background image

MICHELLE MARTIN

DIABLICA Z HAMPSHIRE

background image

1

Katharine Glyn z rozbawieniem obserwowała, jak Thomas Carrington usiłuje napełnić 

jej szklankę lemoniadą, nie oblewając przy tym, jak to miał w zwyczaju, ani swego surduta w 
purpurowe prążki, ani swych butów, ani wreszcie jej samej.

Tym razem jego wysiłki uwieńczył sukces.
- Brawo, Tommy! - powiedziała z uznaniem, gdy szklanka bezpiecznie dotarła wreszcie 

do jej rąk. - To był prawdziwy majstersztyk.

- Nabrałem wprawy - odrzekł, uśmiechając się z zakłopotaniem.

- To widać. Nim sezon dobiegnie końca, będziesz niedoścignionym mistrzem elegancji i 

wdzięku - zauważyła panna Glyn, a w jej oczach pokazały się wesołe błyski.

- No, no, Kate, chyba trochę przesadziłaś. Nie zapominaj rautu u Bennetów z ubiegłego 

tygodnia.

- Ktoś cię szturchnął w ramię, Tommy! Jestem pewna, że ktoś cię potrącił - zauważyła z 

powagą.

Nagle jej wzrok zatrzymał się na lady Huntington, której imponujących rozmiarów ciało 

wciśnięte   było   w   suknię,   niemal   trzeszczącą   pod   tym   niewyobrażalnym   naporem.   Lady 

Huntington, matka pięciu córek na wydaniu, mówiła coś z przejęciem jakiemuś wytwornie 
ubranemu   dżentelmenowi,   którego   Katharine   Glyn   nigdy   dotąd   nie   widziała.   Włosy   miał 

ciemne i krótko ostrzyżone, oczy szare i lekko przymknięte, gdy, bez szczególnego entuzjazmu, 
przytakiwał   lady   Huntington.   Jego   wyrazistą   twarz   znaczyły   wystające   kości   policzkowe   i 

kanciasty podbródek. Panna Glyn musiała przyznać, że był wyjątkowo przystojny.

- Tommy, kim jest ten piękniś usidlony przez lady Huntington? - zapytała.

Carrington posłusznie podążył za jej wzrokiem.
- Och - odrzekł bez specjalnego zainteresowania. - To chyba lord Blake. Naśladowca 

Brakstona, sądząc po surducie. Jak można się ubierać w tak niewyszukany sposób?

-   Jak   widać   nie   każdy   musi   hołdować   modzie,   mój   drogi.   Co   wiesz   o   tym,   w   tak 

niewyszukany sposób ubranym, lordzie Blake'u?

- Niewiele. Chyba nie bywa w mieście zbyt często. Och, jest jednak coś, słyszałem, że dla 

swoich kochanek jest hojny. A gdy tylko zjawia się w mieście, natychmiast oblega go tłum 
wielbicielek.

-   Aha!   „Tańczy   dziś   lekko   w   niewieściej   alkowie,   przy   dźwięcznej   lutni   miłosnych 

akordach

1

.

Carrington spojrzał na nią ze zdumieniem.

Ryszard III, akt I, scena 1, tłum. Leon Ulrich (przyp. red.).

background image

Ryszard III, akt pierwszy, scena pierwsza.
Jednak Carrington wciąż zdawał się nie rozumieć.

Katharine uśmiechnęła się.
- To Szekspir, Tommy, dla podkreślenia, jak bardzo mnie bawi odkrycie  wśród nas 

rozpustnika.

- To niezupełnie rozpustnik. Nie uwodzi niewinnych panienek. Interesują go jedynie 

doświadczone kobiety.

- Boże mój! A to szczwany lis.

Carrington uśmiechnął się szeroko.
- Przykro mi, że cię rozczarowałem, Kate.

- Cóż, przynajmniej ma na tyle zdrowego rozsądku, aby nie udawać, że się dobrze bawi - 

zauważyła,   obserwując   jednocześnie,   jak   lord   Blake   bezskutecznie   usiłuje   uwolnić   się   od 

niezmordowanej lady Huntington. - Czy Montclairowie kiedykolwiek wydali udany bal?

-   Z   tego,   co   wiem,   nie.   Czy   uważasz,   że   powinniśmy   posłać   po   specjalistów   od 

balsamowania zwłok?

Katharine podniosła do ust szklaneczkę z ponczem.

- Sądzę, że nasi gospodarze już o tym pomyśleli - rzuciła złośliwie, gdy lady Danforth, 

zanadto wystrojona i upudrowana, zbliżyła się do nich, aby porwać ze sobą Carringtona... w 

jakim jednak celu, Katharine nie miała pojęcia.

Pozostawiona sama sobie, podeszła do wychodzących na ogród przeszklonych drzwi i 

oparłszy   się   o   chłodne   szyby,   jakby   w   ten   sposób   chciała   uciec   od   dusznego   powietrza 
zatłoczonej   sali   balowej,   oddała   się   jednej   ze   swoich   ulubionych   rozrywek:   obserwowaniu 

najzabawniejszych słabostek wielkiego świata, który przesuwał się przed jej oczami.

Zerknęła na tego nierozpustnika, ale zasłoniły go dwie matrony. Każda z nich, panna 

Glyn   była   tego   pewna,   próbowała   wcisnąć   swoje   niezamężne   córeczki   jakiemuś   niczego 
niepodejrzewającemu poczciwcowi. A piękniś był kolejną partią na tym małżeńskim targu. Z 

każdą chwilą stawał się dla niej coraz mniej ciekawy. Co za nudy.

Odwróciła się w poszukiwaniu ciekawszego obiektu i jej wzrok zatrzymał się teraz na 

lordzie   Bingsleyu,   największym   dandysie   ostatniej   dekady,   rozmawiającym   o   czymś   z 
gospodarzem   balu.   Ulubieniec   wielu   młodych   mężczyzn   z   towarzystwa,   nie   wyłączając 

Tommy'ego   Carringtona,   lord   Bingsley,   zaskakiwał   wszystkich   oszałamiającym   strojem   na 
każdym przyjęciu czy balu, w którym uczestniczył.

Dziś   wieczorem   zjawił   się   ubrany   w  wieczorowy   surdut   w  różowe   i   srebrne  prążki, 

niebieską kamizelkę w złote cętki i jasnożółte pantalony. Jego jasne włosy ufryzowane były a la 

background image

Byron,   fular   zawiązany   zgodnie   z   modą   minionego   tygodnia,   a   rogi   kołnierzyka   były   tak 
sztywne i sterczały tak wysoko, że głowa lorda Bingsleya sięgała o dobre pięć centymetrów 

wyżej niż zazwyczaj. Całość robiła niesamowite wrażenie.

Zanim jednak Katharine Glyn zdołała  uświadomić sobie, jak bardzo to było w złym 

guście, gospodyni balu, pulchna matrona około trzydziestki, posiadaczka sześciorga dzieci i 
okropnej   fryzury   ozdobionej   pawimi   piórami,   zbliżyła   się   do   niej   w   towarzystwie   dwóch 

mężczyzn do złudzenia przypominających Adonisa i Satyra. Adonis był jasnowłosym młodym 
dżentelmenem o bardzo sympatycznej fizjonomii, nieśmiałym uśmiechu i stosownym stroju. 

Satyr natomiast przystojnym pięknisiem, który przed chwilą rozmawiał z lady Huntington. 
Katharine odniosła wrażenie, że spierał się o coś z Adonisem. W pewnej chwili wyglądało to 

nawet tak, jakby się chciał wycofać, ale Adonis skutecznie mu to uniemożliwił.

- Droga panno Glyn - powiedziała lady Montclair - chciałabym przedstawić pani sir 

Williama Athertona oraz lorda Blake'a. Sir William bardzo pragnie poznać miss Fairfax, a 
ponieważ jest pani jej opiekunką, pomyślałam, iż stosownie będzie, jeśli to ty ją przedstawisz.

- Dziękuję, ale nie sądzę, aby to było konieczne - odpowiedziała panna Glyn. - Jestem 

pewna, że pani zrobi to z większym niż ja zaangażowaniem.

- Ale... ale panno Glyn - zawołał złotowłosy młodzieniec. - Jeśli pani jest rzeczywiście 

opiekunką panny Fairfax, to chyba oczywiste, że powinienem się przedstawić najpierw pani.

- Doskonale - odparła Katharine, z pewnym ociąganiem odwracając wzrok od nieco 

sennych oczu lorda Blake'a. - Czy jest pan żonaty, sir Williamie?

Mężczyzna się zaczerwienił.
- Dobry Boże, panno Glyn, oczywiście, że nie jestem! Nigdy nie byłem nawet zaręczony.

- Ach tak. A ile pan ma lat?
- Dwadzieścia sześć.

Powoli poruszyła wachlarzem.
-   To   już   samo   w   sobie   jest   zdumiewające.   Każdy   młody   mężczyzna,   który   mając 

dwadzieścia sześć lat, nie był przynajmniej dwukrotnie zaręczony, zasługuje na to, aby mu się 
wnikliwie przyjrzeć.

- Panno Glyn, proszę o wybaczenie, ja... nie miałem nawet okazji, żeby się zaręczyć. 

Byłem na kontynencie.

- W jakim celu? - zapytała.
Sir   William   patrzył   na   nią,   jakby   nie   rozumiał   sensu   pytania.   Lord   Blake   trącił   go 

łokciem i szepnął mu coś na ucho. Sir William zaczerwienił się, po czym odparł:

- Walczyłem na wojnie, panno Glyn.

background image

- Ach tak! Z jakimi efektami?
- Wierzę, że... że wypełniłem mój obowiązek.

- I to wystarczy, sir Williamie. Skąd pochodzi pańska rodzina?
- Z Suffolk, panno Glyn. Jesteśmy starą rodziną z odpowiednimi dochodami. Z moich 

najbliższych pozostała mi tylko matka.

- Był pan osobiście zamieszany w jakiś skandal?

- Boże uchowaj, skądże!
- Szkoda. A więc ma pan to jeszcze przed sobą - oświadczyła. - Lady Montclair, może 

pani przedstawić tego dżentelmena Georginie.

- Ależ, panno Glyn, pani powinna to zrobić - zaprotestowała lady Montclair. - Panna 

Fairfax   jest   tak   oblegana   przez   młodych   dżentelmenów,   że   jeśli   to   ja   przedstawię   jej   sir 
Williama, z pewnością nie zwróci na niego uwagi. Jeśli jednak zrobi to pani, przynajmniej na 

niego spojrzy.

Panna Glyn uśmiechnęła się.

- Nie bardzo rozumiem, co innego mogłaby zrobić, ale dobrze, niech będzie tak, jak pani 

proponuje. A pan, lordzie Blake, też pragnie być przedstawiony pannie Fairfax?

-   Dziękuję,   nie   -   odrzekł   lord   Blake,   nie   kryjąc   znudzenia.   -   Za   bardzo   jestem 

onieśmielony jej urodą, aby się zdobyć na jakąś sensowną rozmowę.

Katharine Glyn spojrzała na niego z rozbawieniem i zaczęła  rozglądać się po sali w 

poszukiwaniu   swojej   przyjaciółki   i   towarzyszki,   panny   Georginy   Fairfax,   dwudziestoletniej 

piękności, której lśniące czarne włosy, głęboko osadzone błękitne oczy, twarzyczka w kształcie 
serduszka,   zgrabna   figura   i   łagodne   usposobienie   wielu   mężczyzn   przyprawiały   o   zawrót 

głowy. Dodatkowym atutem pięknej panny była ogromna fortuna.

W końcu ją zauważyła.  Panna  Fairfax stała  zaledwie  kilka  kroków na lewo od niej, 

otoczona przez sześciu młodych elegantów.

- Chodźmy, sir Williamie - powiedziała panna Glyn, ciągnąc go w stronę otaczającego 

pannę Fairfax męskiego kręgu.

Używając   na   zmianę   łokcia   i   uprzejmych   przeprosin,   osiągnęła   zamierzony   efekt. 

Wielbiciele   panny   Fairfax,   choć   niechętnie,   rozstąpili   się   i   panna   Glyn   podprowadziła   sir 
Williama do obiektu jego westchnień i dokonała krótkiej prezentacji.

Kiedy jednak zauważyła, jak pod wpływem uśmiechu blond boga pod jej przyjaciółką 

uginają   się   nogi,   a   jej   twarz   nagle   blednie,   nie   mogła   opanować   rozbawienia.   Nigdy   nie 

widziała panny Fairfax w takim stanie. Blond bóg z Olimpu był również nieco wytrącony z 
równowagi, nie na tyle jednak, aby nie móc poprowadzić swojej wybranki na parkiet.

background image

Samotność panny Glyn nie trwała zbyt długo, ponieważ już po chwili podeszła do niej 

siostra Tommy'ego, Elizabeth Carrington.

- Kim jest ten młody bóg, który tańczy właśnie z Georginą i dlaczego najpierw mnie z 

nim nie poznałaś? - zapytała.

Katharine   opowiedziała   jej   krótko,   czego   dowiedziała   się   o   sir   Williamie,   po   czym 

skierowała rozmowę na inny temat:

- Kim jest ten Blake, który przez cały czas dotrzymuje towarzystwa sir Williamowi? 

Znasz go?

- Nie - odparła miss Carrington. - I niewiele o nim wiem. To najwyraźniej jego pierwszy 

sezon w Londynie po latach nieobecności.

- Wygląda na sensownego.
- I ma furę pieniędzy.

- Biedaczysko. Nic dziwnego, że ta Huntington tak na niego poluje. Majątek i tytuł. 

Jakie   to   pospolite.   Zaczynam   tracić   do   niego   sympatię.   Szkoda.   Odniosłam   wrażenie,   że 

mógłby mnie nieźle bawić.

- Kate, ciebie wszyscy bawią.

- To prawda. Jednak lord Blake szczególnie. Tommy twierdzi, że panienki przepadają za 

nim. Jak myślisz, zabrał dziś ze sobą jakąś?

- Kate, nie bądź śmieszna!
-   Nie   jestem   śmieszna,   tylko   zrozpaczona.   Jeśli   wkrótce   nie   dostrzegę   czegoś 

interesującego, zasnę na stojąco.

Rozejrzała się po sali i szybko odkryła, że mężczyzna, o którym mowa, tańczył właśnie z 

drugą na liście najpiękniejszych kobiet na tym balu.

- O Boże! - zawołała.

- Co się stało?
- On zna Priscillę Inglewood. Widzisz? Uśmiecha się do niej.

Panna Carrington podążyła za jej wzrokiem.
- Już wiem, skąd znam to nazwisko! Siostry Pomeroy twierdzą, że ten Blake wrócił do 

miasta właśnie z powodu Priscilli.

- Chcesz powiedzieć, że ma zamiar związać się z Panną Doskonałą? To pogrąża go w 

moich oczach ostatecznie. Szkoda, wygląda dosyć... zajmująco. Cóż, muszę znaleźć inny obiekt 
zainteresowania. Nie rozmawiałam jeszcze z księżną Newberry.

-   Uważaj,   Kate.   Lady   Mankin   -   zwyczajna   baronowa   -   zjawiła   się   dziś   w   prawie 

identycznej sukni i księżna jest wściekła.

background image

- Wcale się nie dziwię. Lady Mankin wyszła, naturalnie?
-   Oczywiście!   Biedaczka   była   zdruzgotana.   Wątpię,   czy   jeszcze   kiedyś   otrzyma 

zaproszenie od kogoś z towarzystwa, a jej zgłoszenie do klubu Almack's stoi teraz pod dużym 
znakiem zapytania.

- Och, co za dramat w towarzystwie. Nawet w Drury Lane nie zobaczy się lepszego.
W chwilę później panna Glyn złożyła wyrazy współczucia księżnej Newberry, przeżyła 

kadryla z młodym Carringtonem i odprawiła z kwitkiem z pół tuzina dżentelmenów, palących 
się do zawarcia z nią znajomości... aby mieć łatwiejszy dostęp do panny Fairfax.

Nie   potrafiła   ukryć,   jak   bardzo   nie   cierpiała   pochlebstw,   szczególnie   z   ust 

dżentelmenów szukających ładnej buzi i fortuny, a nie charakteru. Jej zadaniem było trzymać 

takich  niegodziwców  jak najdalej  od panny Fairfax.  Traktowała  ich więc tak,  by na długo 
zapomnieli o swoich marzeniach.

To,   że   żaden,   chcący   zawrzeć   związek   małżeński   mężczyzna,   nie   jest   nią 

zainteresowany,   Katharine   Glyn   wiedziała   od   dawna.   Jednak   wcale   z   tego   powodu   nie 

cierpiała, nie zależało jej bowiem ani na konkurentach, ani na ich kiepskich wierszach, ani na 
samym wyjściu za mąż. Jej dochody, aczkolwiek skromne, zapewniały środki do życia i niczego 

więcej nie potrzebowała.

Uważając,   że   najwyższy   czas   wracać   do   domu,   zaczęła   się   rozglądać   za   swoją 

podopieczną,   co,   jak   się   okazało,   wcale   nie   było   łatwe.   W   końcu   znalazła   ją   w   jakimś 
ustronnym miejscu, pochłoniętą rozmową z panną Carrington.

- Och, Katharine! - zawołała podekscytowana panna Fairfax na widok zbliżającej się 

przyjaciółki.  - To najcudowniejszy  wieczór w moim życiu! Właśnie zwierzałam się Beth ze 

wszystkich moich myśli i uczuć. Nic nie poradzę na to, że nie potrafię ich zatrzymać. Są jak 
potężny wodospad. Są...

-   Cieszę   się,   Georgino   -   przerwała   jej   stanowczo   panna   Glyn.   -   Zanim   jednak   ten 

wodospad  zaleje  wszystko   dookoła,  chciałabym  uświadomić ci,   że minęła  już  druga  i  czas 

wracać do domu. Beth, myślę, że powinnaś poszukać swojego brata. Widziałam, jak rozmawiał 
z tą Morweną Devon.

- Co takiego? Znowu ta wymalowana modliszka? - oburzyła się panna Carrington. - 

Myślałam,   że   Tommy   ma   więcej   rozumu   -   powiedziała,   rzucając   się   na   poszukiwanie 

zbłąkanego brata.

-   Chodź,   Georgino.   -   Panna   Glyn   wzięła   przyjaciółkę   pod   rękę   i   pociągnęła   ją   w 

kierunku wyjścia. - Czeka cię jutro ciężki dzień i musisz się dobrze wyspać.

- Jutro, jutro! - powtarzała wciąż panna Fairfax. - Zobaczę go jutro. Och, Katharine, tyle 

background image

się wydarzyło w ciągu tych ostatnich kilku godzin!

- To widać po twojej rozgorączkowanej  twarzy  i błyszczących oczach.  Lepiej jednak 

będzie,  jak  opowiesz  mi  o  tym w powozie.  Uzewnętrznianie  uczuć  na  środku  sali  balowej 
naraża   na   zarzut   trzpiotowatości.   To   świadczy   o   braku   obycia,   a   obycie,   moja   droga,   jest 

bardzo ważne, jeśli się chce utrzymać odpowiednią pozycję w towarzystwie.

- Och, Kate - zachichotała panna Fairfax. - Mówisz od rzeczy!

Panna Glyn, która nigdy dotąd nie słyszała, żeby Georgina chichotała, poczuła niepokój. 

Szybko wyprowadziła młodą przyjaciółkę z sali i kiedy zajęły miejsce w powozie, a stangret 

zaciął   konie,   opadła   na   oparcie   siedzenia   i,   spojrzawszy   spod   oka   na   pannę   Fairfax, 
powiedziała:

- Możesz zaczynać.
- Nie patrz tak na mnie, Kate, jakbyś się obawiała czegoś strasznego - odparła panna 

Fairfax ze śmiechem. - Zapewniam cię, że jeszcze nigdy nie było mi tak cudownie. Kręci mi się 
w głowie i jest mi tak lekko, jakbym za chwilę miała się unieść do gwiazd, zatańczyć walca 

dookoła Wielkiego Wozu, wyśpiewać hymn Strzelcowi i dosiąść Wielkiej Niedźwiedzicy.

- Nic z tego, Georgino, dobrze wiesz, że nawet na koniu trzymasz się fatalnie.

-   Och,   Katharine!   Jestem   taka   szczęśliwa!   -   powtarzała   panna   Fairfax.   -   Poznałam 

najcudowniejszego pod słońcem mężczyznę. Jest taki piękny, że, kiedy o tym myślę, czuję, jak 

zapiera   mi   dech   w   piersiach.   Wiesz,   przez   pierwsze   pięć   minut   znajomości   nie   mogłam 
wymówić słowa. Jest taki miły, uprzejmy, inteligentny i czuły. Ma tyle gracji i wdzięku, a przy 

tym tyle siły, że mógłby nieść mnie w ramionach na koniec świata.

Katharine straciła opanowanie i wybuchnęła śmiechem.

- Och, Georgie, gdybyś mogła siebie słyszeć. Jeszcze się nigdy tak nie ubawiłam.
- Ale ja mówię poważnie.

-  Wiem, kochanie,   wiem.  To jest właśnie   takie  zachwycające.   Miłość od pierwszego 

wejrzenia! Nigdy nie przypuszczałam, że zobaczę cię w takim stanie. I pomyśleć, że to ja się do 

tego przyczyniłam!

- Katharine, nie chciałabym, żebyś kpiła z moich uczuć do Will... do sir Williama.

- Przepraszam - odparła jej przyjaciółka z powagą. - Już nie będę, przyrzekam. Sama 

mnie jednak do tego sprowokowałaś... ale niech będzie, co ma być - odkaszlnęła. - Cieszę się, 

że   wybrałaś   kogoś,   kto   ma   na   imię   William.   Chrześcijańskie   imię   ma   ogromny   wpływ   na 
charakter mężczyzny i szczęście jego małżonki. Taki na przykład Basil. To imię nieodparcie 

kojarzy mi się z łasicą. Wskazuje na mężczyznę, któremu nie powinny ufać ani kobiety, ani ich 
kieszenie.   A   Percy.   Unikaj   tego   imienia,   Georgino,   jak   diabeł   święconej   wody,   ponieważ 

background image

mężczyzna, który je nosi, nigdy nie wyrwie się z objęć swojej mamusi. Waldos zachoruje na 
podagrę, Brian odda się bez reszty polowaniom, a Roger rozpuście.

- Katharine, doprawdy! - zachichotała ponownie panna Fairfax.
-   Natomiast   William   -   ciągnęła   jej   przyjaciółka   wciąż   z   tą   samą   powagą   -   to   imię 

wspaniałe pod każdym względem. Kryje w sobie siłę i urok historii. Zauważ tylko, że kojarzy 
się z walką - przypomnij sobie  Wilhelma Zdobywcę

2

  - i twój Willie nie jest wyjątkiem. Jeśli 

będziesz go krótko trzymała, a nie bawiła się w jakieś ckliwe „mój słodki Willie”, myślę, że 
będą z niego ludzie. Moja rozmowa z nim była z konieczności króciutka i oczywiście potrzebuję 

więcej informacji, zanim ostatecznie powiem ci, co o nim myślę. Wspomniał, że ma jedynie 
matkę, to prawda?

-   Tak.   Jego   ojciec   zmarł   cztery   lata   temu,   pozostawiając   po   sobie   jedyne   dziecko, 

właśnie Williama.

-   Doskonale.   Nie   będziesz   musiała   szukać   mężów   dla   jego   sióstr   i   spłacać   długów 

jakiegoś brata utracjusza. A jakie ma zdanie na temat dzieci?

-   Dzieci?   -   wykrztusiła   z   trudem   panna   Fairfax.   -   Katharine,   my   dopiero   co   się 

poznaliśmy!

- Ależ moja droga Georgino, słuchając, z jakim entuzjazmem mówisz o jego silnych 

ramionach, miałam prawo przypuszczać...

- Katharine, doprawdy! - prychnęła panna Fairfax. - Sir William to po prostu uprzejmy, 

inteligentny,   dowcipny,   wytwornie   wyrażający   się   młody   mężczyzna   o   szlachetnym   sercu, 

mądrych oczach i...

- I jutro masz zamiar się z nim zobaczyć - dodała z uśmiechem Katharine Glyn.

- O tak! - westchnęła uszczęśliwiona Georgina. - Wildingowie zaprosili go na jutrzejszy 

raut. Czy życie nie jest cudowne?

Powóz zatrzymał się przed rezydencją Fairfaksów przy Russel Court, gdzie na obydwie 

panie czekał już Wainwright, majordomus Fairfaksów od dwudziestu prawie lat.

- Dobry wieczór, Wainwright - powiedziała panna Glyn, zdejmując płaszcz. - Ogromnie 

cię przepraszam za tę nieprzyzwoitą godzinę. Usiłowałam wyciągnąć pannę Fairfax wcześniej, 

ale tak świetnie się bawiła, że okazało się to zupełnie niemożliwe.

- Nic nie szkodzi, panno Glyn - odparł majordomus. - Piliśmy właśnie z Rossem herbatę 

w kuchni.

- Nie pozwól więc, aby ostygła - odpowiedziała z uśmiechem panna Fairfax. - Zamknij 

tylko drzwi i wracaj do Rossa. Katharine i ja idziemy natychmiast do łóżka.

2 Polskim odpowiednikiem imienia William jest Wilhelm. Wilhelm Zdobywca - książę Normandii, od roku 1066 

król ang. (przyp. red.).

background image

-   Doskonale,   panienko.   -   Wainwright   skłonił   się   nisko,   podczas   gdy   one   weszły   na 

schody prowadzące do ich sypialni.

- Do łóżka, oczywiście - powtórzyła Katharine - ale dopiero wtedy, gdy opowiesz mi 

wszystko o sir Williamie Athertonie, moja droga.

- Powiedziałam ci wszystko, co wiem, Kate. Zapominasz, że dopiero dziś wieczorem się 

poznaliśmy.

- Nie, nie, moja droga. To ty zapominasz.
- Co chcesz przez to powiedzieć?

- Nic, Georgino, nic! Idź do łóżka i śnij o swoim... nowym adoratorze.
- Och, Kate, czy nie jest cudowny! - powtórzyła panna Fairfax, obejmując ponownie 

przyjaciółkę. - Jestem pewna, że wy dwoje jutro będziecie mieli okazję lepiej się poznać.

- Jutro? Ależ ja jutro nie spotkam się z nim, Georgino.

- Ale raut u Wildingów...
- Nie wybieram się do Wildingów.

- Kate!
-   Mówiłam   ci   już   tydzień   temu,   że   nie   przyjęłam   zaproszenia.   Twoja   popularność, 

Georgino, zmusiła mnie do życia, które mi wcale nie odpowiada. Ciągłe obcowanie z ludźmi na 
każdym   kroku   podkreślającymi   swoją   wyższość   nawet   świętego   mogłyby   wyprowadzić   z 

równowagi... a obie wiemy, że nie jestem żadną świętą. Zrezygnowałam z rautu u Wildingów. 
Tęsknię do objęć Dantego, Swifta, Jonsona! Oni są wierni.

- Tak, ale teraz, kiedy poznałam sir Williama...
-   To   nie   jest   powód,   dla   którego   mogłabym   zrezygnować   ze   spędzenia   wieczoru   w 

bibliotece.   Marzę   o   tym   od   miesiąca.   To   tempo,   które   w   tym   sezonie   nam   narzuciłaś, 
Georgino,   niszczy   moje   duchowe   życie.   Sir   William   moje   wstępne   oględziny   przeszedł 

pozytywnie   i   wszystko   wskazuje   na   to,   że   twoje   również.   Zobaczymy,   czy   spełni   nasze 
oczekiwania, nieprawdaż, Georgie?

- O tak! - westchnęła panna Fairfax, po czym zarumieniła się nagle.
-   Wspaniale   -   odparła   panna   Glyn   z   uśmiechem.   -   Nim   minie   tydzień,   sir   William 

rozgłosi wszystkim dookoła swoją dozgonną miłość do ciebie.

background image

2

Obie panny mieszkały razem w domu Fairfaksów przy Russel Court od półtora roku, od 

śmierci rodziców panny Fairfax. Jeremy, starszy brat Georginy, służył w kawalerii i nie mógł 
zapewnić   siostrze   opieki.   W   tej   sytuacji   opiekunowie   dziewczyny,   lord   i   lady   Egerton, 

zaproponowali jej, aby zamieszkała z nimi. Jednak młodziutka panna Fairfax zdawała sobie 
sprawę z tego, że ta oferta nie była zupełnie szczera. Dla ludzi, którzy mieli cztery córki na 

wydaniu - w tym trzy niezbyt urodziwe - oraz dwóch synów, których upodobanie do pięknych 
młodych   kobiet   dla   nikogo   nie   było   tajemnicą,   przyjęcie   pod   swój   dach   Georginy   Fairfax 

mogłoby   skończyć   się   katastrofą.   I   wtedy   to   Katharine   Glyn   zaproponowała,   że   może 
zamieszkać z panną Fairfax w roli jej opiekunki.

Panna Glyn straciła matkę, gdy miała pięć lat, ojca w wieku lat szesnastu. Wtedy to 

przeniosła się do domu Fairfaksów, wyznaczonych jej przez ojca na prawnych opiekunów. Od 

tej   chwili   datuje   się   jej   przyjaźń   z   pięć   lat   młodszą   Georginą.   Śmierć   państwa   Fairfax   w 
przededniu debiutu Georginy sprawiła, że ta przyjaźń jeszcze bardziej się zacieśniła.

Katharine   doszła   do   wniosku,   iż,   skoro   zdecydowała,   że   sama   nie   wyjdzie   za   mąż, 

powinna   zająć   się   młodziutką   przyjaciółką,   przynajmniej   do   czasu,   aż   Jeremy   Fairfax, 

dwudziestotrzyletni   brat   Georginy,   mając   dosyć   służby   w   wojsku,   wróci   do   Londynu   i   w 
sposób   odpowiedzialny   zajmie   się   siostrą.   A   że   panna   Glyn   znana   była   w   towarzystwie   z 

inteligencji i dużej wiedzy o świecie - na tę opinię ciężko pracowała - Egertonowie, aczkolwiek 
z pewnym wahaniem, zaakceptowali w końcu jej propozycję.

Przez   rok   panna   Glyn   i   panna   Fairfax   mieszkały   same   w   Russel   Court   w   idealnej 

harmonii, rzadko wychodząc z domu i widując się jedynie z najbliższymi przyjaciółmi. Jednak 

pod  koniec żałoby  Katharine  zaczęła  nalegać,  aby  jej  przyjaciółka   zaczęła  znowu  bywać  w 
towarzystwie.  Po dwóch  tygodniach   od  debiutu  panna  Fairfax  została   uznana  za  piękność 

sezonu i największą jego sensację, co ją nieco zakłopotało, natomiast pannę Glyn rozśmieszyło 
do łez. Po tym, jak książę regent podczas debiutu zwrócił na pannę Fairfax szczególną uwagę, 

jej sukces był murowany, a ona sama nie była już panią swego losu.

Katharine Glyn nie zamierzała jednak rezygnować ze swoich ulubionych zajęć jedynie 

po to, aby uczestniczyć w triumfie przyjaciółki. Tak więc zamiast pójść z nią na raut, na którym 
pewnie zanudziłaby się na śmierć, uprzedziła Wainwrighta, że nie ma jej w domu dla nikogo, 

po czym przebrała się w domowy strój i zaszyła w bibliotece, gdzie w ulubionym skórzanym 
fotelu zagłębiła się w lekturze pierwszego tomu Fausta. Koncentracja, towarzysząca jej dotąd 

podczas zgłębiania dzieł Monteskiusza, Swifta, Wollstonecrafta i Dantego, tym razem została 
brutalnie   przerwana   przez   nagłe   pojawienie   się   Georginy,   która   wpadła   do   biblioteki   i   z 

background image

rozdzierającym okrzykiem - Kate! - rzuciła się do jej kolan.

- Dobry wieczór, Georgino - powiedziała panna Glyn, starając się zachować spokój. - 

Mam nadzieję, że miło spędziłaś czas?

-   Och,   Katharine!   -   zawołała   panna   Fairfax,   ściskając   kolana   przyjaciółki.   -   Było 

cudownie!

- Domyślam się, że widziałaś się z sir Williamem Athertonem.

- Widziałam się z nim, rozmawiałam z nim, tańczyłam z nim!
- Cieszy mnie, że na tym się skończyło.

- Och, Katharine, nasze spojrzenie na świat jest identyczne - entuzjazmowała się panna 

Fairfax. - Nasze serca i umysły czują i myślą tak samo. Mamy te same nadzieje i te same 

marzenia. William ma wszystko, czego zawsze szukałam w mężczyźnie. Jest... jest niezwykle 
łagodny i delikatny, Kate, a mimo to taki pewny siebie. Opanowany i inteligentny, chociaż 

czasem bardzo impulsywny. Wiesz, rozmawiał dziś ze mną aż trzy razy!

-   Przepraszam,   moja   droga,   ale   muszę   to   skomentować.   Jedna   rozmowa   to   tylko 

grzeczność z jego strony, druga - to już głębsze zainteresowanie, trzecia świadczy o głębi uczuć, 
ale i... twoim przyzwoleniu, Georgino.

- Och, Katharine - zawołała panna Fairfax, ponownie obejmując przyjaciółkę. - Jesteś 

kochaną, słodką, cudowną kobietą. Jak możesz tak mówić!

- To samo mogłabym powiedzieć o tobie.
- Gdybyś jeszcze ty zakochała się wreszcie w kimś wartościowym, moje szczęście byłoby 

już całkowite.

- Błagam, Georgino, oszczędź mi tych twoich wartościowych mężczyzn. Dobrze wiesz, że 

nie   interesuje   mnie   ani   miłość,   ani   małżeństwo.   Jestem   szczęśliwa.   Dlaczego   życzysz   mi 
takiego nieszczęścia?

- Miłość nie jest nieszczęściem.
-   Oczywiście,   że   jest.   Jeśli   nie   zwiodą   cię   intencje   dżentelmena,   wystawiając   na 

pośmiewisko, to narażasz się na cierpienie, oczekując spotkania z ukochanym lub chwili, kiedy 
cię poprosi, abyś wpisała  jego nazwisko do swojego karnetu,  lub na akceptację  przez jego 

szanowną mamusię. Żadna zakochana kobieta nie zachowała rozsądku i pogody ducha. Pytam 
cię więc, Georgino, czy może mnie spotkać coś gorszego niż miłość i niemożność swobodnego 

zachowania się na salonach?

Twarz panny Fairfax pobladła nagle.

- Katharine, sir William ma przyjść do mnie jutro. Zaproponowałam, żeby przyszedł w 

porze przedpołudniowych wizyt. Powiedział, że tak zrobi!

background image

- Doskonale. Będę miała okazję wyspowiadać go z każdej godziny życia. W końcu to mój 

obowiązek.

- Tak, ale ty... on... ja...
- My. Tak, moja droga, mów, proszę, dalej.

- Katharine, twój język...
- Mój język? To już będzie nas czworo. Czy może być coś bardziej przyjemnego?

- Powściągliwość - odparła stanowczo panna Fairfax. - Powściągliwość byłaby o wiele 

przyjemniejsza.

- Georgino...
- Och, Katharine - zawołała panna Fairfax, patrząc na nią błagalnie. - Nie mam zamiaru 

cię krytykować, doskonale wiesz, jak bardzo jestem do ciebie przywiązana i jak bardzo cię 
kocham,   ale...   cóż...   masz   tendencję   do   mówienia   rzeczy   kąśliwych   i   szczerze   mówiąc 

dziwacznych,   kiedy   sądzisz,   że   nikt   tego   nie   słyszy.   Sir   William   może   je   niewłaściwie 
zrozumieć, nie znając cię i nie kochając tak jak ja i... boję się, że możesz go przestraszyć.

- Georgino - odparła panna Glyn, chwytając przyjaciółkę za ramiona - mężczyzna, który 

może się przestraszyć tego, co mówię, nie jest wart, aby go zatrzymać.

- Ale on jest! To jest... to znaczy... - Panna Fairfax zarumieniła się gwałtownie. - To 

bardzo  wartościowy  i  godny  zaufania  dżentelmen  i  zależy  mi  na  tym, aby   w  moim domu 

wywrzeć na nim dobre wrażenie. To tylko przez jakiś czas, Kate, zanim cię lepiej nie pozna. 
Później   będziesz   się   z   nim   przekomarzać,   ile   tylko   dusza   zapragnie.   Na   razie   jednak   nie 

mogłabyś być trochę bardziej powściągliwa? Zrobisz to dla mnie? Proszę?

- Dla ciebie, Georgino, mogłabym obciąć swój język tępym nożem.

-   Nie   sądzę,   żeby   to   było   potrzebne.   Pójdę   teraz   powiedzieć   kucharzowi,   co   ma 

przygotować na jutro dla gości. Och, gdybym tylko wiedziała, co sir Atherton lubi. Szkoda, że 

nie pomyślałam, aby go o to zapytać.

- Ośmielam się twierdzić, że myślałaś o czymś zupełnie innym.

Panna Fairfax wybiegła już jednak z pokoju i nie usłyszała ostatniego komentarza.
Katharine w zamyśleniu nawijała na palec pasmo włosów. A więc Georgina w końcu 

wpadła.   Katharine   od   dawna   się   tego   spodziewała,   ponieważ   jej   przyjaciółka   miała   serce 
gotowe na przyjęcie miłości. A jednak, szkoda. Przez ostatnie półtora roku przyzwyczaiła się do 

towarzystwa przyjaciółki. I oto znalazł się mężczyzna, który wywrócił jej wygodne życie do 
góry   nogami.   Nie   mogła   pojąć,   dlaczego   kobiety   zakochują   się   w   mężczyznach,   mimo   że 

później obiekt ich wzniosłych uczuć krzywdzi je i rozczarowuje. Dzięki Bogu, pomyślała, że 
jestem zbyt rozsądna na to, aby znaleźć się w takiej sytuacji.

background image

Panna Fairfax leciała jednak w ogień miłości jak ćma i trzeba ją było chronić, żeby się w 

tym ogniu nie poparzyła. Katharine rzuciła lekko, że wyspowiada sir Williama z całego życia, 

ale w tych słowach kryła się jej głęboka troska i niepokój. Jej obowiązkiem było upewnić się, że 
droga przyjaciółka będzie w ramionach sir Williama bezpieczna, nie dozna rozczarowania i nie 

będzie cierpiała.

Jeśli sir William pozytywnie tę próbę przejdzie, a Georgina wciąż będzie go chciała, to 

Katharine Glyn była pewna, że w stosownym czasie zostaną ogłoszone zapowiedzi i pan młody 
nie ucieknie sprzed ołtarza.

background image

3

Następnego   dnia   po   południu   panna   Glyn   podejmowała   w   ogromnym   błękitnym 

salonie Thomasa i Elizabeth Carringtonów, lorda Falkhursta, lorda Mowbry'ego oraz panny 
Mary i Elvirę Pomeroy. Georgina Fairfax była również, ale jej serce biło tak mocno, a krew tak 

pulsowała w skroniach, że niewiele do niej docierało i w prowadzeniu konwersacji panna Glyn 
musiała liczyć tylko na siebie. Sytuacja była o tyle niezręczna, że, z wyjątkiem Carringtona, 

pozostałych dżentelmenów sprowadziło tu wyłącznie zainteresowanie osobą panny Fairfax.

Panna   Carrington   robiła,   co   mogła,   aby   ratować   sytuację   i   to   nawet   z   niezłym 

rezultatem,  ponieważ  poza  urodą  miała  wiele  wdzięku   i,  co nie  było  bez znaczenia,  spory 
posag.   Katharine   Glyn   zaczęło   to   nawet   bawić,   ale   wtedy   do   salonu   wszedł   Wainwright   i 

zaanonsował:

- Sir William Atherton i lord Blake.

Panna   Glyn   odwróciła   się   i   ujrzała   młodego   Adonisa   z   balu   u   Montclairów   i   jego 

znudzonego   kompana.   Trudno,   będzie   musiała   jakoś   przeżyć   wizytę   przyjaciela   Priscilli 

Inglewood. Po prostu zignoruje go.

Na szczęście są tu inni, którzy zabawią lorda Blake'a... jeśli przyjaciel lady Inglewood 

zasługuje na to, aby go zabawiać.

Widząc, z jaką determinacją jej przyjaciółka idzie w kierunku obydwu dżentelmenów, 

Katharine szybko do niej dołączyła.

-   Sir   Williamie   -  powiedziała   miękko   panna   Fairfax.   -   Tak   się   cieszę,   że   mógł   pan 

przyjść.

- To ogromna przyjemność widzieć panią znowu, panno Fairfax - odparł sir William 

równie   miękkim   głosem.   -   Ośmieliłem   się   przyprowadzić   ze   sobą   mojego   najlepszego 
przyjaciela. Lord Blake, jeśli panie pozwolą.

Lord Blake skłonił się, podniósł dłoń panny Fairfax do ust i matowym głosem, który 

sprawił, że Katharine nagle zaparło dech w piersiach, powiedział:

- Wiele o pani słyszałem, panno Fairfax, ale nigdy nie miałem odwagi podnieść oczu na 

tak olśniewającą urodę.

Panna Glyn przymrużyła oczy. Jej oddech i zdrowy rozsądek znowu były w normie. To 

tylko puste słowa, powiedziała sobie, i więcej o nim mówią niż głos.

- Jest pan niezwykle uprzejmy, lordzie Blake. Każdy przyjaciel sir Williama jest mile 

widziany w moim domu. Sir Williamie, miał pan już okazję poznać pannę Glyn. Lordzie Blake, 

niech mi będzie wolno przedstawić pana mojej najserdeczniejszej przyjaciółce, Katharine Glyn 
- powiedziała panna Fairfax.

background image

- Jakże się cieszę, że znowu panią widzę, panno Glyn - rzekł sir William, skłaniając 

głowę. - Pani imię prawie nie schodzi z ust panny Fairfax.

- Cóż za zdumiewający brak rozsądku - mruknęła Katharine, starając się nie widzieć 

złośliwego uśmiechu lorda Blake'a. - Ja również się cieszę, sir Williamie, ponieważ nieustannie 

słyszę same dobre rzeczy o panu, ataki wzorzec doskonałości zawsze chętnie widzę w moim 
domu. Niestety, o panu, lordzie Blake, niewiele słyszałam.

- Nie? - odparł, unosząc do góry jedną brew.
Znaczące szturchnięcie łokciem sprawiło, że panna Glyn szybko dodała:

- I to dobrze o panu świadczy. Zdaje się, że w dzisiejszych czasach ludzie mówią jedynie 

o tych, którzy są zamieszani w jakieś skandale. Napije się pan herbaty?

Lord Blake z powagą uznał, że to doskonały pomysł.
Panna Glyn skinęła na pokojówkę i natychmiast pojawiły się dwie filiżanki herbaty. 

Cała czwórka skierowała się teraz do stojącej w pobliżu sofy, gdzie panie zajęły miejsca, a 
panowie stanęli przed nimi.

-  Wspomniał   pan,  sir  Williamie  -  odezwała   się  panna  Glyn  -  że  porzucił  niedawno 

służbę w wojsku i zdecydował się na życie w cywilu.

- Tak. Wróciłem do Anglii cztery miesiące temu. W Londynie jestem zaledwie od dwóch 

tygodni.

- Opatrzność musiała nad panem czuwać, ponieważ, jak widzę, wrócił pan z frontu bez 

szwanku.

-  Miałem  szczęście,  to  prawda,  na  przekór  całej   tej rzezi   - odparł   sir William.  - W 

ubiegłym roku zostałem lekko draśnięty w ramię. I to była jedyna rana, jaką odniosłem.

- Pańska matka musi być ogromnie szczęśliwa, że wrócił pan bezpiecznie do domu - 

dodała panna Glyn.

- To prawda. Zrezygnowałem z wojska dla niej - przyznał. - Bardzo się o mnie bała, a 

zarządzanie majątkiem okazało się dla niej zbyt wielkim obciążeniem. Nie powinienem tak 

długo być poza domem.

- To bardzo chwalebna postawa  - skomentowała  panna Glyn. - A pan, milordzie? - 

powiedziała, zwracając się do lorda Blake'a. - Pan również brał udział w tym konflikcie?

-   Boże   uchowaj!   -   zawołał   ze   zgrozą   lord   Blake.   -   Wojna   to   prawdziwa   klęska   dla 

garderoby. Słyszałem, że Francuzi uwielbiają bić się na bagnety. Wszystko razem to raczej nie 
najlepszy sposób spędzania czasu.

- Cóż za praktyczny umysł - mruknęła panna Glyn. - Prawda Georgino? Georgino? - 

powtórzyła, trącając łokciem przyjaciółkę patrzącą z uwielbieniem na sir Williama.

background image

- Hm? Och... co mówiłaś, Kate?
-   Rozmawiałam   właśnie   z   lordem   Blakiem   o   ogrodnictwie   i   lord   wspomniał,   że   sir 

William uwielbia cieplarnie, a to doskonale się składa, sir Williamie - powiedziała panna Glyn, 
zwracając się do nieco oszołomionego młodzieńca - ponieważ mamy wspaniałą cieplarnię z 

tyłu ogrodu. Może panna Fairfax dałaby się namówić i pokazała ją panu?

Panna Fairfax szybko zamrugała powiekami.

- O tak. To wspaniały pomysł, Kate - wykrztusiła. - To znaczy... jeśli ma pan na to 

ochotę, sir Williamie?

-   Z   radością   przemierzyłbym   pustynię,   gdyby   tylko   pani   tam   była,   panno   Fairfax   - 

oświadczył młodzieniec.

Wyekspediowawszy tych dwoje z salonu, Katharine podniosła się z sofy i zatrzymała 

przed lordem Blakiem.

- Nie rozmawialiśmy o ogrodnictwie, panno Glyn - zauważył.
- Nie? - odparła, marszcząc brwi.

- Z całą pewnością.
- Coś takiego - mruknęła. - Dałabym głowę, że tak było.

Lord Blake patrzył na nią z rozbawieniem.
- Wygląda na to, panno Glyn, że ten Atherton po prostu wymknął się z panną Fairfax! - 

rzekł z oburzeniem lord Mowbry, tęgawy dżentelmen o różowej cerze.

-  Myli  się pan,  lordzie  Mowbry.   To  panna  Fairfax  wymknęła   się z  sir Williamem   - 

poprawiła go panna Glyn.

- Czyżby?

- Widzi pan, Georgina błagała mnie, żebym nic o tym nie mówiła - wyznała, biorąc 

Mowbry'ego pod rękę. - Wierzę jednak w pańską dyskrecję. Biedna panna Fairfax cierpi od 

pewnego czasu na chorobę świętego Walentego.

Lord Blake odwrócił się, aby ukryć uśmiech.

- Nigdy o czymś takim nie słyszałem - zdziwił się lord Mowbry.
- Och, to bardzo rzadka choroba i prawie nieuleczalna - powiedziała ze smutkiem panna 

Glyn.

- Co to ma jednak wspólnego z tym, że Atherton wyciągnął ją do ogrodu?

- Ależ wiele, drogi lordzie Mowbry. Wie pan, oczywiście, że sir William wrócił właśnie z 

wojny?

- Tak, tak, ale...
- To wielka tajemnica, ale jestem pewna, że mogę panu zaufać - ciągnęła panna Glyn 

background image

głosem pełnym ekscytacji. - Sir William wiele widział na pustyni egipskiej. Tam też spotkał 
pewną   Cygankę,   która   nauczyła   go   wielu   cudownych   rzeczy,   w   tym   również   -   dodała   z 

triumfem - jak uleczyć osobę dotkniętą chorobą świętego Walentego. Właśnie teraz usiłuje jej 
pomóc!

Lord Mowbry przez chwilę patrzył w milczeniu na pannę Glyn, po czym oznajmił, iż 

wcale mu się to wszystko nie podoba, dlatego wychodzi, i pospiesznie opuścił pokój.

Lord Falkhurst, przystojny mężczyzna koło trzydziestki, wyraźnie czymś poirytowany, 

natychmiast podszedł do panny Glyn.

- Katharine, zauważyłaś, że panna Fairfax wyszła z tym Athertonem?
- Wydaje mi się, że rzeczywiście coś takiego widziałam. Oczywiście moje oczy nie są już 

tak dobre jak kiedyś.

- Dlaczego im nie towarzyszysz, chociaż należy to do twoich obowiązków? Chyba nie 

powiesz, że pozostawienie tych dwojga sam na sam jest właściwe?

- Bardziej właściwe niż te okropne myśli, które kłębią się w twojej głowie, Falkhurst - 

odparła panna Glyn.

Lord Falkhurst zbladł gwałtownie,  a jego szczęki  zacisnęły  się nerwowo. Ten młody 

mężczyzna   o   zgrabnej   figurze,   bujnej,   ciemnej   czuprynie,   czarnych,   ponurych   oczach, 
zawziętym charakterze i sporej fortunie dawno temu był zaręczony z panną Glyn.

- Ależ, Bertie - ciągnęła panna Glyn z promiennym uśmiechem - doskonale wiedziała, że 

lord Falkhurst nie cierpiał tego przezwiska z czasów dzieciństwa - nie rób takiej kwaśnej miny. 

Wyglądasz jak nadąsany uczniak... choć te czasy masz już dawno za sobą. Przestań się na mnie 
boczyć.   Przecież   możemy   porozmawiać   jak   ludzie   kulturalni.   Powiedz,   jak   czuje   się   wuj 

Archibald? Zdaje się, że cierpi z powodu kamieni w nerkach?

- Dziękuję, jest już całkiem zdrowy - odparł lord Falkhurst obojętnym tonem.

Katharine   Glyn,   sapiąc   ze   złości,   zerwała   się   nagle   i   z   całej   siły   uderzyła   lorda 

Falkhursta w twarz.

- Jak pan śmie, sir?! Jak pan śmie obrażać mnie w moim własnym domu? Proszę wyjść! 

Natychmiast!

Siedem par oczu ze zdumieniem obserwowało tę zaskakującą scenę.
-   Katharine   -   syknął   lord   Falkhurst   -   czyżbyś   postradała   rozum?   Co   ty,   do   diabła, 

wyprawiasz?

- Żadne przeprosiny nie są w stanie zatrzeć tego, co pan zrobił, lordzie Falkhurst - 

powiedziała z naciskiem panna Glyn. - Proszę opuścić ten dom i nigdy tu już nie wracać!

Widząc malującą się na twarzach pozostałych gości wrogość, lord Falkhurst, wyraźnie 

background image

zmieszany, skłonił się sztywno i zrobił to, o co go poproszono.

Panna Glyn z nieskrywaną satysfakcją obserwowała, jak hrabia opuszcza salon. Kiedy 

po   chwili   odwróciła   się,   zauważyła,   że   lord   Blake,   który   stał   oparty   o   gzyms   kominka,   z 
zainteresowaniem się jej przygląda. Nie przejęła się tym jednak. W końcu obiecała poprawne 

zachowanie w obecności sir Williama. Postanowiła zignorować jego lordowską mość.

- Och, biedactwo! - zawołały ze współczuciem siostry Pomeroy.

- Jakież to musiało być dla ciebie okropne! - zauważyła Elvira.
- Ten człowiek  to straszny cham - dodała Mary. - Mama zawsze twierdziła,  że lord 

Falkhurst to cham.

-   Twoja   reakcja   była   niesamowita,   te   błyszczące   gniewem   oczy,   wysoko   uniesiona 

głowa! - ekscytowała się Elvira. - Czułam, jak ciarki mi przechodzą po plecach.

- Byłaś wspaniała, moja droga - powiedziała Mary. - Po prostu wspaniała.

Katharine   Glyn   ze   łzami   w   oczach   -   zawsze   idealnie   wcielała   się   w   każdą   rolę   - 

przycisnęła dłonie panien Pomeroy do piersi.

- Co za wspaniałe przyjaciółki! Takie wrażliwe. Takie troskliwe - dramatycznie zawiesiła 

głos.

- Ależ moja droga, musisz się położyć. Musisz się położyć natychmiast - oświadczyła 

lady Mary.

- Tak, tak, Mary ma rację - przyznała lady Elvira. - Potrzebujesz chłodnego kompresu i 

herbatki z mniszka lekarskiego, by dojść do siebie po tym skandalicznym ekscesie.

Odprowadzając panny Pomeroy do drzwi, Katharine wciąż powtarzała:
- Jesteście dla mnie takie dobre. Nie wiem, jak mam wam dziękować. Jak dałabym 

sobie radę bez takich przyjaciółek jak wy? Mam tylko nadzieję, że zapomnicie tę przykrą scenę. 
Kiedy następnym razem nas odwiedzicie, z pewnością będzie o wiele przyjemniej.

Siostry Pomeroy zapewniły pannę Glyn, iż absolutnie nie czują się dotknięte, ponownie 

poradziły, aby nie zapomniała o herbatce z mniszka lekarskiego, i wyszły.

-   Nie   przyjmujemy   już   dziś   nikogo,   Wainwright   -   poinformowała   panna   Glyn 

majordomusa i ponownie wróciła do salonu.

-   Koniec   wizyty   -   oznajmiła,   podchodząc   do   rodzeństwa   Carringtonów,   po   czym, 

stanąwszy między nimi, ujęła obydwoje pod ręce i zaczęła ich prowadzić w kierunku wyjścia. - 

To   była   ogromna   przyjemność   widzieć   was   znowu.   Pozdrówcie   ode   mnie,   kogo   chcecie, 
pamiętajcie o mnie w modlitwach, a teraz adieu.

- Co proszę? - wykrztusił z trudem Carrington w połowie drogi do holu.
- Po prostu wyrzucam was - wyjaśniła Katharine.

background image

- Ale dlaczego? - zapytał ze zdumieniem.
- Ponieważ tu wciąż jesteście.

- Ale... ale...
- Chodźże, Tommy - powiedziała stanowczym tonem panna Carrington, ciągnąc brata w 

kierunku wyjścia. - Siostra Beth wszystko ci wyjaśni. Do widzenia, Kate - rzuciła przez ramię. - 
Doskonale się bawiłam.

- Miło mi - odparła panna Glyn. - Musimy to kiedyś powtórzyć.
Wesoły kobiecy śmiech był jedyną odpowiedzią, gdy Wainwright żegnał przy drzwiach 

Carringtonów.

Katharine   odetchnęła   z   ulgą,   zadowolona   z   dobrze   wykonanego   zadania,   ponownie 

wróciła   do   salonu   i,   zamknąwszy   za   sobą   drzwi,   ze   zdumieniem   zauważyła   lorda   Blake'a, 
niedbale opartego o marmurowy gzyms kominka.

- Coś takiego! - zawołała ze zdumieniem. - Pan wciąż tutaj?
- A nie powinienem? - zapytał spokojnie, podchodząc do niej. - Prawdę mówiąc, już 

trzęsę się ze strachu, kiedy pomyślę, co może pani zrobić, aby mnie wyrzucić z domu.

- Postaram się, żeby pańskie wyjście odbyło się w miarę bezboleśnie - zapewniła go 

chłodno.

- Jestem ogromnie zobowiązany, ale czy naprawdę muszę wyjść?

- Jak słusznie zauważył pewien wieszcz, nieproszeni goście są najsympatyczniejsi, kiedy 

wychodzą. Ale proszę zaczekać - powiedziała, podnosząc rękę w wymownym geście, po czym 

zamknęła na chwilę oczy, jakby się chciała nad czymś zastanowić. - Jest pan, o ile pamiętam, 
przyjacielem sir Williama, tak? - zapytała.

- Istotnie, jesteśmy zaprzyjaźnieni.
- Do licha! - westchnęła. - Skoro jest pan przyjacielem sir Williama Athertona, a sir 

William jest przyjacielem panny Fairfax, wyrzucając pana, mogłabym obrazić sir Williama, 
upokorzyć  pannę   Fairfax   i   sprowadzić   tysiąc   nieszczęść   na  moją   biedną   głowę.   Może   pan 

zostać - zdecydowała bez specjalnego entuzjazmu.

- Jest pani, doprawdy, zbyt łaskawa.

- Nie jestem łaskawa. Zastanawiam się tylko, jak z tego wybrnąć. Od dawna jest pan 

lordem?

- Od zawsze.
- Ach tak!

Obserwował ją przez monokl.
- Sądząc z tonu pani głosu, żyłem w grzechu? Czy, podobnie jak Francuzi, nie lubi pani 

background image

arystokracji?

- Czy nie lubię? Przyznaję, że jest w was coś, co mnie okropnie bawi. Ale poza tym...

- Nic dobrego nie da się powiedzieć, tak?
Jego uśmiech wydał się jej ogromnie ujmujący.

- Przykro mi, ale nie. Trudno znaleźć coś dobrego w robaczywym jabłku.
-   Protestuję.   Pewnie   pani   nie   uwierzy,   ale   nie   wszyscy   jesteśmy   łobuzami.   A 

przynależność do wyższych sfer jest raczej przyjemna. Wykwintne jedzenie, wspaniałe stroje... 
Odpowiada mi takie życie. Łachmany i bieda to nic miłego. Gdyby pani widziała marokańską 

bonżurkę, którą dziś rano miałem na sobie, nie oceniałaby pani nas aż tak surowo, zapewniam 
panią.

- Nie zmieniłabym  zdania z powodu jakiejś tam bonżurki. Z powodu wieczorowego 

surduta - być może, ale bonżurki - nigdy. Widziałam, jak tańczył pan z lady Priscillą Inglewood 

na balu u Montclairów. Od dawna ją pan zna?

- Od dziecka.

- Ach tak.
- Moja droga, czyżbym znów popełnił błąd?

-   Po   prostu   zaskoczył   mnie   pan,   milordzie.   Nie   mogę   pojąć,   dlaczego,   będąc 

przyjacielem lady Inglewood, zdecydował się pan wejść do jaskini lwa.

Lord Blake bawił się trzymanym w ręku monoklem.
- Zdumiewa mnie pani, panno Glyn. Najwyraźniej nie lubi pani lady Inglewood, wzorca 

doskonałości, a jednocześnie szydzi z arystokracji. Czemu przypisać to dziwne nastawienie?

- Doprawdy, nic w ty dziwnego, milordzie. W młodości bywałam źle traktowana przez 

wiele   osób   z   towarzystwa   i   pamiętam,   jak   okropnie   się   wtedy   czułam.   Nie   chciałabym 
doświadczyć tego znowu.

- A lady Inglewood?
- Ma w tym duży udział. „Gdyby jej oddech tak był jadowity jak jej wyrazy, ani podobna 

byłoby żyć w jej sąsiedztwie, zaraziłaby powietrze do północnego bieguna” .

Wiele hałasu o nic

3

, akt drugi, scena pierwsza, ale nietrafnie dobrana, jak sądzę.

-   Pozostańmy   więc   każdy   przy   swoim.   Lady   Inglewood   z   pewnością   nie   podziękuje 

panu, że pan tu dziś przyszedł. Uzna pana za potwora i zażąda zadośćuczynienia. Być może 

będzie pan musiał opuścić kraj na dłuższy czas.

- Nigdy. Czyż jest gdzieś kraj tak zabawny jak Anglia?

- Nie mam pojęcia, nigdy z niej nie wyjeżdżałam. Bardzo się jednak cieszę, że pan to 

Wiele hałasu o nic, akt II, scena 1, tłum. Leon Ulrich (przyp. red.).

background image

powiedział, ponieważ od dawna uważam, że Anglia nie cieszy się w świecie taką opinią, na jaką 
zasługuje. Czy lubi pan czytać, lordzie Blake?

Kąciki jego ust leciutko zadrżały.
- Czasami.

- Mamy tu wspaniałą bibliotekę. Może chciałby pan z niej skorzystać do powrotu sir 

Williama?

- Nie odpowiada pani moje towarzystwo - skonstatował ze smutkiem.
- „...abyśmy mogli być bardziej obcy wobec siebie”

4

.

Jak wam się podoba, akt trzeci, scena druga.
- Cenię pańską znajomość Szekspira, ale nie pańskich przyjaciół. Nasza znajomość jest 

zbyt krótka, bym mogła wiedzieć, czy odpowiada mi pańskie towarzystwo, ale zdecydowanie 
nie podoba mi się to, co pan mówi. Dawno już osiągnęłam pełnoletność, sir, i zdecydowałam 

żyć   tak,   jak   chcę.   Postanowiłam   nie   utrzymywać   żadnych   kontaktów   z   przyjaciółmi   lady 
Inglewood i, jak sądzę, ona również żąda od swoich przyjaciół, aby nie utrzymywali kontaktów 

ze mną. Radzę więc, żeby pan tu już więcej nie wracał.

- Krzywdzi pani tę godną szacunku kobietę, mówiąc o niej takie rzeczy. Lady Inglewood 

nie ma zwyczaj u żądać od swoich przyjaciół, by postępowali zgodnie z jej życzeniem.

- Och, niech pan nie mówi głupstw. Przed chwilą twierdził pan przecież, że znają od 

dziecka.

- I właśnie dlatego uważam lady Inglewood za czarującą, inteligentną kobietę, która 

cieszy się w towarzystwie ogromnym szacunkiem.

- Rzeczywiście. Czy może być coś bardziej obiektywnego?

- Mówi pani zagadkami, panno Glyn.
- To mój dom, lordzie Blake i mówię tak, jak chcę.

Lord   Blake   oparł   się   niedbale   o   marmur   kominka   i   patrzył   na   nią   spod 

półprzymkniętych powiek.

-   Wygląda   na   to,   że   chyba   się   nie   pogodzimy.   Zostańmy   więc,   jeśli   chodzi   o   lady 

Inglewood, przy własnym zdaniu. Niech mnie pani tylko nie wysyła do biblioteki. Proszę mi 

pozwolić zostać i słuchać tego, co pani zechce powiedzieć... i wypić jeszcze jedną filiżankę 
herbaty. Podaje pani znakomitą herbatę, panno Glyn.

Westchnęła z rezygnacją i ponownie napełniła filiżankę jego lordowskiej mości.
Korzystając z chwili przerwy w rozmowie, uważnie przyjrzała się rozmówcy. Lord Blake, 

na pierwszy rzut oka, ubrany był zgodnie z najnowszym trendem w modzie: srebrzysty surdut 

Jak wam się podoba, akt III, scena 2, tłum. Maciej Słomczyński (przyp. red.).

background image

w   czerwone   różyczki   znakomicie   uwydatniał   jego   szerokie   ramiona;   na   rudobrązowej 
kamizelce wisiał na srebrnym łańcuszku monokl; bryczesy uwypuklały wspaniale umięśnione 

nogi, a długie buty lśniły oślepiająco.

Po chwili jednak zauważyła, że kołnierzyk koszuli nie sięga tak wysoko, jak powinien, 

ale   umożliwia   za   to   swobodne   ruchy   głową.   Krótko   obcięte,   ciemne   włosy   układały   się 
naturalnie,   a   na   długich,   wąskich   palcach,   poza   rodowym   sygnetem,   nie   było   żadnych 

pierścieni. Lord Blake najwyraźniej nie był niewolnikiem mody.

Obiekt   tej   tak   drobiazgowej   lustracji,   obserwował   ją   również,   co   Katharine   bardzo 

rozbawiło. Rzadko się zdarzało, żeby ktokolwiek, a tym bardziej mężczyzna, obdarzał ją czymś 
więcej niż tylko przelotnym spojrzeniem, nie mówiąc już o lustracji od stóp do głów.

Spojrzała na niego spod oka i jej usta zadrżały w uśmiechu.
- Skończył pan? - zapytała.

- Proszę o wybaczenie, ale gubię się w domysłach. Czy nigdy nikomu nie pozwala pani 

zajrzeć pod tę maskę, za pomocą której odgradza się pani od świata?

- Ale to wcale nie jest maska! To jestem ja, lordzie Blake. Chyba nie chce pan obnażać 

mnie przed światem? Pomyśleć, jakie to byłoby nieprzyzwoite!

- Nie kuś zdesperowanego człowieka.
Panna Glyn przycisnęła dłoń do ust, aby nie zareagować śmiechem na ten cytat.

W szarych oczach lorda Blake'a widać było satysfakcję.
- Czy czułaby się pani urażona, gdybym zadał jej bardziej osobiste pytanie?

- Przeciwnie - odparła, starając się odzyskać zimną krew. - Osobiste pytania, zadane 

przez   kogoś   obcego,   są   zupełnie   nieszkodliwe,   ponieważ   osoba   zapytana   właściwie   może 

mówić, co jej tylko przyjdzie do głowy, a pytający nie jest w stanie stwierdzić, czy zapytany 
mówi prawdę. Ponieważ jednak my dwoje więcej się już nie spotkamy, postaram się panować 

nad wyobraźnią. Proszę pytać, milordzie.

Przez chwilę obserwował ją w milczeniu, po czym odchrząknął i rzekł:

- Zastanawiam się po prostu, dlaczego tak surowo potraktowała pani lorda Falkhursta, 

gdy   poinformował   panią,   że   jego   wuj   Archibald   doszedł   do   siebie   po   ataku   kamieni 

nerkowych.

-   Ponieważ   marzyłam   od   lat   o   tym,   żeby   uderzyć   lorda   Falkhursta   -   oznajmiła, 

najwyraźniej uważając to za całkiem wystarczający powód.

- Często ulega pani takim zachciankom?

- Jedynie w stosunku do lorda Falkhursta.
- Nie lubi pani tego dżentelmena?

background image

- Zbyt wysoko pan go ceni. Szekspir trafnie ocenił takich jak on: „W najkorzystniejszych 

chwilach jest czymś nieco gorszym niż człowiek; w najmniej korzystnych czymś nieco lepszym 

niż zwierzę...

5

- Rozumiem, że nie lubi pani jego towarzystwa?

- „...którego nieobecności nie pragnęłabym żarliwie...

6

- To były dwa cytaty z Kupca weneckiego. Czy może pani przytoczyć jakiś trzeci?

- „Bóg go stworzył, dlatego trzeba go uznać za człowieka...

7

- Brawo, panno Glyn! - zawołał, klaszcząc w ręce, chociaż bez zbytniego entuzjazmu. - 

Widzę, że będę musiał odświeżyć sobie Szekspira, by móc z panią swobodnie konwersować. 
Dlaczego jednak właśnie dziś zdecydowała się pani uderzyć lorda Falkhursta, skoro, jak sama 

pani przyznaje, czekała na tę okazję od lat?

- Och, czy zdobyłabym  się na tę zuchwałość,  gdybym nie liczyła  na trzy pozytywne 

efekty tego chwalebnego czynu?

- I były?

-   Po   pierwsze   mogłam   wreszcie   spełnić   moje   marzenie.   Po   drugie   było   dla   mnie 

oczywiste, że po takim afroncie opuści mój dom. A po trzecie wyobraziłam sobie tę burzę 

nieprzychylnych komentarzy, które prześladować będą łajdaka przez wiele tygodni, gdyż traf 
chciał, że lady Elvira i lady Mary Pomeroy były świadkami tego szokującego zdarzenia. Nim 

słońce wzejdzie, będzie już o nim wiedział cały Londyn. Nie wiem, czy pan się orientuje, ale to 
największe plotkarki w mieście.

- Słyszałem coś o tym.
- Co mi nie przeszkadza bardzo je lubić - ciągnęła panna Glyn, dzielnie panując nad 

śmiechem.   -   Uważam   je   za   najzabawniejsze   stworzenia   w   towarzystwie.   Znają   wszystkie 
krążące po Londynie plotki i zawsze je ubarwiają. Plotki, jak pan zapewne wie, mają to do 

siebie, że szybko się zmieniają, ale to, co robią z nimi Mary i Elvira, to prawdziwy artyzm! 
Często sama wymyślam jakąś plotkę o sobie, aby się przekonać, do jakich rozmiarów potrafi 

urosnąć dzięki nieprawdopodobnej inwencji tych pań. To bardzo zabawne.

- Sprowadza mnie pani na manowce, panno Glyn. Zaczynają mi się podobać te pani 

nonsensy.

-   Bez   obawy.   To   tylko   chwilowe   zboczenie   z   drogi.   Mężczyźni   z   natury   są   bardzo 

zmienni.

-   Nie,   madame,   źle   mnie   pani   zrozumiała!   Moja   słabość   jest   tak   niezmierzona,   jak 

Kupiec wenecki, tłum. Maciej Słomczyński (przyp. red.).
6 Jak wyżej.
7 Jak wyżej.

background image

Zatoka Portugalska.

Panna   Glyn   nie   mogła   już   opanować   chichotu,   który   szybko   zamienił   się   w   głośny 

śmiech.

Sir   William   Atherton   i   panna   Fairfax   wybrali   właśnie   ten   moment,   aby   wrócić   do 

salonu.   Sir   William   wydawał   się   zakłopotany   widokiem   panny   Glyn   śmiejącej   się   z   jego 
przyjaciela. Wyraz twarzy panny Fairfax natomiast był mieszaniną gniewu i przerażenia.

- Kate! - zawołała. - Co tu się dzieje?
Lord Blake starał się zachować powagę.

- Przepraszam cię, Georgino - wykrztusiła panna Glyn, z trudem łapiąc powietrze. - 

Lord Blake opowiadał mi właśnie wyborną historyjkę o wielbłądach w Himalajach, niestety, 

niezbyt nadającą się do powtórzenia.

Lord Blake spojrzał na nią ze zdumieniem, ale ona udawała, że tego nie widzi.

- Cieszę się, że wreszcie wróciliście - ciągnęła. - Już chciałam zawiadomić policję, żeby 

was   szukała.   Drogi   sir   Williamie   -   szybko   dodała,   biorąc   go   pod   rękę   -   proszę   usiąść   i 

pogawędzić ze mną przez chwilę. Panna Fairfax zupełnie panem zawładnęła, a ja tak bardzo 
pragnęłam zamienić z panem kilka słów.

- Ale, panno Glyn - sir William rozejrzał się ze zdumieniem dookoła - gdzie są pani 

pozostali goście?

-   Mieli...   jakieś   inne,   wcześniej   już   uzgodnione   spotkanie   -   odparła   wymijająco.   - 

Georgino - rzuciła przez ramię, prowadząc sir Williama w kierunku ciemnozielonej kanapy - 

spróbuj, z łaski swojej, zająć się lordem Blakiem.

Przez następne pół godziny panna Glyn rozmawiała z młodym człowiekiem, starając się 

taktownie wypytać o wszystkie szczegóły z jego życia, co, jak uważała, było jej szczególnym 
obowiązkiem. Bardzo szybko jednak doszła do wniosku, że jej przyjaciółka nie myliła się w 

ocenie   sir   Williama.   Charakter   młody   człowiek   miał   wypisany   na   twarzy,   a   to,   co   z   niej 
wyczytała, wyglądało obiecująco. Mogła sprzyjać tej znajomości bez obawy, że przyniesie ona 

jakiś zawód czy cierpienie jej przyjaciółce.

Uświadomiwszy sobie, że czas wizyty został już dawno przekroczony, sir William wstał, 

oznajmiając, że on i jego przyjaciel muszą już iść.

- Och, jestem pod wrażeniem - powiedziała panna Glyn, wstając również. - Drogi panie, 

musi mi pan solennie obiecać, że odwiedzi nas jutro. Bardzo miło mi się z panem rozmawiało.

-   To   dla   mnie   ogromny   zaszczyt,   panno   Glyn   -   odrzekł   sir   William,   skłaniając   z 

uśmiechem głowę.

Zręcznie manewrując przyjaciółką i sir Williamem, tak aby mogli jeszcze chwilę ze sobą 

background image

porozmawiać, zanim się pożegnają, panna Glyn cofnęła się parę kroków, dołączając do lorda 
Blake'a.

- Mistrzowskie zagranie - rzekł z uznaniem.
-   Dziękuję,   milordzie.   Patronowanie   rozkwitającej   romantycznej   miłości   to   trudne  i 

dosyć wyczerpujące zadanie. Jeśli nie otrzymuje się w zamian dostatecznego uznania, można 
zacząć się zastanawiać, czy warto się było trudzić.

- Nie aprobuje więc pani romantycznej miłości?
- Oczywiście, że nie aprobuję, tak zresztą jak każdy rozsądny człowiek. Romantyczna 

miłość zamienia inteligentnych skądinąd ludzi w skończonych idiotów. Georgina już wpadła w 
cielęcy zachwyt i zaczynam się obawiać, żeby sytuacja nie wymknęła się spod mojej kontroli.

-   Musi   być   pani   dzielna   -   rzekł   lord   Blake.   -   Przytoczę   słowa   niejakiego   Ralpha 

Bottswaya,   handlarza  nawozem  z  Lancaster,   przy których   pani problemy będą  jak  trzepot 

skrzydeł ćmy podczas huraganu. Powiedział do mnie: „Nieszczęścia mogą na nas spadać ze 
wszystkich stron, wasza lordowska mość, nasze pola nie obrodzić, studnie wyschnąć. Ktoś 

uprowadzi nam stada owiec i nasze dzieci... ale przynajmniej nie będziemy się musieli obawiać 
szarańczy”.

Panna Glyn nie mogła powstrzymać się od śmiechu.
- Proszę już iść i nie wracać - powiedziała. - Nie mogę pozwolić, aby jakiś arystokrata 

wyprowadzał mnie w pole w moim własnym domu, a co dopiero ktoś, kto od dziecka przyjaźni 
się z Priscillą Inglewood.

Lord Blake  skłonił się w milczeniu  i wraz  z sir Williamem,  który z ciężkim  sercem 

pożegnał się wreszcie z panną Fairfax, opuścił Russel Court.

- Och, Kate! - zawołała panna Fairfax, rzucając się w ramiona przyjaciółki. - Jestem taka 

szczęśliwa! Nie potrafię znaleźć słów, by powiedzieć, co czuję. To tak, jakby gdzieś wewnątrz 

mnie zapłonęło jakieś złociste światło!

- Tak, tak kochanie - powtarzała spokojnie panna Glyn, prowadząc podekscytowaną 

dziewczynę schodami do pokoi na piętrze.

- Och, Kate! - westchnęła panna Fairfax, kiedy weszła do swojej sypialni i rzuciła się na 

łóżko. - On jest naprawdę czarujący i ma takie nienaganne maniery. Czy wiesz - powiedziała, 
siadając   nagle   -   że   on   ma   spaniela,   który   uwielbia   kornwalijskie   ciasteczka,   tak   jak   mój 

kochany mały Scotty?

- Wprost trudno w to uwierzyć - mruknęła panna Glyn, idąc do swego pokoju.

background image

4

Czcigodny   markiz   Blake   Park,   baron   Willoughby   -   on   -   the   Marsh,   lord   Theodore 

Francis Beauregard  Quentin  Blake  wyjeżdżał  z Russel Court z mieszanymi uczuciami.  Nie 
spodziewał się, że ta przedpołudniowa wizyta u dwóch wytwornych dam z towarzystwa minie 

tak szybko i będzie taka fascynująca. Jego doświadczenie, jeśli chodzi o tego typu wizyty, nie 
było najlepsze, ale William tak bardzo go prosił. Czy mógł odmówić przyjacielowi? Tak więc 

wybrał  się z  nim do Russel  Court  i co?  Nie  było troskliwych   pytań   o  zdrowie  jego  i jego 
rodziców. Żadnych wynurzeń na temat pięknej pogody. Ani minuty rozmowy o najświeższych 

towarzyskich wydarzeniach. Zamiast tego - piękno, urok i panna Katharine Glyn. Całkowicie 
nieprzewidywalna   i   ogromnie   intrygująca.   Nawet   teraz,   kiedy   zręcznie   manewrując 

zaprzęgiem, przejeżdżał zatłoczone centrum Londynu, nie mógł o niej zapomnieć.

Była   najbardziej   stanowczą   młodą   kobietą,   jaką   kiedykolwiek   spotkał...   W   jej 

zachowaniu nie było nic, co mogłoby świadczyć o tym, że usiłuje złapać go na męża. Już sam 
ten fakt był nadzwyczajny, ponieważ zdążył się przyzwyczaić, że w ciągu ostatnich pięciu lat 

był nieustannie ścigany przez wszystkie polujące na arystokratyczne tytuły kobiety.

Zamyślił się. Czy Oliver naprawdę zginął pięć lat temu? Ból, który odczuwał za każdym 

razem, kiedy myślał o swoim bracie, przeszył jego serce ponownie. Mimo iż minęło już tyle lat, 
wciąż mógł powtarzać za Hamletem: Jakież przeraźliwie nudne, banalne i bez sensu zdają się 

mi te wszystkie uroki życia... Wiosenny Londyn i zakochany William nie były w stanie wyrwać 
go z melancholii. I chociaż Katharine Glyn też nie udało się tego dokonać, zdołała jednak tę 

szarość   nieco   ubarwić.   Może   jego   krótki   pobyt   w   mieście   nie   będzie   czasem   zupełnie 
straconym.

Najwyraźniej jego kompan czuł to samo, gdyż siedząc obok niego w faetonie, od chwili 

opuszczenia Russel Court nie przestawał rozwodzić się nad cnotami panny Fairfax i nawet nie 

zauważył, gdy zatrzymali się przed klubem White's.

-   Błagam,   przestań   już,   Will   -   jęknął   lord   Blake,   rzucając   wodze   pachołkowi   i 

wyskakując z faetonu. - Za chwilę wchodzimy do środka. Chyba nie masz zamiaru ośmieszyć 
się tymi tak głośno wyrażanymi zachwytami?

- Co, już przyjechaliśmy do White's? - rzekł William, rozglądając się z niedowierzaniem.
- Owszem, mój drogi - odparł lord Blake, nie kryjąc rozbawienia. - I tak spóźniliśmy się 

na lunch, sądząc po burczeniu w moim żołądku. Chodź, Will, musimy szybko coś zjeść. Po 
emocjach, jakich doświadczyłeś tego ranka, twój organizm także wymaga regeneracji. Myślę, 

że udziec barani obu nas postawi na nogi.

Sir William wyskoczył z faetonu i podążył za przyjacielem.

background image

- Tak się składa - odparł, gdy kłaniali się licznym znajomym - że nie bardzo mam apetyt.
- Och, nie wątpię - zauważył lord Blake. - Przynajmniej usiądź, wypij kieliszek porto i 

dotrzymaj mi towarzystwa.

Kiedy   weszli   do   jadalni,   lord   Blake   zauważył   siedzących   przy   jednym   ze   stolików 

Robbinsa i lorda Braxtona i zdecydował się do nich dołączyć. Chociaż dawno temu wybrał 
życie odludka, cieszyło go, że jeszcze niezupełnie zdziwaczał. Codzienność na prowincji, w 

otoczeniu   służby,   dzierżawców   i   organizacji   dobroczynnych,   była   tak   cholernie   nudna   i... 
monotonna. Nie o takim życiu kiedyś marzył.

Jednak   teraz   starał   się   odpędzić   czarne   myśli   i   cieszyć   towarzystwem   przyjaciół. 

Zamówili lunch i rozmowa potoczyła się wartko. Dyskutowali o wyścigach konnych, ostatnich 

prezentacjach na dworze i płochych sercach kobiet.

Peter   Robbins   -   w   brązowym   jeździeckim   surducie,   spodniach   ze   skóry   kozłowej   i 

wysokich   butach   -   ze   wzburzeniem   opowiadał   o   niejakim   Jamisonie   Knoksie,   wyjątkowo 
cynicznym łobuzie, który, nie dalej jak dwa dni temu, miał czelność odebrać mu kochankę. 

Niepocieszony amant, którego wzrost, cera i nos wskazywały na pokrewieństwo z Blakiem - w 
rzeczywistości byli kuzynami - siedział naprzeciw niego.

Hrabia  Braxton, siedzący  po prawej stronie lorda Blake'a,  był najwyraźniej  szczerze 

ubawiony żałosną historią Robbinsa, ale taktownie krył śmiech, zasłaniając usta koronkową 

chusteczką.   Lord   Braxton,   trzydziestoletni   dżentelmen,   uważany   był   za   największego,   po 
lordzie Bingsleyu,  eleganta.  O  ile jednak  Bingsley  wciąż  szukał  czegoś nowego,  śmiałego  i 

wyszukanego,   Braxton   największą   wagę   przywiązywał   do   eleganckiego   kroju   surduta, 
właściwego odcienia pończoch oraz subtelnych manier i zainteresowań, które były istotnym 

uzupełnieniem stroju.

Po   lewej   stronie   Blake'a   siedział   sir   William   Atherton,   ale   wnikliwy   obserwator 

zauważyłby, że ten młody człowiek błądzi gdzieś po Polach Elizejskich, wsłuchując się w bicie 
swego serca.

- Opamiętaj się, drogi chłopcze - rzekł lord Braxton do Robbinsa. - Powinieneś był 

spodziewać   się   tego,   skoro   paradujesz   w   tych   ohydnych   spodniach,   a   rozmawiać   umiesz 

jedynie o... uprawie roli, zawodach bokserskich i innych nudziarstwach niestosownych dla 
niewieścich   uszu.   Och,   Peter,   gdybyś   tylko   pozwolił   mi   sobą   pokierować,   wkrótce   byłbyś 

otoczony tłumem pięknych kobiet. Mógłbym ci nawet wybrać piękną i cnotliwą kandydatkę na 
żonę.

- Żonę? - zawołał z przerażeniem Robbins. - Dobry Boże, Braxton, cenię kobiety, lecz 

jedynie   jako   chwilową   rozrywkę,   ale...   ale   małżeństwo...?   -   Wzdrygnął   się   gwałtownie.   - 

background image

Potrzebny mi jeszcze jeden drink, a nie twoja pomoc, milordzie.

Lord Blake zawołał kelnera i ich kieliszki natychmiast zostały ponownie napełnione.

- I co ty na to, Will? - zwrócił się do Williama Braxton. - Nie przeszkadza ci to, że Peter 

należy do twoich najbliższych przyjaciół?

-   Co   proszę?   -   Sir   William   spojrzał   na   niego   nieprzytomnie.   -   Co   mówiłeś,   Nigel? 

Przepraszam, ale chyba trochę się zamyśliłem.

- Naszego Williama  od trzech dni nie interesuje nic poza pewną parą  wymownych, 

błękitnych oczu - poinformował przyjaciół lord Blake.

-   Nie   mów!   -   zawołał   Robbins,   patrząc   z   zaciekawieniem   na   Williama.   -   Nareszcie 

wpadł, tak? Kim jest ta ślicznotka, która cię ujarzmiła, biedaku? Powiedz wujkowi Peterowi 

wszystko.

-   Nie   życzę   sobie,   abyś   mówił   o   pannie   Fairfax   w   taki   sposób   -   zaprotestował   sir 

William.

-   Wielkie   nieba!   -   zawołał   lord   Braxton.   -   Fairfax?   Georgina   Fairfax?   Największa, 

najsłodsza   piękność,   jakiej   Londyn   nie   widział   od   ponad   dziesięciu   lat?   Muszę   przyznać, 
przyjacielu, że masz wyborny gust!

- Theo, powiedz im, że to nie tak - błagał sir William.
Lord Blake uśmiechnął się lekko, odchrząknął, po czym uroczyście zaczął:

-   William   jest   pod   działaniem   czystej,   anielskiej   miłości,   nieskażonej   jakimiś   tam 

fizycznymi czy też innymi przyziemnymi pragnieniami. On żyje w innym świecie, gdzie nie ma 

miejsca na małostkowość naszego zepsutego świata. Mam rację, Will?

-   Nie   pozwolę,   abyś   kpił   z   mojego   szacunku   dla   panny   Fairfax!   -   zaprotestował 

ponownie sir William.

-   Ależ   nic   podobnego   nie   miałem   na   myśli,   Will   -   uspokajał   go   lord   Blake.   - 

Powiedziałem prawdę, opisując jedynie to, co sam zaobserwowałem. Will i ja - poinformował 
przyjaciół - wróciliśmy właśnie z wizyty u panny Fairfax i jej opiekunki... panny Glyn, o ile 

dobrze pamiętam. Nawet ja muszę przyznać, że z przyjemnością zostałbym dłużej.

- Jest śliczna, prawda, Theo? - niecierpliwił się sir William.

- Hm? O tak, powiedziałbym, że to całkiem... sympatyczna osoba.
-   Sympatyczna?   -   zawołał   z   oburzeniem   sir   William.   -   Jej   widok   zapiera   dech   w 

piersiach.   To   bogini   w   ludzkim   ciele.   Panna   Fairfax   -   oświadczył,   patrząc   na   przyjaciół 
płomiennym wzrokiem - to prawdziwe uosobienie kobiecości.

-   Zawsze   uważałem,   że   Will   będzie   pierwszą   ofiarą   Kupidyna,   ponieważ   jest 

niepoprawnym romantykiem, i to od chwili, gdy skończył dziesięć lat - zauważył Robbins. - Ja 

background image

nigdy nie miałem takich skłonności. Braxton jest od dawna zakochany w swoim lustrzanym 
odbiciu, a Theo jest na to całkiem uodporniony.

- Jeśli o mnie chodzi - wtrącił lord Blake - to wolę określenie zrażony. Każdą młodą 

kobietę, która  chce wydać się za mąż,  interesują jedynie dwie  rzeczy:  mój tytuł  i fortuna. 

Dlaczego miałbym rezygnować z dobrego snu, biorąc sobie na kark taki bagaż?

- Theo, musisz się z tym pogodzić - rzekł z uśmiechem lord Braxton. - Żadna rozsądna 

kobieta nie może ignorować takiego tytułu i takiej fortuny. Co za uparty osioł - hrabia zwrócił 
się do dwóch pozostałych przyjaciół. Panny na wydaniu oblegają go, ożywione pragnieniem 

mamusie popisują się swoimi córkami przy każdej nadarzającej się okazji, Priscilla Inglewood 
bije wszystkie konkurentki na głowę, a on wciąż się wzbrania dać na zapowiedzi.

Radzę ci, Nigel, nie mów tak lekceważąco o Priscilli - ostrzegł przyjaciela lord Blake. - 

To szlachetna, piękna i inteligentna młoda kobieta, którą łączą z moją rodziną silne więzy 

przyjaźni i nie życzę sobie słyszeć ani słowa przeciw niej.

- To harpia, nawet się nie spostrzeżesz, jak zaciągnie cię do ołtarza, o ile nie powiesz jej 

wprost, że jej nie chcesz - zauważył Robbins.

- Co to za bzdury  - odparł lord Blake.  - Dlaczego miałbym  obrażać przyjaciółkę  od 

dziecięcych lat, skoro nigdy nie dałem jej najmniejszego powodu, żeby sądziła, iż mam wobec 
niej jakieś matrymonialne plany?

- Odziedziczyłeś po bracie majątek, tytuły i wszystkie związane z nimi nadzieje, dlaczego 

nie miałbyś odziedziczyć i narzeczonej? - powiedział lord Braxton.

- Poza tym - dodał Robbins - mógłbym pójść o zakład, że to ojciec wbił jej do głowy te 

wiążące się z tobą matrymonialne oczekiwania, stary cwaniak.

- Córka wierzy mu bezgranicznie - zauważył lord Braxton.
- Dosyć! - rzekł stanowczo lord Blake - Obrażacie mnie i Inglewoodów.

- Ależ, Theo - zaprotestował Robbins - to takie zabawne zastanawiać się, jaka będzie ta 

twoja przyszła żona. Poza tym musisz się ożenić i wszyscy dobrze o tym wiedzą.

- Szczególnie Priscilla - dodał lord Braxton.
- Skończyłeś trzydziestkę i nie masz narzeczonej - ciągnął Robbins. - Wkrótce będziesz 

stary,   zdziwaczały   i   niezdolny   do   zdobycia   względów   żadnej,   nawet   najbardziej 
zdeterminowanej łowczyni fortun.

- Poza, oczywiście, Priscillą - rzekł lord Braxton.
- Dosyć, Nigel! - powtórzył lord Blake. - Bardziej niż wy zdaję sobie sprawę z ciążącego 

na mnie obowiązku ożenku i spłodzenia dziedzica fortuny i nazwiska. Kiedy pogodzę się z 
myślą, że jakaś kobieta towarzyszyć mi będzie do końca moich dni, dam ogłoszenie do gazety. 

background image

Ale póki co jednak rozmawiamy o sercu Williama, a nie moim.

- Sercu? - zdziwił się lord Braxton. - Nie rozmawiamy o twoim sercu, Theo, ponieważ 

wszyscy doskonale wiemy, że umkniesz przed każdą zastawioną przez kobietę pułapką. Nie, 
nie, ty się ożenisz wyłącznie z rozsądku. Śmiem twierdzić, że na miłość i szczęście nie będzie 

tam miejsca.

- Zaczynasz mnie nudzić, Nigel - przerwał mu lord Blake i chciał coś dodać, ale podszedł 

do niego lokaj i przekazał mu wiadomość, że lord Falkhurst chciałby zamienić z nim parę słów 
i czeka na niego w bibliotece.

- Falkhurst? - zdziwił się Robbins. - Nie wiedziałem, że utrzymujesz kontakty z tą zimną 

rybą.

- Poznaliśmy się przed laty - odrzekł lord Blake, wstając od stołu - i przez przypadek 

znaleźliśmy się dziś w tym samym salonie. Panowie, wybaczcie, proszę, ale muszę was na 

chwilę porzucić.

Kiedy   wszedł   do   biblioteki,   lord   Falkhurst   rozmyślał   nad   czymś,   trzymając   w   ręku 

kieliszek porto.

- Chciałeś się widzieć ze mną, sir - rzekł Theo, skłaniając lekko głowę.

- Ach, jesteś więc, Blake - odparł Falkhurst, odstawiając kieliszek i odwracając się w 

jego stronę.

- Mam nadzieję,  że doszedłeś już do siebie po tym szokującym  zdarzeniu w Russel 

Court?

- Nie przywiązuję wagi do tego, co mówi i robi ta diablica, Kate Glyn. Nikt zresztą nie 

powinien. Nie mam jednak zamiaru rozmawiać o tej prowincjuszce. Chcę pomówić o pannie 

Fairfax.

- O pannie Fairfax? A co ja mam wspólnego z tą rozkoszną istotą?

- Możesz wpłynąć na Athertona, żeby dał jej spokój.
-   Ja?   -   zapytał   lord   Blake,   unosząc   brwi.   -   Dlaczego   miałbym   zachować   się   jak 

impertynent?

- Jesteś jego sponsorem i...

-   Sponsorem?   Skąd   ten   pomysł?   Will   od   dawna   jest   pełnoletni,   pochodzi   z   dobrej 

rodziny   i   jest   zamożny.   Nie   potrzebuje   sponsorów.   Właściwie,   Falkhurst,   powinieneś 

porozmawiać z nim.

- Chłopak przeżywa szczenięcą miłość - odparł z rosnącą irytacją Falkhurst. - I nie jest 

to żadną tajemnicą, ponieważ wszyscy dziś mieli okazję słuchać jego bredzenia. Nie będzie 
słuchał rywala, ale chcę wierzyć, że posłucha ciebie.

background image

-  A  dlaczego,  wyjaśnij  mi  z  łaski   swojej,  miałbym   odciągać  go  od  panny  Fairfax?   - 

zapytał Blake, strząsając z rękawa surduta nieistniejący pyłek. - Stanowią bardzo ładną parę.

- Jedynie dla jego dobra. Zrobi z siebie głupca, jeśli nie przestanie kręcić się koło panny 

Fairfax. Ona ma zbyt wiele rozsądku, żeby oddać rękę takiemu nieopierzonemu żółtodziobowi.

- I wystarczająco wiele, by przyjąć twoje zaloty, hm?
- Wierzę, że tak.

- Och, jakie to szczęście, kiedy się ma tak niewiele wątpliwości i obaw. Teraz dopiero 

zdaję sobie sprawę, Falkhurst, że Will nie ma żadnych szans w rywalizacji z tobą... o względy 

panny Fairfax.

- To mu to powiedz, Blake. Nie będę dłużej tolerował jego śmiesznych zabiegów. Lepiej 

niech mi nie wchodzi w drogę.

Zadowolony   z   siebie   Falkhurst   sztywnym   krokiem   opuścił   bibliotekę   odprowadzany 

rozbawionym spojrzeniem Blake'a.

- O Panie, jacy ci ludzie są beznadziejni - mruknął, zanim ruszył w stronę jadalni, by 

znów dołączyć do przyjaciół.

- I czego chciał ten Ponury Rycerz? - zapytał Braxton, gdy Blake ciężko opadł na krzesło.

-   Dużo   więcej,   niż   miał   prawo   oczekiwać   -   brzmiała   odpowiedź.   -   Nasza   rozmowa 

przebiegała w nieco szekspirowskim tonie. Najwyraźniej mam dziś szczęście do bardów.

- Dobry Boże, teatr! - zawołał sir William.
-   Uwaga,   panowie   -   ostrzegł   Robbins.   -   Ta   cała   afera   z   panną   Fairfax   odebrała 

biedakowi rozum.

- Co ty pleciesz - zirytował się sir William. - Źle mnie zrozumiałeś. Georgina... to znaczy 

panna Fairfax powiedziała mi, że razem z panną Glyn wybiera się dziś wieczorem do teatru. 
Musimy iść!

Lord Braxton wzdrygnął się.
- Nie ze mną - oświadczył. - Atmosfera teatru źle działa mi na trawienie.

- Peter? - zapytał sir William.
- Wybacz, Will - odparł Robbins. - Przecież wiesz, że niedobrze mi od patrzenia na te 

zniewieściałe pląsy na scenie. Wcale się nie dziwię, że Braxton ma wtedy kłopoty z żołądkiem.

- Theo - rzekł William błagalnym głosem - przynajmniej ty mnie nie zawiedź. Musisz 

towarzyszyć mi dziś wieczorem. Jeśli pójdę sam, nigdy się nie odważę wejść do loży panny 
Fairfax, gdyż niewątpliwie otaczać ją będzie wielu adoratorów znaczniejszych niż ja. Odwaga 

szybko ujdzie ze mnie jak woda przez sito. Musisz mnie dziś podtrzymać na duchu, Theo, 
musisz!

background image

- No dobrze - westchnął lord Blake. - Ostatecznie mogę się zgodzić. Przypomniałem 

sobie, że nowy wieczorowy surdut przysłano mi dziś rano, a teatr to najwłaściwsze miejsce do 

pokazania się. Jestem zdumiony, Nigel, bo to dość, abyś i ty pojawił się w Drury Lane.

- Publiczność jest tam tak krzykliwie ubrana, a przecież wiesz, jak tego nie cierpię.

- Masz rację. Ktoś jednak musi dać dobry przykład, nie sądzisz?
- I to właśnie ty - zauważył złośliwie Robbins.

- Oczywiście, skoro Braxton nie odpowiada na wezwanie do broni - odparł lord Blake.
- Będziesz odpowiedzialny za występ tego fircyka, Braxton.

- Fircyka? - zawołał z oburzeniem lord Blake. - Powinienem cię wyzwać za taką obrazę, 

Peter. To Bingsley jest fircykiem. Natura, na szczęście, obdarzyła mnie dosyć wyrafinowanym 

poczuciem smaku.

- Też coś! - powiedział Robbins.

- Spodobałby ci się mój nowy surdut, Peter - ciągnął lord Blake. - Zieleń jest prawie taka 

sama jak zieleń lasów w Insley, gdzie ustrzeliłeś tego ogromnego jelenia.

W odpowiedzi Robbins wzruszył jedynie ramionami.
-   Doskonale,   Will   -   oświadczył   lord   Blake,   najwyraźniej   niezrażony   tą   niezbyt 

przychylną reakcją - ty jeden dostąpisz zaszczytu podziwiania mojego nowego surduta.

background image

5

Lord Blake, po kilkugodzinnej grze w karty w klubie White's, opuszczał go ze znacznie 

cięższym portfelem, niż wtedy gdy do niego wchodził. Wrócił do domu, gdzie bez pośpiechu 
zjadł kolację, po czym oddał się w ręce zaufanego kamerdynera, dla którego sensem istnienia, 

jak się wydawało, była nieustanna troska o stan garderoby jego lordowskiej mości.

- Myślę - rzekł lord Blake, uważnie przyglądając się swemu odbiciu w lustrze - że zwykły 

krawat fularowy będzie w tym przypadku najstosowniejszy.

- Zgadzam się z panem, milordzie - odparł Maxwell. - Klasyczna prostota zawsze jest 

najstosowniejsza, gdy tak się składa, że musimy uczestniczyć w jakiejś publicznej imprezie.

- No właśnie - powiedział z powagą lord Blake.

Wiążąc fular na kamizelce w kolorze matowego złota, Maxwell zapytał, jakie plany na 

wieczór ma jego lordowska mość.

- Nie musisz się martwić, mój drogi. Nie zniweczę twoich wysiłków. Planuję jedynie 

teatr, krótką wizytę w moim domu rodzinnym i wczesne spotkanie z poduszką.

-   Żadnych   więc   szermierczych   zawodów?   Żadnych   wyścigów   konnych   o   zmierzchu, 

milordzie?

Lord Blake przypomniał sobie niedawne słowa krytyki Robbinsa pod jego adresem i 

uśmiechnął się.

- Nie. Sprawdziłem mój kalendarz i nie ma w nim tego typu rozrywek... na dzisiejszy 

wieczór.

- Jestem z tego powodu niezmiernie rad, milordzie - rzekł Maxwell, przekładając mu 

przez   głowę   monokl   na   złotym   łańcuszku   i   cofając   się   parę   kroków,   aby   sprawdzić   efekt 

własnej pracy. Najwyraźniej nie był rozczarowany. - Pozwoliłem sobie przejrzeć pańską pocztę, 
milordzie   -   dodał.   -   Leży   na   biurku   w   pańskim   gabinecie.   Zauważyłem   list   od   wielce 

czcigodnego Otherby.

- Ach, tak. Pewnie jakaś informacja o nowej szkole.

- Jeszcze jedna szkoła, sir?
-   Tym   razem   to   szkoła   dla   dziewcząt.   W   pobliżu   Danforth.   Nigdy   za   dużo   szkół... 

szczególnie dla biednych, Max.

- To prawda, milordzie.

Lord badawczo przyjrzał się swojemu odbiciu w lustrze.
- Doskonale, Max. Co ja bym zrobił bez ciebie?

- Boję się pomyśleć, milordzie.
Kąciki ust lorda Blake'a leciutko zadrżały.

background image

- Poleciłeś Scrantonowi przygotować mój faeton? - zapytał.
- Czeka na podjeździe, milordzie.

Po   drodze   Blake   zabrał   sir   Williama,   po   czym   razem   pojechali   do   Drury   Lane. 

Wchodząc na widownię,  lord Blake  zmuszał  się do ukłonów i uśmiechów kierowanych  do 

licznych znajomych, którzy go pozdrawiali. O Chryste, jak on nie cierpiał takiej szopki! Po 
chwili w jednej z lóż zauważył Priscillę Inglewood i ukłonił się jej. Lekko skłoniła złotowłosą 

głowę,   po  czym   ponownie   odwróciła   się   do   tłumu   zabiegających   o   jej   względy   wielbicieli. 
Wszyscy byli szlachetnie urodzeni i bogaci. Dlaczego więc, do diabła nie wyjdzie za mąż i nie 

zostawi jego sumienia w spokoju? Czyżby Braxton miał rację? Czyżby rzeczywiście czekała na 
niego, aby zrealizować swoje marzenie zostania księżną Insley?

Nigdy nie uważał lady Inglewood za kogoś więcej niż przyjaciela rodziny, chociaż... pod 

wieloma względami byłaby perfekcyjną żoną: piękna, elegancka, zrównoważona, wiedząca, co i 

kiedy   powiedzieć   i   byłby...   wolny.   Mógłby   spędzać   całe   dnie,   nie   kochając   jej   ani   nie 
potrzebując; w nocy mógłby dzielić z nią łoże, nie pragnąc jej; rankiem pocałować w policzek 

przy śniadaniu. W takim małżeństwie nie ma miejsca na cierpienie. Być może... być może 
powinien wnikliwie rozważyć oczekiwania zarówno lady Inglewood... jak i jej ojca.

Po wejściu do loży, która zapewniała doskonałe warunki, żeby widzieć i być widzianym, 

lord Blake i sir William zdjęli płaszcze i zajęli miejsca.

- No i jak? - zapytał lord Blake, zakładając nogę na nogę.
- Nie widzę jej jeszcze.

- Nie chodzi mi o pannę Fairfax!
- A o co?

- O mój surdut, Will - odparł z westchnieniem lord Blake. - Co sądzisz o moim nowym 

surducie?

- Ach tak - odparł William, nie przestając się rozglądać. - Jest... bardzo ładny, Theo.
- Ładny? Jest fantastyczny! To efekt twórczej pracy Raoula DeBries i mojej! Kolorem 

tak świetnie pasuje do moich oczu. A jaki krój! Spójrz tylko, jak znakomicie uwydatnia moje 
ramiona i tors. Ładny, też coś! Nie znajdziesz efektowniejszego w całym Londynie. Nawet 

Braxton nie ma się co ze mną równać.

- Tam! - zawołał nagle sir William zduszonym głosem. - Ona jest tam!

Wskazywał na lożę z lewej strony, w której tłoczyło się przynajmniej dziesięciu młodych 

mężczyzn.   Wśród   nich   widać   było   nieco   oszołomioną   pannę   Fairfax   i   jej   niekryjącą 

rozbawienia przyjaciółkę, pannę Glyn.

- Niezły tłum - skomentował lord Blake, krzywiąc w uśmiechu twarz.

background image

Sir William opadł na siedzenie.
-   Przy   ich   bogactwie,   tytułach   i   biegłości   w  czarowaniu   kobiet,   jak   mogę   marzyć   o 

zdobyciu jej?

- Spokojnie, Will - rzekł markiz, klepiąc przyjaciela po ramieniu. - Ty również jesteś 

bogaty i utytułowany. A co ważniejsze masz co najmniej dwukrotną przewagę, jeśli chodzi o 
prezencję. I co najmniej trzykrotną, jeśli chodzi o charakter, nad każdym mężczyzną w tamtej 

loży...   szczególnie   nad   lordem   Falkhurstem.   Nie   rezygnuj   z   polowania,   zanim   się   zaczęło. 
Staraj się o nią, Will, używając wszelkich dostępnych metod. Jeśli ty tego nie zrobisz, może się 

zdarzyć, że ona sama przyjdzie do ciebie.

- Theo! Czy ty myślisz...

- Ja nie myślę, chłopcze - przerwał mu Blake. - Ja to po prostu wiem.
W   tej   właśnie   chwili   rozległ   się   dzwonek   i   publiczność   zajęła   swoje   miejsca   w 

oczekiwaniu   na   podniesienie   kurtyny.   Lord   Blake   miał   wreszcie   doskonałą   okazję   do 
obserwacji zarówno panny Fairfax, jak i jej niezmiernie intrygującej towarzyszki.

Po niespełna godzinnej rozmowie wiedział, że piękna panna Fairfax to inteligentna, 

czarująca,   słodka,   młoda   kobieta.   Tę   opinię   potrafił   zresztą   sformułować   już   po 

kilkuminutowej obserwacji jej twarzy. Była prostolinijna i uczciwa, a to niezwykle rzadkie nie 
tylko wśród kobiet. Nietrudno zrozumieć, dlaczego William tak łatwo dał się zauroczyć.

Cała uwaga lorda Blake'a skupiła się teraz na pannie Glyn. Na jej ustach błąkał się 

zagadkowy   uśmiech.   Była   niezwykłą   młodą   kobietą   i   w   przeciwieństwie   do   panny   Fairfax 

zupełnie nieprzeniknioną. Ciemnobrązowe włosy i oczy, wąski nos, pełne usta... chociaż bez 
cienia wulgarności. Jej twarz i figura, którą znakomicie podkreślała suknia z czerwonego i 

brązowego jedwabiu, tworzyły atrakcyjną, chociaż z pewnością nieporażającą całość. Mimo to 
lord Blake nie mógł oderwać od niej wzroku.

Podziwiał ją za jej otwarcie demonstrowane chimeryczne usposobienie i odwagę często 

graniczącą z zuchwałością; za przenikliwy umysł i wyobraźnię, która zdawała się służyć jej 

jedynie dla własnej rozrywki. Z drugiej jednak strony mówiła przecież o nim i do niego takie 
absurdalne rzeczy. Chociaż...

Pokręcił głową i uśmiechnął się. Prawda była taka, że nie bardzo wiedział, co sądzić o 

pannie   Glyn.   Intrygowała   go,   co   już   samo   w   sobie   było   intrygujące,   ponieważ   rzadko   się 

zdarzało, aby ktoś zainteresował go aż tak. Ciężko i długo na to pracował. I gdyby tylko mógł 
przestać o niej myśleć.

Tymczasem światła na widowni przygasły i lord Blake zmuszony był skierować wzrok 

na   scenę,   gdzie   kurtyna   powoli   odsłaniała   machinacje   zwaśnionych   rodów   Montekich   i 

background image

Kapuletich.   Zanim   opadła   ponownie,   kilkakrotnie   złapał   się   na   tym,   że   wpadał   w   objęcia 
Morfeusza i tylko dzięki ogromnej sile woli obronił się przed zaśnięciem. Gdyby tylko miał 

przy   sobie   jakąś   bratnią   duszę,   która   czułaby   podobnie   jak   on.   Tuż   przy   nim,   po   prawej 
stronie, sir William tak chłonął każde padające ze sceny słowo, jakby od tego zależało jego 

życie. No cóż, nie każdy był tak krytyczny jak on. Sir William miał inne, godne podziwu cechy.

W loży po lewej stronie panna Fairfax siedziała wychylona tak, jakby chciała chwycić 

każde słowo, każdą emocję, każdą myśl, które aktorzy usiłowali wydobyć z tekstu Szekspira. 
Następnie oczy lorda Blake'a dostrzegły sylwetkę panny Glyn. Jej głowa spoczywała na oparciu 

fotela,   lewa   ręka   ospale   poruszała   wachlarzem,   a   prawa   usiłowała   zasłonić   potężne 
ziewnięcie... ale nie zdążyła.

Pierwszy akt sztuki skończył się wreszcie, światła ożywiły się, a wraz z nimi sir William 

Atherton. Lord Blake spojrzał ze zdumieniem na przyjaciela.

- Chyba nie zamierzasz opuścić naszej loży? - zapytał.
- Ale to wspaniała okazja do złożenia wizyty pannie Fairfax. Rusz się, Theo. Jej loża jest 

jeszcze prawie pusta.

- Drogi Williamie - rzekł lord Blake, poprawiając się w fotelu - pod żadnym pozorem nie 

wolno ci opuszczać loży. Musisz ze znużonym wyrazem twarzy czekać, aż twoje wielbicielki 
przyjdą do ciebie.

-   Theo,   skończ   z   tymi   frazesami   -   odparł   przytłumionym   głosem   sir   William.   - 

Powiedziałeś, że pójdziesz ze mną, aby mnie wspierać w moich staraniach o pannę Fairfax.

- Przyszedłem pokazać mój nowy surdut, Will, sądziłem, że wypowiedziałem się dziś w 

tej kwestii dosyć jasno. Gdybym wiedział, że przyjdzie ci do głowy opuścić naszą lożę...

- Theo - przerwał mu sir William - przestań wreszcie. Jesteś okropnie zabawny, ale to 

nie czas na żarty! Musisz się nauczyć większej wstrzemięźliwości, Theo. Naprawdę musisz. 

Jako twój przyjaciel, błagam cię, chodź ze mną do loży panny Fairfax. Od tego, być może, 
zależy moje przyszłe szczęście.

- No dobrze - odparł z westchnieniem Blake. - Skoro jest tak, jak mówisz...
- Żadnych przemówień - przerwał mu sir William, usiłując ściągnąć go z fotela. - Spójrz, 

jej loża jest już pełna.

Markiz z ociąganiem ruszył za przyjacielem, torując sobie drogę w tłumie teatralnych 

bywalców. Po chwili pomyślał, że Will miał rację, ponaglając go do pośpiechu. Lord Falkhurst 
już zdążył zająć miejsce u boku panny Fairfax, skutecznie broniąc jej przed naporem tłumu 

wielbicieli i jednocześnie zabawiając rozmową.

Niezwykle zdeterminowany facet i jaki bezwzględny. Nic dziwnego, że panna Fairfax 

background image

woli szczere uwielbienie Williama od tej, jak go Peter trafnie określił, wielkiej zimnej ryby. 
Dźwięczny śmiech panny Fairfax popłynął nagle ponad głowami tych, co byli przed nimi. Sir 

William   ruszył   do   przodu,   rozepchnął   dwóch   młodych   dżentelmenów,   po   czym   zaczął 
przeciskać się przez tłum, usiłując zwrócić na siebie uwagę panny Fairfax.

Obserwując poczynania przyjaciela z rosnącym rozbawieniem, lord Blake doszedł do 

wniosku,   że   jego   pomoc   nie   jest   mu   już   potrzebna.   Przepełniona   loża   panny   Fairfax 

nieoczekiwanie skojarzyła mu się z przepełnioną klatką dla bydła. Jego surdut z pewnością nie 
wyszedłby z tego bez szwanku. Są inne formy rozrywki.

Nagle do jego uszu dobiegł głośny kobiecy śmiech. Rozglądając się dookoła, aby ustalić 

jego źródło, zauważył pannę Glyn. Stała tyłem do sceny, oparta o balustradę loży, obserwowała 

kłębiący się przed nią tłum i zanosiła od śmiechu. Lord Blake okrążył lożę i wszedł do niej 
ponownie z drugiego, bardziej odległego końca.

- Dobry wieczór, panno Glyn - powiedział, skłaniając lekko głowę.
Panna Glyn drgnęła nagle i odwróciła się. Jej ogromne brązowe oczy stały się jeszcze 

większe, gdy w intruzie rozpoznała lorda Blake'a.

- Przyjaciel przyjaciela przyjaciółki - powiedziała chłodno. Uśmiechnął się, niezrażony 

tym wyraźnym brakiem entuzjazmu.

- Nadzoruje pani tę pielgrzymkę do stóp panny Fairfax?

- Zastanawiająca popularność, nie sądzi pan? - zauważyła podejrzanie miłym głosem. - 

Do tego zwierzęcego pędu adorujących hord zdążyłam się już trochę przyzwyczaić, ale to, co 

widzę dziś, rozśmiesza mnie do łez. Czy pan wie, lordzie Blake, że trywialność tłumu rośnie 
wprost   proporcjonalnie   do   liczby   utytułowanych   uczestników.   To   efekt   moich   bardzo 

wnikliwych studiów.

-   Fascynujące   -   mruknął   lord   Blake.   -   Teoria   wystarczająca,   by   u   wielu   ostudzić 

entuzjazm   z   powodu   szlachetnego   urodzenia.   Czy   to   samotne   czuwanie,   które   właśnie 
zakłóciłem, to jedyna pani korzyść z popularności panny Fairfax?

- Przypuszczam, że usiłuje pan zapytać, czy zawsze stoję z boku skazana jedynie na 

własne towarzystwo?

- Cóż... takie pytanie rzeczywiście przyszło mi na myśl - przyznał.
- W takim razie odpowiem, że tak! Nie, w reakcji na pańskie następne, podchwytliwe 

pytanie.   Panna   Fairfax   po   takich   objawach   uwielbienia   ma   zawsze   posiniaczone   palce, 
pomiętą   suknię   i   straszliwy   ból   głowy.   Każdy   na   jej   miejscu   mógłby   stłumić   skrupuły   i 

zapomnieć o dobrym wychowaniu. Szczerze mówiąc, kilka razy miałam wrażenie, że widzę w 
jej oczach iskierkę buntu. Na razie jednak potrafi jeszcze nad sobą panować. I wielka szkoda!

background image

Spojrzał na nią ze współczuciem.
-   Dlaczego   usuwa   się   pani   bez   walki?   Dlaczego   nie   wykorzysta   pani   sytuacji   i   nie 

pokieruje sprawami tak, aby któregoś z odrzuconych wielbicieli panny Fairfax poprowadzić do 
ołtarza?

Roześmiała się ciepło i perliście.
-   Do   twarzy   panu   z   tą   szczerością,   milordzie.   Tak   się   składa,   że   wcale   nie   pragnę 

zaciągnąć   kogoś   z   tego   stada   do   kościoła.   Mężczyźni,   moim   zdaniem,   czasem   są   nawet 
zabawni, ale często nieznośni i w końcu zawsze rozczarowują. Nie chciałabym sprawić panu 

przykrości,   sir,   ale   z   doświadczenia   wiem,   że   mężczyźni,   ogólnie   biorąc,   są   bardzo 
powierzchowni i przywiązują wagę jedynie do urody i posagu kobiety, której nadskakują.

Spojrzał na nią ze zdumieniem.
- Po tym, co usłyszałem, zaczynam tracić do siebie całą sympatię. Przyjmuję, panno 

Glyn, że to również wynika z pani doświadczenia...

- I z obserwacji.

- A więc zamierza pani spędzić całe życie samotnie, wyśpiewując hymny do zimnego, 

jałowego księżyca.

Zmarszczyła brwi.
- Czy to nie żałosne, że kobieta jest podporządkowana jakiemuś zeru? Że ceni sobie 

życie z jakąś bezrozumną bryłą błota?

- Muszę koniecznie znaleźć jakąś rysę na tym pani szekspirowskim pancerzu albo źle się 

to dla mnie skończy.

- Niech pan szuka, bawi mnie chłostanie arystokracji. Piękny surdut ma pan na sobie!

- Jest fantastyczny, prawda?
- Po prostu olśniewający. Braxton zzielenieje z zazdrości. Bez trudu go pan zaćmi.

- Jest pani zbyt uprzejma.
- Wcale nie jestem uprzejma. Cieszę się jedynie, że dostrzegłam blade światełko wśród 

tej całej teatralnej miernoty. Co się stało z naszą słynną angielską sceną?

- Zeszła na psy, sądząc po dzisiejszym przedstawieniu - odparł lord Blake. - Aktorom 

udało się z tej i tak już dostatecznie nudnej sztuki zrobić coś, co teraz wydaje się nie mieć 
końca.

- Miło mi to słyszeć.  Czy pan wie,  lordzie Blake,  że jest pan pierwszą  osobą, która 

otwarcie przyznaje, że nie lubi Romea i Julii?

- A więc pani również? - W spojrzeniu lorda Blake'a widać było jednocześnie zdumienie 

i ogromną satysfakcję.

background image

- Tak, jestem ofiarą szekspirowskiego pióra. Muszę panu powiedzieć, Blake, że pana 

obecność uratowała ten wieczór i wlała trochę otuchy w moje serce. Pomyśleć, że znalazłam tu 

bratnią   duszę,   którą   tak   samo   nudzą   te   nieprzyzwoicie   długie   godziny   szekspirowskiej 
fanfaronady!

- Jestem szczęśliwy, że mogłem wyświadczyć pani przysługę - odparł, starając się ukryć 

uśmiech.

- Mógłby pan wyświadczyć jeszcze jedną, gdyby pan zechciał.
- Wszystko, co może wesprzeć siostrę w cierpieniu - odrzekł z galanterią.

- Proszę mnie zatem upewnić,  że pański przyjaciel nie działa  jedynie pod wpływem 

głupiej namiętności, która po kilku dniach się wypali.

- Zaklina się, że to zadana strzałą Amora śmiertelna rana.
- Nie raz już byłam zmuszona do wysłuchiwania takich idiotyzmów. Jak może pan to 

znieść?

- Dziękując niebiosom, że nie jestem w takiej sytuacji.

Kąciki ust panny Glyn leciutko zadrżały.
- Niech mi pan powie coś więcej o tym śmiertelnie zranionym młodzieńcu.

- Dlaczego?
Zawahała się, po czym z zaskakującą szczerością odparła:

- A dlaczego nie? To byłoby takie zabawne. Mógłby mi pan na przykład opowiedzieć o 

jego romansie z żoną wiejskiego pastora, licznych pojedynkach, wojennych profitach, długach 

karcianych   i   kiepskim   oku   do   koni.   Wtedy   ja   opowiem   panu   o   moich   beznadziejnie 
idealistycznych   pierwszych   impresjach,   które   pan   mógłby   brutalnie   rozwiać,   przepełniając 

mnie   rozczarowaniem   i   wstydem.   Wówczas   pan   mógłby   wspomnieć   o   jego   bogatym   i 
umierającym  wuju,  który ma zamiar  zostawić mu dwa  miliony  funtów,  łowiska  na  Morzu 

Północnym   i   składy   piór   bażancich   w   Indiach,   a   wtedy   ja   udzielę   temu   związkowi 
błogosławieństwa i wszystko będzie czyste jak łza!

Patrzył na nią ze zgrozą.
- Stało się coś, lordzie Blake? - zapytała.

- Zastanawiam się, dlaczego nie spotkałem pani wcześniej.
- Wielkie nieba, dlaczego miałby pan tego chcieć? - zdziwiła się. - Nie jestem piękna. 

Nie jestem bogata. Czasem nie jestem nawet uprzejma. Oczywiście, pamiętam, że to ja bronię 
dostępu do panny Fairfax. Mogę pana do niej zaprowadzić, jeśli do tego pan zmierza.

- To jakiś nonsens, panno Glyn.
- Też tak sądzę, lordzie Blake.

background image

- Jak?
- No cóż, to nonsens chcieć poznać mnie, gdy tyle o wiele bardziej interesujących kobiet 

marzy, aby poznać dżentelmena noszącego tak wytworne okrycie.

- Czy wcześniej nie wyraziła pani identycznego pragnienia?

- Oczywiście, że nie. Wyraziłam jedynie uznanie dla surduta, a nic dla tego, kto go nosi.
- Jest pani okrutna - zauważył wyraźnie przygaszonym głosem.

- Nie sądzę, raczej protekcjonalna.
Jego głośny śmiech zaintrygował stojące w pobliżu osoby.

- W ten sposób wszystkie moje wnioski przepadły - powiedział.
- A były jakieś?

- Obawiam się, że sporo.
-   Zastanawia   mnie,   lordzie   Blake,   pańska   znajomość   z   Priscillą   Inglewood.   Jestem 

zdumiona, że miał pan odwagę przyjść do tej loży, milordzie. Lady Inglewood z pewnością nie 
będzie tym zachwycona.

- Błagam, a cóż ona ma do moich rozmów?
- Och, z tego, co ludzie mówią, bardzo wiele. Przede wszystkim pomyśli, że wchodząc do 

obozu nieprzyjaciół, jest pan nielojalny. Wkrótce się pan o tym przekona.

Chwilę obserwował ją przez monokl.

- Wygląda więc na to, że są panie w stanie wojny?
- Cóż za niestworzone rzeczy pan wygaduje! Kobiety nie prowadzą działań wojennych, a 

jedynie potyczki... chociaż, im więcej krwi, tym lepiej.

- Rozumienie kobiecej psychiki idzie mi dosyć opornie. Co, pomińmy Szekspira, ma 

pani przeciwko lady Inglewood?

- Właściwie nic, sir... publicznie.

- Czego, w takim razie, ona nie lubi w pani?
- Wszystkiego, sir. Czy to nie oczywiste?

- Jak to?
- Czyżby pan nie widział, że jestem zaprzeczeniem prawdziwej lady?

- Coś w tym jest.
- Obawiam się, że dużo... ale nie aż tak, żebym miała się zmienić. Właściwie, dlaczego 

pan ze mną rozmawia, lordzie Blake? To skrajna nielojalność. Lady Inglewood rości sobie 
prawo do pana. Czy nie jej ucho powinien pan pieścić błyskotliwymi żarcikami?

- Niestety, ta dama wcale nie uważa ich za błyskotliwe. Jak pani zapewne wie, to bardzo 

rozsądna kobieta.

background image

-   Nic   o   tym   nie   wiem.   Jak   może   nie   lubić   żartów   tak   znakomicie   wyedukowanego 

mężczyzny? Mam coraz gorsze o niej zdanie. Właściwie, jak można być lojalnym wobec tej 

góry lodu?

Szare oczy lorda Blake'a zwęziły się.

- Nie jestem aż tak bezwzględny, żeby zrywać przyjaźń z kobietą tylko dlatego, że natura 

nie   obdarzyła   jej   poczuciem  humoru.   Śmiem   twierdzić,   że   lady   Inglewood   nie   darzy   pani 

sympatią z powodu pani niezrozumiałego zachowania.

- Wolałabym, żeby nie oceniał pan jej awersji w stosunku do mnie, lordzie Blake. Ani 

lady Inglewood, ani mnie nie przeszkadza niechęć, jaką czujemy do siebie. Ona purpurowieje 
na mój widok, a mnie w jej obecności natychmiast wysuwają się pazury. Nigdy jej nie polubię, 

sir. Jeśli dalej będzie jej pan z uporem bronił, wyrzucę pana z tej loży natychmiast.

Groźba zabrzmiała poważnie, co do tego nie było wątpliwości. Zastanawiające, jak kilka 

słów o lady Inglewood mogło tak wzburzyć pannę Glyn?

- Pani  mnie  zdumiewa.  Wszystkie  znajome kobiety  bardzo  lubią  moje towarzystwo, 

pani natomiast wciąż je odrzuca, jakby sprawiało pani przykrość.

- Doprawdy? Jakoś coraz mniej ufam kobietom z pańskiego otoczenia.

-   Czyżby   pani   należała   do  tych   kobiet,   które   z   lekceważeniem   odnoszą   się   do   osób 

własnej płci?

- Proszę mnie nie obrażać, panie Blake. Lekceważę jedynie tych, którzy na to zasługują, 

bez   względu   na   płeć.   Każdy,   kto   twierdzi,   że   jest   przyjacielem   lady   Inglewood,   musi   się 

spodziewać   mojej   ostrej   reakcji.   A   skoro   już   mówimy   o   tej   damie,   czy   widzi   pan   to 
przeszywające spojrzenie?

Lord   Blake   odwrócił   się.   Rzeczywiście   wzrok   lady   Inglewood   nie   wróżył   niczego 

dobrego. Skłonił głowę, czego ona zdawała się celowo nie dostrzegać. Czyżby panna Glyn miała 

rację?

- Niech pan uważa, lordzie Blake, inaczej wzrok Panny Doskonałej zamieni pana w głaz.

- Czyj?
- Priscilli Inglewood, oczywiście.

Lord Blake wybuchnął śmiechem.
- Jest pani niepoczytalna, panno Glyn.

- Jestem znana w towarzystwie z trafności sądów - odparła z wyraźną wymówką.
- Nie jestem takim głupcem, by kupić taką deklarację, a pani zbyt lekkomyślna, aby być 

wiarygodną.

- Ale nie aż tak, by skrzyżować z panem szpadę - zauważyła.

background image

- Przekonamy się - odparł z uśmiechem. - Pani sługa, panno Glyn.
Szybkie  spojrzenie,  gdy  opuszczał  lożę,   poinformowało  go,  że  sir  William  dotarł  do 

panny   Fairfax   w   stosunkowo   dobrym   stanie   i   zdołał   skupić   na   sobie   całą   jej   uwagę. 
Przeciskając się przez przemieszczający się we wszystkie strony tłum widzów, analizował przed 

chwilą odbytą rozmowę. Było dla niego jasne, że panna Glyn nie lubi Priscilli i że nie chce mieć 
nic wspólnego z nim. Zastanawiał się, co wybrać: możliwość prowadzenia tych fascynujących 

konwersacji czy też trwającą od wielu lat przyjaźń?

- Theo! Theo! Wpadnij do mnie na chwilę!

Lord Blake podniósł głowę i zauważył machającą do niego lady Inglewood. Idąc do jej 

loży, nie spuszczał z niej wzroku. Lady Inglewood była wysoką, piękną blondynką z władczymi, 

piwnymi oczami i posagiem wartym trzysta tysięcy. Miała już dwadzieścia cztery lata i od 
dawna   powinna   być  zamężna.   Gdyby   nie  śmierć  jego  brata  przed   pięciu   laty,   byłaby  jego 

bratową. Teraz, jego brat nie żyje, może zostać jego żoną.

- Och, Priscillo! - powiedział, podnosząc jej dłoń do ust. - Jesteś coraz piękniejsza.

- Ach, ty komplemenciarzu! - odparła ze śmiechem. - Dobrze wiesz, Theo, że właściwie 

jestem już starą panną!

- Sądząc po tłumie adoratorów w twojej loży, nie myślę, abyś musiała się tego bać.
- Tak, wiem, że mogę mieć każdego z nich, ale żaden mi nie odpowiada - odrzekła, 

patrząc na niego spod oka.

Lord Blake zmusił się do uśmiechu.

- Jesteś widocznie zbyt wybredna.
- Być może. Powiedz mi jednak, Theo, od jak dawna jesteś w mieście i dlaczego mnie 

jeszcze nie odwiedziłeś?

- Przyjechałem  tu przed niespełna  dwoma tygodniami  i nie spotkałem  się jeszcze  z 

nikim, droga Priscillo, poza grupą wesołej młodzieży, dla której karty i wino są wszystkim.

- Mam nadzieję, że teraz znajdziesz odpowiedniejszą rozrywkę.

-   Myślę,   że   jestem   już   gotów   do   skorzystania   z   szerszego   wachlarza   londyńskich 

przyjemności.

- Takich jak zjedzenie kolacji z moim ojcem i ze mną jutro?
- Będę liczył godziny.

Rozległ się dźwięk dzwonka, sygnalizujący koniec przerwy i lord Blake zaczął się żegnać, 

ale dłoń lady Inglewood spoczęła na jego ramieniu i zatrzymała go na chwilę.

- Jeszcze słówko, Theo, jeśli nie masz nic przeciwko temu. Widziałem, jak rozmawiałeś 

z Kate Glyn. Chciałabym cię przed nią ostrzec.

background image

Lord Blake spojrzał uważnie na swoją starą przyjaciółkę.
- Czy mam rozumieć, że grozi mi ze strony panny Glyn jakieś niebezpieczeństwo?

- Och, nie, jedynie obcowanie z tą osóbką jest groźne. Ona nie cieszy się zbyt dobrą 

opinią w towarzystwie, Theo. Jej ojciec był prowincjonalnym zerem, a matkę spłodził zwykły 

pastor. Nieustannie prowokując wszystkich swoim zachowaniem, jakby szokowanie sprawiało 
jej przyjemność, obraca przeciw sobie całe towarzystwo.

- Naprawdę? - rzekł, z uwagą przyglądając się szwom na rękawie swojego surduta. - A 

co powiesz o jej przyjaciółce, pannie Fairfax?

- Och, panna Fairfax jest bez zarzutu! Nikt nie może powiedzieć o niej złego słowa. 

Wielka   szkoda,   że   Egertonowie   nierozważnie   powierzyli   ją   opiece   tak   nieodpowiedzialnej 

osoby, jak Kate Glyn. Najwyraźniej potrafiła sprytnie zamydlić im oczy.

- Ale nie tobie, jak sądzę, Priscillo? Uśmiechnęła się protekcjonalnie.

- Pochlebiam sobie, że niełatwo to zrobić.
- Wszyscy podziwiamy twoją przenikliwość - przyznał lord Blake, po czym pożegnał się i 

z ulgą wrócił do swojej loży.

Już po raz trzeci ostrzeżono go przed znajomością z Kate Glyn: raz zrobiła to Priscilla 

Inglewood i dwa razy sama panna Glyn. Lojalność wobec lady Inglewood walczyła w nim z 
niezgodą   na   ingerencję   innych   w   dobór   przez   niego   przyjaciół.   Oczywiście,   powinien 

zastosować się do życzenia panny Glyn i wstrzymać kontakty z nią, ale mimo wszystko chciał, 
żeby go polubiła. Na zastanawianie się, dlaczego ma się przejmować sympatią panny Glyn, nie 

miał już czasu, bo w chwilę później w loży pojawił się naładowany emocjami William Atherton 
i z westchnieniem opadł na fotel.

- Widzę, że ponowne rzucenie okiem na mój surdut pozwoliło ci znacznie lepiej go 

ocenić - zakpił lord Blake.

- Anioł, po prostu anioł - rzekł sir William, wyciągając się w fotelu.
- Raoul DeBries to rzeczywiście geniusz, ale żeby zaraz anioł?

- Co za łagodność, co za urok, co za uroda!
- Williamie - dodał z powagą lord Blake - czyżbyś wiedział o Raoulu DeBries coś, o czym 

ja nie wiem?

- O kim? - zdumiał się William.

Lord Blake tylko się uśmiechnął i spytał przyjaciela o postępy w kontaktach z panną 

Fairfax.

- Theo - oświadczył sir William. - Jestem zakochany!

background image

6

Po podwiezieniu pełnego euforii przyjaciela do domu, lord Blake skierował zaprzęg w 

stronę Grosvenor Square,  gdzie znajdował  się jego rodzinny dom. Po chwili  zatrzymał  się 
przed   podjazdem,   rzucił   wodze   stajennemu   i   szybkim   krokiem   ruszył   w   stronę   głównego 

wejścia.

Nagle się zatrzymał.

To  było trudniejsze,   niż sądził.  Dręczyły  go wyrzuty  sumienia.  I nie  dlatego,  że  nie 

kochał rodziców, ale dlatego, że kochał ich za bardzo. Minął już prawie rok od ostatniego 

spotkania  z rodzicami.  Lękał  się miłości,  która czekała  za tymi drzwiami.  Gdyby choć raz 
stchórzył, uniknąłby tego spotkania.

Niestety, nie był tchórzem.
Lekko pociągnął za dzwonek i w drzwiach stanął Hamilton, majordomus Insleyów od 

siedemnastu lat.

- Witaj, Hamilton, stary druhu - rzekł lord Blake, wchodząc do holu.

- Boże, lord Blake! - zawołał wierny sługa. - Czy to naprawdę pan?
- Rozumiem aluzję, Hamilton! - odparł Blake, wręczając kapelusz, płaszcz i rękawice 

majordomusowi. - Domyślam się, że to jedynie subtelny wstęp do tego, co mnie za chwilę 
czeka. Życie krnąbrnego syna nie jest łatwe, Hamilton.

- Nie, milordzie.
- Książę i księżna w dużym salonie?

- Tak, milordzie.
- Doskonale, zaanonsuję się więc sam - powiedział lord Blake, ruszając w stronę salonu.

Zatrzymał się przed podwójnymi drzwiami, otworzył je szeroko i dźwięcznym głosem 

zawołał:

- Powrót syna marnotrawnego!
Księżna Insley uniosła na chwilę głowę, po czym wróciła do pisania listu.

- Kto to Fitzgeraldzie? - zapytała małżonka. - Ktoś, kogo znamy?
Lord Blake wyraźnie skruszony zbliżył się do księżnej i, ucałowawszy jej dłoń, rzekł:

Maman, z każdym dniem jesteś coraz cudowniejsza.
- Chciałeś powiedzieć po dziewięciu miesiącach i trzech dniach - sprostowała księżna.

-   No   właśnie   -   odparł   z   uśmiechem,   niezrażony   chłodnym   powitaniem   ze   strony 

ukochanej matki.

Książę   Insley,   wysoki   pięćdziesięciosześcioletni   mężczyzna,   siedział   przy   dębowym 

biurku w pobliżu wychodzącego na ogród okna.

background image

- Cóż to, Theo, nie przywitasz się z ojcem?
- Wybacz, pater - odparł z uśmiechem lord Blake - ale piękno ma pierwszeństwo przed 

obowiązkiem. - Podszedł do księcia i podniósł monokl do oka. - Co widzę, nowy surdut i... 
bardzo efektowny. Czyżbyś w końcu wziął sobie do serca moją radę i rzucił tego Wilmingtona 

dla kogoś o bardziej wyrafinowanym smaku?

- Chcę ci powiedzieć, że to właśnie on uszył mi ten surdut w ubiegłym tygodniu!

- Naprawdę? - Lord Blake uniósł brew. - Jak widać, każdemu może zdarzyć się gafa.
Książę zaśmiał się cicho.

- Dobrze cię widzieć, synu.
Lord Blake skłonił głowę.

- Jeśli już zdecydowałeś się przypomnieć nam o swoim istnieniu, to nie stój tak i nie 

trać czasu na bzdury, Theodore - wtrąciła księżna. - Usiądź przy mnie i opowiedz o sobie.

- Theo, mamo - poprawił ją, siadając na stojącej naprzeciwko kanapie. - Theo, błagam 

cię. Nie miałem głosu, gdy wybierałaś dla mnie to okropne imię, ale chyba teraz mam wpływ 

na to, jak się na mnie mówi?

- Theodore to imię twojego dziadka - dodała sucho księżna.

- I tak samo jak ja go nie cierpiał. Kiedyś powiedział mi, że kojarzy mu się z wiewiórką.
Zduszony śmiech księcia szybko zamienił się w kaszel.

-   Ponieważ   prawie   od   roku   nie   mieliśmy   od   ciebie   żadnej   wiadomości   -   ciągnęła 

księżna, patrząc spod oka na małżonka - czy mamy rozumieć, że byłeś aż tak leniwy?

- Mamo, ja protestuję! - zawołał lord Blake, zrywając się z sofy. - Jak możesz tak mówić, 

i to po obejrzeniu mojego najnowszego surduta?  To model, przy którym bledną wszystkie 

inne.

Wykonał kilka teatralnych póz, aby pokazać nowy nabytek w pełnej krasie.

- Rzeczywiście to bardzo udany fason - przyznała księżna, usiłując stłumić uśmieszek, 

który drżał w kącikach jej warg. - Ale może już dosyć o głupstwach. Przez dziewięć miesięcy 

pozbawieni byliśmy nie tylko twojego towarzystwa, ale i słowa od ciebie. Jakie zatem masz dla 
nas nowiny, Theo? Jakie wiadomości?

Lord Blake poprawił koronkę przy mankiecie.
-   Bingsley   odnosi   bezapelacyjny   sukces.   Książę   regent   przegrał   zakład   z   księciem 

Richmondu i przez tydzień musiał żyć o chlebie i wodzie. Lady Lacson uważa sok z ananasa i 
dojrzałych wiśni za niezwykle skuteczny na pryszcze, natomiast...

- Theo - przerwał mu książę - nie chcemy słuchać plotek. Chcemy, żebyś nam opowiadał 

o sobie i o tym, czego dokonałeś. Zrzuć w końcu tę maskę i choć przez chwilę bądź znowu sobą.

background image

- Miałam nadzieję, że to szaleństwo do tej pory ci przeszło - odezwała się księżna. - 

Powinnam była wiedzieć, że nie przeszło, skoro tak długo cię nie było. Jeśli to potrwa dłużej, 

synu, tamten Theo może już nigdy nie wrócić.

- Tak byłoby lepiej - odparł lord Blake.

- Ale tamten mi się podobał - wtrącił książę - i chciałbym usłyszeć, co się z nim działo od 

ostatniej u nas wizyty.

- Ja również - dodała księżna z nutą zniecierpliwienia. - Czy byłeś szczęśliwy? Samotny? 

Zdrowy?

Lord Blake westchnął, opadł na oparcie kanapy i wyciągnął przed siebie długie nogi.
- W ciągu ostatnich kilku miesięcy byłem w Rosebriar i Danforth - odparł. - Fredericks 

wykonał kawał dobrej roboty przy restauracji Rosebriar Manor. Poza tym eksperymentalnie 
wprowadził pewne zmiany, o których dyskutowaliśmy rok temu i w tym roku powinniśmy 

mieć rekordowe zbiory.

Książę podszedł do żony i ich dłonie splotły się w pełnym satysfakcji geście.

- Przy tak dużym popycie na żywność - ciągnął lord Blake - możemy osiągnąć wspaniałe 

zyski, pomimo wysokich nakładów na sprzęt i cieplarnie, których używamy do przetestowania 

nowych   nasion.   Llewellyn   oprowadził   mnie   po   Danforth.   Stada   owiec   znajdują   się   w 
doskonałym   stanie,   a   straty   w   jagniętach   okazały   się   niewielkie.   Odwiedziłem   również 

kopalnię   miedzi   w   Kornwalii   i   farmę   mleczną   w   Hertfordshire;   zastanawiam   się   nad 
poszerzeniem działalności.

-  Uważasz,  że  to  rozsądne  inwestować  w  kopalnię  miedzi,  Theo?  -  zaniepokoiła  się 

księżna. - Od dwóch lat mamy na rynku zastój. Możesz łatwo stracić koszulę.

-   Mam   wiele   koszul,   mamo.   Strata   jednej   to   nie   zmartwienie.   Byle   nie   była   to   ta 

niebieska jedwabna, bo bez niej życie straciłoby sens.

- A co u twoich przyjaciół, Theo? - zapytał książę.
- Myślę, że sobie radzą, chociaż Braxton od dwóch tygodni jest jakby nieco wytrącony z 

równowagi. On ma słabość do niebieskiego jedwabiu.

- Miałem na myśli to, co dzieje się z nimi ostatnio.

- Ach tak! Bardzo proszę - zawołał z nagłym ożywieniem. - Mam dla ciebie sensacyjną 

wiadomość:   William   Atherton   właśnie   dziś   ogłosił,   że   jest   śmiertelnie   zakochany.   Nie 

poznałbyś go. Wygląda tak, jakby nagle postradał rozum, biedny głupiec.

- Theo, nie bądź cyniczny - wtrąciła księżna. - Lepiej powiedz, w kim sir William jest 

zakochany!

-   Już   mówię.   To   panna   Georgina   Fairfax:   piękna,   inteligentna,   czarująca   i   do   tego 

background image

całkiem niegłupia.

- Georgina Fairfax? Dobry Boże, no to przepadł! - zawołała księżna.

- Też tak uważam - odparł z uśmiechem.
- Czy ma u niej jakąś szansę, jak sądzisz, Theo? - zapytał książę.

- Myślę, że ma, sądząc po tym, co mówi jej przyjaciółka i opiekunka o dziwacznym 

nazwisku Glyn.

- Katharine Glyn? - zapytała księżna.
- Tak. Znasz ją?

- Jedynie ze słyszenia. To ulubienica pań Jersey i Montclair, chociaż Priscilla Inglewood 

nie ma o niej najlepszego zdania.

- Panna Glyn rewanżuje się jej tym samym - zauważył Blake. - Panna Glyn jest dziwną 

osobą i w niczym nie przypomina swojej podopiecznej, panny Fairfax. Will i ja byliśmy dziś u 

nich z wizytą. Właściwie to Will składał wizytę pannie Fairfax. Zabrał mnie ze sobą, żeby mieć 
we mnie moralne wsparcie, po czym zostawił  na łasce panny Glyn. Była nawet chwila,  że 

zaczynałem się bać o moje życie. Ta osóbka nagle uderzyła w twarz lorda Falkhursta właściwie 
bez powodu.

- Wielkie nieba! - zawołał książę. - Dlaczego?
- Powiedziała, że marzyła o tym od dawna.

- - Brawo! - powiedziała z uznaniem księżna. - Od dawna mu się to należało.
- Zaciekawiasz mnie, mamo. Wytłumacz, proszę, co właściwie miałaś na myśli.

-   Falkhurst   i   Katharine   Glyn   zaręczyli   się,   gdy   ona   miała   piętnaście   lat   -   odparła 

księżna. - Wszystko zaaranżowały ich rodziny. Stary hrabia chciał przejąć ziemię Glyna. W grę 

wchodziły   ogromne   pieniądze.   Jednak   ojciec   panny   Glyn   zmarł   rok   później,   a   tydzień   po 
pogrzebie młody Falkhurst zerwał zaręczyny i wyjechał na polowanie do Walii.

-   Teraz   i   ja   przypominam   sobie   ten   mały   dramat   -   przyznał   książę.   -   Zachowanie 

Falkhursta   spotkało   się   z   powszechną   dezaprobatą.   W   klubie,   ilekroć   się   tylko   pojawił, 

traktowano go bardzo ozięble.

- Ale dlaczego zerwał zaręczyny? Przecież po śmierci Glyna wystarczyło ożenić się z jego 

córką i natychmiast przejąć ziemię.

- Niestety nie - odparła księżna. - Falkhurst dowiedział się, że ogromna część majątku 

Glyna przechodzi na własność pierwszego kuzyna z Yorku, ponieważ panna Glyn nie była w 
chwili śmierci ojca zamężna, a jej długotrwałe narzeczeństwo nie miało żadnego znaczenia. 

Pozostała  z niemałymi  środkami  na utrzymanie,  ale  bez  ziemi i prawa  do tytułu.  To było 
stanowczo za mało, aby zaspokoić apetyt Falkhursta.

background image

- Obrzydliwe! - zawołał książę. - Nigdy nie lubiłem tego typa i bardzo się cieszę, że 

panna Glyn znalazła okazję do rewanżu.

- A więc to jest powód jej dziwacznego  zachowania  - mruknął  lord  Blake,  z uwagą 

wpatrując się w czubek lśniącego buta.

- Czy teraz, kiedy wróciłeś do miasta, możemy mieć nadzieję, że będziesz częściej u nas 

bywać? - zapytała księżna. - Przyjdziesz do nas jutro na kolację?

- Niestety, nie, maman. Priscilla Inglewood już zatroszczyła się o mój żołądek.
- Co słyszę? Czyżbyś złożył jej wizytę, zanim raczyłeś zjawić się u swoich rodziców? - 

oburzyła się księżna.

-   Ależ   skąd.   Spotkaliśmy   się   przez   przypadek.   Widzisz,   właśnie   wracam   z 

przedstawienia w Drury Lane. Priscilla piękna jak zawsze i... wciąż niezamężna. Zastanawiam 
się, czy nie powinienem naprawić tego, co się stało.

Księstwo spojrzeli na syna z konsternacją.
- Mówisz poważnie, Theo? - zapytała księżna. - Zamierzasz poślubić Priscillę?

- Taka właśnie myśl przyszła mi do głowy. - Blake oparł się o poduszkę sofy i przez 

chwilę w milczeniu obracał w palcach monokl. - Zdałem sobie sprawę, że mam już swoje lata i 

najwyższy czas się ożenić i mieć dzieci. Znam swoje powinności.

- Zawsze znałeś, Theo - powiedziała cicho księżna. - Czy jednak Priscilla to dla ciebie 

odpowiednia żona?

Blake, wyraźnie zaskoczony tym, co usłyszał, wypuścił z palców monokl i wstał.

- Ależ mamo, ona jest ideałem, wszyscy o tym wiedzą! Oliver chciał się z nią ożenić, a 

przecież   świetnie   wiesz,   że   miał   doskonały   gust.   Poza   tym   jest   dobra   jak   każda   inna   i   z 

pewnością zasługuje na więcej niż każda inna. Mogłaby już od dawna spokojnie czekać na 
przyszły tytuł księżnej, gdyby nie moja głupota.

-   Świadomość   winy   i  poczucie   obowiązku   to   nie   są   powody   do   zawierania   związku 

małżeńskiego - zauważyła księżna. - Możesz spokojnie ożenić się z miłości, mój drogi.

- Nie sądzę - mruknął Blake.
- W każdym razie, proszę cię, nie spiesz się do małżeństwa, którego wkrótce możesz 

żałować - rzekł książę. - Dobrze się jeszcze zastanów, Theo.

- Nie chcecie zatem, żebym się ożenił i spłodził syna i dziedzica majątku i nazwiska?

- Chcemy, żebyś był szczęśliwy, Theo - powiedziała księżna.
- Niestety - odparł Blake - to akurat nie jest możliwe.

background image

7

Przekonawszy   Egertonów,   ciotkę   i   wuja   panny   Fairfax,   żeby   wysłali   sir   Williamowi 

zaproszenie   na   bal,   Katharine   Glyn   zawiozła   pannę   Fairfax   swoim   faetonem   do   sióstr 
Pomeroy. Ojciec posadził Katharine na konia, gdy tylko nauczyła się chodzić. Kilka lat później 

tak długo prosiła go, aby nauczył ja powozić, aż w końcu ustąpił. Kiedy mając osiemnaście lat, 
po raz pierwszy samodzielnie przejechała faetonem przez Hyde Park, w mieście zawrzało od 

plotek. To, co wydawało się skandalem, szybko jednak stało się modą gdy kilka młodych kobiet 
z towarzystwa (nie chcąc być gorszymi od wiejskiej przybłędy) zaczęło naśladować jej wyczyn. 

Niektóre potrafiły powozić dwukółką, ale żadna nie radziła sobie z zaprzęgiem składającym się 
z kilku koni. Nie mając umiejętności panny Glyn, szybko zrezygnowały z samodzielnej jazdy. 

Ona jednak wciąż jeździła na wizyty własnym faetonem, budząc lęk i szokując.

Było ciepłe marcowe popołudnie. Zima tego roku była wyjątkowo łagodna i w ogrodach 

i parkach pojawiły się już pierwsze kwiaty, a w powietrzu czuło się powiew wiosennego ciepła.

- Spójrz na uszy Chaucera i Cervantesa - powiedziała panna Glyn. - Te konie wprost rwą 

się do biegu.

- Błagam, nie pozwól im na to - odparła nerwowo panna Fairfax.

- Dlaczego? Gdzie twoja żądza przygody, Georgie?
- Opuszcza mnie, gdy patrzę na takie włochate, czworonożne monstra.

- Zastanawiam się, dlaczego cię lubię, skoro masz taką awersję do koni - skomentowała 

Katharine   Glyn,   zręcznie   manewrując   miedzy   powozami.   -   Nie   wiedziałam,   że   mam   taki 

szlachetny charakter.

Skierowała zaprzęg na promenadę, po czym puściła konie truchtom wzdłuż jednej z 

elegantszych   ulic   Londynu,   zatrzymując   się   od   czasu   do   czasu,   aby   pogawędzić   z   jakimś 
znajomym.

W pewnej chwili Georgina Fairfax chwyciła przyjaciółkę za ramie i krzyknęła jej prosto 

do ucha:

- Kate, stop!
Katharine gwałtownie ściągnęła wodze i konie stanęły dęba. Georgina Fairfax krzyknęła 

z przerażenia, ale jej przyjaciółka błyskawicznie opanowała sytuację.

- Może byłabyś tak uprzejma, Georgino - syknęła przez zaciśnięte zęby - i wyjaśniła mi, 

o co ci chodziło? No, uspokój się, Chaucer - powiedziała do wciąż drżącego gniadego. - Już 
dobrze, Cervantes. Uspokój się, staruszku.

- Tak mi przykro, Kate. Wszystko przez to, że zauważyłam nadchodzącego sir Williama i 

chciałam zamienić z nim kilka słów.

background image

- Athertona? - zdumiała się panna Glyn, ale kiedy podniosła głowę, zauważyła jadącego 

na kasztanie sir Williama, a tuż obok niego lorda Blake'a na wspaniałym koniu czystej krwi.

Obydwaj panowie podjechali do faetonu od strony panny Fairfax i zatrzymali się.
- Panno Fairfax, czy nic się pani nie stało? - zapytał sir William, na którego twarzy wciąż 

widać było śmiertelne przerażenie.

- Och, naturalnie, że nic - odparła szybko, uśmiechając się na powitanie. - Nie było 

żadnego niebezpieczeństwa, a poza tym to była wyłącznie  moja wina.  Zachowałam się tak 
nieodpowiedzialnie. Niepotrzebnie przestraszyłam Chaucera i Cervantesa.

- Kogo? - zdziwił się lord Blake.
- Gniadosze Katharine - wyjaśniła panna Fairfax.

-   Panny   Glyn?   -   powtórzył   z   niedowierzaniem   lord   Blake,   ponieważ   konie   były 

wyjątkowej urody.

- Wyhodowałam je od źrebiąt - powiedziała Katharine, śmiejąc się szeroko.
Nagle dotarło do niej, że lubi się śmiać, gdy lord Blake jest w pobliżu i że to oznaka 

słabości.   Zbyt   wiele   różnych   rzeczy   się   przy   nim   wydarzyło,   aby   mogła   się   czuć   w   jego 
obecności szczęśliwa. Uśmiech zniknął z jej twarzy.

- Jak może pani mówić, że było bezpiecznie? - zaprotestował sir William. - Te bestie 

mogły ponieść i Bóg jeden wie, jak mogło to się skończyć!

- Spokojnie, Will, spokojnie - mruknął lord Blake.
-   Ale   naprawdę   nie   było   żadnego   niebezpieczeństwa   -   powtórzyła   panna   Fairfax.   - 

Katharine doskonale powozi. Panowała nad sytuacją przez cały czas. Jest fantastyczna.

- Dziękuję ci, Georgino - odparła ponuro panna Glyn.

- Za pozwoleniem, panno Glyn - rzekł chłodno sir William. - Nie uważam za rozsądne, 

że   dwie   młode   kobiety   jadą   powozem   w   Londynie   same.   Zbyt   wiele   na   każdym   kroku 

niebezpieczeństw.

Widząc,   jak   policzki   panny   Glyn   nagle   purpurowieją,   a   w   oczach   zapalają   się 

niebezpieczne błyski, lord Blake szybko powiedział:

- Myślę, że mój młody przyjaciel ma rację. Wiem, że od kilku lat krzykiem mody jest, 

aby   młode   kobiety   same   powoziły.   Nie   sądzę   jednak,   żeby   należało   modzie   bezkrytycznie 
ulegać.   Ostatnio   lansuje   się   na   przykład   wyszczuplające   gorsety   dla   mężczyzn   i   niektórzy 

dżentelmeni, chcąc mieć talię osy, coś takiego wkładają, ale to nie znaczy, że i ja muszę wziąć 
udział w tym szaleństwie.

- Theo, nie sądzę... - zaczął sir William.
- Poza tym - ciągnął z niezmąconym spokojem lord Blake - gdyby miała pani wprawę 

background image

słynnej Diablicy z Hampshire, nie musielibyśmy się bać, skoro jednak pani nią nie jest, a 
odpowiada za najbardziej ubóstwianą kobietę w Londynie, uważam, iż lepiej byłoby, gdyby...

- Ależ, lordzie Blake - przerwała mu panna Glyn - ja jestem Diablicą z Hampshire.
- Co? - zawołał ze zdumieniem lord Blake, podczas gdy sir William patrzył na nią z 

niedowierzaniem.

- Powiedz im, Georgie - dodała panna Glyn, trącając przyjaciółkę łokciem.

- Kate, wiesz, że nie lubię tego przezwiska - odparła panna Fairfax.
- Och,  mnie się nawet...  podoba. Dużo nad tym myślałam,  aż w końcu doszłam do 

wniosku,   że   najlepiej   zrobią   to   siostry   Pomeroy   i   upoważniłam   je   do   upublicznienia   tej 
informacji. Jak możesz mówić, że go nie lubisz?

Lord Blake przypomniał sobie wszystkie skandaliczne historie o tym najsłynniejszym 

artykule eksportowym Hampshire do Londynu... i wszystkie skandaliczne rzeczy, które panna 

Glyn powiedziała i zrobiła podczas ich krótkiej znajomości i nagle wszystko zrozumiał.

-   Oczywiście,   że   pani   nią   jest,   powinienem   to   wiedzieć   od   początku.   Kiedyś   będę 

opowiadał o tym moim wnukom. Poznać osobiście słynną Diablicę z Hampshire...!

Sir   William,   czerwieniąc   się,   wykrztusił   jakieś   słowa   przeprosin,   które   panna   Glyn 

przyjęła w milczeniu.

- Teraz, kiedy wszystko jest już jasne - powiedziała - chciałabym poinformować pana, 

sir Williamie, że może się pan spodziewać zaproszenia na bal u Egertonów.

- Przyjdzie pan, prawda? - zapytała panna Fairfax.

- Tylko wtedy, jeśli pani tam będzie.
- Może być pan tego absolutnie pewien - zauważyła panna Glyn, widząc, jak policzki jej 

przyjaciółki oblewa rumieniec.

- Czy wolno mi mieć nadzieję, że zaproszenie to pani zasługa, panno Fairfax? - zapytał 

sir William z czarującym uśmiechem.

- Mogłam o nie poprosić, ale to argumenty Katharine przekonały moją ciotkę i wuja.

-   Pozostanę   więc   pani   dozgonnym   dłużnikiem,   panno   Glyn   -   odparł   sir   William, 

skłaniając głowę.

- Czyżby więc miała pani zyskać kogoś, kto nie tylko będzie słuchał pani absurdalnych 

teorii, ale również się z nimi zgadzał? Nigdy nie sądziłem, że to może się zdarzyć - zdumiał się 

lord Blake.

-   Gdyby   miał   pan   kontakty   z   osobami   cieszącymi   się   autorytetem   w   towarzystwie, 

lordzie Blake, poza sir Williamem, oczywiście, z pewnością słyszałby pan, że jestem ceniona za 
inteligencję i rozum daleko większe niż to właściwe mojej płci.

background image

- Najwyraźniej mam słaby słuch, ponieważ słyszę to tylko od pani.
Brązowe   oczy   panny   Glyn   zwęziły   się,   ale   nagle   usłyszała   władczy   kobiecy   głos   i 

błyskotliwa riposta zamarła jej na ustach.

- Theo! Co za spotkanie!

Elegancki   powozik,   minąwszy   faeton   panny   Glyn,   zatrzymał   się   trochę   dalej   i   lady 

Priscilla Inglewood, ubrana w zgrabny różowy płaszczyk, wychyliła się przez okno.

- Twój uniżony sługa, Priscillo! - odparł lord Blake, z uśmiechem skłaniając głowę.
- Mam nadzieję, że nie zapomniałeś o dzisiejszej kolacji z nami. Mój ojciec nie może się 

ciebie doczekać. Wiesz, jak bardzo sobie ceni twoje umiejętności gry w pikietę. Błagał mnie 
nawet, żebym nie wypłoszyła cię swoją trzpiotowatością, zanim zasiądziesz z nim do kart.

- Ależ Priscillo! - zaprotestował, z trudem powstrzymując westchnienie. Nie przepadał 

za grą w karty ze starym Inglewoodem, ponieważ zawsze musiał przy tym wysłuchiwać aluzji 

do przyszłego połączenia ich rodów. - Wszyscy wiedzą, że nie ma w tobie nic z trzpiotki. Poza 
tym, jak mógłbym dobrowolnie rezygnować z tak uroczego towarzystwa jak twoje? Nie jestem 

takim głupcem. Zapewne znasz pannę Glyn i pannę Fairfax?

- Oczywiście - odparła lady Inglewood. - Jak się pani ma, panno Fairfax?

- Jesteśmy już okropnie spóźnione - wtrąciła panna Glyn. - Wybaczycie nam państwo? 

Miło nam było pana spotkać, sir Williamie. Niestety, musimy się spieszyć. A zatem do wtorku, 

sir Williamie.

- To będzie dla mnie prawdziwa przyjemność - odrzekł z galanterią, gdy panna Glyn 

zacięła konie.

Lord   Blake   z   gracją   uchylił   kapelusza,   ale   spotkało   się   to   jedynie   z   chłodnym 

spojrzeniem   panny   Glyn   i   ledwo   dostrzegalnym   skinieniem   głowy.   Boże   mój!   Czyżby   ta 
publiczna rozmowa z obozem przeciwnika miała go pozbawić tak zabawnego jej towarzystwa?

-   Biedna   panna   Fairfax   -   westchnęła   lady   Inglewood   -   być   zmuszoną   do   znoszenia 

towarzystwa tak ordynarnej opiekunki. Mam nadzieję, że pamiętasz, co ci mówiłam wczoraj, 

Theo, i nie będziesz kontynuował znajomości z panną Glyn?

-   Doskonale   pamiętam,   co   mówiłaś,   Priscillo.   To   był   bardzo   trafny   opis   Diablicy   z 

Hampshire.

-   Okropne   przezwisko,   nieprawdaż?   Ale,   moim   zdaniem,   świetnie   pasuje   do   panny 

Glyn. Do zobaczenia dziś wieczorem, Theo - powiedziała, po czym poleciła stangretowi jechać 
dalej.

Lord Blake przez chwilę w milczeniu obserwował niknący w oddali powóz.
W tym czasie panna Fairfax mówiła z wyrzutem do przyjaciółki:

background image

- Kate, jak mogłaś być tak obcesowa?
- Sądziłam, że pożegnałyśmy się, zachowując wszelkie zasady dobrego wychowania?

- Cokolwiek byś nie mówiła, zrobiłaś lady Inglewood afront.
- I dobrze.

Panna Fairfax westchnęła.
- Nie mogę pojąć, dlaczego tak bardzo się nie znosicie.

- Już ci mówiłam, Georgie. Nie gustuję w osobach, które są doskonałe pod każdym 

względem, a Priscilla jest...

-   Wzorem   doskonałości.   Tak,   wiem.   Ale   dlaczego   nie   możesz   jej   wyśmiać,   tak   jak 

wyśmiewasz innych?

- To stara historia i nie ma sensu do niej wracać.
- Jednak mi powiedz.

- Georgino...
- Kate!

Katharine westchnęła ciężko.
-   Kiedy   miałam   szesnaście   lat   i   na   swoje   nieszczęście   byłam   zaręczona   z   Berthiem 

Falkhurstem,  uczestniczyłam  w letnim balu  jako gość jego rodziny.  Priscilla  też tam  była. 
Ponieważ większość życia spędziła w Londynie, a ja, niestety, w Hampshire, zdecydowanie 

górowała nade mną ogładą i z jej tylko znanych powodów czerpała jakąś niezdrową radość z 
ciągłego upokarzania mnie w towarzystwie. Byłam nieobyta, wiesz, i bez przerwy popełniałam 

jakieś   gafy;   tak   więc   nie   brakowało   jej   okazji,   żeby   mi   dokuczyć.   Tak   samo   było   podczas 
mojego pierwszego londyńskiego sezonu. Bardzo trudno jest to wybaczyć, a jeszcze trudniej 

zaprzestać wojny między nami i zrezygnować z satysfakcji, jaką mi daje ośmieszanie jej. Teraz 
ta wojna zaostrza się, ponieważ jestem twoją najbliższą przyjaciółką.

Panna Fairfax spojrzała na nią ze zdumieniem.
- Co? - wykrztusiła  po chwili,  chwytając ją  za ramię  i zmuszając do zatrzymania.  - 

Katharine, o czym ty mówisz?

Panna Glyn, żałując zbyt lekkomyślnie wypowiedzianych słów, starała się wykręcić od 

dalszych wyjaśnień, ale przyjaciółka nie zamierzała ustąpić.

-   To   całkiem   proste,   Georgino   -   odparła   cicho.   -   Panna   Doskonała   była   gwiazdą 

towarzystwa od chwili debiutu. Ten sezon jednak nie należy już do niej, ale do ciebie. I ona nie 
może tego znieść. Czy nie widzisz tego, jak zielenieje z zazdrości?

- Tak, wiem. Ale jaki to ma związek z tobą?
- Georgino, wszyscy wiedzą, że nie sposób cię nie lubić - odparła z uśmiechem panna 

background image

Glyn. - Priscilla, nie mogąc otwarcie wystąpić przeciw tobie, zamierza zaatakować cię, godząc 
we mnie. Skoro jestem kimś dla ciebie najbliższym, najłatwiej cię zranić, atakując mnie.

- Jakie to obrzydliwe! - zawołała panna Fairfax. - Jak można coś takiego wymyślić?
- Droga Georgino - powtórzyła jej przyjaciółka z rozbawieniem. - Wcale się tym nie 

przejmuję.   Właściwie   ta   animozja   bawi   mnie.   To   takie   męczące   być   słodką,   cierpliwą   i 
uprzejmą dla każdego. Nawet nie wiesz, jaka to frajda wyładować się na kimś takim. Ona nie 

jest w stanie mnie zranić, gdyż nasz system wartości jest diametralnie różny. To wszystko 
mnie naprawdę tylko bawi, możesz więc być spokojna.

- Och, Kate, czuję się doprawdy paskudnie.
-   Nie   ma   potrzeby.   Musisz   być   tylko   w   stosunku   do   Panny   Doskonałej   ogromnie 

ostrożna. Może cię zranić, jeśli tylko znajdzie ku temu sposobność.

- Kate, ty chyba nie mówisz poważnie.

-   Śmiertelnie   poważnie,   Georgino.   Pod   tą   ujmującą   fasadą   kryje   się   niebezpieczna 

kobieta. Za wszelką cenę wystrzegaj się jej żądła.

- Znowu ten Szekspir - zauważyła panna Fairfax. - Ach, wy erudyci!
- Tak się składa, że ta parafraza jest wyjątkowo trafna. Żądło Panny Doskonałej ukryte 

jest w jej języku i w każdej chwili może ukłuć. Błagam więc, Georgino, bądź ostrożna.

- Obiecuję, Katharine. Obiecuję - śmiejąc się, powtórzyła panna Fairfax.

Jednak Katharine Glyn wcale nie była tego pewna.

background image

8

Lord Blake  nie mógł  odżałować tego,  że idąc na bal  do Egertonów,  nie pomyślał  o 

zabraniu  ze sobą wachlarza.  Wkrótce  szczęki  bolały  go od tłumienia ziewania,  gdy musiał 
wysłuchiwać nudnych uwag pewnej piskliwej mamuśki i jej dwóch nieciekawych córeczek, 

które wciąż powtarzały, że od dawna marzyły o poznaniu jego lordowskiej mości i bez przerwy 
chichotały  na  każde  jego słowo.  Piskliwa  mamuśka  nie  kryła   zdumienia   na wieść,  że  jego 

lordowska mość nie był na ostatnim balu u Wraxtonów, bo przecież Wraxtonowie zajmowali 
wysoką pozycję w towarzystwie i bardzo lubili jej nudnawe córeczki.

W końcu, pod jakimś pretekstem, udało mu się uciec, ale natychmiast został porwany 

przez   jednego   z   przyjaciół   ojca   i   uraczony   niezwykle   barwną   historyjką   o   niedawnym 

polowaniu. Kiedy jednak zobaczył nadchodzącego Williama Athertona, wcale nie był pewien, 
czy powinien traktować go jako wybawienie.

Zdecydowawszy,   że   ma   dość   romantycznych   zwierzeń   przyjaciela,   szybko   przerwał 

opowieść o polowaniu i umknął, znikając w tłumie czterystu przybyłych na bal gości.

W pewnej chwili, uciekając przed nudą i osamotnieniem, podszedł do stojącej w pobliżu 

ogromnej palmy eleganckiej pary.

- Witam szanownych rodziców - powiedział. - Wasza miłość, wyglądasz imponująco, 

pomimo sabotujących wysiłków Wilmingtona.

- Musisz wiedzieć, Theo - odparł książę - że dostosowuję się jedynie do wymogów mody.
- Otóż to - mruknął z uśmiechem lord Blake. - Najdroższa mamo - dodał, zwracając się 

do księżnej - jesteś po prostu wspaniała. Powinnaś zawsze ubierać się w ten odcień błękitu. 
Idealnie podkreśla kolor twoich oczu.

- Drogi synu - odparła  księżna,  pozwalając  pocałować się w policzek.  - Widzieć  cię 

dwukrotnie w ciągu tygodnia to zbyt wiele szczęścia dla mojego starego serca.

- Co ty mówisz, maman, twoje serce jest wciąż dziewczęco młode. A propos, mam dla 

was szokującą nowinę. Poznałem słynną Diablicę z Hampshire.

- Niemożliwe! - zawołał książę. - To fantastycznie! Słyszałem, że to najzręczniejsza para 

rąk   w   Londynie.   Może   wygrać   dla   ciebie   fortunę,   jeśli   kiedyś   zaangażujesz   ją   do   wyścigu 

powozów do Brighton.

- Będę musiał jej to zaproponować - śmiejąc się, odparł lord Blake. - Jeśli chodzi o 

powożenie, to panna Glyn dała już dowód swoich nadzwyczajnych zdolności.

- Panna Glyn? Opiekunka panny Fairfax? - spytała księżna.

- Ona i Diablica z Hampshire to jedna i ta sama osoba.
- Naprawdę? W takim razie z pewnością jest tutaj. Musisz ją nam przedstawić, Theo.

background image

- To może być trudne. Nie chce utrzymywać ze mną kontaktów.
- Dlaczego? - zapytał książę.

- Nie podoba się jej mój tytuł i moja przyjaźń z Priscillą Inglewood.
- Co ty mówisz? - zdziwiła się księżna. - Teraz jeszcze bardziej pragnę ją poznać. Możesz 

zerwać te kontakty, ale dopiero wtedy, gdy nas sobie przedstawisz.

-   Tak,   mamo.   Zrobię   wszystko,   co   w   mojej   mocy,   aby   ją   przedstawić   z   jak 

najzabawniejszej strony - odparł Blake, po czym natychmiast ruszył na poszukiwanie niczego 
niepodejrzewającej panny Glyn.

Katharine   miała   już   za   sobą   dwa   tańce   regionalne,   walca   i   trzy   wyjątkowo   nudne 

rozmowy, kiedy ponownie zjawiła się obok panny Fairfax, która, wolna w danej chwili od 

męskiego towarzystwa, postanowiła pogawędzić z przyjaciółką.

- Co, tak szybko znużone? - dobiegł z tyłu jakiś chłodny głos.

Kiedy się odwróciły, spostrzegły piękną, młodą kobietę w sukni z zielonego muślinu. 

Ogromna ilość blond loków otaczała owalną twarz i opadała na długą, smukłą szyję.

- Panna Doskonała! - zawołała panna Glyn, uśmiechając się złośliwie. - Teraz już wiem, 

skąd ten powiew chłodu.

- Jaka piękna suknia, Priscillo! ~ powiedziała szybko panna Fairfax. - Nigdy jeszcze 

takiej nie widziałam. Świetnie w niej wyglądasz. Co za fason! Pozazdrościć. Czuję się przy tobie 

jak Kopciuszek.

Lady Inglewood, która w tej kwestii zupełnie się z nią zgadzała, odparła:

-   To   prawda.   Została   uszyta   według   jednego   z   moich   projektów.   Pani   Foote   jest 

rzeczywiście świetną krawcową.

- Masz szczęście. Marzę o tym, żeby uszyła coś dla mnie, ale jest tak zajęta, że musiałam 

się zapisać na listę oczekujących.

- A to pech! - powiedziała lady Inglewood, uśmiechając się jednocześnie z nieskrywaną 

satysfakcją, ponieważ to właśnie ona ostrzegła panią Foote, że ją zrujnuje, jeśli ta ośmieli się 

uszyć nie tylko suknię, ale nawet chusteczkę dla Georginy Fairfax. - Słyszała pani zapewne, że 
wczoraj na raucie u lady Jersey, wicehrabia Chamberlin oświadczył mi się w obecności księcia 

regenta,   księcia   Insleya   i   lady   Jersey.   Mój   ojciec   był   niestety   przeciwny   temu   związkowi, 
odmówiłam więc wicehrabiemu. Bardzo to przeżył. Żal mi było biedaka.

- To smutne, kiedy trzeba odrzucić tak romantyczną i cenną ofertę - zauważyła panna 

Fairfax.

- Ale jakie szczęście dla Chamberlina - mruknęła panna Glyn.
-   To   prawda,   Georgino   -   przyznała   lady   Inglewood.   -   Przykro   odrzucać   takie 

background image

oświadczyny,  ale ja miałam już przynajmniej z dziesięć podobnych. Poza tym, syn Insleya 
również zamierza mi się oświadczyć. Mój ojciec powiedział mi, że najdalej w ciągu miesiąca 

spodziewa się deklaracji lorda Blake'a. Insleyowie są starymi przyjaciółmi naszej rodziny, nie 
sądzę więc, żeby ojciec czekał na próżno. Mam nadzieję, Georgino, że otrzyma pani ofertę 

przynajmniej w połowie tak interesującą.

Nawet panna Fairfax nie była w stanie ukryć zdumienia, ale to panna Glyn stanęła w 

obronie przyjaciółki.

- Płonna nadzieja, Panno Doskonała, ponieważ Georgina wyjdzie za mąż z miłości, a nie 

dla tytułu i wystawnego grobowca, który da jej schronienie po śmierci. Chociaż dla ciebie to 
bardzo stosowne miejsce. Ciekawe, jak szybko markiz znajdzie kogoś, kto ogrzeje jego łoże, 

które ty możesz jedynie schłodzić? Z pewnością wiesz, że ma opinię mężczyzny, który zmienia 
spódniczki tak szybko, jak niektórzy buty.

Wachlarz, który lady Inglewood trzymała w ręku, z trzaskiem zamknął się.
- Osiem sezonów w mieście, jak widać, niczego cię nic nauczyło. Wciąż jesteś tą samą 

pospolitą   prowincjuszka,   która   ma   więcej   jadu   niż   rozumu.   Możesz   wyprowadzać   w   pole 
innych, ale  ze mną ten numer ci się nie uda. Nie będę tu stała  i pozwalała  się bezkarnie 

obrażać jakiejś prymitywnej dziewusze, spłodzonej przez wiejskiego pijaczka!

- Kate, jak mogłaś? - powiedziała z wyrzutem panna Fairfax, gdy blada z wściekłości 

lady Inglewood zniknęła w tłumie.

- Cóż za ohydny człowiek! - wybuchnęła Katharine. - Jak śmiał dopuścić do tego, że go 

polubiłam,   gdy   nosi   się   z   zamiarem   poprowadzenia   kogoś   takiego   jak   Priscilla   do 
małżeńskiego łoża!

- Kate, o kim ty mówisz?
- O Blake'u! To przecież syn Insleya, dobry Boże, i to z nim Priscilla wiąże nadzieje.

- Ale dlaczego tak cię to denerwuje? Co cię obchodzi, z kim ożeni się lord Blake?
Panna Glyn chwilę milczała, po czym uśmiechnęła się do przyjaciółki.

- Błogosławię twój rozsądek Georgino. Masz całkowitą rację. W tej samej chwili, gdy 

Panna Doskonała wyjdzie za mąż, znowu odzyskamy spokój. Niech sobie bierze tego swojego 

markiza. Obydwoje są siebie warci.

Sir William wybrał właśnie ten moment, aby podejść do swojej Afrodyty i poprosić ją do 

tańca.

Katharine nie została jednak zbyt długo sama. Lord Blake dał znak swoim rodzicom, 

żeby poszli za nim i szybko ruszył w jej kierunku. Nie zdążył jednak nawet się ukłonić, gdy 
wybuchnęła:

background image

- Ty! - syknęła - Ty... ty niegodziwcze! - tupnęła nogą.
- Ja? - Blake cofnął się, zaskoczony takim atakiem furii.

- Dziedzic Insleyów, pieszczoch Inglewoodów! Jak mogłam tracić tyle czasu dla pana?
- Muszę przyznać, że z każdym dniem intryguje mnie pani coraz bardziej. Czy ma pani 

coś przeciwko staremu i powszechnie szanowanemu domowi Insleyów?

- Drwię z pańskiego starego domu, ty... ty rozpustniku. Popełniłam niewybaczalny błąd, 

świadczący o skrajnej głupocie, kiedy uwierzyłam, że pewien wdzięczący się potomek Insleyów 
może być czymś więcej niż... niż jedynie zapatrzonym w siebie salonowcem.

- Kiedy się nad tym zastanawiam - rzekł lord Blake, uważnie przypatrując się swoim 

wypolerowanym paznokciom - nie sądzę, abym kiedykolwiek miał się wdzięczyć.

Panna Glyn musiała się roześmiać.
Lord Blake roześmiał się również.

- O właśnie! Tak jest znacznie lepiej. Lubię pani śmiech, panno Glyn, ponieważ kiedy 

nie patrzy pani na mnie groźnie, jest szczery i spontaniczny.

- Błagam pana, Blake, niech mnie pan nie rozśmiesza, skoro tak pana nie znoszę.
- Nie może być pani taka okrutna, by mnie nie znosić za coś, czego nie wybierałem.

- Nonsens. Lady Inglewood wybrał pan całkiem dobrowolnie.
- Miałem na myśli majątek mojego ojca.

- Dlaczego właściwie nie powiedział mi pan, że jest dziedzicem księcia?
- Sądziłem, że pani o tym wie.

- Dlaczego więc nigdy dotąd pana nie widziałam ani nigdy o nim nie słyszałam?
-   Objeżdżałem   ojcowskie   posiadłości   niemal   pięć   lat   i   jestem   tu   dopiero   od   trzech 

tygodni. Jeśli zaś chodzi o to, że nie słyszała pani o mnie, to powód jest bardzo prosty. Otóż 
przechodzenie tytułów w rodzinie to bardzo skomplikowana sprawa. Nawet ja mam kłopoty z 

wymienieniem wszystkich, które mi przysługują. Nie uwierzy pani, ale wcale nie pragnąłem 
być markizem. Chętnie zamieniłbym wszystkie moje klejnoty na zwykłe paciorki, wspaniały 

pałac   na   pustelnię,   a   bogate   szaty   na   ubranie   mieszkańca   przytułku,   ale   mam   określone 
obowiązki względem rodziny.

- Markiz?  Spadkobierca  Insleya - pokręciła  głową. - Jak mogłam być taka  ślepa? A 

jednak bardzo mi pana żal. Jakie to straszne, kiedy się musi być księciem! Jak rodzice mogą 

być aż tak bezwzględni, żeby na barki niczego niespodziewającego się dziecięcia nałożyć takie 
brzemię,   przygniatające   patyną   wieków   i   masą   zobowiązań?   Powinien   pan   z   nimi 

porozmawiać, lordzie Blake. Koniecznie.

- Usiłowałem - odrzekł z melancholijnym westchnieniem. - I to wielokrotnie, ale nic do 

background image

nich nie dociera.

- Biedactwo. Naprawdę panu współczuję. Potrzebuje pan jakiejś otuchy i nawet wiem, 

co ją panu przyniesie: jakaś urocza spódniczka. Lubi je pan, nieprawdaż?

- Słucham? - wykrztusił.

- Czyżby nie lubił pan spódniczek?
- Tak... Nie!... To znaczy...

- O Boże, uważa pan, że użyłam niewłaściwego określenia? Może powinnam powiedzieć 

podwiązek? A może gorsetów? Już wiem - koszulek!

- Nie, nie - odparł przytłumionym głosem - spódniczka to właściwe określenie.
- Cieszę się. Przyzna pan, lordzie Blake, że najważniejszy jest dobry humor, gdyż czasem 

tylko dobrym humorem można zatuszować największą nawet gafę.

-   Pamiętając   o   tym   -   powiedział   lord   Blake   z   figlarnym   uśmiechem   -   chciałbym 

przedstawić panią moim rodzicom.

Katharine   odwróciła   się   i,   ku   swojej   wielkiej   konsternacji,   ujrzała   ogromnie 

rozbawionego, wytwornego księcia Insleya z, zachowującą znacznie większą rezerwę, księżną 
Insley u boku. Nie miała wątpliwości, że książęca para słyszała całą rozmowę.

Krew odpłynęła jej z twarzy i z desperacją powiedziała:
- Jakże się cieszę, że mogę wreszcie państwa poznać! Państwa syn - rzuciła mordercze 

spojrzenie w kierunku ogromnie rozbawionego lorda Blake'a - wiele mi o państwu opowiadał. 
Czuję   się   więc   tak,   jakbym   znała   państwa   od   lat.   Bywa   jednak   różnie   -   powiedziała   z 

czarującym   uśmiechem.   -   Mój   ojciec   w   latach   młodości   często   towarzyszył   królowi   na 
polowaniach   i   wiele   mi   o   naszym   monarsze   opowiadał.   Kiedy   jednak   zostałam   mu 

przedstawiona, przeżyłam ogromne rozczarowanie, ponieważ zupełnie nie przypominał tego 
władcy,   którego   opisywał   mój   ojciec.   Oczywiście   król   był   już   wtedy   obłąkany   i   zapewne 

wywarło   to   jakiś   wpływ   na   jego   wygląd.   Jednak   mój   zawód   był   ogromny   i   przez   tydzień 
pocieszałam się ogromnymi ilościami owoców z kremem. Widzę jednak, że teraz mi to nie 

grozi,   ponieważ   jesteście   państwo   wspaniali.   Lordzie   Blake   -   dodała,   patrząc   na   niego   z 
dezaprobatą - podczas naszej rozmowy nie był pan sprawiedliwy w ocenie swojej rodziny. Czy 

podoba się panu bal, wasza miłość? - zapytała księcia.

- Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak dobrze się bawiłem.

- Bardzo się cieszę, wasza miłość.
Prawda jednak była taka, że tak fatalnie nie czuła się od swojego pierwszego sezonu w 

Londynie. Tamto upokorzenie było porównywalne z obecnym. A zawinił on - lord Blake. Nie 
tylko   sprowokował   ją   do   tej   kretyńskiej   rozmowy,   ale   również   nie   zadał   sobie   trudu,   aby 

background image

uprzedzić ją o konsekwencjach.

Wprawdzie   panna   Glyn   kpiła   z   zasad   dobrego   wychowania,   jednak   nie   była   ich 

pozbawiona.   Wiedziała,   jak   powinna   zachować   się   w  każdej   sytuacji,   i   żeby   nie   wiem   jak 
bardzo chciała się zemścić na lordzie Blake'u, nie uczyni nic, co mogłoby zniszczyć jej, z takim 

trudem zdobytą, dobrą reputację w towarzystwie. Jednego była pewna - lord Blake wkrótce się 
przekona, co znaczy zaleźć jej za skórę.

Kiedy książę Insley skończył opowieść o pewnym balu w Szkocji, w którym uczestniczył 

w młodości, do rozmowy włączyła się księżna.

- Panno Glyn, jest już pani jakiś czas w mieście, jak sądzę? - powiedziała.
Panna Glyn skinęła głową.

- I wciąż nie jest pani zamężna?
Panna Glyn skinęła głową ponownie.

- Nie obawia się pani, że tak już zostanie?
- Wręcz przeciwnie ~ odparła z uśmiechem. - Tak się składa, że wszyscy dookoła już 

pozakładali rodziny, księżno. Proszę mi pozwolić, jeśli łaska, cieszyć się, że los oszczędził mi 
losu mężatek.

- Jest pani przeciwna rynkowi małżeństw?
- Mam na nim niskie notowania, dlatego jestem przeciwna. W młodości miałam pecha 

być dziedziczką fortuny i wtedy plasowano mnie wysoko pomimo braku urody i towarzyskiej 
ogłady. Kiedy przestałam być dziedziczką zostałam pozbawiona wszystkiego i potraktowana 

jak coś bez wartości.  Moja romantyczna  naiwność rozwiała  się nagle,  za  co jestem losowi 
ogromnie   wdzięczna.   Kiedy   byłam   dziedziczką,   stanowiłam   towar   do   wystawienia   na 

małżeńskim targu. Teraz, gdy moje dochody zostały znacznie ograniczone, należę do świata. 
Skoro tak, to niech drży u moich stóp!

Księżna roześmiała się.
- Nie można zaprzeczyć, że w pani pozornie absurdalnym rozumowaniu jest jakiś sens. 

Do niedawna mój syn również był przeciwny małżeństwu.

- I chyba dobrze, gdyż z pewnością chciałby podporządkować kobietę swoim wątpliwym 

regułom gry.

-   Sugeruje   pani,   że   małżeństwo   ze   mną   nie   byłoby   rozkoszą?   -   zapytał   lord   Blake, 

wziąwszy się pod boki.

Panna Glyn spojrzała na niego chłodno.

- Czy jest ktoś, kto wziąłby mnie w obronę? - zawołał lord Blake.
Odpowiedziało mu milczenie.

background image

W tej właśnie chwili podeszła do nich lady Inglewood.
- Dobry wieczór, wasza miłość - powiedziała. - Księżno, jak miło panią widzieć.

- Priscillo, wyglądasz jak zawsze pięknie - zauważył książę.
- Mam nadzieję, że twój ojciec dobrze się czuje? - powiedziała księżna.

- Jest w salonie karcianym - odparła lady Inglewood. - Może nie czuje się najlepiej, ale 

humor mu dopisuje. Theo, proszę cię, pomóż mi ułagodzić księżnę Newberry. Nie złożyłam jej 

w tym tygodniu wizyty i obawiam się, że może zażądać mojej głowy. Może ty zdołasz ją od lego 
odwieść, dobrze wiesz, jak lubi atrakcyjnych mężczyzn.

Nie   miał   wątpliwości,   że   to   podstęp,   ale   nie   mógł   odmówić   prośbie   Priscilli,   nie 

narażając się przy tym na opinię człowieka źle wychowanego. Skinął więc głową pannie Glyn i 

podał ramię lady Inglewood.

- Zawsze z radością gram dla ciebie rolę świętego Jerzego, Priscillo. Prowadź mnie więc 

do tego smoka.

- Drogi Theo, sama nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła - zauważyła lady Inglewood i, 

zanim pociągnęła za sobą lorda Blake'a, spojrzała na pannę Glyn z triumfalnym uśmiechem. 
Po chwili jednak, kiedy odeszli wystarczająco daleko, ton jej głosu uległ radykalnej zmianie. - 

Jak mogłeś, Theo. Jak mogłeś przedstawić tę kobietę księciu i księżnej, skoro uprzedzałam cię, 
żebyś nie podtrzymywał tej znajomości?

- Moja matka chciała ją poznać - odparł spokojnie Blake.
- Nie mogłeś jej tego odradzić? Dobrze wiesz, jaką kobietą jest ta Glyn! Przy jej braku 

dobrych manier mogła jedynie zrobić twoim rodzicom jakiś afront.

- Skoro o tym mowa, Priscillo - odparł lord Blake, marszcząc brwi - nie mam pojęcia, co 

masz na myśli. Moi rodzice spędzili kilka miłych chwil na rozmowie z panną Glyn i, jak sądzę, 
ona również uważa je za miłe. Szkoda tylko, że nie znali się wcześniej.

Lady Inglewood z trzaskiem zamknęła trzymany w ręku wachlarz.
-   Czy   ty   jesteś   ślepy,   Theo?   A   może   otumaniony   lub   pijany?   Kate   Glyn   całkowicie 

zasłużyła na swój przydomek. Urodziła się diablicą i wciąż nią jest. Gdyby cię tak traktowała 
jak mnie, nie mówiłbyś do mnie w taki... obraźliwy sposób.

- Czym, na Boga, aż tak bardzo się tobie naraziła, Priscillo?
-   Nie   dalej   jak   dziś   wieczorem   napadła   na   mnie.   Nie   potrafię   powtórzyć,   jakich 

obelżywych słów używała. To prawdziwe monstrum, Theo, i chciałabym, żebyś to wreszcie 
zrozumiał. To zazdrosna, pazerna i ordynarna kobieta, z satysfakcją zadająca innym ból swoim 

żmijowatym językiem.

Lord Blake obserwował, jak twarz lady Inglewood czerwienieje z gniewu.

background image

- To okrutne słowa, Priscillo.
- Są niczym w porównaniu do tych, którymi ona obrzuciła mnie. To dlatego prosiłam 

cię, żebyś nie tańczył przed tą diablicą.

- Prawdę mówiąc, panna Glyn, jak dotąd, nawet nie stanęła ze mną do kotyliona.

- Theo - westchnęła lady Inglewood - proszę, abyś nie robił sobie żartów z poważnych 

spraw. To ma dla mnie ogromne znaczenie.

- Wiem o tym, Priscillo, Naprawdę wiem.
Katharine Glyn obserwowała, jak odchodzą i z ożywieniem o czymś rozmawiają.

-   Podziwiam   determinację,   z   jaką   osiągnęła   swój   cel.   Muszę   jednak   przyznać,   że 

świetnie   razem   wyglądają.   Lord   Blake   porusza   się   z   taką   lekkością.   Czyżby   trenował 

szermierkę?

- Przy każdej nadarzającej się okazji - odparła księżna.

- Wspaniale. Może przyjmie moje wyzwanie.
- Pani uprawia szermierkę? - zapytali jednocześnie książę i jego małżonka.

- Oczywiście. Kiedy miałam trzynaście lat, wymogłam na ojcu, że jeśli jego najnowszym 

faetonem,   zaprzęgniętym   w   najlepszą   parę   koni,   trzykrotnie   przejadę   w   pełnym   galopie 

między słupkami bramy wjazdowej naszej posiadłości bez najmniejszej rysy na farbie, to on 
pozwoli mi na naukę szermierki. Jeśli jednak przegram, nie będę go już więcej o to nagabywać 

i pokryję koszty naprawy wszystkich spowodowanych przeze mnie szkód. Nie muszę chyba 
mówić, że wygrałam. Oczywiście to, że wstałam o drugiej nad ranem i przesunęłam słupki, 

mogło   mieć   wpływ   na   mój   sukces,   ale   ja   wolę   wierzyć,   że   to   zasługa   moich   umiejętności 
jeździeckich.

- O tak - zauważyła księżna. - Przecież słynna Diablic z Hampshire to pani.
-   Postrach   trzech   hrabstw   i   całego   Londynu   -   odparła   panna   Glyn   z   szerokim 

uśmiechem. - Papa chciał mieć syna i ja zawsze starałam się mu to wynagrodzić.

- I stąd ta wiedza o spódniczkach? - zapytała z uśmiechem księżna.

- Diablica z Hampshire znowu pędzi ku zagładzie - westchnęła panna Glyn.
- Drogi Fitzgeraldzie - zawołała księżna - ona się rumieni.

- Nieprawda! - zaprotestowała Katharine. - Ja nigdy się nie czerwienię. To tylko... nagłe 

skoki temperatury związane z rzadką tropikalną chorobą. Jeszcze nie wiem, jaką. Czy pani 

mogłaby sprawić, żeby lord Blake spędził noc w państwa domu?

Insleyowie spojrzeli na nią ze zdumieniem.

-   Nie   zdziwiłabym   się,   gdyby   pani   wcale   tego   nie   chciała.   Wiem,   jaki   potrafi   być 

irytujący. Jakie to dziwne, że ma takich wspaniałych rodziców. Jesteście państwo pewni, że 

background image

ktoś nie zostawił go pod państwa drzwiami?

- Całkowicie - odparł książę, krztusząc się ze śmiechu.

- Szkoda. Obawiam się, że jego finansowa ruina trochę państwa dotknie.
- Ruina? - zdziwiła się księżna. - Co pani knuje?

- Zemstę, oczywiście. Paskudnie mnie podszedł, musicie państwo przyznać.
- Rzeczywiście. Jakie to fascynujące. Regino, ujrzymy Diablicę z Hampshire w akcji. Co 

ma pani zamiar zrobić, panno Glyn?

- Mam... przyjaciółkę, Phoebe Lovejoy. Myślę, że doskonale spełni swoją rolę... jeśli 

tylko postaracie się państwo, aby spędził noc w państwa domu i zjadł razem z wami śniadanie.

background image

9

Następnego dnia po balu u Egertonów lord Blake oraz książę i księżna Insley siedzieli 

właśnie przy śniadaniu, gdy do jadalni wszedł lokaj, niosąc zabawnie zapakowane pudełko.

- Co to ma być, u licha? - zdziwił się książę. Jego ręka, trzymająca filiżankę z kawą, 

zamarła w powietrzu.

- Właśnie dostarczono tę przesyłkę, wasza miłość - odparł lokaj. - Polecono mi oddać ją 

do rąk własnych lorda Blake'a. Kurier bardzo na to nalegał. Jest również list adresowany do 
księżnej.

Pudełko   zostało   postawione   na   stole   przed   lordem   Blakiem   w   chwili,   gdy   księżna 

otwierała list. Nagle znieruchomiała, ze zdumieniem patrząc na trzymaną w ręku kartkę.

- Co u licha...? - mruknęła.
- Co to jest, Regino? - zapytał książę.

- Nie bardzo rozumiem... - powiedziała księżna zduszonym głosem.
- Czytaj głośno, mamo - zaproponował Blake. - Intrygujesz nas. Czytaj głośno.

- Chyba rzeczywiście tak będzie lepiej - przyznała księżna.
Droga   księżno.   Mam   nadzieję,   że   ten   list   zastanie   panią   i   jej   małżonka,   księcia,   w 

dobrym zdrowiu. Chociaż z tego, co mówił Teddy, pani i książę nigdy nie czują się źle.

- Teddy? - powiedział książę, patrząc na syna z rozbawieniem. - Kto to może być?

Autor listu nie może mieć na myśli mnie - zauważył lord Blake, podnosząc widelec z 

kawałkiem pstrąga do ust. - Nikt nigdy nie ośmielił się nazywać mnie Teddy.

- Czy mogę kontynuować? - zapytała księżna, po czym wróciła do listu.
Spotkaliśmy się - czytała dalej - gdy jeden z moich klientów źle mnie potraktował w  

Berry Patch Tavern. Teddy był prawdziwym bohaterem, zupełnie jak Robin Hood. Potem  
szybko   zostaliśmy   przyjaciółmi.   Pragnę   jednak   zapewnić   panią,   księżno,   że   nigdy   nie  

wzięłam od niego grosza, nawet wtedy, gdy urodził się mały Joey...

- Chwileczkę! - zawołał lord Blake. - Mamo, przysięgam, ja nigdy…

Ale księżna czytała dalej.
...gdy   urodził   się   mały   Joey,   ani   żadnych   prezentów   poza   tym,   co   dziś   zwracam 

Teddy emu. Nie żeby nie próbował dać mi funta czy dwa, ale jak mu powiedziałam od  
początku, miłość nie ma ceny.

Tak kochałam pani syna, księżno, i on kochał mnie, ale wiedziałam, że nic z tego nie  

będzie, pomimo wszystkich obietnic Teddy ego. A kiedy przekonałam się, że w drodze jest 

mała Nellie...

- Dwoje? - zawołał książę. - Ależ ty jesteś płodny, Theo!

background image

W szarych oczach jego syna zalśniły wesołe iskierki.
...że w drodze jest mała Nellie, wiedziałam, że musimy to skończyć, abym mogła związać 

się   z   jakimś   mężczyzną,   który   będzie   dbał   o   mnie   i   dzieci.   Poślubiłam   więc   Percy   ego   i 
powiedziałam Teddy emu, że musimy się rozstać...

- Dalsza część listu jest zamazana, jakby biedne dziewczę płakało - powiedziała księżna. 

- Zaraz, zaraz! Czy to może być A? Nie, nie, to M. Teraz to brzmi tak: ...Moje serce krwawiło 

przy rozstaniu, wiedziałam jednak, że tak będzie lepiej, a Percy był dobry dla mnie i moich  
maleństw, nie mogłam więc się uskarżać. Miałam tylko kłopot, kiedy Percy znalazł jedyny  

prezent,   jaki   przyjęłam   od   Teddy'ego   w   ubiegłym   roku.   O   Chryste!   Jak   on   na   mnie  
wrzeszczał!   Jakoś   jednak   udało   mi   się   go   uspokoić,   kiedy   obiecałam,   że   ten   prezent  

natychmiast zwrócę i tak też zrobiłam, i teraz wszystko jest już w porządku.

Lord Blake, nie mogąc opanować ciekawości, zaczął nerwowo rozrywać różowy papier, 

w   który   opakowana   była   przesyłka,   tak   że   nie   zauważył,   jak   jego   ojciec,   zasłaniając   się 
serwetką, usiłuje stłumić śmiech.

...Niech pani powie Teddy'emu - czytała dalej księżna - że Joey i Nellie kochają go i że 

bardzo szybko uczą się liter. Proszę przyjąć wyrazy głębokiego szacunku, Phoebe Lovejoy.

Lord Blake wyciągnął z pudełka bardzo skąpy stanik z czarnej koronki i koszulkę nocną 

z czerwonego atłasu, bogato ozdobioną wstążkami i do złudzenia przypominającą rekwizyt z 

Porwania Sabinek. Książę Insley szybko odwrócił się, żeby ukryć rozbawienie.

Nagle ramiona lorda Blake'a zaczęły dziwnie drżeć i krzykliwy strój wysunął mu się z 

rąk. Tylko księżnej udało się zachować powagę.

- Theodore - powiedziała chłodno. - Co znaczy ten list i ten... ten... okropny strój i kto to 

jest ta biedna Phoebe Lovejoy?

- Kto? - zawołał z triumfem lord Blake. - To przecież Diablica z Hampshire!

Jego lordowska mość wybuchnął śmiechem i ukrył głowę w ramionach, podczas gdy 

jego rodzice uśmiechali się do siebie z satysfakcją.

background image

10

Rankiem   drugiego   dnia   po   balu   u   Egertonów   panna   Glyn   i   jej   przyjaciółka   panna 

Fairfax siedziały naprzeciw siebie w saloniku i, pijąc herbatę, przeglądały poranną pocztę.

- O nie! - zawołała w pewnej chwili panna Fairfax.

Katharine spojrzała na nią ze zdumieniem.
- Co się stało? - zapytała.

- To jest list od księżnej Insley - odparła panna Fairfax, pokazując dopiero co otwartą 

kopertę.

- Naprawdę? To bardzo miłe.
- Miłe? Ostrzegałam cię, że to tak się skończy. Ostrzegałam. I teraz spójrz, jakie skutki 

przyniósł twój upór. To jest zaproszenie na małe garden party, które książę i księżna Insley 
wydają jutro.

- Naprawdę? To brzmi bardzo obiecująco.
- Obiecująco? - zawołała ze zdumieniem panna Fairfax. - Po tym, jak, pomimo moich 

usilnych próśb, wysłałaś im tę okropną przesyłkę i ten absurdalny list, publiczne upokorzenie 
nazywasz czymś obiecującym?

- Być może źle usłyszałam. Sądziłam, że zostałyśmy zaproszone na garden party.
-   To   jedynie   pretekst,   przecież   musisz   zdawać   sobie   z   tego   sprawę.   Insleyowie,   w 

obecności śmietanki towarzyskiej, wezmą na nas rewanż! Nigdy nie powinnaś była wysyłać tej 
przeklętej paczki. Nigdy, nigdy, nigdy. Nie obchodzi mnie, co ci lord Blake zrobił. O, Boże, co 

Insleyowie muszą teraz myśleć o nas - zawołała z przerażeniem panna Fairfax i ciarki przeszły 
jej po plecach.

- Georgino - powtórzyła panna Glyn z godnym podziwu spokojem. - Nie sądzę, żebyś 

miała dobrze w głowie.

- Och! Ty... ty...
- Czy wiesz, że powtarzasz jedno i to samo, kiedy tylko jesteś zdenerwowana?

- Nieprawda - zawołała z oburzeniem panna Fairfax.
- Prawda.

- Nieprawda, nieprawda, nieprawda!
- Sama widzisz - zauważyła z satysfakcją panna Glyn.

- Jesteś taka denerwująca - rzuciła ze złością panna Fairfax.
- Tak, wiem. Co zamierzasz włożyć na party u Insleyów?

- Co zmierzam włożyć? Nic!
- Georgino!

background image

- Uważam, że moje miejsce jest raczej pod pręgierzem.
- Nie bądź śmieszna. Oczywiście, że pójdziesz. Ktoś przecież musi mi towarzyszyć.

- Chyba nie masz zamiaru pójść?
- Co z twoją głową, Georgino? Oczywiście, że mam zamiar. To będzie wspaniała zabawa.

- Po tym jak wysłałaś tę paczkę? Czy ty zupełnie nie masz wstydu?
- Rzeczywiście nie mam - odparła panna Glyn. - Zastanów się, Georgino. Odmówienie 

Insleyom to towarzyskie samobójstwo. Chyba zdajesz sobie z tego sprawę?

- Nie dbam o to.

- Rób więc, co chcesz - odpowiedziała z westchnieniem Katharine. - Przekażę w twoim 

imieniu  ubolewanie   i   wymyślę  jakiś   powód  twojej   nieobecności:   malarię,   ospę,   ucieczkę   z 

ukochanym lub coś w tym rodzaju.

- Doskonale, pójdę więc, ale z pewnością przeklnę dzień, w którym przyszłam na świat - 

odparła z goryczą panna Fairfax.

- Grzeczna dziewczynka.

Georgina przez chwilę patrzyła na przyjaciółkę w milczeniu.
- Jak ci się to udaje? - zapytała w końcu.

- Jak mi się co udaje?
- Jak ci się to udaje, że robię w końcu to, na co zupełnie nie mam ochoty?

- Ależ, Georgino, będziesz się jutro fantastycznie bawiła. Zaufaj mi.
Panna   Fairfax   miała   na   końcu   języka   kilka   odpowiedzi,   ale   żadna   z   nich   nie   była 

uprzejma. Na szczęście dla panny Glyn do salonu wszedł Wainwright i beznamiętnym głosem 
zaanonsował przybycie sir Williama Athertona.

- Tak wcześnie? - zdziwiła się panna Glyn. - Ten młodzieniec najwyraźniej umiera z 

tęsknoty.

Gniewne spojrzenie panny Fairfax powstrzymało ją od dalszych komentarzy. Wzruszyła 

więc jedynie ramionami i zabrała się do sprzątania porozrzucanej korespondencji.

Panna Fairfax poleciła lokajowi wprowadzić sir Williama, a sama zaczęła gorączkowo 

przygotowywać się na przyjęcie gościa. Przestudiowała kilka póz na fotelu, po czym doszła do 

wniosku, że sofa będzie odpowiedniejszym miejscem do wyeksponowania swoich wdzięków. 
Szybko przebiegła przez pokój i najpierw ułożyła się w pozycji półleżącej, aby po chwili znowu 

wrócić do poprzedniej.

Panna Glyn przez cały czas tej gorączkowej aktywności była wyjątkowo powściągliwa, 

mrucząc jedynie:

- Uważaj, Georgino. Wypalisz się, zanim twój luby zdąży się pojawić.

background image

Sir William, ubrany w strój do jazdy konnej, wpadł jak burza do pokoju. Jego blond 

włosy powiewały w nieładzie, a upięcie fularu dalekie było od finezji.

Szybkim   krokiem   przemierzył   salon   i,   zatrzymawszy   się   przed   obiektem   swoich 

westchnień, osunął na kolana, po czym ujmując dłonie ukochanej, rzekł:

- Najdroższa Georgino, przyszedłem tu wprost od sióstr Pomeroy. Usłyszałem tam coś, 

w   co   nie   mogę   uwierzyć.   Powiedziały,   że   jesteś   zaręczona   z   lordem   Falkhurstem   i   że 

wyjeżdżasz dziś wieczorem do Gretna Green!

- Co?! - zawołała panna Fairfax.

- Twierdziły, że cały Londyn wiedział, że Falkhurst zamierzał się oświadczyć, tylko ja - 

skończony głupiec - nic nie wiedziałem. Nie powinienem był tu przychodzić, wiem, że nie 

powinienem. Dałaś słowo i rękę innemu i ja muszę się z tym pogodzić.

Mówiąc to, sir William pokrywał dłonie panny Fairfax gorącymi pocałunkami.

Panna Glyn, uważając swoją obecność za niezbyt stosowną i wierząc, że jej przyjaciółka 

sama potrafi wszystko wyjaśnić, dyskretnie opuściła salon i udała się do biblioteki.

Z ciężkim westchnieniem rozpoczęła wędrówkę po ogromnym, ciemnym pokoju. Tu nie 

mogło być żadnych wątpliwości. Panna Fairfax spotkała swego Adama, swego Romea, swego 

księcia z bajki. Najwyższy czas znaleźć inne schronienie. Pobyt pod wspólnym dachem z młodą 
parą był dla niej nie do przyjęcia, choć pewnie przyjaciółka to zasugeruje. Czułaby się jak 

święty Bernard wśród turkawek. Nie, to zupełnie nie wchodzi w grę.

Znowu westchnęła. Przecież od dawna wiedziała, że kiedyś to nastąpi. Jednak teraz, 

kiedy ta chwila nadeszła, poczuła piekący ból. Świadomość, że już wkrótce nie będą razem 
spędzały poranków, że czasy, gdy miała łatwy dostęp do myśli i serca przyjaciółki, minęły 

bezpowrotnie, przepełniła ją niewypowiedzianym smutkiem.

Małżeństwo,  jak  sądziła  panna  Glyn, samo w sobie nie było czymś złym,  oznaczało 

jednak ciężką próbę dla kobiecej przyjaźni. Mężatka musiała przyjąć zupełnie nowe obowiązki. 
Dom, służba, mąż, dzieci nie zostawiały jej zbyt wiele czasu dla siebie, a jeszcze mniej dla 

przyjaciół.

Małżeństwo panny Fairfax z sir Williamem będzie poza tym kolejną stratą, którą pannie 

Glyn   przyjdzie   dołączyć   do   całej   serii   strat,   jakie   poniosła   w   krótkim   czasie.   Dodatkowy 
argument na to, żeby nikogo nie kochać, gdyż ci, których obdarzała uczuciem, albo odchodzili, 

albo ją rozczarowywali, a ból za każdym razem był taki sam.

Wzięła głęboki oddech, uderzyła zaciśniętą dłonią w poduszkę kanapy i znowu zaczęła 

krążyć po pokoju, rzucając pod swoim własnym adresem mało cenzuralne epitety za poddanie 
się aż takiej melancholii. Diablica z Hampshire nie może narzekać, powinna działać. Kiedyś 

background image

Londyn nudził ją. Musiała wiele nad sobą pracować, aby miejskie życie choć trochę zaczęło ją 
bawić. A teraz nawet utarczki z Panną Doskonałą przestały sprawiać jej przyjemność. Nagle 

stanęła. Utarczki z Panną Doskonałą przestały ją cieszyć od chwili, gdy poznała lorda Blake'a.

Zmarszczyła brwi. Życie w mieście właściwie nigdy jej nie odpowiadało. Najwyższy czas 

na   zmiany.   Jest   wieśniaczką   z   urodzenia   i   wychowania   i   do   wiejskiego   spokoju   i   piękna 
powinna jak najszybciej wrócić. Jej dochody pozwolą na kupno domu i pięćdziesięciu akrów 

ziemi. Jej ojciec postarał się o to, żeby nie mogła wrócić do rodzinnego domu. Czy ból z tym 
związany   nigdy   nie   minie?   Z   ojcowskim  brakiem   wiary   w  nią   i   jej   umiejętności   walczyła, 

dopóki  ojciec  żył.   Kiedy  jednak   odczytano  zapis   w jego  testamencie:   „...żadna   kobieta   nie 
nadaje się do zarządzania Tryton Hall, szczególnie moja córka...” bezlitośnie dał o sobie znać. 

Ciężko   było   pogodzić   się   ze   śmiercią   ojca,   jeszcze   ciężej   ze   skutkami   jego   lekceważenia   i 
tyranii.   Kroplą,   która   przelała   kielich   goryczy,   było   zachowanie   Falkhursta   w   tydzień   po 

pogrzebie.   A   panna   Fairfax   nie   mogła   zrozumieć,   dlaczego   jej   przyjaciółka   gardziła 
małżeństwem!

Musi wziąć się w garść. Zacząć nowe życie w nowym domu. Może zaszyć się gdzieś na 

wsi:   hodować   konie   i   krowy,   owce   i   kurczęta;   uprawiać   żyto   i   pszenicę;   założyć   ogród 

warzywny;   zająć   się   gospodarstwem   mlecznym   i   dziękować   losowi,   że   w   porę   uciekła   z 
Londynu.

Jednak uczucie smutku nie opuszczało jej. Pomyślała o czekającej ją samotności i o tym, 

że   tej   samotności   w   pewnym   sensie   już   doświadcza.   Panna   Fairfax,   aczkolwiek   bliska 

przyjaciółka, nie była jej bratnią duszą; nie rozumiała jej szalonych pomysłów, nie lubiła tych 
samych autorów co ona ani takich form aktywności, które jej życiu nadawały sens.

Nagle wyprostowała się i uniosła wysoko głowę. Czego nie da się pokonać, trzeba w 

miarę możliwości polubić. Dokąd tylko sięgnie pamięcią, zawsze była samotna. Nic się więc w 

jej życiu nie zmieni.

Nie   mogąc   dłużej   powstrzymać   ciekawości,   podkradła   się   do   salonu   i,   uchyliwszy 

odrobinę drzwi, zajrzała do środka.

Sir William trzymał Georginę w objęciach i cicho coś do niej mówił. Panna Glyn, ufając 

w rozsądek   obojga   młodych,  zamknęła  drzwi  i,   powróciwszy  do  biblioteki,   zagłębiła  się  w 
ciekawej lekturze.

background image

11

A   wtedy   ja   pokazałam   trzy   damy!   -   poinformowała   z   triumfem   lady   Inglewood.   - 

Bingsley   gwałtownie   zbladł   i   karty   wysunęły   mu   się   z   dłoni.   „Zostałem   zrujnowany   przez 
złotowłosą królową pikiety” - zawołał. To było bardzo zabawne.

Lord Blake zmusił się do uśmiechu.
- Jego gust, jeśli chodzi o strój, jest oczywiście okropny - ciągnęła lady Inglewood - ale 

Bingsleyowie są dobrze notowani w naszym środowisku, a Freddie, kiedy mu na tym zależy, 
potrafi czarować.

- Trzeba być elokwentnym, gdy się ma do czynienia z tak pięknym przeciwnikiem - 

odparł z galanterią lord Blake.

Lady   Inglewood   z   ożywieniem   kontynuowała   monolog,   podczas   gdy  jej   słuchaczowi 

coraz trudniej było okazywać zainteresowanie. Rodzice obiecali mu dobrą zabawę, jeśli da się 

namówić na to przyjęcie, ale jak dotąd dobra zabawa była mirażem.

Zaanonsowano przybycie panien Glyn i Fairfax. Kiedy zaskoczony lord Blake podniósł 

głowę, obie witały się właśnie z księciem i księżną, a panna Glyn powiedziała coś, co sprawiło, 
że jego ojciec się roześmiał.

- Och, to okropne! - zawołała lady Inglewood. - Jak Kate Glyn śmiała tu przyjść? Pewnie 

nawet nie była zaproszona.

- Wręcz przeciwnie, podejrzewam, że otwiera listę gości.
- Ufam, że księżna ma więcej rozsądku - odparła z wyższością. - Panna Glyn jest tu 

najwyraźniej po to, aby znaleźć odpowiedniego męża dla swojej przyjaciółki. Podejrzewam, że 
ukradła zaproszenia!

- Spróbujmy sprawdzić twoją teorię, Priscillo - rzekł lord Blake, wsuwając jej rękę pod 

ramię i ciągnąc w stronę panny Glyn.

Lady   Inglewood   uśmiechnęła   się   z   triumfem.   Wkrótce   markiz   pokaże   Diablicy   z 

Hampshire, gdzie jej miejsce.

Panna Glyn, widząc, z jaką determinacją jego lordowska mość zmierza ku niej, zebrała 

całą odwagę i z uśmiechem powiedziała:

-   Lordzie   Blake,   jestem   zaskoczona   pańskim   widokiem.   Słyszałam,   że   musiał   pan 

uciekać z kraju, ponieważ jakiś rozwścieczony kowal depcze panu po piętach.

Tym razem lord Blake nie potrafił utrzymać powagi. Śmiech, który nie mógł znaleźć 

ujścia, gdy otrzymał przesyłkę od Phoebe Lovejoy, teraz wybuchnął ze zdwojoną siłą.

Lady Inglewood nie kryła wściekłości. Blake obraził ją... i to na oczach tej... Glyn!
- Jakie to dla ciebie typowe, obrazić gospodarza, i to zaledwie w pięć minut od wejścia 

background image

do jego domu.

- Szykujesz się już do roli mężatki, Prissie? - odcięła się z uśmiechem panna Glyn.

Lady Inglewood zaniemówiła.
- Diablica! - rzuciła po chwili i odeszła dumnym krokiem.

Cudownie   było   pokonać   jednocześnie   lorda   Blake'a   i   lady   Inglewood!   Panna   Glyn, 

dumna z odniesionego triumfu, skierowała się do stołów z przekąskami. Zwycięstwo w bitwie 

wymagało regeneracji sił. To przyjęcie wciąż było dla niej zagadką. Dlaczego ją tu zaproszono? 
Będzie, co ma być, pomyślała. Najważniejsze, że tak łatwo pokonała tego pyszałka.

Lord Blake, który czmychnął do ogrodu, żeby w samotności lizać rany i zrugać siebie za 

tak anemiczną obronę i zupełny brak chęci odwetu, doszedł do wniosku, że męska duma nie 

pozwala mu na oddanie pola bez walki. Energicznie wkroczył do salonu i zatrzymał się przed 
prowokatorką w chwili, gdy podnosiła do ust kawałek ciasta z owocami.

Spojrzała  na niego badawczo  spod uniesionych brwi.  Z trudem utrzymując powagę, 

powiedział:

- Piękną dziś m - m - mamy pogodę, nieprawdaż?
Po chwili jednak, nie mogąc się opanować, znowu wybuchnął śmiechem i jeszcze raz 

salwował się ucieczką.

Zadowolona z siebie Katharine Glyn ponownie sięgnęła po ulubiony placek z owocami.

Tymczasem  markiz zdecydował  pokrzepić się mocną whisky, którą na takie  właśnie 

okazje trzymał w sekretnym schowku w bibliotece, po czym znowu wrócił do salonu i jeszcze 

raz stanął przed Diablicą z Hampshire.

- Tak szybko z powrotem? - zdziwiła się.

- Musiałem wrócić - odrzekł z powagą lord Blake. - Coś ciągnie mnie w to miejsce.
- A ja odniosłam wrażenie, że coś ciągnie pana w przeciwną stronę. Pomyślałam nawet, 

że to może mieć jakiś związek z finansową katastrofą. Może z policją? Albo koszulkami?

- Spódniczkami - sprostował.

- Przepraszam. Spódniczkami. Jest pan dzisiaj jakoś dziwnie poruszony. Zastanawiam 

się, czy mogę być z panem bezpieczna.

- O wiele bezpieczniejsza niż ja z panią.
- Nie rozumiem dlaczego, lordzie Blake?

- Phoebe Lovejoy.
- Zmienia pan nazwisko? A może to jakaś pana znajoma?

Markiz mężnie stłumił chichot.
- Nie zmieniam nazwiska, a pannę Lovejoy z jej bujną wyobraźnią poznałem niedawno 

background image

całkiem dobrze.

- Jak mam rozumieć ten dziwny komentarz?

-   Och,   niech   pani   przestanie,   panno   Glyn.   Jest   pani   przecież   inteligentną   osobą. 

Spróbuję ożywić pani pamięć: zapakowane w różowy papier pudełko, łzawy list, mały Joey i 

Nellie. Porwanie Sabinek?

- Proszę, milordzie, sprawia pan, że się rumienię.

- Nieprawdopodobne!
Tłumiąc wybuch śmiechu, Katharine przybrała niewinną minę i powiedziała:

- Pańskie nerwy wydają się nieco rozstrojone. Jeśli nie ma pan nic przeciw temu, mogę 

sprezentować panu trochę leków na nerwy z naszych zapasów.

-   Ależ,   panno   Glyn,   wolnej   kobiecie   z   towarzystwa   nie   wypada   dawać   prezentów 

wolnemu mężczyźnie z towarzystwa.

- Nie? - zdziwiła się.
- Stanowczo nie - odparł z naciskiem. - Języki dopiero miałyby używanie.

Panna Glyn ponownie wybuchnęła śmiechem.
- Powinna pani częściej się śmiać, panno Glyn. Do twarzy pani z uśmiechem.

- Pańskie żarty i wybiegi rozbrajają mnie.
Lord Blake napuszył się.

- Nie znajdziesz mnie, pani, w rejestrze zwykłych ludzi.
Panna Glyn zaśmiała się.

- Pean ku czci własnych cnót.
- Wielkość zna swoją wartość.

- Czyżby pana jedyną aspiracją było pokonać mnie w pojedynku na cytaty z Szekspira?
- Moją jedyną ambicją jest modernizacja dóbr Insleyów i ochrona mojego dziedzictwa.

Spojrzała na niego z niedowierzaniem.
- Rzadko mnie ktoś tak zdumiewa, ale panu z pewnością się to udało. Czy to, co przed 

chwilą usłyszałam, to prawda?

- Najprawdziwsza.

-   Pan   będzie   stanowił   najbardziej   interesujący   rozdział   w   mojej   autobiografii   - 

powiedziała, kręcąc głową. - Jestem o tym głęboko przekonana.

- Pochlebia mi pani - odparł, skłaniając głowę.
- To prawda. Pierwotnie miała to być jedynie notka.

Lord Blake ponownie wybuchnął śmiechem.
Lady Inglewood z przeciwległego końca salonu obserwowała to urocze tete - a - tete z 

background image

coraz większą furią. Wszystkie uroczyste zapewnienia lorda Blake'a o przyjaźni i szacunku nie 
miały żadnego znaczenia, gdy tak ostentacyjnie okazuje swoje zainteresowanie tej diablicy! To, 

że bawiło go towarzystwo panny Glyn, było oczywiste nawet dla lady Inglewood. Doszła jednak 
do wniosku, że jej długotrwała przyjaźń i rodzinne powiązania z Insleyami skłonią go wreszcie 

do wybrania jej za swoją żonę. Poza tym, każdy wiedział, że spadkobierca Insleyów musi się 
dobrze ożenić, a czy może być lepszy wybór niż córka lorda Inglewood?

Jej   ojciec   już   zastawiał   na   niego   pułapkę,   opowiadając   każdemu,   że   córka   wkrótce 

będzie żoną Blake'a.

- Nie martw się, moja droga - powiedział, głaszcząc ją po ręku. - Przyprowadzę ci tego 

młodzika, i to wkrótce. Chłopak wie, jaki ma wobec ciebie obowiązek. Nie pozwolę, aby się 

wymknął. Gdy wszyscy będą się spodziewać oświadczyn, nie będzie miał innego wyjścia.

Czyżby Kate Glyn miała te plany pokrzyżować? Chociaż otwarcie gardziła małżeństwem, 

lady Inglewood nie wykluczała, że tytuł księżnej jest dla niej magnesem.

Poza tym lord Blake najwyraźniej szukał jej towarzystwa. Wszyscy to już zauważyli. 

Czyżby   jej   ojciec   się   mylił?   Czyżby   Theo   miał   się   jednak   wymknąć   z   ich   sideł   i   wpaść   w 
zastawioną przez tę intrygantkę pułapkę?

Cóż to byłoby za upokorzenie! Spojrzenia rzucane ukradkiem w jej kierunku. Chłodna 

grzeczność Reginy Insley, świadomość, że jest już właściwie starą panną: dwadzieścia cztery 

lata, wciąż niezamężna, bez perspektyw, bez tytułu książęcego w przyszłości. To było nie do 
zniesienia.

Gdyby tylko Oliver żył, powtarzała sobie. Gdyby Oliver żył, nie musiałaby polować na 

Thea   i   znosić   tylu   upokorzeń.   Była   pewna   Olivera,   kiedy   miała   zaledwie   szesnaście   lat. 

Zaręczyła się z nim, mając lat osiemnaście. Mając dziewiętnaście mogła zostać mężatką, a 
księżną Insley zanim osiągnie... trzydziestkę? Dlaczego by nie? Fitzgerald i Regina nie będą 

żyć wiecznie.

Jednak Oliver zginął i pozostał tylko Theo Blake. Czy aby rzeczywiście pozostał?

Po tych wszystkich planach, wysiłkach i marzeniach.
Nic?

Nie,   to   niemożliwe!   Lady   Inglewood   nie   wątpiła,   że   lord   Blake   poczuwał   się   do 

zobowiązań w stosunku do niej. Musi się nagiąć do oczekiwań środowiska i oświadczyć. To 

oczywiście   nie   będzie   małżeństwo   z   miłości,   ale   jakie   to   miało   znaczenie?   Olivera   też   nie 
kochała. Najważniejsze, że będzie żoną Blake'a. Jeśli Kate Glyn jej w tym nie przeszkodzi.

Tymczasem   obiekt   tych   czarnych   myśli,   Kate   Glyn,   opuściła   lorda   Blake'a   i 

przechadzała się od jednej grupy gości do drugiej, będąc pod wrażeniem  nieoczekiwanego 

background image

towarzystwa najwyższych sfer, nie tracąc jednocześnie krytycznego do nich stosunku. Już jako 
dziecko zauważyła, że ludzie szlachetnie urodzeni są na ogół straszliwie nudni, aby po latach 

dojść do wniosku, że tamta opinia była słuszna. I dlatego tak bardzo ceniła Insleyów. Byli 
zupełnie inni: otwarci, uczciwi, interesujący. Bardzo rzadkie okazy.

- Wędruje pani z muzami po Olimpie? - zapytał jakiś przyjazny głos.
- Wasza miłość! - zawołała, gdy odwróciwszy się, ujrzała uśmiechającego się do niej 

księcia Insleya. - Właśnie o panu myślałam.

- Dla mężczyzny w moim wieku to ogromny komplement - zajmować myśli tak ślicznej i 

uroczej młodej damy.

- Pan jest cudowny! - powiedziała z nieskrywanym uwielbieniem. - Gdyby pan nie był 

już żonaty, mogłabym oddać panu rękę.

- A ja, panno Glyn, gdybym był dwadzieścia lat młodszy, z pewnością bym o tę rękę 

zabiegał - odparł książę, śmiejąc się cicho.

- Nic by z tego nie było.

- Nie?
-   Prawda   jest   taka,   że   nie   pragnę   być   księżną.   Właściwie,   nie   mogę   sobie   nawet 

wyobrazić gorszego losu. Poza tym byłabym okropną księżną, wasza miłość, bo tak się składa, 
że   ciągle  robię   jakieś   dziwne   rzeczy,   świadczące   o   moim   kompletnym   braku   rozsądku.   W 

konfrontacji   z   ogromnym   autorytetem   obecnej   księżnej,   nie   miałabym   żadnych   szans. 
Niewiele jest kobiet, jeśli w ogóle są, które potrafiłyby jej dorównać. Z mojej strony głupotą 

byłoby wierzyć, że mnie może się udać.

- Theo ma taki sam problem - rzekł książę z dziwnym wyrazem twarzy.

- Nie jest w stanie dorównać matce?
- Nie, nie - odparł z uśmiechem książę - swojemu bratu, lordowi Wycomb. Oliver był 

cudownym  chłopcem  pod  każdym   względem.   Jednym  z  tych,  którym   wszystko  się  zawsze 
udaje, przyjazny i wrażliwy. Liczyliśmy na to, że to on odziedziczy tytuł, ziemię, wszystko. 

Theo bardzo tego pragnął i był szczęśliwy, że to nie on będzie musiał dźwigać ten ciężar. Często 
z tego żartował, ale wiedzieliśmy, jak bardzo... był pod wrażeniem zdolności brata. I nagle... 

ciężar spadł na ramiona Thea. To było pięć lat temu, a jednak... dobrze, że chociaż Theo tam 
był. Oliver nie umierał samotnie.

- Tam? - powiedziała z zakłopotaniem panna Glyn. - Ale ja usłyszałam, że pański syn 

zginął podczas kampanii na półwyspie, a lord Blake wspomniał mi kiedyś, że jego brat nie 

walczył na wojnie.

-   To   prawda,   nie   walczył.   Służył   jednak   krajowi   w   inny   sposób.   Oliver,   jako   nasz 

background image

następca, nie mógł brać udziału w wojnie, chociaż bardzo tego pragnął i zazdrościł bratu jego 
patriotycznych   uniesień.   Chciał   pojechać   na   półwysep   do   Thea,   który   zawsze   siebie   o   to 

obwiniał... Oliver, widzi pani, nie powinien był znaleźć się na linii frontu. Namówił Thea, aby 
go zabrał na szybki objazd. Nieoczekiwanie walki zostały wznowione i śmierć położyła kres 

patriotycznym ideałom Thea. Nawet nie wspomina o wojnie. Bez reszty poświęcił się dobrom 
Insleyów, obwiniając siebie o śmierć Olivera i chowając się za szczelną zasłoną dyletanta.

- Pod każdą maską kryje się jakiś osobisty dramat, wasza miłość. Ale właściwie dlaczego 

mi pan o tym wszystkim opowiada?

Książę ujął jej dłoń w swoje dłonie i uśmiechnął do niej ciepło.
- Księżna i ja chcieliśmy wyrazić naszą głęboką wdzięczność za wszystko, co pani zrobiła 

dla Thea.

- Ja?!

- Nauczyła go pani znowu się śmiać. To taki cenny dar.
- Proszę, wasza miłość, błagam - odparła, rumieniąc się. - Doprawdy, nie zrobiłam nic, 

żeby... Dobry Boże, co on tu robi? - zawołała nagle.

Dżentelmenem,   którego   widok   tak   ją   zaskoczył,   był   lord   Falkhurst,   niezwykle 

efektownie   prezentujący   się  w  rdzawym   surducie,   kamizelce   w  odcieniu   matowego   złota   i 
brązowych bryczesach.

-   Ma   w   naszych   sferach   zbyt   wysoką   pozycję,   moja   droga   -   odparł   książę.   -   Nie 

mogliśmy go zlekceważyć, chociaż ten Falkhurst to strasznie zimna ryba.

- Doskonałe określenie - powiedziała z uśmiechem.
- Chodźmy - rzekł książę, podając jej ramię - uwolnię panią od jego przykrego widoku. 

Ogród o tej porze roku jest taki piękny.

Podczas   gdy   Katharine   Glyn   cieszyła   się   towarzystwem   księcia,   panna   Fairfax   i   sir 

William Atherton, promieniejąc szczęściem, siedzieli w kąciku salonu na małej dwuosobowej 
kanapie i wyglądało na to, że nic poza sobą nie widzą.

Wśród licznych gości, którzy zauważyli to niezwykłe tete - a - tete był doprowadzony do 

wściekłości   lord   Falkhurst.   Jeszcze   w   grudniu   nie   miał   żadnych   wątpliwości,   że   po   wielu 

miesiącach   wytrwałych   zabiegów   jego   szanse   u   panny   Fairfax   nie   tylko   wzrosły,   ale   były 
niemal stuprocentowe,  a  przejęcie  Meadowbrook  i Pennington, majątków,  które  stanowiły 

posag panny Fairfax, coraz bardziej  realne. To, że okazywała  mu nie więcej względów niż 
innym konkurentom, w ogóle do niego nie docierało. Ludzie tacy jak Falkhurst w każdym 

trochę cieplejszym uśmiechu lub miłej rozmowie natychmiast widzieli oznaki nadzwyczajnego 
zainteresowania.

background image

Widok, najwyraźniej zakochanej Georginy Fairfax, rumieniącej się przy każdym słowie 

sir Williama, doprowadzał go do furii. Twarz mu zbladła, a szczęki nerwowo się zaciskały i 

wiele wysiłku kosztowało go, aby nie rzucić się na Athertona i nie skręcić mu karku.

-   Uważaj,   Bertram   -   rzuciła   lady   Inglewood,   zatrzymując   się   przy   nim.   -   Twoje 

rozdrażnienie staje się zbyt widoczne.

- Byłbym ci wdzięczny, Priscillo - wycedził lord Falkhurst, zaciskając dłonie - gdybyś 

zachowała te uwagi dla siebie.

- Radzę ci, abyś trzymał nerwy na wodzy.

- Nie martw się, panuję nad sobą.
- Morderczy błysk w twoich oczach zdaje się świadczyć o czymś zupełnie innym. Chyba 

nie łudziłeś się, że zdobędziesz rękę Georginy Fairfax?

Jego pełne wściekłości spojrzenie było wystarczającą odpowiedzią.

- Och, Bertram, jak możesz być takim głupcem! - zawołała ze śmiechem. - Przecież ona 

uważa Katharine Glyn za swoją najlepszą przyjaciółkę!

- Jeśli ja jestem głupcem, to ty jesteś nim również.
- Nie mam pojęcia, o czym mówisz - odparła, czerwieniąc się gwałtownie.

- Czyżby, moja droga? O Blake'u, oczywiście. Wydaje się, że rozgłaszane wszem i wobec 

buńczuczne zapowiedzi twojego ojca były zdecydowanie przedwczesne, żeby nie powiedzieć 

poronione. Jak mogłaś pomyśleć, że poślubisz Blake'a, kiedy dla wszystkich było oczywiste, że 
w ciągu tych ostatnich pięciu lat ledwie cię toleruje?

Śliczna twarz lady Inglewood wykrzywiła się z gniewu.
- Lord Blake żywi do mnie ogromny szacunek i przywiązanie.

- Przestanie żywić, kiedy dotrą do niego plotki o waszych rzekomych zaręczynach. Mówi 

się nawet - ciągnął Falkhurst, uśmiechając się złośliwie - że adoruje tę małą diablicę, Katharine 

Glyn. Jakie to zabawne widzieć, jak ta prowincjonalna gąska pokonuje córkę hrabiego.

- Ona tylko go bawi, to wszystko.

- To i tak dużo więcej, niż osiągnęłaś ty.
Lady Inglewood obrzuciła go pełnym nienawiści spojrzeniem, ale cisnące się jej na usta 

ostre słowa zamarły, bo salon nagle przeszył krzyk.

Wszystkie oczy zwróciły się na pannę Fairfax, która zerwała się z kanapy, a jej błękitne 

oczy, w nagle pobladłej twarzy, wydawały się ogromne.

- Jeremy! - zawołała i rzuciła się biegiem przez pokój, aby wpaść w wyciągnięte ramiona 

wysokiego,   młodego   dżentelmena   o   ciemnych   włosach   i   niebieskich   oczach,   niezwykle 
efektownie prezentującego się w szkarłatnym mundurze.

background image

Gwar rozmów w salonie wzmógł się, gdy goście rozpoznali w nowo przybyłym męską 

połowę rodziny Fairfaksów. Panna Fairfax tymczasem, nieprzytomna ze szczęścia, całowała 

brata, śmiała się, płakała i paplała coś bez końca. Młody człowiek najwyraźniej nie miał nic 
przeciwko temu, co więcej, sam też tę radość podzielał.

- Powinieneś zostać aktorem, Jeremy - powiedziała z uśmiechem panna Glyn. - Nigdy 

nie widziałam lepszego wejścia.

- Niezłe, czyż nie? - zauważył nieśmiało. - Witaj, Kate - dodał, biorąc ją w ramiona. - Jak 

się czujesz?

- Jak ktoś, kto po raz pierwszy w życiu nie bardzo wie, co powiedzieć - odparła ze 

śmiechem panna Glyn.

- Już tylko po to warto było przeprawić się przez Kanał - zauważył młody Fairfax.
- Wciąż jeszcze nie mogę uwierzyć, że to prawda - powiedziała panna Fairfax, patrząc z 

uwielbieniem na brata.

-   Ja   również   -   dodała   panna   Glyn.   -   Co   ty   tu   robisz,   Jeremy?   Należałoby   raczej 

oczekiwać, że bijesz się gdzieś z Francuzami.

-   Przyjechałem   na   wcześniejszy   urlop   i,   kierując   się   wskazówkami   Wainwrighta, 

znalazłem się tutaj. Jestem pod wrażeniem kariery, jaką robisz w wielkim świecie, Georgino, i 
wierzę, że w wirze towarzyskich zobowiązań nie zapomnisz o swoim biednym bracie. Spraw 

tylko, aby jakaś godna uwagi dziedziczka, a najlepiej dwie, stanęły na mojej drodze.

- Barbarzyńca - zawołała ze śmiechem panna Fairfax, ściskając brata ponownie.

- Widzę niewielki wpływ wojny na poprawę jego charakteru - zauważyła panna Glyn.
- I ty nic się nie zmieniłaś - rzekł Fairfax i w jego oczach pokazały się wesołe iskierki.

- Wręcz przeciwnie - zaprotestowała. - Jestem starsza i mądrzejsza.
- O Boże, jak ja się za tobą stęskniłem, Kate! - zawołał Jeremy, ponownie biorąc ją w 

ramiona. - Tak zresztą, jak cały mój regiment. Ale zrobiłaś na nich wrażenie, kiedyście ostatnio 
razem z Georginą przyjechały do mnie do obozu w odwiedziny. Wszyscy przesyłają ci gorące 

pozdrowienia.

- To miłe z ich strony - odparła z uśmiechem panna Glyn.

- Ale dosyć grzeczności  - rzekł Fairfax. - Gdzie jest ten Atherton, o którym tyle mi 

naopowiadał poczciwy Wainwright?

- William? - zmieszała się panna Fairfax. - Och, jak mogłam o nim zapomnieć?! Musisz 

go natychmiast poznać, Jeremy. Polubisz go, jestem pewna.

- Potraktuj to jako polecenie - poradziła mu panna Glyn, zanim Georgina chwyciła go za 

rękę i pociągnęła za sobą.

background image

Lord   Blake,   który   bezwstydnie   podsłuchał   całą   rozmowę,   ponownie   zjawił   się   obok 

panny Glyn.

-   Obiekt   westchnień   całego   obozu!   -   zawołał.   -   Jakież   to   musi   budzić   cudowne 

wspomnienia.

- Pan zawsze musi usłyszeć niewłaściwe komentarze - zauważyła z westchnieniem.
- Z tego, co zdążyłem wywnioskować podczas naszej krótkiej, ale bogatej w wydarzenia 

znajomości, pani życie to jeden niewłaściwy komentarz.

- To nie fair!

- Kokietka.
- Nieprawda!

- Proszę to powiedzieć tym chłopakom.
- Ignoruję pana - oświadczyła, odwracając się w drugą stronę.

Jego lordowska mość wybuchnął śmiechem.
- Na Boga, uwielbiam panią, panno Glyn. Spojrzała na niego ze zdumieniem.

-   Czy   to   jednak   rozsądne,   milordzie?   Inglewoodowie,   formy   towarzyskie,   poczucie 

lojalności i zdrowy rozsądek - wszystko to sprzysięgnie się przeciw panu.

Lord Blake uśmiechnął się.
- Dzięki pani, panno Glyn, wraca do mnie szczęśliwa i beztroska młodość. Reszta jest 

bez znaczenia. Zostańmy przyjaciółmi.

-   To   ryzykowny   krok,   szczególnie   gdy   się   weźmie   pod   uwagę,   ile   radości   daje   mi 

dokuczanie panu.

- Jestem pewien, że to się zmieni, kiedy już zostaniemy przyjaciółmi.

Panna Glyn roześmiała się.
-   Nie   sądziłam,   że   jest   pan   taki   przebiegły,   milordzie.   A   więc   dobrze.   Muszę   się 

przyznać, że nawet pana lubię, chociaż wiem, że nie powinnam. Mimo to zaryzykuję i przyjmę 
oferowaną mi przyjaźń.

- Skoro więc nasze pokojowe zmagania mają się zamienić w ciepłe, braterskie uczucia, 

mów do mnie Theo.

- A ty do mnie - odparła, patrząc na niego z uśmiechem - Katharine lub Kate, jeśli 

wolisz.

- A więc przyjaciele?
- Choć wiele nas dzieli.

- A jednak jesteśmy przyjaciółmi.
- Tak - odpowiedziała z wahaniem. - Chcę wierzyć, że jesteśmy. Słysząc przyspieszone 

background image

bicie swego serca i widząc, jak twarz Blake'a rozjaśnia się w uśmiechu, przeraziła się. Miał taki 
zniewalający uśmiech! Ta przyjaźń nagle wydała się ogromnym zagrożeniem.

Gdyby widziała mordercze spojrzenie lady Inglewood, zagrożenie stałoby się dla niej 

jeszcze bardziej realne.

background image

12

Och nie, milordzie, tylko nie to! Lord Blake uśmiechnął się szeroko do lokaja, który 

pomagał mu ściągnąć rękawice do jazdy konnej.

- Nie chciałem zniszczyć efektów twojej ciężkiej pracy, Max, naprawdę nie chciałem. 

Jednak panna Glyn narzuciła takie tempo, że musiałem włożyć wiele wysiłku, by ją pokonać.

-   Cieszę  się,   że   jego  lordowska   mość  odniósł   zwycięstwo   -  odparł  Maxwell,   ponuro 

patrząc na zmierzwione włosy swego pana, zaczerwienioną twarz, pochlapany błotem surdut, 
bryczesy i długie buty. Widok fularu wstrząsnął nim do głębi. Z kapeluszem wcale nie było 

lepiej, ale rękawice, tego stary sługa nie mógł już znieść.

- Nie patrz na mnie z takim oburzeniem, Max. To w końcu tylko strój do jazdy konnej.

Maxwell patrzył na niego w milczeniu. Kąciki ust lorda Blake'a podejrzanie zadrżały.
- Chciałem cię zapewnić, że nikt z towarzystwa mnie w takim stanie nie widział. Tak 

więc twoja nienaganna reputacja nic na tym nie ucierpiała.

- Co za ulga, milordzie - odparł Maxwell, pomagając swemu panu zdjąć surdut.

Lord Blake ukrył uśmiech. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek był taki szczęśliwy i pełen 

chęci do życia, jak w ciągu tych dwóch tygodni, które upłynęły od wydanego przez rodziców 

garden party. Ostry język Kate Glyn i jej zdumiewający intelekt zmuszały go do działania na 
najwyższych obrotach przez cały czas. Nie był już tym „okropnym ponurakiem”, jak jeszcze 

niedawno nazywał go kuzyn Peter. Pogoda ducha towarzyszyła mu przez cały dzień. Bez żalu 
rozstał się z płaszczem Hamleta. Nieoczekiwanie wybuchnął śmiechem.

- Dobry Boże, odmieniła mnie ta Diablica z Hampshire!
- Słucham, mi lordzie? - rzekł Maxwell, przygotowując zmianę ubrania.

Ale jego lordowska mość uśmiechnął się tylko i pokręcił głową. Jak wytłumaczyć tę 

niebywałą  transformację  jego życia?   A  fenomen Katharine  Glyn,  skoro tak  konsekwentnie 

unikała rozmów o sobie? A to ogromne pragnienie wywołania uśmiechu na jej twarzy? Jak to 
wszystko wytłumaczyć komuś, skoro sam tego nie pojmował.

Przypomniał sobie, jak to Nigel Braxton dwa tygodnie temu tańczył z nią na balu u 

Jerseyów. Poruszała się z taką gracją i sprawiała, że Braxton bez przerwy się śmiał. Jak bardzo 

mu wtedy zazdrościł  - i tego tańca,  i śmiechu. Gdy Tommy Carrington poprowadził  ją do 
następnego tańca, Braxton poprosił Priscillę Inglewood. Tylko że wówczas już się nie śmiał, a 

gdy tylko muzyka umilkła, natychmiast zjawił się u boku przyjaciela.

- Mam ci przekazać pretensje Priscilli za towarzyszenie pannie Glyn na wczorajszym 

balu u Jerseyów - powiedział bez zbytniego entuzjazmu.

- Równie dobrze mogłaby mieć do mnie pretensję o to, że mieszkam w tym samym 

background image

hrabstwie, co panna Glyn. Wiesz, one prowadzą ze sobą wojnę.

- Naprawdę? Cóż, skoro między twoją przyszłą narzeczoną a moją uroczą znajomą jest 

rzeczywiście  wojna,  to gotów jestem założyć  się o duże pieniądze,  że to Priscilla  pierwsza 
zaatakuje i będzie miała ku temu powód. Jest doskonale wyedukowaną, inteligentną osóbką. 

Świetnie   zna   wagę   pierwszego   uderzenia,   gdy  ma   do   czynienia   z  groźnym   przeciwnikiem. 
Nigdy nie pogodzi się z odsunięciem w cień przez kogokolwiek. A ponieważ to panna Glyn 

podbiła moje serce swoim ostrym językiem i czarującym uśmiechem, stawiam na nią jako na 
zwyciężczynię. W tej sytuacji ty, w trosce o przyszłą małżeńską harmonię, powinieneś postawić 

na Priscillę.

- Nigel...

- To tylko dygresja. Lepiej wróćmy do o wiele bardziej fascynującej Kate Glyn.
- Chyba zawróciła ci w głowie, przyznaj się - rzekł z uśmiechem lord Blake.

- W moim sercu zajmuje drugie miejsce, tuż po moim krawcu.
Lord Blake roześmiał się głośno.

-   Czy   wiesz,   że   od   śmierci   Olivera   dopiero   drugi   raz   słyszę,   jak   się   śmiejesz   i   oba 

przypadki   miały   miejsce   w   ciągu   ostatniego   tygodnia.   Mam   nadzieję,   że   wracasz   na   łono 

rodziny.

- Nic mi nie wiadomo, bym go porzucał.

- Zniknąłeś bez śladu. - Lord Braxton zażył szczyptę tabaki. - Czy to Katharine Glyn cię 

odnalazła?

Lord Blake tak właśnie pomyślał, gdy poprosił Kate do tańca. Ich pierwszego wspólnego 

tańca.   Tak   łatwo   dała   się   prowadzić.   Tańczyli   razem   tak,   jakby   to   robili   od   zawsze.   Była 

uosobieniem wdzięku i lekkości i nie pamiętał, by kiedyś czuł się tak szczęśliwy jak w chwili, 
gdy droczyła się z nim w tańcu, to chwaląc jego garderobę, to śmiejąc się z jego godnego 

politowania losu. Jakież to okropne być dziedzicem tytułu książęcego.

A potem zupełnie go zawojowała,  chociaż  nie mógł powiedzieć,  żeby starała się być 

szczególnie miła.

-   Doskonale,   sir,   pożartował   pan   sobie   z   mojej   maski,   to   teraz   pozwoli   pan,   że 

porozmawiamy trochę o tej, pod którą ty się chowasz, gdyż uważam, że jest dużo groźniejsza 
od mojej.

- Nie rozumiem, Kate.
- Wcale nie trudno jest zamknąć się przed ludźmi, zapewniam cię, ale ostatecznie to nie 

daje szczęścia, bo przeszkadza w zbliżeniu się do tych kilkorga osób z twego kręgu, które na to 
zasługują. Czy musisz odrzucać miłość przyjaciół i rodziny?

background image

Dzwonek   u   drzwi   wejściowych   odezwał   się   natarczywie   i   Maxwell,   najwyraźniej 

zadowolony wreszcie z efektów swojej pracy, skłoniwszy się głęboko, ruszył w stronę drzwi, 

aby sprawdzić, kto ośmiela się niepokoić jego lordowską mość.

Tymczasem markiz w milczeniu patrzył na swoje odbicie w lustrze. Nie, nie będzie już 

dłużej rezygnował z miłości.

Peter Robbins gwałtownie wtargnął do jego gotowalni, wołając od progu:

- No to znalazłeś się w prawdziwych tarapatach, kuzynie, nie ma co do tego żadnych 

wątpliwości.

Lord Blake odwrócił się do gościa i podniósłszy do oka monokl, ze zdumieniem patrzył 

na jego niezwykle, jak na tę porę dnia, elegancki strój.

- A niech cię, stary! A niech cię! Ten szyk musi coś znaczyć.
- Theo, czyś ty zwariował?

-   Nie,   przyjacielu.   Trochę   mnie   tylko   zamroczyło.   Dlaczegoś   się   tak   wystroił? 

Zakochałeś się?

Robbins wybuchnął śmiechem.
- Boże uchowaj! - odparł. - Na razie mi to nie grozi. Byłem z wizytą u ciotki Aurelii. 

Jestem, jak wiesz, jej spadkobiercą i nie chciałbym, żeby zmieniła testament tylko dlatego, że 
nie znosi stroju do jazdy konnej przy śniadaniu.

- Bardzo roztropnie.
- Nie przyszedłem tu jednak, aby dyskutować o moich nadziejach na spadek, lecz po to, 

żeby cię ostrzec o grożącej ci katastrofie.

- Zaintrygowałeś mnie, Peter. Wytężam słuch.

- Do diabła, Theo! To nie są żarty! Ciotka Aurelia kupiła ci już ślubny prezent!
Blake ze zdumieniem spojrzał na kuzyna.

- Jesteś szalony - rzekł.
- Zaczynam w to wierzyć. Ciotka Aurelia poinformowała mnie, że cały Londyn już o tym 

mówi.

- A kogóż to, jeśli łaska, mam poślubić?

- Jak myślisz? Priscillę Inglewood! Jej ojciec już od trzech tygodni chełpi się waszym 

ślubem, a ona, udając skromnisię, wygłasza głupstwa w rodzaju: „No mnie nie wypada mówić 

o zamiarach lorda Blake'a”. Powiem ci wprost, Theo, jeśli natychmiast nie podejmiesz działań, 
to ta wiedźma przykuje cię do siebie na zawsze!

- Nie jestem znowu taki bezwolny, aby dać się wciągnąć w coś, co mnie zupełnie nie 

interesuje.

background image

Peter Robbins przez chwilę obserwował go w milczeniu.
-   Zrobiłeś   to   rok   temu.   Niewiele   brakowało,   aby   twoje   głupie   poczucie   obowiązku 

zaprowadziło cię do ołtarza.

- Jestem dziś starszy i mądrzejszy - odparł Blake i uśmiechnął się, myśląc o Kate Glyn.

- Uwierzę ci, gdy położysz kres tym okropnym plotkom.
Blake obracał w palcach monokl i wpatrywał się w czubki swoich butów.

-   Prawdę   mówiąc,   kuzynie   i   do   mnie   docierały   te   głupie   plotki,   ale   zakładałem,   że 

Priscilla powstrzyma ojca przed ośmieszeniem nas obojga. A teraz ty twierdzisz, że ona jest 

współautorem tej szalonej intrygi.

- A może ona nie wie, że jesteś starszy i mądrzejszy?

- A może jej celem jest bycie księżną?
- Możliwe, że i to, i to, ale jakie to w końcu ma znaczenie? Przez nią znalazłeś się w 

tarapatach i sam musisz z tego wybrnąć, zanim DeBries zacznie ci szyć ślubne ubranie.

-   Doskonale,   Peter.   Złożę   Priscilli   wizytę   jeszcze   dziś.   O   Chryste,   co   za   paskudna 

sytuacja!

- A nie mówiłem?  Powiedziałem  ciotce  Aurelii,  żeby na  razie  schowała  głęboko ten 

kupiony dla ciebie ślubny prezent - odparł Robbins, śmiejąc się szeroko.

- No, może nie za głęboko. Dzięki, Peter. Jesteś prawdziwym przyjacielem.

Lord Blake  stał  przed imponującą  miejską rezydencją  Inglewoodów przy  Grosvenor 

Square, myśląc o tym, co musi powiedzieć i jak bardzo to było odległe od tego, co miał zamiar 

powiedzieć jeszcze trzy tygodnie temu. Wówczas wiedział, jakie ma obowiązki w stosunku do 
Priscilli i własnej rodziny i gotów był je wypełnić. Ale teraz nie miał już zamiaru godzić się z 

takim losem.

Coś się w nim zmieniło. Ciepło w jego sercu zajęło miejsce bryły lodu, którą nosił w 

sobie przez pięć lat od śmierci Olivera. I to ciepło w obecności Priscilli Inglewood nikło, jakby 
pierzchało przed wiejącym od niej chłodem.

Otworzył bramę, minął podjazd i wszedł po schodach na górę, po czym energicznie 

zastukał   do  ogromnych   wejściowych   drzwi   rezydencji.  Już   po  chwili   otworzył   mu  lokaj   w 

liberii, który, przyjąwszy od gościa bilet wizytowy, wprowadził go do utrzymanego w błękitnej 
tonacji dziennego salonu, po czym poszedł po lady Inglewood.

Na kominku płonął ogień, ale pokój wydawał się chłodny i dziwnie nieprzytulny. Blake 

miał ochotę usiąść, jednak fotele nie wyglądały na wygodne, podszedł więc do kominka, aby 

się trochę ogrzać. Rozejrzał się dookoła i pomyślał, jak bardzo ta dzisiejsza wizyta różni się od 
wczorajszej, którą wraz z Williamem Athertonem złożył Kate Glyn i jej przyjaciółce, Georginie 

background image

Fairfax. Tamten pokój był ciepły, przyjazny i przytulny. Słodki uśmiech panny Fairfax i jej 
urocze   rumieńce   potrafiły   oczarować   nawet   kogoś   tak   zgorzkniałego   jak   on,   podczas   gdy 

błyskotliwa, ale chwilami zupełnie absurdalna konwersacja z panną Glyn sprawiała, że śmiał 
się przez cały czas wizyty.

- Och, Theo, jak to dobrze, że jesteś! - zawołała lady Inglewood, wchodząc do salonu.
Blake podszedł do niej, chcąc się przywitać. Ujął wyciągniętą ku niemu dłoń, ale nie 

podniósł jej do ust.

- Priscillo, wyglądasz ślicznie jak zawsze. Jak się masz?

- Zupełnie dobrze, dzięki Theo. Zechcesz usiąść? Napijesz się herbaty?
Zaakceptował pierwszą propozycję, odrzucając drugą, po czym zajął miejsce obok lady 

Inglewood na stojącej w pobliżu kominka błękitnej sofie. Chciał wyjawić cel swojej wizyty, ale 
lady Inglewood zaczęła komentować bal u Jerseyów i skandaliczne, jej zdaniem, zachowanie 

Katharine Glyn, która ośmieliła się tańczyć z jednym z najbardziej znanych uwodzicieli i często 
śmiała się hałaśliwie, co zupełnie nie przystoi kobiecie z towarzystwa. Wspomniała, że panna 

Glyn   już   jako   młoda   dziewczyna   przejawiała   podobne   skłonności.   Ta   wiejska   dziewucha, 
przyzwyczajona do przebywania z farmerami, bez skrępowania mówiła o problemach, jakie 

mieli   z   rozpłodem   jednego   z   ich   najcenniejszych   byków.   Zbulwersowała   tym   wszystkich. 
Podczas   swojego   debiutu   wcale   nie   wypadła   lepiej,   tańcząc   walca   w   klubie   Almack's   przy 

dezaprobacie stałych bywalców, dyskutując wszędzie i z każdym w zbyt agresywny i chwilami 
obraźliwy   sposób.   Prowadziła   faeton   po   męsku,   spacerowała   ulicami   Londynu   bez 

towarzystwa służącej. I wreszcie jeździła konno po Hyde Parku bez pachołka.

Następnie lady Inglewood wspomniała ich ostatni wypad do Almack's, gdzie tak dobrze 

się razem bawili oraz jej wizytę wspólną z ojcem u księcia i księżnej Insley, gdzie tak wspaniale 
im się razem rozmawiało. Świadomość, że starzy przyjaciele mogą być siebie pewni, była dla 

niej cudowna.

W odpowiedzi lord Blake wstał, przeszedł w drugi koniec pokoju, następnie wrócił, aby 

zatrzymać się przed lady Inglewood.

- Priscillo - rzekł - muszę z tobą porozmawiać o pewnej delikatnej i przykrej sprawie. 

Bardzo   bym nie  chciał  cię   zranić,   ale  chyba  nie  mam  wyjścia,   jak   zapytać  wprost.   Czy  ty 
spodziewasz się propozycji małżeństwa z mojej strony?

Lady Inglewood zarumieniła się i opuściła wzrok na leżące na kolanach dłonie.
- Dlaczego pytasz, Theo? Nie sądzisz chyba, że mogę być aż tak pewna siebie.

- Ale może twój ojciec jest i ośmieszył nas przed całym miastem. Krążą niewiarygodne 

plotki o tym, że ty i ja zaręczamy się i że przed końcem roku będziemy już małżeństwem - 

background image

powiedział spokojnie markiz. - Nie mogę ich tolerować Priscillo. I choć bardzo sobie cenię 
naszą przyjaźń i wiele nas łączy, nie jestem w stanie spełnić oczekiwań twojego ojca.

Twarz Lady Inglewood gwałtownie spurpurowiała, ale nie z powodu zakłopotania, a 

narastającego gniewu.

- Czyżbyś miał zamiar poślubić kogoś innego?
- Wiesz, że ożenek mnie czeka.

- Kto ma zatem lepsze kwalifikacje niż ja na małżonkę i księżną? Blake ujął jej dłoń.
- Byłabyś wspaniałą książęcą żoną, gdybyś tylko mierzyła tak wysoko. Zapewniam cię, 

że w tym wypadku wina leży po mojej stronie.

- Chyba nie zamierzasz ożenić się z tą... Glyn?

Lord Blake wypuścił jej dłoń i cofnął się.
-   Nie   rozmawiamy   o   pannie   Glyn.   Mówimy   o   kłopotliwej   sytuacji,   którą   trzeba 

natychmiast wyjaśnić.  Mogłem porozmawiać z twoim ojcem sam, Priscillo, ale zasługujesz 
przecież na to, aby o sprawach, które ciebie dotyczą, dowiadywać się z pierwszej ręki.

- Ale twoja rozwaga, Theo...
-   Jestem   potworem,   Priscillo,   wiem,   ponieważ   nie   potrafię   dać   ci   tego,   na   co 

zasługujesz. Nie pozwolę jednak wmanewrować się w żadne małżeństwo, choćby i najbardziej 
szacowne.

Lady Inglewood gwałtownie wstała. Jej twarz pobladła.
- Jeśli nadzieje mego ojca i jego słowa wprawiły cię w zakłopotanie, to przykro mi i 

dopilnuję, aby to się więcej nie powtórzyło. Jeśli pozwolisz, Theo, muszę się teraz przebrać na 
spotkanie z lady Montclair.

Nie podała mu ręki. Odwróciła się tylko i z dumnie podniesioną głową opuściła pokój, a 

lord  Blake,   patrząc,   jak   odchodzi,   poczuł   ulgę.   O   tym,   że  źle   przyjmie   jego   słowa,   dobrze 

wiedział. Podejrzewał, że poczuje się zdradzona i zawiedziona w swoich naturalnych przecież 
nadziejach.  Nie przewidział  jednak, że jej dłonie mogą zacisnąć się w pięści, a spojrzenie, 

pomimo pozornie grzecznych słów, zwiastuje wojnę. Nagle pojął, że Priscilla Inglewood może 
stać się jego śmiertelnym wrogiem. Miał tylko nadzieję, że nie stanie się odwrotnie.

background image

13

Po południu, po porannej przejażdżce z lordem Blakiem, Katharine wysłała sir Williama 

i Georginę do ogrodu.

W   bibliotece   wynalazła   tomik   wierszy   i   umościwszy   się   w   ulubionym   fotelu,   miała 

nadzieję   na   godzinkę   zagłębić   się   w   świat   historii   i   poezji.   Otworzyła   poemat   satyryczny 
Drydena. Absalom i Achitophel. Zaledwie jednak przeczytała parę linijek, gdy prawda w nich 

zawarta sprawiła, że myśli jej pobiegły do Thea Blake'a. Po chwili wróciła do poematu, ale po 
przeczytaniu kolejnych linijek poddała się. Wspomnienia minionych dwóch tygodni okazały 

się silniejsze.

Wszędzie, gdzie tylko się pojawiła, spotykała Thea: w teatrze, na różnych przyjęciach, 

rautach i balach. Gawędzili ze sobą, tańczyli i śmiali się godzinami. Jej opowieści o różnych, 
czasem   niezbyt   miłych   przygodach   z   czasów   wczesnej   młodości   spędzonej   w   Hampshire 

rozśmieszały jego lordowską mość do łez. Nieważne, czy była to historia o ugrzęźnięciu w 
moczarach, gdy ścigała szopa, a potem cała w błocie stanęła przed księciem Lancaster, czy też 

opowieść o rym, jak miała trzynaście lat i z rapierem w ręku przyparła ojca do ściany, by 
wymóc zgodę na naukę łaciny. O Boże! Jakże Theo się śmiał. Ten jego szczery, radosny śmiech 

wciąż miała w uszach.

Przyjaciele. Jak cudownie mieć kogoś, z kim można się pośmiać z ludzkiej bezmyślności 

i ludzkich słabostek, rozkoszować konną przejażdżką po Hyde Parku, dyskutować godzinami o 
Locke'u i Monteskiuszu, Platonie i Szekspirze. Ona i Theo byli przyjaciółmi.

- Nawet wbrew Priscilli Inglewood - mruknęła i zachmurzyła się.
Plotki ogromnie ją bawiły, a wiele z nich wymyślała sama. Wiedziała więc, iż nie należy 

traktować   poważnie   wszystkiego,   o   czym   się   szepcze   na   mieście.   Jednak   pogłoska   o 
zbliżającym się ślubie Thea z Panną Doskonałą była tak uporczywa, a jej uśmieszek pełen 

satysfakcji, że Katharine musiała w końcu uznać tę wieść za prawdziwą. No i cóż z tego? Jeśli 
Theo był jej przyjacielem podczas dość burzliwego okresu narzeczeństwa, równie dobrze może 

nim być po zawarciu tego wstrętnego małżeństwa.

Nagle przyszło jej na myśl, że mogłaby wykorzystać pobyt panny Fairfax i sir Williama 

w   ogrodzie   i   spokojnie   się   wypłakać   z   powodu   zbliżającego   się   rozstania   z   przyjaciółką   i 
czekającej ją nieuchronnej samotności. Ze zdumieniem jednak stwierdziła, że wcale nie ma 

ochoty na płacz i nie czuje się samotna. Spotkała bratnią duszę po dwudziestu pięciu latach 
poszukiwań... nawet gdyby on nalegał na okazanie sympatii Priscilli Inglewood. Kate i Theo 

lubili te same książki i sztuki, tak samo kochali konie, wiejskie życie i taniec.

Taniec.

background image

Minęły już dwa tygodnie, a ona wciąż pamiętała drżenie, które przebiegło przez jej ciało, 

gdy Theo po raz pierwszy na balu u Jerseyów brał ją w ramiona. To było tak, jakby dwie 

połówki tego samego jabłka połączyły się znowu. Wspomnienia były tak silne, że w pewnej 
chwili  zabrakło  jej tchu,  a serce zaczęło  walić jak młotem. Podniosła dłonie do płonących 

policzków.

- Dobry Boże, ja płonę!

Czując, że sprawy zaczynają się wymykać z jej rąk, wstała nagle, odstawiła tomik poezji 

na półkę, po czym zaczęła nerwowo krążyć po pokoju... co w końcu zdenerwowało ją jeszcze 

bardziej.

- Nie jestem pensjonarką - mruknęła. - Co się ze mną dzieje?

Po chwili do pokoju wpadła panna Fairfax.
- Kate - zawołała, chwytając ją w ramiona - on się oświadczył. William oświadczył się! 

Pięć minut temu poprosił mnie o rękę!

Przyciągnęła przyjaciółkę do siebie i zaczęła ją mocno ściskać.

- I co mu odpowiedziałaś? - zdołała wydusić z siebie panna Glyn.
- Kate, cóż to za pytanie! - zawołała panna Fairfax, wypuszczając przyjaciółkę z ramion. 

- William i ja pobieramy się.

- Hurra! - krzyknęła Katharine, wyrzucając w górę ramiona, co wywołało u Georginy 

prawdziwy paroksyzm śmiechu. - Niech wszyscy bogowie pobłogosławią waszemu związkowi i 
zachowają   was   w   dobrym   zdrowiu.   Tylko   niech   absolutnie   nie   uczestniczą   w   weselnym 

przyjęciu. Zapasy wina mogłyby tego nie wytrzymać. Och, Georgie - powiedziała, ściskając 
przyjaciółkę. - Jestem taka szczęśliwa z twojego powodu!

- A ja jaka jestem szczęśliwa!
- Tylko dlaczego tak  długo z tym zwlekał?  - dziwiła  się Katharine  i jej przyjaciółka 

ponownie zaniosła się śmiechem tak zaraźliwym, że Katharine nie mogła już dłużej utrzymać 
powagi i sama zaczęła się serdecznie śmiać.

Wrzawa   była   tak   wielka,   że   zaniepokojony   Jeremy   Fairfax   i   jak   zawsze   czujny 

Wainwright natychmiast zjawili się w bibliotece.

- Co tu się dzieje, do diabła? - zapytał zdumiony Jeremy.
Panna Fairfax rzuciła mu się w ramiona.

- Och, braciszku, jestem zaręczona! William poprosił mnie o rękę!
- Droga Georgino! - zawołał Fairfax, całując siostrę. - Moje serdeczne gratulacje. Nawet 

nie wiesz, jak się cieszę! Już myślałem, że nigdy się ciebie nie pozbędę.

- Czy wolno mi życzyć pani z tej okazji wszystkiego najlepszego, panno Fairfax? - szybko 

background image

wtrącił Wainwright, ratując nos Jeremy'ego przed rozkwaszeniem.

- Możesz zrobić coś więcej, Wainwright - odparła Georgina. - Podaj szampana! Dużo 

szampana! Musimy to uczcić!

- Doskonale, panienko - odrzekł majordomus i skłoniwszy głowę, opuścił pokój.

-   A   gdzie   narzeczony?   -   zawołał   Fairfax,   rozglądając   się   dookoła.   -   Czyżby   już   się 

ulotnił?

-   William   pojechał   rozmawiać   z   naszym   wujem   -   odpowiedziała   Georgina   i   nagle 

zbladła. - Och, Jeremy, jak myślisz, czy wuj Rupert powie tak?

- Lepiej niech powie, albo pożałuje, że się urodził - odparł z uśmiechem Fairfax.
Tymczasem sir William Atherton stał przed lordem i lady Egertonami i z drżeniem 

usiłował   powiedzieć   coś   sensownego.   Lord   Egerton   z   sympatią   patrzył   na   nieszczęśnika, 
przypominając sobie podobną scenę sprzed trzydziestu lat. Pomyślał, że on sam czuł się wtedy 

identycznie,  jeśli nie gorzej. Spojrzał na swoją małżonkę, która  z powagą  słuchała,  jak  sir 
William   tłumaczy   się,   że   nie   jest   godny   tak   wielkiego   zaszczytu,   jak   zdobycie   ręki   panny 

Fairfax.

Uśmiechnął się lekko, gdy wzrok lady Egerton spotkał się na chwilę z jego wzrokiem. A 

więc ona również pamiętała tę scenę sprzed lat? Mimo to patrzyła na biedaka tak, że drżał jak 
liść,   chociaż   jeszcze   w   ubiegłym   tygodniu   mówiła,   iż   najwyższy   czas,   by   Atherton   się 

zdeklarował. Mogliby wydać Georginę za mąż i wrócić wreszcie do normalnego życia.

Lord Egerton oderwał się od swoich myśli, gdy Atherton zaczynał formułować końcowe 

wnioski. Uważając, że taki dzień powinien pozostać w żywej pamięci młodego człowieka nawet 
po   pięćdziesięciu   latach   i   że   nic   tak   temu   nie   sprzyja   bardziej   niż   paraliżujący   strach, 

postanowił porozmawiać z nim jeszcze przez parę minut, zanim da swoją zgodę. Sir William 
kiedyś będzie mu za to wdzięczny.

W   godzinę   po   tym,   jak   opuścił   rezydencję   Fairfaksów,   sir   William,   zapomniawszy 

odebrać konia od stajennego Egertonów, biegł z Berkeley Square z powrotem na Russel Court. 

Po chwili był już przed domem ukochanej. Nie zatrzymując się, wbiegł jak burza do holu, 
minął   wystraszonego   lokaja,   pokojówkę   i   osłupiałego   Wainwrighta,   następnie,   otwierając 

szeroko jedne drzwi po drugich, wpadł do biblioteki i nie widząc nikogo poza ukochaną, rzucił 
się do niej i wziął ją w ramiona.

- Powiedział tak, Georgino, obydwoje powiedzieli tak! - wołał, całując ją i ściskając.
- Wygląda na to, że są zaręczeni - zauważył Jeremy Fairfax.

- Wszystko na to wskazuje - mruknęła panna Glyn, popijając szampana. - Jak oni mogą 

tak oddychać?

background image

14

Następnego   dnia   w   klubie   Almack's   wiadomość   o   zaręczynach   panny   Fairfax   z   sir 

Williamem Athertonem była na ustach wszystkich. Dziedziczka wielkiej fortuny i niezrównana 
piękność, która mogła poślubić kogoś z najwyższych sfer, wybrała zwykłego szlachcica! Wiele 

młodych kobiet odetchnęło z ulgą, ponownie planując strategię jak najlepszego zamążpójścia. 
Szczęśliwa para stała pod ścianą, otoczona grupą przyjaciół, wielbicieli i plotkarzy, którzy nie 

mogli się doczekać, aby usłyszeć, jak doszło do tego sensacyjnego wydarzenia. Panna Glyn po 
przeciwnej   stronie   pokoju   zgromadziła   własny   krąg   przyjaciół:   Thea   Blake'a,   Elizabeth   i 

Tommy'ego Carringtonów oraz Jeremy'ego Fairfaksa. Oni także dyskutowali o zaręczynach 
budzących największe w tym sezonie emocje, pomimo gorących protestów panny Glyn, która 

uprzedzała, że jeśli usłyszy choć jeden żarliwy komentarz na temat zbliżającego się mariażu, 
zacznie krzyczeć. Została jednak zignorowana.

-   Zdrajcy!   -   powiedziała   panna   Glyn.   -   Jestem   otoczona   przez   podłych   zdrajców. 

Zmusza się mnie do wysłuchiwania tych wszystkich romantycznych bzdur i nikt nie ma w 

sobie choćby tyle grzeczności, żeby okazać mi odrobinę współczucia.

-   Biedactwo   -   powiedziała   panna   Carrington,   zabawnie   mlasnąwszy   wargami   i 

Katharine z trudem zdusiła chichot.

-   A   co   z   zaręczynowym   przyjęciem?   -   zapytał   Carrington,   jakby   nie   dostrzegał 

morderczego błysku w oku panny Glyn.

- Raczej balem, sądząc po kilometrowej liście gości - odparł Jeremy Fairfax. - Ciotka i 

wuj zdecydowali, że zaręczyny muszą mieć odpowiednią oprawę. Każdy, kto w Londynie coś 
znaczy, będzie na balu u Egertonów od dziś za dwa tygodnie.

-   Mnie   to   nie   dotyczy   -   zauważyła   panna   Glyn.   -   Jestem   jedynie   przyjaciółką   i 

powiernicą narzeczonej. Pomogłam tylko Athertonowi zbliżyć się do niej, a jej zbliżyć się do 

niego. Nie jestem nikim ważnym.

- Nie zwracajcie na nią uwagi - poradził Carrington rozbawionej grupie. - W takim 

nastroju jest nie do zniesienia.

- Wobec tego nic tu po mnie - odparła panna Glyn.

- Weź mnie ze sobą - rzekł Blake, chwytając ją za ramię. - Muszę się trochę rozruszać. 

Poproś mnie do tańca.

- Ja mam cię prosić? Ja pozwolę ci ze sobą zatańczyć - odparła panna Glyn, po czym 

obydwoje zgodnie ruszyli w stronę parkietu.

-   Powiedz   mi,   mój   sympatyczny   odludku,   jak   to   się   stało,   że   zostałaś   Diablicą   z 

Hampshire?

background image

Czuła, jak fala gorąca popłynęła przez jej ciało, gdy wziął ją w ramiona i poprowadził 

walca. Gardło miała tak ściśnięte, że przez chwilę nie mogła wydobyć z siebie głosu.

- N - n - nie pamiętam. To było tak dawno, a moja pamięć nie jest już taka jak kiedyś.
Jednak Blake nie miał zamiaru ustąpić.

- Kate - powiedział, wymownie patrząc jej w oczy.
- To strasznie nudna historia. Z pewnością cię nie zainteresuje.

- Kate.
- Dobrze więc. Moja matka zmarła, kiedy byłam mała, a ojciec nie mógł się zdecydować 

na   powtórny   związek,   choć   to   oznaczało,   że   nie   będzie   miał   męskiego   potomka,   który 
przedłuży jego ród. Nieco ekscentryczny z natury, widząc moje niespokojne, skłonne do ryzyka 

usposobienie, postanowił wychowywać mnie jak syna, którego już nie spodziewał się mieć; 
zatrudniając odpowiednich dla chłopców nauczycieli, ucząc jazdy konnej i powożenia, a nawet 

fechtunku.   Z   lekceważeniem   odnosząc   się   do   moich   osiągnięć   w   nauce,   chełpił   się 
jednocześnie   moimi   męskimi   uzdolnieniami,   opowiadając   wszystkim,   że   jego   córka   ma 

sprawniejsze ręce niż wszyscy chłopcy w hrabstwie.

Kiedy miałam szesnaście lat, ojciec nagle zmarł. Zgodnie z jego wolą, jako kobieta nie 

mogłam odziedziczyć Tryton Hall, domu rodzinnego, w którym się wychowywałam. Na moich 
prawnych opiekunów wybrał Fairfaksów. Pani Fairfax, widząc braki w mojej kobiecej edukacji, 

robiła, co mogła, żeby je wyrównać. Szycie, taniec, flirt, prowadzenie interesującej rozmowy z 
najbardziej   nudnym   rozmówcą   to   umiejętności,   których   mnie   nauczyła,   przygotowując   do 

debiutu. Ostrzegała mnie również przed zbytnią szczerością, lekkomyślnością i ignorowaniem 
opinii innych osób. Jednak ja uważałam te przestrogi za nonsensowne i nie zważałam na nie.

Wkrótce po moim debiucie przekonałam się, niestety, iż wszystko, czego mnie uczyła, 

nie było nonsensem, ale wielką sztuką przetrwania. Krótko mówiąc, mój debiut okazał się 

katastrofą. Każde moje słowo, każdy krok stał się źródłem ogromnych upokorzeń. Oczywiście, 
niektórzy w towarzystwie czerpali radość z upokarzania mnie, ale winić za to powinnam siebie.

Kiedy minęło sześć najgorszych w moim życiu tygodni, postanowiłam przemyśleć moją 

sytuację i zdecydować, co dalej robić. Wrócić na wieś i zaszyć się tam na zawsze, co byłoby 

kapitulacją? Czy może wziąć się w garść i zmienić w ostentacyjną skromnisię, szanowaną w 
towarzystwie? A może jeszcze inaczej? Sądzę, że wybrałam.

Uwierzyłam, że pilnie obserwując zwyczaje, prezencję i maniery śmietanki towarzyskiej, 

nauczę się konwersacji  i zachowania.  Nie rezygnując z właściwej  mi szczypty zuchwałości, 

stanę się nie tyle ekscentryczką, co pewną indywidualnością, która nie będzie więcej obiektem 
lekceważenia. I tak zaczęła się moja zdumiewająca transformacja, której efekty zaskoczyły nie 

background image

tylko mnie, ale i cały towarzyski Londyn.

Kiedy zaproponowałam, że mogę zostać opiekunką i powiernicą Georginy, z pewnością 

znaleźli się tacy, którzy unosili brwi ze zdziwienia. Jednak wszyscy musieli się zgodzić: mądra, 
zdolna i dowcipna panna Glyn to najlepszy wybór na towarzyszkę ślicznej panny Fairfax. Któż 

bowiem może znać lepiej meandry towarzyskiego życia niż słynna Diablica z Hampshire? To 
brzmi jak bajka i jak każda bajka ta również musi mieć swój morał. Niech no pomyślę. Już 

mam! Nie bądź durniem i zawsze szanuj starszych. Amen.

- Myślę, że to nie tak, Kate  - powiedział  cicho Blake.  - Z tej bajki można się wiele 

dowiedzieć.

. - Tak, jak bezdenna może być ludzka głupota. Ale wcześniej dyskutowałeś o czymś 

bardziej zajmującym. Mam na myśli małżeństwo Georginy z twoim przyjacielem. Ufam, że 
jesteś zadowolony z efektów moralnego wsparcia, jakiego mu nie szczędziłeś?

- Cieszę się, że jest taki szczęśliwy. Choć przykro mi, że tracę kompana. A jakie są twoje 

plany teraz, gdy panna Fairfax już wkrótce wyjdzie za mąż? - zapytał, wirując z nią w tańcu.

- Myślę, że zaszyję się gdzieś na wsi - odparła Katharine. - Zawsze bardziej odpowiadało 

mi życie na prowincji niż w mieście. Teraz mogę stąd uciec. Miejskie życie zmęczyło mnie i 

tęsknię już za urokami wsi. Najpierw jednak muszę przygotować posłanie młodej parze.

- Czy ty czasem nie jesteś zazdrosna, Kate? - zachichotał.

- Tak, jestem zazdrosna.
Uśmiechnął się.

- Czego tak naprawdę zazdrościsz pannie Fairfax: urody, pieniędzy, narzeczonego?
- Szczęścia - powiedziała cicho.

- Chyba nie mówisz poważnie.
- Bardzo poważnie.

- Wyglądasz na bardzo szczęśliwą osobę.
- Och, zwykle jestem. Ale spójrz na Georginę. - Ruchem głowy wskazała na przyjaciółkę 

i sir Williama, którzy tańczyli zapatrzeni w siebie. - Ona promienieje szczęściem, którego ja 
nigdy nie zaznam. Wiem, że takie uczucie nie będzie trwało wiecznie. Ogień kiedyś zamieni się 

w żar. Chciałabym jednak chociaż raz przeżyć to, co ona teraz.

- Czy to nieosiągalne?

- Oczywiście. Jak możesz o to pytać? - Zmieszała się nagle, widząc, jak na nią patrzy. - 

Mam dwadzieścia pięć lat, niezbyt pokaźny posag i... bardzo ostry język.

Blake roześmiał się.
-   W   męskich   sercach   wzbudzam   uczucie   przyjaźni,   nic   więcej.   I   cieszę   się   z   tego, 

background image

ponieważ małżeństwo zupełnie mnie nie pociąga. Zbyt cenię sobie niezależność. Niewielu jest 
mężczyzn,   którzy   wytrzymaliby   z   kimś   takim   jak   ja,   a   jeszcze   mniej   takich,   z   którymi   ja 

mogłabym wytrzymać. Poza tym, gdybym jednak wyszła za mąż, to z pewnością nie dla pozycji 
czy   majątku,   ponieważ   jestem   szczęśliwa,   będąc   nikim   i   nie   brakuje   mi   pieniędzy   na 

utrzymanie.  To  znaczy,   że  byłoby  to  małżeństwo  z   miłości,  a   czy  może  być coś  gorszego? 
Jestem   rozsądną   kobietą   i   odrzucam   miłość.   Nie   ufam   jej.   A  skoro   już   musimy   mówić   o 

miłości   -   ciągnęła   -   to   dlaczego   ty   wciąż   jesteś   kawalerem?   Dziedziczysz   majątek   i   tytuł 
książęcy, jesteś przystojny, wytwornie się wyrażasz i zawsze jesteś nienagannie ubrany. Twoi 

rodzice z pewnością nalegali, żebyś się ożenił?

- Nie dawałem im ku temu zbyt wielu okazji.

- Rzeczywiście. Czy zawsze musisz uciekać od swojego przeznaczenia?
Jego szare oczy zwęziły się.

-   A   któż   by   chciał   zastępować   brata?   To   nie   ja   miałem   być   dziedzicem   majątku   i 

nazwiska. Nigdy nie chciałem być księciem. To Oliver był spadkobiercą. Był stworzony do tej 

roli.

- Twój brat nie żyje - powiedziała cicho.

- Wiem o tym. Jestem odpowiedzialny za jego śmierć, tak jakbym to ja go zastrzelił.
- Czasem, choćby w tej chwili, marzę o tym, aby cię z całej siły kopnąć.

Blake wybuchnął śmiechem.
- Mój drogi - ciągnęła - masz takie samo prawo do tytułu książęcego, jak ja do mojego 

nazwiska. Żadne z nas nie miało wpływu na to, co wyznaczył nam los, ale musimy się z tym 
pogodzić. W końcu nie jest najgorzej.  I chociaż  pozbawiono mnie ukochanego rodzinnego 

domu, mogę czytać ulubione książki i skakać na koniu przez przeszkody, a ty, choć straciłeś 
ukochanego brata, lubisz elegancki świat, do którego przecież należysz. Wiesz, jak twój ojciec 

w   rozmowie   ze   mną   opisał   twego   brata?   Nazwał   go   cudownym   chłopcem   pod   każdym 
względem.  Jednym z  tych nielicznych,  którym wszystko  wychodzi,  czego  tylko się dotkną. 

Pomyślałam, że to opis doskonale pasujący... do ciebie. Spojrzał na nią ze zdumieniem.

- Jesteś szalona.

- Niedawno opowiadał mi - ciągnęła - o wszystkich innowacjach, które wprowadziłeś w 

majątkach Insleyów. Sama niejednokrotnie miałam okazję podziwiać, jak świetnie jeździsz 

konno i powozisz, jak cudownie tańczysz i prawisz komplementy surowym matronom. Tommy 
Carrington zachwycał się twoją grą w piłkę, a lord Braxton nieprawdopodobną zręcznością w 

posługiwaniu   się   szpadą.   Musisz   zaakceptować   to,   co   ci   los   przeznaczył,   Theo.   Jesteś 
doskonały lub przynajmniej niezrównany. Nie mogę się nadziwić, że jestem z tobą w takiej 

background image

dobrej komitywie, ponieważ na ogół nie lubię chodzących ideałów. I albo straciłam rozum, 
albo twój perfekcjonizm jest jedynie maską szorstkiego prostaka przedkładającego zwierzęta 

nad ludzi.

Lord Blake westchnął.

- Czyżbyś rzeczywiście nigdy nie zniżała się do pochlebstw?
- Mój drogi Theo - odparła - przez cały dzień słyszysz tyle pochlebstw od zabiegających 

o twe względy pań, że straciłabym do siebie szacunek, gdybym zniżyła się do prawienia ci 
komplementów z powodu twoich niezaprzeczalnych talentów na parkiecie... nawet, jeśli jesteś 

najlepszym partnerem, jakiego kiedykolwiek miałam.

- Teraz wiem, dlaczego tak długo tkwię w Londynie.

Jego uśmiech był jak pieszczota.
- Dlaczego? - zapytała.

- Znalazłem wreszcie kobietę, która z gracją i wyczuciem potrafi tańczyć walca.
-   Byłbyś   rozczarowany,   widząc,   jak   tańczyłam   go   po   raz   pierwszy   w   Almack's. 

Usiłowałam prowadzić.

Lord Blake stłumił śmiech.

- Problem większości ludzi polega na tym, że tańcząc walca,  usiłują przez cały czas 

dominować.   Ja   natomiast   czuję,   że   walca   powinno   tańczyć   dwoje   ludzi   o   tych   samych 

umiejętnościach, którzy chcą się dopełnić. Chyba właśnie dlatego tak dobrze nam to wychodzi.

Lord Blake ze zdumieniem, ale i satysfakcją, obserwował, jak oblała się rumieńcem.

- No, no, czyżby tych dwoje zaczynało się dogadywać? - zauważyła panna Carrington, 

ruchem   głowy   wskazując   pannę   Glyn   i   lorda   Blake'a,   którzy   po   skończonym   tańcu   zajęli 

stojące pod ścianą dwa wolne fotele i zagłębili się w rozmowie.

- Każdego zastanawia przedłużający się pobyt Blake'a w Londynie i częste towarzyszenie 

Kate  - rzekł Fairfax. - Jestem gotów się założyć,  że ta jego skłonność mocno skomplikuje 
sytuację lady Inglewood. Będzie musiała rozejrzeć się za kimś innym. Rzecz w tym, czy ktoś 

jeszcze ją zechce.

- Niewątpliwie, choć czekanie na księcia sprawiło, że najlepsze lata ma już za sobą - 

odparła panna Carrington. - Teraz liczyć już może jedynie na jakiegoś łowcę posagu.

Ostatnie dwa tygodnie były dla lady Inglewood prawdziwym horrorem. Cały Londyn 

zauważył,  że  lord Blake  coraz   częściej  dotrzymuje  towarzystwa  pannie  Glyn,  że lubi  z  nią 
rozmawiać i tańczyć i nie interesuje się innymi kobietami.

Rzucało się również w oczy, że przestał bywać w domu Inglewoodów. W ciągu dwóch 

tygodni   nie   był   u   niej   z   wizytą   ani   razu,   a   kiedy   spotkali   się   w   klubie   czy   na   przyjęciu, 

background image

ograniczał się jedynie do uprzejmego przywitania, zapytania o zdrowie jej ojca, a potem, pod 
byle pretekstem odchodził, aby wesoło spędzić czas w towarzystwie panny Glyn.

Jego nazwisko ani razu nie pojawiło się w karnecie lady Inglewood.
Nie bez zdumienia zauważono również, że lord Inglewood nie mówi już o zbliżającym 

się małżeństwie córki z Blakiem.

Upokorzenie   okazało   się   dla   lady   Inglewood   dotkliwsze,   niż   sądziła.   Straciła   Thea 

Blake'a   i   nadzieję   na   tytuł   księżnej...   za   sprawą   Kate   Glyn.   Była   na   ustach   wszystkich, 
plotkowano o niej, wyśmiewano się z niej i użalano nad nią. A wszystko przez tę prymitywną 

prostaczkę.

Czując, że budzi się w niej żądza mordu, ruszyła dumnym krokiem przez salę. Lord 

Falkhurst, który z nią tańczył już raz tego wieczoru, szybko podszedł do niej.

- Uważaj, Priscillo - rzekł - twoje rozdrażnienie staje się zbyt widoczne.

- Żmija - syknęła, wskazując Katharine Glyn, która wciąż siedziała z lordem Blakiem, a 

obok stała grupa ich przyjaciół: lord Braxton, Carringtonowie i Jeremy Fairfax. - Gdybym 

miała pazury, zdarłabym jej ten bezczelny uśmiech z twarzy. Ona to wszystko robi, żeby mnie 
upokorzyć.

- Ta jędza jest ostatnio bardzo aktywna - przyznał ponuro Falkhurst. - Jestem pewien, 

że to ona nastawiła Georginę Fairfax przeciw mnie. Żmija! Rozpierała ją radość, gdy panna 

Fairfax   poinformowała   mnie  o   swoich  absurdalnych   zaręczynach   z   tym   wiejskim   gburem. 
Dałbym głowę, że to ona ich skojarzyła.

- Och, nie ma co do tego wątpliwości. Nasza panna Glyn uwielbia wtykać nos w nie 

swoje sprawy. To jej zawdzięczam, że lord Blake odwrócił się ode mnie.

- Być pokonanym przez tego  parweniusza  - powtarzał  ze  złością  Falkhurst.  - Niech 

diabli go wezmą! Niech diabli wezmą ich wszystkich!

Uczucia   lady   Inglewood   były   identyczne.   Patrzyła   na   rozbawioną  grupę   i   czuła,   jak 

narasta w niej złość. Dać się okpić przez taką Fairfax i upokorzyć przez tę jej przyzwoitkę!

- Uważam, że dosyć już przez nich wycierpieliśmy - powiedziała ze złością.
Lord Falkhurst ożywił się nagle.

- Czy nie przyszło ci na myśl, że być może dałoby się coś zrobić?
- Co proponujesz?

- Dotarła dziś do mnie pewna bardzo interesująca informacja o balu z okazji zaręczyn 

panny Fairfax z jej błędnym rycerzem.

- I jakie ma to dla nas znaczenie?
- Ogromne, droga przyjaciółko, jeśli chcesz ujrzeć, jak ten związek z hukiem się rozpada 

background image

i jak ta banda zostaje w ciągu dwóch tygodni definitywnie rozgromiona.

- A Katharine Glyn?

-   Sądząc   po  jej   przywiązaniu   do   panny   Fairfax,   otrzyma   cios,   którego   nie   powinna 

przeżyć.

- To fascynujące, Falkhurst. Mów dalej. Zamieniam się w słuch.

background image

15

Następnego ranka panna Fairfax i panna Glyn siedziały w salonie i przeglądały poranną 

pocztę.   Bileciki   z   gratulacjami   zaczynały   napływać   szerokim   strumieniem   i   stos 
korespondencji do panny Fairfax pęczniał z każdą chwilą. Rozpromieniona brała do ręki jeden 

bilecik po drugim i jej entuzjastycznym okrzykom nie było końca.

- Och, spójrz! - zawołała w pewnej chwili. - To list od pani Foote.

- Nie ekscytuj się tak, moja droga - odpowiedziała panna Glyn, biorąc do ręki leżące na 

stoliku czasopismo.

-   Kate!   Ona   pisze,   że   ma   możliwość   uszycia   dla   mnie   sukni!   To   podobno   jakiś 

nadzwyczajny fason.

- Zastanawiające - zauważyła panna Glyn, unosząc wzrok znad okładki magazynu.
- To fantastyczne! Może mi uszyć tę suknię na mój zaręczynowy bal.

- Ciekawa jestem, jak zerwała się ze smyczy Panny Doskonałej?
- Wcale mnie to nie interesuje - odparła panna Fairfax. - Najważniejsze, że będę miała 

suknię uszytą przez najlepszą krawcową w Londynie.

I jeszcze tego dnia wybrała się po południu do pracowni pani Foote, żeby ta mogła 

wziąć miarę.

Po tygodniu sir William Atherton otrzymał bilecik napisany ręką ukochanej z prośbą by 

spotkał  się z nią w pracowni  słynnej pani Foote, a potem zabrał  ją na lunch.  Zaskoczony 
odwołał spotkanie z Blakiem i udał się na miejsce spotkania o podanej na bilecie godzinie. 

Jednak,   ku   swemu   rozczarowaniu,   w   pracowni   nie   zastał   Georginy.   Pulchna   kobieta   w 
średnim wieku, która przedstawiła mu się jako właścicielka pracowni, powiedziała:

- Panna Fairfax poprosiła mnie, abym przekazała panu najszczersze wyrazy ubolewania, 

gdyż jej ciotka i wuj Egertonowie wezwali ją nagle i niestety musi odwołać spotkanie z panem.

Sir William z niepokojem pomyślał, jak wyjaśni przyjacielowi tę zaskakującą zmianę 

planów.

- Aby pańska wyprawa tu nie była bezowocna, chciałabym zaprezentować kreację panny 

Fairfax na zaręczyny.

Ponieważ wszystko, co dotyczyło ukochanej, bardzo sir Williama interesowało, zgodziły 

się z ochotą na propozycję krawcowej i pani Foote zniknęła na zapleczu, aby po chwili zjawić 

się znowu z suknią w ręku.

Sir William z zachwytem patrzył na suknię. Co prawda niewiele się znał na kobiecej 

modzie,   ale   potrafił   docenić   piękno.   Suknia   składała   się   z   tuniki   ze   srebrnego   jedwabiu   i 
pajęczej  sieci ozdobionej girlandami  pereł  i diamentów.  Rękawy  były  prawie  niewidoczne. 

background image

Stanik również.

- Jest wspaniała! - zawołał.

- Proszę zwrócić uwagę na jakość wykonania i lekkość trenu - powiedziała pani Foote, 

podnosząc do góry suknię. - Och, pańska narzeczona będzie w niej wyglądała jak księżniczka. 

W całej Anglii nie znajdzie pan takiej drugiej.

- Jest bardzo piękna - wymamrotał sir William, wyobrażając sobie, jak będzie w niej 

wyglądała   Georgina.   Po   kilku   minutach   pożegnał   panią   Foote   i   wyszedł   poszukać   lorda 
Blake'a. który zgodnie z jego oczekiwaniami długo natrząsał się z przyjaciela, że tak szybko 

daje się narzeczonej wodzić za nos.

Po kilku godzinach rozstali się i sir William poszedł do klubu, gdzie, spotkawszy trzech 

kolegów   ze   szkolnej   ławy,   przesiedział   kilka   następnych   godzin   przy   winie,   wspominając 
dawne lata. Kiedy w końcu pożegnał przyjaciół, czując, że nadmiar wypitego wina zaczyna 

uderzać mu do głowy, nagle usłyszał, że ktoś go woła:

- Sir Williamie! Sir Williamie! Co za zbieg okoliczności, że się tu spotkaliśmy!

Zdumiony odwrócił się i ujrzał lorda Falkhursta, który rozpromieniony szedł w jego 

kierunku. Po chwili poczuł, że Falkhurst bierze go pod ramię i prowadzi w kierunku prywatnej 

loży.

-   Muszę   panu   pogratulować   -   rzekł   Falkhurst.   -   Zdobycie   pięknej   panny   Fairfax   to 

wielki sukces - dodał, popychając młodzieńca na fotel i dając znak kelnerowi. - Musimy to 
koniecznie uczcić szampanem.

-   To   bardzo   uprzejme   z   pana   strony   -   zdołał   powiedzieć   sir   William.   Wylewność 

Falkhursta,   który   zachowywał   się   tak,   jakby   spotkał   od   dawna   niewidzianego   przyjaciela, 

wprawiła go w zakłopotanie. Widząc jednak butelkę szampana, która błyskawicznie zjawiła się 
na   ich   stole,   i   kieliszki,   które   równie   szybko   zostały   napełnione,   nie   chciał   zbytnią 

dociekliwością   obrazić   gospodarza.   Podniósł   więc   swój   kieliszek   i   jednym   haustem   go 
opróżnił. Zawartość kieliszka była nieustannie uzupełniana.

- Szczęściarz z ciebie, Atherton - rzekł Falkhurst, siadając naprzeciw gościa. - Ogromny 

szczęściarz - powtórzył. - Ja od tak dawna się starałem o względy Georginy, ale kiedy ona wbije 

coś sobie do głowy, to trudno ją od tego odwieść.

- Ja... nie bardzo rozumiem.

- Przyjacielu! - zawołał ze śmiechem Falkhurst. - Georgina już tego wieczoru, kiedy cię 

poznała, powiedziała do mnie, że wyjdzie za ciebie za mąż. Zepsuła mi wtedy cały wieczór.

- Co też pan opowiada! - zdziwił się sir William.
- Błagałem ją, niemal każdego dnia. Czasem nawet na kolanach. Jednak ona jest uparta 

background image

jak dziecko. Zdecydowała, że woli piękny wygląd od najpiękniejszego nawet majątku. No cóż, 
zauważ proszę, że z jej majątkiem stać ją nawet na poślubienie kominiarza, jeśli taka myśl 

przyjdzie jej do głowy. Ale do dna, przyjacielu.

Sir William machinalnie opróżnił zawartość kolejnego kieliszka. Może szampan pomoże 

mu zrozumieć sens tego, co mówił Falkhurst.

- Nie wiedziałem, że pan i Georgina byliście aż tak... zaprzyjaźnieni - powiedział, a ku 

jego zdumieniu, Falkhurst wybuchnął śmiechem.

- Z - z - zaprzyjaźnieni? - zawołał. - Dobre sobie!

- Powiedziałem coś zabawnego?
- Chcesz powiedzieć, że o niczym nie wiedziałeś?

- Nie wiedziałem o czym?
- Och, daj spokój, chłopie - zirytował się Falkhurst. - Nie udawaj głupiego. Cały Londyn 

zna prawdę o Georginie.

- Jaką prawdę? - zawołał z furią Atherton.

Falkhurst przez chwilę obserwował go w milczeniu.
- Georgina wspomniała mi dziś podczas lunchu, że masz klapki na oczach, ale nigdy nie 

przyszłoby mi do głowy...

- Lunch? - zdziwił się William Atherton. - Dzisiaj? Georgina jadła dziś lunch z panem?

- Oczywiście. Pod Białym Jeleniem.
- Niewierze.

- Dwaj kelnerzy mogą to w każdej chwili potwierdzić.
- Georgina jadła lunch z Egertonami! - zawołał z rozpaczą Atherton.

- Jeśli w to wierzysz, to jesteś większym durniem, niż przypuszczałem - rzekł Falkhurst 

z szyderczym uśmiechem.

- Georgina nie mogłaby mnie okłamać.
- Nie? Wobec tego, gdzie twoja nieskazitelna narzeczona była w czwartek wieczorem?

- Z bólem głowy poszła wcześnie do łóżka.
- Och, poszła do łóżka, oczywiście, ale nie powiedziałbym, że z bólem głowy.

Sir William chlusnął mu zawartością kieliszka w twarz, po czym jak szalony wybiegł z 

klubu.

W poniedziałek rano sir William szedł jak zwykle na codzienne zajęcia do Jackson's, 

dzień był pogodny i ciepły, ale nie zwracał na to uwagi. Wciąż myślał o tym, co w sobotę 

usłyszał   od   Falkhursta   i   lady   Inglewood   musiała   trzykrotnie   powtórzyć   jego   imię,   żeby 
oprzytomniał.

background image

- Dzień dobry, sir Williamie - zawołała ponownie.
- Och! Lady Inglewood, proszę o wybaczenie. Byłem trochę... nieobecny.

- Myśląc zapewne o zbliżających się zaślubinach - odparła z uśmiechem lady Inglewood. 

- Cały Londyn mówi o waszych zaręczynach. Wszyscy spodziewali się, że Georgina poślubi 

Falkhursta.

- Falkhursta?

- Ich wzajemne uczucie wydawało się tak trwałe i żarliwe - ciągnęła lady Inglewood - i 

naturalnie,   gdy   związek   staje   się   tak...   bliski...   jak   ich,   każdy   myśli   o   czymś   takim   jak 

małżeństwo. Ale pan, sir Williamie, wszystkich nas wyprowadził w pole. Moje gratulacje.

- Lady Inglewood - zawrzał z gniewu sir William, chwytając ją za przegub dłoni - czy 

chce pani powiedzieć, że Georgina miała romans z lordem Falkhurstem?

-   Oczywiście!   Czyżby   pan   o   tym   nie   wiedział?   Cały   Londyn   wie   o   tym   od   sześciu 

miesięcy.

- Nie wierzę pani - zawołał z oburzeniem, odpychając ją od siebie.

-   Nie   jestem   przyzwyczajona   do   tego,   by   mi   zarzucano   kłamstwo.   Gdybym   była 

mężczyzną, wyzwałabym pana na pojedynek za taką obrazę. Mówię tylko to, co jest publiczną 

tajemnicą. Mówi się nawet, że Falkhurst i panna Fairfax spotykają się wieczorem, kiedy nie 
ma Katharine Glyn. Oczywiście są ku temu okazje, gdy panna Glyn uczestniczy w spotkaniach 

towarzyskich, a Georgina zostaje w domu... sama. Nie byłabym zaskoczona, gdyby się okazało, 
że to sama panna  Glyn pomaga  aranżować te  spotkania.  Jest przecież  w takich  sprawach 

biegła. Georgina często mówiła, że gdyby nie jej pomoc, nigdy by się jej nie udało przyciągnąć 
pana do siebie. To oczywiście absurdalne. Każdy przecież wie, jak bardzo ją pan kocha. Bo 

jakże   inaczej   ignorowałby   pan   jej   przeszłość   i   decydował   się   poślubić   wbrew   opinii 
przyzwoitych ludzi?

- Przeszłość Georginy jest bez zarzutu. Bez zarzutu!
- Jeśli pan tak uważa - odparła lady Inglewood, wzruszając ramionami.

-   Nie   pozwolę,   lady   Inglewood,   zniesławiać   mojej   narzeczonej   ani   publicznie,   ani 

prywatnie!

- Drogi sir Williamie, powiedziałam panu tylko to, co słyszałam od wielu innych osób. 

Oczywiście, byłam pewna, że pan o tym wszystkim wie. Proszę jednak o wybaczenie,  jeśli 

mimowolnie pana obraziłam.

- Obraziłam?  - powtórzył,  trzęsąc  się z oburzenia.  - Obraziłam?  Nazywając kobietę, 

którą bezgranicznie kocham, publiczną dziewką, pani mnie pyta, czy nie jestem obrażony?

- Naprawdę przepraszam. Ja...

background image

- Nie będę tu stał i wysłuchiwał tych ohydnych kłamstw. Żegnam, lady Inglewood - 

rzucił z furią i ruszył w przeciwnym kierunku, zapominając o swoich zajęciach w klubie.

Jak śmiała, powtarzał w duchu, jak miała czelność insynuować, że Georgina mogła tak 

postąpić? Jak ktokolwiek mógł uważać Georginę za publiczną dziewkę? Czystość i niewinność 

ma przecież wypisane na twarzy.

A jednak - zatrzymał się nagle - jeśli wszyscy o tym mówią, to chyba coś w tym jest.

Nie! To niemożliwe! Znał duszę Georginy, tak jak ona znała jego. Stała przed nim czysta 

i nietknięta. Jej niewinność była prawdziwa, to nie żadne pozory.

A jednak, pomyślał, wlokąc się do domu, Falkhurst często kręcił się przy Georginie i ona 

zdawała się lubić jego towarzystwo. Poza tym parę tygodni temu mówiło się, że Falkhurst 

zdecydował   postawić   wszystko   na   jedną   kartę   i   uciec   z   nią   do   Gretna   Green.   Wprawdzie 
Georgina śmiała się z tej historii, ale czyż w każdej plotce nie ma odrobiny prawdy?

A jednak...
Targany   sprzecznymi   uczuciami   dotarł   wreszcie   do   domu,   gdzie   przez   dobre   trzy 

godziny krążył po salonie, nie mogąc się pozbyć ani narastającego gniewu, ani nurtujących go 
wątpliwości. Gdyby tylko mógł zwrócić się z tym do przyjaciół! Ale jak mógł te straszne myśli 

wyrazić słowami? W końcu, czując, że zaczyna się dusić, zdecydował się wyjść, wierząc, że 
spacer na świeżym powietrzu przywróci mu rozsądek i ukoi nerwy. Jednak natychmiast po 

wyjściu na ulicę ponownie wpadł na Falkhursta.

- Niech mi pan zejdzie z drogi - warknął przez zaciśnięte zęby.

- Atherton, proszę, muszę z tobą chwilę porozmawiać - rzekł Falkhurst, kładąc mu na 

ramieniu dłoń, którą sir William z odrazą strącił.

-   Nie   mam   panu   nic   do   powiedzenia   i   nie   chcę   mieć   z   panem   nic   wspólnego   - 

oświadczył, usiłując go wyminąć, ale hrabia ponownie zastąpił mu drogę.

-   Doskonale,   aleja,   drogi   chłopcze,   mam   tobie   coś   ważnego   do   powiedzenia.   Chcę 

przeprosić i błagać o wybaczenie za wszystko, co powiedziałem w sobotę wieczorem i co mogło 

cię obrazić. Ja... byłem pijany i tak, przyznaję, zżerała mnie zazdrość, że zdobyłeś kobietę, 
którą kocham nad życie. Z pewnością, kochając Georginę tak, jak ja ją kocham, zrozumiesz, co 

wycierpiałem w ciągu minionego tygodnia.

- Chyba... tak - odrzekł z wahaniem sir William.

-   Od   soboty   wymyślam   sobie   od   ostatnich.   Proszę,   Atherton,   bądź   dżentelmenem, 

którym ja, niestety, nie byłem tamtego wieczoru, i przyjmij moje przeprosiny.

Sir William obserwował w milczeniu jego twarz, czując, jak gniew powoli zaczyna go 

opuszczać.

background image

- No dobrze - odparł z westchnieniem. - Przyjmuję pańskie przeprosiny.
- Równy z ciebie gość! Możesz mi podać rękę na zgodę?

Kolejne westchnienie i dwie męskie dłonie połączyły się.
- Niech Bóg cię błogosławi, Atherton - zawołał uszczęśliwiony Falkhurst. - Nie potrafię 

ci powiedzieć, jaki ogromny ciężar zdjąłeś mi z serca. Od dwóch dni nie mogłem spać, tak mi 
to nie dawało spokoju. To, co wtedy powiedziałem, jest niewybaczalne.

- W porządku, Falkhurst - odparł spokojnie sir William. - Rozumiem i podaję ci rękę na 

zgodę.

-   Pozwól   jednak,   że   spróbuję   się   jakoś   zrehabilitować.   Jadłeś   już?   Zrób   mi   tę 

przyjemność i chodź ze mną na lunch.

- Doprawdy, to wcale niepotrzebne.
- Nalegam!

- Właściwie nie jestem głodny.
- Wciąż jesteś na mnie wściekły, to widać. No cóż - westchnął - powinienem był się tego 

spodziewać.

- Nie, to nie o to chodzi. - Sir William był wyraźnie zmieszany. - Rzecz w tym, że ja... No 

dobrze... będzie mi miło zjeść z panem lunch, milordzie - rzekł w końcu.

Lord  Falkhurst  wziął   go  pod rękę  i  wprowadził   do  eleganckiej  restauracji,  w której 

często bywał ze swoimi przyjaciółmi. Po chwili sir William siedział już przy ogromnym stole 
naprzeciwko hrabiego. Sala restauracyjna usytuowana była na dwóch poziomach. Z wyższego, 

gdzie siedzieli obydwaj panowie, doskonale widać było całe wnętrze restauracji. W rogu sali 
kwartet   smyczkowy   cicho   grał   Haydna,   podczas   gdy   dookoła   słychać   było   gwar   wesołych 

rozmów.

Lord Falkhurst wyraził zdziwienie, że sir William nigdy tu jeszcze nie był.

- Dziwne - powiedział. - Sądziłem, że Georgina... Najważniejsze, że w końcu tu jesteś. 

Jedzenie jest wyśmienite, obsługa bez zarzutu, a piwnica doskonale zaopatrzona w wino.

- Och, lordzie Falkhurst - powiedział kelner, odbierając karty. - Jak miło znowu pana 

widzieć. Mademoiselle nie ma dziś z panem?

- Cóż... nie, Parkins - odrzekł Falkhurst. - Zaczniemy chyba od zupy szparagowej, a 

potem...

Lord   Falkhurst   złożył   zamówienie,   podczas   gdy   sir   Williama   ponownie   opadły 

wątpliwości. Mademoiselle? Czyżby ten durny kelner miał na myśli Georginę? Sądząc po tym, 

co Falkhurst powiedział  w sobotę i dziś, kelner nie mógł mieć na myśli nikogo innego. Z 
drugiej jednak strony Falkhurst interesował się wieloma kobietami. Może to zupełnie ktoś 

background image

inny, jakaś aktorka lub tancerka? Patrząc jednak na zimną, arystokratyczną twarz Falkhursta, 
sir William odrzucił tę myśl.

Podniósł do ust kieliszek z winem, gdy nagle dobiegł go znajomy śmiech. Burgund oblał 

mu   dłoń,   gdy   osłupiały   odstawiał   kieliszek   na   stół,   starając   się   zlokalizować   źródło   tego 

śmiechu. Po chwili usłyszał go znowu. Dochodził z dołu.

Lord Falkhurst, widząc dziwny wyraz twarzy gościa, opadł na oparcie krzesła, a kąciki 

jego ust zadrżały w uśmiechu.

- To prawda, przysięgam! Bardzo go kocham, pomimo wszystkich jego słabości.

- Georgina!
Sir William czuł, jak serce zaczyna mu mocno bić.

- Masz bardzo wyrozumiałą naturę - zauważyła jej towarzyszka.
- Nie jestem święta, Priscillo - odparła panna Fairfax. - Wszyscy mamy jakieś wady, 

nawet mój najdroższy narzeczony.

- Niemożliwe! - zawołała lady Inglewood, nie kryjąc zdumienia. - Nie sir William!

- Nawet on.
-   Teraz   rozumiem.   Urzekła   cię   piękna   twarz.   Blondyn   czy   ciemnowłosy,   jak   twój 

kompan podczas sobotniego lunchu, to dla ciebie wszystko jedno.

-   No,   niezupełnie   -   odparła   panna   Fairfax   i   obydwie   panie   znowu   wybuchnęły 

śmiechem.

- Przepraszam - mruknął Falkhurst. - Nie sądziłem, że Georgina zjawi się tu trzy dni 

pod rząd. Posłuchaj, Atherton, chociaż jesteśmy rywalami, to czy w tym wypadku nie możemy 
się zachować jak dżentelmeni?

-   Niech   cię   diabli   wezmą,   Falkhurst   -   rzucił   z   furią   sir   William.   Odsunął   krzesło, 

gwałtownie wstał i cisnął serwetkę na stół jak rękawicę. - Obyś trafił na samo dno piekła!

Rzucił   się   do   wyjścia,   roztrącając   gości   i   kelnerów,   którzy   uciekali   przed   nim   w 

popłochu.   Oczy   wszystkich   obecnych   skierowały   się   na   niego,   w   tym   również   oczy   panny 

Fairfax.

- William! - zawołała, zrywając się z krzesła. - William!

Jednak jej wołanie pozostało bez echa.
Tego   wieczoru   jeszcze   przed   dziewiątą   sir   William   Atherton   cisnął   butem   w   swoją 

gospodynię,  grubiańsko   potraktował   Petera   Robbinsa,   wyrzucając  go  z  domu bez   żadnego 
wyjaśnienia, opróżnił prawie dwie butelki brandy, gdy do salonu nieśmiało zajrzała gospodyni.

- Sir Williamie? Właśnie doręczono mi ten list.
- Wrzuć do ognia - burknął, leżąc twarzą w dół na obitej błękitnym brokatem sofie.

background image

-   Ależ,   sir,   lokaj,   który   go   przyniósł,   powiedział,   że   to   pilne   i   że   trzeba   to   panu 

natychmiast doręczyć.

- Lokaj?
- Z rezydencji Inglewoodów.

- Czego oni mogą ode mnie chcieć? - zapytał, próbując usiąść.
- Mam tu ten list, sir - powiedziała gospodyni.

- Daj go, kobieto! Nie mogę go przecież czytać na odległość.
Gospodyni szybko podała mu list i jeszcze szybciej wymknęła się z pokoju.

Sir William rozerwał kopertę niepewnymi rękami, ale potrzebował paru minut, aby się 

skupić i zacząć czytać.

Drogi sir Williamie!
Zazwyczaj nie mieszam się do takich spraw, gdy jednak w grę wchodzi mój honor,  

muszę się bronić.

Jeśli pan chce się przekonać, czy to, co mówiłam, jest prawdą, to proszę zjawić się 

dziś przed rezydencją Fairfaksów przy Russel Court nie później niż o jedenastej wieczorem. 
Georgina wyznała mi, że planuje na dziś randez - vous z lordem Falkhurstem i że zawsze 

spotykają się przy południowo - zachodnim wejściu do domu, zanim udadzą się do jej pokoju  
na prywatną rozmowę.

Jeśli nie wierzy pan w moją informację, wystarczy, że pójdzie pan dziś wieczorem 

pod   dom   swojej   narzeczonej,   a   wtedy   przekona   się   pan,   że   każde   moje   słowo   było  

prawdziwe. Oczekuję jutro rano pańskich przeprosin.

Lady Priscilla Inglewood

Zmiął kartkę w maleńką kulkę i przez chwilę trzymał ją w zaciśniętej pięści.
- A niech ją wszyscy diabli - mruknął, po czym z trudem stanął na chwiejnych nogach.

Zmięty list wylądował w kominku.
Wyciągnął nową butelkę brandy, nalał do pełna i ponownie zaczął krążyć po pokoju, 

paraliżowany przez gniew i narastający strach, że jego życie może lec w gruzach tej nocy.

Podkradając   się   do   rezydencji   Fairfaksów,   był   już   niemal   trzydzieści   metrów   od 

południowo - zachodniego skrzydła  domu, gdy nagle przy drzwiach  wejściowych  zauważył 
jakąś parę w namiętnym uścisku. Zamarł w bezruchu, a serce podeszło mu do gardła. Ten 

mężczyzna to pewnie Falkhurst, a kobieta... Jej czarne włosy spływały na ramiona i plecy; 
srebrna suknia z leciutkiej jak pajęcza sieć tkaniny, ozdobionej festonami pereł i diamentów 

uwydatniała jej piękną figurę.

Georgina!

background image

To nie mógł być nikt inny. Georgina, ubrana w suknię uszytą specjalnie na bal z okazji 

ich zaręczyn, całowała lorda Falkhursta z namiętnością, którą, jak do niedawna sir William 

wierzył, żywiła tylko do niego. Poczuł, że fala mdłości podchodzi mu do gardła, gdy miłośnie 
objęta para rozłączyła się i sylwetka Georginy znalazła się w półmroku.

- Czy możemy wejść, ukochana? - wymruczał Falkhurst, wodząc palcem po jej smukłym 

ramieniu.   W   odpowiedzi   zarzuciła   mu   ramiona   na   szyję   i   ponownie   go   objęła.   W   końcu 

rozłączyli się i objęci wpół weszli do domu.

William   Atherton   nie   mógł   już   opanować   mdłości.   Po   kilku   minutach,   kiedy   jakoś 

doszedł do siebie, przesunął drżącą dłonią po włosach. Patrząc na drzwi, za którymi zniknęła 
para cudzołożnych kochanków, usiłował zrozumieć, co się stało.

Kobieta,  którą kochał nad życie,  zdradzała  go i kpiła  z niego, a cały  Londyn o tym 

mówił! Śmiali się z niego od tygodni, a on o niczym nie wiedział. Upokorzenie oblało jego 

twarz purpurą. Nawet przyjaciele trzymali to przed nim w tajemnicy. Nawet Theo nie zrobił 
nic, by go wyciągnąć z tej pułapki. Ożeniłby się z Georgina, a później szydzono by z niego jako 

z największego rogacza w Anglii.

Nagle w jednym z okien na pierwszym piętrze domu Fairfaksów zapaliło się światło. 

Falkhurst zbliżył się do okna i przyciągnąwszy do siebie Georginę, powoli zaciągnął zasłony.

Jednak sir William zobaczył już i tak wystarczająco wiele.

Wczesnym rankiem następnego dnia sir William zjawił się przy drzwiach wejściowych 

domu Falkhursta ze śladami bezsennej nocy na twarzy, potarganymi włosami i w wymiętym 

ubraniu. Prawą dłoń zacisnął na szpadzie, lewą z furią walił w drzwi. Kiedy w końcu stanął w 
nich majordomus, sir William brutalnie odepchnął go i wbiegł do środka, głośno domagając 

się wyjścia lorda Falkhursta, obrzucając go jednocześnie najgorszymi epitetami, jakie mu tylko 
przyszły do głowy podczas tej koszmarnej, bezsennej nocy.

Po chwili lord Falkhurst, w czarnym, jedwabnym szlafroku, pojawił się na podeście.
- Co to ma znaczyć, Atherton? - zapytał chłodno, schodząc powoli na dół.

- Usiłowałem go zatrzymać - wyjaśniał drżącym głosem służący - ale on...
- W porządku, Langton - powiedział Falkhurst. - Dam sobie radę. Możesz odejść.

Stary sługa pospiesznie opuścił hol.
- Słucham, Atherton. Czego chcesz?

W   odpowiedzi   sir   William   uderzył  go   z  całej   siły   w  twarz   i   jego   lordowska   mość  z 

ogromnym tylko trudem powstrzymał wybuch gniewu.

- Chyba nie bardzo wiesz, co robisz - rzekł z doskonale wyreżyserowanym zdumieniem.
- Wiem.

background image

- Mam więc rozumieć, że mnie wyzywasz?
- Tak - rzucił William przez zaciśnięte zęby.

- Ale dlaczego?
- Dobrze wiesz, dlaczego! Za upodlenie uczciwej kobiety i za moje poniżenie. Znajdź 

lepiej jakąś szpadę, Falkhurst. Nie zabiję przecież nieuzbrojonego człowieka.

- Co, chcesz się ze mną bić bez sekundantów?

- Zabiję cię jak psa, którym i tak zresztą jesteś.
- Doskonale - rzekł z westchnieniem Falkhurst - jeśli nalegasz.

Wprowadził Athertona do gabinetu, zdjął ze ściany szpadę, zrzucił szlafrok, odsunął 

parę krzeseł na bok i stanął na środku pokoju.

- Jestem gotów - rzekł.
Wykonali symulowany gest powitania i po chwili rozległ się brzęk uderzających o siebie 

kling. Sir William z furią zaatakował, ale Falkhurst bez trudu ten atak odparł. Sir William 
zaatakował jeszcze raz i jeszcze raz, jednak jego przeciwnik, górując nad nim umiejętnościami 

i opanowaniem, nie dawał mu żadnych szans.

- Niech cię piekło pochłonie, Falkhurst! Zabiję cię! Przysięgam, że cię zabiję! - ryknął sir 

William, rzucając się na znienawidzonego przeciwnika.

Jednak Falkhurst z łatwością posłał go na ziemię.

- Może byś i chciał, chłopcze - rzekł ironicznie - ale prawda jest taka, że nie potrafisz 

mnie pokonać. Błagam, dałeś już zrobić z siebie durnia, nie pozwól więc, aby to trwało dalej. 

Nie   uwiodłem   Georginy   Fairfax,   mój   drogi.   Chyba   nie   wierzysz,   że   byłem   jej   pierwszym 
kochankiem?

Atherton, ciężko dysząc, spojrzał na niego błędnym wzrokiem.
- Co to ma znaczyć?

- Dobry Boże, człowieku. Georgina swoją słynną łóżkową karierę zaczęła już w wieku 

siedemnastu lat. Z tego, co wiem, od tamtego czasu była kochanką pułkownika, barona, dwóch 

wicehrabiów   i   nawet   pewnego   księcia.   Oskarżanie   mnie   o   uwiedzenie   twojej   cudownej 
Georginy ma tyle samo sensu, co oskarżanie o uwiedzenie cesarzowej Francji. Zamiast szukać 

zemsty   na   mnie,   powinieneś   raczej   zwrócić   swój   gniew   przeciwko   prawdziwemu   sprawcy 
twojego... upokorzenia. Czy ty naprawdę uważasz, że mógłbym uwieść Georginę, gdyby ona 

sama tego nie chciała? Czy wyobrażasz sobie, że chciałbym ciągnąć nasz romans po ogłoszeniu 
waszych  zaręczyn,  gdyby  ona  sama   na  to  nie  nalegała?   Powiedziałem   ci  już,  że  nigdy  nie 

umiałem się jej oprzeć. Georgina potrafi być bardzo przekonująca, jeśli czegoś chce.

- A ona, oczywiście, chce ciebie - rzekł William, usiłując wstać.

background image

- Tak długo jak ją bawię, nie mam co do tego złudzeń. Wkrótce mnie porzuci, tak jak 

wcześniej porzucała innych.

- Jak mogłem tak dać się oszukać? - jęknął nieszczęśnik, opadając ciężko na krzesło.
- Mogę cię tylko pocieszyć, że nie jesteś pierwszy - dodał spokojnie Falkhurst. - Masz 

szczęście, że w porę odkryłeś prawdę.

- Dlaczego nikt nie powiedział mi o jej nikczemnej przeszłości? - zawołał z rozpaczą sir 

William.

- Uwierzyłbyś, gdyby ktoś na to się zdobył?

- Nie - wymamrotał sir William, usiłując pokonać nagłą suchość w gardle.
W   pokoju   zaległa   cisza  i   lord   Falkhurst   mógł   w   pełni   rozkoszować   się   efektownym 

zwycięstwem. Wszystko poszło tak, jak zaplanował.

- Jak ona śmie pokazywać się w towarzystwie z podniesioną głową?

- To cwana osóbka, ta nasza Georgina. Podczas swojej błyskotliwej kariery pozyskała 

wielu wpływowych przyjaciół. Gdy ktoś z tytułem, powiedzmy, księcia, życzy sobie, aby była 

traktowana w towarzystwie jak osoba bez skazy, to Georgina wie, że nic jej nie grozi. Mając 
takich protektorów, jest pewna, że nikt nie odważy się stawić jej czoło.

- Ja to zrobię - zapewnił z determinacją William. - Zemszczę się. Pokażę jej, gdzie jest 

jej miejsce, przysięgam!

background image

16

Pojawienie się Georginy Fairfax na jej zaręczynowym balu wzbudziło ogromną sensację. 

Nigdy jeszcze Georgina nie wyglądała tak pięknie i nigdy też żadna kobieta nie widziała tak 
wspaniałej sukni.

Towarzysząca jej Katharine Glyn podeszła właśnie do lorda i lady Egertonów, żeby się z 

nimi przywitać, gdy nagle kątem oka spostrzegła lady Inglewood i lorda Falkhursta, którzy w 

odległym końcu sali z ożywieniem o czymś rozmawiali.

- Co oni tu robią? - zapytała ze zdumieniem.

- Ależ, moja droga. Nie mogliśmy przecież pominąć tak ważnych osób z najwyższych 

sfer - odparł lord Egerton. - Poza tym, sir William nalegał, żeby ich zaprosić, a ponieważ to 

narzeczony Georginy, Charlotte i ja pomyśleliśmy, że dobrze będzie spełnić jego życzenie.

- Rozumiem - odparła panna Glyn. Jednak wcale nie rozumiała. Dziwny ten Atherton, 

pomyślała, przechadzając się po sali. Nagle poczuła lęk.

- Stało się coś?

Podniosła głowę. Przed nią stał lord Blake, a na jego twarzy widać było zatroskanie.
- Czyżby sir William i lord Falkhurst zdążyli się tak szybko zaprzyjaźnić? - zapytała 

wprost.

Lord Blake patrzył na nią ze zdumieniem.

- Nie mogę w to uwierzyć - dodała.
- O ile wiem, z pewnością nie - odparł. - Chociaż nie widziałem Williama już od kilku 

dni.

- W takim razie dlaczego nalegał, aby zaprosić Falkhursta na dzisiejszy bal?

- To jakiś nonsens!
- Niestety to prawda. Wiem to od lorda Egertona i nie muszę cię chyba przekonywać, że 

bardzo   mnie   to   zaniepokoiło.   Falkhurst   to   trucizna,   pijawka,   która   żyje   na   cudzy   koszt   i 
zatruwa innych. Kto zbyt długo przebywa w jego towarzystwie, sam staje się taki jak on. - Po 

chwili milczenia z wymuszonym uśmiechem dodała: - Staję się obrzydliwie melodramatyczna. 
Nie zwracaj na mnie uwagi, Theo. Za bardzo dałam się ponieść wyobraźni.

- Tak, ale...
- Przepraszam, milordzie.

Lokaj lorda Blake'a, Maxwell, nieoczekiwanie zjawił się przed nimi.
- Max, co ty tu, u licha, robisz? - zawołał zdumiony lord Blake.

-   Pan   wybaczy,   milordzie   -   odrzekł   z   niezmąconą   powagą   Maxwell   -   ale   ten   list   z 

Danforth doręczono przed chwilą z usilną prośbą, żeby go pan przeczytał niezwłocznie.

background image

Sir William podszedł tymczasem do lady Inglewood i lorda Falkhursta.
- Nie miałem jeszcze okazji,  aby pani podziękować,  lady  Inglewood, za okazaną  mi 

życzliwość   i   uratowanie   od   tego   żałosnego   związku   -   powiedział.   -   Jestem   pani   ogromnie 
zobowiązany.

- Bardzo się cieszę, że mogłam pomóc.
- Kiedy masz zamiar uderzyć? - zapytał lord Falkhurst.

- Za chwilę, tak jak pan sugerował.
- A więc postanowione? - zapytał ponownie Falkhurst.

- Moja decyzja jest nieodwołalna - zapewnił William.
-   Sir   Williamie!   -   zawołała   lady   Egerton,   pospiesznie   podchodząc   do   Athertona.   - 

Szukałam pana. Lord Egerton pragnie wznieść toast. No chodźże wreszcie, niesforny chłopcze. 
W końcu to twój bal.

Mówiąc to, ujęła go pod ramię i pociągnęła za sobą na środek sali, gdzie czekał już lord 

Egerton, trzymając za rękę pannę Fairfax.

Lord Egerton uniósł do góry kieliszek szampana i poprosił o uwagę trzystu zebranych w 

sali gości. Gwar rozmów umilkł natychmiast i wszystkie oczy zwróciły się ku środkowi sali.

- Przyjaciele - powiedział. - Zebraliśmy się tu dziś z okazji zaręczyn mojej siostrzenicy, 

Georginy   Fairfax   z   sir   Williamem   Athertonem,   jak   wszyscy   się   pewnie   zgodzicie,   wielce 

obiecującym, młodym człowiekiem. Wypijmy więc za ich zdrowie i przyszłe szczęście.

Kieliszki zgodnie powędrowały do góry, a serca przepełniła radość, gdy nagle... William 

Atherton, z pobladłą twarzą, cisnął kieliszkiem o ziemię.

- Dosyć! - zawołał z gniewem. - Dosyć tej farsy! Po sali przebiegł szmer.

- William, co pan, u diabła... - zaczął lord Egerton.
- Ten bal to jedna wielka farsa - zawołał William Atherton - ale ja nie będę już dłużej 

grał w niej roli głupca. Zaręczyny panie i panowie, zerwane.

- William! - krzyknęła blada jak ściana panna Fairfax.

- Nie poślubiłbym  tej  dziewki  - wołał  Atherton, wskazując oskarżycielko  palcem na 

drżącą narzeczoną - tej nierządnicy, za żadne skarby świata!

- William, co ty mówisz? - krzyknęła z rozpaczą Georgina Fairfax.
- Nie rozumiesz, skarbie? - kpił Atherton. - Cóż, skoro nikt nie ma odwagi obnażyć 

twojej prawdziwej twarzy, muszę to zrobić ja. Czy ty naprawdę sądziłaś, że maska niewinności 
zasłoni brud twojej duszy? Powiedz mi, Georgino, czy po ślubie planowałaś przyprawić mi rogi 

z Falkhurstem, czy też zamierzałaś znaleźć nowego ogiera do swego łoża?

Lord Blake, przecisnąwszy się przez tłum gości, podszedł do stojącej na środku sali 

background image

oniemiałej grupy i położył dłoń na ramieniu Athertona.

- Straciłeś rozum czy się upiłeś? - syknął. - Przeproś natychmiast i wynoś się!

- Ja mam przeprosić? - zawołał Atherton, uwalniając ramię. - Ją? Kogoś, czyje miejsce 

jest   na   kupie   gnoju?   Na   pewno   nie   ja!   Znajdź   kogoś   innego,   kto   będzie   słuchał   twoich 

wzniosłych kazań, Theo! Powtarzam, twoja cudowna panna Fairfax to ladacznica i nie chcę 
więcej mieć z nią nic wspólnego!

Po tych słowach odwrócił się i z podniesioną głową ruszył w stronę wyjścia. W sali 

balowej rozpętało się istne piekło, gdy panna Fairfax osunęła się zemdlona na ziemię.

-   Georgina!   -   krzyknęła   panna   Glyn,   rzucając   się   na   kolana   obok   leżącej   bez   życia 

przyjaciółki.

Lord Blake wraz z Maxwellem szybko ruszyli jej na pomoc.
- Trzeba ją przenieść do gabinetu - rzekł Blake.

- Tak, tak, oczywiście - powtarzała bezradnie panna Glyn.
- Usatysfakcjonowana? - zapytał lady Inglewood Falkhurst.

- Zupełnie - odparła z uśmiechem.
Tymczasem   lord   Blake   ostrożnie   wziął   pannę   Fairfax   na   ręce   i   eskortowany   przez 

Maxwella i pannę Glyn szybko ruszył w stronę gabinetu Egertona.

Katharine zamknęła za sobą drzwi, lord Blake ułożył wciąż nieprzytomną pannę Fairfax 

na   niewielkiej   kanapie,   po   czym   odszedł   na   bok,   aby   zamienić   parę   słów   z   Maxwellem. 
Katharine uklękła przy wciąż nie - dającej znaków życia przyjaciółce. Lewą ręką starała się 

wyczuć puls, prawą położyła na kredowo białym, zimnym czole.

- Maxwell, proszę cię - powiedziała, nie odrywając oczu od panny Fairfax - wiem, że 

gdzieś tu muszą być sole trzeźwiące. Kiedy je zdobędziesz, idź do kuchni i przygotuj tonik, 
przynajmniej w połowie z brandy. Mam nadzieję, że wiesz, co trzeba jeszcze do niego dodać.

Maxwell   spojrzał   na   swojego   pana,   a   kiedy   ten   skinął   głową,   bezszelestnie   opuścił 

pokój.

- Co z nią? - zapytał Blake, podchodząc do klęczącej przy kanapie Katharine.
- Puls ledwo wyczuwalny.

- Max na pewno za chwilę wróci.
W pokoju zaległa cisza.

- Co, na Boga, wymyślił ten twój słodki, uprzejmy, nienagannie wychowany William? - 

zawołała nagle zrozpaczona Katharine.

- Nie mam pojęcia, ale wkrótce się dowiem. On nie mógł odejść zbyt daleko - powiedział 

Blake, wychodząc z gabinetu.

background image

Słysząc wzburzone głosy w pobliżu bocznego wejścia do sali balowej, szybko przecisnął 

się przez tłum około setki gości i po chwili ujrzał Williama opartego plecami o ścianę. Otaczali 

go: Jeremy Fairfax, Tom - my Carrington i Elizabeth Carrington. Jeremy obrzucał go stekiem 
wyzwisk, Tommy żądał satysfakcji, a panna Carrington błagała brata, żeby nie ryzykował życia 

dla   takiej   kanalii.   William   był   blady   z   wściekłości,   a   dookoła   słychać   było   gwar 
podekscytowanych głosów.

Blake chwycił Carringtona za ramię i odciągnął go na bok, ciągnąc jednocześnie pannę 

Carrington, która przywarła do brata z rozpaczliwą determinacją.

- Co ty, do diabła, wyprawiasz? - protestował Carrington, usiłując uwolnić się z uścisku.
- Daj spokój, Tommy. Will nie zechce z tobą walczyć, a jeśli nawet zechce, wylądujesz w 

więzieniu.

- Nie pozwolę, żeby taki szubrawiec chodził po świecie - nie ustępował Carrington.

Blake zablokował mu dostęp do Athertona.
-   Twoje   życie   jest   o   wiele   więcej   warte   niż   jego.   Chyba   nie   chcesz   skończyć   na 

szubienicy? Sprawiedliwości stanie się zadość, przysięgam.

-   Nie   mogę   przecież   stać   bezczynnie   i   pozwalać   tej   kanalii   kalać   honor   najsłodszej 

dziewczyny, jaką kiedykolwiek widział Londyn.

- Odpowie za to, zapewniam cię. A ja nie zwykłem rzucać słów na wiatr. Proszę cię, daj 

spokój. Nic dobrego by z tego nie wyszło.

-   To   takie   niesprawiedliwe   -   powtarzał   Tommy.   -   Dlaczego   spotkało   to   właśnie 

Georginę?

- Imponuje mi twoja  lojalność,  Tommy, jednak nalegam,  żebyś to zostawił!  Zabierz 

swoją siostrę do domu. Czy nie widzisz, jak jest blada? Ledwo się trzyma na nogach.

Carrington spojrzał na siostrę i zreflektował się.

- Przepraszam, Beth. Nie pomyślałem.
-   Byłeś   zdenerwowany.   Wszyscy   zresztą   byliśmy.   Doskonale   to   rozumiem   - 

odpowiedziała Elizabeth z bladym uśmiechem. - Jednak teraz chciałabym już iść do domu.

- Jak sobie życzysz - odparł Carrington, podając siostrze ramię.

Panna Carrington uśmiechnęła się z wdzięcznością do lorda Blake'a i wyszła z bratem z 

sali balowej.

Blake pozostał teraz sam na sam z żądnym krwi Fairfaksem i, szczerze mówiąc, chętnie 

pozostawiłby   mu   wolną   rękę.   Sam   zresztą   z   przyjemnością   dałby   Athertonowi   po   gębie. 

Wiedział jednak, że nie wolno do tego dopuścić. Przynajmniej na razie.

- W porządku - rzekł szorstko, stając za Fairfaksem. - Dosyć! Cofnij się, pozwól mu 

background image

odetchnąć.

-   Najpierw   pozna   smak   szpicruty,   zanim   pozwolę   mu   odetchnąć   smrodem,   którego 

narobił - syknął Fairfax, niebezpiecznie zaciskając fular na szyi Athertona.

-   Powiedziałem,   dosyć!   -   warknął   Blake,   odciągając   Fairfaksa   od   ofiary.   -   Jeśli   nie 

myślisz o swojej siostrze, to pomyśl przynajmniej o Egertonach i skandalu, jaki wywołasz, jeśli 
go zabijesz.

- Byłbym przeklęty, gdybym pozwolił tej bestii bezkarnie obrażać moją siostrę.
- Czyja cię o to proszę? Mówię tylko, że to ani miejsce, ani czas na zemstę.

- Co wobec tego mam zrobić? - zapytał nieufnie Fairfax.
- Idź do domu. Upij się. Williama zostaw mnie.

- Do cholery! Przecież ja jestem bratem Georginy!
- Czy myślisz, że Georginę ucieszyłby przelew krwi, być może twojej? - zapytał Blake. - 

Chyba bardziej myślisz o sobie niż o swojej siostrze. Puść Williama. Dopilnuję, by nie opuścił 
miasta.   Jeśli   jutro   rano   wciąż   będziesz   chciał   jego   głowy,   dam   ci   go   wraz   z   moim 

błogosławieństwem.

Fairfax zawahał się.

-   Zgoda   -   powiedział   wolno.   -   Mam   nadzieję,   że,   mając   więcej   czasu,   wymyślę 

skuteczniejszy sposób załatwienia tej świni. Jeśli jednak jutro nie będzie go w mieście, Blake, 

ty będziesz za to odpowiedzialny.

William Atherton, widząc, jak Fairfax odchodzi, odetchnął z ulgą.

- Jestem ci bardzo wdzięczny, Theo - rzekł. - Już zacząłem się obawiać o moje życie.
W odpowiedzi Blake, otoczywszy jego szyję ramieniem, tak żeby ten nie mógł się ruszyć, 

pchnął go na ścianę.

-   Straciłeś   rozum?   -   wybuchnął.   -   Zniesławić   tę   słodką   dziewczynę   tak   podłymi 

kłamstwami?

- Kłamstwami? - zawołał William, usiłując wyswobodzić się z uścisku. - Bóg jeden wie, 

jak   bardzo   bym   chciał,   żeby   to   były   kłamstwa.   Niestety,   każde   moje   słowo   jest   prawdą. 
Prawdą, słyszysz? Zrobiono ze mnie największego błazna od czasów Faistaffa. Dałem sobie 

wmówić   wszystko,   Theo:   niewinność,   słodycz,   urodę,   wszystko   -   głos   mu   się   załamał, 
przechodząc w łkanie, ale natychmiast się opanował. - Teraz wyrównałem rachunki.

Blake opuścił ramię i uwolnił przyjaciela z uścisku.
- Nie mam pojęcia, jak to się stało, że uwierzyłeś w te ohydne kłamstwa, William, ale 

mylisz się. Bardzo, bardzo się mylisz.

- Czyżby, Theo? Falkhurst opowiedział mi wiele fascynujących historyjek o tym, jak 

background image

Georgina przechodziła przez najświetniejsze w Londynie sypialnie. Przyznał się nawet, że od 
dawna ma z nią romans, i że ten romans wciąż jeszcze trwa.

- I ty uwierzyłeś temu łajdakowi?
- Och, nie - odparł William, uśmiechając się gorzko - uwierzyłem własnym oczom.

- Co?
- Widziałem ich, Theo, trzy dni temu. Była pełnia księżyca, lampy paliły się. Widziałem 

ich objętych w miłosnym uścisku, takim, który poprzedza pójście do łóżka. Georgina była w 
sukni, którą miała na sobie dziś. Nie ma mowy o pomyłce. To na pewno była ona. Wyglądała 

tak nieziemsko pięknie w świetle księżyca, Theo. To oczywiste, że Falkhurst nie potrafił oprzeć 
się jej urokowi.

- Will - rzekł Blake - na Boga, nie...
-   A  potem  poszli   na  górę.   Widziałem,   jak   obejmują  się   w  jej  sypialni.   Nie  od  razu 

opuścili   zasłony.   Kłamstwa,   Theo?   O,   nie!   Nie   wtedy,   kiedy   widziałem   i   słyszałem,   co 
wydarzyło się między nimi.

- Will - chciał coś powiedzieć Blake, ale Atherton odepchnął jego wyciągniętą dłoń i 

wybiegł z sali.

Blake, przygnębiony tym, co usłyszał, z ciężkim sercem wracał do gabinetu pana domu.

background image

17

Kiedy   lord   Blake   wszedł   do   gabinetu   Egertona,   Katharine   siedziała   na   kanapie   i 

trzymając w ramionach łkającą Georginę, nuciła coś miękkim, melodyjnym głosem, podczas 
gdy Maxwell z kamienną twarzą stał z boku.

Najwyraźniej jej wysiłki zaczynały przynosić efekty, ponieważ panna Fairfax stopniowo 

odzyskiwała spokój. Oczy Katharine i Blake'a spotkały się i żadne z nich nie odwróciło wzroku 

aż do chwili, gdy drzwi otworzyły się nagle i do pokoju wbiegła lady Egerton.

- Moje biedne dziecko - zawołała, biorąc pannę Fairfax w ramiona i tuląc ją do siebie. - 

Cóż to za koszmar! Kazałam przygotować dla ciebie pokój. Eugenia użyczyła ci coś ze swojej 
nocnej bielizny, a na górze czeka filiżanka aromatycznej herbatki. Chodź, moja droga, musisz 

położyć się do łóżka. Jestem pewna, że jutro wszystko się jakoś wyjaśni.

- Dziękuję ci, ciociu Charlotte - ledwie szepnęła panna Fairfax.

Lady Egerton poprosiła Maxwella, aby pomógł jej zaprowadzić pannę Fairfax na górę, i 

po chwili cała trójka powoli opuściła gabinet.

Panna   Glyn   podniosła   się   z   kanapy   i   zaciskając   dłonie,   długo   stała,   w   milczeniu 

wpatrując się w stojące w odległym kącie pokoju biurko.

Cisza przedłużała się i Blake bezradnie patrzył na jej cierpienie. Bardzo pragnął jakoś ją 

pocieszyć,  ale wiedział,  że to niemożliwe.  Wiele by dał, aby nie musiał powtarzać jej słów 

Williama. Nigdy mu nawet nie przyszło do głowy, że będzie musiał zranić Kate.

- No i czego się dowiedziałeś? - zapytała twardo i chłodno.

- Rozmawiałem z Williamem - odparł. Katharine nie poruszyła się. - Jest przekonany o 

prawdziwości swoich oskarżeń. Nie wiem, jak to się stało i dlaczego, ale on uwierzył, że panna 

Fairfax nie jest taka... jak się wydaje.

- Gdybym była mężczyzną - powiedziała, wciąż odwrócona do niego tyłem - zabiłabym 

Athertona gołymi rękami i z przyjemnością poszłabym na galery, wiedząc, że uwolniłam świat 
od potwora.

- Musiałabyś stać w kolejce do tej przyjemności.
Odwróciła twarz. Łzy, które ujrzał w jej oczach, wstrząsnęły nim bardziej niż to, co się 

wydarzyło tego wieczoru.

-   To  jakiś   koszmarny   sen  -  powiedziała   cicho.   -  Jak   mogłam   być  tak  nieostrożna   i 

pozwolić, aby do tego doszło?

- Ty?

- Mój Boże, Theo, sprzyjałam temu związkowi! To ja stwarzałam mu okazje, aby mógł 

być z nią sam na sam. Czy nie rozumiesz, że to ja jestem winna temu, co się stało? Powinnam 

background image

była strzec Georginy jak źrenicy oka, a zamiast tego doprowadziłam ją do katastrofy. O tym 
Jaki okrutny potrafi być świat, wiedziałam znacznie więcej niż ona. Powinnam była wiedzieć, 

że William Atherton... nadużyje jej miłości.

- Kate, to nie tak. To, co Will mówił dziś wieczorem, to nie jego słowa, jestem pewien. 

Ktoś zatruł jego umysł i myślę, że to musiał być Falkhurst.

Katharine drgnęła.

- Ale jak i dlaczego? - ciągnął Blake. - Nie mam pojęcia.
-   Falkhurst?   -   zawołała.   -   Falkhurst?   O,   dobry   Boże,   nie!   Łzy   popłynęły   jej   po 

policzkach.

- Kate, co się stało? - zapytał miękko, podchodząc do niej.

-   To   straszne,   Theo   -   wyszeptała.   -   Historia   lubi   się   powtarzać,   a   ja   nie   byłam 

wystarczająco czujna, żeby temu zapobiec. Jestem bezdennie głupia. Pozwolić Falkhurstowi 

zabiegać   ojej   względy,   gdy   wiedziałam...   -   Odetchnęła   głęboko.   -   Kiedy   byłam   dzieckiem, 
majątek   należący   do   naszej   rodziny   sąsiadował   z   Monticle   Park,   majątkiem   Falkhursta   w 

Hampshire. Nasze rodziny, już od chwili, gdy przyszłam na świat, postanowiły, że nasze ziemie 
się połączą poprzez moje małżeństwo z Bertramem. Jednakże moja ogromnie buntownicza 

natura sprawiła, że zaczęto się obawiać, czy te plany zaakceptuję. Z tego powodu odizolowano 
mnie od wszelkiego  towarzystwa,  a Falkhurst zaczął  się do mnie zalecać,  kiedy chodziłam 

jeszcze   do   szkoły.   Miałam   piętnaście   lat,   byłam   niedoświadczona,   bardzo   uczuciowa   i 
ogromnie mi schlebiało, że taki słynny bywalec salonów zwrócił na mnie uwagę. Tak więc 

łatwo przewidzieć, że się zakochałam.

Świetnie grał swoją rolę, a ja nie miałam żadnego powodu, aby mu nie ufać. Jednak w 

tydzień   po   pogrzebie   mego   ojca,   przyszedł   do   mnie   i   powiedział,   co   o   mnie   myśli. 
Dowiedziałam się wtedy, że jestem nieokrzesaną, brzydką dziewczyną bez odrobiny wdzięku i 

że żaden mężczyzna przy zdrowych zmysłach nie chciałby mnie nawet do łóżka, a co dopiero 
mówić o poślubieniu mnie. Skoro więc nie jestem dziedziczką majątku, nie poślubi mnie, tak 

jak nie poślubiłby krowy.

Zatopiona w bolesnych wspomnieniach, nie widziała, jak dłonie lorda Blake'a zaciskają 

się w pięści.

- Pamiętam, że gdy wyszedł, długo jeszcze stałam w salonie, czując się tak, jakby nagle 

zawalił się cały świat. Przysięgłam sobie wówczas, że żaden mężczyzna nigdy już więcej mnie 
nie upokorzy. I oto ten sam człowiek osiągnął swój cel po raz drugi, tyle że tym razem zniszczył 

szczęście mojej przyjaciółki.

- Nie zrezygnujesz chyba z zemsty, Kate. Czas wyrównać rachunki. Spojrzała na niego ze 

background image

zdumieniem.

- Co masz na myśli?

- Jesteś teraz starsza, mądrzejsza i z pewnością silniejsza, gdyż są przy tobie oddani 

przyjaciele. Jeśli Falkhurst rzeczywiście maczał w tym palce, to masz doskonałą okazję do 

zemsty za siebie i pannę Fairfax.

Panna Glyn szybko otarła łzy, przyjęła ofiarowaną jej chustkę i wydmuchawszy nos, 

podniosła głowę, jakby nagle odzyskała wiarę w siebie.

- Nigdy nie przyszło mi do głowy, że mogę zachować się jak pensjonarka. Masz rację, 

Theo.   Falkhurst   mógł   się   nie   zmienić,   aleja   zmieniłam   się   z   pewnością   i   tym   razem   nie 
pozwolę,   by   uciekł   przed   moim   gniewem.   Nie   wiem   tylko,   od   czego   zacząć.   Jak   mam 

dowiedzieć się, co się stało i jak pomścić Georginę?

- My dowiemy się, co się stało i my pomścimy pannę Fairfax - poprawił ją Blake.

- Ależ, Theo, to przecież nie twoja sprawa.
- Pozwól, że sam o tym zdecyduję. Przeanalizowałem każde słowo Willa i doszedłem do 

wniosku, że tak zachowuje się jedynie człowiek straszliwie zraniony i jednocześnie całkowicie 
pewny swoich racji. On naprawdę w to wszystko wierzy, Kate. Wymienił Falkhursta z nazwiska 

i od tego musimy zacząć. Czy to możliwe, że to, co powiedział William, w jakiejś części jest 
prawdziwe?

Katharine nagle zesztywniała.
- Co masz na myśli?

- Chodzi mi o to, czy panna Fairfax może być w jakiś sposób związana z Falkhurstem 

lub czy mogła popełnić jakąś nieostrożność?

Katharine z całej siły uderzyła lorda Blake'a w twarz, po czym odwróciła się i chciała 

wybiec z pokoju, ale Blake chwycił ją za ramiona.

- Puść mnie! - krzyknęła.
- Nie - odparł z kamiennym spokojem. - Nie puszczę cię, dopóki mnie nie wysłuchasz.

Katharine   miała   wielką   ochotę   kopnąć   go   w   piszczel,   ale   Blake   w   ostatniej   chwili 

odskoczył na bok, po czym mocno nią potrząsnął.

- Psiakrew, Kate, posłuchaj mnie! Nie chciałem nikogo obrazić. Doskonale wiem, że 

panna Fairfax jest tak samo uczciwa jak ty, ale w każdej plotce tkwi zwykle ziarenko prawdy. 

Dlatego właśnie są tak szkodliwe. Siadaj więc i słuchaj!

Panna Glyn usiadła na stojącej obok sofie.

- Nie przerywaj, a jeśli mi uwierzysz, to jak dwoje dorosłych, racjonalnie myślących 

ludzi zastanowimy się, co robić - rzekł uroczyście.

background image

Katharine słuchała go w skupieniu.
- Chyba tracę rozum - powiedziała w końcu. - Atakować przyjaciela, gdy prawdziwy 

łajdak chodzi wolno i śmieje się z nas? Co się ze mną dzieje?

- Wszystko w porządku, Kate. W takiej sytuacji nikt nie reaguje właściwie. - Blake potarł 

policzek. - Czy ty czasem nie trenujesz w Jackson’s Saloon?

Katharine wy buchnęła śmiechem.

- O tak, teraz już znacznie lepiej - zauważył z uśmiechem Blake.
- Och, Theo, przepraszam...

- Nie trzeba.  Śmiem twierdzić,  że każdy  na  twoim miejscu potraktowałby  mnie tak 

samo. Powinienem być szczęśliwy, że mnie nie zastrzeliłaś.

- Zastrzeliłabym - odparła, śmiejąc się szeroko - gdybym tylko miała broń.
- Uwierz mi, że i bez broni świetnie sobie radzisz. Powiedz mi jednak, co sądzisz o 

opowieści Williama? Czy Falkhurst może stać za tym skandalem?

-   Bertie   i   Georgina   zaangażowani   w   długotrwały   romans?   Czule   objęci   w   świetle 

księżyca?   Och,   ta   historyjka   z   daleka   śmierdzi   Falkhurstem,   bez   wątpienia.   Ale   jak   tego 
dokonał? I dlaczego? Z pewnością jest zdolny do takich intryg, ale tylko wtedy, kiedy czuje się 

sprowokowany, a przecież Georgina nie zrobiła mu nic złego!

- Odrzuciła go, zaręczając się z Williamem.

Po zastanowieniu Katharine uznała, że to bardzo prawdopodobne.
- Myślę, że aby rozsupłać ten węzeł, musimy zacząć od początku. Dopiero potem wolno, 

ostrożnie posuwać się naprzód. Koniec trzymamy w ręku, musimy znaleźć początek sznura, na 
którym William sam się powiesił. Coś mi jednak mówi, że to Falkhurst przygotował pętlę.

Panna Glyn obserwowała jego lordowską mość przez dłuższą chwilę.
- Wreszcie maska opadła - powiedziała cicho.

- Omawiamy plan działania, a nie moją garderobę.
- A więc - powiedziała, biorąc głęboki oddech - sir William jest przekonany, że widział 

Falkhursta i pannę Fairfax razem.

-   I   tu   rodzi   się   podstawowe   pytanie:   jak   Falkhurst   zdołał   zaaranżować   coś   tak 

nieprawdopodobnego?

- Theo! - zawołała nagle Katharine, chwytając go za ramię i ciągnąc w dół, żeby usiadł 

przy   niej.   -   On   musiał   mieć   wspólnika,   a   ściślej   mówiąc   wspólniczkę,   do   odegrania   roli 
Georginy!

- Interesujące - mruknął markiz. - Intryga skomplikowała się... z konieczności. William 

nigdy nie uwierzyłby w same słowa. Falkhurst musiał pokazać mu pannę Fairfax w chwili, gdy 

background image

dokonuje zdrady.

- Tak, oczywiście! - zawołała Katharine, zapominając o łzach. - Kiedy William rzekomo 

widział Falkhursta i Georginę?

- Trzy dni temu, w poniedziałkowy wieczór.

- Właśnie wtedy był bal u księcia regenta.
- Tak, masz rację. Wszyscy tam byli...

- Poza Georgina.
- O nie! - jęknął Blake.

- Została w domu. Nagle poczuła mdłości i położyła się do łóżka.
- Tak więc Georgina nie ma nic na swoją obronę. Falkhurst może spokojnie twierdzić, i 

pewnie już tak zrobił, że udawała chorobę, aby się z nim spotkać.

Katharine uśmiechnęła się i pokręciła przecząco głową.

- Nie, Georgina nie udawała,  zapewniam cię. Jednak niepokoi mnie, iż cała intryga 

opierała się na tym, aby tego wieczoru nikt nie zobaczył jej w miejscu publicznym. Jej choroba 

idealnie rozwiązywała ten problem, ale skąd Falkhurst mógł wiedzieć, że Georgina właśnie 
tego dnia zachoruje i zostanie w domu?

- Są metody, żeby wywołać przynajmniej symptomy choroby.
- Tylko że Falkhurst przez cały dzień nawet nie zbliżał się do naszego domu.

- Musiał więc polegać na kimś wewnątrz domu. To właśnie mogła być jego wspólniczka.
-   Ja...   nie   jestem  w   stanie   uwierzyć,   że   ktoś   u   nas   mógłby...   rozmyślnie   zrobić   coś 

takiego Georginie - zaprotestowała Katharine.

- Może ta osoba nie wiedziała, do czego zmierza Falkhurst - odparł Blake, ujmując dłoń 

panny Glyn. - Musimy zdobyć więcej faktów, zanim będziemy mogli pójść dalej. Gdy tylko 
panna Fairfax dojdzie do siebie, będziesz musiała z nią porozmawiać. Wypytaj o wszystkie 

szczegóły jej poniedziałkowej niedyspozycji. Może przypomni sobie coś, co zaprowadzi nas do 
tajemniczej wspólniczki Falkhursta. I koniecznie zapytaj o suknię.

- Suknię?
- Tę, którą miała na sobie dziś wieczorem.

- Dobry Boże, dlaczego?
- William twierdzi, że tamtej nocy dziewczyna, która spotkała się z Falkhurstem, a którą 

on uważa za pannę Fairfax, miała na sobie tę samą suknię, co dziś wieczorem.

- Niemożliwe.

- Sprawdź to.
- Dobrze. A ty co będziesz robił?

background image

Blake wstał i zaczął krążyć po pokoju.
- Mam zamiar wziąć na widelec Williama. Muszę wyciągnąć z niego wszystko, co wie 

lub myśli, że wie, oraz wszystko, co powiedział mu Falkhurst. Być może uda się nam sprawić, 
że nasz Posępny Rycerz sam wpadnie we własne sidła.

- I żeby zrobił to publicznie - dodała stanowczo. - Jak rewanż to rewanż. Falkhurst 

publicznie zniesławił Georginę, a więc powinniśmy zrobić mu to samo.

- Zgoda - odparł Blake, zatrzymując się przed nią. - Musimy także przekonać Williama, 

jak bardzo się mylił... Boże, jakże on będzie siebie nienawidził, gdy pozna prawdę. Mam tylko 

nadzieję, że uda się nam ich pogodzić.

- Co takiego? - sapnęła ze złością Katharine. - Ty chyba nie mówisz poważnie! Georgina 

miałaby pogodzić się z tym łajdakiem? Prędzej sama wydam się za Falkhursta, niż do tego 
dopuszczę.

- To z pewnością jest jakiś sposób, aby wymierzyć Falkhurstowi sprawiedliwość.
Panna Glyn znowu wybuchnęła śmiechem.

- Co za okropny człowiek! - zawołała.
Jego lordowska mość skłonił się nisko.

- W końcu co do jednego jesteśmy zgodni - rzekł. - Musimy ujawnić perfidię Falkhursta 

przed światem, znaleźć jego wspólniczkę i przekonać Williama, jak bardzo się mylił.

- Ambitny plan - zauważyła panna Glyn.
- Chyba nie chcesz powiedzieć, że słynna Diablica z Hampshire utknęła już na pierwszej 

przeszkodzie - rzekł Blake, zmuszając ją, żeby wstała.

- Ja? Nigdy!

- Ani ja. A więc uzgodnione.
- Uzgodnione - potwierdziła.

Ich oczy na chwilę się spotkały.
- Powinnaś wrócić do domu - powiedział, patrząc na nią z zatroskaniem. - Musisz być 

bardzo wyczerpana, Kate.

-   Tak,   rzeczywiście,   jestem...   Ja...   chciałabym   ci   podziękować,   Theo,   za   pomoc 

Georginie, za to, że pomogłeś mi się pozbierać i za twoje wsparcie. I pomyśleć, że chciałam 
zrobić ci krzywdę! - Jej dłoń delikatnie dotknęła jego policzka. - Nie rozumiem tylko, dlaczego 

miałbyś się w to mieszać.

- Muszę, Kate. Muszę, gdy ktoś, kogo cenię, potrzebuje pomocy.

- Ale przecież Georginę ledwie znasz.
- Nie miałem na myśli panny Fairfax.

background image

Twarz panny Glyn nagle pobladła i Blake delikatnie dotknął palcami jej czoła.
- Idź do domu, Kate - powiedział miękko. - Wpadnę do ciebie jutro.

background image

18

Lord   Blake   wrócił   późnym   wieczorem   od   Egertonów   dziwnie   milczący.   Wręczył 

lokajowi płaszcz, kapelusz i rękawice, po czym, zamiast pójść do swojej sypialni, zamknął się w 
gabinecie   i   prawie   dwie   godziny   krążył   po   pokoju.   Ciekawość   służących,   zaskoczonych 

niecodziennym  zachowaniem,   w końcu  została   zaspokojona.   Jego  lordowska  mość  wezwał 
swoich czterech lokajów, stajennego Scrantona i Maxwella do gabinetu.

Siedział za biurkiem bez surduta, w mocno rozluźnionym fularze i rozpiętej kamizelce. 

Przed nim leżało sześć zaklejonych kopert.

-   Przez   jakiś   czas   będziecie   pełnić   nowe   obowiązki   -   powiedział.   -   Rano   usłyszycie 

zapewne, co się wydarzyło dziś na balu u Egertonów. Mówiąc w skrócie, sir William Atherton 

publicznie  i w sposób brutalny  zerwał  swoje zaręczyny z panną Fairfax. Został  w to jakoś 
wrobiony i musimy dojść, jak. Ty, Caroll, i ty, Yarner będziecie śledzić sir Williama dniem i 

nocą.   Nie   muszę   wspominać,   że   musicie   to   robić   tak,   aby   nie   wzbudzić   jakichkolwiek 
podejrzeń.   Sir   Williamowi   nie   wolno   opuszczać   miasta.   Chcę   wiedzieć   o   każdej   wizycie, 

zarówno tej, którą składa, jak i tej, którą przyjmuje, znać zawartość korespondencji, która do 
niego przychodzi lub opuszcza jego dom. Szczegółowe  instrukcje znajdziecie tu - wyjaśnił, 

wręczając lokajom koperty. - Dawson i Merriott - ciągnął lord Blake - będziecie robić to samo, 
ale obiektem waszego zainteresowania będzie lord Falkhurst.

- Lord Falkhurst, sir? - nie krył zdumienia Dawson. - Ten hrabia?
- Ten sam.

- Czy to on właśnie oszukał sir Williama? - zapytał Merriott.
- Tak sądzę.

- Będziemy chodzić za nim jak cień - obiecał Merriott.
- Wiedziałem, że mogę wam zaufać - odrzekł z uśmiechem lord Blake, wręczając im 

koperty.   Scranton,   chcę,   byś   zajrzał   do   każdego   urzędu   pocztowego   i   pubu   w   promieniu 
trzydziestu   kilometrów   od   Londynu.   Porozmawiajcie   z   każdym   listonoszem,   z   każdym 

pachołkiem, każdą służącą. Sprawdź, z kim Falkhurst się ostatnio spotykał i kiedy.

-   Zrobię   to   z   przyjemnością,   sir   -   odparł   Scranton.   -   Słyszałem,   że   w   niektórych 

przydrożnych gospodach warzą całkiem niezłe piwo.

-   Pij,   co   chcesz,   bylebyś   zachował   trzeźwą   głowę   -   rzekł   lord   Blake,   wręczając   mu 

kopertę z instrukcją.

- A co ja mam robić, milordzie? - zapytał Maxwell.

-   Wybadaj   służbę   Falkhursta,   szczególnie   jego   lokaja.   Chcę   wiedzieć   dokładnie,   co 

Falkhurst robił w ciągu ostatnich dwóch tygodni.

background image

Maxwell   bez   słowa   odebrał   przeznaczoną   dla   niego   kopertę.   Po   rozdzieleniu   zadań 

Blake z ulgą opadł na oparcie fotela.

- Chcę mieć od każdego z was dzienne raporty - dodał - godzinne, jeśli wydarzy się coś 

niezwykłego. Jakieś pytania?

Odpowiedziało mu zgodne milczenie.
- Doskonale - rzekł z uśmiechem. - A zatem do roboty.

Scranton i czterej lokaje szybko opuścili gabinet.
Jedynie Maxwell ociągał się z wyjściem, z kamienną twarzą obserwując, jak jego pan 

pospiesznie robi jakieś notatki.

- Tak, Max, potrzebujesz czegoś? - zapytał lord Blake, nie podnosząc głowy znad biurka.

-   Chciałem   tylko   wyrazić   moje   zadowolenie,   że   znowu   jest   pan   w   takim   bojowym 

nastroju. Lepiej, że wykorzystuje  pan swoje imponujące  możliwości w jakimś szlachetnym 

celu, niż miałby je pan marnować, przemierzając tę wyspę wzdłuż i wszerz.

Blake chwilę przyglądał się staremu słudze w milczeniu.

- Cóż to, ty również martwiłeś się o mnie, Max?
- Każdy, komu na panu zależy, martwił się, sir. Czy panna Glyn... hm... nie załamała się 

pod ciężarem tego skandalu?

- Skądże, mój drogi. Będzie walczyć do końca.

-   Tak,   to   silna   kobieta,  milordzie.   Jednak,   w  tej   sytuacji   to   dobrze,   że   ma   w  panu 

przyjaciela.

- Dziękuję ci, Max. Mam tylko nadzieję, że będę w stanie pomóc.
-  Panna  Fairfax  ma  wielu  przyjaciół,  którzy   w każdej   chwili   gotowi   są stanąć w jej 

obronie.

- Tak - odparł lord Blake, patrząc w zadumie na płomień świecy. - Szkoda, że Kate, 

będąc młodziutką dziewczyną, nie miała ich w ogóle.

- Ale teraz to się przecież zmieniło, nieprawdaż, milordzie?

Lord Blake podniósł głowę i przez chwilę obserwował go w milczeniu.
- Tak, Max, zmieniło się - powiedział. - Zanim wyjdziesz, chcę cię jeszcze o coś prosić. 

Nie mów o swoich spostrzeżeniach nikomu. Pozwól, że jeszcze przez jakiś czas będę nosił tę 
swoją maskę. Lord Falkhurst nie może niczego podejrzewać.

- Będę czujny, milordzie - zapewnił Maxwell, wychodząc z pokoju.
Blake uśmiechnął się, po czym, wyciągnąwszy się w fotelu, oparł stopy na blacie biurka i 

przez następną godzinę wpatrywał się w lśniące czubki swoich butów, ale myślami był zupełnie 
gdzie indziej.

background image

Późnym   popołudniem   następnego   dnia   lord   Blake   zjawił   się   przed   wejściem   do 

rezydencji   Fairfaksów.   Po   chwili   Wainwright   wprowadził   go   do   biblioteki   i   natychmiast 

dyskretnie się wycofał. Blake cicho wszedł do pokoju, zamykając za sobą drzwi.

Panna Glyn była sama i zupełnie nie zdawała sobie sprawy z jego obecności. Ubrana w 

prostą suknię stała przy wiodących do ogrodu ogromnych przeszklonych drzwiach. Jej włosy 
były   związane   z   tyłu   głowy   w   ciasny   węzeł,   twarz   blada   i   mizerna,   oczy   podkrążone. 

Najwyraźniej miała za sobą fatalną noc i niewiele lepszy dzień, mimo to panowała i nad sobą, i 
nad sytuacją, w jaką została wplątana.

Odwróciła się nagle. Jej oczy spotkały się z jego oczami i natychmiast złagodniały.
- Theo, jak to dobrze, że jesteś - powiedziała i uśmiech rozjaśnił jej twarz.

- Przepraszam, że nie mogłem przyjść wcześniej - odparł, ujmując jej dłoń. - Co słychać?
- Jeremy wyniósł się z samego rana i nie dał jeszcze znaku życia. Georgina śpi w swoim 

pokoju.

- Jest tutaj? - zdziwił się Blake.

- Nalegała, żeby rano wrócić do domu.
- Jak się czuje?

- Lepiej niż mogłam przypuszczać. Wzięła się w garść. Ma twardy charakter. Jednak 

widać po niej, że tej nocy wcale nie spała, nalegałam więc, żeby się położyła. Dodałam do jej 

porannej czekolady parę kropel laudanum i wciąż jeszcze śpi.

- Robisz jej czekoladę? - roześmiał się.

- Po co się ma przyjaciół?
- Boję się pomyśleć. - Milczał przez chwilę. - Mam ci dużo do powiedzenia, Kate.

- Ja tobie również. Może jednak przejdziemy do ogrodu. Ten pokój wydaje mi się dziś 

jakiś ciemny i ponury. Pokażę ci nasze róże.

- Mógłbym przemierzyć nawet pustynię, byłe tylko z panią, parno Glyn.
Uśmiechając się na wspomnienie jego pierwszej w tym domu wizyty, oparła mu dłoń na 

ramieniu i razem wyszli na zewnątrz. Tonący w ciepłych promieniach popołudniowego słońca 
ogród   otaczał   biegnący   półkolem   ceglany   mur.   Po   lewej   stronie   znajdowała   się   niewielka 

oranżeria i rosły drzewa owocowe, po prawej był warzywnik i rabaty kwiatowe, a w centralnej 
części altana z drewnianą ławeczką.

- Bardzo tu pięknie - powiedział z zachwytem Blake.
- Prawda? To miejsce często bywa azylem tych, co szukają samotności.

Przez jakiś czas spacerowali w milczeniu.
- Jak na takie gaduły jak my, ta cisza jest czymś niezwykłym - zauważyła Katharine. - 

background image

Skoro jednak jestem tu gospodynią, to chyba pierwsza muszę ją przerwać. Zanim laudanum 
zaczęło działać, udało mi się porozmawiać z Georginą i dużo się od niej dowiedziałam. Jeśli 

chodzi o tę suknię, którą miała na sobie ostatniego wieczoru, to wiąże się z nią dość ciekawa 
historia.

Opowiedziała Blake'owi, jak to pani Foote nieoczekiwanie zgodziła się uszyć Georginie 

suknię, nalegając na odbiór cztery dni wcześniej niż trzeba.

- W poniedziałek, w dniu, w którym był bal u księcia regenta - dodał Blake.
- No właśnie. Mogłabym przysiąc, Theo, że tej sukni nikt nie wkładał aż do wczorajszego 

wieczoru. Gdyby to była suknia, którą William widział w poniedziałkowy wieczór, nosiłaby 
ślady zagnieceń i wymagałaby odprasowania. To jednak w ogóle nie wchodzi w grę. Nikt, poza 

Georginą, od poniedziałku rano, gdy suknia powędrowała do jej szafy, aż do chwili, gdy ją 
stamtąd sama wyjęła ostatniego wieczoru, na pewno nie dotykał sukni. Poza tym suknia nie 

miała żadnych zagnieceń.. a Georginą nie ma najmniejszego pojęcia o prasowaniu.

We wtorek zauważyła, że sir William radykalnie zmienił swój stosunek do niej i tak 

dalece ją to zaniepokoiło, że wspomniała mi o tym. Jednak w swojej głupocie złożyłam to na 
karb zdenerwowania narzeczonego. Rozumiesz teraz, co to znaczy? Sir William nie wierzył w 

te kłamstwa aż do poniedziałku.

- Co oznacza, że manipulacja postępowała z zadziwiającą szybkością - rzekł Blake. - 

Falkhurst i jego wspólniczka potrzebowali dwóch tygodni na przygotowanie sukni, ale tylko 
dwóch lub trzech dni, żeby otumanić Williama. Falkhurst niewątpliwie obawiał się, że jeśli 

Will będzie miał więcej czasu na myślenie, być może dostrzeże w tej historii poważne luki. Kto 
zna   go   tak   jak   ja,   wie,   że   to   bardzo   prawdopodobne.   Ale   o   tym   później.   Powiedz,   czego 

dowiedziałaś się o chorobie panny Fairfax.

- Dolegliwości były bardzo dokuczliwe i przyszły nagle - odparła Katharine. - Zaczęły się 

tuż po popołudniowej herbatce.

- Najwyraźniej nie jesteś jedyną, która przyrządza napoje dla panny Fairfax.

- To oczywiste.
Blake westchnął.

- I tak panna Fairfax została skutecznie wyeliminowana z gry.
- Co gorsza, pokojówka tego wieczoru wprawdzie zaglądała do Georginy kilka razy, ale o 

dziesiątej Georgina zasnęła i pokojówka wkrótce też poszła spać. Rozmawiałam ze wszystkimi 
służącymi, ale nikt tej nocy do Georginy nie zaglądał.

- Cholera! Czy panna Fairfax mówiła coś o Falkhurście?
- O tak i nawet była na tyle uprzejma, żeby poinformować mnie o listach miłosnych, 

background image

które Falkhurst jej przysyłał! Chylę czoła przed twoją umiejętnością przewidywania, milordzie. 
Nie mówiła  mi o tym wcześniej,  gdyż bała  się, że mogę go wyzwać na pojedynek za taką 

bezczelność. I tak bym na pewno zrobiła.

- I z pewnością pokonałabyś go bez trudu.

- Też tak sądzę, ale, jak widać, Georgina nie ufała mi. Pomyśleć, że Falkhurst był aż tak 

bezczelny... a ona mi nic nie napomknęła.

- Nie robiła nic, aby go zniechęcić?
- Oczywiście, że robiła. Nie odpowiadała na jego listy i traktowała ozięble. Na to jednak, 

żeby go porządnie zbesztać, jest za miękka. Nie umie być niemiła w stosunku do kogoś, kto 
zaklina się, że wzięła jego serce do niewoli.

- Tak więc Falkhurst mógł cały czas wierzyć w to, w co bardzo chciał wierzyć - westchnął 

Blake. - Co za okropna sytuacja.

Znowu przez jakiś czas milczeli. Katharine czuła, że zakłopotanie Blake'a wynika z tego, 

że nie chce jej sprawić przykrości. Uśmiechnęła się więc promiennie i zapytała:

- A co sir William miał do powiedzenia tobie?
- Bardzo wiele i wyrzucał to z siebie z ogromnym żalem i gniewem. Najpierw opowiem 

ci o tej nieszczęsnej sukni.

Blake zaczął od zdarzeń, które miały miejsce w ubiegłą sobotę. Opowiedział więc, jak 

William otrzymał bilecik od panny Fairfax, jak zjawił się w pracowni pani Foote, a potem 
przekonał się, że panna Fairfax go oszukała.

Katharine spojrzała na niego ze zdumieniem.
-   Theo,   w   ubiegłą   sobotę,   Georgina,   Jeremy   i   ja   wybraliśmy   się   na   piknik   do 

Kensington. Wyjechaliśmy rano, wróciliśmy późnym popołudniem. Georgina nie mogła więc 
być u pani Foote i nie mogła napisać do sir Wiliama, żeby się z nią tam spotkał... chyba że...

- Tak?
Panna Glyn chwilę się nad czymś zastanawiała.

- Jakiś tydzień temu Georgina i sir William spotkali się u pani Foote przed pójściem na 

raut.   Będąc   z   natury   romantykiem,   sir   William   mógł   nie   zniszczyć   listu,   który   wówczas 

rzeczywiście od niej otrzymał. Prawdopodobnie list został skradziony i posłużył Falkhurstowi 
do sporządzenia tego fałszywego.

- Przecież Will mógłby rozpoznać fałszerstwo.
- Niekoniecznie. Nie znał jeszcze tak dobrze jej pisma, a poza tym, dlaczego miałby mu 

się tak dokładnie przyglądać?

- Rzeczywiście.

background image

-   Tylko   dlaczego   Falkhurstowi   miałoby   zależeć   na   ściągnięciu   sir   Williama   do   pani 

Foote?

- Suknia - mruknął Blake w nagłym olśnieniu. - Kate, chodziło o suknię! Pani Foote 

nalegała,   żeby   Will  ją   zobaczył.   Nie   rozumiesz?   Musiał   widzieć   ją   wcześniej,   żeby   później 

można   go   było   przekonać,   że   to   pannę   Fairfax   widzi   w   ramionach   Falkhursta   w 
poniedziałkowy wieczór. Will powiedział nawet, że jest pewien, że to była ona, ponieważ miała 

na sobie tę samą suknię, którą widział w sobotę.

- Wszystko jasne! Och, Theo, trafiłeś w dziesiątkę! Czego się jeszcze dowiedziałeś?

- Otóż, po incydencie w pracowni pani Foote nastąpiła cała seria czegoś, co określiłbym 

prowokacyjnymi rozmowami.

Blake zrelacjonował rozmowę Williama z Falkhurstem w sobotni wieczór w White's, 

podczas   której   Falkhurst   przyznał   się   do   romansu   z   panną   Fairfax.   Następnie   opisał   ich 

rzekomo   przypadkowe   spotkanie   w   poniedziałkowe   popołudnie   i   wspólny,   dramatycznie 
przerwany lunch.

Katharine jęknęła głucho na wspomnienie tej historii.
-   Georgina   opowiedziała   mi  to.   Priscilla   Inglewood  zaprosiła   ją  na   lunch   i,   kiedy   z 

ożywieniem rozmawiały, Georgina nagle ujrzała wybiegającego z restauracji i ogromnie czymś 
wzburzonego Williama. Bardzo ją to wówczas poruszyło.

- Nie wątpię. Historia Williama jest bardziej sensacyjna. Zaklinał się, że słyszał, jak 

Georgina wychwala Falkhursta pod niebiosa i mówi, że go kocha. Później wzburzony wybiegł.

- Georgina wychwalająca Falkhursta? To jakiś absurd.
- Will przysięga, że słyszał to na własne uszy.

- Nie mógł słyszeć, ponieważ Georgina i Panna Doskonała rozmawiały o Jeremym. To 

dlatego zachowanie sir Williama tak ją zbulwersowało. Nie mogła pojąć, dlaczego rozmowa 

ojej bracie tak go wzburzyła. Co jeszcze naplótł twój słodki Will?

Blake  zrelacjonował  jej spotkanie  Williama  z pewną „lady  o nienagannej reputacji”, 

która zapewniła go o cudzołóstwie panny Fairfax. Następnie opowiedział o liście, w którym 
zapraszała go do Russel Court w poniedziałek wieczorem.

Katharine w milczeniu patrzyła przed siebie.
- Kiedy po wypiciu ogromnej ilości alkoholu - ciągnął lord Blake - William przyszedł 

tam,   zobaczył   Falkhursta   z   kobietą,   którą,   jak   twierdzi,   była   panna   Fairfax.   Czule   objęci 
wchodzili   do   domu,   a   potem,   stojąc   na   wprost   okna   na   pierwszym   piętrze   południowo   - 

zachodniego skrzydła, znów się obejmowali.

- Theo - powiedziała spokojnym głosem panna Glyn - pokój Georginy ma dwa okna. 

background image

Oba wychodzą na ogród. Możesz je stąd zobaczyć.

Lord Blake spojrzał w zadumie na ogromne, zasłonięte ciężkimi kotarami okna.

- Rzeczywiście.
- Jedyne, które odpowiada twojemu opisowi, to okno od pomieszczenia gospodarczego.

- Raczej dziwne miejsce na schadzkę - zauważył.
- A już z pewnością niezbyt wygodne. - Katharine umilkła na chwilę, po czym, patrząc 

Blake'owi w oczy, zapytała cicho: - Theo, kim jest ta „dama o nienagannej reputacji”?

Zawahał się, ale trwało to tylko parę sekund.

- To Priscilla Inglewood.
Krew odpłynęła z twarzy Katharine.

- Jesteś pewien, że to była ona?
- Najzupełniej.

Panna Glyn nagle poczuła się tak, jakby wpadła do głębokiej i bardzo niebezpiecznej 

wody. Pomyślała, jakie to musiało być okropne dla Blake'a dowiedzieć się, że jego narzeczona 

lub kobieta, która wkrótce ma nią być, mogła zrobić coś takiego. Musi się czuć zdradzony. 
Przerażenie   i   gniew   przepełniły   jej   serce.   Chciała   krzyczeć   i   złorzeczyć   tej   kobiecie,   ale 

wiedziała, że nie wolno jej tego zrobić. Nie mogła sprawiać mu dodatkowego bólu.

- Przykro mi - powiedziała tylko. - Wiem, jak bliską osobą jest ona dla... twojej rodziny. 

To musi być dla ciebie bardzo trudne.

- Rzeczywiście, trudno w to wszystko uwierzyć. Nie wiedziałem, że Priscilla może być 

tak okrutna.

- Wierzysz zatem, że lady Inglewood była wspólniczką Falkhursta?

- Tak.
- To potworne, że zdradziła cię w taki sposób - ugryzła się w język. - Przepraszam, Theo, 

ale   moje   nerwy   są   jeszcze   w   niezbyt   dobrym   stanie.   Nie   rozumiem   tylko,   dlaczego   lądy 
Inglewood wmieszała się w to wszystko? Wiem, że była zazdrosna o Georginę, ale dlaczego 

zaatakowała ją w taki sposób? Georgina nic złego jej nie zrobiła.

- Podejrzewam, że powodów jest kilka - rzekł ostrożnie. - Zanim jednak przedyskutuję 

je z tobą, wolałbym jeszcze sam dokładnie je przeanalizować.

- W porządku. Co wobec tego robimy dalej?

- Zastanawiałem się nad tym i doszedłem do wniosku, że zachowując dotychczasowy, 

zgodny z płcią podział pracy, powinniśmy skupić się na nowych zadaniach. Do ciebie będzie 

należało odkrycie, jak Priscilli udało się odegrać rolę Georginy.

-   Tak,   to   powinno   być   interesujące,   ponieważ   suknia   jest   kluczem   do   tej   intrygi   - 

background image

roześmiała się, choć dość smętnie. - Miała drugą, identyczną suknię, idę o zakład. Jako stała 
klientka tej Foote bez trudu mogła to zaaranżować.

- Coś w tym jest.
- Poza tym wydaje mi się, że aby ta randka Priscilli się udała, potrzebny był jeszcze 

jeden wspólnik: perukarz. Nawet jeśli sir William był pijany jak bela - a myślę, że był - dwa 
razy by się zastanowił, gdyby jego rzekoma narzeczona miała blond loki.

- Wspaniale, naprawdę wspaniale - rzekł z uznaniem lord Blake. - Pomiędzy szukaniem 

perukarza   a   odkrywaniem   sposobu,   w   jaki   Priscilla   dostała   się   do   środka   Russel   Court, 

niewiele będziesz miała czasu dla siebie.

Chociaż akurat tym wcale nie miał zamiaru się martwić. Im bardziej panna Glyn będzie 

zajęta, tym mniej czasu pozostanie jej na bolesne refleksje.

- A czym będziesz zajmował się ty, kiedy ja będę przemierzać ulice Londynu?

Blake uśmiechnął się szeroko.
- Mam zamiar zdemaskować Falkhursta.

- Och, nie! Błagam, Theo, zostaw to mnie. Żądam jego głowy!
Uśmiech znikł z jego twarzy.

- Musiał bardzo cię zranić.
Katharine milczała chwilę.

- To była moja wina - powiedziała cicho. - Zakochałam się w pięknej twarzy, w gładkim 

obejściu i moja wrodzona inteligencja zawiodła mnie.

Przykrył jej dłoń swoją dłonią.
- Nie obwiniaj siebie za to, że byłaś tak perfidnie wykorzystywana. Żadna dziewczyna, 

szczególnie piętnastoletnia, nie umiałaby ominąć tak zastawionej pułapki. Pomyśl, ten łajdak 
potrafił zatruć umysł i serce żołnierza, dżentelmena, człowieka światowego. Jeśli William w 

nią wpadł, jak mogłaś uniknąć jej ty?

Katharine uśmiechnęła się.

- Przez długie lata rozkoszowałam się myślą jakby to było, gdybym w porę odzyskała 

rozum   i   zdemaskowała   Falkhursta,   ale   dopiero   przy   ołtarzu.   Wyobraź   sobie,   jaki   byłby 

skandal!

- Jesteś niepoprawna - odparł Blake, krztusząc się od tłumionego śmiechu.

- Mówię serio.
- Wiem. Jesteś cudowna. I pomyśleć, że szokowałaś środowisko przez długie lata, a ja 

spotkałem cię zaledwie siedem tygodni temu. Mam sobie za złe, że tak się stało. Wyobraź 
sobie, ile cudownych chwil mogliśmy razem przeżyć.

background image

- Aż strach pomyśleć - odparła z uśmiechem.
- Możemy to jednak nadrobić. Przed nami całe życie.

- Tak - odparła, czując, jak mocno bije jej serce. - To prawda. A więc strategia na jutro 

ustalona. Czeka nas zemsta.

- Niestety, na razie czekają na mnie rodzice. Muszę iść.
Katharine, starając się za wszelką cenę ukryć rozczarowanie, odprowadziła Blake'a do 

wyjścia. Przy drzwiach zatrzymali się i odwrócili, aby spojrzeć sobie w oczy.

- Jestem ci bardzo... wdzięczna, Theo - powiedziała panna Glyn cicho, w/ciągając do 

niego rękę. - Nie dałabym sobie rady sama, mimo całej brawury. Dziękuję za wszystko, co dla 
nas robisz. Jesteś dobrym przyjacielem Williama.

- Jestem także twoim przyjacielem - odparł, ujmując jej dłoń. - Mówiąc szczerze, nie 

myślałem o nim ani nawet o pannie Fairfax.

I zamiast uścisnąć jej dłoń, tak jak się tego spodziewała, podniósł ją wolno do ust. 

Katharine poczuła, że jej policzki czerwienieją, a serce znowu zaczyna głośniej bić.

- Adieu, Katharine - powiedział, wciąż patrząc jej w oczy.
Panna Glyn nie była w stanie wydobyć z siebie głosu.

Markiz uwolnił wreszcie jej dłoń, po czym odwrócił się i wolno minął oszołomionego 

Wainwrighta, który, zamknąwszy za jego lordowską mością drzwi, z milczącym zdumieniem 

patrzył na swoją panią.

Panna  Glyn,  w pełni odzyskawszy  już nad  sobą  panowanie,  rzuciła  mu piorunujące 

spojrzenie. Twarz majordomusa znowu przybrała obojętny wyraz.

- Doprawdy - rzuciła z pełnym irytacji i westchnieniem - można by pomyśleć, że nigdy 

nie widziałeś, jak komuś mówię do widzenia.

- Nie, panienko - mruknął Wainwright, kiedy panna Glyn zniknęła na schodach i nie 

mogła go już słyszeć. - Nie spodziewałem się być świadkiem takiej sceny.

background image

19

Lord Blake wstał wcześnie. Pierwsze godziny spędził przy biurku w swoim gabinecie, 

studiując   przy   cygarach   i   kilku   filiżankach   herbaty   obszerne   raporty   służących.   W   końcu 
wezwał lokaja i polecił mu natychmiast posłać po pana Robbinsa i lorda Braxtona. Obydwaj 

dżentelmeni już o dziesiątej zameldowali się u niego w gabinecie.

-   Angielska   punktualność   nie   ma   sobie   równej   -   powiedział   Blake.   -   Siadajcie, 

przyjaciele, siadajcie.

- Gdzie twoja marokańska bonżurka, Blake, gdzie cygaro i chiński czajniczek? - zawołał 

Robbins,   podejrzliwie   przyglądając   się   jego   wyprasowanemu   surdutowi,   nienagannym 
pantalonom i lśniącym, długim butom.

- To nie czas ani miejsce na dekadentyzm - odparł Blake. - Wezwałem was panowie w 

sprawie niecierpiącej zwłoki. Chciałbym, żebyście w ten miły kwietniowy poranek poszwendali 

się trochę po starym Londynie, łowiąc plotki.

Braxton i Robbins spojrzeli na niego ze zdumieniem.

- Myślę - rzekł Robbins - że powinieneś wyrażać się jaśniej!
Następne pół godziny Blake spędził na relacjonowaniu wszystkiego, co on i Katharine 

Glyn  odkryli,   i  co  zamierzają  robić  dalej.   Powoływał  się  przy  tym  ciągle   na  pannę  Glyn  i 
bezustannie   ją   wychwalał.   Kiedy   więc   zmierzał   ku   końcowi   opowieści,   obaj   zaproszeni 

panowie wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

- Coś mi się zdaje - skomentował lord Braxton, z uwagą patrząc na rubinowy pierścień 

na prawym ręku - że wchodzisz w głęboką wodę, mój drogi.

- W najgłębszą - poprawił go Blake.

Braxton   i   Robbins   znów   porozumieli   się   wzrokiem,   co   wywołało   na   twarzy   Blake'a 

uśmiech.

- Dość tych ukradkowych spojrzeń - powiedział. - Skupcie się raczej na intrydze. Na 

balu   u   Egertonów  William,   chcąc   ukarać   pannę   Fairfax,   wymienił   z   nazwiska   Falkhursta. 

Falkhurst,   chcąc   uwiarygodnić   oskarżenia   Williama   i   ostatecznie   pogrążyć   pannę   Fairfax, 
będzie   napomykał   o   swoim   romansie   z   nią   jak   największej   liczbie   osób.   Każda   zatem 

puszczona przez niego pogłoska, którą uda się obalić, to kolejny gwóźdź do jego trumny. W 
tym celu podzielmy miasto między nas i ruszajmy na łowy.

Trzej przyjaciele rozdzielili się, umawiając się na spotkanie w domu Blake'a na późny 

lunch. Po lunchu, podczas którego uzgodnili plan działania na najbliższe godziny, ponownie 

się rozdzielili, umawiając się tym razem, że po godzinie spotkają się w White's. Lord Blake 
poszedł do swojego pokoju, aby przebrać się w bardziej wytworny strój, zgodnie z rolą, którą 

background image

miał wkrótce odegrać.

Wchodząc do klubu, pozdrawiał licznych znajomych, rozglądając się jednocześnie za 

Falkhurstem. W końcu znalazł go w czytelni. Siedział tam w skórzanym fotelu w pobliżu okna, 
z   kieliszkiem   brandy   na   stojącym   obok   pomocniku   i   londyńską   „Gazette”   w   ręku.   Blake, 

uśmiechając się szeroko, ruszył w kierunku niczego niepodejrzewającej ofiary.

- Falkhurst, co za niespodzianka! - zawołał. - Jakie to szczęście, że cię tu spotkałem. 

Wiedziałem,   oczywiście,   że   jesteś   członkiem   klubu,   ale   nigdy   się   jakoś   tu   na   ciebie   nie 
natknąłem. Czasem tu trochę ciasno, ale White's ma swój styl i bywanie tu jest w dobrym 

tonie. Co pijesz? Brandy? - Lord Blake skinął na kelnera. - Jeszcze jedną brandy dla lorda 
Falkhursta i bordo dla mnie. No i co powiesz, przyjacielu? - zapytał, zagłębiając się w stojącym 

obok Falkhursta fotelu. - Doszedłeś już do siebie po tym skandalu u Egertonów? Okropna 
afera, po prostu okropna. Uważam, że Atherton musiał stracić rozum. Znałem go, oczywiście, 

od   wielu   lat,   ale   teraz   zerwałem   z   nim   wszelkie   kontakty.   Jego   zachowanie   było   nie   do 
wybaczenia.   W  okropnie  złym  tonie.   Och,   dziękuję  -  rzekł,  gdy  kelner   podał   mu  kieliszek 

bordo.

- Jak widzę, szczęście mi sprzyja - zawołał Braxton, podchodząc do obu mężczyzn. - 

Theo, zostań moim partnerem w grze w wista. Peter, po tym, jak go wczoraj ograłem z całej 
forsy, nie może się doczekać rewanżu.

- Nigel, nic z tego - odparł Blake. - Dopiero co znalazłem ten wygodny fotel i razem z 

Falkhurstem ucięliśmy sobie miłą pogawędkę.

- Nie ma sprawy,  bierz  go więc ze sobą  - nie ustępował  Braxton. - Peter  też szuka 

partnera, a słyszałem, że Falkhurst ma szczęście do kart.

- To prawda - przyznał Falkhurst - ale nie mogę grać. Miałem zamiar...
-   Ależ   musisz   zagrać!   -   napierał   Braxton.   -   Wyświadczysz   mi   ogromną   przysługę, 

Falkhurst, jeśli się zgodzisz. Peter Robbins ściga mnie dziś cały dzień. Jedyne wyjście, to jak 
najszybciej z nim zagrać. Przysięgam, że to wyśmienity gracz. Po prostu wczoraj karta mu nie 

szła. To każdemu się zdarza. Bądź dżentelmenem, Falkhurst, i dosiądź się do nas.

-   Chodź,   Falkhurst   -   powiedział   Blake,   wstając   z   miejsca.   -   Nie   da   się   odmówić 

Braxtonowi, gdy ma taki uśmiech na twarzy. Zgódź się na parę rozdań. Ja będę dbał o brandy, 
Braxton dodawał szyku, a Peter będzie nas bawił.

Lord Falkhurst w końcu dał się namówić. Kiedy weszli do salonu karcianego, Robbins 

już zajął stolik do gry w odległym końcu pokoju, butelki brandy, porto i czerwonego wina 

czekały już na nich. Mężczyźni zajęli swoje miejsca. Uzgodniono pulę i rozdano karty.

- Falkhurst i ja rozmawialiśmy właśnie o tej okropnej awanturze u Egertonów ubiegłego 

background image

wieczoru   -   powiedział   Blake,   rzucając   kartę.   -   Sądzę,   że   trochę   alkoholu   dobrze   ci   zrobi, 
Falkhurst. Te publicznie rzucane na ciebie oszczerstwa, mogą ci zrujnować reputację.

- Wcale nie - odparł Falkhurst - schlebia mi wręcz sposób, w jaki kojarzy się mnie z 

najbardziej pożądaną kobietą z towarzystwa.

- Wie, co mówi - rzekł Robbins, uzupełniając kieliszek Falkhursta. - Ta Fairfax to ładna 

kobietka, bez wątpienia, i dojrzała do zerwania.

- Sądząc po słowach Williama Athertona - zauważył Falkhurst - już została... zerwana.
Mężczyźni   wybuchnęli   nieprzyzwoitym   śmiechem.   Falkhurst   i   Robbins   wygrali 

pierwsze rozdanie. Karty potasowano i rozdano ponownie.

- Ty masz łeb, Falkhurst - powiedział z uznaniem Blake, po czym szybko upił spory łyk 

wina. - A tak mówiąc między nami - dodał, pochylając się do Falkhursta - czy w oskarżeniach 
Athertona jest chociaż trochę prawdy?

- Naprawdę nie wiesz, Blake? - zdziwił się Falkhurst. - Nie mogłeś porozmawiać o tym z 

Katharine Glyn?

- Uchowaj Boże! - skrzywił się Blake. - Ta diablica zatrzasnęła mi przed nosem drzwi. 

Wini mnie za zachowanie Athertona. I bardzo dobrze, naprawdę. Te rozmowy z nią stawały się 

już nudne. A co powiesz o pannie Fairfax? Czy rozmowy z nią są bardziej... zajmujące?

- Tak się składa, że... - cedził z uśmieszkiem Falkhurst - sir William wcale tak do końca 

się nie mylił.

- Nie! - zawołał Blake. - Ty chyba nie mówisz serio! Georgina Fairfax? A to ci aktorka!

-   To   prawda   -   potwierdził   Falkhurst,   opróżniając   kieliszek.   Robbins   natychmiast 

napełnił go znowu. - Wszystkich wyprowadziła w pole. Niewiele brakowało, a ze mną również 

by się to jej udało. Ale ja, gdy chodzi o kobiety, mam szósty zmysł. Wiedziałem, że nie jest 
taka,   jaką   udaje.   -  Palce   Falkhursta  zaczęły   gładzić   szkło   kieliszka.   -   I   nie   była,   panowie, 

zapewniam was. Nie była.

Falkhurst,   nieustannie   zachęcany   przez   Robbinsa   i   Braxtona,   a   od   czasu   do   czasu 

również przez Blake'a, w miarę jak rosła jego wygrana i malała ilość alkoholu na stole, coraz 
chętniej opowiadał o swoich schadzkach z panną Fairfax.

- Nie osiągnąłeś jeszcze dna, Falkhurst - zauważył Blake, uśmiechając się złośliwie. - 

Jeśli uczciwe kobiety poznają twój prawdziwy charakter, wszystkie drzwi zamkną się przed 

tobą.

- Wręcz przeciwnie - odrzekł Falkhurst, biorąc do ust kolejny łyk brandy. - Kobiety 

uważają   uwodziciela   za   bardzo   interesującego.   Lista   przysyłanych   do   mnie   zaproszeń 
wydłużyłaby się w dwójnasób.

background image

- Wiesz - odezwał się Braxton - zawsze mnie zastanawiało, że panna Glyn nigdy cię nie 

nakryła. Sprawia wrażenie wyjątkowo surowego cerbera.

- Och, śmiem twierdzić, że wiedziała o wszystkim, ale to wierny kundel i nie zdradziłaby 

drogiej   przyjaciółki   za   żadne   skarby   świata.   Egertonowie   uczynili   ją   odpowiedzialną   za 

reputację panny Fairfax i Kate Glyn to właśnie robi. Dba o jej reputację.

- Zasługuje na medal - oświadczył Blake.

-   Oczywiście,   miałem   nawet   okazję   odwdzięczyć   się   za   jej...   dyskrecję   -   odparł 

Falkhurst.

Blake roześmiał się.
- Dyskrecja jest czymś, czego bym nigdy pannie Glyn nie powierzył. To mała jadowita 

żmija.

Falkhurst,   któremu   niewiele   już   brakowało   do   kompletnego   upicia,   wybuchnął 

śmiechem.

-   Pięknie   ją   podsumowałeś   -   rzekł   z   uznaniem.   -   Powiem   wam   coś,   panowie.   To 

ogromne szczęście, że jej ojciec tak szybko zmarł. Gdyby nie to, mógłbym tę kulę mieć u nogi 
przez całe życie! Czy możecie sobie wyobrazić małżeństwo z Katharine Glyn? Ona nawet w 

łóżku nie jest zabawna.

- Wiesz to z własnego doświadczenia? - zapytał szybko Braxton, widząc, jak szczęki 

Blake'a zaciskają się i jak w jego oczach pojawiają się mordercze błyski.

- Mówiąc między nami - odparł Falkhurst, pochylając się do przodu i wydychając opary 

brandy - przekoziołkowaliśmy się kiedyś parę razy na sianie. Nie ma o czym wspominać, ale 
nic lepszego nie było akurat pod ręką.

Blake szybko przełknął ostatni łyk wina.
- Uważam, że można ci to wybaczyć - rzekł z wymuszonym uśmiechem Braxton. - Jak 

widać to świetnie dobrana para, ta panna Fairfax i ta jej, pożal się Boże, towarzyszka, panna 
Glyn. Jak sądzisz, długo jeszcze potrwa ta farsa?

-   Niedługo   -   zapewnił   Falkhurst.   -   Po   tym   smrodzie,   który   rozszedł   się   dzięki 

Athertonowi, towarzystwo będzie się do tych pań odnosić z dużą rezerwą.

- I dobrze im tak - powiedział Robbins.
- Tak - wycedził Falkhurst. - Kate Glyn będzie nareszcie miała to, na co zasłużyła od 

dawna.

- A panna Fairfax? - zapytał Braxton.

- Zawsze zadzierała nosa. Wreszcie pokazano jej, gdzie jest jej miejsce i będzie musiała 

się z tym oswoić.

background image

- A wszystko dzięki Williamowi Athertonowi - mruknął Blake.
- Tak, wykonał dobrą robotę - wybełkotał Falkhurst. - Sam nie zrobiłbym tego lepiej.

background image

20

Późnym popołudniem następnego dnia Katharine Glyn zapukała do frontowych drzwi 

Russel Court. Jej ciemne włosy były upięte z tyłu i schowane pod zieloną chustką, zamiast 
eleganckiego stroju miała na sobie suknię ze zgrzebnej, szarej wełny, na nogach grube, czarne 

pończochy. Wainwright, który po chwili pojawił się w drzwiach, obrzucił nieproszonego gościa 
chłodnym spojrzeniem.

- Wejście dla służby jest... - Nagle zauważył znajomy błysk w oku i charakterystyczny 

grymas ust. - Panna Glyn! - wykrztusił z trudem.

- We własnej osobie - rzuciła wesoło Katharine, wchodząc do holu. - Jest ktoś do mnie?
- Lord Blake, panienko - odparł Wainwright, usiłując odzyskać tak typową dla niego 

powściągliwość. - Przyszedł jakieś dziesięć minut temu i czeka na panienkę we frontowym 
salonie.

-   Wspaniale.   Napijemy   się   herbaty,   Wainwright   -   powiedziała,   mijając   wciąż 

niemogącego dojść do siebie majordomusa.

Po chwili zatrzymała się przed drzwiami do salonu, otworzyła je szeroko i zawołała po 

francusku:

- To ten człowiek, panie oficerze. Niech pan go aresztuje! Uratował mnie od gilotyny 

tylko po to, żeby mnie wykorzystać!  O Boże, jaki wstyd! Jak przyjaciel  mego ojca, za tyle 

okazanego mu serca, mógł nam odpłacić taką nikczemnością!

Lord   Blake   zakrztusił   się   łykiem   madery,   który   właśnie   wziął   do   ust   i   szybko   się 

odwrócił.

- Kate! - zawołał, z trudem łapiąc powietrze.

- Jak się masz, Theo - odparła, zamykając za sobą drzwi i wyjmując mu z ręki kieliszek. 

- Zamówiłam herbatę.

Lord Blake wybuchnął śmiechem.
-   Francuska   emigrantka   -   powiedział,   usiłując   pokonać   czkawkę.   -   Ciekawe,   co 

wymyślisz jeszcze.

- Och, w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin byłam już włoską hrabiną, a dziś 

irlandzką praczką.

-   Katharine,   Katharine,   Katharine   -   powiedział,   patrząc   na   nią   z   ukosa.   -   Jesteś 

nadzwyczajna!

- Wiem. Miałam bardzo udane dwa dni. Mam nadzieję, że o sobie możesz powiedzieć to 

samo.

- Chyba tak - odparł, odbierając z jej rąk filiżankę z herbatą. - Jednak zacznijmy od 

background image

ciebie.

Panna   Glyn   łyknęła   herbaty   i   opisała   swoją   wędrówkę   po   słynnych   londyńskich 

pracowniach   peruk.   Uwieńczoną   sukcesem,   bo   natrafiła   na   pana   LeBeau,   francuskiego 
emigranta,   który   przyznał   się,   że   robił   ostatnio   czarną   perukę   dla   Priscilli   Inglewood. 

Następnie   powtórzyła   Blake'owi   słowa   Harriet   Perm,   nowej   pokojówki,   która,   ulegając 
szantażowi Falkhursta, zgodziła się wypełnić jego polecenia. W poniedziałkowy wieczór dolała 

Georginie   do  herbaty  środka   nasennego,  zostawiła   Falkhurstowi  i  lady  Inglewood  otwarte 
drzwi do południowo - zachodniego skrzydła domu i wskazała im pomieszczenie gospodarcze z 

oknem, które odgrywało w ich planie wiodącą rolę.

- A skąd ten strój irlandzkiej praczki, który widzę na tobie? - zapytał Blake.

Panna   Glyn   opowiedziała   mu   więc   o   długich   godzinach   spędzonych   w   pralni 

Inglewoodów. Bonnie, młoda dziewczyna z Yorkshire, od niedawna pokojówka, miała wiele do 

opowiedzenia o lady Inglewood. W poniedziałkowy wieczór, tuż przed balem u księcia regenta, 
Bonnie weszła do jej pokoju, zanim lady Inglewood włożyła płaszcz. Jej pani miała na głowie 

czarną  perukę,  a  na  sobie  srebrną  suknię  przybraną  perłami  i  diamentami,  której  Bonnie 
nigdy nie widziała. I najważniejsze, lady Inglewood wróciła z balu bardzo późno tej nocy w 

różowej empirowej sukni i bez peruki. Bonnie nie wiedziała, co o tym sądzić, ale lord Blake i 
panna Glyn wiedzieli doskonale.

- Jesteś nieoceniona - powiedział Blake.
- Ty tak uważasz. Mam tylko nadzieję, że zdołamy przekonać o tym resztę towarzystwa. 

Teraz bądź dobrym chłopcem i opowiedz o swoich przygodach.

- O czym chcesz usłyszeć najpierw: o tym, jak giermek Falkhursta usiłował zepchnąć 

mnie   z   Tower   Bridge,   czy   o   tym,   jak   zostałem   uwięziony   w   pokoju   pełnym   ogromnych, 
jadowitych węży? - zapytał.

W odpowiedzi otrzymał jedynie piorunujące spojrzenie, pospiesznie więc dodał:
- Może lepiej opowiem ci jednak o mojej rozmowie z Falkhurstem.

- Ależ to musiało być nudne.
- No tak - odparł Blake, uśmiechając się szeroko. - Okazał się wyjątkowo niedyskretny, 

co   pewnie   zawdzięczamy   wspaniałej   brandy   oraz   moim   i   Braxtona   umiejętnościom 
przegrywania, kiedy mamy w tym jakiś cel. Posunął się tak daleko, że wymienił daty, czas i 

miejsca swoich rzekomych schadzek z panną Fairfax.

Wyciągnął notes i wręczył go Katharine, która już po szybkim przejrzeniu zapisków 

zauważyła, że w niektórych przypadkach będą pewne kłopoty z zapewnieniem pannie Fairfax 
alibi.

background image

- Postanowiłem sam sprawdzić te historyjki Falkhursta - ciągnął Blake - i okazało się, iż 

w   niektórych   tkwi   ziarno   prawdy.   Falkhurst   miał   rzeczywiście   schadzki   w   przydrożnych 

gospodach   poza   miastem,   ale   ich   właściciele   gotowi   są   przysiąc   w   sądzie,   iż   żadna   z 
towarzyszących mu pań w niczym nie przypominała panny Fairfax. Dotarłem nawet do jednej 

z   tych   ślicznotek   i   uzyskałem   jej   zapewnienie,   że   w   każdej   chwili   może   nam   dostarczyć 
wszystkich potrzebnych dowodów.

- Dlaczego twoje wysiłki muszą przyćmiewać moje? Tak czy inaczej mamy go, Theo. 

Jestem pewna.

- Myślę, że damy sobie z tym radę. Poza tym jestem pewien, że Falkhurst sam siebie 

zgubi.

- Mówił coś jeszcze?
- Kto? Falkhurst? On... nie, nic więcej.

-   Daj   spokój,   Blake,   bądź   dużym   chłopcem   -   roześmiała   się   szeroko   -   i   opowiedz 

wszystko cioci Kate.

- Naprawdę, nie uważam, że... - Urwał nagle, czując na sobie jej wymowny wzrok. - No 

dobrze - dodał z westchnieniem. - Pozwolił sobie na kilka dosyć swobodnych uwag o sobie i o 

tobie... To znaczy... on się zaklinał, że romansował z tobą... kiedyś.

Obserwowała   go   przez   chwilę   w   milczeniu,   po   czym   nieoczekiwanie   rzuciła   się   na 

oparcie fotela i wybuchnęła śmiechem.

Blake musiał mieć niezbyt mądrą minę i śmiech Katharine, pomimo jej wysiłków, żeby 

się opanować, gdy tylko spojrzała na niego, wybuchał na nowo.

- Romansował! - jęknęła. - Romansował - powtórzyła i znowu zaniosła się śmiechem. 

Był on tak zaraźliwy, że nawet Blake nie był w stanie dłużej utrzymać powagi.

Kiedy Katharine opanowała się, wspólnie z Blakiem przez chwilę zastanawiali się nad 

zapłatą Falkhurstowi i lady Inglewood za ich nikczemność.

- Wiemy już wszystko i mamy już prawie wszystkie potrzebne dowody - zauważył Blake. 

- Pułapka przygotowana i wkrótce możemy przystąpić do zadania ostatniego ciosu. Nadszedł 
czas, Kate, żeby panna Fairfax poznała całą prawdę.

- Wiem - westchnęła - i bardzo się boję. Nie wiem, jak ona to przyjmie.
- Jest silna i z twoją pomocą jakoś przez to przejdzie. Powiedz jej, Katharine. Powiedz 

jeszcze dziś.

- Masz rację, oczywiście. Tak zrobię - zawahała się. - To musi być... trudne dla ciebie.

Spojrzał na nią spod oka.
- Dlaczego?

background image

- Dowiedzieć się takich okropieństw o Priscilli. Nikogo nie może uszczęśliwić odkrycie, 

że jego narzeczona nie jest taka, jak myślał.

- Narzeczona? Jaka narzeczona?
Serce zabiło jej mocniej.

- Zerwałeś z nią?
- W żaden sposób nigdy nie byłem z nią związany. Nie byłem, nie jestem i nigdy nie 

będę zaręczony z Priscillą Inglewood.

Filiżanka z herbatą zadrżała w jej ręku i Katharine szybko postawiła ją na tacy.

- Ależ Theo, cały Londyn już kupuje wam ślubne prezenty.
- W takim razie cały Londyn nie grzeszy rozumem. Jestem zdumiony, Katharine, że 

mogłaś uwierzyć w takie bzdury, szczególnie teraz, gdy Priscillą tak podle z wami postąpiła.

- A jednak masz wobec niej zobowiązania...

- Wiele by o tym mówić, ale może niekoniecznie dziś - odparł, patrząc jej w oczy. - Wiele 

w swoim życiu wycierpiałaś, Kate, rozumiesz więc, co przeżywałem, kiedy umarł mój brat. 

Obwiniałem się o coś, czemu nie byłem w stanie zapobiec, tak jak ty obwiniasz się o to, co 
spotkało   pannę   Fairfax.   Po   śmierci   brata   zamknąłem   się   w   sobie   jak   żółw   w   skorupie, 

uciekając od tych, których kochałem najbardziej. Utrwalałem w sobie absurdalne kłamstwa, 
które mnie zatruwały. Uwierzyłem w końcu, że nie potrzebuję miłości. W pewnym sensie mam 

dług wdzięczności wobec Priscilli. Myśląc o małżeństwie z nią, zrozumiałem, jak odrażający 
byłby dla mnie ten oziębły dyktowany rozsądkiem związek. Determinacja Priscilli w dążeniu 

do uzyskania tytułu księżnej Insley unaoczniła mi, że wmawianie sobie zobowiązań wobec niej 
to jakieś szaleństwo. Teraz nie jestem już winien jej nic, prócz zemsty za was, za ciebie i pannę 

Fairfax.

- Tak, ale wobec mnie jej taktyka była inna - powiedziała cicho i zamyśliła się.

- Kate! - zawołał, ściskając jej dłonie. - Co ci jest? Stało się coś?
Katharine wzdrygnęła się i odetchnęła głęboko.

-  Przyszło  mi na  myśl  -  powiedziała   głucho -  że okrucieństwo   Falkhursta  i  Priscilli 

wobec   Georginy   i   Williama   jest   niewspółmierne   do   przyczyny.   Owszem,   Priscillą   była 

zazdrosna o Georginę, a Falkhurst o sir Williama i mógł się czuć upokorzony przez Georginę. 
Ale  podstawowy   element  tej   układanki   gdzieś   się  nam   zagubił.   Chyba   jednak   go  wreszcie 

odnalazłam, Theo. Chodzi o mnie.

- Kate...

- Nie próbuj mnie przekonywać, że jest inaczej! - zawołała. - Znam prawdę. Falkhurst, 

Priscillą   i   ja   prowadzimy   ze   sobą   wojnę   już   niemal   dziesięć   lat   i   ja,   jak   zwykle   zresztą, 

background image

posunęłam się za daleko. Kto by ścierpiał te wszystkie obelgi, którymi ich obrzucałam. To 
jedyna sensowna odpowiedź, Blake. Jak najlepiej mnie zaatakować, jeśli nie przez zniszczenie 

Georginy? A czy można bardziej zniszczyć Georginę, niż nastawić przeciwko niej kogoś, kogo 
pokochała bezgranicznie? Nie widzisz tego, Theo? To pasuje. Wszystko nareszcie pasuje. - 

Panna Glyn odwróciła się szybko.

Jednak Blake nie pozwolił jej odejść. Chwycił ją za ramiona i odwrócił do siebie.

- Kate, dość. Nie możesz się obwiniać za wszystko. Nie masz prawa. Jeśli Priscilla i 

Falkhurst chcieli zranić tylko ciebie, mogli to zrobić na wiele innych, prostszych sposobów. Ale 

nie zrobili. Zaatakowali pannę Fairfax i Williama wprost, bo to ich chcieli zranić. Oczywiście 
ciebie zranili  też i...  zgadzam się, że chcieli  tego. Ale chodzi o to, że ich ofiarami są nasi 

przyjaciele, osoby, których Priscilla i Falkhurst nienawidzą właściwie bez powodu, i że jesteś 
tym przybita, a może...

- Jesteś bardzo przekonujący, Theo - powiedziała, uśmiechając się blado. - Teraz już 

znasz tę gorszą część duszy. Czasem potrafię być niezłą zołzą!

- Co to, to nie!
Z jej ust wyrwał się zduszony śmiech.

- Łotr!
Blake ponownie ujął jej dłonie.

- Kate, wiem, że to trudne, ale musisz to zrobić. Prawdę mówiąc, i ja za to odpowiadam, 

bo...   powiedziałem   Priscilli   coś,   co   mogła   uznać   za   niewybaczalne.   Jeśli   zdecydowała   się 

uderzyć...  cóż, wiedziała,  że jesteś moją przyjaciółką. Ale w końcu, jakie to ma znaczenie? 
Tego, co ona i Falkhurst zrobili, nie da się wytłumaczyć. Poza tym ich intryga dotknęła nie 

tylko pannę Fairfax, Williama i ciebie, ale również Jeremy'ego Fairfaksa, Egertonów, twoich 
przyjaciół... Lista jest nieskończona - i właśnie to ich zgubi.

Wainwright zapukał do drzwi i po chwili wszedł do pokoju.
- Kiedy mam podawać kolację, panno Glyn?

- Theo, zostaniesz? - zapytała Katharine.
- Dziękuję, ale nie mogę - odparł Blake, wstając. - Czeka mnie jeszcze kilka wizyt. Może 

innym razem.

- A więc za godzinę, Wainwright.

Majordomus skłonił się i wyszedł.
-  Cóż  - powiedziała  Katharine,  też  wstając  - to  była...  bardzo  interesująca   wizyta.  - 

Wyciągnęła do Blake'a rękę. - Dziękuję ci, Theo - powiedziała cicho. - Jestem ci wdzięczna za 
wszystko, co... powiedziałeś... i co zrobiłeś.

background image

- To była dla mnie, zapewniam cię, ogromna przyjemność - odparł, unosząc jej dłoń do 

ust. - Dobrej nocy, Katharine.

Panna   Glyn   patrzyła,   jak   Wainwright   odprowadza   Blake'a   do   wyjścia.   Ta   wizyta 

zupełnie wytrąciła ją z równowagi. Najchętniej zaszyłaby się w swoim pokoju, ale wiedziała, że 

ma przed sobą zadanie, którego nie można odkładać. Weszła do holu.

- Czy Georgina jest u siebie, Wainwright? - zapytała.

- Tak, panienko - odrzekł majordomus z kamienną, jak zawsze, twarzą.
- Dziękuję ci.

Powoli ruszyła  schodami w górę do swego pokoju. Weszła do środka,  zrzuciła  strój 

praczki, włożyła szlafrok, po czym, wziąwszy głęboki oddech, skierowała się do saloniku panny 

Fairfax.

background image

21

Niebo   w   czwartkowy   wieczór   było   całkowicie   pokryte   chmurami.   Wiosenne   ciepło 

ostatnich kilku tygodni zastąpił przejmujący chłód. Kolory wyraźnie przygasły, ludzie mniej 
chętnie zatrzymywali się na ulicach, aby zamienić ze sobą parę słów, a na kominkach ogień 

znowu płonął przez cały dzień. Książę i księżna Insley oraz Katharine Glyn siedzieli w salonie 
Insleyów, czekając na przybycie Blake'a i Williama Athertona.

- Wolałabym, żeby pogoda nie dostrajała się do naszego nastroju - westchnęła panna 

Glyn.

- Jest rzeczywiście ponuro - przyznała księżna.
- Myślę, że nie musicie być państwo przy tym obecni - powiedziała panna Glyn. - Theo i 

ja możemy porozmawiać z nim sami.

- Nie, nie, panno Glyn, chcemy zostać - odparł książę. - Z tego, co Theo powiedział o 

stanie umysłu Williama, biedak może w to wszystko nie uwierzyć, sądząc, że usiłujecie bronić 
panny   Fairfax.   Jeśli   to   jednak   my   potwierdzimy   waszą   wersję,   będzie   zmuszony   ją 

zaakceptować.

Po chwili lord Blake w towarzystwie sir Williama wszedł do salonu.

-   O,   jesteście   tu   wszyscy   -   powiedział.   -   Wspaniale!   Will,   znasz   moich   rodziców, 

oczywiście, i, jak sądzę, pannę Glyn również.

Sir William ze zdumieniem rozejrzał się dookoła.
- Co to wszystko ma znaczyć? - zapytał.

- Zaraz się dowiesz. Siadaj - rzekł lord Blake, wskazując mu fotel obok księcia i księżnej. 

- Opowiem ci pewną historię.

- Jeśli o Georginie... - zaczął zapalczywie sir William.
- Również - przerwał mu lord Blake. - Przede wszystkim jednak o Priscilli Inglewood i 

Bertramie Falkhurście. Siadaj, Will - powtórzył, wciskając go w stojący za nim fotel.

- Jeszcze nie widziałam, żeby kogoś tak zdecydowanie namawiano do zajęcia miejsca - 

zauważyła panna Glyn.

Lord  Blake   uśmiechnął  się  szeroko,  po  czym  podszedł  do  kominka  i  oparłszy   się  o 

marmurowy gzyms, zwrócił w stronę audytorium.

-   A   więc   -   zaczął   -   pewnego   razu   był   sobie   pewien   lord   i   pewna   lady,   o   sercach 

przepełnionych zazdrością i nienawiścią do pewnej bardzo w sobie zakochanej pary młodych 
ludzi. A że ów lord i owa lady byli bardzo samolubni i okrutni, wymyślili intrygę, która miała 

zniszczyć szczęście kochanków.

- Posłuchaj, Theo - przerwał mu sir William - jeśli myślisz, że będę spokojnie siedział i 

background image

wysłuchiwał tych bzdur...

- Niegrzecznie jest przerywać komuś w pół zdania - zauważyła z powagą księżna.

Lord Blake kontynuował więc opowieść z pomocą panny Glyn, która uzupełniała ją o 

bardziej dramatyczne i barwne opisy tego, jak to sir William został wyprowadzony w pole.

- Uważacie mnie za durnia? - zawołał z furią William, kiedy opowieść dobiegła końca. - 

Sądzicie, że uwierzę w te ckliwe bajdy? Wiem, co słyszałem i widziałem! Sądzicie, że uwierzę 

wam, a nie własnym oczom i uszom? Georgina i Falkhurst są kochankami i nie ma znaczenia, 
co o tym my ślą jej lojalni przyjaciele!

Panna Glyn powiedziała spokojnie:
- Mamy tu złożone pod przysięgą zeznanie pani Foote, słynnej krawcowej, którą miał 

pan   okazję   poznać,   stwierdzające,   że   lady   Inglewood   zleciła   jej   wykonanie   na   wasz 
zaręczynowy   bal   dwóch   identycznych   sukni.   Jedną   włożyła   lady   Inglewood,   gdy   w 

poniedziałkowy wieczór odgrywała rolę Georginy.

- Wspaniale - zadrwił sir William. - Ile zapłaciłeś pani Foote za to oświadczenie, Theo?

Oczy lorda Blake'a niebezpiecznie się zwęziły.
- Jestem przede wszystkim twoim przyjacielem, Will, proszę cię więc, nie oskarżaj mnie 

o przekupstwo i szantaż. Ja, chociaż mógłbym, nie oskarżam cię o głupotę.

- William - odezwała się z powagą księżna - wiem, że odrzucasz to, co tu dziś usłyszałeś. 

Uznanie tej prawdy to tak jak nagła utrata gruntu pod nogami. Musisz być jednak dzielny dla 
dobra panny Fairfax i swego własnego. Otwórz serce i rozum na to, co przed chwilą usłyszałeś, 

tak wygląda prawda.

-   Theo   zebrał   złożone   pod   przysięgą   oświadczenia   -   wtrącił   książę.   -   Wszystkie 

zaprzeczają rzekomym schadzkom Falkhursta z panną Fairfax. Theo jest w stanie udowodnić, 
że w żadnej z wymienionych sytuacji, panny Fairfax nie mogło tam być.

-   Zostałeś   wykorzystany,   Will   -   powiedział   spokojnie   lord   Blake   -   haniebnie 

wykorzystany.  Nie jest łatwo  z tym się pogodzić,  wiem, ale dla spokoju twojego sumienia 

musisz  uwierzyć  we  wszystko,   co ci  powiedziałem.   Co  jest  gorsze: uwierzyć  w niewinność 
panny Fairfax czy w kłamstwa, które tak cię zatruły?

Sir William powoli przenosił wzrok z jednej twarzy na drugą, podczas gdy kolor jego 

własnej z każdą chwilą coraz bardziej przypominał popiół, a żołądek coraz bardziej podchodził 

mu   do   gardła.   W   końcu   zatrzymał   wzrok   na   Blake'u   i   w   milczeniu   przez   dłuższy  czas  go 
obserwował. Nagle jęknął i wybiegł z pokoju, zanim zmaltretowany żołądek zdążył się pozbyć 

swojej zawartości.

Lord Blake pobiegł za nim.

background image

- Biedny chłopiec - szepnęła księżna.
- Falkhurst i Priscilla muszą za to odpowiedzieć - oświadczył książę.

- I pomyśleć, że znając kogoś przez całe życie, można go nie znać wcale - dodała w 

zadumie księżna.

Chwilę później lord Blake wrócił do salonu.
- Jak on się czuje? - zapytała księżna.

-   Wątpię,   czy   w   ciągu   najbliższych   dwóch   tygodni   jego   żołądek   będzie   w   stanie 

cokolwiek   przyjąć   -   odparł   Blake,   zagłębiając   się   w   fotelu.   -   Szkoda   chłopaka   -   dodał   z 

westchnieniem. - Czy tak samo było po twojej rozmowie z panną Fairfax?

- Gorzej - odparła Katharine. - Georgina od wtorku wieczorem nie opuszcza swojego 

pokoju. Nie chce jeść ani z nikim rozmawiać.

- Nie wiedziałem.

- Nie mówiłam ci - powiedziała, wzruszając ramionami. - Właściwie, nie martwię się 

tym. W końcu dojdzie do siebie.

- To musi być trudny dla pani okres, panno Glyn - zauważyła księżna.
- Bywało gorzej - odparła Katharine, wzruszając ponownie ramionami.

Sir William, który bardziej przypominał ducha, wrócił wreszcie do salonu.
- Uważam - powiedział drżącym głosem - że winien jestem wszystkim przeprosiny. Źle 

się zachowałem, podczas gdy wy staraliście się jedynie pomóc mi.

- Nie musisz przepraszać, Williamie - odparł książę. - Każdy młody człowiek w twojej 

sytuacji zrobiłby to samo.

- Boże, szkoda, że nie umarłem! - jęknął sir William, opadając na fotel i kryjąc głowę w 

ramionach. - Jak mogłem być tak ślepy?

- Falkhurst i Priscilla bardzo sprytnie wszystko zaplanowali - powiedział lord Blake. - 

Musieli działać szybko, żeby cię zaskoczyć i nie dać czasu na otrzeźwienie.

- Ale dlaczego? - zawołał sir William, podnosząc głowę. - Dlaczego zrobili to mnie? 

Nam?

- Najwyraźniej lord Falkhurst wierzył, że to on jest wybrańcem panny Fairfax - odparła 

księżna. - Kiedy ogłoszono wasze zaręczyny, jego zazdrość i gniew stały się nie do opanowania. 
I   wszystko   wskazuje   na   to,   że   Priscilla   wykorzystała   okazję,   aby   zranić   swoją   największą 

rywalkę. Zazdrość, Williamie, to straszny przeciwnik.

- Muszę się z nią zobaczyć - rzekł sir William, patrząc błagalnie na pannę Glyn. - Muszę 

porozmawiać z Georginą.

-   Jeszcze   nie   teraz   -   powiedziała   cicho   Katharine.   -   Ona   już   wie   to,   o   czym   pan 

background image

dowiedział   się   przed   chwilą,   i   sądzę,   że   to   dotknęło   ją   bardziej   niż   pańskie   oskarżenia. 
Georginą potrzebuje czasu. Ja, a może nawet ona sama, zawiadomimy pana, kiedy będzie w 

stanie zobaczyć się z panem.

- Jeśli... w ogóle zechce - jęknął i ponownie ukrył twarz w dłoniach.

Panna Glyn wróciła do Russel Court w dosyć ponurym nastroju. Weszła na pierwsze 

piętro, czując w głowie zamęt, po czym, zamiast skierować się do swojego pokoju, zatrzymała 

się przed sypialną swojej przyjaciółki i, odetchnąwszy głęboko, zapukała do drzwi.

- Tak? - odparł przytłumiony głos.

- To ja, Georgino. Chciałabym z tobą porozmawiać.
- Nie chcę nikogo widzieć.

- Nonsens - powiedziała Katharine, mimo protestów przyjaciółki wchodząc do środka. I 

zamknęła za sobą drzwi.

Panna   Fairfax,   w   szlafroku,   z   luźno   opuszczonymi   na   ramiona   włosami,   stała   przy 

oknie, patrząc przed siebie niewidzącymi oczami.

- Pięknie wyglądasz - skomentowała panna Glyn.
- Odejdź, Kate - rzuciła z westchnieniem panna Fairfax. - Nie jestem w towarzyskim 

nastroju.

- Biedactwo. Musisz się więc przełamać, ponieważ mam zamiar tu zostać.

- Doprawdy, Kate - westchnęła ponownie panna Fairfax, kładąc się na łóżku i zwijając w 

kłębek - czy ty w ogóle nie uznajesz prywatności?

- Nie, jeśli widzę kogoś takiego jak ty - rzuciła panna Glyn, siadając obok przyjaciółki. - 

Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego nie chcesz stanąć do walki. To zupełnie do ciebie 

niepodobne. Dlaczego się poddałaś, Georgino?

- A niby co miałabym zrobić? - zapytała panna Fairfax, wyrywając rękę z uścisku panny 

Glyn. - Wydrapać Priscilli oczy? Uderzyć Falkhursta w twarz? Dać anons w „Gazette”?

- Wszystko jedno - odparła panna Glyn z powagą. - Tylko, na Boga, coś zrób!

- Dlaczego? Co to da? Czy wymaże z pamięci koszmar, który przeżywam od kilku dni? I 

te wszystkie potworne rzeczy, które William mówił o mnie? Czy zwróci mi utracone szczęście?

- Nie, ale przynajmniej będzie ci lżej.
- Jakim cudem?

- Manipulowano tobą i Williamem. Czujesz się więc zraniona i bezsilna, jak nigdy dotąd 

i, co zrozumiałe, czujesz odrazę. Ale jeśli z tym coś zrobisz, odzyskasz wpływ na swoje życie. A 

wtedy, jak sądzę, zaczniesz sama siebie traktować lepiej niż teraz.

- Jakie to ma znaczenie? - zauważyła z goryczą Georgina. - Nie wyjdę za mąż w czerwcu. 

background image

Nie odzyskam przyjaźni i miłości Williama. Nie będę go kochać.

- A chciałabyś? - zapytała ze zdumieniem panna Glyn.

- Nie wiem! - zawołała  ze złością  panna Fairfax,  uderzając pięścią w materac.  - To 

dziwne, kochać go po tym, co mi powiedział i zrobił, a jednocześnie nienawidzić, że tak uległ 

manipulacji, tak mnie zranił i nie ufał mi.

- Nie on rozdawał karty.

- To nie ma znaczenia.
- Jesteś niemądra.

- Wiem! Jeśli on mógł postępować głupio, dlaczego ja nie mogę. Jest we mnie tyle 

złości, bólu i przerażenia, Kate, że chwilami czuję, że już tego nie wytrzymam. Nigdy się tak nie 

czułam. Och, Kate, jestem taka nieszczęśliwa! - załkała.

Katharine wzięła przyjaciółkę w ramiona, tuląc i kołysząc jak dziecko.

- Gdybym tylko mogła przestać o nim myśleć - mówiła panna Fairfax, szlochając. - Tak 

mi wstyd.

- A jak myślisz, dlaczego sir William tak brutalnie wobec ciebie postąpił? - zapytała 

panna Glyn. - Pomimo tego, co widział i słyszał, wciąż cię kochał. Wciąż kochał kobietę, która, 

jak sądził, haniebnie go zdradziła, i nienawidził siebie za to.

- On nadal mnie kocha? - zapytała panna Fairfax, odsuwając się od przyjaciółki, aby 

spojrzeć jej w twarz. - Pomimo tych wszystkich paskudnych rzeczy, które o mnie myślał?

- Tak sądzę.

- Jakie to... dziwne.
- Nie bardziej niż to, że ty go kochasz, pomimo wszystko.

- Ale to jest różnica.
- Jaka?

- W porządku, Kate, może i nie ma różnicy. Ale ja przynajmniej nie wierzyłam w te 

wszystkie   kłamstwa   o   nim.   Podczas   gdy   on   wierzył   w   każde   oskarżenie,   które   z   takim 

okrucieństwem   rzucał   mi   w   twarz.   Jak   mogę   go   dalej   kochać,   jak   mogę   mu   przebaczyć, 
wiedząc to wszystko?

- Dlaczego uważasz, że musisz? Mylisz się Georgino. Nikt nie miałby ci za złe, gdybyś 

podeszła do sir Williama i napluła mu w twarz.

- Mówisz od rzeczy! - zawołała panna Fairfax i nagle się roześmiała.
- Ależ, Georgino, absurd to moja specjalność.

- Jak zwykle przesadzasz - odparła z uśmiechem panna Fairfax. - Ostatnio, jak sądzę, 

nie miałaś ku temu zbyt wielu okazji. Zmieniłaś się, Kate, a może to oni cię zmienili? A co z 

background image

twoim rewanżem?

- Książę ma zamiar wydać bal na cześć nowego ambasadora w Hiszpanii. Nie wiem 

jeszcze, kiedy ten bal się odbędzie, ale książę i księżna Insley zapytają  jego wysokość, czy 
będziemy   mogli   wystawić   w   jego   trakcie   nasz   mały   melodramat.   Na   razie   to   jeszcze   nic 

pewnego.

- Przypuszczam, że przewidziałaś w nim rolę dla mnie?

- Droga Georgino, występujesz podczas całego trzeciego aktu!
- A... William... też otrzyma w nim jakąś rolę?

- Nie wiem. Mam nadzieję. W tej chwili nie jest w stanie myśleć o czymkolwiek poza 

horrorem, który nam wszystkim zafundował. Widzisz, on nawet nie wierzy, że kiedykolwiek 

mu wybaczysz. Świadomość tego, co ci zrobił... bardzo nim wstrząsnęła. - Katharine wzięła 
głęboki oddech. - On... chce się z tobą zobaczyć.

Blada twarz panny Fairfax nagle stała się szara.
- O Boże, Kate, co ja mam zrobić?

- Nie wiem, Georgie - powiedziała cicho Katharine. - Bardzo mi przykro, ale nie wiem. 

Theo  i   ja,   a   nawet   książę   i   księżna,   chcielibyśmy   widzieć   was   znowu   razem,   podczas   gdy 

Jeremy i Tommy Carrington chcieliby oblać go smołą i oblepić piórami, a potem ściąć mu 
głowę. Część mnie chciałaby  zobaczyć sir Williama  powieszonego na najwyższym  maszcie, 

inna natomiast... żałuje go. A sam sir William stracił nadzieję na szczęście w chwili, gdy ujrzał 
Priscillę   i   Bertiego   odgrywających   swoją   scenę.   Dałabym   wszystko,   żeby   ci   móc   doradzić, 

Georgino, ale nie potrafię. Ten problem musisz rozwiązać sama.

Następnego dnia rano panna Fairfax weszła do pokoju śniadaniowego, gdzie Katharine 

Glyn i Jeremy Fairfax siedzieli przy porannym posiłku.

- Georgina! - zawołała ze zdumieniem panna Glyn.

- Dzień dobry wszystkim - powiedziała panna Fairfax, po czym podeszła do stolika, 

nalała sobie do filiżanki kawy, wzięła z tacy grzankę i usiadła przy stole.

-   Jak   dobrze   znowu   cię   widzieć   -   rzekł   Jeremy,   uśmiechając   się   do   niej   ciepło.   - 

Stęskniliśmy się już za tobą.

- Napisałam do Williama - powiedziała cicho panna Fairfax. - Prosiłam, żeby przyszedł 

do mnie dziś po południu.

- Dobry Boże, dlaczego?! - Jej brat nie krył oburzenia.
- Ponieważ muszę z nim porozmawiać - wyjaśniła chłodno.

- Brawo! - Siedząca po przeciwnej stronie stołu panna Glyn wzniosła toast, unosząc 

filiżankę z herbatą. - Życzę ci szczęścia, Georgino.

background image

Po południu, gdy panna Fairfax nerwowo spacerowała po salonie, pomyślała, że będzie 

jej ono dziś bardzo potrzebne. Boże, czyżby straciła rozum, decydując się na napisanie tego 

listu do Williama? Jej niepewność i niezdecydowanie zdawały się rosnąć z każdą minutą.

Wreszcie   rozległo   się   ciche   pukanie   do   drzwi   i   Wainwright   wprowadził   jej   byłego 

narzeczonego do pokoju, po czym dyskretnie wycofał się i zamknął za sobą drzwi.

Panna Fairfax została sam na sam z Williamem Athertonem. Zmiany, jakie zauważyła w 

jego wyglądzie, głęboko nią wstrząsnęły. Twarz miał bladą i wymizerowaną, a ubranie wisiało 
na nim, jakby schudł parę kilo.

- Dziękuję, że zechciałaś się ze mną widzieć. - Jego głos brzmiał głucho w ciszy salonu.
- Nie wyglądasz najlepiej - powiedziała miękko.

- Mam... za sobą trudny tydzień.
- Proszę, usiądź. - Wskazała ręką fotel, stojący naprzeciwko kanapy, na której po chwili 

sama usiadła.

Sir William ani na chwilę nie spuszczał wzroku z jej twarzy, podczas gdy ona ani na 

chwilę nie spuszczała wzroku ze swoich kolan.

- Napisałaś... - zaczął sir William. - Z twojego listu zrozumiałem, że... chcesz ze mną 

rozmawiać.

- Tak.

W salonie znowu zaległa cisza.
- Posłuchaj, jeśli to jest dla ciebie... - zaczął ponownie.

- Och nie, to nie tak - przerwała mu szybko. - Tylko to takie trudne. - Nie wiem... od 

czego zacząć, a nawet, co tak naprawdę chcę powiedzieć.

- Ja wiem, co powinienem powiedzieć - odparł z przejęciem sir William.
- Tak?

Gwałtownie wstał i zaczął nerwowo przechadzać się po leżącym przed kanapą dywanie.
-   Posłuchaj   -   rzekł   w   końcu,   zatrzymując   się   przed   panną   Fairfax.   -   Zraniłem   cię, 

rzucając publicznie oskarżenie i... zdradzając miłość i zaufanie, jakimi mnie kiedyś obdarzyłaś. 
Ja tę twoją miłość czy też przyjaźń zabiłem. Wiem, że nigdy nie wróci to, co między nami było, 

ale wspomnienia będę nosił w sercu aż do końca życia. Wiem, że nigdy nie wybaczysz mi tego, 
co ci zrobiłem. Ale... ale proszę cię, Georgino, proszę tylko o to, żebyś mnie nie nienawidziła. 

Masz, oczywiście, do tego prawo, bardziej niż kiedykolwiek na świecie. Tylko że... - przesunął 
drżącą dłonią po włosach - ja nie mogę tego znieść. Proszę, powiedz mi, że pewnego dnia 

przestaniesz mnie nienawidzić. Że taki dzień nastąpi, Georgino. Błagam cię, daj mi chociaż 
cień nadziei.

background image

- Williamie - powiedziała spokojnie panna Fairfax - sprawiłeś, że cierpiałam tak, jak 

chyba nikt na świecie. Nie sądziłam, że to zniosę.

- Dobry Boże, Georgino! - zawołał William, rzucając się przed panną Fairfax na kolana. 

- Powiedz tylko, że kiedyś przestaniesz mnie nienawidzić, błagam cię.

-   Mój   słodki   Williamie   -   szepnęła,   wplatając   palce   w   jego   jedwabiste   włosy.   Nagle 

poczuła,   jak   ogarniają   spokój.   -   Nie   nienawidzę   cię.   Ja   ciebie   kocham.   Pokochałam   od 

pierwszej chwili i nie przestałam kochać nawet na sekundę.

Spojrzał na nią jak człowiek bliski śmierci na pustyni, który nieoczekiwanie dociera do 

oazy.

- A ponieważ cię kocham - ciągnęła panna Fairfax - i wiem, że zostałeś bezwzględnie 

wykorzystany, bardzo mi łatwo ci wybaczyć.

-   Niech   Bóg   ci   błogosławi,   Georgino   -   zawołał,   szlochając,   i   łzy   popłynęły   mu   po 

policzkach.

Panna Fairfax przyciągnęła jego głowę do piersi.

- Och, mój ukochany - szepnęła. - Byliśmy na samym dnie piekła i cierpieliśmy męki, bo 

byliśmy sami. Gdyby to miało się powtórzyć, idźmy tam razem.

- Razem? - William niemal stracił oddech.
-   Czyżbyś   zapomniał,   że   kiedyś   prosiłeś   mnie   o   rękę?   Nie   porzucisz   mnie   przed 

ołtarzem, mam nadzieję?

- A więc... wciąż chcesz wyjść za mnie? Po tym, co ci zrobiłem?

- Po tym, co zrobiono nam - poprawiła go panna Fairfax. - Tak, mam zamiar.
Sir William spojrzał na nią tak jak człowiek, któremu nagle pomieszało się w głowie, po 

czym przyciągnął ją do siebie i wziął w objęcia.

- Tak jest o wiele lepiej - powiedziała w chwilę później.

William siedział teraz obok niej na kanapie. Jej ramiona obejmowały jego szyję, a głowa 

spoczywała na jego piersiach.

- Zrobię wszystko, abyś była szczęśliwa, Georgino, przysięgam! - powtarzał żarliwie. - 

Sprawię, że zapomnisz o tym koszmarze, przez który musieliśmy przejść.

- Och nie, Will, nie rób tego. Nie chcę zapomnieć. Widziałam cię od dobrej i złej strony, 

a ty widziałeś, jak cierpię, i jak łatwo mnie zranić. To, co się stało, odmieniło nas oboje. Nie 

możemy tego odrzucać. Myślę, że właśnie dzięki temu jesteśmy lepsi. Większość młodych ludzi 
przed ślubem nie wie, jak się zachowa w chwili próby. My już wiemy i nie wolno ci myśleć, że 

stało   się   coś,   czego   powinniśmy   się   wstydzić.   Kochaliśmy   się,   gdy   inni   w   takiej   sytuacji 
zerwaliby   natychmiast   wszelkie   łączące   ich   więzy.   Zostaliśmy   poddani   ciężkiej   próbie   i 

background image

najważniejsze, że wyszliśmy z niej zwycięsko.

background image

22

- Grałaś kiedyś w sztuce? - zapytał lord Blake pannę Glyn, gdy na balu u księcia regenta 

poprawiali kostiumy przed wyjściem na scenę.

- Raz - powiedziała, przyglądając się swemu odbiciu w lustrze. - W dzieciństwie.

- Czy była tam jakaś gorąca scena miłosna?
- Nie nazwałabym jej gorącą - odparła, poprawiając perukę. - Miałam wtedy dziesięć lat 

i grałam  rolę Beatrycze,  a moim partnerem był Benedykt,  jedenastoletni  syn miejscowego 
pastora. Z tego, co pamiętam, nie byłam wówczas zbyt tą grą poruszona.

- Nieczuła istota. Mam nadzieję, że dziś będzie inaczej.
- Nie przypominam sobie żadnej gorącej sceny w naszym scenariuszu - zauważyła z 

powagą panna Glyn.

-   Możemy   przecież   odegrać   tę   scenę   identycznie   jak   Falkhurst   i   Priscilla   tamtego 

wieczoru... Najlepsi aktorzy zawsze improwizują.

- Nie tym razem. Wielkie dzięki. Nie chcę wyglądać na zmieszaną.

Spojrzał na nią spod oka i uśmiechnął się.
- A mogłabyś być zmieszana?

- Mając tak arystokratyczne audytorium? Z pewnością.
- No trudno - rzekł Blake z westchnieniem. - Musimy przenieść nasz eksperyment na 

inny dzień. Ale lepiej miej się na baczności, Kate. Moja ciekawość wymaga zaspokojenia.

- Ciekawość, jak mówią, to pierwszy stopień do piekła.

- Śmierć to bardzo atrakcyjne zakończenie.
- Twoja miłosna scena z każdą minutą coraz bardziej się komplikuje.

- Improwizacja, jak już powiedziałem, to istotna część gry.
- Czy ta sentencja jest gdzieś wyryta w kamieniu?

- Och nie, w znacznie bardziej podatnym materiale.
Nie chcąc dać się wprawić w zakłopotanie, Katharine - pomimo przyspieszonego bicia 

serca - odważnie spojrzała jego lordowskiej mości w oczy i odparowała:

- Miałeś dużo okazji, żeby sprawdzić prawdziwość tego twierdzenia, jak sądzę.

- Nie tak znowu wiele, jak niektórzy usiłują ci wmówić.
- Nie bądź taki skromny! Z tego, co słyszę, pod tym względem nie masz sobie równych.

- Ma pani ostry język, panno Glyn.
- Przydaje się... w improwizowanych sytuacjach.

Lord Blake uśmiechnął się zniewalająco i już szykował jakąś celną ripostę, gdy ktoś 

gwałtownie zapukał do drzwi zamienionego na garderobę pokoju.

background image

Jeremy Fairfax wsunął głowę, mówiąc, że do sali weszła właśnie jego siostra w sukni z 

pamiętnego balu zaręczynowego, budząc wśród zebranych zrozumiałą sensację.

- Wszyscy są już na swoich miejscach - powiedział. - Myślę, że nie ma na co czekać.
- Chciałabym jak najszybciej mieć to już za sobą. Gdybym tylko nie musiała wkładać tej 

przeklętej peruki!

- Współczuję  ci  - powiedział  Blake,  zatrzymując  się przed  nią.  - Przyznaję,  że będę 

tęsknił do twoich ciemnych loków.

Palce   prawej   dłoni   Blake'a   przez   chwilę   gładziły   blond   pukle   peruki,   po   czym, 

elektryzując   całe   ciało   Katharine,   przesunęły   się   w   dół   po   jej   nagim   ramieniu,   następnie 
dotarły do karku, podczas gdy kciuk przesunął się w kierunku brody i uniósł do góry jej głowę.

- Katharine, ty masz w sobie siłę... - zaczął Blake, ale przerwały mu trzy szybko po sobie 

następujące puknięcia do drzwi.

- Książę! - zawołała panna Glyn. - Są gotowi?
W oczach lorda Blake'a widać było rozczarowanie. Wolno wypuścił ją z ramion i ruszył 

w stronę drzwi. Katharine szczęśliwa, że wyszła obronną ręką z opresji, odetchnęła głęboko, 
starając się jak najszybciej odzyskać tak potrzebną jej dziś zimną krew.

- Gotowa? - zapytał Blake.
- Mam nadzieję - mruknęła, zaniepokojona płomiennym spojrzeniem jego szarych oczu. 

Przez moment, gdy ruszył w jej kierunku, obawiała się, że znowu weźmie ją w ramiona, ale tuż 
przed nią zatrzymał się nagle, aby podać jej ramię i po chwili bez słowa opuścili garderobę.

Po niespełna trzytygodniowych przygotowaniach służba księcia regenta przygotowała 

wspaniały  bal na cześć najnowszego angielskiego  ambasadora.  Na bal zaproszono osoby z 

najwyższych   kręgów   towarzyskich.   Zgodnie   z   przyjętymi   regułami   sir   William   Atherton, 
Fairfaksowie, Carringtonowie jak również Peter Robbins nie powinni byli w nim uczestniczyć, 

ale otrzymali książęcą dyspensę. Obecność Egertonów, lorda Braxtona oraz księcia i księżnej 
Insley była ze zrozumiałych względów oczywista.

Zażywny książę regent powoli wszedł po schodach na niewielkie podium w odległym 

końcu sali balowej i kiedy ostatnie uderzenie dzwonu oznajmiło północ, uniósł do góry ręce, 

prosząc o ciszę.

-   Drodzy   przyjaciele   -   powiedział,   uśmiechając   się   łaskawie   do   zebranych   gości.   - 

Przygotowałem dziś dla was prawdziwą ucztę duchową. Małe divertissment, jeśli nie macie nic 
przeciwko   temu.  A  tableau,   sztukę   lub   jak   kto   woli   misterium.   Waszym   zadaniem   będzie 

rozpoznać odtwarzane przez aktorów postacie. Proszę jedynie o zachowanie ciszy, aż aktorzy 
skończą grę. Panie i panowie, oto Intryga, autorzy wkrótce zostaną ujawnieni.

background image

Dookoła rozległy się gromkie oklaski i książę, kłaniając się ponownie, wrócił na swoje 

miejsce. Wszystkie oczy zwróciły się w kierunku podium, gdy prowadzące na nie boczne drzwi 

otworzyły się i ukazała się w nich elegancko ubrana para.

- Czy to czasem nie Priscilla Inglewood? - szepnęła lady Jersey do lady Montclair.

- Ja też tak sądzę, ale kim jest ten mężczyzna?
- Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że jest podobny do lorda Falkhursta. Widziałam, 

jak wchodził ubrany w taki właśnie płaszcz.

-   Ale   dlaczego   udają   aktorów?   -   zapytała   lady   Montclair,   szybko   jednak   umilkła, 

uciszona syknięciami siedzących w pobliżu gości.

Tymczasem przedstawienie zaczęło się.

- Suknia gotowa? - zapytał aktor swojej blond towarzyszki.
-   Oczywiście   -   odpowiedziała   aktorka.   -   Peruka   również.   A   co   z   tym   durniem, 

Adonisem?

- Moja historyjka o cudzołóstwie doprowadziła go do białej gorączki. List, w którym 

donosisz o mojej planowanej schadzce z Glorianną, dobije go. Kiedy odegramy dziś wieczorem 
naszą scenę, będzie musiał uwierzyć, że Glorianna i ja jesteśmy kochankami, a on stał się z 

tego powodu dla wszystkich pośmiewiskiem.

- Jesteś pewien, że pokojówka doda środka nasennego do herbaty Glorianny i zostawi 

otwarte boczne drzwi?

- Zbyt wiele mi zawdzięcza, Panno Doskonała, aby mogła sprawić nam zawód. Pamiętaj, 

żebyś,   udając   Gloriannę,   nie   odezwała   się   słowem.   Naszemu   Adonisowi   mógłby   się   nie 
spodobać twój północny akcent.

- Nie jestem głupia, lordzie Fiend

8

 . Musimy stanąć tak, żeby światło padało na suknię. 

Suknia i peruka upewni go, że to ja jestem jego ukochaną narzeczoną. Zagraj dobrze swoją 

rolę, a twój przeciwnik będzie zniszczony.

- I twój również. Nikt o niczym się nie dowie.

- Zbrodnia doskonała - zachichotała aktorka.
- A naszą zemstą będzie widok twarzy Glorianny, gdy Adonis oskarży ją o zdradę. Tej 

nocy zapomnę o wszystkich upokorzeniach, których przez nich doświadczyłem.

- A ja o tych, które zawdzięczam tej dziewce. Nadszedł wreszcie czas zemsty.

- Dosyć! - zawołał nagle lord Falkhurst, idąc w kierunku podium, na którym odgrywała 

się cała scena. - Nie będę tu stał i pozwalał się obrażać przez tych oszustów ani chwili dłużej! 

Przepuśćcie mnie, słyszycie! Wylądujecie w kryminale! Obydwoje!

fiend (ang.) - diabeł, szatan (przyp. red.).

background image

- Coś mi się zdaje - odezwał się książę regent, podchodząc do lorda Falkhursta, który 

dotarł już na środek sali - że to pan, milordzie, znajdzie się w kryminale, a nie panna Glyn i 

lord Blake, jeśli się pan natychmiast nie uspokoi.

Szmer przebiegł po sali, gdy do zaintrygowanej publiczności dotarło, kto kryje się pod 

maskami aktorów.

- Wasza wysokość! - zawołała lady Inglewood, rzuciwszy się w stronę księcia. - Chyba 

nie wierzysz w te nikczemne kłamstwa.

- Ależ właśnie uwierzyłem - odparł z uśmiechem książę.

Szmer na sali nasilał się.
-   Poza   tym,   w   jaki   sposób   rozpoznaliście   siebie   w   sztuce,   skoro   nikt   ani   razu   nie 

wymienił waszych nazwisk?

-   To  jakaś  intryga!   -  grzmiał   lord  Falkhurst.   -   Przeklęta,   brudna   intryga,   aby   mnie 

zniszczyć. - Wciąż wrzeszczał i jego atak był tak zaciekły, że ci, którzy znajdowali się w pobliżu, 
zaczęli się od niego odsuwać. Nawet książę się cofnął.

- Milordzie - zawołał książę regent i rozwścieczony Falkhurst odwrócił się do przyszłego 

monarchy - wydaje mi się, że twój protest jest trochę przesadny.

Sala zatrzęsła się od śmiechu.
Nagle   do   sprawców   swojego   upadku   zbliżyła   się   panna   Fairfax   z   pałającą   gniewem 

twarzą.

-  Oskarżam   was  oboje  o nikczemną  potwarz  -  zawołała.  -  Wtargnęliście  do mojego 

domu, zastraszyliście służbę, truliście mnie i niewiele brakowało, a zniszczylibyście najczystszą 
miłość.  Nazwaliście  mnie  dziwką.  Jesteście  jak   szakale  usiłujące   nasycić  się  trupem  mego 

honoru i szczęścia.

- Przysięgam przed Bogiem - oświadczył donośnym głosem sir William Atherton, stając 

u boku panny Fairfax - że lord Falkhurst i lady Inglewood zatruli mój umysł tak nikczemnie, 
że nie jestem w stanie spokojnie o nich myśleć. Posłużyli się mną w swojej grze jak pionkiem, 

aby   mnie   unicestwić   i   pozbawić   honoru   kobietę,   którą   kocham.   Wasz   widok   -   rzekł   do 
zszokowanej pary - budzi we mnie odrazę.

Chlusnął szampanem Falkhurstowi w twarz i rozbił kielich u jego stóp. Szmer przebiegł 

po sali, lecz zanim zszokowani goście zdołali dojść do siebie, do Falkhursta i lady Inglewood 

zbliżył się lord Egerton.

- Za parę, która splugawiła mój dom! - zawołał i cisnął swój kielich z szampanem do 

stóp bladej jak ściana lady Inglewood.

-   Nie   będę   -   tu   stał   i   słuchał   tych   idiotyzmów   ani   chwili   dłużej   -   wybuchnął   lord 

background image

Falkhurst.

Usiłował   wydostać   się   z   sali,   ale   czyjeś   ręce   skutecznie   mu   w   tym   przeszkodziły. 

Próbował w innym kierunku, po czym jeszcze w innym, ale za każdym razem był brutalnie 
odpychany.

On   i   lady   Inglewood   stali   samotnie,   a   dookoła   nich   wrogi   krąg   utworzony   przez 

przyjaciół Georginy Fairfax. Falkhurst czuł, jak zaczyna go ogarniać panika.

Ci, którzy utworzyli krąg, jeden po drugim, od lorda Braxtona do Elizabeth Carrington, 

rzucali   swoje   oskarżenia,   przypominając   kłamstwa,   które   Falkhurst   i   lady   Inglewood 

rozsiewali w ciągu minionych trzech tygodni.

- To... to oburzające! - wykrztusiła z trudem lady Inglewood. - Jak śmiecie... Jak śmiecie 

mówić takie rzeczy o mnie?

- Jak ty śmiałaś sączyć truciznę do ucha sir Williama? - zawołała stojąca na podium 

panna Glyn.

-   Jestem  córką   hrabiego!  Nie   będę  stała  bezczynnie   i   wysłuchiwała   wyzwisk   jakiejś 

wiejskiej prostaczki.

- Cóż to, uciekasz,  Priscillo?  - zawołał  lord Blake.  - Czyżbyś się bała  sądu równych 

sobie?

- Zostaliście zdemaskowani - rzekł książę regent, wchodząc do środka kręgu. - Na nic 

się   nie   zdadzą   protesty   i   zapewnienia   o   niewinności.   Mam   tu   złożone   pod   przysięgą 
oświadczenia dwudziestu ludzi honoru - powiedział, podnosząc do góry plik dokumentów - 

obalające wszystkie kłamstwa i insynuacje, które z takim upodobaniem rozsiewaliście dookoła, 
i uznaję was winnymi zawiązania najbardziej podstępnej intrygi, z jaką miałem do czynienia. 

Oświadczam   wam,   że   jesteście   zrujnowani.   Lady   Inglewood,   będzie   pani   pariasem   wśród 
własnej sfery - rzekł książę. - Odtąd wszystkie drzwi będą przed panią zamknięte. Żadnemu 

mężczyźnie   ze   szlachetnego   rodu   nie   wolno   będzie   pani   poślubić.   Natomiast   pan,   lordzie 
Falkhurst,  którego udział  w tej aferze  był bardziej haniebny, zostanie  pozbawiony tytułu i 

wszystkich dóbr. Pański majątek w Hampshire mam zamiar przekazać w prezencie ślubnym 
sir Williamowi i pannie Fairfax.

Lady Inglewood osunęła się bez czucia na ziemię, a na sali zawrzało.
- Szczęśliwa? - zapytał lord Blake.

- Nie - odpowiedziała Katharine Glyn. - Jak można być szczęśliwym, kiedy się patrzy na 

takie marne stworzenia. Ale jestem... wdzięczna. Dziękuję ci, Theo.

background image

23

Osiem dni po wydarzeniach na balu u księcia regenta, Wainwright wszedł do biblioteki, 

aby zapytać, czy panna Glyn zechce przyjąć księżną Insley.

-   Dobry   Boże,   Wainwright,   straciłeś   rozum,   żeby   trzymać   jej   wysokość   w   holu? 

Wprowadź   ją   natychmiast,   człowieku!   -   zawołała   panna   Glyn,   zrywając   się   z   fotela   i   w 
pośpiechu poprawiając suknię.

- Ależ, panno Glyn, pani sama uprzedzała mnie, że nie ma jej dla nikogo.
- Wainwright, nie mów głupstw, tylko zrób to, o co prosiłam.

Po chwili majordomus wprowadził księżną Insley do biblioteki.
- Cieszę się, że zastałam panią w domu - powiedziała z uśmiechem, ściskając rękę panny 

Glyn.

- Przynajmniej nie wywołuję skandali w wielkim świecie, tak? - zapytała z przekąsem 

panna Glyn.

- Gdybym się tego obawiała, nie byłoby mnie tutaj. Szukam Thea.

Katharine spojrzała na nią ze zdumieniem.
- Na Boga, dlaczego szuka go pani u mnie?

- Ponieważ obydwoje od siedmiu dni nie dajecie znaku życia. Książę podejrzewa nawet, 

że spiskujecie, jak tu zniszczyć arystokrację, żeby Theo nie musiał dziedziczyć księstwa.

Panna Glyn uśmiechnęła się.
-   Zapewniam,   że   nic   takiego   państwu   nie   grozi.   Zagrzebałam   się   w   książkach,   nie 

widziałam pani syna i nie mam pojęcia, gdzie może być. Jednakże z tego co wiem, znikanie bez 
słowa na długo to chyba jego zwyczaj. Prawdopodobnie tak właśnie zrobił. Cóż mogłoby teraz 

trzymać go w Londynie?  Kto wie,  może właśnie  pojedynkuje się z Percym  o rękę  Phoebe 
Lovejoy.

- Wolałabym raczej, żeby walczył o pani rękę, panno Glyn.
- Moją? - zdziwiła się Katharine. - Proszę o wybaczenie, wasza miłość, ale czy na pewno 

pani wie, co mówi? Nie mam ani urody, ani majątku, ani tytułu - niczego, co by za mną 
przemawiało. Nie nadaję się na pani synową, księżno. Insleyowie zawsze zawierają właściwe 

związki, każdy o tym wie.

- Ja jednak się upieram, nie mogłabym sobie wymarzyć lepszej synowej niż Diablica z 

Hampshire.

Panna Glyn patrzyła na nią ze zdumieniem.

- Czyżby ostatnio polubiła pani sherry?
- Jakże bardzo brakowało mi pani fantazji - powiedziała księżna, tłumiąc śmiech. - Jak 

background image

się pani czuje, panno Glyn?

- Bardzo dobrze, dziękuję, księżno.

- Doprawdy? Nie powiedziałabym. Jest pani blada i ma sińce pod oczami.
- Pochlebstwo jest pani obce - zauważyła z uśmiechem panna Glyn.

- Nie uznaję nudnych konwersacji ani pustosłowia. Czy ma pani jakieś zmartwienie?
- Ja? Skądże! Dlaczego?

- Może dlatego, moja droga, że nie widziałaś Theodore'a już od siedmiu dni.
Twarz panny Glyn pobladła jeszcze bardziej.

- No cóż... przyznaję, że jest mi trochę przykro. Po tym wszystkim, cośmy razem przeżyli 

z powodu Georginy i Williama, to nagłe zniknięcie bez słowa...

- To bardzo bezduszne.
-   Można   by   nawet   pomyśleć,   że   mnie   unika.   Oczywiście,   nie   miałabym   do   niego 

pretensji, gdyby nawet tak było. Często postępuję dosyć dziwacznie, jak to określa Georgina, 
i...

- Katharine, czy ty kochasz mojego syna? - zapytała cicho księżna.
Panna Glyn nagle zaczęła szlochać. Przycisnęła dłoń do ust, usiłując stłumić łkanie, ale 

nie na wiele to się zdało. Łzy strumieniem popłynęły jej po policzkach.

- No, no, moja droga - powiedziała księżna, tuląc ją do siebie. - Nie ma powodu do łez.

- Jestem potwornie głupia - wyrzuciła z siebie panna Glyn, usiłując nabrać powietrza w 

płuca. Uwolniła się z objęć księżnej i szybko otarła łzy. - Proszę o wybaczenie. Moje nerwy 

trochę mnie ostatnio zawodzą.

-   Nie   mów   głupstw,   moja   droga   -   zaprotestowała   księżna.   -   Tu   nie   ma   nic   do 

wybaczania. A ja jestem pewna, że Theo uwielbia wszystkie twoje dziwactwa. Jest zbyt uczciwy 
i szczery, żeby w tak ważnej sprawie robić jakieś uniki.

- Będzie, co będzie - powiedziała panna Glyn, biorąc głęboki oddech i zmuszając się do 

uśmiechu. - Może pani uspokoić księcia, że monarchii nie grozi przewrót. Przyszła tu pani w 

poszukiwaniu lorda Blake'a, ale mogę panią zapewnić, iż ten dom to ostatnie miejsce na ziemi, 
gdzie mógłby być. Oczywiście bardzo się cieszę z tej wizyty - dodała nagle, biorąc księżną pod 

ramię i prowadząc ją w stronę drzwi. - To było urocze tete - a - tete. Musimy koniecznie 
spotkać się kiedyś znowu.

- Panno Glyn, czy mam rozumieć, że pani mnie wyrzuca?
- O Boże, czyżbym była aż tak obcesowa?

Księżna przez chwilę obserwowała ją uważnie, po czym uśmiechnęła się i pocałowała ją 

w policzek.

background image

- Myślę, że bardzo się mylisz, moja droga. Mam wrażenie, że to jest właśnie to miejsce, 

skąd Theo zechce łaskawie przypomnieć nam o swoim istnieniu. Adieu, Katharine.

Po   chwili   księżna   Insley   opuściła   rezydencję   Fairfaksów.   Wainwright,   zamykając 

frontowe   drzwi,   pomyślał,   iż   nigdy   jeszcze   nie   widział   swojej   młodej   pani   tak   bladej   i 

przygnębionej.   Kiedy   poinformował   ją,   że   Georgina   i   Jeremy   wybrali   się   na   raut   do 
Carringtonów i mają nadzieję, iż do nich dołączy, skinęła tylko głową, po czym oznajmiła, że 

idzie do swojego pokoju i nie będzie jadła kolacji. Majordomus z niepokojem obserwował, jak 
wolno wchodzi po schodach i zastanawiał się, czy nie powinien posłać po doktora Lindleya.

Jednak doktor niewiele by pomógł pannie Glyn. Dotarłszy do swojego pokoju, zdjęła 

suknię, włożyła nocną koszulę i usiadła w bujanym fotelu. Czuła się nieszczęśliwa, odrzucona i 

samotna jak nigdy. Nikogo, poza sobą, nie obwiniała o to. To przecież ona okazała się aż tak 
głupia, żeby zakochać się w Blake'u. Trudno mieć pretensję do jego lordowskiej mości, że nie 

zachował się honorowo. Najwyraźniej jego elokwencja i wrodzony dar przyciągania wszystkich 
żądnych małżeństwa kobiet popchnęły go w końcu na ścieżkę, którą wcale nie miał zamiaru 

podążać. Skorzystał więc z pierwszej okazji, aby zdystansować się od spekulacji co do swoich 
przyszłych zamierzeń. Po tym, czego doświadczył od kierującej się chorobliwą ambicją Priscilli 

Inglewood, panna Glyn w najmniejszym stopniu nie mogła go za to winić.

Osiem dni. Właściwie dziwiła się nawet, że przeżyła je w zupełnie niezłej formie. To 

okropne widowisko, które zrobiła z siebie przed księżną, nie może się już więcej powtórzyć. I 
pomyśleć, że mogła aż tak bardzo się odkryć! Musi koniecznie wziąć się w garść. Jest słynną 

Diablicą z Hampshire i nie może łkać na ramieniu księżnej oraz całymi dniami zastanawiać 
się, co Theo Blake zrobił ze swoim życiem.

Przeklinała   swoją,   z   takim   trudem   zdobytą,   reputację   i   obrzucała   arystokratów 

najgorszymi epitetami, jakie znała. Po czym znów po raz kolejny zaczęła się zastanawiać, co też 

ten cholerny Blake robił w ciągu ostatnich ośmiu dni, nie zważając na łzy roszące jej policzki.

Późnym wieczorem ósmego dnia po balu, lord Blake zatrzymał zaprzęg siwków przed 

swoim   londyńskim   domem,   rzucił   wodze   Scrantonowi   i   zeskoczył   na   chodnik,   czując   w 
obolałych   kościach   każdy   kilometr   przebytej   drogi.   Pomyślał,   że   zrobić   ponad   trzysta 

kilometrów w jeden dzień, choćby i najlepiej resorowanym faetonem, to jednak męka.

Wszedł   do  domu,   oddał   lokajowi   płaszcz,  kapelusz  i  rękawice  i  poszedł   na  górę  do 

swojej sypialni. Maxwell czekał już na niego i powstrzymując się od komentarzy na widok 
brudnego   ubrania,   zauważył   jedynie,   że   kąpiel   gotowa,   a   kolacja   na   stole.   Lord   Blake, 

stwierdziwszy, że jego ubranie nie jest jedyną rzeczą, która cuchnie, najpierw wziął kąpiel, 
rozkoszując   się   gorącą   wodą,   która,   usuwając   brud   i   zmęczenie,   przywracała   mu   ludzki 

background image

wygląd.

Kolację   zjadł   w   swoim   pokoju,   pochwalił   zakup   nowych   mebli,   którego   Maxwell 

dokonał na jego życzenie i upewnił się, że realizację zmian, które zarządził w Rosebriar w ciągu 
ostatnich  siedmiu  dni,  powierzył   właściwej  osobie,   po czym  zrezygnowawszy   z przejrzenia 

przygotowanej mu przez Maxwella korespondencji, zdecydował się na kieliszek brandy i życzył 
Maxwellowi dobrej nocy.

Siedząc przed płonącym kominkiem z kieliszkiem w jednym ręku i cygarem w drugim, 

czuł się tak, jakby uszło z niego powietrze. Gdyby ktoś widział, jak pracuje podczas minionych 

ośmiu dni, musiałby dojść do wniosku, że chce popełnić samobójstwo. Roześmiał się cicho. 
Samobójstwo było ostatnią rzeczą, o której by teraz pomyślał, chociaż... znowu się roześmiał, 

śmierć jest zawsze wzruszającym zakończeniem.

Wypił  brandy,  rzucił   cygaro   w  ogień,   zgasił   lampę   i   z   ulgą   wyciągnął   się   na   łóżku. 

Niewiele spał od słynnego balu, ale był zbyt zajęty i samotny, aby poświęcać na sen więcej niż 
parę godzin dziennie. Teraz jego myśli skupiały się na jednej postaci i jednym pragnieniu.

Pomimo zmęczenia nie mógł zasnąć. Mijały kolejne, wybijane przez zegar godziny, a 

sen wciąż nie przychodził. W końcu zrezygnowany zapalił stojącą przy łóżku nocną lampę i, 

oparłszy się na wysoko ułożonych poduszkach, spędził w tej pozycji parę kolejnych minut. 
Przeżył osiem samotnych dni, przeżyje jedną więcej samotną noc.

Po kolejnych minutach przewracania się z boku na bok, wstał z łóżka, włożył szlafrok i 

zaczął   nerwowo   krążyć   po   pokoju.   Szaleństwem   byłoby   wychodzić   z   domu   o   tej   porze. 

Wszystko było przygotowane dopiero na rano.

Kiedy   jednak   zegar   wybił   trzecią   po   północy,   zdecydował,   że   to   już   rano.   Zrzucił 

szlafrok, wciągnął spodnie z kozłowej skóry, długie buty i białą koszulę, pospiesznie przejechał 
grzebieniem po włosach i zszedł na dół. Maxwell, zaniepokojony dochodzącymi z sypialni jego 

lordowskiej mości odgłosami, wyszedł do holu.

- Czy coś się stało, milordzie? - zapytał, z niepokojem obserwując, jak jego pan narzuca 

na siebie pelerynę.

- Wychodzę, Max - powiedział lord Blake, wciągając rękawice.

- Pozwoli pan, milordzie, że ośmielę się wskazać na bardzo późną porę.
- Lepiej późno niż wcale, Max. Moja żona i ja powinniśmy wrócić przed zmrokiem. 

Dopilnuj, żeby wszystko było w porządku - odparł lord Blake, zanim zniknął za frontowymi 
drzwiami i zbiegł po schodach w kierunku podjazdu.

- Oczywiście, sir... żona, sir?
Kilka minut później lokaj panny Glyn był równie zszokowany jak Maxwell.

background image

- Panno Glyn, panno Glyn! - szeptał zdesperowany, zastanawiając się, czy nie będzie 

musiał potrząsnąć swoją panią. - Proszę się obudzić, panno Glyn, błagam panią!

- Co się stało, Wainwright? - jęknęła, z trudem otwierając oczy.
- To lord Blake, panienko.  Jest na dole i żąda widzenia się z panią. Nie chce wyjść, 

panienko.

- Theo? - zawołała, siadając gwałtownie na łóżku. - Tutaj? Teraz?

- Tak, panienko. Czy mam zawołać Rossa, aby go wyrzucił?
- Nie waż się! - zawołała z furią, wyskakując z łóżka.

Pospiesznie wciągnęła szlafrok i nie zwracając uwagi na potargane włosy i bose stopy, 

zbiegła po schodach i po chwili z bijącym mocno sercem stanęła przed Blakiem.

-   Witaj,   cudzoziemcze   -   powiedziała,   bezskutecznie   usiłując   uspokoić   bijące 

nieprzytomnie serce.

- To nie trwało aż tak długo - zauważył z uśmiechem Blake. - Dobrze cię znowu widzieć, 

Kate.

- Nie rozumiem, dlaczego aż osiem dni odmawiałeś sobie tej przyjemności - powiedziała 

chłodno, starając się nie ulec zniewalającej mocy jego uśmiechu.

- Jesteś rozdrażniona.
- Nie jestem. Żadna dobrze wychowana kobieta  nie może być rozdrażniona. Jestem 

tylko nieco wytrącona z równowagi.

- Boże, jak się za tobą stęskniłem - szepnął Blake i aksamitny ton jego głosu sprawił, że 

nagle poczuła, jak przez jej ciało przebiega dreszcz. - Muszę z tobą porozmawiać. Sam na sam.

Nie odwracając od niego wzroku, jakby jego szare oczy trzymały ją na uwięzi, poleciła 

Wainwrightowi wracać do łóżka.

- Ależ panno Glyn! - zaniepokoił się stary sługa. - To nieprzyzwoite.

-   Wracaj   do   łóżka,   Wainwright.   Dotrzymam   towarzystwa   jego   lordowskiej   mości   - 

powtórzyła Katharine, wciąż nie odwracając wzroku od lorda Blake'a.

- Ale...
- Wainwright!

- Pan Fairfax nie pochwaliłby tego - prychnął majordomus.
- Wyjdź! - powtórzyli jednocześnie panna Glyn i lord Blake.

Westchnąwszy głęboko, Wainwright z ociąganiem opuścił hol.
Kilka   minut   trwało,   zanim   Katharine   była   w   stanie   wyzwolić   się   spod   władzy 

zniewalających szarych oczu.

- Czy coś się stało, Theo? Coś złego? - zapytała w końcu.

background image

- Tak - przyznał. - Właściwie stało się coś złego. Mam dosyć mojej samotności. Dosyć 

samotności   w domu i   dosyć samotności   w moim  łóżku.   Pomyślałem,  że  ty   masz  ten  sam 

problem, Kate. Postanowiłem więc, że musimy się pobrać.

Patrzyła na niego, jakby nie rozumiała, co do niej mówi.

- Pobrać? Z kim?
Usta Blake'a zadrżały.

- Ze sobą, ty okropna kobieto. Teraz. Zaraz.
- W koszuli nocnej?

- W ten sposób zaoszczędzimy trochę czasu - odparł z uśmiechem.
- Upiłeś się?

- O nie! - odparł i odgarnąwszy burzę ciemnych loków z karku, położył jej dłoń na 

ramieniu. - Nie mogę sobie na to pozwolić. Dziś muszę być trzeźwy jak nigdy. - Przyciągnął ją 

do siebie.

-   Nie   zrobiłeś...   nic,   aby   mnie   przekonać,   że   mnie   kochasz   -   zaprotestowała.   -   Nie 

powiedziałeś ani słowa o miłości.

- Wszystko, co mówię i robię, wypływa  z miłości do ciebie - wyszeptał, biorąc ją w 

ramiona. - Dobrze o tym wiesz.

- Jesteś zbyt pewny siebie. Nie zapytałeś mnie jeszcze, co do ciebie czuję.

- Nie muszę pytać. Kochasz mnie, prawda?
- Tak, naturalnie, że tak. Wolałabym jednak sama ci to powiedzieć.

- Więc? - powiedział, a jego usta znalazły się niebezpiecznie blisko jej ust.
-   Kocham   cię,   Theo   -   wyszeptała,   gdy   lord   Blake,   zerwawszy   ostatnie   hamujące   go 

więzy, mocno ją do siebie przytulił i pocałował z całą od tak dawna tłumioną namiętnością.

W odpowiedzi Katharine  zarzuciła  mu ręce na szyję, z żarliwością  oddając zarówno 

uścisk, jak i pocałunek.

- O Boże, Kate - powiedział, całując jej czoło, policzek - miałem zamiar przyjść do ciebie 

rano, poślubić w południe i zaraz potem porwać do Rosebriar, gdzie moglibyśmy swobodnie 
się sobą nacieszyć. Nie chciałem jednak czekać do rana.

- Tak się cieszę, że nie czekałeś - odparła, przyjmując i oddając pocałunki. - Kto to jest 

Rosebriar?

Lord Blake stłumił śmiech.
- To urocza wiejska posiadłość, którą poleciłem przygotować do przyjęcia na miesiąc 

miodowy pewnej młodej pary. Nie muszę dodawać, że doglądałem wszystkiego osobiście.

- Ach, to tam właśnie byłeś?

background image

- Zgadłaś!
Katharine z całej siły wbiła piętę w palce jego stopy.

-   Co   ty,   do   diabła,   sobie   myślałeś,   wyjeżdżając   tak   bez   słowa   i   trzymając   mnie   w 

niepewności przez osiem długich dni? - zawołała ze złością.

Blake miał ochotę się roześmiać, a jednocześnie wziąć ją znowu w ramiona.
- Niełatwo to wyjaśnić - rzekł. - Sam do końca tego nie rozumiem. Wiem tylko, że tak 

bardzo cię pragnąłem, że gdybym cię zobaczył, porozmawiał z tobą, to mógłbym cię porwać i 
wywieźć bez ślubu, a przecież nie mogłem tego zrobić.

- Dlaczego?
Przez chwilę obserwował ją w milczeniu.

- Zgodnie z tym, co powiedział twój wierny Wainwright, to byłoby nieprzyzwoite.
- Tak, jakby mi na tym zależało.

- Kate...
- Theo, czy ty mnie słuchałeś? Byłam bardzo nieszczęśliwa! Gdybyś mi o wszystkim 

powiedział, zgodziłabym się bez wahania. Nie może być nic gorszego niż te siedem okropnych 
dni. Poza tym życie z tobą w grzechu byłoby całkiem przyjemne.

Blake wybuchnął śmiechem.
- O, nie. To nie byłby dobry pomysł. Musisz się poświęcić. Nie ścierpiałbym złośliwości 

na temat mojej żony. Lepiej jak wszystko odbędzie się zgodnie z dobrymi obyczajami... chociaż 
trochę.

- Boże - westchnęła  ciężko.  - Ten człowiek  nie ma skrupułów,  gdy idzie do łóżka  z 

połową rozpustnic w tym kraju, a ze mną musi być taki szlachetny.

- Wybacz, kochana - odparł Blake, ponownie okrywając ją pocałunkami. - Nawet nie 

wiesz, jakie to dla mnie trudne. Próbowałem się czymś zająć, ale nie pomagało. Poza tym prace 

w Rosebriar jeszcze trwają, chociaż twój ślubny prezent już na ciebie czeka. Będziemy mogli 
przenieść się do Tryton Hall w następnym miesiącu. Chyba spodoba ci się mieć Athertonów za 

sąsiadów, nieprawdaż?

Twarz panny Glyn nagle stała się kredowobiała.

- Co powiedziałeś? - wyszeptała.
-   Ta   sprawa   zajęła   mi   kilka   dni.   Musiałem   się   ostro   targować.   Ten   twój   kuzyn   to 

straszny sknera, ale Tryton Hall jest znowu twój.

Lord   Blake   nie   był   w   stanie   powiedzieć   nic   więcej,   ponieważ   Katharine   zaczęła   go 

dosłownie   obsypywać   pocałunkami,   jednocześnie   przepraszając   za   wszystkie   złośliwości, 
jakich mu nigdy nie szczędziła.

background image

Uśmiechnął się i spojrzał na nią spod oka.
- Ja i moje zmaltretowane palce wybaczamy ci.

Wtuliła twarz w jego ramiona.
- Jesteś kochanym, słodkim, cudownym mężczyzną i uwielbiam cię!

- A więc wyjdziesz za mnie?
Znowu go pocałowała.

- Ty wiesz, że tak. Nie mogłabym być szczęśliwa bez ciebie. Tryton Hall! Wciąż nie mogę 

w to uwierzyć. To jakieś szaleństwo, Theo. Będę okropną księżną. Poza tym Insleyowie zawsze 

zawierają znakomite związki.

- Będziesz wspaniałą księżną, a ja nie wyobrażam sobie lepszej żony niż ty, najdroższa.

Panna Glyn uśmiechnęła się do ukochanego.
- Zawsze potrafisz powiedzieć coś miłego.

- Mam... specjalny patent w kieszeni - mruknął Blake, drżąc pod dotykiem jej rąk. - A 

biskup Londynu mieszka zaledwie dwie przecznice dalej.

- Ale z ciebie spryciarz, Theo. Pomyślałeś o wszystkim.
-   Niezupełnie   o  wszystkim   -   zawołała   panna   Fairfax,   pochylając   się   nad   balustradą 

podestu pierwszego piętra. - Będzie wam potrzebna druhna.

- I drużba - - dodał Jeremy Fairfax, stając u boku siostry.

- Widzisz, Blake, mieliśmy audytorium.
- Na to wygląda - westchnął.

- Załatwimy się z nimi później - szepnęła, delikatnie muskając ustami jego usta.
- Doskonale.

- A co z biskupem? - zapytał Jeremy.
Lord Blake z westchnieniem oderwał się od narzeczonej.

- Chyba będziemy ich musieli zabrać ze sobą.
- Skoro tak, nalegam, żeby twoi rodzice również byli obecni.

- Daj spokój, Kate, bądź rozsądna.
- Ja zawsze jestem rozsądna - odparła panna Glyn. - Jeśli mam być członkiem twojej 

rodziny, to chcę, aby to stało się przy pełnej aprobacie księcia i księżnej. Nie uważam, żeby to 
dla nich była miła niespodzianka, gdy nieoczekiwana, niechciana i trochę stuknięta synowa 

złoży im rano wizytę. Muszą być o wszystkim uprzedzeni.

- No, dobrze - odparł lord Blake z westchnieniem. - To wymaga jednak pewnych zmian 

w ustalonej już ceremonii ślubnej. Katharine i ja - zawołał do rozbawionego dwuosobowego 
audytorium - idziemy do biskupa, a wy się szykujcie. Spotkamy się w domu moich rodziców 

background image

przy Grosvenor Square. I nie zapomnijcie wziąć ze sobą pantofli rannych dla mojej uroczej 
panny młodej - rzekł, biorąc ją ponownie w ramiona. - Nie chciałbym, aby w noc poślubną 

śmiertelnie się zaziębiła.

Pół godziny później, gdy zaspany i raczej skonsternowany biskup Londynu, panna Glyn 

oraz Fairfaksowie czekali w salonie Insleyów, lord Blake pobiegł na górę po rodziców. Wesoło 
pogwizdując   jakąś   niezbyt   cenzuralną   piosenkę,   wszedł   do   ich   sypialni   i   zaczął 

bezceremonialnie budzić ojca.

Halo, pater, czas wstawać - zawołał. - Maman, ty także.

Usiadł na brzegu łóżka, podczas gdy książę i księżna, tak brutalnie wyrwani ze snu, 

usiłowali dojść do siebie.

- Theo, co tu się dzieje, u licha? - zapytała księżna, nie kryjąc niezadowolenia.
-   Czy   wiesz,   która   godzina?   -   wymamrotał   książę.   -   Jak   możesz   być   tak 

nieodpowiedzialny?

-  Mon  cher  papa,  ależ   ja właśnie  jestem jak   najbardziej   odpowiedzialny   - odparł   z 

oburzeniem  lord   Blake.   -  Wiedziałem,   ponad   wszelką   wątpliwość,   że   będziecie   chcieli   być 
obecni na ślubie swojego syna i dziedzica. Przyszedłem więc poprosić, żebyście zeszli na dół.

- Na ślubie? - powtórzyli jednocześnie książę i księżna.
- Diablicy z Hampshire i moim - odparł lord Blake, śmiejąc się szeroko. - Panna Glyn 

uparła   się,   że   powinniście   dowiedzieć   się   o   ślubie   przed   ceremonią.   Oryginalny   pomysł, 
nieprawdaż? Nie marudźcie więc. Nie wypada, żeby biskup czekał tak długo.

O   godzinie   czwartej   nad   ranem,   w   obecności   biskupa   Londynu,   lord   Blake   włożył 

pannie Glyn na palec ślubną obrączkę, po czym biskup ogłosił ich mężem i żoną. Lord Blake 

natychmiast skorzystał z okazji, aby wziąć pannę młodą w objęcia.

- Pocałuj mnie, Kate - powiedział.

- Och, naprawdę, Theo - westchnęła lady Blake - mógłbyś pomyśleć o czymś bardziej 

oryginalnym.

W ślubnym orszaku rozległy się chichoty.
- Słodka Kate - odparł pan młody drżącym głosem - niech twój pocałunek uczyni mnie 

nieśmiertelnym.

- I tak zapewne się stanie - odpowiedziała lady Blake, zarzucając małżonkowi ramiona 

na szyję i całując go do utraty tchu.

To szokujące zachowanie wzbudziło aplauz zgromadzonych osób. Radosnym okrzykom 

i wiwatom jeszcze długo nie było końca.

- Wiesz - szepnęła małżonkowi do ucha lady Blake - myślę, że mimo wszystko, spodoba 

background image

mi się małżeńskie życie.

- Dopilnuję tego osobiście - odparł.