background image

RESOCJALIZACJA. Rzecz o czymś co nie istnieje (?) 
Wpisany przez Kamil MIszewski    Środa, 26 Sierpień 2009 08:46 

od red.:

 publikujemy I część reportażu Kamila. Ten tekst pobudza do myślenia, a jednocześnie ma 

sprowokować  dyskusję, do czego zachęcamy!

 

 

Pokój wychowawcy, gdzieś na początku odbywania kary:

- Miszewski, ty tu coś piłeś, tak? Tu jakiś alkohol był? W tej twojej sprawie?

- No tak, nie da się ukryć…

-   No   to   my   ci   musimy   ułożyć   program   resocjalizacji   na   ten   alkohol.   Ty   jesteś 

małolat, to i tak program byś miał. Zrobimy tak – tu masz zadania do wykonania: 

po  pierwsze,   utrzymywać   kontakt   z   rodziną,   po   drugie,   powstrzymywać   się   od 

spożywania napojów alkoholowych, po trzecie, idziesz zaraz do Grzecha i bierzesz 

książki o alkoholikach. 

Nie mówiłem mu, że rodzina na widzenia i tak, dzięki Bogu, przychodzi, bo może by 

zaraz wymyślił coś nowego. Nie pytałem też, że niby jak mam pić w miejscu, w którym nie 

ma dostępu do alkoholu? W kryminale? To chyba nie sztuka? Myliłem się, żółtodziób. Jak 

już trochę posiedziałem, to się przekonałem, że załatwienie narkotyków i alkoholu nie jest 

akurat w więzieniu problemem. Do Grzecha za to poszedłem chętnie. 

Był funkcyjnym w bibliotece. Czytać lubiłem, więc przy okazji pójścia po „swoje” 

książki   (znaczny   eufemizm   –   w   bibliotece   coś   około   5   tyś.   woluminów,   ale   98%   z 

poprzedniego ustroju i niestety na jego temat, bynajmniej nie krytycznie: „myśl Lenina 

tu...”, „Marks tam...”), wymieniłem mu tytuły wspomniane przez  wychowka. Taką salwę 

śmiechu w więzieniu słyszy się rzadko:

 

- Co ten stary cap znowu wymyślił? Przecież mu, kurwa, mówiłem, że tych książek 

nie ma tu chyba już z 5 lat!? Kto by to w ogóle czytał? Na skręty pewnie poszły… 

background image

(papier niektórych książek idealnie wręcz nadaje się do palenia marihuany, stąd np. 

ogromne zainteresowanie Biblią…) 

- To co ja mam teraz zrobić? (żółtodziób)

- A niby, kurwa, co? Powiedz mu, że czytasz.

 

Tak też zrobiłem. Obawiałem się tylko, czy mnie nie przepyta kiedyś z treści. Nigdy 

tego nie zrobił. Być może nie miał aż takiego poczucia humoru: pytać mnie z książek, o 

których wie, że ich nie ma, o czym ja także dobrze wiem, o czym z kolei on wie, że ja 

wiem, że on wie. Pewnie byśmy razem świetnie się bawili. Ciekawiło mnie tylko, czy sam 

kiedyś   którąś   z   nich   przeczytał?   Później   zrozumiałem,   że   ten   wymiar   farsy,   jaki   mi 

zafundował, był już chyba dla niego i tak wystarczający. Zwłaszcza gdy długi czas potem, 

oglądając swoje akta u innego już wychowawcy, w innym więzieniu, zobaczyłem wpis, że z 

przeczytania książek wywiązałem się bez zarzutu.

Póki co siedziałem na śledczaku, ale już jako skazany. Podobnych ludzi była cała 

masa – siedzieli tutaj, bo w myśl kkw ma się siedzieć jak najbliżej miejsca zamieszkania. 

Jedynie tych, co sprawiali jakieś tam poważniejsze problemy, administracja wysyłała „w 

transport”.   Normalne   –   po   co   samemu   się   użerać,   jak   można   komuś   podrzucić.   Tym 

bardziej, jeśli zgodnie z procedurą.

Dostałem pracę – w bibliotece i w radiowęźle jednocześnie. Nie chciałem jej, bo 

zamierzałem jak najszybciej stąd wyjechać. Naczytałem się kkw i regulaminu wykonywania 

kary pozbawienia wolności: za przestępstwo, które popełniłem, mogłem otrzymać podgrupę 

klasyfikacyjną   M2P   i   wyjechać   do   zakładu   karnego   typu   półotwartego,   a   tam   więcej 

swobody,   dłuższe   widzenia,   przepustki…   Na   śledczaku   za   to   cała   masa   utrudnień,   bo 

wszystko kręci się wokół tymczasowo aresztowanych. Na tych przepustkach mi zwłaszcza 

zależało, bo chciałem dzięki nim kontynuować w jakiś sposób studia. Póki co te studia 

właśnie mi w wyjeździe przeszkodziły. Kierownik działu penitencjarnego stwierdził, że z 

moim wykształceniem jak nic nadaję się do radiowęzła i biblioteki. 

 

background image

- No a transport? – zapytałem.

- Popracujesz do wyjazdu i tyle.

 

Do   pracy   w   radiowęźle   bardzo   niewielu   się   nadaje,   a   jeszcze   mniej   się   garnie. 

Ostrzegali mnie inni złodzieje (za cokolwiek byś nie siedział, w więzieniu jesteś nazywany 

złodziej),   żebym   tej  tyrki  (pracy)   nie   brał,   bo  przyfeszczona  nieco   (od   grupy  festów

ugrupowania   subkulturowego   współpracującego   za   czasów   poprzedniego   ustroju   z 

administracją).   Tak   zła   opinia   o   tej   pracy   wzięła   się   stąd,   że   za   komuny   administracja 

głosem więźnia pracującego w radiowęźle pouczała osadzonych, by się poprawili w imię 

jedynie słusznej idei. Taki więzień, jak nietrudno się domyśleć, nie miał w więzieniu życia. 

Jakże się zdziwiłem, gdy idąc po raz pierwszy do radiowęzła

 

zobaczyłem tekst pogadanki, 

który mam przeczytać. Było to coś w stylu: „nie niszczcie głośników radiowęzła, naszego 

wspólnego   dobra…”   (przewody   z   głośników   szły   wtedy   na  buzały  –   bardzo   skuteczne 

samorobne grzałki – bo jakoś ciężko było o grzałki fabryczne). 

 

Spytałem Grzecha: czytać to czy nie?

- Pierdol to w czapkę – brzmiała odpowiedź – tylko wpisz w zeszyt, że przeczytałeś, 

nie?

 

No   to   wpisałem.   I   chyba   każdy   był   zadowolony.   Kontrola   z   Okręgowego 

Inspektoratu   chyba   również;   w   zeszycie   było,   że   się   odbyło,   jak   można   nie   wierzyć 

zeszytowi? 

Czas w radiowęźle biegł mi na puszczaniu muzyki i ogłaszaniu konkursów. Przez 

pracę   tę   resocjalizować   miałem   się   ja   sam,   dzięki   muzyce   i   konkursom   cała   reszta. 

Konkursem   zazwyczaj   była   krzyżówka.   Grzechu   dostawał   od  wychowka  „Tysiąc 

panoramicznych” i wybierał z tego tysiąca najłatwiejsze, bo nie wszystkie się nadawały. Na 

stronę A4 wchodziły tak ze 4-5, potem szło to na ksero i na cele. Sam udział nie był 

background image

premiowany, za to za zwycięstwo – wyłonione w drodze losowania, bo przeważnie na 50 

krzyżówek,   które   wróciły   ze   120,   było   „nawet”   z   3-8   poprawnych   odpowiedzi   – 

otrzymywało   się   wniosek   nagrodowy.   Można   go   było   wykorzystać   albo   jako   zwykłą 

pochwałę, albo jako dodatkowe, albo jako przedłużone widzenie. Nic innego nie wchodziło 

w rachubę. „Losowanie” to było królestwo Grzecha, „wygrywał” ten, kto nie miał z nim na 

pieńku.

Czasem   puszczałem   też   muzykę   na   specjalne   prośby   więźniów,   najczęściej   z 

dedykacjami w stylu: „najlepszego, Mietku z celi 113, z okazji zajechania (odsiedzenia) 15 

lat w kryminale”.

Formą resocjalizacji był także dostęp do mediów. Oznaczało to, że ci, którzy mieli 

pod celą telewizor (swój własny, prywatny), to go sobie oglądali, a ci, którzy nie mieli, a 

byli grzeczni, to czekali na jeden przechodni, „państwowy”, który dostawało się na tydzień 

albo dwa. Dostęp więźnia do prasy oznaczał codziennie Pomorską, jedną na 5 cel. Trochę 

narzekałem, bo jak nie dostawałem jej pierwszy w kolejce, to zdjęcia były powycinane, a 

krzyżówka już rozwiązana (jak ktoś nie znał właściwej odpowiedzi, to wpisywał własną 

dorysowując kratki). Niepotrzebnie jednak narzekałem, bo w innych kryminałach o prasie 

nie było już w ogóle mowy. 

Ten mój wychowawca, jak się później okazało, to on wcale nie był mój, tylko pełnił 

funkcję   wychowawcy   ds.   kulturalno-oświatowych.   Pierwsze   skojarzenie   przywodziło   na 

myśl  „Rejs”  Marka   Piwowskiego  i  scenę:  „(…)  a   w  damskiej   ubikacji  ktoś   napisał  na 

ścianie kredą gupi kaowiec”. Pierwsze skojarzenie okazało się słuszne. Nawet po włożeniu 

sporego wysiłku w czynność obserwacji nie mogłem się dopatrzeć żadnych śladów jego 

pracy. W radiowęźle się nie pokazywał, w bibliotece z rzadka. Zorganizował raz turniej gry 

w   darta   (lotki).   Całość   odpękał   w   pół   godziny,   a   potem   zgubił   kartkę   nazwiskami 

zwycięzców.  Nigdy nie mogłem dojść  celowości istnienia tej funkcji – jako takiej. Jak 

potem trochę pozwiedzałem świat zza okien  kabaryny  (więźniarki) i posiedziałem gdzie 

indziej, to zauważyłem, że wszędzie praca na tym stanowisku wygląda podobnie.

Jak   się   tak   dobrze   zastanowić,   to   nazwa:   wychowawca,   dla   osoby   obecnie 

wykonującej   tę   funkcję,   jest   raczej   nie   na   miejscu.   Bardziej   pasowałoby:   sekretarka. 

Kontakt z wychowawcą ogranicza się bowiem do udania się do niego po talon na paczkę 

background image

żywnościową,   talon   na   paczkę   higieniczną   czy   wysłanie   listu.   Żadnych   treści 

wychowawczych podczas realizacji tych czynności nie zaobserwowałem.

Na razie miałem jednak inne zmartwienia: administracja śledczaka nie chciała mnie 

wypuścić. Ostrzegano mnie przed tym. Potrzebny tu byłem i tyle. Wyjechałem dopiero po 

utracie   pracy,   spowodowanej   nieumiejętnością   nieokazywania   dezaprobaty   dla   funkcji   i 

osoby wychowawcy ds. k-o.

Wyjechałem   na  półotworek  (zk   typu   półotwartego).   I   tu,   o   dziwo,   spotkałem 

wychowawcę,   który   nie   dość,   że   w   resocjalizację   wierzył,   to   jeszcze   tę   wiarę   w   czyn 

przekuwał. Czyn polegał na tym, że był w dobrych kontaktach z kinami, teatrami, muzeami 

i innymi placówkami kulturalnymi w mieście. Gdy instytucje te miały jakieś wolne bilety na 

coś, co się w nich działo, to dawały mu znać, a on wówczas organizował grupę więźniów, 

mających wziąć w tym wszystkim udział. Paradoks polegał na tym, że tak naprawdę to on 

nie był wychowawcą, a terapeutą ds. uzależnień alkoholowych (w więzieniu znajdował się 

oddział dla uzależnionych) i cała ta działalność odbywała się po godzinach jego pracy. 

Przychodził   więc   wieczorami   (średnio   jedno   wyjście   w   tygodniu,   z   różnymi   grupami 

więźniów)   i   zabierał   podekscytowaną   hałastrę   na   miasto.   Zdarzało   się,   że   wracaliśmy 

późnym wieczorem, nawet około 23.

Chodziliśmy zawsze na rzeczy, które można by określić mianem ambitnych. Dużo 

częściej   teatr   i   muzeum   niż   kino,   a   jeśli   już   to   ostatnie,   to   żadna   tam   amerykańska 

strzelanina.   O   to   często  złodzieje  mieli   pretensje,   bo   zdarzało   się,   że   niewiele   z   filmu 

rozumieli. Pamiętam, jak poszliśmy kiedyś na „Mexican” z Bradem Pittem i Julią Roberts w 

rolach głównych. James Gandolfini, znany m.in. z roli Tony’ego z „Rodziny Soprano”, 

odgrywał w tym filmie postać gangstera, z którą to postacią bardzo szybko się  złodzieje 

zidentyfikowali. Dawno nie widziałem takich skonsternowanych twarzy, gdy okazało się, że 

gangster jest homoseksualistą i jeździ małolitrażowym dieslem (film został mocno osadzony 

w konwencji postmodernizmu). 

Tak naprawdę to był z tym terapeutą jeden wielki kłopot. Dyrektor doceniał jego 

działalność   ze   względów   dokumentacyjnych  –   mógł   się   nią   pochwalić   przed   władzami 

zwierzchnimi, no i może przed jakimiś organizacjami, stowarzyszeniami. Na tym chwalenie 

się   kończyło,   a   zaczynał   się   problem.   Dyrektor   bał   się   jak   ognia   dziennikarzy,   którzy 

background image

mogliby o tej, jakże cennej przecież inicjatywie coś napisać w gazetach. Dlaczego? Bo 

społeczeństwo nie życzy sobie, aby kryminaliści włóczyli się po kinach. Mają siedzieć, 

najlepiej   w   kamieniołomach,   i   to   najlepiej   do   końca   swoich   dni.   Więc   jakby   się 

dowiedziało, że to z jego kryminału takie wycieczki wychodzą… Najbardziej przerażało 

jednak, że 80% funkcjonariuszy podzielało owo zdanie społeczeństwa. Patrzyli więc na 

terapeutę niechętnie. Pozostałe 20% nie lubiło go natomiast za to, że stawiał ich w trudnej 

sytuacji. Jakkolwiek uznawali jego aktywność za słuszną, to jednak zdawali sobie sprawę, 

że tak właściwie to oni sami powinni się nią zajmować, a nie on. Z oczywistych względów 

najbardziej nie lubił go wychowawca ds. k-o…

Z tym nielubieniem złodziei  przez funkcjonariuszy to też dziwna sprawa. Nie lubią 

ich z wielu powodów, między innymi dlatego, że się ich boją. To zaś powoduje, że część 

funkcjonariuszy się złodziejom podlizuje, zwłaszcza tym dobrze zbudowanym, siedzącym 

za wymuszenia rozbójnicze, haracze, narkotyki itd., w szczególności zaś, gdy delikwent 

należy do grypsujących. Jeden przykład. 

 

Do celi wchodzi oddziałowy i pyta:

- Kto nie grypsuje tutaj? 

Zgłasza się kilka osób.

- Za pięć minut ubrani i w butach przed dyżurką! Będziecie sprzątać

pas śmierci.

 

Pas śmierci to około 3-4 metry między zewnętrznym murem więzienia a wewnętrzną 

siatką z zasiekami, ciągnące się dookoła kryminału, służące jako dodatkowe zabezpieczenie 

przed ucieczką. Od czasu do czasu wchodzi się tam, by teren ten uporządkować, wyrwać 

chwasty itd. Kodeks grypsujących zabrania im wchodzenia na pas śmierci. To, że oni chcą 

przestrzegać swojego własnego kodeksu, jest jakoś tam zrozumiałe, ale że administracja 

dopasowuje się do subkultury, której sensem istnienia i deklarowaną wartością jest walka z 

background image

tą administracją właśnie i że przy tym obrywa się niegrypsującym, którzy z założenia takiej 

walki nie prowadzą, jest poniekąd niezrozumiałe i co najmniej niesprawiedliwe. 

Po jakimś czasie dostałem przepustki i wkrótce potem zostałem przeniesiony do zk 

typu otwartego. Z tymi przepustkami nie było jednak tak łatwo. Oczywiste jest, że trzeba 

sobie w jakiś sposób na nie zapracować, że stanowią nagrodę, a nie obowiązkowy przydział. 

Problem w tym, że dla administracji jednym z głównych wyznaczników zasłużenia było 

wyrażenie przez więźnia woli współpracy, czyli mówiąc wprost: rozpoczęcie zaganiania – 

permanentnego donoszenia na innych więźniów i funkcjonariuszy. Nie jest bowiem prawdą, 

że praca operacyjna została wycofana z więzień w roku 1990. Służba Więzienna nigdy nie 

zaprzestała   tej   działalności   na   swe   własne   potrzeby.   Nie   neguję   konieczności   jej 

prowadzenia,   zwłaszcza   w   starciu   z   dzisiejszymi,   bardzo   groźnymi   i   całkowicie 

zdemoralizowanymi przestępcami. Zwracam tylko uwagę, że obecny jej status – a więc 

formalne nie-istnienie – powoduje, że jest uprawiana niezwykle amatorsko i ze szkodą dla 

wszystkich.   Administrację   więzienia,   w   którym   przebywałem,   interesowały   zazwyczaj 

kwestie   drugorzędne,   np.   co   mówią   o   niej   więźniowie.   Nie   potrafiła   także   zadbać   o 

bezpieczeństwo swojego agenta, co jak wiadomo – zwłaszcza w więzieniu – powinno być 

kwestią pierwszorzędną. Przepustki otrzymałem dzięki usilnym staraniom mojej rodziny 

oraz wstawiennictwu prof. Zybertowicza.

Z  półotworka  i  otworka  kilkadziesiąt osób wychodziło codziennie do pracy poza 

terenem zakładu. Pracowali w różnych miejscach: w klubach sportowych, ZHP itp. Pracę 

ich łączył jeden fakt: była bezpłatna; obowiązkiem pracodawcy było jedynie zadbać o ich 

wyżywienie, czasem dowóz na miejsce i z powrotem. Więźniowie lubili tam pracować, 

nawet   za   darmo.   Praca   była   urozmaiceniem   dnia,   odskocznią   od   wszechobecnej   nudy, 

umożliwiała kontakt ze światem zewnętrznym i innymi (spoza więzienia) ludźmi. Liczyli 

jednak – i nie sądzę, iż można powiedzieć, by były to przesadne oczekiwania – że ich 

nieopłacana praca zaowocuje chociażby otrzymaniem przepustek, a później warunkowego 

zwolnienia.   Z   przepustkami   zazwyczaj   nie   było   aż   tak   źle,   chociaż   także   i   od   nich 

oczekiwano, że będą  zaganiać, w wielu przypadkach postawiono im zresztą w tej kwestii 

ultimatum. Opłakanie za to przedstawiała się kwestia warunkowego.

Więzień odsiaduje wyrok. Zbliża się czas, po którym mógłby być przedterminowo 

background image

warunkowo zwolniony. Przez cały okres dotychczasowej odsiadki starał się uzyskać pracę i 

w końcu pracował, starał się uzyskiwać wnioski nagrodowe i sporo ich uzyskał, starał się 

nie łapać kwitów (wniosków karnych) i bardzo niewiele ich w rezultacie posiadał na swoim 

koncie. Pokazywał tym wychowawcy, dyrektorowi, a w końcu sądowi penitencjarnemu, że 

zmądrzał, że żałuje, że chce to jakoś naprawić, zwłaszcza, że siedzi po raz pierwszy. Staje 

na wokandzie i co? „Zbyt odległy koniec kary” oraz „zbyt duża szkodliwość społeczna 

czynu”  – dwa szablonowe,  uniwersalne argumenty sądu penitencjarnego, bo usłyszał je 

każdy, niezależnie od tego, ile już przesiedział i za co (argumentację tę stosowano nawet w 

stosunku do więźniów, którym pozostało do końca kary kilka miesięcy z 4, 5 a nawet 6 lat). 

Dowiaduje się również, że nie dostanie warunkowego także z tego powodu, że siedzi i tak w 

zbyt dobrych warunkach – jest w zakładzie półotwartym/otwartym i może sobie codziennie 

wychodzić   na   wolność   do   pracy   (sic!).   Czyli   awans   do   kryminałów   tego   typu   nie   jest 

nagrodą a  łaską,  na  którą więzień absolutnie nie  zasłużył i za którą  musi słono płacić. 

Prawdziwości tego stwierdzenia dowodzą liczne przypadki więźniów, którzy celowo coś 

„nawywijali”, tak, aby być karnie zwiezionym do więzienia typu zamkniętego, gdzie mimo 

surowszych  rygorów   formalnych   oraz   okoliczności  owej  zwózki  szybciej   wychodzili   na 

wolność.

Sądy   penitencjarne   zdają   się   pełnić   rolę   Ostatecznego-i-Właściwego- 

Sprawiedliwego. Jeśli uważają, że sąd orzekający wydał zbyt niski wyrok, to korygują go 

poprzez odmowę udzielenia warunkowego. Wiedzą też, że segregacja więźniów to ułuda – 

do półotwartych i otwartych pakuje się ludzi, którzy absolutnie nie powinni tam siedzieć, a 

są tam tylko dlatego, że jest przeludnienie (na półotworku podszedł do mnie pewien więzień 

z numerem miesięcznika „Zły” w ręku; otworzył go na stronie, na której zamieszczone były 

zdjęcia okrutnego pobicia ze skutkiem śmiertelnym: „Moja robota!” – pochwalił się z dumą 

w   głosie).   Nie   wdają   się   jednak  w   szczegóły,   kto  na   odbywanie   kary   w  złagodzonych 

warunkach zasłużył, a kto nie i siedzących tam traktują jednakowo: źle. 

Logika przyznawania warunkowego – zakładając, że istnieje – nie wiadomo na czym 

się   zasadza.   Fakt   wykonywania/niewykonywania   pracy   zarobkowej   przez   więźnia, 

zdobywania nagród, niekaralność dyscyplinarna czy uczestnictwo, bądź nie, w subkulturze 

więziennej, zdają się nie mieć żadnego wpływu na decyzję sądu. Wywołuje to uzasadnione 

oburzenie tych, którym na szybszym opuszczeniu murów faktycznie zależy i którzy coś w 

background image

tym kierunku robią. Nie widząc różnicy w potraktowaniu przez sąd ich oraz pozostałych, 

którzy do niczego się nie kwapią, dochodzą do wniosku: po co się starać? 

Sądy   penitencjarne   zdają   się   mieć   w   „głębokim   poważaniu”   także   wnioski   o 

warunkowe, wystosowane przez administrację zakładów karnych. Jest to o tyle dziwne, że 

administracja,   poprzez   złożenie   wniosku,   zdaje   się   ręczyć   za   takiego  złodzieja,   wyraża 

opinię, że nie warto go dłużej trzymać w zamknięciu, że się zresocjalizował. Tymczasem 

częstotliwość przyznawania warunkowego w takich przypadkach nie różniła się zbytnio od 

tej, gdy więzień występował z wnioskiem sam. Dziwi jedynie, że w 90% przypadków takich 

postanowień dyrekcja nie odwoływała się od decyzji sądu.

Więźniowie nie piszą odwołań od odmowy udzielenia warunkowego. Szkoda czasu. 

Następny wniosek można składać dopiero w trzy miesiące po wydaniu decyzji odmownej. 

Nie wiem z jakich przyczyn ten okres, w jakiś zupełnie naturalny sposób, wydłuża się do 

pół roku (na własnym choćby przykładzie). W tym czasie przecież wniosek mógłby być 

rozpatrywany dwukrotnie. Jeśli teraz złożysz zażalenie, to twoje odwołanie, wraz z twoimi 

więziennymi   aktami   i   tak   przechodzi   przez   cały   ten   cyrk   (sąd   penitencjarny),   zanim 

ostatecznie trafi do sądu apelacyjnego. Tam też sobie trochę poleży. W międzyczasie jesteś 

„ugotowany”, a przynajmniej tak tłumaczy ci to wychowawca, bo nie ma na miejscu twoich 

akt.   Nie   może   on   więc   podjąć   żadnej   istotnej   decyzji   co   do   twojej   osoby,   a   więc   np. 

wystąpić do komisji penitencjarnej o przyznanie przepustek itd. W sumie zajmie to kilka 

miesięcy, na pewno dłużej, niż odczekanie na możliwość następnego składania wniosku. A 

po   co   jeszcze   dodatkowo   zadzierać   z   sądami   i   administracją   więzienia,   które   patrzą 

nieprzychylnym okiem na „stawiających się”?

***

Jak   to   jest,   że   w   jednym   kryminale,   mimo   że   nie   ma   przepełnienia   (odsiadkę 

rozpocząłem w 2000 roku, gdy problem raczkował), w dziedzinie resocjalizacji nie robi się 

nic, a w innym, mimo oczywistych problemów (rok 2002) udaje się zrobić tak wiele (takich 

przykładów   jest   w   kraju   dużo   więcej)?   Proszę   samodzielnie   udzielić   odpowiedzi   na 

powyższe (oraz inne) pytanie.

W   artykule   starałem   się   przedstawić   okoliczności,   które   w   różny   sposób, 

background image

bezpośrednio i pośrednio, resocjalizacji nie służą. Opisałem te, za które odpowiedzialny jest 

głównie   wymiar   sprawiedliwości,   co   nie   oznacza   oczywiście,   że   jest   on   jedynym 

winowajcą. Problemy stawiane przez więźniów wymagają po prostu odrębnego artykułu.

Artykuł   został   pomyślany   głównie   jako   „dostawca   empirii”,   stąd   też   celowo 

„wymądrzanie się” ograniczyłem do niezbędnego – mam nadzieję – minimum.

Artykuł powstał na bazie własnych przeżyć oraz pracy magisterskiej pt. „Grypsera: przemiana, 
słabnięcie czy upadek subkultury więziennej? (Na podstawie obserwacji uczestniczącej w areszcie 
śledczym i w zakładach karnych)”, obronionej w listopadzie 2004 roku w Instytucie Socjologii 
UMK (promotor: prof. Andrzej Zybertowicz). Sama praca zaś jest wynikiem obserwacji związanej z 
2,5 rocznym pobytem autora w więzieniu, gdzie odbywał karę pozbawienia wolności orzeczoną za 
spowodowanie wypadku samochodowego
.

Źródło: 

http://gitowiec.com/dalej/newsy/228-resocjalizacja-rzecz-o-czym-co-nie-istnieje-.html