co by było,   gdybym był kimś innym. Mogłem sobie powiedzieć,   że jestem tym, 

kim jestem, mam takich, a nie innych   rodziców, dom, nie mówiąc już o moich 

rękach,   włosach, oczach i nosie. Nic się nie da zmienić.   Byłem więc teraz 

spokojniejszy, ale czasem jakby   smutniejszy, bo zacząłem dochodzić do 

wniosku, że   stając się lepszy i spokojniejszy - straciłem coś.   Bardzo wiele z 

tego, czego dawniej robić mi nie było   wolno, teraz okazało się grzechem, a więc 

czymś   podwójne zakazanym: nie tylko zakazanym przez   Boga, rodziców, szkołę 

- ale i przeze mnie samego, bo ja sam, uwierzywszy, postanowiłem nie grzeszyć. I 

dopiero teraz poczułem prawdziwy smak   pokusy i grzechu. Nigdy dotąd 

plasterek kiełbasy,   ukradkiem zjedzony w piątek, nie wydawał mi się   tak 

nieludzko smaczny, nigdy nie miałem takiej   chętki zjedzenia następnych 

plasterków. (Wiadomo,   była to przynęta posypana diabelską przyprawą).   Nie 

mówiąc już o innych pokusach, z którymi przyszło mi teraz zmagać się i których 

przezwyciężanie (trzeba to jednak przyznać) dawało mi trochę   satysfakcji. Ale jak

już powiedziałem, byłem teraz   jakiś smutniejszy. Smutek unosił się nad 

wszystkimi moimi wzniosłymi myślami i szlachetnymi uczynkami. Miałem czyste 

sumienie, beztroskie dni, spokojne noce, ale nie byłem teraz jakby całkiem sobą.  

Było mi czegoś żal, tęskniłem za kimś, jakby za tym,   kim byłem dawniej, kiedy 

byłem zły, nieposłuszny, krnąbrny, leniwy - i jak tam jeszcze wtedy

o          mnie mówiono. Mimo że sam przecież zgodziłem   się wierzyć i nie 

grzeszyć, czułem się ciągle tak,   jakbym robił wszystko pod cudzym przymusem. 

Źle   to powiedziałem, raczej czułem się tak, jakby ktoś   postarał się, a nawet 

zmusił mnie, abym uwierzył,

i teraz nie mam już wyjścia. Nieco później, gdy   miałem około siedemnastu 

lat, udało mi się uwolnić od tej zależności. Najpierw zwątpiłem w to, aby   Bóg 

stworzył świat w ciągu sześciu dni, a potem   w ogóle przestałem wierzyć w 

istnienie Boga i w cały ustanowiony przez niego porządek. Nie stało się   to od 

background image

razu, a może nie byłoby do tego doszło tak   wcześnie, gdyby nie książki, które 

pożyczałem dla   mojego ojca od pewnego starego socjalisty, mieszkającego blisko 

nas. (Wspominałem już o nim, to   ten, który chodził w pelerynie i palił fajkę). Ale 

ten   stary socjalista odegrał tylko rolę pośrednika; właściwym sprawcą był 

pewien przyrodnik, który   przed stu laty odkrył, że świat i wszystko, co na nim   

żyje, nie zostało stworzone naraz, ale rozwijało się   powoli od pojedynczej, małej 

komórki, i że w ogóle   wszystko jest w ciągłym ruchu, rozwija się i zmienia. 

Mama moja była co prawda zdania, że od czasów jej dzieciństwa stokrotki, fiołki i 

róże nic a nic   się nie zmieniły, w każdym razie nie są większe   i nie pachną 

mocniej, przeciwnie, nawet jakby były   mniejsze. Według mojej mamy wróble, psy

i koty,   a także krowy i konie wcale nie urosły ani nie   wypiękniały. W ogóle moja

mama była przeciwniczką teorii ewolucji, nie zgadzał się z nią oczywiście także 

mój ksiądz katecheta. Ale bądź co bądź   moje podstępne pytania wzbudzały 

wtedy sporo   zamieszania wśród starszych, co dawało mi wiele   satysfakcji, a 

nawet sprawiało uciechę. Stosunkowo   jeszcze najlepiej radził sobie ze mną mój 

ojciec,   którego uważałem za niewierzącego. Przyznawał mi   w zasadzie rację (był

grubo starszy od mojej mamy,   ale także pamiętał, że fiołki, koty i konie w 

czasach   jego dzieciństwa były takie same, a kto wie nawet   czy nie piękniejsze), 

ale przyznając mi rację, był   jednak zdania, że to, o czym mówimy, nie świadczy 

jeszcze ani za, ani przeciw istnieniu Boga, bo   jeśli Bóg ma zasługiwać na ten 

tytuł, to jego istnienie może właśnie na tym polegać, że nie jesteśmy   go w stanie 

zrozumieć. Kiedyś później okazało się,   że ojciec mój czytał książki tego 

przyrodnika, który nazywał się Darwin, już bardzo dawno, tylko się   wcale do 

tego nie przyznawał, widocznie chciał,   żebym ja sam na nie trafił. W czasie 

rozmowy ze   mną robił jakieś dwuznaczne miny: ni to się chmurzył, ni to 

uśmiechał. Ojciec mój więc ani nie przeszkadzał mi, ani mi nie ułatwiał odejścia 

od wiary   w Boga. Byłem sam, świat wymykał mi się, rozpadał, odsłaniał 

zamieszanie i nieporządek, niby   w mieszkaniu, z którego ktoś się pośpiesznie 

wyprowadził. Wszystkie więzy materialne i moralne,   które w czasach, kiedy 

wierzyłem, trzymały jakoś   cały ten bałagan w kupie - teraz popękały, pozrywały 

się. Życie stało się bezsensowne, gdyż siły,   które w nim działały, były 

nieobliczalne. Światem   rządziły brutalna przemoc i złośliwy przypadek.

Ale miałem szczęście. Ten sam socjalista, który pożyczał mi książki, widząc,

że tracę grunt pod

background image

nogami, pośpieszył mi z dalszą pomocą. (Odbywało się to przy milczącej 

zgodzie mojego ojca i jawnej niechęci mojej matki). Pod wpływem długich rozmów 

z tym starym człowiekiem świat, który był już w ostatecznej rozsypce, zaczął się 

na nowo konsolidować. Nie stało się to nagle z czwartku na piątek,   trwało to 

dosyć długo, parę miesięcy, a może nawet   rok. Musiałem najpierw przeczytać 

dużo książek,   przyswoić sobie różne myśli, a nawet słowa. Aby   lepiej zrozumieć

całą złożoność świata i szybciej go   uporządkować, nauczyłem się niektórych 

definicji na   pamięć. Ale nie żałowałem czasu poświęconego   książkom i nauce - 

dzięki nim świat i życie zaczęły   się wyjaśniać. Fakty i zdarzenia, ludzie i 

zwierzęta,   przeszłość, teraźniejszość i przyszłość skupiały się   i układały w 

porządku w zbiory. Świat dzielił się na   części, ale ten nowy podział pozwalał 

lepiej zrozumieć całość. Wszystkie bowiem części podążały na   swoje 

przeznaczone dla nich miejsca. Zrozumiałem   teraz, skąd biorą się wojny i 

nieszczęścia, bogactwo   i nędza, a nawet odwaga i tchórzostwo, szlachetność   i 

zbrodnia, prawość i nikczemność, mądrość i głupota. Dzięki staremu socjaliście 

na świecie wciąż   niespokojnym, ale z sumieniem czystym, przeżyłem   kilka 

pięknych lat. Wiedziałem, gdzie jest wróg,   walczyłem z nieprzyjaciółmi, 

wspierałem towarzyszy, oni mi też pomagali. To, że czasem coś nie zgadzało się z 

teorią, że czasem to i owo wystawało jak   z przeładowanej walizki, uważałem 

tylko za wyjątek od reguły, wyjątek, który potwierdzał tylko zasadę. Nie 

przejmowałem się tymi wyjątkami. Nie   przejmował się nimi przecież nawet pan 

Hegel.

Wizja świata dobrze urządzonego (a właściwie źle urządzonego, ale dającego 

się przekształcić i urządzić mądrze) przetrwała w mojej wyobraźni niemal   do 

drugiej wojny światowej. Im bliżej jednak było   wojny (o której nikomu nawet się 

nie śniło, jaka   będzie), tym więcej zaczęło się pojawiać rys na   gmachu moich 

wyobrażeń o świecie. Były to zrazu drobne, niepozorne pęknięcia, które pod 

wpływem działania czasu powstają w sposób niejako   naturalny na powierzchni 

każdej materii. W socjalistycznym porządku, w który wierzyłem, zaczęło   się tu i 

ówdzie coś psuć i nie zgadzać, świat znów,   jak z czasów dzieciństwa, stawał się 

zagadkowy.   Kiedyś, na rok chyba przed wojną, przyjechawszy   do naszego 

miasta na bardzo krótko, jak na złość   musiałem spotkać na ulicy człowieka z 

połową   twarzy zjedzoną przez nowotwór i mijając go, przeżyłem uczucie, w 

którym nie było nic z radości   z powodu cudzego nieszczęścia, tylko ciężkie, 

background image

bezsilne, upokarzające i obrażające całe moje człowieczeństwo uczucie 

niesprawiedliwości, którego socjalizm ani nie tłumaczył, ani mnie od niego nie   

uwalniał. Na krótko przed wybuchem wojny ze   zdumieniem i przerażeniem 

spostrzegłem, że rysy   na fasadzie mojego świata powiększyły się, w jednym 

miejscu powstało już bardzo groźne pęknięcie. Przecinało ono pionowo wszystkie 

kondygnacje, podobne było do tych niebezpiecznych szczelin, jakie niekiedy 

pojawiają się na ścianach i każą   właścicielom podpierać domy belkami i 

przystępować natychmiast do remontu. Moje ostatnie spojrzenie, którym w 

pośpiechu zdołałem ogarnąć świat,   przekonało mnie, że była to już ostatnia 

chwila, na   moment przed rozłupaniem się i zawaleniem całej   mojej budowli w 

gruz - ale oto już biegłem, strzelano do mnie, aby mnie zabić. Wiedziałem, że to   

już wojna, i wiedziałem, co to znaczy. Czyż nie bawiłem się w wojny, czyż nie 

udawałem, że ginę   przeszyty kulą? Czyż nie zabijałem innych? Padałem,   

podnosiłem się, znowu biegłem. Strzelałem kilka   razy do sylwetek 

wynurzających się z porannej   mgły, kłoniących się ku ziemi, znikających we 

mgle.   Potem strzelałem, celując w czołg, który wyjechał   zza wzgórza, z łanu 

kukurydzy. Wydawało mi się,   że dobrze strzelam, ale czołg nie zatrzymał się,   

sunął na mnie. Nie miałem żadnych wątpliwości, ani   nie mam ich dzisiaj, że 

zginąłbym wtedy za sprawę słuszną, ale prawdę mówiąc, w tamten wrześniowy 

poranek nie bardzo mi się umierać chciało.   Zresztą nie myślałem o tym. 

Uciekałem, uciekali też   inni. Nad nami leciały nisko samoloty, strzelały   z 

karabinów maszynowych. Widziałem w powietrzu różowe smugi pocisków, 

zdawało mi się, że słyszę szum liści, widziałem, jak ziemia wokół mnie   poruszała

się i dymiła. Biegłem, wpadałem po pas   w wodę, brnąłem przez prąd, który 

porywał mi   spod nóg piasek, padałem w wodę. Wygrzebywałem się na brzeg, 

leżałem, trzęsłem się z zimna   i ze strachu. Byłem bardzo zmęczony, spałem 

kamiennym snem, budziłem się, znów maszerowałem   ciemnymi nocami wśród 

ludzi, koni, wozów ciągnących w tę samą stronę, na wschód. Zasypiałem   o 

świcie, budzono mnie, natychmiast znów zasypiałem. Któregoś dnia zbudziłem się

na odgłos strzałów. Okrążono mnie, odebrano mi broń i skórzany   pas. Znów 

maszerowałem, ale w odwrotną stronę.   Niedawno byłem żołnierzem, teraz byłem 

jeńcem   tych, z którymi walczyłem. Byłem jeńcem, a więc   istotą, której 

odebrano wolność. Uświadomiwszy to   sobie (z uczuciem zdumienia raczej niż 

rozpaczy),   postanowiłem nie iść tam, dokąd większość szła, to   jest w niewolę, 

background image

lecz dosyć szybko postarałem się   wolność odzyskać.

Na razie nie zdawałem sobie sprawy z tego, że wolność, którą udało mi się 

odzyskać, nie była tą   samą wolnością, którą straciłem, kiedy wzięto mnie   do 

niewoli. Nie myślałem o tym, to przyszło później, kiedy przekonałem się, że 

istnieją nie tylko   różne stopnie, ale i rodzaje niewoli. Nadeszły czasy, kiedy 

musiałem zadowolić się najmniejszą   cząstką wolności, jaka (tak mi się 

przynajmniej wtedy zdawało) może w ogóle istnieć: cztery kroki   w przód, cztery w

tył, trzy kroki w prawo, trzy   w lewo. Wkrótce miałem się jednak przekonać, że   

nie była to najmniejsza drobina wolności ani najgorszy jej rodzaj. Zdarzyło mi się 

później, że musiałem   poprzestać już tylko na czymś absolutnie nieuchwytnym 

dla otoczenia i niemożliwym do wykrycia:   myśleniu - i znajdowałem w tym wiele 

powodów   do radości, a nawet do uczucia szczęścia. W każdej sytuacji, w każdej 

pozycji - mogłem myśleć!   Mogłem być wszędzie i robić wszystko, prócz jednej 

oczywiście rzeczy: nie mogłem poruszyć z miejsca żadnego przedmiotu, ani 

przezwyciężyć granic   mojego więzienia. Ale mniejsza z tym. Ci, którzy   odjęli mi 

swobodę ruchu i działania, byli też wobec mnie bezradni - nie byli w stanie 

odebrać mi   wyobraźni, czyli widzenia tego, co pozostało   w mojej pamięci. 

Chyba żeby mnie zabili. Ale na   razie żyłem jeszcze i mogłem, kiedy tylko 

chciałem, zobaczyć to, co było. Mogłem znów swobodnie iść, płynąć, unosić się 

nad domami, polami   i lasami. Myślałem wtedy o różnych sprawach. Czasem 

nachodziły mnie myśli z dawnych czasów, na   przykład: gdybym był kim innym, 

niż jestem, gdybym się był urodził z innej matki lub ojca - to jakie   byłyby moje 

losy? Ale po co aż tak daleko sięgać.   Wystarczyłoby przecież, gdybym ja sam, 

bezwiednie, nieświadom skutków, wybrał dla siebie jakiś   inny, choćby 

najdrobniejszy wariant losu: zrobił pół   kroku w prawo zamiast w lewo, przebiegł 

na drugą   stronę szosy, podniósł się z ziemi o pół sekundy   wcześniej albo 

później! Myśli te niepokoiły mnie   jakiś czas, ale odeszły ode mnie, gdy znów, jak 

kiedyś, powiedziałem sobie, że tego, co było, zmienić nie mogę, a na to, co ma się 

stać, mieć mogę   wpływ minimalny. Mogę co najwyżej, jak człowiek   płynący z 

prądem wody, rozglądając się uważnie   wokoło, robić od czasu do czasu, w porę, 

jakiś   mądry lub choćby tylko instynktowny ruch, który   uchroni mnie od 

rozbicia się o skałę lub ugrzęźnięcia   w mule. I powiedziałem sobie, że póki żyję, 

robić   to muszę, bo nie jestem bezwolną, unoszoną przez   rzekę kłodą drzewa.

Od pewnego czasu jestem człowiekiem dojrzałym. Ociągnąłem maksymalny 

background image

wzrost sto osiemdziesiąt dwa i pół centymetra, który już nie powiększa się, sądzę 

raczej, że maleje. W innych dziedzinach   nie osiągnąłem jednak tego, na co mnie 

stać, i to   mnie czasem bardzo martwi. Ale w pracowni pewnego rzeźbiarza, z 

którym długie lata się przyjaźniłem, widywałem wśród wielu jego dzieł rzeźbę, 

nad   którą pracował dwadzieścia lat i nigdy jej nie skończył. Codziennie odwijał 

mokrą szmatę, którą rzeźba było okręcona, przypatrywał się jej, i po długim   

namyśle dodawał albo odejmował w jakimś wybranym miejscu maleńką grudkę 

gliny. I tak robił codziennie przez długie lata. Nie wiem, na czym to   polegało, że 

jego praca nie osiągnęła nigdy tego   stopnia doskonałości, który pozwala uznać 

twórcy   dzieło za skończone i oddalić je od siebie, sprzedać lub podarować. Być 

może, kształtując swoją   rzeźbę, w jakiejś chwili twórca przekroczył, nie   wiedząc

o tym, jakiś krytyczny próg i odtąd mógł   swoje dzieło już tylko psuć - lub w 

najlepszym razie   utrzymywać je w stanie wiecznej niedoskonałości.

Jestem już stary. Polega to głównie na tym, że poruszam się nieco ociężale i 

czasem zdarza mi się   coś zapomnieć. Wchodzę na przykład do pokoju   i myślę: 

po co ja tu przyszedłem? Wiem, że miałem coś zrobić, wziąć do ręki - ale co? Nie 

musiało   to być jednak nic ważnego, skoro dalej żyję, ruszam   się, pracuję. Ale 

nie biegam już tak jak dawniej, nie   przeskakuję po trzy stopnie. Nie lecę, nie 

unoszę   się nad miastami, jeziorami i lasami, na jawie i we   śnie. Patrzę na 

krajobraz, który nie ucieka mi sprzed   oczu tak szybko jak dawniej, mogę mu 

lepiej się   przyjrzeć. Jestem więc stary i czasem ogarnia mnie   żal, a nawet 

rozpacz, że zmarnowałem w życiu zbyt   wiele czasu. Jedną czwartą, a kto wie, czy

nie   większą część mojego życia straciłem na chodzeniu po lasach i nad brzegami

rzek i jezior. Na tak   głupich zajęciach, jak zbieranie drzewa i mozolne   

gotowanie herbaty na ognisku, tak, jakbym nie mógł   tego zrobić szybciej i 

wygodniej w domu, na kuchence gazowej. Na ślęczeniu dniami i nocami nad   

wodą. Na patrzeniu godzinami w krajobraz, doprawdy tak, jakbym nie wiedział, co

to jest drzewo, kamień, trawa, woda, i musiał bez końca się zastanawiać, czym się

te rzeczy od siebie różnią i jak się   do siebie nawzajem mają!

Powiedziałem, że pracuję, owszem pracuję, ale nie tak wydajnie jak dawniej.

Zapewne, mam więcej doświadczenia zawodowego i praktyki, niż gdybym był 

człowiekiem młodym, ale staram się nie   korzystać z nich. To, co niektórzy 

nazywają rutyną,   pozwoliłoby mi co prawda utrzymać się w formie   i nie obniżać

ilości ani jakości tego, co robię, ale   zbyt często podsuwałoby mi rozwiązania już 

background image

dawno przez innych lub przeze mnie samego wypróbowane. Jestem więc ostrożny 

i nieufny zarówno   wobec tego, co osiągnąłem w przeszłości, jak i tego,   co mogę 

jeszcze zrobić. To także cecha starości, chociaż może nietypowa. Przypuszczam, że

zachodzą   też we mnie zmiany, które lepiej niż ja widzi moje   otoczenie. 

Zmieniam się, ale zachowałem pewne   bardzo stare cechy mojej osobowości, 

sięgające   czasów dzieciństwa: nie lubię kożuchów na mleku,   budyni i 

piętrowych ciastek z kremem, niezbyt   przepadam za drobiem i zupą 

pomidorową. Lubię   kaszę hreczaną i kukurydzianą z kwaśnym mlekiem,   wolę 

oczywiście łososia, szynkę, bażanta, zajęczy   comber, pieczeń wołową na dziko. 

Ale jestem zupełnie szczęśliwy, kiedy mam kaszę z mlekiem.   Nie zawsze podoba 

mi się to, co podoba się innym,   i nie zawsze chce mi się śmiać z tego, z czego   

śmieją się inni. Jeśli to czasem robię, to raczej przez   grzeczność. Gdy siedziałem 

w czasie wojny w więzieniu, dozorca, Niemiec, otwierając drzwi celi, miał   zwyczaj

uśmiechać się do nas, więźniów. Nie odpowiadałem na jego uśmiechy, gdyż nie 

widziałem   wtedy żadnych powodów do wesołości ani dla   mnie, ani dla niego. W 

ogóle to bardzo nie lubię   mieć do czynienia z wesołymi policjantami, jestem   

bowiem zdania, że policjanci powinni być rzeczowi i raczej poważni. Czasem, w 

najmniej odpowiednich miejscach, na przykład na cmentarzu, nawiedzają mnie 

optymistyczne myśli. A w nocnych lokalach - opada mnie często smutek. Nie 

lubię   zwłaszcza, jak podchodzi do mnie cygański skrzypek, pochyla się i cicho 

sączy mi do ucha „Oczi   czornyje”. Nie wiem, co mam robić? Mogę się   

uśmiechnąć raz, na odczepnego - ale on gra długo, słyszę jego sapiący oddech, 

mam się ciągle   uśmiechać i uśmiechając się, patrzeć na twarze ludzi, na 

kieliszki, na talerzyki z sałatką śledziową?   Proszę się nie śmiać ze mnie, ale to 

straszne. Mnie   się chce płakać. Ach, jeszcze jedna maleńka, ale   także zabawna 

właściwość mojego charakteru: od   dzieciństwa miałem coś takiego głupiego w 

naturze, że okropnie nie lubiłem powtarzać: „czerwony pas - czerwony pas, za 

pasem broń - za pasem   broń”, a nawet: „gdzie szumi - szumi woda”, albo:   

„stokrotka rosła polna - polna...”, ale po dziś dzień   śpiewam to wraz z innymi, 

tylko nie powtarzając   słów, i w ogólnym hałasie nikt tego nie spostrzega. Nie 

znoszę też „dochodzenia” do telefonu, „po-dzwaniania” czy „przedzwaniania” i 

„pobierania” decyzji. Jeśli to już konieczne, to podchodzę do telefonu, dzwonię i 

podejmuję decyzję. To takie śmiesz-nostki. Aha, byłbym jeszcze coś zapomniał: 

od   wczesnego chłopięctwa, od czasu, jak przestałem   być niewiniątkiem, nie 

background image

lubiłem pornografii wizualnej. Mówię wizualnej, to znaczy rysunków i filmów,   w 

odróżnieniu od pornografii, którą znajdowałem   w książkach, bo od tej wcale nie 

stroniłem. Ale te   pierwsze przeciągłe pocałunki, które oglądałem   w starych, 

jakże naiwnych jeszcze filmach, zawstydzały mnie już i wprawiały w zakłopotanie.

Gdy   trwały zbyt długo, zamykałem jedno oko. A nawet   teraz, gdy jestem starym

koniem, nie znoszę drastycznej pornografii filmowej, tego kłębienia się   i 

przewracania w łóżku. Jeśli to już koniecznie muszę oglądać i jeśli przeciąga się to

ponad miarę, zamykam jedno oko, a drugie przesłaniam zwiniętą   w kułak 

pięścią i patrzę przez małą dziurkę, jakbym nie chciał lub nie potrzebował tego 

widzieć   dokładnie, jakby mi zupełnie wystarczyło podglądanie. To śmieszne, ale 

jak mam być szczery, to   musiałem i o tym powiedzieć. Co zabawniejsze, że   jeśli 

chodzi o wyobraźnię i praktykę, to nie byłem   nigdy świętoszkiem. Może nie 

lubiłem patrzeć na   to, czego nie miałem zamiaru ani ochoty się wyrzekać? Nie 

lubiłem - niezależnie od tego, czy byłem   wierzącym, czy niewierzącym, dzieckiem

czy dorosłym mężczyzną. Myślę czasem, że to jakaś niezupełnie dla mnie 

zrozumiała właściwość mojej   natury, a raczej wyobraźni. Coś infantylnego,   a 

może zakłamanego? A może po prostu uważam,   że to, co się dzieje między 

kobietą a mężczyzną,   powinno być, w ich interesie i dla ich dobra - przed   

wzrokiem innych zasłonięte? Ale dajmy spokój tym   sprawom. Odgrywają one w 

naszym życiu znacznie mniejszą rolę, niż im przypisujemy. Powróćmy   do rzeczy, 

które zajmowały i zajmują więcej miejsca w moim życiu: jak dawniej przejmuje 

mnie niepokojem, a czasem nawet lękiem widok ludzi upośledzonych, 

pokrzywdzonych przez los, prześladowanych przez innych ludzi. Kiedyś 

przejmowałem   się bardzo losami narodów tak zwanych uciemiężonych. Teraz 

jakoś mniej mnie to obchodzi. Jakbym zobojętniał na ich cierpienia. Zawsze 

byłem,   i pozostałem, bardzo wrażliwy na sprawy narodu,   do którego należę, i 

prawie tak samo jak większość   Polaków stronniczy, gdy chodzi o historię 

naszego   narodu. Ale ktoś mi niedawno powiedział, że na   stare lata staję się 

naq'onalistą. Kim, nacjonalistą? Nie   sądzę. To może nie ja się zmieniam, tylko 

ulegają   przedawnieniu stare pojęcia? Byłem zawsze, i pozostałem, przesadnie 

czuły na moje prawa i swobody osobiste i nienawidziłem wszystkich, którzy   

próbowali mi je uszczuplać - nie wyłączając nawet   rodziców. Ubolewam nad tym,

że nie potrafiłem   wtedy, gdy byłem dzieckiem, wytłumaczyć rodzicom, o co mi 

chodzi, i przykro mi, że nie zdążyłem tego zrobić później. Może byliby się 

background image

przekonali, że chciałem mieć bardzo dużo wolności nie po   to, aby jej nadużywać,

ale żeby mieć prawo korzy-

stania tylko z tej części swobody, która była mi właśnie potrzebna. W 

dalszym ciągu budzą moją   niechęć tak zwane klasy posiadające, pod tym   

względem niewiele się zmieniłem. Jak już mówiłem, mniej jednak niż dawniej 

przyjmuję się teraz   losami innych narodów. Są mi co najmniej tak obojętne, jak 

dalecy krewni, 

 2 którymi nie utrzymuję   żadnych stosunków. Być może, że ktoś 2 moich  

dalekich krewnych gdzieś w kraju, a nawet za granicą, jest w tej chwili właśnie 

bardzo chory albo   przeżywa jakąś tragedię osobistą - ale ja nic o tym   nie wiem, 

więc cóż mnie to może obchodzić? Ale   tu kiedyś, niedawno, bardzo się 

zdenerwowałem,   uprzytomniwszy sobie nagle, jak to pewien nieduży naród, 

nieposiadający własnej historii ani języka, potrafił zaprzątać uwagę i niepokoić 

cały świat,   terroryzując go, porywając zakładników, paląc samoloty, zabijając 

niewinnych ludzi - tak długo, póki   nie wymusił dla siebie praw strony wojującej, 

a nawet przedstawicielstwa dyplomatycznego.   W tym samym mniej więcej czasie 

inny, wielki, bo   ośmiomilionowy, mówiący własnym językiem   i szczycący się 

starą kulturą i cztery tysiące lat liczącą historią naród - musiał jeszcze raz wyrzec

się   swojej niepodległości na oczach obojętnego, bo   niezagrożonego świata. 

Powstańcy tego dzielnego,   górskiego narodu nie strzelali bowiem do 

przypadkowych, niewinnych ludzi, tylko walczyli ze swoimi wrogami fair, do 

ostatniego naboju - i świat nie   zrobił dla nich nic, bo nie bał się ich. Patrzył 

obojętnie na agonię ich kolejnego któregoś tam z rzędu na przestrzeni ostatnich 

pięćdziesięciu lat zrywu niepodległościowego. Skąd my, Polacy, to znamy? Pasja 

mnie bierze, kiedy o tym pomyślę, ale   nie mogę przecież o tym myśleć 

codziennie. Jutro   już będę myślał o czym innym. W ogóle miewam   zmienne 

humory i nastroje. Co pewien czas przeżywam nawet poważne kryzysy duchowe, 

połączone z utratą zaufania do wszystkich po kolei światopoglądów, ideologii, 

systemów i ustrojów.

Niby się zmieniam, a niby nie zmieniam. Wczoraj zdawało mi się, że płynę, 

oddalam się, że mój początek został gdzieś daleko poza mną - dzisiaj   mam 

uczucie, że trwam nieruchomo, że zmienia się   tylko to, co jest dookoła mnie. Tak

czy inaczej -istnieję. To na pewno. Istnieję, będąc w ruchu i sam   się zmieniając, 

lub istnieję, tkwiąc nieruchomo i prawie bezczynnie w miejscu, wciąż taki sam, 

background image

jakby   tylko kołysany podnoszącą się i opadającą falą. Nie   ma dni ani nocy, 

tylko ciemności i światła, które raz   po raz, na zmianę, mnie ogarniają. 

Przeżywam różne   stany i nastroje, złe i dobre. Nachodzą mnie czasem   jakieś 

choroby, grypy albo inne świństwa, ale dosyć szybko mnie opuszczają. Miewam 

chwile,   w których znów, jak kiedyś w dzieciństwie, opada   mnie zwątpienie, gdy 

dręczy mnie niepokój i uczucie niepewności. Przestaję wtedy wiedzieć, co jest   

dobre, a co złe, i dla kogo złe, a dla kogo dobre.   Nie wiem, co robić, waham się, 

złoszczę się na siebie i innych. Świat znów wydaje mi się podzielony   na dwie 

partie, w jednej jest naród, do którego należę, a czasem tylko ja sam - w drugiej 

cała reszta   ludzi. Przestaje mnie raptem obchodzić dobro społeczne, a co 

dziwniejsze, czasem nawet moje własne. Więzy, które jeszcze tak niedawno 

łączyły   mnie z ludźmi, przedmiotami, ideami i zdarzeniami i wydawały się bardzo

mocne - rwą się teraz   jak pajęczyna, i czuję, że jestem znów samotny,   odcięty 

od ludzi i świata. Jeszcze nie tak dawno   pragnąłem, aby wszyscy ludzie 

porozumieli się   nareszcie z sobą na temat kolorów i kształtów, sympatii i 

antypatii i aby to było zgodne z moimi przekonaniami i wyobrażeniami o świecie - 

a dziś jednomyślność wydaje mi się smutną i nudną głupotą,   i wstrętem 

przejmuje mnie myśl, że wszyscy ludzie   mieliby mieć o świecie takie samo zdanie

jak ja, lub   co gorsze, że ja musiałbym myśleć tak samo jak inni.   I znów nie 

wiem, jaki świat powinien być, a jaki   jest naprawdę. Czuję się zmęczony, 

skołowany,   zdezorientowany, zniechęcony, tracę spokój i równowagę ducha - a 

nawet zdarza mi się, że tracę   nadzieję. To już najgorsze, co może być. Ale 

nadchodzi chwila, kiedy odzyskuję spokój, nie wiem, czemu lub komu to 

zawdzięczając, bo przecież nie ma   już starego socjalisty, umaił dawno mój ksiądz

katecheta, nie żyją moi rodzice, i jestem skazany tylko   na to, czym karmi mnie 

świat i co znajdę w sobie   samym, a więc na to, co przeżyłem i o czym już   

pisałem. Nie wiem, gdzie i kiedy ta szczęśliwa chwila   się zdarzy, dzisiaj czy za 

rok, tu czy w innym miejscu, bo to będzie trochę tak, jakbym dotknął 

przypadkowo, po omacku, kontaktu elektrycznego. Doznam nagle olśnienia, 

jakbym cudownie odzyskał   wzrok i słuch, myślenie i czucie. Zerwane związki   z 

ludźmi i rzeczami nawiążą się znów i będą miały   niezwykłą świeżość, choć 

wydawałoby się, że nie   mogą być już niczym innym jak tylko odnowieniem   

przyjaźni z ludźmi, z którymi się kiedyś pogniewałem, lub radością z powodu 

odnalezienia przedmiotu, który mi się gdzieś, przed rokiem czy dwoma,   

background image

zapodział. Zacznę więc na nowo, ale jakby w inny   sposób, widzieć wszystko i 

rozumieć. To będzie ta   chwila, na którą czekam, tak jak się czeka w roku   

pochmurnym i deszczowym na dzień słoneczny.   Będę szczęśliwy, gdy zobaczę, 

choćby na chwilę,   że wszystko, co mnie otacza, rzeczy bliskie i dalekie, małe i 

duże, cała teraźniejszość, przeszłość   i przyszłość rozjaśniają się nagle - nie wiem,

jak to   powiedzieć, do czego by to porównać, więc pozostańmy przy pogodzie - 

rozjaśniają się nagle niby   piękny krajobraz, gdy wiatr zdejmie z niego chmurę i 

odsłoni czyste ponad nim niebo. Że to, co mnie   przedtem niepokoiło, martwiło, 

złościło, połączy się   i pogodzi z tym, co lubiłem, co mi się podobało   i co mnie 

cieszyło, bo przeciwieństwa są tylko częściami tej samej rzeczywistości, bo 

wszystko jest ze   sobą zrośnięte i od siebie zależne. Wiem, że ta   chwila 

szczęśliwa nie będzie trwała długo, bo   w moim spokoju i radości czai się już 

smutek, niepokój i zwątpienie w sens i doskonałość wszystkiego, co mnie otacza. 

Wiem nawet, że to może zacząć się od czegoś, co będzie na pozór głupstwem;   

pewnego dnia dojdę na przykład do wniosku, że   nie mogę zaakceptować jakiejś 

całości, skoro nie   podoba mi się choćby niewielka jej część składowa. Nie dam 

się przekonać, mimo że inni będą mi   tłumaczyli, że to, co mi się nie podoba - 

jest   w gruncie rzeczy takie małe, błahe, że to wyjątek,   który nie ma wpływu na 

całość. Ale ja będę dalej   obstawał przy swoim. Wątpliwości zaczną się mnożyć, 

ogarniać coraz większe obszary, i wszystko, co   wydawało się jeszcze tak 

niedawno proste, naturalne, oczywiste, stanie się znów nieprawdopodobnie   

skomplikowane, nierzeczywiste, a nawet absurdalne. I z powodu mojego uporu o 

rzecz drobną - cały   świat zacznie się znów chwiać, sypać, rozpadać.   Będzie się 

rozpadał i być może znów jakoś zbierał   do kupy. Nie jestem pewien, ale tak 

sądzę, bo przecież już tyle razy w życiu byłem tego świadkiem.   Zdążyłem się już 

przyzwyczaić do tego, niby człowiek żyjący w okolicy nawiedzanej przez trzęsienia 

ziemi. Tak czy owak będzie, jestem o los świata spokojny.

Ale jest coś, co mnie bardzo gnębi, i o tym nareszcie muszę także 

powiedzieć. Wiem mianowicie, że w tym, co piszę, pisałem i co jeszcze napiszę, do 

końca, do ostatniego zdania, będzie mi towarzyszyło męczące przekonanie, że nie 

powiedziałem   wszystkiego, co o sobie i świecie powiedzieć   chciałem. Że 

pozostanie jakaś niepokojąca reszta,

o której nie potrafiłem ani nie będę umiał nigdy nic   powiedzieć. Nie 

umiałem nigdy, ani wtedy, gdy   byłem w świetle, ani wtedy, gdy ogarniał mnie   

background image

mrok. Gdy wątpiłem i wierzyłem. Gdy świat rozsypywał się w gruzy i gdy 

odbudowywał się i porządkował. Zdaję sobie sprawę, że ta niepowiedziana

i niewiadoma reszta zabarwia w jakiś tajemniczy sposób moje myśli i 

uczucia i udziela się także temu, co   w życiu robię - ale czym ona jest, tego nie 

potrafię   ani napisać, ani samemu sobie wytłumaczyć. Czasem   wydaje mi się, że

ta reszta, o której nic nie napisałem, jest ważniejsza od wszystkiego, co 

napisałem.   Że jest najważniejsza, i o niej tylko warto pisać - ale   jakżeż ją 

uchwycić i nazwać, kiedy brakuje mi czegoś, jakichś kategorii pojęciowych 

(niechętnie używam tego określenia, więc pożyczam go tylko na   chwilę i 

chciałbym je móc jak najprędzej oddać) -a nawet jakby mi nie wystarczało słów i 

liter alfabetu. Zdarzają mi się chwile, kiedy patrzę na klawiaturę maszyny do 

pisania i w mojej głowie rodzi   się obłędne podejrzenie, że konstruktor maszyny   

zapomniał o kilku bardzo ważnych zgłoskach i znakach i przeoczenie to sprawiło, 

że moja maszyna   okazała się bezużyteczna, więc powinienem ją   czym prędzej 

wyrzucić na złom! Och, jeśli tak, to   nie tylko maszynę! Także wszystko, co dotąd 

napisałem, bo zdania, których używałem, były niekompletne, nieporadne, a nawet

fałszywie zbudowane   i źle ze sobą połączone, a więc nie były zdolne do   

wyrażenia tego, co powiedzieć chciałem. Ale czy   ja kiedykolwiek, jasno i 

wyraźnie, zdawałem sobie   sprawę z tego, co chcę powiedzieć? Prawdę mówiąc - 

nigdy! Więc może należałoby odrzucić także wszystko, o czym myślałem? Wtedy 

pozostanie   mi już tylko zamknąć oczy, zapomnieć, wymazać   wszystko z 

pamięci, zatrzeć, zniszczyć tak, abym   niczego nie pamiętał, nie widział, nie czuł, 

o niczym   nie myślał - i dopiero po długim czasie, ostrożnie   zaczynać wszystko 

od początku, od nowa.