background image

 

 

background image

 
 
 

Rabindranath Tagore 

 

 

Głodne kamienie 

 

 
 
 

Przełożył Jerzy Bandrowski 

 
 

……………………………………….. 

 
 

 
 
 

Fundacja Festina Lente 

 
 
 
 
 

 
 

background image

 
 
 
 
 
Z

etknęliśmy się z tym człowiekiem w pociągu, wracając z 

kuzynem do Kalkuty z wycieczki wakacyjnej. Sądząc po 
stroju i zachowaniu, mieliśmy go zrazu za mahometanina z 
głębi kraju, kiedy jednak zaczął mówić, nie wiedzieliśmy 
zupełnie, co o nim myśleć. Mówił o najrozmaitszych rzeczach 
z taką pewnością, że można było przypuszczać, iż możni tego 
świata zawsze we wszystkich sprawach zasięgali jego rady. 
Jak dotychczas, byliśmy zupełnie szczęśliwi, nie mając 
najmniejszego pojęcia o tym, że w grze są jakieś nieznane, 
niesłychane siły, że Rosjanie już idą na nas, że Anglicy knują 
naszą zgubę, zaś niezgoda panująca wśród przywódców 
narodowych musi doprowadzić do jakiegoś przełomu. Ale 
nasz nowy przyjaciel oświadczył z wiele mówiącym 
uśmiechem: „Między niebem a ziemią, Horacjo, dzieje się 
znacznie więcej, niż twe dzienniki piszą." 

Ponieważ dotychczas nigdy jeszcze nie opuszczaliśmy 

domu, człowiek ten imponował nam nadzwyczajnie. Przy 
najmniejszej sposobności uciekał się do nauk przyrodniczych, 
przytaczał Wedy lub cytował wiersz któregoś z perskich 
poetów, a ponieważ my nie mogliśmy rościć sobie pretensji do 
znajomości nauk przyrodniczych, Wed lub perskiego, nasz 
podziw dlań wzrastał oczywiście z każdą chwilą, zaś krewniak 
mój, teozof, był głęboko przekonany, że nasz towarzysz 
podróży posiada cudowną magnetyczną czy okultystyczną 
siłę, ciało astralne czy jakieś inne tym podobne nadnaturalne 
inspiracje. Z pobożnym zachwytem słuchał 

background image

najniedorzeczniejszych bredni, jakie wychodziły z ust naszego 
niezwykłego towarzysza podróży, a nawet robił sobie po 
kryjomu notatki. Zdaje mi się, że nadzwyczajny mąż zauważył 
to i wcale nie brał za złe.  

Stanąwszy na stacji, na której trzeba się było przesiadać, 

zebraliśmy się w poczekalni, aby zaczekać na swój pociąg. 
Była dziesiąta wieczór, a ponieważ słyszeliśmy, iż pociąg z 
powodu zepsucia szyn będzie miał prawdopodobnie znaczne 
opóźnienie, rozesłałem na ławce swój koc i już chciałem się 
na nim położyć, aby się spokojnie przedrzemać, gdy naraz ów 
nadzwyczajny mąż zaczął powoli i z namysłem opowiadać 
następującą historię. Oczywiście, o śnie tej nocy mowy już nie 
było.  

– Kiedy z powodu pewnej różnicy zdań w sprawach 

administracyjnych zrezygnowałem ze swego stanowiska w 
Dżunagarh i wstąpiłem do służby nizama Hajderabadu, 
zostałem – jako energiczny młody człowiek – mianowany 
natychmiast poborcą podatkowym od bawełny w Baricz. 

Baricz jest miejscowością zachwycającą. Susta, wesoło 

gawędząc, skacze w dolinę przez kamienie i żwir i drobi 
potem, niby zręczna tancerka, pod drzewami lasu, leżącego u 
stóp samotnych gór. Liczące sto pięćdziesiąt stopni schody 
prowadzą z rzeki w górę, zaś nad schodami, na brzegu rzeki u 
stóp gór, stoi opuszczony pałac marmurowy. Dokoła nie ma 
nigdzie ani jednej chaty, bo wieś Baricz ze swym targiem 
bawełnianym leży w znacznej odległości od pałacu.  

Przed jakimiś dwustu pięćdziesięciu laty cesarz Mahmud 

Szah II zbudował sobie ten samotny pałac na letnie 
mieszkanie. Za jego czasów biły z fontann strumienie wody 
różanej, a na chłodnych płytach marmurowych komnat, w 
których powietrze odświeżano za pomocą sztucznych 
wonnych deszczów z rozpylaczy, siedziały dzieweczki perskie 
z włosami rozpuszczonymi przed kąpielą i, pluskając 

background image

delikatnymi bosymi nóżkami w wodzie basenów, śpiewały do 
dźwięku gitary gazele swych winnic.  

Fontanny nie szemrzą już, pieśni ucichły; różane stopki 

nie drepcą wdzięcznie po białym jak śniegi marmurze. Dziś 
pałac jest tylko odległą, samotną kwaterą takich jak ja 
poborców podatkowych, jęczących pod brzemieniem 
samotności i pozbawionych towarzystwa nadobnych kobiet. 
Karim Khan, mój stary woźny, kilkakrotnie przestrzegał mnie 
przed tą kwaterą.  

– W dzień może pan tam siedzieć – mówił – ale na noc 

niech pan nie zostaje!  

Odprawiałem go ze śmiechem. Służba oświadczyła, że 

jest gotowa pracować w pałacu do zmierzchu, ale wieczorami 
będzie odchodzić. Nie miałem najzupełniej nic przeciwko 
temu. Dom był tak okrzyczany, że nawet złodzieje z 
zapadnięciem ciemności nie śmieli się do niego zbliżyć.  

Zrazu samotność tego opuszczonego pałacu dławiła mnie 

jak zmora. Siedziałem w biurze do późna i pracowałem tak 
długo, jak tylko mogłem, a potem wracałem późnym 
wieczorem do domu wyczerpany i znużony, kładłem się 
natychmiast i zasypiałem.  

Ale nim tydzień minął, zaczął pałac wywierać na mnie 

niesamowity wpływ. Trudno to opisać lub kazać komuś w to 
uwierzyć, ja jednak miałem wrażenie, jak gdyby cały dom był 
żywym organizmem, który mnie powoli zupełnie pożera.  

Być może zaczęło się to, jak tylko wszedłem do tego 

domu, ale ja przypominam sobie dokładnie dzień, w którym 
pierwszy raz zdałem sobie z tego sprawę.  

Było to z początkiem lata, a ponieważ targ nie był bardzo 

ożywiony, nie miałem wiele do roboty. Tuż przed zachodem 
słońca siedziałem w fotelu nad wodą przy schodach. Susta 
cofnęła się głęboko w łożysko, a na drugim brzegu szeroka 
smuga piasku świeciła wszystkimi barwami zachodzącego 

background image

słońca. Z tego brzegu widziałem przez czystą, płytką wodę, 
jak na dnie rzeki połyskują kamyczki. Nie czuło się ani 
tchnienia jakiegoś wiatru, a nieruchome powietrze 
przepełnione było ciężkim aromatem korzennych krzewów, 
rosnących na niedalekich wzgórzach.  

Kiedy słońce skryło się za górami, długa, ciemna zasłona 

opadła na scenę dnia, a wyłaniające się przed nią wierzchołki 
gór skróciły czas mieszania się światła i cienia podczas 
zachodu słońca. Pomyślałem, żeby się może przejechać i już 
chciałem wstać, gdy naraz usłyszałem za sobą na stopniach 
kroki. Obejrzałem się – nie było nikogo.  

Przekonany, że to było złudzenie, usiadłem, ale w tej 

chwili usłyszałem odgłos licznych kroków, jak gdyby wielki 
jakiś tłum zbiegał na dół po schodach. Całym moim ciałem 
wstrząsnął dziwny dreszcz zachwytu połączony z odrobiną 
trwogi, a mimo że oczy moje nie dostrzegły ani jednej postaci, 
miałem przecie wrażenie, jak gdybym widział gromadę 
wesołych dziewcząt, zbiegających po schodach, aby się tego 
wieczoru letniego wykąpać w Suście. Najmniejszy odgłos nie 
zakłócał ciszy, w której pogrążona była dolina, rzeka i pałac, a 
przecie ja słyszałem wyraźnie, niby plusk setek kaskad, 
wesoły, swawolny śmiech dziewcząt, gdy one śpiesząc ku 
rzece, goniły się i ścigały wzajemnie, nie zauważywszy mnie 
nawet. Jak one były niewidzialne dla mnie, tak oczywiście ja 
byłem niewidzialny dla nich. Rzeka była najzupełniej 
spokojna, a mimo to czułem, jak jej ciche, czyste wody zostały 
naraz zmącone przez niejedno dzwoniące bransoletami ramię, 
jak dziewczęta ze śmiechem opryskują się wodą wzajemnie i 
jak nóżki pięknych pływaczek wyrzucają snopy perlistych 
kropli.  

Czułem, jak serce me drgnęło – lecz nie wiem, czy to, co 

mnie tak podnieciło, to była trwoga, zachwyt czy ciekawość. 
Pragnąłem mocno ujrzeć je wyraźniej, ale oczom mym nie 

background image

było nic widzialne. Byłem pewny, że zrozumiem wszystko, co 
mówią, jeśli tylko uważniej będę słuchał; jednakże mimo 
wszelkich wysiłków nie słyszałem nic prócz ćwierkania 
świerszczy w lesie. Było to, jak gdyby dzieliła mnie od nich 
ciemna zasłona dwustu pięćdziesięciu lat i miałem aż nadto 
wielką chęć drżącymi palcami unieść jeden jej koniec i zajrzeć 
przezeń, choćby nawet to towarzystwo po drugiej stronie 
pogrążone było w ciemnościach.  

Nagły podmuch wiatru przerwał parną, duszną ciszę 

wieczoru, gładka powierzchnia Susty zmarszczyła się i 
splątała niby kosa nimfy, zaś równocześnie z lasu, czarnego 
już w świetle wieczornym, doleciał szmer, jak gdyby ten las 
zbudził się nagle z jakiegoś ciężkiego snu. Otóż, czy to była 
rzeczywistość, czy sen – znikomy blask niewidzialnego 
fatamorgana, dalekiego, dwieście pięćdziesiąt lat liczącego 
sobie świata, zniknął z błyskawiczną szybkością. Jakoś nie 
powracały, wykręcając w biegu swe przemoczone suknie, 
tajemnicze postacie, które szybkimi, bezcielesnymi krokami 
przebiegły koło mnie ze swym głośnym, bezdźwięcznym 
śmiechem i rzuciły się w wodę. Jak woń, którą lekki podmuch 
zwiewa, tak one zostały zdmuchnięte jednym jedynym 
tchnieniem wiosny.  

A wtedy ogarnęła mnie naraz szczera trwoga, że to może 

Muza chce wykorzystać mą samotność i opanować mnie – że 
ta zła wróżka przyszła prawdopodobnie, aby zniszczyć 
biedaka, który chciał ją wybić jako poborca podatkowy. 
Postanowiłem tedy porządnie jeść wieczorem, bo te wszystkie 
różne nieuleczalne choroby pochodzą właściwie zwykle z 
pustego żołądka. Toteż zawołałem natychmiast kucharza i 
kazałem mu na drugi dzień, nie szczędząc tłuszczu ani 
korzeni, zrobić obfite danie Mogułów.  

Następnego poranka wydawało mi się to wszystko po 

prostu urojeniem. W jak najlepszym humorze wziąłem na 

background image

głowę kapelusz letni, jak go noszą sahibowie, i pojechałem do 
kancelarii. Miałem tego dnia napisać raport kwartalny i byłem 
pewny, że wrócę do domu późno; tymczasem, zanim się 
jeszcze ściemniło, już zaczęło mnie dziwnie do domu ciągnąć 
– nie wiedziałem nawet, co to było, czułem tylko, że wszyscy 
na mnie czekają i że nie mogę dłużej przebywać poza domem. 
Wobec tego nie skończyłem swego raportu, wstałem, 
włożyłem kapelusz i przeraziwszy ciemny, opuszczony 
gościniec chrzęstem swego wózka, dotarłem do obszernego 
pałacu, stojącego w milczeniu u ciemnego okraju wzgórz.  

Na pierwszym piętrze prowadziły schody do bardzo 

obszernej hali z szerokim, bogato ozdobionym sklepieniem, 
spoczywającym na trzech rzędach potężnych kolumn i 
jęczącym dzień i noc pod brzemieniem swej bezgranicznej 
samotności. Dzień chyli się ku końcowi, a lamp jeszcze nie 
zapalono.  

Kiedy otworzyłem drzwi, powstało tam coś w rodzaju 

panicznego zamieszania, jak to bywa, gdy zgromadzony tłum 
w nagłym popłochu rozbiega się i ucieka przez drzwi, okna, 
korytarze, werandy i pokoje, aby tylko jak najprędzej 
pierzchnąć.  

Nie widząc nikogo, stanąłem zmieszany, podczas gdy 

włosy moje zjeżyły się pod wpływem jakiegoś ekstatycznego 
zachwytu, a równocześnie odurzył mnie przedziwnie nikły, ze 
starości prawie zwietrzały aromat olejku różanego i innych 
perfum. Stojąc tak w kącie obszernej, pustej hali, wśród 
rzędów tych starych kolumn, usłyszałem szmer wody 
padającej z wodotrysków na płyty marmurowe, dziwną jakąś 
melodię wygrywaną na gitarze, brzęk klejnotów, szczęk 
nagolennic, dźwięk dzwonów wybijających godziny, cichy, 
dźwięczny ton poruszanych wiatrem kryształowych wisiorków 
u świeczników, śpiew słowików w klatkach na korytarzach, 

background image

klekotanie bocianów w ogrodzie, zaś wszystko spływało się 
dokoła mnie w jedną cudowną, nadziemską muzykę. 

A nagle padł na mnie taki jakiś dziwny urok, że to 

nieuchwytne, nieokreślone i nierzeczywiste zjawisko wydało 
mi się jedyną rzeczywistością na świecie, przy której wszystko 
inne było tylko snem. To, że ja, Sridżut Taki-a-taki, najstarszy 
syn śp. Takiego-a-takiego, urzęduję tu jako poborca 
podatkowy z czterystu pięćdziesięcioma rupiami płacy 
miesięcznej, ten sam, który dzień w dzień w marynarce i 
letnim kapeluszu zajeżdża wózkiem zaprzęgniętym w kucyki 
przed swoje biuro, wydało mi się tak niesłychanie śmiesznym, 
że stojąc w ciemnościach tej wielkiej, milczącej hali, 
wybuchnąłem głośnym śmiechem.  

W tej chwili wszedł mój służący z zapaloną lampą w 

ręce. Nie wiem, czy myślał, że postradałem zmysły, ale naraz 
stało mi się zupełnie jasnym, że istotnie jestem Sridżut Taki-a-
taki, syn śp. Takiego-a-takiego. I gdy jedynie nasi poeci mogą 
powiedzieć, czy gdzieś pod ziemią lub nad ziemią jest jakaś 
sfera, w której bezustannie szemrzą niewidzialne wodotryski i 
w której dłonie niewidzialnych wróżek wydzwaniają na 
gitarze wieczne akordy, jedno było w każdym razie pewne, 
mianowicie, że ja jestem poborcą podatkowym na rynku w 
Baricz z płacą czterystu pięćdziesięciu rupii miesięcznie. 
Siedząc przy świetle lampy z gazetą w ręce za swym stołem 
polowym, śmiałem się serdecznie ze swych przywidzeń.  

Przeczytawszy gazety i skończywszy swój obiad, 

zgasiłem lampę i położyłem się do łóżka w małej alkowie. 
Promienista gwiazda spoglądała bez drgnienia przez otwarte 
okno sponad obramowanych czarnym lasem gór Awalli – ze 
swej setki milionów mil liczącej wysokości – na pana poborcę 
podatkowego, wyciągniętego na swym skromnym łóżku. Myśl 
ta wydała mi się dziwna i dziwaczna zarazem i nie wiem, 
kiedy zasnąłem ani jak długo spałem; a naraz zerwałem się ze 

background image

snu, mimo że nic nie słyszałem ani nie widziałem żadnego 
intruza – tylko jasna gwiazda nad wierzchołkiem góry zaszła, 
a blade światło zachodzącego księżyca ukradkiem wdzierało 
się przez otwarte okno, jak gdyby wstydząc się własnego 
natręctwa.  

Nie widziałem nikogo, miałem jednakże wrażenie, że 

ktoś mnie z lekka trąca. Kiedy się zbudziłem, nie odezwała się 
do mnie ani słowem, a tylko swą zdobną w pierścienie ręką 
skinęła, abym szedł ostrożnie za nią. Wstałem po cichu i 
mimo iż w licznych komnatach pałacu, z jego drzemiącymi 
odgłosami i czujnym echem, nikogo oprócz mnie nie było, 
bałem się za każdym krokiem, że ktoś może się zbudzić. 
Większa część komnat pałacu była zawsze zamknięta i ja 
nigdy do nich nie wchodziłem.  

Wstrzymując oddech, szedłem cichymi krokami za swą 

przewodniczką – dokąd, tego dziś powiedzieć nie mogę. Przez 
ile prowadzono mnie nieskończonych, ciemnych i ciasnych 
krużganków, ile długich korytarzy, ile cichych, uroczystych 
sal posłuchania, i ile małych, zacisznych alkierzyków!  

Mimo że pięknej swej przewodniczki dojrzeć nie 

mogłem, to przecie postać jej nie była dla mego oka 
duchowego niewidzialną – była to dziewczyna arabska, której 
gładkie jak marmur, pełne ramiona przeświecały przez luźne 
rękawy; cienki welon padał jej z brzegu okrycia głowy na 
twarz, a za pasem tkwił zakrzywiony nóż. Miałem wrażenie, 
jak gdybym naraz został przeniesiony w którąś z „Baśni z 
Tysiąca i Jednej Nocy” i szedł na niebezpieczną schadzkę 
ciasnymi, ciemnymi uliczkami śpiącego Bagdadu.  

Wreszcie przewodniczka moja zatrzymała się nagle przed 

ciemnoniebieską zasłoną i zdawało mi się, że na coś u jej stóp 
pokazuje. Nic tam nie było, ale ze strachu krew mi naraz w 
żyłach zastygła – bo tam, u stóp tej opony przywidział mi się 
okropny Murzyn, eunuch, przybrany w bogaty brokat, 

background image

siedzący z wyciągniętymi przed siebie nogami i śpiący z 
dobytym mieczem na kolanach. Moja piękna przewodniczka 
przeskoczyła lekko przez jego nogi i uniosła w górę brzeżek 
zasłony. Mogłem rzucić przelotne spojrzenie w jedną część 
pokoju, którego podłoga zasłana była perskim kobiercem. 
Ktoś tam siedział na łożu – kto, tego nie widziałem – 
dostrzegłem tylko dwie czarujące, małe nóżki w 
wyszywanych złotem pantofelkach z zakrzywionymi noskami, 
wystające z szerokich, szafranowych szarawarów i 
spoczywające leniwie na aksamitnym, pomarańczowym 
kobiercu. Po jednej stronie stał stoliczek z błękitnego 
kryształu, na którym kilka jabłek, gruszki, pomarańcze, 
mnóstwo winogron oraz dwa małe kubki obok złotego dzbana 
najwidoczniej oczekiwały gościa. Korzenna upajająca woń 
palących się w pokoju jakichś nieznanych mi kadzideł 
pozbawiała mnie prawie zmysłów.  

Kiedy z biciem serca spróbowałem przejść przez 

wyciągnięte nogi eunucha, ten zbudził się naraz i zerwał, przy 
czym miecz z głośnym brzękiem spadł mu z kolan na 
marmurową posadzkę.  

Zerwałem się z głośnymi krzykiem i ujrzałem, że siedzę, 

zlany potem, na swoim łóżku polowym. Był już świt. Blady 
sierp księżyca wygląda w jego świetle jak wyczerpany chory 
po bezsennej nocy, a nasz zwariowany stary Meher Ali, idąc 
pustym gościńcem, wołał, jak to co dzień zwykł czynić: 
„Precz! Precz!” 

Oto było nagłe zakończenie jednej z mych nocy 

arabskich; ale pozostało ich jeszcze tysiąc.  

Teraz nastał wielki przedział między mymi dniami i 

nocami. W dzień szedłem wyczerpany i zmęczony do roboty, 
przeklinając noc, która mnie urzekała swymi pustymi 
przywidzeniami. Ale jak tylko nadszedł wieczór, dzienne me 
życie z całym swym przymusem i więzami pracy 

background image

przedstawiało mi się jako nic nieznaczące i śmieszne 
przelewanie z pustego w próżne.  

Z zapadnięciem nocy ogarniało mnie coś w rodzaju 

osobliwego podniecenia. Zmieniałem się wówczas w nieznaną 
osobę z dawno minionej epoki i odgrywałem swą rolę z jakiejś 
nieopisanej historii – a do tego zupełnie nie nadawała się ma 
krótka marynarka angielska i ciasne spodnie. Wobec tego, 
oczekując niecierpliwie cudownego spotkania z ukochaną, 
zasiadałem w miękkim fotelu, ubrany w szarawary, haftowany 
żupan, długi zwisający jedwabny kaftan, czerwoną aksamitną 
czapeczkę i z chustką, woniejącą olejkiem różanym, zaś 
zamiast papierosa, pykałem dym z długich, wijących się, wodą 
różaną napełnionych nargilów.  

Nie jestem w stanie opisać wszystkich tych dziwnych 

rzeczy, które się działy koło mnie w miarę jak zmrok zapadał. 
Zdawało mi się, jak gdyby w zaczarowanych salach tego 
ogromnego budynku nagły podmuch wiosenny pędzi przede 
mną urywki jakiejś pięknej baśni tak, że mogę dobrze 
przyjrzeć się jej części, ale nigdy nie poznam całości. A mimo 
to przez całe długie noce chodziłem z pokoju do pokoju, aby 
jej jak najwięcej pochwytać.  

W tym wirze nieuchwytnych przywidzeń, zapachu 

kwiatu henny, dźwięku gitary i plusku fontann, 
rozprzestrzeniających fale aromatów i chłodu, przemknęło 
koło mnie naraz, nagłe jak błyskawica zjawisko przepięknej 
dziewicy w szarawarach szafranowego koloru, z różanymi, 
delikatnymi nóżkami w wyszywanych złotem pantofelkach o 
zakrzywionych noskach, w obcisłym, złociście haftowanym 
gorsecie i czerwonym czepku, z którego na jej śnieżnobiałe 
czoło i policzki spływała złota kreza.  

Doprowadziła mnie do szaleństwa. W pogoni za nią 

wędrowałem z pokoju do pokoju, z korytarza do korytarza, po 

background image

całym oszałamiającym labiryncie mej zaczarowanej krainy 
baśni.  

Czasem wieczorem, kiedy przed wielkim lustrem między 

dwiema płonącymi świecami stroiłem się niby książę krwi 
królewskiej, spostrzegałem nagle, koło swego, odbicie owej 
perskiej piękności. Szybki zwrot głowy, przelotne, ogniste, 
pełne namiętności i bólu spojrzenie wielkich ciemnych oczu, 
delikatne czerwone wargi rozchylone jak gdyby chciały 
przemówić, postać zachwycająco smukła, uwieńczona 
młodością jak kwitnący lian, dziarsko wyprostowana w 
pełnym wdzięku, elastycznym chodzie, oszałamiający wybuch 
bólu, pożądania i zachwytu, uśmiech, błysk klejnotem i 
jedwabiów – i wszystko znikało. Nagły podmuch wiatru, 
brzemiennego wszystkimi aromatami wzgórz i lasów, gasił me 
światło. Zrzucałem ubranie i kładłem się na łóżku z 
zamkniętymi oczami, drżąc na całym ciele z rozkoszy, zaś 
dokoła mnie w powiewie, tchnącym wszystkimi aromatami 
wzgórz i lasów, trzepotały w milczących ciemnościach 
pieszczoty, pocałunki, lube dotknięcia delikatnych rąk; do 
uszu mych dolatywał cichy szept, słodkie tchnienie owiewało 
me czoło lub też rozkosznie pachnąca chusteczka wachlowała 
me policzki. A potem z wolna chwytał mnie w swe zwoje 
bezlitosne jakiś tajemniczy wąż i z ciężkim westchnieniem 
zapadałem w stan bez przytomności, który następnie 
przechodził w twardy sen.  

Pewnego wieczoru postanowiłem przejechać się konno; 

ktoś błagał mnie, abym pozostał w domu, ale tego dnia nie 
chciałem słuchać żadnych próśb. Mój angielski kapelusz 
wisiał wraz z marynarką na wieszadle i właśnie chciałem te 
rzeczy zdjąć, gdy naraz wicher, zmieszany z piaskiem Susty i 
zeschłymi liśćmi z gór Avalli pochwycił je i zaczął nimi 
rzucać wkoło; a wówczas rozległ się wesoły śmiech i 
uderzając we wszystkie struny wesołości, stawał się 

background image

głośniejszy i głośniejszy, póki wreszcie nie zginął w krainie 
zachodzącego słońca. 

Musiałem się wyrzec przejażdżki, zaś na drugi dzień raz 

na zawsze wyrzekłem się wymiętej marynarki i kapelusza.  

Tego znów dnia słyszałem późną nocą rozdzierające 

serce stłumione łkanie, jak gdyby spod mego łóżka, spod 
podłogi, spod kamiennych fundamentów olbrzymiego pałacu, 
z głębiny ciemnego, wilgotnego grobu głos jakiś wołał 
żałośnie i błagał mnie:  

– O, wybaw mnie! Rozbij te wrota okrutnego złudzenia, 

snu podobnego do śmierci i jałowych marzeń, usiądź za mną 
na siodle, przyciśnij mnie do swego serca, pędź wraz ze mną 
przez góry, lasy, rzeki, wwiedź mnie w ciepły blask twych 
słonecznych komnat! 

Lecz kimże ja jestem? I jakże cię mogę ocalić? Jakąż 

tonącą piękność, jaką wcieloną namiętność mam wyciągnąć 
na brzeg z tego dzikiego wiru marzeń! Ach, ty lube, eteryczne 
zjawisko! Gdzieżeś kwitła i kiedy? Nad jakimże zimnym 
źródłem, w cieniu jakich gajów palmowych urodziłaś się – z 
łona jakiej bezdomnie wędrującej pustynią tułaczki? I któryż 
Beduin wyrwał cię z ramion matki, ledwo rozchylający się 
pęczek dzikiego pnącza, i zawiódł na targ niewolników – w 
którym królestwie? I któryż gorliwy sługa Padyszacha, który 
cię tam ujrzał we wspaniałości kwiecia twej czystej 
niewinności, zapłacił złotem za ciebie, wsadził cię w złotą 
lektykę i zawiózł jako dar dla seraju twego pana? A tu znów 
historia tego miejsca! Muzyka sarengu, brzęk nagolennic, 
nagły błysk sztyletów, paląca trucizna win z Sziraz i to na 
wskroś przeszywające, rozżarzone spojrzenie! Jakaż 
niezmierna wielkość – jak bezgraniczna niewola! Niewolnice 
po twej prawicy i lewicy wywijały czamarami, a łuna biła od 
ich brylantami wysadzanych naramienników; Padyszach, król 
królów, rzucił się do twych białych jak śnieg stópek tkwiących 

background image

w trzewiczkach wysadzanych drogimi kamieniami, a przed 
drzwiami, niby poseł śmierci, stał straszny abisyński eunuch z 
gołym mieczem w rękach. A potem, o ty, kwiecie pustyni, 
kiedy cię porwało czerwone jak krew, olśniewające morze 
wielkości ze swymi spienionymi falami zazdrości, swymi 
skałami i otchłaniami intryg, na któreż wybrzeże okrutnej 
śmierci zostałaś wyrzucona czy też do którego wysłano cię 
kraju, jeszcze świetniejszego i okrutniejszego niż ten.  

W tej chwili zawołał znowu ów obłąkany Meher Ali:  
– Precz! Precz! To wszystko kłamstwo! To wszystko 

kłamstwo! 

Otworzyłem oczy i spostrzegłem, że już jasny dzień. 

Służący wszedł i przyniósł mi korespondencję, zaś kucharz, 
złożywszy mi na powitanie głęboki pokłon, czeka na moje 
rozkazy.  

Powiedziałem sobie: „Nie, nie mogę tu dłużej pozostać!”.  

Tego samego zaraz dnia spakowałem swoje manatki i 
przeniosłem się do urzędu. Ujrzawszy mnie, stary Karim Khan 
uśmiechnął się z lekka. To mnie podrażniło, ale nic nie 
mówiąc, zabrałem się do roboty.  

Z nadejściem wieczoru zacząłem się robić roztargniony; 

zdawało mi się, jak gdybym miał z kimś umówioną schadzkę, 
wobec której przegląd rachunków za bawełnę wydał mi się 
pozbawionym wszelkiego znaczenia; ba, nawet godność 
nizama nie przedstawiała dla mnie wielkiej wartości. 
Wszystko, co należało do teraźniejszości, wszystko, co się po 
ruszało, chodziło i pracowało na chleb, wydało mi się bez 
znaczenia, niedorzeczne i godne pogardy.  

Rzuciłem pióro, zamknąłem księgę główną, siadłem na 

swój wózek, zaprzężony w kuce i pojechałem. Zauważyłem, 
że równo o zmierzchu wózek stanął sam przed bramą 
marmurowego pałacu. Szybkimi krokami wybiegłem po 
schodach na górę i wszedłem do sali.  

background image

Panowało w niej przygnębiające milczenie. Pokoje 

patrzyły na mnie ponuro, jakby zagniewane. Serce me pełne 
było skruchy, ale nie było nikogo, przed kim mógłbym je 
otworzyć lub kogo mógłbym prosić o przebaczenie. 
Chodziłem po tych pokojach jak nieprzytomny. Pragnąłem 
mieć gitarę, aby przy jej dźwięku zaśpiewać nieznajomej:  

,,O ogniu, ćma, która na próżno chciała ujść, powróciła 

do ciebie!  

Wybacz jej ten jedyny raz, spal jej skrzydła i pochłoń ją 

w swym płomieniu”.  

Nagle, z góry padły na me czoło dwie łzy. Tego dnia 

ciemne masy chmur leżały na szczytach gór Avalli. Posępne 
lasy i mętne fale Susty czekały w straszliwym napięciu i 
groźnym milczeniu. Naraz ziemia, woda i niebo zadrżały i 
dziki wicher z wyciem pognał dalekimi, nieznającymi ścieżek 
lasami, szczerząc błyszczące zęby jak obłąkany, który w 
napadzie szału stargał swe łańcuchy. Puste sale pałacu 
zatrzasnęły swe drzwi i jęknęły żałośnie w śmiertelnym 
strachu.  

Cała moja służba znajdowała się w gmachu rządowym, 

więc nie było nikogo, kto by pozapalał lampy. Noc była 
chmurna i bez księżyca. Pogrążony w głębokich ciemnościach 
czułem wyraźnie, że na kobiercu przed łóżkiem leży na twarzy 
kobieta i targa w rozpaczy swe długie rozpuszczone włosy. 
Krew zalewała jej piękne czoło, a kobieta to śmiała się 
okrutnym, przykrym, bezdusznym śmiechem, to wybuchała 
gwałtownym, konwulsyjnym łkaniem, to znów darła na sobie 
gorset i biła się w obnażoną pierś; a wiatr wył przez otwarte 
okno i rzucał do pokoju strugi deszczu, tak że kobieta na 
wskroś przemokła.  

Przez całą noc trwała burza, a wraz z nią bez przerwy to 

namiętne zawodzenie. Błądziłem w ciemnościach z pokoju do 
pokoju, pogrążony w beznadziejnym smutku. Kogóż miałem 

background image

pocieszać, skoro nikogo nie było? Któż to wił się w tak 
strasznej męce? Co było przyczyną tej niepocieszonej troski?  

Tu rozległ się znów krzyk obłąkanego: 
– Precz, precz! To wszystko kłamstwo! To wszystko 

kłamstwo! 

Spostrzegłem, że już się rozwidnia i że Meher Ali mimo 

straszliwej burzy obchodzi dokoła pałac ze zwykłym sobie 
okrzykiem. Naraz przyszło mi na myśl, że może on także 
mieszkał kiedyś w tym domu i że, mimo iż zmysłu postradał, 
przecie zaklęty przez marmurowego demona, co dzień musi 
doń przyjść i obchodzić go dokoła.  

Nie zważając na burzę i deszcz, pobiegłem ku niemu i 

zapytałem:  

– Halo, Meher Ali, co jest kłamstwem?  
Nie odpowiedział, lecz odepchnąwszy mnie na bok, biegł 

dalej dokoła pałacu ze swym szalonym okrzykiem, jak 
zahipnotyzowany przez węża ptak lata wciąż w kółko nad jego 
paszczą i robi przy tym rozpaczliwy wysiłek, aby samego 
siebie ostrzec, powtarzając bez przerwy:  

– Precz! Precz! To wszystko kłamstwo! To wszystko 

kłamstwo! 

Jak szalony pobiegłem w ulewnym deszczu do gmachu 

rządowego i zapytałem Karim Khana: 

– Powiedz mi, co to wszystko znaczy?  
Od starego dowiedziałem się rzeczy następującej: Kiedyś 

szalały w tym pałacu niezliczone, niezaspokojone 
namiętności, nienasycone pożądania i piekielne płomienie 
dzikiej żądzy, a za to teraz przekleństwo wszystkiej 
wycierpianej męki serca i wszystkich zawiedzionych nadziei 
uczyniło każdy kamień tak spragnionym i łaknącym, że 
każdego żywego człowieka, który się do nich przypadkiem 
zbliży, pożerają chciwie niby wygłodzony potwór. Ani jeden 
ze wszystkich, którzy tam przespali trzy noce, nie mógł już 

background image

ujść tej okrutnej paszczy, wyjąwszy Mehera Alego, który 
jednak przypłacił to pomieszaniem zmysłów.  

Zapytałem:  
– A czy nie znalazłby się jakiś sposób, za pomocą 

którego ja mógłbym się uratować?  

– Jeden jedyny tylko – odpowiedział stary – ale bardzo 

trudny. Ja panu powiem, na czym on polega, wprzód jednak 
musi pan wysłuchać całej historii perskiej panienki, która 
kiedyś mieszkała w tym przybytku rozkoszy. Nigdy nie 
odegrała się na tej ziemi dziwniejsza i bardziej serce 
rozdzierająca tragedia.  

W tej właśnie chwili pojawili się noszący pakunki 

tragarze, oświadczając, iż pociąg już idzie.  

A więc było już tak późno? Podczas gdy pociąg wjeżdżał 

na stację, my czym prędzej zbieraliśmy swoje manatki. Jakiś 
dystyngowany Anglik, zbudziwszy się prawdopodobnie ze 
snu, wyjrzał z okna przedziału pierwszej klasy i usiłował 
odczytać nazwę stacji. Jak tylko ujrzał naszego towarzysza 
podróży, zawołał „Halo!” – i zabrał go do swego przedziału.  

Ponieważ my jechaliśmy klasą drugą, nie mieliśmy już 

sposobności dowiedzieć się, kim by ten człowiek i jak się jego 
historia skończyła. Ja powiedziałem:  

– Ten człowiek miał nas za durniów i zakpił sobie z nas. 

Cała jego historia jest od początku do końca zmyślona.  

Spór, jaki powstał z powodu tego mego odezwania się, 

zakończył się zerwaniem na całe życie wszelkich stosunków z 
moim teozoficznie myślącym kuzynem. 

 
 
 
 
 
 

 

background image

Rabindranath Tagore 

Głodne kamienie 

 

Tytuł wersji anglojęzycznej: 

The Hungry Stones 

 

Redakcja:  

Anna Ołdak, Hanna Milewska 

 

Projekt okładki: 

STUDIO OŻYWIANIA KSIĄŻKI KARTALIA 

 

Copyright © for the e-book edition 

by FUNDACJA FESTINA LENTE 2014 

 

Warszawa 2014 

 

ISBN 978-83-7904-215-9 

 

Fundacja Festina Lente 

ul. Nowoursynowska 160B/7 

02-776 Warszawa 

 
 
 

 

www.festina-lente.org.pl

 

 
 

 

www.chmuraczytania.pl

 

 
 

 

www.eLib.pl