background image

Jayne Ann Krentz

Dobić do 

brzegu

1

background image

Rozdział pierwszy

C

o   do   Paula   Cormiera   była   pewna   tylko   jednego:   umierał.   Krew   z   rany   na   piersi 

przesączyła   mu   się   przez   białą   jedwabną   koszulę   i   białą   płócienną   marynarkę.   Wąskimi 

strumyczkami ściekała na białą marmurową płytę.

Mattie Sharpe bezradnie przyklękła i wzięła Cormiera za rękę. Starszy pan otworzył oczy. 

Zaczął się w nią wpatrywać tak, jakby musiał przeniknąć wzrokiem gęstą mgłę.

- Christine? Czy to ty, Christine? - Nawet w ochrypłym  szepcie słyszało się wytworny, 

europejski akcent.

- Tak, Paul. - To Kłamstwo było jedyną przysługą, jaką mogła mu wyświadczyć. Mocno 

uścisnęła jego dłoń. - To ja, Christine.

- Tęskniłem do ciebie. Bardzo, bardzo tęskniłem.

- Teraz jestem tu z tobą.

Na kilka sekund Cormier zdołał skupić na niej spojrzenie jasnoniebieskich oczu.

-  Nie - powiedział. - Ciebie tu nie ma. Ale ja jestem już prawie tam, prawda? - Wydał 

odgłos, który zapewne miał być chichotem, ale przeszedł w upiorny, dławiący kaszel.

- Tak. Jesteś prawie tutaj.

- Cieszę się, że znowu cię widzę.

- Tak. - Leniwy powiew gorącej bryzy wpadł do wejściowego korytarza domu Cormiera. 

Cisza   otaczającej   dom   dżungli   była   nienaturalna   i   złowroga.   -   Wszystko   będzie   dobrze,   Paul 

Wszystko będzie dobrze. - Znowu kłamstwo. Następne kłamstwo.

Cormier zmrużył oczy. Przez moment spoglądał na nią zadziwiająco przytomnie.

- Uciekaj stąd. Piorunem.

- Już idę - obiecała Mattie.

Cormier znowu zamknął oczy.

- Przyjdzie człowiek. Stary przyjaciel. Jak przyjdzie, powiedz mu... - Znów dobył się z 

niego potworny, charczący odgłos, pochłaniający resztki jego sił.

- Co mam mu powiedzieć?

- Reign... - Cormier zadławił się krwią. - W piekle.

Mattie nie zastanawiała się ani chwili nad złożeniem usłyszanych dźwięków w sensowną 

całość. Machinalnie zapewniła umierającego:

2

background image

- Na pewno powtórzę.

Chwyt dłoni, która ją ściskała, znowu osłabł.

- Christine?

- Jestem tutaj, Paul.

Ale tym razem Cormier jej nie usłyszał. Już nie żył.

Okropieństwo tej  sytuacji  dotarło  w pełni do Mattie. Z wysiłkiem  wstała, oszołomiona. 

Bezmyślnie spojrzała na tarczę swojego czarno-złotego zegarka, jakby spóźniała się na umówione 

ważne spotkanie.

Zdumiało ją, że jest w tym białym domu z widokiem na ocean zaledwie niecałe pięć minut. 

Powinna była przyjechać dwie godziny wcześniej. Niestety, zabłądziła na krętej drodze, która wiła 

się po wyspie i niespodzianie skończyła gdzieś w górach. Mattie zdenerwowała się i zaniepokoiła tą

zwłoką. Teraz uprzytomniła sobie nagle, że gdyby zjawiła się na miejscu o czasie, prawdopodobnie 

wpadłaby na osobnika z pistoletem, który zabił Paula Cormiera.

Czubkiem skórzanego włoskiego pantofelka trąciła coś na posadzce. Przedmiot z brzękiem 

przesunął się po marmurze.

Mattie aż podskoczyła, spłoszona głośnym dźwiękiem w groźnej ciszy korytarza. Potem 

spojrzała na posadzkę i zobaczyła pistolet.

Prawdopodobnie   własność   Cormiera,   uznała.   Widocznie   próbował   się   bronić   przed 

napastnikiem.  Niepewnie postąpiła  krok w stronę broni. Zastanawiała  się, czy nie powinna jej 

wziąć.

Na samą myśl o tym zadrżała. Ostatni kontakt z bronią palną miała, gdy trzymała w dłoni 

plastikowy pistolet z zestawu opakowanego w pudełko z napisem: „Mały rewolwerowiec. Zabawka 

dla dzieci od lat pięciu”. Kolega dał jej to w prezencie na szóste urodziny. Mattie odbyła więc 

wielogodzinne ćwiczenie sprawności rewolwerowca, raz po raz błyskawicznym ruchem wyrywając 

broń z pseudoskórzanej kabury, ozdobionej różowymi frędzlami, aż wreszcie zatroskani rodzice 

rozbroili  ją i dali  jej  w  zamian  pudełko  wodnych  farb. Mattie  sumiennie  zajmowała  się nową 

zabawką   przez   dziesięć   minut   i   zdołała   w   tym   czasie   stworzyć   wesołego   żółtego   konia,   żeby 

rewolwerowiec  miał  na czym  jeździć.  Malunek całkiem  jej  się udał,  nie  uznano go jednak za 

dostatecznie   wybitny,   by   zawisł   na   lodówce   obok   ostatniego   dzieła   siostry   Mattie,   Ariel, 

przedstawiającego bukiet kwiatów.

W ten sposób ćwiczenia z bronią krótką dobiegły dla Mattie końca w bardzo wczesnym 

stadium. Teraz więc Mattie zdała sobie sprawę, że kompletnie nie ma pojęcia, co się robi z takim 

straszliwym, śmiercionośnym narzędziem, jakie leży u jej stóp na białej posadzce.

3

background image

Ciekawe, czy trudno się czymś takim posłużyć, zastanawiała się, podnosząc ciężki pistolet. 

Chyba nie. Wszyscy punkowie w Stanach nosili coś takiego przy sobie i umieli strzelać, aczkolwiek 

nie ulegało wątpliwości, że większość z nich nie opanowała sztuki czytania w wystarczającym 

stopniu, by zapoznać się z instrukcją obsługi. Zresztą na oko było widać, którego końca pistoletu 

nie należy kierować ku sobie.

Mattie czuła, że zaraz wpadnie w histerię. Najwyraźniej puszczały jej nerwy. Boże! Musiała 

szybko wziąć się w garść. Panikować będzie mogła później.

Wzięła  kilka  głębokich  oddechów, a przez ten czas  jakoś  zdołała  wepchnąć pistolet  do 

eleganckiej czarno-brązowej torebki. Dokonawszy tego znieruchomiała, zauważyła bowiem plamę 

krwi na pasku. Niewątpliwie była to krew Cormiera. A pasek zabrudził się od jej dłoni.

Musiała wykrzesać z siebie energię. Mężczyzna, który leżał martwy, w ostatnich słowach 

swego życia poradził jej, by szybko wyniosła się z tego domu.

Mattie nie wątpiła, że niebezpieczeństwo wciąż tutaj czyha. Czuła jego obecność jak coś 

namacalnego. Ostatni raz obrzuciła spojrzeniem zwłoki siwego mężczyzny. Przed oczami zrobiło 

jej   się   biało:   biały   płócienny   garnitur,   białe   ściany,   białe   meble.   Biel,   wszędzie   dookoła   biel, 

nieskończona i niczym nie zakłócona. Niczym, z wyjątkiem czerwieni krwi.

Żołądek podszedł jej do gardła. Nie mogła w takiej chwili pozwolić sobie na torsje. Musiała 

jak najszybciej opuścić ten dom.

Potykając   się   dopadła   frontowych   drzwi,   obcasy   jej   pantofelków   głośno   zastukały   o 

marmur. Marzyła tylko o tym, by wskoczyć do odrapanego gruchota, który dwie godziny wcześniej 

wypożyczyła na lotnisku, po wylądowaniu na tej wysepce.

Była już jedną nogą za progiem, gdy przypomniała sobie o mieczu. Przystanęła i przez 

ramię zerknęła na pokój w żałobnej bieli. Wiedziała, że nie zdoła się zmusić, by tam wrócić. Valor, 

miecz   z   czternastego   wieku,   który   miała   pozyskać   do   kolekcji,   był   wprawdzie   cenny,   lecz   z 

pewnością nie był wart ponownego wchodzenia do domu Cormiera. Ciotka Charlotte ją zrozumie.

Co ciotka powiedziała jej o tym mieczu? Wspomniała o jakiejś klątwie. „Śmierć każdemu, 

kto ośmieli się sięgnąć po tę klingę, zanim nadejdzie mściciel i oczyści ją we krwi zdrajcy”.

W przypadku Cormiera to przerażające proroctwo wyraźnie się spełniło. Mattie nie wierzyła 

w zabobony, lecz mimo to niezaprzeczalnym faktem było, że Cormier sięgnął po miecz i zginął. 

Uświadomiwszy to sobie, Mattie straciła nagle wszelkie zainteresowanie dla tego średniowiecznego 

zabytku. Już wcale nie chciała zabrać go z sobą do Seattle.

Odwróciła się i wybiegła  przez otwarte  drzwi, po drodze nerwowo usiłując wydobyć  z 

torebki kluczyki do wynajętego samochodu. Prawdopodobnie właśnie z powodu poszukiwania tych 

kluczyków nie zauważyła mężczyzny stojącego nieco z boku na werandzie.

4

background image

Nie   zauważyła   też   przed   sobą   nogi   w   ciężkim,   wysokim   bucie,   póki   nie   pofrunęła   w 

powietrze, potknąwszy się o nią w biegu. Wylądowała rozpłaszczona na białej podłodze werandy. 

Zatkało ją. Zanim zdołała pozbierać się na tyle, żeby krzyknąć, poczuła na karku dotyk zimnego 

metalu. Z dziwnym dystansem, jakby chodziło o kogoś innego, zaczęła się zastanawiać, czy usłyszy 

jakiekolwiek ostrzeżenie, zanim nie znany jej człowiek pociągnie za spust.

- Jasna cholera, to ty, Mattie! - rozległ się niski męski głos. Lufa pistoletu przestała uciskać 

jej kark, ale Mattie i tak skamieniała ze strachu. - Omal nie załatwiłaś sobie przeniesienia na tamten 

świat. Skąd miałem wiedzieć, kto wybiegnie z tych drzwi? Nic ci nie jest, mała?

Mattie zdołała pokręcić głową, wciąż ciężko pracując nad odzyskaniem tchu. Otworzyła 

oczy i stwierdziła, że spogląda prosto w deski podłogi, odległe o mniej więcej pięć centymetrów od 

jej twarzy. Myśli jakoś jej się nie kleiły. Za dużo tego dobrego, uznała. Była w stresie.

Wielkie łapsko zamknęło się jej na ramieniu.

- Mattie? - Niski, chrapliwy głos pobrzmiewał silnym zniecierpliwieniem.

- Nic mi nie jest. - Te słowa przyniosły jej wielką ulgę. Natychmiast jednak zmartwiała 

znowu. - Cormier...

- Co z nim?

- Jest tam, w środku.

- Nie żyje?

Zamknęła oczy.

- Tak. O, Boże.

- Wstawaj!

- Chyba nie dam rady.

- Dasz radę. Jazda, Mattie!  Nie możemy  się tu wylegiwać  i gawędzić. - Mocne dłonie 

złapały ją w pasie i postawiły na nogi.

- Nigdy mnie nie słuchasz, Hugh! - Mattie odgarnęła kilka kosmyków barwy lwiej sierści, 

które uwolniły się ze schludnego koczka zebranego na karku. Spojrzała w szare oczy Hugh, tak 

jasne, że łatwo można było je wziąć za lodowe okruchy. - Co ty tu robisz?

- To jest kwestia z mojej roli. Dzisiaj o dziewiątej  rano miałaś  znajdować się na Saint 

Gabriel. Co, do cholery, robisz na Czyśćcu? - Odpowiedź jednakże zupełnie go nie interesowała. 

Czujnym wzrokiem omiatał podjazd za jej plecami. - Chodź tu, szybko.

- Za nic nie wejdę już do tego domu.

Hugh zignorował jej protest, czego zresztą można było się spodziewać.

- Właź do środka, Mattie. Na progu jesteś jak kaczka do odstrzału. - Nie czekając na jej 

reakcję, poparł żądanie energicznym szarpnięciem. Znaleźli się w korytarzu.

5

background image

Mattie potykając się szła za nim, usiłując trzymać głowę tak, by jej spojrzenie nie padło na 

zwłoki Cormiera. Palce jednej dłoni kurczowo zacisnęła na pasku torebki, bez powodzenia usiłując 

powstrzymać ich drżenie.

- Nie ruszaj się stąd - nakazał Hugh.

- Nie martw się. Ani mi to w głowie. - Miała nadzieję, że uda jej się nie zwymiotować na 

marmurową podłogę.

Hugh   puścił   ją   i   sprężystym   krokiem   podszedł   do   zwłok   ubranych   w   biały   płócienny 

garnitur.   Przez   kilka   sekund   spoglądał   na   nie   z   góry,   od   pierwszej   chwili   przekonany   o 

nieodwracalności tego, co się stało. Cormier miał nieprzeniknioną twarz. Nie wyrażała wstrząsu, 

zaskoczenia, strachu ani przerażenia, tylko poczucie niezłomnej godności.

Mattie przyglądała się Hugh wiedząc, że powinna mu być wdzięczna za wtargnięcie do jej 

życia w tym momencie. Świetnie rozumiała, że w tak śliskiej sytuacji nikt nie pomoże jej lepiej niż 

on.

Szkoda tylko, że na sam jego widok omal nie dostała szału. Szkoda, że po upokarzającym 

fiasku,   jakie   poniosła   przed   rokiem,   postanowiła   wymazać   go   ze   świadomości   raz   na   zawsze. 

Szkoda, że jedynym człowiekiem potrzebnym jej w tej chwili był akurat mężczyzna, który okrutnie 

ją zlekceważył, gdy ofiarowała mu się ciałem i duszą.

Przez   ostatni   rok   niezbyt   się   zmienił.   Miał   tę   samą   gęstą   grzywę   włosów,   może   nieco 

bardziej   szpakowatą.   To   samo   smukłe,   giętkie   ciało,   które   wciąż   jeszcze   nie   zdradzało   oznak 

słabości, mimo iż Hugh skończył już czterdziestkę. Tę samą twarz z ostrymi, mocno rzeźbionymi 

rysami. Te same piękne i niezwykle seksowne usta. Ten sam męski czar.

W   dodatku   przejawiał   wciąż   ten   sam   żałosny   gust   w   doborze   garderoby,   co   Mattie 

odnotowała   pełnym   niechęci   spojrzeniem.   Wysokie,   pokancerowane   buty,   nie   wyprasowana 

koszula khaki, rozpięta na tyle, by odsłaniać owłosienie na piersi, znoszony skórzany pas i wytarte 

dżinsy, które podkreślały płaskość brzucha i muskularność ud.

Hugh zerknął na nią.

- Zaraz wrócę. Tylko przyniosę trochę towaru z kuchni. - I już oddalał się od ciała Cormiera. 

Pistolet trzymał w dłoni tak naturalnym gestem, jakby broń stanowiła przedłużenie jego ramienia.

- Z kuchni?! Na miły Bóg, Hugh, nie ma teraz czasu ściągać piwa z lodówki. A jeśli on 

jeszcze tu jest? Ten człowiek, który zabił biednego pana Cormiera?

- Nie martw się. Nikogo tu nie ma. Gdyby był, leżałabyś trupem tak samo jak Cormier.

Ruszył do drzwi, a Mattie przełknęła ślinę.

-   Poczekaj.  Proszę   cię,   nie   zostawiaj   mnie   z...   -  Ugryzła   się   w   język.   Powinna   dobrze 

wiedzieć, że nie ma sensu błagać Hugh Abbotta, by został. - Niech cię szlag trafi - szepnęła.

6

background image

Stała,   nasłuchując   stukotu   ciężkich   butów   kroczących   po   marmurowych   płytach.   Z 

odgłosów   wynikało,   że   Hugh   skręcił   z   korytarza   do   innego   pomieszczenia.   Potem   zapadła 

złowróżbna cisza. Gdyby nie przesycona skwarem bryza, panowałby tu absolutny bezruch.

Spoglądając   nerwowo   ku   drzwiom   prowadzącym   w   głąb   domu,   Mattie   bawiła   się 

kluczykami wynajętego wozu. Wcale nie musiała tu stać nie wiadomo dokąd i czekać na Hugh. 

Mogła wrócić samochodem na lotnisko. Niczego bardziej nie pragnęła, niż wsiąść do samolotu i 

wynieść się z tej przeklętej wyspy.

Czuła   się   jednak   zagubiona   i   bardzo,   bardzo   niepewna.   Ćwiczenia   rewolwerowca, 

wykonywane  za pomocą plastikowego pistoletu, były jednym z niewielu jej wypadów w świat 

przygody.   Artystycznie   zorientowana   familia   Mattie   wyżej   stawiała   bardziej   cywilizowane   i 

wyrafinowane dążenia.

Natomiast   Hugh   Abbott   znał   smak   przemocy   i   niebezpieczeństw.   Jako   człowiek   do 

specjalnych poruczeń i nieetatowy doradca do spraw ochrony w międzynarodowej firmie ciotki 

Charlotte, Vailcourt International, był za pan brat z takimi zjawiskami.

Zanim Mattie poznała Hugh rok temu, uważała go za udomowionego wilka ciotki Charlotte. 

To, czego dowiedziała się o nim od tej pory, bynajmniej nie dało jej podstaw do zmiany opinii.

Znów usłyszała stukot buciorów na marmurowych płytach. Hugh ponownie pojawił się w 

drzwiach, niosąc dwie płócienne torby z uszami, mocno wypchane nie znaną jej zawartością.

-   W   porządku.   Dość   czasu   tu   zmarnowaliśmy.   Idziemy.   -   Hugh   przeszedł   obok   ciała 

Cormiera, nie zatrzymując na nim wzroku. Dostrzegł w palcach Mattie kluczyki. - Zapomnij o tym 

pudle, które wynajęłaś. Nigdzie nim nie pojedziesz.

- Co chcesz przez to powiedzieć? Że pojedziemy twoim samochodem? Gdzie zaparkowałeś?

- Kilkaset metrów dalej, niedaleko drogi. Mam nadzieję, że samochód jest niewidoczny, ale 

kto wie, na jak długo. - Podszedł do niej wielkimi krokami. - Bierz ten gips. Chcę mieć jedną rękę 

wolną. - Wepchnął jej w dłoń ucho torby, i popatrzył przez otwarte drzwi na ołowianoszare

niebo. - Za parę minut lunie jak z cebra. To powinno nam pomóc.

Mattie   puściła   mimo   uszu   uwagę   o   nadciągającej   ulewie.   Za   bardzo   zajmowało   ją 

żonglowanie ciężką torbą i torebką.

- Po co ci te wory? Nie potrzebujemy tego wszystkiego. Chcę tylko dojechać na lotnisko.

- Lotnisko jest zamknięte.

Wstrząśnięta Mattie wytrzeszczyła na niego oczy.

- Zamknięte? To niemożliwe.

- Ale prawdziwe. Sam ledwo tu doleciałem. Na drodze są uzbrojeni ludzie, a wszystkie 

samoloty, które nie wystartowały, powiedzmy, przynajmniej czterdzieści minut temu, bez wątpienia 

7

background image

palą   się   już   jak   próchno.   Mój   jest   niestety   wśród   nich.   Charlotte   będzie   musiała   mi 

zrekompensować stratę tego Cherokee. To była urocza maszyna.

- Jejku, Hugh, co tu się dzieje? O co tutaj chodzi?

- Wykazałaś jak zawsze nadzwyczajne wyczucie czasu i miejsca. Władowałaś się dokładnie 

w środek jakiegoś durnego przewrotu wojskowego na Czyśćcu. Chwilowo nie mam jak dowiedzieć 

się, kto jest górą, ale na razie jedynym sposobem na opuszczenie wyspy jest odpłynięcie łodzią. 

Spróbujemy to zrobić motorówką Cormiera.

- Nie wierzę w to wszystko.

- Lepiej uwierz i chodź.

- Dokąd? - spytała.

- Zaczniemy od łazienki. - Ruszył korytarzem.

- Na miłość boską, Hugh, zapewniam cię, że nie muszę korzystać z łazienki. W każdym 

razie w tej chwili stanowczo nie. Zatrzymaj się, proszę. Nic z tego nie rozumiem.

Odwrócił się w progu i zmierzył ją chłodnym spojrzeniem.

- Mattie, nie chcę słyszeć od ciebie ani jednego słowa więcej. Chodź tu, i to już!

Posłusznie podreptała za nim. Była w zbyt silnym stresie, by zdobyć się na jasne myślenie. 

Obok zwłok Cormiera zamknęła oczy. W chwilę później z białego korytarza weszła za Hughem do 

luksusowej sypialni, gdzie biel wnętrza urozmaicały srebrne akcenty.

- Pan Cormier wyraźnie nie przepadał za bogactwem barw - mruknęła Mattie.

- A no nie. Mawiał, że za długo musiał pracować w mroku. Skoro się wycofał, to chce żyć w 

słońcu. - Hugh otworzył drzwi w głębi sypialni.

- Co przez to rozumiał?

- Mniejsza o to. Teraz nie ma to żadnego znaczenia. Tędy proszę. - Wkroczył do łazienki.

Mattie podążyła za nim z uczuciem niepokoju.

- Hugh, naprawdę nie rozumiem. - Zmarszczyła czoło przyglądając się, jak Hugh podchodzi 

do olbrzymiej białej wanny i popycha ścianę za kranami. - Co ty...?

- Cormier zbudował sporo wyjść z tego domu. Był urodzonym strategiem.

- Rozumiem. Czyli spodziewał się kłopotów.

- Właściwie nie. Nie na Czyśćcu. - Hugh patrzył, jak część ściany odsuwa się i odsłania 

ciemny korytarz. - Ale, tak jak mówię, lubił być zawsze przygotowany na najgorsze.

- O Boże! - Mattie zadrżała, spojrzała bowiem w czarną dziurę. Dawny lęk, który odzywał 

się w niej zawsze, gdy znajdowała się w ciasnym pomieszczeniu, przyprawił ją o ssanie w dołku. - 

Wiesz, Hugh, powinnam chyba cię uprzedzić. Nie jestem zbyt dobra w...

8

background image

- Nie teraz, Mattie - powiedział niecierpliwie, wszedł do mrocznego korytarza i odwrócił 

się, żeby podać jej rękę.

- Czy musimy iść tą drogą? - spytała bezradnie.

- Przestań piszczeć, mała. Nie mam czasu słuchać takiego skamlania.

Dogłębnie upokorzona Mattie odnalazła w sobie siły, by zapuścić się w mroczny korytarz. 

Hugh przycisnął jakiś guzik i ściana za nimi zasunęła się z powrotem. Mattie wstrzymała oddech, 

na szczęście jednak nie musiała długo znosić ciemności. Hugh zapalił latarkę, którą wyciągnął z 

torby.

- Dzięki Bogu, że masz czym poświecić - powiedziała Mattie.

- Nic trudnego. Cormier trzymał po kilka latarek w każdym pokoju. Tę wziąłem z kuchni, 

ale   tutaj   prawdopodobnie   też   byśmy   coś   znaleźli.   Na   takiej   wyspie   jak  ta   można   się   szpetnie 

zawieść na elektryczności. Chodź wreszcie, mała.

Korytarz był wąski, lecz na szczęście krótki. Dzięki światłu i kilku głębokim oddechom 

Mattie zdołała zapanować nad klaustrofobią tak samo, jak robiła to w windach. Hugh nacisnął inny 

guzik   i   otworzył   zamaskowane   drzwi   w   bocznej   ścianie   budynku,   zanim   ściany   jaźni   Mattie 

zdążyły się naprawdę groźnie ścieśnić.

Mattie z ulgą wyszła na zewnątrz i niespodziewanie znalazła się pośrodku dżungli, w cieniu 

bujnej zieleni, która tworzyła nieprzenikniony gąszcz wchłaniający jedną ze ścian domu. Poklepała 

wielki, szeroki liść, kołyszący się dokładnie przed jej nosem.

-  Nie  było  najgorzej  -  powiedziała   - ale   naprawdę  nie  rozumiem,   dlaczego   musieliśmy 

opuścić dom tą drogą. Prościej byłoby zwyczajnie iść do samochodu.

Hugh przedzierał się przez coś, co dla Mattie stanowiło zieloną ścianę nie do przebycia. 

Znów puścił mimo uszu jej uwagę.

- Trzymaj się blisko mnie, Mattie. Nie chcę, żebyś zgubiła się w dżungli.

- Nie idę do żadnej dżungli.

- Owszem, idziesz. W tej sytuacji oboje mamy tylko jedno rozsądne wyjście. Nie rzucać się 

w oczy, póki nie złapiemy jakiegoś środka transportu.

- To szaleństwo, Hugh. Nie ma mowy, żebym wlokła się przez tę dżunglę. Zresztą w ogóle 

nigdzie nie idę, póki tego nie przemyślę.

- Myśleć możesz później. W tej chwili wystarczy, że będziesz ruszać nogami. - Hugh już 

znikał w zielonej gęstwinie.

Udomowiony   wilk   ciotki   Charlotte   najwyraźniej   był   przyzwyczajony   do   wydawania 

rozkazów i do posłuchu. Nie bez powodu mówiono, że rozkazuje nawet ciotce.

9

background image

Mattie   stała   niezdecydowana   w   pobliżu   bocznej   ściany   domu.   Zdrowy   rozsądek 

podpowiadał   jej,   że   powinna   pobiec   za   Hughem,   który   bądź   co   bądź   był   w   takich   sprawach 

specjalistą. Na chwilę unieruchomiła ją jednak paskudna psychomieszanka, na którą złożyły się 

niedowierzanie, wstrząs i zadawniona złość.

Hugh spojrzał przez ramię, mrużąc oczy.

- No, dalej, Mattie! Ruszaj się!

Nie   podniósł   głosu,   ale   jego   słowa   podziałały   jak   smagnięcie   biczem.   Wahanie   Mattie 

ustąpiło w jednej chwili. Puściła się naprzód, usilnie starając się nie zgubić torebki ani uszatej 

torby.

Zrobiwszy dwa kroki w głąb zieleni, Mattie poczuła się całkowicie zagubiona, jej zmysły 

atakowała silna, przesycona wilgocią woń. Ziemia pod stopami był  miękka, sprężysta i prawie 

czarna.   Deptali   gigantyczną   pryzmę   kompostową,   która   dojrzewała   od   niepamiętnych   czasów. 

Bagienko wsysało jej włoskie pantofelki za dwieście dolarów, jakby było żywą istotą, która dawno 

już nie miała okazji posilić się dobrze wyprawioną skórką.

Potężne paprocie, które niezaprzeczalnie dostałyby pierwszą nagrodę na każdym pokazie 

ogrodniczym w Seattle, zwieszały się nad ścieżką jak korpulentne zielone duchy. Długie, wijące się 

wąsy lian splatały się z falującymi wokół egzotycznymi storczykami. Mattie miała wrażenie, że 

płynie   pod   powierzchnią   bardzo   wiekowego   morza.   Na   głowę   spadło   jej   kilka   pokaźnych 

deszczowych kropli.

- Hugh, dokąd idziemy? Zgubimy się tutaj.

- Niedaleko. I na pewno się nie zgubimy. Wystarczy, że będziemy mieli dom za plecami, a 

szum oceanu po lewej. Cormier to był stary lis. Zawsze musiał być pewny, że ma drugie wyjście z 

nory, i dbał o to, żeby plan ucieczki był prosty.

- Jeśli był taki chytry, to czemu leży teraz trupem u siebie w domu?

- Nawet chytrym starym lisom węch w końcu słabnie i popełniają błąd. - Hugh odepchnął 

ławę listowia, blokującą im przejście.

Liście natychmiast wróciły na poprzednie miejsce. Kłąb białych lilii uderzył Mattie prosto w 

twarz.

- Ariel miała rację - mruknęła pod nosem, widząc znikające plecy Hugh. - Niewiele masz z 

dżentelmena. - Rozgarnęła lilie, przy okazji obrywając po bokach torebką i uszatą torbą.

- Uważaj na tę zieleninę - poradził jej przez ramię Hugh. - Sprężynuje jak diabli.

- Zauważyłam.  - Mattie  dała nura do przodu, by uniknąć następnej fali zieleni. Na coś 

przydał jej się aerobik, który zaczęła ćwiczyć rok temu, na swoje trzydzieste pierwsze urodziny. 

Traktowała to jako jedno z antidotum na stresy, które w ostatnich czasach zdawały się atakować ją 

10

background image

ze wszystkich stron. Bez tej zaprawy kondycyjnej  nie byłaby w stanie dotrzymać  kroku Hugh 

Abbottowi w ich wyścigu przez dżunglę.

Nawiasem mówiąc, kobiecie takiej jak ona nie było łatwo dotrzymać kroku Hugh nawet w 

najbardziej sprzyjających okolicznościach. Kiedyś bardzo wyraźnie dał jej do zrozumienia,

że nie jest w jego typie. Mattie wzdrygnęła się na wspomnienie tamtego upokorzenia.

- Jeszcze kawałeczek, jak sobie radzisz, mała? - Hugh lekko przeskoczył przez zwalony 

pień, niczym przez konia w sali gimnastycznej, i wyciągnął rękę, by pomoc Mattie w forsowaniu 

przeszkody.

- Jak widzisz, jeszcze tu jestem, nie? - syknęła Mattie przez zęby. Deszcz się nasilał. Zielony 

baldachim nad ich głowami zaczynał przeciekać jak nieszczelny sufit. Dając susa przez pień, Mattie 

usłyszała odgłos rozdzieranego materiału. Najpierw pomyślała, że trzasnęły na siedzeniu jej pięknie 

skrojone oliwkowozielone spodnie, zaraz jednak uświadomiła sobie, że to tylko rękaw kremowej 

jedwabnej bluzki. Zaczepił się o lianę.

-   Cholera!   -   Mattie   spojrzała   na   rozdarcie   i   westchnęła.   -   Czemu   Cormier   miałby   ci 

pokazywać swoje wyjście bezpieczeństwa? - spytała, wbijając wzrok w plecy Hugh. - Nawet nie 

wiedziałam, że go znasz.

Odpowiadając nie zwolnił kroku ani nawet się nie odwrócił.

- Dowiedziałabyś się, że go znam, gdybyś trzymała się ustaleń i dzisiaj rano poleciała na 

Saint Gabriel, tak jak było w planie. Czyżby dział wyjazdów Vailcourt International nie dokonał 

stosownej rezerwacji?

-   Owszem,   dokonał.   Zmieniłam   plany   w   ostatniej   chwili,   kiedy   zobaczyłam   trasę. 

Zauważyłam  po drodze Saint Gabriel i zorientowałam  się, że ktoś wystawia  mnie  jak kaczkę. 

Uznałam, że nie potrzebuję cię za przewodnika na tej wycieczce.

- Mimo że punktem docelowym był Czyściec? - spytał oschle. - Nie żartuj, Mattie. Wiesz, 

co ludzie mówią. Znajomy diabeł lepszy.  Popatrz tylko, co się stało, kiedy wybrałaś  się tu na 

własną rękę.

-   Rozumiem,   że   ty   natychmiast   zorientowałbyś   się   w   sytuacji   i   przewidział   przewrót 

wojskowy.

- Zorientowałem się dużo wcześniej niż ty, mała. Gdy tylko skontaktowałem się z wieżą 

kontrolną, wiedziałem, że coś jest nie tak. Gdybyś była ze mną, w ogóle byśmy nie wylądowali. 

Zawróciłbym na Hades albo do Brimstone i spróbował porozumieć się z Cormierem telefoniczne, 

żeby wybadać sytuację

- Hugh, proszę cię. Doceniam twoją nieustającą czujność i gotowość i zdaję sobie sprawę, że 

sama nie mam do tego żyłki. Ale w tej chwili nie potrzebuję od ciebie wykładów na ten temat.

11

background image

Ku zdziwieniu Mattie, Hugh odezwał się łagodniej.

- Wiem, mała, wiem. Mnie też solidnie trzepnęło, to wszystko dlatego.

Spojrzała na jego szerokie, umięśnione plecy, nie wierząc własnym uszom.

- Ciebie trzepnęło?

- A jak?! Bałem się, że wejdę do tego domu i znajdę twoje zwłoki obok zwłok Cormiera.

- O?!

- Tyle tylko potrafisz powiedzieć? - Po łagodnym tonie nie zostało już ani śladu.

- No, nie byłoby ci potem zbyt zręcznie tłumaczyć się przed ciotką Charlotte.

- Boże. Pewnie, że nie. Wysłałaby mnie na gilotynę. - Raptownie przystanął. Spojrzał na 

wątły, zduszony przez paprocie strumyk, sączący mu się pod butami. - Dobra nasza, jazda!

Mattie zerknęła na krętą strużkę.

- Dokąd dalej?

- W lewo, wzdłuż tego strumienia. - Hugh popatrzył za siebie, na drogę, którą przyszli. - 

Chyba na szczęście jesteśmy tu sami. Wszyscy są zajęci rewolucją. Idziemy.

Deszcz   padał   coraz   silniej.   Krople   uderzały   teraz   w   liście   z   taką   siłą,   że   w   powietrzu 

rozlegał   się   głośny   szum.   Mattie   podążała   za   Hughem   w   milczeniu;   całą   uwagę   skupił   na 

dotrzymaniu mu kroku. Bez przerwy musiała żonglować swoim bagażem.

Czarna   ziemia   pod   ich   stopami   zamieniała   się   w   błoto,   które   dokładnie   oblepiło   jej 

pantofelki.   Włosy   Mattie   dawno   już   wyswobodziły   się   ze   schludnego   koczka   i   mokrymi 

kosmykami spadały na ramiona. Jedwabna bluzka do szczętu jej przemokła. Od deszczu zrobiło się 

nieco chłodniej, ale niewiele. Dżungla parowała niczym zielony gulasz.

Mattie trzymała wzrok przy ziemi, bacznie uważając na każdy krok, żeby nie poślizgnąć się 

wśród splątanych  kłączy przykrywających czarną maź. Uwięzła jej stopa, więc jednemu z nich 

przyjrzała się dokładniej.

- Hugh - spytała znużonym tonem. - Co z wężami?

- Jak to co?

- Czy wyłażą w taki deszcz?

- Jeśli mają choć odrobinę oleju w głowie, to nie.

- Nie wygłupiaj się.

Hugh zachichotał.

- Nie zawracaj sobie głowy wężami. Na tych wyspach ich nie ma.

- Czy jesteś tego pewien?

- Absolutnie.

12

background image

- Mam nadzieję, że się nie mylisz. - Przeciągnęła uszatą torbę przez kolejny pniak. Oparła 

się przy tym o korę. Coś zielonego wyprysnęło jej spod dłoni. - Hugh!

Obejrzał się na nią.

- To tylko mała jaszczurka. Bardziej przestraszona niż ty.

- Zależy czyim zdaniem. - Mattie przymusiła się do wzięcia kilku głębokich oddechów, 

zwierzątko zaś błyskawicznie ukryło się w gąszczu. - Hugh, ja nie przepadam za czymś takim, 

wiesz o tym?

- Wiem, mała, że raczej nie masz doświadczeń w tym zakresie, ale zobaczysz, jak cię to 

weźmie. Kłopot w tym, że dotąd za dużo czasu spędzałaś z wydelikaconymi kolekcjonerami, dla 

których pojęcie życia z dreszczykiem sprowadza się do inwestowania w nieznanego artystę.

Mattie cała się zjeżyła, odnajdując w wypowiedzi Hugh echo ich dawnej kłótni.

- Jasne, masz stuprocentową rację.

Sprawiał wrażenie, jakby nie zauważył sarkazmu.

- Pewnie, że mam. Powinnaś częściej wyjeżdżać poza Seattle. Zwiedzić to i owo. Porobić 

coś ciekawego. Charlotte powiedziała, że to twoje pierwsze wakacje od dwóch lat. Kiedy ostatnio 

zrobiłaś coś naprawdę ekscytującego?

Mattie odgarnęła z oczu zmoczone włosy i zacisnęła zęby.

- Mniej więcej rok temu. Wtedy cię uwiodłam, a potem zaproponowałam ci małżeństwo i 

wspólny wyjazd na Saint Gabriel. Może sobie to przypominasz. Oboje wiemy, co dla mnie wynikło 

z tej ekscytującej przygody.

Hugh zamilkł. Cisza stawała się już mocno kłopotliwa, gdy odezwał się ponownie:

- No, tak. Niezupełnie to miałem na myśli.

- Naprawdę? - Mattie uśmiechnęła się kwaśno do swoich myśli i wyciągnęła pantofelek z 

błota. - Zapewniam cię, że mnie taka przygoda wydała się zupełnie wystarczająca. Od tej pory 

niezmiennie się cieszę, że wiodę bardzo spokojne życie. A właściwie wiodłam do dzisiaj.

- Słuchaj, mała, jeśli chodzi o zeszły rok...

- Nie chcę rozmawiać na ten temat.

- Stanowczo porozmawiamy na ten temat. - Hugh pacnął dłonią w jakieś kłącze obrośnięte 

orchideami. - Nie wygłupiaj się, Mattie. Próbuję porozmawiać z tobą od wielu miesięcy. Gdybyś 

mnie świadomie nie unikała, już dawno rozpracowalibyśmy ten problem.

- Nie ma czego rozpracowywać. Miałeś rację, kiedy mi powiedziałeś, że nie jestem w twoim 

typie. - Z irytacją odepchnęła od siebie kolejną ścianę zieleni. - Całkowicie się z tobą zgadzam.

- Jesteś po prostu trochę zdenerwowana – powiedział uspokajająco.

- Nie da się ukryć.

13

background image

- W porządku, porozmawiamy o tym później. - Hugh gwałtownie przystanął. Mattie wpadła 

na niego z dużym impetem.

- Auuu! - Chwiejnie cofnęła się o krok i dopiero wtedy odzyskała równowagę. Pomyślała ze 

złością,   że   lepiej   byłoby   wpaść   na   skalną   ścianę.   Ten   człowiek   był   pod   każdym   względem 

niewzruszony.

- No i dobrze, jedziemy dalej - powiedział Hugh spoglądając w górę. Kolizja nie zrobiła na 

nim najmniejszego wrażenia.

Mattie podążyła za jego spojrzeniem. Miała świadomość tego, że od kilku minut szum wody 

staje się coraz  głośniejszy.  Zerknąwszy nad  ramieniem  Hugh, poznała  przyczynę.  Ujrzała  dwa 

bliźniacze wodospady, tryskające z wulkanicznego klifu niedaleko przed nimi.

Dwa strumienie wody spadały co najmniej po piętnaście metrów do naturalnego zagłębienia 

terenu,   wypełnionego   paprociami.   Sadzawka   u   podstawy   wodospadu   była   prawie   całkiem 

zarośnięta egzotyczną roślinnością. Tu i ówdzie wystawały z niej poskręcane formy, typowe dla 

dawno zastygłych skał pochodzenia wulkanicznego.

Mattie zmarszczyła czoło.

- Czy to ma być droga ucieczki Cormiera?

-  Droga znajduje się za wodospadami. W tej górze jest sieć starych skalnych korytarzy. 

Jeden z nich prowadzi do groty, która ma otwarcie na ocean, mniej więcej w połowie wysokości 

klifu. Grota jest częściowo pod wodą. Cormier zawsze trzyma tam łódź.

- Jaskinie? - Niepokój, nieustannie dręczący Mattie od chwili wejścia do dżungli, poważnie 

się wzmógł. - Czy chcesz powiedzieć, że musimy przejść kilkoma podziemnymi korytarzami?

- Tak. Ale nic się nie martw. Nie ma z tym najmniejszego kłopotu. Cormier oznaczył drogę, 

więc się nie zgubimy. Gotowa?

- Chyba nie, Hugh. - Jej głos zabrzmiał słabo i piskliwie.

Hugh obrzucił ją wzrokiem zdradzającym zniecierpliwienie i ruszył ku zagłębieniu.

- Nie grzeb się, mała. Chcę, żebyś jak najszybciej wyniosła się z tej wyspy.

Naturalnie, miał rację. Nie mogli sobie pozwolić na tracenie czasu w tym miejscu. Zbyt 

duże   było   ryzyko,   że   wpadną   na   tych   samych   ludzi,   którzy   niedawno   spotkali   się   z   Paulem 

Cormierem. Tylko po co te jaskinie? Jej najgorsze nocne koszmary stawały się rzeczywistością.

Była przemoknięta do suchej nitki od deszczu i potu. Teraz poczuła lodowate strumyczki 

spływające   jej   po   bokach   i   między   piersiami.   Kilka   razy   głęboko   zaczerpnęła   tchu   i   zaczęła 

mruczeć   mantrę,   której   nauczyła   się   podczas   zajęć   z   technik   medytacyjnych   pomocnych   w 

zwalczaniu stresu.

14

background image

Hugh już posuwał się po skalnej półce, która przechodziła pod wodospadem i ginęła w 

czerni. Bez trudu utrzymywał równowagę na śliskich, omszałych głazach. Miał naturalne, kocie 

ruchy.  Raz jeszcze  spojrzał  za  siebie, żeby upewnić się,  czy Mattie  idzie  za nim,  i znikł  pod 

grzmiącym słupem wody.

Mattie wzięła jeszcze jeden głęboki oddech i przygotowała się do pójścia śladem Hugh. 

Przypomniała sobie ponuro, że już raz przysięgła iść wszędzie za tym człowiekiem. Ależ była z niej 

idiotka.

Kroplista mgiełka przy wodospadach, przypominająca dym, niechybnie przemoczyłaby ją 

do cna, gdyby nie to, że deszcz i pot już wcześniej zrobiły swoje. Dzięki temu Mattie właściwie nie 

zwróciła uwagi na nowe źródło wilgoci.

Ale jej włoskich pantofelków z pewnością nie zaprojektowano do takich ekscesów. Mattie 

kurczowo przytrzymywała torebkę i uszatą torbę, za wszelką cenę próbując zachować równowagę 

na nierównym podłożu. Nagle stąpnęła lewą nogą na kępę mchu i poczuła, że traci pion.

- Nie, nie...! - Z oczami wytrzeszczonymi z przerażenia zaczęła wykonywać kozła do tyłu, 

który musiał się skończyć w sadzawce u podstawy wodospadów.

- Ostrożnie, mała. - Z mroku wystrzeliło ramię Hugh, dłoń zacisnęła się na jej nadgarstku. 

Hugh   swobodnie   pociągnął   ją   do   siebie   w   bezpieczne   miejsce   za   wodospadem.   -   No,   jesteś. 

Bezproblemowo.

- Powiedz mi, Hugh - zażądała kwaśnym tonem. - Czy zawsze jesteś taki szybki? Masz 

ruchy dzikiego kota.

- O, nie. Dawniej byłem dużo szybszy. Wiesz, stuknął mi już czwarty krzyżyk, musiałem 

trochę zwolnić. Każdego to czeka.

-   Fenomenalne.   -  Mattie   powiedziała   to   wyjątkowo   zjadliwie,   ale   Hugh  jakby  tego   nie 

zauważył. Pochłaniało go przekopywanie zawartości torby.

- Powiem ci coś jeszcze, mała - dodał. - Bez względu na to, jaka jesteś szybka, zawsze 

znajdzie się ktoś szybszy od ciebie. Między innymi dlatego w końcu się zmądrzyłem i wziąłem tę 

ciepłą posadkę u twojej ciotki.

-   Rozumiem.   -   Zaskoczył   ją   tą   odpowiedzią,   a   jednocześnie   zaciekawił.   Właściwie   nie 

wiedziała wiele o Hugh Abbotcie. - Czyżbyś spotkał kogoś szybszego od ciebie?

- Owszem - odpowiedział z prawie niezauważalnym opóźnieniem.

- Co się z nim stało?

- Nie żyje.

- Czyli i on nie był dość szybki?

- Pewnie nie.

15

background image

Ale rozmowa bynajmniej nie znieczuliła Mattie na przerażającą ciemność, jaka wiała ze 

znajdującej się przed nimi czeluści. Jaskinia. Mattie pomyślała, że za nic nie jest w stanie podołać 

takiemu wyzwaniu. Nigdy, przenigdy. To było o wiele gorsze od windy, ciemnego korytarza czy 

nawet  dżungli.   Było   to urzeczywistnienie  jej  najpotworniejszych   koszmarów  z  dziecięcych   lat. 

Żołądek podszedł jej do gardła.

Chciała powiedzieć Hugh, że nie jest w stanie zrobić ani kroku dalej, kiedy coś chrupnęło 

pod czubkiem jej kosztownego, zbezczeszczonego pantofelka. Machinalnie spojrzała w ziemię i 

zobaczyła  rozpłaszczone  zwłoki  największego  karalucha,   jakiego  zdarzyło  jej  się  kiedykolwiek 

widzieć.

- Miarka się przebrała - oznajmiła Mattie. - Lepiej zejdź mi z drogi, Hugh, bo zaraz rzygnę.

16

background image

Rozdział drugi

N

ie rzygniesz - stwierdził Hugh z niezłomną pewnością. - W każdym razie nie tutaj i nie 

teraz. Nie mamy czasu na takie wygłupy. Odłóż bagaże i podejdź tutaj.

Machinalnie puściła torebkę i uszatą torbę na ziemię. Żołądek dosłownie jej się przewracał. 

Wspomnienie  krwi  w  białym   pokoju mieszało  się  w  jej   głowie  z  wyobrażeniem  rozdeptanego 

owada, a ponura, mroczna pieczara chciała pochłonąć ją żywcem.

- Do diabła, Mattie, weź się w garść.

Poczuła, jak Hugh otacza ją ramieniem. Mgliście zdawała sobie sprawę z tego, że prowadzi 

ją do czarnego wylotu jaskini. Ale była kompletnie nie przygotowana na wstrząs, jaki przeżyła, gdy 

jej głowa znalazła się nagle pod wodospadem.

- Hugh, na miłość boską, utonę! - Ale chłód wody ją orzeźwił. Mdłości ustały. Zaczęła się 

wyrywać, ale Hugh z powrotem wciągnął ją do jaskini. Parskając wodą, obróciła się w jego stronę. 

Czuła się jak przytopiony szczur i zapewne odpowiednio do tego wyglądała.

- Lepiej? - spytał Hugh, nie bez troskliwości.

- Tak, dziękuję - szepnęła, starając się, by zabrzmiało to oficjalnie. Spojrzała przed siebie i 

stwierdziła, że nic nie widzi. - Wiesz, Hugh, nie czuję się najlepiej w takich ciasnych miejscach.

- Nie martw  się, mała, świetnie sobie poradzisz. - Zrobił krok do tyłu  i znów zajął się 

przekopywaniem   zawartości   swojej   uszatej   torby.   -  Przejście   trwa   tylko   kilka   minut.   Gdzie   ja 

wsadziłem latarkę?

- Nie nazywaj mnie „małą”, dobrze?

Udał, że jej nie słyszy.

- O, mam. Wiedziałem, że gdzieś tu ją wcisnąłem. - Wydobył  latarkę z torby,  zapalił i 

przesunął snopem światła po ścianach jaskini. - Jest tak, jak mówiłem: bezproblemowo. Nawet nie 

mrugniesz okiem i już będziemy na drugim końcu. Wystarczy trzymać się znaków Cormiera. Oto 

pierwszy.

Mattie   podniosła   z   ziemi   bagaże   i   bezmyślnie   omiotła   spojrzeniem   mały,   biały   punkt 

widoczny na wilgotnej skalnej ścianie. Nigdy w życiu nie zwróciłaby na niego uwagi, gdyby Hugh 

go nie pokazał.

- Czy nie moglibyśmy obejść tej góry przez dżunglę i dotrzeć do tajnej przystani Cormiera 

od tamtej strony?

17

background image

- Nic z tego. Na tym polega urok tej kryjówki. Od strony morza w żaden sposób nie można 

się tam dostać, chyba że łodzią. Ale wtedy trzeba wiedzieć, gdzie jest zalana grota, bo inaczej nie 

zauważy się wlotu w skale. Druga droga prowadzi tymi korytarzami, trzeciej nie ma. A pod ziemią, 

jeśli ktoś nie zna drogi, niechybnie zgubi się na amen w kilka minut.

- Rozumiem. To bardzo pocieszające - powiedziała słabo Mattie.

- Mówiłem ci, że Cormier był szczwanym lisem. Gotowa?

Hugh już posuwał się naprzód z typowym dla siebie zdecydowaniem. Wyraźnie oczekiwał 

od niej, że bez dyskusji ruszy za nim.

Poirytowana   Mattie   uprzytomniła   sobie,   że   Hugh   wszystko   załatwia   równie   arogancko, 

bezceremonialnie i konkretnie. Dosłownie wszystko, z seksem włącznie, o czym przekonała się na 

własnej skórze. Wątpiła, czy Hugh wie, co to jest „subtelność”, „takt” lub „wyrafinowanie”. Po 

prostu w jego słowniku brakowało tych haseł.

Jak   mogło   mi   się   kiedykolwiek   zdawać,   że   jestem   zakochana   w   tym   człowieku?   - 

zastanawiała się z niesmakiem, drepcząc za Hughem. Nie miała z nim nic wspólnego. Na przykład 

klaustrofobia była mu całkiem obca, to się rzucało w oczy. Ucieszyłoby ją, gdyby miał jakąś drobną 

nerwicę,   rozczulającą   słabostkę   albo   typowe   dla   współczesnych   czasów   stany   lękowe.   Ona, 

naturalnie, miała tego wszystkiego po uszy.

Z  niewyobrażalnym  samozaparciem  utrzymywała  się za  Hughem  w  mrocznym,  krętym, 

podziemnym labiryncie. Z każdym krokiem czuła, jak ściany jaskini zbliżają się do siebie i próbują 

ją udusić. To samo pamiętała z dzieciństwa, ze snów, w których nigdy nie miała drogi ucieczki.

W   college'u   zaliczyła   dostatecznie   obszerny   kurs   psychologii,   by   zrozumieć   tamte   sny. 

Stanowiły one manifestację niepokojów i napięć, które przeżywała w dzieciństwie, usiłując znaleźć 

sobie   bezpieczne   miejsce   w   rodzinie,   która   brak   talentu   artystycznego   uważała   za   poważne 

kalectwo.

Kiedy wyjechała na studia w college'u, sny o uwięzieniu w bezkresnym tunelu stały się 

rzadsze. Ostatnio nawiedzały ją już tylko sporadycznie, zostawiły jednak po sobie spadek w postaci 

klaustrofobii.

Mattie pokonała za Hughem kilka ziejących wlotów do następnych krętych korytarzy. Ze 

strachu dostała gęsiej skórki, Hugh jednak nie zatrzymywał się ani na chwilę. Parł naprzód niczym 

wilk przyzwyczajony do mroku.  Tylko  od czasu do czasu przystawał  i sprawdzał, czy jest na 

ścianie mały, biały znak.

Mattie skupiła się na krążku światła, rzucanym przez latarkę, i próbowała wyobrazić sobie 

wody Zatoki Elliotta, które na co dzień widziała z okna swego mieszkania w Seattle. Ćwicząc 

18

background image

medytację, nabyła bowiem umiejętności uspokajania umysłu przywoływaniem takich pogodnych 

obrazów.

Jeszcze nigdy nie przeszła w życiu tak długiej drogi, jak przez tę plątaninę podziemnych 

korytarzy. Raz czy dwa poczuła pod pantofelkiem duże, wijące się stworzenia i znów omal nie 

zwymiotowała.   Co   dziesięć   kroków   musiała   mobilizować   całą   wolę,   żeby   nie   krzyknąć   i   nie 

popędzić   na   oślep   drogą,   którą   przyszli.   Co   jedenaście   kroków   powtarzała   serię   głębokich 

oddechów i mantrę, a potem zmuszała się do skupienia uwagi na ruchomym snopie światła z latarki 

i szerokich ramionach mężczyzny, który prowadził ją przez jaskinie Czyśćca.

Czuła   do   Hugh   tak   gorącą   i   głęboką   nienawiść,   do   jakiej   zdolna   jest   jedynie   kobieta 

odrzucona przez mężczyznę, choć jednocześnie była pewna, że bez wahania może powierzyć mu 

swoje życie. Jeśli ktokolwiek mógł ją wydostać z tej kabały, to właśnie on.

- Mattie?

- Czego?

- Leziesz tam za mną, mała?

- Nie nazywaj mnie „małą”.

- Jesteśmy prawie na miejscu. Czujesz zapach morza?

Mattie stwierdziła z zaskoczeniem, że wdycha słonawe, orzeźwiające powietrze.

- Tak - szepnęła. - Czuję.

Skoncentrowała się na tym świeżym powiewie dodającym otuchy i dalej szła korytarzem za 

swym   przewodnikiem.   Już   niedaleko,   powiedziała   sobie   w   duchu.   Hugh   ją   stąd   wyprowadzi. 

Zabierze ją z tej wyspy. Jest z niego kawał sukinsyna, ale zna się na swojej robocie, czyli przede 

wszystkim wie, jak przeżyć. Ciotka Charlotte zawsze tak mówiła. Chociaż trzeba przyznać, że nie 

była w tym bezstronna, miała bowiem do Hugh wyraźną słabość.

Mattie zdusiła kolejny wyrywający się z niej krzyk, bo korytarz znów odrobinę się zwęził. 

Puls miała szaleńczy, ale zapach morza stawał się coraz wyraźniejszy. Korytarz z powrotem nabrał 

szerokości, a ona raptownie zaczerpnęła tchu.

- No i dobra. Paul zawsze wiedział, co robi. - Hugh przyśpieszył kroku.

Mattie przypomniała sobie Paula Cormiera leżącego na białej, marmurowej podłodze.

- Prawie zawsze.

- No, tak. Prawie zawsze.

- Dobrze go znałeś, Hugh?

- Byliśmy starymi kumplami.

- Przykro mi.

- Mnie też. - Hugh przystanął, bo korytarz doprowadził ich do obszernej, wysokiej groty.

19

background image

Mattie z ulgą stwierdziła, że przez otwór w przeciwległej ścianie wpada światło dnia. Była 

bezpieczna. Hugh wyratował ją z tego koszmaru. Rzuciła na ziemię torebkę i uszatą torbę, po czym 

rzuciła mu się w ramiona.

- O Boże, Hugh!

- A to co znowu? - Zachichotał  cicho i również  odłożył  torbę na ziemię.  Stanowczym 

gestem zamknął Mattie w ramionach. - Oczywiście nie twierdzę, że mam coś przeciwko temu.

- Nie byłam pewna, czy dojdę - szepnęła wtulona w jego koszulę khaki. Pistolet, który Hugh 

miał wetknięty za pas, uwierał ją w bok. Czuła zapach ciała mężczyzny. I jedno, i drugie bardzo 

podnosiło ją na duchu. - W połowie drogi przez ten potworny tunel myślałam, że oszaleję.

- A niech to, zdaje się, że masz lekką klaustrofobię. - Hugh wsunął dłonie w jej zmoczone 

włosy.

- Lekką. - Nadal wtulała mu twarz w ramię. Był dla niej takim pewnym, mocnym oparciem, 

a  jej  wciąż   chciało   się płakać.   Raz  tylko  Hugh trzymał  ją tak  blisko  przy sobie,  ale  jej   ciało 

pamiętało ten żar i siłę, zupełnie jakby zdarzyło się to wczoraj.

- Widzę, że więcej niż lekką. Boże. Przepraszam, mała. Nie miałem pojęcia, że to będzie dla 

ciebie aż tak straszne. Trzeba było coś na ten temat powiedzieć.

- Powiedziałam. Wytłumaczyłeś mi, że nie ma innej możliwości.

Jęknął i pocałował ją w głowę.

- Nie było.

Tym  razem  pocałował  ją w usta, twardo i zdecydowanie.  Pocałunek  był  niebezpiecznie 

fascynujący,  tak samo jak całujący ją mężczyzna.  Na dłuższą chwilę oderwał myśli  Mattie  od 

przykrej  rzeczywistości.  Mimo  braku finezji i  delikatności,  sprawił  jej  olbrzymią  przyjemność. 

Mattie poddała się jego czarowi. Lecz gdy tylko namiętność wzięła w niej górę nad przerażeniem, 

nastąpił brutalny powrót do rzeczywistości.

Oderwała usta od ust Hugh. Znowu drżała, choć tym razem nie od wspomnienia koszmarów 

z dziecięcych lat.

- Już dobrze, mała? - Hugh masował jej ramiona zdecydowanymi, odprężającymi ruchami. 

W jego szarych oczach widniała głęboka troska.

- Tak, tak. - Mattie była wściekła na siebie za to załamanie. Odsunęła się od Hugh i zaczęła 

rozglądać   po   przestronnej   grocie,   zupełnie   jakby   nagle   zauważyła   na   ścianach   wyjątkowo 

interesujące przykłady sztuki nowoczesnej. - Co za ohydne miejsce.

Hugh puścił ją nie bez oporów i machinalnie spojrzał w ten sam punkt. Potem omiótł grotę 

snopem światła z latarki.

- Cholera jasna!

20

background image

- Co się stało? - Mattie z niepokojem potoczyła wzrokiem za świetlistym krążkiem.

- Nie ma łodzi.

Mattie omal dziko nie krzyknęła. W tej chwili uświadomiła sobie, jak bardzo liczyła na 

ratunek dzięki łodzi Cormiera. Znów musiała zmobilizować całą siłę woli.

Tymczasem oględziny groty przy świetle  latarki dały jej jasny obraz sytuacji. Pośrodku 

znajdował się spory, naturalny zbiornik, wypełniony wodą morską, pluskającą o skaliste brzegi. W 

drugim końcu zagłębienia  była  wąska rynna,  prowadząca  do wylotu  groty w klifie.  Mała łódź 

istotnie mogłaby się tamtędy przecisnąć. Przy wylocie sterczała na zewnątrz wąska półka skalna - 

wyglądała jak warga. Dalej widniało morze sieczone deszczem.

- I co teraz? - Sama zdziwiła się chłodnym brzmieniem swego głosu. Może doszła już do 

stanu zobojętnienia, w którym zamiast lęku pozostaje tylko odrętwienie trwogą? Uświadomiła sobie 

jednak, że właściwie wcale nie jest przerażona. Hugh stojący obok z wyrazem irytacji na twarzy, 

dodawał jej pewności siebie.

On tymczasem spojrzał na nią i zmrużył oczy.

- Coś wymyślimy. Tylko nie wpadnij mi tutaj w histerię.

- O to się nie bój. Do porządnego ataku histerii potrzeba energii, a ja, prawdę mówiąc, 

jestem wykończona. Czy zamierzasz mi powiedzieć, że musimy zawrócić i znowu pchać się tymi 

wstrętnymi   podziemnymi   korytarzami?   Bo   jeśli   tak,   to   lepiej   zrób   mi   najpierw   narkozę.   Nie 

podejmuję się jeszcze raz tego przejść.

-   Odpręż   się,   mała.   Ta   grota   nadaje   się   na   kryjówkę   nie   gorzej   od   innych   miejsc. 

Przeczekamy w niej, zanim uda nam się zorganizować jakąś inną łódź. A łodzi jest tu pełno. Na 

takiej wyspie prawie każdy ma coś pływającego.

- Nie sądzę, żebym była w stanie tu zanocować - uczciwie zapowiedziała Mattie.

- To duża grota, Mattie. Jest w niej mnóstwo świeżego powietrza znad morza. Po burzy 

mamy nawet szansę zobaczyć księżyc przez tamtą dziurę.

Mattie westchnęła.

- Zdaje mi się, że i tak nie mam wyboru, prawda?

- Owszem. - Wyciągnął rękę i czułym gestem zmierzwił jej zmoczone włosy. - Uszy do 

góry, mała. Rozbijemy obozowisko niedaleko wylotu. Powyglądasz na zewnątrz. Będziesz miała 

coś jakby Zatokę Elliotta pod oknem mieszkania w Seattle.

Mattie przypomniała sobie pewien wieczór: Hugh stał wtedy z nią w jej mieszkaniu i razem 

patrzyli na zatokę. A gdy nadszedł ranek, stała przed tym samym oknem w pojedynkę. Przeszedł ją 

dreszcz.

- A co z... no, z urządzeniami sanitarnymi?

21

background image

Przez twarz przemknął mu uśmiech.

- Możesz wyjść na tę półkę przy wylocie. Na zewnątrz jest po obu stronach parę metrów 

kwadratowych dżungli. Coś jakby naturalna weranda. Myślę, że możesz z tego skorzystać.

- A przypływ? Czy jak woda się podniesie, to przypadkiem nie zaczniemy jej mieć po pas?

-   Nie.   Przypływ   jest   teraz.   Cormier   powiedział   mi,   że   woda   nigdy   nie   sięga   powyżej 

poziomu oznaczonego na ścianie, o, w tamtym miejscu. Sądzę, że podczas dużego sztormu może tu 

być dość emocjonująco, ale poza tym nie widzę kłopotu.

- Rozumiem. Jak myślisz, co się stało z łodzią Cormiera?

- Nie mam pojęcia - odrzekł Hugh w zadumie.

- Może ktoś znalazł tę grotę przed nami i zabrał łódź? Może to wcale nie jest bezpieczne 

miejsce - nerwowo snuła przypuszczenia Mattie.

- Nie sądzę, żeby ktokolwiek znał to miejsce. Ale nawet gdyby tak było, i tak jesteśmy 

skazani na tę grotę.

- Czemu?

Hugh zaczął rozsznurowywać jedną z toreb.

- W dżungli bylibyśmy narażeni na zbyt wiele niebezpieczeństw. Nie obraź się, ale idąc 

robisz mnóstwo hałasu.

- Jeszcze się nie obraziłam.

- Natomiast ta grota jest stosunkowo łatwa do obrony. Gdyby ktoś wpływał łodzią, zawsze 

w razie potrzeby zdążylibyśmy ukryć się w korytarzach. W takim labiryncie możliwa jest tylko 

walka jeden na jednego. A my mamy potencjalną przewagę, bo wiemy, jak czytać znaki Cormiera 

na ścianach.

- Rozumiem. - Mattie poczuła niemiłe ściskanie w dołku słysząc, z jaką obojętnością Hugh 

mówi   o   możliwości   strzelaniny   w   jaskiniach.   Przez   moment   stała   nieruchomo   i   spoglądała   na 

zewnątrz. Świeże powietrze, które obficie wpadało do groty, bardzo poprawiało jej samopoczucie. 

A i grota rzeczywiście wydawała się dość obszerna. Mimo ponurości nie sprawiała aż tak złego 

wrażenia, jak korytarze, przez które szli wcześniej. Mattie nie bała się, że za chwilę ściany się 

zbiegną i ją zaduszą.

- Ej, mała...

- Nie zmrużę tutaj oka, ale ataku świra z mojej strony bać się raczej nie musisz.

- Grzeczna dziewczynka.

- Wyświadcz mi przysługę, Hugh, dobra? Nie przesadzaj z protekcjonalnym zachowaniem. 

Naprawdę nie mam do tego nastroju.

22

background image

- Jasne, mała. Może coś przekąsimy. Założę się, że zgłodniałaś jak wilk. - Hugh wyciągnął z 

torby puszkę pasztetu z wątróbki i położył ją przed sobą na dłoni do inspekcji.

Mattie zadrżała.

- Mięsa nie jem od kilku lat. Jest niezbyt zdrowe, szczególnie pod taką postacią. Pasztety 

zawierają furę tłuszczu i cholesterolu, i diabli wiedzą czego jeszcze.

Hugh przyjrzał się puszce z wielką uwagą.

- Cóż, ja też nie przepadam za pasztetem. Wolę porządny, krwisty stek. Ale darowanemu 

koniowi nie zagląda się w zęby.

-   Jeszcze   nie   jestem   taka   głodna,   żebym   nie   mogła   wybrzydzać.   -   Mattie   usiadła   na 

pobliskiej   skale   i   obrzuciła   nieufnym   spojrzeniem   pasztet,   jaskinie   oraz   człowieka,   któremu 

zawdzięczała największe upokorzenie w życiu. Zastanawiała się, co poradziłaby jej w tej chwili 

trenerka z grupy zwalczania stresu.

W

 parę godzin później Hugh, oparty o nierówna ścianę groty, poruszył się nieznacznie i 

spojrzał   na   srebrny   klin   księżycowego   światła   wolno   podpełzający   ku   nieruchomej   kobiecej 

sylwetce. Mattie siedziała skulona, podpierając głowę torebką. Nie spała i Hugh o tym wiedział.

Wcześniej zdołała wcisnąć w siebie kilka herbatników, które Hugh wygarnął z kredensu 

Cormiera, ale nie ruszyła nic innego.

Hugh   przypomniał   sobie,   jaką   miała   popielatą   twarz,   gdy   wyłoniła   się   z   podziemnego 

labiryntu,  i zacisnął  usta. Twarda była  ta dziewczyna.  Wiedział,  jak to jest, gdy trzeba iść do 

przodu,   chociaż   po   człowieku   spływa   pot   ze   strachu,   a   do   tego   w   żaden   sposób   nie   można 

zapanować nad odruchami. Ktoś, kto potrafił sobie z tym poradzić, zasługiwał jego zdaniem na 

głęboki szacunek.

Zapatrzył   się   w   ciemną   wodę,   uderzającą   o   skały.   Wiele   dałby   za   to,   żeby   móc   się 

dowiedzieć, co stało się z łodzią, którą Cormier zawsze trzymał w tej grocie na wszelki wypadek. 

Bo Cormier nie był z tych, którzy pozwalają się zaskoczyć.

Jego przyjaciel zawsze wszystko planował, był drobiazgowym strategiem, który chełpił się 

tym, że jest przygotowany na każdą okoliczność. A jednak nie żył. Co gorsza, jego łódź zniknęła.

Istniało   kilka   logicznych   wytłumaczeń   tego   stanu.   Łódź   mogła   trafić   do   naprawy   w 

miejscowej   stoczni   lub   po   prostu   do   odmalowania.   Cormier   zawsze   bardzo   dbał   o   sprzęt. 

Brakowało jednak dobrego wyjaśnienia dla faktu, że Paul Cormier pozwolił się zaskoczyć zabójcy.

Chociaż... Cormier był już starym człowiekiem, a tutaj, na Czyśćcu, czuł się bezpieczny jak 

w raju. Z przeszłością zerwał, przyszłości nie miał powodu się obawiać.

23

background image

Hugh pomyślał, że nad losem Cormiera może się zastanowić później. Przyjdzie czas na 

zemstę. Na razie jednak najważniejsze było co innego.

Zobaczył,  jak księżycowy  klin dotyka  bosych  stóp Mattie.  W tej  chwili  musieli  przede 

wszystkim   opuścić   tę   wyspę.   Cormier   pierwszy   by   im   to   zalecił.   Był   bardzo   staroświecki   w 

podejściu do kobiet.

„Mężczyzna   zawsze   musi   chronić   kobiety,   Hugh.   Nawet   jeśli   wyciągają   pazurki   i 

zapewniają, że same dadzą sobie radę. Jeśli nie potrafimy zapewnić opieki swoim kobietom, to 

właściwie   nie   jesteśmy   im   potrzebni.   A   przecież   nie   chcemy,   żeby   uznały   nas   za   kompletnie 

bezużytecznych,   prawda?   Gdzie   wtedy   byłoby   dla   nas   miejsce?   Mężczyzna,   który   nie 

zaryzykowałby życia w obronie kobiety, nie jest mężczyzną”.

Srebrzyste światło wpełzło na nogi Mattie. Hugh przypomniał sobie, jaka była wstrząśnięta, 

gdy   parę   godzin   temu   opuszczała   dom   Cormiera.   Wiedział,   że   to   wspomnienie   będzie   go 

prześladować przez wiele lat. Mattie nie powinna być świadkiem przemocy. Przecież jest istotą 

chowaną pod kloszem w wielkim mieście. Zawsze odgradzano ją od najbrutalniejszych przejawów 

życia.

Ostatni raz widział Mattie prawie rok temu. Potem, owszem, jeszcze próbował się z nią 

spotkać. Przez następne osiem miesięcy trzykrotnie znalazł pretekst, by osobiście stawić się w 

siedzibie Vailcourt International w Seattle ze sprawozdaniem dla Charlotte Vailcourt, która całkiem 

chętnie   brała   udział   w   tej   grze   pozorów.   Aktorskiej   sprawności   jej   nie   brakowało.   Zanim 

zrezygnowała z kariery, by poślubić George'a Vailcourta, była wszak uznaną przez krytykę gwiazdą

srebrnego ekranu.

Jednomyślnie doszli z Charlotte do wniosku, że jego plan zaskoczenia Mattie w Seattle jest 

doskonały. We wszystkich trzech przypadkach po przyjeździe Hugh okazało się jednak, że minął 

się z Mattie o włos.

Za pierwszym razem pojechała na aukcję do Santa Fe. Za drugim składała wizytę kolonii 

artystów  w Północnej  Karolinie.  Już wtedy Hugh nabrał  podejrzeń, że  jej nieobecności  nie są 

dziełem przypadku.

Trzecim razem uprzedził więc Charlotte, żeby nikomu nie wspomniała ani słowem o jego 

rychłym przyjeździe. Ale Mattie w niewytłumaczalny sposób przejrzała jego plan na dzień przed 

urzeczywistnieniem i natychmiast wskoczyła do samolotu, by pokazać się na cyklu wernisaży w 

Nowym Jorku.

Hugh był wściekły i wcale nie robił z tego tajemnicy. Wyzłościł się na swoją szefową, a 

potem   powiedział   sobie,   że   żadna   kobieta   nie   jest   warta   tracenia   tylu   nerwów,   i   pierwszym 

samolotem odleciał na wyspę Saint Gabriel.

24

background image

Ale tysiąc kilometrów i dwie whisky dalej, gdy znajdował się nad Pacyfikiem, zapomniał o 

własnej   decyzji,   by   wyrzucić   z   serca   Mattie   Sharpe.   Resztę   długiego   lotu   spędził   na   knuciu 

niezawodnego   spisku,   który   doprowadziłby   do   spotkania   z   Mattie   na   jego   terenie.   Dość   miał 

jałowego pościgu. Uznał, że Mattie musi sama wpaść mu w ręce.

Na Saint Gabriel zyskiwał niewątpliwą przewagę. Mattie nie miała szansy opuścić wyspy 

bez jego wiedzy. Najpierw jednak musiała postawić tam stopę, potrzebował więc pretekstu, którym 

mógłby ją zwabić.

Przypomniała mu się kolekcja zabytkowej broni, będąca w posiadaniu Paula Cormiera, i to 

go natchnęło. Hugh znał jeszcze tylko jedną osobę, która zbierała takie świństwa. A tą osobą była 

Charlotte   Vailcourt,   która   po   śmierci   męża   z   żywym   zainteresowaniem   zaopiekowała   się   jego 

zbiorami.

Sześćdziesięcioletnia   była   gwiazda   filmu,   bogata,   inteligentna   i   wielce   ekscentryczna, 

przeistoczywszy się w czarodziejkę biznesu odkryła w sobie pasję do dawnych narzędzi gwałtu. 

Stwierdziła, że taka kolekcja znakomicie pasuje do jej przywódczej osobowości. Hugh zaś dość 

często zdarzały się chwile, w których był skłonny przyznać pani Vailcourt rację.

Charlotte z wielkim podnieceniem włączyła się do intrygi, która miała ściągnąć Mattie na 

Saint Gabriel. Od dawna była przekonana, że kuzynka potrzebuje wakacji, namówiła więc ją do 

wyjazdu na Hawaje. Osiągnąwszy ten cel, napomknęła obojętnie, że przy okazji pobytu w kurorcie 

Mattie mogłaby skoczyć na okoliczną wysepkę o nazwie Czyściec i nabyć cenny średniowieczny 

miecz z kolekcji niejakiego Paula Cormiera. Nikt nie wspomniał Mattie, że droga na Czyściec 

wiedzie przez Saint Gabriel.

- Hugh?

- Co tam?

- Kim jest Christine?

Hugh zmarszczył czoło.

- Christine Cormier? To żona Paula. Umarła parę łat temu. Dlaczego pytasz?

- Wziął mnie za nią.

Hugh zamknął oczy i potarł dłonią kark.

- Do diabła. To Paul jeszcze żył, kiedy tam dojechałaś?

- Jakieś trzy, cztery minuty. Nie więcej. Powiedział mi, że nie ma sensu wzywać pomocy.

- Chryste. - Hugh oparł głowę o ścianę. Przypomniał sobie wielką ranę w piersi przyjaciela, 

plamę krwi na podłodze i ubranie Mattie.

- Czy pierwszy raz musiałaś, no...

25

background image

-   Patrzeć,   jak   ktoś   umiera?   Nie.   Byłam   przy   śmierci   babci.   Ale   to   wyglądało   zupełnie 

inaczej. Babcia leżała w szpitalu, w otoczeniu całej rodziny. - Nastąpiła długa pauza. - Była sławną 

baletnicą.

- Wiem.

- Wciąż pamiętam jej ostatnie słowa - powiedziała Mattie.

- Jakie?

- Szkoda, że to dziecko nigdy nie przejawiało żadnych oznak talentu.

Hugh niespokojnie drgnął.

- Mówiła o tobie?

- Mhm. Ciotka Charlotte powiedziała, że babka mogła sobie być jedną z najwspanialszych 

baletnic, jakie znał świat, ale wrażliwości miała mniej niż otępiały słoń. Nawet na łożu śmierci.

Hugh zamilkł.   Dostatecznie   dobrze  znał  tę  rodzinę   pełną  talentów,   by się  domyślić,  że 

Mattie, jedyna osoba bez smykałki do sztuki, prawdopodobnie zawsze czuła się wśród krewniaków 

jak wyrzutek. Gdy w końcu wybrała karierę właścicielki galerii, rodzina zinterpretowała to jako 

ostateczne przyznanie się Mattie, że nie odziedziczyła żadnego z rodzinnych genów geniuszu. Jedna 

Charlotte odniosła się do tego pomysłu z sympatią i zrozumieniem.

- Przykro mi, że znalazłaś Cormiera w takiej sytuacji - powiedział w końcu Hugh.

- Czułam się potwornie bezradna.

Hugh uśmiechnął się pod nosem.

- Paul musiał być bardzo zakłopotany.

- Na miłość boską, to nie jest temat do żartów.

- Wcale nie żartowałem. - Hugh zastanawiał się, jak jej to wyjaśnić. - Musiałabyś go znać. 

Był dżentelmenem do szpiku kości. Chełpił się tym. Za nic w świecie nie postawiłby kobiety w 

trudnej sytuacji. Kiedy spotkałem go parę miesięcy temu, rąbnął mi kilometrowy wykład na temat 

postępowania z kobietami. Bardzo skrytykował moje metody. Powiedział, że są żałosne.

- Naprawdę? Pan Cormier musiał być niezwykle spostrzegawczym człowiekiem.

- Oto znowu moja Mattie. Stanowczo otrząsasz się z szoku. Co powiedziałaś, kiedy Paul 

nazwał cię Christine?

Mattie wzruszyła ramionami, obserwując, jak księżycowa poświata z wolna przesuwa się na 

jej pogniecioną jedwabną bluzkę.

-   Zrobiłam   to,   co   każdy   zrobiłby   w   takiej   sytuacji.   Trzymałam   go   za   rękę   i   nie 

wyprowadzałam z błędu.

Hugh przyjrzał jej się z uwagą.

- Na jakiej podstawie sądzisz, że każdy by tak zrobił?

26

background image

-   Nie   mam   pojęcia.   Chyba   podpowiada   mi   to   instynkt.   Tak   mało   można   zrobić,   żeby 

pocieszyć umierającego. - Poruszyła się, najwyraźniej chcąc wygodniej się usadowić. - Ale on nie 

przez cały czas majaczył.  W pewnej chwili ostrzegł mnie, żebym się stamtąd wyniosła. Potem 

powiedział, że ktoś przyjdzie. Może myślał o tobie. A potem jakby zażartował. Zdumiał mnie tym. 

Wyobraź sobie kogoś zdolnego do robienia żartów na temat własnej śmierci.

- Co powiedział?

- Chyba coś o zamierzonym rządzeniu w piekle. Znasz ten sławny cytat z Raju utraconego? 

„Lepiej być w piekle panem, niźli w niebie sługą”.

- Znam. - Hugh uśmiechnął się pod nosem z posępną satysfakcją. - To by pasowało do 

Cormiera.  Prawdopodobnie   uznał,   że  ma   małe   szanse  na  dostanie   się  do  nieba.  Zresztą  moim 

zdaniem dobrze zrobi, jeśli zamiast na górę wybierze się na dół. Któregoś dnia wesprę go w batalii 

z diabłem. Paul mógł mieć maniery anioła, ale widziałem go... - Hugh ugryzł się w język. Nie było 

sensu wywlekać przeszłości Paula. Mogło to wywołać pytania o jego własną przeszłość, tego zaś 

Hugh stanowczo sobie nie życzył.

- Zwróć uwagę, że w ostatniej chwili widział Christine, która na niego czeka, więc może 

jednak poszedł do góry.

- Może. On bardzo ją kochał. - Hugh zadumał się na chwilę. Powinienem ci towarzyszyć w 

tej chwili, Paul, pomyślał. Po tylu wspólnie spędzonych latach powinienem być przy twoim końcu. 

Przepraszam, przyjacielu.

- Dziękuję ci, Mattie.

- Za co?

- Za to, że z nim byłaś w tych ostatnich chwilach. Prawdopodobnie nie powinnaś była tak 

długo tam siedzieć, tylko uciekać, gdzie pieprz rośnie. Ale Paul był moim dobrym przyjacielem, 

dlatego cieszę się, że nie umarł samotnie.

- Przykro mi, że straciłeś przyjaciela - powiedziała cicho.

- Na pewno jednak źle się stało, że miałaś takie przeżycie - podjął Hugh. Ton jego głosu stał 

się twardszy.

- Trochę mną to wstrząsnęło - przyznała.

-   Dlaczego,   do   diabła,   nie   zrobiłaś   tak,   jak   ci   polecono?   Plan   był   inny.   -   Natychmiast 

pożałował tych słów.

Mattie westchnęła.

- Proszę cię, Hugh. Nie rób mi wykładów. Nie dzisiaj. Wiem, że trudno oprzeć się takiej 

pokusie, ale będę ci wdzięczna, jeśli przynajmniej spróbujesz.

27

background image

- Ale dlaczego, Mattie? Czy myśl o spotkaniu ze mną była taka okropna? Celowo unikasz 

mnie od miesięcy. Prawie od roku.

Nie odezwała się.

Hugh zerknął na nią. Był zły, czuł również ciche wyrzuty sumienia. Okłamywał się jednak, 

że jest w nim tylko złość, z nią bowiem łatwiej umiał sobie poradzić.

- Uparłaś się, żeby za wszelką cenę mnie unikać i przez ten głupi upór omal nie pozwoliłaś 

się dziś zabić. - Zaklął pod nosem przypominając sobie, jak wchodził po schodkach podejrzanie 

cichego domu Cormiera. Pierwszym, co rzuciło mu się w oczy, były złowróżbnie otwarte drzwi.

Postać nieruchomo skulona na skalnym podłożu nadal bez słowa wpatrywała się w noc.

Hugh raz jeszcze zaklął. Zdawał sobie sprawę, że nie należało wywlekać tego tematu tak 

szybko. Niestety,  natura nie obdarzyła  go cierpliwością. W gruncie rzeczy Hugh uważał, że w 

minionym roku Mattie Sharpe poddała go cięższej próbie cierpliwości niż inni ludzie razem wzięci 

przez całe jego życie.

Co najgorsze, sam był winien temu potwornemu zamieszaniu. Parę miesięcy temu Cormier 

zadał sobie wiele trudu, by mu to wytłumaczyć.

„Piekielny ogień lepszy jest od gniewu wzgardzonej damy, Hugh. Taki stary wróbel jak ty 

powinien już to wiedzieć. Sam sobie jesteś winien. Teraz będziesz musiał solidnie się napocić, żeby 

ją zdobyć z powrotem. Mam wrażenie, że przyda ci się takie doświadczenie”.

Hugh bowiem, co Cormier drobiazgowo mu wyklarował, tragicznie się wygłupił, odrzucając 

dar serca i duszy Mattie. Pogrzebał się zaś ostatecznie, biorąc tylko jej ciało, ofiarowane mu jako 

część całości.

Teraz   kobieta   żywiła   do   niego   zapiekłą   urazę.   Cormier   wyraźnie   go   ostrzegł,   że   płeć 

odmienna ma ku temu skłonności.

Przed rokiem Hugh spędził z Mattie  tylko  jeden wieczór, bo rano miał  zarezerwowany 

powrót samolotem na Saint Gabriel. Burzliwy okres zaręczyn z błyskotliwą siostrą Mattie, Ariel, 

skończył  się huraganem łez i wymówek. Ariel zawsze i we wszystkim wcielała się bowiem w 

postać z melodramatu, o czym Hugh przekonał się z wielkim niesmakiem. Cieszył się jedynie, że 

zdążył to odkryć przed ślubem. W rezultacie niczego bardziej nie pragnął, jak skryć się z powrotem 

na swojej wyspie i tam wylizać rany.

Na   pewno   nie   zamierzał   spędzać   swego   ostatniego   wieczoru   w   Seattle   z   cichą, 

powściągliwą,   wyraźnie   zakompleksioną   Mattie,   która   obsesyjnie   trzymała   się   roli   kobiety 

interesów.

28

background image

W czasach gdy usiłował okiełznać burzę z piorunami imieniem Ariel, na jej siostrę prawie 

nie zwracał uwagi. Mattie przez cały czas stała spokojnie w kulisach wiedząc, że narzeczeństwo 

Hugh z Ariel nie może okazać się trwałe.

Aż do dzisiaj Hugh nie bardzo wiedział, czemu wówczas przyjął zaproszenie Mattie. Z 

pewnością   zrobił   to   wbrew   swojemu   nastrojowi,   nie   miał   bowiem   najmniejszej   ochoty   na 

towarzystwo, a już na pewno nie śpieszyło mu się do nikogo tak wyciszonego, niepewnego siebie i 

nerwowego   jak   Mattie.   Rozpierała   go   wściekłość   na   siebie   i   na   Ariel.   Jak   dym   rozwiały   się 

wszystkie jego piękne plany, w których leciał z powrotem na Saint Gabriel z nowo poślubioną 

żoną. A Hugh, jak często powtarzała Charlotte Vailcourt, nie był  przyzwyczajony do tego, by 

niweczono jego plany.

Było wiele powodów, dla których Hugh nie poznał bliżej Mattie w okresie narzeczeństwa z 

Ariel. Przede wszystkim spędził z nią niewiele czasu. Zanadto pochłaniały go nieustanne kłótnie z 

narzeczoną, które zaczęły się w chwili, gdy Ariel, zgoła nieoczekiwanie, odmówiła przeprowadzki 

na   Saint   Gabriel.   Nie   wiadomo   dlaczego   uznała   bowiem,   że   to   Hugh   zamierza   zamieszkać   w 

Seattle. Od tej pory Hugh poświęcał dosłownie każdą wolną minutę kampanii przeciwko Ariel.

Mężczyźni przeważnie nie zauważali Mattie w obecności Ariel również dlatego, że siostry 

bardzo się różniły. Mattie była wiosennym deszczykiem, natomiast Ariel nawałnicą z piorunami. U 

Mattie wszystko było bardziej stonowane i mniej rzucało się w oczy.

Ariel miała fascynujące, zielone oczy czarodziejki. Zieleń u Mattie mącił złocisty odcień, 

dzięki   któremu   oczy   wydawały   się   raczej   orzechowe.   Włosy   Ariel,   krótko   przystrzyżone   w 

efektowny klin, były czarne jak smoła. Mattie nosiła schludny koczek, a włosy miała miodowe.

Obie były szczupłe, ale Mattie niemal zawsze maskowała figurę surowym, niewymyślnym i 

bezpłciowym kostiumem kobiety interesów. Ariel naturalnie podkreślała kobiecą smukłość swej 

sylwetki,   najbardziej   lubiła   bowiem   efektowne   i   jedyne   w   swoim   rodzaju   stroje   od   znanych 

projektantów.

Ale  w  ostatni   wieczór  pobytu   Hugh  w  Seattle  Mattie   jakoś  oddziałała   na  jego  zmysły. 

Wyobraził sobie spokojny port, do którego można zawinąć na chwilę wytchnienia po sztormie. 

Pozwolił   się   zwabić   w   sieć   dyskretnym,   staroświeckim   powabem   kobiecości,   który   dla   niego 

stanowił całkowitą nowość. Domowa kolacja, na którą Mattie podała makaron z warzywami, i cicha 

rozmowa podziałały na niego zarazem kojąco i podniecająco. Skwapliwe starania Mattie, by mu się 

spodobać,   były   jak   balsam   na   zranione   ego   Hugh.   A   jej   wstydliwe   i   dość   niepewne   zachęty 

erotyczne postawiły go w roli silnego, pożądanego mężczyzny.

29

background image

Wiedział, że Mattie nie jest w jego typie, ale mimo to wykorzystał okazję. Poszedł z nią do 

łóżka i w cieple, które mu ofiarowała, zapomniał o wszystkim innym. Żywił dla niej z tego powodu 

głęboką wdzięczność.

Następnego rana zbudził się skacowany. Najbardziej dręczyła go jednak okrutna pewność, 

że popełnił idiotyczny błąd.

Nie   mógł   wpaść   gorzej,   niż   wdać   się   w   zażyłe   stosunki   z   drugą   siostrą   Sharpe.   Miał 

serdecznie dość kobiet z tego klanu. Zresztą, prawdę mówiąc, miał po uszy wszelkich kobiet i 

wielkomiejskiego życia na dodatek. Bardzo tęsknił do Saint Gabriel, gdzie po powrocie chciał w 

spokoju rozwijać raczkujące przedsiębiorstwo transportowe.

Spakował   torbę   i   zatelefonował   po   taksówkę,   która   miała   go   odwieźć   na   lotnisko,   na 

samolot o szóstej rano. Przedtem chciał jednak rozgrzeszyć się z tego uczynku, dziękując Mattie za 

gościnność. I właśnie wtedy Mattie zaskoczyła go błagalną prośbą, która dźwięczała mu w uszach 

prawie każdej nocy, od czasu gdy opuścił Seattle.

„Zabierz mnie z sobą, Hugh. Bardzo cię kocham. Proszę cię, weź mnie z sobą. Pójdę za tobą 

wszędzie. Będę dobrą żoną, przysięgam. Proszę cię, Hugh”.

Wziął nogi za pas. Ale zanim to zrobił, zdążył jeszcze pogorszyć sprawę, próbując wyjaśnić 

Mattie, że właściwie nie jest w jego typie.

Wystarczyło kilka miesięcy, by Hugh uczciwie przyznał się przed sobą, że za pierwszym 

razem   zakrzątnął   się   wokół   niewłaściwej   siostry.   Tyle   że   prostowanie   tej   omyłki   okazało   się 

znacznie bardziej skomplikowane, niż sobie początkowo wyobrażał. Takie komplikacje wręcz nie 

mieściły mu się w głowie.

- Czy Cormier długo mieszkał na Czyśćcu? - spytała Mattie po długim milczeniu.

- Osiadł tam parę lat temu. Chyba spodobał mu się ironiczny wydźwięk tej nazwy.

- Czyściec? A skąd ta nazwa?

-   Czyściec   należy   do   grupy   wysp,   zwanych   Archipelagiem   Siarkowym.   Kilka   z   nich 

stanowią czynne wulkany. Prawdopodobnie nasuwały one pierwotnym mieszkańcom myśli o ogniu 

i siarce. Czyściec jest w tej grupie największy. Po drugiej wojnie światowej uzyskał niepodległość, 

bo żadne większe państwo go nie chciało.

- Czemu nie?

-   Nie   ma   znaczenia   w   handlu   ani   wartości   wojskowej.   Nie   ma   tam   nawet   przyzwoitej 

turystyki.

- Najwyraźniej jednak ktoś nabrał chęci, żeby zawalczyć tam o władzę.

Hugh się zamyślił.

30

background image

- Tak. To śmieszne, że Paul nie zwęszył pisma nosem. Zazwyczaj instynkt mu podpowiadał, 

że szykują się kłopoty. Ale zawsze był zdania, że Czyściec jest w gruncie rzeczy rajem, bo nie 

opłaca się o niego walczyć. Paul już od dawna czuł śmiertelne znużenie walką. Może spróbujesz 

jednak pospać, Mattie.

- Chyba nie mogłabym dziś zasnąć. - Głos jej drżał.

Hugh podjął nagłą decyzję.  Wstał, podszedł do Mattie  i usiadł obok. Otoczył  jej  plecy 

ramieniem.   Spróbowała   się   odsunąć.   Zignorował   drobny,   bezskuteczny   ruch   i   delikatnie   ją 

przytulił, żeby miała gdzie oprzeć głowę. Poczuł, jak ciepłe i napięte jest jej ciało.

- Zamknij oczy, Mattie

- Powiedziałam ci, że nie mogę. - Zdrętwiała. - Hugh, wolałabym, żebyś tego nie robił.

- Zamknij oczy i wyobraź sobie, że siedzisz teraz przy oknie w swoim mieszkaniu. I bardzo 

chce ci się spać.

Nie odezwała się już i przestała się odsuwać. Hugh czekał, machinalnie głaszcząc ją po 

ramieniu. W kwadrans potem stwierdził, że Mattie śpi.

Długo jeszcze siedział i cieszył się, że po tylu miesiącach może wreszcie trzymać Mattie 

przy sobie. Zastanawiał się, co Cormier poradziłby mu w tej chwili.

„Cierpliwości,  Hugh. Raz  już sobie  napaskudziłeś  do chili,  jak lubi mawiać  nasz drogi 

przyjaciel Taggart. Nie spieprz sprawy drugi raz”.

Problem   polegał   na   tym,   że   Hugh   od   wielu   miesięcy   wykazywał   niemal   anielską 

cierpliwość, nie był więc pewien, ile jeszcze mu tej cierpliwości zostało. Wszak miał czterdzieści 

lat i był samotny. W dodatku przez ostatni rok samotność bardzo go zmęczyła.

N

astępnego   ranka   Mattie   otworzyła   oczy,   zbudzona   zapachem   egzotycznych   kwiatów. 

Świeżych, intensywnie pachnących kwiatów. Ich woń unosiła się wokół niej gęstą chmurą.

Zerknęła i zobaczyła na ziemi olbrzymi bukiet, dokładnie na wprost twarzy. Składał się z 

setek jaskrawo kwitnących roślin: pomarańczowych, różowych i białych lilii, efektownej strelicji, 

helikonii   i   mnóstwa   różnych   storczyków.   Właściwie   zaś   nie   był   to   bukiet,   lecz   uroczo   nie 

uporządkowana   góra   pięknych   kwiatów.   Taka   florystyczna   rozpusta   kosztowałaby   w   Stanach 

dwieście albo i trzysta dolarów.

Mattie z uśmiechem wyciągnęła dłoń do purpurowego płatka. Był  aksamitny w dotyku. 

Hugh musiał bardzo wcześnie wstać, żeby zebrać taki ogród.

Hugh! No tak, oczywiście, to wszystko jego dzieło.

31

background image

Szybko cofnęła palce. Popatrzyła koso. Co za absurdalna piramida. Po co tyle tego usypał? 

Pojedyncza   orchidea   albo   jeden   złocistożółty   kwiat   chińskiej   róży   byłyby   znacznie   bardziej 

gustowne niż ta pstra góra.

Nie zdziwiło jej bynajmniej, że Hugh ma do dawania kwiatów talent  słonia w składzie 

porcelany. Już przed rokiem zdążyła zaobserwować, że w ogóle subtelnością nie grzeszy. 

Nawiedziło ją przykre wspomnienie jedynej nocy, którą spędziła z nim w łóżku. Na pewno 

nie kojarzyło jej się z tym przeżyciem pojęcie subtelności. Wręcz przeciwnie, przychodziło jej na 

myśl celne określenie: „Twardy, miękki i serdeczne dzięki”.

Nic   dziwnego,   że   Ariel   zerwała   zaręczyny   wkrótce   po   powrocie   z   Włoch,   skąd 

przyholowała Hugh. Wyjaśniła potem Mattie, że Hugh, jak widać, był w jej życiu tylko stadium 

przejściowym. Nierozerwalnie łączył się z Okresem Żywiołu w rozwoju jej artystycznego języka. 

Ten okres twórczy zakończył się u Ariel bardzo szybko.

Mattie   sztywno   usiadła   i   niepewnie   zaczęła   się   przeciągać,   chcąc   sprawdzić,   ile   szkód 

wyrządziło jej spanie na gołej skale. Musiała mocno zacisnąć zęby, żeby nie jęknąć. Przypomniała 

sobie jednak, że Paul Cormier już się tego dnia nie zbudzi, i tylko westchnęła.

Wstała  z  przekonaniem,  że  jest w  grocie  sama.  Rozejrzawszy się  zauważyła,  jak opadł 

poziom   wody   w   zbiorniku,   stanowiącym   normalnie   basen   portowy   dla   łodzi.   Widocznie   był 

odpływ.

Po Hugh nie było śladu. Zapewne był na zewnątrz i badał sytuację czy też robił cokolwiek 

innego, co mężczyźni zwykli robić w takich okolicznościach.

Kiedy podeszła do wylotu i wyjrzała na zewnątrz, dostrzegła małą kępę zieleni, która z 

determinacją   wsunęła   się   w   skały.   Zarówno   powyżej,   jak   i   poniżej   tego   naturalnego   występu 

piętrzył się klif. Panowały tu warunki niezwykle prymitywne, ale nie miała wyboru.

W kilka minut później wróciła do groty i umyła ręce w morskiej wodzie. Potem zajęła się 

zawartością jednej z uszatych toreb.

Wyprawa Hugh do kuchni Cormiera była krótka, ale dość owocna. Mattie znalazła jeszcze 

kilka puszek pasztetu, marynowane ostrygi, słoik oliwek, pomidory, butelkowaną źródlaną wodę i 

porcję tortu orzechowego. Było też po kawałku serów brie i stilton oraz trochę pieczywa. Hugh 

wziął nawet biały lniany obrus.

Po   dokonaniu   przeglądu   zapasów   Mattie   uznała,   że   jedynym   potencjalnie   przydatnym 

produktem śniadaniowym jest brie. Oderwała kawałek chleba i zaczęła smarować go serem.

Przeszkodził jej odgłos stąpnięcia, który dobiegł zza jej pleców. Niespokojnie drgnęła, po 

czym zerwała się na równe nogi. Trzymała w dłoni nóż, którym przed chwilą rozsmarowywała ser.

- Hugh! - Odetchnęła z ulgą. - Nie skradaj się tak więcej. Ostatnio mam słabe nerwy.

32

background image

- Przepraszam. Nie przypuszczałem, że już nie śpisz.

Zgasił latarkę i sprężystym krokiem wszedł do groty z korytarza, który poprzedniego dnia 

pokonali   razem.   Promieniował   irytującą   świeżością   i   energią.   Noc   spędzona   na   twardym, 

kamiennym podłożu najwyraźniej nie stanowiła dla niego szczególnej niewygody.

Dżinsy i koszulę khaki miał nieco poplamione, ale od poprzedniego dnia ich wygląd w 

zasadzie nie uległ zmianie. Oprócz jednodniowego zarostu Hugh nie nosił śladów przebywania w 

spartańskich warunkach. Prezentował się jak rasowy łowca przygód, zadomowiony w dziewiczych 

dżunglach, na pustyniach lub w innych miejscach, gdzie diabeł mówi dobranoc.

Do tej pory Mattie gratulowała sobie przeżycia tej nocy. Teraz nagle poczuła się słaba i 

miękka.

- Chcesz trochę chleba z serem? - Wyciągnęła do niego rękę, ale przez cały czas patrzyła w 

inną stronę.

- Dzięki. Paul zawsze twierdził, że można mieszkać na końcu świata, ale to nie powód, żeby 

rezygnować z życiowych przyjemności.

- Widzę. Pan Cormier niewątpliwie był smakoszem.

Hugh uśmiechnął się szeroko, wkładając do ust pajdę chleba z brie.

- Trzymaj się mnie, mała, a dobrze na tym wyjdziesz - powiedział.

- Dobrze na tym wyjdę? - powtórzyła Mattie, wskazując ruchem głowy stertę kwiatów.

Hugh z zadowoleniem spojrzał w tę samą stronę.

- Ładne, prawda? Znalazłem je tuż przed frontowymi  drzwiami, kiedy po przebudzeniu 

wyszedłem... No, kiedy wyszedłem.

- Dokonać porannych ablucji? - Mattie uśmiechnęła się czarująco.

- Właśnie. Czy ty też wyszłaś?

- Tak, dziękuję. - Znów spojrzała na wielobarwną stertę. - I za kwiaty też bardzo dziękuję - 

dodała uprzejmie.

Hugh spojrzał na nią surowo.

- Tylko zanadto się nie podniecaj z powodu paru kwiatów.

- O to się nie bój.

- Auć! - Odgryzł następny kęs chleba. - Znowu jesteś od rana w bojowym nastroju, co?

- Wierz mi, że na nic nie mam mniejszej ochoty niż na toczenie bojów. - Zmarszczyła czoło, 

bo jej wzrok padł na czarny wylot korytarza, którym przyszedł Hugh. - Co tam robiłeś?

- Przed świtem chciałem pochować Cormiera.

Mattie przygryzła wargę.

- Powinnam była iść z tobą.

33

background image

Pokręcił głową.

- Nic by to nie dało. Ktoś już zabrał ciało.

- Może rodzina - podsunęła zaskoczona Mattie.

- Cormier nie miał rodziny. Od śmierci żony żył samotnie. W każdym razie, ktokolwiek 

zabrał ciało, zajął się też sprzątaniem. Znikł miecz, reszta kolekcji antycznej broni i wszystko, co 

nie było przytwierdzone na stałe.

- Wielkie nieba, zupełnie zapomniałam o tym przeklętym mieczu! Czy twoim zdaniem ktoś 

mógł zabić Cormiera z powodu jego zbiorów? Ciotka Charlotte twierdziła, że tam są bezcenne 

eksponaty.

- To możliwe. Ale bardziej prawdopodobne, że ktoś, komu Paul ufał, na przykład służący, 

zanadto się przejął rewolucyjną gorączką.

-   Nie   powinieneś   był   tam   wracać   -   skrytykowała   go   Mattie.   -   Mogłeś   się   spotkać   z 

człowiekiem, który przyszedł po ciało Cormiera.

-   No   wiesz,   całkiem   głupi   nie   jestem.   Podjąłem   kilka   środków   ostrożności.   Nasze 

samochody też znikły bez śladu.

Mattie poderwała głowę.

- O Boże, w samochodzie miałam torbę. Wszystkie ubrania. I witaminy.

Hugh spojrzał na nią z komicznym wyrazem twarzy.

- Witaminy?

- Zawsze zaczynam dzień od porcji witamin.

- Po co? Źle się odżywiasz?

Zerknęła na niego gniewnie.

-   Moja   dieta,   dzięki   Bogu,   jest   bardzo   zdrowa.   Ale   uzupełniam   ją   witaminami,   żeby 

przeciwdziałać skutkom stresu i napięcia.

- Zawsze mi się zdawało, że na to dobrze robi seks.

Mattie zmrużyła oczy.

-   Nie   uprawiam   seksu   zbyt   często,   więc   muszę   uciekać   się   do   innych   technik 

przeciwdziałania stresowi.

- Nie martw się, mała. - Hugh zalśniły oczy. - Chętnie pomogę ci znaleźć lekarstwo na brak 

seksu w życiu, jest tak, jak powiedziałem. Trzymaj się mnie, a dobrze na tym wyjdziesz.

- Wypchaj się. Co twoim zdaniem stało się z samochodami?

- Ktoś musiał zapalić w nich silniki na styk. Znikły razem ze wszystkim.

- Złodzieje. - Mattie zmarszczyła nos.

- Mhm.

34

background image

Mattie zacisnęła palce na kawałku chleba z serem. Spojrzała prosto na Hugh.

- Co więc teraz zrobimy? Powiedz mi, ach, powiedz, wielki, wspaniały wodzu.

- Będziemy bardzo grzeczni, jak mawia Charlotte. Dzisiaj nie wystawiamy stąd nosa. Przy 

odrobinie   szczęścia   sytuacja   tymczasem   trochę   się   wyklaruje.   Wieczorem   wyjdę   na   spacer   i 

sprawdzę, czy znajdę dla nas jakąś łódź.

- Mamy tu przesiedzieć cały dzień? - Mattie poczuła gwałtowny niepokój.

-   Obawiam   się,   że   tak.   W   czym   problem?   Martwisz   się,   że   będziesz   musiała   ze   mną 

rozmawiać? Pomyśl tylko, ile mamy sobie do powiedzenia. Nie widzieliśmy się prawie rok.

- Rok temu nie mieliśmy sobie wiele do powiedzenia. Wątpię, czy cokolwiek się w tej 

sprawie zmieniło. - Zaczęła chować ser. Plastikowe opakowanie zatrzeszczało jej w palcach.

-   Posłuchaj,   Mattie   -   powiedział   Hugh,   ostentacyjnie   pokazując,   jaki   jest   cierpliwy.   - 

Zrządzeniem losu kilka najbliższych dni spędzisz ze mną. Nie umrzesz, jeśli spróbujesz zdobyć się 

na trochę luzu i potraktujesz mnie jak wieloletniego przyjaciela rodziny albo kogoś w tym rodzaju.

- Trudno nazwać cię przyjacielem.

- Żartujesz? Jestem najlepszym przyjacielem, na jakiego cię w tej chwili stać. Kto inny 

wydostanie cię całą i zdrową z Czyśćca?

- To szantaż. Chcesz, żebym była miła i przyjaźnie do ciebie nastawiona, bo wyświadczasz 

mi przysługę? Ciekawe, jak daleko ma się posunąć to przyjazne nastawienie? I co zrobisz, jeśli się 

okaże, że nie potrafię zdobyć się wobec ciebie na ciepłe uczucia? Może wściekniesz się i zostawisz 

mnie na Czyśćcu, jak wreszcie znajdziesz jakąś łódź?

Zareagował   błyskawicznie,   nie   dając   jej   najmniejszej   szansy   na   unik.   Jeszcze   chwilę 

wcześniej opierał się leniwie o wystający głaz, lecz nagle jego długie, mocne palce jak imadło 

chwyciły ją za nadgarstek.

- Hugh...

Z jego szarych oczu bił groźny chłód.

- Jeszcze jedna taka uwaga i nie ręczę za siebie. Rozumiesz?

- Na miłość boską, puść mnie! - Usiłowała wyrwać rękę z uścisku.

- Spokojnie,  Mattie.  Przez  osiem miesięcy  próbowałem się  z tobą  zobaczyć,  a ty mnie 

celowo unikałaś.

- A co miałam robić? Dałeś jasno do zrozumienia, że mnie nie chcesz. - Nie wiadomo skąd, 

odezwała się w niej zadawniona uraza. Korciło ją, żeby rzucić się na niego, sprawić mu taki sam 

ból, jaki sama przez niego wycierpiała. - Może się zdziwisz, ale przez ten czas doszłam do wniosku, 

że miałeś rację.

- W czym?

35

background image

- Powiedziałeś  mi, że nie jestem w twoim typie, pamiętasz? Teraz przyznaję ci rację. - 

Dumnie uniosła głowę. - I muszę dodać, że ty również nie jesteś w moim typie. Powinnam była o 

tym wiedzieć już tamtego wieczoru.

- Skąd mamy wiedzieć, że jedno nie jest w typie drugiego? Nie daliśmy sobie szansy, żeby 

sprawdzić.

- Ja ci dałam - przypomniała głosem pełnym wyrzutu. - Proponowałam, że pójdę za tobą na 

koniec świata. A ty mnie potraktowałeś odmownie.

- Powiedziałem ci już, że masz kiepskie wyczucie chwili. W zeszłym roku zawodziło cię 

nieustannie.

- Jasne. Zwal wszystko na mnie - powiedziała z rozdrażnieniem.

- Czemu nie? Zmęczyło mnie wysłuchiwanie twoich oskarżeń, że wszystko przeze mnie. A 

wyczucie czasu naprawdę masz kiepskie, mała. Ugrzęźliśmy w grocie pośrodku wyspy, na której 

odbywa się zbrojny przewrót, a ty wszczynasz głupią kłótnię. Co tu więcej mówić o wyczuciu 

chwili?

- Sam zacząłeś, Hugh.

- Naprawdę? Więc mogę również skończyć.

Pociągnął Mattie za rękę i nagle znalazła się w jego ramionach. A potem pocałował ją w 

usta dostatecznie namiętnie, by zaabsorbować wszystkie jej zmysły.

36

background image

Rozdział trzeci

H

ugh   puścił   rękę   Mattie   i   zamknął   ją   w   objęciach,   po   czym   oparł   plecy   na   głazie   i 

pociągnął ją na siebie. Leżała więc na nim, z piersiami przygniecionymi do jego torsu, a ich nogi 

tworzyły dziwną plątaninę.

Mattie ogarnęły całkowicie sprzeczne uczucia. Miała ochotę krzyczeć i kląć. Miała ochotę z 

całej siły uderzyć Hugh Abbotta. Najbardziej jednak miała ochotę wtopić się w jego żar i przeżyć 

wybuch gwałtownej męskiej namiętności, której skosztowała kilka miesięcy wcześniej.

- Tak wyglądasz, mała, jakbyś przez ten czas czekała na mnie w chłodni - mruknął Hugh. - 

Nikogo potem nie miałaś, prawda?

- Nie.

- No i dobrze. Zapowiedziałem Charlotte, żeby dała mi znać, gdyby zauważyła, że kręci się 

przy   tobie   jakiś   facet...   Ech,   mała,   doprowadzasz   mnie   do   szaleństwa.   -   Poruszył   wargami, 

miażdżąc jej usta, a dłońmi zaczął niecierpliwie ugniatać plecy. Pocałował ją w szyję i delikatnie 

skubnął zębami za płatek ucha. Dotknięcie tej małej grudki silnie oddziałało na jego zmysły.  - 

Boże, ale przyjemnie.

Mattie zamknęła oczy, wdychając woń Hugh. Wprawdzie ubranie miał przesiąknięte potem, 

ale skóra pachniała mu morską wodą. Jednodniowy zarost przesuwał się jej po policzku jak papier 

ścierny. Bardzo wyraźnie czuła rosnące z każdą chwilą podniecenie Hugh.

- Pocałuj mnie, Mattie. Pocałuj mnie tak jak wczoraj po południu, kiedy dziękowałaś mi, że 

przeprowadziłem cię przez ten labirynt. - Odchylił nieco jej głowę i znowu wycisnął na jej wargach 

agresywny pocałunek.

Reagowała na tego mężczyznę z niezwykłą gwałtownością. Poddała się jego podnieceniu i 

cicho jęknąwszy, otworzyła usta.

Hugh natychmiast przyjął zaproszenie. Łapczywie wsunął język między rozchylone wargi, a 

dłońmi sięgnął do piersi. Poczuła jego palce na guzikach jedwabnej bluzki, chwilę potem rozpiął 

stanik i już jej dotykał.

Było   coś   niecierpliwego,   gorączkowego   w   geście,   jakim   otaczał   piersi   Mattie,   zupełnie 

jakby jej kobiece kształty wprawiały go w zachwyt, a zarazem przejmowały nabożnym lękiem. W 

taki sposób dotykałby zapewne kociaka. Wielkie dłonie przesuwał po jej ciele dość niezgrabnie, ale 

ostrożnie. Mattie westchnęła, czując na sutkach ruch kciuków poznaczonych odgniotkami.

37

background image

- Tyle czasu minęło - szepnął ochryple. - Za dużo. Dlaczego przede mną uciekałaś przez ten 

rok? Mnóstwo straciliśmy.

Zsunął wielkie, ciepłe dłonie na jej brzuch, do zapięcia spodni. Słysząc cichy zgrzyt zamka 

błyskawicznego, Mattie wreszcie odzyskała zdrowy rozsądek.

Musiała pamiętać, że Hugh Abbott zawsze zmierza do celu bardzo szybko. Jeśli kobieta 

chciała powiedzieć „nie”, musiała się śpieszyć.

-   Nie   -   sapnęła,   podnosząc   się   i   odchylając   do   tyłu.   -   Stanowczo   nie.   Co   ty   sobie 

wyobrażasz?   -   Odsunęła   się   od   niego   jeszcze   dalej   i   usiadła   na   piętach.   -   Posłuchaj,   Hugh,   i 

zapamiętaj sobie: nie zamierzam mieć z tobą następnej jednodniowej przygody.

- Na miły Bóg, Mattie. - Wyciągnął do niej ramiona. Oczy wciąż lśniły mu od pożądania.

Ale Mattie już wstawała. Drżącymi palcami zaczęła zapinać ubranie.

- To niesamowite, nie mogę uwierzyć, że pozwoliłam ci na coś takiego. Jestem oślicą do 

kwadratu.

Hugh zaklął pod nosem, ale zrezygnował z dalszych prób objęcia Mattie. Z powrotem oparł 

się plecami o głaz i obserwował ją w zadumie spod przymrużonych powiek.

- Chciałaś  tego. Chciałaś  tak samo  jak ja. Nie okłamuj  mnie,  Mattie.  W tym  mnie  nie 

okłamuj.

- To pewnie wina stresu - powiedziała z wymuszonym spokojem. - Stres wywiera na ludzi 

najdziwniejszy wpływ, zupełnie nieoczekiwany.

- Stres? Nie opowiadaj dyrdymałów. Czy wy, mieszczuchy z wielkich metropolii, wszystko 

teraz tak tłumaczycie? Nawet zwykłą staroświecką chuć?

- Przypuszczam, że tobie stres nigdy nie dał się we znaki - burknęła i odsunęła się od niego 

parę kroków dalej. Tam znów usiadła, podsunęła kolana pod brodę i oplotła je ramionami.

- Nie wiem. Nie zastanawiałem się nad tym szczególnie.

- Za to na chuci wyznajesz się dobrze, prawda?

Otworzył   usta   i   już   miał   machinalnie   przytaknąć,   ale   w   ostatniej   chwili   zamknął   usta, 

wyczuwszy pułapkę.

-   Nie   sprzeczajmy   się   o   to,   mała   -   powiedział   zaskakująco   łagodnie.   -   Jesteś   bardzo 

wyczerpana nerwowo, przecież widzę. Nie zamierzałem cię przynaglać, jeśli chcesz najpierw trochę 

porozmawiać, nie mam nic przeciwko temu. Wiem, że kobiety lubią rozmowy, lubią porozumienie. 

Paul zawsze mi  tłumaczył... Ech, mniejsza o to. Rzecz w tym,  że dawno się nie widzieliśmy. 

Prawdopodobnie trochę się wstydzisz.

- Niewątpliwie. - Sarkazm był zabójczy.

38

background image

- Nie przejmuj się, mała. Mamy przed sobą cały dzień. Nie możemy nigdzie się stąd ruszyć 

aż do wieczora. Może wobec tego wygodnie się rozsiądziemy i trochę do siebie przywykniemy, 

żeby nie było nam łyso.

-   O,   Boże.   -   Mattie   omal   nie   udławiła   się   z   wrażenia.   Hugh   Abbott   pozujący   na 

nowoczesnego, subtelnego mężczyznę... to przechodziło jej wyobrażenie. - Ariel miała rację. Jesteś

beznadziejny.

- Ariel? Co ona, u diabła, ma z tym wspólnego? - spytał poirytowany.

-   Chyba   pamiętasz   moją   siostrę   Ariel?   W   zeszłym   roku   byłeś   z   nią   kilka   miesięcy 

zaręczony. Nie mów mi, że wyleciało ci to z głowy. Poznaliście się we Włoszech, dokąd pojechała 

zwiedzać galerie sztuki. Zajadaliście się tam makaronem, piliście tanie czerwone wino i o trzeciej 

nad ranem urządzaliście sprośne brewerie w sławnych fontannach. Potem wróciłeś z nią do Seattle, 

gdzie wszystkim rozpowiadaliście o swoich zaręczynach. Czy coś z tego ci się przypomina?

Hugh jęknął.

- Ariel była w moim życiu omyłką.

- Zdaję sobie z tego sprawę. Chyba przepowiedziałam ci to rok temu.

- Owszem.

- Ariel ponownie wyszła za mąż. Wiesz o tym?  Za niejakiego Flynna Graftona. Bardzo 

sympatyczny człowiek, artysta.

-   Charlotte   coś   o   tym   przebąkiwała   -   przyznał   Hugh,   nie   zdradzając   szczególnego 

zainteresowania tematem. - Mniejsza o to. Posłuchaj, Mattie, nie chcę rozmawiać o Ariel.

-   Ale   ja   chcę.   -   Sprzeciw   wypadł   jej   nadspodziewanie   gwałtownie.   -   Chcę   wiedzieć, 

dlaczego  się w niej  zakochałeś  i zamierzałeś  wziąć z nią ślub, chociaż  była  dla ciebie  jawnie 

nieodpowiednią partnerką. Chcę wiedzieć, dlaczego w ogóle nie zwróciłeś na mnie uwagi, póki 

sama ci się nie podłożyłam. I dlaczego nawet wtedy nie zrobiłeś najmniejszego wysiłku, żeby mnie 

zatrzymać.

- Skończmy z Ariel. To historia sprzed roku, a do tego omyłka, już ci powiedziałem.

- To znaczy, że ja byłam następną omyłką, tak? Czy często popełniasz tego typu omyłki, 

Hugh?

- Nie dość często, by łatwo się z nimi godzić - odpalił. - Wiedz, Mattie, że nie ty jedna 

miałaś ciężki rok. Od naszego wspólnego wieczoru nie byłem z żadną inną kobietą.

- Mam w to uwierzyć?

- Wierz sobie, w co chcesz. Ty naprawdę szukasz zaczepki. - Hugh oparł głowę o skałę i 

wlepił wzrok w morze. - Chcesz mi wyjaśnić, dlaczego?

39

background image

Przygryzła wargę. Przeraziła ją świadomość, jak niewiele jej brakuje do utraty panowania 

nad sobą. To było całkiem do niej niepodobne, obce jej charakterowi. Nie zdarzało się, żeby robiła 

sceny,   nigdy   nie   krzyczała   na   mężczyzn,   nigdy   nie   plamiła   się   żenująco   prowokacyjnym 

zachowaniem. Takie numery uchodziły Ariel. Mattie nie chciała ich nawet próbować.

Od   najwcześniejszego   dzieciństwa   to   ona   uchodziła   w   rodzinie   za   osobę   spokojną   i 

grzeczną. Tylko raz w życiu straciła zdrowy rozsądek i sprzeniewierzyła się własnym zasadom. 

Spędziła   wtedy   noc   z   Hughem   Abbottem,   czego   potem   gorzko   żałowała.   Bardzo   dobitnie 

postanowiła więc nie powtórzyć takiego błędu.

- Mniejsza o to - ucięła. - Przepraszam, że zaczęłam o tym mówić. Wiem, że jesteśmy 

skazani na siebie, póki nie wydostaniemy się z tej wyspy. Nie ma sensu się kłócić.

- Dlaczego?

Zmierzyła go morderczym spojrzeniem.

-   Powiedziałam   ci,   dlaczego.   Bo   w   tej   grocie   jesteśmy   skazani   na   siebie   i   musimy 

współpracować, póki się stąd nie wydostaniemy.

-   Nie   o   to   pytałem.   Tym   się   nie   przejmuj,   wydostanę   cię   z   Czyśćca.   Interesuje   mnie, 

dlaczego chcesz mi wypominać przeszłość i Ariel.

Kropla przelała czarę. Mattie straciła panowanie nad sobą.

- Może chcę się upewnić, że nie robię z siebie idiotki po raz drugi! - krzyknęła.

W głębokiej ciszy, która zapadła, jej słowa zdawały się bez końca odbijać echem o ściany 

groty. Ale Mattie słyszała  tylko  „idiotki, idiotki, idiotki...” Zbulwersowało ją to w najwyższym 

stopniu.

- No, to masz,  co chciałeś,  Hugh. Jesteś usatysfakcjonowany?  - szepnęła. - Daj  mi  już 

spokój, proszę cię.

Przez chwilę przyglądał się jej w milczeniu.

- Nie mogę dać ci spokoju, Mattie - powiedział. - Chcę cię.

Zadrżała i odwróciła oczy.

- Wcale mnie nie chcesz.

- Chodź do mnie, to ci pokażę. - Teraz jego głos brzmiał przymilnie, wabiąco.

Zirytowana Mattie przewróciła oczami.

- Najpierw chciałeś Ariel, więc jak to jest z tobą? Przestałeś się na siebie wściekać z jej 

powodu i zaraz zaczynasz się przymierzać  do drugiej siostry Sharpe? Nie możesz mieć jednej 

siostrzenicy Charlotte Vailcourt, ale może zadowolisz się drugą, tak?

- Cholera jasna.

Mattie mocniej przyciągnęła kolana do klatki piersiowej.

40

background image

- Wiem, że ciotka Charlotte pragnie widzieć cię w rodzinie. Bynajmniej nie robi z tego 

tajemnicy.   Twierdzi,   że   masz   dobre   geny.   Nazywa   cię   reliktem.   Według   niej   jesteś 

przeciwieństwem miękkiego, neurotycznego wymoczka, jakich teraz pełno.

- Miło jest, gdy ktoś cię docenia za lepszą stronę charakteru - burknął Hugh.

- Poprosiła cię o opiekę nad Ariel we Włoszech, bo uznała, że poprzez moją siostrę będzie 

miała największą szansę włączyć cię do swego małego programu reprodukcyjnego. Ariel zawsze 

pociągała mężczyzn, są wobec jej uroku całkiem bezsilni. Nie byłeś w tym wyjątkiem, prawda? 

Wasze zaręczyny niesamowicie podnieciły ciotkę Charlotte. Ale odkąd stało się jasne, że nic z tego 

pomysłu nie wyjdzie, usilnie stara się skojarzyć ciebie ze mną. Wyjaśniłam jej, że w zeszłym roku 

odprawiłeś mnie z kwitkiem, lecz ona twierdzi, że po prostu źle wyczułam chwilę.

- Słusznie. To samo ci powiedziałem.

- Wobec tego mam nowinę dla was obojga. Uważam, że jedna okazja wystarczy. Ty już 

swoją miałeś i z niej nie skorzystałeś, Hugh. Nie obchodzi mnie, jaką akcję promocyjną zorganizuje 

ci ciotka ani jak dużego poparcia finansowego jest gotowa nam udzielić, gdy się pobierzemy.

Po tych słowach Mattie natychmiast zrozumiała, że posunęła się za daleko. Wyczytała to z 

lodowatego spojrzenia Hugh. Przez chwilę panowało między nimi groźne milczenie, wnet jednak 

głos rozsądku kazał jej się zerwać z ziemi. Nie wiedziała, dokąd ma uciec, ale była pewna, że 

powinna to zrobić jak najprędzej.

Była jednak bez szans. Hugh popisał się niezwykłą szybkością i gibkością. Zacisnął dłonie 

na jej przedramionach i przytrzymał ją nieruchomo przed sobą. Rok ćwiczenia aerobiku okazał się 

niczym wobec manifestacji męskiej siły.

- Przeprosisz mnie za tę uwagę - syknął złowieszczo. - Natychmiast ją odwołasz. Powiesz, 

że jest ci bardzo, bardzo przykro z powodu tego, co powiedziałaś.

Mattie spojrzała znacząco na jego dłonie.

- Oczywiście, Hugh. Jak sobie życzysz. Jesteś o wiele większy i silniejszy ode mnie, a ja 

przez niefortunny zbieg okoliczności muszę tu z tobą siedzieć, więc powiedz po prostu, co chcesz 

usłyszeć, to powtórzę.

Spojrzał na nią tak, jakby wzbudziła w nim podziw.

- Chcesz kusić los, hę?

- Co tu kusić? Odkąd przyleciałam na Czyściec, los mi wyraźnie nie sprzyja. Puść mnie 

Hugh, proszę.

- Najpierw przeproś. Inaczej będziemy tu stali do sądnego dnia.

Uwierzyła mu.

41

background image

-   W   porządku.   Przepraszam   za   aluzję,   że   ciotka   Charlotte   usiłowała   cię   kupić. 

Usatysfakcjonowany?

Przez kilka sekund wcale nie sprawiał takiego wrażenia. Po chwili jednak zaklął soczyście i 

dosadnie, po czym nagle zwolnił chwyt. Przeczesał palcami włosy.

- Umiesz ty mi zaleźć za skórę - powiedział. - Wiesz, gdzie uderzyć.

Mattie przyglądała mu się z napięciem.

- Hugh, to nie ma sensu. Przestańmy się kłócić. Kto wie, jak długo przyjdzie nam razem 

siedzieć w tej grocie?

Przesłał jej uważne spojrzenie.

- Czy nic dla ciebie nie znaczy, że przez ostatnie osiem miesięcy starałem się naprawić ten 

głupi błąd, który popełniłem rok temu?

Splotła dłonie.

- Właśnie w tym rzecz. Rok temu wcale nie popełniłeś błędu. Całkiem słusznie odrzuciłeś 

moją absurdalną propozycję. Mamy zupełnie błędne wyobrażenia o sobie, Hugh. Teraz zdaję sobie 

z tego sprawę. Nie mogę tylko pojąć, czemu zmieniłeś zdanie.

- Z pewnością nie dlatego, że za ślub z tobą Charlotte Vailcourt obiecała mi pomoc albo 

tłustą premię - odpalił.

Mattie przygryzła dolną wargę.

- Wiem. Przepraszam cię. Niepotrzebnie się uniosłam. Boże, przecież ja nigdy nie tracę 

nerwów. Nie wiem, co tym razem we mnie wstąpiło.

Hugh przez chwilę milczał. Jedynym dźwiękiem słyszalnym w grocie było pluszczące echo 

wody obijającej się o skały. Wreszcie w kąciku ust Hugh pojawił się wątły uśmiech.

- Niech mnie kule biją - parsknął.

Mattie zerknęła na niego podejrzliwie.

- Co cię tak śmieszy?

- Nic. Właśnie pomyślałem sobie, że bez przerwy wtykasz mi szpile, gdzie się da. Może to 

dobry znak.

Zdziwiona zamrugała.

- Dobry znak?

- Tak. Pomyśl tylko. - Na wargach wykwitł mu szeroki uśmiech samozadowolenia. - Nie 

byłabyś   taka   drażliwa   na   punkcie   naszych   wzajemnych   stosunków,   gdybyś   naprawdę   straciła 

zainteresowanie moją osobą. Nie mam racji? Nie zadawałabyś sobie tyle trudu, żeby unikać mnie 

przez okrągły rok. Tymczasem w mojej obecności stajesz się nerwowa, bo wciąż cię pociągam, a ty 

42

background image

boisz się ponownego rozczarowania i urazy. Stąd twoje gwałtowne reakcje. Jestem gotów założyć 

się o grubą stawkę.

Mattie uniosła brwi. To była dla niej zupełnie nowa twarz Hugh.

- Odkąd to stałeś się autorytetem w sprawach analizy stosunków interpersonalnych?

- Ty lubisz sądzić, że w kwestiach uczuciowych jestem czymś w rodzaju neandertalczyka. 

Dlaczego, Mattie? Czy przez to czujesz się lepsza?

- Wiesz przecież, że nie tylko ja tak uważam - bąknęła.

- Czyli znowu mówimy o Ariel, tak? Co do niej, to nie wątpię, że uważa mnie za osobnika z 

epoki kamiennej. Dlatego przede wszystkim się mną zainteresowała. Szukała we mnie inspiracji do 

tych swoich cholernych malowideł. Sądzisz, że w końcu do tego nie doszedłem?

Mattie zarumieniła się i dyskretnie odkaszlnęła, bo zrobiło jej się sucho w gardle.

- Prawdę mówiąc, nie wiedziałam, że zdajesz sobie z tego sprawę. No tak, nie wiedziałam. 

Kiedy wróciliście razem z Włoch i ogłosiliście zaręczyny, wyglądałeś na diabelnie zadowolonego z 

siebie, Hugh.

Poskrobał się po karku.

-   Bo   byłem   zadowolony.   Ariel   jest   piękną   dziewczyną,   a   czas   był   jak   najbardziej 

odpowiedni. Akurat przymierzałem się do rezygnacji z wykonywania dziwnych zleceń Charlotte i 

rozruszania pełną parą własnego interesu na Saint Gabriel. Szukałem więc żony, którą mógłbym 

zabrać z sobą na wyspę. Charlotte poznała mnie ze swoją siostrzenicą, zlecając mi opiekę nad Ariel 

podczas pobytu we Włoszech. Liczyła, że będziemy do siebie pasowali, tak w każdym razie później 

mi powiedziała.

- Rozumiem.

- No, więc szukałem żony, a Ariel nawinęła mi się jak na zawołanie. Wszystko wyglądało 

bardzo obiecująco. Komplet szczęścia do wzięcia.

- Pięknie, Hugh, ale zapomnij już o tym.

- Bardzo chętnie zapomnę Ariel - przyznał. - Ale nie ciebie. Od ciebie chcę jeszcze jednej 

szansy, Mattie.

- Po co? Bo nadal szukasz żony i sądzisz, że łatwiej mnie będzie namówić do przeprowadzki 

na koniec świata?

Zmarszczył czoło.

- Rok temu powiedziałaś, że poszłabyś za mną wszędzie.

- To było rok temu - podkreśliła Mattie z figlarnym uśmieszkiem. - A teraz przestańmy 

wałkować przeszłość i zacznijmy rozmowę o najbliższej przyszłości. W jaki sposób zamierzasz 

znaleźć dla nas łódź i dokąd popłyniemy, jeśli ci się to uda?

43

background image

Hugh zastanawiał się przez dłuższą chwilę nad jej miną. Wreszcie wzruszył ramionami i 

odwzajemnił uśmiech.

- Łodzią  się nie przejmuj, to mój  kłopot. A  dokąd popłyniemy,  to się okaże. Najpierw 

zobaczymy, jaką łódź zwędzę i ile będzie miała paliwa. Nie zaprzątaj sobie swojej ślicznej główki 

takimi nieistotnymi szczegółami, Mattie.

Założyła ręce na brzuchu i spojrzała na niego złym wzrokiem.

- Znakomicie. Składam wszystko na twoją głowę.

- Nie krępuj się. My, neandertalczycy, mamy swoje sposoby.

Mattie zorientowała się, że Hugh nie zamierza podzielić się z nią planami kradzieży łodzi. 

Westchnęła   i   posępnie   rozejrzała   się   po   jaskini.   Potem   zerknęła   na   plamy   krwi,   znaczące   jej 

jedwabną bluzkę i spodnie.

- Dałabym wszystko za gorący prysznic i możliwość zmiany ubrania - mruknęła.

- Gorącego prysznica nie ma, ale wykąpać się możesz bez kłopotu. Wytrzesz się jedną ze 

ścierek, które zabrałem z kuchni Cormiera. Przy takim upale wyschniesz, ani się obejrzysz. - Hugh 

podszedł do wylotu groty i wyciągnął pistolet zza pasa. Leniwie sprawdził magazynek.

- Chcesz powiedzieć, że mogę się wykąpać tu, w grocie? - Mattie zmierzyła  wzrokiem 

niewielkie fale, rozpryskujące się o brzegi naturalnego zbiornika słonej wody.

- Czemu nie? Ja się rano wykąpałem. Całkiem miłe uczucie. Potem będziesz trochę się 

lepiła z powodu soli, ale sól schodzi.

Mattie usiłowała przeniknąć spojrzeniem w głąb jeziorka.

- Nie widzę dna.

- To nie nurkuj po perły. - Z powrotem wsunął pistolet za pas i wyciągnął z kieszeni kilka 

naboi. - Ten, kto zabrał ciało Cormiera, musiał też wziąć jego Berettę. Paul zawsze ją nosił przy 

sobie.  Znalazłem   kilka  zapasowych  naboi,  ale   pistoletu  nie.  Cormier   prawdopodobnie  zginął  z 

bronią w ręku.

Mattie przypomniała sobie o zdobyczy, którą ukryła w torebce.

-   Mówisz   o   takim   paskudnym,   strzelającym   żelastwie?   W   kolorze   mniej   więcej 

ohydnoniebieskim?

Hugh obrócił głowę.

- Paskudne jest dla tego, kto je widzi. Paul uwielbiał tę Berettę. Widziałaś ją?

Mattie skinęła głową i podeszła do miejsca, w którym leżała jej torebka.

- Pistolet wzięłam ze sobą. Nie umiałam przewidzieć, co albo kto spotka mnie jeszcze po 

drodze na lotnisko. - Otworzyła torebkę i wyciągnęła z niej ciężki, masywny pistolet. - Masz. Tego 

szukasz?

44

background image

Hugh podszedł i wziął od niej broń.

- No, no. Niech mnie kule biją. - Spojrzał na nią ze szczerym uznaniem. - Świetna robota, 

mała. Podwoiłaś naszą siłę ognia.

Mattie zgrzytnęła zębami.

- Dość tego. Niech nigdy więcej, bez względu na okoliczności, nie przyjdzie ci do głowy 

nazwać mnie „małą”. Rozumiesz?

- Oj, mała, coś jesteś dzisiaj narwana. Przypuszczam, że ostatnio przeżyty stres spowodował 

u ciebie silne napięcie.

- Hugh!

- To co, idziesz popływać?

- Właśnie się zastanawiam. - Spojrzała na ciemną powierzchnię wody. Czuła wewnętrzne 

rozdarcie. Bardzo chciała zmyć z siebie pot i krew z poprzedniego dnia, bała się jednak wejść do tej 

bezdennej sadzawki. - A gdzie będziesz w czasie, gdy ja się będę kąpała?

- Nigdzie. - Załadował pistolet Cormiera pełnym magazynkiem. - Po prostu usiądę tutaj i 

będę patrzył.

Spojrzała na niego bardzo kwaśno.

- Wobec tego rezygnuję z pływania.

Hugh radośnie wyszczerzył zęby.

- No, no. Tylko żartowałem. Jeśli sobie życzysz, to odwrócę się plecami do jeziorka i będę 

oglądał morze. W każdym razie już i tak widziałem cię nago.

- Tamtego wieczoru byłeś zbyt pijany, żeby cokolwiek zostało ci w pamięci.

-   Niezupełnie   -   zapewnił   ją.   Nadal   uśmiechał   się   od   ucha   do   ucha   i   nie   wykazywał 

najmniejszych  objawów skruchy.  - Gdybym  był  taki  pijany,  jak mówisz,  nie byłbym  w  stanie 

postawić żagla, a nie przypominam sobie, żebym miał z tym kłopoty. Pamiętam też wszystko, co 

widziałem.   I   czego   dotykałem.   Wierz   mi,   że   przez   ostatni   rok   dużo   o   tobie   myślałem.   Nie 

zapomniałem niczego. Byłaś naprana i absolutnie szalona. Nie spodziewałem się tego. Słowo daję, 

nie uwierzyłby w to nikt, kto widział, jak ubierasz się do pracy.

- Czy musisz być taki ordynarny?

- Bardzo mnie bawi oglądanie twojego jaskrawego rumieńca.

- To baw się i oglądaj, bo więcej nic ciekawego dziś nie zobaczysz. Jakoś zniosę upał, brud i 

pot. Skoro ty możesz, to ja też.

- Ja mogę na pewno. Powiem ci zresztą, choć może wydam się przez to jeszcze bardziej 

ordynarny, że w takim stanie jak teraz masz w sobie coś bardzo seksownego. Chyba najbardziej mi 

45

background image

się podobasz, kiedy nie jesteś czyściutka i odprasowana, gotowa wciskać bezcenne dzieła sztuki 

tym frajerom, których nazywasz klientami.

- Wcale mnie nie dziwi, że Ariel miała cię dość.

- No, no, no. Umówiliśmy się, że nie będziemy rozmawiać o przeszłości, pamiętasz? Ariel 

tutaj nie ma. Tylko ja i ty, mała.

- Nie nazywaj mnie „małą”!

- Ano tak. Zapomniałem. Zamyśliłem się.

-   Jak   mogłeś   się   zamyślić?   -   prychnęła   wściekle   Mattie,   znów   balansując   na   granicy 

samokontroli. - Nie podejrzewałam cię w ogóle o zdolność myślenia.

- W takim razie - odparł z niewzruszoną logiką - nie rozumiem, jak możesz obarczać mnie 

odpowiedzialnością za przejęzyczenia.

Mattie zdusiła przekleństwo. Mgliście uświadomiła sobie, że nie wiadomo dlaczego poczuła 

się nagle znacznie lepiej. Nie czuła się jeszcze tak dobrze, odkąd przestąpiła próg domu Cormiera. 

Najwyraźniej wrzeszczenie na Hugh miało walor terapeutyczny. A ona stanowczo miała ochotę na 

kąpiel.

- Słuchaj, pójdziemy na układ - powiedziała Mattie, wspierając się pod biodra.

- To brzmi interesująco. - Hugh badał pistolet Cormiera. - Na jaki układ?

- Obiecaj mi, że w czasie gdy urządzę sobie krótką kąpiel, będziesz siedział przy wylocie 

groty, plecami do jeziorka. W zamian za to masz moje słowo, że nie wspomnę już ani razu naszej 

niefortunnej jednonocnej przygody z ubiegłego roku, która była wyjątkowo żenująca. Zgoda?

Hugh zdawał się rozważać proponowane warunki. Potem energicznie skinął głową. Nigdy 

nie namyślał się długo.

- Stoi - powiedział.

Mattie mu nie ufała. Za bardzo starał się przybrać minę niewiniątka.

- Idź na zewnątrz i patrz na mewy albo na co tam chcesz. - Zaczęła rozpinać guziki.

- Dobra, niech będą mewy. - Hugh posłusznie udał się do wylotu groty i usiadł na skalnej 

półce. Rozparł się swobodnie, jedną nogę w wysokim bucie oparł o występ. - Zawołaj, jak się 

wykąpiesz.

Nie spuszczając Hugh z oka, Mattie zdjęła fatalnie pogniecioną bluzkę oraz spodnie. Gdy 

została już tylko w staniku i majtkach, zawahała się na moment. Nie była pewna, czy Hugh się 

zaraz nie odwróci.

Podeszła do brzegu zbiornika i zanurzyła w czarnej wodzie duży palec u nogi. Poczuła miły, 

zachęcający chłód. Usiadła na brzegu i zaczęła machać nogami w wodzie. Potem rozpięła haftkę i 

pozbyła się skromnego staniczka.

46

background image

W   wodzie   na   chwilę   przykucnęła   i   zsunęła   z   bioder   bawełniane   majteczki   bikini. 

Wyciągnęła je z wody, wyżęła i położyła na skale, żeby podeschły. Wiedziała, że będzie musiała 

włożyć z powrotem wilgotne, ale jej to nie przeszkadzało. Postanowiła dosuszyć je na sobie.

Nieufnie   zaczęła   płynąć   ku   przeciwległemu   brzegowi   zbiornika.   Próbowała   się 

przyzwyczaić do wrażenia bezkresnej głębi pod spodem. Pływanie na pewno nie było tak miłe jak 

w   morskiej   zatoczce   z   falami   i   białym   piaskiem   na   dnie,   ale   mimo   wszystko   sprawiło   jej 

przyjemność, już sam ruch w wodzie ją uspokajał. Wiedziała, że ćwiczenia fizyczne bardzo dobrze 

robią na stres.

Dopłynęła prawie do wylotu groty, przy którym siedział obrócony do niej plecami Hugh, i 

zawróciła. Tak ją to ożywiło, że powtórzyła tę trasę jeszcze kilka razy. Nagle coś musnęło jej nogę 

tuż przy powierzchni wody.

- Hugh! - Krzyk Mattie odbił się echem o sklepienie groty.

Hugh zerwał się ze skalnej półki i błyskawicznie znalazł się na brzegu zbiornika w miejscu, 

do którego po chwili dopłynęła Mattie, w panice rozchlapując wodę. Pochylił się i wyciągnął do 

niej wielkie, mocne dłonie. Mattie instynktownie chwyciła go za palce. Hugh uniósł ją bez wysiłku 

i postawił na brzegu nagą, mokrą i lśniącą.

- Coś... coś było w wodzie. - Roztrzęsiona Mattie odrzuciła z twarzy zmoczone włosy i 

wbiła przerażony wzrok w złowrogie jeziorko. - Poczułam to. Dotknęło mojej nogi.

- Prawdopodobnie zwykły wodorost. A może ławica rybek.

- To mógł być  rekin albo coś podobnego. Nienawidzę miejsc, w których pływa się nie 

widząc dna. - Mattie zadrżała i założyła ramiona na piersi. Poniewczasie uświadomiła sobie, że stoi 

na skale kompletnie naga. Natychmiast podniosła głowę i stwierdziła, że Hugh przygląda jej się z 

nie ukrywanym zachwytem. W oczach migotały mu wesołe ogniki.

-   W   rekina   wątpię,   mała   -   powiedział   łagodnie.   -   Nie   wbijaj   sobie   do   głowy   takich 

koszmarów. Przy wylocie groty wpada do wnętrza dosyć światła, żeby widzieć dno tego jeziorka. 

Zauważyłbym, gdyby pływało w nim coś tak dużego jak rekin.

- Obróć się - wysyczała przez zaciśnięte zęby.

- Po co? Stało się. Zresztą i tak zamierzałem popatrzeć. Czekałem tylko, aż wyjdziesz z 

wody.

- Jesteś... - zaczęła Mattie, oddalając się z godnością do miejsca, w którym zostawiła lnianą 

ścierkę. - jesteś pełzającym, oślizgłym, tchórzliwym, dwulicowym, kłamliwym gadem.

- Wiem - przyznał potulnie Hugh. - Ale chciałem dobrze. Przeważnie chcę dobrze.

47

background image

- Gdzie właściwie znalazła cię ciotka Charlotte? - Mattie w rekordowym tempie naciągnęła 

spodnie i bluzkę, świadoma tego, że Hugh przygląda się każdemu jej gestowi z żalem i żarem w 

oczach.

- Pod głazem - powiedział beznamiętnie.

Zmarszczyła czoło i zdziwiona spojrzała na niego przez ramię.

- Co masz na myśli?

Hugh wzruszył ramionami.

- A gdzie się znajduje pełzające, oślizgłe, tchórzliwe, dwulicowe, kłamliwe gady?

- Dobre pytanie. - Nie zamierzała wystąpić z przeprosinami. Już ubrana, zmiażdżyła go 

wzrokiem. - Dziękuję, że tak szybko wyciągnąłeś mnie z wody.

Uśmiechnął się do niej, pokazując wszystkie zęby.

- To mi się w tobie podoba, mała. Zawsze pamiętasz o dobrych manierach, nawet kiedy 

jesteś maksymalnie wkurzona. Nawiasem mówiąc, bez ubrania prezentujesz się jeszcze lepiej niż 

rok temu. Masz wyraźniej zarysowane ramiona, śliczną, jędrną pupkę i długie nogi. Rok temu też 

nie można jej było nic zarzucić. Ale teraz nabrała jędrności. Ćwiczysz, co?

- Idź do diabła, Hugh.

Zatoczył ramieniem krąg, jakby chciał objąć nim całą wyspę zwaną Czyśćcem.

- Nie widzisz, mała? Już jesteśmy u diabła. Oboje.

B

rakowało jeszcze paru godzin do świtu, gdy Hugh wreszcie zmaterializował się w grocie. 

Mattie,   która   niecierpliwie   wyczekiwała   powrotu   zwiadowcy,   próbowała   wyczytać   coś   z   jego 

twarzy, majaczącej w kręgu rozproszonego światła wokół latarki. Pomyślała z niepokojem, że Hugh 

wydaje   się   zimny   i   okrutny,   znowu   taki   jak   zwykle.   Wesołe   ogniki,   które   pobłyskiwały   mu 

wcześniej w oczach, dawno zgasły. Hugh Abbott wrócił do pracy. A ciotka Charlotte powiedziała 

kiedyś, że nikt nie pracuje tak jak on.

- Znalazłeś łódź? - spytała Mattie.

-   Owszem.   -   Przyklęknął   koło   uszatych   toreb   sprawdzając,   czy   są   odpowiednio 

zabezpieczone. - Solidną motorówkę. Wygląda na szybką. Pełne baki. Może nas stąd zabrać, ale 

mamy do niej tylko jedno podejście. - Spojrzał na Mattie. - Rozumiesz, co mówię? Będziesz robić 

dokładnie to, co ci każę, i buzia na kłódkę.

- Rozumiem - potwierdziła Mattie. Drżały jej palce trzymające latarkę. Wiedziała, że to, co 

mają zrobić, jest niebezpieczne.

48

background image

- W porządku. - Wstał i wziął z ziemi jedną torbę. Drugą podał Mattie. - Przy pierwszej 

oznace kłopotów do diabła z tymi torbami. Mogą nam się przydać na morzu, ale w razie czego 

przeżyjemy bez pomidorów i sera brie. - Gotowa?

Spojrzała na pistolety, które miał Hugh, jeden za pasem, drugi w dłoni. Udomowiony wilk 

ciotki Charlotte wyruszał na łowy.

- Tak - powiedziała Mattie, czując gwałtowne bicie serca, - Gotowa.

- Poradzisz sobie z przejściem przez te podziemne korytarze?

- Chyba tak. Tylko musimy się śpieszyć.

- Pośpieszymy się - obiecał. - No, to chodź, mała. Trzymaj się blisko mnie.

Po   wejściu   do   przerażającego   labiryntu   na   moment   przymknęła   powieki.   Uświadomiła 

sobie, że wcale nie będzie jej łatwiej niż za pierwszym razem. Przygryzła wargę i skupiła się na 

prącej naprzód postaci Hugh. Desperacko odpychała od siebie myśli o koszmarach z dawnych lat, o 

swoich klęskach i lękach. Teraz był tylko Hugh, jedyny ośrodek jej ciasnego, ograniczonego świata.

Raz czy dwa podczas tej nie kończącej się podróży Hugh obejrzał się za siebie, ale nie 

odezwał się ani słowem. Mattie była mu za to wdzięczna. Dość miała problemów z poczuciem 

uwięzienia w podziemnej pułapce, żeby miała siłę znosić jeszcze współczucie Hugh.

Zanim dotarli do bliźniaczych wodospadów, znaczących wejście do labiryntu, pot ściekał po 

niej strumieniami. Pomyślała jednak nie bez dumy, że udało jej się ani razu nie krzyknąć.

Hugh przekroczył ścianę wodospadów i natychmiast pochłonęła go dżungla. Podążająca za 

nim Mattie miała wrażenie, że godzinami przedzierają się przez nieziemski zielony gąszcz, ale w 

rzeczywistości zajęło im to chyba nie więcej niż czterdzieści minut. W końcu zobaczyli piaszczysty 

brzeg sporej i bardzo malowniczej zatoczki.

W   księżycowym   świetle   ich   oczom   ukazała   się   zgrabna   łódź,   najprawdopodobniej 

wyposażona w silnik dużej mocy. Kołysała się ospale przy starym, przegniłym pomoście. 

Hugh przystanął na skraju dżungli i potoczył wzrokiem po zatoczce i okolicach. Przysunął 

usta do ucha Mattie.

- Biegnij prosto do łodzi. Właź do środka, połóż się płasko na dnie i czekaj. Jasne?

- Jasne.

Wszystko jest kryształowo jasne, pomyślała Mattie, startując do biegu, już miała wypaść z 

zarośli, gdy Hugh chwycił ją za ramię i pociągnął z powrotem w gęstwinę.

- Cholera - mruknął.

Mattie zdała sobie sprawę, że leci twarzą w dół ku ciepłej, spulchnionej wilgocią ziemi. W 

tej samej chwili nad romantycznie oświetloną zatoczką rozległy się strzały.

49

background image

Rozdział czwarty

C

isza. Nienaturalna, przerażająca cisza. Zbyt głęboka, by była normalna.

Mattie leżała nieruchomo; nie śmiała odetchnąć. Twarz miała zanurzoną w stercie gnijącej 

roślinności.   Przygniatało   ją   olbrzymie   ciało   Hugh,   który   leżał   na   niej   z   pistoletem   w   dłoni. 

Wyczuwała u niego napięcie i gotowość do walki.

- Nie ruszaj się - prawie niesłyszalnie szepnął jej do ucha.

Skinęła głową, żeby pokazać, że zrozumiała. Z trudem łapała powietrze. Nie było sensu 

klarować Hugh, że i tak nie mogłaby się poruszyć, nawet gdyby chciała. Ważył przynajmniej tonę.

Złowroga cisza, która zawisła nad zatoczką, trwała dalej. Mattie miała wrażenie, że mijają 

miesiące, lata, wieki. W końcu zaczęła się zastanawiać, co dalej. Gdy pierwsze przerażenie ustąpiło,

wyczekiwanie stało się dość nużące. Właśnie doszła do wniosku, że będzie musiała pogodzić się ze 

zmniejszeniem rozmiaru swoich i tak niezbyt okazałych piersi, gdy Hugh się poruszył.

Nie towarzyszył  temu żaden dźwięk, ale Mattie poczuła, jak Hugh wepchnął jej w dłoń 

kolbę Beretty. Ułożył jej palec na jakimś metalowym dzyndzlu.

- Bezpiecznik. Musisz go zwolnić, zanim pociągniesz za spust. Kapujesz? - I tym razem 

Hugh szepnął to wprost do jej ucha.

Mattie   zastanawiała   się,   czy   nie   powinna   mu   opowiedzieć,   jak   skąpo   wyglądają   jej 

doświadczenia   z   zestawem   „Mały   rewolwerowiec”.   Uznała   jednak,   że   teraz   nie   czas   na   takie 

tłumaczenia. Nic Hugh po informacji, że w życiu nie trzymała w dłoni prawdziwego pistoletu, a co 

dopiero mówić o strzelaniu. Delikatnie skinęła głową wiedząc, że Hugh wyczuje tę odpowiedź.

- Nie ruszaj się stąd - nakazał. - Zaraz wrócę. I pamiętaj, na miły Bóg, dobrze się rozejrzyj, 

zanim pociągniesz za spust. Nie chcę skończyć tak jak Cormier.

Wspomnienie   zakrwawionego   torsu   Paula   Cormiera   na   chwilę   całkiem   oślepiło   Mattie. 

Zamknęła dłoń na kolbie pistoletu i zacisnęła zęby, żeby nie wykrzyczeć sprzeciwu. Nagle zrobiło 

jej się lekko. To Hugh przestał wprasowywać ją w ziemię - w jednej chwili zniknął w dżungli.

Leżała  nieruchomo,  gdzie jej kazano, i w napięciu  nasłuchiwała,  czy dolecą ją odgłosy 

przedzierania się przez gąszcz. Nie usłyszała niczego.

To dziwne, ale bezszelestne przemieszczanie się Hugh wydało jej się równie przerażające 

jak   złowroga   cisza   nad   zatoczką.   I   bardzo   wymowne.   Stanowiło   jawny   dowód 

niekonwencjonalnego trybu życia Hugh. Mattie zaczęła zastanawiać się ponuro, jak mogła w ogóle 

50

background image

rozważać   małżeństwo   z   Hughem.   Zdecydowanie   nie   był   w   jej   typie.   Nie   mieli   ze   sobą   nic 

wspólnego.

Odpowiedź była oczywiście absurdalnie prosta. Mattie sądziła w swoim czasie, że jest w 

tym człowieku zakochana. Miała niezachwianą pewność, że łączy ich głęboka więź, a ona może 

zrozumieć go lepiej niż jakakolwiek inna kobieta na świecie. Miała też pewność, że Hugh jest 

samotny i potrzebuje jej tak samo jak ona jego. Tymczasem w związku z tym wszystkim tylko 

jedno było pewne, a mianowicie jej bezbrzeżna głupota.

Gdzieś z prawej strony rozległ się trzask. Mattie zamarła jak sarna, pochwycona na drodze 

w światła samochodowych reflektorów.

Następny trzask był głośniejszy. Wydało jej się też, że słyszy czyjeś dyszenie.

Nie mógł to być Hugh. Nie robiłby tyle hałasu.

Powoli odwróciła  głowę, zaciskając  dłoń  na kolbie  pistoletu.  Nad malowniczą  zatoczką 

rozbrzmiał grzmot kolejnego strzału. Mattie znowu zamarła.

Trzaski również ustały. Zapadła cisza. Wieki ciszy.

I znowu coś trzasnęło. Tym razem bliżej.

Mattie   miała   przykre   wrażenie,   że   nieznany   człowiek   idzie   wprost   ku   jej   kryjówce. 

Ostrożnie usiadła i oparła się o obrośnięty lianami pień drzewa. Liany cicho zaszeleściły, jakby za 

jej plecami wiły się w gnieździe węże. Mattie zdołała jednak nad sobą zapanować i nie odskoczyła 

od drzewa.

Ujęła oburącz Berettę i skierowała mniej więcej tam, skąd dochodziły trzaski. Z odległego 

krańca zatoczki dobiegły ją jakieś hałasy. Rozległ się przenikliwy krzyk człowieka, załamał się 

jednak po chwili, zduszony.

Mattie ani drgnęła. Była prawie pewna, że nie był to krzyk Hugh, ale niczego więcej nie 

potrafiłaby powiedzieć. Trzymała pistolet wycelowany w plątaninę liści i pnączy znajdujących się 

na wprost niej.

Trzaski   stały   się   wyraźnie   głośniejsze,   jakby   ktoś,   kto   przedtem   czołgał   się   po   ziemi, 

usiłował   biegiem   pokonać   dystans   do   piaszczystego   brzegu.   W   tej   chwili   do   Mattie   dotarło 

prawdziwe znaczenie tych odgłosów. Ktoś chciał zabrać ich łódź.

Myśl o następnym przemarszu podziemnymi korytarzami i jeszcze jednym dniu spędzonym 

w grocie, zanim Hugh znajdzie nową łódź, dodały Mattie energii. Zacisnęła palce na Beretcie.

Niecałe pół metra od niej wypadł z gąszczu wielki facet. Nie patrząc pod nogi, popędził ku 

morzu.

- Zostaw łódź - powiedziała Mattie, biorąc go na cel. - Jest nasza.

51

background image

Do świtu było już dostatecznie blisko, by mogła dojrzeć zdumioną minę, jaka wykwitła na 

zbirowatej twarzy mężczyzny. Stanął jak wryty i spojrzał w dół, dokładnie tam, gdzie pod drzewem 

siedziała Mattie, dzierżąc w wyciągniętych dłoniach pistolet.

- Co to ma być, kurwa? - Facet zamrugał. Jego początkowe zdumienie ustąpiło miejsca 

wściekłości. - Daj mi tę pukawkę, paniusiu - syknął.

Wyciągnął w jej stronę otłuszczoną rękę, zamierzając odebrać jej broń tak jak dziecku.

Mattie   przez  moment   gorączkowo  przesuwała  palcem  po metalu,  aż  wreszcie   trafiła   na 

bezpiecznik. Bez słowa go przesunęła. Z dzielącej ich odległości cichy trzask zabrzmiał bardzo 

głośno.

- Cholerny babsztyl. - Tłusta łapa natychmiast się cofnęła.

- Nie ruszaj się - powiedziała Mattie bardzo cicho, wciąż trzymając pistolet wymierzony w 

tułów mężczyzny. - Ani pół kroku.

- Łódź nie jest twoja.

- Na razie jest - odparła. To zadziwiające, jak szybko zasady uznawane przez człowieka 

niemal od urodzenia przestają obowiązywać w chwili, gdy chodzi o życie, pomyślała. Niewątpliwie 

winę za to ponosił stres. Mattie nigdy nie ukradła najmniejszego przedmiotu, a teraz nagle brała 

udział w kradzieży na dużą skalę.

-   Posłuchaj,   paniusiu,   dogadajmy   się   -   powiedział   nerwowo   mężczyzna.   Przerwały   mu 

odgłosy dochodzące z brzegu. Szybko odwrócił się ku łodzi.

Mattie również zaryzykowała zerknięcie w tamtą stronę i ujrzała Hugh, wyłaniającego się z 

dżungli przy drugim końcu zatoczki. Trzymał w dłoni gotowy do strzału pistolet i prowadził przed 

sobą niskiego, żylastego człowieczka.

- Mattie? - odezwał się cicho, gdy zbliżył się do jej kryjówki. - Już w porządku, mała, 

możesz wyjść. Pośpiesz się, bo musimy zwijać żagle.

- Hej, Hugh, mamy tu kłopot.

- O co chodzi? - W tej właśnie chwili Hugh znalazł się dostatecznie blisko, by zachwycić się 

przepięknym obrazem. Urodziwa kobieta siedziała pod drzewem w dżungli i mierzyła z pistoletu w 

kilometrowego   faceta.   Natomiast   człowieczek   idący   przed   nim   obrzucił   giganta   stekiem 

przekleństw.

-   Niech   cię   kobyła   kopnie   w   twój   żałosny   kuper,   Gibbs.   Wiedziałem,   że   chcesz   mi 

podpieprzyć łódź. Dobrze to wiedziałem. - Facecik energicznie splunął na piach. - Zawsze byłeś 

zasmarkanym sukinsynem.

- Ta łódź jest tak samo twoja, jak i moja, Rosey – odparł ponuro wielkolud. - Wiedziałem, 

że będziesz chciał stąd spływać dzisiaj rano. Dobry kumpel nigdy nie zawiedzie. Za słodko wczoraj 

52

background image

nawijałeś o tym, jak to zwiejemy razem. O dupę potłuc takie gadanie. Ale nic z tego. Nigdzie beze 

mnie nie pojedziesz, słyszysz?

- Panowie, chwileczkę - wtrącił się Hugh. - Pohamujcie się trochę. To nie jest czas ani 

miejsce na kłótnie.

- Tak? I kto to mówi? - Facecik nazwiskiem Rosey spojrzał na Hugh tak, jakby chciał go 

rozdeptać. - Wcale nie jesteś lepszy od tego śmiecia Gibbsa. Nawet gorszy. Chcesz mi podkręcić 

łódź, co?

- Prawdę mówiąc, tak - przyznał Hugh, patrząc na Mattie, która siedziała nieruchomo na 

ziemi. - Naprzód, mała. Zanieś torby na łódź i zostań tam, a ja tymczasem będę miał oko na te dwa 

Michały. Zaraz do ciebie dołączę.

- Ej, miły panie, nie możesz pan tak po prostu odpłynąć i nas tu zostawić. - Głos Roseya stał 

się wyższy, przeszedł w żałosne zawodzenie. - To nasza łódź. Potrzebujemy jej. Musimy zniknąć z 

tej wyspy i przeczekać, aż będzie spokojniej. Cholera wie, co tu się dzieje. Jakaś rewolucja czy inne 

gówno. Jeszcze nam kto gardło poderżnie, jak będziemy się tu kręcić.

- Ciszej, bo sam wam gardła poderżnę. Tylko oszczędzę pracy rewolucjonistom.

Nowy dla Mattie, całkowicie wyprany z uczuć ton głosu Hugh zrobił wielkie wrażenie nie 

tylko na niej, lecz i na dwóch zbirach. Gibbs i Rosey stali z otwartymi ustami i gapili się na Hugh. 

Niewątpliwie wierzyli w każde jego słowo.

Hugh zerknął ze zniecierpliwieniem na Mattie niepewnie wstającą z ziemi.

- Powiedziałem: naprzód, mała!

Przez cały czas pamiętając o ciężarze pistoletu w dłoni, Mattie ostrożnie obeszła Gibbsa i 

spojrzała ku brzegowi. Przechodząc obok Hugh, obrzuciła go niespokojnym spojrzeniem. Jeszcze 

raz pomyślała o tym, co zamierzali zrobić. Otworzyła usta, stwierdziła, że słowa nie przechodzą jej 

przez gardło, więc odchrząknęła i spróbowała jeszcze raz.

- Wiesz, Hugh. To jest jednak ich łódź.

-   Boże,   Mattie.   Nie   teraz,   dobrze?   Dyskusje   etyczne   będziemy   prowadzić   później.   Jak 

znajdziemy się dziesięć mil od brzegu. Jazda!

- Chciałam tylko powiedzieć, że może powinniśmy wziąć pana Gibbsa i pana Roseya na 

łódź. Zdaje się, że chcą się stąd wynieść równie szybko jak my. A łódź należy do nich.

Rosey  i  Gibbs   natychmiast   wlepili   w  nią  wzrok. Początkowo  wydawali  się  zaskoczeni, 

potem w oczach małego człowieczka pojawił się błysk.

- Widzę, że mamy przyjemność z prawdziwą damą. Bóg raczy wiedzieć, czemu szanowna 

pani   zadaje   się   z   takim   obwiesiem.   -   Rosey   wskazał   w   stronę   Hugh.   -   Szanowna   pani   musi 

wiedzieć, że doceniamy uważanie dla naszych problemów w trudnej chwili. Oni nas tu pewnie 

53

background image

wypatroszą i mnie, i obecnego tu Gibbsa, ale ostatnie myśli skierujemy ku szanownej pani. Ślicznie 

dziękujemy.

- Mattie, do ciężkiej cholery - zniecierpliwił się Hugh. - Rób co ci każę, zanim idioci, którzy 

dowodzą   tym   przeklętym   zamachem   stanu,   przyjdą   tu   na   poranną   kąpiel   i   zastaną   nas   na 

pogawędkach.

- Rosey dobrze mówi. To miło, że pani o nas pomyślała. - Gibbs jęknął żałośnie. - Może się 

pani założyć o swoją zgrabniutką... no, figurę, że kiedy tamci zechcą nas posiekać na przynętę dla 

ryb albo powiesić przed urzędem pocztowym, w ostatniej myśli wspomnimy pani wielkoduszność. 

Pani jest aniołem. Najprawdziwszym aniołem.

- Cholera, dość tego - burknął Hugh.

Mattie przygryzła wargę.

-   Nie   rozumiem,   dlaczego   nie   możemy   ich   wziąć,   Hugh.   Łódź   należy   do   nich   i   jest 

wystarczająco duża. Miejsca starczy dla wszystkich. A jeśli zostawimy tych dwóch panów tutaj, to 

ktoś może ich zabić.

- Słowo ci daję, że niewielka byłaby to strata.

- Boże najukochańszy - włączył się świątobliwie Rosey. - Miałeś rację, Gibbs. Ona jest 

aniołem. I to niczego sobie.

- Hugh, naprawdę uważam, że powinniśmy...

Hugh jęknął.

- Posłuchaj mnie, Mattie. Branie tych dwóch byłoby z naszej strony skrajną głupotą. To są 

jakieś płatne zbiry. Możesz mi wierzyć. Musielibyśmy mieć na nich oko przez całą drogę. Nie 

rozumiesz?

-   Możemy   ich   związać   albo   jakoś   unieruchomić   –   zaproponowała   ochoczo   Mattie, 

przeczuwając, że powoli przechyla szalę na swoją korzyść.

- Za nic - zaparł się Hugh. - Nie pozwolę sobie na taki nierozważny krok tylko po to, żeby 

zadowolić kobietę, która nie wie, w co się pakuje.

- Proszę cię, Hugh. Postąpilibyśmy nieuczciwie, a miejsca jest dosyć.

Gibbs i Rosey czekali z nadzieją malującą się na twarzach.

- Diabli ich nadali - burknął Hugh. - Z góry wiem, że pożałuję tego, co robię.

W

  pół   godziny   później   Mattie,   wygodnie   usadowiona   pod   daszkiem   szybkiej   łodzi 

motorowej Roseya, przyglądała się, jak nad Pacyfikiem wybucha świt. Pierwszy raz od chwili, gdy 

weszła do wystudiowanego, białego wnętrza domu Cormiera mogła swobodnie odetchnąć.

54

background image

Czyściec znikł z pola widzenia. Łódź, ciągnąca za sobą smugę piany, szybko zbliżała się do 

Wyspy Siarkowej. Znowu wszystko wydawało się w jak najlepszym porządku.

Wielkolud   Gibbs  siedział   naprzeciwko   Mattie,  z  rękami  związanymi  na  plecach.   Rosey 

sterował. Hugh rozpierał się na krześle obok Roseya i na wszelki wypadek trzymał w dłoni gotowy 

do   strzału   pistolet.   Był   jedyną   osobą   w   tym   towarzystwie,   która   nie   zdradzała   objawów 

zadowolenia.

- Co tam się dzieje na Czyśćcu? - spytała Mattie, by trochę ocieplić lodowatą atmosferę, 

która panowała na łodzi, odkąd wyszli w morze.

- Pieprzeni idioci, proszę wybaczyć  to wyrażenie, szanowna pani - odpowiedział Gibbs, 

podnosząc   głos,   żeby   przekrzyczeć   głuchy   pomruk   silnika.   -   Nie   mają   oleju   w   głowie,   żeby 

zostawić w spokoju to, co dobre. Tak jest, Rosey?

Rosey uniósł chude ramiona, wyrażając tym filozoficzną rezygnację.

-   Pewnie,   że   tak.   Wszystkim   na   Czyśćcu   pasował   stary   porządek.   Wybraliśmy   sobie 

przyjemny rząd, który nie wierzył w podatki, posiedzenia komitetów i papierkową robotę. Zasada 

była prosta. Nikt się nie wpieprza do interesów, póki człowiek nie smrodzi na wyspie. Sprawdzało 

się bez pudła.

- Ano bez pudła - włączył się Gibbs i smutno pokiwał głową. - Nie kapuję, dlaczego jakiś 

palant postanowił nagle wszystko rozpieprzyć.

- Wyraźnie ktoś chciał unowocześnić system - mruknął Hugh.

- Na to wygląda - przyznał Rosey.

- Czy na Czyśćcu była aktywna partia opozycyjna? - spytała Mattie, w zadumie marszcząc 

czoło. - Jakaś grupa, która nawoływała do przeprowadzenia reform?

- E, tam. Nie było nic do reformowania - wyjaśnił Gibbs.

Rosey spojrzał ponuro.

-   Pierdyknęło   to   wszystko   piorunem   i   bez   dania   racji.   Nagle   okazało   się,   że   lotnisko 

zamknięte, wszyscy mają siedzieć w domach, a po całej wyspie łazi wojsko. Nikt się nie spodziewał 

takiego bum!

- Co się stało z prezydentem albo tym kimś, kto był u władzy na Czyśćcu?

- Nie wiem, szanowna pani - powiedział Rosey. - Jeśli miał piątą klepkę, a miał, to szybko 

zabrał dupę w troki. A jeśli nie, to na pewno zajął jedyną celę więzienną, jaką mamy na Czyśćcu.

- Albo nie żyje - przypuścił markotnie Gibbs. - Żal by mi było starego Findleya. Lubiliśmy 

sobie razem wypić. Fantastycznie grał w bilard.

- Niewiarygodne - powiedziała Mattie, kręcąc głową.

- Takie rzeczy się zdarzają - stwierdził zblazowanym tonem Hugh.

55

background image

Popatrzyła na niego wyraźnie zaintrygowana.

- Co masz na myśli?

Hugh wzruszył ramionami.

- To, co powiedziałem. Takie rzeczy się zdarzają. Zawsze znajdzie się idiota, który chce 

zdobyć władzę.

Gibbs i Rosey jednomyślnie skinęli głowami, przybierając miny ludzi znających życie.

- Bywa - przyznał Gibbs. - Jakiemuś cwaniaczkowi z boku zaczyna się nagle wydawać, że 

napcha sobie więcej do kieszeni, jak zacznie rządzić.

- Zwykle  rzecz sprowadza się do pieniędzy - wyjaśnił  Hugh. - Pieniędzy i władzy.  To 

zawsze idzie w parze.

- A gdzie jest jedno i drugie, tam są politycy - skrzywił  się Rosey.  - Zawsze paru się 

znajdzie, nawet na takiej uroczej, spokojnej wysepce jak Czyściec. Kopa w tyłek nie są warci. 

Tylko przez nich kłopoty.

Zapadła głęboka cisza. Wszyscy popadli w zadumę nad niezmiennością tego świata.

- Wrócicie na Czyściec? - spytała Mattie Roseya.

- Może tak, a może nie. Zależy, co się będzie działo.

- Jasne, że zależy - poparł go Gibbs. - Dobrze mi tam było, ale jak trzeba, to znajdziemy 

sobie inny kącik, nie, Rosey?

- Pewnie. Zawsze gdzieś jest dobry interes do zrobienia. Trzeba tylko mieć łeb, żeby go 

wypatrzyć.

W

reszcie dotarli do Brimstone na Wyspie Siarkowej. Schodząc na ląd, Mattie rozejrzała 

się z zainteresowaniem dookoła. Miejscowość wyglądała podobnie jak wiele innych odciętych od 

świata siedzib ludzkich na Pacyfiku. Miała mały, bardzo urokliwy port oraz nabrzeże z licznymi 

tawernami i sklepikami. Zaraz za domami rosła dżungla, pochylała się nad nimi jak groźny zielony 

potwór, mogący jednym kłapnięciem pochłonąć niewielkie zgrupowanie budynków. Mattie uznała, 

że ma dość dżungli.

- I co teraz? - spytała, zwracając się do Hugh, który zdejmował więzy Gibbsowi.

Rosey przywiązywał łódź. Nie tracił czasu, bo jednocześnie omiatał wzrokiem nabrzeże w 

poszukiwaniu najbliższej knajpy.

- Teraz miło pożegnamy się z naszymi przewodnikami i będziemy im życzyć dobrej drogi. 

A potem znajdziemy jakieś miejsce, gdzie można przenocować.

- Czyżbyśmy musieli tkwić tu aż do jutra? - Mattie spojrzała podejrzliwie na budynki przy 

nabrzeżu. Żaden nie przypominał wielogwiazdkowego hotelu z luksusowego kurortu.

56

background image

- Zapewne tak. Z Brimstone odlatuje codziennie tylko jeden samolot. Następny lot będzie 

jutro o którejś tam. Czarterów tutaj nie ma. Jeszcze nie. - Hugh skończył sprawę z Gibbsem i 

wyskoczył na pomost.

- Do widzenia, panowie. Powodzenia i dziękujemy za pożyczenie łodzi.

- Dobra. Cześć - odparł radośnie Rosey. Wyszczerzył zęby do Mattie, a skóra przy kącikach 

oczu silnie mu się zmarszczyła. - Szanowanie łaskawej pani. To miło, że przekonała pani swojego 

faceta do naszego towarzystwa.

- Sie wie - zawtórował mu Gibbs, prezentując bezzębny uśmiech. - Dziękujemy, szanowna 

pani. Niech pani na siebie uważa.

-  Chodź, Mattie. - Hugh wziął ją za ramię i zdecydowanym ruchem pociągnął w stronę 

nabrzeża.

- Do widzenia - zawołała Mattie przez ramię. - I dziękujemy.

- Cieszę się, że mamy tych dwóch z głowy - powiedział Hugh, holując Mattie po schodkach, 

którymi wychodziło się na brukowany dojazd do portu.

- Dziwna para. Sprawiali wrażenie przyjaciół, ale Gibbs planował kradzież łodzi Roseya, a 

Rosey zaczaił się na niego z bronią, żeby mu przeszkodzić. Jak sądzisz, co oni teraz zrobią?

- Nie wiem i nieszczególnie mnie to obchodzi. Ustalmy jedno, mała. Następnym razem w 

podobnej sytuacji nie życzę sobie, żebyś zaczynała dyrygować. Masz robić to, co ci mówię, i nie 

marnować czasu na sprzeczki. Jasne?

- Wiedziałam, że tylko czekasz, aż zostaniemy sami, żeby rąbnąć mi wykład. - Dumnie 

uniosła głowę. - Ale tu już nie muszę stać i spokojnie patrzeć, jak mnie rugasz. Wróciliśmy do 

cywilizacji,   a   w   każdym   razie   do   jej   namiastki.   Mogę   sobie   sama   zarezerwować   miejsce   w 

samolocie z Brimstone. Za dzień lub dwa będę z powrotem w Seattle. Takie mam w tej chwili 

plany.

Hugh raptownie się zatrzymał i spojrzał na nią bykiem.

- Co ty wygadujesz? Myślisz, że jak skończyły się przygody, to możesz zwyczajnie jechać 

do domu?

- Nie rozumiem, czemu nie.

- Miałaś urządzić sobie wakacje.

- Coś ci, powiem, Hugh. W Seattle życie wydaje mi się o wiele spokojniejsze i bardziej 

odprężające niż tu, na wyspach Pacyfiku. Czy wiesz, że przez wszystkie lata mieszkania w wielkim 

mieście nie zdarzyło mi się, żebym po wejściu do jakiegokolwiek domu znalazła zastrzelonego 

człowieka? Nigdy nie musiałam pełzać jakimiś ohydnymi podziemnymi korytarzami ani spędzać 

nocy w grocie, ani kraść nikomu łodzi, ani trzymać kogokolwiek na muszce.

57

background image

Hugh wystawił twarz do słońca. Rysy mu złagodniały.

- Ach, mała, miałem cię pochwalić za postawę na Czyśćcu. Bardzo fachowo załatwiłaś 

sprawę z Gibbsem. Byłem z ciebie dumny. Wiem, że nie masz doświadczenia w tej branży, ale 

mimo   to   fantastycznie   się   sprawdziłaś.   I   wiem,   czym   dla   ciebie   było   przechodzenie   przez   te 

podziemia, w dodatku dwa razy. Kradzież łodzi też musiała mieć dla ciebie posmak nowości.

- Ładnie to ująłeś.

- No, więc właśnie. Byłem z ciebie naprawdę dumny, mała.

-   Nie   wyobrażasz   sobie   nawet,   Hugh,   jak   bardzo   mnie   to   wzrusza   -   powiedziała   z 

cukierkowym uśmiechem.

- Daj spokój, Mattie. Nie możesz tak od razu wracać do domu. Musisz dać mi trochę czasu. - 

Hugh nerwowo przeczesał włosy palcami. - Przecież o to w tym wszystkim chodziło.

Mattie   nie   mogła   znieść   wyrazu   zawodu   i   rozczarowania,   widocznego   w   jego   oczach. 

Zerknęła na drugą stronę ulicy i bezmyślnie zatrzymała wzrok na budynku, który sprawiał wrażenie 

niewielkiego hotelu.

-   Przepraszam   cię,   Hugh.   Naprawdę   mi   przykro.   Ale   nie   ma   sensu   ciągnąć   na   siłę   tej 

znajomości. Oboje o tym wiemy.

- Niby skąd mielibyśmy wiedzieć?! - Zacisnął dłoń na jej ramieniu i przeprowadził ją przez 

ulicę do hoteliku. - Zresztą o tym porozmawiamy później. Najpierw muszę zapewnić nam odlot z 

Wyspy Siarkowej, a ty pewnie chcesz zrobić jakieś zakupy. Od dłuższego czasu chodzisz w tym 

samym stroju. Poza tym nie wątpię, że chętnie wzięłabyś kąpiel.

Wzmianka o czystej bieliźnie i kąpieli odwróciła uwagę Mattie, która dzięki temu pozwoliła 

się wprowadzić do ciasnego hotelowego holu. Z rezygnacją popatrzyła na nieczynny wentylator, 

jedno   jedyne   wytarte   krzesło   i   wymięte   egzemplarze   „Playboya”   na   wiklinowym   stoliku.   Za 

kontuarem recepcji nikogo nie było.

-   Czy   to   najlepszy   hotel   w   Brimstone?   Mam   przy   sobie   kartę   do   bankomatu.   Chętnie 

zafunduję nam coś lepszego - szepnęła do Hugh.

- Przykro mi, ale nic się nie da zrobić. Turyści jeszcze nie odkryli Wyspy Siarkowej. Ale nie 

martw się. Tu jest czysto. Kilka razy nocowałem w tym hotelu. - Hugh pochylił się nad kontuarem i 

zadzwonił.

W kilka minut później chudy, starszawy mężczyzna z pociągłą twarzą wystawił głowę zza 

winkla.

- Czego pan życzy?

- Pokoju na noc - powiedział Hugh.

- Dwóch pokoi - syknęła Mattie.

58

background image

Hugh, zajęty wygrzebywaniem banknotów z portfela, zignorował jej wtręt.

- Najlepszy, jaki tu macie - powiedział.

- Znam pana - stwierdził recepcjonista. - Pan jesteś Monk albo Bishop, coś takiego. Byłeś 

pan u nas ze dwa razy. - Na widok gotówki facet z ociąganiem podszedł do kontuaru. Przez cały 

czas bardzo energicznie pracował nad rozmiękczaniem prymki tytoniu do żucia.

- Abbott. Nazywam się Hugh Abbott. Pani życzy sobie pokój z łazienką. Jest tu taki?

- Jest. Jeden. Macie fart. - Chudy facet zabrał pieniądze z kontuaru. Uśmiechnął się do 

Mattie. - Niech się pani kąpie, ile pani chce. Długo zostajecie?

-   Tylko   na   noc   -   poinformował   go   Hugh,   sięgając   po   mocno   zużytą   księgę   gości.   - 

Odlatujemy stąd pierwszym samolotem jutro rano. Hank Milton jeszcze lata?

- Nie. Pół roku temu wrócił do Stanów. Teraz mamy takiego, co przylatuje po południu. A 

wraca o ósmej rano. Leci do Honolulu, ale wysadzi was, gdzie chcecie, byleście mu dosyć zapłacili. 

Nazywa się Grover. Lepiej poszukaj go pan od razu, jeśli zamierzacie z nim polecieć. Ma małą 

maszynę i zwykle pełną.

- Tej wyspie potrzeba solidnej firmy transportowej, prowadzącej czartery. Wtedy samoloty 

latałyby częściej - powiedział Hugh, bazgrząc coś w księdze gości.

- Przydałoby się - zgodził się recepcjonista. - Pewnie, że by się przydało. Wkracza do nas 

cywilizacja.

Hugh uśmiechnął się z satysfakcją i wziął klucz.

- Chodź, mała - powiedział do Mattie, podrzucając klucz w powietrze, by zaraz swobodnie 

go złapać. - Weźmiesz kąpiel, a ja rozejrzę się za tym Groverem.

Mattie zerknęła na pojedynczy klucz w dłoni Hugh.

- Co z osobnym pokojem dla ciebie?

- Zajmę się tym później - zapewnił ją i szybko pociągnął za sobą na schody.

- Hugh, mówię poważnie. Nie zamierzam spać z tobą w jednym pokoju.

- Słyszę. - Zatrzymał się na podeście, sprawdził numer na kluczu i skręcił w lewo. - Nie 

powiem, żebym nie czuł się odrobinę urażony. W końcu wczoraj spaliśmy w jednym pokoju i wcale 

ci to nie przeszkadzało. Ale nie będę się upierał.

- Dziękuję - powiedziała oschle. Zaraz jednak targnęły nią wyrzuty sumienia, z niewątpliwą 

szkodą   dla   rozsądku.   Dotknęła   jego  ramienia   i   spojrzała   mu   w   oczy.   -  Hugh,  wcale   nie   chcę 

wydziwiać. Wydaje mi się po prostu, że lepiej niczego nie zaczynać. Naprawdę nie sądzę, żebym 

zniosła drugi raz to samo, co poprzednio.

- To jest co innego, mała. - Pochylił  się i pocałował ją w czubek nosa, a jednocześnie 

wsadził klucz do dziurki.

59

background image

- Upierasz się przy tym, ale nie masz racji.

- Wykąp się - powiedział Hugh, otwierając przed nią drzwi. - Wrócę za jakąś godzinę. 

Zarezerwuję miejsce w samolocie, a potem chcę się jeszcze ogolić. Zjemy obiad w takiej małej 

knajpce przy głównej ulicy, którą znam. Dają tam fantastyczne hamburgery.

Mattie wzdrygnęła się.

- A co z jedzeniem, które mamy w torbach? Zostało jeszcze trochę sera. Gibbs i Rosey na 

szczęście wszystkiego nie zjedli.

-   Od   dziś   nie   interesują   mnie   pasztety   ani   słoiki   z   oliwkami.   Mam   ochotę   na   trochę 

prawdziwego, krwistego mięsa. Do zobaczenia, mała.

Mattie była za bardzo zmęczona, by jeszcze o cokolwiek się spierać. Pomyślała, że wszystko 

można załatwić później. Rozejrzała się po dusznym, ohydnym pokoiku.

Łóżko sprawiało wrażenie górzystego. Chodniczek przy nim był kiedyś jaskraworóżowy, 

teraz jednak pokrywał go zbity, szary brud. Jedyne źródło światła stanowiła żarówka bez klosza, 

mająca najwyżej dwadzieścia watów mocy.

Mattie  przypomniała  sobie,  że   Hugh  nazwał  to   miejsce  czystym   hotelem.  Najwyraźniej 

znacznie się różnili w ocenie dopuszczalnego poziomu usług. Po otwarciu drzwi Hugh nawet nie 

mrugnął na widok obskurnego pokoju.

Skłoniło  to  Mattie   do  rozważań  na  temat   warunków   mieszkalnych,  do  jakich  przywykł 

Hugh. Wiedziała,  że  od czasu do czasu  ocierał  się o luksus, do czego  zmuszała  go praca  dla 

Charlotte Vailcourt, ale równie oczywiste było, że w takim żałosnym otoczeniu jak ten hotelik 

Hugh czuje się jak ryba w wodzie.

Znów przemknęło jej przez głowę, że nie wie nic o przeszłości Hugh Abbota. Skupiwszy się 

na tej myśli, przypomniała sobie, że ciotka Charlotte także niczego nie wie. Kiedyś Mattie spytała o 

referencje jej udomowionego wilka, a ciotka w odpowiedzi po prostu wzruszyła ramionami. Kto 

wie? I kogo to obchodzi? Człowiek jest dobry w tym, co robi, i to się liczy, powiedziała.

Mattie odłożyła torebkę na wygniecioną i mocno przybrudzoną narzutę. Przynajmniej nikt 

nie trzymał jej tu na muszce i nie było krwi na podłodze. Co więcej, z małego okienka roztaczała 

się wspaniała panorama oceanu. Sprawy zdecydowanie miały się ku lepszemu.

N

a dole Hugh przystanął w wąskim holu, pochylił się nad kontuarem i znów zadzwonił.

- Czego pan tym  razem życzy?  - spytał  chudy recepcjonista, nie bez nuty uprzejmości. 

Nadal   z   zapałem   żuł   tytoń,   Hugh   wyciągnął   portfel   z   kieszeni   dżinsów   i   wyciągnął   kilka 

banknotów.

- To dla pana.

60

background image

- Za drugi pokój? - Mężczyzna z pogardą uniósł brwi.

- Nie. Za powiedzenie, że wziąłem drugi pokój, gdyby ktokolwiek o to pytał, z tamtą panią 

włącznie. Rozumiemy się?

- Znakomicie. - Urzędnik schował banknoty do kieszeni, co bynajmniej nie zakłóciło mu 

rytmu żucia. - Podobno przypłynęliście z Czyśćca?

- Owszem.

- Co tam wyrabiają?

- Jeszcze nie wiem. Jakiś wojskowy przewrót. Słyszał pan coś o tym?

- Nie. Było kilka osób przejazdem, takich co lubią święty spokój, ale nikt nie wiedział, o co 

tam chodzi. Wszyscy uznali, że lepiej się zabierać, póki jest jak.

- Słusznie. Mój przyjaciel został tam na stałe.

Recepcjonista przez chwilę milczał, obracając w ustach prymkę tytoniu.

- Przykra sprawa.

- Mhm. Wyświadczy mi pan przysługę, dobrze?

- Jaką?

- Niech pan ma oko na tę panią. Gdyby wychodziła po zakupy, proszę sprawdzić, czy nikt za 

nią nie wraca i nie wybiera się do jej pokoju. Zgoda?

- Jasne. Będę miał na nią oko. Ale może być kłopot z odróżnieniem gości tej pani i takiej 

drugiej, która też tu ma pokój. Mieszka i pracuje, jeśli pan wie, co mam na myśli.

Hugh skrzywił się ponuro.

- Za moją panią nie idzie na górę nikt oprócz mnie. Rozumiemy się?

- Jasne. Jak pan życzy.

Hugh wyszedł przed hotel. Mimo popołudniowej pory z nieba lał się żar. Zdziwiła go myśl, 

że   tego   wieczoru   pierwszy   raz   będzie   miał   okazję   wziąć   Mattie   do   prawdziwej   restauracji. 

Uśmiechnął się i ruszył ulicą na poszukiwanie pilota Groyera. Potem czekała go prawdziwa randka. 

Pierwsza z Mattie. Tej nocy sprzed roku, którą spędzili w jej mieszkaniu, nie było sensu liczyć. W 

każdym razie Mattie na pewno nie chciałaby jej liczyć.

Wpadł na pomysł, żeby poszukać butelki brandy albo rumu i wziąć ze sobą do numeru po 

kolacji. Mattie musi się trochę odprężyć. Ostatnio przeszła prawdziwe piekło. Miała stanowczo za 

dużo stresów.

61

background image

Rozdział piąty

N

o, no, no. Zdrówko! Nie wiedziałam, że do numeru obok wprowadza mi się konkurencja. 

Ahoj na pokładzie, złociutka. Zawsze mówię, że im więcej, tym weselej. Nazywam się Evangeline 

Dangerfield. A ty?

Mattie stała w korytarzu przed drzwiami swojego pokoju, usiłując przekręcić zardzewiały 

klucz w wiekowym zamku. Podniosła wzrok wielce zaskoczona. W drzwiach sąsiedniego pokoju 

stała oparta o framugę jakaś kobieta. Mattie,  która bez oporów przyznałaby się, że jeszcze do 

niedawna prowadziła dość bezbarwne życie, nigdy nie widziała nikogo takiego, a nawet nikogo 

odrobinę podobnego.

Evangeline   Dangerfield   wydawała   się   kilka   lat   starsza   od   Mattie,   chociaż   trudno   było 

powiedzieć o ile, gdyż ocenę uniemożliwiała gruba warstwa makijażu. Z dość jasnymi piwnymi 

oczami kobiety kontrastowały grubo uczernione rzęsy, a srebrny cień na powiekach, pociągnięty aż 

do brwi, rzucał opalizujące błyski. Wydatne, pełne wargi były uszminkowane na kolor szkarłatny, a 

poniżej   kości   policzkowych   zwracały   uwagę   dwa   rumieńce   z   ciemnego   różu.   Wysoko   upięta, 

niewiarygodnie   gęsta   masa   włosów   w   odcieniu   jasnoblond   spadała   na   plecy   kaskadą   tysięcy 

loczków. Całą tę falującą górę utrzymywały spinki ozdobione kryształami górskimi, które nawet w 

przyćmionym świetle wspaniale lśniły, imitując diamenty.

Reszta   Evangeline   Dangerfield  sprawiała   równie  niepowtarzalne   wrażenie.  Najwyraźniej 

była to szczodrze obdarowana przez naturę kobieta. Dwa swoje poważne atuty eksponowała za 

pomocą  szokująco  głęboko  wyciętej   sukni,  zaprojektowanej   na  wzór  sarongu.  Niżej   suknia   ta, 

bijąca w oczy furą czerwonych, fioletowych i żółtych  kwiatów, była  o numer za mała, mocno 

opinała się więc na kształtnych pośladkach Evangeline i kończyła wysoko nad kolanami. Całości 

dopełniały czerwone ponadpięciocentymetrowe szpilki i zestaw biżuterii z kryształów górskich. 

Mattie  zwróciła   uwagę   na  długie,   szkarłatne  paznokcie   Evangeline,  których   doprowadzenie   do 

świetności z pewnością pochłonęło mnóstwo czasu i wysiłku.

-   Dzień   dobry.   -   Wychodząc   do   sklepu   po   coś,   czym   mogłaby   zastąpić   bardzo   już 

zniszczoną jedwabną bluzkę i luźne oliwkowe spodnie, Mattie czuła się dość paskudnie. Nawiasem 

mówiąc, znała to uczucie od dawna. Często doznawała go w towarzystwie swojej siostry Ariel. - Ja 

jestem Mattie. Mattie Sharpe.

62

background image

- Mattie Sharpe, hm? Miło mi cię poznać, Mattie. Dawno już nie miałam okazji zamienić 

słowa z inną kobietą interesu. Kiedy tu wylądowałaś?

- Godzinę temu. Prosto z Czyśćca.

- Ach, tak. Słyszałam, że tam jest teraz piekło na ziemi. Rewolucja czy coś w tym rodzaju? 

Nie dziwię się, że wyjechałaś. Taki bałagan bardzo szkodzi w interesach. Jak długo zamierzasz tu 

gościć?

- Jeszcze nie wiem. Mam nadzieję, że tylko do jutra. - Mattie zerknęła na swoje wyplamione 

ubranie. - Musiałam zostawić na Czyśćcu wszystkie rzeczy. Właśnie wychodziłam kupić sobie coś 

czystego.

Evangeline raz jeszcze zmierzyła Mattie wzrokiem od stóp do głów i natychmiast obudziło 

się w niej współczucie.

- Biedactwo. Wyglądasz okropnie. Tylko się nie obraź. Naprawdę musiało być niemiło na 

tym Czyśćcu. Pewnie musisz szybko sobie dorobić w Brimstone, zanim ruszysz dalej, co?

- No...

-   Nie   ma   problemu,   złociutka.   Dziś   wieczorem   będzie   duży   ruch.   W   porcie   stoi   okręt 

wojenny. Interesy będą kwitły, a ja chętnie się z tobą podzielę.

Mattie zaświtało w głowie, że rozmawia z zawodową prostytutką i że Evangeline uważa ją 

za koleżankę z branży.

- To bardzo ładnie z twojej strony.

-   Nie   ma   sprawy.   Siostry   powinny   się   wspierać,   nie?   -   Evangeline   uśmiechnęła   się 

promiennie. - Posłuchaj, tutaj w sklepach nie znajdziesz nic porządnego, co by ci się przydało w 

pracy. Wierz mi, bo dobrze to wiem. Brimstone jest największym zadupiem na zadupiu. Dla siebie 

muszę szyć stroje sama albo zamawiać z katalogu. Na dziś wieczór możesz pożyczyć sobie coś ode 

mnie.

Mattie poczuła, że nowa znajomość zaczyna ją fascynować.

- Myślisz, że będzie pasowało?

Evangeline przyjrzała się krytycznym okiem smukłej sylwetce Mattie.

- Jesteś trochę za płaska od góry, ale damy sobie radę. Mam dryg do igły. Wejdź. Przez 

najbliższe kilka godzin pracy jeszcze nie będzie. Chłopcy zawsze lubią najpierw strzelić sobie parę 

kieliszków. Mamy mnóstwo czasu, zdążymy ci coś wyfasować.

Mattie czuła  się trochę jak Alicja w Krainie Czarów. Zaciekawiło ją, co powiedziałaby 

Ariel, gdyby dowiedziała się, że jej pruderyjną, konserwatywną siostrę wzięto za prostytutkę. Zaraz 

potem zaciekawiło ją jeszcze bardziej, co powiedziałby Hugh. I nagle uświadomiła sobie, że nie 

może się doczekać, żeby to sprawdzić.

63

background image

- Bardzo jesteś miła, Evangeline. - Mattie postąpiła krok w jej stronę. - Mogę ci zapłacić za 

ubranie.

- Nawet nie próbuj. Żebyś  wiedziała, jak się cieszę, że mogę porozmawiać z kobietą. - 

Evangeline odsunęła się na bok i wpuściła Mattie do pokoju. - Tego mi tutaj najbardziej brakuje, 

rozumiesz. Inteligentnej rozmowy z drugą kobietą. Najczęściej rozmawiam z mężczyznami, a oni 

są dość ograniczeni w tematach. Napijesz się czegoś? Robię obłędny poncz rumowy.

- Dziękuję - powiedziała  Mattie  i  weszła  do krzykliwie  urządzonego  pokoju. Wszystko 

wydawało   się   czerwone.   Były   tam   więc   czerwono-złote   tapety,   czerwone   aksamitne   zasłony, 

czerwona pluszowa narzuta na łóżko, czerwone dywany. Na suficie nad łóżkiem znajdowały się 

lustra, podobnie jak wzdłuż jednej ściany. - Masz z pewnością o wiele ładniejszy pokój od mojego.

-   Na   pewno   nie   dzięki   właścicielowi   tej   budy.   -   Evangeline   roześmiała   się   gardłowo   i 

podeszła do małego, łąkowego barku, z którego wyciągnęła butelkę rumu. - Wszystko zrobiłam tu 

sama. Minęły miesiące, zanim zdobyłam materiał na zasłony i narzutę. Ale barek to dopiero był 

nabytek! Mam go od faceta, który płynął do Honolulu z ładunkiem mebli z Singapuru.

- Bardzo jest ładny. Musiałaś wydać fortunę na upiększenie tego pokoju.

Evangeline wzruszyła ramionami.

- Traktuję to jak inwestycję. Trzeba włożyć w interes część zysków, jeśli zyski mają rosnąć. 

Taką mam teorię.

Mattie skinęła głową, nagle poczuwszy się pewnie na znajomym gruncie.

-   Oj   prawda,   prawda.   Przez   pierwsze   lata   ładowałam   w   interes   prawie   wszystko,   co 

zarabiałam. I nadal sporo muszę w niego ładować.

- No, właśnie. - Evangeline otworzyła drzwiczki małej lodówki i wyjęła parę kostek lodu. 

Zadzwoniły o ścianki szklaneczek, w których mieszała drinki. - Proszę bardzo. Siadaj sobie, a ja 

tymczasem rozejrzę się po szafie.

Mattie wzięła drinka i usiadła na krześle z czerwonym aksamitnym obiciem. Czuła się tak, 

jakby nagle weszła na scenę i znalazła się w środku granej tam sztuki. Ostrożnie przełknęła łyk 

mocnej mieszanki rumu z sokiem owocowym.

- Od jak dawna pracujesz w Brimstone?

-   Jakieś   cztery   lata.   Mieszkałam   trochę   na   Hawajach   i   było   całkiem   w   porządku,   ale 

uznałam, że trzeba poszukać miejsca, gdzie nie ma tyle konkurencji. Na Wyspie Siarkowej jestem 

jedyną kobietą interesu. - Evangeline otworzyła szafę i wdzięcznie wsparłszy się jedną ręką pod 

biodro, zaczęła lustrować zawartość. - No, i zobaczmy, co tu mamy. O! W tym powinno być ci 

dobrze.

64

background image

Mattie zamrugała, widząc skąpe odzienie z czerwonej koronki i atłasu, które Evangeline 

zaprezentowała jej do oceny.

- Czy to jest halka? - spytała słabym głosem.

- No, coś ty! To jedna z moich najlepszych kreacji. Nigdy nie noszę halek, chyba że mam 

jakiegoś bubka, który lubi dużo bielizny. Ubieranie się i rozbieranie nawet bez tego zajmuje mi 

dostatecznie dużo czasu. Popatrzmy, jak to będzie wyglądać na tobie.

Mattie   pociągnęła   duży   łyk   ze   szklaneczki.   Dopiero   potem   ostrożnie   wstała   i   zaczęła 

rozpinać bluzkę.

Evangeline wydała jeszcze kilka współczujących okrzyków na widok schludnego staniczka i 

fig Mattie.

- Oj, biedactwo. Nie zabrałaś za dużo z tego kotła na Czyśćcu.

Mattie   była   bardzo   zakłopotana   skromnością   swojej   bielizny.   Pomyślała   o   walizce 

znakomitych podróżnych strojów, którą zostawiła na Czyśćcu.

- Musiałam zostawić wszystkie dobre rzeczy - wyjaśniła przepraszającym tonem.

- Przecież widzę. Szkoda. Ale mam nadzieję, że tam się niedługo zrobi spokojniej. Będziesz 

wtedy mogła wrócić i wszystko zabrać. W naszym interesie dobra garderoba jest podstawą, nie 

mam racji? - Evangeline wyciągnęła przed siebie skrawek lśniącego czerwonego atłasu. - Uszyłam 

to   miesiąc   temu.   Jeszcze   prawie   nie   nosiłam,   bo   chowałam   na   specjalne   okazje.   Przymierz, 

zobaczymy, co trzeba przerobić. I zdejmij stanik, bo to się nosi bez stanika.

Mattie upiła kolejny łyk  ponczu i skwapliwie wypełniła instrukcję. Tłumaczyła  sobie w 

myśli, że nie jest to nic gorszego niż przebieranie się w szatni klubu gimnastycznego w Seattle. 

Naciągnęła czerwoną sukienkę przez głowę.

Do   talii   nie   miała   żadnych   kłopotów,   ale   nad   przeciągnięciem   spódniczki   przez   biodra 

musiała   się   solidnie   napracować.   Wreszcie   odwróciła   się   ku   lustrzanej   ścianie   i   zdumiona 

wytrzeszczyła oczy, widząc swoje odbicie.

Sukienki było  w sumie tyle, że mogłaby uchodzić za kostium kąpielowy.  Miała śmiały 

dekolt, a spódnica kończyła się wysoko nad kolanami. Pleców w zasadzie nie było.

- Nieźle - uznała Evangeline, z zadowoleniem kiwając głową nad wynikiem oględzin. - Za 

luźna z przodu, ale od razu było wiadomo, że trochę trzeba przerobić. I będę musiała popuścić w 

biodrach. Ale poza tym jest tip top. Dobrze ci w czerwonym, Mattie. Na pewno często nosisz 

czerwienie.

- Prawdę mówiąc, nie - szczerze wyznała Mattie. Przypomniała sobie swoją szafę pełną 

kosztownych, lecz bardzo drętwych strojów. W jej garderobie przeważały szarości, beż i granat. - 

Ale chyba zacznę nosić. Podoba mi się.

65

background image

Nigdy w życiu  nie czuła się tak w sukience. Zapłonęła w niej iskra szaleństwa. Mattie 

zastanawiała się, czy to nie skutek długotrwałego stresu, jakiemu była poddana przez ostatnie dni.

-   W   czerwonym   jest   ci   naprawdę   świetnie.   Masz   więcej   wigoru.   -   Evangeline   zaczęła 

zapinać szpilkami miejsca do przeróbki. Mocno wycięty dekolt zrobił się przez to jeszcze głębszy. - 

Czy nie masz innych pantofelków?

- Obawiam się, że nie. Zostały razem z ubraniami.

- Szkoda. Pantofelki są cholernie drogie. Jaki masz rozmiar?

- Siedem i pół.

- A to w porządku - powiedziała Evangeline. - Ja też. Pożyczę ci te, które mam na nogach. 

Świetnie pasują do tej sukienki. Dobra, koniec z pasowaniem. Zdejmij, żebym mogła przeszyć.

-   To   naprawdę   bardzo   miło   z   twojej   strony   -   powiedziała   Mattie,   ściągając   czerwoną 

sukienkę. Podała ją Evangeline.

- Mnie też miło. Powiedziałam ci, że wieki minęły,  odkąd miałam okazję rozmawiać  z 

inteligentną osobą. - Podeszła do szafy i wytoczyła z niej stolik z maszyną do szycia. - Jak szły 

interesy na Czyśćcu, zanim zrobiło się tam nieprzyjemnie?

- Nie najgorzej. - Mattie z powrotem włożyła spodnie i jedwabną bluzkę. Usiadła. Wzięła do 

ręki szklaneczkę. - Ale nie sądzę, żebym tam miała wrócić.

- A dokąd się wybierasz? - Rozległ się energiczny pomruk maszyny do szycia, Evangeline 

wzięła się bowiem do pracy.

- Do Seattle.

- Byłaś tam kiedyś?

- Aha. Mieszkałam w Seattle, zanim, no... zanim wybrałam się na Czyściec.

-   Naprawdę?   Nie   żartujesz?   Zawsze   chciałam   odwiedzić   Seattle.   Może   pojadę   tam   na 

najbliższy urlop.

-   Gdybyś   przyjechała,   koniecznie   mnie   odwiedź   -   powiedziała   Mattie   w   przypływie 

serdeczności   wobec  kobiety,   która  wychodziła  z  siebie,   by okazać   jej  sympatię.   - Zostawię  ci 

nazwisko i adres.

-   Umowa   stoi.   Mam   zwyczaj   urządzać   sobie   wakacje   przynajmniej   dwa   razy   do   roku. 

Kobieta potrzebuje odpoczynku. Samą pracą nikt nigdy daleko nie zaszedł.

- Oj, wiem. Stresy bardzo dają się we znaki.

- No, właśnie. - Evangeline fachowo zamaskowała szew. - A w naszej branży stresu mamy 

pod dostatkiem. Interes już nie taki jaki kiedyś. Wszystko przez te nowe france i w ogóle. Właśnie, 

zapomniałabym. Potrzebujesz trochę gumek na wieczór?

Mattie zakrztusiła się ponczem.

66

background image

- Ze sobą nie przywiozłam - odpowiedziała dyplomatycznie.

- Właśnie skapowałam, że pewnie zostawiłaś wszystko razem z łachami. Zobacz w szafce 

przy łóżku. Zawsze trzymam zapas pod ręką. Częstuj się.

Przez chwilę Mattie wpatrywała się w czerwoną wiklinową szafkę, potem wolno do niej 

podeszła   i   otworzyła.   W   środku   znajdował   się   spory   koszyczek   wypełniony   foliowymi 

pakuneczkami. Mattie wzięła kilka i schowała do torebki.

- Dziękuję.

- W naszych czasach ostrożności nigdy nie za wiele. Nie opłaca się ryzykować. A jak już o 

tym mowa, to kto jest twoim pośrednikiem?

- Pośrednikiem?

- No, maklerem. - Evangeline spojrzała na nią z ciekawością i upiła duży łyk drinka. - A 

może inwestujesz w certyfikaty depozytowe i lokaty na rynku pieniężnym.

- Aha, już rozumiem. - Mattie ponownie usiadła, marszcząc czoło, jakby nad czymś głęboko 

myślała. - Owszem, wolę certyfikaty i rynek pieniężny. Giełda jest jak na mój gust zbyt niepewna. 

Dla drobnych inwestorów przestała być opłacalna.

- Wcale się nie dziwię, że tak uważasz. Sama powtarzam sobie, że powinnam się z tego 

wycofać, ale jakoś lubię emocje. Naturalnie nie wszystko lokuję w akcjach. Tylko tyle, ile mogę 

stracić. Resztę trzymam w obligacjach i podobnych papierach. Nie jestem głupia. Widziałam za 

dużo kobiet interesu, które po latach harówki zostają z niczym. Nie zamierzam być jedną z nich.

- Masz całkowitą rację. Nikt nam nie da emerytury. Ludzie pracujący na własny rachunek 

sami muszą się o siebie troszczyć.

-  No,  właśnie.  -  Evangeline  skinęła  głową  i   przystąpiła  do  pracy  nad  stanikiem  skąpej 

czerwonej sukienki. - Chcesz jeszcze drinka?

- Chętnie. Powiedz mi, Evangeline, co zamierzasz robić, jak się wycofasz?

- To zabawne, że o to pytasz. - Evangeline spojrzała na przerabianą sukienkę. - Ostatnio 

dużo o tym myślę, żeby się wycofać. Czas zmienić branżę. Jak mówię, to już nie te czasy. Nie śmiej 

się, ale chciałabym otworzyć mały butik gdzieś na tych wyspach. Projektować i szyć stroje dla 

turystów. Chyba byłabym w tym dobra. Jak myślisz?

Mattie zerknęła na czerwoną sukieneczkę. Od pierwszej chwili zwróciła uwagę na kunszt 

krojczyni.

- Myślę, że będziesz świetna.

67

background image

Z

mierzając w stronę hoteliku kilka godzin później Hugh uśmiechał się, pełen oczekiwań. 

W papierowej torbie pod pachą niósł butelkę rumu, a w sklepiku z mydłem i powidłem na nabrzeżu 

wydał fortunę na nową koszulę. Był gotowy na wspaniałą randkę z Mattie.

-   Hej,   mała,   dziś   wieczorem   urządzamy   przyjęcie   -   oznajmił   od   progu.   -   Wszystko 

zaplanowałem. Będzie superrandka. Najpierw skoczymy do tej knajpki z hamburgerami, strzelimy 

sobie parę drinków i wrzucimy coś na ząb, a potem możemy tu wrócić i... O, kurwa!

Hugh znieruchomiał krok za progiem i wytrzeszczył oczy na egzotyczną istotę siedzącą na 

brzegu łóżka.

- Cześć, Hugh. Dobrze myślisz, jestem głodna. - Mattie uśmiechnęła się do niego.

- Mattie? - Hugh wolno zamknął za sobą drzwi, nie odrywając od niej wzroku. Nie wierzył 

własnym oczom.

Ujrzał prawie nie istniejącą czerwoną sukienkę, która niemal  odsłaniała  sutki Mattie, w 

biodrach ściskała ją jak kochanek i sięgała najwyżej do połowy uda. Mattie siedziała z założonymi 

nogami, stopy odchylały się pod dziwnym kątem w czerwonych kilometrowych szpilkach. Włosy w 

odcieniu lwiej sierści tańczyły jej na ramionach, miękkie, swobodnie rozpuszczone, zachęcające do 

dotknięcia.  Kontur zielonozłotych  oczu był  podkreślony tuszem,  a ich barwę pogłębiał  jeszcze 

lśniący turkusowy cień na powiekach. Usta Mattie były ciemnoczerwonym kwiatem. Na palcach i 

przegubach dłoni, a także w zagłębieniu między piersiami, które eksponowała sukienka, mieniły się 

kryształy górskie.

- Co ty na to, Hugh? Czy to ja? - Radośnie wyszczerzyła do niego zęby. W oczach miała 

figlarne ogniki, zupełnie jak nie ona.

- Co ci się, do diabła, stało? - Oszołomiony Hugh podszedł do stolika odłożyć paczki.

-   Spotkałam   tu   w   hotelu   wyjątkowo   sympatyczną   panią.   Kobietę   interesu.   Czyli   kogoś 

takiego jak ja. Kiedy dowiedziała się, że nie mam nic stosownego na dzisiejszy wieczór, pożyczyła 

mi trochę swoich rzeczy. - Mattie wstała i wykonała pirueta.

Hugh poczuł suchość w ustach. Przewędrował wzrokiem wzdłuż pleców Mattie, do miejsca 

gdzie sukienka lekko zaokrąglała się na biodrach.

- Ta sukienka nie ma nic z tyłu.

- Wiem. To chyba dobrze. Tu w Brimstone jest bardzo gorąco, prawda?

Hugh podszedł jeszcze krok. Gdy Mattie odwróciła się z powrotem do niego, podejrzliwie 

przymrużył powieki. Nigdy nie widział takich oczu u Mattie.

- Piłaś?

-   Tylko   kilka   ponczów.   -   Lekceważąco   machnęła   ręką.   Kryształy   górskie   rzucały 

diamentowe błyski. - Nic się nie martw. Wiem, co robię. Moja przyjaciółka Evangeline mówi, że 

68

background image

nie wolno pracować po pijanemu. Mężczyźni lubią korzystać z tego, że ktoś za dużo wypił. Tak to 

jest z mężczyznami. Zawsze chcą wykorzystać kobietę.

- Chyba nie muszę pytać, co właściwie robi ta Evangeline?

- Powiedziałam ci. Jest kobietą interesu. - Mattie zaśmiała mu się w twarz. - I mnie też 

uważa za kobietę interesu. Zlitowała się nade mną, bo musiałam uciec z Czyśćca bez narzędzi 

pracy.  - Mattie podrzuciła w powietrze garść foliowych pakiecików. Rozsypały się na łóżku. - 

Evangeline jest bardzo sympatyczna.

- Niewierze.

-  Wiem.  -  Maggie  zachichotała.   - Nikt  z  mojej   rodziny  w  Seattle  też  by  nie  uwierzył. 

Szkoda, że nie mam aparatu, żeby zrobić sobie zdjęcie. Evangeline twierdzi, że w czerwonym jest 

mi fantastycznie.

- To prawda - przyznał Hugh. - Ale przydałoby ci się trochę więcej tego czerwonego.

- Ech, Hugh, nie bądź świętoszkiem. Gotowy do wyjścia?

- Tak, ale w takim stroju nigdzie cię nie wezmę.

- Wobec tego idę sama.

Zanim Hugh zorientował się, że to nie żart, Mattie była już za progiem. Puścił się za nią.

- Poczekaj, do cholery.

- Nie biorę cię z sobą, jeśli chcesz mi robić wykłady - oznajmiła z górnego podestu. - Mam 

po dziurki w nosie twoich pouczeń. Dziś wieczorem chcę się bawić.

- Mattie, poczekaj chwilkę. Wracaj, do cholery. - Hugh ruszył za nią korytarzem długim, 

zdecydowanym   krokiem.   Ale   Mattie   już   zeszła   do   holu   i   od   frontowych   drzwi   żegnała 

recepcjonistę, machając do niego ręką.

Hugh pogonił za nią.

- Lepiej niech pan na nią uważa, bo inaczej nie zobaczy jej pan do jutra rana - ostrzegł go w 

przelocie recepcjonista. - W porcie stoi krążownik marynarki.

- Cholera - zaklął Hugh.

Dopędził   Mattie   na   ulicy.   Już   w   tym   miejscu   ten   piękny,   tropikalny,   czerwony   motyl 

przyciągał zbyt wiele uwagi. Młody człowiek w białym marynarskim mundurze obrzucił Mattie 

obleśnym spojrzeniem i przeciągle gwizdnął. Hugh spiorunował go wzrokiem, po czym ujął Mattie 

za ramię.

- Co ty, do diabła, kombinujesz? - spytał stanowczo, przyciskając ją do siebie.

- Zwyczajnie wychodzę coś zjeść. - Uśmiechnęła się do mężczyzny przycumowującego łódź 

do   nabrzeża.   -   Otworzył   usta,   przerwał   pracę   i   zagapił   się.   -   Czy   to   nie   wspaniałe,   Hugh? 

Evangeline ma rację. Naprawdę jest mi dobrze w czerwonym.

69

background image

- Słuchaj, mała, przy takim kroju sukienki kolor nie ma znaczenia. - Zorientował się, że 

Mattie jest z siebie bardzo zadowolona. - Nie chcę psuć ci humoru, ale nie jest zbyt bezpiecznie 

chodzić tutaj w takim stroju.

Spojrzała na niego z niewinnym zdumieniem.

- Czemu nie, Hugh? Przecież jestem z tobą, ty mnie obronisz.

Jęknął cicho, a potem uznał, że warto podjąć tę grę.

- A kto obroni cię przede mną, mała?

- Z tym nie ma kłopotu. Widziałeś mnie mniej ubraną i nie zrobiło to na tobie szczególnego 

wrażenia.

-   Jeśli   masz   o   innych   mężczyznach   równie   błędne   wyobrażenie   jak   na   mój   temat,   to 

wpakujesz się w poważne kłopoty.

- Bzdura. - Poklepała  go po ramieniu  z protekcjonalną poufałością.  - Oboje wiemy,  że 

będziesz grzeczny. Co powiedziałaby ciotka Charlotte, gdybyś wypadł z roli?

Jeszcze mocniej zacisnął chwyt na jej ramieniu.

- Powinnaś być mądrzejsza i mi nie grozić, mała - syknął. - Odpowiadam przed Charlotte 

tylko w sprawach służbowych. Reszta mojego życia nic jej nie obchodzi.

- Walisz z grubej rury. - Mattie zaśmiała się ochryple. - Ale nie wierzę ci ani trochę. Co byś 

zrobił, gdybyś nie dostawał tych miłych, intratnych zleceń i nie jeździł raz po raz na drugi koniec 

świata, żeby wyciągnąć Vailcourt International z drobnych kłopotów?

-   Poświęciłbym   więcej   czasu   na  mój   własny  interes.   -   Hugh  nagle   zdecydował,   że   nie 

zaciągnie jej z powrotem do hotelu. Seksowna, flirtująca Mattie miała zbyt wiele uroku. Nigdy 

jeszcze nie widział jej w takim nastroju i nie miał chęci go zepsuć. Mattie świetnie się bawiła, a i on 

miałby na to szansę, gdyby odpowiednio zagrał swymi kartami.

Pociągnął Mattie w stronę tawerny pod gołym niebem, znajdującej się przy końcu ulicy. 

Wiedział, że tego wieczoru nie ma dla nich w Brimstone bezpiecznego miejsca. Po całej mieścinie 

kręciło się mnóstwo marynarzy, a miejscowe lokale nawet w swym najlepszym stanie nie należały 

do zbyt eleganckich. Musiał więc pokazać wszystkim dookoła, że Mattie stanowi jego prywatną 

własność.

- A cóż to za tajemnicze interesy prowadzisz, Hugh? Ma to zdaje się coś wspólnego z 

samolotami,   prawda?   -   Mattie   uczepiła   się   jego   ramienia,   a   właściwie   na   nim   zawisła,   i   z 

zaciekawieniem przyglądała mu się szeroko rozwartymi oczami.

-   Powiedziałem   ci,   że   rozwijam   na   Saint   Gabriel   firmę   transportową,   zajmującą   się 

czarterami.

70

background image

Wprowadził Mattie do tawerny i natychmiast wyczuł, jaką sensację wzbudziła jej obecność. 

Od długiego barowego kontuaru dobiegły go liczne pomruki i gwizdy. Hugh zaczął się poważnie 

zastanawiać, czy uda mu się dotrwać do końca tego wieczoru bez bójki.

- Czysta głupota - mruknął pod nosem, zmierzając z Mattie do zacisznego, odgrodzonego 

stolika przy płotku.

-   Przede   wszystkim   dobra   zabawa   -   zareplikowała   Mattie,   wślizgując   się   na   winylowe 

siedzenie. Przy okazji zademonstrowała jeszcze kilka centymetrów kształtnego uda. - Świetnie się 

czuję dziś wieczór. Nareszcie coś nowego. Poncz rumowy, proszę.

- Zjesz kolację - poinformował ją Hugh.

- Ale zrzędzisz. Dobra. Najpierw kolacja. A potem poncz rumowy.

- Poncz wypijemy w pokoju - zdecydował Hugh, obdarzając człowieka siedzącego przy 

końcu baru wybitnie chłodnym spojrzeniem. Facet, który dotąd z zapałem wpatrywał się w Mattie, 

wydał ciężkie westchnienie i odwrócił się do swojego drinka.

- Dla mnie piwo - zakomunikował Hugh kelnerce w średnim wieku, która podeszła ich 

obsłużyć. - Dla pani colę. A potem dwa razy hamburgery. Duże. Mój może być podwójny.

Mattie uśmiechnęła się do kelnerki nad jego ramieniem.

- Chciałabym trochę zmienić to zamówienie. Proszę sok owocowy zamiast coli. I proszę 

dolać   do   niego   trochę   rumu.   A   zamiast   hamburgera   zjem   sałatkę.   I...   co   jeszcze   tu   macie 

bezmięsnego?

- Mięsa nie? Woli pani rybę? - spytała kelnerka.

- Rybę też nie. Ani kawałka żadnego martwego stworzenia - sprecyzowała Mattie. - Nie jem 

pokarmów   zwierzęcych.   A   on   też   nie   powinien   -   dodała,   klepiąc   Hugh   po   ramieniu.   -   W 

najbliższym czasie wyleczę go z tego przyzwyczajenia.

Kelnerka czekała poważnie zmylona. Zerknęła na Hugh z nadzieją na wskazówkę, co robić. 

Kiedy z rezygnacją wzruszył ramionami, spojrzała znów na Mattie.

- Mamy frytki. Chce pani?

- Niech będzie - zgodziła się Mattie. Po odejściu kelnerki zwróciła się do Hugh. - Opowiedz 

mi coś więcej o tej firmie czarterowej - zażyczyła sobie, celowo mówiąc bardzo prowokującym 

tonem. - Chcę usłyszeć wszystko z najdrobniejszymi szczegółami. To mnie fascynuje. Założę się, 

że na tych wyspach jesteś wielkim bonzą przewozowym, co kochasiu?

- Czy ta pani, która pożyczyła ci sukienkę, udzieliła ci też szybkiej lekcji, jak rozmawiać z 

klientami?

71

background image

- Jak możesz tak myśleć? - Mattie udała obrażoną. - Mówię poważnie, Hugh. Chcę wiedzieć 

wszystko o tej firmie. Po prostu uświadomiłam sobie, że jest mnóstwo rzeczy, których o tobie nie 

wiem.

Przyniesiono piwo. Hugh właściwie nie miał na nie ochoty, ale wiedział, że butelka może 

się  przydać  w  razie  gdyby   przed  końcem  ich  kolacji  w  tawernie   wszczął   się  ruch. Zerknął  w 

zamyśleniu na Mattie.

- Flirtujesz ze mną?

- A jeśli tak, to co? - Ściągnęła ramiona, tak że głęboki dekolt sukienki odsłonił na chwilę 

wycinek ciemnego krążka sutki.

Hugh   uświadomił   sobie,   że   gapi   się   Mattie   w   dekolt.   Już   i   tak   był   podniecony,   teraz 

twardniał coraz bardziej w rekordowym tempie. Szybko pociągnął haust piwa.

- Nie narzekam. Tylko chcę się upewnić, czy wiesz, co robisz.

- Próbuję się dowiedzieć trochę więcej o tobie. Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że prawie 

nic nie wiem o twojej przeszłości, Hugh?

Musiał się bardzo zmobilizować, żeby spojrzeć jej w oczy.

- Niewiele tracisz. Siedź prosto, dobrze? - Do licha,  Mattie naprawdę z nim flirtowała. 

Żałował bardzo, że mają dookoła tylu widzów. Wszyscy mężczyźni w tej sali musieli sobie zdawać 

sprawę ze spojrzeń, jakimi go częstowała. Czuł wewnętrzne rozdarcie. Z jednej strony szarpała nim 

wściekła żądza, z drugiej wiedział, że musi chronić swój nowo odkryty skarb przed pożądliwymi 

spojrzeniami innych mężczyzn.

- Co robiłeś, zanim zacząłeś pracować u mojej ciotki?

- To i owo. Rożne dziwne rzeczy. Lepiej naprawdę usiądź trochę prościej, Mattie. Mówię 

poważnie. Ta sukienka zaraz ci spadnie.

- Evangeline specjalnie zaprojektowała ją w taki sposób. Ona ma świetną rękę do szycia. 

Chyba minęła się z powołaniem.

-   To   możliwe.   -   Hugh   przesunął   się   lekko,   próbując   coś   poradzić   na   dżinsy,   okrutnie 

ściskające go w kroczu. - Jak ona się nazywa?

- Evangeline Dangerfield.

- Co za nazwisko. Ciekawe, skąd je wzięła.

-   Mówi,   że   to   nie   jest   prawdziwe   nazwisko.   Przypuszczam,   że   raczej   coś   w   rodzaju 

profesjonalnego pseudonimu. Mnie też proponowała, żebym nazwała się bardziej atrakcyjnie niż 

Mattie Sharpe. Co o tym sądzisz?

Przez twarz Hugh przemknął uśmieszek.

- Myślę, że Mattie Sharpe brzmi w porządku.

72

background image

Zmarszczyła czoło.

- Ale czy uważasz, że to jest dostatecznie seksowne? I czy ma w sobie coś romantycznego? 

Czy obiecuje namiętność, podniecające chwile i spełnienie?

- O tak - powiedział Hugh.

- Reklama i image to dwie zasadnicze sprawy, rozumiesz?

- Będę o tym pamiętał, tworząc Abbott Charters.

Mattie przytuliła się do niego. Oczy zaszły jej lekką mgiełką.

- Opowiedz mi coś więcej o Abbott Charters.

Ku własnemu  zaskoczeniu  w  chwilę   potem  Hugh stwierdził,   że  spełnia  jej   prośbę.  Nie 

potrafił się oprzeć. Mattie siedziała wsłuchana w każde słowo, jakby nic na świecie nie miało dla 

niej większego znaczenia niż jego nadzieje, plany i marzenia o przyszłości.

W pewnej chwili zdał sobie sprawę, że nikt nigdy nie słuchał go z taką uwagą. Obszernie 

roztoczył więc przed Mattie wizję załatwienia sobie kilku kontraktów z władzami federalnymi i 

stanowymi. Tłumaczył, na czym polegają w tej chwili trudności ze zorganizowaniem transportu 

samolotem z tutejszych wysp. Wyjaśnił, że Saint Gabriel zacznie ściągać turystów, a on chce wtedy 

zaproponować   im   usługi   swojej  firmy.   Potem   przeszedł   do  organizacji   wycieczek   dla  nurków. 

Mówił, mówił i mówił.

Mattie była wyraźnie zafascynowana. Od czasu do czasu wtrącała różne pytania, ale przede 

wszystkim słuchała. Więc Hugh mówił, i mówił...

Kelnerka przyniosła kolację. Hugh przeżuwał nie przestając mówić dalej. Był właśnie przy 

sposobach   zapewnienia   swojej   firmie   statusu   najsolidniejszego   przewoźnika   w   tym   rejonie 

Pacyfiku.   Jasno   i   szczegółowo   określił   swój   cel:   zamierzał   zorganizować   profesjonalne   usługi 

najwyższej jakości, które obejmowałyby wszystko, od dostaw łodzi dla turystów łowiących ryby po 

obsługę miejscowego biznesu.

- Chcę w końcu dojść do sprzedaży franszyz - powiedział. - Wyobraź sobie na przykład, że 

facet,   który   rano   zabierze   nas   samolotem   z   tej   wyspy,   ma   mały   biznes,   oparty   na   posiadaniu 

jednego samolotu. Jeśli wykupi franszyzę firmy Abbott Charters, natychmiast zacznie wyglądać na 

poważniejszego i znacznie silniejszego przewoźnika. On będzie miał więcej pracy, a ja szerszą bazę 

do interesów.

W pół godziny później, gdy opuścili tawernę i znalazłszy się na ulicy ruszyli z powrotem do 

hotelu,   Hugh   zorientował   się,   że   nadal   opowiada   o   swych   planach   i   ambicjach.   Był   nieco 

zdziwiony,   że   udało   im   się   dotrwać   do   końca   kolacji   bez   zaczepek   i   że   nie   musiał   nabić 

miejscowym kilku guzów, ale wcale tego nie żałował. Najwyraźniej wszyscy od razu uznali, że 

73

background image

Mattie jest dla nich nieosiągalna, pomyślał z dumą. Prawdopodobnie miało to coś wspólnego z jej 

absolutnym skupieniem na jego osobie.

- Teraz naleję ci drinka - powiedział wielkodusznie, gdy znaleźli się w pokoju Mattie. - 

Siadaj.

Oznaczało to, że należy usiąść na łóżku, bo krzeseł w pokoju nie było. Mattie posłusznie 

strzepnęła z nóg czerwone pantofelki, oparła nagie plecy o stare wiklinowe wezgłowie i wyciągnęła 

przed sobą nogi.

- Kiedy powiesz ciotce Charlotte, że rezygnujesz z dalszych zleceń od Vailcourt?

- Jeśli sprawy będą dalej układać się tak jak teraz, to będę w stanie dojść do tego w ciągu 

sześciu miesięcy, najwyżej roku - powiedział Hugh, nalewając do dwóch szklanek po odrobinie 

rumu. - Będzie tu jak w niebie, Mattie. Zobaczysz. Firma stanie się zyskowna. A za rok zaczynam 

budować dom. Już wybrałem odpowiedni kawałek ziemi z widokiem na najpiękniejszą zatoczkę, 

jaką kiedykolwiek widziałaś.

W   korytarzu   rozległy   się   kroki.   Ucichły   za   ich   pokojem,   przy   sąsiednich   drzwiach. 

Evangeline musiała gościowi otworzyć, bo rozległ się szmer głosów, a potem zapadła cisza. Hugh 

usiadł przy Mattie na łóżku i dalej opowiadał o swym wymarzonym domu. Mattie sączyła rum.

Wkrótce  zza  cieniutkiej  ścianki  rozległ  się całkiem  jednoznaczny skrzyp  sprężyn.  Hugh 

zignorował go, był bowiem akurat zajęty opisem werandy, która miała otaczać dom jego marzeń. 

Mattie upiła kolejny łyk rumu.

Od gardłowego okrzyku mężczyzny osiągającego spełnienie ścianka aż się zatrzęsła. Mattie 

spojrzała Hugh w oczy, przygryzła wargę i zaraz odwróciła głowę. Zachichotała.

Hugh udał, że nie zauważa następnych kroków w korytarzu, i dalej wyjaśniał, że dom będzie 

od trzech stron wystawiony na podmuchy nadmorskiej bryzy.

Kiedy kroki trzeciego z kolei człowieka zatrzymały się u drzwi Evangeline, Mattie dość 

niespokojnie poruszyła się na łóżku.

- Ciężki kawałek chleba. - Ziewnęła.

- Owszem. - Hugh wreszcie zaczął mieć kłopoty ze skupieniem się na temacie. Rytmiczny 

skrzyp sprężyn i hałaśliwe odgłosy męskiego orgazmu zakłóciły mu koncentrację. A ziewnięcie 

Mattie ukazało bardzo interesujące własności stanika czerwonej sukienki.

- Chyba jednak pozostanę przy prowadzeniu galerii sztuki - powiedziała Mattie, układając 

się na poduszkach. Odstawiła szklaneczkę na stolik przy łóżku. - Nie sądzę, żeby wystarczyło mi 

energii na taką pracę, jaką ma Evangeline. Wiesz, Hugh, nagle poczułam potworne zmęczenie.

-   Miałaś   dzisiaj   dużo   wrażeń   -   powiedział   współczująco.   Spostrzegł,   że   oczy   jej   się 

zamykają. - Hej, Mattie?

74

background image

- Dobranoc, Hugh. Nie zapomnij zgasić światła i zamknąć za sobą drzwi. - Wydała jeszcze 

cichy pomruk i zasnęła.

Hugh   siedział   i   przyglądał   się   Mattie   jeszcze   długo   po   skończeniu   drinka.   Uświadomił 

sobie, że nie zdążył  opowiedzieć  jej o swej wymarzonej  sypialni.  A pokój miał  być  wielki,  z 

wielkim łożem i widokiem na ocean. Hugh nie wątpił, że Mattie będzie się to podobało.

Sprężyny   w   sąsiednim   pokoju   znowu   zaczęły   skrzypieć.   Hugh   odstawił   szklaneczkę   i 

powoli rozebrał się do slipów. Potem ściągnął z łóżka narzutę i przykrył Mattie prześcieradłem. 

Rozważał, czy jej nie rozebrać, ale w końcu uznał, że czerwony skrawek sukienki świetnie się 

nadaje na nocny strój.

Podszedł do torby z zakupami i wyciągnął z niej swój rewolwer. Zgasił światło i wsunął się 

pod prześcieradło obok Mattie. Rewolwer wsadził pod poduszkę. 

Założywszy ręce za głowę, słuchał nie kończącej się defilady w korytarzu. Zaczynał się 

zastanawiać, czy nie przyjdzie mu trwać w stanie przykrego podniecenia przez całą noc.

Gdy   kroki   jakiegoś   człowieka   zatrzymały   się   przed   drzwiami   pokoju   Mattie,   a   nie 

Evangeline, Hugh jeszcze nie spał. Westchnął i delikatnie sięgnął pod poduszkę.

75

background image

Rozdział szósty

W  

chwili   gdy   drzwi   się   otworzyły,   Hugh   poczuł   drgnienie   Mattie.   Zmieniła   we   śnie 

pozycję.   Ułożyła   nogi   wzdłuż   jego   ciała,   a   dłoń   oparła   mu   na   nagim   torsie.   Natychmiast 

zarejestrował   u   siebie   zdecydowaną   odpowiedź.   Ta   kobieta   naprawdę   miała   fatalne   wyczucie 

chwili. Wierzył jednak, że prędzej czy później zmieni się to u niej na lepsze.

Niechętnie skupił się na coraz szerszej smudze światła. Jest jednak jakaś kolejność spraw.

Przez   moment   w   półmroku   zamajaczyła   mu   znajoma   sylwetka.   Człowiek   ukradkiem 

wślizgnął się do środka i cicho zamknął za sobą drzwi.

Hugh odciągnął  kurek. Wymowny trzask zabrzmiał  w  ciasnym  pokoiku jak huk działa. 

Człowiek   przy   drzwiach   znieruchomiał;   niewątpliwie   poznał   ten   odgłos.   Musiał   mieć   swoje 

doświadczenie.

Mattie   lekko  poruszyła  dłonią  na  torsie  Hugh, zawadzając   palcem   o sutkę.  Hugh jakoś 

opanował jęk i wbił wzrok w swoją zdobycz.

- Wiedziałem, że pożałuję zabrania cię z Czyśćca, Rosey - szepnął prawie bezgłośnie. I tak 

było go słychać.

- Pieprzysz! - padła burkliwa odpowiedź, nie głośniejsza od słów Hugh.

Mattie wymamrotała coś przez sen i zaczęła wolno przesuwać dłoń po owłosionym torsie 

Hugh. Dotknęła brzucha, który natychmiast zareagował napięciem mięśni.

- Spróbuj tylko  ją zbudzić, Rosey,  to zobaczysz,  jak się wkurzę. - Hugh pozostał przy 

szepcie.

- Myślałem, że pan śpisz gdzieś dalej. Tak powiedział mi facet z recepcji. - Rosey wydawał 

się zirytowany, ale posłusznie nie podnosił głosu.

- Źle myślałeś.

Stopa Mattie dotknęła nogi Hugh. Czuł drobne ruchy palców jej stóp. Skubały go delikatnie 

jak   akwariowa   ryba.   Ta   nieświadomie   ofiarowana   pieszczota   podziałała   na   niego   z   siłą 

elektrowstrząsu.

- Posłuchaj pan. Nie miejmy do siebie pretensji. To była zwykła omyłka. - Rosey centymetr 

po centymetrze wycofywał się do drzwi.

- Poważna omyłka. Czego tu szukałeś?

76

background image

- Paru dolców. Wiedziałem, że ona ma forsę w tej fikuśnej torebeczce. Człowiek zawsze to 

widzi po torebce i pantoflach, nie? Prawdziwa skóra. Z drogiego sklepu.

Hugh nieco się odprężył. Usłyszał w skamlącym tonie Roseya nutę szczerości. Początkowo 

mocno   zirytowało   go   przypuszczenie,   że   zobaczywszy   Mattie   w   czerwonej   sukience,   Rosey 

przyszedł do pokoju ze znacznie bardziej nagannym zamiarem niż pospolita kradzież.

- Masz szczęście, Rosey, że jestem dziś wieczorem w dobrym humorze. Nie przedziurawię 

ci głowy. Przynajmniej nie w tej chwili.

- I tak byś pan tego nie zrobił - oświadczył Rosey, przeceniający chyba swe psychologiczne 

zdolności. - Jej by się to bardzo nie spodobało. Tak samo jak nie spodobało jej się, że na Czyśćcu 

groziłeś pan mnie i Gibbsowi poderżnięciem gardeł. No, i nie pozwoliła nas zostawić.

- Mogłoby jej się nie podobać, ale to nie znaczy, że by mnie powstrzymała, jak mnie za 

bardzo   rozzłościsz,   Rosey,   to   nawet   ona   ci   nie   pomoże.   Pamiętaj   o   tym,   to   unikniemy 

nieporozumień.

Mattie cichutko westchnęła i przesunęła dłoń jeszcze niżej. Jej palce wsunęły się pod slipy i 

zaczęły   się   bawić   gęstym,   poskręcanym   owłosieniem.   Prześcieradło   na   wysokości   ud   Hugh 

wyraźnie się wybrzuszyło.

Hugh kolejny raz opanował jęk i tylko kolosalną mobilizacją woli zdołał skupić uwagę na 

Roseyu. Żylasty człowieczek sięgał właśnie do klamki.

- Czekaj - cicho polecił Hugh w chwili, gdy kciuk Mattie delikatnym  ruchem dotarł do 

podstawy nabrzmiałego jak słup członka, który wyswobodził się ze slipów. Hugh był napięty jak 

struna; dłoń trzymająca rewolwer lekko mu drżała.

Z   wielką   ostrożnością   zabezpieczył   broń.   Nie   było   sensu   ryzykować   przypadkowego 

postrzelenia Roseya w chwili namiętnego uniesienia.

- Chcę z tobą jeszcze chwilę pogadać, Rosey.

- Przecież powiedziałem, że to była omyłka. Nie chciałem jej zrobić krzywdy. Zwyczajnie 

potrzebowałem parę dolców. Nie mieliśmy z Gibbsem zbyt wiele przy sobie, kiedy ukradłeś pan 

nam łódź. Cienko u nas.

- Coś mi mówi, że nie pierwszy raz zdarza ci się wyjeżdżać skądś w pośpiechu, Rosey. 

Zanim stąd wyjdziesz, chcę, żebyśmy się dobrze zrozumieli. Po pierwsze, jeśli jeszcze raz zbliżysz 

się do panny Sharpe, to bardzo mnie tym rozzłościsz. Bardzo. Czy to jasne?

- Jasne, jasne. Nie trudź się pan wstawaniem, bo już mnie tu nie ma.

- Jeszcze jedno.

- Eech, panie. Nigdy nie przestajesz pan wydawać rozkazów?

- Przestaję, ale dopiero jak osiągnę cel.

77

background image

Rosey stał wyczekująco przy drzwiach.

- Czego pan chcesz?

- Nazwiska. Na Czyśćcu zginął mój przyjaciel.

- Tak. Kto? - Rosey wydał się tym nieco zainteresowany.

- Paul Cormier.

Nastąpiła krótka pauza.

-  Znałem Cormiera. Był w porządku gość, razem ze swoimi białymi butami. Pożyczył mi 

parę razy forsę, kiedy pilnie musiałem oddać innym ludziom. I uderzył w kalendarz? To smutne.

- Ktoś go postrzelił i zostawił umierającego. Gdybyś  kiedyś usłyszał, kto to zrobił, chcę 

wiedzieć. Bardzo chcę wiedzieć.

- Nie wiem, kto go zabił - pośpiesznie zapewnił Rosey.

-   To   są   pieniądze,   Rosey.   Duże   pieniądze.   Przyjdziesz   z   nazwiskiem,   dostaniesz   forsę. 

Możesz zgłosić się do mnie albo do człowieka na Saint Gabriel, który nazywa się Silk

Taggart. Kapujesz?

- Jasne, że kapuję. Pozwól pan, że już pójdę. Mam jeszcze kilka spraw do załatwienia. 

Pożegnaj pan ode mnie tę panią.

- W porządku. - Hugh znów wziął głęboki oddech, bo palce Mattie wsunęły mu się między 

uda. - Zamknij za sobą drzwi.

- Jak pan sobie życzysz. - W drzwiach znów pojawiła się na moment smuga światła. Rosey 

zniknął i zapadła ciemność. Hugh odczekał, aż usłyszy trzask zasuwki.

Noga Mattie znalazła się na jego udzie, a ona sama przysunęła się znacznie bliżej.

Hugh wsunął rewolwer pod łóżko, żeby w razie czego mieć do niego łatwy dostęp. Potem 

sięgnął pod prześcieradło  i wyczuł  dłoń Mattie. Odpoczywała na jego wzwiedzionym  członku, 

opuszkami palców dotykając jąder.

- Ojej. - Miał wrażenie, że dłużej nie wytrzyma.

Wstrzymując oddech, zsunął slipy z bioder. Dalej jednak droga była skomplikowana, bał się 

bowiem, że zbudzi Mattie i zniweczy swe piękne marzenie. Ale Mattie tylko trochę się powierciła i 

przytuliła się do niego mocniej, a jemu wreszcie udało się pozbyć bielizny.

Delikatnie zamknął palce Mattie na ich dotychczasowym oparciu. Potem dla eksperymentu 

lekko poruszył biodrami. Dłoń na moment zacieśniła chwyt.

- O, cholera. - Hugh mocno zacisnął powieki i głęboko zaczerpnął powietrza.

Przez chwilę poważnie się zastanawiał, czy nie torturować się tą pozycją do samego rana. 

Uznał jednak, że przekracza to jego możliwości. Był zbyt bliski wybuchu.

78

background image

Mattie poruszyła się znowu. Musnęła wargami jego ramię. Spojrzał w tamto miejsce i w 

słabym świetle wpadającym przez okno dostrzegł uroczą pierś, która wyswobodziła się ze stanika 

czerwonej sukienki.

Zafascynowany tym widokiem, dotknął kciukiem sutki. Poczuł, że jest twarda jak jagoda. 

Palce delikatnie obejmujące jego męskość znów na moment się zacisnęły. Co za męka.

Hugh sięgnął do stanika czerwonej sukienki  i ostrożnie  go zsunął, tak że i druga pierś 

znalazła się na swobodzie. Przez dłuższą chwilę leżał i upajał się widokiem, który miał tuż przed 

oczami.

Potem postanowił spróbować szczęścia w śmielszej akcji, położył więc dłoń na udzie Mattie 

i wsunął ją pod sukienkę. Mattie puściła go i przetoczyła się na plecy. Oczy miała wciąż zamknięte. 

Nerwowo poruszyła nogami.

Hugh zaczął centymetr po centymetrze zdobywać teren pod czerwonym atłasem. Wrażenie 

ciepła  i miękkości  omal  nie  doprowadziło  go do gwałtownego  spełnienia.  A  gdy Mattie  sama 

rozchyliła nogi, ledwie pohamował kolejny jęk wyrywający się z jego gardła.

Odnalazł palcami skrawek bawełny, który osłaniał najbardziej kobiece miejsce Mattie. Przez 

chwilę rozkoszował się głaskaniem jej przez materiał, ale gdy poczuł, jak bawełna wilgotnieje, 

wiedział, że nie będzie w stanie na tym poprzestać.

Mattie   znów   się   poruszyła.   Lekko   wyprężyła   ciało,   podsuwając   mu   się   do   pieszczot. 

Wymamrotała coś przez sen. Zabrzmiało to jak niecierpliwe żądanie. Przez wycięcie na nogę Hugh 

wsunął palce do wnętrza bawełnianych fig.

Mattie   zachłysnęła   się   powietrzem   i   zatrzepotała   rzęsami.   Spojrzała   na   niego   spod 

zmysłowo przymrużonych powiek. Hugh nie odważył się poruszyć. Wstrzymał dech.

I nagle Mattie bez słowa objęła go za szyję i pociągnęła go na siebie. Znów zamknęła oczy.

Chciała go. Hugh bał się, że postrada zmysły. Raptownie chwycił za spódnicę czerwonej 

sukienki i przez biodra podciągnął ją do góry. Potem rozebrał Mattie z fig.

Była gotowa na jego przyjęcie, wilgotna i spragniona. Opadł na nią i gorączkowo odnalazł 

najgorętsze miejsce. Wtulił usta w zagłębienie na szyi Mattie i energicznie wdarł się w jej wnętrze. 

Mattie wydała okrzyk i zdrętwiała.

-  Och, mała, mała... - Pożądanie nadało głosowi Hugh ochrypły przydźwięk. Mattie była 

dokładnie taka, jak w jego wspomnieniu, ciasna, gorąca i wilgotna. Miesiące odbierających   mu 

spokój snów stały się rzeczywistością. Mattie go chciała. Wbijał się w nią, gnany drążącą go przez 

rok namiętnością.

Usłyszał rwany oddech Mattie, poczuł jak raz po raz wychodzi mu na spotkanie, wyciągnął 

więc dłoń, by w masie gęstych miękkich włosów u zbiegu ud odszukać najwrażliwsze miejsce. Gdy 

79

background image

wreszcie go dotknął, Mattie niemal oszalała. Wbiła mu paznokcie w plecy i przywarła do niego tak, 

jakby był jedynym mężczyzną na ziemi.

Dopadł jej ust, tłumiąc pocałunkiem okrzyki spełnienia. I zaraz sam stanął w płomieniach. 

Jego ciało odnalazło zaspokojenie, którego tak długo wyczekiwało. Cudowne doznanie zdawało się 

trwać wieki.

Kiedy wreszcie  dobiegło   końca,  Hugh  był   okryty  potem,   jakby  właśnie  wpadł  na metę 

długodystansowego   biegu.   Podniósł   głowę,   by   spojrzeć   na   kobietę   trzymaną   w   ramionach,   i 

stwierdził, że Mattie znów zasnęła.

Odetchnął z ulgą. Nie miał teraz nastroju do rozmowy. Było mu zbyt dobrze, zaspokojenie 

go rozleniwiło. Po co psuć urok chwili jałową gadaniną? Powoli, delikatnie wysunął się z ciepłych 

objęć Mattie. Przetoczył się na plecy i przygarnął ją do siebie.

- Dobrze nam będzie, mała - szepnął. - Tak jak powiedziałaś mi rok temu. Cholernie dobrze. 

- Długo jeszcze  leżał  zapatrzony w  odrapany sufit  pokoiku i nasłuchiwał  kroków  z korytarza. 

Przyszło mu do głowy, że ta zapchlona rudera na nabrzeżu nie jest chyba miejscem, w jakim Mattie 

zwykle zatrzymuje się na nocleg podczas podróży.

P

ierwsza myśl Mattie po przebudzeniu dotyczyła materaca. Musiał być jeszcze bardziej 

nierówny, niż jej się zdawało poprzedniego dnia, bo dziwnie zdrętwiała.

Między nogami miała coś lepkiego. I było jej niewygodnie. Zgnieciona czerwona sukienka 

krępowała   jej   talię.   Nagle   przypomniała   sobie   bardzo   plastycznie   wydarzenia   ostatniej   nocy. 

Naturalnie nie był to sen.

Mattie jęknęła, przewróciła się na brzuch i wcisnęła twarz w poduszkę. Ależ z niej idiotka. 

Kretynka. Tępa pała. Świrnięta baba.

Zastanawiała się właśnie nad kolejnymi epitetami, gdy usłyszała w korytarzu ciężkie kroki i 

radosne pogwizdywanie mężczyzny. W kilka sekund później drzwi się otworzyły.

- Hej, mała, już się zbudziłaś? Czas wstawać. Zaraz mamy samolot. Przyniosłem ci trochę 

kawy i bułkę. Bułka jest niezbyt świeża, ale jadalna.

- O, Boże - jęknęła Mattie w poduszkę.

W głosie Hugh nieomylnie odkryła ton mężczyzny, który zyskał pewność, że jest panem 

swej kobiety i całego świata.

- Wstawaj i zjedz to, mała. - Hugh położył coś na toaletce i podszedł bliżej, by poufale 

klepnąć ją po pośladkach. - Wierz mi, że wiem, jak się czujesz. Na nic nie mam większej ochoty, 

jak z powrotem wleźć do łóżka i uwalić się przy tobie, ale musimy się ruszyć. Będziemy mieli 

mnóstwo czasu dla siebie później.

80

background image

Mattie odwróciła głowę od poduszki i podniosła powieki, pełna najgorszych przeczuć. Hugh 

szczerzył do niej zęby, a jego szare oczy aż lśniły od seksualnej satysfakcji. Poza tym wyglądał jak 

co dzień, w dżinsach, koszuli khaki i wysokich butach. Spojrzała mu za plecy, oceniając odległość 

do malutkiej łazienki. Warto było spróbować.

- Przepraszam cię - powiedziała Mattie grzecznie, usiadła i owinęła się prześcieradłem. - 

Zwykle rano jestem w nie najlepszej formie.

- Napij się kawy. Dostałem ją w sąsiedztwie, w ulicznym stoisku. Smakuje jak mieszanka 

naparu z palonych opon i kwasu z baterii. Na pewno cię zbudzi. - Hugh wcisnął Mattie kubek, z 

którego unosiła się para.

Przytrzymując prześcieradło, Mattie spojrzała na gęstą, czarną ciecz. Wyglądała i pachniała 

o wiele mocniej niż kawa z ekspresu, którą piły wszystkie jej przyjaciółki w Seattle.

- Rano wolę ziołową herbatę.

- Ech, mała. Wyglądasz, jakbyś potrzebowała czegoś mocniejszego, co postawi cię na nogi. 

Pij do dna.

Nie miała siły się sprzeczać. Posłusznie upiła łyk. Jej organizm potraktował ten bodziec jak 

solidnego kopa.

- Miałeś rację, to mnie zbudzi.

- Przecież powiedziałem. Maszeruj pod prysznic.

Mattie zdobyła się na heroiczny wysiłek i jakoś wstała. Skierowała się prosto do łazienki, 

wlokąc za sobą prześcieradło niczym tren z lekka pogniecionej i poplamionej sukni ślubnej.

Powtarzała sobie, że wkrótce znajdzie się w domu. Za dzień lub dwa wróci do miłego, 

dobrze   znanego   otoczenia,   w   którym   nie   musi   się   martwić   przebudzeniem   w   podejrzanym 

nadmorskim hoteliku, u boku obcego faceta.

Cholera! Jak mogła się tak wygłupić?

Energicznie zamknęła drzwi łazienki i natychmiast spojrzała na swe odbicie w pękniętym 

lustrze nad umywalką. Krytycznie oceniła, że wygląda jak chodzące nieszczęście. Włosy jej się 

splątały, a na policzkach i pod oczami miała wielkie cienie. Zastanowiło ją, czy Evangeline właśnie 

tak się czuje po ciężkiej nocy.

Puszczone   prześcieradło   wolno   osunęło   się   na   podłogę.   Czerwona   sukienka,   która 

poprzedniego wieczoru wydawała jej się śmiała i seksowna, teraz, stłamszona w obwarzanek wokół 

talii, wyglądała tandetnie. Mattie zdjęła ją z siebie, obróciła się i weszła pod prysznic w kabinie z 

blaszanymi ściankami. Długo stała pod nędznym strumykiem zimnej wody, usiłując wymyślić, jak 

poradzić sobie z sytuacją, do której sama doprowadziła.

81

background image

Jedno było pewne. Hugh stanie się teraz nie do zniesienia. Mattie podejrzewała, że w jego 

przekonaniu   ostatnia   noc   definitywnie   rozwiązała   wszystkie   problemy.   Dla   Hugh   wszystko 

układało się w prosty łańcuch następstw. Najczęściej myślał bardzo prostolinijnie, nie kłopocząc się 

dzieleniem włosa na czworo. Niewątpliwie nabrał więc przekonania, że ich „romans” znów jest 

aktualny.

Drzwi do łazienki raptownie się otworzyły.

- Masz, mała. Twoje spodnie i bluzka. Wyglądają na trochę zużyte, ale nie martw się. Na 

Saint Gabriel zorganizujemy ci coś nowego.

Drzwi ponownie się zamknęły. Mattie uznała, że jednym z najtrudniejszych zadań tego rana 

będzie dla niej wytrzymanie radosnego nastroju Hugh. Nie wyobrażała sobie, jak tego dokona.

Po wzięciu prysznica i ubraniu się odzyskała nieco wigoru. Przez okno wpadały do łazienki 

promienie słońca, a widok turkusowego oceanu w cudowny sposób pomógł jej pozbyć się złych 

przeczuć, które opadły ją natychmiast po przebudzeniu. Jakoś mogła sobie poradzić z Hughem 

Abbottem. Musiała sobie z nim poradzić.

Postanowiła   zachowywać   się   chłodno   i   obojętnie,   a   cały   epizod   kwitować   mocno 

zblazowaną miną. Za nic nie mogła podsunąć Hugh myśli, że ta noc bardzo ją zaniepokoiła.

- Kiedy odlatujemy? - spytała, siląc się na spokojny ton, gdy tylko wyszła z łazienki.

Hugh ogarnął ją żarliwym, zaborczym spojrzeniem.

- Za jakieś dwadzieścia minut. Będziemy na Saint Gabriel jeszcze przed południem.

- Wspaniale. Nie mogę się doczekać, kiedy stamtąd wyjadę. - Mattie potoczyła spojrzeniem 

po ich nędznym pokoiku. Wiedziała, że nie zapomni go do końca życia.

Hugh prześledził drogę jej spojrzenia.

- Nie jest to apartament nowożeńców u Ritza, co?

- Nie bardzo.

- Na Saint Gabriel jest niewiele lepiej, ale mam mnóstwo planów, mała. Zobaczysz. Daj mi 

tylko trochę czasu.

- Jasne. Czas leczy wszystkie rany, prawda? - Mattie podniosła torebkę i zarzuciła sobie 

pasek na ramię. - Przed odlotem chcę się pożegnać z Evangeline.

- Wątpię, czy już wstała. Kobiety jej zawodu mają zwyczaj przesypiać przedpołudnia.

Mattie uśmiechnęła się bystro.

- Czyżbyś był w tych sprawach autorytetem?

Hugh uniósł brwi, wyrażając tym milczące ostrzeżenie.

- Bez aluzji, mała. Powiedziałem ci. Żyłem cnotliwie z myślą o tobie. A po ostatniej nocy 

muszę przyznać, że warto było poczekać.

82

background image

Mattie  poczuła,  jak czerwienieje na twarzy,  widząc jednoznaczny błysk  w jego oczach. 

Natychmiast zajęła się wyszukiwaniem wizytówki w torebce i skrobaniem liściku na odwrocie.

- Wsunę to pod jej drzwi.

- Nie zapomnij przekazać podziękowań ode mnie za tę czerwoną sukienkę - mruknął Hugh, 

gdy Mattie mijała go, trzymając zawiniątko z rzeczami Evangeline.

Zignorowała   tę   uwagę.   Wyszła   na   korytarz   i   znalazła   się   pod   drzwiami   Evangeline. 

Przyklękła, żeby wsunąć wizytówkę i położyć pakunek.

- Co tam znowu...? - rozległ się zirytowany, zaspany głos z wnętrza pokoju. Evangeline 

gwałtownie otworzyła drzwi. - Ach, to ty złociutka. Dobrą miałaś noc?

Mattie   szybko   wstała.   Zamrugała   na   widok   stroju   Evangeline,   która   miała   na   sobie 

przezroczysty peniuar z czarnego nylonu, wykończony na dole i przy dekolcie puchatym sztucznym

futrem. Zdążyła też włożyć dopasowane pantofelki na wysokim obcasie, ozdobione tym samym 

sztucznym futrem co peniuar.

- Wyjeżdżam - powiedziała Mattie. - Przyszłam powiedzieć ci do widzenia. I pamiętaj, jeśli 

będziesz kiedyś w Seattle, koniecznie mnie odwiedź. Masz moje namiary na wizytówce.

- Pewnie, że cię odwiedzę. - Evangeline uśmiechnęła się ziewając, a potem szybko uściskała 

Mattie. - Powodzenia, złociutka. - Zerknęła jej za plecy. - Wyjeżdżasz razem z nim?

Mattie obejrzała się i ujrzała Hugh. Stał w nonszalanckiej pozie oparty o poręcz schodów.

- A, tak. Za parę minut odlatujemy.

- Uważaj na takich, co to lubią wyświadczać człowiekowi przysługi - ostrzegła Evangeline. - 

Prędzej czy później każdemu się ubrda, że ma cię na własność.

- Będę pamiętać. Do widzenia, Evangeline, uważaj na siebie.

- Część, złociutka. Sukienkę sobie weź. Fantastycznie w niej wyglądasz, a przerabiać drugi 

raz już mi się nie chce.

Mattie spojrzała na sukienkę i pomyślała, że nigdy więcej nie chce jej oglądać.

- Och, dziękuję, ale nie mogę...

- Możesz. Mówię poważnie. Masz ją ode mnie w prezencie. Od kobiety interesu dla kobiety 

interesu. Mówiłam ci, że musimy trzymać się razem.

- Dziękuję. - Mattie  wiedziała, że w tej sytuacji nie ma  grzecznego sposobu wyrażenia 

odmowy. Wsunęła czerwoną sukieneczkę do torebki i uśmiechnęła się wątle. - No, to do widzenia.

- Do zobaczenia. - Evangeline ziewnęła i zamknęła drzwi.

Mattie obróciła się i stwierdziła, że Hugh nadal milcząco ją obserwuje ze stanowiska przy 

schodach. Popatrzyła na niego, chcąc coś powiedzieć, ale nie przyszło jej do głowy nic ciętego.

- Gotowa? - Hugh odepchnął się od poręczy.

83

background image

- Tak.

M

ały czarterowy samolot wylądował na jedynym pasie startowym wyspy Saint Gabriel na 

pięć minut przed oberwaniem chmury. Zanim pilot zdołał skończyć kołowanie przed terminalem, 

czyli budą z falistej blachy aluminiowej, deszcz lał jak z cebra.

Mattie zdziwiła się, że ulewa dodaje jej skrzydeł. Wyskoczyła ze śmiechem na płytę lotniska 

i puściła się biegiem do falistej budy.

- Nie martw się. To zaraz przejdzie - zapewnił Hugh, chwytając ją za rękę. Razem wpadli do 

terminalu.

Mattie strząsnęła krople deszczu z włosów i zaczęła nasłuchiwać głośnego bębnienia o dach. 

Jednocześnie rozglądała się z zaciekawieniem dookoła. W budynku terminalu siedziało kilku ludzi. 

Pozdrowili   Hugh   z   naturalną   swobodą,   należną   dobremu   znajomemu.   Wszyscy   natychmiast 

przenosili wzrok na nią.

- Hej, Abbott, coś ty z sobą przywiózł? Małą pamiątkę? - spytał jakiś mężczyzna.

- Poznaj moją narzeczoną. Mattie Sharpe.

Mattie   niespokojnie   drgnęła.   Było   gorzej,   niż   się   spodziewała.   Hugh   poukładał   sobie 

wszystko w głowie tak definitywnie, że przeszło to jej najśmielsze wyobrażenia.

- Miło mi panią poznać, Mattie.

- Życzę pani szczęścia. Abbottowi przyda się kobieta. Nabierze trochę manier.

- Kiedy ślub?

Hugh uśmiechał się na prawo i lewo, prowadząc Mattie do wyjścia z małego budynku.

- Nie martwcie się, chłopcy. Wszystkich zaproszę na przyjęcie.

Na zewnątrz czekał  na nich jeep. Deszcz już przesuwał się dalej, zostawiając  po sobie 

parującą, soczystą zieleń. Wbrew złym przeczuciom, Mattie poczuła nowy przypływ podniecenia. 

To była wyspa Hugh, jego dom. Tu chciała przeprowadzić się w ciemno rok temu. Cisnęło jej się 

do głowy pytanie, jak wyglądałoby teraz jej życie, gdyby wtedy Hugh zgodził się zabrać ją z sobą.

- Spodoba ci się tutaj - oznajmił, zajmując miejsce za kierownicą.

Nie odpowiedziała.

- Najpierw załatwimy ci jakieś ubranie. Ta czerwona sukieneczka jest świetna, ale chyba nie 

możesz w niej chodzić na okrągło, co?

- Chyba nie.

-  Zanim   wezmę  cię  do  siebie,   zatrzymamy   się  w   mieście.  Możesz  zrobić  zakupy,   a  ja 

tymczasem sprawdzę, co słychać w interesach.

84

background image

Droga do miasteczka Saint Gabriel prowadziła po nadmorskich klifach. Z jednej strony 

wyrastała zielona ściana dżungli, z drugiej nisko w dole było widać przepiękny biały piach plaży i 

załamujące się fale. Niedaleko brzegu stały na kotwicy szary okręt wojenny i duży, smukły statek 

wycieczkowy.

- Okręty marynarki zawijają tu do portu bardzo regularnie, od lat. Ale ostatnio zaczynamy 

trochę rozkręcać turystykę - wyjaśnił Hugh, przekrzykując świst wiatru, wpadającego przez otwarte 

okna jeepa. - Statek wycieczkowy przypływa raz w tygodniu. Jedna z poważnych sieci chce tu 

zbudować ekskluzywny hotel. Zaczynają się też zjeżdżać nurkowie. Mówię ci, mała, Saint Gabriel 

jest na dobrej drodze. Rozwija się. Będziemy częścią tego rozwoju.

Prowadził  jeepa  wąską, krętą   drogą. Robił   to z  dużą  wprawą i  absolutną   swobodą,  jak 

wszystko, do czego się zabierał. Mattie uświadomiła sobie w pewnej chwili, że zerka na duże, 

mocne dłonie, trzymające kierownicę. Przypominała sobie, jak w nocy te same dłonie dotykały jej 

ciała.

Trudno było uznać sztukę miłosną Hugh za wyrafinowaną, ale były w niej siła i gwałtowna 

namiętność,   które   i   tym   razem,   podobnie   jak   poprzednio,   okazały   się   nie   do   odparcia.   Mattie 

zadrżała, przypominając sobie swoje niepohamowanie. Ostatniej nocy, gdy zbudziła się i zobaczyła 

nad sobą Hugh, nic nie miało dla niej większego znaczenia niż to, by poczuć, że Hugh staje się jej 

częścią. Ależ z niej idiotka. Kompletna świruska.

Miasteczko   powstało   wokół   malowniczego,   naturalnego   portu   o   dość   zapuszczonym 

wyglądzie. Najwyraźniej nikt tu nie stawał na głowie, żeby przyciągnąć turystów, którzy zdaniem 

Hugh zaczynali się pojawiać w Saint Gabriel.

- Turystyka jeszcze jest w powijakach - wyjaśnił Hugh, parkując jeepa przed budynkiem, na 

którego froncie widniał wymalowany napis: Abbott Charters. - Ale niedługo ludzie w Saint Gabriel 

zrozumieją, że będą bogaci. Wtedy się ruszą, zobaczysz. A teraz chodź, mała, przedstawię cię kilku 

facetom, którzy dla mnie pracują.

Mimo sprzecznych uczuć wobec Hugh Mattie uległa zaciekawieniu. Weszła za Hughem do 

wnętrza budynku. Było to coś w rodzaju magazynowego baraku z kantorkiem ukrytym w kącie. Na 

ścianach wisiało kilka ponętnych dziewczyn z kalendarzy. Wszystkie miały stroje przypominające 

jej czerwoną sukienkę od Evangeline.

- Mattie, to są Ray i Derek. Latają dla mnie - oznajmił Hugh, podczas gdy dwaj mężczyźni, 

jeden młody, drugi w średnim wieku, zdjęli nogi z biurka i wstali.

Mattie uśmiechnęła się i wymieniła z nimi uściski dłoni. Obaj mieli typowy wygląd pilotów 

podrzędnej firmy: prawdziwi mężczyźni na luzie, nie bojący się nikogo i niczego. Obaj obdarzyli ją 

85

background image

spojrzeniem   konkwistadorów,   ale   na   tym   poprzestali,   zdawali   się   bowiem   przyjmować   do 

wiadomości, że obecność Hugh nadaje jej status prywatnej własności szefa.

-   To   rządowe   zamówienie   na   Saint   Julian   załatwione?   -   spytał   Hugh,   przystając   koło 

odrapanego metalowego biurka, by wziąć z niego plik papierów.

- Byłem tam wczoraj, szefie - lakonicznie wyjaśnił Ray, młodszy z pilotów. - A ty co? 

Podobno miałeś jakieś kłopoty na Czyśćcu. Wpakowałeś się w sam środek?

- Mattie się wpakowała. Na szczęście znalazłem ją na czas. Ale Cormier nie żyje.

- O, cholera. Kto go dostał?

- Jeszcze nie wiem - powiedział Hugh, odrzucając papiery na biurko. - Ale prędzej czy 

później się dowiem.

Mattie usłyszała w głosie Hugh chłodną pewność. Spojrzała na niego zaskoczona. Dotąd nie 

zdawała sobie sprawy, że Hugh zamierza wytropić zabójcę Cormiera.

- Co masz na myśli, Hugh? - spytała. - Jak chcesz to zrobić?

- Nie martw się tym, mała. - Uśmiechnął się i zwrócił do starszego pilota. - Skończyłeś 

przegląd Cessny?

- Tak, szefie. Bez większych kłopotów.

- Przewód paliwowy w Beechu też sprawdziłeś?

- Naprawiony.

- Sprawdzałeś, czy nie ma rdzy?

- Jasne, szefie. Jak zawsze. - Derek mrugnął do Mattie i dodał konspiracyjnym szeptem: - 

Kiedy przychodzi do sprawdzania stanu samolotów, on jest cholerną piłą.

- Chcesz się znaleźć nad oceanem w zardzewiałym samolocie? Proszę bardzo, twoja sprawa 

- powiedział Hugh. - Ale niech to nie będzie mój samolot. Dobrych pilotów zawsze znajdę, ale 

dobry, poręczny samolot jest bardzo trudno kupić.

Ray radośnie wyszczerzył zęby do Mattie.

-   Niech   się   pani   nie   przejmuje.   Pies,   który   szczeka,   nie   gryzie.   No,   powiedzmy,   że 

przeważnie nie gryzie.

Mattie odwzajemniła uśmiech.

- Będę o tym pamiętać.

Hugh zerknął na nią.

- Na pewno chcesz już wyjść po zakupy. Prawda, mała? Dalej na głównej ulicy jest parę 

sklepów. Może zerkniesz, co tam mają, a ja tymczasem skończę tu interesy. Za parę minut cię 

znajdę.

86

background image

- Dobrze. - Nieco poirytowana tym, że odesłano ją jak dziecko, które znalazło się wśród 

dorosłych, Mattie obróciła się na pięcie i sprężystym krokiem ruszyła do drzwi.

- Chyba jest zła, szefie - zwrócił uwagę Derek.

- Miała ostatnio dużo stresów - wyjaśnił Hugh.

Dwa domy dalej Mattie zobaczyła na wystawie dżinsy i bluzki z krótkim rękawem. Weszła 

do środka i szybko kupiła co trzeba. Nie miała zresztą zbytniego wyboru.

W kilka minut później opuściła sklepik i przeszła na drugą stronę ulicy, chcąc dokładniej 

przyjrzeć się niezliczonym łodziom w porcie. Było tam kilka jachtów, kilka kutrów rybackich i 

jeden spory statek wycieczkowy,  który miał  na dziobie  świeży napis  „Abbott Charters”.  Hugh 

wyraźnie   zajmował   się   także   transportem   wodnym,   nie   tylko   lotniczym.   Był   zręcznym 

biznesmenem, obstawiającym wszystkie możliwości.

Przeszła   spacerem   kawałek   nabrzeża,   upajając   się   pięknymi   widokami.   Miała   przy   tym 

dziwne,   niepokojące   wrażenie,   że   skądś   już   je   zna.   Gdyby   przyleciała   na   Saint   Gabriel   przed 

rokiem, miałaby tu swój dom. Zdumiało ją, że wszystko wygląda tak samo, jak w jej marzeniach i 

snach.

Przechyliła się przez betonową barierkę i nagle wlepiła wzrok w rufę jednej z łodzi. Przez 

moment nie wierzyła własnym oczom.

Patrzyła prosto na powstający obraz. Tkwił na sztalugach, które stały na pokładzie, pośród 

porozrzucanych   szczotek,   pędzli,   zwojów   lin   i   sprzętu   rybackiego.   Obraz   nie   był   jeszcze 

skończony, ale wprawił ją w oszołomienie.

Artysta wziął za punkt wyjścia do swego dzieła ospałą, nasłonecznioną główną ulicę Saint 

Gabriel. Ale bynajmniej nie ograniczył się do odtworzenia przystani, barów i wyblakłych fasad 

domów   ze   sklepami.   Nie   była   to   sielankowa   scenka   przedstawiająca   raj   na   wyspie   rodem   z 

pocztówki. Było to prymitywne, niesłychanie zmysłowe przedstawienie nie okiełznanego piękna.

W   na   pół   wykończonym   obrazie   dżungla   widoczna   za   miastem   pulsowała   życiem,   a 

zarazem   nie   nazwaną   groźbą.   Woda   w   porcie   stanowiła   wyzwanie   dla   małego   przyczółka 

cywilizacji, choć jednocześnie zawierała także niejasną obietnicę na przyszłość.

Obraz   był   jednocześnie   uniwersalną   metaforą   kondycji   człowieka   i   wybijającym   się 

pejzażem. Wyraźnie miał kilka warstw, dostępnych dla bardzo różnych widzów.

Mattie natychmiast pojęła, że w Seattle sprzedałaby ten obraz za małą fortunę. Może nawet 

za wielką, gdyby udało jej się otoczyć twórcę nimbem tajemnicy.

Nic dziwnego, że instynkt kobiety interesu natychmiast postawił ją w stan pełnej gotowości, 

jak pies chwytający trop zbiegła po schodkach na dół i zajrzała przez okienko do kabiny łodzi. 

Musiała znaleźć autora obrazu. Miała nadzieję, że jeszcze nie reprezentuje go inny marszand.

87

background image

Pochyliła się i zawołała:

- Jest tam kto?

Odpowiedzi nie było.

Odczekała chwilę, dręczona niecierpliwością. Gdy nikt nie dał znaku życia, spojrzała na 

nazwę łodzi, wypisaną na kadłubie, i spróbowała jeszcze raz:

- Przepraszam, czy jest ktoś na pokładzie „Gryfa”?

- Niech się pani nie trudzi - rozległ się głos. - Stary Silk dawno już jest w „Piekle”. Wróci 

dopiero, jak go Bernard wywali za drzwi, co na pewno nie zdarzy się przed północą.

Mattie   zerknęła   w   miejsce,   z   którego   dochodził   głos,   i   zobaczyła   siwego   mężczyznę 

pochylonego nad zwojem liny. Skórę miał śniadą, zniszczoną, a oczy przymrużone, jakby zawsze 

świeciło w nie słońce. Stare spodnie wisiały na jego kościstej sylwetce, jakby chciały go złamać w 

pół, a głowę wieńczyła czapka, którą kiedyś być może zdobiły jakieś wojskowe insygnia.

- Dzień dobry - grzecznie przywitała się Mattie. - Szukam człowieka, który namalował ten 

obraz.

- Zgadza się, to Silk. Nic innego nie robi, tylko maluje. Oczywiście jeśli akurat nie pije.

- Oczywiście. Rozumiem więc, że teraz pije.

- Mhm. Zobaczmy, która godzina. Dochodzi czwarta. W środy Silk zawsze idzie do „Piekła” 

dokładnie o trzeciej. Taki ma zwyczaj. A on pilnuje swoich zwyczajów.

-   Dziękuję   za   informację   -   powiedziała   Mattie,   odwracając   się   w   stronę   schodków.   - 

Spróbuję zajrzeć do tego „Piekła”. Czy to jest na nabrzeżu?

- Mhm. Ale pani raczej nie powinna tam chodzić - mruknął sceptycznie stary mężczyzna. - 

Silk bywa  trudny w  obejściu, jak sobie trochę wypije. Szczególnie  wobec kobiet. Bardzo lubi 

kobiety, a tu nie ma ich pod dostatkiem. Chyba że czasem trafi mu się jakaś turystka. - Mężczyzna 

splunął przeżutą prymką tytoniu. - Niewiele kobiet zapuszcza się aż tutaj. Zwykle zatrzymują się na 

Hawajach. Tu jest gorzej niż w klasztorze, koniec świata.

- Naprawdę? Jeśli tak się panu zdaje, to czemu chce pan mieszkać na końcu świata?

- Przyzwyczaiłem się. Czego pani chce od Silka?

- Chcę zrobić z panem Silkiem mały interes.

- Tak? To zabawne. Do głowy by mi nie przyszło, że pani robi w takiej branży. Coś za mało 

ciała. Ale jeśli w tym sęk, to na pani miejscu zainkasowałbym od niego z góry. Silk nie lubi płacić 

potem, jeśli mnie pani rozumie.

- Będę pamiętać o pańskiej radzie - powiedziała Mattie i po schodkach weszła na główną 

ulicę.

88

background image

Pomyślała, że odgrywanie roli prostytutki straciło dla niej posmak nowości. Stanowczo był 

czas na powrót do domu.

Ale najpierw musiała zdobyć kilka obrazów tego Silka. Nie chciała, by jej wycieczka na 

wyspy Pacyfiku okazała się kompletną klęską, na co chwilowo się zapowiadało.

89

background image

Rozdział siódmy

P

iekło”   okazało   się   kolejną   klasyczną   wyspiarską   speluną.   Mattie   uznała,   że   ma 

kompetencje   do   wydania   takiego   sądu,   jako   że   większość   minionego   wieczoru   spędziła   w 

podobnym miejscu. Podobnie jak poprzednia, również ta tawerna była wystawiona na podmuchy 

bryzy   znad   oceanu.   Pod   sufitem   pracował   rozklekotany   wentylator.   Bardzo   długi   bar   był 

zaopatrzony wyłącznie w artykuły pierwszej potrzeby:  piwo, whisky, rum, czystą i dżin. O ile 

Mattie zdążyła się zorientować, nie było ani śladu białego wina.

Tłok nie był zbyt wielki, klientela składała się głównie z mężczyzn sprawiających takie 

wrażenie, jakby całe życie przepracowali w portach i na łodziach rybackich. W kącie siedziała 

gromadka marynarzy, prawdopodobnie z okrętu, który Mattie widziała wcześniej na kotwicy.

W innym kącie, przy barierce, która oddzielała teren „Piekła” od ulicy, siedział człowiek 

gigant. Miał olbrzymią brodę i gęstą grzywę włosów, które niegdyś bez wątpienia były jaskrawo 

rude. Okrywała go koszula z drukowanym  kwietnym  wzorem,  rozpięta  do pasa. W prześwicie 

między dwiema częściami koszuli widniał opalony, muskularny tors. Mężczyzna miał też szorty i 

japonki. Przed nim, na rattanowym stoliku stała szklaneczka z płynem wyglądającym jak whisky.

Siady farby na szortach dały Mattie wystarczającą poszlakę. Wyczarowawszy najpiękniejszy 

uśmiech właściciela galerii sztuki, ruszyła przez salę, nie zwracając uwagi na pogwizdywanie i 

cmokanie marynarzy.

- Czy pan Silk? Jestem Mattie Sharpe z Seattle. Właśnie zobaczyłam obraz, nad którym 

pracuje   pan   na   „Gryfie”.   Uważam,   że   jest   wspaniały.   Chciałabym   porozmawiać   na   temat 

reprezentowania pana interesów.

Wielkolud   wolno   odwrócił   głowę   i   spojrzał   na   nią   lekko   przekrwionymi   niebieskimi 

oczami. Mattie uznała, że lwia twarz dobrze pasuje do reszty postaci. Nie dość że mężczyzna był 

potężny, to jeszcze wszystko w nim wydawało się wyjątkowo solidnej budowy.

Na jej widok oczy mu się rozjaśniły. Mattie nadal się uśmiechała z wyrazem nadziei w 

oczach. Nigdy jeszcze nie spotkała artysty, któremu nie śpieszyło się do sprzedania swojej pracy.

- No, no, no. - Głos pasował do mężczyzny. Był niski i grzmiący, z południowym akcentem. 

- Więc powiadasz, że jak się nazywasz?

90

background image

- Mattie Sharpe. Mam w Seattle galerię. Nazywa się „Sharpe Reaction”. Jeśli obraz, który 

widziałam   na   łodzi,   jest   charakterystyczny   dla   całokształtu   pana   twórczości,   to   chciałabym 

reprezentować pana interesy.

Szeroki, swobodny uśmiech mężczyzny odkrył dwa złote zęby.

- Charakterystyczny  dla całokształtu, powiadasz? Siadaj, Mattie, pozwól, że postawię ci 

drinka. Możemy uciąć bardzo miłą pogawędkę o moim interesie.

Mattie usiadła.

- Dziękuję. Czy mogę mówić do pana Silk, czy też woli pan, żebym używała imienia?

- Słoneczko, możesz mówić, jak ci serduszko dyktuje. Ale jeśli nie potrafisz wymyślić nic 

lepszego, to Silk jest w porządku. - Odwrócił się i zawołał barmana. - Bernard, chłopcze, przynieś 

co tam pani sobie życzy.

- A co sobie życzy, Silk? - odkrzyknął barman.

Silk zwrócił się do Mattie:

- Co ma być, Mattie?

- Mrożona herbata.

- Hej, Bernard, masz dla pani mrożoną herbatę?

- Chyba mam trochę herbaty i mam lód. Mogę zrobić na miejscu. Ale to potrwa parę minut.

Silk ociężale skinął głową, wyrażając tym zadowolenie.

- Nie pali się, Bernard. Będziemy tu z panią siedzieć, poznamy się trochę. Tak będzie, 

Mattie?

Mattie pomyślała dość niespokojnie, że człowiek zwany Silkiem może być nieco bardziej 

wstawiony, niż jej się początkowo wydawało.

- Będziemy rozmawiać o pańskich obrazach, Silk.

- Daj spokój. O obrazach możemy porozmawiać później. O wiele później. Opowiedz mi o 

sobie,   Mattie.   Powiedz,   co   lubisz   jeść,   jaki   jest   twój   ulubiony   kolor   i   jak   lubisz   się   dymać. 

Interesują   mnie   wszystkie   szczegóły.   Zawsze   zależy   mi   na   tym,   żeby   sprawić   kobiecie 

przyjemność.

Mattie wytrzeszczyła na niego oczy, niepewna, czy dobrze go zrozumiała. Chyba nie mógł 

powiedzieć tego, co jej się zdawało, że powiedział.

- Moja galeria cieszy się sporym rozgłosem, Silk - zaczęła, zresztą bez koloryzowania. - 

Jestem   pewna,   że   twoje   prace   będą   się   w   niej   znakomicie   prezentować.   Mają   ponadczasową 

wartość pejzażu i olbrzymi ładunek namiętności.

Silk uśmiechnął się jeszcze szerzej.

- To właśnie ja, Mattie. Bez namiętności jestem niczym.

91

background image

- Wszyscy wielcy artyści wkładają w swą twórczość mnóstwo namiętności. Proszę mnie 

posłuchać.   Jestem   na   Saint   Gabriel   tylko   przejazdem.   Ale   gdyby   udało   nam   się   podpisać 

zadowalającą umowę, chętnie wzięłabym z sobą kilka pańskich obrazów.

Silk położył łokieć na stole i wsparł na dłoni szeroki podbródek.

- Lubisz powoli i na luzie czy szybko i ostro? - spytał. - Co do mnie, to mogę tak i tak, ale 

nie darmo nazywają mnie Silk. Mam jedwabisty dotyk, dlatego jestem lepszy powoli i na luzie. 

Może życzysz sobie być na górze, co? Nie chciałbym przypadkiem zgnieść takiego maleństwa. Tak, 

po namyśle widzę, że powoli i na luzie będzie lepiej.

Mattie jęknęła i z niechęcią wstała.

- Lepiej odłóżmy tę rozmowę na kiedy indziej - powiedziała.

- Bzdura, Mattie. Świetnie nam idzie. Siadaj tutaj, jeszcze trochę porozmawiamy. - Wielka 

łapa Silka poruszyła się z zadziwiającą szybkością i zacisnęła się na przegubie jej dłoni. Mężczyzna 

miał niesamowitą siłę w palcach.

- Niech pan mnie puści - powiedziała Mattie bardzo stanowczo.

- Spokojnie. Nie gorączkuj się tak, słoneczko. Bernard przyniesie ci za minutkę mrożoną 

herbatę. Wypijesz sobie bez pośpiechu, porozmawiamy. Potem pójdziemy spacerkiem na „Gryfa” i 

będziemy się pieprzyć do upadłego. Co ty na to?

- Powiedziałam, niech pan mnie puści.

- Oj, słoneczko, nie bądź taka niecierpliwa. Powiedziałem ci, powoli i na luzie. Wszystko w 

swoim czasie. - Silk zmierzył ją radośnie lubieżnym spojrzeniem. - Jestem w najlepszej formie po 

kilku drinkach. Delikatny jak jedwab, tak mówią.

- Nie mam zamiaru oglądać pana w najlepszej formie. - Mattie chwyciła szklaneczkę z na 

wpół wypitą whisky Silka i chlusnęła mu zawartością w twarz. Gigant wrzasnął i trochę rozluźnił 

chwyt na jej nadgarstku. Wyrwała rękę i szybko odskoczyła poza jego zasięg.

- Hej, człowieku, co ty wyrabiasz? - ryknął jeden z marynarzy, zrywając się od stolika. - 

Puść tę panią.

- No, pewnie. Puść ją! - gromko zawtórował mu kompan od stolika. - Ona na pewno woli 

bardziej cywilizowane towarzystwo. Prawda, proszę pani? - Drugi marynarz również wstał. Zanim 

złapał równowagę, lekko się zatoczył.

Reszta towarzystwa od stolika szybko dołączyła do kolegów, prezentując różne poziomy 

stabilności. Rozległ się hurgot krzeseł przesuwanych po drewnianej podłodze. Wszyscy goście w 

„Piekle” zerwali się na równe nogi. Entuzjastyczne okrzyki zmieszały się w jeden wielki gwar.

Silk natychmiast stracił zainteresowanie osobą Mattie. Majestatycznie uniósł się ze swego 

miejsca, twarz mu się rozpromieniła.

92

background image

-   Hej,   chłopcy.   Wygląda   na   to,   że   dzieli   nas   z   tamtymi   drobna   różnica   zdań.   Co 

powiedzielibyście, gdybyśmy załatwili to jak dżentelmeni, którymi przecież wszyscy jesteśmy?

-  Jasne,  Silk.   My z  tobą.  Pomożemy   ci   załatwić  sprawę  z  tymi  marynarzykami.  Tylko 

powiedz słowo.

Silk zerknął przez ramię na Mattie.

- Nie waż się stąd odchodzić, Mattie. Za minutkę lub dwie wrócę do ciebie i będziemy 

mogli dalej rozmawiać. Pamiętam, na czym skończyliśmy. - I z dzikim rykiem rzucił się w stronę 

grupy marynarzy. Stali klienci „Piekła” poszli za jego przykładem.

Mattie   była   oszołomiona   tempem,   w   jakim   rozwinęła   się   regularna   bitwa.   Jedną   ręką 

instynktownie zasłaniając szyję uskoczyła w bok przed lecącym krzesłem. Potem rozpoczęła szybki 

odwrót ku drzwiom.

Mężczyzna, który od czasu przeprowadzki na Saint Gabriel niewątpliwie przestał się golić i 

używać dezodorantu, chwycił ją za ramię.

- Ej, kociaczku, może wyjdziemy razem. Nikt tu nie będzie po nas płakał.

Mattie wbiła mu łokieć w żebra, a gdy facet zgiął się wpół, wyrwała się z uścisku. Zaczęła 

szarpać się z zameczkiem torebki.

- Panie Silk, słyszy mnie pan? - usiłowała przekrzyczeć tumult.

-  Słyszę   cię  dobrze,   Mattie.  Już  do  ciebie  idę.   -  Wbił   mięsistą  pięść   w  twarz   jakiegoś 

nieszczęśnika i odwróciwszy się do Mattie, przesłał jej szeroki uśmiech.

Mattie wreszcie wyrwała z torebki wizytówkę i pomachała nią w powietrzu.

- Zostawiam bilet wizytowy na kontuarze. Poszukam pana jutro rano, kiedy pan... dojdzie do 

siebie. Naprawdę myślę, że moglibyśmy zrobić interes. I... oj!

Piskliwy okrzyk popłochu dobył się z niej w chwili, gdy ktoś wyszarpnął jej wizytówkę z 

palców. Znajoma męska dłoń chwyciła ją za ramię z taką siłą, że mogło się to skończyć siniakami.

- Cholera jasna - powiedział Hugh. - Powinienem wiedzieć. Nie mogę zostawić cię samej 

ani na chwilę, prawda?

-   Hugh.   -   Mattie   odetchnęła   z   ulgą.   -   Dzięki   Bogu,   że   to   ty.   Muszę   powiedzieć,   że 

zaczynałam się trochę niepokoić. Artyści są zwykle dość ekscentryczni, ale coś takiego nigdy mnie 

jeszcze nie spotkało.

Hugh ujął ją za kark i pociągnął do wyjścia.

- Rozumiem, że to ty wywołałaś tę bójkę.

Tym posądzeniem szczerze ją rozsierdził.

-  Ja?! Jak  możesz  mówić  takie   rzeczy?   Nie mam   nic  wspólnego  z  tą  ohydną   bijatyką. 

Próbowałam tylko zrobić mały interes.

93

background image

- O ho ho.

- Tak, Abbott, to ona zaczęła - oznajmił barman. - Weszła tutaj i tup, tup prosto do stolika 

Silka. A Silk jak to Silk... Wiesz, co było dalej. I obaj wiemy, że Miles będzie chciał, żeby ktoś za 

to zapłacił.

- Wystaw rachunek Silkowi - podsunął mu pomysł Hugh.

- Nie mogę. Wciśnie nam następny bohomaz. Mamy już na zapleczu całą kolekcję. Nie 

potrzebujemy jeszcze jednego.

- Dobra. Możecie mnie obciążyć wszystkim, czego nie wyciągniecie od marynarki.

- Umowa stoi. - Barman z powrotem zajął się wycieraniem szklaneczek i kieliszków, a 

tymczasem w „Piekle” trwała wielka wojna.

- Zaraz, zaraz - wtrąciła się Mattie. - Nie powinieneś płacić za żadne zniszczenia, Hugh. 

Przecież to nie twoja wina.

- Wszyscy wiemy, czyja to wina. - Hugh pociągnął ją do drzwi. - Ale o mnie się nie martw. 

Zamierzam dostać zwrot kosztów. Prosto z twojej sakiewki.

- Nie waż się tak do mnie mówić - odparła oburzona Mattie. - Jestem całkiem niewinną 

ofiarą tej historii.

Zanim   Hugh   zdążył   odpowiedzieć,   znajomy,   grzmiący   głos   rozległ   się   ponad   łomotem 

pięści i latających krzeseł.

- Ej, Abbott, do pioruna! Co ty, chłopie, wyrabiasz? Nie uciekniesz z tą ślicznotką. Ja już 

jestem z nią po słowie. Zostaw ją w spokoju. Zaraz do niej wrócę.

Hugh przystanął i odwrócił się do Silka, który wypłynął nagle z wiru walki, by zgłosić 

prawo do oddalającego się łupu.

- Przykro mi, Silk, ale zaszło drobne nieporozumienie. Mattie należy do mnie. Przywiozłem 

ją tutaj z Czyśćca.

Silk gniewnie wytrzeszczył oczy i zmroził Mattie spojrzeniem.

- Co ty gadasz?

- Niestety, tak jest. Wybacz, ale tymczasem stąd idziemy.

- Hej, Abbott, to nie jest fair.

- Wiem, Silk, ale takie jest życie. Kto znalazł, ten ma.

Mattie się wściekła.

- Może przestaniecie o mnie rozmawiać tak, jakbym była kawałkiem wołowiny. - Kieliszek 

gwizdnął  jej  przy uchu, więc instynktownie  wykonała  unik. Ułamek  sekundy później kieliszek 

roztrzaskał się za jej plecami o ścianę.

Masywna dłoń Silka zacisnęła się na wolnym nadgarstku Mattie.

94

background image

- Nic się nie martw, Mattie. Z przyjemnością nauczę Abbotta lepszych  manier. Czasem 

strasznie zadziera nosa.

- O, Boże - jęknęła Mattie.

- Puść ją, Silk. Masz swoje sprawy. - Hugh usunął się przed krzesłem, które w podskokach 

przemknęło obok jego buta.

- Ale ta cała sprawa jest o to, że chcemy z Mattie iść się pieprzyć... kurza stopa.

Silk stracił równowagę i poleciał  na podłogę jak podcięty dąb, bo Hugh wykonał  jakiś 

bardzo szybki ruch ręką i nogą.

- Mówiłem ci, Silk, żebyś ją puścił - powiedział zaskakująco łagodnie. - Wiesz, że ze mną 

nie ma żartów.

Silk oparł się na łokciach i zerknął na Mattie szparkami oczu.

- Mówisz, że przywiozłeś ją z Czyśćca?

- Tak. I chcę się z nią ożenić zaraz, jak tylko pozałatwiam wszystko, co trzeba.

Silk popatrzył na niego z jawnym osłupieniem.

- Nie wygłupiasz się? Hej, zaprosisz mnie na wesele? Lata już nie byłem na prawdziwym 

weselu.

Mattie westchnęła.

- Jasne - gładko powiedział Hugh. - Możesz przyjść na wesele.

Silk chwiejnie wstał, otrzepał się i uśmiechnął się do Mattie od ucha do ucha.

-   Nie   martw   się,   Mattie.   Postaram   się,   żeby   było   weselisko   z   klasą.   Wszyscy   będą   je 

pamiętać, to pewne. Zaprosimy całą wyspę.

Obrócił się i znowu skoczył w wir walki.

- Miejmy nadzieję, że nie uszkodzi sobie rąk - powiedziała Mattie, gdy Hugh wreszcie 

doholował ją do drzwi i przez próg wywlókł na ulicę.

- A co za różnica. - Hugh wepchnął ją do jeepa na siedzenie pasażera i usiadł za kierownicą. 

- Czy tylko o tym potrafisz myśleć?

- Talent jest tam, gdzie się go znajdzie. Nie chciałabym, żeby jego kariera artystyczna legła 

w gruzach z powodu kontuzji ręki podczas bójki w knajpie.

- Silk nie ma żadnej kariery artystycznej. Kiedy pracuje, to pracuje dla mnie, a przez resztę 

czasu siedzi na łodzi i maluje albo idzie do „Piekła” i chla. - Hugh z piskiem opon wyjechał z 

miasteczka. - Od czasu do czasu trafia mu się fart, jak zobaczy go jakaś zabłąkana turystka i uzna, 

że jest malowniczy.

- Rozumiem.

Hugh przesłał jej zabójcze spojrzenie kątem oka.

95

background image

- Nie mogę mieć do Silka pretensji, że miał fart dziś po południu. Nie ma co się dziwić, 

skoro tak się zachowałaś.

-  No,  wiesz.  Mówisz   to  tak,   jakbym   weszła   tam   zrobić   mu  jednoznaczną   propozycję   - 

powiedziała zgryźliwie.

- A nie było tak?

- Pewnie, że nie. Weszłam tam ubić z człowiekiem interes.

- I co sobie wyobrażałaś? - burknął Hugh. - Że wejdziesz ot tak, po prostu do baru na 

nabrzeżu i usiądziesz przy stoliku kompletnie obcego człowieka? Gdzie jest twój zdrowy rozsądek, 

Mattie?

- Przestań sugerować, że wszystko, co się stało, było moją winą.

- Przecież było. Już ci to powiedziałem.

-   Hugh,   nie   chcę   słyszeć   na   ten   temat   ani   słowa   więcej.   Wiesz,   że   nie   lubię   twoich 

wykładów. A skoro jesteśmy przy tym temacie, to mam do ciebie jeszcze jedno. Wolałabym, żebyś 

przestał rozpowiadać na prawo i lewo o naszych małżeńskich planach.

- Dlaczego? Przecież to prawda.

- To nie jest prawda. Nie planujemy małżeństwa. Tylko narobisz sobie wstydu, jeśli nie 

przestaniesz ogłaszać wszem i wobec, że wkrótce staniesz na ślubnym kobiercu.

Na chwilę oderwał wzrok od krętej, wąskiej drogi. Zdążył  w tym  czasie groźne na nią 

spojrzeć.

- Co, u diabła, masz na myśli  mówiąc, że nie planujemy małżeństwa? Klamka  zapadła 

wczoraj w nocy.

- Żadna klamka nie zapadła! - ryknęła Mattie w odpowiedzi. - Ostatniej nocy po prostu 

połączył nas seks. Jeśli sobie przypominasz, raz już nam się to wcześniej zdarzyło i wcale nie 

skończyło się małżeństwem.

- Boże, kobieto, znowu chcesz mi to wytykać?

-   Owszem.   Zasługujesz   na   to.   -   Przytrzymała   się   burty   jeepa,   bo   Hugh   gwałtownie 

zahamował. - Dlaczego stanęliśmy?

- Sprzeczamy się, więc chcę się skupić na sprzeczce. - Hugh energicznie odwrócił się w jej 

stronę, jedną rękę pozostawił na kierownicy, drugą wyciągnął wzdłuż górnej krawędzi siedzenia. - 

Co cię ugryzło, Mattie? Rano zdawało mi się, że wszystko między nami jest w porządku.

- Wiedziałam, że możesz za dużo sobie pomyśleć, ale przecież nie mnie prostować twoje 

błędne wyobrażenia. Ty mnie nigdy nie słuchasz.

- Daj mi szansę. Porozmawiaj ze mną. Powiedz mi, dlaczego nie chcesz wziąć ze mną ślubu 

- zażądał Hugh.

96

background image

- Popatrz na to od innej strony, Hugh. Dlaczego miałabym wziąć z tobą ślub?

- Bo mnie kochasz.

- Czyżby? - Czuła, że wszystko się w niej gotuje. - Skąd ta pewność?

- Zawsze to wiedziałem. - Wydawał się rozdrażniony, a zarazem bezradny jak mężczyzna 

zmuszony do burzliwej i nie chcianej rozmowy o swoim romansie. -  Od  chwili gdy spędziliśmy 

razem noc rok temu. Nawet wcześniej, jeśli chcesz znać prawdę. Nie byłem całkiem ślepy na twoje 

zachowanie wobec mnie. Zawsze okazywałaś podenerwowanie i jakby skrępowanie.

- To przez stres.

- Nie wymawiaj  się stresem.  Gdybym  nawet nie nabrał  wtedy pewności, zdobyłbym  ją 

niewątpliwie   przez   osiem   kolejnych   miesięcy,   kiedy   unikałaś   mnie   jak   ognia.   Obawiałaś   się 

spotkania, bo wiedziałaś, jakie robię na tobie wrażenie.

- Aleś sobie wymyślił.

- Ostatnia noc rozwiała wszelkie moje wątpliwości. Chciałaś mnie, Mattie. Przyznajże to, do 

diabła. Chciałaś mnie.

- Nie wiem, co mnie opętało wczoraj wieczorem. To musiało być przez stres, nie inaczej.

- Wcale nie przez stres. Chciałaś mnie. Nie ukryjesz tego.

- To, że się kogoś chce, niekoniecznie oznacza, że się go kocha. Jesteś już dość duży, żeby 

to rozumieć.

- U ciebie oznacza.

- Skąd wiesz, do diabła! - krzyknęła.

- Denerwujesz się, mała.

- Pewnie, że się denerwuję. Znowu próbujesz rozwalić mój świat na kawałki. Nie pozwolę ci 

na to drugi raz, Hugh. Dość czasu zajęło mi zbieranie się w kupę po ostatnim epizodzie. Słyszysz 

mnie? Więcej ci na to nie pozwolę!

- Posłuchaj, mała. Powiedziałem ci, że mi  przykro. Ostatnim razem nie wiedziałem,  co 

robię. Popełniłem błąd, którego od tej pory przez cały czas żałowałem. Ale tym razem wszystko 

ułoży się inaczej.

- Czyżby? - spytała zjadliwie, prawie z nienawiścią.

- Jasne.

- Dowiedź tego.

Tym poleceniem na chwilę powstrzymała go w natarciu. Spojrzał na nią zdziwiony.

- Co masz na myśli? Jak mam niby tego dowieść?

- Czy jesteś pewien, że chcesz się ze mną ożenić?

Zrobił się nagle czujny.

97

background image

- Jasne. Czemu inaczej miałbym się bawić w takie absurdy?

- Bo wbiłeś sobie do głowy, że musisz mieć żonę, a jak wbijesz sobie coś do głowy, to nie 

potrafisz   myśleć   o   niczym   innym.   Bo   akurat   się   napatoczyłam.   Bo   kiedyś   sama   chciałam 

przeprowadzić się z tobą na koniec świata, więc wyobrażasz sobie, że nie będę ci robić takich 

trudności jak moja siostra. Bo wydaje ci się, że będziesz mógł mną rządzić.

Hugh nerwowo przeczesał palcami włosy.

- W twoich ustach brzmi to, jakbyśmy mówili o umowie handlowej.

- W pewnym sensie to jest umowa. Ty chcesz mieć żonę, a ja wydaję się osiągalna. Siedząc 

tu, na zagubionej wyspie, nie masz zbyt wielu okazji znaleźć kandydatki na żonę. Jakiś facet na 

przystani powiedział mi, że mieszkać na Saint Gabriel to tak jak żyć w klasztorze.

- No, wiesz, mała, posłuchaj...

-   Jest   dla   mnie   dość   jasne,   dlaczego   uparłeś   się   na   mnie,   kiedy   Ariel   zerwała   z   tobą 

zaręczyny. Mniej więcej wiadomo, czego można się po mnie spodziewać i na pewno sprawiam 

wrażenie kogoś, kim będzie łatwiej dyrygować niż Ariel. Bądź co bądź, nie mam zwyczaju robić 

scen. Nie urządzam publicznych kłótni. Nie jestem melodramatyczna.

- Daj spokój, mała. Jesteś śmieszna.

- Nie wydaje mi się - odparła przez zaciśnięte zęby. - Jestem realistką. Ty natomiast zdajesz 

się   nie   pojmować,   że   nie   jestem   już  tą   samą   kobietą   co   rok  temu.   Następnego   ranka   po  tym 

okropnym upokorzeniu, na jakie się naraziłam, podjęłam pewne decyzje.

- Jakie?

- Postanowiłam nigdy więcej nie grać przy siostrze drugich skrzypiec. Dość miałam tego w 

rodzinnym   domu.   Dość   naprzyglądałam   się,   jak   Ariel   umawia   się   na   randki,   podczas   gdy   ja 

wysiadywałam i modliłam się, żeby raz zadzwonił ktoś do mnie. Sprzykrzyło mi się pocieszanie 

chłopaków, których rzuciła. Dość napatrzyłam się, jak Ariel zgarnia wszystkie gratyfikacje i zbiera 

wszystkie oklaski.

- Rany gościa, Mattie!

Ale tym razem czara się przelała, Mattie była tak nakręcona, że nie mogła przestać.

-   Zawsze   upokarzało   mnie   bycie   gorszą   siostrą.   Jej   fochy   zawsze   przypisywano 

rozkwitającemu talentowi artystycznemu, a mnie karmiono wykładami o sztuce panowania nad 

sobą. To było żałosne. Nienawidziłam łażenia od terapeuty do terapeuty, żeby się przekonać, czy po 

prostu jestem zakompleksiona i nie osiągam tego, na co mnie stać, czy też stanowię nieuleczalny 

przypadek.

98

background image

- Oszczędź mi pogadanki o swoich załamaniach z lat dzieciństwa, zgoda? Powiem ci coś, 

mała. Nie masz zielonego pojęcia, jak wygląda prawdziwe załamanie - powiedział Hugh przez 

zaciśnięte zęby. - Ty, z twoimi prywatnymi szkołami, lekcjami sztuki i bogatą ciotką.

- Jesteś pewien? - spytała groźnie.

- Jak cholera, A co, może wiesz, czym jest załamanie? Wiesz, jak to jest, kiedy masz sześć 

lat i stary daje dyla z domu, a ty się cieszysz, bo to oznacza, że przestanie cię bić? Kiedy matka 

oddaje   cię   do   domu   dziecka,   bo   nie   wie,   jak   jednocześnie   radzić   sobie   z   tobą   i   ze   swoim 

spieprzonym życiem? Kiedy wszyscy dookoła ci mówią, że prędzej czy później skończysz w pudle, 

bo takie z ciebie nasienie?

Mattie gapiła się na niego przerażona. Po chwili zmrużyła oczy.

- Nie, Hugh. Nie weźmiesz mnie na ten stary numer.

- Jaki stary numer? - ryknął.

- Nie będziesz umniejszał wagi tego, co czuję, żądając ode mnie litości. Moje uczucia wcale 

nie są mniej ważne niż uczucia innych ludzi. Wszyscy dookoła mieli prawo do humorków, a ja nie. 

Ja zawsze miałam być ta grzeczna.

-   No,   to   mam   dla   ciebie   nowinę,   mała.   W  tej   chwili   nie   jesteś   grzeczna.   Wrzeszczysz 

głośniej niż przekupa.

- Wiesz co? Całkiem mi z tym dobrze. A w tej chwili mam prawo czuć się wykorzystana. 

Próbujesz  się  mną   posłużyć.   Przyzwyczaiłeś   się do  rozkazywania   i ustawiania  wszystkiego   po 

swojemu.   Ariel   dała   ci   w   zeszłym   roku   odpór,   ale   to   ci   nie   dało   do   myślenia.   Zrobiłeś 

przegrupowanie i postanowiłeś w tym roku zaatakować łatwiejszy cel. Wobec tego wbij sobie do 

głowy, że nie mam zamiaru jej zastępować. Tym razem nic z tego. Słyszysz?

- Mattie, to wcale nie jest tak. - Hugh wyraźnie już się opanował.

- Nie jest? Przyczepiłeś się do mnie tym razem, bo wyobraziłeś sobie, że będę ci cholernie 

wdzięczna za propozycję małżeństwa, więc padnę na kolana, żeby ci dziękować. Niedoczekanie 

twoje.

- Mała, nie gorączkuj się tak - zmitygował ją.

- Będę się gorączkować wtedy, kiedy mam na to ochotę. A sprawę załatwimy tu i teraz. Jeśli 

naprawdę mnie chcesz, możesz tego łatwo dowieść.

- Chcę się z tobą ożenić. Czego więcej chcesz, do diabła?

- Powiem ci, czego. - Przestała się czymkolwiek przejmować, czuła się przyparta do muru i 

potwornie wściekła. - Nie oczekuj, że zrezygnuję dla ciebie z kariery, przyjaciół i wszystkiego, co 

mam w Seattle, i przeniosę się na jakieś odludzie, żeby stworzyć ci przytulny dom.

- Posłuchaj, mała...

99

background image

- Przestań nazywać mnie „małą”! Jeśli naprawdę mnie chcesz, Hugh, to zwiń swój interes, 

zmień styl życia i przyjaciół, i przeprowadź się do Seattle.

Otworzył usta i wlepił w nią osłupiały wzrok.

Mattie stwierdziła z satysfakcją, że pierwszy raz zdarza jej się widzieć Hugh Abbotta, który 

zapomniał   języka   w   gębie.   Z   powrotem   rozparła   się   na   siedzeniu,   założyła   ręce   na   piersi   i 

przyglądała mu się chłodno spod przymrużonych powiek.

- Oszalałaś, Mattie? Ja mam wyjechać z Saint Gabriel? Po wszystkim, co tu ruszyłem?

- No widzisz, jak zmienił ci się kąt widzenia - powiedziała słodko. - To zupełnie co innego 

niż proponować mi wyjazd z Seattle.

Hugh zamknął usta. Kurczowo zacisnął wielkie łapsko na kierownicy.

- Czy ty ze mną w coś grasz, Mattie? Bo ja nie lubię żadnych gierek.

-   To   nie   jest   gierka.   Powiedziałam   ci,   zmęczyło   mnie   bycie   w   czyimś   cieniu.   Raz, 

podkreślam, tylko raz chcę mieć świadomość, że jestem pierwsza. Chcę być chciana dlatego, że 

jestem sobą, a nie dlatego, że zastępuję Ariel. Raz chcę się znaleźć w pierwszym rzędzie. A jeśli 

nie, to w ogóle nie będę sobie tym zawracać głowy.

Hugh zamilkł na długo. Przymrużonymi  oczami nieustannie wpatrywał się w jej napiętą 

twarz.

- Nie wierzę - powiedział w końcu.

- Lepiej uwierz.

- Chcesz, żebym zrezygnował z Abbott Charters? Zapomniał o domu, który miałem dla nas 

zbudować? Zamieszkał w jakimś śmierdzącym mieście, chodził na otwarcia galerii i popijał kawę z 

ekspresu?

Uśmiechnęła się posępnie.

- Trudna prośba, co? Akurat tyle samo wymagasz ode mnie.

- Ale ja mam tu firmę, którą prowadzę.

- A ja tam.

- Jak mam postawić Abbott Charters na nogi, mieszkając w Seattle?

- A jak ja mam prowadzić galerię Sharpe Reaction mieszkając na Saint Gabriel?

-   To   nie   to   samo   -   odparł   Hugh.   -   Do   diabła,   Mattie,   nie   rozumiesz?   Jak   się   tu 

przeprowadzisz, zaopiekuję się tobą.

- Jeśli przeniesiesz się do Seattle, też mogę się tobą zaopiekować. Zarabiam wystarczająco 

dużo, żeby utrzymać dwie osoby.

- Nie pozwolę ci zrobić z siebie utrzymanka. - Zazgrzytał zębami.

- No, widzisz. A ja nie chcę być utrzymanką.

100

background image

- Mała, bądź rozsądna. Rok temu byłaś na tyle chętna, że zamierzałaś się tu przenieść. Kiedy 

wyjeżdżałem, błagałaś mnie, żebym wziął cię z sobą.

- To było w zeszłym roku. - Mattie zaczynała się powtarzać jak zacięta płyta.

- Cholera jasna! - Hugh z powrotem zwrócił się w stronę kierownicy i przekręcił kluczyk w 

stacyjce jeepa. Silnik rykliwie zaskoczył.

Mattie   mocno   zacisnęła   powieki,   ale   nie   umiała   powstrzymać   łez.   Pociekły   jej   po 

policzkach. Ze złością otarła twarz wierzchem dłoni.

- Mattie, ty płaczesz?

- Nie. Nie pozwolę, żebyś  drugi raz zmusił mnie do płaczu. Nigdy więcej ci na to nie 

pozwolę.

Hugh długo się nie odzywał. Wreszcie powiedział cicho:

- W porządku. Spróbujemy.

Mrugnęła i policzki znów jej zwilgotniały.

- Czego spróbujemy?

- Spróbuję ci pokazać, że jesteś na pierwszym miejscu. Wrócę z tobą do Seattle. Mogę dalej 

pracować   dla   Charlotte,   więc   nie   będziesz   musiała   mnie   utrzymywać.   Zobaczymy,   co   z   tego 

wyjdzie.

Mattie gwałtownie odwróciła ku niemu głowę. Spojrzała na jego wyrazisty profil.

- Nie mówisz poważnie.

Wzruszył ramionami.

- Zawsze mówię poważnie.

- Nie możesz jechać ze mną do Seattle. Nienawidzisz życia w mieście.

- Mieszkałem w wielu gorszych miejscach.

- Hugh, to szaleństwo.

- Owszem, przyznaję. Ale nie umiem wymyślić innego sposobu na pokazanie ci, że chcę cię 

bardziej, niż chciałem Ariel. A przecież o to w tym wszystkim chodzi. Chcesz dowodu, Mattie? No, 

to będziesz go miała.

Usłyszała w jego głosie posępną determinację i zadrżała.

- Nie wierzę, że naprawdę się spakujesz i wrócisz ze mną do Seattle.

- Zdaje się, że nieszczególnie mi ufasz, co mała?

- Szczerze mówiąc, nie. Knujesz jakiś spisek. Jestem tego pewna.

- Wracam z tobą do Seattle i kropka. Koniec rozmowy.

-   Nie   -   powiedziała   wyzywająco   Mattie.   -   Dla   mnie   nie   koniec.   Powinnam   ci   jeszcze 

powiedzieć, że ten drobny incydent z ostatniej nocy już się nie powtórzy.

101

background image

- To zrozumiałe. Zresztą i tak nie życzę sobie, żebyś  publicznie pokazywała się w tym 

czerwonym fatałaszku.

- Nie mówię o sukience - ryknęła na niego. - Mówię o nas. O spaniu razem. O seksie. O 

tobie i o mnie w łóżku. Więcej tego nie będzie. Przynajmniej póki nie zorientuję się, o co ci chodzi.

- Cholera jasna - powiedział Hugh.

- Zaczynam dochodzić do wniosku, że masz bardzo ograniczony słownik, Hugh.

- To przez stres. Kiedy jestem w stresie, zawsze mówię „cholera jasna”.

102

background image

Rozdział ósmy

C

oś cię rąbnęło w twój kurzy móżdżek? - Silk Taggart wepchnął Hugh do ręki butelkę 

piwa. - Chcesz jechać do Seattle, ledwo rozkręciłeś tu biznes? I siedzieć tam diabli wiedzą jak 

długo? Po cholerę ci to? Oszalałeś, Abbott. Różne rzeczy można o tobie powiedzieć, ale dotąd nie 

myślałem, że jesteś głupi.

- Kobieta, Silk. Trudno to wyjaśnić. - Hugh pociągnął długi łyk piwa i oparł się o grodź. 

Siedział   na   rufie   „Gryfa”   i   czekał,   aż   Mattie   skończy   wybierać   w   sklepie   przy   głównej   ulicy 

produkty potrzebne do obiadu. - Sam nic z tego nie rozumiem.

- Już raz próbowałeś szczęścia z kobietą, pamiętasz? Skończyło się klapą. Czemu teraz 

miałoby być inaczej?

- Mattie jest inna.

- Nie wydaje mi się. Po mojemu  historia się powtarza. Dziewczyna  cię podprowadziła, 

wyciągnęła na propozycję małżeństwa, a teraz nie chce się tu przenieść i nie chce ci prowadzić 

domu. - Silk usiadł przed sztalugami i wziął do ręki pędzel.

- W zeszłym roku popełniłem błąd - powiedział Hugh. - Teraz za to płacę.

- Jak długo zamierzasz płacić? - Silk zanurzył  pędzel w wodzie, a potem w niebieskiej 

farbie.

- Nie wiem. - Hugh upił następny łyk piwa. Twarz mu się zasępiła. - Pewnie póki nie uda mi 

się jej przekonać.

- A o czym ona chce być przekonana? - Silk przyjrzał się dokładnie dziewiczemu białemu 

płótnu i zaczął nakładać niebieską farbę w odcieniu popołudniowego nieba nad Saint Gabriel.

- Że jest dla mnie ważniejsza, niż była jej siostra.

- A to ci dopiero. - Silk spojrzał przymrużonymi oczami na ślad po pociągnięciu pędzla. - 

Życie możesz strawić na przekonywaniu kobiety, że jest dla ciebie najważniejsza. Kobiety nigdy 

nie można w pełni zadowolić.

- Mattie można. W końcu mi się to uda. Potrzeba tylko trochę czasu, żeby zrozumiała, że ja 

zawsze mówię poważnie.

- A co zrobisz z interesem w czasie przekonywania Mattie, że jest pierwsza i najważniejsza?

- W tym miejscu, staruszku, jest rola dla ciebie.

103

background image

- Nie ma mowy. Nie będę prowadził tego interesu za ciebie. Mogę od czasu do czasu gdzieś 

polecieć, jak brakuje ci pilotów, albo zrobić coś przy samolocie, ale za szefa robić nie będę. Wiesz, 

że nie cierpię papierkowej roboty.

- Potrzebuję cię, Silk. Jesteś jedynym człowiekiem, któremu mogę bezpiecznie powierzyć 

firmę na czas mojego pobytu w Seattle.

- Nie ma mowy.

- To potrwa w najgorszym razie kilka tygodni. - Hugh pochylił się do przodu, oparł łokcie 

na udach i zacisnął dłonie na butelce. - Muszę trochę posiedzieć w tym Seattle.

- Czy ona wie, że myślisz tylko o kilku tygodniach, póki jej nie przekonasz?

Hugh obrzucił go marsowym spojrzeniem.

- Nie. Ale jeśli otworzysz przy niej swoją wielką gębę, to osobiście ci ją zamknę.

- Dalej będziesz pracował dla Vailcourt, tak?

-   Czemu   nie.   Płaca   dobra,   praca   lekka.   Charlotte   Vailcourt   sądzi,   że   zapewnienie 

bezpieczeństwa firmie jest trudne i niebezpieczne, ale tak naprawdę nie wie, co te słowa znaczą. 

Nie rozumiem, dlaczego miałbym ją oświecać. Póki płaci mi fortunę za konsultacje, na pewno mi 

się to nie opłaca.

-   No   dobra,   więc   masz   ciepłą   posadkę.   -   Silk   przydał   niebieskiemu   niebu   odrobinę 

cytrynowej żółci. - A czy powiedziałeś tej Mattie Sharpe, z czego przedtem żyłeś?

- Nie! - Hugh zmierzył przyjaciela lodowatym spojrzeniem.

- Nie martw się. Będę milczał jak grób - powiedział cicho Silk. Jeszcze bardziej przyżółcił 

niebo. - Ale nie znasz kobiet. Jeśli ona wpadnie na to, że chowasz przed nią jakieś sekrety, to będzie 

kopać tak długo, aż się do nich dokopie.

- Potrafię sobie z nią poradzić.

Silk parsknął.

- Już to widzę. Dlatego zostawiasz wszystko tutaj i gonisz za nią do Seattle? Kto tu sobie z 

kim radzi, szefie?

- Dobra, nie mówmy więcej o tym. Nie ma sprawy.

Silk energicznie wzruszył ramionami.

- Jak sobie życzysz, szefie. Ale pamiętaj, co ci mówię: tracisz czas. Świat się zmienił i 

kobieta nie chce już tak jak dawniej iść za mężczyzną gdzie bądź i być przy nim choćby się waliło i 

paliło.   Teraz   są   feministki.   Chcą   mieć   swoją   karierę,   fikuśne   mieszkanko   i   coś,   co   nazywają 

odpowiednim stylem życia. No, i szukają mężów, którzy mają coś do powiedzenia w wielkich 

firmach, piją białe wino i jeżdżą BMW.

- Czyżbyś był znawcą współczesnych kobiet?

104

background image

-   Mądry   człowiek   uczy   się   obserwując   -   oznajmił   Silk   z   dużą   pewnością   siebie.   - 

Widziałem, jak spieprzyłeś sprawę rok temu. Nie chcę znowu patrzeć, jak dobrowolnie ładujesz się 

w kłopoty. To mnie krępuje.

- Mattie jest inna - upierał się Hugh. - Kiedy nabierze do mnie zaufania, przestanie sarkać na 

Saint Gabriel.

- Jasne.

- Hej, chcesz przyjść dzisiaj na obiad?

Silk uniósł krzaczaste brwi, ciężko zdumiony.

- Znowu napichciłeś tego przekręcającego flaki chili?

- Nie. Dzisiaj Mattie robi obiad. - Hugh poczuł, że jest bardzo dumny z siebie. Przyjemnie 

było zaprosić przyjaciela na domowy obiad. Podobało mu się, że może podjąć gościa. Zupełnie 

jakby był żonatym człowiekiem. - Ona świetnie gotuje. Kazałem jej wybrać jakieś solidne, krwiste 

steki i kupić produkty na sałatkę. No, i może jeszcze deser. Co ty na to?

Silk rozważył zaproszenie.

- Zapowiada się dobrze. Nie jadłem nic domowej roboty, od czasu gdy ta blondyneczka, 

która została na noc na „Gryfie”, usmażyła mi jajecznicę.

- To było prawie rok temu.

- Tak, ale jeszcze mi ślinka leci. Chętnie się załapię. Wątpię tylko, czy panna Mattie Sharpe 

chce mnie widzieć u siebie na obiedzie. Nie popisałem się przed nią wczoraj.

- Wyjaśniłem jej, jak wyglądała sytuacja - powiedział Hugh.

Silk nałożył plamę granatu w miejscu, które miało być morzem.

- No, jeśli jesteś pewien, że mnie nie otruje, to z przyjemnością przyjmę twoje zaproszenie.

- Dobrze. Bądź o szóstej. - Hugh podniósł głowę i ujrzał Mattie zbliżającą się po nabrzeżu. 

Miała   na   sobie   dżinsy,   kupione   poprzedniego   dnia,   i   kwiecistą   bluzkę   z   krótkim   rękawem. 

Narzekała   na   ciasne   spodnie   i   kiczowatość   jaskrawej   bluzki,   ale   jego   zdaniem   wyglądała 

fantastycznie.   Zapewne   dowodziło   to   jednak   tylko   niewybredności   jego   gustu.   Hugh   wstał.   - 

Jeszcze jedno - powiedział do Silka. - Niech ci nie przyjdzie do głowy wpaść przedtem do „Piekła”.

Silk postarał się przybrać urażoną minę.

- Nie martw się, Abbott. Kiedy trzeba, to mam bardzo dobre maniery. Nie będę cię wprawiał 

w zakłopotanie przychodząc po pijaku. Masz jakieś wiadomości z Czyśćca?

- Nie. Sprawa może trochę potrwać. Ale puściłem wiadomość, że mnie to interesuje. Prędzej 

czy później powinien być odzew. - Hugh przeskoczył na pomost. - Dostaniemy faceta.

-   Rezerwuję   sobie   pierwszeństwo   do   tego   bydlaka,   który   zdmuchnął   Cormiera   - 

zapowiedział groźnie Silk.

105

background image

- Będziesz musiał poczekać. Ja jestem pierwszy w kolejce. Nie wiem jeszcze do kogo, ale 

wiem, że przy okazji facet omal nie zrobił krzywdy Mattie.

Silk spojrzał w zadumie na zbliżającą się Mattie, która schodziła właśnie po schodkach na 

przystań. Trzymała w ramionach dwie torby pełne artykułów spożywczych.

- Nadal uważam, że ona będzie cię prowadzać jak buhaja z kołkiem w nosie, a w końcu cię 

rzuci, ale muszę przyznać, że ma ikrę. Naprawdę dobrze sobie ze mną radziła, kiedy wczoraj trochę 

popiłem. Chlusnęła mi whisky prosto w twarz. Potem widziałem, jak zaprawiła gościa, który chciał 

ją zatrzymać, gdy wychodziła.

Hugh uśmiechnął się z dumą, przypomniał  sobie bowiem Mattie trzymającą pod bronią 

Gibbsa.

- Tak. To stanowczo jest kobieta dla mnie. Teraz muszę ją jeszcze o tym przekonać.

- Za łatwo by było, szefie. Bo tak naprawdę musisz ją przekonać, że jesteś mężczyzną dla 

niej. Drugi raz.

H

ugh uznał proszony obiad za olbrzymi sukces. Wiedział, że między innymi o to chodzi w 

prawdziwym domu. Tak właśnie powinno być, kobieta i mężczyzna tworzą mały światek pełen 

ciepła i szczęścia, światek, w którym przyjaciele są mile widziani. W przeszłości Hugh nigdy nie 

miał takiego domu, ale bardzo chciał mieć go w przyszłości.

Owszem,   nawiedziło   go   zwątpienie,   gdy   Mattie   ze   spokojem   oznajmiła,   że   nie   kupiła 

zaordynowanych steków, lecz zamiast tego przyrządzi makaron. Nie potrafił przewidzieć, jak Silk 

zareaguje na modną zdrową żywność. Ale po pierwszym kęsie nabrał pewności, że nie ma się czym 

martwić. Silk wprawdzie obrzucił danie badawczym spojrzeniem, ale szybko zaczął je pochłaniać 

jak odkurzacz.

Wcześniej Silk czuł się dość niepewnie, gdy przyjaciel otworzył przed nim drzwi małego, 

drewnianego domku. Szybko jednak odzyskał swobodę, bo Mattie skruszyła lody, wypytując go o 

obrazy.

- Czyli  ty i mój stary kumpel Hugh zamierzacie się machnąć? - Silk sięgnął po trzecią 

dokładkę sałatki i chleba.

- Właśnie - powiedział Hugh.

- Zastanawiamy się - zastrzegła Mattie.

Hugh spojrzał na nią bardzo groźnie, ale nie zrobiło to na niej wrażenia. Sięgnął po nowe 

piwo i zaczął pić prosto z butelki, ale po chwili przypomniał sobie o manierach, więc nalał piwa do 

szklanki.

- Jeszcze makaronu, Silk? - Mattie uśmiechnęła się i podsunęła mu salaterkę.

106

background image

- Jasne. - Silk nabrał sobie solidną porcję. - To najlepsze spaghetti, jakie w życiu jadłem, 

chociaż miałem okazję próbować różnych  dziwnych rzeczy z makaronu w Malezji i Indonezji. 

Pamiętam makaron ryżowy z orzeszkami ziemnymi i bardzo ostrymi małymi papryczkami, które...

Hugh kopnął przyjaciela pod stołem. Silk spojrzał na niego z wyrzutem. Problem polegał na 

tym, że Silk miał na ogół dobre intencje, nie zawsze jednak wiedział, kiedy trzymać gębę na kłódkę. 

Hugh zaś był zdania, że im mniej będzie gadania o Indonezji i innych egzotycznych lokalach, które 

odwiedzali z Silkiem w przeszłości, tym dla niego lepiej.

- Chyba znam przepis na tę potrawę, o której mówisz - powiedziała Mattie. - Dodaje się 

melisy i mleczka kokosowego, tak?

- Eee, no tak - bąknął Silk, zerkając kątem oka na Hugh. - Coś takiego.

- Raz czy dwa to robiłam. Powiedz mi, ile masz obrazów gotowych do sprzedania.

Silk wzruszył ramionami.

- A kto to wie? Pewnie kilka tuzinów. Jeśli chcesz, to mogę odebrać część od Milesa z 

„Piekła”. Naprawdę mówisz poważnie o wzięciu ich do Seattle?

- Jak najpoważniej.

- Do diaska. Skąd ci przyszło do głowy, że tam je sprzedasz? Ledwie mogę się ich pozbyć 

tutaj.

- Prawdopodobnie  dlatego,  że artystyczne  gusty mieszkańców  Saint Gabriel  są żałośnie 

niewyrobione - powiedziała rzeczowo Mattie. - Większość manifestacji sztuki, na jakie natknęłam 

się do tej pory, to dziewczyny powycinane z kalendarzy, tak jak w siedzibie Abbott Charters.

- Chwileczkę - przerwał jej Hugh. - To nie ja powiesiłem te dziewczyny. To Derek i Ray.

Mattie spojrzała na niego nieufnie i zwróciła się z powrotem do Silka.

- Nie martw się, Silk. Potrafię sprzedać twoje prace. Gwarantuję.

- Czemu myślisz, że dla ludzi w Seattle moje obrazy będą warte furę pieniędzy?

- Będą warte, bo ja im powiem, że są warte - wyjaśniła uprzejmie Mattie.

Silk z ukontentowaniem popatrzył na nią, a potem wybuchnął śmiechem.

-   Podoba   mi   się   twój   styl,   Mattie.   Coś   mi   mówi,   że   jesteśmy   urodzeni   do   wspólnego 

robienia interesów.

Hugh miał już coś powiedzieć na temat tej zadziwiającej przyjaźni, rodzącej się na jego 

oczach, gdy nagle zadzwonił telefon. Niechętnie wstał więc i podniósł słuchawkę. Telefonowano do 

niego wyłącznie w sprawach służbowych, a w tej chwili nie miał ochoty na żadne sprawy. Nie stać 

go jednak było na lekceważenie ewentualnych kłopotów.

- Abbott Charters - powiedział machinalnie do słuchawki, przyglądając się Mattie i Silkowi, 

pogrążonym w ożywionej rozmowie o kontraktach z galeriami.

107

background image

- Abbott, to pan? - Głos był cichy, chropawy i mgliście znajomy.

Hugh nagle skupił na rozmowie całą uwagę.

- Tak, tu Abbott.

- Mówi Rosey. Pamiętasz pan?

- Tak, Rosey, pamiętam cię.

- A pamiętasz pan, co powiedziałeś? O dużych pieniądzach za informację?

- Oferta jest nadal aktualna.

- To dobrze. - W głosie Roseya zabrzmiał triumf. - Jestem tutaj i mam, czego pan chcesz. 

Ale nazwisko będzie słono kosztowało. To niebezpieczne.

- Jesteś na wyspie? Na Saint Gabriel?

- Tak. Przyleciałem po południu. Trochę przycupnąłem, żeby zobaczyć, czy ktoś za mną nie 

łazi. Ale chyba jestem czysty. Rozejrzałem się dookoła. Znasz pan stary, nie używany magazyn na 

północ od miasta? Nad samym brzegiem.

- Znam. Nad zatoczką, która nazywa się Lily Cove. - Hugh uświadomił sobie, że rozmowa 

przy stole zamarła. Mattie i Silk wpatrywali się w niego z wielką uwagą.

- Bądź pan tam za pół godziny.

- W porządku.

- Aha, Abbott...

- Tak, Rosey?

- Przynieś pan gotówkę. Tysiąc zielonych.

- Ej, ej, Rosey. Kupuję informację, nie most.

- Ta informacja jest tyle warta. Jeśli nie chcesz pan kupić, sprzedam komu innemu.

- Nie wygłupiaj się, Rosey. Obaj wiemy, że blefujesz. Kto oprócz mnie chciałby kupić tę 

informację?

- Jeszcze nie wiem, ale wyczuwam, że znalazłoby się paru gości, którzy kupiliby ten towar.

- Przecież ci się śpieszy, Rosey. Potrzebujesz pieniędzy dziś wieczorem. Nie stać cię na to, 

żeby siedzieć i czekać, aż zgłosi się następny kupiec.

- Do diabła, Abbott. - W głosie Roseya pojawił się charakterystyczny, skowyczący zaśpiew. 

- Chcesz pan usłyszeć nazwisko, to bądź pan za pół godziny w magazynie. Z tysiącem.

- Daję pięćset i ani centa więcej.

- Niech będzie. Masz pan rację, nie mogę się tu za długo kręcić. Pięćset.

Trzasnęło przerwane połączenie. Hugh łagodnie odłożył słuchawkę, po czym spojrzał na 

Silka i Mattie.

- Rosey? - spytała Mattie.

108

background image

- Tak. - Hugh pochwycił pewne spojrzenie niebieskich oczu Silka. - Zdobył nazwisko. Chce 

pięćset dolarów gotówką.

Silk pokręcił głową.

- Biedak. Ma urojenia. Trafiła go mania wielkości.

-   Jakie   nazwisko?   -   spytała   z   naciskiem   Mattie.   Z   każdą   chwilą   stawała   się   bardziej 

niespokojna.

- Nazwisko faceta, który zastrzelił Paula Cormiera. W każdym razie tak twierdzi Rosey. Z 

takim szczurem nigdy nic nie wiadomo. - Hugh przeszedł do kuchenki i otworzył metalową szafkę. 

Pod torbą fasoli, której używał do robienia chili, znalazł rewolwer.

- Idziesz na spotkanie z Roseyem? Teraz? Hugh, o co w tym wszystkim chodzi? - Mattie 

wstała, trzymając w ręce łyżkę, którą nakładała makaron. - Po co bierzesz broń?

-   Idę   porozmawiać   z   Roseyem,   a   broń   biorę,   bo   kiedy   rozmawia   się   z   takimi   ludźmi, 

bezpieczniej jest mieć pod ręką coś strzelającego. - Wsunął rewolwer za pas i podszedł do stołu. O 

dziwo, przesadzona troska Mattie sprawiła mu przyjemność. - Nie martw się. Niedługo wrócę.

- To mi się nie podoba - stwierdziła z naciskiem Mattie. - Ani trochę.

- Wrócę, ani się obejrzysz. - Pochylił głowę i pocałował ją w czubek nosa. - Silk pobędzie z 

tobą, póki nie wrócę. Prawda, Silk? - Spojrzał przyjacielowi w oczy.

- Jasne - potwierdził Silk. -Jeśli sobie życzysz.

Hugh skinął głową.

- Życzę sobie.

Silk wzruszył ramionami.

- Ty jesteś szefem. Chcesz mu dać pięćsetkę?

- Jeśli informacja będzie dobra, to chyba tak.

- Skąd weźmiesz tyle forsy o tej porze?

- Podjadę do biura. Powinno być parę tysięcy w sejfie. Derek i Ray dostali gotówkę za ten 

sprzęt medyczny, który dowieźli na Saint Julian.

Mattie odprowadziła Hugh do drzwi.

- Uważaj na siebie.

- Jasna sprawa.

- A skąd będziesz wiedział, czy Rosey mówi prawdę? Może po prostu poda ci pierwsze 

lepsze nazwisko, weźmie forsę i ucieknie.

- Nie uciekłby daleko - powiedział Hugh. - Chyba starcza mu inteligencji, żeby to wiedzieć. 

- Pocałował ją jeszcze raz i wyszedł na dwór. Poszedł do jeepa zaparkowanego na podjeździe.

109

background image

Znowu zaczynało padać. Nad wyspą przetaczał się kolejny szkwał. Palmy szeleściły od 

podmuchów wiatru i w powietrzu unosił się intensywny zapach wilgotnej dżungli.

Pomyślał, że będzie mu brakowało Saint Gabriel w czasie pobytu w Seattle. Zapalił silnik i 

ruszył w kierunku głównej drogi. To dziwne, jak bardzo zadomowił się na tej wyspie przez ostatnie 

lata. Pierwszy raz w życiu miał gdzieś naprawdę swoje miejsce. Nie mógł się doczekać, kiedy 

zacznie budować wymarzony dom z widokiem na morze. Wiedział, że Mattie będzie się bardzo 

podobało w tym domu. Najpierw jednak musiał przeżyć pobyt w Seattle.

Wjechał do miasta, minął hałaśliwe tawerny i bary, i zaparkował samochód przed siedzibą 

firmy Abbott Charters. Otworzywszy frontowe drzwi, ciemnym korytarzem dotarł do kantorku, w 

którym stał potężny, staroświecki sejf. Włączył światło.

W sejfie leżało prawie pięć tysięcy dolarów. Hugh zanotował w pamięci, żeby z samego 

rana zanieść pieniądze do banku. Potem odliczył  setkami pięćset dolarów, zwinął je w rolkę i 

wetknął do kieszeni. Postanowił zaksięgować to jako drobne wydatki.

W   drodze   do   wyjścia   machinalnie   rozejrzał   się   dookoła   z   dumą   i   zaborczością.   Firma 

zaczynała się rozwijać. Jeszcze rok lub dwa i będzie gotowa do ekspansji na dużą skalę. Ten interes 

Hugh uważał za swoje jedyne prawdziwe osiągnięcie w życiu, jeśli nie liczyć tego, że w ogóle 

udało mu się przeżyć.  Znalazł dzięki niemu twórcze zastosowanie dla pieniędzy.  To było jego 

marzenie, jego przyszłość, nadzieja na inne życie niż to, które prowadził od czterdziestu lat.

Zastanowiło   go,   czy   Mattie   łączy   ze   swą   galerią   sztuki   podobne   nadzieje.   Myśl   była 

niepokojąca, więc ją od siebie odsunął. Mattie będzie czuła się dobrze na Saint Gabriel. Już on się o 

to postara.

Po drodze do drzwi jeszcze zerwał ze ściany kalendarz z dziewczynami. Cisnął go do kosza 

na papiery.

W dziesięć minut później zjechał jeepem z drogi i zaparkował wóz w przyzwoitej odległości 

od opuszczonego magazynu nad Lily Cove. W milczeniu przeszedł przez dżunglę aż do polany, na 

której waląca się budowla prezentowała się w świetle księżyca jak trup dinozaura.

Ta   malownicza   sceneria   świetnie   pasowała   do   Roseya.   Hugh   zmarszczył   brwi   i   omiótł 

wzrokiem polanę w poszukiwaniu śladów życia. Taki interes lepiej byłoby załatwić w gwarnym i 

zawsze pełnym ludzi „Piekle”, ale Rosey wyraźnie wolał przekradać się chyłkiem. Szczur zawsze 

pozostanie szczurem.

Niedaleko   groźnie   nachylonej   rampy   stał   odrapany   samochód   małolitrażowy.   Rosey 

zapewne wypożyczył go na lotnisku.

110

background image

Mroczna czeluść nad rampą stanowiła niewątpliwie wejście do budynku. Hugh zastanowił 

się   krótko,   uznał   jednak,   że   wejdzie   bocznymi   drzwiami,   które   stały   otworem   zwisając   na 

zawiasach.

Z ciemnego wnętrza nie dobiegł go żaden dźwięk. Ma zewnątrz deszcz się nasilał. Grube 

krople wpadały do budynku przez szeroko rozwarte wrota używane kiedyś do załadunku.

Hugh wyciągnął rewolwer zza pasa i wolno przesunął się przez próg. Wiedząc, jak szybko 

w takim klimacie gnije drewno, badawczo przesunął stopą po podłodze.

Czubkiem buta wymacał dziurę. Cofnął nogę i spojrzał na ziemię. Prawie nic nie widział, 

ale przypuszczenie musiało być słuszne. Deski podłogi tu i owdzie kompletnie przegniły. Należało 

uważać, bo groziło tu złamanie nogi.

- Rosey?

Odpowiedzi nie było. Trzymając rękę przy ścianie, Hugh cicho ruszył ku głównym wrotom. 

Deszcz bębniący o dach głuszył wszelkie wątłe odgłosy.

Coś było nie tak. Hugh zdawał sobie z tego sprawę. Gdyby wszystko ułożyło się pomyślnie, 

Rosey zdążyłby już dać znać o swojej obecności i zażądać pieniędzy.

Postać,   leżąca   w   deszczu   na   rampie,   wydała   mu   się   początkowo   kupą   starych   szmat. 

Przyklęknął w cieniu z gotowym do strzału rewolwerem i przyjrzał się podejrzanemu kształtowi. 

Zaklął pod nosem.

Rosey, ty durniu. Dlaczego nie umówiłeś się ze mną w mieście? Czemu wymyśliłeś jakąś 

głupią grę?

Odczekał jeszcze minutę, może dwie, ale w końcu coś podpowiedziało mu, że w magazynie 

nie ma  nikogo oprócz niego i Roseya.  Wyprostował  się i niechętnie  podszedł do zmoczonego 

deszczem kształtu.

Ostrożnie wyciągnął rękę i przewrócił ciało na plecy.  W słabym świetle zobaczył  dużą, 

ciemną plamę na przodzie koszuli Roseya. Spróbował wyczuć mu puls. Rosey cicho jęknął.

Zaskoczony Hugh przyklęknął.

- Rosey?

- To ty, Abbott? - Powieki Roseya drgnęły.

- Tak, Rosey.

- Sukinsyn mnie dopadł. Myślałem, że byłem ostrożny... Powiedz Gibbsowi. Będzie mnie 

szukał.

- Powiem, Rosey. Kto to zrobił?

- Rain... - W głosie Roseya pojawił się dziwaczny ton zachwytu, po czym słowo skończyło 

się dławiącym, krwawym gulgotem.

111

background image

- Wiem, że pada, Rosey. Zabiorę cię stąd. Powiedz, kto to był, człowieku.

Ale Rosey już nie żył.

Hugh z wolna wstał i popatrzył na człowieczka, który opuścił ten świat podczas ulewy.

Dwóch ludzi zginęło w niecały tydzień. Cholera jasna, pomyślał ze złością Hugh. Po prostu 

wszystko ostatnio za dobrze się układało. A teraz to. Zupełnie jak za dawnych czasów.

M

attie nalała Silkowi następną filiżankę zielonej herbaty i patrzyła, jak brodacz zmiata z 

talerza ostatni kawałek placka z patata, który zrobiła na deser. Pochłonął prawie całą blachę.

- Od jak dawna mieszkasz na Saint Gabriel? - spytała.

- Parę lat - odrzekł Silk z ustami pełnymi placka.

- Czyli mniej więcej tyle co Hugh?

- Tak. Razem się tu sprowadziliśmy.

- Naprawdę? A gdzie byliście przedtem?

- Tu i tam. - Silk wyszczerzył zęby. - Krótko mówiąc, bez stałego miejsca pobytu. Hugh 

robił różne dziwne rzeczy dla Vailcourt, a ja dryfowałem razem z nim i czasem mu w czymś 

pomagałem.

- To fascynujące. Czy moja ciotka wiedziała, że ma cię na liście płac?

-   Nie.   Hugh   nie   widział   powodu,   żeby   zadręczać   ją   szczegółami.   On   ma   osobowość 

przywódcy. Tacy ludzie interesują się tylko wynikiem. Na rachunkach dla Vailcourt International 

Hugh wpisywał mnie w drobne wydatki.

- Rozumiem. - Mattie ukryła uśmiech. - Czyli znacie się jak łyse konie.

- Jasne. Pracujemy razem od lat.

- Gdzie go poznałeś?

Silk nachmurzył się i jakby zamyślił.

- Jeśli dobrze sobie przypominam, to w jakimś barze na wybrzeżu Meksyku. Zapomniałem 

już, jak się nazywało to miasteczko. Żaden z nas nie został tam długo. Mieliśmy drobny kłopot.

- Pracowaliście w tamtej okolicy?

- Polecieliśmy czarterowym samolotem zawieźć coś facetowi, który prowadził tam interesy. 

To było niezłe zajęcie, szkoda tylko, że szybko się skończyło.

Mattie położyła łokcie na stole i oparła podbródek na splecionych dłoniach.

- Powiedziałeś, że szybko się skończyło. Co robiliście potem?

Silk szeroko się uśmiechnął.

- Chcesz mi rozwiązać język plackiem z patatami i herbatą?

- Zwykła ciekawość - wyjaśniła Mattie i wstała, żeby posprzątać ze stołu.

112

background image

- Lepiej potrenuj tę ciekawość na szefie. On mnie obedrze ze skóry, jak się dowie, że za 

dużo gadam.

- Czemu? - spytała niewinnie Mattie.

- Nie lubi rozmawiać o przeszłości.

- Z jakiegoś szczególnego powodu?

Objedzony Silk rozparł się na krześle.

- Wolałby zapomnieć większą część tego, co było. To nie jest człowiek, który ogląda się za 

siebie. Ostatnio interesuje go tylko przyszłość.

- Czy Paul Cormier był ważną częścią przeszłości Hugh?

Rozbrajający uśmiech Silka odwrócił uwagę Mattie od jego bystrych niebieskich oczu.

- Cormier? Można by powiedzieć, że był jego starym przyjacielem. Hugh jest bardzo lojalny 

wobec starych przyjaciół. Pewnie dlatego, że nie ma ich zbyt wielu.

- Jeszcze kogoś oprócz ciebie?

- No - odparł bez zająknienia Silk - teraz jesteś i ty.

Mattie napełniła zlew gorącą wodą.

- Właściwie to nie znamy się z Hughem zbyt długo - bąknęła. - Widzę go pierwszy raz od 

roku.

- Wiem. Opowiedział mi, jak przed nim uciekałaś. Nie podobało mu się to. - Silk pokręcił 

głową. - Nigdy nie widziałem kobiety, która tak zawróciłaby mu w głowie. Przez te kilka miesięcy 

chodził jak pomylony. A teraz ciągniesz go do Seattle. On znienawidzi Seattle.

- Tak - przyznała Mattie. - Wiem o tym. Nie martw się, Silk. On nie pobędzie tam długo.

Silk gwałtownie zmrużył oczy.

- Co masz na myśli?

- Jestem pewna, że miasto wkrótce go zmęczy. A mną się znudzi, kiedy okaże się, że nie 

planuję przeprowadzki na Saint Gabriel. Zrezygnuje z wielkich planów małżeńskich i wróci tu, 

zanim się obejrzysz. - Uśmiechnęła się smutno. - Przecież ma tutaj firmę, którą musi prowadzić.

Silk spojrzał na nią zdezorientowany.

- Chcesz powiedzieć, że zabierasz go do Seattle, chociaż wiesz, że długo tam nie wytrzyma?

- Wcale go nie biorę. To on nalegał, żeby mi towarzyszyć.

- Tak, ale tylko po to, żeby przekonać cię, że podobasz mu się o wiele bardziej niż twoją 

głupawa siostra. Sam mi to powiedział.

Odgłos jeepa hamującego  na podjeździe  przeszkodził Mattie  w ciągnięciu  tej rozmowy. 

Spłynęła na nią wielka ulga.

- Wrócił.

113

background image

- Jasne. A co innego miał zrobić? Spędzić resztę życia na chlaniu w „Piekle”? Hugh nie z 

tych.

- Nie. Bałam się, że napyta sobie kłopotów. Ten Rosey, z którym poszedł się spotkać, nie 

jest  najprzyzwoitszym   człowiekiem.   -  Mattie   szybko   wytarła  ręce  wystrzępionym  ręcznikiem  i 

podeszła do drzwi.

Po chwili do ciasnego korytarza wszedł Hugh i potrząsając głową, strącił krople deszczu z 

włosów.

- Hugh! Tak się o ciebie martwiłam. Dzięki Bogu, że nic ci nie jest. - Mattie rzuciła mu się 

w ramiona.

-   No,   no,   no   -   powiedział   Silk   z   drugiego   końca   pokoju.   Przyjrzał   się   im   dwojgu   z 

uśmiechem   zachwytu.   -   Co   za   obrazek.   Może   ta   mała   wycieczka   do   Seattle   jednak   coś   da. 

Zostawiłem ci kawałek placka, szefie.

- Dzięki - powiedział Hugh nad głową Mattie. Pochwycił spojrzenie przyjaciela.

- Kłopoty? - spytał Silk.

- Mhm.

- Mattie to przeczuła. - Silk westchnął.

W

ciąż   nie   mogę   uwierzyć,   że   Rosey   nie   żyje   –   powiedziała   Mattie   w   dwie   godziny 

później. Nerwowo spacerowała w kółko po domku Hugh. - Ten, kto go zabił, mógł zabić i ciebie. 

Wiedziałam, że to spotkanie będzie niebezpieczne. Po prostu miałam przeczucie.

- Nie było niebezpieczne. W każdym razie nie dla mnie. - Hugh otworzył lodówkę i sięgnął 

po piwo. - Tylko dla Roseya.

- Czyli znowu jesteście z Silkiem w punkcie wyjścia. Nadal nie macie pojęcia, kto zabił 

Cormiera. - Mattie zatarła dłonie i przesunęła je po nagich ramionach. Silk wyszedł przed dwiema 

godzinami, wysłuchawszy szczegółowej relacji Hugh ze spotkania w magazynie. Nie wydawał się 

szczególnie   wstrząśnięty   śmiercią   Roseya.   Zareagował   tak,   jakby   był   przyzwyczajony   do 

podobnych nowin.

- Znajdziemy go.

- Jak tego dokonasz, mieszkając w Seattle? - spytała Mattie.

- Silk będzie ze mną w kontakcie na wypadek, gdyby coś się wykluło. Seattle nie jest na 

końcu świata.

- Czy policja albo inne rządowe instancje nie mogą zająć się tą sprawą?

- Na Czyśćcu na pewno nie. Tam jest przecież zamach stanu, zapomniałaś? - Hugh przeszedł 

przez pokój i otworzył szafę.

114

background image

Mattie przyglądała się, jak wyciąga stamtąd wytarty marynarski worek w kolorze khaki, 

który wyglądał tak, jakby kilka razy objechał świat z właścicielem. Opadła na wiklinowe krzesło i 

przyjrzała się, jak Hugh znosi z sypialni zmiany bielizny i koszule, i wszystkie wrzuca do worka.

- Po co ta panika? Czemu  musimy  wyjechać  już jutro? - spytała.  Atmosfera  pośpiechu 

panowała, odkąd Hugh przestąpił próg po powrocie do domu.

- Nie ma sensu tutaj siedzieć. Silk zajmie się firmą. Równie dobrze możemy jechać do 

Seattle.

- Nie mówisz mi wszystkiego, prawda? To drugie morderstwo zaniepokoiło cię bardziej, niż 

przyznajesz. Obawiasz się, że tutaj może grozić mi jakieś niebezpieczeństwo, prawda? Posłuchaj, 

Hugh. Jeśli znalezienie zabójcy Cormiera jest dla ciebie takie ważne, to czemu nie zostaniesz na 

Saint Gabriel? Mogę jechać do Seattle sama.

-   Jasne.   I   znowu   będziesz   ćwiczyć   uniki   za   każdym   razem,   jak   tylko   będę   chciał   cię 

zobaczyć albo choćby usłyszeć. Nic z tego, mała. Tym razem nie spuszczę cię z oczu. Chcesz 

dowodu, że poważnie myślę o naszym małżeństwie, to go dostaniesz.

- Nie w tym rzecz, Hugh. Wiem, że poważnie myślisz o małżeństwie. Mam wątpliwości co 

do przyczyny, dla której chcesz się ze mną ożenić.

Przestał pakować marynarski worek, stanął wsparty pod biodra i przyjrzał jej się z kwaśną 

miną.

- Dobrze mnie posłuchaj, mała. Przyczyny są najzwyczajniejsze na świecie. Chcę mieć żonę 

i dom, prawdziwy dom. Chcę mieć z kim rozmawiać wieczorami, chcę, żeby ktoś wygrzewał mi 

łóżko, żeby ktoś siedział ze mną przy stole. Żeby kogoś obchodziło, dlaczego się spóźniam do 

domu, jeżeli się spóźniam. Co tu jest do wątpienia?

Zaczęła wyłamywać sobie palce.

- Wiele kobiet bardzo chętnie by to dla ciebie zrobiło.

- Nie chcę kobiet. Chcę ciebie. - Podszedł do niej dwoma długimi krokami i podniósł ją z 

krzesła. - I więcej nie próbuj proponować, że wyjedziesz  do Seattle, a ja zostanę tu, na Saint 

Gabriel. Rozumiesz?

Mattie popatrzyła na niego smutno.

- Myślę, że nic z tego nie wyjdzie, Hugh.

- To moja sprawa, mała. Ja zawsze doprowadzam sprawy do końca.

115

background image

Rozdział dziewiąty

W

 trzy dni później Mattie wzięła kanapkę od przechodzącego z tacą kelnera i rozejrzała się 

po eleganckim towarzystwie, tłoczącym się w prestiżowej galerii w Seattle.

Wszędzie było pełno plastikowych szampanówek. Tkwiły w dłoniach gości, wysypywały 

się z koszy na odpadki, stały we wszystkich miejscach, gdzie można je było postawić. Mnóstwo 

było   też   papierowych   serwetek,   kanapek   i   okruchów   oraz   podartych   programów.   Większość 

obecnych wydawała się bardziej zainteresowana eksponowaniem własnej osoby niż oglądaniem 

płócien, wiszących na ścianach.

Nie znaczyło to bynajmniej, że prezentowane obrazy nie są dobre. Przeciwnie, były. Wiele 

eksponatów zaliczano do najwybitniejszych osiągnięć awangardy Zachodniego Wybrzeża. Bądź co 

bądź, była to retrospektywna wystawa Ariel Sharpe.

Płótna zgrupowano w czterech działach, zgodnie z periodyzacją całej twórczości artystki. 

Wyróżniano w niej cztery wyraźnie odrębne okresy: Wczesny Ciemny, Badawczy, krótkotrwały 

Okres Żywiołu i ostatni, który ochrzczono mianem Wczesnego Dojrzałego.

Do Mattie dolatywały strzępki prowadzonych wokół rozmów.

„Co za niewiarygodne emocje, od samego początku... wspaniała kolorystyka, nawet w tych 

obrazach z Wczesnego Ciemnego Okresu, kiedy interesowała ją tylko czerń i brązy... poczucie 

czegoś nieuniknionego jak kataklizm... zaskakujące, wręcz szokujące prowadzenie linii, ale w tym 

czasie   rozwodziła   się   z   Blackwellem,   a   takie   przeżycia   zawsze   wywierały   na  nią   wpływ.   Jest 

niezwykle uczuciowa... nieco surowe, nawet toporne, Art Brut, jeśli miałbym klasyfikować, ale te 

są z Okresu Żywiołu...”

Mattie   bez   trudności   dostrzegała   w   dziełach   siostry   ślady   wielkiego   talentu.   Wspaniałe 

wyczucie   linii   i  kolorystyki,   a  do   tego   wielki   ładunek   emocjonalny   zawarty  w   abstrakcyjnych 

formach, wynosiły tę twórczość wysoko ponad przeciętność, do sfery dzieł wybitnych. I bardzo 

drogich.

Mattie   skubnęła   kanapkę   i   nieświadomie   zaczęła   wystukiwać   na   podłodze   jakiś   rytm 

czubkiem czarnego pantofelka. Spojrzała na czarno-złoty zegarek, zdobiący jej nadgarstek.

Hugh powinien był przyjść pół godziny temu. Obiecał pokazać się na wernisażu zaraz po 

spotkaniu z Charlotte Vailcourt. Spotkanie miało się odbyć o czwartej, tymczasem dochodziła już 

szósta.

116

background image

Mattie wiedziała, że Hugh nie pali się do udziału w wieczornej imprezie, uparła się jednak, 

żeby przyszedł. Chodzenie na wernisaże stanowiło w jej świecie obyczaj, jeśli więc zamierzał się 

dopasować do tego świata, mógł się trochę wysilić i przy okazji czegoś o nim dowiedzieć.

Ze   zniecierpliwieniem   ponownie   zerknęła   na   zegarek.   Zaczynała   podejrzewać,   że   Hugh 

celowo przeciąga spotkanie z ciotką, żeby uniknąć obecności na wernisażu. Właśnie zastanawiała 

się, czy nie zadzwonić do biura Charlotte, kiedy znajomy głos zawrócił ją z drogi przez zatłoczoną 

salę.

-   O,   Mattie.   Wróciłaś   z   raju.   Myślałem,   że   jeszcze   z   tydzień   cię   nie   będzie.   Podobno 

wybierałaś się na wakacje.

Mattie odwróciła głowę i uśmiechnęła się do wysokiego blondyna o wyglądzie wikinga, 

który nadchodził, przedzierając się przez ciżbę ludzi.

- Cześć, Flynn. Jakoś się pośpieszyłam. Raj nie sprostał oczekiwaniom, plan wycieczki legł 

w gruzach. Pewnie zresztą można się było tego spodziewać. Tak to jest z turystyką organizowaną.

- W każdym  razie cieszę się, że wróciłaś  cała i zdrowa. - Flynn Grafton wyróżniał się 

według wszelkich możliwych kryteriów. Obfite jasne włosy zaczesywał do tyłu i wiązał je na karku 

w koński ogon. Fryzura  ostro kontrastowała  z czernią stroju, składającego się z marszczonych 

spodni, koszuli z luźnymi rękawami i wysokich butów zapastowanych na wysoki połysk. Jedyną 

ozdobą był srebrny wisior, egipski ankh, krzyż z pętlą u góry.

- Zdaje się, że Ariel odniosła kolejny sukces. Wystawa robi furorę - powiedziała Mattie.

Flynn dumnie skinął głową.

- Dobrze wyszło,  prawda? Na Elizabeth  Kenyon  zawsze można  liczyć.  Tłok jak diabli. 

Oczywiście przyszła jak zwykle kupa żebraków, którzy łażą z jednego wernisażu na drugi, żeby za 

darmo się nażreć, ale co tam. Dodają kolorytu.

Mattie zachichotała.

- Zdaje się, że widziałam Shock Value Frederickson z przyjaciółmi, jak się kręcą na dworze.

- Prawie sami głodujący artyści. Ale jest i trochę kupujących. Interes się kręci, Ariel będzie 

zadowolona.

-   No,   właśnie.   Gdzie   się   podziewa   Ariel?   Jestem   tu   już   pół   godziny   i   jeszcze   jej   nie 

widziałam.

Przez twarz Flynna przemknął grymas zatroskania.

-   Nie   wiem.   Powinna   być   od   kwadransa.   Planowała   jak   zwykle   efektowne  entree  

obecności wszystkich zebranych. Dzwoniłem do domu, ale nikt nie podnosi słuchawki.

- To znaczy, że utknęła w korku.

117

background image

- Pewnie tak. - Flynn nieco się odprężył. - Ostatnio była dość nerwowa. Prawdę mówiąc, 

trochę się o nią martwię.

- Wiesz przecież, Flynn, że Ariel ma bardzo wrażliwą naturę.

Pokręcił głową i wziął się do przeżuwania kanapki.

- To nie to.

- Domyślasz się, dlaczego jest bardziej nerwowa niż zwykle?

- Owszem. Zwróciłem jej uwagę, że biologiczny zegar tyka i nie ma na to rady. Ariel jest 

trzy lata starsza od ciebie, Mattie. Ma trzydzieści pięć. Gdybyśmy chcieli postarać się o dziecko, to 

powinniśmy się pośpieszyć. Na myśl o tym Ariel wpadła w panikę.

Mattie spojrzała na niego zaskoczona.

- Wyobrażam sobie. Sądziłam, że Ariel już dawno zrezygnowała z dzieci. Wyraźnie mi to 

powiedziała w dniu waszego ślubu. Twierdziła, że to przeszkadzałoby jej w uprawianiu sztuki.

Flynn obdarzył ją miłym uśmiechem.

- Boi się, bo nazbierała złych doświadczeń. Dotąd nie szło jej w sercowych sprawach. Ma 

już za sobą jeden rozwód i diabli wiedzą ile zerwanych zaręczyn.

- Ariel? Boi się? To bzdura. Wierz mi, Flynn, że w mojej siostrze jest więcej czystej i 

niezachwianej  pewności   siebie  niż  w   kimkolwiek   innym,   może  z   wyjątkiem  jednego  faceta,  z 

którym była zaręczona rok temu.

- Jesteś jej siostrą, Mattie, ale nie rozumiesz jej tak jak ja. Zresztą mniejsza o to. Cieszę się, 

że   Ariel   się   spóźnia,   i   cieszę   się   z   naszego   spotkania.   Będziemy   mieli   okazję   porozmawiać. 

Przemyślałem twoją propozycję. Chcę coś wstawić do twojej galerii. Czy na pewno mówiłaś o tym 

poważnie?

-   Jak   najbardziej,   Flynn.   Kiedy   tylko   zechcesz.   Ale   wiesz,   co   u   mnie   wisi.   Jestem 

nastawiona na rynek. To znaczy, że nie wezmę żadnych twórczych eksperymentów.

- Wiem, wiem. Myślę o takim cyklu, który doskonale nadawałby się dla klientów Sharpe 

Reactions.

- Ariel dostanie spazmów - ostrzegła go Mattie. - Będzie chciała udusić nas oboje. Zdajesz 

sobie sprawę z tego, co ona sądzi o pracach, które sprzedaję.

Flynn uśmiechnął się kwaśno.

- Owszem. Komercjalny chłam. Nie przejmuj się poglądami Ariel. Dam sobie z nią radę. To 

jest sprawa między mną a tobą.

- Jeśli tak mówisz, to w porządku. Ja w każdym razie zawsze chętnie obejrzę to, co mi 

przyniesiesz. Ariel słusznie uważa, że masz talent. Po prostu w odróżnieniu od niej jeszcze cię nie 

odkryto.

118

background image

- Powiem ci coś, Mattie. Nie odkryty talent jest ludziom potrzebny jak dziura w moście. 

Dlatego w ciągu najbliższych dni przyniosę ci coś do pokazania. - Urwał i spojrzał ku drzwiom. - 

O, przyszła. Najwyższy czas. A kto tam z nią jest?

Mattie odwróciła głowę i spojrzała we wskazanym kierunku. Poczuła ściskanie w dołku, 

którego przyczynę mogła stanowić jedynie zazdrość. Usiłowała opanować to uczucie.

- Hugh Abbott - powiedziała do Flynna. - Ariel była z nim kiedyś zaręczona.

- A, już wiem. Ten gość z Okresu Żywiołu, tak?

- Właśnie.

- To był dla niej ślepy zaułek - powiedział Flynn, łatwo przechodząc do porządku dziennego 

nad obecnością Hugh.

- Wtedy też mi się tak zdawało. - Mattie uważnie obserwowała, jak Ariel niczym królowa 

wkracza na salę pełną ludzi.

Tego wieczoru wyglądała szczególnie frapująco, choć zawsze starała się o to, żeby robić 

wrażenie. Lśniące czarne włosy, nieskazitelna karnacja i egzotycznie wyglądające zielone oczy z 

natury rzeczy stanowiły o dramatyzmie postaci.

Swoje stroje Ariel komponowała kierując się tą samą intuicją, która prowadziła ją przez 

świat sztuki. Od czasu Okresu Wczesnego Ciemnego zdradzała szczególne upodobanie do czarnych 

kreacji.   Wciąż   dobrze   wyglądała   w   czerni,   choć   jej   malarstwo   stało   się   tymczasem   znacznie 

bogatsze   kolorystycznie.   Tego   wieczoru   ubrała   się   w   czarną   suknię   na   ramiączkach   i   czarne 

sandałki na wysokim obcasie.

Z   biżuterii   włożyła   jedynie   długie   agatowe   kolczyki,   zwisające   aż   do   ramion.   Gładkie 

czarne włosy miały przedziałek pośrodku i tworzyły lśniący klin, który przy wydatnych rysach 

twarzy Ariel nadawał jej wygląd egipskiej księżniczki. Akcentami kolorystycznymi były jedynie na 

czerwono uszminkowane usta i zadziwiające zielone oczy.

Mattie tęsknie pomyślała o czerwonej sukience z Brimstone, którą przywiozła z sobą do 

domu.   Byłby   to   niewątpliwie   przebój   wieczoru.   Stanowczo   powiedziała   sobie   jednak,   że   nie 

mogłaby tu ryzykować  takiej  niestosowności. Na sobie miała  bardzo schludny szary kostium i 

pastelową   jedwabną   bluzkę,   jak   znalazł   na   taką   okazję.   Tylko   artystom   uchodziły   różne 

ekstrawagancje.

Ujrzała Hugh, który niecierpliwie rozglądał się po sali. Włożył tego wieczoru swą jedyną 

marynarkę, granatową, dość wygniecioną, z metalowymi guzikami, a do tego białą koszulę i dżinsy. 

Uzupełniały to nieodzowne wysokie buty. O krawacie nie było mowy.

Pochwycił   jej   spojrzenie   i   uśmiechnął   się   dość   niewyraźnie.   Zostawił   Ariel   w   kręgu 

miłośników i ruszył w jej stronę.

119

background image

- Dobrze znasz tego faceta? - spytał Flynn, częstując się kolejną kanapką.

- Dlaczego pytasz?

- Bo wygląda na zirytowanego.

- Taki już jest. - Mattie  ozdobiła usta uśmiechem, bo Hugh zatrzymał  się przed nimi  i 

przeszył Flynna nieprzyjaznym spojrzeniem.

- Cześć, Hugh - powiedziała. - Chyba jeszcze nie miałeś okazji poznać Flynna Graftona. To 

wspaniały artysta. A od pół roku także mąż Ariel.

Hugh obojętnie skinął mu głową i uścisnął podaną rękę.

- Gratuluję - powiedział wesoło.

- Dziękuję. Pan jest podobno jej facetem z Okresu Żywiołu.

Hugh spochmurniał.

- Ja to nazywam trochę inaczej.

- Niech się pan nie przejmuje. Dobrze rozumiem, dlaczego nie chce pan być łączony z tym 

okresem   jej   twórczości.   Wszyscy   wiedzą,   że   w   kontekście   całości   dorobku   jest   to   wycieczka 

donikąd, niemniej jednak obrazy z tego okresu są bardzo poszukiwane. Ludzie płacą za nie fortunę 

po prostu dlatego, że to była taka dewiacyjna anomalia.

- Czyżby? - zainteresował się Hugh.

-   Osobiście   zawsze   miałem   dziwny   sentyment   do   prac   z   tego   okresu.   Jest   w   nim   coś 

nieokrzesanego, właśnie żywioł. Coś jakby wczesny Ashton albo Clyde Harding.

Hugh gniewnie skrzywił usta.

- Słuchaj, kolego, czy nie masz nic przeciwko temu, że porozmawiam z Mattie kilka minut 

na osobności?

- Ależ proszę bardzo - odrzekł Flynn. - Zobaczę, co słychać u Ariel. Porozmawiamy później, 

Mattie.

- Zgoda. - Mattie upiła trochę szampana, spoglądając śladem Flynna przeciskającego się 

przez tłum.

- No dobra, wypluj to z siebie. - Hugh chwycił plastikową szampanówkę od przechodzącego 

kelnera z tacą.

- Co mam wypluć? - spytała uprzejmie Mattie.

- Chcesz wiedzieć, dlaczego się spóźniłem i dlaczego przyszedłem razem z Ariel. - Hugh 

wypił jednym haustem prawie całego szampana.

- Chcę?

- Odpowiedzi brzmią następująco. A: spotkanie z Charlotte się przeciągnęło. B: Spotkałem 

Ariel przed galerią, jak wysiadała z taksówki. Nie mogłem udać, że jej nie widzę.

120

background image

- Rozumiem.

-  W  porządku.  - Hugh najwyraźniej  uznał   temat   za  wyczerpany,   bo spojrzał   na Mattie 

bykiem. - To teraz wyjaśnij, co jest z tobą i tym Graftonem?

Mattie zerknęła na niego szczerze zdumiona.

- Słucham?

- Patrzył na ciebie w taki sposób jak pies na kość. Zjadał cię wzrokiem.

Mattie wzruszyła ramionami.

- Jest artystą. Artyści zawsze okazują uczucia tak czy inaczej. Flynn chce, żebym wzięła do 

galerii kilka jego prac. Zgodziłam się. I to wszystko. Co postanowiliście z Charlotte?

Hugh zmarszczył  czoło. Sprawiał wrażenie, jakby chciał podjąć temat  Flynna  Graftona. 

Zrezygnował jednak, choć było widać, że niechętnie.

-   Słodka   przyszłość,   tak   jak   przewidywałem.   Charlotte   z   przyjemnością   będzie   dalej 

korzystać z moich usług. Mówi, że mogę pracować w siedzibie firmy, dopóki mi to odpowiada. Nie 

będę musiał podróżować.

- Co będziesz robił tu, na miejscu?

-   Charlotte   chce,   żebym   opracował   nowy   system   bezpieczeństwa   dla   biur   Vailcourt   na 

całym świecie. Powiedziałem jej, że nie ma z tym problemu.

- Tylko zastanów się, jak długo będzie ci to sprawiać przyjemność, Hugh. Moim zdaniem 

taki człowiek jak ty sprawdza się w polu, a nie za biurkiem.

- Przyda mi się to doświadczenie - powiedział. - Im więcej się nauczę o papierkowej stronie 

biznesu, tym lepiej.

- Bo planujesz w końcu wrócić na Saint Gabriel i wziąć się za Abbott Charters, prawda? 

Przyznaj się. Tę wycieczkę do Seattle traktujesz jak przelotny epizod, który musisz znosić, póki nie 

nabiorę rozumu i nie zobaczę swojej jedynej właściwej drogi. Tak jest?

- Nie mówmy o Abbott Charters ani o Saint Gabriel. Nie mam w tej chwili nastroju do 

kłótni. Kto tu do nas idzie?

Mattie potoczyła wzrokiem po sali i cicho westchnęła.

- Z deszczu pod rynnę.

- Co masz na myśli?

- Na tym wernisażu jest mnóstwo byłych facetów Ariel. Ten, który się zbliża, to jej pierwszy 

mąż, Emery Blackwell. Z okresów Wczesnego Ciemnego i Badawczego. Byli małżeństwem pięć 

lat.

- Wygląda na pijanego w belę.

- To bardzo możliwe. - Zaniepokojona Mattie przygryzła wargę.

121

background image

Emery ukrywał swoją słabość bardzo skutecznie. Dochodził sześćdziesiątki, miał surowy, 

choć  nieco  zaniedbany wygląd  godny autora,  który w  wyrafinowanych  kręgach  literackich  był 

kiedyś   żywą   legendą.   Trzymał   się   dobrze,   mimo   coraz   częstszego   zaglądania   do   kieliszka. 

Wprawdzie zaczynał mu rosnąć podbródek, a i tułów zdradzał pierwsze objawy zaokrąglenia, ale 

Emery poświęcał wiele uwagi swoim strojom, te zaś w rewanżu ukrywały wiele jego grzeszków. 

Imponował gęstą grzywą siwych włosów, a w jego jasnych oczach odbijała się inteligencja, mimo 

iż były nieco przekrwione. Mattie zawsze lubiła Emery'ego, a on niezmiennie traktował ją jak wuj 

siostrzenicę.

- Miał wiele stresów w ostatnich latach - szepnęła Mattie Hugh. - Kariera załamała mu się 

już dość dawno, choć wciąż jeszcze dostaje okazjonalne zaproszenia na odczyty i wykłady.

-   Znowu   stresy,   co?   Czyżby   był   to   obecnie   problem   wszystkich   mieszkańców   Stanów 

Zjednoczonych?

- Na pewno dużej części. - Mattie uśmiechnęła się do Emery'ego, który podszedł do nich i 

skłonił głowę z wielką dystynkcją.

- Mattie, moja miła, wyglądasz jak zwykle wspaniale. Może pojechałabyś ze mną na parę 

dni   na   Whidbey.   Miałbym   muzę.   Weź   jakieś   sportowe   szmatki.   Będziemy   popijać   koniak   i 

rozmawiać o poezji.

- Jak wiesz, Emery,  nie mam szczególnej melodii do poezji. A co do wyglądu,  to i ty 

prezentujesz się dziś znakomicie. - Mattie wspięła się na palce i cmoknęła go w policzek. - Również 

jak zwykle.

- To się nazywa styl, moja miła. Niektórzy ludzie to mają... - Emery urwał, by zmierzyć 

rozbawionym spojrzeniem Hugh. - ...A niektórzy nie mają. Zechciej mnie przedstawić swojemu 

przyjacielowi z daleka, Mattie. Bo rozumiem, że to przyjaciel, a nie wynajęta obstawa.

- Hugh Abbott - oznajmił chłodno Hugh. - Zamierzam ożenić się z Mattie.

- Boże mój, Mattie. - Emery zwrócił się z powrotem do niej. Na twarzy miał wyraz jawnego 

osłupienia. - Powiedziałem ci, żebyś zaprosiła mnie do towarzystwa na te wakacje. Poleciałaś w 

dzicz Pacyfiku, no i proszę, co się stało. Wracasz z kiczowatym suwenirem.

- Może i jestem kiczowaty, ale Mattie uważa mnie za błyskotliwego. - Hugh wsunął między 

zęby całą kanapkę i odgryzł dużą część.

- Mattie zawsze miała nieco plebejski gust, by nazwać rzecz delikatnie. Dlatego jej galeria 

odniosła taki sukces. Może to również wyjaśniać jej problemy z mężczyznami.

Mattie zmierzyła obu panów spojrzeniem pełnym dezaprobaty.

- Dość tego, obaj przebraliście miarę. Jeśli chcecie się spierać, wyjdźcie na dwór.

122

background image

- To byłoby jak na mój gust stanowczo za bardzo fizyczne. Nie zniżyłbym się do takiego 

zachowania, moja miła - sprzeciwił się Emery.

- Ja bym się zniżył. - Hugh wsadził sobie do ust następnego krakersa, przybranego serem z 

papryką, i zaczął go energicznie przeżuwać, eksponując przy okazji uzębienie. - W każdej chwili, 

Blackwell.

- O Boże! Skąd ty go wzięłaś, Mattie?

- Znikąd. To ciotka Charlotte go znalazła. On dla niej pracuje.

-   To   oczywiście   wszystko   tłumaczy.   -   Emery   uśmiechnął   się   dobrodusznie   do   Hugh.   - 

Charlotte Vailcourt jest powszechnie znana z ekscentrycznych pomysłów.

- I dobrze płaci - dodał Hugh.

Mattie  uniosła  oczy ku niebu, wznosząc w  myślach  błaganie,  które  niemal  natychmiast 

doczekało się odpowiedzi. Podeszła do nich przystojna kobieta pod pięćdziesiątkę, z dość surowym 

spojrzeniem. Była imponującej budowy, miała posągową sylwetkę, i niewątpliwie lubiła srebro oraz

turkusy.

- Dobry wieczór wszystkim - powiedziała wesoło Elizabeth Kenyon. - Mam nadzieję, że 

dobrze się bawicie. - W orzechowych oczach miała triumfalne błyski.

Galeria Elizabeth Kenyon należała do najważniejszych na Zachodnim Wybrzeżu, o czym 

wszyscy wiedzieli. Elizabeth dostarczała dzieł sztuki bogatym kolekcjonerom, których jedyny cel 

stanowiło uchodzenie za awangardowych mecenasów współczesnej sztuki.

Elizabeth była poważana zarówno w eleganckim towarzystwie, jak i w środowisku ludzi 

związanych   ze   sztuką.   Mogła   wylansować   lub   zgnoić   artystę   i   z   obu   tych   możliwości   często 

korzystała. Miała reputację osoby umiejącej wmówić klientowi cokolwiek, co jej zdaniem było 

godne   włączenia   do   zbiorów   sztuki.   Zarazem   jednak   nie   miała   litości   dla   artystów,   którzy   jej 

zdaniem cofali się w rozwoju.

Mattie darzyła Elizabeth Kenyon niekłamanym podziwem. Sama miała zupełnie inny gust, 

jeśli chodzi o sztukę, i stanowczo za miękkie serce, gdy przychodziło do negocjacji z artystami i 

klientami, ale dla sukcesów Elizabeth żywiła wiele szacunku. Miała nadzieję, że któregoś dnia 

Sharpe Reactions osiągnie renomę równą galerii Elizabeth Kenyon.

- Dobry wieczór, Elizabeth - powiedział Emery, ponownie wykonując dystyngowany skłon 

głowy. - Wspaniała impreza, jak zawsze.

- Dziękuję ci, Emery. Naprawdę bardzo się cieszę, że przyszedłeś. Twoja obecność zawsze 

dodaje   rangi   takim   wydarzeniom.   -   Zwróciła   się   do   Mattie.   -   Kim   jest   twój   przyjaciel,   droga 

Matildo?

- Hugh Abbott - powiedziała Mattie.

123

background image

- Narzeczony Mattie - dopowiedział Hugh, posyłając Mattie spojrzenie wyrażające lekką 

dezaprobatę z powodu niekompletnej prezentacji. Ostrzegawczym błyskiem w oczach dawał jej 

jasno do zrozumienia, że jest znużony ciągłą koniecznością wyjaśniania swego statusu.

- Abbott. Abbott. Abbott. Gdzie ja to...? Och, tak - ucieszyła się Elizabeth. - Czy to nie pan 

jest związany z Okresem Żywiołu w twórczości Ariel?

- Przepraszam was - powiedział Emery Blackwell i sięgnął po następnego szampana. - Zdaje 

się, że właśnie na tę kwestię wszedłem. Chyba powinienem posłuchać, o czym rozmawiają inni. Na 

razie, Elizabeth. Na razie, Mattie. - Zignorował Hugh, który odpłacił mu tym samym.

-   Cześć,   Emery   -   powiedziała   Mattie,   akcentując   pożegnanie   uniesieniem   plastikowej 

szampanówki.

Elizabeth zmarszczyła czoło śledząc odwrót Blackwella.

- Obawiam się, że nasz drogi Emery nie tylko odchodzi w zapomnienie, lecz i coraz gorzej 

znosi alkohol. Wolałabym, żeby dziś raczej go tu nie było. Przypuszczam jednak, że nie mógł się 

oprzeć pokusie. Mimo rozwodu wciąż żywi coś jakby ojcowskie zainteresowanie dla sukcesów 

Ariel.

- Bądź co bądź, miał swój udział w powstaniu wielu jej wczesnych obrazów - powiedziała 

Mattie, czując się w obowiązku wystąpić w obronie Emery'ego. - Poza tym na samym początku 

przedstawił ją wielu wpływowym ludziom. To z pewnością jej nie zaszkodziło.

- Bzdura. Ariel sama znała dużo wpływowych ludzi przez koligacje rodzinne. - Elizabeth 

uśmiechnęła się do Hugh. - Jak długo zamierza pan być w Seattle, Hugh?

Hugh spojrzał w oczy Mattie.

- Tak długo jak będzie trzeba.

- Rozumiem.  - Elizabeth  wydała  się zmylona  tą wymijającą  odpowiedzią. Skinęła  więc 

głową im obojgu i oddaliła się do następnych gości.

- Matildo, jak się miewasz? - rozległ się nowy głos w okolicach łokcia Mattie. - Nie dalej 

jak parę minut temu rozmawiałam z twoją siostrą. Powiedziała mi, że twoi rodzice nie mogą być 

dziś obecni.

- Dobry wieczór, pani Eberly. Miło mi, że panią znowu widzę. Ariel ma rację. Tata i mama 

są zajęci. Mama ma tej wiosny wykłady w prywatnym college'u na Wschodnim Wybrzeżu, a tata 

pojechał   z   nią   do   towarzystwa.   Chce   skończyć   książkę   na   temat   modernistyczno-

postmodernistycznego continuum i uznał, że będzie tam miał dobre warunki. Czy zna pani Hugh 

Abbotta?

Starsza kobieta odwróciła się do Hugh.

124

background image

- Abbott? Nie, nie sądzę. - Nagle oczy jej pojaśniały. - Chyba że jest pan towarzyszem Ariel 

z Okresu...

- Niech pani nie kończy - powiedział  Hugh z kwaśnym  uśmiechem.  - Jeśli jeszcze raz 

usłyszę dziś wieczorem o Okresie Żywiołu w twórczości Ariel, to narzygam na tacę z kanapkami.

- No, tak. To nie był jej najlepszy okres, prawda? - powiedziała pani Eberly, pocieszająco 

klepiąc Hugh po dłoni. - Ale nie należy z tego wyciągać wniosku, że powinieneś się czuć za to 

osobiście odpowiedzialny, chłopcze. Zresztą jest i pożytek z tego okresu.

- Owszem. Ariel zerwała nasze zaręczyny. Od wielu miesięcy jestem jej za to serdecznie 

wdzięczny.

- Niezupełnie to miałam na myśli - bąknęła pani Eberly. - Ale, ale... po sali krąży plotka o 

pańskich zaręczynach z obecną tu Matildą.

- To nie plotka, to fakt - burknął Hugh.

- Od kogo pani to słyszała? - zainteresowała się Mattie.

- Zwykła plotka, wiecie, jak to jest. Pochlebiam sobie zresztą, że jeśli chodzi o plotki, to 

wchłaniam je jak gąbka, gdzie tylko pójdę. Nie potrafię sobie wyobrazić, że wyjdziesz za mąż za 

człowieka  noszącego dżinsy i buty z cholewami.  No, ale przecież  podobno przeciwieństwa się 

przyciągają.

- Mattie i ja mamy w gruncie rzeczy dużo wspólnego - powiedział Hugh.

Mattie promiennie się do niego uśmiechnęła.

- Na przykład?

- Chcesz usłyszeć całą listę? - spytał z łagodną groźbą w głosie.

- To byłoby fascynujące. - Mattie celowo zwróciła się z powrotem do pani Eberly, która 

przyglądała się tej scenie z dużym zaciekawieniem, zdradzanym przez ogniki w bystrych piwnych 

oczach. - To świetnie, że się widzimy, pani Eberly, bo przy okazji chcę powiedzieć, że mam w 

galerii nowe czerwone obrazy Lingarta. Może panią zainteresują.

-   Dziękuję,   Matildo.   Zatrzymaj   je   dla   mnie,   jeśli   możesz.   Zdaje   mi   się,   że   Lingart 

przechodzi   teraz   do   okresu   żółtego.   Czerwonych   już   niestety   nie   będzie   dużo.   Dlatego   chcę 

zmonopolizować rynek.

- Obrazy należą do pani - obiecała Mattie. - Ale jeśli podoba się pani twórczość Lingarta, to 

niech pani koniecznie zobaczy, co przywiozłam z wyprawy na wyspy Pacyfiku.

- Naturalnie oprócz tego egzemplarza prawdziwego mężczyzny? - upewniła się pani Eberly, 

uśmiechając się do Hugh.

- Zapewniam, że myślę o znacznie atrakcyjniejszych eksponatach - powiedziała Mattie. - 

Autor nazywa się Taggart. Silk Taggart. Zamierzam urządzić mu wernisaż w przyszły piątek.

125

background image

- Możesz na mnie liczyć, Matildo. Uwielbiam to wszystko, co u ciebie kupuję. - Omiotła 

krzywym spojrzeniem wszystkie obrazy wiszące na ścianach galerii Elizabeth Kenyon. - Zgadzam 

się, że to wszystko jest bardzo awangardowe i jak najbardziej au courant. Na swój sposób nawet 

przejmujące.  Ale smutna prawda jest taka, że nie powiesiłabym  tego u siebie w domu.  Chyba 

rozumiesz, co mam na myśli? Nie lubię na to patrzeć. A jak kupuję sobie coś do domu, to chcę z 

przyjemnością to oglądać za każdym razem, gdy wejdę do pokoju.

- Jest pani w dobrym  towarzystwie,  pani Eberly.  Medyceusze,  Borgiowie i parę innych 

znamienitych rodów kolekcjonujących dzieła sztuki miało w przeszłości podobne poglądy.

Hugh zmarszczył czoło i już chciał coś wtrącić, ale w tym właśnie momencie tłumek zaczął 

się rozstępować i ich oczom ukazała się nadchodząca Ariel. Niezwykłymi, szmaragdowymi oczami 

spoglądała prosto na siostrę.

- Mattie. Nie mogę uwierzyć w to, co mówią o tobie i Hugh. - Delikatnie uścisnęła Mattie na 

powitanie,   jednocześnie   mierząc   Hugh   spojrzeniem   spod   przymrużonych   powiek.   -   Co   ty 

wyrabiasz, kurczę?

- No, wiesz... - bąknęła Mattie.

- Wszystko jedno - powiedziała energicznie Ariel, cofając się o krok. - Pogadamy o tym 

później. To nie jest dobry czas i miejsce. Rozumiem, Mattie, że rozmawiałaś z Flynnem. Na ten 

temat też chcę zamienić z tobą kilka słów. Jutro wpadnę do ciebie do galerii.

- Dobrze - cicho powiedziała Mattie.

Podeszła grupa ludzi wyglądających  na zasobnych kolekcjonerów. Ariel natychmiast się 

nimi zainteresowała i razem skierowali się w stronę obrazu z jej Okresu Badawczego.

U boku Mattie ponownie zmaterializowała się Elizabeth Kenyon.

- Mattie, moja miła, czy zechciałabyś wyświadczyć mi wielką przysługę? - spytała szeptem.

- Jaka?

- Wsadź Blackwella do taksówki albo sprzątnij go stąd tak, jak potrafisz. Robi się dość 

przykry w obejściu. Nie chcę, żeby płoszył klientów. Będę na zawsze twoją dłużniczką, jeśli go 

stąd wyciągniesz.

Mattie   z   jękiem   spojrzała   w   drugi   koniec   sali,   gdzie   Emery   Blackwell   był   poważnie 

zagrożony wylaniem zawartości swojego kieliszka prosto w dekolt wagnerowskiej damy,  już w 

średnim wieku.

- W porządku, Liz. Ale pamiętaj, że mam u ciebie dług wdzięczności.

-   Dziękuję,   moja   miła.   -   Elizabeth   uśmiechnęła   się   i   odwróciła,   po   drodze   raz   jeszcze 

zerknąwszy na Hugh. - W jakiś dziwny sposób zawsze zbierasz rozbitków, których Ariel gubi po 

drodze. Nie mam racji?

126

background image

Mattie   zazgrzytała   zębami   i   podeszła   do   Emery'ego.   Mgliście   zarejestrowała,   że   Hugh 

przeciska się przez tłum jej śladem.

- No i widzimy się znowu, Emery - powiedziała, stanąwszy koło Blackwella. - Szukałam 

cię.   -   Zręcznie   wyjęła   mu   z   dłoni   szampanówkę.   -   Ktoś   bardzo   chce   z   tobą   porozmawiać.   - 

Obdarzyła dużą, wagnerowską kobietę przepraszającym uśmiechem. - Wybaczy nam pani? Emery 

zawsze jest rozrywany.

- Oczywiście - powiedziała dama, nieco rozczarowana.

- Mattie, najmilsza, zdaje się, że nadeszłaś w ostatniej chwili - dość bełkotliwie oznajmił 

Emery, gdy prowadziła go w stronę wyjścia. - Właśnie byłem bliski opuszczenia się z wyjątkowo 

zdradzieckiego   urwiska   bez   odpowiedniego   sprzętu   alpinistycznego.   Już   dobre   dziesięć   lat   nie 

widziałem tak zbudowanej kobiety. - Emery obrzucił ostatnim rozmarzonym spojrzeniem obfity 

biust, z którym musiał się rozstać. - Teraz już się takich często nie spotyka.

- Nie jestem taki pewien - włączył się swobodnie Hugh. - W biurze mam kilka kalendarzy i 

tam są zdjęcia kobiet zbudowanych właśnie w ten sposób.

- To do pana podobne - przyznał Emery.

Mattie westchnęła.

- Emery, robisz się pijany. A wtedy zawsze stajesz się nieznośnie przykry.

- Miło, że to zauważyłaś. Bardzo się staram. Dokąd idziemy?

- Ty jedziesz taksówką do domu - powiedziała Mattie, ustawiając go twarzą do drzwi.

-   Mam   lepszy   pomysł.   Może   pójdziemy   coś   przekąsić.   Oczywiście   tylko   ty   i   ja.   Tego 

Żywioła odeślemy do diabła.

Hugh przecisnął się za nimi na dwór.

- Nieaktualny pomysł, Blackwell. Mattie i ja mamy już plany.

- Szkoda - powiedział Emery.

- Hej, Mattie - zawołał Flynn, śpiesząc w stronę całej trójki. - Już wychodzisz?

- Na to wygląda.

- Niech pan nie sądzi, że źle się bawiliśmy - burknął Hugh.

- Posłuchaj, Mattie. Przyniosę ci te płótna najszybciej jak będę mógł. - Flynn odprowadził 

ich do chodnika i poczekał, aż podjedzie do krawężnika jakaś taksówka.

-   Bardzo   się   cieszę,   Flynn.   Ale   pamiętaj,   co   ci   powiedziałam.   Ariel   nie   będzie   się   to 

podobało.

- O to się nie martw. - Flynn otworzył drzwi taksówki i załadował Blackwella do środka. 

Mattie Wsunęła się na miejsce obok.

- Dokąd jedziesz, do cholery? - spytał Hugh, widząc Mattie w samochodzie.

127

background image

- Myślę, że do domu. Dość mam szampana i zabójczo kalorycznych kanapek. Chcesz jechać 

ze mną? Emery wysadzi nas po drodze.

Hugh zerknął na nią złym wzrokiem, a potem wsunął się na tylne siedzenie taksówki, obok 

niej.

- Miłego wieczoru - powiedział obojętnie Flynn, wsuwając głowę do samochodu.

- Cholera jasna - mruknął Hugh.

- Mam dokładnie te same odczucia - odezwał się Emery Blackwell, gdy taksówka ruszyła.

- Nie powinieneś był tam dzisiaj przychodzić, Emery - skarciła go Mattie. - Obiecałeś mi 

przecież,   że   będziesz   grzecznie   siedział   na   Whidbey,   póki   nie   skończysz   drugiej   książki   o 

przygodach Byrona Saint Cyra.

-   Nie   krzycz   na   mnie,   Mattie.   Zasługuję   na   jakiś   odpoczynek.   Przysięgam   na   honor 

podstarzałego wykładowcy, który zaprzedał duszę diabłu powieści komercyjnej, że jutro z samego 

rana wracam na Whidbey. Po prostu nie mogłem się powstrzymać, musiałem przyjechać na ten 

wernisaż. - Przesunął wzrok i zatrzymał go na Hugh, który wypełniał znaczną część taksówki. - A 

co z tobą, Abbott?

- Jak to, co ze mną?

- Czy nie odczuwasz perwersyjnej przyjemności w myśli, że wywarłeś pewien wpływ na 

twórczość Ariel? Nie masz odrobiny pretensji do artystycznej nieśmiertelności?

- To wszystko kit.

-   Zwięźle   to   ująłeś.   Jak   człowiek,   który   się   nie   rozdrabnia.   Co   do   mnie,   to   muszę 

powiedzieć, że dyskontuję moje chwile sławy zawsze i wszędzie, gdy tylko mam okazję. Splendory

są tak ulotne. Czy wiesz, że w tej galerii musiałem wyjaśniać kilku osobom, kim właściwie jestem? 

Upokarzające doświadczenie.

- Nie martw się. Czeka na ciebie nowa sława. Musisz tylko poczekać, aż tajemniczy autor 

bestsellerów   o   Byronie   Saint   Cyrze   zechce   ujawnić   swoją   tożsamość   -   powiedziała   delikatnie 

Mattie. - Przestań się nad sobą litować i pomyśl trochę o dniu, gdy będziesz rozdawał autografy w 

najbardziej chodliwych księgarniach z bestsellerami.

- Boże - jęknął Emery. - Co za los. Autografy w księgarni z bestsellerami. Ja naprawdę 

podpisałem cyrograf diabłu, Mattie. I to wszystko przez ciebie.

- Pierwsza książka  będzie  w  sprzedaży za parę  tygodni,  Emery.  Poczujesz się zupełnie 

inaczej, gdy zobaczysz, że sprzedaje się jak świeże bułeczki. Wierz mi.

W   dziesięć   minut   później   taksówka   przystanęła   przed   odrestaurowanym   budynkiem   z 

początków dziewiętnastego wieku przy Pioneer Square. Mattie zajmowała tam obszerne mieszkanie 

na poddaszu.

128

background image

Mattie i Hugh wysiedli. Po krótkiej, cichej sprzeczce Hugh z niechęcią zapłacił za kurs, 

uwzględniając koszty dojazdu Emery'ego Blackwella do jego rezydencji.

Taksówka odjechała, uwożąc Emery'ego Blackwella, rozpartego po królewsku na tylnym 

siedzeniu. Mattie wykopała z torebki klucze i otworzyła drzwi budynku.

- Co za wieczór - mruknął Hugh, przyzywając windę.

- Trochę inny niż ten sobotni w „Piekle”, co? - powiedziała Mattie.

- Nie mam nic przeciwko „Piekłu”.

- Lepiej przyzwyczaj się do takich wieczorów jak dzisiejszy - poradziła mu Mattie słodkim 

głosem.   -  Chodzę  na   wernisaże  kilka  razy  w  miesiącu,   a  ponadto   odbywam   wiele   spotkań   ze 

swoimi  artystami.  Jestem pewna, że będziesz chciał  mi  towarzyszyć  we wszystkich wyjściach. 

Przecież postanowiłeś stać się częścią mojego życia w Seattle, prawda?

- Na tak długo, jak będzie to konieczne - stwierdził ponuro Hugh.

129

background image

Rozdział dziesiąty

T

ej nocy Hugh pierwszy raz przyszło do głowy, że sprawy nie ułożą się tak gładko, jak 

tego początkowo oczekiwał. Leżał na czarnej skórzanej kanapie Mattie, z rękami założonymi za 

głowę, wśród porozrzucanych papierów. Dochodziła druga nad ranem, ale przez wysokie, łukowate 

okno przestronnego mieszkania Mattie wciąż widział mnóstwo neonów. Nocna łuna nad miastem 

zawsze irytowała Hugh. Wolał aksamitny, pachnący kwiatami mrok, jaki otaczał jego wyspę. Gdy 

tylko zamknął oczy, wyobrażał sobie bladą poświatę księżyca, spływającą na ocean.

Wieczorem, widząc Mattie w jej własnym świecie, przeżył olbrzymi wstrząs. Większy, niż 

się spodziewał. Przecież wiedział o galerii. Dlaczego zaskoczyło go więc, że Mattie czuje się jak w 

domu wśród przewalających się tam tłumów?

Prawdę mówiąc przeczuwał odpowiedź na to pytanie. Nie chciał przyznać, że Mattie należy 

do tego świata. Przez kilka ostatnich miesięcy wspominał noc pełną namiętności, po której Mattie 

żałośnie błagała go, by zabrał ją na Saint Gabriel. „Weź mnie z sobą, Hugh. Bardzo cię kocham. 

Proszę cię, weź mnie z sobą”. A w ubiegłym tygodniu był z nią na swoim terytorium, gdzie czuł się

swobodnie i sam stanowił reguły.

Kiedy przyjechawszy trzy dni temu do Seattle wprowadził się do eleganckiego mieszkania 

Mattie, był pewien, że przekonanie jej do powrotu na Saint Gabriel stanowi kwestię dni. Sądził, że 

wystarczy przezwyciężyć zwykłą kobiecą urazę o jego dawne zaręczyny z Ariel. 

Teraz, gdy opuścili Saint Gabriel, komplikacje wydawały mu się znacznie poważniejsze. 

Zaczął go gryźć niepokój. W dodatku po dwóch nocach w Seattle miał serdecznie dość spania na 

kanapie.

Odrzucił nakrycie swego zaimprowizowanego posłania i wstał. Przemierzył czerwono-szary 

dywan,   który   wyznaczał   w   wielkim   atelier   przestrzeń   umownie   pomyślaną   jako   salon,   i   po 

lśniących deskach podłogi przeszedł do okna. Stał tam długo i przyglądał się, jak prom przecina 

wody Zatoki Elliotta.

Nie uspokoiło go to, więc przeniósł się do części kuchennej i po ciemku zaczął szperać 

wśród   zapasów,   aż   w   końcu   znalazł   torbę   z   bułeczkami   owsianymi,   które   Mattie   kupiła   na 

śniadanie.   Wyciągnął   jedną   i   odgryzł   kęs.   Nie   przypuszczał,   by   kiedykolwiek   miał   zostać 

miłośnikiem otrąb owsianych, ale jadł już w życiu gorsze rzeczy. Na przykład pomidory Cormiera.

130

background image

To wspomnienie przywiodło za sobą następne, niektóre przykre. W większości występował 

jednak obraz Cormiera z czerwoną plamą na piersi.

Nigdy nie miał wielu przyjaciół. Cormier był jednym z nielicznych. Prawdę mówiąc, przez 

pewien czas był nawet dla niego kimś więcej niż przyjacielem. We wczesnych latach prawie mu 

ojcował.   Hugh   szukał   wtedy   swojej   drogi   i   sposobu   na   sprawdzenie   się   w   roli   dojrzałego 

mężczyzny. Paul przekazał mu wiele z tego, co ważne. Nauczył go, jak mieć dumę i postępować 

honorowo, a przede wszystkim jak przeżyć.

Nagle Hugh bardzo dotkliwie uświadomił sobie swą samotność. Ostatnio zdarzało mu się to 

coraz częściej. Raz tylko całkowicie pozbył się tego poczucia, wtedy gdy kochał się z Mattie.

Słysząc cichy szmer na górze, odwrócił się i spojrzał w stronę nie obudowanej antresoli, na 

której Mattie urządziła sobie sypialnię. Antresolę obiegała jedynie lśniąca metalowa balustradka z 

czerwoną poręczą. Łóżko Mattie kryło się w cieniu za tą balustradka.

Mattie mogła rozpędzić jego uczucie samotności.

Podjął   decyzję.   Odłożył   na   wpół   zjedzoną   bułeczkę   i   podszedł   do   wąskich,   spiralnych 

schodków. W milczeniu wspiął się po kutych stopniach do gniazda Mattie.

Tego   wieczoru   w   galerii   przeżył   chwile   prawdziwego   zaniepokojenia.   Flynn   Grafton   i 

Emery Blackwell obskakiwali Mattie tak, jakby już wcześniej rościli sobie do niej jakieś prawa.

Wcale   nie   było   pewne,   czy   uda   mu   się   utrzymać   Mattie   przy   sobie.   Mógł   ją   stracić. 

Wiedział jednak, jaki jest jedyny sposób, by potwierdzić swe roszczenia.  A potrzebował  w tej 

chwili potwierdzenia jak rzadko. Musiał się przekonać, że Mattie nadal pragnie go fizycznie, nawet 

jeśli próbuje sobie wmówić, że nie chce go za męża.

Musiał wiedzieć, że przynajmniej w pewnym sensie Mattie wciąż należy do niego. W tym 

samym sensie, w jakim należała do niego, gdy spędzili pierwszą wspólną noc.

M

attie wciąż jeszcze była daleka od zaśnięcia, gdy wyczuła obecność Hugh w pobliżu 

łóżka. Już dwie godziny jałowo przewracała się z boku na bok w swojej fortecy na górze.

Częścią ja wiedziała, że to się stanie, jeśli nie tej nocy to następnej albo jeszcze następnej. 

Wkrótce.   Tego,   co   nieodwołalne,   nie   można   długo   odwlekać.   Wzajemny   pociąg   między   nią   i 

Hughem był zbyt silny. Mattie obawiała się jednak swych uczuć do Hugh. Nie była pewna, czy 

przypadkiem nie kocha go nadal. Znów powoli przekręciła się na drugi bok i wtedy go zobaczyła. 

Stał nad jej łóżkiem; mając na sobie tylko slipy.

- Hugh?

- Powiedz, że mnie chcesz, Mattie. Daj mi przynajmniej tyle.

- Chcę cię, wiesz dobrze. Przecież nie o to chodzi.

131

background image

- Teraz o to. - Pochylił się, uniósł koc i wsunął się do łóżka obok niej. - Jeśli mam cię nie 

dotykać, to nie dotknę. Ale nie wytrzymam dłużej sam na tej kanapie. - Wyciągnął rękę i pogłaskał 

ją po ramieniu. - Za wiele nocy spędziłem samotnie, mała.

Mattie   odszukała   wzrokiem   jego   twarz,   potem   westchnęła   z   rezygnacją,   uniosła   się   na 

łokciu i pocałowała go w usta. Palcami pieszczotliwie musnęła jego tors.

-   Mattie...   -   Hugh   dobył   ten   jęk   ulgi   z   bardzo   głęboka.   Uniósł   się   i   pchnął   Mattie   na 

poduszki. Potem opadł na nią jak wagon z toną cegieł.

Mattie   leżała   przygwożdżona   do   materaca,   otwierając   usta   dla   Hugh.   Wyraźnie   czuła 

wielkie dłonie zaborczo przesuwające się po jej ciele. Objęły piersi, przeniosły się na brzuch i 

jeszcze niżej. Hugh kolanem rozchylił jej uda i odnalazł palcami najintymniejsze miejsce.

Mattie głośno złapała powietrze, prawie natychmiast poczuła tam ciepło i wilgoć. Język 

Hugh wypełniał jej usta. Wypchnęła biodra, głowę odchyliła do tyłu.

- Dobrze, mała. O, tak. Jesteś gorąca i wilgotna. O, tak.

Szybko usadowił się między jej nogami, po czym wyciągnął ramię, by opleść jej nogi na 

swych biodrach.

- Trzymaj mnie mocno, mała. Weź mnie do środka i trzymaj.

Mattie poczuła to gorąco i poddała się gwałtownej fali podniecenia. Chciała powiedzieć mu, 

żeby trochę zwolnił, ale nie przychodziło jej na myśl ani jedno słowo. Przy Hugh wszystko działo 

się błyskawicznie. Kochanie się z nim było podobnym doświadczeniem jak bieg przez dżunglę lub 

walka   z   falami   w   morzu.   Wydawało   się,   że   nie   można   tego   robić   powoli,   delikatnie,   w 

cywilizowany sposób.

- Czuję cię - powiedział z chrapliwym zachwytem, wdzierając się coraz głębiej. - Mała, jaka 

jesteś miła w środku.

I   już   nabierał   rozpędu,   wypełniał   ją   i   opuszczał,   alarmując   zakończenia   wszystkich   jej 

nerwów. Znów pocałował ją w usta, upajając się uczuciem posiadania.

Mattie zamknęła oczy. Pozwoliła, by pękły wszelkie więzy, które jeszcze trzymały ją na 

ziemi. Objęła Hugh i wtuliła się w niego jak mogła najmocniej.

Był to szaleńczy pęd przez noc z dzikim, olbrzymim wilkiem. Wreszcie Mattie poczuła, że 

jest wolna i znalazła swojego partnera. Nie było w tym pędzie nic łagodnego ani delikatnego, ale 

gdy wszystko skończyło się burzą drobnych, rozkosznych skurczy, ożywiających całe ciało, Mattie 

była w ekstazie. Wcisnęła twarz w poduszkę i łapczywie chwytała wielkie porcje powietrza.

- Mattie?

- Tak?

- Od dzisiaj śpię na górze z tobą. Czy w tym przynajmniej się zgadzamy?

132

background image

- Tak.

- No, widzisz? - Hugh zachichotał w ciemności i przetoczył się na plecy. - Naprawdę mamy 

wiele wspólnego.

- Seks nie jest wszystkim, Hugh.

- Nie, ale daje dobry początek - powiedział z rozleniwieniem i satysfakcją. - Nawet lepiej 

niż dobry. A to nie wszystko, co mamy wspólnego - dodał, potężnie ziewając. - Powiedziałem ci to 

dzisiaj już wcześniej.

- No, więc co jeszcze mamy wspólnego? - Wbrew sobie uległa zaciekawieniu. Oparła się na 

łokciach i spojrzała na Hugh. - Dawaj, Hugh. Wymień choćby jeden przykład.

Skupienie w jego srebrnoszarych oczach było widoczne nawet w mroku.

- Nie rozumiesz, mała? Oboje jesteśmy odmieńcami. Przez większą część życia pasujemy do 

swojego miejsca jak okrągły kołek do kwadratowej dziury.

Mattie zamrugała, zdumiona. Potem zmarszczyła czoło.

- To nieprawda.

-   Prawda.   Myślę,   że   na   początku   to   wiedziałaś.   Prawdopodobnie   dlatego   rok   temu   tak 

bardzo prosiłaś mnie, żebym cię stąd zabrał. Pojmowałaś to instynktownie. Ale potem, kiedy cię 

zostawiłem, byłaś za bardzo rozeźlona, żeby dać mi drugą szansę. Teraz znajdujesz preteksty dla 

samej   siebie,   wmawiasz   sobie,   że   chcę   cię,   bo   nie   udało   mi   się   z   Ariel.   Jesteś   zdecydowana 

przekonać mnie, że różnimy się stylami życia, których nie da się pogodzić.

- Nasze style życia są całkowicie odmienne, Hugh. Nie ma między nimi kompromisu. A 

poza tym rzeczywiście najpierw chciałeś Ariel. Temu nie zaprzeczysz. Chciałeś się z nią związać 

jeszcze po tym, jak się pierwszy raz kochaliśmy.

- Nie.

- Tak, to prawda. Powiedziałeś mi, że nie jestem w twoim typie, pamiętasz? Dziękuję za 

seks, ale teraz muszę iść, bo mam samolot.

- Ciągle się boisz, Mattie - powiedział spokojnie. - Czemu się do tego nie przyznasz? Wiem, 

ile musiała cię kosztować ta propozycja rok temu. Byłem głupcem, że powiedziałem „nie”. Ale ty 

masz ikrę, mała. Teraz jestem tego pewien. Widziałem, jak sobie radzisz w trudnych sytuacjach. 

Czemu nie dać naszej znajomości jeszcze jednej szansy? Prawdziwej.

-   Nie   muszę   już   powtarzać   tej   propozycji!   -   wykrzyknęła   zapalczywie.   -   Zgłosiłeś 

kontrpropozycję, pamiętasz? Postanowiłeś przyjechać ze mną do Seattle. Jesteś tu, gdzie chciałeś, 

więc po co mam lecieć na Saint Gabriel?

133

background image

Długo milczeli i toczyli w mroku pojedynek na spojrzenia. Czyja wola silniejsza. Mattie 

wyczuwała determinację Hugh. Chciał ją pokonać za wszelką cenę, szukał słabych punktów. Ona 

leżała nieruchomo, zachowywała się jak królik wobec wilka.

I nagle wilk szeroko się uśmiechnął.

-   Odpręż   się,   mała.   Wszystko   będzie   dobrze.   Przekonasz   się.   Potrzebujesz  tylko   trochę 

czasu, żeby mi zaufać. Śpijmy już. Oboje idziemy jutro do pracy.

- Hugh - spytała Mattie, nagle szczerze zaniepokojona - czy podoba ci się biurowa praca w 

Vailcourt International?

Pracowałem w gorszych miejscach.

- A więc nie podoba ci się. Nienawidzisz tego, prawda? Nie jesteś człowiekiem stworzonym 

do życia w mieście. Oboje to wiemy.

- Nie martw się. Jak powiedziałem, pracowałem już w gorszych miejscach.

- Ale Hugh...

- Pst, mała. Śpimy. - Przyciągnął ją do siebie i przykrył umięśnioną nogą jej smukłą łydkę.

Mattie czuła, jak Hugh błyskawicznie pogrąża się we śnie. Sama jednak długo jeszcze nie 

mogła zasnąć.

M

attie   usiadła   wygodniej   na   krześle,   stojącym   przy   biurku   na   zapleczu   jej   galerii,   i 

spojrzała na dziwacznie wyglądającą istotę, która znajdowała się przed nią.

Shock Value Frederickson, jak zwała się w tym miesiącu owa dziewczyna, miała około 

dwudziestu pięciu lat. Była niesamowicie chuda, wręcz chorobliwie wychudzona, i miała mnóstwo 

żółtozielonych  włosów,  sztywno  stojących   na  całej   głowie.  Na każdym  z  ramion   dzwoniło  jej 

kilkanaście bransolet, a w każdym uchu nosiła po cztery kolczyki.. Miała też cienkie stalowe kółko 

w   nosie.   Kontur   jasnoorzechowych   oczu   był   podkreślony   czarnym   tuszem,   złoty   cień   zdobił 

powieki.   Ubranie   Shock   Value   Frederickson   składało   się   z   najgorszych   łachów   od   Armii 

Zbawienia, trzymanych w kupie przez ciężki metalowy pas.

-  I  co   o  tym  sądzisz,   Mattie?  -  spytała   Shock  Value,  pokazując   swoją  ostatnią   rzeźbę, 

ustawioną na podłodze przy krześle artystki. - Sprzedasz to u siebie?

Mattie westchnęła.

- Wyraźnie jesteś jeszcze w końcowej fazie Okresu Końca Świata, Shock. Ta rzeźba jest 

ciekawa,   ale   obie   wiemy,   że   nie   przemówi   do   moich   klientów.   Może   Christine   Ferguson   to 

weźmie?

Shock Value niespokojnie poruszyła się na krześle. Zabrzęczały metalowe ozdoby na jej 

nadgarstkach i w uszach.

134

background image

- Christine tego nie chce. Nie chce nikt, u kogo próbowałam to wstawić. Wiesz, Mattie, 

przeżywam w tej chwili dość trudną chwilę. Wydałam na materiały ostatnie dziesięć dolców, a od 

miesięcy niczego nie sprzedałam.

- Myślałam, że dorabiasz sobie w tej restauracji. Przecież załatwiłam ci pracę.

- Dorabiałam. Naprawdę bardzo miło się zachowałaś, Mattie, że mi znalazłaś robotę, ale tam 

nikt mnie nie rozumiał. - Shock Value pochyliła się do przodu. - Wiesz, jak było? Wywalili mnie, 

bo kilka razy się spóźniłam. Możesz uwierzyć? Powiedziałam im, że nocami pracuję w swoim 

atelier, więc zdarza się, że tracę poczucie czasu, ale szef nie chciał tego słuchać.

- Rozumiem.

- Mattie, proszę cię. Pracuję nad naprawdę dużą rzeczą. Potrzebuję tylko trochę czasu i 

odrobinę gotówki na przetrzymanie paru tygodni. Aż skończę.

- Czy to będzie podobne do Dna otchłani? - Mattie wskazała rzeźbę na podłodze.

Shock Value Frederickson ze zniecierpliwieniem pokręciła głowią, przy okazji wstrząsając 

żółtozieloną puszczą.

- Nie, to już mam za sobą. Ten okres definitywnie się skończył. Był potrzebny tylko dlatego, 

że pomógł mi się skoncentrować. Teraz pracuję nad czymś poważnym. Ale muszę mieć możliwość 

pracy!

-   Trzeba   było   wydać   ostatnie   dziesięć   dolców   na   jedzenie,   a   nie   na   materiały,   Shock. 

Przeraźliwie chudniesz.

- Co tam jedzenie. Muszę mieć za co kupić materiały. Wiesz, jakie drogie są metale.

- Cały sens pracy w restauracji polegał na tym, żebyś nie zagłodziła się na śmierć w imię 

sztuki. Pracownikom należy się raz dziennie bezpłatny posiłek.

- Wiem. Ale rzadko go jadłam.

Mattie jęknęła.

- A interesowałaś się kuponami żywnościowymi? Opieką społeczną?

-   Posłuchaj,   Mattie,   rząd   chce   dowodu,   że   szukasz   pracy.   Nie   mogę   tego   dowieść.   Ja 

pracuję. Moją pracą jest sztuka. Przysięgam, że znowu zostanę kelnerką, jak tylko skończę to, co 

mam teraz w robocie. Potrzebuję jeszcze paru tygodni wolności. Muszę zarobić trochę gotówki. 

Szybko.   Jeśli   nie   możesz   sprzedać  Dna   otchłani,  to   czy   przynajmniej   możesz  mi   co   nieco 

pożyczyć?

Mattie   otaksowała   dzieło   przyniesione   przez   Shock   Value   Frederickson.  Dno 

otchłani  było  utrzymane  w stylu,  który młoda  artystka  rozwijała  w ostatnim czasie.  Stanowiło 

kompozycję   z   drutu,   zardzewiałego   żelastwa   i   styropianowych   kubków.   Było   w   nim 

135

background image

niezaprzeczalnie wiele wyrazu i energii. Mattie od samego początku zauważyła oryginalność tego 

tworu. Ale był to tylko pomysł, sztuka jeszcze się nie narodziła. Nie było szansy na sprzedanie Dna

otchłani  w Sharpe Reactions, mimo całej zawartej w nim energii. Moc oddziaływania tej rzeźby 

opierała się bowiem na brzydocie.

Niewątpliwie   jednak   prędzej   czy   później   Shock   Value   Frederickson   musiała   czymś 

naprawdę zabłysnąć. Tyle że na razie musiała też jeść.

- Setka na razie cię urządza? - spytała w końcu Mattie.

Shock Value Frederickson szybko skinęła głową.

- Każda suma. Możesz zatrzymać u siebie Dno otchłani jako zastaw.

Mattie sięgnęła do sakiewki leżącej w dolnej szufladzie biurka i wyciągnęła stamtąd pięć 

dwudziestek, dopiero co podjętych w banku.

- Masz. Możesz zabrać  Dno otchłani  z sobą, ale musisz przysiąc na wszystko, że mam 

pierwszeństwo do tego, nad czym pracujesz teraz. Umowa stoi?

- Stoi. - Shock Value rozpromieniła się, z ulgą podniosła z podłogi Dno otchłani i wzięła od 

Mattie pieniądze. - Nie pożałujesz tego, Mattie, słowo. Dziękuję.

Radośnie okręciła się na pięcie i dopadła drzwi malutkiego zaplecza ze zwykłą dla siebie 

energią. Na progu omal nie zderzyła się z Ariel, która właśnie szła w przeciwnym kierunku.

- Przepraszam - wymamrotała Shock Value, przemykając obok Ariel z  Dnem otchłani  

dłoniach.

Ariel popatrzyła na siostrę.

- Ile jej dałaś?

- Setkę.

- Nigdy w życiu nie zobaczysz tej forsy z powrotem. - Ariel doszła do krzesła, zwolnionego 

przed chwilą przez Shock Value Frederickson, i usiadła.

Mattie schowała sakiewkę do szuflady.

- Nie jestem pewna. Shock będzie kiedyś dobra. Może nawet dobra z komercyjnego punktu 

widzenia,   jeżeli   zapanuje   nad   swoim   talentem.   W   jej   rzeźbach   jest   coś   żywego,   bardzo 

dynamicznego. Może to zaowocować pracami, które spodobają się klientom Sharpe Reactions.

- Chcesz powiedzieć, że prace muszą być dostatecznie ładne dla twoich przeciętniaczków: 

biznesmenów, sklepikarzy i komputerowych maniaków?

Mattie skrzywiła usta.

-   Wiem,   że   nie   masz   dobrej   opinii   o   klientach   mojej   galerii,   Ariel,   ale   obejdę   się   bez 

kolejnego wykładu na ten temat. Wyobraź sobie, że należę do beznadziejnych przypadków ludzi, 

136

background image

którzy naprawdę wierzą w coś takiego jak dobra sztuka dla mas. Jest tak, jak mówi pani Eberly. Po 

co wieszać u siebie w salonie coś, od czego za każdym spojrzeniem nachodzą człowieka mdłości?

Ariel uśmiechnęła się z goryczą.

- Obie znamy twój gust. Ale nie o tym chciałam mówić.

- Więc o czym?

- Powiedz mi, droga siostrzyczko, czy podoba ci się rola Matki Ziemi w grze, w której 

jestem Kastrującą Suką? Osobiście czuję się tym trochę zmęczona. Byłabym wdzięczna, gdybyś 

dała spokój moim facetom.

- Niech to licho - mruknęła Mattie. - Czyli czeka nas pogadanka starszej siostry, tak? Wiesz, 

że tego nie znoszę. Zawsze jesteś górą. - Mattie ostrożnie odchyliła się na krześle i sprawdziła, czy 

w   niewielkim   elektrycznym   czajniku,   stojącym   na   podłodze,   jest   woda.   Potem   nacisnęła 

przełącznik.

- Mattie, to się posuwa za daleko.

- Chcesz trochę ziołowej herbaty i bułeczek owsianych? Zostały mi ze śniadania.

- Na miłość boską, Mattie, nie! Nie chcę owsianych bułeczek. Jak możesz w takiej chwili 

myśleć o zdrowej żywności? Oto cała ty. Nie wytrzymam tego. Nigdy nie mogłam wytrzymać. Nikt 

w rodzinie nie mógł wytrzymać. Reszta z nas rozładowuje emocje w normalny, zdrowy sposób, 

tylko ty zawsze zmieniasz temat.

- Wiesz, że nie wypadam dobrze w konfrontacjach - przypomniała jej skruszona Mattie. 

Zerknęła na bułeczkę i uznała, że sama też nie jest głodna. - Przysparzają mi niepotrzebnych napięć.

Była  to prawda. Kiedy dochodziło do sprzeczki  w jej kapryśnej, uduchowionej i pełnej 

napięć rodzinie, zawsze stała na straconej pozycji, a to z tego powodu, że ona jedna bała się scen. 

Czuła się po nich chora, całkiem dosłownie, fizycznie. Reszta rodziny uwielbiała głośne starcia. Co 

więcej, wszyscy byli w tej konkurencji świetni. Kiedy z rzadka zdarzało się, że Mattie próbowała 

się postawić, zawsze kończyła z poczuciem klęski na wszystkich frontach.

Tylko   raz,   gdy   stawiła   czoło   Hugh,   wszystko   było   w   porządku.   Prawdę   mówiąc,   w 

obecności Hugh miała więcej niż jeden wybuch wściekłości i nigdy nie czuła się z tego powodu 

chora.

- Może nie dajesz sobie rady w ostrych sporach, bo jesteś miękka, Mattie? Gdybyś od czasu 

do czasu powiedziała, co ci ślina na język przyniesie, to nie byłabyś ciągle taka spięta.

Mattie westchnęła.

- Nie mam osobowości do takich dramatów, jakie z upodobaniem odgrywacie ty, tata, mama 

i cała reszta rodziny. Takie sytuacje po prostu są dla mnie zbyt dużym stresem. A dobrze wiesz, że 

ostatnio staram się unikać stresów.

137

background image

- Ty w ogóle nie wiesz, co to jest stres - odpaliła Ariel. - Powiem ci. Stresem był dla mnie 

ostatni wieczór.

- Ostatni wieczór? - Zaskoczona Mattie spojrzała na siostrę. - Co takiego stresującego było 

wczoraj wieczorem? Przecież ta retrospektywna wystawa jest twoim wielkim sukcesem.

- Mhm. Myślisz, że po twoim wyjściu wszyscy mówili o mojej twórczości? Mylisz się. 

Głównym tematem rozmów była ta urocza mała scenka, którą odegraliście we czwórkę na chodniku 

- ty, Flynn, Emery i Hugh, pochłonięci rozmową jak wielcy przyjaciele, którymi najwidoczniej 

jesteście. A potem, siostrzyczko, miałaś czelność wsiąść do taksówki z moim byłym mężem oraz 

moim byłym narzeczonym i odjechać w mrok. Jak myślisz, co wtedy czułam?

- Nie sądziłam, że ktokolwiek to zauważył - bąknęła Mattie.

- Chrzanisz. Lubisz robić takie rzeczy, nie wypieraj się. Grasz Królewnę Śnieżkę, żebym 

wyglądała jak Zła Czarownica. - Ariel zerwała się na równe nogi i obeszła pokoik dookoła.

- To nie jest tak, Ariel. - Mattie czujnie przyjrzała się siostrze. Ariel rozkręcała się i była na 

najlepszej drodze do wyprodukowania prawdziwej burzy z piorunami. A potrafiła to zrobić jak nikt 

inny.

- Nie tłumacz mi, jak jest. Sama świetnie wiem. Zawsze tak było. Wszyscy uważają, że 

jestem   jakąś   cholerną   boginią   Amazonek   w   żelaznym   staniku,   która   czerpie   siłę   życiową   z 

niszczenia mężczyzn. Ale to nieprawda. - Obróciła się i spojrzała na Mattie. - Rozwiodłam się z 

Emerym wcale nie ze swojej winy, przecież wiesz.

- Wiem, Ariel.

- Nie, do cholery. Nie wiesz. Skąd możesz wiedzieć? Nigdy nie miałaś męża. Za dobrze się 

bawisz, pocieszając zbite i skopane ofiary siostry, co?

- Spokojnie, Ariel...

- Za dobrze się bawisz, pokazując wszystkim dookoła, że jesteś jedyną naprawdę wrażliwą 

osobą   w   tej   rodzinie.   Rekompensujesz   sobie   brak   artystycznego   talentu   okazywaniem   głębi 

kobiecego współczucia i zrozumienia dla skrzywdzonych. Masz już na haku Emery'ego i Hugh, ale 

na tym nie poprzestaniesz. Teraz zagięłaś parol na Flynna.

- To nieprawda. - Mattie siedziała oszołomiona. Nigdy nie przeszło jej przez myśl, że Ariel 

mogłaby   być   zazdrosna   o   Flynna.   Zawsze   wydawała   się   absolutnie   pewna   swojej   władzy   nad 

mężczyznami, tak samo jak była pewna swego talentu.

- To prawda. Chcesz dodać skalp Flynna do swojej kolekcji. Chcesz dowieść, że możesz go 

skłonić, żeby wypłakiwał się przed tobą jak inni. Wiesz, co Emery kiedyś o tobie powiedział? Że 

jesteś uroczą, staroświecką kobietą. Bo delikatnie się obchodzisz z ego mężczyzny. Jesteś urodzona,

żeby siedzieć w zamku i czekać z ufnością na wojownika wracającego do domu po walce.

138

background image

Mattie złapała się za głowę.

- Boże, co za okropieństwa wygadujesz. Zresztą każdy wie, że w rzeczywistości taki typ 

kobiety, jaki opisujesz, śmiertelnie nudzi wszystkich mężczyzn.

- Nie pozwolę ci na to, Mattie.

- Na co? - Mattie znów spojrzała na siostrę.

- Miej sobie Emery'ego i miej sobie Hugh, jeśli naprawdę masz na nich ochotę, chociaż 

trudno mi to zrozumieć. Ale Flynna mieć nie będziesz!

- Do jasnej cholery, wcale nie chcę Flynna! - Mattie zerwała się z krzesła, bo siła emocji 

wreszcie pobudziła ją do działania. - Emery'ego też nie chcę. Nigdy nie byliśmy niczym więcej niż 

przyjaciółmi, i to jest najświętsza prawda. Jedynym człowiekiem, którego kiedykolwiek chciałam, 

jest   Hugh,   ale   kiedy   rok   temu   podałam   mu   siebie   na   srebrnej   tacy,   nie   był   szczególnie 

zainteresowany  tą ofertą.  Więc  przestań  sprawiać  wrażenie,  jakbym  była  odmianą  rozpustnicy, 

która specjalizuje się w twoich byłych. Nie chcę resztek po tobie, Ariel, i nigdy nie chciałam.

Ariel wytrzeszczyła na nią oczy.

- Co to znaczy, że rok temu podałaś Hugh siebie na srebrnej tacy?

- Och, czemu wciągasz mnie w głupie dyskusje? Zapomnij o tym wszystkim. Nic tu nie było 

mówione. - Rzadki i niezwykły dla Mattie gniew zamarł tak samo szybko, jak przedtem wzbierał. 

Mattie opadła na krzesło i z zaskoczeniem stwierdziła, że chociaż czuje się wyczerpana, to żołądek 

wcale nie jej się nie buntuje. Złość wychodziła jej coraz lepiej. Możliwe, że przy Hugh dojdzie do 

wprawy.

-   Powiedz   mi,   co   znaczyła   ta   wzmianka   o   srebrnej   tacy   -   zażądała   natarczywie   Ariel, 

opierając dłonie na biurku.

- Nie ma o czym mówić. W zeszłym roku po waszym zerwaniu zwyczajnie się wygłupiłam. 

Koniec, kropka. Wierz mi, że wyciągnęłam z tego wnioski. - Zagotowała się woda w czajniku. 

Mattie sięgnęła do wyłącznika. Zauważyła przy tym, że drżą jej ręce. Stres, pomyślała. Drżała z 

powodu stresu. Stanowczo musiała podczas przerwy na lunch wybrać się na aerobik. Ćwiczenia 

fizyczne pomagały jej w zwalczaniu niepokoju.

- W jaki sposób się wygłupiłaś? Co zaszło między wami? Czy spotykałaś się z nim w czasie, 

gdy byliśmy zaręczeni? - ryknęła wściekle Ariel.

-   Nie,   oczywiście   nie.   Twoi   mężczyźni   nigdy   mnie   nie   zauważają,   dopóki   z   nimi   nie 

skończysz. Powinnaś to wiedzieć. Za bardzo wszystkim mieszasz w głowie.

- Co wtedy zaszło? W jaki sposób się wygłupiłaś?

- Przestań się dopytywać, dobra?

- Nie przestanę. Chcę wiedzieć. Powiedz mi, co zaszło.

139

background image

Mattie ciężko westchnęła.

- To jest żenujące. Wieczorem, przed odlotem Hugh na Saint Gabriel zatelefonowałam do 

niego. Powiedziałam, że może spędzić tę noc u mnie. Wymyśliłam jakiś idiotyczny pretekst, że 

niby będzie taniej niż w hotelu, gdzie zamierzał się zatrzymać.

- Och, Mattie.

- Wiem. Wtedy też brzmiało to marnie, dokładnie tak samo jak teraz. Ale akurat w porze 

kolacji Hugh zjawił się u mnie. Nie dopisywał mu humor. Był zły i niespokojny, jak wilk w klatce. 

Zdążył już strzelić sobie parę drinków. Popełniłam błąd, bo przy kolacji poczęstowałam go kilkoma 

następnymi.

- Boże. Igrałaś z ogniem.

- Owszem. To było  dla mnie całkiem nowe doświadczenie - przyznała oschle Mattie. - 

Jestem pewna, że potrafisz sobie wyobrazić finał tego wieczoru. Hugh wytrąbił mnóstwo dobrej 

brandy, a potem rąbnął się ze mną do łóżka, bo tak to trzeba nazwać. Przyznaję, że trochę go do 

tego zachęciłam.

- Co chciałaś osiągnąć? - spytała Ariel. - Sprawdzić, czy uda ci się go uwieść?

-   Niezupełnie.   -   Mattie   zaczęła   się   bawić   długopisem,   który   wzięła   z   blatu   biurka.   - 

Chciałam, żeby następnego rana zabrał mnie z sobą, wyjeżdżając na Saint Gabriel.

Ariel spojrzała na siostrę w całkowitym osłupieniu.

- Chciałaś z nim jechać na wyspy Pacyfiku? Ty? Nie uwierzę.

- Co mam powiedzieć? Odbiło mi. Wierz mi, że to się nie powtórzy.

- Ale Hugh utrzymuje, że jest z tobą zaręczony. Mieszka u ciebie.

- To on mówi o małżeństwie. Dla mnie to jest romans. - Mattie uśmiechnęła się niewesoło. - 

Nie martw się, Ariel, to nie wytrzyma długo. Wkrótce Hugh zdecyduje się po raz kolejny wrócić na 

Saint Gabriel.

- Biedny Hugh.

Mattie spojrzała na nią z wyrzutem.

- Biedny Hugh?

Ale Ariel zdążyła już przejść typową dla siebie transformację nastroju.

- I biedny Emery. Wiesz, ostatnio zastanawiałam się, co takiego jest we mnie, że pociągam 

przegranych   ludzi.   To   fatalna   sytuacja,   bo   rozumiesz,   ludzie   potem   myślą,   że   to   ja   ich 

doprowadziłam do ruiny. A prawda jest taka, że wszyscy noszą zalążki swojej destrukcji w sobie. 

Jestem czymś w rodzaju katalizatora, który przyśpiesza proces.

- No wiesz, Ariel.

- Nie jestem odpowiedzialna za to, że Emery albo Hugh zmarnowali sobie życie.

140

background image

- Oczywiście, że nie. A poza tym oni wcale nie zmarnowali życia. Zapewniam cię, że obaj 

mają wspaniałe plany na przyszłość.

Ariel jednak znów się uniosła w sferę dramatu.

-   Wczoraj   wieczorem   miałam   takie   straszne   wyrzuty   sumienia,   kiedy   zobaczyłam   tych 

trzech razem z tobą na chodniku.

-   Nie   masz   powodu   do   wyrzutów   sumienia.   -   Do   tej   roli   Mattie   była   również 

przyzwyczajona. Na pocieszaniu Ariel i innych domowników spędziła lata.

- Może w jakiś sposób jest to moja wina. Może robię coś, co ich niszczy.

- Ariel, przestań. Dobrze wiesz, że to nieprawda. - Mattie wpadła w popłoch. Emocje Ariel 

były nie do przewidzenia. - Na miły Bóg, nie wylewaj z siebie żalów z powodu nie popełnionych 

win. To nie jest w twoim stylu, Potem będziesz potrzebować wielu dni, żeby wyrwać się z tego 

stanu i móc cokolwiek namalować.

- To nie ma znaczenia. I tak od tygodni nie maluję. Jestem za bardzo przerażona tym, co jest 

między mną i Flynnem.

- Czego się boisz?

-   Że   zrobię   mu   to   samo,   co   zrobiłam   Emery'emu   i   Hugh.   -   Ariel   wybiegła   z   pokoiku 

szlochając.

141

background image

Rozdział jedenasty

M

attie wysiadła z windy na dwudziestym szóstym piętrze wieżowca w centrum Seattle i 

ruszyła szerokim korytarzem po miękkim dywanie. Wzięła kilka głębokich oddechów dla pozbycia 

się nieuniknionego napięcia i uświadomiła sobie, że zarówno papierową torbę w dłoni, jak i torebkę 

na ramieniu ściska tak, jakby chodziło o jej życie. Droga na tę wysokość była długa, a winda bardzo

zatłoczona.

Wspomnienie   jaskiń  Czyśćca   zaczęło   jej  majaczyć  mniej   więcej   na  dwunastym  piętrze, 

gdzie   dosiadło   się   pięciu   okazałych   przedstawicieli   gatunku   „człowiek   interesu”.   Prawdziwy 

niepokój ogarnął ją osiem pięter wyżej, gdy na chwilę zacięły się drzwi. Kiedy wreszcie kabina 

przystanęła na dwudziestym szóstym piętrze, Mattie dosłownie z niej wyprysnęła.

Zawsze  miała  kłopoty z windami,  ale  przeżycie  sprzed  chwili  było  dla niej  wyjątkowo 

przykre.  Prawdopodobnie dlatego,  że ostatnio  coraz gorzej  radziła  sobie ze stresami.  Może po 

prostu miała ich więcej niż zwykle. Przypomniawszy sobie o tym, skrzywiła się ponuro. Życie pod 

jednym dachem z Hughem Abbottem nie skłaniało człowieka do optymizmu. Miało się zupełnie 

takie odczucie, jakby trzymało się za ogon wielką bestię, która lada dzień wyrwie się i ucieknie w 

dzicz puszczy, porywając za sobą ofiarę. Mattie wiedziała, że ten pomysł tkwi w umyśle Hugh od 

samego  początku, choćby nawet zapewniał ją, że w przewidywalnym  terminie  nie ma zamiaru 

opuścić Seattle.

W   przewidywalnym   terminie.   Ha!   Dobrze   znała   Hugh   Abbotta.   Był   wyjątkowo 

niecierpliwym człowiekiem.

Zastanawiała się, czy nie podwoić porannych dawek niacyny i witaminy B. Jedno i drugie 

dobrze robi na stres.

W   korytarzu   na   dwudziestym   szóstym   piętrze   biurowca   firmy   Vailcourt   wisiało   kilka 

znakomitych obrazów. Było to jedno z pięter zajmowanych  przez dyrekcję. Na życzenie ciotki 

doborem obrazów zajęła się Mattie. Teraz stwierdziła, że nadal pasują do tego miejsca równie 

dobrze jak w dniu, gdy je wieszano. Ucieszyło ją to, bo czasem dzieła sztuki nie wytrzymują próby 

czasu, nawet jeśli pierwszego dnia wyglądają wspaniale. Takie są reguły w tej branży. Tylko to, co 

naprawdę dobre, zachwyca jeszcze po pięciu, dziesięciu i stu latach.

Mattie przystanęła przy uchylonych drzwiach do sekretariatu jednego z dwóch gabinetów i 

zerknęła do środka. Przy olbrzymich biurkach siedziało dwoje ludzi, młody mężczyzna i kobieta 

142

background image

około   pięćdziesiątki.   Przed   nimi   stały   komputery.   W   pomieszczeniu   starannie   rozmieszczono 

ostatnie   osiągnięcia   techniki   biurowej:   faksy,   dziwne   aparaty   telefoniczne,   drukarki   laserowe   i 

najrozmaitsze  komputerowe  urządzenia  peryferyjne.  Były  też  masy papieru  ułożonego  w sterty 

różnej   wysokości.   Nasuwał   się   wniosek,   że   współczesna   maszyneria   zużywa   znacznie   więcej 

papieru niż tradycyjna.

Atrakcyjny,  zadbany młody  człowiek  podniósł głowę znad  biurka i  dostrzegł  Mattie  na 

progu.

- Czym mogę służyć? - spytał tonem absolwenta uznanej uczelni.

- Po prostu wpadłam zobaczyć Hugh, to znaczy, no... pana Abbotta. Oczywiście jeśli jest u 

siebie - powiedziała Mattie, wolno wkraczając do sekretariatu. Czuła się dziwnie skrępowana, po 

chwili jednak uświadomiła sobie, jaka jest tego przyczyna. Nie potrafiła wyobrazić sobie Hugh 

pracującego w tak stechnicyzowanym otoczeniu. To było całkiem do niego niepodobne.

- Pan Abbott jest bardzo zajęty - odpowiedział gładko młody człowiek. - Czy pani była 

umówiona?

- Nie, ale nie szkodzi - powiedziała szybko. - Jeśli jest zajęty, proszę mu nie przeszkadzać. 

Akurat przechodziłam, więc pomyślałam, że po drodze się z nim przywitam.

- Z przyjemnością przekażę mu pani imię i nazwisko i dowiem się, czy zechce panią przyjąć 

- zaproponował młody człowiek.

- Mattie Sharpe. Ale naprawdę nie ma o czym mówić. Proszę się nie trudzić. Już sobie idę. 

O, może mu pan to przekazać. - Wyciągnęła przed siebie papierową torbę. - Zapomniał wziąć rano. 

Podejrzewam, że celowo.

-   Panna   Sharpe.   -   Młodemu   człowiekowi   wyraźnie   coś   zaskoczyło.   Opuścił   rękę 

wyciągniętą   po   torbę   i   miło   się   uśmiechnął.   -   Proszę   momencik   poczekać.   -   Nacisnął   guzik 

interkomu i zaczął mówić do mikrofonu.

W   tej   samej   chwili   energicznie   otworzono   drzwi   gabinetu   i   Hugh   wsunął   głowę   do 

sekretariatu.

- Gary albo Jenny, przynieście mi informację o biurze w Rzymie. Piorunem, nie mam na to 

całego dnia.

- Leży u mnie na samym wierzchu, panie Abbott - powiedziała spokojnie kobieta, sięgając 

po grubą teczkę.

- Znakomicie. Dziękuję. - Sekretarka wstała z teczką, Hugh wyciągnął rękę w jej stronę.

- Przepraszam, panie Abbott - odezwał się Gary. - Ma pan gościa.

143

background image

- Nie teraz, Gary. Jestem zajęty. - Hugh zaczął kartkować zawartość teczki. - Powiedziałem 

ci, że przed południem dla nikogo nie mam czasu. - Podniósł głowę i dostrzegł Mattie. - O, to ty, 

mała. Nie zauważyłem cię.

- Pewnie dlatego, że mam kostium w kolorze dywanu - mruknęła Mattie, spoglądając na 

swój beżowobrązowy strój.

- Nie da się ukryć, że w czerwonym widać cię lepiej - oświadczył Hugh, szczerząc zęby. - 

Wejdź. - Przyjrzał jej się i nagle cały stężał. - Co ci się stało? Koszmarnie wyglądasz!

- Dziękuję. Ale ten kostium chyba nie jest aż tak zły?

- Nie chodzi o żaden kostium. Jesteś biała jak papier. - Hugh wprowadził Mattie do gabinetu 

i zamknął drzwi. Wskazał jej krzesło stojące najbliżej wysokich na całą ścianę okien. - Wyglądasz 

zupełnie tak samo jak po wyjściu z podziemi na Czyśćcu.

- Był  tłok w windzie - wyjaśniła  siadając. Rozejrzała się po luksusowym  wyposażeniu, 

obejmującym biurko na wysoki połysk, gruby dywan i krzesła od jakiegoś znanego projektanta.

- Ładny gabinet. Nigdzie nie widzę dziewczynek z kalendarzy.

- Nie przejmuj się. Już poleciłem sprowadzić kilka zdjęć. Zawieszę je, żeby czuć się bardziej 

po domowemu. Co tu robisz?

- Mam audiencję u królowej. Ciotka zatelefonowała do mnie rano i powiedziała, że chce 

mnie zobaczyć. Postanowiła zmieścić mnie w rozkładzie jazdy około dziesiątej.

- Dziś jest czwartek. W czwartki ciotka zawsze korzysta z masażu w gabinecie odnowy. - 

Hugh wyciągnął  się swobodnie na dyrektorskim krześle  i położył  nogi w wysokich  butach  na 

lśniącym blacie biurka.

- Właśnie. Zaprosiła mnie do towarzystwa. Powiedziała, że porozmawiamy w czasie jej 

masażu.

- O czym zamierzacie rozmawiać? - spytał Hugh, mrużąc oczy.

- Prawdopodobnie o tobie. To jest temat, który ostatnio porusza ze mną większość ludzi. 

Wpadłam do ciebie tylko po to, żeby ci dać zapomnianą paczuszkę. - Otworzyła torbę z szarego 

papieru i wyciągnęła butelkę gęstego, jaskrawego soku. - Wybiegłeś tak szybko, że to zostawiłeś.

Hugh wydawał się wstrząśnięty.

-   Twój   soczek?   Który   z   takim   wysiłkiem   mieszałaś   mi   rano   w   mikserze?   Czyżbym 

przypadkiem   zostawił   go   w   lodówce?   Nie   mogę   uwierzyć,   że   zrobiłem   coś   takiego.   Ostatnio 

szwankuje mi pamięć, nie sądzisz?

- Bez wątpienia z powodu stresów.

Hugh zachichotał.

- No, więc co mam w zestawie na dziś?

144

background image

-  Limonki,   papaja,   banan   i   kiełki   pszenicy,   wzbogacone   otrębami   dla   zwiększenia 

treściwości. Powiedziałam ci rano, kiedy to miksowałam, że sok przyda ci się w ciągu dnia do 

uzupełniania zapasów energii. Zawiera mnóstwo witamin i mikroelementów.

- Gary parzy całkiem niezłą kawę - powiedział Hugh z wyrazem nadziei na twarzy. - Kawa 

też daje mnóstwo energii.

- Ale nie ma wartości odżywczych - wyjaśniła Mattie, karcąco marszcząc czoło.

- Słusznie. Nie ma wartości odżywczych. Dobra, wsadź ten sok do lodówki, o tam, wypiję 

później. Kiedy idziesz do Charlotte?

- Powinnam już iść - powiedziała Mattie, otwierając w drugim końcu gabinetu tę część 

regału, która wydawała miarowy pomruk. - Jestem pod wrażeniem, Hugh. Masz prywatną lodówkę. 

Wszystkie wygody, jak w domu.

- Niezupełnie - powiedział znacząco. - Przydałaby się jeszcze kanapa.

- Po co ci kanapa? - spytała prostując się i wtedy zauważyła lekko kpiący i bardzo seksowny 

wyraz jego oczu. Zarumieniła się. - No, wiesz. Wszystko ci się kojarzy z jednym.

- Po prostu chciałbym być lepiej przygotowany na twoje wizyty - powiedział Hugh i zdjął 

nogi z biurka. Zerknął w zadumie na lśniący blat. - No, dobrze, że jest przynajmniej biurko.

- Nawet nie miej takich pomysłów - powiedziała stanowczo. Naszło ją gorąco, przypomniała 

sobie bowiem ostatnią noc. - Muszę się pośpieszyć, idę. Cześć.

- To może kiedy indziej. Poczekaj, odprowadzę cię do pałacu Charlotte.

- Nie musisz. Wiem, że jesteś zajęty.

- Nie przesadzajmy.

Wziął ją za ramię i wyprowadził przez sekretariat na korytarz. Przed szybem windy stał 

tłumek, oczekujący na otwarcie się drzwi.

- Przepraszam, ludzie - powiedział Hugh zdecydowanie, przepchnął się przez grupkę i zajął 

z   Mattie   miejsce   w   pustej   kabinie,   bo   drzwi   akurat   się   otworzyły.   -   Sprawdzenie   instalacji 

alarmowej. Za minutę będzie następna winda.

Drzwi zamknęły się przed nosami zdumionych ludzi. Hugh wcisnął guzik z numerem piętra 

zarządu.

- Coś ty zrobił? - spytała Mattie.

- Uznałem, że dość masz na dzisiaj zatłoczonych wind. - Hugh założył ręce na piersi i oparł 

się ramieniem o ściankę kabiny. Uśmiechnął się.

-   Wyrzuciłeś   wszystkich   tylko   dlatego,   żebym   nie   musiała   jechać   zatłoczoną   windą?   - 

Mattie zaczęła chichotać. - Masz pomysły, Hugh.

- Co cię tak rozśmieszyło?

145

background image

- Popatrzyłam, jak robisz się ważny. Świetny jesteś w tej roli, wiesz? Musisz mieć do niej 

wrodzony talent.

- Nigdy nie dostajesz tego, co chcesz, jeśli się o to nie starasz - powiedział, przyciągnął ją do 

siebie i namiętnie pocałował akurat w chwili, gdy drzwi znowu się otworzyły. - Dawno już się tego 

nauczyłem, mała.

N

ieziemskie uczucie, ciociu. Absolutnie nieziemskie. - Mattie leżała twarzą w dół na stole, 

a   kobieta   w  białym   fartuchu  zaskakująco   mocnymi   dłońmi   pracowała   nad  jej  nagimi  plecami. 

Ugniatała je, dźgała i tłukła, ale wrażenie było wspaniałe. - Mówisz, że fundujesz to sobie raz w 

tygodniu?

-  Przynajmniej  -  odpowiedziała   Charlotte  Vailcourt  leżąc   na  sąsiednim   stole.  -  Czasem 

częściej, jeśli mam akurat wyjątkowo silne stresy.

Inna kobieta w bieli solidnie pracowała nad ciałem starszej pani. Mattie otworzyła oczy i 

zerknęła   na   ciotkę.   Charlotte   Vailcourt   zawsze   była   piękną   kobietą.   Teraz   dobiegała   już 

sześćdziesiątki,   ale   wciąż   ściągała   na   siebie   spojrzenia,   gdy   weszła   do   jakiegoś   pokoju.   Nie 

zawdzięczała tego wyłącznie fizycznemu pięknu, chociaż i z tego wiele jeszcze jej zostało dzięki 

korzystnej sylwetce i bogactwu. Rzecz zasadzała się jednak przede wszystkim na wdzięku i stylu.

A wdzięku i stylu Charlotte Vailcourt miała pod dostatkiem. Pod ich znakiem przebiegała 

jej filmowa kariera. Im też zawdzięczała bezpieczne żeglowanie po głębokich, niebezpiecznych 

wodach   wielkiego   biznesu,   odkąd   przejęła   Vailcourt   International   po   śmierci   męża.   To   ona 

rozszerzyła   działalność   firmy   poza   granice   Stanów   Zjednoczonych.   Za   jej   panowania   interesy 

rozkwitły.

- Też muszę spróbować tego regularnie – powiedziała Mattie leniwie, czując jak ulatnia się z 

niej napięcie. - Bardzo relaksujący zabieg.

- Miałam przeczucie, że ci się spodoba. Ostatnio żyjesz w ciężkim stresie. Hugh dokładnie 

zrelacjonował mi, co przeszliście na Czyśćcu. Byłam absolutnie wstrząśnięta. Biedny pan Cormier.

- Muszę ci powiedzieć, ciociu, że zaczęłam się tam zastanawiać, czy w legendzie otaczającej 

ten miecz nie ma krzty prawdy.

- Chodzi ci o tę klątwę? „Śmierć każdemu, kto ośmieli się sięgnąć po tę klingę, zanim 

nadejdzie mściciel i oczyści ją we krwi zdrajcy”? Typowe średniowieczne brednie. Z wszystkimi 

cennymi   mieczami,   takimi   jak   Valor,   wiążą   się   legendy   i   klątwy.   Częściowo   dlatego   ludzie 

interesują się starą bronią. Obawiam się jednak, że w przypadku pana Cormiera zawiniły zły los i 

złe wyczucie chwili.

146

background image

- Coś złego na pewno - przyznała Mattie, otrząsając się na wspomnienie swej wizyty w 

domu Cormiera.

- Wiesz dobrze, że nie musiałaś wpakować się w sam środek tego bałaganu. Dlaczego, u 

licha, nie zatrzymałaś się na Saint Gabriel, tak jak było zaplanowane? Uniknęłabyś okropieństw na 

Czyśćcu. Z tobą Hugh nie władowałby się w taki zamęt. Instynktownie wyczuwa kłopoty.

- Wiesz, dlaczego zmieniłam sobie rezerwację.

Charlotte westchnęła.

- Kiepska ze mnie swatka. Ale w gruncie rzeczy nie spisałam się tak źle. Hugh powiedział 

mi, że jesteście zaręczeni.

-  Nie  rób takiej  zadowolonej   miny,   ciociu.  Nie  posuwałabym  się  do nazwania   naszego 

obecnego układu narzeczeństwem.

- Tak nazywa to Hugh, więc i ja tak to nazywam.

- Rozumiem. Jestem przegłosowana dwa do jednego, tak?

- Nie napinaj się tak, Mattie. Zepsujesz efekty pracy tej miłej pani. Kiedy zamierzasz się 

przeprowadzić na Saint Gabriel?

Mattie dosłownie zdrętwiała. Masażystka zareagowała natychmiastowym wbiciem kciuków 

w jej ciało.

- Auć! Nie przeprowadzam się na Saint Gabriel. Czy Hugh nie wyjaśnił ci tej części naszej 

umowy? To on postanowił przenieść się do Seattle.

- Nie na stałe.

- Wobec tego musisz go spytać, kiedy wyjeżdża.

- Mattie, dobrze wiesz, że tutaj długo go nie zatrzymasz. W mieście Hugh Abbott nigdy nie 

będzie szczęśliwy. Jest podobny do dzikiego zwierzęcia. Nigdy nie ucywilizuje się do końca, nawet 

jeśli zje mnóstwo wytworów orientalnej sztuki kulinarnej i wypije litry białego wina. Wszystkie 

marzenia i nadzieje wiąże z powrotem na wyspę.

- Wiem. Czekam, aż się do tego przyzna i wróci na Saint Gabriel.

- Nie wróci tam bez ciebie.

- Więc będzie musiał czekać do końca świata.

- Znów pani napina mięśnie - powiedziała masażystka nieco poirytowanym tonem.

- Przepraszam - wybąkała Mattie.

- Rzecz w tym, że jesteś teraz częścią jego marzeń i nadziei - podjęła łagodnie Charlotte. - 

Nie zostawi cię w Seattle.

- Raz już to zrobił.

- Zamierzasz wypominać mu to do końca życia?

147

background image

Mattie pomyślała nad słowami ciotki.

- Może. W  każdym  razie  na pewno tak długo,  póki się nie  upewnię, że  nie jestem  na 

zastępstwie za Ariel.

- Aż trudno mi uwierzyć. To do ciebie niepodobne, Mattie. Rok temu Hugh popełnił błąd, 

ale to dlatego, że był w białej gorączce i sam nie wiedział, czego chce. Zrozum, kochanie, że on jest 

mężczyzną. Mężczyźni nie są za dobrzy w samoanalizie.

- Wiem. Ale ja też już nie mam ochoty go analizować. Myślałam, że uświadomiłam mu, co 

trzeba,   rok   temu.   Myślałam,   że   go   rozumiem,   i   że   gdy   uwolni   się   spod   czaru   Ariel,   zobaczy 

światełko. Ale nic z tego, ciociu.

- Bądź rozsądna, Mattie. Potrzebował zaledwie kilku miesięcy, żeby zmądrzeć. - Charlotte 

westchnęła. - Kiedy Ariel zerwała ich zaręczyny, naprawdę był okropnie przegrany. Potrzebował 

czasu, żeby się po tym pozbierać. Biedny Hugh. Sądził, że przygotował dla siebie niezawodny 

konspekt życia. Plany były bez zarzutu, a on ma zwyczaj wcielać swoje plany w życie, krok po 

kroku. Nawet jeśli od czasu do czasu musi zachować się przy tym jak taran.

- Mnie tego nie trzeba mówić.

- Częściowo sama zawiniłam. Nie powinnam była organizować spotkania Hugh z Ariel.

- Więc dlaczego to zrobiłaś? - spytała sztywno Mattie. - Nie ukrywałaś, że chcesz widzieć 

Hugh w rodzinie, ale dlaczego za pierwszym razem twój wybór padł na Ariel? Dlaczego nie mnie 

rzuciłaś mu w objęcia?

- Och, kochanie. Miałam przeczucie, że mogłabyś z tego powodu żywić do mnie pewną 

urazę.

- Mniejsza o to, ciociu. Jestem przyzwyczajona do ustępowania Ariel. Zawsze byłam druga 

w kolejce.

- Czy naprawdę, kochanie, musisz wpadać w ten stary schemat myślowy i litować się nad 

sobą? Myślałam, że już dawno z niego wyrosłaś.

Mattie drgnęła niespokojnie, bo masażystka zmiażdżyła jej ramiona.

- Przepraszam, ciociu. Trudno zerwać ze starymi przyzwyczajeniami.

- Nie twierdzę, że w tym przypadku nie masz podstaw do takiego zachowania. Świadomie 

wybrałam Ariel dla Hugh. I przyznaję, że popełniłam kardynalny błąd. Po prostu na pierwszy rzut 

oka świetnie mi do siebie pasowali. Oboje są niesłychanie energiczni, barwni, pełni sprzecznych 

emocji. Myślałam, że będą się nawzajem ładować.

- Było odwrotnie. Bez przerwy się wyładowywali.

- I dlatego nie mieli energii na podtrzymanie ognia. Z tobą i Hughem jest inaczej.

- To kolejny błąd, ciociu. Uwierz mi.

148

background image

-   Tak   czy   owak,   jeśli   upierasz   się   przy  związaniu   Hugh   z   Seattle,   to   przygotuj   się   na 

prawdziwe fajerwerki. Bo on nie może tu tkwić bez końca, ale nie może też wyjechać bez ciebie.

- Czy to jest w porządku? - odpaliła Mattie, znowu czując wzmożone starania masażystki. - 

A co ze mną? Dlaczego mam pakować manatki i jechać na jakąś wysepkę Bóg wie gdzie? Co z 

moją   karierą?   Co   z   moją   orientalną   kuchnią   i   białym   winem?   Jestem   tu   szczęśliwa,   ciociu. 

Wreszcie. Po tylu latach jestem naprawdę szczęśliwa.

- Czy na pewno, kochanie? - spytała cicho Charlotte.

- Chyba znowu napinam mięśnie - oznajmiła Mattie.

- Odpręż się.

- Ciociu?

- Tak, kochanie?

- Co wiesz o przeszłości Hugh?

- O jego przeszłości? No, współpracuje z Vailcourt jako konsultant od prawie czterech lat.

- A zanim zaczął pracować dla ciebie?

- Obawiam się, że nie mogę ci wiele powiedzieć.

- Bo to tajemnica? Polityka kadrowa nie pozwala tego przede mną ujawnić?

Charlotte uśmiechnęła się.

- Niezupełnie chodzi o politykę kadrową. Faktem jest, że po prostu nie wiem, co Hugh robił, 

zanim zaczął pracować dla mnie.

Mattie zmarszczyła czoło.

- Trudno mi uwierzyć, ciociu, że przyjęłaś do pracy człowieka, o którym absolutnie niczego 

nie wiesz.

- Ujęło mnie coś w jego stylu - powiedziała zamyślona Charlotte. - Któregoś dnia po prostu 

wszedł   do   mojego   gabinetu,   bynajmniej   nie   umówiony,   i   powiedział   mi,   że   go   potrzebuję. 

Twierdził, że jedno z przedstawicielstw Vailcourt International w Południowej Afryce znalazło się 

w niebezpieczeństwie. Zagraża mu grupa buntowników, którzy chcą je zniszczyć dla osiągnięcia 

korzyści politycznej. Zaproponował, że za dziesięć tysięcy dolarów zrobi tam porządek.

- I zrobił.

- Naturalnie, kochanie. A reszta to już historia.

H

ugh rozparł się na swym dyrektorskim krześle, nogi położył na blacie biurka i zapatrzony 

w okno delektował się wspaniałym widokiem Zatoki Elliotta. Pomyślał, że po powrocie na Saint 

Gabriel musi sobie zamówić takie samo krzesło, na jakim właśnie siedzi. Bo widok miał tam dużo 

149

background image

atrakcyjniejszy. W Seattle przeszkadzało mu, że musi patrzeć na rozległą zatokę przez grube szyby 

okien, których nie można otworzyć.

W miejskim życiu irytowało go zresztą wiele. Uznał więc, że im wcześniej zdoła zabrać 

Mattie z Seattle, tym lepiej.

- Silk, gdzie ty się podziewasz, do diabła? - spytał, gdy wreszcie usłyszał w słuchawce 

tubalny głos przyjaciela. W tle pobrzmiewał wieczorny gwar dochodzący z „Piekła”. - Od dwóch 

dni próbuję się do ciebie dodzwonić.

- Nie było mnie na wyspie - powiedział Silk; sprawiał wrażenie niesamowicie trzeźwego. - 

Wybrałem się na Hades sprawdzić, czy nie znajdę tam jakichś śladów.

- Udało ci się?

- Na Czyśćcu podobno jest znowu spokój. Rewolucja się skończyła, interesy kręcą się jak 

zawsze.

- Kto rządzi?

-   Dobre   pytanie,   szefie.   Może   nie   uwierzysz,   ale   większość   starej   ekipy,   włącznie   z 

Findleyem,   prezydentem   bilardzistą.   Oficjalnie   podaje   się,   że   zamach   udaremniono   i   wszystko 

wróciło do normy. Ale chodzą plotki, że za kulisami pojawił się nowy człowiek, który wszystkim 

kręci, a rząd odpowiada teraz przed nim.

- Innymi słowy, przewrót się powiódł, ale nowy dzierżymorda jest rozsądny i nie pcha się w 

światło reflektorów.

- Na to wygląda.  Nie wiem,  kto to jest, w każdym  razie bystry człowiek, bo lojalność 

miejscowych bonzów zdobywa pieniędzmi, nie siłą.

- Na Czyśćcu pieniądze zawsze były mocnym argumentem - stwierdził Hugh. - Cormierowi 

bardzo się to podobało.

- On uważał, że pieniądze są argumentem wszędzie. Na wysepce takiej jak Czyściec po 

prostu bardziej rzuca się to w oczy. Nie zapominaj, że kiedyś była tam forteca piratów. Czasy wcale 

tak bardzo się nie zmieniły.

-   Mhm,   ciekawe.   -   Hugh   przez   chwilę   milczał,   rozważając   różne   możliwości.   -   Czy 

znalazłeś Gibbsa? Tego kumpla Roseya.

- Nie. Przepadł jak kamień w wodę. Wygląda na to, że dał nogę.

- Pewnie miał powody. Widocznie wykrył,  co się stało z Roseyem.  Trzeba wobec tego 

spróbować   odnaleźć   kogoś   ze   służby   Cormiera.   Może   uda   się   go   namówić   do   zwierzeń. 

Zobaczymy, czy dowiemy się czegoś o dniu śmierci Cormiera.

- Przypuszczam, że wszyscy będą cierpieć na zanik pamięci. Jeśli w ogóle uda nam się 

kogokolwiek znaleźć.

150

background image

-   Jeśli   kogoś   znajdziemy,   to   na   pewno   coś   nam   powie.   Popracuj   nad   tym,   Silk.   Ja 

tymczasem biorę się do sprawy od drugiego końca.

- To znaczy?

- Słyszałeś kiedyś o komputerach? O sieciach komputerowych i ogólnoświatowych bazach 

danych?

- Gdzie ty znajdziesz komputer, w którym będzie dość danych, żeby pomogły nam znaleźć 

zabójcę Cormiera?

- Mam tu wejście do jednej z najbardziej  wyspecjalizowanych  sieci komputerowych  na 

świecie. Dzwoń natychmiast, jeśli czegoś się dowiesz.

- Jasne.

- Aha - dodał Hugh - Mattie wyznaczyła na jutro wieczór otwarcie twojej wystawy. Ma być 

szampan i wymyślne żarcie za darmo. Tutaj tak się robi.

- Ech! Chciałbym tam być. Sądząc po tym, co mówisz, to impreza akurat dla mnie. - Przez 

chwilę Silk milczał. - Naprawdę myślisz, że uda jej się coś sprzedać?

Hugh zaskoczyła niepewność w głosie przyjaciela. Silkowi się to nie zdarzało.

- Mattie mówi, że dzięki tobie stanie się bogata.

- Ech - powtórzył Silk głosem pełnym zachwytu. - Jak pomyślę, że siłą wciskałem te płótna 

Milesowi, żeby wyrównać rachunki w „Piekle”, to mam ochotę splunąć. Teraz Miles będzie mnie 

błagał na kolanach.

- Zemsta jest słodka.

- A nie?

Hugh odłożył słuchawkę i zdjął nogi z blatu. Wyciągnął  z  lodówki sok, który przyniosła 

rano Mattie.

Na widok Hugh maszerującego przez sekretariat w stronę wind przydzieleni mu urzędnicy 

podnieśli głowy z pytającym wyrazem twarzy.

- Na razie - powiedział Hugh.

-   Co   mamy   mówić   w   sprawie   przewidywanej   godziny   pana   powrotu,   panie   Abbott?   - 

zapytał Gary, gdy Hugh był już na progu.

- Że zaraz wracam. - Hugh wyszedł na korytarz i przywołał windę. Pracownicy sekretariatu, 

którzy usiłowali wtłoczyć życie człowieka w ścisły harmonogram, naprawdę działali mu na nerwy. 

Wiedział, że ci dwoje są wśród najlepszych w swojej branży, ale przez to wcale nie irytowali go 

mniej.

Starał się jednak radzić sobie z podwładnymi,  wiedział bowiem, że prędzej czy później 

będzie musiał zatrudnić personel pomocniczy w Abbott Charters. Stanowczo nie miał zamiaru dalej 

151

background image

prowadzić sam całej dokumentacji i księgowości, a w tych sprawach nie mógł zaufać ani Rayowi, 

ani Derekowi czy Silkowi. Ich koncepcja administrowania firmą polegała na tym, że wszystko co 

nie nadaje się do natychmiastowego przejedzenia bądź wydania należy wyrzucić do najbliższego 

kosza.

- Na miłość boską, co ty masz w tej butelce? - spytała Charlotte Vailcourt, gdy w kilka 

minut później Hugh wszedł bez pośpiechu do jej gabinetu.

-   Odżywczy   tfuj-soczek.   Mattie   przyrządziła   go   specjalnie   dla   mnie.   -   Hugh   postawił 

butelkę na wielkim biurku Charlotte. - Chcesz spróbować?

-   Przypuszczam,   że   to   jedna   z   wysokoenergetycznych   mieszanek   antystresowych.   - 

Charlotte nieufnie przyjrzała się butelce.

-   Owszem.   Tego   zestawu   jeszcze   nie   próbowałem,   ale   jeżeli   smakuje   podobnie   jak 

poprzednie, to będę miał fart, jeśli przeżyję. - Hugh podszedł do łąkowego barku i wyjął z niego 

dwie szklaneczki.

- Czemu więc pijesz ten tfuj-soczek, jak to nazywasz, jeśli wykrzywia cię z obrzydzenia? 

Przecież możesz wszystko wylać do pierwszej lepszej doniczki.

Hugh wzruszył ramionami, wrócił do Charlotte i nalał soku do szklaneczek.

- Nie jest taki zły. Pijałem gorsze rzeczy. - Przełknął zawartość szklaneczki jednym haustem 

i skrzywił się. - Tylko nie mogę sobie przypomnieć kiedy.

Charlotte   uśmiechnęła   się   od   ucha   do   ucha   i   ostrożnie   spróbowała   napoju   ze   swojej 

szklaneczki.

- Przypuszczam, że dbałość Mattie o twoje zdrowie jest dowodem na to, jak bardzo jej na 

tobie zależy.

- Właśnie to sobie mówię, jedząc makaron z jarzynami zamiast przyzwoitego, krwistego 

steku. - Hugh opadł na lśniące chromem, obite skorą krzesło.

Przemknął  spojrzeniem   po  podświetlanej  szklanej  gablocie,   w  której  Charlotte   trzymała 

kilka najbardziej interesujących eksponatów ze swej kolekcji starej broni. Rzędem wisiała tam broń 

biała z niezwykłymi rękojeściami, czasem pozłacanymi, czasem inkrustowanymi półszlachetnymi 

kamieniami. Osobno zgromadzono sztylety różnej wielkości i kształtu.

- Czy ten rapier jest nowy? - spytał od niechcenia Hugh. - Nie przypominam sobie, żebym 

ostatnio go widział.

- Rzeczywiście. Wisi od wczoraj. Siedemnasty wiek. Ładny, nie uważasz?

- Jeśli lubisz takie zabawki... - Hugh z powrotem przeniósł wzrok na szefową. - Wiesz, 

Charlotte, chciałem prosić cię o przysługę.

152

background image

- Tak sobie pomyślałam.  Zwykle  nie przychodzisz  tutaj  w celach  towarzyskich.  O jaką 

przysługę chodzi?

- Chciałbym pożyczyć kilku twoich komputerowców. Muszę przeprowadzić małe śledztwo.

- Na jaki temat?

- Wydarzeń na Czyśćcu.

- Sądząc po tym, co czytałam któregoś dnia w gazecie, zamach stanu udaremniono prawie 

natychmiast.

- To jest oficjalna wersja. Według mojego przyjaciela plotki głoszą, że do władzy doszedł 

ktoś nowy. Pracuje z ukrycia. Pomyślałem sobie, że poszperałbym trochę w twoich bazach danych. 

Może uda mi się tam znaleźć jego nazwisko.

- W moich bazach danych czy w cudzych?  - spytała Charlotte, unosząc brwi. - Zresztą 

mniejsza o to. Chyba nie chcę znać odpowiedzi na to pytanie. Zgoda, porozmawiaj z Johnsonem w 

dziale przetwarzania danych. On potrafi za pośrednictwem naszych komputerów korzystać z prawie

wszystkich  poważnych  baz danych  na świecie.  Tylko  nie relacjonuj  mi  szczegółów,  dobrze?  I 

powiedz Johnsonowi, że nie życzę sobie żadnych śladów, które mogłyby prowadzić do Vailcourt.

Hugh wyszczerzył zęby w uśmiechu.

- Jestem ci bardzo zobowiązany.

- Potraktuj to jako ślubny prezent.

- Tak zrobię. - Hugh wstał. - Chcesz resztę soku?

- Nie, dziękuję. Niestety, będziesz musiał dokończyć go sam.

- Tego się obawiałem. - Hugh wziął butelkę i skierował się do drzwi.

- Aha, Hugh... - odezwała się zza jego pleców Charlotte.

- Słucham? - Odwrócił się, trzymając już rękę na klamce.

- Jak tam plan zabezpieczeń dla naszych biur?

- Posuwa się naprzód. Będzie gotowy najdalej za parę tygodni.

- I co dalej?

- Przy odrobinie szczęścia, spakuję się do wyjazdu z Mattie na Saint Gabriel.

- Obawiam się, że nad przekonaniem Mattie musisz jeszcze trochę popracować.

- Wszystko się ułoży.

Charlotte machinalnie zaczęła stukać złotym piórem o biurko.

- Mam nadzieję. Szczerze uważam, że Mattie będzie z tobą szczęśliwa, jeśli sama sobie na 

to pozwoli.

- Słusznie - przyznał z przekonaniem Hugh. - Postaram się, żeby była ze mną szczęśliwa. 

Słowo daję, Charlotte.

153

background image

- Nikt z nas tak naprawdę nie może się postarać o szczęście drugiej osoby. Szczęście trzeba 

odnaleźć w sobie. Kosztuje to wiele wysiłku. I odwagi.

- Mattie ma ikrę - powiedział Hugh. - Na pewno jej się uda. Potrzebuje tylko trochę czasu, 

żeby przywyknąć do myśli, że jest ze mną na stałe.

- Mam nadzieję, że dasz jej ten czas, Hugh - powiedziała Charlotte, przesyłając mu znaczące 

spojrzenie. - Staraj się jej nie przynaglać. Wiesz, że masz skłonności do pośpiechu.

- Nie mogę tutaj siedzieć do końca świata. Mam interes, którym muszę się zająć, i dom do 

zbudowania. A nie młodnieję.

- Ty naprawdę jesteś pewien, że Mattie zamierza zrezygnować dla ciebie ze wszystkiego. 

Rzucić galerię, zmienić styl życia, zostawić przyjaciół. Czy to nie arogancja z twojej strony, Hugh?

Gniewnie zmarszczył czoło.

- Zaopiekuję się nią.

- Ale ona nie potrzebuje opieki. Znakomicie radzi sobie sama. Robi to od wielu lat. Nikt w 

rodzinie nie umiał się nią nigdy opiekować. Była po prostu inna niż reszta. Miała inne potrzeby, 

inne talenty. Nikt nie wiedział, co z nią zrobić, gdy okazało się, że nie jest z tej samej gliny co inni.

- Mówisz tak, jakbyś ją rozumiała.

Charlotte uśmiechnęła się.

- Pewnie dlatego, że sama odeszłam wiele lat temu od świata sztuki do świata biznesu. 

Kiedy stanęłam u steru Vailcourt,  dowiedziałam  się mnóstwo o sferze  życia,  którą poprzednio 

całkiem  ignorowałam.  To  doświadczenie  nauczyło  mnie  zauważać  i szanować  takich  ludzi  jak 

Mattie. Oboje macie przedsiębiorczego ducha. Oboje lubicie ryzykować.

- Myślisz, że Mattie lubi ryzykować?

-   O,   tak,   chociaż   sama   nie   zdaje   sobie   z   tego   sprawy.   Często   podejmuje   ryzyko. 

Największym   było   założenie   galerii.   Ariel   i   reszta   rodziny   dostali   spazmów   z   powodu 

komercjalnych zakusów Mattie. W ogóle jej nie poparli, a wierz mi, że na początku bardzo by jej 

ułatwiło zadanie, gdyby mogła wystawić u siebie kilka prac matki albo Ariel.

- Chcieli, żeby jej się nie udało.

- Nie. W każdym razie nie dlatego, że jej nie kochają. Po prostu nie aprobowali tego, co 

zaczęła robić. Klan Sharpe'ów jest bardzo elitarny w sprawach sztuki.

- Z wyjątkiem ciebie.

Charlotte uśmiechnęła się.

- Jak powiedziałam, zarządzanie Vailcourt poszerzyło mi horyzonty. Ale co do Mattie, za 

najważniejsze uważam, że ona umie ryzykować. Bóg wie, ilu nieznanych artystów już odkryła i 

wystawiła u siebie w galerii. Jej reputacja zależy od reputacji artystów, których prezentuje. Nie stać 

154

background image

jej na omyłki. A ponieważ jest kobietą interesu, więc z omyłek, które jednak popełni, wyciąga 

wnioski.

Aluzja była celna. Hugh poczuł, że się rumieni.

- Ze mną nie popełniła omyłki. To była kwestia złego wyczucia chwili. Prędzej czy później 

Mattie to zrozumie.

Charlotte pomyślała nad tym chwilę.

-   To   chyba   dobry   znak,   że   Mattie   zaczyna   interesować   się   twoją   przeszłością. 

Rozmawiałyśmy dzisiaj podczas masażu. Miała mnóstwo pytań.

- Cholera jasna! - Hugh poczuł, że cały kurczy się w środku. - Moja przeszłość nie ma nic 

wspólnego z teraźniejszością ani przyszłością. Powiedziałem jej to. Nie musi wiedzieć więcej, niż 

już wie.

- Kobiety, a szczególnie kobiety nauczone przez doświadczenie, że do mężczyzn należy 

odnosić się z rozsądkiem, czasem patrzą na to z innego punktu widzenia.

- Cholera jasna - powtórzył Hugh w drzwiach i w chwilę później zatrzasnął je za sobą.

- Niech ci dobrze służy tfuj-soczek - zawołała za nim Charlotte. 

155

background image

Rozdział dwunasty

C

o myślisz o tym, żeby powiesić tę serię z laguną na ścianie po prawej, a widoki miasta po

lewej? - Mattie  stała pośrodku galerii,  studiując białe ściany.  Nad rozmieszczeniem  prac Silka 

Taggarta zastanawiała się całe popołudnie. Celowo odczekała z wieszaniem obrazów do zamknięcia

galerii, żeby stworzyć atmosferę oczekiwania i wzbudzić zaciekawienie miejscowej społeczności 

miłośników sztuki. Chciała wszystkich zaskoczyć. Miejsce każdego obrazu starannie zaplanowała i 

teraz wystarczało już tylko je powiesić. Czasu było jednak coraz mniej.

Trudno jednak było jej się skupić na układzie wystawy, gdyż wzburzona Ariel chodziła tam 

i   z   powrotem   po   sali.   W   szeleszczących   czarnych   spódnicach   i   obszernej   jedwabnej   górze 

wyglądała jak egzotyczny czarny motyl, przelatujący z jednego końca galerii na drugi.

Mattie machinalnie spojrzała na swój strój. W granatowym kostiumie, białej bluzce, złotym 

łańcuszku  na szyi  i czarnych  pantofelkach  czuła  się bardziej  jak ćma  niż motyl.  Żałowała,  że 

kostium   nie   jest   czerwony.   Po   głowie   przemykały   jej   myśli   o   kusej   czerwonej   sukience 

przywiezionej z Brimstone. Leżała złożona i schowana w najciemniejszym kącie szafy.

- Może wreszcie przestaniesz pytlować o tych obrazkach. Próbuję porozmawiać z tobą o 

czymś naprawdę ważnym. - Ariel wykonała obszerny gest wyrażający głęboką frustrację, zawróciła 

i ruszyła ku przeciwległej ścianie.

-   Właśnie   te   obrazy   są   ważne.   W   tej   chwili   znacznie   ważniejsze   niż   to,   co   chcesz   mi 

powiedzieć.   Wiesz,   że   wieczorem   mam   wernisaż.   -   Mattie   pochyliła   się   nad   grupą   obrazów 

opartych o ścianę. Dopiero co skończyła wypakowywać je ze skrzyni i z niecierpliwością czekała, 

aż zobaczy, jak wyglądają na ścianach galerii.

-   Następny  wernisaż   jakiegoś   nudziarza,   który  maluje   przyjemne   obrazki   dla   amatorów 

przyjemnej sztuki.

Mattie poczuła przypływ oburzenia.

- Nie ma nic nudnego w Silku Taggarcie ani w jego obrazach. - Wzięła dwa na chybił trafił i 

powiesiła na ścianie. - Popatrz choćby na te, Ariel. Dobrze się przyjrzyj i spróbuj mi, do diabła, 

powiedzieć, że są nudne.

156

background image

Ariel wydała dramatyczne  westchnienie i omiotła obrazy powierzchownym  spojrzeniem. 

Jeden   przedstawiał   dziwnie   niepokojącą   scenę   portową,   na   drugim   była   dżungla,   która   groziła 

czymś dzikim, prymitywnym, a zarazem porażała wrażeniem bujności życia.

- Landszafty z wysp Pacyfiku? Zlituj się, Mattie. Takie rzeczy wiesza się na ścianach w 

wielkich hotelach. Wszędzie możesz kupować je tuzinami. Wszystkie do siebie podobne. Od tego 

już tylko krok do zdobienia ścian plakatami. Myślę, że ten towar wyda się twoim klientom wielką 

sztuką.

-   Ariel,   masz   elitarne,   egocentryczne   podejście   do   sztuki.   Jesteś   bardzo   poważnym 

przypadkiem widzenia tunelowego. Myślisz, że dobra sztuka może być tylko jednego rodzaju? Że 

musi stanowić odbicie neurotycznych lęków artysty? Powiem ci coś. W czasach renesansu ty i tacy 

ludzie jak ty nie przeżyliby w branży pięciu minut.

Ariel   wydawała   się   zdziwiona   tym   niespodziewanym   atakiem.   W   rodzinie   Sharpe 

traktowano jak aksjomat tezę, że Mattie nie wyraża odmiennych opinii o sztuce niż inni członkowie 

rodzinnego klanu. Dla wszystkich było bowiem oczywiste, że nie ma dostatecznych kompetencji.

- Na miłość boską, Mattie, nie musisz tak się nagrywać. Zresztą chcę z tobą porozmawiać o 

czymś całkiem innym.

Ale  Mattie  była  już porządnie  nagrana.  Kłótnia  z Ariel bardzo  dobrze wpływała  na jej 

samopoczucie.   To   dziwne,   ale   ostatnio   zdarzało   jej   się   kłócić   coraz   częściej.   Było   tak,   odkąd 

wróciła z Czyśćca.

-   Wiesz   co?   -   powiedziała   gniewnie   Mattie.   -   W   dawnych,   dobrych   czasach   ludzie 

rozumieli, czemu służy sztuka. Miała robić na nich wrażenie. Miała przemawiać właśnie do nich, 

nie tylko do samego artysty.  Miała znaczyć  coś ważnego, uniwersalnego. No, i miała wyrażać 

pewne ideały, wartości, nadzieje i marzenia.

- Naprawdę myślę, Mattie, że dość już tego.

- Wtedy ludzie sami widzieli, co jest dobrą sztuką, i dlatego to kupowali. Artyści tworzyli 

po to, żeby ich prace spodobały się kupującym. Nie zaprzeczysz, że właśnie w takich warunkach 

powstały liczne arcydzieła. Za to teraz elitaryści zamknięci w światku sztuki, tacy jak ty, próbują 

wmówić nabywcom, co powinni lubić. Wielu klientom można wcisnąć to, co waszym zdaniem jest 

dobrą sztuką. Ale moi klienci są inni. Kupują to, co sami chcą kupić, dzieła, które z przyjemnością 

będą oglądać w swoich domach.

- Mattie, to szaleństwo. Nie chcę dyskutować z tobą na temat establishmentu w sztuce.

-   Popatrz   uważnie   na   obrazy   Silka   Taggarta   i   spróbuj   mi   powiedzieć,   że   to   jest   złe 

malarstwo! - ryknęła Mattie.

- Mattie, na miłość boską, nie podnoś głosu - syknęła Ariel.

157

background image

- Czemu? To bardzo przyjemne wydrzeć się na ciebie. W ten sposób rozładowuję swój stres. 

Lata stresu. Popatrz, do cholery, na te obrazy!

- No już dobrze, dobrze. Patrzę. Opanuj się, Mattie. To niepodobne do ciebie, żebyś była 

taka... taka emocjonalna. - Ariel odwróciła się do obrazów. Przyglądała im się przez trzy długie 

minuty, w zamyśleniu mrużąc oczy.

- No i co? - natarła Mattie. - Są nudne?

- Nie - przyznała niechętnie Ariel. - Nie są nudne. Ten facet ma talent, to pewne.

- Duży talent.

- Niech będzie, duży talent. Szkoda, że trwoni go na bezsensowne mariny i pejzaże.

- Dzięki  temu,  że  podejmuje  tradycyjne  tematy,  jego obrazy są bardzo przystępne.  Nie 

rozumiesz tego? Te obrazy oddziałują na kilku płaszczyznach. Są atrakcyjne w czysto fizykalnym 

sensie, ale zarazem pobudzają do myślenia. Ludzie, prawdziwi ludzie, lubią sztukę, która jest do 

tego zdolna. I powiem ci jeszcze coś, Ariel. Tego rodzaju kontaktu z odbiorcą szukałby Flynn, 

gdyby bardziej skłonił się ku realizmowi.

Ariel obróciła się gwałtownie. Oczy płonęły jej furią.

- Nie waż się mamić Flynna, żeby malował dla ciebie takie obrazki. Słyszysz mnie? Nie waż 

się!

Mattie jęknęła. Złość już z niej ulatywała.

- Dobra, tego nie powiedziałam. Daj już spokój, Ariel. Mam kupę roboty przed otwarciem 

wystawy. Jeśli nie masz nic przeciwko temu, chciałabym się tym zająć.

Ariel zawahała się.

- Wiesz, pomogę ci. Chyba masz rację, żeby podzielić te obrazy tematycznie. Powieszę 

sceny z dżungli.

Mattie wytrzeszczyła oczy na siostrę.

- Dziękuję.

-   Nie   rob   takiej   zaskoczonej   miny.   Nie   zawsze   jestem   wielką   królewną.   Chcę   z   tobą 

porozmawiać, już ci powiedziałam, a wygląda na to, że inaczej mi się nie uda.

- Obawiałam się, że masz jakiś ukryty motyw. - Mattie poprawiła zawieszenie portowego 

pejzażu i odstąpiła kilka kroków, żeby zerknąć na niego z oddalenia. - No, to dawaj. O czym ma 

być ten wykład?

- Chcę się dowiedzieć, co sobie wyobrażałaś, zaręczając się z Hughem Abbottem? - Ariel 

powiesiła obraz przedstawiający dżunglę. - Jak do tego doszło, Mattie?

- Dość trudno mi to wyjaśnić. Sama nie bardzo wiem. I wcale nie jestem pewna, czy się 

zaręczyliśmy. To Hugh tak interpretuje tę sytuację, nie ja. Ja się jeszcze nie zdecydowałam.

158

background image

- Bądź uczciwa, Mattie. Ten człowiek żyje z tobą. Opowiada wszystkim naokoło, że chce 

się z tobą ożenić. Czy musiałaś się posuwać aż tak daleko tylko po to, żeby dowieść, że możesz 

mieć to, co kiedyś ja miałam?

- Nie zrobiłam tego, żeby czegokolwiek dowodzić.

- Zrobiłaś. Zawsze mi zazdrościłaś. Talentu, sukcesów, mężczyzn, wyglądu. Wszystkiego.

- To nieprawda. No, może kiedy byłyśmy dziećmi. Ale to dawne czasy. Ludzie dorastają, 

Ariel.

- Naprawdę? A jak to się stało, że człowiek, z którym w końcu zdecydowałaś się zacząć coś 

poważnego, jest jednym z moich byłych? Konkretnie byłym narzeczonym. Czy nie sądzisz, że taki 

zbieg okoliczności jest podejrzany? Po co miałabyś wybierać akurat tego mężczyznę? Powiedz mi, 

Mattie. No, powiedz prawdę.

-   Wcale   go   nie   wybrałam.   Przynajmniej   nie   tym   razem.   To   on   mnie   wybrał.   -   Mattie 

wycofała się na zaplecze po narzędzia.

Ariel zamaszyście podążyła za nią.

- On wybrał ciebie? Jak to?

-  Spytaj   Hugh. To  on nalegał  na  ogłoszenie   zaręczyn.  Ja  od roku  go unikałam.  To  on 

zorganizował nam niby przypadkowe spotkanie na Czyśćcu, nie ja. A w ogóle to nie twoja sprawa.

- Nie moja sprawa? Hugh jest moim byłym narzeczonym.

- I co z tego? - burknęła Mattie. - Rzuciłaś go, nie pamiętasz? Nie chciałaś go.

- I ty też nie powinnaś go chcieć, Mattie. Posłuchaj, mówię to dla twojego dobra. On jest dla 

ciebie zupełnie nieodpowiednim człowiekiem, wierz mi. Znam go. Jeśli musisz mieć któregoś z 

moich mężczyzn, weź Emery'ego. On przynajmniej szczerze cię lubi.

- Serdeczne dzięki.

- Niech tam, jest dla ciebie o wiele za stary i przeżywa załamanie kariery, ale zna twój świat 

i ludzi, którzy się w nim obracają. Możesz rozmawiać z nim o sztuce, winie i książkach. Uszanuje 

twoją  karierę.   Nie  będzie  próbował   ściągnąć   cię  na   jakąś  wysepkę   diabli  wiedzą   gdzie,   żebyś 

siedziała pod palmą i obierała dla niego kokosy.

-  Nie   interesuje   mnie   małżeństwo   z   Emerym,   bardzo   ci   dziękuję   za   propozycję.   I   nie 

zamierzam wylegiwać się pod palmą.

- Co innego będziesz robić na takim odludziu? A może łudzisz się, że zmienisz Hugh? Jeśli 

tak, to przeżyjesz przykre i gwałtowne rozczarowanie. Posłuchaj kogoś, kto wie. Ja też myślałam, 

że można go ucywilizować. Myliłam się. A skoro nie zmienił się dla mojej przyjemności, to co 

skłania cię do przypuszczeń, że zmieni się dla twojej?

159

background image

Mattie   pogrzebała   w   skrzynce   z   narzędziami   i   wyjęła   stamtąd   śrubokręt.   Mocno   go 

ściskając, odwróciła się do siostry.

- Wybacz, Ariel, muszę jeszcze powiesić dużo obrazów.

Ariel złagodniała na twarzy.

-   Och,   Mattie.   Przepraszam,   jeśli   uraziłam   twoje   uczucia.   Robię   to   dla   twojego   dobra, 

przysięgam. Mówię teraz do ciebie jako starsza siostra. Przez pewien czas byłam pewna, że uda mi 

się przekonać Hugh do racjonalnego rozwiązania i zachęcić, żeby wrócił do Stanów. Ale potem 

odkryłam prawdę. Hugh nie wyjedzie z tej przeklętej wyspy dla żadnej kobiety.

- Zejdź mi z drogi, Ariel. Mam robotę.

- Mattie, przecież ty nie chcesz takiego męża. To jest przeżytek. Relikt średniowiecza. Na 

rolę kobiet i małżeństwo ma poglądy sprzed kilku wieków. Och, wiem, że taki macho w łóżku jest 

na początku interesujący, ale to ci się znudzi, wierz mi.

Mattie poczuła, że purpurowieje na twarzy.

- Jesteś moją siostrą, Ariel, ale to nie znaczy, że muszę omawiać z tobą moje życie miłosne.

-   Czemu   nie?   -   burknęła   mocno   rozdrażniona   Ariel.   -   Pomyśl   tylko,   co   teraz   możemy 

powiedzieć sobie jak siostra siostrze. Obie spałyśmy z tym samym mężczyzną. Postawmy sprawę 

jasno. Wiem na pewno, że on nie jest z tych najlepszych.

- Zamknij się, Ariel. - Znowu zaczynała w niej wzbierać złość.

- To prawda, Mattie. Ostrzegam cię. Takie łup-łup szybko nuży.

- Powiedziałam, żebyś się zamknęła, Ariel. Ani słowa więcej!

- Hugh nie jest mężczyzną dla ciebie. Tak samo jak nie był mężczyzną dla mnie. O ile 

wiem, nie jest w ogóle mężczyzną dla żadnej nowocześnie myślącej kobiety. To zapóźniony w 

rozwoju, pozbawiony wrażliwości, nieczuły kloc. Posłuchaj mnie, Mattie. Rozmawiamy o twojej 

przyszłości.

- I co? Chcesz, żebym ci powiedziała, że się boję? Że tak naprawdę nie wiem, co robię? No, 

więc dobra. Boję się, przyznaję. Nie wiem, co...

Uwagę Mattie zwrócił cichy szelest otwieranej papierowej torby. Zerknęła zaskoczona ku 

drzwiom, za plecy Ariel. Na progu stał Hugh, oparty jedną ręką o futrynę. Trzymał torbę firmową 

tajlandzkiej restauracji, znajdującej się w sąsiedztwie. Oderwał się od studiowania zawartości torby 

i podniósł głowę, skłoniony do tego nagłym milczeniem, które zapadło na zapleczu.

-   Hej,   nie   chcę   wam   przeszkadzać   -   powiedział   spokojnie,   wyciągając   z   torby   małe, 

kartonowe opakowanie. - Wpadłem tylko z obiadem dla Mattie. Pomyślałem, że musi sobie dodać 

energii przed wielkim otwarciem.

160

background image

- Mój Boże - westchnęła Ariel. - Popatrz na siebie. Taki zimny. Taki ohydnie pewny siebie. 

Jak możesz być takim skończonym sukinsynem, Hugh? No, jak?

- Hmm - zaczął Hugh w zamyśleniu. - To nie jest łatwe. Słowo ci daję.

-   Ech,   już   lepiej   nic   nie   mów.   -   Ariel   przemknęła   obok   niego,   szeleszcząc   czarnymi 

jedwabiami. W chwilę później frontowe drzwi trzasnęły tak, że aż zatrzęsły się ściany.

W pokoiku na zapleczu znów zapadła cisza. Hugh zerkną na Mattie, kurczową ściskającą 

śrubokręt.

- Hej, jeśli powoli i ostrożnie odłożysz to narzędzie, to podam obiad.

Mattie uświadomiła sobie, że drży. Upuściła śrubokręt na blat, obeszła biurko i bezwładnie 

opadła na krzesło. Kolana odmówiły jej posłuszeństwa.

Milcząc przyglądała się, jak Hugh wypakowuje posiłek: makaron z jarzynami  w ostrym 

sosie arachidowym.

- Jedz - zarządził, rozłożywszy jej serwetkę na kolanach. Postawił przed Mattie papierowy 

talerz z obiadem. - Kiedy skończymy, pomogę ci powiesić resztę obrazów.

- Dziękuję. - Mattie bezmyślnie wlepiła wzrok w makaron.

- Nie przejmuj się. Nawet my, zapóźnione w rozwoju, pozbawione wrażliwości, nieczułe 

kloce, możemy się do czegoś przydać.

Mattie dalej gapiła się w makaron.

Hugh zaczął jeść swoją porcję. Przez minutę przeżuwał w milczeniu, potem figlarnie uniósł 

brew.

- Łup-łup?

Mattie zamrugała i wreszcie wzięła do ręki pałeczki.

- Nie jest tak źle.

- Dziękuję - powiedział Hugh pokornie. - Bardzo się staram i jestem chętny do nauki. A 

uczę się szybko.

Nagle   Mattie   poczuła,   że   nie   może   się   powstrzymać.   Pomyślała   o   szalonej,   bardzo 

podniecającej technice seksualnej Hugh i zaczęła chichotać. Chichot przerodził się w śmiech i po 

chwili Mattie dosłownie skręcała się pod biurkiem. Hugh przyglądał się temu z rozbawieniem i 

sprawiał wrażenie dość zadowolonego.

Dopiero później Mattie uświadomiła sobie, że śmiech zwalczył jej stres równie skutecznie 

jak wybuch złości. I w obu przypadkach to Hugh ofiarował jej tę wolność.

W

ernisaż Silka Taggarta zakończył się wielkim sukcesem. Przez większą część imprezy 

Hugh stał swobodnie oparty o ścianę, z kieliszkiem szampana w dłoni, i żałował, że Silk nie widzi, 

161

background image

co  się dzieje w  galerii.  Silkowi  bardzo dodałby animuszu  widok tych  wszystkich  eleganckich, 

modnie ubranych ludzi prześcigających się w pochwałach jego prac. Hugh starał się zapamiętać jak 

najwięcej podsłuchanych uwag, żeby mocje potem powtórzyć przyjacielowi.

„...Wprawiają mnie w dziwną nostalgię... Nie mogę się doczekać, kiedy powieszę tę lagunę 

u siebie w domu... Wspaniałe kolory, bardzo prawdziwe... Co za odmiana, w większości galerii w 

Seattle   są   ostatnio   tylko   szarości,   czerń   i   brązy...   Śmiałe   i   pełne   życia...   Przyjemna   odmiana. 

Zmęczyła   mnie   wyrafinowana   subtelność...   Ta   dżungla   jest   jak  żywa...   Groźne,   ale   piękne... 

Utrwalił siłę natury...”

Mattie   była   wszędzie.   W   kostiumie,   ze   schludnym   koczkiem   wyglądała   jak   prawdziwa 

kobieta   interesu.   Chodziła   od   grupki   do   grupki,   rozmawiała   z   potencjalnymi   nabywcami   i 

przymykała  oczy na przypadki rozbojów, których  kilku wygłodniałych  artystów  dokonywało w 

bufecie.  Wcześniej  powiedziała  Hugh, że  ten darmowy  posiłek  dla  bohemy traktuje  jako swój 

wkład w sztukę.

-   Niezłe   -   oznajmiła   Hugh   młoda   kobieta   z   żółtozielonymi   włosami,   obwieszona   furą 

metalowych ozdób.

Spojrzał na nią.

- Masz na myśli obrazy?

-   Nie.   Jedzenie.   Obrazy   są   dobre,   ale   jedzenie   fantastyczne.   Mattie   zawsze   wydaje 

prawdziwe uczty. Nie jest skąpiradłem, jak niektórzy właściciele galerii. - Młoda kobieta zmierzyła 

Hugh kosym spojrzeniem. - Ktoś ty jest? Autor?

- Nie. Przyjaciel autora. On nie mógł przyjechać.

- Szkoda. To musi być fajne, patrzeć jak ludzie dostają ocipu nad twoją robotą. Dałabym 

wszystko, żeby na moje też się tak gapili.

- A co robisz?

-   Rzeźbię   w   metalu.   Pod   nazwiskiem   Shock   Value.   Shock   Value   Frederickson.   Ale 

zamierzam zmienić pseudo. Nie pasuje do tego, w co teraz idę.

- Czyli?

- Większe wyrafinowanie formy - wyjaśniła cierpliwie Shock Value Frederickson. - Dzięki 

Mattie mam teraz trochę luzu, zupełnie inaczej się wtedy pracuje.

- Mattie? A co ona ma z tym wspólnego?

- W dawnych czasach powiedziałoby się, że jest mecenasem. Dała mi na wałówkę, żebym 

mogła skończyć to, nad czym teraz pracuję. Niedługo jej zwrócę.

- Aha. A ile właściwie ci pożyczyła?

162

background image

- Dokładnie nie pamiętam - powiedziała beztrosko Shock Value Frederickson. - O, jest mój 

kumpel. Nie widziałam go z miesiąc. Złamał nogę, jak robił performance w parku. Fajnie było z 

tobą pogadać. Na razie.

Znacznie później Hugh przyglądał się, jak Mattie starannie zamyka drzwi galerii. Wyglądała 

radośnie, choć nie okazywała tego w hałaśliwy sposób.

- Dobrze poszło, co? - Hugh wziął ją pod ramię i spacerem poszli w stronę domu Mattie.

-   Bardzo   dobrze.   Sprzedałam   wszystko,   co   wystawiłam.   Mam   nadzieję,   że   Silk   będzie 

zadowolony.

- Podnieci się tym jak małe dziecko Bożym Narodzeniem. Nigdy dotąd nie przeżył żadnego 

prawdziwego sukcesu. W niczym. Nie mogę się doczekać, żeby mu opowiedzieć. - Hugh zadumał 

się na chwilę. - Jesteś w tym naprawdę dobra, co?

- W czym?

- No, w radzeniu sobie z takimi tłumami klientów. W robieniu wystaw, takich jak Silka. W 

prowadzeniu galerii. W tym wszystkim.

- Z tego żyję - powiedziała cicho.

- No, tak.

- Co ci nie gra, Hugh?

- Nic.

- Jesteś pewien?

- Po prostu patrząc na ciebie dziś wieczorem, trochę pomyślałem o rożnych sprawach. To 

wszystko - mruknął i natychmiast tego pożałował.

- Na przykład o czym?

- Nieważne. - Prawdę mówiąc jednak, Hugh zaczynał się poważnie martwić. Mattie czuła 

się w tym świecie jak ryba w wodzie. Odnosiła w nim sukcesy. Miała przyjaciół. Była częścią 

społeczności zainteresowanej sztuką.

Przekonał się, jak dobrze Mattie funkcjonuje w swoim środowisku i natychmiast naszły go 

złe   przeczucia.   Do   tej   pory   powtarzał   sobie,   że   gdy   nadejdzie   właściwy   czas,   Mattie   łatwo 

przystosuje się do życia na Saint Gabriel. Jeszcze niedawno niefrasobliwie wierzył, że Mattie na 

pewno rzuci wszystko i przeniesie się na Saint Gabriel, byle tylko udało mu się ją przekonać, że nie 

jest kimś, kto zastępuje mu Ariel. Teraz dumał nad tym, czy się zwyczajnie nie łudzi.

Opadły go wątpliwości. Co obiektywnie mógł jej zaoferować w zamian za życie, które sama 

stworzyła sobie w Seattle? Tylko siebie.

163

background image

Silk miał rację. To już nie dobre stare czasy, kiedy mężczyzna mógł oczekiwać od kobiety, 

że zwinie manatki i pojedzie za nim gdziekolwiek bądź. Może Charlotte też miała rację, wytykając 

mu arogancję?

- Hugh, czy coś się stało? - Mattie popatrzyła na niego z zatroskaniem. Przystanęli akurat 

przed jej domem.

- Nic takiego. Nie przejmuj się tym, Mattie. - Otworzył drzwi, wprowadził ją na klatkę 

schodową i w milczeniu przycisnął guzik windy. Mattie raz po raz zerkała na niego z niepokojem, 

ale Hugh to ignorował. Nadal dumał.

Był tak skupiony na kłopotach, które objawiły się tego wieczoru, że omal nie przegapił 

czegoś ważnego. Zasuwa na drzwiach mieszkania Mattie była w niewłaściwej pozycji. A przecież 

osobiście ją zamknął, gdy wychodził z domu. Nigdy nie zapominał o takich sprawach.

Ktoś musiał po ich wyjściu otworzyć drzwi, a potem zapomniał zamknąć. Mógł jeszcze być 

w środku.

Hugh   cofnął   się   i   przycisnął   dłoń   do   ust   zaskoczonej   Mattie,   żeby   przypadkiem   nie 

odezwała się za głośno. Znieruchomiała i spojrzała na niego pytająco szeroko rozwartymi oczami.

- Ktoś jest w środku - szepnął jej do ucha. Skinęła głową, że rozumie, więc zabrał jej rękę 

sprzed ust.

Mattie dobyła z siebie jedno, jedyne słowo:

- Policja.

Pokręcił głową i po cichu pociągnął ją w głąb korytarza. Przystanęli przed składzikiem. 

Hugh otworzył drzwi, wsunął rękę w szparę i wymacał wyłącznik światła w korytarzu. Natychmiast 

otoczyła ich ciemność, pozostało jedynie żarzące się światełko bezpieczeństwa nad wyjściem w 

końcu korytarza.

- Hugh? - Z szeptu Mattie przebijał niepokój.

- Poczekaj tutaj.

- Co chcesz zrobić? W środku może być włamywacz. Zalecają, żeby ich nie zaskakiwać. 

Należy iść do sąsiada i wezwać policję.

- Daj mi dwie minuty. Jeśli w tym czasie nie opanuję sytuacji, dzwoń po gliny.

- Wolałabym, żebyś...

- Cicho, mała. Zaraz wrócę.

Myśl, że może to nie być zwykłe włamanie, kazała mu postąpić wbrew regułom. Po całym 

tym   bałaganie   na   Czyśćcu,   śmierci   Roseya   i   zniknięciu   Gibbsa   istniała   jakaś   możliwość,   że 

włamywaczowi, który wtargnął do Mattie, mogło wcale nie chodzić o zwykłą kradzież.

164

background image

Gdyby tak było, Hugh chciał zdobyć kilka odpowiedzi na swoje pytania. Okazja wydawała 

mu się za dobra, by ją stracić.

Zdążył już przywyknąć do ciemności, pchnął wiec drzwi do mieszkania i pochylony szybko 

wpadł do środka. Liczył, że mrok za plecami da mu potrzebną osłonę.

Mając w głowie plan mieszkania Mattie, skoczył  za skórzaną kanapę i zaległ płasko na 

podłodze. Najpierw popatrzył po sypialnej antresoli. Na górze nikogo nie było. Powiedział mu to 

blask wpadający do mieszkania przez wysokie okna.

Parter   był   pogrążony   w   ciemności.   Ktokolwiek   wszedł   tam   podczas   nieobecności 

właścicielki, zgasił światło, które Hugh celowo zostawił we wnęce kuchennej.

Właśnie  zastanawiał  się nad tym  faktem,  gdy usłyszał,  że ktoś  porusza się  na kanapie. 

Skórzane obicie cicho zaskrzypiało.

Poderwał się z ziemi, przesadził oparcie i wylądował na czyimś ciele. Mężczyzna krzyknął 

zaskoczony, impet Hugh odebrał mu dech. Usiłując chwycić ustami powietrze, włamywacz szarpał 

się pod Hughem jak ryba na haczyku. Wskutek tego obaj po chwili wylądowali z głuchym łoskotem 

na dywanie.

Hugh przygwoździł włamywacza do podłogi i nagle zmarszczył nos, w nozdrza uderzył go 

bowiem silny zapach alkoholu. Facet wyraźnie ograbił skromny barek Mattie.

- Hej - wycharczał tamten. - Daj spokój, człowieku. Puść mnie.

Zapaliło się światło.

- Zadzwoniłam na policję - stanowczo oznajmiła Mattie od progu. - Za chwilę tu będą. 

Hugh, czy nic ci nie jest?

Hugh spojrzał na mężczyznę, którego dosiadał okrakiem.

- Cholera, Mattie, lepiej odwołaj to wezwanie.

- Prawdę mówiąc, nikogo nie wezwałam - wyjaśniła Mattie, przestępując próg. - Nie miałam 

okazji. Powiedziałam tak na wszelki wypadek, gdyby ten ktoś, kto tu jest, miał zamiar prysnąć. 

Sądziłam, że wiadomość o policji w drodze go zniechęci. - Stanęła jak wryta i wytrzeszczyła oczy. - 

Boże, Hugh, co ty robisz? To nie jest włamywacz.

-   Cześć,   Mattie.   -   Flynn   Grafton   spojrzał   na   nią   z   podłogi.   Jego   długie   blond   włosy 

utworzyły na dywanie wachlarz wokół głowy. Wzrok miał mętny i szklisty. - Przepraszam za to 

zamieszanie.

165

background image

Rozdział trzynasty

M

ój Boże, to jest Flynn! - Mattie podbiegła do mężczyzn z niepokojem w oczach. - Puść 

go, Hugh. Zraniłeś go? Flynn, czy nic ci nie jest?

- Nic a nic - odpowiedział Hugh. Wstał zirytowany szybkością, z jaką Mattie zmieniła 

obiekt swej troski.

- Chyba rzeczywiście. - Flynn lekko potrząsnął głową, jakby chciał sprawdzić, czy jest cała. 

Powoli usiadł i zamrugał. Tymczasem Mattie przyklękła koło niego. - Boże, Abbott. Najechał pan 

na mnie jak czołg. Za kogo mnie pan wziął? Za Kubę Rozpruwacza?

- Rozważałem taką możliwość. Co pan tu robi, Grafion, do cholery?! Jak pan wszedł?

- Ariel ma klucz. Pożyczyłem sobie. - Flynnowi nieco plątał się język.

- Po co? - spytał bezceremonialnie Hugh.

Mattie spojrzała na niego z dezaprobatą.

- Przestań dręczyć Flynna. Czy nie widzisz, że jeszcze nie może dojść do siebie po twoim 

ataku?   Mam   nadzieję,   że   nie   zrobiłeś   mu   nic   poważnego.   Taki   wstrząs   może   spowodować 

najróżniejsze   stresogenne   obrażenia,   od   urazu   pleców   po   bóle   głowy.   Stanowczo   przesadziłeś, 

Hugh.

- Ja przesadziłem? - Hugh spojrzał na nią z niedowierzaniem. - Facet wkrada ci się do 

mieszkania, wypija brandy i wali się na kanapę czekając, aż wrócisz do domu, zostawia za sobą 

wszelkie ślady zwykłego włamywacza, a ty nazywasz przesadą to, że go uziemiłem?

- Dobrze, że nie wyciągnąłeś broni. Właśnie w ten sposób dochodzi do nie zamierzonych 

postrzałów.

Hugh spojrzał w sufit, błagając niebiosa o natchnienie i cierpliwość.

- Nigdy nie zdarzyło mi się postrzelić kogoś przypadkiem. Jeżeli, to zawsze celowo.

- Uspokój się, Hugh - powiedziała Mattie łagodząco. - Widzę, że jeszcze jesteś nabuzowany, 

ale nie ma potrzeby tak się złościć.

- Nabuzowany? Złoszczę się? Ty niewiele w życiu widziałaś, mała.

Uśmiechnęła się uroczo.

- Może zaparzysz wszystkim dobrej ziołowej herbatki? W kuchni jest rumianek. To nam 

dobrze zrobi na nerwy.

166

background image

- Mam nerwy w znakomitym stanie. Nie jestem w najlepszym humorze, ale na nerwy nie 

narzekam.

- Wobec tego może Flynn będzie miał ochotę się napić - powiedziała Mattie patrząc, jak 

mąż Ariel osiąga pozycję na czworakach.

- Nie - szepnął Flynn, z błagalnym gestem. Sprawiał wrażenie, jakby groziła mu morska 

choroba. - Tylko nie ziołowa herbatka. Prawdę mówiąc, trochę mi się kręci w głowie. Nie chcę 

zapaskudzić ci tego ślicznego dywanu.

- Nie waż się rzygać - przestrzegł go Hugh.

Mattie zmarszczyła czoło.

- Nie burcz tak, Hugh. Flynn będzie przez ciebie jeszcze bardziej spięty.

- Może tobą to wstrząśnie, Mattie, ale guzik mnie obchodzi poziom stresu pana Flynna 

Graftona. - Odwrócił się do artysty, który próbował z powrotem wdrapać się na kanapę. - Przestań, 

człowieku, odgrywać skrzywdzone niewiniątko i powiedz, co tu robisz, zanim sam zestresuję się na 

maksa, bo wtedy wezmę cię do okna i pieprzne na dół.

- Hugh! - Mattie spojrzała na niego z ciężkim wyrzutem.

Hugh zignorował to spojrzenie. Nie spuszczał wzroku z Flynna.

- No, Grafton! Czekam na wyjaśnienie.

Flynnowi udało się znaleźć z powrotem na kanapie. Bezwładnie opadł na poduszki, ukrył 

twarz w dłoniach.

- Przyszedłem spytać Mattie, czy nie mógłbym zostać tu na noc.

- O, cholera jasna! To załatwia sprawę. Lecisz przez okno, koleś. Ale najpierw przefasonuję 

ci buźkę w duchu neoimpresjonistycznym. - Hugh skoczył w stronę Flynna.

- Nie, Hugh! Przestań! Natychmiast przestań! - Mattie zastąpiła mu drogę, unosząc dłoń 

władczym   gestem.   -   Do   ciężkiej   cholery,   tu   nie   jest   Czyściec   ani   Saint   Gabriel.   Wróciłeś   do 

cywilizacji, więc masz się zachowywać w cywilizowany sposób. Słyszysz mnie?

- Zejdź mi z drogi, Mattie.

- Nie zejdę. To jest mój dom i ja tu rządzę. Nie wolno ci uderzyć Flynna. Czy wyrażam się 

jasno? On na pewno wcale nie chce tego, co sobie pomyślałeś, jak spytał, czy może zostać na noc.

- Chciał spędzić tę noc z tobą. Sama słyszałaś. Wyraźnie to powiedział - warknął Hugh. - 

Zejdź mi z drogi, Mattie.

- On po prostu chciał przespać tę noc na kanapie, prawda Flynn? - Mattie zwróciła się do 

swego nieproszonego gościa, oczekując potwierdzenia.

Flynn uniósł głowę, mocno zdezorientowany zamieszaniem.

167

background image

- Jasne. Pokłóciliśmy się z Ariel. Przyszedłem zobaczyć, czy przechowasz mnie przez jedną 

noc, Mattie. W czym problem?

- Nie wierzę. - Hugh przeszył Mattie najbardziej lodowatym ze swych spojrzeń. - Czy on 

nocuje u ciebie na kanapie regularnie?

- A skąd! - Mattie spojrzała niespokojnie na Flynna. - Pierwszy raz prosi, żeby mógł tu 

przenocować. Rozumiem, że burza była z piorunami, Flynn?

- Mniej więcej. - Flynn znowu opadł na poduszki i bezsilnie przymknął oczy. - Powtarzam 

sobie, że Ariel wchodzi w nowy okres, Wczesny Dojrzały, ale coraz mniej jestem tego pewien. 

Temperament to ona ma z natury, ale ostatnio dosłownie dostaje kota. Nastroje zmieniają jej się z 

minuty na minutę.

Mattie delikatnie poklepała go po ramieniu.

- O co się pokłóciliście?

- O to co zawsze. O moje obrazy. Ale tym razem Ariel kompletnie ześwirowała.

- Czemu?

- Bo powiedziałem  jej, że się zdecydowałem.  Mam kilka gotowych  prac, które  chcę ci 

pokazać. Chcę wiedzieć, czy będziesz umiała je sprzedać tym Borgiom i Medyceuszom z awansu.

Mattie usiadła na kanapie obok Flynna.

- Nic dziwnego, że Ariel dostała szału. O to będzie walczyć z tobą do ostatniej kropli krwi.

- Wiem. Ale podjąłem decyzję, Mattie. Nie mogę dłużej żyć za jej pieniądze. Zresztą prawdę 

mówiąc,   jestem   bardzo   znużony   tworzeniem   sztuki   dla   sztuki.   Niech   to   diabli.   Może   po   tych 

wszystkich latach chcę wreszcie pokazać mojemu staremu, że się mylił. Że potrafię zarobić na 

siebie malowaniem obrazów. Nie wiem. Ale wiem na pewno, że chcę wstawić kilka prac do twojej 

galerii.

- Rozumiem - powiedziała Mattie, nadal klepiąc go po ramieniu.

- To wszystko jest bardzo wzruszające - przerwał im Hugh sarkastycznie. - Wierz mi też, 

człowieku, że jestem świadom temperamentu Ariel. Ale to nie usprawiedliwia twojego najścia dziś 

wieczorem w poszukiwaniu miejsca do spania. Nikt oprócz mnie nie spędza nocy w mieszkaniu 

Mattie. Czy to jest jasne?

-   Spokojnie,   Hugh   -   powiedziała   Mattie,   znów   próbując   łagodzącego   tonu.   -   Nie   masz 

potrzeby grzmocić się po klatce piersiowej i bronić swego terytorium. Spójrz, która jest godzina. O 

wiele   za   późno,   żeby   Flynn   szukał   miejsca   gdzie   indziej.   Nie   ma   najmniejszego   powodu,   dla 

którego nie mógłby przespać tej nocy na mojej kanapie.

- Już go tu nie ma - stwierdził Hugh. - Wynoś się, Grafton. Natychmiast!

Flynn skinął głową z wyrazem beznadziejności w oczach.

168

background image

- Zadzwonię po taksówkę.

-   Nie   ma   takiej   potrzeby,   Flynn   -   powiedziała   stanowczo   Mattie.   Zmierzyła   Hugh 

wyzywającym spojrzeniem i odwróciła się z powrotem do Flynna. - Gdzie poszedłbyś o tej porze? 

Do hotelu? Kosztowałoby cię to fortunę, a ty nie masz forsy.

- Mam karty kredytowe Ariel.

-   Wspaniały   pomysł   -   mruknął   Hugh.   -   Zapłacić   kartą   kredytową   żony   rachunek   w 

ekskluzywnym śródmiejskim hotelu, gdy szuka się od niej spokoju. Sprawiedliwość ma swój urok.

- No tak, to chyba nie byłoby w porządku, prawda? - Flynn wyprostował się, przybierając 

bardzo dostojną, stoicką pozę. - Coś wymyślę, Mattie. Nie martw się mną. Znajdę jakieś miejsce. 

Już za późno, żeby iść do schroniska, ale na wycieraczce też można spać.

Mattie spojrzała na niego przerażona.

- Nie możesz spać na ulicy, Flynn, Na to nie pozwolę.

Hugh przyglądał się tej górnolotnej scenie, gmerając dłonią w kieszeni dżinsów. Wyciągnął 

z niej portfel.

- Ułatwię ci sprawę, Grafton. Zafunduję ci hotel. Opłaca mi się taki gest, jak pomyślę, że się 

ciebie stąd pozbędę.

Mattie zerwała się z kanapy i podeszła do Hugh. W jej spojrzeniu było tyle zdecydowania, 

że Hugh poczuł się niepewnie.

- Przestań się zachowywać jak zazdrosny Tarzan. Nie ma powodu, dla którego Flynn nie 

mógłby tutaj przenocować. Jest po północy. Nigdzie go o tej porze nie odeślę.

- Więc powiedz mu, żeby wrócił do domu i przespał się we własnym łóżku.

- To jest moje mieszkanie, Flynn jest moim szwagrem i ja mówię, że może tutaj spać.

Hugh przeczuwał  zbliżającą  się klęskę, ale mimo  to stanął w rozkroku, wsparł się pod 

biodra i spróbował najbardziej miażdżącego ze swych spojrzeń.

- A ja mówię, że stąd idzie. Już!

- Nie masz prawa zgłaszać tutaj żadnych żądań.

- Czyżby? Może umknęło to twojej uwagi, ale jesteśmy zaręczeni. To daje mi pewne prawa.

Przez chwilę świdrowała go lodowatym spojrzeniem, a potem nagle zmieniła taktykę.

-   Nie   chcę   ciągnąć   tej   kłótni,   Hugh.   Flynn   za   dużo   wypił,   jest   przygnębiony   i   ciężko 

zestresowany, a do tego nie ma forsy. Bądź miły, proszę.

- A niech tam, Mattie. - Jest coś nieuczciwego w tym, że kobieca prośba może tak łatwo 

zmiękczyć mężczyznę, pomyślał Hugh.

Prowadzoną   półgłosem   sprzeczkę   przerwało   im   ciche   pochrapywanie.   Spojrzawszy   na 

kanapę, Hugh zobaczył, że mężczyzna, którego zamierzał wyeksmitować, ponownie zasnął. Hugh 

169

background image

potrafił   poznać   pozycję   nie   do   obrony.   Czasem   jedynym   słusznym   wyjściem   był   z   góry 

zaplanowany odwrót.

Oczywiście należało się potem zemścić. Zemsta jest słodka.

W

  pół godziny później Hugh ułożył się obok Mattie w łóżku na antresoli i wziął ją w 

ramiona. Cierpliwie odczekał, aż Mattie znajdzie jakiś koc do przykrycia Graftona, umyje zęby, 

weźmie wieczorną porcję witamin i przebierze się w skromną flanelową koszulę nocną.

- Hugh, chcę ci podziękować, że ustąpiłeś w tej drobnej sprawie i pozwoliłeś Flynnowi 

przenocować na mojej kanapie - szepnęła Mattie, zresztą całkiem szczerze, i przytuliła się mocniej 

do niego. - Wiem, że byłeś  wściekły,  gdy go tu zastałeś, i zważywszy na okoliczności miałeś 

wszelkie prawo zareagować tak, jak zareagowałeś. Obiecuję ci, że to się nie powtórzy.

- Masz rację. To się na pewno nie powtórzy.  - Pocałował ją w szyję,  wdychając miły, 

kobiecy   zapach   jej   ciała.   Uświadomił   sobie,   że   już   jest   twardy   z   podniecenia.   Powoli   zaczął 

przesuwać rękę po ramieniu Mattie.

- Hugh?

- Słucham, mała. - Bez pośpiechu poddarł jej skromną nocną koszulę powyżej  kolan, a 

potem jeszcze wyżej.

- Hugh, nie możemy. Dziś nie. - Bezskutecznie stawiała tamy jego napierającym dłoniom. - 

Flynn może się zbudzić i nas usłyszeć. To byłoby okropnie żenujące.

-   Wobec   tego   będziesz   musiała   się   postarać,   żeby   być   bardzo,   bardzo   cichutko,   hm?   - 

Delikatnie rozchylił jej uda. Pomyślał, że Mattie jest tam cudownie miękka. Uśmiechnął się, wyczuł 

bowiem pierwszy przebiegający ją dreszczyk. Uwielbiał te dreszczyki.

- Przestań - syknęła. - Robisz to, żeby wyjść ze mną na równo, przyznaj się!

- Nic z tych rzeczy, mała. Robię to, bo jestem uroczym, wrażliwym facetem, który strasznie 

się podniecił. - Ściągnął z siebie piżamę i cisnął ją za balustradkę.

Mattie głośno zachłysnęła się powietrzem widząc, jak piżama opada na dół.

- Na miłość boską, Hugh. Co Flynn sobie pomyśli, kiedy zobaczy tam rano twoją piżamę?

- To, co powinien pomyśleć. Że zaznaczyłem swoje terytorium.

- Pewnie powinnam się cieszyć, że nie robisz tego tak, jak wilki i inne dzikie zwierzęta - 

zauważyła kwaśno. - Naprawdę, Hugh, nie musisz objawiać w tej sprawie takich prymitywnych 

instynktów. Aach! - Raptownie przytknęła dłoń do ust, zorientowawszy się, że wydała głośny jęk.

- Cyt, mała, bo inaczej Flynn cię usłyszy. Pomyśl, jakie to będzie żenujące. - Hugh zaczął 

się przesuwać między jej nogami, niżej i niżej, aż w końcu znalazł się w pozycji, w której mógł jej 

skosztować ustami.

170

background image

- Oooch, nie. Powiedziałam „nie”, aach! - Mattie przytknęła sobie poduszkę do twarzy. 

Jedną ręką trzymała ją na miejscu, podczas gdy drugą zacisnęła boleśnie we włosach Hugh.

Hugh włączył do pieszczot język.

- Mmmmm. - Mattie oderwała poduszkę od twarzy. - O Boże, Hugh. - Z powrotem nakryła 

się poduszką. - Mmmmmm, nie... och, Hugh!

Hugh odczekał, aż Mattie zacznie gorączkowo wypychać biodra ku górze, a jej pojękiwanie 

zacznie   przechodzić   w   znane   mu   już   okrzyki   rozkoszy,   których   z   upodobaniem   nałogowca 

wysłuchiwał w ostatnich dniach.

Kiedy   uznał,   że   jest   zbyt   rozpalona,   by   pamiętać   o   poduszce,   głuszącej   jej   ciche   jęki, 

przesunął się ku górze, szerzej rozłożył jej nogi i bez pośpiechu wsunął się głęboko w jej wilgotny 

żar. Zabrał poduszkę i spojrzał w lśniące, szeroko rozwarte, zielonozłote oczy. Widział, jak Mattie 

przygryza wargę, tłumiąc krzyk.

- Łup-Łup? Twardy, miękki i serdeczne dzięki? - szepnął jej ochryple do ucha.

- Powiedziałam ci, że nie jest tak źle.

Uśmiechnął się szeroko i pocałował ją w usta. W chwilę później stłumił wargami jej krzyk 

rozkoszy i sam ukrył twarz w poduszce, bo i on osiągnął zaspokojenie. Poduszka nieco wyciszyła 

ten okrzyk triumfu, ale i tak zadrżało od niego łóżko.

W

ściekły dzwonek telefonu brutalnie wyrwał Mattie z głębokiego snu. Wykonała parę nie 

skoordynowanych gestów na zmierzwionym łóżku, ale wreszcie zdołała zdjąć słuchawkę z widełek 

i przenieść ją w okolice ucha. Natychmiast pożałowała tego, co zrobiła. Rozszlochana Ariel okazała

się znacznie głośniejsza od dzwonka aparatu telefonicznego.

- On jest z tobą Mattie, prawda? Wiem, że tam jest. Poszedł do ciebie tak samo jak wszyscy. 

Daj mi go do telefonu. Chcę osobiście powiedzieć Flynnowi Graftonowi, żeby nigdy więcej nie 

próbował wpełznąć mi do łóżka. Będę głucha na jego błaganie.

- Dzień dobry, Ariel. Cieszę się, że dzwonisz. - Mattie otworzyła oczy i spojrzała w sufit. 

Leżała w łóżku sama. Na dole słyszała cichy szmer męskich głosów i brzęki metalu. Na antresolę 

doleciał aromat parzonej kawy.

- Mam nadzieję, że jesteś zadowolona, Mattie. - Ariel pociągnęła nosem. - Po tylu latach 

może wreszcie się nasyciłaś. Udało ci się, prawda? Dostałaś w swoje szpony jedynego mężczyznę, 

którego naprawdę kiedykolwiek pragnęłam.

- Posłuchaj, Ariel. Wbrew panującej tu opinii nie mam romansu z Flynnem.

Na linii rozległ się cichy trzask. Ktoś podniósł słuchawkę aparatu na dole.

171

background image

- O, Boże, romans - szepnęła Ariel, najwyraźniej nieświadoma tego, że ktoś się włączył. - 

Romans! Wiedziałam. Modliłam się, żeby to była tylko jednorazowa przygoda. Głupstwo zrobione 

pod wpływem nastroju chwili, coś takiego jak w zeszłym roku z Hughem. Żeby w końcu głos 

sumienia ci to wypomniał, tak samo jak tamto. Ale nie. Ty się tym szczycisz, tak? No, powiedz.

- Ariel, w ogóle mnie nie słuchasz. Powiedziałam ci przed chwilą, że nie sypiam z twoim 

mężem. Nigdy z nim nie spałam i nie mam ochoty spać. On też nie ma ochoty spać ze mną. On cię 

kocha.

-   Wczoraj   poszedł   do   ciebie.   Nie   wrócił   do   domu.   Poszedł   prosto   do   ciebie.   I   co? 

Pocieszyłaś go, Mattie, tak samo jak innych? Poczęstowałaś go ziołową herbatką i okazałaś mu 

współczucie? Powiedziałaś, że rozumiesz jego stresy? Niech cię diabli!

- Na miłość boską, Ariel, starczy tego - szorstko zakomenderował Hugh. - Co z tego, że 

Grafton jest tutaj? Spał na kanapie. Wiem, bo spałem w łóżku Mattie. Zauważyłbym, gdyby ktoś 

ładował się na trzeciego. Na to jestem czuły.

- Hugh? Ty też tam jesteś? - Ariel raptem przestała szlochać.

- Pewnie, że jestem.

- Byłeś przez całą noc?

- A gdzie miałbym być? Przecież jesteśmy z Mattie zaręczeni, zapomniałaś?

- Dzięki Bogu - powiedziała Ariel. Natychmiast porzuciła ton żałosnej ofiary i wcieliła się w 

bezwzględną mścicielkę. - Daj mi zaraz Flynna do telefonu.

- Z przyjemnością - powiedział Hugh.

Rozległo się kilka stuków, a po chwili odezwał się chłodny głos Flynna.

- Ariel?

-   Flynn,   jak   mogłeś   mi   to   zrobić?   Byłam   taka   przerażona,   kiedy   zbudziłam   się   rano   i 

zobaczyłam, że nie wróciłeś do domu. Czy masz pojęcie, co ja przeszłam? Czy wiesz, jak to jest, 

kiedy trzeba dzwonić do siostry, żeby znaleźć swojego męża? Jak śmiałeś zrobić coś takiego?

- Przecież sama kazałaś mi się wynosić i nie wracać. - Flynn sprawiał wrażenie niezupełnie 

skoncentrowanego na rozmowie. Coś jadł.

Mattie odłożyła słuchawkę, zsunęła się z łóżka i nałożyła szlafrok. Stanęła przy balustradce i 

opierając się o czerwoną poręcz, spojrzała w dół.

Najpierw zauważyła swoją schludną koszulę nocną. Hugh dość lekceważąco przewiesił ją 

przez oparcie swojego krzesła.

Sam   rozsiadł   się   jak   pan   tego   domu,   w   swobodnej,   wręcz   aroganckiej   pozie.   W   dłoni 

trzymał kubek z kawą i miał przed sobą, na stoliku przystawionym do kanapy, talerz z owsianymi 

172

background image

bułeczkami. Nie zadał sobie trudu włożenia czegokolwiek oprócz pary dżinsów. Nagie stopy oparł 

na stoliku, a odkryte ramiona lśniły mu w porannym świetle.

Flynn, wyglądający dość nieświeżo po nocy spędzonej w ubraniu, w trakcie tyrady żony 

pogryzał owsianą bułeczkę.

- Słyszę cię, Ariel - powiedział spokojnie. - Poluzuj trochę, już wyjaśniłaś, o co ci chodzi.

Odgryzł następny kęs bułeczki i marszcząc nos słuchał odpowiedzi Ariel.

- A co miałem zrobić, jak zamknęłaś drzwi na klucz? Stać w korytarzu i zanosić do ciebie 

błagania? - spytał w końcu.

Znów poprzeżuwał w milczeniu.

- Nie - powiedział w końcu, wykorzystując pauzę Ariel. - Nic się nie zmieniło. Wiem, że ci 

się nie podoba, ale długo nad tym myślałem i podjąłem decyzję. Poproszę Mattie, żeby wystawiła 

bardziej komercyjne obrazy. Koniec, kropka. - Flynn dokończył jeść bułeczkę i wziął do ręki kubek 

z kawą. - Posłuchaj, Ariel, mogę być największym nie odkrytym artystą w historii ludzkości, ale 

jestem też twoim mężem. Przy odrobinie szczęścia wkrótce zostanę ojcem. I mam jakąś dumę. 

Chcę   wnieść   do   tej   rodziny   coś   swojego.   Może   lepiej   porozmawiamy   o   tym   później,   jak   się 

uspokoisz.

Delikatnie odłożył słuchawkę i siadł przygarbiony nad kubkiem kawy.

- Moja pani jest bardzo nieszczęśliwa - powiedział do Hugh.

- Też mi się tak zdaje - przyznał Hugh. - Chciałbym ci pomóc i dać kilka cennych rad, jak ją 

temperować, ale prawdę mówiąc, nigdy jej nie rozumiałem. Byliśmy jak oliwa i woda. Albo jak 

benzyna i ogień, jeśli kto woli.

- Wiem. Ja sobie potrafię radzić z jej codziennymi humorami. Rozumiem je. Bez tego nie 

ma wielkiej artystki. Ariel jest delikatna i trzeba z nią postępować bardzo ostrożnie. Ale wczoraj 

wieczorem po prostu wyszedłem z siebie. Powiedziałem jej, że mam dość bycia utrzymankiem. 

Dość poczucia, że stoję w jej cieniu i niczego nie wnoszę do naszego związku. Poszło na noże. 

Przepraszam, że tu przyszedłem. To był z mojej strony błąd.

- No, raz może się zdarzyć - wielkodusznie zgodził się Hugh.

- Nigdy więcej - przyrzekł Flynn.

- I dobrze. - Hugh wydawał się usatysfakcjonowany.

- Po prostu Mattie była pierwszą osobą, o której pomyślałem, kiedy Ariel zamknęła mi 

drzwi przed nosem. To dlatego, że ona zawsze jest taka spokojna i opanowana. Ma tyle rozwagi, 

umie trzymać emocje na wodzy. To bardzo dodaje otuchy.

- Mattie też ma swoje chwile - oschle stwierdził Hugh. - Ale na pewno jest zupełnie inna niż 

Ariel,  pod tym  się podpisuję. Kiedy byłem  zaręczony z Ariel,  nigdy nie  umiałem  sobie  z nią 

173

background image

poradzić. Albo snuła się po domu w tragicznej depresji, albo ją rozrywało. Czułem się, jakbym 

jechał   na   fali   w   wesołym   miasteczku.   Po   kilku   tygodniach   straciłem   cierpliwość   i   to   jeszcze 

pogorszyło sprawę.

Flynn skinął głową.

- Tak jak mówiłem. Z Ariel trzeba delikatnie.

- To nie w moim stylu.

- Rzeczywiście nie. Już rozumiem, dlaczego wam się nie mogło ułożyć. Z Mattie, zdaje się, 

nie masz tego problemu.

- Bułka z masłem - zapewnił go Hugh. - Owszem, w nią też czasem coś wlezie. Trzeba 

uważać, żeby jej nie urazić. Ale dumę rozumiem, z tym potrafię sobie dać radę. Wystarczy mi 

trochę czasu i zawsze znajdę sposób, żeby uspokoić Mattie, jak temperament za bardzo ją poniesie.

Mattie zaczęła się rozglądać za czymś, co nadawałoby się do zrzucenia z góry. Najpierw 

wpadł jej w oko wysoki, czarny wazon, ale uznała, że to przesada. Zamiast tego wzięła szklankę 

wody, którą miała przy łóżku.

- Kobietom takim jak Mattie - mówił tymczasem Hugh - trzeba wytłumaczyć, że...

- Zapamiętaj  sobie, Hugh - zawołała Mattie, wychlustując mu  na głowę pełną szklankę 

wody   -   żadna   kobieta   nie   lubi   słyszeć   na   dzień   dobry,   że   mężczyzna   radzi   sobie   z   nią   bez 

problemów.   To  by znaczyło,   że  jest   śmiertelnie   nudna.  Bułka   z  masłem,   też   coś!  Ale  zawsze 

mówiłam, że nie masz talentu do komplementów. Nijakiej finezji.

Hugh   wrzasnął   jak   należy   i   z   zadziwiającą   szybkością   poderwał   się   z   krzesła.   Woda 

rozprysnęła mu się na głowie i nagich ramionach. Flynn patrzył na to z rozbawieniem.

- Tak jak powiedziałem - mruknął Hugh, serwetką ścierając wodę z ramion. - W nią też 

czasem coś wlezie.

- Widzę. - Flynn wziął do ręki następną owsianą bułeczkę i przyjrzał jej się krytycznie. - 

Naprawdę lubisz coś takiego?

- Można się przyzwyczaić - stwierdził Hugh. - Gorzej z ziołową herbatą i tfuj-soczkiem. To 

naprawdę trudno przełknąć.

P

óźniej   tego   samego   rana   Mattie   siedziała   przy   biurku   na   zapleczu   swojej   galerii   i 

przyglądała   się   siostrze,   która   jak   burza   przelatywała   z   jednego   końca   pokoiku   w   drugi   i   z 

powrotem. Przez ostatni kwadrans Ariel szlochała na zmianę ze złości i żalu nad sobą. Różnica 

między jednym a drugim coraz bardziej się zacierała, w obu nastrojach jednak Ariel pozostawała 

egzotyczną istotą w szerokich czarnych spodniach i czarnej bluzce z bufiastymi rękawami.

174

background image

Mattie znowu boleśnie odczuwała beznadziejną drętwotę swojego stroju kobiety interesów. 

Miała na sobie kostium koloru kawowego, z dopasowaną beżową bluzeczką. Może to przez ten 

sznur pereł całość wygląda tak beznadziejnie, pomyślała z niechęcią. A może przez pantofle na 

płaskim   obcasie.   Stanowczo   musiała   w   najbliższych   dniach   wybrać   się   po   zakupy.   Pragnienie 

kupienia czerwonego kostiumu odzywało się w niej coraz bardziej natarczywie. Gdyby wpadła w 

bardzo ekstrawagancki nastrój, mogłaby też kupić sobie czerwone szpilki, podobne do tych, które 

pożyczyła jej Evangeline Dangerfield pamiętnego wieczoru w Brimstone.

- Przepraszam, że tak się na ciebie wydarłam dziś rano przez telefon - powiedziała Ariel, 

wycierając   nos   w   papierową   chusteczkę.   -   Aż   trudno   mi   uwierzyć,   że   coś   takiego   zrobiłam. 

Wygląda na to, że ostatnio role się odwróciły.  Pierwszy raz jestem o ciebie  zazdrosna. Co za 

absurd.

- Gigantyczny.

- To irracjonalne.

- Słusznie. Totalnie irracjonalne.

- Tym bardziej, że nie ma żadnego powodu do zazdrości i ja o tym wiem - podsumowała 

Ariel.

- Właśnie.

Ariel obróciła się i popatrzyła na Mattie z niezwykłą szczerością.

- Chcę, żebyś wiedziała, że zdaję sobie sprawę z irracjonalnych podstaw mojej zazdrości, 

Mattie. Nie rozumiem tego. Chyba nie potrafię się zdobyć na trzeźwy ogląd sytuacji, gdy chodzi o 

Flynna. Nigdy nie miałam takich odczuć w związku z żadnym mężczyzną.

- Może dlatego, że nigdy przedtem nie bałaś się utraty mężczyzny. Żaden z tych, którzy byli 

z tobą poprzednio, nie znaczył dla ciebie tak wiele.

Ariel skinęła głową.

- Musi tak być. Ja naprawdę kocham Flynna. To, co do niego czuję, bardzo się różni od 

uczuć, jakie miałam dla innych mężczyzn. On jeden mnie rozumie. No, może niezupełnie. Emery 

też  mnie  rozumiał,  ale raczej  w taki  sposób ja mistrz  swego protegowanego. A  w  końcowym 

okresie małżeństwa nie potrafił znieść moich sukcesów.

-   A   czy   ty   go   rozumiałaś?   Czy   zastanawiałaś   się,   co   czuje,   odchodząc   powoli   w 

zapomnienie?

- Trudno uznać, że z mojej winy stracił zdolność pisania - odpaliła Ariel.

- Wiem, wiem. Umówmy się, że tego nie powiedziałam.

Ariel ochoczo przytaknęła.

175

background image

-   Hugh,   oczywiście,   nigdy  mnie   nie   rozumiał.   Ani   trochę.   Dla  mnie   była   to   po  prostu 

zwariowana przygoda. Nie mam pojęcia, w jaki sposób się z nim zaręczyłam.

- Prawdopodobnie tak samo jak ja - odrzekła Mattie. - Mocą dekretu. Hugh lubi obejmować 

przywództwo.

- O, tak. To jest bardzo irytujące, nie sądzisz? Jak ty to znosisz, Mattie?

-   Czasem   nie   znoszę   -   powiedziała   Mattie,   z   poczuciem   dumy   wspominając   swoje 

zwycięstwo w sprawie Flynna, odniesione poprzedniego wieczoru. Naprawdę przemogła Hugh. 

Zmusiła go do odwrotu. Co więcej, zaczęła dzień od oblania go zimną wodą. Stanowczo zaczynał 

się w niej budzić duch.

- Dla niego jesteś zrządzeniem losu, chociaż i tak nadal uważam, że popełniasz wielki błąd.

- Dziękuję - mruknęła Mattie.

- Cholera. Zdaje się, że znowu cię uraziłam, co? A tak naprawdę przyszłam cię przeprosić. 

Mattie. Kompletnie wygłupiłam się dziś rano przez telefon. Jest mi bardzo przykro, że tak na ciebie 

nakrzyczałam.

Mattie uniosła brwi. Przeprosiny za wybuch, Ariel bądź innego członka rodziny, były nie 

mniejszą rzadkością niż kurze zęby. W klanie Sharpe'ów eksplozje temperamentu traktowano jak 

normę. Nikt z wyjątkiem Mattie nigdy się nimi nie przejmował.

- Nie martw się, Ariel - powiedziała łagodnie. - Znakomicie cię rozumiem. Wygłupiłabym 

się dokładnie tak samo, gdybym pokłóciła się z Hughem, a potem stwierdziła, że on spędza noc u 

ciebie.

- Dziękuję, Mattie. Bardzo jesteś wyrozumiała.

- Dobra. Przeprosiłaś mnie, a ja powiedziałam, że nie ma za co. Tak miało być. A teraz 

powiedz, czego tym razem chcesz.

Ariel znów chlipnęła w chusteczkę.

- Myślisz, że dobrze mnie znasz, prawda?

- No, znam cię całe życie - przypomniała jej Mattie z uśmiechem.

- Naprawdę musiałaś wiele znieść z mojej strony przez te wszystkie lata, co?

- Nie było tak źle. - W Mattie obudziła się czujność.

-   Kiedy   dorastałyśmy,   czasem   miałam   o   to   wyrzuty   sumienia,   chociaż   wiedziałam,   że 

właściwie nie ma powodu. Przecież to nie moja wina, że odziedziczyłam talent, a ty nie, prawda?

- Oczywiście, że nie.

- Zawsze chciałam, żebyś znalazła sobie coś, w czym byłabyś dobra, żebym nie musiała ci 

tak cholernie współczuć. Tyle razy próbowałaś się w czymś sprawdzić i wszystko kończyło się 

klęską. Pamiętasz ten rok, kiedy postanowiłaś zostać baletnicą, jak babcia.

176

background image

-   Nie   przypominaj   mi.   Kulałam   potem   tygodniami   od   tych   wszystkich   ćwiczeń   przy 

poręczy.

Ariel uśmiechnęła się.

- A potem uznałaś, że zostaniesz wielką malarką,  jak mama.  Siedziałaś  do trzeciej  nad 

ranem i ćwiczyłaś rysunek. Tylko nigdy nie potrafiłaś narysować porządnego aktu.

- Nie wyszłam poza martwą naturę - przyznała Mattie. - A był jeszcze taki rok w college'u, 

kiedy chciałam pisać, tak jak tata. O tym też nie musisz mi przypominać, Ariel. Powiedz po prostu, 

o co ci chodzi.

Ariel dramatycznie westchnęła.

- Trudno to ująć w słowa. Może dlatego, że przed założeniem tej galerii próbowałaś bez 

powodzenia tylu zajęć, nauczyłaś się czegoś, czego nikt z nas nigdy nie musiał się uczyć.

Mattie przyjrzała się siostrze, wspominając lata swoich deprymujących porażek.

- Czego twoim zdaniem się nauczyłam?

- Nie wiem. - Ariel machnęła ręką, w której trzymała wilgotną chusteczkę. - Chyba jak sobie 

dawać radę z normalnym życiem. Jak godzić się z niepowodzeniem i próbować czego innego. Może 

jak ryzykować. Zrozum, w rodzinie nikt oprócz ciebie nie musiał tego robić. Każde z nas wiedziało, 

że ma  talent.  Czasem bywaliśmy  przez to odrobinę znerwicowani, musieliśmy pracować, żeby 

zapanować   nad   talentem   i   nauczyć   się   go   sprzedawać,   ale   zawsze   w   głębi   duszy   byliśmy 

przekonani, że go mamy. Ty nigdy nie miałaś takiej wewnętrznej pewności.

- No, owszem, dochodziłam do swojego metodą prób i błędów. Wcale tego nie ukrywam.

Ariel wydmuchała nos w chusteczkę.

- Ale dzięki tym próbom i błędom łatwiej się przystosowujesz. Lepiej rozumiesz innych 

ludzi. Chętniej godzisz się z ich małymi dziwactwami i słabostkami. Nie jesteś nieprzystępna.

- No, mam miękkie serce. Czego ode mnie chcesz?

Ariel uniosła głowę. Popatrzyła jak wybitna tragiczka.

- Chcę, żebyś mi poradziła, do cholery.

- Poradziła? Ty prosisz mnie o radę?

- Proszę cię, Mattie, nie każ mi padać na twarz. Pomóż mi. Nie wiem, do kogo innego 

mogłabym się zwrócić. Ty robisz takie wrażenie, jakbyś rozumiała mężczyzn dużo lepiej ode mnie. 

W   twoim   towarzystwie   wszyscy   dobrze   się   czują.   Nigdy   przedtem   nie   przejmowałam   się 

samopoczuciem mężczyzny w mojej obecności. Nigdy nie musiałam się tym przejmować. Ale teraz 

proszę, żebyś mi podpowiedziała, jak postępować z Flynnem. Nie chcę go stracić, Mattie. Boję się. 

I jestem w ciąży.

177

background image

Rozdział czternasty

J

esteś   w   ciąży?   -   Przez   dłuższą   chwilę   Mattie   nie   przyszło   do   głowy   nic   innego,   co 

mogłaby powiedzieć. - Czy Flynn o tym wie? - spytała w końcu.

Ariel pokręciła głową.

- Nie. Sama wiem od bardzo niedawna. Jeszcze mu nie powiedziałam.

Mattie rozważyła sprawę.

- Czy jest z tym jakiś kłopot? Chcesz mieć dziecko?

- Tak, ale widzisz, Mattie, boję się. Powiedziałam ci, że nie jestem taka jak ty. Nie umiem z 

biegu znaleźć się w każdej sytuacji. Nie jestem dobra w rozwiązywaniu problemów. Przestałam 

brać pigułki, bo Flynn gadał ciągle o dzieciach i o tym, jak mi tyka zegar biologiczny. Teraz stało 

się, a ja nie wiem, co robić. Zaczynam wariować, kłócę się z Flynnem i zarzucam tobie, że z nim 

śpisz. Nie mogę malować. Czuję się, jakbym szła po bagnie. To jest okropne.

- Kiedy zamierzasz powiedzieć Flynnowi o dziecku?

- Nie rozumiesz? Boję się mu powiedzieć. Jestem śmiertelnie przestraszona, że kiedy się o 

tym dowie, jeszcze bardziej będzie chciał wprowadzić swoje obrazy w obieg komercyjny. Nie chcę, 

żeby dla mnie rzucał sztukę, Mattie. Nie mogę mu pozwolić na takie poświęcenie.

- Bo w głębi duszy wiesz, że gdyby role się odwróciły, to nie zrobiłabyś tego dla niego? - 

podsunęła cicho Mattie.

Ariel zastygła ze wstrząśniętą miną.

- Boże, masz rację. Masz całkowitą rację.

Mattie   przez   długą   chwilę   wpatrywała   się   w   swoje   paznokcie.   Były   schludne,   krotko 

przycięte, nie pokryte lakierem.

- Chcesz rady? Wobec tego dam ci radę, chociaż nie wiem, ile jest warta. Z tego, co wiem o 

Flynnie,  sądzę, że za maską  mody kryje  się bardzo przyzwoity,  staroświecki  facet,  który chce 

wiedzieć, że robi to, co powinien robić mężczyzna. No, więc pozwól mu to robić. Powiedz mu o 

dziecku. Zachęć go do malowania w bardziej komercyjnym stylu. Pokaż mu, że szanujesz go jako 

mężczyznę, a nie tylko jako artystę, i że go potrzebujesz. Niech zobaczy, że ma swój udział w tym 

małżeństwie.

- Ale ja się boję, że sukces go uwiedzie.

178

background image

- I co w tym złego? Dlaczego Flynn nie ma się przekonać, że umie namalować coś, co 

sprzedaje się jak ciepłe bułeczki? Moim zdaniem właśnie tego mu trzeba. Dlatego nie wciskaj go na 

siłę do innego świata.

- Ale Mattie...

- Ostatnio wielu artystów zaczyna przejawiać bardzo osobiste ambicje. Chcą sukcesu za 

życia, a nie po śmierci. Przez ostatnie sto lat czy coś koło tego taka postawa była niemodna, ale 

poglądy się zmieniają. Niedługo będzie znowu tak, jak za dawnych czasów, zanim ktoś uznał, że 

dobra może być tylko sztuka, której nikt nie rozumie.

Odgłos na progu sprawił, że Mattie podniosła głowę. Stała tam Shock Value Frederickson z 

włosami w odcieniu srebrnoczarnym. Trzymała w ramionach duży metalowy przedmiot, niemal 

dorównujący jej wielkością.

Mattie uśmiechnęła się niemrawo.

- A skoro mowa o wielkiej sztuce... Shock Value, na Boga, co ty nam tu niesiesz?

Shock Value spojrzała bojaźliwie na Ariel.

- Czy ja w czymś nie przeszkadzam? Suzanne powiedziała, że nie jesteście zajęte.

Mattie   już   była   na   nogach,   obchodziła   biurko,   żeby   dokładniej   obejrzeć   rzeźbę,   którą 

trzymała Shock Value Frederickson.

- Możesz przeszkadzać mi zawsze i wszędzie, jeśli przyjdziesz z czymś takim w objęciach. 

To jest fantastyczne, Shock. Absolutnie fantastyczne.

Shock Value uśmiechnęła się od ucha do ucha. Najwyraźniej poczuła wielką ulgę.

- Nazwałam to Na krawędzi. Naprawdę ci się podoba?

- Bardzo. Zawsze wiedziałam, że masz talent, Shock, ale to jest nieziemskie. Tylko popatrz, 

Ariel. - Mattie wzięła strzelisty, niezwykle ekspresyjny twór od Shock Value i postawiła go na 

podłodze przed biurkiem.

Ariel w zamyśleniu przyjrzała się rzeźbie.

-   Masz   rację,   Mattie.   To   naprawdę   jest   coś.   Bardzo   mocne.   Wystawisz   to   w   Sharpe 

Reactions?

- Pewnie, że tak. Shock musi pokazać się publiczności. Ale to nie będzie na sprzedaż. Od tej 

chwili rzeźba jest tylko i wyłącznie moja. Podpisujemy umowę, Shock.

Shock Value uśmiechnęła się.

- Mogę dać ci ją za darmo, Mattie. Mam u ciebie dług. Zdaje się, że duży. Nawet nie 

pamiętam, ile.

- Nie taki duży - zapewniła ją Mattie. - Jeśli nie chcesz wycenić rzeźby, sama to zrobię. 

Usiądź, a ja wypiszę fakturę zakupu.

179

background image

Shock Value zajęła miejsce na krześle.

-   Ulżyło   mi,   że   to   jest   w   porządku.   Przez   cały   czas   nie   byłam   pewna   tego,   co   robię. 

Powinnam sobie na pewien czas dać spokój z wielkim miastem. Za dużo tu się dzieje, to odrywa od 

pracy, wiesz, Mattie? Chyba potrzebuję zmiany środowiska. Pojechałabym gdzieś, gdzie mogłabym 

odetchnąć i w spokoju rozwinąć to nowe podejście do materiału.

Mattie podniosła wzrok znad kartki.

- Naprawdę tak myślisz?

Shock Value skwapliwie przytaknęła.

-   Przy  pracy  nad   tym   żelastwem   czułam,   że   skręcam   o   dziewięćdziesiąt   stopni.   Muszę 

zgromadzić   w   sobie   więcej   tej   nowej   energii.   Nie   chcę   się   kompletnie   izolować,   ale   muszę 

wyjechać   z   wielkiego   miasta.   Zatrzymać   się   w   jakimś   spokojnym   miejscu,   gdzie   mogłabym 

poszukać inspiracji. Myślę, że wiesz, co mam na myśli.

-   Gdzieś,   gdzie   nie   sprzedają   kolorowego   żelu   do   włosów   i   nabijanych   gwoździami 

skórzanych spodni? - spytała z uśmieszkiem Ariel.

- Chyba tak - przyznała Shock Value. - Ale żeby tam było ładnie.

- Może chciałabyś się wybrać na tropikalną wyspę? - podsunęła Mattie.

- Och, to byłoby doskonałe - powiedziała Shock Value z uśmiechem.

M

usisz ze mną iść, Mattie. Nie mam odwagi zrobić tego sam. Bóg wie, że nie jestem 

Hemingwayem. - Emery Blackwell opadł bezwładnie na krzesło w pokoiku na zapleczu galerii 

Mattie. - Ty mnie w to wpakowałaś, więc nie możesz mnie opuścić w godzinie potrzeby.

- Oczywiście, że z tobą pójdę - zapewniła go Mattie. - Nie mogę się doczekać, aż zobaczę to 

na własne oczy. Daj mi tylko chwilę na skończenie papierkowej roboty, akurat nie mogę przerwać. 

Może masz ochotę na filiżankę ziołowej herbaty lub czegoś innego na nerwy?

- Na herbatę nie. Raczej na odrobinę whisky.

Drzwi pokoiku otworzyły się. Hugh zrobił krok do środka i zatrzymał się, spostrzegłszy 

Emery'ego. Zmarszczył brwi.

- Jak to jest, Blackwell, że ostatnio nie mogę zrobić kroku, żeby nie nadziać się na pana albo 

na Graftona? Obaj zaczynacie mnie cholernie drażnić.

Emery spojrzał na niego z arystokratyczną pogardą.

- Jeśli razi pana moja obecność, Abbott, to może pan przejść w inne miejsce, proszę się nie 

krępować. Tak się składa, że w tej chwili nie jest pan tu potrzebny. Za kilka minut Mattie i ja 

idziemy załatwić sprawę.

- Już to widzę. - W głosie Hugh więcej było rezygnacji niż zajadłości.

180

background image

Wolnym krokiem podszedł do biurka, ujął głowę Mattie w dłonie i wycisnął na jej ustach 

brutalny   pocałunek,   o   wiele   bardziej   zaborczy   niż   namiętny.   Tak   całuje   mężczyzna,   gdy  chce 

potwierdzić   swoją   własność   i   odstraszyć   rywala.   Reakcja   kobiety   nie   ma   wtedy   szczególnego 

znaczenia. Chodzi o zrobienie wrażenia na drugim mężczyźnie.

Mattie uśmiechnęła się lodowato.

- No dobra, pokazałeś, o co ci chodzi.

- Dajcie spokój - mruknął Emery. - Mattie, jak ty wytrzymujesz te manifestacje samczej 

siły? Ariel spasowała po kilku tygodniach.

- Większość można po prostu zignorować - wyjaśniła pogodnie Mattie.

Hugh warknął, udając, że jej grozi. Oparł się o biurko Mattie i skrzyżował ramiona.

- Do rzeczy. Co macie załatwić razem dziś po południu?

- Zamierzamy iść na spacer, wszystkiego dwie przecznice dalej. Celem jest księgarnia przy 

tej samej ulicy - poinformował go Emery. - Mam szczerą nadzieję, że to nie uwłacza pańskiemu 

archaicznemu poczuciu męskiego terytorializmu.

- Cholera jasna, nie - powiedział Hugh. - Będę towarzyski, pójdę z wami.

- Czy nie powinien pan w tym czasie pracować? - spytał z naciskiem Emery.

-   Wziąłem   wolne   popołudnie.   Mogę   sobie   na   to   pozwolić.   Mam   niesłychanie   ważne 

dyrektorskie stanowisko. Kompletny odlot.

- Dziwna sprawa - mruknął Emery pod nosem.

Mattie rozsiadła się wygodniej.

- Nie ma potrzeby, Hugh, żebyś z nami szedł. To nam zajmie dosłownie kilka minut.

- Nie  ma  lekko,  mała.  Akurat nie  planowałem  nic  innego. Mogę się kopnąć  do dobrej 

księgarni, czemu nie?

- Czy pan umie czytać? - spytał Emery.

- W szczytowej formie nawet bez poruszania wargami.

- Gratulacje. To wielkie osiągnięcie dla człowieka pańskich, dość szczególnych, przyznaję, 

talentów.

- Panowie, panowie - przerwała im stanowczo Mattie. - Byłabym  wdzięczna, gdybyście 

takie przepychanki urządzali na zewnątrz i z dala ode mnie. Wyjdźcie, proszę, jeśli nie potraficie 

zachować się grzecznie w stosunku do siebie. Albo obaj łaskawie się zamknijcie i poczekajcie, póki 

nie skończę, a potem pójdziemy do księgarni we troje.

- Dobra - zgodził się Hugh. - A po co właściwie urządzamy tę wielką rodzinną wycieczkę?

- Idziemy obejrzeć pierwszą książkę z nowej, detektywistycznej serii Emery'ego. Wczoraj 

przywieziono ją do księgarni, a od dziś jest wystawiona do sprzedaży.

181

background image

- Skąd wiesz?

- Dzwoniłem zapytać - wyjaśnił chłodno Emery. - Oczywiście anonimowo.

Hugh wyszczerzył zęby.

- Oczywiście. Założę się, że anonimowo dzwoni pan po księgarniach od kilku tygodni.

Emery westchnął.

- Słowo daję, Mattie. Co ty w nim widzisz?

- Trudno to czasem wytłumaczyć - przyznała Mattie.

- Nie zaczynajcie - ostrzegł Hugh.

- Podobno utrzymuje pan, że przeprowadził się pan do Seattle na stałe, a w każdym razie na 

długo. Tak mówi Mattie. - Emery założył nogę na nogę i wyrównał kant na spodniach. - Osobiście 

uważam, że pan łże jak z nut.

- Czyżby?

Mattie niespokojnie podniosła głowę, usłyszała bowiem, że ton głosu Hugh staje się coraz 

chłodniejszy.

- Tak - potwierdził Emery. - Pan po prostu spiskuje, Abbott. Założę się, że mówiąc coś 

takiego, chciał pan zyskać na czasie. A w sekrecie nieustannie knuje pan porwanie Mattie na tę 

wymazaną z map wysepkę, którą zwie pan swoim domem.

- A jeśli nawet? - wycedził Hugh. - Czy miałby pan coś przeciwko temu?

- W istocie rzeczy miałbym. Mattie jest cywilizowaną kobietą i zasługuje na cywilizowane 

środowisko. Naturalnie decyzję podejmie sama, ale jedno jasno panu powiem, Abbott.

- Mianowicie? - Temperatura głosu Hugh spadła do dziesięciu stopni poniżej zera.

- Mattie jest moją przyjaciółką. Jeśli dojdą do mnie wiadomości, że nie traktuje jej pan 

dobrze albo nie dba o jej szczęście, to będzie pan miał ze mną do czynienia. Rozumiemy się?

- A cóż to będzie, Blackwell? Pojedynek na pistolety bladym świtem?

Mattie zerwała się z miejsca, niezwykle wzburzona.

- Przestańcie obaj natychmiast. Dość tego, słyszycie?

Emery majestatycznie wstał.

- Uważaj, Abbott, co robisz. Jesteś ode mnie parę lat młodszy,  ale to znaczy tylko, że 

miałem parę lat więcej na trening. Mogę okazać się niemiły i całkiem sprawny. - Odwrócił się do 

Mattie. - Czy jesteś gotowa do wyjścia, moja droga?

- Nie jestem pewna. - Mattie zerknęła najpierw na jednego, potem na drugiego. - To jest dla 

mnie całkiem nowe doświadczenie. Nigdy dotąd mężczyźni się o mnie nie bili. Tak dobrze się 

bawię słuchając, jak na siebie warczycie i kłapiecie zębami, że szkoda mi kończyć tę zabawę.

182

background image

- Nie martw się - pocieszył ją Hugh, biorąc Mattie pod ramię i pociągając w stronę drzwi. - 

Nie sądzę, żebyśmy mieli przestać tylko z powodu znalezienia się w publicznym miejscu.

- Prawdę mówiąc, właśnie tego się obawiam - powiedziała Mattie. - Mam dobrą reputację w 

sąsiedztwie. Jestem znana jako ta spokojna z sióstr Sharpe. Zazwyczaj nie robię hałaśliwych scen.

Emery uśmiechnął się po królewsku.

- Zapewniam cię, Mattie,  że co do mnie  możesz  być  zupełnie  spokojna, nie narobię ci 

najmniejszych  kłopotów. Oczywiście nie mogę mówić za tego tu piekielnika. Trzymanie  go w 

ryzach muszę zostawić tobie.

- Odpręż się, mała - powiedział Hugh. - Obiecuję, że nie urwę Emery'emu głowy, póki 

będziemy w księgarni.

-   Rozumiem,   że   to   zapewnienie   musi   mi   wystarczyć.   Chodźmy.   -   Mattie   pierwsza 

przekroczyła   próg  swojego  biura  i   przeszła   przez  salę   wystawową.  Skinęła  swojej   pomocnicy, 

siedzącej tam przy biurku. - Za parę minut wrócimy, Suzanne.

- Dobra, szefowo.

W dużej pobliskiej  księgarni  Aksjomat Saint Cyra  stał w dziale literatury kryminalnej  i 

wabił czytelników okładką. Był dokładnie tam, gdzie powinien być. Amatorów wertowania książek 

zachęcał do kupna wyraźną informacją, że jest to utwór miejscowego autora.

Mattie   rzuciła   okiem   na   wyrazistą   okładkę   z   jej   dyskretnym,   aluzyjnym   erotyzmem   i 

uściskała Emery'ego.

-   Wspaniała!   -   wykrzyknęła.   Puściła   Emery'ego   i   cofnąwszy   się   o   krok,   przyjrzała   się 

książce pod wszystkimi możliwymi kątami. - Absolutnie przepiękna! Będzie się sprzedawać jak 

szalona.

- A to czemu? Autor jest zupełnie nieznany. - Emery przyjrzał się dokładnie pseudonimowi, 

którym podpisał powieść, i pokręcił głową. - Jeszcze jeden kryminał, których na rynku i tak jest za 

dużo.

- Okładka załatwi sprawę - zapewniła go Mattie. - A kiedy przeciętny oglądacz książek 

przeczyta pierwszą stronę, natychmiast się wciągnie. Zaraz ci pokażę. Zrobimy mały eksperyment. - 

Wzięła ze stojaka egzemplarz Aksjomatu Saint Cyra i podała go Hugh.

- Co mam z tym zrobić? - spytał Hugh, lustrując okładkę.

- Zostałeś wybrany na ochotnika do odegrania roli przeciętnego amatora książek. Poddamy 

cię testowi na miejscu. Przeczytaj pierwszą stronę.

- Nie poruszając wargami - dodał Emery.

Hugh spojrzał na Mattie.

- Czy muszę?

183

background image

- Owszem, musisz. Do roboty.

Z   ostentacyjną  niechęcią  Hugh  otworzył  książkę  i   przebiegł   wzrokiem   pierwszy  akapit. 

Przeszedł do drugiego i trzeciego.

Gdy odwrócił stronę, Mattie uśmiechnęła się szeroko. Wyrwała mu książkę z ręki.

- Widzisz, Emery? Jeśli nawet Hugh nie był w stanie się oprzeć i przewrócił stronę, to nikt 

się nie oprze.

Twarz Emery 'ego przybrała niezwykły odcień czerwieni.

- Bardzo mi pan pochlebił, Abbott.

- Nie ma sprawy - mruknął Hugh. - Chciałem po prostu skończyć zdanie, to wszystko.

- Jak chcesz skończyć, to kup książkę. - Mattie odłożyła powieść na stojak. - Muszę już 

wracać do pracy. Emery, początek nowej kariery jest za tobą. Gratuluję.

Saint Cyr nigdy nie dostanie Nagrody Pulitzera - zasępił się Emery.

- A kogo to obchodzi? Będzie się sprzedawał, a to jest lepsze niż wszelkie nagrody.

Emery zdobył się w końcu na wątły, smutny uśmiech.

- Mattie, moja droga, skąd u ciebie tyle pewności siebie w zgadywaniu, jak zachowa się 

rynek?

- Sprawność zawodowa - powiedziała Mattie. - Hugh, przestań podglądać, co jest na drugiej 

stronie. Kup książkę Emery'ego i koniec. Emery na pewno złoży ci autograf, jeśli go o to ładnie 

poprosisz. Prawda, Emery?

- Pewna sprawa - powiedział Emery.

Hugh wziął z lady egzemplarz Aksjomatu Saint Cyra.

- Autografu nie trzeba - burknął.

Emery westchnął.

- Mattie, moja droga, naprawdę bardzo mnie martwi, że zaręczyłaś się z człowiekiem o tak 

zadziwiająco małej ogładzie. Zasługujesz na znacznie więcej.

-   Wiem,   ale   kobieta   w   moim   wieku   nie   może   być   zbyt   wybredna   -   odrzekła   Mattie   z 

prowokującym uśmiechem. Przyszło jej do głowy, że przekomarzanie się z Hughem bywa czasem 

zabawne.

Hugh zapłacił za książkę, nie zwracając uwagi na nich dwoje. Wrócili do Sharpe Reactions 

w milczącej zadumie. Przy drzwiach galerii Emery stanął i spojrzał z głęboką troską na Mattie.

-   Moja   droga,   nie   potrafię   wyrazić,   jak   wielki   jest   mój   dług   u   ciebie.   Dopiero   teraz 

zaczynam   to   sobie   uświadamiać.   Muszę   ci   powiedzieć,   że   naprawdę   przeszył   mnie   dreszczyk 

emocji, kiedy zobaczyłem nakład Aksjomatu Saint Cyra w księgarni. Ma o wiele lepszą dystrybucję 

niż którakolwiek z moich ważniejszych książek.

184

background image

-   Poczekaj   tylko   na   wydanie   kieszonkowe.   Zobaczysz,   jak   leży   w   supermarkecie   obok 

brukowych magazynów i bateryjek. - Mattie zachichotała. - Wtedy przekonasz się, że naprawdę 

docierasz do czytelników.

Emery roześmiał się i pocałował ją w czoło.

- Kto by pomyślał... Życie czasem płata dziwne figle.

- Niewątpliwie tak.

- Pewnie dlatego jest takie ciekawe. - Emery zmarszczył czoło, spoglądając na Hugh, który 

obserwował tę scenę z poirytowaną miną. - Życzę ci szczęśliwego zakończenia twojego dziwnego 

figla, Mattie. Pilnuj go. Na twoim miejscu nie wierzyłbym mu ani trochę. On zamierza wywieźć cię 

na wyspę, moja droga. Wspomnisz moje słowa.

Odszedł w swoją stronę. Mattie i Hugh stali przez chwilę w milczącym napięciu.

- Czy tak? - spytała w końcu Mattie.

- Czy jak? - Wzrok Hugh wciąż trzymał się pleców Emery'ego.

- Czy planujesz mnie wywieźć na swoją wyspę, czy też zamierzasz osiedlić się na stałe w 

Seattle?

- Wciąż mi nie ufasz, mała, co?

- Hugh, z ufnością złożyłabym w twoje ręce własne życie. Miałam zresztą do tego ostatnio 

kilka okazji.

- Ale w głębi serca mi nie ufasz?

- Zastanawiam się nad tym.

- Zastanów się koniecznie. - Przyciągnął ją do siebie i chciwie pocałował w usta. - Zastanów 

się dobrze. Bo tak czy owak, coś z tego wyjdzie.

H

ugh   odłożył   olbrzymi   stos   wydruków  z  jedynego   krzesła   w   pokoju   biurowym   pana 

Johnsona   i   usiadł.   Skupiony   młody   człowiek   w   rogowych   okularach,   sportowym   obuwiu, 

obszernych spodniach treningowych i pogniecionej białej koszuli spojrzał na niego nieufnie,

- Powiedziałem, że zatelefonuję, jeżeli będę coś miał, panie Abbott.

- Przypadkiem przechodziłem obok, więc pomyślałem, że wpadnę i dowiem się, jak panu 

idzie - skłamał Hugh. Dział przetwarzania danych w Vailcourt International znajdował się kilka 

pięter poniżej pomieszczeń dyrekcji i dla Hugh nie był po drodze donikąd. - Powiedział mi pan 

wczoraj, że potwierdziło się przypuszczenie, że na scenie politycznej Czyśćca pojawił się nowy 

człowiek. Chciałem sprawdzić, czy nie doszukał się pan nazwiska albo jakichś innych poszlak.

Johnson westchnął, zdjął okulary i przetarł dłonią nasadę nosa.

185

background image

- Jeszcze nie. Powiedziałem, że zadzwonię. Słowo skauta, panie Abbott. Wiem, że to jest dla 

pana ważne.

- Bardzo ważne.

-   Łapię,   w   czym   rzecz.   Na   razie   mogę   powiedzieć   tylko   tyle,   że   sytuacja   na   Czyśćcu 

odrobinę się zmieniła. Nikt jeszcze dokładnie nie wie, w jaki sposób. I jak się wydaje, nikogo to nie 

obchodzi. Dałem panu wszystko, co byłem w stanie wygrzebać z dwóch czy trzech znakomitych 

baz danych wywiadu. Więcej po prostu w nich nie ma. Przede wszystkim dlatego, że sytuacja na tej 

głupiej wyspie nikogo nie interesuje.

- Z wyjątkiem mnie.

- No, właśnie. - Johnson wziął do ręki długopis i postukał nim niecierpliwie w biurko. - 

Zadzwonię, jak coś znajdę.

- Pora nie gra roli. Noc czy dzień, wszystko jedno. - Hugh wstał.

- Jasne. Pora nie gra roli - powtórzył znużonym tonem Johnson.

Przy drzwiach Hugh przystanął.

-   Pan   naprawdę   wszedł   do   dwóch   czy   trzech   rządowych   baz   danych?   Do   baz   danych 

wywiadu? Coś takiego jest możliwe?

- Ano tak. To moja praca, panie Abbott.

Hugh skinął głową, poruszony tym osiągnięciem.

- Szkoda, że nie znałem pana dawniej. Z tym pańskim komputerem bylibyście dla mnie na 

wagę złota.

- Naprawdę? A co pan dawniej robił?

- A, nic ważnego. Proszę do mnie zadzwonić. Jak najszybciej.

Johnson   zadzwonił   jeszcze   tego   samego   popołudnia   o   wpół   do   szóstej.   Hugh   właśnie 

szykował się do wyjścia ze swego biura. Dwoje jego pomocników już wyszło do domów, więc 

przyjął telefon osobiście.

- Pan Abbott? Tu Johnson z Działu Przetwarzania Danych. Chyba mamy dla pana odrobinę 

więcej, niż było. To wszystko właśnie spływa, więc później może być jeszcze odrobinę więcej. 

Niewiele, ale zawsze coś.

- Zaraz do pana przyjdę. - Hugh przerwał połączenie i wykręcił numer galerii Mattie. - To 

ja, mała. Posłuchaj. Wrócę do domu trochę później, bo do jednego z komputerów na dole spływają 

jakieś informacje na temat Czyśćca.

-   Dobrze.   Ile   się   spóźnisz?   -   spytała   Mattie   dość   nieprzytomnie.   Usłyszał   w   tle   głosy, 

zorientował się więc, że w galerii zapewne są klienci.

- Nie wiem. Czekaj na mnie.

186

background image

-  Uważaj na siebie po drodze do domu - powiedziała machinalnie. - Będzie już ciemno. 

Wieczorami Pierwsza Aleja bywa nieprzyjemna.

Przez chwilę Hugh rozkoszował się tym, że ktoś się o niego zatroszczył.

- Będę uważał, mała. Na razie. - Rzucił słuchawkę na widełki i szybkim krokiem skierował 

się do windy.

M

attie czuła, jak przestrzeń między ścianami zaczyna się ścieśniać.

- Kolana wyżej i wyrzut, wyrzut, wyrzut...

Od dudniącego pulsowania rockowej muzyki i rytmicznego tupotu ćwiczących drewniana 

podłoga   sali   gimnastycznej   drżała.   Mattie   wyrzuciła   nogę   najwyżej,   jak   potrafiła,   wykonała 

podskok, zwrot i wraz z całą grupą zaczęła się hałaśliwie przemieszczać w drugi koniec sali.

Jej   babka   baletnica   przewróciłaby   się   w   grobie.   Mattie   skierowała   do   niej   w   myślach 

serdeczne przeprosiny, jak zwykle podczas zajęć aerobiku, a potem jeszcze bardziej dynamicznie 

przecwałowała do drugiej ściany i zawróciła. Technika i gracja nie miały tu wielkiego znaczenia. 

Babka  zawsze  fanatycznie   zwracała  uwagę  na  te  dwa  czynniki.   W  pamięci   Mattie   wciąż   żyły 

wykłady, których jako dziecko wysłuchała przy poręczy, gdy była zdecydowana iść w ślady babki.

To był z jej strony poważny błąd. Jeszcze jeden niewłaściwy wybór.

Ogłuszona   grzmotem   gitar   elektrycznych,   wykonała   szaleńczy   nawrót.   Słyszała 

przyśpieszone bicie swego serca. Pot nasączał cienką, elastyczną tkaninę trykotu.

Pomysł  pójścia na wieczorną grupę aerobiku nawiedził  ją znienacka po telefonie  Hugh, 

który   zapowiedział,   że   spóźni   się   do   domu.   Mattie   nie   była   tego   dnia   na   zajęciach   grupy 

południowej,   w   których   zazwyczaj   brała   udział   trzy   lub   cztery   razy   w   tygodniu.   Teraz,   po 

półgodzinie intensywnego ćwiczenia poczuła, jak poziom stresu w jej organizmie z każdą chwilą 

opada.

- I skłon! - zakrzyknęła instruktorka ponad łoskotem muzyki. - I wyrzut nogi... dwa, trzy, 

cztery i skłon... dwa, trzy, cztery...

Mattie   energicznie   wymachiwała   nogami,   świadoma   faktu,   że   ma   do   pokonania   bardzo 

poważny stres. Napięcie narastało z dnia na dzień. Mattie coraz bardziej czuła presję otoczenia. 

Było   to   całkiem   namacalne,   przygniatała   ją   zła   energia,   równie   przykra   jak   fizyczny   bodziec 

wywołujący klaustrofobię.

Wiedziała, że prędzej czy później będzie musiała podjąć decyzję. Emery,  Ariel i ciotka 

Charlotte  prawdopodobnie mieli  słuszność  w sprawie  Hugh. On wcale  nie zamierzał  zostać  w 

Seattle na stałe. Grał na zwłokę, a przecież nie był cierpliwym człowiekiem.

187

background image

Musiał wkrótce nadejść dzień, w którym Hugh wróci z pracy i oznajmi, że dał jej już dość 

czasu na nabranie do niego zaufania. I zapowie, że odlatuje na Saint Gabriel samolotem o szóstej 

następnego ranka.

A wtedy ona będzie musiała podjąć decyzję. Ściany naprawdę zamykały się wokół niej 

coraz ciaśniej.

- W górę i w bok, w górę i w bok, w górę i w bok...

Nie była gotowa do powtórnego podjęcia ryzyka. Nie mogła być substytutem Ariel.

- Wypchnąć, ściągnąć, wypchnąć, ściągnąć, wypchnąć, ściągnąć...

Hugh   twierdził,   że   zostanie   w   Seattle   tak   długo,   jak   będzie   to   konieczne.   Ale   Mattie 

wiedziała  swoje. Czuła, że Hugh traci  cierpliwość. Przez trzy ostatnie  ranki budziła  się rano i 

zastawała go, jak leży obok i wpatruje się we wschodzące słońce. Instynkt powiedział jej, że Hugh 

myśli o swojej wyspie, o firmie i wymarzonym domu.

- Przysiad i podskok, dwa... trzy... cztery. Przysiad i podskok, dwa... trzy... cztery...

Ciotka Charlotte miała rację. Hugh nie był stworzony do życia w wielkim mieście. Zaczął 

realizować  swoje marzenia  na odludziu, na wyspie,  i teraz  porzucone marzenia  wzywały go z 

powrotem. Mattie próbowała sobie wmówić, że jej marzenia są związane z Seattle, ale odzywał się 

w niej głos, który temu przeczył.

- I dwa, trzy, cztery, i przysiad, obrót, wyrzut... i dwa trzy...

Będzie musiała podjąć decyzję. Zastanawiała się, ile czasu jej zostało. Ściany stanowczo ją 

dusiły.

W pół godziny później, gdy wzięła już prysznic i przebrała się w prążkowany kostium, szyty 

na   miarę,   wyszła   z   klubu   gimnastycznego   i   ruszyła   w   drogę   do   domu,   znajdującego   się   pięć 

przecznic dalej. Zapadł już zmierzch, padał lekki deszcz. Pomyślała, że Hugh zmoknie wracając. 

Nigdy nie pamiętał o wzięciu parasola do biura.

Odgłos kroków na chodniku w mieście trudno było uznać za coś niezwykłego, ale w tych 

właśnie  krokach  było  coś   szczególnego,  od  czego  po  plecach  Mattie  przebiegł   zimny  dreszcz. 

Kobieta mieszkająca samotnie w wielkim mieście wyrabia sobie umiejętność zachowania się na 

ulicy. Wie zatem, że są kroki i kroki.

O tej porze przechodniów było niewielu. Deszcz i zimno spłoszyły ludzi, którzy pochowali 

się   w   budynkach.   Nieliczni   śpieszyli,   by   schronić   się   na   przystankach   autobusowych,   w 

restauracjach albo garażach. Mattie zaczęła  wsłuchiwać się w czyjeś  kroki za swoimi plecami, 

wyczekując zmiany ich rytmu.

Ale kroki nie stawały się ani szybsze, ani wolniejsze. Stukały miarowo, jakby dostosowały 

się do energicznego tempa marszu Mattie.

188

background image

Mattie wmawiała sobie, że ulega paranoicznym lękom. Nie było powodu do popłochu. W 

najgorszym razie zawsze mogła wybiec na środek jezdni i krzyczeć, jakby ją obdzierano ze skóry.

Chyba że ten, kto za nią idzie, nagle skoczy i wciągnie ją w zaciemnioną alejkę.

Mocniej przycisnęła torebkę do ciała, zacisnęła dłoń na uchwycie aktówki i zboczyła ku 

zewnętrznej   krawędzi   chodnika.   Przypomniała   sobie,   że   kiedyś   radzono   trzymać   się   dla 

bezpieczeństwa blisko krawężnika.

Czuła, że ktoś za nią idzie. Po kręgosłupie przebiegały jej ciarki. Na rogu niespodziewanie 

się odwróciła.

Zobaczyła   na   chodniku   dwóch   mężczyzn.   Jeden   miał   w   dłoni   kluczyki   i   zmierzał   do 

samochodu   zaparkowanego   przy   krawężniku.   Drugi   oglądał   pobliską   wystawę   sklepową.   Miał 

czapkę na głowie i wysoko postawiony kołnierz zielonego trencza. Przez moment Mattie dostrzegła 

jednak jego twarz i stwierdziła, że jest to młody człowiek, prawdopodobnie tuż po dwudziestce. Nie 

wyglądał na ulicznego oprycha, raczej na żołnierza, zwłaszcza że miał płaszcz stosownego kroju.

Naprawdę   ulegała   paranoicznym   lękom.   Może   trochę   za   długo   mieszkała   w   wielkim 

mieście? Przeszła na drugą stronę ulicy i przyśpieszonym krokiem ruszyła do następnej przecznicy. 

W pół drogi obróciła się i przekonała, że mężczyzna, który oglądał przedtem wystawę, nadal idzie 

za nią. Coś złowrogiego unosiło się w powietrzu.

Przegrała walkę z niepokojem. Pomyślała, że pewnie tego pożałuje, ale miała tylko jedną 

możliwość. Skręciła w pierwsze rzęsiście oświetlone drzwi, które zobaczyła.

Znalazła się w podejrzanej, zadymionej tawernie. Z małych głośników płynęła chrypliwa 

muzyka. Przemieszane wonie alkoholowych wyziewów, tytoniu i starego, wysmażonego tłuszczu 

tworzyły gęstą atmosferę. Kilku mężczyzn siedzących na stołkach przy barze odwróciło się w jej 

stronę i przyjrzało jej się z pożądliwym zainteresowaniem,

Mattie zignorowała ich. Ścisnęła pod pachą torebkę jak chyba jeszcze nigdy dotąd. Kelnerka 

przystanęła i zlustrowała ją od stop do głów.

- Pomóc w czymś? - spytała bez zainteresowania.

- Chciałabym skorzystać z telefonu.

- W głębi, niedaleko toalet.

Idąc pod ostrzałem spojrzeń w stronę aparatu, Mattie starała się trzymać wzrok odwrócony 

od mężczyzn przy barze.

Sprowadzanie   taksówki,   żeby   przejechać   nią   dwie   przecznice,   wydało   jej   się   śmieszne. 

Kierowca   byłby   prawdopodobnie   wściekły,   że   prawie   nic   nie   zarobił.   Najpierw   należało   więc 

zatelefonować do domu.

Hugh podniósł słuchawkę po pierwszym dzwonku.

189

background image

- Gdzie jesteś, Mattie, do jasnej cholery? Słyszę odgłosy baru.

- A ja w dodatku czuję zapachy baru. - Skrzywiła nos, bo z toalet dolatywał ohydny smród. - 

Jestem dwie przecznice od domu, Hugh. Strasznie mi głupio, że o to proszę, ale czy mógłbyś po 

mnie przyjść? Na chodniku przed knajpą stoi facet, który chyba za mną szedł.

- Co to za knajpa? - spytał Hugh, teraz już ze znajomym chłodem w głosie.

Mattie podała mu adres.

- Czekaj blisko drzwi. Nie ruszaj się stamtąd, póki nie przyjdę. Rozumiesz?

- Rozumiem. - Mattie odwiesiła słuchawkę i odbyła potwornie długą drogę wzdłuż rzędu 

mężczyzn przy barze. Wmawiała sobie, że potrafi dać sobie radę ze wszystkim, co ci panowie mogą 

nagle wymyślić. Bądź co bądź, przeżyła nawet bójkę w barze na Saint Gabriel. Ta myśl dodała jej 

otuchy. 

Mimo  to  gdy pięć   minut  później   stanął  w  drzwiach   śmiertelnie  wystraszony  Hugh,  nie 

wahała się ani chwili. Rzuciła mu się prosto w ramiona.

190

background image

Rozdział piętnasty

C

o ty sobie, do cholery,  wyobrażałaś?  Czemu  szłaś  sama  do domu  w środku nocy?  - 

wściekał się Hugh, patrząc z góry na Mattie.

-   To   wcale   nie   był   środek   nocy,   Hugh.   Była   dopiero   siódma.   -   Mattie   siedziała   z 

podkurczonymi nogami na kanapie i popijała z filiżanki ziołową herbatę. - Z góry wiedziałam, że 

nie powinnam po ciebie dzwonić. Wiedziałam, że tylko będziesz na mnie wrzeszczał.

- Mam prawo wrzeszczeć. O tej porze nie masz nic do roboty na ulicy.

- Nigdy dotąd nic mi się nie przydarzyło, chociaż wiele razy wracałam z aerobiku po pracy.

- Jeden raz wystarczy. Cholera jasna, wielkie miasto nie jest bezpiecznym miejscem dla 

samotnej kobiety.

-   Od   razu   ci   powiem,   że   nigdy   w   życiu   nie   namówisz   mnie   do   przeprowadzki   na 

przedmieścia. Tam dopiero jest dżungla.

- Ja nie żartuję. - Hugh pochylił się nad nią z groźną miną i oparł dłonie na oparciu kanapy, 

po obu stronach głowy Mattie. - Ulice wielkiego miasta są niebezpieczne, temu nie zaprzeczysz. To 

ty mnie ostrzegałaś, żebym uważał wracając do domu, pamiętasz?

Trudno było nie zgodzić się z tym argumentem.

- Masz rację. Ale to dlatego, że nie jesteś przyzwyczajony do Seattle. Nie mieszkasz tutaj 

dostatecznie długo, żeby czuć ulicę. Dopiero musisz się nauczyć, jak się mieszka w śródmiejskiej 

dzielnicy.

- Czyżby? Rozumiem, że ty to wiesz, bo świetnie czujesz ulicę.

- Oczywiście - odparła lekko. - Dzisiejszy incydent był bardzo nietypowy. Zresztą dałam 

sobie radę, prawda?

- Przestań mnie głupio przekonywać. Powiedzmy krotko: w tej sprawie ja mam rację, a ty 

nie. Kropka. Na wyspach Pacyfiku byłabyś o wiele bezpieczniejsza niż tu, w Seattle. Gwarantuję ci 

to, cholera jasna.

- Czy mogę ci przypomnieć, że na tych twoich wyspach spotkałam więcej przemocy niż 

gdziekolwiek indziej przez resztę życia?

Hugh przeczesał palcami włosy.

- To nie była zwyczajna sytuacja.

- Tak samo jak tu dziś wieczorem.

191

background image

- Cholera jasna, Mattie...

- Ale co najważniejsze - powiedziała dobitnie Mattie - nie jestem przyzwyczajona, żeby ktoś 

mnie rugał tylko dlatego, że miałam drobny kłopot w drodze do domu.

- Musisz się przyzwyczaić. A skoro już o tym mowa, to przyzwyczaj się również, że nocami 

nie wracasz sama do domu - oświadczył Hugh bardzo stanowczo.

- Nie jestem pewna, czy to mi się podoba.

- Że zabraniam ci wracać samej do domu w nocy? Życia nie znasz, mała. Zobaczysz, jak 

będzie wyglądał twój regulamin po ślubie.

- Przez trzydzieści dwa lata znakomicie obchodziłam się bez twoich regulaminów, Hugh. 

Cholera jasna, nie powinnam była po ciebie dzwonić. Nic takiego się nie stało.

Spojrzał na nią morderczym wzrokiem.

- Nic się nie stało? Lazł za tobą jakiś łobuz, który mógł kombinować dosłownie wszystko, 

od wyrwania ci torebki po poderżnięcie gardła albo gwałt. I ty to nazywasz niczym?

- Chyba zareagowałam zbyt emocjonalnie. Może nikt mnie nie śledził. Może ten człowiek, 

który był za mną na ulicy, po prostu szedł do domu tak jak ja.

-   O   ho   ho.   Teraz   tak   mówisz,   bo   jesteś   bezpieczna   w   cieple   domowego   ogniska.   Ale 

dwadzieścia minut temu, jak znalazłem cię w tym cholernym barze, śpiewałaś inaczej. A propos, 

czemu weszłaś akurat do tej knajpy? Straszna mordownia. Wszyscy faceci rozbierali cię wzrokiem.

-   To   było   pierwsze   miejsce,   które   mi   się   nadarzyło,   kiedy   postanowiłam   zadzwonić. 

Powiedz lepiej, Hugh, czy dalej będziesz tak na mnie wrzeszczał, czy możemy coś zjeść? Jestem 

głodna.

- Mam prawo być zaniepokojony, Mattie.

- Wiem. Ale mówiłam ci, że nie jestem do tego przyzwyczajona - wyjaśniła cicho.

Przez długą chwilę przyglądał jej się w zamyśleniu.

- No, chyba rzeczywiście - powiedział w końcu. - Zawsze sama o siebie dbałaś, prawda?

Uśmiechnęła się niepewnie.

- Podobnie jak ty.

- Na to wychodzi. Niech tam, zjedzmy coś. Skończę cię ochrzaniać potem.

Mattie wstała z kanapy.

- Mam trochę gryczanego makaronu i warzyw. Coś z tego przyrządzę.

- Wybij to sobie z głowy. Po takich emocjach potrzebuję czegoś bardziej treściwego. - Hugh 

już sięgał do aparatu telefonicznego. - Zamówię pizzę.

Mattie ogarnęła zgroza.

- Pizzę!

192

background image

- Miałem ciężki dzień, Mattie. Potrzebuję uczciwego jedzenia. Coś ci nawet powiem. To, że 

można w środku nocy zamówić pizzę z dostawą do domu jest jedynym plusem życia w wielkim 

mieście, jaki do tej pory odkryłem. A czekając na pizzę, możemy sobie strzelić po drinku. Dobrze 

nam zrobi.

W trzy kwadranse później Mattie musiała przyznać, że aromat świeżej pizzy jest znacznie 

bardziej apetyczny niż powinien. Postanowiła tego wieczoru przymknąć oko na zrównoważone 

kalorycznie posiłki i trochę sobie użyć. Zasługiwała na drobne złagodzenie rygorów.

-   Jak   ci   poszło   z   tym   facetem   od   komputerów   w   Vailcourt?   -   spytała   pakując   do   ust 

ociekający sosem kęs.

- Nie miał zbyt  wiele informacji. Tylko nazwisko, które być  może nosi facet, po cichu 

kręcący teraz wszystkim na Czyśćcu.

- Jakie to nazwisko?

- McCormick. John McCormick.  Nic nikomu  to nie mówi.  Facet pojawił się dosłownie 

znikąd. Nie ma o nim żadnych danych. Nie wiadomo, gdzie był, co robił, nic. A to oznacza, że 

nazwisko jest fałszywe. Johnson próbuje szperać głębiej, ale mówi, że prawdopodobnie nie znajdzie 

dużo. Zadzwoniłem do Silka i powtórzyłem mu to nazwisko. Może na wyspach już coś znaczy.

Mattie skinęła głową.

- Gibbs się znalazł?

-   Nie.   Musiał   sobie   poszukać   bardziej   bezpiecznego   miejsca   na   ziemi.   Chętnie 

dowiedziałbym się, co go tak spłoszyło i kto zabił Roseya.

- Może ten McCormick?

-   Na   to   wygląda,   ale   po   co   miałby   to   robić?   Jego   władza   na   Czyśćcu   wydaje   się   nie 

zagrożona. Co mu szkodzi, że parę płotek poznało jego nazwisko? Przecież ono i tak jest w danych 

komputerowych. Facet nie może liczyć na to, że zachowa je w tajemnicy.

- Sam powiedziałeś, że to nazwisko dla nikogo nic nie znaczy - zwróciła mu uwagę Mattie. - 

Może   Gibbs   i   Rosey   dowiedzieli   się,   w   czym   rzecz.   Może   poznali   prawdziwe   nazwisko,   a 

McCormickowi się to nie spodobało?

- Albo zobaczyli coś, czego nie powinni - powiedział Hugh w zamyśleniu. - Dwaj tacy 

obwiesie mogli łatwo się znaleźć w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie.

- Albo śmierć Roseya w ogóle nie ma nic wspólnego z tym McCormickiem - podsunęła 

Mattie. - To mógł być niefortunny zbieg okoliczności.

Hugh spojrzał na nią bardzo kwaśno.

- Wybitnie niefortunny.

- Takie rzeczy się zdarzają, sam wiesz.

193

background image

- O ile wiem, to nie takie.

M

attie przyglądała się trzem akrylom, które Flynn oparł o jej biurko. Ariel zatrzymała się 

gdzieś   przy   drzwiach,   wyjątkowo   przygaszona.   W   niewielkim   pokoiku   na   zapleczu   panowało 

napięte milczenie, jakie zawsze w tej sytuacji towarzyszy spotkaniu artysty z pośrednikiem.

Wreszcie Mattie uśmiechnęła się swobodnie.

- Bardzo mi się podobają - powiedziała. - Jestem wręcz zachwycona.

- Na pewno? - spytał Flynn, wstrzymując oddech.

Mattie   poczuła   radosny   dreszczyk,   jaki   przebiegał   ją   zawsze,   gdy   dokonała   cennego 

odkrycia.   Miała   przed   sobą   żywe,   poruszające   wizje,   które   Flynn   zaczerpnął   ze   swej 

niezaprzeczalnie bogatej wyobraźni. Nie były to mroczne, groteskowe, nieokreślone sceny, które 

stanowiły   treść   poprzednich   jego   prac.   Tym   razem   obrazy   zwracały   uwagę   bogactwem   barw, 

światła i energii. Mattie była pewna, że sprzeda je na pniu.

-  Znakomite   -   powiedziała,   nie   mogąc   oderwać   oczu   od   mieniącego   się   świetlnymi 

refleksami przedstawienia kobiety, która stojąc przy oknie obserwuje niepokojąco dziki pejzaż. - 

Wszystkie trzy natychmiast wieszam na ścianie. Zgoda?

Flynnowi zaświeciły się oczy.

- Zgoda. - Popatrzył,  jak Mattie obchodzi biurko, żeby wyciągnąć z szuflady formularz 

umowy.

- Dobre są, prawda Mattie? - Ariel podeszła bliżej. Teraz, gdy sąd został wydany, odzyskała 

nieco pewność siebie. - Nie wiem, czemu tak zniechęcałam Flynna do namalowania czegoś dla 

ciebie.  Martwiłam się, że będzie prostytuować swój talent. To głupie. Jak w ogóle można  coś 

takiego prostytuować? Talent albo jest, albo go nie ma.

- Właśnie taka filozofia przyświeca mi od pierwszego dnia prowadzenia galerii - stwierdziła 

Mattie.

- A Flynn ma wielki talent, nie sądzisz?

- Zdecydowanie. Aż go rozsadza. I wreszcie znalazł sposób, żeby pokazać swój talent innym 

ludziom. Tym, którzy mają dość pieniędzy, by za niego zapłacić.

Kątem oka Mattie dostrzegła, że po tej pochwale Flynn się rumieni. Zasłużył sobie na nią, 

pomyślała. Zabawny był natomiast zwrot, jakiego dokonała Ariel. Niczego nie można porównać z 

zapałem neofity.

- Jakie to ma znaczenie, że przez pewien czas Flynn będzie schlebiał modzie? - żarliwie 

spytała Ariel. - Wszyscy wielcy artyści przeszłości tak robili. Sama pomyśl: Rafael, Michał Anioł, 

194

background image

Rubens... Wszyscy musieli zadowolić swoich mecenasów. Sztuka zawsze powstawała gdzieś na 

cienkiej granicy między wizją jednostki a czytelnym dla publiczności zapisem tej wizji.

Mattie zerknęła na Flynna i wyjęła z szuflady potrzebne papiery.

- Podzielam tę opinię. Ale ponieważ utrzymuję się ze sprzedaży komercjalnego chłamu, 

więc nie jestem bezstronna.

- Nie mów tak, Mattie - zaperzyła się Ariel. - Nikomu nie wciskasz matadorów malowanych 

na czarnym aksamicie i dobrze o tym wiesz. Pracujesz nad wykształceniem następnego pokolenia 

kolekcjonerów sztuki. Uświadamiasz im istnienie wybitnych artystów, takich jak Flynn, a przez to 

poszerzasz ich horyzonty.

- Boże - mruknęła Mattie. - Moja siostra stała się gorliwą wyznawczynią sztuki dla mas. 

Jestem wstrząśnięta, nie wiem, co robić.

- Nie drażnij się ze mną. - Ariel jęknęła.

- No, dobrze. Przepraszam.

- Nie ma sprawy. Zasłużyłam sobie.

Mattie popatrzyła na uśmiechniętego Flynna.

- We Włosienicy jest jej zupełnie nie do twarzy, co?

- Oj, zupełnie. Na szczęście zdecydowanie nie lubi jej wkładać. - Flynn szeroko uśmiechnął 

się do żony.

Ariel pokazała im obojgu język i radośnie zachichotała.

- Powiedziałam Flynnowi o dziecku, wiesz, Mattie?

- To był ostateczny argument w dyskusji, co mam malować w najbliższym czasie - dodał 

stanowczo Flynn. - Co za emocjonujące wydarzenie. Tylko sobie wyobraźcie, będę tatą! Dzisiaj 

rano poszedłem kupić farby i pędzle dla dziecka.

- Będziesz fantastycznym ojcem - zapewniła go Mattie. Pierwszy raz pozwoliła sobie na 

zastanowienie,  jakim ojcem byłby Hugh. Uznała,  że prawdopodobnie  nadopiekuńczym.  Ale na 

pewno oddanym dziecku. Taki człowiek jak on zawsze bardzo poważnie podchodzi do swoich 

obowiązków.

Przypomniała  sobie,  co kiedyś  w ogniu  sprzeczki  powiedział  jej  o swoim  dzieciństwie. 

Instynktownie wiedziała wtedy, że za nic nie pozwoliłby, by jego doświadczenia powtórzyły się, 

gdy sam zostanie ojcem. Wiele musiały go nauczyć, na pewno więc starałby się zapewnić dziecku 

zupełnie inną przyszłość.

Takich ludzi rzadko się teraz spotyka. Może zresztą zawsze rzadko ich się spotykało.

Ściany znów zaczęły się ścieśniać. Mattie wzięła kilka głębokich oddechów. Miała jeszcze 

czas. Nie musiała podejmować nagłych decyzji.

195

background image

Drzwi biurowego pokoiku otworzyły się i do środka wszedł powoli Hugh, niosąc otwartą 

butelkę jej ulubionej wody mineralnej.

- Ostatnio straszny tutaj tłok - powiedział. - Ile razy przyjdę, tyle  razy natykam  się na 

byłego, obecnego lub przyszłego członka rodziny.

-   Skoro   mowa   o   rodzinie,   Hugh   -   odezwała   się   Ariel   -   to   w   imieniu   Flynna   i   moim 

ostrzegam cię, żebyś opiekował się Mattie. Nie wiem, co ona w tobie widzi, ale dopóki coś widzi, 

masz zachowywać się przyzwoicie. Spróbuj tylko drugi raz tak ją unieszczęśliwić jak poprzednio, 

to pożałujesz.

Hugh spojrzał bykiem na Mattie.

- Obiecaj  mi,  że  bez względu  na okoliczności  nie  będziesz  już nieszczęśliwa  - zażądał 

władczym tonem. - Nie mogę znieść myśli, że musiałbym się tłumaczyć przed tą parą i Emerym 

Blackwellem, i Charlotte Vailcourt, i twoimi rodzicami, i diabli wiedzą kim jeszcze, kto uważa, że 

trzeba cię przede mną chronić.

Mattie uśmiechnęła się przewrotnie, nagle rozweselona.

- Wygląda na to, że musisz uważać, Hugh.

- Przez moją dobroduszność wyraźnie cierpię wskutek coraz silniejszego stresu. - Jednym 

haustem dopił wodę mineralną i okropnie się skrzywił. - Boże, co za potworność.

- Więc po co to pijesz? - zainteresował się Flynn.

- Mattie uważa, że jest dla mnie zdrowsze niż woda sodowa.

- Lepiej napiłbyś się dobrej kawy z ekspresu - powiedział Flynn. - Chodź, zapraszam cię. 

Dzisiaj świętuję.

S

tojąc   nieco   później   przy   stoisku   warzywnym   na   Pike   Place,   gdzie   Mattie   wybierała 

brokuły, Hugh tłumaczył sobie, że mówiąc w galerii o stresie żartował. Ale prawda była taka, że 

stres istotnie dawał mu się we znaki.

No,   może   nie   było   to   najwłaściwsze   słowo.   Może   dręczyło   go   zwykłe,   staroświeckie 

poczucie winy.

Hugh nie lubił poczucia winy. Rzadko go zresztą zaznawał. Zazwyczaj bronił się przed nim 

pewnością siebie i własnym kodeksem honorowym. Zdarzało mu się, owszem, że czegoś żałował, 

ale żeby czuł się winny?

Wiedział, że jego obecnego zwątpienia nie wywołała obcesowość takich ludzi jak Emery 

Blackwell czy Ariel, którzy czuli się w obowiązku ostrzec go, że ma dobrze traktować Mattie. Było 

to oczywiste. W razie potrzeby Hugh był gotów oddać za Mattie życie. Wiedział też, że postara się, 

żeby niczego jej nie brakowało. W tradycyjnym rozumieniu nie mógł więc być złym mężem.

196

background image

Problem   polegał   na   tym,   że   wprawdzie   połową   ja   Mattie   była   uroczo   tradycyjna   i 

staroświecka,   ale   za   to   drugą   połową   bardzo   nowoczesna.   Bardzo   wyrafinowana.   Prawdziwa 

Kobieta Nowej Epoki.

Przez ostatnie dni Hugh coraz częściej zastanawiał się, czy jego długofalowy cel, ściągnięcie 

Mattie   na   Saint   Gabriel,   rzeczywiście   ma   sens.   Ona   jest   tak   bardzo   zadomowiona   w   Seattle, 

pomyślał widząc, jak Mattie przesuwa się od brokułów do piramid czerwonych, pomarańczowych, 

żółtych i purpurowych papryk.

Cholera   jasna.   Mattie   była   w   Seattle   szczęśliwa.   Temu   nie   mógł   zaprzeczyć.   Tu   miała 

źródło utrzymania, dające jej finansową niezależność. Miała przyjaciół, rodzinę, karierę, miała swój 

styl życia. Spotykała się z malarzami, pisarzami, ludźmi interesu, a wszyscy okazywali jej mnóstwo 

szacunku.

Wiedział, że biorąc to pod uwagę, nie może jej wiele zaoferować na Saint Gabriel. Silk miał 

rację. Dni, gdy inteligentną, odnoszącą sukcesy kobietę ciągnęło się na odludzie, dawno minęły.

Kiedyś było w życiu dużo łatwiej. Cholera, byłoby mu dużo łatwiej nawet w zeszłym roku, 

gdyby miał dość rozumu, by przyjąć propozycję Mattie od pierwszego razu.

-   Poczekaj,   aż   spróbujesz,   jak   smakują   te   papryczki   przysmażone   na   odrobinie   oliwy, 

zmieszane z oliwkami i kaparami - powiedziała Mattie, jakby zwierzała mu tajemnicę, i zapłaciła za 

towar. - Fantazja. Do tego będą ziemniaki i zupa z kabaczków.

-   Mattie?   -   Hugh   wziął   od   niej   torbę   z   brokułami   i   papryką,   i   oboje   ruszyli   w   stronę 

następnego stoiska.

- Mhm? - Mattie najwyraźniej była skupiona na obiedzie.

Nie miał pojęcia, o co zapytać ani jak. Do tej pory był bardzo pewny siebie. Absolutnie 

pewny, że gdy przyjdzie czas, Mattie z nim wyjedzie. Uśmiechnął się niewyraźnie.

- Wiesz, rok temu powinienem był cię wziąć na Saint Gabriel.

- Kto wie? - odparła cicho. - Może jednak dobrze się złożyło, że mnie nie wziąłeś.

- Nie - zaprzeczył stanowczo. - Na pewno nie. Straciliśmy cały rok.

Nic nie odpowiedziała.

M

attie wyczuwała, że w stosunku Hugh do niej coś się zmieniło. Nie umiała tego nazwać, 

ale bardzo ją to krępowało. Zastanawiała się, czy mocno ograniczona cierpliwość Hugh nie jest aby 

na wyczerpaniu. Prawdopodobnie Hugh dojrzewa do postawienia mi ultimatum, pomyślała patrząc, 

jak nalewa jej wina do kieliszka.

- Jak ci idzie praca? - spytała, krojąc różnokolorowe papryczki w zębate kołeczka.

197

background image

- W porządku. - Hugh usiadł na stołku przy kuchennym blacie z kieliszkiem wina w ręku i 

przyglądał się, jak Mattie przygotowuje obiad.

- Nie wydajesz się tryskać entuzjazmem.

- Jest tak, jak powiedziałem. W porządku.

- Ile czasu zajmie ci jeszcze opracowywanie systemu zabezpieczeń dla biur Vailcourt? - 

Okrężną drogą chciała się dowiedzieć, ile czasu jeszcze jej zostało. Bała się jednak spytać wprost.

Hugh obrócił kieliszek w dłoniach.

- To zależy.

- Od czego?

- Od mnóstwa rzeczy. Chcesz, żebym w czymś pomógł?

Mattie westchnęła. Tego wieczoru nie należało się spodziewać odpowiedzi.

- Możesz opłukać brokuły.

- Jasne.

Właśnie w chwili, gdy Hugh położył brokuły na durszlaku, rozległ się dzwonek telefonu. 

Mattie podeszła do aparatu. Z zaskoczeniem usłyszała w słuchawce namiętny głos.

- Evangeline? Czy to ty? Własnym uszom nie wierzę. Gdzie jesteś?

- Dokładnie w tym samym miejscu, gdzie byłam, kiedy wyjeżdżałaś. Posłuchaj, Mattie, to 

nie jest taka zupełnie towarzyska rozmowa.

- Czy coś się stało? - Mattie zerknęła w stronę kuchennej wnęki i stwierdziła, że Hugh 

bacznie ją obserwuje.

-   Właściwie   nie.   W   każdym   razie   nie   sądzę.   Ale   nie   jestem   tego   całkiem   pewna.   Czy 

nazwisko Rainbird coś ci mówi?

- Nie. - Mattie zmarszczyła czoło. - Nic. A czemu pytasz?

- Bo wczoraj w nocy miałam klienta zalanego w pestkę, który w kółko gadał o Rainbirdzie. 

A ten Rainbird podobno szuka jakiegoś człowieka, który podczas zamachu dał nogę z Czyśćca. Jest 

wart dla niego kupę szmalu. Przypomniałam sobie tego faceta, co był z tobą.

Wstrząśnięta Mattie wytrzeszczyła oczy.

- Boże jedyny.

- Jesteś pewna, że nazwisko nic ci nie mówi?

- Nie, ale spytam Hugh.

- To znaczy, że on jeszcze z tobą jest?

- No, jest. Często go widuję.

- Tego się obawiałam. Posłuchaj, to nie moja sprawa, ale czy się niepotrzebnie nie narażasz, 

złociutka? Wiesz, jak to jest. Pozwolisz facetowi, żeby się z tobą zaprzyjaźnił, ani się obejrzysz, a 

198

background image

już   chce   działkę   w   zyskach.   Potem   zaczyna   ci   wmawiać,   że   potrzebujesz   jego   opieki.   Potem 

zaczyna ci rozkazywać. No, i nagle masz pieprzonego alfonsa.

- Wiesz...

- Pomyśl o tym, złociutka. Dla takich kobiet jak my mężczyźni to nic dobrego. Mamy za 

bardzo niezależną naturę. Dobra, muszę kończyć.  Ktoś idzie. Pewnie klient. Uważaj na siebie, 

słyszysz? i pilnuj się faceta nazwiskiem Rainbird.

- Będę uważać. Aha, Evangeline...

- Słucham, złociutka?

- Dziękuję za telefon. Miło było cię usłyszeć. - Mattie wolno odłożyła słuchawkę i spojrzała 

z zamyśleniem na Hugh.

- Evangeline Dangerfield? Czego ona chce, do jasnej cholery? - spytał nerwowo.

-   Przede   wszystkim   była   bardzo   zaniepokojona,   że   wciąż   jeszcze   spotykam   się   z   tobą. 

Powiedziała, że dla kobiety interesu, takiej jak ja, mężczyźni to nic dobrego.

Hugh zaklął.

- Oto dlaczego mężczyzna powinien sprawdzać, z kim przyjaźni się jego kobieta. Zaczynasz 

się zadawać z kobietami w rodzaju Evangeline i przejmujesz od nich idiotyczne poglądy. Czy tylko 

dlatego do ciebie zadzwoniła?

- Nie. Hugh, czy nazwisko Rainbird coś ci mówi?

- Cholera jasna. - Hugh upuścił  do zlewu durszlak z brokułami,  jakby nagle zaczął  go 

parzyć. - Rainbird?! Powiedziałaś: Rainbird?

- Chyba tak brzmiało to nazwisko - powiedziała Mattie, bardzo spłoszona reakcją Hugh.

Wypadł zza kuchennego blatu i w jednej chwili znalazł się przy niej. Jego oczy przybrały 

barwę kryształów lodu. Instynktownie chciała się cofnąć, ale nie zdążyła. Chwycił ją i postawił tuż 

przed sobą.

- Skąd znasz to nazwisko? - spytał z napięciem.

- Od Evangeline - wybąkała Mattie.

- Jezu Chryste!

-   Powiedziała,   że   jeden   z   jej   klientów   się   upił   i   opowiadał   o   człowieku   nazwiskiem 

Rainbird, który szuka kogoś, kto uciekł z Czyśćca podczas zamachu. Czy sądzisz, że chodzi o 

Roseya? Czy raczej o Gibbsa?

Hugh pozostawił pytanie bez odpowiedzi.

- Dlaczego Evangeline do ciebie zadzwoniła?

199

background image

-  Bo   wiedziała,   że   uciekłam   z   tobą   z   Czyśćca   i   zastanawiała   się,   czy   Rainbirdowi   nie 

chodziło   o   ciebie.   Ale   to   chyba   niemożliwe,   prawda?   Hugh,   co   jest   grane?   Dlaczego   tak   się 

zachowujesz?

- Rainbird. Właśnie to słowo próbował powiedzieć Rosey.

- Hugh?

- Spytałem, kto go napadł. Na chwilę otworzył oczy, spojrzał na mnie i powiedział: „rain”. 

Myślałem, że chodzi mu o deszcz, który padał tamtej nocy. Ale on próbował powiedzieć Rainbird. 

Tylko nie zdołał dokończyć.

Mattie zaczerpnęła głęboki oddech. Przypomniała sobie ostatnie słowa Paula Cormiera.

- „Reign in hell...”

Hugh popatrzył na nią.

- „Rainbird in hell”, Rainbird w piekle. Paul próbował zostawić mi wiadomość, że Rainbird 

jest na Czyśćcu. Cholera jasna!

- Kto to jest? - Tłumiona wściekłość Hugh gwałtownie podnosiła jej poziom stresu. Mattie 

czuła, jak palce Hugh wpijają jej się w ramię. - Co o nim wiesz?

- Przede wszystkim już dawno powinien być na tamtym świecie. - Hugh spojrzał na telefon. 

- Cholera jasna, to ja powinienem  porozmawiać  z tą Evangeline.  Skąd dzwoniła?  Od siebie z 

pokoju?

- Tak. Powiedziała, że idzie do niej klient.

- Klient może potrzymać zapięty rozporek chwilę dłużej. - Hugh wyciągnął portfel i zaczął 

przekładać jakieś karteczki.

- O, jest.

- Co?

- Rachunek za nasz pokój. Jest na nim numer do hotelu. - Zanim skończył  zdanie, już 

telefonował.

Mattie   czuła   napięcie   promieniujące   od   Hugh.   Był   to   znak   gotowości   do   walki,   coś 

przerażająco męskiego, co budziło jej trwogę. Czekała w milczeniu, aż Hugh uzyska połączenie. W 

chwilę później odezwał się recepcjonista.

- Niemożliwe, żeby jej nie było - powiedział Hugh do słuchawki. - Dopiero co do nas 

dzwoniła. Jest z klientem, więc nie podnosi słuchawki. Idź pan po nią na górę. Natychmiast!

Mattie zadrżała, słysząc ten bezwzględny ton. Rozejrzała się dookoła. Miała wrażenie, że 

przez ostatnie kilka minut temperatura w mieszkaniu spadła o kilka stopni. Po dłuższej chwili Hugh 

odezwał się znowu.

- A niech to jasna cholera! - Cisnął słuchawkę.

200

background image

- Wyszła?

Skinął głową.

- Zaraz po telefonie do ciebie. Frontowymi drzwiami, z walizką.

- Sama? Czy z tym człowiekiem, który szedł do niej do pokoju? Hugh, czy sądzisz, że może 

jej grozić niebezpieczeństwo?

- Nie wiem. - Hugh znowu wybierał jakiś numer.

- Do kogo dzwonisz?

- Do Silka.

Znowu nastąpiła pełna napięcia pauza, wreszcie zniecierpliwiony do ostateczności Hugh 

ponownie cisnął słuchawkę na widełki.

- Cholera jasna! - zaklął znowu. - Niech to szlag trafi! Rainbird! Po tylu latach!

Mattie usiadła na brzegu kanapy, z rękami skrzyżowanymi na brzuchu.

- Czy nie sądzisz, że powinieneś mi powiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi?

Spojrzał   na nią   tak,  jakby  go zaskoczyło,   że  jeszcze  tam  jest.  Był   oddalony  o miliony 

kilometrów.

- Nie.

Wytrzeszczyła na niego oczy absolutnie skonsternowana.

- Hugh, nie możesz tak po prostu powiedzieć „nie”. Musisz mi wytłumaczyć, co się dzieje. 

Ja też jestem w to wmieszana.

- Nie. Nie jesteś wmieszana i nie będziesz. Silk i ja zajmiemy się Rainbirdem i będzie po 

wszystkim. Tym razem na dobre.

- Nie możesz mnie ze wszystkiego wyłączyć.

- Wcale cię nie wyłączam. To nie ma z tobą nic wspólnego.

- Gówno prawda - powiedziała Mattie, szczerząc zęby w uśmiechu.

- Nie wtrącaj się, Mattie. Ja się tym zajmę.

Coś w niej nagle pękło. Podskoczyła ze złości, zacisnęła dłonie w pięści.

- Posłuchaj mnie, Hugh! Przejadły mi się twoje uniki, gdy pytam o przeszłość, a także twoje 

rozkazywanie. Masz ty tupet, wiesz? Nie chcesz powiedzieć mi niczego o sobie, ale oczekujesz ode 

mnie, że rzucę wszystko i przeniosę się z tobą na tę głupią wyspę!

- Spokojnie, mała. Nigdy nic takiego nie powiedziałem.

- Nie  musiałeś  tego  mówić.  - Mattie  szalała.  - To jest oczywiste  od samego  początku. 

Dlaczego twoim zdaniem jestem ostatnio w takim stresie? Wiedziałam,  że prędzej czy później 

postawisz mnie pod ścianą i zmusisz do podjęcia decyzji. Ale jak mogę podjąć decyzję, skoro 

nawet nie chcesz mi powiedzieć, kim jesteś ani gdzie byłeś przez większą część swojego życia? 

201

background image

Teraz przeszłość do ciebie wróciła i wisi nad tobą. A to znaczy, że będzie miała wpływ na naszą 

przyszłość. Dlatego żądam od ciebie prawdy.

- Moja przeszłość nie ma na ciebie żadnego wpływu - wycedził, jakby dobitnym tonem 

mógł uwiarygodnić te słowa.

- Wszystko, co ma wpływ na ciebie, ma również wpływ na mnie. - Mattie była bliska łez. - 

Nie rozumiesz? Kocham cię, Hugh. Kocham cię! Muszę wiedzieć, co tu się dzieje.

Przypatrywał  się jej długą chwilę. Potem bez słowa otworzył  przed nią ramiona, a ona 

wtuliła się w niego. Całował ją po włosach i trzymał przy sobie tak mocno, że Mattie bała się o 

całość swoich żeber.

- Och, mała - szepnął ochryple. - Nie chciałem, żebyś się kiedykolwiek tego dowiedziała. 

Bardzo nie chciałem.

202

background image

Rozdział szesnasty

K

iedyś,   dawno   temu   -   wolno   powiedział   Hugh   -   pracowałem   dla   niejakiego   Jacka 

Rainbirda. - Wypuścił Mattie z uścisku i podszedł do okna. Zaczął się gapić przez poznaczone 

deszczem szyby. - Nie było to zajęcie przynoszące szczególną satysfakcję.

- Co dla niego robiłeś? - Głos Mattie brzmiał cicho, przebijała z niego głęboka troska.

Hugh zastanawiał się, ile czasu upłynie, nim to zatroskanie przemieni się w niechęć.

- Dużo rzeczy.

- Hugh, nie czas teraz na okrągłe słówka. Muszę wiedzieć, co tu się dzieje.

Westchnął ciężko.

- Pewnie masz do tego prawo. No, więc słuchaj. Kiedy skończyłem z wojskiem, dostałem 

pracę w firmie, która organizowała nocne loty czarterowe w Ameryce Południowej. Szef tej firmy 

brał   każdy   ładunek,   kazał   latać   przy   każdej   pogodzie   i   nie   zadawał   żadnych   pytań.   Płacił 

niezgorzej. Właśnie od tego szalonego człowieka nauczyłem się wszystkiego, co wiem o czarterach. 

Nawiasem mówiąc, wtedy poznałem Silka.

- Pracował w tej samej firmie?

Hugh skinął głową.

- Silk i ja stworzyliśmy zespół. Czego jeden nie potrafił, czy to w powietrzu, czy na ziemi, 

potrafił zwykle drugi. Czasem start po dostarczeniu ładunku był poważnym wyzwaniem.

- Bo samoloty nie były właściwie utrzymane? - spytała Mattie.

Przyjrzał się odbiciu jej zatroskanej twarzy w szybie.

- Nie, samoloty były w doskonałym stanie. Była to jedna z dwóch zasad szefa. O samoloty 

dbano zawsze, nawet jeśli wszyscy pracownicy przejściowo głodowali.

- Wobec tego w czym był problem?

- W tym  - wyjaśnił cicho Hugh - że czasem klienci nie chcieli mieć świadków, którzy 

mogliby wywęszyć, co przewiózł samolot. A czasem mieli wrogów, którzy nie chcieli dopuścić do 

dostarczenia ładunku.

- Rozumiem. Bywało niebezpiecznie.

Hugh wzruszył ramionami.

- Czasami. Ale w gruncie rzeczy to nie była najgorsza praca. Silk i ja nawet w pewien 

sposób ją lubiliśmy. Nie było papierów do wypełniania, nie było mundurowani oficjalnych strojów 

203

background image

i   jak   powiedziałem,   szef   miał   tylko   dwie   zasady.   Pierwsza,   jak   już   wiesz,   brzmiała:   Dbaj   o 

samoloty.

- A druga?

- Nie wracaj bez samolotu. Bo, rozumiesz, samoloty są drogie. Znacznie droższe niż piloci.

- Co za zimne wyrachowanie.

- Zwyczajnie dobry interes.

- Samoloty są droższe niż piloci. Słyszałam, jak mówisz coś takiego do Raya i Dereka. - 

Mattie uśmiechnęła się wątle. - Ale przecież nie traktowałeś tego dosłownie. Podkreślałeś tylko, że 

trzeba dbać o samolot.

Hugh uniósł brwi, rozczulony naiwną wiarą Mattie w jego dobre intencje.

- Mój szef traktował te zasady dosłownie. Mimo to przez dość długi okres nieźle nam się z 

Silkiem   powodziło.   Zarobiliśmy   trochę   pieniędzy,   lataliśmy   więcej   niż   trochę   i   na   szczęście 

wracaliśmy całym samolotem. Ale któregoś dnia złamaliśmy zasadę.

- Co się stało?

- Polecieliśmy z ładunkiem do jakiejś zapadłej dziury w Ameryce Południowej. Nazywało 

się to wyposażeniem dla zwariowanej ekspedycji naukowej, obaj z Silkiem wiedzieliśmy jednak, że 

prawdopodobnie mamy na pokładzie coś zupełnie innego.

- Co takiego?

- Broń. Jak zwykle nie zadawaliśmy żadnych pytań. Po prostu chcieliśmy wykonać zadanie i 

bezpiecznie wrócić. Ale tym razem niewiele brakowało, by źle się to dla nas skończyło. Trafili nasz 

samolot. Udało mi się go jeszcze wyciągnąć na jakąś względnie przyzwoitą wysokość, ale nie na 

długo, i wkrótce potem spadliśmy w jakimś paskudnym kraju.

- Boże - szepnęła Mattie.

Hugh uśmiechnął się niewesoło.

- Ej, mała, nie rób takiej przerażonej miny. Przecież wiesz, że nic nam się nie stało.

- Wiem. Ale straciliście samolot.

- I samolot, i pracę. Kiedy w końcu wydostaliśmy się z tej cholernej dżungli, nie byliśmy z 

Silkiem w najlepszej formie. Dżungla w Południowej Ameryce jest dużo bardziej niebezpieczna niż 

tu, na wyspach Pacyfiku. Człowiek jest narażony na wiele przykrych zdarzeń. A wyglądało na to, 

że większości musieliśmy doświadczyć na własnej skórze. Silk podłapał paskudną chorobę, potem 

jacyś   faceci  zrobili  sobie   z  nas   cel   do  ćwiczeń   strzeleckich,   a  co  najgorsze,   po  zapłaceniu   za 

lekarstwa dla Silka zostaliśmy kompletnie bez gotówki.

- Ale znaleźliście inną pracę?

- Tak. U Jacka Rainbirda.

204

background image

Mattie przygryzła dolną wargę.

- Co dla niego robiliście? - spytała w końcu.

- Rainbird był organizatorem i dowódcą oddziału zawodowych najemników - powiedział 

wprost Hugh. - Sprzedawał usługi tego oddziału na całym świecie.

Hugh zobaczył w szybie, jak Mattie wytrzeszcza oczy.

- Zostałeś najemnikiem? Facetem, który strzela za pieniądze?

- Tak. - Hugh starał się w spokoju znieść wstrząs i niedowierzanie, które zabrzmiały w jej 

głosie. Spodziewał się takiej reakcji, ale i tak była dla niego bardzo przykra. Pewnie dlatego, że gdy 

czasem myślał o swojej przeszłości, reagował dokładnie tak samo.

Najemnik.   Człowiek,   który   podpisuje   kontrakt,   by   walczyć   w   nie   swojej   wojnie,   być 

narzędziem czyjejś zemsty. Za gotówkę, płatną z góry.

Ludzie ze świata Mattie, gdzie wielkie bitwy odbywały się wyłącznie na słowa i dotyczyły 

ważkich kwestii zasług artystycznych, mogli jedynie wzdrygnąć się z przerażeniem wobec takiej 

prawdy. W świecie Mattie można było mężczyźnie wybaczyć przyjście na spotkanie z plamami 

farby na rękach, ale nie z plamami krwi.

W świecie Mattie mężczyzna nie utrzymywał się z wojaczki. Musiał mieć cywilizowaną 

przeszłość. Nie było tam miejsca dla ludzi z takim życiorysem jak jego.

Hugh zdał sobie sprawę z tego, że znów paraliżuje go dobrze mu znany chłód. Przeniknął 

nawet jego głos. Po tylu latach ta reakcja następowała automatycznie. Był to mechanizm obronny 

przed   niepomyślnym   obrotem   spraw.   Odrętwiały   od   wewnętrznego   zimna,   Hugh   właściwie 

przestawał cokolwiek odczuwać.

Nie odrywał wzroku od odbicia twarzy Mattie w szybie. Czekał, aż miejsce przerażenia 

zajmą niechęć i obrzydzenie, aż Mattie odwróci się od niego.

Jak zwykle spodziewał się najgorszego. Tyle razy w życiu trafiało mu się już to najgorsze.

- To praca zupełnie nie dla ciebie - powiedziała w zamyśleniu, ściągając brwi. - Nie pasuje 

do ciebie ani trochę.

- Praca nie dla mnie? - Zdumiony Hugh wytrzeszczył na nią oczy. Na chwilę odebrało mu 

mowę. - No... wiesz... - Nie było sensu jej mówić, że był w tym fachu świetny. Nie czuł dumy z 

tego powodu. Poza tym Mattie miała rację. To zajęcie do niego nie pasowało, mimo iż był w nim 

dobry.

- Czy Silk też był w oddziale Jacka Rainbirda? - spytała Mattie.

- Tak. I Paul Cormier. Silk i ja odpowiadaliśmy za logistykę. Musieliśmy zapewnić transport 

oddziału w odpowiednie miejsce i bezpieczny odwrót po wykonaniu zadania. - Hugh mówił powoli, 

wciąż zdetonowany reakcją Mattie na jego wyznanie. - Rainbird prowadził negocjacje z klientami, 

205

background image

dostawał forsę i wypłacał nam działki. Pod tym względem oddział był zorganizowany trochę tak jak 

spółka akcyjna.

- Skąd braliście klientów?

- Czasem było to CIA, czasem kto inny. Bywało, że oddział brał udział w jakiejś operacji, 

którą CIA dyskretnie wspierało zza kulis.

- Paskudna robota.

- Ale stała, a płacą w niej dobrze i o czasie - powiedział szorstko Hugh.

- To oczywiste. Trudno spodziewać się, że ludzie będą ryzykować własną skórę i ładować 

się w nieczyste interesy, jeśli zleceniodawca nie płaci dobrze i o czasie - stwierdziła rzeczowo 

Mattie. - Czym się to skończyło? Dlaczego tak nienawidzisz Rainbirda?

- Zdradził swoich ludzi.

- Zdradził was? - Pierwszy raz Mattie wydała się naprawdę wstrząśnięta. - W jaki sposób?

Hugh wzruszył ramionami.

-   Jak   zwykle   wziął   pieniądze   od   klienta,   ale   wziął   też   pieniądze   od   drugiej   strony. 

Prawdopodobnie druga strona przebiła stawkę. A może mieli jakąś ciekawszą ofertę. Kto wie? 

Może Rainbird chciał się wycofać i wyczuł, że nadarza się okazja zgarnięcia grubej forsy. Wynik 

był   w   każdym   razie   taki,   że   przed   ostatnim   zadaniem   nadał   cały   oddział.   Tamci   doskonale 

wiedzieli, gdzie, kiedy i jak się pojawimy. No, i czekali na nas.

- O Boże, Hugh!

-   Silkowi,   Paulowi,   mnie   i   jeszcze   kilku   chłopakom   udało   się   przeżyć,   ale   większość 

oddziału zginęła.

- A Rainbird?

- Wyparował. Mówiono, że po tym numerze tamci go zabili. Wydawało się to logiczne. Silk, 

ja i reszta przyjęliśmy tę wersję. Bądź co bądź, tamci go przekupili,  więc wiedzieli lepiej niż 

ktokolwiek inny, że nie można mu ufać.

- Też tak myślę.

-  Najemnik   sprzedaje   jedynie   swą   umiejętność   walki   i   lojalność.   Przez   czas   trwania 

kontraktu jedno i drugie należy do klienta. Kiedy o najemniku rozejdzie się pogłoska, że zmienia 

patronów w pół drogi, interes diabli biorą.

- Rozumiem - powiedziała Mattie słabym głosem. Opadła na kanapę. - Wszyscy myśleliście 

więc, że on nie żyje.

- Dobrze wiedział, że to dla niego jedyne wyjście - powiedział Hugh.

- No, tak. Bo ci z was, którzy przeżyli, chcieliby go odnaleźć.

Dłoń Hugh, oparta o ramę okna, zacisnęła się w pięść.

206

background image

- Właśnie.

Mattie podniosła głowę.

- Powiedziałeś, że Paul Cormier również wchodził w skład tego... oddziału najemników.

Hugh skinął głową.

- Cormier był naszym strategiem. Zajmował się tym wiele, wiele lat, o wiele wcześniej nim 

Rainbird wszedł na scenę. U Rainbirda współpracował ze mną i Silkiem w planowaniu operacji. I, 

jak powiedziałem, znalazł się wśród nielicznych, którzy uszli z życiem z ostatniego zadania. Udało 

nam się między innymi właśnie dzięki Cormierowi. On zawsze przygotowywał różne warianty. 

Powiedział mi później, że Rainbird nie był jego pierwszym dowódcą, który zagrał nieczysto.

- Wygląda więc na to, że Cormiera nie zabił przypadkowy rebeliant ani nikt ze zbuntowanej 

służby, prawda? - spytała cicho Mattie.

-   Najprawdopodobniej   za   przewrotem   na   Czyśćcu   stoi   Rainbird.   Sprawę   z   Cormierem 

musiał załatwić na początku, bo Cormier by go poznał.

- I wtedy skrzyknąłby ciebie, Silka i resztę.

- Właśnie. Czyli wygląda na to, że pan pułkownik postanowił wrócić ze świata umarłych, a 

Cormier stanął mu na drodze.

- Co teraz, Hugh?

- Teraz Silk i ja musimy uporządkować dawne sprawy.

- Tego się obawiałam. - Zaczęła nerwowo wykręcać sobie palce. - Nie mam chyba po co 

prosić cię, żebyś zrezygnował ze ścigania Rainbirda?

- Nie.

- Boję się - szepnęła. - Jesteś tylko ty i Silk. A Rainbird rządzi teraz całą wyspą.

- Na pewno ma przy sobie nie więcej niż kilku ludzi. Pięciu, w najgorszym razie sześciu. 

Znam go i wiem, jak myśli. Nigdy nikomu całkowicie nie ufał. Zawsze twierdził, że grono ściśle 

wtajemniczonych powinno być jak najmniejsze. Bo im więcej ludzi, tym więcej okazji do zdrady.

- Ale w jaki sposób utrzymuje władzę na wyspie, mając do dyspozycji tak niewielu ludzi?

- Prawdopodobnie  początkowo, póki  nie poczuł  się pewnie,  było  ich  więcej. Ale teraz, 

według informacji Silka i danych, które Johnson wyciągnął z różnych komputerów, facet, który 

ciągnie za sznurki na Czyśćcu, stara się nie rzucać w oczy. To znaczy, że dogadał się z tamtejszymi 

oficjelami.

- Chcesz powiedzieć, że Rainbird rządzi pieniędzmi, a nie siłą? - spytała bystro Mattie. - To 

rozsądne.

- Mhm. Kupił sobie bezpieczną przystań w miejscu, które nikogo nie interesuje. Nie ma tam 

baz wojskowych, nie ma turystyki, nic nie ma.

207

background image

- Cholera jasna. Nie podoba mi się, że chcecie z Silkiem wziąć to na siebie. Nie możecie 

zwrócić się do rządu albo załatwić tego inaczej? Niech kto inny się zajmie zrobieniem porządku.

- Rządu nie interesuje Czyściec ani Rainbird. Zresztą dla rządu nie ma żadnego Rainbirda, 

tylko jakiś figurant McCormick. Chwilowy dzierżymorda, który być może panoszy się na jakiejś 

nieistotnej wysepce. Dopóki nie zacznie być dla nich kłopotliwy, ma murowany spokój.

Mattie zmrużyła oczy.

- Poza tym ty jesteś w tę sprawę zaangażowany osobiście, tak?

- Owszem.

- Jaki jest ten Rainbird, Hugh?

- Pamiętasz, kiedyś powiedziałem ci, że nawet jeśli ktoś jest szybki, to znajdzie się ktoś 

jeszcze szybszy od niego?

- Pamiętam. To było na Czyśćcu.

- Myślałem wtedy o Rainbirdzie. On zawsze był szybszy.

Mattie wytrzeszczyła oczy.

- Co chcesz przez to powiedzieć?

Hugh wzruszył ramionami.

- Nic więcej. Jest świetny w tym, co robi. Szybki, absolutnie bezwzględny i cwany. Ale 

przede wszystkim szybki.  Nigdy nie widziałem,  żeby ktoś tak znakomicie  reagował. Urodzona 

maszyna do walki. Nad wszystkim świetnie panuje: walka wręcz, pistolet, nóż, pałka czy co tam 

chcesz. Ma błyskawiczne ruchy. Prawie jak rewolwerowiec z westernu.

Mattie zaciskała skrzyżowane ramiona. Była przerażona.

- Ile on ma lat?

- Jest w moim wieku. Może o rok starszy.

- Powiedziałeś, że postanowiłeś trochę zwolnić tempo. Może on też.

- Może. Ale Rainbird zawsze był szybszy. Więc nawet jeśli trochę zwolnił, to i tak pozostał 

znakomity.

- Czy tylko tyle o nim wiesz? Że ma świetny refleks i umie walczyć?

- Nie, parę innych rzeczy też wiem - przyznał Hugh.

- Na przykład?

- Kobiety ciągnęły do niego jak ćmy do płomienia.  Wszystkie.  Młode i stare, biedne i 

bogate,   panny   i   mężatki.   Pewna   piękna   kobieta,   żona   amerykańskiego   dyplomaty   w   Brazylii, 

powiedziała mi kiedyś, że kobiety wiedzą, jaki to jest niebezpieczny człowiek, ale to jeszcze dodaje 

dreszczyku emocji. Podobno hipnotyzuje wzrokiem. Ma coś takiego w oczach.

- W tym opowiadaniu jawi się jak wampir - stwierdziła z niechęcią Mattie.

208

background image

- Wiem tylko, że jest w nim jakaś dziwna siła. Kiedy pragnął kobiety, natychmiast ją miał. 

Każdą. Cormier zawsze twierdził, że człowiek, który może mieć każdą kobietę, nigdy nie nauczy 

się, jak można kochać jedną. Ale nigdy nie zauważyłem, żeby Rainbird z tego powodu narzekał.

- Nic dziwnego. Nawet nie wie, że coś traci. Taki człowiek jest niedojrzały emocjonalnie, w 

głębi serca to tchórz.

Hugh zamrugał zdumiony.

- Rainbird? Tchórz? Skąd wiesz? Przecież nawet go nie znasz.

- Nie, ale widziałam mężczyzn, którzy zmieniają kobiety jak rękawiczki i są niezdolni do 

stałego związku z jedną. Każda kobieta natyka się na kogoś takiego na pewnym etapie życia. Taki 

mężczyzna potrafi być bardzo zajmujący, bo ma wiele powierzchownego uroku, ale inteligentnej 

kobiecie   może   dostarczyć   jedynie   chwilowego   urozmaicenia.   Na   dłuższą   metę   jest   kompletnie 

bezużyteczny. Ciotka Charlotte tłumaczyłaby to prawdopodobnie złym materiałem genetycznym.

- Co ty mówisz? - Hugh był zafascynowany.

-   To   prawda.   Jak   chcesz   znaleźć   u   takiego   mężczyzny   coś   w   głębi,   pod   gładką 

powierzchownością, trafiasz w próżnię. - Mattie lekko wzruszyła ramionami. - Jest tylko skorupa, 

brakuje czegoś bardzo ważnego. Kiedy kobieta mówi o mężczyźnie, że jest nieużytkiem, ma na 

myśli właśnie kogoś takiego. On nie nadaje się do stałego związku, bo nie ma cywilnej odwagi ani 

poczucia lojalności. Nie można mu zaufać. Krotko mówiąc, jest właśnie nieużytkiem.

- Czy wszystkie kobiety patrzą na mężczyzn z takiego punktu widzenia?

- Wszystkie inteligentne.

Wytrzeszczył na nią oczy, w ustach poczuł nagłą suchość. Bał się zadać to pytanie, ale nie 

mógł się oprzeć pokusie.

- Mattie, czy ty na mnie też patrzysz w taki sposób? Czy dlatego nie chciałaś mi dać drugiej 

szansy? Czy dlatego nie chcesz przeprowadzić się na Saint Gabriel? Myślisz, że jestem ludzką 

skorupą?

Pokręciła głową, a potem podeszła do niego szybkimi, małymi krokami i objęła go w pasie.

- Nie, Hugh. Ty wcale nie jesteś taki. Ty jesteś twardy jak skała.

Uśmiechnął się z ulgą.

- Może raczej twardogłowy?

- No, czasem. - Spojrzała na niego lekko zamglonymi zielonozłocistymi oczami. - Ja też 

muszę ci się czasem wydawać twardogłowa, co?

- Nie widzę nic, czego nie można by zmienić na lepsze. - Głos mu spoważniał. Ujął jej twarz 

w dłonie. - Posłuchaj, mała, muszę wracać na wyspy Pacyfiku.

209

background image

- Wiedziałam, że tak powiesz. I wiem, że ci tego nie wybiję z głowy. Ale chcę, żebyś wziął 

mnie ze sobą -  poprosiła. - Nie zniosę czekania tutaj. Nie będę wiedziała, co robisz ani w jakie 

tarapaty się pakujesz. Pozwól mi jechać z tobą.

Zaskoczyła go.

- O, cholera. Nie, mała, nie mogę.

- Pozwól mi przynajmniej polecieć z tobą na Saint Gabriel. Tam mogę poczekać, aż razem z 

Silkiem załatwicie sprawę tego Rainbirda. Proszę cię, Hugh. Nie zostawiaj mnie drugi raz.

- Drugi raz? Mattie, co ty wygadujesz? To jest zupełnie co innego niż wtedy. Jedno nie ma z 

drugim nic wspólnego. Po prostu nie byłoby bezpiecznie, gdybym cię wziął. Naprawdę, mała, nie 

możesz lecieć ze mną.

Oczy wypełniły jej się łzami.

- To samo powiedziałeś poprzednim razem.

- Ale to zupełnie co innego. Nie płacz, Mattie. Na miłość boską, tylko nie płacz.

- Chcę lecieć z tobą. Proszę cię, Hugh. Weź mnie. Na Saint Gabriel będę bezpieczna.

- Nie ma mowy. - Ogarniała go złość. Co za absurdalna sytuacja. - Nie chcę, żebyś była w 

pobliżu tamtego zamieszania. Zostaniesz tu, gdzie ci nic nie grozi.

- Nie możesz mnie zostawić drugi raz.

- Właśnie, że mogę - odpalił. Zacisnął ręce na ramionach Mattie i lekko nią potrząsnął. 

Potem spojrzał w jej załzawione oczy. - Posłuchaj, mała. Zostaniesz tutaj i koniec. To rozkaz.

- W wydawaniu rozkazów jesteś dobry, co? - Pociągnęła nosem i cofnęła się poza zasięg 

jego rąk, a potem pobiegła spiralnymi schodkami na sypialną antresolę.

Hugh przyglądał się, jak Mattie pokonuje metalowe stopnie i rzuca się na łóżko. Potem 

znikła mu z pola widzenia. Słyszał jednak, jak szlocha w poduszkę.

Nie pierwszy raz w życiu czuł się jak bezduszny brutal. Poszedł do kuchni, wylał do zlewu 

nie dokończone wino i wziął sobie szklaneczkę whisky.

Gdy usiadł przy telefonie i zaczął kartkować książkę telefoniczną, Mattie wciąż jeszcze 

szlochała na górze. W dziesięć minut później miał zarezerwowane miejsce w samolocie na  Saint 

Gabriel. Znów czekał go poranny odlot. Tak samo jak poprzednio.

W

  pół godziny później, gdy wciąż jeszcze siedział w tym samym miejscu, nad tą samą 

szklaneczką whisky, usłyszał przytłumione odgłosy na antresoli. Podniósł głowę, ale nie zobaczył 

Mattie. Znowu podszedł do zasnutego deszczowymi strugami okna. Stał i marzył, że Rainbird jest 

już w piekle.

210

background image

Mattie była gotowa pogodzić się z jego przeszłością. Wydawało mu się to oszałamiające. 

Ale jednocześnie miał wrażenie, że nie pogodzi się z jego powtórnym samotnym odlotem na Saint 

Gabriel, chociaż robił to dla jej bezpieczeństwa.  Bardzo chciał,  żeby zrozumiała, ile dla niego 

znaczy jej bezpieczeństwo.

Przypomniał sobie, że Mattie nie jest przyzwyczajona do czyjejś opieki. W tym sęk. Dlatego 

usilnie próbował jej wytłumaczyć, że poprzedni raz się nie powtórzy. Chciał, żeby pojęła, że musi 

zatrzymać ją tysiące kilometrów od Rainbirda dla własnego spokoju ducha i umysłu.

- Hugh?

Usłyszał za sobą ciche kroki, ale nie miał chęci się odwrócić. Musiałby spojrzeć Mattie 

prosto w twarz. Zniósł w życiu wiele, a jednak myśl o wyrzucie, jaki zobaczy w jej oczach, była 

obezwładniająca.

- Słucham, mała?

- O której masz samolot? - spytała zza jego pleców.

- O szóstej.

- Powinnam była wiedzieć.

- Mattie, przykro mi - powiedział szorstko. - Ale musimy tak zrobić.

Przez chwilę trwało milczenie.

- Będziesz na siebie uważał?

- Słowo honoru.

- Wrócisz do Seattle?

- Tak, mała. Na pewno. - Odwrócił się wreszcie i najpierw zobaczył jej nikły uśmiech, a 

potem stwierdził, że Mattie przebrała się w kusą czerwoną sukienkę z Brimstone.

- Jezu, mała...

- Nie chciałam, żebyś mnie zapomniał - szepnęła, obejmując go za szyję.

- Nigdy. Bez względu na to, co się zdarzy. - Ułożył ją u siebie na kolanach i zaczął całować 

z tęsknotą i pragnieniem, o których wiedział, że mogą osłabnąć tylko na krótką chwilę, że będą z 

nim całe życie. - Wrócę.

N

astępnego ranka, odwożąc Hugh na lotnisko, Mattie starała się nie płakać. Uśmiechała się 

z determinacją przez cały czas, nawet gdy machała mu na pożegnanie przy bramce.

Nie pozwoliła sobie na łzy, póki odrzutowiec Hugh nie wytoczył się na pas startowy. Wtedy 

poszła do najbliższej toalety i zaczęła szlochać.

Gdy wreszcie zabrakło jej łez, umyła twarz zimną wodą i ruszyła na parking, by odszukać 

samochód. Wróci, powtarzała sobie. Nie zrobi nic głupiego, nie pozwoli się zranić. Tyle razy udało 

211

background image

mu się przeżyć. Nikt nie potrafi się wydostać z trudnej sytuacji lepiej niż Hugh. Los mu sprzyja. 

Niestety, ów tajemniczy Rainbird był, zdaje się, z tej samej gliny.

Mattie odstawiła wóz do garażu w podziemiach budynku, weszła do mieszkania i przebrała 

się w schludny szary kostium w drobną kratkę. Potem zebrała włosy w koczek na karku i wyszła do 

galerii. Jedynym sposobem na zachowanie względnego zdrowia umysłu aż do powrotu Hugh było 

rzucenie się w wir pracy, żeby nie móc o niczym innym myśleć.

W ciągu dnia zatelefonowała do Charlotte i opowiedziała jej, co zaszło. Ciotka wyraziła jej 

współczucie, sama była jednak przekonana, że wszystko dobrze się skończy.

- Tyle razy dawał sobie radę, że i tym razem w mig wróci - powiedziała. Zawahała się. - 

Czyli w końcu opowiedział ci o swojej tajemniczej przeszłości?

- Z tego, co mówił, wynika,  że przez pewien czas prowadził dość surowy tryb  życia  - 

powiedziała ostrożnie Mattie.

- No, tyle to obie wiedziałyśmy.

- Przez pewien czas był najemnikiem, ciociu.

- Tak przypuszczałam. To tłumaczy wiele jego umiejętności i fachową znajomość pewnych 

zagadnień, jak przyjęłaś tę wiadomość, Mattie? Hugh się bardzo niepokoił twoją reakcją.

- Powiedziałam, że to nie było zajęcie dla niego.

Charlotte roześmiała się.

- Naprawdę? Co za dziwny pomysł.

- Dlaczego?

- Och, bez szczególnego powodu. Po prostu sądziłabym raczej, że był w tym bardzo dobry.

- Nie obchodzi mnie, co Hugh robił w przeszłości ani czy był w tym dobry - powiedziała 

żarliwie Mattie. - Teraz ma nowe, zupełnie inne życie.

- Ale ściga pułkownika Rainbirda - delikatnie przypomniała jej ciotka.

-   To   zadawniona   sprawa   -   odparła   cicho   Mattie.   Wiedziała,   że   pogodziła   się   z 

nieuniknionym. Aby zacząć naprawdę nowe życie, Hugh musiał poczuć się wolny, a tylko on sam 

mógł rozliczyć się z przeszłością. - Musi ją załatwić. Policji, niestety, nie można tego zgłosić.

- Wygląda na to, że to i owo sobie przemyślałaś. Zresztą wcale mnie nie dziwi, że znalazłaś 

w sobie siłę, żeby dojść z tym do ładu. Zawsze byłaś silną kobietą. A Hugh niewątpliwie potrzeba 

silnej   kobiety,   która   nie   tylko   zaakceptowałaby   jego   przeszłość,   lecz   również   teraźniejszość   i 

przyszłość.

- Życie go nie pieściło, ale jednego jestem pewna.

- To znaczy?

- Na pewno nie zgodziłby się żyć niehonorowo.

212

background image

- Zgadzam się z tobą. Wobec tego przyrządź sobie teraz twój soczek, weź parę witamin na 

stres, idź na aerobik i postaraj się za bardzo nie martwić o Hugh. On po ciebie wróci.

- Tak powiedział.

- Cały problem polega naturalnie na tym - podjęła ciotka Charlotte - co zrobisz, kiedy już 

wróci. - Odłożyła słuchawkę, zanim Mattie zdążyła wymyślić stosowną odpowiedź.

Następnego ranka, będąc w pół drogi od ostatniej przecznicy do galerii, Mattie dostrzegła 

postać skuloną pod drzwiami. Westchnęła. W Seattle nierzadko zdarzało się znaleźć bezdomnego, 

który spędził noc korzystając z nikłej osłony, jaką daje wejście do sklepu czy właśnie galerii. Było 

to smutne, ale wcale nie niezwykłe. Należało zbudzić tego człowieka i dać mu trochę pieniędzy na 

kawę.

Mattie szperała właśnie w torebce, szukając dolarowego banknotu, kiedy uświadomiła sobie, 

że nie jest to bynajmniej nikt obcy. Postać miała na sobie zwracające uwagę sztuczne futro i bardzo 

wysokie szpilki. Masa kręconych blond włosów otaczała mocno umalowaną twarz.

- Evangeline! - wykrzyknęła Mattie, puszczając się biegiem. - Co ty tu robisz, u licha?

- Cześć, złociutka. Przepraszam za to. Przyleciałam z samego rana i zaraz tu przyszłam. 

Powiedziałaś, żeby cię odwiedzić w Seattle, a na wizytówce był ten adres. Jak taksówkarz mnie 

przywiózł, pomyślałam, że to pomyłka. - Spojrzała ze zdumieniem na obrazy w witrynie. - Ta 

galeria naprawdę należy do ciebie?

- Naturalnie. - Mattie wsadziła klucz do zamka i przekręciła. Otworzyła drzwi i zapaliła 

światło. - Chodź ogrzać się w środku.

- Jeeezu!  To jest coś! Galeria  obrazów. - Evangeline  omiotła  wzrokiem wnętrze,  nadal 

bardzo zdumiona. - Ty wcale nie jesteś kobietą interesu, co?

- Jeśli masz na myśli swoją branżę, to nie. Ale jestem kobietą interesu. Napijesz się herbaty?

- Chętnie. Przez ostatnią dobę jadłam tylko jakieś paskudztwa w samolocie. - Evangeline 

przeszła za Mattie na zaplecze i przyjrzała się włączaniu czajnika. - Masz tu toaletę?

- O, tam - Mattie wskazała niewielkie drzwi.

- Dzięki. Zaraz wrócę.

Po powrocie Evangeline zdjęła sztuczne futro. Miała na sobie bardzo obcisłą sukieneczkę, 

jakie nosi się na wyspach Pacyfiku. Wyglądała jak egzotyczny kwiat, świeżo zerwany w dżungli, 

który ktoś postawił w maleńkim, bezbarwnym biurowym pokoiku Mattie.

- Pewnie ciekawi cię, co tu robię - powiedziała Evangeline, podejrzliwie wąchając ziołową 

herbatę.

- No, owszem. Zastanawiałam się nad tym. Ale bardzo się cieszę, że jesteś. Miło cię znowu 

zobaczyć. Świetnie wyglądasz. Bardzo mi się podoba ta sukienka.

213

background image

- Machnęłam sobie ten fatałaszek parę tygodni temu. Niestety, musiałam zostawić sporo 

fajnych rzeczy.

- Rozumiem, że odleciałaś z Wyspy Siarkowej w pośpiechu. Hugh próbował dodzwonić się 

do ciebie zaraz po twoim telefonie, ale recepcjonista powiedział, że już wyszłaś. I że miałaś ze sobą 

walizkę. Martwiłam się o ciebie. Co się stało, Evangeline?

- Pamiętasz, jak powiedziałam ci, że idzie klient i muszę kończyć rozmowę?

- Mhm.

- To nie był klient. To był niejaki Gibbs. Chciał porozmawiać ze mną o swoim kumplu, 

który nazywa się Rosey.

- Rosey nie żyje. Zabili go.

- Naprawdę? Jego kumpel tego właśnie się obawiał. Chciał wiedzieć, czy słyszałam, co się 

święci na Czyśćcu. On też wspomniał tego Rainbirda i powiedział, że facet bywa kłopotliwy. Potem 

opowiedział mi, jak twój przyjaciel Abbott ukradł mu łódź na Czyśćcu i jak obiecał pieniądze za 

informację o zabójcy człowieka nazwiskiem Cormier. Jak usłyszałam drugi raz o tym Rainbirdzie, 

to   wzięły   mnie   nerwy.   Przyszło   mi   do   głowy,   że   chyba   już   wiem   trochę   za   dużo.   A   zawsze 

wierzyłam swoim przeczuciom.

- Więc postanowiłaś wynieść się z Brimstone.

- Nie tylko z Brimstone. Postanowiłam wynieść się na tysiąc kilometrów od tego Rainbirda, 

póki sprawy trochę się nie ułożą. Uznałam, że przydadzą mi się wakacje, więc nie zawadzi wpaść 

do Stanów i sprawdzić, jak się mają moje inwestycje. Maklerzy i pośrednicy przestają się starać, 

jeśli od czasu do czasu nie spojrzy im się na ręce.

-   Słusznie   -   przyznała   Mattie.   -   Swoim   pośrednikom   wyraźnie   kazałam   osobiście 

konsultować się ze mną kilka razy do roku.

- No, właśnie. Dlatego upiekę dwie pieczenie na jednym ogniu. Zobaczę, jak stoją moje 

sprawy, i przeczekam tu zamieszanie.

- To chyba bardzo rozważna decyzja. Nie wiem dokładnie, co się dzieje, ale zapowiadają się 

poważne kłopoty. Hugh odleciał wczoraj rano na wyspy.

- Co zamierza tam robić?

- Sama chciałabym wiedzieć - powiedziała ze smutkiem Mattie. - Wiesz, Evangeline, jeśli 

nie   masz   nic   przeciwko   spaniu   na   wielkiej   kanapie,   możesz   pomieszkać   u   mnie,   póki   nie 

postanowisz, co dalej.

Evangeline zrobiła zaskoczoną minę, potem spojrzała na Mattie z wdzięcznością.

- To bardzo miło z twojej strony, złociutka. Na pewno nie będę ci przeszkadzać?

- Ani trochę. Nawet mam ochotę na towarzystwo.

214

background image

Evangeline uśmiechnęła się szeroko.

- Wobec tego zapraszam cię na obiad.

- Świetny pomysł. Możemy porozmawiać o interesach.

T

worzyły dość dziwną parę, gdy weszły tego wieczoru do eleganckiej restauracji w Seattle 

i usiadłszy w barze, zamówiły po drinku. Wszystkie oczy zwróciły się przynajmniej na moment ku 

Evangeline, a potem dokonawszy oceny prowadzącej do jednoznacznych wniosków, przeniosły się 

z zaciekawieniem na Mattie.

Evangeline bardzo rzucała się w oczy w jeszcze jednej ze swych kreacji, kwiecistej sukience 

do pół uda, z dużym dekoltem i długimi rękawami. Mattie czuła się bardzo statecznie w skromnej 

wrzosowej sukni pod szyję, którą Evangeline uznała ze jedyny jej strój nadający się do noszenia, z 

wyjątkiem czerwonej sukienki z Brimstone. Włożenia czerwonej sukienki Mattie jednak odmówiła, 

tłumacząc, że w Seattle jest zbyt zimno. Bądź co bądź, nie były to wyspy Pacyfiku.

- Fantastycznie się czuję, wiesz. - Evangeline rozejrzała się po paprociach, lśniącej boazerii i 

schludnych klientach. - Zwykle, gdy siedzę w barze, to pracuję. Miło sobie po prostu usiąść i 

odpocząć.

- Cieszę się, Evangeline, że jesteś zadowolona. Chciałabym prosić cię o przysługę.

- Jasne, złociutka.

- Może poszłabyś ze mną jutro po zakupy? Trochę byś mi doradziła.

Evangeline roześmiała się tak, że wszystkie głowy znowu zwróciły się w ich stronę.

- Jasne. Na nic nie mam większej ochoty niż połazić po sklepach. - Pochyliła się do Mattie i 

dodała konfidencjonalnie: - Prawdę mówiąc, złociutka, przyda ci się kilka rad.

- Wiem.

- Nie chciałam specjalnie nic mówić, ale prawda jest taka, że trochę mną wstrząsnęło to, co 

masz w szafie. Zupełnie nie twoje kolory. Poza tym powinnaś się nosić w stylu, który podkreśla 

figurę. Jesteś trochę chudawa, ale to nie kłopot. W odpowiednich ciuchach będziesz smukła. Te 

kostiumy całkiem cię zakrywają, jeśli rozumiesz, o czym myślę.

- Miałam takie odczucie, że one nie są dla mnie. - Mattie uśmiechnęła się. - W każdym razie 

od pewnego czasu na pewno już nie.

- Czyli ty i ten Abbott jesteście ze sobą na dłużej? - Evangeline upiła trochę wina. - Na 

poważnie?

Mattie skinęła głową.

- On tak mówi.

- Chce się przenieść do Seattle czy ty masz zamiar wyjechać na Saint Gabriel?

215

background image

- To jest jeden z punktów, nad którymi dyskutujemy - powiedziała Mattie.

- Założę się, że skończysz na Saint Gabriel - stwierdziła w zadumie Evangeline. - Nie znam 

tego Abbotta, raz widziałam go z tobą wtedy rano. Ale on nie wygląda mi na faceta, który lubi 

miasto.

- Mnie też nie.

- A mężczyźni są mało elastyczni. Zauważyłaś? Przeważnie lubią się upierać przy swoich 

nawykach. Znacznie bardziej niż kobiety.

- Prawdopodobnie dlatego kobiety muszą zwykle dostosowywać się do mężczyzn, a nie 

odwrotnie. - Mattie westchnęła. - To nie jest fair, nie sądzisz?

- Stanowczo nie, ale życie jest życiem. Powiedz, co będziesz robić, jak wyjedziesz z nim na 

Saint Gabriel? Wylegiwać się na słońcu i nabierać opalenizny?

- Ostatnio uważa się, że opalanie nie jest zdrowe.

- Słyszałam - przyznała Evangeline. - Z seksem jest podobnie. Mam zamiar w najbliższym 

czasie się wycofać.

- I co? Otworzysz ten butik, o którym mówiłaś? Stroje dla turystów?

Evangeline skinęła głową.

- Myślę, że mam już dosyć oszczędności. Tylko najpierw muszę znaleźć dobrą lokalizację. 

Hawaje są za bardzo zatłoczone.  Dzierżawa czegokolwiek  kosztuje krocie. Potrzebuję miejsca, 

gdzie  ruch dopiero się zaczyna.  Gdzie przyjeżdżają  pierwsi turyści.  Brimstone  się do tego nie 

nadaje.

- Hugh mówi, że na Saint Gabriel ma się rozwinąć turystyka - powiedziała Mattie trochę 

jakby do siebie. - Goście już regularnie tam zjeżdżają.

- Tak? A może założyłybyśmy tam interes wspólnie, co? To byłby szał!

- Nie umiem szyć - powiedziała Mattie, ale zaraz się uśmiechnęła. - Ale umiem sprzedawać 

obrazy. A jeśli tak, to prawdopodobnie umiem sprzedawać też inne rzeczy. A turyści zawsze kupują 

pamiątki.

- Mówisz poważnie?

- Muszę coś wymyślić, i to szybko. Zaczynam się tu dusić.

- Znam to uczucie. Męczyło mnie latami. Ta historia z Rainbirdem przelała czarę.

M

attie nie wiedziała, co ją zbudziło tej nocy. Była pogrążona w głębokim śnie, więc może 

po prostu zmienił się układ cieni na suficie, gdy ktoś ukradkiem otworzył drzwi do jej mieszkania. 

W każdym  razie  natychmiast  uświadomiła  sobie obecność czegoś  bardzo niepokojącego. Przez 

216

background image

kilka sekund leżała absolutnie nieruchomo, desperacko pragnąc, by Hugh znalazł się przy niej. 

Potem usłyszała cichy skrzyp zamykanych drzwi.

Zaczerpnęła kilka głębokich oddechów, walcząc z ogarniającą ją paniką. Nie mogła leżeć i 

nic nie robić w czasie, gdy ktoś okrada jej mieszkanie. Poza tym na kanapie spała Evangeline. 

Ktokolwiek wszedł do środka, musiał najpierw natknąć się na nią.

Zsunęła z siebie koc i cicho wstała. Podszedłszy na palcach do balustradki, spojrzała w dół.

W świetle wpadającym przez wielkie okna zobaczyła sylwetkę mężczyzny.  Niebieskawy 

blask neonu odbijał się w lufie pistoletu, wycelowanego w Evangeline.

Lęk   Mattie   natychmiast   zamienił   się   w   furię.   Takie   rzeczy   w   jej   mieszkaniu,   w   jej 

sanktuarium! Za nic nie mogła pozwolić na taką napaść.

Chwyciła ciężki czarny wazon, stojący przy łóżku, i cisnęła nim prosto w głowę intruza. 

Rozległ  się potworny łomot.  Mężczyzna  z pistoletem skulił się i upadł, broń potoczyła  się po 

podłodze.   Facet   jęknął   i   spróbował   się   podnieść.   Mattie   chwyciła   za   aparat   telefoniczny   i 

wyszarpnęła kabel z gniazdka. Popędziła spiralnymi schodkami na dół, zamierzając użyć telefonu 

jak maczugi. Nie było to jednak potrzebne.

Evangeline   zbudziła   się   z   krzykiem   i   jednym   spojrzeniem   właściwie   oceniła   sytuację. 

Najwyraźniej przyzwyczajona do takich nagłych wypadków, zeskoczyła z kanapy i zaczęła okładać 

napastnika po głowie najbliższym przedmiotem, który jej się nawinął. Była to rzeźba Shock Value 

Frederickson Na krawędzi.

Mężczyzna raz jeszcze jęknął i znieruchomiał na podłodze.

217

background image

Rozdział siedemnasty

O

jej, Evangeline, uważaj na tę rzeźbę. Za pięć lat będzie warta fortunę. - Mattie pokonała 

ostatni   zakręt   schodów   i   zeskoczyła   z   ostatniego   stopnia   z   aparatem   telefonicznym   wysoko 

uniesionym nad głowę. Po podłodze ciągnęła się za nią długa flanelowa koszula nocna. - Nic ci się 

nie stało?

-   Dzięki   tobie   nic,   złociutka.   Wspaniale   się   sprawdzasz   w   akcjach   ratunkowych,   co?   - 

Evangeline,   ubrana   w   skąpą   koszulę   nocną   z   czarnej   koronki,   ozdobioną   niezbyt   dyskretnie 

rozmieszczonymi   czarnymi   koronkowymi   różami,   opuściła   dłoń   z   rzeźbą   Shock   Value 

Frederickson i przyjrzała się mężczyźnie na podłodze. - Znasz go?

- Skąd miałabym go znać? Na pewno jakiś włamywacz, gwałciciel albo ktoś taki. - Mattie 

podeszła   do   najbliższego   przełącznika   i   zapaliła   światło,   po   czym   dokładniej   przyjrzała   się 

młodemu, ciemnowłosemu człowiekowi, nadal leżącemu na podłodze. Był ubrany w czarne dżinsy, 

czarne buty i czarny pulower. Wyglądał jak włamywacz żywcem wyjęty z filmu kryminalnego. 

Albo jak zawodowy morderca. - O, Boże!

- Znasz go?

- To jest człowiek, który pewnego wieczoru lazł za mną w deszczu ulicą.

Evangeline podniosła głowę.

- Co za jeden?

- Nie znam jego nazwiska. Po prostu widziałam, że za mną lezie. Miał wtedy na sobie 

trencz, odniosłam dziwne wrażenie, że mnie obserwuje. - Mattie odstawiła aparat telefoniczny i 

wsunęła wtyczkę do gniazdka, znajdującego się na parterze. - Zadzwonię na policję.

Zdążyła wybrać dziewiątkę, gdy mężczyzna na ziemi drgnął. Zawahała się i spojrzała w 

jego stronę.

- Czy sądzisz, że powinnyśmy mu jeszcze dołożyć, Evangeline? - spytała.

Evangeline   stanęła   nad   wyciągniętą   na   ziemi   postacią,   trzymając   na   podorędziu   rzeźbę 

Shock Value Frederickson.

- ja się nim zajmę.

Mężczyzna zamrugał i spojrzał mglistymi oczami najpierw na Mattie, potem na Evangeline.

- Wy, dziwki!

- Zapraw go, Evangeline, jeśli odważy się ruszyć.

218

background image

- Za późno - wymamrotał. - Abbott i Taggart właśnie wpadają w pułapkę. Za późno, żeby 

ich uratować.

Mattie zmartwiała.

- W pułapkę? W jaką pułapkę? O czym ty mówisz, człowieku?

Mężczyzna wykrzywił wargi, parodiując grymas umarłego.

- Nic nie poradzicie, dziwki.

- W jaką pułapkę mają wpaść Silk i Hugh? - spytała Mattie, drżącą dłonią trzymając aparat.

- Poszli jak barany na rzeź. - Facet znowu zamrugał i jęknął. - Nawet nie będą wiedzieć, kto 

i kiedy z nimi skończył.

- Jak policja się dowie, co planujecie, to się wami zajmie - powiedziała z przekonaniem 

Mattie.

Mężczyzna pokazał zęby w kolejnym grymasie umarlaka.

- Myśl logicznie, kurewko. Jak przyjdą gliny, to się okaże, że poszedłem za dziwką do jej 

mieszkania i trochę się pokłóciliśmy. To się często zdarza.

- Nie w moim mieszkaniu - powiedziała Mattie.

Napastnik znowu stracił przytomność.

Evangeline   i   Mattie   wymieniły   spojrzenia.   Mattie   wreszcie   pokonała   słabość   i   wybrała 

dziewięćset jedenaście. Potem zapadło milczenie.

- Powinnyśmy chyba przygotować się na przyjazd glin - powiedziała w końcu Mattie.

- Jasne. Chcesz, żebym stąd znikła?

-  Coś   ty?   Zostaniesz   tu,   gdzie   jesteś.   To   mieszkanie   należy   do   mnie,   a   ty   jesteś   moją 

przyjaciółką - przypomniała jej. - Zaręczam ci, że moja reputacja oprze się najsurowszym badaniom 

policji obyczajowej i FBI razem wziętych. Na tym polega urok szarego życia. - Zerknęła na czarną 

koszulkę Evangeline. - Ale mogłabyś jeszcze coś na siebie włożyć.

Evangeline uśmiechnęła się.

- Jasne. Po co podsuwać im niepotrzebne pomysły? Będę miała oko na tego bydlaka, a ty idź 

sobie coś znaleźć. Ja mam jakieś dobre ciuszki pod ręką, w walizce.

Mattie   wróciła   na   antresolę,   gdzie   nałożyła   brązowy   płaszcz   kąpielowy   i   papucie. 

Spojrzawszy w lustro uznała, że nie sposób wyglądać bardziej żałośnie, nawet gdyby bardzo się 

postarała.

Po   powrocie   na  dół   zobaczyła,   że   Evangeline   znalazła   w   walizce   prześwitujący   czarny 

szlafroczek i właśnie się w niego wbija. Znacząco chrząknęła.

219

background image

- Jestem pewna, że policjanci z Seattle widzieli już wszystko, ale nie ma sensu pokazywać 

im więcej niż trzeba. Przecież nie chcemy, żeby zapomnieli, po co przyszli. Pożyczę ci szlafrok, 

dobra? Mam zapasowy.

Evangeline spojrzała sceptycznie na Mattie.

- Taki sam jak ten?

- Obawiam się, że podobny. - Mattie znalazła w szafie stare, spłowiałe okrycie. - Ale jak 

pójdziemy do miasta, możemy kupić zamiast tych dwa nowe.

- No, dobrze. - Evangeline z obrzydzeniem nałożyła stary szlafrok. - A skoro o glinach 

mowa, to co zamierzasz im powiedzieć?

- Nie wiem. - Mattie usiadła na kanapie. - Mogłybyśmy im opowiedzieć całą historię, ale kto 

w to uwierzy? Nie mamy dowodu ani na istnienie Rainbirda ani na cokolwiek innego. Poza tym nie 

wiem, ile ze swej przeszłości Hugh chciałby ujawnić. Musimy chyba zasięgnąć dyplomatycznej 

rady.

- U kogo?

- U kogoś, kto zna się na załatwianiu delikatnych kwestii. - Mattie już wybierała prywatny 

numer ciotki Charlotte, pod który można się było dodzwonić zawsze, w dzień i w nocy.

Gdy   ciotka   podniosła   słuchawkę,   Mattie   pośpiesznie   wyjaśniła   jej   sytuacje.   Charlotte 

odpowiedziała natychmiast:

- Tymczasem nic nie mów o Rainbirdzie. Masz rację, nie wiesz, na ile jest to kłopotliwy 

temat dla Hugh i jego przyjaciela. Nie możemy rozgrzebywać ich przeszłości, skoro zadali sobie 

tyle trudu, żeby ją ukryć. Zresztą Hugh na pewno nie chciałby, żeby zwracać uwagę na jego plany 

w związku z Czyśćcem.

- Jestem tego samego zdania. Powiedział przecież, że to sprawa osobista. Więc co z tym 

typem na podłodze? Jeszcze jeden pospolity gwałciciel – morderca unieszkodliwiony przez dwie 

młode, przytomne kobiety interesu?

-   Właśnie   tak.   Jesteście   dwiema   niewinnymi   kobietami,   za   którymi   włóczył   się   jakiś 

zboczeniec o morderczych  skłonnościach. W naszych  czasach nikomu, z glinami włącznie,  nie 

przyjdzie do głowy kwestionować tego wyjaśnienia. Takie rzeczy są teraz na porządku dziennym. 

A facet prawdopodobnie niewiele powie policji bez adwokata. W swoim dobrze pojętym interesie 

będzie trzymać język za zębami.

Mattie zadrżała. Usłyszała syrenę na ulicy.

- Jadą, ciociu. Zadzwonię później.

220

background image

Stało   się   dokładnie   tak,   jak   przepowiedziała   Charlotte   Vailcourt.   Pistolet   stanowił 

szczególnie obciążający dowód przeciwko napastnikowi, a nieposzlakowana opinia Mattie, jako 

obywatelki przestrzegającej prawa i płacącej podatki, była niepodważalna.

Kiedy zamieszanie ustało, a policja odjechała, Mattie i Evangeline zaparzyły sobie herbaty. 

Potem Evangeline zajęła się robieniem grzanek z pełnoziarnistego chleba pszennego, natomiast 

Mattie próbowała dodzwonić się do Hugh.

- Nie odpowiada - powiedziała w końcu, niechętnie odkładając słuchawkę. - Może jest w 

firmie.

Po trzecim dzwonku telefon odebrano.

- Słucham?

Mattie zmarszczyła czoło, słysząc wyraźny odgłos przeżuwania. Zaskoczyło ją, że z takiej 

odległości tak dobrze je słyszy.

- Czy to Derek?

- Tak - odrzekł głos. - A kto mówi?

- Mattie Sharpe. Dzwonię do Hugh.

- Myślałem, że jest w Seattle.

- Nie widział go pan ostatnio?

- Odkąd wyjechał na wakacje, to nie.

Mattie postanowiła przemilczeć fakt, że Hugh wcale nie wyjechał do Seattle na wakacje.

- A co z Silkiem?

- Niech pomyślę... No tak, w „Piekle” wczoraj go nie było. Niech pani poczeka. - Derek 

wrzasnął od telefonu: - Ray, widziałeś ostatnio Silka?

- Ostatnio nie.

Mattie czuła, jak z każdą chwilą tężeje.

-   Derek,   niech   pan   posłucha,   to   ważne.   Jeśli   zobaczy   pan   Hugh   albo   Silka,   proszę 

powiedzieć, żeby natychmiast zadzwonili do mnie albo do Charlotte Vailcourt.

- W porządku. Zaraz zostawię wiadomość Hugh na biurku, a drugą zaniosę na łódź Silka. I 

powiem Bernardowi w „Piekle”. Wystarczy?

- Tak. Dziękuję. - Mattie odłożyła słuchawkę i popatrzyła na Evangeline. - Ten człowiek, 

który się tu włamał, powiedział, że Hugh i Silk wpadną w pułapkę.

- Mhm... - Evangeline rozsmarowała dżem na grzance. - Tak powiedział, złociutka.  Co 

zamierzasz zrobić?

-   Nie   wiem.   Nie   mogę   skontaktować   się   z   Hughem.   Nikt   go   nie   widział,   ale   przecież 

wczoraj powinien był dotrzeć na Saint Gabriel.

221

background image

- Mógł mieć kłopoty z połączeniami.

- Nie aż takie.

- No, chyba nie.

- Martwię się, Evangeline.

-  Nie  można   mieć   o to  do ciebie  pretensji.  Ale  nie  widzę,  co  mogłabyś   zrobić  oprócz 

zostawienia Abbottowi informacji, że pakuje się w zasadzkę.

Mattie zerwała się na równe nogi.

- Lecę tam.

- Na Saint Gabriel? - Evangeline wytrzeszczyła na nią oczy. - Nie wiem, złociutka, czy to 

jest najlepszy pomysł.

Ale Mattie już biegła ku szafie, w której trzymała walizkę.

- Stało się coś złego. Mam takie przeczucie. Powiedziałam Hugh, że powinien zabrać mnie z 

sobą. Cholera, powiedziałam mu. On nigdy mnie nie słucha.

- I cóż w tym nowego? Mężczyźni nigdy nie słuchają kobiet.

- Muszę tam lecieć i go znaleźć. O szóstej rano jest samolot. Jeśli się pośpieszę, to zdążę. - 

Mattie wyciągnęła walizkę na podłogę i otworzyła ją. Zebrała przybory toaletowe w łazience. - W 

tej chwili wiem chyba o tej sprawie więcej niż ktokolwiek inny, ale nie znam nikogo, kto mógłby 

im coś pomóc. Wobec tego zamierzam poszukać Hugh sama.

- Myślisz, że on to doceni?

- O ile go znam, to nie. Ale tu go nie ma, prawda? Więc nie ma też głosu w tej sprawie.

- Masz rację. - Evangeline rozejrzała się po mieszkaniu. - Przeniosę się do motelu.

- Możesz tutaj zostać. Serdecznie cię zapraszam - powiedziała Mattie i podniosła głowę 

znad walizki. - Chyba że planujesz powrót do pracy.

Evangeline uśmiechnęła się od ucha do ucha.

- Nie martw się, złociutka. Nigdy nie pracuję, jak jestem w Stanach. Za duże ryzyko: gliny, 

choróbska, faceci z bronią i cały ten szmelc, który tutaj jest. Nie bój się. Twoja reputacja pozostanie 

nietknięta.

Mattie odwzajemniła uśmiech.

- Szkoda.

Z

aczęło padać akurat w chwili, gdy samolot dotknął lądowiska na Saint Gabriel. Mattie i 

garstka pasażerów, którzy przylecieli wraz z nią, przebiegli po płycie lotniska do małego terminalu.

222

background image

W budynku Mattie przystanęła, by jeszcze raz spróbować zadzwonić do domu Hugh i do 

firmy, ale żaden z telefonów nie odpowiadał. Dźwignęła więc walizkę i poszła się rozejrzeć za 

samochodem do wynajęcia.

- Pani jest od Abbotta, prawda? - spytał urzędnik za ladą, badawczo jej się przyglądając. - 

Co pani tu porabia bez niego? Został w Stanach?

Mattie   zmarszczyła   brwi,   podnosząc   pióro,   by   podpisać   zwięzłą   umowę   o   wynajem 

samochodu.

- Nie widział go pan? Powinien być tu przede mną.

- Nie widziałem. Ale może przyleciał wieczorem. Wieczorami nie pracuję.

- Tak, to możliwe. - Podpisała się i zgarnęła kluczyki.

Potrzebowała kilku minut, by wyczuć rozklekotaną skrzynię biegów w odrapanym jeepie, 

ale w końcu wyjechała z małego parkingu na główną ulicę miasteczka.

Wbrew   swym   najgłębszym   lękom   ze   zdumieniem   stwierdziła,   że   wszystko   wygląda   po 

staremu.   Zupełnie   jakbym   wróciła   do   domu,   pomyślała.   Zaraz   jednak   uznała,   że   ta   myśl   jest 

bezsensowna. Kompletnie bezsensowna.

Zatrzymała samochód niedaleko przystani, żeby zobaczyć, czy coś się dzieje na łodzi Silka. 

Ale „Gryf” sprawiał wrażenie wymarłego. Mattie zawahała się, a potem weszła na rufę sprawdzić, 

w jakim stanie są farby i pędzle zostawione przy sztalugach.

Pędzle nie były nawet wilgotne. Silk od dość dawna nie pracował.

Tknięta złym przeczuciem, przeszła na drugą stronę ulicy, do „Piekła”.

- O, Mattie - powiedział Bernard zza kontuaru, najwyraźniej zaskoczony. - Co pani tutaj 

robi? Gdzie jest Abbott?

- Nie widział go pan?

Bernard pokręcił głową.

- Przykro mi. Derek powiedział mi, że mam mu kazać zatelefonować, ale Hugh tu nie było. 

Myślałem, że jest z panią w Stanach. Wybierał się na wakacje czy coś takiego.

- Wyjechał trzy dni temu. Powinien już tu być.

- Może zatrzymał się na Hawajach, żeby coś wziąć po drodze albo nawiązać jakieś kontakty. 

On tak robi. Ma dużo klientów w różnych miejscach.

- O tym nie pomyślałam - przyznała Mattie. - A co z Silkiem?

- Tak jak powiedziałem Derekowi. Od kilku dni Silk nie trzyma się swojego rozkładu zajęć. 

Chyba dlatego, że Abbott zostawił mu na głowie swój interes. Silk wie, że diabeł mu nie pomoże, 

jeśli spróbuje pić, prowadząc firmę.

223

background image

-   Dziękuję   panu,   Bernard.   Jeśli   zobaczy   pan   któregoś   z   nich,   proszę   powiedzieć,   że 

przyleciałam. Zatrzymam się u Hugh.

- Jasne. Dojrzała pani do przeprowadzki, co? Abbott powiedział, że to nie potrwa długo.

Skrzywiła się, ale nie odpowiedziała. Wróciła do jeepa. Znowu namęczyła się z dźwignią 

zmiany   biegów,   wkrótce   jednak   znalazła   się   na   drodze   prowadzącej   do   małego   domku   Hugh, 

stojącego   nad   brzegiem   oceanu.   Nie   bardzo   wiedziała,   co   dalej,   tłumaczyła   sobie   jednak,   że 

przynajmniej lepiej się poczuła. Nieznacznie lepiej, ale jednak. Zamiast siedzieć tysiące kilometrów 

stąd, w Seattle, znalazła się na scenie wydarzeń.

Zaczęła podejrzewać, że Hugh z Silkiem wyprawili się już na Czyściec. Może spotkali się 

na Hadesie? Przeszył ją zimny dreszcz. Musiała przyjąć do wiadomości, że pułapka Rainbirda być 

może już się zamknęła.

Krótki podjazd do domku był pusty.  Żadne ślady nie wskazywały na to, by ktokolwiek 

ostatnio tu mieszkał. Zgasiła silnik i na chwilę zastygła za kierownicą. Dopadł ją gwałtowny atak 

niepokoju. W jej umyśle wciąż żyło wspomnienie koszmaru, jaki zastała po wejściu do białego 

domu Paula Cormiera.

Nie, powiedziała sobie. Wszystko będzie dobrze. Nie powtórzy się taka potworna scena.

Ale   niepokój  gryzł  ją  coraz  mocniej.   Przez  chwilę  zastanawiała  się,  czy  nie  przekręcić 

kluczyka w stacyjce i nie odjechać w stronę miasteczka. Wiedziała jednak, że musi zajrzeć do domu 

i przekonać się, czy nie zobaczy tam martwego Hugh albo Silka. Musiała się przekonać i już.

Jakoś zmusiła się, żeby wysiąść z jeepa i podejść do drzwi. Miała zapasowy klucz, który 

kiedyś dał jej Hugh, ale w chwili gdy wsunęła go do zamka, zorientowała się, że nie będzie jej 

potrzebny. Drzwi były otwarte.

Niemal   nieprzytomna   z   niepokoju   pchnęła   drzwi   i   rozejrzała   się   po   pokoju.   Z   ulgą 

odetchnęła, gdy stwierdziła, że nie ma żadnych zwłok na podłodze. Oczywiście pozostała jeszcze 

sypialnia.

Wolnym krokiem przemierzyła pokój, świecący złowrogą pustką. Nie zauważyła żadnych 

śladów niedawnej obecności Hugh. Nie było kubka w zlewie ani niczego w lodówce.

Pomyślała, że Hugh w ogóle nie wrócił na Saint Gabriel. To znaczyło, że prawdopodobnie 

udał się na Hades albo prosto na Czyściec. Silk musiał się tam do niego przyłączyć.

Przybyła za późno. Pułapka Rainbirda już się zamknęła.

Otworzyła drzwi sypialni i zobaczyła przed sobą lufę pistoletu.

- Najwyższy czas, proszę pani.

Zaparło jej dech. Z radości, że w domu nie ma żadnych zwłok, nie pomyślała nawet, że 

może za to być ktoś żywy.

224

background image

Znieruchomiała, patrząc w twarz młodemu człowiekowi, który trzymał broń. Nie był zbyt 

wysoki, ale mocno zbudowany, miał usta sprawiające wrażenie okrutnych i oczy, które chyba nigdy 

nie   były   niewinne.   Nosił   wojskowe   buty   i   moro,   a   pistolet   trzymał   tak,   jakby   był   do   niego 

przyzwyczajony. Błyskawicznie zerknął na tarczę swego srebrnego zegarka z nierdzewnej stali.

- Kim pan jest? - wydusiła Mattie przez zaciśnięte gardło.

- Może mnie pani nazywać Goody. Pracuję dla człowieka, który chce panią poznać, panno 

Sharpe. Tyle informacji pani wystarczy.

- Co pan zrobił z Hughem i Silkiem?

- Ja? - Uniósł cienkie brwi. - Nic. Jeszcze nic. Ale niedługo się nimi zajmiemy. Chodźmy. - 

Lufą pistoletu popchnął ją w stronę drzwi wyjściowych. - Ruszamy się, proszę pani. Samolot czeka.

- Nigdzie z panem nie lecę.

Uśmiechnął się szeroko.

- Wydaje się pani. Są dwie możliwości. Albo pani wróci do jeepa sama, albo panią uderzę i 

zaniosę tam nieprzytomną. Proszę wybierać.

- A jeśli nie podoba mi się ten wybór?

- Nic na to nie poradzę, innych możliwości nie ma.

Popatrzyła na niego i doszła do wniosku, że nie żartuje. Odwróciła się więc i wolno wyszła 

na dwór. Przystanęła obok jeepa. Goody przez cały czas szedł trzy kroki za nią.

- Pani prowadzi - powiedział, znowu zerkając na zegarek.

- Skąd pan wiedział, że przyjdę do tego domu? - spytała Mattie, kolejny raz staczając walkę 

z dźwignią zmiany biegów.

- Od paru godzin wiemy już, że Mortinson zawalił sprawę w Seattle. Nie zameldował się o 

czasie, więc wypada z gry. To musiał być  kompletny idiota. Nie potrafił zlikwidować kurwy i 

wyłuskać pani z mieszkania.

- Więc ten Mortinson miał zabić moją przyjaciółkę, a mnie porwać?

Popatrzył na nią z niezadowoleniem, jakby uświadomił sobie, że powiedział za dużo.

- Nieważne. I tak nie ma to już znaczenia, jest pani tutaj. Nie było pani w Seattle, więc 

domyśliliśmy się, dokąd się pani wybrała. Na lotnisku w Saint Gabriel ani w mieście nie mogliśmy 

się do pani dobrać, bo Abbott ma tam za dużo przyjaciół i wszyscy wiedzą, że pani należy do niego. 

Ktoś mógłby nas zauważyć.

- Owszem. - Mattie miała kompletnie wyschnięte wargi.

- Uznałem więc, że prędzej czy później przyjdzie pani sprawdzić, co słychać u niego w 

domu. No, i nie pomyliłem się. A teraz niech pani doda trochę gazu, bo nam się śpieszy.

- Nie sądzi pan, że ktoś na lotnisku może zauważyć pistolet?

225

background image

-   Nikogo   nie   będzie   dostatecznie   blisko.   Niech   pani   wjedzie   bezpośrednio   na   drogę 

dojazdową, równoległą do pasa startowego. Samolot czeka.

Rzeczywiście czekał. Wszystko poszło zgodnie z zapowiedzią Goody'ego. Cessna stała na 

końcu pasa startowego. Nikt nie zwrócił uwagi na dwoje ludzi, którzy zaparkowali jeepa na drodze 

dojazdowej i wsiedli do samolotu.

Oto jeden z problemów, jaki stwarza niefrasobliwość obsługi na małej wyspie, pomyślała z 

goryczą Mattie. W Seattle z pewnością nie doszłoby do czegoś takiego. W Stanach Zjednoczonych 

nie wpuszcza się obcych pojazdów na pas startowy.

Młody pilot zerknął przelotnie na swą mimowolną pasażerkę. Skinął głową Goody'emu, 

który zamknął drzwi kabiny.

- Co tak długo? - spytał.

-  Nie   śpieszyło   jej   się.   Boże,   oderwij   to   pudło  od   ziemi.  Pułkownik  już  na   pewno   się 

niecierpliwi.

Mattie zapięła pas, zamknęła oczy i zaczęła się zastanawiać, gdzie jest Hugh.

W

  godzinę   później   wylądowali   na   Czyśćcu.   Mattie   jeszcze   raz   została   zmuszona   do 

przemaszerowania przez czynny pas startowy i wsadzona do czekającego samochodu. Nikt nie 

odezwał się ani słowem. Teraz otaczało ją trzech uzbrojonych mężczyzn: Goody, pilot i kierowca 

samochodu.   Wszyscy   mieli   stroje   na   modłę   wojskową   i   byli   zaskakująco   młodzi.   Mattie 

oszacowała, że mogą mieć od dziewiętnastu do dwudziestu trzech, najwyżej dwudziestu czterech 

lat.

Poziom jej stresu, już i tak niebotycznie wysoki, jeszcze podskoczył, gdy zorientowała się, 

dokąd   zmierzają.   Biały   dom   Paula   Cormiera   wyglądał   tak   samo   malowniczo   jak   wtedy,   gdy 

zobaczyła go po raz pierwszy.

Wysiadła z samochodu i weszła po schodkach na werandę. Przez cały czas miała za sobą 

Goody'ego z bronią. Drzwi otworzył młody człowiek wyglądający tak, jak żołnierz ze zdjęcia w 

kolorowym magazynie. Miał pistolet przytroczony rzemieniem do uda.

- Tędy, panno Sharpe.

Najpierw zauważyła, że ktoś zmył  krew Paula Cormiera z białego marmuru. Z jakiegoś 

powodu ją to rozzłościło. Zupełnie jakby podświadomie pragnęła, by dowód zbrodni pozostał na 

miejscu, póki nie zostanie wymierzona sprawiedliwość.

Gniew   dał   jej   siłę.   Szybko   przeszła   korytarzem   do   białego   frontowego   pokoju.   Widok 

szafirowego   oceanu,   ciągnącego   się   za   otwartymi   przeszklonymi   drzwiami,   był   oszałamiający. 

226

background image

Starała się skupić na nim właśnie, a nie na człowieku, który na jej powitanie wstał ze skórzanej 

kanapy.

-   Dzień   dobry,   panno   Sharpe.   Proszę   pozwolić,   że   się   przedstawię.   Występuję   tu   jako 

pułkownik McCormick, ale sądzę, że pani zna mnie pod poprzednim nazwiskiem. Jack Rainbird.

Mattie powoli odwróciła się w jego stronę, tak jakby przeszkadzał jej podziwiać piękny 

widok. Badawczo zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów.

Jack Rainbird był niesłychanie efektowny pod każdym względem. Wyglądał na człowieka 

tuż po czterdziestce, tak jak powiedział Hugh, ale jego wyraziste, drapieżne rysy nie straciły przez 

te lata na ostrości. Oczy miał przejrzyste, jasnobłękitne, bijące szczerością. Blond włosy ostrzyżone 

na zapałkę siwiały mu na skroniach. Ciało miał giętkie; prosto trzymał głowę i miał wyprostowane 

ramiona,   co   zdradzało   wojskowego.   Nosił   nieskazitelnie   odprasowany   mundur.   Pas   mu   lśnił, 

podobnie jak idealnie wypastowane buty.

W   sumie,   pomyślała   Mattie,   ma   klasyczny   wygląd   bohatera,   tradycyjnie   przypisywany 

przywódcom. Między innymi dlatego jest taki niebezpieczny. Poza tym niezaprzeczalnie wydawał 

się atrakcyjny seksualnie. Co do tego Hugh miał rację. Rainbirda otaczała niezwykle silna aura 

erotyzmu.

Poczuła ściskanie w gardle. Odzywała się jej klaustrofobia.

- To jest dom Paula Cormiera - powiedziała śmiało, bardziej dla przezwyciężenia napięcia 

niż z jakiegokolwiek innego powodu. - To nie pana miejsce.

Po ładnych ustach Rainbirda przemknął uśmieszek.

- I co mam na to powiedzieć? To jest najlepszy dom na wyspie, a ja lubię dobre warunki. 

Poza tym nasz przyjaciel Cormier nie potrzebuje już tego domu.

- Zabił go pan.

- Czy pani zawsze tak szybko wyciąga wnioski, panno Sharpe? Uważa się na ogół, że to 

dość niebezpieczne.

- Zabił go pan. Albo kazał zabić.

- Najwyraźniej już pani nabrała takiego przekonania. Prawdopodobnie dzięki Abbottowi, 

który oczywiście ma trochę zniekształcony obraz wydarzeń.

- Dlaczego?

Rainbird zmierzył ją spojrzeniem, w którym rozbawienie mieszało się ze zdziwieniem.

- Oczywiście dlatego, że nie znosi mnie i mojej przedsiębiorczości. - Przeszedł przez pokój 

do białego barku. - Czy mogę poczęstować panią drinkiem, panno Sharpe?

- Nie, dziękuję.

227

background image

-   Obawiałem   się,   że   może   pani   sprawiać   drobne   kłopoty.   -   Rainbird   nalał   whisky   do 

kryształowej   szklaneczki.   -   Za   długo   przestaje   pani   z   Hughem   Abbottem.   On   panią   nastawił 

przeciwko mnie.

Mattie zaczerpnęła tchu i zadała pytanie, które głośno dźwięczało jej w głowie od samego 

początku.

- Gdzie jest Hugh i jego przyjaciel Silk?

Rainbird uśmiechnął się do niej znad krawędzi szklaneczki.

- Mam nadzieję, panno Sharpe, że właśnie pani mi to powie.

Spojrzała na niego ze zdumieniem.

- Czy to znaczy, że pan nie wie?

- Obawiam się, że nie. I mogą z tego wyniknąć pewne trudności. Nigdy nie lubiłem, jak 

Abbot kręcił się przy mnie i miał wolne ręce. On jest nieobliczalny. Zawsze robi wszystko po 

swojemu,   zamiast   zachować   się   jak   żołnierz.   Między   innymi   dlatego   musiałem...   -   Rainbird 

uśmiechnął się znowu. - Nieważne, to dawna historia.

- Krótko mówiąc, pułkowniku Rainbird, zadał pan sobie wiele trudu całkiem niepotrzebnie. 

Bo nie mam pojęcia, gdzie jest Hugh. A gdybym miała, tobym panu nie powiedziała.

- Wobec tego musimy rozpuścić pogłoskę, że pani jest tu ze mną, i poczekać, aż Abbott 

przyjdzie panią zabrać. Tak zrobimy, zgoda? - Rainbirdowi rozbłysły oczy. - Howard zaprowadzi 

panią do jej pokoju. Może się pani przebrać do obiadu.

Mattie dumnie uniosła głowę.

- Powinnam od razu panu powiedzieć, że nie jadam mięsa.

- Wyśmienicie - powiedział Rainbird z uśmiechem. - Ja też nie. Zrezygnowałem z mięsa, 

rzucając palenie. Mam zresztą nadzieję, że odkryjemy więcej łączących nas cech, panno Sharpe. 

Dawno nie miałem przyjemności podejmować inteligentnej, atrakcyjnej kobiety. A świadomość, że 

pani należy do Hugh Abbotta, czyni tę znajomość jeszcze bardziej interesującą.

228

background image

Rozdział osiemnasty

N

adzieje   na   zakwaterowanie   w   sypialni   gospodarza   niestety   się   nie   ziściły.   Mattie 

pomyślała o tajnym korytarzu, zaczynającym się w łazience, i westchnęła. Hugh powiedział jej 

kiedyś, że z tego domu jest więcej niż jedno sekretne wyjście, dokonała więc starannych oględzin 

przydzielonej sypialni.

Pokój był równie przyjemny jak pozostałe w tym domu. Wszystkie okna wychodziły na 

werandę, a dalej ciągnął się widok na ocean. Na ścianach pasy białego marmuru przeplatały się z 

wąskimi wysokimi lustrami. Mattie ostrożnie spróbowała poruszyć kilka z nich. Nie udało jej się 

jednak znaleźć drogi ucieczki ani z samego pokoju, ani z przyległej doń łazienki.

Tak więc jedyną szansą dla niej było znaleźć się jakimś sposobem w łazience gospodarza. 

Nieco załamała ją myśl, że prawdopodobnie będzie jej znacznie łatwiej to osiągnąć, niż chciała. 

Widziała wyraz  oczu Rainbirda  i wiedziała,  jakie ten człowiek ma zamiary.  Wieczorem chciał 

zaciągnąć  ją do swojej sypialni  choćby po to, by mieć  przyjemność zgwałcenia  kobiety Hugh 

Abbotta.

Powoli   otworzyła   walizkę   i   przejrzała   zawartość.   Niestety,   nie   zdążyła   się   wybrać   z 

Evangeline po zakupy przed wyjazdem z Seattle. Wyglądało więc na to, że jako uwodzicielska 

kreacja   muszą  jej  posłużyć   jedwabna  bluzka  w   biało-niebieskie  paseczki  i  skromna   granatowa 

spódniczka.

Zanim weszła do łazienki, stała przed lustrem dobrą minutę, wreszcie rozpięła bluzkę nieco 

bardziej niż zazwyczaj. Rozpuściwszy włosy, wyszczotkowała je tak, by swobodnie opadały na 

ramiona.   Po   tych   zabiegach   stwierdziła   u   siebie   korzystną   odmianę.   Sięgnęła   po   przybory   do 

makijażu i z żalem pomyślała, że nie ma w pobliżu Evangeline, która mogłaby jej coś doradzić.

O

biad  podał  Howard;  wyglądał  dokładnie   tak  samo   jak  w  chwili,  gdy  otworzył   przed 

Mattie drzwi. Jedyną różnicę stanowiła biała serwetka, zwieszająca mu się z przedramienia. Mattie 

pomyślała, że ten kelnerski atrybut nie bardzo pasuje do pistoletu na udzie.

Posadzono ją przy końcu długiego stołu, mającego blat z grubego szkła i nogi z rzeźbionego 

marmuru. Rainbird usiadł przy drugim końcu. Włożył na tę okazję biały smoking z czarną muszką. 

Na stole w świetle świec mieniła się piękna zastawa Paula Cormiera: kryształy, srebro i porcelana.

229

background image

- Niech się pani nie denerwuje, panno Sharpe, nie ma potrzeby. - Rainbird wydawał się 

rozbawiony. - Nie zamierzam pani otruć. Proszę spokojnie delektować się obiadem. Howard jest 

znakomitym szefem kuchni. To jedna z jego licznych specjalizacji. Jest niezwykle wszechstronny.

Howard  rozpromienił   się,  słysząc  taką  pochwałę,   i  z   niecierpliwością   czekał,  aż   Mattie 

skosztuje wegetariańskiego pilawu. Po pierwszym kęsie podniosła głowę i stwierdziła, że Howard 

ją obserwuje.

- Pyszne - powiedziała szczerze.

- Dziękuję pani. - Howard skłonił głowę.

Rainbird uśmiechnął się nieznacznie.

- Jestem pewna, że wprawiła go pani w absolutny zachwyt, panno Sharpe. Możesz już nas 

zostawić, Howard. Zawołam cię, jeśli będę czegoś potrzebował.

- Tak jest, proszę pana. - Howard odszedł do kuchni.

Mattie spojrzała przez stół na Rainbirda.  Światło świec podkreślało jego wydatne  kości 

policzkowe. Wydawał się jeszcze bardziej przystojny niż za dnia.

- Czy wszyscy pańscy ludzie są tacy młodzi jak Howard i jego koledzy?

- Teraz tak. Nauczyłem się już dość dawno, że w tego rodzaju służbie najlepiej sprawdzają 

się   młodzi   mężczyźni.   Bardziej   ich   pociąga   życie   pełne   przygód,   które   im   oferuję,   poza   tym 

chętniej wykonują rozkazy. Im starszy jest człowiek, tym bardziej staje się cyniczny i tym mniej 

chętnie słucha rozkazów.

- Rozumiem.

Rainbird zachichotał na znak pobłażania.

-  Niech  pani  tak  na  mnie  nie  patrzy.   Młodych  ludzi   jest  znacznie   łatwiej   wyćwiczyć  i 

ukształtować. Takie jest życie, panno Sharpe. Jak pani sądzi, dlaczego wiek poborowy jest zawsze 

taki niski? Armia zawsze najbardziej lubiła osiemnasto- i dziewiętnastolatków.

- Bo są bardziej podatni na wpływy.

- Właśnie.

- Czy zawsze jest pan taki wyrachowany, pułkowniku Rainbird?

- Zawsze. - Włożył do ust nieco pilawu i zaczął przeżuwać z zadumaną miną. - Przede 

wszystkim dzięki temu dożyłem swojego wieku.

- Czy są i inne powody?

Uśmiechnął się ujmująco, ale tylko na chwilę.

- Natura obdarzyła mnie znakomitym refleksem i umiejętnością szybkiego reagowania. To 

też się czasem przydaje. Nie tylko wtedy, gdy z kimś walczę.

Mattie zaczerwieniła się i szybko zmieniła temat.

230

background image

- Czy ma pan coś przeciwko temu, że zapytam, po co znalazł się pan na Czyśćcu?

Dolał sobie wina i znów się uśmiechnął.

-  Czyściec,  miła   panno  Sharpe,  jest   idealnym  domem  dla   takiego   człowieka  jak  ja.  Ta 

instytucja, która nazywa się rządem, wykazuje tu wyjątkową życzliwość.

- Bo przyjmuje pańskie rozkazy?

- Powiedzmy po prostu, że znajdujemy wspólny język. Wie pani: żyj i daj żyć innym.

- Paula Cormiera to nie dotyczyło, prawda? - spytała cicho.

- Może pani mi nie uwierzy, ale z powodu Paula jest mi naprawdę przykro.

Mattie wytrzymała spojrzenie jego błękitnych oczu.

- Czy pan go zabił, pułkowniku Rainbird?

W oczach zamajaczył mu cień żalu.

- Nie. Daję pani słowo honoru oficera i dżentelmena, panno Sharpe. Nie zabiłem Paula. Z 

czasem   nasze   drogi   się   rozeszły,   ale   byliśmy   jednak   towarzyszami   broni   i   żywiłem   dla   niego 

wyłącznie głęboki szacunek. Uważałem go za przyjaciela. Miałem nadzieję, że tu, na Czyśćcu, 

zostaniemy sąsiadami.

-   Wobec   tego   kto   go   zabił?   -   wybuchnęła   Mattie,   zmieszana   i   zirytowana   niezwykle 

prawdziwą szczerością i urokiem Rainbirda.

- Zapewniam panią, że podjąłem natychmiastowe śledztwo w tej sprawie. Winowajcą okazał 

się służący,  który postanowił  zabić  i obrabować swego chlebodawcę, korzystając  z alibi,  jakie 

dawały mu działania wojenne na wyspie. Ten człowiek znajduje się obecnie w wiejskim areszcie i 

czeka tam na proces. Sprawiedliwości stanie się zadość, panno Sharpe. Proszę się nie bać. Jestem 

człowiekiem, który wierzy w sprawiedliwość.

Spojrzała   mu   prosto   w   oczy   i   z   przerażającą   jasnością   uświadomiła   sobie,   że   Rainbird 

kłamie.

- Naprawdę? Wobec tego dlaczego zorganizował pan przewrót na takiej spokojnej wyspie?

- Sprawy na Czyśćcu wcale nie miały się tak, jak się pozornie wydawało, panno Sharpe. Czy 

mogę mówić do pani Mattie? - Nie poczekał na odpowiedź. - Miejscowy rząd nie dysponuje siłami 

zbrojnymi,   tymczasem   zagroziła   mu   grupa   miejscowych   buntowników,   zwykłych   bandziorów, 

którzy   weszli   w   posiadanie   skrzyni   broni   automatycznej.   Przypłynąłem   tu   z   moimi   ludźmi   na 

wezwanie   prezydenta.   Nasza   akcja   nie   jest   niczym   szczególnie   niezwykłym,   Mattie.   Małe   i 

nieskuteczne rządy, takie jak ten na Czyśćcu, często potrzebują pomocy takich ludzi jak ja.

- A teraz postanowił pan tu zostać?

Rainbird skinął głową.

231

background image

- Widzę w Czyśćcu dokładnie to samo, co widział mój przyjaciel Paul. Urocze, stosunkowo 

spokojne miejsce, gdzie człowiek znużony wojaczką może dożyć w spokoju swych lat tak, jak mu 

się podoba.

Mattie zmrużyła oczy.

- A co z człowiekiem, który śledził mnie w Seattle?

- To była twoja ochrona, Mattie. Poleciłem żołnierzowi pilnować cię, póki zadajesz się z 

Hughem Abbottem. Zdarzało się już, że Abbott zabijał niewinnych i w nic nie wplątanych ludzi, 

więc prawdopodobnie będzie zabijał dalej. Nie chciałem, żebyś stała się jedną z jego ofiar. Widzę, 

że jeszcze nie jesteś gotowa mi uwierzyć, gdy mówię, że Abbott jest niebezpieczny, ale prędzej czy 

później sama dostrzeżesz prawdę.

Mattie  upewniła  się w tym,  co wcześniej  tylko  podejrzewała:  Rainbird nie wiedział,  że 

widziała   człowieka,   który  włamał   się   do   jej   mieszkania   i   próbował   zabić   Evangeline.   Tamten 

człowiek wyraźnie nie miał kontaktu z pułkownikiem. Rainbird słyszał o trudnościach w realizacji 

planów, ale nie znał szczegółów.

Może   intruz   z   jej   mieszkania   nie   odzyskał   przytomności?   A   może   oprzytomniał   z 

krótkotrwałą amnezją, skądinąd dla niego przydatną? Mattie słyszała, że po uderzeniach w głowę 

często się to zdarza, włamywacz zaś dostał po głowie ładne parę razy.

- Wybacz mi, Mattie - mówił dalej Rainbird - ale czy mogę cię spytać, co wspólnego masz z 

Paulem Cormierem?

Mattie starannie przemyślała odpowiedź.

- Paul Cormier chciał sprzedać znanej mi osobie eksponat z kolekcji starej broni. Ponieważ 

akurat   jechałam   na   wakacje   nad   Pacyfik,   poproszono   mnie,   żebym   wzięła   ten   eksponat   od 

właściciela i przywiozła go do Stanów.

- No tak, teraz rozumiem. Może chcesz obejrzeć tę kolekcję? Usunąłem ją na pewien czas w 

okresie sprzątania domu, ale już jest z powrotem na miejscu. Robi duże wrażenie. Czy wiesz coś o 

starej broni?

- Nie. - Mattie postanowiła nie wspominać o zbiorach ciotki Charlotte. Im mniej Rainbird 

wiedział, tym lepiej.

- Paul zdobył kilka bardzo wartościowych okazów. Z przyjemnością ci je pokażę.

Mattie   czuła,   że   jej   napięcie   sięga   granic   wytrzymałości.   Bała   się,   że   zanim   posiłek 

dobiegnie   końca,   czar   Rainbirda   spowije   ją   jak   czarna   chmura.   Wampir,   pomyślała   nerwowo, 

upijając łyk wina.

Gdy   pułkownik   nalał   jej   kieliszek   brandy   i   poprowadził   ją   szerokim   korytarzem   do 

biblioteki, zauważyła, że drżą jej ręce. On jednak zdawał się nie zwracać na to uwagi.

232

background image

- Robi wrażenie, prawda? - spytał, gdy wprowadził Mattie do bardzo przyjemnego pokoju, 

wypełnionego książkami oraz szklanymi gablotami różnych kształtów i wielkości. - Każda gablota 

ma hermetyczne zamknięcie i oczywiście klimatyzację. Sól w powietrzu źle działa na stare metale.

- No, tak - przyznała Mattie. Szła od gabloty do gabloty z kieliszkiem w dłoni i próbowała 

udawać zainteresowanie sztyletami, mieczami, hełmami, tarczami i zbrojami. Skupiła się na rytmie 

oddychania, żeby jakoś odzyskać spokój. Nie mogła  przecież  ugiąć się pod ciężarem  stresu w 

chwili, gdy przyjdzie czas ucieczki. Przystanęła przed gablotą, w której znajdował się pojedynczy 

miecz.

- To jest szczególnie interesujący okaz - odezwał się Rainbird, przysuwając się do niej od 

tyłu.

- Tak. Chyba właśnie ten miałam wziąć do Stanów. - Ogarnęło ją dobrze znane uczucie 

duszenia przez ścieśniające się ściany. Niejasno uświadomiła sobie, że pierwszy raz wyzwolił je w 

niej człowiek. Do tej pory winę ponosiły windy, jaskinie, stres. Ale nie druga osoba.

- Czternasty wiek, według katalogu Paula - powiedział Rainbird. Był bardzo blisko niej. 

Knykciami musnął kilka razy jej kark. - Doskonała hiszpańska stal. - Czuła ciepły oddech na nagim 

karku. Rainbird ujął palcami kosmyk jej włosów. - Ten miecz ma nawet nazwę, Valor. Dobra broń 

zasługuje na takie wyróżnienie jak nazwa.

- Słyszałam, że z tym mieczem wiąże się legenda. - Mattie czuła się tak, jakby bliskość 

Rainbirda odbierała jej tlen.

- Ach, tak. - Opuszki palców Rainbirda z niezwykłą delikatnością dotknęły jej szyi. - Coś o 

klindze, która przyniesie śmierć każdemu, kto ośmieli się sięgnąć po nią, zanim nadejdzie mściciel i 

oczyści ją we krwi zdrajcy. Urocza klątwa, czyż nie? W każdym razie zdrajca i tak nie żyje od 

kilkuset lat. Podobnie jak mściciel, który miał sięgnąć po ten miecz.

-   Tak   pan   sądzi?   -   Dreszcz   strachu   przebiegł   jej   po   kręgosłupie,   bo   palce   Rainbirda 

przewędrowały z szyi na ramię.

- Tak. I mściciel, i zdrajca od dawna nie żyją, ale miecz przetrwał. - Rainbird pogłaskał ją po 

ramieniu. - Piękna broń, prawda? Klinga stworzona do zabijania, nie do celów ceremonialnych. 

Proszę zwrócić uwagę na prostotę rękojeści. - Znów przesunął dłoń po jej ramieniu. - Nie ma 

bezużytecznych ornamentów ani kosztownych klejnotów. Ten miecz przypomina mi ciebie, Mattie. 

jest prosty i elegancki, chłodny w dotyku, lecz wykuty w ogniu. Piękny.

Zaskoczona Mattie głośno nabrała tchu, bo Rainbird przysunął się do niej jeszcze bliżej. 

Wsunął jej palce za kołnierzyk  bluzki. Poczuła leciutkie  poruszenia ust, muskających  jej kark. 

Żołądek podchodził jej do gardła - niewątpliwie skutek klaustrofobii.

233

background image

- Mattie, ty naprawdę jesteś uroczą dziewczyną, wiesz? Nigdy nie spotkałem nikogo takiego 

jak ty.

Popatrzyła   na   niego,   przerażona   i   na   wpół   zahipnotyzowana   przenikliwością   spojrzenia 

Rainbirda.   Nagle   zrozumiała,   dlaczego   spojrzenie   tego   człowieka   sprawia   wrażenie   szczerego. 

Rainbird nie miał sumienia i nie znał wyrzutów sumienia. To była pusta skorupa, z próżnią w 

środku. Właśnie tak, jak tłumaczyła Hugh.

Ten człowiek mógł popełnić każdą zbrodnię, nie mając żadnych uczuć dla ofiary. Mógł z 

uśmiechem na twarzy patrzeć następnej ofierze prosto w oczy.

Nie tak jak Hugh, pomyślała. Zrozumiała nagle, że Hugh jej nigdy nie okłamał. Ani razu, 

nawet rok temu. Z Hughem kobieta zawsze wiedziałaby, na jakim gruncie stoi, pod warunkiem że 

nie pozwoliłaby, by wszystko zniszczyła przeszłość.

Kiedy Hugh się kochał z kobietą, nie było najmniejszych wątpliwości, czy jego namiętność 

jest szczera. Kiedy wściekał się na kogoś, wiadomo było, że jest zły. Kiedy się śmiał, to znaczy, że 

był szczęśliwy. Kiedy coś obiecywał, wiadomo było, że dotrzyma słowa.

Nagle uświadomiła sobie, że człowiek, którego Hugh chciałby zabić, wiedziałby o tym. 

Hugh nie uśmiechałby się uwodzicielsko, pociągając za spust. Chłód nieuniknionej śmierci byłby w 

jego wilczym spojrzeniu.

- Fascynujesz mnie tak samo, jak ten miecz w gablocie - szepnął Rainbird. - Nic dziwnego. 

Jesteś   istotą   stworzoną   do   namiętności,   a   klinga   jest   przedmiotem,   który   zaprojektowano   do 

zadawania przemocy. Seks i przemoc są na zawsze ze sobą związane. To dwie strony tego samego 

medalu. Czy już się tego nauczyłaś, Mattie?

- Nie - odparła. Ściany ścieśniały się coraz bardziej, dusiły ją, chwytały za gardło. - Nie 

wierzę panu. Nie ma takiego związku. Jedno jest życiem, a drugie śmiercią.

- Tyle w tobie niewinności. - Musnął jej wargi. Roześmiane błękitne oczy wpatrywały się w 

nią ze skupieniem. - Założę się, że nie spotkałaś jeszcze mężczyzny,  który pokazałby ci, czym 

naprawdę jest miłość, Mattie. Widzę to w twoich oczach. Denerwujesz się, prawda?

- Tak. - To bardzo słabe słowo, pomyślała.

- Powiedziałem ci, że dobry seks i dobra przemoc są ze sobą związane, ale to nie znaczy, że 

lubię gwałtowny seks. Przeciwnie, Mattie. Uwielbiam subtelność i rożne smaczki. Niezwykle sobie 

cenię delikatność, a ty jesteś bardzo delikatną kobietą. Zobaczysz, jakim jestem czułym, dbającym 

o partnerkę kochankiem. Będziemy się kochać i kochać całą wieczność.

- Proszę... Ja...

234

background image

Uciszył ją następnym muśnięciem warg. Przez moment czarująco się uśmiechał, a potem 

wziął ją za rękę i wyprowadził z biblioteki, przez werandę, do swojej sypialni. Przechodząc przez 

przeszklone drzwi, nie zapalił światła. Po pokoju rozlewała się srebrzysta księżycowa poświata.

Mattie ze wszystkich sił starała się opanować. W mroku rysowało się olbrzymie białe łoże 

pośrodku pokoju.

- Co z Howardem? - spytała.

- Nie będzie nam przeszkadzał. - Rainbird wyczarował przepiękny uśmiech. - Nie bój się, 

Mattie. Nie zamierzam cię zgwałcić. Nie robię takich rzeczy. Jest na świecie miejsce dla przemocy, 

ale nie w sypialni.

- Woli pan ćwiczyć swą uwodzicielską siłę? - Spróbowała się uśmiechnąć.

-   Przecież   powiedziałem,   że   wolę   subtelność.   -   Palec   Rainbirda   przewędrował   wokół 

wycięcia jej bluzki. - Wyobrażam sobie zresztą, że kobieta, która spędziła więcej niż dziesięć minut 

z Hughem Abbottem, będzie szczerze tęsknić do bardziej cywilizowanego zachowania. Szczególnie 

osoba tak wrażliwa i urocza jak ty, Mattie.

Zamknęła oczy i cofnęła się o krok. Okropnie ją mdliło. Bała się, że wszystko zepsuje, bo 

rzygnie w środku wielkiej sceny uwodzenia.

- Czy będzie panu przeszkadzało, że skorzystam z łazienki?

- Ani trochę. - Z galanterią skinął dłonią w stronę przyległego pomieszczenia.

Nadal patrzył na nią skupionym, nieco rozbawionym wzrokiem. Sięgnął do czarnej muszki 

pod szyją.

Nagle przyszło jej do głowy, że Rainbird mógł poznać to tajne przejście i już je zamurować. 

Może gra z nią w wyjątkowo okrutną grę? Ale nie miała wyboru. Musiała spróbować. To była dla 

niej jedyna droga ucieczki. Na myśl o powrocie do sypialni uginały się pod nią kolana.

Zamknęła drzwi pięknej łazienki, zapaliła światło i szybko rozejrzała się dookoła. Stały tam 

teraz osobiste rzeczy Rainbirda, równo ustawione na marmurowym gzymsie: srebrne grzebienie, 

kosztowne   płyn   po   goleniu   i   woda   kolońska,   świeży   kwiat   chińskiej   róży   w   kryształowym 

wazoniku.

Mattie zerknęła w przelocie do lustra i ledwie poznała bladą kobiecą twarz z wielkimi, 

przerażonymi oczami, którą tam zobaczyła. Wzdrygnęła się, słysząc cichy dźwięk z sypialni. Teraz 

była kolej na nią. Mattie podeszła do umywalki i mocno odkręciła kran, żeby woda lała się jak 

najgłośniej.

Zaczęła po cichu sprawdzać szuflady, pamiętała bowiem, co Hugh powiedział o zapasie 

latarek,  które Cormier trzymał  we wszystkich  pomieszczeniach. Z pewnością jakaś musiała  się 

235

background image

znajdować i w łazience, skoro biegła tędy awaryjna droga ucieczki. Hugh nazwał przecież Cormiera 

strategiem, a Rainbird nie miał powodu, żeby zabrać latarkę z łazienki.

W   dolnej   prawej   szufladzie   przy   umywalce   znalazła   to,   czego   szukała.   Wzięła   latarkę, 

zsunęła z nóg pantofelki i podeszła do sedesu. Nacisnęła dźwignię. Rozległ się głośny chlupot 

spłukującej wody.

Na  lepsze  maskowanie  nie  mogła   liczyć.   Z pantoflami   w  dłoni  podbiegła   do wanny  w 

marmurach i popchnęła tę samą płytkę, co kiedyś Hugh.

Przez sekundę nic się nie działo. Mattie bała się, że stres doprowadzi ją do omdlenia. Nie 

byłaby w stanie wrócić do tamtej sypialni. Wiedziała, że jeśli natychmiast nie ucieknie, zamieni się 

w żywego trupa, wrzeszczącego w łazience.

Wnet jednak obrotowa płyta cicho odsłoniła ciemny korytarz. Mattie odetchnęła z ulgą i 

poddarłszy   spódnicę,   wstąpiła   w   mrok.   Poczucie   ulgi   było   dostatecznie   silne,   by   na   chwilę 

przeważyć   klaustrofobiczny   lęk.   Mattie   odnalazła   w   korytarzu   guzik   i   przycisnęła   go.   Płyta 

bezszelestnie wróciła na swoje miejsce.

W tej samej chwili rozległo się pukanie do drzwi łazienki.

- Mattie, czy wszystko w porządku?

Zapaliła   latarkę,   włożyła   pantofle   i   pobiegła   ciemnym   korytarzem.   Dopadła   drzwi   na 

zewnątrz i wstrzymując oddech, przekręciła klamkę.

Liczyła się z tym, że zaraz wpadnie na uzbrojonego strażnika. Mimo to zgasiła latarkę i 

pchnąwszy drzwi, stanęła w mroku nocy. Przez chwilę czekała, aż oczy przyzwyczają jej się do 

ciemności. Potem skoczyła w dżunglę. 

Prowadziły ją jedynie światła domu i księżycowa poświata. Miękka, nasiąknięta wilgocią 

ziemia głuszyła jej kroki, Mattie wiedziała jednak, że robi za dużo hałasu przedzierając się przez 

poszycie. W każdej chwili któryś ze strażników mógł ją usłyszeć. Jej jedyną nadzieją były fale 

oceanu, rozbijające się o brzeg, które nieco głuszyły inne odgłosy.

Kierowała się prosto przed siebie, starając się mieć dom Cormiera za plecami. W gąszczu 

jego światła szybko jednak zaczęły blednąc. Musiała skupić uwagę na odgłosach oceanu i tym, co 

było widać w mdłej poświacie księżyca. Latarki nie odważyła się zapalić.

Ocean po lewej. Dom z tyłu. Prosto, aż do strumienia.

Nagle w ciemności ryknął głos Rainbirda, chyba spotęgowany przez megafon:

- Wracaj, Mattie. Nie uciekaj. Tu nie stanie ci się żadna krzywda. W dżungli nie przeżyjesz. 

Czyha na ciebie za dużo niebezpieczeństw, szczególnie w nocy. Pomyśl o wężach, Mattie. Chcesz, 

żeby zmiażdżył cię wielki dusiciel?

236

background image

Hugh powiedział, że wężami nie należy się przejmować, przypomniała sobie Mattie. W 

dżungli na Czyśćcu ich nie ma. Hugh nigdy jej nie okłamał. Rainbird potrafił mówić, że kocha, 

podrzynając gardło.

Rzuciła się przed siebie. Kiedy światła domu znikły całkowicie, pozwalała sobie od czasu 

do czasu na błysk latarki. W pewnej chwili potknęła się o przewrócony pień i uświadomiła sobie, że 

na tym samym pniu rozdarła bluzkę za pierwszym razem. Była na właściwej drodze.

- Mattie, ze mną jesteś bezpieczna. W dżungli zginiesz straszną śmiercią. Zaufaj mi, Mattie. 

Nie zrobię ci krzywdy. - Grzmiący głos Rainbirda oddalał się coraz bardziej.

Hugh powiedział, że właściwie nie da się przegapić tego strumienia. Ocean po lewej. Czy te 

odległe trzaski to odgłosy pościgu?

Rozgarniała   obficie   ulistnione   gałęzie,   przełaziła   nad   lianami,   spychała   na   bok   rzadkie 

gatunki storczyków, jakby były zwykłymi zawalidrogami.

Potknęła się o lianę i upadła na kolano. Chciała podeprzeć się dłonią, żeby wstać, i wtedy 

zanurzyła palce w wodzie. Strumień!

Na   oślep   skręciła   w   lewo.   Teraz   wystarczyło   trzymać   się   tej   strużki,   żeby   dojść   do 

wodospadów.

Tymczasem Rainbird na pewno rozesłał już ludzi po dżungli. Zapewne sądził, że nie uda jej 

się daleko uciec. Może założył, że będzie biegła w stronę oceanu, instynktownie pragnąć uniknąć 

pobytu w dżungli.

Znowu   zaryzykowała   kilka   błysków   latarką.   Zorientowała   się   jednak,   że   oczy   wolą 

niezmienne  oświetlenie.  Szła więc dalej, kierując się nikłym  światłem księżyca  i wilgocią  pod 

stopami. Dopóki miała mokre pantofle, dopóty wiedziała, że idzie tam, gdzie trzeba.

Znajomy dudniący dźwięk powiedział jej, że wodospady są już blisko. Przyśpieszyła kroku, 

mając nadzieję, że nie upadnie i nie skręci nogi. I tak czekał ją jeszcze przemarsz przez jaskinie. 

Boże, jaskinie!

I co dalej? - pomyślała ponuro. Nawet jeśli przeżyje pobyt w jaskiniach, nie może zostać w 

sanktuarium Cormiera  na zawsze. Umarłaby z głodu  i pragnienia.  Postanowiła  jednak, że tym 

będzie   martwić   się   później.   Na   razie   najważniejsza   była   ucieczka   przed   tym   błękitnookim 

wampirem   z   białego   domu.   Wolałaby   umrzeć   z   głodu   i   pragnienia   w   jaskiniach,   niż   stać   się 

przynętą dla Hugh, a wiedziała, że Rainbirdowi o to chodzi.

Pokonała   ostatnią   zieloną   zaporę   i   raptownie   zatrzymała   się,   porażona   widokiem 

bliźniaczych wodospadów, skąpanych w srebrnym świetle księżyca. Ta dość złowieszcza panorama 

poruszyła   jakąś   strunę   głęboko   w   jej   wnętrzu.   Były   na   ziemi   rzeczy   potężniejsze   od   Jacka 

Rainbirda, które przetrwają go o miliony lat. I teraz miały jej dać schronienie.

237

background image

Ruszyła naprzód. Weszła na pierwszy oślizgły kamień nad brzegiem pienistej sadzawki pod 

wodospadami. Tym razem nie mogła sobie pozwolić na fałszywy krok. Hugh by jej nie złapał.

Tym razem jednak nie przytrzymywała torebki i wielkiej uszatej torby z pasztetami i wodą 

mineralną. Było jej więc trochę łatwiej. A poza tym była trochę bardziej zdeterminowana.

Nie poślizgnęła się. Zeskoczyła z ostatniego głazu pod zimny prysznic, przedostała się na 

drugą stronę i stanęła u czarnego wylotu jaskini. Zapaliła latarkę w poszukiwaniu pierwszego znaku 

Cormiera.

Teraz   najtrudniejsze,   powiedziała   sobie.   Teraz   musiała   przedostać   się   tymi   krętymi 

korytarzami do groty całkiem sama, bez niczyjej pomocy.

Było to gorsze od najbardziej zatłoczonej windy, ale zdecydowanie lepsze niż Jack Rainbird 

uwodzący ją w biało-srebrnym pokoju. Wyglądało więc na to, że wszystko jest względne.

Dwukrotnie zorientowała się, że skręciła w zły korytarz, za każdym razem udało jej się 

jednak wycofać i odnaleźć biały znaczek na ścianie. W kilku miejscach miała ochotę zamknąć oczy, 

ale nie odważyła się. Nie wolno jej było przegapić żadnego białego znaczka.

W środku wszystko się w niej przewracało, serce waliło jej jak młotem. Bała się, że wypuści 

latarkę  z wilgotnych  dłoni.  Ale nie mogła  zawrócić.  Mogła  tylko  iść naprzód.  Marsz przez  te 

korytarze jest podobny do przedzierania się przez życie, gdy nie ma się talentu, pomyślała. Trzeba 

iść przed siebie, póki nie znajdzie się właściwej drogi.

Już była bliska wpadnięcia w histerie, zdawało jej się bowiem, że źle skręciła i zmierza ku 

ślepemu zakończeniu kolejnego korytarza, gdy nagle owionęło ją świeże nadmorskie

powietrze.

- O Boże. - Potykając się, Mattie popędziła pod prąd powietrza.

Podmuchy stawały się coraz świeższe i coraz bardziej nasycone solą. Wiedziała, że teraz 

wszystko będzie dobrze, przynajmniej przez najbliższy czas. Rainbird i jego ludzie nigdy jej tu nie 

znajdą. Spochmurniała jednak, bo przypomniała sobie, że nie znajdzie jej również nikt inny.

Prędzej czy później musiała się zdobyć na powrót do wodospadów. Ale może po upływie 

dnia Rainbird przestanie jej gorączkowo szukać? Może uzna, że uciekła, utonęła w oceanie albo 

marnie zginęła w dżungli?

Zdecydowała  jednak, że ucieczką  z  Czyśćca  będzie  się martwić,  gdy trochę  dojdzie do 

siebie po tym pierwszym heroicznym kroku ku wolności.

Biegiem wpadła do obszernej groty, w której kiedyś spodziewali się z Hughem znaleźć łódź 

Cormiera. Snop światła z latarki padł na jeziorko.

Zobaczyła,   że   tym   razem   przy   przystani   jest   łódź.   Szybka,   smukła   motorówka, 

prawdopodobnie z silnikiem dużej mocy.

238

background image

Zanim  zrozumiała,   co to  znaczy,   z ciemności  wyłoniło  się  ramię   i  jak  stalowy  uchwyt 

zacisnęło się na jej gardle.

Próbowała krzyknąć, ale wydała tylko zduszony jęk. Upuściła latarkę, na próżno usiłując 

wyrwać się z uścisku. Poczuła na skórze ostrzegawcze dotknięcie noża.

- Cholera jasna - powiedział Hugh, opuszczając nóż. - To jest Mattie.

239

background image

Rozdział dziewiętnasty

M

attie siedziała na marynarskim worku obok Silka Taggarta, który spokojnie sprawdzał 

mechanizm   pistoletu,   i   patrzyła,   jak   Hugh   nerwowo   przemierza   tam   i   z   powrotem   grotę. 

Złowróżbny wyraz jego twarzy przypominał jej wieczór w Seattle, gdy zadzwoniła do niego z 

prośbą, by przyprowadził ją z baru do domu. Tym razem było jednak jeszcze tysiąc razy gorzej. 

Hugh wyglądał jak granat czekający na zdetonowanie.

- Czy jesteś pewna, że on ci nic nie zrobił? - spytał piąty czy szósty raz z kolei.

-   Nic   mi   nie   zrobił,   słowo.   Przyznał,   że   cię   szuka,   a   potem   zaprosił   mnie   na   obiad. 

Powiedział, że jest wegetarianinem, ale mu nie uwierzyłam. Ani przez chwilę mu nie wierzyłam.

Hugh spojrzał na nią dziwnie.

- Co dalej?

- Potem pokazał mi kolekcję starej broni, którą zabrał Cormier. - Mattie zdążyła mu to już 

kilka razy powtórzyć.

- A potem wziął cię do sypialni, niech go szlag trafi.

- Wcale nie ciągnął mnie tam siłą - cierpliwie wyjaśniła Mattie. - Sądził, że mnie uwodzi. A 

ja udawałam, że mu się udaje, bo pamiętałam o wyjściu przez łazienkę. Łatwo było tam wejść na 

minutkę. Nie ma lepszej wymówki niż toaleta. Rainbird sądził, że może mnie tam bezpiecznie 

wpuścić, bo rzuca się w oczy tylko wyjście przez sypialnię.

- Dobrze pomyślane, Mattie - odezwał się Silk. Zerknął na Hugh. - Uszy do góry, szefie. 

Wspaniale sobie dała radę i jest teraz z nami. To się liczy. Diabeł nie kobieta, jeśli wolno mi tak 

powiedzieć. - Wsunął magazynek do pistoletu. - Teraz nasza kolej. Mamy robotę.

- Zabiję go.

- Wiem, ale najpierw musimy się do niego dobrać. - Silk uśmiechnął się z ukosa do Mattie. - 

Zdaje mi się, że mamy doskonałe informacje o nieprzyjacielu. Przez ostatnią godzinę bardzo się w 

nie wzbogaciliśmy.

- O, Boże - jęknęła Mattie, kompletnie wyczerpana. - Nie chcę, żebyście się znowu mieszali 

w jakąś walkę.

240

background image

- Trochę za późno na takie kłopoty - powiedział łagodnie Silk. - Nie zamartwiaj się, Mattie. 

Niedługo wrócimy. Potem wszyscy zabieramy się z tej przeklętej wyspy. A teraz powiedz nam 

jeszcze to i owo, to szybciej skończymy sprawę.

Mattie popatrzyła na niego, potem na Hugh i pojęła, że nie jest w stanie ich powstrzymać. 

Nie pozostawało jej nic innego, jak spróbować pomóc.

- Obawiam się, że nie zwracałam zbytniej uwagi na szczegóły.

- Tylko spokojnie pomyśl. Przypomnij sobie, ilu ludzi widziałaś i gdzie.

- Chyba nie było ich tak wielu, jak mi się zdawało, że powinno być. W sumie z pół tuzina. 

Dość długo zastanawiałam się, gdzie jest armia okupacyjna.

Hugh stanął na brzegu czarnego jeziorka i zapatrzył się w wodę.

-   Powiedziałem   ci.   Na   Czyśćcu   nie   ma   armii   okupacyjnej.   Nie   ma   potrzeby.   Przecież 

Rainbird popiera rząd.

- A w każdym razie to, co nazywa się rządem - stwierdził Silk. - Tam nigdy prawdziwego 

rządu nie było. Między innymi dlatego Cormier osiedlił się na Czyśćcu.

Hugh skinął głową.

- Rainbird  zrobił  klasyczny numer.  Najpierw urządził  krótką demonstrację siły,  pokazał 

pazury   i   potwornie   namieszał   małym   oddziałem   wyćwiczonych   ludzi.   Na   Czyśćcu   nie   było 

zorganizowanego oporu. Zanim zamieszki dobiegły końca, Rainbird doszedł do porozumienia z 

oficjalnymi   władzami.   Prawdopodobnie   obiecał   podwojenie   albo   potrojenie   podatków   z 

jednoczesną   podwyżką   dochodów   bossów   i   wszystkich,   którzy   wykażą   chęć   współpracy.   Na 

dłuższy dystans pieniądze zawsze są bardziej przekonujące niż przemoc.

- Wiadomo - potwierdził Silk. - Pistoletem można zwrócić czyjąś uwagę, ale przeciągnąć go 

na swoją stronę tylko pieniędzmi.

- A co ma z tego Rainbird? - spytała Mattie.

- Bezpieczny port. Prawdopodobnie potrzebuje takiej przystani do rozwinięcia interesów. 

Diabli wiedzą, w czym on siedzi. W każdym razie Czyściec jest dla niego doskonałym miejscem. 

Mała, politycznie niezależna wysepka, całkowicie pozbawiona znaczenia strategicznego. Rainbird 

może leżeć brzuchem do góry, wypoczywać i zarządzać stamtąd swoim imperium.

-   Prawdopodobnie   miał   oko   na   Czyściec   od   lat,   odkąd   Paul   się   tam   przeprowadził   - 

powiedział Silk. Zwrócił się do Mattie. - To właśnie jeden z powodów, dla których nie widziałaś na 

wyspie wojska. Ale jest jeszcze inny powód, dla którego straż przyboczna Rainbirda ogranicza się 

do pięciu, sześciu osób.

Mattie skinęła głową.

241

background image

- Hugh mi wyjaśnił, że Rainbird nikomu nie ufa i nie chce, żeby kręciło się wokół niego 

zbyt wielu ludzi jednocześnie.

Hugh zerknął na nich przez ramię.

-   Bardzo   trudno   jest   znaleźć   nawet   pięciu   lub   sześciu   ludzi,   którym   można   powierzyć 

własne życie. Rainbird kusi los, decydując się na tak wielu, i dobrze o tym wie. Prawdopodobnie 

zmniejszy tę liczbę, gdy tylko poczuje się bezpieczny.

Mattie zadrżała i splotła dłonie.

- Dobrze, niech chwilę pomyślę. Howard był jedynym człowiekiem, który znajdował się w 

domu razem z Rainbirdem. Ma broń na biodrze, jak rewolwerowiec z westernu. Goody czekał na 

mnie na Saint Gabriel, u Hugh w domu.

- Cholera jasna - przerwał jej Hugh. - Tego też zabiję.

Silk spojrzał na niego z dezaprobatą.

- Zamknij się, szefie. Jeszcze nie myślisz trzeźwo. Pozwól, że ja porozmawiam z Mattie, a 

ty tymczasem ochłoniesz. Mów dalej, Mattie.

- No, był jeszcze pilot...

Skupiwszy   myśli,   zaczęła   się   rozkręcać.   Przypomnienie   sobie   rozmaitych   szczegółów 

okazało się łatwiejsze, niż początkowo sądziła. Zbierała teraz owoce wielu lat lekcji rysunku i 

prowadzenia galerii sztuki. W pewnej chwili z dumą pomyślała, że naprawdę wyrobiła sobie oko do 

obserwacji. Popatrzyła na Hugh z nadzieją, że ją pochwali. Zamiast tego jednak spojrzał na nią tak, 

że w normalnych okolicznościach miałaby ochotę schować się pod łóżkiem.

Silk próbował jej zrekompensować zachowanie Hugh.

- Świetna robota, Mattie. - Klepnął ją po plecach z takim entuzjazmem, że omal nie spadła z 

marynarskiego worka. - To jeden z najlepszych raportów wywiadowczych, jakie słyszałem. Dzięki 

temu będzie nam teraz dużo łatwiej, nie Hugh?

- Cholera jasna - powiedział znowu Hugh.

- Jemu się zdarza, że zapomina innych słów - powiedział Silk do Mattie.

- Zauważyłam. Kiedyś powiedział mi, że to z powodu stresu.

Silk wyszczerzył zęby.

- Naprawdę? To tylko stres? A ja myślałem, że on po prostu nigdy nie nabrał manier.

Hugh odwrócił się do nich i znów zaczął przemierzać grotę tam i z powrotem.

- Nie możemy zabrać się do Rainbirda, póki nie wywieziemy stąd Mattie - powiedział w 

końcu.

- Potrzeba dwóch, trzech godzin, żeby dopłynąć z nią do Hadesu, i dwóch, trzech na powrót. 

Jeśli stracimy tyle czasu, stracimy też przewagę, którą mamy w tej chwili - rozsądnie zauważył 

242

background image

Silk. - Posłuchaj, szefie. Rainbird jeszcze nie wie, że jesteśmy na wyspie. Jego ludzie pewnie łażą 

po brzegu i po dżungli, bo szukają Mattie. A więc siły są tak rozproszone jak rzadko.

- Wiem, wiem - burknął Hugh, wciskając dłonie do tylnych kieszeni dżinsów. - Ale to mi się 

nie podoba. Jeśli coś nam się stanie, Mattie utkwi tu w potrzasku.

- Może wziąć łódź.

- I co z nią zrobi? - rozzłościł się Hugh. - To dziewczyna z miasta. Co ona wie o łodziach i 

nawigacji? Jak zapali silnik, by nie wspomnieć o trafieniu na Hades.

- Przepraszam was - wtrąciła Mattie. - Chcę powiedzieć, że jestem miejską dziewczyną, ale 

dorastałam w Seattle. Mój ojciec miał łódź. I ja, i Ariel umiemy sterować. I umiem czytać mapę. Na 

pewno nie zgubiłabym się w drodze do Hadesu, gdybym musiała popłynąć tam sama.

- Ja się zadepczę - powiedział Silk z podziwem.

Hugh zerknął na Mattie spode łba.

- To prawda?

Skinęła głową.

- Najprawdziwsza. Ale nawet nie chcę myśleć o tym, że mogłabym  was tutaj zostawić. 

Hugh,  musi   być   jakiś   lepszy  sposób   na   załatwienie   sprawy  z  Rainbirdem.   Nie   podoba   mi   się 

pomysł, żebyście we dwóch stanęli do walki z tym człowiekiem i jego skautami. Szanse nie są 

równe.

- Skauci się nie liczą - wytłumaczył cicho Hugh. Wreszcie trochę ostygł, jego głos znów 

zaczynał brzmieć chłodno. - Jedyny facet, którego musimy załatwić, to Rainbird. Jak go zabraknie, 

skauci szybko pójdą w rozsypkę. Bez dowódcy są niczym.

- Jak dostaniecie się do domu? - spytała Mattie. Bardzo chciała zniechęcić ich do akcji, choć 

wiedziała, że jest to praktycznie niemożliwe.

-   Cormier   zbudował   dużo   dodatkowych   wyjść.   Równie   dobrze   można   nimi   potajemnie 

wejść.   -   Hugh   przesunął   dłonią   po   włosach   i   zmarszczył   czoło.   -   Tym   razem   skorzystamy   z 

kuchennego.

- To chyba dobry pomysł - zgodził się Silk. - Wejdziemy, wyjdziemy i chodu z wyspy, 

zanim ktokolwiek się zorientuje, że coś się stało. Obiad zjemy na Hadesie.

- Czekajcie - powiedziała Mattie z nutą desperacji w głosie. - Czy jesteście pewni, że nie ma 

innego sposobu? Nie możecie ściągnąć jeszcze kogoś do pomocy?

Silk uśmiechnął się od ucha do ucha.

- Mamy ciebie, Mattie. Jak dotąd pomagasz nam lepiej niż kompania piechoty morskiej.

Mattie jęknęła.

243

background image

- No dobrze - powiedział Hugh, całkiem już opanowany. - Masz rację, Silk. Drugiej takiej 

okazji może nie być. Ruszamy.

Mattie wstała.

- Hugh?

- Słucham, mała? - Hugh przykucnął zwrócony plecami do niej, przy stercie sprzętu.

- Obiecaj mi, że nie będziesz... no, że nie będziesz niepotrzebnie ryzykował. - Zabrzmiało to 

potwornie głupio. Przecież musiał zaryzykować.

- Jasne, mała. Niepotrzebnie nie ryzykuję. - Wsadził sobie nóż do buta i sprawdził rewolwer.

- Kocham cię - szepnęła Mattie.

Hugh wsunął rewolwer za pas i wstał.

-   Ja   też   cię   kocham,   mała   -   powiedział   machinalnie.   Wyraźnie   był   już   skupiony   na 

przygotowaniach do ataku, a nie na słowach, które wypowiedział całkiem obojętnie.

Mattie uśmiechnęła się słabo. Hugh nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że pierwszy raz 

zdarzyło mu się coś takiego powiedzieć. Ależ mężczyźni bywają czasami nierozgarnięci.

- Wiem - powiedziała cicho. - Jeszcze niedawno nie byłam tego pewna. Ale teraz wiem.

Zerknął na nią zaskoczony. A potem zrobił groźną minę.

- Najwyższy czas.

- Tak. Ostatnio porobiło się trochę zamieszania - bąknęła przepraszająco.

- Tylko dlatego, że sama byłaś pomieszana - burknął.

- Może masz rację. Ale uważaj na siebie. Ty też, Silk. Słyszysz mnie? Nie rób nic, co 

mogłoby skrócić wielką karierę artystyczną, jaką masz przed sobą.

Silk uśmiechnął się od ucha do ucha i wielką łapą zmierzwił włosy Mattie, która podeszła 

do niego i go uściskała.

- Nie martw się o mnie, Mattie. Razem się wzbogacimy. Obiecuję.

- Hej, wy! O tym, co zrobicie z tymi wyłudzonymi, od ludzi milionami, możecie pogadać 

kiedy indziej - powiedział  Hugh, zmierzając ku korytarzowi  prowadzącemu  do wodospadów. - 

Najpierw załatwmy, co jest do załatwienia.

- Słusznie, szefie.

Mattie patrzyła, jak mężczyźni cicho niczym duchy znikają w jaskiniach Czyśćca, a potem 

usiadła. Pozostało jej tylko czekanie.

D

ochodząc do wylotu jaskini, Hugh usłyszał głosy zza wodospadów i zorientował się, że 

dwoma ludźmi Rainbirda trzeba się zająć, zanim wraz z Silkiem dostaną się do domu. Mattie nie 

pochwaliłaby ich za to. Najlepiej było chyba nie wspominać jej potem o tym epizodzie.

244

background image

Zgasił latarkę i odczekał, aż Silk do niego dołączy.

- Dwaj? - spytał.

- Tak mi się zdaje.

- Chyba zamierzają przeszukać te jaskinie.

- Głupcy.  - Hugh zamyślił  się na chwilę. - Może najłatwiej byłoby pozwolić im się tu 

zgubić.

- Pewnie nie są tacy okropnie tępi. Wzięli linę albo coś podobnego.

- Linę, powiadasz? Miejmy nadzieję, że jest tej liny dość, żeby mogli się powiesić.

Hugh skręcił w boczny korytarz, a Silk poszedł za jego przykładem. Każdy, kto dostał się do 

jaskiń, musiał przejść obok nich.

W   głównym   korytarzu   rozbłysła   latarka.   Pierwszy   człowiek,   ubrany   w   strój   wojskowy, 

minął ich, ciągnąc za sobą linę.

- Widzisz coś, Mark? - zawołał głos od wejścia.

- Nic. Nie potrafię powiedzieć, czy tędy szła.

- I tak pewnie zgubiła się na amen. Rainbird będzie wkurzony.

Mark zatrzymał się i krzyknął w głąb korytarza:

- Panno Sharpe, niech się pani odezwie. Proszę się nie bać. Pomożemy pani stąd wyjść. - 

Głos odbił się echem o ściany korytarza.

Hugh przyjrzał się swojej zdobyczy.  Mattie miała rację. Ten dzieciak był stanowczo za 

młody na zabawę w najemnika. Ale Rainbird zawsze ściągał do siebie młodych ludzi, którzy śnili o 

zostaniu bohaterami.

Hugh   przypomniał   sobie   kilka   własnych   młodzieńczych   marzeń.   W   tej   samej   chwili 

wyszedł z bocznego korytarza i kolbą rewolweru uderzył  pechowca w głowę. Mark upadł, nie 

wydając najmniejszego dźwięku. Hugh odciągnął go na bok.

- Mark? - Kompan jeszcze nie był zaniepokojony. Tylko zaciekawiony.

Silk sięgnął za Hugh i lekko pociągnął za linę, jakby Mark nadal się poruszał.

- Widzisz coś, Mark? - Snop światła z kolejnej latarki omiótł ściany głównego korytarza. - 

Odezwij się. Co z tobą, Mark? Gdzie jesteś? Wszystko w porządku?

Silk znowu pociągnął za linę, przesuwając ją w głąb głównego korytarza.  Drugi młody 

człowiek   wolno   szedł   wzdłuż   liny   jak   czujna   ryba   za   ruchomą   przynętą.   Kiedy   minął   wylot 

bocznego korytarza, Hugh wyskoczył i drugi raz zrobił użytek z kolby rewolweru.

- Mam go. - Pochylił się i odciągnął drugie bezwładne ciało na bok. Silk szybko związał obu 

nieprzytomnych mężczyzn ich własną liną.

245

background image

- No, to będzie  trochę  łatwiej  - stwierdził  Silk, gdy przeszli  pod wodospadami.  - Przy 

odrobinie szczęścia reszta skautów plącze się teraz po dżungli, więc nie musimy im wchodzić w 

drogę.

- Zostaje jeszcze poczciwy Howard, szef wegetariańskiej kuchni.

Zanim   pokonali   skałki   przy   wodospadach,   księżyc   prawie   znikł.   Panowała 

charakterystyczna duchota. Hugh przeczuwał zbliżający się deszcz.

Szli   pod   prąd   strumienia,   póki   wyraźnie   było   słychać   ocean,   potem   skręcili   w   prawo. 

Przedzierali   się   prawie   na   oślep   przez   dżunglę,   korzystając   w   drodze   z   resztek   księżycowej 

poświaty. Wreszcie zauważyli światła domu.

- Luz i swoboda - mruknął Silk. - Jest się gdzie chować aż do samego budynku.

- Chodźmy.

Hugh namęczył się trochę nad odnalezieniem ukrytego wejścia, które pozwalało wkraść się 

do spiżarni. Minęło już parę lat, odkąd Cormier oprowadzał go po swoim domu. W końcu jednak 

odkrył właściwą płytę w ścianie. Była zarośnięta białymi liliami.

Do   środka   wchodziło   się   krótkim   korytarzykiem   po   schodkach.   W   spiżarni   Hugh 

zaryzykował   rzut   oka   przy   świetle   latarki,   żeby   zapamiętać   rozmieszczenie   puszek,   butelek   z 

alkoholem i zapasów na podłodze. Silk w milczeniu przesuwał się za nim,

Hugh skierował snop światła  ku ścianie  i zauważył  tablicę  z bezpiecznikami.  Wyłączył 

wszystkie  korki. Potem otworzył  drzwi ze spiżarni  do kuchni. Ostrożnie  wpełzli  z Silkiem do 

środka i czekali.

-   Co   jest,   do   cholery?   -   doleciał   z   werandy   głos   Rainbirda,   poirytowany,   ale   nie 

zaniepokojony.

- Elektryka siadła, panie pułkowniku. Sprawdzę korki. Pewnie któryś wywalił.

- Nawiąż kontakt z ludźmi i każ im natychmiast wracać do domu - warknął Rainbird.

- To na pewno tylko korki albo prądnica, pułkowniku. Sprawdzę, znam się na tym...

- Powiedziałem, zwołaj ludzi. Piorunem, Howard. I znajdź latarki.

- Tak jest. Chyba była jakaś w kuchni.

Hugh,   skulony   w   mroku   za   kuchennym   blatem,   nasłuchiwał   stuku   wysokich   butów   o 

marmur. Nieustraszony Howard śpieszył wypełnić rozkazy.

- Mój - szepnął prawie bezgłośnie Silk. Hugh skinął głową, więc Silk ukrył się z powrotem 

w spiżarni. Howard stanął przy blacie i zaczął po kolei sprawdzać zawartość szuflad. Nagle jego 

spojrzenie padło na Hugh.

- Cześć - powiedział uprzejmie Hugh.

246

background image

Howard   otworzył   usta   ze   zdumienia.   Chciał   chwycić   za   broń,   ale   Silk   wysunął   się   ze 

spiżarni i grzmotnął go kolbą pistoletu. Howard zwalił się bezwładnie na ziemię.

- Pilnuj głównego wejścia - szepnął Hugh. - Jeśli reszta wróci, to prawdopodobnie tamtędy.

- Dobra. Pozdrów ode mnie Rainbirda. Powiedz mu, jak żałuję, że nie zginął sześć lat temu.

- Na pewno to zrobię.

Hugh szybko przedostał się przez ponury salon i ruszył  korytarzem. Wszystkie większe 

pokoje miały okna na werandę, na której stał Rainbird. Hugh chciał się dostać do przeciwnika jak 

najkrótszą   drogą.   Z   głosu,   który   słyszał,   gdy   Rainbird   wydawał   rozkazy   Howardowi, 

wywnioskował, że najwygodniej będzie zaatakować przez bibliotekę. 

Wślizgnąwszy się do wybranego  pokoju Hugh stwierdził,  że kalkulował  słusznie. Przez 

otwarte oszklone drzwi zobaczył Rainbirda opartego oburącz o poręcz na werandzie. Pułkownik 

patrzył w mrok przed siebie. Najwyraźniej wypatrywał swoich ludzi, w pośpiechu wracających z 

polowania na Mattie.

- Howard, zwołałeś już ludzi? Mówiłem, cholera, żebyś się ruszył, chłopcze. Nie podoba mi 

się ta historia. Coś tu nie gra. Wszyscy mają się tu natychmiast stawić. - Rainbird zrobił pauzę, 

stwierdziwszy brak natychmiastowej reakcji. - Howard?

- Howard jest zajęty, pułkowniku. Wie pan, jak to jest. W kuchni zawsze trzeba coś zrobić. - 

Hugh wyszedł na werandę z rewolwerem w dłoni.

- Abbott. - Rainbird wykonał błyskawiczny obrót, wyszarpując pistolet zza pasa.

Hugh zrobił wymach nogą. Trafił broń czubkiem buta w chwili, gdy Rainbird wziął go na 

cel. Pistolet przeleciał łukiem za poręcz.

- Wciąż jesteś szybki, co? - Rainbird uśmiechnął się nikło, opuszczając dłoń.

- Nie bardzo - powiedział Hugh. - Ale do tej roboty wystarczy.

- Tak sądzisz, Abbott? Byłeś dobry, ale ja zawsze byłem odrobinę szybszy pamiętasz? I w 

odróżnieniu od ciebie przez ostatnie sześć lat ćwiczyłem. Poza tym - cichym głosem prowokował 

Rainbird - obaj wiemy, że nie jesteś dostatecznie twardy, żeby pociągnąć za spust, gdy masz przed 

sobą nie uzbrojonego człowieka. To była zawsze twoja największa słabość, Abbott. To i jeszcze 

niesubordynacja.

- Chciałeś powiedzieć „ostrożność”, jakoś nie wlazłem w tę pułapkę, którą zastawiłeś w Los 

Rios, co? Dlaczego to wtedy zrobiłeś, Rainbird? Nigdy nie mogliśmy tego wykombinować. Co cię 

tak wzięło, że postanowiłeś wyprawić nas na tamten świat?

- Oczywiście pieniądze. Bardzo dużo pieniędzy. No, i bardzo odpowiedni moment. Coraz 

trudniej było mi zapanować nad tobą, Silkiem, Cormierem i resztą. Zadawaliście za dużo pytań. 

Ludzie, którzy kwestionują rozkazy, są dla dobrego dowódcy bezużyteczni.

247

background image

- Dlatego  postanowiłeś  się nas  pozbyć.  Z  twojego punktu  widzenia  chyba  rzeczywiście 

miało to sens. - Hugh uśmiechnął się ponuro. - Byłeś wystarczająco sprytny, żeby upozorować 

własną śmierć, gdy zorientowałeś się, że kilku z nas przeżyło. Wiedziałeś, że inaczej szukalibyśmy 

cię do upadłego.

- Cormier myślał, że widzi ducha, kiedy tu wszedłem - powiedział Rainbird z satysfakcją. - 

Ale   staruszek   też   był  jeszcze  zadziwiająco   szybki.   Zdążył   wyciągnąć   Berettę,  zanim   do  niego 

strzeliłem.

- Wiem.

Rainbird skinął głową.

- Więc to ty znalazłeś go zaraz potem. Wróciłem zrobić tu porządek, jak tylko opanowałem 

sytuację na wyspie. Stwierdziłem, że ktoś tu myszkował. Zostały odciski butów i dwa bezpańskie 

samochody w pobliżu. Potem doszły do mnie słuchy, że szukasz zabójcy Cormiera. Znam cię, 

Abbott. Jak coś zaczynasz, to kończysz. Dlatego wiedziałem, że muszę cię zlikwidować, tak samo 

jak Silka i tę kobietę.

- I biednego obszarpańca nazwiskiem Rosey.

Rainbird lekceważąco wzruszył ramionami.

- Za dużo wiedział i chciał sprzedać informację.

- Co do jednego miałeś rację. Nie przestałbym szukać, póki nie dowiedziałbym się, kto zabił 

Paula.

Rainbird uśmiechnął się nieznacznie, jakby z żalem.

- Tak. To rozumiałem od samego początku.

- Popełniłeś błąd, zabijając Cormiera, Ale jeszcze większym błędem było wciągnięcie w to 

Mattie.

- Ach, panny Sharpe. Gratuluję ci, Abbott. Wyczuwam w niej bratnią duszę. Jest odważna i 

inteligentna. I ma swój styl. Podoba mi się to. Wybacz mi, ale jestem dość zdziwiony, że starczyło 

ci pomyślunku, żeby ją docenić. Nigdy nie miałeś głowy do rozumienia ani podziwiania subtelnych 

kobiet.

- Może wolno się uczę, Rainbird, ale skutecznie.

- A nauczyłeś się zabijać z zimną krwią?

- Myślę, że w twoim przypadku będę do tego zdolny.

Rainbird uśmiechnął się szeroko, szczerze rozbawiony.

- Nie, Abbott. Nie sądzę. W ostatniej chwili zabraknie ci odwagi. Obaj to wiemy.

W tej chwili z ciemnej dżungli rozległ się strzał. Kula przebiła szybę przeszklonych drzwi 

za plecami Hugh. Hugh strzelił w mrok i skoczył do ciemnej biblioteki, żeby znaleźć tam osłonę.

248

background image

Rainbird zareagował natychmiast. Wyrwał z buta nóż i rzucił się za Hughem. Hugh obrócił 

się i uniósł rewolwer do strzału. Nie dość szybko.

Rainbird   jak   zwykle   wykorzystał   swój   nadzwyczajny   refleks.   Skoczył   na   Hugh   i   obaj 

potoczyli się po podłodze biblioteki.

Coś ostrego ugodziło Hugh w ramię. Poczuł, że rewolwer wypada mu z dłoni. Przetoczył się 

w bok, żeby uniknąć ciosu noża.

Rainbird rzucił się na niego usiłując kopnąć. Trafił w ramię. Ból nie stanowił dla Hugh 

problemu. Gorzej, że stracił władzę w prawym ramieniu. To mogło kosztować go życie.

Z głębi domu rozległy się strzały. Silk odpowiadał na ogień prowadzony z dżungli. Kolejny 

strzał w okno biblioteki obsypał Hugh i Rainbirda gradem szklanych okruchów.

Hugh   dojrzał   błysk   noża   Rainbirda.   Znów   wykonał   desperacki   unik,   za   wszelką   cenę 

usiłując chwycić swój nóż. Nie miał jednak na to czasu. Rainbird atakował. W półmroku było 

widać jego morderczy uśmiech.

Rainbird zawsze był szybszy. Szybszy i bardziej bezwzględny, znajdował bowiem dziwną 

przyjemność w zadawaniu śmierci innym ludziom.

Hugh wycofywał się ze świadomością, że stopniowo wraca mu czucie w prawym ramieniu. 

Zdołał się poderwać i o milimetry uchylić przed ostrzem noża. Plecami oparł się o gablotę. Nie 

patrząc, co jest w środku, uderzył gołą dłonią w szkło i sięgnął do wnętrza. Odłamki szkła werżnęły 

mu się głęboko w dłoń. Krew ciekła mu po ramieniu.

Zacisnął dłoń na rękojeści miecza w chwili, gdy Rainbird znów skoczył do przodu, by zadać 

morderczy cios.

Hugh wyszarpnął miecz z gabloty. Broń okazała się zadziwiająco ciężka, ale znakomicie 

leżała w dłoni i była świetnie wyważona. Nastawił klingę ku spadającemu na niego Rainbirdowi i 

wykonał sztych.

Miecz   wbił   się   w   pierś   przeciwnika   z   zadziwiającą   łatwością.   Rozdzierający   krzyk 

przeniknął mrok, a potem zapadła złowroga cisza.

Przez kilka sekund Hugh stał i patrzył na ciało Rainbirda. Po chwili podniósł głowę, bo 

korytarzem nadbiegł Silk.

- Nie żyje?

- Tym razem nie żyje.

- Najwyższy czas - stwierdził Silk. - A z tobą wszystko w porządku?

Hugh skinął głową.

249

background image

-   Zawsze   wiedziałem,   że   jesteś   od   niego   szybszy.   Potrzebowałeś   tylko   odpowiedniej 

motywacji. Chodź, szefie. Musimy stąd zniknąć, zanim wróci reszta skautów. Mattie urwie nam 

głowy, jeśli pozwolimy, by ktoś nas zatrzymał.

- Nie zamierzałem tu długo siedzieć. - Hugh uświadomił sobie, że wciąż trzyma miecz. 

Spojrzał w dół. Był to okaz, który Cormier miał sprzedać Charlotte Vailcourt: Valor.

- Zabierasz ten miecz z sobą? - spytał Silk, już w pół drogi do drzwi.

- Czemu nie? Charlotte chętnie włączy go do swojej kolekcji. A Paul na pewno chciałby, 

żeby tak się stało.

Nie było sensu wyjaśniać Silkowi, że Valor jest już wolny od klątwy. Hugh nie potrafił 

wytłumaczyć tego odczucia nawet sobie samemu.

Na moment przystanął w drzwiach i zerknął za siebie na ciało zdrajcy. Rainbird leżał w 

powiększającej   się   z   każdą   chwilą   kałuży   krwi.   Hugh   nagle   przypomniał   sobie   inną   wiekową 

przepowiednię. Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie.

- Wiesz, Silk, cieszę się, że parę lat temu zmądrzeliśmy i postanowiliśmy znaleźć sobie 

nowe zajęcie - powiedział. - Nikt nie jest najszybszy bez końca.

250

background image

Rozdział dwudziesty

M

attie stała na brzegu oceanu i przyglądała się, jak osrebrzone fale piętrzą się na czarnym 

oceanie i rozbijają o brzeg. W mroku za jej plecami jaśniały światła domku Hugh. Nie odwracała 

się jednak w tamtą stronę. Hugh rozmawiał przez telefon z Charlotte Vailcourt, przyszła więc na 

brzeg trochę podumać.

Właściwie  nadumała  się już za wszystkie czasy,  czekając na Hugh i Silka w grocie na 

Czyśćcu.   Mimo   że   wyprawa   do   domu   Cormiera   nie   trwała   długo,   wydawało   się   jej,   że   mija 

wieczność.   Kiedy  w   końcu   obaj   pojawili   się   w   grocie,   niosąc   zakrwawiony  miecz,   Valor,   nie 

spytała, co się stało. Wiedziała.

Bez  słowa  zabandażowała   Hugh ramię,   Silk  tymczasem   przygotował  łódź  do  drogi.  Po 

dziesięciu minutach byli już na morzu. Płynęli długo, prawie ze sobą nie rozmawiając. Resztę nocy 

spędzili na Hadesie, gdzie miejscowy lekarz fachowo opatrzył Hugh ramię. Wszyscy troje chwilę 

się przespali i z samego rana, jeszcze przed świtem, wyruszyli na Saint Gabriel. Przez cały ten czas 

Mattie nie zdradziła się ani słowem ze swoimi planami. Czekała na właściwy moment.

- Mattie? - rozległo się w mroku wołanie Hugh.

Obróciła się i uśmiechnęła do niego.

- Wreszcie zaspokoiłeś ciekawość ciotki Charlotte?

- Tak. Boże, ależ ta kobieta magluje. Myślę jednak, że teraz już wszystko gra. Ten facet, 

który się do ciebie włamał, wreszcie odzyskał przytomność. Idzie w zaparte, ale gliny mają na 

niego trzy czy cztery solidne haki, w tym włamanie i rozbój przy użyciu niebezpiecznego narzędzia. 

Nieźle go urządziłyście z Evangeline.

- Samodzielne kobiety interesu muszą umieć się bronić.

- Zdaje się, że nie jesteś taką typową miejską dziewczyną, co? - powiedział i uśmiechnął się 

przewrotnie.

- Jestem twarda jak paznokieć - zapewniła go Mattie.

Przez twarz Hugh przemknął uśmiech.

- Z tym bym nie przesadzał. Są takie miejsca, w których jesteś bardzo, bardzo miękka. 

Chodź, to ci pokażę, moja miękka, miejska dziewczyno.

Wtuliła się w jego objęcia.

251

background image

- Cieszę się, że już jest po wszystkim, Hugh. Czekając na ciebie, spędziłam w tamtej grocie 

najgorsze godziny mojego życia.

- Naprawdę jest po wszystkim, mała. - Mocniej przycisnął ją do siebie. Ujął w dłonie jej 

głowę i pocałował ją z tą samym co zawsze namiętnością.

Mattie   promieniała.   Hugh   ją   kochał,   teraz   była   tego   pewna.   Ustąpiło   napięcie,   które 

paraliżowało   ją   przez   ostatnie   tygodnie.   Miała   cudowne   poczucie   słuszności   tego,   co   robi.   I 

wiedziała, że tak będzie już przez całe życie.

Sięgnęła   do   guzików   koszuli   Hugh   i   wolno   je   rozpięła.   Rozkoszowała   się   przy   tym 

wrażeniem ciepła i twardości jego klatki piersiowej.

- Och, mała - szepnął, gdy jej palce dotarły do dżinsów. - Nie masz pojęcia, co mi robisz.

- Powiedz mi jeszcze raz, że mnie kochasz, Hugh.

- Kocham cię jak cholera. Bardziej już nie można. - Rozpiął jej bluzkę. - Wierzysz mi?

-   Wierzę.   Powinnam   była   to   zrozumieć   wiele   miesięcy   temu,   kiedy   zacząłeś   snuć   te 

wszystkie intrygi, żeby mnie znowu spotkać.

- A widzisz. Tyle czasu straciliśmy. Ale pomogę ci go nadrobić. - Uśmiechnął się figlarnie.

- Poczekaj, Hugh. - Mattie zadrżała z podniecenia, bo ręka Hugh objęła jej pierś i zaraz 

zsunęła się niżej, aż do talii. - Muszę ci coś powiedzieć.

- Jesteś w ciąży? - spytał z nadzieją.

Spojrzała na niego zaskoczona.

- No, nie. Nic o tym nie wiem.

- Szkoda. Ale może  zaraz będziesz.  - Pociągnął  ją na piach i przygniótł  swym  ciałem. 

Rozpiął dżinsy.

- Hugh, próbuję porozmawiać z tobą o ważnych sprawach.

Pocałował ją w szyję.

- Jeśli nie jest to nic naprawdę ważnego, na przykład wiadomość, że jesteś w ciąży,  to 

możemy z tym poczekać. - Sięgnął do jej bioder i pociągnął za szerokie spodnie.

Mattie   chwilowo   zrezygnowała   z   poważnych   rozmów.   Kiedy   Hugh   Abbott   chciał   się 

kochać, poświęcał temu sto procent uwagi. Wcisnął ją w miękki, ciepły piach i kilkoma zręcznymi 

ruchami pozbawił ubrania.

A   potem   nic   już   nie   miało   znaczenia.   Całym   ciałem   czuła   unoszącego   się   nad   nią 

mężczyznę, który zasłaniając jej księżyc, wypełnił ją sobą.

- Mattie...

Przywarła do niego i pozwoliła się porwać szalonej, namiętnej gonitwie za ekstazą. Przez 

moment przemknęła jej myśl, że już zawsze tak to będzie wyglądało. Huraganowe podniecenie, szał 

252

background image

i wybuch najbardziej pierwotnej siły świata. Niedościgniony, dziki pęd z wilkiem w księżycowej 

poświacie. Wiedziała, że nigdy jej to nie znuży.

Znacznie  później  Mattie  poczuła,  że  palce  nóg ma  zanurzone  w wodzie.  Poruszyła  się, 

przygnieciona pokaźnym ciężarem.

Hugh?

-   Co   się   stało,   mała?   -   spytał   ospale,   zadowolonym   tonem,   jak   zawsze   po   miłosnym 

uniesieniu.

- Chyba idzie przypływ.

- Nie ma sprawy. Umiem pływać.

Dźgnęła go w ramię.

- Ty, mądrala.

- Au!

- Boże, czy to było zranione ramię?

- Nie, ale mogło być.

Odprężyła się słysząc jego śmiech.

- Hugh, naprawdę muszę z tobą porozmawiać.

Jęknął gdzieś przy jej ramieniu.

- Chodzi ci o Seattle, prawda?

- No, w pewnym sensie tak.

- Mała, nie chcę teraz o tym mówić.

- Musimy, Hugh. Chodzi o naszą przyszłość.

- Nasza przyszłość jest taka, że musimy być razem. Wszystko inne się ułoży. W końcu się 

ułoży.

- Powtarzasz to od dawna.

Niechętnie podniósł głowę i spojrzał jej w oczy skupiony, trochę smutny.

- Bo naprawdę tak uważam. Dużo o tym myślałem, mała, i dochodzę do wniosku, że jest 

tylko jedno rozwiązanie.

- To znaczy?

Skinął głową.

-   Sprzedam   Abbott   Charters   Silkowi   i   przeprowadzę   się   na   stałe   do   Seattle.   Właśnie 

skończyłem rozmawiać z Charlotte. Obiecała, że mam u niej etat, jeśli chcę. Powiedziałem, że chcę.

Mattie spojrzała na niego. Niewątpliwie mówił prawdę.

- Och, Hugh. - Ujęła jego twarz w dłonie i czule się do niego uśmiechnęła. - Zachowałeś się 

bardzo wielkodusznie, nigdy ci tego nie zapomnę, ale to nie jest właściwe rozwiązanie.

253

background image

Znieruchomiał.

- Masz lepsze? - spytał. - Bo ja cię nie wypuszczę z rąk, Mattie. Przyjmij to jako fakt.

-   Ciotka   Charlotte   i   wszyscy   dookoła   mają   rację   mówiąc,   że   twoje   miejsce   jest   tutaj. 

Przezwyciężyłeś olbrzymie trudności, żeby zbudować sobie nowe życie. Chcę być jego częścią.

- Tutaj? - Wytrzeszczył na nią oczy. - Chcesz powiedzieć, że przeprowadzisz się na Saint 

Gabriel?

- Chcę mieszkać w tym pięknym domu, który zbudujesz, i chcę urodzić ci dziecko, i chcę 

założyć   tu   swój   własny   interes.   I   to   wszystko   jak   najszybciej.   Dlatego   pierwszym   samolotem 

wracam do Seattle i sprzedaje Sharpe Reactions. A potem pakuję rzeczy i przewożę je na Saint 

Gabriel.

Hugh wydawał się oszołomiony.

- Jaki interes zamierzasz tu założyć?

-  Jeszcze   nie   do   końca   wiem,   ale   sadze,   że   była   właścicielka   galerii   na   Zachodnim 

Wybrzeżu, utrzymująca kontakty z tamtejszymi artystami, ma tu wielkie pole do popisu. Spróbuję 

urzeczywistnić kilka marzeń. Zobaczę, czy uda mi się stworzyć kolonię artystów. Takie miejsce. 

gdzie ludzie w rodzaju Shock Value Frederickson mogliby przyjechać  i odpocząć. Naturalnie za 

pieniądze.

-   Chcesz   ściągnąć   za   morze   wszystkich   swoich   zartyściałych   przyjaciół?   -   Hugh   był 

wyraźnie przerażony,

- Będą tu wydawać pieniądze, Hugh, duże pieniądze. Zachwycą się Saint Gabriel i spodoba 

im się pomysł kolonii artystów nad Pacyfikiem. Myślę też, że na boku otworzę kiosk dla turystów. 

Zacznę od wystawienia obrazów Silka. I pewnie namówię Evangeline Dangerfield, żeby się tu 

sprowadziła i zaczęła projektować stroje dla pań. Będzie je można sprzedawać tak samo jak obrazy 

Silka.

- Całkowity obłęd.

- Sam powiedziałeś, że turyści niedługo odkryją Saint Gabriel. Zbiję fortunę, sprzedając im 

różne   drobiazgi,  a   ty   tymczasem   wyprowadzisz   Abbott   Charter   na   prostą.   Silk   obłowi   się   na 

malowaniu,   a   Evangeline   sprawdzi   się   w   nowej  branży.   I   wszyscy   będziemy   bogaci,   grubi   i 

szczęśliwi.

Hugh roześmiał się cicho, przewrócił na plecy pociągnął Mattie na siebie.

- Och, mała. Życie z tobą nigdy nie będzie nudne.

- Hugh, przypływ...

- Powiedziałem ci, że umiem pływać, a na ciebie będę uważał. Zaufaj mi, mała.

Uśmiechnęła się i pocałowała go w usta, które wydawały jej się takie seksowne.

254

background image

- Ufam ci.

- No, najwyższy czas.

C

harlotte Vailcourt zamknęła teczkę, leżąca na biurku, usiadła wygodniej na dyrektorskim 

krześle i spojrzała na Hugh, który stał przy oknie i przyglądał się ludziom na dole.

- Znakomita propozycja, Hugh. Masz talent organizacyjny i świetnie planujesz. Przyda ci się 

to w Abbott Charters.

- Od ciebie się nauczyłem, Charlotte, i jestem ci za to bardzo wdzięczny.

- Odpłaciłeś mi z nawiązką - powiedziała starsza pani. - W trakcie wprowadzania twojego 

systemu w życie chciałabym móc od czasu do czasu się z tobą skontaktować. Czy zgodzisz się 

udzielać okazjonalnych konsultacji?

- Póki będą rzeczywiście okazjonalne, to na pewno zmieszczę je w rozkładzie zajęć.

- Dziękuję - mruknęła Charlotte z uśmiechem. Spojrzała w drugi koniec gabinetu, gdzie w 

szklanej gablocie, na czarnym aksamicie, spoczywał Valor. - I dziękuję za ten miecz. Wspaniała 

broń, prawda?

- Jeśli ktoś taką lubi...

Charlotte wydawała się rozbawiona.

- Chyba nie muszę już się martwić o legendarną klątwę, ciążącą nad tym mieczem, co? 

Wygląda na to, że się dopełniła. - Domyślnie spojrzała na Hugh.

Wzruszył ramionami. Valor przestał go interesować. Okazał się dobrym orężem wtedy, gdy 

był potrzebny, i tyle.

- Co porabia Mattie? - zainteresowała się Charlotte. - Nadal się pakuje?

- Dziś poszła robić zakupy z Evangeline. Gromadzą wyprawę ślubną.

- Ciekawa sprawa. Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć, do czego Evangeline zachęci 

Mattie. Zakupy pod kierunkiem zawodowej prostytutki to nie taka zwyczajna rzecz.

-   Byłej   prostytutki.   Mattie   mówi,   że   Evangeline   jest   teraz   prawdziwą   kobietą   interesu. 

Kupiła sobie profesjonalną maszynę do szycia i mniej więcej pół miliona szpulek nici. Zamierza 

zabrać to wszystko na Saint Gabriel i namówić Silka, żeby zaprojektował dla niej wzory na tkaniny. 

Podejrzewam, że Silk oszaleje z zachwytu, jak ją zobaczy.

- Będziecie mieli interesujące towarzystwo na Saint Gabriel.

Hugh z uśmiechem odwrócił się od okna.

- Będziesz musiała nas odwiedzić.

- Nie omieszkam tego zrobić. Dobrze opiekuj się Mattie.

- Nie martw się, ona jest całym moim życiem - odpowiedział prosto Hugh.

255

background image

- Od dnia, gdy się spotkaliście, Mattie nie pragnęła niczego i nikogo oprócz ciebie.

- A ja niczego  i nikogo oprócz niej. Tylko  potrzebowałem  trochę czasu, żeby to sobie 

uświadomić. - Oczami wyobraźni zobaczył Rainbirda przebitego mieczem. - Wiesz, Charlotte, w 

odróżnieniu od kilku ludzi, których tu nie wymienię, stanowczo z wiekiem mądrzeję.

-   Dzięki   temu   dajesz   sobie   w   życiu   radę.   Masz   dobre   geny,   Hugh.   Mattie   też.   Kiedy 

postaracie się o dziecko?

- Jak tylko zdołam ją do tego namówić.

- Myślisz, że to długo potrwa?

Hugh się roześmiał.

- Nie. Na pewno nie. Mattie uważa, że będę wspaniałym ojcem. Sama mi to powiedziała - 

dodał z dumą. Będziemy mieli prawdziwy dom. Taki jak należy, pomyślał.

- Ja też tak uważam. Świat potrzebuje więcej takich dobrych ludzi jak ty. Mattie dostrzegła 

twoje możliwości pierwszego dnia, gdy cię zobaczyła.

Hugh zerknął na zegarek, chcąc ukryć rumieniec, który, zdaje się, wypłynął mu na policzki.

- Powinienem zejść do swojego gabinetu. Czas na kolejną porcję tfuj-soczku. Wiesz, nawet 

zaczynam go lubić.

- To dlatego, że Mattie spędza niemiłosiernie dużo czasu i energii na przyrządzaniu tego 

specjału tylko i wyłącznie dla ciebie.

- Stąd czerpałem pewność, że jeszcze mnie kocha - wyznał Hugh. - Chyba nie zadawałaby 

sobie tyle trudu z karmieniem mnie w racjonalny sposób, gdybym jej nie obchodził. Będziesz na 

naszym ślubie?

- Za nic nie opuściłabym takiego wydarzenia. Słyszałam, że Evangeline projektuje suknię 

dla panny młodej. Warto to obejrzeć. Zastanawiam się, czy suknia nie będzie czerwona.

Hugh wciąż jeszcze się śmiał, gdy wysiadł z windy, by w gabinecie nalać sobie szklankę 

tfuj-soczku.

M

attie zapłaciła za filiżankę ziołowej herbaty i podeszła do stolika, przy którym czekało na 

nią dwóch eleganckich panów po trzydziestce. Obaj mieli na sobie drogie płócienne marynarki 

włoskiego kroju, równie drogie koszule i spodnie od znanych projektantów. Obaj roztaczali aurę 

niewymuszonej, miejskiej elegancji. Obaj też byli przystojni na zabój. Mattie uśmiechnęła się pod 

nosem. Nie co dzień kobieta ma okazję usiąść z dwoma takimi amantami.

-  Panowie   - oznajmiła,   odstawiwszy  filiżankę  na  stolik  i  usiadła  na  delikatnym  krześle 

drucianej konstrukcji. - Mam dla was tekst umowy.

- Słuchamy z uwagą - powiedział pierwszy.

256

background image

- Zamieniamy się w słuch - zawtórował mu drugi, swobodnie sącząc capuccino.

Mattie zaczęła szczegółowo wykładać swoje plany. Odczytała główną część oferty i dotarła 

do załącznika.

- Jeszcze jedno - powiedziała.

- Dla pani wszystko, Mattie. Wie pani o tym.

- Chciałabym dostać gwarancję, że przez najbliższe dwa lata zgodzą się panowie wystawiać 

prace Flynna Graftona.

- Niech pani nie będzie  śmieszna  - powiedział  pierwszy.  - Nie musi  nas pani prosić o 

pisemną gwarancję. Sami dobijalibyśmy się o prace Graftona. Widzieliśmy je u pani na wernisażu. 

Są bajeczne.

Mattie skinęła głową.

- No, to w porządku. Przypuszczałam, że panowie wyrażą zgodę. Czy odpowiada panom 

całość umowy?

- Interes zrobiony, Mattie - oznajmił drugi mężczyzna. Popatrzył na przyjaciela. - Co ty na 

to?

- Załatwione - zgodził się jego towarzysz, odstawiając filiżankę.

Mattie zaczęła mówić na inny temat, ale przerwała, bo prąd powietrza poruszył jej włosy na 

karku. Instynktownie obróciła głowę w stronę drzwi. Zobaczyła na progu Hugh. Jego szare oczy 

błyszczały. Wydawał się dość zniecierpliwiony. Energicznie podszedł do stolika.

- Suzanne powiedziała mi, że jesteś tutaj na kawie z jakimiś kolekcjonerami - powiedział 

Hugh,   lustrując   spojrzeniem   dwóch   młodych   bogów   siedzących   naprzeciwko   Mattie.   -   Co   wy 

właściwie kolekcjonujecie, panowie?

- Wszystko, co Mattie powie, że powinniśmy. - Pierwszy mężczyzna odpowiedział Hugh 

spojrzeniem. Zaczął od samych stóp i powoli dotarł do szerokich ramion. - Ona ma bajeczny gust, 

sam pan rozumie. Jeśli Mattie nam coś radzi, omyłka nie wchodzi w grę. Niech pan siada z nami, 

jeśli pan ma ochotę.

- Dziękuję, właśnie miałem to zrobić - oświadczył Hugh, coraz bardziej poirytowany. Opadł 

na krzesło obok Mattie i popatrzył bykiem na całą trojkę.

Mattie uśmiechnęła się radośnie.

- Hugh, to są panowie Ryan Turner i Travis Preston. Obecnie robią fortunę jako maklerzy 

giełdowi. Rozsądnie zdecydowali wycofać się z tego rynku, póki są na dużym plusie, i spróbować 

zajęcia z większą klasą.

- To prawda? - Hugh powątpiewająco uniósł brwi. - A co planują, żeby nadal móc się wbijać 

w te szpanerskie ubranka?

257

background image

- Panowie przejmują moją galerię. Poznaj nowych właścicieli Sharpe Reactions.

- Niewątpliwie bardzo mi miło - powiedział Travis, ponownie zatrzymując spojrzenie na 

szerokich ramionach Hugh.

- Mnie też, doprawdy - bąknął Ryan. - Mattie, moja droga, pani ma wyśmienity gust.

- Dobra, jedno zmartwienie mniej - stwierdził filozoficznie Hugh.

- Słucham? - zdziwiła się Mattie.

- Kiedy Suzanne powiedziała, że znajdę cię tutaj z dwoma prawdziwymi przystojniakami, 

zaniepokoiłem się. Pomyślałem nawet, że będę musiał stanąć w obronie twojej cnoty.

-   O   Boże   -   powiedział   Ryan.   -   Uwielbiam   taką   męską   postawę.   A   ty,   Travis?   Taką 

pierwotną dzikość.

- Nie wiedziałeś? - spytał Travis z udanym zdziwieniem. - To jest facet Ariel Sharpe z 

Okresu Żywiołu.

- Ach, to wszystko wyjaśnia - odetchnął Ryan.

Hugh popatrzył na Mattie.

- Wiesz co? Chyba już mam dość cudów wyrafinowanego życia w wielkim mieście. Czas 

jechać do domu.

- Owszem - zgodziła się Mattie. - Też tak myślę.

W

  dniu wyjazdu na Saint Gabriel Mattie zbudziła się przed świtem. Przeciągnęła się i 

leniwie   otworzyła   oczy,   świadoma   tego,   że   Hugh,   leżący   obok   niej,   promieniuje   męskością   i 

ciepłem. Zerknęła na zegar i dotknęła ramienia męża.

- Hugh?

-  Nie śpię, mała. - Otoczył  ją ramieniem i przyciągnął  do swego nagiego torsu. Potem 

popatrzył na nią sennie i bardzo seksownie, z typowo męskim zadowoleniem. - Która godzina?

- Wpół do piątej.

- Czas wstać. Musimy zdążyć na samolot.

Mattie uśmiechnęła się. Przypomniała sobie znamienne słowa, które wypowiedziała prawie 

rok temu. Teraz je powtórzyła:

- Weź mnie z sobą, Hugh. Bardzo cię kocham. Proszę cię, weź mnie z sobą.

Pogłaskał ją i pocałował w usta.

- Nie wiesz, mała, że nie mógłbym wyjechać bez ciebie? Jesteś całym moim światem.

Tym  razem  oboje wsiedli  o  szóstej   do samolotu   i odlecieli  na  wyspę   Saint  Gabriel,  w 

przyszłość, którą mieli wspólnie budować.

258


Document Outline