background image

 
 
 

CINDY VICTOR 

 

NA DOBRE I ZŁE 

 
 
 

Poświęcam  matce  i  ojcu,  którzy  bez  pamięci  w  sobie 

zakochani, zbiegli  dwadzieścia jeden lat temu do Black Hills 
w Południowej Dakocie. 

background image

PROLOG 
Droga Mamusiu! 
Ta  wiadomość  z  pewnością  będzie  dla  ciebie  szokująca, 

ale muszę ci donieść, że wyszłam za mąż. Od piątku, godziny 
drugiej po południu jestem panią Goddardową, żoną Matthew. 
Ślub  cywilny,  który  braliśmy  w  oryginalnym  pod  względem 
architektury ratuszu w mieście Deadwood, był naprawdę miłą 
uroczystością. Obawiałam się, że będzie sztywno, ale myliłam 
się i teraz wiem, że zachowam ten moment w pamięci na całe 
życie.  Brak  mi  słów,  żeby  ci  opisać  jaka  jestem  szczęśliwa  i 
jak  bardzo  go  kocham.  Ty  też  z  pewnością  polubisz  mojego 
męża, gdy go poznasz. 

Mamusiu! Nie gniewaj się. Porzuciłam college. Nie jestem 

teraz  taka  pewna,  czy  kiedykolwiek  pragnęłam  zostać 
inżynierem. Myślę tylko o Matthew, mojej miłości do niego i 
naszej wspólnej przyszłości. 

Piszę  do  Ciebie  z  uroczej  chatki  w  Hisega,  stojącej  nad 

pięknym,  zmarzniętym  jeziorem,  którego  odnoga  dochodzi 
prawie  do  samych  drzwi.  Dzisiaj  rano  widziałam  bobra,  a 
potem,  gdy  byliśmy  na  spacerze,  podszedł  do  nas  jeleń. 
Zatrzymał się w odległości około sześciu stóp i wpatrywał się 
w  nas  tak,  jakby  chciał  powiedzieć:  „Czeka  was  wielkie 
szczęście.  Wasza  miłość  będzie  się  umacniała  z  każdym 
dniem". Tak twierdzi Matthew. On zna mowę zwierząt. Czy to 
nie urocze? Wszystko, co wiąże się z nim i z Black Hills jest 
cudowne. Cieszę się, że właśnie tutaj poszłam do szkoły, bo w 
innym  mieście  nie  spotkałabym  go.  Pada  śnieg,  w  kominku 
pali  się  ogień.  Matthew  przygotowuje  prażoną  kukurydzę  i 
kakao na gorąco. Po południu pójdziemy bawić się w śnieżki. 
Zupełnie  jak  dzieci.  Innym  razem  napiszę  więcej.  Ciesz  się 
wraz  ze  mną.  Nigdy  nie  przypuszczałam,  że  mogę  być  taka 
szczęśliwa. 

Całuję cię Jilliane 

background image

ROZDZIAŁ I 
 -  Jeżeli  ona  jeszcze  raz  napomknie  mi  o  śnieżycy,  to 

wyjdę z siebie. Sama dobrze wiem, że pada - denerwowała się 
podróżna w wypożyczalni samochodów. 

Przed  chwilą  wysiadła  z  samolotu.  Lokalne  lotnisko  w 

Rapid  City  przywitało  ją  śniegiem,  który  po  raz  pierwszy  w 
życiu  zobaczyła  z  bliska.  Na  trzydziestosiedmioletniej 
Tamarze Beattie widok wirujących na wietrze płatków wywarł 
silne wrażenie. Obawiała się podróży w takich warunkach, ale 
postanowiła  pojechać  do  Hisega  i  nawet  burza  śnieżna  nie 
byłaby w stanie odwieść jej od tego zamiaru. 

 - Czy mogłaby pani pokazać  mi  mapę? - zwróciła  się  do 

urzędniczki, powątpiewając w trafność otrzymanej informacji. 

W  Los  Angeles,  gdzie  się  urodziła  i  wychowała,  w 

Malibu,  gdzie  później  mieszkała  często  posługiwała  się 
Atlasem  braci  Thomas.  Jeździła  zwykle  autostradami,  a  nie 
polnymi drogami. 

„O  Boże!  Jakie  to  pustkowie!  Jak  mogłam  pozwolić 

Jilliane  zapisać  się  do  szkoły  górniczej  w  Południowej 
Dakocie.  Czy  w  Kalifornii  nie  ma  wyższych  uczelni?  Na 
UCLA jest wspaniały wydział mechaniczny. Obyłoby się bez 
śniegu,  a  co  najważniejsze,  bez  Goddarda"  -  rozmyślała 
Tamara. 

 - Dziękuję. 
Prędko  naszkicowała  ołówkiem  plan  trasy,  wyszła  z 

maleńkiego  budynku,  odnalazła  swój  samochód  i  wyruszyła 
do  Rapid  City.  Nie  spodziewała  się,  że  z  lotniska  do  miasta 
może  być  tak  daleko,  ale  w  końcu  dotarła  do  niego.  W 
wypożyczalni dowiedziała się, że z Rapid City do Hisega jest 
jeszcze  dalej,  tylko  w  przeciwnym  kierunku,  to  znaczy  na 
zachód.  Śnieg  padał  coraz  bardziej  gęsty,  więc  po  krótkiej 
chwili  namysłu  ruszyła  w  dalszą  drogę.  Po  pewnym  czasie 
dojechała  do  maleńkiej  wioski,  którą  z  trudem  dostrzegła  z 

background image

okna  samochodu.  Na  domiar  złego  z  powodu  zmroku,  który 
zapadł  przedwcześnie,  nie  mogła  odczytać  z  koperty  adresu 
Jilliane. 

 - Och, Jilliane, dziecko - jęknęła z wściekłością - za trzy 

lata mogłabyś zostać inżynierem, a ty powiadasz, że nie wiesz, 
czy kiedykolwiek myślałaś o tym. 

Tamara minęła wioskę i posuwała się wciąż dalej i dalej w 

głąb nieznanej okolicy w nadziei, że Hisega wyłoni się zza gór 
za tym czy tamtym wzniesieniem, odnajdzie wreszcie zakątek 
bobrów i jeleni. Zdążyła zmarznąć prawie na kość, ponieważ 
ogrzewanie w samochodzie zaczęło działać niedawno. 

Gdyby Jilliane była w pobliżu, usłyszałaby, jak jej matka, 

zgrzytając  zębami,  wypowiada  takie  słowa:  „Jak  mogłaś  coś 
takiego  zrobić.  Tak  mi  się  odwdzięczasz  za  wszystkie  moje 
starania,  żeby  ci  dać  dobre  wykształcenie.  Jeżeli  samochód 
ugrzęźnie tutaj  i zamarznę  na  śmierć, z  piekła nie wyjdziesz, 
moja droga córko". 

Z prawej strony ukazała się tablica: JOHNSON. DROGA 

PRYWATNA. Wreszcie jakiś ślad cywilizacji. Zatrzymała się 
przed czymś, co wyglądało na zajazd i podeszła do budynku. 
Była  za  bardzo  zziębnięta  i  zdenerwowana,  żeby  zważać  na 
formy,  więc  zamiast  zwrócić  się  do  kogoś  indywidualnie  z 
prośbą o pomoc, zawołała od drzwi: 

 -  Czy  ktoś  wie,  gdzie  mieszkają  Goddardowie. 

Objechałam całe miasto i nie mogę znaleźć ich domu. 

 - Oni tutaj nie mieszkają - powiedział flegmatycznie jeden 

z mężczyzn, a drugi przytaknął mu skinieniem głowy. 

 - No to gdzie? - cicho, ale stanowczo zapytała ożywiona i 

ośmielona podróżna. 

Od stołu wstał starzec. 
 -  Proszę  za  mną  -  rzucił  i,  mijając  Tamarę,  wyszedł  z 

domu. 

background image

Tamara  pospieszyła  za  nim.  Mężczyzna  wsiadł  do 

furgonetki  i  ruszył.  Szybko  wskoczyła  do  swojego 
samochodu,  a  po  chwili  wlokła  się  tą  samą  szosą,  którą 
przyjechała. 

Pogrążyła  się  w  rozważaniach  o  tym,  co  wydarzyło  się 

przed  pięciu  miesiącami,  wróciła  myślą  do  dnia,  w  którym 
Jilliane  opuściła  dom,  wyjeżdżając  do  Rapid  City.  Była 
podniecona,  dumna  i  wzruszona,  jak  każda  matka,  która 
wyprawia  dziecko  po  nauki.  Teraz  odczuwała  bezsilną 
wściekłość.  Straciła  wiarę  w  rozsądek  córki.  Należała  jej  się 
bura,  ale  wiedziała,  że  jeżeli  chce  czegoś  dokonać,  musi 
podczas  rozmowy  z  Jilliane  powściągnąć  swój  gniew. 
Jedynym rozsądnym wyjściem był rozwód. 

 - Boże, dopomóż mi w tej sprawie, a o nic więcej w życiu 

nie będę cię prosić - westchnęła. 

Statystyki pozwalają odgadnąć, jaki los czeka małżeństwa 

nastolatków: stracone złudzenia, katastrofy. 

Matthew w jej wyobrażeniach nie różnił się od chłopca, za 

którego  ona  wyszła,  będąc  niewiele  starszą  od  Jilliane.  A 
może  Matthew  nie  jest  młodzikiem,  tylko  jakimś  mężczyzną 
w średnim wieku. Nie wykluczone, że to ścigany przez prawo 
aferzysta  matrymonialny,  który  w  każdym  porcie  ma 
małoletnią  pannę  młodą.  Kim  by  nie  był,  Jilliane  musi  od 
niego odejść, musi się rozwieść i wrócić do szkoły. 

Tamara  w  myślach  układała  sobie,  co  ma  powiedzieć, 

kiedy wejdzie do domu czy jaskini, jakkolwiek by wyglądało 
to  miejsce,  gdzie  mieszka  córka.  Przemówi  jej  do  rozsądku, 
powie,  że  będzie  mogła  wrócić  do  męża,  kiedy  skończy 
szkołę.  Przy  okazji  Jilliane  przekona  się,  czy  Matthew  ją 
kocha i będzie gotów czekać. 

 -  Gdybyś  ją  kochał,  nie  pozwoliłbyś  jej  przerwać  nauki. 

To, czego się  dopuściłeś, jest przestępstwem  -  okropnym! Ty 
wszo! - wybuchnęła i to jej ulżyło. 

background image

Furgonetka  w  końcu  zatrzymała  się.  Starzec  wyszedł  z 

szoferki,  zbliżył  się  do  jej  samochodu,  pochylił  się  nad 
okienkiem,  które  ona  pospiesznie  odsunęła  i,  pokazując  ręką 
drogę po drugiej stronie dwupasmowej szosy, powiedział: 

 -  Tam  jest  dom  Goddardów.  Pojedzie  pani  tędy.  Proszę 

się nie obawiać. Śnieg jest odgarnięty. 

Podziękowała  mu.  Z  niepokojem  wpatrywała  się  w 

furgonetkę,  która  zawróciła  na  pustej  jezdni  i  powoli  znikała 
jej z oczu. 

Za  autostradą  nie  było  żadnych  świateł  i  nic  nie 

wskazywało  na  to,  że  znajdują  się  tam  jakieś  zabudowania. 
Miała  nadzieję, że zgodnie z  tym, co  mówił  staruszek, droga 
jest  przejezdna.  Jeśli  się  mylił,  pozostanie  jej  tylko  usiąść  i 
płakać.  Tak  czy  owak  zbierało  się  jej  na  płacz,  kiedy  sobie 
pomyślała,  że  w  konfrontacji,  która  ją  czeka,  górą  może 
okazać się nie Tamara Beattie, lecz Matthew Goddard. 

Skręciła  w  lewo  i  poczuła,  że  jedzie  po  utwardzonej 

drodze  pokrytej  cienką  warstwą  śniegu.  Widok  skrzynki 
pocztowej  z  napisem:  Goddard  dodał  jej  otuchy.  Ponieważ 
jazda  w  szybko  zapadającej  ciemności  wymagała  dużej 
koncentracji,  postanowiła  tutaj  przenocować.  Nie  było  sensu 
w taką pogodę podejmować próby powrotu do miasta. 

Na widok świateł w oknach odetchnęła z ulgą. Zatrzymała 

samochód  przed  okazałą  luksusową  willą  w  stylu 
skandynawskim, która sprawiła na niej wrażenie niesmacznej 
mieszaniny wyniosłości i przepychu. 

 -  Naprzód  do  boju  -  rzekła  do  siebie  z  determinacją, 

kładąc siną z zimna dłoń na klamce samochodu. 

Na  schodach  prowadzących  do  obszernego  przedsionka 

próbowała  odgadnąć,  kto  bardziej  będzie  zaskoczony  jej 
widokiem: Jilliane czy Matthew? 

Zadzwoniła.  Nikt  nie  otwierał.  Zapukała  z  całej  siły.  I 

znowu cisza. Przez okno we frontowej ścianie zobaczyła ogień 

background image

płonący  w  kamiennym  kominku.  Zaklęła,  jeszcze  raz 
zadzwoniła i zapukała. Wyobraziła sobie Jilliane baraszkującą 
z  mężem  w  łóżku  i  oczekującą  oddalenia  się 
niespodziewanego gościa. 

 -  Dość  tego  dobrego,  państwo  Goddard  -  syknęła, 

chwytając za klamkę. 

Och,  otwarte.  Bez  skrupułów  weszła  do  środka.  Jako 

matka miała przecież prawo schronić się w domu, w którym, 
chociaż  czasowo,  mieszka  jej  córka.  Nie  może  przecież 
umrzeć z zimna pod progiem. 

Ciemność  i  śnieżyca  pozostały  po  tamtej  stronie  drzwi. 

Tamara  usłyszała  szum  wody.  Ktoś  brał  prysznic.  Oto 
dlaczego  jej  pukania  nikt  nie  usłyszał.  Potarła  ręce,  żeby  je 
rozgrzać,  ale  to  nie  pomagało,  więc  wsunęła  je  do  zimnych 
kieszeni zamszowej kurtki w kolorze burgunda. Rozejrzała się 
z  zakłopotaniem  po  pomieszczeniu,  stanowiącym  umiejętne 
połączenie  elementów  drewnianych  z  ceramiką,  kamieniem  i 
tapetą. Matthew Goddard to nadziany facet. Spojrzała na belkę 
stropową  salonu  urządzonego  w  męskim  guście.  Do  diabła! 
Pan  młody,  który  to  posiadał,  nie  był  raczej  biedakiem. 
Wytrącało jej to z rąk poważny atut. Na ścianach, wyłożonych 
drewnem,  wisiały  niewątpliwie  bardzo  drogie  obrazy. 
Umeblowanie w stylu szwedzkim, wyraźnie w dobrym guście, 
również  było  kosztowne.  Wzdłuż  ściany  z  lewej  strony 
kominka ciągnęły się półki. Wzrok jej, błądzący po grzbietach 
książek, natknął się na zbiór powieści detektywistycznych jej 
ulubionego  pisarza,  Nicholasa  Kenyona.  Jilliane  nie  lubiła 
kryminałów,  toteż  musiały  one  należeć  do  jej  męża. 
Wzruszyła ramionami, przyznając niechętnie, że mają zbieżne 
upodobania. Smak z jakim urządzono pokój, świadczył o tym, 
że  właściciel  musiał  być  dojrzałym  mężczyzną,  nie  zaś 
młodzieniaszkiem  niewiele  starszym  od  Jilliane.  To  jeszcze 
bardziej  ją  przygnębiło.  Spodziewała  się,  że  będzie  miała  do 

background image

czynienia  z  lekkomyślnym,  niedojrzałym  intelektualnie, 
podatnym 

na 

argumenty 

chłopcem, 

oszołomionym 

szczęściem,  które  mu  z  nieba  spadło.  Jego  stan  posiadania 
świadczył zupełnie o czymś innym. 

Wyrwana  z  zadumy  przez  głośne  trzaski  dochodzące  z 

paleniska,  Tamara  pomyślała,  że  nie  może  bez  końca 
pozostawać tutaj nie zauważona. W domu są tylko one dwie. 
To  przecież  jej  córka  bierze  prysznic.  Podejdzie  korytarzem 
do  łazienki  i  zawoła:  „Jilliane,  to  ja,  czy  cię  nie 
przestraszyłam?" 

Zaledwie  jednak  uszła  kilka  kroków,  plusk  wody  ucichł  i 

rozległ się głęboki, męski głos: 

 - Suko,  nie zasługujesz na  to, żeby żyć. Nie  rób ze mnie 

durnia: Czy myślisz, że uwierzę w te brednie? 

Oniemiała  z  wrażenia.  Nie  mogła  pojąć  tego,  co 

dochodziło do jej uszu. Zamieniona w słuch, usłyszała nawet 
odgłos ręcznika żwawo przesuwającego się po ciele. 

 - Och, proszę, nie błagaj mnie o swoje marne życie. I nie 

szlochaj. To takie niesmaczne. 

Tamara starała się nie wyciągać pochopnych wniosków na 

temat  stanu  psychicznego  Goddarda,  który  najwyraźniej 
fantazjował sobie w łazience, wycierając się po kąpieli. To, że 
odgrywał  scenę  zabójstwa  kobiety,  nie  mogło  stać  się 
powodem do unieważnienia małżeństwa. 

 - Ach, jako skazana, masz prawo do wyrażenia ostatniego 

życzenia, zanim przeniesiesz się do wieczności. Czy nie wiesz 
o  tym?  Istnieje  taki  ładny,  kulturalny  zwyczaj,  który 
zamierzam  respektować.  Śmiało!  Jeśli  nie  będę  w  stanie 
spełnić twoich życzeń co do ostatniego posiłku, to pozwolę ci 
wybrać miejsce, w które skieruję swój pistolecik. Co masz do 
powiedzenia nędzna istoto? 

Słysząc  te  słowa,  Tamara  doszła  do  wniosku,  że  to  nie 

niewinne igraszki i że Matthew jest wariatem czystej wody. Z 

background image

dłońmi  przyciśniętymi  do  serca  wpatrywała  się  z 
zaciekawieniem w korytarz. Czuła się tak, jakby była właśnie 
tą wyimaginowaną ofiarą, na którą szaleniec z łazienki kieruje 
strumień  dezodorantu,  zaciskając  palec  na  nie  istniejącym 
spuście. 

 - Ma pani rację. Nie powinienem zwracać się do pani per 

„suko". Pani wybaczy, błagam. No i jak? Lepiej? 

Gdyby  nie  to,  że  mężczyzna  prawdopodobnie  był  nagi, 

wkroczyłaby natychmiast do łazienki i tak by mu powiedziała, 
żeby  mu  w  pięty  poszło:  „Może  mnie  pan  nazywać  panią 
Beattie,  panie  Goddard.  A  teraz,  jak  tylko  pan  zejdzie  na 
ziemię, porozmawiamy o porwaniu mojej córki". 

Pod  wpływem  gwałtownego  wzburzenia  nabrała  za  dużo 

powietrza w płuca i wypuszczała je teraz wolniutko i cichutko, 
żeby  Matthew  Goddard  nie  usłyszał  czegoś  i  nie  wyskoczył 
nago z łazienki. 

Zmuszona  była  też  do  stania  nieruchomo  w  pół  kroku, 

bojąc  się,  że  każdy  ruch  może  zdradzić  jej  obecność. 
Mężczyzna powiedział coś do wymyślonej kobiety, tym razem 
cieplejszym,  spokojniejszym  tonem  i  Tamara  znowu  zaczęła 
bacznie  nadsłuchiwać.  Musiała  wszystko  dobrze  zapamiętać, 
żeby powtórzyć Jilliane, 

 - Żegnaj, pani. 
Oczy Tamary rozwarły się szeroko. 
 - Bam! 
Tego  było  już  za  wiele.  Wiedziała  ponad  wszelką 

wątpliwość,  co  zrobi.  Wyjdzie  stąd,  wyjedzie  na  autostradę  i 
zaczeka  za  zakrętem  na  Jilliane,  żeby  jej  o  wszystkim 
opowiedzieć.  Ale  co  wtedy?  Jak  w  takim  wypadku  przekona 
ją,  żeby  opuściła  męża?  Jeżeli  powie:  „Wślizgnęłam  się  do 
twojego  domu  jak  wąż  i  podsłuchałam  Matthew,  który  w 
łazience  odgrywał  scenę  morderstwa"  -  wątpliwe,  czy  córka 
rzuci się w matczyne ramiona z wdzięcznością za wybawienie. 

background image

 - Zostanę - westchnęła. 
Usiadła wygodnie na sofie, rozparła się, aby w takiej pozie 

powitać  zięcia.  Pomyślała  nawet,  że  może  wcale  nie  jest 
wariatem.  Wszyscy  fantazjują.  Najlepszym  środkiem  na 
wrogość  do osoby, z którą  jesteśmy w złych stosunkach, jest 
jej wyimaginowane morderstwo. Każdy psycholog to powie. 

„Jestem  psychologiem,  ale  nigdy  tak  nie  twierdziłam  - 

spierała  się  sama  ze  sobą  -  muszę  się  stąd  wydostać". 
Przesunęła  się  na  skraj  sofy,  gotowa  w  każdej chwili  zerwać 
się  z  miejsca.  Kiedy  usłyszała  skrzypnięcie  podłogi  w 
korytarzu,  zwróciła  się  w  kierunku  skąd  dochodził  odgłos 
kroków. Czekała w napięciu. 

Zamajaczył przez moment w ciemnym korytarzu, kierując 

się  do  salonu,  a  potem  do  jakiegoś  innego  pomieszczenia. 
Właśnie  teraz  powinna  była  wyjść,  ale  bała  się,  że  narobi 
hałasu.  Gdyby  coś  usłyszał,  mógłby  tutaj  wpaść,  a  przecież 
był nagi. 

Podniosła  się,  ale  z  trudem  utrzymywała  równowagę. 

Słyszała,  jak  otwierał  szafkę  i  jak  ją  zamykał.  Potem  do  jej 
uszu doszedł plusk wody. Nalewał wodę do szklanki. 

 -  Dlaczego  pan  się  nie  ubierze?  Czy  pan  nie  wie,  że  jest 

zima? Zaziębi się pan na śmierć - powiedziała szeptem. 

Po tym żarciku poczuła się nieco rozluźniona i zaczęła się 

skradać na palcach do drzwi, gdy jednak usłyszała jego kroki, 
straciła  panowanie  nad  sobą.  Ponownie  pojawił  się  w 
korytarzu, więc wcisnęła się za wieszak na ubrania i przywarła 
twarzą do czarnej eskimoskiej parki, przesiąkniętej zapachem 
mężczyzny.  Gorąco  pragnęła,  żeby  poszedł  do  sypialni,  nie 
oglądając  się  w  jej  stronę.  Co  by  to  było,  gdyby  stanął  w 
salonie  tak,  jak  go  Pan  Bóg  stworzył  i  zastał  tam 
nieproszonego gościa w osobie własnej teściowej? 

Wkroczył zamaszyście do saloniku i wciąż nie zauważając 

jej  obecności,  stanął  przed  kominkiem.  Zamarła  z  wrażenia, 

background image

nie śmiąc oddychać, nie mogąc oderwać oczu od jego nagiego 
ciała.  Uzmysłowiła  sobie,  co  usidliło  jej  córkę.  Jilliane 
znalazła  się  w  mocy  oczytanego,  bogatego  mężczyzny  o 
nienagannym  guście,  o  głosie,  który  mógłby  budzić 
niedźwiedzie  z  zimowego  snu.  Jednym  słowem  był  to 
mężczyzna w każdym calu. 

Wstrząśnięta,  ale  i  olśniona,  przyznała,  że  Matthew 

Goddard  jest  po  prostu  piękny.  Zważywszy  na  wszystkie 
plusy,  jego  fantazjowania  pod  prysznicem  musiała  uznać  za 
błahostkę.  Sądziła,  że  ma  silniejsze  nerwy,  a  tymczasem 
zapragnęła  ukryć  twarz  w  dłoniach i  zawołać: „Zgoda,  jesteś 
wspaniały, ale teraz ubieraj się!" 

Ale  on  nie  zamierzał  się  ubierać,  przystąpił  do 

wykonywania 

ćwiczeń 

gimnastycznych. 

Podziwiała 

sprawność jego stawów kolanowych. Nagle zaczęła odczuwać 
drżenie  w  swoich  własnych  kolanach.  Wtulona  w  ubrania, 
które  tłumiły  jej  ostrożne  ruchy,  powoli  rozluźniała  swoje 
zdrętwiałe członki. 

Nie  patrząc  w  jej  stronę,  mężczyzna  padł  na  podłogę  i 

zaczął  robić  „pompki".  Liczyła:  dwadzieścia,  dwadzieścia 
siedem,  trzydzieści  siedem,  pięćdziesiąt  -  czując  jak  zaczyna 
ją w środku mdlić z braku tlenu, a może jeszcze z jakiejś innej 
przyczyny. 

Ćwiczeniom  nie  było  końca  i  Tamara  straciła  rachubę. 

Matthew, sądząc po wydawanych przez niego okrzykach, nie 
był  zbytnio  zmęczony,  natomiast  ona  zupełnie  opadła  z  sił  i 
słaniała się na nogach. Mimo że nie patrzyła na niego, oczyma 
wyobraźni  widziała  kształty  jego  wspaniałego  ciała.  Czuła 
nawet  jego  zapach.  Aromat  orzeźwiających  płynów,  których 
użył  po  kąpieli,  łączył  się  w  podniecającą  całość  z 
przesiąkniętą  leśnymi  przestrzeniami  parką,  do  której  tuliła 
twarz.  Wreszcie  przestał  się  gimnastykować  i  legł  na  wznak 
przed  migotliwym  kominkiem.  Odpoczywał  z  rękami 

background image

skrzyżowanymi  na  piersiach.  Tamarze  natychmiast  rzucił  się 
w oczy brak obrączki ślubnej, ale bujająca w obłokach Jilliane 
prawdopodobnie nie zwracała uwagi na takie szczegóły. 

 -  Być  może  „suka"  nie  jest  tu  na  miejscu  -  rozmyślał  na 

głos. - Nathan był przestępcą, ale z pewnością zbyt subtelnym, 
żeby  powiedzieć  do  kobiety  „suko",  nawet  wtedy  gdy  miał 
zamiar ją zastrzelić. 

Tamara ani nie rozumiała, ani nie starała się pojąć, o co w 

tym  wszystkim  chodzi.  Gdy  tak  stała  jakby  przylepiona  do 
ściany,  wydało  się  jej,  że  przewróci  się  za  chwilę.  Poczuła 
nieprzepartą chęć by paść na podłogę, przeprosić Goddarda za 
wtargnięcie  do  jego  zacisza  i  błagać  o  dwie  rzeczy:  po 
pierwsze,  żeby  powiedział  Jillianie,  że  matka  zajrzała 
przejazdem  i  czeka  na  nią,  po  drugie,  żeby  zwrócił  jej  córce 
wolność. 

 -  Nie.  Nigdy.  Nathan  Shields  nigdy  nie  powiedziałby 

„suko" - oświadczył z naciskiem. 

Zadowolony z  tego,  że  udało mu się  bezbłędnie wykonać 

ćwiczenia,  Goddard  podskoczył  i  wykonał  półobrót.  Ten 
półobrót  omal  nie  przyprawił  go  o  zawał  serca,  gdyż  jego 
oczom  ukazała  się  kobieta  rozpłaszczona  na  ścianie  jak 
krzywo powieszony obraz. 

 -  Co  to?  -  zapytał,  porywając  poduszkę,  aby  zakryć  nią 

swoją męskość. 

Z  zaciśniętymi  powiekami  i  trzęsącą  się  głową  Tamara 

padła przed nim na podłogę. 

 -  Tak  mi  przykro  -  wykrztusiła  w  końcu,  nie  śmiejąc 

podnieść oczu. - Nie chciałam pana przestraszyć. 

Trudno orzec, kto z nich był bardziej przerażony. 
 -  Kim  pani  jest?  - zapytał  surowo,  ale  widząc ją  skuloną 

na  kawałeczku  podłogi,  uśmiechnął  się  i  spojrzał  z 
zaciekawieniem.  Kobieta  intruz  była  piękna,  choć  w  nie 
najlepszej formie. 

background image

 -  Czy  pani  dobrze  się  czuje?  -  zwrócił  się  do  niej 

łagodniejszym tonem. 

Skinęła  głową  w  milczeniu,  ale  twarz  miała  wciąż 

zwróconą  w  bok.  Z  największą  przyjemnością  wpatrywał  się 
w jej doskonały profil. 

Chwilę  później  wolniutko  uniosła  głowę  i  zaczęła  go 

oglądać, zaczynając od kostek. 

Goddard cały czas ją obserwował i zobaczył, że piękność 

o  kruczoczarnych  włosach  przeżywa  prawdziwe  męki.  Jej 
twarz  na  przemian  bladła  i  czerwieniła  się,  mężczyzna  nie 
mógł dłużej zachować powagi. 

 - Pani wygląda jak po szklaneczce czegoś mocniejszego - 

rzucił  rozbawiony  i  wielkodusznie,  jak  gdyby  nic 
szczególnego się nie wydarzyło, zapytał, czy nie ma ochoty na 
Crown Royal. 

Nie  mieściło  mu  się  to  w  głowie.  Zastanawiał  się,  w  jaki 

sposób w jego salonie w ten śnieżny, zimowy wieczór zjawiła 
się  śliczna,  zagadkowa  lady,  dla  której  popełnia  to  drobne 
szaleństwo. 

 - Jestem Tamara Beattie, matka Jilliane. 
 - Ach tak! Tajemnica wyjaśniła się. 
Podniosła  się  i  kiedy  stanęła  pod  ścianą,  prostując  się  i 

ukazując  wspaniałą  figurę,  czubek  jej  głowy  znalazł  się  na 
wysokości  jego  podbródka.  Poczuł  aromat  wody  kolońskiej, 
który  zmieszany  z  zapachem  jej  potu  odurzył  go,  a  potem 
usłyszał  gromki  pozbawiony  wszelkich  subtelności  i... 
wściekły krzyk: 

 - Żądam unieważnienia małżeństwa. Jilliane musi zdobyć 

wykształcenie.  Ślub  w  jej  wieku  to  głupota.  Temu  dziecku 
złamano  życie.  Czy  pan  nie  rozumie,  na  czym  polega 
nieszczęście?  Pan  jest  dorosły.  Pan  sobie  doskonale  zdaje 
sprawę! 

background image

Był  całkowicie  odmiennego  zdania  na  ten  temat,  ale 

widząc  jej  cierpienie  i  wzburzenie,  nie  miał  zamiaru 
przechodzić do porządku dziennego nad jej wątpliwościami. 

 -  Doskonale  rozumiem  pani  odczucie  -  rzekł  -  to 

małżeństwo  musiało  panią  zaszokować.  Proszę  usiąść.  Zaraz 
się ubiorę. 

 - Nie, wrócę jutro - oświadczyła. 
Dziwiło  go,  po  co  jutro  przyjedzie  do  jego  domu  i 

dlaczego pojawiła się dzisiaj wieczorem, ale o nic nie pytał. Z 
przyjemnością spotkałby się z nią, gdyby sobie tego życzyła. 

Otworzyła  torbę  zwisającą  z  ramienia  i  zaczęła  szukać 

kluczyków  od  samochodu.  Widząc,  jak  drżącymi  rękami 
przerzucała swoje rzeczy, pomyślał, że nie może pozwolić jej 
jechać w takim stanie. Poza tym na dworze sypał gęsty śnieg. 
A  oprócz  tego  była  taka  ładna,  że  żal  było  ją  tak  prędko 
wypuścić. 

 - Idę się ubrać - powiedział - proszę zaczekać. Nie może 

pani sama jechać w taką pogodę. 

Tamara  wciąż  szperała  w  torbie  w  poszukiwaniu 

kluczyków,  więc  on  jeszcze  raz,  lecz  w  nieco  innej  formie, 
powtórzył  swoją propozycję. Zdawał  sobie  sprawę z  tego, że 
będąc  nago,  wygląda  komicznie  i  starał  się  dodać  sobie 
powagi, przemawiając do niej władczym tonem: 

 -  Pani  nie  pojedzie.  Za  mocno  pada.  Jazda  jest 

niebezpieczna. Czy pani rozumie? 

To  były  naprawdę  dobre  rady  prawdziwego  mężczyzny. 

Skinęła głową na znak, że rozumie. 

 -  W  porządku.  Proszę  się  stąd  nie  ruszać  -  prosił,  nie 

wierząc w skuteczność swojej argumentacji. 

Gdyby  wyjechała  i  miała  wypadek,  czułby  się  za  to 

odpowiedzialny.  Zastanawiał  się,  czy  nie  wziąć  ze  sobą  do 
sypialni jej kluczyków, ale byłoby to niezręczne. 

background image

 -  Ze  względu  na  zamieć  naprawdę  nie  mogę  pani 

pozwolić wyjechać - skłamał, żeby się nie domyśliła, że jego 
namowy pozostają w ścisłym związku z jej urodą. 

Miała znakomite  rysy twarzy i jeszcze piękniejsze włosy, 

których  lśniące,  czarne  pukle  rzucały  cień  na  nieskazitelnie 
gładkie  czoło  barwy  kości  słoniowej.  Spoglądała  na  niego 
chabrowymi  oczami,  jasnymi  jak  bezchmurne  niebo, 
lśniącymi wciąż młodzieńczym blaskiem. 

 - Zostanę. Ma pan rację. Ta śnieżyca. I w ogóle. Straszne 

warunki. Gdzie Jilliane? 

 - Na pewno w pracy. Niech pani będzie spokojna. 
Kiedy to usłyszała, w jej oczach pojawił się cień pogardy i 

bardziej niż przedtem zapragnęła opuścić ten dom. 

 - Proszę o kluczyki. Niech pan będzie rozsądny. 
To  absurd.  Nigdzie  nie  ucieknę.  -  Pod  jej  przymkniętymi 

powiekami błyskały iskierki przebiegłości. 

 - Jestem innego zdania - odparł. 
 -  Proszę  się  ubrać.  I  niech  pan  spróbuje  podczas  tej 

czynności  nie  mówić  nic  o  strzelaniu  do  ludzi.  A  zanim  pan 
się  tu  zjawi,  proszę  założyć  coś  na  tyłek.  Zaczekam  tutaj  - 
powiedziała, nie spuszczając z niego oczu. 

Uśmiechnął  się  do  niej  szeroko.  Coraz  bardziej  mu  się 

podobała.  A  więc  to  była  matka  Jilliane,  o  której  wiedział 
tylko tyle, że mieszka w Malibu, jest rozwódką, psychologiem 
i autorką bardzo poczytnej książki. Miał za złe synowej, że nie 
powiedziała mu, jaką ma zachwycająco piękną matkę. 

 - Proszę się ubrać - odezwała się spokojnie, widząc, że nie 

rusza się z miejsca. 

Pokręcił  głową,  nie  dowierzając,  że  kobieta  pozostanie  w 

salonie  choćby  przez  chwilę  po  jego  wyjściu.  Nie  zamierzał 
zatrzymywać jej przemocą. Ubierze się czym prędzej i uda się 
za nią do miasta. Wiedział, że Tamara zatrzyma się w hotelu 
Aleka Johnsa, gdyż innego wyboru nie miała. 

background image

 -  Niech  pani  zamknie  oczy,  bo  chcę  się  odwrócić  - 

poprosił. 

Posłuchała  go,  ale  on  jeszcze  przez  krótką  chwilę 

spoglądał  na  nią.  Długie  rzęsy  rzucały  cień  na  jej  śliczną 
twarz. Gdyby delikatnie dotknął palcem ładnych kształtów jej 
kości  policzkowych,  z  pewnością  byłoby  wiele  hałasu.  Ale 
dlaczego nie miałby spróbować? 

Uniósł rękę. 
 -  Czemu  pan  tu  jeszcze  sterczy?  -  spytała  cicho,  nie 

otwierając oczu. 

Spencer znowu się uśmiechnął. 
 - Do zobaczenia - szepnął i zaczął się oddalać, zasłaniając 

poduszką wstydliwą część swego ciała. 

background image

ROZDZIAŁ II 
Tamara odliczyła do dwudziestu i czmychnęła. 
 -  Ruszaj!  -  rozkazała  toyocie,  wkładając  kluczyk  do 

stacyjki i obracając go drżącą ręką. 

Udało  się.  Odetchnęła  z  ulgą  i  powoli  rozluźniła  dłonie, 

nakazując  sobie  ostrożną  jazdę  od  tej  chwili  aż  do  momentu 
zaparkowania samochodu przed hotelem w Rapid City. 

Komunikaty 

radiowe 

ostrzegały 

przed 

niebezpieczeństwami na drogach. Pomyślała, że może napotka 
pług śnieżny i właśnie dostrzegła go przed sobą. Widziała go z 
bliska  pierwszy  raz  w  życiu.  Nigdy  nie  przypuszczała,  że 
sprawi jej to tyle radości. 

Uspokoiła  się.  Ostre  światła  reflektorów  torowały  jej 

drogę w ciemnościach. Podczas nieznośnie długiej podróży do 
Rapid  City  snuła  niewesołe  myśli.  Maż  Jilliane  miał  około 
czterdziestki  i  musiał  być  fizycznie  niezwykle  atrakcyjny dla 
kobiet  w  każdym  wieku.  Również  w  jego  niskim,  mocnym 
głosie  i  w  inteligentnych  oczach  było  coś  zniewalającego. 
Jako  doskonały  partner  seksualny,  całkowicie  oczarował 
Jilliane i dlatego ubóstwiała go. 

 -  Nigdy  nie  zdołam  oderwać  jej  od  niego,  jeżeli  on  sam 

tego nie zechce. 

Przez  radio  nadawano  piosenkę  o  porzuconej  kobiecie. 

Tak,  Matthew  z  pewnością  odprawi  Jilliane,  i  to  niebawem. 
Nie mogła znieść myśli o tym, jak uporczywie wpatrywał się 
w jej  oczy, tym bardziej, że  ona  sama  pod pretekstem...  była 
przez chwilę skłonna pozostać z nim sam na sam, podczas gdy 
jej ufne i szlachetne dziecko ciężko pracowało. 

Im dłużej rozmyślała, tym większa ogarniała ją wściekłość 

i  desperacja.  Jilliane  nigdy  dotąd  nie  postępowała  tak 
skandalicznie  i  głupio.  Tamara  uważała  siebie  za  szczęśliwą 
matkę.  Teraz  wszystko  zawaliło  się,  a  ona  zziębnięta  i 
samotna  w  obcym  mieście  niczemu  nie  może  zaradzić. 

background image

Przedtem myślała, że jeżeli dowie się, gdzie mieszka Jilliane, 
będzie  mogła  natychmiast  spotkać  się  z  nią.  Córka  jest  tuż, 
tuż, a jej się wydaje, jakby była gdzieś za morzami. 

Główną  ulicą  Rapid  City  dojechała  do  eleganckiego 

hotelu. 

Porzuciwszy 

nierealne, 

góry 

skazane 

na 

niepowodzenie  próby  odnalezienia  Jilliane  w  mieście,  weszła 
do  środka  i  wynajęła  pokój.  Po  długiej  męczącej  podróży  w 
mroku  i  śnieżycy  pokój,  do  którego  przyprowadził  ją  młody 
boy, wydał się jej spokojną przystanią. Dała chłopcu napiwek, 
powiesiła w szafie kilka rzeczy z tych, które miała w walizce i 
poszła pod prysznic, żeby uwolnić się od napięć fizycznych i 
psychicznych. 

Susząc włosy pomyślała, że jedyne, co dzisiaj musi zrobić 

- to położyć się do łóżka i zasnąć. Nie będzie nic jadła, czytała 
i  nie  będzie  oglądała  telewizji.  Nie  będzie  sobie  zawracała 
głowy  Jilliane  i  jej  mężem  -  kidnaperem.  Pragnęła  zasnąć 
błogim  snem,  po  którym  ze  zdwojoną  energią  zajmie  się 
przyszłością córki. 

Błyskawicznie  uporała  się  z  włosami,  które  po 

wysuszeniu,  stały  się  jeszcze  bardziej  faliste.  Z  pewną 
satysfakcją  zauważyła,  że  nie ma  w  nich  ani  jednego  siwego 
pasemka. 

Skierowała strumień powietrza na rękę i przez moment nie 

poruszała  się.  Można  by  ją  wziąć  za  obcokrajowca,  który 
właśnie zaczyna wieść życie emigranta. 

Matthew  był  muskularny,  miał  głęboko  osadzone  szare 

oczy i nie suszył włosów po kąpieli. Kiedy wszedł do salonu, 
lśniące, ciemne pasma włosów spływały ze szczytu głowy we 
wszystkie  strony.  Część  z  nich  opadała  do  przodu,  formując 
przypadkowo  grzywkę.  Zrobiło  się  jej  nieswojo  na  samo 
wspomnienie  o  przystojnym  zięciu.  Zadufany  prostak,  układ 
stosunków  zmuszał  ją  do  powściągania  uczuć,  które  zaczęła 
do  niego  żywić.  Stwierdziła,  że  jest  tym  zmęczona.  Miała 

background image

wszelkie ku temu powody. Zgasiła światło w łazience, weszła 
do pokoju i stanęła jak wryta. 

Matthew  Goddard  siedział  w  fotelu.  Na  łóżku  obok  jej 

czarnego paska od kimona rozmyślnie ułożył swoją miodową 
kurtkę i rękawice. 

Patrzył na Tamarę z zachwytem. 
Ściągnęła luźne poły kimona, przez co jej kobiece kształty 

stały się jeszcze bardziej widoczne. Ze wzruszenia nie mogła 
wykrztusić z siebie ani słowa. 

 -  Gdyby  pani  wyszła  z  łazienki  w  stroju  Ewy, 

zamknąłbym oczy - rzekł z figlarnym chłopięcym uśmiechem 
- słowo daję. 

 - Jak pan... Jak pan tu wszedł? 
 -  Tak  samo,  jak  pani  troszeczkę  wcześniej  do  mojego 

domu, przez drzwi - odpowiedział cieplejszym tonem. 

 -  Wezwę  straż  hotelową.  To  jest  włamanie  i  naruszenie 

spokoju - wybuchnęła. 

Spojrzał  na  telefon.  Stał  na  szafce  nocnej,  na  której 

położyła kryminał Nicholasa Kenyone. Tuż obok, zarzuciwszy 
muskularną nogę na kolano drugiej nogi, siedział Goddard w 
obcisłym  swetrze  i  dżinsach.  Budził  respekt.  Sprawiał 
wrażenie człowieka, który był gotów zgnieść ją w ramionach, 
gdy  tylko  zbliży  się  do  niego.  Pochylił  się,  podniósł  aparat 
telefoniczny i trzymał w wyciągniętej w jej stronę ręce. 

 - Jak pani musi dzwonić, to trudno, ale to nie jest sprawa 

włamania i naruszenia spokoju, a raczej dobrej woli pewnego 
portiera,  siostrzeńca  mojego  przyjaciela,  który  był  tak 
uprzejmy,  że  udostępnił  mi  klucze.  Chłopiec  w  dzień  chodzi 
do szkoły, a w nocy pracuje. Czy nie będzie pani wstyd, jeżeli 
wyleją go z pracy? 

 -  Nawet,  gdyby  to  był  seminarzysta,  mający  na 

utrzymaniu  matkę  wdowę,  pożegna  się  z  pracą.  A  pan 
powinien pójść pod klucz. 

background image

Podeszła  do  niego  i  wyrwała  mu  telefon  z  ręki,  ale 

uczyniła  to  tak  niezręcznie,  że  w  dłoni  pozostała  jej  tylko 
słuchawka.  Oczami  płonącymi  nienawiścią  patrzyła,  jak 
Goddard łapie spadający na podłogę aparat. 

Wyprostował  się.  Był  taki  ogromny  i  stał  tak  blisko,  że 

poczuła  się  niewyraźnie.  Trzymał  jedną  część  aparatu,  a  ona 
drugą. Wydało się jej, że zbliża ich ten naprężony sznur, który 
ciasno oplatał ich dłonie. Przycisnęła słuchawkę do podstawy i 
z zadowoleniem zauważyła, że sprawia mu to ból. 

 - Kiedy tylko się ubrałem, wyruszyłem za panią do miasta 

w  trosce  o  pani  bezpieczeństwo  podczas  śnieżycy,  Tamaro  - 
tłumaczył się, ustawiając starannie telefon na szafce. - Jestem 
szczęśliwy, że nie znalazłem pani gdzieś na poboczu. 

 - Idę spać. 
Oddalała  się  od  niego  tyłem  wzdłuż  ściany.  Po  drodze 

dopadła  szafy,  uchyliła  drzwi,  porwała  z  wieszaka  swoją 
burgundowego  koloru  kurtkę  i  pośpiesznie  zarzuciła  ją  na 
siebie.  Pozapinała  guziki  i  postawiła  sztywny  kołnierz. 
Pomiędzy  jej  nagimi  udami  kołysał  się  jakiś  pasek, 
przypominając jej o tym, że to wierzchnie okrycie nie było w 
stanie  uchronić  ją  przed  pełnymi  uwielbienia  spojrzeniami 
Goddarda. Z jego błyszczących oczu mogła wyczytać, że teraz 
okryta aż do ud, wygląda o wiele bardziej pociągająco niż w 
skąpym stroju z jedwabiu. 

 -  Nigdy  dotąd  nie  widziałem  tak  ubranej  kobiety  -  rzekł 

jakby na potwierdzenie tego, co mówiły jego oczy. 

Milczała.  Dobre  sobie!  Tydzień  temu  poślubił  Jilliane,  a 

dzisiaj  już  flirtuje  z  inną  kobietą,  ze  mną,  z  matką  swojej 
własnej  żony!  Rozejrzała  się  wokół  w  poszukiwaniu  czegoś, 
czym mogłaby zasłonić nogi. 

 - Tutaj nie ma nic z takich rzeczy. Pani jest bardzo dobrze 

ubrana, Tamaro - zwrócił się do niej, odgadując jej myśli. 

 - Czego pan sobie życzy? - spytała oschle. 

background image

 -  Że  tak  powiem,  chciałem,  żeby  pani  bezpiecznie 

dojechała  do  miasta.  Potem  pomyślałem  sobie,  że  skoro  już 
tutaj jesteśmy oboje, moglibyśmy się bliżej poznać. Czy nam 
się to podoba, czy nie, jesteśmy rodziną. Jeżeli o mnie chodzi, 
to jestem z tego powodu niezmiernie szczęśliwy. 

 -  To  wcale  nie  znaczy,  że  i  ja  mam  być  zadowolona  - 

odcięła się. 

 - Czy pan sobie nie zdaje sprawy, co to dla mnie znaczy 

wyjść z łazienki i zastać tu pana? 

 - Dzwoniłem, dzwoniłem, ale pani nie odpowiadała, więc 

zebrałem się w sobie i wszedłem właśnie wtedy, kiedy pani się 
kąpała.  Pani  też  weszła  bez  zaproszenia  do  mojego  domu  i 
czekała,  aż  wyjdę  spod  prysznica.  Ja  z  tego  nie  robiłem 
problemu, więc nie widzę powodów, dla których nie miałbym 
postąpić podobnie. Jednakże proszę o wybaczenie, jeśli panią 
uraziłem.  A  teraz,  czy  nie  zeszłaby  pani  ze  mną  na  kolację? 
Ale przedtem musi się pani przebrać, żeby nikt z nas nie czuł 
się niezręcznie. 

Tamara najwidoczniej nie wiedziała, jak na to zareagować. 
 -  Jeśli  pani  woli,  można  zamówić  kolację  do  pokoju. 

Mogę to załatwić - zażartował. 

Przebrał  miarę.  Zawrzało  w  niej  jak  w  kotle,  który  lada 

chwila mógł wybuchnąć. Podeszła zdecydowanym krokiem do 
szafki  nocnej  i  porwała  słuchawkę.  Co  tam  straż  hotelowa! 
Dzwoni po policję. 

 - Pani składa zamówienie? - spytał uprzejmie z niewinną 

miną.  -  Dlaczego  pani  nie  połączy  się  z  bufetem?  Pani 
Tamaro,  proszę  nie  gniewać  się,  ale  pani  traktuje  wszystko 
zbyt  poważnie.  A  ja  byłbym  naprawdę  niezmiernie 
szczęśliwy,  gdyby  pani  zgodziła  się  zjeść  ze  mną  kolację. 
Kiedy się bliżej poznamy, polubi mnie pani tak jak ja panią. 

Odłożyła słuchawkę, przestała wybierać numer i wskazała 

ręką drzwi: 

background image

 -  Wyjdzie  pan  tędy  albo  pomogę  panu  wyfrunąć  przez 

okno.  Osobiście  wolałabym  ten  ostatni  wariant,  ponieważ 
pańskie  komplementy  pozwoliły  mi  zorientować  się,  z  kim 
mam do czynienia. 

Popatrzył na ulicę, a potem znów na nią. Następnie zaczął 

pocierać dłonią podbródek w sposób wielce sugestywny. 

 -  Pani  irytuje  się  z  tego  powodu,  że  zobaczyła  mnie  tu 

niespodziewanie  po  wyjściu  z  łazienki  -  rzekł.  -  Zgoda.  Pani 
też przestraszyła mnie dzisiaj wieczorem. Z tego wniosek, że 
w  trosce  o  nasze  samopoczucie  powinniśmy  od  tej  chwili 
uzgadniać terminy swoich spotkań. A teraz, po tylu emocjach, 
czy nie odczuwa pani głodu? Nie zaszkodziłoby... Odruchowo 
uchylił  się  i  kryminał  Nicholasa  Kenyona  ze  świstem 
przeleciał  koło  jego  ucha.  Tor  lotu  książki  kończył  się  pod 
przeciwległą ścianą. Goddard zrobił dwa kroki i podniósł ją z 
podłogi.  Otworzył  powieść  na  karcie  tytułowej  i  spytał  z 
wyszukaną kurtuazją: 

 -  Pani  Tamaro,  będzie  pani  tak  uprzejma  użyczyć  mi 

pióra, chciałbym tutaj coś napisać. 

Otworzyła usta, ale nie była w stanie wyrzec ani słowa. Co 

to  wszystko  znaczy?  Ten  człowiek  jest  pomylony.  Zupełnie 
pomylony.  Gdy  ona  wciąż  milczała,  podszedł  ogromnymi 
krokami  do  biurka  stojącego  naprzeciw  drzwi,  wysunął 
środkową  szufladę  i  wyjął  z  niej  długie  czarne,  plastikowe 
pióro. 

Przez  kilka  chwil  przypatrywała  się  bez  słowa,  jak  pisał, 

zgięty nad blatem, a potem odezwała się: 

 - Panie Matthew Goddard, może takie sztuczki działają na 

Jilliane,  ale  nie  na  mnie.  Mam  nadzieję,  że  zobaczę  pana  w 
więzieniu albo w domu wariatów, tak, raczej tam. 

Podniósł na nią wzrok pełen zdziwienia, uśmiechnął się do 

siebie i pisał dalej. Wreszcie wstał z krzesła i podszedł do niej. 
Cofnęła się. 

background image

 -  Jestem  Nicholas  Kenyon,  mało  kto  o  tym  wie  - 

przemówił do niej ciepło i radośnie, spoglądając na nią z góry. 
Przekrzywił głowę i zabawnie uśmiechając się, dodał: 

 - Kto pani powiedział, że Matthew to ja?  
Tamara  była  do  tego  stopnia  zmieszana,  że  nawet  nie 

potrafiła  się  poruszyć.  Miejsce  gniewu  na  jej  twarzy  zajęło 
bezgraniczne  zakłopotanie.  Wyciągnął  do  niej  rękę  ze  swoim 
kryminałem, a gdy ona wciąż stała bez ruchu, uniósł jej dłoń i 
wsunął do niej książkę. 

 - Proszę przeczytać, co napisałem - rzekł - jeśli potem w 

dalszym ciągu będzie się pani upierać, żebym wyszedł, spełnię 
pani życzenie. 

Tamara  drżącymi  palcami  odnalazła  kartę  tytułową  i 

jednym 

tchem 

pochłonęła 

dedykację: 

„Tamarze, 

najwierniejszej  wielbicielce  Nicholasa  Kenyona,  i  mam 
nadzieję,  nowemu  przyjacielowi  niżej  podpisanego,  czego 
pragnę  jeszcze  bardziej,  z  wyrazami  uznania  dla  Jej 
nieskazitelnej 

urody 

gorącego 

ducha... 

Jak 

zahipnotyzowana wpatrywała się w podpis: Spencer Goddard 
vel Nicholas Kenyon. 

 - Pani  pozwoli. Jestem Spencer. Matthew  - to mój  syn.  - 

Podał jej rękę. 

Wciąż  nie  mogąc  dojść  do  siebie,  spoglądała  w 

odrętwieniu to na dedykację, to w jego oczy, to na jego dłoń, 
którą na koniec ujęła i potrząsnęła. 

 -  Proszę  się  ubrać  i  zejść  na  kolację,  pani  Tamaro. 

Musimy przedyskutować kilka spraw. 

Dyszała  ciężko,  nie  wyjmując  ręki  z  jego  dłoni. 

Przedyskutować?  Przecież  ona  nie  może  wydobyć  z  siebie 
słowa!  Nicholas  Kenyon,  autor  jej  ulubionych  kryminałów 
tutaj,  w  jej  pokoju.  Zaprasza  ją  na  kolację.  Była  jego 
wielbicielką od czasu, gdy ukazała się jego pierwsza powieść. 

background image

Niedawno, 

na 

Gwiazdkę 

trojgu  swoich  przyjaciół 

sprezentowała: „Śmierć za walutę". 

 -  Zjadłbym  coś,  a  pani?  Pani  dzisiaj  tyle  podróżowała. 

Nie  przypuszczam,  żeby  linie  lotnicze  oferowały  coś  oprócz 
przekąsek. 

W  końcu  przełknęła  ślinę  i  zwilżyła  wargi  koniuszkiem 

języka. Suchość w gardle ustąpiła i Tamara odzyskała mowę. 

 -  Kanapki  były  beznadziejne.  Jestem  straszliwie  głodna. 

Przyjdę  za  chwileczkę,  panie  Spencer.  Proszę  zaczekać  na 
dole. 

Znowu  zaczęła  się  uśmiechać  i  to  przyniosło  jej  ulgę. 

Przynajmniej  tysiąc  razy  słyszała,  że  jej  największą  ozdobą 
jest  uśmiech  i  teraz  sobie  o  tym  przypomniała.  Postanowiła 
posłużyć  się  tą  bronią.  Pragnęła  podobać  się  Nicholasowi 
Kenyonowi vel Spencerowi Goddardowi. Z wyrazu jego oczu 
wyczytała, że odniosła sukces. 

 - Proszę się nie spieszyć, mamy czas - rzekł, wychodząc z 

pokoju. 

Odprowadzała  go  w  stronę  drzwi,  wciąż  jeszcze  nieco 

obłąkanym  wzrokiem.  Odwrócił  się,  aby  jeszcze  raz  na  nią 
spojrzeć. 

 -  Nie  mówiłem  pani,  jak  bardzo  cieszę  się  z  naszego 

spotkania, Tamaro. Jestem bardzo szczęśliwy. 

 -  Ja  też  -  odpowiedziała,  a  raczej  wyszeptała. Zmieszana 

tym, odchrząknęła i dodała: 

 -  Ubrał  pan  dżinsy,  a  więc  jest  to  jakaś  szczególna 

restauracja. 

 - Nie tak szczególna jak... - wskazał kciukiem na siebie. - 

Właścicielka  jest  moją  starą  znajomą.  Wybaczy  mi.  Każdy 
strój będzie dla nas odpowiedni. Zapewniam panią. 

 - Pospieszę się. 
Podszedł do niej i wierzchem dłoni pogładził jej policzek. 

background image

 -  Chciałem  zrobić  to  wcześniej,  kiedy  stała  pani  z 

zamkniętymi  oczami  i  czekała  aż  wyjdę.  Dlaczego  pani 
uciekła? 

 - Myślałam, że pan, to Matthew i że pan oszalał. 
 -  Gdyby  pani  wiedziała,  że  jestem  jego  ojcem  i  gdybym 

wyglądał na szalonego, czy wówczas zostałaby pani? 

 - Nie. 
Na  jego  zamkniętych  ustach  igrał  uśmiech.  Palcami 

dotykał jej włosów. 

 - Nie, z pewnością nie - powtórzyła po chwili milczenia. 
 -  Będę  czekał  na  dole.  Nie  musi  się  pani  spieszyć.  Nie 

ucieknę. 

Odwrócił się i wyszedł z pokoju. 
Tamara 

wyglądała 

zachwycająco  we  wspaniałej 

zamszowej  spódnicy  sięgającej  do  połowy  gładkich, 
połyskujących  jak  jedwab  ud.  Spencer  zastanawiał  się,  czy 
zobaczy  ją  jeszcze  kiedyś  taką  pociągającą  jak  dziś? 
Przypuszczał,  że  tak,  ale  równocześnie  obawiał  się,  że  taka 
chwila może nie powtórzyć się prędko. Tamara wtargnęła do 
jego życia wraz z gniewem i zamiecią. Coś podpowiadało mu, 
że  będzie  musiał  postępować  bardzo  ostrożnie,  jeżeli  chce, 
żeby  to  spotkanie  dało  jakieś  wyniki.  Przyznawał  się  przed 
sobą,  że  żywił  takie  nadzieje,  od  chwili  gdy  wstał,  żeby  ją 
powitać. 

Była taka piękna w jasnym, luźnym swetrze. Zauważył, że 

jej  wspaniała  uroda  wymaga  niewiele  retuszu.  Nie  lubowała 
się w drogiej biżuterii. Skromniutki, złoty naszyjnik, sięgający 
szczytu  jej  wysokich,  zaokrąglonych  piersi,  przyciągał  jego 
wzrok do tych powabnych kształtów. 

„Ma  klasę  i  jest  miła"  -  pomyślał,  widząc  ją  w  blasku 

świec  narożnego  świecznika.  Siadł  tam,  gdzie  stało  wolne 
krzesło,  ale  potem  przesunął  je  i  przybliżył  do  niej. 
Zastanawiał  się,  czy  rzeczywiście  jest  w  niej  aż  tyle  z 

background image

tygrysicy,  jaką  mu  się  wydawała,  czy  to  tylko  pozory.  Nie 
przypuszczał wcześniej, że jest taka piękna. Jej gładka skóra o 
przyjemnej  barwie  lśniła  ciepłym  blaskiem.  Włosy  Tamary 
wydawały  się  ciemniejsze  niż  przedtem,  a  migotliwy  blask 
przydawał im wyjątkowego uroku. Kiedy się śmiała, jej ruchy 
stawały się bardzo swobodne. 

Spencer jeszcze raz zmienił miejsce. 
 - Tamaro, lubię patrzeć na panią - rzekł z zachwytem. 
Nie  zmieszała  się.  Ten  etap,  gdy  wszystko  w  ich 

stosunkach szokowało ją, miała za sobą. 

Po  przestudiowaniu  menu  stwierdzili,  że  mają  podobny 

gust.  Oboje  zdecydowali  się  na  przystawkę  w  postaci  frytek, 
na  sałatkę  i  na  górskiego  pstrąga  na  drugie.  Różnili  się 
natomiast zainteresowaniami. Spencera  fascynowało życie na 
piaszczystych  wybrzeżach  Kalifornii  i  profesja  psychologa. 
Tamara  zaś  rada  byłaby  usłyszeć  o  tym,  jak  się  mieszka  w 
lasach na mroźnej północy i jak się pisze kryminały. 

 - Psycholog to  nic szczególnego  - oświadczyła, ale  w jej 

głosie nie wyczuwało się fałszywej skromności - każdy może 
nim  zostać.  Ale  pisarz...  ile  razy  w  życiu  zdarzy  mi  się 
rozmawiać z autorem kryminałów? 

 - Codziennie przez cały tydzień od dzisiaj, jeśli sobie pani 

życzy. Może pani wyznaczyć godzinę - zapewniał. 

Potem  namawiał  ją,  żeby  opowiedziała  mu  o  swojej 

książce.  „Nastolatki  i  ich  rodzice".  Słyszał  o  bestselerze, 
zanim Jilliane doniosła mu o nim z wielką dumą. 

 -  Żadna  praca  nie  jest  w  stanie  objąć  całej  dziedziny  - 

rozważała  w  zamyśleniu.  -  Kiedy  ją  opublikowałam, 
zbierałam  pochwały,  ale  nie  byłam  pewna,  czy  zasłużone. 
Postanowiłam  wydać  kolejną  książkę  -  obszerniejsze 
opracowanie.  W  czasie  krótkiego  stażu  naukowego 
próbowałam zająć się kwestiami, których nie poruszyłam, ale 

background image

mój  agent,  wydawca,  i  prawdopodobnie  recenzent  rzucali  mi 
kłody pod nogi. 

 -  Pani  jest  chyba  zbyt  skromna  i  niechętnie  słucha 

pochwał. 

Pokręciła  głową  i  uśmiechnęła  się  w  taki  sposób,  że 

przyszła  mu  wielka  chęć  wyrazić  jej  swoje  uznanie  za 
pośrednictwem pocałunku. 

 -  W  żadnym  wypadku.  Uwielbiam  je,  kiedy  na  nie 

zasługuję.  Przewodniczący  pewnej  konferencji  spytał  mnie, 
dlaczego  tak  nisko  oceniam  swój  dorobek.  To  mnie 
zaskoczyło.  Nie  jestem  skromna.  Jestem  tylko  realistką.  Ale 
myślę,  że  przylgnęła  do  mnie  opinia  osoby,  która  boi  się 
sukcesu. 

Z  nim  sprawy  miały  się  podobnie.  Zarzucano  mu,  że 

używa pseudonimu właśnie dla uniknięcia rozgłosu. 

 -  Po  co  panu  pseudonim?  Spencer  Goddard  to  świetne 

nazwisko,  takie  godne  szacunku.  Brzmi  niezwykle  dumnie  i 
po 

męsku, 

ma 

sobie 

coś, 

powiedziałabym, 

arystokratycznego. 

To  go  zdumiało.  Żadna  inna  kobieta  nie  była  w  stanie 

wymyślić  takiego  komplementu.  Wielbicielki  obsypywały  go 
pochwałami o podtekście erotycznym, po których czuł się tak, 
jakby mu nagle guma do żucia stanęła w gardle. Zdarzało się 
to  wtedy,  gdy  sobie  troszeczkę  za  dużo  wypiły.  Niektórym 
wystarczy  to,  że  obcują  z  Nicholasem  Kenyonem,  nie  zaś  z 
jakimś  tam  Spencerem  Goddardem.  Ale  żadna  z  nich  nigdy 
nie  powiedziała,  że  Goddard  jest  znakomitym  nazwiskiem. 
Jego  nazwisko  podobało  mu  się  od  dawna,  a  teraz  Tamara 
utwierdziła go w tym. 

 - Dziękuję pani. Ma to dwie przyczyny. Po pierwsze, mój 

ulubiony  autor  powieści  kryminalnych,  Willard  Huntington 
Wright... 

background image

 -  S.S.  Van  Dine  -  przerwała  z  ożywieniem.  -  Wiem,  jak 

powstał  jego  pseudonim.  Do  nazwiska  rodowego  Van  Dine 
dodał  S.S.,  bo  kochał  okręty.  Zaczął  pisać  podczas 
rekonwalescencji po wycieńczającej chorobie. 

Dziwiło  go,  skąd  ta  kobieta  ma  takie  wiadomości  o  jego 

idolu z młodzieńczych lat. Błysnęła mu w głowie myśl, że są 
stworzeni  dla  siebie,  ale  nie  podzielił  się  z  nią  tym 
przypuszczeniem. 

 -  Decydując  się  na  pisanie  pod  pseudonimem  literackim, 

świadomie  poszedłem  za  jego  przykładem.  Po  drugie, 
pierwszej  swojej  powieści  nie  traktowałem  raczej  poważnie, 
eksperymentowałem,  nie  myśląc  o  karierze.  Z  wykształcenia 
jestem maklerem. 

 - A tu sprawy się skomplikowały - zaśmiała się - jakie to 

ciekawe. 

 -  Tak,  rzeczywiście,  nie  spodziewałem  się,  że  Nicholas 

Kenyon  podbije  świat,  nie  miałem  nawet  nadziei,  że  książka 
zostanie opublikowana. Następna pozycja rozeszła się jeszcze 
prędzej,  szczególnie  w  Europie.  W  tej  sytuacji  użycie 
prawdziwego nazwiska straciło sens. To nie Spencer Goddard, 
lecz Nicholas Kenyon był na fali. 

Tamara nałożyła sobie  sałaty na talerz, po czym zwróciła 

się do Spencera, ujmując w dłoń jego nadgarstek. 

 -  Sądzę,  że  na  samym  początku  pana  kariery  sprawy 

miały się nieco inaczej. 

Podobało mu się to. Nie bała się kontaktu z mężczyznami, 

bo  nie  podejrzewała,  że  jej  dotyk  działa  tak  podniecająco. 
Jednak ten gest wywarł na nim piorunujące wrażenie. Mimo to 
poważnie, w skupieniu słuchał jej odkrywczych uwag. 

 -  Myślę,  że  użył  pan  pseudonimu  w  celu  zachowania 

równowagi. Nie chciał pan stać się człowiekiem publicznym. 
Społeczeństwo  identyfikuje  znanych  ludzi  z  funkcjami,  które 
oni spełniają i oczekuje, że zawsze będą postępować zgodnie z 

background image

pewnymi stereotypami. Takie problemy mają aktorzy i bardzo 
często  duchowni.  Dotyczy  to  również  pisarzy,  osiągających 
sukcesy, więc nie chciał pan ponosić takiego ryzyka. 

 -  Wie  pani,  pani  ma  rację  -  rzekł  -  chcę,  żeby  obcy 

zostawili  mnie  w  spokoju,  a  przyjaciele  lubili  mnie  dla  mnie 
samego. Nie wystrzegam się jednak rozgłosu, ani nie unikam 
go jako Nicholas Kanyon. Ale, jak to pani ujęła, umożliwia mi 
to  utrzymanie równowagi. Nie ukrywam się  przed nikim, ale 
jestem  pisarzem,  a  nie  producentem  wody  po  goleniu  czy 
bielizny. 

 - A mógłby pan... Uniósł brwi ze zdziwienia. 
Rumieniec oblał jej twarz. Uśmiechnęła się do siebie: „Nie 

tak myślałam. To dlatego że tak patrzyłeś na mnie". - Oparła 
piękną twarz na dłoni i patrząc w bok wyszeptała: 

 - Och, drogi Spencerze, nie chciałam cię urazić. 
 -  Zburzyła  pani  mój  przesąd  na  temat  psychologów.  Nie 

przypuszczałem, żeby ludzie z tego klanu bywali onieśmieleni 
albo zakłopotani widokiem mężczyzny... zajętego gimnastyką 
- powiedział rozbawiony. 

 -  Och,  Spencer,  to  się  tylko  tak  wydaje.  Odczuwamy  to 

samo,  co  inni,  nawet  tak  irytujące  emocje  jak  zakłopotanie. 
Popełniamy takie same błędy, jak wszyscy inni. Ale naprawdę 
nie  myślałam  o  tym,  jak  pan  wyglądał  podczas  ćwiczeń 
fizycznych. Przypominałam sobie głos, jakim przemawiał pan 
do tej nieszczęsnej lady. 

 - Pomyślała sobie pani, że jestem wcieleniem diabła? 
 -  Sądziłam,  że  jest  pan  moim  zięciem...  i  diabłem 

wcielonym  jednocześnie.  Nie  przypuszczam,  żeby  kobieta  w 
tak  trudnej  sytuacji  zwracała  uwagę  na  to,  w  jaki  sposób 
zwraca się do niej morderca. Chyba że ma nadzieję, że Nathan 
Shields  oszczędzi  ją,  ale  nic  na  to  nie  wskazuje.  Powinna 
raczej  błagać,  przymilać  się,  krzyczeć,  a  nie  wyrażać 
niezadowolenie. Czy nie mam racji? 

background image

Odsunął  się  od  stołu  i  spoglądał  na  nią  z  wielkim 

zainteresowaniem: 

 -  W  tym  rzecz.  Trafiła  pani  w  dziesiątkę.  Powinna  pani 

zostać moim konsultantem do spraw fabuły i charakterów, i to 
od zaraz, pani Tamaro. Pani też tego pragnie. 

Położyła  rękę  na  piersi,  między  wzniesieniami,  które 

kiedyś  będzie  całował.  Oj!  Będzie!  Był  tego  pewien.  Kiedyś 
dotyk  tych  wysmukłych,  o  doskonałym  kształcie  palców, 
zakończonych  lśniącymi  paznokciami,  doprowadzi  go  do 
szału. 

 -  Będę  zaszczycona  -  rzekła.  -  A  teraz  proszę  mi 

powiedzieć,  czy  zawsze  pan  odgrywa  sceny  mordu  podczas 
kąpieli? 

 -  Tylko  wtedy,  gdy  miewam  trudności  w  pisaniu  - 

odpowiedział.  -  Rzeczywiście  lepiej  w  łazience  niż  w  domu 
towarowym  czy  supermarkecie.  Nikt  nie  słyszy,  co  do  siebie 
mówię... zazwyczaj. 

 -  Zazwyczaj  -  powtórzyła  jak  echo  i  zaśmiała  się 

triumfalnie. 

W  odpowiedzi  pocałował  ją  w  policzek.  W  ten  sam, 

którego  dotykał  przed  opuszczeniem  pokoju  w  hotelu.  Z 
lubością  wpatrywał  się  w  miękkie  zagłębienia  na  jej  twarzy, 
we  włosy  niezbyt  długie,  czarne  o  rudawym  połysku  i  lekko 
wijące się. 

 -  Teraz  wiem,  skąd  Jilliane  wzięła  swój  czar  -  szepnął  - 

gdyby  bardziej  przypominała  matkę,  byłaby  jeszcze 
piękniejsza. 

Na  twarzy  Tamary  pojawił  się  wyraz  zatroskania.  Jedno 

niebaczne  napomknienie  o  Jilliane  zupełnie  zmieniło  nastrój 
wieczoru. Westchnął w duchu. Gdyby był trochę zręczniejszy, 
nie  sprowadziłby  rozmowy  na  drażliwy  temat,  o  którym 
zdawała się nie pamiętać. 

background image

Tamara  przyjęła  postawę  bardziej  oficjalną.  Nie  chciała 

dopuścić  do  siebie  bolesnych  obaw,  które  ją  ogarniały.  Ale 
bez  skutku.  W  odróżnieniu  od  niej,  Spencer  zdawał  sobie 
sprawę  z  tego,  jak  bardzo  ich  dzieci  kochają  się.  Matthew  i 
Jilliane  byli  tak  oddani  sobie,  że  nie  miała  żadnych  szans 
rozdzielenia ich. 

 -  Spencer!  To  małżeństwo  trzeba  unieważnić  - 

powiedziała,  wpatrując  się  w  niego  błagalnie.  -  Myślę,  że 
mnie poprzesz. Liczę na ciebie. 

 -  Nie,  Tamaro,  nie  pomogę  pani.  Mogę  jedynie  pomóc 

pani zaakceptować to, co zaszło. 

 - Nie zgadzam się na to. Dlaczego nie chcesz mi pomóc. 

Pomyśl o synu. To małżeństwo w równym stopniu zaszkodzi 
jemu jak i Jilliane. 

 -  Zdecydowanie  popieram  ten  związek.  Uważam,  że 

musimy się pogodzić z tym, co się stało i nie zmienię zdania. 

Spuściła  oczy.  Jej  nozdrza  lekko  drżały.  Czyżby 

hamowała  łzy?  Ze  wzruszenia  Spencer  nie  mógł  wyrzec 
słowa, więc przybliżył się i objął ją ramieniem. Wyprostowała 
się gwałtownie i odrzuciła jego rękę. 

 -  Nie  musi  mnie  pan  pocieszać.  Wszystko  w  porządku  - 

powiedziała oschle. 

Nie  bardzo  wiedząc,  jak  zachować  się  w  takiej  sytuacji, 

napełnił lampki winem. Jeżeli odrzuca jego pomoc teraz, gdy 
jej rozpaczliwie potrzebuje, to co robić? Czy ma podjąć za nią 
dyskusję o kryminałach? Zapytać o pogodę w Malibu? 

Kelnerka podeszła z tacą. 
 - Dania są gorące - ostrzegała - smacznego. 
Z  jej  ponurej  miny  można  było  wyczytać,  że  drażni  ją 

wszystko, łącznie z tą kolacją. 

background image

ROZDZIAŁ III 
 -  Wspomniał  pan,  że  Jilliane  dzisiaj  wieczorem  pracuje, 

ale w dalszym ciągu nie wiem, gdzie - dopytywała się Tamara. 

Praca  -  słowo  najzwyklejsze  we  wszystkich  innych 

przypadkach, w odniesieniu do Jilliane nabierało odcienia żalu 
i  goryczy.  Odłożyła  widelec.  Nie  mogła  jeść.  Była  zbyt 
podniecona. 

 -  Jest  kelnerką  w  pewnej  bardzo  eleganckiej  restauracji 

niedaleko stąd. 

Nie odezwała się ani słowem. Najbardziej wstrząsnęło nią 

to, że jest tak blisko. Tamarę kusiło, żeby pójść do restauracji, 
gdzie  pracuje  córka  i  porwać  ją  na  lotnisko,  a  stamtąd  do 
domu.  Ale  Jilliane  dawno  już  przestała  być  dzieckiem  i  nie 
zniesie takiego traktowania. 

 -  To  jest  wyjątkowo  miłe  miejsce,  Tamaro.  Jilliane  jest 

zachwycona.  Zwykle  właściciele  nie  zatrudniają  takich 
młodych  dziewcząt,  ale  oni  są  moimi  dobrymi  przyjaciółmi, 
więc... 

 - Czy ktoś w tym mieście nie jest twoim przyjacielem? - 

przerwała  mu  obcesowo.  -  Jilliane  nie  może  pracować  na 
utrzymanie  dwojga  osób.  Ile  Matthew  wnosi  do  budżetu 
rodzinnego? Czy też jest zatrudniony przez jakichś przyjaciół? 

 -  Nie  pracuje,  bo  studiuje  stacjonarnie  -  odpowiedział 

łagodnie. 

Kobieta zadrżała i otworzyła szeroko oczy. Starała się nie 

podnosić 

głosu, 

ale 

była 

bardzo 

zdenerwowana. 

Przygotowywała następne uderzenie. 

 -  Ach  tak?  Rozumiem.  Matthew  uczęszcza  do  szkoły  w 

pełnym  wymiarze,  bo  to  pozwala  mu  zachować  ciągłość 
edukacji  i  daje  widoki  na  przyszłość,  a  Jilliane,  która  jest 
przeciętną  dziewczyną  pracuje  w  restauracji.  Ach 
przepraszam, nie w restauracji. W bardzo świetnej restauracji. 

background image

Z  wściekłością  spojrzała  na  talerz  i  dziobnęła  widelcem 

kawałek  letniej  marchewki.  Kiedy  podnosiła  go  do  ust, 
przyszło  jej  do  głowy,  żeby  podzielić  koszty  kolacji.  Zbyt 
mocno  zmyła  Spencerowi  głowę,  by  pozwolić  mu  za  siebie 
płacić, ale niestety nie mogła powstrzymać gniewu. 

 -  Zdaję  sobie  sprawę  z  tego,  w  jakim  strasznym  jesteś 

nastroju  i  współczuję  ci.  Ale  niepotrzebnie  się  rozdrażniasz, 
Tamaro.  Kiedy  zobaczysz  te  dzieci  i  przekonasz  się,  jak 
bardzo  się  kochają  oraz  jak  są  ze  sobą  szczęśliwe,  porzucisz 
wszelkie obawy. 

 -  Nie  -  zarzekała  się.  -  Nazywasz  ich  dziećmi.  To 

wszystko  tłumaczy.  To  są  dzieci,  beztroskie  i  idealistyczne, 
jak wszystkie inne. Ale małżeństwo - to nie zabawa. Jilliane i 
Matthew nie powinni podejmować zobowiązań, które zaciążą 
na  całym  ich  życiu.  Jilliane  powinna  chodzić  do  szkoły. 
Spróbuj proszę, postawić siebie na moim miejscu i pomyśl, co 
byś  przeżywał,  gdyby  twoja  córka  przestała  zastanawiać  się 
nad  przyszłością  tylko  dlatego,  że  się  zakochała.  Jilliane  nie 
może  zrezygnować  dla  niego  z  kariery,  która  stoi  przed  nią 
otworem.  Jest  to  błąd,  niezależnie  od  tego,  dla  jakiego 
mężczyzny czy chłopca tak się postępuje. 

Sięgnęła  po  puchar  z  wodą.  Kiedy  piła,  Spencer  odezwał 

się: 

 - Oni się kochają. Omal się nie zachłysnęła. 
 -  To  są  dzieci,  które  nie  wiedzą,  co  znaczy  miłość  - 

syknęła i odsunęła naczynie. - Posłuchaj, co ci powiem. Taka 
zwariowana  historia  już  raz  miała  miejsce.  Jako 
siedemnastoletni  podlotek  porzuciłam  szkołę,  żeby  wyjść  za 
chłopca,  którego  znałam  cztery  miesiące.  Chciałam  zostać 
lekarzem - pediatrą, podobnie jak Jilliane - inżynierem, nawet 
kosztem największych wyrzeczeń. Wtedy spotkałam Johna, jej 
ojca.  Byłam  młoda,  romantyczna.  Przerwałam  naukę  i 
wyszłam  za  mąż.  Dopiero  gdy  przyszło  na  świat  dziecko, 

background image

którym  trzeba  było  się  zająć,  zdałam  sobie  jasno  sprawę  z 
tego,  jak  bardzo  oboje  jesteśmy  niedojrzali,  jak  bardzo  nie 
dorośliśmy do małżeństwa. 

Wspomnienia z odległej przeszłości odżyły w jej pamięci i 

na  chwilę  umilkła.  Przypomniała  sobie,  jak  pewnego  razu 
wstała  w  środku  nocy  do  dziecka.  Kiedy  tuliła  je  do  piersi, 
uświadomiła  sobie,  że  one  obie  nic  dla  Johna  nie  znaczą. 
Mieszkał z nimi, ale nie miał dla nich czasu. Będąc mężatką i 
matką,  mogła  liczyć  jedynie  na  siebie.  Toteż  mając  wciąż  w 
pamięci  te  nieprzyjemne  doświadczenia,  pragnęła  oszczędzić 
córce tego ciężkiego losu. 

 -  Co  się  stało?  -  zapytał.  -  Zjedz  choć  trochę,  zanim 

powiesz mi resztę. Kolacja stygnie. 

Nie  miała  apetytu,  ale  zjadła  kawałek  pstrąga,  jedną 

szparagę, kawałeczek zimnej marchwi i odezwała się: 

 -  Nie  musisz  chyba  słuchać,  co  nastąpiło  potem.  Nie 

powinnam  była  ci  tego  wszystkiego  mówić.  Wiem,  że  to 
wygląda tak, jakbym się nad sobą litowała. 

 - Mów dalej. Chcę wszystko wiedzieć. Sprawy wyglądają 

poważnie. 

 -  Dojrzałam  prędko,  bo  musiałam.  John  nie  podejmował 

żadnych  obowiązków  rodzinnych  i  wreszcie,  wkrótce  po 
ukończeniu przez Jilliane trzech lat, opuścił nas. Nigdy nic go 
nie  obchodziło,  równocześnie  nie  przysłał  nam  ani  grosza. 
Pracowałam  jako  sekretarka,  robiąc  studia  wieczorowe.  W 
końcu po długich, jak mi się wydawało latach, zdobyłam tytuł 
doktora  psychologii.  -  Zamilkła  i  zatopiła  się  w  swoich 
myślach.  Do  dzisiejszego  dnia  nie  mogła  uwierzyć,  że 
dokonała  tych  wszystkich  rzeczy.  -  Oto  cała  moja  historia. 
Czy rozumiesz? Nie pozwolę, żeby Jilliane zmarnowała swoje 
życie. 

Ujął  jej  twarz  w  swoje  dłonie  i  głęboko,  uważnie,  ze 

współczuciem i powagą popatrzył w jej oczy. 

background image

 -  Dokonałaś  tego  wszystkiego  i  uważasz  swoje  życie  za 

nieudane?  -  spytał  po  długim  milczeniu.  -  Wychowałaś 
dziecko  bez  niczyjej  pomocy,  utrzymywałaś  dom,  osiągnęłaś 
sukcesy w życiu i w nauce i mimo to siedzisz tu i opowiadasz 
o swoim złamanym życiu? Tamaro, trudno mi uwierzyć w to 
wszystko, o czym mówiłaś. 

 -  Ale  ja  zamierzałam  zostać  doktorem  medycyny  - 

sprzeciwiła  się  Tamara.  -  Pragnęłam  tego,  od  chwili,  gdy 
byłam  na  tyle  dorosła,  żeby  czegoś  pragnąć.  Miałam  zamiar 
wyrobić sobie pozycję, a potem wyjść za mąż, urodzić troje - 
czworo  dzieci,  które  wzrastałyby  w  ukochanym  domu  z 
dwojgiem  wspaniałych  szczęśliwych  rodziców.  Jeden 
młodzieńczy  błąd,  popełniony  w  imię  miłości,  obrócił  w 
niwecz moje misterne plany. Moje najskrytsze marzenia nigdy 
nie miały się spełnić. 

 - Ale inne plany wcieliłaś w życie - przypomniał Spencer. 

-  Naprawdę,  rozumiem  cię  Tamaro,  wierz  mi.  Ale  nigdy  nie 
przekonasz mnie, że lata przeżyte pracowicie to lata stracone. 
Jako  sekretarka  wykonywałaś  czynności  pożyteczne  dla 
innych  i  zdobywałaś  ważne  doświadczenie,  które  mogłaś 
potem wykorzystać. W młodości mamy różne plany, chcemy 
być  pediatrami,  inżynierami,  koniokradami,  tancerzami  czy 
też brzuchomówcami, ale to wszystko może ulec zmianie. 

Podczas wymiany zdań Tamara siedziała zwrócona twarzą 

do  niego.  Teraz  oparła  się  o  poręcz  boksu  i  wbiła  oczy  w 
przeciwległą  ścianę.  Nie  chciała  patrzeć  na  tego  człowieka, 
bojąc się, że ulegnie jego hipnotycznemu wpływowi i zapomni 
o tym, jak ją zawiódł. Oczywiście, nie był w stanie zrozumieć 
jej  odczuć.  Jako  niepoprawny  romantyk  nigdy  nie  będzie  do 
tego  zdolny.  Artyści  często  są  tacy  romantyczni.  W 
mniemaniu Spencera Goddarda koniokrad czy fordancerka nie 
są w niczym gorsi od lekarza czy inżyniera. Nie dziwiło to w 

background image

przypadku  kogoś,  kto  z  handlarza  przekwalifikował  się  na 
literata. 

 - Czujesz się zawiedziona moją odpowiedzią. Przykro mi. 
 - Matthew i Jilliane są zbyt młodzi, żeby zakładać rodzinę 

- upierała się. 

 - Ależ oni nikogo nie pytali o zgodę. Wierz mi, kiedy ich 

zobaczysz,  zmienisz  zdanie  o  tym  małżeństwie.  -  Nalał  jej 
wina.  -  Oni  są  wprost  przeznaczeni  dla  siebie.  To  wspaniałe 
dzieciaki. 

 -  Nie  powiesz  mi,  że  te  nasze  cudowne  dzieci utrzymują 

się z tego, co jedno z nich zarobi w restauracji. Przypuszczam, 
że Matthew nie kradnie bydła w przerwach między zajęciami, 
więc co oni jedzą? - spytała z przekąsem. 

 - Trochę im pomagam - odrzekł, udając, że nie dostrzega 

sarkazmu w jej słowach. 

Tutaj  w  jej  mniemaniu,  tkwiły  korzenie  całego  zła. 

Podejrzewała,  że  „trochę"  znaczy  bardzo  dużo.  Słuchała  w 
złowrogim  milczeniu.  Spencer  udostępnił  dzieciom  na 
miodowy  miesiąc  domek  w  Hisega,  pokrywa  ich  wydatki  na 
mieszkanie  i  samochód,  zobowiązał  się  łożyć  na  naukę  i 
książki syna. 

 - Powiedziałem im, że o resztę sami mają się troszczyć. 
 - Dzięki twojej hojności zupełnie nieźle im się powodzi - 

zauważyła, nie chcąc wciąż wytknąć Spencerowi tego, że jego 
pomoc uczy młodożeńców nieodpowiedzialności. 

 - Oczywiście, to nie stanowi ich własności - odpowiedział 

nie  lekceważąc,  ale  też  jakby  nie  zauważając,  jej 
rozdrażnienia. - Jilliane jest tak urocza i czarująca, że dostaje 
przyzwoite  napiwki  i  z  pewnością  otrzyma  kredyt  na  zakup 
lodówki. 

Przyzwoite napiwki. O, Boże, co za obłęd! Tylko czekać, 

aż powie, że Jilliane zdobywa doświadczenie, które jej się w 
życiu bardzo przyda. Była gotowa spytać go, czy rzeczywiście 

background image

sądzi,  że  dobre  napiwki  równoważą  brak  dobrego 
wykształcenia, ale nagle poczuła pieczenie w oczach i suchość 
w gardle. Otarła łzę drżącą dłonią i sięgnęła po puchar z wodą. 
Płyn  chlusnął  jej  na  rękę,  więc  odstawiła  naczynie,  nie 
tknąwszy go nawet ustami. 

 -  Tamaro...  -  wymówił  czule  jej  imię  i  uprzedzając  jej 

zamiar,  wytarł  jej  dłoń  płócienną  serwetą.  -  Za  bardzo  się 
wszystkim przejmujesz - szeptał, ściskając lekko jej palce. 

Współczucie  pobrzmiewające  w  jego  głosie  i  jego  gesty 

prawie zupełnie rozbroiły Tamarę. Ogarnęło ją pragnienie, by 
rzucić się w jego ramiona i na jego piersi lać ciche łzy nad tym 
wszystkim,  co  przydarzyło  się  dziecku.  Dobry,  silny, 
opiekuńczy  Spencer  na  wszystko  znajdzie  lekarstwo.  Ale, 
oczywiście,  nie  mogło  być  o  tym  mowy.  Przede  wszystkim 
wciąż  pozostawał  obcym  człowiekiem,  mimo  to,  że  teraz 
razem  jedli  kolację.  Po  drugie,  ponosił  odpowiedzialność  za 
jej  przygnębienie.  Teraz,  świadoma  jego  bliskości,  a 
jednocześnie  niepewna,  jak  ma  potraktować  jego  propozycję 
pomocy,  wyprostowała  się,  usztywniła  i  utkwiła  wzrok  w 
talerzu. Do jej uszu doszedł radosny kobiecy głos: 

 - Czy macie państwo jeszcze jakieś życzenia? 
Tamara  nie  zauważyła,  kiedy  hoża  pięćdziesięciolatka 

zbliżyła się do stolika. Teraz dokładnie przyjrzała się kelnerce. 
„Tę  ciężko  pracującą  kobietę  wychowywała  z  pewnością 
matka,  której  największym  marzeniem  było  zapewnienie 
dzieciom świetlanej przyszłości" - pomyślała ze smutkiem. 

Spencer  zapewnił  kelnerkę,  że  niczego  im  nie  brakuje  i 

kobieta oddaliła się. Tamara szepnęła ledwo dosłyszalnie: 

 - Może ona była kiedyś studentką i stypendystką. 
 - Przepraszam... co mówiłaś? 
 -  Nasza  kelnerka.  Może  kiedyś  była  studentką  ze 

stypendium,  porzuciła  college,  żeby  jej  mąż  mógł  ukończyć 
szkołę. 

background image

Spojrzał na nią z zaciekawieniem. 
 -  Mów  dalej,  to  zabawne,  słowo  daję.  Żarty  się  ciebie 

trzymają. 

 - Zdarzają się takie wypadki - powiedziała z naciskiem. 
 -  Zapewne  humor  ci  się  poprawi,  kiedy  usłyszysz,  że 

Jilliane nie spędzi całego życia przy stoliku w restauracji. Nie 
jest to jakieś niezwykłe zajęcie, ale zawsze coś. 

 - Nie mówię, że nie jest - odparła Tamara, której poczucie 

sprawiedliwości  kolejny  raz  wystawiono  na  próbę.  -  Moja 
ciotka Helena przez trzydzieści lat była kelnerką i nie znałam 
szlachetniejszej  kobiety. Ale  powiedz, czy wyczekiwanie  nad 
stołami  w  restauracji  polecisz  również  swojemu  synowi  jako 
receptę  na  pożyteczne  spędzenie  młodych  lat?  Dlaczego 
Matthew  nie  podjął  pracy  w  restauracji  u  twoich  przyjaciół, 
tylko  poszedł  do  szkoły?  Wtedy  na  niego  spadłby  ciężar 
utrzymania rodziny. 

Spencer długo milczał. Sprawiał wrażenie, jakby rozważał 

odpowiedź  i  kiedy  zaczął  cedzić  słowa,  odgadła,  że 
zastanawiał się, co powiedzieć, a czego nie. 

 -  Nie  sądzę,  żeby  Jilliane  porzuciła  szkołę  z  powodu 

sytuacji materialnej. 

 - Więc dlaczego przerwała naukę? - nalegała zaskoczona i 

zbita z tropu matka. 

 -  Wolałbym  o  tym  nie  mówić.  Będziesz  miała  okazję 

spotkać się z nią. Wtedy wszystko się wyjaśni. 

 -  Spencer,  ty  coś  przede  mną  ukrywasz.  Nie  rób  tego, 

proszę...  !  -  zawołała  błagalnym  tonem  i  nagle  urwała. 
Zacisnęła dłonie w pięści tak, że paznokcie wbiły się w ciało. - 
Czyżby była w ciąży?! - krzyknęła. 

 - Nie to miałem na myśli - odpowiedział spokojnie, ujął w 

palce  wciąż  zaciśniętą  dłoń  i  pieścił  ją,  dopóki  się  nie 
rozluźniła.  -  Oni  się  kochają.  Niech  sami  decydują  o  sobie. 
Naszą  sprawą  jest  udzielenie  im  wsparcia  moralnego  i 

background image

materialnego,  ale  nie  powinniśmy  mieszać  się  do  tego,  jak 
sobie  układają  życie,  łącznie  z  tym,  kto  pójdzie  do  szkoły,  a 
kto pójdzie kraść bydło. 

 - Pięknie - syknęła, wyszarpując palce z dłoni Spencera. 
Ten rodzaj głupoty, ta lekkomyślna skłonność do widzenia 

wszystkiego  w  różowych  kolorach  doprowadzały  ją  do  pasji. 
Oczywiście.  Łatwo  było  mu  być  optymistą.  To  nie  jego 
dziecko zostanie bez grosza jako samotna matka. 

Główne  danie  dawno  im  wystygło.  Przyglądała  się  przez 

chwilę potężnej porcji pstrąga leżącej na talerzu. Podłubała w 
niej  nawet  widelcem,  ale  nie  miała  na  rybę  najmniejszej 
ochoty.  Kiedy  kelnerka  zbliżyła  się  do  stolika,  Tamara 
spodziewała  się,  że  poproszą  o  rachunek  i  zaraz  wyjdą.  Ale 
Spencer  zamówił  dla  siebie  kawę,  mimo  że  ona  stanowczo 
nalegała, żeby już kończyć. 

 -  Państwo  nie  skuszą  się  na  deser?  -  nie  dawała  za 

wygraną kelnerka. 

 - Dziękuję - Tamara pokręciła głową. 
 -  Wszyscy  mówią,  że  nasz  czekoladowy  koktajl  jest 

najlepszy na świecie. 

 - Nie wątpię, ale nie przepadam za czekoladą. 
 - Ja też nie. Wielki Bard z Avonu twierdzi, że potrawy o 

słodkim smaku wywołują kwasy w organizmie. W takim razie 
dobrze,  jeszcze  mała  czarna  i  niosę  panu  rachunek,  panie 
Goddard. 

 - Chwileczkę, proszę pani. - Tamara zatrzymała kelnerkę. 

- Z jakiego utworu pochodzi ta myśl? 

 - Z „Ryszarda Drugiego". Moją specjalnością w college'u 

była  literatura.  Nigdy  nie  miałam  dosyć  Szekspira.  To  mi 
zostało  do  dziś  -  odpowiedziała  pięćdziesięciolatka  i 
odmaszerowała. 

 -  Nie  mówiłam?  -  Tamara  triumfująco  spojrzała  na 

Spencera. 

background image

Ten  parsknął  śmiechem,  ale  chwilę  później,  kiedy 

oświadczyła: Płacimy na pół - stracił rezon. 

 - Co ty? - rzekł pojednawczym tonem, chowając za siebie 

rachunek, jakby się bał, że mu go wyrwie z ręki. 

Wpatrywał się w nią z wyrazem niedowierzania na twarzy. 

-  

 - Płacę za siebie. 
 - Tak? Dlaczego? 
Gdy  zadawał  to  krótkie  pytanie,  jego  oczy  płonęły,  a  na 

twarzy  malował  się  wyraz  takiego  zakłopotania,  że  Tamara 
zaczęła żałować swojego zachowania. 

 -  Wpadłam  na  ten  świetny  pomysł  tuż  po  tym,  kiedy 

zaserwowałam ci zdrową porcję złośliwości - wyjaśniła. 

 - Przełknąłem ją, nie była taka zła. Lubię ostre przyprawy. 

Ale  w  pewnym  momencie  przestraszyłaś  mnie.  Pomyślałem 
sobie,  że  nasze  stosunki  popsuły  się  do  tego  stopnia,  że  nie 
zechcesz być moim gościem. Teraz kamień spadł mi z serca. 

Kiedy Tamara zwinnie wydostała się ze swojego zakątka, 

Spencer już czekał z wyciągniętą ręką. 

 - Dziękuję za kolację. Przykro mi, że nie byłam milsza. 
 - Nigdy tak cudownie nie spędziłem wieczoru, jak dzisiaj. 
 - Dobrej nocy! - życzyła hostessa. 
Nie  spiesząc  się  przeszli  do  hotelowego  holu.  Czerwony 

blask  padał  z  kominka,  umiejscowionego  naprzeciw  drzwi 
wejściowych, na boazerię z ciemnego drewna i na wyszukaną 
„indiańską"  dekorację.  Spencer  objął  Tamarę  ramieniem. 
Przez szeroko otwarte drzwi chłód buchnął jej prosto w twarz. 
Spojrzała na swojego towarzysza. Kiedy ich oczy spotkały się, 
poczuła,  jak  lód  i  płomień  walczą  w  jej  wnętrzu.  Odwróciła 
się  od  niego,  żeby  nie  dać  po  sobie  poznać,  jak  bardzo 
pragnęła, żeby nie opuszczał hotelu. 

 -  Możemy  usiąść  tutaj,  obok  ogniska  albo  pójść  do 

twojego  pokoju,  gdzie  byłoby  przytulniej.  A  może 

background image

pospacerujemy  na  dworze,  jeśli  lubisz  śnieg.  Co  wolisz?  - 
spytał. 

Wyglądał  na  bardzo  zawiedzionego,  gdy  w  odpowiedzi 

usłyszał: 

 -  Dobranoc,  Spencer,  musimy  się  rozstać.  Już  późno. 

Jestem zmęczona. Miałam ciężki dzień. 

Chciała  być  sama.  Musiała  jeszcze  przed  udaniem  się  na 

spoczynek załatwić pewną sprawę. 

 - Nie wątpię, że jesteś wyczerpana. Na pewno nie było ci 

łatwo dojechać tu - przyznał, ale w jego głosie pobrzmiewała 
nutka zawodu. - A więc, dobranoc. 

Puścił  jej  dłoń,  ale  jeszcze  przez  moment  jej  ręce 

pozostawały  w  bezruchu.  Spencera  ogarnęło  wzruszenie.  On 
też nie chciał się z nią rozstawać. 

 -  Naprawdę  nie  chcesz,  żebym zaszedł  do  ciebie  na  parę 

minut? 

 -  Naprawdę  -  zaśmiała  się  Tamara,  która  miała  wielką 

ochotę zaproponować mu spacer do restauracji, gdzie pracuje 
Jilliane. 

 -  Mógłbym  ci  poczytać  książkę  z  moją  dedykacją,  to 

pomogłoby ci zasnąć - nie ustępował, starając się na wszelkie 
sposoby przekonać ją, że jedyną jego troską jest to, żeby utulić 
ją do snu. 

 -  Jeszcze  nigdy  Nicholas  Kenyon  nie  kładł  mnie  spać  - 

trafnie zauważyła Tamara. 

 - Nawet cię nie dotknę. Troszeczkę sobie porozmawiamy. 

Nie chcę się z tobą żegnać... jeszcze. 

 - Zobaczymy się... jutro. 
Pragnęła, żeby poszedł z nią, bardzo pragnęła, ale chciała 

porozmawiać z Jilliane sam na sam. 

Spencer zauważył w jej oczach niezdecydowanie. 
 -  Przecież  prawie  zgodziłaś  się  na  to,  żebym  nie 

odchodził. Skąd ta zmiana decyzji? 

background image

Wiedziała, że poznawszy jej zamiary, będzie nalegał, żeby 

z nią pójść, więc skłamała: 

 -  Chciałabym  zostać  sama,  bo  jeszcze  dzisiaj  wieczorem 

muszę  zadzwonić  do  córki,  powiedzieć,  że  przyjechałam, 
usłyszeć jej głos. Gdzie ona pracuje? 

 - Chyba nie wybierasz się tam teraz? - Zmarszczył brwi. - 

W  tej  chwili  prawdopodobnie  wychodzi  z  pracy  albo  już  to 
zrobiła. 

 - W takim razie podaj mi jej domowy telefon. Jeśli okaże 

się, że nie ma jej w restauracji, zadzwonię do domu. 

 -  Posłuchaj,  Tamaro,  wiem,  że  chcesz  jeszcze  dzisiaj 

spotkać się z nią. Ale nic dobrego z tego nie wyniknie, jeśli o 
tak  późnej  porze  wyłożysz  jej  swoje  poglądy.  Dlaczego  nie 
zaczekasz  z  tym  do  rana?  Kiedy  się  dobrze  wyśpisz,  inaczej 
spojrzysz na sytuację Jilliane. Przyjadę samochodem i zabiorę 
cię do niej. 

Tamara  nie  lubiła,  żeby  ktoś  nią  w  ten  sposób 

manipulował  i  miała  wielką  ochotę  powiedzieć  mu  prosto  w 
oczy, że nie pyta go o radę, gdzie, jak i kiedy ma się spotkać z 
córką. Pohamowała się jednak i spytała tylko: 

 - Czy byłbyś uprzejmy powiedzieć mi, gdzie ona pracuje? 

Chciałabym zadzwonić do swojego dziecka. 

 - Nie. 
 -  Dlaczego  nie?  -  nalegała,  starając  się  nie  tracić  zimnej 

krwi. 

 - Dlatego, że ty chcesz tam iść, a nie dzwonić. 
Spencer  skrzyżował  ręce  na  piersi,  jakby  zaznaczając  w 

ten sposób, że to, co powiedział, jest nieodwołalne. 

 -  Przyjadę  około  dziewiątej,  zjemy  razem  śniadanie  i 

pojedziemy do Jilliane. Moglibyśmy zaprosić dzieci do siebie, 
ale w sobotę rano na pewno będą spać. 

background image

Zdjął  ręce  ze  swojej  piersi  i  objął  Tamarę.  Zepchnęła  z 

siebie jego ramiona dłońmi drżącymi z wściekłości jak całe jej 
ciało. 

 - Manipulujesz mną w obrzydliwy sposób - rzekła. 
W rzeczywistości  ubodły ją  jego ostatnie  słowa. Myśl, że 

Jilliane  może  być  w  łóżku  z  jakimkolwiek  mężczyzną  - 
obojętne, czy to mąż, czy nie - była dla niej nie do zniesienia. 

 -  Jeśli  próbę  przekonania  ciebie,  żebyś  odpoczęła,  zjadła 

śniadanie  przed  wyruszeniem  na  wojnę,  nazywasz 
manipulacją, to wybacz! 

Postukał palcem po jej ręce, na co odpowiedziała mu tym 

samym z wielką irytacją. 

 -  Tamaro,  bądź  rozsądna,  powiedz  wyraźnie,  na  czym 

polega moje przestępstwo - mówił uprzejmie, ale stanowczo. - 
Jeżeli to konieczne, możemy się nie spotykać aż do śniadania, 
ale czym zasłużyłem sobie na takie traktowanie. 

 - Nie będę jadła śniadania ani z tobą, ani z nimi - odrzekła 

cierpko.  -  Jeżeli  zechcę,  sama  pójdę  do  nich,  a  teraz  mów, 
masz zamiar podać mi ich adres i telefon, czy nie? 

 - Nie. 
 - Dowiem się w informacji. 
 -  W  porządku.  Rób,  jak  uważasz.  Ale  naprawdę, 

mogłabyś  zostawić  ją  w  spokoju  do  rana  i  nie  psuć  jej  krwi. 
Młodym też potrzebny jest sen. 

Na  kolejne  pouczenie  odcięła  się  ze  złością,  która  znowu 

ją ogarnęła: 

 - Jesteś wszystkowiedzącym ustawiaczem i kwoką, jakiej 

w życiu  nie widziałam. Wtrącasz się  do wszystkiego, płacisz 
rachunki,  przez  ciebie  Jilliane  chodzi  do  pracy,  zamiast  się 
uczyć, zżera cię troska o to, czy się dobrze wyśpią. Mój Boże, 
Spencer, może ty jeszcze gotujesz im obiady? 

Nagle  uświadomiła  sobie,  że  mówi  zbyt  głośno. 

Rozejrzała się po holu i zauważyła, że zwraca na siebie uwagę 

background image

pracowników  i  gości  hotelowych.  Spencer  nie  wyglądał  na 
zbitego z tropu. 

 - Nie zrobiłem tego, ale musiałem wziąć ich do siebie na 

obiad i przypilnować, żeby zjedli dużo sałaty - rzekł spokojnie 
z jowialnym uśmiechem. 

 -  Dziękuję  za  sałatę.  Obiad  był...  był  pożywny  -  rzuciła, 

oddalając się korytarzem. 

 - Jesteś miła - dobiegła do jej uszu odpowiedź Spencera. 

background image

ROZDZIAŁ IV 
Po  powrocie  do  pokoju  pomyślała,  że  jednak  jeszcze 

dzisiaj mogłaby zadzwonić do Jilliane. Wystarczyło spytać w 
recepcji  o  nazwę  i  numer  telefonu  eleganckiej  restauracji, 
znajdującej  się  w  trzecim  budynku  licząc  od  hotelu,  bo 
prawdopodobnie tam była zatrudniona. 

Ale  Spencer  miał  chyba  rację,  twierdząc,  że  wyszła  do 

domu.  Wbiła  się  jeszcze  głębiej  w  fotel  i  zaczęła  szukać  w 
książce numeru informacji telefonicznej. Po chwili rozmyśliła 
się.  Spencer  był  zdania,  że  telefon  o  tej  godzinie  mógłby 
zakłócić sen jej przemęczonemu dziecku - i też miał rację. 

Z  każdą  chwilą  rosło  w  niej  bolesne  pragnienie,  by 

usłyszeć  głos  córki.  Tyle  zmian  zaszło  w  jej  życiu,  odkąd 
opuściła dom, zamieszkała oddzielnie, została czyjąś żoną. To 
jej jako matki nie cieszyło, bo nie pozwalało wpływać na bieg 
wydarzeń. 

Długo wpatrywała się w telefon, aż w końcu postanowiła, 

że zadzwoni rano. Narastała w niej niechęć do Spencera z tego 
względu, że zawsze miał rację. Chwyciła jego „Listę śmierci", 
przeczytała dedykację i już zamierzała rzucić książką o ścianę, 
ale  się  rozmyśliła  i  tylko  cisnęła  nią  o  poduszkę,  nie  chcąc 
zakłócać spokoju hotelowym gościom. 

Książka upadła bezgłośnie. Tamara westchnęła. 
Nerwy pozbawiły ją sił. Wstała z fotela i powlokła się do 

łazienki, żeby umyć się przed snem. Rozprostowała nogi pod 
chłodną  pościelą,  po  chwili  pomyślała,  że  z  powodzeniem 
może poczytać. Była znużona fizycznie i psychicznie, ale sen 
nie  nadchodził.  Znowu  otworzyła  „Listę  śmierci"  i  w 
nieskończoność  czytała  dedykację,  w  której  coraz  bardziej 
wytrącało  ją  z  równowagi  uznanie  dla  jej  „gorącego  ducha". 
Wyobrażała  sobie  Spencera  pochylonego  nad  biurkiem  i 
piszącego, podczas gdy ona o kilka stóp dalej kipiała ze złości, 
biorąc go za zięcia. 

background image

Błądząc  wzrokiem  po  biurku,  z  bolesną  wyrazistością 

przypomniała go sobie, jak stał tutaj, tuż obok niej: jego profil, 
bujne  ciemne  włosy,  linię  pleców,  biegnącą  od  potężnych 
ramion do wąskiej talii, muskularne uda, lekko zgięte kolana. 
Ten obraz odebrał jej spokój ducha. 

Starając  się  o  nim  nie  myśleć,  sięgnęła  ręką  po  książkę  i 

skupiła  się  na  niej.  Ten  rozdział  powinien  być  kluczowy  dla 
całej  historii  i  wymagał  wytężenia  jej  rozproszonej  uwagi. 
Wyprostowała  się,  podłożyła  poduszkę  pod  plecy  i  utkwiła 
oczy w powieści. 

Ale  jak  na  złość  przyszedł  sen  -  i  to  prędko.  Książka 

wypadła  jej  z  rąk.  Odłożyła  lekturę  na  bok  i  zgasiła  lampę. 
Zmęczona  osunęła  się  na  pościel  i  wtuliła  twarz  w  drugą 
poduszkę.  Spała  w  tym  gniazdku  aż  do  rana.  Kiedy  się 
obudziła, uświadomiła sobie, że śniła o Spencerze i że był to 
sen niezwykle erotyczny. 

Tamara  nie  mogła  sobie  dokładnie  wyobrazić  Jilliane  w 

„chałupie",  na  którą  łożył  Spencer,  ale  czuła,  że  córka 
wplątała  się  w  coś  nieciekawego.  Zmieniła  zdanie,  gdy 
zobaczyła przytulny, biały domek z brązowymi okiennicami i 
błękitnymi  gzymsami.  Stał  na  zboczu  pagórka  o  jakieś 
dwanaście  jardów  od  szosy  wijącej  się  serpentynami  w 
kierunku  najwyższego  wzniesienia  w  Rapid  City.  Ten  ładny 
budynek leżał w mieście, jednak z dala od miejskiego zgiełku. 
Lśniące porsche - na drodze dojazdowej - z pewnością zostało 
umyte  dziś  rano,  bo  nie  było  na  nim  ani  śladu  wczorajszej 
zamieci.  Wyjrzała  przez  okienko,  żeby  sprawdzić  adres  na 
skrzynce  pocztowej.  Zgadzał  się  z  tym,  który  podała  jej 
Jilliane.  Więc  ona  tu  mieszka.  Właścicielem  samochodu  jest 
niewątpliwie  Matthew,  rozpieszczony  synalek  Spencera.  W 
przyprószonym śniegiem ogrodzie, z którego teraz przyglądała 
się  jej  wiewiórka,  wiosną  na  pewno  kwitły  hiacynty,  lilie, 
tulipany, ale Jilliane tego nie zobaczy. 

background image

Tamara  wyprężyła  swą  zgrabną,  purpurowo  -  czarną 

sylwetkę. Tu coś wciągnęła, tam coś wypięła. W czerwonym 
kolorze  zawsze  było  jej  do  twarzy.  Spiralny  wzór  na 
wełnianym  swetrze  podkreślał  jej  poczucie  pewności  siebie  i 
kobiece  kształty.  Skórzana  kurtka  ze  stojącym  kołnierzem  i 
czarne  buty,  zakrywające  łydki,  grzały  dobrze.  Przestała  się 
zajmować  sobą,  bo  oto  wchodziła  po  schodach  na  werandę. 
Ogarnęła  wzrokiem  ten  miły  budyneczek,  tak  czarujący  jak 
domek  dla  lalek.  Przez  chwilę  szukała  dzwonka,  wreszcie 
znalazła,  nadusiła  przycisk.  Powtarzając  sobie,  że 
najważniejsze,  to  się  nie  denerwować  i  działać  z  głową, 
zadzwoniła jeszcze raz. 

W  drzwiach  stanęła  Jilliane.  Matka  i  córka  bez  słowa 

padły  sobie  w  objęcia.  Oczy  Tamary  raz  po  raz  nabiegały 
łzami. Jilliane odezwała się pierwsza: 

 -  Mamusiu,  chciałabym  ci  przedstawić  zięcia.  Matthew, 

chłopiec  o  przyjaznej,  ale  niespokojnej  twarzy,  niczym  nie 
przypominał  swojego  ojca.  Widziała  przed  sobą  nędznego, 
wstrętnego  niegodziwca,  samoluba,  który  pozbawił  Jilliane 
sensu  życia.  Odkąd  dowiedziała  się  o  wybryku  Jilliane, 
określała  młodego  Goddarda  takimi  albo  jeszcze  gorszymi 
epitetami. Wyobrażała go sobie jako pociągającego, rasowego 
mężczyznę,  a  nie  ohydnego  wycackanego  lalusia.  Miał 
dołeczki w policzkach i równiutkie ząbki, jakich w życiu nie 
widziała. Do diabła! To był dzieciak, który dopiero wyskoczył 
ze  śpioszków.  Jak  Spencer  mógł  dopuścić,  żeby  tak 
zmarnował  młodość?  Dlaczego  nie  próbował  powstrzymać 
swojego jedynego dziecka przed takim krokiem? 

 - Dzień dobry. Bardzo mi  miło. Pani  Beattie, jak sądzę - 

powitał ją Matthew głosem wyraźnie podobnym do ojca. 

Zanim  go  nie  usłyszała,  nie  mogła  uwierzyć,  że  to  syn 

Spencera.  Podał  jej  prawą  rękę,  a  lewą  nerwowo  odgarniał  z 

background image

czoła krótką czarną grzywkę. Stał sztywno, jakby połknął kij. 
Domyśliła się, że jego kolana drżą tak samo jak jej. 

 -  Dzień  dobry,  Matthew.  Bardzo  mi  miło  cię  poznać  - 

odpowiedziała, starając się zachować spokój. 

Bóg  jeden  wie,  jak  była  zdenerwowana.  Do  tego 

przyczyniła  się  częściowo  obecność  Spencera,  który  musiał 
być w pokoju za przejściem zasłoniętym przez Matthew'a. 

Kiedy  Tamara  w  towarzystwie  młodego  stadła  weszła  do 

salonu,  Spencer,  ubrany  w  dżinsy  i  pulower,  podniósł  się  z 
sofy  pokrytej  jasnym  perkalem.  Wydawał  się  zbyt  wielki  i 
potężny,  żeby  się  czuć  dobrze  w  tak  małym  i  dziwnym 
pomieszczeniu.  Z  szerokim  uśmiechem  czekał,  aż  zostanie 
przedstawiony. 

 - Mamo, czy znasz... - zaczęła ciepło Jilliane. 
 -  Ach,  pani  doktor  Beattie,  chciałbym  pani  przedstawić 

mego tatusia, Spencera Goddarda - rzekł Matthew. 

Tamara  nie  zamierzała  dłużej  udawać  nieznajomej. 

Dawałoby  to  do  zrozumienia,  że  są  w  konspiracji,  kiedy  oni 
nawet nie byli po tej samej stronie barykady. 

 -  Znamy  się  z  twoim  ojcem.  Wczoraj  jedliśmy  razem 

kolację.  Wstąpiłam  nawet  przedtem  do  jego  domu,  tak  jest. 
Jak się masz, Spencer? 

 - Wspaniale, że się zjawiłaś - uradował się. 
Młodzi patrzyli to na jednego, to na drugiego z rodziców: 
 - Ach, mamusiu, myślałam, że przyjechałaś późno w nocy 

-  dziwiła  się  Jilliane.  -  Jak  to  się  stało,  że  nie  przyszłaś  mnie 
odwiedzić, skoro miałaś tyle czasu? 

 -  Nie  mogłam,  Jilliane.  Przecież  ty  pracujesz,  prawda? 

Och,  moja  droga,  o  czym  ty  myślałaś,  gdy  rzucałaś  szkołę, 
żeby zostać kelnerką? 

 - Pani doktor. Zechce pani usiąść - prosił drżącym głosem 

blady z przejęcia Matthew. 

background image

W  odpowiedzi  na  to  odwróciła  się  i  zawołała  błagalnie, 

przyciskając dłonie do serca: 

 -  Matthew,  nie  masz  chyba  zamiaru  pozbawiać  Jilliane 

wspaniałych  widoków  na  przyszłość,  za  bardzo  pragniesz  jej 
szczęścia, żeby tak postępować! 

Młody człowiek otworzył usta. 
 - Mamo! Nikt nie pozbawia mnie widoków na przyszłość! 

- wykrzyknęła Jilliane. 

 -  Czy  on  wie,  przez  ile  lat  marzyłaś  o  tym,  żeby  zostać 

inżynierem, 

wznosić 

najnowocześniejsze 

budowle? 

Przypominam ci twoje słowa, twoje własne słowa! 

 - Wtedy byłam jeszcze dzieckiem. Nie wiedziałam, czego 

chcę - Jilliane miała łzy w oczach. 

 - Tamaro, dzieci, siadajmy - zapraszał spokojnie Spencer. 
 - Och, napiłbym się kawy - szepnął Matthew. 
 -  Chciałabym  porozmawiać  z  moją  córką  na  osobności. 

Dobrze  o  tym  wiesz  -  oświadczyła  Tamara  drżącym  z 
przejęcia głosem. - Wczoraj wieczorem zgodziłam się czekać 
do  rana,  żeby  się  spotkać  z  Jilliane.  Wyjaśnij  mi,  proszę, 
dlaczego  rzucasz  mi  kłody  pod  nogi?  -  dodała,  patrząc  mu 
pewnie w oczy. 

Wziął  się  pod  boki  i,  zabawnie  mrugając,  mówił 

flegmatycznie: 

 -  A  więc,  Tamaro,  stosując  się  do  twojej  sugestii... 

Przyjechałem  tutaj,  żeby  nakarmić  dzieci.  Przywiozłem  kupę 
żarcia i zrobiliśmy sobie bardzo pożywne śniadanie. 

Podkreślił  słowo  pożywne,  żeby  przypomnieć  jej  ich 

pożegnanie poprzedniego wieczora. 

 -  Jesteś  zupełnie  nieznośny.  Muszę  ci  coś  przykrego 

powiedzieć  w  obecności  twojego  syna.  Gdybym  była 
Nathanem  Shieldsem,  wiedziałabym,  co  z  tobą  zrobić  -  nie 
ustępowała. 

background image

 - Kto to jest Nathan Shields?! - zawołał zdezorientowany 

Matthew. 

 -  Ktoś,  kogo  tatuś  udaje,  kiedy  bierze  prysznic  - 

wycedziła przez zęby. 

 - Mamo, skąd  o tym wiesz?!  - histeryzowała Jilliane. Co 

chcesz  zrobić?  Matthew,  o  czym  oni  mówią?  Nic  nie 
rozumiem! 

 - Nie denerwuj się. Twoja mama nie umie pogodzić się z 

tym, że wyszłaś za mąż. - Spencer po ojcowsku objął Jilliane i 
przycisnął do siebie. 

Dla  Tamary  był  to  wstrząs.  Spencer  wyraźnie 

sprzymierzył  się  z  dziećmi,  a  jej  to  absurdalne  małżeństwo 
stało  kością  w  gardle.  Już  miała  zażądać  jednej  godziny  na 
rozmowę  z  córką  na  osobności,  ale  gdy  ujrzała  obok  siebie 
twarze  Jilliane  i  Spencera,  miejsce  wściekłości  zajął  w  jej 
sercu bezgraniczny smutek. 

Łzy  ciekły  po  twarzy  Jilliane.  Wycierała  ją  rękawem 

swetra w różowe, koralowe i czarne jak węgiel wzory. Tamara 
kupiła  go  do  kompletu  wraz  z  różową  koszulą  i  błękitnymi 
welwetowymi spodniami, które Jilliane miała na sobie, kiedy 
wyjeżdżała do szkoły. 

Widok zapłakanej twarzy córki oraz ubrania, które kiedyś 

razem  kupowały,  podziałał  na  Tamarę  druzgocąco.  Twarz  jej 
wykrzywił grymas bólu, lecz z zaciśniętych ust nie wyrwał się 
żaden jęk, z oczu nie płynęła ani jedna łza, choć ściskało ją w 
gardle. 

Spencer  objął  ją  nieoczekiwanie  i  przyciągnął  do  siebie. 

Jej  twarz  spoczywała  na  jego  piersi,  a  jej  ciało,  wstrząsane 
cichym łkaniem, drgało tuż obok jego ciała. Drażnił ją żelazny 
uścisk, więc napięła wszystkie siły i wyrwała się z jego objęć. 

 - Popłacz sobie. To ci dobrze zrobi - poradził jej. 

background image

 - Dziękuję. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę - odcięła 

się,  próbując  zapomnieć  o  tej  chwili  ulgi,  którą  przeżyła  w 
jego objęciach. 

 -  W  takim  razie  wiedz,  że  pragnę  jedynie  pomóc  ci. 

Dlaczego postępujesz tak, jakbyśmy byli wrogami? 

Tamara  nie  potrafiła  zrozumieć,  jak  wszyscy,  na  czele  z 

nim, mogą być tak zaślepieni. 

 -  Parę  miesięcy  temu  wysłałam  swoją,  zaledwie 

dziewiętnastoletnią córkę do college'u, a dzięki tobie, Spencer, 
jest  mężatką  i  kelnerką.  Gdybyś  wyjaśnił  synowi,  że  rodzinę 
można  zakładać,  wtedy  gdy  się  jest  finansowo  niezależnym, 
uniknęlibyśmy wielkiego nieszczęścia. 

Kiedy skończyła, zauważyła, że jest w pokoju sam na sam 

ze  Spencerem.  To  ją  zbiło  z  tropu.  Uprzedzając  jej  pytanie, 
Goddard powiedział: 

 - Jilliane pobiegła do sypialni, gdy zauważyła, że płaczesz 

z jej powodu. 

 - Idę do niej. 
 - Jest teraz z mężem. - Głos jego brzmiał ciepło. 
Jilliane i Matthew wrócili do salonu i stanęli obok siebie, 

trzymając  się  mocno  za  ręce.  Widok  córki  z  oczami 
zaczerwienionymi  od  łez,  wstrząsanej  raz  po  raz 
paroksyzmami płaczu, jeszcze raz rozrzewnił matkę. 

Matthew,  choć  miał  oczy  suche,  wyglądał  na  bardzo 

wstrząśniętego. Pudełko z serwetkami drżało w jego ręce, gdy 
podawał je Tamarze. 

 -  Dziękuję,  Matthew,  dziękuję,  drogi  -  odezwała  się  po 

chwili pauzy. 

 - Dzieci, usiądźcie - powiedział Spencer. 
Tamara  usiadła  na  sofie,  a  Jilliane,  ku  wielkiemu 

zadowoleniu  matki,  zajęła  miejsce  tuż  obok  niej.  Spencer 
rozsiadł  się  na  jedynym  w  tym  pokoju  fotelu,  a  Matthew 
przycupnął na jego poręczy. 

background image

Tamara współczuła dzieciom, na które czekały trudne dni 

po ich rozdzieleniu. Przyzwyczają się, i po latach, kiedy będą 
dojrzałymi  ludźmi,  żyjącymi  pełnią  życia  obfitującego  w 
sukcesy,  powrócą  myślą  do  tego  poranka  z  wdzięcznością,  a 
nie z odrazą. 

 -  Wszystko  w  porządku  -  rzekła  Tamara,  sięgając  po 

chusteczkę do pudełka, które trzymał Matthew. 

 -  Nie  tak  prędko,  mamusiu  -  sprzeciwiła  się  Jilliane  -  ja 

też potrzebuję. 

Spencer kiwał głową, ale różnie można było to zrozumieć. 

Tamara  pragnęła  wiedzieć,  co  kryje  się  w  tych 
nieodgadnionych oczach, lecz nie śmiała dłużej zatrzymywać 
na nim wzroku. Powinna była wziąć sprawę w swoje ręce, ale 
nie mogła otrząsnąć się z wrażenia, jakie odniosła, gdy objęło 
ją jego silne ramię i chłonęła policzkiem ciepło jego potężnej 
piersi,  okrytej  niezbyt  grubym  golfem.  To  trwało  tylko 
moment, ale nie mogła tego momentu zapomnieć. W dalszym 
ciągu  przygniatała  ją  świadomość,  że  jest  urzeczona  ojcem 
Matthew.  Wiedziała,  że  jego  ciało  też  zapamiętało  to 
zbliżenie. 

 -  Wiesz,  co  czuję...  -  zaczęła  Tamara.  -  Ja  też  rozumiem 

twoje  uczucia.  Matthew,  jestem  pewna,  że  teraz  bardzo  się 
kochacie, ty i Jilliane. To jest piękne, ta zapamiętała adoracja i 
wiara,  że  młodzi  ludzie  powinni  się  kochać...  ale  nie  w 
każdym przypadku. 

Jilliane bardzo delikatnie odsunęła się od matki, pochyliła 

się  sztywno  w  stronę  męża  i,  chociaż  w  pięści  ściskała 
chusteczkę, nie pociągała nosem. 

Spencer  uważnie  wpatrywał  się  w  Tamarę,  jednak  trudno 

było  odgadnąć,  co  powie.  Matthew  czupurnie  wlepił  w  nią 
oczy, ale raczej przypominał chłopczyka, który postanowił nie 
krzyknąć „oj, oj", gdy zobaczył panią ze strzykawką. Jej serce 
waliło mocno, ale głos brzmiał spokojnie i zdecydowanie. 

background image

 -  Żądam,  żebyście  zrezygnowali  z  kontynuowania 

małżeństwa,  z  tym  że  będziecie  mogli  się  znowu  połączyć, 
gdy  pokończycie  studia.  Zbyt  wiele  by  was  to  kosztowało, 
gdybyście  oboje  zechcieli  uczęszczać  do  szkoły,  więc  ja 
zabieram  Jilliane  z  powrotem  do  Kalifornii  i  zapisuję  do 
UCLA. - Przerwała, oczekując, że teraz Spencer zabierze głos. 
Miał wyśmienitą okazję wystąpić jako prawdziwy ojciec. 

 -  Matthew,  usiądź  tutaj,  będzie  ci  wygodniej  -  rzekł, 

wstając z fotela. - Czy życzysz sobie kawy, Tamaro? 

Słowa  te,  wypowiadane  beznamiętnie,  zabrzmiały  jak 

kpina. Z trudem powstrzymała się od ostrej repliki: 

 - Nie, dziękuję - powiedziała spokojnie, choć wzbierała w 

niej nienawiść do znikającego w kuchni Goddarda. 

 - Nie opuszczę go - zarzekała się córka. 
 -  Matthew  -  odezwała  się  Tamara,  spoglądając  na  niego 

oczami pełnymi bólu - czy pamiętasz, jak obiecywałeś swojej 
ukochanej,  że  jesteś  gotów  dla  niej  na  największe 
poświęcenie?  Przecież  twoja  miłość  jest  zbyt  wielka,  abyś 
mógł  pozbawić  Jilliane  szans  zdobycia  wykształcenia  i 
zrobienia kariery. 

 -  Pojąłem  Jilliane  za  żonę  i  nie  opuszczę  jej!  -  zawołał 

Matthew. 

Jilliane  podskoczyła  z  sofy  na  równe  nogi,  stanęła  za 

fotelem, w którym siedział Matthew i krzyknęła: 

 - Zrobiłam karierę! Jestem jego żoną. Kocham cię, mamo, 

i przykro mi, że sprawiam ci ból, ale nie mogę żyć bez niego. 
Tak bardzo go kocham, że nawet nie biorę pod uwagę twoich 
propozycji.  Poza  tym  małżeństwo  nie  ma  nic  wspólnego  z 
porzuceniem przeze mnie szkoły. 

Zauważywszy  w  drzwiach  wysoką  sylwetkę  Spencera, 

Tamara przypomniała sobie słowa, które wypowiedział na ten 
temat  poprzedniego  wieczoru  w  restauracji  hotelowej. 

background image

Spojrzała  w  jego  zatroskane  oczy,  które  ostrzegały  ją  przed 
nieostrożnym krokiem. 

 - Co masz na myśli? - zwróciła się do córki. 
 -  Nie  przerwałam  nauki  z  powodu  podjęcia  pracy.  - 

Jilliane w sposób widoczny starała się panować nad emocjami 
i  wypowiadać  się  dojrzale.  -  Nie  jestem  pewna,  czy 
kiedykolwiek  chciałam  zostać  inżynierem,  zrobić  jakąś 
karierę...  Każda  uczciwa  praca  to  też  kariera.  Mogę 
wykonywać jakieś proste czynności. Mogę być zatrudniona w 
sklepie, w biurze albo... 

 -  Albo  w  restauracji  -  przerwała  Tamara  bez  cienia 

złośliwości.  -  Jilliane,  co  cię  opętało?  -  spytała,  szczerze 
pragnąc  ją  zrozumieć.  -  Zawsze  wiedziałaś,  czego  chcesz. 
Pragnęłaś, żeby twoje życie było niebanalne. 

 - Nie! Zapisałam się do szkoły górniczej dla ciebie, żebyś 

była dumna i szczęśliwa. Chciałam być jak najdalej od domu, 
żebyś  nie  mogła  bez  przerwy  mną  dyrygować.  Kiedy  tylko 
znalazłam się  poza domem, zaczęłam sobie  układać życie po 
swojemu, nie według twoich życzeń. Czy nie widzisz? Jestem 
już  inna.  Dojrzałam.  Nie  stawiam  znaku  równości  między 
szczęściem i dyplomem inżyniera. Jestem szczęśliwa jak nikt 
nigdy.  Matthew  jest  cudowny.  Być  jego  żoną,  to  żyć  bez 
troski,  to  jakby  zabawa  w  tatę  i  mamę.  Nigdy  dotąd  nie 
odczuwałam niczego podobnego. 

Zabawa w tatę i mamę! Tamara oderwała wzrok od córki. 

Jej  płonące  oczy  spojrzały  na  biało  -  niebieskiego 
ceramicznego  królika  z  opuszczonymi  uszami.  Stał  pod 
zasłoniętym  oknem.  Był  śliczny  i,  tak  samo  jak  okno, 
czarujący.  Wszystko  w  tym  pokoju  tchnęło  harmonią  i 
zdrowiem. Można byłoby sfotografować to pomieszczenie, jak 
prawdopodobnie  wszystkie  inne  w  tym  budynku,  i  wysłać 
zdjęcia do magazynu „Małe jest piękne". Oczywiście ten dom 
cały urok zawdzięczał hojności Spencera. 

background image

Jako  osoba  doświadczona  przez  los,  kobieta,  której  część 

życia  zakończyła  się  przedwczesną  klęską,  Tamara  miała  w 
pamięci te ponure lata, gdy była zmuszona pracować w biurze, 
którego nie cierpiała. Wracała z pracy, gotowała jedzenie dla 
Jilliane i sprzątała mieszkanie, żeby było czysto i schludnie. 

Kiedy  uporała  się  z  tym,  siadała  do  książek  i  uczyła  się 

przez pół nocy bez chwili spoczynku. I tak dzień po dniu bez 
wytchnienia.  To  najbardziej  utkwiło  jej  w  pamięci. 
Niezależnie  od  tego,  co  zwodniczo  obiecywał  wystrój  tego 
miłego  domku,  czuła,  że  Jilliane  czeka  podobny  los.  Nawet, 
jeśli  małżeństwo  okaże  się  udane,  zawsze  będzie  świadoma 
straconych szans.  

 - Pani Beattie! 
Spojrzała  z  zakłopotaniem  na  zięcia.  Co  chciał  jej 

powiedzieć?  Oczywiście,  nie  miał  zamiaru  poddać  się  i 
przystać  na  unieważnienie  małżeństwa,  więc  po  co  ten  cały 
kłopot? 

 - Nie będę miał nic przeciwko temu, jeżeli Jilliane kiedyś 

zdecyduje się wrócić do szkoły. 

Tak.  Ten  chłopiec  miał  coś  z  wielkości  swojego  ojca. 

Tamara powstrzymała się od wypowiedzenia cierpkich uwag i 
rzekła z uśmiechem: 

 -  Matthew,  kiedyś  -  to  nie  to.  Jeżeli  ona  natychmiast  nie 

wróci do szkoły, jej szanse zmaleją do zera, a marzyła o tym, 
żeby w ciągu czterech lat zostać inżynierem. 

Zapadła cisza, która trwała aż do wejścia Spencera. 
 -  Tak  pięknie  na  dworze,  a  my  tutaj  się  męczymy. 

Możemy  się  przejechać.  Jilliane,  może  pokazałabyś  matce 
Black Hills. 

 -  Oczywiście!  -  wykrzyknęła  z  entuzjazmem.  -  Tato! 

Mamo! Zawiozę was do Mount Rushmore. Co wy na to? 

background image

 -  Nie,  dziękuję.  Mam  zamiar  wrócić  do  hotelu  -  rzekła 

Tamara łamiącym się głosem, w którym brzmiało zaskoczenie 
tym, jak Jilliane zwracała się do Spencera. 

Matthew zerwał się z miejsca i jak żołnierz pomaszerował 

przed  nią,  aby  otworzyć  jej  drzwi.  Rzuciła  pospieszne:  „Do 
widzenia",  bo  nie  śmiała  uściskać  ani  ucałować  córki.  Oczy 
matki znowu napełniły się łzami, ale ponieważ wyszła z domu 
i  podążyła do samochodu, nie spoglądając w drogą dziecinną 
jeszcze  twarz  Jilliane,  nic  złego  się  nie  stało.  Nie  rozpłakała 
się. Zanim zdążyła dopaść auta, dogonił ją Spencer: 

 - Tamaro! 
Szła  prędko,  ale  silna  ręka  pochwyciła  jej  łokieć  i 

powstrzymała jej kroki. 

 -  Daj  mi  spokój,  tatusiu  -  warknęła  ze  wzrokiem 

utkwionym w dal, najwidoczniej po to, żeby nie domyślił się, 
że jest bliska płaczu. 

 - Nie idź tak prędko, proszę, prawie biegniesz. 
 -  Chyba  tu  nie  ma  zakazu  przekraczania  prędkości  - 

zakpiła. 

 - Ale upadki na lód są bardzo bolesne i miewają przykre 

następstwa.  Pragnę  zabrać  cię  na  przejażdżkę,  a  nie  do 
szpitala. 

Nie  mogła  dłużej  hamować  tłumionej  złości.  Odwróciła 

się  twarzą do niego  i  uwalniając swoją rękę od jego  uścisku, 
szybko starła z policzka łzę, której nie osuszył wiatr. 

 -  Ile  płacisz  za  mieszkanie?  -  spytała  z  naciskiem  i  nie 

pozostawiając  czasu  do  namysłu,  dodała:  -  Twierdzisz,  że 
dajesz  im  kieszonkowe.  Według  mnie  tych  dwoje 
nieodpowiedzialnych  ludzi  pławi  się  dzięki  tobie  w  zbytku  i 
luksusie.  -  Wskazując  ręką  porsche'a  zaparkowanego  na 
drodze dojazdowej, kontynuowała: - Przypuszczam, że to też, 
według twojej nomenklatury, kieszonkowe. 

background image

 - Nie, to mój samochód - odpowiedział. - Używają mojej 

toyoty,  a  czasami  udostępniam  im  ciężarówkę.  Co  się  tyczy 
domu,  to  należy  do  mnie.  Od  tylu  lat  jestem  jego 
właścicielem,  że  trudno  byłoby  mi  go  przepisać  na 
kogokolwiek.  Wydatki  na  eksploatację  i  utrzymanie  są 
niewielkie. Jeżeli coś się psuje, najczęściej najmują fachowca. 
Rzadko  w  takich  sprawach  zwracają  się  do  mnie.  Ponieważ 
pytałaś  o  meble,  to  ci  powiem,  że  pozwoliłem  sobie  dać  je 
dzieciom w prezencie. 

Pokręciła  głową.  Zrozumiała,  że  udzielał  im  moralnego  i 

finansowego  wsparcia,  aby  ochronić  ich  przed  twardą 
ekonomiczną rzeczywistością. 

 -  To  ty  urządziłeś  tę  zabawę  w  tatę  i  mamę  -  rzekła 

chłodno, wsiadła do samochodu i ruszyła. 

background image

ROZDZIAŁ V 
Spencer  odłożył  słuchawkę  hotelowego  telefonu  i 

odetchnął  z  ulgą.  Zgadzała  się,  żeby  do  niej  przyszedł.  Z 
początku powiedziała „nie" i to stanowczo, ale kiedy wyjaśnił, 
że chciałby porozmawiać o tym, co ona nazywa zabawą w tatę 
i  mamę,  poprosiła  go  do  siebie  na  górę.  Bogu  niech  będą 
dzięki za tę ciekawość. 

Szukając  wolnego  miejsca  na  parkingu,  rozważał, 

dlaczego  dzisiejszego  popołudnia  nie  szło  mu  pisanie  i 
dlaczego myślał wyłącznie o niej. 

„Piękna,  inteligentna  Tamaro  -  powiedział  do  siebie  w 

myślach, wciskając guzik w windzie - kobieto o melodyjnym 
głosie,  przesadnie  przejęta  rolą  matki,  jesteś  taka 
nieszczęśliwa, taka kochana, taka smutna, taka seksowna, taka 
rezolutna,  tak  nieprawdopodobnie  gorąca,  że  wystarczy 
spojrzeć na ciebie, a ręce same wyciągają się, żeby cię objąć, 
tulić,  pieścić,  całować,  tak  żebyś  poczuła  się  dziewczyną, 
której ani przez myśl nie przejdzie, że jest czyjąś matką". 

Tego  popołudnia  pragnął  jedynie  ukoić  jej  ból  i  o  ile  to 

możliwe,  trochę  rozweselić.  To,  że  nie  pojechali  do  Rapid 
City nie znaczyło, że resztę weekendu też trzeba zmarnować. 
W  windzie  rozmyślał,  co  mógłby  jeszcze  uczynić  dla  dzieci, 
żeby  sprawić  Tamarze  przyjemność.  Pragnął,  żeby  po 
powrocie  do  Malibu  poczuła  się  spokojniejsza  o  los  Jilliane 
jako pani Goddard. Warto spróbować - dla dobra dzieci. 

Przepełniony altruizmem już teraz porwałby ją w ramiona 

i  raz  po  raz  całował  usta  piękne  i  słodkie  jak  miód.  Ze 
wszystkich  sił  pragnął  coś  dla  niej  uczynić  i  czując  jak  czas 
ucieka, poganiał to przeklęte metalowe pudło, które niosło go 
na  jej  piętro.  Przyłożył  dłoń  do  piersi  w  tym  miejscu,  gdzie 
jeszcze  tak  niedawno  spoczywał  jej  policzek.  Marzył  o  tym, 
żeby  znowu  zobaczyć  doskonały  kontur  jej  twarzy,  ale  żeby 
nie  była  zapłakana  i  żeby  w  pobliżu  nie  kręciły  się  dzieci 

background image

obserwujące  ich  z  nerwowym  zakłopotaniem.  Potarł  pierś 
pięścią. 

 - Serduszko? - spytał starszy pulchny dżentelmen. 
 - Coś w tym rodzaju - odpowiedział, wychodząc z windy. 
Kwadrans  później  przeżywał  męki  z  tego  powodu,  że 

jeszcze  nie  trzymał  w  ramionach  strasznej  teściowej  swego 
syna. Do odjazdu Tamary, który miał nastąpić nazajutrz rano, 
nie pozostawało zbyt wiele czasu. Mimo wszystko miał pewne 
powody do radości. Powitała go, siedząc w fotelu obok biurka. 
Jej  zachowanie  wskazywało  na  to,  że  gniew  minął. 
Wysłuchała  jego  wyjaśnień,  dlaczego  wspiera  materialnie 
młode  małżeństwo.  Od  czasu  do  czasu  kiwała  głową,  ale 
Spencer przypuszczał, że podzielała jego punkt widzenia tylko 
co  do  jego  związku  z  Ruth.  Natomiast  na  temat  Jilliane  i  jej 
męża byli odmiennego zdania. 

 - No i w tym rzecz - konkludował. - Ruth i ja pobraliśmy 

się  młodo,  byliśmy  młodsi  niż  teraz  Matthew  i  Jilliane  i 
byliśmy  bardzo  szczęśliwi,  dopóki  siedem  lat  temu  nie 
rozdzieliła nas jej śmierć. 

 -  Czy  zdawałeś  sobie  sprawę  z  tego,  jakie  miałeś 

szczęście,  jak  kończą  się  takie  awantury,  co  się  dzieje  z 
małżeństwami zawieranymi po trzech miesiącach znajomości? 

 - No tak. Ale coś ci powiem. Wiesz, Tamaro, nigdy tego 

nie żałowałem i myślę, że Ruth też. 

 -  Dlatego,  że  z  niczego  nie  musiała  rezygnować, 

podejmując rolę żony i matki. Pomyśl, jak by się czuła, gdyby 
przyszło  jej  porzucić  wieloletnie  marzenia  o  karierze.  - 
Pochyliła  się  do  przodu,  oczy  jej  pałały,  gdy  z  emfazą 
wykładała swoje poglądy. 

Spencer  miał  w  zanadrzu  dwie  odpowiedzi  i  zastanawiał 

się, która będzie lepsza. Pierwsza była taka, że Jilliane nigdy 
nie twierdziła, iż porzuciła naukę dla małżeństwa, zachował ją 
jednak dla siebie i zdecydował się na inną. 

background image

 -  Dwadzieścia  lat  temu  ludzie  pobierali  się  młodo,  więc 

kobiety z reguły nie miały możliwości zrobienia kariery. W tej 
części kraju ta tendencja trwa nadal. To nie Kalifornia. 

 - Ale Jilliane jest Kalifornijką - zauważyła spokojnie, lecz 

wracając  do  wczesnego  ożenku  Spencera,  spytała:  -  Czy 
małżeństwo  w  jakimś  stopniu  nie  utrudniało  ci  zdobywania 
wykształcenia i realizacji planów życiowych? 

 -  Z  pewnością  tak.  Ale  na  szczęście  nie  uważam,  że 

należy  je  odkładać  do  chwili  zrobienia  kariery.  Znam  wiele 
przypadków,  gdzie  wywoływało  to  w  ludziach  egoizm  i 
pozbawiało  ich  zdolności  do  podejmowania  poważnych 
zobowiązań. 

Milczała,  wydawała  się  przygotowywać  odpowiedź.  W 

tym  zamyśleniu  wyglądała  tak  ponętnie,  że  przez  chwilę 
poczuł  zadowolenie  z  powodu  ciszy,  która  zapadła.  Schyliła 
nieco  głowę,  pukle  jej  czarnych  włosów  rzucały  cień  na 
policzek.  Spencer  wpatrywał  się  w  kącik  jej  pełnych, 
soczystych  ust.  Nagle  zapragnął  przerwać  tę  całą  rozmowę. 
Między nimi stało  prawdziwie królewskie łoże, w którym tej 
nocy najwidoczniej nie będzie mu dane zaznać rozkoszy. 

 -  Rozważam  twoją  wypowiedź  -  powiedziała  tonem 

psychologa  udzielającego  porady,  co  go  tak  rozbawiło,  że  z 
trudem  pohamował  śmiech  -  i  muszę  stwierdzić,  że  bywają 
takie  wypadki,  w  których  rezygnacja  z  małżeństwa  wyzwala 
postawy egoistyczne  lub  emocjonalny  niedorozwój,  jednak  w 
tym  konkretnym  przypadku  mam  zupełnie  inne  odczucia, 
tylko nie wiem, jak ci to wyjaśnić. 

Milczał, kręcąc się niecierpliwie w fotelu. Zastanawiał się 

nad  tym  w  jaki  sposób  oderwać  ją  od  tych  straszliwych 
długich rozważań i zażyć z nią chwili radości. 

Pomyślał,  że  musi  ją  gdzieś  stąd  zabrać.  Na  świeżym 

powietrzu,  z  dala  od  zgiełku  miasta  z  pewnością  zapomni  o 
trapiących ją problemach matki i terapeutki. 

background image

 - Małżeństwa zawierane w bardzo młodym wieku - rzekła 

ze  smutkiem  -  na  ogół  nie  zdają  egzaminu.  Twoje  stanowi 
raczej  odstępstwo  od  tej  reguły.  Natomiast  dobrze 
zaplanowana  kariera,  która  wydaje  się  być  najmniej  ważną 
sprawą,  stanowi  podstawowy  środek  samorealizacji.  Kiedy 
wszystko  zawodzi,  jedynie  praca  zapewnia  nam  dobre 
samopoczucie. Myślę, że nie masz przeciwko temu zbyt wielu 
argumentów, prawdaż? 

W  obawie  o  to,  że  mogłaby  odrzucić  zaproszenie  na 

wspólną kolację, zrezygnował z wszelkiej dyskusji i kiedy ona 
wykładała mu swój punkt widzenia na przyczyny powodzenia 
i klęski małżeństw, on obmyślał pewien plan. 

 -  Wiem,  czego  człowiekowi  potrzeba  do  samorealizacji, 

nie  gorzej  niż  niejeden  specjalista  od  spraw  rodzinnych.  Tak 
naprawdę  to  chcę  ci  zaproponować,  żebyśmy  spędzili  trzy 
albo  cztery,  no  pięć  godzin  bez  jakiejkolwiek  wymiany 
poglądów. Może zjemy razem kolację? 

 - Och, Spencer, nie sądzę... 
 -  Kto  w  tym  mieście  oprócz  mnie  mógłby  złożyć  ci 

podobną  propozycję?  Pochylił  się  nad  nią  i  roześmiał 
rozbawiony  osłupieniem,  w  jakie  wprawiło  kobietę  jego 
bezczelne  pytanie,  i  dodał:  -  Jilliane  idzie  na  nocną  zmianę, 
obiecaj,  że  zjesz  ze  mną  kolację,  a  ja  przysięgnę,  że  zabiorę 
cię gdzieś bardzo daleko od restauracji, w której ona pracuje. I 
nie  będzie  żadnych  dyskusji  o  dzieciach,  tak  jakbyśmy  ich 
nigdy nie mieli. Teraz z kolei ona go zaskoczyła. 

 -  Co  za  dzieci?  -  spytała,  zabawnie  przeciągając  każdą 

sylabę. 

Spencer był w wyśmienitym nastroju. Nie pamiętał, kiedy 

perspektywa  spędzenia  z  kimś  wspólnego  wieczoru  tyle  dla 
niego znaczyła. 

 - Zgadzam się pod warunkiem, że tym razem sprawi mi to 

przyjemność. Czy uważasz, że jesteś do tego zdolny? 

background image

 -  Potrafię  spełnić  każde  twoje  życzenie.  Czy  będziesz 

gotowa na szóstą, no, powiedzmy na wpół do szóstej? 

Na jej twarzy pojawił się wyraz zdziwienia. 
 -  Nie  jest  to  typowa  pora  na  sobotnią  kolację,  nawet  w 

Midwest,  ale  będziemy  musieli  przejechać  się  kawałek  - 
wyjaśnił. 

 -  Będę  gotowa  na  piątą  trzydzieści  -  rzekła, 

odprowadzając go do drzwi. 

 - Wspaniale. Ach! Ubierz się jak najcieplej. Nasze strony 

znane są z chłodów. 

Miły  widok,  który  miał  przed  oczami  sprawił,  że 

zapragnął  pocałować  ten  śliczny  nosek  i  jeszcze  coś.  Z 
największym  trudem  powstrzymał  się  od  wcielenia  tego 
zamiaru. 

 -  Czy  spodnie  będą  wystarczająco  eleganckim  ubiorem 

tam, dokąd jedziemy? 

 - Jak najbardziej. Przynajmniej w nogi nie zmarzniesz. 
 - Chyba się nie doczekam... - szepnęła, idąc razem z nim 

w stronę drzwi. 

Spencer  tym  razem  jeszcze  bardziej  denerwował  się  na 

windę. Do piątej trzydzieści nie pozostawało zbyt wiele czasu. 
Musiał się spieszyć. 

Zamknęła drzwi i oparła się o nie. 
 -  To  śmieszne,  że  jestem  taka  przejęta  tym  spotkaniem  - 

mówiła do siebie. 

Już  raz  poszli  razem  na  kolację  i  nie  ma  najlepszych 

wspomnień. 

Spencer 

ponosił 

odpowiedzialność 

za 

nieszczęścia,  które  na  nią  spadły.  Stanął  przeciwko  niej  w 
walce o prawa rodzicielskie, a ona jeszcze się cieszy, że z nim 
wyjeżdża. 

 -  Nie  działał  w  złej  wierze  -  usprawiedliwiała  go.  -  Był 

rzeczywiście  przekonany,  że  wszystko  to  przyniesie  korzyść 
dzieciom. 

background image

Potem  pomyślała  sobie,  że  jednak  dobrze  się  stało,  iż 

pozostał przez tyle lat samotny. Ciekawe, czy przez cały czas 
opłakuje żonę, z którą stanowili szczęśliwą parę, czy może stał 
się  playboyem.  Wzięci  pisarze  często  bywają  pożeraczami 
serc  niewieścich.  Wiedziała  o  tym,  bo  udzielała  porad  eks 
małżonkom  takich  panów.  Odwróciła  się  od  drzwi  wolno, 
jakby zahipnotyzowana własnymi myślami. Jej wzrok padł na 
gładko  zasłane  łóżko.  Dziesięć  minut  temu  miała  przemożną 
chęć  dzielenia  go  ze  Spencerem  Goddardem.  Nie  mogła 
uwierzyć,  że  jest  zdolna  do  takich  pragnień  w  stosunku  do 
mężczyzny, którego znała od paru godzin, ale było to faktem. 
Może  dlatego,  że  zobaczył  w  niej  kobietę,  a  nie  tylko 
rozhisteryzowaną  mamusię,  może  dlatego,  że  jest  taki 
przystojny,  a  może  po  prostu  przyszedł  taki  czas.  „Nie"  - 
odpędzała od siebie myśli, które cisnęły się jej do głowy. 

Uroda mężczyzn nigdy przedtem nie robiła na niej takiego 

wrażenia. 

 -  Nie  ma  co  ukrywać.  Jestem  pod  jego  wpływem  i  nie 

mogę sobie z tym poradzić - szeptała, patrząc w sufit. 

Ale  miało  to  jeszcze  jeden  aspekt.  Spencer  był... 

Nicholasem  Kenyonem.  I  na  tym  wszystko  polegało. 
Uwielbiała go od wielu lat. 

„Wspaniale. Ja też jestem literatką - kpiła z siebie, siadając 

w fotelu. - Ale dość tego filozofowania na temat Dlaczego nie 
mogę doczekać się spotkania ze Spencerem'?" 

Na  wczorajszej  kolacji  pojawiła  się  w  nowym  kostiumie. 

Wzięła  ze  sobą  do  Rapid  City  oprócz  tego  kilka  ubrań,  ale 
jedyne  ciepłe  spodnie  miała  już  na  sobie  poprzedniego  dnia. 
Postanowiła więc coś sobie kupić. 

Cztery  sklepy  z  damską  odzieżą,  które  jej  polecono, 

znajdowały  się  w  kwadratowym  podwórzu  hotelu.  Nie 
spodziewała  się  znaleźć  nic  nowoczesnego  w  mieście  z 
lokalnym  lotniskiem  i  z  centrum  handlowym,  które  można 

background image

było  objechać  w  ciągu  paru  minut,  ale  sklepy,  do  których 
wstępowała, mile ją zaskakiwały. 

 -  Muszę  kupić  odpowiednie  spodnie,  choćbym  miała 

stracić  na  to  dwie  godziny  -  zwróciła  się  do  młodziutkiej 
właścicielki sklepu. - Czy to nie będzie zbyt trudne? 

 -  Hm.  Nie  sądzę.  Nie  jesteśmy  dziś  po  południu  zbyt 

zajęte.  Siostra  może  błyskawicznie  dokonać  poprawek. 
Znajdziemy  coś  odpowiedniego  dla  pani  -  powiedziała 
dziewczyna i uśmiechając się zachęcająco, poprowadziła ją do 
wieszaków z odzieżą. 

Tym  „czymś"  okazały  się  czarne,  wełniane  spodnie  w 

prążki,  które  leżały  na  niej  tak,  jakby  projektant  brał  z  niej 
miarę. Zanim zdążyła przymierzyć dwa ciemne, luźne swetry, 
młoda ekspedientka skróciła i obrębiła nogawki. 

O  godzinie  piątej  pięć  Tamara  była  kompletnie  ubrana  i 

nie pozostawało jej nic innego, jak tylko nerwowo oczekiwać 
pojawienia się Spencera przez najbliższe pół godziny. Jeszcze 
raz  stanęła  przed  lustrem,  odwróciła  się  nieco  bokiem, 
podziwiając  lekki  jak  puch,  ciepły  sweter.  „Kto  nie  miał' 
kłopotów z garderobą w czasie długich miesięcy po urodzeniu 
dziecka,  nie  potrafi  docenić  komfortu,  jaki  daje  możliwość 
zakupu  świetnej  gotowej  odzieży"  -  pomyślała  z  uczuciem 
ulgi. 

Kiedy  przestała  się  przeglądać  w  lustrze,  do  spotkania 

pozostały  jeszcze  dwadzieścia  trzy  minuty.  Skróciła  sobie 
oczekiwanie  czytaniem  kryminału  „Lista  śmierci".  Zanim 
zapukał do drzwi, skończyła rozdział. 

 -  Przyszedłem  za  wcześnie?  Pięknie  wyglądasz. 

Zdumiewasz mnie urodą! - zawołał od drzwi. 

 -  Czyżby?  Przecież  mam  dziewiętnastoletnią  córkę  - 

odparła, zdejmując zamszową kurtkę z wieszaka. 

 - 

Jaką 

córkę? 

mruknął 

porozumiewawczo, 

przypominając o ich umowie. 

background image

Dla  Tamary  było  czymś  niecodziennym  to,  że  idzie 

pustym  hotelowym  korytarzem  z  upragnionym,  choć 
poznanym  zaledwie  wczoraj  mężczyzną.  Pomyślała,  że 
chociaż opuszczają hotel, są sobie bliżsi, niż gdyby pozostali 
w  pokoju,  oddzieleni  drzwiami  od  innych  ludzi.  Jakie  to 
dziwne. Postanowiła poddać próbie swoje uczucia. 

W windzie, do której wsiadali, były jeszcze trzy pary. 
 -  Musimy  zrobić  miejsce  dla  tych  państwa  -  rzekł 

mężczyzna, ważący dobre dwieście funtów. 

Było  ciasno,  toteż  ich  ciała  przylegały  dość  mocno  do 

siebie.  Kiedy  ujął  jej  ręce  w  swoje  dłonie  i  z  konieczności 
dotknął jej biodra, zakręciło się jej w głowie. Pomyślała, że to 
niechybnie z głodu albo z ciasnoty. 

Bagażówka  Spencera  czekała  na  nich  z  włączonym 

silnikiem i ogrzewaniem. 

 -  To  dla  mnie  nowość,  nigdy  jeszcze  nie  jechałam  takim 

samochodem  -  mówiła  Tamara,  wchodząc  do  niego  po 
stopniach. 

Na  siedzeniu  pasażera  leżała  wielka  paczka.  Wyglądała 

tak,  jakby  zawierała  jakiś  prezent.  Podniósł  ją  i  trzymał  w 
rękach. 

 - Dziś wieczorem czeka nas wiele przyjemności - rzekł z 

tajemniczą miną, zatrzaskując drzwiczki kabiny. 

Delikatny aromat,  który  podrażnił  jej  nozdrza,  zaciekawił 

ją na równi z jego słowami. 

 - Czy będzie pani łaskawa to przyjąć? - spytał, wręczając 

jej paczkę. 

Wzięła ją w ręce i poczuła się nieswojo, bo musiało być to 

coś, co kupił dla niej. 

 -  To  jest  twoje  -  pochylił  się  nad  nią  z  uśmiechem.  - 

Otworzysz teraz, czy zrobimy to razem tam, dokąd jedziemy? 

 - Zaczekam - odparła bez wahania. 
 - Jeżeli otworzysz teraz, będzie ci cieplej w drodze. 

background image

Ucieszyła się z tego, że Spencer tak troszczył się o nią, ale 

w  samochodzie  było  ciepło,  poza  tym  miała  na  sobie 
zamszową kurtkę. 

 - Zawsze lubiłam czekać na rozpakowanie prezentów. To 

oczekiwanie sprawia mi wielką przyjemność. 

 -  Ja  też  lubię  oczekiwanie,  bez  względu  na  to  czy  to 

będzie  prezent, urlop, czy publikacja książki - rzekł Spencer, 
ruszając z miejsca samochodem. 

"Ani słowa o małżeństwie" - przykazywała sobie Tamara. 
 -  Ciekawe,  skąd  ten  zapach?  -  zagadnął  ją,  włączając  się 

do ruchu zaskakująco łatwo według jej oceny. 

 -  Nie  miałam  zamiaru  pytać,  co  jest  w  środku  - 

odpowiedziała.  -  Chciałam  ci  dać  możliwość  zrobienia  mi 
niespodzianki. 

 - Czy na pewno nie chcesz pobawić się w zgadywanki? - 

zapytał z uporem. 

 -  Zgoda...  Jest zimno,  a  przede  wszystkim  daleko,  trzeba 

mieć zapas żywności albo... 

Urwała  w  połowie.  Och,  zabiłby  ją,  gdyby  poznał  jej 

myśli. 

 - Albo co? - nalegał. 
 -  Albo  zatrzymać  się  w  domu  pewnego  młodego 

człowieka  i  ugotować  mu  obiadek  -  wybuchnęła  śmiechem, 
chcąc w ten sposób dać do zrozumienia, że to żart. 

 -  Jesteś  nieznośna  -  zaprotestował  -  właśnie  dlatego  nie 

powiem ci, z jakiej okazji kupiłem cały kosz smakołyków. 

 - Niech ci będzie - odparła. 
Przyznała  w  duchu,  że  jest  bardziej  romantyczna,  niż 

przypuszczała.  Wiezie  ją  w  ten  śnieżny  zimowy  wieczór  na 
piknik.  A  może  to  jakiś  straszny  uwodziciel,  porwie  ją  nie 
wiadomo dokąd, drogą pod niebem roziskrzonym gwiazdami. 

background image

 - Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko tej podróży - 

rzekł,  jakby  odgadując,  jakie  myśli  dręczyły  ją  w  chwili 
milczenia. 

 -  Zgadłam?  Absolutnie.  Jedziemy  do  twojego  domu?  Do 

restauracji tuż obok niego? 

 - Tuż obok. 
 - Na którą mamy rezerwację? 
 - Z tym nie ma kłopotu. 
 - Tam zawsze są wolne miejsca, hm? 
 -  Zimą  tak.  Ale  nawet  jeżeli  będzie  tłok,  wejdziemy. 

Znam personel. 

Spojrzała  na  jego  profil,  ledwo  dostrzegalny  w  mglistym 

świetle kabiny, żeby się upewnić, czy nie kpi. 

 - 

Dzięki 

czterem  kółkom  możemy  bezpiecznie 

podróżować. 

Ostrożnie prowadził furgonetkę przez zamarznięte jezioro, 

w którym odbijał się księżyc. Małe świecące punkciki rosły z 
każdą chwilą, aż wreszcie zatrzymał wóz nie opodal jednego z 
nich i odsunął szybę w kabinie. Do okienka podszedł człowiek 
z  latarką.  -  Wszystko  jest  tak,  jak  pan  sobie  życzył,  panie 
Goddard. 

Rzeczywiście,  trzej  chłopcy,  których  przedstawił  jej  jako 

synów  swych  przyjaciół,  przygotowali  składany  stół  i  dwa 
fotele.  Dwie  świece  w  szklanych  kloszach  rzucały  migotliwe 
światło na biały obrus i serwetki. 

 - Oczom nie wierzę! - wykrzyknęła, widząc to wszystko. 
Odgadła,  że  pudełko,  które  trzymała  w  rękach  zawiera 

parę  ciepłych,  ale  niezbyt  grubych  rękawiczek,  w  których 
można trzymać sztućce. 

Spencer  podziękował  chłopcom,  którzy  zapowiedzieli,  że 

przyjadą za godzinę i posprzątają. 

 -  To  mnie  urządza  -  powiedział  -  nie  będziemy  długo 

marudzić, prawda, Tamaro. 

background image

 -  Dziesięć  minut  wystarczy.  Jem  bardzo  szybko  - 

zapewniła go. 

Chłopcy wsiedli do samochodu i odjechali. 
 -  Czy  nie  jadą  zbyt  prędko?  -  spytała  szczerze 

zmartwiona. - Jesteś pewien, że tu jest bezpiecznie? 

 - Wszystko w porządku. Oni to robią od lat. 
 - Przygotowują ci kolację? 
 - Nie. To robią po raz pierwszy. Łowią spod lodu ryby na 

tym  i  tamtym  jeziorze  wraz  ze  swymi  ojcami.  To  sport, 
który... - mówił do niej cicho i łagodnie, głaszcząc delikatnie i 
czule jej włosy. 

Dotknął lśniącego kolczyka. 
 -  Jaki  piękny.  Błyszczy  jak  gwiazda,  jak  twoje  oczy,  jak 

twój uśmiech. 

Dotknął dłonią jej policzka,  zmysłowo pogładził jej  szyję 

zasłoniętą prążkowanym kołnierzem żakietu. 

 -  Mówiłeś  o  jakimś  sporcie  -  przypomniała  mu, 

odchrząkując, gdyż nie mogła mówić z wrażenia. 

 - Łowienie ryb spod lodu to sport nie dla kobiet. Zobacz 

prezent - rzekł, cofając rękę. 

Czarne rękawiczki ze skóry i wełny leżały wspaniale na jej 

dłoniach.  Wełniany  szalik  barwy  burgunda  pasował  do 
żakietu.  Było  to  dostrzegalne  nawet  w  słabo  oświetlonej 
kabinie. 

 - To  miło  z twojej  strony! Widzę, że zapamiętałeś sobie, 

jakie kolory lubię. 

 - Zapamiętałem to na całe życie - odpowiedział. 
 - Pozwól, że ci pomogę. To trzeba tak - rzekł, biorąc z jej 

rąk szal. Okręcił nim jej szyję i mocno związał. 

Włożyła na głowę kapelusz, który pasował jak ulał. 
 - Czy mi z tym do twarzy? - dotknęła wielkich kolczyków 

zwisających  spod  ronda,  nie  pewna,  czy  to  połączenie  jest 
efektowne. - Nigdy nie nosiłam takich kapeluszy. 

background image

 -  Nigdy  nie  widziałem  piękniej  ubranej  kobiety  - 

powiedział, poprawiając niesforne pasemko włosów. 

 - Pięknie w tym wyglądasz, ale wydaje mi się, że kolczyki 

są nieodpowiednie. Pozwól, że ci odepnę. 

Poczuła  dotyk  jego  palców  obejmujących  jej  ucho  z  obu 

stron. Pieścił je delikatnie. Przeniknął ją taki dreszcz, jakiego 
nie mogło wywołać nawet zimne powietrze. 

 -  Schowam  je  -  powiedział,  wsuwając  kolczyki  do 

kieszeni parki. - Mam dla ciebie jeszcze coś ciepłego. 

Sięgnął na półkę za siedzenie podał jej kalosze. 
 - Włóż je na buty. Pasują? 
Zrobiła to, o co ją prosił, aczkolwiek niechętnie. Po chwili 

przestała  jednak  przejmować  się  tym,  że  trudno  będzie  jej 
chodzić w takim obuwiu. 

 -  Ach!  Niech  ci  się  przyjrzę.  Co  za  kapelusz  -  rzekł, 

dotykając jej głowy tak, jakby ją błogosławił. - A jaki szalik. - 
Poprawił fałdy pod szyją. 

Zaśmiała się, a Spencer kontynuował: 
 - Popatrzmy na rękawiczki. Zobaczymy, czy pasują. 
Wyciągnęła do niego ręce i rozstawiła palce. 
 -  Dobrze.  A  teraz  kalosze.  Zaczekaj  -  dotknął  jej  stopy 

swoim  butem.  -  W  porządku.  Idziemy.  Herbata  jest  już  na 
pewno gotowa. 

Po  chwili  pomagał  jej  opuścić  kabinę.  Mocno,  ale 

delikatnie wziął ją w ramiona i wpatrując się w jej roześmiane 
oczy,  postawił  na  gładkiej  tafli  jeziora.  Kiedy  jej  stopy 
dotknęły lodu, odrzuciła w tył głowę i z zachwytem spojrzała 
w niebo. 

 - Tam na księżycu, jest człowiek - odezwała się. 
 -  To  właściciel  -  rzekł  Spencer,  spoglądając  w  górę, 

potem spytał: - Podoba ci się tutaj? 

 -  Jest  pięknie. Wspaniały  wypoczynek  -  odpowiedziała z 

niekłamanym zachwytem. 

background image

 - W takim razie, madame, podano do stołu - rzekł i jedną 

ręką obejmując jej talię, drugą podtrzymując lekko jej łokieć, 
poprowadził ją do oświetlonego świecami stolika. 

background image

ROZDZIAŁ VI 
 - Napij się herbaty, to ci zaostrzy apetyt, a ja tymczasem 

rozłożę dania na talerzach - powiedział Spencer. 

Tamara 

na 

końcu 

języka  miała  pochwały  dla 

niespotykanych aromatów, unoszących się znad posiłków, ale 
głośno ich nie wyrażała. 

 - Musiałem dokonać trudnego wyboru między kuchniami: 

chińską, grecką i polinezyjską - powiedział, otwierając termos 
z  wieprzowiną  przyprawioną czosnkiem  i  dodał:  -  Jednego o 
mnie  nie  wiesz,  mianowicie  tego,  że  kiedyś  chciałem  zostać 
szefem kuchni. 

 -  To  było  przed  czy  po  zdobyciu  zawodu  maklera?  - 

spytała,  wzdychając  na  widok  tych  wspaniałości,  które 
stopniowo ukazywały się jej oczom. 

 - Przed.' Przygotowałem świetne meksykańskie danie, ale 

dodatki  do  niego  są  raczej  chińskie,  a  nie  meksykańskie  czy 
też polinezyjskie, więc zrobiłem jeszcze jedno odstępstwo od 
przepisu  i  podałem  je  z  sosem  sojowym.  Mam  nadzieję,  że 
potrawy te przypadną ci do gustu. 

 -  Oczywiście  -  Z  lubością  ogarnęła  wzrokiem  sylwetki 

drzew  majaczące  na  przeciwległym  brzegu  jeziora.  Chińskie 
dodatki.  Dlaczego  nie?  Jeśli  taka  jego  wola.  -  Przepadam  za 
chińską kuchnią. 

Na  gorący  talerz,  który  trzymał  w  dłoni  ubranej  w 

rękawicę, położył krewetki zapiekane z ryżem i postawił przed 
nią.  Chłonęli  ciepło,  które  buchało  z  potraw.  Strużka  pary  z 
czajnika  rozpływała  się  w  powietrzu  i  napełniała  je  mgiełką. 
Pod  stołem  stał  piecyk  opalany  węglem  drzewnym.  Tamara 
miała wiele wątpliwości co do miejsca, gdzie Spencer rozpalił 
ogień: 

 -  Czy  chcesz  roztopić  lód?  -  spytała,  wyobrażając  sobie, 

jak  pogrążają  się  w  jeziorze  razem  z  płócienną  serwetką, 

background image

zaciśniętą  w  dłoni.  Ale  zapewnił  ją,  że  ciepło  z  tak  małego 
źródła nie rozpuści lodu grubego na trzy stopy. 

 -  Nie  jest  ci  zimno?  -  zapytał  z  troską,  sięgając  po  jajko 

zawinięte w folę. 

 -  Nie,  naprawdę  nie.  Przede  wszystkim  pali  się  ogień,  a 

poza tym mam rękawiczki, szal i kapelusz. 

 -  I  kalosze.  -  Spojrzał  na  nią  ze  swojego  miejsca  i 

uśmiechnął się. 

 - I kalosze - zgodziła się. 
W rzeczywistości czuła chłód, ale pomyślała, że nic jej nie 

będzie. Zastanawiała się, czy z nim zawsze i wszędzie byłoby 
jej tak dobrze. 

 - Jedz. Nie można pozwolić, żeby wystygło - zachęcał. 
Tamara  ani  myślała  zaczynać  bez  niego.  Chciała  mu 

pomóc, ale jej nie pozwolił. W końcu stuknęli się filiżankami 
herbaty, pozdrowili człowieka z księżyca i zaczęli jeść. 

 -  Czy  musisz  jutro  wyjeżdżać?  -  zagadnął  ją  Spencer.  - 

Przecież dopiero co przyjechałaś. 

 -  Niestety,  jutro  wieczorem  obiecałam  pomóc  moim 

bardzo  bliskim  przyjaciołom  w  urządzeniu  przyjęcia 
rocznicowego. 

 -  A  czy  nie  mogliby  się  obyć  bez  ciebie?  -  spytał.  - 

Wydaje  mi  się,  że  obecność  znajomych  pozbawi  go 
intymności. 

 -  Być  może,  ale  oni  są  innego  zdania  -  odpowiedziała.  - 

W  każdym  razie,  wyjeżdżam.  Na  poniedziałek  mam  wielu 
klientów. 

 -  Wizyty  można  przełożyć.  Powiedzmy,  że  coś  się  stało. 

Zamieć, czy coś takiego. 

Uśmiechnęła się: 
 - W poniedziałek mam referat na UCLA. 
 -  No  dobrze,  a  co  będzie,  jeżeli  zadzwonię  do  twoich 

serdecznych  przyjaciół,  klientów,  do  UCLA,  do  fryzjerki  i 

background image

jeszcze...  Nie  wiem  do  kogo  i  powiem,  że  nie  wrócisz  przed 
upływem tygodnia? - rozważał. 

 -  Oj,  nie  sądzę  -  zaprotestowała  Tamara,  przełykając 

kawałek  kung  pao  -  pieczonego  kurczaka  tak  gorącego,  że 
zerwała z siebie kapelusz i rozluźniła szalik. Porwała naczynie 
z  wodą,  w  której  pływały  kostki  lodu  i  chlusnęła  w  swoje 
rozpalone wnętrzności. - To wspaniałe. Boskie. 

 -  Dziękuję.  Masz  rację.  Lepiej,  żebyś  pozostała  dwa 

tygodnie, a nie jeden. Albo - miesiąc. Powiem, że cię zasypało 
i nie ma nadziei, żebyś pojawiła się przed nastaniem wiosny. 

 - Nie uwierzą - kręciła głową. 
 - Na pewno. Co ci Kalifornijczycy wiedzą. Jedzą chleb z 

otrębami  i  kiełki  lucerny,  mają  lato  w  zimie  i  myślą,  że 
Midwest  jest  reliktem  epoki  lodowcowej.  Gdyby  byli 
emigrantami stąd, wiedzieliby, jak jest naprawdę. 

Odłożyła  widelec,  przekrzywiła  głowę.  Była  rozbawiona. 

Nie  dalej  niż  tydzień  temu  sama  jadła  kanapki,  do  których 
użyła chleba otrębowego i oczywiście owoców avocado. 

 - Kocham twój śmiech - wyznał żarliwie. - Słuchałbym go 

bez końca. Powiedz, że zostajesz. Zawiadomię wszystkich, że 
biorę cię w niewolę aż do wiosny. 

 - Chciałabym zostać, ale to niemożliwe. 
 -  Naprawdę  chciałabyś?  -  spytał,  patrząc  na  nią  z  taką 

czułością, że spoważniała. 

 - Tak. 
 - Żeby spędzić czas z... kimś, kogo znamy? 
 - Nie. 
 - Nie? Żeby łowić ryby spod lodu? 
 - Też nie. - Tamara parsknęła śmiechem i  mimo że dalej 

była taktowna i uprzejma, nastrój prysł. Spencer nawet się nie 
uśmiechnął. 

 - Myślałaś o tym, żeby zostać ze mną? 
 - Tak, z tobą. 

background image

 - No, w takim razie... 
 -  Spencer,  co  ty  robisz?  Zamarzniesz  na  śmierć.  Padł  na 

kolana przed jej fotelem. 

 - Proszę cię o rękę. 
Przez  chwilę  patrzyła  na  niego  z  niedowierzaniem,  a 

potem pomyślała, że mówi poważnie. 

 -  Proszę  na  klęczkach  o  pozostanie  w  Black  Hills  przez 

tydzień,  a  raczej  dwa.  Będzie  wspaniale.  Całymi  dniami 
będziemy jeździć na nartach, łyżwach, sankach, na koniach, a 
wieczorami  przy  trzaskającym  ognisku  będziemy  czytać  na 
głos książki. Przewędrujemy Banlonds, pojedziemy na Stromą 
Górę.  Zwiedzimy  całą  okolicę.  Pokażę  ci  Górę  Moriah, 
pokażę  ci,  gdzie  zastrzelili  Dzikiego  Billa  i  gdzie  spoczywa 
obok Pechowej Jane. Urządzimy sobie tam piknik. 

Uśmiechała  się,  ale  musiała  przyznać,  że  jest  to 

najwspanialsza  propozycja,  jaką  kiedykolwiek  przyszło  jej 
odrzucić.  Mimo  że  perspektywa  zobaczenia  grobu  sławnej 
kobiety bardzo ją kusiła. 

 -  Czy  twój  uśmiech  oznacza  aprobatę?  -  nalegał.  - 

Powiedz,  Tamaro.  Zamieszkasz  w  moim  domku  w  Hisega, 
wiem, że go lubisz. 

Napomknienie  o  chatce,  w  której  Jilliane  i  Matthew 

spędzili miodowy miesiąc, nawet jej nie poruszyło. Znaczyło 
to,  że  bardzo  pragnęła  ustąpić  i  powiedzieć  „tak".  Jednak 
niewywiązanie  się  z  podjętych  zobowiązań  pociągnęłoby  jej 
izolację towarzyską. 

 - Nie mogę. Może innym razem. 
 - Rozumiem. Mus to mus. 
Podniósł  się  z  klęczek,  stanął  za  fotelem  i  przesunął  go 

nieco.  Kiedy  wyciągnął  rękę,  żeby  pomóc  jej  wstać, 
popatrzyła  na  niego  drwiąco,  jakby  chciała  spytać,  czy  jej 
odmowa oznacza koniec ich wspaniałego wieczoru. 

background image

 - Jeżeli nie możemy być razem przez tydzień, musimy to 

nadrobić dzisiaj. Czy masz ochotę potańczyć, Tamaro? 

Objąwszy  się  tak,  jakby  byli  w  ekskluzywnej  sali 

dansingowej, kołysali się w rytmie nie istniejącej melodii. Ich 
ciała coraz bardziej zbliżały się do siebie, aż wreszcie głowa 
Tamary  spoczęła  na  jego  muskularnym  ramieniu  jak  na 
poduszce. 

Spencer  pieścił  jej  rękę  odzianą  w  rękawiczkę.  Potem 

objął  delikatnie  jej  kibić,  a  Tamara  w  odpowiedzi  oplotła 
ramionami  jego  szyję.  To  zbliżenie  było  dla  niej  równie 
ekscytujące, co krępujące. Zastanawiała się, czy Spencer choć 
przez miesiąc będzie pamiętał o ich spotkaniu. 

Był  jednak  tak  blisko  i  czuła  się  tak  cudownie,  że 

porzuciła wszystkie rozważania. Przybliżył się do niej, czy też 
przytulił  ją  mocniej  do  siebie,  nie  mogła  tego  odgadnąć  i 
zanucił jej do ucha „Upływa szybko życie". Niski, melodyjny 
głos  działał  na  nią  podniecająco  i  sprawiał  przyjemność. 
Spencer  doskonale  wiedział,  jak  wywołać  zamęt  w  jej 
myślach. 

 -  Wydaje  mi  się,  że  mam  nieodpowiednie  obuwie  - 

żartowała, zmuszając się do zrobienia jeszcze kilku kroków w 
tańcu. 

 - Dobrze ci idzie. Tańczysz lekko, jak piórko na wietrze. 
 -  W  końcu  piórko  upada  na  ziemię  -  odpowiedziała 

Tamara, ale do jego uszu doszedł tylko cichy szept. 

Prawie  się  nie  ruszali  z  miejsca,  ale  rytm,  w  jaki  ją 

wprawił,  rozognił  ją  do  tego  stopnia,  że  nie  wiedziała,  czy 
pląsa  po  wodzie,  czy  płynie  w  powietrzu,  czy  zjeżdża  w  dół 
spiralnym stokiem. Kiedy jednak ciekawskie dłonie Spencera 
dotarły  do  tego  miejsca,  gdzie  zaczynały  się  wzniesienia 
pośladków  i  usłyszała  chrapliwe  „Nasza  jest  noc...  ", 
pomyślała, że przyszedł czas na przerwę w tańcu. 

 - Spencer, chłopcy wkrótce wrócą? 

background image

 - Z pewnością, ale przecież nie będziemy z nimi tańczyć. 
Zakręcił  nią  tak,  że  omal  butów  nie  pogubiła  i  zręcznie 

pochwycił znów w ramiona. Odchyliła się do tyłu i zawisła na 
ramieniu Spencera, wpatrując się w jego płonące oczy. 

 - Powinniśmy zawinąć, to co zostało i dać chłopcom. 
Roześmiał  się  tak  głośno,  że  aż  ją  to  zabolało.  Górował 

nad nią, trzymał w potężnych objęciach i mówił: 

 -  Jesteś  taka  praktyczna,  piękna  Tamaro,  chyba  nie 

czujesz  się  najszczęśliwsza  w  Kalifornii,  otoczona  zgrają 
sentymentalnych  lekkoduchów. Myślę,  że  powinnaś  pozostać 
tutaj przez jakiś czas. Najlepiej - przez całe życie. 

 -  Mieszkańcy  Malibu  zabierają  ze  stołu  resztki  obiadu, 

szczególnie,  jeśli  potrawy  są  takie  wspaniałe  jak  te,  które 
jedliśmy dzisiaj wieczorem. 

 -  Ale  nie  poddają  się  porywom  uczucia  nawet  wtedy, 

kiedy tańczą przy pełni księżyca. 

Zrobił  krok  do  tyłu  i  wpatrywał  się,  rozbawiony,  w  jej 

oczy w oczekiwaniu odpowiedzi. 

Tego właśnie pragnęła - uwolnienia się od jego niezwykle 

silnego  uścisku.  Ciepło  jego  ogromnego  ciała  rozbudziło  w 
niej  jakąś  tkliwość,  jakieś  pragnienia,  które  nie  zaspokojone 
narastały z każdą chwilą. Kiedy Spencer wypuścił ją z ramion, 
dygotała nie tylko z zimna. 

 -  Oni  właśnie  pół  roku  temu  poszli  za  głosem  uczucia, a 

teraz mają złamane serca i potrzebują mojej pomocy - rzekła, 
drżąc od chłodu i nie zaspokojonej żądzy. 

Miała wrażenie, że to, co mówi jest zabawne. Chciała się 

pośmiać, żeby rozładować seksualne podniecenie, ale Spencer 
był śmiertelnie poważny. 

 - To ja będę miał złamane serce, to ja będę szukał porady 

u psychologa, jeśli więcej cię nie zobaczę. Powiedz, w jakich 
dniach i godzinach jesteś osiągalna i czy mógłbym zadzwonić 
do twojej sekretarki i zapisać się na wizytę? 

background image

 - Czy nie kpisz  sobie  z  mojego zawodu?  - spytała, kuląc 

się z zimna, które jej coraz bardziej doskwierało. - Wydawało 
mi się, że należysz do ludzi, którzy nie potrzebują lekarza. 

 - Nigdy tego nie robiłem, ale jeśli będę musiał, zwrócę się 

o  pomoc.  A  teraz  potrzebuję  cię,  Tamaro,  jestem  w  tobie 
bardzo zakochany i ty wiesz o tym. 

 - Spencer... 
 - Nie, nie, nie powstrzymasz mnie od opowiedzenia ci, co 

przeżyłem tamtego wieczoru. Byłaś taka piękna i blada na tle 
ściany  mojego  salonu  i  tak  malowniczo  kuliłaś  się  na 
podłodze, że zupełnie zawróciłaś mi w głowie. 

 -  Wyglądałeś...  raczej...  na  przystojnego  -  wyjąkała, 

szczękając zębami. 

Ramiona  jej pokryły się gęsią skórką, a  sutki  nabrzmiały. 

Poczuła zimno. 

 -  Ty  drżysz.  -  Spencer  wziął  ją  w  ramiona.  -  Nie  mam 

pojęcia, dlaczego tak zmarzłaś. Pozwól, że cię ogrzeję. 

Zgodziła  się  i  zupełnie  odtajała  w  jego  objęciach. 

Pocałunek pozbawił ją gęsiej skórki i napięcia. Rozluźniła się. 
Stopy,  odziane  w  buty  i  ogromne,  niezgrabne  kalosze, 
rozjechały się i byłaby upadła. 

 - Och - jęknęła. 
Lecz  Spencer  pewnie  ją  podtrzymał.  Nie  uwierzył, że  nie 

jest  jej  zimno  i  wkrótce  zaprowadził  ją  do  furgonetki, 
zakładając jej po drodze kapelusz. 

 -  Ty  się  trzęsiesz.  Założę  się,  że  się  nabawiłaś  zapalenia 

płuc  -  lamentował  Spencer.  -  To  moja  wina,  to  ja  cię  tutaj 
zawlokłem,  ale  otoczę  cię  opieką  i  nie  wypuszczę,  dopóki 
całkiem nie wydobrzejesz. 

 - Jadę do domu - zaśmiała się - czy to zapalenie, czy nie 

zapalenie. 

 -  O  której  odlatuje  nasz  samolot?  -  spytał,  otwierając 

drzwiczki samochodu. Silnik pracował i ogrzewał wnętrze. 

background image

Z kabiny obserwowała Spencera, który podszedł do stołu, 

pozawijał  resztki  jedzenia,  wydostał  portfel  z  tylnej  kieszeni 
spodni, wyjął kilka banknotów, przeliczył, a potem położył je 
na stole, przyciskając czajnikiem. 

Kiedy wrócił i usiadł koło niej, zaniepokojona zapytała: 
 -  Czy  to  bezpiecznie  zostawiać  tak  pieniądze?  Może 

powinniśmy  poczekać  na  chłopców,  rozliczyć  się  i  dopiero 
potem odjechać. 

 - Martwisz się o nich? - Spojrzał na nią z zaciekawieniem. 
 - Oczywiście. 
 -  W  porządku.  W  drodze  powrotnej  zatrzymamy  się  w 

miejscu, którędy mają przejeżdżać. Stamtąd będzie widać, czy 
jakiś  nocny  włóczęga  nie  kradnie  pieniędzy  i  czy  chłopcy 
wracają  do  domu.  W  ten  sposób  zadośćuczynimy  również 
naszym, rodzicielskim ciągotom. 

 -  Dziękuję.  Popatrzyła  na  niego  z  wdzięcznością,  choć 

wyglądało na to, że jej obawy nie zostały do końca rozwiane. 

To,  że  lód  nie  pękł  pod  dwiema  bagażówkami  nie 

znaczyło,  że  trójka  chłopców  na  koniach  jest  zupełnie 
bezpieczna. 

 -  Opowiedz,  jak  przeżywałaś  macierzyństwo,  jak 

wychowywałaś  córkę  -  rzekł  zamyślony  Spencer,  prowadząc 
wóz drogą przez jezioro. 

 -  To  nie  było  takie  trudne.  Ktoś,  czyjego  imienia  nie 

muszę  wypowiadać,  do  niedawna  nie  sprawiał  mi 
najmniejszego kłopotu. 

 -  Nie  wyobrażam  sobie,  żeby  była  do  tego  zdolna.  Taka 

miła, kochana dziewczynka. 

„Rzeczywiście, Spencer, Jilliane to wciąż dziewczynka, a 

dziewczynki  nie  mogą  być  mężatkami"  -  rozmyślała  Tamara, 
ale nie dzieliła się z nim swoimi wątpliwościami. 

Postanowiła 

odstąpić  od  zamiaru  unieważnienia 

małżeństwa.  Jilliane  nie  miała  zamiaru  opuścić  męża. 

background image

Wiedziała  doskonale,  że  matka  jej  nie  pochwali,  a  mimo  to 
znalazła w sobie tyle siły charakteru, żeby postawić na swoim. 
Tamara  żywiła  nadzieję  na  to,  że  Spencer,  który  wprawdzie 
nie  podzielał  jej  poglądów  na  to  małżeństwo,  nie  będzie  jej 
przeciwnikiem.  Jego  postępowanie  wskazywało  na  to,  że 
bardzo  pragnie  szczęścia  Jilliane,  chociaż  lepiej  zrobiłby, 
gdyby wstrzymał się z pomocą finansową dla dzieci i pozwolił 
Jilliane ukończyć szkołę. 

Tamara  wpatrywała  się  w  profil  Spencera  rysujący  się  na 

tle  szyby,  zastanawiając  się,  czy  nie  odłożyć  tego  tematu  na 
inną okazję. 

Nie  było  na  to  czasu,  bo  Spencer,  gdy  tylko  dojechali  do 

brzegu i samochód zatrzymał się, wziął ją w ramiona: 

 -  Przyrzeknij,  że  niedługo  znowu  przyjedziesz  - 

przemówił zdławionym głosem, całując ją namiętnie. - Pragnę 
cię... jesteś taka słodka. Tamaro - wyszeptał jej imię. 

Wcisnęła mu język do ust, żeby się przekonać, czy on też 

jest taki słodki jak ona. W jednej sekundzie objął ją i powiódł 
dłonią po całym jej tułowiu. Kołysząc ją na ramieniu, zdjął z 
niej kapelusz i rozwiązał szal. 

Potrząsnęła  głową,  włosy  jej  spłynęły  na  policzki. 

Rozsuwał  ustami  kruczoczarne  pasma,  chwytał  wargami  i 
zębami jej atłasową skórę i ściskał ją leciutko, podniecająco. 

Zadrżała  z  rozkoszy,  gdy  pocałował  ją  w  ucho.  Pieścił 

ręką  jej  uda,  potem  przesunął  rękę  wyżej,  wzdłuż  boków,  aż 
dotarł  do  szyi.  Dotknął  ustami  tętnicy,  co  jeszcze  bardziej 
przyspieszyło  jej  puls.  Odrzuciła  w  tył  głowę  i  raz  po  raz 
szeptała jego imię. Jednym szarpnięciem rozpiął żakiet w talii 
i delikatnie dotknął jej piersi. Oparła rękę na dłoni, która tak 
słodko  pieściła  jej  ciało  i  przycisnęła  do  siebie.  Potem 
położyła  rękę  na  jego  głowie,  prześlizgnęła  się  po  gęstych 
włosach  i  dotknęła  rozpalonych  nozdrzy,  które  teraz 
znajdowały się  tam, gdzie  przed chwilą  były palce Spencera, 

background image

to  znaczy,  w  zagłębieniu  między  wzgórkami  piersi.  Pragnęła 
go wciąż bardziej i bardziej. 

 - Tamaro, Tamaro - wzdychał ciężko. 
Uniósł  się  i  pocałował  gorąco  jej  usta.  Poczuła  dreszcze 

dobiegające aż do mocno opatulonych palców stóp. 

 - Nie pozwolę ci jutro wyjechać. Zostaniesz ze mną albo 

ja  pojadę  z  tobą  do  Kalifornii,  ale  zaklinam  cię,  nie  może 
przepaść to, co zaczęło się między nami. 

Znowu  całowali  się  namiętnie.  W  pewnym  momencie 

błyskawica  rozdarła  ciemność  i  rozległ  się  grom,  który 
przerwał ciszę. 

 -  Chłopcy  wracają  -  rzekł  Spencer.  Wyprostowali  się. 

Tamara szybciutko się pozapinała. 

 - Ciekawe, czego chcą. Załóż kapelusz i popraw szalik, bo 

będzie ci zimno. Zaraz wracam. 

Po chwili znów był w samochodzie. 
 -  Wspaniali  chłopcy.  Zostawiłem  im  dwa  razy  większą 

sumę  od  tej,  która  im  się  należała,  a  oni  pomyśleli,  że  się 
omyliłem.  Kiedy  powiedziałem,  że  to  ich  nagroda  za  dobrze 
wykonaną pracę, nie chcieli tego przyjąć. To bardzo ładnie z 
ich strony, nieprawdaż? 

 -  To  wielce  chwalebne  -  rzekła,  zachowując  dla  siebie 

swoje uwagi. Dawanie napiwku, równego wartości usługi, nie 
nazwałaby  przejawem  uprzejmości.  Kiedy  następnym  razem 
przyjaciele Spencera zostaną poproszeni o to samo, będą mieli 
prawo  oczekiwać  podobnej  hojności,  a  nie  otrzymawszy 
solidnego napiwku, mogą poczuć się dotknięci. 

 - Przyszli i posprzątali, nawet nie wiem kiedy. 
 -  Ale  oni  wiedzieli,  że  tu  jesteśmy  -  odparła  Tamara.  - 

Ładnie bym wyglądała, gdyby mnie nakryli, hm, w akcji. 

 -  Twoje  akcje  są  wyśmienite.  Nie  masz  się  czego 

wstydzić,  ale  zapewniam  cię,  nikomu  oprócz  mnie  nie  było 
dane  ich  oglądać.  Mam  zamiar  zrobić  to,  o  czym  mówiłem 

background image

wcześniej. Lecę do Kalifornii. Nic nie powstrzyma mnie przed 
podróżą. 

Nieoczekiwanie  rozległo  się  stuknięcie  w  okno.  Spencer 

odsunął szybę. 

 -  Panie  Goddard,  czy  to  nie  jest  kolczyk  pana 

przyjaciółki? Todd znalazł go, gdy wnosiliśmy stół i fotele do 
samochodu i włożył do kieszeni, a potem zapomniał o nim. 

 - Tamaro, to jest Carl, syn moich dobrych znajomych. 
 -  Dobry  wieczór,  panie  Carl,  dziękuję  bardzo.  Proszę 

podziękować ode mnie Toddowi. 

 -  Rzecz  jasna.  Pani  jest  bardzo  grzeczna.  Och,  panie 

Goddard,  zapomniałbym  panu  powiedzieć,  że  znowu 
widzieliśmy  pana  syna  na  zabawie  w  zajeździe  „U  Jacka  i 
Gilla".  Przyszedł  przed  wieczorem,  jakeśmy  stamtąd 
odjeżdżali.  W  głowie  się  nie  mieści,  żeby  tak  postępował 
żonaty chłop. 

Tamarze  zrobiło  się  ciężko  na  sercu.  Miała  przed  oczami 

dwa  obrazy.  Na  jednym  Jilliane  dźwigała  ciężką  tacę,  na 
drugim Matthew wlewał w siebie piwo. 

 - Za chwilę odjadą, tylko Carl wróci do samochodu. 
 - Odjedziemy zaraz po nich - oświadczyła Tamara. 
W  jej  głosie  pobrzmiewało  rozdrażnienie.  Siedziała  w 

bezruchu, wpatrując się  w przestrzeń za wycieraczkami, była 
wściekła i usiłowała opanować emocje. 

 - Tamaro, co się z tobą dzieje? 
To pytanie jeszcze bardziej ją zdenerwowało. 
 - Nic - odpowiedziała. 
Gdyby  nie  chciała  z  nim  rozmawiać,  zakrawałoby  to  na 

dziecinadę i prowadziłoby donikąd, toteż patrząc wciąż raczej 
na wycieraczki niż na Spencera, rzekła: 

 -  Tego  się  nie  spodziewałam.  Dzieje  się  coś  złego.  Czy 

nie wydaje ci się to co najmniej dziwne, że mężczyzna, który 

background image

wczoraj  wziął  ślub,  idzie  sobie  na  party,  podczas  gdy  jego 
żona pracuje do późna w nocy. 

 -  Znowu  te  dzieci.  Jakbyśmy  nie  mogli  spędzić  bez  nich 

tego wieczoru. 

 -  Ja  nie  mogę.  Raz  po  raz  przychodzą  mi  na  myśl.  Ale 

Spencer,  odpowiedz  mi  na  jedno  pytanie.  Chciałabym 
wiedzieć,  co  ty  myślisz  o  tym...  o  tym...  party  -  Kiedy 
odpowiadał, był trochę zdenerwowany: 

 -  Sądzisz,  że  to  ważne,  co  ja  myślę?  To,  że  Matthew 

wybiera  się  gdzieś  bez  Jilliane  czy  vice  v'ersa,  ich  sprawa. 
Jestem  rozczarowany  twoim  podejściem.  Uwierz  mi,  nie 
spodziewałem się tego. 

 - Nic na to nie poradzę - odpowiedziała. 
Pragnęła oszczędzić mu przykrych uwag. Spodziewała się, 

że jako ojciec potępi postępowanie syna i myślała z goryczą, 
że Spencer jest skłonny zaakceptować każdą rzecz, którą zrobi 
Matthew. 

 - Jeszcze parę minut temu o nich nie pamiętałaś. 
 -  Tak,  to  prawda.  Ale  teraz  nie  daje  mi  spokoju  to,  co 

powiedział  Carl, że nie potrafi  sobie  wyobrazić  twojego syna 
jako  czyjegokolwiek  męża.  To  rzeczywiście  trudne.  Jest  tak 
samo niedojrzały, jak Jilliane. 

 -  Och,  Tamaro.  Co  się  stało,  to  się  nie  odstanie.  Czy 

dojrzali, czy nie, są małżeństwem i  chcą nim pozostać, a my 
nie mamy tu nic do powiedzenia. 

 -  Akurat  -  Tamara  gwałtownie  zwróciła  się  do  niego 

twarzą  -  ty  masz  najmniej  do  powiedzenia!  Obrzucasz  ich 
pieniędzmi.  „Hulaj,  dusza,  piekła  nie  ma"  -  to  twoja  dewiza. 
Mają  ich  tyle,  że  dławią  się  nimi.  Stają  się  przez  nie  tępi  i 
lekkomyślni. 

Przez  chwilę  przyglądał  się  jej  w  milczeniu,  po  czym, 

śmiejąc się do łez, zawołał: 

background image

 -  „Hulaj,  dusza,  piekła  nie  ma"!  -  Czy  ja  tak  kiedyś 

naprawdę powiedziałem? Chyba musiałem być pijany. 

Odwróciła się od niego urażona tym, że uważał wszystko 

za zabawne. 

 - Tamaro, kochanie, przybliż się. 
Jego ramię oplotło ją, ale Tamara odrzuciła je. 
 - Nie dotykaj mnie! - wrzasnęła. 
Pochylił  się,  żeby  pocałować  ją  czule  w  ramię  i  wtedy 

przyszła  jej  do  głowy  myśl,  że  to  wszystko  stanowi  dobrze 
ukartowaną grę, dzięki której omal nie udało mu się skłonić jej 
do pogodzenia się z tym, co nie było do zaakceptowania. 

 -  Nie  rozumiem,  jak  taki  Matthew  mógł  zawrócić  jej  w 

głowie, przecież to wykapany tatuś - powiedziała złośliwie. 

Spencer  wyprostował  się,  spojrzał  przed  siebie,  wycisnął 

sprzęgło i wrzucił bieg. 

 -  Ależ  on  ma  swoje  życie  -  odrzekł  twardo  -  i  radzę  ci, 

pozwól  Jilliane  pozostać  jego  żoną.  Sprawy  dzieci  pozostaw 
im samym. Nie wolno ci dyrygować córką i chyba sama tego 
tak naprawdę nie pragniesz. 

 - Ty zawszony tatusiu! - zapiszczała Tamara dotknięta do 

żywego tym pouczeniem. 

Spencer  milczał,  dopóki  nie  wyjechali  na  szosę 

prowadzącą do Rapid City. 

 - Tamaro, nie spodziewałem się, że ciebie, inżyniera dusz 

ludzkich,  może  nie  cieszyć  to,  iż  twoja  córka  staje  się  z 
każdym dniem dojrzalsza. 

Nie odezwała się ani słowem, uważając jego argumentację 

za  kompletne  bzdury.  Płacąc  dosłownie  wszystkie  rachunki 
syna,  z  pewnością  pomaga  mu  w  osiągnięciu  dojrzałości  i 
niezależności.  A  ponieważ  to  nie  jego  latorośl  zawarła 
związek małżeński w tajemnicy i porzuciła college, po to żeby 
podjąć  licho  płatną  pracę,  Tamara  nie  mogła  poważnie 

background image

traktować  jego  poglądów  na  temat  nieingerencji  w  życie 
młodych. 

Czekała ich długa  podróż, o wiele dłuższa, niż wydawało 

się,  gdy  jechali  w  stronę  jeziora,  tym  bardziej,  że  teraz 
odbywali  ją  w  milczeniu.  Spencer  kilkakrotnie  próbował 
nawiązać rozmowę, Tamara odpowiadała  oschle i  niechętnie, 
aż wreszcie zraził się i zapadło milczenie. 

Zatrzymali się przed hotelem. 
Kiedy zrzuciła z nogi kalosz, wraz z nim z jej stopy zsunął 

się but. Rozwścieczyło ją to, bo chciała opuścić samochód bez 
jego  pomocy  i  w  dodatku  jak  najprędzej.  Kiedy  ostrożnie 
zdejmowała drugi kalosz, Spencer sięgnął ręką do klamki. 

 - Nie wychodź, pójdę sama - rzuciła oschle. 
 - Dobranoc. 
 -  Oddaję  ci  to.  Ściągnęła  nowe  zimowe  odzienie.  Nie 

mogłabym tego nosić z czystym sumieniem. 

 - Podaruję Jilliane. Będzie na nią dobre. 
 - Doskonale. Dziękuję za kolację. 
 - Dziękuję za miły wieczór. 
Nie  przejmując  się  zbytnio  tym,  że  o  tak  wczesnej  porze 

Jilliane może jeszcze spać, w niedzielę skoro świt zadzwoniła 
pod numer, który w hotelu zanotowała sobie na serwetce. 

Odezwał  się  Matthew.  Mówił  zaspanym  głosem 

człowieka, który pragnie jedynie wypoczynku. 

 - Halo, Matthew. Czy mogę rozmawiać z Jilliane? 
Cieszyła się, że wyrwała go ze snu. 
 - Czy Jilliane i ja moglibyśmy panią zaprosić na śniadanie 

do restauracji na lotnisku... dzisiaj rano? 

Spytała  go  w  myślach  z  udawaną  troskliwością,  za  czyje 

pieniądze, ojca czy żony, zamierza ją ugościć, po czym bardzo 
uprzejmie  oświadczyła,  iż  nie  przyjmuje  tego  wspaniałego 
zaproszenia  i  że  za  parę...  minut  zejdzie  do  hotelowej 
restauracji. 

background image

Nie  potrafiłaby  usiąść  przy  jednym  stole  z  tymi 

wykolejonymi młodzikami i udawać, że rozstaje się z nimi w 
zgodzie. Miała straszną chęć natrzeć uszu Matthew, za to, że 
poszedł na party. 

W słuchawce rozległ się głos Jilliane. 
 - Cześć, mamo. 
 - Cześć, córeczko. 
 - Czy ciągle jesteś niezadowolona? 
 - Wcale nie. - Głos Tamary zadrżał. 
 -  Miałam  taką  nadzieję.  Wieczorem  bez  przerwy  o  tobie 

myślałam. 

 - Ja też, Jilliane, o tobie. 
 - No to... Czy musisz dzisiaj wracać? 
 - Och! Państwo Lane obchodzą rocznicę. 
 - Ach. Złóż im życzenia ode mnie. 
 -  Dobrze,  Jilliane.  -  Tamara  na  chwilę  umilkła  i 

próbowała  się  opanować.  -  Jilliane,  czy  myślałaś  o  tym...  o 
tym,  żeby  wrócić  do  szkoły?  Nie  pytam  o  inne  sprawy,  bo 
spodziewam  się,  co  mogłabyś  mi  odpowiedzieć.  Ale  co  ze 
szkołą? Czy nie zmieniłaś zdania? 

 -  Nie,  nie  mogę,  spróbuj zrozumieć,  mamo.  Zrobiłam  to, 

co uważałam za słuszne. 

 - Rozumiem doskonale, Jilliane. Nie podoba mi się to, ale 

cię rozumiem. 

Pożegnała się z córką, pojechała na lotnisko, poleciała do 

Los Angeles, a stamtąd - do Malibu. 

background image

ROZDZIAŁ VII 
Dom  z  widokiem  na  morze,  który  Tamara  odziedziczyła 

po  dziadkach,  wiedzących  o  bożym  świecie  tylko  tyle,  że  na 
górze świeci słońce, był prawie tak mały jak chatka, w której 
mieszkała Jilliane. 

Zbudowane  w  końcu  lat  czterdziestych  naszego  wieku 

„pudełeczko",  jak  mawiała  Tamara,  było  pozbawione 
architektonicznej  wymyślności,  więc  nikt  ze  spacerujących 
wzdłuż  pięknego  kalifornijskiego  wybrzeża,  nawet  nie  rzucił 
nań  okiem.  Salon  z  widokiem  na  morze,  maleńki  pokój 
stołowy, ciasna kuchnia, przez którą szło się na werandę, dwa 
pokoiki  sypialne  i  łazienka  -  wszystko  to  znajdowało  się  na 
jednym  poziomie.  Przejąwszy  budyneczek  na  własność, 
przebudowała  go,  zmodernizowała  i  uczyniła  najbardziej 
czarującym mieszkaniem jakie kiedykolwiek spotkała. 

Po  przyjeździe  z  Rapid  City  do  Malibu  w  niedzielne 

popołudnie,  nie  omieszkała  wyrazić  głębokiej,  serdecznej 
wdzięczności dzieciakom, za ich propozycję gościny. W ciągu 
ostatnich  miesięcy  czuła  się  osamotniona.  Brakowało  jej 
Jilliane. 

Jeżdżąc  codziennie  z  domu  do  pracy  i  z  pracy  do  domu, 

myślała  o  tym,  że  mogłaby  prowadzić  jakieś  sensowniejsze 
życie. Usiadła w białym, wiklinowym fotelu, ułożyła głowę na 
jasnej  poduszce  w  kwiatki  i  z  upodobaniem  przyglądała  się 
swojej  ulubionej  begoni.  Jakże  różniła  się  ta,  tryskająca 
zdrowiem,  roślina  od  niej,  pozbawionej  chęci  do  życia. 
Wydawało  jej  się,  że  ma  tylko  tyle  sił,  żeby  dowlec  się  do 
łóżka  i  zasnąć  na  pół  doby  kamiennym  snem,  a  mimo  to 
jeszcze  przejrzała  pocztę,  przeczytała  telegramy,  które 
nadeszły, i wreszcie porządnie się wykąpała. 

Uroczystość  rocznicowa  miała  się  odbyć  w  pewnym 

klubie  na  zachodnich  peryferiach  Los  Angeles,  więc  czekały 
ją  dzisiaj  dwie  ponad  półgodzinne  podróże.  O  Boże,  jakże 

background image

była  skołatana.  Kiedy  przekrzywiwszy  głowę  zdejmowała 
kolczyk,  pomyślała,  że  to  nie  wielogodzinna  podróż  tak  ją 
wyczerpała, lecz całodzienne rozważania. 

Wracała w czasie podróży wspomnieniami do wydarzeń w 

Rapid  City,  do  tego  strasznego  spotkania  z  Jilliane  i  jej 
mężem,  do  mąk,  jakie  przyszło  jej  przeżyć  sobotniego 
poranka,  do  godzin  spędzonych  ze  Spencerem  -  szczególnie 
do nich. Błądziła myślą od przeżycia do przeżycia, wciąż bez 
końca  jak  w  labiryncie.  Rzucała  ciężkie  oskarżenia  pod 
adresem  Spencera,  to  znów  wpadała  w  jego  objęcia  i  drżała 
wewnętrznie  z  zimna  i  niezaspokojonej  żądzy,  tak  jak  na 
lodowatej tafli jeziora w Południowej Dolinie. 

Wsiadając do samochodu, postanowiła zostawić wszystkie 

kłopoty  w  domu.  Na  uroczystość  musi  przybrać  uśmiech, 
stosowny do okazji. Kiedy ktoś pytał, jak Jilliane radzi sobie 
w  szkole,  odpowiadała,  że  doskonale.  Nie  był  to  wieczór 
odpowiedni na smutne wydarzenia. 

W  poniedziałek,  nad  ranem,  przeszła  całą  drogę  do 

Westwood, rozmyślając o Spencerze. Ale później całą uwagę 
skupiła  na  klientach.  W  Westwood  posiliła  się  zupą  i  sałatą, 
potem  miała  odczyt  na  uniwersytecie.  W  domu,  wyczerpana, 
twardo  zasnęła.  Obudziła  się  już  po  trzech  godzinach  i  w 
dalszym ciągu myślała o nim. 

We wtorek, jadąc do pracy denerwowała się, że to właśnie 

on zaprząta jej myśli, teraz, kiedy ona powinna zastanowić się 
nad  losem  Jilliane.  Czuła,  że  nie  wywiązuje  się  ze  swoich 
rodzicielskich 

obowiązków. 

czasie 

pierwszej 

przedpołudniowej  wizyty  przypomniała  sobie  o  córce  i 
zaniepokoiła się o nią, a nawet robiła sobie wyrzuty, co się jej 
kiedyś nie zdarzało. Czterdziestoletnia kobieta imieniem Terry 
opowiadała o swoim intymnym życiu. Mówiła, że ogólnie nie 
stroniła  od  mężczyzn,  ale  nie  może  sobie  znaleźć 

background image

odpowiedniego  partnera,  ponieważ  ci  wszyscy,  którzy 
pojawili się w jej życiu, byli zdominowani przez matki. 

 - Kiedy wracam myślą  wstecz, dochodzę  do wniosku,  że 

mój  pierwszy  mąż  był  moją  najprawdziwszą  miłością  - 
zwierzała  się  Terry. - Jego matka  wszystko zrobiła, żebyśmy 
się rozeszli. Nie miałam siły z nią walczyć. Wkrótce uznałam 
wszystkie  jej  argumenty  przeciwko  mojemu  małżeństwu  z 
Curtem za słuszne. 

Tamara  poczuła  wewnętrzny  ucisk,  wyobrażając  sobie 

Jilliane, która po upływie dwudziestu lat, opowiada terapeutce 
podobną  historię:  „Matthew  Goddard  był  miłością  mojego 
życia.  Sądzę,  że  przestaliśmy  się  kochać,  dlatego  że  moje 
małżeństwo stanęło pomiędzy mną i moją matką. Nie mogłam 
sobie z tym poradzić". 

 -  Obawiam  się,  że  będę  musiała  rozstać  się  z  Joe,  jak  ze 

wszystkimi  innymi.  Widocznie  nie  potrafię  przełamać  złej 
passy. - Pacjentka Tamary przestała wierzyć w siebie. 

Oczy Tamary rozwarły się  z  przerażenia, gdy zdała  sobie 

sprawę  z  tego,  że  skupiła  się  na  sprawach  Jilliane,  nie 
zwracając uwagi, na to co mówiła Terry. 

Podczas  lunchu  poważnie  zastanawiała  się  nad  jakością 

swojej pracy. Czy powinna pomagać innym w rozwiązywaniu 
spraw  osobistych  i  rodzinnych,  zapytała  siebie,  gdy  ma  tak 
wiele  kłopotów  ze  sobą.  Tego  popołudnia  miała  wyjątkowo 
dużo  klientów.  Ale  w  końcu  przyszedł  czas,  kiedy  mogła 
wyłączyć  światło  i  opuścić  biuro.  Wtedy  w  jej  świadomości 
rozgościł się Spencer jak wygodnicki intruz, którzy zamierzał 
pozostać na noc. 

W  domu  zjadła  avocado,  kanapki  z  chlebem  otrębowym 

na  miodzie,  które  posypała  kiełkami  lucerny  i  jeszcze  raz 
zasiadła  do  jednego  z  najwcześniejszych  kryminałów 
Nicholasa Kenyona. Dedykacja, którą przeczytała na wstępie, 

background image

rozdrażniła  ją  tak,  że  nie  mogła  się  uspokoić  przez  cały 
pierwszy rozdział. 

 -  Co  za  Joyce?  -  mruknęła  i  wyrżnęła  „Ciałem,  które 

pokonało  przyciąganie"  o  szklany  blat  wiklinowego, 
koktajlowego  stolika.  „To  na  pewno  była  jego  miłość  - 
pomyślała. - Przyjaciółce, agentce, maszynistce, komukolwiek 
z  kim  się  nie  sypia,  nie  wypisuje  się  takich  rzeczy:  „Na 
pamiątkę  Joyce,  której  uroda,  talent  i  dowcip  poruszają 
ociężałe męskie umysły". 

Nie  wyobrażała  sobie,  żeby  takie  słowa  kierował  do 

jakiejś  starej  przyjaciółki.  Kim  więc  była  Joyce?  Też  mi 
zmartwienie. 

Zerwała  się  z  miejsca.  Przechadzka  dobrze  jej  zrobi, 

przepędzi  z  głowy  Spencera.  Najpierw  jednak  weszła  do 
sypialni i wyjęła ze szklanki duży błyszczący kolczyk. Należał 
do  kompletu  kosztowności,  w  które  się  przyozdabiała,  kiedy 
chciała  wywrzeć  wrażenie  na  jakimś  mężczyźnie.  Był  to  ten 
sam  złoty  przedmiot,  który  Carl  znalazł  na  lodzie.  Tamara 
zapomniała  spytać  Spencera  o  ten  drugi,  który  pozostał  w 
kieszeni parki.  

Ściskając  go  w  jednej  ręce,  a  w  drugiej  maleńką  latarkę, 

zbiegła schodami na plażę. Rozejrzała się wokół, czy nikt jej 
nie obserwuje. Uszedłszy kilka metrów, odwróciła się jeszcze 
raz, aby się upewnić, że jest naprawdę sama. W tym miesiącu 
wszystkie  domy  w  sąsiedztwie  były  puste,  nawet  jeżeli  na 
zewnątrz  i  wewnątrz  paliły  się  światła.  Nie  dziwiła  się,  nie 
widując  całymi  tygodniami  ich  właścicieli,  którzy  ciągle 
podróżowali.  Państwo  Harloes  wyjechali  do  Paryża, 
Handeville'owie  -  ornitolodzy  ubezpieczyli  swoje  mienie  i 
uganiali się za ptactwem po Ameryce Południowej. 

Zeszła niżej, tam gdzie piasek był mokry, przysięgając, że 

jednym pewnym ruchem ręki usunie ze swego życia Spencera 
Goddarda, którego symbolizował kolczyk. 

background image

Szum i plusk wody kazał jej się opamiętać. Jeśli rzuci ten 

przeklęty kawałek  metalu do wody, to  z  pewnością wróci do 
niej i będzie ją straszył. Pierwsza fala wyrzuci go na brzeg, a 
on złośliwie, niby jakieś żywe stworzenie, będzie posuwał się 
cal  po  calu  w  kierunku  domu  i  pewnego  dnia.  znajdzie  go 
przed progiem. 

Postanowiła  rozwiązać  ten  problem  inaczej.  Narysowała 

serce, w środku wykopała dołek, wrzuciła kolczyk i zasypała 
piaskiem. 

Żal  jej się  zrobiło  Spencera, którego pochowała w czasie 

dzisiejszego spaceru. W drodze powrotnej gorzko płakała. Nie 
mogła  siebie  znieść.  Miała  to  być  przyjemna  przechadzka,  a 
sama ją popsuła. Za to obiecała sobie dobry spacer jutro rano 
przed  pracą.  A  teraz  musiała  dać  upust  swojemu  żalowi. 
Powstrzymywanie  się  od tego  nie  było  wskazane,  w  dodatku 
w samotności mogła sobie na to pozwolić. 

Po  powrocie  do  domu,  kiedy  porządnie  się  posiliła, 

pochłaniając  dwie  porcje  lodów  czekoladowych,  pozwoliła 
swojej  wyobraźni  przenieść  się  do  Black  Hills,  do  domku  w 
stylu  skandynawskim.  Z  powodu  różnicy  czasu  Spencer 
prawdopodobnie dawno już spał. 

 - Spencer -  szeptała czule  - śnij  o mnie we śnie  i  myśl  o 

mnie, kiedy się przebudzisz. 

Płucząc  miseczkę  i  łyżeczkę,  a  potem  wycierając  je, 

zastanawiała  się,  czy  Spencer  będzie  ją  często  wspominał  i 
czy  kiedykolwiek  zadedykuje  jej  jakąś  powieść.  Wyobraziła 
sobie takie słowa na karcie tytułowej: 

„Tamarze, zimnej i niestałej, jak lód, na którym tańczyła". 
Powiesiła 

ścierkę 

na 

plastikowym 

wieszaku 

umieszczonym  na  boku  lodówki,  usiadła  przy  oknie  i 
wpatrywała  się  w  pustą  plażę.  Zaklinała  się,  że  już  jutro 
Spencer opuści jej myśli. To pewne jak to, że kolczyk, który 
zakopała na plaży, zabrała morska fala. 

background image

Obudziła się w środę o szóstej rano. Wyskoczyła z łóżka, 

ochlapała  twarz,  przejechała  szczoteczką  po  zębach, 
przyczesała włosy, wskoczyła w różowy dres i tenisówki i nie 
zawracając  sobie  głowy  ani  sznurowaniem  obuwia,  ani 
zamykaniem drzwi na klucz, popędziła nad morze. 

Zbiegła,  raczej  sfrunęła  schodami  w  dół  i  gnała  przez 

plażę.  Dzięki  Bogu,  przypływ  nie  zmył  serca.  Klękła  i 
wykopała wdowi kolczyk. Oczyściła go z piasku i przycisnęła 
do  policzka.  Zamknęła  oczy,  a  jej  umęczoną  głowę  wypełnił 
cichy, basowy szept Spencera: 

„Jaki  piękny  -  jak  gwiazdy,  jak  twój  uśmiech,  jak  twoje 

oczy Tamaro". Było to tak sugestywne, że poczuła na swoim 
ciele jego gorący oddech i ręce, które ją pieściły. 

Wstała,  schowała  kolczyk  do  kieszeni  spodni  i  wolno 

ruszyła przed siebie. Wlokąc się noga za nogą, udzielała sobie 
porady: 

 - Zapomnij  o nim, Tamaro. Sposób w jaki  durzysz się  w 

tym mężczyźnie, z którym nigdy nie będziesz szczęśliwa, jest 
nieefektywny, a poza tym niesmaczny. 

 - Dzień dobry, Tamaro. 
Odskoczyła  na bok, przełknęła ślinę z wrażenia i  oczami, 

które  omal  nie  wyszły  jej  na  wierzch,  zobaczyła  Spencera. 
Wydawało  się  jej,  że  widzi  ducha.  Odwróciła  się  i  zaczęła 
szybko odchodzić. 

 -  Przychodzisz  tutaj  codziennie  rano?  -  spytał 

nonszalancko. - To świetny sposób na rozpoczęcie dnia. 

Była  zbyt wstrząśnięta, by sformułować najprostsze  „tak" 

albo  „nie",  ale  nie  miało  to  znaczenia,  bo  teraz  właśnie  on 
mówił. 

 -  Niech  zginę,  Tamaro,  nie  wiedziałem,  że  jesteś  takim 

uparciuchem.  Nie  mogłem  pozwolić  na  zmarnowanie  trzech 
dni. Bardzo mi ciebie brakowało. 

background image

 -  Brakowało!  -  wykrztusiła,  odzyskując  mowę  i 

kontynuowała w marszu. - Nawet mnie nie znasz. Jak ci może 
brakować kogoś, z kim spędziłeś tylko weekend? 

 -  To  dużo!  To  bardzo  wiele!  Znam  cię  od  dawna.  Bez 

ciebie  dostaję  rozstroju  nerwowego.  Nie  mogę  napisać  ani 
linijki.  Czy  wiesz,  co  to  znaczy  dla  pisarza?  Do  diabła,  nie 
mogę  przecież  teraz  wrócić  do  zawodu  maklera,  do  tej 
przeklętej walki o byt, do dżungli, gdzie jeden zjada drugiego, 
żeby przeżyć. Ja kocham spokój. 

 - Ja też - rzekła dobitnie i przyspieszyła kroku. 
 -  Czemu  tak  się  zachowujesz?  -  zapytał  zirytowany 

Spencer, zrównując się z Tamarą. 

Milczała.  Tak  wiele  miała  mu  do  powiedzenia.  Przede 

wszystkim,  że  tęskniła  do  niego  tak  samo,  jak  on  do  niej. 
Najpierw  jednak  postanowiła  wyrazić  ubolewanie  z  powodu 
swojego postępowania. 

 -  Spencer,  bardzo  się  cieszę,  że  mam  okazję  przeprosić 

cię za moje dziecinne zachowanie nad jeziorem. Nie wiem, co 
mnie  wtedy  napadło.  Wszystko  chyba  przez  to,  że  było  to 
moje pierwsze spotkanie z mężczyzną. 

 -  Drugie  -  poprawił  ją.  -  Za  pierwszym  razem  widziałaś 

mnie nagiego, pamiętasz? 

 -  To  mi  czasami  chodzi  po  głowie,  gdy  oglądam  Wielki 

Kanion  i  Statuę  Wolności  -  przyznała  się,  sadząc  długimi 
susami. - Kiedy przyjechałeś? 

 - Wieczorem. Bardzo późno, naprawdę. Oto dlaczego nie 

przyszedłem  od  razu  ani  nie  zadzwoniłem.  Ale  kosztowało 
mnie to wiele. Tak bardzo pragnąłem się z tobą zobaczyć, że 
przez parę godzin nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. W końcu 
włączyłem  światło,  wyciągnąłem  „Nastolatków  i  ich 
rodziców",  zacząłem  oglądać  twoje  zdjęcia  na  okładce, 
zasnąłem nad książką i śniłem o tobie. 

background image

Chłonęła  te  słowa,  czując  jak  coraz  bardziej  go  pragnie, 

ale  nadal  nie  mogła  dojść  do  siebie.  Ta  mieszanina  odczuć 
uskrzydliła jej stopy, które niosły ją wciąż prędzej i prędzej. 

Spencer wyraził podziw dla jej chyżości i dodał: 
 - Teraz już wiem, skąd ta wspaniała forma. 
 -  Dziękuję  -  odpowiedziała  i  nagle  zwolniła.  -  Możemy 

się przespacerować. 

 -  Dzięki  Bogu  -  sapał,  drepcząc  przy  niej  w  tych  swoich 

kaloszach. 

 -  Muszę  wracać  do  domu  i  przygotować  się  do  pracy  - 

tłumaczyła. 

 -  To  ty  w  środy  pracujesz?  -  Z  powodu  niezadowolenia 

głos Spencera był niższy niż zwykle. 

 - Nie wszyscy doktorzy mają wolne środy. - Spojrzała mu 

w  oczy,  a  potem  obejrzała  go  od  stóp  do  głów,  szczególnie 
przyglądając  się  jego  odzieniu.  Miał  na  sobie  zbyt  luźne 
wełniane  spodnie  -  za  krótkie  i  nieco  workowate,  dziwaczną 
brązową  koszulę  w  kratę  z  zawiniętymi  rękawami,  zupełnie 
nie zwężającą się w talii. 

Już  kiedyś miała okazję oglądać  ten swojski  strój, ale nie 

mogła  sobie  przypomnieć  gdzie.  Z  pewnością  nie  w 
Południowej Dakocie i nie na Spencerze. 

Stanął  w  bezruchu  i  rozkrzyżował  ręce,  aby  ułatwić  jej 

obserwację. 

 -  Podoba  ci  się  moje  drugie  wcielenie?  -  spytał.  - 

Podyktowała je konieczność. Moje walizki nie przyleciały za 
mną.  Nie  pytaj,  dlaczego.  To  czasem  się  zdarza,  jak  mi 
wyjaśnił przedstawiciel linii lotniczych. 

 - Skąd wziąłeś takie ciuchy? 
 -  Z  szafy  stojącej  w  mieszkaniu  twoich  sąsiadów. 

Wynajmuję  je  od  piętnastego  marca.  Czy  wyobrażasz  sobie, 
jakie miałem szczęście? Po pierwsze - cały dom jest do mojej 
dyspozycji,  a  po  drugie  -  właściciele  nie  pozamykali  w 

background image

szafach  wszystkiego.  Nie  mogłem  przecież  przez  cały  dzień 
zastanawiać  się,  w  co  się  ubiorę,  więc  pozwoliłem  sobie  to 
wypożyczyć. Ale bielizna jest moja. Włożyłem ją do nesesera 
wraz z rękopisem i przyborami do golenia. 

Tamara, milcząc, chłonęła każde jego słowo, potem nagle 

przewróciła  się  na  piasek  i  zaczęła  tarzać  ze  śmiechu. 
Wszystko  to  rozbawiło  ją  do  tego  stopnia,  że  myślała,  że 
ducha wyzionie. 

Spencer ukląkł obok niej i też chichotał: 
 - Czy coś nie tak? 
 -  Nie  sądzę  -  zakrztusiła  się  Tamara,  złapała  oddech  i 

dalej się śmiała... 

 -  Spójrz  na  mnie!  -  rozkazał,  ujmując  dłonią  jej  brodę  i 

usiłując wolniutko wbrew jej woli podnieść jej głowę. 

 -  Nie,  nie  rób  tego.  W  głowie...  W  głowie  mi  się  kręci! 

Och... Och, chyba oszaleję od tego śmiechu. 

 -  Wiem.  Dlatego  chcę,  żebyś  na  mnie  spojrzała!  No, 

podnieś główkę, moja dziewczynko! 

Spojrzał  głęboko  w  jej  oczy,  w  których  błyszczały  łzy 

radości: 

 -  Kocham  twój  śmiech.  Śmiej  się.  Nie  krępuj  się.  Śmiej 

się, ile dusza zapragnie. To najsłodsza muzyka. Dla niej samej 
opłacało się tu przyjechać. 

 -  Ale...  Spencer...  nie  chcę  się  już  ani  śmiać,  ani  płakać. 

Jedno i drugie mam już poza sobą - rzekła z ciężkim sercem. 

 - Dość! - przerwał rozkazującym tonem i objął ją. 
Nie  pomogło  to  więcej  niż  jego  żądanie.  Tamara  tylko 

zadrżała  i  westchnęła.  Spencer  pocałował  ją  w  policzek,  po 
którym spływały wolno łzy. Leżeli tuż obok siebie na piasku, 
objąwszy się i patrzyli na siebie z oddaniem. Położyła głowę 
na  jego  szerokim  torsie.  Spencer  tulił  ją  mocno  do  siebie, 
gładził  jej  ciało  od  korony  wspaniałych  włosów  do  kolan. 

background image

Wygięła się w łuk, ich usta złączyły się na długo w radosnym i 
spokojnym pocałunku. 

Kiedy się od siebie oderwali, spytał zdyszanym głosem: 
 -  Co  ty  tu  robisz?  -  I  ze  zdziwieniem  wyjął  kolczyk  z 

kieszeni ukochanej. 

Siedzieli  w  kucki  na  plaży,  a  między  nimi  chwiał  się 

kolczyk. 

Spojrzała nań w zadumie. 
 - Wiesz, myślałam, że włożyłam tutaj klucz. Jak mogłam 

tak się pomylić? 

 - A drzwi zamknęłaś? 
 - Nie. Zapasowy klucz leży w doniczce z kwiatami. 
Przy tych słowach uniosła się i pocałowała go w nos. Miał 

taki  szlachetny  nos,  że  aż  zdziwiła  się,  że  wcześniej  tego  nie 
zauważyła. 

 - To niedobrze, że nie zamknęłaś - rzekł. 
 -  Dlaczego?  Czyżbyś  nie  chciał  mi  pokazać,  jak 

elegancko będziesz włamywał się do mojego domu, żeby mnie 
zdobyć? - Pocałowała go w sam środek brody. 

Jaka świetna broda. Chropowata, męska, ale pomyślała, że 

nie to było w niej dominujące. 

 - Tego bym nie zrobił - odpowiedział, przesuwając ręką w 

dół, wzdłuż pleców. Przeniknął ją przyjemny dreszcz. Jeszcze 
bardziej  pochylił  się  nad  nią.  Jego  ręce  zatrzymały  się  na  jej 
lędźwiach. 

 - No, co byś zrobił, gdybyś nie mógł dostać się do mojego 

domu?  -  Położyła  dłonie  na  jego  piersi  i  masowała  ją, 
odwzajemniając  mu  w  ten  sposób  przyjemność,  którą  jej 
sprawiał pieszczotami. 

 - Zabrałbym cię - przerwał, nachylił się i lekko pocałował 

jej usta - do mojego domku. 

Wynajął  dom.  W  głowie  nie  mieściła  się  ta  jego 

rozrzutność.  Przestała  go  całować,  przytuliła  twarz  do  jego 

background image

gorącej  szyi.  Co  June  Handeville  pomyślała,  gdy 
wynajmowała mu dom? O co pytała? Zapewne zażądała dwa 
tysiące  za  miesiąc.  Ale  to  był  Spencer,  romantyk  aż  do 
zwariowania,  człowiek  bez  trosk  w  życiu.  Pokręciła  głową. 
Jak ma postępować kobieta z tak nieokiełznanym mężczyzną? 
Nic,  tylko  wpleść  palce  w  jego  włosy  i  złączyć  się  z  nim  w 
długim, bardzo długim pocałunku. 

Kiedy się podnieśli, Spencer rzekł: 
 -  Myślę,  że  powinienem  zabrać  panią  do  mojej 

posiadłości, pani doktor Beattie. 

 - Naprawdę? Po co? - wyszeptała mu w usta. 
Wiedziała  doskonale  po  co,  ale  chciała  to  usłyszeć  od 

niego. 

 -  Po  to...  żeby...  bo  chcę  być  tam  z  tobą...  hm...  ach... 

przez cały dzień i całą noc. 

 -  Cały  dzień!  -  zawołała,  wyrywając  mu  się  z  rąk.  - 

Spencer!  Przez  cały  dzień  udzielam  porad.  Muszę  być  w 
pracy. 

Pobiegli  w  stronę  domu,  znowu  padli  na  piasek, 

pocałowali  się  na  pożegnanie  i  nie  odrywając  od  siebie 
nienasyconego  wzroku  rozeszli  się  po  schodach  do  swoich 
domów. 

 - Zadzwonię do ciebie - powiedziała. - Przygotuję kolację. 

Wrócę do domu około szóstej. 

 -  Nie  będziesz  gotowała  po  całym  dniu  pracy  - 

odpowiedział. - Wybierzemy się gdzieś. 

 - W porządku, ale  dzisiaj  moja kolej. Wiesz, Spencer... - 

W połowie drogi odwróciła się. - Cieszę się, że przyjechałeś - 
wyznała. 

background image

ROZDZIAŁ VIII 
Dojeżdżając  do  Westwood,  gdzie  zwykle  panował 

straszliwy ruch, Tamara postanowiła zadzwonić do Spencera i 
umówić się z nim na lunch. Ale kiedy mijała biura, zmieniła 
decyzję. Pomyślała, że lepiej będzie, jeżeli Spencer pozostanie 
w  Malibu  i  odpocznie.  Nie  ma  sensu  jechać  tak  daleko,  do 
centrum  miasta  i  pokonywać  te  wszystkie  korki.  Dla 
wspólnego  obiadu?  To  byłoby  niepraktyczne.  Mieli  za  sobą 
piękny  dzień,  który  spędzili  nad  oceanem.  Taki  dzień  może 
zaowocować nawet utworem literackim. 

Zadawała sobie pytanie, czy Spencer zdolny jest do pracy. 

Może  gdyby  w  domu  Handeville'ów  była  drukarka,  mógłby 
posłużyć się komputerem. 

Myśl o tym, że mieszka w sąsiednim domu naprowadziła 

ją  na  tematy  filozoficzno  -  ekonomiczne.  Gdyby  po 
przyjeździe  do  Kalifornii  zatrzymał  się  w  hotelu,  miałoby  to 
sens,  ale  wynajęcie  domu  w  tym  celu,  żeby  sobie  ułatwić 
romans, uznała za niedorzeczne. Uważała, że pieniądze są po 
to, żeby je wydawać, ale trzeba to robić ostrożnie, rozważnie, 
bo  nigdy  nie  wiadomo,  co  będzie  jutro.  Widocznie  miał 
nadzieję,  że  z  każdym  dniem  będzie  mu  ich  przybywać.  Ale 
przecież  kiedyś był  maklerem, musiał  się  więc orientować  w 
stanie finansów Nicholasa Kenyona. 

No tak, ale ona nie pozwoliłaby sobie na tak niefrasobliwe 

życie,  choćby  osiągała  nie  wiadomo  jakie  sukcesy.  I  chociaż 
schlebiało  jej  to,  że  starał  się  ją  zobaczyć,  wzdrygała  się  na 
myśl,  ile  kosztują  jego  romantyczne  wzloty.  Sama  opłata  za 
wynajęcie  domu  pozwoliłaby  jej  córce  na  studiowanie  w 
college'u  przez  kilka  miesięcy.  A  tymczasem  Jilliane  nie 
chodzi  do  szkoły.  Ale  to  są  jego  pieniądze,  więc  ma  prawo 
dysponować nimi według swojego uznania. 

Tamara  zawsze  zjawiała  się  w  pracy  wcześniej  od 

sekretarki, Wilmy. Tego ranka bezpośrednio po otwarciu biura 

background image

usłyszała  kroki  w  holu.  Myślała,  że  to  prawnik,  którego 
zatrudniała. Odwróciła się, żeby go powitać, ale to nie był on, 
lecz  pracownik  kwiaciarni,  który  przywiózł  wiązankę 
dwunastu  róż  przeznaczonych  dla  niej  -  czerwonych, 
różowych  i  żółtych  -  w  białym  wazonie.  W  kwiatach  była 
kartka: „Tuzin róż za każdy dzień rozłąki - Spencer". 

 -  O  Boże,  to  czyste  szaleństwo.  To  działa  mi  na  nerwy, 

ale  dlaczego?  -  pytała  siebie  samej,  stawiając  bukiet  na  stole 
Wilmy. 

Aby  nie  budzić  sensacji,  wyjęła  kartkę  z  plastikowej 

oprawy i cofnęła się o kilka kroków, żeby się przyjrzeć różom, 
które  zajęły  cały  stolik  i  wcale  nie  były  na  miejscu  w  takiej 
instytucji. Zagryzła wargi, ale potem zmarszczyła brwi, jakby 
upominając  siebie,  że  powinna  przyjmować  jego  hołdy  tak 
samo ciepło i szczerze, jak on je składa: 

„Powinnam  się  cieszyć,  że  okazuje  mi  tyle  uczucia  i 

nauczyć  się  tak  samo  kwieciście  wyrażać  swoje  emocje"  - 
pomyślała. 

Przyszła Wilma i zaczęła przyglądać się kwiatom. 
 -  Ach,  Tamaro.  Albo  od  wdzięcznego  pacjenta,  albo  od 

nowego wielbiciela. 

 - Czy nie będą ci przeszkadzać na stole - spytała zgrabną, 

ale  już  siwiejącą  sekretarkę.  -  W  moim  gabinecie  mogłyby 
rozpraszać klientów. 

Ale tego przedpołudnia właśnie ona była rozkojarzona. Po 

raz pierwszy w swojej karierze psychologa miała trudności ze 
skupieniem uwagi na tym, co mówili ludzie, zwracając się do 
niej  po  rady.  I  nie  były  to  chwilowe  pauzy,  po  których 
natychmiast wracała do rzeczywistości. 

W wyobraźni widziała siebie o północy na plaży w silnych 

ramionach Spencera. Szum przypływu zagłuszał bicie ich serc. 
Żadna  potrzeba,  żadna  konieczność  nie  mogły  wyrwać  jej  z 

background image

tego stanu, chociaż z całych sił pragnęła skoncentrować się na 
wykonywanej pracy. 

Peggy,  która  przyszła  na  jedenastą,  opowiadała,  jak 

rozśmieszył  ją  jej  nagi  narzeczony.  Chociaż  myślała  o  nim 
poważnie, nie potrafiła ukryć przed nim rozbawienia, widząc 
jego  obnażone  ciało.  Człowiek,  którego  miała  poślubić  był 
niepełnosprawny  i  potrzebował  potwierdzenia  z  jej  strony 
swojej męskiej atrakcyjności. 

Słuchając  tego,  co  z  przejęciem  opowiadała  Peggy, 

myślała  o  zapierającym  dech  pięknym  ciele  Spencera. 
Wyobraziła  sobie  jego  i  siebie  nago,  klęczących  obok  siebie 
przed kominkiem, oddających się pieszczotom. Płonął, gdy jej 
ręce dotykały jego stalowych muskułów lub intymnych części 
ciała. Osiągali szczyt rozkoszy i od tego, co robili, można było 
dostać zawrotu głowy. 

Przywołała  się  do  porządku,  mając  nadzieję,  że  jej 

roztargnienie  nie  zostało  zauważone.  W  poczuciu  winy 
poświęciła  klientce  dodatkowych  30  minut,  w  wyniku  czego 
zabrakło jej czasu na lunch. 

 - Czy mógłby mi pan na poczekaniu skrócić te spodnie? - 

zwrócił  się  Spencer  do  sprzedawcy,  dodając,  że  chciałby 
odebrać  jeszcze  jedne  i  sportowy  płaszcz,  które  miały  być 
gotowe na godzinę czwartą. 

Chwilę  później  opuścił  sklep  odziany  tak,  że  Tamara 

prawdopodobnie nie mogłaby otrząsnąć się z szoku, gdyby go 
ujrzała w swoim biurze. 

Przez  trzy  dni  Spencer  uważnie  obserwował  Tamarę. 

Chciał  wiedzieć  dosłownie  wszystko  o  jej  stylu  życia.  Kiedy 
obwiozła  go  po  swoim  królestwie,  zaczynając  od  cukierni,  a 
kończąc  na  recepcji  u  dentysty,  miał  wrażenie,  że  zobaczył 
wszystko,  co  najistotniejsze  w  południowej  Kalifornii,  nawet 
jeżeli na ulicach legendarnego Los Angeles, w Hollywood czy 
Beverly  Hills  czekały  go  jakieś  inne  przeżycia.  W  swoim 

background image

zainteresowaniu  posunął  się  nawet  do  tego,  że  chciał  się 
dowiedzieć,  gdzie  jest  stacja  obsługi,  w  której  Tamara 
naprawia samochód oraz gdzie go parkuje, idąc do pracy. 

Lubił  jej  sprawiać  niespodzianki,  dzwoniąc  właśnie  tam, 

gdzie się w tej chwili znajdowała. Cieszyło go jej przyjemne 
zaskoczenie prezentami: kapeluszem, szalem, rękawiczkami. 

Pamiętając, jak wiele sobie samemu może sprawić radości 

postanowił natychmiast kupić jej mały prezencik. Przejeżdżał 
właśnie koło jubilera. Trzy razy okrążył to miejsce, jeżdżąc w 
żółwim  tempie,  aż  wreszcie  postawił  samochód  o  kilka  ulic 
dalej. 

 - Jak tu można żyć? - dziwił się. 
W  Rapid  City  poruszanie  się  i  parkowanie  było  o  wiele 

łatwiejsze. 

Przyszedł do biura Tamary około drugiej. Kiedy wchodził 

do  budynku,  inny  mężczyzna  otwierał  drzwi  wejściowe, 
wymieniając imię Tamary. 

„Znam tego faceta - pomyślał i obejrzał się w jego stronę. 

-  To  jest.  To  jest...  -  Spoglądał  z  ukosa  na  wysokiego, 
czarnowłosego 

człowieka, 

który 

przypominał 

mu 

skrzyżowanie  Rambo  z  marynarzem  z  NBC.  Usiłował 
przypomnieć sobie jego  nazwisko. - To on!"  - powiedział do 
siebie,  gdy  uprzytomnił  sobie,  że  mężczyzna  w  lotniczych 
okularach,  za  którymi  ukrywał  swe  oczy,  jest  świetnym 
Hollywoodzkim  reżyserem.  Ta  twarz  od  czasu  do  czasu 
pojawiała się na okładkach magazynów. 

Spencer  zaczął  wyrzucać  sobie,  że  interesował  się,  gdzie 

Tamara kupuje margarynę i pastę do zębów, a nie przyszło mu 
do głowy sprawdzić, kim są jej klienci. 

Ciekawiło  go,  czy  Tamara  ma  powodzenie  u  mężczyzn  i 

czy  wszyscy  klienci  są  w  niej  zakochani.  Z  pewnością  tak, 
ponieważ czytał, że ludzie zawsze durzą się w terapeutach płci 
przeciwnej.  Zawsze.  Jest  taki  artykuł.  Zapamiętał  sobie 

background image

zawarte  w  nim  uogólnienia.  Jego  bliski  przyjaciel,  Dan 
Davidson  udzielał  przez  pewien  czas  porad  kobietom.  Po  tej 
lekturze  Spencer  zastanawiał  się,  czy  nobliwy  starszy  pan 
Dan,  o  dwudziestoletnim  stażu  małżeńskim,  marzył 
ukradkiem o swoich pacjentkach. 

Mężczyźni,  którzy  znaleźli  pomoc  u  kobiety  psychologa, 

zawsze się w niej zakochują. Zawsze. Bez wyjątku. Więc ten 
facet,  który  prawdopodobnie  ubiega  się  o  nagrodę  Akademii 
dla  najwybitniejszych  reżyserów,  jest  po  uszy  zakochany  w 
Tamarze.  „Ona  jest  moja  -  myślał,  spoglądając  na  reżysera, 
który  właśnie  przepadał  w  tłumie,  spiesząc  na  kolejne 
spotkanie. - Trzymaj się z daleka, bo ja się z nią żenię". 

W  tym  momencie  zdał  sobie  sprawę  z  dwóch  rzeczy,  po 

pierwsze,  że  wkrótce  będzie  żonaty,  po  drugie,  że  miłość  do 
pani psycholog  wzmaga jego wigor seksualny. Dał  jej  więcej 
rozkoszy,  niż  się  spodziewał,  więc  nie  było  powodu,  żeby  ją 
uwodzili inni mężczyźni. 

 -  O,  pani  doktor  Beattie,  uwielbiam  pani  żarliwe, 

gorączkowe  okrzyki  -  wyszeptał  z  uśmiechem,  którym 
pokrywał wewnętrzną rozterkę. 

Wszedł do biura. 
Sekretarka,  której  stół  tonął  w  kwiatach,  pochodzących 

właśnie od niego, oznajmiła, że pani psycholog ma interesanta 
i nie wolno jej przeszkadzać. 

 -  Czy  przyjmie  jeszcze  jedną  osobę?  -  zapytał.  - 

Widziałem, jak przed chwilą ktoś opuszczał gabinet. 

 - Hm, tak, to jest bardzo pracowity dzień, pani doktor jest 

nieco przemęczona. Czy chce się pan zapisać na wizytę? 

 -  Oczywiście.  Zgodzę  się  na  każdą  godzinę  dzisiejszego 

popołudnia. - Sekretarka pochyliła się nad stołem. 

 - Większe szanse ma pan na wspólną kolację z państwem 

Ronem i Nancy Reagan. 

background image

Dobre  maniery  powstrzymywały  Spencera  przed  tym, 

żeby  odpalić,  że  już  raz  z  pewnej  okazji  został  przyjęty  w 
Białym  Domu.  Nie  uważał  też  za  stosowne  powiadomić 
sekretarki,  że  w  najbliższą  sobotę  będzie  jadł  kolację  z 
Tamarą. 

Wilma poszperała w książce przyjęć i spojrzała na niego. 
 -  Może  pan  spotkać  się  z  doktor  Beattie  w  następny 

wtorek o trzeciej. Wypadł nam klient. A więc panie... 

 -  Goddard.  Spencer  Goddard.  Nie,  dziękuję.  We  wtorek 

mogę wpaść przy okazji. A tymczasem niech pani zawiadomi 
panią Beattie, że tu zaglądałem. 

Wyszedł  z  biura.  Mając  całe  popołudnie  wolne,  z 

powodzeniem może zrobić zakupy, choćby dla zabicia czasu. 
Ta  perspektywa  poprawiła  jego  nastrój  i  zimowe  słońce 
wydało  mu  się  darem  niebios  i  nawet  miejscowość,  zaczęła 
mu się podobać. 

Przede  wszystkim  wrócił  do  jubilera  i  zapytał,  czy 

pozwoliłby  mu  skorzystać  z  telefonu,  bo  musi  zadzwonić  w 
kilka miejsc. 

 -  Oczywiście,  panie  Goddard,  jak  pan  sobie  życzy  - 

odrzekł właściciel sklepu, dla którego nie była to pierwszyzna. 

Zamknęła biuro o piątej i wyszła w nadziei, że wieczorny 

ruch  uliczny  trochę  ją  rozerwie.  Nie  mogła  doczekać  się 
powrotu  do  Malibu  i  spotkania  ze  Spencerem.  Tuż  przed 
wyjściem  stała  długa  limuzyna.  Przystojny  młody  kierowca 
pochylił się przed nią z dłonią przyciśniętą do piersi. 

 -  Pani  doktor  Beattie?  -  spytał,  prostując  się.  -  Jestem 

Craig. Mam polecenie od pana Goddarda, by zawieść panią do 
domu. 

Otworzyła drzwi samochodu. 
 -  Mam  nadzieję,  że  w  czasie  jazdy  odpręży  się  pani  i  że 

muzyka wzmoże pani apetyt. 

 - Ale mój samochód... - Wskazała ręką parking. 

background image

 - Mister Goddard zaopiekował się nim. 
Z mieszanymi uczuciami zajęła miejsce w limuzynie. Było 

to szaleństwo. Po co zostawiać samochód w Westwood, kiedy 
jej tu nie będzie? 

Na  siedzeniu  leżało  małe  eleganckie  pudełeczko  z 

sześcioma tabliczkami czekolady i kartką: „Po dwie za każdy 
dzień rozłąki, Spencer". 

Poprawiając  się  na  pluszowym  siedzeniu,  Tamara 

rozmyślała,  co  to  znaczy,  że  Spencer  zajął  się  samochodem. 
Może  holuje  go  do  Malibu?  Odrzuciła  ciężką  głowę  na 
oparcie.  Wiedziała,  że  jest  zakochana  i  pragnęła  czuć  się  tak 
romantycznie, tak beztrosko, jakby to była pierwsza miłość. 

Większa  część  podróży  minęła  jej  na  ciągłym 

rozpatrywaniu tego, czym różnią się ze Spencerem. Wiedziała, 
że  nie  zdobyłaby  się  na  wynajęcie  samochodu  po  to,  żeby 
pojechać  tam,  dokąd  mogłaby  dotrzeć  własnym  autem. 
Musiano by ją przedtem chyba poddać hipnozie... 

Popijając Perriera i słuchając muzyki Bacha: „Koncertu na 

dwoje skrzypiec" - odkrywała wciąż nowe różnice. 

Przede  wszystkim inaczej wychowywali dzieci. Poza  tym 

Spencer preferował małżeństwo tradycyjne, a więc nie będzie 
zadowolony z żony, która codziennie wychodzi do pracy. 

„Stop. Tamaro! - Powściągała się surowo. - Kto tu mówi o 

małżeństwie?" 

Przez  resztę  drogi  do  Malibu  dręczyła  ją  myśl,  czy  on 

zastanawia  się  nad  tym  samym.  Na  pewno.  Nie  poświęcałby 
jej  tyle  uwagi,  gdyby  traktował  ją  niepoważnie. A  może  taki 
miał  sposób  bycia?  Nie  była  chyba  pierwszą,  ani  ostatnią, 
którą  oszołomił  swoją  hojnością.  Czy  piękna,  inteligentna 
Joyce, adresatka dedykacji z powieści „Ciało, które pokonało 
grawitację",  nie  otrzymała  bukietów,  nie  wiadomo.  Nie 
chciała  zastanawiać  się  nad  tym  wszystkim,  ale  pytania 
mimowolnie przychodziły jej do głowy. 

background image

Kiedy  Craig  zajechał  przed  jej  dom  i  otworzył  drzwi 

limuzyny, spojrzała na podwórze sąsiadów i zobaczyła w nim 
samochód  Spencera.  Był  tam,  w  domu,  który  wynajął.  Serce 
jej zabiło mocniej w poczuciu jego bliskiej obecności. 

 - Dobranoc, pani doktor. Mam nadzieję, że jazda sprawiła 

pani przyjemność. 

 - Dziękuję, Craig. Nawet dużą. 
Zauważyła, że nie mógł być dużo starszy od Matthew. 
 - Jedź z powrotem ostrożnie, zgoda? - Uśmiechnęła się. - 

W tych godzinach panuje straszny ruch na ulicach i wszystko 
może się zdarzyć. 

 - Dziękuję. Postaram się. 
Kiedy  odjeżdżał,  stała  przy  drzwiach  i  patrzyła  na  dom 

Handeville'ów.  Uprzytomniła  sobie,  że  nie  jest  rozbita  i 
znużona  jak  zwykle  po  przyjeździe  do  domu.  Czuła  się 
odprężona.  Limuzyna?  Bach?  Była  w  świetnym  nastroju, 
chociaż miała za sobą jazdę w szalonym ruchu i napatrzyła się 
na  chamskich  bezmyślnych  kierowców.  Wiedziała,  że 
sprawiła  to  świadomość,  że  tuż  obok  czekał  ktoś,  kto  jej 
pragnął  i  troszczył  się  o  nią.  Już  wkrótce  będzie  z 
uwielbieniem  wpatrywał  się  w  jej  oczy,  rozśmieszał  ją, 
rozweselał, całował, tulił - jak tam, na zamarzniętym jeziorze. 
Odetchnęła głęboko morskim powietrzem i weszła do domu. 

Wybrała  numer  Handeville'ów.  Spencer  nie  podnosił 

słuchawki. Zadzwoniła jeszcze raz i jeszcze raz 

 - bez zmian, nawet przy dwunastej próbie. 
„Na  pewno  jest  w  łazience"  -  pomyślała  i  wyobraziła  go 

sobie,  żwawo  szorującego  ciało  namydloną  gąbką  i 
odgrywającego sceny z najnowszej książki. 

 -  „Co  okrutny  stary  Nathan  Shields,  prostak  z  "Zimnych 

serc, gorących pistoletów" robił tam tak długo?" - dziwiła się. 
Zastanawiała się też, czy nie wykorzystać tej okazji, żeby dać 
Spencerowi do zrozumienia, jak bardzo uszczęśliwił ją swoim 

background image

przyjazdem  i  udowodnić,  że  nie  jest  dla  niej  jedynie 
przelotnym romansem. 

Jeszcze kiedyś państwo Handeville powierzyli jej klucz od 

swojego mieszkania, Tamara miała wielką ochotę użyć go, w 
czasie  gdy  Spencer  brał  prysznic.  Mogłaby  zdjąć  garderobę, 
otworzyć łazienkę i... 

 -  I  albo  Spencer  padnie  na  widok  niespodziewanego 

gościa,  albo  ja  -  zapiszczała  z  radości  i  zaczęła  biegać  po 
pokoju. 

Tak to raczej on padłby trupem, gdyby zrobiła coś takiego. 

Był taki środkowo - zachodni, staroświecki. Pomyślała, że to 
ma  swoje  plusy.  Tradycyjne  przyzwyczajenia  trzymały  w 
ryzach jego niezwykle romantyczną naturę. 

Po  kilku  minutach  znowu  zadzwoniła.  Tym  razem  był 

przy  telefonie.  Serce  Tamary  zadrżało,  gdy  usłyszała  jego: 
„halo".  Podziękowała  za  róże,  jazdę  limuzyną,  słodycze,  i 
spytała, o której godzinie mógłby się z nią spotkać. 

 - Zaraz. W tej chwili - odpowiedział. - Jesteś gotowa? 
 -  Jeszcze  nie.  Naprawdę,  mimo  że  oszczędziłeś  mi  trudu 

prowadzenia  samochodu.  Miałam  ciężki  dzień.  Zanim  się 
ubiorę na kolację, chciałabym wziąć prysznic. Czy siódma ci 
odpowiada? 

 - To przecież całe wieki, ale niech będzie - odpowiedział i 

westchnął. 

 - Wieczność przeminie jak jedna chwila - pocieszała go. - 

Zobaczymy się o siódmej. 

Wybrała  skromną,  ale  elegancką  jedwabną  bluzkę.  Była 

ciekawa,  w  co  też  on  się  ubierze.  Być  może  linie  lotnicze 
odesłały  mu  bagaż,  a  może  znalazł  coś  w  eleganckiej 
przebogatej garderobie sąsiadów. Te rozmyślania sprawiły jej 
przyjemność,  ponieważ  Spencer  wyglądał  wyśmienicie  w 
każdej  odzieży.  Był  rasowym  mężczyzną.  Należał  do  tych, 
którzy  w  młodości  będąc  przystojnymi,  w  wieku  dojrzałym 

background image

stają się do tego stopnia męscy i pociągający, że kobiety czują 
się  nieswojo  w  ich  obecności.  W  dodatku  przy  nim  nabrała 
pewności  siebie  i  wiary  w  to,  że  jest  atrakcyjna,  piękniejsza 
niż  kiedykolwiek  w  życiu.  Tak  rozmyślając,  weszła  do 
łazienki. 

Gdy  namydliwszy  gąbkę,  delikatnie  pocierała  nią  szyję  i 

ramiona,  nagle  uprzytomniła  sobie,  że  nie  załatwiła 
rezerwacji.  Właściwie  nic  takiego  się  nie  stało.  To,  dokąd 
pójdą,  zależy  od  tego,  jak  będzie  ubrany.  Zrobiła  makijaż. 
Zastanawiała się, co na siebie włożyć i gdzie najlepiej byłoby 
pójść na cały wieczór - a czas płynął. 

Kiedy  naga  grzebała  w  szufladzie  z  bielizną,  rozległ  się 

dźwięk  dzwonka.  Otworzyła  dwudrzwiową  szafę,  wyjęła  z 
niej luźny, różowy szlafrok, zarzuciła na siebie i zawiązując w 
talii, ruszyła spiesznie ku drzwiom. 

 - Przyszedłem strasznie wcześnie, ale liczyłem minuty do 

spotkania jak chłopak do swoich urodzin - rzekł, przypatrując 
się jej strojowi. - Nie mogłem się doczekać. Rozumiesz mnie? 

 - Oczywiście. 
Ręce miał  pełne pakunków. Coś, jakby rumieniec  wstydu 

w  połączeniu  z  nieśmiałym  uśmiechem  zmienił  jego  surowe, 
piękne oblicze w twarzyczkę chłopca. Chciała dać mu całusa 
na powitanie, ale nie mogła go dosięgnąć za górą pudełek. 

Stała  jak  porażona  w  drzwiach  do  salonu,  spoglądając  to 

na niego, to na to, co przyniósł. 

Wreszcie Spencer odezwał się: 
 - Może wyjdę i wrócę, kiedy się ubierzesz? 
 -  Oczywiście,  nie.  Nie  przyszedłeś  wcale  za  wcześnie. 

Nie zdążyłam się ubrać, bo za długo grzebałam się w łazience. 
Ale  co  to?  Pomogę  ci.  Podeszła,  żeby zdjąć  parę  mniejszych 
pudełek ze szczytu piramidy. 

 -  Och,  połóż  to  na  sofie,  bo  ścierpnie  ci  ręka  -  poradziła 

mu. - Czy naprawdę nie mogłabym ci w czymś pomóc? 

background image

 - Ach. Wszystko w porządku. Już... już... kładę. 
 - Ha! ha! ha! - Zatkała sobie usta ręką. 
Spencer  rzucił  się  wraz  z  całym  majdanem  na  kanapę, 

udając,  że  się  przewraca.  Gramolił  się  spod  stosu  paczek, 
spoglądał na nią i jęczał: 

 - Nie jestem dobrym dostawcą. 
Dopiero  teraz  mogła  obejrzeć  i  docenić  jego  garnitur. 

Odgadła,  że  to  nie  ten,  który  zaginął,  lecz  nowy,  niezwykle 
drogi.  Kiedy  podliczyła  w  myśli  koszt  wynajęcia  limuzyny, 
wydatki  na  prezenty,  cenę  garnituru,  uprzytomniła  sobie,  że 
musiał  mieć  bardzo  dużo  pieniędzy.  Nie  przywiązywała  zbyt 
wielkiej wagi do jego rozrzutności. Był dorosłym człowiekiem 
w wolnym kraju, mógł wydawać własne pieniądze tak, jak mu 
się  podobało,  szczególnie  jeśli  właśnie  jej  chciał  sprawić 
przyjemność. 

 -  Wygląda  na  to,  że  liczyłeś  minuty  raczej  do  moich 

urodzin - żartowała. 

 -  O  tak.  Przywiozłem  ci  kilka  drobiazgów.  Wyglądał  na 

zakłopotanego, jakby się martwił, że 

tego, co kupił nie jest za wiele. 
 - Ogromnie dużo - poprawiła go. 
 -  W  tym  dużym  pudełku,  z  niebieską  wstążką,  czeka  na 

ciebie prezent urodzinowy - rzekł uroczyście. 

Patrzyła na niego z niedowierzaniem, dziwiąc się, skąd mu 

przyszło do głowy, że właśnie dziś przypada ten dzień. 

 - Spencer. Ukończyłam trzydzieści siedem lat, ale to stało 

się dawno, w maju - cztery miesiące temu. 

 -  No  widzisz.  Przegapiłem  twoje  urodziny.  Ale  lepiej 

późno  niż  wcale.  To  samo  z  gwiazdką.  To  kwadratowe  z 
zielono  -  czerwonym  sznurkiem  jest  właśnie  na  Boże 
Narodzenie,  w  tamtym  znajduje  się  coś  na  Święto 
Dziękczynienia,  bo  jestem  taki  szczęśliwy,  że  cię  poznałem. 

background image

Tu  jest  coś  z  okazji  Dnia  Zakochanych.  A  to  ostatnie  - 
podarek na Dzień Matki. 

Uderzył  lekko  palcami  w  pudełko  owinięte  w  biało  - 

różowy papier: 

 -  Jesteś  wspaniałą  matką,  więc  nie  mogłem  pominąć  i 

tego święta. 

Tamara  stała  po  przeciwnej  stronie  koktajlowego  stolika 

oszołomiona  do  tego  stopnia,  że  gdyby  chciała  coś 
powiedzieć,  z  pewnością  rozpłakałaby  się.  Kolana  zadrżały 
pod nią. Musiała usiąść. 

Spencer  oparł  ręce  na  kolanach  i  spoglądał  na  nią  z  sofy. 

Jego  oczy  mówiły  o  miłości  chyba  jeszcze  wyraźniej  niż 
wszystkie  prezenty.  Uniósłszy  ręce,  żeby  poprawić  węzeł 
nowego,  czerwonego  krawata,  który  leżał  doskonale  i  nie 
wymagał najmniejszych korekt, rzekł spokojnym tonem: 

 - Tamaro, jest tylko jeden powód, dla którego kupiłem ci 

to wszystko razem i każdy przedmiot z osobna: jestem w tobie 
zakochany. 

 -  Ja...  -  Tamara  nie  mogła  mówić,  szukała  słów.  -  Ja 

ciebie też kocham, Spencer - rzekła tonem, który pochodził z 
głębi serca. 

Niespodziewanie  poczuła  chłód.  Stała  o  kilka  stóp  od 

niego w wygodnym, różowym szlafroku z paskiem i kuliła się. 
Czuła, jak cierpnie jej skóra na ramionach. Sutki nabrzmiały i 
uniosły bieliznę, przyciągając wzrok Spencera. 

 -  Zimno  ci,  kochana?  -  pytał  szeptem.  -  Ogrzeję  cię 

swoim ciałem. 

Wskazał na swoje kolana, dając do zrozumienia, że ma na 

nich usiąść. 

Ten gest nie był potrzebny. Z miejsca, gdzie stała szybko 

przeniosła  się  w  jego  ramiona.  Przylgnęli  do  siebie  i  jak 
szaleni zaczęli się całować. 

background image

Po  długim,  słodkim  pocałunku,  podczas  którego  strąciła 

dwa  prezenty,  rozmyślała,  czym  mogłaby  odwdzięczyć  się 
Spencerowi za wszystko, co dla niej uczynił. Oparłszy głowę 
na  poduszce,  rozluźniła  pasek  szlafroka  i  rozpięła  go.  Siebie 
samą i swoją wielką miłość - oto, co mu ofiaruje. 

 -  O  Boże,  jaka  jesteś  piękna  -  szeptał  Spencer  -  moja 

śliczna,  droga,  jedyna.  Jesteś  wspaniała,  słodka,  cudowna.  O 
Tamaro, moja Tamaro. 

Jego słowa, jak najwymyślniejsze pieszczoty, rozpalały jej 

wnętrze do granic wytrzymałości. 

background image

ROZDZIAŁ IX 
Oprócz  maleńkiego  pudełeczka,  które  niezauważalnie 

ześlizgnęło  się  za  poduszkę,  wszystkie  prezenty  Spencera 
wkrótce znalazły się na podłodze. 

Jego  pieszczoty  roznamiętniły  Tamarę,  ale  i  on  czuł,  że 

płonie.  W  przerwach  między  pocałunkami  próbował  zdjąć 
marynarkę i rozluźnić pasek od spodni. Sadzając ją na niezbyt 
szerokiej  sofie,  uwalniał  się  od  marynarki,  której  rękaw  jak 
gdyby  przykleił  się  do  jego  ciała.  Gdy  z  rozczochraną 
czupryną toczył tę nierówną walkę, wyglądał jak młodociany 
futbolista,  który  właśnie  stracił  kask.  A  przy  tym  wszystkim 
był  elegancko  ubrany.  Miał  na  sobie  bawełnianą,  nową 
koszulę,  jeszcze  nie  praną,  noszącą  ślady  fabrycznego 
składania. 

Chłopięca  gorączkowość  Spencera  napełniała  serce 

Tamary  tkliwością,  a  jego  męskość  i  siła  wzbudzały  w  niej 
pożądanie.  Dotknęła  dłonią  jego  piersi,  pogładziła  sutki  i 
podziwiając wspaniale rozbudowany tors, powiodła ręką aż do 
brzucha. 

Szepcząc  czułe  wyznanie,  ujmował  jej  ręce  i  całował 

dołeczki  wewnątrz  dłoni.  Ciało  jej  przenikał  dreszcz,  gdy 
dotykał ustami nadgarstków. 

 - Kocham cię - wzdychała, a z jej szeroko otwartych oczu 

można było wyczytać wszystko, co przeżywała. 

Wzrok Tamary błądził po jego twarzy, szyi. Była to uczta, 

którą  miała  spożyć  w  sensie  dosłownym  i  przenośnym,  więc 
dotykała  tego,  co  widziała.  Pod  naciągniętą  koszulą 
zarysowały  się  obojczyki.  Zadrżał  z  rozkoszy,  a  ona 
zachichotała. 

 -  Czy  nie  wiedziałaś,  że  obojczyki  tak  się  podnoszą?  - 

spytał chrapliwym głosem, opuścił głowę i całował jej palce. 

 -  Nie  miałam  pojęcia...  -  wyrzuciła  z  siebie,  gdy  położył 

rękę na jej piersi. 

background image

 -  To  przyjemne?  -  mruczał,  a  jego  rozognione  oczy,  na 

wpół zamknięte, zdradzały, że zna tę słodycz. 

 -  O  tak,  Spencer,  chodźmy  do  sypialni  -  szeptała 

niecierpliwie. 

Powiodła go za rękę ciemnym korytarzem. 
 - Byłem ciekawy, jak ona wygląda - szeptał z przejęciem, 

gdy zaświeciła lampkę nocną. - Miło tu - chwalił. 

Stanęli przed wielkim lustrem. 
Zwróciła się twarzą do niego. Zsunął z jej ramion różowy 

szlafrok,  pocałował  wyczekujące  usta,  przyciągnął  ją  bliżej  i 
przycisnął  jej  twarz  do  swojego  torsu.  Uniosła  głowę  i 
odchyliła ją do tyłu, a on dotknął dłonią gładkiej marmurowej 
szyi  tak  delikatnie,  jak  się  bierze  różę.  Potem  jego  dłoń 
przesunęła  się  między  piersiami  Tamary  i  zatrzymała  się  na 
brzuchu. 

Kobieta instynktownie przylgnęła do jego ciała. 
Podniosła w górę ramiona i oplotła palcami jego kark. Jej 

tułów  był  napięty,  piersi  uniesione.  Pieścił  ją,  wzdychając 
głęboko.  Tulił  i  pragnął  jej  gorąco.  Ujmował  w  dłonie 
kształtne kiście jej piersi i zwalniał ucisk, koniuszkami palców 
opisywał  kręgi  wokół  nabrzmiałych  sutków,  leciutko, 
delikatnie,  że  ten  subtelny  dotyk  zapierał  jej  dech.  Jeszcze 
bardziej  wygięła  się  i  wparła  w  jego  tors,  śledząc  w  lustrze 
swoje  rozpalone  ciało,  które  chłonęło  jego  pieszczoty. 
Odrzuciła  ręce  na  bok  i  opuściła  bezwładnie  wzdłuż  ciała. 
Spencer przestał pieścić jej brodawki, pochylił się i pocałował 
ją  w  ramię.  Zamknęła  oczy.  Obraz  z  lustra  zniknął.  Poczuła 
przyjemne dreszcze rozchodzące się po całym ciele. 

Ręce  Tamary  odnalazły  biodra  Spencera.  Pieściła  je  i 

tuliła  się  do  nich.  Natomiast  jej  kochanek  zaczął  przesuwać 
dłoń, spoczywającą przez cały czas na jej brzuchu, coraz niżej 
i  niżej,  aż  dotarł  do  wzgórka,  pokrytego  jedwabistymi 
pierścieniami,  które  kryły  wejście  do  gorącego  wnętrza.  A 

background image

potem  zaczął  pieścić  jej  uda.  Spojrzała  w  lustro.  Na  widok 
ramienia oplatającego jej piersi i dłoni spoczywającej na udzie 
zakręciło  się  jej  w  głowie,  i  nogi  się  pod  nią  ugięły. 
Podtrzymał  ją,  dając  schronienie  w  swoich  pewnych 
ramionach.  Przeniknęło  ją  przeczucie  wielkich  emocji,  a  on 
wciąż pieścił ją, wprowadzając w rozkoszne drżenie. Chciała 
należeć  do  niego,  nie  panowała  nad  płomieniami,  które  ją 
ogarniały, stała się kłębkiem uczuć i odruchów. Kiedy palcami 
błądził  w  dół  i  w  górę  po  zakamarkach  jej  ciała,  zwarła  uda 
przytrzymując  jego  rękę  na  gorącym  wzgórku.  Przerwał 
zwiady. 

 - Co masz przed oczami? - zapytał, patrząc w lustro. 
 -  Miłość...  widzę,  jak  się  kochamy  -  szeptała.  -  Jak 

pragniemy  siebie...  Pragniemy,  jak  najwięcej  dać  z  siebie, 
wziąć...  Jak  najlepiej  poznać  siebie  -  wyrywało  się  z  jej 
rozdygotanych ust. 

Po  tych  słowach  rozluźniła  ciało  i  pozwoliła  kochankowi 

wejść  do  swojego  wnętrza.  Nie  mogąc  zapanować  nad  sobą, 
wydała głośny okrzyk, aby rozładować napięcie. Ogarnęło  ją 
uczucie 

upojenia, 

które 

niepostrzeżenie  przeszło  w 

niekończącą się ekstazę. Z siłą przypływu, który porywa wody 
i ciska na plażę Malibu, zawołała: 

 - Spencer! 
Wtulił  twarz  w  jej  włosy  i  szeptał,  szeptał  do  ucha,  że  ją 

kocha, kocha nad życie, bardziej, niż potrafił wyrazić, bardziej 
niż  potrafił  okazać,  że  będzie  ją  kochał  po  wsze  czasy.  Nie 
potrafiła  odpowiedzieć,  nie  znajdowała  słów.  Przyszły 
później. Teraz stała obok niego, wsłuchując się w szept, który 
odrywał ją od rzeczywistości i przenosił w ich własny świat, 
pełen obietnic i miłości. 

Wreszcie przestała całować stalowe  mięśnie i  zwichrzone 

włosy Spencera. Podniosła się na palcach, a potem przycisnęła 
twarz do jego gorącej mocnej szyi, wreszcie odsunęła trochę i 

background image

zaczęła  rozpinać  jego  nową,  zmiętą  teraz  koszulę.  Potężny 
tors,  który  już  wcześniej  podziwiała,  teraz  należał  do  niej. 
Całowała  go,  pieściła.  Gdy  dotknęła  językiem  maleńkiej 
brodawki swojego ukochanego, nowe pragnienie zapulsowało 
w jej wnętrzu. 

 - Tamaro... chyba... oszaleję - szeptał. 
 - Wiem - odpowiedziała cichutko. 
Zarzuciła  mu  ręce  na  szyję.  Przylgnęła  spragnionymi 

pieszczot  piersiami  z  uczuciem  błogości  i  radości  do  jego 
napiętego 

brzucha. 

Dotknięcie 

metalowej 

sprzączki 

spotęgowało w niej ogień namiętności. Poczuła, że tuli się do 
intymnej części jego ciała. Spencer poruszył się i wymówił jej 
imię.  Wcisnęła  ręce  między  swoje  i  jego  ciało.  Dotykała  go 
delikatnie,  starając  się,  w  krótkim  czasie  doprowadzić  jego 
męskość do stanu, który da im największe zadowolenie. 

 - Tamaro. 
 - Sza. 
Odpięła jego pasek, koniuszki jej palców powędrowały w 

górę, by potem powrócić do dołu. Wstrzymał oddech, ścisnął 
jej  ręce  w  dłoniach  i  puścił  je.  Cofnęła  się  o  krok.  Nie 
spuszczając  z  niej  oczu,  zdejmował  spodnie.  Gdy  zaczął 
ściągać skarpetki powiedziała: 

 - Pomogę ci. Trzymaj się mnie. 
Posłuchał  jej,  lecz  mimo  to  omal  nie  upadł  do  przodu, 

ponieważ  zbyt  uporczywie  wpatrywał  się  w  nią,  zamiast 
poświęcić choć trochę uwagi, temu co robi. 

 -  Ostrożnie  -  mówiła  z  uśmiechem,  pomagając  mu 

utrzymać równowagę. 

 - Nie, to ty, kobieto, uważaj! - zagrzmiał. 
Porwał  ją  w  objęcia  i  z  okrzykiem  triumfu  zmierzał  w 

kierunku  łóżka,  udając,  że  chce  ją  na  nie  rzucić.  Położył  ją 
jednak  wolniutko,  delikatnie  i  w  taki  sam  sposób  posiadł, 
zdjąwszy uprzednio pozostałe części garderoby. 

background image

Gdy  minął  szał,  przez  długi  czas  leżeli  przytuleni  do 

siebie, oddając się  leniwym pieszczotom wśród pomrukiwań, 
westchnień i zaklęć miłosnych. 

 -  Jednak  w  końcu  dobrze  się  złożyło,  że  zapomniałam 

zarezerwować stolik w restauracji - głośno myślała Tamara. 

 - Nie jesteś głodna? 
 -  Nie  -  odpowiedziała  pospiesznie,  bo  nie  chciała 

opuszczać łoża. 

W tej chwili jak na złość żołądek zaczął jej dawać znać o 

sobie, jakby chcąc pokazać, że ona kłamie. 

 - Nie jadłam lunchu - poklepała się po brzuchu. 
 -  Ja  jadłem  i  też  jestem  głodny.  A  poza  tym,  załatwiłem 

rezerwację. 

 - Ale dzisiaj moja kolej. 
 - Dzisiaj - Spencer pochylił się i pocałował ją w pępuszek 

- moja kolej - i dodał: - Hm. Zawsze jest moja kolej. Wstawaj, 
ubieraj  się.  Zapraszam  cię  na  kolację  -  rzekł,  całując  ją 
ponownie. 

 -  Jak  zwykle  -  potrząsnęła  głową,  nie  dowierzając,  że 

udało mu się cokolwiek załatwić. 

 - Dokąd pójdziemy? 
 - Nie martw się. To niespodzianka. Chodźmy. 
Wyskoczył z łóżka i odwrócił się, żeby na nią spojrzeć. 
 - Wyglądasz wspaniale, że mam ochotę wziąć cię jeszcze 

raz. 

 - Bądź moim gościem - rozwarła ramiona. 
Spencer  ukląkł  koło  łóżka,  dał  jej  długiego  całusa  i 

powiedział, że idzie do siebie na chwilę i zaraz wróci. 

 -  Masz  zamiar  jeszcze  raz?  Zapytała,  spoglądając 

znacząco na jego ciało. 

 - Trafiłaś w dziesiątkę. 

background image

Podniósł  jej  nogę,  wyjął  spod  niej  róg  kapy,  która 

częściowo  zsunęła  się  z  łóżka  i  owinął  się  nią  jak  wspaniałą 
peleryną. 

 - Jesteś szalony i kocham cię za to. 
 -  Ja  też.  Ale  teraz  wstawaj  i  ubieraj  się  stosownie  do 

okazji. 

 - Co to znaczy? - spytała zaciekawiona. 
 -  Ubierz  się  ciepło.  Sprawa  ciepłej  odzieży,  zważywszy 

na miejsce, do którego się udajemy, jest dość istotna. 

 -  Och!  Jeszcze  raz  do  twojej  restauracji  na  lodzie?  No, 

Spencer powiedz, dokąd pojedziemy. 

 - W plener - odpowiedział. 
Schylił się, pocałował ją w czubek nosa, a potem wyszedł 

z  kapą  na  ramionach,  która  wlokła  się  za  nim  jak  królewska 
szata. 

 - Wrócę tutaj! - zawołał z holu. 
Tamara  włożyła  na  siebie  dżinsy,  granatowy  sweter  z 

kołnierzem,  różowy  pulower,  różowy  skafander.  Wysokie, 
skórzane buty, które wciągnęła na skarpety, powinny uchronić 
jej  nogi  przed  chłodem.  W  tym  zimowym  ubiorze  czuła  się 
prawie  tak  samo  opatulona,  jak  na  pamiętnym  pikniku  na 
zamarzniętym jeziorze. 

Spencer  wrócił  ubrany  w  inny  garnitur  i  nową  bluzę  z 

zamszu. 

Położył  na  sofie  kapę,  a  na  podłodze  postawił  wielki 

karton. 

Umieścił  w  nim  prezenty  i  sądząc  po  przyjemnym 

zapachu, który napełnił pokój, jakieś delicje. 

 - Co za boskie aromaty - westchnęła. 
 -  Po  zakupach  w  supermarkecie,  wstąpiłem  do  działu 

delikatesowego i załatwiłem pewną ważną sprawę. 

 - A nie pomyślałeś, na czym będziemy siedzieć? - spytała 

Tamara i gdy odrzekł, że nie, spiesznie wyjęła z szafy koc. 

background image

Często  niepokoiła  się  o  to,  czy  Jilliane  przyzwyczaiła  się 

do  bardzo  chłodnych  nocy.  Zdejmując  z  półki  pled, 
uprzytomniła  sobie,  że  przez  długie  godziny  nie  myślała  o 
córce. Żyła teraz bardziej dla siebie samej i dla Spencera, niż 
dla  dorosłego  dziecka,  które  było  w  stanie  samodzielnie 
wybierać sobie drogę w życiu. 

 -  Zobaczymy,  co  tu  jest  -  rzekła,  wracając  do 

rzeczywistości. 

W  kartonie,  który  otworzyli  na  plaży,  znajdowała  się 

zimowa  odzież  i  złote  kolczyki  z  maleńkimi  diamentami.  Te 
wszystkie przedmioty, jak wyjaśnił Spencer, przydadzą się jej 
w czasie następnej podróży do Południowej Dakoty. Była tam 
też duża rama na obraz, w mahoniowym kolorze. 

 -  Na  szczęście  jest  dobrze  owinięta  i  dlatego  szkło  nie 

wyleciało, kiedy spadła z sofy - westchnął z ulgą -  

Podniosła ramę i podziwiała ją. 
 - Podoba ci się? Są też ramy miedziane, srebrne jeśli nie 

jesteś zwolenniczką skóry, wymienię na inną. 

 - Jestem. Podoba mi się to. Jaki obraz zamierzasz oprawić 

w tę ramę? 

 -  O  tym  porozmawiamy  innym  razem  -  odpowiedział, 

pragnąc najwidoczniej zmienić temat. 

 - Najlepsze na ostatku... - Zajrzał do prawie pustego pudła 

i rzekł z troską w głosie. - Wejdźmy do domu. 

 - Nie martw się, nic nie mogło zginąć - pocieszała go. 
 -  Przypuszczam,  że  nie.  Zebrałem  wszystko,  co  spadło  z 

sofy. 

 - A więc musi być za nią albo pod nią. 
Nie  miała  ochoty  wracać  do  domu.  Była  zdania,  że  ten 

ostatni  prezent  może  zaczekać.  Chciała  położyć  się  obok 
niego,  całować  się,  pieścić,  zachwycać  się  wraz  z  nim 
gwiazdami,  szumem  i  zapachem  oceanu.  Jak  często  ten 
człowiek z Południowej Dakoty miał okazję to robić? 

background image

 -  Masz  rację,  ale  wracajmy.  Przedmiot,  który  mam  na 

myśli, nie jest jeszcze ubezpieczony. Będę się lepiej czuł, jeśli 
go znowu zobaczę. 

Przekonawszy  się  o  tym,  że  Spencer  jest  tak  samo 

zapobiegliwy  o  dobra  materialne,  jak  wszyscy  inni 
przedstawiciele  rodzaju  ludzkiego,  uśmiechnęła  się  z 
zadowoleniem. 

Po  powrocie  do  salonu  Spencer  zajrzał  za  i  pod  sofę, 

ściągnął  kapę,  podniósł  poduszkę  i  dopiero  tam  odnalazł 
zgubę. 

Siadła obok niego i otworzyła pudełeczko. Kiedy przed jej 

oczami  zalśnił  wspaniały  szlifowany  diament  szmaragdowej 
barwy w złotej oprawie, szepnęła: 

 - Spencer... - i zaniemówiła. 
Wsunął pierścionek na jej palec, pocałował i łamiącym się 

głosem wyznał, że ją kocha. 

 - Ja ciebie też. 
 - To znaczy, że jesteśmy małżeństwem? 
 - Tak myślę. 
 - W takim razie... tak. 
Milczała, ale słowa nie były potrzebne. Objęli się i długo 

pozostawali w czułym uścisku. 

 -  Jeśli  pierścionek  nie  jest  w  twoim  guście,  można  go 

wymienić, to samo dotyczy ramy. 

Potrząsnęła głową. 
 -  Bardzo  mi  się  podoba,  nie  oddamy  go.  Ale  skąd 

wiedziałeś, jaki mam rozmiar palca. 

 - Nie było to trudne. Zadzwoniłem od jubilera do Jilliane. 
Powiedziała mi, że macie identyczne wymiary. 
 - Tak, to prawda. 
Przypomniała sobie, że Jilliane miała dłonie zupełnie takie 

same jak ona. Często przyciskały je do siebie, żeby przekonać 
się, czy są równe. Pewnego razu Jilliane zauważyła, że jeżeli 

background image

będzie  miała  wszystko  takie  same  jak  matka,  będzie  jej 
sobowtórem. 

 - Miałem szczęście - rzekł Spencer - wychodziła z domu. 

Gdybym  zadzwonił  dwie  minuty  później,  nie  zastałbym  jej. 
Czy  w  dalszym  ciągu  boli  cię  to,  że  Jilliane  i  Matthew  są 
razem? - dodał. 

 - Jestem bardzo za tym - odpowiedziała szczerze. 
 -  Wiedziałem,  tak  samo  jak  oni,  że  nie  będziesz  zbyt 

długo przeciwna ich małżeństwu. W zeszłym tygodniu dzieci 
były  u  fotografa  i  zrobiły  sobie  pierwsze  wspólne  zdjęcie. 
Dlatego  właśnie  kupiłem  tę  ramę,  ale  wahałem  się,  czy  ci  o 
tym powiedzieć. - Spojrzał na nią figlarnie. 

 -  Spencer.  Z  największą  przyjemnością  obejrzę  zdjęcia 

Jilliane  i  twojego  syna.  Jestem  nawet  zadowolona  z  tego,  co 
się stało, bo gdyby oni nie zrobili tego kawału, nigdy bym cię 
nie spotkała. 

Spencer nachmurzył się i przerwał jej gorzką uwagą: 
 -  To  jest  właśnie  straszne.  Moglibyśmy  nic  o  sobie  nie 

wiedzieć. 

To należało już do przeszłości i Tamara nie chciała o tym 

myśleć.  Zarzuciła  mu  ręce  na  szyję  i  pocałowała  go  ze 
wszystkich  sił.  Chwilę  później  salon  opustoszał,  Tamara  i 
Spencer wyszli.