background image

 

 
 

Barbara Cartland 

 

Kochankowie w raju 

background image

Od Autorki 
W  dniu  25  maja  1905  roku  chiński  parowiec  został 

wyrzucony  na  brzeg  wyspy  Sanur  jakieś  cztery  mile  od 
Badungu. Balijczycy złupili wrak, jak to zwykli byli robić od 
setek  lat,  ale  holenderski  rząd  zażądał  od  radży  Badungu 
odszkodowania  w  wysokości  siedmiuset  tysięcy  pięciuset 
florenów. Radża uznał to za obelgę i odmówił zapłaty. 

Holendrzy od dawna czekali na pretekst, by wkroczyć na 

wyspę,  i  w  roku  1906  wysłali  ekspedycję  wojskową  na 
południową  część  Bali.  Otoczeni  ze  wszystkich  stron  przez 
siły  holenderskie  Balijczycy,  widząc,  że  nie  mają  szans,  by 
odeprzeć wroga, postanowili raczej umrzeć niż się poddać. 

W  nocy  20  września  książę  podpalił  pałac  i  następnego 

ranka  otworzył  bramy.  Tysiące  Balijczyków  wolno  podążało 
w  kierunku  holenderskich  armat.  Mężczyźni,  lśniący  od 
klejnotów, mieli na sobie swoje odświętne czerwono - czarno 
-  złote  szaty,  kobiety  z  dziećmi  na  rękach,  obwieszone 
biżuterią i perłami, ubrane były jedynie w białe sarongi. 

Na 

tronie, 

podtrzymywanym 

przez 

najwyższych 

wojowników, siedział radża, smukły młody mężczyzna, blady 
i milczący. Nieoczekiwanie, w odległości około pięćdziesięciu 
metrów od Holendrów, radża  wyciągnął  z pochwy swój  kris. 
Na ten sygnał Balijczycy rzucili się na swe miecze. Na myśl o 
śmierci ogarnęła ich dziwna egzaltacja. Ofiara z ich ciał była 
ofiarą złożoną bogom w odwiecznej walce dobra ze złem. 

Holenderski  kapitan  rozkazał  strzelać  i  rozpoczęła  się 

rzeź.  Padł  radża,  a  wraz  z  nim  setki  jego  poddanych  -  ranne 
kobiety zadawały śmiertelne ciosy swoim dzieciom, mężowie 
zabijali  żony.  Balijscy  wojownicy  i  dzieci,  dzierżąc  dzidy  i 
noże, atakowali ziejące ogniem działa. Trzykrotnie Holendrzy 
wstrzymywali ogień, usiłując w ten sposób przerwać rzeź, lecz 
Balijczycy  postanowili  umrzeć.  Z  wyjątkiem  kilkorga  dzieci 

background image

nikt  nie  przeżył  masakry.  To  był  koniec  -  teraz  Holendrzy 
zostali panami całej wyspy. 

Dzisiaj na placu w Des Pasar (niegdyś Badung), gdzie to 

się wydarzyło, jest boisko do gry w piłkę nożną. 

W roku 1920 i 1924 wydano więcej zezwoleń katolickim i 

protestanckim  misjonarzom  na  prowadzenie  działalności 
misyjnej  na  Bali,  ale  cały  ich  wysiłek  skazany  był  na 
niepowodzenie. 

W  roku  1945  holenderskie  Indie  Wschodnie  uzyskały 

niepodległość.  Pięć  lat  później  proklamowano  republikę,  a 
cały archipelag przyjął nazwę Indonezji. 

background image

R

OZDZIAŁ 

1892 
Hrabia Wiktor van Haan spoglądał ponuro na lśniące pola 

ryżowe, pokryte lasami górskie szczyty i roziskrzone w słońcu 
pierzaste  palmy  kokosowe.  Wszystko  było  zielone:  soczysto 
zielone pola ryżowe, drzewa, doliny. Nawet kwiaty jaśminu i 
tjempake zdawały się tracić swe delikatne, białe piękno pośród 
otaczającej je zieleni. 

Schodząc 

parowca, 

który 

płynął 

na 

Bali 

nieprawdopodobnie  długo,  hrabia  pomyślał,  że  wygnanie, 
nawet  do  najpiękniejszego  zakątka  świata,  budzi  zawsze 
uczucie przygnębienia. 

Mimo  że  jego  pobyt  na  wyspie  miał  nie  potrwać  długo  - 

licząc  miesiące  podróży  prawdopodobnie  niecały  rok  -  to 
jednak  było  to  wygnanie,  które  go  w  najwyższym  stopniu 
upokorzyło. 

Kiedy  królowa  wdowa  wezwała  go  do  swego  pałacu  w 

Amsterdamie, spodziewał się, że czeka go nowy obowiązek na 
dworze  lub  przyjęcie  w  imieniu  królowej  dostojnego  gościa, 
który przybył do Holandii. 

Często  go  o  to  prosiła  wiedząc,  że  jego  osobisty  urok, 

dyplomacja  i  wiedza  o  świecie  były  zawsze  niezwykle 
przydatne w sytuacji, kiedy Niderlandy nie miały króla, który 
pełniłby reprezentacyjne funkcje. 

Powiedział sobie jednakże, że królowa wdowa zabrała mu 

już  wystarczająco  dużo  czasu  w  ciągu  ostatnich  kilku 
miesięcy,  nie  ulegnie  więc  naciskom  i  nie  będzie  robić 
niczego, na co nie miałby ochoty. 

Zbyt  często  obarczano  go  towarzystwem  wyjątkowo 

nudnych i nadętych mężów stanu, a przeciągające się bankiety 
oraz  nie  kończące  się  konferencje  stały  się  dlań  istną 
męczarnią. 

background image

Poza tym hrabia, którego uważano za najatrakcyjniejszego 

mężczyznę w Holandii i który był dalekim kuzynem królowej 
wdowy, był w każdym domu mile widziany, toteż zapraszano 
go chętnie. 

W dniu śmierci Wilhelma III w 1890 roku dziesięcioletnia 

księżniczka  Wilhelmina  została  królową,  a  jej  matka 
mianowana  regentką.  Dwa  lata  później  młodziutka  królowa 
Wilhelmina nadal pobierała nauki. 

Hrabia był szczerze oddany jej matce, a swojej kuzynce, i 

zawsze okazywał swą lojalność i szacunek królowej  wdowie. 
Gotów był być na jej usługi i spełniać liczne obowiązki, jakie 
nań  nakładała,  jeśli  nie  kolidowały  zanadto  z  jego  własnymi 
planami.  Nic  więc  dziwnego,  że  przed  trzydziestym  rokiem 
życia stał się samolubny i miał wygórowane pojęcie o swojej 
osobie. Trzeba jednak przyznać, że był niezwykle przystojny, 
a  ponadto  jego  osobowość  wywierała  wrażenie  na  każdym, 
kto 

gościł 

na 

nudnym, 

konserwatywnym 

dworze 

holenderskim. 

Być  może  wynikało  to  z  tego,  że  hrabia  był  tylko  w 

połowie Holendrem. 

Jego ojciec stał na czele jednej z najbardziej szanowanych 

i liczących się rodzin w całym kraju. 

Historia  rodziny  van  Haanów  była  jednocześnie  historią 

Niderlandów  i  trudno  by  wymienić  ważne  wydarzenie 
dziejowe, w którym nie zapisałby się chlubnie jakiś van Haan. 

Natomiast  matka  hrabiego  była  Francuzką,  córką  księcia 

de  Briaca.  Słynęła  nie  tylko  z  urody,  ale  też  ze  swej 
inteligencji i żywiołowej radości życia. Chętnie więc widziano 
ją w intelektualnych salonach Paryża, gdzie bywały liczące się 
osobistości. Wszyscy więc zgodnie przepowiadali, że związek 
hrabiego Hendriha van Haana i Madeleine de Briac zaowocuje 
niezwykłym potomstwem. 

background image

I  rzeczywiście,  ich  syn  Wiktor  spełniał  wszelkie 

oczekiwania  i  obecnie,  po  śmierci  ojca,  znalazł  się  w 
posiadaniu iście królewskiego majątku. 

Idąc teraz przez udekorowane z nadmiernym przepychem 

komnaty  pałacowe  w  stronę  apartamentów  królowej  wdowy, 
hrabia  pomyślał  -  jak  zwykł  to  często  czynić  -  że  wymagają 
one renowacji i zmiany wystroju. 

Znajdowały  się  tam  skarby,  zwłaszcza  obrazy  o 

niewyobrażalnej  wartości.  Były  jednak  źle  wyeksponowane  i 
hrabiego,  mającego  niewątpliwie  dobry  smak,  nieustannie 
drażnił  fakt,  iż  królowa  wdowa  wraz  ze  swym  najbliższym 
otoczeniem  zadowala  się  istniejącym  stanem  rzeczy  i  nie  ma 
najmniejszego zamiaru wprowadzać jakichkolwiek zmian. 

Lokaj w błyszczącej królewskiej liberii otworzył mu drzwi 

do  prywatnego  salonu  królowej  wdowy  i  hrabia  stwierdził  - 
jak się tego zresztą spodziewał - że królowa jest sama. 

Skłonił się zgodnie z etykietą i nie był  wcale zaskoczony 

widząc błysk podziwu w jej oczach. 

Przyzwyczaił  się  do  takiego  błysku  zawsze,  gdy  jakaś 

kobieta  -  starsza  lub  młoda  -  spoglądała  na  niego,  i  pewnie 
zdziwiłby się, gdyby było inaczej. Jednak w oczach królowej 
wdowy odkrył również niepokój. 

 -  Posłałam  po  ciebie,  Wiktorze  -  odezwała  się  cichym 

głosem - by cię powiadomić o pewnej bardzo ważnej sprawie. 
Chcę, byś usłyszał o tym ode mnie, a nie od osób postronnych. 

 - Cóż takiego mogło się wydarzyć? - spytał hrabia. 
Mówiąc  to  podejrzewał,  że  może  doniesiono  królowej 

wdowie  o  niechlubnej  biesiadzie,  jaką  niedawno  u  siebie 
wyprawił.  Już  w  trakcie  zabawy  myślał,  że  zachowanie  jego 
gości może wywołać skandal. 

Społeczeństwo  jednak,  nawet  holenderskie,  akceptowało 

lekkość  obyczajów  i  frywolność  ludzi  teatru,  a  już  ze 
szczególnym  pobłażaniem  patrzono  na  Francuzów.  Uznał 

background image

więc za mało prawdopodobne, by ktoś poinformował królową 
wdowę  o  niektórych  pożałowania  godnych  ekscesach  owej 
nocy,  choć  nigdy  nie  można  mieć  całkowitej  pewności,  czy 
nie  znajdzie  się  ktoś,  kto  będzie  sączył  jej  do  ucha  zjadliwe 
uwagi, i czy nie wynikną z tego jakieś kłopoty. 

 -  Co  jest  przyczyną  zmartwienia  waszej  wysokości?  - 

zapytał. - Jeśli o mnie chodzi, mogę tylko wyrazić najgłębszy 
żal, że wasza wysokość ma kłopoty. 

Zawsze  tytułował  królową  wdowę  oficjalnie  wiedząc,  że 

docenia fakt, iż nie wykorzystuje ich pokrewieństwa. 

 -  Jestem  rzeczywiście  zmartwiona  -  odparła  -  i  obawiam 

się, Wiktorze, że nie jesteś tu bez winy. 

Hrabia uniósł ze zdziwieniem brwi. 
Nie  obawiał  się  tak  naprawdę  tego,  co  może  usłyszeć. 

Wiedział  aż  nadto  dobrze,  jak  łatwo  rozdmuchać 
najdrobniejszą plotkę w kręgach dworskich. Zresztą przywykł 
już  do  tego,  że  podejrzewano  go  zawsze  o  różne  niecne 
sprawki. 

Królowa wdowa zaczerpnęła głęboko powietrza, jakby jej 

go zabrakło, po czym powiedziała: 

 - Luiza van Heydberg zabiła się wczorajszej nocy!  
Mówiła  bez  emocji,  a  mimo  to  wydawało  się,  że  jej 

monotonny głos wypełnia cały pokój i odbija się niczym echo. 

Hrabia wpatrywał się w nią z niedowierzaniem. 
 - Nie wierzę! - wykrztusił wreszcie z siebie. 
 - A jednak to prawda. Połknęła tyle pigułek nasennych, że 

wystarczyłoby,  aby  zabić  dwóch  silnych  mężczyzn.  Kiedy 
pokojówka znalazła ją dziś rano, nie żyła od ośmiu, dziesięciu 
godzin. 

 - Wielki Boże! 
Hrabia wyrzucił te słowa z siebie. Następnie zapominając 

o  obowiązującym  na  dworze  ceremoniale,  przemaszerował 

background image

przez  pokój  i  stanął  przy  oknie  wychodzącym  na  ogołocony 
ogród szarzejący na tle listopadowego nieba. 

 - Uczynię wszystko, co w mej mocy, aby twoje nazwisko 

nie  było  w  to  zamieszane  -  odezwała  się  po  chwili  królowa 
wdowa - nie chcę dopuścić do skandalu. 

 -  Dlaczego  miałbym  mieć  coś  z  tym  wspólnego?  - 

buńczucznie zapytał hrabia. 

 - Ponieważ Luiza pokłóciła się z Wilhelmem o ciebie. 
 - O mnie? 
 -  Napisała  do  ciebie  list,  list  intymny,  jak  dobrze 

rozumiem, którego żaden mąż nie mógłby tolerować. 

 - W jaki sposób Wilhelm go zobaczył? 
 -  Luiza  pisała  w  swoim  salonie,  kiedy  Wilhelm  wszedł 

nieoczekiwanie.  Miała  występek  wypisany  na  twarzy  i 
próbowała zasłonić list, odebrał go jej siłą. 

 - To właśnie jest w stylu Wilhelma! - rzucił hrabia ostro. 
Królowa wdowa westchnęła. 
 -  Wiesz  równie  dobrze  jak  ja,  jak  jest  zazdrosny,  a  gdy 

chodzi o ciebie, nie można mu się dziwić. 

 -  Między  nami  wszystko  jest  skończone od dwóch...  nie, 

prawie trzech miesięcy. 

 - Być może z twojego punktu widzenia - odparła królowa 

wdowa - lecz Luiza była nadal w tobie zakochana i zachowała 
się,  muszę  przyznać,  w  sposób  zbyt  impulsywny.  -  Królowa 
wdowa zamilkła na chwilę, po czym dodała: - Umarła więc. 

Hrabia wpatrywał  się nie  widzącymi  oczyma  w  starannie 

utrzymany  park  za  oknem.  Już  nieraz  żałował,  że  zbyt 
pochopnie  związał  się  z  baronową  van  Heydberg,  jedyną 
atrakcyjną kobietą na dworze królowej wdowy. 

Na  ogół  wszystkie  damy  dworu  były  otyłe,  w  średnim 

wieku  i  przysadziste,  toteż  sam  ich  widok  kojarzył  mu  się  z 
kleistym kisielem i kluskami oblanymi tłuszczem, których nie 
cierpiał w dzieciństwie. 

background image

Luiza  van  Heydberg  natomiast  była  jak  świeży  podmuch 

wiosny  w  zimowy  dzień.  Piękna,  zgrabna  i  bardzo  młoda, 
zajmowała na dworze pozycję odpowiadającą wysokiej randze 
w hierarchii dworskiej jej męża. 

Była  drugą  żoną  barona,  na  tyle  młodą,  że  niektórzy 

sądzili,  iż  jest  jego  córką.  Ani  trochę  nie  była  zakochana  w 
mężczyźnie, którego poślubiła. Baron odkrył to niebawem po 
ślubie. 

Ponieważ wywodziła się z rodziny, która nie liczyła się w 

eleganckim  świecie,  małżeństwo  to  stanowiło  dla  niej 
doskonałą  partię  i  rodzice  Luizy,  którzy  nie  dowierzali 
własnemu szczęściu, z zachwytem mu przyklasnęli. Nieważne 
było,  że  baron  jest  po  pięćdziesiątce  i  że  jego  obsesja  na 
punkcie Luizy od chwili, gdy tylko ją ujrzał, może wzbudzić 
w młodziutkiej dziewczynie raczej strach, a nawet odrazę. Dla 
nich liczyło  się  jedynie,  że  jako  baronowa  van  Heydberg  ich 
córka będzie damą dworu królowej wdowy i zyska pozycję, o 
jakiej nawet nie marzyli. 

Dla hrabiego związek z Luizą był tylko kolejnym flirtem, 

dzięki któremu obowiązki na dworze stawały się łatwiejsze do 
zniesienia. 

Nie  miał  zamiaru  utrzymywać  intymnych  stosunków  z 

kobietą  zamężną,  nie  chciał  też  być  tematem  plotek 
towarzyskich,  które  poszukiwacze  skandali  z  lubością 
rozpowiadali na jego temat. 

A  jednak  fakt,  że  Luiza  nie  odrzuciła  jego  awansów, 

zdecydowanie  pochlebiał  jego  próżności.  Młoda  kobieta  nie 
kryła,  że  ucieleśniał  wszystko,  o  czym  marzyła  w  swoich 
dziewczęcych  snach,  i  że  był  romantycznym  bohaterem,  do 
jakiego od dawna wzdychała. 

 - Uwielbiam cię! - rzekła pewnego razu. - Wyglądasz jak 

Apollo. Wnosisz światło w otchłań mojego życia. 

background image

Hrabiego, mimo że odczuwał przesyt pięknymi kobietami 

i  „sprawami  sercowymi",  w które był  bez przerwy uwikłany, 
wzruszała siła uczucia, jakie Luiza żywiła do niego. Ale jakieś 
trzy  miesiące  temu  uświadomił  sobie,  iż  sprawy  przybierają 
niebezpieczny obrót. 

Luiza  była  w  nim  do  tego  stopnia  zakochana,  że  nie 

potrafiła  ukryć  swoich  uczuć,  nawet  gdy  czuła  na  sobie 
surowe,  krytyczne  spojrzenia  tych,  dla  których  etykieta 
dworska stanowiła rzecz świętą. Błagała go, by częściej się z 
nią spotykał. Gotowa była podjąć każde ryzyko, aby tylko być 
razem  z  ukochanym.  Pragnęła,  by  ją  pieścił  i  całował  nie 
zważając, że jej mąż znajduje się w pobliżu. 

Hrabia  zaczął  się  bać.  Czuł  się  jak  ktoś,  kto  zrobił  małą 

dziurkę w tamie, a teraz patrzy,  jak przez nią wlewa się całe 
morze pochłaniające i jego, i wszystko dokoła. 

I  tak  jak  robił  to  dotychczas  w  podobnych  przypadkach, 

starał się z tej niezręcznej sytuacji jakoś wyplątać. Chciał  się 
uwolnić od uścisków, pożądliwych, spragnionych pocałunków 
warg, nieustępliwych żądań. 

Intuicja  kobiety  podpowiedziała  Luizie,  co  się  za  tym 

kryje. Dlatego też zasypywała go Ustami i liścikami, a kiedy 
zostawali  sami,  błagała,  by  kochał  ją  bez  opamiętania, 
wprawiając hrabiego w pewne zakłopotanie. 

Zbyt  późno  zdał  sobie  sprawę,  że  Luiza  jest  kobietą 

impulsywną,  wręcz  nieobliczalną,  i  że  spowodował  lawinę, 
której nie jest w stanie powstrzymać. 

 -  Nie  zapominaj,  Luizo,  że  jesteś  mężatką  -  powtarzał 

przy każdej okazji. - Masz obowiązki wobec męża. Jeżeli nie 
będziesz  ostrożna,  baron  wywiezie  cię  na  wieś  i  już  nigdy 
więcej się nie zobaczymy. 

Mówiąc  tak,  myślał,  że  właściwie  to  byłoby  najlepsze 

rozwiązanie,  ale  jego  słowa  wywoływały  strumienie  łez  i 

background image

protesty.  Kiedyś  Luiza  nawet  uklękła  u  jego  stóp,  błagając  z 
mokrymi od łez policzkami, aby nie odchodził. 

Wobec  kobiet  hrabia  zawsze  zajmował  postawę 

dominującą.  W  istocie  jego  imię  pasowało  do  niego  w  tym 
sensie, iż był zwycięzcą, zdobywcą, a kobiety, które znalazły 
się  w  jego  objęciach,  ulegały  mu  całkowicie  we  wszystkim, 
czego od nich zażądał. Jednakże większość z nich była na tyle 
rozsądna i wyrafinowana, by chronić swą reputację. 

Hrabia  nieraz  myślał  z  cynizmem,  że  to  właśnie  kobiety 

(nawet  w  chwili  największego  uniesienia)  nasłuchiwały 
odgłosu kroków na schodach, skrzypienia drzwi, najlżejszego 
dźwięku, który groził zdemaskowaniem. 

Zrozumiał, 

że 

popełnił 

błąd, 

uwodząc 

tak 

niedoświadczoną  istotę  jak  Luiza.  Można  go  jednak  było 
usprawiedliwić,  że  nie  przewidział  jej  reakcji:  była  wszak 
zamężna od czterech lat, dała mężowi upragnionego potomka, 
nie mogła wiec uchodzić za młodą, niewinną mężatkę. 

Nie wziął jednak pod uwagę tego, że Luiza nigdy jeszcze 

nie  kochała  żadnego  mężczyzny.  I  teraz  była  niczym  rażona 
piorunem.  Odkąd  dała  się  ponieść  rozbudzonej  po  raz 
pierwszy namiętności, świat przestał dla niej istnieć. 

Natomiast hrabia był bardzo doświadczonym kochankiem. 

Potrafił pieścić kobietę z wyjątkową czułością i delikatnością i 
choć  mężczyźni  uważali,  że  jest  pozbawiony  skrupułów,  w 
intymnych  chwilach  czasem  zaskakiwał  swoją  subtelnością  i 
łagodnością, której później się wstydził, 

Gdy stał teraz w salonie królowej, uświadomił sobie, że w 

ciągu wszystkich lat miłosnych podbojów nie spotkał kobiety, 
która byłaby w nim tak do szaleństwa zakochana jak Luiza. 

Głośno, nie odwracając się, spytał: 
 -  Co  Wilhelm  zamierza  w  tej  sprawie  uczynić,  wasza 

wysokość? 

background image

 -  Już  z  nim  rozmawiałam  -  odparła  królowa  wdowa.  - 

Jest, jak można się było spodziewać, niezwykle rozgoryczony 
i gdyby tylko mógł, zabiłby cię! 

 -  Sądzę,  że  to  mało  prawdopodobne  -  zauważył  hrabia 

lakonicznie. 

 - Nie w tym rzecz - odpowiedziała ostro królowa wdowa. 

-  Wiesz  równie  dobrze  jak  ja,  Wiktorze,  że  jeśli  sprawa 
nabierze rozgłosu, wybuchnie skandal, który odbije się echem 
po całej Europie i wyrządzi nam krzywdę. A do tego nie chcę 
dopuścić.  Postanowiłam,  zostając  regentką,  że  dwór,  na 
którym  wzrasta  Wilhelmina,  musi  stanowić  wzór  moralnej 
czystości i przyzwoitości. 

Hrabia  chciał  powiedzieć:  „Bardzo  chwalebne!",  ale  bał 

się,  że  może  to  zabrzmi  sarkastycznie.  Dwór  holenderski 
nigdy nie był niczym innym niż wzorem nudnej, pozbawionej 
wyobraźni  monarchii,  której  nikt  nie  miał  zamiaru 
naśladować. Sądząc jednak z powagi, z jaką królowa  wdowa 
do  niego  przemawiała,  hrabia  wiedział,  że  była  mocno 
przeświadczona o słuszności swego postanowienia. 

 -  Chyba  zdajesz  sobie  sprawę  -  mówiła  dalej  -  że  ty  i 

Wilhelm  nie  możecie  się  spotkać.  Dlatego  też  podjęłam 
decyzję,  która  jak  sądzę,  w  każdym  razie  na  jakiś  czas 
rozwiąże ten problem. 

Hrabia odwrócił się od okna. 
 - A więc czego sobie życzysz, łaskawa pani? - spytał. 
 -  Otóż  postanowiłam  -  odparła  królowa  wdowa  -  że 

musisz  stąd  natychmiast  wyjechać.  Wyruszysz  na  pokładzie 
statku,  który  odpływa  dziś  wieczorem  z  Szetlandów  do  Indii 
Wschodnich. 

 - Do Indii Wschodnich? 
Hrabia  był  tak  zaskoczony,  że  wypowiedział  te  słowa 

nieco za głośno. 

background image

 - 

Poinformuję  Radę  Królewską,  iż  otrzymałam 

niepokojące wieści z wyspy Bali - ciągnęła królowa wdowa - i 
że  wysłałam  ciebie  jako  swego  osobistego  doradcę,  byś  w 
raportach donosił, co się dzieje w tej części świata. 

 - Bali! - powtórzył hrabia, jak gdyby nigdy przedtem nie 

słyszał o tej wyspie. 

 - Jeśli dzisiaj wyjedziesz - kontynuowała królowa wdowa 

- Wilhelm ogłosi śmierć żony dopiero jutro, kiedy ty będziesz 
już poza krajem. 

 -  W  jaki  sposób  uda  mu  się  to  odwlec?  -  odruchowo 

spytał hrabia, 

 -  Na  szczęście  doktor,  który  został  wezwany  do  Luizy, 

jest  jednym  z  moich  prywatnych  lekarzy  -  odparła  królowa 
wdowa - tylko on, Wilhelm, ty i ja wiemy, że Luiza nie żyje - 
poza,  oczywiście,  jej  osobistą  służącą,  która  znała  ją  od 
dziecka, ale do niej można mieć pełne zaufanie. 

Hrabia  nie  odezwał  się,  toteż  po  chwili  królowa  wdowa 

ciągnęła dalej: 

 -  Powinieneś  być  bardzo  wdzięczny  Wilhelmowi,  że 

kiedy znalazł Luizę martwą, natychmiast przyszedł do mnie z 
pytaniem,  co  ma  robić.  Służąc  od  dawna  Koronie,  był 
świadom,  iż  wiadomość  o  czynie  jego  żony  może  przynieść 
uszczerbek monarchii. 

 -  Życzeniem  waszej  wysokości  jest,  bym  wyjechał 

dzisiaj? 

 -  Jeżeli  chcesz  zdążyć  na  statek,  o  którym  mówiłam, 

pozostało  ci  zaledwie  kilka  godzin  na  spakowanie  rzeczy.  - 
Zamilkła,  jakby  oczekując,  że  hrabia  się  odezwie,  ponieważ 
nadal  nic  nie  mówił,  kontynuowała:  -  Przed  odjazdem 
otrzymasz  listy  uwierzytelniające  i  tajne  dokumenty,  które 
zawieziesz  w  moim  imieniu,  oraz  oczywiście  nazwiska  tych 
dostojników,  z  którymi  przeprowadzisz  rozmowy  po 
przyjeździe na Bali. 

background image

Hrabia wciąż milczał i królowa wdowa, która dobrze znała 

swego kuzyna, pomyślała, że w tej chwili po raz pierwszy w 
życiu stracił pewność siebie. 

Spojrzała na jego przystojną twarz i wyraz jej oczu nieco 

złagodniał, i przybrała bardziej życzliwy ton, gdy przemówiła: 

 -  Przykro  mi,  że  tak  się  stało,  Wiktorze,  ale  winę  za  to 

ponosisz tylko ty sam. 

 - Tak, tylko ja! - przyznał hrabia. 
Było  to  zdanie,  które  raz  po  raz  powtarzał  sobie  w 

myślach przez cały rejs. 

Statek, na którym podróżował, był wygodny, a hrabiego w 

dowód  szacunku  dla  jego  tytułu  i  prestiżu  traktowano  po 
królewsku  od  chwili  wejścia  na  pokład.  Kiedy  podczas 
długich dni i jeszcze dłuższych nocy na morzu zaglądał w głąb 
samego  siebie,  przyznawał,  że  własne  grzechy  doprowadziły 
go do sytuacji, w jakiej się znalazł, i że w pełni zasługuje na 
karę. 

Hrabia  był  niezwykle  inteligentnym  mężczyzną  i  -  choć 

gotów przyjąć na siebie winę za śmierć Luizy - jednocześnie 
zdawał  sobie  sprawę,  że  to  samo  mogło  się  przytrafić 
każdemu  mężczyźnie,  który  rozbudziłby  jej  uczucia.  Ale  nie 
stanowiło to dla niego żadnej pociechy. Musiał porzucić swoje 
włości  i  liczne  rezydencje,  które  urządził  podług  własnego 
gustu  i  ku  ogólnemu  podziwowi,  oraz  wiele  zajęć,  którym  z 
upodobaniem się oddawał. 

To, co najbardziej mu teraz doskwierało, to nuda podróży 

morskiej. 

Jedyną  rozrywką  były  książki.  Starannie  dobrał  sobie 

lekturę,  zostawiając  lokajowi  troskę  o  inne  przedmioty 
osobistego użytku. 

Poza  czytaniem  trudno  było  znaleźć  jakieś  wypełniające 

czas  zajęcie,  gdyż  poziom  intelektualny  reszty  pasażerów,  a 

background image

nawet  kapitana,  dał  mu  się  we  znaki  na  długo,  zanim  dotarli 
do Morza Czerwonego. 

Miał natomiast mnóstwo czasu, by dowiedzieć się czegoś 

o  Bali  z  lektury.  Niewiele  słyszał  o  tej  wyspie  i  z  niejakim 
zdziwieniem  odkrył,  że  jedynie  jej  północna  część  należy  do 
Holandii. 

Wyobrażał  sobie,  iż  podobnie  jak  na  Jawie  rządzą  tam 

niepodzielnie  jego  rodacy;  tymczasem  większa  część 
terytorium  Bali  znajdowała  się  ciągle  pod  panowaniem 
radżów. 

Dla hrabiego było rzeczą naturalną, że Holendrzy powinni 

za  wszelką  cenę  skonsolidować  swoje  imperium  na 
wschodzie, ale wiedział, że o agresji mówi się dziś niechętnie 
i  dla  usprawiedliwienia  podboju  należy  znaleźć  jakiś 
wiarygodny pretekst, który zarówno uspokoiłby sumienie, jak 
i  usankcjonował  ekspansję.  Powodzenie  agresji  otworzyłoby 
drogę podboju sąsiedniej wyspy Lombak. 

Hrabia mógł w różnych sytuacjach uchodzić za człowieka 

bez  skrupułów,  lecz  nienawidził  nierównej  walki  czy  to 
pomiędzy ludźmi, czy też narodami. Aż nadto dobrze zdawał 
sobie  sprawę,  że  choć  radżowie  i  ich  świta  byli  dzielnymi 
wojownikami,  nie  mogliby  stawić  czoła  karabinom 
maszynowym i nowoczesnym armatom. Podejrzewał również, 
że  Holendrzy  jako  kolonizatorzy  są  okrutni  i  niewrażliwi  na 
krzywdę  ludzką,  toteż  postanowił,  że  jeśli  zauważy  jakieś 
uchybienia,  nie  zawaha  się  przed  podjęciem  odpowiednich 
kroków po powrocie do kraju. 

Ale o tym na razie nie mogło być mowy. 
Poza  tym  podróż  do  celu  tak  go  znudziła,  że nie  mógłby 

myśleć  o  podjęciu  równie  nużącej  podróży  powrotnej. 
Jakkolwiek  wyglądało  życie  na  Bali,  powtarzał  sobie,  będzie 
musiał  jakoś  się  tu  urządzić,  gdyż  tego  właśnie  żądała  od 
niego królowa wdowa. 

background image

Wiedział, że po ukończeniu swej misji będzie mógł w tej 

części  świata  zwiedzić  wiele  interesujących  miejsc.  Z  wielką 
chęcią  odwiedziłby  Indie  i  porównał  Brytyjczyków  jako 
kolonizatorów  z  jego  rodakami  w  tej  samej  roli.  Wart 
zwiedzenia był także Syjam, a może nawet - już bliżej Europy 
-  Persja  i  Konstantynopol.  Nazwy  tych  miejsc  brzmiały 
zdecydowanie  bardziej  pociągająco  niż  Bali,  toteż  hrabia 
nieco poweselał na samą myśl o nich. 

Przywołał się jednak do porządku. Stwierdził, ze najpierw 

obowiązki,  i  spoglądając  dookoła  krytycznym  okiem, 
postanowił  jak  najszybciej  przygotować  pierwszy  raport  dla 
królowej wdowy. 

W  porcie  oczekiwał  go  gubernator  w  jakimś  niezwykle 

staroświeckim  powozie  zaprzężonym  w  konie,  których 
posiadanie poczytywano by w Holandii za dyshonor. 

Gubernator  był  wysokim,  otyłym  mężczyzną  około 

czterdziestki; kolor jego twarzy  kazał  hrabiemu podejrzewać, 
że  lubi  zaglądać  do  kieliszka.  Mówił  ostrym,  urywanym 
głosem człowieka przyzwyczajonego do wydawania poleceń i 
hrabia  odniósł  wrażenie,  że  nie  bez  wysiłku  przychodzi  mu 
zachowanie  uprzejmej  i  życzliwej  postawy  wobec  swego 
gościa. 

 - Nie mogliśmy się doczekać pańskiej wizyty, Mijnheer! - 

powiedział. 

Hrabia był niemal pewien, że to nieprawda, ale skwitował 

tę  uwagę  słabym  uśmiechem,  gdy  zaś  wyjeżdżali  z  portu, 
rozglądał się w taki sposób, aby gubernator pomyślał, że jest 
niezwykle zainteresowany tym, co widzi dokoła. 

Z  książek, które czytał  w  czasie  podróży, dowiedział się, 

że kobiety na wyspie są niezwykle urodziwe. Teraz mógł się o 
tym przekonać na własne oczy. 

background image

Zwyczaj  noszenia  wszystkiego  na  głowie  sprawiał,  że 

poruszały  się  jak  boginie.  Były  przy  tym  smukłe  niczym 
kwiaty na długich łodygach. 

Intrygowało  też  hrabiego,  że  były  nagie  do  pasa,  a  ich 

ciała  koloru  złota  przysłaniały  jedynie  naszyjniki  z  korali, 
które  przy  każdym  kroku  kołysały  się  i  lśniły  w  słońcu. 
Zarówno mężczyźni, jak i kobiety mieli we włosach kwiaty. 

Gubernator, jak gdyby czując, iż hrabia chciałby usłyszeć 

coś właśnie na ten temat, zaczął dość obcesowo rozwodzić się 
nad atrakcyjnością płci pięknej na Bali. 

 - Musi pan zobaczyć je w tańcu - powiedział. - Jest to coś, 

co warto obejrzeć, i jestem pewien,  Mijnheer, że spodoba się 
też panu walka kogutów. 

Hrabia nic nie odpowiedział. 
Był to sport, którego nie cierpiał, ale wiedział z lektury, że 

Balijczycy  pasjonują  się  nim,  tak  jak  niewątpliwie  ich 
kolonizatorzy. 

 - Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by się pan tu nie 

nudził  -  ciągnął  gubernator  -  choć  obawiam  się,  że  tutejsze 
życie  wyda  się  panu  monotonne.  Na  północy  nie  toczą  się 
żadne  walki.  Już  nasza  w  tym  głowa.  -  Wyszczerzył  zęby  w 
uśmiechu  i  mówił  dalej:  -  Tymczasem  radżowie  z  południa 
bez  przerwy  walczą  ze  sobą,  tak  że  wcześniej  czy  później 
dostarczą nam pretekstu, aby wkroczyć i zaprowadzić pokój. 

 -  Czy  rzeczywiście  zamierza  pan  tak  uczynić?  -  spytał 

hrabia, skrzywiwszy usta. 

Gubernator uśmiechnął się. 
 - Dla wieśniaka każdy władca jest taki sam. 
 - Wątpię, czy tak jest rzeczywiście - skomentował hrabia, 

ale nie chciał dalej rozwijać tego tematu. 

Dotarli do pałacu gubernatora zbudowanego w stylu, jaki 

można  było  spotkać  niemal  wszędzie  na  Wschodzie.  W 
obszernych,  wysoko  sklepionych  komnatach  pod  sufitem 

background image

poruszały  się  punkah,  ale  pomimo  to  ciężkie,  wilgotne 
powietrze zdawało się przytłaczać. 

Przejazd  z  portu  trwał  długo,  więc  gubernator 

zaproponował,  by  hrabia  odpoczął  w  swoim  apartamencie. 
Ten jednakże odmówił i kiedy zasiadł w dużym i wygodnym 
salonie  -  podczas  gdy  gubernator  zamawiał  napoje  -  odezwał 
się z nutą stanowczości w głosie: 

 -  Pragnąłbym  podczas  mojego  tu  pobytu  zapoznać  się  z 

pracą  pańskiej  administracji.  Królowa  wdowa  prosiła  mnie, 
bym sporządził specjalny raport o sytuacji w północnej części 
Bali. 

 - Podejrzewałem, że po to właśnie pan tu przybył - odparł 

gubernator. - Mam tylko nadzieję, że pański raport ułatwi nam 
zdobycie  większej  liczby  karabinów  i  armat,  dzięki  którym 
moglibyśmy podbić resztę wyspy. 

 - Nie do tego zmierzam - odrzekł hrabia - ale, skoro pan 

sobie tego życzy, nie omieszkam zamieścić pańskiej prośby w 
moim raporcie. 

 -  Podbój  południa  leży  w  naszym  interesie  -  stwierdził 

gubernator. 

Miał  właśnie  coś  jeszcze  powiedzieć,  gdy  podszedł  do 

niego służący. 

 - O co chodzi? - zapytał rozdrażnionym tonem. 
 - Juffrouw Barclay, którą pan zaprosił na wczoraj, właśnie 

przybyła, wasza ekscelencjo. 

 - Zaprosiłem ją na wczoraj! - ostro rzucił gubernator. 
 -  Sądzę,  że  Juffrouw  zamierza  pana  przeprosić,  wasza 

ekscelencjo, gdyż nie mogła przyjść. 

Gubernator wstał z miejsca. 
 -  Proszę  mi  wybaczyć  -  zwrócił  się  do  hrabiego  -  ktoś 

chciałby się ze mną zobaczyć. 

 - Barclay to chyba nieholenderskie nazwisko. 
 - Młoda dama jest istotnie Angielką. 

background image

 - Angielka? Tu na Bali? 
Jak  gdyby  niechętnie  udzielając  informacji,  gubernator 

powiedział: 

 -  Przybyła  tutaj  ze  swym  wujem  misjonarzem,  który  był 

Holendrem. 

 - 

Misjonarzem?! 

wykrzyknął  hrabia  wyraźnie 

zaskoczony. 

Z  książek,  które  studiował  w  czasie  podróży,  dowiedział 

się,  że  w  1877  roku  uchwalono  ustawę  zakazującą 
misjonarzom osiedlania się na Bali. 

 -  Zapewne  pan  nie  wie  -  wyjaśnił  gubernator,  widząc 

zdziwienie  na  twarzy  hrabiego  -  że  w  zeszłym  roku 
tymczasowo przyznano prawo nauczania zarówno katolickim, 
jak i protestanckim misjonarzom. 

 - Nie wiedziałem tego - przyznał hrabia. 
 -  Sądzę,  że  stało  się  tak  za  sprawą  kościołów  różnych 

wyznań, które uważały, że nie wypełniamy właściwie naszych 
obowiązków,  skoro  ci  poganie  ciągle  odrzucają  korzyści  i 
dobrodziejstwa płynące z chrześcijaństwa. 

 - Wydawało mi się, że Balijczycy mają własną religię. 
 - To prawda. 
 - Wiem również, iż smutny los  pierwszego nawróconego 

tu chrześcijanina urósł do rangi legendy - rzekł hrabia. 

Była  to  historia,  o  jakiej  czytał  w  każdej  przeglądanej 

książce o wyspie. Mężczyzna ów miał na imię Nikodem i był 
jednocześnie  uczniem  oraz  służącym  pierwszego  misjonarza, 
który postawił swą stopę na Bali. 

Kiedy  społeczność,  do  której  należał,  dowiedziała  się,  że 

został  chrześcijaninem,  wypędzono  go  z  rodzinnej  wioski, 
zabroniono wszelkich kontaktów z pobratymcami i ogłoszono 
moralnie „martwym". 

Nieszczęśnik próbował nawrócić innych wieśniaków, lecz 

ci, sterroryzowani  pogróżkami  swoich kapłanów, nie słuchali 

background image

jego nauk. Zlekceważony przez  wszystkich, biedny Nikodem 
nie  miał  lekkiego  życia,  aż  pchnięty  rozpaczą  zabił  w  końcu 
swojego mistrza i oddał się w ręce sprawiedliwości, by zostać 
skazanym na śmierć. 

Nic w tym dziwnego, pomyślał hrabia, że wprowadzono w 

życie  prawo  zakazujące  misjonarzom  ich  działalności.  Z 
trudem  przyszło  mu  uwierzyć,  że  zaledwie  czternaście  lat 
później  sytuacja  na  tyle  się  zmieniła,  że  chrześcijańscy 
misjonarze znów zostali wpuszczeni na wyspę. 

Spojrzał  na  gubernatora  i  doznał  wrażenia,  jakby  ten  coś 

przed nim ukrywał. 

Powodowany impulsem, hrabia rzekł: 
 - Chciałbym poznać tę kobietę, która przybyła tu, by się z 

panem  zobaczyć.  Ciekaw  jestem,  jak  wygląda  praca  w  jej 
misji. 

 -  To  nie  jest  jej  misja  -  kwaśno  zauważył  gubernator.  - 

Należała do jej wuja. 

 - Ale ona z nim pracuje? 
 - On umarł. 
 - Umarł? - zapytał hrabia. 
 - Tak, dwa miesiące temu. 
 -  Śmiercią  naturalną  czy  został  zabity?  -  Śmiercią 

naturalną. 

 -  Przypuszczam,  że  jego  siostrzenica  kontynuuje  jego 

pożyteczną pracę. Chciałbym z nią porozmawiać. 

Hrabia podejrzewał, że gubernator pod jakimś pretekstem 

nie  dopuści,  by  przedstawić  mu  kobietę,  która  czekała  na 
zewnątrz.  I  choć  było  to  tylko  przelotne  wrażenie,  miał 
pewność,  że  się  nie  myli  i  że  z  jakichś  powodów  gubernator 
byłby niechętny jego kontaktom z tą „Miss Barclay". 

Przez  krótką  chwilę  oczy  obu  mężczyzn  spotkały  się  i 

wydawało  się,  że  toczy  się  między  nimi  milcząca  walka.  Po 
czym gubernator skapitulował. 

background image

 - Poproś  Juffrouw  do  salonu  -  powiedział  do  służącego  i 

usiadł z powrotem na krześle. 

Hrabia  był  zaintrygowany.  Czyżby  tak  prędko  od  chwili, 

kiedy postawił swą stopę na Bali, miał być świadkiem czegoś, 
czego  gubernator  nie  życzył  sobie  przed  nim  ujawniać? 
Rozbawiło  go,  że  był  w  stanie  narzucić  swoją  wolę 
dostojnemu  urzędnikowi,  który  jak  okazało  się  przy 
pierwszym  spotkaniu,  nadużywał  przywilejów  przynależnych 
gubernatorowi i nie miał zamiaru z nich rezygnować. 

Żaden  z  mężczyzn  się  nie  odezwał,  aż  służący  przy 

drzwiach zaanonsował: 

 -  Juffrouw  Roksana  Barclay,  wasza  ekscelencjo. 

Wymówił  z  błędami  oba  angielskie  słowa,  ale  hrabia 
zrozumiał,  co  ów  usiłował  powiedzieć.  Po  czym  do  pokoju 
weszła  szczupła  młoda  kobieta,  która  poruszała  się  z  gracją 
Balijki. 

Zdawało  się,  że  unosi  się  nad  drewnianą  podłogą  w 

kierunku,  gdzie  siedział  gubernator  z  hrabią.  Miała  na  sobie 
prostą  białą  sukienkę  z  obcisłym  stanikiem,  podkreślającym 
krągłość piersi i szczupłość talii. Z tyłu suknia zebrana była w 
tiurniurę, której  fałdy nadawały  dziewczynie  wygląd greckiej 
bogini  -  wrażenie  to  potęgował  jej  sposób  trzymania  głowy  i 
piękne włosy. 

Hrabiego zdziwiło jednak, że jest wbrew zwyczajowi bez 

kapelusza;  miała  za  to  parasolkę,  która  chroniła  jej 
nieskazitelnie białą skórę przed palącymi promieniami słońca. 

Jej  włosy  nie  były  zwyczajnie  złote  jak  łan  pszenicy  czy 

promienie  słońca,  jeśli  użyć  słów  poety,  miały  kolor 
pierwszych jesiennych liści o rdzawym odcieniu. Z tyłu głowy 
związane  były  w  węzeł,  lecz  niesfornie  wymykały  się  z 
narzuconych  im  rygorów  i  opadały  łagodnie  drobnymi 
loczkami na szyję i czoło. Miała duże zielone oczy ze złotymi 
cętkami  pochodzącymi,  zdawałoby  się,  od  światła 

background image

słonecznego.  Jej  twarz  nie  była  klasycznie  piękna,  ale 
niezwykle oryginalna i pociągająca. 

Kiedy  Roksana  Barclay  zbliżyła  się  do  gubernatora  na 

odległość dwóch metrów, złożyła pełen wdzięku ukłon. 

 - Dzień dobry, wasza ekscelencjo - powiedziała - i proszę 

przyjąć  ode  mnie  wyrazy  ubolewania,  że  nie  przybyłam  tu 
wczoraj, jak mi pan polecił. 

 -  Przywykłem,  iż  spełnia  się  moje  rozkazy  -  odrzekł 

oschle  gubernator  tonem,  który  -  hrabia  to  wiedział  - 
specjalnie  przybrał  z  powodu  jego  tu  obecności,  lecz  oczy 
gubernatora,  kiedy  patrzył  na  stojącą  przed  nim  kobietę, 
wyrażały całkiem inne uczucia. 

 -  Nie  otrzymałam  pańskiej  wiadomości  -  wyjaśniła 

Roksana Barclay. - Przebywałam poza domem. 

 -  W  lesie,  jak  przypuszczam?  -  ostro  rzucił  gubernator.  - 

Niebezpiecznie jest chodzić samej po okolicy, mówiłem to już 
pani. 

 -  Nikt  mnie  nie  skrzywdzi  -  padła  odpowiedź  -  poszłam 

jedynie nazbierać chrustu. 

 - Chrustu?! 
Hrabia nie mógł się powstrzymać, by nie wtrącić okrzyku 

zdziwienia. 

Nie  potrafił  sobie  wyobrazić,  do  czego  tej  eleganckiej 

młodej  dziewczynie  potrzebny  mógł  być  chrust.  Może  do 
gotowania? Ale przecież mogła w tym celu posłać służącego. 

Jak  gdyby  dopiero  teraz  dostrzegła  obecność  obcego 

mężczyzny, Roksana Barclay spojrzała w jego stronę. 

Z widoczną niechęcią gubernator zwrócił się do hrabiego: 
 -  Przedstawiam  panu  Miss  Roksanę  Barclay.  Jak  już 

mówiłem,  jej  obecność  jest  tutaj  tolerowana.  Jej  wuj  miał 
pozwolenie na pozostanie na wyspie przez dwa lata, które już 
wygasło. 

background image

Roksana  ukłoniła  się,  kiedy  gubernator  ją  przedstawiał,  i 

hrabia odruchowo wstał i wyciągnął do niej rękę. 

 -  Cieszę  się,  że  panią  poznałem,  Miss  Barclay  - 

powiedział  w  jej  ojczystym  języku  i  ujrzał  w  oczach 
dziewczyny  radość,  która  sprawiła,  że  wydawały  się  jeszcze 
większe. 

 - Pan mówi po angielsku? 
 -  Mam  nadzieję,  że  na  tyle  dobrze,  by  mogła  mnie  pani 

zrozumieć. 

 -  Jest  pan  zbyt  skromny,  Mijnheer,  mówi  pan  z 

doskonałym akcentem. Jestem zaskoczona! 

 - Dlaczego? 
 -  Może  to  zabrzmi  niegrzecznie,  ale  służący  powiedział 

mi, że przyszłam w nieodpowiednim czasie, gdyż jakiś bardzo 
ważny  dostojnik  holenderski  przebywa  u  gubernatora,  a 
wszyscy  dostojnicy  holenderscy,  jakich  poznałam,  mówią 
wyłącznie w swoim języku. 

 -  To,  co  pani  słyszała  lub  czego  nie  słyszała,  nikogo  nie 

interesuje - ostro rzucił gubernator. 

 - Przepraszam... - wyszeptała Roksana. 
 -  Przeciwnie  -  zaprotestował  hrabia.  -  Mnie  interesuje  i 

chciałbym dowiedzieć się czegoś bliżej, Miss Barclay, o pani 
pracy tutaj. Wyglądała na zdziwioną. 

 -  O...  mojej  pracy?  -  Po  czym  uśmiechnęła  się  ze 

zrozumieniem.  -  Och,  ma  pan  na  myśli  działalność  mojego 
wuja. Ja się tym nie zajmuję. 

 - Pani nie jest misjonarką? 
 -  Nie  i  nie  mam  zamiaru  nawracać  tych  szczęśliwych 

ludzi na wiarę, która jest całkiem obca ich naturze. 

 -  Nie  powinna  pani  tak  mówić  -  zganił  ją  gubernator.  - 

Wie  pani  równie  dobrze  jak  ja,  Roksano,  że  polityką  rządu 
holenderskiego jest krzewienie na wyspie chrześcijaństwa. 

background image

Hrabia znów zaczął podejrzewać, że gubernator tak mówi, 

by  zrobić  dobre  wrażenie.  Jednocześnie  nie  uszedł  uwagi 
hrabiego poufały ton, jakim zwracał się do Angielki. 

Roksana  zignorowała  tę  skierowaną  do  niej  uwagę  i 

powiedziała do hrabiego: 

 -  Powinnam  wyjaśnić,  że  teraz,  kiedy  mój  wuj  nie  żyje, 

interesuje mnie wyłącznie moja praca. 

 - A cóż pani robi? 
 - Rzeźbię w drewnie. 
 - Czy mam rozumieć, że zajmuje się pani snycerstwem? 
 -  To  raczej  zbyt  prozaiczne  określenie  na  coś,  co  jest 

sztuką, zwłaszcza na tej wyspie. 

 - Czytałem, że snycerstwo jest tu powszechnym zajęciem. 

Robi  się  ozdoby  dla  świątyń  i  maski,  które  służą  z  okazji 
różnych świąt. 

Hrabia miał tę satysfakcję, iż mógł zaprezentować się jako 

człowiek oczytany. 

 -  Widzę,  że  pan  dużo  wie  o  tutejszych  obyczajach, 

Mijnheer. - Gubernator był wyraźnie zdziwiony. 

 -  Zawsze  staram  się  dowiedzieć  jak  najwięcej  o  miejscu, 

które  odwiedzam  -  odparł  hrabia.  -  Czy  nie  zechciałaby  pani 
usiąść,  Miss  Barclay?  O  wielu  rzeczach  chciałbym  z  panią 
porozmawiać, podejrzewam, że od Balijczyków niewiele będę 
mógł się dowiedzieć, a tym bardziej od Holendrów. 

Roksana  usiadła  na  krześle,  które  wskazał.  Po  czym, 

zerknąwszy na gubernatora, rzekła: 

 - Jeśli powiem za dużo, czekają mnie kłopoty, 
 - Dlaczego? 
 -  Ponieważ  moja  obecność  jest  tu  zaledwie  tolerowana. 

Sądzę, że dość wielu holenderskich rezydentów już uznało, że 
teraz, skoro mój wuj nie żyje, powinnam opuścić wyspę. 

 -  Mieszka  pani  samotnie?  -  W  głosie  hrabiego  brzmiało 

niedowierzanie. 

background image

 -  Niezupełnie  -  odpowiedziała.  -  Mam  tu  kogoś,  kogo 

uważam  za  wystarczająco dobrego opiekuna:  starszą kobietę, 
która przez wiele lat towarzyszyła mojej ciotce. 

 - To służąca! - gubernator stwierdził sucho. 
 - Moja ciotka traktowała Gertrudę jak towarzyszkę życia, 

którą jest w istocie teraz i dla mnie. 

Gubernator westchnął, jak gdyby rozdrażniony. 
 -  Zaproponowałem,  Mijnheer  -  zwrócił  się  do  hrabiego  - 

żeby  Miss  Barclay,  jeśli  życzy  sobie  pozostać  na  Bali, 
zamieszkała  przy  jakiejś  szanowanej  holenderskiej  rodzinie. 
Mógłbym  z  łatwością  znaleźć  dla  niej  takie  miejsce,  ale  ona 
nie chce się zgodzić. 

 - Wolę mieszkać sama - rzekła Roksana. - Pracuję bardzo 

ciężko  i  czasami  do  późna  w  nocy,  co  z  pewnością 
przeszkadzałoby większości ludzi. 

 -  Powinna  pani  przyjąć  rozwiązanie,  jakie  pani 

zaproponowałem. 

Hrabia zauważył, że Roksana zesztywniała. 
 -  To,  co  pan  zaproponował,  ekscelencjo,  jest  nie  do 

przyjęcia!  Nie  zgodzę  się  na  to  w  żadnym  wypadku!  - 
powiedziała lodowatym tonem. 

background image

R

OZDZIAŁ 

Roksana była zdenerwowana. 
Miała  nadzieję,  że  nie  okazała  tego,  ale  jednocześnie  w 

pełni  zdawała sobie sprawę  z kłopotów, jakich  może narobić 
ów nowo przybyły. 

Już  i  tak  miała  sporo  problemów  z  kobietami  ze 

społeczności  holenderskiej,  które  kategorycznie  żądały,  by 
teraz,  po  śmierci  wuja,  opuściła  Bali.  Zdawała  sobie  sprawę, 
że  były  po  prostu  o  nią  zazdrosne.  Grube,  nieatrakcyjne 
Mevrouws,  z  cerą  wysuszoną  przez  słońce  i  wieloma 
kilogramami  nadwagi  wskutek  nadmiernego  apetytu,  nie 
mogły ścierpieć młodej atrakcyjnej kobiety. 

Obserwowały  ją  podejrzliwie  i  od  momentu,  kiedy 

pojawiła  się  na  Bali,  dawały  jej  do  zrozumienia,  że  zarówno 
misjonarz,  jak  i  jego  krewni  nie  są  osobami  liczącymi  się  w 
towarzystwie. 

Roksana  często  myślała  z  rozbawieniem,  że  zmieniłyby 

natychmiast  swój  stosunek  do  niej,  gdyby  dowiedziały  się, 
kim są jej rodzice. Ale byłoby to zbyt dla niej niebezpieczne, 
toteż  wolała  ich  niechęć  niż  protekcję.  Czasami  myślała  w 
panice, że toczy samotną walkę z przeciwnikiem, który osacza 
ją  z  każdej  strony.  Ale  zaraz  wrodzone  poczucie  humoru 
kazało jej się śmiać z własnych obaw. 

Było  tak  aż  do  chwili,  kiedy  gubernator  stał  się  bardziej 

podstępnym  i  groźnym  wrogiem  niż  Holendrzy,  którzy  mu 
podlegali. 

Gdy  wuj  żonaty  z  jej  ciotką  postanowił  odwiedzić  Bali 

jako misjonarz i zgodził się wziąć ją ze sobą, wydało jej się to 
tak  intrygującą  i  fascynującą  przygodą,  iż  Roksana  każdego 
dnia  składała  modlitwy  dziękczynne,  że  los  się  do  niej 
uśmiechnął. 

background image

Tak się bała, że coś może w ostatniej chwili pokrzyżować 

ich  plany  i  zmusić  do  zrezygnowania  z  podróży  na  Wschód, 
który jawił się w jej oczach niczym Eldorado. 

Lecz wkrótce po śmierci ojca, kiedy Roksana przyjechała 

do Holandii i zamieszkała u siostry swojej matki, zdała sobie 
sprawę,  że  mąż  ciotki  Pieter  Helderik  jest  człowiekiem 
niespokojnym, który nie zaskarbił sobie serc swych parafian. 

Ten  błyskotliwie  inteligentny,  lecz  nadwrażliwy 

mężczyzna  był  kłębkiem  nerwów.  Codzienne  obowiązki 
duchownego stały się dlań nudne i uciążliwe. Jego płomienne 
kazania  poderwałyby  każdego  z  wyjątkiem  nieugiętych 
holenderskich  mieszczan,  których  nie  był  w  stanie  zarazić 
swym  entuzjazmem.  Siedzieli  co  niedzielę  sztywno  w  swych 
kościelnych  ławkach  z  wyrazem  twarzy,  który  według 
Roksany mógł oznaczać tylko jedno - dezaprobatę. 

Uważali  Pietera  Helderika  za  człowieka  nazbyt 

teatralnego,  nazbyt  dramatyzującego  i  nie  chcieli  żywić 
żadnych  wzniosłych uczuć  wobec wyznawanego przez siebie 
Boga  poza  tym,  że  miał  zaspokajać  ich  potrzeby  i  stanowić 
pocieszenie w ich ubogim w wydarzenia życiu. 

 - Jak ich poruszyć? - pewnego razu Pieter Helderik rzekł 

w rozpaczy do siostrzenicy swej żony. 

 -  Sądzę,  że  tylko  dynamit  mógłby  to  uczynić,  wujku 

Pieterze - odpowiedziała Roksana. 

Zaśmiał się z lekkim żalem. 
 - Usiłuję, Bóg jeden wie jak bardzo, przekazać im ducha 

Bożego,  ale  to  zupełnie  tak, jakbym  próbował  przebić  głową 
mur  i  świetnie  zdaję  sobie  sprawę,  że  nic  sobie  nie  robią  z 
moich wysiłków. 

Z  wielkim  trudem,  chodząc  od  urzędu  do  urzędu,  Pieter 

Helderik  uzyskał  zgodę  na  wyjazd  w  celu  działalności 
misyjnej na Bali. 

background image

Popierali go w tym katolicy i udało mu się również uczulić 

opinię  publiczną  na  fakt,  że  błędem  jest  pozostawianie 
podbitego kraju bez oparcia, jakim jest wiara chrześcijańska. 

W  końcu  z  oporami  i  sceptycyzmem,  których  nie 

skrywano,  władze  holenderskie  ustąpiły,  przyznając  czasowe 
pozwolenia 

zaledwie 

kilku 

specjalnie 

wybranym 

misjonarzom.  Miały  być  one  pod  koniec  każdego  roku 
weryfikowane, a te, które już przyznano, obwarowano bardzo 
surowymi warunkami. 

Chwilami Roksana nie była pewna, czy otrzyma zgodę na 

towarzyszenie wujostwu w ich podróży. 

Sądziła  jednak,  że  władze  holenderskie  -  znużone 

nieustannymi petycjami Pietera Helderika - z ulgą pozbędą się 
człowieka, którego uważały za nieznośnego natręta. 

I  tak  małżonkowie  Helderik  i  Roksana  ostatecznie 

odpłynęli  z  Holandii  na  pokładzie  małego  i  niewygodnego 
parowca. Byli tak szczęśliwi, że wyruszyli wreszcie w drogę, 
iż  czuli  się  jak  na  żaglowcu  „Santa  Maria",  który  wraz  z 
Krzysztofem  Kolumbem  wyruszał  na  podbój  nowego 
kontynentu. 

Tylko  ciotka  Agnes  -  jak  później  wspominała  Roksana  - 

nie była zachwycona perspektywą podróży do nowego kraju i 
pozostawieniem swego dotychczasowego życia. 

Była  to  cicha  kobieta,  o  przemiłym  usposobieniu,  która 

uwielbiała  swego  męża  i  która  w  istocie  poszłaby  za  nim  do 
samego piekła, gdyby tylko tego od niej zażądał. 

Roksana była przekonana, że ów zabiera je do nieba. 
Ze  swych  studiów  na  temat  wyspy  Bali  Roksana 

dowiedziała się, że nazywano ją Rajską Wyspą, Czarodziejską 
Wyspą i Wyspą Bogów. Im więcej czytała i dowiadywała się 
o  Bali,  tym  bardziej  była  podekscytowana  na  myśl,  że 
naprawdę  ujrzy  całe  to  piękno,  które  tak  pobudzało  jej 

background image

wyobraźnię i którego nie miała nadziei kiedykolwiek ujrzeć na 
własne oczy. 

Dopiero  na  Morzu  Czerwonym,  kiedy  ciotka  Agnes 

cierpiała  z  powodu  upałów,  Roksana  poznała  jej  sekret:  po 
piętnastu  latach  małżeństwa  z  Pieterem  Helderikiem  Agnes 
zaszła nieoczekiwanie w ciążę! 

 - Gorąco modliliśmy się do Boga, by nas pobłogosławił - 

wyznała swej siostrzenicy - ale oboje straciliśmy nadzieję. 

 - Dlaczego nie powiedziałaś nam o tym przed wyjazdem, 

ciociu? 

 - Gdybym to zrobiła - uśmiechnęła się - Pieter odroczyłby 

wyjazd, a oni mogliby mu cofnąć pozwolenie. 

 - Dlaczego mieliby tak zrobić? 
 -  Holendrzy  wyrazili  się  bardzo  jasno,  że  nie  pozwolą 

misjonarzom z małymi  dziećmi  płynąć na Bali. Nie uważają, 
by było tam bezpiecznie. 

 -  Ciociu  Agnes!  -  wykrzyknęła  Roksana  wyraźnie 

zaniepokojona. - Co cni teraz powiedzą? 

Ciotka uśmiechnęła się. 
 - Być może uda nam się ukryć ten fakt. 
Od  kiedy  ciotka  wyznała  jej  prawdę,  Roksana  zaczęła 

wyobrażać  sobie  liczne  trudności,  z  jakimi  przyjdzie  im  się 
zmierzyć. 

Przede  wszystkim  sam  Pieter  Helderik  nie  może  niczego 

się domyślić, dopóki nie wylądują na wyspie. Ale to wcale nie 
było  trudne!  Pochłonięty  bowiem  całkowicie  perspektywą 
nowego  życia,  nawet  nie  zauważyłby  -  jak  z  uśmiechem 
pomyślała  Roksana  -  gdyby  jego  żona  i  jej  siostrzenica 
zmieniły w nocy kolor skóry! 

Jedyne,  o  czym  myślał  i  co  wypełniało  mu  każdą  wolną 

chwilę  dnia,  to  była  praca,  jakiej  chciał  się  bez  reszty 
poświecić. 

background image

Posiadał,  jak  to  odkryła  Roksana,  rozległą  wiedzę  o 

Balijczykach  i  ich  obyczajach.  Zwykł  przesiadywać  na 
pokładzie bez względu na pogodę, pochylony nad książkami. 
Czytając robił notatki, a następnie pouczał żonę i Roksanę, jak 
powinny postępować, co wolno, a czego nie wolno, żeby nie 
obrazić ludzi, pośród których miały teraz żyć. 

 -  Miesza  mi  się  w  głowie  od  tych  wszystkich  tabu  i 

zakazów! - westchnęła Roksana. 

 - Jeden z naszych przyjaciół w Holandii uprzedzał nas, że 

to  kraina  samych  tabu  -  odparła  pani  Helderik  -  ale 
podejrzewam, że przesadzał i że kiedy już tam dotrzemy, Bali 
okaże się uroczym zakątkiem i będziemy się tam dobrze czuć. 

Mówiła nieco zmęczonym głosem, jak gdyby z trudem jej 

przychodziło  dzielenie  z  mężem  jego  zapału  i  ukrywanie 
przed nim swego często złego samopoczucia. 

Roksana podtrzymywała ją na duchu i dopiero po dotarciu 

na  miejsce  i  zadomowieniu  się  we  wsi,  w  której  mieli 
zamieszkać, Pieter Helderik poznał prawdę. 

Wówczas  zaczęły  nim  targać  sprzeczne  uczucia  - 

wdzięczności dla Boga, że ich modlitwy zostały wysłuchane, i 
przerażenia,  że  z  powodu  dziecka  może  być  odesłany  do 
Holandii. 

Problem  ten  rozwiązała  nieoczekiwanie  Gertruda,  która 

wiernie służyła swojej pani przez cały okres jej małżeństwa i 
traktowała ją jak dziecko potrzebujące opieki. 

 -  Zostawcie  to  wszystko  mnie,  Juffrouw  -  rzekła  do 

Roksany.  -  Odbierałam  wiele  porodów  we  wsi,  gdzie  się 
urodziłam. Moja matka była akuszerką i kiedy nie mogła pójść 
do jakiejś rodzącej, ja ją zastępowałam. 

 -  A  kiedy  dziecko  będzie  już  na  świecie?  -  spytała 

Roksana. 

Gertruda uśmiechnęła się. 

background image

 -  Dzieci  są  wszędzie  -  odparła.  -  Kto  zwróci  uwagę  na 

jedno więcej? 

Była to z pewnością prawda. 
Roksana  nigdy  przedtem  nie  widziała  takiej  gromady 

dzieci, i w dodatku tak urodziwych, ale nie mogła odpędzić od 
siebie  myśli,  że  przecież  wśród  balijskich  dzieci  o  złocistej 
niczym  miód  skórze,  jasnowłose  dziecko  holenderskie 
(zwłaszcza  jeśli  będzie  podobne  do  swego  ojca)  natychmiast 
zwróci uwagę. 

Gdy  urodził  się  Karel,  była  nim  tak  zauroczona,  że 

postanowiła  o  niego  walczyć,  nawet  jeśli  miałoby  ją  to 
kosztować ostatnią kroplę krwi! 

I rzeczywiście, niełatwe czekało ją zadanie. 
Gertruda  odbierała  poród  Karela  w  tajemnicy  i  bardzo 

sprawnie,  choć  wyznała,  że  matka  ciężko  go  zniosła  i  jest  u 
kresu sił. 

Niemniej,  pomyślała  Roksana,  ta  cudowna  chwila,  kiedy 

ciotka  wręczyła  mężowi  synka  do  potrzymania,  warta  była 
przeżytych cierpień. W twarzy Pietera było coś tak nabożnego 
i malował się na niej taki zachwyt, jakby otrzymany od Boga 
dar wyniósł go ponad wszystkich innych śmiertelników. 

Gdy  Roksana  wyszła  z  pokoju,  aby  pozostawić  męża  i 

żonę samych  wraz  z ich nowo narodzonym dzieckiem, przez 
moment  miała  wrażenie,  że  była  świadkiem  narodzin  Jezusa 
Chrystusa,  i  niemal  oczekiwała  gwiazdy  betlejemskiej 
świecącej ponad ich głowami. 

Niestety ich szczęście nie trwało długo. 
Pani  Helderik  dostała  gorączki,  na  którą  Gertruda  nie 

znała lekarstwa, z każdym dniem ulatywało z niej życie. 

Tak naprawdę Roksana nie zdawała sobie sprawy, że stan 

ciotki jest beznadziejny, aż pewnego ranka dowiedziała się, że 
Agnes  Helderik  zmarła,  spokojnie  w  nocy,  podczas  kiedy 

background image

wszyscy  domownicy  spali.  Na  jej  ustach  widniał  uśmiech  - 
najwyraźniej nie cierpiała. 

Istotnie zniknęła niezauważenie, pozostawiając na głowie 

Gertrudy  i  Roksany  wychowanie  miesięcznego  Karela  oraz 
kompletnie załamanego męża. 

Dopiero  w  kilka  miesięcy  później  Roksana  uświadomiła 

sobie,  że  przez  swą  śmierć  ciotka  pozostawiła  w  życiu  męża 
puste miejsce, którego nie dało się już zapełnić. 

Agnes Helderik była kobietą tak cichą, łagodną i skromną, 

że  gdy  odeszła,  tylko  nieliczni  z  jej  otoczenia  czasem  ją 
wspominali. 

Kiedy  wbrew  woli  ojca  poślubiła  człowieka,  którego 

kochała  i  uwielbiała,  spełniając  każde  jego  życzenie,  Agnes 
całkowicie  zerwała  z  życiem,  jakie  wiodła  w  młodości  w 
Anglii. 

Była córką właściciela ziemskiego o rozległych włościach, 

cieszącego  się  uznaniem  we  własnym  hrabstwie  i  mającego 
liczne  grono  przyjaciół  w  Londynie,  toteż  jej  ojciec 
spodziewał się, że obie jego córki  wyjdą korzystnie za mąż i 
będą bywać w wielkim świecie. 

Niewątpliwie  udało  się  to  matce  Roksany  dzięki 

małżeństwu  ze  sporo  od  niej  starszym  lordem  Barclayem, 
który był znaczącą postacią na dworze. 

To,  że  Agnes  wolała  holenderskiego  misjonarza  bez 

grosza przy duszy, nie mieściło się w głowie ani jej ojca, ani 
reszty rodziny. 

 -  Bóg  jeden  wie,  gdzie  poznała  tego  człowieka!  - 

wykrzykiwał jej ojciec. 

Roksana  miała  się  później  dowiedzieć,  że  tak  się 

pokochali, iż świata poza sobą nie widzieli.  Agnes uciekła ze 
swoim ukochanym. Jej starsza siostra uznała ten fakt za godny 
pożałowania i zdecydowała, że w takiej sytuacji nie ma sensu, 
by utrzymywały bliższe kontakty. 

background image

Dopiero  kiedy  Roksana  dorosła,  zaintrygowało  ją,  że 

ciotka  mieszka  w  Holandii  z  dala  od  świata,  w  którym 
upłynęła jej młodość, i najwyraźniej tego nie żałuje. 

Rodzina  otrzymywała  regularnie  wieści  od  Agnes 

Helderik  z  okazji  urodzin  i  świąt  Bożego  Narodzenia,  lecz 
Roksana  podejrzewała,  że  matka  jest  zbyt  obojętna  albo 
leniwa, by jej odpisywać. 

Kiedy  więc  Roksana  postanowiła  opuścić  dom,  by  uciec 

od  atmosfery,  w  której  nie  mogła  dłużej  żyć,  pomyślała  o 
swojej ciotce. 

Zaledwie  w  rok  po  śmierci  ojca  Roksany,  jej  matka 

postanowiła powtórnie wyjść za mąż. Było rzeczą zrozumiałą, 
że  tego  pragnęła.  Mając  czterdzieści  lat  była  ciągle  jeszcze 
bardzo atrakcyjną kobietą, ostatnie zaś sześć lat życia spędziła 
opiekując  się  zniedołężniałym  starcem,  który  tylko  wtedy 
otwierał usta, kiedy narzekał. Na szczęście matkę stać było na 
opłacanie pielęgniarek, niemniej ich dotychczasowy tryb życia 
skończył się bezpowrotnie. Już w chwili przekraczania progu 
ich domu odczuwało się, że pan domu umiera i że zabiera mu 
to „niezmiernie dużo czasu". 

Roksana  z  całego  serca  współczuła  matce.  Jednocześnie 

nie  była  jej  obojętna  świadomość,  że  flirtuje  ona  z  każdym 
mężczyzną, który tylko zaczynał się do niej zalecać. 

Kiedy  w  końcu  powiadomiła  córkę,  że  chce  ponownie 

wyjść za mąż, Roksana nie była zaskoczona; ale kiedy matka 
powiedziała, kto ma zostać jej ojczymem, wiedziała, że musi 
odejść. 

 -  Tylko  nie  Patrick  Grenton,  mamo!  -  wykrzyknęła 

mimowolnie. 

 - A dlaczegóż nie? - lady Barclay spytała zimno. - Wiesz 

równie  dobrze  jak  ja,  że  jest  mi  od  dawna  oddany,  i  jestem 
pewna, że będziemy ze sobą bardzo szczęśliwi. 

background image

Roksana  z  trudem  powstrzymała  słowa  cisnące  się  jej  na 

usta.  Jak  miała  wyjawić  matce,  że  Patrick  odwiedzając  lady 
Barclay  i  pochlebiając  jej  swoimi  względami,  równocześnie 
ugania się za jej córką? 

Znienawidziła  Patricka  Grentona  od  pierwszej  chwili, 

kiedy go ujrzała.  A dalsze przebywanie  w jego towarzystwie 
utwierdziło ją w niechęci do tego ziemianina nadużywającego 
alkoholu,  który  na  polowaniach  zawsze  kręcił  się  w  pobliżu, 
nie  dopuszczając  do  niej  innych  mężczyzn,  którzy  mieliby 
ochotę jechać u jej boku. 

A  gdy  latem  zdarzało  jej  się  samotnie  spacerować  lub 

wyruszyć  na  przejażdżkę  konną,  wyrastał  przy  niej  jak  spod 
ziemi. 

Dopiero  po  pewnym  czasie  Roksana  zdała  sobie  sprawę, 

że Patrick Grenton prowadzi podwójną grę. 

W  dodatku  sposób,  w  jaki  matka  witała  go,  kiedy 

przychodził  do  ich  domu,  jej  dbałość  o  własny  wygląd, 
czułość, z jaką się do niego zwracała, dawały Roksanie dużo 
do myślenia. Szybko pojęła, że podczas gdy ona sama pociąga 
Patricka  Grentona  jako  kobieta,  majętna  lady  Barclay  jest 
bardziej ponętna jako żona. 

Na  samą  myśl,  że  jest  on  tak  dwulicowy,  robiło  się 

Roksanie niedobrze. 

Patrick  był  pięć  lat  młodszy  od  jej  matki,  a  przy  tym,  o 

czym zresztą  wszyscy dobrze wiedzieli, zawsze było u niego 
krucho  z  pieniędzmi.  Po  ślubie  jej  matka  mogłaby  zapewnić 
mu  pozycję  i  komfort,  na  jaki  z  powodu  rozrzutnego  trybu 
życia nie było go stać. 

„Muszę  stąd  odejść!  -  powiedziała  do  siebie  Roksana.  - 

Nie  mogę  żyć  pod  jednym  dachem  z  mamą  i  Patrickiem 
Grentonem!" 

Nie  mogła  pogodzić  się  z  faktem,  ze  ten  człowiek  ma 

zostać  jej  ojczymem,  a  w  dodatku  dręczyło  ją  niepokojące 

background image

uczucie,  że  poślubiwszy  jej  matkę,  nadal  będzie  się  do  niej 
zalecać, jak to czynił do tej pory. 

Zastanawiała  się,  co  ze  sobą  począć.  Miała  wielu 

przyjaciół,  ale  trudno  przebywać  u  kogoś  w  nieskończoność. 
Poza  tym  ze  względu  na  matkę  nie  chciała  prosić  nikogo  z 
rodziny ojca o pomoc. 

Nagle przyszła jej do głowy myśl, żeby napisać do ciotki 

w  Holandii.  Ostatecznie  to  zrozumiałe,  że  pragnie 
wyprowadzić się z domu po ślubie matki, i byłoby to całkiem 
naturalne, gdyby siostra matki zaprosiła ją do siebie. 

Nie  wspominając  nikomu  ani  słowem  o  swoim  planie, 

Roksana zasiadła do pisania listu do Agnes Helderik z prośbą, 
czy nie mogłaby przyjechać na pewien czas do Holandii. 

List, jaki nadszedł w odpowiedzi, był niezwykle serdeczny 

i  -  choć  matka  Roksany  okazała  zdziwienie  -  wkrótce  po 
cichych  zaślubinach  lady  Barclay  z  Patrickiem  Grentonem 
Roksana opuściła Anglię. 

Prawdę mówiąc, Patrick Grenton bardziej protestował niż 

jego żona. 

 -  Dlaczego  chcesz  wyjechać?  -  zapytał  ze  złością,  kiedy 

dowiedział się o planach Roksany. - Chcę, żebyś została tutaj! 

 -  Nie  mam  najmniejszego  zamiaru  być  przyzwoitką  dla 

ciebie i mamy - odparła Roksana. 

Spojrzał  gniewnie,  a  wyraz  jego  oczu  nieco  ją 

przestraszył. 

 - Wiesz, że to nie tak - rzekł. 
 -  Wiem  dobrze,  w  czym  rzecz,  i  nie  zamierzam  o  tym 

dyskutować - zimno odpowiedziała Roksana. 

 - Przypuśćmy, że się nie zgodzę, byś wyjechała? 
 - Nie możesz mi tego zabronić. 
 -  Skąd  taka  pewność?  Ostatecznie,  jako  twój  ojczym 

jestem także twym opiekunem. 

background image

 -  Mam  zamiar  opuścić  ten  dom,  jak  tylko  ty  i  mama 

weźmiecie ślub, i radzę ci, byś nie robił mi trudności! 

Roksana  powiedziała  to  w  taki  sposób,  że  usta  mu  się 

zacięły, a oczy rozbłysły gniewem. 

 -  Jeśli  takie  masz  plany  na  przyszłość  -  powiedział  -  to 

wcześniej czy później pożałujesz tego! 

Nie  zadała  sobie  trudu,  by  mu  odpowiedzieć;  spojrzała 

tylko z pogardą. Gdy wyszła z pokoju, usłyszała, iż zaklął tak 
szpetnie, że aż ją przeszły ciarki. 

Bez  względu  na  to,  jaka  okaże  się  jej  ciotka,  Roksana 

postanowiła,  że  ją  polubi  i  zamieszka  u  niej  jak  tylko  się  da 
najdłużej.  W  Holandii  przynajmniej  nie  będzie  jej  dręczył 
Patrick Grenton. 

W rzeczywistości  pokochała panią Helderik od pierwszej 

chwili, kiedy tylko ją ujrzała, a  ciotka przyjęła ją jak  własną 
córkę. 

Jaka  szkoda,  pomyślała  Roksana,  że  taka  nie  jest  moja 

matka.  Zdawała  sobie  jednak  sprawę,  że  lady  Barclay 
zgorzkniała pielęgnując przez wiele lat nieuleczalnie chorego 
męża. 

Lady  Barclay  była  początkowo  w  małżeństwie  bardzo 

szczęśliwa, pomimo dużej różnicy wieku między nią a ojcem 
Roksany. 

Lord  Barclay  był  niezwykle  inteligentnym  mężczyzną, 

zasłużonym  w  służbie  Koronie  i  cieszył  się  wielkim 
szacunkiem  w  kręgach  politycznych.  Kiedy  jednak 
zachorował,  był  niczym  stary  dąb  rażony  piorunem.  Gdyby 
umarł w czasie pierwszych dziesięciu lat małżeństwa, wszyscy 
szczerze  by  go  opłakiwali,  tymczasem  z  tym  zwlekał  i 
stopniowo tracił przyjaciół oraz miłość żony i córki. 

Roksana  powtarzała  sobie,  że  nie  należy  cieszyć  się  z 

czyjejś śmierci, a mimo to, kiedy cała w czerni szła za trumną 
ojca, zdawała sobie sprawę, że oznaki żałoby to żałosna farsa. 

background image

Po  tylu  długich  latach  ojciec  został  wreszcie  uwolniony  od 
swego udręczonego ciała. Tymczasem teraz po śmierci ciotki 
Roksana  wylała  tyle  fez,  ile  chyba  nigdy  do  tej  pory. 
Wydawało  jej  się  to  okrutne,  że  zaznawszy  wreszcie 
największego  szczęścia,  rodząc  mężowi  syna,  którego  od  tak 
dawna pragnął, Agnes Helderik zeszła z tego świata. 

Jeśli  jednak  Roksana  czuła  się  nieszczęśliwa,  to  było  to 

niczym  wobec  cierpienia  Pietera  Helderika,  który  nie  tylko 
uwielbiał  swoją  żonę  z  całego  serca  i  z  całej  duszy,  ale 
stanowiła ona część niego samego i nie wyobrażał sobie życia 
bez niej. Był  teraz jak okręt  pozbawiony steru. Rzeczywiście 
zgasło światło jego życia, myślała Roksana. 

Po śmierci żony Pieter Helderik rzucił się w wir pracy na 

Bali  z  nie  mniejszym  entuzjazmem,  ale  nie  było  już  w  nim 
dawnej charyzmy i czasami Roksana wręcz sądziła, że udawał 
uczucia, które w nim zgasły. Nie umiała powiedzieć, na czym 
to polega, ale uważała, że jej ciotka zabrała ze sobą do grobu 
coś, bez czego Pieter Helderik nie mógł się obejść. 

Wkrótce  po  przybyciu  na  Bali  Roksana  pojęła,  dlaczego 

Holendrzy niechętnie wydawali zgodę na działalność misyjną. 
Przekonała  się,  że  nieustępliwość  mieszkańców  w  sprawach 
wiary  z  góry  skazuje  wszelkie  usiłowania  misjonarzy  na 
niepowodzenie. 

Na  podstawie  wszystkiego,  co  czytała  o  wyspie  i  co 

widziała  na  własne  oczy,  uświadomiła  sobie,  że  kapłani  - 
pedandas - potępią każdego Balijczyka, który by przeszedł na 
nową religię. 

Jeśli  jacyś  ludzie  przyjęli  chrześcijaństwo,  bojkotowano 

ich i przepędzano ze społeczności. Balijscy lekarze odmawiali 
leczenia  chrześcijan,  grożono  im  też,  że  po  śmierci  nie  będą 
mogli być pogrzebani na balijskich cmentarzach. 

Roksana starała się zwrócić uwagę Pietera Helderika na to, 

co się wokół nich dzieje, ale on nie słuchał i udawał, że jej nie 

background image

wierzy. Nie mógł jednak nie zauważyć, że unikano go, kiedy 
przechodził przez wioski. 

Balijczycy - zwykle uśmiechnięci, łagodni ludzie - znikali 

w  swoich  chatach  z  trzciny,  kiedy  tylko  się  pojawiał,  lub 
odwracali się, gdy próbował nawiązać z nimi rozmowę. 

Jedynie  dzieci  nie  bały  się  i  nie  przejmowały  niczym, 

wyciągając ręce po cukierki, a czasami zabawki. 

 -  To  beznadziejne!  Zupełnie  beznadziejne!  -  powtarzała 

raz po raz Roksana. 

Nie śmiała jednak powiedzieć tego na głos, by nie sprawić 

przykrości  wujowi.  Wiedziała,  że  zdaje  sobie  sprawę  z  tej 
sytuacji,  gdyż  bruzdy  na  jego  twarzy  pogłębiły  się  i  tak 
schudł, że ubranie, które przywiózł ze sobą z Holandii, wisiało 
na  nim  jak  na  strachu  na  wróble,  Z  trudem  przełykał  nawet 
ulubione  swoje  potrawy  przygotowywane  przez  Gertrudę. 
Nabrał  zwyczaju  oddalania  się,  przemierzania  pól  i  lasów 
niczym  duch  lub  -  jak  by  to  powiedzieli  Balijczycy  -  leyak, 
którego się wszyscy obawiali. 

Roksana  wiedziała,  że  Balijczycy  mieli  tak  głęboko 

zakorzeniony  strach  przed  złymi  duchami,  iż  jeśli  kogoś 
utożsamiali  z  leyakiem,  musiał  mieć  się  na  baczności. 
Oznaczało  to  dla  nich,  że  ten  ktoś  „tańczy  w  płomieniach, 
straszy  na  cmentarzach,  a  starzy  ludzie  wierzyli,  że  w 
kolejnym  życiu  wcieli  się  w  jakąś  groźną  bestię,  taką  jak 
tygrys, małpa czy rekin". 

Przypuszczała,  iż  Pieter  Helderik  wędrując  przez  lasy  i 

powtarzając na głos modlitwy - które czasem podtrzymywały 
go  na  duchu,  ale  często  brzmiały  jak  udręczona  spowiedź 
skruszonego  grzesznika  - 

wystraszył  już  niejednego 

Balijczyka. 

Roksana była całkiem pewna, że z jej wujem dzieje się coś 

bardzo niedobrego; zaczął opadać z sił, a ze swych wędrówek 
wracał  do  domu  tak  wyczerpany,  że  odmawiał  wszelkiego 

background image

jadła  i  kładł  się  do  łóżka,  patrząc  przed  siebie  zamglonym 
wzrokiem. 

 -  Wygląda,  jak  człowiek,  na  którego  rzucono  urok!  - 

pewnego dnia orzekła Gertruda. 

Roksana  zdawała  sobie  sprawę,  że  Gertruda  wyraziła  to, 

do czego ona sama obawiała się przyznać nawet w myślach. 

W  Anglii  czy  Holandii  roześmiałaby  się  słysząc  takie 

podejrzenie,  ale  teraz  -  znając  moc  kapłanów  i  powszechną 
wiarę w czarną magię - intuicyjnie wyczuwała, że zdarzyło się 
coś, z czym zdrowy rozsądek nie ma nic wspólnego. 

Pewnego  dnia  Pieter  Helderik  nie  powrócił  z  długiego 

spaceru.  Znaleziono  go  martwego  w  lesie  i  Roksana  była 
przekonana,  że  nie  umarł  śmiercią  naturalną,  ale  wskutek 
interwencji  sił  nadprzyrodzonych.  Jakiż  sens  miałoby  jednak 
rozgłaszanie  tych  podejrzeń?  Nie  przywróciłaby  mu  tym 
życia! 

Kiedy Pieter Helderik został pochowany na holenderskim 

cmentarzu,  Roksana  stanęła  w  obliczu  niezwykle  trudnego 
problemu.  

Władze  holenderskie  wydały  rozporządzenie,  że  sieroty 

spośród  zamieszkałej  tu  ludności  będą  umieszczane  w 
sierocińcach na Bali lub na Jawie. 

Świadomość, że taki  los może spotkać Karela, przerażała 

Roksanę. Nie dopuszczała do siebie myśli, że chłopiec mógłby 
się wychowywać bez miłości i czułości. Wiedziała, że gdyby 
ciotka Agnes żyła, nie zniosłaby tego. 

Przez  pamięć  dla  ciotki  i  wuja,  których  bardzo  kochała, 

postanowiła,  że  zrobi  dla  ich  dziecka  wszystko,  co  tylko 
będzie w jej mocy. 

Wiedziała,  że  w  Anglii  żyją  krewni,  którzy  by  się  nim 

zaopiekowali i otoczyli miłością, gdyby tylko udało jej się go 
wysłać do Europy. 

background image

Problem  w  tym,  że  nie  wiedziała,  jak  to  zrobić.  Jeśliby 

teraz  wyznała,  że  misjonarz  i  jego  żona  zataili  fakt  narodzin 
Karela, uznano by to za postępek haniebny, za próbę oszustwa 
władz holenderskich. I z pewnością konsekwencje poniosłaby 
nie tylko ona, ale przede wszystkim Karel. 

Chłopiec  nie dostałby  zezwolenia  na  opuszczenie  wyspy, 

wysłano  by  go  do  sierocińca,  a  ją  zmuszono  do  powrotu  do 
domu. 

Jednocześnie  miała  świadomość,  że  gdyby  udało  się 

umieścić  chłopca  u  krewnych  w  Anglii,  całe  lata  mogłyby 
upłynąć, zanim odzyskałaby dziecko. Nie była też pewna, czy 
rodzina  jej  ciotki  miałaby  prawo  do  wychowywania  go, 
ponieważ Karel był obywatelem holenderskim. 

Wszystko  to  przerażało  ją  i  Roksana  doszła  do  wniosku, 

że  jedynym  rozwiązaniem  bezpiecznym  dla  dziecka  jest 
utrzymywanie jego istnienia w tajemnicy. 

Miała szczęście, że znalazła w lesie rodzinę, która ukryła 

Karela  zaraz  po  śmierci  Pietera  Helderika,  kiedy  dom 
nachodzili bez przerwy urzędnicy holenderscy. 

Wkrótce  po  przyjeździe  na  Bali  Roksana  odkryła  swe 

powołanie. 

Jeszcze  mieszkając  w  Anglii  bardzo  interesowała  się 

rzeźbą i pomimo protestów matki nalegała, by pozwolono  jej 
pobierać  lekcje  modelowania  w  glinie.  Jednak  dopiero  na 
widok  Balijczyków  rzeźbiących  w  drewnie,  którego  było  w 
lasach  pod  dostatkiem,  uświadomiła  sobie,  co  najbardziej 
chciałaby robić w życiu. 

Wysoko na wzgórzach zobaczyła snycerzy mieszkających 

w chatach ukrytych wśród drzew, którzy pracowali z dłutem w 
dłoni  przez  cały  Boży  dzień  aż  do  zapadnięcia  nocy. 
Przytrzymując  zręcznie  bosymi  stopami  kawał  drewna, 
rzeźbili  wytrwale,  pochyleni  nad  swym  dziełem.  Przyglądała 
się,  jak  nadają  kształt  ogromnym  blokom  sowo, 

background image

ciemnoczerwonego  drewna,  przemieniając  je  w  tancerki  i 
byki,  czy  też  pracują  w  drzewie  tekowym,  które  -  jak  się 
dowiedziała - szczególnie dobrze nadaje się do  modelowania 
postaci kobiecych lub smukłych jeleni. 

Co zręczniejsi snycerze z  genialną precyzją i dbałością o 

szczegóły  wycinali  dłutem  młodego  boga  Wisznu 
dosiadającego  skrzydlatego  Garudę  o  ludzkich  nogach. 
Figurki  były bardzo małe i  często wyrzeźbione z przepięknie 
pachnącego drzewa sandałowego. 

Roksana  postanowiła,  że  nauczy  się  tej  sztuki,  i  znalazła 

nauczyciela w osobie Idy Anaka Temu. 

Był  to  mały,  zasuszony  człowieczek,  o  którym 

doświadczeni  rzeźbiarze  mówili  z  szacunkiem,  a  młodzi  -  z 
obawą. 

Błagała go, by zechciał ją uczyć, a on, kiedy zobaczył, jak 

zręczne są jej palce, zgodził się. Od tej chwili odmieniło się jej 
życie. Znalazła w nim szczęście i odkryła zainteresowania, tak 
różne od tych, które znała do tej pory. 

Balijczycy  mieli  w  zwyczaju  malować  swe  rzeźby, 

nadając im jaskrawe barwy czerwieni, błękitu, żółci i zieleni - 
kolorów  tradycyjnie  używanych  do  dekorowania  świątyń  i 
masek, noszonych z okazji różnych świąt. Czerwony smok ze 
złotymi  skrzydłami,  ogromnymi  kłami  szczerzącymi  się  w 
górnej i dolnej szczęce, i ze złotą koroną na głowie wyglądał 
bardzo  malowniczo;  podobnie  skrzydlaty  demon  o  złośliwej 
twarzy,  stojący  na  piedestale.  Głowy  lampartów,  tańczące 
postacie,  owady  i  zwierzęta  o  często  wynaturzonych 
kształtach,  wszystkie  najpierw  były  robione  z  różnych 
gatunków drewna, a potem malowane najbardziej jaskrawymi 
barwami, jakie ich twórcy potrafili znaleźć. 

Błękit,  czerwień,  żółć,  czerń  i  biel  uzupełniane  były 

złotem  i  każda  świątynia  mieniła  się  kalejdoskopem  barw, 
które  dla  europejskiego  oka  nabierały  piękna  dopiero  po 

background image

sześciu  miesiącach,  gdy  kolory  nieco  wyblakły  w  wilgotnym 
powietrzu. 

Już  po  krótkim  czasie  Roksana  doszła  do  wniosku,  iż 

drewno  samo  w  sobie  jest  tak  piękne,  że  ani  malowanie,  ani 
pozłacanie nie są mu potrzebne. 

Kiedy  powiedziała  Idzie  Anakowi  Temu,  że  nie  ma 

zamiaru upiększać swoich rzeźb, początkowo popatrzył na nią 
ze  zdziwieniem.  Potem  jednak,  jako  artysta,  zrozumiał  jej 
decyzję i zaakceptował. 

I właśnie Idzie  Anakowi  Temu  Roksana zwierzyła  się ze 

swego problemu dotyczącego Karela. 

Jego  zachowanie  było  typowym  przykładem  balijskiej 

szlachetności  i  wyrozumiałości;  kiedy  powiedziała,  że  chce 
ukryć  dziecko  przed  władzami  holenderskimi,  zaofiarował 
swą pomoc, o nic nie pytając. 

Balijczycy  nienawidzili  holenderskich  kolonizatorów. 

Jako ludzie kochający wolność, woleli tyranię swoich radżów 
od upokarzającego jarzma obcej władzy. 

 -  My  wziąć  to  dziecko,  moja  żona  i  ja.  W  naszym  domu 

ono być szczęśliwe i bezpieczne - zapewnił Ida Anak Temu. 

Roksana poznała już na tyle Balijczyków, by docenić ich 

dobroć  i  szlachetność.  Podziękowała  z  całego  serca  swemu 
mistrzowi, a wyraz wdzięczności w jej oczach i ton jej głosu 
mówiły więcej niż wypowiedziane słowa. 

Tej  samej  nocy  wyruszyła  z  wioski  w  stronę  lasu  z 

Gertrudą niosącą Karela na rękach. 

Ciemne drzewa wyglądały tajemniczo i niesamowicie, ale 

księżyc  oświetlił  im  ścieżkę  wspinającą  się  po  poszarpanych 
głazach  i  w  końcu  dostrzegły  przed  sobą  światła  domu  Idy 
Anaka  Temu,  w  którym  opuszczone  były  bambusowe  maty, 
co nadało wnętrzu wyraz intymności. 

Przy  pełgającym  świetle  jednej  oliwnej  lampki  żona  Idy 

Anaka  Temu  wzięła  delikatnie  śpiące  dziecko  na  ręce.  Jej 

background image

opiekuńczy  gest  upewnił  Roksanę,  że  chłopiec  będzie 
bezpieczny i szczęśliwy. 

Często widywała malca, gdyż nadal pobierała lekcje u Idy 

Anaka  Temu  i  nikt  nie  mógł  żywić  żadnych  podejrzeń,  gdy 
widział ją idącą w stronę jego domu. 

Jednakże  po  śmierci  Pietera  Helderika  Roksana  stanęła 

wobec nowego problemu. Na drodze jej życia nieoczekiwanie 
stanął gubernator wyspy, Mijnheer van Kaerstock! 

Spotykała  go  przy  wielu  okazjach,  kiedy  Pieter  Helderik 

bywał  wzywany  do  siedziby  gubernatora,  by  odnowić 
pozwolenie  na  swą  działalność  misyjną,  a  ona  mu 
towarzyszyła. 

Wtedy  to  właśnie  Roksana  instynktownie  wyczuła 

niebezpieczeństwo  we  wzroku,  jakim  gubernator  patrzył  na 
nią. 

Domagał się - zdaniem Roksany bez wyraźnej potrzeby - 

długich rozmów i  wypełniania skomplikowanych formularzy. 
Przychodził  do  nich  kilkakrotnie,  wypytując,  jak  im  się  żyje 
na Bali; lecz Roksana wiedziała, że to ona jest przyczyną tych 
odwiedzin. Uważała jednak, że w domu wuja nic jej nie grozi, 
sądząc, że gubernator nie odważy zalecać się do niej. 

Lecz śmierć wuja odebrała jej poczucie bezpieczeństwa, a 

z powodu Karela zrozumiała, jak bardzo jest bezradna. 

Nie trwało długo, zanim gubernator wyłożył karty na stół. 

Wezwał  ją do swej  rezydencji i  zaproponował  pracę, jako że 
mówi  biegle  po  angielsku  i  holendersku.  Powiedział,  że 
utrzymuje  stałe  kontakty  z  Anglikami  w  Singapurze  i  że 
potrzebuje  kogoś,  kto  tłumaczyłby  jego  listy.  Wszystko  to 
brzmiało  dość  prawdopodobnie,  lecz  Roksanie  wystarczyło 
spojrzeć na wyraz oczu gubernatora, by wiedzieć, co się kryje 
za tą propozycją. 

Uprzejmie mu odmówiła. 

background image

 - Jak wasza ekscelencja wie, interesuje mnie snycerstwo - 

odpowiedziała  mu  -  i  pragnę  kontynuować  nie  tylko  lekcje, 
jakie pobieram, ale także sama chcę rzeźbić. 

 -  Dopilnuję,  by  pani  miała  mnóstwo  czasu  na  własne 

zainteresowania, podczas gdy będzie pani dla mnie pracować. 

 -  To  uprzejme  ze  strony  waszej  ekscelencji,  ale  nie 

potrzebuję płatnego zajęcia. 

 - Stać panią na to? 
Pytanie  to  było  grubiaństwem,  ale  odpowiedziała  na  nie 

uprzejmie. 

 - Mam własne dochody. 
To  go  zaskoczyło.  Widocznie  sądził,  iż  narzuci  jej  swą 

wolę  choćby  dlatego,  że  znalazła  się  w  trudnej  sytuacji 
materialnej. 

 -  Może  powinna  pani  wrócić  do  Anglii,  skoro  pani  wuj 

nie żyje. 

Wiedziała, że mówi to tylko po to, żeby ją przestraszyć, bo 

w rzeczywistości wcale nie życzy sobie jej wyjazdu. 

 - Jestem na Bali bardzo szczęśliwa. 
 -  Nie  wiem,  czy  będę  mógł  wydać  pani  zezwolenie  na 

dalszy pobyt. 

Była  to  groźba.  Roksana  nie  zareagowała,  ale  dobrze 

wiedziała, że od tej chwili nieraz ją usłyszy. 

Kiedy 

poprzedniego 

dnia 

otrzymała 

polecenie 

gubernatora,  by  się  stawiła  u  niego  w  domu,  nawet  się  nie 
zdziwiła,  gdyż  wiedziała,  że  gubernator  ma  wszelkie 
podstawy,  by  po  nią  posłać;  nie  miała  dokumentów  w 
porządku.  Żywiła  jednak  nadzieję,  że  zostawi  ją  w  spokoju  i 
nadal  będzie  mogła  korzystać  z  tymczasowego  zezwolenia 
wydanego Pieterowi Helderikowi i jego rodzinie. 

Wezwanie nadeszło w dniu, który cały rzekomo spędziła z 

Idą  Anakiem  Temu,  lecz  w  rzeczywistości  bawiła  się  z 
Karelem. Chłopiec miał teraz szesnaście miesięcy i z dnia na 

background image

dzień  stawał  się  coraz  ładniejszy.  Rozpoznawał  ją,  kiedy 
zjawiała  się,  i  wyciągał  małe,  pulchne  rączki,  usiłując 
wymówić jej imię. 

Był  roześmianym  i  pogodnym  dzieckiem,  toteż 

przyciskając go mocno do piersi Roksana poprzysięgła sobie, 
że  nigdy  nie  pozwoli,  by  go  zamknięto  w  surowym 
holenderskim sierocińcu, gdzie życie było równie pozbawione 
uczuć, nudne i bez wyobraźni jak ludzie, którzy zajmowali się 
dziećmi. 

Siedząc  teraz  z  Karelem,  Roksana  zwróciła  uwagę  na 

bawiące  się  w  pobliżu  balijskie  dzieci,  które  wyglądały 
niczym  małe,  złociste  amorki  z  rysunków  Fragonarda. 
Wystarczyło  spojrzeć,  by  wiedzieć,  że  są  szczęśliwe.  Patrząc 
na rozbawioną gromadkę, którą ponosiła wyobraźnia, Roksana 
pomyślała,  że  chyba  nie  ma  na  świecie  miejsca,  które  by 
bardziej przypominało raj. 

 -  Musisz  tu  pozostać,  Karelii,  ale  pewnego  dnia  zabiorę 

cię do Anglii - powiedziała. 

Słowa te zabrzmiały niemal jak przysięga. Spoglądając na 

nią,  Karel  gaworzył  radośnie  i  wyciągnął  pełną  dołeczków 
rączkę, aby dotknąć jej policzka. 

Siedząc  teraz  u  gubernatora  w  pokoju  gościnnym, 

przypominającym  oficjalny,  salon  holenderski,  Roksana 
spojrzała na hrabiego i serce jej się ścisnęło, że oto ma przed 
sobą  następnego  wroga:  wysokiego  urzędnika,  który  stanowi 
niebezpieczeństwo dla niej i dla Karela. 

Przez krótką chwilę pomyślała, że jeśli ów nowo przybyły 

będzie nadmiernie gorliwy i wścibski, w ostateczności odwoła 
się do gubernatora. 

Wiedziała  jednak,  jaką  cenę  musiałaby  wtedy  zapłacić,  i 

wolała o tym nie myśleć. 

Ponieważ  obdarzona  była  naturalnym  dziewczęcym 

wdziękiem, nikt nie spostrzegł, jak bardzo jest zdenerwowana. 

background image

Wszystkie nerwy jej ciała były napięte, a umysł nastawiony na 
rozważanie i analizowanie każdego pytania, jakie jej zadawał 
hrabia, na wypadek, gdyby chciał zastawić na nią pułapkę. 

 -  Czy  podoba  się  pani  życie  na  Bali,  Miss  Barclay?  - 

spytał hrabia. 

 - Uważam, że jest bardzo interesujące i że warto pozostać 

tu dłużej. 

 - Ma pani na myśli snycerstwo? 
 -  Tak,  pobieram  lekcje  u  jednego  z  największych 

rzeźbiarzy na wyspie. 

 - Czy jest naprawdę taki dobry? 
Wydawało  jej  się,  że  za  jego  słowami  kryje  się  kpina, 

toteż odpowiedziała: 

 - Sądzę, że gdyby jego prace wystawiono w Londynie lub 

Amsterdamie, bez wątpienia zdobyłyby uznanie. 

 -  Nie  przypuszczałem,  że  żyje  wśród  nas  taki  geniusz!  - 

wtrącił  się  gubernator.  -  Muszę  odwiedzić  tego  człowieka  i 
sam się o tym przekonać. 

 - Myślę, że dla jego ekscelencji byłoby to trudno dostępne 

miejsce - szybko powiedziała Roksana. -  Lecz jestem pewna, 
że  on  poczułby  się  niezwykle  uhonorowany,  gdyby  mógł 
przynieść parę swych rzeźb do pałacu. 

Zdała sobie sprawę, iż popełniła błąd, mówiąc w imieniu 

Idy  Anaka  Temu.  Upomniała  siebie,  że  musi  uważać  na 
wypowiadane przez siebie słowa i że musi być ostrożniejsza. 

 -  A  czy  uważa  pani,  Miss  Barclay,  że  pani  prace 

dorównują jego rzeźbom? - indagował hrabia. 

Wydało  się  jej,  że  mówi  to  z  sarkazmem,  więc 

odpowiedziała: 

 -  Nie  przypuszczam,  bym  mogła  dorównać  Balijczykom, 

których rodziny od pokoleń zajmowały się snycerstwem. 

 - Czy jednak jest pani zadowolona ze swoich prac? 

background image

 -  Sądzę,  że  dużo  w  nich  jeszcze  niedociągnięć  -  odparła 

Roksana. 

 -  Chciałbym  zobaczyć,  nad  czym  pani  pracuje,  i  czy 

rzeczywiście jest sens, żeby pani pozostawała na wyspie. 

Roksana wstrzymała oddech. Miała uczucie, że hrabia dał 

jasno  do  zrozumienia,  że  wątpi,  czy  jej  obecność  tutaj  jest 
uzasadniona.  Ponieważ  bardzo  przestraszyła  się,  podniosła 
oczy na gubernatora. 

 - Proszę... waszą ekscelencję - błagała - o przedłużenie... 

zezwolenia na pobyt. 

Mówiąc  to  zauważyła  błyski  w  jego  oczach.  Był 

zachwycony, iż dziewczyna zmuszona jest błagać go o pomoc. 

 -  Odkładam  decyzję  do  czasu,  aż  hrabia  obejrzy  pani 

prace. Nie wątpię, iż jest autorytetem w dziedzinie snycerstwa. 

Teraz  hrabia,  a  nie  Roksana,  zaczął  podejrzewać,  że 

gubernator powiedział to z sarkazmem. 

Hrabia  istotnie  posiadał  ogromną  kolekcję  rzeźbionych 

figur,  które  przedstawiały  dużą  artystyczną  wartość.  Wiele  z 
nich kupił w Rzymie, kilka  w  Grecji i  nagle przyszło  mu do 
głowy, że mógłby pokazać je Roksanie i porównać jej prace z 
tymi, które posiadał. 

Było  w  tej  młodej  kobiecie  coś,  co  przywodziło  mu  na 

myśl  Afrodytę,  którą  nabył  w  Atenach.  Rzeźba  była 
uszkodzona,  ale  doskonała  linia  piersi  i  bioder  pozostały 
nietknięte.  Często  stawał  przed  nią  i  myślał,  że  daje  mu 
poczucie satysfakcji, jakiej żaden eksponat z jego kolekcji nie 
był w stanie wywołać. 

I  musiał  przyznać,  że  żadna  kobieta  nie  budziła  w  nim 

takich  uczuć  jak  rzeźba  Afrodyty.  Teraz  nagle  pomyślał,  że 
było  coś  w  Roksanie,  co  uparcie  przypominało  mu  ten 
fragment marmuru. 

 -  Jak  to  jego  ekscelencja  sugeruje  -  powiedział  na  głos  - 

chciałbym obejrzeć pani prace. 

background image

Uważając,  że  posłuchanie  dobiegło  końca,  Roksana 

podniosła się. 

 -  O  której  godzinie  przyjdzie  pan  jutro,  Mijnheer?  - 

zapytała. 

 - Z rana - odpowiedział hrabia, 
Roksana dygnęła. Zerknęła na gubernatora i w jego oczach 

dostrzegła  taki  wyraz,  że  odwróciła  się  ze  wstrętem.  Jeszcze 
raz dygnęła i bez słowa wyszła z pokoju. 

background image

R

OZDZIAŁ 

Na  małym  balijskim  koniku  hrabia  dotarł  do  wioski,  w 

której mieszkała Roksana. 

Po  obu  stronach  drogi  ciągnęły  się  głębokie  rowy,  a  za 

nimi  wznosiły  się  domy  otoczone  wysokimi  murami  z  gliny, 
zwieńczonymi strzechą z kunsztownie rzeźbionymi bramami. 

Niektóre  z  mijanych  przez  niego  ulic  wyglądały  jak 

ciemnozielone tunele utworzone przez zwieszające się drzewa. 

Wszędzie przy drodze bawiły się dzieci, goluteńkie jak je 

Pan  Bóg  stworzył,  a  wychudzone  psy  ujadały  przed  każdym 
wejściem. 

Tresowane  do  walk  koguty,  trzymane  w  koszykach, 

tworzyły  barwny  i  hałaśliwy  deseń  na  tle  ścian.  Hrabia 
wiedział,  że  walczące  koguty  nie  powinny  być  izolowane, 
toteż  ich  właściciele  umieszczali  je  od  strony  ulicy,  by 
obserwowały przechodniów. 

Czerwone hibiskusy i purpurowe bugenwille rosły wokół, 

a opadłe kwiecie jaśminu tworzyło biały dywan na drodze, po 
której stąpał koń hrabiego. 

Na  obrzeżach  wioski  rozpoznał  dom  Roksany  na 

podstawie  opisu,  którego  cierpkim  i  nieprzyjaznym  tonem 
udzielił mu gubernator. 

Prawdę mówiąc, to właśnie jego ekscelencja przypomniał 

mu  przy  śniadaniu,  że  mają  odwiedzić  Roksanę  Barclay  i 
obejrzeć jej rzeźby. 

 -  To  bardzo  uzdolniona  młoda  kobieta  -  powiedział 

jowialnie  -  i  właśnie  z  tego  powodu,  pomimo  nacisków 
starszych  dam  z  holenderskiej  społeczności,  zezwoliłem  jej 
pozostać na wyspie. 

Hrabia  był  wystarczająco  spostrzegawczy,  by  nabrać 

pewności, że inna była przyczyna takiej decyzji. Gdy zobaczył 
gości,  których  gubernator  zaprosił  poprzedniego  wieczora  na 

background image

przyjęcie, by poznali holenderskiego wysłannika królowej, nie 
był zdziwiony, że gubernator szuka innych rozrywek. 

Jego żona bawiła obecnie w Holandii u swych rodziców i 

jej  rolę  pełniła  żona  pierwszego  ministra.  Była  to  wielka, 
tłusta i  nudna kobieta, jedna z tych, jakie hrabia tysiące razy 
spotykał  na  bankietach  w  Holandii.  Tego  wieczora,  kiedy  na 
dworze zapadł  już zmierzch, na niebie błyszczały gwiazdy, a 
przez otwarte okna wpadał aromat kwiatów, hrabia westchnął 
z  żalem,  że  musi  tracić  czas  na  zabawianie  holenderskich 
mieszczuchów,  którzy  potrafią  rozmawiać  tylko  o  swoich 
przyziemnych sprawach. 

Nawet  się  nie  dziwił,  że  zupełnie  nie  interesowali  się 

rządzonym  przez  siebie  krajem  i  że  wspaniale  rzeźbione 
świątynie,  które  podobnie  jak  balijskie  obyczaje  wywodziły 
się od Hindusów osiedlonych z dawna na wyspie, nie robiły na 
nich wrażenia. 

Mógł  łatwo  zrozumieć,  że  te  holenderskie  kobiety  miały 

za złe Roksanie wyłącznie to, że jest zbyt piękna. 

Uroda, gdziekolwiek by to było, zawsze wzbudza kobiecą 

zazdrość  u  innych  kobiet,  a  ponieważ  hrabia  był  uważnym 
obserwatorem,  wiedział,  że  wzbudziła  u  gubernatora  całkiem 
inne uczucie. 

Postanowił  tamtego  wieczoru,  że  musi  dowiedzieć  się 

czegoś istotnego o Balijczykach, a ponieważ podejrzewał, że 
obecność  gubernatora  tylko  mu  w  tym  przeszkodzi, 
powiedział  więc  stanowczo,  posilając  się  kawałkiem 
wspaniale dojrzałej papai: 

 -  Myślę,  wasza  ekscelencjo,  że  lepiej  będzie,  jeśli  sam 

odwiedzę  Miss  Barclay.  Zobaczę  wsie  oraz  tych,  którzy  tam 
mieszkają, bez onieśmielania ich waszą dostojną obecnością. 

Nie  chciał,  by  jego  słowa  brzmiały  protekcjonalnie, 

dostrzegł jednak, że oczy gubernatora rozbłysły gniewem. 

background image

 -  Uważam  za  swój  obowiązek  -  powiedział  po  chwili  - 

eskortować pana i zapewnić mu bezpieczeństwo. 

 - Nie wierzę, by mi coś tu groziło - odrzekł hrabia. 
W  przysyłanych  do  Holandii  raportach  nieustannie 

podkreślano  fakt,  iż  na  terytorium  Bali  okupowanym  przez 
Holendrów panuje całkowity spokój. 

„Ludność  -  donosił  jeden  z  komunikatów  -  zadowolona 

jest z rządów swych nowych władców i nie przejawia żadnych 
buntowniczych nastrojów". 

Ponieważ gubernator milczał, hrabia odezwał się: 
 -  Chciałbym,  jeśli  to  możliwe,  pojechać  konno. 

Potrzebuję ruchu i sądzę także, że skoro jest tu niewiele dróg, 
łatwiej w ten sposób poznam okolice. 

Odprawił  chłopca  stajennego  i  odjechał  z  rezydencji, 

zdając sobie sprawę, jak naraził się gubernatorowi. Nie przejął 
się tym zbytnio. Życic przyzwyczaiło go, że zawsze stawiał na 
swoim,  i  jeśli  komuś  robił  tym  przykrość,  mało  go  to 
wzruszało. 

Teraz, kiedy ujrzał domostwo otoczone murem ulepionym 

z  gliny  i  zwieńczonym  strzechą,  z  wysoką  bramą,  nad  którą 
wisiał krzyż, wiedział, że to dom Roksany. 

Przypominając sobie jej wdzięk i urodę, był coraz bardziej 

podniecony. 

Po raz pierwszy od czasu opuszczenia Holandii poczuł w 

sobie chęć do życia, która zwykle wstępowała weń, gdy nabył 
nowe dzieło sztuki albo - przed każdą nową przygodą miłosną. 

Zeskoczył  z  siodła  i  wprowadził  konia  na  główny 

dziedziniec.  Były  tam,  jak  tego  się  spodziewał,  liczne  bale  - 
lekkie  bambusowe  konstrukcje  kryte  strzechą  -  i  oczywiście 
świątynia  poświęcona  rodowym  bóstwom.  Przypuszczał,  że 
jest teraz pusta, nie ma w niej kwiatów ani ofiar składanych w 
postaci jedzenia. 

background image

Przed domem rosły wysokie palmy kokosowe i taki gąszcz 

czerwonych hibiskusów i purpurowych bugenwilli, że miejsce 
to mogłoby być świątynią ku czci samej Roksany. 

Kiedy  tak  rozmyślał,  dziewczyna  wyszła  z  bale,  a  za  nią 

mały balijski chłopiec, który wziął od hrabiego konia. 

 -  Dzień  dobry,  Miss  Barclay!  Ukłoniła  mu  się  i  spytała 

zaskoczona: 

 - Przyjechał pan sam? 
 -  Jak  pani  widzi  -  odparł  hrabia  -  choć  jego  ekscelencja 

miał wielką ochotę mi towarzyszyć. 

Dostrzegł  rumieńce,  które  pojawiły  się  na  twarzy 

dziewczyny, i wiedział już, że żywił słuszne podejrzenia. 

 -  Czy  zechce  pan  wejść  do  mojej  pracowni?  -  zapytała 

pośpiesznie, jakby chciała zmienić temat rozmowy. 

 -  Oczywiście  -  odpowiedział  hrabia.  Odwróciła  się  i 

poszła  przed  siebie,  a  on  patrząc  na  jej  smukłą  talię  ponad 
tiurniurą  eleganckiej  bawełnianej  sukni  pomyślał,  że  jest 
bardzo dobrze ubrana jak na misjonarkę. 

Zastanawiał  się,  w  jaki  sposób  mogła  zapłacić  za  taką 

suknię, która - jak oceniło jego doświadczone oko - nie była 
uszyta w domu. 

To,  co  Roksana  nazywała  pracownią,  było  dużym  bale 

pokrytym  grubą  strzechą  z  liści  palmowych  i  z  drewnianą 
podłogą  wznoszącą  się  trzy  stopy  nad  ziemią.  Dzięki 
bambusowym matom można było utworzyć ściany z każdej z 
czterech stron. Teraz tylko jedna była opuszczona, zasłaniając 
wnętrze przed słońcem. 

Hrabia był pewien, że Roksana rzeźbi niewielkie figurki, o 

których czytał w książkach o sztuce Wschodu. Małe zwierzęta 
albo  znane  z  mitologii  postacie  półbogów,  półludzi  lub  też 
przepiękne ryby czy skrzydlate żółwie. 

Kiedy wszedł na wzniesioną ponad poziom ziemi podłogę, 

pomyślał w pierwszej chwili, że Roksana ma mu do pokazania 

background image

tylko  ciężkie  kloce  drewna,  które  ktoś  ściągnął  z  lasu  i  tu 
ustawił. 

I zdziwił się widząc, że niektóre kloce są już wyrzeźbione. 

Przedstawiały  postacie  ludzi  i  zwierząt  i  zdały  się  wyrastać 
wprost z drewna. 

Hrabia  znał  się  na  rzeźbie,  a  zwłaszcza  na  rzeźbie 

starożytnej  Grecji,  która  najbardziej  go  fascynowała.  I  teraz 
uświadomił  sobie,  że  widzi  coś  zupełnie  innego,  lecz  równie 
urzekającego. 

Przez chwilę milczał, a potem zapytał: 
 - Czy to pani dzieło, czy pani mistrza? 
 -  To  są  moje  prace  -  odpowiedziała  Roksana.  Hrabia 

podszedł  do  miejsca,  gdzie  wielki  blok  drewna  sowo 
przedstawiał  męski  tors.  Nie  był  on  jeszcze  całkiem 
wykończony, a jednak mięśnie na plecach mężczyzny, sposób, 
w  jaki  trzymał  głowę,  zachwycały  swoją  naturalnością. 
Wydawało się, że postać żyje i zaraz się poruszy. 

Wpatrywał  się  w  rzeźbę  z  osłupieniem,  a  potem  przy 

drzwiach  zobaczył  wykonaną  z  drewna  tekowego  postać 
kobiety,  mającą  około  trzech  stóp  wysokości.  Obnażona  do 
pasa  kobieta  klęczała  na  ziemi  z  rękami  uniesionymi  w 
tradycyjnym  modlitewnym  geście,  ale  nie  pochylała  głowy  i 
nie  miała  spuszczonych  oczu,  tylko  wpatrywała  się  w  niebo, 
jakby w nim szukała natchnienia. 

Hrabia  swym  okiem  znawcy  dostrzegł,  że  Roksana 

wykorzystała  naturalne  krzywizny  drewna  i  każdy  jego  słój, 
by oddać wdzięk modelki. Twarz dziewczyny wyrażała jednak 
coś więcej - lęk, zachwyt i ekstazę. 

Milczał,  zaskoczony,  a  jednocześnie  tak  poruszony,  jak 

kiedyś  na  widok  Afrodyty.  Podziwiał  linię  szyi,  krągłość 
piersi,  drobne  palce  i  znów  jego  wzrok  zatrzymał  się  na 
twarzy. 

background image

Z wysiłkiem odwrócił się, nadal nic nie mówiąc, i spojrzał 

na  rzeźbę  młodego  jelenia  węszącego  z  podniesioną  głową 
niebezpieczeństwo; mięśnie miał naprężone, a oczy czujne. 

 -  Jak  się  pani  udało  tak  szybko  posiąść  tę  sztukę?  - 

zapytał. 

 -  To  było  we  mnie,  zanim  przyjechałam  na  Bali  - 

wyjaśniła  Roksana.  -  Czułam  to  swoim  umysłem  i  swoimi 
palcami, ale nigdy nie  miałam okazji rzeźbić, nikt  mnie tego 
nie uczył. 

 -  Ten,  którego  pani  wybrała  na  swego  mistrza,  musi  być 

nadzwyczajnym człowiekiem. 

 - O tak! 
Hrabia  odwrócił  się  i  patrzył  badawczo  na  dziewczynę, 

jakby wciąż nie był pewny, że to ona jest twórcą tych prac. 

 -  Jak  to  możliwe  -  zadawał  sobie  pytanie  -  by  taka 

delikatna i krucha istota rzeźbiła jak doświadczony artysta? 

Roksana  -  widząc  jego  zdumienie,  uśmiechnęła  się  i 

rzekła: 

 -  Może  chciałby  pan  zobaczyć  różne  drobiazgi,  które 

robię dla tych, co są mi życzliwi? 

Mówiąc  to  podeszła  do  stołu,  na  którym  hrabia  zobaczył 

niewielkich  rozmiarów  rzeźby.  Właśnie  takie  prace,  jakie 
spodziewał  się  zobaczyć  w  jej  pracowni.  Ale  i  one  były  dla 
niego zaskoczeniem. 

Była  tam  dłoń  niewątpliwie  balijskiej  kobiety;  prawie 

naturalnych rozmiarów, z lekko zgiętymi palcami, delikatna i 
piękna w swojej wielkiej prostocie. Jak również dłoń dziecka, 
tłuściutka i pofałdowana, wykonana z drewna sandałowego. 

 -  Uwielbiam  pracować  w  drewnie  sandałowym  - 

wyjaśniła Roksana, choć hrabia milczał. - Moje dłonie pachną 
później przez wiele godzin i zawsze mam wrażenie, że w tym 
aromacie jest zawarty cały czar Wschodu. 

background image

Hrabia  wziął  do  ręki  figurkę  bogini.  Wokół  podstawy  tej 

małej statuetki węże i małpy ścigały się w szalonej gonitwie. 

Bogini  przypominała  mu  nieco  Roksanę  i  nagle,  jakby 

zapominając o „urzędowej" uprzejmości, wykrzyknął: 

 -  Chciałbym  to  kupić  od  pani!  Roksana  potrząsnęła 

głową. 

 - Tu nic nie jest na sprzedaż. 
 - Ależ dlaczego? 
 - One są moje, nie chcę... ich stracić. 
Hrabia pomyślał, że to samo czułby w przypadku swoich 

skarbów,  ale  ponieważ  pragnął  mieć  w  swej  kolekcji  tę 
boginię, nalegał: 

 - Czy to nie jest samolubne? Roksana roześmiała się. 
 - Mój wuj był takim  gorącym chrześcijaninem, że gotów 

był  oddać  ostatnią  koszulę  z  grzbietu.  Musiałam  być 
samolubna  ze  zwykłej  konieczności  i  przyzwyczaiłam  się  do 
tego. 

 - Chciałbym jednak kupić tę boginię! 
 - Więc ją panu ofiarowuję. 
 - Nie mogę przyjąć tak wielkodusznego podarunku. 
 -  Dlaczego  nie?  -  spytała.  -  Czy  boi  się  pan  oskarżeń  o 

łapownictwo i korupcję? 

W pierwszej chwili hrabia nie zrozumiał, co ma na myśli, 

ale nagle stwierdził: 

 -  Może  to  i  dobry  pomysł.  Jeżeli  będę  pani  dłużnikiem, 

nie będzie mi wypadało nalegać, by opuściła pani wyspę. 

Gdy jego oczy napotkały jej wzrok, powiedziała już innym 

tonem: 

 - Proszę... nie odsyłać mnie stąd. 
 -  Nie  mam  takiej  władzy  -  odpowiedział  hrabia.  -  Mogę 

tylko doradzać gubernatorowi. 

background image

 - Więc proszę mu powiedzieć, że powinnam tu pozostać. - 

Minęła  chwila,  zanim  dodała:  -  Tylu  jeszcze  rzeczy  chcę  się 
nauczyć. 

 - Nie mogę sobie wyobrazić, co mogłoby to być - odparł 

hrabia.  -  Mówię  szczerze:  jestem  pełen  podziwu  dla  pani 
talentu. 

Spojrzała  na  niego,  jakby  chciała  sprawdzić,  czy  mówi 

prawdę, a potem powiedziała z wahaniem: 

 - Pan naprawdę myśli, że to jest dobre? 
 -  Więcej  niż  dobre  -  odparł.  -  Pani  jest  geniuszem  w  tej 

sztuce i mówię to jak najbardziej poważnie. - Czuł, że jej nie 
przekonał, więc ciągnął dalej: - Ja sam posiadam trochę rzeźb 
i  nie  jest  to  głos  ignoranta,  kiedy  mówię,  że  pani  prace  są 
wyjątkowe!  -  I  dostrzegając  wyraz  radości  na  jej  twarzy, 
dodał:  -  Kiedy  pani  wykona  ich  więcej,  chciałbym 
zorganizować wystawę w Amsterdamie. 

 - Wolałabym, żeby to było w Londynie. 
 - Znowu jest pani samolubna. 
 -  Tak  się  składa  -  powiedziała  Roksana  -  że  nie  mam 

ochoty  nigdzie  ich  wystawiać.  Rzeźbię  dla  siebie,  ponieważ 
czuję potrzebę, której nie mogę się oprzeć. 

 -  Myślę,  że  właśnie  tak  czują  wszyscy  artyści  -  cicho 

odrzekł  hrabia  i  podszedł  do  torsu  mężczyzny.  -  Co  panią 
natchnęło do wykonania tej rzeźby? - zapytał. 

Roksana  milczała  przez  chwilę.  Wyraźnie  biła  się  z 

myślami,  czy  powiedzieć  mu  prawdę.  W  końcu 
odpowiedziała, z trudem wydobywając z siebie słowa: 

 - Kiedy widzę kawał drewna, czuję... co w nim jest, co on 

wyobraża, nawet zanim... go dotknę. 

Hrabia  milczał  wiedząc,  że  to  właśnie  odczuwali  wielcy 

rzeźbiarze  -  Michał  Anioł,  Canova.  Materiał,  w  którym 
pracowali, narzucał im nie tylko kształt przyszłego arcydzieła, 
ale i sposób, w jaki należało przystąpić do pracy. 

background image

Ponownie  spojrzał  na  modlącą  się  kobietę  i  zobaczył,  że 

sprawia  wrażenie,  jakby  nie  została  wyrzeźbiona,  lecz 
stworzona  z  naturalnych  słojów  drewna.  Wyciągnął  rękę,  by 
dotknąć jej głowy i odrzuconej w tył szyi. W tym momencie 
wydało  mu  się,  że  dotyka  samej  Roksany  i  zaczął  się 
zastanawiać,  czy  jej  gładka  skóra  zadrżałaby  od 
pieszczotliwego dotyku jego palców. 

Ona zaś podeszła do wielkiego, jeszcze nie tkniętego kloca 

drewna  tekowego,  które  kryło  w  sobie  gładkie  piękno  tak 
charakterystyczne dla teku pochodzącego z lasów Bali. 

Kiedy stała i patrzyła na nie, hrabia zbliżył się i zapytał: 
 - Co pani widzi? 
 - A co panu przywodzi ono na myśl? 
 - Pierwszeństwo  daję  zawsze  paniom  -  rzekł.  Posłała  mu 

przelotny uśmiech dziecka zadowolonego z zabawy. 

 - Nie jestem pewna - stwierdziła - ale myślę, że wewnątrz 

jest rzeźba tancerki lelong, która prosi, by ją uwolnić. 

Kiedy  tylko  to  powiedziała,  hrabia  oczyma  wyobraźni 

zobaczył prężne, półnagie ciało, wyszukaną biżuterię i złocone 
przybranie  głowy,  ruch  szczupłych,  delikatnych  dłoni 
posłusznych rytuałowi tańca liczącego setki lat. 

 - Jedno pani przyrzekam - rzekł cicho. - Nie wolno będzie 

pani opuścić Bali, dopóki pani tego nie skończy. 

Usłyszał  jakby  westchnienie  ulgi,  wydobywające  się  z 

piersi dziewczyny. 

 -  Może  więc  będę  musiała  postępować  jak  Penelopa  i 

niszczyć  w  nocy  to,  co  zrobię  w  dzień,  żeby  nigdy  nie 
ukończyć tej pracy - odparła już bardziej odprężona. 

 -  Trochę  to  trudne,  gdy  się  pracuje  w  drewnie!  Znów 

uśmiechnęła się do niego i poczuł, że rezerwa, z jaką odnosiła 
się do niego od chwili, kiedy wszedł na podwórze, już minęła. 

Rozejrzała się po pracowni i powiedziała: 

background image

 - Mam nadzieję, że pan rozumie, dlaczego to znaczy tak... 

dużo dla mnie. 

 -  Tak  -  odparł  hrabia  -  i  może  pewnego  dnia  będę  mógł 

udowodnić, że naprawdę panią rozumiem. 

Słowa popłynęły mu z ust, choć nie zastanowił się wcale, 

czy  powinien  je  powiedzieć.  Ale  wyobraził  sobie  nagle 
Roksanę  spacerującą  wśród  jego  skarbów,  oglądającą  jego 
obrazy, dotykającą jego rzeźb, rozumiejącą - jak chyba żadna 
kobieta  nie  potrafiłaby  zrozumieć  -  dlaczego  pragnie  to 
wszystko posiadać. 

Jego  spojrzenie,  które  spoczęło  na  twarzy  dziewczyny, 

zawstydziło ją trochę, szybko więc powiedziała: 

 - Przepraszam, że zaniedbałam swoich obowiązków i nie 

zaproponowałam  panu  żadnego  poczęstunku.  Balijczycy 
byliby zgorszeni moimi złymi manierami. 

 -  Poprosiłbym,  jeśli  to  nie  sprawi  pani  kłopotu,  o  coś 

zimnego  do  picia  -  odparł  hrabia.  -  Jest  tu  bardzo  gorąco, 
jeszcze się nie przyzwyczaiłem do tego klimatu. 

 - Ma pan zamiar zostać tu długo? 
 - To zależy... - odpowiedział wymijająco. Roksana zeszła 

z podwyższenia, gdzie stały jej rzeźby, i poprowadziła go do 
drugiego bale. 

Znów  podłoga  wznosiła  się  ponad  poziom  gruntu,  a  z 

trzech  stron  opadały  bambusowe  maty;  budynek  ten  mógłby 
być domem prostego wieśniaka. 

Było  tam  jednak  -  ustępstwo  na  rzecz  Zachodu  -  kilka 

foteli,  stół  i  dwie  rzeźbione  skrzynie  stojące  pod 
bambusowymi ścianami. 

Znajdowały  się  też  wazony  z  kwiatami,  czego  nie 

zobaczyłoby  się  w  balijskim  domu,  i  biblioteczka  z  licznymi 
tomami, które w większości zabrała ze sobą z Holandii. 

Kiedy  rozsiedli  się,  a  mała  dziewczynka  pobiegła 

powiedzieć  Gertrudzie,  co  ma  im  podać,  hrabia  zaczął 

background image

zastanawiać  się,  dlaczego  Roksana  prawie  nie  opuszcza 
rezydencji. 

Wydawało się, że wtopiła się w swe otoczenie, jakby była 

jednym z  kloców drewna stojących w pracowni. Było  w niej 
coś,  co  sprawiało,  że  pasowałaby  wszędzie,  gdziekolwiek  by 
się znalazła, nie tracąc nic ze swej odrębności i niezwykłości. 

 - Niech mi pani opowie o sobie - poprosił. 
 -  Czy  pyta  pan  oficjalnie  czy  nieoficjalnie?  -  zagadnęła 

Roksana. 

Roześmiał się. 
 -  Błagam,  proszę  nie  być  wobec  mnie  taką  podejrzliwą. 

Teraz  kiedy  pokazała  mi  pani  swoje  rzeźby,  gotów  jestem 
nawet namawiać panią, by nigdy nie opuszczała Bali. 

 - Czy mówi pan prawdę? 
 -  Nie  mówię  tego  ot,  tak  sobie,  ale  jako  znawca  piękna 

drugiemu znawcy piękna. 

 - Czy tak właśnie pan o mnie myśli? 
 -  Ja  to  wiem  -  odparł  hrabia.  -  Różnica  między  nami 

polega na tym, że kiedy ja kolekcjonuję, pani tworzy! 

 - 

Uważam,  że  to  najmilszy  komplement,  jaki 

kiedykolwiek usłyszałam - powiedziała Roksana. 

 -  Mógłbym  powiedzieć  pani  jeszcze  wiele  innych  - 

odpowiedział. 

Spojrzała na niego pytająco i nagle zrozumiał, że ona boi 

się,  że  może  mieć  z  jego  powodu  takie  same  kłopoty  jak  z 
gubernatorem.  Zanim  zdołał  powiedzieć  coś,  co  by  ją 
uspokoiło,  na  podwórzu  ukazała  się  kobieta  i  weszła  po 
stopniach  do  hale,  gdzie  siedzieli.  Była  w  średnim  wieku,  o 
wzbudzającym szacunek wyglądzie. Jej siwe włosy schowane 
były  pod  białym  lnianym  czepkiem,  jakie  w  Holandii  nosiły 
kobiety  służące  w  domu  hrabiego,  kiedy  usługiwały  jego 
rodzicom. 

background image

Gertruda  postawiła  tacę,  którą  trzymała  w  ręce,  i 

dygnąwszy z szacunkiem, powiedziała: 

 -  Mam  nadzieję,  Mijnheer,  że  sok  owocowy  będzie  panu 

smakował. 

 -  Goede  morgan  -  zaczął  hrabia  i  kontynuował  po 

holendersku.  -  Słyszałem  od  twojej  pani,  z  jakim 
poświęceniem opiekujesz się nią. 

 -  Staram  się,  jak  mogę,  Mijnheer,  ale  to  nie  zawsze  jest 

łatwe w obcym kraju. 

 -  Rozumiem  i  mam  nadzieję,  że  będę  ci  mógł  pomóc  w 

razie jakichś kłopotów. 

 - Dziękuję, Mijnheer. 
Gertruda ponownie dygnęła i wyszła. 
Kiedy już nie mogła ich usłyszeć, Roksana rzekła: 
 -  Bardzo  ładnie  z  pana  strony,  że  był  pan  dla  niej  taki 

uprzejmy.  Gubernator  jest  zawsze  opryskliwy  wobec 
Gertrudy, a nawet ją obraża. 

 -  Jakie  ma  ku  temu  powody?  -  zapytał  hrabia.  Znów 

dostrzegł  rumieńce  pojawiające  się  na  policzkach  Roksany  i 
zrozumiał, że wolałaby nie odpowiadać. 

Po chwili rzekł: 
 - Zadałem pani pytanie, Roksano. 
 - Powiedziałam... mu, że Gertruda jest moją przyzwoitką, 

i  gubernator  myśli,  że  ona...  podsłuchuje,  co  on  mówi  do 
mnie. 

 - Chciałaby pani, żebym z nim  porozmawiał? - spytał po 

chwili hrabia. 

 -  Nie...  w  żadnym  razie!  Proszę...  zapomnieć,  co  przed 

chwilą powiedziałam... to było... głupie i niedyskretne z mojej 
strony. 

 - Dlaczego pani się go boi? 
 - On mógłby... zażądać... opuszczenia Bali. 
 - Czy naprawdę pani myśli, że zrobiłby to? 

background image

 - Może to zrobić... 
Hrabia  domyślał  się,  że  koniec  tego  zdania  mógłby 

brzmieć:.....chyba że będę mu posłuszna". 

Poczuł nagły przypływ gniewu. To nie do przyjęcia, żeby 

gubernator, ten nieokrzesany prostak, mógł szykanować kogoś 
tak delikatnego i wrażliwego jak Roksana! 

Dziewczyna  wstała,  żeby  wypić  szklankę  soku,  i  usiadła 

przed nim. 

Spojrzał na nią i zapytał: 
 - Jak mam pani pomóc? 
 -  Proszę  mu  powiedzieć,  że  pana  zdaniem  powinnam  tu 

pozostać i kontynuować swą pracę. 

 - Tak właśnie zrobię, ale co stanie się, kiedy stąd wyjadę? 
Wzruszyła ramionami  i  wykonała jakiś bezradny, jak  mu 

się wydawało, ruch dłonią. 

 -  Będzie  mi  łatwiej  -  powiedziała  tak  cichym  głosem,  że 

ledwo  ją  usłyszał  -  kiedy  Mervrouw  van  Kaerstock  wróci  z 
Holandii. 

Hrabia  zacisnął  wargi.  Zrozumiał,  że  niewiele  może 

zrobić,  bo  gdyby  okazał  swą  sympatię  tej  angielskiej 
dziewczynie,  po  jego  wyjeździe  znalazłaby  się  w  znacznie 
trudniejszej sytuacji. 

Jakby odgadując jego myśli, Roksana rzekła: 
 -  Proszę  się  mną  nie  martwić.  Wszystko,  czego  chcę,  to 

żeby... zapomniano o mnie i... przestano się interesować moją 
osobą. 

 - Myślę, że to jest niemożliwe, gdziekolwiek by pani była. 
Ponownie 

poczuł, 

że 

onieśmiela 

ją 

swoimi 

komplementami,  wypił  więc  kilka  łyków  pysznego  soku,  w 
którym rozpoznał różne tutejsze owoce. 

Ponieważ uznał za stosowne zmienić temat, rzekł: 
 -  Chciałbym  odwiedzić  pani  nauczyciela.  Jak  on  ma  na 

imię? 

background image

Powiedział to mimochodem i  przerażenie, jakie dostrzegł 

w oczach Roksany, zaskoczyło go. 

 - Nie jest... łatwo tam  się dostać - odparła. - On mieszka 

wysoko w górach, w lesie. To... strome podejście. 

Hrabia zauważył, że jak tylko to powiedziała, zdała sobie 

sprawę,  że  ma  przed  sobą  zdrowego  i  wysportowanego 
młodego człowieka, dodała więc szybko: 

 -  Poza  tym  Ida  Anak  Temu  nie  lubi  gości,  zwłaszcza 

kiedy są nimi... Holendrzy! 

Skrupulatność hrabiego kazała mu odnotować to imię. 
 -  Gubernator  zapewniał  mnie,  że  wśród  Balijczyków  nie 

ma nastrojów niechęci ani buntu - powiedział. 

 -  Nie  ośmieliliby  się  okazać  tego  otwarcie  -  odparowała 

Roksana. 

 - A jednak tak czują! 
 - Oczywiście, że tak czują! - odrzekła. 
 -  Z  pani  słów  wnoszę,  że  pani  także  uważa,  że  powinno 

się ich zostawić samych sobie. 

Zauważył, że rozważa w duchu, czy powinna powiedzieć 

prawdę. 

 -  Balijczycy  są  bardzo  pogodnymi  ludźmi  i  przed 

pojawieniem  się  Holendrów  zbudowali  zdumiewającą 
cywilizację  -  rzekła  po  chwili,  spojrzała  na  hrabiego,  chcąc 
sprawdzić,  czy  nie  próbuje  jej  zaprzeczyć,  i  ciągnęła  dalej:  - 
Tworzą  wspólnotę  poprzez  religię  i  harmonię  myśli.  Są  w 
pełni  zjednoczeni  w  czci  dla  wspaniałych  bogów  swych 
przodków. 

 - Dziwne to stwierdzenie w ustach chrześcijanki i w domu 

misjonarza - sucho zauważył hrabia. 

 -  Nie  jestem  misjonarką  -  odcięła  się  Roksana  -  i 

przeciwna  jestem  temu,  co  Holendrzy  usiłują  zrobić  z 
narodem, który jest w istocie szlachetny i do głębi dobry, jeśli 
tylko  pozostawia  się  go  w  spokoju.  Wszystko  w  ich  wierze 

background image

sprzeciwia  się  krzywdzie  i  złu.  Czy  chrześcijanie  mogą 
nauczyć ich czegoś lepszego? 

 -  Zgadzam  się  z  panią  -  odparł  hrabia  -  ale  wciąż 

zaskakujący jest dla mnie sposób, w jaki to pani mówi. 

 - Na ogół nie wypowiadam się na ten temat - powiedziała 

Roksana - ale czasami głupota i tępota Holendrów  wprawiają 
mnie we wściekłość! 

Hrabia roześmiał się, po czym rzekł: 
 -  Mogę  jedynie  panią  błagać,  by  była  pani  bardziej 

ostrożna  w  wypowiadaniu  własnych  poglądów  w  obecności 
moich rodaków, zwłaszcza takich, jakich poznałem na kolacji 
wczoraj  wieczorem.  To są bigoci  i  rozumiem, dlaczego mają 
panią  za  element  wywrotowy,  który  burzy  im  spokój 
sumienia. 

 -  Pragnę  tylko  uświadomić  im,  jak  wielką  krzywdę 

wyrządzają tym prostym ludziom - odparła Roksana. 

 - Czy prowadzi pani tę krucjatę samotnie? - indagował. 
 -  Sądzę,  że  mam  po  swojej  stronie...  niewidzialne  siły  - 

odpowiedziała. 

 - Jestem tego pewny - stwierdził spokojnie. - Tymczasem 

jednak proszę zachować ostrożność. 

Westchnęła lekko. 
 - Robię, co mogę, a Gertruda upomina mnie bez przerwy, 

bym trzymała język za zębami. 

 - I ma całkowitą słuszność - rzekł hrabia - jestem pewien, 

że uważa, iż czas, bym sobie już poszedł, gdyż w przeciwnym 
razie cała wioska będzie plotkowała na pani temat. 

 -  To  nie  wioska  będzie  plotkować  -  odpowiedziała 

Roksana  -  ale  Holendrzy!  Czasem  ich  nienawidzę  za  tę 
podejrzliwość. 

Znów  uświadomiła  sobie,  że  powiedziała  za  dużo,  i 

zerknęła  szybko  na  niego,  jakby  sprawdzając,  czy  się  nie 
rozgniewał. 

background image

 -  Czy  mam  obiecać  pani,  że  wszystko,  co  zostało  tu 

powiedziane  w  cztery  oczy,  nie  będzie  nikomu  powtórzone? 
Ja w każdym razie zachowam milczenie. 

 -  Dziękuję  panu.  Nie  chcę  być  niedelikatna,  ale  czasami 

nie panuję nad sobą. 

 - I wtedy wygląda pani czarująco! 
 -  Być  może,  jestem  taka  rozdrażniona,  że  nie  mam  do 

kogo  ust  otworzyć  -  mówiła,  jakby  podążając  za  tokiem 
własnych myśli. - Rozmawiam tylko z Gertrudą, ale ona, choć 
bardzo jest mi droga, ma zbyt konwencjonalne poglądy. 

 -  I  ma  rację!  -  rzekł  z  aprobatą  hrabia.  -  Lecz  ponieważ 

mam  uczucie,  że  w  pewnym  sensie  wypełniam  lukę  w  pani 
życiu, czy mogę tu jeszcze kiedyś przyjść? 

 -  Chciałabym,  żeby  pan  mnie  odwiedził  -  odparła  -  i 

proszę  przyjąć  w  prezencie  boginię,  którą pan  tak  podziwiał. 
Chciałabym  wierzyć,  że  będzie  się  panem  opiekowała.  - 
Ujrzała zdziwienie na twarzy hrabiego, dodała więc: - Ona ma 
w sobie pewien wyjątkowy i potężny czar, zapewniam pana! 

Hrabia uniósł w górę ręce. 
 -  W  tym  kraju  gotów  jestem  uwierzyć  we  wszystko, 

nawet w czary! 

 -  Jeśli  będzie  pan  tu  mieszkał  wystarczająco  długo  - 

odrzekła  Roksana  -  to  nie  tylko  pan  w  nie  uwierzy,  ale  i 
zobaczy... na własne oczy. 

Jakaś  nuta  w  jej  glosie  potwierdziła  to,  co  już  wcześniej 

podejrzewał. Zapytał więc: 

 -  Pani  uważa,  że  to  czary  zabiły  pani  wuja?  Roksana 

potaknęła. 

 -  Podobno  pedanda  powiedział  ludziom,  że  mój  wuj  to 

leyak, zły duch. Po tym nie miał już żadnej szansy. 

Hrabia  pomyślał,  że  tydzień  temu  wyśmiałby  takie 

stwierdzenie. Teraz przyjął je z powagą. 

background image

Było coś w powietrzu Bali, co podsuwało myśli o jakichś 

tajemnych siłach; coś, co sprawiało, że świątynie, które mijał 
w  drodze  do  wsi,  wywoływały  w  nim  dziwne  uczucia,  dla 
niego samego niezrozumiałe. 

Teraz miał wrażenie, że i Roksana należy jakby do innego 

świata. 

Bo  jak  inaczej  wytłumaczyć  fakt,  że  potrafi  dostrzec 

kształty w bryle drewna i wyrazić w rzeźbie taką ekstazę, jaką 
dotąd widział tylko w dziełach wielkich włoskich mistrzów? 

 -  Przyjechałem  na  Bali,  żeby  dowiedzieć  się  różnych 

rzeczy  o  jej  mieszkańcach  -  rzekł  ujmując  jej  dłoń.  -  Jeżeli 
obiecam,  że  nie  zrobię  nic,  by  ich  skrzywdzić,  czy  zaufa  mi 
pani? 

Czuł,  jak  jej  palce  drżą  w  jego  dłoni.  Kiedy  jednak 

spojrzał w jej oczy, dostrzegł w nich tylko spokój. 

 - Nie chciałam tak się zachować - odpowiedziała cichym 

głosem - ale... ufam panu. 

Jadąc  do  domu  hrabia  czuł,  że  Roksana  zmusiła  go  do 

przemyślenia wielu spraw. Jednocześnie doszedł do wniosku, 
że to samotne życie ze starą służącą uczyniło ją tak wrażliwą, 
ale to stwierdzenie wcale nie przynosiło mu ulgi. 

Sam  sobie  się  dziwił,  że  znając  tak  krótko  Roksanę, 

niepokoi  go  zachowanie  gubernatora  wobec  niej  i  wobec  tej 
holenderskiej  prostej  kobiety,  która  tak  bardzo  się  od  swojej 
pani różni. 

Ponieważ  Roksana  była,  o  ile  mu  wiadomo,  jedyną 

Angielką  na  wyspie,  pomyślał,  że  nie  ma  nikogo,  do  kogo 
mogłaby  się  zwrócić  ze  swoimi  kłopotami.  A  miała  ich 
zapewne  wiele,  gdyż  żadna  kobieta  tak  piękna  jak  ona  nie 
byłaby w stanie obronić się przed natręctwem mężczyzn. 

Tak rozmyślając hrabia przypomniał sobie gruby brzuch i 

czerwoną twarz gubernatora, i był pewien, że ten człowiek nie 

background image

zawaha  się  przed  użyciem  swej  władzy,  byle  tylko 
podporządkować sobie Roksanę. 

Zauważył, że ona  wyraźnie się go boi  i  że gubernator na 

próżno starał się ukryć gniew, kiedy hrabia postanowił, że sam 
ją odwiedzi. 

Hrabiego na ogół nie obchodziły kłopoty bliźnich, Miewał 

oczywiście różne problemy w swoim życiu, ale dotyczyły one 
przeważnie  spraw  państwowych,  dyplomatycznych  lub 
podbojów  miłosnych.  Nie  mógł  sobie  przypomnieć,  by 
kiedykolwiek zapragnął stanąć w obronie kobiety, z którą nie 
był blisko związany. Ale też nie przypominał sobie, by spotkał 
kogoś  takiego  jak  Roksana.  Przyznawał,  że  pociągała  go,  ale 
w  jakiś  inny  sposób.  Nie  miał  ochoty  flirtować  z  nią,  nawet 
nie  pożądał  jej  w  zwykłym  tego  słowa  znaczeniu.  Usiłował 
natomiast  zrozumieć  ją,  chciał  poznać  jej  myśli  i  uczucia.  A 
najbardziej  pragnął  odkryć,  skąd  bierze  się  jej  talent  i 
natchnienie,  tak  zaskakujące  u  osoby  jej  płci.  Kiedy  jednak 
dotarł  do  siedziby  gubernatora,  zaczął  niemal  powątpiewać, 
czy rzeźby Roksany są naprawdę tak wspaniałe, jak je ocenił 
w  pierwszej  chwili.  Ale  jednocześnie  jakiś  wewnętrzny  glos 
mówił mu, że w tej dziewczynie jest niezaprzeczalny geniusz. 

Była  już  prawie  pora  obiadowa,  kiedy  dotarł  do  domu,  i 

gdy umywszy  się i  przebrawszy  wszedł  do wielkiego salonu, 
zastał gubernatora czekającego na niego ze szklanką w dłoni. 

 - Mam nadzieję, panie hrabio, że nie zawiódł się pan?! 
Brzmienie  jego  głosu  było  bez  wątpienia  wrogie,  ale 

hrabia odparł spokojnie: 

 -  Prace  Miss  Barclay  wydały  mi  się  interesujące. 

Jednakże  brak  jej  jeszcze  wystarczającego  doświadczenia  w 
snycerstwie. 

 - Takie rzeźby znajdzie pan na Bali w nadmiarze. 
 - Nie wątpię. 

background image

Kiedy  służący  podszedł  z  tacą  z  napojami,  hrabia  wziął 

szklankę  soku  i  patrzył  przez  okno  na  barwny  ogród. 
Gubernator odezwał się, jakby z trudem wypowiadając słowa: 

 - Co ta dziewczyna powiedziała panu? 
 - O czym? 
 -  O  swoim  życiu  tutaj,  o  ludziach,  o  tym,  jak  jest 

traktowana. 

 - Mówiła głównie o swoich rzeźbach. Myślę, że powinna 

nadal pobierać lekcje i pracować. 

 -  A  więc  w  jej  imieniu  prosi  pan  o  przedłużenie  prawa 

pobytu? 

 - Bez  wątpienia uważam,  że taki talent nie powinien być 

zmarnowany,  ale  sądzę,  że  jest  wiele  innych  miejsc,  gdzie 
mogłaby  znaleźć  nauczyciela,  jeżeli  jej  pobyt  tutaj  jest 
niemożliwy. 

Hrabia mówił obojętnym tonem i wiedział, że wywołało to 

na gubernatorze zamierzony efekt. 

 -  Spróbuję  coś  dla  niej  zrobić  -  powiedział  gubernator  - 

ale zapewniam pana, że trudno jest wszystkich zadowolić. 

 - Nie wątpię - odparł hrabia - ale jak to się mówi, zawsze 

są dwie strony medalu. 

 -  Ma  pan  rację!  Ma  pan  zupełną  rację!  -  powiedział 

gubernator z przesadną serdecznością. 

Opadł na fotel obok hrabiego i wyciągnął nogi. 
 -  Kłopot  z  tą  cholerną  wyspą  -  rzekł  -  polega  na  tym,  że 

nie  ma  tu  żadnych  rozrywek,  chyba  że  ma  się  skłonność  do 
balijskich kobiet. 

Kiedy  tylko  hrabia  zniknął  z  oczu,  Roksana  pobiegła  do 

kuchni, gdzie Gertruda przygotowywała posiłek. 

 -  Wszystko  poszło  nadspodziewanie  dobrze!  -  zawołała 

podniecona.  -  Hrabia  ma  zamiar  mi  pomóc.  Nie  musimy  się 
bać,  że  będzie  nalegał,  byśmy  opuściły  wyspę!  -  Wydało  jej 
się, że Gertruda patrzy z niedowierzaniem, więc mówiła dalej: 

background image

-  On  zrozumiał!  Naprawdę  zrozumiał,  co  próbuję  oddać  w 
swoich pracach. Z pewnością zna się na rzeźbiarstwie. 

 -  Słyszałam  o  nim  jeszcze  w  Holandii  -  stwierdziła 

Gertruda.  -  Jest  bardzo  bogaty,  spokrewniony  z  królową 
wdową, i miał więcej przygód miłosnych, niż ja mam palców! 

Sposób,  w  jaki  to  mówiła,  sprawił,  że  Roksana  nagle 

zamilkła. 

Spojrzała na Gertrudę z zakłopotaniem. 
 - Dlaczego ty nie... lubisz hrabiego? 
 -  Jest  zbyt  przymilny  i  zbyt  gładki!.  Roksana  roześmiała 

się. 

 - Przecież widziałaś go tylko przez moment! 
 - Powiadają, że ma wszystko, czego zapragnie! 
 - A jeśli zapragnął nam pomóc, to o co chodzi? - zapytała 

Roksana.  -  Obiecał  mi,  że  spróbuje  wpłynąć  na  gubernatora, 
żeby wydał zezwolenie. Tylko to jest ważne. 

 -  Czy  znowu  tu  przyjdzie?  -  zapytała  podejrzliwie 

Gertruda. 

 - Jestem... pewna, że ma mnóstwo... innych spraw i długą 

listę...  osób,  z  którymi  ma  się  spotkać  -  wymijająco 
odpowiedziała Roksana. 

 - Więc niech panienka mnie posłucha - rzekła Gertruda. - 

Dość  mamy  kłopotów  z  węszącym  tu  o  każdej  porze  dnia 
gubernatorem, niepotrzebny jeszcze hrabia! Nie ufaj mu! 

 - Dlaczego? 
 - Bo jeśli odkryje Karela, to tak jak wszyscy inni każe go 

posłać  do  sierocińca;  jest  on  Holendrem  i  twoje  zdanie  nie 
będzie  miało  żadnego  znaczenia!  -  Roksana  słabo 
zaprotestowała,  ale  Gertruda  ciągnęła:  -  Panienka  jest 
Angielką  i  niech  nie  zapomina  o  tym,  że  Holendrzy  tylko 
siebie  słuchają. Przestrzegają  swoich  własnych  praw  i  hrabia 
nie  jest  inny  niż  cała  reszta.  Zapamiętaj  moje  słowa!  - 

background image

zakończyła  i  gdy  z  trzaskiem  postawiła  na  stole  trzymane 
naczynia, stwierdziła, że Roksana gdzieś zniknęła. 

Z  daleka  zobaczyła  jej  białą  suknię  w  cieniu  strzechy  z 

palmowych  liści  kryjącej  pracownię.  Dotykała  głowy 
klęczącej  dziewczyny  w  miejscu,  na  którym  spoczęła  dłoń 
hrabiego.  Nie  dającym  się  opanować  ruchem  jej  palce 
podążyły  ku  odchylonej  do  tyłu  szyi  i  powoli,  łagodnie 
pieściły gładkie drewno. 

background image

R

OZDZIAŁ 

Roksana  pracowała  właśnie  nad  rzeźbą  przedstawiającą 

męski tors, gdy usłyszała na podwórzu odgłos końskich kopyt. 

Nie  odwróciła  głowy,  gdyż  była  pewna,  kto  nadchodzi,  i 

rzeczywiście kilka minut później hrabia stanął przed nią. 

Było  bardzo  gorąco,  więc  miała  na  sobie  swą  najlżejszą 

suknię. Jej skóra prześwitywała przez delikatny materiał, a na 
policzkach  wykwitły  rumieńce.  Nie  podniosła  oczu,  ale  po 
chwili, gdy hrabia się nie odzywał, powiedziała: 

 - Wcześnie pan przyjechał tego ranka. 
 - Przyjechałem prosić panią o pomoc. 
 - Mnie... o pomoc? 
Roksana  była  tak  zaskoczona,  że  przerwała  pracę  i 

spojrzała na hrabiego. Miał na sobie tylko koszulę i bryczesy 
do  jazdy  konnej.  Pomyślała,  że  zbudowany  jest  jak  postać, 
którą  właśnie  rzeźbi.  Ale  zaraz  zawstydziła  się,  że  robi  takie 
porównanie, i powiedziała spuszczając oczy: 

 -  Wydaje  mi  się,  że  nie  zrozumiałam.  Jak  ja  mogę  panu 

pomóc? 

Hrabia nie odpowiedział, tylko rzekł: 
 - Czy ma pani model do tej rzeźby? 
 - Nie. On zaistniał w mojej głowie, jak tylko przyniesiono 

mi ten kawał drewna - i uśmiechając się dodała: - Mam panu 
coś do pokazania. 

Przeszła przez pracownię i  w  głębi  hrabia zobaczył kilka 

nowych wielkich kloców drewna. Jeden z nich był wysoki, o 
bardzo dziwnym kształcie, a ociosane gałęzie na wierzchołku 
zdawały się oplatać główny pień. 

Czuł, że Roksana chce sprawdzić, czy jego wizja tego, co 

kryje się w tym drewnie, jest taka sama jak jej. Stał wpatrzony 
weń,  zmuszając  się  do  koncentracji  i  starając  się  na  chwilę 
zapomnieć  o  Roksanie,  która  -  kiedy  widział  ją  przy  pracy  - 
wyglądała jeszcze bardziej uroczo niż poprzednio. Jej włosy o 

background image

rdzawym  odcieniu  zdawały  się  połyskiwać  na  tle  mat  z 
włókna  kokosowego  zasłaniających  słońce,  które  jednak 
przebijało się przez nie z fascynującym blaskiem. 

 - Co pan widzi? - nalegała Roksana, kierując jego uwagę 

na oryginalny kształt drewna. 

Niespodziewanie roześmiał się. 
 - Boję się popełnić błąd i ujawnić swą ignorancję. 
 - Na pewno tak się nie stanie. 
 - Więc niech pani powie, co widzi? - dopytywał się. 
 -  Oczywiste  jest  dla  mnie,  że  to  dwoje  obejmujących  się 

ludzi, dotykających się głowami; zapewne się całują, choć to - 
jak pan wie - nie leży w tutejszym zwyczaju. 

Gdy  to  powiedziała,  była  pewna,  że  i  on  -  jakby  jej 

oczyma  -  zobaczył,  co  skrywało  w  sobie  drewno.  Teraz 
wydało mu się oczywiste, że mężczyzna obejmuje ramionami 
kobietę,  przyciska  ją  do  serca,  a  ich  ciała  przywierają  do 
siebie. Nawet kształty ich głów - jedna wyżej niż druga - były 
teraz  widoczne.  Pomyślał,  że  Roksana  w  jakiś  niepojęty 
sposób  sprawiała,  że  widział  to,  co  ona  dostrzegała  oczyma 
duszy. 

Czując się niemal urażony jej przewagą w tym względzie, 

odezwał się: 

 -  Gdybyśmy  byli  w  Holandii,  powiedziałbym,  że  pani 

mnie zahipnotyzowała, ale tu na Bali... 

Urwał w pół słowa. 
 -  Pan  po  prostu  widzi...  oczyma  swego  ducha  czy  może 

duszy - dokończyła Roksana. 

 -  Przeraża  mnie  pani  -  zaprotestował  -  a  jednak  wracam 

do swej prośby: musi pani mi pomóc. 

 - A o co chodzi? 
Przerwał na chwilę. Potem powiedział: 
 -  Kiedy  przyjechałem  na  Bali,  wbrew  swej  woli  i  -  jeśli 

mam być szczery - bardzo sceptycznie nastawiony do tego, co 

background image

tu  spotkam,  postanowiłem,  że  spróbuję  zrozumieć  tutejszych 
ludzi i poznać ich życie. 

 - Bardzo słuszne postanowienie. 
 -  Ale  doszedłem  do  wniosku,  że  trudno  jest  to  zrobić 

mieszkając  w rządowej  rezydencji  - ciągnął  hrabia. - Prawdę 
mówiąc  dziś  rano  wyjechałem  po  prostu  bez  słowa,  zanim 
gubernator wstał na śniadanie. 

 - Na pewno jest teraz bardzo zły - wtrąciła Roksana. 
 -  To  mnie  nie  wzrusza  -  wyniośle  odparł  hrabia.  -  Zdaję 

sobie  sprawę,  że  jeśli  miałbym  przebywać  tutaj  w 
towarzystwie Holendrów i analizować plany reform, które bez 
wątpienia nie będą nigdy realizowane, to lepiej było nie ruszać 
się z domu. 

W duchu hrabia pomyślał, że pozostanie w domu i tak nie 

było możliwe, gdyż sytuacja zmusiła go do wyjazdu na Bali. 
A  prawdę  powiedziawszy  jest  zaintrygowany  tym  krajem, 
jego  mieszkańcami  i...  Roksaną.  Nie  miał  zatem 
najmniejszego  zamiaru,  by  gubernator  mieszał  się  w  jego 
sprawy i organizował mu rozrywki. 

 - Jak mogę panu pomóc? - spytała Roksana. 
 -  Jego  ekscelencja  namawia  mnie,  bym  obejrzał  walki 

kogutów,  co  mnie  nigdy  nie  interesowało,  bym  poszedł  na 
wyścigi bawołów, które - o ile wiem - mają się odbyć chyba w 
tym miesiącu, a także, żebym obejrzał... tańce dziewcząt. 

Sposób, w jaki wypowiedział dwa ostatnie słowa, sprawił, 

że Roksana spojrzała na niego przenikliwie. 

 - Mają przyjść do rezydencji gubernatora - dokończył. 
 - A więc na pewno nie będą to typowe balijskie tańce, bo 

te powinny odbywać się w odpowiednim miejscu. 

 -  Tak  właśnie  myślałem  -  odpowiedział  hrabia.  Nie 

powiedział Roksanie, że gubernator zaprosił dziewczęta, które 
będą  gotowe  po  tańcach  zabawiać  ich  w  wymyślny  sposób  i 
spełnią każde ich życzenie. 

background image

Hrabia był bardzo wybredny i nigdy - chociaż prawie nikt 

w  to  nie  wierzył  -  nie  miał  intymnych  stosunków  z  kobietą, 
która  go  nie  pociągała.  Nawet  kiedy  mieszkał  w  Paryżu,  nie 
odwiedzał „domu uciech", jak to czyniła większość mężczyzn 
w jego wieku. Takie rozrywki nie bawiły go wcale i kobiety, z 
którymi się kochał, należały do jego sfery lub były gwiazdami 
sceny czy baletu. 

Nie  miał  zamiaru  potępiać  gubernatora  za  to,  że  gdy  nie 

było  żony,  zabawiał  się  z  pięknymi  i  pełnymi  wdzięku 
balijskimi kobietami, ale jemu osobiście to nie odpowiadało. 

Interesował  go  folklor, a nie widowisko zainscenizowane 

dla  zysku.  Z  książek  o  Bali  dowiedział  się,  że  taniec  lelong 
wykonywany wyłącznie przez dziewczęta, które nie osiągnęły 
jeszcze  dojrzałości,  jest  szczytem  perfekcji  ruchów  ciała 
ludzkiego.  Natomiast  historyczny  taniec  topeng  jest  tańczony 
w  zasadzie  przez  starszych  mężczyzn,  którzy  zmieniając 
maski  personifikują  dzielnych  królów,  podstępnych  książąt, 
głupich  pierwszych  ministrów  i  wojowników.  Wykonywano 
również  tańce  religijne,  choć  mało  było  prawdopodobne,  by 
cudzoziemiec mógł je obejrzeć. 

Zauważył, że Roksana nad czymś się zastanawia, aż nagle 

klasnęła w ręce i mała dziewczynka, która poprzednio czekała 
na  nich,  wybiegła  z  zabudowań  kuchennych.  Roksana 
odezwała  się  do  niej  po  balijsku  i  dziecko  przebiegło  przez 
podwórze i zniknęło za bramą. 

 -  Mam  nadzieję,  że  za  kilka  minut  rozwiążemy  pański 

problem  -  powiedziała  Roksana  do  hrabiego.  -  A  tymczasem 
chyba powinnam wrócić do pracy. 

 -  Skąd  taki  pośpiech?  -  dopytywał  się  hrabia.  Wydawało 

się, że zastanawia się nad jego pytaniem: 

 -  Mam  przeczucie  -  odpowiedziała  po  chwili  -  że  jeśli 

teraz tego nie skończę, nigdy już mi  się to nie uda. To jest... 
coś, czego nie umiem wyjaśnić, a jednak tak się zawsze dzieje. 

background image

 -  Myślę,  że  stara  się  pani  być  tajemnicza,  by  mnie 

zaciekawić - mówiąc to żartobliwie, wiedział jednocześnie, że 
Roksanie obce są takie wybiegi. 

Ona  zaś,  ignorując  jego  uwagę,  jakby  nie  warto  było  na 

nią odpowiadać, podniosła dłuto i młotek i wróciła do pracy. 

Hrabia  znalazł  jakieś  wyplatane  krzesło,  usiadł  na  nim 

okrakiem i założył ręce na plecy. Obserwował ją i zastanawiał 
się, czy istnieje na świecie kobieta, obojętne jakiej rasy, która 
byłaby równie piękna i miała w sobie tyle uroku. 

Stwierdził,  że  jest  podobna  do  posągu  Afrodyty,  który, 

zanim  go  kupił,  przeleżał  setki  lat  w  morzu,  co  nadało 
marmurowi niemal miękkość prawdziwego ciała. 

Pomyślał, że  gdyby posąg ten miał nadal  głowę, miałaby 

ona twarz Roksany. 

Wyprostowała się i spojrzała na niego. 
 - Zaczynam się przez pana... denerwować. 
 - Dlaczego? 
 - Ponieważ czuję, że pan... myśli o mnie. 
 -  Dlaczego  to  miałoby  panią  denerwować?  Zawahała  się 

na chwilę, a potem rzekła: 

 - Może boję się pańskiej krytycznej opinii. 
Wiedział,  że  to  nie  była  prawda  i  że  w  rzeczywistości 

czuła,  iż  myśli  on  o  czymś  zupełnie  innym.  Już  miał 
odpowiedzieć, gdy w tej samej chwili dziewczynka wróciła na 
podwórze, prowadząc  mężczyznę w średnim  wieku ubranego 
w sarong owinięty wokół bioder. 

Roksana  zeszła  z  podwyższonej  podłogi,  by  go  powitać. 

Hrabia  obserwował  błyski  słonecznych  promieni  na  jej 
włosach, ruchy jej smukłych dłoni, którymi pomagała sobie w 
rozmowie. 

Po kilku minutach odwróciła się ku niemu z uśmiechniętą 

twarzą. 

 - Mam dobre wiadomości! 

background image

Hrabia  zerwał  się  na  równe  nogi,  a  ona  gestem  dłoni 

wskazała stojącego na podwórzu mężczyznę. 

 - To jest Ponok - powiedziała - i choć nie będzie to łatwe, 

obiecał,  że  zabierze  nas  dziś  wieczorem,  byśmy  mogli 
zobaczyć ketjak. 

 - Czy to taniec? - zapytał hrabia. 
 -  To  najdzikszy  i  najbardziej  przejmujący  ze  wszystkich 

balijskich  tańców  -  wyjaśniła  Roksana.  -  Ale  tańczy  się  go 
tylko w nocy i by go obejrzeć, będziemy musieli udać się do 
lasu.  -  Spojrzała  na  hrabiego  trochę  niespokojnie  i 
powiedziała:  -  I  uprzedzam,  że  można  się  tam  dostać  tylko 
pieszo - w jej glosie brzmiał przepraszający ton. 

 - Czy sugeruje pani, że nie byłbym w stanie tam dojść? 
 - To nie tak - odpowiedziała Roksana - ale może pan jest 

na to... zbyt dostojny. 

 - Zapewniam panią - roześmiał się - że jestem pokornym 

pielgrzymem  do  źródeł  wiedzy  i  dotrę  wszędzie,  niezależnie 
od tego, gdzie się one znajdują. 

 - Zatem da pan radę tu przybyć po czwartej trzydzieści? - 

spytała Roksana. 

Hrabia nie był zaskoczony tak wczesną godziną. Wiedział, 

że ponieważ wyspa znajdowała się niedaleko równika, zmrok 
nadchodził  około  piątej,  cienie  wydłużały  się  o  piątej 
trzydzieści,  a  wkrótce  potem  przepiękne  kwiaty  i  złociste 
kamienie świątyń pogrążały się w mglistej szarości. 

 -  Będę  tu!  -  powiedział  zdecydowanie  -  i  jestem  bardzo 

wdzięczny  temu  człowiekowi.  Czy  mogłaby  pani  mu  to 
powiedzieć w moim imieniu? 

Roksana  przetłumaczyła  jego  słowa  na  balijski  i  Ponok 

skłonił się z godnością typową dla przedstawicieli jego rasy. 

 -  Czy  mam  mu  dać  trochę  pieniędzy?  -  zapytał  hrabia 

Roksanę ściszonym głosem. 

background image

 -  W  żadnym  wypadku!  -  Potrząsnęła  zdecydowanie 

głową. - Zabiera nas przez grzeczność i robi to dla mnie. Jego 
usług nie można kupić. 

Zobaczyła zaskoczenie na twarzy hrabiego, więc dodała: 
 -  Zrewanżuję  się  mu  za  jego  uprzejmość  jakąś  małą 

rzeźbą. 

 -  Jestem  przekonany  -  rzekł  hrabia  -  że  będzie  dla  niego 

miała  daleko  większą  wartość  niż  jakakolwiek  rzecz,  którą 
można kupić. 

Skinął  na  chłopca,  który  trzymał  jego  konia,  i  kiedy 

przyprowadzono mu wierzchowca, odezwał się: 

 -  Teraz  muszę  panią  opuścić,  choć  wcale  nie  mam  na  to 

ochoty.  Będę  uczestniczył  w  przeraźliwie  nudnych 
uroczystościach, które gubernator zorganizował  dla  mnie, ale 
zapewniam panią, że wrócę tu przed czwartą trzydzieści i nic 
mi w tym nie przeszkodzi. 

 -  Przygotuję  dla  pana  jakiś  posiłek  przed  wyruszeniem  - 

obiecała Roksana. 

 - Brzmi to, jakby nadal obawiała się pani, że zasłabnę  w 

drodze - odparł hrabia. 

 -  Oglądanie  tańca  ketjak  to  nie  to  samo  co  pójście  do 

opery na balet Sylfidy. 

W  drodze  powrotnej  hrabia  myślał  z  rozdrażnieniem,  że 

uznała  go  za  człowieka,  który  idzie  na  przedstawienie  tylko 
wtedy, gdy ma zapewnione miejsce w pierwszych rzędach i w 
wygodnym fotelu. 

Wiedział  jednocześnie,  ze  będzie  czekał  na  ten  wieczór 

niczym uczniak idący pierwszy raz do teatru. 

Wieczór  zapadł  na  długo  przed  tym,  zanim  Roksana  i 

hrabia  dotarli  do  miejsca,  które  wyglądało  jak  sam  środek 
dżungli.  W  czarodziejskim  zmroku  widzieli  wieśniaków 
idących  do  domu  z  ciemniejących  sawah,  z  motykami 
zatkniętymi  na  ramię,  z  zabłoconymi  nogami.  Przechodzili 

background image

przez wioski, gdzie dym z palenisk odcinał się niebiesko na tle 
cieni drzew i pomarańczowych murów. Chwilami zdawało się, 
że powietrze wypełnione jest chmarami ważek, aż wreszcie po 
długim  marszu  niespodzianie  wyszli  na  polanę,  gdzie  wielu 
wieśniaków  już  siedziało  w  kucki  wokół  ogniska.  Kiedy  szli 
za Ponokiem idącym przodem i niosącym małą latarnię, którą 
zapalił,  gdy  zapadły  prawdziwe  ciemności,  Roksana  cichym 
głosem udzielała hrabiemu wyjaśnień na temat tańca ketjak. 

 -  Nazywa  się  go  „małpim  tańcem"  -  mówiła  -  ponieważ 

Garudzie,  ptakowi  symbolizującemu  Wisznu,  w  uwolnieniu 
księcia  Ramy  i  księżniczki  Sity,  uprowadzonej  przez  króla 
demonów, pomaga Hanuman wraz z armią swych małp. 

Hrabia  słuchał  opowieści  tylko  jednym  uchem,  a 

naprawdę poruszony był głosem Roksany, który miał w sobie 
jakieś  melodyjne  brzmienie  i  wydawał  się  w  cieniu  wielkich 
drzew  i  w  otaczającym  ich  aromacie  dżungli  szczególnie 
łagodny i czarodziejski. 

 -  Pierwotnie  ketjak  był  tańczony  przez  wieśniaków  - 

ciągnęła  -  gdy  epidemia  dziesiątkowała  ich  stada.  Uważano, 
że odpędza on złe duchy. 

 - A obecnie? - spytał hrabia. 
 -  Na  ogół  jest  jakiś  wyjątkowy  powód,  dla  którego 

powinno  się  odtańczyć  ketjak:  może  ktoś  sądzi,  że  jest 
opętany przez złego ducha albo że czarownica zwana Rangdą 
rzuciła na niego urok. 

 -  Czy  uważa  pani,  że  ketjak  jest  skuteczny  w  takich 

przypadkach? - dopytywał się hrabia. 

Roksana pomyślała, że sobie żartuje, i spojrzała pytająco, 

zanim odpowiedziała: 

 - Myślę,  że  wiara... w cokolwiek by się  wierzyło...  może 

czynić... cuda! 

To  była  doskonała  odpowiedź  -  pomyślał  hrabia  -  ale  ile 

spośród znanych mu kobiet zdobyłoby się na nią? 

background image

Ponok  wyprowadził  ich  poza  krąg  ludzi  otaczających 

ognisko.  Hrabia  dostrzegł  pozostawioną  w  środku  pustą 
przestrzeń,  gdzie  jak  sądził,  pojawią  się  postacie  dramatu. 
Tymczasem próbował przyjrzeć się temu, co działo się wokół 
niego.  Pojawiało  się  coraz  więcej  ludzi  i  wraz  z  nimi  coraz 
więcej  świateł,  dzięki  którym  mógł  wyraźniej  widzieć 
wszystko.  Były  to  niemal  wyłącznie  kaganki  z  olejem 
kokosowym  i  tylko  kilka  latarń.  Potem  płomienie  ogniska 
wzbiły  się  w  górę  i  zapadła  zupełna  cisza.  Wyglądało,  jakby 
wszyscy  wstrzymali  oddech,  a  hrabia  czuł,  iż  oczekiwanie 
stało się tak pełne napięcia, że prawie było nie do zniesienia. 

Rozległo się głośne klaśnięcie, tak niespodziewane, że aż 

podskoczył  z  wrażenia.  Wówczas  spoza  kręgu  migoczących 
kaganków  i  stłoczonych  półnagich  ciał  mężczyzn  dobiegło 
pierwsze  zaklęcie:  głuchy,  przeciągły  zew,  przypominający 
modlitwę  z  minaretu,  który  przeszedł  w  donośny,  coraz 
głośniejszy syk, a potem w przejmujący ryk i na koniec znów 
w monotonny śpiew. 

Chór  zaintonował 

ketjak, 

chrapliwe,  bełkotliwe, 

skrzekliwe  staccato,  ostre  i  mrożące  krew  w  żyłach. 
Mężczyźni pochylili się w przód i wyciągnęli ręce, a ich głosy 
zdawały  się  układać  w  mozaikę  okrzyków,  jęków  i  syków, 
kończących  się  gardłowym  dźwiękiem,  niezbyt  przyjemnym 
dla ucha. 

Hrabiemu  wydawało  się,  że  sam  staje  się  uczestnikiem 

dramatu. 

Był  księciem  Ramą  w  błyszczącym  stroju,  oszalałym  z 

rozpaczy,  szukającym  utraconej  żony.  Czuł,  że  sam  bierze 
udział w walce, w której demon wypuścił strzałę zmieniającą 
się w węża i oplatającą księcia. Ale bogowie przybyli mu na 
pomoc  i  Hanumanowi  udało  się  przy  pomocy  małp  uwolnić 
księcia  i  zwrócić  mu  jego  małżonkę,  księżniczkę  Sitę.  Gdy 
chór 

męskich 

głosów, 

śpiewający 

bez 

żadnego 

background image

akompaniamentu, wzbijał się w najwyższe rejestry, na księciu 
cierpła  skóra.  Potem  chór  uderzał  w  niższe  tony,  a  szum  i 
odgłosy  strzelania  z  palców  sprawiały,  że  napięcie  sięgało 
zenitu. 

Kiedy dramat dobiegł końca, mężczyźni zwiesili głowy z 

wyczerpania  niczym  -  jak  pomyślał  hrabia  -  wioślarze  po 
długim męczącym wyścigu. 

I  on  był  fizycznie  wyczerpany,  ale  czuł  dziwne 

wewnętrzne ukojenie, jak nigdy jeszcze w swym życiu. 

Został  uwolniony  od  swego  "ja"  i  teraz,  wracając  z 

powrotem na  ziemię, spojrzał  na Roksanę i  przekonał  się, że 
odczuwa to samo. 

Przez kilka minut nie byli w stanie się poruszyć. Siedzieli 

w  milczeniu,  łapiąc  z  trudem  powietrze,  jakby  przed  chwilą 
walczyli  z  gwałtownym  prądem  morskim  i  ledwo  uszli  z 
życiem. 

Nagle Ponok zerwał się na równe nogi, a hrabia podał rękę 

Roksanie, by pomóc jej wstać. Kiedy dotknął jej dłoni, poczuł 
jakby  iskrę,  która  przeskoczyła  z  jego  rozpalonego  ciała 
jednocząc  się  z  płomieniem  płonącym  w  niej.  Ich  oczy 
spotkały się i po chwili odezwała się z wyraźnym trudem: 

 - Zr...rozumiał... pan? Przytaknął. 
Wydawało się, że i on nie jest w stanie wymówić słowa. I 

tak,  trzymając  się  za  ręce,  szli  za  latarnią  Ponoka  wśród 
milczącego  tłumu,  który  rozpraszał  się  w  ciemności.  Wokół 
nich nie było nic prócz najgłębszej gęstwiny lasu. 

Przeszli spory kawałek drogi, zanim hrabia odezwał się: 
 - Gdybym tego nie widział na własne oczy i nie słyszał na 

własne  uszy,  nigdy  nie  uwierzyłbym,  że  takie  rzeczy  są 
możliwe! 

 - Miałam nadzieję, że taka  właśnie będzie pana reakcja  - 

odparła Roksana. 

Jego palce zacisnęły się na jej dłoni. 

background image

 -  Czy  przyprowadziłaby  mnie  tu  pani  -  zapytał  -  gdyby 

wątpiła, że to może nie zrobić na mnie aż takiego wrażenia? 

 - Z pewnością nie! 
 - Skąd więc wiedziała pani, że tak to przeżyję? 
 - Po prostu wiedziałam - odpowiedziała z prostotą. 
 -  Nigdy  jeszcze  nic  tak  mną  nie  wstrząsnęło  -  rzekł 

hrabia.  -  Otworzyła  pani  drzwi,  Roksano,  które  jak  sądzę, 
trudno będzie teraz zamknąć. 

 - Czy chce pan je zamknąć? 
 -  Nie!  Ale  jednocześnie  oznacza  to  zmianę  mojego 

sposobu myślenia. 

 -  Myślę,  że  lepszym  słowem  byłoby...  doskonalenie  - 

odpowiedziała, 

 - Tak, oczywiście - zgodził się z nią. 
Szli  w  milczeniu,  a  jednak  hrabia  miał  wrażenie,  że 

rozmawiają  bez  słów  i  mówią  rzeczy,  których  przedtem  nie 
odkrywali  przed  sobą,  a  już  nigdy  przed  innymi.  Kiedy 
wyłonili  się z lasu, gwiazdy i  księżyc oświetliły ryżowe pola 
przed wioską, w której mieszkała Roksana. 

Tajemniczo  niebieskie,  wypełnione  drżeniem,  które 

wyczuwali;  hrabia  pomyślał,  że  wstąpił  do  zaczarowanego 
świata, którego piękna nie mogły opisać żadne słowa. 

Po chwili za polami zobaczyli jaśniejące w oddali światła. 

Na pewno nie były to oliwne lampki stojące w oknach małych 
domów. 

 - Co tam się dzieje? - zapytał. 
 -  Sądzę,  że  to  jakieś  święto  albo  uczta  -  odpowiedziała 

Roksana. - Każda  wioska  ma różne okazje do uroczystości,  a 
jeśli  właśnie  odbywa  się  ślub,  będą  tańce  i  składanie  bogom 
ofiar. 

 -  Czy  moglibyśmy  tam  pójść  i  zobaczyć?  -  spytał  hrabia 

zatrzymując się. 

background image

Nie  tylko  pragnął  obejrzeć,  co  się  tam  dzieje,  ale  chciał 

również,  żeby  ten  wieczór  jeszcze  się  nie  skończył,  żeby  nie 
dotarli  zbyt  szybko  do  domu  Roksany,  gdzie  musiałby  ją 
pożegnać. 

Zwróciła się z tym do Ponoka, który przez chwilę zdawał 

się zastanawiać, czy nie będą niepożądanymi gośćmi. 

Potem zdecydował, że mogą tam pójść, i Roksana, ciągnąc 

hrabiego za rękę, skręciła w stronę świateł. 

Brama  do  wsi  udekorowana  była  chorągiewkami  i 

kwiatami,  a  kiedy  weszli,  ujrzeli  świątynię,  przed  którą 
piętrzył  się  stos  darów  od  samego  rana  znoszonych  na 
głowach przez kobiety. 

Wszystko mieniło się jaskrawymi kolorami rzeźb, ale tym 

razem ich zieleń, róż, błękit i żółć uzupełniały barwy różnych 
potraw i owoców. 

Ryżowe satis i sól zostały pobłogosławione przez kapłana; 

na  stołach  stały  getjok,  czyli  mielone  żółwie  mięso  z  tartym 
kokosem,  prosięta  przygotowane  do  wbicia  na  rożen,  a  obok 
kurczaki  tak  chude  i  z  tak  długimi  nogami,  że  nazywano  je 
„drobiem wyścigowym". 

Wszystko  było  bardzo  proste,  a  jednocześnie  na  swój 

sposób  piękne.  Wieśniacy  siedzieli  kołem  wpatrując  się  w 
dwunasto-,  trzynastoletnią  dziewczynkę,  odzianą  od  stóp  do 
głów  w  brokat,  z  wiankiem  na  głowie.  Przygrywali  jej 
muzykanci, a ona z kamienną twarzą poruszała się w przód i 
w tył w dziwnym tańcu. Ożywiały ją jedynie oczy. 

Hrabia i Roksana, stanąwszy na podwórcu, przyglądali się 

przez  jakiś  czas.  Potem  w  milczeniu,  by  nie  przeszkadzać 
gościom, Roksana dała znak gestem, że pora wracać. 

 - Czy nie możemy zostać tu do końca - powiedział niemal 

urażony. 

 - To jest lelong - odparła Roksana - często trwa przez pięć 

godzin. 

background image

 - Pięć godzin! - wykrzyknął. Roześmiała się lekko z jego 

zaskoczenia. 

 - Na Bali nikt nigdzie się nie śpieszy. 
 - Ale pani popędza mnie do domu - poskarżył się. 
 -  Myślę  o  Ponoku  -  odpowiedziała.  -  Balijczycy 

nienawidzą  ciemności.  Gdyby  szedł  sam,  bez  naszego 
towarzystwa, śpiewałby i krzyczał najgłośniej jak potrafi. 

Hrabia uśmiechnął się. 
 - Zapewne, aby odegnać złe duchy! 
 -  Widzę,  że  robi  pan  postępy  -  powiedziała  Roksana.  - 

Ciemność jest pełna niespodzianek i  dlatego  właśnie kochają 
oni  światło  i  słońce,  i  nie  mają  ochoty  na  spotkanie  z 
leyakiem, który pojawia się tylko w nocy. 

Szli  dalej,  wciąż  trzymając  się  za  ręce,  i  po  pewnym 

czasie, który hrabiemu wydał się zbyt krótki, doszli do wioski. 

Hrabia  zostawił  konia  na  podwórzu  pod  opieką  małego 

chłopca i chociaż maty były opuszczone, widać było zza nich 
słabe  światełko;  domyślał  się,  że  Gertruda  czeka  na  ich 
powrót. 

Przed  bramą  Ponok  zatrzymał  się,  a  kiedy  Roksana 

podziękowała  mu,  skłonił  się  i  odszedł  w  stronę  wioski. 
Roksana też miała już wejść w bramę swego domu, gdy hrabia 
odciągnął  ją  na  bok,  pod  gałęzie  drzewa  uroczymi 
nasycającego  powietrze  intensywnym  zapachem.  Kroki 
Ponoka  ucichły  w  oddali,  zapanowała  cisza,  a  gwiazdy  i 
księżycowa poświata oświetliły twarz dziewczyny. Zdziwiona, 
podniosła pytająco oczy ku hrabiemu. 

 - Co się stało? - spytała, jak gdyby  miał zakomunikować 

jej coś ważnego. 

 -  Muszę  pani  podziękować  za  urzekający  wieczór  - 

odpowiedział. 

 - Czyżby istotnie był urzekający? 

background image

 -  To  nie  jest  właściwe  słowo,  nie  znam  żadnego 

określenia,  którym  bym  mógł  wyrazić  to,  co  dziś  przeżyłem 
dzięki pani. 

 - Jestem szczęśliwa, że... sprawiłam panu przyjemność. 
Hrabia uśmiechnął się. 
 - „Przyjemność" to za mało powiedziane - rzekł. Roksana 

czekała.  Nie  puścił  jej  ręki,  a  ona  nadal  czekała  z  rosnącym 
napięciem. 

 -  Nie  potrafię  podziękować  pani  słowami  -  powiedział 

hrabia - więc zrobię to w inny sposób. 

Mówiąc  to  objął  ją  i  przyciągnął  do  siebie.  Nie  stawiała 

mu  oporu,  gdy  jego  usta  znalazły  się  na  jej  wargach.  Przez 
chwilę  jego  pocałunek  był  delikatny,  tak  jakby  hrabia  wciąż 
był pod wrażeniem tańca ketjak i piękna ryżowych pól. Potem 
jednak  miękkość  jej  warg  i  opanowujące  go  uniesienie, 
jakiego nie zaznał nigdy przedtem, sprawiły, że jego usta stały 
się bardziej natarczywe, bardziej zachłanne. Narastało w nim 
nie tylko fizyczne pragnienie. 

Była  w  tym  po  części  emocja,  którą  obudzili  w  nim 

tancerze,  ale  i  wewnętrzne  uniesienie,  jakiego  nigdy  jeszcze 
nie doświadczył. Pragnął Roksany, ale pragnął w taki sposób, 
w jaki człowiek tęskni do świętości. 

Trzymając  ją  w  ramionach,  czuł,  że  ona  stanowi  jego 

cząstkę. 

Dla  Roksany  hrabia  był  światłem  księżyca,  był 

gwiazdami,  krajem,  który  kochała,  ludem,  który  wypełnił  jej 
serce. Czuła, że przenika go w głąb i czyta w jego sercu tak, 
jak  potrafiła  przeniknąć  kawał  drewna  i  dostrzec,  co  jest  w 
środku. 

A to, co zobaczyła, było wszystkim, w co wierzyła i czego 

pragnęła. 

background image

To  było  jak  powrót  do  domu  i  uświadomienie  sobie,  że 

teraz  nie  istnieje  nic  poza  teraźniejszością,  i  że  miłosne 
przeżycia i uczucia nie potrzebują żadnych wyjaśnień. 

Kiedy  hrabia  całował  ją,  wiedziała,  że  wszystko,  co 

magiczne  na  Bali,  zawiera  się  w  tym  pocałunku,  i  że 
misterium, które razem oglądali, przywiodło ich do punktu, w 
którym  nie  muszą  już  niczego  udawać,  w  którym  mogą  się 
odnaleźć. 

Kiedy  w  końcu  hrabia  podniósł  głowę  i  spojrzał  na  nią, 

zobaczyła  wokół  niego  światło,  światło,  które  było  jej 
przewodnikiem,  kiedy  rzeźbiła,  które  było  w  jej  myślach  i 
marzeniach. 

 - Kocham... cię! 
Te dwa słowa hrabia słyszał przy wielu okazjach, ale teraz 

wydało mu się, że słyszy je po raz pierwszy. 

 - Jak to się stało, że znalazłem cię właśnie tutaj? - zapytał. 
 -  Czekałam  na  ciebie  -  szepnęła  -  i  nieważne  gdzie...  ale 

tutaj jest... cudowniej niż gdziekolwiek indziej. 

 -  Masz  rację  -  odpowiedział.  -  „Rajska  Wyspa",  „Wyspa 

Bogów"! 

 - To bogowie nam pobłogosławili - wyszeptała Roksana - 

i dzisiejszej nocy chcę uwierzyć, że ketjak odegnał całe zło. 

 - Będę cię bronił przed wszystkim - odparł, ale nie myślał 

ani o demonach, ani o leyaku, ale o gubernatorze. 

Znów ją pocałował i czas stanął w miejscu. 
Mogła  minąć  może  godzina,  może  całe  stulecie,  nim 

szczekanie psa we wsi przywróciło ich do rzeczywistości. 

 - Muszę... już iść! 
Słowa  te  wypowiedziała  jakimś  dziwnym  nieswoim 

głosem. Była w nim ekstaza, muzyka sfer niebieskich, drżenie 
kwiatów nad ich głowami. 

 - Moja kochana, moja  słodka! Nigdy nie sądziłem, że na 

świecie istnieje ktoś taki jak ty! 

background image

Gdy  to  mówił,  jego  palce  dotknęły  jej  policzka,  a  potem 

delikatnej  szyi,  jakby  dotykał  rzeźby  modlącej  się  kobiety. 
Odgarnął włosy z jej czoła i patrząc w oczy powiedział: 

 -  Idź  już,  mój  skarbie.  Zobaczymy  się  jutro,  ale  jeszcze 

nie wiem, o której godzinie. 

 - Będę czekała - odpowiedziała Roksana. 
Potem,  jakby  zdając  sobie  sprawę,  że  dla  obojga  nie  do 

zniesienia  byłoby  pożegnanie  w  obecności  chłopca, 
pilnującego  konia  hrabiego,  wyślizgnęła  się  z  jego  ramion  i 
zniknęła w bramie. 

Hrabia odczekał kilka minut, wsłuchując się w rytm swego 

serca,  które  biło  w  piersi  zupełnie  innym  nie  znanym  mu 
rytmem. 

To była miłość, powtarzał sobie, o jakiej nawet nie śnił. I 

tej  miłości  ani  przez  chwilę  nie  można  było  porównać  do 
pożądania czy namiętności, uczuć, którymi obdarzył niejedną 
kobietę, dopóki mu się nie znudziła i przestała być potrzebna. 

Tłumaczył  sobie  w  duchu,  że  był  jak  pielgrzym 

niestrudzenie  podążający  ścieżką,  która  -  jak  przeczuwał  - 
wiodła  go  ku  prawdziwej  miłości,  ale  która  tak  wiła  się  i 
skręcała, że wiele razy błądził, zanim znalazł tę właściwą. 

Spojrzał w przeszłość i poczuł żal, że zmarnował tyle lat i 

tyle  kobiet  zranił  podczas  swych  bezowocnych  wysiłków  w 
poszukiwaniu  doskonałości,  w  którą  już  zwątpił.  Na  chwilę 
nawet przestraszył się swych uczuć do Roksany. Przestraszył 
się,  że  może  być  ukarany  za  grzechy,  które  popełni!  w 
przeszłości. Przestraszył się, że może ją stracić: bo zasłużył na 
to. 

Pomyślał jednak, że to absurd. 
Walka  między dobrem i  złem, którą symbolizował  taniec 

ketjak, wciąż tkwiła mu w pamięci. 

Powoli,  niespiesznie  przeszedł  przez  bramę  i  spojrzał  w 

kierunku  domu  Roksany,  ale  zobaczył  tylko  opuszczone 

background image

bambusowe  maty.  Chłopiec  i  koń  czekali  na  niego.  Dał 
chłopcu  monetę,  na  której  widok  tamten  aż  osłupiał,  potem 
bez słowa wsiadł na konia i wyjechał przez bramę. 

Pożegnał jeszcze wzrokiem drzewo uroczynu, pod którym 

całował  Roksanę,  i  pomyślał,  że  nadal  wygląda  ono  jak  z 
bajki. 

A  potem,  czując  rozpierającą  go  radość  w  sercu,  ruszył 

przez śpiącą wieś w stronę rezydencji gubernatora. 

Roksana obudziła się rano z takim uczuciem szczęścia, że 

poranne słońce zalewające pokój wydało jej się tak wspaniałe 
jak nigdy przedtem. 

Jak to  możliwe, pytała samej  siebie, że zakochała się tak 

szybko  i  bez  pamięci,  że  cały  świat  zdaje  się  teraz 
przepełniony  miłością, a jej ciało wibruje jakby od anielskiej 
muzyki? 

Zawsze  myślała,  że  pewnego  dnia  znajdzie  mężczyznę, 

którego  pokocha  i  który  pokocha  ją,  i  -  tak  jak  w  bajkach, 
które  czytała  w  dzieciństwie  -  będą  żyli  długo  i  szczęśliwie. 
Ale jak mogła sobie wyobrazić, że znajdzie go właśnie na Bali 
i że będzie on Holendrem? 

Tak  szczerze  nie  lubiła  Holendrów  od  czasu,  kiedy 

poznała  ich  bliżej,  że  uważała  za  niemożliwe  nawet 
znalezienie bliskiej przyjaciółki wśród nich. 

Jej  uprzedzenia,  prawdę  mówiąc,  miały  swe  źródło  w 

lekceważącym  i  pełnym  wyższości  stosunku  Holendrów, 
zarówno  tych  z  Holandii,  jak  i  osiedlonych  na  Bali,  do  jej 
wuja. 

Ponieważ Roksana pogardzała ich snobizmem, przysięgła 

sobie,  że  nigdy  nie  wykorzysta  swego  pochodzenia,  by 
przetrzeć  sobie  szlaki  w  holenderskiej  społeczności.  Prawdę 
mówiąc,  jak  to  wyznała  hrabiemu,  pragnęła  jedynie,  by  ją 
zostawili w spokoju. Byłoby dla niej obrazą nie do zniesienia, 
gdyby  zapraszano  ją  ze  względu  na  jej  przodków,  a  nie  dla 

background image

niej  samej.  I  oto  teraz,  o  dziwo,  zakochała  się  właśnie  w 
Holendrze  i  zrozumiała,  że  -  jeśli  w  grę  wchodzi  miłość  - 
wszystko  w  życiu  może  się  zdarzyć,  a  narodowość  nie  ma 
żadnego znaczenia. 

 - Kocham go! - mówiła promieniom słońca. - Kocham go 

tak bardzo, że całkiem wypełnia mój umysł, moje serce i całe 
moje ciało. 

Jedyne,  czego  chciała,  to,  żeby  godziny  mijały  szybko, 

żeby  znowu  być  z  nim.  I  teraz  nagle  wydało  jej  się,  że 
rzeźbiąc  w  swej  pracowni  będzie  jakby  bliżej  niego.  On 
rozumiał,  on  wiedział,  co  chciała  wyrazić  w  swojej  sztuce,  a 
ostatniej  nocy  była  pewna,  nawet  zanim  ją  pocałował,  że 
emocje  wspólnie  przeżyte  w  czasie  oglądania  tańca  ketjak 
zbliżyły ich jeszcze bardziej do siebie. Jeszcze teraz Roksana 
czuła  na  wargach  usta  hrabiego  i  przeżywała  ekstazę,  która 
wznieciła w niej płomień i uniosła duszę ku niebiosom. „Czy 
cokolwiek innego może mieć jakieś znaczenie?", zadała sobie 
pytanie i nagle przypomniał jej się Kareł. 

Przez chwilę poczuła jakby podmuch zimnego wiatru. 
Czy hrabia zrozumie, zastanawiała się. Czy będzie gotów 

dla  niej  złamać  holenderskie  prawo  dotyczące  sierot  i  zabrać 
stąd Karela? 

Pomyślała,  że  nie  byłoby  to  łatwe,  ale  z  pewnością  nie 

niemożliwe.  Postanowiła,  że  kiedy  hrabia  przyjdzie,  wyzna 
mu  szczerze  swą  tajemnicę,  i  była  pewna,  że  on  zrozumie. 
Kiedy się ubrała i już miała opuścić pokój, przyszła Gertruda z 
sokiem owocowym, który przynosiła jej co rano. 

 - Już panienka wstała! - wykrzyknęła nie wiadomo po co. 

- Po co taki pośpiech? 

 -  Już  się obudziłam  -  odpowiedziała  Roksana  z  blaskiem 

w  oczach,  który  zdawał  się  samym  światłem  słonecznym.  - 
Och, Gertrudo, spędziłam cudowny wieczór! 

Służąca spojrzała na nią, a potem spytała ostro: 

background image

 - Co się stało? 
 -  Zakochałam  się!  -  wyznała  Roksana.  -  A  moja  miłość 

jest  bardziej  doskonała,  bardziej  cudowna,  bardziej  pełna  i 
bardziej boska niż cokolwiek na świecie. 

Gertruda zacisnęła usta. 
 - Czy poprosił panienkę o rękę? - spytała wolno, głosem, 

który nie wróżył nic dobrego. 

 -  Nie  było  czasu  na  rozmowy  -  odpowiedziała  cicho 

Roksana.  -  Przyjedzie  tu  dzisiaj.  Powiem  mu  o  Karelu  i 
weźmie nas wszystkich z powrotem do Holandii... do Anglii... 
nieważne dokąd, bylebyśmy tylko byli razem. 

 -  Jest  panienka  pewna,  że  on  to  zrobi?  -  nie  dawała  za 

wygraną Gertruda. 

 - Wiem o nim wszystko - odrzekła Roksana rozmarzonym 

głosem.  -  Czujemy  to  samo...  myślimy  tak  samo...  jesteśmy 
tacy sami! 

Gertruda  postawiła  sok  na  stoliku,  twarz  jej  pociemniała, 

ale nie odezwała się. Podniosła tylko nocną koszulę Roksany z 
podłogi i posłała łóżko. 

Po dłuższej chwili Roksana głęboko westchnęła. 
 -  Jestem  taka  szczęśliwa,  Gertrudo.  Czuję  się  jak  ptak 

szybujący  ponad  drzewami  lub  jak  motyl  trzepoczący  nad 
kwiatami... Jeszcze nigdy nie byłam tak szczęśliwa! 

 - Ale musi panienka być pewna! 
 - Pewna czego?! 
 - Że hrabia zrozumie panienkę, kiedy dowie się o Karelu. 
 - Ja wiem, że on zrozumie. 
 - A przypuśćmy, że nie? I oni zabiorą dziecko i oddadzą 

do sierocińca? 

 -  Jak  możesz  myśleć,  że  na  to  pozwoli?  Jak  możesz 

przypuszczać, że zdradzi naszą miłość? 

 -  Nie  mówię,  że  tak  się  stanie.  Mówię  tylko,  żeby  nie 

robiła  panienka  niczego  pochopnie.  -  Przerwała,  a  potem 

background image

odezwała  się:  -  Jest  już  panienka  osobą  dorosłą,  może 
decydować o sobie, ale Kareł jest bezbronny. Nie ma nikogo 
oprócz nas. 

 - Upewnię się, zanim powiem hrabiemu, gdzie ukryłyśmy 

malca  -  przyrzekła  Roksana.  -  Czuję,  że  mogę  mu  zaufać. 
Kiedy  przyjedzie  dziś  rano,  wyznam  mu  wszystko  i  mam 
zamiar być z nim szczera przez całe życie - mówiąc to wyszła 
z sypialni i udała się do pracowni. 

Zrezygnowana Gertruda złożyła ręce do modlitwy. 
 -  O  Boże  -  wyrwał  się  jej  z  piersi  udręczony  głos.  - 

Dlaczego właśnie musiał to być hrabia van Haan? 

background image

R

OZDZIAŁ 

Roksana  pracowała  całe  przedpołudnie,  ale  hrabia  się  nie 

pojawiał. Gertruda przygotowała koło południa lekki posiłek, 
a  po  nim  -  kiedy  większość  ludzi  odpoczywała,  chroniąc  się 
przed upalnym słońcem - Roksana znów wróciła do pracy. Nie 
mogła  się  jednak  skoncentrować.  Prawdę  mówiąc,  cała  w 
napięciu oczekiwała zbliżającego się odgłosu końskich kopyt i 
kroków  hrabiego  na  podwórzu.  Jednocześnie  zdawała  sobie 
sprawę,  że  nigdy  nie  miała  większego  natchnienia.  Czuła,  że 
miłość kieruje każdym ruchem jej dłuta. 

Przez  długi  czas  stała  i  patrzyła  na  kłodę  drewna,  w 

którym widziała splecione postacie mężczyzny i kobiety. Fakt, 
iż  kloc  ten  trafił  do  niej  właśnie  teraz,  uznała  za  proroczy 
znak.  Czuła,  że  wyrazistość  widzianej  w  drewnie  wizji  jest 
odbiciem jej wewnętrznych przeżyć. 

Tak  właśnie  ona  i  hrabia  wyglądali  ostatniej  nocy;  jego 

ramiona  oplecione  wokół  niej,  jego  usta  na  jej  wargach,  ich 
ciała blisko siebie, a dusze wypełnione niebiańskim światłem. 

 -  Skąd  mogłam  wiedzieć,  że  miłość  jest  tak  cudowna?  - 

pytała samej siebie. 

Może  dlatego,  że  hrabia  pokochał  ją  tu,  na  Bali,  kiedy 

wiodła  całkiem  odmienne  życie  niż  do  tej  pory,  potrafiła 
dostrzec piękno tego uczucia i widziała w nim cząstkę jakiejś 
uniwersalnej miłości. 

Już przed przybyciem na tę czarodziejską wyspę Roksana 

uważała,  że  dla  Balijczyków  bogowie  są  w  rzeczywistości 
takim  samym  przedmiotem  czci  i  kultu,  co  Bóg  dla 
chrześcijan, Allah dla mahometan i Budda dla buddystów. 

Jacy  głupi  byli,  myślała,  ludzie  pokroju  jej  wuja, 

owładnięci  fanatycznym  pragnieniem  szerzenia  swej  wiary, 
próbujący zmieniać ludzi i zniszczyć coś, co od pokoleń było 
w  nich  zakorzenione.  Przecież  znaczenie  ma  tylko  to,  jak 
ludzie żyją, jak postępują, a nie wiara, którą wyznają. Roksana 

background image

czuła,  że  życie,  jakie  wiodą  Balijczycy,  ich  silne  więzy 
rodzinne,  życzliwość  względem  siebie,  wyrozumiałość  dla 
dzieci i starców jest dowodem, że ich religia uczy tylko dobra. 
Są o wiele bardziej świątobliwi, powtarzała sobie w duchu, niż 
Holendrzy  z  ich  barierami  społecznymi  i  nietolerancją  w 
stosunku  do  każdego,  kto  nie  zgadza  się  z  ich  sposobem 
myślenia. 

Podczas  dwóch  lat  swego  pobytu  na  Bali  nigdy  nie 

widziała kłótni wśród dorosłych czy dzieci. Wieśniacy wręcz 
dbali  -  czego  nigdy  nie  zauważyła  w  Anglii  czy  Holandii  - o 
siebie nawzajem i o tych, którzy byli chorzy lub słabi. 

Ale  dzisiaj  zbyt  była  szczęśliwa,  by  rozmyślać  o  tych, 

którzy  zignorowali  jej  wuja,  czy  o  Patricku  Grentonie,  który 
wręcz zmusił ją do opuszczenia Anglii, żeniąc się z jej matką. 

To hrabia sprawił, że kocham cały świat!, pomyślała. 
I  serce  w  niej  zabiło  mocniej,  gdyż  usłyszała  kroki  na 

podwórzu. 

Była tak podekscytowana myślą, że znów ujrzy hrabiego, 

a jednocześnie trochę onieśmielona przeżyciami wczorajszego 
wieczora i jego pocałunkiem, że nie wybiegła na powitanie. 

Stała tyłem do wejścia, kontynuując trochę mechanicznie 

pracę  nad  torsem.  Nagle  drgnęła  słysząc  głos,  który  zawsze 
napełniał ją lękiem: 

 - Tak sądziłem, że zastanę panią przy pracy, podczas gdy 

wszyscy odbywają poobiednią sjestę. 

Odwróciła się i ujrzała czerwoną twarz gubernatora, który 

stanął  nad  nią.  Była  tak  zaskoczona,  a  jednocześnie 
przerażona, że zamarła w bezruchu. 

 - Chcę z panią pomówić, Roksano. 
 - O czym? - spytała. 
 - Chodzi o pani podanie... 
Wiedziała,  że  próbuje  ją  nastraszyć,  a  ponieważ 

spodziewała się, z czym przyszedł, nie okazywała lęku. 

background image

Hrabia  van  Haan  uważa,  że  powinnam  kontynuować  tu 

swoją  pracę  -  powiedziała  cichym  głosem,  nie  patrząc  na 
niego. 

Decyzja  nie  zależy  od  hrabiego,  który  zapewne  nie 

pozostanie tu długo, ale ode mnie! 

 - Mogę więc jedynie błagać waszą ekscelencję, by był dla 

mnie  łaskawy.  Łaskaw...  dla  pani,  tak,  ale  pod  pewnym 
warunkiem. 

Na chwilę zapadła cisza. Po czym Roksana odezwała się: 
 -  Mówiłam  już  panu,  że  nie  zamierzam  pracować  w 

biurze, a poza tym, jeśli mam nadal rzeźbić, nie miałabym na 
to czasu. 

 -  Całkowicie  się  z  panią  zgadzam,  toteż  mam  inną 

propozycję. 

Pomimo  iż  gubernator  starał  się  mówić  normalnym 

głosem,  słowa  te  zabrzmiały  złowieszczo  i  Roksana  z 
drżeniem serca czekała na dalsze wyjaśnienia. 

 - Nie jest rzeczą właściwą, by mieszkała tu pani tylko ze 

służącą - rzekł po chwili. - Zresztą już to mówiłem, ale nawet 
nie  chciała  mnie  pani  słuchać.  Niektórzy  spośród  moich 
ministrów uważają, że powinienem coś w tej sprawie zrobić. 

 -  Jestem  Angielką,  nie  uważam  wiec,  by  holenderskich 

ministrów mogło to cokolwiek obchodzić - nie poddawała się 
Roksana. 

 - Ale mnie to obchodzi - odparł wolno gubernator. 
Rzuciła  mu  krótkie  spojrzenie,  po  czym  znów  odwróciła 

wzrok.  Czuła,  że  każda  jego  propozycja  będzie  sprowadzała 
się do tego, by mieć ją bliżej siebie. 

 - W żadnym wypadku - ciągnął gubernator - nie powinna 

pani mieszkać w czymś, co faktycznie jest tylko miejscowym 
bale. 

 - To pomieszczenie było wystarczające dla mojego wuja i 

ciotki, kiedy tu przyjechali. 

background image

 -  Pieter  Helderik  był  misjonarzem  -  odparł  pogardliwie 

gubernator - ale pani, Roksano, powinna mieć stworzone inne 
warunki. 

 -  Mam  prawo  do  takiego  życia  lub  innego  i  to  jest  moja 

sprawa. Ja jestem tu bardzo szczęśliwa. 

 -  Chciałbym  pani  zaoferować  przyzwoity  dom  - 

powiedział  gubernator.  -  W  tej  chwili  stoi  pusty,  ponieważ 
jeden  z  moich  urzędników,  który  przybył  tu  trzy  lata  temu  z 
Holandii, musiał wrócić do domu. 

Roksana milczała. Wiedziała, o kim mówił gubernator. 
 -  To  bardzo  ładny  dom  -  ciągnął  -  ma  wszelkie  wygody, 

których  brak  pani  tu.  -  Przerwał,  po  czym  dodał:  -  No  i 
znajduje  się  na  terenie  rządowej  rezydencji.  W  jego  głosie 
wyczuwało  się  nutę,  której  nie  sposób  było  opacznie 
zrozumieć. 

W tym momencie, uświadomiwszy sobie, że musi mu się 

koniecznie  przeciwstawić,  Roksana  wstała  ze  stołka,  na 
którym dotąd siedziała. 

 -  A  jakie  to  może  mieć  znaczenie?  -  spytała  z 

podniesionym  wysoko  czołem,  patrząc  gubernatorowi  prosto 
w twarz. 

 - Dla mnie ma! - odparł. 
 -  Obawiam  się,  że  nie  rozumiem,  co  wasza  ekscelencja 

chce przez to powiedzieć. Już mówiłam, że nie mam czasu, by 
dla pana pracować. 

 -  Jest  pani  w  pełni  świadoma,  co  usiłuję  jej  powiedzieć. 

Pragnę  pani,  Roksano,  i  klnę  się  na  Boga,  że  chcę,  by  pani 
należała do mnie. 

Nie  cofnęła  się,  choć  miała  wrażenie,  że  stoi  twarzą  w 

twarz z dziką bestią. 

 -  Wasza  ekscelencja  ma  żonę  -  rzekła  chłodno.  -  Skoro 

nie  może  mi  pan  zaproponować  małżeństwa,  trudno  mi 
uwierzyć, by chciał mnie pan znieważyć inną propozycją. 

background image

 -  Dam  pani  wszystko,  co  tylko  zechce  -  odparł 

gubernator.  -  Nie  tylko  dom,  ale  pieniądze,  klejnoty. 
Wystarczy jedno słowo. 

 -  Czy  naprawdę  pan  sądzi,  bym  mogła  tak  się  poniżyć, 

decydując  się  na  taką  rolę  w  pańskim  lub  czyimkolwiek 
życiu? 

 -  Jakie  ma  pani  wyjście?  Ma  pani  zamiar  dalej  żyć  jak 

wieśniaczka? 

Być 

lekceważona 

przez 

każdego 

cywilizowanego człowieka? 

 - Czy chce pan przez to powiedzieć, że zaakceptowano by 

mnie, gdybym została pańską.., kochanką? 

 - Wtedy nikt inny nie byłby pani potrzebny! - odparował 

gubernator. 

 -  Pan  musi  być  szalony  sądząc,  że  kiedykolwiek  bym 

pana  zechciała  lub  że  mógłby  pan  coś  dla  mnie  znaczyć!  - 
rzuciła Roksana. - Ponieważ sama propozycja i sposób, w jaki 
pan ją przedstawił, obrażają mnie, nie pozostaje mi nic innego, 
jak prosić, żeby pan opuścił mój dom! 

Gubernator  wydał  z  siebie  odgłos  przypominający  ryk 

zwierzęcia. 

 -  Nie  radzę  traktować  mnie  tak  bezceremonialnie.  Jeśli 

pani mnie nie posłucha, podejmę odpowiednie kroki. 

 - Pan mi grozi - stwierdziła Roksana - a ja tego nie lubię! 
 - Na miłość boską, po co ta ostra wymiana zdań? - spytał 

gubernator  z  wściekłością.  -  Nie  mam  zamiaru  pani  grozić. 
Ofiarowuję pani wszystko, o czym kobieta może zamarzyć. 

 - A ja pana proszę - odparła Roksana - żeby zostawił mnie 

w spokoju. 

 -  Wystarczy  jedno  moje  słowo  i  będzie  pani  musiała 

opuścić wyspę! 

 -  Przynajmniej  nie  będę  wysłuchiwać  pańskich  obelg!  - 

powiedziała Roksana z wyzywającą  miną i  zobaczyła  w jego 
spojrzeniu rosnącą wściekłość. 

background image

 -  Nie  waż  się  do  mnie  tak  mówić!  -  zakrzyknął.  Zrobił 

krok  w  jej  stronę,  a  ponieważ  Roksana  sądziła,  że  chce  ją 
złapać  w  ramiona,  wymierzyła  w  jego  stronę  dłuto,  które 
trzymała w ręku. 

Było  to  wąskie,  ostre  narzędzie  używane  do  delikatnej 

roboty i niemal równie groźne jak sztylet. 

 -  Naprawdę  uderzyłaby  mnie  pani?  -  zapytał  po  chwili, 

nie podchodząc bliżej. 

 - Jeśli mnie pan dotknie, nie będę miała innego wyjścia. 
 -  A  wie  pani,  co  się  z  nią  wtedy  stanie?  -  zapytał  przez 

zaciśnięte zęby. 

 - Jeśli nawet nie wiem, to jestem pewna, że wymyśli pan 

jakąś straszną karę. 

 - Nasze więzienia mają niezłą renomę. 
 -  Mogę  w  to  uwierzyć  -  pogardliwie  powiedziała 

Roksana. 

 -  A  kiedy  wyrok  się  skończy,  zostanie  pani  odesłana  do 

Anglii. 

Po  raz  pierwszy  od  chwili,  kiedy  rzuciła  wyzwanie 

gubernatorowi,  pomyślała  o  Karelu.  I  dopiero  wtedy 
zrozumiała,  że  powinna  potraktować  go  łagodniej,  grać  na 
zwłokę.  Może  dlatego,  że  oczekiwała  hrabiego  i  spotkała  ją 
przykra niespodzianka, nie panowała nad sobą, jak to zwykle 
czyniła. Mówiła to, co myślała. 

Widząc chwilę jej słabości, gubernator odezwał się innym 

tonem: 

 -  Nareszcie  zaczyna  pani  rozsądnie  myśleć!  Albo 

więzienie, Roksano, albo wygodne i przyjemne życie w domu, 
który dla pani wybrałem. 

 - To niemożliwe... zupełnie niemożliwe! - odpowiedziała 

spokojnie, czując, że musi sprawić wrażenie bardziej uległej. 

Opuściła rękę, w której trzymała dłuto. 

background image

 -  Nie  uderzę  pana  -  powiedziała  -  ale  moja  odpowiedź 

brzmi nadal: nie. 

 -  I  ma  pani  zamiar  odrzucić  moją  propozycję  i  nadal  tu 

mieszkać? 

 - Tak. 
 - Więc postawmy sprawę jasno - rzekł gubernator, tracąc 

nad  sobą  panowanie.  -  Pragnę  cię,  Roksano,  zbyt  długo  już 
bawisz się ze mną! Jutro przyślę powóz i służących, żeby cię 
zabrali. Jeśli odmówisz, mogę w ostateczności użyć siły. 

Roksana przestała panować nad sobą. 
 -  Jak  śmie  pan  rozkazywać  mi,  jakbym  była  pana 

niewolnicą!  -  tupnęła  nogą.  -  Jestem  obywatelką  brytyjską  i 
jeśli  spróbuje  pan  tak  postąpić,  wywołam  międzynarodowy 
skandal, którego gorzko pan pożałuje. 

 -  Do  kogo  się  pani  zwróci?  -  zapytał  gubernator  z 

obleśnym uśmiechem na  wargach.  - Do brytyjskiego konsula 
w  Dżakarcie?  Zapewniam,  że  żaden  pani  list  nie  dotrze  do 
niego. A może wolałaby pani gubernatora Malajów? 

Pomyślała, że celowo ją dręczy, i choć była jak osaczone 

zwierzę, postanowiła walczyć do końca. 

 -  Niech  pan  nie  traci  czasu  -  odparła  -  nie  przysyła  tu 

powozu  i  nie  przygotowuje  dla  mnie  domu.  Wolę  spać  na 
gołej ziemi niż być panu wdzięczna za cokolwiek! 

Niemal  plunęła  mu  w  twarz  tymi  słowami,  toteż 

gubernator  na  powrót  zapłonął  gniewem,  choć  jego  oczy 
błyszczały z pożądania. Nieoczekiwanie ruszył  w jej stronę i 
zanim  zdążyła  znów  wymierzyć  weń  dłuto,  silne  ramiona 
oplotły ją, krępując ręce. 

Wydała  z  siebie  cichy  okrzyk:  jego  przemoc,  dławiąca 

bliskość,  odraza,  wszystko  to  sprawiło,  że  była  bliska 
omdlenia. 

 - Proszę mnie puścić! - zawołała. 

background image

Jego  ramiona  zacisnęły  się  jeszcze  mocniej,  usta  zaczęły 

szukać jej warg. Odwracała głowę na boki jak oszalała, łapiąc 
z trudem oddech. Nie  mogła krzyczeć ani  wyrwać  się z jego 
uścisku. 

Nagle za ich plecami odezwał się cichy i spokojny głos: 
 -  To  wasza  ekscelencja  jest  tutaj?!  Tak  sądziłem,  że  to 

pański powóz stoi na podwórzu. 

Roksana  poczuła  się  tak,  jakby  anioł  zszedł  z  niebios,  a 

serce  zabiło  w  niej  mocniej,  nie  tylko  dlatego,  że  została 
ocalona, ale też i dlatego, że jej wybawicielem był hrabia. 

Mamrocząc  przekleństwa,  gubernator  wypuścił  ją  ze 

swych objęć i odwrócił się. Hrabia stał poniżej, na dziedzińcu, 
i  nie  zważając  na  groźną  minę  gubernatora,  mówił  dalej 
spokojnie  uprzejmym  tonem,  którym  równie  dobrze  mógł 
prowadzić konwersację w salonie: 

 -  Zaaranżowane  przez  pana  spotkanie  skończyło  się 

wcześniej,  niż  przypuszczałem,  i  mam  nadzieję,  że  możemy 
razem  wyruszyć  w  drogę  powrotną,  bo  jak  sądzę,  wraca  pan 
do rezydencji? 

Przez krótką chwilę wydawało się, że gubernator odpowie 

mu opryskliwie lub ze złością. Jednakże spokój i swoboda, z 
jaką  mówił  hrabia,  sprawiły,  że  przyjął  postawę 
zdyscyplinowanego urzędnika. Wydawało się, że w ciągu tych 
kilku  chwil  przypomniał  sobie  o  powiązaniach  hrabiego  z 
królową wdową, i o pozycji, jaką on jako gubernator zajmuje 
na wyspie. 

Zadawał  sobie  także  pytanie,  czy  hrabia  zauważył,  co 

naprawdę zaszło między nim a Roksaną. 

Z widocznym trudem rzekł: 
 - Właśnie żegnałem się z Miss Barclay. 
 - To znakomicie! - wykrzyknął hrabia. 

background image

Następnie, gdy gubernator zszedł z wyższego poziomu, na 

którym  znajdowała  się  pracownia,  na  podwórze,  hrabia 
zachował się tak, jakby dopiero teraz dostrzegł Roksanę. 

 -  Dzień  dobry,  Miss  Barclay!  -  zawołał  uchylając 

kapelusza.  -  Mam  nadzieję,  że  pomimo  upału  praca  posuwa 
się naprzód? 

Roksana nie była w stanie wyrzec słowa. Wpatrywała się 

w  hrabiego  nieruchomo,  a  jej  oczy  wyrażały  zarazem  ulgę  i 
bezgraniczną miłość. 

 -  Będę  czekał  z  niecierpliwością  na  następną  okazję,  by 

zobaczyć  pani  postępy  -  kontynuował  hrabia.  -  Teraz  zechce 
pani  wybaczyć,  ale  ważne  sprawy  każą  mi  zabrać  stąd  jego 
ekscelencję. 

Ich  oczy  przelotnie  spotkały  się  i  Roksana  wyczytała  z 

nich, że hrabia wie, co przed chwilą przeżyła. 

Po  tych  słowach  hrabia  odwrócił  się  i  w  towarzystwie 

gubernatora opuścił dziedziniec. 

 - Jestem pod wrażeniem... - Roksana usłyszała, jak mówił 

swoim  spokojnym,  kulturalnym  głosem  -  ...pańskich 
dotychczasowych osiągnięć i z tego, co usłyszałem dziś rano, 
wnoszę, że... 

Obaj mężczyźni przeszli przez furtkę i ich głosy ucichły w 

oddali. 

Dopiero  wtedy  usiadła  ciężko  na  swym  drewnianym 

stołku,  jak  gdyby  nogi  odmówiły  jej  posłuszeństwa.  Tym 
razem hrabia ją uratował, ale była pewna, że gubernator nie da 
za wygraną. 

Wyrzucała sobie, że przeciwstawiała mu się tak otwarcie; 

to  uczucie  szczęścia,  miłość  do  hrabiego  dodawały  jej 
pewności siebie i być może działała nazbyt porywczo. 

Weszła  do domu  i  stwierdziła  z ulgą,  że  Gertruda,  zajęta 

gotowaniem, nie zauważyła całego zajścia. Po chwili  służąca 
zjawiła się w bale, które służyło za salon, z tacą w ręku: 

background image

 -  Mam  nadzieję  -  powiedziała  -  że  będzie  panience 

smakował  ten  kurczak.  Znalazłam  przepis  w  jednym  z  pism, 
które przywieźliśmy z domu. 

 -  Na  pewno  jest  pyszny!  -  z  wysiłkiem  odpowiedziała 

dziewczyna. 

 -  Byłby  lepszy,  gdybyśmy  miały  dorodnego,  tłustego 

ptaka  z  Holandii  -  ciągnęła  Gertruda.  -  Te  małe  stworzenia 
mają więcej kości niż mięsa. 

 - Mnie to zupełnie wystarczy - odparła Roksana. Gertruda 

postawiła  tacę  na  skrzyni,  przykryła  stół  białym  obrusem  i 
postawiła półmisek. 

 - Proszę zjeść, zanim wystygnie - powiedziała.  
Roksana dawno przekonała się, że nie ma sensu prosić, by 

w  czasie  upałów  Gertruda  podawała  zimne  posiłki.  Służąca 
uważała,  że  na  obiad,  het  middadmaal..  powinno  być 
przyzwoite, gorące danie i Roksana pogodziła się już z tym, że 
obyczaje Gertrudy nie ulegną zmianie bez względu na to, czy 
znajdować  się  będzie  na  równiku,  czy  też  na  biegunie 
północnym.  Ale  dostała  także  duży  półmisek  różnych 
pysznych owoców, więc żeby nie robić przykrości Gertrudzie, 
włożyła na talerz  małą porcję kurczaka. I mimo że niedawne 
przejścia  odebrały  jej  apetyt,  wzięła  do  ust  nieduży  kęs  i 
powiedziała z uśmiechem: 

 -  Przepyszne!  Zawsze  potrafisz,  Gertrudo,  wymyślić  coś 

nowego! 

 - Na wyspie nie jest to łatwe - odparła służąca - ale ciotka 

panienki zawsze mówiła, że potrafię gotować z wyobraźnią. 

Odeszła,  a  Roksana  przełożyła  z  powrotem  na  półmisek 

prawie  całą  swoją  porcję.  Jak  mogłaby  jeść,  zadawała  sobie 
pytanie, gdy piętrzą się przed nią nowe problemy. Teraz nawet 
hrabia nie ochroni jej przed natarczywością gubernatora. 

background image

Był  jeszcze  Kareł,  musiała  podjąć  jakąś  decyzję  i 

zapewnić  mu  bezpieczeństwo;  zaczęła  zastanawiać  się,  czy 
dziecko nie będzie przeszkadzało hrabiemu. 

Już  sama  ta  myśl  tak  ją  przestraszyła,  że  postanowiła 

natychmiast udać się do lasu i zobaczyć, co słychać u chłopca. 
Może gdy weźmie go na ręce, przytuli, jego bliskość pomoże 
jej znaleźć jakieś wyjście. 

Nie czekając na Gertrudę, pobiegła do kuchni. 
 -  Idę  zobaczyć  Karela  -  powiedziała.  -  Nie  zabawię  tam 

długo. Gdyby przyszedł hrabia, poproś, żeby zaczekał. 

Zauważyła,  że  Gertruda  zacisnęła  usta,  i  zaczęła  się 

zastanawiać, dlaczego ona tak nie lubi  hrabiego. Czym ją  do 
siebie zraził? 

 -  Zmieni  zdanie,  jak  go  lepiej  pozna  -  powiedziała  do 

siebie Roksana. 

Szybkim  krokiem  ruszyła  w  stronę  lasu,  tak  śpiesząc  się 

do  Karela,  że  zapomniała  o  upale  i  o  innych  dręczących  ją 
sprawach. 

Pomyślała,  że  byłoby  jej  o  wiele  łatwiej,  gdyby  dziecko 

mogło  zamieszkać  z  nimi.  Jednak  zbyt  niebezpieczne  byłoby 
trzymanie  go  w  domu,  w  którym  ciągle  niespodziewanie 
pojawiał się gubernator. 

Po  drodze  bez  przerwy  stawiała  sobie  pytanie,  co  też 

powie  hrabia,  kiedy  spyta  go,  czy  opuszczając  wyspę  może 
zabrać  ze  sobą  chłopca.  I  nagle  usłyszała,  jakby 
wypowiedziane  w  tej  właśnie  chwili,  słowa  Gertrudy:  „Czy 
poprosił panienkę o rękę?" 

 -  Czy  mógłby  tego  nie  zrobić?  -  zapalczywie  wyszeptała 

Roksana. - On nie jest taki jak gubernator, a nasze uczucia są 
święte i mogą być tylko zapowiedzią sakramentu małżeństwa. 

Tak rozmyślając szła spiesznie po wijącej się kamienistej 

ścieżce  prowadzącej  do  domu  Idy  Anaka  Temu.  Tak  jak  się 
spodziewała,  mistrz  siedział  przed  domem  otoczony  przez 

background image

gromadkę  rzeźbiarzy;  wszyscy  przytrzymywali  stopami 
kawałki drewna i pracowali z wprawą i zręcznością balijskich 
snycerzy.  Ida  Anak  Temu  pracował  nad  maską,  ale  nie  miał 
przed sobą modela. 

Już  dawniej  powiedział  Roksanie,  kiedy  poprosiła  go,  by 

został  jej  nauczycielem,  że  gdy  człowiek  rzeźbi,  jego  dusza 
wchodzi  w  drzewo,  tak  że  żaden  model  nie  jest  mu  w  ogóle 
potrzebny. 

Ida  Anak  Temu  był  przystojnym  starszym  mężczyzną. 

Siedział  teraz  w  batikowym  nakryciu  głowy,  nasuniętym 
zawadiacko  na  siwe  włosy,  a  kiedy  pojawiła  się  Roksana, 
spojrzał na nią pytającym wzrokiem. 

Jego  usta,  podobnie  jak  pozostałych  pracujących  /.  nim 

mężczyzn, były pociemniałe od żucia betelu, ale uśmiech krył 
w sobie życzliwość i balijską gościnność. 

Roksana powitała go, a następnie wolno dobierając słowa 

-  pośpiech  uważany  jest  na  Bali  za  grubiaństwo  -  wyraziła 
podziw dla maski, którą rzeźbił w miękkim, lekkim i zwartym 
drewnie zwanym pule. 

Spytała o zdrowie żony i dzieci, wreszcie, po wyczerpaniu 

zwyczajowych  uprzejmości,  mogła  wśliznąć  się  do 
ocienionego przez drzewa ogrodzenia, gdzie przebywał Kareł 
z resztą dzieci. 

Spał  smacznie  w  cieniu  drzewa  i  wyglądał  jak  mały 

amorek,  śliczny  i  słodki.  Uklękła  przy  nim,  wpatrując  się  w 
jasne  rzęsy  ocieniające  zaróżowione  policzki,  i  jakby  nie 
mogąc odmówić sobie dotknięcia go, wzięła malca delikatnie 
w ramiona. Usiadła ze skrzyżowanymi nogami, jak to czyniły 
Balijki,  i  przytuliła  go do piersi.  Chłopiec  poruszył  się  przez 
chwilę, włożył palec do buzi i znów usnął. 

W  tym  ciepłym,  kojącym  zadowoleniu  dziecka  było  coś, 

co sprawiło, że Roksanie zakręciły się łzy w oczach. Musi go 
chronić.  Musi  opiekować  się  nim  i  jeśli  to  tylko  będzie 

background image

możliwe,  zabierze  go do Anglii. Już w  myślach postanowiła, 
kto go zaadoptuje. 

Jej  matka  i  ciotka  Agnes  miały  dużo  od  siebie  młodszą 

siostrę, która nie mogła mieć dzieci. Wkrótce po ślubie spadła 
na  polowaniu  z  konia  i  nieomal  nie  przypłaciła  tego  życiem. 
Przeżyła,  ale lekarze orzekli, że  nie ma najmniejszej  nadziei, 
iż kiedykolwiek zostanie matką. 

Na szczęście mężczyzna, którego poślubiła, tak bardzo ją 

kochał, że pogodził się z jej bezpłodnością. 

Roksana  przypuszczała,  iż  ciotka  Nancy  byłaby 

uszczęśliwiona,  gdyby  dano  jej  na  wychowanie  siostrzeńca  i 
że kochałaby go jak rodzona matka. 

Lecz Anglia znajdowała się daleko, a otaczający ich świat 

był  im  wrogi  i  obcy,  z  wyjątkiem  balijskiej  rodziny  dającej 
schronienie  Karelowi,  no  i  hrabiego,  oczywiście.  „On  to 
zrozumie, wiem, że zrozumie", mówiła do siebie Roksana. 

Niemniej  wątpliwości  zaczęły  podstępnie  ją  nurtować. 

Przypuśćmy,  że  chciałby  ją  poślubić  -  choć  tego  jeszcze  nie 
powiedział  -  ale  czy  byłby  gotów  sprzeniewierzyć  się  prawu 
własnego kraju i podstępnie zabrać z Bali sierotę? 

Pytanie to wystarczająco przerażało ją, a oto już dręczyło 

ją następne: „Przypuśćmy, że on wcale nie ma zamiaru ożenić 
się ze mną?" Ostatecznie, nie miała żadnych podstaw, by być 
tego pewna. 

Roksana  na  tyle  długo  mieszkała  w  Amsterdamie,  by 

wiedzieć,  że  etykieta  jest  rzeczą  niemal  świętą  zarówno  dla 
członków dworu, jak i dla holenderskich mieszczan. 

Hrabia znajdował  się na samym  szczycie piramidy,  która 

wznosiła  się  wyżej  i  wyżej,  aż  sięgała  samej  królowej.  Czyż 
istotnie  mogła  oczekiwać,  że  on,  krewny  królowej  wdowy, 
człowiek  niezwykle  zamożny  i  bez  wątpienia  najbardziej 
wzięty kawaler, byłby gotów, choćby nie wiem jak doskonała 

background image

była ich miłość, poślubić dziewczynę, o której nie wiedział nic 
poza tym, że jest siostrzenicą żony misjonarza? 

Roksana  poczuła  się  tak,  jakby  czyjaś  lodowata  dłoń 

chwyciła ją za serce. Jednocześnie poprzysięgła sobie, że nic 
powie  mu,  kim  był  jej  ojciec,  dopóki  hrabia nie  przyjmie  jej 
taką, jaka jest. 

„Jak  mogę  w  niego  wątpić?",  pytała  czując,  że 

wątpliwości  niczym  wąż  w  rajskim  ogrodzie  już  się  w  niej 
zagnieździły. 

Oparła  się  plecami  o  pień  drzewa,  układając  nieco 

wygodniej Karela i próbując znaleźć w leśnej ciszy ukojenie, 
którego nie dawały jej własne myśli. 

Rozbawione  dzieci  odeszły  nieco  dalej,  niniejsze,  jak 

Karel,  zapadły  w  sen  leżąc  na  trawie;  ich  nagie  ciałka 
tworzyły drobne, złociste plamy, a rzęsy rysowały się ciemno 
na tle ich okrągłych twarzyczek. 

Nie  było  na  świecie  piękniejszych  dzieci  niż  na  Bali,  ale 

nie sposób było nie dostrzec różnicy między nimi a Karelem, 
nie tylko w karnacji ciała, ale także budowie. Karel już teraz 
wydawał  się  szerszy  w  ramionach,  mocniej  zbudowany,  i 
Roksana zdawała sobie sprawę, że będzie taki jak jego ojciec: 
wysoki, barczysty, przystojny. 

Przyszło  jej  na  myśl,  że  tak  właśnie  będą  wyglądały  jej 

własne dzieci, jej i hrabiego, i na myśl, że pewnego dnia ona 
też  może  będzie  trzymała  w  ramionach  własnego  synka, 
odczuła ciepło zalewające ją niczym promień słońca. 

Musiała się zdrzemnąć, śniąc o hrabim i o dzieciach, które 

mu urodzi, a kiedy otworzyła oczy, wydawało jej się, że ciągle 
jeszcze śni, bo oto hrabia stał przed nią. Widziała go jak przez 
mgłę.  Nagle,  na  widok  wyrazu  jego  twarzy,  gwałtownie 
wróciła do rzeczywistości. 

background image

 -  Czyje  to  dziecko?  -  Jego  głos  brzmiał  ostro  i  nie  tylko 

przeszył  otaczającą  ich  ciszę,  ale  niósł  się  po  lesie 
postrzępionym echem. 

Roksana  patrzyła  na  niego  oniemiała,  nie  znajdując 

odpowiedzi.  Lecz  podejrzliwość,  jaką  dostrzegła  w  oczach 
hrabiego,  oraz  wrogi  ton  jego  głosu  przestraszyły  ją  i  w 
przypływie  paniki,  całkiem  nieświadoma  tego,  co  mówi, 
usłyszała swoje słowa: 

 -  On  jest  mój!  Mój!  -  i  przycisnęła  mocniej  do  siebie 

Karela,  a  on,  rozbudzony,  coś  wymamrotał  i  próbował 
wyswobodzić się z jej uścisku. 

Po  tych  słowach  zapadła  cisza  i  Roksanie  wydało  się,  że 

zamglona  twarz  hrabiego  przysunęła  się  do  niej.  Zadał  jej 
następne pytanie, głosem, który ją wciąż przerażał: 

 - Kto jest jego ojcem? 
I  znów,  bez  zastanowienia,  wiedziona  jedynie  strachem, 

którego nie umiała opanować, Roksana odparła: 

 - Ja... nie... wiem... 
Dostrzegła  teraz  wyraz  obrzydzenia  na  twarzy  hrabiego, 

który  odwrócił  się  i  odszedł  szybkim  krokiem,  wzbijając  za 
sobą drobne obłoczki kurzu. 

I już go nie było. 
Przez  chwilę  Roksana  nie  mogła  uwierzyć,  że  to 

wydarzyło  się  naprawdę,  że  on  ją  tu  znalazł,  zadał  jej  dwa 
pytania, na które nie śmiała odpowiedzieć zgodnie z prawdą, i 
że  jej  świat  w  jednej  chwili  legł  w  gruzach.  Poczuła,  jakby 
znalazła  się  w  nieprzeniknionej ciemności,  która  okrywała  ją 
niczym całun. 

Ból,  jaki  jej  zadał,  był  nie  do  zniesienia;  przez  dłuższy 

czas  siedziała  z  zamkniętymi  oczyma,  choć  czuła,  jak  Kareł 
wysuwa się z jej objęć na ziemię. Była samotna... przeraźliwie 
samotna... 

background image

Podniosła się z wysiłkiem, jakby młodość i siły całkiem ją 

opuściły.  Powoli  skierowała  się  do  bale,  w  którym  Ida  Anak 
Temu wciąż pracował. 

 - Chciałabym z tobą porozmawiać. 
Trudno  jej  było  dobrać  właściwe  balijskie  słowa,  ale 

zrozumiał  ją  i  odłożył  dłuto.  Wstał  i  poszedł  za  nią  pod 
rzucające cień drzewa. 

 - Pomóż mi... proszę, pomóż mi - błagała Roksana. 
Spojrzał na nią z powagą i choć nic nie odrzekł, wiedziała, 

że jej współczuje. 

 -  Muszę  uciekać  -  powiedziała.  -  Jeżeli  tu  zostanę,  to 

nawet  jeśli  nie  znajdą  Karela,  mogę  trafić  do  więzienia  lub 
doznać jeszcze większych upokorzeń. 

Ida  Anak  Temu  pokiwał  głową,  wiedząc,  że  niczego 

dobrego  nie  można  spodziewać  się  po  holenderskich 
władcach. 

 - Dokąd mogę się udać? Poradź mi! - błagała Roksana. - 

Gdzie mogę się schronić, żeby gubernator mnie nie znalazł. - 
Zawahała  się,  a  potem  powiedziała:  -  Muszę  też  zabrać 
Karela. Jego ekscelencja wie, że jestem twoją uczennicą. Jeśli 
zniknę, może na tobie wyładować swój gniew. 

Mężczyzna spojrzał na nią i bez słów pojęła, że rozumiał, 

co  miała  na  myśli,  mówiąc  o  gubernatorze.  Na  Bali  nawet 
ludzie  żyjący  samotnie  w  lesie  wiedzieli  o  wszystkim,  co 
dzieje się na wyspie. 

 - Dokąd mogę pójść? - pytała przerażona Roksana. 
Ida Anak  Temu  myślał  chwilę, a potem powiedział tylko 

jedno słowo: 

 - Badung! 
Roksana zamarła z wrażenia. 
 - Południowa Bali? Ale jak się tam dostać? 

background image

Wiedziała,  że  Holendrzy  nie  zezwalają  ludziom  żyjącym 

na północy na wyjazd do niepodległej części wyspy, gdzie nie 
dosięgała ich władza.  

 -  Znam  drogę  -  odpowiedział  Ida  Anak  Temu.  Roksana 

spojrzała na niego wyczekująco. 

Ida Anak Temu milczał przez chwilę, koncentrując się tak 

samo jak wtedy, gdy przystępował do pracy. 

 - Njoman cię poprowadzi. 
Roksana znała go. Był to jeden z jego synów, silny młody 

człowiek,  którego  głównym  zajęciem  było  ścinanie  drzew  i 
dostarczanie ojcu i innym rzeźbiarzom materiału do pracy. 

 -  Jestem  ci  bardzo  wdzięczna  -  powiedziała  Roksana.  - 

Kiedy możemy wyruszyć? 

 - O świcie. 
 -  Będziemy  gotowi.  Od  razu  wezmę  Karela  ze  sobą. 

Ponownie  Ida  Anak  Temu  skinął  głową,  a  Roksana  spojrzała 
na chłopczyka, który raczkował w stronę swych rówieśników, 
radośnie  bawiących  się  liśćmi  i  pomalowanymi  kawałkami 
drewna. 

 -  Jak  mam...  odwdzięczyć  ci  się  za  twoją...  dobroć?  - 

zapytała Roksana cichym głosem. 

Ida  Anak  Temu  uśmiechnął  się  i  pomimo  zabarwionych 

betelem warg było coś ciepłego w jego uśmiechu. 

 - Ty patrzysz oczyma duszy - rzekł. - Tacy uczniowie są 

rzadkością. 

To  był  największy  komplement,  jaki  mogła  usłyszeć  od 

Balijczyka.  Roksana  wyciągnęła  ręce  i  ujęła  jego  popękane 
dłonie. 

 -  Będę  ci  wdzięczna  aż  do  dnia  swojej  śmierci  - 

powiedziała.  -  Kiedy  stąd  odejdę,  zaopiekujesz  się  moimi 
rzeźbami?  -  Skinął  głową,  a  ona  dodała:  -  Cokolwiek  tu 
zostawię i co ma jakąś wartość, należy do ciebie. Weźmiemy 
bardzo niewiele rzeczy. 

background image

Po  raz  pierwszy  zastanowiła  się,  czy  nie  będzie  musiała 

podróżować  pieszo,  a  Ida  Anak  Temu  -  jakby  zgadując  jej 
myśli - powiedział: 

 - Njoman przygotuje gharry, ale bądź gotowa o brzasku. 
Powiedz  mu,  że  będziemy  czekali  -  odrzekła  Roksana  i 

wzięła na ręce Karela, który trochę protestował, że odrywa się 
go od zabawy. 

Kiedy była już gotowa do drogi, Ida Anak Temu zawołał: 
 -  Soka!  -  i  jego  najstarsza  córka  wyszła  z  bale  ukrytego 

wśród drzew. 

Wydał  jej  krótkie  polecenie  i  po  chwili  dziewczyna 

wróciła  z  sarongiem,  którym  owinęła  Karela  tak,  że  było 
widać  tylko  jego  twarzyczkę.  Roksana  podziękowała  jej 
serdecznie,  gdyż  to  Soka  właśnie  opiekowała  się  chłopcem  i 
chowała  go  razem  ze  swoimi  dziećmi.  Chciała  dać  jej  jakiś 
upominek  i  przypomniała  sobie,  że  wpięła  do  sukni  małą 
broszkę  z  pereł.  Nie  był  to  klejnot  o  dużej  wartości,  ale 
ponieważ tak różnił się od tych, które Soka posiadała, wydał 
się  młodej  Balijce  godny  złotej  korony  kapłanów. 
Podziękowała  tak  wylewnie,  że  Roksana  poczuła  się 
zażenowana. Pośpiesznie  ruszyła w powrotną drogę wiedząc, 
że  w  domu  czeka  ją  dużo  spraw  do  załatwienia.  Myślała,  że 
wróci tak jak przyszła, samotnie, ale Ida Anak Temu nalegał, 
żeby towarzyszyła jej jedna z wnuczek. 

Roksana  wiedziała,  że  uczynił  tak  dlatego,  że  gdyby 

cokolwiek  przydarzyło  się  po drodze,  gdyby  ktoś  zadawał  jej 
jakieś  pytania  na  temat  niesionego  w  ramionach  dziecka, 
dziewczynka zawróciłaby i uprzedziła dziadka. 

Ida  Anak  Temu  chciał  w  ten  sposób  zapewnić 

bezpieczeństwo  nie  tylko  jej,  ale  także  swemu  synowi,  na 
wypadek gdyby Njoman pojawił się o świcie z gharry i został 
oskarżony, że chce ich nielegalnie przewieźć przez granicę. 

background image

Upłynęły już ponad dwa miesiące, odkąd Roksana ukryła 

Karela  w  lesie  po  śmierci  wuja.  Przez  ten  czas  chłopiec 
przybrał  sporo na wadze, tak że  zanim dotarli  do domu, ręce 
jej  całkiem  zdrętwiały.  Przed  wejściem  rozejrzała  się 
niespokojnie  po  dziedzińcu,  sprawdzając,  czy  przypadkiem 
gubernator  lub  hrabia  nie  czekają  na  nią,  ale  nie  widać  było 
żadnego powozu ani konia. 

Tymczasem z kuchni wybiegła na jej spotkanie Gertruda i 

na  jej  twarzy  odmalowało  się  zdziwienie,  gdy  spostrzegła 
Karela  w  ramionach  Roksany,  która  bez  słowa  wyjaśnienia 
poleciła służącej: 

 -  Daj  dziewczynce  trochę  jajek  i  owoców,  a  kiedy 

wyjdzie, zamknij bramę! 

 -  Mam  zamknąć  bramę?!  -  wykrzyknęła  Gertruda  ze 

zdziwieniem. 

Zrozumiała  jednak,  że  polecenie  to  ma  związek  z 

Karelem, zrobiła wiec tak, jak jej  kazano. Po kilku minutach 
wróciła do gościnnego bale. 

 -  Co  się  stało?  Czy  mały  chory?  Dlaczego  przyniosła  go 

panienka do domu? - pytała zatroskana, 

 - Wyjeżdżamy jutro o świcie. 
 - Dokąd jedziemy? 
 - Na południe, do Badungu. 
Gertruda  wyglądała  na  zdziwioną,  toteż  Roksana 

wyjaśniała dalej: 

 - Hrabia poszedł za mną do lasu. Czy mówiłaś mu, dokąd 

idę? 

 -  Ależ  oczywiście,  że  nie!  -  z  irytacją  odparła  służąca.  - 

Mam przecież swój rozum! 

 - Jak zatem tam trafił? Gertruda zastanawiała się chwilę. 
 -  Wydaje  mi  się,  że  słyszałam  odgłos  końskich  kopyt  na 

dziedzińcu  wkrótce  po  wyjściu  panienki.  Kiedy  wyjrzałam, 
nikogo już nie było. 

background image

 -  Hrabia  pewnie  przyjechał,  by  się  ze  mną  zobaczyć  - 

rzekła  Roksana  -  i  przypuszczam,  że  dzieci,  które  bawiły  się 
przed domem, pokazały mu drogę. 

 - To więcej niż prawdopodobne! - żachnęła się Gertruda. - 

Niemożliwe jest utrzymanie jakiejkolwiek tajemnicy na Bali! 

Roksana była pewna, że tak właśnie się zdarzyło, po czym 

przypomniała  sobie,  że  wymknęło  jej  się  kiedyś  imię  Idy 
Anaka Temu w rozmowie z hrabią; mógł  więc przypuszczać, 
że tam właśnie ją znajdzie. Każdy napotkany w lesie człowiek 
z  radością  wskazałby  mu  dom  mistrza.  Wszyscy  byli  tu  z 
niego dumni i podziwiali jego talent. 

„Dlaczego byłam taka  głupia, by iść tam  właśnie dziś po 

południu?",  pytała  siebie  Roksana.  Wiedziała  jednak,  że  nie 
czas teraz na takie rozważania. Straciła hrabiego. Straciła jego 
miłość. I teraz liczy się tylko bezpieczeństwo Karela. 

Równocześnie  cała  jej  istota,  serce,  rozum,  dusza 

rozpaczały, ponieważ to, co stało się dla niej najważniejsze w 
życiu,  okazało  się  jedynie  ulotnym  marzeniem.  Lecz 
wiedziała,  że pamięć o przeżytych chwilach pozostanie z nią 
na długie, samotne lata, które ją czekają. 

background image

R

OZDZIAŁ 

Jadąc przez las, hrabia aż kipiał z gniewu. Cały dygotał z 

bezsilnej wściekłości.  

Uwierzył  w Roksanę, w jej doskonałość i czystość, i  gdy 

nadeszła  noc,  nie  zmrużył  oka.  Wmówił  wszak  sobie,  że 
znalazł kobietę wyjątkową, niezwykłą, która była niczym dar 
zesłany mu przez bogów. 

Kiedy  wszedł  na  dziedziniec  i  zauważył,  że  coś  zaszło 

między  nią  a  gubernatorem,  jego  pierwszym  impulsem  było 
powiedzieć jego ekscelencji, co o nim myśli, nawet chciał go 
spoliczkować.  Ale  lata  służby  dyplomatycznej  i  umiejętność 
panowania  nad  swoimi  odruchami  sprawiły,  że  natychmiast 
się  opanował,  by  nie  wywołać  awantury,  która  mogłaby 
zaszkodzić Roksanie. 

Ponieważ  jednak  gubernator  i  Roksana  stali  w  głębi 

pracowni,  hrabia  nie  mógł  wszystkiego  widzieć  dokładnie  i 
nie był w rzeczywistości całkowicie pewien, co się wydarzyło 
i czy gubernator usiłował (jak hrabia podejrzewał) pocałować 
dziewczynę. 

Starał się więc zachować taktownie, a w każdym razie nie 

dopuścić, by jego ekscelencja poczuł się urażony. 

Ze sposobu, w jaki gubernator opadł na siedzenie powozu, 

hrabia  pojął,  że  jest  niezwykle  rozdrażniony  i  rzeczywiście 
przez jakiś czas gubernator nie próbował nawiązać rozmowy. 

Po  czym,  jak  gdyby  uznał  za  stosowne,  że  należy  coś 

powiedzieć na temat swej wizyty, rzekł: 

 -  Jestem  przekonany,  że  zainteresuje  pana,  hrabio,  iż 

rozwiązałem problem Miss Barclay. 

 - W jaki sposób? 
 -  Przekonałem  ją,  by  opuściła  ten  wiejski  szałas  i 

przeprowadziła  się  do  wygodnego  domu,  opuszczonego 
niedawno przez jednego z urzędników. 

 - I ona się na to zgodziła? - spytał hrabia. 

background image

 - Oczywiście, to jej bardzo odpowiada - odparł gubernator 

- tym bardziej że dom stoi na terenie mojej rezydencji, ustaną 
więc  wszelkie  niesmaczne  plotki,  jakie  krążą  na  jej  temat.  - 
Hrabia  nic  nie  odpowiedział,  a  gubernator,  odczekawszy 
chwilę, ciągnął  dalej: - Oczywiście, pan i  ja, jako mężczyźni 
bywali w świecie, jesteśmy w pełni świadomi, że uroda Miss 
Barclay  może  nie  być  w  smak  niektórym  damom.  -  Zaśmiał 
się krótko. - Choć, niestety, muszę przyznać, że istnieją pewne 
powody ich niechęci. 

 -  Co  pan  przez  to  rozumie?  -  zapytał  hrabia,  celowo 

nadając swemu głosowi obojętny ton. 

 -  No  cóż,  po  pierwsze,  mówi  się  o  jej  licznych 

kochankach  -  stwierdził  gubernator  -  i  wszyscy,  ma  się 
rozumieć,  mogą  być  podejrzani o  romans.  Moja  żona  jeszcze 
przed  wyjazdem  do  Holandii  mówiła  mi  nawet,  że  jakoby 
Miss Barclay ma dziecko! 

Hrabia  z  trudem  powstrzymywał  się,  żeby  go  nie 

spoliczkować. 

Jak  ktoś  śmiał  tak  mówić  o  Roksanie?  Wierzył,  że 

wszystko  to  po  prostu  ludzka  zawiść,  która,  zwłaszcza  w 
małych  społecznościach,  potrafi  długo  tlić  się  w  ukryciu, 
zanim  wybuchnie  niebezpiecznym  i  niszczącym  wszystko 
płomieniem. 

 - Jestem niemal pewien, że nie jest to prawda - zauważył. 
Gubernator wzruszył ramionami. 
 -  Nigdy  nie  wiadomo,  jak  to  jest  z  Angielkami  -  rzekł.  - 

Są niczym góra lodowa,  a potem często człowiek bywa  mile 
zaskoczony. 

Mówił  tak,  jakby  wspominał  jakieś  swoje  przygody,  i 

ponownie hrabia gorąco zapragnął  dać  mu w twarz;  wiedział 
jednak, że musiałby wówczas natychmiast opuścić Bali. 

Postanowił,  że  ostrzeże  Roksanę,  by  miała  się  na 

baczności,  i  że  już  teraz  muszą  postanowić  o  wspólnej 

background image

przyszłości,  choć  do  tej  chwili  hrabia  nie  był  jeszcze 
ostatecznie zdecydowany, czy poprosi Roksanę o rękę. 

Od  dobrych  paru  lat  chciano  nakłonić  go  do  małżeństwa, 

tak  że  stał  się  bardzo  rozważny  i  ostrożny  w  tych  sprawach. 
Nie tylko jego matka błagała go ze łzami  w oczach, żeby się 
ustatkował;  również  inni  krewni  ciągle  przypominali  mu,  że 
jest głową wielkiego i liczącego się rodu i że najwyższy czas, 
by pomyślał o potomku. 

Prosiła go też królowa wdowa. 
 -  Musisz  się  ożenić,  Wiktorze  -  mówiła  mu  wielokrotnie 

jeszcze przed tragiczną śmiercią Luizy van Heydberg. - Wiesz 
równie  dobrze  jak  ja,  że  wywołujesz  niepokój  na  dworze. 
Jesteś  zbyt  przystojny  i  zbyt  atrakcyjny.  Potrzebna  ci  jest 
żona. 

 - I wasza wysokość myśli, że trzymałaby mnie w ryzach? 

- zapytał z uśmiechem hrabia. 

 -  Może  udałoby  się  jej  tego  dokonać  -  odparła  królowa 

wdowa  -  przynajmniej  mógłbyś  pokazać  się  światu  z  lepszej 
strony niż teraz. 

Hrabia roześmiał się, ale to wszystko tylko umocniło go w 

przekonaniu, że nikt nie powinien zmuszać go do małżeństwa 
ani że nie poprosi żadnej kobiety, by została jego żoną, dopóki 
nie  będzie  pewny,  iż  jest  to  dokładnie  taka  osoba,  jaka  pod 
każdym względem będzie mu odpowiadała. 

Nie umiał nawet powiedzieć, czego się po niej spodziewa. 

W  świecie,  w  którym  żył,  małżeństwo  było  jedną  sprawą,  a 
miłość zupełnie inną. 

Jego  żona,  jako  hrabina  van  Haan,  zajęłaby  na  dworze 

ważną,  a  jednocześnie  z  kobiecego  punktu  widzenia  - 
niezmiernie  atrakcyjną  pozycję.  Istniały  też  pewne 
dziedziczne  zobowiązania  wobec  dworu,  z  których  powinna 
się wywiązywać. 

background image

Wszystkie  drzwi  najznakomitszych  rodów  w  Holandii 

stanęłyby przed nią otworem i  niejako automatycznie - zaraz 
po  królowej  i  królowej  wdowie  -  przysługiwałoby  jej 
najlepsze  miejsce  w  teatrze,  w  operze,  na  wyścigach, 
wszędzie, gdzie tylko by się pojawiła. 

Posiadałaby  też  przywilej,  który  bardzo  hrabiemu 

odpowiadał, 

oferowania 

swej 

gościny 

najbardziej 

dystyngowanym  osobistościom  odwiedzającym  kraj.  Co 
więcej,  byłaby  mile  widziana  w  najbardziej  ekskluzywnych 
kręgach towarzyskich Paryża, Anglii i w każdym innym kraju 
Europy. 

Ale  zarazem  hrabia  nie  miał  zamiaru  obciążać  się  żoną, 

której  jedynymi  zaletami  byłoby  dobre  pochodzenie  i 
umiejętność  pełnienia  obowiązków  hrabiny  van  Haan  w  taki 
sposób, by wzbudzać podziw jego przyjaciół. 

O  hrabim  często  mówiono,  że  jest  doskonałym  panem 

domu,  więc  postanowił,  że  przyjmowanie  gości  weźmie  po 
części na siebie. 

Zastanawiał się natomiast, czy Roksana okaże się  kobietą 

interesującą i atrakcyjną, kiedy będą tylko we dwoje. Przyznał 
się sam przed sobą ostatniej nocy, że jest zakochany w sposób, 
który go intryguje i zadziwia zarazem. Zadawał sobie pytanie, 
co też takiego jest w Roksanie, i znał  odpowiedź:  wzbudzała 
w nim uczucia, których nigdy przedtem nie doznał. 

Ponieważ  na  ogół  był  cyniczny,  jeśli  chodziło o  kobiety, 

zastanawiał  się,  czy  oczarowanie,  którego  doświadczył 
podczas  ich  pocałunku  pod  drzewem  uroczynu,  nie  było  w 
rzeczywistości  ulotnym  uczuciem  wywołanym  przez  taniec 
ketjak.  Zdawał  sobie  sprawę,  że  to,  co  wtedy  przeżył, 
zawdzięczał w równym stopniu również Roksanie - ponieważ 
była  z  nim,  ponieważ  odczuwali  i  przeżywali  to  samo, 
ponieważ dotyk jej dłoni był bardziej podniecający i bardziej 
zmysłowy niż wszystko, czego zaznał do tej pory. 

background image

 - Kocham ją - powiedział do siebie hrabia. 
Przeklinał fakt, że gubernator zaaranżował dla niego rundę 

spotkań  i  oficjalny  obiad  z  osobistościami,  które  przy  innej 
okazji mogły wydawać mu się interesujące. 

W pośpiechu wyszedł po skończonym posiłku, sądząc, że 

to jedyna okazja, by spotkać się z Roksaną sam na sam przed 
jego oczekiwanym powrotem do rezydencji. 

Kiedy  dostrzegł  powóz  gubernatora  przed  wejściem  do 

domu Roksany, zaczął podejrzewać, że ów celowo pojawił się 
tu w porze, w jakiej nie spodziewano się gości. 

Lecz  teraz,  w  drodze  powrotnej  do  rezydencji,  hrabia 

postanowił,  że  skoro  gubernator  go  oszukuje,  on  też  nie 
pozostanie mu dłużny. 

 -  Czeka  mnie  sporo  raportów  do  napisania  dziś  po 

południu, ekscelencjo - powiedział - mam więc nadzieje, że mi 
pan daruje, jeśli spotkamy się dopiero o piątej. 

 -  Nie  mam  nic  przeciw  temu  -  odparł  gubernator.  Przy 

tych  słowach  wjechali  przez  bramę  wiodącą  do  rozległego 
terenu,  na  którym  mieścił  się  budynek  rządowy.  Otaczał  go 
tradycyjny gliniany mur, w bramie zaś stała warta, która - gdy 
ją  mijali  -  sprezentowała  broń.  Jechali  ubitą  aleją,  bardzo 
różniącą się od wielu innych dróg, jakimi podróżowali. I kiedy 
rezydencja  gubernatora  znalazła  się  w  zasięgu  wzroku, 
gubernator wskazał nieco w lewo na mały, otoczony drzewami 
domek. 

 -  To  będzie  dom  Miss  Barclay  -  w  jego  głosie  brzmiała 

nuta satysfakcji, która nie spodobała się hrabiemu. 

Niewątpliwie  jednak  był  to  bardzo  atrakcyjny  dom  z 

szeroką  werandą,  którą  obrastała  kaskada  bugenwilli.  Hrabia 
nie  przeoczył  faktu,  że  stał  on  blisko  siedziby  gubernatora, 
pomiędzy  oboma  domami  zaś  gęsto  wyrastały  drzewa  i 
krzewy, tworząc naturalną zasłonę. 

background image

Zacisnął  usta  i  z  mocą  powiedział  sobie,  że  musi  jak 

najprędzej zabrać stąd Roksanę. Ale dokąd? I czy ona byłaby 
gotowa podróżować z nim, nawet jeśliby to było możliwe? 

 - Muszę to przemyśleć spokojnie - rzekł do siebie hrabia. 
Zaczął żałować, że nie spotkał Roksany w Holandii czy w 

Anglii.  Przed  podjęciem  tak  ważnej  decyzji  dotyczącej  jej 
osoby  zapragnął  poznać  jej  rodzinę,  jak  również  przedstawić 
ją swojej matce i przyjaciołom. 

Zaczął  myśleć  o  strzechą  krytych  bale,  gdzie  obecnie 

mieszkał,  i  wyobrażać  ją  sobie  w  swym  ogromnym  i 
imponującym  domu  w  Amsterdamie,  w  wiejskiej  rezydencji 
należącej  do  jego przodków, a także  w dużym i  luksusowym 
apartamencie w Paryżu. 

Wszystkie  te  siedziby  były  gotowe  w  każdej  chwili  na 

jego przybycie. Posiadał także domek myśliwski w Bawarii, w 
którym często odbywały się różne przyjęcia. 

Skąd mógł  wiedzieć, jak by się  Roksana zachowywała  w 

tych miejscach? 

Czy mógł być pewien, że to, co do niej czuje, nie jest tylko 

chwilowym  zauroczeniem,  które  niczym  tropikalny  kwiat  nie 
przetrwa w zimniejszym i bardziej surowym klimacie? 

Dlatego  też  uznał  za  konieczne  sprawdzić  swe  uczucia. 

Ale  teraz  przede  wszystkim  chciał  spotkać  się  z  nią  jak 
najszybciej.  Gdy  gubernator  oddalił  się  do  swych 
apartamentów  w  innej  części  budynku,  hrabia  rozkazał 
służącemu przyprowadzić konia do bocznego wyjścia. 

Nie  miał  skrupułów,  że  robi  coś  bez  porozumienia  z 

gubernatorem, gdyż uważał, że w końcu może robić to, na co 
ma ochotę. 

Gdy  tylko  pojawił  się  koń,  dosiadł  go  i  oddalił  się  inną 

ścieżką niż ta, którą zajechali z gubernatorem pod dom. Jechał 
między  drzewami,  starając  się,  aby  nikt  nie  zauważył  jego 
zniknięcia. 

background image

Zjawił się przed domem Roksany i rzuciwszy okiem na jej 

pracownię, wiedział, że jej tam nie ma. Lecz kiedy zeskoczył z 
siodła, z drugiego bale wyszedł chłopak, który nieraz pilnował 
mu konia, i powiedział: 

 - Panienka wyjść! 
Powiedział to po holendersku, toteż hrabia spytał: 
 - Dokąd poszła? 
Wydawało mu się, że chłopiec nie rozumie, ale po chwili z 

uśmiechem wskazał palcem na wschód w stronę lasu i hrabia 
pomyślał,  iż  Roksana  poszła  odwiedzić  Swego  nauczyciela. 
Dosiadł  więc  konia  i  odjechał  w  kierunku  dżungli,  z  góry 
ciesząc  się,  że  pozna  Idę  Anaka  Temu  (którego  imię 
zapamiętał)  i  będzie  mógł  porównać  jego  prace  z  pracami 
Roksany. 

Mijani ludzie pokazali mu drogę. Nie sposób jednak było 

jechać cały czas konno. Przywołał więc chłopca, prosząc, aby 
popilnował mu konia, i zaczął się wspinać po skalnej ścieżce, 
którą tak często przemierzała Roksana. 

Już  prawie  dochodził  do  bale  Idy  Anaka  Temu,  kiedy 

usłyszał głosy dzieci i skręcił w ich kierunku. Wkrótce ujrzał 
je  baraszkujące  nago  po  lesie.  Śmiały  się  uszczęśliwione  i 
wyglądały jak małe amorki. Było wśród nich kilkoro starszych 
dzieci  w sarongach, też pochłoniętych zabawą. Hrabia ruszył 
dalej,  spodziewając  się  zobaczyć  Idę  Anaka  Temu.  Właśnie 
wtedy  dostrzegł  śpiącą  pod  drzewem  Roksanę,  a  w  jej 
ramionach niemowlę o jasnej cerze i blond włosach. 

Wszystko,  co  mówił  gubernator,  nagle  stanęło  mu  w 

pamięci;  był  tak  wstrząśnięty,  że  poczuł  dreszcze  na  całym 
ciele. A więc to była prawda! Miała dziecko! Nie była czysta i 
niewinna,  jak  sądził  wówczas,  kiedy  tulił  ją  w  objęciach 
wierząc, że jest pierwszym mężczyzną, który ją kiedykolwiek 
pocałował. 

background image

Było  coś  tak  bardzo  nieśmiałego,  a  zarazem  tak 

cudownego  w  sposobie,  w  jaki  podała  mu  swe  wargi,  że 
wydało mu się niemożliwe, by mógł być przed nim ktoś inny. 

A  teraz  przytulała  do  siebie  opiekuńczym  gestem  śpiące 

dziecko, jego główka opierała się o jej pierś, i  hrabia już nie 
wątpił, iż łączą ich więzy krwi. 

Stał  wpatrzony  w  zarys  jej  ciemnych  rzęs  na  policzkach, 

rdzawe  refleksy  we  włosach,  szczupłe,  delikatne  dłonie 
obejmujące malca. 

Wreszcie otworzyła oczy... 
W  drodze  powrotnej  hrabia  przeklinał  siebie  za  to,  że 

okazał taką naiwność, że dał się oszukać jak nigdy przedtem. 

Wciąż miał w pamięci słowa Roksany, które niczym echo 

brzmiały  mu  w  uszach;  ale  najgorsze  ze  wszystkiego  i 
najbardziej upokarzające było to, że przyznała, iż nie wie, kto 
jest ojcem dziecka. 

Gubernator  wspominał  o  jej  kochankach.  Jeden  z  nich 

musiał  być  blondynem  i  najprawdopodobniej  Holendrem.  I 
wtedy hrabia stwierdził, że jej nienawidzi. 

Perfidnie  zniszczyła  w  nim  uczucie,  które  wydawało  mu 

się tak piękne i wzniosłe. Z trudem przychodziło mu uwierzyć, 
iż utracił je na zawsze. 

„Nienawidzę  jej!",  usiłował  powtarzać  raz  po  raz,  jadąc 

bezmyślnie  przed  siebie,  aż  wreszcie  znalazł  się  na 
zadrzewionej alei prowadzącej do rezydencji gubernatora. Ale 
wystarczyło,  że  stanęła  mu  przed  oczami  jej  uduchowiona 
twarz,  że  prowadzone  rozmowy,  ogarniający  ich  żar,  kiedy 
dotknął  jej  dłoni,  by  zrozumieć,  iż  to  uczucie  nie  było 
nienawiścią, lecz czymś całkiem innym. 

W  rezydencji  gubernatora  posłał  lokaja  po  brandy  i 

wychylił  parę  szklanek  tak,  że  służący  patrzył  na  niego  z 
niedowierzaniem.  Nie  pamiętał,  aby  jego  pan  sięgał  po 
alkohol o tej porze i w takiej ilości. 

background image

Hrabia  nie  potrafił  powiedzieć,  co  się  potem  wydarzyło. 

Zmusił  się  do  rozmowy  z  zaproszonymi  gośćmi.  Zniósł 
przedłużającą  się  kolację  i  udało  mu  się  sprawiać  pozory,  że 
się dobrze bawi, a nawet śmiał się z dowcipów gubernatora. 

Kiedy wreszcie znalazł się w swym pokoju i został sam, z 

trudem  opanował  się,  by  nie  pojechać  konno  do  domu 
Roksany  i  przekonać  się,  czy  to  wszystko  mu  się  nie 
przyśniło. 

Po czym w gwałtownym odruchu pomyślał, że ona już go 

więcej nie oszuka i jeśli o niego chodzi, wszystko między nimi 
skończone. 

Zasnął dopiero nad ranem z powodu ilości wypitej brandy 

i  dręczących  myśli;  czuł  się  chory  i  był  w  bardzo  złym 
nastroju. 

 - Możesz zacząć się pakować - powiedział do lokaja. - Im 

szybciej stąd wyjedziemy, tym lepiej! 

 - Dokąd wyruszamy, Mijnheer? - spytał lokaj. 
 - Do Singapuru... Indii... co za różnica? - odparł z irytacją 

hrabia. - Rób, co ci każę, i pakuj rzeczy! 

Wyszedł z pokoju, a lokaj pokręcił głową. Jego pan nigdy 

się  tak  nie  zachowywał,  toteż  wiedział,  że  nie  wróży  to  nic 
dobrego. 

Hrabia ruszył do pokoju, gdzie podawano śniadanie. 
Zazwyczaj  jadał  sam,  ale  tego  ranka  nie  mógł  znieść 

własnego  towarzystwa.  Poza  tym  chciał  powiadomić 
gubernatora o swym wyjeździe. 

Śniadanie  podano  nie  w  pokoju,  ale  na  obszernej 

werandzie.  O  tak  wczesnej  porze  było  tam  chłodno  i 
przyjemnie. Kiedy hrabia stanął w drzwiach, ujrzał siedzącego 
doń  tyłem  gubernatora,  a  obok  niego  stojącego  sztywno 
dowódcę warty. 

 -  Weź  powóz,  nie,  dwa  powozy.  Jeden  będzie  potrzebny 

na  bagaże  i  dla  służącej  Miss  Barclay  -  usłyszał  hrabia  i 

background image

zastygł  w  bezruchu.  -  Nie  zgadzaj  się  na  żadne  wykręty  - 
ciągnął gubernator. - Jeśli nie zechce przyjechać dobrowolnie, 
użyj  siły,  dyskretnie,  oczywiście,  ale  nie  zwracaj  uwagi  na 
żadne protesty. zrozumiałeś? 

 -  Tak  jest,  ekscelencjo  -  odrzekł  oficer.  Powiedział  to 

głosem,  w  którym  brzmiała  nuta  powątpiewania,  jak  gdyby 
uważał, że czeka go trudne zadanie. 

 -  Później,  może  dziś  po  południu  -  kontynuował 

gubernator - możesz pojechać po resztę rzeczy: rzeźby, meble, 
które zechce zabrać do nowego domu. 

 - Tak jest, ekscelencjo! 
 -  I  jeszcze  jedno...  -  ciągnął  gubernator,  ale  hrabia  nie 

słuchał, co tamten mówił. 

Odwrócił  się  i  odszedł  cicho  tą  samą  drogą,  którą 

przyszedł. Użycie słowa „siła" wystarczyło, by zrozumiał, co 
gubernator zamierza uczynić, a wiedział też, że cokolwiek by 
o  Roksanie  myślał,  jakkolwiek  by  go  zwiodła,  nie  może 
dopuścić, żeby tak z nią postąpiono. Poszedł do swego pokoju, 
w którym zastał pakującego rzeczy służącego. 

 -  Przyprowadź  mi  szybko  konia!  -  rzucił  hrabia.  Służący 

pośpieszył 

wykonać 

polecenie. 

Hrabia 

czekał 

niecierpliwością  przy  bocznym  wyjściu,  aż  wreszcie  pojawił 
się stajenny, prowadząc konia. 

Odjeżdżając drogą, jaką obrał wczoraj po południu, hrabia 

powtarzał sobie, że musi się pośpieszyć. Nie wiedział jeszcze, 
w  jaki  sposób  może  pomóc  Roksanie.  W  każdym  razie  nie 
pozwoli uwięzić jej w domu, który znajduje się w tak bliskim 
sąsiedztwie z prywatnymi apartamentami gubernatora. 

Pędził więc jak mógł najszybciej do wioski, a potem przez 

całą  wieś  tam,  gdzie  stał  dom  Roksany.  Było  gorąco  i  kiedy 
wreszcie dotarł na  miejsce, jego  koń spływał potem.  Wjechał 
na  dziedziniec  i  w  osłupieniu  dostrzegł  wóz  zaprzężony  w 

background image

bawoły przed pracownią Roksany. Dwóch mężczyzn ładowało 
jej rzeźby. Hrabia zeskoczył z konia i podszedł do nich. 

 - Co tu się dzieje? - spytał ostro. 
Najpierw  ostrożnie  położyli  tors  mężczyzny,  a  potem  z 

szacunkiem  spojrzeli  na  hrabiego;  po  wyrazie  ich  twarzy 
widać było, że go nie zrozumieli. 

 - Gdzie jest Miss Barclay? - zapytał. 
 -  Miss  Barclay  wyjechać!  -  odpowiedział  starszy 

mężczyzna z uśmiechem. 

 - Dokąd wyjechała? 
Mężczyzna potrząsnął głową, a po kilku sekundach, jakby 

szukając  odpowiedniego  określenia  w  swym  bardzo 
ograniczonym słownictwie, powiedział po holendersku: 

 - Da... leko, wyjechać da... leko! 
Hrabia wpatrywał się w niego, a następnie, pozostawiwszy 

konia bez opieki, poszedł w kierunku bale - salonu Roksany. 

Od razu zauważył, że nie ma tam nikogo, przeszedł więc 

przez  pokój,  odkrywając  -  jak  podejrzewał  -  że  był  on 
połączony  z  innym  bale,  gdzie  -  jak  spostrzegł  -  musiała  się 
mieścić jej sypialnia. 

Lecz  pomieszczenie  było  puste,  drzwi  do  szafy 

pootwierane, a w szafie ani śladu ubrań. 

Rozglądał się wokół siebie, po czym przeszukał pozostałą 

część  domu.  Nigdzie  nie  było  nikogo;  znalazł  nawet 
pomieszczenie,  w  którym  musiała  spać  Gertruda,  ale  tam  też 
nie  było  żadnych  rzeczy.  Wrócił  na  dziedziniec;  prawie  cały 
wóz został zapełniony rzeźbami. 

Hrabia  wszedł  na  podwyższenie  i  zbliżył  się  do  stołu, 

gdzie  leżały  małe  rzeźby,  które  Roksana  przyrzekła  mu 
podarować.  Myślał  o  wyrzeźbionej  w  drzewie  sandałowym 
bogini, która wedle słów Roksany  miała go chronić; spojrzał 
w  dół  na  wyrzeźbioną  delikatną,  małą  rękę  z  zagiętymi 
palcami. 

background image

Podniósł  ją  i  ogarnęło  go  uczucie  lęku,  że  to  może 

wszystko, co mu po niej pozostało. 

Trzymając rzeźbioną rękę ponownie wyszedł na podwórze 

i  chwycił  swego  konia  za  uzdę.  Nie  było  sensu  o  nic  pytać 
ludzi powożących zaprzęgniętym w bawoły wozem; wiedział, 
że nie zrozumieliby go. Wyszedł przed bramę i aż podskoczył 
z  radości,  spostrzegłszy  Ponoka  idącego  ku  niemu  od  strony 
wioski.  Już  wtedy,  gdy  Ponok  zabrał  ich, by  obejrzeli  ketjak, 
zauważył,  że  jest  to  człowiek  inteligentny,  i  pomyślał,  że 
może teraz od niego czegoś się dowie. 

 -  Gdzie  jest  Miss  Barclay,  Ponok?  -  zapytał.  Ponok 

ukłonił się uprzejmie. 

 - Odjechać! - usłyszał taką samą odpowiedź. 
 -  Dokąd?  I  dlaczego  tak  nagle?  -  pytał  zniecierpliwiony, 

ale spostrzegł, że Ponok go nie rozumie. 

On  z  kolei  widząc,  jak  bardzo  hrabia  pragnie  się 

dowiedzieć, podniósł rękę. 

 - Zaczekaj tu! - rzekł po balijsku, ale gest ręki wystarczył, 

aby hrabia zrozumiał jego słowa. 

Hrabia  skinął  głową  i  Ponok  pobiegł  do  wioski.  Mijały 

niemiłosiernie  długie  minuty.  Hrabia  stał  w  cieniu  drzew, 
trzymając konia za uzdę i intensywnie myślał o wszystkim, co 
się  wydarzyło.  Pewien  był,  że  to  nie  tylko  gubernator,  ale  i 
jego zachowanie było powodem wyjazdu Roksany. Ale dokąd 
odjechała? A może jest u Idy Anaka Temu? 

Postanowił,  że  jak  tylko  Ponok  wróci  -  chyba  że  będzie 

miał  mu  coś  istotnego  do  powiedzenia  -  wyruszy  do  lasu, 
odszuka snycerza i spyta go, co on wie. 

Kiedy  już  zaczął  tracić  nadzieję,  że  Ponok  wróci  z  jakąś 

wiadomością,  dostrzegł  go  podążającego  ze  starszym 
mężczyzną,  który  miał  sztywną  nogę  i  nie  mógł  iść  zbyt 
szybko. Hrabia poprowadził konia w ich kierunku i kiedy się 

background image

spotkali,  nieznajomy  mężczyzna  odezwał  się  z  trudem,  ale 
poprawnie po holendersku: 

 -  Guten  morgan,  Mijnheer.  Jestem  Tunas  Kantor, 

naczelnikiem wioski. 

Hrabia  wydał  westchnienie  ulgi.  Wiedział,  że  Holendrzy 

wyznaczyli  naczelników  wiosek,  którzy  byli  przez  nich 
opłacani,  i  oczywiście  wybierali  ludzi  znających  choć  trochę 
holenderski. 

 -  Jestem  hrabia  van  Haan  -  powiedział.  -  Mieszkam  w 

rezydencji  jego  ekscelencji  gubernatora  i  miałem  umówione 
dziś rano spotkanie z Miss Barclay, ale jak widzę, wyjechała. 

Naczelnik  wdał  się  z  Ponokiem  w  długą  rozmowę,  która 

ciągnęła  się  i  ciągnęła,  niemal  doprowadzając  hrabiego  do 
furii. W końcu naczelnik odezwał się: 

 -  Ponok  tłumaczył  mi,  Mijnheer,  że  nie  chce  sprawiać 

kłopotów Miss Barclay, ale ponieważ ona mówiła mu, że jest 
pan jej przyjacielem, uważamy, że możemy panu zaufać. 

 - Obiecuję - powiedział uroczyście hrabia - że nie zrobię 

nic, co w jakikolwiek sposób zraniłoby lub skrzywdziło Miss 
Barclay. 

Naczelnik przetłumaczył to Ponokowi, który znów zaczął 

długą  przemowę  przerywaną  tylko  potakiwaniami  naczelnika 
na znak, że rozumie wszystko. 

Kiedy wreszcie Ponok skończył, hrabia, nie mogąc dłużej 

zapanować nad sobą, wykrzyknął: 

 - Gdzie ona jest? Co się z nią stało?! 
 - Ponok mówi - odpowiedział naczelnik - że Miss Barclay 

i  starsza  pani  wyruszyły  o  świcie  w  gharry.  Widział,  jak 
odjeżdżały, ale myśli, że chciały uniknąć pożegnań. 

 -  Dokąd  pojechały?  -  dopytywał  się  hrabia.  Naczelnik 

spojrzał na Ponoka i hrabia dostrzegł, jak wykonał on prawie 
niezauważalny gest oznaczający „nie". 

background image

 - Słuchaj - powiedział z uporem. - Muszę wiedzieć, co się 

stało z Miss Barclay, bo mam jej coś nadzwyczaj ważnego do 
przekazania. 

Naczelnik  to  przetłumaczył,  ale  choć  hrabia  bacznie 

wpatrywał  się  w  Ponoka,  niczego  z  jego  twarzy  nie  mógł 
odczytać. 

 - Poproś go - rzeki do naczelnika - wytłumacz, że zapłacę, 

ile zażąda, i że dla dobra Miss Barclay muszę wiedzieć, dokąd 
się udała. 

Ponownie  naczelnik  przetłumaczył  i  ponownie  hrabia  z 

rozpaczą  stwierdził,  że  Ponok  w  ogóle  nie  reaguje.  Wtedy 
powiedział: 

 -  Gubernator  wysyła  żołnierzy.  Mogą  tu  być  w  każdej 

chwili, żeby doprowadzić Miss Barclay do jego rezydencji. 

Dostrzegł  wyraz  przerażenia  w  oczach  naczelnika,  który 

zupełnie już innym tonem przekazał tę wiadomość Ponokowi. 

Dwaj  mężczyźni zaczęli wymieniać słowa z zadziwiającą 

szybkością, w końcu naczelnik zwrócił się do hrabiego: 

 - Ponok wierzy, że pan dobry przyjaciel Miss Barclay, ale 

mówi: nie martwić się, ona bezpieczna. 

 - Skąd możecie to wiedzieć? 
 - Która godzina, Mijnheer? 
Hrabia  nie  zrozumiał,  co  to  miało  wspólnego  z  jego 

pytaniem,  ale  ponieważ  postanowił  być  uprzejmy,  by 
wydobyć z obu mężczyzn wszystkie informacje, więc spojrzał 
na zegarek. 

 - Właśnie minęła dziewiąta - powiedział. 
Obaj  mężczyźni  popatrzyli  na  jego  zegarek,  a  potem 

Ponok powiedział kilka słów do naczelnika, zapewne pozwolił 
mu mówić, gdyż ten odezwał się: 

 - Ponok mówi, że Miss Barclay wziąć ze sobą ubranie do 

gharry. 

 - Co to oznacza? - spytał hrabia. 

background image

 - Długą podróż - odpowiedział naczelnik. 
 - Ale dokąd? Dokąd wyruszyli? 
 - Ponok nie być pewny, ale myśli Miss Barclay pojechać 

ukrytą drogą w góry. 

 - W góry? - powtórzył zaskoczony hrabia. - Ale dokąd w 

góry? 

Naczelnik zrobił krok w jego stronę, a potem głosem lak 

cichym, że ledwie słyszalnym, powiedział: 

 - Na południe, gdzie nie być Holendrów. 
Szlak,  jaki  obrali,  był  bardzo  piękny  i  w  innej  sytuacji 

Roksana byłaby podekscytowana i gotowa wspinać się wyżej i 
wyżej  po  kamienistej,  wijącej  się  dróżce,  która  pięła  się  w 
górę od pól ryżowych. 

Na  początku  wspinaczki  minęli  kilka  kobiet  idących 

gęsiego, z ciężkimi koszami na głowie. Lecz wkrótce była już 
tylko dzika uroda wznoszących się ponad nimi gór, o których 
Njoman  sądził,  że  zapełnione  są  bogami,  różnymi  duchami  i 
żądnymi  zemsty  demonami,  mogącymi  ich  w  każdej  chwili 
zaatakować.  Każda  wioska,  przez  którą  przejeżdżali, 
wyglądała  jak  miniaturowa  forteca,  otoczona  wysokim  na 
półtora  metra  i  zwieńczonym  strzechą  murem,  który 
wznoszono jako ochronę przed złymi duchami pełzającymi po 
ziemi. 

Pierwszą  noc  spędzili  w  wiosce  u  krewnego  Idy  Anaka 

Temu,  który  powitał  ich  wylewnie,  choć  z  niekłamaną 
ciekawością, jak gdyby zeszli z nieba. 

Wejście  do  wioski  było  nad  wyraz  wąskie,  tak  że 

prowadząca  do  niej  droga  mieściła  zaledwie  jedną  osobę. 
Trzeba  było  zostawić  gharry,  ale  ciągnący  go  dotąd  koń 
wspinał się razem z ludźmi. 

Za  bramą  wznosiła  się  kolejna  ściana  z  cegły  mająca 

przechwycić  i  zatrzymać  każdego  złośliwego  dżina,  któremu 
udałoby się przekroczyć próg. 

background image

Aby mieć całkowitą pewność, że mieszkańcom wioski nic 

już nie może grozić, z morza zieleni wystawały liczne cienkie 
bambusowe kije, z których kępkami zwisały amulety różnych 
kształtów i rozmiarów. 

Pierwszego dnia podróż trwała bardzo długo. Trzymali się 

z dala od Holendrów, którzy mogliby zmusić ich do powrotu. 
Njoman,  wyraźnie  zdenerwowany,  nieustannie  ponaglał 
swego konia. Ich bagaże wypełniły cały tył gharry i Roksanie 
było wstyd, że obciążają takie małe stworzenie (konie na Bali 
są dużo mniejsze niż w innych częściach świata). 

To  Gertruda  zdecydowała,  co  mają  wziąć  ze  sobą  na 

drogę. Zrezygnowała nawet ze skórzanych kufrów, w których 
podróżowały ich ubrania z Anglii, zawinęła suknie Roksany i 
swoje  własne  w  czyste  lniane  prześcieradła,  byle  tylko 
koniowi było lżej, ale i tak zabrały ze sobą sporo. 

Jednakże  zwierzę  okazało  się  niezwykle  silne,  toteż 

szybko  wspięli  się  z  płaskiego  terenu  na  górskie  zbocze  i  z 
wilgotnego upału do przyjemnego chłodu. 

Tej  nocy  zmęczeni  podróżą  owinęli  się  we  wszystkie 

ciepłe  ubrania, jakie  mieli,  a  Roksana  i  Gertruda,  leżąc  obok 
siebie  na  słomianym  materacu,  tuliły  do  siebie  śpiącego 
między nimi Karela. 

Następnego  dnia,  podziękowawszy  gospodarzom  i 

pozostawiwszy im na odjezdnym niemałą sumę, która w pełni 
ich usatysfakcjonowała, wyruszyli o świcie. 

Na szczęście Roksanie nie brakowało pieniędzy. 
Kiedy po raz pierwszy dotarli na Bali, jej wuj postanowił 

umieścić wszystkie swoje oszczędności w sejfie w banku. Ale 
tym  sposobem  ryzykował  kontrolę  nad  nimi  władz 
holenderskich.  I  kiedy  odkrył,  że  Balijczycy  najczęściej 
zakopują pieniądze w ziemi, poszedł w ich ślady. 

W tym kraju nie było właściwie złodziei i Roksana później 

dowiedziała  się,  że  przed  pojawieniem  się  Holendrów  na  tej 

background image

rajskiej  wyspie  w  ogóle  nie  znano  przestępczości.  Drzwi  do 
domów w wiosce, gdzie mieszkali, nie miały ani zamków, ani 
rygli.  Wybudowane  przez  Holendrów  więzienia  były  bardzo 
małe,  a  groźniejszych  przestępców  trzeba  było  odsyłać  do 
zakładu karnego na Jawie. 

Dlatego też przed  wyruszeniem  w drogę Roksana prędko 

rozkopała podłogę w jednej z bale, by dostać się do pieniędzy, 
które  przywiózł  ze  sobą  jej  wuj.  Ona  sama  miała  znaczną 
sumę  ukrytą  w  strzesze  nad  jej  sypialnią,  a  reszta  leżała 
beztrosko w szufladzie, gdzie nikt niczego nie ruszał. 

 - Mamy wystarczająco dużo pieniędzy na wiele miesięcy, 

a nawet lat, jeśli będzie trzeba - powiedziała Gertrudzie. 

 - Co nie oznacza, że musimy być rozrzutni, Miss Barclay! 

-  pouczyła  ją  służąca,  ale  ucieszyła  się,  że  w  czasie  podróży 
będą mogły sowicie zapłacić tym, którzy udzielą im gościny. 

Drugiego  dnia  Roksana  po  raz  pierwszy  zobaczyła  w 

oddali  imponującą  sylwetkę  wulkanu  Batur,  który  -  jak  jej 
mówiono - miał trzy tysiące metrów wysokości. Zastanawiała 
się,  czy  kiedykolwiek  będzie  miała  okazję  go  zobaczyć  i 
odwiedzić  słynną  świątynię  u  stóp  wulkanu.  W  tej  chwili 
całkowicie  pochłaniała  ją  podróż  i  ich  bezpieczny  pobyt  w 
Badungu. 

Wyspa  miała  osiemdziesiąt  kilometrów  szerokości  od 

północnego  wybrzeża  do  południowego,  ale  nie  mogli 
posuwać się zbyt szybko, gdyż niektóre odcinki drogi były tak 
wyboiste, że koń szedł tylko stępa. 

Trzeciego dnia nie tylko oni, ale i koń był zmęczony. Na 

szczęście trafiali do wiosek, w których imię Idy Anaka Temu 
było  dobrze  znane.  Czasami  zatrzymywali  się  u  jego 
krewnych,  czasami  po  prostu  u  jego  wielbicieli,  którzy  czuli 
się  zaszczyceni,  że  mogą  gościć  uczennicę  słynnego 
rzeźbiarza.  

background image

Poza  znanym  im  obyczajem  mieszkańców,  którzy  żuli 

betel  i  pluli  nim,  gdzie  popadło,  wszystko  tu  było 
nieskazitelnie  czyste.  Mimo  to  Gertruda  nalegała,  żeby 
rozścielać własne prześcieradła na miejscowych łóżkach, które 
na  ogół  dzieliła  z  Roksaną.  Jednakże  były  tak  zmęczone,  że 
nawet gdyby leżały na gołej podłodze i tak spałyby głęboko, 

Roksana  obawiała  się,  że  nieszczęśliwa  miłość  do 

hrabiego  spędzi  jej  sen  z  oczu,  że  będzie  bezsennie  leżała 
myśląc  o  nim,  tęskniąc  i  rozpamiętując  rozpacz,  która  ją 
ogarnęła,  gdy  odszedł,  zostawiając  ją  bez  słowa  w  lesie.  Ale 
zmęczenie podróżą, długie godziny przebywania z  Karelem i 
napięcie  związane  z  ucieczką  jakby  przeważyły  nad  jej 
uczuciami. 

Czasami  myśl o hrabim była niczym sztylet, który wbijał 

się  jej  w  pierś,  tak  ostry,  tak  śmiercionośny,  że  chciała 
krzyczeć z bólu. 

Ale oto Karel domagał się pieszczoty albo Gertruda robiła 

jakąś trzeźwą, rozsądną uwagę i zwyczajne, codzienne sprawy 
odrywały ją od tragedii rozgrywającej się w jej duszy. 

Następnego  dnia  pozostawili  za  sobą  zimne  okolice  i 

zaczęli  wchodzić  w  obszary  wilgotnego,  ciepłego  powietrza, 
pełne słonecznego blasku. Pojawiły się pola ryżowe. Rośliny i 
krzewy pokryte były kwiatami, a mijani wieśniacy zdawali się 
poruszać tak ociężale, jakby męczył ich każdy ruch. Po nocy 
spędzonej  w  dość  dużej  wiosce  dostrzegli  w  oddali  błękit 
morza,  a  koń  jakby  przyśpieszył  kroku,  widząc  przed  sobą 
kres podróży. 

Roksana  dowiedziała  się  od  Njomana,  że  zmierzają  do 

dużej nadmorskiej wioski, gdzie mieszka najzdolniejszy uczeń 
Idy Anaka Temu, który już sam zdobył sławę rzeźbiarza. 

Gueda  Tano  był  najwyraźniej  podekscytowany  widząc 

Roksanę i Njomana i jak tylko weszli do jego obejścia, chciał 
koniecznie,  żeby  młoda  rzeźbiarka  obejrzała  jego  prace.  W 

background image

jego domu było z tuzin bale i więcej świątynek, niż Roksana 
kiedykolwiek przedtem widziała. 

Młody  rzeźbiarz  był  znany  w  całej  okolicy  i  Njoman 

powiedział jej, że spodziewa się zostać po śmierci Idy Anaka 
Temu najsłynniejszym snycerzem na Bali. 

Jego  rzeźby  zrobiły  na  Roksanie  bardzo  duże  wrażenie, 

chociaż  stwierdziła  w  duchu  -  może  trochę  do  niego 
uprzedzona - że nie są aż tak dobre jak prace mistrza. 

Mimo  wszystko  nie  można  było  odmówić  mu  talentu. 

Niektóre  rzeźby  były  wspaniałe  i  Roksana  nagle  poczuła 
potrzebę pokazania ich hrabiemu i usłyszenia jego opinii. 

Kiedy skończyły się powitalne grzeczności i Gueda Tano 

częstował  ich  przekąskami,  Roksana  spytała,  czy  zechciałby 
wskazać  jej  jakiś  dom,  który  mogłaby  wynająć  lub  kupić. 
Uśmiechnął się szeroko i zapewnił, że to drobnostka. We wsi 
jest  mnóstwo  bale,  które  są  za  drogie  dla  zwykłych 
wieśniaków, więc jeżeli tylko ma pieniądze... 

Zapewniła  go,  że  gotowa  jest  zapłacić  każdą  rozsądną 

cenę, a Gueda Tano - jakby tylko na to czekał - powiedział, że 
w pobliżu jest  jeden taki  dom. Poprzednio zajmował  go jego 
starszy syn, który wraz z rodziną wyjechał do Singapuru. 

Roksana spojrzała, jakby chciała zapytać o przyczynę jego 

wyjazdu, więc wyjaśnił: 

 - Mój syn jest malarzem i chce sprzedawać swoje obrazy, 

a na Bali nikt ich nie kupuje. Ściany są za słabe, żeby wieszać 
płótna w ramach. 

Była  to  święta  prawda  i  wszyscy  się  roześmieli. 

Oprawiony obraz nie mógłby wisieć na bambusowych matach, 
które podnoszono lub opuszczano w zależności od pogody lub 
położenia słońca. 

Gueda Tano przyniósł obraz, by pokazać, jakiego rodzaju 

malarstwo  uprawia  jego  syn,  i  Roksana  od  razu  wysoko 
oceniła  jego  wartość:  był  nie  tylko  piękny,  ale  i  niezwykły. 

background image

Nie  wątpiła,  że  w  Singapurze  znajdzie  nabywców  wśród 
Brytyjczyków. 

Dom  bardzo  im  odpowiadał  i  Roksana  odczuła  ogromną 

ulgę,  że  nie  musi  iść  nigdzie  dalej.  Gueda  Tano  obiecał,  że 
pożyczy  im  wszystko,  co  tylko  będą  chciały,  dopóki  się  nie 
urządzą. 

 -  To,  czego  mi  potrzeba  -  rzekła  Gertruda,  kiedy  ich 

gadatliwy  gospodarz poszedł do siebie - to kuchnia, w której 
mogłabym ugotować solidny posiłek! 

Roksana  była  zbyt  nieszczęśliwa  w  czasie  podróży,  by 

myśleć o jedzeniu, ale Gertruda uznała, że podawany w kółko 
ryż,  żółwie  i  mleko  kokosowe  są  nie  tylko  monotonne,  ale  i 
niesmaczne. 

Roksana wiedziała, że gdyby Gueda Tano spodziewał się 

ich przybycia, kazałby zabić prosię, by godnie przyjąć gości. 
Ponieważ zaczynały już zapadać ciemności, mieli tylko ochotę 
zjeść coś lekkiego i przyłożyć głowy do poduszek. 

Karel  dobrze  znosił  podróż,  trzęsące  się  gharry 

najwidoczniej  kołysało  go  do  snu,  a  pragnienie  gasił 
mleczkiem  kokosowym,  które  było  zawsze  łatwo  dostępne  i 
zawsze świeże. Podczas gdy Gertruda narzekała, że nie mogą 
dostać odpowiedniego pożywienia dla dziecka, z  malcem nie 
działo  się  nic  złego;  śmiał  się,  zasypiał  i  ponownie  budził  z 
uśmiechem. 

Dopiero  gdy  Roksana  wprowadziła  się  do  domu  obok 

Guedy  Tano,  Njoman  zaczął  szykować  się  do  powrotu  na 
północ.  Na  widok  prezentów,  które  otrzymał  za  bezpieczne 
dowiezienie ich tutaj, zaniemówił ze zdumienia. 

Wszyscy byli zadowoleni. Gertruda dostała dość sprzętów 

kuchennych,  by  czuć  się  szczęśliwa,  a  Roksana  znalazła 
wreszcie czas, by pomyśleć o sobie. Ale ból w piersi odezwał 
się znowu. Tęskniła do hrabiego tak mocno, że wydawało jej 
się,  iż  tonie  w  nieprzeniknionych  ciemnościach,  samotna  jak 

background image

nigdy  przedtem  w  życiu.  Zawsze  myślała,  że  miłość  jest 
spokojną  i  cichą  przystanią.  Teraz  wydawała  jej  się  czymś 
zupełnie  innym:  mistyczną  ekstazą,  która  unosiła  ją  ku 
wysokościom, o jakich wcześniej nie śniła. Kiedy nagle spadła 
w  otchłań  nieszczęścia  i  rozpaczy,  czuła,  jakby  tysiące  noży 
raniło jej ciało i cięło na kawałki. 

 -  Kocham  go!  Kocham  go!  -  wyszeptała  i  zaczęła  się 

zastanawiać, dlaczego nie potrafi  mu przebaczyć i zrozumieć 
go. 

Gertruda miała rację: powinna mieć pewność, że może mu 

zaufać,  nim  zdradzi  tajemnice  Karela.  Na  szczęście  dla 
dziecka nie powiedziała prawdy. 

Teraz  była  przekonana,  że  hrabia  zawiadomiłby  o 

wszystkim  władze  holenderskie  i  zabrano  by  Karela.  Bez 
wątpienia  dziecko  zostałoby  przekazane  do  sierocińca  na 
Jawie, skąd już nie miałaby prawa go odebrać. 

Próbowała  sobie  wmówić,  że  najważniejsze,  iż  go 

uratowała i że nie powinna o nic więcej prosić bogów. Ale to 
nie  ukoiło  jej  bólu  i  pustki,  która  zdawała  się  wypełniać  jej 
ciało,  i  nie  mogła  powstrzymać  gorzkich  łez  wylewanych  w 
samotności. 

Jak  to  możliwe,  że  odnalazła  raj  w  tej  pełnej  ekstazy 

chwili  pod  drzewem  uroczymi,  by  utracić  go  w  lesie  już 
następnego dnia? 

Wystarczyło  zamknąć  oczy,  by  przywołać  podejrzliwą 

twarz  hrabiego,  usłyszeć  jego  szorstkie  pytania,  ujrzeć  jego 
gniew  i  obrzydzenie,  gdy  się  odwracał  i  odchodził. 
Powiedziała sobie, że w sytuacji, w jakiej się teraz znalazła, za 
wszelką cenę musi opuścić Bali i zawieźć Karela do Anglii. 

Już  pierwszego  dnia  pobytu  w  Badungu  dowiedziała  się, 

że  do  portu  zawijają  statki  przeważnie  pod  banderą 
holenderską,  a  tylko  od  czasu  do  czasu  pojawiają  się 
angielskie parowce, ale zazwyczaj nie są to statki pasażerskie. 

background image

Mogłaby  po  prostu  czekać  i  liczyć  na  szczęśliwy  przypadek, 
że  jakiś  cudzoziemski  statek  zgodzi  się  zabrać  ich  do 
Singapuru.  Wiedziała,  że  nikłe  są  na  to  szanse,  więc 
postanowiła pogodzić się z losem i pozostać tutaj, aż szczęście 
ponownie się do niej uśmiechnie. 

Gertruda bardzo troskliwie opiekowała się Karelem, tak że 

Roksana nie musiała się zbyt wiele nim zajmować. Ponieważ 
nie sposób było siedzieć bezczynnie, zaczęła pracować. 

Zdobyła od dostawców Guedy Tano różne kawałki drewna 

i w każdym oczami duszy widziała twarz hrabiego. Powtarzała 
sobie, że to śmieszne, ale nie mogła się pozbyć tego wrażenia. 

W  końcu  poddała  się  i  zaczęła  go  rzeźbić,  znajdując 

przyjemność i zarazem ból w wydobywaniu z drewna dłutem 
jego  delikatnych  rysów,  szlachetnego,  wysokiego  czoła, 
kształtnej głowy. 

 - Nie może panienka zająć się czymś innym? - zapytała ją 

ostro  Gertruda.  Roksana  nie  odpowiedziała,  więc  dodała:  - 
Teraz  jest  panienka  nieszczęśliwa,  ale  pewnego  dnia 
zrozumie, że miała szczęście, uciekając stamtąd. 

 - Co masz przeciwko hrabiemu? - spytała Roksana. 
Choć Gertruda ją łajała, Roksana czuła, że rozmowa na ten 

temat przynosi jej ulgę. 

 -  Zbyt  wiele  kobiet  go  kochało!  -  wyrzuciła  z  siebie 

służąca. - A panienka jest po prostu jedną z nich! 

 -  Czy  uważasz,  że  czuje  to  samo  do  każdej  kobiety, 

którą... kocha? 

 - Nie byłabym tym zaskoczona - odparła. 
Ale  Roksana  wiedziała,  że  zadała  pytanie,  na  które 

Gertruda nie mogła znać odpowiedzi. 

Kiedy  odeszła,  Roksana  nagle  uświadomiła  sobie,  że  z 

powodu płynących łez nie może nawet zobaczyć swej rzeźby. 

Czyżby  naprawdę  ten  pocałunek  tak  mało  znaczył  dla 

niego? 

background image

Dla  niej  była  to  chwila  pełna  boskiego  światła,  upojenia 

unoszącego  w  niebiosa  jej  duszę,  która  stała  się  wtedy  jego 
własnością i tak już pozostało. 

Nie  była  w  stanie  powstrzymać  się  od  płaczu,  więc 

odłożyła  dłuto.  Wiedząc,  że  nikt  jej  nie  widzi,  wzięła  w 
ramiona  nie  wykończone  drewno  i  przytuliła  się  do  twarzy 
hrabiego,  którą  już  zdążyła  wygładzić  i  nadać  naturalny 
wygląd. 

 -  Kocham...  cię!  -  powiedziała  bez  tchu.  -  Kocham  cię  i 

jeśli nadal będę musiała... tak cierpieć... jak teraz, to chyba... 
umrę! 

Łzy pociekły jej po twarzy i zmoczyły drewno. 
I wtedy nagle uświadomiła sobie, że nie jest sama; uniosła 

głowę. Nad nią stał hrabia! 

background image

R

OZDZIAŁ 

Przez chwilę oboje stali jak skamieniali. 
Potem  Roksana  z  cichym  okrzykiem  dziecka,  które 

znalazło 

bezpieczne 

schronienie 

po 

przerażających 

przeżyciach, rzuciła się w jego ramiona. Przycisnął ją mocno 
do siebie, a potem całował usta, mokre oczy, łzy na policzkach 
i znów usta. Czuła się, jakby jej modlitwa została wysłuchana. 
Oto  umarła  i  znalazła  się  w  niebiosach  tak  wspaniałych,  tak 
cudownych,  że  nie  mogła  złapać  oddechu.  Całował  ją  tak 
długo,  aż  przestała  myśleć  i  tylko  czuła,  że  on  jest  tutaj,  że 
wszystko  się  odmieniło,  że  nie  jest  już  samotna  i 
nieszczęśliwa, że jest jego cząstką tak jak dawniej. 

W  końcu  schylił  głowę  i  spojrzał  na  jej  twarz 

promieniejącą  pięknem  jak  nigdy  przedtem,  na  jej  mokre 
rzęsy,  wargi  drżące  nie  ze  strachu,  ale  od  czaru  jego 
pocałunków. 

 - Kocham... cię! - wyszeptała czując, że jej głos dochodzi 

gdzieś  z  oddali.  -  Jak  mogłaś  mnie  opuścić?  Jak  mogłaś 
odejść? - pytał. - Szalałem z rozpaczy, traciłem z przerażenia 
głowę myśląc, że cię już nigdy nie znajdę! 

Westchnęła cichutko z niewypowiedzianego szczęścia. 
Potem  znów  ją  całował,  mocno  przyciskając  do  siebie, 

jakby  bojąc  się,  że  ponownie  może  ją  stracić;  ich  ciała  były 
bliżej i bliżej, aż zlały się w jedno ciało, a ich dusze stały się 
jednością. W końcu, kiedy wydawało się, że ludzka natura nie 
zniesie dłużej takiego napięcia, hrabia odezwał się niepewnym 
głosem: 

 -  Znalazłem  cię,  moja  kochana,  i  przysięgam,  że  nigdy 

więcej cię nie utracę. Kiedy zostaniesz moją żoną? 

Zobaczył  światłość  w jej oczach, jakby zapłonęło w nich 

tysiące świec. Oparła głowę na jego ramieniu i powiedziała: 

 -  Co  powiedzą...  Holendrzy?  Jak  się...  tu  dostałeś  bez... 

ich wiedzy? 

background image

Wydała  cichy  okrzyk  przerażenia,  jakby  przypomniała 

sobie niebezpieczeństwo grożące Karelowi. 

 -  Nie  ma  ich...  z  tobą?  Nie  przyjechałeś  zabrać  nas...  z 

powrotem? 

 - Skądże - odrzekł. - Czy naprawdę myślisz, że mógłbym 

to zrobić? Bardzo mądrze postąpiłaś, moja kochana, uciekając. 
Wolałbym jednak, żebyś mi wtedy zaufała. 

 - Ale jak ty... mnie tutaj znalazłeś? Jak... się tu dostałeś? 
Pytania cisnęły się jej na usta; hrabia najpierw pocałował 

ją w czoło, a potem rzekł: 

 -  To  dość  długa  historia.  Chodźmy  w  jakieś  spokojne 

miejsce.  Jest  bardzo  gorąco  i  chętnie  napiłbym  się  czegoś 
zimnego. 

Roksana wysunęła się z jego objęć i wzięła go za rękę tak 

jak tamtej nocy, kiedy po ciemku szli przez las. Jednocześnie 
uśmiechnęła  się  do  mego  tak  promiennie,  że  poczuł,  jak  mu 
serce topnieje w piersi. 

 -  Nigdy  -  powiedział  do  siebie  -  żadna  kobieta  nie  była 

tak piękna, tak doskonała pod każdym względem! 

Przenieśli  się  do  przyległego  bale,  bardzo  podobnego  do 

tego,  które  na  północy  służyło  Roksanie  jako  salon;  tylko 
mebli było tu mniej. Najwygodniejszym do siedzenia meblem 
było łóżko zasłane pięknie haftowanym sarongiem z grubego 
jedwabiu. 

Roksana  opuściła  hrabiego  i  usłyszał  jej  głos  wołający 

Gertrudę, głos wibrujący szczęściem i podnieceniem. Po kilku 
sekundach  znów  była  przy  nim.  Kiedy  weszła  do  bale, 
zatrzymała  się  na  chwilę  i  spojrzała,  jakby  chciała  się 
upewnić, czy to rzeczywiście on, a potem podbiegła k u niemu 
i zawołała jak szalona: 

 - Jesteś! Naprawdę tu jesteś! Czy może ja śnię? 
 -  Czy  często  o  mnie  śniłaś?  -  zapytał  swym  niskim 

głosem. 

background image

 - Każdej nocy... a kiedy nie śniłam, to... myślałam o tobie. 
 - I płakałaś przeze mnie? 
 - Starałam się powstrzymać łzy. 
 - Te łzy są dla mnie najcenniejsze - powiedział i ucałował 

jej oczy. 

Usiedli na byle jak skleconym łóżku, jakby stracili siły od 

nadmiaru  uczuć.  Po  chwili  Roksana  wpatrzona  w  niego 
pełnym uwielbienia wzrokiem poprosiła: 

 - Opowiedz mi, jak mnie tu znalazłeś. 
 - Musisz podziękować za to Idzie Anakowi Temu. 
 -  Powiedział  ci?!  -  z  niedowierzaniem  wykrzyknęła 

Roksana. - Byłam pewna, że dotrzyma tajemnicy. 

 - Tak też postąpił, na początku. 
 - Ale jak się z nim porozumiałeś? 
 - Wziąłem ze sobą naczelnika wioski. 
 -  Rzeczywiście...  Tunas  Kantor.  On  mówi  kilkoma 

językami. 

 - Z mojego punktu widzenia najważniejsze było, że mówi 

po  holendersku  -  rzekł  hrabia  -  i  zawsze  będę  miał  wobec 
niego dług wdzięczności. 

 - Mów mi... co dalej się stało - ponaglała Roksana. 
 -  Ponok  cię  widział  i  choć  zdawał  sobie  sprawę,  że  nie 

chciałaś, by cię widziano, rozpoznał woźnicę gharry. 

 -  Wiedział,  że  to  był  jeden  z  synów  Idy  Anaka  Temu?  - 

zapytała Roksana. 

 -  Tak  mu  się  wydawało.  Poszedłem  więc  z  naczelnikiem 

do lasu. - Uśmiechnął się, zanim zaczaj dalszy ciąg opowieści: 
-  Zapewniani  cię,  że  twój  mistrz  był  na  początku  bardzo 
powściągliwy i twierdził, iż nie ma pojęcia, gdzie jesteś. 

 - Wiedziałam, że mnie nie zdradzi - szepnęła Roksana. 
 -  Ale  kiedy  dałem  mu  do  zrozumienia,  że  wiem,  kto 

zabierał  twoje rzeźby i  pomagał  ci  w  wyjeździe, zaczął  mieć 
niepewną minę. 

background image

 - Nie byłeś... niemiły dla niego? 
 -  Nie  mógłbym  być  niemiły  dla  nikogo  z  twoich 

przyjaciół. 

 - Więc jak to się stało, że ci zaufał? 
 - Powiedziałem mu, że muszę cię znaleźć, bo mam zamiar 

się z tobą ożenić, i że nie mogę utracić jedynej kobiety, jaką 
pokochałem.  -  Roksana  wpatrywała  się  w  niego  szeroko 
otwartymi oczyma, a hrabia kontynuował: - Spojrzał wtedy na 
mnie  w  taki  sposób,  jak  ty  patrzysz  na  kloc  drewna,  badał 
mnie, patrzył do wnętrza... 

 - Oczami... duszy - wyszeptała Roksana. 
 -  Dokładnie!  -  zawołał  hrabia.  -  Wiedziałem,  że  to 

właśnie  robi,  i  jak  się  domyślasz,  kochana,  pomyślnie 
przeszedłem próbę. 

Mocniej  przytuliła  się  do  niego,  jakby  czując  się 

bezbronna, a ramiona hrabiego objęły ją mocniej. 

 - Kiedy powiedział mi, dokąd pojechaliście, i że będziecie 

szukać  bezpiecznego  miejsca  w  domu  jego  najsławniejszego 
ucznia Guedy Tano, stanąłem przed nowym problemem. 

 - Jak... dostać się do mnie? 
 -  Zrozumiałem,  że  to  nie  będzie  łatwe  -  mówił  hrabia.  - 

Po pierwsze, nie chciałem  wzbudzić podejrzeń Holendrów, a 
po drugie, zdradzić im, że wiem, gdzie jesteś. 

 - Ja się... bałam - wyznała Roksana - strasznie się bałam, 

że znajdą sposób... żeby mnie... zawrócić. 

 - Przysięgam, że nigdy im się to nie uda i że nie doznasz 

już żadnych nieprzyjemności - powiedział hrabia. - Zwłaszcza 
ze strony gubernatora. 

Roksana zarumieniła się i ukryła twarz na jego ramieniu. 
 - Czułam... że coś knuje. 
 -  Tego  już  nigdy  nie  zrobi  -  stanowczo  rzekł  hrabia.  -  A 

jednocześnie  nie  radzę  mu  wysyłać  do  Amsterdamu  żadnych 
niepochlebnych raportów na twój temat. 

background image

 - Mógłby to zrobić? - dopytywała się Roksana. 
 -  To  mało  prawdopodobne  -  odparł  hrabia  -  ponieważ 

przybywając  tu  zatarłem  ślady  w  sposób,  jak  mi  się  wydaje, 
nadzwyczaj prosty. 

 - Powiedz mi, co zrobiłeś? 
 - Nie domyślasz się? Potrząsnęła głową. 
 - Nie! Jak dotarłeś do mnie? 
Pomyślała, że to musiała być bardzo długa podróż konno i 

że nie miał tyle szczęścia co oni, by w każdej wiosce spotykać 
przyjaciół Idy Anaka Temu. 

 - Przypłynąłem morzem - rzekł hrabia. 
 - Morzem?! - wykrzyknęła ze zdumieniem Roksana. 
 -  To  był  całkiem  dobry  pomysł  -  stwierdził.  - 

Powiedziałem gubernatorowi, że mam zamiar opłynąć  wyspę 
dookoła.  Gorąco  ostrzegał  mnie  przed  lądowaniem  na 
południu,  które  jest  niezależne  od  Holendrów,  więc  rzekłem, 
że  wobec  tego  wypłynę  z  Boulbeng  na  północy  i  okrążę 
wyspę,  cumując  w  Lambok,  które  jest  pod  holenderskim 
protektoratem. 

 - Zaakceptował ten pomysł? - dopytywała się Roksana. 
 -  Całkiem  szczerze;  myślę,  że  był  zadowolony, 

pozbywając  się  mnie.  Przeszkadzałem  mu  w  intensywnych 
poszukiwaniach ciebie. 

 - Czy wiedział, dokąd uciekłam? 
 -  Kiedy  odjeżdżałem,  był  niemal  pewien,  że  gdzieś  do 

lasu; ale ponieważ na północy jest sporo lasów, wydaje mi się, 
że sporo czasu minie, zanim upewni się, iż nie ukrywasz się w 
jakiejś zapadłej wiosce czy wręcz w jaskini. 

Roksana oparła mu dłonie na ramionach, a on powiedział: 
 -  Kiedy  będziesz  moją  żoną,  kochanie,  żaden  gubernator 

na świecie nie będzie ci już zagrażał. Moja w tym głowa! 

Roksana  podniosła  ku  niemu  twarz,  ale  zanim  hrabia 

zdołał ją pocałować, Gertruda weszła na wysoko umieszczoną 

background image

podłogę  bale.  W  ręku  trzymała  tacę,  na  której  stała  wysoka 
szklanka z sokiem owocowym. 

 - Zaskoczona jesteś moim widokiem, Gertrudo? - zapytał 

hrabia po holendersku. 

 - Tak, Mijnheer! 
 - Nie masz radosnej miny! - rzekł hrabia oskarżycielskim 

tonem. - A jednak mam nadzieję, że zostaniesz z nami, kiedy 
weźmiemy  ślub.  Moja  żona  nie  chciałaby  cię  stracić  po  tylu 
latach, które spędziłyście razem. 

 - Ślub! - Oczy Gertrudy zabłysły nie ukrywaną radością. 
 -  Tak!  Weźmiemy  ślub,  Gertrudo,  przy  pierwszej 

nadarzającej się okazji. 

 -  Dzięki  Ci,  Boże,  że  wysłuchałeś  mojej  modlitwy!  - 

wykrzyknęła służąca. 

Pośpiesznie  odwróciła  się,  a  Roksana  wiedziała,  że  po 

prostu nie chce, żeby hrabia zobaczył w jej oczach łzy radości. 

 - Ona była zupełnie pewna - powiedziała Roksana, kiedy 

zostali sami - że bawisz się moimi uczuciami! 

 - Nigdy nie miałem takiego zamiaru, mój skarbie - rzekł. - 

Ale  chcę  być  uczciwy,  więc  ci  powiem,  że  dopóki  nie 
zniknęłaś, nie uświadamiałem sobie, jak bardzo cię kocham! 

Przez  chwilę  milczał,  jakby  przypominał  sobie  rozpacz, 

jaką przeżywał na myśl, że ją utracił. 

 - Zupełnie jakbym był księciem Ramą - powiedział cicho 

- oszalałym z rozpaczy, szukającym swej żony znajdującej się 
w mocy demonów. 

Roksana roześmiała się. 
 - A czy miałeś Hanumana i jego armię małp do pomocy? 
 - Miałem  Lalora, który był  moją ostoją - odparł hrabia. - 

Znalazł  mi  dobrą  i  wygodną  łódź,  kierowaną  przez 
doskonałego żeglarza, który bezpiecznie przywiózł mnie tutaj. 

background image

 - To był dobry pomysł - stwierdziła Roksana. - Chciałam 

wydostać  się  z  Bali,  ale  nigdy  nie  wsiadłabym  na  statek 
holenderski. 

 - Teraz  musimy znaleźć parowiec, który zawiezie  nas do 

Singapuru  -  rzekł  hrabia.  - Mówili  mi,  że  w  tutejszym  porcie 
jest sporo statków płynących na inne wyspy. 

 -  Byle  nie  był  to...  statek  holenderski  -  szybko 

powiedziała Roksana. 

 -  Wciąż  się  boisz?  -  zapytał  z  uśmiechem  hrabia.  - 

Holendrzy  nie  zrobią  ci  krzywdy,  kiedy  będziesz  pod  moją 
opieką, czy to jako żona, czy narzeczona. 

 -  Ale...  jest...  Karel  -  odrzekła  cichym  głosem.  -  Mogą... 

zabrać... Karela. 

 - Dlaczego? - dopytywał się hrabia. 
 -  Ponieważ  prawo  mówi,  że  sieroty  muszą  być  odesłane 

do sierocińca na Jawie. 

 -  Sieroty?  -  powtórzył  hrabia  zdziwionym  głosem. 

Roksana spojrzała na niego, a potem powiedziała: 

 -  To  Ida  Anak  Temu  nie  powiedział  ci  prawdy?  Przez 

dłuższą chwilę hrabia milczał. Potem zapytał: 

 - Czyżby Karel nie był... twoim dzieckiem? 
 -  Nie,  oczywiście  że  nie!  -  rzekła  Roksana.  - 

Powiedziałam  tak  tylko,  ponieważ  byłam...  przerażona,  a  ty 
jesteś... Holendrem. 

 - Wiec czyj on jest? - spytał hrabia nieswoim głosem. 
 -  Jest  dzieckiem  ciotki  Agnes,  która  umarła  wkrótce  po 

porodzie. - Roksana westchnęła cicho, przypomniawszy sobie 
to  nieszczęście,  a  potem  mówiła  dalej:  -  Jeszcze  zanim 
opuścili  Holandię,  wiedziała,  że  będzie  miała  dziecko  po 
piętnastu  latach  małżeństwa  z  Pieterem  Helderikiem.  Ale 
trzymała  to  przed  nim  w  tajemnicy,  bo  myślała,  że 
przeszkodziłoby im to w wyjeździe na Bali. 

background image

 -  Dziecko...  twojej  ciotki?!  -  Hrabia  poczuł,  że  z  trudem 

wypowiada słowa. 

 -  Czy  chcesz  przez  to  powiedzieć  -  spytała  Roksana 

bardzo  cichym  głosem  -  że  poprosiłeś  mnie  o  rękę,  choć 
sądziłeś, że mam... nieślubne dziecko? 

 -  Przebacz  mi,  kochana  -  odpowiedział  hrabia.  - 

Powinienem  ci  ufać.  Powinienem  wiedzieć,  że  jesteś 
niewinna,  choć  wszelkie  okoliczności  świadczyły  przeciwko 
tobie. 

Roksana nie odezwała się, więc mówił dalej: 
 - Tajemnice, insynuacje gubernatora, fakt, że zastałem cię 

śpiącą  z  dzieckiem  w  ramionach  i  w  dodatku  powiedziałaś 
mi... 

 -  Przebacz  mi!  Przebacz!  -  przerwała  Roksana.  - 

Przeraziłeś mnie i... wpadłam w panikę, że po tym wszystkim, 
przez co przeszłyśmy obie z Gertrudą, by utrzymać Karela w 
ukryciu, mógłby zostać... zabrany i... odesłany do sierocińca. 

Przez  chwilę  hrabia  nie  był  w  stanie  nic  powiedzieć. 

Zdołał  tylko  mocno  przytulić  Roksanę  do  siebie,  składając 
pocałunek  na  jej  włosach.  Kochał  ją  tak,  jak  żaden  człowiek 
nigdy jeszcze nie kochał, i gotów był poślubić ją bez względu 
na  to,  co  uczyniła  w  przeszłości.  Kiedy  jej  rozpaczliwie 
szukał,  zrozumiał,  że  ich  wzajemna  miłość  była  zbyt  wielka, 
zbyt  doskonała,  by  cokolwiek  mogło  im  stanąć  na 
przeszkodzie, ich dusze połączyły się na zawsze. 

Dopiero  teraz  odkrył,  że  Roksana  była  w  pełni  taka,  jak 

myślał, kiedy po raz pierwszy ją całował: czysta i niewinna. 

Roksana, jakby rozumiejąc, co czuł, odezwała się: 
 - Pomyśleć, że chciałeś się... ożenić ze mną, pomimo że... 

podejrzewałeś  mnie  o...  Chyba  żaden  mężczyzna  nie  byłby 
tak... szlachetny... 

Podniosła głowę, a on przez chwilę popatrzył jej głęboko 

w  oczy,  jakby  z  trudem  mógł  uwierzyć,  że  rzeczywiście  są 

background image

razem.  I  zaczął  całować  ją  porywczo,  niecierpliwie, 
pożądliwie, a Roksana pomyślała, że jest w tych pocałunkach 
uwielbienie  mężczyzny, który odkrył, że jego  miłość jest nie 
tylko namiętna i zaborcza, ale i święta. 

Po dłuższym czasie hrabia odezwał się: 
 - 

Musimy 

coś 

postanowić, 

moja 

najdroższa. 

Porozmawiajmy  z  Guedą  Tano,  może  wie,  kiedy  odpływa 
jakiś statek do Singapuru. 

Roksana  czuła  się  tak  szczęśliwa,  że  gotowa  była  na 

wszystko,  co  on  zadecyduje.  Podniosła  się,  a  hrabia  znów  ją 
pocałował, zanim zdążyła rozłożyć parasolkę, by zasłonić się 
przed palącymi promieniami słońca. 

Zastali  Guedę  Tano  pracującego  nad  swoimi  rzeźbami. 

Siedział ze skrzyżowanymi nogami i z pochyloną głową. Nie 
wstał,  ale  nakazał  jednemu  ze  swych  uczniów  przynieść  im 
krzesła. 

Pracował  nad  skomplikowanym  fragmentem  wspaniałej 

rzeźby.  Roksana  pomyślała,  że  na  pewno  przeznaczona  jest 
dla jednej ze świątyń. 

Dopatrzył się on w kawałku drewna czerwonego hibiskusa 

grupy muzykantów i właśnie teraz kończył figurkę flecisty. 

Gueda  Tano,  w  przeciwieństwie  do  swego  nauczyciela, 

nie mówił po holendersku, gdyż nienawidził tego języka, ale 
znał trochę angielski. 

 -  Znalazłeś  Miss  Barclay,  Mijnheer?  To  dobrze  - 

powiedział. 

 -  Tak,  odnalazłem  ją,  a  teraz  potrzebujemy  twojej 

pomocy. 

Gueda Tano wykonał gest oznaczający, że mogą na niego 

liczyć, a hrabia spytał: 

 -  Kiedy  zawinie  tu  jakiś  statek,  który  mógłby  zabrać  nas 

do Singapuru? Pytałem w porcie, ale oni nie spodziewają się 
wcześniej niż za dwa, trzy tygodnie. 

background image

 -  To  prawda  -  odparł  Gueda  Tano.  -  Jeden  odpłynął  trzy 

dni temu. Teraz trzeba poczekać na inny. 

 - A może wiesz, czy jest tu kapłan, który mógłby udzielić 

nam ślubu? - Zaskoczona Roksana odwróciła się ku hrabiemu, 
a on powiedział spokojnie: - Nie mogę już dłużej czekać, byś 
została  moją  żoną,  a  czy  może  być  wspanialsze  miejsce  na 
miodowy miesiąc? 

Oślepił  go  błysk  szczęścia  na  twarzy  Roksany,  a  potem 

spojrzał błagalnie na siedzącego przed nimi ze skrzyżowanymi 
nogami człowieka. 

 - Jesteście chrześcijanami? - zapytał Gueda Tano. Hrabia 

potaknął. 

 - Żadnych chrześcijan nie ma w południowej Bali - rzekł. 

-  Anglicy  odeszli.  Holendrzy  są  na  północy.  -  Widząc 
rozczarowanie  na  twarzach  hrabiego  i  Roksany,  spytał:  -  A 
dlaczego  nie  mielibyście  wziąć  ślubu  balijskiego?  Jesteście 
dobrymi  ludźmi,  nasi  bogowie  pobłogosławią  was.  Miss 
Barclay jest wielką rzeźbiarką. 

Hrabia spojrzał na Roksanę i dostrzegł jej pytający wzrok. 
Potem, skoro ona nic nie powiedziała, odezwał się: 
 -  Czy  weźmiesz  ze  mną  ślub  z  błogosławieństwem 

bogów, w których oboje nie wierzymy? 

 - Cz... czy możemy to... zrobić? 
 - Możemy! - odpowiedział. - A obiecuję ci, że weźmiemy 

ślub w kościele, kiedy dotrzemy do Singapuru. 

 - Ja... chcę już być... twoją żoną. 
 - I będziesz - odparł - na mocy każdego prawa, przysięgi, 

jaka istnieje, tak że nigdy już cię nie stracę! I nie mogę dłużej 
czekać. 

 - Ani ja - wyszeptała Roksana. 
Nie musieli mówić Guedzie Tano o swojej decyzji. 
Mógł dostrzec ją na ich twarzach, więc powiedział z nutą 

podniecenia w głosie: 

background image

 -  Zorganizuję  wam  bardzo  piękny  balijski  ślub. 

Porozmawiam z kapłanem. 

Roksana spojrzała na hrabiego, a jej oczy błyszczały: 
 -  Myślę,  że  nie  mógłbyś  mieć  wspanialszego  pomysłu  - 

powiedziała.  -  To  będzie  cudowne  stać  się  twoją  żoną  na 
Rajskiej Wyspie. 

Ślub jest podniecającym wydarzeniem w każdym kraju i w 

każdym  obrządku,  ale  Balijczycy  nigdy  nie  uczestniczyli  w 
zaślubinach młodych ludzi, którzy by przybyli z tak daleka  i 
jak Gueda Tano powiedział hrabiemu: „Byli tacy przystojni". 

Hrabia  świadom  był,  że  powodem,  dla  którego  kapłan 

zgodził  się  odprawić  obrządek,  choć  nie  wyznawali  jego 
religii,  było  błogosławieństwo,  jakiego  bogowie  udzielili 
Roksanie,  obdarzając  ją  tak  wielkim  talentem.  Ale  Roksana 
podejrzewała,  że  hojna  ofiara,  jaką  hrabia  zobowiązał  się 
złożyć w świątyni, też miała swój wpływ na pełen entuzjazmu 
stosunek kapłana do tej ceremonii. Nie miała jednak zamiaru 
psuć  sobie  atmosfery  przygotowań,  myśląc  o  czymś  tak 
przyziemnym jak pieniądze. 

Gueda  Tano,  który  wszystko  organizował,  nalegał,  że 

muszą  zaczekać  dwa  dni,  by  kobiety  miały  czas  na 
przygotowanie uczty, która była ważną częścią uroczystości. 

 -  Jeśli  mielibyśmy  postępować  zgodnie  z  tradycją  - 

powiedziała  ze  śmiechem  Roksana  -  to  najpierw  musiałbyś 
mnie porwać, jak to dawniej tu bywało. 

 - A co potem się działo? - dopytywał się hrabia. 
 -  Chociaż  wszyscy  wiedzieli,  co  ma  nastąpić,  ojciec 

wpadał  we  wściekłość  i  szedł  z  odsieczą.  Ale  wszystko  tak 
aranżowano, żeby podczas miodowego miesiąca nie odnaleźć 
młodej pary w ich kryjówce. 

Hrabia spojrzał zaskoczony, a Roksana roześmiała się. 
 -  Na  Bali  miesiąc  miodowy  zawsze  spędza  się  przed 

ślubem. 

background image

 -  Trochę  szokująca  praktyka  -  sucho  stwierdził  hrabia  - 

nigdy bym jej nie zaryzykował, jeśli chodzi o ciebie. 

Uśmiechnęła  się,  a  on  zobaczył  miłość  w  jej  oczach  i 

wiedział, że oto otrzymał błogosławieństwo, które uczyniło go 
najszczęśliwszym człowiekiem na całym świecie. 

 -  Jest  pewna  część  uroczystości  weselnych,  którą  z 

pewnością będziesz chciał pominąć - powiedziała żartobliwie 
Roksana. 

 - Co to takiego? 
 -  Tuż  przed  ślubem  odbywa  się  starodawny  obrzęd 

inicjacji: jeżeli zęby państwa młodych nie zostały dotychczas 
spiłowane, muszą się poddać temu zabiegowi, zanim połączą 
się węzłem małżeńskim. 

 - Wielkie nieba! - wykrzyknął hrabia. 
 -  To  część  balijskiego  hinduizmu  -  wyjaśniła  Roksana  - 

po  tym  obrzędzie  dusze  młodych  mogą  ulecieć  do  świata 
duchów. 

 -  Nie  zgadzam  się  pod  żadnym  pozorem,  żeby  piłowano 

mi zęby! - zadeklarował hrabia. 

 -  I  ja  też  -  zgodziła  się  z  nim  Roksana.  -  Więc  miejmy 

nadzieję, że uda się nam uniknąć tej części uroczystości! 

 - Możesz być tego pewna - odparł hrabia - a swoją drogą 

twoje zęby są i teraz wspaniałe. 

 -  Dziękuję  -  powiedziała  Roksana  wesoło,  a  on  dodał 

poważniejszym tonem: 

 -  Wszystko  w  tobie  wydaje  mi  doskonałe. Pewnego  dnia 

odkryję  zapewne  jakieś  wady,  ale  jak  dotąd  nie  znalazłem 
żadnej. 

 -  Więc  proszę  nie  przyglądaj  mi  się  zbyt  dokładnie  - 

poprosiła  Roksana.  -  Chcę  być...  doskonała  i  każdej  nocy 
modlę się, żeby być... godna ciebie. 

Hrabia wydał z siebie okrzyk i wziął ją w ramiona. 

background image

 -  Jak  możesz  tak  mówić?  -  zapytał.  -  W  rzeczywistości 

jest  dokładnie  odwrotnie.  To  ja  nie  jestem  ciebie  godzien. 
Zrobiłem tyle rzeczy, których się teraz wstydzę. 

Mówiąc to pomyślał o Luizie van Heydberg i przypomniał 

sobie,  jak  przeraził  się  wtedy,  że  może  utracił  na  zawsze 
Roksanę,  i  że  to  jest  właśnie  cena,  którą  musi  zapłacić  za 
niecne uczynki. 

 - Zapomnijmy o przeszłości - cicho powiedziała Roksana. 

- Tylko przyszłość... się liczy i ja jestem twoją... przyszłością, 
a ty... moją. 

 -  Niczego  innego  nie  pragnę  -  odparł  hrabia.  Uprzednio 

opuścili  bambusowe  maty,  więc  kiedy rozmawiali, nie  widać 
ich było z podwórza. 

 - Jest jeszcze coś, co ci chcę powiedzieć - rzekła Roksana. 
 - Co takiego? 
 - Nie mówiłam Holendrom ani tutaj, ani w Holandii, kim 

był mój ojciec. 

 -  A  kim  był?  -  zapytał  hrabia,  który  wcale  nie  wydawał 

się tym zainteresowany. 

Wpatrywał  się  w  twarz  Roksany,  jakby  każdy  kontur  go 

zachwycaj,  i  miał  pewność,  że  nigdy  nie  znuży  go  światło  w 
jej oczach ani kształt jej warg. 

 - Tata był pierwszym lordem Izby Lordów i marszałkiem 

dworu królowej Wiktorii - odpowiedziała. 

Hrabia uśmiechną! się. 
 -  Robi  to  duże  wrażenie,  kochana,  ale  ja  wiem,  że 

naprawdę twoim ojcem był Jowisz, a matką Wenus. 

Objął ją ramionami, a jego usta zawładnęły jej wargami i 

nic już nie było dla nich ważne. 

Kiedy  podjęli  ostateczną  decyzję  o  ślubie,  bez  przerwy 

trwały  jakieś  przygotowania.  Przez  cały  dzień  kobiety 
przyozdabiały  podwórze  wstęgami  z  bardzo  młodych  liści 
palmowych,  upinając  je  półcentymetrowymi  kawałkami 

background image

bambusa,  które  były  równie  skuteczne  jak  metalowe  szpilki. 
Ciemna,  jasna  i  prawie  biała  zieleń  zręcznie  spleciona 
tworzyła na wstęgach zawiłe wzory. 

W  efekcie  całe  podwórze  przybrało  odświętny  wygląd. 

Okoliczni  mieszkańcy  bez  przerwy  znosili  dary:  owoce, 
kwiaty,  jaja,  kurczaki  i  biały  ryż  na  talerzach  z  bananowych 
liści. 

Z każdą godziną rosły różnokolorowe stosy. 
W  każdej  kuchni  w  wiosce  krzątano  się  nad 

skwierczącymi na ogniu potrawami. 

Były  tam  pieczone  na  rożnie  prosięta,  które  po 

uroczystości  krajano  i  kładziono  na  bananowych  liściach,  z 
wieprzowymi  lub  wołowymi  satay  i  dużymi  płatami  tłustego 
bekonu  na  cienkich  patyczkach.  Podawano  je  z  penjon,  czyli 
wiórkami  kokosowymi  ostro  przyprawionymi  czerwonym  i 
zielonym  chili,  i  z  mritja,  co  po  balijsku  oznaczało  paprykę. 
Chociaż  hrabia  gotów  był  pokryć  wszystkie  koszty,  Roksana 
powiedziała mu, że trunków będzie mało. 

 - Mężczyźni lubią piwo, wino ryżowe i palmowe - rzekła 

-  ale  są  bardzo  wstrzemięźliwymi  ludźmi  i  nie  nadużywają 
alkoholu, upijanie się jest rozrywką, którą pogardzają. 

Ponieważ ich ślub był tak inny, niż to sobie kiedykolwiek 

wyobrażała,  Roksana  pomyślała,  że  na  swój  sposób  będzie 
wspanialszy niż tradycyjna uroczystość w rodzinnym domu. 

Było to częścią zaklęcia, które rzucili na siebie nawzajem 

w chwili, gdy się spotkali, zaklęcia, które spłynęło na nich w 
czasie tańca ketjak i w pełnej ekstazy chwili, gdy się całowali 
pod drzewem uroczymi. 

Po  przyjeździe  do  Badungu  hrabia  nie  zamieszkał  w 

posesji Roksany, chociaż było kilka pustych bale. Gueda Tano 
znalazł  mu  dom  poza  wsią  należący  kiedyś  do  pewnego 
Anglika,  który  wyjechał  przed  rokiem,  i  od  tego  czasu  stał 
pusty. Pod okiem rzeźbiarza wiejskie kobiety wysprzątały go, 

background image

a służący hrabiego urządził wszystko tak - jak to czynił przez 
wiele  lat  wspólnych  podróży  -  żeby  jego  pan  czuł  się 
wygodnie.  Gertruda  zaopatrzyła  hrabiego  w  pościel,  którą 
przywieźli  ze  sobą.  Natomiast  Roksana,  zbyt  zajęta 
przygotowaniami,  by  zajrzeć  do  willi,  upewniła  się  tylko,  że 
jest  tam  bardzo  wygodnie.  Hrabia  zdołał  kupić  kilka 
brakujących rzeczy. Aż dziw, że nic nie zostało skradzione z 
willi, mimo że nikt się nie spodziewał powrotu właściciela. 

Roksana pomyślała, że gdyby hrabia nie zarządzał domem 

przez  te  kilka  tygodni,  przez  które  musieli  czekać  na  statek, 
nadal  nic  by  się  tam  nie  zmieniło.  Pająki,  ptaki,  a  w  końcu 
nietoperze objęłyby go w posiadanie i popadłby w ruinę. 

Miała  natomiast  inny  problem.  Wiedząc,  jak  wystrojeni 

będą  weselni  goście  z  kwiatami  we  włosach  i  w  swych 
wspaniałych sarongach, bała się trochę, że będzie wśród nich 
wyglądać  niepozornie.  Po  długiej  dyskusji  postanowiła  w 
końcu,  że  włoży  najładniejszą  ze  swych  białych 
wieczorowych  kreacji.  Miała  ona  stanik  obszyty  koronką  i 
opadała  wzdłuż  jej  szczupłego  ciała  koronkowymi  falbanami 
niczym spływający ze wzgórza wodospad. 

Gertruda  uszyła  welon,  który  okalał  jej  twarz  po  obu 

stronach twarzy i sięgał poniżej talii, głowę zaś zdobił wianek 
z białych kwiatów. Panna młoda wyglądała uroczo, a zarazem 
tak nierealnie, że hrabiemu wydała się uosobieniem Afrodyty. 

Posłał  jej  bukiet  gardenii  i  kiedy  Roksana  czekała  na 

przybycie oblubieńca, pomyślała, że nie może być nic bardziej 
cudownego niż ślub z błogosławieństwem balijskiego kapłana 
wśród prostych, wrażliwych ludzi, których pokochała i którym 
obca  była  zawiść,  intrygi,  pompatyczność,  bez  których  nie 
obyłoby się ich wesele czy to w Anglii, czy w Holandii. 

 -  Już  jest!  -  wykrzyknęła  podniecona  Gertruda,  kiedy 

hrabia  wszedł  do  bale,  gdzie  oczekiwała  go  Roksana,  ukryta 
przed tłumem za bambusowymi zasłonami. 

background image

Przez moment stał i patrzył na nią, a ona nie widziała nic 

prócz  miłości  w  jego  oczach  i  wyrazu  twarzy,  jakiego  - 
intuicja jej to mówiła - żadna kobieta wcześniej nie zobaczyła. 

Przeszedł przez bale i nie dotykając jej, powiedział: 
 -  To  jest  bardzo  oryginalny  ślub,  moja  kochana,  ale 

wierzę,  że  starożytni  bogowie  udzielą  nam  swego 
błogosławieństwa.  Wyglądasz  jak  bogini  i  wielbię  cię  całym 
mym sercem, umysłem i duszą. 

Roksana  czuła,  że  dla  niego  ta  przysięga  była  równie 

święta, jakby wypowiadał jej słowa przed ołtarzem w katedrze 
Świętego Pawła. 

Spojrzała na niego i cicho odrzekła: 
 -  Kocham  cię...  i  nie  ma...  niczego...  w  całym  świecie 

poza... tobą! 

Podał jej swe ramię, a Gertruda wzniosłym gestem uniosła 

bambusową  matę,  która  osłaniała  ich  przed  ludźmi 
zgromadzonymi  na  zewnątrz  -  i  wyszli  na  podwórze 
wypełnione ludźmi czekającymi tu od świtu. 

Wszyscy  mężczyźni  mieli  za  uszami  kwiaty  czerwonego 

hibiskusa,  na  obnażonych  piersiach  kobiet  wisiały  girlandy 
kwiatów, a włosy ich zdobiły białe gardenie i pąki jaśminu. 

Kapłan  stał  za  udekorowaną  przepięknie  świątynią.  Miał 

na  sobie  zielony  sarong  i  białe  baju,  ceremonialne  nakrycie 
głowy.  Przed  nim,  na  rzeźbionej  skrzyni,  leżał  mosiężny 
dzwonek, kwiaty i naczynia ze święconą wodą. 

Gueda  Tano  pouczył  Roksanę  i  hrabiego,  co  mają  robić, 

uklękli więc w skupieniu przed kapłanem. 

Hrabia  złożył  symboliczną  ofiarę  z  owoców  na  liściu 

palmowym,  którą  kapłan  poświęcił:  dotknął  dzwonkiem, 
wymówił bezgłośnie słowa modlitwy i odłamał kawałek liścia, 
skrapiając go święconą wodą. Następnie wyrwał z liścia białe 
włókno,  rzucił  za  siebie  i  cisnął  w  ślad  za  nim  kilka  pęków 
gardenii. 

background image

Z  zamkniętymi  oczami  modlił  się,  wykonując  dłońmi 

rytmiczne gesty nad kwiatami i nad głowami młodych. 

Z  głębi  dobiegały  srebrzyste  dźwięki  granej  na 

gamelanach  muzyki,  która  brzmiała  tak,  jakby  dobiegała  z 
falujących pól ryżowych lub z liści kołyszącego się na wietrze 
drzewa uroczynu. 

Wśród  zebranych  panowała  idealna  cisza  i  Roksana  z 

całego serca modliła się, aby potrafiła dać hrabiemu szczęście 
i by kochali się do końca swoich dni. 

W  końcu  kapłan  wstał  i  wziąwszy  miseczkę  świeconej 

wody, pokropił głowę Roksany i hrabiego. Następnie wręczył 
im obojgu kwiat tjempaka, który hrabia włożył do butonierki - 
balijski  pan młody zatknąłby go za ucho - a Roksana  wpięła 
we włosy. Po chwili kapłan podał Roksanie kwadrat wycięty z 
palmowego  liścia,  a  hrabiemu  wręczył  kris  z  wysadzaną 
klejnotami  rękojeścią  -  tradycyjny  miecz  używany  przez 
Balijczyków w boju. 

Hrabia  przebił  liść,  zdając  sobie  sprawę,  że  Roksana  nie 

domyśla  się,  jakie  jest  symboliczne  znaczenie  tego  gestu,  i 
wzruszyła go jej niewinność. 

W  końcu  wręczył  obojgu  jajka  symbolizujące  płodność, 

podawali  je  sobie  nawzajem  kilkakrotnie,  a  kapłan  w  tym 
czasie  dzwonił  mosiężnym  dzwonkiem.  Potem  wzniósł  obie 
ręce  i  donośnym  głosem  prosił  bogów,  by  pobłogosławili 
młodą parę. 

Roksana spojrzała na hrabiego, zobaczyła wyraz jego oczu 

i  wzniosła  do  nieba  modlitwę:  „Boże,  proszę,  bym  dała  mu 
synów tak silnych i pięknych jak on". 

Następnie,  jakby  przeczuwając,  że  hrabia  czyta  w  jej 

myślach, spłonęła rumieńcem, a on pojął, iż jej ciało i dusza są 
czyste i niewinne, i uświadomił sobie, że zawsze pragnął mieć 
taką żonę. 

background image

Miłość wybuchła w nim jak żywy płomień, kiedy podała 

mu dłoń, a jej wydało się, że za sprawą bogów unieśli się ku 
niebiosom w najwyższej ekstazie... 

Muzyka grała coraz głośniej, ceremonia dobiegała końca, 

dzieci zaczęły śmiać się i biegać. 

Gertruda,  trzymając  Karela  na  rękach,  rozmawiała  z 

kilkoma  balijskimi  matkami,  chociaż  prawdę  mówiąc,  nie 
zrozumiały się nawzajem. 

Zaczęła się uczta. Kielichy balijskiego piwa warzonego z 

suszonego  ryżu  krążyły  dookoła,  a  dzieci  patrzyły 
wygłodniałym  wzrokiem  na  lawar,  drobno  siekane  surowe 
mięso wymieszane z ostro przyprawionymi kokosami. 

Hrabia i Roksana podziękowali kapłanowi i Guedzie Tano 

i ucałowali Karela. Hrabia wziął swą żonę za rękę, odciągnął 
od  podnieconych,  rozbawionych  gości  na  podwórzu  i 
wyprowadził przez bramę. 

 - Dokąd idziemy? - spytała. 
Uśmiechnął  się  i  pomógł  jej  wsiąść  do  pomalowanego  i 

udekorowanego 

kwiatami 

gharry. 

Tylko 

kilka 

osób 

zauważyło,  że  opuszczają  przyjęcie,  i  pośpieszyło  pomachać 
odjeżdżającej młodej parze. 

Hrabia przycisnął dłoń Roksany do ust. 
 - Czy czujesz, że naprawdę jesteś moją żoną? - zapytał. 
Jej oczy rozbłysły jak gwiazdy, gdy odpowiedziała: 
 -  To  była  przepiękna  uroczystość  i  wiem,  że  już  noszę 

twoje nazwisko, że jesteśmy małżeństwem na wyspie Bali. 

 -  Mam  zamiar  wziąć  z  tobą  jeszcze  jeden  ślub  w 

Singapurze  i  jeśli  chcesz,  w  Indiach  i  wszędzie,  gdzie  się 
zatrzymamy w drodze do domu! 

 -  Jeśli  takie  jest  twoje  życzenie  -  cicho  odpowiedziała 

Roksana.  -  Teraz  nie  muszę  o  niczym  decydować,  bo  ty  to 
robisz za mnie. 

Hrabia objął ją ramieniem i jechali w milczeniu. 

background image

Droga  skończyła  się  i  dalej  była  tylko  ścieżka  wijąca  się 

wśród  drzew,  aż  zobaczyli  przed  sobą  dom,  w  którym 
zatrzymał się hrabia. 

Nie podcinane krzewy obsypane kwiatami tak się rozrosły, 

iż zasłoniły werandę, wspięły się po kolumnach aż po dach i 
sprawiły, że całość wyglądała jak bukiet jaskrawokolorowych 
kwiatów. 

Roksana wydala okrzyk szczerego zachwytu: 
 - To dom z bajki! 
 -  Właśnie  -  rzekł  hrabia  -  i  dlatego,  moja  panno  młoda  z 

bajki, przywiozłem cię tutaj. 

Powóz  zatrzymał  się.  Woźnica  życzył  im  powodzenia  i 

odjechał szczerząc zęby w uśmiechu. 

 - Nasz pierwszy dom - powiedział łagodnie hrabia i wziął 

Roksanę na ręce. 

Przeniósł  ją  przez  próg  i  znaleźli  się  w  domu.  Salon  był 

mały,  ale  przestronny  dzięki  białym  ścianom;  wszędzie  było 
mnóstwo kwiatów. Stojące w każdym rogu bukiety gardenii i 
lilii  napełniały  powietrze  zniewalającym  zapachem.  Przez 
otwarte  drzwi  widać  było  sypialnię.  Wielkie  rzeźbione  łoże 
udrapowane  pościelą  jak  żagle  okrętowe  skierowane  było  ku 
wypełnionej  kwiatami  werandzie  z  widokiem  na  błękitne 
morze zalane słonecznym światłem. 

Roksana odwróciła się do hrabiego i spytała: 
 - Czy ci tu dobrze, mój kochany? 
 - Tu jest cudownie! 
 -  Czy  można  było  znaleźć  lepsze  miejsce  dla  naszej 

miłości? - spytała. 

 -  Nigdzie!  -  odrzekł  stanowczo.  -  Kochani  cię,  moja 

kochana, tak, że nie umiem tego opisać słowami. 

Przyciągnął  ją  do  siebie  i  Roksana  pomyślała,  że  ze 

wszystkich  jego  pocałunków  ten  był  najcudowniejszy, 

background image

najbardziej  wzruszający,  bo  teraz  była  jego  żoną  i  nic  nie 
mogło ich już więcej rozdzielić. 

 - Kocham cię! - próbowała powiedzieć, ale słowa nie były 

potrzebne. 

Miłość  przeniknęła  ich  ciała,  umysły  i  serca.  Była  teraz 

wszędzie,  w  zapachu  kwiatów,  urodzie  małego  domku,  na 
całej wyspie, na której poczuli się bezpieczni. 

To wszystko było takie porywające i takie boskie, że kiedy 

hrabia  uniósł  głowę,  Roksana  wydała  z  siebie  cichy  jęk, 
ponieważ  nie  chciała,  by  przerywał  uniesienie,  jakie  w  niej 
wywoływał. 

Wypuścił  ją  z  objęć,  po  czym  podnosząc  jej  lewą  dłoń, 

wyciągnął z kieszeni kamizelki złotą obrączkę. 

Podniósł ją do ust i powiedział bardzo cicho: 
 -  Przyjmij  tę  obrączkę  jako  znak  mojej  miłości  i 

wierności. 

Włożył obrączkę na jej palec i ucałował go. 
Oczy  Roksany  napełniły  się  łzami  szczęścia.  Kiedy 

znaleźli  się  w  sypialni,  najpierw  zdjął  wianek  z  jej  głowy  i 
welon.  Patrzył  na  nią  przez  chwilę,  po  czym  delikatnie  wyjął 
spinki  z  jej  włosów,  tak  że  opadły  na  ramiona.  Kiedy  raz 
jeszcze  wziął  ją  w  ramiona,  drżała  z  podniecenia,  jakiego 
dotąd nie znała. 

 - Jesteś moja - rzekł. - Moja uwielbiana, wspaniała żono, 

powiedz mi, że mnie kochasz. 

Jego  usta  były  bardzo  blisko  jej  warg,  wyszeptała  więc, 

dotykając ich: 

 -  Kocham  cię,  mój  cudowny...  mężu.  Jesteśmy... 

kochankami... w raju.