background image

SONDRA STANFORD

Miasteczko Hope i jego 

mieszkańcy

Hearts Of Hope

Tłumaczył: Janusz Węgiełek

background image

Przepis Sondry Stanford 

– 

Orzechowe kulki

1/2 kg miękkich cukierków toffi (mogą być też irysy)

1/4 kg gorzkiej czekolady

1/2 kg orzechów (solone orzeszki ziemne, laskowe lub włoskie)

Połam cukierki i czekoladę na drobne kawałki, a następnie wrzuć je do 

garnka i rozpuść na wolnym ogniu, stale mieszając, tak, aby tworzyły jedną 
masę.  Możesz  też włożyć garnek z cukierkami  i czekoladą do większego,  z 
gotującą się wodą, albo rozpuścić je w kuchence mikrofalowej. Wtedy na pewno 
się nie przypalą.

Gdy   toffi   i   czekolada   są   już   całkowicie   rozpuszczone   i   dobrze 

wymieszane, do gorącej masy wsyp orzechy. Wymieszaj je dokładnie tak, aby 
wszystkie zostały w całości zanurzone. Następnie wyjmuj je łyżeczką i układaj 
na papierze pergaminowym lub bibułce. Poczekaj, aż wystygną i stwardnieją, a 
potem... smacznego!

background image

Rozdział pierwszy

Mary Shelton pchnęła ciężkie dębowe drzwi szkoły podstawowej w Hope 

i w towarzystwie przyjaciółki, Jan Crane, też nauczycielki, wyszła na szkolny 
dziedziniec.

Świeciło   blade,   grudniowe   słońce.   Jednak   w   łagodnej   jasności   tego 

popołudnia było coś zwodniczego. Po raz pierwszy tej zimy w powietrzu można 
było wyczuć ostre szpileczki chłodu. Wełniany żakiet Mary chronił ją przed 
zimnem, jednak Jan, która przyszła tego dnia do pracy w samej sukience, drżała 
teraz jak listek osiki.

–   Podrzucić   cię   do   domu,   Mary?   –   zapytała,   szukając   w   torebce 

kluczyków do samochodu. – Ależ zrobił się ziąb.

– Nie, dziękuję. Mieszkam kilka kroków stąd, a poza tym krótki spacer 

pomoże mi uporządkować myśli.

– Tylko nie rezygnuj – poradziła Jan. – Jestem pewna, że wspaniale sobie 

poradzisz z przygotowaniem jasełek.

Mary skrzywiła się. Jej grymas oznaczał ostrożny sceptycyzm.
–   Mam   nadzieję,   ale   czułabym   się   pewniej,   gdybym   miała   w   tej 

dziedzinie choćby niewielkie doświadczenie. Po tym, co usłyszałam, myślę, że 
trudno mi będzie dorównać Jackie Murphy.

Na zebraniu grona pedagogicznego, które właśnie się skończyło, dyrekcja 

poinformowała   Mary,   że   na   nią   padł   obowiązek   przygotowania   z   dziećmi 
gwiazdkowego przedstawienia. Nauczycielka, która od wielu lat zajmowała się 
organizowaniem   szkolnej   choinki,   leżała   w   szpitalu   w   Houston,   gdzie 
dochodziła do zdrowia po operacji wyrostka robaczkowego.

– Robiła to rzeczywiście doskonale – zgodziła się Jan – ale nie ma obaw, 

że okażesz się gorsza. Lydia Willis na pewno chętnie ci pomoże. Pracowała z 
Jackie w ostatnich latach i poznała wszystkie jej sekrety.

– Czy w takim razie nie byłoby lepiej, gdyby to ona podjęła się tego 

zadania, a ja byłabym jej asystentką?

Mary pracowała w tej szkole dopiero od września i nie czuła się jeszcze 

na tyle pewnie, by kierować tak ważnym przedsięwzięciem.

–   Lydia   nie   ma   muzycznego   wykształcenia.   Oprócz   Jackie   tylko   ty 

potrafisz odczytywać nuty. Nie było więc wyboru i odpowiedzialność spadła na 
twoje barki.

–   Rozumiem.   –   Długie   jasne   włosy   Mary,   spięte   w   węzeł   kościanym 

grzebykiem, rozsypały się przy kiwnięciu głową. – Słyszałam, że na szkolne 
jasełka schodzi się całe miasto.

Jan uśmiechnęła się.
– Nie mamy w Hope, mieścinie w sercu teksaskiej prowincji, zbyt wielu 

background image

rozrywek   kulturalnych.   Ale   nie   ma   powodu   do   paniki.   Ostatecznie   nie 
zapominaj, że będziesz reżyserowała przedstawienie, a nie występowała w nim 
jako gwiazda. Aktorami będą dzieci. To dla nich zejdą się wszyscy: mamusie i 
tatusiowie,   i   dziadkowie,   i   dalsi   krewni,   i   przyjaciele   rodzin.   Będzie   to 
publiczność   najmniej   wymagająca,   a   równocześnie   najbardziej   życzliwa.   O 
tobie nawet nie pomyśli, wpatrzona i wsłuchana w swoich milusińskich. Mary 
roześmiała się.

– Serdeczne dzięki! Potrafisz  schlebiać czyjejś próżności! Jan również 

wybuchnęła śmiechem.

– Jadę, bo przemarznę na kość, a muszę jeszcze wstąpić do sklepu. Pete 

wybrał   się   dziś   do   Nacodoches   w   poszukiwaniu   pracy.   Należy   mu   się 
odpoczynek i dobry gorący obiad.

– Nie miałam pojęcia, że się przeprowadzacie.
Cień smutku przemknął po twarzy Jan. Gdy przed siedmioma miesiącami 

zamknięto   w   mieście   zakład   produkujący   lodówki,   jej   mąż   razem   z   innymi 
pracownikami dostał wymówienie.

– Jeśli znajdzie gdzieś dobrze płatną pracę, będziemy musieli wyjechać. 

Czy mamy zresztą jakiś wybór? Należymy teraz do rzeszy bezrobotnych, tak jak 
cała załoga fabryki. Jeśli w najbliższym czasie nic się nie zmieni, szkoła zacznie 
tracić   uczniów,   bo   ich   rodzice   przeniosą   się   do   innych   miejscowości.   – 
Wzruszyła ramionami i dodała filozoficznie: – Zresztą nie ma sensu stać tutaj i 
debatować o sprawach beznadziejnych. Do jutra, Mary.

Mary,   mimo   zimna,   szła   wolnym   krokiem.   Nie   było   jej   spieszno   do 

pustego domku, który wynajmowała na Oak Grove Street.

Zjawiła   się   w   Hope   pod   koniec   lata,   tuż   przed   początkiem   roku 

szkolnego.  Urodziła się  i  wychowała  na  ranczo  w  zachodnim  Teksasie  jako 
jedynaczka,   lecz   nigdy   nie   cierpiała   z   tego   powodu.   Dopiero   podczas   kilku 
ostatnich miesięcy odkryła, że samotność potrafi boleśnie doskwierać.

Ze   strony   kolegów   nauczycieli   doświadczała   na   co   dzień   przyjaźni   i 

życzliwości, ale byli to ludzie dużo od niej starsi. Tylko Jan była jej rówieśnicą, 
dwudziestosześciolatką, i to pozwoliło im na bardziej serdeczne stosunki. Jan 
jednak miała męża i dziecko, więc poza szkołą spotykały się rzadko.

Pan Starr, sąsiad z naprzeciwka, mężczyzna w podeszłym już wieku i 

wdowiec, przerwał na chwilę zamiatanie werandy i machnął jej na powitanie 
ręką. Odwzajemniła pozdrowienie.

Otworzyła frontowe drzwi domku. Cisza pustego mieszkania zaatakowała 

ją z całą bezwzględnością. Nikt jej nie witał – ani mąż, ani dziecko, ani matka. 
Nie miała nikogo, kim mogłaby się opiekować, o kogo musiałaby się troszczyć.

Mary   zrzuciła   pantofle   i   zrobiła   sobie   herbatę.   Z   parującym   kubkiem 

przeszła do saloniku, gdzie usiadła przy pianinie. Po chwili spod jej palców 
popłynęła popularna melodia „Jingle Bells”.

background image

To głównie z uwagi na pianino zdecydowała się wynająć ten, domek. 

Należało do zmarłej siostry gospodyni, podobnie zresztą jak cale umeblowanie. 
Instrument był znakomitej jakości, Mary mogła więc grać godzinami. Muzyką 
starała się wypełnić pustkę...

Marzyła wręcz o jakichś dodatkowych obowiązkach. Wolała rzucić się w 

wir zajęć, niż marnować czas na ponurym rozmyślaniu. Jednak perspektywa 
opracowania   scenariusza   i   wyreżyserowania   szopki   bożonarodzeniowej 
napełniała ją niepokojem.

Bała się  bliskiej już Gwiazdki. Jak zdoła sprostać wyzwaniu?  Równie 

mocno dręczyła ją świadomość, że spędzi te święta samotnie. W ostatnie Boże 
Narodzenie   cieszyła   się   towarzystwem   babki   i...   Wayne’a.   W   tym   roku   nie 
miała przy sobie nikogo bliskiego.

Jej dłoń opadła z całą mocą na szczerzące się w ironicznym uśmiechu 

klawisze.   Kakofonia   dźwięków   natychmiast   przegoniła   złe   myśli.   Mary 
zamknęła wieko i pobiegła do holu. Założyła żakiet, chwyciła torebkę i opuściła 
dom.

Najlepszym lekarstwem na depresję było działanie. I cóż z tego, że będzie 

siedziała sama przy wigilijnym stole? I cóż z tego, że nie będzie miała z kim 
wymienić   prezentów?   Przygotuje   się   do   tych   świąt   tak,   jakby   miały   być 
najlepsze w jej życiu.

Wsiadła do swojej trzyletniej szarej hondy i pojechała do centrum miasta. 

Zaraz za apteką, na okolonym drutem placyku, stał przenośny metalowy barak. 
Ginął pod zielonymi gałązkami opartych o jego ściany świerków i jodeł.

Mary   zaparkowała   wóz   przed   furtką.   Zamierzała   kupić   największą, 

najpiękniejszą, najbardziej pachnącą choinkę.

Rob Green stał w niedbałej pozie, oparty o drzwi prowizorycznej budy. 

Jego   wytarte   dżinsy   były   poplamione   smarem   i   czerwoną   ziemią.   Błękitna 
koszula   również   wyglądała,   jakby   pucowano   nią   traktor.   Tylko   flanelowa 
kurtka,   chociaż   spłowiała   i   stara,   była   czysta.   Spękane   i   zakurzone   buty   z 
cholewami dowodziły, że mężczyzna nie stronił od ciężkiej fizycznej pracy.

Uważnie   obserwował   klientów   przechadzających   się   wśród 

wystawionych na sprzedaż choinek. Czasami w jego ciemnobrązowych oczach 
pojawiała   się   wesołość,   na   przykład   wtedy,   gdy   jakaś   rodzina   zawzięcie 
dyskutowała   o   wyższości   jednego   drzewka   nad   innym,   zanim   dokonała 
ostatecznego wyboru.

Ed Watson, przyjaciel i sąsiad Roba, działał na terenie parceli. Wyciągał 

spod   powalonych   drzewek   wskazany   świerk   lub   jodłę,   ociosywał   pnie   do 
stojaków, wiązał choinki sznurkiem i ładował je na platformy półciężarówek.

Piękny   słoneczny   dzień   kończył   się   wilgotnym,   mglistym,   zimnym 

wieczorem.   Ostatni   klient   odjechał   i   Ed   mógł   dołączyć   do   czekającego 

background image

przyjaciela.

–   Chcesz   kawy?   –   zapytał,   kiedy   wszedł   do   blaszanej   budy,   szumnie 

zwanej biurem.

– Chętnie – odparł Rob.
–   A   co   właściwie   porabiasz   o   tej   porze   w   miasteczku?   –   rzucił   od 

niechcenia Ed, nalewając z dużego termosu kawę do kubków.

– Czekam, aż będę mógł zabrać Holly. – Było to imię jego ośmioletniej 

córeczki. – Jest teraz u swojej koleżanki z klasy. Robią coś razem na szkolną 
choinkę. Matka tej dziewczynki zaprosiła Holly na obiad, więc umówiłem się, 
że wpadnę dopiero o ósmej. – Rzucił okiem na swój roboczy ubiór. – Nawet nie 
miałem   czasu   umyć   się   i   przebrać.   Naprawiam   ogrodzenie   i   cały   dzień 
spędziłem na ciągniku.

Ed   kiwnął   ze   zrozumieniem   głową.   Obaj   byli   synami   farmerów   i 

wychowali   się   na   graniczących   ze   sobą   gospodarstwach.   Ed   gospodarzył   na 
ziemi ojców. Wziął też w dzierżawę większość gruntu, który Rob odziedziczył 
po   rodzicach.   Ten   bowiem,   zamiast   pracą   na   roli,   zajął   się   handlem 
nieruchomościami.  Mieszkał jednak nadal na farmie w wybudowanym przez 
siebie domu, i zatrzymał tyle ziemi, by wystarczyła mu dla kilku sztuk bydła i 
koni.

– Jak leci interes? – zapytał Rob, popijając kawę.
– Nieźle, zważywszy, że mamy dopiero początek miesiąca. Jeśli chcesz, 

możesz wybrać dla siebie choinkę.

Rob uśmiechnął się.
– Przecież znasz Holly. Dla niej tylko ta choinka jest prawdziwa, którą 

wytnie razem ze mną w lesie.

Ed   kiwnął   głową.   Stosunek   jego   dzieci   do   świątecznego   drzewka   był 

identyczny.

Chciał   właśnie   to   powiedzieć,   kiedy   poczuł,   że   musi   sięgnąć   po 

chusteczkę. Kichnął, wytarł nos i znowu kichnął.

– Przeziębiłeś się – skomentował Rob ze współczuciem.
– Chyba tak. To ta wieczorna, lodowata mgła.
– Najlepiej będzie, jeśli zamkniesz budę, wrócisz do domu i wskoczysz 

pod pierzynę.

Ed po raz kolejny użył chusteczki.
– I chyba właśnie tak zrobię. – Nagle uderzył dłonią w czoło. – Na śmierć 

zapomniałem!   Obiecałem   nauczycielce   Randy’go,   że   po   skończonej   pracy 
zawiozę jej choinkę do domu.

Rob wydawał się lekko zaskoczony.
– A odkąd to dostarczasz klientom drzewka do domu?
– Tylko w wyjątkowych sytuacjach, kiedy na przykład ktoś jest stary i 

niedołężny   jak   panna   Phillips.   A   nauczycielka   wybrała   tamto   drzewko.   – 

background image

Wskazał   wysoką,   gęstą,   pięknie   ukształtowaną   choinkę.   –   Jej   mała   honda 
zupełnie   nie   nadawała   się   do   przewozu,   więc   obiecałem   wyświadczyć   tę 
przysługę, którą zresztą – uśmiechnął się z zażenowaniem – winny jestem za 
codzienne poskramianie tego małego hultaja.

Siedmioletni syn Eda był niczym żywe srebro i dodawało mu to nawet 

uroku.

Rob spojrzał na zegarek.
– Gdzie mieszka ta nauczycielka? Zostało mi jeszcze trochę czasu, więc 

mogę cię wyręczyć.

– Bóg ci wynagrodzi, chłopie – wymamrotał Ed zza mokrej już całkiem 

chusteczki.

Piętnaście   minut   później   Rob   Green   zatrzymał   samochód   przed 

skromnym domkiem na Oak Street. Na podjeździe stała szara honda.

Rob nie wytworzył sobie w wyobraźni żadnego konkretnego wizerunku 

nauczycielki, ale na pewno nie spodziewał się ujrzeć aż tak pięknej i młodej 
kobiety, jaka ukazała mu się w otwartych drzwiach. Miała długie, złociste włosy 
i świetną figurę. Ciekaw był, jakiego koloru są jej oczy, ale stał zbyt daleko.

– Czy panna Shelton?
Potwierdziła skinieniem głowy, jednak, gdy się odezwała, w jej głosie 

słychać było daleko idącą ostrożność.

– Czym mogę panu służyć?
Rob dotknął daszka czapki i skłonił się w stylu teksańskiego dżentelmena 

z epoki wojny secesyjnej. Uczynił to zresztą całkiem nieświadomie.

– Przywiozłem choinkę – oznajmił.
– Ależ... oczekiwałam pana Watsona...
–   Właśnie   on   mnie   przysłał.   Mam   wnieść   drzewko   do   środka   czy 

zostawić na frontowym ganku?

–   Wolałabym,   jeżeli   jest   pan   tak   uprzejmy,   aby   doczekało   świąt   na 

werandzie od strony ogródka.

– Oczywiście.
– W takim razie zapalę światła na dworze.
Rob, wracając do półciężarówki, upajał się wizją lekko zadartego noska, 

pełnych,   ponętnych   warg   i   ogromnych   oczu.   Nauczycielka   z   pewnością   od 
niedawna mieszkała w miasteczku, gdyż w przeciwnym razie nie umknęłaby 
jego uwadze.

Światła wokół domku zapaliły się i Rob bez trudu trafił z drzewkiem na 

tylną   werandę.   Panna   Shelton   czekała   tam   już,   z   rękami   splecionymi   na 
piersiach,   jakby   tym   gestem   chciała   się   zabezpieczyć   przed   przejmującym 
chłodem grudniowej nocy.

– To dość potężna choinka – powiedział Rob wchodząc po schodkach – 

prawdopodobnie będzie pani musiała skrócić ją co najmniej o metr.

background image

– Ma pan rację – przyznała. – Kupując drzewko zdawałam sobie sprawę z 

jego wysokości, ale jest tak piękne, że nie mogłam się oprzeć. – Zaśmiała się z 
nutką samokrytyki.

Rob zdążył już polubić słodki, melodyjny ton jej głosu. Wytarł ręce o 

dżinsy   i   zbliżył   się   do   nauczycielki.   W   świetle   nisko   wiszącej   lampy   mógł 
obejrzeć ją dokładniej i znalazł potwierdzenie swojej pierwszej oceny. Panna 
Shelton była więcej niż atrakcyjną kobietą.

Spojrzał   na   jej  wargi  i   zastanowił   się,   jaki   mogą   mieć   smak.   Czy   jej 

włosy, lśniące i gęste, w dotyku przypominają jedwab? Był zaskoczony swoimi 
myślami. Minęły całe wieki, odkąd po raz ostatni zareagował tak na kobiece 
piękno.

I tej reakcji ani nie potrafił, ani nawet nie próbował ukryć. Odbijała się w 

jego oczach jako wyraźny dowód oczarowania.

Zaledwie   zdołał   na   tyle   zebrać   myśli,   aby   zadać   w   miarę   sensowne 

pytanie.

– Zapewne będzie potrzebowała pani kogoś, kto skróci choinkę i obsadzi 

ją w stojaku?

Mary nie usłyszała pytania.
Jej uwagę pochłonął bez reszty stojący przed nią mężczyzny.
Był   taki   duży!   Mary,   drobna   i   niewysoka,   czuła   się   oszołomiona. 

Wyrastał przed nią niczym wieża, a jego szerokie ramiona wzmacniały jeszcze 
wrażenie   ogromu.   Emanował   fizyczną   siłą   i   jakimś   specyficznym   zapachem 
teksaskiej prowincji, w którym wyczuwało się prerię i konie, ale też maszyny i 
chemikalia.   Był   dokładnym   zaprzeczeniem   urzędnika   bankowego,   ale   jego 
twarz nie miała znamion prostactwa czy wulgarności. Bez wątpienia zarabiał na 
życie   pracą   fizyczną.   Świadczyły   o   tym   zarówno   jego   poplamione   dżinsy   i 
brudne buty, jak i duże, szorstkie, zgrubiałe dłonie.

Zatrzymała  na nich wzrok. I nagle, całkiem niezależnie  od swej woli, 

pomyślała, jak delikatne mogą być w miłosnym uścisku. Zakręciło się jej w 
głowie.

– Czy dobrze się pani czuje? – W głosie nieznajomego brzmiał niepokój.
Mogła   tylko   mieć   nadzieję,   że   nie   potrafił   czytać   w   jej   myślach. 

Zaczerwieniła się. Ogromnym wysiłkiem woli zdobyła się na uśmiech.

– Ależ oczywiście. Przepraszam... Zdaje się, że pan coś powiedział?
– Wspomniałem o skróceniu choinki. Dzisiaj nie mam czasu, ale gdyby 

potrzebowała pani kogoś do pomocy, to jutro wieczorem mogę przyjechać z 
piłą.

Kusiło   ją,   by   przyjąć   ofertę.   Nie   miała   narzędzi,   poza   tym   potężne 

drzewko   wymagało   silnych   ramion   mężczyzny.   Nie   mogła   jednak 
wykorzystywać jego uprzejmości. Był zapewne zmęczony całodzienną ciężką 
pracą, a nic nie wskazywało na to, że jutro będzie inaczej.

background image

– Dziękuję, ale sama dam sobie radę.
Rob   zareagował   na   odmowną   odpowiedź   krótkim,   prawie   żołnierskim 

kiwnięciem głową.

– W porządku. W takim razie dobranoc.
– Dobranoc.
Kiedy   schodził   po   schodkach   werandy,   Mary   przypomniała   sobie   o 

banknocie. Wyjęła go z portfela zaraz po zapaleniu zewnętrznych świateł i do 
tej chwili ściskała w garści.

– Proszę zaczekać! – zawołała za odchodzącym mężczyzną.
Zatrzymał się i odwrócił. – Tak?
Zeszła dwa stopnie niżej i wyciągnęła rękę.
– To za usługę. Omal nie zapomniałam, przepraszam...
Rob speszył się jak mały chłopiec. Panna Shelton najzwyczajniej brała go 

za pracownika Eda Watsona. Nie wiedział, czy w tej sytuacji śmiać się, zrobić 
obrażoną minę czy też odgrywać swą rolę do końca.

Próbując   zachować   pełną   szacunku   powagę,   wyciągnął   rękę   w 

odmownym geście.

– To naprawdę zbyteczne.
– Ależ  proszę!  – W  głosie  Mary   zawierała się  cała  udręka  wręczania 

napiwków. – W cenę choinki nie wliczono przecież kosztów dowozu do domu. 
Poświęcił pan swój cenny czas i spalił określoną ilość benzyny. Proszę... Jeśli 
nie przyjmie pan tych pieniędzy, będę się czuła strasznie...

Rob nadal walczył z ogarniającym go rozbawieniem.
– Wobec tego – powiedział, udając głęboki namysł – przyjmuję. Ostatnią 

rzeczą, jakiej bym naprawdę pragnął, to wpędzić panią w jakiś fatalny nastrój.

Wziął   pognieciony   banknot   i   schował   do   kieszeni   kurtki.   Przy   okazji 

dotknął na ułamek sekundy palców panny Shelton. Były miękkie i delikatne jak 
palce pianistki.

Uniósł dłoń ku daszkowi czapki.
– Bardzo pani dziękuję. Dobranoc.
Odwrócił się i szybkim krokiem poszedł do samochodu.
Uruchamiając silnik zastanawiał się, jak zwrócić nauczycielce pieniądze 

bez urażenia jej dumy. Zaraz jednak porzucił kwestię napiwku i skupił się na 
samej kobiecie. Jej uroda zakłóciła spokój jego duszy, wywołała stan napięcia i 
niepokoju, którego już kiedyś doświadczył. Dobrze go pamiętał.

Rob Green nie chciał powtarzać doświadczeń przeszłości. Zraniły go zbyt 

boleśnie. Czy wytrzyma ten ból jeszcze raz?

background image

Rozdział drugi

Mary oceniła ostatnią klasówkę z arytmetyki i odłożyła kartkę na kupkę. 

Westchnęła,   zamyśliła   się   na   chwilę,   po   czym   schowała   testy   do   szuflady 
biurka.   Wstała   i   podeszła   do   szafy   wmurowanej   w   ścianę.   Wyjęła   z   niej 
parasolkę   i   płaszcz   przeciwdeszczowy.   Od   rana   padało   i   boisko   za   oknem 
przypominało już niewielkie, błotniste jezioro.

Kiedy   szła   korytarzem   w   stronę   głównego   holu,   echo   jej   kroków   na 

marmurowej posadzce zdawało się rozchodzić po całym budynku. Opuszczała 
dziś szkołę ostatnia. Za chwilę zostanie tu tylko dozorca, którego zresztą nigdzie 
nie mogła dostrzec.

Skręciwszy z korytarza do przestronnej sieni, ze zdumieniem dostrzegła 

małą   dziewczynkę,   która   stała   przy   drzwiach   wejściowych.   Ubrana   była   w 
dżinsy   i   sportową,   niebiesko-różową   kurtkę.   Z   noskiem   rozpłaszczonym   na 
szybie wpatrywała się w padający równo deszcz.

Dziewczynka   usłyszała   kroki   i   odwróciła   się   gwałtownie.   Mary 

rozpoznała   w   niej   jedną   z   uczennic   pani   Daniel,   a   także   uczestniczkę 
bożonarodzeniowego przedstawienia. Na dzisiejszej próbie dostała ważną rolę.

Była   prześlicznym   dzieckiem   z   długimi,   prostymi,   niemal   czarnymi 

włosami,   związanymi   w   dwa   gęste   kucyki.   W   tej   chwili   na   jej   twarzyczce 
malowała się żałość, a z oczu wyzierał niepokój.

Mary uśmiechnęła się.
– Nazywasz się Holly Green, prawda? Dziewczynka potwierdziła.
– Dlaczego wciąż jesteś w szkole? Minęła już czwarta.
– Tatuś obiecał przyjechać po mnie, czekam, ale ciągle go nie ma. – Głos 

dziecka drżał i cichł w miarę mówienia.

Sekretariat, w którym był telefon, zamykano po lekcjach, Mary musiała 

więc zaopiekować się dzieckiem.

– Odwiozę cię do domu.
– Dziękuję, panno Shelton – powiedziała Holly z jakąś ogromną ulgą w 

głosie. – Ale co będzie z tatusiem?

– Zostawimy dla niego wiadomość.
Wspólnie   zredagowały   dwuzdaniowy   liścik   i   przytwierdziły   go   taśmą 

klejącą na szybie drzwi od wewnętrznej strony.

Holly mieszkała kilkanaście kilometrów za miastem.  Mary miała  więc 

czas,   aby   dowiedzieć   się   czegoś   o   dziewczynce,   a   równocześnie   ciepłymi 
żartami rozproszyć jej niepokój.

Deszcz   bębnił   o   dach   małej   hondy,   wycieraczki   ledwie   nadążały   ze 

zgarnianiem wody.

– Czy twój tatuś jest farmerem?

background image

– Trochę tak, a trochę nie. Mamy kilka sztuk bydła, ale wuj Eddie obrabia 

ziemię, którą tatuś dostał po dziadziusiu.

– Rozumiem. – Najwidoczniej pan Green wydzierżawił pole i zajmuje się 

czymś innym. – A więc twój tatuś pracuje w mieście?

Holly kiwnęła główką.
– Sprzedaje domy i place.
– Coś  sobie przypominam.  Widziałam świetlną reklamę  z nazwiskiem 

Green przed nazwą agencji. A twoja mama? Czy również pracuje w Hope?

Holly nie od razu odpowiedziała. Przez chwilę wpatrywała się w swoje 

dłonie.

– Nie mam mamusi. Umarła, kiedy byłam zupełnie mała.
– Przykro mi. – Głos Mary tchnął delikatnością i współczuciem. – Musi ci 

jej bardzo brakować.

Holly wzruszyła ramionami.
– Nawet jej nie pamiętam.
Mary   przeniosła   prawą   rękę   z   kierownicy   na   ramię   dziewczynki. 

Wiedziała z własnego doświadczenia, jak bolesny może być brak wspomnień o 
najbliższej osobie. Człowiek odkrywa wtedy lukę, której nie da się zapełnić.

– Ile nam jeszcze zostało do domu? – zapytała zmieniając temat.
– Nie więcej niż kilometr. Czy widzi pani te zbożowe silosy? Skręcamy 

zaraz za nimi.

Kiedy   wjechały   na   wysadzaną   sosnami   drogę   dojazdową,   Holly 

zauważyła:

– Nie ma samochodu tatusia.
– Dostaniesz się do domu?
– Mam klucz.
– W takim razie zaczekam z tobą do jego powrotu. Obietnica ta wywołała 

na twarzyczce dziecka olśniewający uśmiech.

Dom   okazał   się   nieregularną   ceglaną   bryłą,   zbudowaną   głównie   z 

prostopadłościanów, w sposób, który sugerował dużą wyobraźnię przestrzenną 
autora projektu. Rozległe podwórze chełpiło się stuletnimi dębami i kilkoma 
okazami   drzew   pekanowych.   Dalej,   aż   po   horyzont,   rozciągały   się   pola,   na 
których osowiałe bydło mokło w ulewie.

Weszły   do   ładnie   umeblowanego   salonu.   Wygodne   sofy   i   fotele 

zgrupowane   były   w   pobliżu   kamiennego   kominka.   Na   półkach   stało   dużo 
książek,   poprzetykanych   tu   i   ówdzie   jakąś   kasetą   lub   ilustrowanym 
tygodnikiem. Sprzęt elektroniczny zajmował oddzielny kąt.

Mary usiadła na sofie, Holly zaś poszła zadzwonić do biura agencji, w 

nadziei, że może zastanie tam jeszcze ojca. Wróciła z wiadomością, że telefon 
nie działa.

–   To   się   czasami   zdarza   podczas   większego   deszczu.   Mary   kiwnęła 

background image

głową.   Ona   też   wychowała   się   na   wsi   i   znała   wszystkie   niedogodności 
prowincji.

– Czy kiedy twój tata pracuje, zostajesz sama  w domu?  Dziewczynka 

zaprzeczyła.

– Po lekcjach idę do pani Dudley, skąd wieczorem zabiera mnie tatuś, 

albo przyjeżdżam szkolnym autobusem tutaj i zostaję z panną Maggie. Mieszka 
w tamtym domu za drogą.

Pod maską zewnętrznego spokoju Mary kipiała. Jej złość na pana Greena, 

który skandalicznie się spóźniał, wzrastała z minuty na minutę. W głębi duszy 
obwiniała  go  o  zaniedbywanie   ośmioletniego  dziecka,   które,  gdyby   nie  ona, 
stałoby do tej pory w szkolnym przedsionku.

–   Na   pewno   niecierpliwie   czekasz   na   święta...   –   stwierdziła   Mary, 

wprowadzając do rozmowy najmilszy z tematów.

Opony   zapiszczały   na   mokrym   asfalcie,   gdy   Rob,   jadąc   z   dużą 

szybkością, skręcił w kierunku szkoły. Był straszliwie spóźniony. Prześladowała 
go wizja zalanej łzami twarzyczki Holly.

Opuszczał   właśnie   biuro,   kiedy   zadzwonił   ważny   klient   z   Houston. 

Rozmówca wykładał sprawę rozwlekle, z najdrobniejszymi szczegółami, aby w 
końcu wyliczyć wszystkie powody, które jego zdaniem wymagają wnikliwego 
rozpatrzenia   przed   podjęciem   decyzji.   Zapewnił   jedynie   Roba,   że   jego 
propozycja będzie rozważona.

Szkolny parking był pusty. Green zatrzymał się przed głównym wejściem. 

W   budynku   ani   jednego   światła.   Podbiegł   do   drzwi   i   szarpnął   za   klamkę. 
Zamknięte na głucho.

Gdzie jest Holly?
Z bijącym sercem wrócił do samochodu. W pośpiechu zapomniał zabrać z 

biura kurtkę i teraz jego koszula była zupełnie przemoczona. Poczuł dreszcze.

Zmusił się do kilku głębokich oddechów. Spokojnie, nie ma powodów do 

paniki.   Holly   była   rozsądnym   dzieckiem.   Nie   mogąc   doczekać   się   jego 
przyjazdu, najpewniej pobiegła do pani Dudley. Poczuł wyraźną ulgę.

Ale kilka minut później pulchna pani Dudley szeroko otworzyła oczy ze 

zdumienia, kiedy ujrzała przemoczonego Roba na progu swego domu.

– Nie widziałam dziś Holly.
Poczuł, że zaczyna mu brakować powietrza. Przez głowę przeleciała mu 

chmara czarnych myśli, niczym stado rozkrakanych wron. – Prawdopodobnie 
poszła do domu którejś z koleżanek. – Pani Dudley starała się go pocieszyć.

– Jasne. Wydaje się to zupełnie logiczne.
Ale Rob wiedział, że ten wariant najmniej pasował do Holly.
– W takim razie skorzystaj z mojego telefonu i zadzwoń do jej koleżanek 

– zaproponowała. Postanowił spróbować. Wszedł za panią Dudley do holu.

Po  dziesięciu   minutach   odłożył  słuchawkę.   Wykorzystał  już  wszystkie 

background image

możliwości. Nigdzie ani śladu Holly. Kilkakrotnie też dzwonił do domu i do 
panny Maggie, jednak nikt tam nie odbierał telefonu. Poczuł, że zaczyna go 
ogarniać strach.

– A może zadzwonimy do Charliego? – delikatnie podsunęła pani Dudley.
Rob   zwiesił   ponuro   głowę.   Charlie   był   jej   synem,   ale   również 

miejscowym szeryfem.

– Muszę wracać do domu, na wypadek, gdyby Holly jakoś tam dotarła. 

Przypuszczam, że z powodu deszczu telefony we wsi nie działają. Proszę, niech 
pani zadzwoni do syna i poprosi go, by wysłał kogoś na poszukiwanie małej 
dziewczynki.   I   proszę   mu   powiedzieć,   że   jest   ubrana   w   dżinsy,   niebiesko-
różową kurtkę i adidasy.

Przez   całą   drogę   do   domu   Rob   szczękał   zębami.   Ogrzewanie   w 

samochodzie   niewiele   pomagało.   Miał   przemarznięte   ciało,   ale   przede 
wszystkim – bał się. Holly, jego dziecko, jego maleństwo... Jego całe życie. 
Jeżeli również ją straci...

– Dobry   Boże,  błagam,  nie  zabieraj  mi   jej! Wjeżdżając  na  podwórze, 

natychmiast zauważył szarą hondę. Było w niej coś znajomego, bliskiego nawet, 
ale   zdenerwowanie   nie   pozwoliło   mu   zastanawiać   się   nad   tym.   Nacisnął   na 
hamulec, zgasił silnik i puścił się biegiem ku domowi. Honda wzbudziła w nim 
nowy niepokój, kontrastowała bowiem ze znanym otoczeniem. A może Holly 
została ranna... lub stało się coś jeszcze gorszego?

Wpadł do środka niczym szarżujący byk.
Holly   wybiegła   mu   naprzeciw.   Chwycił   ją   w   ramiona   i   z   całej   siły 

przycisnął do piersi. Dziewczynka krzyknęła, ale bardziej z zaskoczenia niż z 
bólu.

–   Gdzie   się   podziewałaś,   kochanie?   Martwiłem   się   okropnie,   gdy   nie 

zastałem cię w szkole.

Holly gorąco ucałowała ojca.
– Czekałam na ciebie, tatusiu, długo, bardzo długo. Wszyscy sobie poszli, 

a kiedy nie zjawiałeś się, panna Shelton przywiozła mnie tutaj.

– Kocham cię, mój skarbie. Przytulił twarz do włosów córki.
– Ja też cię kocham – odwzajemniła wyznanie. Pochyliła głowę i potarła 

noskiem o jego nos. Nagle zachichotała i poprosiła: – Puść mnie, tatusiu...

Teraz dopiero dostrzegł kobietę siedzącą na kanapie. Nie był to nikt inny, 

tylko ta nauczycielka od napiwku i ogromnej choinki.

Straszliwe napięcie, które towarzyszyło mu przez kilka ostatnich godzin, 

częściowo tylko rozładowane ulgą, znalazło teraz ujście w wybuchu.

– Jak pani śmiała zabrać dziecko ze szkoły bez pozostawienia kartki z 

wiadomością? Czy w ogóle wyobraża pani sobie, co przeżyłem? Przychodziły 
mi do głowy najgorsze myśli o porwaniu, wypadku samochodowym i Bóg wie 
jeszcze o czym!

background image

Mary była wzruszona oglądaną przed chwilą sceną. Ale teraz poderwała 

się na równe nogi, patrząc wyzywająco w oczy ogromnego mężczyzny. Tego 
samego,   uświadomiła   sobie   nie   bez   zdumienia,   który   wczoraj   dostarczył   jej 
choinkę.

Tego   samego,   którego   uraczyła   hojnym   napiwkiem,   bo   doszła   do 

wniosku, że wypada, a nawet trzeba zapłacić mu  za usługę. Dzisiaj zamiast 
tamtego   brudnego   roboczego   ubrania   miał   na   sobie   błękitną,   popelinową 
koszulę, krawat i ciemne spodnie z miękkiej flaneli. Wiedziała też, że mieszka 
w dużym, komfortowo urządzonym domu i prowadzi własny interes. Musiał 
skręcać się ze śmiechu, kiedy wracał wczoraj do siebie z napiwkiem w kieszeni!

Teraz nie wyglądał jednak na rozbawionego, trząsł się ze złości i patrzył 

na nią gniewnie, więc nie zdołała opanować wybuchu.

–   Proszę   spojrzeć   lepiej   na   siebie!   Prawdziwy   ojciec   nie   spóźnia   się 

godzinami,   kiedy   umawia   się   z   ośmioletnim   dzieckiem,   i   to   jeszcze   w   taką 
pogodę!   Powinien   pan   raczej   podziękować   mi,   że   zaopiekowałam   się   pana 
córką.   A   nawiasem   mówiąc,   zostawiłam   wiadomość.   Holly   przykleiła   ją   na 
szybie drzwi frontowych. Ślepy by zauważył!

–   Nie   było   żadnej   kartki   –   powiedział,   tracąc   pewność   siebie.   – 

Podszedłem do samych drzwi, ale nie zauważyłem żadnej wiadomości.

– Musiała tam być – rzuciła niecierpliwie.
– Załóżmy się – zaproponował sarkastycznym tonem.
– Tatusiu – nieśmiało wtrąciła się Holly – my ją zostawiłyśmy. Daję ci na 

to słowo honoru. Sama ją przyklejałam.

– Więc cóż się z nią stało?
– A skąd mam wiedzieć? – odparowała Mary. – Może zabrał ją jakiś 

żartowniś?

– A może przykleiłam ją za słabo – powiedziała Holly ze łzami w oczach. 

I zaraz rozpłakała się.

– Jest pan zadowolony? – Mary nie ustawała w ataku. – Pana córka teraz 

płacze przez pana.

Rzucił   jej   spojrzenie   mordercy,   po   czym   wśród   pieszczot   zaczął 

zapewniać Holly, że w najmniejszym stopniu jej nie wini.

– Nie jestem aż tak nieodpowiedzialna – ciągnęła Mary – by zabierać 

czyjeś dziecko bez pozostawienia odpowiednich wskazówek. Ciekawa jestem, 
czy pan przeszedłby obojętnie obok dziecka, które czeka na spóźniającego się 
nieprzyzwoicie ojca?

–   Tatusiu,   proszę,   nie   kłóć   się   z   panną   Shelton.   –   Holly   próbowała 

zapobiec nowemu wybuchowi ojca.

Jej   prośba   odniosła   natychmiastowy   skutek.   Rob   i   Mary   spojrzeli 

najpierw na dziecko, a potem na siebie.

– Bardzo panią przepraszam – powiedział Rob już całkiem normalnym 

background image

tonem.   –   Kompletnie   puściły   mi   nerwy.   Szczerze   jestem   wdzięczny   za 
odwiezienie córki do domu. Byłem tak...

W Mary również dokonała się przemiana.
– Dobrze pana rozumiem – odparła miękko. – Mogę sobie wyobrazić, co 

pan czuł. Zbyt późno dowiedziałam się, że ma pan biuro w mieście, gdyż tam 
przede   wszystkim   zawiozłabym   Holly.   Poza   tym   pana   córka   próbowała 
dodzwonić się stąd do pańskiego biura, ale bezskutecznie.

– Ja również dzwoniłem tutaj. To na pewno wina deszczu.
– Gdzie byłeś, tatusiu?
– Chciałem właśnie jechać po ciebie, gdy zadzwonił bardzo ważny klient. 

Nie   było   nikogo,   kto   mógłby   mnie   zastąpić.   –   Zwrócił   się   do   Mary:   – 
Zatrudniam dwie osoby, lecz jedna rozchorowała się na grypę, druga miała do 
załatwienia pilne sprawy prywatne. Najważniejsze, że Holly jest cała i zdrowa.

– Tak, to najważniejsze – zgodziła się Mary. – Wobec tego mogę już iść.
Rob zbliżył się o krok.
–   Raz   jeszcze   dziękuję   za   opiekę   i   przepraszam   za   ten   mój 

niesprawiedliwy wybuch.

Mary uśmiechnęła się.
– Nie ma sprawy.
Rob   był   zachwycony   dołeczkami   w   jej   policzkach.   Była   jeszcze 

ładniejsza niż wczoraj. Przypomniał sobie o choince.

–   Proszę   jeszcze   chwilkę   zaczekać.   Zmienię   tylko   ubranie   i   wrócimy 

razem do miasta. Wciąż leje i wolałbym nie puszczać pani samej. Nigdy nie 
wybaczyłbym sobie, gdyby coś się pani stało w drodze powrotnej do domu.

– Ależ naprawdę nie ma potrzeby – zaprotestowała.
– Bardzo proszę – nalegał. – Ponieważ telefon jest zepsuty, i tak muszę 

osobiście zawiadomić szeryfa, że zguba się odnalazła. Jego ludzie są chyba w 
trakcie poszukiwań.

– W takim razie zaczekam. Zresztą jazda we dwójkę w taką pogodę nie 

jest najgorszym pomysłem.

– A czy mam zabrać ze sobą piłę? – Rob uśmiechnął się. – Po wizycie u 

szeryfa mógłbym zająć się pani choinką.

Zaczerwieniła się po białka oczu, przypominając sobie o napiwku.
– Dziękuję, ale dam sobie radę.
– Wiem. Słyszałem to już wczoraj, ale chciałbym w minimalnym choć 

stopniu spłacić dług wdzięczności.

Mary wahała się przez chwilę. Nagle zmrużyła oczy.
– Czy lubi pan chili, panie Green?
– Przepadam.
– A ty, Holly? – Mary zwróciła się z uśmiechem do dziewczynki, która 

skinęła głową.

background image

– W takim razie zapraszam. Gdy pan będzie się męczyć przy choince, ja 

przygotuję kolację. A potem we troje przystroimy drzewko.

– Hura! – wykrzyknęła triumfalnie dziewczynka.
– Mam tylko jedną prośbę – ciągnęła Mary – żeby Holly mogła jechać ze 

mną. Kiedy pan będzie u szeryfa, my, kobiety, wpadniemy do kilku sklepów. 
Prawdę mówiąc, nie pomyślałam jeszcze o zabawkach na choinkę, a bardziej 
ufam gustowi Holly niż swemu własnemu.

– Tak, moja  córeczka jest w tych sprawach prawdziwym ekspertem – 

zgodził się Rob. Sięgnął do kieszeni spodni po portfel i wyjął z niego jakieś 
pieniądze. – A oto mój udział w przystrajaniu choinki.

Mary   spojrzała   na   banknot   i   zaczerwieniła   się   jak   piwonia.   Jej 

pięciodolarowy napiwek wracał do niej jak bumerang.

Rob   wybuchnął   śmiechem.   Lecz   zanim   zdążyła   przywołać   go   do 

porządku, popędził gdzieś w głąb domu przebrać się w suche rzeczy.

background image

Rozdział trzeci

Wspólnymi  siłami  przenieśli choinkę do saloniku i przyjrzeli się jej z 

podziwem. Dolne gałęzie dosięgały z jednej strony drzwi, z drugiej zaś kładły 
się   na   kanapie.   Drzewko   zajmowało   prawie   połowę   niewielkiego 
pomieszczenia.   Mocny,   buńczuczny   wierzchołek   z   jasnobrązową   szyszką 
dotykał sufitu.

– Dlaczego zdecydowała się pani na coś tak wielkiego, panno Shelton? – 

zapytał Rob, wyjmując ze swetra długie zielone igły.

– To proste – odparła Mary. – Zupełnie zwariowałam. Jak inaczej mogę 

to wytłumaczyć?

Holly zaniosła się śmiechem.
– To niemożliwe. Nauczyciele nigdy nie wariują, są na to za mądrzy.
– Hmm. Nie jestem tego taka pewna – powiedziała Mary i patetycznie 

załamała ręce. – Teraz muszę ponieść konsekwencje tego szaleństwa.

– Możemy  ostatecznie wymienić  ją u Eda na mniejszą  – zasugerował 

Rob.

Mary potrząsnęła głową.
– Nie zgadzam się, by pana praca poszła na marne. A poza tym rozmiary 

tej choinki będą mi przypominać jedną wielką prawdę...

– Jaką mianowicie?
– Nie bądź zachłanna. Co za dużo, to niezdrowo, a większe nie zawsze 

jest lepsze.

– Słyszysz, mała? – Rob zwrócił się do Holly.
– Jasne, tatusiu!
– Holly ma kucyka, ale ostatnio zachciało się jej konia. Tłumaczę, że 

jeszcze przynajmniej rok musi poczekać.

– Konspiracyjnie puścił oko do Mary. – Myślę, że zgodzi się pani ze mną, 

panno Shelton?

– O, nie! – zaśmiała się Mary, unosząc ręce w obronnym geście. – Nie 

uda się wam wciągnąć mnie w rodzinne spory. Lepiej pójdę sprawdzić, co z 
naszym chili.

– Mądra kobieta – mruknął Rob z rozbawieniem. – Nawet jeżeli dostała 

bzika na punkcie choinki.

Mary raz jeszcze spojrzała na gigantyczne drzewko, a potem na Roba.
– Więc nie wybaczy mi pan tego błędu?
– Przeciwnie. Za historyjkę o choince, która zajmuje pół pokoju, i drugą o 

napiwku, będę przez kilka najbliższych miesięcy pił darmową kawę w tutejszej 
kawiarni.

– Ależ z pana zimny drań, panie Green – rzuciła oschłym tonem.

background image

–  Taką   ocenę  mojej  osoby   słyszałem  już  z  niejednych  ust  –  przyznał 

ironicznie. – Ale wolę to, niż cieszyć się opinią faceta miłego, uprzejmego i 
nudnego jak flaki z olejem.

– Jak ten na przykład, który z czystej dobroci serca przytaszczył drzewko 

do domu pewnej nieznajomej, by na drugi dzień gimnastykować się przy nim 
przez   godzinę?   To   też   jest   zabawna   historyjka,   panie   Green.   Jeśli   obiegnie 
miasto, może odbić się fatalnie na czyjejś reputacji. Niewykluczone nawet, że 
zaważy na całym życiu tego kogoś.

Rob gwałtownym skokiem przypadł do Mary i żelazną dłonią chwycił ją 

za nadgarstek.

– Nie ośmieli się pani! – warknął.
– Pan opowie swoje historyjki, ja opowiem moje – stwierdziła bezlitośnie.
– Tatusiu! – krzyknęła Holly. – Dlaczego bijesz się z panną Shelton?
Rob natychmiast puścił Mary i zwrócił się ku córce. Za wszelką cenę 

musiał ją uspokoić. Nieraz sprzeczali się ze sobą w żartach, kiedy Holly zbyt 
uparcie   przy   czymś   obstawała.   Ale   naczelną   zasadą,   jakiej   Rob   starał   się 
przestrzegać   w   stosunkach   z   córką,   była   otwartość,   szczerość   i   wzajemne 
zaufanie. Ostatecznie mieli tylko siebie.

– Kłóciliśmy się tylko na niby, kochanie. Wiesz, co to znaczy, bo nieraz 

sami tak żartujemy.

Holly z powagą, ale i nieufnie, patrzyła mu w oczy. Odwzajemnił się jej 

równie poważnym spojrzeniem.

–   Czy   możesz   mi   dać   słowo   honoru?   –   zapytało   dziecko   serio   i   z 

naciskiem.

Kiwnął głową i położył dłoń na sercu.
– Jeśli nie wierzysz, zapytaj pannę Shelton. Holly przeniosła wzrok na 

nauczycielkę.

– Twój ojciec mówi prawdę, Holly. To były tylko żarty. Na twarzy Holly 

pojawił się wreszcie psotny uśmieszek.

Wskazała   na   dwoje   dorosłych   i   powiedziała   z   surowością   sędziego 

trybunału:

– W porządku. Bo nie pozwalam na żadne prawdziwe kłótnie i bijatyki.
– Tak jest, proszę pani – odrzekła Mary z lekkim ukłonem.
Wszyscy   roześmiali   się,   a   Rob   nie   mógł   oderwać   wzroku   od 

rozjaśnionych oczu nauczycielki.

– Najwyższy czas, bym jednak zajrzała do naszego chili – oznajmiła. – A 

tymczasem ty, Holly, zajmij się rozpakowaniem pudełek z bombkami, dobrze?

– Już się robi.
–   A   ja   będę   degustatorem   –   zadeklarował   Rob   tonem   nie   znoszącym 

sprzeciwu, wchodząc za Mary do kuchni.

– A kto powiedział, że ktoś taki jest mi w ogóle potrzebny?

background image

– Każda szefowa kuchni uważa degustatora za swoją prawą rękę.
– W taki razie niniejszym otrzymuje pan nominację – powiedziała Mary, 

nabierając z garnka chili na łyżkę i zbliżając ją do ust Roba.

Spróbował, wpatrzył się gdzieś w przestrzeń niczym rozmarzony poeta, 

po czym zamknął oczy.

– I jak? – zapytała tłumiąc śmiech.
– Chyba muszę się upewnić... Dostał następną porcję.
– I jak? – powtórzyła pytanie.
– Przydałaby się trzecia łyżka. Nie chciałbym wydawać zbyt pochopnych 

sądów.

– Hmm. Pana dążenie do perfekcji najpewniej skończy się tym, że dla 

mnie i Holly nic nie zostanie.

–   A   miałem   nadzieję   –   powiedział   z   uśmiechem   –   że   się   pani   nie 

zorientuje w moich zamiarach. Ale, jak mówi Holly, nauczycielom nigdy nie 
brakuje   rozumu.   Pani,   panno   Shelton,   jest   prawdziwą   mistrzynią   w 
przyrządzaniu chili.

– Serdecznie dziękuję za komplement. Ale jeżeli choć raz jeszcze powie 

pan   do   mnie   „panno   Shelton”,   obejdzie   się   pan   smakiem.   Wciąż   słyszę   ten 
zwrot, bo tak mnie nazywają moi uczniowie. W życiu prywatnym wolałabym 
inną formę.

– Wielkie nieba! – wykrzyknął. – A jaką to, jeśli można wiedzieć? „Pani 

nauczycielko” albo „hej, ty tam”?

– Mam na imię Mary. A pan?
– Robert, ale wszyscy mówią do mnie Rob. Czy w takim razie mogę być 

z tobą szczery?

– Oczywiście, Rob.
– Masz chili na brodzie. Nie trzeba było tak gwałtownie odbierać łyżki.
– Och!
Chwyciła ścierkę i zaczęła wycierać nią twarz.
– Nie w tym miejscu, Mary.
Wziął   od   niej   ścierkę   i  sam   zajął   się   plamą.   Przez   chwilę   ich   twarze 

dzieliła zaledwie kilkucentymetrowa odległość. Mary wstrzymała oddech. Jego 
dotknięcie   miało   w   sobie   wręcz   kobiecą   delikatność,   ale   wycieranie   małej 
plamki trwało chyba zbyt długo.

Gdy skończył, ciągle nie miała odwagi spojrzeć mu w oczy. Odwróciła 

się do szafki.

–   Dzięki.   Pokroję   teraz   chleb   kukurydziany   i   włożę   do   piekarnika   na 

grzanki.

– Uwielbiam grzanki. Holly zresztą również.
Śledził   z   prawdziwą   przyjemnością   jej   płynne,   pełne   wdzięku   ruchy, 

kiedy krzątała się po kuchni.

background image

– Czy w naszej szkole uczysz dopiero od jesieni? Nigdy cię przedtem nie 

widziałem.

– Tak, sprowadziłam się tutaj pod koniec sierpnia.
– I jak ci się żyje w takiej małej mieścinie? Wzruszyła ramionami.
–   Całkiem   dobrze.   Wychowałam   się   na   ranczo   w   pobliżu   niewiele 

większego miasteczka.

–   A   więc   jesteś   wiejską   dziewczyną,   przyzwyczajona   do   życia   na 

prowincji.

– Tak. Ale mieszkańcy małych miasteczek z trudem przyzwyczajają się 

do obcych.

Nie chciała wspominać o swojej samotności. Jej koledzy ze szkoły byli 

dla   niej   bardzo   mili,   ale   nie   uczestniczyła   w   ich   życiu   prywatnym.   Nagle 
uświadomiła   sobie,   że   Rob   i   Holly   byli   pierwszymi   gośćmi,   których 
przyjmowała w tym domu.

– Ludzie, zanim dobrze kogoś poznają, odgradzają się od niego murem 

nie do przebicia. Lynn często się na to skarżyła. Lynn – wyjaśnił – była moją 
żoną. Umarła cztery lata temu.

– Holly wspomniała mi o matce. Bardzo mi przykro. Musi być ci ciężko 

samotnie wychowywać córkę.

– Powiedzmy, że nie jest to łatwe – zgodził się Rob. – Ale rozmawialiśmy 

o małych miasteczkach...

– Zgadza się. Rzecz jasna, tęskno mi za ludźmi, wśród których wyrosłam, 

ale muszę przyznać, że lata spędzone na uniwersytecie, a potem w Abilene, 
gdzie uczyłam, zaliczam do najwspanialszych.

– Więc dlaczego tu przyjechałaś?
Mogłaby odpowiedzieć: Ponieważ chciałam zaszyć się na jakiejś dalekiej 

prowincji,   by   wyleczyć   rany.  Ponieważ   kiedy   rozpaczliwie   pragnęła   uciec   z 
Abilene, uciec od Wayne’a, szkoła w Hope jako pierwsza zaoferowała jej pracę. 
Mary mogłaby tak odpowiedzieć, ale nie obcemu człowiekowi, jakim, bądź co 
bądź, nadal był Rob. Więc tylko wzruszyła ramionami i stwierdziła ogólnikowo:

– Po prostu nastał czas na zmiany.
Rob   spojrzał   na   nią   z   powątpiewaniem.   Nie   wyglądało   to   na   szczerą 

odpowiedź. Na pewno jakiś mężczyzna krył się za taką decyzją, ale nie chciał 
być  wścibski.  Sam przecież  zachował  w  tajemnicy,  że   Lynn,  zanim zmarła, 
rozwiodła się z nim i ponownie wyszła za mąż.

Mary zafascynowała go cichą urodą zwyczajnej dziewczyny, jakże różną 

od   wyrafinowanego,   chłodnego   piękna   Lynn.   Łączyła   w   sobie   w   cudownej 
równowadze   subtelność   i   powszedniość,   poezję   i   prozę,   jeżeli   prozą   można 
nazwać jej zdrowy rozsadek, niski wzrost i teksaski akcent. Nie był to jednak 
wystarczający   powód,   aby   od   razu   pragnąć   wiedzieć   o   niej   wszystko.   Po 
przeżyciach z Lynn Rob złożył sobie solenne przyrzeczenie, że nie zwiąże się 

background image

już więcej z żadną kobietą. Zbyt boleśnie przeżył rozpad swojego małżeństwa.

–   Lepiej   pójdę   zawiesić   lampki   na   choince   –   odezwał   się   nagle 

chrapliwym, dość nieprzyjemnym głosem i, nie czekając na odpowiedź, wyszedł 
do kuchni.

Mary poczuła się niezręcznie. Rozmawiali niemal jak przyjaciele, czemu 

więc Rob wyszedł nagle z tak chmurną miną? Czy spowodowała to wzmianka o 
śmierci żony?

Jakiekolwiek były tego przyczyny, Mary cieszyła się z darowanych jej 

kilku   minut   samotności.   Musiała   pomyśleć   w   spokoju   choć   chwilę.   Przede 
wszystkim alarmujący był fakt, że Rob ją zauroczył. A przecież przyjechała tu, 
by wyleczyć się z ran po jednym mężczyźnie, a nie wpadać w ramiona drugiego. 
Gdyby tak się stało, byłaby skończoną idiotką.

Kwadrans później, siedząc przy stole, Mary dziękowała Bogu, że jest z 

nimi   Holly,   bowiem   rozmowa   między   nią   a   Robem   zupełnie   się   nie   kleiła. 
Dziewczynka natomiast z dziecięcą beztroską paplała o szkole.

– Pani Murphy, tatusiu, leży w szpitalu na ślepą kiszkę, a panna Shelton 

zastępuje ją w przygotowywaniu choinkowego przedstawienia.

– To musi być ciężka praca i wielka odpowiedzialność – zauważył Rob.
– Przekonałam się o tym wczoraj – przyznała Mary. – Każde dziecko w 

ten czy inny sposób bierze udział w jasełkach, choćby tylko wnosiło coś na 
scenę lub coś z niej znosiło.

– Rozumiem. – Rob uśmiechnął się. – Wedle zasady, że nikt nie może 

zostać pominięty. Bożonarodzeniowy spektakl jest największym artystycznym 
wydarzeniem w naszym miasteczku.

Mary kiwnęła głową.
– Spotkałam się już z taką oceną. Ale najbardziej w tej chwili leżą mi na 

sercu dekoracje. Robił je dotąd mąż pani Murphy, ale, jak wiesz, zmarł w tym 
roku. Nie mam pojęcia, do kogo zwrócić się o pomoc.

– Co ci jest potrzebne?
– Dwa różne warianty tła. Jeden przedstawiałby typowe wnętrze salonu z 

oknem, drzwiami i kominkiem, a drugi ruchliwą ulicę z budynkami i sklepami.

– A więc nic skomplikowanego – mruknął Rob w zamyśleniu. – Może da 

się coś zrobić. Naszkicuję oba projekty, a moja firma pokryje koszt robocizny i 
materiałów.

Mary zarumieniła się z radości.
– Dziękuję, Rob. Nawet nie wiesz, jak bardzo jestem ci wdzięczna.
– Nie dziękuj za wcześnie. Jeszcze nie widziałaś projektów.
– Jestem pewna, że będą cudowne.
Oczy Mary jaśniały takim blaskiem, że Rob z trudem oderwał od nich 

wzrok.

Po   kolacji   przystąpili   do   strojenia   choinki.   Holly   przypadł   zaszczyt 

background image

zawieszenia   gwiazdy   betlejemskiej.   Potem   pojawiły   się   na   gałązkach 
elektryczne lampki, bombki, świecidełka, na końcu zaś łańcuchy i włos anielski. 
Efekt przekroczył oczekiwania. Zgodnie uznali, że nigdy jeszcze nie widzieli tak 
pięknego  drzewka.  Dumne,  lecz   nie  pyszne,   błyszczące,  lecz   nie  tandetne  – 
pachniało igliwiem i żywicą. Odczuli coś w rodzaju wzruszenia.

Na koniec Mary podała gorącą czekoladę i prażoną kukurydzę.
–   Czy   to   pianino   oznacza   –   zapytał   Rob   wskazując   instrument   –   że 

potrafisz wydobyć z niego coś w rodzaju muzyki?

Mary uśmiechnęła się.
– Tak mi się przynajmniej wydaje.
– Ja również potrafię grać – obwieściła Holly. – Uczę się już od dwóch 

lat.

– W takim razie zagraj nam jakąś melodię związaną ze świętami Bożego 

Narodzenia – zaproponowała Mary.

Dziewczynka   siadła   przy   pianinie   i   zagrała   wesoło,   „Jingle   Bells”. 

Dorośli śpiewali. Głęboki baryton Roba był doskonale zgrany z ciepłym altem 
Mary.

Potem   ona   zasiadła   do   pianina.   Tak   pięknie   zagrała   wiązankę 

popularnych kolęd, że wszyscy troje poczuli prawdziwie świąteczne wzruszenie.

–   To   było   wspaniałe   przeżycie   –   wyznał   Rob,   kiedy   skończyła   grać. 

Uśmiechnął   się   do   Mary.   –   Powinienem   to   zresztą   powiedzieć   o   całym 
wieczorze.

Odwzajemniła uśmiech.
– Dla mnie również.
Ich oczy spotkały się i przez dłuższą chwilę nie byli w stanie oderwać od 

siebie wzroku...

Rob oprzytomniał pierwszy i gwałtownie wstał z fotela.
– Na nas czas. Holly dawno powinna być w łóżku.
Kilka   minut   później   Mary   została   sama,   ze   swoim   olbrzymim, 

rozjarzonym lampkami drzewkiem. Cisza, jaka zapanowała po odejściu Roba i 
Holly, wydawała się tak złowroga i posępna, że Mary zaczęła wręcz żałować ich 
odwiedzin.   Samotność,   jak   zimna,   mokra   noc   za   oknem,   ogarnęła   ją   czarną 
płachtą smutku i lęku.

background image

Rozdział czwarty

W   czwartek   po   skończonych   lekcjach,   kiedy   dzieci   z   radosnym 

wrzaskiem opuściły szkołę, Mary rozstawiła drabinę, by rozwiesić wzdłuż ścian 
pod   sufitem   grube   łańcuchy   ze   srebrnej   i   złocistej   folii.   Jutro   uczniowie 
dokończą świąteczną dekorację klasy, ale tę czynność musiała wziąć na siebie. 
Stanęła więc na jednym z wyższych szczebli i z taśmą klejącą w jednej ręce, a z 
łańcuchami w drugiej, zaczęła swoją pracę.

W   pewnym   momencie   drzwi   otworzyły   się   i   wszedł   Rob   z   jakimś 

owiniętym w papier przedmiotem. Ustawił pakunek na biurku i odwrócił się do 
Mary. Nie usłyszała jego wejścia, nie wiedziała więc, że na nią patrzy.

Tymczasem on, zatrzymawszy się o dwa kroki od drabiny, spoglądał z 

dołu na kobietę, z której ramion zwisały, niczym złocisty tren, puszyste węże 
łańcuchów.   Wyglądała   jak   anioł.   Rob   podziwiał   w   milczeniu   jej   figurę,   z 
typowo męskim zainteresowaniem koncentrując uwagę na długich, smukłych 
nogach.

– Cześć – powiedział wreszcie, kładąc dłoń na drabinie.
Na   dźwięk   jego   głosu   drgnęła,   gwałtownie   odwróciła   głowę   i   straciła 

równowagę.   Przez   ułamek   sekundy   jej   ręce   rozpaczliwie   szukały   oparcia. 
Bezskutecznie.   Spadła   wprost   w   zapraszająco   nadstawione   ramiona.   Rob 
przycisnął ją mocno do piersi i spojrzał w rozszerzone strachem oczy.

Wpatrywali się w siebie jak zahipnotyzowani. Rob zbliżył wargi do jej 

lekko rozchylonych ust. Opanował się dosłownie w ostatnim momencie. Mary 
była   przecież   nauczycielką,   której   obiecał   pomoc.   Niewykluczone,   że   w 
przyszłym   roku   będzie   uczyć   również   jego   córkę,   a   ich   bliskie   stosunki 
postawiłyby dziewczynkę w trudnej, niezręcznej sytuacji. A poza tym – jaką 
miał gwarancję, że Mary również ma ochotę na ten pocałunek?

– Wszystko w porządku? – zapytał, z trudem opanowując dławiący gardło 

ucisk.

– Tak. Myślę, że tak – wyszeptała. Ostrożnie postawił ją na podłodze.
W chwili kiedy stanęła o własnych siłach, natychmiast odsunęła się od 

Roba na bezpieczną odległość. Jej serce biło jak oszalałe. Czuła ulgę, że ojciec 
Holly nie wykorzystał tego magicznego momentu i nie pocałował jej.

Była mu za to wdzięczna, ale... uldze towarzyszyło rozczarowanie. Jego 

wargi były tak blisko i były tak ponętne. Czy w pocałunku jest coś zdrożnego, 
szczególnie   gdy   całuje   mężczyzna,   który   już   wzbudził   sympatię?   Z   drugiej 
jednak   strony   dobrze   się   stało,   że   ten   właśnie   mężczyzna   tak   brutalnie 
rozproszył   czar   zbliżenia.   Jakże   upokorzeni   czuliby   się   oboje,   gdyby   ulegli 
własnym   pragnieniom...   Przecież   nadal   musieliby   się   spotykać   w   tej   małej 
mieścinie i z czasem mogłoby się to okazać nie do zniesienia. Tak jak tamte 

background image

codzienne   spotkania   z   Waynem,   z   którym   łączył   się   nadludzki   wysiłek 
udawania, że jej serce bije regularnym rytmem... Dawnych błędów nie wolno 
powtarzać. Stan zakochania jest bolesną, ponurą przypadłością duszy i serca.

Podeszła do biurka i zobaczyła pakunek.
– Co to jest? – zapytała przez ramię.
– Odwiń papier, a przekonasz się.
Z papieru wyłoniła się w całej swej wspaniałości poinsecja, zwana też 

wilczomleczem pięknym lub, popularnie, „gwiazdą betlejemską”. Na jej długiej, 
ponad półmetrowej łodydze pysznił się wśród zielonych liści ognistoczerwony 
wielki kwiat Koszyk, w którym znajdowała się roślina, ozdobiony był z przodu 
aksamitną czerwoną kokardą i sosnową szyszką.

– Jaka piękna! – wykrzyknęła Mary. – Czy to dla mnie?
Potwierdził z uśmiechem.
– Ale za co?
– Za uratowanie mojej córki.
– Nie żartuj. Nikogo nie uratowałam. W każdym razie dziękuję, sprawiłeś 

mi ogromną przyjemność.

–   Cieszę   się.   O   to   mi   właśnie   chodziło   –   przyznał   z   rozbrajającą 

szczerością. – Czy na dzisiaj już skończyłaś?

Spojrzała na zwisający łańcuch.
–   Niezupełnie,   ale   nie   będę   kusić   licha   i   nie   wejdę   już   na   drabinę. 

Dokończę jutro rano, przed lekcjami. – Wysunęła szufladę biurka i wyjęła z niej 
torebkę. – To był długi, pracowity dzień.

Podeszła do szafy, zdjęła z wieszaka żakiet i chciała go właśnie włożyć, 

kiedy odebrał go z jej rąk i pomógł przy wkładaniu. Poczuła, jak przygładzając 
kołnierz żakietu muska palcami jej szyję.

Kiedy po chwili zmierzała ku drzwiom, dobiegło ją z tyłu pytanie Roba:
–   Nie   zabierasz   ze   sobą   „gwiazdy   betlejemskiej”?   Odwróciła   się   i 

potrząsnęła głową.

– Gdybym wzięła ją do domu, cieszyłaby tylko moje oczy. Wystarczy, że 

o świętach przypomina mi moja mamucia choinka. Zostawię poinsecję tutaj, aby 
sprawiała radość również uczniom. Będzie bardziej zdobiła klasę niż cokolwiek 
innego, nie sądzisz?

Przyznał jej rację, po czym wyszli na korytarz. Idąc obok Mary, Rob 

rozmyślał   ciepło   o   jej   dbałości   i   trosce   o   innych.   Był   przekonany,   że   jej 
uczniowie uwielbiają swoją nauczycielkę.

Na szkolnym dziedzińcu nie było córeczki Roba, co zdziwiło Mary. Z 

jakichś niejasnych względów sądziła, że Holly czeka tu na nich.

– Gdzie jest Holly? – zapytała. – Myślałam, że przyjechałeś po nią.
– Nie. Wpadłem tu tylko po to, aby ofiarować ci „gwiazdę betlejemską”. 

W czwartki Holly ma lekcje gry na pianinie. Jej nauczyciel mieszka dwa kroki 

background image

stąd, więc Holly idzie piechotą. Później maszeruje kilkaset metrów dalej do pani 
Dudley, u której czeka na mnie,  aż wrócę z cotygodniowego czwartkowego 
zebrania.

Wysłuchawszy tego wyjaśnienia, Mary zamiast na parking skierowała się 

w stronę bramy. Po kilku krokach zatrzymała się.

–   Tutaj   się   pożegnamy   –   powiedziała.   –   Nie   jeżdżę   do   szkoły 

samochodem,   chyba   że   zmusza   mnie   do   tego   okropna   pogoda.   Raz   jeszcze 
dziękuję za cudowną poinsecję.

Rob najpierw popatrzył gdzieś w bok, potem nagle zdecydował się.
– Przyznam ci się, Mary – rzekł impulsywnie – że nie bardzo wiem, co ze 

sobą   zrobić   przez   najbliższą   godzinę,   jaka   dzieli   mnie   od   zebrania.   Może 
dałabyś się namówić na kawę z szarlotką?

Mary zawahała się. Wiedziała, że ten mężczyzna jest zbyt atrakcyjny, aby 

mogła znaleźć w jego towarzystwie jedynie rozrywkę i odprężenie. Wiedziała 
też, że wyrwana ze swojej samotności może stać się zbyt podatna na wszelkie 
pokusy.

Ale   wiedziała   przede   wszystkim,   że   w   domu   czekają   przytłaczająca 

pustka   i   cisza.   I   ten   obraz   obudził   w   niej   bunt   Chciała   uciec   wreszcie   od 
samotności... bez względu na konsekwencje.

– Dlaczego nie? – usłyszała swój głos. – Z przyjemnością.
Skromne wnętrze kawiarni było już świątecznie przystrojone. Sztuczny 

śnieg leżał na parapetach okien, z sufitu nad bufetem zwisały dzwoneczki z 
różnokolorowego   papieru,   zaś   w   rogu   stała   obwieszona   świecidełkami   i 
słodyczami choinka.

Pojawienie   się   Roba   i   Mary   wzbudziło   zainteresowanie   gości   przy 

stolikach.  Na  chwilę znaleźli  się  w  centrum powszechnej   uwagi.  Prowadząc 
Mary   ku   stolikowi   przy   ścianie,   Rob   witał   znajomych   i   wymieniał   z   nimi 
świąteczne życzenia. Mary pod ostrzałem spojrzeń czuła się mniej swobodnie.

– Biorą nas za parę kochanków – szepnęła do Roba, kiedy zajęli miejsca.
Roześmiał się.
–   Nie   przejmuj   się.   Wiesz   przecież,   jacy   są   mieszkańcy   małych 

miasteczek. Zapomną o nas z chwilą, gdy coś innego przyciągnie ich uwagę. A 
teraz opowiedz mi o swoim pracowitym dniu.

Zagłębili się w rozmowie. Kawa okazała się mocna, a szarlotka świeża i 

krucha. Wydawało im się, że ich stolik oddalony jest od innych o cale kilometry.

Nagle z grupy mężczyzn, siedzących w pobliżu drzwi, odłączył się jeden i 

podszedł   do   nich.   Rob   przedstawił   go   Mary   jako   Dana   Baxtera.   Mężczyźni 
rozmawiali przez chwilę.

Żegnając się, Dan Baxter rzucił uprzejmie:
–   Miło   było   panią   poznać.   –   Po   czym   zwrócił   się   do   Roba:   –   Do 

zobaczenia na posiedzeniu rady.

background image

– Będę na pewno – odparł Rob.
– Posiedzeniu rady? – powtórzyła Mary, kiedy znów znaleźli się sami.
– Obaj jesteśmy członkami rady miejskiej.
– Och, nie wiedziałam. To zaszczytna funkcja. Rob westchnął.
– Z tym, że pełnienie jej nie należy do najłatwiejszych. Traktuję to jako 

obowiązek, który wbrew wszystkiemu muszę wykonywać. Jeden z większych 
zakładów,   zatrudniających   tutejszych   mieszkańców,   niedawno   zbankrutował. 
Mnóstwo ludzi straciło pracę.

– Tak, słyszałam o tym. Prawdziwe nieszczęście.
– Naprawdę nieszczęście – zgodził się ze smutkiem. – Ludzie zostali bez 

grosza w kieszeni i rozpaczliwie rozglądają się za jakąś pracą. Rada miejska 
próbuje   ściągnąć   do   Hope   nowych   inwestorów.   Ja   prowadzę   pertraktacje   z 
dyrekcją dość prężnego przedsiębiorstwa w Houston, które w przyszłorocznych 
planach uwzględnia budowę filii w naszym stanie. Chodzi o skłonienie ich, żeby 
wybrali lokalizację właśnie w Hope. Z kolei Dan umizguje się, jeżeli wolno tak 
powiedzieć, do pewnej spółki handlowej w Kolorado. Podobnie inni radni. – 
Znów   westchnął.   –   Wierz   mi,   nie   jest   łatwo   zainteresować   poważnych 
partnerów taką mieściną jak Hope. Większość rozgląda się za miastami, gdzie 
kwitnie rozrywka, kultura i szkolnictwo.

Mary ze zrozumieniem pokiwała głową.
– Smutno jest stwierdzić, że z roku na rok wiele takich miasteczek po 

prostu umiera. Mimo wszystko mam nadzieję, że powiedzie ci się, z korzyścią 
dla wszystkich. Jedna z nauczycielek poskarżyła mi się niedawno, że musi z całą 
rodziną przeprowadzić się do innego stanu, gdyż mąż nie może znaleźć tu pracy. 
Dodaj do tej rodziny wiele, wiele innych, a drobni przedsiębiorcy i nauczycielki 
też nie będą mieli co robić.

– Ten stan już odbija się niekorzystnie na moich interesach. Ostatnio mam 

więcej sprzedających niż kupujących. Nastały ciężkie czasy dla wszystkich. – 
Uśmiechnął   się   nagle.   –   Mam   wrażenie,   że   niechętnie   opuszczałabyś   Hope. 
Czyżbyś zdążyła już polubić naszą mieścinę?

Mina Mary należała do tych nieodgadnionych.
– Człowiek się szybko przyzwyczaja.
– A może – dopytywał się, robiąc żartobliwą, uwodzicielską minę – nie 

tyle polubiłaś miasteczko, co jedną, konkretną osobę? Na przykład kogoś, kogo 
niedawno poznałaś?

Nie   wierzył   własnym   uszom.   Flirtował   na   całego,   w   dodatku   w   stylu 

bardzo prowincjonalnym. Ale mniejsza z tym. Ważne, że pancerz wokół jego 
serca zdawał się rysować i pękać. A kiedy Mary roześmiała się głośno, Rob 
stwierdził, że mógłby słuchać jej śmiechu w nieskończoność.

Mary rozbawiły te uwodzicielskie próby, ale też pochlebiły jej. Była w 

nich pewna doza bezczelności i wiele uroku.

background image

Przechyliwszy   głowę   i   trzepocząc   rzęsami   niczym   Madame   Butterfly 

wachlarzem, odrzekła z aktorską manierą:

– Byyć mooże...
Rob zachichotał. Odpłaciła mu pięknym za nadobne.
–   A   któż   jest   tym   szczęśliwcem?   –   zapytał.   –   O   ile   oczywiście   nie 

wściubiam nosa w cudze sprawy?

– Ależ wściubiasz go – odpowiedziała, a w jej głosie wibrował śmiech. – 

Jeśli już musisz wiedzieć, to ogłaszam wszem i wobec, że tą osobą jest Holly 
Green. Sprawiła mi wczoraj swoją wizytą taką radość, że myślę już tylko o tym, 
jak powtórzyć ten wieczór.

– I nie tęskniłabyś za nikim innym? – nalegał. Skierowała oczy ku górze, 

udając, że się zastanawia. Po chwili stwierdziła:

– Pytałeś tylko o jedną osobę. Wymieniłam ją.
– Dobrze, dobrze, poddaję się! Wygrałaś.
– Sam jesteś sobie winien. Kto bierze na polowanie wiatrówkę, niech nie 

spodziewa się ustrzelić bizona.

Rob   odrzucił   głowę   do   tyłu   i   roześmiał   się   serdecznie.   Ta   nowa 

nauczycielka przypadła mu bardzo do serca, i podejrzewał, że gdyby wyjechała, 
bardzo by za nią tęsknił.

background image

Rozdział piąty

Kiedy   następnego   dnia   Mary   wyszła   z   domu,   zobaczyła   pana   Starra, 

sąsiada z naprzeciwka, który rozwieszał elektryczne lampki na cisach i tujach, 
gęsto porastających jego przydomowy ogródek.

Przeszła przez ulicę, aby zamienić z nim kilka słów.
– Dzień dobry. Widzę, że pamięta pan o innych.
– Pamiętam, córeczko, przede wszystkim o mojej żonie, która z myślą o 

dzieciach,   przechodniach   i   sąsiadach   całe   serce   wkładała   w   świąteczną 
dekorację otoczenia domu. Umarła ubiegłej jesieni.

Mary kiwnęła głową. Podzielił się z nią wiadomością o swojej stracie już 

podczas pierwszego spotkania.

– Robię to – kontynuował – ponieważ wiem,  że sprawię tym Wilmie 

przyjemność.

Mary poczuła się wzruszona.
– Wspaniały dowód miłości – powiedziała ciepło i serdecznie.
Życzyli sobie dobrego dnia i Mary pomaszerowała do szkoły.
Przez   całe   przedpołudnie   dzieci   były   podekscytowane   myślą,   że   po 

lunchu będą przystrajać klasę. Co jakiś czas Mary musiała nawet poskramiać 
nadmierny entuzjazm swych uczniów.

Dekorowanie przebiegło nad wyraz sprawnie, efekt zadowolił wszystkich 

i nastała pora kolejnej próby przedstawienia.

Mary przeglądała nuty w szkolnej auli, gdy zbliżyła się do niej Holly 

Green.

Przywitały się, po czym dziewczynka podała nauczycielce białą kopertę.
Nim Mary zdążyła przeczytać krótki liścik, Holly zdradziła jego treść:
– Zapraszamy panią dziś wieczór do naszego domu na kolację i ubieranie 

choinki.

„Chcemy zrewanżować ci się kolacją, więc nie odmawiaj, proszę – pisał 

Rob, z góry wykluczając jakąkolwiek wymówkę. – Przyjedź wcześnie, około 
szóstej. Stroje wieczorowe nie obowiązują. Projekty dekoracji mam już gotowe, 
ale chciałbym, żebyś je obejrzała”.

Mary   pomyślała   w   pierwszej   chwili,   że   właściwie   nie   powinna   tam 

jechać.   Stanowczo   zbyt   często   widywała   się   ostatnio   z   Robertem   Greenem. 
Cieniutkie niteczki sympatii stawały się coraz mocniejsze, i to w zastraszająco 
szybkim tempie. Mary miała tego świadomość i ciągle towarzyszył jej lęk przed 
kolejnym rozczarowaniem.

Lecz   zaproszeniu   Roba   bardzo   trudno   było   się   oprzeć.   Przymilne 

naleganie Holly przeważyło szalę.

– Proszę  przyjechać, panno Shelton, bardzo proszę. Z panią to będzie 

background image

zupełnie inny wieczór. I choinka też będzie piękniejsza.

Mary uśmiechnęła się.
– Oczy wiście, że przyjadę.
Rob   Green   powitał   Mary   w   fartuchu,   na   którym   pijanymi   literami 

wypisane   było:   „Pocałuj   kucharza”.   Bez   słowa   wskazał   na   napis.   Mary 
próbowała zachować powagę, lecz bez rezultatu.

– Czy muszę?
– Bezwzględnie, jeśli chcesz zobaczyć cokolwiek na swoim talerzu.
Zrobiła   zrezygnowaną   minę,   poskarżyła   się,   że   jest   głodna,   po   czym 

złożyła niewinny pocałunek na policzku Roba.

–   Widzę,   że   chcesz   się   wykpić   nędzną   namiastką,   tanią   atrapą   – 

skomentował patetycznie, pokazując tym razem na swoje usta.

Nagle, niespodziewanie dla samej siebie, Mary stwierdziła, że unosi ku 

niemu twarz i że ich wargi dotykają się.

Pocałunek trwał tylko sekundę, tyle co westchnienie, jednak po nim przez 

długi czas nie mogli oderwać od siebie oczu. Oboje wyglądali na zaskoczonych. 
Stała się oto jedna z tych rzeczy, nad którymi trudno przejść do porządku. Cisza, 
jaka zapadła między nimi, mogła oznaczać wszystko, lecz świadczyła przede 
wszystkim o oszołomieniu.

Rob pierwszy odzyskał głos.
– Wejdź, proszę.
Usunął się na bok, a ona przekroczyła próg domu. W salonie, w zielonym 

plastikowym kuble z ziemią, stała choinka, oczekując chwili przystrojenia. Biła 
od niej tak intensywna woń lasu, że Mary mogła iść o zakład, iż jeszcze dziś 
rano na tym drzewku siadały ptaki.

– Pieczemy kurczaki – oznajmił Rob. – Chodź ze mną do kuchni, trzeba 

ich pilnować.

Holly i jej przyjaciółka, Amy Grant, krzątały się przy sałatce.
– W czym mogę wam pomóc? – zapytała Mary, odpowiadając uśmiechem 

na zgodne powitanie dziewcząt.

– Tatuś powiedział – odparła Holly – że pani jest gościem, a goście nie 

pomagają.

–   Wolę   zakasać   rękawy,   niż   stać   tak   bezczynnie.   –   Odwróciła   się   do 

Roba, który właśnie przewracał kurczę w piekarniku. – Serio. Co mam robić?

–   Ostatecznie   możesz   siedzieć   bezczynnie.   Ale   przy   okazji...   Czy 

potrafisz robić bitą śmietanę?

– Czy potrafię robić bitą śmietanę? – zmrużyła oczy z niedowierzaniem. – 

To tak, jakby pytać, czy naprawdę istnieje święty Mikołaj. – Mrugnęła w stronę 
dziewczynek. – Zdobyłam światową sławę dzięki mojej bitej śmietanie.

– Twoja skromność nas zawstydza – odparował Rob. – Ale skoro tak, to 

bita   śmietana   jest   na   twojej   głowie.   Ma   być   z   czekoladą,   orzechami   i 

background image

pomarańczami.

– Tatuś nie potrafi ubić śmietany – zdradziła ojca Holly.
– To pech – zaśmiała się Mary.
Obiad okazał się niezwykle smaczny i upłynął w wesołym, beztroskim 

nastroju.   Rob   żartował   sobie   z   Mary   i   dziewczynek,   a   one   odpłacały   mu 
ukąszeniami   swoich   żądełek.   Przy   stole   nie   było   podziału   na   starszych   i 
młodszych, i ta równość w obcowaniu bardzo się Mary podobała.

Po obiedzie Mary rzuciła hasło, że pozmywają kobiety. Rob nawet nie 

próbował oponować, tylko błyskawicznie zniknął w salonie. Dziewczynki, co 
prawda, nie były zachwycone, lecz grzecznie się podporządkowały.

Przy   zmywaniu   doszło   do   aktu   wielkiej   poufałości.   Mary   pozwoliła 

dziewczynkom mówić do siebie po imieniu. Zastrzegła tylko, aby unikały tej 
formy w szkole i w obecności koleżanek i kolegów.

Po   pracy   nadeszła   pora   na   przyjemności.   Holly   i   Amy   zajęły   się 

wyciąganiem   ze   schowka   zabawek   i   bombek,   Mary   zaś   obejrzała   szkice 
dekoracji. Nie miała żadnych uwag. Rob przyrzekł, że do realizacji projektu 
przystąpi jutro.

Ubieranie   drzewka   okazało   się   pyszną   zabawą.   Rob,   prowokacyjnie, 

zawiesił wszystkie srebrne sople na jednej gałęzi, a złote szyszki na drugiej. 
Dziewczynki zaprotestowały, on zaś przez chwilę próbował bronić swojej wizji 
choinki. W końcu uległ pod ciosami miażdżących argumentów. Uznał się za 
człowieka   niekompetentnego   i   zajął   się   rozpalaniem   ognia   na   kominku.   Nie 
przestawał   jednak   gnębić   ich   i   drażnić,   zwędzając   od   czasu   do   czasu   jakąś 
cukrową laseczkę lub czekoladowe cacko.

Te próby sabotażu na nic jednak się nie zdały. Choinka wyglądała jak 

przeniesiona z czarodziejskiej baśni. Lampki mrugały i każde takie mrugnięcie 
odbijało   się   w   dziesiątkach   bombek,   w   szklanych   oczach   pajacyków   i   w 
skrzydłach srebrzystych łabędzi.

Rozległ się dzwonek u drzwi. Dziewczynki pobiegły otworzyć i po chwili 

do salonu weszła Joanne Grant, matka Amy. Rob dokonał prezentacji, po czym 
poprosił Joanne, aby usiadła.

–   Dzięki,   ale   nie   mogę.   Brad   czeka   w   samochodzie.   Pospieszcie   się, 

dziewczynki.   –   I   dodała:   –   Pożyczyliśmy   na   dzisiejszy   wieczór   rysunkowy 
pełnometrażowy film Disneya.

Dziewczynki zapiszczały z zachwytu i pobiegły galopem po rzeczy Holly.
Rob wyjął z portfela kilka banknotów i wręczył je Joanne.
– To powinno wystarczyć na lunch dla Holly i prezenty. Jeżeli jednak 

przy czymś będzie się bardzo upierała, to po głębokim zastanowieniu...

– To po głębokim zastanowieniu udzielę jej w razie czego pożyczki – 

śmiejąc się dokończyła Joanne. Widząc zaś pytające spojrzenie Mary, wyjaśniła: 
– Zabieram jutro Amy i Holly do Houston na przedświąteczne zakupy.

background image

– Dzielna kobieta – powiedział Rob z miną, jakby patrzył nie na kobietę, 

ale na posąg narodowej bohaterki.

W   tym   samym   momencie   wróciły   dziewczynki   z   torbą   z   osobistymi 

rzeczami Holly i zaczął się rozgardiasz pożegnań.

Nagle Mary i Rob zostali sami. Milczeli. Słychać było tylko trzask polan i 

szum ognia na kominku.

– Jak wiesz... – zaczaj Rob.
– Wiem, że zastawiłeś na mnie pułapkę, Rob – przerwała mu Mary.
– Kto? Ja?
Zrobił minę takiego niewiniątka, że w głębi duszy poczuła się rozbrojona. 

Przypominał   w   tej   chwili   chłopca,   który   został   przyłapany   na   podjadaniu 
konfitur.

– Świadomie okłamałeś mnie – ciągnęła oskarżycielskim tonem. – Bo jak 

inaczej   mogę   tłumaczyć   zawartą   w   twoim   zaproszeniu   sugestię,   że   c   a   ł   y 
wieczór spędzę razem z Holly?

– Po prostu – bronił się – coś nie zostało do końca dopowiedziane. Czy 

trzeba   od   razu   uznawać   to   za   zbrodnię?   Czy   przebywanie   tylko   w   moim 
towarzystwie jest aż tak straszne?

Obrony   tej   nie   powstydziłby   się   najlepszy   adwokat.   Pomieszanie   i 

niepewność opanowały serce i umysł Mary. Pomyślała z dużą dozą fatalizmu, że 
właściwie było to nieuniknione od samego początku. Problem nie leżał w „czy”, 
tylko w „kiedy” i „gdzie”.

Wiedziała już, że „tu” i „teraz”.
Otoczył   ją   ramionami,   pochylił   głowę   i   bez   chwili   wahania   przylgnął 

wargami do jej ust.

Przez   ciało   Mary   przebiegło   drżenie,   zatonęła   w   gwałtownych 

odczuciach,   obcych   jej   do   tej   chwili.   Uniosła   dłoń   i   pieszczotliwymi 
muśnięciami gładziła twarz Roba.

–   Dziękuję,   że   pojawiłaś   się   w   moim   życiu   –   szepnął   prosto   w   jej 

rozchylone wargi.

Po tych zdumiewających słowach Mary z trudem złapała oddech.
–   Nikt   jeszcze   nie   dziękował   mi   za   samo   istnienie...   –   nie   mogła 

opanować wzruszenia.

–   Bo   znałaś   dotąd   samych   ślepców,   mężczyzn,   którzy   nie   umieli   cię 

docenić, Mary Shelton. – Palcami odgarnął włosy z jej policzka. – Byłem taki 
samotny... i trwało to tak długo. To szczęście, że jesteś tutaj... ze mną...

Wspięła się na palce i pocałowała go w brodę.
Tym spontanicznym odruchem sprawiła, że ogarnęła go fala pożądania. 

Zamknął ją w namiętnym uścisku. Zdawało się, że jego ramiona już nigdy się 
nie otworzą.

– Ja również jestem szczęśliwa – wyszeptała. – Nie spodziewałam się, że 

background image

coś takiego może jeszcze spotkać mnie w życiu.

–  Ani  ja  –  wyznał  zachrypniętym głosem.   –  Mówimy  sobie  cudowne 

rzeczy.

Zburzył jej włosy i pozwolił, aby opadły jedwabistą zasłoną na jej twarz. 

Złączeni w pocałunku, oddali się zapamiętaniu i czułości.

Mary   bezwolna   i   na   poły   tylko   świadoma   tego,   co   się   z   nią   dzieje, 

poczuła, że Rob bierze ją na ręce i kładzie na kanapie. Poczuła też jego ciało 
obok swojego, a na piersiach dotyk gorących dłoni. Przytuliła się do niego, nie 
chcąc, aby oglądał jej nagość. Ale on musiał na nią patrzeć, jakby nie wierzył, 
że kobieta w jego ramionach istnieje naprawdę. W gorączce, która trawiła ich 
oboje, dotarł dłonią do zapięcia jej spodni.

Nie mogli walczyć z nieuniknionym. Ich wzajemne pożądanie przynosiło 

słodki, rozdzierający ból, łamało wszelkie bariery, domagało się spełnienia...

Nagle   usłyszała,   że   Rob   coś   do   niej   mówi,   ale   nie   rozumiała   słów. 

Wreszcie dotarło do jej świadomości, że prosi ją, aby przeszła razem z nim do 
sypialni.

Otworzyła oczy w momencie, kiedy Rob wstawał z kanapy. Zobaczyła 

najpierw   jego   wyciągniętą   dłoń,   a   potem   swój   zsunięty   pod   brodę   sweter, 
rozpięty biustonosz i obnażone piersi. Widok ten przyniósł otrzeźwienie. To nie 
może się stać, nie wolno im tego zrobić!

Usiadła na kanapie i trzęsącymi się dłońmi poprawiała ubranie.
–   Chodźmy   –   powtórzył,   wciąż   stojąc   w   wyczekującej   postawie,   z 

wyciągniętą dłonią.

– Wybacz, Rob – szepnęła. – Naprawdę bardzo mi przykro, ale nie mogę 

tego zrobić.

W oczach mężczyzny pojawiło się zaskoczenie i niepokój.
– Czyżbym cię źle zrozumiał? Przecież pragniesz mnie, a ja ciebie... – 

nerwowo   przesunął   dłonią   po   włosach.   –   Czuję   się   jak   gwałciciel,   a 
przynajmniej jak brutal, który chce miłość wymusić.

– Nie! – wykrzyknęła, zrywając się na nogi. – Ani mi to przez myśl nie 

przeszło! Nie zrobiłeś nic złego. Pragnęłam cię. – Spuściła głowę i wyznała 
namiętnie: – I nadal cię pragnę.

Postąpił krok do przodu, chcąc ją ponownie wziąć w ramiona. Odsunęła 

się.

– Pragniesz, ale równocześnie uciekasz ode mnie. To czyste szaleństwo. 

Zupełnie nie wiem, co o tym sądzić. A może – dodał z nagłą podejrzliwością – 
jesteś mężatką?

Potrząsnęła głową z bolesnym uśmiechem.
– Nie mam męża. – Szczerość w jej głosie nie pozostawiała wątpliwości.
– Co w takim razie cię powstrzymuje? – zapytał nie bez gniewu.
–   Po   prostu   nie   mogę.   Nie   chcę   zachorować   na   miłość   do   ciebie   – 

background image

dokończyła łamiącym się głosem.

Nie spodziewał się takiego powodu. Był całkiem oszołomiony. Podniósł 

ręce w geście, który oznaczał, że on, Rob, już jej więcej nie dotknie.

– Jest mi strasznie przykro – wyszeptała bliska płaczu.
–   Zupełnie   niepotrzebnie   –   rzekł   szorstko.   –   To   moja   wina.   Nie 

powinienem był cię całować, a tym bardziej... – przerwał, widząc rumieniec na 
jej twarzy. – Ja również nie chcę zakochać się w tobie. Byłoby lepiej dla nas 
obojga, gdybym o tym pamiętał, zanim zaprosiłem cię tutaj. Więc jeśli ktoś 
powinien przeprosić, to ja.

Spojrzeli na siebie smutno. Nie mieli już sobie nic do powiedzenia.
Mary sięgnęła po żakiet i torebkę. Tym razem nie pomógł jej, jak wtedy 

w szkole. Odczuła przejmujący ból.

Na progu zatrzymała się.
Rob przytrzymywał drzwi ręką, a w zaciśnięciu jego ust było widać jakąś 

surową nieugiętość.

– Wybacz mi – wyszeptała.
– Dobranoc – odpowiedział.

background image

Rozdział szósty

W sobotę Mary rzuciła się w wir domowych zajęć. Zmywała, odkurzała, 

prała, prasowała, cerowała, a wszystko po to, by nie mieć czasu na myślenie, 
zapomnieć o Robie i nieszczęsnym zakończeniu wczorajszego wieczoru.

Od czasu do czasu wyglądała przez okno, obserwując pana Starra, który 

nadal dekorował dom i ogródek. Już nie tylko krzewy i drzewa, ale też okna, 
ściany i dach ubrane były elektrycznymi lampkami. Oczywiście, pan Starr nie 
mógł   pominąć   skrzynki   na   listy,   furtki   i   żywopłotu.   Jego   metodyczność, 
drobiazgowość i ukryta pasja zaczynały wręcz fascynować. Mary przyłapała się 
na tym, że coraz dłużej zatrzymuje wzrok na pracowitym sąsiedzie.

W niedzielę rano, szukając ukojenia, wybrała się do kościoła. Zjawiła się 

dziesięć minut przed czasem i zajęła miejsce w pustej ławce. Próbowała właśnie 
skupić się na słowach modlitwy, gdy ktoś przy niej stanął. Podniosła głowę i 
zobaczyła pastora Harwicka.

– Dzień dobry, wielebny ojcze.
–   Bóg   z   tobą,   Mary.   Powiedziano   mi,   że   grasz   na   pianinie.   A   na 

organach?

– Tak.
– A czy byłabyś tak dobra i akompaniowała do dzisiejszej mszy? Jackie 

Murphy,   którą   zastępujesz   w  przygotowaniu   jasełek,   jest   również   naszą 
organistką. Bez niej nasze niedzielne modlitwy nie mają odpowiedniej oprawy.

–   Oczywiście   –   bez   chwili   namysłu   zgodziła   się   Mary   i   udała   się   za 

pastorem w stronę prezbiterium.

Usiadła przy instrumencie, kiedy zaś wierni wypełnili świątynię, odegrała 

kilka   hymnów   sławiących   dobroć   Pana.   Na   czas   kazania   przeniosła   się   na 
najbliższą ławkę. Przyjrzała się zgromadzonym ludziom. Wtem jej wzrok padł 
na   Roba,   który   wraz   z   córką   siedział   po   przeciwnej   stronie   środkowego 
przejścia. Ich oczy spotkały się na moment, ale ta chwila wydawała się całą 
wiecznością.

Ten krótki kontakt sprawił, że nie była już w stanie skupić się na słowach 

pastora. Zbyt bolesna była świadomość, że ukochany człowiek znajduje się tuż 
obok, a przecież tak daleko.

Nie mogła już dłużej ukrywać przed sobą, że zakochała się w Robercie 

Greenie. Bolała ją myśl, że nie zje już z nim więcej wspólnej kolacji ani nie 
złączą się w namiętnym uścisku. Ale dobrze się stało, jak się stało. Dzisiejsza 
dolegliwość była lepsza od jutrzejszych męczarni. Zbyt boleśnie podeptano jej 
uczucia, aby mogła znowu na coś takiego się narażać.

Po kazaniu Mary wróciła do swojej nowej roli i zagrała kilka pieśni.
Zamykała właśnie wieko organów, kiedy usłyszała głos Holly.

background image

– Dzień dobry, panno Shelton.
– Witaj, Holly.
Zanim jeszcze odwróciła głowę, wiedziała, że za chwilę zobaczy Roba. W 

ciemnoszarym garniturze, białej koszuli i gustownym krawacie wyglądał bardzo 
elegancko.

Wymienili pozdrowienia.
Holly pobiegła gdzieś za przyjaciółką i nagle zostali sami.
– Pięknie dzisiaj wyglądasz. – Rob pierwszy przerwał ciszę. – A twoja 

gra była prawdziwym koncertem.

– Dzięki. Ty również wspaniale wyglądasz.
Po   tej   wymianie   komplementów   znów   zapadła   między   nimi   męcząca 

cisza. W pewnym momencie, gdy milczenie stawało się już kłopotliwe, mieli 
wręcz ochotę uciec od siebie, ale obydwoje nie potrafili tego zrobić.

Wybawicielem okazał się pastor Harwick.
– Dziękuję za akompaniament, moja droga – powiedział.
–   Czy   możemy   liczyć   na   dalsze   usługi?   Chodzi   o   niedzielne   msze   i 

zajęcia z chórem, ale i o okres świąt, przede wszystkim o pasterkę. Oczywiście, 
otrzymasz wynagrodzenie.

– Pomogę z prawdziwą przyjemnością, ale nie za pieniądze – odparła. – 

Niech to będzie świąteczny prezent ode mnie dla parafii.

– Doceniam twój gest, Mary.
Powiedziawszy to, pastor Harwick pożegnał się. Znowu zostali sami.
Rob   spoglądał   na   Mary   i   dziwił   się   własnej   słabości.   Przedwczoraj 

postanowił wyrzucić z serca rodzące się uczucia, wypalić po nich wszelki ślad i 
już myślał, że udało mu się to osiągnąć. Tymczasem.

To Mary sprawiła, że piątkowego wieczoru rzeczy nie wymknęły się spod 

kontroli. Broniła się przed miłością do niego, jakby przed miłością można się 
było obronić! Odpowiedział podobnie, ale bardziej z racji urażonej dumy niż ze 
świadomego wyboru. A teraz stwierdzał, że były to słowa rzucone na wiatr.

Patrząc   na   Mary,   tak  piękną   w   błękitnej  jedwabnej   sukience,   zadawał 

sobie pytanie, jakie przeżycia sprawiły, że ta młoda kobieta tak bardzo boi się 
miłości.

Odwróciła się i poszła środkowym przejściem między ławkami. Wyszedł 

za   nią   przed   kościół.   W   powietrzu   trwał   jeszcze   chłód   poranka,   ale   dzień 
zapowiadał się ciepły.

Na   trawniku   w   pobliżu   rozłożystego   dębu   Holly   gawędziła   z 

przyjaciółkami.

Rob stanął obok Mary. Poczuł, że wraca poprzednie skrępowanie. Jakże 

nienawidził tego napięcia między nimi!

– Uroczy dzień, prawda? – zagadnęła Mary.
–   Tak.   Zbyt   piękny,   aby   go   zmarnować.   –   Nagle   zaryzykował:   –   Co 

background image

planujesz na popołudnie?

Wzruszyła ramionami.
– Och, mam mnóstwo zajęć w domu...
– Zapomnij o nich – przerwał jej. – Nieczęsto w grudniu zdarzają się takie 

dni jak dzisiejszy. Wychowałaś się na ranczo, z pewnością więc lubisz konie. 
Co powiesz na małą przejażdżkę?

Zawahała się. Powinna właściwie odmówić. Wiedziała, że każde następne 

spotkanie   to   większe   uwikłanie   i   zarazem   mniejsza   szansa   na   przecięcie 
więzów.   Ale...   móc   galopować!   Trzymać   cugle,   pędzić   i   słuchać   świstu 
powietrza! Ileż czasu minęło od ostatniej takiej przygody!

Rob zauważył malujące się na jej twarzy pragnienie i wewnętrzną walkę.
– Nie ma w mojej propozycji żadnych podstępnych motywów – zapewnił 

ją. – Holly będzie naszą przyzwoitką.

Oczy Mary rozjaśniły się, a na jej twarzy pojawił się uśmiech.
– Uwielbiam konie – powiedziała z takim wewnętrznym żarem, że serce 

Roba zabiło jak rozkołysany dzwon.

Trzy godziny później siedzieli na kocu nad brzegiem wąskiej, wijącej się 

rzeczki. Ich wierzchowce stały nie opodal, przywiązane do starej akacji. Holly i 
jej przyjaciółka Amy pokłusowały przed minutą do domu matki Eda Watsona, 
licząc na miłe powitanie, ale przede wszystkim – na ciasto i mleko. Kucyk Holly 
został dziś w stajni. Rob wybrał inne rozwiązanie, sadzając obie dziewczynki na 
poczciwą szkapinę o imieniu Honey. Dla siebie osiodłał gniadego ogiera, Mary 
zaś przypadła młoda, szybka i nerwowa klacz Winnie. Najpierw, oczywiście, 
Mary musiała zaprezentować swoje umiejętności.

Ubrana była w stylu typowo kowbojskim. Z wypłowiałym błękitem jej 

dżinsów i kurtki wspaniale kontrastowała zawiązana na szyi chustka w kolorze 
dojrzałej wiśni. Było widać, że w siodle czuje się bardzo pewnie i swobodnie.

–   Jeździsz   z   wielką   klasą   –   powiedział   Rob,   nie   kryjąc   zachwytu.   – 

Musiałaś być chyba sadzana na konia od kołyski.

Mary uśmiechnęła się.
– Prawie. Dziadek uczył mnie jeździć konno, kiedy byłam zupełnie małą 

dziewczynką. W wieku Holly brałam już udział w wyścigach podczas święta 
plonów   w   naszym   miasteczku.   Jako   nastolatka   zdobyłam   kilka   nagród   w 
chwytaniu   cielaka   na   lasso.   –   Westchnęła.   –   Czasami   tęsknię   za   tamtymi 
szaleństwami. I bardzo brakuje mi mojego konia, Championa.

– Co się z nim stało? – zapytał Rob.
Ponownie uśmiechnęła się, ale tym razem ze smutkiem pełnym czułości.
–   Po   prostu   się   zestarzał,   tak   jak   twoja   Honey.   Przed   wyjazdem   na 

uniwersytet podarowałam go córeczce naszych sąsiadów. Ciągle go trzymają, 
ale nikt już na nim nie jeździ.

– Wszystko wskazuje na to, że miałaś ciekawe dzieciństwo. Mieszkałaś 

background image

blisko swoich dziadków?

Zaprzeczyła ruchem głowy.
– Mieszkałam z nimi. Oni mnie wychowali.
– A rodzice?
Mary umknęła ze spojrzeniem i utkwiła je w malejącej  coraz bardziej 

sylwetce Honey, na której grzbiecie widać jeszcze było maleńkie figurki Holly i 
Amy. Dojeżdżały do celu podróży i za chwilę znikną za węgłem domu pani 
Watson.

–   Ojca   nigdy   nie   widziałam   –   odparła.   –   Moi   rodzice   nie   byli 

małżeństwem. Kiedy miałam siedem lat, moja matka wyjechała z mężczyzną, 
który obiecał ją poślubić. Nie zgodził się, by wzięła mnie ze sobą.

Rob współczującym gestem dotknął jej dłoni.
– Bardzo mi przykro – rzekł ściszonym głosem. – A czy twoja matka 

żyje?

–   Nie   mam   pojęcia.   Przez   kilka   lat   otrzymywaliśmy   od   niej 

okolicznościowe kartki. Wysyłane były z różnych miejsc i nie miały zwrotnego 
adresu. Przestały przychodzić, pamiętam, gdy zdałam do szóstej klasy.

Zacisnął mocniej dłoń na jej ręce.
– Nie rozumiem, jak można wyrządzić dziecku taką krzywdę. Wzruszyła 

ramionami, a jej odpowiedź była krótka:

– Cóż, zdarza się.
–   Tym   gorzej   dla   nich   –   stwierdził   gniewnie.   –   Mówię   o   twoich 

rodzicach. Nie znają cię, nie obserwowali, jak dorastasz, stajesz  się mądra i 
piękna.

– Dzięki. – Głos Mary drżał. – Lecz jeśli jest we mnie coś dobrego, to 

zawdzięczam to moim dziadkom. Tylko oni mnie kochali.

– To niemożliwe. – Cofnął dłoń, czując, że w pocieszaniu Mary nie wolno 

mu posuwać się zbyt daleko. – Nie mów mi tylko, że nie kochał cię żaden 
mężczyzna, bo nigdy w to nie uwierzę!

Spodziewał się wszystkiego, ale nie wybuchu gniewu.
– To prawda! Chcesz znać tę stronę mojego życia? – I nie czekając na 

odpowiedź, ciągnęła podniesionym, zadyszanym głosem: – W ogólniaku nigdy 
nie chodziłam na randki. Mieszkałam zbyt daleko, aby jakiemuś chłopcu chciało 
się przyjechać po mnie, a potem odstawić do domu. Na uniwerku z kolei miałam 
opinię   nieśmiałej   i   niedoświadczonej,   co   odstręczało   chłopaków.   Pragnęłam 
upodobnić się do innych dziewcząt, lecz uparcie pozostawałam sobą. Nie wiem, 
czy w ciągu wszystkich lat studiów umówiłam się więcej niż dwa, trzy razy.

– A później?
– Dostałam dyplom, znalazłam pracę w szkole podstawowej w Abilene. 

Poszczęściło   mi   się,   przynajmniej   pod   względem   lokalizacji,   gdyż   podczas 
weekendów mogłam odwiedzać moją osamotnioną babcię. Dziadek zmarł, gdy 

background image

byłam na ostatnim roku studiów. – Przerwała i westchnęła głęboko. – W szkole, 
w   której   uczyłam   już   pełne   dwa   lata,   pojawił   się   nowy   nauczyciel.   To   był 
Wayne.   Z   jakiegoś   powodu   spodobałam   mu   się   i   zaczęliśmy   się   spotykać. 
Zabierałam   go   nawet   na   weekendy   do   babci.   Wkrótce   zaręczyliśmy   się. 
Planowaliśmy   wziąć   ślub   latem,   na   początku   lipca.   Nie   mogę   powiedzieć, 
żebym z miłości traciła głowę, ale myślę, że go kochałam. I ufałam mu.

– Mam zgadnąć, co było dalej? Wykorzystał cię...
– Myślę, że to, co zrobił, było gorsze – powiedziała drżącym głosem. – 

Kiedy pod koniec pewnego tygodnia, jak to miałam w zwyczaju, wyjechałam do 
babci, ożenił się z inną kobietą. Była w ciąży. Podczas gdy... podczas gdy my 
zawarliśmy umowę, że będziemy czekać do nocy poślubnej.

Z jej oczu popłynęły łzy.
Rob był oszołomiony. Nie wierzył własnym uszom. Mary przed chwilą 

wyznała, że jest dziewicą!

Poczuł, że wzruszenie ściska go za gardło. Przytulił ją do siebie, a ona 

oparła głowę na jego ramieniu. Gładził ją po włosach i plecach, jakby pocieszał 
małą dziewczynkę.

– Dobrze, już dobrze. Ten łajdak nie zasługiwał na ciebie, wierz mi.
Podniosła głowę i roześmiała się z wyraźną nutką autoironii.
–   Racja,   nie   zasługiwał   na   mnie.   Nie   umniejsza   to   jednak   w   niczym 

mojego bólu i samotności.

– Rozumiem cię, Mary. – przyznał ze smutkiem. – Te uczucia nie są mi 

obce.

Była przeświadczona, że Rob miał na myśli żałobę po stracie żony.
Pociągnęła nosem.
Puścił ją z objęć i zaofiarował chusteczkę.
–   Wytrzyj   nos   –   rzekł   tonem   nie   znoszącym   sprzeciwu.   Wykonała 

polecenie, po czym z udanym oburzeniem zauważyła:

– Zachowujesz się jak dyktator. Uśmiechnął się.
– Człowiek przyzwyczaja się do takiej roli, gdy na co dzień obcuje ze 

słodką Holly. – Po chwili milczenia zapytał: – W czasie przerwy świątecznej 
będziesz u babci?

Zadał to pytanie, gdyż pomyślał, jak bardzo puste będzie Hope bez niej 

przez dwa tygodnie. Potrząsnęła głową.

– Umarła miesiąc po ślubie Wayne’a.
Ogarnął ją współczującym spojrzeniem.
– Chyba już wiem, dlaczego tu przyjechałaś. Uciekałaś po prostu od tych 

wszystkich nieszczęść.

– Tak. Codzienne spotykanie się z nim w szkole było dla mnie nie do 

zniesienia. Czułam się upokorzona, dusiłam się ze wstydu. Mogłam ostatecznie 
przenieść się do innej szkoły w mieście, ale po śmierci babci sprzedałam ranczo 

background image

i   nic   mnie   już   nie   trzymało   w   Abilene.   Chciałam   uciec   gdziekolwiek,   a 
przypadek sprawił, że trafiłam tutaj.

– I nie żałujesz tego?
Otarła ostatnią łzę i bardzo energicznie potrząsnęła głową.
– Nie. Cieszę się, że jestem tutaj. Rob, wierz mi, bardzo mi przykro z 

powodu tamtego wieczoru. Wpadłam w panikę.

– Nie musisz się tłumaczyć – zapewnił ją łagodnie. A rzuciwszy okiem 

nad jej głową, dodał: – Wracają nasze panienki.

background image

Rozdział siódmy

Kiedy tego samego dnia wieczorem Rob i Holly odwieźli Mary do domu, 

olśniła   ich   wspaniała   iluminacja   ogrodu   i   domu   pana   Starra.   Setki   i   tysiące 
różnokolorowych   lampek   migotało   i   jarzyło   się,   tworząc   baśniowe   girlandy, 
spirale, pnącza, łańcuchy i gwiazdy. Ta świetlna dekoracja na tle ciemnej nocy 
nasuwała   na   myśl   „wiszące   ogrody”   Semiramidy   lub   iluminowane   w   dni 
karnawału czy zwycięstwa frontony pałaców dawnych władców.

Holly zauważyła rezolutnie:
–   Pan   Starr   chyba   jeszcze   nie   skończył.   Brakuje   tu   szopki,   świętego 

Mikołaja, jego sań i renifera.

– Daj mu jeszcze trochę czasu – powiedział z uśmiechem Rob, po czym 

zwrócił się do Mary z wyjaśnieniem: – Z roku na rok dekoracja pana Starra staje 
się   coraz   bardziej   imponująca.   Dawniej   pomagała   mu   żona.   Przed   świętami 
ludzie specjalnie przejeżdżają tędy, aby ją podziwiać.

– Kiedy patrzyłam, jak pan Starr zawiesza na krzewach pierwsze lampki, 

nie miałam pojęcia, że rozrośnie się to do takich rozmiarów – powiedziała Mary, 
nie kryjąc zdumienia i podziwu.

Rob odprowadził ją do samych drzwi. Czując za plecami wzrok Holly, 

która   została   w   samochodzie,   musiał   oprzeć   się   pokusie   pocałowania   jej   na 
dobranoc. Poza tym wiązało go ciągle słowo honoru, dane jej przed kościołem, 
że dzień ten spędzą ze sobą tylko i wyłącznie jako dobrzy znajomi.

Mary, jakkolwiek w głębi duszy bardzo pragnęła tego pocałunku, była mu 

wdzięczna za okazaną jej dzisiaj dobroć i przyjaźń. Czuła, że ten dzień bez 
jednego namiętnego słowa czy gestu zbliżył ich bardzo do siebie.

W poniedziałek przed południem, kiedy jej klasa wybiegła na boisko na 

lekcję gimnastyki, Mary poszła do pokoju nauczycielskiego, by napić się kawy. 
Jakież było jej zdumienie, gdy zastała tam Roba.

– Czy coś się stało? – zapytała.
– Nie, nic złego. Przyjechałem z prośbą. Za godzinę muszę wyjechać w 

ważnej sprawie do Houston. Chodzi o spotkanie z dyrekcją przedsiębiorstwa, o 
którym ci już wspominałem.

– Tego, które chcesz ściągnąć do Hope?
– Tak. Cała sprawa zaczyna nabierać całkiem realnych kształtów. Ale 

prawdopodobnie będę musiał zostać tam do jutra. Tymczasem obiecałem Holly, 
że pochodzimy dzisiaj po sklepach i poszukamy dla niej kostiumu na jasełka. 
Czy mogłabyś mnie zastąpić, a po zakupach odwieźć Holly do pani Watson, u 
której spędzi noc?

–   Oczywiście   –   odparła   bez   chwili   namysłu.   –   Ale   dlaczego   mam   ją 

odwozić?   Przecież   może   zostać   u   mnie,   mam   dużą   sypialnię.   Po   zakupach 

background image

wpadniemy tylko do was po niezbędne drobiazgi, a później wrócimy do Hope. 
Przed zaśnięciem popatrzymy sobie jeszcze na dekorację pana Starra.

Rob uśmiechnął się.
– Jesteś pewna, że chcesz wziąć na siebie ten kłopot? O wiele prościej 

byłoby przecież zostawić Holly u pani Watson.

– Tylko w przypadku, jeśli Holly woli panią Watson ode mnie.
Rob wydawał się rozbawiony.
– Holly przepada za nią, ale żali się równocześnie, że pani Watson zbyt 

wcześnie wygania ją do łóżka.

– Więc postanowione. Już cieszę się na te godziny, które spędzę z Holly. 

To urocza dziewczynka.

Kiwnął głową z uśmiechem i dodał żartobliwie:
– To oczywiste, jest przecież moją córką. Mary roześmiała się.
– Jak mogłam o tym nie pomyśleć.
Zamilkli  i  spojrzeli  na  siebie   z  wielką  czułością.  Nie   padło  ani  jedno 

słowo, ale tym długim spojrzeniem wyznali sobie niemal wszystko.

– Cóż, chyba odszukam Holly – odezwał się w końcu Rob. – Powiem jej 

o wszystkim i jadę. Nie mogę się spóźnić na to spotkanie.

Mary kiwnęła głową.
– Jedź ostrożnie – rzuciła na pożegnanie.
Po szkole Mary i Holly wyruszyły do miasta. Kupiły aksamitną czerwoną 

sukienkę   z   białym   koronkowym   kołnierzykiem,   pasujące   do   niej   czarne 
lakierowane   butki   i   białe   rajstopy.   Dodatkiem   do   stroju,   a   zarazem 
zwieńczeniem   poszukiwań,   okazała   się   duża   czerwona   spinka   do   włosów, 
imitująca kokardę. Holly, która grała w przedstawieniu anioła, wyglądała jak 
prawdziwy anioł, chociaż taki bardziej nowoczesny. Rob będzie z niej dumny 
jak paw, pomyślała Mary.

Gdy zajechały przed dom Greenów, były zmęczone, lecz zadowolone z 

zakupów. Poszły prosto do pokoju Holly, by wrzucić do torby trochę ubrań i 
przyborów toaletowych.

Był to typowo dziewczęcy pokoik, utrzymany w biało-różowej tonacji i 

pełen kwietnych motywów. Na łóżku leżały pluszowe misie, koniki o długich 
plecionych grzywach i ogonach oraz złotowłose lale, a na komódce z lustrem 
stała oprawiona w ramkę fotografia pięknej kobiety.

– To moja mamusia – objaśniła dziewczynka, uchwyciwszy spojrzenie 

Mary. – Piękna, prawda?

– Tak. Bardzo piękna, a ty jesteś do niej podobna, Holly.
Mary pomyślała z żalem, że okrutna śmierć nie pozwoliła tej kobiecie 

obserwować, jak rozwija się i dorasta jej córka.

Nagle zadzwonił telefon. Holly pobiegła do holu, skąd zaraz doleciał jej 

radliny okrzyk:

background image

– Cześć, tatusiu.
Nastąpiła cisza, po której mała strojnisia zaczęła opisywać podnieconym 

głosikiem   kupioną   dziś   sukienkę,   butki   i   inne   rzeczy.   Mary,   słysząc   to,   nie 
mogła   powstrzymać   uśmiechu.   W   pewnym   momencie   Holly   pojawiła   się   w 
drzwiach.

– Tatuś chce z tobą mówić – oznajmiła. – Telefon jest w pokoju.
Wchodząc  pospiesznie   do sypialni Roba,  Mary  poczuła  się  jak  intruz. 

Zdążyła zauważyć tylko pomieszanie brązów z błękitami.

Usiadła na brzegu łóżka przy nocnym stoliku.
– Halo, Rob – rzuciła do słuchawki. – Jak udało się spotkanie?
–   Jestem   umiarkowanym   optymistą   –   odpowiedział.   –   Jeszcze   nie 

zdecydowali się na inwestowanie u nas, lecz są gotowi rozszerzyć rozmowy na 
innych  członków   rady   miejskiej.   Jutro  dołączy   do   mnie   burmistrz   z   dwoma 
radnymi   i   natychmiast   przystąpimy   do   dalszych   negocjacji.   Prawdopodobnie 
będę musiał tu zostać co najmniej do pojutrza, a może nawet dłużej. Przykro mi 
to mówić, ale w takiej sytuacji mogę nie zdążyć z dekoracjami. Mam nadzieję, 
że wybaczysz mi to, nie chciałem cię zawieść.

– Nie ma sprawy, Rob. Nowe miejsca pracy dla mieszkańców Hope to 

coś o wiele ważniejszego niż sceniczna makieta. Wystawimy jasełka po prostu 
na   tle   choinki.   Damy   sobie   radę,   nie   przejmuj   się.   Ostatecznie   publiczność 
przyjdzie wyłącznie po to, aby obejrzeć dzieciarnię, i nawet nie zauważy braku 
dekoracji.

–   Potrafisz   dużo   zrozumieć   i   jeszcze   więcej   wybaczyć   –   powiedział 

ściszonym głosem.

– Zrozumieć tak, ale o wybaczaniu Jak już powiedziałam, nie ma w ogóle 

mowy.

– Dzięki. Holly zdążyła się już pochwalić przede mną jakąś wspaniałą 

sukienką...

– Twoja córka wygląda oszałamiająco. Na pewno ci się spodoba.
– Wiem, że mnóstwo serca włożyłaś w te zakupy.
–   Cała   przyjemność   po   mojej   stronie.   –   Zaśmiała   się.   –   Fajnie   było 

wydawać twoje pieniądze.

Odpowiedział też śmiechem.
–   Jestem   pewien,   że   Holly   również   się   cieszyła,   że   wydajesz   moje 

pieniądze. Wie przecież, spryciara, że jej tata byłby na pewno mniej rozrzutny.

–   Z   twoją   kartą   kredytową   i   ze   świadomością,   że   twoje   skąpstwo 

przeniosło się do Houston, widziałam przed sobą bezkresne horyzonty.

– Bogowie, ratujcie mnie! Wygląda na to, że jestem bankrutem.
Mary zaśmiała się głośno.
– Prawie, prawie.
Skwitował tę informację bolesnym jękiem.

background image

– Jadłyście już obiad?
– Nie. Pomyślimy o tym, kiedy wrócimy do miasta. Holly ma ochotę na 

pizzę.

– Tak bardzo chciałbym być teraz z wami – powiedział z czułością. – 

Tymczasem muszę zaprosić dziś wieczór dwóch oficjeli z przedsiębiorstwa do 
restauracji.   Zanim   wrócę   do   hotelu   i   rozprostuję   kości,   minie   z   pewnością 
północ.

– Jesteś zmęczony...
– To prawda – przyznał.
– A może ten wieczór okaże się milszy, niż przypuszczasz?
– Wątpię – odpowiedział, po krótkiej zaś przerwie Mary usłyszała jego 

zmieniony głos: – Idę o zakład, że siedzisz na moim łóżku.

Poczuła, że się rumieni.
– Cóż... chyba zgadłeś.
– Wyobrażam też sobie, jak kładziesz się na nim, twoje rozrzucone włosy 

zakrywają poduszkę, a twoje nagie ciało...

– Rob, przestań! Za daleko posuwasz się w swoich fantazjach. Przede 

wszystkim jestem od stóp do głów ubrana i siedzę na samym brzeżku łóżka. 
Nigdy nie pozwoliłabym sobie...

– Hmm. To źle, to bardzo źle. Możesz śmiało spędzić dzisiejszą noc w 

moim łóżku. Już sama myśl o tym przyniosłaby mi wiele przyjemności.

– Rob, zlituj się nade mną! Wczoraj przyrzekłeś mi, że nie poruszysz już 

więcej tych tematów.

– O nie, Mary – szybko zaprotestował. – Obiecałem jedynie nie próbować 

cię   uwodzić   podczas   konnej   przejażdżki.   I   dotrzymałem   słowa,   ale   żadnych 
zobowiązań na przyszłość nie składałem. Lubię wyobrażać sobie ciebie w moim 
łóżku, dlaczego więc miałbym się tego wyrzec?

– Proszę cię, Rob – zaczęła błagalnym tonem. – Już ci wyjaśniłam, że...
– Wiem – przerwał jej. – Raz się sparzyłaś i odtąd nie chcesz bawić się 

ogniem. Rozumiem to. Ale każdego dnia stajesz mi się coraz bliższa i bliższa. 
Myślę też, że i ja nie jestem ci obojętny. Dlaczego dwoje dorosłych ludzi, którzy 
się lubią i mają takie same pragnienia, ucieka przed zbliżeniem?

– Bo jedna z tych osób bardzo boi się rozczarowania i bólu – wyszeptała.
– Ja również, wierz mi. – Ku zdziwieniu Mary w glosie Roba pojawił się 

gniew. – Obawiam się, że nie zniósłbym ponownej klęski. Szczególnie, gdybyś 
to ty przyczyniła się do niej.

– Co masz na myśli? – zapytała, nie do końca rozumiejąc jego ostatnie 

słowa.

– Nieważne. Dobranoc, Mary. Śpij dobrze.
Mary odłożyła słuchawkę i rozejrzała się po sypialni. Nigdzie nie było 

fotografii Lynn, zmarłej żony Roba. Czyżby chciał w ten sposób uśmierzyć swój 

background image

ból?   Czy   rezygnując   z   pamiątek   mógł   się   obronić   przed   poczuciem 
nieodwracalnej straty?

Mary   nie   potrafiła   tego   rozstrzygnąć.   Pełna   wewnętrznego   niepokoju, 

wróciła do pokoju Holly.

W drodze powrotnej do domu  wpadły  do baru na pizzę. Kiedy  około 

ósmej skręciły w znajomą uliczkę, Holly krzyknęła:

– Spójrz! Nie pomyliłam się! Święty Mikołaj i jego renifer!
Po chwili Holly wyskoczyła z hondy i pobiegła w kierunku podwórza 

pana Starra. Mary poszła za nią.

Po rozsypanych na trawniku i imitujących śnieg trocinach, w potokach 

światła, pędziły sanie zaprzężone w renifera, siedział w nich święty Mikołaj. 
Wszystko to było zrobione z masy papierowej z domieszką kleju, kredy i gipsu 
oraz pięknie pomalowane.

Ale   jeszcze   większe   wrażenie   robiła   kryta   słomą   szopka.   Wewnątrz 

otwartej na oścież stajenki widać było Świętą Rodzinę, a obok, w głębokim 
pokłonie, stali trzej mędrcy ze Wschodu i pasterze. Dalej wół, osioł i owieczki 
wpatrywały się w żłóbek prawie ludzkimi, bo pełnymi pojętnej radości oczami. 
Barwnie polichromowane, kunsztownie wykonane drewniane figury dowodziły 
artystycznego smaku ich autora.

Kiedy  Holly, olśniona, stanęła przed stajenką,  Mary skierowała się na 

ganek, gdzie w fotelu na biegunach siedział pan Starr.

– Dobry wieczór, Mary – powitał ją.
–   Dobry   wieczór.   Pana   świąteczna   dekoracja   jest   czymś 

niepowtarzalnym, wspaniałym, cudownym!

Przyjął jej pochwałę w milczeniu, niczym należny sobie hołd.
– Czy to pan wyrzeźbił Marię, Józefa i inne postacie?
– Och, nie. Nie jestem aż tak utalentowany. Wszystkie one wyszły spod 

dłuta i pędzla mojej zmarłej żony.

– Musiała być niezwykłą kobietą.
– Przede wszystkim istotą kochającą dzieci. To z myślą o nich zadała 

sobie ten trud... Powiedz, proszę, jakie są twoje plany na święta?

Rozpostarła ramiona.
– Nie mam żadnych. A pan?
– Też nie.
–   Chyba   nie   myśli   pan   spędzać   świąt   w   samotności?   Potwierdził,   że 

niestety tak.

– W takim razie zapraszam pana na obiad w Boże Narodzenie.
Pan Starr uśmiechnął się.
– Przyjmuję z wdzięcznym sercem.
– Mary, chodź obejrzeć żłóbek – zawołała Holly. Mary pożegnała sąsiada 

i podeszła do dziewczynki. Wewnątrz stajenki Maria, matka Jezusa, siedziała 

background image

we   wdzięcznej   pozie   na   beli   siana.   Jej   synek   leżał   nagusieńki   w   wysłanym 
sianem żłobku: Kobieta patrzyła na dziecko z radością i uwielbieniem. Stary 
Józef, skupiony i opiekuńczy, stał oparty na kiju w pewnym oddaleniu.

Holly z szacunkiem dotknęła wyciągniętej rączki Jezusa. Kiedy uniosła 

głowę i spojrzała na Mary, jej twarz rozjaśniał uśmiech.

– Czyż oni wszyscy nie są piękni?
– Tak. Nie można oderwać od nich wzroku.
– Powiedziałam Jezuskowi, co chciałabym dostać pod choinkę. Święty 

Mikołaj – dodała – miałby za dużo pracy.

– A cóż to takiego?
–   On   wie   –   odpowiedziała   z   dziecięcą   ufnością   i   prostotą.   Nagle 

odwróciła się i pobiegła do pana Starra.

Mary została sama. Przez chwilę chłonęła niezwykły nastrój stajenki, a 

potem, dziwiąc się samej sobie, poszła za przykładem Holly. Pochyliła się nad 
żłóbkiem i wyszeptała z głębi serca wszystkie swoje pragnienia.

Ostatecznie Boże Narodzenie to również okres cudów.

background image

Rozdział ósmy

Klęcząc na krześle, Holly mieszała płynną masę piernika. Dodała łyżkę 

miodu oraz po garści rodzynek i orzeszków ziemnych. Jeszcze kilka okrężnych 
ruchów   i   mogły   wylać   ciasto   do   brytfanki.   Piernik,   zwany   przez   Mary 
„błyskawicznym”, był łatwy do przyrządzenia i smaczny. Szczególnie, kiedy 
oblało się go czekoladą.

W ten wtorkowy wieczór Rob wciąż był w Houston. Uprzedził zresztą 

przez telefon, że dzisiaj nie wróci. Zajęły się więc pieczeniem, które okazało się 
pyszną zabawą. Świadczyły o tym chociażby ślady czekoladowej polewy na ich 
rozbawionych twarzach.

– Czy spróbujemy go jeszcze dzisiaj? – zapytała Holly. Mary zmarszczyła 

czoło.

–   Nie   jestem   pewna.   Ciasto   musi   najpierw   postać   pół   godziny   w 

brytfance, a potem jeszcze godzina pieczenia. Dodaj co najmniej kwadrans na 
ostygnięcie   i   kolejny   kwadrans   na   okrzepnięcie   polewy.   Jak   widzisz, 
„błyskawicznym” można go nazwać tylko z przymrużeniem oka.

– Czy lubisz mojego tatusia?
Mary wzdrygnęła się. Nic nie zapowiadało tego pytania.
– Oczywiście, że lubię.
–   Ale   czy   lubisz   go   z   całego,   całego   serca?   –   Głos   Holly   brzmiał 

poważnie.

Tak, pomyślała Mary, lubię go z całego, całego serca. A gdybyś nie była 

jego córką i gdybym nie bała się pewnych słów, powiedziałabym ci, że kocham 
go całą duszą i sercem.

Holly obserwowała ją uważnie, czekając na odpowiedź. Mary zmusiła się 

do uśmiechu.

– Darzę twojego ojca, Holly, sympatią i życzliwością.
A jeśli  on  żywi  do mnie   przyjaźń,  to  można  powiedzieć,  że  jesteśmy 

przyjaciółmi.

Dziewczynka uśmiechnęła się szelmowsko.
– Myślę, że dla przyjaciela też można stracić głowę, prawda? Czyżby to 

dziecko, zapytała siebie Mary, chciało odegrać rolę Kupidynka?

W środę po południu Mary wraz z uczniami przystąpiła do dekorowania 

sceny. Przede wszystkim ustawiono i ubrano choinkę. Ktoś przyniósł stolik, na 
którym, bliżej składanego krzesła, znalazła się przenośna latarnia ze świecą w 
środku.   Rozwieszono   też   papierowe   dzwonki   i   gwiazdki,   zaś   śnieg   –   białe 
konfetti zgromadzone w pudełkach – mieli sypać z góry podczas przedstawienia 
co bardziej wygimnastykowani ojcowie.

background image

Znowu zadzwonił Rob z wiadomością o przedłużeniu swojego pobytu w 

Houston. W czwartek rano on i pozostali członkowie rady oczekiwali ostatniego 
i najważniejszego spotkania.

–   Wygląda   na   to,   że   zostanę   twoim   dożywotnim   dłużnikiem.   Holly 

powiedziała mi, że czuje się z tobą jak na najlepszych wakacjach.

– Mieć ją przy sobie to prawdziwa przyjemność – odparła szczerze Mary.
Następnego   dnia,   po   lekcjach,   Mary   i   Holly   miały   się   spotkać   na 

szkolnym dziedzińcu. Lecz kiedy Mary wyszła przed budynek, jej serce żywiej 
zabiło,   a   na   policzki   wystąpiły   rumieńce.   Zobaczyła   Roba,   który   wysiadał 
właśnie   z   samochodu,   by   zaraz   otworzyć   ramiona   na   przyjęcie   pędzącej   ku 
niemu   córeczki.   Chwycił   ją,   uniósł   wysoko,   a   potem   zaczął   okrywać 
pocałunkami.

Tę wzruszającą scenę Mary oglądała z wielką rozterką w sercu. Musiała 

się powstrzymać, by nie pobiec śladem dziewczynki. Uczyniła więc tak, jak 
nakazywał   rozum,   nie   uczucie.   Podeszła   do   Roba   wolnym   krokiem,   z 
uprzejmym uśmiechem na twarzy, niczym nauczycielka do ojca swej uczennicy.

Ale on nie zachował się tak rozsądnie. Ogarnął ją radosnym spojrzeniem i 

chwycił za rękę.

– Jaki piękny widok dla stęsknionych oczu!
Serce   Mary   zabiło   szybszym   rytmem,   ale   następne   słowa   Roba 

rozproszyły urok powitania.

– Wskakuj do samochodu. Odwiozę cię do domu, zabiorę rzeczy Holly i 

zapłacę za opiekę nad nią.

– Nie jesteś mi nic winien – odparła chłodno.
–   Ależ   jestem!   –   upierał   się.   –   Spędziła   z   tobą   trzy   dni.   Nie   mogę 

wykorzystywać twej uprzejmości. Panna Maggie lub pani Dudley, gdyby to one 
troszczyły się o Holly, na pewno przyjęłyby zwrot kosztów.

Wyprostowała się dumnie.
– Nie jestem żadną z nich.
Rob   w   końcu   uświadomił   sobie,   że   przeciągnął   strunę.   Obraził   Mary, 

mimo że była to ostatnia rzecz, jakiej pragnął.

–   Skoro   jest   to   kwestia   zasad,   nie   pisnę   ani   słowa   więcej   na   temat 

pieniędzy.

– Dobrze!
Czuła   się   zraniona   i   zła.   Gwałtownym   ruchem   wyrwała   dłoń   z   dłoni 

Roberta.

– Gniewacie się na siebie? – zapytała zaniepokojona Holly.
– Jak mógłbym, skrzacie, gniewać się na Mary po tym wszystkim, co dla 

nas zrobiła?

Dziewczynka przeniosła wzrok na Mary.
– Nie zrobiłam nic wielkiego, ale twój tata ma rację. Nie jesteśmy na 

background image

siebie źli. Po prostu doszło między nami do wymiany niemiłych zdań.

Holly nie wydawała się przekonana, jednak po chwili wahania przyjęła 

oba tłumaczenia.

Wsiedli do samochodu, aby zaraz przed domem Mary z niego wysiadać.
Holly pobiegła spakować swoje rzeczy, Mary zaś, kiedy znaleźli się w 

saloniku, zaproponowała Robowi kawę. Na tacy, obok filiżanki z kawą, stał 
talerzyk z piernikiem.

– Pycha – pochwalił Rob, zjadłszy w oka mgnieniu pierwszy kawałek. – 

Czy mogę wziąć dokładkę?

– Nie krępuj się – odparła z uśmiechem.
Lecz kiedy sięgnął po trzecią porcję, a później zaczął oblizywać powalane 

czekoladą palce, roześmiała się w głos.

– Nadmiar słodyczy może zaszkodzić.
– Dzięki za troskę o moje zdrowie. Przyjmuję to za dobry znak.
– Dobry znak czego? – zaryzykowała pytanie.
– Że choć troszeczkę cię obchodzę.
W tej samej chwili dobiegł ich z sypialni okrzyk Holly.
– Jesteśmy w saloniku – odkrzyknęła Mary. Następnie ściszonym głosem 

zwróciła się do Roba; – Nie zapomnij pochwalić piernika w jej obecności. To 
ona go upiekła.

– Doprawdy? Podejrzewam, że z pewną pomocą. Mary uśmiechnęła się.
– Niewielką i nieistotną.
Po chwili weszła Holly, którą gorące pochwały ojca wprawiły w świetny 

nastrój.

Mary przy niosła jej szklankę mleka, podsunęła talerzyk z piernikiem, po 

czym przeszła do najważniejszej sprawy.

– Powiedz mi, Rob, czym w rezultacie skończyły się wasze rozmowy?
Rob skrzywił się.
– Ciągle nie wiemy, czy będą tu inwestować, mimo że zaoferowaliśmy 

najlepszy system premiowania, na jaki nas stać. Konkurencja jest duża, trzeba 
więc poczekać. Ważne jednak, że wciąż uwzględniają nas jako ewentualnych 
partnerów. Pod koniec roku, tak czy inaczej, otrzymamy wiążącą odpowiedź. 
Przynajmniej skończy się ten stan niepewności.

– W  tym,  co mówisz, a może raczej, jak mówisz, nie widzę wielkiego 

optymizmu. Brak wiary bywa często gwarancją przegranej. Rob uśmiechnął się.

– Masz rację. Dziękuję za ostrzeżenie. – Od bardzo dawna nikt go nie 

podnosił na duchu. Zrobiła to Mary, tym trudniej było mu podzielić się z nią 
smutnymi wiadomościami. – Muszę powiedzieć ci o czymś, co z kolei ciebie 
przygnębi.

– O czym, na miłość Boską?
– Kiedy wróciłem dzisiaj do domu, zajrzałem do garażu, aby ocenić, czy 

background image

uda mi się na jutrzejszy wieczór skończyć dekoracje.

– I nie uda ci się?
– Wszystko zginęło: dykta, farby, a nawet szkice. Natomiast rzeczy dużo 

cenniejsze, jak narzędzia, czy sprzęt wędkarski, o dziwo, pozostały. Więc może 
znalazłaś kogoś, komu zleciłaś robotę, i udostępniłaś mu moje materiały?

–  Skądże  znowu  –  zaprzeczyła.  –  Najpierw  myślałam,   że  wrócisz  już 

następnego dnia. A kiedy dowiedziałam się o przedłużeniu negocjacji, zostało 
zbyt mało czasu, bym mogła kogoś znaleźć.

– Nigdy nie zamykałem garażu. Dokąd tylko sięgam pamięcią, w naszej 

okolicy nie trafił się złodziej. – Westchnął.

–   Nie   ma   mowy,   bym   zaczął   wszystko   od   początku   i   zmieścił   się   w 

terminie. Wybacz, że cię zawiodłem, Mary.

– Powiedziałam ci już przez telefon, co myślę na ten temat. Zajmowałeś 

się dużo ważniejszymi sprawami.

– Być może, być może. – Chwilę o czymś myślał, po czym zwrócił się do 

córki: – Wracamy do domu, Holly.

–   Nie   zapomnij   o   moich   urodzinach   w   sobotę   –   przypomniała   Mary 

dziewczynka.

– Nie zapomnę.
– Idź do samochodu, Holly – powiedział Rob do córki – a ja za minutkę 

dołączę.

Kiedy Holly pożegnała się i odeszła, Rob przysunął się bliżej do Mary. 

Pochylił się ku niej i pocałował w usta.

– Tęskniłem za tobą – wyszeptał.
– Rob, błagam...
Ale ta prośba o zaprzestanie odniosła odwrotny skutek. Tym razem dotyk 

jego warg był dłuższy i gorętszy. Z dworu dobiegło wołanie Holly.

– Tatusiu, chodź!
Rob i Mary równocześnie uśmiechnęli się.
– Wierz mi – powiedział Rob – jeden z najbliższych dni będzie dniem, 

kiedy żaden głos czy głosik nam nie przeszkodzi.

Serce Mary podskoczyło.
– Czy to groźba? – zapytała wyzywająco.
– Nie, obietnica.

W piątek wczesnym wieczorem Mary miała właśnie wyjść z domu, by 

stanąć oko w oko z publicznością bożonarodzeniowego przedstawienia, kiedy 
rozległ   się   dzwonek   u   drzwi.   Na   progu   stał   posłaniec,   który   wręczył   jej 
przepiękny   bukiecik   białych   miniaturowych   róż.   Na   dołączonej   karteczce 
wypisane było tylko jedno słowo: Rob.

Przez chwilę, mimo wszelkich obaw, czuła się szczęśliwa.

background image

Podeszła   do   lustra   i   uśmiechnęła   się.   Była   podobnie   jak   Holly   w 

czerwonej sukience, a przypinając na sercu wonny bukiecik myślała, jak piękna 
potrafi być nadzieja.

Zarzuciła   płaszcz   i   wyszła   na   ulicę.   Po   drugiej   stronie   pan   Starr 

wprowadzał   do   stworzonego   przez   siebie   świata   mitu   i   religii   ostatnie 
kosmetyczne poprawki.

Pozdrowiła go machnięciem ręki i otworzyła drzwi swojej szarej hondy.
–   Pięknie   wyglądasz,   Mary   –   zawołał   zza   żywopłotu   pan   Starr.   – 

Powodzenia, przedstawienie na pewno będzie wspaniałe.

– Dziękuję! – odkrzyknęła.
Na   tym   właśnie   polega   specyfika   życia   w   małych   miasteczkach, 

pomyślała Mary wsiadając do samochodu, że bezdzietni wdowcy tak głęboko 
przeżywają uczniowskie działania.

Mary   pierwsza   zjawiła   się   w   szkolnej   auli   przerobionej   na   teatralną 

widownię. Jakież było jej zdumienie, gdy na scenie zobaczyła stolik, lampę i 
choinkę   na   tle   sugestywnej   makiety   salonu.   Na   kominku   płonął   niemal 
prawdziwy ogień, a przez okno zaglądała gwiazda. Drzwi, zasłony, gzyms nad 
kominkiem, świece, stroik z gałązek jodłowych, wszystko to stworzyło urokliwą 
atmosferę przytulnego wnętrza.

Oszołomiona, zajrzała za kulisy. I nie zawiodła się, szukając tam drugiej 

dekoracji. Przed nią biegła główna ulica handlowa, gdzie wystawy sklepów z 
zabawkami i słodyczami zapraszały przechodnia do środka.

Kiedy po kilku minutach całymi grupkami zaczęli przybywać uczniowie, 

ich entuzjastyczne okrzyki i zdumione spojrzenia świadczyły jednoznacznie, że 
stało się coś na pograniczu cudu.

Najpełniej wyraziła to Holly, kiedy wraz z ojcem weszła na widownię.
– Spójrz, tatusiu! Wiedziałam! Wiedziałam, że święty Mikołaj zadba o to, 

by nasze przedstawienie było jak najlepsze.

Rob rzucił na Mary pytające i zaniepokojone spojrzenie.
– Kto to zrobił?
Rozpostarła ramiona w geście oznaczającym kompletną nieświadomość.
–   Również   chciałabym   wiedzieć.   W   najskrytszych   marzeniach   nie 

mogłam oczekiwać czegoś aż tak wspaniałego.

Kiwnięciem głowy zgodził się z tą oceną.
– Ktokolwiek to zrobił, posłużył się moimi szkicami. Ale zrealizował je 

doskonale. Jedyna osoba, jaka w tym wypadku przychodzi mi na myśl, to twój 
sąsiad, pan Starr. W miasteczku tylko on potrafi wyczarować coś tak pięknego.

Mary przez chwilę patrzyła na Roba ze zdumieniem w oczach.
– Ale jak mógł dowiedzieć się, że potrzebujemy pomocy?
– Ja także tego nie pojmuję. Pozostaje więc nam tylko cieszyć się tym, co 

mamy.  – Uśmiechnął  się. – Ale ja cieszę się podwójnie, bo wyglądasz  dziś 

background image

przepięknie.

Zarumieniła się.
– Dziękuję za cudowne róże.
Palce Mary, kiedy to mówiła, musnęły białe, delikatne płatki.
– Wolałbym zamiast słów pocałunek.
– Tutaj?
– Faktycznie, lepiej nie tutaj. Ale już wkrótce, gdziekolwiek indziej.
Uśmiechnęła się nieznacznie.
– Przemyślę to.
Na razie o myśleniu na ten temat nie mogło być mowy, gdyż musiała 

zająć się przedstawieniem.

Z wyjątkiem dwóch czy trzech potknięć i niedociągnięć, widowisko udało 

się nad podziw. Jedna z dziewczynek, pierwszoklasistka, zapomniała tekstu i 
wybuchnęła płaczem. Dziesięcioletni chłopiec, zapatrzony w swoją partnerkę, 
wpadł na choinkę, i tylko przytomności umysłu jednego z ojców można było 
zawdzięczać,   że   drzewko   się   nie   przewróciło.   Kilku   chórzystów   zgubiło 
melodię, w sumie jednak dzieci popisały się i ich występ okazał się wielkim 
sukcesem.

Końcowym   akcentem   był   poczęstunek   i   pojawienie   się   świętego 

Mikołaja,   który   wszystkich   uczestników   przedstawienia,   łącznie   z   ich 
rodzeństwem, obdarował łakociami.

Mary   nie mogła   pozbyć  się  podejrzenia,  że  za  długą  brodą,  wąsami  i 

czerwonym kubrakiem, który wybrzuszał się na jaśku, kryje się jej sąsiad, pan 
Starr.

W sobotę przypadały urodziny Holly, Mary musiała pójść na przyjęcie i 

w związku z tym czuła się jak niedoświadczona pływaczka przed skokiem na 
głowę z wysokiej wieży.

Gdy   zamknęła   za   sobą   frontowe   drzwi   domu,   pierwszą   osobą,   jaką 

dostrzegła, był oczywiście pan Starr. Przecięła ulicę.

– Cudownie udała się panu rola świętego Mikołaja – zagadnęła.
Pan Starr zwrócił ku niej twarz pokerzysty.
– Mikołaja? – zapytał. Uśmiechnęła się.
– Rozpoznałam pana mimo brody i jaśka imitującego brzuszek.
– Chyba tylko tak ci się wydaje.
– Widzę, że jest z pana twardy orzech do zgryzienia. – Roześmiała się. – 

Ale mniejsza z tym. Chcę przede wszystkim podziękować za dekoracje.

– Dekoracje? O czym ty mówisz, Mary?
Niewinny   wyraz   twarzy   pana   Starra   mógłby   w   tej   chwili   zwieść 

najbardziej podejrzliwego policjanta, ale nie Mary. Wystarczył jej jeden rzut oka 
na szopkę, sanie, renifera, aby zyskać pewność, że makiety zrobiła ta sama ręka.

background image

Nagle   pewne   zdarzenia   ułożyły   się   w   spójną   całość.   Kiedy   Holly 

mieszkała razem z Mary, kilka razy dziennie biegała do pana Starra. Musiała też 
wspomnieć   mu   o   zaczętych   przez   ojca   i   przechowywanych   w   garażu 
dekoracjach.

Komu jednak miała o tym wszystkim powiedzieć? Jeśli pan Starr życzył 

sobie zachować swoją pomoc w tajemnicy, należało to uszanować. Gdy Mary 
żegnała się z sąsiadem, zauważyła figlarny uśmieszek w jego dobrych oczach.

Urodziny Holly przebiegały w atmosferze zamętu, pisków i śmiechów. 

Okazało się, że dziesięć małych dziewczynek miało w sobie niszczycielską siłę 
tajfunu.

Mary pomagała Robowi. Kiedy on podgrzewał hot dogi, ona nalewała 

oranżadę. Kiedy on nakładał chipsy do miseczek, ona je roznosiła.

Przed   zdmuchnięciem   świeczek   i   dzieleniem   tortu,   dziewięć   panienek 

zażyczyło sobie, aby solenizantka odpakowała prezenty.

Z barwnych papierów i wstążek zaczęły wyłaniać się torebki, przeróżne 

gry   i   szkolne   przybory.   Mary   ofiarowała   trzytomową   powieść.   Holly   na   jej 
widok uśmiechnęła się.

– Nie mogłaś wybrać lepiej – Rob szepnął do ucha ofiarodawczyni. – 

Holly uwielbia powieści.

–   Domyśliłam   się   tego   po   ilości   książek   na   jej   półkach.   Naturalnie 

nauczycielka musi wspierać tego typu pasje.

– Naturalnie – przyznał z uśmiechem. – Zdaje się, że teraz na mnie kolej. 

–   Wyjął   z   kieszeni   koszuli   małą   paczuszkę   i   podszedł   do   córeczki.   –   Z 
najlepszymi życzeniami, kochanie.

Gdy Holly obejrzała prezent, aż oniemiała z zachwytu.
– Och, tatusiu...
– Podoba ci się?
– Cudowny! – wykrzyknęła i pokazała wszystkim złoty medalionik w 

kształcie serduszka.

Rob wyjął go z jej ręki i zawiesił na szyi.
– Należał do twojej matki, gdy była dziewczynką.
– Naprawdę? – zapytała cicho.
–   Otwórz   go   i   zobacz,   co   jest   w   środku.   Holly   powoli   i   nieśmiało 

otworzyła serduszko.

–   Ależ   to   zdjęcie   mamusi.   I   ja   z   nią   jestem.   Ostrożnie   zamknęła 

medalionik, po czym objęła ojca i mocno się do niego przytuliła.

Była  to wzruszająca   scena.  Chociaż   widzieli ją  wszyscy   goście,  Mary 

poczuła się jak intruz. Ojciec i córka wspominali utraconą żonę i matkę.

Drugi raz nie można tak kochać. Rob chciał związać się z nią, lecz bez 

zobowiązań. Mary znów tylko z zewnątrz mogła obserwować świat miłości. Ból 

background image

tego wykluczenia był straszny.

background image

Rozdział dziewiąty

Dochodziła   dziewiąta   wieczorem,   kiedy   Mary   usłyszała   pukanie   do 

drzwi. Na progu stał Rob, z zabójczym uśmiechem na ustach.

– Mogę wejść? – zapytał, dodając w formie  usprawiedliwienia: – Jest 

bardzo zimno.

– A Holly? – Na dłuższe pytanie zabrakło jej oddechu.
– Będzie dziś spała u Amy – wyjaśnił.
Nagle, całkiem niespodziewanie, Mary znalazła się w jego ramionach.
– Co tu robisz? – zdążyła jeszcze zapytać.
–   A   jak   sądzisz?   –   odparł,   po   czym   okrył   jej   twarz   namiętnymi 

pocałunkami.

Mary wiedziała, że musi jakimś sposobem położyć temu kres. Ale jak 

miała  to zrobić, skoro jej ciało nie słuchało  rozkazów woli? Znalazła się w 
przytulnym schronieniu jego ramion i wydawało się ono takie bezpieczne.

–   Pragnę   cię,   Mary.   Chcę   się   z   tobą   kochać,   przecież   dobrze   o   tym 

wiesz...

Mary usiłowała uniknąć jego pocałunków. Odwracając głowę poczuła na 

policzku podniecający dotyk zarostu Roba, co tylko spotęgowało drżenie, jakie 
ogarniało całe jej ciało.

– Tak, wiem o tym, ale nie zmieniłam zdania. Nie wolno nam... – zdołała 

wyszeptać.

– Dlaczego? Szaleję za tobą i nigdy w to nie uwierzę, że nic do mnie nie 

czujesz – powiedział dobitnie. – Wytłumacz mi.

Opuściła głowę, dotykając czołem jego ramienia.
– Masz rację, Rob. Gdybyś kiedykolwiek usłyszał ode mnie coś takiego, 

nie uwierz ani jednemu słowu. Jesteś mi bardzo bliski, bardziej niż bym tego 
chciała.

–   Więc   dlaczego   ciągle   przede   mną   uciekasz?   Rozumiem,   znamy   się 

bardzo   krótko...   no   i   co   z   tego?   –   Nagle   Rob   odsunął   Mary   na   odległość 
wyciągniętych rąk i spojrzał jej w oczy. – Wiem, że zostałaś zraniona, że boisz 
się uczucia, które nas ogarnia. Mary, ja też się tego boję, ale lęk nie może 
powstrzymać mnie przed podjęciem ryzyka. Nie jestem Wayne’em i nigdy nie 
byłbym w stanie świadomie cię skrzywdzić.

Do oczu Mary napłynęły łzy.
–   To   żadna   gwarancja   –   wyszeptała   ochrypłym   głosem.   Ręce   Roba 

zsunęły się bezwładnie z jej ramion, odsunął się o krok.

– Jestem szczery. Jeśli szukasz innej gwarancji, lepiej trzymaj się z daleka 

ode mnie i od innych mężczyzn. Do końca życia. – Na chwilę spuścił głowę. – 
Poślubiając Lynn, przekonany byłem o istnieniu takiej pewności, ale wszystko 

background image

potoczyło się inaczej. Nigdy się nie spodziewałem, że będę sam wychowywał 
dziecko,   szczególnie   dziewczynkę.   To   bywa...   trudne.   Dlatego   nie   jestem 
zaskoczony, że nie chcesz wiązać się z mężczyzną, który ma dziewięcioletnie 
dziecko. Spotkałem już takie kobiety, Ale myślałem, że skoro się tak lubicie...

– Holly nie ma z tym nic wspólnego! – krzyknęła Mary.
– Nie? Czy w takim razie możesz mi uczciwie powiedzieć, że gdyby nie 

było Holly, i tak nie miałbym szans na twoją wzajemność?

– Tak! Holly jest najcudowniejszą dziewczynką pod słońcem.
–   Ale   jej   ojciec   to   już   coś   gorszego,   prawda?   Musiałem   być   chyba 

szalony, zakochując się po raz drugi. Po śmierci Lynn długo unikałem kobiet, 
lecz   ty   zdołałaś   mnie   rozbroić.   Myślałem,   że   skoro   obydwoje   zostaliśmy 
skrzywdzeni, to nas zbliży. Żegnaj, Mary. Nie będę cię już więcej zanudzał 
moimi wyznaniami.

Wyszedł   tak   szybko,   że   nie   zdążyła   wykonać   najmniejszego   ruchu. 

Warkot jego samochodu oddalał się coraz bardziej, aż zapanowała cisza. Tym 
wyraźniej słyszała bicie własnego serca.

Rob powiedział, że musiał być chyba szalony, zakochując się znowu.
Rob kochał ją! Kochał ją, a ona pozwoliła mu odejść! Odrzuciła jego 

miłość, tak jak inny mężczyzna odrzucił jej przywiązanie. Jak to się mogło stać, 
jak mogła do tego dopuścić?

To   nie   był   Wayne,   mężczyzna,   którego   darzyła   ciepławym   uczuciem, 

sądząc, że to miłość. To był Rob, który wtargnął w jej życie i zawładnął sercem. 
Dwóch   ludzi   i   dwa   uczucia...   Różnica   między   nimi   była   taka,   jak   między 
perłową kolią a jarmarcznym pierścionkiem.

Mary  od dawna  wiedziała, że kocha  Roba, nie liczyła jednak na jego 

wzajemność. Było jasne, że jej pożąda, a była zbyt dumna, by zgodzić się na 
taki układ i ciągle zbyt mocno bolały rany. Dlaczego wcześniej nie wspomniał 
nawet   o   miłości,   myślała   prawie   ze   złością.   Ale   czy   ona   zachowywała   się 
inaczej? Postąpiła jak tchórz...

W jej kontaktach z Robem dominował łęk przed ponownym doznaniem 

krzywdy. A jeśli on ciągle tęskni za swoją żoną? Pielęgnuje wspomnienia? Ale 
to przecież on powiedział, że boi się zaangażowania... I że nie byłby w stanie jej 
skrzywdzić... Tak naprawdę to ona go skrzywdziła.

Rozejrzała się po pokoju. Chwyciła żakiet, torebkę, klucze.
Twarz Roba, kiedy otworzył jej drzwi, sprawiała wrażenie maski. Mary 

omal się nie załamała. Ten mur nieprzystępności wydawał się nie do przebicia.

– Czego chcesz? – zapytał twardym, niemal wrogim głosem.
– Chcę z tobą porozmawiać. Proszę... Zacisnął szczęki.
– Powiedzieliśmy sobie wszystko.
– Proszę...
Błaganie Mary i wyraz jej oczu złamały opór Roba. Odsunął się i wpuścił 

background image

ją do środka. Kiedy znaleźli się w salonie, podszedł do kominka, wziął do ręki 
pogrzebacz i zaczął nim przegarniać żarzące się głownie.

– Słucham – rzucił przez ramię.
Zebrała się na odwagę i podeszła do niego blisko. Chciała w pierwszym 

odruchu położyć dłonie na jego ramionach, lecz na to zabrakło jej już śmiałości.

Nie wiedziała, od czego zacząć. Rob czekał, a nie wydawał się w tej 

chwili człowiekiem uzbrojonym w cierpliwość. Czas naglił. Przestała myśleć.

– Kocham cię, Rob.
Skulił ramiona, jakby coś go z tyłu ugodziło. Po chwili, wciąż wpatrzony 

w ogień, wolno pokręcił głową.

– Jestem zbyt stary, Mary, aby wierzyć w bajki. Kobieta, która kocha, tak 

nie postępuje.

Mary poczuła, że już nic jej nie powstrzyma.
– Nie wierzyłam, że kiedykolwiek pokochasz mnie tak, jak swoją żonę. 

Widziałam, jak żywe są wasze o niej wspomnienia, twoje i Holly. Myślałam, że 
chcesz się zabawić, że powtórzy się historia z Wayne’em. A moi rodzice? To też 
bolesne doświadczenie... Nie chciałam sobie pozwolić na miłość, ale już wiem, 
że miałeś rację. Życie nie daje żadnych gwarancji. Wiem, że nie możesz mi 
obiecać wiecznej miłości, ale zadowolę się wszystkim, co zechcesz mi dać...

Odwrócił   się   i   ujął   jej   twarz   w   dłonie.   W   jego   oczach   było 

niedowierzanie.

– Naprawdę mnie kochasz? Potwierdziła skinieniem głowy. Dotknął jej 

warg w delikatnym pocałunku.

– Chcę to usłyszeć.
– Kocham... cię – szepnęła w jego gorące usta. Przycisnął ją do piersi z 

tak niepohamowaną namiętnością, że straciła oddech.

– Och, Mary, dziewczynko moja...
Uniósł ją w ramionach, usiadł na krześle i ulokował ją bezpiecznie na 

swoich kolanach.

– Już bardziej nie mogłaś tego zagmatwać – stwierdził z czułością.
– Jak to?
Zauważył   niepokój   w   jej   oczach,   więc   wśród   pieszczot   i   pocałunków 

wyjaśnił:

– Lynn i ja rozwiedliśmy się. Nasza miłość skończyła się na długo przed 

jej śmiercią.

Na twarzy Mary odmalowało się zdumienie.
– Holly miała dwa latka, kiedy Lynn opuściła mnie i wraz z dzieckiem 

przeniosła się do rodziców do Dallas. Po roku wyszła ponownie za mąż, a kilka 
miesięcy później zginęła w wypadku samochodowym.

– Ach, więc to tak – wyjąkała Mary.
– Mimo dzielących nas różnic, oboje robiliśmy wszystko, by nasz rozwód 

background image

odbył  się  przy  zachowaniu   pozorów  przyjaźni   –  ze  względu  na   małą.   Lynn 
przypadła opieka nad dzieckiem, ale mogłem odwiedzać Holly tak często, jak 
tylko chciałem. Widywałem się więc z córeczką prawie co tydzień, kilka razy 
mieszkała   u   mnie   dłużej.   –   Westchnął.   –   Holly   była   jeszcze   maleńka,   gdy 
straciła matkę. Pamięta ją jak przez mgłę. Starałem się, żeby zachowała o niej 
jak najlepsze wspomnienia. Lynn zresztą w pełni na to zasłużyła, była dobrą 
matką. Nie sprawdziliśmy się jako małżeństwo, to nie była tylko jej wina – 
dodał.

–   Co   było   powodem   rozpadu   waszego   małżeństwa?   –   zapytała   Mary, 

muskając palcami jego brwi.

Pocałował ją w zagłębienie dłoni.
– Jestem wieśniakiem. Zawsze nim byłem i taki zostanę. Lynn dusiła się 

tutaj, aż w końcu znienawidziła to miejsce. Kiedy nienawiść zaczęła dominować 
w   naszych   stosunkach,   zdecydowaliśmy   się   na   rozwód.   Poznaliśmy   się   na 
uniwersytecie.   Byliśmy   młodzi   i   myśleliśmy,   że   pokonamy   wszelkie 
przeszkody. Stało się jednak inaczej. Po rozwodzie byłem zupełnie załamany. 
Nie zdałem egzaminu jako mąż i ojciec. I tak bardzo tęskniłem za Holly.

– To, że twoje małżeństwo skończyło się fiaskiem, nie oznacza, że jesteś 

złym człowiekiem. Holly cię uwielbia, jesteś najwspanialszym ojcem, o jakim 
można marzyć – zapewniła go stanowczo.

– Dziękuję. Nawet nie wiesz, ile znaczą dla mnie  twoje słowa. Holly 

miała cztery latka, kiedy przywiozłem ją tutaj po śmierci Lynn. Starałem się być 
dobrym ojcem, ale nie mogłem zastąpić obojga rodziców. Dziadkowie, rodzice 
Lynn, chcieli zająć się wychowaniem wnuczki, ale nie mogłem na to pozwolić.

Mary nie miała już żadnych wątpliwości. Uwielbiała tego człowieka. Rob 

był tego rodzaju ojcem, jakiego ona, Mary, nigdy nie miała i o jakim zawsze 
marzyła.

– Czy Holly ma teraz z nimi kontakt? – spytała.
– Oczywiście. Są jedynymi jej dziadkami, a ona jest ich jedyną wnuczką. 

Dbam o to, aby te spotkania były jak najczęstsze. Tuż po Bożym Narodzeniu 
przyjeżdżają po Holly, by zabrać ją do siebie na tydzień. Będzie u nich do 
Nowego Roku.

– To ładnie z twojej strony, że dzielisz się z nimi Holly – skomentowała 

Mary.

– To dobrzy ludzie. Uwielbiają ją, a ona szaleje za nimi. Nie byli winni 

rozpadowi naszego małżeństwa. – Odgarnął włosy z czoła Mary. – Mówisz, że 
mnie   kochasz,   a   Bóg   mi   świadkiem,   że   odwzajemniam   twoją   miłość.   Ale... 
spotkałem   już   wiele   kobiet,   które   na   wieść   o   dziecku   natychmiast   traciły 
zainteresowanie moją osobą. Holly i ja jesteśmy nierozłączni. Mam nadzieję... 
że ty ją akceptujesz. Przyjmujesz nas oboje?

– Robie Green, czy to są oświadczyny? – zapytała zmieszana, zdumiona, 

background image

szczęśliwa.

Uśmiech Roba niósł czułe przesłanie miłości.
– Tak, Mary Shelton. Znamy się bardzo krótko, bo dopiero niecałe trzy 

tygodnie. Zrozumiem więc, jeśli będziesz chciała mieć czas do namysłu. Ale 
musisz wiedzieć, że kocham cię całym sercem. Marzę o tym, żebyś zamieszkała 
tutaj ze mną i z Holly. Wyjdziesz za mnie?

Pochyliła się i pocałowała go w usta.
– Tak... tak... tak – odpowiedziała, przeplatając każde słowo pocałunkiem.
– Dzięki Bogu! – westchnął, jakby spadł mu z serca ogromny ciężar. – 

Bałem się, że powiesz „nie”.

–   A   ja   się   bałam,   że   nigdy   nie   pokochasz   mnie   na   tyle   mocno,   by 

zaproponować mi małżeństwo.

– Oboje baliśmy się odrzucenia. Najgorsze już za nami. Będziemy razem 

na dobre i na złe. Czy poślubisz mnie tak szybko, jak tylko to będzie możliwe?

– Choćby dziś.
Na twarzach obojga malowała się uroczysta powaga. Rob wstał i niosąc 

Mary na rękach, skierował się ku sypialni.

background image

Epilog

Panna młoda nie miała krewnych, ale na jej ślub do parafialnego kościoła 

przyszli prawie wszyscy mieszkańcy Hope. To właśnie ta przyszywana rodzina 
wymusiła na Robie i Mary, żeby zrezygnowali z cichej uroczystości i urządzili 
prawdziwe, okazałe wesele.

Mieszkańcy   Hope   byli   dzisiaj   w   szczególnym   nastroju.   W   Wigilię 

bowiem   dotarła   do   miasteczka   wiadomość,   że   duże,   dobrze   prosperujące 
przedsiębiorstwo  z Houston zamierza  otworzyć w Hope swoją filię. Kamień 
węgielny pod nowe hale fabryczne miał być wmurowany tuż po Nowym Roku.

Nie było też dla nikogo tajemnicą, że najwięcej energii, pieniędzy i czasu 

w   zainteresowanie   biznesmenów   ich   miasteczkiem   włożył   Robert   Green. 
Wszyscy byli mu wdzięczni i każdy, w miarę swoich możliwości, pragnął tę 
wdzięczność okazać. Najbardziej skorzystali na tym właściciele miejscowych 
sklepów.

Mary również podbiła serca teksaskich prowincjuszy. Jej gra na organach 

w   czasie   niedzielnych   mszy,   a   szczególnie   przygotowane   przez   nią   szkolne 
jasełka przyjęte zostały z prawdziwym zachwytem.

Dzisiaj, w białej sukni z trenem, wyglądała jak anioł.
Jan Crane, najbliższa przyjaciółka Mary i zarazem druhna na jej ślubie, w 

przedsionku   kościoła   udzieliła   pannie   młodej   ostatnich   praktycznych 
wskazówek, uściskała ją czule, po czym poprawiła welon i ślubną wiązankę.

– Biegnę do pastora Harwicka z wiadomością, że jesteś już gotowa.
Holly, ubrana w tę samą czerwoną sukienkę, w której występowała w 

jasełkach, oderwała wzrok od zawieszonego na jej szyi koszyczka z płatkami 
kwiatów i spojrzała z uśmiechem na Mary.

–   Pamiętasz,   jak   na   podwórzu   pana   Starra   powiedziałam   ci,   że   moje 

pragnienia są za duże dla Mikołaja i dlatego wyszeptałam je na ucho Jezuskowi? 
– Mary kiwnęła głową. – Powiedziałam Mu, że chciałabym mieć mamusię i 
żeby mój tatuś miał żonę. Spełniło się!

Mary przytuliła ją mocno.
– Kocham cię, Holly.
–   Ja   też   ciebie   kocham...   mamusiu.   –   Rzuciła   na   Mary   niespokojne 

spojrzenie. – Mogę tak do ciebie mówić?

Mary przełknęła łzy.
– Nie mogłabyś zrobić mi większej przyjemności, córeczko. Wszedł pan 

Starr,   ubrany   w   elegancki   smoking.   Zwrócił   się   do   Mary   z   ojcowskim 
uśmiechem:

–   Jesteś   prześliczną   oblubienicą,   Mary.   Szkoda,   że   nie   ma   tu   Wilmy. 

Uwielbiała śluby. Byłaby wniebowzięta, widząc mnie prowadzącego do ołtarza 

background image

pannę młodą, i to w dzień Bożego Narodzenia.

Mary uśmiechnęła się i przyjęła ramię starszego pana.
Otworzono drzwi.
Orszak ślubny ruszył.
Holly wdzięcznym gestem sypnęła płatki kwiatów.
Od   ołtarza   popłynęły   ku   nim   przepiękne   dźwięki   organów.   To   Jackie 

Murphy uwolniła się wreszcie spod opieki lekarzy i grała na zaślubinach Mary 
Shelton z Robertem Greenem.

A tuż obok, u stóp ołtarza, stał wysoki mężczyzna i czekał. Ona zaś szła 

ku   niemu,   by   ofiarować   mu   miłość   i   wierność,   dla   siebie   biorąc   uczucie   i 
zapewnienie, że będzie ono trwać wiecznie.

Cóż   za   Boże   Narodzenie!   Ile   życzeń,   nadziei   i   pragnień   zostało 

spełnionych! Jej wyszeptane przy żłóbku życzenie, życzenie Holly... A wreszcie 
nadzieja mieszkańców Hope na nowe miejsca pracy.

Robert Green patrzył, jak po purpurowym chodniku pomiędzy ławkami 

zbliża   się   jego   spełnione   marzenie.   Wyciągnął   rękę.   A   potem   już   oboje, 
naznaczeni miłością, piękni i szczęśliwi, zwrócili się w stronę pastora Harwicka.

background image

Od autorki

Boże Narodzenie to dla mnie okres szczególny. Wtedy otwieram się na 

świat i chłonę wszystkimi zmysłami melodie kolęd, zapach żywicy i zielonych 
igieł,   migotliwe   światełka   lampek,   sekretność   pewnych   słów   i   atmosferę 
tajemnicy, symbolikę gwiazd i dzwonków, serdeczne przesłanie prezentów pod 
choinką.   Każda   kartka   z   życzeniami   od  przyjaciela   czy   krewnego  to   chwila 
wzruszenia, czułych wspomnień, jedności z nieobecnym. Dużo jest tych chwil.

Moje córki pomagają mi w pieczeniu, ozdabianiu i lukrowaniu ciast. W 

czasie   tych   Wielkich   Przygotowań   w   kuchni   panuje   nieopisany   bałagan,   ale 
prawie go nie zauważamy. Śmiejemy się i żartujemy, oczekując w radosnym 
podnieceniu tego, co ma się wyłonić z chaosu.

W Wigilię, przed pójściem do łóżek, moje córki zostawiają na noc kubek 

z gorącą czekoladą i kruche ciasteczka. Rankiem, już po wyjęciu prezentów z 
pończochy,   uszczęśliwione   stwierdzają,   że   święty   Mikołaj   poczęstował  się 
ciasteczkami i wypił trochę czekolady.

W naszym domu panuje zwyczaj, że dzieci wraz z ojcem kupują choinkę, 

wybór drzewka jest ich przywilejem. Do wyłącznych obowiązków ojca należy 
obsadzenie   drzewka   na   stojaku   i   rozwieszenie   lampek.   Wtedy   do   akcji 
przystępuje matka z córkami. To one ubierają choinkę, ojciec zaś, siedząc w 
fotelu, dogląda wszystkiego bacznym okiem.

Przez lata zebraliśmy całą kolekcję ozdób, z których każda łączy się z 

jakąś   osobą,   miejscem,   zdarzeniem.   Mamy   ceramiczne   drzewka   z   naszymi 
imionami,   łańcuch   zrobiony   przez   naszego   sąsiada,   inny   łańcuch   i   dzwonek 
uplecione z pszenicznej słomy z Kansas, dwudziestoletnie szyszki, które moje 
córki dostały w podarunku od krewnych z Luizjany.

A   w   końcu   bombki   i   szklane   zabawki,   które,   pamiętam,   moi   rodzice 

wieszali na choince, gdy byłam jeszcze zupełnie małą dziewczynką. Wszystkie 
te drobiazgi mają dla nas wartość sentymentalną.

Choinka musi być z lasu. Kiedyś kupiliśmy sztuczną i nasza najstarsza 

córka,   która   chodziła   wtedy   do   szkoły   podstawowej,   wręcz   zagroziła   nam 
ucieczką   z   domu.   Do   tej   chwili   pozostała   pod   tym   względem   zaprzysięgłą 
konserwatystką, odrzucającą liche namiastki, pozory i fikcję.

Wigilijny   obiad   również   nie   znosi   improwizacji.   Podajemy   na   stół 

wszystkie   tradycyjne   dania   i   ewentualnie   jedną   nowość.   Każdy   z   członków 
rodziny przygotowuje inną potrawę. Moja ciotka na przykład specjalizuje się w 
sałatce owocowej.

Chociaż moje córki są już dorosłymi pannami, wciąż przeżywają święta w 

kategoriach magii i tajemnicy. Cudowne w tym okresie staje się wszystko, od 
robienia   zakupów   po   najprostsze   kuchenne   obowiązki.   Ale   najcudowniejsze, 

background image

oczywiście, są prezenty pod choinką.

Oby   pod  Twoim  drzewkiem znalazło   się   wszystko   to,  co  symbolizuje 

miłość, radość i pokój.

Sondra Stanford


Document Outline