background image

DIXIE BROWNING

Ten wspaniały Skorpion

Ten wspaniały Skorpion

background image

PROLOG

Tak widocznie musiało się stać. Do tego, czego chciał los, 

dołożyło  się ileś  tam wypitych  drinków i ten stary,  przywołujący 
wspomnienia kawałek z grającej szafy. Kliniczny obraz stanu ostrej 
nostalgii...

Kane przesunął się do końca szerokiej lady baru; na ścianie 

obok wisiał automat telefoniczny.  Wykręcił numer informacji. Już 
jedenaście lat minęło od czasu, kiedy ostatni raz widział Charliego. 
Dobry,   stary   kumpel   Charlie...   Stał   wtedy   przed   wejściem   do 
kościoła, trzymając w ramionach Suzanne. Fotograf robił im zdjęcia.

Kane nie został na weselu. Przez kilka następnych lat posyłał 

szczęśliwym   małżonkom   gwiazdkowe   życzenia,   bez   podawania 
adresu nadawcy. Znając Charliego był pewny, że mieszka cały czas 
w tym samym starym domu przy Tobaccoville Road. Tacy ludzie jak 
Charles Edward William Banks III - czy może William Edward - 
zawsze   mieszkają   w   solidnych   domach,   które   zbudowali   ich   nie 
mniej solidni przodkowie. Tacy ludzie jak Charlie żenią się zawsze z 
najpiękniejszą dziewczyną w mieście, oczywiście z dobrej rodziny, a 
potem   żyją   długo   i   szczęśliwie...   Natomiast   tacy   faceci   jak   Kane 
Smith   żyją   na   wysokich   obrotach,   mając   pod   ręką   parę   chętnych 
rudowłosych   ślicznotek   z   różowymi   policzkami,   karminowymi 
ustami i jasno-różowymi sutkami.

Dwie z nich mają już pewnie teraz gromadkę dzieci. Kane za 

to   do   swego   dorobku   z   minionych   lat   mógł   wpisać   uszkodzenie 
kręgosłupa w Zatoce Perskiej jako pamiątkę ewakuacji, postępującą 
zaćmę   od   wieloletniego   wpatrywania   się   w   słońce   i,   od   bardzo 
niedawna, parę książek na liście bestsellerów „New York Timesa". 
Czy to jest w porządku?

Nie, do diabła, to nie jest w porządku!
- Tak - mówił do telefonisty w centrali - Tobaccoville. To 

gdzieś w pobliżu King... i chyba Rural Hall?

W   końcu   uzyskał   połączenie.   Wyprostował   się   na   stołku, 

mrugając oczami, bo widział już wszystko jak przez mgłę.

-   Charlie?   To   naprawdę   ty,   mój   stary?   Czy   przypominasz 

sobie, jak pojechaliśmy kiedyś we trójkę, ty, ja i Suzanne, do tamtej 

background image

knajpy   na   zachód   od   Chapel   Hill   i   straciliśmy   na   grającą   szafę 
jedenaście   dolców,   słuchając   w   kółko   tego   kawałka   o   latających 
ludożercach?

- Przepraszam bardzo... kto mówi?
- Czy kiedykolwiek  powiedziałem ci, że jesteś parszywym 

sukinsynem, bo mi ją zabrałeś?

- Kane? Czy to ty?
- Tak, to ja... przynajmniej w tych miejscach, które jeszcze 

czuję. Chyba nie mam już nóg. Charlie, czy mógłbyś tu przyjechać i 
zawieźć mnie do domu? Najeźdźcy z obcej planety zabrali mi moje 
ciało...

- Kane, gdzie ty w ogóle jesteś?
- Tu jestem, Charlie, a gdzie ty jesteś?
- Na miłość boską, nic się nie zmieniłeś. Nieodpowiedzialny, 

niezrównoważony, jak dziecko...

- Jakie dziecko? Nie mam żadnych dzieci, Charlie - próbował 

oprzytomnieć Kane. - A ty masz? Czy Suzanne wykarmiła je własną 
piersią? To mogły być moje dzieci, Charlie. Ona powinna wyjść za 
mnie, a nie za ciebie. Ja ją naprawdę kochałem, a ona złamała mi 
serce... Nigdy nie spojrzałem na żadną inną kobietę, przysięgam ci, 
nigdy...

- Jesteś pijany.
-   Pewnie,   że   jestem   pijany   -   powiedział   Kane   urażonym 

tonem.   -   Myślisz,   że   gadałbym   w   ogóle   z   takim   draniem,   który 
ukradł mi dziewczynę, gdybym nie był pijany?

Nagle w jego oczach pojawiły się łzy. Przymknął powieki.
-   Tak,   tak,   Charlie,   szczęściarz   z   ciebie.   Jesteś   cholernie 

nudnym facetem, ale przynajmniej masz kobietę, która może ogrzać 
ci ptaszka... hmm, chciałem powiedzieć, twoje łoże... która strzepuje 
okruszki   domowego   ciasta   z   twoich   eleganckich   garniturów   i 
troszczy się o gromadkę dziatek.

- Kane, Suzanne od...
- A ja nie mam nic. Nic, rozumiesz? I nie mogę już nawet 

latać...   Nie   mam   skrzydeł.   Skończyły   się   triumfalne   powroty 
bohatera. Ale wiesz, Charlie, co mnie najbardziej przeraża?... Nie 
mogę już nawet wy...

background image

-   Posłuchaj,   Kane,   nie   zamierzam   dłużej   wysłuchiwać 

twojego pijackiego bełkotu. Pojedziesz teraz do domu i prześpisz się. 
Jutro,   jeśli   będziesz   trzeźwy,   porozmawiamy   jak   cywilizowani 
ludzie. Będę u siebie w biurze do godziny...

-   Chciałem   ci   powiedzieć,   co   mnie   najbardziej   przeraża, 

mój... najlepszy przyjacielu z lat dziecięcych,  mój  stary kumplu... 
Jestem   samotny.   Tak   przeraźliwie   samotny,   że   chce   mi   się   wyć. 
Przyszedłem tutaj z prześliczną, rudowłosą kobitką i nic z tego nie 
wyszło, Nie brała mnie. Wiesz, dlaczego? Bo jedyną kobietą, jaką 
kiedykolwiek kochałem, była...

- Kane, przecież to było tak dawno temu. Poza tym Suzanne 

u....

- Poślubiła mojego najlepszego przyjaciela, a ja siedzę teraz 

w barze na Key West sam jak palec i... Co to ja przedtem mówiłem?

- Gdzie ty teraz mieszkasz, Kane? Nie, nie chcę, żebyś mi 

teraz puszczał „Latających  ludożerców" z grającej szafy.  Powiedz 
mi, gdzie mieszkasz. Zadzwonię do ciebie jutro rano.

Rory   wydęła   usta   przed   lustrem   i   końcem   małego   palca 

nałożyła na nie nieco koralowej szminki. Charlie nie lubił mocnego 
makijażu.   Dziś   wieczór   mieli   jednak   pójść   do   nowej   restauracji 
zamiast   do   tego   okropnego   klubu   i   Rory   zamierzała   dobrze   się 
bawić.

Restauracja   była   przepełniona.   Zanim   pokazano   im 

zamówiony stolik, Charlie już się zachmurzył.

- Pewnie miałeś ciężki dzień - powiedziała cicho.
- Moja praca jest niezwykle odpowiedzialna, Auroro. Zdajesz 

sobie sprawę, że nie mogę w jednej chwili oderwać myśli od tych 
ważnych spraw, którymi zajmuję się w biurze.

- Oczywiście, że nie możesz, kochanie. - Rozpraszanie złych 

nastrojów  Charliego   należało  do  jej  obowiązków,  ale  Rory mimo 
wszystko próbowała jeszcze cieszyć się, że dzisiejszy wieczór spędzą 
w sposób nietypowy. Zamówiła eskalopki w sosie tahini.

Charlie   uniósł   wysoko   swe   jasne   brwi.   Zamówił   pieczoną 

pierś kurczaka.

-   To   jest   zawsze   bezpieczne   danie   -   zauważył.   Zaciskając 

background image

mocno  dłonie   po stołem,   Rory zmieniła   zamówienie.   Oczywiście, 
Charles miał rację. Lepiej nie stwarzać sobie problemów, kiedy się 
ma nerwicę żołądka.

O   dziewiątej   trzydzieści   siedem   Charles   zaparkował 

samochód  na swoim podjeździe  i odprowadził  Rory do ganku jej 
domku,   który   stał   tuż   obok.   Złożył   na   ustach   krótki   pocałunek. 
Lubiła   jego   pocałunki,   miłe,   bez   cienia   natarczywości.   Jedną   z 
rzeczy, która podobała jej się najbardziej w ich kontaktach, było to, 
że Charles Banks nie był w stosunku do niej natarczywy, mimo że 
kiedyś był już żonaty. Żonaci mężczyźni zwykli uważać seks za coś 
oczywistego.

Kiedy się poznali, Charles powiedział jej, że Suzanne była 

miłością   jego   życia.   Suzanne   umarła   i   Charles   zamierzał   oprzeć 
swoje   drugie   małżeństwo   na   wspólnych   zainteresowaniach, 
wzajemnym   szacunku   i   poczuciu   odpowiedzialności.   To   Rory   w 
zupełności  odpowiadało.  Nie  należała  do  kobiet,  które   koniecznie 
chciały   przeżywać   burzliwe,   szalone   romanse   ze   wszystkimi 
związanymi z tym problemami.

Była zadowolona, że znalazła kogoś takiego jak Charles. Być 

może   był   czasami   trochę   nudny,   czasami   zachowywał   się   jak 
antyfeminista,   ale   był   przystojny,   dobrze   wychowany   i   doskonale 
ustawiony w życiu.

Jej babcia na pewno pochwaliłaby ten wybór.
W sobotę wieczorem poszli znów na kolację do klubu. Całe 

popołudnie Charles grał w golfa ze swoim klientem. Rory nie umiała 
grać   w   golfa,   ale   to   nie   miało   znaczenia.   Charles   powiedział,   że 
nawet   nie   próbowałby   wymagać   od   nauczycielki   ze   szkoły 
podstawowej, żeby zabawiała jego klientów.

Rozmawiali o lokalnych wyborach, o ogrodzie wokół domu 

Charlesa   i   o   jego   dentyście,   który   ma   nadzieję   uratować   mu 
trzonowy   ząb   w   górnej   szczęce.   Tego   wieczoru   przed   drzwiami 
znów ją pocałował. Rory chciała zaprosić go do siebie na deser, ale 
Charles miał jeszcze przed sobą kilka godzin papierkowej roboty.

- Już niedługo, kochanie - mówił cichym, łagodnym głosem. - 

Już niedługo nie będziemy się tak rozstawali. - Pocałował diament 
zaręczynowego pierścionka na jej dłoni. Dał go Rory trzy tygodnie 

background image

temu. Czekał, aż minie okrągły rok od śmierci Suzanne, żeby się jej 
oświadczyć. Mieszkał sam w tym wielkim, starym domu obok. Rory 
lubiła przestrzeń. Miała różne własne plany.

-   Muszę   już   iść,   kochanie   -   mówił   Charles.   -   Obiecałem 

zadzwonić do mego dawnego przyjaciela. Taki życiowy rozbitek... 
Trochę   zwariowany,   ale   w   gruncie   rzeczy   porządny   facet. 
Zastanawiałem się, czy nie poprosić go, żeby był drużbą na naszym 
weselu. Na pamiątkę dawnych czasów... Kiedyś Kane i Suzanne byli 
bliskimi przyjaciółmi, byli nawet... Ale to nieistotne. Idź już spać, 
kochanie. Wyglądasz na zmęczoną.

Znowu ją pocałował. Tym razem w usta. Rory poczuła nagły 

ucisk w żołądku. Po wejściu do domu natychmiast skierowała się do 
kuchni i zażyła trochę sody.

W nocy dręczył ją zły sen. Obudziła się, wołając stłumionym 

głosem o pomoc.

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Pięć dni później Aurora Hubbard szorowała podłogę swego 

frontowego   ganku.   Fakt   ten   sam   w   sobie   nie   był   niczym 
szczególnym. Rory była schludna z natury; babka wpoiła jej tę cechę 
jeszcze w dzieciństwie.

Poza tym wszystko wskazywało na to, że w niedługim czasie 

będzie miała gości...

Kane Smith wyszedł na papierosa, sam na sam z kłębiącymi 

się myślami o przeszłości, które odpychał od siebie przez tyle lat. 
Nie   był   pewien,   czy   powrót   do   tego   miasta   i   zgoda   na   zostanie 
drużbą Charliego były dobrym pomysłem. Wieść o śmierci Suzanne 
stanowiła dla niego prawdziwy szok.

Suzanne była częścią tego, co uważał za lata swej niewinnej 

młodości,   zanim   przeszedł   przez   piekło   wojny.   Wyszedł   z   niego 
jakby o sto lat starszy, choć nie wiadomo, czy mądrzejszy.

Przegadali z Charliem wiele godzin, zanim gospodarz uznał, 

że pora już pójść spać. Kane poszedł do swojej sypialni, ale nie był w 
stanie   zasnąć.   Pogodził   się   już   z   myślą,   że   Suzanne   nie   żyje. 
Pogodził się też z tym, że jej obraz, który nosił w sercu od szkolnych 
czasów, niewiele miał wspólnego z rzeczywistością. Suzanne była 
słodką, głupiutką i samolubną istotą; zaczynał zdawać sobie sprawę, 
że gdyby się pobrali, ich związek dość szybko przestałby być idyllą.

Na   szczęście   była   na   tyle   przewidująca,   żeby   zostać   żoną 

Charliego.   Oni   naprawdę   do   siebie   pasowali.   Z   tego,   co   dziś 
opowiadał   Charlie,   można   było   wnosić,   że   nowa   żona   będzie 
pasowała  do niego jeszcze  lepiej. Pracowała  jako nauczycielka  w 
najmłodszych klasach szkoły podstawowej i miała dobrą opinię w 
sąsiedztwie.   Spokojna,   rozsądna   i   schludna,   daleka   od   marzeń   o 
mężczyźnie, który miałby się zachowywać jak bohater romansu.

Spokojna, rozsądna i schludna. Lustrzane odbicie Charliego. 

Może tylko z jednym wyjątkiem... Charles był najprzystojniejszym 
chłopcem   w   klasie   maturalnej.   Niewiele   się   zmienił.   Parę 
centymetrów więcej w pasie, trochę mniej bujna czupryna.

Jakby   usprawiedliwiając   się,   Charlie   mówił,   że   jego 

narzeczona   nie   jest   szczególnie   ładna.   Wyblakła   blondynka, 

background image

powiedział.  Jej karnacji też nie sposób porównać z cerą Suzanne, 
chociaż   przyznał,   że   ma   całkiem   miły   uśmiech   i   ludzie   raczej   ją 
lubią.

Kane życzył  im szczęścia.  Pewnie zanudzą się ze sobą na 

śmierć w ciągu miesiąca, ale to już nie jego zmartwienie.

Z pewnym  zaciekawieniem  skierował się w stronę domku, 

który   kiedyś   wynajmowała   od   Banksów   jego   matka,   a   w  którym 
mieszkała   teraz   nie   najmłodsza   już   panna   nauczycielka,   czyli 
narzeczona Charliego.

Podszedł   bliżej.  Ten   sam  stary  żywopłot...   W  tym   samym 

miejscu co dawniej. Była w nim dziura, więc przecisnął się na drugą 
stronę,   po   czym   stanął   jak   wryty,   mrużąc   oczy   przed   blaskiem 
nieosłoniętej, żółtej żarówki.

Czyżby   to   miała   być   ta   rozsądna   istota,   o   której   mówił 

Charlie?

Kane z niedowierzaniem podciągnął rękaw koszuli i spojrzał 

na zegarek. Było dwadzieścia dwie minuty po północy. Dokładnie. 
Tymczasem   kobieta   na   ganku   szorowała   na   czworakach   podłogę. 
Albo   on   ma   przywidzenia,   albo   coś   jej   się,   delikatnie   mówiąc, 
poprze-stawiało w głowie.

Oczywiście, istniała trzecia możliwość. To Charliemu się coś 

poprzestawiało.

Nie,   to   niemożliwe.   Przyrodzony   porządek   pięciu   klepek 

Charliego nie mógł być zakłócony z powodu jakiejś kobiety. Mógłby 
może   niezupełnie   poprawnie   wypełnić   formularz,   mógłby   może 
nawet źle dobrać krawat do garnituru, ale zadać się z kobietą, która 
szoruje   ganek   o   północy?   Co   na   to   jego   mamusia,   która   zawsze 
obracała się wśród osób z najwyższych  sfer? Kane pamiętał ją aż 
nadto   dobrze   z   czasów   dzieciństwa.   Dystyngowana   dama 
decydowała o tym, co wypada, a co nie w prowincjonalnym życiu 
miasteczka   Tobaccoville.   Madeline   Banks   próbowała   uchronić 
swego   syna   od   kontaktów   z   małym,   rozhasanym   Kane'em   z 
najbliższego   sąsiedztwa,   ale   im   bardziej   mnożyła   zakazy,   tym 
uparciej   chłopcy   trzymali   się   razem.   Kane   przewodził   i   on 
przeważnie   zbierał   cięgi   za   wspaniałe   szaleństwa   cielęcych   lat,   a 
potem wczesnej młodości. Szybkie samochody, szybkie motorówki, 

background image

łatwe dziewczyny i tanie wino.

W   pewnym   momencie   ich   drogi   się   rozeszły.   To   było   do 

przewidzenia. Charles poszedł w ślady ojca i zaczął pracę w agencji 
ubezpieczeniowej,   a   Kane   wybrał   swoją   własną   drogę.   To   już 
jedenaście lat, rozmyślał  Kane. Jak wiele może  się zdarzyć  przez 
jedenaście lat.

Patrzył na tę kobietę. Jej zgrabny tyłeczek poruszał się jakby 

niezależnie od ruchów ramion, które z pasją tarły pomalowaną na 
szaro drewnianą podłogę. Akurat zauważyła chyba plamę brudu, bo 
westchnęła,   zatrzymała   się   na   chwilę   i   oparła   czoło   na 
skrzyżowanych nadgarstkach.

Charlie  mówił,  że jego narzeczona  wynajęła  ten dom,  gdy 

sprowadziła się do Tobaccoville, i że mieszka w nim sama.

Kane   bardzo   cicho   podszedł   bliżej.   Kobieta   znowu 

westchnęła i podjęła swą niewdzięczną pracę. Miała na sobie piżamę 
jakby specjalnie stworzoną do wywoływania lubieżnych skojarzeń. 
Żółta, ostra żarówka mogła nie oddawać jej prawdziwego koloru, ale 
mniejsza z tym. Z każdą minutą Kane upewniał się coraz bardziej, że 
jakikolwiek   związek   między   tą   istotą   a   Charlesem   Williamem 
Edwardem Banksem III będzie katastrofą.

Podszedł   jeszcze   bliżej.   Dzieliły   ich   teraz   najwyżej   dwa 

metry. Co, u diabła, mógłby nieznajomy mężczyzna powiedzieć teraz 
kobiecie, gdyby się odwróciła?

Jak   ona   miała   na   imię?   Charlie   je   przecież   wymienił. 

Zaczynało się chyba na R... a kończyło na A. Ramona? Victoria? 
Uśmiechnął   się   do   tej   myśli.   Jeśli   ta   dama   miała   w   sobie   coś 
wiktoriańskiego, to na pewno nie od tej strony, od której ją teraz 
oglądał.

Sytuacja   zaczynała   go   bawić.   Obiekt   jego   obserwacji 

posuwał   się   rączym   sposobem   coraz   bardziej   do   tyłu.   Kane 
przyglądał się jej włosom. Wyblakła blondynka? Nawet w mylącym 
świetle   żółtej   żarówki   tak   by   jej   nie   określił.   Twarz   pozostawała 
zagadką, ale Kane uwielbiał zagadki.

Kane   Smith,   eks-lotnik,   eks-bohater,   eks-mąż,   jeśli   liczyć 

sześć   nieszczęsnych   miesięcy   małżeńskiego   piekła   z   rudowłosą 
prawniczką, właśnie opublikował swoją trzecią powieść sensacyjną. 

background image

Jego pierwsza książka całkiem niespodziewanie doczekała się 

trzech wydań i była już w połowie listy bestsellerów, druga dosięgła 
szczytu listy i znajdowała się tam przez całe pięć tygodni. Kane miał 
podstawy przypuszczać, że i trzecia pójdzie tym śladem.

Od   czasów   swej   lotniczej   służby   Kane   unikał   rodzinnego 

stanu, właściwie nie wiadomo dlaczego. Kiedy po wojnie w Zatoce 
odszedł z wojska, mieszkał w Cape May, choć czasem nosiło go tu i 
ówdzie.   Czasami   był   sam,   czasami   nie.   Ostatnio   związał   się   z 
rudowłosą   tancerką   z   Vegas,   ale   to   była   pomyłka   od   samego 
początku.   Kupił   jej   wysadzany   diamentami   zegarek   i   wysłał   z 
powrotem do Newady.

Kiedy topił potem swój parszywy nastrój w kolejnym drinku, 

usłyszał tę starą piosenkę i zadzwonił do Charliego. W ten sposób 
jest teraz tutaj, gapiąc się w środku nocy na pośladki nieznajomej 
istoty płci żeńskiej z mieszanymi uczuciami zdziwienia, ciekawości i 
niespodziewanego, żeby nie powiedzieć niestosownego, podniecenia.
Po co ona zawiązała sobie wokół kostki kawałek sznurka?

Nieświadoma   obecności   obcego   mężczyzny,   Rory   dalej 

szorowała   szczotką   podłogę.   Jeszcze   trzynaście   dni   wolności, 
myślała. Znowu westchnęła i oparła głowę na złożonych dłoniach. 
Za   cztery   tygodnie   zacznie   się   rok   szkolny   i   będzie   musiała 
powiedzieć gromadzie dzieci w swojej klasie, dla której dotąd była 
panną Hubbard, że teraz mają do niej mówić „pani Banks". Nagle to 
zadanie wydało się przerastać jej siły.

Właściwie  wszystkie,  nawet błahe decyzje, od czasu kiedy 

zgodziła   się   wyjść   za   Charlesa,   wydawały   się   przerastać   jej   siły. 
Każdy pagóreczek wyrastał przed nią do rozmiarów Mount Everestu. 
Paznokcie obgryzła już prawie do łokci, jej umysł pełen był myśli 
kłębiących się jak wodospad albo wyłączał się zupełnie. A przecież 
zawsze była taka zrównoważona i rozsądna...

Jakiś   czas   temu   leżała   w   łóżku,   nie   mogąc   zasnąć   i 

zastanawiając   się,   czy   zapłacić   Charlesowi   czynsz   za   następny 
miesiąc, choć przecież będzie tu jeszcze mieszkać tylko przez dwa 
tygodnie,   i   co   będzie,   jak   zwali   się   tutaj   cała   jej   rodzina,   i   czy 
przyzwyczai   się   do   nowego   nazwiska,   aż   wreszcie   przestała   się 
łudzić, że zaśnie, myśląc o tym wszystkim, i poszła szorować ganek. 

background image

To przynajmniej była jakaś decyzja. I jakieś zajęcie.

Mniej więcej w połowie roboty poczuła się zmęczona. Bolały 

ją kolana. Nie czuła już rąk. Boże, co by to było, gdyby Charles 
dowiedział się, co ona robi po nocy?

Chyba jednak powinna skończyć  to, co zaczęła. Nigdy nie 

odkładaj niczego do jutra... i tak dalej, i tak dalej. Słyszała to tysiące 
razy,  od czasu kiedy w wieku jedenastu lat zamieszkała  u swojej 
babki.

- A co by było, gdybym odłożyła ten ślub, z powodu którego 

jestem ostatnio taka roztrzęsiona? - zapytała samą siebie.

Posuwając się tyłem, zbliżała się do krawędzi ganku.
- A niech to! - fuknęła ze złością, zdając sobie sprawę, że 

szorowała   ganek   od   drzwi   wejściowych   do   schodów,   zamiast   na 
odwrót. Niczego ostatnio nie jest w stanie zrobić porządnie! Wylała z 
wiadra na ostatnie deski trochę wody z płynem do mycia podłóg i 
złapała za szczotkę. Milion razy wolałaby teraz znaleźć się na statku 
płynącym do Chin albo w pociągu pędzącym w kierunku Himalajów.
Jak byłoby cudnie wynieść się stąd na drugi koniec świata, gdzie nikt 
nie   słyszał   ani   o   niej,   ani   o   Charlesie,   ani   o   całej   rodzinie 
Hubbardów!

Wyczuła kolanem skraj werandy,  po czym  jej prawa stopa 

trafiła na coś ciepłego, zaokrąglonego i twardego, w miejscu gdzie 
nic takiego nie miało prawa się znajdować.

Cofnęła nogę, po czym ostrożnie wyciągnęła ją znowu. To 

samo.

Kane, nieco skołowany tymi napadami czyścicielskiej furii, 

pomrukami i westchnieniami w czasie nagłych przestojów, patrzył 
cały   czas   na   to,   co   wydawało   mu   się   najsłodszą   dla   oka   parą 
okrągłości.   Piżama   dziewczyny   była   na   siedzeniu   nieco   wytarta; 
pewnie   miała   zwyczaj   jadać   w   niej   śniadanie,   zanim   ubierała   się 
przed   wyjściem.   Wyobraził   ją   sobie,   ciało   bez   twarzy,   miękką   i 
ciepłą   po   gorącym   prysznicu,   pachnącą   jak...   sosna.   Nie,   nie   jak 
sosna. Może jak bez.

Rzecz była warta zbadania.
Rory poruszyła palcami stopy, bojąc się spojrzeć w tył. Jeśli 

to Charles, ich narzeczeństwo jest skończone. Finito. Koniec. Bez 

background image

dyskusji.

Może gdyby wróciła na czworakach do domu bez oglądania 

się za siebie, mogliby udawać, że nic się w ogóle zdarzyło. Może 
nawet kiedyś śmieliby się z tego oboje.

Ostrożnie posunęła się w kierunku drzwi. Nie, nic z tego, 

pomyślała. Charles nigdy w życiu nie będzie się z tego śmiał. Jeśli to 
jest Charles, będzie musiała wdać się w jakieś okropnie kłopotliwe 
wyjaśnienia.

A jeśli to jest ktoś inny...
O, Boże. Myśl teraz, Crystal Auroro Hubbard, myśl!
Zacząć wołać o pomoc i zbudzić Charlesa, który przybiegnie 

na ratunek, czy rzucić się do drzwi, zatrzasnąć je za sobą i dzwonić 
na policję?

Zanim   cokolwiek   postanowiła,   jej   dłonie   pośliznęły   się   na 

mokrej podłodze. Rzuciła się w kierunku drzwi, ale łapiąc ręką za ich 
brzeg zdała sobie sprawę, że jest już za blisko i blokuje je własnym 
ciałem. Cofnęła się gwałtownie, uderzając lewą stopą w plastikowy 
kubeł   z   wodą.   Usłyszała   stłumiony   łoskot,   gwałtowne   stuknięcie, 
plusk i czyjś okrzyk.

-   Do   diabła,   niech   no   szanowna   pani   zobaczy,   jak   mnie 

urządziła! Wziąłem ze sobą tylko dwie pary dżinsów!

Jednocześnie   przerażona   i   zaciekawiona,   odważyła   się 

spojrzeć za siebie. To nie był Charles. Nie była jeszcze zhańbiona na 
wieki.

To był ktoś obcy. Gdyby miała choć trochę oleju w głowie, 

powinna zacząć  krzyczeć  ze strachu, ale  ten człowiek, ociekający 
teraz brudną wodą, jakoś nie wydał jej się groźny.

- Muszę to z siebie zdjąć, zanim przekroczę próg, bo inaczej 

ten pterodaktyl z sąsiedniego domu zabije mnie za skalanie swych 
sterylnych podłóg.
- Charles? - Rory ledwie wydobyła to słowo ze ściśniętego jeszcze 
gardła.

- Nie, gospodyni. Pani Jakaśtam.
- Pani Mountjoy. Zna pan więc Charlesa? - Nie wiedziała, 

czy w tej sytuacji to lepiej, czy gorzej.

-   Tak,   znam   Charlesa   -   mruknął   mężczyzna   z   głębokim 

background image

niesmakiem. Rozpiął mokrą koszulę i próbował odlepić ją od ciała. 
Rory zauważyła, że nie nosi podkoszulka. Kiedyś zwróciła uwagę, że 
Charles   nosi   podkoszulek   nawet   w   najcieplejsze   dni   w   roku. 
Oczywiście,   nie   widziała   tego   na   własne   oczy.   Podkoszulek 
prześwitywał   jednak   zawsze   przez   jego   białe,   wykrochmalone 
koszule,   które   nosił   do   popielatych   garniturów.   Odwróciła   się 
szybko.

- Hm... nie przypominam sobie, żeby Charles kiedykolwiek 

wspominał pana nazwisko. - Ty barania głowo, dodała w myśli pod 
własnym adresem, przecież nawet nie znasz jego nazwiska!

- Nie? W gruncie rzeczy to mnie nawet nie dziwi.
- A kim pan jest? Przecież nawet nie mogę być pewna, czy 

pan naprawdę zna Charlesa?

- Nazywam się Smith. Oczywiście nie może pani być pewna, 

czy znam Banksa. Ale jeśli ma to jakieś znaczenie, to Charlie dzięki 
mnie miał po raz pierwszy podbite oko, a ja dzięki niemu. W tej 
samej bójce. Byłem też drużbą na jego weselu po tym, jak ukradł mi 
dziewczynę,   a   teraz   będę   nim   znowu.   To   może   dać   pani   pewne 
pojęcie, jaki ze mnie wspaniały facet.

- Nikt, kto naprawdę zna Charlesa, nie nazywa go Charlie - 

stwierdziła. Prawdę mówiąc, nie był to żaden argument.

Klęcząc   dalej   na   czworakach,   spoglądała   przez   ramię   na 

człowieka stojącego w mroku. A więc to był przyjaciel Charlesa z 
dawnych   czasów,   który   będzie   drużbą   na   ich   weselu?   Ten 
ciemnowłosy,   niebezpiecznie   wyglądający   mężczyzna   z   krzywym 
nosem, wykrzywionymi ustami i złośliwym spojrzeniem? Ten niecny 
typ,  skradający się po nocy w mokrych  dżinsach  i koszuli  khaki, 
która była własnością jej Charlesa?

Jeżeli w ogóle jakoś go sobie wyobrażała, to powinien być 

kimś takim jak Charles. Krótko ostrzyżony typ właściciela poważnej 
firmy w marynarce z watowanymi ramionami.
Wprawdzie włosy nieznajomego nie były tak długie, żeby sprawiały 
wrażenie zaniedbanych, natomiast szerokie ramiona, które rysowały 
się pod mokrą koszulą, świadczyły o sile fizycznej tego mężczyzny.

Rory próbowała rozpaczliwie zignorować fakt, że wszystkie 

jej   skryte,   uparcie   negowane   ze   świadomości   pragnienia   nagle 

background image

odżyły.

-   A   więc   to   pan   mieszkał   kiedyś   w   moim   domu?   - 

powiedziała z wymuszonym uśmiechem.

Kane   skinął   głową.   Nie   mógł   nie   zauważyć,   jak   jej   oczy 

nerwowo błądziły po jego ciele. Czyżby celowo zachowywała się tak 
prowokująco?   Czy   zdaje   sobie   sprawę,   jak   podniecający   jest   dla 
mężczyzny fakt, że kobieta patrzy w ten sposób na jego ciało?

Cicho tam, mój mały, dodał w myślach sam do siebie, myśląc 

o pewnej części swego ciała. Też sobie znalazłeś okazję!
-   Czy   trzeci   stopień   w   schodach   na   strych   dalej   tak   skrzypi?   - 
zapytał, starając się nie myśleć o niemiłym dotyku mokrego ubrania. 
-Kiedyś sypiałem na górze. Latem było tam gorąco jak w piekle, w 
zimie lodowato jak w eskimoskiej psiarni. Wiosną i jesienią dało się 
wytrzymać.

Czekając   na   odpowiedź,   przyglądał   się   tej   rzekomo 

nieciekawej nauczycielce, starej pannie pozbawionej urody, i doszedł 
do dwóch zasadniczych wniosków. Po pierwsze: Charles był idiotą. 
Po drugie: żaden facet nie zasługuje na względy kobiety, która mu 
się nie podoba.

Charles miał oczywiście rację: pod względem urody daleko 

jej było do Suzanne, ale przecież miała w sobie coś szczególnego.

Była,   jakby   to   określić...   Marszcząc   brwi,   Kane   robił   w 

myślach podsumowanie tego, co widział.

Była pociągająca... do diabła, jeszcze jak. Piękna? No, co to, 

to nie. Cóż więc w niej było takiego, co sprawiało, że on... Oczy? To 
prawda, były naprawdę ładne, choć w żółtym świetle żarówki nie był 
nawet   pewien   ich   koloru.   Włosy   miała   złotobrązowe   -   nie   rude 
wprawdzie, ale też wcale nie wyblakłe. W tej chwili przypominały 
ptasie gniazdo.

A co do cery... Nagle zdał sobie sprawę, że to, co widział na 

jej żywej, drobnej twarzy, to nie plamy. To były piegi! Pokrywały 
każdą widoczną część jej ciała.

Zaczął się zastanawiać, jak to wygląda w innych miejscach, 

po czym  szybko odsunął od siebie te myśli. Znowu mógłby mieć 
kłopot.

Ale   usta   ma   ładne,   myślał.   Duża   i   pełna,   ruchliwa   dolna 

background image

warga. Czy Charles miał okazję w pełni to docenić, czy dalej był 
takim cholernym purytaninem jak zawsze?

- Ten stopień dalej skrzypi - powiedziała, wyrywając go z 

zamyślenia.   -   Rzadko   korzystam   ze   strychu.   -   Całkiem 
niespodziewanie wyciągnęła do niego rękę, potem cofnęła ją, wytarła 
o bluzę od piżamy i podała jeszcze raz. - Jestem Aurora Hubbard, 
narzeczona Charlesa. Miło mi pana poznać...

Jej gest był tak ujmująco bezsensowny. Kane uśmiechnął się i 

ujął jej małą, wilgotną dłoń. Do diabła, co Charles będzie robił z taką 
kobietą? Po miesiącu zacznie chyba chodzić po ścianach albo będzie 
musiał cały czas z nią walczyć i tłamsić jej prawdziwą osobowość. 
To nie ma sensu. Są jak ogień i woda. Z drugiej strony, szkoda też 
Charlesa.   Przecież   to   całkiem   przyzwoity   facet   i   ma   prawo   do 
odrobiny normalnego, spokojnego życia. Przez pierwsze dwadzieścia 
trzy lata na tym świecie siedział pod pantoflem swej despotycznej 
mamuśki, a potem ożenił się z Suzanne i stracił ją, gdy zachorowała 
na wirusowe zapalenie płuc...

- Charles wspominał, że jest pan pisarzem, panie Smith. Co 

pan pisze? - zapytała Rory. Babcia w swym wychowawczym zapale 
wpoiła jej również uprzejmość i dobre maniery, choć chyba nie tak 
wyobrażała sobie ich zastosowanie.

Kane   uśmiechnął   się   jeszcze   szerzej.   Czy   ta   dziewczyna 

zachowuje się naturalnie i spontanicznie? Jeśli tak, to jest wspaniałą 
istotą. Która kobieta byłaby w stanie, siedząc w mokrej piżamie i 
wyglądając jak ostatnie nieszczęście, prowadzić taką konwersację...

- Hm... przeważnie powieści - odparł.
- Na pewno Charles będzie szczęśliwy, goszcząc pana tutaj, 

panie Smith. Ostatnio tak dużo pracował.

-   Proszę   mówić   do   mnie:   Kane.   Sądzę,   że   w   ciągu 

najbliższych   dwu   tygodni   będziemy   się   często   widywali   -   dodał. 
Czyżby dawała mu przed chwilą do zrozumienia, że nie jest w stanie 
odciągnąć   Charlesa   od   biurka?   Ona,   ta   zabawna,   pełna   seksu, 
wytrącająca człowieka z równowagi istota, która potrafi szorować o 
północy   podłogę   i   uprzejmie   podawać   rękę   facetowi,   na   którego 
dopiero co wylała wiadro brudnej wody?

Może zresztą ten zimny prysznic był wybawieniem. Chyba 

background image

już za bardzo zaczynał mu się podobać jej kołyszący się wdzięcznie 
tyłeczek.

-   Pan   pewnie   myśli,   że   ja   całkiem   zwariowałam,   myjąc 

podłogę w środku nocy?

- Skąd, nawet mi to nie przyszło do głowy. Najlepsze rzeczy 

udają mi się właśnie o tej porze.

- Och - powiedziała Rory i nagle zamilkła. Siedziała dalej na 

podłodze,   patrząc   na   powoli   wysychającą   kałużę   przy   brzegu 
werandy.

Żadne   z   nich   się   nie   odzywało.   Rory   westchnęła.   Kane 

zastanawiał się, czemu, u diabła, nie zabiera się stąd i nie idzie z 
powrotem do domu Charlesa.

Z górnej kieszonki piżamy dziewczyny wystawała  pomięta 

chusteczka.   Widok   tego   niewielkiego   wybrzuszenia   nad   prawą 
piersią wydał mu się nagle czymś dziwnie wzruszającym. Stojąc w 
cieniu zwisających pędów wistarii i patrząc na nią, stwierdził, że jej 
włosy są jednak bardziej  blond niż brązowe. Szkoda, że nie były 
rude.

Po chwili uznał, że to jednak lepiej, że tak nie jest. Zawsze 

miał   słabość   do   rudowłosych   dziewcząt.   Ta   kobieta   i   tak 
niebezpiecznie na niego działała. Jeszcze by tego brakowało, żeby 
była ruda!

Postanowił pożegnać się i odejść, i wszedł po stopniach na 

ganek. Po chwili jednak podszedł do ogrodowej huśtawki i usiadł na 
niej.

- Może zostanę tu na chwilę. Musi mi wyschnąć ubranie, bo 

ta baba-smok od Charlesa gotowa zionąć na mnie ogniem. Czy ona 
nienawidzi   mężczyzn   w   ogóle,   czy   tylko   mnie   tak   uprzejmie 
traktuje?

- Pani Mountjoy nie  jest taka straszna. Teraz ma  tylko  za 

dużo pracy w związku z weselem. Matka Charlesa ma przyjechać, 
żeby jej pomóc.

Kane skinął głową. Delikatnie zakołysał huśtawką. Odgłosy 

letniej   nocy,   świeży   zapach   ziemi   i   ściętej   trawy,   skrzypienie 
zardzewiałego łańcucha przywołały kolejną falę wspomnień.

- Wiesz, kiedy byłem jeszcze w szkole, miałem psa, sukę. 

background image

Wyciągnąłem ją ze schroniska dla bezdomnych zwierząt. Nazwałem 
ją Ginger.

Rory   skinęła   tylko   głową,   bo   wydawało   się,   że   Kane   już 

nawet nie zauważa jej obecności.

- Pamiętam, jak przemyciłem ją do siebie na górę w nocy, 

kiedy mama poszła już spać. Kiedy Ginger chciała wyjść na dwór, 
wypuszczałem ją przez okno na dach ganku. Potem sama schodziła 
w dół po bocznej kracie. Taka była z niej spryciara.

- Co się z nią stało?
- Wpadła pod ciężarówkę.
I on wtedy płakał. Nagle Rory zdała sobie sprawę, że widzi 

wszystko tak wyraźnie, jakby sama to przeżywała. Pewnie był już 
tak   wysoki   jak   teraz,   jego   twarz   miała   już   te   same   nieregularne, 
męskie   rysy,   może   tylko   trochę   mniej   wyraziste,   i   płakał   z   całej 
duszy nad suczką o imieniu Ginger, którą kiedyś uratował.

- Teraz tej kraty już prawie nie widać. Pokryły ją zupełnie 

pędy wistarii - powiedziała Rory. - Charles chce, żebym wycięła tę 
panoszącą się roślinę. Może to jutro zrobię. - Oparła się o ścianę, 
objęła ramionami podciągnięte pod brodę kolana i patrzyła na gęste 
pędy.   -   Zamierzał   wynająć   człowieka,   który   usunąłby   ją   z 
korzeniami, zanim jeszcze zakwitła.

- Za późno - odparł Kane. - Te korzenie sięgają już pewnie do 

granic miasta.

Rory skinęła głową. Po chwili powiedziała:
- Chciałam, żeby to był sędzia pokoju. Tak byłoby o wiele 

prościej.

-   Chciałaś,   żeby   sędzia   pokoju   wycinał   ci   tę   wistarię?   - 

zapytał.

Spojrzała   na   niego   zaskoczona;   zauważył,   że   jej   oczy   są 

jasnobrązowe.

- Och, nie. Miałam na myśli udzielanie nam ślubu - odparła. - 

Charles chce, żeby to było w kościele. Mówi, że mam do tego prawo, 
bo to mój pierwszy ślub, ale mnie aż tak na tym nie zależy.

- Na ślubie? - Kane podniósł swe bardzo ciemne, proste brwi. 

Jego oczy były ciemnobrązowe jak kawa bez śmietanki.

- Na ślubie w kościele. Z tym tłumem ludzi. Z męczącymi 

background image

próbami przedtem i wielkim przyjęciem potem. On chce zaprosić na 
wesele wszystkich swoich współpracowników i klientów.

Kane wzruszył ramionami. Ściągnął koszulę i rozwiesił ją na 

oparciu   huśtawki.   Rory   starała   się   na   niego   nie   patrzeć.   Nagość, 
nawet choćby tylko taka, zawsze wprawiała ją w zakłopotanie.

- Nie lubisz przyjęć? - zapytał.
Westchnęła i zaczęła nawijać sobie na palec kosmyk włosów.
-  To   nawet  nie   o  to  chodzi.   Tu  chodzi  o...  o  wszystko!  - 

Wyciągnęła   ręce   bezradnym   gestem   i   znowu   westchnęła.   - 
Przepraszam, pewnie nie masz ochoty tego słuchać.

- Skądże, nie mam nic przeciwko temu. Czasami nawet trzeba 

wygadać się przed nieznajomym,. Poza tym opowiedzenie komuś o 
swoich problemach pozwala jakoś je uporządkować.

- Ja nie mam żadnych problemów. W każdym razie nie są 

one... naprawdę ważne. - Znowu zaczęła maltretować swoje włosy, 
szarpiąc nieszczęsny kosmyk i wykręcając go na wszystkie strony.

Oczywiście, że nie masz problemów, moja kochana, myślał 

Kane. Dlatego właśnie szorowałaś z taką zaciekłością tę werandę w 
środku nocy na dwa tygodnie przed ślubem.

Nie zdając sobie sprawy, po co to robi, zaczął zadawać jej 

niewinne,   umiejętnie   dobrane   pytania.   Udzielał   przecież   wielu 
wywiadów,   zarówno   jako   pisarz,   jak   i   bohaterski   pilot.   Wiedział 
zatem dobrze, jak i o co pytać.

Z Rory starał się być delikatny. W krótkim w czasie wydobył 

z niej to wszystko, co nie pozwalało jej zasnąć dzisiejszej nocy.

- Bo widzisz, problem w tym - mówiła - że ja zawsze byłam 

taka  rozsądna i zrównoważona;  każdy to przyznawał.  A teraz  nie 
wiem,   co   się   ze   mną   stało.   Nie   mogę   podjąć   żadnej   decyzji,   nie 
wpadając przy tym w panikę. W zeszłym tygodniu Charles poprosił 
mnie, żebym postanowiła coś, jeśli chodzi o kwiaty, a ja to ciągle 
odkładam.   I   jeszcze   ta   muzyka.   Nie   mogę   się   zdecydować,   czy 
wybrać jazz tradycyjny, czy też nagrania z płyty Janis Joplin, którą 
ma mój ojciec.

Kane aż zagwizdał cicho pod nosem.
- Lubisz ten rodzaj muzyki?
- Ja się w ogóle nie znam na muzyce. To była sugestia Sunny. 

background image

Ona i Bili bardzo lubili Janis Joplin.

- Sunny?
-   Moja   matka.   Jej   prawdziwe   imię   brzmiało   Margaret,   ale 

zmieniła je sobie na Suriya. To znaczy: Słońce. Tak mi się wydaje. 
W każdym razie każdy nazywał ją Sunny*.

(przyp. Sunny znaczy po angielsku „słoneczna, promienna" tłum.).

Aurora, córka Słońca. Jak może mieć na imię ojciec? Może 

Zeus? Powoli wszystko zaczynało mu się układać w logiczną całość. 
Hippisowski syndrom lat sześćdziesiątych.

- W porządku, jeśli sama nie możesz się zdecydować, może 

organista coś by ci doradził?

- No... może rzeczywiście. Myślę, że z nim porozmawiam. - 

Zaczęła tak zawzięcie gryźć dolną wargę, że Kane miał ochotę jakoś 
temu zapobiec. - Ale jeszcze jest problem rachunku. Nie wiem, kto 
go powinien zapłacić, i czy oni go przyślą, czy raczej trzeba im coś 
dać w kopercie? I w ogóle nie bardzo mam ochotę na ten ślub w 
kościele.

- To może na kościelnym dziedzińcu? Albo w ogrodzie na 

tyłach domu Banksów? To urocze miejsce. Wprawdzie przyjechałem 
tu już po zmroku i nie wiem, jak teraz wygląda...

- Och, niech już będzie gdziekolwiek - westchnęła. - Tak czy 

owak,   Charles   kazał   mi   o   tym   wszystkim   zdecydować   jak 
najszybciej, a za miesiąc zaczyna się rok szkolny... i jeszcze muszę 
wybrać sobie suknię.

- No tak. Suknia to poważna sprawa - powiedział Kane.
- Nie robiłabym z tego takiego problemu, bo to w końcu tylko 

strój na tę jedyną okazję, ale... - znowu uniosła ramiona w geście 
rozpaczy.   -   Ja   już   naprawdę   nic   nie   wiem!   W   ogóle   nie   mogę 
uporządkować myśli! Rano nalewam sobie zupę mleczną na talerz i 
patrzę na nią tępo przez pół godziny, jakbym się zastanawiała, co 
mam   z   nią   dalej   robić.   Sporządzam   sobie   różne   notatki,   które   w 
ogóle nie mają sensu, kiedy je potem czytam, i wypisuję całe listy 
spraw do załatwienia, a potem nie pamiętam, gdzie je położyłam!

Oczy   Kane'a   powędrowały   do   jej   kostki   u   nogi,   która 

background image

wyglądała jak wyrzeźbiona przez prawdziwego artystę.

-   I   zawiązujesz   sznurki   wokół...   hm,   palca,   a   potem 

zapominasz, o czym powinnaś pamiętać?

Zakłopotana, z wdziękiem poruszyła stopą i dotknęła palcem 

brudnego kawałka sznurka, zawiązanego tuż nad kostką.

- Och, pewnie masz na myśli to... To miało oznaczać buty.
- Dobry pomysł - stwierdził Kane.
- Nie jestem pewna, czy Charles uznałby to za dobry pomysł 

- odparła przygnębionym głosem. - Dla niego to byłby idiotyzm. Czy 
kiedyś  próbowałeś zawiązać sobie sznurek wokół palca? Tego się 
prawie   nie   da   zrobić.   Poza   tym   cały   czas   przeszkadza.   A   to   - 
dotknęła   ręką   kostki   -   miało   mi   przypominać,   żebym   w   końcu 
postanowiła, czy mam sobie kupić do ślubu nowe buty, bo jeśli tak, 
to   muszę   w   nich   najpierw   trochę   pochodzić.   Inaczej   mogę   się 
dorobić bąbla na pięcie i kuleć w drodze do ołtarza.

- I co, czy metoda sznurka okazała się skuteczna?
-   Powiedzmy.   Przynajmniej   pamiętam,   po   co   go   tu 

zawiązałam - powiedziała, uśmiechając się nieśmiało. Jej uśmiech 
wydał się Kane'owi tak uroczy, że było to co najmniej niebezpieczne.
Patrzył na nią uważnie, dopóki ostatni ślad uśmiechu nie zniknął z jej 
twarzy. Pragnął w tej chwili, żeby nie uśmiechała się do niego w ten 
sposób.   A   niech   to!   Taki   jeden   pełen   smutku   uśmiech,   te 
rozczochrane   włosy,   mokra,   pomięta   piżama   -   wszystko   razem 
otaczało   ją   aurą   jakiejś   bezradności.   Nigdy   nie   potrafił   się   temu 
oprzeć.

O Jezu! Ta kobieta i Charles W.E.Banks III? Przecież ona go 

żywcem   podpali!   Nawet   w   przedszkolu   Charlie   był   już 
sztywniakiem. Nieskończoną ilość razy Kane wypijał piwo, którego 
tamten nawarzył. Charlie wychodził z tych bójek bez najmniejszego 
szwanku,   za   to   Kane,   mniejszy   i   nie   tak   dobrze   zbudowany, 
nieodmiennie kończył je potłuczony, ociekający krwią, z ubraniem w 
strzępach.

A   potem   jeszcze   musiał   pokazać   się   w   tym   stanie   swojej 

matce. Czasami wolałby już wziąć drugi raz cięgi od kolegów, niż 
znosić   ostry   jak   brzytwa   język   Sally  Smith,   niech   Bóg  zbawi   jej 
poczciwą duszę.

background image

- Charles z pewnością cieszy się, że pan tu jest. Może tak, 

pomyślał Kane, ale... może też zdarzyć
się, że w końcu będzie tego żałował.

- Wiesz, lepiej pozwolę ci już wrócić do domu i przespać się 

trochę. Nie wiem, jakie Charlie ma plany na jutro, ale...

-   Będzie   pracował.   Charles   zajmuje   się   teraz   jakąś   ważną 

umową.   Mówił,   że   musi   załatwić   wszystkie   sprawy,   zanim 
pojedziemy w naszą p-p-podróż poślubną...

P-p-podróż poślubna?  Człowiek,  który przeciskał  się  przez 

porządnie przystrzyżony żywopłot około pierwszej po północy, był 
bardzo zamyślony. Naprawdę bardzo zamyślony.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

- Co mamy w planie na dziś? - spytał Kane, uśmiechając się 

do  wysokiego,  jasnowłosego  mężczyzny  w popielatym   garniturze. 
Nawet w najgorętszy dzień roku Charles w ogóle się nie pocił; z 
niewiadomych przyczyn wytrącało to Kane'a z równowagi.

- Chciałbym, żebyś poznał Aurorę - odparł Charles, popijając 

kawę i podnosząc wzrok znad pierwszej strony gazety. - Potem, jeśli 
nie masz nic przeciwko temu, mógłbyś  jej pomóc w tym,  co jest 
jeszcze do załatwienia. Normalnie dawała sobie świetnie radę, ale 
ostatnio jest dziwnie rozkojarzona.

Kane zmarszczył brwi. Co teraz robić? Przyznać się, że już ją 

poznał, czy nic nie mówić i czekać, aż Charles ją mu przedstawi?

- Jestem na wasze usługi, ale spróbuj wyjść dzisiaj wcześniej 

z   pracy.   Chyba   powinieneś   poświęcić   swojej   damie   nieco   więcej 
czasu. Dołączę do was w stosownej chwili i sam się przedstawię.

- Dobrze - zgodził się Charles - i dziękuję za dobre chęci. 

Trzeba   dziewczynę   po   prostu   trochę   zmobilizować.   Zostało   do 
załatwienia jeszcze parę spraw. Będę ci bardzo wdzięczny za pomoc.

-   Spokojna   głowa   -   odparł   Kane.   -   Wszystko   będzie 

załatwione.   Gdybyśmy   mieli   problemy   z   tematem   do   rozmowy, 
opowiem jej o twojej zaszarganej od dawna reputacji.

-   Jakiej   zaszarganej   reputacji?!   -wykrzyknął   z   oburzeniem 

Charles.

- Przecież żartowałem - uspokoił go Kane. Zapomniał już, że 

jego przyjaciel cierpi na wrodzony brak poczucia humoru.

-   Aha...   No,   dobrze.   Ale   pamiętaj,   żebyś   zachowywał   się 

przyzwoicie. Aurora naprawdę nie jest podobna do kobiet, w których 
gustujesz.

- Ty wiesz najlepiej, w jakich kobietach gustowałem, Charlie 

- powiedział cicho Kane, po czym natychmiast tego pożałował. To 
przecież   już   przebrzmiała   historia.   Było,   minęło.   Spotykał   się   z 
Suzanne Goforth, zanim Charles w ogóle ją poznał. Potem, przez 
jakiś czas, bywali wszędzie we trójkę. W końcu Suzanne wybrała 
tego,   który   skończył   odpowiednie   studia   i   miał   zacząć   pracę   w 
renomowanej firmie swego ojca, zamiast Kane'a, niebieskiego ptaka, 

background image

który mógł jej zaoferować tylko swoje nazwisko.

Za  niecałe  dwa tygodnie  przeprowadzi  się  do domu  obok, 

myślała. Będzie dzieliła łoże z Charlesem, będzie co dzień siedziała 
naprzeciw niego przy stole. Czy naprawdę kochała go na tyle, żeby 
to znieść?

Czy   ona   w   ogóle   wiedziała,   co   to   jest   miłość?   Gdy   była 

dzieckiem, uczono ją, że należy kochać wszystkie boskie stworzenia 
-   zwierzęta,   rośliny,   skały.   Zawsze   miała   z   tym   problemy, 
szczególnie   kiedy   podrosła   i   zaczęła   dostrzegać   niektóre   boskie 
stworzenia   jakby   bardziej   wyraźnie.   Niektóre   z   tych   stworzeń 
również ją dostrzegały jakby bardziej wyraźnie i podobało im się to, 
co widzą.

Potem, u babci, wszystko stało się prostsze. Nie było żadnego 

gadania o miłości. W życiu należało przestrzegać pewnych zasad i 
człowiek był bezpieczny.

Kiedy weszła w samodzielne  życie,  była  zbyt  zajęta, żeby 

zastanawiać się nad istotą miłości.

Oczywiście,   kochała   swoją   rodzinę.   Tego   była   zupełnie 

pewna. Nigdy jednak, nawet sama przed sobą, nie przyznawała się, 
że interesuje ją inny aspekt tego uczucia. Owszem, zdarzały jej się 
skrzętnie ukrywane chwile słabości, ale zawsze potem wracała na 
bezpieczną drogę, jasno wytyczoną przez babkę. Tu świat miał swoje 
wyraźne granice i drogowskazy. Porządna kobieta powinna cały czas 
robić coś pożytecznego. Rory chodziła regularnie do kościoła, brała 
udział w kwestowaniu na różne zbożne cele, wolny czas wypełniała 
pracą.

Nigdy nie miała karty kredytowej; według babci ten diabelski 

wynalazek służył tylko do wodzenia ludzi na pokuszenie. Nigdy nie 
nosiła   wyzywających   sukienek   z   dekoltem   do   pasa   ani   spódnic 
kończących się na tej części ciała, której nazwy przyzwoita kobieta 
nawet nie wymawia.

Ponadto wiedziała, że jest naprawdę dobrą nauczycielką. No, 

może   od   pewnego   czasu   była   nieco   roztrzęsiona,   ale   za   to 
wyszorowała   wreszcie   podłogę   ganku.   I   pozbyła   się   wyrzutów 
sumienia.   Dziś   jeszcze   rozprawi   się   z   tą   wistarią...   Jeśli   znajdzie 
sekator. Ostatnio chyba przycinała nim gałęzie, żeby nie właziły na 

background image

sznur do bielizny, a potem położyła go...

Parę   minut   później,   wychodząc   przez   tylne   drzwi   na 

podwórze, mruczała:

- Zaraz, zaraz, gdybym była sekatorem, to mogłabym teraz 

być...

- W Motelu Spełnionych Marzeń z Chrupiącym
-   Kurczakiem   -   podpowiedział   jej   Kane,   przytrzymując 

uchylone drzwi.

Po chwili zaskoczenia Rory wybuchnęła śmiechem. Śmiała 

się tak, że łzy zmoczyły jej rzęsy i spływały po policzkach.

-   To   bardziej   interesujące   miejsce   niż   półka   w   garażu   - 

powiedziała. - Czy taki motel w ogóle istnieje?

- Chyba nie.
- Szkoda - odparła z uśmiechem.
-   A   gdyby   istniał,   czy   spotkałabyś   się   tam   ze   mną   na 

potajemne...

- Spełnianie marzeń? Chrupiący kurczak? W każdej chwili! - 

Rory   była   zaskoczona,   że   pod   wpływem   jakiegoś   impulsu 
odpowiedziała mu w ten sposób. Przecież to w ogóle nie było do niej 
podobne.

-   Przyszedłem   zaoferować   ci   moją   pomoc   na   prośbę 

Charliego. Jest jeszcze zajęty w biurze, ale po południu może będzie 
miał trochę czasu.

- Powiedziałeś mu o naszym wczorajszym spotkaniu?
- Nie. Czy powinienem?
- Chyba nie... Być może źle by to zrozumiał - przyznała Rory.
-   Więc   co   teraz?   -   zapytał   Kane.   -   Ćwiczymy   weselne 

marsze? Szukamy w sklepach jedwabnych białych pantofli? A może 
robimy śliczne małe paczuszki z ryżu i płatków róż?

Rory zrobiła przerażoną minę.
-   Czy   jest   to   konieczne?   Przecież   w   ten   sposób   można 

zanieczyścić środowisko!

- Tym się nie przejmuj. Ryż zjedzą ptaki, a reszta ulegnie 

biodegradacji.   Może   najwyżej   Charles   ukarze   cię   grzywną   za 
zaśmiecanie miejsc publicznych.

- Czy zawsze jesteś taki okropny?

background image

-   Nie   zawsze.   Tylko   wtedy,   gdy  mam   do   czynienia   z   tak 

bezwzględnie   porządną   osobą.   -   Uśmiechnął   się   i   jego   nierówno 
wygięte usta zrobiły się jeszcze bardziej niesymetryczne. Dla Rory 
miało to jakiś niezwykły urok.

-   To   mi   wcale   tak   dobrze   nie   wychodzi.   Bycie   porządną, 

oczywiście. No... udawanie, że jestem taka porządna.
Tym razem Kane roześmiał się głośno i Rory nie mogła się temu 
oprzeć. Po chwili śmiała się razem z nim, czując, że jest lekka jak 
piórko.

-   Dzisiaj   -   zaczęła,   kiedy   udało   jej   się   trochę   nad   sobą 

zapanować - musimy rozprawić się z tą wistarią przy ganku i znaleźć 
kogoś,   kto   zechciałby   wziąć   moje   rośliny   w   doniczkach.   Charles 
chyba za nimi nie przepada.

Kane popatrzył ponad jej ramieniem na parapet kuchennego 

okna, gdzie stały jakieś mizerne warzywa, wyrastające na długich 
łodygach ze słoików po dżemie.

- W porządku - stwierdził. - Najpierw wistarią... choć muszę 

przyznać, że kiedyś bardzo lubiłem te rozwichrzone zarośla. Świetna 
zasłona dla wszelkiej niepoczciwej działalności.

- Charles mówi, że przyciąga termity.
- Charles jest filistrem.
- Och, nie. On jest prezbiterianinem. Przedtem był baptystą, 

ale się przechrzcił - powiedziała Rory z poważnym wyrazem twarzy, 
ale   po  chwili   nie   wytrzymała   i  wybuchnęła   śmiechem.   Boże,   już 
chyba od dwudziestu lat zapomniała, jak się to robi.

Kane   znalazł   sekator,   wiszący   między   pękami   starych, 

zakurzonych ziół.

Zanim   nadeszło   południe,   z   pnących   zarośli   przy   ganku 

niewiele już zostało. Usta Rory wyginały się boleśnie przy każdym 
cięciu sekatora. Pod koniec była już bliska łez.

Kane patrzył z zachwytem i rozczuleniem na jej piegowatą 

twarz, podrapane ręce, włosy w strąkach i zasmuconą minę. Może 
Charlesowi to by się mniej podobało, ale Charles jest ignorantem. 
Kane kiedyś nauczył się cenić to, co kobieta ma w głowie, prawie tak 
samo jak to, co ma gdzie indziej. I nie pamiętał, żeby którakolwiek z 
kobiet podobała mu się bardziej niż Rory.

background image

-   W   jaki   sposób   się   poznaliście?   -   zapytał,   wlewając   do 

szklanek   płyn,  który wyglądał   jak  różowa lemoniada,  może  tylko 
niezupełnie świeża.

- To przez ten dom. Wynajęłam go za pośrednictwem agencji. 

Charles   przyszedł   tu   pierwszego   dnia,   kiedy   się   wprowadziłam, 
przedstawił   się   i   wręczył   mi   cały   zestaw   instrukcji   na   temat 
segregowania śmieci, korzystania z wszelkich urządzeń i tak dalej,

- No tak, Charlie jest do tego zdolny - przyznał Kane, sącząc 

dziwnie smakujący napój.

- Tak, on jest bardzo... skrupulatny - powiedziała Rory, jakby 

próbując bronić narzeczonego.

- Jestem dokładnie tego samego zdania - oznajmił Kane. - Co 

to jest? - zapytał odstawiając pustą szklankę.

- Ziołowa herbata. Mój ojciec to robi. Kane zostawił to bez 

komentarza.

- Czym powinnaś się teraz zająć? - zapytał.
Rory spojrzała na zegarek. Była dwunasta trzydzieści siedem. 

Mniej więcej dwanaście godzin temu po raz pierwszy ujrzała Kane'a 
Smitha.   Wydawało   jej   się,   że   zna   go   od   dwunastu   lat.   Albo   że 
przeżyła z nim już więcej niż jedno życie.

- Myślę, że kąpielą - odparła.
Kane   gwałtownie   uniósł   brwi.   Rory   uśmiechnęła   się   i 

machnęła ręką.

- W tym  już nie potrzebuję twojej pomocy.  Charles może 

przyjść na lunch, powinnam się umyć i przebrać w coś stosownego. - 
Mógłbyś zostać... - dodała z nadzieją.

- Dziękuję, ale chyba pojeżdżę trochę po okolicy i odwiedzę 

niektóre  miejsca.  Pewnie też pojadę do Winston i rozejrzę się za 
prezentem ślubnym.

- Przecież nie musisz... to znaczy, nie oczekujemy od ciebie... 

Och, przepraszam, rób jak uważasz, Kane. Charles mówił, że mamy 
dość porcelany i mnóstwo rodzinnych sreber Banksów. Całe tony. 
Nie mam pojęcia, czego moglibyśmy potrzebować, naprawdę.

Kane obserwował, jak zagryzła dolną wargę. Sporo osób na 

tym świecie oddałoby wiele za takie zęby.

Pół godziny później jechał autostradą na południe, myśląc o 

background image

statuetce paryskiej Wenus z lampą w dłoni i zegarem w brzuchu. 
Miał   przeczucie,   że   Rory   przyjęłaby   taki   prezent   z   radością,   ale 
Charles... Charles byłby zakłopotany i zły,  i pewnie czułby się w 
obowiązku   przeprosić   pannę   młodą   za   fatalny   gust   swego 
przyjaciela.
Nie, nie warto ryzykować...  Może więc bielizna  pościelowa?  Coś 
niesłychanie wytwornego, z monogramami. Białe na białym.

Aż   zaklął   pod   nosem,   wyobraziwszy   sobie   na   takim 

prześcieradle nagie, pokryte piegami ciało Rory, tuż obok Charlesa w 
zapiętej pod samą szyję wykrochmalonej piżamie.

Celowo starał się o tym nie myśleć. Następna książka była 

już zaczęta. Zrobił już wstępny szkic fabuły, po czym wyjechał do 
Key West. Rozwinięcie nie bardzo mu wychodziło i miał nadzieję, 
że zmiana otoczenia wpłynie na jego inwencję.

Trzy   dni   pławienia   się   w   słońcu   i   morskim   powietrzu, 

efektowny podbój rudej ślicznotki i picie na umór po tym, jak kupił 
jej bilet na samolot i prezent na pożegnanie.

Robił to już tyle razy. Rozglądał się za atrakcyjną, rudowłosą 

dziewczyną, uwodził ją, zdobywał i miał nadzieję żyć z nią długo i 
szczęśliwie, bez budzenia się w pustym łóżku, bez patrzenia w sufit z 
niemym  pytaniem,  czemu jego ukoronowane sukcesami życie  jest 
takie puste.

Czuł,   że   robi   się   już   za   stary   na   powtarzanie   tego   w 

nieskończoność. Zresztą  i tak czuł się zawiedziony.  Żadna z tych 
kobiet, tak nieraz atrakcyjnych i inteligentnych, nie dawała mu tego, 
czego szukał. Inny system wartości, inne cele w życiu powodowały, 
że   nie   mógł   z   nimi   nawet   zwyczajnie   rozmawiać.   Śmiały   się   w 
niewłaściwych  momentach,  z  niewłaściwych  rzeczy  albo,   co  było 
jeszcze gorsze, nie śmiały się wcale. Marudziły, kiedy chciał mieć 
trochę spokoju, chciały iść na tańce, kiedy on był akurat w nastroju 
do rozmowy, a kiedy wreszcie miały ochotę rozmawiać, to wyłącznie 
na swój temat.

Nic   dziwnego,   że   nie   mógł   pracować   nad   książką.   Przede 

wszystkim nie mógł uporać się ze swoim życiem. Na dodatek nie 
miał pojęcia, dlaczego wciąż popełniał błędy. Szukał rozwiązania na 
ślepo i jego przyjazd tutaj był pewnie jedną z takich prób.

background image

Zacisnął  aż do bólu dłonie na kierownicy i zmrużył  oczy, 

oślepione   blaskiem   słońca.   Ach,   Charlie,   pomyślał,   ty   parszywy 
szczęściarzu, nawet nie wiesz, jaki wygrałeś los na loterii!

Rory była dziś wieczór zaproszona na kolację z Charlesem i 

Kane'em, do dużego domu. Wkładając przed lustrem małe perłowe 
klipsy, uświadomiła sobie, że powinna przestać nazywać posiadłość 
Charlesa dużym domem. Ta nazwa kojarzyła jej się z więzieniem.
Dom rzeczywiście był duży i kwadratowy. Przypominał jej w jakiś 
mało przyjemny sposób matkę Charlesa. Spotkała Madeline Banks 
tego roku, kiedy się tu wprowadziła. Widziały się tylko przelotnie. 
Żyła   wówczas   jeszcze   Suzanne,   której   Rory   nigdy   naprawdę   nie 
znała. Pierwsza żona Charlesa nie wchodziła w bliższe stosunki z 
sąsiadami. Przesypiała większą część przedpołudnia, a po południu 
wychodziła. Czasami, gdy okna były otwarte, Rory z zakłopotaniem 
słuchała, jak pani Banks z kimś się kłóciła - z Charlesem albo z panią 
Mountjoy. Suzanne miała bardzo donośny głos. Ktoś mało życzliwy 
mógłby go nawet nazwać piskliwym.

Rory raczej nie tęskniła do ponownego spotkania z Madeline 

Banks. Jeszcze mniej  podobała jej się perspektywa  spotkania  obu 
rodzin - Banksów i Hub-bardów.

Istniał wprawdzie cień szansy, że jej rodzina nie przyjedzie 

albo   że   pani   Banks   będzie   zajęta   sprawami   swej   córki,   aktualnie 
rozwodzącej się po raz drugi.

Rory westchnęła i przygładziła włosy. Uczesała się tak, jak 

lubił Charles, w gładko zwinięty wałek nad karkiem. Przypudrowała 
lekko twarz, jeśli to w ogóle mogło ukryć piegi, i końcem małego 
palca nałożyła na wargi odrobinę koralowej szminki. Potem jeszcze 
poprawiła koronkowy kołnierzyk  białej bluzki i włożyła żakiet od 
kostiumu - jej kostiumu na specjalne okazje, uszytego z szarego lnu.

Dania przygotowane przez panią Mountjoy były na typowym 

dla niej poziomie. Charles widocznie już się do nich przyzwyczaił. 
Zupa   krem   o   smaku   rozgotowanego   papieru,   przypalone   kurczę, 
rozmamłane szparagi i wodnisty sos jabłkowy.

Charles   siedział   na   jednym   końcu   masywnego   owalnego 

stołu, naprzeciw Rory. Kane miał miejsce z boku, pomiędzy nimi. 
Rory wzięła sobie bułkę i podsunęła koszyk najpierw Kane'owi, a 

background image

potem Charlesowi, który właśnie opowiadał ze szczegółami o swym 
ostatnim   kontrakcie.   Stłumiła   ziewnięcie.   Spojrzała   na   Kane'a   i 
zobaczyła w jego oczach - co? Współczucie?

Wyprostowała się i uśmiechnęła z wysiłkiem. Charles gadał i 

gadał.

- Maryland - powiedział nagle Kane, wyłapując jedno słowo 

z tego monologu. - Hej, pamiętasz tamten weekend na Wschodnim 
Wybrzeżu, z tymi dwiema dziewczynami...

-   Hm,   tak...   myślę,   że   Aurora   nie   ma   ochoty   słuchać   o 

naszych młodzieńczych szaleństwach. Jak więc mówiłem, w stanie 
Maryland można uzyskać...

Aurora   natomiast   była   innego   zdania.   Bardzo   chciałaby 

usłyszeć o tych młodzieńczych szaleństwach. Jakoś wydawało się jej 
to zupełnie niepodobne do Charlesa.

- Czy jeśli człowiek  popełnia jakieś szaleństwo, to robi to 

spontanicznie,   czy   z   powodu   jakichś   szczególnych   okoliczności? 
Wtedy chyba można by uznać, że jest w to wciągany? - zastanawiała 
się.   Nagle   zdała   sobie   sprawę,   że   mówi   to   na   głos   i   że   obaj 
mężczyźni patrzą na nią zaskoczeni.

- Och, przepraszam - zarumieniła się. - Proszę cię, Charles, 

mów dalej. To takie interesujące.

Charles   oczywiście   podjął   temat   i   gadał   dalej.   Bez   końca. 

Kane ukrywał za serwetką drgające ze śmiechu usta.

O,   Boże,   przecież   ja   tego   nie   wytrzymam,   myślała   Rory. 

Przez  całe  życie  darzyła  przedstawicieli  klasy średniej  ogromnym 
szacunkiem.   Wszystko,   o   czym   marzyła   w   życiu,   to   poślubić 
ubranego w garnitur biznesmena ze skórzaną teczką w ręku i mieć z 
nim kilkoro dzieci, urodzonych w przyzwoitym szpitalu.

Jej trzy młodsze siostry, Glorious Peace, Fauna Love i Misty 

Mora*, robiły wrażenie, jakby wcale im nie przeszkadzało życie w 
gromadzie   trzydziestu   siedmiu   osób,   oddychanie   powietrzem   aż 
gęstym od dymu - z ogniska czy z czego innego, tam, gdzie nie było 
żadnej dyscypliny, żadnych reguł i żadnego życia prywatnego. 

* Glorious Peace znaczy po angielsku „Chwalebny Pokój", Fauna  
Love - „Miłość Fauny", Misty Moming - „Mglisty Poranek"
 

background image

Rodzina oznaczała tam całą grupę, a nie mężczyznę, kobietę i 

ich   dzieci.  Nikt   nie  chodził  do  kościoła,  za   to  dorośli  mężczyźni 
spędzali całe godziny ubrani w pieluszki, siedząc ze skrzyżowanymi 
nogami i spoglądając w niebo. Kobiety śpiewały i tańczyły wokół 
drzew, trzymając się za ręce.
Chwasty służyły do jedzenia, palenia i oddawania im boskiej czci. 
Dzieciom   dawano   do   zabawy   szmatki   i   paciorki   zamiast   lalek   i 
blaszanych   pistoletów,   żeby   nie   skazić   ich   wrażliwych   młodych 
umysłów ideą wojny czy fałszywymi obrazami ludzkiej istoty.

Rory kochała swoich rodziców, choć czasami miała ich dość. 

Kochała swoje siostry; widziała na własne oczy, jak przychodziły na 
świat.   Dla   niej   poród   był   naprawdę   okropnym   widowiskiem. 
Oglądała   go   po   raz   pierwszy   jako   trzyletnie   dziecko   i   była 
śmiertelnie   przerażona   tym,   co   widziała   i   słyszała,   mimo   że   inni 
członkowie   komuny   grali   i   śpiewali,   a   jej   matka,   pomiędzy 
sapaniem,   chrząkaniem   i   jęczeniem,   recytowała   strofy   napisane 
specjalnie dla jej dziecka.

Rory   wolałaby   oglądać   filmy   rysunkowe,   choć   każdy   z 

członków   grupy   prędzej   by   się   zabił,   niż   kupił   sobie   telewizor. 
Wolałaby chodzić do zwyczajnej szkoły i do szkółki niedzielnej, i na 
parady z okazji Święta Niepodległości, ubrana w zwyczajne sukienki 
albo dżinsy, zamiast uczestniczyć w zbiorowych medytacjach albo 
marszach protestacyjnych w ufarbowanych w „sznurkowe" wzorki 
podkoszulkach ojca.

Miała   jedenaście   lat,  kiedy Hubbardowie  opuścili  komunę, 

która i tak wtedy skurczyła się już do dwudziestu paru osób. Młodsze 
dzieci   zostały   z   nimi,   a   Rory,   zapisana   wreszcie   do   prawdziwej 
szkoły,   zamieszkała   u   babci   w   Kentucky.   Po   jakimś   czasie 
Hubbardowie   osiedlili   się   w   Wirginii;   uprawa   ziół,   którymi   od 
dawna interesował się Bili, zaczęła niespodziewanie przynosić zyski. 
Przy   całym   swoim   ezoterycznym   idealizmie   zostali,   co   tu   kryć, 
kapitalistami.

- Może jeszcze trochę kawy, Auroro? - usłyszała tuż obok 

siebie. Zamrugała powiekami, jakby budząc się ze snu, i dotknęła 
widelcem kawałka wyschniętego ciasta, który podała jej gospodyni.

- Poproszę - odpowiedziała.

background image

Po chwili Kane zaczął wypytywać Charlesa o jego rodzinę i 

Rory   znów   pogrążyła   się   w   rozmyślaniach.   Czy   to   jej   wina,   że 
ostatnio   wciąż   myśli   o   tym   obcym   mężczyźnie?   Zresztą   nie   to 
niepokoiło ją najbardziej. Ostatniej nocy śniło jej się coś, o czym 
nawet dotąd nie umiała śnić! Obudziła się spocona, drżąca na całym 
ciele   ze   wstydu,   z   sercem   tłukącym   się   w   piersi   jak   szalone. 
Spojrzała teraz z ukosa na narzeczonego, jakby chciała zrzucić na 
niego winę. Zakochane kobiety mają prawo marzyć i śnić. Charles 
był wystarczająco przystojny, żeby sprowokować takie sny.

Mężczyzną z jej snu nie był jednak Charles.
Pan   domu   wstał   i   zaprosił   swych   gości   do   salonu.   Pani 

Mountjoy zaczęła sprzątać ze stołu.

-   Za   pięć   minut   zaczyna   się   „Tydzień   na   Wall   Street"   - 

zakomunikował.   Rory   próbowała   ukryć   rozczarowanie.   Miała 
nadzieję,   że   posiedzą   sobie   we   dwoje,   może   nawet   trochę   się 
poprzytulają. Przecież jakoś powinien przygotować ją do tego, co... 
co stanie się już niedługo.

- Myślę, że raczej wyjdę na werandę i posiedzę tam przez 

jakiś czas - powiedział Kane.

Rory z żalem odprowadziła go wzrokiem. Lubiła sposób, w 

jaki   się   poruszał   -   jak   pełna   wewnętrznej   mocy,   dobrze 
skonstruowana  maszyna.   Popatrzyła   jeszcze  na  zamykające   się za 
nim   drzwi   i   z   rezygnacją   zajęła   miejsce   obok   Charlesa   na   krytej 
adamaszkiem kanapie.

Punktualnie   o   dziewiątej   Charles   wyłączył   telewizor   i 

odwrócił się do niej. Rory westchnęła głęboko i spojrzała na jego 
usta. To były naprawdę ładne usta.

- Czy już ci mówiłem, że w przyszłym tygodniu przyjeżdża 

moja   matka?   Przywiezie   pewnie   ze   sobą   moją   siostrę.   Nie   znasz 
jeszcze   Ewy,   ale  myślę,   że  przypadniecie  sobie   do  gustu.   Siostra 
może ci pomóc w ostatnich zakupach.

- To wspaniale - odparła czując, jak zimny pot pokrywa jej 

czoło.

- Obawiam się, kochanie, że będę zajęty bardziej niż zwykle 

aż do ostatniego dnia przed ślubem - uśmiechnął się, kładąc rękę na 
jej dłoni. Mobilizując całą swą odwagę, odwzajemniła ten uśmiech.

background image

- Za to - kontynuował Charles - będę mógł wyjechać potem 

na parę dni. Zarezerwowałem już hotel w Cincinnati. Będziemy mieli 
cały apartament tylko dla siebie. - Uśmiechał się dalej promiennie, a 
Rory starała się wyglądać na zachwyconą. Cincinnati nie jest może 
najbardziej wymarzonym  miejscem na podróż poślubną, ale miało 
się tam odbywać  spotkanie  agentów ubezpieczeniowych  tej samej 
specjalności i Charles uznał, że byłoby pożytecznie  wziąć w nim 
udział.

-   Rozumiem,   Charles.   Ja   przecież   również   jestem   zajęta. 

Przygotowuję się do przeprowadzki i muszę też pomyśleć o nowym 
roku szkolnym. Dziś wieczór powinnam ufarbować wosk dla dzieci. 
Zostawiłam go na kuchence...

- Zostawiłaś coś na kuchence? - Charles zmarszczył brwi.
-   Na   bardzo   małym   ogniu.   W   wielkim   garnku.   Nie   ma 

żadnego zagrożenia...

-   Zagrożenie   jest   zawsze,   Auroro   -   odparł   Charles 

niecierpliwie.

-   Co   wam   grozi?   -   zapytał   Kane,   śmiesznie   rozciągając 

sylaby. Od kilku minut był już w pokoju.

- Zaraz wracam, Kane. Aurora zostawiła włączoną kuchenkę. 

- Złapał ją za rękę i niemal wywlókł z pokoju. Rory rzuciła Kane'owi 
przez ramię zakłopotane i pełne rozpaczy spojrzenie.

Niech   to   wszyscy   diabli,   pomyślał   Kane.   Dlaczego   to   tak 

wygląda?   Charlie   traktuje   ją   jak   biurowy   mebel   poza   tymi 
momentami, kiedy dla odmiany karci ją jak niegrzeczne dziecko.

A co ona w nim widzi, do jasnej...? Czyżby aż tak pociągało 

ją   jego   konto   w   banku?   Trzeba   by   uświadomić   biedaczkę,   że 
wszystkie  pieniądze  Charlesa  umieszczone są w gwarantowanych, 
długoterminowych lokatach i obligacjach, i tyle będzie miała z nich 
pożytku, ile wody z wyschniętej studni.

Ale przecież  jej  nie chodziło o pieniądze!  To Kane czuł i 

wiedział, choć dotąd nie było o tym mowy. Wiedział również, że 
Charlie zniszczy w Aurorze Hubbard wszystko to, co było w niej 
delikatne, czułe, ciepłe i spontaniczne.

Bóg jeden wie, co z kolei ona zrobi z biednym Charlesem. 

Wyciśnie   go   w   łóżku   jak   cytrynę?   Pod   tym   jej   szczególnym 

background image

poczuciem   humoru,   pod   tym   przejmowaniem   się   całym   światem 
kryła  się zmysłowość, która tylko  czekała  na pierwszą iskrę. Czy 
Charlie potrafi ją rozniecić? Kane coraz mocniej utwierdzał się w 
przekonaniu, że to się jeszcze nie stało, i myśl o tym sprawiała mu 
jakąś niezmierną ulgę.

-   Niech   mnie   piekło   pochłonie   -   mruknął   do   siebie   z 

niesmakiem. - Jeśli tak dalej będzie, zacznę pewnie pisać romanse.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Charles   próbował   poradzić   sobie   z   jakimś   nieufnym 

inspektorem, który dziesięć razy oglądał ten sam dom. W tym czasie 
Kane robił, co mógł, by choć trochę pomóc jego przyszłej małżonce.

- Wiesz, najpierw znajdźmy te twoje listy i załatwmy to, co 

już zaczęłaś. Do godziny zero mamy jeszcze jedenaście dni.

Rory osunęła się na kuchenne krzesło i przygładziła włosy 

ubrudzonymi zieloną farbą palcami.

- Nawet mi o tym nie mów - jęknęła. Kane uznał to za co 

najmniej   dziwną   reakcję   u   kobiety,   która   ma   wyjść   za   mąż   za 
wybranego   przez   siebie   mężczyznę.   -   Zgubiłam   gdzieś   te   moje 
notatki. Normalnie nigdy niczego nie gubię...

- Nie martw się, masz do pomocy prawdziwego fachowca od 

odnajdywania   zagubionych   notatek.   Moje   książki   pisałem   nieraz 
częściowo   na   papierowych   serwetkach   i   starych   kopertach.   Jakoś 
dały się poskładać.

Rory   uśmiechnęła   się   słabo.   Miała   za   sobą   kolejną   nie 

przespaną noc.

- Rzeczywiście, przecież ty jesteś pisarzem, prawda? Charles 

mówił, że nawet ci coś wydali.

Słowa te, świadczące o tym, jak bardzo Rory ceni go jako 

pisarza, Kane przyjął bez słowa skargi.

-   Dziękuję   za   uznanie   -   odparł.   -   Jeśli   powiesz   mi,   gdzie 

powinienem szukać, przyniosę ci w zębach te twoje notatki.

Rory zamknęła oczy w skupieniu. Po chwili zaczęła:
- Spróbuj pod katalogami na dolnej półce. Jeśli nie, to może 

pod   telefonem...   O,   mógłbyś   też   zobaczyć,   czy   nie   ma   ich   na 
podnóżku w łazience.

-   Zgadza   się.   Sam   też   bym   tam   szukał.   Słuchaj,   może   ci 

pomóc wyczyścić to, co masz na rękach? Co to w ogóle jest?

- Wosk. Do modelowania. Moje dzieci...
- Rozumiem - stwierdził poważnym tonem. - Wymyśliliście z 

Charlesem nową metodę prokreacji?

-   To   dla   moich   dzieci   w   szkole!   Dla   moich   uczniów! 

Będziemy go używać na lekcjach biologii.

background image

- Aaa... ptaszki i pszczółki?

Rory rzuciła mu miażdżące spojrzenie, ale w, końcu uśmiechnęła się.

- Nie, pszczółki i kwiatki. Ptaszkami zajmujemy się dopiero 

w trzeciej klasie.

Kane   ruszył   na  poszukiwanie   zaginionych   notatek,   a   Rory 

próbowała   usunąć   plamy   wosku   ze   stalowego   rondla.   Potem 
popatrzyła   na   swoje   zielone   paznokcie.   Mycie   wcale   im   nie 
pomogło. Charles ma zawsze takie nieskazitelnie czyste i porządnie 
utrzymane paznokcie, pomyślała z poczuciem winy.

-   A   pies   to   drapał!   -   mruknęła   pod   nosem.   -   Charles   ze 

swoimi  wymanikiurowanymi  paznokciami  i wszystkim  innym  jest 
tak podniecający jak kaszka na mleku.

- Co mówiłaś? - zawołał Kane z drugiego pokoju.
-   Nic!   -   odkrzyknęła,   przerażona   tym,   że   myśli   tak   coraz 

częściej.

- Kilka kartek już znalazłem - obwieścił Kane - ale obawiam 

się, że to nie wszystko. - Miał w ręku jakieś kawałki papieru, taśmy 
rachunków ze sklepu i stare koperty.

-   Przyjrzyjmy   się   temu   -   zaproponował   i   z   podejrzanie 

poważną miną przeczytał: - Mrówki i pomyje ze zlewu.

- Och - zaczęła Rory. Jej babcia mówiła kiedyś, że pomyje są 

bardzo   dobre   na   mrówki.   Owszem,   spróbowała,   ale   widocznie   to 
musiałyby   być   babcine   pomyje   z   szarym   mydłem.   Jak   na   razie, 
mrówki wręcz przepadały za jej płynem do mycia naczyń. - Zostaw 
to - powiedziała. - Albo pozwól, że sama przeczytam.

Przebiegła wzrokiem kilka kartek z wierzchu, mrucząc:
- To zrobione... to też... A niech to, już za późno. A to... być 

może  - skomentowała  kolejną notatkę.  Wzięła  następną, po czym 
szybko zmięła ją i wrzuciła do kosza. Kane oddałby wszystko, żeby 
wiedzieć, co na niej zapisała. Twarz Rory płonęła rumieńcem. To 
mogło   być   to,   co   sam   przypadkiem   przeczytał:   „Zadzwonić   do 
ginekologa. Termin".

Jakieś problemy z antykoncepcją, zastanawiał się. Pewnie już 

o tym rozmawiali zawczasu. Chyba że...

- Kochanie, chyba nie jesteś w ciąży?  Może dlatego jesteś 

taka przygnębiona?

background image

Jej twarz nagle zbladła, piegi ukazały się jeszcze wyraźniej. 

Oczy miała rozszerzone, wyglądała na śmiertelnie przerażoną.

-   Rory?   Co   się   stało,   moja   malutka?   Przecież   możesz   mi 

powiedzieć.   Po   to   tu   jestem.   Przyszły   drużba   powinien   poradzić 
sobie ze wszystkim.

To był ten jedyny problem, którego nie potrafiłby rozwiązać, 

ale   przecież   nie   mogła   mu   tego   powiedzieć.   Istniała   tylko   jedna 
metoda, ale ona za długo zwlekała z jej zastosowaniem. Mniej więcej 
o dziesięć lat za długo.

- Wiesz - powiedziała słabym głosem - spróbuję wyszorować 

ręce, a potem zaparzę herbatę i wypijemy ją na werandzie.

Kane   patrzył   na   jej   bladą   twarz,   przymglone   bursztynowe 

oczy   i   wygięte   w   podkówkę   usta.   Ani   nie   potwierdziła,   ani   nie 
zaprzeczyła, że spodziewa się dziecka. Nic. Nawet nie zareagowała, 
mówiąc choćby: „Jak śmiesz!"

Miał   ochotę   wziąć   ją   w   ramiona   i   trzymać   w   objęciach, 

dopóki uśmiech nie rozjaśniłby jej zamglonych  oczu i dopóki nie 
obudziłby w nich błysku namiętności.

- Daj mi te notatki - powiedział wreszcie szorstko.
- Spojrzał na pierwszą z brzegu i zmarszczył brwi.
- Suknia ślubna? Naprawdę jeszcze o niej nie pomyślałaś?
- To nie o to chodzi. Problem polega na tym, że dopóki nie 

wiemy, gdzie będziemy brali ślub, nie mogę zdecydować, jaka ma 
być   ta   suknia.   Charles   mówi,   że   jego   matka   wybierze   miejsce 
najbardziej stosowne.

Oczywiście,  pomyślał  Kane. Dobrze znał  Madeline  Banks. 

Był jednak zdania, że zwlekanie z taką decyzją do ostatniej chwili 
mogłoby nadwerężyć nawet nerwy kaskadera.

- No dobrze, a jaki jest pogląd panny Aurory? Jeśli mogłaby 

wybierać, to co by wybrała?

- Wiesz, Kane, mam nieraz takie dni, że nie wiem, co mam 

robić ze szczoteczką do zębów, a co dopiero decydować, gdzie mam 
brać  ślub.  Ubiegłego  wieczoru  skończył  mi   się jagodowy syrop  i 
płakałam z tego powodu przez dwadzieścia minut. Przecież ja nawet 
nie   lubię   jagodowego   syropu!   To   w   ogóle   nie   jestem   ja!   - 
Westchnęła. - Dlaczego Charles nie umówi się gdzieś z księdzem i 

background image

nie powie mi po prostu, kiedy i dokąd mam pójść? Czy to aż taki 
problem?

-   Posłuchaj,   kochanie.   To   zazwyczaj   jest   bardzo   ważna 

chwila   w   życiu   kobiety.   Przecież   wychodzisz   za   mąż   po   raz 
pierwszy.

Rory   skinęła   posępnie   głową.   Głośno   przełknęła   resztkę 

ziołowej herbaty i poruszyła bujaną kanapą, na której siedzieli. Przez 
jakiś czas kołysali się w milczeniu.

Kane odwrócił się w jej stronę i czekał, rejestrując wzrokiem 

zarys   jej   podbródka   i   wojowniczy   błysk   w   dużych,   ocienionych 
długimi rzęsami oczach. Widać było, że podjęła jakąś decyzję.

- W porządku! Dzisiaj kupię tę parszywą suknię!
- I bardzo dobrze! - zawołał Kane. - Trzeba wreszcie rzucić 

losowi   rękawicę   w   twarz.   Załatwisz   to   sama   czy   potrzebujesz 
moralnego wsparcia?

Popatrzyła  na   niego.  Kane  poczuł  w  tej   chwili,   że  jest  aż 

nadto   świadomy   jedwabistej   gładkości   jej   skóry.   Twarz   Rory 
wyglądała   jak   malarskie   studium   różnych   odcieni   tego   samego 
koloru: oczy jak topazy, bursztynowe piegi i włosy we wszystkich 
barwach złota i jasnego brązu. Pachniała tak cudownie i zmysłowo, 
że gdyby miał teraz choć trochę zdrowego rozsądku, uciekłby z tego 
miasta, zanim stanie się coś, czego będzie żałował. Charlie nie był 
już   dla   niego   bliskim   człowiekiem,   zabrał   mu   Suzanne,   ale   to 
niczego nie usprawiedliwiało. Po prostu są rzeczy, których się nie 
robi, jeśli człowiek chce potem, patrząc w lustro, móc spojrzeć w 
oczy samemu sobie.

Rory westchnęła.
- Powinnam zrobić to sama, ale prawdopodobnie poszłabym 

do   kina   zamiast   do   sklepu.   Potem   pewnie   zjadłabym   pół   kilo 
słodyczy, żeby odreagować poczucie winy. Nie wiem, co się ze mną 
dzieje ostatnio, ale taka jestem... Nie jestem sobą!

- Czy to miało znaczyć, że mam ci towarzyszyć, czy nie?
Rory przylgnęła do jego ramienia.
- Tak! Proszę cię, chodź ze mną... chociaż pewnie jesteś dziś 

zajęty.

Zakupy z Kane'em były czymś jedynym  w swoim rodzaju. 

background image

Ten człowiek miał swoje sposoby. Najpierw jakoś nakłonił ją, żeby 
wybrała   rodzaj   sukni.   Jaką   byś   chciała,   pytał,   białą,   jedwabną   z 
długim trenem? A może długą, różową, z koronkowymi falbankami? 
Albo tę krótką, z czerwonego aksamitu?

- Aksamitną,  w środku lata?  - skrzywiła się. - Zresztą nie 

mogę nosić takich krótkich sukienek, mam wystające kolana.

- Próbuję tylko uściślić zakres poszukiwań - odparł. - Więc 

może coś normalnej długości, w tonacji miodu?

- Masz na myśli brązową?
- Czy ja powiedziałem: brązową?
- No, miodowobrązową.
- To miał być miód akacjowy, a nie gryczany - wyjaśnił i 

Rory zaczęła się śmiać.

Och, naprawdę, pomyślała, zakupy mogą być całkiem dobrą 

zabawą, jeśli się je robi we właściwym towarzystwie. Dlaczego nie 
wiedziała   o   tym   wcześniej?   Ba!   Po   prostu   nie   znała   nikogo,   kto 
byłby taki jak Kane. Po chwili jakby zawstydziła się tej myśli.
Ostatecznie   zdecydowali   się   na   elegancki   kostium   z   surowego 
jedwabiu w kolorze jasnej herbaty. Rory nawet nie mrugnęła okiem, 
widząc metkę z ceną. W końcu nie co dzień kobieta wychodzi za 
mąż. Raz w życiu mogła pozwolić sobie na szaleństwo.

Zostały jeszcze buty. Kane sam usiadł naprzeciw stołka do 

przymierzania  obuwia i nakładał  na jej prawą stopę jeden but po 
drugim.   Sprzedawca   uwijał   się   wśród   półek.   Kane   nalegał,   żeby 
kupiła pantofelki obszyte cekinami i koronką, lecz Rory stwierdziła, 
że są zupełnie niepraktyczne, a ona nigdy w życiu nie nabyła niczego 
niepraktycznego.   W   końcu   wybrali   jedwabne   czółenka   w   kolorze 
kawy z mlekiem, świetnie pasujące do kostiumu. Rory była ledwie 
żywa ze śmiechu. Gdy Kane dotykał jej stóp, dziwne łaskotanie w 
podeszwach przenikało ją coraz wyżej i wyżej.

-   Powinnam   chyba   zadzwonić   do   Charlesa   -   powiedziała 

jednym   tchem,   gdy   mijali   rząd   automatów   telefonicznych.   Kane 
udawał, że ugina się pod ciężarem paczki z kostiumem, dwóch pudeł 
z butami oraz pudła na kapelusze, w którym znajdował się ozdobiony 
woalką stroik z pereł i beżowych, aksamitnych liści. Uparł się, że 
kupi go jej w prezencie.

background image

Rory wykręciła numer.

-   Agencja   Banksa,   słucham   -   usłyszała   w   słuchawce   głos 

sekretarki.

- Przepraszam, pani Spainhour, czy Charles jest nadal zajęty? 

Mówi Aurora Hubbard... Narzeczona Charlesa. - Na miłość boską, 
jeśli jego sekretarka dotąd nie wie, kim jest Aurora Hubbard, to już 
chyba nigdy nie będzie tego wiedziała. Zresztą, co za różnica? I tak 
niedługo będzie Aurora Banks.

- Pan Banks zostawił dla pani wiadomość, panno Hubbard. 

Przyjechała jego matka i musiał pojechać do domu. Pani i pan Smith 
jesteście zaproszeni do nich na lunch.

Rory wolno odwiesiła słuchawkę. Cała radość dzisiejszego 

poranka szybko z niej wyparowała. Czuła, jakby ktoś nałożył jej na 
szyję ciężkie chomąto.

-   Musimy   wracać   do   domu   na   lunch   z   Charlesem   i   jego 

matką.

- Och - westchnął Kane.
Och, właśnie, myślała Rory dwadzieścia minut później, kiedy 

pędzili   na   północ   autostradą   numer   52.   Chciała   poprosić   Kane'a, 
żeby jechał okrężną drogą, ale bała się, że mógłby ją źle zrozumieć i 
pomyśleć,   że   wcale   jej   się   nie   spieszy   na   spotkanie   z   przyszłą 
teściową.

I chyba miałby rację.
-   Dokąd   się   wybieracie?   -   zapytał,   z   przyjemnością 

prowadząc samochód po dobrej, równej autostradzie. Lubił szybką 
jazdę.

- O co ci chodzi? - nie mogła zrozumieć Rory.
- Pytam o miodowy miesiąc.
- Miodowy miesiąc... Masz na myśli podróż poślubną?
Kane przyjrzał się jej uważnie.
-   To   przecież   część   całej   imprezy.   Ślub.   Wesele.   Potem 

podróż poślubna. A więc pojedziecie nad wodospad Niagara? Chyba 
Charles nie zostawił ci jeszcze tego na głowie?

-   Och,   nie.   Bo,   widzisz,   w   Cincinnati   jest   zjazd   agentów 

ubezpieczeniowych   i   Charles   uważał...   Zarezerwował   dla   nas 
apartament na czterodniowy pobyt, z weekendem.

background image

Charlie, ty durny bawole, jak mogłeś tak postąpić, pomyślał 

Kane.

-   Czy   doprawdy   nie   ma   ciekawszych   miejsc?   -   zapytał.   - 

Hawaje, Karaiby, Alaska, Dolina Śmierci...

Na ustach Rory pojawił się słaby uśmiech; na tak krótko, że 

Kane ledwie go zauważył.  Coś tu jest nie w porządku, pomyślał. 
Całkiem nie w porządku. Czemu ona poddaje się temu wszystkiemu 
jak   bezwolna   owca?   I   czy   on   naprawdę   musi   w   to   ingerować, 
próbując naprawić coś, co nie powinno go obchodzić?

Wyprzedzając jadącą przed nimi półciężarówkę, zapytał:
- Co nam jeszcze zostało? Czy wiesz już, ile będziesz miała 

druhen i w co będą ubrane?

Rory jęknęła i otarła chusteczką mokre czoło.
- Charles ma siostrę - powiedział Kane, spoglądając na nią z 

obawą.   -   Ewa   była   kiedyś   całkiem   znośnym   stworzeniem,   choć 
niezbyt dobrzeją znałem. Dzieciak Smithów z sąsiedztwa nie był dla 
niej odpowiednim towarzystwem.

Odchrząknął,   spojrzał   przed   siebie   i   zjechał   na   pobocze. 

Próbował delikatnie rozgiąć lodowate palce Rory i ogrzać je swoimi 
dłońmi.

-   Kochanie,   popatrz   na   mnie.   Oddychaj,   na   miłość   boską, 

oddychaj. Nie tak, proszę cię, głębiej. Co się stało, myszko, przecież 
nie masz powodu, żeby aż tak... - Wziął ją w ramiona i delikatnie 
zaczął  masować  napięte  mięśnie  jej karku. - Czy ja coś głupiego 
powiedziałem? Jeśli tak, to zapomnij o tym. Jeśli obawiasz się, że 
Ewa zjawi się w ostatnim momencie i zacznie się panoszyć, to olej 
to. To twój ślub i będzie tak, jak ty będziesz chciała. Naprawdę.

- Ale i tak nic z tego nie wyjdzie, prawda? - zapylała cichym, 

smutnym głosem.

Kane wsunął dłonie pod jej włosy i masował teraz tył głowy. 

Cóż   mógł   jej   na   to   odpowiedzieć?   Miała   przecież   rację.   Udany 
związek tych dwojga był równie mało prawdopodobny jak lodowiec 
na Saharze.

-   Czy   chcesz,   żebym   porozmawiał   o   tym   z   Charlesem? 

Oparła się na jego ramionach. Kane z ulgą stwierdził, że jej twarz 
powoli odzyskuje normalny kolor.

background image

- Charles nie może o tym decydować. On ich nawet nie zna - 

wzdrygnęła się. Kane przestał już cokolwiek rozumieć.

- Kogo, Rory? Kogo Charles nie zna?
- Moich sióstr - wyszeptała. - Mojej rodziny. Kane, on ich 

znienawidzi, a oni będą się z niego śmiali. Ja tego nie wytrzymam!
Kane poczuł się dziwnie rozczarowany.

- Domyślam się, że masz kilka sióstr, prawda? I nie jesteś 

pewna, czy znajdą z Charlesem... hm, wspólny język, czy tak?

Skinęła głową bez słowa. Już miała to przed oczami.
Przyjadą   tym   swoim   straszliwym   mikrobusem,   z 

wymalowaną   tęczą   i   olbrzymim,   trawiastozielonym   napisem: 
„Boskie Zioła Hubbardów". Sunny będzie ubrana w jedną ze swoich 
unikalnych   kreacji,   a   Bili   -   Bóg   jeden   wie,   na   jakim   etapie   w 
dziedzinie ubioru jest teraz Bili. Kiedy była ostatnio w domu, jego 
ukochanym strojem „człowieka interesu" była brązowa, dwurzędowa 
marynarka   z   dzwoniastymi   spodniami   w   musztardowe   paski, 
zakupiona na pchlim targu. Całkiem możliwe, że tym razem pojawi 
się we fraku i białej  muszce.  Albo w todze i cylindrze.  Po Billu 
można było spodziewać się wszystkiego.

- Czy twoje siostry będą na ślubie? Ile ich masz, jeśli można 

wiedzieć?

-   Trzy   -  odpowiedziała   Rory  głosem   pełnym   rezygnacji.   - 

Fauna,   Misty   i   Peace.   Peace   jest   z   nich   najstarsza,   nieco   tylko 
młodsza ode mnie. Misty to jeszcze smarkula.

-   Może   być   dziewczynką   do   sypania   kwiatków   - 

podpowiedział Kane. Ku jego zaskoczeniu Rory zaczęła się śmiać.

-   Och,   one   wszystkie   najlepiej   by   się   nadawały   na 

dziewczynki do sypania kwiatków. Szczególnie Sunny.

- Twoja matka? Skinęła głową.
- Powinnam była cię uprzedzić, że pochodzę z rodziny dzieci-

kwiatów, która żyje jakby w innej rzeczywistości. No, może Peace 
stanowi wyjątek. Akurat rozwodzi się po raz drugi. Natomiast, jeśli 
mam być szczera, wcale nie jestem pewna, czy Bili i Sunny są w 
ogóle   legalnym   małżeństwem.   Nigdy   nie   miałam   odwagi   ich 
zapytać, a babcia mówiła...

To   wszystko   Kane   mógł   sobie   doskonale   wyobrazić. 

background image

Uciekinierzy ze złotego  wieku idealizmu,  głoszący całemu  światu 
pokój, harmonię i miłość.

- Kochanie, jeśli to jest całe twoje zmartwienie, przestań o 

tym   myśleć.   Ja   i   Charles   też   przeżyliśmy   tamte   lata   i   jeszcze   je 
pamiętamy. Poradzimy sobie, obiecuję ci.

I   wtedy,   całkiem   świadomy   tego,   że   robi   być   może 

największy błąd w swoim życiu, Kane posunął się jeszcze o krok. 
Pocałował   ją.   To   miał   być   delikatny   pocałunek,   ot   tak,   żeby   ją 
pocieszyć, mówił sobie, wiedząc dokładnie, że okłamuje sam siebie.

Nie o pocieszanie tu chodziło. To, czego chciał naprawdę, to 

uwolnić ją od Charlesa, mieć tylko dla siebie, i jeśli ktoś ma takie 
życzenie, może go nazwać skończonym draniem. Proszę bardzo. I 
niech to wszystko diabli porwą.

Odrywając   usta   od   jej   drżących   miękkich   warg,   próbował 

oddychać   spokojnie.   Patrzył   na   Rory   przez   krótką,   oszałamiającą 
chwilę, po czym potrząsnął głową, jakby wracając do rzeczywistości.

- Pamiętaj, że nie powinnaś się tym przejmować. Poradzimy 

sobie - powiedział schrypniętym głosem.

Pewnie,   że   tak,   myślał.   Służył   już   w   wojsku   na   trzech 

kontynentach,   brał   udział   w   jednej   wojnie   i   w   jednej   inwazji. 
Wykaraskał   się   z   poważnej   katastrofy,   wynosząc   z   tego   tylko 
uszkodzony   kręgosłup.   Rozwiązał   też   jakoś   problem   swego 
małżeństwa, które zaczęło się rozpadać, zanim wysechł atrament na 
akcie ślubu.

Jechał   teraz   na   lunch   z   Maddie   Banks   i   jej   ukochanym 

synalkiem, i zastanawiał się, jak przeżyje to, że Charles zdobędzie 
Rory dla siebie.

Jedyna rzecz, której teraz pragnął, to znaleźć się z nią w tym 

małym,   zaniedbanym   domku,   położyć   ją   na   najbliższym   łóżku   i 
zobaczyć na własne oczy, czy ma piegi na całym ciele.

A jeśli rzeczywiście tak było, chciał poczuć każdy z nich pod 

wargami, a potem powtórzyć cały ten rytuał jeszcze raz. I jeśli za to 
zostanie zamieniony w żabę, niech tak będzie. Mój Boże, kochanie 
się z nią na pewno byłoby tego warte.

Nie było tak źle, jak Rory sobie wyobrażała. Było jeszcze 

gorzej.   Spoglądała   na   Kane'a,   jakby   szukała   u   niego   ratunku. 

background image

Madeline Banks starała się, jak mogła, żeby być czarującą, a Kane 
wiedział z długoletniego doświadczenia, że wystarczy tylko trochę 
poczekać, aż zaczną padać pierwsze ofiary.

I rzeczywiście.
- Och, Kane, jak to miło widzieć cię tu znowu - zaczęła. - 

Mam nadzieję, że twoja matka czuje się dobrze?

Rory spojrzała na Kane'a z paniką w oczach. Wiedziała, że 

jego matka umarła całkiem niedawno po długiej i ciężkiej chorobie. 
Tej pierwszej nocy, kiedy szorowała werandę, rozmawiali ze sobą z 
niezwykłą otwartością.

Niepotrzebnie   się   obawiała.   Pani   Banks   nie   czekała   na 

odpowiedź.

- Charles, ten dom należało  odmalować  zeszłego  roku. Ile 

razy mam ci przypominać? Miałeś to robić dokładnie co sześć lat. 
Twój ojciec i ja mieliśmy taką zasadę, i nigdy tego nie żałowaliśmy.

- Ależ mamo, ja...
-   Czy   przeglądałeś   instalację   elektryczną?   We   frontowym 

salonie zauważyłam przedłużacz. Twój ojciec nigdy nie pozwoliłby 
na coś takiego w domu, i...

- Ależ, mamo...
- W tych sprawach nie można pozwalać sobie na zaniedbania. 

Naszym   zadaniem   jest   dawać   właściwy   przykład.   Twój   ojciec 
zawsze mówił...

-   Ależ   mamo,   instalacja   elektryczna   w   tym   domu   została 

założona, kiedy jeszcze nikomu nawet się nie śniło o telewizorach. 
Problem nie leży w tym jednym przedłuża...

-   Panno   Hubbard,   chyba   jeszcze   nie   miałam   przyjemności 

pani   poznać.   -   Przechyliła   głowę   na   bok,   żeby   jej   się   dokładniej 
przyjrzeć. Rory pomyślała, że ta kobieta z przyjemnością obejrzałaby 
ją pod mikroskopem.

- Zostałam pani przedstawiona niedługo po tym, kiedy...
- Z jakiej rodziny pani pochodzi? Nie wydaje mi się, abym 

znała jakichś Hubbardów.

Widząc   nieszczęśliwą  minę  Rory,  Kane  poczuł  narastającą 

wściekłość. Do diabła, Charlie nie potrafi nawet stanąć w obronie 
kobiety,  która ma być  jego żoną, a przecież Madeline  potrafiłaby 

background image

wystraszyć samego Drakulę.

- Rodzina panny Hubbard zamierza przyjechać tutaj na kilka 

dni przed ślubem - powiedział widząc, że nikt inny nie kwapi się z 
odpowiedzią.

- Hmm... tak. Zatem można przypuszczać, że to już niedługo 

- stwierdziła  pani Banks. - Gdzie proponujesz ich umieścić, moja 
droga?   -   Zanim   Rory   zdążyła   cokolwiek   odpowiedzieć,   ciągnęła 
dalej: - Wiem, że nie masz dość miejsca w tym ciasnym,  małym 
domku.   Błagałam   kiedyś   Eltona,   żeby   go   zburzył   i   powiększył 
trawnik,   ale   on   uważał,   że   mogłabym   go   kiedyś   potrzebować, 
rozumiesz, żeby mieszkać obok Charlesa. Nie wiem, jak on sobie to 
wyobrażał. Nie byłabym w stanie żyć w takiej ciasnocie...

- Mamo, mówiłem Aurorze, że jej rodzina mogłaby...
- Cóż, najbliższy przyzwoity hotel jest dopiero w Winston. 

To nie jest, oczywiście, najlepsze rozwiązanie, ale przypuszczam, że 
krewni pani będą tu tylko przez jeden czy dwa dni... Ile osób liczy 
pani   rodzina?   -  zapytała,   po  czym   nie   omieszkała   dodać:   -   Mam 
nadzieję, że nie jest liczna. To byłoby straszne, gdyby ucierpiał na 
tym mój trawnik. Jest i tak w okropnym stanie. No, trudno, musimy 
się z tym pogodzić. Róże też nie wyglądają najlepiej w tym roku.

- Charles, lilii pewnie nie rozsadzałeś od lat. Tyle razy mi 

obiecywałeś...

Kane patrzył uporczywie w jakiś punkt na ścianie. Rory też. 

Czuła, że pewnie przez parę najbliższych dni będzie jej dzwonić w 
uszach.

Jeszcze  jedenaście  dni,  mówiła   sobie.  Jedenaście   dni  i  ten 

koszmar się skończy. Przy odrobinie szczęścia następna taka wizyta 
może ją czekać dopiero za rok.

- Może śmietanki, Auroro - zaproponowała Madeline.
- Och... tak, poproszę! - Rory, nagle wyrwana z zamyślenia, 

potrąciła filiżankę i wylała kawę na wytworny, śnieżnobiały obrus. 
Zamknęła   oczy   i   modliła   się   w   duchu   o   to,   żeby   jakimś 
czarodziejskim   sposobem   zniknąć   z   tego   miejsca   albo   stracić 
przytomność i przetrwać w tym stanie przez najbliższe dwa tygodnie.
Jeszcze lepiej przez trzy tygodnie, myślała. Albo nawet trzy lata!

- Charles - powiedziała cicho, wstając z miejsca - czy nie 

background image

miałbyś nic przeciwko temu, gdybym...

-   Zdecydowaliśmy,   że   przyjęcie   odbędzie   się   w   klubie   - 

ciągnęła  niezmordowanie   pani  Banks. -  Ewa przyjedzie   już  jutro, 
więc będzie mogła to zorganizować, aczkolwiek muszę powiedzieć, 
Auroro, że nie załatwiłaś tej sprawy w odpowiednim terminie. Będą 
musieli   się   postarać   jakoś   i   nas   pomieścić.   W   końcu   nazwisko 
Banksów coś znaczy dla tutejszej społeczności. Charles, czy Modene 
nadal   gra   na   organach   w   kościele?   Chciałabym,   żeby   zagrała   w 
czasie waszego ślubu...

Rory mówiła sobie w duchu, że wreszcie ma, czego chciała. 

Nie musi już o niczym decydować, ktoś robi to za nią. Tylko czemu 
sprawia jej to taką przykrość?

Gdy   Madeline   Banks   przerwała   wreszcie   na   chwilę   swój 

monolog, Rory wstała od stołu.

-   Przepraszam,   ale   muszę   już   iść   -   odezwała   się 

przytłumionym głosem, patrząc wyczekująco na narzeczonego.

- Charles - powiedziała jego matka - chyba  pisałam ci, że 

termin   wynajmu   mojego   mieszkania   upływa   we   wrześniu?   Mam 
poważne wątpliwości, czy odnowię umowę. Poważnie zastanawiam 
się nad... - urwała i spojrzała na Kane'a.

- Mój drogi, czy zechciałbyś odprowadzić pannę... Hubbard 

do domu. Było mi tak miło, Auroro. Jestem pewna, że będziemy się 
teraz często widywały. Wyglądasz na zmęczoną. Charles na pewno 
nie   ma   nic   przeciwko   temu,   żebyś   poszła   odpocząć.   Nie   miałam 
czasu z nim porozmawiać, a on musi niedługo jechać do biura.

- Nie trzeba mnie odprowadzać, mieszkam przecież tak blisko 

- powiedziała cicho Rory.

Kane, ściskając jej łokieć aż do bólu, wyprowadził ją przez 

frontowe drzwi. Żadne z nich nie odezwało się ani słowem, dopóki 
nie znaleźli się pod olbrzymim dębem koło jej domu.

- Rory, tak mi przykro, że...
- Kane, ramię mnie boli.
Jego   uścisk   zelżał,   ale   jej   nie   puścił.   Obok   z   łoskotem 

przejechała   ciężarówka.   Potem   przemknęło   na   rowerach   dwoje 
dzieci, pokrzykując coś do siebie. Rory czuła, że zaraz wybuchnie 
płaczem i że nie potrafi temu zaradzić. Kane czuł to również.

background image

Bardzo   delikatnie   przesunął   palcem   wzdłuż   delikatnego 

owalu jej policzka.

-   Tak   mi   przykro   -   powiedział   cicho.   -   Z   bardzo   wielu 

powodów. Teraz dopiero zaczynam sobie uświadamiać, jak wielu.

Delikatne dotknięcie jego palca paliło jej policzek; nie była w 

stanie   wydobyć   z   siebie   ani   jednego   rozsądnego   słowa.   Siłą 
powstrzymywała  się, aby nie rzucić  się w te przyjazne  ramiona  i 
pozostać w nich do końca życia.

-   To   przecież   nie   twoja   wina   -   powiedziała,   nie   bardzo 

wiedząc, co ma na myśli. Wiedziała tylko, że jest nieszczęśliwa i że 
powodem tego nie jest Kane.

Pocałował   ją.   Znowu,  jak  wtedy,   wszystko   zawirowało   jej 

przed   oczami.   Jego   szerokie,   nierówno   wygięte   usta   dotknęły   jej 
warg.   Czuła   ich   smak,   czuła   jego   ciało   tuż   przy   swoim,   ciepłe, 
twarde i tak głęboko poruszające jej zmysły.

Pomyślała, że gdyby Charles mógł to teraz widzieć, na pewno 

posądziłby ją o... te wszystkie godne potępienia, niecne, cudowne 
rzeczy!

Odwróciła   oczy,   zakłopotana   własnymi   myślami,   mając 

nadzieję, że Kane zapomni o tym, co uczynił przed chwilą... Albo że 
nie zapomni. I że kiedyś zrobi to znowu.

Miała ochotę płakać, kiedy ujął ją pod brodę i patrzył głęboko 

w oczy, jakby odczytując w nich jej wszystkie wstydliwe sekrety, 
czyniąc ją aż do bólu świadomą wszystkich swoich wad. Otwarła już 
usta,   żeby   zaprotestować,   ale   niewypowiedziane   jeszcze   słowa 
stłumił następny pocałunek.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Tak   jak   poprzednio,   ten   pocałunek   był   najpierw   lekki   i 

delikatny.   Ot,   taki   sobie   przelotny,   słodki   pocałunek   w   letnie 
popołudnie, na pocieszenie, na ukojenie smutków. Po chwili jednak 
Kane jęknął cicho i jego ramiona opasały Rory z całej siły, a usta 
przywarły mocno do jej warg, zanim zdołała się zorientować, co się z 
nią dzieje.

Już nie czuła zakłopotania ani gniewu, i nie bała się niczego. 

Czuła tylko, jak jego język wtargnął do jej ust. Poczuła smak kawy i 
czegoś   nierozpoznawalnego,   ale   dziwnie   oszałamiającego.   Kolana 
ugięły się pod nią i chyba nie ustałaby teraz o własnych siłach. A 
przecież całowała się już nieraz, z kilkoma różnymi mężczyznami. 
Żaden z nich nie działał na nią w ten sposób.

Ręce Kane'a gładziły jej plecy. Przyciskał ją mocno do piersi, 

do   swego   płaskiego   brzucha.   Wokół   panował   letni   upał,   leniwie 
brzęczały   pszczoły   i   słodko   pachniały   petunie.   Te   wszystkie 
wrażenia   Rory  odbierała   z   szczególną   ostrością;   jej   zmysły   nagle 
ożyły się i stały się ogromnie wrażliwe. Czuła się tak, jakby przez 
całe  trzydzieści  lat  swego  życia  trwała w uśpieniu  i teraz  została 
obudzona gwałtownym uderzeniem gromu. Wplotła palce w ciepłą 
gęstwinę   włosów   Kane’a.   Zdała   sobie   sprawę,   że   już   nie   tylko 
poddaje się temu, co on robi, ale z gorliwością bierze w tym czynny 
udział.

Gdy oderwał wreszcie usta od jej warg, oddychał z trudem, a 

jego twarz miała dziwny wyraz. Rory spoglądała w oszołomieniu w 
jego ciepłe, bardzo ciemne oczy. Potem jej wzrok osunął się na jego 
usta; zobaczyła, że Kane nie krzywi warg, jak zwykł to zawsze robić.

-   Kane,  ja...   -  zaczęła,   czując,   że   musi   przerwać   panującą 

ciszę.

- Tak, wiem. Ja też. - Cofnął się i w milczeniu przecisnął się 

przez żywopłot.

Rory patrzyła za nim, dopóki nie zniknął jej z oczu, po czym 

jak lunatyczka odwróciła się w kierunku domu i weszła do środka. 
Nie   zwracając   uwagi   na   stertę   pudeł,   rzuconych   w   pośpiechu   na 
kanapę   jeszcze   przed   lunchem,   zdjęła   buty   i   skierowała   się   do 

background image

sypialni. Było bardzo duszno, ale nawet nie przyszło jej do głowy, 
żeby włączyć  wentylator. Bezwiednie osunęła się na bujany fotel, 
który   przywiozła   ze   sobą   z   Kentucky.   Jakaś   pszczoła   brzęczała, 
latając   wokół   krzewów   pod   oknem.   Rory   patrzyła   przed   siebie 
niewidzącym wzrokiem.

Czyżby całkiem postradała zmysły?
Kane ją pocałował. Dwa razy. Nie tylko pozwoliła mu na to. 

Oddała   mu   ten   pocałunek.   Próbowała   skierować   myśli   na 
jakiekolwiek  bezpieczniejsze tory,  ale wciąż wracały uparcie...  do 
tego pocałunku.

Dlaczego   pocałunki   Charlesa   nie   robiły   na   niej   takiego 

wrażenia? Może dlatego, że Charles nigdy nie całował jej tak jak 
Kane.

Zaczęła   lekko   kołysać   się   w   fotelu,   nieświadoma   swego 

przyspieszonego   oddechu.   Czy  pocałunek   Kane’a   był   tym,   co   się 
nazywa   „pocałunkiem   zmysłowym”?   Czytała   o   tym   w   pewnym 
artykule   o   dziewicach.   Jak   twierdził   autor,   dziewic   jest   znacznie 
więcej, niż się powszechnie uważa.

Był tam również cytat z Owidiusza: „Dziewiczą pozostaje ta, 

której czci nikt nie pożądał".

-   Całkiem   zwariowałam   -   szepnęła   cicho.   Podrażniony 

nadkwasotą żołądek i wybujała wyobraźnia mogą ją narazić na Bóg 
wie   jakie   kłopoty.   Kane   na   pewno   wcale   się   tym   nie   przejął, 
pomyślała. Odwrócił się i odszedł, jakby nic się nie stało.
Charles miał spotkanie w miejscowym klubie rotariańskim i Aurora 
miała znowu wolne popołudnie. Spotkania, które można by nazwać 
narzeczeńskimi randkami, były w gruncie rzeczy rzadsze, niż gdyby, 
mieszkając   daleko   od   siebie,   musieli   umawiać   się   specjalnie. 
Widywali się na krótko przynajmniej raz w ciągu dnia. Charles był 
ostatnio niezwykle zajęty, a Rory zaangażowała się w kilka spraw 
oprócz przygotowań do nowego roku szkolnego i do wesela.

Zebrała już prawie dwanaście toreb ubrań dla przytułku dla 

bezdomnych kobiet. Osobiście je uprała i przygotowała do oddania. 
Przejrzała   jeszcze   różne   przybory   toaletowe,   które   zamierzała 
ofiarować dla schroniska, dodała z własnej szafy parę niezbędnych 
rzeczy   i   zapisała   na   kartce,   czego   jeszcze   brakuje.   Potem   wzięła 

background image

prysznic  i położyła  się do łóżka. Było  jeszcze dość wcześnie, ale 
miała nadzieję, że jeśli światła będą zgaszone, Charles już do niej nie 
zajrzy.

Potem, jakby odmawiając obowiązkową modlitwę, wyliczyła 

w   myślach   wszystkie   cenne   i   solidne   przymioty   Charlesa   jako 
przyszłego małżonka oraz wszelkie błogosławieństwa losu, których 
miała niewątpliwe szczęście doświadczyć. Po chwili zapadła w sen, 
prosząc Boga, żeby Kane tym razem się jej nie przyśnił.

Pojawił się, oczywiście, na samym  początku snu, ale zaraz 

potem   zniknął   i   wtedy   strzępy   pewnego   przykrego   wspomnienia 
zaczęły   łączyć   się   w   coraz   wyraźniejszy   kształt.   Czuła   znowu 
zapamiętany   z   dzieciństwa   zapach   palonych   roślin,   słyszała 
drażniące ucho dźwięki muzyki i czyjś śmiech. Słyszała niewyraźny 
męski głos, szepczący jej coś do ucha i czuła ostrożne dotknięcie 
dłoni na swoim udzie...

Obróciła się gwałtownie na brzuch i z całej siły naciągnęła 

sobie na głowę koc, choć na zewnątrz panował upał lipcowej nocy. 
Przecież to się nigdy tak naprawdę nie stało, tłumaczyła sobie. To 
był   tylko   okropny   sen.   Ciągle   powracający   sen,   który   zaczął 
nawiedzać ją niedługo przed tym, kiedy rodzice zawieźli ją do babci.

To było tak dawno temu... Najpierw było jej bardzo źle z dala 

od rodziców, z tą zrzędliwą, starą kobietą i z jej surowymi zasadami, 
według których wychowywała wnuczkę. Potem, gdy zadomowiła się 
w   schludnym,   białym   domku   przy   Main   Street,   sen   przestał   ją 
nachodzić. W końcu prawie o nim zapomniała.

„Dziękuj Bogu za wszystkie dobrodziejstwa", zwykła mówić 

babka   każdego   wieczoru,   gdy   Rory   klęczała   przy   żelaznym, 
pomalowanym   na   biało   łóżku   w   pokoju   na   poddaszu.   Posłusznie 
dziękowała więc Bogu za pieczonego kurczaka i kokosowe ciasto, za 
nowe   sukienki,   za   białe   skarpetki   i   ładne   buciki,   i   za   pobliską 
bibliotekę, do której mogła chodzić, kiedy tylko chciała. Próbowała 
czuć się szczęśliwa dlatego, że mieszka teraz w prawdziwym domu, 
a nie w starej, pełnej przeciągów stodole, z kilkunastoma różnymi 
ludźmi, którzy pojawiali się tam i znikali. Naprawdę jednak tęskniła 
czasem za tym dziwnym życiem, kiedy była dzieckiem wszystkich i 
niczyim.   To   mimo   wszelkich   niedogodności   można   było   nazwać 

background image

wolnością.

Gdy rano Charles zastukał w siatkę, zamykającą wejście od 

frontu domu, Rory była jeszcze w piżamie.

- Wejdź, proszę! - zawołała. - Jest otwarte.
- Nie powinnaś zostawiać otwartych drzwi, Auroro.
- Chyba zapomniałam zamknąć je na haczyk, kiedy wyszłam 

na próg po gazetę.

Pocałował ją w czoło, wygładził starannie kalendarz wiszący 

na drzwiach spiżarni i powiedział:

- Przepraszam, kochanie, że niepokoję cię tak wcześnie, ale 

chciałem porozmawiać z tobą przed wyjściem do biura.

Rory   próbowała   nie   porównywać   tego   obojętnego 

cmoknięcia,   którym   obdarzył   ją   przed   chwilą   narzeczony,   z 
pocałunkiem   Kane'a.   Przez   chwilę   miała   ochotę   rzucić   się 
Charlesowi w ramiona i zacząć go całować „zmysłowo".

Zamiast tego zaproponowała mu kawę i poszła coś na siebie 

narzucić. Jej piżama była wprawdzie bardzo przyzwoita i okrywała 
wszystko,  co należy,  ale przy ubranym  w nieskazitelny garnitur i 
krawat Charlesie czuła się jakaś zmięta i nieświeża. To na pewno nie 
był strój do zmysłowych pocałunków.

Charles też chyba nie miałby ochoty teraz jej całować. Gdy 

wróciła, narzuciwszy na siebie wełnianą podomkę, zaraz przystąpił 
do rzeczy.

-   Auroro,   moja   matka   zdecydowała   sprowadzić   się  tutaj   z 

powrotem.

Żołądek Rory skurczył się konwulsyjnie, wywracając do góry 

nogami całe zjedzone przed chwilą śniadanie.

- Bardzo mi... miło to słyszeć - wyszeptała. Charles zaczął 

chodzić wokół jej zagraconej kuchni.

- No cóż... przypuszczam, że to całkiem naturalne, iż mama 

troszczy się o dom. Jest zapisany na jej nazwisko.
- Ja nie...

- To oczywiście nie oznacza jej braku zaufania do ciebie jako 

przyszłej gospodyni - dodał szybko. - Po prostu mama robi się coraz 
starsza. To zrozumiałe, że chciałaby mieć w pobliżu kogoś bliskiego. 
Ewa jest teraz w separacji i wraca na Zachodnie Wybrzeże.

background image

Ewa.   Siostra   Charlesa.   Ma   przyjechać   już   dzisiaj,   myślała 

Rory. Niech to wszyscy diabli!

- Pewnie twoja matka chciałaby odnowić ten dom i urządzić 

go po swojemu. Muszę się zabrać do pakowania.

- Moja droga Auroro, nie chcę, żebyś mnie źle zrozumiała. 

Nie chodzi o ten, w którym teraz mieszkasz. Mój dom nie jest aż taki 
ciasny. Został zbudowany z myślą o dużej rodzinie, ale kiedy umarł 
mój ojciec... Mieliśmy nadzieję, Suzanne i ja... - Słaby rumieniec 
zabarwił  jego jasną cerę.  Nerwowo poprawił  krawat.  - Zresztą  to 
teraz nieważne. Chciałem tylko powiedzieć, że... moja matka chce 
zamieszkać z nami.

W tym momencie żołądek Rory zbuntował się ostatecznie.
-  Przep...   raszam  cię,  Charles!   -  krzyknęła   i  rzuciła  się   w 

kierunku łazienki.

Pięć minut potem wróciła, blada i wyczerpana. Charles nalał 

sobie kawy i przeglądał notowania giełdowe w gazecie. Na jej widok 
zerwał   się   i   pomógł   usiąść   na   krześle,   jakby   miała   co   najmniej 
złamaną nogę, a nie problemy z żołądkiem.

- Czy rozmawiałaś o tym z lekarzem? - zapytał.
- W zeszłym tygodniu - odparła. - Ale to nic poważnego. Nie 

mam wrzodów żołądka.

Na razie, dodała w myśli. Chciała opowiedzieć Charlesowi, 

że   doktor   zapytał   ją   najpierw,   czy   nie   jest   w   ciąży,   ale   chyba 
poczułby   się   bardzo   zakłopotany.   Ona   też.   Dotąd   nawet   nie 
rozmawiali o takich rzeczach, a co dopiero...
- No cóż... robi się późno, ale uważałem, że powinnaś wiedzieć o 
tym   już   teraz.   Pewnie   zobaczysz   się   z   moją   matką   jeszcze 
dzisiejszego   dnia   i   będziecie   mogły   porozmawiać   o   szczegółach. 
Matka   powinna   zajmować   frontowy   pokój   i   łazienkę.   Tak   było, 
zanim   ożeniłem   się   z   Suzanne.   To   całkiem   oczywiste,   że   chce 
spędzić tutaj ostatnie lata swego życia.

Całkiem oczywiste? Nic z tego, pomyślała, ledwie panując 

nad sobą. Po moim i paru innych trupach! Dlaczego to, co mówił 
Charles, było zawsze „całkiem oczywiste", a jeśli ona się z tym nie 
zgadzała, on uważał, że kaprysi jak dziecko?

-   Pomówimy   o  tym   później   -   odpowiedziała   wymijająco.  

background image

Znowu czuła mdłości. Zmusiła się jednak do uśmiechu; była 

chyba lepszą aktorką, niż mogła przypuszczać, bo Charles odetchnął 
z ulgą i cmoknąwszy ją w policzek, wyszedł z domu.

-   Niech   to   wszyscy   diabli!   Niech   to   jasny   szlag   trafi!   - 

mruczała pod nosem, zamykając za nim drzwi na haczyk, po czym 
specjalnie   otwierając   je   znowu.   -   Nie   zgadzam   się!   Jak   on,   do 
cholery, może sobie wyobrażać, że ja...

Nagle   padła   bez   sił   na   krzesło   w   kuchni   i   zapatrzyła   się 

ponuro we własną bosą stopę. Dwadzieścia minut później siedziała 
dokładnie w tej samej pozycji, gdy Kane zastukał do drzwi, po czym 
popchnął   je   i   wszedł   do   środka.   Być   może   powinna   czuć   się 
zakłopotana po tym, co stało się w czasie ich ostatniego spotkania, 
ale była zbyt przygnębiona, żeby o tym pomyśleć.

- Wygląda na to, że ci już powiedział, prawda?
- Kane pociągnął nosem i czując zapach kawy, usiadł i nalał 

sobie aromatycznego płynu do filiżanki.

- Dolać ci? - zaproponował.
- Nie wydaje mi się, żebym w ogóle mogła to wypić - odparła 

drętwo.

- Pijesz kawę tylko z narzeczonym?
- Nie, tylko robi mi się wrzód na żołądku. Kane przyglądał 

się bez słowa bałaganowi na stole.

Leżały na nim stare słowniki i encyklopedie, które porządna z 

natury   Rory   usiłowała   czas   jakiś   temu   posegregować   i   niektóre 
wyrzucić.

- Wrzód? Dawno się to zaczęło? 
Wzruszyła ramionami.
- Nie wiem... Kilka tygodni temu. Może miesiąc. Pewnie tego 

dotyczyła ta notatka o lekarzu. Ale... zaraz. Po co tu ginekolog? Od 
tego jest raczej internista.

- Stosujesz specjalną dietę? Bierzesz lekarstwa?
- Nie, nic nie biorę. Ostatnio specjaliści twierdzą, że dieta nie 

pomaga.

- No cóż, jedyna rzecz, którą można na pewno powiedzieć o 

ostatnich opiniach specjalistów, to, że prędzej czy później zostaną 
one   zmienione   po   ogłoszeniu   wyników   kolejnego   programu 

background image

badawczego.

Rzuciła   mu   wrogie   spojrzenie;   Kane   podniósł   rękę   w 

obronnym geście.

- No dobrze już, dobrze. Żadnych pigułek, żadnej diety. Ale 

jak zamierzasz to wyleczyć? Prowadząc regularny tryb życia?

Potrząsnęła buntowniczo głową.
- Moje życie jest uregulowane. Dziękuję ci za troskliwość. 

Czy chciałeś czegoś ode mnie?

Kane  przyznał   w duchu,  że   najbardziej   ze  wszystkiego  na 

świecie chciałby rozjaśnić ten mrok w jej oczach i usłyszeć znowu 
jej śmiech. Wtedy mógłby odejść.

- Chciałem wiedzieć, co dziś zamierzasz robić. Spakować te 

książki? Wybrać nagrania na wesele? Wysłać ostatnie zaproszenia? 
Odkurzyć świąteczne girlandy z lampkami?

Jego słowa wywołały cień uśmiechu na twarzy Rory.
- No, wreszcie - powiedział. - Teraz możesz zająć się swoją 

toaletą, a ja tu trochę posprzątam. - Sięgnął po miskę z resztkami 
mlecznej zupy i coś, co przypominało orzeszki ziemne, zatopione w 
dziwnej, purpurowej, przejrzystej cieczy. Uniósł brwi.

-   Co   to   jest?   Czyżby   specjalny,   gwarantowany,   ziołowy 

środek Hubbardów przeciw wrzodom żołądka?

- Odczep się. Nie twój interes - fuknęła Rory. - Kane, ja mam 

dziś milion rzeczy do załatwienia. Dlaczego nie pójdziesz sobie ze 
swoimi dobrymi radami gdzie indziej? Może pani Banks wzięłaby 
cię do pomocy? Teraz pewnie planuje w szczegółach to, co ja mam 
jeszcze do zrobienia, zanim opuszczę ten padół.

-   Myślę,   że   plany   są   już   gotowe   -   powiedział   łagodnie.   - 

Powinnaś   się   ubrać   w   ten   beżowy   kostium,   ustawić   kilkadziesiąt 
napisów „Nie deptać trawnika"  przed imprezą  u Banksów, potem 
Modene zagra wam na organach i będziecie żyli długo i szczęśliwie 
we troje...

- Wspaniale! To upiecz mi tort weselny. Albo zagraj z panią 

Banks w bierki i daj mi wreszcie święty spokój. Na miłość boską - 
mówiła   żałośnie   -   dlaczego   ja   i   Charles   nie   możemy   zwyczajnie 
pójść do sędziego pokoju, sami, i mieć to wszystko z głowy!

Kane oparł się o lodówkę i wpatrywał się w nią, jakby nigdy 

background image

w   życiu   nie   widział   bosonogiej   kobiety   w   wymiętej,   różowej 
piżamie,   w   narzuconej   na   ramiona   podomce   w   żółtą   kratkę,   z 
rozczochranymi  włosami  o wszystkich  odcieniach  miodu  i twarzy 
nakrapianej najpiękniejszymi w świecie piegami.

Rory   zauważyła   to   spojrzenie,   ale   zinterpretowała   je   po 

swojemu. Tacy mężczyźni jak Kane Smith zwykli widzieć kobiety w 
jedwabiach i koronkach, z fryzurą rozczochraną tak przemyślnie, że 
nad   efektem   musiały   pracować   pewnie   ze   trzy   godziny!   Tacy 
mężczyźni jak Kane Smith...

-   Przepraszam   -   westchnęła.   -   Wcale   nie   zamierzałam   cię 

przed chwilą pobić i rozerwać na kawałki. To tylko... to dlatego, że...

- Że nie możesz spać w nocy i żołądek daje ci w kość, i że 

czujesz się zakłopotana, bo cię pocałowałem, a ty się nie broniłaś, 
wprost przeciwnie... i że za bardzo się to nam podobało. Ja też się tak 
czuję. I też niewiele spałem ubiegłej nocy.

Zanim spróbowała cokolwiek powiedzieć, ciągnął dalej:
-   Charles   pewnie   przed   chwilą   powiedział   ci,   że,   twoja 

teściowa  będzie  mieszkała   z  wami.   Jeśli   w  ten  sposób  zaczął  się 
dzień...

Rory skuliła się, słysząc te słowa.
-  Nie  chce  mi   się  wierzyć,   że  ona  naprawdę  chce  z  nami 

mieszkać. Ma przecież około sześćdziesięciu lat!

Jest   zdrowa,   zaradna,   energiczna.   Przecież   ma   jakichś 

przyjaciół... córkę! Dlaczego musi z nami zamieszkać?

- Uniosła ręce w geście rozpaczy. - To okropne, Kane. To się 

naprawdę źle skończy. Tylko co ja mogę na to poradzić, nie raniąc 
uczuć jej i Charlesa?

Kane uniósł jeden kącik ust w tym znajomym uśmiechu, od 

którego  serce Rory zaczynało  tłuc  się w piersi jak wyrzucona  na 
piasek ryba.

- Posłuchaj, kotku, przez najbliższe pół godziny na pewno nic 

na to nie poradzimy. Idź się umyć i ubrać, a ja pozmywam naczynia. 
Potem się zastanowimy, co musimy jeszcze załatwić.

- Nie musisz zmywać moich naczyń, Kane. W ogóle nic nie 

musisz tu robić - powiedziała.

- Szanowna pani pozwoli, że będę innego zdania.

background image

- Kane objął ją mocno za ramiona i poprowadził w stronę 

łazienki. -Jeśli nie zajmę się jakąś robotą, to mogą być kłopoty.

-   Możesz   zająć   się   panią   Banks   -   powtórzyła   swoją 

propozycję Rory.

-   Szczerze   mówiąc,   wolałbym   jeść   robaki   -   odpowiedział. 

Spojrzeli na siebie i oboje wybuchnęli śmiechem.

Pół   godziny   później   Rory   wróciła   do   kuchni,   tym   razem 

pięknie   wysprzątanej.   Książki   leżały   poukładane   według   roku 
wydania.

-   Rzeczywiście   przydałby   ci   się   nowy   słownik,   ale 

encyklopedii   nie   wyrzucaj.   Nigdy   nie   wiadomo,   co   pominęli   w 
nowym wydaniu - poradził Kane. Postanowił nie dyskutować z Rory 
o   zawartości   lodówki   i   spiżarni.   Nic   dziwnego,   że   biedaczka   ma 
kłopoty z żołądkiem! - Co zrobimy z twoimi roślinami? - spytał.

Rory   czuła   się   nieporównanie   lepiej   w   jasnobłękitnej 

sukience z piki i włosami upiętymi w koronę wokół głowy.

- One tak naprawdę nie są moje. Dzieci w klasie zaczęły je 

hodować tej wiosny, a ja... jakoś nie mogłam pozwolić im umrzeć.

Otóż to, pomyślał Kane. Pięciometrowy pęd ziemniaczany, 

całkiem bez liści, przywiędła miotła marchwianej naci, wybujały pęd 
z  pojedynczym   liściem   na  czubku  oraz  jakiś  nie  zidentyfikowany 
badyl, który wyglądał, jakby za chwilę miał ruszyć o własnych siłach 
na przeszukanie pobliskiej spiżarni. Rory była niesamowita. Tylko 
dlaczego, do pioruna, nie mógł myśleć teraz o niczym innym poza 
pójściem z nią do łóżka?

To było co najmniej niepokojące.
- Kane? - zaczęła z wahaniem.
-   Słonko   moje,   co   ty,   u   diabła,   widzisz   w   tym   Charlesie 

Banksie?

Zaskoczona Rory spojrzała na niego badawczo.
- Podobno jesteś jego przyjacielem!
- A czy powiedział ci, że Suzanne była  moją dziewczyną, 

zanim ją poznał? Czy mówił ci, że nie widzieliśmy się od czasu, 
kiedy byłem drużbą na ich weselu jedenaście lat temu?

- Nie, ale...
- Właśnie. Nie przypominaj więc mi o tym, że Charlie jest 

background image

moim przyjacielem, bo to akurat nie ma żadnego znaczenia.

- Więc dlaczego...
-   Dlaczego   jestem   tutaj?   Dlaczego   będę   drużbą   tego 

nieszczęśnika na kolejnym weselu?

- On nie jest żadnym nieszczęśnikiem. To... to... bardzo miły 

człowiek!

- Oczywiście. I wcale nie powiedziałem, że nie jestem jego 

przyjacielem.   Jestem   jednak   również   twoim   przyjacielem,   Rory. 
Przynajmniej  chciałbym  nim być.  Jeśli  potrzebna ci moja  pomoc, 
powinniśmy teraz usiąść i opracować podstawowe zasady twojego 
pożycia   z   Charlesem.   Potem   przekażesz   to   mamie   Banks   i 
natychmiast wyjedziesz gdziekolwiek, zanim ona eksploduje. Kiedy 
najgorsze minie, wrócisz i stawisz jej czoło. Jeżeli będziesz chciała 
żyć pod jednym dachem z Charlesem i z nią, musisz to zrobić. W 
przeciwnym razie oboje będą cię traktować jak wycieraczkę.

Rory   wsunęła   palce   pod   upięty   pracowicie   warkocz   i 

podrapała się w głowę.

- A gdybym tak poszła teraz spać i obudziła się za godzinę... 

Może okazałoby się, że tej rozmowy z Charlesem wcale nie było?

- Tchórz - stwierdził łagodnie.
- Wypchaj się.
- No dobrze, skoro nie zamierzasz walczyć z Maddie Banks, 

to jak sobie z nią poradzisz?

-   Nie   męcz   mnie!   -   Czuła,   że   na   sam   dźwięk   jego   głosu 

dostaje   gęsiej   skórki.   Dlaczego,   gdy   był   blisko,   miała   jakieś 
szczególne   poczucie   zagrożenia?   Podświadomie   zdawała   sobie 
sprawę, że całe jej życie zmieniło się od chwili, gdy Kane Smith 
przeszedł przez żywopłot, kiedy dotknęła go swą bosą stopą i oblała 
brudną wodą.

Przed dwunastą w południe zdecydowała się na tradycyjny 

marsz weselny w czasie ślubu i na melodie Cole'a Portera jako tło 
weselnego przyjęcia. O pozostałych sprawach zadecyduje już pani 
Banks i jej córka.

Postanowili   też,   że   będzie   jej   towarzyszyła   tylko   jedna 

druhna i że poprosi o to swoją najmłodszą siostrę, Misty.

Trzy to byłoby za dużo jak na tę raczej skromną ceremonię, 

background image

poza tym Fauna...

Nigdy nie dało się przewidzieć, co może wymyślić Fauna.
- Gdyby Misty nie chciała albo gdyby jej nie było, poproszę 

siostrę Charlesa. Jaka ona jest? - Rory zrzuciła sandały i położyła 
bose stopy na stołku kuchennym. Gryzła z zapałem ołówek, podczas 
gdy   Kane   nalał   dwie   szklanki   kolejnego   wytworu   „boskich 
Hubbardów".

- Ewa? Bystra... atrakcyjna... ambitna.
Rory poczuła ukłucie niczym nieumotywowanej zazdrości.
- Wygląda na to, że znasz ją całkiem nieźle? 
Kane uśmiechnął się.
- Nie wydaje mi się, żeby mnie w ogóle pamiętała.
- Aha. No, dobrze. Mam nadzieję, że mi nie odmówi, jeśli 

moja rodzina nie przyjedzie. Oni są do tego zdolni... Wiesz, z nimi 
naprawdę... nigdy nic nie wiadomo.

- Ewa nie odmówi. To całkiem przyzwoita dziewczyna.
- To  mamy  jeszcze  jedną  sprawę z  głowy - podsumowała 

Rory. - Zresztą to wiele hałasu o nic. Chciałam powiedzieć, że... ślub 
potrwa w końcu tylko parę minut i będzie po wszystkim.

Kane popatrzył na nią z dziwnym uśmiechem.
- No, niezupełnie. Rory uniosła brwi.
-   Ach,   pewnie   masz   na   myśli   przyjęcie.   W   porządku, 

będziemy pili szampana, wzniesiemy parę toastów i wtedy naprawdę 
będzie po wszystkim.

- Rory - Kane usiadł na krześle po przeciwnej stronie i oparł 

się łokciami o przykryty obrusem stół - kilka słów, kilka toastów, i to 
będzie dopiero początek. Początek twojego życia z Charlesem. Rory 
westchnęła.

- Wiem o tym - powiedziała cicho, skręcając w palcach nitkę 

z obszytego frędzlą obrusa.

- Wcale nie jestem tego pewien. Posłuchaj mnie, kochanie. 

Jeśli masz jakiekolwiek wątpliwości, teraz jest jeszcze czas, żebyś 
zrezygnowała z tego małżeństwa.

- Jakież ja mogę mieć wątpliwości? Charles jest wspaniały. 

Jest mężczyzną, jakiego chciałaby poślubić każda kobieta. Jest... taki 
solidny, odpowiedzialny... uprzejmy i nie... natarczywy...

background image

- Nie natarczywy. Co za interesująca zaleta u pana młodego. 

Czyżbyś miała na myśli, że nie będzie nalegał, żebyś rzuciła tę pracę 
w szkole, czy raczej, że nie będzie nalegał, abyś dwa razy dziennie 
rzucała w diabły wszystko i w jakimś ustronnym kątku syciła wraz z 
nim wasze wspólne żądze?

Rory poczuła, jak gorący rumieniec oblewają aż po czubek 

głowy.

- Jak śmiesz! - wyszeptała.
Kane roześmiał się. Po chwili zamilkł, zdając sobie sprawę, 

że ona wcale nie żartowała.

- Jak śmiem? - zapytał. - Rory, kobiety nie używaj ą tego 

wyrażenia od co najmniej pięćdziesięciu lat. W czasach, w których 
teraz   żyjemy,   mężczyźni   pozwalają   sobie   prawie   na   wszystko. 
Kobiety nawet na więcej. Nie ma tabu, żadnych ograniczeń. Czyżbyś 
tego nie zauważyła?

-  Przepraszam  cię  -  powiedziała   cicho,   odsuwając  krzesło. 

Wyszła   szybko   z   pokoju.   Kane   spoglądał   w  ślad   za   nią.   Słysząc 
gwałtowne   trzaśniecie   drzwi   od   łazienki   wstał,   nie   mogąc   się 
zdecydować, czy pójść za nią, czy wynieść się stąd w diabły.

Kiedy   jednak   usłyszał,   że   Rory   wymiotuje,   przestał   się 

wahać.

- Kochanie... Pozwól, że ci pomogę. Jesteś chora. Klęczała na 

podłodze, rozdygotana i bardzo blada.

Na jej twarzy lśniły krople potu i Kane czuł, jak jego serce 

wyrywa się do niej, cokolwiek by teraz myślał. Podniósł ją z podłogi. 
Była tak słaba, że nawet nie protestowała.

- Już dobrze, kotku... Teraz musisz się położyć i spróbować 

zasnąć.

- Nienawidzę tego - wyszeptała Rory przygnębionym głosem. 

- Nie mogę znieść, że widzisz mnie w tym stanie, nienawidzę mego 
żołądka,   nienawidzę   tego   lata   i,   najbardziej   ze   wszystkiego, 
nienawidzę ślubów.

- Tak, kochanie, rozumiem cię. W takiej chwili jak ta kobieta 

najbardziej potrzebowałaby matki. Ponieważ jej tu nie ma, muszę ją 
zastąpić.

Rory była już bez butów, które zostały przy kuchennym stole. 

background image

Kane położył ją na łóżku, zdjął z ręki zegarek, powyjmował spinki z 
warkocza i rozpiął sukienkę. Delikatnie zdjął ją Rory przez głowę i 
ułożył na starym bujanym fotelu.

Miała   na   sobie   białą   bawełnianą   halkę.   Kane   nawet   nie 

zdawał   sobie   sprawy,   że   w   tym   stuleciu   jeszcze   coś   takiego 
produkują. Drżała na całym ciele i Kane walczył z przemożną chęcią, 
żeby położyć się obok niej w łóżku i ogrzać ciepłem swojego ciała. 
Istniały jednak, jak mawiają lekarze, istotne przeciwwskazania.

- Może zdejmę ci jeszcze tę halkę i dobrze cię okryję?
Oczy Rory rozszerzyły się ze strachu.
- Zostaw mnie w spokoju! Nie próbuj nawet...
-   Zaraz,   zaraz,   ja   ci   tylko   proponowałem   pomoc.   -   Kane 

podniósł obie ręce w obronnym geście.

- Przepraszam cię, źle się czuję.
Wyglądała   okropnie.   Jednocześnie   jednak   była   taka 

bezbronna,   nieszczęśliwa,   cudowna;   Kane   czuł,   że   całkiem   traci 
głowę.

- Kto jest twoim lekarzem?
- Nie potrzebuję żadnego lekarza. Chcę wreszcie zostać sama.
Zmoczył w wodzie czystą ścierkę i wytarł jej twarz, szyję i 

ręce. Odgarnął z czoła potargane włosy, starając się nie myśleć o ich 
jedwabistej delikatności, nie widzieć jej przejrzystej, gładkiej skóry. 
Miała zamknięte oczy, ale wiedział, że nie śpi.

Kobieto, kobieto, coś ty ze mną zrobiła, pomyślał. Stał nad 

nią jeszcze i obserwował przez długą chwilę. Jej oddech uspokoił się. 
Na chwilę otwarła oczy i wtedy wydało mu się, że zobaczył w nich 
przestrach. Potem jednak uśmiechnęła się i usnęła.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Kane  siedział   nadal   w fotelu,  gdy usłyszał   przez   siatkowe 

drzwi głos Madeline Banks:

- Panno Hubbard? Auroro?
-   Ona   się   położyła,   pani   Banks   -   powiedział   Kane.   Z 

ociąganiem wstał z fotela i podszedł do drzwi.

Mina pani Banks wskazywała, że jego obecność tutaj jest źle 

widziana.   Powinien   był   dawno   stąd   wyjść,   przede   wszystkim   ze 
względu   na   Rory.   To   ona   będzie   musiała   teraz   unieść   ciężar 
podejrzeń, wyzierających z oczu tej kobiety. Znał Maddie Banks i 
wiedział, że to nie będzie łatwe.

- Aurora źle się poczuła. Nie chciałem zostawiać jej samej.
- Hmm... rozumiem.
Madeline   Harrison   Banks   była   wysoką   kobietą.   Ktoś 

życzliwy mógłby powiedzieć, że jest przystojna. W każdym razie na 
pewno   zwracała   uwagę.   Przez   tyle   lat   mieszkania   w   najbliższym 
sąsiedztwie Kane nigdy nie widział jej źle lub niestarannie ubranej. 
Jasne włosy były zawsze pięknie uczesane, a składająca się głównie 
z pereł biżuteria była zawsze w najlepszym guście. W zimie nosiła 
kostiumy i kaszmirowe swetry, w lecie pastelowe suknie, czasami z 
idealnie   dopasowanym   bawełnianym   kardiganem.   Nigdy   się   nie 
pociła.   Jej   ubranie   nigdy   się   nie   mięło.   Nawet   najbardziej 
podejrzliwy sprzedawca zaakceptowałby bez wahania jej czek. W tej 
chwili Kane miał ochotę posłać ją do diabła.

- Czy panna... czy Aur ora widziała się ze swym lekarzem?
- Podobno tak.
- I jakie jest jego zdanie?
- Nieżyt żołądka.
W głębi domu  Rory leżała z zamkniętymi  oczami, słysząc 

szmer   głosów,   zbyt   wyczerpana,   żeby   się   zastanawiać,   kto   ją 
odwiedził. To nie był  Charles. Rozpoznałaby jego głos. Poza tym 
Charles   był   zajęty.   Niestety,   był   bardzo   zajęty   od   chwili,   kiedy 
poprosił ją o rękę.

Przedtem tak nie było. Nie uwodził jej wprawdzie w jakiś 

niezwykle  romantyczny sposób, ale starał się zdobyć  jej względy. 

background image

Tak,   na   pewno   kiedyś   się   starał.   Nawet   przy   swoim   braku 
doświadczenia Rory wiedziała, że nie jest obojętna temu mężczyźnie, 
i   po   raz   pierwszy   w   życiu   przyjmowała   to   spokojnie   i   z   przyje-
mnością.   Charles   był   porządnym   człowiekiem.   Nie   budził   obaw, 
mogła mu zaufać.

Kiedy jednak zgodziła się zostać jego żoną, starania Charlesa 

się skończyły. Była tym zdziwiona i trochę urażona, ale powiedział 
jej,   że   mają   przecież   przed   sobą   podróż   poślubną.   Wtedy   Rory 
przekona się, że będą ze sobą szczęśliwi.

Tylko  jak można  mieć  pewność, że  do siebie  pasują, jeśli 

Charles będzie wciąż tak powściągliwy?  Większość par nie czeka 
teraz nawet na zaręczyny, żeby pójść do łóżka. Rory nawet się do 
tego przygotowywała, tylko że Charles w ogóle nie próbował...

A teraz, im dłużej czekała, tym bardziej wydawało jej się to 

niemożliwe.

Coś tam, oczywiście, o życiu wiedziała. W szkole średniej 

chodziła czasami na randki. Zwykle były to spotkania w większym 
gronie.   Chodzenie   do   kina,   prywatki.   Potem   cała   grupa   zwykle 
dzieliła się na pojedyncze pary i każda para, która nie sypiała ze 
sobą, była jakby „nie w kursie". Rory prawie wcale nie piła, nie szła 
do łóżka z kim popadło, nie tykała „trawki" i w ten sposób większość 
chłopców traktowała ją na prywatkach lekceważąco.

Lubiła   chodzić   do   kina,   ale   w   najbardziej   łzawym 

melodramacie   widziała   zawsze   coś   zabawnego   i   śmiała   się   w 
najmniej   odpowiednich   momentach.   Nigdy   nie   mogła   się 
zorientować, czego oczekują od niej chłopcy, i sama nie wiedziała, 
czego ona oczekuje od nich.

Już   prawie   nie   wierzyła,   że   kiedykolwiek   przeżyje   jakiś 

romans.   Było   to   wtedy,   kiedy   przeprowadziła   się   do   Północnej 
Karoliny  i   zaczęła   uczyć   w  szkole,   w  której   posadę   załatwiła   jej 
dawna przyjaciółka z college'u. Pierwszą osobą, którą tu poznała, był 
Charles Banks.

Oczywiście był wtedy jeszcze żonaty. Nigdy nie myślała o 

nim inaczej jak o sąsiedzie i kimś, od kogo wynajmuje dom. Suzanne 
wpadała czasami na pogawędkę, ale poza tym Rory praktycznie nie 
miała kontaktu z młodymi Banksami.

background image

I nagle Suzanne umarła. Całe miasto nie mogło ochłonąć z 

zaskoczenia. Tydzień wcześniej cieszyła się najlepszym zdrowiem.

W sześć miesięcy później Charles zapytał ją, czy nie mogłaby 

pójść   z   nim   na   bankiet,   i   Rory   przyjęła   to   zaproszenie.   Potem 
spotykali się od czasu do czasu, idąc do kina, a potem na kolację albo 
na comiesięczny obiad z tańcami w klubie Charlesa. Mówił, że czuje 
się bardzo samotny. Rory też była samotna.

W pewien piątek, w kwietniu ubiegłej wiosny, po przyjęciu, 

które Rory wydała dla swoich drugoklasistów, Charles poprosił ją o 
rękę. Zabrała z przyjęcia niezjedzone kanapki i mrożone waniliowe 
wafelki.   Siedzieli   z   Charlesem   na   werandzie,   kołysząc   się   na 
huśtawce i pojadając to i owo, rozmawiając o jakichś nieistotnych 
drobiazgach, gdy nagle on odwrócił się, spojrzał na nią i poprosił, 
żeby wyszła za niego za mąż.

Rory   zakrztusiła   się   swoim   wafelkiem.   Charles   musiał   ją 

klepać   po   plecach   i   pożyczyć   swojej   chusteczki   do   wytarcia 
załzawionych   oczu.   W   ten   sposób   ta   niezwykła   chwila   straciła 
wszelki nastrój romantyzmu.

-   No   dobrze   -   powiedział,   kiedy   wreszcie   była   w   stanie 

mówić. - Czy zgadzasz się?

- Charles, czy jesteś pewny, że naprawdę tego chcesz?
-   Moja   droga,   uważam,   że   świetnie   do   siebie   pasujemy. 

Oczywiście,   jeśli   marzysz   o   przystojnym   uwodzicielu   z 
romantycznej powieści, to, niestety, ja nim nie jestem. - Spojrzał na 
nią z uśmiechem pełnym dezaprobaty dla samego siebie, który Rory 
uznała   za   rozbrajający.   -   Ale   jeśli   chciałabyś   dzielić   życie   z 
mężczyzną, który ma dla ciebie wiele uznania i szacunku, i który 
może zapewnić ci godziwe warunki, i otoczy cię opieką, nie musisz 
szukać daleko. Pomyśl nad tym, dobrze?
Wtedy pocałował ją i Rory była pewna, że poczuje przyspieszone 
bicie serca i zawrót głowy. Nic takiego nie nastąpiło. Uśmiechnęła 
się, ukrywając rozczarowanie i tłumacząc sobie, że takie rzeczy będą 
się zdarzać, kiedy przyzwyczai się do myśli, że jest zakochana.

Później   jednak   nic   takiego   nigdy   nie   nastąpiło.   Widocznie 

Charles  nie był  człowiekiem  zdolnym  do namiętnego  okazywania 
uczuć,   choć   widziała   go   nieraz   w   stanie   znacznego   podniecenia, 

background image

kiedy   oglądał   tabele   stawek   ubezpieczeniowych.   Kiedyś   z 
prawdziwą   namiętnością   opowiadał   o   pożarze,   wywołanym   dla 
uzyskania odszkodowania. Może jego uczucia do niej będą gorętsze, 
gdy już się pobiorą?

A   może   nie?   Może   po   prostu   była   dla   niego   nie   dość 

atrakcyjna albo żadne z nich nie miało zmysłowej natury...

Ostrożnie   spuściła   nogi   na   szydełkowy   chodniczek   leżący 

koło łóżka. Boże, ileż ona ma jeszcze do zrobienia. Nie ma czasu na 
takie   rozważania.   Trzeba   odwieźć   rzeczy   do   przytułku, 
posegregować książki. Poza tym dziś jest ostatnia sobota miesiąca. 
Tańce w klubie. Zawsze na nie chodzili, bo Charles spotykał tam 
wielu swoich klientów i innych ludzi związanych z firmą. Opłata za 
członkostwo w klubie była odliczana od podatku. Kiedy się o tym 
dowiedziała,   ich   wypady   do   klubu   wydały   jej   się   jakoś   mniej 
romantyczne.

-   A   pies   to   gryzł   -   mruknęła,   upinając   niezbyt   starannie 

spleciony warkocz na czubku głowy i wsadzając weń tuzin spinek.

Pięć   minut   później   weszła   do   saloniku.   Madeline   Banks 

siedziała na dębowym krześle z wyrazem sztucznego ożywienia na 
twarzy. Spojrzała na Rory tak, jakby zobaczyła zjawę z zaświatów.

Kane   wychylił   się   z   fotela   w   jej   stronę,   patrząc   na   Rory 

ciepłym i krzepiącym spojrzeniem.

- Czy na pewno czułaś się na siłach, żeby wstać? Rory czuła 

nieprzepartą chęć, żeby rzucić mu się w ramiona. Patrzył na nią z 
troską, czekając na odpowiedź. To jego spojrzenie sprawiło, że Rory 
miała ochotę rozpłakać się z wdzięczności.

-   Panno   Hubbard   -   zaczęła   Madeline   Banks   -   mój   lekarz 

nadal tu mieszka. Gdybym do niego zadzwoniła, jestem pewna, że 
byłby w stanie pani pomóc.

- Dziękuję bardzo, pani Banks, już czuję się całkiem dobrze. 

To tylko nerwica żołądka. Nie powinnam była pić kawy...

- Charles prosił mnie, żebym  omówiła  z panią parę spraw 

tego przedpołudnia, ale mam wrażenie, że musimy to odłożyć.

Najlepiej   byłoby   to   odłożyć   do   dnia   lądowania   Marsjan, 

pomyślała   Rory.   Odwlekanie   tej   rozmowy   niczego   jednak   tu   nie 
rozwiąże.

background image

- Możemy to zrobić teraz, pani Banks - oznajmiła.
- Później możemy być zbyt zajęte.
Kane odprowadził obie panie do dużego domu, pożegnał się z 

matką Charlesa, mrugnął porozumiewawczo do Rory i zniknął.

Rory   czuła   się   jak   pasażer   „Titanica",   któremu   odpływa 

sprzed nosa ostatnia łódź ratunkowa. Z determinacją zwróciła się do 
starszej pani:

- Pani Banks, Charles powiedział mi, że zamierza pani wrócić 

do Tobaccoville...

Trzy   godziny   później,   gdy   pani   Banks   z   łatwością 

przeforsowała swoje stanowisko mimo nieśmiałych protestów Rory, 
do frontowego salonu weszła Ewa. W tym momencie przez głowę 
Rory przemknęła myśl, że byłoby cudownie zaręczyć się z sierotą 
bez żadnej bliskiej rodziny.

Matka   Charlesa   przypominała   walec   drogowy.   Cokolwiek 

Rory powiedziała,  ona dalej mówiła  swoje, jakby druga strona w 
ogóle nie otwierała ust. A to, uświadomiła sobie Rory, był dopiero 
początek ich wzajemnych kontaktów.

Evelyn   Banks   Patelli   Sanders   była   wysoką,   długonogą 

damską   wersją   swego   brata.   Rory   zamierzała   traktować   ją   jak 
najlepiej, choćby ze względu na Charlesa. Może ona będzie w stanie 
przemówić do rozumu swej matce, bo Rory, jak dotąd, nie potrafiła 
w żaden sposób tego dokonać.

- Ach, więc to ty jesteś tą milutką nauczycielką, narzeczoną 

Charlesa?

Rory poczuła się nieco urażona lekceważącym tonem Ewy, 

ale nie dała tego po sobie poznać.

-   Z   niecierpliwością   czekałam,   żeby   panią   poznać,   pani 

Sanders - odparła. Było to oczywiście kłamstwo. Rodzina Charlesa 
wcale jej się nie podobała. Ba!... Ale Charles nie miał jeszcze okazji 
poznać jej rodziny.
Ewa roześmiała się.

-   Jesteś   ładniejsza,   niż   można   było   wnioskować   z   opisu 

mamy. O Boże, jaka jestem zmęczona! Potrzebny mi dobry drink, a 
potem   długa,   chłodna   kąpiel.   Mamo,   chodź   ze   mną,   chcę   się 
rozpakować. Muszę ci opowiedzieć, z czym znowu wyskoczył Tom 

background image

na temat podziału majątku i alimentów!

- Panno Hubbard, z pewnością wybaczy nam pani, ale...  - 

powiedziała   pani   Banks.   -   Carrie   zaniesie   twoje   rzeczy   na   górę, 
kochanie. Zamieszkasz w tym wschodnim pokoju, prawda? Zawsze 
lubiłaś wcześnie wstawać.
Rory wróciła do domu i zajęła się swoimi sprawami. Obawiała się 
kłopotów z żołądkiem. O pół do piątej wpadł do niej Charles.

- Mama mówiła, że nie czułaś się dobrze dziś rano.
-   Rozbolał   mnie   żołądek.   Ale   jeszcze   się   całkiem   nie 

rozłożyłam.

- Mój Boże, Auroro, czyżby aż tak...
- Och, nie, Charles. Nie aż tak. Po prostu żartowałam.
- Na pewno? Kane i Ewa mogą dziś pójść na tańce sami. Ja 

mogę zostać i posiedzieć przy tobie, jeśli tego chcesz. Albo może 
moja matka...

- Nie, nie, wszystko w porządku, Charles. Czuję się całkiem 

dobrze. Właśnie segregowałam rzeczy przed przeprowadzką.

- Więc spotkamy się o pół do ósmej? - zapytał.
- Tak, oczywiście - odparła z nagłym uczuciem zmęczenia.- 

Będę gotowa.

Dwadzieścia pięć minut po siódmej Rory czekała ubrana w 

zapinaną   pod   szyję,   luźną   batystową   sukienkę   w   różowo-biały 
wzorek. Włosy upięła w węzeł z tyłu głowy. Nałożyła też kolczyki z 
granatów, które kiedyś  dostała od babci, i skromny pierścionek z 
brylantem od Tiffany'ego - zaręczynowy prezent Charlesa.

Myślała   teraz   o   wizycie   u   ginekologa,   którą   planowała 

załatwić   jeszcze   w   tym   tygodniu.   Brakowało   jej   odwagi.   Gdyby 
mogła pomówić o tym z Charlesem i poprosić go o radę...

„Charles,   kochanie",   mogłaby   zacząć,   „tak   się   złożyło,   że 

jestem   jeszcze   dziewicą.   I,   rozumiesz,   im   jestem   starsza,   tym 
bardziej  boję się...  wiesz,  czego. Myślę,  że  nie będziesz  miał  nic 
przeciwko temu, jeśli pójdę do doktora Malleta na mały zabieg. Po 
co mi ten ból... krew... i w ogóle".

Obracając nerwowo pierścionek na palcu, zastanawiała się po 

raz setny, dlaczego, u diabła, nie zrobiła tego już dawno. Większość 
kobiet tak robi... Zwykle znacznie wcześniej niż w wieku trzydziestu 

background image

lat.

Miała przecież niejedną okazję. Na przykład ten futbolista, z 

którym spotykała się przed przyjazdem tutaj. Przeraził ją wprawdzie 
śmiertelnie,   ale   teraz   myślała,   że   lepiej   byłoby   ulec   jego 
natarczywym   atakom.   Nie   miałaby   w   tej   chwili   takich   głupich 
problemów.

Gdy obie pary przybyły  do klubu, wieczorek taneczny już 

trwał. Z baru dobiegał hałas, świadczący o tym, że goście dobrze się 
tu bawią.

Ewa i Rory zostawiły panów w holu i udały się do pokoju 

obok   toalety   dla   pań.   Ewa   poprawiła   swój   nienaganny   makijaż   i 
podała Rory puderniczkę.

- Przypudruj sobie nos. Może nie będzie widać tych twoich 

piegów.

-   Dziękuję,   ale   przestałam   już   z   nimi   walczyć.   Ich   oczy 

spotkały się w lustrze i Rory odgadła treść pytań, które za chwilę 
usłyszy.

- Jak długo znacie się z Charlesem?
-   O,   już   parę   lat.   Spotkaliśmy   się   zaraz   po   mojej 

przeprowadzce   z   Lexington.   To   jest   miejscowość   w   Kentucky. 
Przyjechałam tutaj, żeby uczyć w szkole.

- A co z Kane'em?
- Nie rozumiem?
- Wygląda na to, że dobrze się znacie.
-   Och,   nie...   Poznaliśmy   się   dopiero   parę   dni   temu.   On 

wydaje się... całkiem miły.

Ewa   skropiła   się   perfumami   i   wrzuciła   mały   flakonik 

„Poison" z powrotem do torebki.

- Miły, powiadasz? - powtórzyła. - Moja droga, małe kotki 

mogą   być   miłe,   kwiatki   mogą   być   miłe.   Kane   Smith   jest 
fascynujący!   Nie   mogę   sobie   wyobrazić,   jak   mogłam   o   nim 
zapomnieć przez te lata, ale muszę przyznać, że w czasach kiedy 
mieszkałam   tutaj,   byłam   straszną   snobką.   Raczej   nie   zauważałam 
tych Smithów z sąsiedztwa. - Ewa uśmiechnęła się i Rory uznała, że 
zaczyna ją lubić, choć jeszcze nie wie, dlaczego.

Zjedli kolację. Kelner uprzątnął stół i podał następną butelkę 

background image

wina. W oddali dał się słyszeć pomruk burzy. Rory wzdrygnęła się.

- Czy dobrze się czujesz, kochanie? -zapytał Charles.
-   Wspaniale.   -   Uśmiechnęła   się   do   niego,   starając   się   nie 

widzieć   Ewy,   pochylającej   się   w   kierunku   Kane'a,   z   dłonią   na 
rękawie jego beżowej lnianej marynarki.

- Coś podobnego! - wykrzyknęła Ewa. - Kane, to przecież 

musisz być ty, prawda? Dlaczego nikt mi o tym nie powiedział?

Chares odwrócił się ku niej z westchnieniem.
- Kim musi być Kane? Kto ci czego nie powiedział?
- Mój drogi bracie, czy ty wiesz, że nasz Kane to jest ten 

Kane Smith?!

Spojrzenie Rory powędrowało od Ewy do Charlesa, a potem 

znów do Kane'a. Ten wyglądał na niezadowolonego.

-   Ewo,   jeśli   nie   jesteś   zmęczona,   to   możemy   zatańczyć   - 

mruknął pod nosem.

Rory   obserwowała,   jak   przeciskali   się   między   stołami   w 

kierunku parkietu.

- Czy ja czegoś nie zrozumiałam?
- To nic ważnego, kochanie. Czy czujesz się na siłach, żeby 

zatańczyć?

Rory poczuła irytację.
- Mówiłam ci już, Charles, że czuję się świetnie. Po dwóch 

tańcach zmienili partnerów. Nie zwróciła uwagi, kto zainicjował tę 
zamianę, ale z pewnością nie była to Ewa.

Kane poprowadził ją przez parkiet, obejmując lekko w pasie. 

Żadne z nich nie powiedziało słowa. Rory bez wysiłku dostosowała 
się do jego kroków. Po chwili lekki ucisk jego dłoni na jej plecach 
zaczął   ją   niemal   parzyć.   Z   tego   powodu   zbliżyła   się   do   niego 
bezwiednie.

- Chyba będzie padać, prawda? - zapytała z nutą rozpaczy w 

głosie.

- Możliwe.
Ktoś   zderzył   się   z   nią,   popychając   ją   prosto   na   Kane'a. 

Cofnęła   się   jak   oparzona.   Usta   Kane'a   wygięły   się   w   znajomym, 
ironicznym uśmiechu i twarz Rory zapłonęła rumieńcem.

- Ta orkiestra jest do niczego - mruknęła.

background image

- Masz dość?
- Jeżeli ty nie chcesz już tańczyć...
- Nie chcę... - odburknął - z tobą już nie chcę. Rory nie była 

przygotowana na takie stwierdzenie.

Dopiero po chwili odzyskała głos.
-   No   cóż,   przynajmniej   jesteś   szczery.   Przystanęli   koło 

dużego, weneckiego okna. Kane nadal obejmował ją w pasie, jej ręka 
nadal spoczywała na jego ramieniu. Zamiast jednak się cofnąć, Kane 
przysunął   się   do   Rory   akurat   w   tym   momencie,   gdy   oślepiająca 
błyskawica oświetliła drzewa za oknem upiornym, fosforyzującym 
blaskiem.

Za chwilę dał się słyszeć grzmot i Rory spojrzała na Kane'a 

wzrokiem pełnym przerażenia.

- Kane, ja...
- Nie mów tego.
- Czego mam nie mówić? - szepnęła, czując zamęt w głowie.
-   Cokolwiek   chciałabyś   powiedzieć,   lepiej   tego   nie   mów. 

Moja droga, zdajesz sobie chyba sprawę, że staram się zachowywać 
przyzwoicie, ale jeśli się poruszysz... jeśli cokolwiek powiesz... nie 
wiem, co mogę zrobić...

Zamknęła   oczy.   Przestała   prawie   oddychać.   Każdym 

centymetrem swego ciała chłonęła obecność tego mężczyzny, który 
teraz obejmował ją jedną ręką, a drugą miażdżył jej palce.

On mnie teraz pocałuje, myślała. Przy wszystkich. Cały świat 

powoli rozpłynął się wokół niej, gdy powoli pochyliła się w jego 
stronę.

Nagle   zachrypiały   wzmacniacze   i   szef   orkiestry 

zapowiedział:

-   Drodzy   państwo,   chciałbym   ogłosić,   że   jeśli   ktoś   z   was 

zostawił otwarty dach w samochodzie, to powinien wiedzieć, że w 
całym okręgu Stokes leje teraz jak z cebra. Ulewa już się tu zbliża. 
Szczęśliwcy,   których   to   nie   dotyczy,   mogą   teraz   posłuchać   starej 
polki. Postaramy się nią zagłuszyć te grzmoty. A więc raz... i dwa...

Rory otwarła oczy. Ręka Kane'a opadła. Rory odwróciła się i 

wróciła do stolika. Charles wstał, gdy zamierzała usiąść.

- Robi się późno - powiedział. - Wolałbym  nie wracać do 

background image

domu w czasie burzy.

-   Wracajmy   zatem   -   odparła.   Podniosła   z   krzesła   torebkę, 

starając się nie widzieć człowieka, który przecisnął się tuż koło niej. 
Ponieważ Charles wszystkich tu przywiózł, Kane i Ewa nie mieli 
wyboru i również zaczęli zbierać się do wyjścia.
Ewa oczywiście nie powstrzymała się od komentarzy.

- Na miłość boską, braciszku, nie zmieniłeś się ani na jotę. 

Parę kropel deszczu to już dla ciebie kataklizm.

- Aurora nie czuje się najlepiej - odpowiedział Charles. Rory 

rzeczywiście poczuła się okropnie.

Reszta drogi upłynęła w milczeniu. Gdzieś w połowie trasy 

złapała ich ulewa, więc i tak nie mogliby się słyszeć w ogłuszającym 
hałasie   deszczu   bębniącego   o   dach.   W   wyizolowanym   jakby   od 
zewnętrznego  świata  wnętrzu  limuzyny  Rory czuła  otaczające  ich 
napięcie. Wszelkie emocjonalne konflikty bardzo źle na nią działały. 
Byłaby w stanie zrobić prawie wszystko, żeby ich uniknąć.

Najgorsze jednak miała dopiero przed sobą.
Gdy   skręcili   w   stronę   domu,   zauważyła   znajomy   kształt 

furgonetki, błyszczącej w strugach deszczu.

- Och, nie - jęknęła cicho.
Zjawili   się   tu   za   wcześnie.   Do   wesela   pozostało   jeszcze 

więcej niż tydzień. Powinni chociaż zadzwonić. Może to jest jakiś 
inny, podobny samochód, należący do kogoś, kto chce przeczekać 
burzę...

Mimo   zacierających   wszystko   strug   deszczu   widać   było 

jednak kolorową tęczę, ozdabiającą bok wielkiej, żółtej furgonetki 
zaparkowanej pod domem Charlesa.

Jej   rodzina   przyjechała.   Teraz,   kiedy   poważnie   zaczynała 

zastanawiać się nad sensem tego wszystkiego, rodzina Hubbardów 
przybyła na wesele!

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

W   godzinę   później   Rory   prowadziła   rodziców   w   kierunku 

swego domu. Przyjechali tu, kierując się jej skrupulatnie narysowaną 
mapą,  zaraz  potem,  kiedy Rory i reszta towarzystwa  udali  się do 
klubu.   Bili   przez   jakiś   czas   łomotał   do   drzwi,   ale   kiedy   nikt   nie 
otwierał, Peace spokojnie pomaszerowała do sąsiedniej posesji, żeby 
zasięgnąć języka.

Resztę można było sobie świetnie wyobrazić, myślała Rory, 

tłumiąc   cisnący   się   na   usta   histeryczny   chichot.   Madeline   Banks 
znalazłaby pewnie prędzej wspólne tematy z sierżantem policji niż z 
jej rodziną.
Wprawdzie   Bili   i   Sunny   Hubbard   zerwali   definitywnie   z 
hippisowską przeszłością, ale od Madeline Banks dzielił ich nadal 
zupełnie  kosmiczny dystans. Chodziło o inne spojrzenie na świat. 
Dla Sunny, przysięgłej wyznawczyni prawa karmy, każde stworzenie 
na tym padole, od królowej Anglii do najmizerniejszego robaczka, 
miało swoją dokładnie wyznaczoną płaszczyznę egzystencji. Życie 
każdego człowieka zależy od tego, jaki był w poprzednim wcieleniu. 
Taki pogląd wydawał się Rory fascynujący!

Ezoteryczne   przekonania   Billa   były   ostatnimi   czasy   może 

mniej wyraziście eksponowane. Chyba nigdy nie zapomniał, że tylko 
ciężko zapracowane pieniądze jego rodziców pozwoliły mu znaleźć 
swoje miejsce w społeczeństwie drugiej połowy lat sześćdziesiątych. 
Ubierał   się   wtedy   w   kupione   na   wyprzedaży   szmaty,   ale   miał 
najnowszy,   importowany   samochód,   a   jego   gitara   kosztowała 
sześćset   dolarów.   Rory   zawsze   podejrzewała,   że   pod   powłoką 
wyznawcy   hippisowskiej   ideologii   kiełkowała   w   nim   od   dawna 
dusza kapitalisty. Tak łatwo stał się biznesmenem, a jego kochająca 
swobodę natura wcale na tym nie ucierpiała... Mimo przerzedzonych 
już   i   siwiejących   włosów   Bili   wyglądał   całkiem   atrakcyjnie   w 
białych   drelichowych   spodniach   i   kolorowym   podkoszulku,   ze 
sznurkiem afrykańskich paciorków wokół szyi.

Sunny prawie się nie zmieniła od czasu, odkąd ją widziała po 

raz ostatni. Rory nigdy nie potrafiła wyobrazić sobie swojej matki 
mieszkającej jako dziecko w tym schludnym domu przy Main Street, 

background image

ubranej w wykrochmalone sukienki, skórzane półbuciki i wywinięte, 
białe   skarpetki.   Sunny   miała   przecież   swój   unikalny   styl.   Sama 
projektowała   i   szyła   sobie   suknie,   gotowała   niezwykłe   potrawy   i 
kochała muzykę ponad życie. Czasami Rory czuła, jakby to ona była 
matką, a Sunny - stwarzającym problemy dzieckiem.

Hubbardowie wnieśli swoje bagaże do gościnnego pokoju.

Rory zaciągnęła zasłony i przygotowała posłania.

- Czy ty naprawdę jesteś pewna tego, co zamierzasz zrobić? - 

zaczęła matka. - Widziałaś, moje złotko, jaką on ma aurę? Przecież...

-   Bili,   może   napijesz   się   herbaty,   zanim   zajmiesz   się 

samochodem?   -   powiedziała   Rory,   udając,   że   nie   słyszy   tych 
ostrzeżeń.   -   Nazywa   się   „Kraj   Nirwany",   sam   mi   ją   przysłałeś. 
Dobrze ci zrobi przed spaniem w obcym łóżku.

- Ona jest taka szarawa - mówiła dalej Sunny. – Nie twierdzę, 

że może być niezdrowa, ale jest taka... cienka, można powiedzieć...

-   Herbata?   -   zapytali   jednogłośnie   Rory   i   Bili.   Sunny 

zamrugała swoimi gęstymi, jasnymi rzęsami.

Miała   czterdzieści   osiem   lat,   ale   z   podobną   do   córki, 

piegowatą cerą i miodowymi, rozjaśnionymi tu i ówdzie włosami, 
mogłaby z powodzeniem uchodzić za trzydziestolatkę.
- Jaka herbata? Mówię o aurze Charlesa. Kwiatuszku, czy ty wiesz, 
że on zupełnie do ciebie nie pasuje? Jaka jest jego data urodzenia? 
Zaraz mu zrobię horoskop. Czy ja ostatnio liczyłam twoje progresje, 
Rory?   To   też   muszę   zrobić...   Chociaż   teraz   już   widzę,   w   czym 
problem. On ma na pewno dużo planet w Koziorożcu... Oczywiście 
Koziorożce też potrafią być urocze. Gdyby miał ascendent w znaku 
rządzonym przez Wenus... Ale nie ma, kochanie. Nie będziesz z nim 
szczęśliwa. Nawet gdyby miał Księżyc w Raku... Nie, to niemożliwe, 
tacy ludzie mają inną twarz. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby się 
okazało, że jego Saturn znajduje się dokładnie na jednym ramieniu 
twojego kardynalnego krzyża! Byłoby znakomicie, gdybyś poślubiła 
raczej jakiegoś wspaniałego Skorpiona...

-   Mamo!   –  wykrzyknęła   Rory.   –  Charles   i   ja  świetnie   do 

siebie pasujemy. On ma wszystkie zalety, jakie powinien mieć mój 
przyszły   mąż,   i  jestem   najszczęśliwszą   kobietą   na  świecie,   że   on 
mnie w ogóle zechciał!

background image

Ruchliwa twarz Sunny jakby się skurczyła. Wyciągnęła rękę 

w kierunku córki.

- Kochanie, przecież ty nie kochasz Charlesa, prawda? Nie 

wiesz, co masz zrobić, i potrzebujesz pomocy. Ale nie martw się, 
Sunny już tu jest i na pewno jej ci udzieli. Powinniśmy kierować się 
własnym instynktem; wtedy wszystko ułoży się znakomicie. Uwierz 
mi, złotko - przecież w tych sprawach nigdy się nie myliłam, prawda, 
Bili?

Rory  poddała  się.  Kiedy  Sunny  wcielała  się  w  rolę  osoby 

wtajemniczonej, wszelkie dyskusje nie miały sensu.

W końcu wszyscy zostali rozlokowani i Rory udała się do 

własnego łóżka, gdzie z kubkiem „Kraju Nirwany" w ręku mogła się 
wreszcie   zastanowić   nad   wydarzeniami   dzisiejszego   dnia.   To   nie 
była taka totalna katastrofa. Jeszcze nie, w każdym razie. Fauna była 
tylko   trochę   zbyt   prowokująca,   uwodząc   jednocześnie   Charlesa   i 
Kane'a,   ale   to   był   jej   normalny   sposób   bycia.   Leniwa   z   natury, 
zawsze trochę rozmamłana, przymilała się i flirtowała z każdym, kto 
się tylko nawinął... Była jednak przy tym taka ładna i nieszkodliwa, 
że   w   końcu   wybaczano   jej   nawet   to,   że   w   swoim   szokującym 
zachowaniu posuwała się odrobinę za daleko.

Oczywiście,  panią  Banks raził  jej sposób bycia,  choć była 

zbyt   dobrze   wychowana,   żeby   pozwolić   sobie   na   jakiekolwiek 
komentarze. Sunny i Bili niczego, jak zwykle, nie zauważyli, a Misty 
przygotowywała się do wygłoszenia wykładu na temat szkodliwości 
spożywania czerwonego mięsa.

Jutro,   rzecz   jasna,   wszyscy   usłyszą   o   szkodliwości 

spożywania białego mięsa, a potem mięsa w ogóle. W niedalekiej 
przyszłości należy się spodziewać całej reszty - dyskusji na temat 
dziury   ozonowej,   noszenia   naturalnych   futer   i   doświadczeń   ze 
zwierzętami.   Misty   miała   na   tym   punkcie   prawdziwego   fioła. 
Ponieważ był lipiec i panowały upały, być może wykład o futrach 
zostanie im oszczędzony.

Dobrze,   że   Ewa   i   Peace   miały   wspólne   zainteresowania. 

Słyszała,   jak   omawiały   zawzięcie   swoje   problemy   rozwodowe   i 
posunięcia   adwokatów.   Bóg   jeden   wie,   co   się   teraz   dzieje   w 
sąsiednim   domu,   kiedy   ona   i   rodzice   stamtąd   wyszli.   Być   może 

background image

okaże się jutro, że nie jest już zaręczona. Być może, odsądzona od 
czci i wiary, zostanie wepchnięta do tęczowej furgonetki razem ze 
swoją rodzinką i wyekspediowana pod eskortą policji poza granice 
miasta.

Zanim   jednak,   zmęczona   i   zrozpaczona,   pogrążyła   się   we 

śnie, przez myśl przemknęło jej pytanie:

Kim jest ten wspaniały Skorpion?
Gdy   obudziła   się   następnego   ranka   i   zeszła   do   kuchni, 

znalazła ją przewróconą do góry nogami. Rodzice gdzieś zniknęli. 
Próbowała   doprowadzić   tę   ruinę   do   jakiegoś   przyzwoitego   stanu, 
kiedy pojawiła się Misty.

-   Więc   tak   wygląda   twoje   gniazdko?   Całkiem   milutkie. 

Gdybym ja tu mieszkała, zburzyłabym tę ścianę, żeby zrobić wielkie, 
wykuszowe  okno, a wszystkie  meble i ściany pomalowałabym  na 
biało. Co o tym sądzisz?

- Sądzę, że Sunny i Bili zdetonowali tutaj bombę i zwiali do 

miasta.

- Och, Bili ma teraz jakieś niezwykłe pomysły.  Uważa, że 

śniadanie   powinno   się   składać   z   grubych   płatków   owsianych   z 
kiełkami pszenicy, rodzynkami i ziarnami słonecznika.

Zamierzali odwiedzić jakiś pobliski młyn i zobaczyć, co tu 

mielą. Ewa i Peace pojechały na zakupy, a Fauna wylegiwała się w 
łóżku.

- Czy pani Banks... mówiła coś, kiedy wyszliśmy?
- O czym?
- No... wiesz. O nas. O mnie. O naszej rodzinie!
Misty   wzruszyła   ramionami.   Była   nieduża,   o   włosach 

jaśniejszych niż Rory, miała duże, błękitne oczy i dołek w brodzie. 
Jedną z największych trosk w jej życiu było to, że nikt nie traktował 
jej poważnie, a miała przecież już dwadzieścia dwa lata!

- Przecież nie powiedziałaby tego mnie, prawda? Zresztą, cóż 

takiego   miałaby   powiedzieć?   Jesteśmy   przyzwoitymi   ludźmi, 
uczciwie   zarabiającymi   na   życie.   -   Misty   prowadziła   ostatnio 
rachunki „Boskich Hubbardów". - Co by jej się mogło nie podobać?

-   Nic,   oczywiście,   że   nic   -   powiedziała   Rory   zmęczonym 

głosem.  - Być  może  przeoczyłaś  ten drobny fakt, że nasi rodzice 

background image

robili skręty z każdej rośliny, która wpadła im w ręce, składali cześć 
drzewom i zrobili z rodzenia dzieci widowisko...

- Oni pod drzewami składali cześć Bogu, a nie drzewom. A 

jeśli chodzi  o porody,  to mnóstwo  ludzi  tak  robi. To  się nazywa 
stwarzaniem więzi.

- Ale ja miałam tylko trzy lata, kiedy urodziła się Peace, i 

wcale nie chciałam, żeby mnie przywiązywano na siłę do mokrego, 
czerwonego, wrzeszczącego prosiaka!

- Moja droga - powiedziała Misty - widzę, że babcia nieźle 

cię przekabaciła. Zawsze uważałam, że jesteś trochę dziwna, ale to 
pewnie wynik wychowywania się u kobiety, która przez całe życie 
chodziła w gorsecie. A może zachowujesz się tak, ponieważ masz już 
tyle  lat? Albo może  za bardzo się starasz, żeby zostać żoną tego 
Charlesa?

-   W   tej   chwili   nie   mam   ochoty   z   tobą   o   czymkolwiek 

dyskutować! - odcięła się Rory ze złością. - Przepraszam cię, Misty - 
dodała po chwili. - To tylko... Wiesz, ja ostatnio...

-   W   porządku   -   odparła   Misty.   -   Ja   cię   rozumiem. 

Wychodzisz   za   mąż   za   maminsynka,   a   do   tego   jego   mamuśka 
zamierza mieszkać z wami i wleźć ci na głowę. Wiesz, na pewno 
poradziłabyś   sobie   lepiej   z   tym   wszystkim,   gdybyś   od   lat   nie 
zatruwała   sobie   organizmu   mięsem   biednych,   mordowanych 
zwierząt.

- Nie denerwuj mnie. Misty Morning Hubbard, proszę cię, nie 

denerwuj mnie, bo przysięgam ci, że... że...

-   Zostawisz   mnie   za   karę   po   lekcjach?   Każesz   mi   umyć 

tablicę? Przepraszam cię, kochana, ale powiedziałam dokładnie to, 
co   zamierzałam   powiedzieć.   Przecież   jesteś   taka   zestresowana, 
jakbyś się czegoś okropnie bała.

- Uprzejmie ci dziękuję.
-   Drobiazg.   Jak   na   taką   pełną   uprzedzeń,   zacofaną, 

trzydziestojednoletnią...

- Niniejszym zawiadamiam cię, że skończyłam trzydzieści lat 

niecały miesiąc temu!

-   ...no   to   trzydziestoletnią   zjadaczkę   zwierzęcych   trupów, 

wyglądasz  jeszcze  nie  najgorzej, ale  musisz  mieć  zupełnego  fioła 

background image

uważając, że coś ci wyjdzie z tym Charlesem. To chodzące liczydło 
jest drugą najgorszą rzeczą, która ci się przytrafiła w życiu.

- Co ty powiesz? A co uważasz za pierwszą? - zapytała Rory 

lodowatym tonem.

-   Babcię   Truesdale.   Ona   nigdy   naprawdę   nie   wybaczyła 

Sunny, że uciekła z domu, i odegrała się na tobie. Chociaż być może 
to jednak był ten głupek, który próbował cię zgwałcić, kiedy byłaś...

- Misty!
- Wiesz dobrze, że nie kłamię. Wszyscy udają, że wysłali cię 

do Kentucky, żeby babcia nie była sama, ale Peace przy tym była i 
miała już dość rozumu, żeby zrozumieć, co się święci. Dobrze też, że 
miała dość pary w płucach, bo inaczej byłabyś teraz jeszcze bardziej 
zdziwaczała.   Zawołała   wtedy   Billa   i   niedługo   potem   ty   byłaś   w 
drodze do babci, a tego przygłupa wykopali w ekspresowym tempie 
z komuny.

-   Nic   z   tego   nie   pamiętam   -   odparła   Rory   pozbawionym 

wyrazu głosem. - Czy jadłaś już śniadanie?

-   Chciałam   ci   tylko   powiedzieć,   Rory,   żebyś   nie   robiła 

głupstwa   i   nie   wychodziła   za   mąż   za   tę   bezpłciową   kukłę   tylko 
dlatego, że masz taki uraz z tamtych czasów. To się zdarza, chyba 
nawet częściej, niż myślisz. Nie pozwól, żeby ci to zrujnowało życie.

- Skończyłaś?
Misty westchnęła i sięgnęła po garść orzeszków.
-   Chciałam   tylko,   żebyś   była   szczęśliwa,   i   naprawdę   nie 

jestem pewna, czy Charles jest...

- Charles jest bardzo dobrym człowiekiem. I zamierzam być z 

nim szczęśliwa.

- Wiem, że zamierzasz. Przecież widzę, jak usilnie starasz się 

sobie   to   wmówić.   Rory,   Charles   jest   nudny.   Wiem,   że   jest 
przystojny; tylko co z tego? Ma mentalność starego księgowego.

- A może ja lubię takich ludzi? Z natury lubię porządek.
- Przestań! Jestem wegetarianką i lubię gotowaną rzepę, ale 

gdybym miała żywić się wyłącznie nią do końca żyda!... Popatrz na 
jego przyjaciela, tego pisarza. Na twoim miejscu zabrałabym się za 
niego. Nawet nie będąc na twoim miejscu, też bym to zrobiła.

Rory   nie   chciała   rozmawiać   o   tym   człowieku.   Nie   miała 

background image

również   ochoty   rozmawiać   dalej   o   Charlesie,   ale   czuła   się   w 
obowiązku go bronić.

-   Tylko   dlatego,   że   ktoś   nie   ma   zwyczaju   siedzieć   na 

podłodze   i   grać   na   fujarce,   albo   nie   uznaje   różnych   trawkowych 
odlotów z przyjaciółmi, ty uważasz, że jest nudny!

-   Bili   i   Sunny  też   już   tego   nie   robią.   Sunny  nabawiła   się 

jakiejś alergii, a Bili stara się być w porządku wobec tych facetów, 
którzy dopuszczają na rynek jego specyfiki.

- Dzięki Bogu - powiedziała Rory z ulgą. - Gdyby pani Banks 

wiedziała... A o czym rozmawialiście, zanim wróciłam?

- O tobie. I o nas. O babciach, dziadkach, i na co kto był 

chory. Przecież wiesz. Takie zwykłe towarzyskie gadki. A potem ta 
kucharka, pani Behappy, czy jak jej tam...

- Mountjoy. Carrie Mountjoy.
-   Pani   Mountjoy   zrobiła   nam   świetną   zapiekankę,   ryż   z 

piklami   i   kapustą,   nie   pamiętam   dokładnie.   A   jeszcze   potem 
poszliśmy do ogrodu, żeby zobaczyć, gdzie będzie to twoje wesele. 
Powiedziałam jej, żeby podłożyła swoim różom trochę kompostu, a 
ona mi powiedziała, że te róże są obgryzione przez ślimaki. Wtedy 
mama jej poradziła, żeby ustawiła w pobliżu krzewów płaski rondel 
z piwem, i żeby nie wyrywała wszystkich chwastów wokół kwiatów. 
Wówczas biedne stworzonka będą miały co jeść. I w ogóle było tak 
przyjemne jak w szkółce niedzielnej.

- I mam ci uwierzyć, że Fauna nie oferowała się z tanecznym 

występem na weselu w stroju Ewy?

-   Fauna   była   zmęczona.   Zgarnęliśmy   ją   prosto   z   jakiegoś 

prywatnego przyjęcia. Na szczęście zdążyła się przebrać.

Rory westchnęła z ulgą i zajęła się porządkowaniem kuchni. 

Jej siostra znalazła jakiś fartuch i zabrała się do pomocy.

- Bili szukał tutaj czegoś, co nie byłoby unurzane w cukrze 

albo nadziane konserwantami - wyjaśniła.

- To niech sobie poszuka innego miejsca do stołowania się - 

ucięła Rory.

Wyrzuciły właśnie ostatni pusty kanister po Hubarddowych 

miksturach, gdy w drzwiach pojawiła się Fauna. Ziewnęła szeroko i 
uśmiechnęła się do nich promiennie.

background image

- Dobrze, że tu przyjechaliśmy.  Podoba mi  się to miejsce. 

Myślałam,   że   będzie   śmiertelnie   nudno,   ale   Sunny   mówiła,   że 
musimy być trochę wcześniej i jakoś cię wesprzeć moralnie.

Rory   spojrzała   na   najpiękniejszą   z   sióstr   Hubbard,   która 

akurat   ziewnęła   znowu   i   podrapała   się   po   brzuchu.   Sięgnęła   po 
czystą filiżankę.

- Co tu serwują? - zamruczała zmysłowo Fauna.
- Jeżeli chciałabyś mi zaproponować choć mały kawałek tego 

twojego wspaniałego chłopa, to nie odmówię.

- Masz na myśli Kane'a? - spytała Rory, szeroko otwierając 

oczy.

Fauna   roześmiała   się.   Po   krótkiej   chwili   milczenia,   Misty 

zawtórowała jej głośno. Rory patrzyła to na jedną, to na drugą, aż w 
końcu oparła ręce na biodrach i zaczęła tupać lewą nogą w podłogę. 
Siostry   nazywały   to   „tańcem   grzechotnika".   W   wykonaniu   Rory, 
oczywiście.

- Zamknijcie się natychmiast, obydwie!
- Och, Rory, przepraszam, ale to był taki... - zaczęła Misty.
- Psychologicznie perfekcyjny przykład - dokończyła Fauna. 
- Dziadzio Freud się kłania!
- Chcesz się założyć,  że Sunny już o tym  wie? - zapytała 

Misty.

- Kane jest tym Skorpionem, tak myślisz?
- Oczywiście. To facet z temperamentem!
- Czy wy macie dobrze w głowie? - wtrąciła się Rory.
- Ach, byłabym  zapomniała - powiedziała Misty.  - Charlie 

mówił, że przyjdzie dziś do ciebie po południu, a potem mamy iść 
wszyscy na obiad do jakiegoś klubu.

- I ten twój przystojny Kane też - droczyła się jeszcze Fauna. 

Nalała   sobie   kawy   z   dzbanka   stojącego   na   kuchence   i   szła   z 
powrotem w stronę stołu, kołysząc zalotnie biodrami. Nie uroniła ani 
kropli.

-   Czy   ty   musisz   chodzić   w   ten   sposób?   -   spytała   Rory   z 
westchnieniem. Jakoś często ostatnio wzdychała.
- W jaki sposób?
- Jak prostytutka...

background image

Fauna wydęła swe sztucznie powiększone silikonem usta.
- To się czasem przydaje. Mogę cię nauczyć, jak mogłabyś 

zmiękczyć tego chłoptasia, Charliego. Albo może utwardzić?

Posłała   siostrze   przewrotnie   niewinny   uśmiech.   Misty 

zachichotała.   Rory   zgrzytnęła   zębami.   Na   tę   właśnie   scenę   trafił 
Kane, wchodząc do kuchni w rozpiętej, białej koszuli i z wilgotnymi 
jeszcze po kąpieli włosami.

- Dzień dobry, moje miłe damy. Czy nie przeszkadzam?
- Na pewno nie - odpowiedziała Rory z płonącą rumieńcem 

twarzą.   -   Jeżeli   chcesz   mi   pomóc,   zabierz   te   dwie   smarkule   na 
huśtawkę.   Muszę   wreszcie   zjeść   śniadanie   i   zrobić   to,   co 
zaplanowałam.

Nagle poczuła się o milion lat starsza od swoich dwu sióstr, 

które miały dwadzieścia dwa i dwadzieścia pięć lat. Poczuła się stara, 
zmęczona, samotna i...

Przerażona.
Kane posłusznie wyprowadził obie dziewczyny na zewnątrz, 

gdzie panował obezwładniający upał późnego przedpołudnia. Rory 
nienawidziła teraz samej siebie za to, że jest wściekła, bo on jest 
teraz z nimi, a nie z nią.

Ubierała się starannie na swoje wyjście z Charlesem. Włożyła 

ulubioną,   jasnoniebieską   sukienkę   z   białym,   muślinowym 
kołnierzykiem   i   mankietami.   Skropiła   się   wodą   kolońską   i 
przypudrowała   twarz,   wiedząc,   że   za   parę   minut   puder   i   tak   się 
rozpuści, ukazując z powrotem te nieszczęsne piegi.

-   To   dziwne,   że   moje   siostry   nie   wpakowały   się   na   tylne 

siedzenie i nie uparły się, żeby nam towarzyszyć - powiedziała Rory, 
siedząc z Charlesem w klimatyzowanym samochodzie.

- One całkiem dobrze się bawią w towarzystwie Kane'a. Kane 

i Fauna chyba mają się ku sobie. Powinnaś porozmawiać ze swoją 
siostrą,   Auroro.   Bo,   widzisz,   Kane...   jest   całkiem   przyzwoitym 
facetem,   ale   jeśli   chodzi   o  kobiety...   Mam   na   myśli   to,   że   twoja 
siostra jest jeszcze bardzo młoda. Nie chciałbym, żeby miała potem 
jakieś problemy.

- Fauna?
- Czy ona naprawdę ma tak na imię?

background image

-   Naprawdę.  Charles,   czy  twoja...  to   znaczy,   czy   ty...   No, 

chciałam   powiedzieć,   że   nie   jestem   pewna,   czy   twoja   matka 
naprawdę będzie się z nami dobrze czuła.

- To był jej dom, zanim pobraliśmy się z Suzanne - odparł. - 

Nie mogę jej powiedzieć, że nie będzie tu mile widziana. Ona tego 
nie zrozumie... i będzie jej przykro.

Rory   spuściła   głowę.   Próbowała   sobie   wytłumaczyć,   że 

Charles   jest   człowiekiem,   który   szanuje   uczucia   swoich   bliskich. 
Jeśli jest tak delikatny wobec swojej matki, to będzie taki również w 
stosunku do żony.

- Chyba masz rację - powiedziała.
-   Zobaczysz,   jak   będziesz   sobie   ceniła   jej   pomoc,   kiedy 

zacznie się rok szkolny.

Właśnie.   Charles   pewnie   po   prostu   już   o   tym   pomyślał. 

Nigdy   przecież   nie   oponował   przeciw   temu,   żeby   kontynuowała 
swoją pracę.

Patrzyła na jego nieskazitelny profil. Charles był naprawdę 

bardzo   przystojnym   mężczyzną.   Jego   rysy   były   tak   regularne,   o 
wiele piękniejsze niż...

- Charles, czy ty mnie kochasz? - zapytała. Spojrzał na nią 

tak, jakby uderzyła go zdechłą rybą.

- Auroro, to doprawdy idiotyczne pytanie. Czy prosiłbym cię 

o rękę, gdyby mi na tobie nie zależało?

- Nie pytałam, czy ci na mnie zależy, tylko czy mnie kochasz, 

bo jeśli tak, to okazujesz to w dziwny sposób.

-   Auroro,   jesteś   przemęczona.   Dlatego   właśnie   poprosiłem 

moją mamę i Ewę, żeby pomogły ci w zorganizowaniu wesela.
Rory już chciała zaprotestować, ale Charles uniósł w górę rękę.

-   Auroro   -   powiedział   łagodnym   tonem   -   przecież   nie 

jesteśmy parą egzaltowanych  nastolatków.  Zdaję sobie sprawę, że 
wychodzisz   za   mąż   po   raz   pierwszy   ale,   moja   droga,   masz   już 
przecież   trzydzieści   lat.   Jesteś   poza   tym   rozsądną   i   wykształconą 
kobietą.   Sądzę,   że   miałaś   dość   czasu,   żeby   się   przekonać,   że 
wyznania   miłości   są   nieraz   przesadnie   nadużywane.   Wzajemny 
szacunek,   troska   o   drugiego   człowieka   to   są   naprawdę   istotne 
podstawy   udanego   związku.   Pochodzenie   z   tej   samej   warstwy 

background image

społecznej...   -   Tu   zmarszczył   lekko   brwi,   ale   Rory,   z   oczami 
zamglonymi od łez, nawet tego nie zauważyła.

-   No,   to   też   się   jakoś   ułoży   -   mruknął.   -   Ach,   właśnie, 

rozmawialiśmy wczoraj z twoim ojcem o polisie ubezpieczeniowej. 
Dziwię się, że on jeszcze tego nie załatwił. Jak się prowadzi taki 
interes, to trzeba być naprawdę dobrze ubezpieczonym.

- Chciałabym pójść do domu, jeśli nie masz nic przeciwko 

temu - powiedziała Rory bardzo cichym głosem.

- Ależ oczywiście, kochanie. Chyba głowa cię boli, prawda? 

Ostatnio często masz takie problemy.

Ostatnio   miała   często   problemy   z   żołądkiem.   Nigdy   nie 

bolała   ją   głowa.   Nie   miała   jednak   najmniejszej   ochoty,   żeby   mu 
cokolwiek wyjaśniać.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Przestarzałe i mało sprawne urządzenia do ogrzewania wody 

w domu Banksów zbuntowały się w końcu wobec wymagań takiej 
liczby gości płci pięknej. Kane był ostatni w kolejce, kiedy próbował 
w   łazience   na   piętrze   wziąć   prysznic   i   ogolić   się.   Ze   stoickim 
spokojem   wykąpał   się   w   zimnej   wodzie   i   zaczął   wycierać   się 
sztywnym,   wykrochmalonym   i   uprasowanym   ręcznikiem.   Cóż   za 
pomysł,   myślał,   żeby   krochmalić   i   prasować   wszystko,   aż   do 
najmniejszej ściereczki.

Rory i Maddie Banks mieszkające w jednym domu? Nigdy w 

życiu.

Rory i Charles we wspólnym łożu? Po moim trupie!
-   Kane,   czy   masz   już   coś   na   sobie?   -   zapytał   uprzejmie 

Charles przez drzwi sypialni.

- Tak, za minutę będę gotowy.
Charles otworzył  drzwi i wszedł do środka. Miał na sobie 

popielaty garnitur, który wyglądał dokładnie tak samo, jak wszystkie 
garnitury, które nosił o tej porze roku przez ostatnie dwanaście lat, 
być może z drobnymi różnicami w wykroju klap i rodzaju guzików.

Kane spojrzał na niego uważnie i skrzywił się.
- Charles, nie rób tego - powiedział.
- Czego mam nie robić? Kane, jesteśmy spóźnieni. Czy nie 

mógłbyś się pospieszyć?

Kane zaklął  pod nosem. To nie była  odpowiednia pora na 

wkładanie kija w mrowisko. Nie wiedział nawet, od czego zacząć.

Nie rozumiał nawet do końca, do czego zmierzał. Znał Rory 

krócej niż tydzień. Swoją byłą żonę znał prawie trzy lata, zanim się z 
nią   ożenił,   a   przecież   tamten   związek   nie   przetrwał   miodowego 
miesiąca.

Poza   tym   to   Charles   chciał   się   żenić.   Kane   przestał   już 

myśleć o małżeństwie. Miał własny styl życia. Miał swój mały dom 
tuż za granicami dobrej, starej dzielnicy, tak blisko wody, że mógł w 
każdej chwili pójść na brzeg i pogrążyć się w rozmyślaniach, jeśli 
miał na to ochotę. Potem mógł wstać, wsiąść do samochodu i jechać, 
dokąd go oczy poniosą. Po co mu do tego żona? Jakaś kobieta, to co 

background image

innego. Przecież był, do cholery, mężczyzną...

Ale kiedy w grę wchodziła Aurora Hubbard, niezwykła istota 

szorująca o północy werandę, farbująca na zielono wosk dla swoich 
dzieci, nieśmiała i zbuntowana Rory - nie mógł tak po prostu wziąć 
jej do łóżka, a potem podziękować uprzejmie za mile spędzony czas i 
odjechać w siną dal.

- Kane, naprawdę dziękuję ci za odstąpienie swojego pokoju - 

głos   Charlesa   sprowadził   go   z   obłoków   na   ziemię.   -   Nie 
spodziewałem   się,   że   cała   rodzina   Aurory   przyjedzie   tutaj,   i   na 
dodatek tak wcześnie. Planowaliśmy z matką zarezerwować im coś 
odpowiedniego w mieście.

-   To   interesujący   ludzie   -   odpowiedział   Kane   z 

roztargnieniem.

- To miło, że tak uważasz. Jej matka jest co najmniej dziwna, 

a ojciec... człowieku, ten facet nosi korale! A co myślisz o siostrach?

- Ładne dziewczyny. Interesujące. I oryginalne.
- Podobno ta z brązowymi włosami jest tancerką. Smarkula 

uwodzi   wszystkich   mężczyzn.   I   nie   zdziwiłbym   się,   gdyby, 
rozumiesz...

-   Przypominała   tancerkę,   która   występowała   w   King   Fair, 

kiedy byliśmy jeszcze dzieciakami, pamiętasz?

- Właśnie. Wyobrażasz sobie? Siostra Aurory ma taki zawód 

i otwarcie się do tego przyznaje!

Kane próbował zachować powagę.
- Charles, spójrz na to z innej perspektywy. Takie wygibasy i 

pokazywanie   nagiego   ciała   było   zakazane,   kiedy   byliśmy   w 
podstawówce.   Czasy   się   zmieniły.   Tancerka   to   zawód   jak   każdy 
inny. Trochę seksu w tańcu popłaca, a pieniądze zawsze się liczą.

-   Ja   chciałem   powiedzieć,   że   ci   ludzie   są   całkiem   innego 

pokroju. Aurora wcale  nie wygląda  na to, żeby miała  z nimi  coś 
wspólnego. Ona jest...

- No, jaka ona jest, Charlie? Czy jesteś pewien, że ją dobrze 

znasz?   -   Głos   Kane'a   brzmiał   obojętnie,   ale   spojrzenie,   którym 
obrzucił Charlesa, świadczyło o tłumionej irytacji.

- Co to w ogóle za pytanie? Kane, chyba nie zamierzasz iść 

do klubu w tym krawacie?

background image

Kane dotknął swego tęczowego krawata z wymalowanymi na 

nim palmami.

- Niezły, prawda? Zawsze miałem słabość do takich. Może 

kupię ci podobny jako prezent ślubny.

Charles otworzył  usta, zamknął je, po czym  pokiwał tylko 

głową. W końcu wzruszył ramionami i zerknął na zegarek.

- Żarty żartami, Kane, ale może włożyłbyś marynarkę. Mamy 

rezerwację na siódmą.

- Chyba zdajesz sobie sprawę, Charlie, że Rory nie powinna 

być twoją żoną? - Kane potrząsnął głową.

-   Nie   rób   tego,   człowieku.   Nie   doprowadzaj   do   ruiny 

przyszłości dwojga ludzi.

Lub może trojga, dodał w myśli.
- No cóż - powiedział Charles, idąc za nim po schodach na 

piętro - przyznaję, że jej rodzina nie jest taka, jaka powinna być, ale 
Aurora   została   wychowana   przez   swoją   babkę,   według   zupełnie 
innych zasad. Być może wyszła z dość szczególnego środowiska, ale 
potem stała się przyzwoitą, właściwie zachowującą się kobietą. Jest 
taka spokojna i schludna, potrafi być oszczędna...

Kane przystanął, patrząc na Charlesa płonącymi oczami.
-   Niech   cię   szlag   trafi,   człowieku,   przecież   ty   nie 

wynajmujesz sobie gospodyni! Mówimy o kobiecie, która ma być 
twoją żoną! O kobiecie, która znajdzie się w twoim łóżku, z którą 
będziesz miał dzieci! - urwał, po czym mruknął pod nosem jakieś 
przekleństwo.

- Do diabła, Charles, zostaw ją w spokoju, zanim będzie za 

późno.

Charles,   stojący   o   trzy   stopnie   niżej,   popatrzył   na   niego 

uważnie.

- Ty chyba piłeś, Kane. Przepraszam cię, ale jeśli masz z tym 

problem, to może powinieneś poradzić się...

- Tak  - odpowiedział  Kane -mam  problem,  ale  to nie  jest 

picie. Czy zdajesz sobie sprawę, że zrobicie sobie z życia prawdziwe 
piekło? Rory nie jest wcale tą kobietą, za którą ją uważasz. Z tobą 
będzie jak motyl w słoiku, tłukący skrzydłami o szkło. Po jakimś 
czasie   przestanie   to   robić,   przestanie   fruwać,   ale   to   nie   będzie 

background image

oznaczało, że jest martwa.

Charles popatrzył znowu na zegarek i zmarszczył brwi.
- To bzdury. Zawsze miałeś wybujałą wyobraźnię.
- Owszem. A ty nie masz jej wcale. Rory próbuje zapomnieć 

o czymś, co zdarzyło jej się w dzieciństwie. Fauna opowiadała mi o 
tym, i to wiele wyjaśnia. To, że została nauczycielką, i to, że wydaje 
się być kim innym, niż jest naprawdę, bo próbuje być kim innym za 
wszelką cenę.

- To absurd. Może jednak włożyłbyś którąś z moich muszek?
- Do jasnej cholery, to żaden absurd i, niech to diabli porwą, 

nie   mam   ochoty   wkładać   żadnej   muszki!   Rory   myśli,   że   żyjąc 
według zasad swojej babci jest bezpieczna, ale to ją przeraża. A ty 
zamierzasz z niej zrobić następną Maddie Banks!

Tym razem twarz Charlesa niebezpiecznie poczerwieniała.
-   Cicho   bądź!   Nie   pozwolę   ci   obrażać   mojej   matki.   A   ta 

młoda osoba, z którą rozmawiałeś, jest zwyczajnie zazdrosna. Jest 
zazdrosna   o   to,   że   Aurora   stała   się   przyzwoitą,   wartościową 
kobietą...

- Mój Boże, ty dalej nic nie rozumiesz, prawda? Mówię ci, 

odwołaj ślub. Dopóki nie jest za późno. Pomyśl o niej i o sobie, i 
zostaw tę biedaczkę w spokoju. - Wściekły na samego siebie o to, że 
stracił panowanie, Kane odwrócił się i patrzy! na stojak do parasoli.

Charles w milczeniu  zaczął  schodzić na dół. Rory czekała 

koło swego domu razem z siostrami. Narzeczony uśmiechnął się z 
aprobatą   na   widok   jej   sukni   i   podprowadził   wszystkie   damy   do 
dużego   samochodu   mamy   Banks,   którym   miała   jechać   większość 
towarzystwa. Ewę miał zabrać Kane.

Rory spoglądała za odjeżdżającą parą. Sunny obserwowała ją 

z uśmiechem. Szturchnęła Billa w bok. Na tylnym siedzeniu Fauna 
uśmiechnęła się do Misty.

Rory mówiła sobie, że to nie może być zazdrość, choć może 

tak to wygląda. Ewa była uderzająco piękna. Miała wspaniałą cerę i 
roztaczała wokół siebie aurę kobiecości. Poza tym robiła wrażenie, 
jakby zamierzała uwieść Kane'a.

Fauna   zachowywała   się   okropnie.   Bezczelnie   podrywała 

Charlesa,   którego   uszy   robiły   się   coraz   bardziej   czerwone.   Rory 

background image

miała   w głowie  taki   mętlik,   że  ledwie   była  w  stanie   odpowiadać 
jakimiś   monosylabami   matce,   która   mówiła   o   snach,   aurach   i 
pięknej,   ręcznie   malowanej   jedwabnej   sukni,   którą   przywiozła   na 
ślub Rory.

Przerażona słowami matki, Rory wreszcie oprzytomniała:
- Ależ, Sunny, ja już mam suknię.
- Ale ta jest specjalna. Sama ją projektowałam i skończyłam 

szyć dziś po południu. To szata z jedwabnego muślinu, malowanego 
ręcznie w motyle, drzewa i kwiaty, w najsubtelniejszych kolorach, 
jakie możesz sobie wyobrazić...

- Ale, Sunny... - Rory przypomniała sobie, jak kupowała z 

Kane'em   swój   jedwabny,   miodowozłoty   kostium.   Jak   on   na   nią 
spojrzał, kiedy wyszła z przymierzalni, żeby mu się pokazać. I jak 
się   dobrze   bawili,   kiedy   przedtem   mierzyła   inne   kreacje   i   kiedy 
nazwał   to   coś   z   różowych,   jedwabnych   falbanek   ubrankiem 
zakłopotanego flaminga. Nie śmiała się tak już od lat.

Ale   Sunny   uszyła   jej   ślubną   suknię.   Sunny   ją   kochała   i 

zrobiła to specjalnie dla niej. Rory westchnęła.

-   Przymierzę   ją,   kiedy   wrócimy.   Obracając   na   palcu 

pierścionek, zastanawiała się, co powie Charles, gdy jego narzeczona 
ubierze się w tę powiewną, ręcznie malowaną kreację? Kane by to 
zrozumiał, ale Charles?

Gdy przyjechali na miejsce, Ewa i Kane już tam byli. Ewa 

wczepiła się w jego ramię jak kleszcz. Atakowany obiekt wydawał 
się nie mieć nic przeciwko temu. Rory z wymuszonym uśmiechem 
odwróciła się do Charlesa, który akurat ze zmarszczonymi brwiami 
przypatrywał   się   wymyślnej   sukni   Sunny.   No   cóż,   pomyślała,   on 
jeszcze   niejedno   zobaczy.   Domowe   kreacje   mamy   były   o   wiele 
ciekawsze,   nie   mówiąc   już   o   pierścionkach   na   palcach   u   stóp   i 
kolczyku w nosie.

Zanim usiedli przy stoliku, Rory odciągnęła Misty na bok i 

zagroziła  jej klątwą najgorszego rodzaju, jeśli piśnie choć słówko 
podczas wybierania dań.

- W porządku, kochana - odparła Misty. - Jedz sobie swoje 

zwierzęce zwłoki, guzik mnie to obchodzi. I tak wszyscy wiemy, że 
masz te worki pod oczami i chory żołądek, bo nie możesz spokojnie 

background image

spać.

Po   jakimś   czasie,   kiedy   zamówienia   zostały   złożone   bez 

żadnych kłopotów, Kane zapytał:

- Charles, czy pozwolisz, że wezmę twoją damę w objęcia?
Gdy   Charles   otworzył   usta,   próbując   znaleźć   jakąś 

odpowiedź, Kane poprowadził Rory na parkiet.

- Wyglądasz na okropnie znękaną - powiedział, obejmując ją 

ramionami i przytulając mocno do siebie.

-   Misty   też   tak   mówiła.   -   Czuła   na   policzku   jego   gorący 

oddech, który przyprawiał ją o dreszcz. Na chwilę oparła czoło na 
jego ramieniu.

-   Jestem   zmęczona.   Aż   boję   się   myśleć,   że   już   niedługo 

zaczyna się rok szkolny.

- Niedługo zacznie się coś ważniejszego.
- Mówisz o moim małżeństwie?
Kane   myślał   już   o   czymś   innym.   Czy   Rory   zdaje   sobie 

sprawę z tego, co dzieje się między nimi? To nie mogło być przecież 
jednostronne uczucie. Było ono zbyt  silne, żeby mogło pochodzić 
tylko z jednego źródła.

Objął   ją   jeszcze   mocniej.   Jej   głowa   spoczywała   na   jego 

ramieniu. Co mu przyjdzie z powtarzania sobie, że przyzwoity facet 
nie zabiera dziewczyny swemu przyjacielowi, kiedy ciężar jej ciała w 
jego   ramionach,   jej   upajający   zapach   powodują,   że   człowiek 
zapomina   o   wszelkich   zasadach,   których   kiedyś   zamierzał   nie 
naruszać?

Kiedy milczenie stało się nie do zniesienia, Kane stwierdził:
- Wiesz, podoba mi się twoja rodzina.
- Naprawdę?
Kane roześmiał się, i Rory poczuła, że jego śmiech przenika 

każdą cząstkę jej ciała.

- Sunny przywiozła mi sukienkę i chce, żebym ją włożyła na 

ślub.

- Ona jest niższa od ciebie.
-   Nie   jej   sukienkę.   Jedną   z   zaprojektowanych   przez   nią 

kreacji. W Richmond jest taki sklep, a w Outer Banks drugi, gdzie 
sprzedają wszystko, co uszyje.

background image

- Zdolna kobieta.
-   Mhmm...   -   W   objęciach   Kane'a,   z   ręką   w   jego   ciepłej, 

wielkiej dłoni, z głową na jego ramieniu, wolała nie myśleć już o 
żadnych problemach.
- I co, zamierzasz ją włożyć?
- Nie wiem. Nie chcę zranić jej uczuć, ale wiem, że Charles byłby 
wściekły.

-   A   co   chciałaby   zrobić   Rory?   -   Dotknął   policzkiem   jej 

włosów.

- Nie wiem - odparła bezradnie, po czym znowu znalazła się 

myślami   gdzie   indziej.   Znajdując   się   w   ramionach   Kane'a,   nie 
uważała żadnego problemu za naprawdę istotny.

Problemy?   Jakie   problemy?   Już   niedługo   wyjdzie   za 

Charlesa, jej siostry przyrzekły zachowywać się przyzwoicie, potem 
Kane wyjedzie i...

Kane wyjedzie.
Poczuła   gdzieś   wewnątrz   ból,   który   na   pewno   nie   da   się 

niczym uleczyć.

- Może wrócimy do stolika?
-   Poczekaj,   przecież   jeszcze   grają,   a   ty   się   cała   trzęsiesz. 

Zimno ci?

- Kane, proszę cię - powiedziała błagalnym tonem. Spojrzała 

nad   ramieniem   Kane'a,   prawie   oczekując,   że   zaraz   podejdzie   tu 
Charles i oskarży ją o...

O   coś   niewłaściwego.   O   towarzyski   skandal.   O   coś   tak 

nieprzyzwoitego jak to, że teraz każdą cząstką swego ciała pragnęła, 
żeby Kane ją pocałował.

Charles   w   ogóle   na   nią   nie   patrzył.   Tańczył   z   Fauną   w 

drugim końcu sali, i nawet z tej odległości widać było, że Fauna 
bezczelnie go uwodzi.

Muzyka umilkła, ale Kane nie puścił Rory. Objął ją jeszcze 

mocniej i powiedział ochrypłym szeptem:

-   Czy   wiesz,   jak   bardzo   chciałbym   cię   pocałować,   teraz, 

tutaj?

Rory   jęknęła,   zamykając   oczy.   Poczuła,   jak   jej 

uporządkowany świat rozpada się na drobne kawałki.

background image

- Nie rób tego, Kane.
- A gdybym to zrobił... wiesz, co by się stało?
Czuła,   jak   ciepło,   emanujące   z   jego   ciała,   ogrzewają   i 

sprawia, że rodzą się w niej dziwne pragnienia.

- Kane, nie mów tak do mnie.
- Powiem ci, co by się stało, moja droga - odparł, ignorując 

jej   prośby.   -   Byłby   ogień   i   dym.   Jakby   błyskawica   uderzyła   w 
drzewo, jakby krzemień uderzył o stal...

- Przestań! - Wyrwała się z jego objęć i spojrzała mu w oczy. 

Kane patrzył na nią. Świadomi wielu skierowanych na nich spojrzeń, 
stali tak twarzą w twarz, oboje bladzi, oddychając z trudem.

Rory   przywołała   na   pomoc   całą   samodyscyplinę,   którą 

ćwiczyła od nazbyt wielu lat, i odsunęła się od Kane'a.

- Nie wiem, co chcesz teraz zrobić, ale nie wolno ci... To 

nieuczciwe, w stosunku do Charlesa i do mnie.

Ramiona   Kane'a   opadły.   Wyglądał   teraz   na   człowieka 

starszego niż był w rzeczywistości.

- A co będzie ze mną, Rory?
- Jak to, co będzie z tobą?
-   Próbuję   uratować   cię   od   największej   pomyłki,   jaką 

zamierzasz popełnić w życiu.

- Wcale nie. Zamierzasz tylko wytrącić mnie z równowagi. 

Prowadzisz ze mną jakąś... grę, tylko dla własnej rozrywki, i już mi 
tak   zawróciłeś   w   głowie,   że   nie   mogę   sobie   z   tym   poradzić,   ale 
musisz dać temu spokój. Kane, zostaw mnie w spokoju!

Wmawiała sobie, że ból, który pojawił się w jego oczach, był 

tylko złudzeniem. Tacy mężczyźni jak Kane nie mogą przejmować 
się kobietą, którą znają zaledwie od paru dni.

-   Pewnie   martwisz   się   o   Charlesa?   -   spytała,   już 

łagodniejszym   tonem.   Tak,   pomyślała,   to   na   pewno   było   to.   Po 
prostu Kane obawiał się, że ona nie pasuje do Charlesa.

- Będę dla niego dobrą żoną, obiecuję ci. To może nie będzie 

romans  z bajki,  ale  przecież  oboje jesteśmy  na tyle  dorośli,  żeby 
wiedzieć, czego chcemy, i...

- A czego ty chcesz, Rory? - zapytał, patrząc w jej oczy z 

napięciem.

background image

- Och, ja chciałabym... to znaczy Charles i ja chcemy... No, 

oboje   nie   jesteśmy   już   tacy   młodzi,   a   Charles   mówi,   że   żonaci 
mężczyźni żyją dłużej. Statystyki dowodzą, że...

Kane zaklął, głośno i siarczyście.
- Jeżeli tego tylko pragniesz, to szykuj się na swój pogrzeb; 

jeśli   chcesz,   możesz   nazywać   go   ślubem   -   zakończył   z   gorzkim 
uśmiechem. Potem odwrócił się i odszedł, a Rory, z płonącą twarzą, 
pobiegła do damskiej toalety. Zażyła dwie tabletki przeciwbólowe, 
obmyła   twarz   zimną   wodą   i   pociągnęła   usta   grubą   warstwą 
koralowej szminki.

Przeżyła   jakoś   resztę   tego   wieczoru.   Misty   nie 

zorganizowała,   na   szczęście,   protestacyjnego   marszu   przeciwko 
mordercom   krów,   Fauna   nie   tańczyła   na   stole,   chociaż   dwa   razy 
przemocą   zawlokła   Charlesa   na   parkiet,   gdzie   w   czasie   tańca 
obejmowała go rękami w pasie i wsuwała je pod jego marynarkę. 
Rory   miała   ochotę   dać   jej   w   tyłek,   bo   wiedziała,   że   Charles 
nienawidził takich demonstracji.

„Czego ty chcesz, Rory?", brzmiało jej jeszcze w uszach.
Ciebie,   Kane,   odpowiadało   jej   serce.   Od   dawna   pragnę 

jedynie, abym mogła leżeć nago w twoich ramionach i czuć twoje 
ciało   każdą   częścią   mojego   ciała,   i   poznać   wreszcie   to,   czego 
doświadczają   inni,   kiedy   mówią   o   namiętności   i   rozkoszy,   i   o 
miłości, która jest jak wiecznie gorejący płomień.

Gdy   wracali   z   klubu,   Kane   pożyczył   Charlesowi   swój 

samochód. Sam zabrał resztę towarzystwa. Jechali więc z Rory tylko 
we dwoje. W połowie drogi dziewczyna  poprosiła Charlesa,  żeby 
zatrzymali się na pustym parkingu.

-   Nie   spędziliśmy   naprawdę   we   dwoje   ani   minuty   od 

ostatnich paru tygodni - powiedziała.

- Na miłość boską, Auroro - odparł Charles, włączając radio, 

żeby posłuchać wiadomości. - Spędziłem z tobą całe popołudnie. Nie 
wiem, o co ci chodzi.

Rory też nie wiedziała. Miała tylko wewnętrzne przekonanie, 

że coś jest nie w porządku.

- To się nie liczy. Prawie ze sobą nie rozmawialiśmy i nawet 

mnie nie pocałowałeś. - Sięgnęła ręką i wyłączyła radio. - Charles, 

background image

co byś powiedział, gdybym cię poprosiła, żebyś się ze mną kochał? 
Teraz. To znaczy tej nocy. Możemy gdzieś pojechać... na przykład 
do hotelu.

- Na Boga, Auroro, co ty wygadujesz?
- To nie jest żadna odpowiedź! - wykrzyknęła z rozpaczą.
To jednak była odpowiedź. Tego się właściwie spodziewała. 

Zniechęcona, spróbowała jednak inaczej:

- Czy my nie możemy nawet o tym porozmawiać? Charles, 

czy ty jesteś impotentem?

- Auroro, nie zamierzam słuchać, jak mnie obrażasz!
-   Bo   jeśli   jesteś,   to   w   porządku.   Seks   w   końcu   nie   jest 

najważniejszą rzeczą w małżeństwie...

- Auroro, myślę, że napięcie ostatnich dni...

- Ale większość małżeństw współżyje ze sobą. Jeśli między nami do 
tego nie dojdzie, to po co zawracać sobie głowę ślubem? Jeśli nie 
będzie dzieci... Przecież możemy zostać po prostu przyjaciółmi.

Charles   głośno   westchnął.   Niezwykłym   dla   siebie   gestem 

sięgnął gwałtownie do kołnierzyka i rozluźnił krawat.

-   Może   to   cię   zdziwi,   moja   droga,   ale   jestem   równie 

normalny, jak każdy inny mężczyzna. Mam takie same potrzeby i, 
jak sądzę, takie same możliwości. To, że nie byłem w stosunku do 
ciebie, hm... natarczywy, wynikało tylko z szacunku, a nie z jakiejś 
fizycznej   niemożności.   Zapewniam   cię,   że   kiedy   będziemy   po 
ślubie...

-   Ale   dlaczego   musimy   czekać?   Większość   ludzi   w 

dzisiejszych czasach nie czeka nawet do zaręczyn.

-   Chcesz   zatem,   żebym   w  jakimś   hotelu   udowodnił   ci,   że 

jestem zdolny do wypełniania małżeńskich obowiązków?

- Nie to miałam na myśli! - krzyknęła Rory, nie wiedząc, jak 

ma   mu   wyjaśnić   swoje   obawy,   swoje   wątpliwości;   jak   ma 
opowiedzieć   o   tym   wszystkim   mężczyźnie,   który   nie   potrafi   jej 
zrozumieć.

Charles   patrzył   na   nią   ze   skrzyżowanymi   na   piersi 

ramionami.

-   Moja   droga,   tak   zwana   rewolucja   seksualna   już   się 

skończyła.   Okazała   się   zupełnym   niewypałem.   Osobiście   zawsze 

background image

wierzyłem   w   prawdziwe   wartości   rodzinnego   życia   i   miałem 
wrażenie, że i ty w nie wierzysz. To była jedna z rzeczy, która mnie 
w   tobie   pociągała.   W   moim   wieku,   i   w   obecnych   czasach, 
mężczyzna naprawdę musi uważać.

-   Ach,   rozumiem.   Mężczyzna   ma   prawo   mieć   różne 

doświadczenia, ale za żonę bierze sobie dziewicę, czy tak?
Charles westchnął.

- No, niezupełnie o to chodzi, ale... Auroro, jak wyobrażasz 

sobie jutro twoje spotkanie z rodziną, gdybyśmy spędzili tę noc w 
hotelu?

- Z moją rodziną? Chyba żartujesz! - Pamiętając to wszystko, 

co widziała i słyszała jako dziecko, nie mogła powstrzymać się od 
myśli, że z Charlesem jednak jest coś nie w porządku.

Swoim starannie modulowanym głosem ciągnął dalej:
- Jak spojrzałabyś w oczy mojej matce po czymś, co można 

byłoby porównać do zachowania nieodpowiedzialnych nastolatków, 
którzy wymykają się gdzieś po to, żeby się ze sobą przespać?

Myśl   o   spojrzeniu   w   oczy   Madeline   Banks   w   ogóle, 

niekoniecznie   po   namiętnej   nocy,   budziła   w   niej   lęk.   Jak   będzie 
mogła żyć pod jednym dachem z tą kobietą? Nagle zrozumiała, że 
tego nie zniesie. To było niemożliwe.

-   Nie   rozmawiajmy   już   o   tym   -   powiedziała   zmęczonym 

głosem.- Jedźmy do domu. Przepraszam, że poruszyłam ten temat. Ja 
tylko chciałam...

-   Nie   musisz   się   usprawiedliwiać,   moja   droga.   Wszyscy 

czujemy   jakieś   napięcie,   nawet   Kane.   To   pewnie   z   powodu   tego 
nagłego przyjazdu twojej rodziny.

Charles,   oczywiście,   nie   wspomniał   o   pojawieniu   się   jego 

matki i siostry. Jego rodzina to co innego, myślała Rory. Czuł się z 
nią związany. Na zawsze. A ona będzie musiała to zaakceptować.

O Boże, co ja zrobiłam? - narastał w niej wewnętrzny krzyk 

rozpaczy.   Proszę   cię,   uwolnij   mnie   od   tego   wszystkiego,   zanim 
będzie za późno!

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Wszyscy   mówili   coś   jednocześnie.   Rory   stała   w   drzwiach 

kuchni i zastanawiała się, co zrobić w tej sytuacji.

Bolała ją głowa. Nigdy dotąd nie miewała bólów głowy...
- Bili, jeśli chcesz, żebym ci uprała szorty, to wrzuć je do 

kosza na brudną bieliznę - komenderowała Sunny. Bili posłusznie 
ściągnął   pomięte,   obcięte   nad   kolanami   spodnie,   pozostając   w 
ufarbowanych   na   wszystkie   kolory   tęczy,   śmiesznie   skrojonych 
gatkach.

Rory   z   uczuciem   ssania   w   żołądku   zaczęła   przeszukiwać 

półki, stwierdzając, że ktoś wypił resztę czekoladowego mleka, a w 
puszce z orzeszkami zostały tylko tłuste ślady soli.

Sunny podsunęła jej coś pod nos.
- Co ty trzymasz w tej puszce na mąkę?
- To wosk dla moich...

-   Na   Boga,   Rory,   ty   chyba   tego   nie   jadasz?   -   Misty   wyciągnęła 
paczkę  błyskawicznej  kaszki i zaczęła  odczytywać  skład.  - To są 
same puste kalorie!

Fauna odstawiła kosz z bielizną do prania i wyrwała paczkę 

siostrze z ręki.

- Słuchaj, to cudowne żarcie! Czy to znaczy, że możesz jeść 

taką kaszkę pięć razy dziennie i nie utyć?

- Co wy tu wszyscy robicie? - zapytała Rory. Nikt oczywiście 

jej nie usłyszał, więc zapytała głośniej:

- Pytałam, co, do cholery, wyprawiacie w moim domu!
Zapadła martwa cisza. Wszystkie twarze obróciły się w jej 

kierunku.   Sunny   zamrugała   swoimi   bezbarwnymi   rzęsami   i 
powiedziała:

- Myszko moja, czy ty się dobrze czujesz?
- Charles zaproponował nam, żebyśmy przyszli do niego na 

śniadanie,   ale   ta   ich   gospodyni   nie   zjawia   się   przed   dziesiątą   - 
wyjaśnił Bili.

- I Madeline też jest zajęta - dodała Sunny. - Przed waszym 

ślubem musi wywrócić do góry nogami wszystkie szafy z bielizną. 
Ona jest Panną. Słońce, Księżyc, Mars i Merkury w Pannie. Biedna 

background image

kobieta.

Misty,   z   przewrotnym   błyskiem   w   swych   niewinnych, 

błękitnych oczach, zwróciła się do Fauny:

- Co ty robiłaś dziś rano w pokoju Charlesa? Założę się, że 

Rory też chciałaby to wiedzieć, prawda, siostrzyczko?
Rory   już   nie   słuchała.   Bardzo   powoli   odwróciła   się   i   poszła   do 
swojej sypialni. Trzy kwadranse później wyłoniła się stamtąd znowu, 
ubrana   w   swój   ślubny,   żakardowy   kostium   i   nowe   pantofle.   W 
rękach niosła walizkę, pudło na kapelusze i dużą torebkę.

Z całym spokojem stawiła czoło całej lawinie pytań. Kiedy 

wreszcie ucichły, powiedziała:
-   W   puszce   z   napisem   „mąka"   są   jeszcze   skórki   od   szynki,   a   w 
zamrażalniku parę batoników. Na lewej górnej półce. Smacznego. 
Jadę do miasta spotkać się z Charlesem. Mam do niego sprawę. Być 
może jutro wrócę, ale nie wiem, o której.

Bili zmarszczył brwi. Misty wyglądała na zaskoczoną. Fauna 

zaczęła protestować, ale po chwili umilkła. Surmy natomiast posłała 
jej swój oszałamiający uśmiech osoby, która i tak zna wyroki losu.

Kane wracał z daleka. Prowadził samochód od wielu godzin. 

Samotne   obcowanie   ze   sprawną   maszyną   często   pomagało   mu 
odzyskać jasność umysłu.

Ubiegłej nocy, omijając całą kolejkę pań próbujących dostać 

się do łazienki, zaprosił Charlesa na pięciominutowe sam na sam. 
Moment wybrany był dość beznadziejnie, ale w wyścigu z czasem 
Kane   i   tak   zaczynał   tracić   wszelkie   szansę.   Był   późny   wieczór. 
Hubbardowie trochę za bardzo szaleli w tutejszym Sauvignon Blanc. 
Charlie był rozdrażniony jak osa.

Być może miał już dość tej miniaturowej Wenus, która wciąż 

szeptała   mu   coś   do   ucha.   Drugie   ucho   okupował   tata   Hubbard, 
rozprawiając o prowizjach i stawkach ubezpieczeniowych.

Być   może   biedny   Charlie   marzył   akurat   o   udaniu   się   do 

kibelka.

Tak czy owak, Kane zabrał go z korytarza i zaprowadził do 

sypialni, gdzie stanowczo i otwarcie kazał mu wybić sobie z głowy 
ślub z Rory.

- Przepraszam cię... - wymamrotał Charles.

background image

- Charlie, posłuchaj mnie. Ona wcale nie chce wychodzić za 

ciebie za mąż. Czy ty nie widzisz...

- Na razie widzę tylko, że nie zmieniłeś się ani na jotę. Nadal 

nic cię nie obchodzi czyjeś prawo własności. Nadal...

Tego już było za wiele.
- Do jasnej cholery, człowieku, ona jest żywą kobietą! To nie 

jest mebel, który akurat pasuje do dywanu w saloniku twojej matki! 
Ona jest żywa, prawdziwa i cudowna, a ty ją dławisz! Ona boi się 
nawet normalnie oddychać w twojej obecności, bo może ci się nie 
spodobać sposób, w jaki nabiera powietrza!

- Czy to Fauna tak cię ustawiła?
To była ostatnia sugestia, jakiej Kane mógł się spodziewać. 

Zaczął kląć, ale zanim zdołał przekonać sam siebie, że może wleje 
nieco oleju do głowy tej kukły, gdy się obaj trochę prześpią, Charles 
wyszedł, trzaskając drzwiami.

Kiedy Kane zaparkował samochód przed domem Banksów, 

smugi pomarańczowego świtu kładły się na gałęziach drzew. Jeździł 
przez całą noc. Znalazł klucz tam, gdzie chowano go zawsze od co 
najmniej dwudziestu lat. Wszedł do środka, potem cicho przemknął 
się po schodach na górę i zapadł w twardy sen na następne sześć 
godzin.

Rory   nigdy   w   życiu   nie   nocowała   w   hotelu,   gdzie   pokój 

kosztował więcej niż trzydzieści sześć dolarów za dobę. Właściwie 
nigdy dotąd nie nocowała w hotelu. Utrzymując się z nauczycielskiej 
pensji,   mogła   pozwolić   sobie   tylko   na   motel.   Kiedy   jednak 
wyprowadzi   się   stąd   jutro   i   zapłaci   rachunek   resztą   swoich 
oszczędności, nie będzie żałowała ani jednego pensa.

To będzie jej miodowy miesiąc. Samotny miodowy miesiąc. 

Bez   parszywej   konferencji   agentów   ubezpieczeniowych,   z 
olbrzymim   łożem   tylko   dla   siebie,   z   okrągłą   wanną   wielką   jak 
jezioro Norman. Będzie się w niej moczyła, ile dusza zapragnie, a 
potem zamówi sobie do pokoju następną pizzę, colę i lody, i jeśli 
tylko   rozwiąże   problem,   jak   posługiwać   się   pilotem,   obejrzy   w 
telewizji jakiś pornograficzny film albo możliwie najgłupszy serial. 
Rano wróci spokojnie do domu i obwieści wszystkim, że wesele jest 
odwołane i że mogą się wynosić do wszystkich diabłów.

background image

Pociągając   nosem,   nałożyła   sobie   na   talerz   potężny   kawał 

pizzy.

Była już prawie czwarta po południu, kiedy Kane wreszcie ją 

zlokalizował. Odnalezienie Rory wcale nie było proste, nawet przy 
pomocy całego klanu Hubbardów i sekretarki Charlesa.

- Przepraszam, panie Smith, ale ona nie powiedziała, dokąd 

się udaje. Zostawiła tylko wiadomość dla pana Banksa i to wszystko.

- Wiadomość?
- To raczej paczka, powiedziałabym.
- Paczka?
-   Wygląda   na   pudełko   od   jubilera.   W   dużej   kopercie   z 

wyściółką,  ale  można  wyczuć,  co jest wewnątrz.  Pan Banks miał 
wtedy ważne spotkanie...

- Która to była godzina? - wypytywał Kane.
- Jedenasta siedemnaście - odparła dobrze wyszkolona pani 

Spainhour.

Kane   zaklął   siarczyście.   Ślepa   uliczka.   Żadnego   punktu 

zaczepienia! Dopadł już przedtem Charlesa, który tylko wyjaśnił, że 
Rory zwróciła mu pierścionek i oświadczyła, że opuszcza domek, co 
jest   w   zasadzie   bez   znaczenia,   bo   następny   lokator   podpisał   już 
umowę i ma się wprowadzić pierwszego sierpnia.
I co teraz? Zadzwonić na policję?

- Była bardzo elegancko ubrana, kiedy wychodziła - mówił 

Bili, gdy Kane rozmawiał z Hubbardami.

- I miała ze sobą walizkę - dodała Sunny.
- I powiedziała, że wróci dopiero jutro - wtrąciła Fauna. Na 

policzkach miała rozmazane smugi tuszu. Pewnie płakała.

Miała prawo płakać, pomyślał Kane. Ślepy by zauważył, jak 

bezczelnie podrywała Charlesa. Nic dziwnego, że Rory miała tego 
dosyć.
Stracił   sporo   czasu   przy   telefonie,   zanim   trafił   na   jej   ślad   w 
najlepszym   hotelu   w   mieście.   Tu   znowu   uderzył   głową   w   mur. 
Recepcjonista zgadzał się połączyć go z jej pokojem, ale nie chciał 
podać   numeru.   Co   z   tego,   że   ją   usłyszy,   jeśli   ona   potem   znowu 
gdzieś ucieknie.

Zadzwonił więc do swojego agenta, zamierzając wciągnąć go 

background image

od razu do akcji.

- Ross, tu Kane Smith. Słuchaj, potrzebuję natychmiast...
-   Kane,   gdzie   ty   się,   u   diabła,   podziewasz?   Dzwonię   do 

twojego hotelu co pięć minut od przedwczoraj. Powiedzieli mi, że 
wyjechałeś...

- Jestem w Północnej Karolinie, w miejscowości o nazwie 

Tobaccoville i muszę mieć zaraz...

-   O,   chole...   Posłuchaj,   człowieku,   ile   czasu   zabierze   ci 

powrót do Nowego Jorku? Costner jest tobą zainteresowany, ale jeśli 
nie podpiszemy umowy do...

-   Ross,   czy   możesz   zamknąć   się   na   chwilę   i   posłuchać? 

Musisz załatwić dla mnie jeden telefon. Podaję ci numer i słuchaj, co 
powinieneś zrobić...

- To cię będzie sporo kosztowało. Powinieneś natychmiast 

dosiąść   swego   muła   i   dostać   się   tam,   gdzie   słyszeli   o   takim 
wynalazku jak samolot.

- Bardzo śmieszne. Posłuchaj, obiecuję ci, że będę w Nowym 

Jorku najdalej za trzy dni, ale ty przestań zrzędzić i zadzwoń tam. To 
sprawa życia i śmierci - dodał Kane, żeby osiągnąć pożądany efekt.

- Kotku złoty, musisz być tutaj jutro, najpóźniej, i nic mnie 

więcej nie obchodzi, nawet jeśliby twoja babcia powiła trojaczki. Nie 
masz wyboru.

Nie miał.
W   godzinę   później   Kane   zjawił   się   w   hotelu,   wyglądając 

dokładnie tak, jak sobie ciocia Klocia wyobraża osobę podróżującą 
incognito. Nie sposób było go nie zauważyć.

Powołując   się   na   telefon   swojego   agenta,   zwrócił   się   do 

recepcjonisty tonem nieznoszącym sprzeciwu:

- Moja... sekretarka, panna Hubbard, miała zjawić się tutaj 

dwa   dni   temu.   Na   którym   piętrze   nas   pan   ulokował?   Nigdy   nie 
mieszkam wyżej niż na piątym.

- Panna Hubbard? Nie rozumiem... No cóż, mamy tu niejaką 

pannę CA. Hubbard, ale ona zameldowała się u nas dopiero dzisiaj.

Kane przesunął dłonią po włosach gestem, od którego nawet 

odpornym kobietom uginały się kolana.
- Szlag by to trafił - powiedział przyciszonym głosem. - Pewnie nie 

background image

złapała samolotu do Heathrow. I jak my teraz zdążymy... - Po chwili, 
jakby godząc się z przeciwnościami losu, dodał: -Trudno, stało się. 
To w końcu nie pana wina. Proszę kazać zanieść na górę bagaże, 
podać dzbanek kawy i dzisiejszego „Timesa", wydanie londyńskie i 
nowojorskie... Aha, i gdyby dziennikarze o mnie pytali, nigdy pan o 
mnie nie słyszał, zrozumiano?

- Dobrze, proszę pana - zabrzmiała niepewna odpowiedź. - 

Mamy jednak tylko „Journal" i „News and Observer". Nie dostajemy 
londyńskich gazet, a „New York Timesa" tylko dla stałych klientów.

Kane   popatrzył   na   recepcjonistę   znad   okularów   w   taki 

sposób, że biedak aż zbladł.

-   Tak   jest,   panie   Smith,   kawa,   „Times"   i   żadnych 

reporterów... i... panie Smith, czy mogę dostać pański autograf? To 
dla mojej mamy. - Recepcjonista nie miał pojęcia, kim jest ten facet, 
ale nie należało tracić żadnej szansy.

Kane   ukrył   błysk   rozbawienia   za   ciemnymi   okularami, 

nabazgrał   nieczytelnie   swoje   nazwisko   na   kawałku   papieru   z 
hotelowym   nagłówkiem,   skinął   na   bagażowego   i   pomaszerował 
przez hol.

Odprawiwszy go ze stosownym napiwkiem, otworzył drzwi 

do pokoju Rory.  Z okularami  w jednej  ręce  i lotniczą  walizką  w 
drugiej, patrzył  na ubrane w pomiętą piżamę stworzenie, siedzące 
pośrodku ogromnego łoża, pokrytego pikowaną narzutą. Obok leżało 
pudło z napoczętą pizzą.

Dzięki klimatyzacji w pokoju panował chłód.
Płakała.   Mokre   ślady   łez   znaczyły   jej   piegowate   policzki. 

Miała na sobie tę samą piżamę, w której Kane zobaczył ją po raz 
pierwszy. Przestała wreszcie patrzeć w telewizor i obróciła na niego 
zaczerwienione bursztynowe oczy. Kane czuł, że teraz i on mógłby 
się rozpłakać.

- Rory? - wykrztusił schrypniętym głosem. - Kochanie...
- To nie jest uczciwa gra - powiedziała, wyciągając pomiętą, 

jednorazową chusteczkę z kieszeni. - Jak mnie tu znalazłeś? Proszę 
cię, wyjdź stąd.

Kane   postawił   walizkę   na   podłodze,   rzucił   okulary   na 

najbliższy stolik i ruszył w kierunku łoża. Rory zaczęła patrzeć na 

background image

ekran telewizora. Czubek jej małego, zgrabnego noska był czerwony. 
Miała blade usta, ślad pomidorowego sosu na brodzie i trzęsła się z 
zimna. Kane podkręcił termostat i znowu na nią spojrzał. Znalazł ją. 
I co dalej?

Do diabła, chłopie, powtarzał sobie, próbując się opamiętać. 

Przecież ona wygląda jak półtora nieszczęścia! Znał setki dziewcząt 
o całe niebo piękniejszych od Aurory Hubbard. Z jedną się nawet 
kiedyś   ożenił.   Znał   wiele   kobiet   bardziej   inteligentnych,   choć   to 
zależy, co się przez to rozumie.

Potrząsając głową, wyciągnął z kieszeni chusteczkę i wytarł 

czerwony ślad na jej brodzie.

-   I   co   ja   mam   z   tobą   zrobić?   -   zapytał   mrukliwie.   Rory 

westchnęła głęboko i próbowała odzyskać
resztki godności.

- Idź sobie. Nie chcę, żebyś tu był.
- Kłamiesz.
- Czyżbyś w ten sposób pocieszał sam siebie?
- Kochanie, co się stało? Chciałbym ci pomóc.
-   Nie   wiem,   dlaczego   wyobrażasz   sobie,   że   potrzebuję 

pomocy. Czuję się znakomicie.

-   Właśnie   widzę   -   odpowiedział.   Stał   dalej   nad   nią,   jak 

wygłodzony drapieżnik, próbując jeszcze nad sobą panować.

- W porządku, narobiłam bigosu. Widocznie nic nie umiem i 

do niczego się nie nadaję, ale teraz już jest po wszystkim!

Kane wcale tak nie uważał. Postąpiła słusznie. Pokazała figę 

Charliemu,   zostawiła   w   diabły   swoją   rodzinkę,   udowodniła 
wszystkim, że ma własne zdanie. Był z niej dumny.

- A czegóż ty nie umiesz? - zapytał przekornym tonem.
- Wszystkiego. To znaczy niczego! Próbowałam użyć  tych 

wszystkich wynalazków w łazience, ale niektórych urządzeń nawet 
nigdy w życiu nie widziałam i bałam się, że mnie prąd kopnie... I nie 
mam pojęcia, co robić z tym przeklętym telewizorem, i nienawidzę 
cyfrowych zegarów, i w ogóle...
Rozglądała się dookoła, usiłując nie patrzeć na tego mężczyznę  z 
krzywym   uśmiechem   na   ustach   i   rozwichrzonymi   ciemnymi 
włosami, ubranego w prowokująco obcisłe czarne dżinsy.

background image

- Zaraz nauczę cię, jak posługiwać się pilotem... i potrafię 

obsłużyć te cuda przy wannie.

- Wypchaj się - odparła ponuro. - Nie zapraszałam cię. To 

mój   miodowy   miesiąc.   W   ogóle   nie   potrzebuję   niczyjego 
towarzystwa. Jak chcesz, możesz sobie iść. Nawet zaraz.

- Miodowy miesiąc?  - Kane przysiadł  w nogach łoża. Dla 

Rory było to o wiele za blisko, dla niego o kilometr za daleko. Gdy 
chowała chusteczkę do kieszonki w piżamie, zauważył, że nie ma nic 
pod spodem. Z wysiłkiem odwrócił wzrok, przyglądając się wzorom 
pikowanej narzuty.

- To był całkiem dobry pomysł. Jeśli nie pojadę z Charlesem 

do Cincinnati, to należą mi się jakieś wakacje przed rozpoczęciem 
roku.

- Rozumiem.  - Wziął ją za rękę i zobaczył  czerwony ślad 

otarcia na serdecznym palcu lewej ręki. - Od dawna wiedziałem, co 
cię gryzie, Rory. Obawiałem się tylko, że popełnisz największy w 
życiu błąd.

Westchnęła.   Skinęła   głową,   przyznając,   że   wie,   o   co 

Kane'owi chodzi.

- Ja też się tego bałam.
- Chcesz o tym porozmawiać?
- Chyba już nie ma o czym.
- Zdałaś sobie sprawę, że... - zaczął Kane.
- Zdałam sobie sprawę, że nie kocham Charlesa i że to nie 

będzie uczciwe, jeśli wyjdę za niego za mąż. Nigdy nie byłabym taką 
żoną, na jaką on zasługuje.

- Nie - powiedział Kane w zamyśleniu. - Na pewno byś nie 

była.

Spojrzała ukradkiem na jego opaloną, niesymetryczną twarz. 

Ten krzywy nos, krzywe usta, te cudowne oczy, które umiały patrzeć 
tak, że czuła ciepło i chłód jednocześnie.

- Kane, czy kiedykolwiek zastanawiałeś się nad tym, gdzie 

jest twoje miejsce w życiu?

- Nie wiem, czy tak naprawdę się nad tym zastanawiałem - 

odparł.

- Ja myślałam o tym bardzo dużo - powiedziała cicho. Pokój 

background image

już   się   ogrzewał,   ale   Rory   robiła   wrażenie,   jakby   nadal   było   jej 
zimno.   Skulona   na   środku   olbrzymiego   łoża,   wyglądała   jak 
nieszczęśliwe dziecko i jak godna pożądania kobieta, a wszystko to 
w   jednym,   rozkosznym,   choć   może   nieco   nieporządnym 
opakowaniu.

Kane postanowił najpierw poradzić sobie z dzieckiem, zanim 

weźmie   się   za   kobietę.   Wstał   i   skierował   się   do   łazienki.   Rory 
usłyszała szum wody. Po dłuższej chwili Kane stanął w drzwiach.

- Szanowna pani, kąpiel gotowa. Temperatura jest w sam raz 

i obiecuję, że nie będzie żadnych elektrowstrząsów.

Siedząc   w   pokoju   obok,   nasłuchiwał   odgłosów   z   łazienki. 

Wyobrażał sobie, jak Rory zrzuca piżamę na podłogę i wkłada jedną 
nogę   do   wanny.   Wyobraził   sobie,   jak   dotyka   swoim   rozkosznym 
tyłeczkiem  powierzchni falującej wody,  jak potem zamyka  oczy i 
osuwa   się   na   dno   wanny,   aż   woda   dosięga   i   łaskocze   różowe 
koniuszki jej piersi. Wyobrażał sobie...

- Wszyscy święci, ratujcie mnie - mruknął pod nosem. Wstał 

i podszedł do okna. Obserwował szarą gołębicę na dachu sąsiedniego 
budynku, aż do chwili gdy zjawił się pan gołąb... Zaklął, wsadził 
ręce do kieszeni i zaczął szybkim krokiem chodzić po pokoju.

Kwadrans później nie wytrzymał i zastukał do drzwi.
- Hej, Rory, żyjesz jeszcze? Mam tu dzbanek gorącej kawy 

dla   mnie,   gorącą   czekoladę   dla   ciebie   i   butelkę   wina,   jeśli 
potrzebujesz   czegoś   dla   kurażu.   Na   klamce   łazienki   wisi   gruby, 
puszysty szlafrok.

- Ale nie mogę wyjść! Jak się wyłącza te bąbelki?
- Czy naprawdę chcesz, żebym tam wszedł i pomógł ci? - 

Jedno słowo zachęty, myślał, i...

Nie było odpowiedzi.
- Po prostu wyjdź z wanny, włóż szlafrok i przyjdź tutaj. Ja 

już załatwię resztę. - Powinni mnie za to kanonizować, pomyślał.

Dwadzieścia   minut   później   Rory   leżała   oparta   o   stertę 

poduszek, z kieliszkiem wina w ręku. Na stoliku obok stała filiżanka 
ze   stygnącą   czekoladą.   Było   jej   ciepło,   czuła   się   spokojnie   i 
bezpiecznie.

Kane w zamyśleniu obracał w palcach kieliszek. Postanowił 

background image

postępować z największą delikatnością.

- Co, do diabła, kazało ci przypuszczać, że ty i Charles tak się 

cudownie zgadzacie? Przecież zagryźlibyście się w ciągu miesiąca!

No   cóż,   może   nie   najlepiej   mu   wyszło   z   tą   delikatnością. 

Cierpliwość nigdy nie była jego najmocniejszą stroną. Poza tym ten 
szlafrok go rozpraszał. Był o parę numerów za duży. Rozchylał się, 
ukazując  zaokrąglenia   piersi  aż  do miejsca,  gdzie  piegów  już nie 
było.   Rory   pachniała   mydłem   i   czymś   dziwnie   słodkim.   Powoli 
zamknęła powieki. Patrząc na nią, Kane nie był w stanie nad sobą 
panować.

- Czemu się zgodziłaś poślubić tę kukłę?
- Chyba z powodu mojej babci. Ona była... ona miała bardzo 

wysokie wymagania. Na pewno zaaprobowałaby Charlesa.

- Dla ciebie? - żachnął się Kane. - Na pewno nie, gdyby cię 

choć trochę znała. Nigdy w życiu.

Napełnił   znowu   kieliszki   i   Rory   tak   jakoś,   sama   z   siebie, 

zaczęła mu opowiadać o swoim dzieciństwie... Jak rosła najpierw 
dziko   i   swobodnie   jak   polny   kwiat,   i   jak   przerażająca   może   być 
potem   wolność   dla   kogoś,   kto   poczuł   raz   nieznane 
niebezpieczeństwo   i   wiedział,   że   wokół   czają   się   jeszcze   inne 
zagrożenia. Wtedy pozostaje tylko nadzieja, że za barierami zasad i 
ograniczeń można się przed nimi ukryć.

Zmarszczyła   brwi,   a   Kane   stwierdził   z   rosnącą   obawą,   że 

nawet zmarszczki na jej piegowatym czole potrafią wzbudzić jego 
pożądanie.  Zmienił  pozycję,  żeby to było  choć mniej  widoczne, i 
próbował skierować myśli na inne, bardziej bezpieczne tory.

Rory   wypiła   jeszcze   jeden   kieliszek   wina   i   oblizała   usta. 

Kane aż zamknął oczy. W końcu z westchnieniem poddał się, zdjął 
buty i położył obok niej. Oparł się o poduszki podkładając ręce pod 
głowę   i   starał   się   zachowywać   jak   dżentelmen.   Próbował 
wytłumaczyć   sobie,   że   obok   leży   kobieta,   którą   spotkał   tylko 
przypadkiem   i   teraz   rozmawiają   sobie   ot   tak,   po   przyjacielsku... 
Próbował   wytłumaczyć   sobie,   że   nie   jest   w   niej   tak   wariacko 
zakochany, że potrafi przecież normalnie oddychać.

Rozmawiali o jej podróży do Kentucky, do babci, która nigdy 

naprawdę nie wybaczyła swojej córce, że uciekła z domu, gdy miała 

background image

szesnaście lat.

- Wiesz, wcale nie jestem pewna, czy moi rodzice formalnie 

są małżeństwem.

-   Wątpię,   czy   to   interesuje   kogokolwiek   poza   urzędem 

podatkowym.

- I panią Banks - uśmiechnęła się Rory, po czym roześmiała 

się na głos. - Myślę, że wreszcie jest zadowolona. Ma mnie z głowy, 
nie będę kompromitować jej ukochanego Charlesa. W ogóle za mną 
nie przepadała.

-   Możemy   sobie   podać   ręce   -   odpowiedział   z   uśmiechem 

Kane. - Rory, dlaczego zostałaś nauczycielką?

- Babcia też była nauczycielką. Poszła na emeryturę niedługo 

po tym, jak z nią zamieszkałam. Poza tym nauczyciel to ktoś, kto 
uczy   młodych   ludzi   pewnej   dyscypliny.   To   daje   poczucie 
bezpieczeństwa. I jakieś miejsce w społeczeństwie.

- Czy udało ci się tego dokonać?
Rory   wypiła   kolejny   łyk   wina   i   pochyliła   głowę   w 

zamyśleniu.

- W pewnym sensie - odparła.
Chyba   w   rzeczywistości   sami   wybieramy   kogoś,   do   kogo 

chcemy należeć,  pomyślał.  Przynależność  jest stanem umysłu  czy 
może   potrzebą   duszy.   Nie   zastanawiał   się   nad   tym   dotychczas. 
Dopiero teraz zaczął o tym myśleć.

- Mój ojciec był lotnikiem - powiedział po chwili. - Nigdy go 

nie   znałem.   Zginął   jako   oblatywacz.   Mama   akurat   dostała 
stypendium na Uniwersytecie Duke'a. Planowali pobrać się w czasie 
jego następnego urlopu. Kiedy zginął, mama była w piątym miesiącu
ciąży. Musiała zrezygnować z nauki i podjąć pracę jako laborantka. 
Niewiele jej płacili.

Rory bezwiednie wsunęła rękę w dłoń Kane'a. Uścisnęła ją 

lekko.

- Współczuję ci - westchnęła.
Wzruszył ramionami. Tyle już lat nie wracał myślami do tego 

wszystkiego ani o tym nie mówił. Była żona nigdy nie pytała o jego 
dzieciństwo.

-   Brat   mamy   pomagał   jej   trochę,   kiedy   zbliżył   się   czas 

background image

rozwiązania   i   musiała   przestać   pracować.   Mieszkała   u   niego   po 
moim urodzeniu, ale jego żonie nie bardzo się to chyba podobało, bo 
kiedy   tylko   była   w   stanie   radzić   sobie   o   własnych   siłach, 
przeprowadziła   się   do   King   i   zaczęła   pracować   w   biurze.   Kiedy 
miałem pięć lat, przyjęła posadę kelnerki. Płacili jej dużo więcej i 
mogła być w ciągu dnia w domu. Przenieśliśmy się wtedy do domku 
Maddie   Banks.   Mieszkałem   tam   do   czasu,   kiedy   Charlie   i   ja 
wyjechaliśmy z miasta, żeby się dalej uczyć. I tyle. Koniec historii.

- Mówiłeś mi, że twoja matka...
- Tak,  zmarła  parę  lat  temu.  Miała raka  piersi  i za późno 

zdecydowała   się   na   operację.   -   Powiedział   to   całkiem   spokojnie, 
jakby wypłakał już wszystkie łzy w czasie jej choroby i potem.

- Nie masz żadnej innej rodziny?
-   Żadnej.   -   Do   tej   pory   nie   poświęcał   temu   problemowi 

większej   uwagi.   Każdy   przecież   czasami   czuje   się   samotny.   To 
jednak, co wkradało się do jego serca od pewnego czasu, było czymś 
więcej   niż   tylko   samotnością.   Znikało   dopiero   wtedy,   kiedy   w 
pobliżu   była   Rory   Hubbard.   Była   dla   niego   jak   promień   słońca, 
wnikający przez okno duszy do najdalszych zakamarków, ciemnych 
od tak dawna, że już do tego przywykł.

Rory sączyła wino małymi łykami. Przesunęła głowę o parę 

centymetrów,   i   podświadomym,   naturalnym   gestem   oparła   ją   na 
ramieniu Kane'a. Nie mniej naturalnie jego ramię objęło jej ramiona. 
Przyciągnął ją bliżej ku sobie. Zgięte kolana Rory oparły się na jego 
udzie.

-   Zwykle   nie   mówię   tak   dużo   -   powiedział,   jakby   się 

usprawiedliwiając.

-   Ja   też   nie   -   wyznała.   -   W   każdym   razie   nie   o   tak... 

osobistych sprawach.

- Na przykład o tym, czemu wysłano cię do babci? Milczała 

tak długo, że Kane przestał spodziewać się odpowiedzi. Coś jednak 
mówiło   mu,   że   to   jest   ważne.   Tu   tkwił   problem,   który  ukrywała 
przez tyle lat. Być może to właśnie omal nie doprowadziło jej do 
tego fatalnego małżeństwa.

-   Nigdy   dotąd   o   tym   nie   mówiłam.   Nikomu   -   zaczęła 

spokojnym,   zdecydowanym   głosem.   -   W   komunie   był   pewien 

background image

mężczyzna... Miałam wtedy jedenaście lat. Właśnie zaczęłam... no, 
wiesz... robić się inna.

Dłonie Kane'a zwinęły się w pięści. Głos zniżył się, brzmiał 

teraz jakoś chłodno i martwo.

- Zaczęły ci rosnąć piersi... chciałaś powiedzieć.
-   To   też   -   mruknęła.   -   Czułam   się   przy   nim   dziwnie 

skrępowana, chociaż właściwie nic specjalnego nie robił. Po prostu 
tak jakoś na mnie patrzył i... tak się często uśmiechał.

Kane zaklął cicho. Rory przykryła wolną ręką ich połączone 

dłonie i spojrzała mu w oczy.

- Kane, nic się naprawdę nie stało. Przysięgam ci. Przecież 

coś już o tym  wiem.  Tej  nocy wszyscy  dorośli  byli  na haju, Ian 
zdrzemnął się trochę, a my, dzieci, spałyśmy wszystkie w jednym 
pokoju. Zawsze tak było. Kiedy się obudziłam i poczułam jego rękę 
na... Zbudziłam  Peace  i ona zaczęła  krzyczeć.  Inne dzieci  się też 
obudziły i  Ian uciekł.  Następnego dnia  Bili  i Sunny pojechali  do 
miasta, żeby do kogoś zadzwonić, i niedługo potem zabrali mnie do 
babci.

Kane trwał nadal w napięciu. Rory powiedziała z uśmiechem:
- Mówili o zmianie klimatu! Na początku nienawidziłam tego 

miejsca.   Obrzydliwa   kaszka   każdego   ranka.   Musiałam   zjadać 
wszystko do końca, bo inaczej trzeba było wysłuchiwać kazania o 
biednych, głodujących sierotkach.

- I jak się do tego przystosowałaś?
-   Jak   się   przystosowałam?   -   powtórzyła,   śmiejąc   się 

gardłowym, pełnym zmysłowych tonów śmiechem. Czuł, jak serce 
łomocze mu w piersi i puszczają wszystkie tamy jego pożądania. - 
Teraz   myślę,   że   wcale   się   nie   przystosowałam.   Chyba   że   uznasz 
trzydziestoletnią,   trochę   zwariowaną   starą   pannę   za   dobrze 
przystosowaną do życia.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Zapadła   pomiędzy   nimi   cisza,   która   trwała   niemal   w 

nieskończoność.   Gorący   rumieniec   zaczął   palić   twarz   Rory. 
Nerwowo skubała palcami połę szlafroka.

- Nikomu o tym nie mówiłaś? - zapytał Kane.

- Nie mogę uwierzyć, że w ogóle komukolwiek o tym powiedziałam 
- szepnęła, odsuwając się od niego. Kane przyciągnął ją z powrotem 
do   siebie   gestem   niedopuszczającym   sprzeciwu.   Ukryła   głowę   w 
zagłębieniu jego ramienia; w ten sposób przynajmniej nie musiała 
patrzeć mu w oczy.

-   Chyba   napiję   się   kawy   -   mruknęła   niewyraźnie   i, 

wyzwalając się z jego objęć, wyciągnęła dłoń w kierunku stolika. 
Kane objął ją ramieniem i pociągnął z powrotem w swoją stronę. 
Straciła równowagę, osuwając się na jego pierś, z twarzą tuż przy 
jego twarzy.

- Nie musisz pić żadnej  kawy.  Może nie wiem dokładnie, 

czego   ci   trzeba,   ale,   wierz   mi,   mam   całkiem   dobry   pomysł.   - 
Wiedział, że najbardziej potrzeba jej mężczyzny, który kochałby ją 
na   tyle   mocno,   aby   pozwolić   jej   stać   się   sobą,   ale   któremu 
jednocześnie byłaby na tyle potrzebna, aby czuć, że do kogoś należy. 
- Rory, kochanie, posłuchaj... - mruczał z wargami na jej włosach. 
Westchnęła   głęboko   i   poprzez   koszulę   Kane   czuł   na   swej   piersi 
ciepło tego oddechu. Wołałby, żeby nie dzieliły ich już ubrania, ale 
nie miał pojęcia, jak mogliby się ich pozbyć bez robienia niepotrzeb-
nego zamieszania.

- Ty drżysz - powiedziała Rory, odwracając się, żeby spojrzeć 

mu w twarz.

- Zauważyłaś to? - odparł nieswoim głosem.
- Zimno ci?
- Raczej nie. Nie wierć się tak, bo okręcisz sobie szlafrok 

wokół szyi.  Chyba  nie jest ci  w nim  wygodnie?  - Jej  poruszenia 
sprawiły, że gruby, sztywny materiał zsunął się z ramienia, ukazując 
pachę i jedną pierś. Kane patrzył na to bez tchu.

- Wiesz, tak naprawdę nie jestem dziwaczką. To po prostu...
Kane ułożył ją delikatnie na plecach i pochylił się nad nią. 

background image

Kładąc palec na jej ustach, powiedział:

-   Wiem.   Nie   jestem   może   wszechwiedzący,   ale   chyba 

rozumiem,   na   czym   polega   twój   problem   -   Jego   twarz   była   już 
bardzo blisko. - Chęć uszczęśliwienia wszystkich ludzi na świecie 
przeważnie   nie   wytrzymuje   próby   czasu.   Nie   jesteś   dziwaczką, 
myszko, i możesz niedługo przestać być dziewicą, jeśli pozwolisz mi 
mieć w tej sprawie jakiś udział.

Poczuł,   że   serce   uderza   nierówno   i   szybko   w   jej   drżącej 

piersi. Opierając się na łokciu, położył na niej rękę.

-   Spokojnie,   najdroższa.   Nie   posuniemy   się   dalej,   niż 

będziesz chciała. Będę się starał najlepiej, jak umiem, żeby cię nie 
bolało.

Jej bursztynowe oczy zrobiły się ogromne. Gdy pochylał się 

coraz niżej do jej ust, piegi zatarły się przed nim w karmelową mgłę. 
Myśli kłębiły się jak szalone w głowie Rory. „Nie będzie cię bolało... 
najdroższa... kochanie..."

Pierwsze   dotknięcie   jego   języka   sprawiło,   że   pozbyła   się 

jakichkolwiek   oporów.   Tak   jakoś   samo   się   stało,   że   pasek   od 
szlafroka Rory sam się rozwiązał, a szerokie poły puszystego okrycia 
nagle   się   rozchyliły.   Kane   przycisnął   ją   mocno   swym   twardym   i 
gorącym ciałem do chłodnego prześcieradła. Zmysły potwierdziły jej 
to, co przeczuwała od dawna - że najlżejsze dotknięcie jego palców 
przenika   jej   ciało   na   wskroś,   rozpętując   w   nim   najsłodsze 
szaleństwo. Sama myśl o tym, nie mówiąc już o patrzeniu na Kane'a, 
nie wspominając o dotykaniu go...

Jej drżące uda poruszały się niespokojnie, palce wbijały się w 

naprężone   mięśnie   pleców   Kane'a,   jakby   chciały   przyciągnąć   go 
jeszcze   bliżej.   Poczuć   go   w   sobie,   poczuć   go   jako   część   siebie, 
nierozdzielną, ale przecież tak cudownie, tak całkowicie inną.
Jego   wargi   zatopiły   się   w   jej   ustach,   mocno,   ale   jednocześnie   z 
niesłychaną delikatnością.

Poczuła   rękę   Kane'a   na   piersi,   jego   palce   obejmujące   jej 

twardniejące sutki. Krzyknęła cicho.

- Twoje ubranie... - wyszeptała po chwili, kiedy wargi Kane'a 

zsunęły   się   na   jej   szyję.   Odchyliła   do   tyłu   głowę,   z   rozkoszą 
poddając się pieszczocie jego ust wzdłuż wrażliwej linii od ucha aż 

background image

do zagłębienia obojczyka.

- Jesteś pewna, że tego chcesz? - zapytał stłumionym głosem, 

szarpiąc niecierpliwie przód koszuli. Oderwane guziki potoczyły się 
na dywan. Rozpiął pasek i sięgnął do zapięcia spodni.

Pod   spodem   miał   żółte   slipki   ozdobione   wizerunkiem 

tropikalnych ryb. Poczuł się z tego powodu nieco zakłopotany. Do 
zabaw w Key West były w sam raz, ale teraz wolałby mieć na sobie 
coś mniej ekstrawaganckiego. Rory mogłaby pomyśleć...

-   One   są   śliczne   -   powiedziała.   Kane   zamknął   oczy   i 

roześmiał się cicho.

Za chwilę jednak te żarty przestały być ważne. Kane obrócił 

się na bok i Rory patrzyła teraz nie tylko na tropikalną rybę. Patrzyła 
na...   niego.   Kane   przez   ułamek   sekundy   zawahał   się,   czy   nie 
przykryć  się kocem,  ale zaniechał  tej myśli. To była  próba. Rory 
powinna mu zaufać, oddać się mu bez strachu.

-   Rory?   -   szepnął   cicho.   Z   wysiłkiem   odwróciła   oczy   i 

spojrzała mu w twarz. - Najdroższa, obiecuję ci, że nie zrobię nic, 
czego   byś   nie   chciała,   ale...   jeśli   uważasz,   że   powinienem   stąd 
odejść, powiedz mi to teraz. Potem to może być niemożliwe.

Jej oczy rozszerzyły się. Widział w nich obawę i niepewność, 

ale   było   w   nich   również   pragnienie.   Pragnienie,   do   którego   nie 
chciała się przyznać, przede wszystkim sama przed sobą.

- Posłuchaj, wiesz przecież, na czym to polega. Każdy, kto 

ma tyle lat co ty, a nawet o połowę mniej, wie, jak to się odbywa.

Skinęła głową, nie odrywając oczu od jego twarzy. Kane miał 

wrażenie,  jakby  bała   się  popatrzeć  gdzie  indziej,   z  obawy  że  nie 
potrafi oderwać wzroku od tego miejsca... Poczuł, jak ogarnia go 
niewypowiedziana czułość. Połączenie czułości z pożądaniem było 
dla niego zupełnie nowym doznaniem.

- Tak, wiem, jak to się robi, przynajmniej w tej zwyczajnej 

pozycji, i wiem, że to raczej boli za pierwszym razem. Jeśli jednak 
prawie wszystkie kobiety dają sobie z tym radę, to pewnie nie jest to 
aż tak okropne.

Powiedziała   to   wszystko   jednym   tchem.   Serce   Kane’a 

zdawało się wyrywać z piersi.

-  Posłuchaj   więc  uważnie,  moja  malutka,   ponieważ  muszę 

background image

uzupełnić twoją chyba dość wyrywkową wiedzę. Ta, hm, tak zwana 
zwyczajna pozycja ma swoje zalety, ale na pierwszy raz... Są na ten 
temat dość różne teorie.

- A ty nie wiesz?
- No... nie wszystko. Nie będę udawał, że jestem święty, ale 

pierwszy raz jestem z kimś, na kim mi tak zależy, i dlatego jest... 
inaczej. Chciałbym, żeby ci było dobrze. Tak dobrze, żebyś poczuła, 
o co tu naprawdę chodzi. - Żebyś pragnęła mnie znowu i znowu, 
dodał   w   myśli,   aż   do   czasu   kiedy   będziemy   tak   starzy,   że   nie 
pozostanie   nam   nic   więcej,   jak   tulić   się   nawzajem   w  objęciach   i 
wspominać rozkoszne, minione dni.

Teraz jednak nade wszystko pragnął kochać się z nią aż do 

chwili, kiedy nie będą mieli siły wstać z łóżka.

- To zaczyna się tutaj - powiedział, kładąc rękę na jej głowie. 

-   A   potem   przechodzi   tutaj.   -   Jego   ręka   przesunęła   się   w   dół   i 
dotknęła  bladego,  jedwabistego futerka  pomiędzy jej  udami.  Rory 
krzyknęła cicho. Ścisnęła uda, uwięziwszy tę rękę. Kane wycofał się 
natychmiast.

-   A   potem   -   powiedział,   gładząc   jej   płaski   brzuch, 

przebiegając granicę żeber i sięgając wreszcie do lewej piersi -jeśli 
masz szczęście, to dociera aż tu. Do serca. Rozumiesz?

- Chyba tak.
Objął dłonią pierś i pochylił się. Jego otwarte usta zamknęły 

się na różowej, naprężonej sutce.

Poczuła,   jakby   błyskawica   przebiegła   przez   całe   jej   ciało. 

Ścisnęła   rękami   jego   głowę,   wczepiając   palce   w   ciepłą   grzywę 
ciemnych włosów. Czuła pod palcami jego uszy; nie za duże, nie za 
małe, kochane i cudowne.

Takie jak on cały. Był tak wspaniały, że nie mogła uwierzyć 

swojemu szczęściu.

Jego wargi zsuwały się niżej i niżej, wzniecając pożar w jej 

ciele, wzbudzając szalone pragnienie czegoś, co dopiero zaczynała 
przeczuwać i rozumieć.

- Kane - krzyczała - co ty ze mną robisz?! Proszę cię, ja nie 

mogę tak dłużej! Coś się ze mną stało! Och...

Jęczała   i   wiła   się   z   rozkoszy,   gdy   Kane,   cierpliwie, 

background image

umiejętnie   i   z   największą   czułością   wzniecał   w   niej   ten   ogień   i 
podsycał   go   coraz   bardziej   i   bardziej.   Jego   własna   cierpliwość 
wyczerpywała się jednak w niepokojącym tempie.

Żółte slipy znalazły się na podłodze. Rory była już zupełnie 

wyczerpana^ oczy miała przymknięte, usta rozchylone.

- Usiądź - polecił jej Kane.
- Nie mogę. Jestem taka słaba. Opadłam zupełnie z sił.
- To cudownie, kochana, ale kłopot w tym, że ja jeszcze nie 

osłabłem.

Uniósł   ją   powoli,   aż   oparła   się   piersią   o   jego   ramiona. 

Poruszył nimi tak, aby Rory usiadła pomiędzy jego udami. Jej ręce 
zwisały bezwładnie ponad jego barkami, głowa odchyliła się w tył 
jak korona ciężkiego kwiatu na zbyt cienkiej łodydze. Uśmiechała 
się najpromienniejszym uśmiechem.

- To jestem ja, Rory. - Poprowadził jej rękę w dół i zacisnął 

zęby,   gdy   objęła   go   z   wahaniem   i   delikatnym   wnętrzem   dłoni 
przesuwała   badawczo   w   górę   i   w   dół.   Na   stoliku   leżała   mała 
paczuszka w srebrnej folii. Powinien przecież nałożyć to wcześniej, 
zanim ona doprowadzi go do szaleństwa.

Przez ściśnięte zęby powiedział:
- Daj mi teraz minutę, kochanie moje, i potem przejdziemy 

do następnego etapu.

Skinęła głową i Kane miał wrażenie, że teraz zgodziłaby się 

na wszystko, bo dał jej tyle rozkoszy. Czuł się taki dumny.

- Teraz - powiedział po chwili. - Czeka nas ciężka przeprawa.
- Z tym? - Dotknęła go znowu.
Jego   śmiech   zabrzmiał   jak   spazmatyczne,   głośne 

westchnienie.

- Tak, najdroższa, z tym.  Ale teraz  ty będziesz  prowadzić 

lekcję. Wiesz znacznie więcej niż dzieci, które zaczynają się w to 
bawić.   Wiesz,   co   cię   czeka.   I   pamiętaj,   jeśli   w   którymkolwiek 
momencie będziesz chciała się wycofać, zrób to. Przyrzekam ci, nie 
będę na ciebie zły, i uszanuję, że nie mogłaś przejść przez tę próbę za 
pierwszym razem.

Rory   poczuła   znowu   to   delikatne,   promieniujące   ciepło. 

Właściwie   miała   je   w   sobie   cały   czas.   Opierając   ręce   na   jego 

background image

barkach, próbowała delikatnie opuścić się na to, co było tak sztywne 
i twarde, ale przecież stanowiło część jego ciała. Zmarszczyła brwi w 
skupieniu. Kane czuł, jak oblewa go pot. Zaklął cicho i Rory zamarła 
na chwilę, jakby obawiając się, że zrobiła coś niewłaściwego.

Naprawdę praktyka była dużo trudniejsza od teorii.
Kane westchnął głęboko.
Rory zdawała sobie sprawę, że to będzie najtrudniejsze. Kane 

też. Poruszyła lekko biodrami. Poczuła, jakby coś ją jednocześnie 
kłuło i pociągało w dół. Zamknęła oczy,  przesunęła znów biodra, 
przymierzając   się   po   raz   ostatni   i   usiadła   jednym   zdecydowanym 
ruchem. Przygryzła wargi, tłumiąc okrzyk bólu. Kane jęknął głośno i 
przyciągnął ją do siebie tak mocno, że ledwie mogła oddychać.

- Och, moja słodka, słodka Rory. Teraz poczekaj. Nie ruszaj 

się. Myślę, że niedługo przestanie cię boleć.

Już przestało boleć. Czuła się taka pełna, ale nie było to tylko 

fizyczne odczucie. Czuła się pełna także w innym sensie. Powolnym 
ruchem Kane ujął jej twarz w dłonie i spojrzał w oczy Rory z pełnym 
radości   uśmiechem.   Potem   pocałował   ją   i   trzymając   mocno   w 
ramionach obrócił tak, że leżała pod nim na plecach. Wtedy zaczął 
się poruszać; najpierw powoli, a potem coraz szybciej...

Znowu poczuła  ten  płomień,  który spalał  ją całą,  i znowu 

odczuwała   tę   niewiarygodną   rozkosz,   tak   samo   cudowną   jak 
wcześniej, tylko inną. Ta różnica była  również cudowna. Dopiero 
kiedy ciało Kane'a wygięło się nagle w łuk i usłyszała jego gardłowy 
jęk,   zdała   sobie   sprawę,   że   przez   cały   czas   się   uśmiecha.   Kane 
powoli odwrócił się na bok. Wtuliła się w jego ramiona i natychmiast 
usnęła.

Kane budził się kilkakrotnie w ciągu nocy. Przyglądał się jej 

w słabym  świetle, sączącym  się przez okna. Był  kiedyś  w szkole 
najlepszy z matematyki, bez problemów zdał egzamin maturalny i 
mógł wstąpić do służby wojskowej w lotnictwie, tak jak jego ojciec. 
Kiedy przestał latać, w jego życiu, podobnie jak w czasach służby w 
lotnictwie,   okresy   napięcia   przeplatały   się   z   chwilami   znudzenia. 
Pisał   swoje   książki,   wciąż   niespokojny,   wciąż   szukający   czegoś, 
czego nie umiał nawet nazwać.

Aż wreszcie znalazł. Dzięki Bogu, miał dość rozumu, żeby 

background image

zrozumieć to w porę i zdobyć ukochaną, mimo tylu przeszkód.

Chciał ją zbudzić i kochać się z nią znowu, ale wiedział, że to 

zły pomysł. Może sprawić jej ból. Wstał cicho i sięgnął do swojej 
torby po notatnik. Potem wziął prysznic, ubrał się i zabrał się do 
pisania.

Rory spała dalej, uśmiechając się czasami we śnie. Nie były 

to   smutne   uśmiechy.   Kane   widział   każdy   z   nich,   co   chwila 
popatrując na kobietę śpiącą obok od niego.

W końcu położył list na stoliku przy łóżku, stawiając na nim 

na wpół opróżnioną filiżankę czekolady. Gdy Rory się zbudzi, on 
będzie już w drodze, marząc o chwili, kiedy z powrotem znajdzie się 
w jej ramionach.

Wolałby rzucić w diabły te swoje obowiązki, ale dał Rossowi 

słowo.

Jeszcze raz popatrzył  na Rory, pochylił  się i pocałował ją, 

szepcząc:

- Moja kochana, nie wiem, jak to się stało, ale rzuciłaś na 

mnie jakiś urok.

Tak  wiele  przeżył  już w życiu,  w powietrzu  i  na ziemi,  i 

wszystko to rozpłynęło się jak we mgle przy zwykłej nauczycielce z 
podstawówki,   z   piegami   i   wystającymi   kolanami,   która   swoim 
uśmiechem mogła skruszyć skałę.

Za   parę   godzin   Rory   obudzi   się,   rozejrzy   wokół   i   pewnie 

będzie niespokojna, nie widząc go przy sobie. Ale przecież potem 
przeczyta   list   i   wszystko   zrozumie.   Kiedy   znów   do   niej   wróci, 
porozmawiają poważnie. O przyszłym wspólnym życiu, o tym, gdzie 
będą mieszkali. Razem. Na zawsze.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Rory obudziła się, słysząc jakieś brzęczenie.
- Dobrze już, dobrze - mruczała, wyciągając rękę w stronę, 

gdzie zwykle stał jej budzik. Brzęczenie trwało nadal; towarzyszył 
mu delikatny dźwięk tłukącej się porcelany. Otworzyła jedno oko. 
Blask   słońca   oświetlał   pokój   przez   rozsunięte   zasłony.   To   było 
oślepiające światło.

Była   w   obcym   pokoju.   Usiadła   na   łóżku,   kątem   oka 

zauważając przewróconą na stoliku obok filiżankę. Powoli zaczęła 
uświadamiać sobie wszystko. Rozejrzała się, szukając telefonu.
W chwili kiedy naga i bosa dobiegła wreszcie do aparatu, dzwonek 
umilkł.

-   Szlag   by   to   trafił   -   wymruczała,   ściągając   z   łóżka 

prześcieradło,   aby   się   nim   okryć.   Opadła   na   pokryte   różowym 
adamaszkiem krzesło i próbowała zebrać myśli.

Kane.   Na   miły   Bóg,   gdzie   on   się   podział?   Jeśli   go   tu 

naprawdę nie ma, to dlaczego zniknął? Przecież nie wyobraziła sobie 
tego wszystkiego, to niemożliwe.

Stojąc pod letnim prysznicem, powracała myślami do tego, 

co się zdarzyło.  Przypomniała  sobie, jak nagle zaczęła mieć dość 
Charlesa i jego mamusi, jak doprowadziła ją do szału cała rodzinka 
Hubbardów i jak przestało ją bawić uszczęśliwianie całego świata.
Kto to kiedyś powiedział?

Kane.   Kane   mówił   jej   jeszcze   mnóstwo   innych   rzeczy. 

Normalny człowiek, myślała, mógłby przypuszczać, że jeśli kobieta i 
mężczyzna otwierają przed sobą wszystko, serce, duszę i ciało, to 
zwykła   uprzejmość   wymaga   poczekania   na   chwilę,   kiedy   można 
powiedzieć sobie „dzień dobry" i „do widzenia". Co najmniej tyle.

Myślała również o tym, co zaszło między nimi ubiegłej nocy 

i co zmieniło  ją całą  na zawsze. Myślała  o rzeczach,  które Kane 
powiedział i których nie powiedział. Nie powiedział, na przykład, że 
kocha ją z całej duszy i że chce, żeby została jego żoną. Nie prosił, 
żeby była  z  nim przez  całe  życie.  Takie  rzeczy się  wtedy mówi, 
podobno...

Czuła się obolała. Wszędzie. Na zewnątrz i w środku. Ale to 

background image

była  jej   wina.  Zakochała   się w  tym   mężczyźnie  od  chwili,  kiedy 
zobaczyła go po raz pierwszy. Pewnie miała to wypisane na twarzy; 
nigdy nie umiała niczego ukrywać. Zobaczył to i wykorzystał, choć 
mogłaby przysiąc, że człowiek, w którym się zakochała, nie byłby 
nigdy zdolny odejść w ten sposób.

Ale Kane to zrobił.
Choć   w   gruncie   rzeczy   nie   on   był   uwodzicielem.   Ona   go 

uwiodła. Kane nie mówił o miłości, nie używał takich słów. To ona 
w swej beznadziejnej głupocie wzięła to, co widziała w jego oczach, 
za   miłość.   To   było   tylko   zwyczajne   pożądanie.   Takie,   o   jakim 
mówiła jej babcia. Takie, dla którego Sunny uciekła z domu w wieku 
lat szesnastu, żeby żyć z mężczyzną, który do tej pory nie został jej 
legalnym mężem.

Długo jeszcze siedziała przy stoliku, wbijając ponuro wzrok 

w niewielką rysę na gładkiej politurze. Potem popatrzyła na telefon, 
zastanawiając   się,   kto   mógł   do   niej   dzwonić.   Nikt   nie   wiedział 
przecież, gdzie przebywa. Poza Kane'em, oczywiście. Tylko po co 
dzwonił, jeśli tak niedawno był z nią i mógł był powiedzieć to, co 
miał jej do powiedzenia, prosto w oczy?

Płakała potem przez jakiś czas. Jeśli kobieta zejdzie na złą 

drogę po raz pierwszy w życiu, przynajmniej to jej się należy. Potem, 
ponieważ mimo wszystko zostało jej trochę rozsądku, wstała, ubrała 
się   w   swój   żakardowy   ślubny   kostium   i   upięła   wciąż   jeszcze 
wilgotne włosy w kok z tyłu głowy.

Posłała łóżko, uporządkowała łazienkę i aż skrzywiła się na 

widok   tego,   co   działo   się   na   stoliku   obok   łóżka.   Dzięki   Bogu, 
czekolada   nie   rozlała   się   na   dywan.   Hotelowe   wieczne   pióro   i 
notatnik   były   całkiem   zalane.   Obok   leżała   jakaś   zapisana   kartka. 
Pewnie rachunek za to, co zamawiała do pokoju.

Trzymając   kartkę   za   mokry   koniec,   wrzuciła   ją   do   kosza. 

Dopłatę za pobyt w hotelu ureguluje potem przelewem. 

Zaciskając drżące wargi, spojrzała jeszcze raz na ; telefon, 

jakby chciała go zmusić,  żeby zadzwonił znowu. To pewnie była 
pomyłka... Ale jeśli to Kane... Jeśli to jednak był on?... 

Telefon nie zadzwonił i Rory nie była już w stanie zostać 

dłużej w tym pokoju. Doba hotelowa kończyła się w południe i nie 

background image

było ją stać na to, żeby przebywać tu dłużej. Stanowczym ruchem 
ujęła walizkę, zamknęła za sobą drzwi i skierowała się do windy.

Furgonetka nadal stała przed domem. Próżne na- I dzieje, że 

Hubbardowie   wyjechali   i   że   będą   jej   oszczędzone   wykrętne 
tłumaczenia.

- Przyjechałam! - krzyknęła, stojąc na ganku przed drzwiami.
Sunny wyłoniła się z kuchni, ciągnąc za sobą ziemniaczany 

pęd. W jednej ręce miała słoik po dżemie, w drugiej duże nożyczki.

-   Moje   kochane   maleństwo!   -   krzyknęła,   rozpościerając 

szeroko ramiona i oblewając wodą dywan w salonie. - Wiedziałam, 
że   pójdziesz   wreszcie   po   rozum   do   głowy.   Jeśli   twoja   Wenus 
tranzytuje akurat twojego Urana, w trygonie do...

- Sunny,  proszę cię... - Rory postawiła na podłodze swoje 

bagaże,   uściskała   matkę   i   cofnęła   się.   -   Żadnych   trygonów   i 
tranzytów jeszcze przez chwilę, dobrze? Chciałabym napić się kawy, 
zdjąć   z   siebie   te   odświętne   szaty   i   przebrać   się   w   coś 
wygodniejszego. Gdzie jest reszta rodzinki?

- Ach, wiesz, tu niedaleko jest sklep ze zdrową żywnością, 

więc Ewa i Peace zabrały Billa na zakupy. Misty pokazuje Maddie, 
jak się robi kompost, a Fauna...

- Gdzie jest Fauna? - zapytała Rory, zdając sobie sprawę, że 

matka   nagle   zamilkła.   -   Chyba   nie   wróciła   do   Richmond? 
Chciałabym z nią pogadać.

Nie chciała rozmawiać z Peace, mimo że siostra była już dwa 

razy zamężna, ani z Misty, która mieszkała dotąd tylko z jednym 
chłopakiem, zanim ten zaciągnął się do Korpusu Pokoju. Fauna była 
najlepszym   ekspertem.   Ona   wiedziała   wszystko   o   tych   damsko-
męskich historiach. Tylko Fauna jej powie, co naprawdę znaczyło to, 
co zdarzyło się jej ubiegłej nocy.

- No, cóż... przypuszczam, że wcześniej czy później o tym się 

dowiesz   -   odparła   Sunny   ze   smutnym   uśmiechem.   -   Co   za 
przepiękny   kostium,   czy   ci   to   już   mówiłam?   Może   nie   całkiem 
odpowiedni na ślub, ale na uroczyste okazje... znakomity. Jest w nim 
coś romantycznego.

- Mamo... powiedz mi wreszcie, co dzieje się z Fauną? Jeśli 

zrobiła coś okropnego, i tak się w końcu o tym dowiem.

background image

- No... wiesz, to może nie jest takie okropne. To może być 

tylko... kłopotliwe, ale, kochanie, i tak wszyscy wiedzieliśmy, że to 
się musi stać. Widzisz, Fauna jest spod znaku Byka, mimo wszystko, 
a on jest Koziorożcem, i jej Księżyc jest prawie dokładnie na jego...

- Mamo!
- No dobrze, dobrze. O co mnie pytałaś?
- Pytałam cię, gdzie jest Fauna.
- Próbuję ci właśnie to wyjaśnić - odparła Sunny tonem, który 

dziwnie   przypominał   głos   babci   Truesdale.   -   Fauna   jest   w   North 
Wilkesboro. Charles ma tam bardzo ważnego klienta i...

-   Chcesz   powiedzieć,   że   ona   pojechała   z   Charlesem?   - 

zapytała Rory, myśląc o tym, że Charles nigdy jej nie zabierał w 
swoje służbowe podróże.

- Tam jest podobno taka miła restauracja, gdzie podają...
- Fauna i Charles?
-   Próbowałam   ci   to   wytłumaczyć.   Pewne   astrologiczne 

konfiguracje   potrafią   spowodować   tak   spontaniczne   wzajemne 
przyciąganie.   Chociaż   nie   jestem   pewna,   czy   to   nie   jest   raczej 
karmiczne rozpoznanie...

Ale Rory już tego nie słuchała. Fauna i Charles. Jej mała, 

leniwa,   żyjąca   na   totalnym   luzie   siostra,   specjalistka   od   tańca 
brzucha, i ten sztywny, bezduszny manekin, Charles William Edward 
Banks III. Czy może Edward William?

W trzy dni później  wzajemne  układy zaczęły mieć  pozory 

pewnej stabilizacji. Charles i Fauna wrócili nad ranem i ponieważ 
nikt nic nie mówił,  Fauna wspomniała o szkole tańca w Winston 
Salem, którą miała zamiar odwiedzić. Charles tylko się uśmiechał.

Rory wprawdzie się nie uśmiechała, ale też nie płakała zbyt 

wiele,   poza   tymi   chwilami,   kiedy  była   sama.   No  i   co   z   tego,   że 
budziła   się   z   bólem   w   sercu   i   w   duszy?   Przynajmniej   żołądek 
przestał jej wreszcie dokuczać.

Była prawie gotowa do przeprowadzki. Jeszcze nie znalazła 

sobie   nowego   mieszkania.   Trochę   się   niepokoiła,   bo   powinna   to 
załatwić, zanim zacznie się rok szkolny. Co za ironia losu; mogłaby 
przecież teraz tu zostać, ale Charles podpisał już umowę z następnym 
lokatorem.

background image

Skończyła  właśnie   oglądać   cykliczny  program   w telewizji, 

który dawniej uznałaby za mało przyzwoity. Teraz guzik ją wszystko 
obchodziło.   Na   podjeździe   przed   domem   rozległ   się   zgrzyt   kół 
samochodu. Zaciekawiona podeszła do drzwi. O tej porze były już 
zamknięte na haczyk. Zapaliła światło na ganku.

Nagle serce poskoczyło jej do gardła.
- Nie bądź głupia - szepnęła do siebie. Kane wyjechał już tak 

dawno   i   ani   razu   nie   dał   znaku   życia.   Nawet   już   się   tego   nie 
spodziewała. Wiedział, że wesele zostało odwołane. Po co miałby 
wracać do Tobaccoville?

Przed domem stał ciemny, długi samochód. W jego wnętrzu 

zapaliło   się   światło,   ale   zanim   zdążyła   cokolwiek   zobaczyć, 
drzwiczki otwarły się i ukazała się w nich znajoma wysoka postać.

Rory ścisnęła futrynę drzwi aż do bólu.
- Kane? - wyszeptała.
- Rory?  - Kiedyś  może  przypuszczałaby,  że w jego głosie 

słychać było wahanie, ale teraz serce mówiło jej, że tak nie jest. W 
jego kołyszącym się, zmysłowym męskim kroku nie było żadnego 
wahania. Zresztą zanim zdążyłaby zadać mu jakiekolwiek pytanie, 
zrodzone w skołatanej głowie, była już w jego ramionach.

Te same niewiarygodnie słodkie usta, o których śniła każdej 

nocy, spoczęły na jej wargach. Te same silne ramiona przycisnęły ją 
do szczupłego, twardego ciała. Te same dwa serca biły teraz jednym 
rytmem, zamieniając chęć w rosnący głód, a głód w natychmiastową 
potrzebę.

- O Boże, jak mi ciebie brakowało - wymruczał Kane, całując 

jej szyję. Porwał Rory na ręce i otwierając sobie drzwi ramieniem, 
wszedł do środka, zanim zdołała złapać oddech.

- Gdzie ty,  u diabła, byłaś?  Dzwoniłem setki razy,  a jakiś 

idiota mówił mi, że twój telefon już jest wyłączony!

-   Bo   widzisz,   ja   się   wyprowadziłam...   to   znaczy, 

powiedziałam im, że wyprowadzam się pierwszego i w związku z 
tym wyłączyli mój telefon.

- To już nieważne - powiedział. - Już tu jestem. - Postawił ją 

obok łóżka i pocałował. To trwało długo, bardzo długo, bo tyle mieli 
sobie do powiedzenia  tego, co nie da się wypowiedzieć  słowami. 

background image

Najpierw gwałtownie, potem już delikatniej, usta Kane'a wpijały się 
w jej wargi. Bez słów opowiadał jej o swoim niepokoju, o swojej 
tęsknocie   i   samotności.   O   strachu,   kiedy   wyobrażał   sobie   ich 
spotkanie, i o jeszcze większym lęku, kiedy obawiał się, że jej nie 
zastanie.

- Chciałem już wynająć samolot, ledwie wysechł atrament na 

kontrakcie,   ale   mój   agent   załatwił   mi   bilet   na   samolot   w   ciągu 
godziny.   Boże,   potem   jeszcze   musiałem   tu   jechać   z   lotniska   w 
Greensboro!

Rory   wolała   już   o   tym   nie   myśleć.   Podniosła   głowę   i 

popatrzyła mu w oczy. Nic już dla niej nie miało znaczenia. Ważne 
było tylko to, że Kane jest znowu przy niej, i czy to było rozsądne 
czy nie, kochała go takiego, jakim był i takiego, jakim kiedykolwiek 
będzie.

I   on   to   wiedział,   nie   potrzebując   jej   zapewnień.   Zaczął 

całować ją tak, jakby chciał wypić z jej warg całą słodycz. Całował 
ją   czule   i   delikatnie,   jakby   chciał   ukoić   ten   ból   i   wszystkie 
wątpliwości, z którymi została, kiedy odjechał tak nagle.

-   Nie   powiedziałem   ci,   dlaczego   wyjechałem,   ale   przecież 

wiedziałaś, prawda? Ten mój list... obawiałem się, że list może nie 
przekazać ci wszystkiego...

Jego list? Jaki list? Zresztą co to za różnica, jeśli wrócił, jest 

tutaj, całuje ją tak, że Rory traci już wszystkie zmysły, rozpina jej 
bluzkę i zdejmuje ją z ramion, i...

-   Kane,   co   robisz?   -   jęknęła,   kiedy   zsunął   jedwabne 

ramiączka stanika i ściągnął biustonosz aż do pasa.

-   Nie   umiesz   zgadnąć?   Nie   pamiętasz   już   moich   lekcji?   - 

Ujmując w dłonie jej piersi, pocałował ją znowu w rozpalone usta, a 
potem tylko patrzył tak, jakby nigdy w życiu nie widział kobiety.

- Jak ty to robisz, że czuję to, co czuję? - szepnęła.
- Nie wiem - odpowiedział po prostu. -1 nie wiem, jak ty to 

robisz, że ja czuję to samo, i że nie byłem w stanie przestać myśleć o 
tobie   od   chwili   kiedy,   wzdychając   rozpaczliwie,   szorowałaś   ten 
ganek w środku nocy.

Przyciągnął ją do siebie ze wszystkich sił, przyciskając do 

swego ciała jej nagie piersi. Czuł teraz, że nie ma na całym świecie 

background image

rzeczy, której pragnąłby mocniej, niż być tutaj z tą kobietą, robić 
dokładnie  to, co teraz  robił, czyli  całować ją z tą całą  miłością  i 
tęsknotą, jakie drzemały w jego duszy przez trzydzieści siedem lat 
ciężkiego życia.

To   jeszcze   nie   było   wszystko.   Oboje   wiedzieli,   że   to   nie 

wszystko.  Ubranie Kane'a opadło na podłogę w ślad za ubraniem 
Rory,   która  znalazła  się  w jego ramionach  na  pachnącej  lawendą 
białej pościeli swego panieńskiego łóżka.

To działo się naprawdę. Tym razem nie była to wywołana 

winem fantazja.

Nie   było   już   tej   niepewności   i   paraliżującego   napięcia. 

Otwarła dla niego ramiona i Kane znalazł się w nich tak, jak śniła 
tysiące razy. Tylko że to nie był sen.

Czekała na niego, spragniona i gotowa. Czekała na niego całe 

swoje życie - gotowa na jego przyjęcie, choć kiedyś pomyliła się, nie 
wiedząc, na kogo naprawdę czeka, i było już prawie za późno.

Czuła jego napierającą męskość tam, gdzie otwierała się dla 

niego jako kobieta. Wyciągnęła rękę i dotknęła go. On wiedział o 
niej o wiele więcej niż ona wiedziała o nim; zapragnęła nagle poznać 
go i poczuć, jaki jest.

Kane drgnął gwałtownie.
- Święci patroni, co ty chcesz ze mną zrobić?
- Jeśli ty możesz mnie dotykać, to ja też tego chcę. Jestem... 

ciekawa. Czy to źle?

-   Najdroższa   moja,   jeśli   będziesz   sobie   życzyła   luster   na 

suficie i ilustrowanego podręcznika, to je dostaniesz, ale czekałem na 
ciebie prawie tydzień, i nie wiem, czy wytrzymam dłużej.

Zamknął oczy i starał się zrobić wszystko, żeby przeczekać tę 

eksplorację,   ale   dotknięcie   jej   drobnej   dłoni,   obejmującej   go   tak 
mocno,   wystawiało   go   na   najtrudniejszą   próbę.   Po   chwili, 
odpychając łokciem na bok jej ramię, osunął się na nią całym ciałem, 
aż   jego   pulsująca   gwałtownie   męskość   została   uwięziona   między 
dłonią Rory i delikatną powierzchnią jej brzucha. Modlił się tylko o 
to,   aby   nie   wprawić   jej   w   zakłopotanie,   zanim   zaspokoi   swoją 
ciekawość.

Desperackim   ruchem   przewrócił   się   na   bok,   trzymając   ją 

background image

nadal w ramionach. Sięgnął pomiędzy ich rozpalone ciała, znalazł 
właściwe miejsce i zaczął swoją własną eksplorację.

Rory głośno westchnęła. Jej ręka zamarła w bezruchu i Kane 

wreszcie mógł działać swobodnie.

- Rory... kochanie...

Jego   palce   wolno   poruszały   się,   dotykając   jej   delikatnych, 
wilgotnych płatków. Wtem usłyszał drżący, urywany okrzyk, poczuł, 
jak jej ciałem wstrząsa spazm rozkoszy i ogarnęła go taka duma, jak 
jeszcze nigdy w życiu. To była jego kobieta. Umiał to dla niej zrobić. 
Ofiarować to, czego inny mężczyzna nie dał jej nigdy dotąd. Czy to 
był egoizm, czy nie, czuł wewnętrzne zadowolenie, że Rory należy 
do niego. Stworzona po to, żeby go kochać, stworzona po to, żeby 
być kochaną wyłącznie przez niego, dopóki śmierć ich nie rozłączy. 
A jeśli potem będzie coś jeszcze, to tym lepiej.

Oboje wznosili się teraz tam, gdzie wreszcie czekało na nich 

spełnienie. Potem opadli wolno z powrotem na ziemię, tak cudownie 
zmęczeni, tak bardzo szczęśliwi.

Gdy Rory obudziła się, ujrzała, jak Kane, oparty na łokciu, 

przygląda się jej z uśmiechem. Zamrugała powiekami i zapytała:

- Nie możesz spać?
- Zastanawiam się nad czymś.
- Aż boję się zapytać - powiedziała, ale tak naprawdę już się 

nie bała. Sunny powiedziała jej, jeszcze przed ucieczką do hotelu, że 
wszystko ułoży się tak, jak powinno, a Sunny, cokolwiek by mówić 
ojej ezoterycznej wiedzy, rzadko myliła się w takich sprawach.

-   Co   byś   powiedziała   na   przeprowadzkę   do   New   Jersey? 

Myślę, że podobałoby ci się w Cape May.

- Ja mam tutaj pracę.
- To żaden problem. Ja też mam pracę, ale mogę wykonywać 

ją   wszędzie.   Moglibyśmy   znaleźć   sobie   coś   w   tej   okolicy, 
powiedzmy   na   rok,   a   potem   przenieść   się   gdzie   indziej...   Może 
zresztą będzie nam tu na tyle dobrze, że postanowimy osiedlić się 
tutaj na stałe?

- Czy ty zawsze jesteś taki ustępliwy?
- Tylko wtedy, kiedy mam na to ochotę.
Rory uśmiechnęła się. Jeśli Skorpion zechce się zgadzać z 

background image

Rakiem, to może i Rak nie będzie się upierał, żeby zawsze chodzić 
do tyłu. Do przodu też potrafi, za takim wspaniałym Skorpionem...


Document Outline