background image

Olga Wróbel 

Czy to kłucie w brzuchu to już rak? 

21.08.2014 

 
Hipochondria to idiotyczna przypadłość. Od siedmiu lat zatruwa życie moje i mojej rodziny. Nie na 
co dzień, ale w całkiem regularnych rzutach, szczególnie w środku lata i w okolicach przełomu 
roku. Skąd bierze się ten narastający lęk? Skąd onkologiczna obsesja? 

W mojej rodzinie do fizycznych niedomagań podchodzi się po żołniersku. „Do wesela się zagoi!” - 
prychała babcia, patrząc na stłuczone kolana. „Jeżeli nadal będzie bolało za tydzień, to wtedy mi 
powiesz”
 - kwitowała wszelkie dolegliwości mama. „Nie ma gorączki - nie ma choroby” - mówię 
ja, dziarsko maszerując do pracy mimo rozdzierającego kaszlu. Są jednak bóle niepokojące, nad 
którymi trudno przejść do porządku dziennego. Ten dziwny ucisk w głowie. Oko nieprzyjemnie 
pulsuje. Palce drętwieją i dłoń robi się wiotka. Królem niezidentyfikowanych cierpień jest - 
przynajmniej w moim świecie - ból w podbrzuszu, lekko z prawej strony, ale promieniujący. 

Brzuch to tajemnicze miejsce - tyle tam się dzieje! Żołądek, jelita, wątroba, trawienie, jajniki, 
macica, owulacja, menstruacja, pęcherz, nerki, mięśnie - a wszystko to splątane i nieprzeniknione 
(czy ktoś bez konsultacji z atlasem anatomicznym potrafi pokazać, gdzie ma trzustkę?). Wszystko 
to przez cały czas działa i może w związku z tym dawać rozmaite objawy - może to kłucie w 
podbrzuszu to mięsień naciągnięty podczas konkurencji „rwanie wózka z dwulatką przy przejściu 
podziemnym bo winda nie działa”? Może zjadłam coś nieświeżego? A może to rykoszet z 
kręgosłupa, zmęczonego maratonem przy biurku? Jedno jest pewne, wśród racjonalnych 
wytłumaczeń wcześniej czy później zacznie pączkować myśl „A może to rak?”. W ciągu tygodnia 
rozwinie się w obsesję, każdemu ruchowi towarzyszyć będzie analiza „Teraz kłuje, czy nie?”, po 
dwóch tygodniach stracę apetyt i zacznę myśleć, kto wychowa moją córkę, kiedy mnie zabraknie i 
czy chcę walczyć o każdy dzień życia, czy raczej szybko zniknąć z tego świata, nie zawracając 
głowy rodzinie i znajomym. 

Zgadzam się w pełni, hipochondria to idiotyczna przypadłość. Skąd to się bierze, skąd ta 
onkologiczna obsesja? 

Zaczęło się od autobiograficznej książki „Czasami wołam w niebo” Svena Matzke i Tamary 
Zwierzyńskiej. Bohaterka jest zdrowa i wesoła, po czym okazuje się, że ma guza na jajniku. 
Natychmiast go usuwa, wyniki są doskonałe, ale pojawiają się przerzuty i Tamara umiera w niecały 
rok od wykrycia choroby. Ta relacja całkowicie mnie zmiotła, trafiając w dodatku w czuły moment 
życiowego kryzysu. Myśl o podstępnie rozwijającym się raku jajnika (jeden z trudniej 
wykrywalnych, a zatem fatalnie rokujących nowotworów) już nigdy mnie na dobre nie opuściła. 
Zresztą, taka narracja najlepiej sprzedaje się w mediach - nic się nie działo, a tu nagle grom z 
jasnego nieba i śmierć. Rzadko nagłaśniane są historie typu „nigdy o siebie nie dbałam, 
lekceważyłam oczywiste objawy i teraz jest za późno”. Dlaczego ja mam być tą wybraną i nie paść 
ofiarą podstępnej mutacji komórek? W rodzinie nikt nie chorował? Ktoś musi być pierwszy! - 
podsuwa usłużnie niezrównoważony umysł. 

Wiem, że poruszam się w bardzo delikatnej materii, ale moje szaleństwo pogłębiają blogi chorych. 
Doceniam terapeutyczną rolę prowadzenia takiego dziennika, sama często zastanawiam się, czy 
gdybym jednak zachorowała, byłabym w stanie zrobić na ten temat komiks (jak na przykład Harvey 
Pekar, autor klasycznego „American Splendor”, bez pardonu portretujący swoje zmagania z 
chłoniakiem w stworzonym wraz z żoną Joyce Brabner „Our Cancer Year”. Jednak dla wrażliwego 

background image

umysłu emocjonalny ładunek onko-blogów jest nie do udźwignięcia. Pamiętam trzy dziewczyny 
pojawiające się w mediach, piękne, młode, pełne zapału i witalności, takie, którymi chciało by się 
być - gdyby nie choroba. Magdalena Prokopowicz, założycielka fundacji Rak'n'Roll, słynnej z 
niebanalnych kampanii „oswajających” nowotwory. Paula Pruska i Joanna Sałyga, autorki 
bardzo popularnych blogów. Wszystkie trzy już nie żyją. Pomijając oczywistą grozę śledzenia 
kolejnych zawodnych terapii i pojawiających się niemal do ostatnich dni wpisów, myślę o 
heroicznej narracji walki z rakiem, która z jednej strony - jak twierdzą komentarze pod postami - 
pozwala docenić życie zdrowym ludziom, wziąć się w garść, zmobilizować nawet w obliczu 
śmierci. Z drugiej - czy nie jest to tworzenie tendencji do takiego właśnie zadaniowego 
postrzegania choroby, nieświadome budowanie onkologicznej mitologii? 

Nikt nie wie, jak zachowa się w sytuacji granicznej, ale czuję, że ja rozpłynęłabym się w żalu nad 
sobą i rodziną, jednocześnie czując, że to żałosne, bo powinnam się mobilizować, one mogły, 
czemu ja nie mogę? Na długo utkwił mi w głowie wywiad z Kubą Wandachowiczem, który w 
rozmowie z Katarzyną Surmiak-Domańską mówi: „Bardzo mnie krępuje, jak ktoś, rozmawiając ze 
mną o mojej chorobie, używa sformułowania heroiczna walka z rakiem. Ja nie czułem ani żadnej 
walki, ani heroizmu. Leczenie się z raka polega na biernym wypełnianiu poleceń lekarza. 
Codziennym znoszeniu nieprzyjemnych sytuacji, bo jak się ma chemioterapię, to wszystko jest do 
wyrzygania. (...) Rozdmuchiwanie raka nie służy dobrze chorym. Moja znajoma jest 
przewodniczącą fundacji Rak'n'roll. Ona mi przysyła jakieś takie kolorowiutkie plakaty o raku, 
pastelowe... To też mi się nie podoba. Oni z kolei zagłaskują raka. To takie robienie z chorego 
małego dziecka. Jeszcze mu tylko misia wcisnąć w ręce! No, ale każdy zachowuje się, jak może”

Z pewnością świadomość dotycząca chorób jest dziś o wiele większa niż chociażby w pokoleniu 
naszych rodziców. Więcej się na ten temat mówi, diagnostyka jest coraz doskonalsza i bardziej 
dostępna (wyobrażacie sobie ciążę bez USG przy każdej wizycie? A jego powszechność to przecież 
stosunkowo nowy standard). Każda przychodnia wita plakatami zachęcającymi do profilaktyki: 
zrób mammografię, cytologię, zaszczep się na raka szyjki macicy. Czy miałeś już kolonoskopię? 
Czy białaczka nie weszła ci w krew? A czy witamina D zażyta? Palenie rzucone? Czy twoje 
dziecko miało kontrolne badanie wszystkiego? Nie zrozumcie mnie źle: jestem ogromną 
zwolenniczką szczepień i nie mam żadnych oporów przed dostępnymi badaniami. Wręcz 
przeciwnie, padam na kolana przed potęgą medycyny. Jednak to wszystko wyzwala we mnie 
poczucie winy: skoro w tym diabelskim podbrzuszu kłuje, powinnam to zbadać na wszystkie 
sposoby! 

Byłam u ginekologa, solidne USG wykluczyło raka jajnika (wiecie o czym mówię, dziewczyny, 
naprawdę solidne!), więc może to coś z jelitami? Może powinnam badać się dalej, bo jeżeli potem 
okaże się, że jest za późno, to komu podziękuję? Sobie! Żyjemy w świecie indywidualistów, każdy 
jest kowalem własnego losu, musi kontrolować każdy aspekt życia i nawet coś tak chimerycznego 
jak zdrowie, zależącego przecież od kombinacji wielu czynników (z genami na czele - czy badałaś 
już swój genotyp, żeby sprawdzić, jakie mutacje ci zagrażają?) Coraz bardziej się w ten model 
wpisuję. Mam wrażenie, że wyposażeni w abonamenty prywatnych placówek medycznych 
dojdziemy niedługo do nowego poziomu dyskryminacji. Chory - czyli biedny i głupi. Pewnie źle 
się odżywiał, palił, nie biegał, nie zbadał tego guza, który na 10 centymetrów wyrastał mu z głowy i 
nie smarował pieprzyków kremem z filtrem. Niech teraz nie marudzi i nie marnuje pieniędzy 
zgromadzonych w NFZ przez porządnych obywateli. 

Diagnostyka to kij o dwóch końcach. Skoro łatwo można wykluczyć wiele przypadłości, to czym 
się martwić? Spokojna głowa, dobry hipochondryk zawsze znajdzie z pomocą Doktora Googla 
syndrom uciążliwy, ale trudno diagnozowalny. Ot, guz mózgu. Paskudna sprawa, a może zacząć się 
od bólu głowy. Na tomografię raczej nie zapiszę się z marszu, w przychodni, więc obsesja może 
narastać tygodniami. Ale są lepsze choroby, na przykład stwardnienie rozsiane. W oczach laika 

background image

każde niedomaganie może być jego objawem, od bólu szczęki po mrowienie w stopie i zawroty 
głowy. Do postawienia diagnozy potrzeba kilku specjalistów i wielu procedur. Można więc żywić 
swój zbuntowany umysł ponurymi wizjami bez żadnych konkretnych przyczyn - i tak mi się kiedyś 
też przytrafiło, aż w końcu poszłam do neurologa, potwierdzić już ostatecznie własne rozpoznanie. 

Pani doktor postukała w kolana, kazała położyć palce na nosie stojąc na jednej nodze, po czym 
zapytała surowo „Czy nie uważa pani, że tu powinien wkroczyć psycholog?”. Niestety, miała rację. 
Kierując się resztkami zdrowego rozsądku poszłam do poradni uniwersyteckiej (działo się to kilka 
lat temu), gdzie trafiłam na znakomitą psycholożkę (nie zawsze musi być to terapeuta za miliony 
złotych monet, chociaż pokutuje taki mit). Krótka rozmowa wystarczyła, żeby mnie przejrzeć: czy 
w dzieciństwie często chorowałam? Zdarzało się. Czy dobrze to wspominam? Cóż, były zastrzyki, 
ale mama czytała „Dzieci z Bullerbyn”, a tata przynosił wywalczone cudem pomarańcze. Kilka 
pytań o perfekcjonizm, pracoholizm, umiejętność znajdowania czasu dla siebie i wszystko było 
jasne. Pani doktor powiedziała, że hipochondria jest dla mojej podświadomości sposobem na 
radzenie sobie z nadmiarem pracy i stresu. Choremu się przecież współczuje, pielęgnuje się go, 
otacza opieką, kocem i wiankiem smakołyków. Skoro świadomie nie chcę sobie pozwolić na relaks, 
bo muszę zrobić wszystko-już-najlepiej-żeby-nie-zawalił-się-świat, mój umysł zmusi mnie do niego 
w dopuszczalny dla świadomości sposób - sugerując chorobę. Diagnoza była bolesnym, ale trafnym 
sygnałem do porządnego przyjrzenia się realnym problemom w moim życiu, co zaowocowało 
trzema latami łykania antydepresantów, ale też uporządkowaniem wielu spraw w zabałaganionym 
wnętrzu. 

Chciałabym zakończyć ten felieton optymistycznym stwierdzeniem, że po zakończeniu terapii 
żyłam długo i szczęśliwie. Niestety. O ile nadal dopisuje mi końskie zdrowie, odziedziczone po 
chłopskich przodkach z Mazowsza i Kielecczyzny, to kłucie w brzuchu okresowo się pojawia. 
Wiem już, co to znaczy - coś jest nie tak. Za dużo pracy. Za mało podziału obowiązków w domu. 
Zbliża się termin zapłacenia półrocznego rachunku za prąd. Ale i tak zdarza się, że cała ta 
samowiedza nie może mnie uspokoić - pomaga tylko USG (takie solidne, wiecie jakie, 
dziewczyny...). Dlatego apeluję - dbajmy o swoje zdrowie, ale z umiarem. Nie dajmy się przekonać, 
że wszystko zależy od nas i że staniemy się nieśmiertelni utrzymując właściwą masę ciała i jedząc 
kaszę jaglaną. 

Olga Wróbel

 

 

Rysowniczka i scenarzystka, autorka komiksu o ciemnych stronach macierzyństwa "Ciemna strona 
księżyca". Prowadzi blogi: 

Odmiany masochizmu

 

Kurzojady

.