background image

 

 

 

 
 
 

 

Obóz letni  

By. lumottu. 

 

background image

 

Spis Tresci:

 

Prolog : str. 3 

Rozdział 1 : str. 4 

Rozdział 2 : str. 15 
Rozdział 3 : str. 26 
Rozdział 4 : str. 35 
Rozdział 5 : str. 46 
Rozdział 6 : str. 56 
Rozdział 7 : str. 64 
Rozdział 8 : str. 74 

Epilog : str. 77 

 
 

 

background image

 

PROLOG. 

Montreal, luty, 2010 r.  

 

   Kolorowe światła w nocnym klubie raziły mnie po oczach. Kolejny drink 
wylądował w moim żołądku, paląc go przy okazji. Czułam się w błogim spokoju. Nie 
martwiłam się tym co będzie jutro. Niech Leah siedzi sobie w domu nad książkami. 
Ja wolę dobrą imprezę, chodź przydało by się jakieś towarzystwo.  

   -Paul, jeszcze raz Krwawą Mary – zwróciłam do barmana, który zmrużył 
nieznacznie oczy. 

   -Nie patrz się tak na mnie, kurwa – zirytowałam się – Chcę drinka. 

   -Bella, a może wody się napijesz, co ?  

   -Paul, proszę Cię. Jutro egzamin, muszę się jakoś od stresować. Sam wiesz jak to 
jest. Przechodziłeś przez to.  

   -Owszem, ale nie piłem, przed egzaminem. 

   -Jestem klientem. Płacę wiec żądam – wstałam z miejsca – Teraz idę do WC, a jak 
wrócę chcę drinka – barman pokiwał tylko głową. Machnęłam ręką i skierowałam 
się w stronę toalet. W tle grała Dance-hollowa piosenka, która nie należała do moich 
ulubionych. Już miałam wejść do toalety dla pań, kiedy ktoś zakrył mi usta ręką i 
szepnął mi do ucha, „nie krzycz, mała, bo pożałujesz”. Wepchał mnie do  męskiej 
łazienki. Nikogo w niej nie było. Mężczyzna rzucił mnie na zimną posadzkę. Czułam 
ogarniający mnie strach, a szloch wstrząsnął moim ciałem. 

   -Czego chcesz ? – wydusiłam z siebie. Alkohol szalał mi we krwi, powodując, że 
byłam bardziej  odważna – Co jest grane ? 

   -Zamknij się, kurwa ! – odezwał się i dokonał najgorszej rzeczy jaką mężczyzna 
może zrobić kobiecie. Zgwałcił mnie, bijąc mnie przy tym w pośladki, w żebra. Po 
jakimś czasie zorientowałam się, że zdjął pasek i zaczął mnie nim walić po plecach. 
Brał mnie od tyłu, ujeżdżał i testował masę innych pozycji. Byłam upokorzona, 
przerażona i miałam ochotę umrzeć.  

   Kiedy już skończył się mną bawić, okradł mnie, umył ręce i wyszedł zostawiając 
mnie samej sobie. Resztkami świadomości widziałam białe adidasy, następnie 
straciłam przytomność.  

 

 

 

 

 

background image

 

PIERWSZY. 

Pierre, lipiec, 2011 r.

 

   Usiadłam, na stopniach przed małym drewnianym domkiem. Ciemno zielona trwa 
kąpała się w promieniach, wschodzącego słońca. Gdzieś w oddali usłyszeć można 
było ćwierkanie wróbla, za to inny mały ptaszek przysiadł tuż przy mojej stopie. 
Pochyliłam się nad nim, przez co kosmyki długich czarnych włosów spadły mi na 
twarz. Szybko je odkryłam, ale zamiast ptaka widziałam parę białych adidasów. Nie 
chętnie podniosłam głowę. Napotkałam spojrzenie ciemnoniebieskich oczu. Szybko 
opuściłam głowę, to jednak nie powstrzymało chłopaka, przed zaczęciem rozmowy.  

   -Czemu siedzisz tutaj sama o poranku ? Czyż nie powinnaś leżeć w łóżku ? – jego 
arogancki sposób mówienia, wywoływał u mnie ciarki na całym ciele. 

   -Nie powinno Cię to obchodzić – mruknęłam, nie zaszczycając go spojrzeniem. 
Chłopak nie przejął się tym, bo wciąż stał nade mną, jak kat nad swoją ofiarą. Mimo 
że milczał, słyszałam jak mówi, tonem pełnym pogardy „jesteś żałosna”, „wracaj do 
domu”.  

   Obecnie znajduje się na obozie letnim w Dakocie Południowej, Pierre.  Są tutaj 
dzieciaki ze wszystkich stron USA, oraz z Meksyku czy z Kanady. Ja jestem jedną z 
nich. Rodzice wysłali mnie na niego, bym na nowo odżyła. Bym tyle o tym nie 
myślała. 
   Wydarzyło się to rok temu. Dokładnie szóstego lutego dwa tysiące dziesiątego 
roku, w Montrealu. Byłam wtedy w klubie. Sama. Nie mam pojęcia co mnie do tego 
skłoniło. Na początku siedziałam przy barze i rozmawiałam z barmanem. Do dzisiaj 
pamiętam jak się nazywał. Paul Martinez. W pewnym momencie poczułam, że 
muszę do łazienki. Udałam się do niej, ale nim do niej weszłam, poczułam jak ktoś 
zatyka mi buzię i wpycha mnie do męskiej łazienki. Nie mogłam nawet krzyknąć, a 
inni byli zajęci tańczeniem i piciem. Dość szybko zorientowałam się w jak 
kłopotliwej jestem sytuacji. Mężczyzna pierw mnie pobił, potem zgwałcił kilka razy, 
a następnie okradł, zostawiając mnie na pastwę losu. Pamiętam, że zobaczyłam 
białe adidasy, a następnie, że obudziłam się w szpitalu podłączona do masy sprzętu 
i kroplówek. Do dzisiaj nie wiem kim był mężczyzna, który mnie ocalił, ale wiem, że 
gdyby nie on, mogło by mnie nie być na tym obozie.  

   Przez kolejne miesiące siedziałam zamknięta w pokoju, nie pozwalając się nikomu 
do mnie zbliżać. Nie chciałam czuć na sobie dotyku ojca, brata czy przyjaciela. Nie 
chciałam widzieć w ich oczach lęku o jutro, żalu, smutku i litości. Trzy dni od 
wyjścia ze szpitala chciałam się zabić. Czułam obrazę do swojego ciała i nie 
chciałam na nie patrzeć. Na początku się okaleczałam i z dnia na dzień, żyletką 
cięłam się co raz głębiej, aż w końcu przecięłam żyłę. Cudem mnie uratowano. 
Potem były tabletki czy zatrucie się gazem, ale w obu tych przypadkach, mnie 
uratowano. Po ostatniej próbie samobójczej zapisano mnie do szpitala 
psychiatrycznego i spędziłam w nim aż trzy miesiące z nadzieją na poprawę. Zrobili 
ze mnie wariatkę, kiedy ja byłam ofiarą gwałtu ! To było niedorzeczne. Po tygodniu 
od wyjścia ze szpitala, opowiedziałam rodzicom, czemu chciałam się zabić. Zaczęli 

background image

 

mnie wtedy przepraszać i żałować, że wcześniej nie chcieli mnie słuchać. Sprawcę 
znaleziono kilka dni później. Nazywał się … Jacob Black. Jego koledzy, po tym jak 
wsadzono Blacka, zaczęli mnie nachodzić i grozić. Jednak policja szybko ich złapała 
i wsadziła do paki. Niestety wyszli, a ja nauczyłam się żyć ze świadomością, że w 
każdej chwili coś może mi się stać.  

   Rodzice wysyłając mnie na obóz do Pierre, zdecydowali, że powinnam zacząć żyć 
jak normalna dziewiętnastolatka, której nie dręczą już demony przeszłości. 
Zastanawia mnie tylko jednak rzecz. Jak mogę tak żyć, skoro do dzisiaj czuje na 
swojej skórze oddech Blacka i jego wzrok w czasie rozprawy. Wciąż, odbija mi się 
echem, rozmowa z rodzicami, kiedy to zdecydowali się mnie tutaj wysłać, żebym 
zapomniała.  

  -To dla Twojego dobra, Bello – zaczął ojciec, jak zawsze spokojnym głosem, który 
nie znosi sprzeciwu. Popatrzyłam w jego ciemne tęczówki i zdałam sobie sprawę, że i 
tak jestem na straconej pozycji – Pojedziesz do Pierre w stanie Dakota Południowa, 
na obóz letni. Poznasz nowe osoby i oderwiesz się od rzeczywistości. 

   -Tata ma racje –mama jak zawsze całkowicie go poparła – Może Alec i Jane z tobą 
pojadą? 

   -Nie liczyłabym na to – odezwałam się cicho, wciąż stojąc w drzwiach – To bez 
sensu, po co chcecie mnie tam wysyłać, skoro to nic nie da ? A jeśli spotkam tam 
kogoś, kto go zna ? Przecież można dzwonić do więzienia – mój ton zamienił się w 
błagalny. Czułam się żałośnie. Nie chciałam opuszczać Montrealu. Tutaj czuje się 
najbezpieczniej. 

   -Opiekunami obozu są bracia Volturi. Aro, Kajusz i Marek już się cieszą, że 
przyjeżdżasz. 

   -Ale mamo- jęknęłam żałośnie, podchodząc bliżej kobiety – Ja nie chcę. 

   -To już postanowione, Bello – powiedział stanowczo ojciec, waląc przy tym pięścią 
w stół – Jedziesz do Pierre bez żadnego „ale”. 

   -Jesteście bez serca ! – krzyknęłam i udałam się do swojego pokoju. Mimo że od 
początku byłam na straconej pozycji, to chciałam się z nimi upierać, póki będę 
mogła. Jednak oni byli nie do pokonania i już następnego dnia, ojciec odwiózł mnie, 
Jane i Aleca – którzy o dziwo zgodzili się polecieć ze mną do Stanów – na lotnisko. 
Tam pożegnanie trwało niecałe trzy minuty.  

   Potrząsnęłam głową, wracając myślami do rzeczywistości. Edward Cullen wciąż 
stał w tym samym miejscu co wcześniej, ze wzrokiem utkwionym we mnie. 
Ponownie opuściłam głowę. Od pewnego wydarzenia nie lubię, kiedy mężczyźni 
patrzą się na mnie tak intensywnie, niemal pożerając mnie wzrokiem. 

   -Idź już sobie – powiedziałam cicho, patrząc się na kępkę trawy, która rosła zaraz 
obok jego buta – Nie widzisz, że nie chcę z tobą gadać ? 

   -Widzę, że masz jakiś problem, Bello – odparł, dziwnie troskliwie – Chcę pomóc. 

background image

 

   -Nikt nie może mi pomóc. W szczególności ty – wysyczałam, chowając twarz w 
dłoniach. 

   -Wiesz, że ja tak szybko nie odpuszczę – powiedział pewnie, siadając w końcu 
obok mnie na schodkach. Popatrzyłam na niego spod byka, nie wiedząc czy mogę 
mu powiedzieć prawdę czy mam owijać w bawełnę. Dość szybko postawiłam na to 
drugie. 

   -Pyskowałam do rodziców, dlatego za karę wysłali mnie do tej dziury – 
powiedziałam, zerkając na niego. Chłopak wydawał się być rozbawiony moją 
odpowiedzią, co było dziwnie, miłą odmianą – To aż takie zabawne ? – fuknęłam zła, 
wstając ze schodów. Już miałam skierować się w stronę drzwi wejściowych domku, 
kiedy poczułam na nadgarstku stalowy uścisk chłopaka. Wstrząsnął mną dreszcz, 
całe ciało spięło się, a obrazy z tamtej nocy zaczęły bombardować moją głowę. 

   -Puść mnie – zajęczałam tak samo żałośnie, jak tamtego wieczoru – Proszę.  

   -Wyluzuj, Swan – Edward puścił mnie jak oparzony. Sądziłam, że zaraz odejdzie, 
ale on wciąż wpatrywał się we mnie. Czułam jak spojrzenie przeszywa mnie na 
wskroś. Czułam się naga, tak samo jak wtedy. 

   Raptownie odwróciłam się i bez zbędnego słowa, schowałam się w środku 
żeńskiego domku. Oparłam się o zamknięte drzwi, spazmatycznie oddychając, 
jakbym właśnie przebiegła w maratonie. Czemu to znów się dzieje ? Czy jakiś 
mężczyzna będzie mógł kiedykolwiek mnie dotknąć, nie wyrządzając mi tym samym 
krzywdy ? Nie chcę tego ! Zaczęłam głośniej oddychać. Bałam się, że przez to, 
obudzę pozostałych. Parterowy domek dzielę z Jane, Alice Brandon, Rosalie Hale, 
oraz Bree Tanner. Jane z Bree mają po osiemnaście lat, Alice jest w moim wieku, a 
Rosalie ma dwadzieścia. Przyznaję, że bardzo się zdziwiłam kiedy się o tym 
dowiedziałam. Rose wyznała, że nie miała co robić w domu na wakacje i przez wiele 
tygodni szukała obozu, dla osób powyżej osiemnastego roku życia. W końcu udało 
się jej i przyjechała tutaj wraz z Emmettem McCarty, ten za to przyjechał z dwójką 
swoich przyjaciół – Jasperem Whitlock’iem i na moje nieszczęście Edwardem 
Cullenem.  

   W domku panowała cisza, jak makiem zasiał.  Weszłam do małego pokoju, który 
mam wraz z Jane i Rosalie. Dziewczyny spały, chodź zauważyłam, że Jane kręci się 
na posłaniu. Po jakimś czasie podniosła się i zaspanym wzrokiem popatrzyła na 
mnie.  

   -Nie śpisz już ? – przetarła oczy rękawem, a ja zdążyłam przez ten czas usiąść na 
łóżku. 

   -Jak widać nie – mruknęłam, nie chcąc obudzić Rosalie – Musiałam się 
przewietrzyć. 

   -Ale wszystko w porządku ? – Jane jak zawsze się martwi. Tak samo  było wtedy. 
To ona, wraz z Aleciem, dali mi najwięcej wsparcia. Co ja bym bez nich zrobiła ? 

background image

 

   -Tak. Spotkałam Edwarda i … - głos mi się załamał. Jane przeszła na moje łóżko, 
by lepiej słyszeć, a przy okazji by nie mówić zbyt głośno. 

   - Zrobił Ci coś, Bello ? 

   -Nie, ale kiedy chciałam wejść do domku, on mocniej złapał mnie za rękę i wtedy, 
wydarzenia sprzed roku dały o sobie znać. Poczułam niebezpieczeństwo od strony 
Edwarda i zaczęłam go błagać by mnie puścił. Zrobił to, a wyraz jego twarzy 
wskazywał, że jest zdziwiony, zaskoczony … sama nie wiem jak to nazwać. Po 
prostu, patrzył na mnie, podobnie jak On w tamtą noc. Czułam się naga i 
upokorzona, przed rówieśnikiem – załkałam. 

   -Cii – Jane przytuliła mnie do swojej małej piersi i pogłaskała po włosach – 
Poradzisz sobie z tym. Jesteś z dala od Montrealu i grzechów tego miasta. Tutaj nie 
ma ani jego, ani jego kolegów, którzy cię nękali. Wszystko jest dobrze – mówiła 
cicho, spokojnie i niemal uwierzyłam jej, że tak jest w istocie. Jednak prawda jest o 
wiele brutalniejsza. Za dwa tygodnie kończy się turnus, a ja będę musiała wrócić do 
życia w mieście, w którym dokonano na mnie cielesnej brutalności.  

   -Nie będzie dobrze, Jane – mówiłam przez łzy – Nigdy nie doznam rozkoszy bycia z 
mężczyzną. Już na zawsze będę czuła obrzydzenie do nich, bo w życiu niczego nie 
można być pewnym. Może się zdarzyć facet, który ma w dupie dobro kobiety i 
podczas seksu może być brutalny. Przecież ja wtedy wyskoczę z tego łóżka z 
krzykiem ! – podniosłam głos i popatrzyłam na Rose, która zaczęła kręcić się na 
swoim posłaniu. Pięknie ! Jeszcze ją obudziłam. Blondynka podniosła głowę i 
przetarła oczy. 

   -Która, godzina ? – spytała sennie, z powrotem opadając na poduszki. 

   -Ósma – odparłam, patrząc na zegarek w telefonie – Za pół godziny, śniadanie.  

   -O cholera ! – blondynka jak oparzona wyskoczyła z łóżka. Zerwała z krzesła parę 
szarych dresów, a z podróżnej torby wyciągnęła biały top – A wy już gotowe ? 

   -Ja tak, ale Jane nie bardzo – wskazałam brodą na siostrę, która uśmiechnęła się 
szeroko – No widzisz. Jak zawsze się niczym nie przyjmuje.  

   -Trzeba obudzić Bree i Alice – powiedziała nim wyszła z pokoju. Zdecydowałam, że 
ja to zrobię i tak nie miałam co robić, no z wyjątkiem zadręczania się.  

   Pokój dziewczyn znajdował się naprzeciwko naszego. Delikatnie otworzyłam drzwi 
i weszłam do środka. Alice spała po prawej stronie pokoju, a Bree po lewej. 
Brunetka spała na brzuchu, całkowicie odkryta. Prawa noga zwisała jej poza 
krawędź łóżka, a twarzą była skierowana do mnie, przez co widziałam jej otwartą 
buzią.  

   -Bree i Alice proszone są na stawienie się na zbiórce ! – wrzasnęłam stanowczo, 
opierając się o framugę drzwi. Alice natychmiast wstała z łóżka, ale zaplątała się w 
kołdrę. W rezultacie wylądowała na podłodze. Bree podniosła się do pozycji 
siedzącej, przetarła oczy i rozejrzała się wokół.  

background image

 

   -Cześć, Bell ! – zawołała uśmiechając się szeroko, po czym spojrzała na leżącą na 
plecakach Alice – Al, wariatko wstawaj z tej podłogi ! 

   -Isabello Mary Swan ! Obiecuje, że któreś dnia zrobię Ci taką pobudkę, że się nie 
pozbierasz ! – mimo że mówiła to na poważnie, ja nie mogłam się nie zaśmiać. Po 
chwili przyłączyła się do mnie Bree i biedna Alice została sama. 

   -Yhh … Nie cierpię cię ! – krzyknęła, pokazując na mnie palcem, jednocześnie 
wstając z podłogi – Łazienka wolna ?  

   -Rosalie tam weszła kilka minut temu, ale może już ją zwolniła – odpowiedziałam 
wychodząc z pokoju. Jako, że jedyna byłam ubrana, wyszłam z domku i 
skierowałam się w stronę stołówki.  

   W powietrzu czuć było zapach owocowej herbaty, a na stolikach poustawiane były 
półmiski z wędlinami, pomidorami, żółtym serem, twarogiem, ogórkiem. Oraz dżem, 
krem orzechowy i chleb ze szklankami z herbatą. Wolnym krokiem ruszyłam w 
stronę ośmioosobowego stolika, ustawionego pod oknem, z którego był widok na 
podwórko ośrodka campingowego. Na sznurkach, wisiało pranie, które pod 
wpływem wiatru unosiło się ku górze, a następnie opadało.  

   Nawet nie zauważyłam kiedy, przyszli pozostali. Emmett jako pierwszy dorwał się 
do koszyka z chlebem i jak zawsze wziął porcję za mnie. Od razu dostałam burę od 
Jane, że nic nie jem. Nic na to nie poradzę. Jedzenie wywołuje u mnie odruchy 
wymiotne i napawa mnie obrzydzeniem. Nie wiem dlaczego tak się dzieje. Przez 
pierwsze trzy miesiące sądziłam, że zaszłam w ciążę, ale okres wcale mi się nie 
spóźniał, więc to nie było przez to. Przeszłam przez jakieś badania, ale lekarze nic 
nie stwierdzili. No może oprócz tego, że nie mam apetytu. 

   -Właściwie Bello, to ile ważysz ? – spytał z pełną buzią Emmett, powodując, że 
cały nasz stolik na niego spojrzał. Nawet Edward, który zazwyczaj nie spuszcza 
swojego talerza z oczu.  

   -Czterdzieści osiem kilo – odparłam lekko zażenowana – A dlaczego pytasz ? 

   -A ile masz wzrostu ? – spytał ponownie, połykając w między czasie zawartość 
swojej buzi. 

   -Metr sześćdziesiąt sześć – mruknęłam, pijąc gorzką herbatę – I nie, nie mam 
anoreksji, Emm.  

   -Ja tak, tylko pytałem – przyznał smutno i jadł dalej śniadanie.  

 

   Kiedy śniadanie dobiegło końca, ogłoszono, że dzisiaj korzystamy z ładniej pogody 
i idziemy nad pobliskie jezioro. Do końca nie wiem, czy można to nazwać jeziorem, 
bo za duże to to nie jest. Bardziej przypomina większy staw, albo niewielki zbiornik 
wodny z średniej wielkości plażą i kilkoma drzewami. Oczywiście ja nie brałam w 
tym udziału. Zdecydowałam, że skoro przyjechałam tu za karę, powinnam się 
kiepsko bawić i mieć wszystko i wszystkich w dupie. Wolałam raczej zostać w luźnej 

background image

 

koszulce, dresowych rybaczkach i trampkach, które dość luźno zawiązałam, przez 
co spadały mi ze stóp. Pozostałe dziewczyny z mojego domku, nie mogły wprost 
uwierzyć, że o to nadarzyła się okazja – pierwsza od przyjazdu tutaj, czyli od trzech 
dni – na pokazanie swojego idealnego ciała chłopakom. Ja nie mam co pokazywać. 
No chyba, że siniaki w okolicy krocza, na udach czy podrapania na plecach. Jacob 
Black, jak wspomniałam zgwałcił mnie nie jednokrotnie, stosując przy tym 
najbrutalniejsze pozycje i tortury.  

   Dreszcz przeszedł mnie od wewnątrz, o ile to w ogóle możliwe, i musiałam się 
nieźle natrudzić, by się nie rozpłakać. Co raz rzadziej starałam się nie przypominać 
sobie tamtych chwil, ale to wraca samo z siebie i nic na to nie poradzę Nawet 
terapia mi nie pomogła, ona tylko zmniejszyła ból.  

   -Bell, a Ty nie będziesz pływać ? – spytała Alice, kiedy zamykałyśmy nasz domek.  

   -Nie mam nastroju – odparłam. Alice nie powiedziała nic więcej. Zrównała się 
krokiem z Rosalie i Bree i w trójkę o czymś zawzięcie dyskutowały. Jane szła 
nieśmiało obok mnie, wyglądała jakby biła się z myślami. Martwiła się, a ja nie 
wiedziałam o co. Może nawet nie chciałam wiedzieć. 

   -Ja też nie będę pływać. Posiedzę z tobą – powiedziała nagle, patrząc się pod nogi. 
Popatrzyłam na nią z ukosa. Nie mogłam na to pozwolić, by siostra rezygnowała z 
rozrywek dla mnie.  

   -Nie. Masz iść pływać, no chyba, że masz okres – blondynka podniosła wzrok i 
gwałtownie zaprzeczyła – Więc nie ma powodu, byś rezygnowała z pływania – 
skinęła głową i nie odezwała się, dopóki nie doszliśmy nad jeziorko.  

   Większość zdążyła się już rozłożyć, przez co my nie mieliśmy dużego wyboru. 
Jedynie pomost, który był pusty, wydał mi się odpowiednim miejscem. Wolnym 
krokiem skierowałam się w jego stronę, rozłożyłam na nim mój ręcznik i położyłam 
się, całkowicie zapominając o siostrze i współlokatorkach. Nic się nie liczyło, po za 
moim spokojem. Zamknęłam oczy i miałam cichą nadzieję, że wszyscy o mnie 
zapomną. Że nie będą się pytać, gdzie jestem ani co robię, lub raczej czego nie robię. 
Tu chodziło mi o pływanie. Większość obozowiczów nie mogła się doczekać, aż 
pogoda będzie na tyle dobra, by móc pójść nad jezioro i zanurzyć się w zimnej 
wodzie. Byłam zazdrosna, że oni nie mają pokaleczonego ciała, które muszą chować 
pod warstwą zbędnych ubrań. Zazdrościłam dziewczyną, że nie mają obaw, przed 
dotykiem facetów. Nie to co ja. Dziewczyna z problemami.  

   -Swan ! – podniosłam rękę, gdy usłyszałam swoje nazwisko. Nie obchodziło mnie, 
kto je wypowiedział, ale na wszelki wypadek dałam o sobie znać. Mogłabym równie 
dobrze udawać, że się utopiłam, ale wtedy na pewno wezwali by moich rodziców, 
którzy przylecieli by tu w kilka godzin.  

   -Bella, co u licha, robisz sama na tym starym pomoście ? Chcesz wpaść do wody ? 
– ironiczny głos, rozbrzmiał w moich uszach i wydawało mi się, że echem odbił się 
od okolicznych drzew. 

background image

 

10 

   -Przynajmniej był by ze mną spokój – mruknęłam, nie otwierając oczu – Możesz 
sobie iść ? 

   -Może bym i mógł – zaczął powoli. Bawił się ze mną. Tak samo jak Jacob, szóstego 
lutego dwa tysiące dziesiątego roku – Ale nie pójdę. 

   -Zawołałam Aleca, ale idź sobie, Edward – poprosiłam otwierając oczy. 
Miedzianowłosy, górował nade mną, zakładając ręce na piersi. Jego włosy były 
potargane przez wiatr, a flanelową koszulę tarmosił delikatny letni wiatr. 

   -I tak tego nie zrobisz – miał rację. Nie miałam zamiaru odrywać brata od zabawy 
z Bree Tanner. Oni zdecydowanie mają się ku sobie. Mój brat zauroczył się młodszą 
siostrą Rile’ya, który za to kręci z Jane. Udana z nich będzie para. Czuję to i cieszę 
się, ale również zazdroszczę. Obie dziewczyny mogą bez przeszkód wtulać się w 
mężczyzn, kiedy ja w tym czasie, unikam ich.  

   -Skąd wiesz ? – odparłam, siadając po turecku – Nic nie wiesz, Ed. Nic o mnie nie 
wiesz – popatrzyłam na wodę. Niedaleko mnie zobaczyłam Aleca, który przyciskał do 
siebie uśmiechniętą Bree. Już na pierwszy rzut oka, wyglądali na zakochanych. Tuż 
obok nich, pluskali się Riley z Jane. Czułam się jak piąte koło u wozu, które nigdy 
nie zazna szczęścia u boku faceta.  

   -To mi opowiedz – popatrzyłam na niego niepewne – A jak powiem coś o sobie – 
dodał. 

   -Nie wiem czy to dobry pomysł – mruknęłam, nie patrząc na niego. Wciąż 
patrzyłam się na blond włosom siostrę i czarnowłosego brata, którzy byli szczęśliwi.  
Edward usiadł obok mnie i również popatrzył na wodę – Czy … miałeś, kiedy tak, że 
chciałeś zniknąć ? Uciec ? 

   -Wiele razy tak mam, Bells – zerknęłam na niego, przez kurtynę czarnych włosów, 
których nawet nie związałam – Kochałem kogoś, ale ten ktoś mnie okłamał. Teraz 
nie widzę szans na szczęśliwy związek z kimkolwiek.  

   -Mhm. To … smutne. W sumie to nie wiem, co powiedzieć. Życie ukłuło spisek 
przeciwko mnie i boję się. Jestem żałosna. 

   -Nie koniecznie – zaprzeczył, wciąż na mnie patrząc – Skąd jesteś ? Bo nawet tego 
się jeszcze nie dowiedziałem – uśmiechnął się szeroko, dając mi do zrozumienia, jak 
niewiele o sobie powiedziałam. 

   -Pochodzę z Montrealu, z dzielnicy LaSalle. W czerwcu skończyłam piątą klasę 
liceum, którą powtarzałam, ale nie zdradzę Ci czemu. Jestem typem samotniczki. 
Wolę rysować niż żalić się ludziom. Zresztą moje rodzeństwo to jedyne osoby, z 
którymi gadałam w szkole. Po prostu nie ufam ludziom – popatrzyłam na niego 
smutno. Odpowiedział tym samym. 

   -Teraz Twoja kolej – przypomniałam, zerkając na wodę.  

   -Jestem z Tulsa, w stanie Oklahoma. W szkole udaje luzaka, po za nią jestem … 
taki jak Ty. Zamykam się w pokoju i słucham muzyki. Ludzie w liceum postrzegają 

background image

 

11 

mnie jako wzór do naśladowania. Robią ze mnie kogoś kim nie jestem, tylko dlatego, 
że jestem rozgrywającym. Od października idę na studia. 

   -Czyli masz dwadzieścia lat ?  

   -Osiemnastego lipca

1

, miałem dwudziestkę – wyjaśnił – A Ty, kiedy masz 

urodziny?  

   -Trzeciego maja – odpowiedziałam cicho, podciągając kolana pod brodę. 
Przymknęłam na chwilę oczy i wsłuchałam się w gwar rozmów i śmiechów, 
obozowiczów. Na swojej bladej, jak ściana skórze, czułam promienie słońca, które 
próbowało przebić się przed wysokie drzewa. Dodatkowo miałam wrażenie, że 
Edward Cullen się na mnie patrzy. Raptownie otworzyłam oczy i odwróciłam głowę, 
chcąc uciec od jego spojrzenia. To jednak było na nic, bo wciąż to czułam.  

   -Co się stało ? – spytał na pozór troskliwie. Pokręciłam głową, nie chcąc by sens 
jego słów do mnie doszły – Bella. 

   -Ja .. to .. nic takiego – wyjęczałam, nie patrząc na niego – Nie przejmuj się.  

   -Jak mam się nie przejmować ? Po raz drugi coś Cię we mnie wystraszyło. O co 
chodzi ? – demony przeszłości, jak to określił ojciec z matką. Tego jednak nie 
mogłam mu powiedzieć. Zadawał by jeszcze więcej pytań niż teraz. Muszę go jakoś 
zbyć, tylko jak ? Czemu to musi być takie trudne ? 

   -Po prostu zrób to ! To chyba nie jest takie trudne, prawda ? – wstałam i ruszyłam 
w stronę lądu, czując na sobie jego spojrzenie. Byłam idiotką. Uzależniającą się nad 
sobą, idiotką.  

   -Isabella – doszedł do mnie podniesiony głos Kajusza Volturii, który był ostatnią 
osobą, jaką chciałam w tym momencie spotkać. Powoli do niego podeszłam i 
założonymi rękami popatrzyłam się na dyrektora obozu – Rodzice dzwonili. Chcieli 
wiedzieć jak się czujesz. Powiedziałem im, że masz problem z przywyknięciem się do 
otoczenia i unikasz kontaktu z chłopcami.  

   -Oni o tym wiedzą, więc nie rozumiem, po co pan im to mówił – powiedziałam 
spokojnie, patrząc się na jego nos.  Czemu na nos ? To proste. Gdybym patrzyła się 
w jego czarne, jak noc tęczówki, byłabym bardziej zdenerwowana. Jak wiecie, 
rozmowy z mężczyznami nie należą do lubianych przeze mnie czynności. A usta się 
patrzeć nie będę, bo .. nie i koniec. Nos jest jedyną neutralną częścią twarzy na jaką 
mogę patrzeć, bez obaw.  

   -Dla, twojego dobra, Isabello. Renne Swan martwi się o swoją najstarszą córkę. To 
chyba logiczne, że jej to powiedziałem.  

   -Ma pan dzieci ? – wypaliłam beztrosko i podniosłam nieznacznie głowy by 
przyjrzeć się jego reakcji – No ma pan czy nie ? 

                                                           

1

 

W tym momencie FF-a, jest 20.07.2011 (tłum. Autorki)

 

background image

 

12 

   -Mam córkę, ma niecałe pięć lat – powiedział w końcu, lekko zmieszany moją 
bezpośredniością.  

   -To niech pan jej pilnuje. W chwilach dojrzewania może być za to, na pana zła, ale 
gwarantuje, że później będzie za to wdzięczna.  

   -O co chodzi, Bello ? Nie rozumiem w ogóle co do mnie mówisz – przyznał Kajusz, 
drapiąc się w tył głowy – Jesteś bardzo mądra, ale … 

   -… wiem, że mówię nie zrozumiale. Proszę tylko uważać na córkę – wyjaśniłam, 
uśmiechając się delikatnie i odchodząc.  

  

   Po obiedzie, mieliśmy czas dla siebie. Usiadłam więc na murku, przed domkiem z 
szkicownikiem i ołówkiem z gumką. Oparłam głowę o ścianę domku, spuszczając 
jedną z nóg. Szkicownik oparłam o drugą nogę, którą zgięłam w kolanie. Wiał 
delikatny wiatr, a słońce niemiłosiernie grzało. Do tej pory nie wierzyłam, że pogoda 
w tym stanie, może być taka ładna. Ciekawie jak jest teraz w Montrealu. Czy Leah z 
Demetrim, chodź trochę za mną tęsknią ? A może cieszą się, że wyjechałam i mają 
ze mną spokój ? To właśnie oni namawiali mnie, bym poszła na policje zgłosić gwałt. 
Jednak bałam się, że mi nie uwierzą. Że pomyślą, że to wszystko wymyśliłam, by 
zwrócić na siebie uwagę. Jednak oni się upierali. Udało się im i całe szczęście. Teraz 
jestem im za do wdzięczna.  

   Zaczęłam bezmyślnie kreślić ołówkiem po kartce. W głowie, miałam nagłą pustkę i 
jedyne o czym myślałam to moje rodzeństwo, które być może przeżyje wakacyjną 
miłość. Byłam szczęśliwa, ale czułam zazdrość.  

   -Pieprzony, Black – wysyczałam i zacisnęłam mocniej usta. Byłam niemal pewna, 
że z wargi zaczęła mi lecieć krew.  

   -Kim jest Black ? – odwróciłam głowę i napotkałam błękitne oczy, Rosalie. 
Uśmiechnęłam się kwaśno, zmieniając pozycję. 

   -On … jest … chłopakiem z Montrealu – wyszeptałam, zakładając czarne pasemko 
za ucho – Przepraszam, ale nie chcę o tym gadać.  

   -Zrobił Ci coś ? – naciskała, a to bolało. Nie chciałam rozdrapywać i tak 
niezagojonych ran. Popatrzyłam na nią z błaganiem w oczach. Jednak udała, że tego 
nie widzi – Bell ? 

   -I tak mi nie uwierzysz – mruknęłam, podnosząc wzrok – Nikt mi na początku nie 
wierzył. 

   -Jestem dziewczyną i wiedz, że we wszystko uwierzę – usiadła obok i złapała mnie 
za rękę. Poczułam się bezpiecznie. 

   -Jacob Black, szóstego lutego dwa tysiące dziesiątego roku mnie zgwałcił – 
wydusiłam, czując jak żołądek, robi fikołka – Wcześniej byłam dziewicą, a teraz 
czuję obrazę do facetów.  

background image

 

13 

   -Oj Bello – Rosalie podeszła bliżej mnie i przytuliła mnie do siebie – Nie 
wiedziałam. Zresztą to nie wytłumaczenie. Zauważyłam za to, jak przez te trzy dni, 
zmroziłaś wzrokiem połowę męskiej części obozu. Sądziłam, że to dlatego, że nie 
chcesz z nimi gadać, ale teraz już wiem, że to nie był powód – przyznała, siadając 
obok mnie – Ile miał lat ? 

   -Dwadzieścia trzy. Ja miałam wtedy osiemnaście – zerknęłam na nią – Nie 
chciałam tego, ale on mnie zmusił. Zgwałcił mnie kilka razy. Sama nie wiem ile – 
przerwałam na chwilę. Musiałam wziąć głęboki wdech by się nie rozkleić. 
Odwróciłam się do niej plecami i odsłoniłam je. Usłyszałam jak Rose zachłystnęła 
się powietrzem. 

   -Co Ci się stało ?! – wrzasnęła, ale szybko zakryła usta ręką – Wyglądasz jakbyś 
nieźle batem oberwała. 

   -Black mnie bił paskiem, nie patrząc czy wali sprzączką czy nie. W tle grała moja 
ulubiona piosenka, kiedy to robił – z powrotem opuściłam koszulkę i powróciłam do 
poprzedniej pozycji – Nie chcę się nad sobą użalać, ale … jestem wściekła za swoją 
bezsilność.  

   -Rozumiem i przyznaje, że sama nie wiem jak bym się zachowała. Pewnie bym 
krzyczała, ale szybko bym odpuściła. Tacy właśnie są niektórzy faceci. Nie obchodzi 
ich, że czujemy ból, kiedy dla nich to przyjemność.  

   -Tak, chyba tak jest – przyznałam cicho, poprawiając długie włosy – Cholera, te 
włosy są beznadziejne – zmieniłam temat, nie chcąc więcej mówić o szóstym lutego 
tamtego roku.  

   -Nie myślałaś nad ich ścięciem ? – spytała uśmiechając się. Chwyciła w dwa palce 
większą część włosów i popatrzyła na nie – Końcówki ci się nie rozdwajają, a to 
wielka rzadkość. Ja swoje muszę ścinać co miesiąc, jak nie więcej.  

   -Obcinałam je tydzień, przed … tym dniem – przyznałam – Po prostu nie miałam 
do nich głowy. 

   -Włosy to podstawa dobrego wyglądu, Bello. Jeśli one źle wyglądają, to ty cała źle 
wyglądasz. Nie ważne czy masz na sobie sukienkę od Gucci’ego i szpilki Jimmy’ego 
Cocco.  

   -Boże, Rose ! Skąd znasz takie marki ? – spytałam ze śmiechem. 

   -No cóż, moja mama kupuje tylko i wyłącznie rzeczy takich marek – przyznała 
również się śmiejąc – To u mnie rodzinne.  

   -U mnie rodzinne, jest oddawanie dziecka do szpitala psychiatrycznego, kiedy ma 
ono jakiś problem – mruknęłam cicho – Nie widzą, żadnego innego wyjścia, więc 
pozbywają się kłopotu. 

   -Jesteś zbyt surowa dla nich. Chcieli ci pomóc, ale nie wiedzieli jak. Przyznaj, że 
rodzice nie zawsze wiedzą jak pomóc dziecku. Czasami chcą dobrze, ale wychodzi 
jeszcze gorzej.  

background image

 

14 

   -Masz rację – chwyciłam w ręce szkicownik, oraz ołówek i nieśmiało popatrzyłam 
na koleżankę – Mogę … cię naszkicować ? Tylko ostrzegam, że nie jestem taka 
dobra, jak da Vinci. Dopiero się uczę. 

   -Mam być, twoją modelką ? – spytała zaskoczona, patrząc się to na mnie to na 
szkicownik. 

   -Wiedziałam, że to kiepski pomysł. Chciałam tylko spróbować – dodałam 
zamykając zeszyt. 

   -Daj spokój, Bell. Po prostu jak jeszcze nigdy nie pozowałam. Nie wiem czy dam 
radę – zauważyła – No ale kiedyś musi być ten pierwszy raz, prawda ? 

   -Yhy – poprosiłam ją, by usiadła naprzeciwko mnie i lekko się uśmiechnęła. Włosy 
założyła za ucho i patrzyła się wprost na mnie. Małymi krokami na kartce A4 
pojawiała się twarz koleżanki. Może nie była tak samo ładna jak oryginał, ale miała 
jako taki nos, usta, oczy i uszy, a kosmyki włosów rozwiał jej wyimaginowany wiatr. 
Poprawiłam wargi i tęczówki.  

   Kiedy kilka minut później, pokazałam jej rysunek, dziewczyna wydawała się być 
wniebowzięta i chciała go. Ba, chciała bym jej go podpisała. Zrobiłam to z 
przyjemnością, bo rysowanie chociaż na chwilę odciągnęło mnie od przykrych 
wspomnień. Dzięki temu, życie wydawało mi się weselsze i bez obaw. 

 
 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

15 

 

DRUGI. 

   Alice siedziała w nogach łóżka i przekartkowywała jakąś książkę. Raz po raz 
wydawała z siebie bliżej nie określone dźwięki. Była nadąsana, a jej mina z każdą 
następną przerzuconą stroną, zmieniała się diametralnie, aż wyglądała jak 
rozłoszczona kotka. 

   -Niech cholera weźmie studia na University of Maine w Orono. Co mnie nakłoniło, 
żeby studiować, na miejscowym uniwersytecie ? Tylko ja jestem taka tępa – fuknęła, 
wyrzucając za siebie książkę, a sama oparła się o ramę – To jest beznadziejne. 
Augusta jest świetnym miastem, ale uniwersytet w Orono ma tak wysoki poziom, że 
koń by się uśmiał – więc o to chodziło. Zastanawia mnie, dlaczego Alice uczy się w 
wakacje ? Nie przyjechała tutaj, żeby odpocząć ? 

   -Przesadzasz, Al – przerwała jej Rosalie, która w tym czasie malowała paznokcie. 
Była całkowicie skupiona na tym zajęciu, ale to nie przeszkodziło jej przed 
powiedzeniem kilku uwag Alice – Studia są męczące to fakt, ale docenisz je, kiedy 
się skończą. 

   -Nie sądzę – wtrąciła Bree, siedząc na podłodze z kolorowym magazynem – 
Właśnie skończyłam ostatnią klasę. Mama chce bym szła na Yale. Uwaga dostałam 
się tam – powiedziała z kpiną – Ale ja chcę iść na Ithaca College, który znajduje się 
w stanie Nowy Jork, który za to sąsiaduje ze stanem Connecticut. Więc mama 
powinna być zadowolona, ale ona nie. Mam iść na Yale ! Czasami żałuję, że tak 
dobrze się uczę. 

   -Masz czas, żeby wybrać uniwersytet. Ważne, że do obu się dostałaś – powiedziała 
Rosalie, podnosząc na nią wzrok i uśmiechając się – A Ty Jane, gdzie się wybierasz? 

   -Uniwersytet McGill. Miałam iść na Uniwersytet Montrealu, ale nie poradziłabym 
sobie z francuskim programem – dodała smutniej. Wiem, że chciała spróbować tam 
iść, ale się nie dostała. Poległa na egzaminach wstępnych. Wbrew pozorom nie 
płakała po tym. Powiadomiła tylko rodziców, że idzie na McGill, wraz z Alec’iem. 
Szczęściarze z nich. 

   -No a ty, Bell ? Studiujesz gdzieś ? – spytała nadal zdenerwowana Alice. 
Wiedziałam, że nie mogę jej powiedzieć prawdy, bo zaczęły by mnie męczyć, bym jej 
wszystko powiedziała.  

   -Nie. Podjęłam pracę w małej galerii. Na studia się na razie nie wybieram – 
odpowiedziałam, po części z prawdą. Nie pracuje, ale też nie zamierzam na razie 
studiować. Może po powrocie z obozu coś postanowię. Na razie jednak nie chcę o 
tym myśleć. 

   -Szkoda, że pogoda jest do dupy. Chętnie bym poszła z Jasperem na spacer, a tak 
siedzę nad książką, bo zaraz po powrocie mam pisać jakiś egzamin. Kto normalny 
pisze egzaminy w wakacje ? Otóż powiem Wam, kto. Ja ! Alice Brandon – krzyczała 

background image

 

16 

w niebogłosy. Na czole powstała jej mała zmarszczka, która mogła być powodem jej 
zdenerwowania. Nikt z nas, jednak nie skomentował jej lamentowania – Może 
zaprosimy chłopaków i oglądniemy film ? Dobrze, że domki mają telewizor średniej 
wielkości i stare DVD. Inaczej było by strasznie nudno – dodała radośnie, chwytając 
telefon. 

   -Nie wiem, Alice – mruknęła Bree zajmując miejsce obok niej – Nie wiem czy Alec 
chce wpaść – popatrzyła na mnie i Jane i uśmiechnęła się lekko.  

   -Alec przyjdzie jestem tego pewna. Po za tym, miał mi oddać swoją bluzę, więc ma 
pretekst – uśmiechnęłam się pokrzepiająco do brunetki.  

   -Isabello Swan, czy ja właśnie usłyszałam, że twój brat miał ci pożyczyć swoją 
bluzę ?! – rozgrzmiał surowy głos Alice. Skinęłam głową, patrząc się na nią – Nie do 
wiary ! Dziewczyna w męskich ciuchach ! Tego już za wiele. Wystarczy, że twoje 
włosy wyglądają jak stóg siana, a spodnie jakby przeżyły bliskie spotkanie z kozą 
lub głodnym niedźwiedziem – nie mogłam się nie zaśmiać na to porównanie. Nikt mi 
jeszcze nie powiedział, że moje spodnie miały jakiekolwiek spotkanie z jakimkolwiek 
zwierzęciem.  

   -Śmiej się, śmiej. Zobaczymy kto się będzie śmiał ostatni ! – z takimi słowami 
opuściła pokój. 

   -Oj, Bello. Nagrabiłaś sobie – zaśmiała się Rosalie, odstawiając czerwony lakier na 
stolik – Jeśli Alice się na coś uprze, to nic jej nie powstrzyma. Nawet Jasper. 

   -Znałaś ją wcześniej ? – teatralnie pokazałam na drzwi. 

   -Tak. Pojechałam raz do Augusta z Emmettem, bo ten chciał spotkać się z 
Jasperem, który mieszka dwie ulice dalej od Alice. Poznałyśmy się, kiedy Jasper nas 
do niej zaprosił. Akurat wyprawiała małą domówkę. Przyznam, że na początku 
miałam o niej złe mniemanie. Dopiero później się do niej przekonałam. Gdy 
wróciłam do Albany, utrzymywałyśmy ze sobą kontakt. Oczywiście nie gadałyśmy 
tak często, ale nam to wystarczało –uśmiechnęła się do wspomnień – Kilka dni 
przed wyjazdem tutaj, Alice zadzwoniła do mnie i powiedziała, że spotkamy się na 
obozie. Ucieszyłam się – i na potwierdzenie swoich słów uśmiechnęła się szeroko – 
Emmett też chciał ze mną pojechać, więc namówił Jaspera i Edwarda, którego 
poznał w czasie przerwy zimowej, kiedy był na nartach w Austrii – dodała wstając z 
łóżka.  

 

   Alice , mimo zaprzeczeń Bree, zaprosiła chłopaków. Przyszli wszyscy łącznie z 
Edwardem i Alec’iem, który miał ze sobą swoją bluzę. Szybko ją od niego zabrałam 
by Alice jej nie zobaczyła. Inaczej zrobiłaby mi straszną awanturę, z której zapewne 
nie wyszłabym cało. Chłopaki przynieśli ze sobą kilka paczek chipsów i coś do picia. 
Byłam w niemałym szoku, kiedy to zobaczyłam. Znajdowaliśmy się przecież w 
środku buszu, a do najbliższego sklepu jest trzydzieści kilometrów. Emmett mi 
wyjaśnił, że to wszystko zabrał z domu, bo jak stwierdził nie wytrzymał by długo bez 
niezdrowego żarcia.  

background image

 

17 

   Alice skakała wokół gości, całkowicie pochłonięta rolą gospodyni. I dobrze, 
przynajmniej wyluzuje przed tymi egzaminami. Dodarło do mnie, że powinnam coś 
ze sobą zrobić. Albo znaleźć pracę albo podjąć studia na jakimś uniwerku lub w 
collegu. Zanim to jednak nastąpi będę musiała iść na egzaminy wstępne, których 
mam po dziurki w nosie.  

   -A ty, Bell ? Będziesz oglądać czy stać jak słup soli koło łazienki ? – zwrócił się do 
mnie Emmett, siedząc na podłodze z Rosalie. 

   -A jak byś wolał ? – spytałam podchodząc do kanapy.  

   -Wolałbym, żebyś się do nas dołączyła. Bo co innego będziesz robiła ? – popatrzył 
w stronę okna – Zaczął padać deszcz, więc zostałaś uziemiona – zaśmiał się, 
przytulając do siebie Rose. Odwróciłam się w stronę okna i uśmiechnęłam się 
smutno. Deszcz powianiem przynosić ukojenie, ale nie dla mnie. Tamtego dnia, też 
padał deszcz. Było zimno i wiał silny wiatr.  

   -Nie czuje się najlepiej. Idę do pokoju – mruknęłam, mijając zdziwionych 
przyjaciół. Usiadłam na łóżku, twarzą do okna. Zamknęłam oczy i zaczęłam 
wsłuchiwać się w dźwięki dookoła siebie. Przyjaciele rozmawiali szeptem, 
zastanawiając się co mi się stało. Deszcz za cienką szybą, walił w nią intensywnie, 
nie zwracając uwagi na to, że może ją zbić. Wszystko nagle ustało.  

   Rozległ się dźwięk mojego telefonu. Z ociągnięciem sięgnęłam po niego i nie 
patrząc na wyświetlacz, odebrałam. Na początku słyszałam jakieś trzaski, aż w 
końcu poznałam głos mojego przyjaciela. 

   -Isa – zaczął i mogłam poznać, że odetchnął z ulgą – Całe szczęście, że w końcu się 
do ciebie dodzwoniłem. Nawet nie wiesz jakie to trudne. 

   -Demetrii wiesz, że siedzę na totalnym zadupiu, gdzie jest problem z zasięgiem ? – 
zaśmiałam się, wyobrażając sobie minę chłopaka, kiedy znów usłyszał w słuchawce 
głos mojej sekretarki.  

   -No właśnie dopiero teraz sobie o tym przypomniałem – wyznał i zapewne teraz 
podrapał się w kark, jak to ma w zwyczaju – Czekaj, Leah ! Teraz ja rozmawiam – 
zwrócił się do mojej przyjaciółki – Więc, Bells jak tam w Pierre ? Wszystko dobrze ? 
Masz koszmary ? Rodzice cię pozdrawiają. 

   -Demetrii, uspokój się. Wszystko dobrze, ale wspomnienia wciąż wracają. Unikam 
spojrzeń facetów. Nie pływam, bo mam ślady na plecach i udach. Każdy kolejny 
dzień jest coraz lepszy, ale …  

   -To wciąż wraca, prawda Belli ? – przerwała mi Leah, która musiała siłą 
wywalczyć telefon od Demetriego – Nie myśl tyle o tym, bo to nic nie da. Jacob siedzi 
w pace i nie wyjdzie szybciej niż za cztery lata.  

   -Tak wiem – uśmiechnęłam się – A jak tam studia ? W ogóle nie mieliśmy kiedy o 
tym rozmawiać. Kiedy ja siedziałam w szkole wy dopiero wstawaliście.  

background image

 

18 

   -Nie rozmawiajmy o tym – żachnął się Demetrii – Ciesz się wolnym. Do 
zobaczenia, Bello za dwa tygodnie. 

   -Pa – mruknęłam wyłączając się.  

   Wyszłam z pokoju i usiadłam obok Jaspera, który uśmiechnął się lekko.  

   -Dobrze cię widzieć. Wszystko w porządku ? – spytał cicho, żebym innym nie 
przeszkadzać. Na jego kolanach leżała Alice, która była tak zapatrzona w telewizor, 
że nawet nie zauważyła, że przyszłam.  

   -Tak. Dzwonił kumpel z Montrealu – uśmiechnęłam się – Co oglądacie ? 

   -Wyciskacz łez – mruknął, podając mi miskę z popcornem. Wzięłam małą garstkę 
kukurydzy i przeniosłam wzrok na ekran. 

   -Pierdol tą Carmen ! – wrzasnął nagle Emmett, wyciągając wszystkich z dziwnego 
transu. 

   -Sam się pierdol McCarty ! – krzyknął Riley, rzucając w niego popcornem – Daj 
oglądać. 

   -Nie mów, że możesz na to patrzeć. Przecież to porażka. Dlaczego Alejandro nie 
poderwie tej Carmen ?! Przecież była by z ich taka świetna para. Ona zmysłowa 
brunetka o bujnych kształtach, a on gorący Latynos.  Gdybym nie był hetero 
chętnie bym z nim coś .. – w tym momencie oberwał od Rosalie, która z całej siły 
walnęła go w tył głowy – Ałł ! To bolało, kicia.  

   -Bo miało, miśku – uśmiechnęła się do niego słodko, głaszcząc go po policzku – 
Wiecie, nie mam już ochoty na oglądanie filmu. Chodźcie nad jezioro i poróbmy coś 
śmiesznego, przestało już padać. Co wy na to ? – wszyscy, jak jeden mąż się zgodzili 
i zaczęli się podnosić. 

   -Bello ty również idziesz – zwróciła się do mnie Jane z Rosalie. Skinęłam głową i 
wróciłam jeszcze do pokoju po aparat. Chciałam jakoś wykorzystać to, że nie będę 
mogła wejść do wody.  

   -No ale co będziemy tam robić ? – spytał Emmett, łapiąc blondynkę za rękę – 
Przecież jest dopiero druga.  

   -Nie idziemy na tą plaże co zawsze, palancie – skomentował Riley – Idziemy na 
inną plaże – wyjaśnił jak dziecku. Emmett przez chwilę wyglądał na oszołomionego, 
ale w końcu skinął głową i szeroko się uśmiechnął. 

   Droga na „zakazaną  plażę”, jak to ujął Jasper, prowadziła przez las. Riley 
prowadził nas przez wymyślną ścieżką, na którą nikt normalny by nie wszedł. 
Dziewczyny jęczały, że podrą im się nogawki od spodni, albo zahaczą nogą w jakiś 
krzewy z jeżynami. Jednak chłopacy pozostali nie wzruszeni na ich jęki i szli na 
przód zostawiając nas daleko w tyle. Ja jako jedna z nielicznych nie miałam 
problemu z wycieczką po lesie, chodź jako typowy mieszczuch, rzadko jeździłam do 
lasów, kiedy rodzice jechali tam na grzyby. Nie rozumiałam po co marnować dzień z 

background image

 

19 

dala od cywilizacji i uroków miasta. Teraz widzę, co traciłam. Pośród intensywnej 
zieleni, brzęczenia owadów i polnych kwiatów, można poczuć uczucie ulgi, spokoju i 
tego, że jest się samemu na świecie. Mi takie wyjście bardzo pasowało.  

   -Daleko jeszcze ? – Alice wraz z Jane już któryś raz z rzędu zajęczały. W końcu 
Riley wziął moją siostrę na barana, a Jasper nie pozostawał w tyle i tak dwie panie, 
znalazły się ponad naszymi głowami. Bree śmiała się jak małe dziecko, co jakiś czas 
pokazując coś mojemu bratu, który przejawiał wielkie zainteresowanie. 
Uśmiechnęłam się do siebie, widząc tą scenkę i cyknęłam zdjęcie, wcześniej 
podchodząc do nich. 

   -O, Bella ma aparat ! – zawołał radośnie Emmett odwracając się w naszą stronę – 
Zrób mi sweet focię. Będę ją mógł dodać na „fejsa” – pstryknął palcami i ustawił się, 
tak jak niejedna modelka na wybiegu. Tylko, że w jego wykonaniu było to aż nazbyt 
śmieszne. Riley z Jasperem postawili Alice i Jane na ziemi, a one niezadowolone 
włóczyły się obok mnie, Rose i Bree.  

   -Niedźwiedziu, nie obrażaj modelek ! – wrzasnął Riley, zakrywając przy tym oczy – 
Już wolę oglądać Kate Moss w worku na śmieci, niż ciebie ! – po czym wybuchnął 
niepohamowanym śmiechem. Niedźwiedź pobiegł w jego stronę i szybko obalił go na 
ziemię.  

   -Złaź ze mnie, durniu ! – Emm próbował go zrzucić, ale marnie mu to wychodziło. 
Nie mogąc się powstrzymać, cyknęłam im fotkę – Swan, nie rób mi zdjęć. No chyba, 
że Riley ze mnie zejdzie. 

   -Oj, Miśku, a gdzie jakieś „proszę” ? – zaśmiałam się i zrobiłam jeszcze jedno 
zdjęcie – Idziemy dalej ? – spytałam reszty. Rosalie pomogła wstać Emmettowi, a ten 
za to pomógł Riley’owi.  

   -Zaśpiewajmy coś ! – zaproponował nagle Emmett, podskakując w moim kierunku 
– Znasz jakąś fajną piosenkę, Bells ? 

   -Nie, raczej nie – mruknęłam cicho, odwracając wzrok – Ale, Jane z Aleciem coś 
znają – popatrzyłam na rodzeństwo, które zmroziło mnie wzrokiem. Zaśmiałam się 
na ten widok, a wtedy wszystkie pary oczu były skierowane na mnie. 

   -Bella się zaśmiała – klasnęła w dłonie, Alice – To coś nowego, ale bardzo 
przyjemnego. Śmiej się dalej, śliczna – zapiszczała. 

   -Zobaczę co da się zrobić – odpowiedziałam, pół uśmiechem – Ale niczego nie 
obiecuje – dodałam zastrzegając. 

   -Lepsze to niż nic, mała – Emmett poczochrał mnie po głowie, dając mi do 
zrozumienia, jak niska dla niego jestem – A czy nasza mała Bella, będzie pływać ? 

   -Nie, wielkoludzie – spotkałam jego nieme pytanie i szybko odpowiedziałam – Nie 
mogę pływać. No wiesz, mam te dni – odpowiedziałam z naciskiem na „te”.  

   -Okej ! Już nic więcej nie chce wiedzieć – misiek zaczął wzbraniać się rękami, ale 
mimo to nie odszedł. Położył swoją wielką dłoń na moim ramieniu i uśmiechnął się 

background image

 

20 

szeroko – Jak będzie ci za ciężko to powiedz – skinęłam głową i lekko się 
uśmiechnęłam. To dziwne, że pomimo takiego gestu od strony miśka, nie czułam 
skrępowania. Wręcz przeciwnie. Czułam się przy nim swobodnie. Był dla mnie jak 
przyjaciel. Ktoś kto może mnie pocieszyć i wesprzeć, kiedy będę tego potrzebować. 
Oczami duszy nie widziałam w nim, żadnego wroga ani napastnika. Wydawało mi 
się, że moja psychika wolnymi krokami wracała do normy. Chodź już nigdy nie 
będzie taka sama jak wcześniej. Nigdy nie zapomnę.  

   Na „zakazaną plażę” doszliśmy w niecałe dwadzieścia minut. Chłopcy rozłożyli 
ręczniki na brudnym piasku, a dziewczyny oglądnęły plażę wzdłuż i wrzesz. Nie 
wyglądając na szczęśliwe. Po wąskim paśmie piasku, walały się pety i puszki po 
piwie. Pod drzewami widać było butelki, opakowania po niezdrowych przekąskach i 
tym podobne.  

   -Tu jest brudno, Riley ! – zapiszczała Bree podchodząc do brata – Jak ty to sobie 
wyobrażasz ? Mamy siedzieć na tym śmietniku ?! 

   -Wyluzuj siostrzyczko – chłopak w ogóle nie zwrócił uwagi na ton głosu, siostry – 
Nie jest tak źle. Popatrz na Bellę. Pierwszy raz, od trzech dni, widzę jak się 
uśmiecha – pokazał na mnie i pomachał. Słyszałam ich wymianę zdań, ale 
ignorowałam to. Zamiast tego, robiłam zdjęcia z zaskoczenia Alice i Jasperowi, oraz 
Edwardowi, który właśnie stanął nad brzegiem jeziora.  

   -Pstryk – zawołała Alice, podbiegając do rudego – Widać, że masz Bello dobry 
humor ! – zawołała w moją stronę, machając przy tym. Skinęłam tylko głową, by nie 
drzeć się na cały głos.  

   -Szkoda, że nie ma piwa ! – zawołał Emmett, opierając ręce na biodrach – Ma ktoś 
iPoda ?  

   -Ja i mam też turystyczne głośniki, niedźwiadku – odpowiedział Riley, śmiejąc się. 
Włączył muzykę i zaczął się rozbierać do bokserek. Wkrótce reszta płci męskiej, 
zrobiła to samo.  

   -Bella, zrób zdjęcie, no ! – zapiszczała Rosalie z Bree. Stanęłam naprzeciwko 
chłopaków i zrobiłam im kilka zdjęć. Chłopacy ustawiali się pod różnymi kątami, aż 
w końcu weszli do wody. Właściwie to do niej wbiegli.  

   Emmett zaczął podtapiać Edwarda, który raz po raz wyskakiwał z wody z 
grymasem na twarzy i rzucał się na wielkoluda. Ten jednak robił uniki i sam rzucał 
się na rudego. Wyglądali jak dzieci. 

   -Oni są nieznośni – mruknęła Rosalie, kiedy stałyśmy nad brzegiem – Emmett i 
Edward zachowują się jak bracia. Obaj niby są dorośli, ale jak się na nich popatrzy, 
to już nie wiadomo co jest prawdą – zaśmiała się. 

   -No chodźcie do nas ! – zawołał Emmett z Riley’em. 

   -Nic z tego, miśku ! – zawołała Rose. 

   -A ja się skuszę ! – powiedziały radośnie Jane z Bree, wbiegając do wody.  

background image

 

21 

   -Mamy pierwsze chętne – powiedział uradowany Emmett i zaczął chlapać 
dziewczyny. Uśmiechnęłam się pod nosem i usiadłam na piasku. Zatopiłam palce w 
brudnym piasku. Napotkałam przeszkodę w postaci kilku kamyczków i petów. 
Wspomniałam chwile, kiedy byłam w parku z ojcem, jako mała dziewczynka i 
puszczaliśmy latawce. Byłam szczęśliwa i radosna. Tata robił mi masę zdjęć. To 
właśnie dzięki temu, zainteresowałam się sztukę i fotografią. A teraz kiedy 
najbardziej potrzebowałam jego wsparcia, on wysłał mnie na obóz letni. Wypiął się 
na mnie. Ale to nie to było najgorsze. Bardziej cierpiałam z powodu, pobytu w 
psychiatryku. To było straszne. Poczułam jak jedna z łez, spada mi po policzku. 
Szybko ją starałam nie chcąc nikomu pokazać moich łez.  

   -Bella ! – Edward usiadł obok mnie, bacznie mi się przyglądając. Nie spojrzałam 
na niego, bo aż za bardzo przypominał mi Jacoba. Tylko dlaczego ? Przecież, tamten 
wyglądał zupełnie inaczej niż Edward. 

   -Co jest ? – podniosłam aparat i skierowałam na niego obiektyw – Uśmiech 
rudzielcu ! – zawołałam na co chłopak się uśmiechnął się szeroko, pokazując przy 
tym rząd białych zębów.  

   -Będzie ładne zdjęcie – powiedziałam cicho, oglądając zdjęcie i pokazując mu.  

   -Ładna lustrzanka, Bells – pochwalił sprzęt zamiast zdjęcie. Naburmuszyłam się i 
odsunęłam od niego aparat – No ej, nie zdążyłem. 

   -Masz pecha. Czas minął – pokazałam mu język, wstając z piasku. Otrzepałam 
rybaczki i podeszłam bliżej wody. Edward stanął za mną, przez co krople wody, 
skapnęły mi na top. 

   -Cullen – warknęłam odwracając się w jego stronę. Jego twarz znalazła się tuż 
przy mojej. Zdecydowanie za blisko.  Zrobiłam krok w prawo i ponownie 
popatrzyłam na przyjaciół. Zajęłam się robieniem zdjęć i ignorowaniem chłopaka, 
jednocześnie. 

 

   Kilka godzin później, kiedy słońce chyliło się ku zachodowi, zgodnie 
stwierdziliśmy, że pora wracać. Dopiero teraz do mnie dotarło, że opiekunowie 
obozu mogli nasz szukać. Zapewne dostaniemy karę albo będziemy musieli 
natychmiast wracać do domów. Moje wątpliwości musiał zobaczyć Jasper, który 
nagle znalazł się obok mnie i wyjaśnił: 

   -Opiekunów nie było w obozie. Wyszli z młodszymi na wycieczkę do Pierre i 
mieliśmy wolną rękę. Po za tym, oni sądzą, że siedzieliśmy cały czas w domkach.  

   -Logiczne – mruknęłam uśmiechając się – Ale możesz iść do Alice. Za bardzo 
stresuje się egzaminami, które czekają na nią, po powrocie – dodałam ciszej 
oddalając się.  

background image

 

22 

   -Cicha, zamknięta w sobie, Bella daje rady innym. Tego jeszcze na tym obozie nie 
było – powiedział zamyślony Edward, równając się ze mną krokiem. Popatrzyłam na 
niego z ukosa, chcąc by sobie poszedł. Nie miałam ochoty na jego towarzystwo.  

   -Byłeś tutaj w tamtym roku, że mówisz coś takiego ?  

   -No … nie – odparł zrezygnowany – Ale wiem co nieco. Obserwuje ludzi, Swan. 

   -Oczywiście – mruknęłam – Wiesz wszystko najlepiej, ale tak naprawdę nie wiesz 
nic – dodałam, widząc w oddali nasze domki. 

   -A co teraz będziemy robić ? Czekać do kolacji ? A potem ? – dopytywał się 
Emmett, kiedy weszliśmy na teren obozu. 

   -Ja mam naukę – powiedziała cicho Alice, spuszczając głowę. 

   -Ale masz też wakacje, Al – powiedział Jazz, lekko się uśmiechając – Wiem, że 
jutro jest koncert w Pierre. Może poprosimy braci Volturi o zgodę na wyjście, co 
sądzicie ? 

   -Mi pasuje ! – krzyknął uradowany Emmett, dając blondynowi sójkę w bok – Skąd 
ty bierzesz takie pomysły blondasku ? – spytał ze śmiechem, za co oberwał od 
Rosalie – Za co to, myszko ? – spytał pocierając głowę.  

   -Za głupotę – wytknęła mu język, idąc w stronę domku numer sześć – To do 
kolacji, panowie – machnęła im i weszła po schodkach. Za jej przykładem poszły 
pozostałe dziewczyny. Również chłopacy udali się do swojego domku. Został tylko 
Alec, który z niemrawą miną podszedł do mnie. 

   -Bella, sądzisz, że Bree mnie lubi ? Chodź tak, trochę ? – bawił się palcami i 
wyglądał na zagubionego.  

   -Uważam, że tak – sięgnęłam po aparat i przeszukałam archiwum zdjęć. W końcu 
natrafiłam się na odpowiednie i pokazałam mu – Widzisz ? Świetnie razem 
wyglądacie – Alec popatrzył się raz jeszcze fotografię po czym, przytaknął i odszedł. 
Miałam nadzieję, że chodź trochę poprawiłam mu humor. On nie zasługuje na to, by 
cierpieć. Ja owszem, mogę bo i tak nie mam nic do stracenia.  

   Weszłam do domku i doznałam szoku. Na podłodze walały się wszystkie ubrania, 
które do tej pory siedziały w walizkach.  Przeszłam przez nie, jak przez pole z 
minami. Byłam zdezorientowana. O co tu chodzi ? Z mojego pokoju, dochodziła 
kłótnia między pozostałymi współlokatorkami.  

   -Nie, Alice ! Nie dam Ci tej bluzki ! – wydarła się Rosalie. Otworzyłam drzwi z 
większą siłą niż zamierzałam i niczym kowboj stanęłam w drzwiach.  

   -O Bella ! Przekonaj tego blond osła, żeby mi pożyczyła tą fioletową bluzkę ! – w 
oczach brunetki czaiła się determinacja. Poznałam ją na tyle dobrze, by mieć 
pewność, że dostanie to czego chce. 

background image

 

23 

   -Ale ja tu widzę tylko Jane i Rosalie, a obie są blondynkami – wytknęłam jej, 
podchodząc bliżej. Alice się naburmuszyła się i odwróciła się do mnie plecami – Co 
tutaj się właściwie dzieje ? – zwróciłam się do Rose, która zaczęła składać swoje 
rzeczy.  

   -Nasza mała, zakochana chochlica już wybiera ciuchy na jutrzejszy dzień. 
Mówiłam jej, że Jasperowi, może nie udać się przekonać braci Volturi, do 
opuszczenia przez nas obozu. 

   -Ja wiem, kto może to zrobić – powiedziałam cicho. Rosalie popatrzyła na mnie z 
pytanie w oczach, a Alice przeszedł foch.  

   -Kto ? – spytała, na pozór normalnym tonem. 

   -Ja – odpowiedziałam zrezygnowana. Poczułam na sobie cztery pary oczu, które 
domagają się wyjaśnienia – Kajusz Volturi ma do mnie słabość. A wszystko przez to, 
że jestem outsiderem.  

   -Wykorzystaj to, Bella ! Proszę – poprosiła błagalnie Bree z Alice. 

   -Dobra, ale … ja i tak z Wami nie pójdę – mruknęłam. Zabrałam bluzę i nie 
czekając na słowa protestu wyszłam z domku. Słońce powoli chyliło się ku 
zachodowi. Przy pobliskich domkach bawili się młodsi obozowicze, którzy śmiali się 
lub robili zdjęcia. Uśmiechnęłam się pod nosem i przeszłam przez główny plac, na 
środku którego był utworzony dół na ognisko. Dwie dziewczyny, które na pierwszy 
rzut mogły mieć piętnaście lat, siedziały na kłodach i zawzięcie o czymś rozmawiały.  

   -Bella ? – gdzieś obok siebie usłyszałam swoje imię. Odwróciłam się i zobaczyłam 
Edwarda. Szedł w moją stronę wolnym, ale zdecydowanym krokiem. Instynktownie 
zrobiłam krok do tyłu, co było głupotą, bo nie zobaczyłam, że ktoś stoi za mną. 
Spojrzałam, przez ramię i poczerwieniałam. Wpadłam na Aro Volturi. Co za ironia. 
Tak bardzo ograniczam kontakty z mężczyznami, że na nich wpadam. 

   -Isabella Swan i Edward Cullen, mogę wiedzieć czego szukacie w tej części obozu? 
– spytał surowo. To właśnie Aro Volturi jest tym „złym” bratem. On na pewno się nie 
zgodzi, żebyśmy opuścili teren obozu. 

   -Ja .. umm.. szłam właśnie do pana – wydusiłam, jąkając się. Zagryzłam wargę i 
popatrzyłam w szare oczy Ara.  

   -O co chodzi, panno Swan ? – spytał ostro. Przez cienki materiał jego, szarej 
koszulki widziałam jak napiął mięśnie. Serce zaczęło walić mi jak oszalałe, a w 
gardle zebrała się żółć. 

   -Ja .. chciałam się zapytać, czy istnieje jakaś szansa, żebym wraz ze znajomymi, 
pojechała jutro do Pierre. Bo jest koncert – powiedziałam spięta.  

   -Masz coś z tym wspólnego, Cullen ? – zwrócił się do chłopaka, o którym 
całkowicie zapomniałam. Edward stanął koło mnie. 

background image

 

24 

   -Tak, panie Volturi – odpowiedział na pozór grzecznie – Chcemy się trochę 
rozerwać.  

   -Skoro chcesz się rozerwać, to trzeba było nie jechać na obóz letni – prychnął 
opiekun. Poczułam ciarki na całym ciele.  

   -Niech pan do jasnej cholery powie tak lub nie, a nie wyżywa się na Edwardzie – 
podniosłam głos, patrząc mu prosto w oczy. 

   -Panuj nad językiem panno Swan ! – krzyknął – Nie masz prawa zwracać mi 
uwagi. Nie możecie wyjść jutro do Pierre – dodał ostro i obróciwszy się na pięcie, 
oddalił się.  

   -Ja pierdole, Swan ! – Edward popatrzył na mnie, zerknęłam na niego, ale szybko 
odwróciłam głowę, widząc jego wkurzone spojrzenie. On też takie miał, kiedy 
zaczęłam się wiercić. Momentalnie poczułam łzy pod powiekami. Zamknęłam oczy i 
starałam się nie rozpłakać, ale to było na nic. Krystaliczna ciecz spływała ciurkiem 
po moich, zaróżowiałych policzkach. 

   -Ty płaczesz ? – zdziwił się, a ja odwróciłam się i pobiegłam w stronę plaży – 
Poczekaj !  

   Nie zareagowałam, tylko biegłam przed siebie, potykając się co chwilę o gałązki 
czy wystające korzenie. Wiatr hulał, w moich włosach, powodując, że długie 
kosmyki wlatywały mi do oczu. Luźna koszulka podwinęła się, a ja nie chcąc, 
nikogo straszyć, musiałam się zatrzymać by ją poprawić. W tym momencie dogonił 
mnie Edward. Pośpiesznie opuściłam ręce, wcześniej sprawdzając czy nic nie widać.  

   -Uraziłem Cię ? – spytał cicho, podchodząc bliżej. 

   -Nie podchodź, Edward – wyciągnęłam rękę, powstrzymując go przed kolejnym 
krokiem. 

   -W porządku. Ale powiedz co złego zrobiłem ? 

   -Dlaczego tak ci na tym zależy ? – odpowiedziałem pytaniem, robiąc kilka kroków 
w tył.  

   -Sam nie wiem. Może dlatego, że z tobą najmniej rozmawiam ?  

   -Tak powinno zostać, Edward – odpowiedziałam cicho, walcząc z chęcią 
spuszczenia wzroku. On sam, chyba nie miał tego w planach, bo uporczywie się we 
mnie wpatrywał.  

   -Dlaczego ? – spytał po chwili – Czemu nie chcesz ze mną gadać. Właściwie to z 
nikim nie rozmawiasz. Emmettowi, Jasperowi czy Riley’owi odpowiadasz 
monosylabami. Unikasz kontaktu wzrokowego z każdym facetem na obozie, prócz 
swojego brata.  

   -Tak jest lepiej – mruknęłam pocierając rękami gołe ramiona – Po prostu nie lubię 
ludzi. 

background image

 

25 

   -To dało się zauważyć. Ale nikt, kto unika kontaktu z ludźmi nie podnosi głosu na 
opiekuna obozu, albo nie jedzie na taki obóz.  

   -Mówiłam Ci, że musiałam tu przyjechać, w ramach kary. A napyskowałam, bo 
mnie zdenerwował – powiedziałam więcej niż miałam w planach. 

   -Łatwo wyprowadzić cię z równowagi. Unikasz kontaktu z ludźmi i pyskujesz do 
rodziców. Wiem o Tobie co raz więcej, Bello – odparł na wpół żartując. 

   -Mi nie jest do śmiechu – skierowałam się nad plażę. Nie chciałam przebyć z 
Edwardem, ale on najwyraźniej chce przybywać ze mną, bo poszedł za mną. 
Zatrzymałam się zaraz przy brzegu. Kolejna słaba fala, zamoczyła mi poniszczone 
trampki, a wiatr rozwiał włosy. Mimo że nie widziałam Edwarda, czułam jego 
obecność, co było mi nie na rękę. Wolałabym siedzieć tu sama, użalając się nad 
sobą i wściekać się na Jacoba, przez którego zostałam zesłana do tej dziury. 
Wszystkie miejsca na ziemi byłyby lepsze od tego obozu – pięćdziesiąt kilometrów od 
Pierre.  

   Brodząc w wodzie, dostałam gęsiej skórki, która była widoczna aż w Montrealu. 
Oplotłam się ramionami, ale uparcie stałam w jeziorku i patrzyłam na linię 
horyzontu. 

   -Idź jak chcesz, Edward – zwróciłam się do niego, nie odwracając się w jego 
kierunku. 

   -Tylko z Tobą – odpowiedział, podchodząc do mnie. 

 
 

 

background image

 

26 

TRZECI. 

   Promienie słońca próbowały przebić się przez pokrywę chmur i cienką szybę w 
oknie na stołówce. Dzisiejsza pogoda, aż zapraszała na pływanie w jeziorze. Byłam 
zła na nią, że nie działa na moją korzyść. Że znów robi na opak. Od naszej wycieczki 
na „zakazaną plażę” minęły trzy dni. Od tej pory, Edward nie spuszcza ze mnie 
oczu. Zawsze jest obok, zupełnie jak mój cień. Nie mam pojęcia o co mu chodzi. W 
sumie to nie chce wiedzieć. Mam czas na takie rewelacje. Dzisiaj jest dzień … wizyt. 
Przyjeżdżają rodziny i spędzają ten dzień z swoimi pociechami. Mogą pojechać wtedy 
do Pierre, albo gdzieś dalej. Przeczuwałam, że ode mnie może się nikt nie pojawić. 
No chyba, że mama, która będzie chciała spotkać się z Aleciem lub Jane. Nie 
miałam im tego za złe. W końcu byłam wariatką, która kłamała, żeby zwrócić na 
siebie uwagę zapracowanych rodziców. To bez znaczenia, że po tym wszystkim czuli 
się winni. To i tak moja wina, bo nie powinnam sama iść do tego cholernego klubu ! 

   Kiedy późne śniadanie dobiegło końca, wszyscy obozowicze w pośpiechu opuścili 
stołówkę. Nie patrzyli się na innych, którzy również się pchali do wyjścia. Chcieli 
wyglądać dobrze na przyjazd swoich rodzin, które mają zawitać dopiero o pierwszej. 
Ja ruszyłam do wyjścia jako jedna z ostatnich, właściwie to oprócz mnie, na 
stołówce został tylko Edward, który popatrzył na mnie z uśmiechem. Skinęłam tylko 
głową i wyszłam z pomieszczenia.  

   Promienie, opatuliły moją twarz, niczym cienka kołdra. Dookoła słychać było 
śmiech dzieci i podniesione rozmowy. Dziewczynki robiły sobie nawzajem warkocze, 
a chłopcy kopali między sobą piłkę.  

   -Widzisz ich ? – spytał Edward równając się ze mną krokiem. Spojrzałam na niego 
z ukosa, nie rozumiejąc czemu jest obok – Są szczęśliwi i cieszą się słonecznym 
dniem.  

   -Ty też byś mógł, a nie cały czas się kręcisz obok – mruknęłam na powrót patrząc 
się przed siebie.  

   -Nic na to nie poradzisz – odparł i mogłabym przysiąc, że właśnie się uśmiechnął – 
Po za tym, i tak się ode mnie uwolnisz – dodał z tajemniczą nutką w głosie.  

   -Co masz na myśli ?  

   -Czy to nie Twoja mama, przytula Jane ? – wytężyłam wzrok i zobaczyłam niską 
sylwetkę mojej matki. Kasztanowe włosy spływały jej po wyprostowanych plecach, 
mimo że przytulała Jane. Moja matka to perfekcjonistka w każdym calu. W latach 
licealnych, została królową balu. Dodatkowo była modelką i miss swojego 
rodzinnego stanu – Alabama.  

   -Nawet jeśli przyjechała to tylko do Jane i Aleca – odparłam cicho. 

   -Czemu taka jesteś ? – nie dowierzał moim słowom – Jak możesz być taka zimna i 
szorstka dla nich ? – spojrzałam mu prosto w oczy, walcząc z gniewem. Już 
chciałam mu powiedzieć jakąś ciętą ripostę, ale się powstrzymałam i wzruszyłam 

background image

 

27 

tylko ramionami. Miałam gdzieś, opinie Edwarda o mnie. Może sobie sądzić, że 
jestem wariatką. W sumie to za bardzo się nie pomyli, patrząc na to, że byłam w 
psychiatryku aż trzy miesiące. Zdecydowanie o trzy za dużo.  

   Byłam co raz bliżej swojego domku, przy którym zobaczyłam mamę i Leah. Co one 
tutaj robią ? Twierdzili, że mnie nie odwiedzą, bo tak będzie lepiej. Chcieli mojego 
dobra, a teraz przyjechali. Powinnam się cieszyć, prawda ? To dlaczego czuje się 
strasznie źle ? Dlaczego jestem na nich wściekła ?  

   -Bella ! – moje czarne myśli, przerwał pisk Leah. Indianka biegła w moją stronę i 
nim cokolwiek zdążyłam zrobić, ona rzuciła mi się na szyję. Płakała, mocząc mi 
luźną koszulkę. Jej palce jeździły po moich plecach, natykając się na blizny, na 
które nie zwracała uwagi. Pół długie czarne włosy, łaskotały mnie w nos. Byłam 
szczęśliwa, że mam ją teraz obok siebie. 

   -Leah – szepnęłam przez łzy, powodując, że przyjaciółka odkleiła się ode mnie – Co 
ty tutaj robisz ? – spytałam z wyrzutem, wycierając łzy – Mówiłaś, że nie 
przyjedziesz.  

   -Tak wiem, ale musiałam, cię zobaczyć – odparła uśmiechając się szeroko – 
Chciałam sprawdzić jak się miewasz. Czy nadal jesteś wrakiem człowieka, którym 
byłaś na zakończeniu roku – dodała ciszej – O, a to kto ? – podążyłam za jej 
wzrokiem i natknęłam się na Edwarda, który nadal stał za moimi plecami.  

   -Edward Cullen – powiedziałam cicho – Edward to moja przyjaciółka Leah 
Clearwater – pokazałam na dziewczynę, która zdążyła już uścisnąć mu rękę. 

   -Cześć Cullen. Pamiętam cię – powiedziała beztrosko, jakby spotkała starego 
kumpla – Pamiętasz, nową uczennicę w dwa tysiące dziewiątym roku ? – ten bez 
słowa skinął głową – To ja ! – krzyknęła śmiejąc się.  

   -Nie nabijaj się ze mnie – powiedział rozbawiony. Chcąc zostawić ich samych 
skierowałam się w stronę domku, ignorując zebranych wokół nich rodziców.  

   -Córeczko – odwróciłam się i zobaczyłam Renne. Ruszyłam w jej kierunku i 
rzuciłam się jej na szyje.  

   -Mamo ! – kobieta zaśmiała się, widząc jak bardzo tęskniłam. Tak naprawdę nie 
zdawałam sobie z tego sprawy, dopiero kiedy ją zobaczyłam i usłyszałam jej głos, 
dotarło to do mnie.  

   -Co słychać ? – spytała, kiedy się już od niej odkleiłam – Wszystko dobrze ? 

   -Nie – przyznałam zgodnie z prawdą – Wspomnienia wracają – dodałam ciszej, 
poprawiając włosy. 

   -Dlatego tutaj jestem. Jeśli chcesz możesz wraz ze mną i Leah wrócić do domu – 
powiedziała. Rozszerzyłam oczy i nie mogłam uwierzyć, że właśnie to 
zaproponowała. Twierdziła, że będę musiałam zostać do końca turnusu, by 
odpocząć i pozbyć się koszmarów. A teraz chce bym wróciła.. Do miasta, w którym, 
to wszystko się zdarzyło. To nie może być prawda.. 

background image

 

28 

   -Nie żartuj sobie, ze mnie mamo – mruknęłam wchodząc z nią do domku – Sama 
mówiłaś, że powinnam tu zostać do końca turnusu, by odpocząć. Zmieniłaś zdanie? 
– usiadłam na swoim łóżku, robiąc miejsce dla Renne. 

   -Po części tak – przyznała – Chcę byś wróciła do domu. Razem możemy to 
pokonać. Nie powinnam była wysłać ciebie do innego kraju, tylko dlatego by pozbyć 
się kłopotu – dodała patrząc na okno – Dodatkowo, sądzę, że powinniśmy 
porozmawiać na temat twojej przyszłości, Bello. 

   -Chcę … odetchnąć. Może znaleźć pracę w jakieś galerii albo w spożywczym – 
zaśmiałam się cicho. 

   -Śmiejesz się – zauważyła – Tak dawno nie słyszałam twojego śmiechu, ostatni 
raz, tamtego dnia – posmutniała. Wiem ile to dla niej kosztuje. Straciłam cnotę w 
najmniej przyjemny sposób. Już gorzej być nie mogło. 

   -Wiem, mamo. Nie zadręczaj się – poprosiła, dotykając jej ręki, która się trzęsła – 
Jak w pracy ?  

   -W porządku. Ojciec wciąż pracuje i nie może wziąć wolnego. Ale mi się udało.  

   -Całe szczęście – szepnęłam – Chcę zająć się swoją przyszłością i nie myśleć tyle o 
tym. Po części siebie obwiniam, bo powinnam była poprosić Leah by mi 
towarzyszyła. Byłam głupia, ale zmieniłam się, mamo. 

   -Widzę. Jeszcze trzy dni temu chciałaś wracać do domu, a teraz chcesz zostać. 
Czy to ma z kimś związek ?  

   -Poznałam miłych ludzi. Całkowicie różniących się od tych w Kanadzie. Są 
zabawni i mają milion pomysłów na sekundę – sięgnęłam po zeszyt, znajdujący się 
w szufladzie. Otworzyłam na odpowiedniej stronie i pokazałam jej szkic Rosalie – To 
Rosalie Hale. Ma dwadzieścia lat i jest naprawdę miła. Mimo że jest blondynką i ma 
figurę modelki, wcale nie jest snobką i nie wywyższa się.  

   -To miło. Cieszę się, że poznałaś tutaj znajomych, ale Bello, zdajesz sobie sprawę, 
że po końcu obozu będziesz musiała się z nimi pożegnać, prawda ?  

   -Tak wiem – odparłam, odkładając na miejsce zeszyt – Mamo. Chodzi o to, że ja 
czuję się dziwnie przy takim chłopaku. To jak na mnie patrzy i to jak się zachowuje 
powoduje u mnie, że przypominam sobie Jacoba. Są do siebie bardzo podobni – 
powiedziałam cicho, walcząc z napływającymi łzami – To chore ! Wszędzie widzę 
Jacoba.  

   -Mówisz o tym chłopcu, z którym rozmawiała Leah ? – skinęłam głową – 
Faktycznie podobny. Tylko, że Jacob Black miał chyba czarne włosy, prawda ?  

   -Tak. Ale .. kolor oczu, gesty, mimika i inne tego typu rzeczy są podobne – 
odparłam wtulając się w rodzicielkę – Boję się. 

   -Nie masz czego. Ten chłopak to nie Jacob – pogłaskała mnie po plecach – 
Wszystko będzie dobrze, córeczko.  

background image

 

29 

   -Ja … nie chcę do domu – pociągnęłam nosem – Chciałabym żyć normalnie. Jak 
przed gwałtem. Chcę iść na studia, pracować i zapomnieć – mówiłam przez łzy 
mocząc bluzkę Renne – Dziękuję, że przyjechałaś.  

   -Nie musisz dziękować – odkleiłam się od niej i popatrzyłam w jej brązowe, pełne 
troski oczy – A na studia masz czas. Pamiętaj, że nic na siłę. 

   -Wiem i dziękuję – odpowiedziałam śmiejąc się cicho – A jak Hullu

2

 ? – Hullu, to 

szczeniak rasy Jack Russel terrier

3

, którego dostałam na dziewiętnaste urodziny. 

Kiedy musiałam wyjechać, robiłam to z ciężkim sercem, ponieważ Hullu szczekał i 
łasił się, a w jego oczach czaił się smutek. 

   -Wciąż śpi w twoim pokoju i kiedy chcę do niego wejść, on szczeka i wygania 
mnie. Dodatkowo mało je – przyznała spuszczając na chwilę wzrok – Tęskni.  

   -Ja też – westchnęłam ciężko – Przywiozłaś jakieś chipsy ? – zmieniłam temat, 
mając nadzieje, że to może. Mama zaśmiała się i odpowiedziała: 

   -Tak. Według zaleceń Jane, kupiłam dwie paczki o smaku zielonej cebulki jak i 
trzy – paprykowych – ponownie się zaśmiała – Dodatkowo mam orzeszki, dwie 
butelki coli i słone paluszki. Opiekunowie pozwalają wam na takie niezdrowe 
jedzenie ? 

   -Nie wiedzą – odpowiedziałam – A masz jakieś kredki, albo pastele ? 

   -Tak. Pomyślałam o tym. Przywiozłam twoje ulubione pastele. Te, które są 
połamane. Wiem, że mimo to lubisz nimi malować. 

   -Tak – skinęłam głową, uśmiechając się – Dziękuję – dodałam, ponownie 
przytulając do siebie Renne.   

   Następne kilka godzin spędziłam w towarzystwie mamy, rodzeństwa i Leah, która 
od kiedy wskoczyła w ramiona Edwarda, jest dziwnie milcząca. Nie naciskałam jej 
jednak, wiedząc, że i tak to nic nie da. Należy ona do takich typu ludzi, którzy żalą 
się wtedy, kiedy sami tego chcą. W sumie to dobrze, bo przynajmniej nie muszę 
zdzierać głosu by wyciągnąć od niej newsy.  

   -Czemu właśnie tak podzielili obóz ? – spytała się, na pozór spokojnie Renne. 
Pomrugałam kilka razy powiekami, i już chciałam jej odpowiedzieć, kiedy Jane była 
szybsza. 

   -Tutaj są młodsi obozowicze. Między siódmym a jedenastym rokiem życia. Sama 
nie mam pojęcia, dlaczego. Właściwie nikt nie wie – dodała przygaszona, odgarniając 
z czoła kilka jasnych kosmyków – Chodźmy nad jezioro !  

   -My z Bellą, do Was dojdziemy – zakomunikowała Leah. Mama skinęła głową i 
łapiąc bliźniaki pod łokcie ruszyła w stronę plaży. Przyjaciółka patrzyła w ślad za 
nimi, aż w końcu zniknęli nam z pola widzenia. 

                                                           

2

 Hullu – z fińskiego szalony.  

3

 

http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/c/ca/Jack_Russell_Terrier2.jpg

 

background image

 

30 

   -Co jest Leah ? – zagadałam, podchodząc bliżej mnie – Chodzi o Edwarda Cullena? 

   -Jakbyś zgadła – mruknęła, kopiąc drobne kamyki – Pamiętasz, jak dwa lata temu 
pojechałam do małego miasteczka Tulsa ? Właśnie wtedy do naszej szkoły przyleciał 
Eric Yorkie. Ten azjata – zaczęła gestykulować. 

   -Pamiętam. Powiesz wreszcie o co chodzi ? 

   -Miałam z Edwardem Cullenem, mały … romans. Chyba tak to można nazwać. 
Przespaliśmy się kilka razy i … - natychmiast jej przerwałam. 

   -Wybacz Leah, ale nie obchodzi mnie co robiłaś z Edwardem. Jak sama wiesz, 
unikam kontaktów z mężczyznami, więc nie interesuje mnie co z nim robiłaś – 
wzdrygnęłam się na samą myśl o tym, co robiła z miedzianowłosym.  

   Dziewczyna zaczęła nerwowo bawić się kawałkiem bluzki. Zauważyłam, że to nie 
wszystko. Jednak uparcie milczałam. Nie chciałam naciskać, sama tego nie lubię. 
Podniosłam głowę ku górze i pozwoliłam by wiatr łaskotał mnie po twarzy i zniszczył 
i tak byle jaką fryzurę.  

   -Wtedy wyznał, że mnie kocha. Ale kiedy wróciłam do Montrealu, nie odezwał się 
ani razu. Zerwaliśmy kontakt. Jakoś się uporałam, ale teraz wszystko wróciło. Nie 
wiem co mam zrobić – wyznała cicho – Może nie powinnam sobie robić złudnych 
nadziei, co ? 

   -Leah, wiem, że chcesz, żebym cię wsparła, ale dobrze wiesz, że ja się nie znam na 
kontaktach damsko – męskich – powiedziałam szczerze patrząc w jej czarne 
tęczówki – Chciałabym powiedzieć ci coś, co by ci pomogło.. No ale nie wiem co. 

   -Wiem, Bella. Ale i tak dziękuję – szepnęła przytulając mnie – Chodź do twojej 
mamy, bo może cię denerwować.  

   -Jestem z tobą – przypomniałam jej i ruszyliśmy w stronę jeziora.  

   Jane z Aleciem, pokazywali na coś w zaroślach, a Renne stała na brzegu jeziora i 
patrzyła w tamtym kierunku. Wyglądała na szczęśliwą, może dlatego, że miała przy 
sobie dwójkę ukochanych dzieci, które nie przyskwarzają jej kłopotów.  

   -Bella ! Mówiłam właśnie mamie, że robiłaś przedwczoraj zdjęcia – zawołała 
radośnie Jane, zauważając, że do nich dołączyliśmy – Mama chce je zobaczyć. 

   -Ale one nie są takie dobre – zaczęłam się bronić wiedząc, że i tak jestem na 
przegranej pozycji. Renne podniosła jedną z brwi dając mi do zrozumienia, że jej nie 
obchodzi moja opinia – No dobrze – powiedziałam pokonana, mimo że mama nic nie 
powiedziała. Tak jest zawsze. 

   -Cieszy mnie, że znów wzięłaś do rąk aparat. Sądziłam, że obrośnie warstwą 
kurzu i nie będziesz mogła go znaleźć pośród innych rzeczy. 

background image

 

31 

   -Aż tak źle z nim nie było. Ale gdyby nie Alec, zostawiłam bym go w domu – 
odparłam zgodnie z prawdą, patrząc na wodę. Na tafli były widoczne słabe fale, 
które raz po raz uderzały o brzeg.  

   Czas z mamą i przyjaciółką minął w szybkim tempie. W tym dniu obiad i kolacja 
była dla chętnych, więc w porze kolacji nie było wiele osób. Pośród obecnych 
dopatrzyłam się Alice i Rosalie z ich mamami, a Jaspera i Emmetta z ojcami. 
Jedynie Edward siedział sam z pochyloną głową, dłubiąc w talerzu. Wyglądał na 
przybitego, chodź z drugiej strony wydawać by się mogło, że wiedział, że będzie sam. 
Edward musiał wyczuć, że się na niego patrzę, gdyś popatrzył w moją stronę. 
Speszona odwróciłam wzrok i wściekle się zarumieniłam. Mama z pozostałymi 
posłali mi ciekawe spojrzenia, jednak zignorowałam to. W głowie pojawił się 
Cullen… 

   Przez następne dni było, wyjątkowo spokojnie. Okazało się, że mama przyjechała 
tylko na dwa dni, więc już pojutrze rano, musieliśmy się z nią pożegnać. Przyszło mi 
to z trudem, ponieważ wolałam mieć ją przy sobie, nawet jeśli byśmy milczały. W 
końcu cisza potrafi być taka kojąca. Zamiast tego zostałam na obozie, z którego 
muszę wrócić jak nowonarodzona, w której nie siedzą demony przeszłości. Wiem 
jednak, że te demony będą we mnie siedzieć do końca moich dni. Wszystko przez 
blizny na plecach, które, pomimo że są zagojone wciąż pieczą i przypominają mi o 
tamtym dniu. To boli, ale też irytuje. Nie ma nic gorszego niż ciągłe przypominanie o 
tym co było. 

   Dzisiaj dwudziesty piąty lipiec. Na obozie jestem od przeszło tygodnia. Zostało 
więc około siedmiu dni mojej męczarni. Tylko siedem dni, a wrócę do domu. Do 
miejsca, w którym dobre wspomnienia mieszają się ze złymi. W miejscu, gdzie moje 
serce zamknęło się na miłość do mężczyzny. To wszystko jego wina !  

   Zimna woda, obmywała moje bose stopy. Słońce już dawno schowało się za linią 
horyzontu, przez co temperatura powietrza obniżyła się. Mogłabym tak siedzieć w 
nieskończoność, aż po koniec świata. Cichy trzask gałęzi, odwrócił moją uwagę. 
Popatrzyłam w przestrzeń między drzewami i jedyne co zobaczyłam to ciemna 
postać. Nie wstałam jednak z piasku i nie zareagowałam na żaden możliwy sposób. 
Po prostu siedziałam i patrzyłam się na wodę, kiedy nieznajomy się skradał. 

   -Nie boisz się ? – po głosie poznałam Edwarda. Poczułam ciarki na karku, a woda 
zrobiła się nagle lodowata. Zerknęłam na niego, zza kurtyny długich włosów. 

   -Nie – wyznałam, na powrót odwracając wzrok – I tak nie spotka mnie nic 
gorszego – przyznałam cicho. 

   -Opowiedz o tym – zachęcił. Nerwowo pokręciłam głową. Nie mogłam się na to 
zgodzić. Jeszcze nie. Nie wiele osób wie o tym, co mnie spotkało. Niech tak zostanie. 
Nie potrzebuje żalu ani litości. To najgorsze z uczuć. 

   -Nie mogę – wzięłam w garść piasek by następnie go powoli wysypywać – Jeszcze 
nie – dodałam pewniej – Wspomnienia wcale nie są ulotne, a czas nie leczy ran. 
Gdyby tak było, nie mielibyśmy żadnych blizn – popatrzyłam na niego, ale on 

background image

 

32 

wydawał się być daleko stąd. Zostawił tylko swoje ciało by te dotrzymało mi 
towarzystwa. Nie winiłam go za to. W końcu ma do tego prawo.  

   -Czemu nie wchodzisz do wody ? Boisz się jej ? – przerwał ciszę. Spojrzałam w 
jego stronę, ale on wciąż wydawał się być nieobecny.  

   -Można tak powiedzieć – odpowiedziałam cicho – Ja … po prostu nie lubię wody – 
dodałam co było prawdą. Edward przeniósł wzrok na moje stopy i sceptycznie 
popatrzył na mnie – A czy ja powiedziałam, że nie lubię w niej moczyć stóp ? 

   -No nie – przyznał – Ukrywasz coś ? – wciąż wiercił mi dziurę w brzuchu, nie dając 
mi spokoju. 

   -Może. Każdy coś ukrywa – mówiłam nie patrząc na niego – A ty ? Masz jakiś 
sekret, o którym nie chcesz mówić ? Na przykład to, dlaczego nikt nie przyjechał do 
Ciebie na dni wizyt ? – zacisnęłam mocniej wargi, by nie dopowiedzieć czegoś 
zgryźliwego – Przepraszam, ale nie lubię jak ktoś zadaje mi pytania – dodałam 
pośpiesznie chowając twarz w kolanach. 

   -Nie masz za co. Nie powinienem, naciskać – odparł na pozór spokojnie. Jednak ja 
już swoje wiedziałam. Domyśliłam się, że chłopak walczy ze sobą. Nim jednak coś 
powiedział, znów między nami zapadła cisza. Słychać było tylko szum fal i mój 
nierówny oddech, który z każdym biciem serca, uspokajał się.  

   -Kiedy miałem osiemnaście lat, spowodowałem wypadek samochodowy. Byłem 
ostro nawalony. Wracałem z kumplami z imprezy. Na głównym skrzyżowaniu w 
moim mieście, nie zahamowałem jak należy i potrąciłem dziewczynę, która właśnie 
miała przejść przez pasy. Rozglądała się, ale wcześniej nie zobaczyła mojego auta. W 
szpitalu okazało się, że była w ciąży, ale przeze mnie, poroniła. Mi nic się nie stało, 
no może prócz kilku siniaków i zadrapań. Odebrano mi prawko na trzy lata. Po tym 
incydencie starzy nie chcieli mnie widzieć w domu, więc zamieszkałem u kumpla. 
Na początku nie chodziłem do szkoły, wagarowałem, piłem, imprezowałem. Byłem 
wolny, ale rok temu, w sierpniu powiedziałem sobie dość. Poszedłem do liceum dla 
dorosłych i zaliczyłem rok z maturą. Od października wybieram się na studia, 
kierunek stosunki międzynarodowe – wyznał szczerze. W duchu podziękowałam, że 
w końcu się czegoś o nim dowiedziałam. Właściwie to mnie zaskoczył fakt, że chce 
iść na studia. Wydawało mi się, że jest typem buntownika i za nic w świecie nie 
wybierze się gdzieś dalej.  

   -Edward, właściwie to dlaczego prowadziłeś pod wpływem alkoholu ? Nie mogliście 
wsiąść taksówki ? Przecież moglibyście się podzielić kosztem za przejazd, a po 
samochód mogłeś wrócić następnego dnia – zmroził mnie lodowatym wzrokiem – 
Zachowałeś się niedojrzale.  

   -Być może, ale w tamtym okresie miałem wszystko, gdzieś – przyznał krzywiąc się 
nieznacznie – Byłem buntownikiem. 

   -Na początku obozu, miałam odczucie, że wciąż nim jesteś – odważyłam się 
powiedzieć – To znaczy, miałeś taki dziwny sposób odnoszenia się do innych. 

background image

 

33 

   -Ty za to milczałaś. Zresztą wciąż mówisz o sobie niewiele. 

   -Nie lubię. Nie cierpię o sobie mówić. To takie … nudne i nikomu nie potrzebne. 
Ludzi poznanych na obozie, pewnie więcej nie spotkam, a to dlatego, że mieszkam w 
innym kraju – wyznałam kładąc się na piasku – Gniewasz się ? 

   -Nie. Masz do tego prawo – burknął, niezadowolony moją odpowiedzią. Raptownie 
się podniosłam. 

   -Byłam w klubie, w którym doszło do małego … wydarzenia – powiedziałam 
niepewnie – Na razie tyle ci wystarczy, Edwardzie – wstałam z wilgotnego piasku i 
otrzepałam się z niego. Ruszyłam w stronę pomostu, nie dbając o to, czy 
miedzianowłosy patrzy na mnie czy nie. Stanęłam na jego końcu i wciągnęłam 
powietrze. Przez tą jedną krótką chwile czułam się wolna i sama na świecie.  

   -Uważaj, bo wpadniesz do wody – zawołał, wciąż siedząc na piasku. Zerknęłam na 
niego, przez ramię i pokazałam mu język – Dziecko – mruknął na tyle głośno, że 
usłyszałam, jednak nie zareagowałam na to. Patrzyłam się na linie horyzontu, 
wciągałam rześkie powietrze i cieszyłam się totalną swobodą. Nikt ani nic nie był w 
stanie mi tego odebrać. Po raz pierwszy czułam się szczęśliwa, nawet w tej dziczy.  

   -Umiesz pływać ? – spytał podchodząc bliżej. W milczeniu pokręciłam głową, 
patrząc na wodę – Chcesz się nauczyć ? 

   -Do czego zmierzasz ? – usiadłam na pomoście, dotykając dużym palcem tafli – 
Chcesz mnie nauczyć pływać, kiedy sam masz problem by wejść do wody ? – 
zakpiłam, przypominając sobie, że Edward rzadko wchodzi do wody, kiedy jesteśmy 
nad jeziorem całym obozem. 

   -Nie naśmiewaj się ze mnie, Swan – mruknął – Po prostu się dziwię. Jesteś nad 
jeziorem i w ogóle do wody nie wchodzisz. Odpycha cię od niej, tak ? – skinęłam 
głową nic nie mówiąc – Czemu ? 

   -Mówiłam, że nie lubię wody. Musisz drążyć ten temat ? – potrząsł głową. 
Ponownie zapadła cisza, ale tym razem ciążąca nam obojgu.  

   -Czemu jesteś taka tajemnicza ? Nie wiele o tobie wiem. Intrygujesz mnie – 
przyznał ciepłym głosem. Oniemiała popatrzyłam na niego, nie rozumiejąc o co mu 
właściwie chodzi. Nikt do tej pory nie mówił mi takich rzeczy. 

   -Chciałeś chyba powiedzieć, irytujesz – prychnęłam, uśmiechając się lekko – Życie 
jest pełne niespodzianek, nigdy nie wiesz kogo spotkasz na swojej drodze, 
Edwardzie. 

   -Nie bądź taka zagadkowa. Ja ci powiedziałem co nie co o sobie.  

   -A więc o to chodzi. Coś za coś ? – Edward skinął głową, szeroko się uśmiechając 
– Lubię zwierzęta. Mam psa rasy Jack Russel terrier. Jest słodki i wszędzie go 
pełno. Nie cierpię wody. Lubię boso chodzić po brzegu plaży. Czasami fotografuje i 
rysuje, ale nie pokazuje swoich prac nikomu – odpowiedziałam z nutką sarkazmu – 
To na razie wszystko – wstałam z pomostu i ruszyłam w stronę plaży. 

background image

 

34 

   -I tak Cię rozpracuję, Bello – zawołał, kiedy sięgałam po japonki – Zobaczysz – 
pokręciłam tylko głową i wróciłam do obozu z przeczuciem, że Edward faktycznie nie 
zrezygnuje. Będę musiała coś wymyślić, by nie otworzyć się przy nim za bardzo. Nie 
mogę tego zrobić, bo może wyłapać moje słabe strony, a potem wykorzystać je 
przeciwko mnie. Nie mogę pozwolić by to co zdarzyło się półtora roku temu się 
powtórzyło. Po prostu nie mogę.  

 

 

 

background image

 

35 

CZWARTY. 

   Położyłam głowę na niewygodnej poduszce, z nadzieją, że sen szybko mnie 
zmorzy. To jednak nie nastąpiło. Bezsilnie rzucałam się na wszystkie strony, 
uważając przy tym by nie zbudzić współlokatorek. Nie chciałam odpowiadać na 
irytujące i pozbawione sensu pytania. Taka już jestem. Najchętniej zamknęłam bym 
się w kokonie uplecionym z miłych wspomnień i matczynego ciepła, i zasnęła z 
poczuciem bezpieczeństwa.  

   Kiedy w końcu Morfeusz wpuścił mnie do swojego świata, mogłam odetchnąć z 
ulgą, bo o to nadszedł upragniony odpoczynek. Na początku śniła mi się … pustka. 
Dokoła mnie nic nie było. Byłam sama. Nagle usłyszałam czyjś szyderczy śmiech i 
pojawił się Jacob.  

   -Dopadnę cię, Swan ! – odezwał się, a w oczach pojawiły się mu pioruny – 
Zobaczysz,  dziwko. Jeszcze mnie popamiętasz – dodał i wnet koło niego, stanął, 
Edward. Ręce miał opuszczone wzdłuż ciała i patrzył na mnie z dziwną surowością. 
Czułam jak dławi mnie strach. Byłam gotowa do ucieczki, kiedy się odezwał: 

   -Nie reaguj na słowa mojego rezolutnego kuzyna. Opętała go rządza zemsty – 
wyjaśnił dziwnie spokojnie nie spuszczając ze mnie oczu – Jak mogłeś kretynie jej to 
zrobić ! – zwrócił się do mojego napastnika – Była dziewicą, idioto. Mówiła „nie”, 
więc jakim prawem się do niej zbliżyłeś ?! – to wszystko wyglądało bardzo 
realistycznie. Przez chwilę wydawało mi się, że nie śpię, ale kiedy nagle się wszystko 
rozmazało a ja otworzyłam oczy, zdałam sobie sprawę, że to był faktycznie tylko sen.  

   Po pierwsze to nie możliwe, że Edward Cullen to kuzyn Jacoba Blacka. Oni są 
tacy różni i inni. Chodź w wielu drobnych gestach są do siebie podobni, i to aż za 
bardzo. Edward ma podobny sposób patrzenia na mnie co Black. Podobne gesty. Ale 
obaj są mężczyznami w podobnym wieku, więc to normalne. Przynajmniej tak to 
sobie tłumaczyłam. Musiałam, bo nie chciałam wierzyć, że sen może być prawdą.  

   Zerknęłam w stronę małego okna, przez które sączyły się promienie lipcowego 
słońca. Z mojego miejsca widziałam kawałek błękitnego nieba i byłam pewna, że 
dzisiejszy dzień spędzimy nad jeziorem. Po raz kolejny zostanę na ręczniku i z 
przejęciem będę obserwowała nowych znajomych i szczęśliwe rodzeństwo. Może 
wezmę zeszyt i ołówek by coś narysować ? Od tamtego dnia, jakoś częściej po nie 
sięgam. Dzięki temu chodź na chwilę odrywam się od wspomnień. 

   Zwlekłam się z łóżka. Z walizki wygrzebałam ciemne szorty i jasno zielony top, i z 
kosmetyczką, w drugiej ręce ruszyłam w stronę małej łazienki. Szybko umyłam 
zęby, następnie rozebrałam się i weszłam pod prysznic. Moja lewa ręka, 
mimochodem powędrowałam w kierunku pleców. Opuszkami palców dotykałam 
blizn, do których miałam dostęp, krzywiąc się nieznacznie. Nie bolały mnie, ale 
czasami trochę piekły, kiedy za długo leżałam na plecach lub ktoś mnie mocniej w 
nie klepnął. Trauma sprzed roku spowodowała, że na swoje ciało patrzę z obrazą.  

background image

 

36 

   Pokręciłam głową i szybko umyłam włosy, odsuwając na bok męczące myśli. 
Postanowiłam zacząć cieszyć się piękną pogodą i nie myśleć o tym co było, ale co 
będzie.  

   Po porannej toalecie, postanowiłam obudzić resztę dziewczyn, nie chciałam się 
znów spóźnić na śniadanie, przez Alice, która zapewne znów będzie stała przed 
lustrem godzinę.  

   -Wstawajcie ! – wrzasnęłam, stając w drzwiach naszego pokoju – Śniadanie na 
godzinę – dodałam podchodząc do walizki siostry, w poszukiwaniu suszarki.  

   -Widzę, że masz dobry humor, Bells – zauważyła Jane wstając – Miło Cię taką 
widzieć. 

   -Też się cieszę – podniosłam głowę i uśmiechnęłam się szeroko – Gdzie masz 
suszarkę ?  

   -Yyy .. – zaczęłam rozglądać się na boki. W pewnym momencie zajrzała pod łóżko i 
wyciągnęłam spod niego szukany przeze mnie przedmiot – Mam !  

   -Dzięki – wzięłam od niej suszarkę i z powrotem weszłam do łazienki. Kiedy z niej 
wyszłam, moja siostra siedziała na łóżku i przeglądała kolorowy magazyn. Miała na 
sobie wytarte spodnie i koszulkę od piżamy. Rosalie szukała czegoś w walizce, kiedy 
podniosła głowę i uśmiechnęła się do mnie szeroko. Odpowiedziałam tym samym. 

   Kiedy wszystkie byłyśmy gotowe, wyszłyśmy z domku. Pogoda faktycznie była 
ładna, jednak Alice nie wydawała się jej dostrzegać. Wciąż marudziła i jęczała, że się 
nie wyspała. Stwierdziła, że musi porozmawiać z dyrektorem obozu by zmienił 
godzinę śniadań.  

   -Trzeba było nie siedzieć tak długo z Jasperem – powiedziała zirytowana Rosalie – 
Mogłaś wcześniej przyjść.  

   -Nie bądź taka mądra, Rose. Sama do późna gadałaś z Emmettem – odpyskowała 
jej i pokazując język, przyspieszyła. 

   -Dzieciak ! – zawołała jeszcze za nim, kręcąc z niedowierzaniem głową – Boże, co 
mnie skłoniło by ją zapraszać ? Gdyby Jasper nie jechał to ona też by została – 
dodała – A jak tam z Tobą, Bells ? Widziałam jak wracałaś. Szedł za Tobą Edward – 
to było stwierdzenie. Chciała wiedzieć, co jest między nami, ale nie chce tego siłą 
ode mnie wyciągać. 

   -Tak, rozmawialiśmy. Jest całkiem miły i można z nim szczerze rozmawiać – 
odpowiedziałam – Tylko, zastanawia mnie coś innego – wyznałam, nerwowo 
przegryzając wargę. 

   -Co takiego ? 

   -Pamiętasz jak wspomniałam Ci o … tym, kto mnie .. no wiesz – zaczęłam 
wymachiwać rękami, byle by nie powiedzieć na głos tego imienia i nazwiska. 

background image

 

37 

   -Pamiętam, pamiętam – przyznała, widząc jak bardzo się wzbraniam – Jacob 
Black, tak ? – spytała ciszej. 

   -Tak. Chodzi mi o to, że Edward ma podobny sposób patrzenia się na mnie i 
gesty. Sądziłam, że to dlatego, że może są ze sobą spokrewnieni. Dzisiaj śniło mi się, 
jak Edward zwraca się do mnie „nie zwracaj uwagi na słowa mojego rezolutnego 
kuzyna.” Może ja się za bardzo tym przejmuje i dlatego śnią mi się takie bzdury ?  

   -Chciałabyś w to wierzyć, dlatego nie chcesz dopuścić do siebie myśli, że może być 
inaczej. Może zapytaj się Edwarda czy zna takiego chłopaka ? – zaproponowała 
nieśmiało, kiedy weszliśmy na stołówkę – A zanim pójdziemy na plażę, to zrobię Ci 
jakąś fryzurę, by było Ci wygodniej, okej ?  

   -Jasne – uśmiechnęłam się lekko i dołączyliśmy do reszty.  

   Po śniadaniu, wróciliśmy do domku i mieliśmy raptem kilka minut na przebranie 
się. Rosalie powiedziała, że nie będzie dzisiaj pływała i zajęła się zaplataniem mi 
warkocza. Przy tym śmiała się i komentowała dzisiejsze zachowanie Emmetta przy 
stole. Chłopak wydurniał się, opowiadając dowcipy z pełną buzią i nawet ja się 
śmiałam, mimo że aż takie śmieszne to nie było. Po prostu to wychodziło samo z 
siebie.  

   Po tym jak Rosalie zrobiła mi warkocza, a Alice z pozostałymi dziewczynami się 
przebrała w bikini, które są w tym sezonie najmodniejsze, poszłyśmy na zbiórkę. Na 
początku Aro z braćmi marudzili, że nasz domek znów się spóźnił, ale szybko dali 
sobie spokój, kiedy dotarło do nich, że ich nie słuchamy. Kajusz nas policzył i 
mogliśmy ruszyć. Droga na plażę minęła w wesołej atmosferze. Młodsi obozowicze 
nabijali się z Ara, który według nich wygląda jak Emo z tymi długimi włosami i z 
markotną miną. Wśród nich chodzą plotki, że się tnie i wyje do księżyca. Ach jakie 
te dzieci mają wyobraźnię.  

   -Tutaj siadamy ! – zakomunikowała wesoła Alice i niemal w biegu ściągnęła letnią 
sukienkę. Patrząc na nią, niemal jej zazdrościłam. Dziewczyna miała idealne biodra, 
nogi. Wyprostowana figura mogła zdradzać, że ma za sobą przygodę na wybiegu. 
Płaski brzuch aż wołał by go dotknąć, w pępku dyndał jej kolczyk z motylkiem. Alice 
pomimo drobnej posturze jest niezwykle ładna. Nie myślcie, że jestem lesbijką, po 
prostu stwierdzam fakt. Sięgnęłam po aparat, który kazała mi zabrać Rosalie i 
skierowałam obiektyw w stronę koleżanki. 

   -Alice – zawołałam ją i nim zdążyła zareagować zrobiłam jej zdjęcie. Spojrzałam 
jak mi wyszło i podałam jej – I co sądzisz ? 

   -To jest świetne. Jak wrócimy do domu to musisz mi przesłać na e-maila zdjęcia. 
Będę miała niesamowitą pamiątkę.  

   -Oczywiście – uśmiechnęłam się szeroko – A teraz idź do wody !  

   -To na razie – machnęła ręką i już jej nie było. Oprócz mnie i Rose na kocu została 
jeszcze Bree, która z powodu z kobiecych dolegliwości nie mogła pływać. Mimo 

background image

 

38 

wszystko nie wydawała się być załamana z tego powodu. Położyła się na brzuchu ze 
słuchawkami w uszach i czytała jakąś książkę.  

   -Będziesz rysować ? – spytała beztrosko Rosalie. 

   -A chcesz ? – skinęła głową – W takim razie z chęcią – uśmiechnęłam się i z torby 
wyciągnęłam przybory do rysowania. Poprawiłam się na ręczniku i zaczęłam kreślić 
postać Bree. Dziewczyna nie zwracała na mnie uwagi, dzięki czemu mogłam dowoli 
ją rysować. Zależało mi na uchwycenie jej twarzy, na której co rusz pojawiały się 
płytkie zmarszczki. Wyglądała uroczo.  

   -Co rysujesz ? – z transu wyrwał mnie głos Rose. Całkowicie zapomniałam o jej 
obecności. Zerknęłam na nią i podbródkiem wskazałam na Bree. Dziewczyna od 
razu zrobiła i powróciła do opalania się. Uśmiechnęłam się kreśląc zarazy włosów.  

   -Rosalie Lilian Hale ! Masz w tej chwili wejść do wody – z daleka rozległ się gromki 
krzyk Emmetta. Blondynka pokiwała głową w niezadowoleniu i jedynie co zrobiła to 
pomachała do swojego chłopaka.  

   -Powinnaś iść do niego – wtrąciłam, rysując linię pleców Bree. 

   -Niech powydurnia się Jasperem, Riley’em i Alec’iem. A właśnie twój brat jest 
słodziutki i chyba nasza mała Bree na niego leci – dodała patrząc na Bree, która 
właśnie na nas spojrzała. 

   -Nie wtrącaj się, Hale – warknęła zła, ale wróciła do czytania – Allison jest idiotką 
– dodała, mając chyba na myśli, czytaną książkę.  

   -Ale się zrobiłaś pyskata, mała – Rosalie zaśmiała się i potargała jej ciemne 
pasma. Bree traciła jej rękę niczym natrętną muchę i uśmiechnęła się szeroko. 

   -Czuję coś do niego – zerknęła na mnie – Masz szczęście, mając takiego brata. 
Jest troskliwy, opiekuńczy, miły a do tego przystojny – z każdym wymienionym 
słowem dziewczyna rumieniła się jeszcze bardziej. Sądziłam, że bardziej nie może, 
ale kiedy zawołał ją mój brat, czerwień na jej policzkach pogłębiła się.  

   -Idź do niego ! Nie będzie czekał wiecznie – zaśmiałam się i szturchnęłam ją.  

   -Życzysz szczęścia ? – spytała niewinnie. 

   -Oczywiście. Nie martw się, nie jestem zaborczą ani wredną siostrą – Bree 
uśmiechnęła się jeszcze i pobiegła w stronę wody, chodź do niej nie weszła. 

   -Szkoda, że poszła. Nie zdążyłaś jej narysować – powiedziała niezadowolona 
blondynka. Przejrzałam się rysunkowi. Do tej pory narysowałam jedynie jej 
pochyloną głowę i kawałek książki. W milczeniu sięgnęłam po upuszczony ołówek i 
dokończyłam rysować książkę, pamiętając jak była ułożona w jej rękach.  

   -A jak u Ciebie ? – spytała cicho Rosalie. 

   -A jak ma być ? Walczę – pocieniowałam strony książki – Nie mam odwagi by 
spytać Edwarda o Jacoba Black’a – powiedziałam, nie patrząc na nią – Boję się, że 

background image

 

39 

uzna mnie za idiotkę. Już raz się spaliłam - nim zdążyłam pomyśleć, palnęłam gafę. 
Nie chciałam się przed nią całkowicie otwierać. Nie mogłam. 

   -Co masz na myśli ? Coś jeszcze złego Cię spotkało ? – popatrzyłam na nią znad 
zeszytu – Bells, nie musisz się bać. Nie wyśmieje Cię.  

   -Nie chcę o tym gadać, bo to nic ważnego – powiedziałam cicho, sama nie będąc 
do końca pewna swoich słów – Rose, nie umiem gadać o swoim życiu. Już samo to, 
że Ci powiedziałam o tym gwałcie, wiele mnie kosztowało.  

   -Co ?! – zza moich pleców dobiegł okrzyk zdziwienia. Powoli odwróciłam się i 
zobaczyłam Edwarda. Genialnie ! Jakby to nie mógł być ktoś inny. Czemu on ? 

   -Nic, przejęzyczałam się – mruknęłam, odkładając na bok zeszyt z ołówek. Powoli 
wstałam i bez słowa ruszyłam w stronę lasku. Ominęłam zdziwionego Ara i Kajusza, 
którzy chcieli coś powiedzieć. Ja jednak pokręciłam przecząco głową, powstrzymując 
ich od zbędnych słów. Czułam na sobie wzrok Edwarda i jego ciężkie kroki. 
Zatrzymałam się dopiero wtedy, kiedy byliśmy po za zasięgiem wzroku obozowiczów.  

   -Więc ? – zaczął przerywając ciszę. 

   -Ja … nie wiem o co Ci chodzi – odparłam pocierając nagie ramiona. Czułam się 
presje, jaką na mnie wywierał. Nie chciałam tego czuć. Chciałam stąd uciec i 
zamknąć się w domku.  

   -Bells. Nie bój się. 

   -Daj mi spokój ! – wrzasnęłam i pobiegłam w stronę jeziorka.  

   -Isabella ! – zawołał mnie Kajusz. Niechętnie do niego podeszłam i z niemrawą 
miną stanęłam przed nim. Mężczyzna popatrzył na mnie podejrzliwie, następnie 
wypuścił z ust powietrze i zaczął mówić – Martwię się o ciebie. Może powinnaś 
porozmawiać z psychologiem ? – nerwowo pokręciłam głową. Wiedziałam czym może 
się to skończyć. Znów zamknął mnie w psychiatryku i poddadzą obserwacji.  

   -Nic mi nie jest – wymamrotałam patrząc się na piasek zamiast na niego. 
Sądziłam, że pozwoli mi pójść, ale on położył mi dłoń na ramieniu i potarł mi go. 
Niby w pocieszycielskim geście, jednak moja psychika wyczuła w tym geście coś 
zupełnie innego. Chciałam się wyszarpnąć mu, ale kończyny odmówiły mi 
posłuszeństwa. Poczułam jak łzy zbierają mi się w oczodołach. Nie mogłam pozwolić 
sobie na łzy, bo inaczej Kajusz zechce mnie przytulić, a tego bym nie zniosła. 
Zamknęłam na chwilę oczy i wzięłam głęboki wdech i wydech.  

   -Mogę już iść ? – spytałam słabym głosem. Czułam jak żółć zalega mi w gardle, 
jednak nic z tym nie zrobiłam – Proszę. 

   -Tak – odparł, puszczając mnie. Skinęłam głową i nie patrząc na niego ruszyłam w 
stronę swojego ręcznika. Zastałam na nim Jane z Rosalie i Aleciem. Nim usiadłam, 
zaczęłam płakać.  

background image

 

40 

   -Co się stało ? – spytała Rose, kiedy ja wtuliłam się w siostrę i moczyłam jej 
delikatnie opalone ciało – Bella – dodała stanowczo. 

   -Janiewiemcosięzemnądzieje – wychlipałam przez łzy i z głową przyciśniętą do 
ramienia Jane. 

   -Ona nie wie co się z nią dzieję – powtórzyła siostra, zapewne widząc pytanie w 
oczach Rose – Spokojnie Bella. Cii … - poczułam na plecach delikatnie palce Jane. 
Jeździła wzdłuż moich blizn, mimo że nie raz je dotykała. To ona pielęgnowała mi 
rany kiedy mama, nawet nie chciała na mnie patrzeć. Nie wierzyła mi, że zostałam 
zgwałcona. Po dzień dziś, pamiętam co powiedziała, kiedy zobaczyła moją siostrę z 
tubką maści. 

   -Zostaw ją. Ona udaje ! Sama sobie zrobiła krzywdę, a teraz szuka pocieszenia – 
była zła, i było to widać w jej oczach. Spuściłam wzrok i odtrąciłam rękę siostry, 
która mimo wszystko wróciła do swojej czynności. 

   -Możesz już wyjść stąd, mamo – odparła poważnie – Daj jej spokój. Ona mówi 
prawdę. Nie chcesz to jej nie wiesz – dodała, nie patrząc na nią.  

   -Jane, nie pyskuj do mnie. Dobrze wiesz jaka jest Bella. Ciągle imprezuje i nigdy 
nie wiadomo, gdzie wyląduje – czułam wzbierającą się we mnie złość. Matka znów 
pokazała jak bardzo mnie nienawidzi. Jak bardzo mną gardzi.  

   -Ma do tego prawo. Teraz nie udaje, sama powinnaś to wiedzieć. Jest w końcu 
twoją córką – próbowała ją przekonać, jednak sama wiedziała, że od początku jest 
na straconej pozycji – Zaopiekuję się ją.  

   -Jak sobie chcesz – po tych słowach trzasnęłam drzwiami od mojej sypialni, i 
chwilę później można było usłyszeć jej ciężkie kroki na schodach. Jane przytuliła 
mnie mocno, nie patrząc na to, że mam na plecach tłustą maść 

   -Zmieniłam się – wychrypiałam, wracając do rzeczywistości – Zmieniłam.  

   -Oczywiście, że tak – powiedziała pewnie.  

   Do końca dnia starałam się nie pokazywać jak bardzo bolał mnie gest Kajusza, 
mimo że nie ścisnął mnie mocno. Już sam dotyk starszego mężczyzny źle na mnie 
wpływa. Staram się z tym walczyć, ale czasami obrzydzenie jest tak silne, że nie 
jestem w stanie spojrzeć mu w oczy. Psychiatra starał mi się wytłumaczyć, że z 
czasem to minie, ale muszę tego chcieć. Łatwo mu mówić. To nie on boi się 
kontaktu fizycznego ze starszymi facetami. Mam wstręt do samej siebie, za taką 
słabość.  

   Edwarda unikałam. Od kiedy na niego na krzyczałam, chciałam do niego podejść i 
przeprosić, ale czułam, że nie byłabym w stanie spojrzeć mu w oczy. Dotarło do 
mnie również, że słyszał, jak mówiłam do Rosalie, o gwałcie. Może i on nie wie jak 
ma się zachować. Zaczęłam liczyć na to, że zacznie mnie unikać. Co nie było by aż 
takim głupim pomysłem, zważając na to, że boję się sposobu w jaki na mnie patrzy. 

background image

 

41 

   Wieczorem miałam głowę miałam pełną zbędnych myśli. Dodatkowo okazało się, 
że pojutrze jest dyskoteka. Wiedziałam, że nie mogę obrać sukienki, która odkrywa 
plecy, ani takiej, w której widać łopatki, gdyż mam blizny również na nich. To 
poniżające.  

   -Czy to nie cudownie ? W końcu jakaś dyskoteka i jeszcze ten dzień dla nas ! 
Czyżby Volturii mieli jakiś dzień dobroci dla obozowiczów ? – Alice wciąż nie mogła 
w to uwierzyć. Zaczęła latać od walizki do walizki w poszukiwaniu odpowiedniej 
kreacji. Jeszcze przed pójściem spać, dopierała bluzkę do spódniczki, a kamizelkę 
do bluzki. Wyglądała zabawnie, kiedy coś jej nie pasowało.  

   -Uspokój się, Al – Rosalie odeszła do koleżanki i złapała ją za ramiona. Brunetka 
popatrzyła na nią z mordem w oczach, ale widać było, że stara się uspokoić. Jej 
klatka piersiowa podnosiła się u górze, zatrzymała się na chwilę by następnie opaść. 
Po jakiś dziesięciu powtórzeniach uśmiechnęła się szeroko i skinęłam głową. 

   -Dzięki. Po prostu chcę ładnie wyglądać, by Jasper nie musiał się za mnie 
wstydzić – usprawiedliwiła się.  

   -Ale on Cię kocha i dla niego to bez znaczenia co założysz, wiesz mi. Wydaje mi 
się, że gdybyś miała na sobie worek na śmieci to i tak by Cię kochał. Znasz 
powiedzenie, że ładnemu we wszystkim ładnie ? To się tyczy Ciebie, Alice – głos 
zabrała Bree uśmiechając się szeroko w stronę koleżanki. Alice wyplątała się z 
uścisku Rose i podeszła do Bree. Mocno ją przytuliła i dała jej całusa w policzek.  

   -Jak właściwie poznałaś Jaspera ? – zagadałam, chcą oderwać ją od szukania 
stroju. Alice rozpromieniła się i usiadła obok mnie.  

   -O Boże ! To było coś niesamowitego. Poznaliśmy się w sklepie muzycznym. Ja 
szukałam prezentu dla mojego ojca, który uwielbia rocka. Dziwnie co nie ? Jest 
pilotem a lubi rocka – zaśmiała się – No ale wracając do tego dnia. Buszowałam przy 
płytach z tej kategorii, a on pracował w tym sklepie. Podszedł do mnie i mi pomógł. 
Włosy miał w nieładzie, uśmiechał się szeroko i był taaaaaaki słodki. Pomógł mi, a 
ja w zamian zaprosiłam go na kawę. I tak to się zaczęło – widać było, że cała 
promienieje.  

   -Tak Alice. Całkowicie romantyczna historia – mruknęła z sarkazmem Rosalie – A 
teraz zbieraj swoje rzeczy z mojego łóżka, elfie ! – szturchnęła ją w ramię.  

   -Nie jestem elfem, blond ośle ! – pokazała jej język. Przypomniała mi się scenka 
sprzed kilku dni, kiedy Alice nazwała tak Rose, pierwszy raz.  

   -Dzieci ! – skitowała ich zachowanie Bree, zaciągając Alice do ich pokoju.  

   Następnego dnia obudził mnie głośny huk. W całym domku panowała grobowa 
cisza, która została przerwana przez niezidentyfikowany odgłos. Poderwałam się z 
miejsca i rozejrzałam na około. Rosalie stała na środku pokoju w czarnej satynowej 
koszuli nocnej i włochatych kapciach. Moja siostra leżała na podłodze z niemrawą 
miną.  

background image

 

42 

   -Co jest kurwa ?! – krzyknęła masując głowę.  Zdumiona popatrzyłam na siostrę. 
Nigdy nie przeklinała w mojej obecności, chodźby w liceum, kiedy na korytarzu 
można było usłyszeć co raz to nowe przekleństwa w różnych językach.  

   -Dochodzi to z saloniku – zawiadomiła półgłosem, Rose – Pójdę sprawdzić. 

   -Czekaj ! Idę z tobą – dodałam wychodząc z łóżka. Miałam na sobie za dużą 
koszulkę, z czarnym napisem zespołu MUSE, sportowe szorty i wełniane skarpetki. 
Rose przytaknęła i ruszyłyśmy w stronę odgłosów. W saloniku panowała cisza. 
Jedynie zza oknem słychać było jakiś szmer. Rosalie jednym sprawnym ruchem 
otworzyła okno. Omal nie krzyknęłam widząc kto za nim się czai.  

   -Do reszty was pogrzało – zaczęła – Chcecie byśmy na zawał padły ?! – stanęłam 
obok niej i spojrzałam na naszych rannych ptaszków. Emmett, Riley, Alec, Jasper i 
Edward byli w samych bokserkach, dodatkowo na bosaka.  

   -Nie, myszko – zawołał Emmett stając przed wszystkimi – Ale seksownie Ci w tej 
koszulce. Mrau.. 

   -Przestań kretynie – fuknęła Rose – Idźcie do siebie – już chciała zamknąć okno, 
kiedy jej chłopak jej to uniemożliwił – Co chcesz ? – uśmiechnęła się zalotnie, 
udając, że nie wie o co mu chodzi. 

   -Buziaka ! – Emmett ułożył usta w dzióbek i wystawił głowę, stając przy tym na 
palcach. Rosalie odwlekła z tym, aż w końcu mu uległa i pocałowała go. Był to 
krótki aczkolwiek namiętny pocałunek – Do zobaczenia na śniadaniu, dziewczyny – 
powiedział uradowany Emm – No chodźcie chłopaki. Edward, jak chcesz coś od Belli 
to pogadaj z nią, a się tak na nią patrzysz – zwrócił się na rudego, który posłał mu 
mordercze spojrzenie. Rosalie zachichotała i skierowała się do pokoju.  

   -Aha, Bella. Oddasz mi moją bluzę ? W nocy trochę jest zimno – odezwał się Alec, 
stając pod oknem. 

   -Przypomnij mi później – skinął głową i odszedł wraz z pozostałymi. Jasper z 
Riley’em zerkali jeszcze w naszą stronę. Pewnie mieli nadzieje, że Alice i Jane się 
pokażą. Czekało ich jednak małe rozczarowanie.  

   -Porozmawiamy później ? – spytał z nadzieją w głosie Edward, który wciąż stał pod 
oknem . 

   -Skoro nalegasz – mruknęłam i zamknąwszy okno wróciłam do pokoju. Rosalie 
szykowała ubranie na dzisiaj, a Jane zdążyła się już ubrać i uczesać. Wyglądała 
bardzo naturalnie i pięknie. Błękitna sukienka na ramiączkach, idealnie 
podkreślała jej talię, a dodatkowo pasowała do słomianego koloru jej włosów i 
jasnych oczu.  

   -Idę do łazienki dziewczyny – zakomunikowała Rose i wyszła. Ja natomiast 
dosiadłam się do siostry i lekko potarłam jej ramię. Popatrzyła na mnie i położyła mi 
głowę na ramieniu.  

background image

 

43 

   -Zakochałam się w Riley’u – zaczęła cicho – Ale nie chcę mieć nadziei, bo za 
niecały tydzień wracamy do Montrealu. On mieszka w New Haven. A to spory 
kawałek od Montrealu. Mama mnie nigdy nie puści do USA samej – pożaliła się, 
poprawiając głowę – Prawda ? 

   -Tak, sądzę, że masz rację. Mama jest nadopiekuńcza – dodałam z drwiną w 
głosie.  

   -Właśnie. No ale nic na to nie poradzę. Muszę cieszyć się tymi sześcioma dniami, 
które zostały – powiedziała pewnie podnosząc głowę – Ubierz się, Bells. 

   -A co to rozkaz ? – zachichotałam wstając z łóżka. Siostra nic nie odpowiedziała. 
Wyszukałam błękitny top z grubszego materiału, by  nie było widać blizn, do tego 
dobrałam szorty i czarne japonki. Rozczesałam włosy i splotłam je w koński ogon.  

   -Dzisiaj mamy dzień wolny, to może wybierzemy się do Pierre, a przy okazji 
pójdziemy do fryzjera, co ? – zaproponowała Rose, pojawiając się w drzwiach. Zza 
nią stały Alice z Bree, już gotowe do wyjścia. 

   -Pewnie, ale jak się tam dostaniemy ? – zauważyła Jane – Nie mamy ani auta, ani 
łódki. Dodatkowo autobusy tutaj nie dojeżdżają. 

   -Pójdziemy na piechotę. To jakieś pięćdziesiąt kilometrów – Alice i Bree się 
skrzywiły wycofując się – Bez gadania, Alice. Nie mamy auta, no chyba, że umiesz 
czarować. 

   -Nie można po prostu iść do domku opiekunów i ukraść kluczyki ? Na pewno ktoś 
z nich zostawił auto – rzekła beztrosko Alice, jakby to była najbardziej oczywista 
rzecz na świecie. Rosalie z Jane się zasępiły, a Bree stała z szeroko otwartymi 
oczami. Podeszłam do Alice i kładąc rękę na jej ramieniu, powiedziałam 
najdelikatniej, jak się dało: 

   -Jak Ty to sobie wyobrażasz ? Wkradniesz się do domku opiekunów i jak gdyby 
nic ukradniesz kluczyki, któremuś z nich ? A pomyślałaś o tym, co zrobisz jak ktoś 
Cię złapie ? Co powiesz ? „Przepraszam, że ukradłam kluczyki, ale chciałam 
pojechać na wycieczkę do Pierre” ? – Alice uśmiechnęła się szeroko, pokazując przy 
tym rząd śnieżnobiałych zębów. 

   -Ależ ty Bells, dramatyzujesz ! Można to załatwić legalnie. Pójdziesz do Kajusza i 
ładnie go zagadasz. Ja widzę jak on na ciebie patrzy – klasnęła w dłonie, i zaczęła 
się oddalać – Aha i masz na to dwadzieścia minut, licząc od śniadania ! 

   -Alice ! Nic z tego nie będzie – wybiegłam za nią, ale pech chciał, że wpadłam na 
kogoś. Niech to ją szlag trafi ! Podniosłam głowę i napotkałam czarne tęczówki 
Kajusza. Poczułam wielkie zdenerwowanie. Serce zaczęło tłuc mi się niemiłosiernie, 
a w gardle poczułam zbierającą się żółć. Na domiar złego, usta mi nagle wyschły.  

   -Dzień dobry – mruknęłam spuszczając wzrok – Jak się pan miewa ? – nie ma to 
jak grać głupa. 

background image

 

44 

   -Dzień dobry, Isabello – zaczął niezwykle formalnie –Kilka obozowiczów zgłosiło 
mi, że rano mieliście wizytę kilku chłopaków. 

   -Ach tak ? A którzy to tacy mądrzy ? Nikt u nas nie był. 

   -Nie mogę ci tego powiedzieć, panno Swan – i znów to  „panno Swan”. Czy oni nie 
mogą mówić po prostu „Bella” ? To takie trudne ? – Więc, jak było naprawdę ? 

   -Nikogo nie było. Wszystkie obudziłyśmy się niecałą godzinę temu – 
odpowiedziałam pewnie, odważając się spojrzeć mu w oczy – Jest sprawa, panie 
Volturi.  

   -Słucham – kątek oka zauważyłam, jak kładzie ręce na biodrach.  

   -Czy istnieje szansa na pożyczenie samochodu, byśmy mogły pojechać do Pierre ? 
– wydusiłam niepewnie stąpając z nogi na nogę.  

   -Wierz, że to zabronione. Dodatkowo nie wiem czy masz prawo jazdy czy nie – 
powiedział ciepło, co mnie zdziwiło.  

   -Mam ! – odpowiedziałam nienaturalnie szybko – To znaczy, oczywiście, że 
posiadam - Kajusz zmrużył oczy, nie do końca pewny moich słów. Dostrzegłam 
wahanie w jego oczach – Proszę – dodałam najsłodziej jak umiałam, wymierzając w 
tym czasie mentalnego policzka. 

   -Dobrze, ale niech nikt się o tym nie dowie – zastrzegł podając mi kluczyki – Macie 
trzy godziny – dodał i odszedł. Przez moment stałam tam jak słup soli i patrzyłam w 
ślad za nim. Miałam ochotę pobiec za nim i oddać mu kluczyki, mówiąc, że był to 
zakład. Ale powstrzymała mnie drobna rączka Alice. 

   -Wiedziałam, że tobie się nie oprze. Działasz na niego jak miód na pszczoły –
odezwała się – A teraz chodźcie, powiedzieć chłopakom. 

   -Alice, chyba czegoś nie dopracowałaś – rzekła Jane stając obok mnie. Brunetka 
spojrzała na moją siostrę, a następnie na mnie – Zapomniałaś, że auto Kajusza jest 
na pięć osób, czyli tylko my jedziemy. Jeśli chłopcy też chcą jechać, muszą sami 
sobie załatwić transport – odpowiedziała jej. 

   -Faktycznie – mruknęła smutna – Mają pecha ! To kto prowadzi ? Wiecie, że nie 
musimy iść na śniadanie ?  

   -Wyluzuj, Brandon – wściekła się Rosalie – Jesteś narwana jak nie jeden chochlik. 
A może któraś z nas nie chce jechać ? Uspokój się.  

   -Tak, tak – machnęła ręką – Więc, czy ktoś z was nie chce jechać ? – spytała z 
szerokim uśmiechem. 

   -Wiesz co … ja w sumie nie chce jechać – odezwała się Bree – Miłych trzech godzin 
– uśmiechnęła się i ruszyła w stronę stołówki. 

   Nasza czwórka podążyła do auta Kajusza. Wciąż nie mogłam uwierzyć, że tak po 
prostu oddał mi kluczyki. Do tej pory sądziłam, że faceci za żadne skarby świata nie 

background image

 

45 

oddadzą swojego auta. Szczególnie dorosły facet takiej małolacie jak ja. A co jeśli 
Alice ma racje i Kajusz  coś we mnie widzi ? Przecież to nie może być prawda ! On 
ma trzydzieści siedem lat (chyba), a ja dopiero dziewiętnaście. Czy on nie rozumie, 
że nienawidzę facetów ? Przynajmniej na razie. Co z tego, że próbuje się do nich na 
nowo przekonać ? Nie znaczy to, że on może czuć do mnie coś ! Kajusz jest 
opiekunem obozu a ja obozowiczką. Jego podopieczną. Po za tym on ma dziecko i 
żonę, ja mam za sobą traumatyczne przeżycia. Musi trzymać swoje uczucia na 
wodzy, a ja trzymać się od niego. Tak… tak muszę zrobić. Zostało raptem sześć dni. 
Dam radę. Muszę dać.  

   W tym momencie dotarło do mnie coś jeszcze. Leah. Kiedy była tutaj na dniach 
otwartych, powiedziała, że Edward się w niej kochał. Czy to możliwe, że Edward 
dalej czuje coś do mojej przyjaciółki ? A jeśli tak to co mnie to obchodzi ? Powinnam 
się raczej cieszyć, bo przynajmniej nie będzie mnie … nachodził. Chyba tak to mogę 
nazwać. Chciałabym, żeby Leah kogoś znalazła.  

   -Wsiadasz, Swan ? – na ziemię ściągnęła mnie Alice. 

   -Taa – mruknęłam siadając na tylnim siedzeniu. Rosalie poprawiła przednie 
lusterko uśmiechając się przy tym. Alice zaczęła się niespokojnie wiercić, wykazując 
w ten sposób swoją frustrację. Rose kręcąc głową odpaliła silnik.  

 

 

 

background image

 

46 

PIĄTY. 

   Co mnie podkusiło by jechać z tymi wariatkami do miasta. Kto normalny jedzie na 
obozie letnim do miasta, by zaszaleć ? Aro miał rację. Chcę zaszaleć ? Powinnam 
zostać w domu. Ta, marzenie ściętej głowy. W domu w życiu bym nie została. Matka 
by mnie prędzej w psychiatryku zamknęła niż pozwoliła siedzieć pod kołdrą w 
dusznym pomieszczeniu.  

   -Jesteśmy ! – zawołała promiennie Alice, pokazując na coś palcem. Powędrowałam 
spojrzeniem w tamtą stronę. Zobaczyłam mały salon fryzjerski, który znajdował się 
na parterze jednego z bloków mieszkalnych. Rosalie zaparkowała zaraz przy wejściu. 
Alice niemal natychmiast wyskoczyła z auta, otworzyła mi drzwi i z wielką siłą 
wyciągnęła mnie z niego. Wyglądała jak wariatka, która nie może się czegoś 
doczekać. 

   -Alice uspokój się. Bella sama może wyjść z tego auta – skarciła ją Jane, 
wysiadając z auta – Chodź Bells – uśmiechnęła się do mnie szeroko. Kręcąc 
niedowierzająco głową, wyszłam z auta. Dziewczyny pociągnęły mnie w stronę 
salonu. Nie byłam do końca przekonana, jeśli chodzi o zmianę fryzury. Właściwie to 
lubię swoje włosy, które spadają mi na boki, kiedy się schylam. Zakrywają wtedy 
moje zaróżowiałe policzki, które czerwienią się ilekroć jakiś mężczyzna się do mnie 
odezwie. Są moim małym murem, którym mogę się odgrodzić od innych.  

   -Wiecie co, ja się rozmyśliłam – powiedziałam żałośnie. Już chciałam zrobić krok 
w tył, kiedy Alice złapała mnie za bluzkę. Ponownie mnie pociągnęła.  

   -Nie bój nic, Bells. Będziemy obok – weszłyśmy do salonu. Na pierwszy rzut oka, 
był to zwyczajny salon z dwoma miejscami i wielkimi lustrami, oraz masą sprzętu. 
Nie miałam pojęcia do czego służy połowa z nich, więc czułam się trochę 
niezręcznie. 

   Alice powiedziała fryzjerce jaką ma mi zrobić fryzurę, jednocześnie poprosiła o 
zakrycie wszystkich luster. Niechętnie usiadłam na fotelu. Miałam ochotę uciec 
stąd. Wolałam iść na ciastko z podwójną porcją bitej śmietany, albo pizze na ekstra 
grubym cieście z potrójnym serem. To coś pysznego. Zamiast tego, rozłożyłam się na 
fotelu, zamknęłam oczy i zapomniałam o bożym świecie. Teraz mogło się dziać co 
chciało, chodź po części się bałam. Nigdy nie byłam wielką fanką zmian, a ta 
zmiana zostanie mi na jakiś czas. Przed oczami stanął mi Demetrii. Zafarbował się 
na czarno, żeby umówić się ze Rebeccą Simpson, szkolną królową piękności. To był 
jej warunek. Demetrii zrobił to, a wiele osób było w niemałym szoku. Demetrii wiele 
razy podkreślał, że w życiu się nie zafarbuje. A tu nagle taki numer.  

   -Skończone – powiedział z brytyjskim akcentem fryzjer, ściągając ze mnie fartuch. 
Otworzyłam oczy, popatrzyłam w odkryte lustro i oniemiałam. Włosy zostały 
skrócone do łopatek, wycieniowane i lekko rozjaśnione. Teraz wyglądałam bardziej 
promiennie, a nie jak przymuł. 

background image

 

47 

   -Ślicznie – rzekłam cicho, dotykając włosów – Dziękuję – mężczyzna uśmiechnął 
się. Następna w kolejce była Rosalie, która postanowiła przyciemnić swój blond. 
Była zdeterminowana i zdecydowana.  

   -Będzie Ci świetnie w tym kolorze, Rose – powiedziała, niemal piszcząc Alice. 
Rosalie pokiwała głową, siadając na moim poprzednim miejscu.  

   Farbowanie Rose trwało znacznie dłużej niż moje obcinanie. Musiała długo 
siedzieć, żeby farba się trzymała i nie zeszła przy pierwszym myciu. Dodatkowo 
uświadomiłam sobie, że już dawno minęło trzy godziny. Alice z Jane musiały dojść 
do tego samego wniosku, bo zerkały nie pewnie to na Rose, to na zegar ścienny. W 
końcu fryzjer oznajmił, że skończył. Zapłaciłyśmy i szybko wróciliśmy do 
samochodu.  

   -Dostanie się nam – powiedziała nerwowo Jane – Boże, będziemy mieć karę !  

   -Daj sobie spokój, Swan ! – warknęła Alice, patrząc na moją siostrę – Nie panikuj. 
Bella użyje swoich dźwięków i Kajusz nie będzie się aż tak gniewał. 

   -Nie zapominaj, że jest jeszcze Aro i Marek – chodź tego drugiego rzadko kiedy 
widuje, to wiem, że nie należy do najspokojniejszych osób. Podobno szybko popada 
w złość.  

   -Pff .. dasz sobie radę i z nimi. 

   -Tak, ale przeze mnie Aro nie puścił nas na koncert – mruknęłam krzyżując ręce 
na piersi.  

   -Uspokójcie się ! Muszę się skupić – krzyknęła zła Rose. Po jej słowach 
zamknęłyśmy się. Zaczęłam się zastanawiać co teraz myśli sobie Kajusz. Pewnie jest 
zły, że dał się wykiwać nastolatce, która na dodatek nie przypilnowała czasu. Nie 
będzie miał już do nas zaufania. Ale z drugiej strony mógł nam, to znaczy mi, nie 
dawać tych kluczy. Nie prosiłam go aż tak żarliwie. To on sam, z dobrego serca je 
dał. Wiec nie powinien mieć pretensji, że cztery nastolatki, nie przypilnowały 
upływającego czasu. Zajrzałam za okno. Wyjechaliśmy już z miasta i pędziłyśmy 
dobrze znaną leśną drogą. Do obozu zostało kilka metrów. Nagle samochód 
zahamował, powodując, że poleciłam do przodu.  

   -Co jest, kurwa ? – wyrwało mi się. Potarłam głowę, patrząc na Rose, która 
wyglądała na zdziwioną. 

   -Nie wiem. To był jakiś cholerny impuls – warknęła, wysiadając z auta. Rozejrzała 
się na około. W zadumie potarła czoło. Stała przez chwilę na drodze, po czym 
wróciła do środka – Przepraszam. Nie wiem co się ze mną dzieje. 

   -Za mało seksu – mruknęła Alice, uśmiechając się – Skoro wszystko okej, jedź 
dalej.  

   -Mam taki zamiar, Al – odpaliła silnik i ruszyłyśmy.  

background image

 

48 

   W obozie byłyśmy niecałe dziesięć minut później. Nim jeszcze Rosalie zdążyła 
zaparkować, nasza trójka wyskoczyła z auta jak poparzona. Alice z nerwów gryzła 
paznokcie, Jane kręciła włosy na palec, a ja w myślach szukała, jakiegoś logicznego 
wytłumaczenia. Jedynie Rosalie wydawała się być spokojna o naszą przyszłość. 
Wolnym krokiem ruszyłyśmy w stronę domku kadry. Zapukałam delikatnie w drzwi 
i dołączyłam do dziewczyn. Nie musiałyśmy długo czekać, bo po chwili otworzył nam 
nie kto inny, jak sam Kajusz Volturii. Przełknęłam gulę. Nie chciałam mówić 
pierwsza, byłam i tak zestresowana.  

   -Widzę, że wycieczka się udała – zaczął z nutką zadowolenia – Ładne fryzury, 
panno Hale i panno Swan. 

   -Dziękujemy, panu – odezwała się Rose. Zrobiła krok na przód i oddała mu 
kluczyki – Dziękujemy za możliwość zwiedzenia Pierre. Ładne miasto. Przepraszamy, 
że tak długo, ale musiałam trochę potrzymać farbę na włosach. Więc, czekamy na 
jakąś karę czy coś. 

   -Nie macie kary, ale też więcej nie dostanie kluczyków. Życzę miłego popołudnia. 
Dzisiaj dzień wolny – po tych słowach cofnął się i zamknął drzwi.  

   Niecałą godzinę później siedziałyśmy na plaży, obok chłopaków, którzy 
postanowili się poopalać. Wszyscy wyglądali na znudzonych. Emmett z Jasperem, 
Riley’em i Aleciem postanowili zbudować zamek z piasku. Jak to określił Emm, chce 
zrobić największy zamek z piasku jaki w życiu widzieli ludzie w tej części stanów.  

   -Jak dzieci – mruknęła Rosalie rozkładając się na ręczniku z kolorowym 
magazynem, który podkradła Alice. Chochlica natomiast położyła się na plecach, z 
założonymi okularami przeciwsłonecznymi i ściągniętymi ramiączkami bikini. Jane 
z Bree obserwowały chłopaków, a ja zajęłam się robieniem im zdjęć. Można by rzecz, 
że jest idealnie. Nagle niebo się zachmurzyło, a z małych szarych chmur zaczął 
kropić deszcz. Opiekunowie natychmiast kazali zwijać się młodszym. Starszych 
zostawili samym sobie, zapewne sądząc, że damy sobie radę. Emmett jest 
najlepszym przykładem na to, że tak nie jest. Kiedy tylko ostatni opiekun zniknął 
zza drzewami on poszedł w kierunku starego pomostu, który ledwo wytrzymywał 
pod moim ciężarem i skoczył z niego na główkę. Z wody wyłonił się kilka sekund 
później. U Rosalie zauważyłam, że ta wstrzymała na chwilę oddech, ale kiedy 
zobaczyła głowę swojego chłopaka uśmiechnęła się.  

   -Nie powinnaś mu na to pozwalać, Rosalie – powiedziała z oburzeniem Alice, 
ściągając z twarzy wielkie czarne okulary – Jeszcze sobie zrobi krzywdę. 

   -W takim razie patrz na Jaspera – odpowiedziała jej, zerkając na blondyna, który 
właśnie przygotowywał się do skoku. Alice wstała jak oparzona i podeszła na 
pomost z zaciśniętymi w pięść rękami. Przez chwilę gadała z chłopakiem ściszonym 
głosem., wymachując przy tym rękami.  

   -Wal się Whitlock ! – krzyknęła i popchnęła go do wody. Jasper zachwiał się, nie 
utrzymał równowagi i wpadł do wody. Zaczął wypływać na powierzchnię, by za 
chwilę znów się pod nią znaleźć.  

background image

 

49 

   -O Boże ! Ratujcie go ! – krzyknęła spanikowana Alice. Wraz z Rose, Jane i Bree 
pobiegłyśmy na pomost. 

   -Bella skacz, miałaś przecież kurs z ratownictwa wodnego – szepnęła mi na ucho 
Jane – Nie pozwól mu umrzeć. Widzisz jak inni wyglądają. Są spanikowani. Nie 
wiedzą co mają robić.  

   -Jane, nie dam rady – jęknęłam, patrząc siostrze w oczy. W jej własnych malowała 
się determinacja i wiara we mnie. Wzięłam głęboki wdech, skinęłam głową. 
Zaczęłam szybko ściągać z siebie rzeczy, zostawiając w samym stroju kąpielowym, 
który, mimo że nie pływam mam na sobie. Rozpędziłam się i nie patrząc na innych, 
skoczyłam do wody. Szybko odnalazłam Jaspera. Znajdował się niecałe dwa metry 
ode mnie.  Wyłowiłam go na powierzchnię, by mógł oddychać, następnie złapałam 
go za podbródek i pociągnęłam w stronę brzegu. Nie musiałam mieć wcale budowy 
Emmetta by to zrobić. Wystarczył po prostu kurs ratownictwa wodnego. Gdyby nie 
gwałt, mogłabym teraz siedzieć na plaży jako ratowniczka.  

   Jasper był nie przytomny, kiedy chłopacy ustawiali jego ciało pod odpowiednim 
kątem by mógł swobodnie oddychać. Wyszłam z wody. Czułam na sobie spojrzenia 
kilku osób, ale w tym momencie za bardzo się tym nie przejęłam. Uklękłam przy 
chłopaku i zaczęłam mu robić usta-usta. Było mi trochę głupio to robić, bo koło 
mnie siedziała Alice, ale w jej oczach nie dostrzegłam ani trochę zwątpienia. 
Pozwalała mi na to.  

   -Ja pierdole, czy żaden z was nie umie pływać ?! Ona mógł się utopić, matoły ! – 
wrzasnęłam, stając na nogi. Jasper odkaszlnął, wypluwając resztki wody. 

   -Ja … nie wiem. Nie wiedziałem co mam zrobić – zaczął Riley nie patrząc na mnie 
– Ale, skąd ty wiedziałaś, jak masz go wyciągnąć ? Skończyłaś jakiś kurs ? 

   -To nie jest ważne w tym momencie. Kurwa ! Jesteście idiotami, którzy nie umieją 
zareagować – zawróciłam na pomost. Założyłam top, szorty i czarne japonki. 
Skierowałam się w stronę plaży, ale nie zatrzymałam się by posiedzieć z nimi, i 
cieszyć się, że Jasper żyję, pomimo głupoty swoich przyjaciół. Jestem hipokrytką, 
chodź w sumie nie weszłam do wody, bo sama tego chciałam. Musiałam, bo inaczej 
ten blondyn już nigdy nie przytuliłby Alice, a ona by się załamała, tak jak ja.  

   Pomimo że słyszałam za sobą kroki, ani się nie zatrzymałam, ani nie zwolniłam 
kroku. Chciałam znaleźć się w domku, pod ciepłą kołdrą. Głową wolną od myśli, 
krążąc w świecie snu. Weszłam na teraz obozu. Rozejrzałam się na około, ale nikogo 
nie widziałam. Usiadłam na zwalonym pniu, na którym ktoś niedawno musiał 
siedzieć, bo miejsce to było wygrzane. W dole palił się słaby ogień, który musiał 
zostać dawno wzniecony. 

   -Bella ? – koło mnie usiadł Edward. Wyglądał na zmęczonego, zdenerwowanego, 
zirytowanego – Dobrze się czujesz ? 

   -Szczerze ? To nie. Jestem wkurzona ! – prychnęłam, bawiąc się palcami – 
Kretyństwo.  

background image

 

50 

      -Zachowaliśmy się bezmyślnie. Ale kiedy chciałem skoczyć, ty już byłaś w 
wodzie. Jako jedyna zachowałaś zimną krew. Uratowałaś Jaspera, pomimo że nie 
wchodzisz do wody. Jako jedyna pokazałaś, że się nie boisz. Widziałem strach w 
oczach Alice, Bree i Jane. A ty, po prostu skoczyłaś. Mimo że wcześniej 
wspominałaś, że boisz się wody.  

   -Nie boję się. Ukończyłam kurs ratownictwa wodnego. Mogę pracować jako 
ratownik.  

   -Dzięki tobie Jasper żyje. 

   -Daj spokój. On żyje dlatego, że nikt z was się nie ruszył, by mu pomóc – 
mruknęłam. Przez chwilę zapanowała między nami cisza. Była to na ciążąca, którą 
można kroić i podawać jako deser. 

   -Ładnie wyglądasz w nowej fryzurze. Pasuje Ci. W tamtej wyglądałaś jak 
średniowieczna dziewica – odezwał się półżartem. Na jego słowa wybuchłam nie 
pohamowanym śmiechem – I śmiech Ci też pasuje do nowego wizerunku. 

   -Dzięki, Edward. Miło słyszeć coś takiego z ust cynika – mruknęłam patrząc na 
ogień – Chcesz wiedzieć, prawda ? – spytałam zamyślona.  

   -Tak – odpowiedział i poczułam, że przesuwa się w moją stronę – Ale wiem, że nie 
powiesz mi dopóki sama nie będziesz pewna.  

   -Masz rację – usiadłam okrakiem na pniu i popatrzyłam na jego męską szczękę. Z 
nerwów założyłam za ucho zbłąkany kosmyk – To dla mnie trudne. Zmagam się z 
demonami przeszłości i nie umiem sobie z tym poradzić. To wszystko  jest zbyt … 
straszne. Nie zrozumiesz. 

   -Mów dalej – zachęcił, siadając tak samo jak ja. Nasze twarze znajdowały się na tej 
samej wysokości. Dzieliło nas kilka centymetrów. Nie opuściłam jednak wzroku. 
Odważnie patrzyłam mu w oczy. Chciałam mu w końcu powiedzieć wszystko, bo 
czułam, że to wszystko mnie przytłacza. 

   -Powiedz mi najpierw czy znasz kogoś takiego jak – zrobiłam pauzę, głęboko 
oddychając – Jacob Black ? – po twarzy Edwarda przemknął cień zaskoczenia. 
Mogło to znaczyć dwie rzeczy. Pierwsza, wie kto to jest. Druga, nie rozumie co to ma 
wspólnego z moją historią – Odpowiedz. Tak czy nie ? – spytałam mimo wszystko. 

   -Znam. To mój kuzyn. Daleki, ale jednak kuzyn – zachłystnęłam się powietrzem. 
Czułam wzbierającą się żółć w gardle, a żołądek zaczął fikać koziołka. Robiło mi się 
na przemian zimno i ciepło. Ręce pociły się. Byłam zdenerwowana.  

   -Znasz go ?  

   -Ja … tak. Ale nie mogę powiedzieć, że się cieszę z tej znajomości – powiedziałam 
cicho, patrząc na drewno. Bałam się popatrzeć mu w twarz. Nie chciałam widzieć na 
niej żalu czy współczucia. Za wiele się tego naoglądałam. 

background image

 

51 

   -O co chodzi, Bello ? Możesz mi wyjaśnić o co chodzi ? Proszę – odważyłam się 
popatrzeć na niego. Miał zacięty wyraz twarzy i w tym momencie nie wyglądał na 
dwadzieścia lat. Mógł mieć, około trzydziestki. Życie go nie oszczędzało. Mogłam się 
jedynie domyślić, że Edward Cullen skrywa jakiś mroczny sekret. Być może 
mroczniejszy od mojego. 

   -Nie mogę – mruknęłam, spuszczając głowę – Nie mogę – powtórzyłam głucho, 
kręcąc głową. Wstałam z pnia i ruszyłam w drogę do domku. Edward poszedł za 
mną. Kiedy byłam kilka metrów od wejścia, złapał mnie za rękę i odwrócił w swoją 
stronę.  

   -Bella co gryzie do cholery ? Nie rozumiesz, że ja wariuje, kiedy słyszę urywki 
twojej historii ? Chce cię bliżej poznać, ale jak mam to zrobić, skoro ty ciągle 
unikasz tematu ? Pomóż mi siebie zrozumieć.  

   -Twój kuzyn mnie zgwałcił. Resztę dopowiedz sobie sam – odparłam uśmiechając 
się kpiąco – Dobranoc. 

   -Nie odpuszczę.  

    -A co jeśli ja nie chce, byś odpuścił ? – spytałam , wchodząc do domku.  

   Następnego dnia, nie miałam ochoty by wstawać z łóżka. Bolała mnie głowa, na 
dodatek kręciło mi się w niej. Widziałam czarne plamki, oraz pot spływający po 
karku. Miałam koszmarny sen. Po raz kolejny śnił mi się Jacob. Tym razem, w 
sądzie. Kiedy wyprowadził go policjant, zakuty był w kajdanki. Popatrzył wtedy na 
mnie, uśmiechnął się kpiąco, ale z jego ust nie padło żadne słowo. Policjant siłą 
musiał go odciągać ode mnie. Bał się, że się na mnie rzuci. Nie mógł przecież 
wiedzieć, że Jacob już szykuje dla mnie zemstę. Jego kumple mieli mnie nachodzić i 
w dzień i w nocy. Szybko się to skończyło, bo Paul, Embry i Quil trafili do więzienia, 
a ja do szpitala psychiatrycznego. Dlaczego w takiej kolejności ? Moja matka mi nie 
wierzyła, oraz chciała bym pozbyła się myśli na temat Jacoba Blacka i jego 
przyjaciół. To nie pomogło, chodź siedziałam tam trzy miesiące.  

   Przekręciłam się na bok, kiedy do pokoju wpadła Alice, robiąc przy tym masę 
hałasu. Nakryłam się szczelniej kołdrą, chcąc by dali mi spokój. Ona jednak miała 
inne plany, podeszła do mnie i usiadła na skraju łóżka. 

   -Bell, co ci jest ? – zaczęła głaskać mnie po głowie – Wstawaj. Dzisiaj dyskoteka.  

   -Nie dam rady – powiedziałam ochryple – Źle się czuje. 

   -Pewnie wczorajsza, akcja ratownicza tak cię wymęczyła, co ? – skinęłam głową, 
chodź nie wiedziałam czy to zobaczyła – Nie zdążyłam ci podziękować. Gdyby nie ty, 
Jasper by teraz leżał na dnie jeziora. 

   -Nie ma o czym mówić – burknęłam, patrząc się w stronę okna. Oczy zaczęły mnie 
niemiłosiernie piec. Nie chciałam przy niej płakać. 

background image

 

52 

   -Ależ oczywiście, że mam. Pamiętaj, że żaden z facetów nie ruszył się nawet o 
milimetr. A ty po prostu skoczyłaś. Na główkę. Idealnie, nie robiąc sobie przy tym 
żadnej krzywdy. 

   -Al gdyby zrobiła sobie krzywdę, to by nie wyciągnęła Jaspera, prawda ? – 
odezwała się Rosalie – A tak marginesie, co cię sprowadza do naszego pokoju o 
siódmej czterdzieści osiem ? – Rose musiała najwyraźniej spojrzeć na telefon. No 
chyba, że umie czytać z położenia słońca. 

   -Dzisiaj dyskoteka. Szykujemy się. 

   -Al odpuść sobie – mruknęła Jane – Nikt nie ma ochoty na bycie twoją lalką 
Barbie.  

   -Co Wam jest ? Jesteście dziwne.  

   -Kurwa Alice ! – podniosłam się do pozycji siedzącej. Miałam w nosie to jak 
wyglądam – Nie rozumiesz ? Każda z nas się zastanawia dlaczego żaden z tych 
matołów się nie ruszył by pomóc twojemu chłopakowi. Dlaczego jak na złość, to 
miałam być ja ? Nie wchodzę do wody, czy to jasne ? Nie pływam, nie nurkuje, nie 
bawię się w niej ! Z łaski swojej możesz dać mi spokój – wstałam z łóżka i wybiegłam 
z pokoju. W biegu, z fotela chwyciłam grubą czarną bluzę i wyszłam z domku.  

   Na dworze było ładnie, mimo że było przed ósmą. Słońce świeciło wysoko, i wiał 
delikatny wiatr. Kila obozowiczów wyszło z domków i cieszyło się ładną pogodą. 
Wśród nich był też Edward, który ledwo co mnie zauważył, ruszy w moją stronę. 
Wyglądał jakby nie spał już od jakiegoś czasu. Włosy miał ułożone. Ubrany był w 
szary podkoszulek, krótkie spodnie i klapki. Dodatkowo na nosie miał okulary 
przeciwsłoneczne, które podniósł do góry jak stanął naprzeciw mnie. 

   -Cześć, Bells – uśmiechnął się szeroko, pokazując przy tym rząd śnieżnobiałych 
zębów. 

   -Cześć Ed – odpowiedziałam równie radośnie, chodź mój humor wcale taki nie był 
– Jak noc ? 

   -Przez jej większość, rozmyślałem o tym co mi powiedziałaś. 

   -Tak ? I co wymyśliłeś ? 

   -Muszę przyznać, że dotarło do mnie coś strasznego. Mój kuzyn rok temu miał 
sprawę w sądzie. Chodziło o gwałt na młodej dziewczynie. Podobno strasznie ją 
skatował. Miał wyrok na cztery lata. Ona sama trafiła do szpitala psychiatrycznego – 
patrzyłam na niego w milczeniu. Nie byłam w stanie wydusić z siebie żadnego słowa. 
Edward wiedział już to co powinien wiedzieć – To ty byłaś tą dziewczyną, prawda ? 

   W milczeniu skinęłam głową. Chwilę później znalazłam się w ramionach Edwarda. 
Głaskał mnie po włosach, szepcząc jak mu przykro, że ma takiego kuzyna. Że się go 
wstydzi, i nienawidzi.  

   -To nie twoja wina – powiedziałam z twarzą przyciśniętą do jego piersi. 

background image

 

53 

   -Powiedz, szczerze. To dlatego trzymałaś taki dystans ? Widziałaś podobieństwo 
między nami, tak ? – przytaknęłam głową – Bello, ja w życiu bym czegoś takiego nie 
zrobił.  

   -Wierzę, chodź nie wiem dlaczego. Po prostu czuje to. Dodatkowo przepraszam, że 
nie powiedziałam tego bezpośrednio, zamiast owijać to w bawełnę. 

   -Nie gniewam się. Nie miałem prawa, tego od ciebie wyciągać. Przecież masz prawo 
do sekretów – popatrzyłam w jego ciemne oczy, w których widziałam troskę, a nie 
współczucie – Pamiętasz, jak mówiłaś, że nie chcesz o sobie wiele mówić, bo obóz się 
kończy ? – potwierdziłam – Uważam, że nie miałaś racji. Obóz może i powoli się 
kończy, ale przecież wciąż możemy utrzymywać kontakt. 

   -Chciałbyś ? Mimo że zachowywałam się jak idiotka ? 

   -Miałaś i zresztą wciąż masz do tego prawo. Przecież Jacob Black cię skrzywdził w 
najgorszy możliwy sposób. To normalne, że nie masz zaufania do płci męskiej, ale ja 
ci obiecuje, że zrobię wszystko byś mi zaufała. 

   -Jesteś na dobrej drodze, Edwardzie i chciałabym wciąż z tobą gadać – 
uśmiechnął się szeroko – Powiedz mi, czy znałeś wcześniej Alice Brandon ? 

   -Nie. Dopiero tutaj ją poznałem. A co, uprzykrza ci życie. 

   -Jest nieznośna. Dzisiaj ta dyskoteka, a już teraz chce nas stroić. To jakaś 
porażka.  

   -Podobno już taka już jest – wzruszył ramionami – Idziemy na śniadanie ? Dzisiaj 
każdy je, o której chce. Opiekunowie postanowili nam dać trochę luzu na koniec 
obozu.  

   -Jasne – uśmiechnęłam się promiennie. Po raz pierwszy od gwałtu czułam się tak 
beztrosko przy chłopaku. Dodatkowo zaczynam być co raz bardziej zauroczona 
Edwardem, ale czy to bezpieczne ? Przecież… A zresztą nieważne. Co ma być to 
będzie, a ja na razie będę się cieszyć z ostatnich dni obozu. Może z czasem zapomnę 
o ograniczeniach, które próbował zlikwidować psycholog. Nie udało mu się. To 
właśnie on podsunął moim rodzicom by mnie tutaj wysłać. Twierdził, że zmiana 
otoczenia i inni ludzie pomogą mi zapomnieć. Na początku to było na nic, ale teraz 
widzę postępy i to wielkie. 

   Po śniadaniu wróciłam do domku. Przebrałam się z piżamy, w jedyną sukienkę, 
która dokładnie zakrywała moja blizny. Pod nią ubrałam bikini, które wystawało mi 
spod sukienki. Do Alice w dalszym ciągu się nie odzywałam. Nie chodziło już o samą 
dyskotekę, na którą za wszelką cenę chciała mnie ubrać, ale o to jak się zachowuje 
względem mojej garderoby. Nie podoba jej się nic co mam w walizce z wyjątkiem 
sukienki, którą właśnie ubrałam. Ale co ona może wiedzieć, o wewnętrznych 
zmianach, które zachodzą w człowieku przez różne bodźce. 

background image

 

54 

   Przed naszym domkiem czekali już chłopcy. Wśród nich był Edward, który jak 
tylko mnie zobaczył, pociągnął za rękę w stronę plaży. Usiedliśmy dalej od 
wszystkich, byśmy mogli spokojnie pogadać, ale także nacieszyć się spokojem. 

   -Alice wygląda jakby ktoś ukradł jej ulubiony błyszczyk – odezwał się, gdy 
zobaczył na horyzoncie naszych przyjaciół.  

   -Żadna z nas nie chce się zgodzić, by nas wyszykowała. Nawet Rosalie się 
wkurzyła, kiedy Alice zaczęła grzebać w jej walizce i gdy z pogardą stwierdziła, że 
Rose nie ma nic ciekawego do ubrania. 

   -Oj, no to nieźle. Kiedy ktoś tak mówi o ciuchach Rosalie, to stąpa po cienkim 
lodzie. Potrafi być wredna, ale fajna z niej kumpela. 

   -Wiem. Poznałam ją już trochę. Dodatkowo nieźle dogaduje się z Bree czy z Jane, 
a te przecież są od niej młodsze o dwa lata.  

   -O tak, Rose umie z każdym rozmawiać – przyznał, bawiąc się kępką trawy. 

   -Co cię gryzie ? – spytałam widząc, jego zamyślenie. 

   -Chciałem tylko wiedzieć jaka byłaś w liceum przed tym wszystkim. Wiem, że nie 
chcesz zapewne o tym gadać, ale mnie to ciekawi – popatrzył na mnie z delikatnym 
uśmiechem. 

   -No cóż, byłam… bardziej pewniejsza siebie.  Chodziłam do prywatnej szkoły, w 
której nosiło się tylko i wyłącznie mundurki. Przynajmniej nikt nie wytykał 
biedniejszych, że ma poniszczone ciuchy. Strój na wf każdy miał taki sam – 
uśmiechnęłam się do wspomnień, które przed piątą klasą, były niemal idealne – 
Byłam kimś ważnym w tym liceum. Ludzie mnie szanowali, zwracali się do mnie z 
problemem. Byłam pewna siebie i lubiana. Wszystko się zmieniło po gwałcie. Nie 
wróciłam do szkoły, nie napisałam egzaminów, oblałam rok.  Nikt nie miał pojęcia 
dlaczego „Pani Popularna” tak się stoczyła. Chodziły plotki, że poznałam 
Argentyńczyka, który zawrócił mi w głowie i wyjechałam za nim do Ameryki 
Południowej – zaśmiałam się ironicznie – Czy to nie  brzmi absurdalnie ? Ludzie 
uwierzyli w plotki. Moja mama gdy się o tym dowiedziała postanowiła wywieść mnie 
do Buldigan, to ośrodek terapeutyczny, który jest połączony wraz ze szpitalem 
psychiatrycznym. Znajduję się tylko trzydzieści cztery kilometry od Montrealu. 
Siedziałam w nim aż trzy miesiące, chodź miałam ochotę uciec z niego już po 
miesiącu – westchnęłam ciężko – Moi rodzice pozbyli się problemu, chodź kiedy 
wróciłam do domu, to bardzo się cieszyli. 

   -Nie miałaś łatwo, ale chyba był obok ciebie ktoś bliski ? 

   -Tak, rodzeństwo, oraz Demetrii Otiz i Leah Clearwater. Oni, mimo że należeli do 
szkolnej elity nie wierzyli w te wszystkie plotki na mój temat. Wierzyli mi i byli przy 
mnie. Wiele im zawdzięczam – uśmiechnęłam się lekko – A właśnie, co cię łączyło z 
Leah ? 

background image

 

55 

   -Kiedy pojawiła się w Tulsa na wymianie międzynarodowej, zakochałem się w niej, 
chodź wiedziałem, że przyjechała tylko na pół roku. Chodziliśmy ze sobą jakiś czas. 
Kiedy wyjechała, nigdy o niej zapomniałem. Tak naprawdę, to była moja pierwsza 
miłość – popatrzył na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy – Nie wyglądasz na 
usatysfakcjonowaną. 

   -Nie o to chodzi. Leah, podkochuje się w Demetrim, który jest dla mnie jak brat. 
Nie obrazisz się, jeśli powiem, że życzę im, by byli razem ?  

   -Jasne, że nie. Leah zasługuje na to – przyznał szczerze – Nie chcesz popływać ? 

   -Nie. Nie wejdę do wody – z utęsknieniem popatrzyłam na taflę jeziora. Pewnie 
miło jest zanurzyć się w niej, bez żadnej presji czy obowiązku. Tylko z czystej 
przyjemności. To niestety nie dla mnie. Zostało mi tylko czekać, aż wrócę do domu, 
wtedy będę mogła popływać w basenie w naszym ogrodzie.  

   -Wciąż masz lęk ? 

   -A ty byś nie miał, gdybyś miał ciało pokryte szpecącymi bliznami ? – spytałam 
sarkastycznie. Wiedziałam, że to było niegrzeczne, może i powiedziałam mu 
największą tajemnicę swojego życia, ale nie będę z nim dyskutować o tak oczywistej 
dla mnie cesze.  

   -Wybacz, Bells – mruknął – Ale nie wierzę by te blizny, były aż takie szpecące, jak 
to określasz. 

   -Sam zobacz – odwróciłam się do niego plecami, podniosłam sukienkę i czekałam. 
On milczał. Zapewne wpatrywał się w nie z obrazą. Już widzę, jak wstaje z piasku, i 
nie patrząc na mnie odchodzi, mówiąc, że jestem wstrętna. Zamiast tego poczułam 
jego chłodne palce na mojej skórze. Zaczął jeździć po nich, badając ich wgłębienie, 
jednoczenie robiąc to niezwykle delikatnie. Czułam gęsią skórkę, która pojawiała się 
w miejscach, które on już dotknął. 

   -A to drań – powiedział cicho, ale nie na tyle, bym tego nie usłyszała – Czuję się 
okropnie, że zrobił ci to mój kuzyn. 

   -To nie twoja wina, że jesteście spokrewnieni – mruknęłam niepewnie.  

   -Moja matka i jego ojciec to piekielne rodzeństwo. Jacob od zawsze miał problemy 
z dziewczynami. Większość z nich, się z niego śmiała, że jego sztuczki na podryw są 
tanie i kiczowate. Chodził kiedyś z Lauren Mallory. Ich związek jednak nie trwał 
długo. Lauren chciała sprawdzić, czy mój kuzyn faktycznie jest takim kiepskim 
kochankiem – im zdążyłam się powstrzymać, rozpłakałam się. Czemu zawsze tak 
reaguje, na myśl o Blacku ? To proste widzę wtedy jak leży na mnie, z nagim fiutem 
i śmieje się szyderczo.  

   -Nie płacz – powiedział kojąco, przyciskając mnie do siebie – Przepraszam. Nie 
chciałem byś płakała – dodał, głaszcząc mnie po włosach. Milczałam, szlochając mu 
w pierś. Czułam się potwornie słaba – Bella ?  

   -Hm ? – mruknęłam, czując jak mdleje w jego ramionach.  

background image

 

56 

SZÓSTY.

 

   Nie czułam nic. Lewitowałam między snem a rzeczywistością. Mimo że słyszałam 
szmery obok siebie, nie otwieram oczu. Chciałam tak trwać dopóki mi się to nie 
znudzi. Słyszałam przerażony głos Jane i Aleca, który próbował ją pocieszyć. Alice 
też słyszałam, chodź nie byłam w stanie stwierdzić co mówiła.  

   -Zrobić przejście ! – po głosie poznałam Ara Volturii. Nie spałam już, ale 
postanowiłam udawać tak długo jak się da. Nie miałam w zwyczaju kłamać, ale 
teraz nie miałam sił na wyjaśnienia. Bolała mnie głowa, żebra i płuca, chodź nie 
biegałam. Byłam wrakiem człowieka, który przeżył za wiele by żyć – Isabello ? Panno 
Swan – poczułam jego rękę na moim czole. Odkaszlnęłam i powoli otworzyłam oczy. 
Aro natomiast zabrał rękę i słabo się uśmiechnął. Rozejrzałam się po 
pomieszczeniu. Poznałam pokój, w którym śpię wraz z Rosalie i Jane.  

   -Co się stało, panno Swan ? Pan Cullen powiedział, że zasłabłaś. Co jadłaś na 
śniadanie ? 

   -Ja … nie wiem co się stało – szepnęłam, oblizując suche wargi – Na śniadanie 
zjadłam miskę płatków owsianych. 

   -Bzdura ! Wypiła tylko gorzką herbatę – odezwała się Alice. Zlokalizowałam ją 
dość szybko i posłałam jej mrożące krew żyłach, spojrzenie. Alice schowała się zza 
Jaspera. 

   -Czy to prawda ?  

   -Tak – mruknęłam cicho, ale Aro to i tak usłyszał. 

   -W porządku. Poproszę kucharkę by przygotowała ci coś do jedzenia – nie 
zdążyłam zareagować, bo Aro wyszedł z pokoju. Po chwili wszyscy zaczęli się 
wycofywać, aż zostali tylko Alice z Jasperem, Jane z Aleciem i Edward.  

   -Jak się czujesz Bello ? – zaćwierkała radośnie Alice, podchodząc bliżej. 

   -Wyjdź Alice. Pogrążyłaś mnie, nie chce z tobą gadać. 

   -Ale… 

   -Nie ma ale. Wyjdź ! – warknęłam zła. Alice skuliła się w sobie i posłusznie wyszła. 
Jasper jak jej cień, za nią. Ponownie się popłakałam, chodź nie miałam tego w 
planach. Podeszła do mnie Jane, uścisnęła mnie za rękę i cicho powiedziała: 

   -Wiem, że masz anoreksję, Bells. Ale nie wyżywaj się na Alice, ona nic nie zrobiła. 

   -Nie mam anoreksji –mruknęłam, z trudem wycierając łzy – I zrobiła zbyt wiele. 
Czemu powiedziała, Arowi, że nic nie jadłam na śniadanie ? Nie musiała się wcale 
odzywać. 

   -Ona pierw mówi, a potem myśli. Może jest jej głupio – napomknął Alec, stając 
obok bliźniaczki. W tym momencie do pokoju przyszła kucharka z tacą. 

background image

 

57 

   -Przyniosłam ci dziecko, trochę rosołu. Mam nadzieje, że po nim poczujesz się 
lepiej – starsza pani uśmiechnęła się ciepło. Podziękowałam, a ona wyszła. 
Rodzeństwo również wyszło, chodź wcale nie musiało. Został tylko Edward, który 
wziął tacę i karząc mi usiąść podniósł do góry pierwszą łyżkę. 

   -Słyszałem co powiedziała Jane. Dopilnuje byś zjadła całą miskę – dodał 
przybliżając w moją stronę łyżkę. Niechętnie otworzyłam buzię. Edward karmił mnie 
w ciszy, przez co czułam się jak pięcioletnie dziecko, które nie chce samodzielnie 
jeść. Edward co jakiś czas opowiadał żarty, chcąc w ten sposób poprawić mi humor.  

   -Nie musiałeś tego robić – powiedziałam poważnie, kiedy ostatnie krople rosołu 
wylądowały w moim żołądku. 

   -Chciałem, Bello – odpowiedział uśmiechając się lekko – Teraz pora byś mi 
powiedziała prawdę.  

   -Ale ja nie wiem o co ci chodzi – mruknęłam, chcąc zaoszczędzić jak najwięcej 
czasu. 

   -Masz anoreksje, tak ? 

   -Czy naprawdę musimy o tym mówić ? – spytałam z nadzieją, że odpuści. To 
jednak nie nastąpiło. Edward miał zacięty wyraz twarzy i w tym momencie nie 
wyglądał na kogoś, kto łatwo się poddaje. 

   -Tak. 

   -W szpitalu psychiatrycznym spędziłam dwa miesiące. Kolejny miesiąc byłam w 
ośrodku terapeutycznym. Leczyłam się tam z anoreksji, na którą zachorowałam już 
wcześniej, kiedy uczyłam się do egzaminów – powiedziałam od niechcenia.  

   -A teraz ? 

   -Wciąż ją mam, Edwardzie. Nie mogę tak po prostu zacząć normalnie jeść, chodź 
bardzo bym chciała. Nie zapadłam na anoreksje, bo chciałam schudnąć. Zapadłam 
na nią, bo zapominałam jeść, a po gwałcie żadne jedzenie mi nie wchodziło. 
Cokolwiek zjadłam, natychmiast wymiotowałam. Trochę się poprawiło, ale wciąż jest 
źle.  

   -Poradzisz sobie, Bello – Edward wyciągnął z kieszeni telefon i popatrzył na telefon 
– Za godzinę dyskoteka. Idziesz ? – popatrzyłam na niego z niedowierzaniem.  

   -Nie wiem czy to dobry pomysł – mruknęłam – Nie tańczę. 

   -Liczę na to, że będziesz – powiedział ochryple i wyszedł z pokoju, zostawiając 
mnie samą. Dlaczego tak bardzo zależało mu na tym bym przyszła ? Czy nie 
wystarczy mu, że powiedziałam o sobie wszystko to, co kryłam w swoim wnętrzu ? 
Czy chciał odkryć coś jeszcze ? A może sam chciał się otworzyć przede mną ? Za 
dużo pytań.  

background image

 

58 

   Niecałą godzinę później wyszłam z domku. Przez ten czas nikt z moich 
współlokatorów nie przyszedł, ani nie wpadł nawet na chwilę. Byłam zła na siebie, 
że tak chłodno potraktowałam Alice. W sumie to nie jej wina, że mam anoreksje i 
nic nie jem, ale do jasnej cholery, nie musiała tego mówić Arowi. Wbrew moim 
podejrzeniom nie zwymiotowałam rosołu, pani Carslon, który był pyszny, a dzięki 
któremu czułam się wspaniale.  

   Miałam na sobie fioletową tunikę, czarne legginsy, które podkradłam z walizki 
Jane, oraz czarne trampki. Włosy związałam w luźnego warkocza, który swobodnie 
opadał na lewe ramie. Makijażu nie robiłam, bo nie miałam zamiaru się stroić. 
Wcześniej bym to zrobiła, ale tamta Bella już nie istnieje. Już nie.  

   Wolnym krokiem ruszyłam w stronę stołówki, w której miała odbyć się 
potańcówka. Muzykę słyszałam już z daleka, a kolorowe światła, dało się widzieć w 
oknach budynku. Weszłam do środka, czując się niepewnie, ani nie zręcznie. Stara 
Bella rzeczywiście zniknęła. Zamiast niej pojawiła się niepewna szara myszka. W 
oddali widziałam Emmetta z Rosalie i Jaspera, Riley’a i Bree. 

   -Cześć, Bella – usłyszałam za sobą znajomy ciepły głos, który poznałabym 
wszędzie. Odwróciłam się i zobaczyłam Edwarda. Ubrany był w luźny czarny T-Shirt 
i spodnie w tym samym kolorze, oraz białe adidasy. 

   -Cześć, Edward – uśmiechnęłam się lekko. 

   -Ładnie wyglądasz – czułam jak się policzki mi płoną – I pasują ci te rumieńce – 
jak na zawołanie rumieniec się pogłębił. 

   -Daj spokój, bo zaraz będę wyglądać jak rak – mruknęłam – Widziałeś Alice ? 
Muszę ją przeprosić. Zachowałam się jak rozkapryszona dziewucha. 

   -Hmm .. jeszcze nie – odpowiedział zmysłowo. Co ?! Cholera, skąd u mnie taka 
porównania. To Edward ! Chłopak, który się o mnie troszczy, a może troszczył. Nie 
ważne ! To mój kolega, a nie … materiał na chłopaka.  

   -Szkoda. Sądzisz, że bardzo się gniewa ? Nie chciałam jej zranić, ale panowałam 
nad sobą. To przez okres – westchnęłam ciężko. Chciałam podejść do przyjaciół, ale 
Edward miał inne plany. Zaprowadził mnie na środek parkietu i ostrożnie położył 
mi dłonie w talii – Ed, nie wiem czy to dobry pomysł. Dawno nie tańczyłam. 

   -Zrelaksuj się. Pamiętaj co Ci powiedziałem. Nie zrobię ci krzywdy i niczego, 
wbrew twojej woli – skinęłam głową, zarzucając ręce na jego szyje. Uśmiechnął się 
lekko i zaczęliśmy się poruszać w rytm wolnej piosenki, która zaczęła właśnie lecieć. 
Czułam się wolna, beztroska i nic się dla mnie liczyło. Wszystko dookoła się 
rozmyło, zostałam tylko ja z Edwardem, który wciąż się uśmiechał. Mówił jak to się 
idealnie poruszam, albo jak dobrze czuje muzykę.  

   -Przesadzasz – powiedziałam, kiedy kolejna piosenka z rzędu się skończyła i 
mogłam w końcu dołączyć do przyjaciół. Spotkałam samą Alice, która stała przy 
jednej ze ścian i patrzyła się na środek parkietu. Na drżących nogach podeszłam 
bliżej niej i niepewnie się uśmiechnęłam. 

background image

 

59 

   -Alice, możemy porozmawiać ? Proszę – mówiłam na tyle głośno, by przekrzyczeć 
muzykę, ale by mnie nikt inny nie usłyszał. Alice przytaknęła i wyszłyśmy na dwór 
innymi drzwiami. Mimo że na dworze było ciemno, to nie było zimno, ani nie wiał 
wiatr. Było niemal idealnie.  

   -Chciałam cię przeprosić,  Al – zaczęłam, patrząc na nią kątem oka – Zachowałam 
się jak rozkapryszona dziewucha, która nie liczy się z innymi. Naprawdę tak nie 
myślałam. Po prostu nie wiem co mnie napadło. Mogłabym zrzucić na szalejące, jak 
burza, hormony, ale to było by nie fair.  

   -Nie gniewam się, Bello. Popełniłam błąd mówiąc Arowi, że nic nie zjadłaś na 
śniadanie. Dopiero potem Jane z Aleciem mi powiedzieli, że miałaś zaburzenie 
odżywiania. Nie powinnam się wtrącać, więc ja też przepraszam. 

   -Nie gniewam się – zwróciłam się w jej stronę – Obie zachowaliśmy się źle – 
wyciągnęłam przed siebie rękę – Zgoda ? 

   -Zgoda – odpowiedziała uśmiechając się promiennie – A tak w ogóle to ładnie 
wyglądasz. Widać, że miałaś racje. Sama, umiesz się, świetnie ubrać.  

   -Dzięki – omiotłam spojrzenie jej strój, na który składała się błyszcząca krótka 
bluzka i biała spódniczka – Ty też świetnie wyglądasz. 

   -Dzięki – Alice uśmiechnęła się, po czym nieoczekiwanie spytała – Co się dzieje 
między tobą a Edwardem, co ?  

   -Nic. Jesteśmy kumplami – odpowiedziałam zawstydzona. Matko, czemu to się 
dzieje ? Nigdy się nie rumieniłam – A co ? Zauważyłaś coś dziwnego ? 

   -Wierz mi, że nie tylko ja. Twoja siostra liczy na to, że to coś poważniejszego – 
zaśmiała się promiennie – Było mi miło, gdyby na obozie letnim zrodziła się jakaś 
wielka miłość. 

   -Nie szukam na razie chłopaka, Alice. Edward to dobry znajomy, z którym można 
pogadać, pośmiać się, pożartować i tak dalej. Nie interesują mnie związki. 

   -No pewnie, że nie – machnęła ręką – Wracajmy do środka – skinęłam głową i 
prowadzona przez chochlica weszłam do budynku. Wśród tańczących par 
wychwyciłam Riley’a i Jane, oraz Bree i Alec’a. Wyglądali cudownie. Alice od razu 
gdzieś zniknęła, a koło mnie pojawił się Edward.  

   -Twoje rodzeństwo się świetnie bawi – rzekł patrząc na parkiet. 

   -Tak, chyba tak. Zasługują na to. Ostatni rok, był trudny. Zamiast chodzić na 
spotkania z przyjaciółmi siedzieli przy mnie. Wiele im zawdzięczam. 

   -Oni chyba zdają sobie z tego sprawę. 

   -Być może. Chciałam bym się im jakoś wdzięczyć, ale nie mam pojęcia jak. Może 
ty masz jakiś pomysł ? 

background image

 

60 

   -To bliźnięta, to pewnie mają podobne marzenia, co ? – przytaknęłam – Wycieczka 
na Karaiby ? – podsunął ze śmiechem. 

   -Nie ! Oboje chcą polecieć do Nowego Jorku, chodź nie wiem czemu. Tam nie ma 
nic ciekawego. Statua Wolności ? Baba z niemodną sukienkę, pochodnią i książką, 
która nawet się nie uśmiecha. Może Central Park, jest ciekawy.  

   -No proszę, jesteś pierwszą osobą, która nie chce zobaczyć Nowego Jorku. 

   -A Ty chcesz ? – podniosłam brew w irytacji. 

   -Pewnie, czemu nie. Może cię tam kiedyś zabiorę, co ? – brew opadła, a twarz 
wykrzywił grymas niezadowolenia.  

   -Nie mówmy o przyszłości, Edward. Nie wiesz co będziesz robił po zakończeniu 
obozu letniego. Ja wrócę do Montrealu i poszukam pracy, a ty pewnie wrócisz do 
dziewczyny i starych przyzwyczajeń.  

   -Nie mam dziewczyny, Bella. A moimi jedynymi przyzwyczajeniami było chodzenie 
do baru na piwo i żalenie się barmanowi. 

   -Nie zbyt ambitne, jak na dwudziestolatka – mruknęłam – Powinieneś poszukać 
pracy, Edwardzie. 

   -Szukam, ale przyjechałem tutaj, by moi rodzice zobaczyli, się zmieniłem. To dla 
mnie ważne, Bello.  

   -To dobrze. Szanuje ludzi, którzy chcą pokazać się rodzicom z jak najlepszej 
strony – powiedziałam pewnie, uśmiechając się przy tym. Poczułam jak Edward 
łapie mnie za rękę i prowadzi w stronę parkietu. Bez słowa, położył swoje dłonie na 
mojej talii i uśmiechnął się.  

   -Skoro nalegasz – mruknęłam, zapalając ręce na jego szyi. Edward wpatrywał się 
we mnie z błyskiem w oku. Uśmiechał się, ale wyglądał jakby go coś męczyło. 
Chciałam wiedzieć co, ale jednocześnie nie chciałam by mówił to pod presją.  

   Dyskoteka rozkręciła się na dobre. Młodsi obozowicze już się rozeszli. Zostały 
moje współlokatorki, chłopacy z domku Emmetta, a także kilka pojedynczych ludzi, 
z którymi nie utrzymywałam bliskiego kontaktu. Siedzę właśnie na trawie przed 
stołówką, z bluzą Alec’a, któremu jest tak gorąco, że chciał nawet ściągać koszulkę. 
Surowo mu zabroniłam, mówiąc, że Bree nie ma ochoty widywać jego gołej klaty, 
kiedy nie są nad jeziorem. 

   -Bella chodź szybko. Emmett bije się z Edwardem ! – zawołała Jane – No chodź ! 

   Wstałam z trawy i pobiegłam za siostrą. Jane prowadziła mnie przez las, aż 
wyszliśmy na plaże. Zachodzące słońce, rozświetlało kawałek tafli wody, tworząc 
magiczną scenerię. Na pomoście stała dwójka chłopaków, którzy szarpali się. 
Wyglądało na to, że Emmett chce wepchać Edwarda do wody. Pokręciłam z 
niedowierzaniem głową, zastanawiając się, czy Emmett skoczy ewentualnie mu na 
ratunek. 

background image

 

61 

   -Jeśli któryś z was spadnie do wody ja go nie będę wyciągać – krzyknęłam, 
podchodząc bliżej pomostu. Obaj spojrzeli na mnie z dziwnym błyskiem w oczach.  

   -O co wam chodzi ?  

   -O nic. To takie kumpelskie przepychanki – zawołał Emmett kopiąc Edwarda w 
piszczel. 

   -Idiota ! – krzyknął Edward pchając Emmetta w naszą stronę.  

   -A mówiłaś, że się biją. Mi to wygląda na przekomarzanie się. Zachowują się jak 
dzieci – mruknęłam do siostry.  

   -Jane, Emmett ! – zawołały na raz dwie osoby. Odwróciliśmy się w tamtą stronę i 
zobaczyliśmy Riley’a i Rosalie. Oboje z uśmiechami podążyli do swoich połówek, 
zostawiając mnie i Edwarda samych.  

   -Pływasz ? – zapytał z błyskiem w oku, powoli ściągając jeansy i podkoszulek.  

   -Nie wiem – mruknęłam pocierając ręce, wciąż mając na sobie bluzę brata – Woda 
jest zimna, Ed – dodałam widząc, jak szykuje się do skoku – I nie mam na sobie 
stroju. 

   -Możesz pływać w staniku i majtkach. To będzie to samo – odparł skacząc do 
wody. Podeszłam na krawędź pomostu i popatrzyłam na wodę. Nigdzie go nie 
widziałam. Serce momentalnie podeszło mi do gardła, a żołądek zawiązał się w 
supeł. Matko, utopił się ! Szybko ściągnęłam z siebie zbędną warstwę i skoczyłam 
do wody. Szukałam Edwarda, ale nigdzie go nie widziałam. Już miałam wspiąć się 
na pomost, kiedy zobaczyłam jak woda pod pomostem bulgocze. Podpłynęłam tam, 
odczekałam chwilę, aż w końcu spod wody wyłonił się Edward. 

   -Chciałeś bym miała zawał w wodzie ! – wytknęłam tykając go w pierś – Oszalałeś, 
Ed. 

   -Być może, ale chciałem w końcu z tobą popływać, czy to takie straszne ? 

   -No nie wiem, Edward, nie wiem – pokręciłam głową, wypływając spod pomostu – 
Płyniesz, czy mam wyjść ? – jak na zawołanie podpłynął do mnie, uśmiechając się 
triumfalnie.  

   -Jesteś piękna, Bello – zaczął ochryple – Taka idealna. 

   -Nie jestem idealna. Mam wystające żebra, blizny na ciele, a moje włosy rano są 
stogiem siana – zaczęłam wyliczać, czując jak moje policzki się czerwienią – Dzięki. 
Nikt nigdy nie powiedział, że jestem idealna. Piękna owszem, ale nie idealna. 

   -Czy ciebie i Demetriego coś łączyło ? 

   -Jesteśmy przyjaciółmi, chodź w trzeciej klasie chodziliśmy ze sobą. Krótko, ale 
zawsze coś – uśmiechnęłam się słabo – A ty ? Byłeś z kimś związany ? 

background image

 

62 

   -Miała na imię Carmen. Wysoka szatynka z fioletowymi pasemkami. Miała jasne 
oczy i była mężatką – parsknęłam – Nie śmiej się ! Moje życie było dziwne, ale 
zmieniłem się. 

   -Serio ? A co się w Tobie takiego zmieniło ? – ponownie podniosłam brew ku górze. 
Edward zignorował moje pytanie tylko popłynął w stronę pomostu. Wspiął się na 
niego i zaczął się ubierać.  

   -Edward ! Co jest ? – popłynęłam do pomostu, i chwilę później stałam 
naprzeciwko niego. Nie ubrałam się. Czekałam na jakieś wyjaśnienia. Już od 
jakiegoś czasu zauważałam, że coś się z nim dzieje, ale nie miałam pojęcia co. 
Czyżbym teraz miała się dowiedzieć ? 

   -Co się dzieje ? Zachowujesz się dziwnie. Najpierw coś mówisz, a potem się 
odwracasz. Jeśli powiedziałam coś nie tak, to przepraszam. Ale chcę wiedzieć, czym 
cię zraniłam. 

   -Nie chodzi o ciebie. Chodzi o mnie i o to co czuje przy tobie. Wiem, że nie 
powinienem tego czuć, bo ty nie szukasz związku, ale mimo to nie mogę się tego 
pozbyć. 

   -Czekaj bo nie rozumiem. Co z tym wszystkim ma wspólnego moja niechęć do 
związków ? – w tym momencie dotarło do mnie, że Edward mógł słyszeć moją 
rozmowę z Alice – Boże ! Słyszałeś moją rozmowę z Alice, tak ? – przytaknął – Nie 
jestem gotowa na związek, to prawda. Wciąż, na nowo uczę się przebywać w ich 
towarzystwie – przyznałam, posyłając mu półuśmiech.  

   -Wiedziałem. Głupi jestem, bo wyobrażam sobie, Bóg wie co – w tym momencie 
zagrzmiało, a następnie się rozpadało. Znikąd ! Tak po prostu zaczął padać deszcz ! 
Matko co się dzieje z tą pogodą ? Edward schylił się po moje ciuchy i nie patrząc mi 
w oczy, podał mi je – Wracajmy, bo się przeziębisz. 

   -Nie ! Powiedz mi o co ci chodzi, Ed, bo nie rozumiem. Jestem niedoświadczoną 
nastolatką. Nikt mi nigdy nie powiedział, że jestem idealna. Więc nie dziw się, że 
chcę wiedzieć.  

   -To … jest nie ważne – powiedział zrezygnowany podając mi ciuchy pod sam nos. 
Niechętnie je wzięłam. Były całe mokre od deszczu. Szybko się ubrałam. 

   -Widzę jednak, że jest – wróciłam do tematu, zawiązując tenisówki – Powiedz mi, 
proszę i nie kręć. Nie znam się na męskiej logice, więc nie wiem co tobą kieruje. Ale 
jedno wiem na pewno. Coś dzieje. Od kiedy powiedziałam ci, że Jacob Black mnie 
zgwałcił. Zareagowałeś tak dziwnie. Mogę zrozumieć, że to dlatego, że jest twoim 
kuzynem, ale… – nim skończyłam mówić, Edward wpił się w moje usta. Całował 
mnie delikatnie, niemal z czcią. Jakby bał się, że może mi zrobić krzywdę czy 
wystraszyć. Ja jednak nie bałam się. Wręcz przeciwnie, ogarnęła mnie fala gorąca i 
namiętności. Chciałam więcej, chodź wiedziałam, że nie powinnam czuć czegoś 
takiego. Kiedy się od siebie odkleiliśmy, oboje mieliśmy przyspieszony oddech. Jego 
pierś podnosiła się i opadała w nierównym tempie. To samo działo się ze mną. 
Czułam szalejącą krew i zarumienione policzki, które mnie nie miłosiernie paliły. 

background image

 

63 

   -Chyba zrozumiałam – mruknęłam – Wy i to wasze pokręcone myśli – pokręciłam 
z niedowierzeniem głową. Edward uśmiechał się głupkowato. W jego ciemnych 
niebieskich oczach, dostrzegłam błyszczące iskierki – Wiesz, że niedługo koniec 
obozu, a my mieszkam w dwóch różnych krajach. 

   -Wiem, ale są e-maile, skype. Coś się wymyśli, Bells – powiedział pewnie, 
podchodząc bliżej mnie – Nie przekreślaj czegoś, co może okazać się magiczne. 

   -Nie chce. Ale … ja nie jestem zbyt dobrym materiałem na dziewczynę. Prócz 
Demetriego nie byłam z nikim – popatrzyłam na niego spod przymrużonych powiek. 
Deszcz ani na chwilę nie zelżał, oboje byliśmy już cali mokrzy, ale za bardzo się tym 
nie przejęliśmy. Po prostu na siebie patrzyliśmy, uśmiechając się co chwilę, jak 
głupki. 

   -Oboje musimy się wiele nauczyć, Bells. Ja może i byłem w kilku związkach, ale 
nie były one udane. Kończyły się dość szybko. Po niecałym miesiącu – przyznał, 
dotykając moich włosów – A teraz naprawdę chodź, bo oboje będziemy chorzy.  

   -Lubię deszcz – przyznałam, odwracając się w stronę wody – Lubię jak pada, bo 
wtedy nie widać naszych łez. 

   -Nie płaczesz – zauważył ze zdziwieniem. 

   -To taka metafora, Ed – przyznałam. Chłopak chwycił mnie za rękę i w milczeniu 
patrzyliśmy w dal. Może i nie była to zbyt romantyczna scena, ale nam wystarczyło. 
Dotarło do mnie, żadne z nas nie wie jak ma się zachować. Może z czasem się tego 
nauczymy, ale na razie co ma być to będzie. Dodatkowo zaczęłam się zastanawiać 
od kiedy zaczęłam widzieć w Edwardzie kogoś więcej niż przyjaciela. Czy to przyszło 
z czasem ? A może to było jak trafienie strzałą Amora ?  

   -Wracajmy – powtórzył, mocnej ściskając mnie za rękę. Niechętnie przytaknęłam. 
Wracając do obozu, zastanawialiśmy się, czy powiedzieć im od razu, czy może 
poczekać. Zgodnie ustaliliśmy, że sami się tego dowiedzą w odpowiednim czasie.  

  

 

 

 

background image

 

64 

SIÓDMY. 

   Kiedy następnego słońce wzeszło, ja już dawno byłam na nogach. Dzisiaj 
zdecydowałam się pomóc pani Carslon w kuchni. To jest część mojej terapii. Pomoc 
innym. Tak zdecydował mój psychiatra, który nie dzwonił do mnie już od ponad 
tygodnia.  

   -Bello, kochanie, weź te talerze, postaw je na wózek i porozkładaj, dobrze ? – 
poprosiła kucharka. Skinęłam głową i zrobiłam jak mi kazała. Byłam właśnie przy 
szóstym stoliku, kiedy drzwi na stołówkę otworzyły się. Nie spojrzałam w tamtą 
stronę, tylko dalej sumiennie rozkładałam talerze.  

   W pewnym momencie poczułam parę rąk na mojej talii. Uśmiechnęłam się pod 
nosem i odwróciłam się. 

   -Cześć Edward – zawołałam promiennie, stanęłam na palcach i pocałowałam go w 
policzek – Co ty tutaj robisz, tak wcześnie ? 

   -No cóż, nie mogłem spać, jednocześnie wiedziałem, że tutaj będziesz – 
odpowiedział biorąc ode mnie część talerzy.  

   -To jest część mojej, chorej terapii – powiedziałam poprawiając jedno z naczyń. 
Poczułam na sobie jego wzrok, więc pospieszyłam z wyjaśnieniami – Mój psychiatra 
w ramach terapii, kazał mi pomagać tym, którzy tej pomocy potrzebują.  

   -Mądry człowiek. 

   -Nie, to przyjaciel mojego ojca – mruknęłam. Szybko rozłożyliśmy resztę naczyń. 
Następnie pani Carslon podała nam półmiski z jedzeniem, koszyki z chlebem i 
szklanki. Kiedy to skończyliśmy wyszliśmy ze stołówki. 

   -Przyjaciel ojca, jest aż tai zły ? 

   -Taa – usiadłam na trawie – Jak miałam osiem lat pomalowałam jego idealnie 
biały płot na niebiesko z zielonymi smugami. Wkurzył się i chciał kasę od ojca, ale 
ja się rozpłakałam. Wybaczył mi, bo tłumaczył to sobie, że byłam dzieckiem, które 
nie wszystko rozumie. 

   -Miałaś niezłe pomysły – zaśmiał się głęboko. 

   -Czy ja wiem, chodź może to i prawda. Zmieniłam nieco wystrój u siebie w pokoju. 
Narysowałam ołówkiem motylki na kwiatku. Wygląda to całkiem nieźle, jeśli nie 
liczyć listka, który mi nie wyszedł – dodałam z uśmiechem – Opowiedz mi o Carmen 
i każ mi się zamknąć, bo zaraz opowiem ci o moim pierwszym dniu w liceum. 

   -Nie przeszkadza mi to – zapewnił dotykając mojej ręki – Z Carmen byłem kiedy 
miałem osiemnaście lat. Już na samym początku naszej znajomości wiedziałem, że 
jest mężatką, dodatkowo miała córkę w twoim wieku – przyznał przygaszony, 
uciekając spojrzeniem w bok. 

background image

 

65 

   -Ej, każdy popełnia błędy – zapewniłam, przybliżając się do niego, aż zetknęliśmy 
się ramionami.  

   -Tak, ale ja powinienem to zakończyć, nim się zaczęło. Carmen chciała mieć 
kochanka, a ja chciałem nabrać doświadczenia. To wszystko. 

   -Czyli jesteś doświadczony, tak ? – spytałam z błyskiem w oku – Hmmm, to wiele 
wyjaśnia. 

   -Co masz na myśli ? 

   -A nic, nic – machnęłam ręką, wstałam z trawy i wróciłam na stołówkę. Kilka 
obozowiczów zasiadło już do śniadania. W powietrzu roznosiły się głosy wesołych 
rozmów, śmiechów, brzęczenia szkła, mlaskania, ale także nieprzyjemne słowa czy 
złośliwe uwagi na temat innych dzieciaków. To wszystko było takie nierzeczywiste. 
Zajęłam miejsce przy naszym stoliku, przy którym siedziała już Bree z Jane.  

   -Cześć laski – powitałam je z wielkim uśmiechem – Jak się spało ? 

   -Bella, a co ty taka wesoła ? – spytała podejrzliwie Jane, sięgając po suchy chleb. 
Zaczęła skubać środek, patrząc na mnie stanowczo – Mów ! 

   -Oj, siostrzyczko, siostrzyczko ! Życie jest takie piękne – zachichotałam, nalewając 
sobie herbaty. W tym momencie pojawił się Edward. Przywitał się z dziewczynami, 
mnie pocałował w policzek, i zajął miejsce obok mnie. 

   -Już rozumiem ! – zawołała beztrosko Jane – Wy jesteście razem ! Wiedziałam ! I 
Alice i Rosalie i nawet Bree, wiedziały. Cieszę się – Jane klasnęła w dłonie, a Bree 
zmierzyła ją morderczym wzrokiem.  

   -Fajnie – mruknęłam biorąc łyk ciepłego napoju, ignorując przy tym minę 
dziewczyn. 

   -Bella, nie zapomnij o kanapce – popatrzyłam na niego z mordem w oczach i 
niechętnie, sięgnęłam po kawałek chleba – Do tego serek, pomidorek, ogórek. 

   -Edward, nie jestem dzieckiem – fuknęłam biorąc liść sałaty. Ugryzłam kawałek i 
odstawiłam na talerz – Zadowolony ? 

   -Hmm … nie, raczej nie –dodał mi pomidora, uśmiechając się przy tym szczerze i 
szeroko. 

   -Oszalałeś – westchnęłam zjadając śniadanie. 

   -Dbam o twoją linię, Bells -  powiedział poważnie, robiąc mi kolejną kanapkę – A 
teraz za tatusia. 

   -Ona w życiu nie zje za tatusia – wtrąciła się Jane, przeżuwając kawałek pomidora 
– A właśnie widzieliście pozostałych ? 

background image

 

66 

   -Właśnie nie – przyznał Edward, wciąż trzymając przede mną kanapkę – Może 
Alice wciąż się ubiera, co ? – popatrzył pierw na mnie, a potem na kanapkę – Bella, 
za mamusię. 

   -Za mamusię też nie weźmie. 

   -A za kogo weźmie ? 

   -Hm – udała, że się zastanawia – Może za mnie ? – podsunęła. W tym momencie 
do naszego stolika dosiedli się pozostali. Wszyscy przyglądali się na mnie z szokiem, 
zaciekawieniem. Ale mimo to uśmiechali się.  

   -Wielka miłość. Będzie co opowiadać w domu – powiedziała rozradowana Alice – 
Od kiedy jesteście razem ? 

   -Od wczoraj – odpowiedzieliśmy razem, po czym zaśmialiśmy się. 

   -Pasujecie do siebie. 

   Po śniadaniu mieliśmy czas dla siebie, który od kilku dni wykorzystywaliśmy na 
siedzenie na plaży. Tym razem zabrałam ze sobą aparat, szkicownik, oraz ołówek 
wraz z długopisem. Szorty i za dużą koszulkę, przebrałam na letnią sukienkę, którą 
miałam wczoraj.  

   -Co robisz ? – spytał Edward, leżąc na moich kolanach, bawiąc się w tym samym 
czasie źdźbłem trawy. Słońce świeciło mu prosto w twarz, ale nie przeszkadzało mu 
to, bo miał na sobie zarówno okulary przeciwsłoneczne, jak i kowbojski kapelusz. 

   -Rysuje – odpowiedziałam ze śmiechem, zaznaczając mocniej oprawki jego 
ciemnych okularów. Rysunek zaczęłam rysować już wcześniej, ale dopiero teraz 
znalazłam czas by go dokończyć.  

   -A co ? – popatrzyłam na niego znad kartki i uśmiechnęłam się szeroko – Nie 
powiesz, prawda ? 

   -Jak ty mnie znasz – zaśmiałam się, wracając do malowania – Nie idziesz 
popływać ? 

   -Tylko z tobą, aniołku – przyznał zsuwając okulary, tak że widziałam jego 
szafirowe oczy. A w nich wiele serdeczności, ciepła, troskliwości i wiele innych 
pozytywnych emocji.  

   -Ah tak ? – podniosłam brew ku górze – Nie zapominaj, że ja nie wejdę tam dopóki 
ktoś będzie na plaży. 

   -Wiem, wiem – przyznał na pozór swobodnie. Ja wyczułam jedna, że coś jest nie 
tak. 

   -Edward co się dzieje ? – spytałam, odkładając na bok zeszyt – Coś cię trapi, 
prawda ? 

background image

 

67 

   -Nie wiem o co ci chodzi – mruknął. Odważyłam się dotknąć jego miedzianej 
czupryny, która była niezwykle przyjemna w dotyku.  

   -Ed – zaczęłam słodko – Co jest ? 

   -Nie chcę cię niepokoić. Cieszę się, jak widzę, jak się uśmiechasz – powiedział.  

   -Jeśli mi nie powiesz, to w tym momencie wracam do domku ! – zastrzegłam. 
Edward ściągnął z nosa okulary i przez chwilę bawił się nimi. Wyglądał na bijącego 
się z myślami. 

   -Dzwoniła ciotka. Podobno Jacob za cztery dni wychodzi z więzienia, za dobre 
sprawowanie. Poprosiła mnie, bym przyjechał do Montrealu – popatrzył na mnie z 
bólem w oczach – Nie jestem w stanie tam pojechać.  

   -Obóz kończy się za trzy dni. Więzienie znajduje piętnaście kilometrów od mojego 
domu. Kurwa mać ! To tylko piętnaście kilometrów ! – załamałam się. Poczułam łzy 
na swoich policzkach. Edward momentalnie mnie do siebie przytulił. Głaskał mnie 
po włosach, szeptał słowa pociechy, które nic nie pomagały.  

   -Cii, moja piękna. Będzie dobrze – pokręciłam przecząco głową, wiedząc, że słowa 
Edwarda nie są prawdziwe. 

   -Nie, będzie dobrze. On … powiedział, że mi się odpłaci za wsadzenie do pudła. A 
ja … się go boje – przyznałam odklejając się od niego – Jestem tak potwornie słaba, 
Edward. Ja chyba nigdy się z tym nie pogodzę. Mogę udawać, że się nie boje, ale to 
tylko maska. W środku jestem … -  przerwał mi, całując mnie delikatnie w usta. 
Uśmiechnęłam się pod nosem. Nie wiem jakim cudem, ale pieszczota pomogła mi 
się trochę uspokoić.  

   -Cwaniak – szepnęłam – Ale przez pocałunki , nie zmienisz tego, czego się 
obawiam. 

   -No nie, ale zawsze można spróbować – powiedział z błyskiem w oku. 

   -Nawet jakbyś bardzo tego chciał to i tak tego nie zmienisz. To siedzi głęboko we 
mnie. Próbowałam się tego pozbyć, ale nie dałam rady – Edward usiadł obok mnie, 
po turecku. Wziął moją rękę i zamknął ją między swoimi. 

   -Było ciężko ?  

   -Gdzie ? 

   -W szpitalu. 

   -Zależy którym. W psychiatryku było … beznadziejnie. Pobudka o ósmej rano. 
Terapia grupowa lub indywidualna w zależności od pacjenta. Ja trzy razy w 
tygodniu miałam indywidualne, a raz – grupowe, w czasie, których zazwyczaj 
milczałam. Nie umiałam o tym mówić wszystkim naokoło. W ośrodku 
terapeutycznym czułam się jak w celi. W każdej godzinie, każdego dnia myślałam 
nad ucieczką stamtąd. Nie chciałam tam siedzieć. W tamtym okresie nie 

background image

 

68 

rozumiałam dlaczego zostałam tam zamknięta, wbrew mojej woli. Teraz wiem, że 
wszyscy naokoło chcieli mi pomóc – spojrzałam na niego zapewne z wielkim 
smutkiem – Swoje nastawienie do terapii zmieniłam pod koniec. Zaczęłam jeść to co 
mi dawali, chodź wbrew mojej woli wymiotowałam tym. Lekarze podawali mi jakieś 
środki na łaknienie. Chcieli bym miała apetyt. Pomagało, chodź nie zawsze – 
zakończyłam, ciężko wzdychając. 

   -Moja biedna – przytulił mnie do siebie,  głaszcząc po włosach – Tak wiele 
przeżyłaś – ułożyłam głowę na jego kolanach, zamykając oczy. 

   -Nie jestem biedna, Ed – mruknęłam zła.  

   -Oczywiście, że nie. 

   -A jak tam rodzice ? – spytałam, otwierając oczy – W dalszym ciągu się nie 
odzywają ? 

   -Niestety nie, Bells – odparł zrezygnowany – Sam nie wiem, czy kiedykolwiek się 
odezwą. Niedawno przejrzałem na oczy. Zdałem sobie sprawę, że nic mnie nie 
trzyma w Tulsa. Równie dobrze mogę się do nich nie odzywać z innego miasta.  

   -O czym ty mówisz, do cholery ?! – podniosłam nie tylko głos, ale i się 

   -Powiedziałem, że chcę się wynieść z Tulsa. Już wcześniej o tym myślałem, więc 
czemu nie ? Może przeprowadzę się do Montrealu, co ?  

   -Potrzebny ci paszport – powiedziałam niepewnie – Po za tym, mieszkasz w Tulsa 
od lat. Nie możesz go tak po prostu zostawić. To twoje miasto, Edward. 

   -Czemu ci tak na tym zależy ? Planujesz co ? 

   -Jakby ci to powiedzieć… moje życie to porażka. W Montrealu przeżyłam zbyt 
wiele. Chcę i muszę coś zmienić. Pierwszym krokiem do tej zmiany, ma być 
przeprowadzka. Nie wiem dokąd, może do Ottawy ? Byłam tam kilka razy i bardzo 
mi się podobało – rozmarzyłam się na temat stolicy Kanady. Tak na serio starałam 
się zmienić temat i tok myślenia, Edwarda. Nie mogę pozwolić na to, by do końca 
życia nie odezwał się do swoich rodziców, za to, że spowodował wypadek 
samochodowy. Kurcze, takie rzeczy się przecież zdarzają. Miedzianowłosy również 
wstał. 

   -Widzę co próbujesz zrobić, Bells. Ale to ci się nie udaje. Moi rodzice są uparci jak 
nie jeden osioł, więc szanse, na ponowną rozmowę są zerowe. Ale dziękuję, że się 
starasz – pocałował mnie w czoło, poczym udał się do wody. Zostałam sama ze sobą. 
Co go ugryzło ? Przecież doskonale wie, że mam rację. Czy on nie wie, że rodzice są 
nam potrzebni ? Wiem to z własnego doświadczenia. Mimo że mi nie wierzyli, że 
zostałam zgwałcona, to wysłali mnie do psychiatryka. Chcieli mi pomóc, ale nie 
wiedzieli jak. Przyznam się, że mi pomogli i to nawet bardzo.  

   W szpitalu poznałam Kate Jugorson. Osiemnastolatkę, która była molestowana 
przez swojego nauczyciela wf-u. Na początku znosiła to godnie, chodź kiedy nikt nie 
patrzył to wylewała może łez. Wstydziła się tego. W sumie nie dziwiłam się jej. Sama 

background image

 

69 

się wstydziłam tego, co mi zrobił Black i również wylewałam może łez. Chodź może 
nie sama, bo była przy mnie Jane, której powiedziałam wszystko zaraz następnego 
dnia. Po prostu musiałam to z siebie wyrzuć. Siostra uwierzyła mi od razu. Nie 
musiałam pokazywać jej ran na potwierdzenie, chodź sama chciała je zobaczyć. 
Kate nie miała żadnych cielesnych ran, ale jej psychika była w kiepskim stanie. 
Kiedy ja przyszłam do tego szpitala, ona była w  nim od niecałego miesiąca. Szybko 
się zaprzyjaźniłyśmy, mówiąc sobie od razu co się nam przytrafiło. Byłam 
wstrząśnięta tym, do czego zdolny jest nauczyciel wf-u. Osobiście, bardzo lubię wf, a 
po jej wstrząsającej historii znienawidziłam. Kate przez całe trzy miesiące zmieniała 
się z dnia na dzień. Z cichej i przygnębionej dziewczyny zamieniała się w 
rozweseloną nastolatkę, która owszem boi się wrócić do szkoły, ale postanowiła iść 
przez życie z podniesioną głową. To ona mi pokazała, że ofiary przemocy fizycznej 
mogą żyć tak samo jak nie ofiary.  

   -Dzięki Kate – szepnęłam pod nosem, wracając do rysowania.  

   Następne godziny straciliśmy na obiad, popołudniowy odpoczynek, oraz siedzenie 
na plaży i opalanie się. Aktualnie siedzimy w domku i każda z nas zajęta jest swoimi 
sprawami. Rosalie maluje paznokcie na żółto, podśpiewując pod nosem. Alice czyta 
podręcznik do biologii i wygląda na nieźle wkurzoną. Bree przegląda ulotkę z 
uniwersytetu Yale,  a moja siostra leży na łóżku i słucha muzyki. Przeniosłam wzrok 
na rysunek i w zamyśleniu zmarszczyłam czoło. Głowię się nad ułożeniem włosów 
Edwarda. Wszystko inne mam narysowane. Brakuje mi tylko tego cholernego 
szczegółu. Najtrudniejsze w tym wszystkim jest to, że ma na sobie kowbojski 
kapelusz spod którego wystają pojedyncze kosmyki. Mógłby być łysy. Albo nie ! Jego 
włosy są takie miękkie i gładkie. Matko, co się ze mną dziej ?! Nigdy nie myślałam o 
włosach faceta. Czy to normalne ? Miejmy nadzieje, że tak, bo nie chce już iść do 
szpitala. 

   -Wiecie, że jestem idiotką, bo zgodziłam się na szkołę letnią ! Kto normalny chodzi 
na zajęcia w wakacje ? Chyba tylko ja ! – lamentowała Alice, nerwowo przerzucając 
strony podręcznika – A teraz czeka mnie, popieprzony egzamin. 

   -Uspokój się Alice. Ja miałam zajęcia w wakacje przed ostatnią klasą liceum. Nie 
było tak źle. Było wręcz zabawnie, bo było mało osób i fajnie lekcje przebiegały -  
powiedziała Rosalie, zerkając przelotnie na Alice – A właśnie pasuje mi ten kolor ? – 
wystawiła przed siebie stopę, tak że każda z nas mogła ją zobaczyć – Nie chcę by 
Emmett się mnie wstydził. 

   -Słońce, ciebie nie da się wstydzić – odparła z uśmiechem Alice – Bella, jak tam 
Edward ? – zaskoczona jej pytaniem, popatrzyła na nią – Nie patrz tak na mnie. 

   -Nie rozumiem pytania – mruknęłam cicho. 

   -Jak tam ty i Edward – sprostowała przebiegle – Każda w tym pokoju wie, że od 
jakiegoś czasu kręcicie ze sobą. Dlatego pytam jak tam u niego. 

   -Normalnie. Przecież gadałaś z nim w jeziorze. 

background image

 

70 

   -Ach faktycznie – walnęła się otwartą dłonią w czoło – Świetnie razem wyglądanie. 
W ogóle od początku obozu widziałam, że coś z tego może być. Chodź Edward nie 
zawsze zachowywał się fair. 

   -Alice, to Edward Cullen. Koleś, który w liceum był luzakiem i miał niezłe 
powodzenie u naszej płci – wtrąciła się Rosalie. 

   -A skąd ty to wiesz ? – wyglądało na to, że obie zapomniały o moim istnieniu, 
dzięki czemu mogłam wrócić do rysowania, chodź jednym uchem wciąż słuchałam 
ich wymiany zdań. 

   -Emmett mi mówił. Obaj poznali się w czasie przerwy zimowej. Tam się sobie 
zwierzyli i zawarli przyjaźń na całe lata. 

   -To świetnie. Może, ty Bells przeniesiesz się do Tulsa, żebyś mogła być bliżej 
swojego ukochanego ? – na swoje imię, nieznacznie podniosłam głowę i 
potrząsnęłam ją, nie chcąc dopuścić do siebie sensu jej słów – No ale czemu nie ? 
Zmienisz w sobie coś. 

   -Chcę się przeprowadzić do Ottawy – nie byłam całkowicie pewna swoich słów. 

   -Ach, ta stolica – rozmarzyła się Alice – Byłam tam kilka razy, chodź rodzice woleli 
lecieć na Wyspy Księcia Edwarda – dodała z żartobliwym tonem – Edwarda !  

   -Alice to tylko zbieg okoliczności – mruknęłam, kończąc rysunek – Została ona 
odkryta w 1534 roku.  

   -A skąd ty to wiesz ? 

   -Mieszkam w Kanadzie od dziewiętnastu lat i wiesz miałam w liceum historię, więc 
co nie co wiem o moim kraju.  

   -W którym rządzi królowa Elżbieta II – dodała Alice ze śmiechem. 

   -Tak i władze po niej ma odwiedzić Karol, książę Walii. A po nim William, książę 
Cambridge – wtrąciłam z ironią – Nie rozumiem do czego zmierzasz. 

   -No jak to do czego ? Twoim krajem rządzi królowa ! K-R-Ó-L-O-W-A – 
przeliterowała to słowo, jakbym była obłąkana. 

   -No i co z tego ? Jest również głową piętnastu innych krajów, Alice.  

   -Bella, ty tylko udajesz czy faktycznie jesteś głupia – zwęziłam na nią oczy – 
Chodzi mi o to, że to królowa, taka jak w średniowieczu. Kto wie, może dalej chodzi 
w drogich sukniach i wydaje przyjęcia – rozmarzyła się.  

   -Nie sądzę. Królowa ma obecnie osiemdziesiąt pięć lat i nie wygląda mi na osobę, 
która wydaje drogie przyjęcia i chodzi w sukniach. Wręcz przeciwnie woli spodnie 
prasowanie w kant, marynarki i kapelusz. 

   -No a księżna Cambridge ? Catherine. 

background image

 

71 

   -Ona kupuje w sieciówkach – odparłam nie patrząc na nią – Możemy skończyć ten 
temat ?  

   -Jestem za. Nasz mały chochlik rozmarzył się chyba nad życiem na zamku 
królewskim – wszyscy wybuchli śmiechem, nawet Jane, która od jakiegoś czasu 
udawała, że słucha muzyki, a tak naprawdę przesłuchiwała się naszej rozmowie.  

   -Powinnam wrócić do nauki, ale nie mam motywacji – mruknęła zła Alice – Chyba 
zrezygnuje ze szkoły letniej. To  nie dla mnie. 

   -Nie chcesz być mądrzejsza ? Podobno faceci lubią inteligentne dziewczyny – 
rzekła z uśmiechem Rosalie, zakręcając buteleczkę z lakierem.  

   -Co chcesz przez to powiedzieć, Hale ? – zainteresowała się Alice. 

   -To, że domyślam się, że Jasper lubi oczytane dziewczyny. A ty czasami się tak nie 
zachowujesz. Może powinnaś się zmienić, co ?  

   -Chodzi o moje zachowanie, tak ? – Rosalie skinęła w milczeniu głową. Teraz ja z 
Bree i Jane przysłuchiwaliśmy się, oczekując w napięciu jak rozwinie się ich 
rozmowa. Jakie to niesamowite, że te dwie potrafią przeskakiwać z tematu na temat. 
Zupełnie jakby miały już w głowach tematy do rozmów i tylko czekają by zacząć 
następny.  

   Popatrzyłam na Alice, która wydawała się nad czymś głęboko zastanawiać. 
Nerwowym ruchem poprawiła włosy, popatrzyła na strony podręcznika i ignorując 
nasze spojrzenia wróciła do uczenia się. Pierwszy raz byłam świadkiem, kiedy ta 
pozornie niewinna dziewczyna, nie odpowiedziała na zaczepkę kąśliwą uwagą. Musi 
jej bardzo zależeć na Jasperze, skoro bez słowa protestu wróciła do nauki. Rosalie 
uśmiechnęła się pod nosem. Wstała z podłogi i podeszła do swojej szafki nocnej, 
wyciągnęła z niej kolorowy magazyn, który jest już zapewne stary i wróciwszy na 
swoje stare miejsce, zaczęła go czytać. Bree nagle zerwała się z miejsca i pobiegła w 
stronę swojego pokoju, z którego dochodził dźwięk dzwoniącego telefonu.  

   Następne trzy dni były takie same. O dziewiątej śniadanie, potem czas na plaży. 
Obiad o trzynastej, po którym mieliśmy czas dla siebie i kolacja o dziewiętnastej, po 
której przychodził … czas dla siebie. Opiekunowie zajmowali czas tylko młodszym 
obozowiczom, którzy nie wiedzieli co mogą robić. Starsi, którzy skończyli szesnaście 
lat, mogli już robić co im się żywnie podobało. Oczywiście na terenie obozu. Kiedy 
przyszedł dzień wyjazdu, Rosalie, Bree i Alice – rozpłakały się. Każda z nich miała 
nadzieje, że spotkamy się za rok, albo będziemy pisać codziennie. To samo 
obiecywałam chyba siedmiu osobom. Robiłam to niechętnie, bo nie byłam pewna, 
czy będę chciała utrzymywać z nimi jakikolwiek kontakt. Znając życie, moje 
rodzeństwo będzie mi przypominało o telefonie do Rosalie lub email-u do Alice. 
Wiedziałam jedno, że sama będę dzwoniła do Edwarda, lub wysyłała email-e, a jeśli 
mi na nie, nie odpowie, lub nie odbierze to będę mieć świadomość, że była to tylko 
wakacyjna przygoda, dzięki której zapomniałam o bólu, wyjściu Blacka z więzienia i 
o tym, czego najbardziej się bałam.  

background image

 

72 

   -Jedziemy ! – zawołał jakiś rodzic, do któregoś z obozowiczów. Dziewczynka z 
czarnymi krótkimi włosami, rozejrzała się ostatni raz po terenie obozu, po czym 
niechętnie wsiadła do samochodu. Obok niego stał chłopiec, który patrzył na szybę 
auta. Wewnętrznie czułam jak patrzy w oczy dziewczynki. Być może zakochał się w 
niej, ale nie był na tyle odważny, by jej o tym powiedzieć. Kilka minut później auto 
odjechało. 

   Poczułam jak para silnych ramionach opatula mnie w talii. Wiedziałam kto to był, 
ale uparcie patrzyłam na zrozpaczone dziecko, które nie chciało do siebie dopuścić 
myśli, że to już koniec. Nagle podeszła do niego inna dziewczynka i podała chłopcu 
kawałek kartki. Z mojej odległości nie wiele widziałam, ale to co było napisanie na 
skrawku bardzo go ucieszyło.  

   -To numer telefonu tej małej co odjechała – usłyszałam za sobą najpiękniejszy 
głos na świecie. 

   -A skąd wiesz ? – nie odwróciłam głowy w jego stronę tylko wciąż patrzyłam na 
rozweselonego chłopca – Chodź może masz rację. Wygląda na szczęśliwego, to chyba 
musi być jej numer. 

   -Sam bym się tak cieszył, gdybym dostałam twój – schylił się i pocałował mnie w 
policzek – Przyjechała już twoja mama ? 

   -Tak, siedzi w moim domku z Jane i Aleciem – odpowiedziałam niechętnie – Nie 
wiem za co mnie tak Bóg każe. Długa droga do Montrealu z matką, która będzie 
gadać jak najęta nie jest na mojej liście, rzeczy pożądanych – odwróciłam się w jego 
stronę. 

   -Tak ? – podniósł brew z dziwnym uśmiechem – A co jest takiego na tej liście, co ? 

   -Och, wiele rzeczy – udałam nagłe zainteresowanie swoimi paznokciami – Na 
przykład noc w Las Vegas, albo skok ze spadochronem – zaśmiałam się – To nie jest 
takie ważne. 

   -Wszystko jest ważne co tyczy ciebie – po tych słowach pocałował mnie w usta. 
Jak zawsze nie robił tego brutalnie, tylko delikatnie, z troską. Zupełnie jakby bał 
się, że może mnie wystraszyć. Wiedziałam jak musi mu być ciężko, bo był zapewne 
przyzwyczajony do brutalnych pocałunków. Przerwało nam chrząknięcie za moimi 
plecami. Niechętnie się od siebie odkleiliśmy. Czułam, że się rumienię, kiedy 
odwracałam się.  

   -Mamo – jęknęłam, kiedy zobaczyłam Renne Swan. Rodzicielka zaczęła swoje 
brązowe włosy do tyłu, nakładając na nie za dużą ilość lakieru do włosów. Ubrała 
się w ciemnozielony kostium, który dodał jej lat.  

   -Isabello – powiedziała poważnie – Kim jest ten chłopak ? – brodą wskazała na 
stojącego za mną Edwarda, który w tym momencie stanął obok mnie. 

background image

 

73 

   -Edward Cullen, proszę pani – wystawił rękę, którą opuściłam, posyłając mu 
znaczące spojrzenie. Zrozumiał mnie od razu, uśmiechając się przepraszająco – Ja i 
Bella spotykamy się. To znaczy spotykaliśmy się w czasie obozu. 

   -Spotykaliście ? Dobrze słyszę, Bello, że poznałaś chłopaka po tym co się stało ? – 
mama była wstrząśnięta. I wcale nie musiałam słuchać tego co mówiła. Wystarczyło 
popatrzeć w jej oczy, w których szalały błyskawice. 

   -Tak, dobrze słyszałaś. Dzięki Edwardowi przełamałam swój strach.   

   -W to nie wątpię – posłała Edwardowi ironicznie spojrzenie – Bella do samochodu. 
Wracamy do domu, jutro na jedenastą masz wizytę w szpitalu – rzekła, po czym 
skierowała się w stronę swojego auta. Niechętnie odwróciłam się w stronę 
miedzianowłosego i uśmiechnęłam się delikatnie. 

   -Muszę iść. Nie rób głupot, Edward. Jeśli się dowiem, że przeniosłeś się do 
Montrealu, to osobiście doprowadzę do twojego wyjazdu. 

   -Zabrzmiało groźne – zaśmiał się. 

   -Ja nie żartuje ! Masz się dogadać z rodzicami. Masz tylko ich – objął mnie 
ramieniem – Obiecaj mi. 

   -I tak przyjadę do Montrealu. Pamiętasz ? Ciotka prosiła mnie, bym był przy 
wyjściu Jacoba z więzienia. 

   -No tak. To już jutro – mruknęłam, niechętnie się od niego odklejając – Na razie, 
Edward –stanęłam na palcach i musnęłam jego wargi swoimi – Nie zapomnij o mnie. 

   -Nie zapomnę, Bells.  

 

 

 

background image

 

74 

 ÓSMY. 

   Hullu biegał, wokół moich stóp merdając ogonem. Nie wystarczały mu ostatnie 
przekąski, które jakiś czas temu wylądowały na podłodze. Nie poznaje tego psa. 
Kiedy ostatnio go widziałam był o wiele chudszy i spokojniejszy, a teraz waży pewnie 
dwa razy tyle co wcześniej, chcąc więcej jedzenia.  

   -Nic nie dostaniesz – zwróciłam się do niego, mieszając masę jajeczną. Miałam 
jedne z tych dni, kiedy moja ochota na niecodzienne dania sięgała zenitu. Była już 
druga po południu, a ja nie zaprzątałam sobie głowy robieniem obiadu. Chciałam 
omleta, a jak ktoś mi zaraz wpadnie do kuchni i przeszkodzi mi w jego robieniu to 
oberwie. Nie wiem tylko czym, ale oberwie.  

   -Hullu, nie ! – warknęłam, w chwili kiedy wlewałam na patelnie masę – Idź na 
spacerek, kochaniutki – pies popatrzył na mnie zaskoczonym spojrzeniem, ale 
wyszedł z kuchni, chodź nie na długo. Wrócił szybko z gazetą w  pysku. Wyrwałam 
mu ją i z przejęciem przejrzałam. Oprócz ofert sprzedaży domów, czy propozycji 
pracy nie było niczego ciekawego. Miałam już zamykać gazetę, ale wtedy natrafiłam 
się na artykuł o nim. 

   -Matko ! – zakryłam usta ręką, żeby nie zaalarmować nikogo na górze. 
Przeczytałam artykuł, który był o Jacobie Blacku, który wyszedł dopiero dzisiaj z 
różnych przyczyn. Redaktor napisał również kilka słów o jego ofierze. Jednej, 
jedynej ofierze. O mnie. Według redaktora wyjechałam z miasta z obawy przed 
Blackiem. Poczułam jak łzy zaczęły mnie piec pod powiekami. Myśli stały się 
rzeczywistością. A tego, który miał mnie strzec przed nim, nie ma. Jestem sama ze 
swoim koszmarem, którego mogę spotkać w każdej chwili. Gorzej być nie może. 

   Od obozu minął tydzień. Przez ten czas, wiele razy rozmawiałam zarówno z 
Rosalie i Alice; a Jane z Bree, oraz Riley’em, który obiecał pojawić się w Montrealu 
na początku przyszłego tygodnia. Alice dzwoniła najczęściej, ostatnio kilka godzin 
temu. W czasie tej rozmowy opowiadała mi o egzaminie, który miała trzy dni 
wcześniej, a także o tym, że nie rezygnuje ze szkoły letniej. Podkreślała przy tym, że 
to nie przez Rosalie, to jej własna decyzja. Sama wypytywała mnie o moje relacje z 
Edwardem, który się do mnie nie odezwał od ostatniego dnia obozu. Nie 
powiedziałam jej jednak tego, bo wstydziłam się. Nie czułam się na tyle silna, by się 
jej wyżalić. Wiedziałam, że uczucie, które do niego żywiłam, są dla niego niczym. 
Byłam zagubiona. Hullu szczęknął żałośnie. Wyłączyłam gaz, pod patelnią, gdyż 
całkowicie przeszła mi ochota na omleta. Zsunęłam się po meblach, wzięłam Hullu 
na kolana i wtuliłam się w niego. Nie protestował. Wręcz przeciwnie, mocniej się we 
mnie wtulił.  

   -Tęskniłam, kochanie – poczochrałam jego futerko uśmiechając się do niego – Czy 
moja mama dobrze cię karmiła ? – podniósł głowę, i przytaknął po psiemu – Cała 
ona. Rozumiesz mnie, prawda ? – ponownie przytaknął – Cudownie.  

   Do kuchni ktoś wszedł, a chwilę później rozległo się pukanie do drzwi.  

background image

 

75 

   -Otworzę – po głosie poznałam Jane, jej kroki były lekkie, a kiedy otworzyła drzwi, 
te zaskrzypiały nieznacznie – Bella ktoś do ciebie ! – wstałam z podłogi, otrzepałam 
spodnie i wyszłam na korytarz. Stanęłam jak wryta kiedy zobaczyłam, kto przyszedł. 
Hullu znalazł się koło mnie, niezwykle szybko i zaczął szczekać. 

   -Jane, zawołaj go ! – siostra zrobiła to o co prosiłam, Hullu pobiegł do jej pokoju, 
tym samym zostawiając mnie samą z nimi. Popatrzyłam na twarze gości, miałam 
ochotę wrócić się do kuchni i schować się w szafce pod zlewem. Robiłam tak, kiedy 
byłam mała, chcąc wystraszyć tatę. 

   -Edward – wyszeptałam, po czym przeniosłam wzrok na drugiego mężczyznę – 
Jacob Black – przytaknął. Oprawca nic się nie zmienił. Ma jedynie dłuższe włosy, 
które sięgają mu teraz do obojczyka. Wszystko inne jest takie same. Ciemne oczy, 
krzywy uśmiech, męska szczęka. Aż trudno uwierzyć, że jest kuzynem Edwarda. 

   -Mówiłem, że będzie w szoku – mruknął Black do Edwarda – Chodźmy stąd, 
zanim wezwie policję. 

   -Nie, dopóki czegoś nie zrobisz, Jake – powiedział pewnie, nie patrząc na niego – 
Bello, mój kuzyn, chce coś ci powiedzieć. Możesz być w szoku, że to powie, ale 
nalegam by to z siebie wydusił.  

   -Ja, ja … nie chcę go słuchać – w końcu zdecydowałam się by coś powiedzieć – W 
ogóle nie wiem, po co go tu przeprowadziłeś. Sam nie odzywałeś się od tygodnia. Nie 
chcę was widzieć – chciałam zamknąć drzwi, ale Edward zablokował drzwi stopą. 

   -Uspokój się, Swan – mruknął Black – Chciałem przeprosić. Myśl sobie co chcesz, 
ale jest mi naprawdę wstyd, za co zrobiłem. Nie chciałem tego. Tak wyszło. 

   -Ja pierdole, Black ! Nie chcę cię słuchać ! Wiesz, że byłam dziewicą przed 
gwałtem ? Dodatkowo mam oszpecone ciało, bo tobie zachciało się mnie bić. 
Siedziałam w szpitalu; zrobiono ze mnie kretynkę ! Nienawidzę cię ! Wynoś się stąd ! 
Nic mnie obchodzi, że wyszedłeś z pierdla, zakaz zbliżania się do mnie, wciąż ciebie 
obowiązuje ! 

   -Wiem – to było jedyne co powiedział, po czym zawrócił.  

   -Ty też powinieneś iść, Edward. 

   -Dlaczego tak mówisz ? 

   -Nie dawałeś znaku życia przez tydzień, chodź wcześniej mówiłeś, że będziesz 
dzwonił. Zaufałam ci, a ty tak po prostu to wykorzystałeś – nie zauważyłam, kiedy 
zaczęłam płakać. Słone łzy leciały mi ciurkiem po policzkach, utrudniając mi 
jednocześnie widoczność. Edward stał naprzeciwko mnie, patrząc na mnie. W tej 
jednej chwili chciałam zapaść się pod ziemie. 

   -Przeszło ci, aniołku ? – spytał delikatnym głosem, robiąc krok na przód – 
Przepraszam, że się nie odzywałem, ale pojednywałem się z rodzicami. Zrobiłem jak 
mi kazałaś. Kiedy wróciłem do Tulsa, pojechałem do domu rodziców. Najpierw oboje 
się wkurzyli, ale kiedy uparłem się, że nie wyjdę dopóki mnie nie wysłuchają, 

background image

 

76 

zgodzili się, bym został. Wszystko im wyjaśniłem, a oni mi uwierzyli i przeprosili. 
Znów mam rodziców, Bells i to dzięki tobie – zrobiło mi się gorąco na dźwięk 
zdrobnienia mojego imienia – Dziękuję – pochylił się i pocałował mnie w czoło. 

   -Cieszę się, Edwardzie, naprawdę – popatrzyłam mu prosto w oczy, uśmiechając 
się przy tym – Czemu przyprowadziłeś tutaj Jacoba ? Wiesz, że nie byłam gotowa na 
to spotkanie. 

   -Chciałem, by cię w końcu przeprosił. 

   -Nie potrzebuje jego przeprosin. Chcę ciebie, Edwardzie. Tylko i wyłącznie, ciebie.  

   -Kocham Cię, Isabello. 

   -Ja ciebie też, kocham Edwardzie – rzuciłam mu się na szyję i głęboko 
pocałowałam.  

 

 

 

background image

 

77 

EPILOG. 

Montreal, październik, 2011 rok.

 

   

Oboje siedzieliśmy na bujanym fotelu w ogrodzie przy willi w Montrealu, w 

dzielnicy LaSalle. Renne popijała zieloną herbatę, co chwilę posyłając w naszą 
stronę rozweselone spojrzenie. Charlie wraz z Alec’iem rozpalali grilla, a Jane bawiła 
się z psem. Czułam się szczęśliwa i to bardzo. Z tej zadumy wyrwał nas dzwonek do 
drzwi. Chwilę później do ogrodu przyszli pozostali. Demetrii, Leah, oraz rodzice 
Edwarda.  

   Cała trójka postanowiła przeprowadzić się do Montrealu, by zaznać innego życia. 
Poznać inną kulturę i innych ludzi. Mimo że na początku nie byli przychylnie 
nastawieni do tego pomysłu, teraz cieszą się, że się na to zgodzili. A czerpię z tego 
dodatkową radość, bo mam blisko siebie, osobę, przy której czuję się naprawdę 
szczęśliwa. Od września studiuje na Uniwersytet Concordia, na kierunku historia 
sztuki. Do tej pory nie mam pojęcia, jakim cudem udało mi się tam dostać, ale mam 
pewne podejrzenia, że maczali w tym palce moi rodzice.  

   -Bella, podaj mi podpałkę – zawołał tata, dmuchając w ogień. Podniosłam się z 
miejsca, podeszłam do stolika, przy którym siedzi mama i sięgnęłam po podpałkę. 

   -Łap, tatku – tata popatrzył w moją stronę i podpałkę złapał w locie – Pięknie.  

   W pewnym momencie Edward wstał z miejsca i zniknął na chwilę w domu. Kiedy z 
niego wyszedł trzymał w ręku zarówno kwiaty jak i małe pudełko. Podszedł do mnie 
i uklęknął. Doznałam szoku, kiedy uzmysłowiłam sobie, co chce zrobić.  

   -Isabello Swan, mimo że poznałem cię na dwutygodniowym obozie, pokochałem 
cie całym sercem. Czy uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją żoną ? – 
popatrzyłam na niego odrętwiała. W jednej minucie, nie mogłam wydusić z siebie 
żadnego słowa. Byłam onieśmielona.  

   -Tak – powiedziałam w końcu, zalewając się łzami – Tak, tak, tak – krzyknęłam 
śmiejąc się przy tym. Edward wstał i uroczyście wsunął mi pierścionek na palca. 
Pierwsza doskoczyła do mnie Jane, która rzuciła mi się na szyję, płacząc przy tym.  

   -Gratuluje, ale ja sama zaprojektuje ci suknie – zastrzegła.  

   Popołudnie minęło nam w radosnej atmosferze, w czasie której powiadomiłam 
obozowych przyjaciół o szczęśliwej nowinie. Alice piszczała, Rosalie się śmiała przez 
łzy, a Bree … ona pogratulowała i powiedziała, że będzie to impreza stulecia. 

   A co do Jacoba Blacka, to wybaczyłam mu, chodź niechętnie. Nie miałam dla 
niego żadnego tłumaczenia, ale poprosiłam go by, następnym razem zwracał uwagę 
na słowa dziewczyn, z którymi chce iść do łóżka. Dowiedziałam się również, kim był 
mój tajemniczy obrońca. To … Edward.  Żyć nie umierać. 
 
® lumottu.