background image

MARGIT SANDEMO 

BIAŁE KAMIENIE 

Z norweskiego przełożyła 

IZABELLA BUDZISZEWSKA 

POL - NORDICA Publishing Sp. z o.o. 

Otwock 1997 

background image

ROZDZIAŁ I 

Echo nawołuje z urwistych brzegów 

Pobyt w przydrożnej restauracji był ich ostatnim kontaktem z normalnym, beztroskim 

codziennym życiem. Później otoczyły ich cienie. 

Znaleźli  wolny  stolik  z  widokiem  na  parking  i  autostradę  prowadzącą  ku 

kontynentowi.  Mads  Billing,  specjalista  w  dziedzinie  reportażu  i  samouwielbienia,  odsunął 

krzesła  dla  swoich  obu  koleżanek:  Siri,  prowadzącej  „Kącik  dla  pań”,  i  jej  młodej, 

początkującej pomocnicy Ylvy. 

Chciałabym,  żeby  przestał  patrzeć  mi  w  oczy  w  ten  irytująco  poufały  sposób, 

pomyślała  Ylva.  Nie  interesuje  mnie  przecież  czterdziestoletni  facet.  Czy  nie  widzi,  że  rani 

tym  Siri?  Ona  żywi  do  niego  wiele  ciepłych  uczuć,  chociaż  dobrze  to  ukrywa.  Może  to 

zauważyć  tylko  inna  kobieta.  Trzeba  przyznać,  że  Mads  Billing  posiada  trochę  uroku 

właściwego starszym panom, ale nie chciałabym mieć przyjaciela, który  dąży do tego, żeby 

być kimś popularnym dla samej tylko popularności. 

O,  tak!  Opinia  Ylvy  na  temat  uroku  starszego  pana  zachwiałaby  chyba  trochę,  choć 

nie za bardzo, pewnością siebie Madsa. W Oslo mieszkały tłumy jego wielbicielek, młodych 

gęsi  o  pustym  spojrzeniu,  które  przesiadywały  w  restauracjach  i  barach,  żałośnie  triumfując 

nad  kobietami  tego  samego  co  one  pokroju,  jeśli  tylko  Mads  poświęcił  im  choć  odrobinę 

swojej uwagi. Ylva określała je mianem gęsi z tą głęboką pogardą, na jaką może się zdobyć 

osoba z zewnątrz. 

Ylva  była  nieco  młodsza  od  tych  pań.  Należała  do  pokolenia,  które  mimo  młodego 

wieku zdążyło nauczyć się o życiu tyle, ile jego rodzice przez czterdzieści, pięćdziesiąt lat. Jej 

rówieśnicy otwarcie i rzeczowo dyskutowali o sprawach, o których starsi w swojej młodości 

tylko szeptali w tajemnicy. Ylva była uświadomiona pod względem politycznym, naukowym 

i  technicznym.  Podobnie  jak  większość  osób  w jej  wieku  wyśmiewała  stare  filmy  o  miłości 

pokazywane  w  telewizji,  podczas  gdy  rówieśniczki  matki,  oglądając  te  same  filmy, 

wypełniały sale kinowe tłumionym szlochem. Z pełną niedowierzania pogardą odnosiła się do 

zwrotów  w  rodzaju:  „Kocham  cię”  czy  „Sprawiasz,  że  mocniej  bije  mi  serce”.  Młode 

pokolenie znało najnowsze marki samochodów, wiedziało wszystko o makijażu oraz ostatnich 

tendencjach w modzie i posługiwało się językiem, który mógł wywołać rumieńce na twarzy 

nawet najbardziej liberalnego pedagoga. A jednak nie do końca wyzbyło się romantycznych 

marzeń, które przejawiały  się w zainteresowaniu  dla słodko różowych tapet albo też w tym, 

background image

ż

e cukierkowy szlagier trafiał niespodziewanie na pierwsze miejsce listy przebojów. Mogło to 

stanowić  świadectwo  złego  gustu,  ale  równie  dobrze  wyrażać  tłumioną  potrzebę  znalezienia 

przeciwwagi dla obowiązującego na co dzień trzeźwego realizmu. 

Siri  rozłożyła  kupioną  przed  chwilą  gazetę.  Przed  gospodą  przejeżdżały  z  hałasem 

samochody. 

-  Stwierdziłam,  że  ostatnio  czytam  najpierw  nekrologi,  a  dopiero  po  nich 

zawiadomienia o ślubie - powiedziała z lekkim westchnieniem. - Przerażająca oznaka tego, że 

się starzeję. 

-  No  nie  -  Mads  uśmiechnął  się  szarmancko.  -  Zostało  ci  chyba  jeszcze  sporo  życia. 

Chociaż, szczerze mówiąc, nie wiem, ile masz lat. 

-  Od  trzech  lat  trzydzieści  dziewięć  -  wyznała  szczerze  Siri.  -  Trzy  lata,  w  ciągu 

których przybywało mi coraz więcej powagi. 

Mads rzucił wymowne spojrzenie na piętrzące się przed nią ciastka. 

- Czy także i ty masz zamiar dołączyć do moich wyrzutów sumienia? - zapytała Siri. - 

Czy „Pancernik Potiomkin” już nie wystarczy? 

- A co, u licha, ma z tym wspólnego „Pancernik Potiomkin”? 

-  Tak  nazywam  mój  nowy  gorset.  Niezwykle  przyziemne  urządzenie!  Trzeszczy  i 

uwiera  przy  najmniejszym  przekroczeniu  limitu  kalorii.  Któregoś  dnia  odkryłam,  że  odkąd 

skończyłam  trzydzieści  pięć  lat,  bardzo  mnie  polubiły  dodatkowe  kilogramy.  Wierzcie  mi, 

próbowałam  wszystkiego.  Doszłam  jednak  do  wniosku,  że  nie  mam  ani  krzty  charakteru. 

Dałam za wygraną. Tak więc teraz gwiżdżę na wszystko i przyjemniej spędzam czas! 

Nie  powinna  być  tak  bezwzględnie  szczera,  mówiąc  o  sobie,  pomyślała  Ylva  z 

niepokojem. Oczywiście, można ująć mężczyznę nawet tak szczególnym poczuciem humoru, 

ale raczej nie Madsa Billinga. On woli chyba więcej elegancji. 

Ylva  podziwiała  swoją  szefową,  Siri  Gran,  ale  nie  na  tyle,  by  patrzeć  na  nią 

bezkrytycznie.  Mogłaby  chyba  spróbować  trochę  schudnąć,  pomyślała  Ylva.  Właściwie  nie 

jest gruba, tyle tylko że ubrania nie leżą na niej dobrze. Wystarczyłoby, żeby zrzuciła sześć, 

siedem kilogramów. 

Ylva,  która  sama  nigdy  nie  miała  kłopotów  z  wagą,  nie  mogła  przecież  zrozumieć 

odwiecznej,  z  góry  skazanej  na  niepowodzenie  walki  dojrzałych  kobiet  przeciwko  zbyt 

obfitym  kształtom.  Co  ona  mogła  wiedzieć  na  temat  całych  tygodni  wyrzeczeń,  w  czasie 

których tak się męczyły, żeby schudnąć parę kilogramów, aby potem w przypływie desperacji 

i rezygnacji przybrać na wadze tyle samo w ciągu zaledwie kilku dni? Kiedy jest się młodym, 

ciastka i inne frykasy nie smakują tak bosko, nie odczuwa się lęku przed odrobiną ruchu lub 

background image

przed głodem, który fatalnie wpływa na samopoczucie. 

Pominąwszy jednak małą nadwagę, Siri była właściwą osobą na właściwym miejscu. 

Ubrana z dyskretną elegancją, serdeczna i posiadająca znajomość ludzi, jaką dawał jej zawód, 

a  jednocześnie  wolna  od  arogancji  i  tupetu,  którego  z  czasem  nabierają  dziennikarze,  Siri 

podchodziła  do  życia  z  dystansem.  Jej  niewysoka,  przysadzista  sylwetka,  przyjazne  oczy 

patrzące spod niegdyś połyskliwych ciemnych włosów, które obecnie straciły trochę blasku i 

koloru,  świadczące  o  skłonności  do  autoironii  ułożenie  ust  -  wszystko  to  sprawiało,  że 

ewentualny rozmówca czuł się przy niej bezpiecznie. Naturalnie, potrafiła być uszczypliwa w 

swoich błyskawicznych replikach, ale najczęściej złośliwości kierowała pod swoim własnym 

adresem, nikogo nie raniąc. Ylva ogromnie ją podziwiała. 

Mads wstał, ukazując całą swoją imponującą postać. Miał 190 centymetrów wzrostu, 

ciemne  włosy  i  był  naprawdę  pociągający.  Sensem  życia  tego  zatwardziałego  starego 

kawalera  stało  się  publikowanie  w  gazetach  dobrych,  ciętych  reportaży,  natomiast 

przebywanie  w  towarzystwie  pań  stanowiło  jego  hobby.  Poza  tym  uważał,  że  byłoby 

nielojalnością  w  stosunku  do  reszty  rodzaju  żeńskiego  obdarować  taką  doskonałością  jak 

Mads Billing tylko jedną marną istotę. 

- No i  co dalej? - zapytał. - Jedziecie ze mną do  tej doliny  czy może wolicie wrócić 

pociągiem do Oslo albo zaczekać tu w hotelu? 

- Przyda mi się widok czegoś leżącego z dala od cywilizacji - oświadczyła Siri. - Po 

przeprowadzeniu  wywiadów  z  najlepiej  ubranymi  kobietami  w  Oslo  potrzebuję  trochę 

ś

wieżego  powietrza!  Najgorsza  była  ta  ostatnia  dzisiaj.  Chodząca  doskonałość.  Powinieneś 

zobaczyć jej dom! Świeżo wyczesane psy, świeżo uczesane dzieci, dobrze wytresowany mąż, 

no i te niepospolite talenty kulinarne! Zgroza! Jadę z tobą. A ty, Ylvo? 

Młoda dziewczyna zawahała się przez chwilę. To jasne, że Siri chciała się wybrać na 

romantyczną wycieczkę na odludzie! Czy w takim razie ona, Ylva, nie powinna trzymać się z 

daleka i dać koleżance szansę przebywania sam na sam z obiektem skrywanej miłości? 

-  Chodź!  -  zadecydowała  wspaniałomyślnie  Siri.  -  Dobrze  ci  zrobi  przyjrzenie  się 

okolicy nie tylko z okien samochodu. 

- To będzie prawdopodobnie dość nudne - ostrzegł Mads, kiedy szli do auta. - Sprawa 

dotyczy  nowego  projektu  pozyskiwania  ropy  naftowej  z  łupków.  Chodzi  o  powstrzymanie 

odpływu  ludności  ze  wsi.  Porozmawiam  trochę  z  mieszkającymi  na  tym  terenie  ludźmi  i 

przyjrzę  się  okolicy,  żeby  sklecić  efektowny  artykuł.  Zagram  na  wzniosłych  tonach  nie 

wykorzystanych  zasobów  naturalnych  i  na  niezdolności  władz  do  perspektywicznego 

myślenia, o ile wykracza ono poza obręb miasta. Wizyta w tej zapadłej dziurze nie będzie dla 

background image

was specjalnie ciekawa, ale... 

-  W  porządku  -  przerwała  Siri  -  To  chyba  ostatnie  spotkanie  w  tej  serii  reportaży  z 

podróży,  prawda?  Uważam,  że  dobrze  się  nam  współpracowało.  Dziękujemy,  że  mogłyśmy 

jeździć twoim samochodem. Podróże pociągiem tak otępiają. Trzeba wędrować z dworca na 

dworzec,  przesiadywać  godzinami  w  zatłoczonych  poczekalniach  i  być  narażonym  na 

zaczepki podchmielonych facetów. Mam nadzieję, że nie wchodziliśmy sobie w drogę? 

- Wszystko szło świetnie - powiedział Mads, rzucając Ylvie pełne podziwu spojrzenie. 

- Wsiadajmy do samochodu. Myślę, że zaraz będzie padać... 

Dwie godziny później stały z Madsem na chybotliwym pomoście w gęstej, wilgotnej 

mgle, żałując, że jednak nie wróciły do hotelu. 

-  Tak,  najwyraźniej  tutaj  będziemy  musieli  zostawić  samochód  -  stwierdził  ponuro 

Mads. - Szkoda, bez niego czuję się jak bez ręki. 

- Po co my się tam właściwie wybieramy? - zapytała z niechęcią w głosie Siri. - Tam 

przecież nie ma żadnych zabudowań. 

- Rozmawiałem z naszym przewoźnikiem. Podobno przez ten świerkowy  las biegnie 

pod górę jakaś droga. która prowadzi do Myrsökket. 

-  Myrsökket!  -  mruknęła  Ylva,  otulając  się  szczelniej  letnim  płaszczem.  -  Co  za 

zachęcająca nazwa! Królestwo za klitkę w hotelu! 

-  Rzeczywiście,  nie  jest  to  jakaś  turystyczna  okolica  -  odrzekł  Mads.  -  Obiecano  mi 

nocleg  w  jednym  z  gospodarstw  w  Myrsökket.  Jeśli  dacie  radę  tam  dotrzeć,  znajdzie  się 

chyba miejsce i dla was. W zamian za to obiecuję, że kiedy dotrzemy do Oslo, zaproszę cię 

do luksusowego lokalu, Ylvo. Przedstawię cię tam tylu sławom, ilu tylko zechcesz. 

-  Świetnie!  -  odpowiedziała  Ylva  z  entuzjazmem.  -  Słyszałaś,  Siri?  Zostaniemy 

zaproszone do luksusowej restauracji przez najbardziej seksownego faceta w mieście! 

Mads  nie  uwzględnił  w  tym  zaproszeniu  Siri,  poza  tym  uważał,  że  ton  Ylvy  jest  w 

najwyższym  stopniu  lekceważący,  ale  jak  na  dżentelmena  przystało,  przyjął  jej  słowa  z 

czarującym uśmiechem. 

Siri myślami była daleko od luksusowych restauracji w Oslo. Spoglądała z obawą na 

wielkie stalowoszare jezioro, które równie dobrze mogło być odnogą fiordu, oraz na strome 

urwiska z pozostałościami lawin na brzegu. A więc tam się mieli dostać. Chmury, otulające 

ponurą,  ciężką  warstwą  pasmo  górskie.  odsłaniały  tylko  kilka  zapomnianych  szczytów  w 

szerokiej dolinie porośniętej świerkowym lasem, który zbiegał wąskim pasmem w dół aż do 

samej wody. Siri przypuszczała, że Myrsökket leżało w tej niecce pośród gór. Świadomość, 

ż

e spędzi z Madsem kilka dni na tym odludziu. dodała jej sił. 

background image

Mads też popatrzył na kamienistą stromiznę, pocieszając się. że w wolnych chwilach 

będzie mógł dokonać kolejnego podboju w nowej i cennej klasie wiekowej. Miał tu na myśli 

Ylvę. Dlatego właśnie nalegał, żeby koleżanki mu towarzyszyły. Nie chodziło przecież o to, 

ż

eby pobyt na wsi był jeszcze nudniejszy niż to konieczne. 

Weszli do małej łódki. 

- Czy to jedyna droga wiodąca do Myrsökket? - zapytała Siri chłopa, który na chwilę 

miał się zamienić w przewoźnika. 

- Tak. 

- Czy ludzie mieszkają tam od dawna? 

- Chyba tak. Dobra tam ziemia. 

- Czy to duża wieś? - indagowała dalej Siri, podczas gdy rytmiczne uderzenia wioseł 

rozbijały wilgotną ciszę, w której głosy ludzi rozbrzmiewały głuchym echem. 

- Nie, jakieś dwanaście, trzynaście gospodarstw. 

- Boże, muszą chyba ciągle zawierać małżeństwa w rodzinie! - wykrzyknęła Ylva bez 

zastanowienia. 

- Tak, niemal wszyscy są tam ze sobą spokrewnieni. 

- To chyba niedobrze - wtrąciła ostrożnie Siri. 

- Rzeczywiście. 

Przewoźnik nie był szczególnie rozmowny. 

Ylva spojrzała na wiszące chmury i udając przerażenie odegrała dramatyczną scenę z 

okrzykami grozy, jękami i żywą gestykulacją: 

- Spowija nas mgła! Zabłądziliśmy... Jesteśmy zgubieni! 

- ...zgubieni! - powtórzyło echo z urwiska. 

-  Och!  -  pisnęła  Ylva.  -  Przestraszyłam  się.  W  mieście  niezbyt  często  obcuje  się  z 

echem. Hej, ty tam na górze! Jesteś człowiekiem czy duchem? 

- ...duchem - odpowiedziały góry. 

Siri zadrżała. 

-  Nie  sądzę,  żebym  mogła  go  polubić  -  szepnęła  Ylva,  pochylając  się  do  tyłu.  - 

Myślicie, że mnie słyszy, kiedy mówię szeptem? 

- Siedź spokojnie w łódce! - rzucił nerwowo Mads. 

- Brzmiało to dokładnie tak, jakby ktoś tam był - stwierdziła zdumiona Ylva. - Po co 

tam siedzisz i co knujesz? 

- ...knujesz. 

- Czy to coś w Myrsökket? 

background image

- ...Myrsökket. 

- Nie, uważam, że jesteś wstrętne! 

- ...wstrętne. 

- Czy nie możesz powiedzieć czegoś miłego, czegoś o radości i szczęściu i słońcu? 

W tym momencie znaleźli się już poza zasięgiem echa i nie otrzymali odpowiedzi. 

background image

ROZDZIAŁ II 

Oczy drapieżnych ptaków śledzą przybyszów 

Przewoźnik  wysadził  ich  na  ocieniony  świerkami  brzeg  i  natychmiast  wyruszył  w 

drogę powrotną do domu położonego w słabo zaludnionej okolicy, którą mijali po drodze do 

przystani.  Wraz  z  jego  odejściem  została  zerwana  ostatnia  nić  łącząca  trójkę  przybyszów  z 

innymi ludźmi. 

Fale  wywołane  przez  łódkę,  szemrząc  smętnie,  wkradały  się  pod  korzenie  drzew  na 

podmytym  brzegu.  Siri  popatrzyła  na  wijącą  się  stromo  drogę  pośród  lasu  i  ciężko 

westchnęła. 

-  Głupio  z  mojej  strony,  że  was  tu  ciągnąłem  -  mruknął  Mads.  -  Ale  nie 

przypuszczałem... 

Siri zmusiła się do uśmiechu. 

- Taka odmiana w monotonnym życiu mieszczucha może okazać się miła. A poza tym 

przecież  pojutrze  wracamy.  Szkoda  tylko,  że  Ylva  i  ja  jesteśmy  ubrane  tak,  jakbyśmy 

wybierały się gdzieś z wizytą. Tutaj przydałby się bardziej praktyczny strój. Miejmy nadzieję, 

ż

e nie trzeba będzie iść długo. 

Niestety! Droga znad jeziora wiła się pod górę ostrymi zygzakami, przez co odległość 

jeszcze się zwiększała. Nie widzieli nic poza wysokimi świerkami w morzu nieprzeniknionej 

mgły,  które  powoli  i  mozolnie  pokonywali,  zmierzając,  zda  się,  prosto  do  nieba.  Prawie  ze 

sobą nie rozmawiali, gdyż brakowało im tchu. 

Zaczynało  się  już  zmierzchać,  kiedy  przestali  wreszcie  iść  pod  górę.  Obeszli  dokoła 

niski grzbiet górski, położony między sięgającymi chmur szczytami. Po przebyciu kilometra 

po przyjemnie opadającym terenie ujrzeli wieś otoczoną lasami i górami. Myrsökket... 

- Och, nie! - jęknęła Siri. - To ma być zapłata za nasz trud? 

Jej  zamszowe  buty  całkiem  straciły  fason,  a  wilgotne  powietrze  zupełnie  zniszczyło 

fryzurę.  W  takim  stanie  ani  Siri,  ani  Ylva  nie  odważyłaby  się  przestąpić  progów  sterylnie 

czystych domów eleganckich pań. Mads Billing musiał się przyznać sam przed sobą, że jego 

kondycja  nie  jest  tak  dobra,  jak  sobie  wyobrażał.  Wszystkim  trojgu  doskwierał  głód  i 

dokuczały  otarte  stopy.  Byli  rozdrażnieni,  a  roztaczający  się  przed  ich  oczami  widok  nie 

dodawał otuchy. 

- Spośród wszystkich niedostępnych miejsc... - zaczął Mads. 

Ciężkie chmury wiszące nad niewielką żyzną doliną sprawiały, że zmierzch zapadał tu 

background image

szybciej.  Przybyszom  udało  się  jednak  dostrzec  szczegóły  ukształtowania  terenu,  drogę 

wijącą  się  przez  wieś  w  podmokłej  dolinie  rzeki  i  małe  ścieżki,  jak  żyły  liścia,  wiodące  do 

gospodarstw.  Ylva  policzyła  je  w  myślach.  Tak,  było  ich  trzynaście,  nie  licząc  niedużej 

kaplicy. To znaczy, jedno z gospodarstw było w ruinie. Leżało tak wysoko na zboczu góry, że 

kłębiaste  strzępy  chmur  błąkające  się  między  ponurymi  drewnianymi  zabudowaniami 

nadawały  ich  fragmentom  upiorny  widok.  Jednak  inna  zagroda  różniła  się  od  pozostałych 

jeszcze bardziej. Było to okazałe gospodarstwo z nowymi budynkami i rozległymi polami. 

- Czy właśnie tam mamy mieszkać? - zapytała z nadzieją w głosie Ylva. - .Może mają 

tam nawet wannę. 

- To musi być gospodarstwo Erika Bjora - odparł w zamyśleniu Mads - najważniejszej 

osoby  po  tej  stronie  jeziora,  członka  rady  gminnej,  przewodniczącego  rady  parafialnej, 

prezesa Bóg wie ilu zarządów. Jednego z tych, którzy wieczorną modlitwę zaczynają od słów: 

„Drogi  kolego!”  Podobno  mają  z  nim  kłopoty  w  sprawie  wykorzystania  łupków.  Mimo  że 

zarówno  tej  wsi,  jak  i  całej  gminie,  do  której  ona  należy,  grozi  wyludnienie,  człowiek  ten 

uparcie sprzeciwia się projektowi, który może je uratować. Ponoć powiedział kiedyś: „Tylko 

nie w Myrsökket”. 

-  Patriotyzm  lokalny  jeszcze  gdzieniegdzie  daje  o  sobie  znać  -  powiedziała  Siri.  - 

Dziwne, że taka szycha zadowala się mieszkaniem w podobnej dziurze. 

-  To  zdaje  się  jego  rodzinna  zagroda.  Niestety,  chyba  nie  tam  mamy  się  zatrzymać. 

Sam jeszcze nie wiem, gdzie. W każdym razie u Torsteina Vile. 

-  Chciałabym,  żeby  ktoś  wyszedł  nam  na  powitanie  -  Wtrąciła  Ylva.  -  Wszystko 

wygląda tak obco i niegościnnie. 

Mads Billing rzucił na nią spojrzenie. Jej krótkie, grube blond włosy o odcieniu żyta 

kręciły  się  miękko  wokół  młodzieńczo  świeżej  twarzy  o  szarych  oczach,  bystrych  i  zawsze 

ciekawych świata. Uważał Ylvę za wesołą i towarzyską dziewczynę o ciętym języku, otwartą 

na  nowe  wrażenia.  Posłał  jej  konfidencjonalny  uśmiech,  ale  natychmiast  zmroziła  go 

wzrokiem.  Lojalność  była  jedną  z  cnót  Ylvy,  nawet  jeśli,  gdyby  oceniać  z  tradycyjnego 

punktu widzenia, nie miała owych cnót zbyt wiele. 

Mads  jednak  wytłumaczył  sobie  jej  lodowate  spojrzenie  na  swój  sposób.  Aha, 

dziewczyno, należysz do takich, które nie chcą się tanio sprzedać! pomyślał. Próbujesz mnie 

sobą  zainteresować,  okazując  całkowity  brak  zainteresowania.  Ale  Mads  Billing  i  z  takimi 

dziewczynami umie sobie radzić. Właśnie one chętnie ulegają, kiedy się z nimi podroczę na 

tyle długo, że stracą pewność siebie. 

Ylva  wyglądała  naprawdę  atrakcyjnie  w  białym  płaszczu  kontrastującym  ze  śniadą 

background image

cerą. W tym obcym i przygnębiającym otoczeniu sprawiała jednak wrażenie bezradnej. Nagle 

Mads  zapragnął  odmłodnieć  o  dwadzieścia  lat.  Nigdy  wcześniej  czegoś  takiego  nie 

doświadczył. Pomyślał z goryczą, że to zawsze starsza strona pyta: „Dlaczego nie należymy 

do  tego  samego  pokolenia?”  Młodzi  na  to  gwiżdżą.  Przeżył  lekki  szok,  kiedy  dotarło  do 

niego,  że  tak  naprawdę  należy  do  tej  samej  generacji  co  Siri.  Co za  przerażająca  myśl!  Tak 

długo wykorzystywał swój atrakcyjny wygląd i chłopięcy urok, że zapomniał, iż również dla 

niego czas jest nieubłagany. Mads Billing nagle odczuł w dwójnasób zmęczenie i głód. 

- Wydaje mi się, że tam w dole przy płocie stoją jacyś tubylcy  - odezwała się Siri. - 

Zapytamy ich. 

„Tubylcy” zobaczyli przybyszów z miasta już z daleka. Teraz na nich czekali, śledząc 

wzrokiem każdy ich krok. 

-  Fu!  -  mruknęła  Ylva.  -  Są  podobni  do  drapieżnych  ptaków  strzegących  bram 

królestwa strachu. 

-  Nie  pozwól  się  ponosić  fantazji  -  sprowadził  ją  na  ziemię  Mads.  -  To  zwyczajni 

norwescy chłopi, sól tej ziemi. 

- Sama pochodzę z chłopskiej rodziny - wtrąciła Siri. - Bardzo lubię chłopów i proszę, 

ż

ebyś sobie z nich nie drwił. Ale Ylva ma rację. Tamci też mnie przerażają. 

W  miarę  jak  się  zbliżali,  coraz  wyraźniej  czuli  na  sobie  uważne  spojrzenia  czterech 

mężczyzn  w  wieku  od  dwudziestu  pięciu  do  osiemdziesięciu  lat.  Mads  zdobył  się  na  swój 

ujmujący  uśmiech,  którym  -  o  czym  był  święcie  przekonany  -  potrafił  rozbroić  każdego 

rozmówcę. 

- Dzień dobry! - rzucił radośnie. - Jestem Mads Billing, dziennikarz z „Wiadomości”. 

Przyjechałem  tu,  żeby  napisać  artykuł  o  planowanych  poszukiwaniach  ropy  naftowej,  a  to 

moje koleżanki... 

Tym  razem  jednak  jego  uśmiech  trafił  w  próżnię.  Usłyszeli  kilka  wymamrotanych 

nazwisk i z wielkim niesmakiem przyjęli uścisk czterech szorstkich, powalanych ziemią dłoni 

o  niezwykle  krótkich  palcach,  przypominających  zwierzęce  szpony.  Wszyscy  troje  mogliby 

przysiąc,  że  podejrzliwe  oczy  mężczyzn  zwęziły  się  jeszcze  bardziej  na  dźwięk  słowa 

„dziennikarz”. 

-  Mieliśmy  zamieszkać  u  Torsteina  Vile  -  kontynuował  Mads  już  z  mniejszym 

entuzjazmem. - Gdzie on mieszka? 

Cztery  głowy  zwróciły  się  automatycznie  w  stronę  niewielkiego  gospodarstwa 

położonego  wyżej  na  zboczu.  Och,  nie!  Tylko  nie  tam,  pomyślała  z  przerażeniem  Ylva,  ale 

zaraz  zrozumiała,  że  nie  patrzyli  w  kierunku  podupadłej,  upiornej  zagrody,  lecz  w  stronę 

background image

sąsiednich budynków. 

-  Słyszałem,  że  ma  tam  mieszkać  tylko  jedna  osoba  -  odezwał  się  szorstko  któryś  z 

mężczyzn. 

-  Zgadza  się  -  rzucił  szybko  Mads.  -  Ale  te  panie  nie  miały  się  w  tym  czasie  gdzie 

podziać. Czy nie znajdzie się u Torsteina miejsce także dla nich? 

-  U  niego  nie  powinno  być  miejsca  dla  nikogo  -  powiedział  agresywnie  drugi 

mężczyzna. - Nikt nie wie, dlaczego ściąga tu wścibskich pismaków. 

Siri zadrżała. W tej wypowiedzi wyczuwało się wyraźną wrogość. 

Najmłodszy z mężczyzn zmierzył wzrokiem Ylvę od stóp do głów i pomyślał swoje o 

płaszczu,  który  nie  sięgał  nawet  połowy  uda.  Ylva  wyczuła,  że  w  dolinie  brakuje  młodych 

dziewcząt... 

Ten, który przemówił pierwszy, znowu się odezwał. 

- A może zatrzymacie się u mnie? - zaproponował, zwracając głowę w kierunku innej 

zagrody. - To lepsze miejsce. 

- Serdeczne dzięki za gościnność - powiedział grzecznie Mads. - Postaramy się o tym 

pamiętać, ale chyba najlepiej będzie, jeśli najpierw pójdziemy do Vilego. Przecież on na mnie 

czeka. Może kwestia zakwaterowania rozwiąże się na miejscu. 

Równie  wyraźnie  dało  się  wyczuć  to,  że  Mads  życzyłby  sobie,  żeby  wszyscy  troje 

zamieszkali u Vilego, jak i to, że drugi mężczyzna próbował temu zapobiec. 

-  Czy  to  ta  droga?  Dobrze,  dziękuję  za  informację!  -  dokończył  trochę  zbity  z  tropu 

Mads Billing, nadworny żartowniś i uwodziciel „Wiadomości”. 

Kiedy szli pod górę w stronę zagrody Vilego, czuli na sobie ostre jak noże spojrzenia. 

Nie byli pewni, ale wydawało im się, że słyszą za sobą groźne pomruki. 

-  Strażnicy  doliny  dali  znać  o  sobie  -  mruknęła  Siri.  -  Ale  my,  wbrew  ich  woli, 

przemknęliśmy  się  obok.  To  chyba  ty,  Ylvo,  powiedziałaś,  że  wszystko  tu  wydaje  się 

zamknięte  i  opustoszałe.  Natomiast  ja  mam  wrażenie,  że  jesteśmy  obserwowani  z  każdego 

okna w dolinie. 

Ylva przystanęła i rozejrzała się wokół. 

-  Tak.  Przez  pewien  rodzaj  istot  o  oczach  drapieżnych  ptaków,  które  śledzą  nas  z 

ukrycia. 

- Jesteście niemądre! - prychnął Mads, oddalając się od nich. 

Jednak Ylva rzuciła jeszcze ostatnie spojrzenie na dolinę. Odczuwała silny, dławiący 

strach.  Ponure,  zamarłe  w  bezruchu  domy  z  trudem  dało  się  odróżnić  w  ostatnich 

przebłyskach światła dziennego. Pomiędzy podupadającymi budynkami opustoszałej zagrody 

background image

snuły  się  strzępy  chmur,  a  nadrzeczne  mgły  wciskały  się  pod  drzewa  rosnące  wokół  małej 

kaplicy na cmentarzu... 

Czy to był widok, który mógł człowieka aż tak przestraszyć? 

Może  to  tylko  wina  nieznanej  okolicy,  która  wytrącała  z  równowagi  biednego 

mieszczucha? A może gdzieś niedaleko stąd w ten melancholijny letni wieczór budziło się do 

ż

ycia coś mrocznego i niebezpiecznego? 

Ylva spostrzegła, że jej towarzysze oddalili się od niej, narzucając takie tempo, jakby 

goniły ich duchy. 

Gdy  byli  w  połowie  drogi  pod  górę,  z  domu,  który  musieli  minąć,  wyszedł  jakiś 

mężczyzna i w oczekiwaniu na nich oparł się o ogrodzenie. 

-  Jeszcze  jeden,  który  chce  się  pogapić  na  dziwne  stworzenia  z  wielkiego  miasta  - 

mruknął cierpko Mads. - Czy w okolicy nie ma żadnych kobiet? 

Jednak człowiekiem tym kierowało coś więcej niż tylko ciekawość. Nigdy wcześniej 

nie widzieli nikogo równie nieprzyjaznego. W odróżnieniu od tamtych przysadzistych, trochę 

podstępnych krępych gnomów, z którymi się właśnie rozstali, ten mężczyzna w wieku Madsa, 

o  surowych  niebieskich  oczach  i  zaciętych  ustach,  był  postawny  i  śniady.  Pierwszą  rzeczą, 

która  rzuciła  się  Siri  w  oczy,  były  jego  ręce  o  krótkich  palcach,  które  wydawały  się  być 

znakiem  szczególnym  mieszkańców  Myrsökket.  Chociaż  dobrze  nie  dosłyszała,  jak  się 

nazywali  czterej  napotkani  mężczyźni,  pamiętała,  że  na  pewno  nie  nosili  tego  samego 

nazwiska. 

- Jesteście z „Wiadomości”? - burknął mężczyzna. 

Mads dokonał uprzejmej prezentacji. 

- Nazywam się Jon Huus - rzekł krótko mężczyzna. - Jestem szwagrem Torsteina Vile 

i  gajowym.  Nie  wierzę  zbytnio  w  dyskrecję  dziennikarzy,  ale  muszę  was  prosić,  żebyście 

pisali o ropie naftowej i o niczym innym! Poza tym nie interesujcie się samym Myrsökket! A 

przede wszystkim nie dręczcie mojego szwagra natrętnymi pytaniami! Jest wdowcem i miał 

przez jakiś czas pod dostatkiem zmartwień. 

- Mój drogi przyjacielu - odparł kpiąco lekko poirytowany Mads. - Zapewniam cię, że 

dziennikarzy  nie  interesuje  prywatne  życie  zwykłych  ludzi.  Moją  wielką  pasją  jest  handel  i 

przemysł, a te młode damy interesują się jedynie strojami. 

No  ładnie!  pomyślała  oburzona  Ylva,  podczas  gdy  Siri  z  zachwytem  odnotowała 

słowa  „młode  damy”.  Szkoda,  że  ten  postawny  mężczyzna  musi  być  taki  obcesowy  i 

nieokrzesany,  pomyślała  Siri  odrobinę  zmieszana,  kiedy  poczuła  na  sobie  jego  posępne 

spojrzenie. 

background image

Ylva, która nie zaliczała się do strachliwych, wypaliła bez namysłu: 

-  Będziemy  umieli  się  zachować.  Przybyliśmy  tu  w  pokojowych  zamiarach,  a  jak 

dotąd spotykamy się tylko z wrogością i złem! Cała ta dolina śmierdzi zgnilizną! 

Oczy Jona Huusa zapłonęły gniewem, gdy usłyszał te słowa, ale zdołał się opanować: 

- Zło Myrsökket ma korzenie w przeszłości - wyjaśnił. - Od półtora wieku ciąży nam 

jak głaz. Chcemy mieć wreszcie spokój! 

W milczeniu doszli do domu Vilego. 

-  Jeśli  zło  ma  korzenie  w  przeszłości  -  powiedziała  z  namysłem  Ylva  -  dlaczego  są 

tacy wystraszeni? Co kryje ta dolina? 

background image

ROZDZIAŁ III 

Ylva spotyka cień z przeszłości 

Po  tych  wszystkich  dziwacznych  typach,  jakie  napotkali,  Torstein  Vile  stanowił 

przyjemną odmianę. Był to niewysoki, skromny człowiek o przerzedzonych siwych włosach i 

dziecinnie  niebieskich  oczach,  które  czasami  rozbłyskiwały  zapałem  i  radością,  ale 

najczęściej  malował  się  w  nich  wyraźny  smutek.  Chociaż  miał  na  sobie  robocze  ubranie  i 

dobiegał  od  niego  lekki  zapach  obory,  wiadomo  było,  że  z  taką  samą  naturalną  godnością 

nosiłby  odświętne  ubrania.  Nie  przeszkadzało  mu,  że  zamiast  jednej  osoby  będą  u  niego 

mieszkać trzy, i kiedy po wielu przeprosinach wrócił przebrany w domowy strój, ugościł ich 

solidną  wiejską  kolacją,  która  wspaniale  smakowała.  Gdyby  nie  obolałe  nogi,  przybysze  z 

miasta byliby w pełni zadowoleni z życia. Siedzieli teraz w pokoju gościnnym, w którym na 

ich cześć napalono w narożnym piecu kaflowym. 

- Ylva...  - odezwał się Torstein z lekkim uśmiechem. - To imię od dawna nadawano 

małym dziewczynkom. Tu na Północy nasi praprzodkowie nazywali swoje córki Ylva i Yrsa 

na  cześć  wilczycy  i  niedźwiedzicy,  żeby  zapewnić  im  w  ten  sposób  ochronę  przed  dzikimi 

zwierzętami.  Ale  ty  nie  wyglądasz  na  taką,  którą  trzeba  chronić  przed  czartem  albo  przed 

gnomami. 

- Cóż, chyba wszyscy mamy swoje słabe punkty - śmiejąc się odparła Ylva. 

-  Nie  opowiadaj!  -  zaprotestowała  Siri.  -  Nie  dostrzegłam  u  ciebie  żadnych  słabych 

punktów.  Chociaż  zaskoczyłaś  mnie  trochę  tym,  że  po  drodze  tak  łatwo  uległaś  wpływowi 

panującej  w  Myrsökket  osobliwej  atmosfery.  I  echo,  i  drapieżne  ptaki,  i  wszystko,  co 

wymyślałaś! Nie sądziłam, że dzisiejsza młodzież wyczuwa takie rzeczy. 

- Ha! A jak myślisz, dlaczego oglądamy science fiction i filmy grozy? 

Mads zwrócił się do Vilego. 

- Widzę, że jest pan oczytany. 

- Na tyle tylko, żeby móc wypowiedzieć ogólnikową uwagę na każdy temat i wywrzeć 

w  ten  sposób  wrażenie.  Zawsze  udaje  mi  się  wyprowadzić  kogoś  w  pole.  No,  chyba  że  ten 

ktoś zada sobie trud i sprawdzi moje wiadomości. 

On na pewno bardzo się różni od tamtych przy płocie, pomyślała Siri. To inteligentny 

człowiek. 

Torstein  Vile  z  zapałem  dyskutował  z  Madsem  na  temat  wielkiego  projektu 

Wydawało się, że martwi go tylko jedno. 

background image

-  Moi  sąsiedzi  są  tak  dziwnie  niechętni  -  westchnął.  -  Ich  dzieci  wyjeżdżają,  ich 

zagrody  podupadają,  a  oni  nie  chcą  zaakceptować  przemysłu,  który  może  uratować  nas 

wszystkich! Poczekajmy, mówi mój szwagier Jon. Poczekajmy kilka lat. Jeszcze nie nadszedł 

czas. Ale jak długo można czekać? Wszyscy młodzi odejdą. Dziewczyny nie chcą zostawać, a 

chłopcy nie mają możliwości, żeby się tu utrzymać. 

Siri wskazała ręką zdjęcie wiszące na ścianie. 

- To pański syn? 

Torstein Vile skinął głową. 

Zdjęcie przedstawiało może dwunastoletniego chłopca. 

Zwrócili uwagę na jego spokojne jasne oczy i wysokie czoło. 

-  Miał  wtedy  zaledwie  dziewięć  lat  -  powiedział  miękko  Vile.  -  Trudno  chyba  dać 

temu wiarę? 

- O, tak! - odparł ze zdziwieniem Mads. - Ten chłopiec musiał być inteligentny! 

Vile uśmiechnął się z gorzką ironią. 

- Tak, nazywałem go geniuszem, ale ja jestem chyba zbyt mało obiektywny, żeby móc 

to oceniać. Wspaniale się uczył i znacznie wyprzedzał resztę klasy. Poczekajcie chwilę! 

Pospiesznie wyjął z szuflady kilka brulionów. 

- Popatrzcie na to! Oto wyliczenia, które sam robił w szkole, podczas gdy inne dzieci 

zajmowały  się  zwykłymi  zadaniami.  A  spójrzcie  na  jego  zeszyt  do  fizyki!  Najlepszy  był 

właśnie z matematyki i fizyki. 

- No, no! - W  głosie Madsa zabrzmiał niekłamany  podziw. - Rzeczywiście wybiegał 

daleko poza program  szkoły podstawowej! 

Vile z dumą odłożył zeszyty do szuflady i zamknął ją. 

- Tak, taki prymus na pewno też stąd wyjechał? - zapytała Ylva. 

- Nie - odrzekł cicho Vile. - On nie żyje. 

Zaległa głęboka cisza. 

-  Miał  zaledwie  czternaście  lat  -  szepnął  Torstein  Vile.  -  Najpierw  Kari,  moja  żona, 

trzy lata temu... a potem, rok później, Peder. 

Ż

adne  z  gości  nie  wydobyło  z  siebie  ani  słowa.  Pytania  cisnęły  się  na  usta,  ale 

obiecali,  że  nie  będą  zadręczać  gospodarza.  Siedział  teraz  zakłopotany  i  spoglądał  na  swoje 

krótkie palce. Po chwili uniósł głowę i próbując rozładować trochę napięcie, uśmiechnął się 

lekko. 

- Wiecie, jest to dla mnie jakimś pocieszeniem, że z czasem staje się w mojej pamięci 

coraz  bardziej  idealny.  Niedługo  nie  będzie  miary,  mogącej  określić,  jak  bardzo  był 

background image

inteligentny  i  mądry,  i  jaki  ładny!  Czasami  muszę  rzucić  okiem  na  fotografię,  żeby 

przypomnieć sobie, że nie był jakimś archaniołem. To mnie trochę sprowadza na ziemię. 

Wszyscy troje z wdzięcznością przyjęli jego słowa. Ylva ponownie zwróciła oczy ku 

zdjęciu.  Podobnie  jak  w  wielu  wiejskich  domach,  również  i  tutaj  na  ścianie  w  pokoju 

gościnnym  wisiały  fotografie  wszystkich  członków  rodziny.  Na  samej  górze  znajdował  się 

portret Torsteina Vilego z lat młodości, a obok portret jego żony, stanowiącej delikatniejsze 

wydanie  swojego  twardego  jak  stal  brata.  Jona  Huusa.  Między  Torsteinem  i  obojgiem 

rodzeństwa  zauważało  się  duże  podobieństwo.  Natomiast  syn  posiadał  inną,  nie  dającą  się 

zdefiniować  cechę.  która  nie  występowała  u  starszych,  chociaż,  oczywiście,  był  do  nich 

podobny. 

Jednak  te  trzy  fotografie  nie  zainteresowały  Ylvy  w  takim  stopniu  jak  ta,  której 

zabrakło.  Na  tapecie.  obok  podobizny  syna  gospodarza,  dziewczyna  dostrzegła  jasny 

czworokąt  stanowiący  czwarty  róg  kwadratu,  który  tworzyły  zdjęcia.  Ylva  nie  mogła  się 

oprzeć wrażeniu, że brakujące zdjęcie usunięto ze ściany z taką wściekłością, iż razem z nim 

wyrwany został też haczyk i kawałek tapety. 

Były to oczywiście tylko domysły. 

W końcu Mads przerwał ciszę. 

-  Po  drodze  spotkaliśmy  czterech  czy  pięciu  mężczyzn.  Czy  jest  pan  z  nimi 

spokrewniony? 

Twarz Vilego rozjaśnił lekki uśmiech. 

- Myśli pan o naszym znaku szczególnym, naszych dłoniach? Tak, proszę spojrzeć, w 

palcach brakuje środkowych kości, co znacznie je skraca. Jest to charakterystyczne dla całego 

rodu Borgestad, a ponieważ większość z nas jest ze sobą spokrewniona, cecha ta występuje tu 

dość  często.  Moja  babka  nazywała  się  Liv  Borgestad  i  miała  całe  mnóstwo  córek  i  jednego 

syna, mojego ojca. Oni wszyscy odznaczali się tą właściwością. Babka mojej matki nazywała 

się  Karin  Borgestad,  ale  należała  do  innej,  bardzo  odległej  gałęzi  rodu,  tej  zamieszkującej 

Södra  Borgestad.  Oni  także  mieli  krótkie  palce.  W  Myrsökket  występują  tylko  cztery 

nazwiska rodowe: Vile,  Borgestad, Huus i Bjor.  Brzmi to strasznie. ale nie kryje się za tym 

jakieś szczególne niebezpieczeństwo. Rody są tak bardzo rozgałęzione. że powinowactwo nie 

jest  alarmująco  bliskie.  Tylko  rodzice  moi  i  Kari  narobili  trochę  zamieszania  na  tablicy 

genealogicznej.  Mój  ojciec  i  matka  Kari  byli  rodzeństwem,  nazywali  się  Vile,  a  poślubili 

również rodzeństwo, moją matkę i ojca Kari. Oni nazywali się Huus. 

-  Chwileczkę,  chwileczkę  -  wtrąciła  Siri.  -  Były  to  więc  dwa  rodzeństwa,  które 

zawarły związki małżeńskie między sobą? 

background image

-  Można  to  tak  nazwać.  Pokrewieństwo  było  jednak  tak  dalekie,  że  Kari  i  ja  nie 

wahaliśmy  się  pobrać,  pomimo  że  byliśmy  podwójnie  spokrewnieni.  Okazało  się,  że  poszło 

lepiej, niż się spodziewaliśmy. Peder okazał się chłopcem pierwsza klasa. 

- Chluba szkoły, bez mała geniusz - mruknął lekko poruszony Mads. - Tak, dopiero co 

rozmawialiśmy z bratem pańskiej żony. Najwyraźniej on również odziedziczył krótkie palce. 

Wobec  tego  pańska  żona  i  on  byli  wnukami  obu  pań  Borgestad,  których  nie  łączyły  żadne 

bliższe więzy rodzinne? 

- Właśnie. 

-  Podwójne  pokrewieństwo  -  myślała  głośno  Siri.  -  To  tłumaczy  podobieństwo  na 

fotografii. 

-  Chyba  jestem  zmęczona  -  powiedziała  zdezorientowana  Ylva.  -  Już  nic  z  tego  nie 

rozumiem. 

- Taaak,  chyba już czas udać się na spoczynek -  stwierdził Torstein Vile, wstając od 

stołu.  -  Pan,  panie  Billing,  może  zająć  pokój  gościnny.  Pani,  panno  Gran.  zajmie  pokój 

Pedera, a mała Ylva może zadowoli się pokojem przy drzwiach wejściowych. Ten pokój ma 

osobne  wejście,  więc  najpierw  musi  pani  wyjść  na  zewnątrz,  ale  poza  tym  nadaje  się  jak 

najbardziej do zamieszkania. 

- Będzie wspaniale - zapewniła Ylva. - Zastanawiam się tylko, czy będę mogła zasnąć. 

Strasznie mi dokuczają otarte stopy. 

- Och, chyba zaśniesz - pocieszała ją Siri. - Zresztą na wszelki wypadek mogę ci dać 

tabletkę nasenną. 

-  Tabletki  nasenne!  -  uśmiechnęła  się  ironicznie  Ylva.  -  Tego  jeszcze  nigdy  nie 

próbowałam. Daj mi jedną dla hecy! 

- Weź ją tylko wtedy, kiedy naprawdę będzie to konieczne! - ostrzegła Siri, podając jej 

tabletkę. 

Vile wyszedł z Ylvą, która przystanęła na schodach. 

-  To  chyba  jedno  z  tych  opuszczonych  gospodarstw?  -  zapytała,  wskazując  na 

sąsiednią, posępnie pochyloną zagrodę. 

- No, tak Można chyba tak powiedzieć - odrzekł Vile, niechętnie spoglądając w tamtą 

stronę.  -  Smutna  historia.  To  właśnie  jest  Södra  Borgestad  Ostatni  właściciel...  Nie,  nie 

mówmy już więcej o tragediach rodzinnych! 

Po  raz  pierwszy  Y1va  zdała  sobie  sprawę,  że  uprzejmy  Torstein  Vile  potrafi  być 

szorstki. Najwyraźniej Södra Borgestad, upiorna zagroda, to temat, który niemile go poruszał. 

- Tak mi przykro z powodu pańskiego syna - odezwała się cichym głosem Ylva. - To 

background image

musi być niepowetowana strata. 

- Tak - odrzekł Vile. - Niepowetowana to właściwe słowo... 

Ylva  czekała.  Nie  wiedziała,  jak  się  zachować.  Chciała  być  taktowna,  ale  wyglądało 

na  to,  że  Vile  chętnie  rozmawiał  o  śmierci  swojego  syna.  Zaraz  jednak  powiedział  coś,  co 

wstrząsnęło Ylvą do głębi. 

- Niepojęte... - mruknął jakby do siebie. - Czy biedny ojciec może zrozumieć, czemu 

ktoś chciał krzywdy takiego małego chłopca? 

Siri  z  westchnieniem  ulgi  zdjęła  gorset.  Prawdziwe  narzędzie  tortur!  Młode 

dziewczyny są szczęśliwe, bo mogą chodzić w nie krępujących ruchów rajstopach! Dlaczego 

biedna  czterdziestolatka  nie  może  być  i  szczupła,  i  szczęśliwa?  Nie,  trzeba  wybierać.  Albo 

wszystkiego się sobie odmawia, zwraca się nieustanną uwagę na to, co się je, lub raczej czego 

się nie je, zażywając przy tym dużo ruchu, albo też prowadząc normalne beztroskie życie traci 

się figurę i gwiżdże na to, jakie ubrania się nosi! 

Wyjęła  z  torby  koszulę  nocną  i  przecisnęła  ją  przez  głowę.  Cóż,  musiała  się  jakoś 

obejść bez takich ekstrawagancji jak gorąca kąpiel czy orzeźwiający prysznic. Można chyba 

wytrzymać dwa dni, myjąc się ostrożnie w lodowatej wodzie w miednicy. Byłoby wspaniale 

wyjechać z tego dziwnego miejsca. Wydaje się, że od pięciuset lat nic się tu nie zmieniło. A 

więc  to  był  pokój  chłopca...  To  takie  smutne!  Siri  łudziła  się  nadzieją,  że  nie  zmarł  w  tym 

pokoju.  Nie  dlatego,  żeby  była  przesądna  czy  coś  podobnego.  Na  łóżku  leżała  oczywiście 

ś

wieża pościel, ale tak czy owak... 

Miał  tyle  książek!  Nie,  nie  mogła  o  nim  myśleć,  bo  od  razu  robiło  się  jej  smutno. 

Starała  się  natomiast  myśleć  o  Madsie.  Niestety  Mads  przez  cały  dzień  próbował  tylko 

flirtować  z  Ylvą,  chociaż  ona  nie  przejawiała  zainteresowania.  Bogu  za  to  dzięki!  Och,  tak, 

trudno  się  kochać  w  cieszącym  się  takim  powodzeniem  mężczyźnie.  Siri  chciała  dać  sobie 

spokój,  ale  nie  potrafiła.  Miała  pewne  mgliste  przeczucie,  że  kiedy  Mads  się  już  wyszumi, 

zechce zawinąć do spokojnej przystani. A właściwie kiedy to nastąpi? W wieku dwudziestu 

pięciu, trzydziestu lat? Mads ukończył czterdzieści jeden... Wkrótce będzie przeżywał drugą 

młodość,  a  wtedy  jak  inni  mężczyźni  popadnie  w  typową  dla  starszego  pana  lubieżność  i 

zacznie uganiać się za małymi dziewczynkami, pomyślała z goryczą. 

Westchnęła,  próbując  ułożyć  się  wygodnie  w  obcym  łóżku.  Marzyła  o  powrocie  do 

Oslo. 

Jakiś ptak nawoływał żałośnie i trochę pytająco. Siri naciągnęła kołdrę na uszy. 

Pod wpływem tabletki Ylva spała głęboko. Jej nienaturalny sen zakłócił jakiś hałas. Z 

westchnieniem odwróciła się w stronę pokoju. 

 

background image

Coś tam było... coś; czego wcześniej nie widziała... 

Ylva  próbowała  przyjrzeć  się  lepiej,  ale  powieki  ciążyły  jej  jak  ołów.  W  pokoju 

panował  rozproszony  półmrok,  tak  jak  to  zwykle  bywa  wówczas,  gdy  człowiek  ma  się  już 

obudzić, ale jeszcze nie całkiem uwolnił się z objęć snu. W tę jasną noc na tle okna rysowała 

się  jakaś  niewyraźna  postać,  dzieląc  się  na  kilka  postaci,  które  potem  znowu  zlewały  się  w 

jedną jedyną, olbrzymią... 

Postać się przybliżyła. 

Przecież zamknęłam drzwi na klucz. Zamknęłam, jestem pewna! 

Właściwie czyj to jest pokój? A raczej, czyj był? 

Wydawało  jej  się,  że  krzyknęła,  ale  tego  nie  zrobiła.  Nie,  oczywiście,  że  nie, 

pomyślała  z  uśmiechem.  To  przecież  sen,  tylko  trochę  bardziej  realny,  dlatego  że  wszystko 

dzieje się w tym samym miejscu, w którym zasnęła. Tak często bywa, iż wie się o tym, że się 

ś

ni,  i  wtedy  człowiek  jest  spokojniejszy.  Koszmary  senne  przerażają  właśnie  dlatego,  że 

wydają  się  takie  rzeczywiste.  Rzeczywistość  może  czasami  także  przerażać.  Jednak  na  tym 

odludziu,  gdzie  i  tak  wszystko  jest  fantazją  i  złudzeniem,  można  się  czuć  bezpiecznie  i 

pewnie! 

Zresztą,  pomyślała  odurzona  środkiem  nasennym,  to  przyjemny  sen.  Wcale  się  nie 

boję. On nie chce mnie skrzywdzić, czuję to. 

Ylva  posłała  uśmiech  młodemu  człowiekowi,  który  we  śnie  przysiadł  na  brzegu  jej 

łóżka. Miał na sobie trochę staroświeckie ubranie, z jakiejś romantycznej epoki, romantyczne 

były także jego zaczesane na bok włosy koloru kasztana, przykrywające czoło i skronie. Na 

jego szczupłej, sympatycznej twarzy  gościł melancholijny uśmiech, kiedy  bez słowa  głaskał 

delikatnie jej włosy, jak gdyby chciał ją przekonać, że nie powinna się go bać. Ylva poczuła 

palącą  potrzebę  porozmawiania  z  tym  nieznajomym.  Wiedziała,  że  będzie  mogła  z  nim  być 

zupełnie  szczera,  ale  chociaż  bardzo  się  starała,  nie  potrafiła  wydać  z  siebie  głosu.  Mogła 

tylko  patrzeć  intensywnie  w  jego  oczy,  a  jego  łagodny  uśmiech  mówił,  że  on  rozumiał  jej 

gorącą tęsknotę. Jeszcze raz pogłaskał czule jej policzek, a potem wstał bezgłośnie i odszedł. 

Ś

wiadomość  Ylvy  przeniosła  się  do  innych,  nieważnych  snów,  ale  pamięć  tego  słodkiego, 

melancholijnego spotkania pozostała w niej niby głęboki, przytłumiony szloch. 

background image

ROZDZIAŁ IV 

Opada pierwsza zasłona skrywająca tajemnicę doliny 

Siri łomotała do drzwi. 

- Ylva! Jeszcze śpisz? Niedługo dziesiąta. Odezwij się w końcu! 

Odpowiedział jej zaspany głos Ylvy: 

- Wejdź! Proszę wejdź! 

Siri zobaczyła, że Ylva siedzi na łóżku. Nie miała jeszcze tylko rajstop i butów, poza 

tym była już ubrana. Po prostu siedziała, zapatrzona w podłogę, i marzyła. 

- Co z tobą, Ylvo? Czy to tabletka nasenna tak cię ścięła z nóg? 

Słowa koleżanki wyrwały Ylvę z zamyślenia. Chwyciła Siri za ramię. 

- Tabletka nasenna! Jasne! Siri, wieczorem musisz mi znowu dać taką tabletkę. Muszę 

go zobaczyć jeszcze raz. 

- O czym ty mówisz, na miłość boską? 

-  Miałam  sen  -  odparła  w  uniesieniu  Ylva.  -  Taki  cudowny  sen.  Wszystko  było  tak, 

jakby działo się naprawdę, ale to przecież niemożliwe, bo zanim się położyłam, zamknęłam 

drzwi na klucz i rano były zamknięte... 

-  Wiesz,  Ylvo,  cudze  sny  specjalnie  mnie  nie  interesują.  Opowiedz  go  lepiej 

psychologowi! 

- Ale ja muszę opowiedzieć go teraz! Inaczej umrę. Był tu w pokoju jakiś mężczyzna, 

rozumiesz,  widziałam  go  wyraźnie.  Taki  miły  i  delikatny,  że  chciało  mi  się  płakać.  Taki 

naprawdę czuły, romantyczny młody człowiek, jakich teraz się nie spotyka... 

-  To  zwykły  sen,  jaki  śni  się  takim  przebojowym,  niezależnym  kobietom  jak  ty  - 

oceniła trzeźwo Siri. - We śnie, w podświadomości, uzewnętrznia się ich tłumiona tęsknota za 

tym, żeby otoczył je opieką silny mężczyzna. 

-  Ale  to  nie  był  jakiś  siłacz  -  zaprotestowała  żywo  Ylva.  -  Był  po  prostu  delikatny  i 

spokojny, i... 

Siri westchnęła. 

- Wielka scena miłosna, tak? Posłuchaj, czy ty... 

Ylva się zaczerwieniła. 

- To wcale nie było to, o czym myślisz! On po prostu siedział na brzegu łóżka i głaskał 

moje włosy, i patrzył na mnie z takim smutkiem. Miał takie piękne, silne ręce. I na tym sen 

się skończył. Och, Siri, muszę go zobaczyć jeszcze raz! Proszę o jeszcze jedną taką tabletkę! 

background image

-  Wariatka!  One  nie  wywołują  określonych  snów!  -  powiedziała  Siri  z  pobłażliwym 

uśmiechem.  -  Słowo  daję,  Ylvo,  to  do  ciebie  niepodobne.  Poznaję  cię  od  zupełnie  innej 

strony. 

- Och! Co ty właściwie możesz wiedzieć o nas, młodych - odparła niecierpliwie Ylva. 

-  Chyba  nie  uważasz,  że  jesteśmy  pozbawieni  uczuć  tylko  dlatego,  że  nie  snujemy  się  bez 

sensu i nie jesteśmy żałośnie sentymentalni! 

- Na pewno nie byliśmy „żałośnie sentymentalni” - zaprotestowała urażona Siri - Jak 

wyglądał nadzwyczajny bohater z twojego snu? Czy był ładny? Mam na myśli, przystojny. 

Ylva zastanowiła się przez chwilę. 

-  Bardzo  podobała  mi  się  jego  twarz.  Czy  to  nie  wystarczająca  definicja  piękna,  że 

komuś podoba się to, co się widzi? 

- O, tak, na pewno subiektywne pojęcie piękna mieści się w niej całkiem dobrze. Ale 

teraz już się ubieraj! Mads na nas czeka. 

- Mads! - rzuciła Ylva z pogardliwym grymasem, ale zaraz tego pożałowała. - Już idę. 

Włożyła rajstopy i buty, po czym zrobiła kilka kroków, lekko utykając. 

- Bolą mnie mięśnie nóg! - stwierdziła. 

-  Mnie  też!  Powinnaś  słyszeć  moje  jęki,  zanim  dziś  rano  udało  mi  się  rozruszać 

wszystkie stawy. Skrzypiałam jak rozeschnięta beczka. 

Wyszły na schody. 

- Ojej! - wykrzyknęła Ylva. - Ależ tu pięknie! 

- To prawda - przytaknęła rozmarzona Siri. - Dzisiaj trochę lepiej rozumiem, czemu ta 

szycha, Erik Bjor, nie potrafi się wyrwać z rodzinnych stron. 

Wszystkie chmury się rozwiały i oczom przybyszów z miasta ukazały się oświetlone 

jaskrawym  słońcem  strzeliste,  ośnieżone  góry,  oddzielone  od  doliny  szerokim  pasem  lasu. 

Wieś w jasnych promieniach dnia przedstawiała sielankowy widok; teraz te stare, smołowane 

drewniane domy były bardziej na miejscu. Ylva z zachwytem patrzyła na łąki usiane żółtymi 

jaskrami i niebieskimi chabrami. 

- O Boże! - zająknęła się. - Ja... chce mi się płakać. Czy to też jest Norwegia? 

- Może bardziej niż cokolwiek innego - odezwała się łagodnie Siri. 

- A spójrz tam, na Södra Borgestad! - powiedziała Ylva z zachwytem. - Jak mogliśmy 

mówić,  że  to  upiorna  zagroda?  Popatrz  na  owce  pasące  się  na  zielonych  wzgórzach...  i 

kamienne płyty przed wejściem... i na drewno, to solidne drewno! Siri, to jest tak piękne, że 

aż sprawia ból! 

Siri  popatrzyła  ze  zdziwieniem  na  nową  Ylvę,  tak  odmienną  od  tej  błyskotliwej 

background image

nowicjuszki z „Wiadomości”, zadowolonej z siebie i siejącej zamęt wśród kolegów, zawsze 

dowcipnie i ze śmiechem odpowiadającej na ich erotyczne aluzje. 

- Siri, jak będę dalej żyć? Zawsze będę tęsknić za tym miejscem. 

-  Och,  w  całej  Norwegii  są  tysiące  podobnych  kolorowych  miejsc  jak  z  obrazka.  Ja 

oceniam  sytuację  realistycznie:  poza  ładnymi  widokami  cieszy  mnie  dziś  także  i  to,  że 

założenie „Potiomkina” po raz pierwszy nie było męczarnią. 

-  To  za  sprawą  wczorajszej  wycieczki  -  z  uśmiechem  odrzekła  Ylva.  -  I  tego,  że  nic 

nie jedliśmy przez kilka godzin. 

- To wyzwala we mnie nową energię - rzekła Siri. - Trzeba to kontynuować! A jak się 

mają twoje otarte stopy? 

- Porobiły mi się pęcherze na piętach. 

-  Mnie  też.  Te  buty  nie  były  raczej  przeznaczone  do  spacerów  po  lesie.  Ciekawa 

jestem, jak się czuje Mads. 

Wspomniany  pan,  zdenerwowany  i  podekscytowany,  siedział  właśnie  przy 

kuchennym stole. Był sam, ponieważ Vile musiał pójść do obory. 

-  No,  nareszcie  jesteście  -  powiedział  niecierpliwie.  -  Chodźcie  szybko,  chodźcie  i 

siadajcie! 

Usiadły zdumione. Mads zniżył głos. 

- Dziewczyny! Gwiżdżemy na ropę naftową! 

- Co ty mówisz? - zapytała zaskoczona Siri. - Już mamy wracać do domu? 

- Nie, nie! Z pewnością napiszę o łupkach i tak dalej, ale nie to jest ważne. Wietrzę tu 

sensację! A wierzcie mi, Mads Billing ma dobrego nosa, jeśli o to chodzi. 

Zamilkł na dłuższą chwilę. 

- No? - ponagliła go Siri. 

Mads rozejrzał się wokół, po czym powiedział prawie szeptem: 

-  Przed  chwilą  rozmawiałem  trochę  z  Torsteinem.  Przysięgam,  nic  z  niego  nie 

wyciągałem. Wyglądało na to, że on sam odczuwa palącą potrzebę porozmawiania z kimś. 

Ylva oprzytomniała. Serce zaczęło jej mocniej bić. 

-  Odniosłam  dokładnie  takie  samo  wrażenie  wczoraj  wieczorem.  Wydaje  mi  się,  że 

wiem, do czego zmierzasz, Mads. 

- O czym mówicie? - zapytała zdezorientowana Siri. 

Mads przeniósł wzrok z Ylvy na Siri, a z Siri na Ylvę. 

- O morderstwie! - powiedział cicho i dramatycznie. 

- Jesteś niemądry! - wybuchnęła Siri. 

background image

- Nie. Uważam, że on ma rację - wtrąciła się Ylva. - Rzeczywiście wczoraj Vile mówił 

coś w tym stylu. Może nie o czymś tak drastycznym jak morderstwo, ale o czymś podobnym. 

- Wyjaśnijcie mi to - poprosiła Siri. 

-  On  powiedział  tak  niewiele  -  odparł  Mads.  -  Tylko  jedno  wyrwane  z  kontekstu 

zdanie. Coś o tym, że śmierć jego żony nie została dokładnie wyjaśniona. 

- Co? - krzyknęła Ylva. - Jego żony? Nie, przecież... mnie powiedział, że nie rozumie, 

jak  ktoś  mógł  tak  skrzywdzić  takiego  małego  chłopca.  To  było  wtedy,  kiedy  mówiliśmy  o 

ś

mierci Pedera. 

Po raz pierwszy w życiu Madsowi Billingowi opadła ze zdziwienia szczęka. 

- Myślisz, że mamy do czynienia z dwoma morderstwami? Dwoma nie wyjaśnionymi 

morderstwami, które próbuje ukryć cała wieś! Gdzie jest telefon? 

-  Uspokój  się,  Mads  -  rzekła  Siri  stanowczo.  -  Nie  możesz  poruszyć  nieba  i  ziemi  z 

powodu czegoś tak niepewnego. Na czym się oprzesz, poza aluzjami Torsteina? Co właściwie 

o  nim  wiemy?  Może  być  umysłowo  chory  i  wyobrażać  sobie  różne  rzeczy.  Spotyka  się 

przecież  wielu  samotników,  którzy  dziwaczeją,  a  poza  tym  jego  rodzice  byli  podwójnie 

spokrewnieni i tak dalej. Biorąc pod uwagę wszystko, co wiemy, można uznać, że cierpi na 

manię prześladowczą. 

-  Tak  -  zgodziła  się  Ylva.  -  Pomyśl,  czy  on,  żyjąc  tu  w  samotności  i  smutku,  nie 

wyolbrzymił  jakiegoś  szczegółu,  który  wydał  mu  się  zagadkowy?  W  takim  przypadku 

zrozumiałe  jest,  że  jego  szwagier  i  inni  sąsiedzi  niezbyt  przychylnie  odnoszą  się  do  tego, 

ż

ebyśmy  się  z  nim  bezpośrednio  kontaktowali  Sądzili  pewnie,  że  trochę  przykro  będzie 

narażać chorego umysłowo człowieka na spotkanie z dziennikarzami 

Wyraz twarzy Madsa świadczył o tym, że niestety musi przyznać koleżankom rację. 

- Ale czy możemy tylko... 

-  Oczywiście,  że  zbadamy  dokładniej  tę  sprawę  -  przerwała  mu  Siri.  -  Będziemy 

usiłowali dyskretnie się dowiedzieć, jak właściwie doszło do tych dwóch zgonów, ale musimy 

być niezwykle taktowni! 

-  Ale  jeśli  natrafimy  na  coś  podejrzanego  -  oznajmił  stanowczo  Mads  -  wtedy 

wkroczymy! Dziewczyny! Możemy na tym zarobić mnóstwo forsy! 

W „Wiadomościach” zawsze wypłacano dodatkowe honorarium temu dziennikarzowi, 

który  dostarczył  naprawdę  dobry  materiał.  Za  sensacyjne  artykuły  można  było  dostać  wiele 

tysięcy koron. Wiedziały o tym zarówno Siri, jak i Ylva. 

Ylva, pogrążona w zadumie, gryzła kciuk. Zapomniała o upiornej grozie poprzedniego 

wieczoru,  wszystkich  wrogich  spojrzeniach  i  słowach.  Pamiętała  tylko  niewiarygodnie 

background image

piękny,  opromieniony  blaskiem  słońca  krajobraz,  tragedię  związaną  z  tak  niegdyś  dumnym 

Södra  Borgestad  i  oczyma  duszy  widziała  przed  sobą  mężczyznę  ze  swojego  snu  i  jego 

melancholijne oczy... 

- Żeby tylko nie pozostał nam po tym niesmak - rzekła po namyśle. 

-  Dlatego,  że  zdemaskujemy  mordercę,  który  zabił  kobietę  i  jej  niepełnoletnie 

dziecko? - zapytał Mads. - O, nie! Bądź pewna, że złamiemy tę wieś i wyjaśnimy tajemnicę, 

której tak strzegą. 

- Jeśli w ogóle istnieje jakaś tajemnica - mruknęła Siri. 

Mads posłał jej miażdżące spojrzenie. 

-  Zaplanujmy  to  wszystko  szczegółowo  -  zaproponował  -  Muszę  się  dziś  wybrać  z 

Torsteinem na wycieczkę w góry, żeby przyjrzeć się łupkom. Nie ma potrzeby, żebyście szły 

tam ze mną. Podczas gdy ja wybadam ostrożnie Vilego, co nie będzie chyba takie trudne, bo 

wydaje  się,  że  on  bardzo  chętnie  ze  mną  porozmawia,  wam  zostawiam  resztę  terenu. 

Zostaliśmy zaproszeni do Erika Bjora na wieczór, ale tam nie musicie iść, więc zadecydujcie 

same,  co  chcecie  wtedy  robić.  Wykorzystajcie  całą  swoją  umiejętność  przeprowadzania 

wywiadów! 

Siri  popatrzyła  przez  okno  na  mgiełkę  unoszącą  się  nad  doliną.  Pomyślała,  że 

podobnie  jak  niegdyś  Salome,  i  ta  okolica  spowita  jest  w  siedem  welonów,  a  każdy  z  nich 

skrywa jakąś tajemnicę. Zdołali zerwać pierwszą z tych zasłon, ale to pozwoliło im zobaczyć 

tylko tyle, że każda następna jest jeszcze bardziej nieprzenikniona. 

background image

ROZDZIAŁ V 

Złowrogie ptaki czatują na zdobycz 

Ylvie,  która  gotowa  była  tego  dnia  chodzić  boso,  Torstein  pożyczył  białe  tenisówki 

należące  kiedyś  do  Pedera,  natomiast  Siri  dostała  pantofle  Kari.  W  wygodnych  butach  i  z 

plastrami na piętach czuły się o wiele lepiej. Podczas gdy mężczyźni przygotowywali się do 

wyprawy  w  góry,  Ylva  i  Siri  przechadzały  się  po  podwórzu,  rozkoszując  się  czystym 

wiejskim powietrzem. Nie zdążyły nawet podejść do stajni, kiedy pojawił się Jon Huus i po 

chwili  wahania  skierował  kroki  w  ich  stronę.  Wydawało  się,  że  jest  nastawiony  tak  samo 

agresywnie  jak  poprzedniego  dnia.  Ylva  postanowiła  spróbować  przezwyciężyć  tę  jego 

niechęć, bo mimo wszystko miał swój styl. 

- Dzień dobry! - powitała go, uśmiechając się promiennie. - Niezwykle piękny dzisiaj 

dzień, prawda? 

-  Hm  -  mruknął  Jon  Huus.  Tym  razem  nie  przeszła  mu  przez  gardło  żadna 

uszczypliwa odpowiedź. Żeby nie stracić twarzy, zwrócił się szorstko do Siri: - Są już gotowi 

do drogi? 

Jednak Siri, która zrozumiała intencje Ylvy, uśmiechnęła się równie ujmująco. 

- Za chwilę. Czy idzie pan z nimi, panie Huus? 

- Tak, mam zamiar. 

To pokrzyżuje plany Madsowi, pomyślała Siri. Jak sobie z tym poradzić? 

- Gajowy zna oczywiście tę górską okolicę lepiej niż, ktokolwiek inny. Usiądźmy tutaj 

pod tą nasłonecznioną ścianą i poczekajmy. 

Jon  Huus  rzucił  rozpaczliwe  spojrzenie  w  stronę  domu,  ale  Siri  tak  zachęcająco 

poklepała miejsce obok siebie, że nie potrafił odmówić. Ylva, przybrawszy wdzięczną pozę, 

przysiadła na trawie nieopodal. Obie kobiety przystąpiły do prawdziwego oblężenia. Gajowy 

kręcił się niespokojnie na ławce. 

-  Fascynuje  mnie  ta  podupadła  zagroda  Södra  Borgestad!  -  powiedziała  Ylva, 

kontynuując  ofensywę.  -  Nasz  gospodarz  wspomniał  coś  o  pewnej  tragicznej  historii  z  nią 

związaną... 

- Niejednej! - wybuchnął Huus, zapominając na chwilę, że miał być nieprzystępny. - 

Ta zagroda jest przeklęta! Spadały na nią straszne nieszczęścia, a zwłaszcza na zamieszkujące 

ją  kobiety.  Ostatnią  z  nich  zabiły  miejscowe  plotki.  Popełniła  niewybaczalny  błąd,  który 

polegał  na  tym,  że  nie  pochodziła  stąd.  Czegoś  takiego  się  tutaj  nie  toleruje.  Nikomu  nie 

background image

wolno się wyróżniać. Ta stara wiedźma, Bjor, rozpowiadała o jej przeszłości same najgorsze 

rzeczy. A po odejściu męża, pozostała sama z maleńkim synem, mając przeciwko sobie mur 

nienawiści. Zabiła ją ich jadowita złośliwość, a wszystkiemu dała początek ta wiedźma Bjor. 

Biedaczka  nie  miała  tyle  siły,  żeby  się  przeciwstawić.  Od  początku  była  wątłego  zdrowia  i 

całe to plotkarskie gadanie, ta izolacja, w którą ją wpędziły, złamały ją. Po śmierci jej synem 

Christenem  zajęła  się  jedna  z  tutejszych  rodzin,  ale  i  to  się  nie  powiodło.  Chociaż  zagroda 

Södra Borgestad popadła w ruinę, ciążące nad nią fatum wciąż prześladowało jej ostatniego 

właściciela.  Nie  znam  na  świecie  drugiego  takiego  człowieka,  który  wycierpiał  tyle  co 

Christen Borgestad. Ale to było dawno temu. 

Siri wymieniła spojrzenia z Ylvą. 

- A to babsko, ta Bjor... - zaczęła w zamyśleniu. - Ona chyba już nie żyje? 

- Od dawna. Wraz z nią odeszło wiele zła. Ale jej dwie córki, Gjertrud i Marie Bjor, są 

wieczne,  bo  służą  diabłu.  Muszą  mieć  teraz  po  jakieś  sto  lat,  ale  jeszcze  chłoną  wszystkie 

plotki i zatruwają swoim jadem całą wieś. Twierdzą, że są bardzo religijne, ale jeśli ktoś nie 

pojmuje  idei  chrześcijaństwa,  to  są  to  właśnie  one.  Mieszkają  w  tamtym  domu  na  wzgórzu. 

Mają  stamtąd  widok  na  całą  dolinę.  Na  pewno  siedzą  teraz  w  oknie  i  obserwują  was  przez 

lornetkę. 

Ylva odruchowo obciągnęła spódnicę. 

- Zrobiliśmy tak, jak pan prosił - powiedziała poufale do Jona Huusa, zwiedziona jego 

nieoczekiwaną  otwartością.  -  Udało  się  nam  uniknąć  rozmowy  na  temat  wielkiej  straty 

Torsteina Vile. 

Huus skinął głową. 

- Dobrze się stało! 

- Zastanowiła mnie tylko jedna rzecz, ale nie chciałam pytać - odezwała się niewinnie 

Ylva. - Czy Vile miał więcej dzieci? 

- Oprócz Pedera? Nie. A bo co? 

- Nic, myślałam tylko, że... Obok zdjęcia Pedera wisiało jeszcze inne... 

Twarz gajowego zrobiła się znowu surowa i nieprzenikniona. 

-  Ciekawska  jak  wszyscy  dziennikarze,  co?  A  jeśli  to  było  po  prostu  inne  zdjęcie 

Pedera, które ja od nich dostałem? Żegnajcie, moje panie! 

Oddalił się szybkimi krokami i zniknął w domu. 

-  Aha!  -  powiedziała  krótko  Siri.  -  Trafiłaś  w  samo  sedno.  A  zrobił  się  już  taki 

rozmowny! Najwyraźniej można rozmawiać o domostwie Borgestad, ale o tym nie. Staje się 

wtedy  strasznie  nieufny.  Ale  i  tak  udało  się  nam  coś  z  niego  wydobyć.  Dziś  odwiedzimy 

background image

Gjertrud i Marie Bjor. 

- Nie ja! Jeśli są „bardzo religijne, ale nie pojmują idei chrześcijaństwa”, to nie warto, 

ż

ebym  się  u  nich  pokazywała  w  moich  krótkich  spódniczkach.  Szybko  bym  stamtąd 

wyleciała. 

- Niekoniecznie! Jeśli dobrze wczułam się w ich sposób myślenia, byłaby to dla nich 

ś

wietna okazja, żeby głosić cnotę i nawracać zabłąkaną owieczkę. To właśnie ty musisz tam 

pójść,  a  ja  przygotuję  się  do  wyprawy  w  góry.  Jedna  z  nas  powinna  odwrócić  uwagę  Jona 

Huusa, podczas gdy Mads będzie wypytywać Torsteina. Ty zachowywałaś się tak nieznośnie 

przy naszym kapryśnym gajowym. Natomiast ja, z moim kobiecym urokiem... 

Wybuchnęły śmiechem. 

Akurat,  odwrócić  uwagę  gajowego,  pomyślała  Ylva.  Chodzi  ci  o  to,  że  nie  możesz 

wytrzymać bez Madsa ani sekundy. 

Panowie nie byli specjalnie zachwyceni damskim towarzystwem, ale Siri nie dała się 

zniechęcić.  Pomachała  Ylvie  triumfalnie  na  pożegnanie  i  ruszyła  śladem  mężczyzn 

podążających w stronę lasu. 

Ylva zaczęła wolno schodzić ku głównej drodze. Nawiązanie kontaktu z tymi dwiema 

plotkarkami  może  się  okazać  trudne.  Nie  włazi  się  tak  po  prostu  na  czyjeś  podwórko,  żeby 

pogadać! Jej obawy okazały się przedwczesne. Gdy szybkim krokiem zbliżała się do bocznej 

drogi  prowadzącej  do  gospodarstwa  obu  sióstr,  z  budynku  mieszkalnego  wyszła  kobieta  w 

ś

rednim  wieku.  Skierowała  się  w  jej  stronę,  więc  Ylva  zwolniła  kroku,  tak  by  mogły  się 

spotkać, zanim Ylva skręci. 

Nieznajoma wyglądała na bardzo zakłopotaną i zmieszaną. 

- Dzień dobry - odezwała się niepewnie. 

Ylva  gwałtownie  przystanęła  i  odpowiedziała  z  ujmującym,  jak  miała  nadzieję, 

uśmiechem: 

- Dzień dobry! Ładna dziś pogoda. 

Boże! Czy wypada się odezwać tak banalnie? 

Najwyraźniej wypadało, bo po tym powitaniu kobieta poczuła się wyraźnie lepiej. 

- O! Widzę, że przyjechali do nas goście. 

Ylva oparła łokcie na płocie. Wydawało jej się, że w oknie na górze pojawił się błysk 

lornetki. 

- Tak. Nazywam się Ylva i mieszkam u Torsteina Vilego. 

- Elin Bjor. Czy... Czy masz może ochotę wstąpić na chwilkę? Ciotki mojego męża są 

tak bardzo spragnione towarzystwa. Przez cały dzień siedzą same w domu. 

background image

Elin Bjor sprawiała miłe wrażenie. Nie ulegało wątpliwości, że to ciotki wysłały ją, by 

przyprowadziła im kogoś tak interesującego jak kobieta z miasta. 

Nic na tym nie zyskacie, staruszki, myślała zadowolona Ylva, podążając za Elin. To ja 

będę zadawać pytania! 

W mrocznym, przeładowanym meblami z przełomu wieków pokoju zimne, świdrujące 

oczy  wpatrywały  się  w  Ylvę  z  natężeniem  przez  prawie  minutę.  Oczy  drapieżnych  ptaków, 

które nas śledziły! Teraz jestem w ich ukrytym gnieździe! 

Marie,  młodsza  z  sióstr,  przypominała  Ylvie  sępa.  Może  to  przez  tę  długą, 

pomarszczoną  szyję,  a  może  z  powodu  chłodnego  wyrachowania,  które  malowało  się  na  jej 

twarzy. Nie ona jednak odezwała się pierwsza, lecz jej siostra Gjertrud, która zacytowała jakiś 

długi i przygnębiający fragment ze Starego Testamentu o nierządnicach z Sodomy i Gomory. 

Staruszka znajdowała wyraźną przyjemność w monotonnym powtarzaniu wersów o zagładzie 

i  zapłacie,  która  nastąpi  w  dzień  Sądu  Ostatecznego.  Właśnie  takie  jak  one  niszczą  kościół, 

sprawiając,  że  młodzi  są  podejrzliwi  w  stosunku  do  chrześcijaństwa,  myślała  z  oburzeniem 

Ylva, podczas gdy Gjertrud wypowiadała swoją kwestię o potępieniu. 

-  Dobrze  już,  dobrze,  ciociu  -  odezwała  się  zakłopotana  Elin,  wnosząc  filiżanki  i 

talerzyk z ciasteczkami. - Młodzież tak się teraz ubiera, musimy się z tym pogodzić. 

- Nie tutaj! - zagrzmiała Marie o wyglądzie sępa. 

- Nie, nie tutaj - poparła ją Ylva z wymuszonym uśmiechem. - Wszystko wydaje się 

tutaj takie ciche i spokojne, takie przepełnione dobrocią... 

To były właściwe słowa. 

-  Dobrocią!  Ha!  Ha!  -  zaśmiała  się  szyderczo  Gjertrud.  -  Grzech  rodzi  grzech!  Całe 

Myrsökket cierpi za występki swoich przodków! Ale w tym domu było zawsze jak należy... 

Gjertrud Bjor, znacznie starsza i bardziej niedołężna od swojej siostry, mówiła coś o 

grzechu pierworodnym i karze. Jej puste oczy starały się coś wypatrzyć, krótkie ręce, wsparte 

na kolanach, znajdowały się w nieustannym chaotycznym ruchu, a cała przygarbiona postać 

jakby  wciskała  się  w  krzesło,  gotowa  do  skoku.  Siostra  Marie  sprawiała  jeszcze  gorsze 

wrażenie... 

- Właśnie dziś słyszałam smutną historię - zaczęła niezwykle poważnym głosem Ylva 

-  o  pani  Borgestad,  którą  załamały  wiejskie  plotki.  To  niepojęte,  że  coś  takiego  może  się 

wydarzyć w tak pięknej dolinie! 

Miała  nadzieję,  że  poczuły  się  dotknięte.  Jeśli  to  ich  matka  prowadziła  nagonkę  na 

intruza, na pewno i one miały w tym swój udział. 

- E, tam! - odparła Gjertrud z pogardliwym  grymasem. - Ta  grzesznica  dostała tylko 

background image

to, na co zasłużyła! Zresztą gdyby w Södra Borgestad nie wydarzyły się gorsze rzeczy od tej, 

ręka  boska  nigdy  by  nie  pokarała  tej  zagrody  tak  dotkliwie. Jej mieszkanki  od  początku  nie 

miały wstydu. Najgorsza z nich była chyba Anna, siostra protoplasty rodu. 

O,  nie!  pomyślała  Ylva.  Znowu  kroniki  rodzinne!  Gdziekolwiek  się  obrócić  w 

Myrsökket, natrafia się zawsze na przeszłość. Chciałam się dowiedzieć czegoś o Vilem, a nie 

o jego babce żyjącej sto lat temu. Ale teraz nie dało się już powstrzymać staruszki. 

- Ta nierządnica! Ta lekkomyślna ladacznica! - wykrzykiwała Gjertrud. - Poniosła już 

karę. Dostała swoje trzydzieści srebrników! 

Kiedy  Marie uznała, że  siostra już dostatecznie  długo  rozprawiała o  grzechu i karze, 

przeszła do rzeczy. 

- Anna Borgestad okryła się hańbą w wieku szesnastu lat. Zabił ją ojciec dziecka. Nikt 

się  nie  dowiedział,  kim  był.  Sąsiedzi  znaleźli  ukrytego  noworodka.  Dziewczynce  dano  na 

chrzcie imię Karin. Dorastała w swoim domu rodzinnym w Södra Borgestad. 

Później  nastąpił  długi  i  przedstawiany  z  wyraźną  przyjemnością  opis  śmierci  Anny 

Borgestad.  Zamordowano  ją  w  sposób  tak  bestialski, że  Ylva  z  dreszczem  zgrozy  odstawiła 

od  siebie  ciastka.  Nie  mogła  przez  dłuższą  chwilę  nic  przełknąć,  a  łzy  piekły  ją  pod 

powiekami. 

-  Karin  Borgestad?  Słyszałam  już  wcześniej  to  nazwisko.  Czy  to  nie  była  babka 

Torsteina Vile? - powiedziała w końcu. 

-  Tak.  Wyszła  za  mąż  za  Johannesa  Huusa  i  przez  nią  krótkie  palce  dostały  się  do 

znakomitego rodu Huus! - oświadczyła Marie, rzucając jadowite spojrzenie Elin Bjor. 

- Rzeczywiście. Bardzo się zdziwiłam, kiedy spotkałam kogoś, kto nie ma tego znaku 

rozpoznawczego - z uśmiechem powiedziała Ylva do Elin. - A więc z domu nazywa się pani 

Huus? 

Elin  dumnie  skinęła  głową,  a  Ylva  przypomniała  sobie,  że  taka  sama  duma 

charakteryzuje  Jona  Huusa.  A  ona  sądziła,  że  to  ród  Bjor  był  najbardziej  wyniosły.  Erik 

Bjor... 

- Czy jesteście panie spokrewnione z Erikiem Bjorem? - zwróciła się do sióstr. 

Marie żachnęła się. 

-  To  syn  naszego  brata  ciotecznego.  Erik  postępuje  dobrze.  Ale  jego  żona  jest 

okropnie zarozumiała! Ona także jest z domu Huus. 

-  A  Torstein  jest  następnym  bratem  ciotecznym  -  dodała  przysłuchująca  się  z  uwagą 

Gjertrud. 

Aha! Więc stąd te palce, pomyślała Ylva.  . 

background image

- A panieńskie nazwisko jego żony Kari także brzmiało Huus? 

- Tak, rodzina Huus jest wprost bezsensownie liczna - powiedziała z pogardą Marie. 

- Ale karząca ręka boska dosięgnęła Kari! - z uporem powtórzyła Gjertrud. - Taki jest 

koniec pychy. 

- Tak, ale jak właściwie zmarła? - zapytała na pozór obojętnie Ylva. 

- Ach, nie masz przecież kawy - pospiesznie rzuciła Elin. - Proszę bardzo! Szkoda, że 

w  Myrsökket  jest  tak  mało  chłopców,  którzy  mogliby  ci  dotrzymać  towarzystwa  -  ciągnęła, 

zmieniając  nieoczekiwanie  temat  rozmowy.  -  Jest  co  prawda  syn  Erika,  Tor  -  Erik,  ale  on 

przyjechał do domu tylko na wakacje, i Syver Bjor... 

Ylva  rozpoznała  to  imię.  To  był  ten  młody,  chudy  chłopak,  który  tak  uważnie 

przyglądał się jej przy płocie. Wielkie dzięki, tylko nie on! 

- Tor - Erik przyjedzie jutro - odezwała się Marie. - Ale bracia Huus... 

-  Najstarszy  ma  dopiero  szesnaście  lat,  ciociu!  On  nie  jest  odpowiednią  partią  dla 

Ylvy. 

-  Jutro  wyjeżdżam  -  odpowiedziała  ze  śmiechem  Ylva.  Mam  nadzieję,  że  Mads  nie 

postanowi inaczej, dodała w myśli. 

Przenikliwe oczy mierzyły ją taksująco. 

-  Mieszkasz  u  Torsteina,  prawda?  I  ty  chciałabyś  się  dowiedzieć,  jak  zmarła  jego 

ż

ona? 

Ylva poruszyła się niespokojnie na krześle w obliczu tak bezpośredniej ofensywy. 

- Nie, to nie takie ważne. Właściwie mnie to nie obchodzi. Tylko tak zapytałam. 

- Może mogłabym ci o tym opowiedzieć... 

- Nie, popatrzcie, jak pięknie świeci słońce! - wtrąciła  gorączkowo Elin. - Ylvo,  czy 

przejdziemy się trochę? 

- Nie przerywaj mi, bezczelna dziewucho! - skarciła ją ostro Marie. Włożyła kawałek 

cukru  do  ust,  wypiła  ostatni  łyk  kawy,  po  czym  odezwała  się  powoli  i  prawie  obojętnym 

tonem:  -  I  Gjertrud,  i  ja  jesteśmy  skazane  na  przebywanie  w  tym  pokoju.  Jeśli  przyniesiesz 

nam papier, który znaleźli w ręku Kari Vile, to ci powiemy, jak umarła! 

Serce Ylvy zabiło mocniej. Gjertrud pochyliła się do przodu. Nie potrafiła ukryć, jak 

bardzo jest podniecona. Nie panowała nad sobą tak jak siostra. 

-  Tak,  zrób  to!  -  zaskrzeczała  ochrypłym  głosem,  a  oczy  błyszczały  jej  z  emocji.  - 

Zrób to! Zdobądź go dla nas! Wszyscy we wsi widzieli ten papier, tylko nie my. A ta głupia 

Elin nie chce... 

- Gjertrud! - przerwała jej ostro Marie. 

background image

A  więc  one  nic  nie  wiedzą,  pomyślała  zdumiona  Ylva.  Doprawdy  straszna  plama  na 

honorze tych dwóch urodzonych plotkarek! Nic dziwnego, że mnie zaprosiły! Ale jak udało 

się  całej  wsi  zachować  to  w  tajemnicy?  Co  w  tym  jest  tak  bardzo  ważnego,  że  nawet  tym 

sępom nie udało się niczego wytropić? Teraz nie mogę pytać o śmierć Pedera. Ta miła Elin 

już patrzy na mnie ze zdumieniem i rozczarowaniem. To mnie martwi. 

Podniosła się i podziękowała za gościnę. Staruszki wpatrywały się w nią uporczywie, 

jakby  chciały  wymusić  na  niej  obietnicę  zdobycia  papieru,  a  ona  dała  im  na  to  nadzieję, 

posyłając  serdeczny  uśmiech.  Gjertrud  zorientowała  się  zbyt  późno,  że  nie  zdążyła  niczego 

dowiedzieć się o gościu, ale Elin wyprowadziła Ylvę, zanim ciotka zadała kolejne pytania. 

Przed domem Elin zaczęła z wahaniem: 

- Ta karteczka... 

- Nie mam zamiaru jej szukać - zapewniła stanowczo Ylva - a szczególnie pokazać ją 

im! 

Widać było, że Elin bardzo ulżyło. 

- Dziękuję ci - szepnęła. 

- A mówiąc poważnie, jak dajesz sobie radę? - zapytała Ylva. 

Elin wyglądała na bardzo zmęczoną. 

- Wcale nie daję - odparła. - Ale przecież one nie mogą żyć wiecznie. Chociaż czasami 

człowiek ma wątpliwości... 

Zamyślona  Ylva  poszła  w  stronę  domu.  Teraz  wiedziała,  że  nie  wszystko,  co 

dotyczyło  śmierci  Kari,  zostało  wyświetlone.  Dlaczego  jednak  cała  wieś  tak  bardzo  bała  się 

odkrycia prawdy? Czy kogoś osłaniali? Jakie to wszystko skomplikowane: Torstein Vile był 

sympatyczny  i  chciał  wszystko  wyjaśnić.  Obrzydliwe  siostry  Bjor  także  dążyły  do 

wyjaśnienia  sprawy,  a  miła  Elin  chciała  ją  zatuszować.  Wszyscy  pozostali  byli  na  ogół 

nieprzyjemni i również starali się ukryć prawdę. Jak się w tym wszystkim połapać? 

O  jeszcze  jednej  rzeczy  myślała  Ylva.  O  ile  miała  wątpliwości,  czy  ów  młody 

mężczyzna,  który  pojawił  się  ubiegłej  nocy,  przyszedł  tylko  we  śnie,  teraz  już  wiedziała:  w 

całej dolinie nie było mężczyzny w tym wieku poza Syverem Bjor, a to na pewno nie był on! 

Po  odwiedzinach  u  sióstr  Bjor  słońce  wpłynęło  na  nią  niezwykle  kojąco.  Wiało  od 

nich przeszłymi wiekami, pełnymi czarownic, czarów i mrocznego zła. Ylva, przystanąwszy 

na brzegu górskiego potoku, próbowała zmyć z siebie to wszystko w jego wodach. 

background image

ROZDZIAŁ VI 

Södra Borgestad 

Nikt jeszcze nie wrócił do domu. Opuszczona zagroda kusiła. 

Ylva  z  wahaniem  zbliżyła  się  do  furtki  w  ogrodzeniu  dzielącym  obie  posiadłości, 

przez  cały  czas  nie  spuszczając  czujnego  spojrzenia  z  pustych  domów  stojących  na 

wzniesieniu. 

Od dawna nikt nie przechodził przez zabitą teraz gwoździarni furtkę, żadna stopa nie 

stąpała  tego  lata  po  gęstej  trawie  po  drugiej  stronie.  Pomimo  wyrzutów  sumienia  Ylva 

przedostała się tam, brodząc w koniczynie i złotych jaskrach. Ostrożnie, tak jakby stąpała po 

poświęconej  ziemi,  brnęła  przez  pastwisko,  gdzie  w  skąpanej  w  słońcu  trawie,  między 

dzikimi fiołkami, przeświecały jasnoniebieskie niezapominajki. 

Intensywny  zapach  kwiatów  nieomal  ją  odurzył.  Roztaczał  się  stąd  wspaniały  widok 

na okolicę. Rzeka mieniła się w słońcu, a na horyzoncie rysowały się górskie grzbiety. 

Tuż za domami bez szyb wzdłuż nowego ogrodzenia przeszły owce, nie pozostawiając 

za  sobą  żadnych  śladów  w  głębokiej  koniczynie.  Widać  było  jedynie  odciski  stóp  Ylvy,  z 

poczuciem winy wspinającej się w górę. 

Nagle  okazało  się,  że  domy  są  już  całkiem  blisko.  Przestraszona  dziewczyna 

zatrzymała  się  na  moment,  ale  zaraz  ruszyła  w  stronę  podwórza.  Teraz  znalazła  się  między 

milczącymi, przytłoczonymi ciężarem wspomnień budynkami. Najbardziej ucierpiała stodoła, 

z zapadniętym dachem i ścianami, jak gdyby dosiadł jej jakiś olbrzym. Każdy z pozostałych 

budynków  gospodarskich,  ze  zbutwiałymi  balami  i  zapadniętymi  dachami,  pochylał  się  w 

swoją stronę. Szopa wyglądała jeszcze całkiem nieźle. Jednak najbardziej poruszył ją widok 

domu mieszkalnego. 

Był dość wysoki. Z boku miał przybudówkę ze schodami i pięknie rzeźbione wejście. 

Niegdyś  musiał  to  być  dumny  i  ładny  dom,  natomiast  teraz  wielkie,  ziejące  pustką  otwory 

zamiast okien i rozchwiane ściany sprawiały tragiczne wrażenie. 

Södra Borgestad... 

Zagroda,  w  której  wydarzyło  się  tyle  nieszczęść.  Tylko  tyle  pozostało  po  tym 

wymarłym rodzie! 

Ylva  przesunęła  dłonią  po  starym,  jedwabiście  połyskującym,  wypalonym  słońcem 

drewnie. Czuła ciężar na sercu.  Za płotem, nad dachami domów, rozciągał się milczący las. 

W okolicy panował spokój, a ona była sama... sama... 

background image

Nad opustoszałą zagrodą panowała niczym nie zmącona cisza. 

Wyjęła notesik, który z zawodowego nawyku zawsze nosiła przy sobie, i przysiadła na 

kamiennej płycie. Poezja nie stanowiła najmocniejszej strony Ylvy, ale w tej chwili odczuła 

gwałtowną potrzebę wyrażenia swoich uczuć w niezręcznym wierszu. 

„Domy nie mogą umierać, 

nie tak, nie w ten sposób. 

Domy mają się unosić ku niebu 

w dumnych płomieniach 

lub zostać wyburzone, kawałek po kawałku 

i wywiezione. 

A nie popadać 

w poniżenie, tam gdzie stoją, 

pozostawiając piekącą ranę 

przygnębienia i wspomnień 

zwielokrotnionych czasem...” 

W  tym  momencie  stwierdziła,  że  wiersz  stracił  swój  rytm  i  że  opuściło  ją  poetyckie 

natchnienie. Odłożyła notesik i wyruszyła na rekonesans. 

Drzwi nie były zamknięte, ale schody tak złowróżbnie zaskrzypiały, że nie odważyła 

się wejść. Stojąc przy oknie wspięła się na palce, ale zobaczyła jedynie uginający się sufit i 

zawalone palenisko. 

Potem rozpoczęła wędrówkę wokół budynku. 

Rosnące  w  cieniu  pokrzywy  zagradzały  jej  drogę,  więc  musiała  obejść  je  szerokim 

łukiem.  Gdy  znalazła  się  na  tyłach  domu,  znów  mogła  zbliżyć  się  do  ściany.  Rosły  tam 

krzewy  dzikiej  róży.  Ylva  podziwiała  ich  subtelne  kwiaty.  Ponieważ  mieszkała  w  mieście, 

wszystko  wprawiało  ją  tu  w  zachwyt.  Jej  palce  czule  pieściły  delikatne  liście.  Nie  chciała 

niczego złamać ani uszkodzić. 

-  Tak  pięknie  -  szepnęła.  -  Tak  nieskończenie  pięknie.  Jakby  ukazały  mi  się  te 

wszystkie  młode  kobiety.  Niewinnie  świeże...  ale  z  piekącymi,  dręczącymi  cierniami 

przypominającymi o ich nieszczęsnym losie. 

Nagle zorientowała się, że mówi na głos, i poczuła się okropnie zażenowana. 

Powinni to usłyszeć Siri i Mads! pomyślała z ironią. 

Kontynuowała  swoją  wędrówkę.  Na  tle  ziejącego  ciemnością  zejścia  do  piwnicy 

dostrzegła napawającą lękiem pajęczynę. Oddaliła się od głównego budynku i obeszła wokół 

pozostałe  zabudowania.  Poruszyła  przerdzewiałą  korbkę  porośniętej  mchem  ostrzarki, 

background image

przyjrzała  się  z  uwagą  resztkom  starej  łódki.  Zastanowiła  się,  czy  pójść  na  pomost,  ale 

stwierdziła, że lepiej nie ryzykować, i powoli wróciła na podwórze. 

Coś  zupełnie  nieoczekiwanego  sprawiło,  że  gwałtownie  się  zatrzymała.  Krew 

zawrzała jej w żyłach, serce silnie zabiło, a po całym ciele rozeszło się przeszywające zimno. 

Na otwartym notesie, w którym zapisała swój nieudolny wiersz, leżała dzika róża. 

background image

ROZDZIAŁ VII 

Vilde - Knut i jego dziedzictwo 

Zanim  Mads  i  Spółka  mogli  bez  reszty  poświęcić  się  wyjaśnieniu  ewentualnych 

tajemniczych  morderstw,  musieli  wysłuchać  jeszcze  jednej  opowieści  pochodzącej  z 

minionych wieków. To wręcz maniackie powracanie do przeszłości, cechujące mieszkańców 

Myrsökket,  zaczynało  się  stawać  denerwujące.  Wydawało  się,  że  zupełnie  zapominając  o 

teraźniejszości  próbują  przedrzeć  się  przez  jakąś  gęstą  zasłonę  mniej  lub  bardziej 

chwalebnych wspomnień z mrocznej historii. 

Siri  wytrwale  podążała  za  trzema  mężczyznami  leśną  drogą  ciągnącą  się  wzdłuż 

bagien. Cierpliwie, bez słowa skargi, maszerowała spocona i zadyszana na obolałych nogach. 

W  lesie  było  niezwykle  pięknie.  Gdzieś  wysoko  śpiewały  ptaki,  w  oddali  nawoływała 

kukułka,  gałęzie rzucały cień na trawy i mchy ozdobione białymi kwiatuszkami kwitnących 

właśnie malin, zaś nad bagnami tańczyły refleksy słońca. Prawie nieprzytomna ze zmęczenia 

Siri  nie  była  jednak  w  nastroju  do  podziwiania  piękna  przyrody.  Kiedy  zamiast  świerków 

zaczęły  się  coraz  częściej  pojawiać  karłowate  brzozy,  jej  serce  zagroziło  strajkiem 

generalnym, a ponieważ mężczyźni w ogóle nie przejawiali najmniejszej ochoty na zrobienie 

postoju, zdesperowana usiadła na kamieniu. 

- Róbcie, co chcecie! - zawołała za nimi. - Ale ja teraz odpoczywam! 

Wrócili do niej niechętnie. Siri próbowała uspokoić płuca, oddychając głęboko. 

- Dziękuję! - szepnął ciężko dysząc Mads. - Nie dałbym rady iść dalej w takim samym 

tempie jak oni. 

-  Ale  twoja  duma  nie  pozwoliła  ci  oczywiście  zaprotestować  -  cierpko  rzuciła  Siri.  - 

Gdybyś po prostu powiedział, że robisz to ze względu na mnie, delikatną kobietę, mogłabym 

przynajmniej zachować twarz! No i co, dowiedziałeś się czegoś? 

- Jeszcze nie. Rozmawiają tylko o łupkach. 

-  A  ja  nie  mogę  przecież  oczarować  mężczyzny,  który  cały  czas  ode  mnie  ucieka!  - 

poskarżyła się Siri. - Jakie ma być moje zadanie podczas tego marszu śmierci? 

Podszedł do niej Torstein Vile. 

-  Może  byliśmy  trochę  bezlitośni  -  odezwał  się  przyjaźnie  -  ale  ogarnął  mnie  taki 

zapał. 

Jon Huus wcale się nie odezwał. Spojrzał tylko z rezygnacją na Siri. Ech, te kobiety! 

mówiło  jego  spojrzenie.  Potem  podszedł  do  strumyczka  wijącego  się  przez  brzozowy  las. 

background image

Przystanął tam, w zamyśleniu wpatrując się w wodę. 

Mads postanowił z tego skorzystać i zagadnął Vilego: 

- Twój szwagier wspomniał coś wczoraj o tym, że zło Myrsökket ma swoje korzenie 

w przeszłości. Co miał na myśli? 

Torstein Vile spojrzał na Madsa ze zdziwieniem. 

- Ach! - zaśmiał się. - Chodziło mu chyba o ten przeklęty zrabowany majątek. 

- Zrabowany majątek? 

- Tak, walka o niego toczy się już od stu pięćdziesięciu lat. 

-  Rzeczywiście,  Jon  Huus  mówił  coś  o  półtora  wieku  -  trąciła  Siri.  -  O  co  w  tym 

wszystkim chodzi? 

Torstein Vile rozsiadł się wygodnie. Uśmiechnął się łagodnie, jakby przepraszająco. 

- Dzieje Myrsökket są krwawe i przerażające. Nie nadają się zbytnio dla uszu pań... 

- Jakoś wytrzymam - odpowiedziała Siri. 

Z niepokojem zobaczyła, że wraca do nich Jon Huus, ale było już za późno, żeby jakoś 

go powstrzymać. 

Vile zaczął opowiadać. 

-  Dziwnym  trafem  o  Myrsökket  nie  wiadomo  prawie  nic  do  tysiąc  osiemset 

trzydziestego  roku.  Historia  wsi  rozpoczyna  się  dopiero  od  Vilde  -  Knuta.  Przypuszczalnie 

zanim się pojawił, było tu zaledwie kilka niewielkich gospodarstw. 

Huus przysiadł obok nich. Kiedy zrozumiał, o czym mówi jego szwagier, nie wyglądał 

na zachwyconego, ale nie protestował. 

- Vilde - Knut Vile był notorycznym przestępcą. Urodził się w innym zakątku w kraju 

pod  koniec  osiemnastego  wieku  -  kontynuował  Torstein.  -  Ścigany  przez  władze,  dotarł  w 

końcu z synem Torem aż w te góry, nie tak daleko stąd. Tutaj też został pojmany. Był silnym 

mężczyzną  i  stawiał  zacięty  opór,  solidnie  poturbował  przy  tym  swoich  prześladowców. 

Potem  doprowadzono  go  na  wzgórze  koło  kościoła  po  drugiej  stronie  jeziora  i  ścięto.  Nie 

bawiono się w długi proces i w ogóle chyba nie odbywało się to dokładnie zgodnie z prawem, 

bo  jego  synowi,  Torowi,  wówczas;  młodemu  chłopcu,  za  udział  w  bandyckich  napadach 

odcięto  obie  dłonie;  najwyraźniej  pamiętano  jeszcze  stare,  barbarzyńskie  metody  karania 

złodziei.  Cały  zrabowany  przez  złodziei  majątek  odzyskano  i  umieszczono  w  banku,  a 

mieszkańcy  Myrsökket,  którzy  najwidoczniej  odczuwali  wyrzuty  sumienia,  ponieważ  tutaj 

pochwycono i stracono Vilde - Knuta, zaopiekowali się osieroconym Torem. Jak się okazało, 

wyrósł  na  niezwykłe  dobrego  człowieka.  Mimo  swojej  ułomności  wykarczował  miejsce,  w 

którym  teraz  mieszkam,  wybudował  dom  i  nadał  kształt  całej  wsi.  Ożenił  się  potem  z  Liv 

background image

Borgestad... 

- A więc był twoim dziadkiem ze strony ojca? 

- Tak. I dziadkiem Jona Huusa ze strony matki. 

- No tak! On i Liv mieli kilka córek i jednego jedynego syna, prawda? 

-  Właśnie.  Jednak  od  tamtej  pory  nieustannie  procesowano  się  o  ten  wcale  niemały 

majątek. Oczywiście chciało go dostać państwo, ale Tor Vile i jego spadkobiercy uważali, że 

mają  do  niego  prawo.  Teraz  podejrzanym  skarbem  Vilde  -  Knuta  rozporządza  Erik  Bjor, 

prezes zarządu banku. 

- Erik Bjor sam jest jednym ze spadkobierców, tak? 

- Zgadza się. 

Mads dokładnie zapamiętał tę informację. 

-  A  co  z  prawowitymi  właścicielami  skradzionego  majątku,  czy  oni  się  o  niego  nie 

upominali? 

- Udało się, oczywiście, odnaleźć kilku z nich, ale większą część majątku zatrzymano. 

Ale, powracając do naszej rodziny, to jest tak, że Jon Huus i ja urodziliśmy się jakby o jedno 

pokolenie  później.  Po  naszej  stronie  rodziny  Vile  była  ogromna  luka  między  pokoleniami. 

Tor  Vile  nie  został  od  razu  zaakceptowany  przez  miejscowe  dziewczęta  i  upłynęło  sporo 

czasu,  zanim  zrozumiały,  że  jest  z  zupełnie  innej  gliny  niż  ojciec.  Możecie  zresztą  sami 

obliczyć,  że  dwoje  najmłodszych  dzieci  musiało  się  urodzić  w  jesieni  jego  życia.  Długo 

oczekiwanemu  synowi  nadał  na  chrzcie  imię  Knut,  na  cześć  swego  niepokornego  ojca. 

Najmłodszym dzieckiem była matka Jona i Kari. Czy nadążacie za mną? 

- Sądzę, że tak - odpowiedział niepewnie Mads. - Czy możesz to narysować? Mam tu 

kartkę i ołówek. 

- Mogę spróbować. Chyba mniej więcej tak to będzie wyglądać: 

background image

 

(Do  narysowanej  przez  Torsteina  tablicy  genealogicznej  nie  zostały  wprowadzone 

pozostałe córki Tora Vile i ich potomstwo, ponieważ nie występują w niniejszej książce) 

Pozostałe  wyjaśnienia:  Berit  i  Per  Huus  byli  dziećmi  Johannesa  Huusa  i  Karin 

Borgestad (z rodu Södra Borgestad). 

Pisząc i rysując, Torstein Vile jednocześnie wyjaśniał: 

- Byłem jedynym dzieckiem Knuta, a gdy się urodziłem, miał już ponad pięćdziesiąt 

lat. Dlatego moi rówieśnicy nie są wcale moim ciotecznym rodzeństwem, lecz ich dziećmi lub 

wnukami, a jest ich całe mnóstwo! 

- No, aż tyle ludzi nie mieszka chyba w Myrsökket. 

- Nie, oczywiście, że przesadzam - zaśmiał się Torstein Vile. - Kari też była ode mnie 

młodsza o całe szesnaście lat. 

Mads zapytał: 

-  W  każdym  razie  z  całej  tej  skomplikowanej  kroniki  rodzinnej  wynika,  że  jesteś 

jedyną osobą we wsi noszącą nazwisko Vile? 

- Zgadza się. 

-  A  więc  właściwie  to  ty  jesteś  jedynym  prawowitym  spadkobiercą  złota  Vilde  - 

Knuta? 

- Nie chcę dostać skradzionego majątku. Nie ja się procesuję. 

- Nie, ty nie masz powodu się procesować. Przecież skarb należy do ciebie. 

Siri  i  Mads  wymienili  spojrzenia.  Skarb  miał  należeć  także  do  Pedera.  On  był 

następnym głównym spadkobiercą. Ale teraz już nie żył. 

- Mówiąc o Vilde - Knucie... - odezwał się po namyśle Vile. - Ostatnio wydarzyło się 

background image

coś dziwnego. Protokół z rozprawy Vilde - Knuta był przechowywany w kancelarii sądowej. 

Przed  kilkoma  laty  chciał  go  zobaczyć  pewien  historyk.  Wtedy  okazało  się,  że  dokument 

zaginął.  Został  skradziony.  Musiało  się  to  zdarzyć  na  krótko  przed  przyjazdem  tego 

naukowca. 

-  Idziemy?  -  zapytał  nagle  Jon  Huus i  wstał z  miejsca.  Nie  możemy  tu  siedzieć  cały 

dzień. 

W ten sposób uciął dalszą dyskusję. Reszcie nie pozostało nic innego, jak pójść w jego 

ś

lady. Z trudem za nim nadążali, bo oddalał się z szaloną prędkością. 

Chwilę później dotarli do płaskowyżu. Przed nimi roztaczała się niecka, cała pokryta 

trzęsawiskiem  i  otoczona  gęstym  brzozowym  lasem.  Po  ich  prawej  stronie  wznosiła  się 

górska ściana. Siri ze zdumieniem zauważyła, że Jon Huus rzucił przelotne, jakby ukradkowe 

spojrzenie  w  stronę  szczytu  owej  ściany,  a  później  wziął  głęboki  wdech  i  popatrzył  na 

trzęsawisko. Jego opromieniona intensywnym światłem słonecznym twarz była teraz ponura. 

Najwyraźniej  mieli  przejść  przez  bagna.  Prowadziła  przez  nie  droga,  zaznaczona 

białymi kamieniami Użyto do tego jakiejś intensywnie błyszczącej. skały, być może kwarcu, 

a  może  po  prostu  połyskujących  w  słońcu  łupków.  Gdzieniegdzie  ta  niezwykła  droga,  a 

właściwie  kamienny  most,  dochodziła  do  gęstwiny  brzóz  i  wierzb,  czasami  wiodła  przez 

obrzydliwe błoto. Trudno powiedzieć, by była przyjemna... 

- Oczywiście po drugiej stronie droga się rozdziela - powiedziała Siri. 

- Tak - odparł Vile. - Ta na lewo prowadzi tylko do jesiennych pastwisk. Ta na prawo 

wiedzie w góry, do właściwych pastwisk. Właśnie nią mamy pójść. 

I Mads, i Siri spojrzeli na niego. Jego głos był dziwnie przytłumiony. 

- Chodźmy już - rzucił ostro gajowy. 

Wyszli  na  trzęsawisko.  Białe  kamienie  pewnie  ich  prowadziły,  najwyraźniej  leżały 

tam od wielu dziesiątek lat. Kiedy jednak wszyscy czworo minęli niewielkie zarośla rosnące 

po drugiej stronie mokradła, Torstein Vile zatrzymał się i zachwiał. 

- Idź dalej, Torstein! - powiedział Jon, popychając go brutalnie. 

- Ja... Ja... - jąkał się Vile, zakrywając twarz rękami. 

- Kiedyś musisz do tego przywyknąć - warknął Jon. 

-  Musi  się  pan  zawsze  zachowywać  jak  gbur?  -  wykrzyknęła  oburzona  Siri.  -  Nie 

widzi pan, że ten człowiek jest chory? Jest przecież zupełnie blady! 

- Nic pani do tego - odezwał się niegrzecznie Jon Huus. - No, Torstein! Dalej! 

Ale  Jon  i  Mads  musieli  go  podtrzymywać,  po  ostatnich  głazach  prawie  go  wlekli. 

Wreszcie doszli tak daleko, że bagna nie było już widać. Wtedy nareszcie Torstein Vile stanął 

background image

o własnych siłach. Przeprosił ich nawet i zaproponował, żeby poszli dalej bez niego, a kiedy 

trochę  odpocznie,  dogoni  grupkę.  Siri  chciała  z  nim  zostać,  ale  Huus  chwycił  ją  za  ramię  i 

pociągnął ze sobą. 

- Zostaw go! Niedługo dojdzie do siebie. 

-  Ale  on  może  potrzebować  pomocy!  -  oburzyła  się  Siri.  -  Musi  pan  być  taki 

nieludzki? 

Jon przystanął. Wyglądał na bardzo zmęczonego. 

- Proszę mi wierzyć, nie jestem nieludzki! Czy naprawdę nie może pani pojąć, że ten 

człowiek potrzebuje trochę pobyć sam? 

Zanim Siri zdążyła odpowiedzieć, odezwał się spokojnie Mads: 

- To właśnie tam doszło do tragedii, prawda? Chodziło o żonę czy syna? 

Jon Huus żachnął się zniecierpliwiony, ale opanował się i rzekł całkiem już spokojnie: 

-  Syna.  W  czasie  wojny  toczyła  się  tam  bitwa  między  Niemcami  a  aliantami.  Peder 

wszedł na pozostawioną na mokradłach minę. 

Siri  usiadła,  bo  nogi  odmówiły  jej  posłuszeństwa.  Mads  milczał.  Cóż  było  do 

dodania... 

background image

ROZDZIAŁ VIII 

Karteczka w ręce Karin Vile 

Tego  popołudnia  trójka  dziennikarzy  „Wiadomości”  zrobiła  krótkie  podsumowanie 

tego, czego się dowiedziała. Nie było tego dużo. 

-  Kobieta  umiera  z  karteczką  w  ręce  -  zaczął  Mads.  -  Chłopiec  wchodzi  na  minę. 

Nieskończenie wiele ociekających krwią dziewiętnastowiecznych historii, a do tego zaginiony 

protokół z procesu. To nas do niczego nie doprowadzi. 

- Mamy jeszcze więcej nie wyjaśnionych spraw - odezwała się w zamyśleniu Siri. - Na 

przykład to zerwane ze ściany zdjęcie. Nikt nie chce powiedzieć, kogo przedstawiało... 

- Czy Huus nie mówił, że było to jeszcze jedno zdjęcie Pedera? - zapytał Mads. 

- Owszem, mówił. Ale nigdy jeszcze nie widziałam, żeby ktoś tak strasznie nieudolnie 

kłamał. 

-  Ylva  -  powiedział  z  rezygnacją  Mads.  -  Jesteś  tutaj,  czy  jest  z  nami  tylko  twoja 

cielesna powłoka? Zbudź się  z transu! Co się z tobą dzieje? 

Ylva wzdrygnęła się. 

- Co mówiłeś? Aha, to ty? Przepraszam, byłam trochę nieobecna myślami. 

- Trochę? - zapytała Siri. - Nie jesteś sobą od czasu naszego powrotu z wycieczki w 

góry. Czy zdarzyło się coś szczególnego? 

Młoda dziewczyna uśmiechnęła się trochę nieporadnie. 

-  E  tam,  i  tak  byście  mi  nie  uwierzyli,  więc  zostawmy  to.  Ale  przeżyłam  coś 

tajemniczego... 

-  No,  gadaj!  -  zachęcał  Mads.  -  Wszystko,  co  może  się  przyczynić  do  rozwiązania 

zagadki... 

W śmiechu Ylvy pobrzmiewała desperacja. 

- Rozwiązania zagadki! To, co przeżyłam, bije ją na głowę! 

- No, więc co takiego przeżyłaś? - zapytała niecierpliwie Siri. 

-  Ach  -  westchnęła  Ylva  z  rezygnacją.  -  Tego  się  nie  da  opowiedzieć.  Napisałam 

wiersz o domach i rozmawiałam z krzewem dzikiej róży, a one podziękowały mi za to, kładąc 

na tym wierszu kwiat. 

Mads i Siri spojrzeli po sobie wymownie. 

- Może najlepiej będzie jak najszybciej wrócić do domu - mruknęła Siri. 

Ylva wzruszyła ramionami. Uznała, że dalsze wyjaśnienia nie mają sensu, a poza tym 

background image

wcale  nie  chciała  niczego  tłumaczyć.  Nie  miała  ochoty  opowiadać  o  swoich  osobliwych 

odczuciach,  jakich  doświadczyła  na  opustoszałym  podwórzu  w  bezwietrznej  ciszy,  jak 

wędrując między domami szukała odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób dzika róża zeszła z 

krzaka i pokonała drogę wokół domu, chociaż na ziemi nie było żadnych innych śladów poza 

jej własnymi, i jak w końcu z głębokim szacunkiem zrobiła ledwo dostrzegalny ruch głową w 

stronę  wysokiego,  cichego  domu  i  jak  odeszła  stamtąd,  wstrząśnięta,  ale  również  dziwnie 

przekonana o tym, że w tej smutnej i niesamowitej dolinie było coś pięknego. Może Siri by 

zrozumiała, ale Mads nigdy! 

- To ta róża w wazonie w twoim pokoju? - zapytała Siri. 

- Tak, postawiłam ją tam. 

Siri westchnęła. 

- Cyniczna, twarda jak skała Ylva przeżywa tu jedną romantyczną historię za drugą. A 

ja, spragniona romantyzmu, zyskałam tylko obolałe nogi! 

Mads popatrzył na nią z politowaniem. 

- No wiesz! Mówić o romantyzmie w twoim wieku! To takie niesmaczne! 

Siri jakby się skuliła. 

- Idiota! - syknęła Ylva. - W twoim wieku... A ile ty masz właściwie lat, Romeo? 

Twarz Madsa stężała. Porównywać go do nastolatka z Werony! 

-  Przestańcie  już!  -  ucięła  Siri.  -  Może  uda  się  nam  nakłonić  Torsteina,  żeby 

opowiedział trochę więcej o śmierci żony i syna? 

- Przecież obiecaliśmy... - zaczęła Ylva. 

-  Ach,  bzdury!  -  przerwał  jej  Mads.  -  Obietnica  dana  takiemu  ordynusowi  jak  Jon 

Huus nie jest chyba wiążąca. 

- To prawda, że zawsze chodzi nie ogolony - przyznała w zamyśleniu Siri - ale ma w 

sobie coś, co budzi szacunek... 

Mads pozostawał głuchy na ich argumenty. 

- Czas nagli! Jeśli mamy działać, musimy zacząć już teraz! 

-  Zgoda  -  rzekła  z  ociąganiem  Ylva.  -  Jeśli  będziesz  umiał  nakłonić  Vilego,  żeby 

opowiadał z własnej woli. My nie możemy go do tego zmuszać. 

Mads rzucił lekko: 

- W porządku. 

Ale  tak  naprawdę  pomyślał:  Oczywiście,  naiwna  gąsko.  Jeśli  chcesz,  to  tak  sobie 

myśl! A głośno mówił dalej: 

- Musimy spróbować teraz, zanim pojedziemy do tej grubej ryby, Erika Bjora. 

background image

Okazja nadarzyła się wcześniej, niż się spodziewali. Kiedy już Torstein Vile uporał się 

z pracami w gospodarstwie, po skończonym obiedzie wszyscy zasiedli w pokoju gościnnym, 

panowie  przy  szklaneczce  grogu,  a  panie  przy  likierze.  Nikt  nie  dał  po  sobie  poznać,  że  i 

grog, i likier miały ten sam wyraźny zapach samogonu. 

Torstein Vile po kilku łykach odzyskał dobrą formę. 

-  Tak,  droga  Ylvo,  może  doszłaś  do  całkiem  słusznego  wniosku.  Oczywiście,  że  te 

cztery  rody  są  przedziwnie  skoligacone,  ale  i  tak  można  wyróżnić  pewne  charakterystyczne 

cechy.  Rodzina  Vile  jest,  jak  powiedziałaś,  najmniej  liczna,  rodzina  Borgestad  jest 

nieszczęśliwa,  a  rodzina  Huus  dumna.  Huusowie  to  wspaniały  ród,  nie  da  się  temu 

zaprzeczyć. A przyjrzyjmy się rodzinie Erika Bjora. Sam Erik z wyglądu bardzo przypomina 

Huusów, w których się wrodził po matce. Miło będzie usłyszeć, co sądzicie na jego temat. Tu, 

w Myrsökket, jesteśmy z niego ogromnie dumni. 

Potarł ręką czoło. 

-  Musicie  mi  wybaczyć  moje  dzisiejsze  zachowanie  na  trzęsawisku,  ale  mijanie  tego 

miejsca zawsze przychodzi mi z trudem. 

- Dobrze to rozumiemy - odezwała się ciepło Siri. - Taki straszny wypadek... 

-  Wypadek  -  gorzko  powtórzył  Torstein,  a  w  jego  łagodnych,  niebieskich  oczach 

pojawił się gniew. - Wszyscy mówią, że to był wypadek. Policja też tak mówi. Wszyscy w tej 

przeklętej dolinie tak mówią, ale ja wiem lepiej. 

Trójka jego słuchaczy wstrzymała oddech. 

- Zmówili się - ciągnął dalej. - Cała dolina jest w zmowie. Próbowałem przełamać ich 

opór, ale natrafiam na miękki mur zdecydowanej uprzejmości. Żadnego dochodzenia! 

- A jeśli to nie był wypadek... - zaczęła ostrożnie Siri. 

Skrzyżowali spojrzenia. Jego oczy mocno błyszczały. 

-  Dlaczego  ktoś  przesunął  białe  kamienie?  -  zapytał.  -  Przy  zaroślach,  obok  których 

dziś staliśmy, zostały przesunięte szerokim łukiem. A na ich dawne miejsce położono deski. 

Deski, które ukryły to, co nazwali miną z czasów wojny. Gdzie tam, to nie była żadna mina! 

A kiedy mój synek zjawił się od strony jesiennego pastwiska, wbiegł w deski... 

Na dłuższy czas zaległa cisza. 

W  każdym  razie  miał  szybką  i  bezbolesną  śmierć,  pomyślała  Siri,  próbując  się 

pocieszyć. Nie całkiem jej się to udało. 

- Czy ktoś wiedział, że Peder nadejdzie z tamtej strony? - zapytał Mads. 

-  Oczywiście!  Szkoła  już  się  zaczęła,  a  my  jeszcze  mieszkaliśmy  na  pastwisku. 

Zbiegał zwykle do wsi ile sił w nogach, dlatego że zawsze późno wychodził z domu, a miał 

background image

przed sobą długą drogę. Musiał jeszcze przeprawić się łódką przez jezioro. Tamtego ranka ja 

też miałem zejść do wsi, ale, oczywiście, nie mogłem za nim nadążyć. A potem usłyszałem 

wybuch... 

Vile cicho zapłakał. 

- Więc to właśnie ty... - podjęła ze współczuciem Siri. 

-  Nie,  chociaż  dobiegłem  szybko,  Jon  był  tam  już  przede  mną.  Wyszedł  ze  wsi  na 

obchód w poszukiwaniu kłusowników. On... on mnie powstrzymał, więc uniknąłem... 

Vile wykręcał sobie palce w milczeniu. 

- A więc był tam Jon Huus - powiedział zamyślony Mads. 

- Tak. Nigdy wcześniej ani później nie widziałem płaczącego mężczyzny. Ale właśnie 

wtedy  Jon  płakał.  Bo  Peder  był  takim  wyjątkowym  chłopcem.  Takim  mądrym,  takim 

zdolnym. Był dumą całej rodziny. 

- Niewątpliwie brzmi to dość tajemniczo - przyznał Mads. - Deski... 

-  Tak.  Najpierw  ich  nie  zauważyłem,  bo  jak  zwykle  szedłem  po  tych  białych 

kamieniach i nie zwróciłem uwagi, że są przesunięte, dopiero dużo, dużo później... Ale wtedy 

Jon  nawoływał  z  zarośli,  był  blady  jak  ściana,  a  łzy  ciekły  mu  po  twarzy.  Zrozumiałem,  że 

stało się coś okropnego... Ale Jon nazwał to wypadkiem, i on, i wszyscy inni. Cieszę się tylko, 

ż

e Kari nie musiała przez to przejść. 

Torstein zacisnął zęby, a po chwili dokończył: 

-  To  było  morderstwo!  Rozmyślne  i  bestialskie  zabójstwo  dokonane  na 

czternastoletnim chłopcu! A cała dolina należy do spisku i osłania mordercę. 

- Wiesz, kto jest mordercą? - zapytała niepewnie Siri. 

-  Chyba  się  domyślam.  Ten  sam,  który  zabił  Kari.  Ale  jakie  ma  znaczenie  to,  co  ja 

myślę?  Nikt  nie  chce  mnie  słuchać.  Traktują  mnie  jak  jakiegoś  wiejskiego  głupka. 

Pobłażliwie... 

- Nie rozumiem, dlaczego... - odezwał się powoli Mads. - To, co teraz opowiedziałeś, 

brzmi naprawdę rozsądnie. Aż się nie chce wierzyć, że policja nazwała to wypadkiem! 

-  To  chyba  wpływ  Erika  Bjora  -  odparł  gorzko  Vile.  -  On  jest  bardzo  porządnym 

człowiekiem, ale to właśnie on uparcie twierdził, że to był wypadek. On i Jon Huus. 

Zwrócił się bezpośrednio do Madsa. 

-  Gdybyście  mogli  mi  pomóc!  Z  natury  jestem  człowiekiem  łagodnym  i  nie  potrafię 

nakłonić  policji,  żeby  mnie  wysłuchała,  ale  może  wam  by  się  to  udało?  Billing,  czy 

spróbujesz doprowadzić do prawdziwego dochodzenia? Spróbujesz? 

Mads usiłował ukryć swój zapał. 

background image

- Oczywiście! To po prostu mój obowiązek! 

- Ach, dziękuję, dziękuję! - westchnął z ulgą Vile. 

- Ale w takim razie muszę się dowiedzieć wszystkiego! 

Nie wiemy jeszcze nic o śmierci twojej żony. Ktoś mówił, że zmarła z jakąś karteczką 

w ręku... 

Nie, Mads! zaprotestowała w duchu Ylva. Elin Bjor nie chciała przecież, żebyśmy się 

zajmowali tą sprawą. 

Torstein energicznie wstał z miejsca. 

- Tak, trzymała w ręku karteczkę. Przyniosę ją, żebyście mogli na nią popatrzeć... 

Tego  się  nie  spodziewali!  A  więc  aż  tak  łatwo  było  ją  zdobyć?  Mads  czuł  ogromne 

podniecenie.  Na  dobre  obudził  się  w  nim  dziennikarz.  Zainteresowanie  Siri  objawiało  się 

bezwiednym,  acz  wytrwałym  zdzieraniem  lakieru.  z  paznokci.  Tylko  Ylva  siedziała 

wyczekująco, nie dając się ponieść emocjom. 

Vile wrócił. 

-  Kartka,  którą  trzymała  w  dłoni,  najwyraźniej  jest  stara.  Była  lekko  pożółkła  i 

pognieciona, ale ona próbowała ją wygładzić. Nawet po tych niewielu literach można poznać, 

ż

e napisała ją własnoręcznie. Niezależnie od tego, co zamierzała napisać czy narysować, nie 

dokończyła  tego,  tak  jakby  w  złości  lub  zniecierpliwieniu  albo  powodowana  innym 

gwałtownym uczuciem.  Wyrzuciła ją, nie dokończoną. Karteczka była chyba jednak na tyle 

ważna,  że  pomimo  wszystko  ją  zachowała.  Oto  ona.  Próbowała  mi  ją  podać,  wymawiając 

równocześnie dwa słowa: „Christen miał...” Potem szybko nadszedł koniec. 

Christen,  Christen...?  Trzy  mózgi  pracowały  intensywnie.  Naturalnie,  ostatni 

nieszczęśliwy syn z Södra Borgestad! 

Mads wyglądał tak, jakby miał zamiar wyrwać kartkę z ręki Vilego, ale się opanował. 

- Powiedz mi, na co właściwie zmarła twoja żona? 

-  Doktor  powiedział,  że  był  to  atak  serca.  I  chyba  tak  było,  tylko  że  za  jedyny  jego 

powód  podał  ogólnie  słabe  serce.  A  w  to  nie  wierzę.  Kari  nigdy  nie  miała  tego  rodzaju 

kłopotów, a poza tym dość krótko przed śmiercią przeszła dokładne badania i gdyby wówczas 

wykryto jakieś kłopoty z sercem, dowiedzielibyśmy się o tym. 

- Czy zmarła w domu? 

- Tak. Były wtedy moje pięćdziesiąte piąte urodziny i odwiedziło nas kilku sąsiadów, 

których  potem  kawałek  odprowadziłem.  Po  moim  powrocie  leżała  umierająca  na  łóżku; 

szuflada nocnej szafki była uchylona, chyba właśnie tam przechowywała tę kartkę. 

- Czy śmierć nastąpiła szybko? Bez jakiegokolwiek ostrzeżenia? 

background image

- Bez żadnego. Kiedy żegnała gości, była w jak najlepszym zdrowiu. 

- To za mało, żeby móc budować na tym teorię o morderstwie. 

-  Naturalnie,  że  tak.  Na  początku  ja  też  nic  nie  podejrzewałem.  Dopiero  po  śmierci 

Pedera  w  następnym  roku  przypomniałem  sobie  coś  dziwnego.  Teraz  już  nie  pamiętam 

dokładnie, ale zdarzyło się to jeszcze przed śmiercią Kari, może kilka miesięcy, a może rok 

wcześniej.  Przypadkowo  zobaczyłem  list,  który  pisała.  Było  to  zupełnie  niechcący,  kiedy 

przyszedłem  ją  poprosić  do  telefonu.  Wtedy  rzuciłem  okiem  na  to,  co  robiła.  Nigdy  nie 

czytam  cudzych  listów,  ale  zdążyłem  zobaczyć  pierwsze  linijki,  które  mnie  przygnębiły  i 

zmartwiły...  Ale  najpierw  popatrzcie  na  tę  karteczkę,  którą  trzymała  w  dłoni!  Nie  wiem,  co 

ma przedstawiać. Może jakąś zagadkę albo wzór chemiczny, sam nie wiem. 

Wszyscy troje pochylili się w napięciu nad małym pogniecionym kawałkiem papieru. 

Narysowana była na nim dziwaczna figura geometryczna. 

 

- Ktoś jeszcze ją widział? - zapytał Mads. 

- Pytałem wiele osób we wsi, czy wiedzą, co przedstawia. 

- I nikomu się nie udało jej rozszyfrować? 

- Nie. 

To niemożliwe, pomyślała Ylva. Zauważyła, że pozostała dwójka myśli dokładnie to 

samo, co ona. 

- Czy coś z tego rozumiecie? - dopytywał się Torstein. 

-  Na  razie  nie  -  odparł  Mads.  -  Brakuje  jednej  całej  litery  i  połowy  drugiej.  Tą 

rozpoczętą mogła być P, B albo R. Czy mogę odrysować tę figurę? 

- Proszę bardzo! 

Siri i Ylva też przerysowały sobie rysunek 

- A list? - wypytywał Mads. - Pamiętasz go? 

background image

-  Tak,  bardzo  dobrze,  bo  był  niezwykle  wymowny,  a  później  miałem  już,  niestety, 

dostateczny powód, żeby go sobie przypomnieć... 

Torstein Vile zamknął oczy, żeby łatwiej przypomnieć sobie słowa. 

- „Ach, Boże mój, Boże, co mam zrobić? Nigdy jej nie widziałam, tak jak ty. Nie żyła 

już przecież, kiedy się urodziłam. Mój ukochany synek jest w niebezpieczeństwie! Jak mam 

go  ratować,  jak  mam  go  chronić?  Będę  nad  nim  czuwać  dzień  i  noc,  nie  będę  spać,  nie 

spuszczę go z oka ani na chwilę...” Nie chciałem dalej czytać. 

- Ależ, na litość boską! - odezwała się Siri. - Te słowa były alarmujące! Nigdy się nie 

zastanawiałeś... 

-  Ależ  tak!  Natychmiast  ją  o  to  zapytałem.  Zaśmiała  się  trochę  nerwowo  i 

odpowiedziała,  że  to  tekst  starej  sztuki  teatralnej,  którą  próbowała  sobie  przypomnieć. 

Uspokoiło mnie to wtedy, ale później przypomniałem sobie, jak dziwnie zachowywała się na 

krótko  przed  śmiercią.  Planowaliśmy,  że  Peder  po  szkole  rozpocznie  naukę  w  mieście,  ale 

Kari nagle zmieniła zdanie. Nie  chciała nawet słyszeć o tym, że Peder ma zamieszkać poza 

domem. Tak, jakby nie chciała go od siebie wypuścić... A po jej śmierci nie chciałem zostać 

sam,  więc  odłożyłem  na  później  jego  dalszą  edukację  i  posłałem  go  do  miejscowej  szkoły. 

Gdyby wtedy stąd wyjechał, może by teraz żył! 

Mads oglądał karteczkę ze wszystkich stron. 

-  Myślisz,  że  ta  figura  i  słowa,  które  próbowała  wypowiedzieć,  miały  ze  sobą  jakiś 

związek? 

-  Jestem  tego  pewien.  Karteczka,  jak  już  mówiłem,  została  pognieciona  w  ataku 

wściekłości. 

- Albo... w przerażeniu! - powiedział Mads w zamyśleniu. - A więc Kari przeczuwała, 

ż

e ktoś nastawał na życie Pedera? 

- Też doszedłem do tego wniosku, ale za późno! 

Mads pokiwał powoli głową. 

- Ta figura musi być kluczem do wszystkiego - stwierdził. - Kari zaczęła się nad nią 

zastanawiać,  a  kiedy  już  prawie  znalazła  rozwiązanie,  tak  ją  przeraziło,  że  nie  chciała  się 

dowiedzieć  niczego  więcej.  Usiadła,  żeby  napisać  list  o  spisku  na  życie  Pedera.  I  dlatego 

musiała zginąć, żeby można było bez przeszkód zabić twojego syna... Ta teoria ma chyba ręce 

i nogi? 

- Prawdopodobnie. A ja niczego nie przeczuwałem! - westchnął z goryczą Vile. 

- Powiedz mi jedną rzecz - odezwała się przytomnie Siri. - Którzy sąsiedzi odwiedzili 

was tego wieczoru, kiedy zmarła? Bo, jak sądzę, podejrzewasz otrucie? 

background image

-  Tak,  mieliśmy  jakiś  środek  chwastobójczy...  Hm,  nasi  goście,  myślisz,  że  mogli... 

Oczywiście, że wiem, kto u nas wtedy był. Ale... 

Zmarszczył czoło. 

- Podejrzewasz kogoś innego? - zapytał Mads. 

-  Nie  chcę  odpowiadać  na  to  pytanie.  Co  innego  coś  sobie  myśleć,  a  co  innego 

publicznie kogoś oskarżać. Zwracałem się do policji, żeby się dowiedzieć, jak do tego doszło. 

Ale policja się tym nie interesuje. 

-  Myślę,  że  policja  będzie  zmuszona  zająć  stanowisko  w  tej  sprawie,  kiedy  Mads 

Billing przedstawi ten cały materiał w „Wiadomościach”. Prawda? 

- Tak, goście... Oczywiście był u nas Jon Huus, Erik i Birgit Bjor, i ich syn Tor - Erik, 

na chwilę zajrzała też Elin Bjor. Poza domownikami to już wszyscy. 

- Jak sądzisz, w jaki sposób twoja żona mogła zostać otruta? 

- Poznałem trochę działanie tego środka, bo kiedyś najadły się go zwierzęta. Organizm 

reaguje mniej więcej po godzinie. A wtedy zatrucie postępuje bardzo szybko! Więc jeśli tym 

się otruła, musiała to dostać mniej więcej przy kawie. 

- Co jedliście do kawy? 

-  Próbowałem  sobie  przypomnieć,  ale  nie  przywiązuję  wielkiej  wagi  do  ciast  i 

podobnych rzeczy. Wmówiłem sobie, że podano jej to właśnie w kawie. 

- To przecież możliwe. 

-  Wszystko  to  tylko  hipotezy!  -  Wtrąciła  niecierpliwie  Siri.  -  Niech  się  tym  zajmie 

policja!  Teraz  musimy  iść  do  Erika  Bjora.  Nie  możemy  kazać  czekać  tak  ważnemu 

człowiekowi! 

-  Najpierw  jeszcze  chciałbym  zadzwonić  -  poprosił  Mads.  -  Bo  to  naprawdę  są 

wiadomości! Torstein, myślisz, że moglibyśmy zostać jeszcze kilka dni? 

-  Tak  długo,  jak  chcecie!  Ale  uważaj,  co  mówisz.  Sissel  Borgestad  z  centrali 

telefonicznej okropnie podsłuchuje! 

Kiedy  Mads  Billing  wyciągnął  rękę  do  telefonu,  Ylva  ujrzała  oczyma  wyobraźni 

odrażającego, tłustego kota, wystawiającego pazury w oczekiwaniu na mysz. 

background image

ROZDZIAŁ IX 

W miłą letnią noc 

Erik  Bjor  rzeczywiście  robił  wrażenie.  Sam  jego  wygląd  budził  szacunek.  Był  lekko 

szpakowatym,  postawnym  dżentelmenem  dobrze  po  czterdziestce,  o  niezachwianym 

autorytecie, mocnej szczęce, dumnym arystokratycznym spojrzeniu i tubalnym głosie. W jego 

ustach  każda  banalna  odpowiedź  brzmiała  jak  głęboko  przemyślana  maksyma.  Prowadził 

elegancką konwersację z Siri, dając jej do zrozumienia, że uważa ją za bardzo uduchowioną, 

piękną i kobiecą. Wszystko to wyraził ledwo dostrzegalnym uniesieniem brwi. Podziałało to 

na  urażoną  próżność  Siri  jak  balsam.  Z  radością  zauważyła,  że  Mads  popatrzył  na  nią 

zupełnie innymi oczami. Było to niepojęte, że Erik Bjor nauczył się tak doskonale obcować z 

ludźmi w tym odległym zakątku kraju. 

Jednak  Ylva  i  Siri  nie  miały  okazji  dłużej  z  nim  rozmawiać.  Dyskutował  głównie  z 

Madsem i Vilem na temat ropy z łupków, zostawiając panie w towarzystwie żony. Niemniej 

jednak  udało  im  się  zauważyć,  że  Torstein  traktował  Erika  Bjora  z  głębokim  szacunkiem. 

Domyślali się, że i pozostali mieszkańcy wioski przyjęli taką samą, prawie uniżoną postawę. 

Zauważyli również, że Bjor odnosił się z rezerwą do projektu; sam pomysł był dobry, ale... 

Poza tym był zdecydowanie wrogo nastawiony do Madsa Billinga, chociaż Siri i Ylva 

mogły to zobaczyć tylko w jego oczach, kiedy sądził, że nikt na niego nie patrzy. 

Jego  żona  Birgit,  blondynka  o  dumnej  postawie  charakterystycznej  dla  rodu  Huus, 

była  inteligentną  kobietą  z  klasą.  Okazało  się,  że  pracowała  jako  nauczycielka  w  szkole 

podstawowej. 

- Więc uczyła pani kiedyś Pedera? - zapytała z zainteresowaniem Siri. 

- Tak, rzeczywiście. Niezmiernie utalentowany chłopiec. To była tragedia! 

- Tak, jego ojciec mówił, że był geniuszem. 

- No, cóż - uśmiechnęła się ciepło Birgit. - W oczach ojca, na pewno tak. Z niektórych 

przedmiotów  był  rzeczywiście  świetny,  ale  poza  tym  raczej  przeciętny.  Nie  pamiętam  zbyt 

dobrze  Pedera,  bo  nie  należał  do  tych  dzieci,  z  którymi  natychmiast  nawiązuje  się  kontakt. 

Nie  miał  żadnych  kolegów,  ale  wydawało  się,  że  go  to  nie  martwi.  Często  tak  się  zdarza, 

kiedy w rodzinie jest tylko jedno dziecko. Przebywa wtedy tylko z dorosłymi, a najczęściej są 

nimi właśnie rodzice. Pamiętam jedynie to, że, zdumiewająco dojrzały jak na swój wiek, był 

prymusem w przedmiotach przyrodniczych. Często miałam problemy, żeby wybrać dla niego 

odpowiednio trudne zadanie. 

background image

- Pani mąż też wygląda na takiego, co ma głowę na karku - powiedziała Ylva. 

- To prawda. Mówi się, że to Torowi Vile, synowi Vilde - Knuta, mieszkańcy wioski 

zawdzięczają inteligencję. Tor był również mężczyzną pełnym życiowego rozmachu. 

- Tak, słyszeliśmy o tym. 

Ylva  została  trochę  dłużej  niż  reszta,  ponieważ  pani  Bjor  posiadała  cenną  kolekcję 

starych  koronek  klockowych.  Ylva  pisała  właśnie  serię  artykułów  na  ten  temat  i  przyjęła  z 

wdzięcznością  propozycję  obejrzenia  zbioru.  Te  artykuły  spędzały  jej  sen  z  powiek,  bo  tak 

naprawdę  nie  miała  pojęcia  o  rękodzielnictwie,  sama  z  trudnością  zrobiłaby  sweterek  na 

drutach.  Ktoś  obarczył  ją  zadaniem  ponad  siły,  a  ponieważ  była  nowa  w  gazecie,  nie 

odważyła się odmówić. 

- Trafisz sama do domu, prawda? - zapytała Siri z przedpokoju. Była tak zmęczona, że 

oczy same jej się zamykały. Najwidoczniej górskie powietrze tak na nią wpływało. 

- Ale najpierw tabletka! - upomniała się Ylva. - Obiecałaś! 

- Jesteś niemądra! - zaśmiała się Siri. - Masz zamiar zostać lekomanką? 

- Nie mam nic przeciwko temu, o ile tylko będę mogła go jeszcze raz zobaczyć. 

-  Dobrze,  ale  więcej  to  już  na  pewno  nie  dostaniesz!  Daję  ci  ją  tylko  po  to,  żeby  ci 

udowodnić, że tabletki nie wywołują takich samych snów. Nigdy nie myślałam, że będziesz 

tak bujać w obłokach, Ylvo! 

Podszedł do nich Mads. Popatrzył w zamyśleniu na Ylvę. W dalszym ciągu udawała, 

ż

e  się  nim  nie  interesuje,  ale  ponieważ  on  celowo  ją  ignorował  przez  całą  minioną  dobę, 

powinna  się  już  poczuć  wystarczająco  ukarana  i  potulna.  Jeszcze  tylko  trochę  się  z  nią 

podroczy  i  powinna  się  złamać.  Chciał  rozbudzić  w  niej  nadzieję,  przyobiecać  swoje 

towarzystwo  w  tę  ciepłą  czerwcową  noc,  a  potem,  w  drodze  powrotnej,  dręczyć  ją 

bezgranicznie,  wcale  nie  próbując  się  do  niej  zbliżyć.  Och!  Jakie  by  to  było  dla  niej 

rozczarowanie! Miał zamiar zmusić tę bezczelną małą, żeby padła przed nim na kolana! 

- Mogę na ciebie poczekać, Ylvo - odezwał się słodkim głosem. 

Ylva, ściskając w ręku tabletkę, popatrzyła na niego zdumiona. 

- Po co? - zapytała krótko. 

Po co? Co to za odpowiedź! pomyślał zaskoczony Mads. Wykonał ręką nieokreślony 

gest. 

- No, żebyś nie musiała iść sama. Już ciemno. 

Ylva zauważyła, że Siri wstrzymała oddech. Prawie słyszała szalone bicie jej serca. 

-  Nonsens!  -  parsknęła  Ylva.  -  Jest  przecież  jasno  jak  w  dzień!  A  ja  nie  należę  do 

dziewczyn, które potrzebują opieki taty. Wracaj z nimi i się nie wygłupiaj. Pójdę sama. 

background image

Uśmiech  na  twarzy  Madsa  zgasł.  A  więc  chcesz  się  bawić  dalej,  pomyślał.  Proszę 

bardzo,  ale  być  może  stracisz  swoją  szansę.  Mads  Billing  nigdy  nie  pada  plackiem  przed 

dziewczynami. Nie potrzebuje tego. I tak przychodzą, i ty też w końcu przyjdziesz, kochana! 

Zwłaszcza ty! 

Po  czym  wsunął  rękę  pod  ramię  zdumionej  Siri  i  wyszedł,  częściowo  odzyskawszy 

zakłóconą równowagę ducha. 

Kolekcja  koronek  była  rzeczywiście  wyjątkowa.  Ylva  notowała  jak  szalona. 

Pozwolono jej przyjść raz jeszcze z aparatem fotograficznym. Pani Bjor, odprowadzając ją na 

schody, zaczęła nieśmiało: 

- Ylva... 

- Tak? 

- Wiem od Torsteina, że macie zamiar odgrzebać tę starą historię o Kari i Pederze. Nie 

róbcie tego, Ylvo! Proszę was! 

- Dlaczego nie? Przecież to były morderstwa! 

Birgit Bjor rzuciła nerwowe spojrzenie w głąb przedpokoju. 

- Bzdury! To była zwykła śmierć i nieszczęśliwy wypadek! Te sprawy są całkowicie 

wyjaśnione. 

Ylva zagryzła wargi. 

- Powiem o tym Madsowi - powiedziała niepewnie. - Ale... 

- Obiecaj mi to! 

- Obiecuję. 

- Dobrze! Dobranoc! 

- Dobranoc! I dziękuję za uprzejmość! 

A więc Birgit Bjor także bała się prawdy! Przez wzgląd na siebie, czy...? 

Nauczycielka  Pedera...  Karteczka  w  ręku  Kari.  Czy  Peder  odkrył  jakiś  wzór 

chemiczny?  Dzięki  swojemu  nieprzeciętnemu  umysłowi  mógł  wpaść  na  trop  jakiejś 

tajemniczej sprawy... 

Ylva  zadrżała.  Przeszła  już  kawałek  drogi,  kiedy  w  mroku  letniej  nocy  zobaczyła 

przed sobą szczupłą postać. Przystanęła. 

Syver Bjor zatrzymał się bardzo blisko niej. 

-  Więc  jeszcze  tu  jesteście!  -  odezwał  się  ostro.  -  I  w  dodatku  macie  zamiar  zostać 

dalszych kilka dni. 

Ylva zebrała się na odwagę. 

- Skąd o tym wiesz? 

background image

- Twój kochanek dzwonił dziś do gazety i poinformował, że ma na tapecie podwójne 

morderstwo sprzed lat. 

Najwyraźniej  panują  tu  dziwne  zwyczaje!  Wiadomości  rozeszły  się  naprawdę 

błyskawicznie! 

Z  typowo  kobiecym  wyczuleniem  na  drobiazgi  zaprotestowała  przeciwko  temu,  co 

najbardziej ją rozdrażniło. 

- On wcale nie jest moim kochankiem! 

Syver Bjor zmierzył ją pogardliwym wzrokiem. 

- Taka dusza towarzystwa jak ty... Myślisz, że nie znam takich dziewczyn? Jesteście 

gorsze  od  ulicznic.  One  chociaż  pokazują  swoje  prawdziwe  oblicze.  Przynajmniej  nie  udają 

kogoś  innego.  Wy  handlujecie  dokładnie  tym  samym.  Różnica  jest  tylko  taka,  że  nigdy  nie 

każecie sobie za to płacić... 

Policzek  wymierzony  przez  Ylvę  zabrzmiał  w  ciszy  jak  wystrzał.  Syver  chwycił  ją 

mocno  za  ramię  i  wbił  w  nią  groźny  wzrok,  czerwony  z  wściekłości.  Ona  też  patrzyła  na 

niego. 

- Jakie masz prawo wypowiadać się na mój temat? - zapytała z gniewem. - Co ci złego 

zrobiłam? 

-  Nie  będą  tu  węszyć  żadne  pismaki,  które  wtykają  nos  w  nie  swoje  sprawy  - 

odpowiedział  z  naciskiem.  -  Jeśli  się  stąd  szybko  nie  wyniesiecie,  może  się  to  dla  was  źle 

skończyć. Bardzo źle! Potraktuj to jako przyjacielskie ostrzeżenie! 

Nie  żartował.  Tyle  zrozumiała  pomimo  całego  swojego  wzburzenia.  Poczuła  dreszcz 

strachu,  który  przeszył  ją  na  wskroś.  Za  tym  wszystkim  kryło  się  coś,  co  być  może 

przekraczało  ich  wyobraźnię.  Ten  osobliwy  rodzaj  ludzi,  odizolowanych  od  świata  i 

skonsolidowanych  więzami  pokrewieństwa...  Do  czego  mogą  się  posunąć,  jeśli  zostaną 

zaatakowani z zewnątrz? Skoro kilku ciekawskich dziennikarzy natknęło się przypadkiem na 

ich największą tajemnicę, czy nie było naturalne, że połączyli siły we wspólnej obronie? Już 

nie po raz pierwszy Ylva popatrzyła na to od ich strony, zobaczyła siebie i swoich przyjaciół 

ich oczami. Wszyscy troje musieli im się wydawać odpychającymi łowcami sensacji! 

Chociaż  na  co  dzień  starała  się  tego  nie  dostrzegać,  musiała  przyznać,  że 

„Wiadomości”  cieszyły  się  złą  sławą.  Gazeta  goniła  za  sensacjami,  toczyło  się  przeciw  niej 

wiele spraw sądowych o zniesławienie... Roiło się w niej od krzykliwych nagłówków, które 

nie  zawsze  miały  pokrycie  w  faktach...  Lubowała  się  w  skandalach.  Nic  dziwnego,  że 

mieszkańcy Myrsökket odnosili się do nich w najlepszym razie sceptycznie! 

Nagle  Syver  Bjor  puścił  Ylvę  i  odszedł  bez  słowa.  Może  wyczytał  z  jej  oczu,  co 

background image

myśli? A może po prostu powiedział, co miał do powiedzenia. 

Ylva,  drżąc  na  całym  ciele,  skierowała  się  w  stronę  domu.  Czuła  przede  wszystkim 

oburzenie. Gorsza od ulicznicy! Porównana do...! 

Było  już  dość  ciemno.  Nie  na  tyle  jednak,  żeby  nie  zobaczyła  kilku  postaci,  które 

gromadziły  się  pospiesznie  nad  skrajem  rowu  tuż  przy  bocznej  drodze  prowadzącej  do 

zagrody Vilego. Ylva zawahała się przez moment, a potem szybko przeszła obok. 

Kiedy  minęła  tajemnicze  cienie,  coś  się  za  nią  poruszyło.  Jakiś  głos  zawołał  coś 

groźnie, a później usłyszała świst kamienia przelatującego koło jej ucha. Zaczęła biec. 

- Wynocha stąd, wielkomiejska hołoto! - krzyknął jakiś głos. 

Jakiś  kamyk  trafił  ją  w  głowę,  zadając  dotkliwy  ból.  Kiedy  krzyknęła,  prześladowcy 

zbiegli na dół. 

-  Czy  koniecznie  trzeba  zatruwać  złem  taką  miłą  letnią  noc?  -  krzyknęła 

zdenerwowana, ale oni już jej oczywiście nie słyszeli. 

Ylva  wbiegła  do  swojego  pokoju,  niezdarnie  przekręciła  klucz  w  zamku.  Kolana  jej 

drżały, kiedy przechodziła przez pokój. Rzuciła się na łóżko i dopiero wtedy zapłakała, dając 

ujście strachowi, wstydowi i zranionej dumie. Po chwili zdołała się opanować. Obmyła się z 

całodziennego  kurzu  w  staromodnej  miednicy  i  pochlipując,  wśliznęła  się  do  łóżka.  W 

ostatniej  chwili,  tuż  przed  zaśnięciem,  zerwała  się  i  popiła  wodą  tabletkę  nasenną.  Potem 

czekała już tylko na piękny sen. Nie miała jednak większych nadziei, że wróci. Jej optymizm 

gdzieś się rozwiał. 

Niebo  zaczynało  się  rozjaśniać.  W  ciężki  sen  Ylvy  wdarł  się  jakiś  obcy  dźwięk, 

przypominający trzask albo wystrzał.  Z trudem  otworzyła oczy. Po  chwili odwróciła  głowę. 

Jej zmęczoną twarz rozjaśnił uśmiech. 

- Tak się bałam, że nie przyjdziesz - wymamrotała niewyraźnie. 

Tak jak poprzedniej nocy usiadł na brzegu łóżka. Ylva popatrzyła na niego, rozespana. 

- Wyżebrałam jeszcze jedną tabletkę od Siri - wyszeptała z trudem - żebym mogła cię 

jeszcze raz zobaczyć. 

Przez chwilę popatrzył na nią pytająco. Potem się uśmiechnął. 

-  Jesteś  taki  piękny  -  powiedziała  Ylva,  pocierając  swój  policzek  o  jego  dłoń, 

spoczywającą na jej poduszce. - Tak, to naprawdę ty! Mam odwagę tak mówić do ciebie, bo 

wiem,  że  to  sen  i  że  nigdy  nie  będę  odpowiadać  za  to,  co  mówię.  Nie  chcę  się  obudzić. 

Zawsze chcę być z tobą. 

Głaskał ją po twarzy. Po chwili zmarszczył czoło. 

- Płakałaś? 

background image

- Nigdy wcześniej nie doznałam nienawiści - wyszeptała drżącymi wargami. - To było 

takie wstrętne. Bolało... 

Odwrócił od niej wzrok i przestał ją głaskać. 

- Tak - odezwał się cicho. - To boli. Trzeba się stać twardym. Twardszym niż by się 

chciało. Ale i tak to boli... 

Mówił  charakterystycznym  dla  tej  doliny  dialektem.  Ylva  czuła  na  swojej  dłoni 

aksamit  jego  kurtki.  Patrzyła  na  jego  kasztanowe  włosy,  opadające  miękko  na  czoło.  Jego 

szczupła twarz wyrażała głęboki smutek. 

Ylva musiała się bardzo starać, żeby jej umysł pracował w miarę jasno, bo tabletki Siri 

nie były bynajmniej przeznaczone dla dzieci. Huczało jej w uszach, a obrazy pojawiały się i 

odchodziły mrocznymi falami. 

- Nie opuszczaj mnie - prosiła. - Bądź przy mnie! 

- Jestem przy tobie - szepnął - tak długo jak będziesz w Myrsökket, będę blisko ciebie. 

-  A  potem?  Kiedy  stąd  wyjadę...  nie  będziesz  mógł  do  mnie  przyjść?  Nie  mogę  cię 

teraz stracić. 

Jego oczy wypełnił smutek. 

- Ty i ja nigdy nie będziemy do siebie należeć, dziewczyno. Niech to pozostanie tylko 

snem, nic innego nie jest możliwe. 

Spojrzała na niego z rozpaczą, a on pochylił się, na chwilę przybliżając policzek do jej 

twarzy.  Potem  znowu  się  wyprostował.  Uszczęśliwiona  Ylva  westchnęła  głęboko,  a  potem 

odezwała się z pełnym niepokoju podnieceniem: 

- Nie myśl, że to, co powiedział Syver Bjor, było prawdą! 

- A co powiedział? 

- Nie wiesz? Sądziłam, że wiesz o wszystkim, że wiesz, co kto myśli. 

Uśmiechnął się. 

- Nie, takich boskich cech chyba nie posiadam. No, co powiedział? 

- Ach, tak dużo złośliwości! 

Powtórzyła pełne nienawiści słowa Syvera. 

- To nieprawda - zakończyła z naciskiem. - Nie jestem aniołem i chyba z tysiąc razy 

się  podkochiwałam,  ale  nigdy  nie  byłam  zakochana.  Nie  wyobrażam  sobie,  żebym  mogła 

pójść  z  chłopakiem  do  łóżka,  nie  kochając  go.  Wszyscy  jednak  mylą  się  co  do  mnie  tylko 

dlatego,  że  jestem  przebojowa  i  twarda,  ale  takim  naprawdę  trzeba  być,  żeby  płynąć  z 

prądem,  i  dlatego,  że  jestem  trochę  ostra,  ale  zawsze  marzyłam  o  kimś  takim  jak  ty,  z  kim 

można porozmawiać i przed kim nie trzeba się zgrywać, i przed kim można otworzyć duszę, i 

background image

... 

Ylva musiała zaczerpnąć powietrza, a młody mężczyzna uśmiechnął się czule i ujął jej 

twarz w dłonie. 

- Wiem, że jesteś delikatną i wrażliwą dziewczyną. I bardzo niezwykłą! 

Ylva  długo  i  badawczo  mu  się  przyglądała.  Przypomniała  sobie  o  czymś.  Otworzyła 

szeroko oczy i wyszeptała bez tchu: 

- Dziękuję za różę! 

Rzucił kpiące spojrzenie na więdnący kwiat, który stał w szklance. 

- A ja dziękuję za wiersz! 

- Myślałam, że to była Anna Borgestad albo ta, którą zaszczuto na śmierć plotkami. 

- Wiem. Róża była od nich, ja ją tylko przekazałem. Jesteś zmęczona. Pójdę już. 

- Nie, zostań! 

Musiał mieć rację, bo Ylva nie pamiętała nic więcej. Kiedy się znowu obudziła, było 

już całkiem jasno, a słońce świeciło wysoko na niebie. Była sama. 

Tylko  dzika  róża  jej  o  nim  przypominała.  Wyjęła  przekwitający  kwiat  z  wazonika, 

różowy płatek opadł na stolik. Ostrożnie wodziła palcem po listkach rośliny. 

- Ty i ja nigdy nie będziemy do siebie należeć... - szepnęła w zamyśleniu. - Co miał na 

myśli? Dlaczego? 

 

Jej  wargi  wypowiedziały  bezwiednie  dwa  słowa.  Nie  przypuszczała,  że 

kiedykolwiek je wymówi: 

„Kocham cię”. 

background image

ROZDZIAŁ X 

Pojedynek w słońcu 

Podczas gdy Ylva z wolna budziła się z błogiego snu, żeby rozpocząć nowy dzień, Jon 

Huus stał na podwórzu Vilego i wpatrywał się z wściekłością w Siri, która próbowała robić 

minę niewiniątka. Gdyby nie był Huusem, z pewnością by się posunął do rękoczynów. 

-  Zadzwoniliście  do  gazety!  -  wrzasnął  tak,  że  Siri  aż  podskoczyła.  -  Wiecie,  co 

zrobiliście?  Podłożyliście  ogień  pod  beczkę  prochu,  splamiliście  honor  Myrsökket.  I  to 

wszystko dla taniej sensacji! Jak daleko możecie się właściwie posunąć w waszej podłości? A 

ja myślałem wczoraj, że chociaż ty masz w sobie trochę człowieczeństwa! 

Siri drgnęła. Akurat od niego nie spodziewała się komplementów. 

- Pragniemy jedynie ujawnić zabójcę - wyjaśniała Siri niepewnym głosem. - Ale was 

oczywiście to nie interesuje! 

Usta  gajowego  zacisnęły  się  w  białą  kreskę.  Siri  odważnie  mówiła  dalej  nieomal 

zabiegając o to, żeby się mu przypodobać po jego nieoczekiwanym wyznaniu. 

-  Jeszcze  nic  nie  podaliśmy  do  gazety.  Poprosiliśmy  tylko  o  zgodę  na  to,  żebyśmy 

mogli bliżej zbadać, co się tutaj zdarzyło. 

Ochłonął trochę z gniewu. Westchnął głęboko i zamknął oczy. 

- Czy musicie to robić? - zapytał znużonym głosem. - Naprawdę musicie? 

Siri zaskoczyła nagła zmiana jego nastroju. 

-  Prawdę  mówiąc,  mam  trochę  wątpliwości  -  odpowiedziała  bezradnie.  -  Ale  Mads 

cały czas powtarza, że nie wolno pozwolić, żeby przestępcy uszło to płazem, i że bez względu 

na wszystko jest się przede wszystkim dziennikarzem. 

- Mads dużo dla ciebie znaczy, prawda? 

Siri zatrzymała wzrok na trzmielu siedzącym na kwiatku. 

-  Niewątpliwie  zawsze  miałam  do  niego  słabość.  Trochę  wbrew  sobie,  bo  nie 

akceptuję wszystkich jego poczynań. I na pewno jest to przegrana sprawa. Dla niego jestem 

tylko meblem w redakcji. Wygodnym wyściełanym meblem... 

Jon zmarszczył czoło. 

- Kto tak twierdzi? 

- Ja. 

Mimowolnie  wskazała  ręką  na  biodra  i  znieruchomiała  zadziwiona.  Najpierw 

popatrzyła na jeden bok, potem na drugi. 

background image

- Słowo daję, wydaje mi się... że zaczynam się zbiegać! 

Na surowej. twarzy gajowego pojawił się uśmiech. 

- Wczorajsza wycieczka była męcząca. 

-  Przedwczorajsza  też.  I  przez  prawie  trzy  dni  żadnych  ciastek  ani  czekolady  -  Siri 

zaśmiała  się  radośnie.  -  I  jest  jeszcze  miejsce  w  Potiomkinie.  Ach,  to  nic  takiego  -  szybko 

uprzedziła jego pytanie. Potem, z przyzwyczajenia, zaczęła dokładnie i szczerze opowiadać o 

swoich  kłopotach  z  odchudzaniem.  Na  szczęście Jon  Huus  nie  był  Madsem,  który  wymagał 

od kobiecych wypowiedzi elegancji i dyskrecji. 

- Gdyby to było takie proste! - westchnęła Siri. - Te wszystkie wymyślne diety, które 

stosowałam! Tabletki, które miały zapewnić uczucie sytości, a po których czułam tylko ssanie 

w  żołądku...  A  ten  cudowny  aparat,  który  zamówiłam!  O  rety!  Okazało  się,  że  była  to  taka 

przyssawka,  po  której  miałam  straszne  wylewy  krwi  na  biodrach.  I  ten  obrzydliwy 

kombinezon z plastiku. To przez niego nabawiłam się klaustrofobii. 

Jon roześmiał się. 

- Znam to wszystko. Moja żona miała takie same kłopoty. 

- Twoja... twoja... żona? Czy ona...? 

- Rozwiodłem się - odpowiedział krótko. - Nie nadawałem się do małżeństwa. 

- Nie wierzę. Musiałeś chyba... 

-  Och,  ona  się  tak  tym  nie  przejęła.  Rok  później  wyszła  powtórnie  za  mąż  i  już  od 

dwóch lat jest szczęśliwą mężatką. Poza tym byliśmy małżeństwem tylko kilka miesięcy. To 

była pomyłka. 

- Nie pochodziła stąd? 

- Nie. Nigdy się tutaj dobrze nie czuła. 

Siri popatrzyła wokół na opromienione blaskiem słońca łąki. 

- Głupio z jej strony... 

- A ty? - zapytał niepewnie Jon. - Czy ty nie...? 

-  Och,  nie  nadaję  się  raczej  do  małżeństwa  -  rzuciła  lekko  Siri.  -  Wybrałam  karierę. 

Chociaż w trudnych chwilach można to odczuwać jako porażkę. 

Przyjrzał się jej ze zdziwieniem, jak gdyby była trochę za bardzo skomplikowana jak 

na jego możliwości. Właśnie kiedy zaczerpnął powietrza, aby wypowiedzieć następne zdanie, 

wybiegła ze swojego pokoju Ylva. Rzuciła się Siri na szyję i zakręciła się wokół niej. 

-  Siri,  Siri,  on  wrócił!  Znowu  mi  się  śnił  i  był  jeszcze  piękniejszy  niż  poprzednio. 

Rozmawiał ze mną! Och, Siri! 

- O co tu chodzi? - zapytał surowo Jon. 

background image

Siri uwolniła się i poprawiła włosy. 

-  Ach,  Ylva  miewa  co  noc  dziwne  sny  wywołane  moimi  tabletkami  nasennymi  - 

wyjaśniła  przepraszająco.  -  Ale  mnie  nigdy  się  po  nich  nie  śnili  romantyczni  młodzi 

mężczyźni! 

Ylva, która nie słyszała gniewnych słów Jona pod adresem całej trójki, zwróciła się do 

niego i mówiła dalej: 

- Jest dokładnie tak, jakby to nie było we śnie, dlatego tak bardzo to przeżywam. Tak, 

jakby  naprawdę  był  w  moim  pokoju,  chociaż  zamykam  drzwi.  On  jest  taki  przystojny,  taki 

miły  i  staromodnie  ubrany,  w  kurtkę  z  aksamitu.  Jest  dość  wysoki,  ma  gęste  włosy,  nie  za 

długie,  tylko  nie  podcięte,  ale  takie,  jakie  noszono  pod  koniec  dziewiętnastego  wieku,  i 

wydaje się taki smutny. Siada na brzegu mojego łóżka i rozmawia ze mną tak cicho... 

Zaskoczony Jon wytrzeszczył oczy. 

- O czym ty mówisz, dziewczyno? 

- Wiem, że to brzmi głupio, ale... 

Jon Huus jej nie słuchał. 

- Widziałaś go tutaj? Ale to przecież niemożliwe! Niemożliwe! 

Ylva nareszcie oprzytomniała. 

- Jego? Kogo masz na myśli? 

- Szczupły? O niezbyt gładkiej skórze? O smutnych, ciemnych oczach i kasztanowych 

włosach? 

- No... tak. Czułam, że jego cera nie jest taka gładka, kiedy... Ech tam, nie, to nie może 

się odnosić do nikogo innego. Nie sądzisz chyba, że...? 

-  Ylva  -  odezwał  się  ochrypłym  głosem  Huus.  -  Nie  rób  tego,  nie  opowiadaj  o  tym 

Torsteinowi! Na miłość boską, nie opowiadaj mu o tym młodym mężczyźnie! 

Ylva i Siri popatrzyły na niego zdumione, prawie przestraszone. 

- Czy on istnieje? Czy chcesz powiedzieć, że wiesz, kto to jest? - zapytała Siri. Oczy 

Ylvy stawały się okrągłe ze zdumienia. 

-  On...  mieszkał  kiedyś  w  tym  pokoju  -  odparł  nieskładnie  Huus,  zacinając  się.  -  To 

był... jego... pokój. Ale później popełnił głupstwo. To nie była jego wina, zrobił to, co uważał 

za słuszne, a wówczas nienawiść obróciła się przeciw niemu i on... nie, wybaczcie, nie mogę 

nic  więcej  powiedzieć.  Och,  Boże,  Ylvo,  wyprowadź  się  z  tego  pokoju!  Wyjedź  stąd!  Nic 

dobrego z tego nie wyniknie! 

Obie  były  wstrząśnięte.  Im  bardziej  się  zagłębiali  w  tajemnicę  Myrsökket,  tym 

bardziej okazywała się nieprzenikniona. 

background image

Jon popatrzył prosząco na obie kobiety. 

-  Wyjedźcie  obie!  Mieszkańcy  doliny  są  rozdrażnieni,  a  to  jest  niebezpieczne, 

naprawdę!  Za  dużo  tu  krwi  Vilde  -  Knuta.  Macie  chyba  jeszcze  krztę  rozumu.  Wyjedźcie 

natychmiast!  Niech  Mads  Billing  dalej  sieje  zniszczenie,  goniąc  za  sensacją.  Zostawcie  go 

nam, dolina się nim zajmie. 

Rozejrzał się po okolicy po czym powiedział cicho, ale z groźną stanowczością: 

- Bo jeśli teraz się nie podda, użyją siły! 

background image

ROZDZIAŁ XI 

Nad dolinę nadciągają chmury 

Tego dnia - a miał on na zawsze utkwić w pamięci całej trójki - było bardzo gorąco. 

Błękitnozielone  grzbiety  górskie  drżały  w  słońcu,  ale  ich  krawędzie  okalała  stalowoszara 

pokrywa chmur. 

Siri popatrzyła na Jona. 

- Siły? 

- Dobrze słyszałaś. 

- Przeciw nam? Przeciw Madsowi? 

- Jesteśmy spokojnymi ludźmi, Siri, ale możemy zostać do tego zmuszeni. 

- Spokojnymi! - prychnęła Siri. - Nigdy jeszcze nie słyszałam o tylu aktach przemocy, 

o takiej nienawiści, plotkach, zazdrości, chciwości, małżeństwach w rodzinie i przebiegłości. 

I to wszystko w ciągu półtora wieku! A na dodatek mszczono się na dzieciach. 

- To prawda, ale... 

Wzburzona Siri znowu mu przerwała: 

-  Pomyśl  o  Pederze,  o  biednej  Annie  Borgestad,  przecież  ona  miała  zaledwie 

szesnaście lat, pomyśl o Christenie Borgestad, którego matka została zaszczuta na śmierć, nie 

mówiąc już o okaleczeniu Tora Vile! Wszędzie młodzi ludzie, dzieci! 

- To prawda! - wrzasnął Jon. - Ale czy nigdy nie przyszło ci do głowy, że nas też to 

boli? Poza tym to było dawno temu. Oni wszyscy nie żyją. To już skończone, skończone! 

- Czyżby? Czyżby? 

Głos zabrała Ylva. 

-  Też  jestem  za  tym,  żebyśmy  wyjechali,  ale  co  wtedy  z  naszą  obietnicą  daną 

Torsteinowi Vile? Obiecaliśmy przecież, że mu pomożemy. 

Jon westchnął z rezygnacją. 

- Tak, Torstein. Na nieszczęście to właśnie on was tu sprowadził. Ale jego też trzeba 

zrozumieć.  Będę  musiał  znowu  spróbować  przemówić  mu  do  rozsądku,  ale  on  nie  wierzy 

moim słowom, że śmierć Kari i Pedera jest wyjaśniona. 

- Nie, prawdę mówiąc ja też w to nie wierzę - powiedziała Siri. - Ale jeśli to tak wiele 

dla ciebie znaczy, spróbujemy zabrać ze sobą Madsa. 

- Dziękuję! Serdecznie dziękuję! 

-  Ale  tylko  z  tego  powodu,  że  nie  podoba  mi  się  pomysł  użycia  siły  w  stosunku  do 

background image

Madsa! - dodała agresywnie Siri. - Nie staję po stronie tych, którzy wysługują się mordercy. 

Jon złapał ją za ramię. 

- Czy podejrzewasz kogoś konkretnego? 

- Tak, podejrzewam! 

- A ty, Ylvo? 

-  Przypuszczam,  że  myślimy  o  tej  samej  osobie.  I  Mads  też.  Tylko  jeden  człowiek 

posiada taką władzę nad pozostałymi, że... Torstein podejrzewa jednak kogoś innego - dodała 

po chwili. - Ale kogo? 

Przez twarz Jona przebiegł grymas bólu. 

- Wiem to aż nazbyt dobrze. 

W drzwiach domu pojawił się Mads. Jon się pożegnał i szybko odszedł. 

- Wejdźcie, dziewczyny! - zawołał podekscytowany dziennikarz. - Zaraz się dowiecie, 

jak się załatwia takie sprawy! 

- Mam złe przeczucie - odezwała się Siri. - Co jeszcze wymyśliłeś? 

- Zadzwoniłem na posterunek miejscowej policji - wyjaśnił Mads, marszcząc gniewnie 

brwi.  -  Policjanci  okazali  się  straszliwie  zarozumiali.  „W  Myrsökket  nie  da  się  nic  więcej 

zrobić.  Nie,  nie  przyjedziemy.  To  dochodzenie  jest  zakończone”.  Czy  widziałyście  kiedyś 

podobną  opieszałość?  Ale  ten  się  śmieje,  kto  się  śmieje  ostatni!  Mam  zamiar  zadzwonić  do 

mojego przyjaciela, komisarza Alfredsena, z dochodzeniówki. Myślę, że wtedy te głupie lenie 

dostaną porządną nauczkę! Nie spławia się w ten sposób Madsa Billinga! 

- Mads, my... - przerwała Siri, ale straciła wątek. Po chwili zaczęła od nowa: - Ylva i 

ja postanowiłyśmy stąd wyjechać i sądzę, że powinieneś pojechać z nami. 

- Teraz? Zwariowałaś? Kiedy złapaliśmy okazję, jaka się zdarza raz na sto lat! Nigdy 

w życiu, kochana! 

-  Ale,  Mads,  to  niebezpieczne  -  spróbowała  Ylva.  -  Wczoraj  wieczorem  rzucono  we 

mnie kamieniem. Mam dużego guza na głowie. A poza tym wszyscy nas ostrzegają. 

Utwierdziło  to  tylko  Madsa  w  przekonaniu,  że  postępuje  słusznie.  Sytuacji  nie 

poprawiło  też  pojawienie  się  Torsteina,  który  dowiedziawszy  się,  że  być  może  goście  go 

opuszczą, prawie się rozpłakał z żalu. 

- Jesteście moją ostatnią nadzieją - wyznał załamany. - Jak wy byście się czuli, gdyby 

wasi  bliscy  zostali  brutalnie  zamordowani,  a  wszyscy,  dosłownie  wszyscy,  próbowaliby 

chronić sprawcę? 

Siri mocno zagryzła wargi. 

- Czy on, czy ten facet, ma nad nimi rzeczywiście taką władzę? Do czego się ucieka, 

background image

ż

e wywiera na nich taką presję? Do łapówek? Do pogróżek? - mruczała. 

Torstein  nie  dosłyszał,  co  mówiła,  bo  jej  słowa  zagłuszył  Mads,  hałaśliwie 

zapewniający o chęci przyjścia z pomocą. Informacja o tym, że zawiadomią policję, zapaliła 

w  sercu  Torsteina  płomyk  nadziei.  Podczas  gdy  Mads  wyszedł  zadzwonić  do  swojego 

przyjaciela, Vile pogłaskał ręką portret syna. 

- Wspaniała twarz - odezwała się cichym głosem Siri. 

- Tak, i wspaniały chłopak. To nie było zwyczajne dziecko! 

-  Na  pewno  nie.  Już  pierwszego  dnia  zauważyłam,  że  miał  pewną  cechę,  która  nie 

występuje  u  nikogo  z  was.  Teraz  wiem,  co  to  było.  To  była  wiedza,  o  ile  pan  rozumie,  co 

mam na myśli. Znajomość życia, której raczej nie spotyka się u dzieci. Nie otrzymał imienia 

po pańskim ojcu? 

- Nie, uważaliśmy, że imię Knut zostało skompromitowane przez Vilde - Knuta, więc 

nazwaliśmy go imieniem ojca Kari. 

- Rozumiem. Jakie niesamowicie jasne spojrzenie! 

- Tak, Peder miał poczucie rzeczywistości - zaśmiał się radośnie Torstein. Jak gdyby 

nie zauważając, że Mads znowu się do nich przyłączył, ciągnął dalej: - Nie uznawał żadnych 

sentymentalnych  gestów!  Nie  znosił  pieszczot.  Uściski  wprawiały  go  w  straszne 

zażenowanie. Ale był taki dobry, taki mądry! Chodzić razem z nim po lesie i polu, opowiadać 

mu o wszystkim i widzieć jego zainteresowanie, słyszeć jego pytania... przyjmował wszystko 

tak naturalnie! Pomagał przy pracach na gospodarstwie już w wieku sześciu lat, pomagał przy 

cieleniu  się  krów  i  przy  uboju  świń,  przy  rannych  i  chorych  zwierzętach.  A  jego 

przemyślenia!  Zwykle starałem się mu wytłumaczyć wszystko, czego chciał się dowiedzieć, 

Jon też mu tłumaczył, ale na jego pytania nie odpowiedzieliby mędrcy całego świata. To był 

chłopak! A jego morderca ujdzie bezkarnie! 

Wszyscy  troje  myśleli  dokładnie  to  samo  -  Pedera  mogła  doprowadzić  do  zguby 

dociekliwość.  A  motywów  znalazłoby  się  aż  nadto!  Był  spadek,  który  miał  przecież 

odziedziczyć  Peder,  był  też  ten  dziwaczny  wzór,  były  wreszcie  może  jeszcze  inne  sprawy, 

które  bystry  umysł  tego  dziecka  mógł  przeniknąć,  tajemnice,  o  których  nie  powinien  się 

dowiedzieć. 

- Jeśli chodzi o tę jego cechę, która nie występuje u nas - nawiązał Torstein, nie mogąc 

najwyraźniej zakończyć rozmowy o synu - to istnieje chyba inne wyjaśnienie. Kiedy pewien 

bardzo,  bardzo  stary  człowiek  mieszkający  we  wsi  zobaczył  nowo  narodzonego  Pedera, 

powiedział,  że  wygląda  tak,  jak  mały  Tor  Vile,  którego  ten  dziadek  widział  w  swoim 

dzieciństwie.  Tor  też  miał  takie  samo  mądre  spojrzenie.  Możecie  sobie  wyobrazić,  jacy 

background image

byliśmy  dumni.  Myrsökket  wydało  trzy  znakomite  osobistości:  Tora  Vilego,  Erika  Bjora  i 

małego Pedera. 

Posępną ciszę, jaka zapadła po słowach Torsteina, przerwał Mads: 

- Rozmawiałem właśnie z moim przyjacielem, komisarzem. Sprawiał wrażenie bardzo 

zainteresowanego  i  miał  natychmiast  zająć  się  sprawą.  Teraz  zobaczymy,  co  się  zacznie 

dziać!  Idę na trzęsawisko, na którym są te białe  głazy, bo nie miałem dotąd czasu przyjrzeć 

się deskom i przesuniętym kamieniom. Idziecie ze mną? 

- Nie. dziękuję - odpowiedziała szybko Siri. - Żadnych wspinaczek górskich! 

- Wspinaczek górskich! - zaśmiał się Mads. - A ty, Ylvo? 

Była zła na siebie za swoje niezdecydowanie. 

- Nie. Mads.  Uważam, że cała ta sprawa jest ze  wszech miar nieprzyjemna i dlatego 

najchętniej  wróciłabym  do  domu.  Nie  po  to  tu  przyjechaliśmy.  Zjawi  się  przecież  policja  i 

rozwikła  ją.  Nie  jestem  zadowolona  z  naszego  w  niej  udziału.  Powiedziałam  kiedyś,  że 

możemy poczuć przez to niesmak. I właśnie teraz go odczuwam! 

Tak  więc  Mads  ruszył  sam  w  stronę  trzęsawiska.  Ylva  poszła  do  swojego  pokoju 

spakować  kilka  osobistych  drobiazgów.  natomiast  Siri  udała  się  do  wsi.  na  pocztę  w  Norra 

Borgestad, żeby wysłać kartkę z pozdrowieniami. 

Dzień  stawał  się  coraz  cieplejszy.  Słońce  znajdowało  się  prawie  w  zenicie.  Na 

horyzoncie zbierały się powoli ciężkie chmury. 

Ylva rozejrzała się po pokoju. Mieszkał tu kiedyś, bardzo dawno temu...  Nie zostało 

po  nim  śladu.  Sterylny,  skromnie  umeblowany  pokój.  Wstała  i  zrobiła  kilka  kroków, 

pogłaskała ręką ściany. 

„Tak długo, jak będziesz w Myrsökket, będę przy tobie...” 

- Nie chcę wyjeżdżać - szepnęła bezradnie do zimnych ścian. - A jednak muszę. Bo ta 

droga,  na  którą  oboje  weszliśmy,  jest  niebezpieczna.  Nie  mogę  w  nieskończoność  brać 

tabletek. A jeśli nie jest tylko postacią ze snu, kim wobec tego jest? 

Jak dawno temu tu mieszkał? Czym się zajmował? Co się z nim stało? Nie udało się 

nakłonić Jona, żeby o tym opowiedział. Nagle Ylva poczuła jakby zimny powiew powietrza 

przechodzący przez pokój. Te nocne romantyczne spotkania ukazały się jej w innym świetle. 

Jeśli ten młody mężczyzna rzeczywiście istniał, jak sugerował Jon, to w jaki sposób udało mu 

się wejść przez zamknięte drzwi? Dawno temu... Jego ubranie... 

Ylva miała własną teorię, kto to mógł być, ale coś się w niej nie zgadzało. Jeden mały 

szczegół. 

Istniał obecnie... czy kiedyś? 

background image

- Muszę wyjechać! - wyszeptała przerażona. 

Przez skołataną głowę przemknęły jej ponure wspomnienia legend, w których upiory 

porywały żywych ludzi, tak że więcej nie pojawiali się na tym świecie. Nie ma wątpliwości 

co do tego, że do niej przyszedł - nie wiedziała jednak, czy to miało miejsce we śnie, czy na 

jawie. Ale róża, dzika róża! Siri też ją widziała! 

Nagle poczuła, że pokój ją przytłacza. Wybiegła i usiadła na schodkach, kryjąc twarz 

w  dłoniach.  żeby  nie  widzieć  Södra  Borgestad,  pociemniałego  na  tle  ciężkich  chmur. 

Oddychała tak, jakby miała za sobą długi i wyczerpujący bieg. 

Potem podniosła głowę.  Wieś była tak zadziwiająco spokojna w ten parny  dzień. Na 

łąkach i drogach nie widać było ani śladu człowieka. Gdzie się wszyscy podziali? 

Dysząc ciężko Mads piął się pod górę wśród brzozowego lasu. Nie wiedział dlaczego, 

ale  był  w  dziwnie  złym  nastroju.  Cichy  las  trwał  w  bezruchu.  a  mimo  to  toczyło  się  w  nim 

ukryte  życie.  Odniósł  wrażenie,  że  przygnębione  ptaki  siedziały  na  drzewach,  nie  mając 

odwagi śpiewać, czujnie i w zadziwieniu zwracając swoje bystre oczy to tu. to tam. Czasami 

wydawało mu się, że słyszy odgłos ciężkich stóp, skradających się powoli po miękkim mchu. 

Czasami jakby jakieś mroczne postacie przemykały się i kryły między drzewami. 

Poirytowany Mads Billing potrząsnął głową. Co za bzdury? Czyżby widział duchy w 

biały dzień? Powodem mógł być jedynie fakt, że to otoczenie tak bardzo się różniło od tego, 

do którego przywykł jako mieszczuch. A może miał lekki atak depresji. 

Czy  to  właśnie  niedaleko  stąd  po  krwawej  walce  został  ostatecznie  pojmany  Vilde  - 

Knut? Te ciężkie omszałe głazy... Nonsens! 

Odwrócił  głowę.  Coś  błysnęło  między  drzewami  po  jego  prawej  stronie.  Gdzieś  w 

listowiu. Jakiś podłużny przedmiot, jak.. tak, jak lufa dubeltówki. 

Wytężył  wzrok,  jednak  nie  mógł  dostrzec  nic  więcej  poza  liśćmi  brzozy,  czarnymi 

gałęziami i białymi, nakrapianymi na szaro pniami. Gwałtowny podmuch wiatru musiał chyba 

odwrócić liście tak, że zajaśniały w słońcu. Poniosła go wyobraźnia. 

Uspokoił się i znowu ruszył dalej. No, wydawało mu się, że wzniesienia nareszcie się 

kończą. Wobec tego do trzęsawiska już niedaleko. 

Trzęsawisko z tym tajemniczym mostkiem z kamieni. 

Koszula  lepiła  mu  się  do  pleców.  Nie  tylko  dlatego,  że  się  po  prostu  spocił,  ale  też 

dlatego,  że  serce  waliło  mu  ze  strachu,  a  krew  napływała  gwałtownymi  falami,  że  las 

pulsował upałem i napierał na niego coraz bardziej, tak że ścieżka stawała się coraz węższa, 

ż

e  odczuwał  głęboką  niechęć  na  myśl  o  posępnym  bagnie,  że  straszliwe  poczucie 

osamotnienia  chciało  go  zmusić,  by  zawrócił  z  drogi  i  biegł,  biegł  krzycząc  dziko  na  cały 

background image

głos! 

Po raz pierwszy w swoim wypełnionym sukcesami życiu Mads Billing się bał. 

Jęknął poirytowany i uparcie szedł dalej. 

background image

ROZDZIAŁ XII 

Siri snuje niejasne domysły... 

Siri  także zwróciła  uwagę  na  to,  że  wieś  nagle  opustoszała.  Rzuciła  okiem  na  niebo. 

Miała  nadzieję,  że  nie  będzie  padać.  Chmura,  która  niedawno  pojawiła  się  na  niebie, 

przysłoniła słońce, rzucając duży, mroczny cień na dolinę. Siri zadrżała. Potem znowu wyszło 

słońce, ale niemiłe uczucie, jak ćmiący ząb, pozostało. 

Siri rozmyślała. 

Idąc w kierunku drogi prowadzącej do Norra Borgestad, zastanawiała się intensywnie. 

W dziwnym liście Kari Vile było jedno zdanie, które szczególnie utkwiło jej w pamięci: 

„Nigdy jej nie widziałam, tak jak ty. Nie żyła już przecież, kiedy się urodziłam”. 

Jeśli rzeczywiście tak zaczynał się list, co było najbardziej prawdopodobne, to chyba 

należy przyjąć, że później zamierzała go wysłać. 

Do kogo? 

Oczywiście nie do Torsteina. Z kim poza tym pozostawała w tak bliskim kontakcie, że 

mogła pisać o swoich obawach dotyczących życia Pedera? 

„Nigdy jej nie widziałam, tak jak ty...” 

Kto inny, jak nie Jon Huus, mógł jej być tak bliski? Jon, wujek Pedera ze strony matki, 

a  także  kuzyn  Torsteina.  Nie  miał  własnych  dzieci  ani  żadnych  bliskich  krewnych.  Kto, 

oprócz rodziców, mógł być bardziej przywiązany do Pedera niż on? 

„Nie żyła już przecież, kiedy się urodziłam”. 

Kto zmarł mniej więcej w tym czasie? Po narodzinach Jona, ale przed przyjściem na 

ś

wiat Kari. Ile lat ma Jon? Ile lat różnicy było między rodzeństwem? 

Jak się tego dowiedzieć? 

A może już się dowiedziała? 

Nie,  ale  mogła  spróbować  się  domyślić.  Mads  i  Jon  wyglądali  mniej  więcej  na 

rówieśników..  Mads  miał  czterdzieści  jeden  lat,  a  Jon  mógł  być  trochę  starszy.  Mógł  mieć 

około czterdziestu pięciu lat. A Kari. Musiała być znacznie młodsza od Torsteina, który trzy 

lata  temu  miał  pięćdziesiąt  pięć  lat,  a  więc  teraz  miał  pięćdziesiąt  osiem.  Zaraz,  zaraz.  Czy 

Torstein  nie  wspominał kiedyś,  że  było  między  nimi  szesnaście  lat  różnicy?  Oczywiście,  że 

tak! 

Uzyskała w ten sposób dość dokładną datę, bo zapewne Jon nie mógł wiele pamiętać z 

wczesnego dzieciństwa. Kobieta wspomniana w liście musiała zatem umrzeć mniej więcej w 

background image

tym  samym  roku,  w  którym  urodziła  się  Kari.  A  więc  Kari  urodziła  się,  niech  pomyślę  -  w 

1927 roku. 

Och! Co za łamigłówka! I to w tym upale! 

Kto zmarł, powiedzmy, między rokiem 1925 a 1927? 

I jak to sprawdzić... 

Siri gwałtownie przystanęła. 

Cmentarz przy kaplicy! 

Właśnie koło niego przechodziła. Musi tam wstąpić w drodze powrotnej. 

Nie  dane  jej  jednak  było  dotrzeć  do  Norra  Borgestad  bez  przeszkód.  Zatrzymano  ją, 

kiedy mijała zagrodę położoną w samym środku wsi. Gjertrud i Marie Bjor wyszły na słońce i 

usiadły  w  strategicznym  punkcie,  przy  furtce.  Siri,  która  domyśliła  się,  kim  były,  nie 

odważyła się odmówić sępom z opowiadania Ylvy. 

Brrr! 

Po  dokładnym  wypytaniu  Siri  o  szczegóły  z  jej  życiorysu  (Siri  pozwoliła  sobie  na 

przyjemność wywiedzenia sióstr w pole) Marie zagadnęła: 

- Pani przyjaciółka... Nie wie pani, czy załatwiła dla nas pewną drobną rzecz, tak jak 

obiecała? 

- Robi wszystko, co w jej mocy - zapewniła ogólnikowo Siri. - Myślę, że jej się uda. 

Ponieważ  i  tak  nakarmiła  już  straszne  siostrzyczki  kłamstwami,  uznała  bez  żadnych 

wyrzutów sumienia, że jedno więcej im nie zaszkodzi. 

Uszczęśliwione staruszki skinęły głową. 

- Rozsądne dziecko! 

Siri wiedziała, że one nie znają szczegółów dotyczących śmierci Kari. Ale jak było z 

Pederem? Podjęła desperacką próbę. 

-  Nie  tylko  zgon  Kari  był  taki  tajemniczy  -  odezwała  się  tym  samym  poufnym 

plotkarskim tonem co one. - Mówi się też o synu. 

Sępy wymieniły spojrzenia. 

-  Są  tacy,  którzy  wiedzą  o  tym  więcej,  niż  chcą  powiedzieć!  -  orzekła  Marie  tonem 

wyroczni. 

- Ach, tak? 

Nastąpiła dłuższa przerwa. Siri czekała. 

- Niektórzy mówią, że tego ranka nadeszli od strony wsi - odezwała się monotonnym 

głosem Gjertrud - ale my słyszałyśmy coś innego! 

Siri podskoczyła. Jon Huus? 

background image

- Ta zarozumiała Elin nie wie, że mamy taki dobry słuch. Powinna rozmawiać ciszej 

ze swoim mężem, jeśli chce utrzymać coś w tajemnicy! Ale kiedyś otrzyma za to zapłatę! Nie 

ujdzie jej na sucho ignorowanie dwu uczciwych, poważnych pań! 

Siri czekała dalej. 

Mari odezwała się obojętnym na pozór tonem: 

- Zapytaj Jona Huusa, co widział tego ranka z górskiego grzbietu! Tego ranka, którego 

rzekomo przypadkiem przechodził obok... 

A więc dlatego Jon spoglądał w stronę górskiego zbocza! Stał tam na górze. Widział, 

jak Peder został zamordowany! On wie, Kim jest morderca! 

Oczywiste było, że nie wiedziały tego te sępy. Słyszały nie przeznaczone dla swoich 

uszu  fragmenty  rozmów,  ale,  ku  swojemu  wielkiemu  utrapieniu,  nie  dowiedziały  się 

wystarczająco dużo. 

Kiedy  Siri  nareszcie  się  od  nich  uwolniła  i  wyszła  na  drogę,  poczuła  się  podle! 

Przecież i ona, i Ylva obiecały sobie, że nie będą się więcej mieszać do nieczystych sprawek 

wsi. A tymczasem siedziała z tymi .kobietami i jak urodzona plotkara polowała na sensację, a 

co gorsza, zachęcała te obrzydliwe hieny, żeby dzieliły się z nią swoimi przysmakami. 

Tfu! 

Co  takiego  było  w  tej  wsi,  że  wyzwalało  w  ludziach  najgorsze  instynkty?  A  może 

tylko  dziennikarze  są  tacy  podli,  tacy  cyniczni?  Nie,  to  nieprawda!  Dziennikarze  są  takimi 

samymi  ludźmi,  jak  wszyscy  inni.  To  nie  zawód  czyni  człowieka  gorszym.  Jednak  Mads 

pokazał  się  tutaj  od  gorszej  strony.  Chyba  jednak  nie  tylko  z  racji  swojej  pracy.  Siri 

przeczuwała  już  wcześniej,  że  Mads  nie  jest  aniołem,  a  tu  w  Myrsökket  jego  pogoń  za 

sensacją na trzyszpaltowy artykuł w gazecie denerwowała już i ją, i Ylvę. 

Na  szczęście  obie  wyjeżdżają  po  południu!  Ylva  zdążyła  się  spakować  i  ona  też  to 

zaraz zrobi. Doszła do poczty. Pani w okienku, obsługująca z wprawą centralę telefoniczną, 

odwróciła się do Siri. 

- Poproszę o znaczek. 

Kiedy Siri naklejała znaczek na list, zauważyła, że urzędniczka w okienku obserwuje 

ją ze źle skrywaną rezerwą, i uznała, że powinna powiedzieć coś miłego. 

-  Jak  się  właściwie  przeprawić  na  drugą  stronę  jeziora?  Wyjeżdżam  po  południu  z 

moją przyjaciółką. 

Najwyraźniej były to dobre nowiny, bo twarz kobiety się rozjaśniła. Siri westchnęła. 

Nie wymagała, żeby ją tu kochano, ale czy nie mogliby trochę lepiej ukrywać chęci pozbycia 

się ich ze wsi? Tylko obie panie Bjor, Marie i Gjertrud, przyjęły ją po ludzku, ale właśnie bez 

background image

tego z powodzeniem mogła się obyć! 

- Tutaj wszyscy mają łodzie - odrzekła kobieta - ale na pewno Torstein przewiezie was 

na drugi brzeg. 

Wątpię  w  to,  pomyślała  cierpko  Siri.  Ale  Jon  Huus  chyba  to  zrobi.  Ten  podejrzany 

typ! 

Postanowiła prowadzić dalej tę uprzejmą konwersację. 

- Jesteśmy w Norra Borgestad, prawda? 

- Zgadza się. 

To ona musiała podsłuchać rozmowę Madsa i rozgadać jej treść. 

- Czy może mam przyjemność rozmawiać z panią Sissel Borgestad? 

Kobieta zmiękła jak wosk. 

- Tak, to też się zgadza. Chociaż nie panią, a panną Borgestad. 

Coraz  trudniej  było  znaleźć  neutralne  tematy  do  rozmowy,  a  Siri,  chcąc  zachować 

szacunek dla samej siebie, nie zamierzała węszyć po zakazanym terenie. 

- Chyba stąd pochodziła Liv Borgestad? - zapytała. 

-  To  prawda,  była  moją,  chwileczkę,  to  było  tak  dawno  temu,  siostrą  mojego 

pradziadka. 

No,  a  teraz  coś  na  zakończenie!  Co  by  tu  powiedzieć?  Siri  jeszcze  nie  do  końca 

posiadła sztukę konwersacji na prowincji. 

- Myślę, że będzie deszcz. 

- Na to wygląda. Szkoda, było tak ładnie. Czy pan podróżujący  razem z paniami też 

dzisiaj wyjeżdża? 

- Tak sądzę. A dlaczego pani pyta? 

Sissel Borgestad zrobiła się mniej uprzejma. Jej głos  

brzmiał 

nieprzyjemnie 

ostro. 

- Zrozumiałam, że ma przyjechać więcej osób. 

Czy  w  tej  centrali  telefonicznej  nie  istniało  coś  takiego  jak  dyskrecja  czy  tajemnica 

zawodowa? 

-  Aha,  rzeczywiście  rozmawiał  ze  swoim  serdecznym  przyjacielem,  ale  nie  wiem  na 

ten temat nic bliższego. Odniosłam wrażenie, że zamierza wyjechać z nami. 

Mam  nadzieję,  że  to  się  okaże  prawdą,  pomyślała  Siri.  Chociaż  jak  go  do  tego 

skłonić? 

Pomimo  że  panna  Borgestad  przyjęła  słowa  Siri  dość  sceptycznie,  pożegnała  ją 

uprzejmie. Niebo tymczasem bardzo się zachmurzyło. Powietrze było ciężkie od nieznośnego 

background image

upału, więc deszcz by się przydał,  ale Siri miała nadzieję, że zdąży wrócić do domu, zanim 

spadnie. 

Przeżywała  męki.  Coś  się  tu  nie  zgadzało.  Czuła,  że  uchwyciła  koniuszek  nici 

tworzącej całą tę plątaninę. Jeśli postara się ją rozplątać, z pewnością coś się wyjaśni - może 

nie wszystko, ale na pewno sporo. Desperacko próbowała utrzymać ten koniuszek, ale on się 

nieustannie wymykał. 

Muszę  zapytać  Ylvę,  pomyślała  rozpaczliwie.  Muszę  ją  zapytać  o  jej  dziwnego 

przyjaciela  ze  snu.  On  jest  następnym  śladem,  może  nawet  ważniejszym,  niż  się  nam 

wydaje... 

A może na cmentarzu znajdę kolejną wskazówkę? 

Kim była kobieta, która zmarła krótko po narodzinach Kari? I co miała wspólnego ze 

ś

miercią Pedera Vile? 

Na  krótką  chwilę  pojawił  jej  się  jakiś  wzór,  który  szybko  zniknął,  i  chociaż  bardzo 

wysilała umysł, już nie powrócił. 

„Nigdy jej nie widziałam, tak jak ty...” 

Siri wzdrygnęła się. Od strony grzbietu górskiego dobiegł huk wystrzału. 

background image

ROZDZIAŁ XIII 

Trzęsawisko 

W lesie rozlegał się głos czarnego dzięcioła, obwieszczającego zbliżający się deszcz. 

Mads  dotarł  do  trzęsawiska.  Białe  kamienie  połyskiwały  w  słońcu.  A  więc  to  tutaj 

doszło do tragedii. Dwa lata temu. 

Z  miejsca,  w  którym  stał,  roztaczał  się  dobry  widok  na  bagna.  Dostrzegał  w  oddali 

wierzby  i  brzozy  po  drugiej  stronie.  Więc  to  właśnie  tam  przeniesiono  te  głazy.  W  jaki 

sposób? Dlaczego? 

Łatwo się było domyślić, gdzie położono deski kryjące minę lub ładunek wybuchowy. 

Musiano je umieścić w tym miejscu, gdzie kamienie prowadziły przez zarośla. 

Mads zastygł w bezruchu jak przestraszone zwierzę. Był pewien, że usłyszał za sobą 

odgłos łamanej gałęzi! Odwrócił się. 

Nic  nie  było  widać.  Może  to  łoś?  Mads  Billing  nie  miał  żadnych  doświadczeń,  jeśli 

chodzi  o  łosie,  i  nie  tęsknił  za  nimi.  W  każdym  razie  nie  tutaj,  w  leśnych  ostępach,  gdzie 

wiotkie czubki brzóz z pewnością ugięłyby się do samej ziemi pod ciężarem zwierzęcia. 

Rzucił  ukradkowe  spojrzenie  ku  górskiej  ścianie.  Czy  krzaki  nie  poruszyły  się  tam 

wysoko? 

Mads  uśmiechnął  się  sam  do  siebie.  Można  by  sądzić,  że  jest  uczniakiem,  który 

obejrzał za dużo filmów o Indianach! 

Ten  las  był  rzeczywiście  potworny!  Nigdy  wcześniej  nie  doznał  chyba  tak  silnego 

wrażenia,  że  śledzą  go  ukryte  oczy.  A  w  dodatku  słońce  zniknęło  za  chmurami!  W  jednej 

chwili posępne bagno zrobiło się jeszcze bardziej przerażające. 

Mads  Billing  wziął  się  w  garść.  Ruszył  w  stronę  białych  kamieni.  Balansując 

pomiędzy czarnymi dziurami na grzęzawisku i czerwonobrunatnymi kępami traw z krzewami 

malin, minął żelaziste cieki i dotarł do wysokich krzaków. 

Badawczo rozejrzał się wokół. Tutaj... widział jeszcze ślady po oderwanych gałęziach, 

wyrwanych korzeniach... To musiał być potężny wybuch. 

Nie, to chyba nie była zwykła mina! 

Dlaczego  zresztą  mina  miałaby  leżeć  nie  ruszona  przez  dwadzieścia  pięć  lat  w 

miejscu,  gdzie  tak  często  przejeżdżali  ludzie?  I  wreszcie  dlaczego  przeniesiono  kamienną 

ś

cieżkę? 

Tam!  Tamtędy  mogła  przebiegać  droga  ułożona  z  przeniesionych  głazów.  Trochę 

background image

bardziej  na  prawo,  prawie  przed  zaroślami.  Były  to,  oczywiście,  tylko  domysły,  ale,  jak 

sądził, całkiem prawdopodobne. 

A na miejscu, gdzie przedtem leżały kamienie, ktoś położył deski...! 

Wprost niewiarygodne. 

Ale to na pewno było morderstwo, popełnione na tej jednej jedynej osobie, która szła 

tamtędy tak wczesnym rankiem. 

Małego Pedera Vile. 

Jaki  tytuł  pasowałby  najlepiej?  „Dziennikarz  «Wiadomości»  demaskuje  bestialski 

mord  popełniony  na  bezbronnym  chłopcu.  Cała  wieś  zamieszana  w  spisek.  W  grę  wchodzi 

stary spadek”. Jeszcze lepiej sformułować to bardziej rzewnie. 

Mads  wyprostował  się  i  właśnie  wtedy  zobaczył  coś,  co  nie  było  przeznaczone  dla 

jego oczu. Mroczne postacie, które szybko zniknęły za kępą drzew i kamiennymi blokami. 

Stawiając nogi na dwu sąsiednich kamieniach, przerażony, szybkim ruchem odwrócił 

głowę. Teraz znowu było spokojnie. 

Wielki niepokój, który wcześniej odczuwał w cichym lesie i o którym w odkrywczym 

zapale  na  chwilę  zapomniał,  zaczął  się  w  nim  na  nowo  gromadzić.  Droga  powrotna  przez 

trzęsawisko wydawała się nie mieć końca. Później czekało go długie zejście do wsi. Co było 

wyżej? Góry. Stamtąd było jeszcze daleko do pastwisk. No a pastwiska jesienne? 

Powinny leżeć gdzieś w pobliżu. 

„Przerażająca  podróż  nieustraszonego  dziennikarza  «Wiadomości»,  Madsa  Billinga, 

stawiającego  czoło  niebezpieczeństwu  podczas  ryzykownego  dochodzenia”.  Nie,  to  masło 

maślane.  „Ryzykowne  dochodzenie  w  makabrycznej  sprawie  Myrsökket”.  Brzmiało  lepiej, 

ale w tytule musi być wymienione nazwisko Mads Billing... 

Zrobił  kilka  kroków  i  właśnie  kiedy  miał  stanąć  na  stałym  lądzie  tam,  gdzie 

rozchodziły się drogi, padł strzał, a Mads usłyszał nad trzęsawiskiem przerażający świst kuli. 

Rzucił się na ziemię. Ręce zapadły mu się głęboko w grząski grunt. 

„Mads  Billing  w  śmiertelnym  niebezpieczeństwie!  Tajemnica  morderstwa  bliska 

wyjaśnienia”. 

- Idioci! - zawołał. - Nie widzicie, że tu są ludzie? Będziecie strzelać na oślep? 

Och,  jak  okropnie  można  się  wyrażać  w  zdenerwowaniu,  pomyślał  zły  na  siebie  i 

wściekły na kłusownika. 

Jego słowa pozostały bez odpowiedzi. Madsa, który w pierwszej chwili pomyślał, że 

wszedł  na  teren  łowów  jakiegoś  nieodpowiedzialnego  myśliwego,  ogarnęło  przerażające 

przeczucie: to on był zwierzyną! 

background image

ROZDZIAŁ XIV 

Policja ostrzega 

Jedna rzecz nie dawała Ylvie spokoju. Wstała ze schodów i poszła do Torsteina Vile, 

który rozmyślał właśnie nad sprawami związanymi z prowadzeniem gospodarstwa. 

-  Torstein...  -  zaczęła  z  wahaniem.  -  Tego  ranka  kiedy  Peder...  wiesz...  Jaką  sprawę 

miałeś wtedy do załatwienia we wsi? Chodzi mi o to, czy ktoś wiedział, że będziesz schodził? 

Odwrócił się do niej, smutno się uśmiechając. 

- Słucham? Dlaczego o to pytasz? 

-  Nic,  myślałam  tylko...  To  wprost  niewiarygodne,  że  ktoś  chciałby  pozbawić  życia 

czternastoletniego chłopca. Myślałam, że może oni... czekali nie na niego, ale na ciebie. 

- Rozumiem. Też się nad tym zastanawiałem. Ale nikt nie mógł wiedzieć, że nadejdę. 

To  wyniknęło  niespodziewanie.  Peder  wrócił  i  powiedział,  że  widział  mężczyznę  na  drodze 

prowadzącej do wsi. Mężczyznę, który nie powinien się znaleźć w Myrsökket. 

- I wtedy poszedłeś? 

- Tak. Ten człowiek... Nieważne, kim jest... Nie wolno mu tutaj postawić nogi. 

 

Wzrok  Ylvy  powędrował  mimowolnie  do  pustego  miejsca  między 

fotografiami. Zmarszczyła brwi. 

- Prowadzącej do wsi, mówisz? 

-  Nie  mam  pojęcia,  skąd  się  tam  wziął.  Przypuszczalnie  był  akurat  na  jakimś 

pastwisku.  Peder  widział  go  w  pobliżu  jesiennych  pastwisk.  Zupełnie  nie  wiem,  dokąd 

później się udał, ale gdyby przechodził przez trzęsawisko, to on by wszedł na minę. 

- Ale tak się nie stało. Może o niej wiedział? 

Torstein popatrzył na nią z powagą. 

- Może. 

- A więc jego podejrzewasz? 

Smutny uśmiech Torsteina zgasł. 

- Nie chcę otwarcie nikogo oskarżać. Ale chyba mam podstawy do podejrzeń! Kiedy 

Peder spotkał go tego ranka, tamten obrzucił chłopca wyzwiskami, a nie był to pierwszy raz, 

kiedy próbował wyrządzić chłopcu krzywdę. 

- Ale dlaczego? 

- Dlaczego? Oczywiście z powodu zrabowanego majątku Vilde - Knuta! 

- Ale jak mógłby go sobie przywłaszczyć? 

background image

- Gdyby był dostatecznie sprytny! Ale on uciekał się do zbyt drastycznych metod. 

- Torstein... - zaczęła niepewnie Ylva. - Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale 

jeśli motywem jest spadek, ty też jesteś zagrożony. 

Torstein wstał i założył czapkę przed wyjściem z domu. Westchnął. 

- Już nie. Dopilnowałem tego, żeby w żadnym wypadku nie został spadkobiercą! I on 

o tym wie. Jeśli będziesz głodna, Ylvo, zrób sobie coś do jedzenia. Wrócę niebawem. 

- Torstein, poczekaj! 

Zatrzymał się. 

-  Mam...  jeszcze  jedno  pytanie...  -  Ylva  nie  wiedziała,  jakich  słów  użyć.  Torstein 

popatrzył na nią wyczekująco i pytająco. - Torstein, czy możesz mi powiedzieć, co się stało z 

Christianem Borgestad? 

A więc stało się. Torstein popatrzył na nią przeciągle, po czym odwrócił się do drzwi. 

- Umarł - odrzekł przytłumionym głosem. - Nie żyje już od wielu lat. 

Wargi Ylvy drżały, ale nie ustąpiła. Znowu zatrzymała go pytaniem, kiedy chwytał za 

klamkę. 

- Tak, ale jak to się stało? Jak zmarł? 

Torstein  stał,  odwrócony  plecami  i  ze  spuszczoną  głową.  Zanim  odpowiedział, 

upłynęło trochę czasu. 

-  Zmarł  najbardziej  haniebną  śmiercią,  jaka  może  spotkać  człowieka.  Został 

wymazany z pamięci mieszkańców tej wsi. Nie mam nic więcej do dodania na ten temat. 

Potem gwałtownie otworzył drzwi i szybko wyszedł. 

Ylva  osunęła  się  na  krzesło.  Siedziała  tak  długo  z  rękami  opuszczonymi  bezwładnie 

na kolana i z wyrazem rezygnacji na twarzy. Próbowała sklecić choć jedno sensowne zdanie 

na podstawie słów Torsteina, ale wątki, które wyłowiła, nie pasowały do siebie. Wyjęła kartkę 

z dziwnymi, geometrycznymi wzorami. Nic jej to nie wyjaśniło. 

Zadzwonił telefon. 

- Torstein! - zawołała, stając w drzwiach. 

Ale on był już daleko od domu. 

Wahając się podniosła słuchawkę. 

Dzwonił komisarz Alfredsen i chciał rozmawiać z Madsem. 

-  Nie  ma  go  -  odpowiedziała  Ylva,  po  czym  się  przedstawiła.  -  Kilka  godzin  temu 

poszedł w góry. Czy mogę mu coś przekazać? 

-  Tak  -  odrzekł  surowo  komisarz.  -  Proszę  go  natychmiast  odszukać!  Proszę  mu  też 

powiedzieć,  że  rozmawiałem  z  miejscową  policją.  Musi  go  pani  poprosić,  nie,  nakazać  mu, 

background image

ż

eby natychmiast zaprzestał dalszego dochodzenia! Natychmiast, słyszała pani? 

- Tak, słyszałam, ale... 

- Proszę zrobić to, o co panią prosiłem! Znam Madsa Billinga. To mój przyjaciel, ale 

on absolutnie nie jest odpowiednim człowiekiem do podjęcia dochodzenia na własną rękę w 

tej  sprawie.  Dla  niego  za  bardzo  się  liczą  krzykliwe  nagłówki.  A  to  nie  jest  sprawa  dla 

dziennikarzy, a przynajmniej nie tych z gatunku Madsa Billinga! 

- Tak, tylko że my już próbowałyśmy go powstrzymać - wtrąciła Ylva. - On jednak nie 

chce słuchać dwóch kobiet. Poza tym wszyscy ludzie nas tutaj ostrzegali, ale on jest głuchy na 

ostrzeżenia. 

Komisarz milczał przez chwilę. W końcu przemówił. 

- Zobaczę, co będę mógł zrobić. Madsa należy powstrzymać za wszelką cenę! 

- Czy sprawa jest bardzo poważna? - zapytała Ylva. 

- Nie sądzę, żeby na całym świecie było coś ważniejszego - odparł powoli Alfredsen. 

- Czy policja wie, o co chodzi? 

- Tak, ale się do tego nie wtrąca. 

- Ale czy to nie było morderstwo? - krzyknęła wzburzona Ylva. 

Musiała długo czekać na odpowiedź. 

-  Nie  mogę  z  panią  o  tym  rozmawiać  przez  telefon.  Mogę  tylko  dodać,  że  w  tej 

sprawie poniesiono wiele ofiar. Niewyobrażalnych ofiar! Nie mamy prawa w to ingerować. 

Ylva milczała. Komisarz mówił dalej: 

- Czy ofiarą z waszej strony nie może być zrezygnowanie z sensacji dla gazety? 

Zdobycie  renomy  w  „Wiadomościach”,  być  może  wyższa  pozycja  i  pensja?  I  wiele 

wspaniałych  banknotów  tysiąckoronowych  jako  dodatkowe  honorarium...  To  wszystko 

mogłoby się stać ich udziałem, gdyby odmówili wyłączenia się ze sprawy. 

Ylva westchnęła. 

- Odszukam go, panie komisarzu. A jeśli nie będzie chciał ze mną wrócić, walnę go w 

głowę pałką i będę ciągnąć za sobą po ziemi! 

- Dobrze! 

-  Proszę  mi  tylko  wyjaśnić:  Dlaczego  my  nie  możemy  się  dowiedzieć,  o  co  chodzi, 

skoro tak wiele osób wie? 

-  Przecież  już  to  mówiłem!  W żadnym  wypadku  nie  może się  to  dostać  do  prasy!  A 

pomyśl,  co  reprezentujecie:  „Wiadomości”.  Gazetę,  która  nie  potrafi  trzymać  języka  za 

zębami! 

-  Dziękuję,  panie  komisarzu!  Jakiś  wewnętrzny  głos  mówi  mi,  że  wkrótce  złożę 

background image

wymówienie.  Otrzymanie  tej  pracy  było  dla  mnie  wspaniałą  szansą,  ale  teraz  myślę,  że 

chwała zaczyna tracić swój blask. 

Ylva  napisała  krótką  wiadomość  dla  pozostałych  domowników  i  pobiegła  w  stronę 

lasu. 

Trzęsawisko...  gdzie  ono  może  być?  Musi  się  chyba  znajdować  gdzieś  za  drogą 

prowadzącą  do  pastwisk.  Ylva,  która  jeszcze  tam  nie  była,  wzruszyła  ramionami  i  pełna 

nadziei wyruszyła w drogę. 

Było  późne  popołudnie.  Słońce  przeświecało  już  tylko  na  horyzoncie,  nad  wsią 

zgromadziły  się  groźne,  stalowoszare  chmury.  Zrobiło  się  tak  mroczno!  W  dalszym  ciągu 

było  bardzo  duszno;  nad  górskimi  szczytami  na  zachodzie  wisiała  wyraźna  zasłona 

nadciągającej ulewy. 

background image

ROZDZIAŁ XV 

Jeden z grobów kryje odpowiedź 

Siri  ostrożnie,  niemal  na  palcach,  przechodziła  obok  grobów.  Najwyraźniej 

znajdowała  się  w  nowszej  części  cmentarza.  Kamienie  nagrobne,  niskie  i  proste,  zostały 

ustawione w równych rzędach. Cmentarz nie był duży, a kaplica, najwyraźniej aneks kościoła 

parafialnego,  służyła  jako  kapliczka  cmentarna  i  miejsce  nabożeństw  odprawianych  w  kilka 

niedziel w roku. 

Bjor, Borgestad, Huus, Vile... Inne nazwiska się nie pojawiały. Stanęła przed dwoma 

nagrobkami  z  uczuciem  suchości  w  gardle.  Nad  napisem  „Kari  Vile”  pozostawiono  wolne 

miejsce  dla  Torsteina.  Drugi  nagrobek...  Peder  Vile,  urodzony  1953  -  zmarł  we  wrześniu 

1967.  Siri  zamrugała  oczami,  żeby  pozbyć  się  czegoś,  co  pojawiło  się  pod  powiekami,  po 

czym się odwróciła. 

Potwierdziła się, obliczona przez nią wcześniej, data urodzenia Kari. Rok 1937. Teraz 

chodziło tylko o to, żeby odnaleźć kobietę zmarłą na krótko przedtem. 

Siri zatrzymała się na chwilę w zamyśleniu. Jedno nazwisko brzmiało obco, pierwsze, 

jakie tutaj zobaczyła. 

Lars  Borgestad,  zmarły  w  1943  roku.  Jego  żona,  Ingjerd,  z  domu  Myren.  Zmarła  w 

1945 roku... 

Myren? Skąd pochodziła? 

Potem Siri doznała olśnienia. To matka Christiana Borgestad, którą doprowadziła do 

ś

mierci ta stara wiedźma, Bjor, tylko z tego powodu, że nie była mieszkanką doliny! Biedna 

dziewczyna, była jeszcze taka młoda. Miała zaledwie trzydzieści lat. Sama w wiosce ziejącej 

nienawiścią i pełnej podejrzliwości! 

Właśnie  wtedy,  gdy  Siri  doszła  do  najbardziej  odległego  końca  nowej  części 

cmentarza,  poczuła  przeszywający  chłód  wieczoru  pośrodku  upalnego  dnia.  Zobaczyła 

samotny nagrobek, poczerniały i posępny, stojący w cieniu szumiącego drzewa. 

Natalie Bjor, z domu Vile. Urodzona 1849. Zmarła 1946. 

Dziewięćdziesiąt siedem lat... Siri ani przez chwilę nie miała wątpliwości, kim była ta 

kobieta. Był to grób samej wiedźmy, wnuczki Vilde - Knuta, która na prawie sto lat opętała 

całą  wieś  swoim  złem,  matki  Gjertrud  i  Marie,  które  starały  się  jak  najlepiej  wykorzystać 

odziedziczone  po  niej  talenty.  Miała,  oczywiście,  męża,  którego  litościwie  pochowano  w 

osobnym  grobie.  Przypuszczalnie  w  starej  części  cmentarza,  ponieważ  musiał  umrzeć  na 

background image

długo, długo przed nią. 

Siri odeszła. pospiesznie od grobu Natalie  Bjor.  Wyglądało na to, że nowy  cmentarz 

powstał w latach czterdziestych, więc nie miała tam czego szukać. 

Skierowała  się  do  gęsto  zadrzewionej  części  za  kapliczką.  Tu  groby  były  bardziej 

przypadkowo  rozrzucone  na  trawniku,  krzyże  i  nagrobki  częściowo  się  zapadły  lub  bardzo 

pochyliły,  a  grobowce  rodzinne  otaczały  niskie  kamienne  murki.  Na  te  groby  nikt  już  nie 

przynosił kwiatów. 

Siri  była  w  nie  najlepszym  nastroju.  Wizyta  na  cmentarzu  zwykle  napełniała  ją 

spokojem,  tym  razem  jednak  stało  się  inaczej.  Może  czuła  jeszcze  trwogę  wywołaną 

widokiem  grobu  Natalie  Bjor,  a  może  raczej  lęk  budziło  w  niej  to,  że  w  jednym  z  wielu 

grobów,  które  zobaczyła  lub  które  miała  zobaczyć,  kryło  się  rozwiązanie  tajemnicy 

Myrsökket? 

Tak naprawdę Siri lękała się wyjaśnienia tej zagadki. 

Już zanim weszła na cmentarz, wiedziała, że otarła się wcześniej o rozwiązanie i stąd 

brało  się  jej  złe  samopoczucie.  Nikt  nie  był  tak  bliski  wyjaśnienia  jak  ona,  lecz  jej  umysł 

podświadomie bronił się przed tą wiedzą. 

W tej części cmentarza z trudem dało się odczytać nazwiska na nagrobkach. Znalazła 

jednak kilka, które znała. Knut Vile i Berit z domu Huus. To musieli być rodzice Torsteina. Z 

pewnością, ponieważ ten grób był dobrze utrzymany, podobnie jak następny - Per Huus i Inga 

z domu Vile. Rodzice Kari i Jona. Oczywiście, to by się zgadzało. Przecież rodzeństwo Knut i 

Inga  Vile  poślubili  rodzeństwo  Berit  i  Per  Huus.  Najstarszy  z  tej  czwórki  urodził  się  już  w 

latach sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku. Stąd ta luka pokoleniowa, o której wspominał 

Torstein. 

Doprawdy trzeba było mieć nie lada umysł, jeśli chciało się wyjaśnić pokrewieństwo 

zachodzące między mieszkańcami Myrsökket! 

Już od dobrej chwili wzrok Siri przyciągał wysoki, strzelisty nagrobek. Stał w samym 

ś

rodku starej części cmentarza, jakby był jednym z najstarszych. Siri podeszła bliżej. 

Litery częściowo przysłonił mech czy porosty, w każdym razie na samym dole widniał 

czytelny napis: „Żona Liv, z domu Borgestad”. 

Aha!  Wobec  tego  można  było  odgadnąć,  co  było  wyżej.  Siri  wodziła  palcami  po 

prawie startych literach. 

T - O - R V - I - L - E. 

Tak, to jasne, że takiego zdolnego i porządnego człowieka pochowano na honorowym 

miejscu. Data była nieczytelna, chociaż Siri oczywiście wiedziała, że chodzi o dziewiętnasty 

background image

wiek. 

Ojciec Knuta Vile i kilku starszych córek. Ingi Vile, babki ze strony ojca Erika Bjora... 

Matki rodu Syvera Bjora, nie wiadomo ile pokoleń wstecz... Nie zapominając o jędzy Natalie 

Bjor oraz wielu innych córkach, o których nie słyszeli. 

Tutaj  zatem  spoczywał  nieszczęsny  syn  Vilde  -  Knuta,  który  z  takim  heroizmem 

zmagał się ze swym gorzkim losem. 

Siri jednak nie o to chodziło. Ocknęła się i szła dalej. Jak dotychczas nie udało się jej 

odszukać  ani  jednej  kobiety,  która  by  zmarła  w  drugiej  połowie  lat  dwudziestych 

dwudziestego  wieku.  Może  jej  tutaj  nie  było?  Może  słowa  listu  odnosiły  się  do  kogoś 

zupełnie innego? Może to wcale nie był list. 

Właśnie  wtedy  Siri  zatrzymała  się  gwałtownie.  Spojrzenie,  które  przenosiło  się  z 

jednego nagrobka na drugi, nareszcie natknęło się na to, czego szukało. 

Johannes  Huus.  Żona  Karin,  z  domu  Borgestad.  Urodzona  w  1852  roku,  zmarła  w 

1926. 

Karin Borgestad? 

Babcia  ze  strony  ojca  Kari  i  Jona.  Babka  ze  strony  matki  Torsteina.  „Nigdy  jej  nie 

widziałam...” 

Co  było  takiego  szczególnego  w  Karin  Borgestad,  poza  tragedią  związaną  z  jej 

przyjściem na świat? „Nigdy jej nie widziałam... „ 

Siri opuściła cmentarz ani trochę nie mądrzejsza. 

Dlaczego  jedno  wyrwane  z  kontekstu  zdanie  dręczyło  ją  przez  całą  drogę  powrotną? 

Słowa Ylvy: „Głaskał tak delikatnie mój policzek. Miał takie piękne, silne ręce”. Co miały z 

tym wspólnego idiotyczne sny Ylvy? 

Co takiego dzieje się w mojej podświadomości? myślała zrozpaczona Siri. Jestem już 

o krok od rozwiązania tajemnicy, ale czegoś mi brakuje, czegoś mi wciąż brakuje! 

Zaczęło się wyraźnie ściemniać. Czy rzeczywiście jest już późno? 

Nie, to chyba tylko przez te chmury. 

Na ziemię spadły pierwsze ciężkie krople deszczu. Siri przyspieszyła kroku. 

Właśnie kiedy dotarła do zagrody Torsteina Vile, z góry, od strony lasu, nadszedł Jon 

Huus. Oboje wpadli do domu w strugach ulewnego deszczu. 

- Ach, tak, nareszcie jesteście! - odezwał się przyjaźnie Torstein. - Gdzie byliście? 

- Na dworze - odpowiedziała wymijająco Siri. - Gdzie Ylva i Mads? 

- Mads jeszcze nie wrócił do domu. Miał przecież pójść w góry. A Ylva zostawiła tę 

wiadomość... 

background image

Przeczytali  ją  oboje:  „Dzwonił  komisarz  Alfredsen.  Poszłam  przekazać  informację 

Madsowi. Ylva”. 

Zdumieni zobaczyli, jak Jon Huus bezwiednie zmiął kartkę. 

- Kiedy wyszła? - zapytał zdenerwowany. 

- Na pewno ponad godzinę temu - odparł Torstein. - Czy coś jest nie tak? 

- Nie, nie - uspokoił go Jon. - Siri, pójdziesz ze mną? Nie czekaj z kolacją, Torstein. 

Twoi goście mogą wrócić późnym wieczorem. 

Prawie pociągnął Siri za sobą. 

- Na dwór? - zapytała zdumiona. - Mamy znowu wychodzić w taką ulewę? 

Bez  słowa  wyjaśnienia  chwycił,  ją  za  ramię  i  w  strugach  deszczu  zaprowadził  do 

swojego domu. 

-  Masz  tu  siedzieć!  -  nakazał  jej  ostro  i  popchnął  ją  na  sofę  stojącą  w  pokoju.  - 

Zamknij drzwi na klucz i nikogo nie wpuszczaj! Nikogo oprócz mnie i być może Ylvy, gdyby 

się pojawiła. Chociaż, obawiam się, że się nie pojawi. 

- Jon, co się stało? - szepnęła blednąc. 

Potarł ręką czoło. 

- Gdybym poszedł tą drogą, co zawsze, może bym ją spotkał - odpowiedział z żalem w 

głosie. - Ale wybrałem stromą drogę na skróty... Chociaż to też by chyba nie pomogło, bo ona 

była już z pewnością na górze. 

- Jon, przerażasz mnie! Powiedz, o co chodzi! 

- W górach zebrali się teraz mężczyźni z całej  wsi. Połączyły ich nienawiść i strach. 

Tropią Madsa Billinga. Próbują go zmusić, żeby się wyniósł z Myrsökket. Mam nadzieję, że 

dla  swego  własnego  dobra  nie  będzie  stawiać  oporu.  Właśnie  byłem  u  nich,  próbując  im  i 

jemu  przemówić  do  rozumu.  Oni  nie  chcieli  mnie  słuchać,  a  jego  nie  spotkałem.  I  w  to 

wszystko pakuje się mała Ylva. Niech ją Bóg ma w swojej opiece! 

- Ale... - zająknęła się przerażona Siri. - Chyba nic złego jej nie zrobią? 

- W ich oczach jest dziennikarką bulwarowej gazety, nikim więcej, czyli nieuleczalnie 

ciekawską osobą. Nie wiedzą, że chciała wyjechać po południu... 

- Miałam zamiar pojechać z nią. 

Napięta, surowa twarz Jona złagodniała. 

- Cieszę się z tego. To znaczy z tego, że nie jesteś taka jak Mads Billing. 

-  Właśnie,  Mads!  -  powiedziała  z  troską  w  głosie  Siri.  -  Nie  ma  drugiego  tak 

zawziętego mężczyzny jak on, kiedy napotka trudności. 

-  To  niedobrze!  Chcą  go  tylko  solidnie  przestraszyć,  żeby  uciekł.  Ale  jeśli  zacznie 

background image

stawiać  opór,  mogą  się  rozgniewać.  Nie  daj  Boże,  bo  mieszkańcy  Myrsökket  to  nie  anioły, 

mimo  że  na  co  dzień  są  spokojni.  Muszę  iść  znowu  w  góry.  Muszę  spróbować  uratować 

przynajmniej ją. Ty zostań tutaj, obiecaj mi to, Siri! 

- Nie, chciałabym... 

-  O,  nie!  Ciebie  też  ścigają,  pamiętaj  o  tym!  Pozwól,  żebym  chociaż  o  ciebie  nie 

musiał  się  martwić!  Poza  tym  widziałem  ludzi,  którzy  potrafią  szybciej  się  wspinać  pod 

górę... 

Nie potrafiła odwzajemnić jego przyjaznego uśmiechu. 

- Na pewno odnajdę Ylvę - próbował ją uspokoić - zanim to zrobią pozostali. 

Nieprzytomna  ze  strachu  patrzyła,  jak  Jon  kieruje  się  w  stronę  niesamowicie 

ogromnego lasu. Jak mu się uda odnaleźć Ylvę? 

Ylvę, która, niczego nie przeczuwając, szła prosto w pułapkę! 

background image

ROZDZIAŁ XVI 

Myśliwi bez twarzy 

Na  trzęsawisku  trwała  bezlitosna  nagonka.  Oddech  Madsa  stawał  się  coraz  bardziej 

urywany.  Obojętnie,  w  którą  stronę  się  skierował,  pojawiały  się  przed  nim  ciche,  czarne 

postacie. Pozostawiono mu wolną tylko jedną drogę - na mokradła, ale tam nie miał odwagi 

wrócić.  Wolał  nie  ryzykować  i  nie  robić  z  siebie  tarczy,  na  dodatek  na  tych  śliskich 

kamieniach.  Oni  mieli  przecież  broń,  chociaż  użyli  jej  tylko  jeden  raz.  Wystrzelili,  jakby 

ostrzegając, że nie żartują. 

Na rozległym górskim grzbiecie Erik Bjor zgromadził wokół siebie kilku mężczyzn. 

- Niedługo będziemy go mieli - powiedział ponuro. - Mięknie. 

- Trudno go ściągnąć w dół. Cały czas chce się piąć wyżej. 

- W takim razie gorzej dla niego! Tym dłuższa będzie mordęga. 

Mężczyźni  spojrzeli  z  podziwem  na  potężnego  Erika  Bjora.  Deszcz  ściekał  im  po 

twarzach, moczył ramiona, a gdy któryś poruszył gałąź, woda lała się strumieniami. Porwała 

ich  gorączka  polowania.  Znienawidzony  intruz  miotał  się  w  głębi  lasu,  schwytany  w  sidła 

własnego strachu. Jon Huus protestował przeciw temu, ale opanowani lękiem, mężczyźni nie 

zamierzali go słuchać. Popierał ich natomiast Erik Bjor. Jego zdaniem to było jedyne wyjście, 

skoro ten spragniony sensacji mieszczuch nie chciał słuchać uprzejmych ostrzeżeń. Erik Bjor 

rzucił okiem na twarz mężczyzny i zadrżał. Przez chwilę odczuł ten sam strach, co on... 

A  jeśli  ci  mieszkańcy  Myrsökket  zapomnieli,  jakie  mieli  zamiary?  Jeśli  nagle 

polowanie  stało  się  dla  nich  najważniejsze?  Tak  samo  jak  wojna  wyzwala  w  uczciwym 

ż

ołnierzu najgorsze instynkty, budząc w nim ślepą nienawiść do wroga, nakazując mu zabijać, 

zabijać! A jeśli to właśnie stało się tutaj? 

Słońce  zaszło,  las  stawał  się  coraz  mroczniejszy.  Erik  dostrzegł,  że  pośród  drzew 

porusza się jakiś człowiek, który teraz, o zmierzchu, był tylko ciemną, anonimową postacią. 

W  taki  zatem  sposób  Mads  Billing  widział  swoich  prześladowców  -  mnóstwo  sylwetek  bez 

oblicza... 

- Cicho! - syknął jeden z mężczyzn. - Co to? 

Wszyscy słyszeli. Odgłos szybkich kroków na drodze w dole. 

Mężczyźni mocniej ścisnęli broń. 

Z deszczu wynurzyła się jasna postać, zatrzymując się na skraju trzęsawiska. 

- Mads? 

background image

Wyraźny dziewczęcy głos odbił się echem od górskich zboczy. 

Erik Bjor zwrócił się do syna. 

- Tor - Erik! - szepnął. 

Syn skinął głową. Na ustach Tora - Erika pojawił się okrutny uśmieszek, dziedzictwo 

po  przodku,  Vilde  -  Knucie.  Wykonał  szybki  ruch  głową  i  natychmiast  dołączyło  do  niego 

trzech mężczyzn. Pozostali, rozproszeni, zaczęli się wspinać wyżej, by znowu podjąć pościg 

za Madsem Billingiem. 

Erik  Bjor  popatrzył  za  nimi  w  zamyśleniu.  W  głębi  lasu  czekali  na  Billinga  jeszcze 

inni. Wielu z nich nie wiedziało, gdzie przebiegała granica tego, co dopuszcza1ne. A wszyscy 

byli zacietrzewieni. 

Dziennikarzyna! 

To musiało być trzęsawisko. 

O  zmierzchu  wydawało  się  takie  niesamowite!  Deszcz  bił  w  kałuże  i  bębnił  o 

połyskujące białe głazy. 

Ylva  zadrżała.  Pomyślała  o  ulicy  w  Oslo  z  reklamami  kinowymi  i  ludźmi,  ludźmi! 

Tutaj było strasznie! 

Ale gdzie Mads? Czy nie powinien być gdzieś niedaleko? Wykrzyknęła jego imię. 

Ż

adnego odzewu. 

Równocześnie  jednak  odniosła  wrażenie,  że  ktoś  ją  usłyszał.  Z  góry,  od  strony 

posępnej skalnej ściany, dobiegł jakiś szelest. Próbowała zorientować się, co to było, ale szum 

deszczu tłumił wszystkie dźwięki. 

Stąpała ostrożnie po długim mostku ułożonym ze śliskich kamieni. Jeśli Madsa tu nie 

było, musiał znajdować się jeszcze wyżej. Nie mogła przecież się z nim minąć. 

Szła powoli przez rozległe grzęzawisko, balansując na mokrych od deszczu głazach. 

-  Mads!  -  zawołała  ponownie.  -  Maaads!  Pokaż  się!  To  ja,  Ylva.  Otwieram  oczy, 

szukam! Do diabła, Mads, wyjdź w tej chwili! Jestem przemoczona, a włosy mam w strąkach. 

Będę je musiała znowu kręcić, a tego nie cierpię. Poza tym chce mi się jeść! A nie uganiać się 

w  deszczu  po  tej  dziczy  za  uwodzicielem za  pięć  groszy.  Może  weźmiesz  to  pod  uwagę,  ty 

nieznośny pajacu! 

Nie  do  końca  zdawała  sobie  sprawę,  że  wykrzykiwała  te  wszystkie  głupstwa,  aby 

przegnać ponure myśli. Obserwujący ją mężczyźni stojący na skraju lasu lekko się uśmiechali 

patrząc na nią. Ich uśmiechy nie były jednak miłe. 

Ylva  przeszła  przez  trzęsawisko.  Tu  też  nie  było  Madsa.  Tylko  ślady  pozostawione 

przez kogoś, kto przewrócił się jak długi na ziemię i komu ręce zapadły się głęboko w błoto. 

background image

Ylva wyobraziła sobie pedantycznego Madsa w tej sytuacji i zachichotała. 

No, tak! Dwie drogi! Co robić? 

- Entliczek, pentliczek, czerwony stoliczek... - głośno wyliczała Ylva. 

- Mads, ty kretynie, wychodź natychmiast! Nie jesteś aż tak pociągający, żebym miała 

zamiar  cię  szukać.  Mam  dla  ciebie  wiadomość  od  komisarza  policji.  Od  pana  komisarza 

Alfredsena z Oslo! 

A co to znowu był za dźwięk? Gdyby ta myśl nie wydawała się jej nazbyt absurdalna, 

mogłaby twierdzić, że to odgłos odbezpieczanej broni. 

Zaśmiała się sztucznie i hałaśliwie. 

- Słyszałeś to, Mads? Nawet las podskakuje ze strachu na samo słowo policja! 

Och,  nie.  Sytuacja  naprawdę  nie  była  zabawna.  W  tej  chwili  zresztą  nic  nie  było 

zabawne. Ylva zwątpiła: przemoczona i sama w tych ponurych ciemnościach. Jedyny plus, to 

ż

e  upał  ustępował.  Im  wyżej  szła,  tym  powietrze  stawało  się  coraz  chłodniejsze.  Wkrótce 

będzie  na  nią  wiał  zimny  wiatr  od  strony  gór.  Najlepiej  byłoby  odnaleźć  Madsa,  dopóki 

jeszcze osłania ją las. 

Ale  gdzie  on  jest?  A  jeśli  siedzi  w  domu  Torsteina  i  je  ciepłą,  smaczną  kolację, 

podczas gdy ona... 

Ach, do licha, nagle poczuła się taka samotna! 

Co powinna zrobić? Zawrócić? Ta myśl była najbardziej kusząca. Ta jej wyprawa nie 

miała przecież sensu! 

Ylva odbiła się mocno, robiąc wielki krok do przodu. Coś się poruszyło  w lesie, coś 

ciemnego i groźnego, i... 

E, tam. Zaczynam mieć przywidzenia. 

Nagle  daleko,  daleko  z  przodu  usłyszała  coś,  co  mogło  być  jękiem  albo  okrzykiem 

wyrażającym lęk. Zamarła nasłuchując. Musiała mieć serce gdzieś w uszach, bo słyszała jego 

szybkie, mocne uderzenia. 

Trochę niepewnie zaczęła iść w tę stronę, z której do 

biegł okrzyk. 

- Mads? 

Znowu rozległ się za nią jakiś trzask. Poganiana lękiem przebiegła kilka metrów, ale 

za chwilę się opanowała. 

No, w każdym razie teraz znalazła się na jakiejś drodze, więc równie dobrze mogła iść 

dalej. 

Nie miała już żadnych  wątpliwości. Ktoś podążał lasem równolegle  do  niej, stąpając 

szybko i ostrożnie. Naraz na drodze przed nią coś się pojawiło. 

background image

Tak jakby ktoś chciał jej zajść drogę! 

Dlaczego się nie pokazał? 

- Mads, co ty sobie właściwie wyobrażasz? 

Jeszcze jeden! Po drugiej stronie drogi. 

Ylva  rzuciła  się  w  las.  Żaden  z  mężczyzn  nie  był  na  tyle  wysoki,  żeby  mógł  to  być 

Mads. 

Nie miała już zamiaru udawać odważnej, zaczęła biec. Szybko jednak zrozumiała, że 

prześladowców  było  wielu.  Na  litość  boską,  co  to  miało  być?  Koszmarny  sen,  czy  może  w 

Myrsökket  miało  dojść  do  nowego  morderstwa?  Dopiero  teraz  zrozumiała,  że  przed  chwilą 

słyszała  krzyk  Madsa  i  że  ona  znalazła  się  w  takiej  samej  sytuacji  jak  on.  Straciła  rozum. 

Rzuciła się, jak się jej wydawało, w jego stronę, ale te mroczne postacie najwyraźniej chciały 

ją  zepchnąć  znowu  na  trzęsawisko.  Pośliznęła  się  na  mokrej  trawie  i  zatrzymała  dysząc 

ciężko. Otoczyli ją. Było ich czterech. Stali w milczeniu niedaleko niej. Ylva czekała skulona, 

jakby szykując się do skoku. 

- Czego ode mnie chcecie? - zawołała z wściekłością. 

Nie odpowiedzieli. 

- Kim jesteście? Ludźmi czy duchami? 

Nie potrafiła ich rozpoznać. Nagle zaczęli się do niej zbliżać. W panice rozejrzała się 

wokół, a potem podjęła rozpaczliwą próbę wyrwania się z matni. Z siłą, o jaką sama siebie by 

nie  podejrzewała,  odepchnęła  tego,  który  stał  najbliżej.  Wydostała  się  z  pułapki!  Ile  sił  w 

nogach,  pobiegła  przez  ociekający  wodą  las.  Wciąż  jednak  słyszała  podążających  za  nią 

prześladowców. 

Ylva  zaczęła  biec  na  oślep.  Drogę  zagrodził  jej  niewielki  strumyk,  ale  bez  namysłu 

rzuciła  się  na  ziemię,  przylegając  mocno  do  jego  kamienistego  brzegu.  Kiedy  ścigający  ją 

minęli, znowu poderwała się na nogi i ruszyła w przeciwną stronę. 

Usłyszała  ich  gniewne  okrzyki,  kiedy  odkryli  jej  podstęp,  ale  byli  daleko  od  niej.  A 

jednak są żywymi stworzeniami, pomyślała Ylva. 

Mimo wszystko to chyba jakieś pocieszenie. 

Teraz już nie wiedziała, gdzie jest. Teren stał się nierówny i trudniej dostępny. Potem 

zobaczyła coś, co przestraszyło ją jeszcze bardziej - więcej czarnych postaci. 

Ile ich mogło być? 

Po  raz  kolejny  zmieniła  kierunek,  ale  i  tak  dogonił  ją  jeden  z  mężczyzn.  Krzyknęła 

głośno, przerażona, uderzyła go, poczuła, że na ramieniu, tam gdzie ją chwycił, podarła się jej 

sukienka. Oswobodziła się jednym szarpnięciem. 

background image

Nawet  nie  przypuszczała,  że  potrafi  tak  szybko  biegać.  Dostrzegła  kilka  świerków  i 

pospieszyła w tę stronę, bo uznała, że łatwiej będzie się tam ukryć. Wtedy właśnie w oddali 

zamajaczył jakiś kształt. Mogło to być zbocze górskie, ale mógł to też być dom. 

Dom tutaj? 

Tak, zobaczyła jeszcze jeden! 

Jesienne  pastwiska?  Być  może.  Tak,  to  na  pewno  były  one.  Ale  i  tak  nie  zdoła  tam 

dotrzeć. Leżały zbyt daleko, a poza tym jakie by tam znalazła schronienie? 

Ylva zaszlochała. Czuła, że za moment zabraknie jej powietrza w płucach. Obejrzała 

się, by sprawdzić, jak daleko są prześladowcy, i wtedy nagle ziemia umknęła jej spod nóg. 

Wyciągnęła  ręce,  żeby  się  czegoś  przytrzymać,  ale  to  nie  pomogło.  Staczała  się  z 

kamienistego  zbocza,  raniąc  się  boleśnie,  zachowała  jednak  tyle  przytomności,  żeby 

powstrzymać krzyk. Mogło się zdarzyć, że nie zauważyli jej zniknięcia. 

W końcu zatrzymała się i odważyła się otworzyć oczy. 

Odniosła  wrażenie,  że  leży  na  dnie  jakiegoś  wąskiego  parowu.  Rozbita,  krwawiąca  i 

przemoczona  do  suchej  nitki.  Na  szczycie  panował  jednak  spokój.  Nikt  nie  zauważył,  jak 

spadała. 

Wtedy dopiero Ylva zareagowała na to, co się stało. Drżała na całym ciele i musiała 

naprawdę  wiele  wysiłku  włożyć  w  to,  żeby  głośno  nie  jęczeć.  Była  pewna  tylko  jednego: 

wiedziała, że niezależnie od tego, gdzie biegła, nie zbliżyła się ani trochę do Madsa. 

Co  dziwne,  nie  wyobrażała  sobie  Madsa  w  roli  wybawcy.  Mimo  że  był  postawnym, 

silnym  mężczyzną  (nie  znała  co  prawda  siły  jego  mięśni),  zastanawiała  się  teraz  tylko  nad 

tym,  czy  to  raczej  nie  on  potrzebuje  jej  pomocy.  Nie  wierzyła,  by  mógł  poradzić  sobie 

podczas  tego  polowania  na  czarownice  na  pustkowiu.  On  umiał  walczyć  tylko  na  polu 

salonowej konwersacji. 

Ylva znowu zamarła, a strach powrócił ze zdwojoną siłą. Na szczycie góry ktoś stał i 

patrzył na nią. 

Tego było już za wiele jak na siły Ylvy. Ze stłumionym jękiem obróciła się twarzą w 

stronę  moczarów,  zacisnęła  powieki  i  zakryła  twarz  rękami.  Leżała  tak,  skulona,  oczekując 

najgorszego. 

background image

ROZDZIAŁ XVII 

Zagadkowy mężczyzna 

Chociaż  nic  nie  słyszała  ani  nie  widziała,  czuła,  że  mężczyzna  schodzi  na  dół.  Z 

każdym jego krokiem staczały się na nią z góry drobne kamyczki. Przerażona Ylva z trudem 

łapała powietrze. 

Już był na dole. Postawił stopę blisko jej ramienia. Och, pomocy, pomocy, umieram...! 

Nic się nie stało. Kucnął blisko niej. Co zamierzał zrobić? Ugodzić ją nożem? 

Kiedy wziął ją za ramię, wzdrygnęła się gwałtowni i krzyknęła krótko. Ale jego ręka 

była taka delikatna, że kiedy spróbował ostrożnie ją obrócić, nie stawiała oporu. Zdjął jej ręce 

z uszu. 

- Mnie się boisz? 

Na dźwięk tego głosu Ylva doznała szoku. Otworzyła szeroko oczy. 

- To ty? Ty istniejesz? Żyjesz? 

Uśmiechnął  się  swoim  spokojnym  uśmiechem.  Ylva  zaszlochała  z  ulgą.  Uniósł  ją 

ostrożnie i przyciągnął do siebie, pełen zrozumienia dla jej stanu. 

- Kochany! - wyszeptała tylko. - Kochany, kochany, kochany! 

- Dobrze już, dobrze - uspokajał ją łagodnie. - Mogą cię usłyszeć. 

Popatrzyła na niego. 

- Nie byłeś z nimi? 

Nie odpowiedział wprost. 

- Chodź już! Musimy się stąd wydostać. 

- Nie chcę, żebyś się z mojego powodu narażał na niebezpieczeństwo - sprzeciwiła się 

Ylva. 

- Nikt mi nic nie zrobi - zapewnił. 

- Ale dlaczego mnie ścigają? 

- Jako dziennikarka jesteś dla nich niebezpieczna. 

- Ale przecież miałam dziś wyjechać. Nie chcę się wtrącać w całą tę sprawę. 

- Oni o tym nie wiedzą. A poza tym tak naprawdę nie przejmują się ani tobą, ani twoją 

przyjaciółką. Najbardziej obawiają się tej trzeciej osoby. 

- Madsa. Gdzie on jest? 

- Teraz się o niego nie martw! Chodźmy, nie ma czasu! 

Nie zadawała już więcej pytań. Wziął ją za rękę i zaczęli się wspinać w górę wąwozu. 

background image

Dobrze się rozejrzał, zanim wyszli na odkryty, porośnięty jedynie trawą teren. 

Po  kilku  zaledwie  krokach  skrył  się  za  dużym  kamieniem,  pociągając  ją  za  sobą.  W 

niewielkiej odległości przebiegło kilku mężczyzn z bronią w ręku. 

Ylva  siedziała  bez  ruchu,  oparta  o  kamień.  Czuła  bliskość  nieznajomego  ze  snu, 

widziała jego szczupłą twarz tuż przy swojej. Już się nie bała, odczuwała ogromny spokój i 

niezmierną  radość.  Był  prawdziwy  i  był  z  nią,  chronił  ją  przed  tym  wszystkim,  czego  nie 

mogła zrozumieć, przed całą nienawiścią, jaka zwróciła się przeciwko niej. 

-  Możemy  iść  dalej  -  szepnął.  Przekradali  się  powoli  przez  las.  Ponieważ  Ylva  była 

przemoczona,  prawie  nie  zauważała,  że  pada.  On  miał  na  sobie  nieprzemakalną  kurtkę  i 

kalosze.  Wtem  na  ich  drodze  wyrosła  szczytowa  ściana  starego  szałasu  pasterskiego.  Obok 

stała  rozpadająca  się  obora.  Nieznajomy  otworzył  drzwi  niskiego  domku  mieszkalnego  i 

gestem zaprosił Ylvę do środka. 

Wewnątrz  panowały  ciemności  i  pachniało  świeżym  chrustem  jałowcowym. 

Mężczyzna  zapalił  staroświecką  lampę  naftową  wiszącą  u  sufitu.  W  jej  świetle  zobaczyła 

twarz  o  ciemnych  oczach  i  zapadniętych  policzkach.  Ostrożnie  osłonił  płomień  kloszem. 

Pomieszczenie  powoli  się  rozjaśniało;  szerokie  deski  podłogowe,  solidny  stół  z  jasnego 

drewna  i  duże  palenisko,  wypełnione  jałowcowym  chrustem.  Sufit  podpierały  potężne, 

okrągłe bale. 

Zasłonił okna, zamknął drzwi na klucz i odwrócił się do niej. 

- Nawet nie wiem, jak masz na imię - rzekł z uśmiechem. 

Powiedziała, jak się nazywa. 

-  Ylva?  -  Popatrzył  na  nią  w  zamyśleniu.  -  Słodko  i  romantycznie...  Tak,  w  każdym 

razie pasuje do ciebie. 

Nagle  poczuła  się  bardzo  zażenowana.  Te  ich  krótkie  spotkania  wprost  przepełniało 

uczucie.  Z  zakłopotaniem  przypomniała  sobie,  co  mówiła  ostatniej  nocy.  Kierowała  swoje 

słowa do postaci ze snu, nie do żywego nieznajomego. 

- A ty? - zapytała, rumieniąc się. - Jak się nazywasz? 

- Nie wiesz? - zdziwił się. - Nie wiesz, kim jestem? 

-  Nie.  Wydawało  mi  się,  że  wiem,  nie  błam  pewna.  Ale  myliłam  się.  Jesteś  pełen 

tajemnic,  a  mężczyzna,  za  którego  cię  brałam,  jest  równie  tajemniczy.  Jednak  nie  są  to  te 

same tajemnice. Mianowicie on nie żyje, a poza tym twoje ręce... 

- Nie myśl o nich - uśmiechnął się lekko. - Jak sądziłaś, kim jestem? 

- Christen Borgestad. 

Na jego twarzy  pojawił  się uśmiech. Podszedł do niej trochę bliżej. Ujął jej twarz  w 

background image

dłonie. 

- Tak. Jestem Christen Borgestad. 

Oczy Ylvy rozszerzyły się ze zdumienia. 

- Jesteś pewien, że żyjesz? 

- Najzupełniej pewien. Czy tego nie czujesz? 

Czuła ciepło jego rąk na swoim ciele. Wydawało się jej nagle, że pokój jest strasznie 

mały, że w powietrzu panuje ogromne napięcie spowodowane ich intensywnymi uczuciami. 

- Tak. Oczywiście, że tak! Czy... to jest pastwisko...  

Södra Borgestad? 

Kiedy odsunął dłonie, odzyskała równowagę. 

-  Tak  -  odparł.  -  Jedyny  dom,  który  nadaje  się  do  użytku.  Niewiele  zostało  z  całej 

zagrody. Jesteś przemoczona i podrapana. Pożyczę ci jakieś moje ubrania. 

Znalazł koszulę w czerwoną kratę i białe spodnie. 

- Są za duże, ale na pewno będzie ci cieplej. Możesz się przebrać w alkowie. 

Zrobiła tak, jak powiedział, podwinęła rękawy i nogawki i pozwoliła, żeby zajął się jej 

mokrą i podartą sukienką. Powiesił ją pod sufitem, żeby wyschła. Potem wyjął apteczkę. 

- Usiądź tutaj. Zobaczę, co z twoim łokciem. 

Podczas  gdy  on  przemywał  jej  rany,  Ylva  śledziła  wzrokiem  jego  wyrazistą  twarz. 

Była  bezgranicznie  szczęśliwa  tylko  z  tego  powodu,  że  mogła  na  niego  patrzeć.  Wszystko 

inne natomiast wprawiało ją w zakłopotanie. 

- Tak niewiele z tego rozumiem. Kto nas ściga? 

- Cała wieś. 

- Dlaczego? 

- Nie mogę ci tego powiedzieć. 

Westchnęła. 

- Wiemy, kto jest mordercą - stwierdziła. - To musi być ten, którego wszyscy słuchają 

i  przed  kim  się  płaszczą,  ten,  kto  opiekuje  się  spadkiem  Vilde  -  Knuta,  kogo  słucha  nawet 

miejscowa policja... 

Lekki uśmiech zagościł na ustach Christena Borgestad. Ale nie było w nim radości. 

- Chociaż Torstein ma innego kozła ofiarnego - kontynuowała w zamyśleniu Ylva. 

- Wiem o tym. 

- Kogo? 

- Jest przekonany, że ja to zrobiłem - odrzekł cicho Christen. 

background image

ROZDZIAŁ XVIII 

Przerażający wzór 

Siri szybkim krokiem chodziła w tę i z powrotem po pokoju Jona Huusa. Przeszła się 

bez  celu  po  mieszkaniu,  a  potem  zmywając  kilka  rondli  próbowała  odgadnąć,  jakie 

przedmioty  gospodarstwa  domowego  pochodziły  z  czasów  krótkotrwałego  małżeństwa. 

Podświadomie krytykowała przy tym gust byłej pani domu. 

On  wziął  rozwód!  Dlatego  że  się  nie  nadawał  do  małżeństwa.  I  jego  żona  się  z  tym 

pogodziła? Najwyraźniej dość chętnie. 

Dziwne! 

Co  się  właściwie  stało  tam  w  górach?  Siri  przypomniał  się  nagle  wystrzał,  który 

słyszała po południu. A jeśli... 

Nie, oczywiście, że nie! Coś takiego po prostu nie mogło się wydarzyć. 

A jeśli tak? Tutaj w Myrsökket może się wydarzyć wszystko. 

Jeżeli ten wystrzał... och, nie! Nie chciała nawet o tym myśleć, ale jeżeli... Ylva mogła 

nie zdążyć tam dotrzeć. W takim razie musiało chodzić o Madsa. 

Mads. 

Co  właściwie  czuła,  zastanawiając  się  nad  tym?  Szok,  oburzenie?  Na  pewno,  ale  co 

jeszcze? 

Mads,  jej  wielkie  marzenie  od  wielu  lat,  stał  się  w  tych  górach  jakiś  odległy.  Nie 

wytrzymał  porównania  z...  z  całą  surową  naturą,  z  tymi  pod  każdym  względem  silnymi 

mężczyznami. 

Nie znaczyło to jednak, że było jej obojętne, czy żyje, czy został zabity. A może błąka 

się samotny w obcym lesie? 

Chociaż nie! Kamień spadł jej z serca. Ci ludzie ścigali go przecież także wtedy, gdy 

w górach znalazł się Jon Huus. A to było już po wystrzale. 

A jeśli Jon kłamał, żeby ją oszczędzić? 

Nie, nie Jon Huus. Był na to za uczciwy. 

Siri  zatrzymała  się.  Kiedy  nareszcie  przyjdą?  Chętnie  poszłaby  do  Torsteina,  tego 

spokojnego,  zawsze  miłego  człowieka,  ale  Jon  nie  pozwolił  jej  wychodzić.  Zrobiło  się 

ciemno. Co, na litość boską, tak długo tam robili? 

Jon  Huus  miał  regał  pełen  książek.  Może  czas  będzie  mijał  szybciej,  jeśli  znajdzie 

sobie coś do czytania? 

background image

Wyciągnęła  książkę  na  chybił  trafił.  Dotyczyła  sadzenia  drzew.  Mogła  sobie  ją 

darować. Z takim zniecierpliwieniem odstawiła ją na półkę, że razem z nią wsunęła głęboko 

tom stojący obok. 

Do  licha!  Poza  tym  nad  książkami  było  mało  miejsca.  Nie  udało  się  jej  dosięgnąć 

palcami  wepchniętego  głęboko  tomu.  Ponieważ  była  z  natury  pedantyczna,  wyjęła  część 

poradników na temat leśnictwa, żeby mieć lepszy dostęp. 

Z  tyłu  leżało  więcej  tomów.  Co  za  niedbalstwo!  Chociaż  wyglądało  to  prawie  tak, 

jakby zostały tam odłożone celowo, tak ładnie były ułożone w stos. 

Siri  wyjęła  cały  stosik.  Coś  takiego!  To  były  przecież  jakieś  książeczki 

oszczędnościowe  i  inne  prywatne  papiery  wartościowe.  Czuła  się  strasznie!  Doprawdy,  nie 

miała zamiaru tu węszyć. 

Jon oczywiście sądził, że był to bezpieczny schowek. Kogo poza nim samym mogły 

interesować nudne książki o leśnictwie? 

Nagle  zmarszczyła  brwi.  Kiedy  miała  odłożyć  na  miejsce  książki  i  dokumenty, 

zobaczyła, że jedna książka, największa i leżąca na samym dole, wcale nie była podobna do 

pozostałych. Była stara, bardzo stara. Najstarsza z książek, jakie Siri kiedykolwiek widziała. 

Ostrożnie  ją  otworzyła  i  popatrzyła  na  stronę  tytułową.  Była  napisana  odręcznie, 

podobnie jak reszta. 

„Sprawa lądowa...” 

Nie.  To  było  oczywiście  s,  a  nie  l!  Ludzie  musieli  być  kiedyś  bardziej  inteligentni, 

skoro umieli czytać te trudne litery. 

„Sprawa sądowa...” 

Siri otworzyła szeroko oczy. O Boże! Czyżby to był...? 

Zaczęła  czytać,  dokładnie  sylabizując.  Język  był  trudny,  litery  starodawne,  a  pismo 

pełne zakrętasów. W każdym razie udało się jej rozszyfrować datę. 

1829. 

Odłożyła  książkę.  Wtedy  spostrzegła,  że  wypadło  z  niej  na  podłogę  kilka  luźnych 

kartek. 

Trzymała w ręku zaginiony protokół rozprawy! 

Czyżby Jon Huus był złodziejem? 

Nie,  w  to  nie  mogła  uwierzyć!  Kiedy  pozbierała  rozrzucone  kartki,  zobaczyła,  że 

najwyraźniej były pisane przez kobietę, i to stosunkowo niedawno. Jego żona? Nie. Nie, była 

tego pewna! 

Jedna  z  kartek  zawierała  list,  zaczynający  się  od  słów:  „Dobry  Boże,  pomóż  nam, 

background image

pomóż  nam,  kochany  Boże!”  Ciąg  dalszy  był  bardzo  zbliżony  do  tego,  co  cytował  Torstein 

Vile z listu swojej żony. 

Siri nie chciała posunąć się do tego, żeby go przeczytać. Czuła się i tak wystarczająco 

podle dlatego, że od razu nie odłożyła wszystkich papierów z powrotem. 

Natomiast  księga  z  protokołem  przesłuchania  była  własnością  publiczną.  Tak,  to 

chyba Kari Vile ją zabrała, ale dlaczego? 

Siri  usiadła  na  kanapie  w  ten  sposób,  żeby  widzieć  drogę  do  lasu,  ponieważ  nie 

chciała, żeby Jon ją zaskoczył, po czym zaczęła czytać. 

Trwało to bardzo długo, ale z czasem przyzwyczaiła się do charakteru pisma i języka. 

Wtedy  zaczęło  iść  szybciej.  W  księdze  było  kilka  protokołów  ze  spraw  sądowych  i  kiedy 

nareszcie doszła do sprawy Vilde - Knuta Vile, zobaczyła, że jest najkrótszy. A w takim razie 

rozprawa  też  musiała  być  przeprowadzona  dość  pobieżnie.  Chciano  chyba  jak  najszybciej 

pozbyć się z tego świata takiego potwornego przestępcy. 

Siri czytała sylabizując. Musiała zapalić lampę. Zrobiło się ciemno, a ona zbliżała się 

do  wieku,  w  którym  konieczne  stają  się  okulary  (chociaż  nie  chciała  się  do  tego  przyznać). 

Kilka  celnych  spostrzeżeń  na  temat  Vilde  -  Knuta,  pochodzących  od  samego  protokolanta, 

rozbawiło  ją  na  krótką  chwilę,  ale  poza  tym  nie  było  się  z  czego  śmiać.  Torowi  Vile,  w 

przeciwieństwie  do  jego  buńczucznego,  pyszałkowatego  ojca,  poświęcono  tylko  kilka  słów. 

Opisano  go  jako  małomównego,  zamkniętego  w  sobie  i  spokojnego  młodzieńca.  O  tym,  że 

procesy i kary w tamtych czasach były barbarzyńskie, wiedziała już wcześniej, ale pomimo to 

głęboko nią wstrząsnęła ta krótka relacja. 

Jednakże w dalszym ciągu nie rozumiała, dlaczego księga została skradziona i ukryta. 

Dopiero gdy przeczytała jedno jedyne zdanie... 

-  Ale  to  chyba  niemożliwe?  -  mruknęła  do  siebie.  -  „Kiedy  Vilde  -  Knut  wszedł  na 

szafot...” 

Przeczytała ponownie całe zdanie do końca, bezgłośnie wymawiając słowa. 

- Nie! - powiedziała stanowczo. - Nie rozumiem tego! 

Czy  to  nie  potwierdza  mojego  wewnętrznego  niepokoju,  obawy  przed  czymś 

przerażającym? 

Siri oderwała się od lektury i zaczęła  rozmyślać. Myślała tak intensywnie, że prawie 

rozbolała ją głowa, a im więcej myślała, tym większy lęk ją ogarniał. 

- Musi mnie mylić pamięć - szepnęła. - Musi mnie mylić pamięć! A jednak nie. 

I  jeszcze  coś,  co  powiedziała  Kari  Vile,  wryło  się  jej  w  pamięć.  Jej  słowa  na  łożu 

ś

mierci: „Christen miał...” 

background image

Nie, jak to się ze sobą łączyło? 

Drżącymi rękami wyjęła kartkę z dziwną figurą, którą Kari zostawiła Torsteinowi. 

I  nagle  wyobraziła  sobie,  co  może  oznaczać  rysunek.  Okropne,  straszliwe 

wyobrażenie. 

Na próbę umieściła na niej brakujące litery... 

Jej  oczom  ukazał  się  budzący  grozę  wzór.  Jeszcze  nie  potrafiła  tego  wszystkiego  w 

pełni ogarnąć. Serce waliło jej jak oszalałe, kiedy wyjmowała z książki obie luźne kartki. One 

też były zapisane pismem Kari. Położyła je obok siebie na stole, ale ponieważ drżały jej ręce, 

musiała próbować kilka razy, zanim jej się to udało. 

Znajdowało  się  na  nich  kilka  dziwnych  zestawień.  Ale  Siri  widziała  wcześniej  takie 

rzeczy i wiedziała, co oznaczały. 

Zorientowała się, że pierwsza kartka nie zawierała nic ciekawego. Ale druga! 

Siri poczuła, że podłoga kołysze się pod nogami. Zrobiło jej się słabo. 

Drugi  arkusz...  Jej  najgorsze  obawy  przerodziły  się  w  straszliwą,  nie  do  zniesienia 

pewność. 

- Dobry Boże! - westchnęła gwałtownie. - Dobry Boże! 

To przecież musi oznaczać... 

Przysunęła do siebie obie kartki. Potem położyła na nich figurę z literami. 

- Zgadza się - szepnęła. - Miałam rację. Och, mój Boże, oszczędź mi tego! Pozwól mi 

niczego więcej nie rozumieć! Nie wytrzymam! 

Ale nie dało się już zawrócić myśli. Siri przycisnęła rękę do ust, żeby nie krzyczeć w 

głos. Zawrót  głowy sprawił, że pociemniało jej w oczach. Zataczając się doszła do łazienki, 

gdzie  upadła  na  kolana.  Czuła  się  okropnie!  Odnalazła  po  omacku  krany  i  obmyła  twarz 

zimną wodą. 

W  końcu  na  tyle  odzyskała  władzę  w  nogach,  że  mogła  się  podnieść.  Pojękując, 

weszła chwiejnie do pokoju. 

Nie  zniosę  więcej,  nie  zniosę  więcej!  Och,  ci  wszyscy  nieszczęśnicy!  Torstein,  Jon, 

cała dolina... i ten biedny, nieszczęśliwy Christen Borgestad! 

Podniosła głowę. 

A kim my jesteśmy? Wdzieramy się w ich życie, depczemy ich dumę i odwagę. Tylko 

po  to,  żeby  napisać  artykuł  do  brukowca,  którym  będą  się  przy  śniadaniu  delektować 

niemądrzy ludzie w całym kraju? Nie można do tego dopuścić! 

Nagle owładnęła nią przemożna chęć działania. Z twarzą zalaną łzami biegała, gasząc 

lampy,  odkładając  na  miejsce  dokumenty  i  książki,  tak  by  regał  wyglądał  jak  przedtem. 

background image

Później  zgasiła  ostatnią  lampę,  zamknęła  drzwi  na  klucz  i  pobiegła  pod  górę  w  stronę  lasu, 

mijając jasne, zapraszające okna Torsteina. 

Mads! prosiła w duchu. Przestań, Mads. Ty nie możesz się o tym dowiedzieć. Nie ty! 

Wstrzymaj dochodzenie, zanim zrozumiesz, jak to wszystko jest ze sobą powiązane! Dlatego, 

ż

e  ty  możesz zepsuć  wszystko,  wszystko,  ty  z  twoimi  powierzchownymi  osądami  i  pogardą 

dla ludzi. Z twoim zimnym cynizmem... Mads, to jest niebezpieczne! Tej sprawy nie można 

wydobyć na światło dzienne! 

Otoczył  ją  las.  Największe  chmury  już  się  przetoczyły;  teraz  padał  drobny, 

równomierny  deszcz.  Lipcowa  noc  była  mroczna  i  tajemnicza.  Na  dole  we  wsi  kobiety 

kończyły przygotowania do przeniesienia się w góry. W większości domów paliło się światło. 

Tam wiedziano, co się dzieje w lesie, i czekano... 

A  w  lesie  znaleźli  się  wszyscy  uczestnicy  dramatu:  Siri  -  po  to,  żeby  powstrzymać 

Madsa,  Jon,  żeby  znaleźć  Ylvę,  Ylva,  żeby  przekazać  Madsowi  wiadomość  o  tym,  że  musi 

przerwać  swoje  śledztwo,  mężczyźni  ze  wsi  polujący  na  Madsa  i  sam  Mads  w  pogoni  za 

sensacją, która zapewniłaby tytuły na pierwszej stronie „Wiadomości”! 

Ukryte  w  gałęziach  drzew  ptaki  słuchały  w  zadziwieniu  i  lęku  kroków  samotnej 

kobiety zmierzającej w  górę. Te kroki i jej niepohamowany płacz były jedynymi odgłosami 

zakłócającymi ciszę w niższym paśmie lasu. 

Szukałam  zbyt  głęboko,  myślała  Siri.  Szukałam  w  jednym  z  grobów,  które  dzisiaj 

odwiedziłam, i znalazłam rzecz najstraszniejszą! 

Musiała się pospieszyć.  Zrozpaczona popatrzyła  w  górę w stronę nie kończącego się 

wzniesienia. Nie może się spóźnić! 

A w górach, w pobliżu górskiego grzbietu, nieprzerwanie trwała obława. 

background image

ROZDZIAŁ XIX 

Christen Borgestad 

Łagodne  światło  lampy  naftowej  padało  na  twarz  Christena  Borgestad.  Nie,  nie  jest 

chyba  ładny  w  potocznym  rozumieniu  tego  słowa,  pomyślała  Ylva.  Ale  wydaje  się  taki 

sympatyczny! 

- Torstein podejrzewa ciebie? 

- Niestety, tak. 

- Ale... ale... Ach, teraz rozumiem! 

- Co? 

-  Powiedział,  że  nie  żyjesz.  Powiedział  też,  że  spotkała  cię  najbardziej  haniebna 

ś

mierć, że umarłeś w ich pamięci. 

- Tak. Miał na myśli to, że dla niego umarłem pod względem duchowym. 

Ylva kilkakrotnie otwierała i zamykała usta, a kiedy nareszcie się odezwała, wcale nie 

były to słowa, które miała zamiar wypowiedzieć. 

- Jestem głodna. 

Przyjął z uśmiechem tę jej szczerość. Wstał z miejsca. 

-  Ależ  oczywiście!  Przepraszam!  A  co  byś  zjadła?  Nie  mam  co  prawda  nic 

specjalnego, ale... 

- Pozwól, że ci pomogę - powiedziała, idąc za nim do małej wnęki kuchennej. - Masz 

herbatę?  To  świetnie,  gdzie  są  filiżanki?  Myślę,  że  w  tym  czasie  powinieneś  mi  lepiej 

wytłumaczyć swoje słowa. 

Włączył kuchenkę gazową i nalał wody do rondelka. We wnęce było ciasno, ale Ylva 

nie miała nic przeciwko temu. Stwarzało to intymny nastrój wzajemnej przynależności. 

- Co chcesz wiedzieć? - zapytał Christen, starając się nie wchodzić w drogę Ylvie, ale 

nie było to łatwe, ponieważ ona robiła wszystko, żeby go niby przypadkowo dotknąć. 

- Mnóstwo rzeczy! Wszystko! Zacznijmy od najprostszego: Jak wchodziłeś do mojego 

pokoju? 

- Nie, to zbyt proste! To był przecież pokój, w którym kiedyś mieszkałem. 

- Oczywiście, do licha, jest zamykany na zamek patentowy! Miałeś naturalnie własny 

klucz. Ale czego tam szukałeś? 

- Pierwszej nocy właśnie wróciłem z Oslo. Nie, cukier stoi tam. Przepraszam za brak 

porządku  w  szafkach.  Ponieważ  wszyscy  spali,  wśliznąłem  się,  żeby  poszukać  sprzętu 

background image

wędkarskiego, ale już go tam nie było. Naprawdę się zdziwiłem, kiedy cię zobaczyłem. 

- A następnej nocy? 

Pochylił się nad kuchenką gazową. 

-  Było...  było  coś  tak  urzekającego  w  naszym  pierwszym  spotkaniu.  Twoja  pełna 

akceptacja  mojej  obecności.  Nasz  wzajemny  kontakt.  Ja...  po  prostu  chciałem  cię  znowu 

zobaczyć. Gniewasz się? 

Ylva stanęła nieruchomo. 

- Nie. Pragnęłam, żebyś przyszedł, przecież wiesz. Najpierw myślałam, że pochodzisz 

z jakiegoś dziwnie realnego snu. Później prawie uwierzyłam w to, że jesteś duchem. 

Uśmiechnęła się zażenowana, a on znowu popatrzył na nią pełnymi ciepła oczami. 

-  To  z  powodu  twoich  ubrań  -  ciągnęła  -  sądziłam,  że  mają  w  sobie  coś 

dziewiętnastowiecznego. Aksamit... 

- Nie sądzę, żeby mieli w tamtych czasach manczester. 

- Nie, raczej nie. Zapomniałam, że współczesna moda ma wiele wspólnego z późnym 

romantyzmem. Długie, ciasne kurtki... wysokie kołnierze i mnóstwo włosów. A poza tym ten 

nastrój,  to  tajemnicze,  czarowne  światło  wczesnego  dnia.  Nie  mówiąc  już  o  fantastycznym 

zdarzeniu w zagrodzie Södra Borgestad tego samego dnia. To musisz wyjaśnić! 

Ach, te jego oczy, kiedy się uśmiechał! Dodawały jej sił! 

-  Byłem  w  tamtym  domu  -  wyjaśnił.  -  On  nie  jest  aż  tak  zniszczony,  jak  myślałaś. 

Byłem tam od dłuższego czasu i dlatego moje ślady od strony lasu nie były widoczne. Kiedy 

chodziłaś,  odkrywając  nowe  miejsca,  usłyszałem,  jak  rozmawiasz  z  krzewem  róży, 

wyciągnąłem  ,rękę  przez  okno,  zerwałem  jeden  kwiat,  wyszedłem  na  kamienne  płyty  i 

położyłem  go na twoim  wierszu. Podobałaś mi się wtedy, Ylvo, i  głównie dlatego  chciałem 

wrócić do ciebie w nocy. Oczywiście, że zdawałem sobie sprawę, że nie miałaś pewności, czy 

istniałem naprawdę, czy nie. Czy cię przestraszyłem? 

-  Tak,  ale  wiesz  co,  prawie  marzyłam  o  tym,  żebyś  okazał  się  jakąś  nadprzyrodzoną 

istotą. 

- Dlaczego? - zapytał zdziwiony. 

-  Dlatego,  że  wtedy  byłbyś  tylko  mój,  nikomu  by  się  nie  udało  odebrać  mi  ciebie. 

Ż

ywi mężczyźni zawsze gdzieś mają jakąś kobietę. 

- Nie ja. Ktoś taki jak ja nie ma prawa się z nikim wiązać. 

Tak  bardzo  chciała  zapytać,  dlaczego,  ale  zdawała  sobie  w  pełni  sprawę,  że  i  tak 

znalazła się na bardzo niebezpiecznym gruncie. 

- Christen - zaczęła siląc się na obojętność - miałeś zamiar wrócić dziś w nocy? 

background image

Dlaczego tak długo milczał? 

- Chciałaś tego? - zapytał w końcu.  . 

- To ja pierwsza zapytałam! 

- Chyba bym przyszedł. 

- To dobrze - szepnęła uradowana Ylva. 

Teraz on zajął się krojeniem chleba, a ona przygotowywała kanapki. 

- Wydaje się, że jesteś przyzwyczajony do tego, żeby samemu sobie radzić - zaśmiała 

się nerwowo. 

- O, tak. Musiałem się nauczyć. 

- Nie chcesz o tym trochę opowiedzieć? Więc zostałeś sierotą i zaopiekowała się tobą 

pewna rodzina. Torstein i Kari Vile, prawda? 

-  Tak.  Nie  byli  już  tacy  młodzi  i  nie  mieli  nadziei  na  własne  dzieci,  ale  jak  wiesz, 

często  tak  bywa,  że  kiedy  się  zrezygnuje  z  prób  i  przygarnie  obce  dziecko,  przychodzi  na 

ś

wiat własne. 

- Słyszałam o dzielącej was różnicy wieku. 

-  To  prawda,  ale  oni  okazali  mi  taką  wielką  dobroć,  zamierzali  mnie  formalnie 

zaadoptować i tak dalej, ale później zdarzyło się coś złego... 

- Popełniłeś głupstwo w dobrej wierze i wyjechałeś. Jon tak powiedział. 

- Tak, byłem młody i źle postąpiłem. 

- Ale co właściwie zrobiłeś? 

Stał pogrążony w myślach. 

- Nie mogę ci tego powiedzieć. 

Ylva straciła odwagę. 

- Nie masz do mnie dość zaufania? 

Christen pogłaskał jej policzek. 

- Jest między nami coś pięknego, Ylvo, wiesz o tym. Ale znam cię zaledwie od dwóch 

czy trzech dni, lub, jeśli wolisz, nocy, a są sprawy, o których nie ma się prawa opowiadać. 

-  Nie,  oczywiście,  że  nie.  Głupio  z  mojej  strony,  że  pytałam.  Nie  mogło  w  każdym 

razie chodzić o jakiś drobiazg - odezwała się Ylva, wnosząc do pokoju kanapki. - Nie sądzę, 

ż

eby taki człowiek jak Torstein Vile mógł rozgniewać się na sierotę do tego stopnia, żeby go 

wyrzucić z domu i zerwać jego fotografię ze ściany. 

Twarz Christena Borgestad pozostawała w cieniu. 

- Nie, nie chodziło o drobiazg - odrzekł cicho. 

- A później? Co zrobiłeś później? 

background image

-  Pojechałem  do  Oslo.  Próbowałem  radzić  sobie  o  własnych  siłach  na  tyle,  na  ile 

potrafiłem.  Dostałem  stąd  zresztą  sporą  pomoc.  Wiele  osób,  między  innymi  Erik  Bjor, 

przysyłało  mi  początkowo  pieniądze.  Potem  zaczęło  mi  się  dobrze  wieść  i  już  nie 

potrzebowałem wsparcia. Jestem projektantem reklam. 

- A więc w Myrsökket są też talenty artystyczne? 

Uśmiechnął się do niej, a ona stała nieruchomo uszczęśliwiona. 

- Nie, Ylvo. Te talenty odziedziczyłem po matce. 

Bezwiednie przeniosła spojrzenie na jego ręce. 

- Być może urodziłeś się, zanim wyszła za Larsa Borgestad? 

- Nie, należę do rodu Borgestad. Chociaż Natalie Bjor robiła wszystko, żeby oczernić 

moją matkę. Mój ojciec wrócił w rodzinne strony od razu z żoną i dzieckiem, rozumiesz, nie 

ożenił się z nikim z Myrsökket. Natalie Bjor twierdziła, że byłem bękartem i to było dla mojej 

matki  zbyt  bolesne.  Wszyscy  się  od  niej  odsunęli,  została  zupełnie  sama,  była  przy  tym 

wrażliwa i chorowita. 

- Ale czymś takim ludzie się obecnie nie przejmują? 

- Nie znałaś Myrsökket za czasów panowania tej wiedźmy. Ale widzisz, ten, kto się tu 

kiedyś  wychował,  zawsze  tęskni  do  tego  miejsca,  a  poza  tym  ono  należy  do  mnie.  Södra 

Borgestad mimo całej swojej ruiny jest moja! Nie wolno mi się tylko tutaj pokazywać. 

- I godzisz się z tym? 

- Tak, godzę się. 

Ylva popatrzyła na niego w zamyśleniu. Co takiego zrobił we wczesnej młodości, że 

go wypędzono ze wsi i że on to akceptuje! A to, że między innymi Erik Bjor utrzymywał go 

na wygnaniu, pachniało łapówkami i innymi ciemnymi sprawkami. 

- Ale czasami musisz tu wrócić? 

- Nie mogłem się oprzeć. Musiałem znowu wszystko zobaczyć. 

Zagotowała się woda na herbatę i Christen wlał ją prosto z rondelka do filiżanek. Ylva 

patrzyła nieobecnym wzrokiem. 

-  Nie  po  raz  pierwszy  wróciłeś  do  domu  -  odezwała  się  powoli.  -  Byłeś  tutaj,  kiedy 

zamordowano Pedera. On cię widział w pobliżu pastwisk. Co tam robiłeś, Christen? 

Wykonał tak gwałtowny ruch, że woda na herbatę rozlała się na stół. 

-  Nie  chcę  rozmawiać  o  trzęsawisku  ani  o  białych  kamieniach  -  powiedział  ostro, 

wynosząc  rondel  do  kuchni.  -  Nie  mogę!  Po  śmierci  Pedera  zostałem  wezwany  na 

przesłuchanie. To był jedyny raz, kiedy opowiadałem o tym, co się tam wydarzyło. 

- Przepraszam cię, Christen - odezwała się cicho Ylva. - Nie wierzę, że ty to zrobiłeś. 

background image

Starł  wodę  ze  stołu,  po  czym  usiedli  wygodnie.  Czuli  się  wspaniale  w  domowej 

atmosferze,  jaka  się  tu  wytworzyła.  Ylva  opowiadała  o  swoim  życiu,  a  on  o  swojej  pracy. 

Szok po pościgu zaczął z wolna ustępować. 

Ylva  bezwiednie  zaczęła  snuć  plany  na  temat  tego,  co  mogliby  zimą  robić  w  Oslo. 

Wtedy położył rękę na jej dłoni i popatrzył na nią błagalnym wzrokiem. 

-  Zapomniałaś,  co  powiedziałem  dziś  w  nocy,  Ylvo?  Ty  i  ja  nigdy  nie  będziemy  do 

siebie należeć. Istnieje przeszkoda nie do pokonania... 

Urażona i zawiedziona ucichła. 

- Jaka? - spytała po chwili. 

- Nie jesteś dziewczyną, którą się traktuje jak zabawkę, a między nami nie może nigdy 

dojść  do  czegoś  poważnego.  Dźwigam  zbyt  ciężkie  brzemię  i  nie  chcę  cię  wciągać  w 

nieszczęście. Nie chcę! Nie chcę patrzeć na to, jak cię to niszczy. 

-  Ech,  myślisz  o  tych  bzdurach,  które  w  nocy  wygadywałam  o  chłopakach  - 

powiedziała lękliwie Ylva. - To było strasznie dziecinne... 

-  Nie!  -  zaprzeczył  gwałtownie.  -  Nie,  jeśli  chodzi  o  ciebie.  Zobaczysz,  kiedyś 

znajdziesz kogoś, kogo naprawdę pokochasz. 

- Ale ja... 

Położył dłoń na jej ustach i potrząsnął głową, uśmiechając się smutnie. 

- Nie mów tego, Ylvo! Będzie trudniej i tobie, i mnie. 

Nagle zamarli w bezruchu. Usłyszeli odgłos zbliżających się kroków. 

- Idą tu! - szepnął Christen. - Szybko, do alkowy! 

Pozbierała  wszystko,  co  mogło  świadczyć  o  jej  obecności,  i  zniknęła.  W  tej  samej 

chwili rozległ się głośny łomot do drzwi. 

background image

ROZDZIAŁ XX 

Pogańska ofiara 

Jon Huus spojrzał z gniewem na Erika Bjora. 

- Przecież dziewczyna jest nieszkodliwa - powtórzył. - Nie musieliście jej ścigać! 

-  Nie  wiedzieliśmy.  Mój  syn  i  jeszcze  kilku  innych  miało  się  nią  zająć,  ale,  jak 

mówiłem, zniknęła. 

Ponownie  rozejrzeli  się  dokoła.  Wokoło  polany,  na  której  stali,  panowały 

nieprzeniknione ciemności. Krzewy, drzewa i ludzie zlewali się w jedno. Deszcz przestał już 

właściwie padać. 

- Co zrobią z tym drugim? Z Billingiem? 

- Wolę o tym nie myśleć - odpowiedział krótko Bjor. - Nie mam już nad nimi żadnej 

kontroli. 

Jon  zacisnął  zęby.  Nie  podobało  mu  się  to.  Wcale!  Wprawdzie  wszyscy  byli  jego 

sąsiadami i powinien ich dobrze znać, ale w tych szczególnych okolicznościach... Kto mógł 

wiedzieć,  ile  złych  skłonności  odziedziczyli  po  Vilde  -  Knucie...  Nie,  sytuacja  nie 

przedstawiała się najlepiej. Dziewczyna... 

- Co to było? - szepnął Bjor. 

- Też coś słyszałem. Gdzieś w oddali kobiecy głos, nawołujący Madsa. 

- Jest tam, przy trzęsawisku... 

- Nie - odrzekł Jon. - To nie ona. Boże drogi, to Siri! Co u diabła... 

Pobiegli w stronę, skąd dochodził głos. Lała się na nich woda spływająca z mokrych 

liści drzew. Chodziło o to, żeby zdążyć do niej dobiec, zanim usłyszą ją pozostali. 

Spotkali  Siri  między  trzęsawiskiem  a  jesiennymi  pastwiskami.  Pożałowania  godne, 

szlochające  stworzenie  ledwie  powłóczące  nogami.  Na  widok  dwóch  potężnych  cieni 

wzdrygnęła się gwałtownie i cicho krzyknęła. 

- Co tu robisz? - wrzasnął Jon. - Nie mówiłem ci, że masz siedzieć u mnie w domu? 

-  Ach,  Jon,  ja...  musiałam  tu  przyjść!  -  pochlipywała  Siri.  -  Muszę  powstrzymać 

Madsa, zanim się domyśli zbyt wiele. 

Jon zesztywniał. Chwycił ją mocno za ramię. 

- Co przez to rozumiesz? Ty wiesz o wszystkim? 

Siri  myślała  gorączkowo.  Och,  trzeba  się  wyrażać  dyplomatycznie.  Nie  miała  wcale 

ochoty  przyznać  się,  co  odkryła  między  jego  książkami.  Nigdy  by  nie  uwierzył,  że  to  był 

background image

czysty przypadek. 

-  Tak...  tak  sądzę  -  wyjąkała  nieskładnie.  -  Oczywiście  nie  wiem  wszystkiego,  ale 

częściowo  się  domyśliłam.  Widziałam  Sissel  Borgestad,  wiecie,  a  Gjertrud  i  Marie  Bjor 

wciągnęły  mnie  w  rozmowę.  Byłam  też  na  cmentarzu.  I  ta  karteczka  w  ręku  Kari  Vile,  i 

Christen. Jon, to takie potworne! Myślałam, że tego nie zniosę! 

Wstrząśnięci mężczyźni stali w milczeniu. 

-  Tak,  ona  chyba  wie!  -  odezwał  się  surowym  głosem  Jon.  -  Jesteś  najwyraźniej 

mądrzejsza, niż sądziłem, Siri. 

Miała w każdym razie na tyle rozsądku, żeby okazać trochę zawstydzenia. Bez tego, 

co znalazła w domu Jona, nigdy nie domyśliłaby się całej prawdy. 

Powoli Siri się opanowała. 

-  Och,  Jon,  muszę  natychmiast  odnaleźć  Madsa  -  powiedziała  gorączkowo.  -  Macie 

całkowitą rację co do tego, że on nigdy by nie zachował tylko dla siebie takich wiadomości. 

- A ty? - zapytał w napięciu Jon. 

- A za kogo właściwie mnie uważasz? - wybuchnęła rozgniewana Siri. - Co wy sobie 

myślicie  o  dziennikarzach?  Oczywiście,  że  istnieją  pewne  wyjątki,  takie  jak  Mads,  ale 

większość jest taka jak Ylva i ja. Och, Jon, Jon...! 

Zachwiała się i Jon Huus musiał ją podtrzymać. 

Jej reakcja najwyraźniej uspokoiła. mężczyzn. 

- Dziękuję! - westchnął Erik Bjor. 

- Ale gdzie on jest? 

- Nie sądzę, że będziemy się teraz martwić Madsem - rzekł Jon. - Ważniejsze jest to, 

gdzie jest teraz Ylva? Czy ją widziałaś? 

- Ylvę? Nie. Nie chcesz chyba powiedzieć, że zniknęła? Tu w górach? 

- Niestety tak - odparł Erik Bjor. - A nie jest to wcale miła sytuacja. 

- Na litość boską! - wykrzyknęła przerażona Siri. - Co tu się właściwie dzieje? 

- Pokładam nadzieję w Bogu - odpowiedział dobitnie Bjor - że to wszystko jest tylko 

zabawą w kota i myszkę, próbą wystraszenia Madsa Billinga z bagien i w ogóle z Myrsökket. 

Próbowaliśmy go przekonać do wyjazdu po dobroci, ale kiedy to nie pomogło, musieliśmy się 

uciec  do  tego.  Chcieliśmy  go  nakłonić,  żeby  zszedł  do  wsi,  a  później  przeprawił  się  przez 

jezioro. Chcieliśmy dopilnować, żeby już nigdy tu nie wrócił. 

- On może narobić strasznego zamieszania - wtrąciła się Siri. 

- Dopóki nie wie, jest nieszkodliwy. A policja nie zrobi nic. Przykre jest to, że... 

Zagryzł wargi. Siri go ponagliła. 

background image

- Przykre jest to - mówił dalej Erik  Bjor  - że on  nie pozwolił się sprowadzić na dół, 

więc  ludzie  się  zdenerwowali  i  stracili  zdrowy  rozsądek.  Teraz  ścigają  go  gdzieś  po  lesie. 

Obawiam  się,  że  to,  co  się  tu  dzieje,  najbardziej  przypomina  taniec  poprzedzający  jakiś 

pogański  rytuał ofiarny.  Nie, nie bój się, oczywiście nic takiego się nie stanie, ale sądzę, że 

dziennikarz Mads Billing przeżywa teraz ciężkie chwile. 

- Musimy przecież ich powstrzymać! 

-  Gdyby  to  było  możliwe!  Nie  wiem,  gdzie  teraz  są!  Już  od  dawna  ich  nie 

widzieliśmy. 

- Chyba się odezwą? Nie możemy ich zawołać? 

- Nie odpowiedzą. Nie usłyszymy ich! Przemykają się, podchodzą do niego, otaczają 

go, pokazują się w ciemnym  lesie jak duchy. To może człowiekowi odebrać rozum. 

- A Ylva... och, Boże! 

- Stracili ją z oczu przy jesiennych pastwiskach - wyjaśnił Erik Bjor - więc raczej nie 

jest razem z Madsem. 

Jon odchrząknął. 

- Myślałem o jednej rzeczy - zaczął powoli. - Jest szansa, że... Myślę, że wiem, gdzie 

ona może być. Chodźmy. 

Poszli za nim zdziwieni. Szedł szybko i pewnie wzdłuż przecinki. Ku zdumieniu Siri 

na  ich  drodze  pojawiły  się  nagle  domy  z  przylegającymi  do  nich  niewielkimi  łąkami 

dochodzącymi  do  lasu.  Jon  bez  wahania  skierował  się  do  najbliższego  i  mocno  zapukał  do 

drzwi. 

Klucz przekręcono od środka i drzwi się otworzyły. W smudze światła Siri zobaczyła 

sylwetkę młodego człowieka. To on, pomyślała. To postać ze snu Ylvy! 

-  Dzień  dobry,  Christen!  -  odezwał  się  Jon.  -  Pomyślałem  sobie,  że  cię  tutaj  znajdę. 

Czy możemy wejść? 

Siri  nie  była  zaskoczona,  słysząc  imię  Christen.  Właśnie  tego  się  spodziewała. 

Oderwane fragmenty nieubłaganie zaczynały się układać w logiczną całość. 

Młodzieniec odsunął się, żeby mogli wejść. Otoczyło ich ciepło i światło. 

- Niewątpliwie trochę wyrosłeś od czasu naszego poprzedniego spotkania - powiedział 

Jon  dziwnie  ochrypłym  głosem.  -  Z  luźnych  wypowiedzi  pewnej  młodej  damy  domyśliłem 

się, że znowu jesteś w domu. 

- Miło cię widzieć, Christen - przywitał go Erik Bjor. - Mam nadzieję, że ci się dobrze 

wiedzie. 

-  Tak,  świetnie.  Dziękuję  wam  obu  za  całą  pomoc,  jakiej  mi  udzielaliście  przez  te 

background image

najgorsze lata! 

Także Siri przywitała się z nim z wielkim szacunkiem. Christen Borgestad, kluczowa 

postać  dramatu.  Ylva  nie  przesadzała.  Był  dokładnie  tak  sympatycznie  romantyczny,  jak 

opisała. 

- A teraz - Jon zwrócił się do Christena - powiedz, gdzie jest dziewczyna. 

- Dziewczyna? - udając zdziwienie zapytał Christen. 

- Nie popija się herbaty, siedząc na stołku, zamiast na wygodniejszym miejscu, które 

jest wolne - odezwał się Jon. 

Christen wyszczerzył zęby w radosnym uśmiechu. 

- W porządku, Ylvo. Możesz wyjść. 

Weszła  cicho  z  nie  dopitą  filiżanką  herbaty  w  ręce.  W  domku  rozległy  się 

równocześnie trzy westchnienia ulgi. Ylva uśmiechnęła się zmieszana. 

- Czy ktoś chce herbaty? 

- Litości! - mruknęła pod nosem Siri. - „Czy ktoś chce herbaty!” W tej sytuacji! 

Jon potrząsnął głową, a woda skapywała mu z włosów. 

- Byłoby świetnie wypić herbatę, ale czy możemy sobie na to pozwolić? 

Siri zastanowiła się jeszcze raz i stwierdziła, że to jednak nie jest taki głupi pomysł. 

-  I  tak  nie  możemy  w  tych  ciemnościach  nic  zrobić  -  odezwał  się  Erik  Bjor.  -  Masz 

tyle filiżanek, Christen? 

-  Tak  sądzę.  Prawie  się  wzruszyłem  na  widok  moich  filiżanek  bez  uszka,  które 

pamiętałem z dzieciństwa. Zrobię... 

- Ja się tym zajmę - przerwała mu Ylva, która zdążyła się już zorientować, gdzie czego 

szukać. - Siedź! 

- Rozsuń zasłony, Christen - poprosił Erik Bjor. - Gdyby tędy przechodzili, dostrzegą 

ś

wiatło i chyba tu wstąpią. Może się tak stać. 

Siri poszła do kuchni do Ylvy. 

- Pomóc ci? Lepiej pomyjmy te filiżanki. Wyglądają na dość zakurzone. Mamy ciepłą 

wodę? Fajnie! 

Popatrzyła w zamyśleniu na Ylvę wkładającą filiżanki do wody. 

- Wiesz co, Ylvo, nigdy nie widziałam, żeby  człowiek przez kilka dni zmienił się aż 

tak  bardzo  jak  ty,  odkąd  tu  przyjechaliśmy.  Zniknęła  cała  twoja  wielkomiejska  poza. 

Słownictwo, nonszalancja, wyrachowanie... 

- Może stałam się sobą - odpowiedziała cicho Ylva. 

- Ja też tak uważam. Strasznie miły chłopak z tego Christena! 

background image

Głos Ylvy nabrał ciepłej barwy. 

- Tak. Ale niestety... Nie ukrywam, że nie mogę przestać o nim myśleć, on jednak nie 

chce nawet o mnie słyszeć. 

-  Nie  chce  o  tobie  słyszeć  -  szepnęła  Siri.  -  Dziewczyno,  nie  widziałaś  chyba  jego 

oczu? Śledzą cię nieustannie. On jest tobą oczarowany. Powinnaś mu być wdzięczna za to, że 

nie chce cię wciągać w swoje nieszczęście. Temu chłopakowi jest ciężko, ale bądź pewna, że 

cię potrzebuje! Jeśli tylko okażesz cierpliwość, zobaczysz, że wszystko się ułoży. 

W spojrzeniu Ylvy mieszała się ulga, radość i zdumienie. 

- Ile ty właściwie wiesz, Siri? 

Udręczona Siri zamknęła oczy. 

- Zbyt dużo! Nigdy już nie będę normalnym człowiekiem, Ylvo. 

- Biedna Siri, rozumiem, że to dla ciebie straszne. Mads... 

-  Mads!  -  prychnęła  Siri.  -  Oczywiście,  że  to  trochę  nieprzyjemne,  że  nie  wiemy,  co 

się dzieje w lesie, ale Mads jako taki jest mi zupełnie obojętny. W życiu kobiety przychodzi 

taka chwila, kiedy zaczyna dostrzegać swój własny upadek... 

- O czym ty, u licha, mówisz? - wybuchnęła Ylva. 

- Chodzi mi o moment, w którym odkrywa, że jej ciało zaczyna tracić jędrność, linia 

ust nie jest już taka wyraźna, kiedy budzi się rano z workami pod oczami, kiedy na ramionach 

i  udach  pojawiają  się  fałdki  tłuszczu,  a  stopy  puchną,  jak  tylko  zaczyna  się  robić  ciepło. 

Wtedy wie, że od tej chwili zewnętrznie już nigdy nie będzie piękniejsza. Świadomość tego, 

ż

e istnieje coś takiego jak piękno wewnętrzne, niewiele pomaga. Od tego momentu wszystko 

zmierza ku gorszemu. To gorzka chwila, szczególnie wówczas, jeśli potrzebowało się akurat 

mnóstwa  cielesnego  piękna...  Ylvo,  nawet  jeśli  się  zawsze  było  miłym,  delikatnym  i 

solidnym,  chce  się  również  być  ładnym  i  atrakcyjnym  dla  mężczyzny  pod  względem 

fizycznym. 

Na twarzy Ylvy pojawiło się zaskoczenie, a potem wykrzyknęła: 

- Kochana Siri! Myrsökket ma najwyraźniej niezwykły wpływ na nas, kobiety! 

Siri uśmiechnęła się odrobinę zażenowana. W pewnym momencie zorientowały się, że 

zza  drzwi  słychać  już  nie  cichą  rozmowę  mężczyzn,  lecz  ich  podekscytowane  okrzyki. 

Pospiesznie weszły do pokoju. 

Christen nachylił się do okna. 

- Zgaście na chwilę lampę! - powiedział cicho. 

Jon  spełnił  jego  polecenie,  a  Siri  z  Ylvą  przyłączyły  się  do  mężczyzn  przy  małym 

okienku składającym się z wielu szybek. 

background image

- Sądzę, że są tutaj - odezwał się Erik Bjor. 

Od  wschodu,  na  tle  rozjaśniającego  się  nieba,  zobaczyli  wzniesienie,  na  którego 

szczycie rysowało się mnóstwo czarnych istot, wędrujących przez noc. 

Procesja mężczyzn z epoki bez żadnych praw, bez cywilizacji i bez Boga. 

Wszystkie  pięć  osób  w  domku  przeszedł  dreszcz.  Mężczyźni  nieśli  na  ramionach 

leżącą, wyprostowaną postać. 

background image

ROZDZIAŁ XXI 

Ś

wietny reporter wkracza do akcji 

Obraz  tej  pogańskiej  procesji  na  pustkowiu  na  długo  wrył  się  całej  piątce  w  pamięć. 

Siri  kilkakrotnie  zamrugała,  jakby  pragnąc  się  upewnić,  że  wzrok  jej  nie  myli.  Nie,  to  nie 

przywidzenie,  wszystko  dzieje  się  naprawdę,  i  to  w  dwudziestym  wieku,  a  nie  w 

prymitywnych czasach prehistorycznych! Nie była w stanie wydobyć z siebie nawet jednego 

słowa. Ylva szepnęła: 

- Jest ich tak wielu! Co najmniej dwadzieścia, może dwadzieścia pięć osób. 

- To wszystko, na co nas stać w Myrsökket - wyjaśnił Erik Bjor. - Podobnie musiał się 

też  skończyć  poprzedni  pościg  w  tych  górach.  Ten  sto  pięćdziesiąt  lat  temu,  za  Vilde  - 

Knutem. Zapalcie znowu lampę, żeby ich tu sprowadziła! 

Mężczyźni minęli wzniesienie i zniknęli w mroku lasu. 

- Prawie się boję wyjść im naprzeciw - powiedział cicho Jon. 

- Teraz są spokojni. 

- Właśnie. Dlatego się boję. Chodzi o to, dlaczego się uspokoili. 

Jon i Erik wyszli na zewnątrz. Ylva poczuła, że drży, i była wdzięczna Christenowi za 

to, że otoczył ją ramieniem. Na chwilę przytuliła się do niego, potem próbowała się do niego 

uśmiechnąć,  ale  niezupełnie  jej  się  to  udało.  Słysząc  coraz  wyraźniejsze  kroki  przed 

domkiem, odsunęła się od Christena. 

-  Nie  denerwujcie  się!  -  rzekł  Jon,  stając  w  drzwiach.  -  On  żyje.  Tylko  przeżył 

załamanie nerwowe i zemdlał. 

- Całe szczęście! - szepnęła Siri. 

Ludzie,  którzy  wnieśli  Madsa  Billinga,  milczeli.  Dopiero  teraz  Siri  i  Ylva  stanęły  z 

nimi  twarzą  w  twarz.  Wszyscy  zadziwiająco  do  siebie  podobni,  mimo  że  w  różnym  wieku, 

niektórzy wysocy i szczupli, a inni niscy i krępi. 

Oczy  Ylvy  rozszerzyły  się  ze  zdumienia,  kiedy  dostrzegła,  z  jakim  szacunkiem  i 

radością  witali  Christena  Borgestad.  Natychmiast  wyczuła,  że  był  kimś  lepszym,  ale  nie 

pojmowała, dlaczego. 

Chatka zrobiła się za ciasna. Przemoknięci przybysze bezskutecznie rozglądali się za 

miejscem  do  siedzenia.  Zdjęli  kurtki  i  rzucili  je  po  prostu  na  podłogę,  gdzie  wkrótce 

utworzyła  się  kałuża  deszczowej  wody.  Sami  usiedli  pod  ścianami.  Byli  zmęczeni  po  wielu 

godzinach emocji i napięcia nerwowego. Na ich surowych twarzach malowała się bladość. 

background image

Siri pochyliła się nad swoim pokonanym kolegą. 

- Mads! - powiedziała. 

Krzyknął histerycznie. 

- Co wy z nim zrobiliście? - zapytała ostro. - Czy to było konieczne? 

Erik Bjor wysunął się do przodu. 

-  Nie,  oczywiście,  że  nie.  Ale  tak  jak  już  pani  powiedziałem,  górę  wzięły  instynkty 

pierwotne. 

Mads  Billing  budził  się  ze  złego  snu.  Jeszcze  czuł  wokół  siebie  ciemność  i  deszcz, 

jeszcze  je  widział,  te  cienie  wokół  siebie.  Były  wszędzie:  milczące,  podobne  do  duchów 

cienie, które to na niego napierały, to przelatywały nad ziemią, żeby odciąć mu drogę. Było 

ich  tak  wiele,  tak  nieskończenie  wiele.  Były  wszędzie.  Próbował  z  nimi  rozmawiać,  wołał, 

krzyczał,  prosił,  żeby  się  odezwały,  błagał  o  wyjaśnienie,  ale  nigdy  nie  usłyszał  ani  słowa. 

Cały  czas  był  metodycznie  spychany  w  jednym  kierunku  -  w  stronę  trzęsawiska  z  białymi 

kamieniami. Ale Mads nie nawykł do uległości i dlatego całym sobą się temu sprzeciwiał. Nie 

mógł  dopuścić,  by  go  pędzono  jak  bezwolne  cielę.  Robił  wszystko,  żeby  nie  dostać  się  z 

powrotem  na  bagna.  Jego  prześladowcy  stawali  się  tym  bardziej  zdecydowani,  a  ich 

determinacja  zwiększała  upór  Madsa.  Trwało  to  tak  długo,  aż  Mads  stracił  orientację  w 

terenie i wszystkie siły. Wtedy nareszcie go dopadli. Kiedy jęcząc i drżąc leżał wpółoparty o 

pień  brzozy,  podeszli  bliżej.  Pamiętał,  że  widział  ich  dokoła  siebie;  utworzyli  czarny 

rozmazany  mur.  Jeszcze  tylko  usłyszał  swój  własny  dziki  wrzask  i  wielogodzinna  obława 

dobiegła końca. 

Zamrugał,  widząc  światło.  Jedna  z  tych  strasznych  twarzy  zamajaczyła  zupełnie 

blisko, pochyliła się nad nim. Wydał okrzyk przerażenia. 

- Ależ Mads! To przecież ja, Siri! 

Siri? Kim była Siri? Och! 

Poczuł palący wstyd. Siri Gran z „Kącika dla pań” w „Wiadomościach”. Pochodziła z 

zapomnianego w ciągu tej nieskończenie długiej nocy świata. Opowie o jego porażce, a wtedy 

on stanie się pośmiewiskiem dla wszystkich... 

Była tu też Ylva! Och, co za upokorzenie! Co za wstyd! Rozejrzał się dokoła, próbując 

się opanować. Czy to oni go ścigali? Ci zwykli ludzie? 

Niepojęte! Przecież tam w lesie byli tacy straszni, jak złe trolle, które... Nie, Mads nie 

chciał kończyć tej myśli. 

O,  nie,  niech  nie  sądzą,  że  on,  Mads  Billing,  utracił  wszelką  zdolność  myślenia! 

Podczas  krótkich  chwil  odpoczynku  w  lesie  jego  umysł  pracował.  Teraz  już  wiedział. 

background image

Wiedział, jak to wszystko się ze sobą wiąże. 

Jego oczy szukały w gromadzie przyglądających mu się bezczelnie mężczyzn. 

Był tam! 

Morderca! 

Mads Billing usiadł, z wielkim wysiłkiem wyprostował się i zebrał się w sobie. 

- Gra skończona, Eriku Bjor! 

Na  czyichś  ustach  pojawił  się  lekko  kpiący  uśmiech.  Sam  Erik  Bjor  uniósł  tylko 

pytająco brwi. 

-  Gra  skończona  -  powtórzył  Mads  groźnie,  choć  już  bez  tej  absolutnej  pewności 

siebie.  -  Przejrzałem  twoje  intrygi.  Twoi  sługusi  cię  osłaniali,  ale  to  nic  nie  pomoże. 

Wszystko opiszę w mojej gazecie. Odpowiesz za wszystko, Eriku Bjor! 

- Ależ Mads! - słabo zaprotestowała Siri. 

Erik  Bjor  powstrzymał  ją  stanowczym  gestem.  Ani  na  moment  nie  stracił  swojego 

majestatycznego spokoju. Teraz wydawał się jeszcze bardziej imponujący niż kiedykolwiek. 

- Może sprecyzujesz, na czym opierasz swoje oskarżenia? - zapytał łagodnie Madsa. 

Zapytany  odzyskał  już  sporo  sił  i  tupetu.  Ponieważ  był  wysoki  i  postawny,  podniósł 

się, żeby móc popatrzeć z góry na Bjora. 

-  Przekonasz  się,  że  nie  wszyscy  się  ciebie  boją  -  zagroził.  -  Podejrzewałem  cię  od 

samego  początku,  ale  teraz  jestem  pewien!  Kto  oprócz  ciebie  może  zebrać  wszystkich 

mieszkańców wsi i nakłonić ich, żeby się przed tobą płaszczyli? Kto oprócz ciebie ma dostęp 

do starej amunicji, takiej jak miny czy inne materiały wybuchowe? Kto inny może zmusić do 

milczenia nawet policję? Ale kiedy mój przyjaciel przyjedzie z Oslo... 

- On nie przyjedzie, Mads - odezwała się spokojnie Ylva. 

Na chwilę Mads stracił wątek. 

- Nie przyjedzie? 

- Nie. Nakazał ci natychmiast przerwać dochodzenie. Powiedział, że to niebezpieczne. 

-  Chyba  wiem,  że  to  niebezpieczne!  -  prychnął  Mads.  -  Kto  może  to  wiedzieć  lepiej 

ode mnie? Tak, nawet tam sięga twoja władza, Bjor! Nieźle! 

- Ale motyw? - zapytał miękkim głosem Erik. 

- Motyw jest oczywisty! Zarządzasz przecież spadkiem po Vilde - Knucie. Jak ci się 

właściwie udało wybudować tak luksusowy dom? Czy nie „pożyczyłeś” przypadkiem trochę 

z tych pieniędzy? Odkryła to potem Kari, więc musiała umrzeć. Peder miał nie dostać spadku, 

ż

ebyś się nie musiał tłumaczyć z tego, co już zginęło. Twoja babka ze strony ojca była drugą 

z córek Tora Vile. Przed nią była tylko Natalie, a obie jej córki już długo nie pożyją. Dlatego 

background image

też spadek przypadłby tobie, gdyby tylko udało się jeszcze wyeliminować Torsteina. W jaki 

sposób zamierzałeś się go pozbyć? No, powiedz mi to, Eriku! Słyszysz, że cię przejrzałem! 

W  chatce  dały  się  słyszeć  pojedyncze,  tłumione  wybuchy  śmiechu.  Erik  Bjor 

przymknął oczy. Trudno stwierdzić, czy był zły, rozbawiony czy też zrezygnowany. 

- Jesteś największym dyletantem spośród wszystkich amatorów, dziennikarzu Madsie 

Billing! - wolno powiedział Bjor. - Pochlebia mi twoje przeświadczenie, że mogę wpływać na 

poczynania policji w Oslo! 

- Teraz jesteś potężny, ale poczekaj, aż zdemaskuję ciebie i cały ten ciemny motłoch! 

Kiedy obudzi się sumienie norweskiego narodu, żarty się skończą! 

Po tej replice Madsa w pokoju zaległa cisza. 

Erik Bjor zmarszczył brwi i zagryzł wargi. Cóż mogli zrobić w obliczu takiego uporu? 

I wtedy odezwała się Siri. 

- Możesz sobie oszczędzić fatygi, Mads! Nic nie wyjdzie z tych twoich artykułów. 

Mads  obrócił  się  ku  niej.  Siri,  mając  świadomość,  że  umiera  w  niej  ostatnia  cząstka 

miłości, kontynuowała: 

-  Wprawdzie  jesteś  świetnym  dziennikarzem,  ale  specjalizujesz  się  w  przemyśle  i 

handlu.  Nie  zabieraj  się  do  reportażu  kryminalnego,  bo  w  nim,  jak  zasugerował  Bjor,  jesteś 

ż

ałosnym dyletantem! Głupio mi, że muszę ci o tym przypomnieć, Mads, ale chociaż zajmuję 

się  tylko  działem  dla  kobiet,  jestem  jednak  kierownikiem,  a  ty  tylko  jednym  z  wielu 

reporterów.  Wieczorem  zadzwoniłam  do  naczelnego  i  poprosiłam  go,  żeby  nie  przepuścił 

niczego,  co  ewentualnie  może  przyjść,  na  temat  tajemniczych  wydarzeń  w  Myrsökket. 

Podałam  mu  także  przyczynę,  tak  więc  nie  miej  złudzeń:  nic  na  ten  temat  nie  zostanie 

wydrukowane! 

Informacja  o  rozmowie  telefonicznej  była  największym  kłamstwem,  jakie  Siri 

kiedykolwiek  wypowiedziała, ale kiedy widziała tłumioną z najwyższym trudem wściekłość 

Madsa i wdzięczny podziw wszystkich pozostałych, stwierdziła, że warto było oszukać. 

-  Nie  próbuj  też  sprzedać  tej  sprawy  do  innych  gazet!  brnęła  z  determinacją  dalej.  - 

Jeśli  to  zrobisz,  pójdę  do  szefa  na  ploteczki.  Może  przy  okazji  wspomnę  mu  o  twoich 

metodach pracy, o pewnych transakcjach, w których chodziło o to, żebyś zdobył informacje 

jako pierwszy. A może mam też wspomnieć o tobie i żonie szefa? 

Siri okropnie się wstydziła. Nigdy nie stosowała gróźb i szantażu i nie miała zamiaru 

uciekać  się  do  takich  metod  w  przyszłości!  Nigdy  wcześniej  nie  czuła  do  siebie  takiego 

obrzydzenia. 

Ylva zaniemówiła z wrażenia. Czy to była Siri? Chętnie wzięłaby Christena za rękę, 

background image

ż

eby  dodać  sobie  otuchy,  ale  kiedy  podeszła  do  niego,  odsunął  się.  Prawie  niezauważalnie, 

prawda,  ale  dla  Ylvy  było  to  jak  policzek.  Oczarowany  nią!  Skąd,  Siri  chciała  ją  tylko 

pocieszyć. Ylva nigdy  nie widziała zachwytu w  oczach Christena!  Był wobec niej miły,  ale 

nic ponadto. Cały czas zachowywał dystans, jakby chcąc ją ostrzec: Dotąd i ani kroku dalej! 

Twarz Madsa zrobiła się purpurowa. Tego się nie spodziewał! Siri, która zawsze była 

miękka  jak  wosk,  która...  Doprawdy  nie  sądził,  że  ta  stara  wariatka  była  w  nim  zakochana! 

Teraz  przeklinał  swoją  głupotę.  Niepotrzebnie  ją  drażnił,  podrywając  Ylvę,  zresztą  bez 

powodzenia. Głupio się zachował. Czyżby Mads Billing zaczynał tracić wyczucie? 

Jon Huus rozwiał resztki nadziei Madsa na rozwiązanie tajemnicy Myrsökket. 

-  A  teraz,  panie  Billing,  dostanie  pan  dobrą  eskortę  na  drogę  do  wsi  i  przez  jezioro. 

Przyjmujemy,  że  nie  będzie  pan  próbował  tu  wrócić.  Nie  znajdzie  pan  chętnego,  który  by 

przewiózł pana przez wodę, a jeśli przypłynie pan własną łódką, przyjmiemy pana tak, że to, 

co spotkała pana dzisiaj, wyda się panu spokojnym spacerkiem po parku. Innymi słowy, nie 

chcemy  cię  tu  widzieć,  Madsie  Billing!  Prosiliśmy  cię  grzecznie,  żebyś  się  nie  interesował 

naszym życiem, ale nie posłuchałeś. Teraz musisz ponieść konsekwencje. 

Mads zacisnął wargi. Wiedział, że przegrał, że został pokonany. 

- A morderca cieszy się wolnością? 

- Nie, ale to nasza sprawa. 

Mads próbował protestować, za nic nie chciał pogodzić się z porażką. 

-  Przyjmij  ich  warunki,  Mads!  -  poprosiła  Siri  -  Oni  mają  rację!  Wydaje  się,  że 

zapomniałeś,  jak  brzmi  pierwsze  przykazanie  dziennikarza:  Nie  naruszaj  prywatnego  życia 

człowieka! 

-  Bzdury!  Pierwsze  przykazanie  dziennikarza  to:  Daj  czytelnikom  to,  na  co  czekają. 

Sensację! 

-  A  więc  zupełnie  nie  rozumiesz  misji,  jaką  mają  do  wypełnienia  dziennikarze,  i  nie 

powinieneś wykonywać tego zawodu. 

Madsowi przyszła nagle do głowy pewna myśl. 

- Dowiedziałaś się wszystkiego! - krzyknął podniecony. - I oczywiście masz zamiar to 

wykorzystać w swoim własnym reportażu! 

-  Nie  poniżaj  się  jeszcze  bardziej  -  odparła  zimno  i  pogardliwie.  -  To  nie  jest 

konieczne. 

- Ylvo! Jedziesz ze mną? 

Ylva spojrzała na Christena, szukając pomocy. 

- Hm - mruknął Mads słodko - gorzkim głosem. - Masz nowego przyjaciela. W takim 

background image

razie  chcę  ci  z  całego  serca  życzyć  szczęścia.  Cieszy  mnie,  że  znalazłaś  pocieszenie,  bo  ja 

naprawdę miałem wyrzuty sumienia... 

- Mads, jak możesz? - wykrzyknęła Ylva. 

- Twoja próżność nie może znieść nawet tej drobnej porażki! - rzuciła cierpko Siri. - 

Mads,  poniżasz  się  coraz  bardziej!  Nie  wierzcie  mu,  Ylva  nigdy  nie  była  zakochana  w 

Madsie. 

- Droga Siri - odezwał się lekkim tonem Mads. - Nie powinnaś publicznie okazywać 

swojej zazdrości. 

Siri przeszyła go wzrokiem. 

-  Przyznaję,  że  miałam  do  ciebie  słabość,  ale  było  to  uczucie,  jaką  matka  obdarza 

swoje  najmniej  udane  dziecko.  Tutaj  znalazłam  inne  wartości.  Poza  tym  Ylva  nazwała  cię 

starym prykiem! 

Nie było to eleganckie, ale Siri nie mogła się pohamować. 

Nieoczekiwanie z pomocą pospieszył jej Syver Bjor. 

- Mogę poświadczyć, że dziewczyny nie obchodzi ten facet. Napomknąłem jej kiedyś 

o nim. Myślałem, że rozszarpie mnie z wściekłości. 

-  A  ja  wiem,  że  nigdy  nie  miała  z  panem  nic  wspólnego  -  odezwał  się  spokojnie 

Christen. - Teraz pan widzi, że nikt panu nie wierzy. 

Mads położył uszy po sobie. Z jego prestiżu świetnego reportera nie pozostało nic. 

Ponownie zabrała głos Siri. 

-  Ylva  i  ja  mogłybyśmy  wrócić  do  domu  autobusem  i  pociągiem,  ale  nie  zamierzam 

stawiać  sprawy  na  ostrzu  noża.  Nie  chcę,  żeby  między  kolegami  pojawiła  się  wrogość.  Czy 

będziesz tak miły i poczekasz na nas w hotelu w najbliższym miasteczku? Wolałabym, żeby 

Ylva nie podróżowała w środku nocy. Przyjedziemy po południu, kiedy trochę odpoczniemy. 

Sam też potrzebujesz odpoczynku. 

Niezadowolony skinął głową. Większość mężczyzn szykowała się do wyjścia. 

- Jeszcze chwilę! Czy to oni mają mnie eskortować? 

- Nic ci nie grozi - zapewnił Jon Huus. - Dopóki będziesz się spokojnie zachowywał. 

Może zrobili ci coś złego w lesie? Nie więcej niż sam sprowokowałeś. Dopilnują też, żebyś 

nie  powiedział  Torsteinowi  nic  więcej  oprócz  tego,  że  zostałeś  nagle  wezwany  do  Oslo. 

Zrozumiałeś? 

Mads ciężko westchnął. Poddał się wreszcie i cały orszak zniknął na drodze w świetle 

wczesnego poranka. 

Garstka mężczyzn została. Ylva znowu zaczęła robić herbatę. Popijali ją w milczeniu, 

background image

aż  ciepło  zaczęło  krążyć  w  ich  zmęczonych  ciałach.  Siedzieli  na  najróżniejszych  sprzętach. 

Zaledwie  kilku  zdołało  się  zmieścić  na  ławie  i  krzesłach,  innym  pozostały  kufry  i  skrzynia. 

Natomiast  Ylva  przycupnęła  we  wnęce  kuchennej  na  trójnożnym  stołeczku,  być  może 

niezwykle cennym z punktu widzenia etnografa, ale niezbyt wygodnym. 

-  Cała  ta  sytuacja  jest  na  dłuższą  metę  nie  do  zniesienia  -  odezwała  się  Siri, 

przerywając ciszę. 

- Chodzi ci o Billinga? - zapytał siedzący naprzeciw niej Jon. 

- Nie, o Madsa nie musicie się już martwić. Ja się nim zajmę. Miałam na myśli waszą 

przyszłość. Christen Borgestad w końcu tego nie wytrzyma! 

- Ach, dam sobie radę - uśmiechnął się znużony Christen. 

- Wątpię w to. Dźwigasz przecież nadludzki ciężar! 

Z kącika, w którym siedziała Ylva, doszło do ich uszu porywcze: „A gdybyście trochę 

mi wyjaśnili, zamiast mówić zagadkami!” 

Znowu zapadła cisza. Popatrzyli po sobie, potem spojrzeli na Ylvę. Jon patrzył raz na 

nią, raz na Christena. 

- Równie dobrze może się o tym dowiedzieć od razu - zdecydował. 

background image

ROZDZIAŁ XXII 

Przodkowie rzucają długie cienie 

Ylva  nadstawiła  uszu.  W  końcu  nadszedł  moment  rozwiązania  tych  wszystkich 

strasznych  tajemnic.  Ale  czy  właściwie  tego  chciała?  Siri  poznała  prawdę.  Siedziała  teraz  z 

opuchniętymi od płaczu oczami i patrzyła błagalnym wzrokiem na Jona, żeby oszczędził tego 

Ylvie. Czy dziewczyna będzie miała siłę wysłuchać całej historii o tym, co się zdarzyło w tej 

leżącej na krańcu świata wsi? 

Ylva próbowała uchwycić spojrzenie Christena, ale on spuścił wzrok i patrzył na ręce, 

którymi rozkruszał leżący na stole kawałek chleba. 

- Czy możemy jej zaufać? - zapytał sceptycznie Erik Bjor. 

- Oczywiście! - zapewniła Siri. - Ylva jest prawdziwym dzieckiem swoich czasów, ale 

jest  też  niezwykle  lojalna  i  solidna,  podobnie  jak  większość  współczesnej  młodzieży. 

Cokolwiek by mówić o młodych, to na pewno nie można ich posądzić o hipokryzję, której my 

byliśmy zmuszeni się nauczyć! 

Ylva,  słysząc  tę  trochę  nieskładną  mowę  wygłoszoną  w  jej  obronie,  głęboko  się 

wzruszyła. Dzięki, Siri, pomyślała. 

- Co jest właściwie kluczem do rozwiązania tajemnicy? Spadek? - zapytała. 

-  Spadek  jest  fikcją  -  odezwał  się  Erik  Bjor.  -  Kilka  staroci,  którymi  zainteresuje  się 

tylko muzeum albo kolekcjonerzy. Są warte najwyżej kilka tysięcy koron. 

Jon głośno zaczerpnął tchu. 

-  Istnieje  kilka  istotnych  momentów,  ale  być  może  najważniejszym  z  nich  jest 

morderstwo Anny Borgestad. 

Siri pokiwała głową. Też tak przypuszczała. 

Natomiast Ylva otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. 

- Prawie o tym zapomniałam - wtrąciła. 

A więc znowu przenieśli się w dawne czasy. Wydawało się, że współczesne tajemnice 

ś

ciśle wiążą się z przeszłością. 

-  Jak  już  chyba  słyszałyście,  to  morderstwo  nigdy  nie  zostało  wyjaśnione  - 

kontynuował  Jon.  -  Był  to  bestialski,  popełniony  z  zimną  krwią  mord.  Nawet  najbardziej 

twardzi mężczyźni bledli, słysząc, jak się to stało. Nie chcę go teraz opisywać, a poza tym z 

tego, co wiem, Gjertrud i Marie przedstawiły wam szczegóły. Mordercy nigdy nie ujęto. 

Ylva  była  mu  wdzięczna,  że  nie  powracał  w  szczegółach  do  tej  sprawy.  Po  tym,  jak 

background image

siostry Bjor opisały jej śmierć Anny Borgestad, wiele razy wracała myślą do tej tragedii. 

A  teraz  Jon  znowu  ją  przypomniał.  Sprawca  tego  morderstwa  musiał  być  wyzuty  z 

wszelkich uczuć! Było takie bezlitosne, bezlitosne! Ylva jęknęła. 

Jon  zamilkł  na  chwilę,  tak  jakby  trudno  mu  było  wyjaśnić  wszystkie  wzajemne 

zależności. 

- Ale co to ma wspólnego z zabójstwem Pedera? - wybuchnęła Ylva. 

- Poczekaj chwilę - uspokajał ją Jon. - Zaraz do tego dojdziemy. 

Potem spojrzał na Siri. 

-  Kiedy  przyszła  Siri  i  opowiedziała  o  tym,  że  widziała  Sissel  Borgestad,  i  jednym 

tchem  wymieniła  imię  Christena,  zrozumiałem,  że  jest  na  właściwym  tropie...  Teraz 

dochodzimy do drugiego istotnego momentu. 

- Tak - odezwała się Siri. - Do palców. 

-  Właśnie!  Siri  zwróciła  uwagę  na  kształtne  dłonie  Sissel  i  Christena,  bo  jeśli  nawet 

pochodzili z różnych gałęzi rodu, to w ich najbliższej rodzinie byli ludzie o krótkich palcach. 

Na przykład dziadek Sissel ze strony ojca był bratem Liv Borgestad, a niektórzy potomkowie 

Liv mieli przecież krótkie palce. 

- Tak - poparła go Siri. - A poza tym był list od Kari Vile. „Nigdy jej nie widziałam”. 

Poszłam  na  cmentarz  i  stwierdziłam,  że musiało jej  chodzić  o  Karin  Borgestad,  nieszczęsną 

córkę Anny. 

- Och, zaczynam się gubić - przyznała Ylva. - A co takiego ważnego było w Karin? 

- Jej krótkie palce. 

Ylva w geście zniecierpliwienia uniosła ręce do góry. 

- No, tak, ale już od samego początku wiemy, że Karin Borgestad miała krótkie palce! 

-  Tak  -  przyznał  jej  rację  Jon.  -  Ale  nie  wiedzieliśmy,  co  oznacza  fakt,  że  nikt  inny 

oprócz  potomków  Karin  i  Liv  nie  miał  krótkich  palców.  A  w  tej  rodzinie  mieli  je  wszyscy. 

Wszyscy  bez  wyjątku!  Nie  wiedzieliśmy,  kiedy  ta  charakterystyczna  cecha  weszła  do  rodu 

Borgestad,  bo  nie  ma  żadnych  wzmianek  o  Myrsökket  przed  początkiem  dziewiętnastego 

wieku.  Moja  siostra  Kari,  którą  zawsze  interesowała  historia,  natknęła  się  pewnego  dnia  na 

stary protokół rozprawy sądowej z przebiegu egzekucji Vilde - Knuta... 

Siri  miała  zamiar  przytaknąć,  ale  szybko  zamknęła  usta.  Chodziło  o  to,  żeby  nie 

mówić zbyt wiele, żeby Jon nie zorientował się, na jakiej podstawie wysnuła trafne wnioski. 

Może  kiedyś  w  przyszłości  wyzna  mu  prawdę,  o  ile  w  dalszym  ciągu  będzie  utrzymywać  z 

nim kontakt. 

Jon ciągnął dalej: 

background image

-  Kari  przeżyła  wielki  szok,  kiedy  przeczytała  protokół.  Ukradła  księgę  i  dobrze  ją 

ukryła. Nikt nie mógł mieć do niej dostępu. 

- Jak mogła ją poruszyć tak dawna sprawa, jak ścięcie Vilde - Knuta? - zastanawiała 

się Ylva. 

Jon pobladł, a Siri przypomniała sobie, jaki przeżyła szok, kiedy dotarło do niej to, co 

naprawdę zawierała stara księga. 

- Było tam jedno zdanie - wyjaśniał dalej Jon. - Jedno jedyne zdanie, które wstrząsnęło 

posadami  świata  Kari.  Brzmiało  ono  tak:  „Kiedy  Vilde  -  Knut  wszedł  na  szafot,  potrząsnął 

rękami  na  znak  protestu  i  wszyscy  zobaczyli  ręce  o  krótkich  palcach,  które  od  pokoleń 

posiadał każdy członek rodziny Vile”. 

Zapadła cisza. 

- No tak!  - odezwała się Ylva po  głębokim zastanowieniu. -  Zatem nie pochodziły z 

rodu Borgestad Ale w dalszym ciągu nie rozumiem... 

Nagle zakryła ręką usta. Oczy jej się rozszerzyły. Och, nie! Nie! 

-  Teraz  zaczynasz  rozumieć,  prawda?  -  zapytał  zasmucony  Jon.  -  To,  że  dzieci  Liv 

Borgestad miały ten defekt, było całkowicie naturalne, ponieważ jej mężem był Tor Vile, syn 

Vilde - Knuta. Ale skąd się wzięły u Karin? 

- Od ojca! Mordercy Anny Borgestad! - szepnęła Ylva. 

- Właśnie! 

- Ale oni musieli przecież natychmiast podejrzewać Tora Vile? 

- Zapominasz o jednej rzeczy. Tor Vile nie miał dłoni. 

Ylva zakryła oczy rękami. 

- Oczywiście, że nie! A mieszkańcy Myrsökket nie zdążyli się dobrze przyjrzeć Vilde 

- Knutowi? 

-  Nie.  Nie  znali  też  treści  protokołu  sądowego.  Sądzili  więc,  że  palce  były 

charakterystyczną  cechą  rodu  Borgestad,  ponieważ  pojawiły  się  prawie  równocześnie  w 

dwóch  miejscach.  Znamy  charakter  Vilde  -  Knuta:  awanturnik,  zuchwały  złodziej,  z 

kryminalnymi skłonnościami. Ale co właściwie wiemy na temat jego syna, Tora? Wiemy, że 

był  niezwykle  inteligentnym  i  pracowitym  człowiekiem.  W  tej  samej  księdze,  przy  opisie 

egzekucji, zamieszczono na jego temat jedynie krótką wzmiankę. „W odróżnieniu od swojego 

ojca  Tor  był  opanowany,  małomówny  i  zamknięty  w  sobie.  Przyjął  swoją  karę  bez  słowa 

skargi  i  nie  okazywał  żalu  podczas  egzekucji  ojca”.  Czy  nie  świadczy  to  o  bezwzględnym 

charakterze, o braku wszelkich uczuć? A zbrodnia na Annie Borgestad charakteryzowała się 

właśnie taką bezwzględnością. 

background image

-  To  był  ten  grób...  -  szepnęła  Siri.  -  Wysoki,  smukły  nagrobek  Tora  Vile  skrywał 

okrutną tajemnicę. A jeszcze nie dotarliśmy nawet do połowy! 

- A więc Tor Vile zabił Annę Borgestad - odezwała się Ylva - i próbował odnaleźć jej 

nowo narodzoną córeczkę, którą zdążyli uratować sąsiedzi. 

-  Tak.  Był  już  wtedy  mężem  Liv  Borgestad,  miał  własne  dzieci,  posiadał  dobrą 

pozycję i dobre imię we wsi. Nie mógł ryzykować, że to wszystko straci przez małe dziecko. 

To nie Vilde - Knut był najgorszym przestępcą. Prawdziwą bestią, przebiegłą i podstępną, był 

jego  syn.  Środowisko,  w  jakim  dorastał,  też  chyba  nie  poprawiło  jego  charakteru. 

Przejrzeliśmy  później  z  Erikiem  stare  dokumenty  i  odkryliśmy,  że  Tor  Vile  postępował 

niegodziwie  przy  zakupie  ziemi  i  przejmowaniu  dobytku.  Wszystkie  zagrody,  podzielone 

teraz  między  jego  spadkobierców,  zdobył  chwytając  się  najpodlejszych  sposobów.  Ale  był 

sprytny! Nikt wówczas niczego nie zauważył. Przykro mi, że muszę tak mówić o ojcu własnej 

matki! 

Przez  małe  okienko  wpadały  pierwsze  promienie  brzasku,  oświetlając  od  tak  dawna 

opustoszały dom. Christen zgasił lampę. W nieubłaganym świetle poranka zmęczone twarze 

wydawały się szare i wyczerpane. 

-  Na  litość  boską!  -  zwróciła  się  do  Jona  wzburzona  Ylva.  -  Jakie  jest  właściwie 

pokrewieństwo między tobą a Torem Vile, teraz kiedy wyszła na jaw historia Karin? 

Jon zagryzł wargi, udręczony do granic wytrzymałości tym, co musiał powiedzieć. 

- Ze strony matki byłem jego wnukiem, a ze strony ojca jego prawnukiem. 

-  To  samo  dotyczyło,  oczywiście,  Kari.  A  jakie  było  pokrewieństwo  w  przypadku 

Torsteina? 

- Takie samo. Jak widzicie, teraz stają się ważne różnice wiekowe między kolejnymi 

pokoleniami po stronie Vilego. 

- A więc kiedy dwoje dzieci Tora, Knut i Inga Vile, poślubiło rodzeństwo Huus, to w 

rzeczywistości pobrało się z dziećmi własnej siostry przyrodniej, Karin. 

- Tak, ale naturalnie nie mieli pojęcia, że tak to wyglądało. 

- Chyba jednak Tor Vile zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa? 

- Prawdopodobnie, ale co go to obchodziło? Inni nic dla niego nie znaczyli. 

Przerwała mu Siri: 

-  Słyszałam  o  przypadku,  kiedy  pewien  mężczyzna  otrzymał  pozwolenie  władz  na 

ś

lub z córką swojego brata czy coś w tym rodzaju, więc chyba małżeństwo rodzeństwa Vile 

nie było tak zupełnie niedozwolone, ale... 

- Nikogo to nie  raziło - odezwała się Ylva - bo  o niczym nie wiedzieli. Ale później! 

background image

Wtedy dzieci tej czwórki, Torstein i Kari, wzięły ślub? 

- Tak, w dobrej wierze. 

- O Boże! 

Ylva  poczuła  zawroty  głowy.  Przypomniała  sobie  słowa  Torsteina:  „Ale  ponieważ 

Huus i Vile byli skoligaceni w tak nieznacznym stopniu, nie wahaliśmy się, żeby się pobrać. I 

ś

wietnie się nam udało”. 

Zbliżali się do punktu kulminacyjnego całego nieszczęścia. 

- Siri... karteczka! - powiedziała zatrwożona. - To ona pomogła ci to odkryć, prawda? 

-  Tak  -  potwierdziła  Siri  ze  łzami  w  oczach.  -  Jeśli  będziesz  chciała  zobaczyć,  jakie 

jest  pokrewieństwo  między  tobą  a  pradziadkiem  ze  strony  ojca,  to  musi  ono  wyglądać  tak, 

prawda? 

Szybko narysowała .szkic: 

 

- A zatem jest to jedna prosta linia - powiedziała. - Ale popatrz na to! 

Siri starannie rozłożyła na stole karteczkę Kari, tym razem z imionami i nazwiskami w 

pełnym brzmieniu. 

- Linie przerywane oznaczają rodzeństwa, linie faliste małżeństwa, a linie pogrubione 

pokazują  pokrewieństwo  w  linii  prostej.  Kari  Vile  musiała  połączyć  drzewo  genealogiczne 

Karin Borgestad z własnym i otrzymała to! 

 

Ylvie trudno było wydobyć głos, dusiło ją w gardle. 

-  Christen,  teraz  ty  się  pojawiasz  w  tej  historii,  prawda?  Co  zrobiłeś  takiego,  że 

Torstein  i  Kari  wyrzucili  cię  z  domu?  Z  tego,  co  zrozumiałam,  stało  się  to  na  długo  przed 

background image

znalezieniem przez Kari tej fatalnej księgi. 

Czuła,  że  serce  za  moment  jej  pęknie.  Nie  chciała  usłyszeć  odpowiedzi,  ale  mimo 

wszystko musiała zapytać. 

- Tak, rzeczywiście. Coś im powiedziałem - odparł zgnębiony. - Coś, co jak sądziłem, 

musiałem powiedzieć, a jednak może nie powinienem tego robić. 

-  Nie  miałeś  wyboru,  Christen  -  odezwał  się  łagodnie  Jon.  -  Ty  nie  postąpiłeś 

niewłaściwie. Wszyscy rozumieją straszną sytuację, w jakiej się wtedy znalazłeś. 

- Co im powiedziałeś? - zapytała Ylva. 

Na twarzy Christena malowała się udręka. 

- Wiesz, że się o mnie troszczyli, dali mi dom, nie robili żadnej różnicy między mną a 

Pederem,  chociaż  byłem  od  niego  wiele  starszy.  Dlatego  bardzo  się  zajmowałem  Pederem, 

byłem jego opiekunem i towarzyszem zabaw. Potem nadszedł ten dzień - byłem chyba wtedy 

nastolatkiem, a Peder miał osiem czy dziesięć lat - kiedy poszedłem do Torsteina i do Kari. 

Długo się zastanawiałem, ale nie mogłem już odkładać tego dłużej... 

- Co powiedziałeś, Christen? 

- Powiedziałem: „Peder nie może dłużej mieszkać w domu. Musi stąd wyjechać”. „O 

co  ci  chodzi?”  zapytali.  Wtedy  zebrałem  się  na  odwagę  i  wyjaśniłem:  „Peder  nie  jest 

normalny”. 

Ylva jęknęła. 

- „Nie jest normalny?” wykrzyknęli. „Twierdzisz, że nasz syn jest umysłowo chory?” 

„Nie, nie jest umysłowo chory” odpowiedziałem. „Ale brak mu tego, co muszą mieć wszyscy 

ludzie:  odrobiny  zrozumienia,  współczucia  czy  miłości  do  innych.  On  nie  ma  uczuć  dla 

nikogo i niczego. A to czyni go śmiertelnie niebezpiecznym!” 

background image

ROZDZIAŁ XXIII 

Tragedia się dokonuje 

Siri  wyjęła  chusteczkę  i  wytarła  oczy.  Ylva  pochyliła  głowę.  Oddychała  ciężko  i 

głęboko. 

- Nie mów nic więcej, Christen! 

Poczekali, aż się trochę uspokoi. Gdy skinęła głową, Christen podjął opowieść: 

-  Chyba  rozumiecie,  co  się  działo  potem.  Torstein,  ten  miły  i  łagodny  człowiek, 

wprost szalał ze złości. Och, czego on wtedy nie mówił! Oskarżał mnie, że próbuję się pozbyć 

Pedera,  żebym  mógł  sam  zagarnąć  spadek,  gdybym  został  zaadoptowany.  Mówił  o 

niewdzięczności,  o  nadużyciu  zaufania  i  o  mojej  podłości  w  stosunku  do  małego, 

bezbronnego chłopca. Peder był oczkiem w głowie Torsteina, jego cudownym dzieckiem bez 

skazy.  Kiedy  był  mały,  Torstein  potrafił  siedzieć  godzinami  i  po  prostu  na  niego  patrzeć, 

zachwycając  się  tym  ślicznym  chłopcem,  który  im  się  urodził  po  wielu  latach  małżeństwa. 

Więc to, co powiedziałem, wywołało oczywiście szok. Naturalnie, że jego słowa sprawiły mi 

ból, ale to było niczym w porównaniu z tym, jak ja musiałem zranić jego! Nie chcę mówić, w 

jaki  sposób  odkryłem,  jak  duże  niebezpieczeństwo  groziło  wszystkim  ze  strony  Pedera. 

Złożyło się na to wiele epizodów, zbyt przykrych, żeby je teraz opowiadać. 

-  Trochę  się  przeraziłam  -  odezwała  się  Siri  -  kiedy  Torstein  opowiadał  o  tym,  że 

Peder  pomagał  przy  uboju  i  podobnych  rzeczach  już  jako  sześcioletni  chłopiec.  Torstein 

powiedział, że on przyjmował wszystko tak naturalnie. Czy to prawda? 

- Nie - odparł Christen. - Jego zachowanie było zbyt obojętne, żeby mogło uchodzić za 

naturalne. 

- To prawda - wtrącił Erik Bjor. - Moja Żona śmiertelnie się go bała w szkole. Te jego 

oczy...  Nigdy  się  nie  odważyła  go  skarcić.  Kiedy  obrzucał  ją  tym  swoim  lodowatym 

wzrokiem, drżała ze strachu. Wszystkie dzieci się od niego odsunęły, poza kilkoma łobuzami, 

którym imponowała jego bezwzględność. 

- Zawsze czułem się nieswojo w jego towarzystwie - dorzucił swoje Syver Bjor. - Nie 

wiedziałem  dlaczego,  sądziłem  po  prostu,  że  jest  wyniosły  i  pełen  pogardy  dla  innych. 

Zawsze chadzał swoimi ścieżkami, inne dzieci nigdy go nie obchodziły. 

-  W  każdym  razie  po  tej  kłótni  wyjechałem  -  mówił  dalej  Christen  -  i  nie  wolno  mi 

było się pokazać w Myrsökket nigdy więcej. 

- A co z twoim gospodarstwem? - zapytała Ylva. 

background image

- Erik Bjor wydzierżawił ziemię i zapłacił tyle, ile się za nią należało, a nawet jeszcze 

więcej. 

Siri odezwała się w zamyśleniu: 

- Teraz przyjechałeś tu po raz pierwszy od tamtego czasu? 

- Tak, po raz pierwszy. 

- Byłeś przecież na trzęsawisku! - wykrzyknęła Ylva. - Peder cię widział! 

Christen popatrzył na nią smutnym wzrokiem. 

- Tak sądzisz? - zapytał spokojnie. 

-  Wybiegliśmy  za  daleko  w  przyszłość  -  odezwała  się  Siri.  -  Tak  więc  Christen 

wyjechał.  Musiało  potem  minąć  trochę  czasu,  zanim  Kari  znalazła  te  straszliwe  słowa  w 

księdze. Skojarzyła ze sobą fakty i w ogromnej rozpaczy zwróciła się do Jona, prawda? 

- Tak było - przytaknął Jon. - Nie da się opisać tego, co czułem, kiedy dowiedziałem 

się,  od  kogo  wywodzi  się  Peder.  Był  jedynym  dzieckiem  w  mojej  najbliższej  rodzinie, 

wszyscy  troje  go  rozpieszczaliśmy,  kochaliśmy  go.  Naturalnie  zauważaliśmy  pewne  jego 

dziwaczne  reakcje,  które  przerażały  i  Kari,  i  mnie.  Nie  Torsteina,  bo  on  był  ślepy,  jeśli 

chodziło  o  Pedera.  Na  przykład  jego  awersję  do  okazywania  jakichkolwiek  uczuć  i  jego 

zimne,  czysto  naukowe  zainteresowanie  wszystkim.  Było  dokładnie  tak,  jak  wspomniała 

przed chwilą Siri. Natknąłem się na niego wielokrotnie, gdy robił sekcję małym zwierzętom, 

zupełnie się nimi nie przejmując. Nie wiem, czy na pewno były martwe. Wyobrażałem sobie 

jednak,  że  takie  okrucieństwo  to  coś  normalnego  u  dziecka  i  że  z  czasem  mu  to  przejdzie. 

Jednak  kiedy  zdaliśmy  sobie  w  pełni  sprawę  z  tego,  ile  niebezpiecznych  predyspozycji 

odziedziczył  po  Torze  Vile,  przysięgliśmy  sobie,  że  będziemy  nad  nim  czuwać  dzień  i  noc, 

ż

eby  nie  zrobił  czegoś  naprawdę  strasznego.  Postanowiliśmy  też,  że  ani  słowem  nie 

wspomnimy o tym Torsteinowi, który go ubóstwiał. Ale nie zdołaliśmy upilnować... Nawet w 

najczarniejszych przeczuciach nie mogliśmy przewidzieć, że zrobi to, co zrobił! 

Jon zamilkł, przytłoczony  powracającymi wspomnieniami. Ylva spojrzała z rozpaczą 

na  Christena,  który  zrozumiał,  że  potrzebuje  jego  bliskości.  Wyciągnął  do  niej  rękę, 

równocześnie  robiąc  jej  odrobinę  miejsca  na  już  przepełnionej  ławce.  Ledwie  się  tam 

zmieściła, ale przyjęła ten gest z wdzięcznością. 

- Kari sama sobie była winna - powiedział Jon. - Za nic nie chciała spuścić go z oczu. 

Sądziła, że jeśli tylko będzie mieszkał w domu, zdoła go upilnować, i dlatego nie zgodziła się 

na  jego  wyjazd  do  miasta,  by  mógł  się  dalej  uczyć.  A  właśnie  wiedza,  zimna,  rzeczowa 

wiedza to było jedyne, co interesowało Pedera. I teraz ta oto kobieta, która nic dla niego nie 

znaczy, ośmiela się mu przeszkadzać. 

background image

Ylva z trudem zdobyła się na pytanie: 

- A więc to było otrucie? 

-  Tak.  Kari  wypiła  środek  chwastobójczy.  Kiedy  zrozumiała,  co  się  stało,  pojęła,  że 

wraz  z  mężem  popełniła  straszliwą  pomyłkę,  nie  oddając  chłopca  do  zakładu.  Podjęła 

ostatnią,  desperacką  próbę  ostrzeżenia  Torsteina.  Liczyła  się  każda  sekunda.  Zdążyła  tylko 

dać  mu  karteczkę  z  nieszczęsnym  drzewem  genealogicznym  i  wymówić  słowa  „Christen 

miał...” 

- Rozumiem! - zawołała Ylva. - Miała zamiar powiedzieć: „Christen miał rację!” 

- Tak, ale Torstein nie zrozumiał, co mu chciała przekazać, zaś karteczka nic mu nie 

wyjaśniła,  ponieważ  Kari  zapisała  na  niej  tylko  początkowe  litery  imion.  A  ja,  idiota,  nie 

byłem  sobie  w  stanie  wyobrazić,  że  Peder  może  się  posunąć  do  czegoś  tak  potwornego. 

Prawdę mówiąc oboje, Kari i ja, oszukiwaliśmy się sądząc, że Pedera można sprowadzić na 

dobrą drogę. Ach, byliśmy tacy zaślepieni! 

Jon zastanawiał się chwilę, zanim wypowiedział następne słowa: 

- Mówi się, że zatwardziali przestępcy nie mają wpływu na to, jacy są. Podobno mają 

o jeden chromosom za dużo czy coś w tym stylu. Jakkolwiek by było, tutaj zaważyły cechy 

dziedziczne.  Peder  był  sobowtórem  Tora  Vile.  Małżeństwo  między  bliskimi  krewnymi  nie 

jest  tak  niebezpieczne,  jak  twierdzą  niektórzy,  i  najczęściej  wszystko  jest  w  porządku. 

Klasycznym  przykładem  są  małżeństwa  rodzeństw  egipskich  faraonów,  ale  wiele  zależy  od 

skłonności  drzemiących  w  danym  rodzie.  Jeśli  istnieje  w  nim  jakaś  szczególna  cecha, 

powraca  ze  zdwojoną  siłą  przy  zawieraniu  małżeństwa  w  rodzinie.  A  w  tym  przypadku 

chodziło  o  bardzo  niezwykłą  cechę  charakteru,  a  mianowicie  o  całkowitą  oziębłość 

uczuciową.  Dziadkowie  Pedera,  wszyscy  czworo,  byli  dziećmi  lub  wnukami  Tora  Vile.  To 

musiało  się  źle  skończyć.  Tak  naprawdę  Peder  był  ofiarą  bezwzględności  czynników 

dziedzicznych. 

Ylva poczuła, że robi jej się słabo. Odezwała się z trudem: 

- Jak to się stało, że takiej wyraźnej właściwości nie odziedziczyli też inni? 

Odpowiedział jej Erik Bjor: 

- Myślę, że to dlatego, że mamy tu we wsi inną cechę rodową, która ją równoważy. Od 

rodziny  Huus  pochodzą  przymioty  takie,  jak  szlachetność,  wielkoduszność  i  hart  ducha. 

Popatrz na Jona Huusa, na Elin Bjor, na moją żonę i wielu, wielu innych! Nie mówiąc już o 

Torsteinie  i  Kari.  Nie  wolno  nam  zapominać  o  drugiej  linii  ich  rodziny,  którą  stanowili 

Huusowie. Sam jestem dumny z tego, że płynie we mnie dużo krwi pochodzącej od rodziny 

Huus. 

background image

- Tak myślałam - mruknęła Siri. 

- Nie tylko Pederowi przypadły w udziale zbrodnicze skłonności - powiedział powoli 

Jon. - Jedna z córek Tora Vile również przejęła to złe dziedzictwo... 

- Oczywiście! - odezwała się Ylva. - Natalie Bjor. Wiedźma! Ta, która przyczyniła się 

do śmierci matki Christena. 

- Tak, a później dziedzictwo zostało przeniesione na córki, zwane przez ciebie sępami. 

Na szczęście na nich kończy się ta gałąź rodu. 

Siri spojrzała na Jona. 

- A więc dlatego się rozwiodłeś? 

- Tak, Torstein, Kari i ja byliśmy bardzo blisko spokrewnieni z Torem. Nie chciałem 

ryzykować posiadania dzieci podobnych do Pedera. 

- Ale te dzieci byłyby zagrożone tylko w połowie. Tak się stało dlatego, że doszło do 

ś

lubu między ciotecznym rodzeństwem... 

- Wiem, ale kto może wyliczyć, gdzie może się ujawnić dana cecha charakteru? 

- Rozumiem. Po śmierci Kari ty sam zająłeś się pilnowaniem? 

-  Starałem  się  jak  mogłem,  ale  było  to  coraz  trudniejsze.  Torstein  popełnił  fatalny 

błąd: pogrążony w smutku po śmierci żony, chciał jeszcze przez jakiś czas zatrzymać syna w 

domu. Odsunął w czasie dalszą naukę Pedera. Chłopiec musiał być wściekły. A kiedy Peder 

był wściekły, nigdy tego po sobie nie pokazywał. To właśnie było u niego najstraszniejsze. 

-  Peder  nigdy  się  nie  uśmiechał  -  odezwał  się  Christen.  -  Mówi  się,  że  tę  cechę, 

podobnie  jak  wiele  innych.  odziedziczył  po  Torze  Vile.  A  ludzie  pozbawieni  poczucia 

humoru,  pozbawieni  autoironii,  są  podwójnie  niebezpieczni,  jeśli  przejawiają  skłonności 

kryminalne. 

- Torstein popełnił również jeszcze inny błąd - wyjaśniał Jon. - Często mówił chłopcu 

o  wielkim  spadku,  który  chciał  zagarnąć  zły  Christen.  Wszyscy  wiedzieliśmy  o  tym,  że 

spadek  nie  jest  wiele  wart,  ale  Torstein  musiał  jakoś  wyjaśnić  Pederowi,  czemu  Christen 

rzekomo  chciał  się  go  pozbyć.  Torstein  zawsze  był  marzycielem,  a  teraz  wbił  spadek  do 

głowy sobie i synowi. Zapadło to głęboko w świadomość Pedera. Chciał się dalej uczyć i miał 

ś

rodki! A potem nadszedł poranek na trzęsawisku. 

Ylva  i  Siri  zdążyły  już  przygotować  się  na  najgorsze.  Czekały  teraz  na  rozwiązanie 

tajemnicy białych kamieni. 

background image

ROZDZIAŁ XXIV 

Najważniejsze na świecie 

- Tego dnia, dokładnie tak jak mówiłem, robiłem obchód w lesie - odezwał się Jon. - 

Znajdowałem  się  na  szczycie  skały,  kiedy  zobaczyłem,  że  w  dole,  na  trzęsawisku,  coś  się 

porusza.  Była  to  jakaś  istota,  która  zajmowała  się  czymś  dziwnym.  Mianowicie  przy 

zaroślach  wierzby  przenosiła  białe  głazy,  rozmieszczając  je  następnie  tak,  że  tworzyły  lekki 

łuk. Ku swojemu zdumieniu zobaczyłem, że był to Peder, który o tej porze powinien być w 

drodze do szkoły. Nie rozumiałem, co tam robił. Czułem się w obowiązku czuwać nad nim, 

więc  stałem  cicho  na  górze.  Musicie  pamiętać,  że  wtedy  nie  miałem  pojęcia,  że  on 

zamordował  własną  matkę.  Oczywiście  okoliczności  jej  zgonu  nie  zostały  wyjaśnione  do 

końca, ale uparcie odsuwałem od siebie myśl, że to mógł nie być nieszczęśliwy wypadek. 

Jeden  ze  słuchaczy  siedzących  w  chatce  poruszył  się.  Wszyscy  byli  niezwykle 

podekscytowani, najbardziej może Ylva i Siri, jako że słyszały wszystko to po raz pierwszy. 

Dla nich była to nowa. przerażająca i niewiarygodna historia. 

Jon mówił dalej: 

-  Chłopiec  popatrzył  więc  na  rząd  położonej  przez  siebie  ścieżki,  wrócił  do  lasu, 

rozpędził  się  i  przebiegł  kawałek  po  kamieniach,  jakby  chciał  wypróbować  tę  nową  trasę 

prowadzącą  przez  gęste  zarośla  na  mokradłach.  Później  oddalił  się  w  stronę  jesiennych 

pastwisk i zniknął mi z oczu. 

Zaciekawiony  podszedłem  do  kamiennego  mostku.  Nie  mogłem  pojąć,  co  to  miało 

znaczyć.  Dlaczego  zmienił  starą  trasę?  Ponieważ  wiedziałem,  że  Pederowi  nie  zdarza  się 

robić  czegoś  nieprzemyślanego  lub  dla  zabawy,  musiało  to  czemuś  służyć.  Wszystko,  co 

robił,  miało  jasny,  logiczny  i  przede  wszystkim  konkretny  cel.  Wszedłem  powoli  na  most, 

przyglądałem się  głazom rozpościerającym się przede mną i nagle się zatrzymałem. Jeden z 

kamieni  wyglądał  inaczej  niż  pozostałe.  Lśnił  bardziej  metalicznym  blaskiem,  był  zbyt 

okrągły  i  równy.  Szybko  się  zorientowałem,  że  była  to  duża,  okrągła  metalowa  kaseta, 

podobna  do  takich,  w  których  przechowuje  się  filmy.  Gdyby  ktoś  wbiegł  lub  szybkim 

krokiem  wszedł  na  most,  nie  zdążyłby  jej  odróżnić  od  głazów,  ponieważ  została  częściowo 

przykryta darniną, a poza tym położono ją pod kilkoma gałęziami wierzby. 

I wtedy sobie uświadomiłem, jak wielkie zainteresowanie materiałami wybuchowymi 

przejawiał od pewnego czasu Peder. Przypomniałem sobie, że eksperymentował nad czymś w 

wielkiej tajemnicy i prosił ojca o pieniądze... 

background image

Twarz Jona pobladła, a na czoło wystąpiły mu krople potu. 

-  Nie  miałem  odwagi  dotknąć  tego  przedmiotu.  Nie  miałem  pojęcia,  co  on  chciał 

zrobić.  Nie  wiedziałem,  co  począć.  Ostrożnie,  żeby  nie  poruszyć  pokrywy,  podważyłem 

drągiem ten płaski pojemnik, gdzie, jak sądziłem, mógł znajdować się jakiś mechanizm. Ach, 

myślicie może, że coś takiego stanowiło zbyt dużą trudność dla czternastolatka? Dla Pedera to 

była  bagatelka.  Przepadał  za  fizyką  i  chemią,  i  niewielu  dorosłych  mogłoby  dorównać  mu 

wiedzą  w  tych  dziedzinach!  Tak  więc  stałem  tam,  trzymając  w  rękach  wydobyty  pojemnik. 

Miałem zupełną pustkę w głowie. Czy to nowy eksperyment łowiecki, czy co u licha...? 

Wtedy  usłyszałem,  że  ktoś  zbiegał  z  góry  od  strony  pastwisk.  W  panice  rozejrzałem 

się  za  skrytką  dla  tej  niebezpiecznej  zabawki.  Nie  chciałem,  żeby  ludzie  zobaczyli,  co 

wymyślił  Peder.  Pospiesznie  ukryłem  pudełko  pod  kilkoma  deskami  leżącymi  w  zaroślach. 

Nie  zdążyłem  nawet  zastanowić  się,  dlaczego  tam  leżały.  Wbiegłem  do  lasu  i  ukryłem  się 

między drzewami. 

Pojawił się Peder. Oglądał się co jakiś czas przez ramię, jak gdyby chcąc się upewnić, 

czy ktoś za nim podąża, a potem wbiegł w zarośla na te deski! 

Nie  zdążyłem  go  ostrzec,  siła  wybuchu  przewróciła  mnie  na  ziemię.  Naturalnie 

natychmiast  popędziłem  na  trzęsawisko,  ale  tam,  oczywiście,  nie  dało  się  już  nic  zrobić, 

absolutnie nic. 

W  chwilę  po  mnie  przybiegł  Torstein.  On  nie  pobiegł  starą  drogą,  którą  wyznaczały 

deski! Biegł po nowej drodze z białych głazów. 

Wówczas zrozumiałem. Dziwna śmierć Kari ukazała mi się w całej swojej okropności. 

Zupełnie  się  załamałem.  Nasz  ukochany  Peder  był  nie  tylko  martwy,  ale  okazał  się  być 

mordercą bez skrupułów. I właśnie ja go zabiłem... 

- Nie - zaprzeczył Erik Bjor. - Nie ty. Sam to zrobił. Rozłożył deski, żeby sam mógł 

przejść bezpiecznie, i wpadł we własną pułapkę. Prawdopodobnie później miał zamiar usunąć 

deski, żeby nie zwróciły niczyjej uwagi, i pójść do szkoły. 

- Ale dlaczego przesunął kamienie? - zapytała Siri. 

- Dlatego, że gdyby blaszany pojemnik został położony na starej trasie, natychmiast na 

tym  terenie  rzuciłby  się  w  oczy.  A  w  nowym  miejscu  zasłoniły  go  zwieszające  się  gałęzie 

wierzby. 

- A więc wcześniej powiedział ojcu, że wrócił Christen? 

-  Tak.  Orientował  się,  że  ojciec  natychmiast  się  rozzłości  i  spróbuje  przepędzić 

Christena. 

-  A  później  -  odezwała  się  przygnębionym  głosem  Ylva  -  później  zachowaliście 

background image

milczenie, żeby Torstein nie dowiedział się prawdy. Ale czy rzeczywiście jest to słuszne? 

-  Jesteśmy  tutaj  lojalni  wobec  siebie  -  powiedział  Erik  Bjor.  -  Może  dzieje  się  tak 

dlatego,  że  łączą  nas  więzy  pokrewieństwa.  Darzymy  wielką  sympatią  łagodnego  i 

spokojnego Torsteina Vile. Mogłabyś pójść do czyjegoś ojca i odebrać mu jedyną rzecz, jaka 

mu pozostała - wspomnienie o ukochanym synu? 

Ylva  popatrzyła  na  tych  wszystkich  małomównych,  poważnych  mężczyzn. 

Zrozumiała  ich  dumę  i  bezprzykładną  odwagę  oraz  ich  niepokój,  jaki  muszą  odczuwać, 

myśląc o swoich dzieciach, wiedząc, że ciąży nad nimi klątwa syna Vilde - Knuta. 

Tego już było dla niej za wiele. Gwałtownie poderwała się z ławki. 

-  Nie  mam  zamiaru...  siedzieć  tu  i  ryczeć...  przy  wszystkich!  -  wykrzyknęła  i 

wybiegła. 

Siri powiedziała z łagodnym uśmiechem: 

- Dzisiejszej twardej młodzieży niełatwo jest się przyznać do wrażliwości. 

-  Dzięki  Bogu,  że  są  wrażliwi!  -  odezwał  się  jeden  z  mężczyzn.  -  W  naszej  dolinie 

mamy już dość braku uczuć. 

- Wyjdę do niej - powiedziała Siri.  . 

-  Nie,  pozwól,  że  ja  to  zrobię  -  sprzeciwił  się  Christen.  -  Potrzeba  jej  męskiego 

ramienia. 

- Odejdź stąd! - rzuciła Ylva oparta o ogrodzenie. 

Christen uśmiechnął się ledwie dostrzegalnie. 

- Cieszę się, że płaczesz. 

- Właśnie widzę. 

Położył ręce na jej ramionach i obrócił ją do siebie. 

-  Nie  to  miałem  na  myśli,  wiesz  przecież!  Ale  właśnie  przed  chwilą  ktoś  w  domku 

powiedział, że w Myrsökket mamy już dość braku uczuć. Więc... uparciuchu, daj już spokój! 

Ylva  poddała  się.  Płacząc  oparła  głowę  o  jego  pierś.  Czuła  się  bezpieczna  w 

ramionach Christena, jego ciepły policzek dotykał jej włosów. 

- Ach, Christen - szlochała. - Ci wszyscy nieszczęśliwi ludzie! Teraz wiem, co miał na 

myśli  komisarz,  mówiąc,  że  to  jest  najważniejsza  sprawa  na  całym  świecie.  A  ja  sądziłam 

wtedy,  że  chodzi  o  jakiś  poważny,  międzynarodowy  problem.  Jaka  byłam  głupia!  Chodziło 

mu oczywiście o wzgląd na człowieka, poszanowanie uczuć innych ludzi, o miłość Torsteina 

do jedynego syna. Nie można jej było zniszczyć. 

Christen odezwał się spokojnie: 

-  My  mogliśmy  znieść  tę  przerażającą  prawdę,  ale  nie  Torstein.  Całe  jego  życie 

background image

zbudowane jest z pięknych kłamstw. Nie zniósłby tego, żeby mu je odebrano. 

Łąkę  okrywała  perlista  rosa.  W  oddali  góry  nabierały  złotoróżowej  barwy  od 

wschodzącego słońca. Powietrze po deszczu było chłodne i rześkie, z brzóz rosnących wokół 

łąki jeszcze skapywały kropelki. 

- Wracamy? - zapytał cicho Christen. 

Ylva otarła oczy i skinęła głową. Nie pokazała jednak twarzy. Kiedy weszli do domu, 

z opuszczoną głową usiadła obok Christena. Objął ją, pragnąc dodać jej odwagi. 

W  pokoju  na  dłuższy  czas  zaległa  cisza.  Dwa  morderstwa  zostały  wyjaśnione,  ale 

jeszcze nikt nie zamierzał wychodzić. Nie dopowiedziano jeszcze wszystkiego do końca. 

- Miał niewiele lat - odezwał się spokojnie Erik Bjor - ale przysporzył niesamowicie 

dużo smutku i rozpaczy. Również po śmierci. 

- Tak - poparła go Siri - przecież tak dalej nie może być! Nie możecie pozwolić, żeby 

Christen pokutował za coś, czego nigdy nie zrobił. 

Jon spojrzał na nią ze smutkiem. 

-  Christen  nie  ma  możliwości  oczyścić  się  przed  Torsteinem,  bo  jeśli  to  zrobi, 

natychmiast stanie się jasne, kto zamordował Kari. 

-  A  w  takim  razie  Christen  woli  raczej  zrezygnować  ze  swojego  domu  rodzinnego  - 

odezwał  się  Erik  Bjor.  -  Woli  żyć  jako  podejrzany  o  morderstwo.  Policja  wie,  kim  był 

sprawca,  my  to  wiemy,  Jon  ma  na  to  dowody,  gdyby  kiedyś  były  potrzebne,  ale  w  oczach 

Torsteina Christen zawsze pozostanie mordercą. 

- Ale to nie jest w porządku! - wykrzyknęła Ylva przez łzy. - Ani wobec Christena, ani 

wobec  Torsteina.  Nie  można  pozwolić,  żeby  jeden  człowiek  podejrzewał  drugiego 

niewinnego człowieka! 

Jon rzucił jej pełne uznania spojrzenie, dlatego że pomyślała o obu mężczyznach. 

- Masz całkowitą rację - powiedział. - Musisz jednak pamiętać o tym, że czyny Pedera 

były tak okropne, że ktoś taki jak Torstein nie pogodziłby się z tą wiedzą. Musimy mu tego 

oszczędzić. 

- Hmmm - odezwała się sceptycznie Siri. - Jesteś taki pewien, że on o niczym nie wie? 

Wszyscy przenieśli na nią spojrzenia. Uśmiechnęła się smutno, zakłopotana. 

- Nie chodzi mi o to, że on wie coś świadomie. Na pewno nie! Ale taki człowiek jak 

Torstein...  Wydaje  się  dziwne,  że  człowieka  o  równie  spokojnym  usposobieniu  mogą  tak 

strasznie  wyprowadzić  z  równowagi  słowa  nastolatka.  Nastolatki  często  przejawiają 

skłonność do przesady. Powiedz mi, Eriku, gdyby jeden z kolegów twojego syna przyszedł do 

ciebie  i  powiedział,  że  Tora  -  Erika  należy  zamknąć,  bo  jest  śmiertelnie  niebezpieczny,  jak 

background image

byś wówczas postąpił? Zakładając, że nic nie wiesz o złym dziedzictwie Tora Vile. 

Erik Bjor wzruszył ramionami. 

- Na pewno trochę bym się zezłościł, ale też wyśmiał bym go i powiedział, że to chyba 

on jest chory. Może bym mu powiedział, żeby się wynosił, a następnego dnia zapomniałbym 

o wszystkim. 

-  Właśnie!  -  powiedziała  Siri.  -  Taka  by  była  normalna  reakcja.  A  czy  nazwałbyś 

normalną  reakcję  Torsteina,  spokojnego  i  dobrodusznego  człowieka?  Uważam  raczej,  że 

ś

wiadczy o tym, iż w głębi serca przeczuwał, chociaż nigdy by tego nie przyznał, nawet przed 

sobą, że Christen miał rację. Boże, on był przecież ojcem tego chłopca! Sam też musiał coś 

zauważyć. 

- Więc myśl, że to Christen musi być zbrodniarzem, była jego ostatnią deską ratunku - 

mówił Erik Bjor, idąc śladem rozumowania Siri. - Chwycił się jej desperacko. Tak, to chyba 

ma sens. 

-  W  takim  razie  dlaczego  chciał,  żebyśmy  rozwiązali  zagadkę?  -  zapytała 

zdezorientowana Ylva. - Czy nie bał się usłyszeć prawdy? 

- Myślę, że przez tak długi czas zdążył się przyzwyczaić do myśli, że to Christen jest 

winny  -  odparła  w  zamyśleniu  Siri.  -  Jednak  dla  osiągnięcia  pełnego  spokoju  musiał 

wszystkim udowodnić, że Christen jest winowajcą, bo teraz rzeczywiście sam w to wierzył. 

- Czy nie lubił swojego przybranego syna? - dziwiła się Ylva. 

- O, tak. Bardzo! Aż do czasu, gdy Christen wypowiedział te słowa o Pederze. Wtedy 

Torstein jakby się odmienił. 

- A Christen nie może uwolnić się od podejrzeń - wyjaśniał dalej Jon. - Nie możemy 

pójść do Torsteina i powiedzieć mu, że Christena tu nie było w dniu śmierci Pedera, bo wtedy 

Torstein by zrozumiał, że Peder kłamał, i zacząłby się zastanawiać, dlaczego. 

-  Przecież  w  dniu  śmierci  Kari  Christena  nie  było  w  Myrsökket  -  powiedziała  Ylva, 

uparcie szukając jakiegoś wyjścia z sytuacji. 

-  Torstein  potrafi  wyjaśnić  także  i  to.  Karteczka  w  jej  ręce  i  słowa,  które  próbowała 

wypowiedzieć, oraz fakt, że nigdy nie miała słabego serca, nie pozwalają mu uwierzyć, że jej 

zgon  miał  naturalne  przyczyny.  I  ma  całkowitą  rację.  Próbuje  jednak  udowodnić,  iż  Kari 

chciała  powiedzieć,  że  to  Christen  ją  zatruł.  Nie  rozumie  natomiast  figury  narysowanej  na 

karteczce  i  pokładam  nadzieję  w  Bogu,  że  nigdy  jej  nie  rozszyfruje.  Wcześniej  nie 

podejrzewał,  że  za  śmiercią  Kari  kryje  się  straszna  tajemnica.  Dopiero  śmierć  Pedera 

wzbudziła jego podejrzenia. 

Ylva zapytała podekscytowana: 

background image

-  Nie  moglibyście  powiedzieć,  że  tego  ranka  Peder  spotkał  w  górach  Tora  -  Erika 

Bjora? Z daleka można go chyba wziąć za Christena. A potem przyjmiecie za dobrą monetę 

wyjaśnienie,  że  to,  co  się  wydarzyło  na  mokradłach,  było  wypadkiem,  że  odbywaliście  tam 

jakieś  ćwiczenia  z  obrony  cywilnej  i  że  zapomnieliście  o  minie,  i  że  to  właśnie  wy 

położyliście tam nowe głazy i deski, i że nie chcieliście się wcześniej do tego przyznać. Czy 

to nie uwolniłoby Christena od podejrzeń? Gdyby cała wieś solidarnie wzięła na siebie winę, 

łatwiej chyba byłoby udźwignąć ten ciężar! 

Popatrzyli na nią ze smutkiem. 

- To mogłoby się udać - odezwał się Erik Bjor. - Gdyby nie to, że Peder twierdził, iż 

rozmawiał  z  Christenem,  który  w  dodatku  mu  groził.  A  nawet  gdybyśmy  zdołali 

przeprowadzić  to,  co  proponujesz...  Christen  nie  miałby  przecież  motywu,  żeby  próbować 

zamknąć  Pedera  w  zakładzie.  Mianowicie  takiego,  że  on  sam  chce  zagarnąć  spadek  Vilde  - 

Knuta.  To  właśnie  tego  tak  rozpaczliwie  trzyma  się  Torstein.  Nie,  Christen  stanął  przed 

alternatywą: albo milczeć i trzymać się z daleka, albo zdemaskować Pedera. 

Ylva osunęła się na kolana, opierając głowę na złożonych dłoniach Christena. Jej łzy 

pozostawiały ciemną plamę na jego spodniach, ale Christen nie zwrócił na to uwagi. Głaskał 

delikatnie jej włosy. W pokoju zapadła cisza. Nikt nie miał już nic więcej do powiedzenia. 

background image

ROZDZIAŁ XXV 

Sytuacja bez wyjścia 

Podczas  gdy  Mads  Billing  się  pakował,  a  mężczyźni  czekali  przed  wejściem, 

nieoczekiwanie  wszedł  do  jego  pokoju  Torstein.  Wszyscy  sądzili,  że  śpi,  i  zachowywali  się 

bardzo cicho, żeby go nie obudzić. 

Torstein  stał  w  progu  w  szlafroku,  z  potarganymi  włosami.  Zaspany,  mrużył  oczy, 

patrząc na Madsa. 

- Wyjeżdżasz? - zapytał zdziwiony. 

Mads zatrzasnął walizkę. 

-  Tak!  -  potwierdził  szorstkim  głosem.  -  Ci  przeklęci  idioci  ścigali  mnie  w  górach. 

Niegrzecznie i zdecydowanie nakazali mi, żebym się wynosił jak najdalej stąd. 

- Więc... więc może jednak wiesz coś ważnego? 

Szacunek  w  głosie  Torsteina  sprawił,  że  popularny  reporter  odzyskał  częściowo 

pewność siebie. 

- Wiem tyle, że oni muszą ukrywać coś przerażającego. Wymusili na mnie obietnicę, 

ż

eby  nic  o  tym  nie  mówić  ani  nie  pisać,  ale  bądź  spokojny,  Torsteinie!  Nie  spławia  się  tak 

bezkarnie Madsa Billinga. Ty i ja wyjawimy prawdę. Uwierz mi, wietrzę prawdziwy skandal! 

A ja lubię zgłębiać takie sprawy! Wtedy pożałują. Nie wolno mi było nawet nic ci o tym teraz 

mówić, ale robię to, co chcę. Nie słucham rozkazów byle kogo! 

W oczach Torsteina pojawiła się niepewność. 

- Powiedzieli coś o winowajcy? 

- O Eriku Bjor? Nie, najwyraźniej to nie on. 

- Nie, to nie on - powiedział niecierpliwie Torstein. - Czy nie mówili nic o Christenie 

Borgestad? 

Mads przystanął i zastanowił się przez chwilę. 

-  Christen  Borgestad?  Nie,  nie  wymieniali  jego  nazwiska,  ale  zastanawiam  się  nad 

tym, czy go tam nie było. 

- Co takiego?! 

-  Tak,  wydaje  mi  się,  że  mężczyźni,  którzy  mnie  nieśli,  powiedzieli,  że  w  szałasie 

pasterskim w Södra Borgestad pali się światło. Razem z Ylvą był tam jakiś młody mężczyzna, 

wcale niepodobny do całej reszty. Zupełnie inny typ. 

Mads  zwrócił  uwagę,  że  Torstein  jakby  się  przygarbił  i  zrobił  się  szary  na  twarzy, 

background image

pomimo to ciągnął: 

- Miałem wrażenie, że wszyscy wiedzieli, kto jest mordercą, ale że z takiej czy innej 

tajemniczej przyczyny nie chcieli tego zdradzić. Mogę przysiąc, że nie chodziło o Christena. 

Borgestad. Chodziło o kogoś innego, kogoś o wiele gorszego... 

Zamilkł  zamyślony.  Nie  zwracając  uwagi  na  straszną  zmianę,  jaka  zaszła  na  twarzy 

Torsteina, wziął walizkę i zakończył z zapałem: 

-  Ale  ja  tu  wrócę,  Torstein!  Wykryłem  morderstwo  i  nie  mam  zamiaru  tego  tak 

zostawić!  W  taki  czy  inny  sposób  uda  mi  się  tu  wrócić.  Pomożesz  mi  przeprawić  się  przez 

jezioro,  prawda?  A  potem  razem  gruntownie  zbadamy  tę  sprawę.  Siri  ma  nade  mną  pewną 

władzę, ale mogę ją sobie owinąć wokół palca. Uff, chyba będę musiał pozalecać się trochę 

do tego starego próchna. To nie będzie trudne. Trzymaj się i dziękuję za wszystko! 

Wybiegł  pospiesznie  do  czekających  na  niego  mężczyzn,  rzucając  im  wściekłe 

spojrzenie. 

- Jestem gotowy! 

Powoli, powłócząc nogami, Torstein poszedł do swojego pokoju. Był blady jak kreda. 

Rano  przeniosę  się  w  góry,  pomyślał  gorączkowo.  Muszę  pamiętać,  żeby  zabrać  ze 

sobą  kwiaty.  Zamknąć  na  klucz  szopę.  Naprawić  rynnę.  „Mogę  przysiąc,  że  nie  chodziło  o 

Christena  Borgestad”.  Nie  mogę  zapomnieć  worka  kartofli  i  kociąt.  „Chodziło  o  kogoś 

innego!” Muszę pamiętać o tej kozie z chorą nogą. „A potem razem gruntownie zbadamy tę 

sprawę... Wszyscy wiedzieli, kto jest mordercą... Ktoś o wiele gorszy...” 

Ten  dziennikarz  kłamał.  Wszyscy  kłamali!  To  był  Christen,  to  musiał  być  Christen! 

Nie mogło być inaczej. Inne rozwiązanie nie istnieje, nie istnieje, nie istnieje...! 

Jego spojrzenie zatrzymało się na małym zdjęciu Jona i Pedera. Jona, który nigdy nie 

wymienił  imienia  Pedera,  który  tak  bardzo  go  opłakiwał,  że  nie  mógł  o  nim  mówić,  który 

odchodził, kiedy Torstein opowiadał, jaki zdolny był Peder. Oddalał się oczywiście dlatego, 

ż

e  miłość  i  żal  nie  pozwalały  mu  zostać  i  słuchać  o  Pederze.  Przecież  nie  mogło  być  innej 

przyczyny? 

Drżącymi  rękami  odszukał  pospiesznie  silne  tabletki  nasenne  Kari,  te,  których  tak 

często  używała  w  ostatnim  roku  życia.  Dlaczego  Kari  zażywała  tyle  tabletek  nasennych, 

dlaczego nie mogła spać? Nie, nie myśleć! 

Musiał  się  pospieszyć.  Jeśli  się  nie  pospieszy,  świadomość  bezlitośnie  obnaży  całą 

prawdę. 

Ile powinien wziąć? Ręce mu się trzęsły, więc tabletki posypały się na podłogę. Pięć, 

sześć wystarczy? Wziął wszystkie. 

background image

Potem opadł na łóżko. 

Daleko w tyle za innymi szła Ylva z Christenem. Nie odezwali się ani słowem przez 

całą  drogę.  Po  prostu  szli  obok  siebie,  intensywnie  przeżywając  całe  piękno  przyrody, 

miękkość  mchu,  zapach  drzew,  głosy  budzących  się  ptaków.  Ponieważ  doświadczali  tego 

razem, dzielili ze sobą otaczającą ich doskonałość. Przystanęli na skraju lasu w pobliżu domu 

Torsteina,  podczas  gdy  pozostali  schodzili  do  swoich  domów.  Christenowi  nie  wolno  było 

wejść do ich świata. 

-  Wyjeżdżasz  po  południu?  -  zapytał  cicho.  W  jego  ciemnych  oczach  pod  gęstymi 

rzęsami malował się smutek. 

- Tak, muszę wracać do pracy. 

Zamilkł na jakiś czas. Patrzył tylko na nią z wahaniem i jednocześnie badawczo. Ylva 

miała  wielką  ochotę  go  dotknąć,  ale  się  nie  odważyła.  Już  wystarczająco  ośmieszyła  się, 

wyjawiając mu otwarcie swoje uczucia. 

-  Och,  na  pewno  strasznie  teraz  wyglądam  -  rzuciła  nerwowo.  -  Niektórzy  potrafią 

ładnie płakać, ale nie ja. 

Christen powoli pokręcił głową. 

- Nie patrzę na ciebie z tego powodu. Ylvo, znasz moje położenie, prawda? Wiesz, że 

nie mogę cię o nic prosić, nawet o przyjaźń. 

- Ale, Christen, to dla mnie nieważne... 

- Więc jeśli cię nie odszukam po powrocie do Oslo, będziesz wiedziała, dlaczego. 

- Sądzisz, że ja... 

- Nie mów nic, Ylvo! Wiesz, że nie mam prawa z nikim się wiązać. Przywykłem do 

ż

ycia w samotności, pozwól, żeby tak zostało! 

-  Ach,  tak  bardzo  się  mylisz!  -  wybuchnęła  zrozpaczona.  -  Czy  myślisz,  że  mi  to 

przeszkadza? Christen, ja też jestem bardzo samotna... 

- Nie utrudniaj mi. Idź już! 

Odwaga  ją  opuściła.  Siri  mówiła,  że  on  mnie  potrzebuje,  ale  niestety  bardzo  się 

myliła!  Podejrzenie  o  morderstwo  jest  dla  niego  wymówką,  żeby  nie  podtrzymywać  tej 

znajomości,  pomyślała  upokorzona.  Nie  może  chyba  sądzić,  że  oskarżenia  Torsteina  mogą 

stanowić jakąś przeszkodę dla naszych spotkań. Po prostu mnie nie chce i to wszystko. 

Zaczęła  iść  z  opuszczoną  głową.  W  sercu  czuła  ból.  Przeszła  jednak  zaledwie  kilka 

metrów wśród pokrytych rosą kwiatów, kiedy usłyszała jego cichy głos: 

- Ylvo! 

Odwróciła  się.  Zobaczyła  jego  rozłożone  ręce  i  pobiegła  z  powrotem.  Otoczył  ją 

background image

ramionami  i  wtulił  twarz  w  jej  włosy.  Już  wcześniej  ją  obejmował,  ale  wtedy  jego  ramiona 

były tylko opiekuńcze, przyjazne i kojące. Teraz odbierała to inaczej... 

Zupełnie inaczej! 

- Ach, Christen! - westchnęła. - Dziękuję! 

-  Nie  mogłem  pozwolić  ci  odejść,  nie  mówiąc  o  tym,  że  będę  za  tobą  tęsknić,  moja 

przyjaciółko. Strasznie tęsknić. 

Odwróciła głowę i popatrzyła mu błagalnie w oczy. 

- Czy nie możemy być razem? 

- Nie - szepnął czule - bo chcę, żebyś mogła cieszyć się młodością i życiem, a nie żyła 

w  cieniu  ciążących  nade  mną  oskarżeń.  Och,  Ylvo,  mogę  być  czasami  przykry,  zgorzkniały 

albo przygnębiony. Trudno ze mną wytrzymać. Nie jestem tak szlachetny, jak można sądzić. 

Dla Torsteina jestem gotów zrobić wiele, ale czuję się tym wszystkim bardzo zmęczony. To, 

ż

e  nie  mogłem  się  bronić,  że  nigdy  nie  mogłem  się  oczyścić  z  zarzutów...  że  nigdy  nie 

mogłem Torsteinowi powiedzieć, że chciałem tylko jego dobra. On był człowiekiem, którego 

najbardziej  lubiłem,  a  czasami  prawie  go  nienawidzę.  Coś  takiego  pozostawia  w  człowieku 

bolesne ślady, Ylvo. Nie chcę cię w to wciągać. Nie chcę, żebyś musiała cierpieć z powodu 

moich rozterek. Zbyt wiele dla mnie znaczysz. 

Nie  mogła  oderwać  wzroku  od  jego  ust.  Miały  taką  delikatną,  a  jednocześnie 

wyrazistą linię i były tak blisko! Westchnęła. 

- Sytuacja jest beznadziejna, Christen! Cała ta sytuacja jest przecież bez wyjścia. 

- Tak - odrzekł ochrypłym głosem, nie słysząc dokładnie jej słów. Wyczytał w oczach 

Ylvy tęsknotę, widział miękkie, delikatne wargi. 

Potem odgarnął włosy z jej twarzy. 

- Ylvo... - wyszeptał czule. - Kochana Ylvo! Nie wolno mi tego robić, ale... 

Ylva  zamknęła  oczy.  Przyjmując  jego  delikatny  pocałunek,  czuła  się  jak  bohaterka 

jakiegoś  nieziemsko  pięknego  i  tragicznego  dramatu  miłosnego.  Kiedy  ją  wypuścił  z  objęć, 

westchnęła  uszczęśliwiona  i  powoli  wróciła  do  rzeczywistości.  To  był  najwspanialszy 

pocałunek, jaki kiedykolwiek otrzymała. Taki oszałamiający, taki romantyczny! 

W tej samej chwili z położonej poniżej zagrody dobiegło do nich wołanie: 

- Christen! Ylva! Chodźcie szybko! Stało się coś strasznego! 

background image

ROZDZIAŁ XXVI 

Drogo okupiona wolność 

Tor  -  Erik  Bjor  możliwie  najszybciej  dowiózł  Torsteina  nad  jezioro  jedynym 

traktorem, jaki był we wsi. Kiedy łódź dopłynęła do drugiego brzegu, już czekał tam lekarz i 

karetka, która na sygnale pomknęła do miejskiego szpitala. 

-  Czy  nie  byłoby  szlachetniej...  -  zaczęła  zmartwiona  Siri  w  dużej  poczekalni 

szpitalnej. 

-  Nie!  -  zaprzeczył  Jon.  -  Właśnie  teraz  ma  swoją  szansę.  Teraz  doszedł  do  punktu 

krytycznego. Jeśli sobie z tym poradzi, poradzi sobie też z resztą. 

- Jak myślisz, co się stało? 

-  Mads  Billing  wyjaśnił  ponuro  Jon.  -  Jego  eskorcie  wydawało  się,  że  rozmawiał  z 

Torsteinem, kiedy się pakował. 

- Udało mu się więc mimo wszystko dopełnić nieszczęścia! 

Ylva  i  Christen  też  czekali  w  szpitalu,  poważni  i  pobladli.  Erik  Bjor,  jak  zawsze 

budzący szacunek, był  w dyżurce lekarskiej. Teraz przydał się ten jego  autorytet. Bez Erika 

Bjora czuliby się mali i bezsilni w tym wielkim szpitalu. 

Był wczesny ranek. Ylva w dalszym ciągu miała na sobie za duże ubranie Christena. 

Odkąd  przyjechali  do  miasta,  zjedli  tylko  kilka  jabłek.  To  wszystko  jednak  się  nie  liczyło. 

Przez cały czas myśleli wyłącznie o Torsteinie. 

-  A  jednak  byłoby  chyba  najlepiej  dla  Christena,  gdyby  Torstein...  -  Siri  nie 

dokończyła zdania. 

-  Myślisz,  że  byłoby  mi  lżej?  -  smutno  zapytał  Christen.  -  Wtedy  zabrałby  swoje 

podejrzenia  wobec  mnie  do  grobu.  Mimo  wszystko  jest  lepiej  tak,  jak  się  stało.  Najbardziej 

obawialiśmy  się  właśnie  tego,  że  może  popełnić  samobójstwo.  Teraz  to  zrobił  i  mu  się  nie 

udało. Dlatego jest duża szansa na to, że więcej nie podejmie takiej próby. 

-  Ale  to  nie  sprawi,  że  ciężar,  jaki  będzie  dźwigał  w  przyszłości,  stanie  się  lżejszy  - 

odezwał się Jon. 

Siri wyglądała jak mały, przerażony ptak obok barczystego i postawnego Jona Huusa. 

Przeżycia minionej nocy niekorzystnie wpłynęły na jej wygląd, ale mimo to Ylvie bardzo się 

teraz podobała. Siri była zawsze taka ludzka, taka ciepła, a teraz stało się to jeszcze bardziej 

widoczne.  Miała  nadzieję,  że  mężczyźni  też  ją  odbierają  w  taki  sposób,  że  widzą  nie  tylko 

starzejącą się panią z włosami w nieładzie. 

background image

Pojawił  się  lekarz  z  Erikiem  Bjor.  Pozwolono  im  wejść  do  Torsteina,  o  ile  będą  się 

zachowywać rozsądnie. 

- Jak on się czuje? - zapytał Jon. 

- Walczy z tym - odpowiedział lekarz. - Nie chce nic wiedzieć. Nie chce nic rozumieć. 

Byłoby  lepiej  dla  niego,  gdyby  udało  się  go  nakłonić  do  pogodzenia  się  z  rzeczywistością. 

Naprawdę łatwiej byłoby mu znieść tę okrutną prawdę niż to upieranie się przy niewinności 

syna. W głębi duszy wie, że postępuje niesłusznie, ale nie znajduje tyle siły, żeby się do tego 

przyznać przed samym sobą. 

- Nie miał załamania nerwowego? 

- Nie. Zupełny spokój. 

Stwierdzili, że  najlepiej  będzie,  jeśli  Christen  poczeka  na  korytarzu.  Naturalnie  Ylva 

wiernie mu towarzyszyła. Stali oparci o ścianę, trzymając się za ręce. Pomimo wszystko Ylva 

się  cieszyła,  że  mogła  spędzić  z  Christenem  jeszcze  kilka  godzin.  Jednak  on  prawie  nie 

zauważał jej obecności. Twarz miał pobladłą i napiętą, usta mocno zaciśnięte. Trzymając rękę 

Ylvy,  nieświadomie  ściskał  ją  niekiedy  tak  mocno,  że  aż  bolało.  Ale  dziewczyna  znosiła  to 

dzielnie. 

Właśnie  teraz  była  mu  potrzebna.  Ta  myśl  napełniała  ją  melancholijnym  ciepłem. 

Jakie znaczenie miało to, że jej palce drętwiały z bólu? 

Z pokoju, w którym leżał Torstein, dobiegały do nich przytłumione odgłosy rozmowy, 

na  tyle  ciche,  że  nie  rozróżniali  słów.  Mocny  głos  Jona  mieszał  się  z  głosem  Erika  Bjor, 

czasami dochodził do nich ledwie słyszalny głos Torsteina. Upływające minuty przemieniały 

się w kwadranse i... Zniecierpliwiony Christen poruszył się gwałtownie. 

- Chodź, podejdziemy bliżej! 

Stanęli w pobliżu drzwi pokoju Torsteina. Teraz mogli dokładnie rozróżnić słowa. 

Usłyszeli zmęczony głos Jona: 

-  Ja  też  go  kochałem,  Torstein,  tak  jak  swojego  własnego  syna.  To,  co  się  zdarzyło, 

było najlepszym rozwiązaniem. Spróbuj tak myśleć! 

Nie było odpowiedzi, a Jon przekonywał dalej: 

-  Nie  rozumiesz  tej  miłości,  którą  ci  okazywano  przez  ostatnie  dwa  lata?  Nie  gardź 

nią!  Nie  pogardzaj  miłością  wszystkich  tych  ludzi  dla  człowieka,  który  się  urodził  bez 

zdolności kochania, i nigdy nie potrafił ofiarować miłości. Peder był wspaniałym chłopcem, 

całkowicie bezbronnym  wobec otrzymanego dziedzictwa. Wszyscy przebaczyliśmy mu jego 

czyny,  ale  nie  mógł  żyć  dłużej,  nie  powodując  kolejnych  tragedii.  Może  musiałby  spędzić 

całe życie z zakładzie albo w więzieniu. Taka jest brutalna prawda, Torstein, która i dla mnie 

background image

jest bardzo bolesna, ale musisz ją poznać, żeby się z nią pogodzić. Dlatego, że doszedłeś do 

punktu kulminacyjnego i teraz musisz dokonać wyboru. 

Teraz mówił Erik Bjor. 

- Tylko trzy osoby w Myrsökket nie znają prawdy - przekonywał. - Ty, ponieważ cię 

kochaliśmy, i obie siostry, Gjertrud i Marie, żeby nie skalały pamięci Pedera. Czy wątpisz, że 

chcemy twojego dobra? 

- Peder nie żyje - odezwał się Jon. - Robiłeś wszystko, żeby był szczęśliwy. Ponieważ 

jednak  go  ochraniasz,  ciężko  zawiniłeś  w  stosunku  do  kogoś  innego.  Wiesz  o  tym.  Miałeś 

kiedyś  dwóch  synów,  Torstein...  Tak,  to  prawda!  I  ten  drugi,  twój  przybrany  syn,  dość  już 

wycierpiał.  Czy  wiesz,  że  on  dobrowolnie  wziął  na  siebie  całą  winę  w  twoich  oczach,  żeby 

ocalić pamięć Pedera? Mógł tego nie zrobić i bronić się, ale wtedy znalazłbyś prawdziwego 

winowajcę.  Christen  darzył  cię  zbyt  wielką  miłością,  żeby  sprawić  ci  taki  ból.  Pomyśl,  a 

gdybyś umarł, oskarżając go na wieki? 

Usłyszeli słaby jęk protestu. Znowu mówił Jon: 

-  On  ma  niepodważalne  alibi,  a  mimo  to  pozwalał  ci  wierzyć,  że  jest  winny.  Teraz 

jednak  wiesz  wszystko  i  do  ciebie  należy  decyzja.  On  jest  tutaj,  Torstein.  Chcesz  z  nim 

rozmawiać? 

- Mylicie się. Peder był niewinny! 

Kiedy Erik wyszedł, żeby zawołać Christena, Jon powiedział: 

- Torsteinie, przepędziłeś go ze wsi, z jego własnej zagrody, ze strachu przed prawdą! 

Już  wtedy,  podświadomie,  zdawałeś  sobie  z  tego  sprawę.  Znamy  cię  i  wiemy,  że  jesteś  z 

gruntu  uczciwym  człowiekiem.  To  nie  było  podobne  do  ciebie.  To  nie  może  być  wola 

twojego prawdziwego ja. 

Christen  rzucił  Ylvie  zrozpaczone,  pełne  zwątpienia  spojrzenie.  Jej  zbolała  twarz 

mówiła,  jak  chętnie  by  mu  pomogła,  gdyby  tylko  potrafiła.  Potem  poszedł  spotkać  się  ze 

swoim przybranym ojcem po raz pierwszy od ośmiu lat. 

Na  pobladłej  twarzy  Torsteina  malowało  się  wyczerpanie  i  napięcie.  Zmusił  się  do 

otworzenia  oczu.  Christen  stał  przed  nim,  spokojny  i  współczujący.  Torstein  długo  mu  się 

przyglądał.  Widział  go  ostatni  raz  wiele  lat  temu.  Teraz  wyczytał  cierpienie  w  ciemnych 

oczach przybranego syna. Przypomniał sobie małego chłopca, którym się zaopiekował, kiedy 

jego  zrozpaczona  matka  odeszła  z  tego  świata,  przypomniał  sobie  nieustanną  troskę,  jaką 

Christen  otaczał  Pedera  przez  te  wszystkie  lata.  Zobaczył  też  swoją  własną  długą  i  samotną 

przyszłość przepełnioną nienawiścią i zgryzotą. I wtedy coś się w nim załamało. 

- Christen! 

background image

Wyciągnął do niego ramiona, a Christen przycisnął go do siebie i mocno trzymał. 

-  Wybacz  mi,  Christenie,  wybacz  mi!  Nie  wiedziałem,  co  robię,  byłem  zaślepiony, 

szalałem z żalu i ze strachu. 

- Wiesz, że już wtedy ci wybaczyłem - odpowiedział Christen. Jego głos wydawał się 

Ylvie bardzo obcy. 

- Ach, powiedziałem o tobie tyle złego! Wydziedziczyłem cię i... 

- Nie martwiłem się tym. 

-  Teraz  wszystko  będzie  dobrze,  Christenie.  Nie  będziesz  już  pozbawiony  swojego 

domu. 

-  Dla  mnie  najważniejsze  jest  to,  że  mi  przebaczyłeś  -  powiedział  Christen  -  i  że 

przezwyciężyłeś kryzys. Wiem, że nie zajmę miejsca twojego prawdziwego syna, ale pozwól 

mi  spróbować!  Najbardziej  chciałbym,  żeby  Myrsökket  było  dla  mnie  oparciem,  miejscem, 

do którego mogę pisać i do którego mogę wracać. 

Jon odchrząknął. 

-  Myślę,  że  Torstein  musi  teraz  odpocząć.  Oczywiście  my  też  potrzebujemy 

odpoczynku. Chodźmy! 

Wyszli,  zostawiając  przy  Torsteinie  pielęgniarkę.  Ylva  czekała  na  Christena  w 

korytarzu.  Zatrzymał  się  przed  nią,  zupełnie  wyczerpany.  Spocone  włosy  kleiły  mu  się  do 

czoła, oddychał płytko, oczy miał przymknięte. Pozostali odeszli. Zostali sami na korytarzu. 

Ylva zbliżyła się do niego, delikatnie dotknęła jego ramion. 

- Christen... - tylko tyle zdołała powiedzieć. 

Odetchnął  głęboko  i  skrył  twarz  w  jej  ramieniu,  przyciskając  ją  mocno,  prawie 

desperacko do siebie. 

Ylva  całowała  czule  jego  miękkie  włosy.  Teraz  nie  miała  wątpliwości,  że  jej 

potrzebował. W tym momencie zrozumiała, jak gorzka była jego samotność. 

-  Nareszcie  jestem  wolny,  Ylvo  -  odezwał  się  zdławionym  głosem  -  Ale,  mój  Boże, 

jakże drogo okupiona jest ta wolność! 

Kilka  godzin  później  w  parku  przed  hotelem  Madsa  Jon  żegnał  się  z  Siri,  która 

zdążyła się już odświeżyć. 

-  Musisz  jechać  samochodem  z  tym  człowiekiem?  -  dopytywał  się  Jon.  -  Czy  nie 

wolałaś  wracać  z  Ylvą,  skoro  Christen  zaproponował,  że  zawiezie  ją  do  Oslo  swoim 

samochodem? 

- Zwariowałeś? Czy myślisz, że nie mam ani krztyny taktu? - uśmiechnęła się Siri. - 

Oboje marzyli o tym, żeby droga była dwa razy dłuższa. 

background image

- Tak, Christen ma tu natychmiast wrócić, żeby być przy Torsteinie w czasie swojego 

urlopu  -  odparł  Jon,  uśmiechając  się  krzywo.  -  A  Torsteinowi  na  pewno  przyda  się  teraz 

towarzystwo i opieka! 

- W każdym razie bardzo się cieszę, że tak szczęśliwie się to dla niego skończyło. 

-  Tak  sądzisz?  -  zapytał  Jon.  -  Dopiero  teraz  zacznie  się  dla  niego  piekło.  Dopiero 

teraz obudzi się ból po stracie syna. Upłyną lata, nim te rany się zagoją. - Zamilkł na chwilę. - 

Rzadko  spotyka  się  taką  kobietę  jak  ty,  Siri  -  odezwał  się  z  nagłym  zakłopotaniem.  -  Tym 

ciężej jest człowiekowi, któremu sądzona jest samotność do końca życia. 

- Mam czterdzieści dwa lata - powiedziała na pozór bez związku Siri. 

-  Naprawdę?  -  zapytał  zaskoczony.  -  Nigdy  bym  nie  powiedział.  Jesteś  taka  młoda  i 

ładna. 

- Ja? Jestem brzydka i mam beznadziejną figurę - wystąpiła z niezręczną samokrytyką. 

Nagle  Jon  zrozumiał,  co  właściwie  miała  na  myśli,  podając  tak  otwarcie  swój  wiek. 

Potrząsnął głową. 

- Jeszcze możesz mieć rodzinę, dzieci i wszystko. Nie mam prawa... 

-  Och,  mam  już  po  dziurki  w  nosie  tej  twojej  szlachetności!  -  wybuchnęła 

rozzłoszczona  Siri.  -  A  może  masz  zamiar  jeszcze  dodać,  że  ja  z  moją  świetną  posadą  nie 

powinnam sobie zawracać głowy zwykłym gajowym? 

Jon uśmiechnął się lekko. 

- Miałem to na końcu języka. 

- Tylko tego brakowało - mruknęła Siri. 

Wziął ją za rękę. 

- Czy mogę do ciebie napisać? 

-  Naprawdę  chciałbyś?  -  zapytała  ciepło.  -  Wiesz,  tak  się  przywiązałam  do 

mieszkańców Myrsökket. Chętnie bym tam kiedyś przyjechała. 

-  Będę  czekał  z  niecierpliwością  na  ten  dzień.  Dlaczego  byś  nie  miała  spędzić  u  nas 

wakacji? A jeśli będę miał jakąś sprawę do załatwienia w Oslo... 

- To musisz mnie odwiedzić. 

- Dziękuję ci! Może... może będę musiał tam przyjechać już w przyszłym tygodniu... 

Siri powstrzymała uśmiech. 

- Świetnie! A więc do zobaczenia, Jon! I dziękuję za wspólnie spędzony czas! 

Jego oczy promieniały ciepłem. 

- Nawzajem! 

Spontanicznie  objęła  go  za  szyję  i  pośpiesznie  uścisnęła  na  pożegnanie.  Zdziwiony 

background image

Jon zastygł w bezruchu. Kiedy się ocknął, było już za późno, bo zobaczył, że Siri wchodzi do 

hotelu. 

-  Ach,  ale  ze  mnie  ciamajda!  -  wymamrotał  poirytowany.  -  Teraz  wracam  do  domu, 

ż

eby napisać list. Długi list! W nim nadrobię zaległości. 

Czerwony samochód Madsa zmierzał pewnie i szybko w stronę Oslo. 

- Ta Ylva nie była godna uwagi - odezwał się wyniośle. - Poszła z pierwszym lepszym 

facetem, który się nią zainteresował. 

- Poszła z tobą? - zapytała uszczypliwie Siri. 

- Tak naprawdę nigdy nie próbowałem. 

- Nie, oczywiście. 

- Co się właściwie z tobą dzieje? - spytał szorstko Mads. 

- Nie powiedziałaś ani jednego sensownego słowa przez całą drogę. 

- Nie rzucam sensownych słów na wiatr. 

Mads spróbował jeszcze raz. Nagle Siri stała się w jego oczach kimś, z kim należało 

się liczyć, ale on się jej nie obawiał. Zakochane stare baby są łatwą zdobyczą. 

- Naprawdę ostatnio rozkwitłaś, Siri. Jesteś szczupła i urocza... A twoje  oczy świecą 

jakimś szczególnym blaskiem. Żałuję, że przez moją ciężką pracę byłem wcześniej zmuszony 

cię  zaniedbywać,  ale  teraz  możemy  to  nadrobić.  Czy  uczcimy  powrót  do  cywilizacji  w 

restauracji, o której mówiliśmy wcześniej? Tylko ty i ja! 

Powinien o to poprosić trzy dni temu, pomyślała Siri. Wtedy zareagowałabym chyba 

inaczej. 

-  Nie,  dziękuję,  drogi  Madsie  -  odezwała  się  miłym  głosem.  -  Czeka  mnie  mnóstwo 

pracy. 

- Ech,  chłopi! - odezwał się po chwili milczenia  Mads. - Czy może być coś bardziej 

gnuśnego? Ograniczeni, pozbawieni horyzontów. Małżeństwa w rodzinie, oczywiście! 

- Lepiej bądź cicho! - odezwała się znękana Siri. 

-  A  ten  Torstein!  Kiedy  prawie  wyjaśniłem  dla  niego  sprawę  tych  morderstw,  on 

odchodzi i przedawkowuje tabletki! I to ma być wdzięczność! Dlaczego to zrobił? 

Siri  nie  odpowiedziała.  Wyglądając  przez  okno,  starała  się  nie  słyszeć  paplaniny 

Madsa. 

- A weźmy Jona Huusa! Drugi gamoń! 

- Bądź wreszcie cicho! - Siri krzyknęła tak ostro, że Mads natychmiast zamilkł. 

No  dobrze,  pomyślał  Mads.  Przechodzimy  do  bezpośredniego  ataku.  Niby 

przypadkiem położył rękę na jej kolanie. 

background image

Siri popatrzyła na niego z bezgraniczną pogardą. 

-  Zabierz  tę  rękę!  Czy  naprawdę  nie  możesz  pojąć,  że  mnie  nie  interesujesz?  Bo 

widzisz, mam właśnie zamiar wyjść za mąż za tego gamonia! 

To poskutkowało! Przez resztę drogi Mads milczał, urażony i nadąsany. 

Natomiast  w  samochodzie  jadącym  w  odległości  kilkudziesięciu  kilometrów  za  nimi 

panował inny nastrój. 

- Jechałam już przecież tą drogą - szepnęła Ylva w skupieniu. - Ale teraz wszystko jest 

piękniejsze. Połyskujący fiord... górskie grzbiety... wszystko! Czym to jest spowodowane? 

-  Twoim  towarzystwem  podczas  podróży  -  odpowiedział  zadowolony  z  siebie 

Christen, szczerząc zęby w uśmiechu. - Zejdziemy, żeby popatrzeć na fiord? 

Ylvy  nie  trzeba  było  namawiać.  Christen  zjechał  na  pobocze  i  zatrzymał  samochód. 

Pamiętał  ten  przyjemny  zawrót  głowy  tam  na  skraju  lasu  wczesnym  rankiem  i  patrzył  z 

czułością na swoją twardą dziewczynę o miękkim sercu i staroświeckich ideałach. Był wtedy 

bardzo  delikatny;  zasługiwała  na  to,  ale  jej  jeden  nieśmiały  pocałunek  powiedział  mu 

wszystko. Niewiarygodne, ile mogła mu ofiarować! 

Wiatr targał jej krótkie włosy. Uśmiechnęła się do Christena zawstydzona. Wzięła go 

za rękę, żeby zejść na plażę. Oslo mogło poczekać.