background image

J

J

ACK

ACK

 H

 H

IGGINS

IGGINS

 

 

C

C

ZAS

ZAS

 

 

UMIERANIA

UMIERANIA

 

 

C

C

YKL

YKL

: P

: P

AUL

AUL

C

C

HAVASSE

HAVASSE

 

 

TOM

TOM

 6

 6

P

P

RZEŁOŻYŁA

RZEŁOŻYŁA

: DANUTA GÓRSKA

: DANUTA GÓRSKA

T

T

YTUŁ

YTUŁ

 

 

ORYGINAŁU

ORYGINAŁU

: A FINE NIGHT FOR DYING

: A FINE NIGHT FOR DYING

AMBER

AMBER

background image

Rozdział I  

Nocna przeprawa 

Czasami Jean Mercier zastanawiał się, czy życie w ogóle ma 

jakiś   sens.   Właśnie   teraz   zadawał   sobie   to   pytanie.   Gdzieś   w 
ciemnościach, daleko od łodzi, znajdował się brzeg, którego nie 
widział, ryzyko, którego nie potrafił ocenić, a brak nawigacyjnych 
świateł pogarszał sprawę.

Wiatr, który dotarł tu aż z Uralu, hulał nad zatoką St.Malo, 

piętrzył spienione fale, rozbryzgiwał wodę na szybach sterówki. 
Mercier   zmniejszył   obroty   silnika   i   nieznacznie   zmienił   kurs. 
Wytężał wzrok w ciemności, czekając na umówione światło niczym 
na znak z niebios.

Niezręcznie, jedną  ręką skręcił papierosa,  świadom  drżenia 

palców, którego nie potrafił opanować. Był zmarznięty, zmęczony i 
bardzo wystraszony, ale płacono mu dobrze, gotówką na rękę i bez 
podatku - więcej, niż mógł zarobić przez trzy miesiące łowienia ryb. 
Kiedy człowiek ma chorą żonę na utrzymaniu, musi brać, co się 
nawinie, i dziękować losowi.

Światło błysnęło trzykrotnie i zgasło tak szybko, że Mercier 

przez chwilę nie był pewien, czy wzrok nie spłatał mu figla. Ze 
znużeniem przesunął ręką po oczach. Światło znowu zamigotało. 
Obserwował trzeci rozbłysk jak zahipnotyzowany, potem otrząsnął 
się i tupnął w podłogę sterówki. Na schodach rozległy się kroki i 
pojawił się Jacaud.

Znowu pił. Merciera zemdliło lekko, kiedy w czystym słonym 

powietrzu   rozszedł   się   przenikliwy,   kwaśny   zapach.   Jacaud 
odepchnął go na bok i przejął ster. Gdzie to jest? warknął.

Odpowiedział mu kolejny błysk daleko w przedzie, trochę po 

lewej. Jacaud kiwnął głową, zwiększył szybkość i zakręcił sterem. 
Kiedy   łódź   skoczyła   w   ciemność,   wyjął   z   kieszeni   nie   dopitą 
butelkę rumu, przełknął resztkę zawartości i cisnął pustą flaszkę 

background image

przez otwarte drzwi. W świetle padającym od kompasu wydawał 
się   pozbawiony   ciała   sama   głowa   pływająca   wśród   mroków, 
makabryczny żart. Była to twarz zwierzęcia, bestii chodzącej na 
dwóch   nogach:   małe   świńskie   oczka,   spłaszczony   nos,   rysy 
pogrubione przez lata pijaństwa i chorób.

Mercier   wzdrygnął   się   mimo   woli   po   raz   setny,   a   Jacaud 

wyszczerzył zęby.

- Masz stracha, co, mały?
Marynarz   nie   odpowiedział.   Jacaud   złapał   go   za   włosy   i 

przyciągnął   bliżej,   nie   zdejmując   drugiej   ręki   z   koła   sterowego. 
Mercier krzyknął z bólu, a Jacaud znowu się roześmiał.

- To dobrze, że masz stracha. Teraz idź i przygotuj ponton. 

Wypchnął go brutalnie przez otwarte drzwi. Mercier chwycił się 
relingu, żeby nie wypaść za burtę. W oczach miał łzy gniewu i 
upokorzenia,   kiedy   wymacywał   sobie   po   ciemku   drogę   przez 
pokład. Ukląkł na jedno kolano obok gumowego pontonu, wyjął z 
kieszeni sprężynowy nóż i po omacku znalazł linę mocującą ponton 
do pokładu. Przepiłował linę, a potem dotknął kciukiem ostrego jak 
brzytwa   noża,   myśląc   o   Jacaudzie.   Wystarczyłoby   jedno   mocne 
pchnięcie, ale na samą myśl o tym wnętrzności Merciera skurczyły 
się ze strachu. Pospiesznie zamknął nóż, wstał i czekał przy relingu.

Łódź zanurzyła się w ciemność i światło błysnęło jeszcze raz. 

Kiedy Jacaud zgasił silnik, łódź zwolniła i zaczęła dryfować bokiem 
w stronę plaży odległej o sto jardów, obrysowanej fosforyzującym 
pasem przy bój u. Mercier rzucił kotwicę, kiedy Jacaud podszedł do 
niego.   Potężny   mężczyzna   sam   spuścił   ponton   na   wodę   i 
przyciągnął go linką.

Wyskakuj   powiedział   niecierpliwie.   -   Nie   chcę   tu   długo 

sterczeć.

Woda   chlupotała   na   dnie   pontonu,   zimna   i   przejmująca 

dreszczem. Mercier ujął dwa drewniane wiosła i odbił od burty 
łodzi. Znowu czuł strach, jak zawsze, ponieważ plaża stanowiła 
nieznane   terytorium,   chociaż   odwiedzał   ją   wcześniej   w 

background image

identycznych   okolicznościach   przynajmniej   pół   tuzina   razy.  Ale 
zawsze miał uczucie, że tym razem będzie inaczej - że policja już 
czeka. Że wsadzą go do więzienia na pięć lat.

Ponton nagle uniósł się na fali, balansował przez chwilę, po 

czym przemknął przez spienioną linię przyboju i zatrzymał się na 
przybrzeżnych kamieniach.

Mercier wciągnął wiosła, wyskoczył za burtę i obrócił ponton 

dziobem   w   stronę   morza.   Kiedy   się   wyprostował,   snop   światła 
rozdarł ciemności, oślepiając go na chwilę.

Podniósł rękę obronnym  gestem. Światło  zgasło i spokojny 

głos powiedział po francusku:

- Spóźniłeś się. Ruszajmy.
To był znowu ten Anglik, Rossiter. Chociaż prawie bezbłędnie 

mówił  po   francusku,  Mercier  rozpoznał  go  po   akcencie.  Jedyny 
znany   mu   człowiek,   przed   którym   Jacaud   czuł   respekt.   W 
ciemności   był   zaledwie   cieniem,   tak   jak   towarzyszący   mu 
mężczyzna. Zamienili kilka słów po angielsku, w języku, którego 
Mercier nie znał, potem drugi mężczyzna wskoczył do pontonu i 
przysiadł   na   dziobie.   Mercier   również   wsiadł,   spuścił   wiosła,   a 
Rossiter wypchnął ponton za pierwszą falę i wdrapał się po burcie 
do środka.

Kiedy dobili do łodzi, Jacaud czekał przy relingu na rufie. Jego 

cygaro żarzyło się słabo w ciemnościach. Pasażer wsiadł pierwszy, a 
za nim ruszył Rossiter z walizką. Zanim Mercier wszedł na pokład, 
Anglik   i   pasażer   znikli   na   dole.   Jacaud   pomógł   marynarzowi 
wciągnąć ponton przez burtę, zostawił go przywiązującego linki i 
wrócił do sterówki. W chwilę później silnik zamruczał cicho i łódź 
wypłynęła na morze.

Mercier skończył przywiązywać ponton i przeszedł na dziób, 

żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku. Rossiter przyłączył się 
do Jacauda i obaj stali za kołem sterowym. Chuda, delikatna twarz 
Anglika   ostro   kontrastowała   z   paskudną   gębą   Jacauda   dwie 
przeciwne   strony   medalu,   dżentelmen   i   zwierzę.   A   jednak 

background image

wydawali się całkowicie ze sobą zgadzać, czego Mercier nigdy nie 
mógł zrozumieć.

Kiedy   przechodził   obok   sterówki,   Jacaud   powiedział   coś 

zniżonym głosem i obaj wybuchnęli śmiechem. Nawet w tym się 
różnili   -   wesoły   chichot   Rossitera   dziwnie   przeplatał   się   z 
gardłowym,   grubym   rechotaniem   Jacauda   -   a   przecież   jakoś   do 
siebie pasowali.

Mercier zadrżał i zszedł pod pokład, do kambuza.
Przez  większość  drogi  morze  było  zdumiewająco   spokojne, 

chociaż   kanał   La   Manche   ma   fatalną   opinię,   ale   przed   świtem 
zaczai padać deszcz. Kiedy zbliżali się do angielskiego brzegu, za 
sterem   znów   stał   Mercier.   Powitała   ich   ściana   skłębionej   mgły. 
Mercier tupnął w pokład. Po chwili pojawił się Jacaud. Wyglądał 
okropnie, oczy miał czerwone i zapuchnięte z braku snu, twarz 
szarą i obwisłą.

- Co tam znowu? Marynarz pokazał mu mgłę.
- Nie wygląda za dobrze.
- Jak daleko jesteśmy?
- Sześć czy siedem mil.
Jacaud kiwnął głową i odepchnął go na bok.
- Okay, zostaw to mnie.
W drzwiach pojawił się Rossiter.
- Kłopoty?
Jacaud potrząsnął głową.
- Poradzę sobie.
Rossiter podszedł do relingu i stał tam z twarzą bez wyrazu, 

ale   nieznaczne   drganie   mięśnia   w   prawym   policzku   zdradzało 
narastające   w   nim   napięcie.   Odwrócił   się   i   potrącając   Merciera 
zszedł pod pokład.

Mercier postawił kołnierz marynarskiej kurtki, wepchnął ręce 

w   kieszenie   i   stanął   na   dziobie.   W   szarym   świetle   wczesnego 
poranka łódź wyglądała jeszcze gorzej niż zwykle, dokładnie tak, 
jak powinna - zniszczona rybacka łódź biedaka, z więcierzami na 

background image

homary   spiętrzonymi   nieporządnie   na   rufie   obok   gumowego 
pontonu,   z   sieciami   rozwieszonymi   na   obudowie   silnika.   Lekki 
deszczyk zraszał wszystko kroplami wilgoci. Potem pochłonęła ich 
mgła,   szare   macki   musnęły   twarz   Merciera,   zimne   i   lepkie, 
nieczyste jak dotyk trupa.

Strach powrócił, tak silny, że powodował drżenie nóg i bolesne 

skurcze   żołądka.   Marynarz   otarł   usta   wierzchem   dłoni   i   zaczai 
skręcać papierosa, usiłując powstrzymać drżenie palców.

Łódź   prześliznęła   się   przez   szarą   kurtynę.   Dalej   powietrze 

było czyste. Bibułka do papierosów sfrunęła na pokład. Mercier 
wychylił się do przodu i uczepił relingu. Dwieście jardów dalej w 
zimnym   świetle   przesuwał   się   smukły   szary   kształt,   wyraźnie 
zamierzający przeciąć im drogę.

Jacaud zmniejszył już szybkość, kiedy Rossiter znów pojawił 

się na pokładzie. Podbiegł do relingu i zatrzymał się, osłaniając ręką 
oczy przed deszczem. W szarym brzasku rozbłysnął sygnał. Anglik 
odwrócił się z ponurą twarzą.

- Sygnalizują, że chcą wejść na pokład. To ścigacz torpedowy 

Królewskiej Marynarki. Wynosimy się stąd.

Mercier złapał go za rękaw i powiedział głosem zdławionym 

przez narastającą panikę:

-   Te   ścigacze   robią   trzydzieści   pięć   węzłów,   monsieur.   Nie 

mamy żadnych szans. Rossiter chwycił go za gardło.

-   Siedem   lat,   tyle   dostaniesz,   jeśli   złapią   nas   z   nim   na 

pokładzie. Teraz zejdź mi z drogi.

Kiwnął głową Jacaudowi, przebiegł przez pokład i znikł na 

dole.   Silnik   ryknął,   kiedy   Jacaud   dał   pełny   gaz   i   jednocześnie 
zakręcił kołem sterowym.  Łódź przechyliła się na burtę, niemal 
stanęła w miejscu, po czym zanurkowała we mgłę.

Szare   ściany   otoczyły   ich   i   zasłoniły   ze   wszystkich   stron. 

Drzwi prowadzące pod pokład rozwarły się z trzaskiem. Pojawił się 
Rossiter   w   towarzystwie   pasażera.   Był   to   Murzyn   w   średnim 
wieku, ubrany w ciężki płaszcz z futrzanym kołnierzem. Rozejrzał 

background image

się niepewnie. Rossiter przemówił do niego po angielsku. Murzyn 
kiwnął głową i podszedł do relingu, a wtedy Rossiter wyciągnął 
automat   i   zadał   mu   potężny   cios   w   podstawę   czaszki.   Murzyn 
zatoczył się i upadł nie wydając krzyku.

To, co stało się później, przypominało senny koszmar. Anglik 

działał zdumiewająco szybko i energicznie. Chwycił ciężki łańcuch 
z pokładu rufowego i owinął go kilkakrotnie wokół ciała pasażera. 
Resztką łańcucha okręcił mu szyję i spiął oba końce kawałkiem 
drutu.

Odwrócił się i zawołał do Merciera, przekrzykując ryk silnika:
Okay, bierz go za nogi i do wody z nim.
Mercier stał nieruchomo, jak skamieniały. Rossiter przykląkł 

na   jedno   kolano   i   podźwignął   Murzyna   do   pozycji   siedzącej. 
Mężczyzna   z   wysiłkiem   uniósł   głowę,   zatrzepotał   powiekami   i 
otworzył oczy. Wpił się wzrokiem w Merciera - nie błagalnie, ale z 
nienawiścią - otworzył usta i krzyknął coś po angielsku. Rossiter 
pochylił się i chwycił go pod pachy, po czym wyprostował się, a 
ciało   Murzyna   wypadło   przez   reling   głową   do   przodu   i 
natychmiast zniknęło w morzu.

Anglik odwrócił się i uderzył Merciera w twarz tak mocno, że 

ten rozciągnął się na pokładzie.

- Teraz wstawaj i weź się do roboty przy sieciach, bo inaczej 

dołączysz do niego.

Wszedł   do   sterówki.   Marynarz   leżał   przez   chwilę,   potem 

podniósł się i pokuśtykał na rufę. To nie mogło się zdarzyć. O Boże, 
przecież to nie mogło się zdarzyć. Pokład przechylił się gwałtownie, 
kiedy Jacaud znowu zakręcił sterem. Mercier upadł twarzą na stos 
śmierdzących sieci i zaczął wymiotować.

Uratowała ich mgła, która zakryła połowę kanału La Manche i 

osłoniła ich ucieczkę na francuski brzeg.

W sterówce Jacaud łyknął rumu z butelki, którą podał mu 

Rossiter, po czym zachichotał ochryple.

- Zgubiliśmy ich.

background image

-   Masz   szczęście   -   przyznał   Rossiter.   -   Widocznie   jesteś 

porządnym człowiekiem.

- Szkoda tej przesyłki.
-   Takie   jest   życie.   -   Rossiter   wydawał   się   zupełnie 

niewzruszony. Pokazał na Merciera, który kulił się przy sieciach, 
obejmując głowę rękami. - Co z nim?

- To mięczak - oświadczył Jacaud. - Facet bez charakteru. Jego 

też powinniśmy wyrzucić za burtę. - A co powiesz ludziom w St. 
Denise? - Rossiter potrząsnął głową. - Zostaw go mnie.

Przeszedł   przez   pokład   i   stanął   nad   Mercierem,   trzymając 

butelkę rumu.

- Lepiej łyknij sobie.
Mercier   powoli   podniósł   głowę.   Twarz   miał   białą   jak   rybi 

brzuch, oczy pełne bólu.

- On jeszcze żył, monsieur. Jeszcze żył, kiedy pan go wrzucił 

do wody.

Jasne, płowe włosy Rossitera błyszczały w porannym słońcu. 

Wyglądał   jak   pozbawiony   wieku.   Popatrzył   na   Merciera,   jego 
ładna, delikatna twarz była pełna współczucia. Westchnął ciężko, 
przykucnął   i   wyjął   z   kieszeni   prześliczny   posążek   Madonny. 
Statuetka miała około ośmiu cali wysokości i wydawała się bardzo 
stara.   Była   misternie   wyrzeźbiona   z   kości   słoniowej   -   tej   samej 
barwy, co włosy Rossitera, inkrustowana srebrem. Kiedy Rossiter 
nacisnął   kciukiem   jej   stopy,   jak   za   dotknięciem   różdżki 
czarodziejskiej   pojawiło   się   stalowe   ostrze,   długie   na   sześć   cali, 
ostre jak brzytwa z obu stron, pieczołowicie wypolerowane.

Rossiter   pocałował   Madonnę   z   uszanowaniem,   bez   śladu 

szyderstwa, a potem musnął ostrzem prawy policzek marynarza.

- Masz żonę, Mercier - powiedział łagodnie, ani na chwilę nie 

zmieniając   świątobliwego   wyrazu   twarzy.   -   Podobno   jest 
nieuleczalnie chora?

-   Monsieur...   -   szepnął   Mercier.   Miał   wrażenie,   że   serce 

zamarło mu w piersi.

background image

-   Jedno   słowo,   Mercier,   jedno   jedyne   słowo   i   poderżnę   jej 

gardło. Rozumiesz?

Mercier odwrócił się. Żołądek podjechał mu do gardła, znowu 

ogarnęły go mdłości. Rossiter podniósł się, przeszedł przez pokład i 
stanął w drzwiach sterówki.

- W porządku? - zapytał Jacaud.
- Naturalnie. - Rossiter głęboko wciągnął w płuca świeże słone 

powietrze   i   uśmiechnął   się.   -   Ładny   poranek,   Jacaud,   piękny 
poranek.   I   pomyśleć,   że   człowiek   straciłby   to   wszystko,   gdyby 
został w łóżku.

background image

Rozdział II  

Wśród zmarłych 

Mgła   okrywała   miasto,   a   gdzieś   w   oddali   statki,   które 

pokonywały   dolny   nurt   Tamizy   w   drodze   na   morze,   buczały 
żałośnie dając ostrzegawcze sygnały. Mgła - prawdziwa mgła, taka, 
jaką spotyka się tylko w Londynie i w żadnym innym miejscu na 
kuli ziemskiej. Mgła, która uśmiercała ludzi w podeszłym wieku, 
powodowała uliczne korki i zamieniała jedno z największych miast 
świata w królestwo chaosu.

Paul   Chavasse   wysiadł   z   taksówki   na   Marble   Arch, 

pogwizdując cicho pod nosem postawił kołnierz płaszcza i wszedł 
w  bramę parku. Osobiście bardzo lubił mgłę, a jeszcze bardziej 
deszcz. Może pozostało mu to z okresu młodości, a może istniało 
inne, prostsze wytłumaczenie. Deszcz i mgła zamykają człowieka w 
małym, prywatnym światku, co czasami bywa bardzo wygodne.

Przystanął,   żeby   zapalić   papierosa   -   wysoki,   przystojny 

mężczyzna z twarzą tak galijską jak plac Pigalle w sobotnią noc i z 
celtyckimi   kośćmi   policzkowymi,   dziedzictwem   po   ojcu 
Bretończyku. Parkowy dozorca wychynął spośród cieni i znikł bez 
słowa - scenka, która mogła wydarzyć się tylko w Anglii. Chavasse 
ruszył dalej swoją drogą, dziwnie rozweselony.

Szpital St.Bede stał na drugim końcu parku i pomimo swej 

światowej   sławy   wyglądał   jak   gotycko-wiktoriańskie   monstrum. 
Oczekiwano   go   tam   i   kiedy   zgłosił   się   w   recepcji,   portier   w 
schludnym błękitnym uniformie poprowadził go przez korytarze 
wyłożone   zielonymi   kafelkami,   ciągnące   się   w   nieskończoność. 
Przekazano   go   starszemu   laborantowi,   urzędującemu   w   małym 
oszklonym biurze, który zwiózł go na dół do kostnicy zadziwiająco 
nowoczesną windą. Kiedy drzwi windy otworzyły się, Chavasse 
natychmiast poczuł przenikliwy zapach środków odkażających, tak 
typowy dla szpitali, oraz wyjątkowe zimno. Rozległe, pełne ech 

background image

pomieszczenie   wypełniały   szeregi   stalowych   szuflad,   każda 
zawierająca   zwłoki,   ale   powód   jego   wizyty   czekał   osobno   na 
operacyjnym wózku, przykryty gumową płachtą.

-   Niestety   nie   mogliśmy   go   wsadzić   do   szafy   -   wyjaśnił 

laborant   odsuwając   płachtę.   -   Za   bardzo   spuchł.   Śmierdzi   jak 
zeszłoroczna ryba albo jeszcze gorzej.

Z bliska smród był niemal przytłaczający, pomimo środków 

zapobiegawczych, jakie niewątpliwie zastosowano. Chavasse wyjął 
chusteczkę i przyłożył ją do nosa.

- Rozumiem.
Wiele razy widywał śmierć w najrozmaitszej postaci, ale ta 

potworność była czymś nowym. Popatrzył na zwłoki i nieznacznie 
zmarszczył brwi.

- Jak długo leżał w wodzie?
- Sześć do siedmiu tygodni.
- Potrafiliście to ustalić?
- O tak... testy uryny, tempo chemicznego rozkładu i tak dalej. 

Nawiasem mówiąc był Murzynem, wie pan?

- Tak mi powiedziano, ale nigdy bym się tego nie domyślił.
Laborant kiwnął głową.
- Długotrwałe zanurzenie w słonej wodzie dziwnie wpływa na 

pigmentację skóry.

-   Na   to   wygląda.   -   Chavasse   cofnął   się   o   krok   i   schował 

chusteczkę   do   kieszeni.   -   Dziękuję   bardzo.   Chyba   zobaczyłem 
wszystko, czego potrzebowałem.

- Możemy już się go pozbyć, sir? - zapytał laborant naciągając 

z powrotem płachtę.

- Ach tak, zapomniałem. - Chavasse wydobył portfel i wyjął 

formularz   likwidacji   zwłok.   -   Tylko   kremacja.   Wszystkie 
dokumenty   muszą   być   do   jutra   w   Ministerstwie   Spraw 
Wewnętrznych.

- W Akademii Medycznej myśleli, że dostaną go na sekcję.
-   Niech   pan   im   powie,   żeby   poszukali   gdzie   indziej.   - 

background image

Chavasse naciągnął rękawiczki. - Proch do prochu, tak ma być z 
tym chłopcem, i żadnych sztuczek. Sam trafię do wyjścia.

Kiedy wyszedł, laborant zapalił papierosa z pochmurną miną. 

Zastanawiał   się   nad   Chavasse’em.   Facet   wygląda   trochę   na 
cudzoziemca,   ale   z   pewnością   to  Anglik.   Całkiem   sympatyczny 
gość - dżentelmen, używając staroświeckiego określenia - a jednak 
coś z nim było nie w porządku. Oczy, właśnie, o to chodzi. Czarne i 
kompletnie bez wyrazu. Wydawały Czas umieraniu się spoglądać 
przez   człowieka   na   wylot,   jak   gdyby   wcale   go   nie   dostrzegały. 
Podobne oczy miał japoński pułkownik w tym obozie w Syjamie, w 
którym laborant spędził trzy najgorsze lata swojego życia. Dziwny 
gość był z tego Japońca. Miły i uprzejmy, ale potrafił spokojnie palić 
papierosa, kiedy zachłostywano jakiegoś człowieka na śmierć.

Laborant   otrząsnął   się   i   rozłożył   formularz,   który   dał   mu 

Chavasse. Formularz był podpisany przez samego ministra spraw 
wewnętrznych. To załatwiało sprawę. Starannie schował papier do 
portfela   i   pchnął   wózek   w   sąsiednie   drzwi,   prowadzące   do 
krematorium.   Dokładnie   trzy   minuty   później   zamknął   szklane 
drzwiczki   jednego   z   trzech   specjalnych   pieców   i   sięgnął   do 
przełącznika. Płomienie pojawiły się jakby magicznym sposobem i 
natychmiast objęły ciało, rozdęte od własnych gazów.

Laborant zapalił następnego papierosa. Profesor Henson nie 

będzie zachwycony, ale już się stało, a poza tym jest potwierdzenie 
na   piśmie.   Pogwizdując   wszedł   do   sąsiedniego   pomieszczenia   i 
zrobił sobie filiżankę herbaty.

Upłynęły prawie dwa miesiące od ostatniej wizyty Chavasse’a 

w   St.John’s   Wood.   To   było   jak   powrót   do   domu   po   długiej 
nieobecności. Nic dziwnego, jeśli wziąć pod uwagę tryb życia, jaki 
Chavasse prowadził od dwunastu lat, odkąd został agentem Biura - 
mało znanej sekcji brytyjskiego wywiadu, zajmującej się sprawami, 
z którymi nikt inny nie potrafił sobie poradzić.

Chavasse   wszedł   po   schodach   i   nacisnął   dzwonek   obok 

mosiężnej plakietki głoszącej: „Brown and Co - Import i Eksport”. 

background image

Prawie natychmiast drzwi otworzył wysoki siwiejący mężczyzna w 
niebieskim uniformie z serży. Wyraźnie rozpromienił się na widok 
Chavasse’a.

- Dobrze, że pan wrócił, panie Chavasse. Zdrowo pan wygląda 

z tą opalenizna.

- Cieszę się, że wróciłem, George.
- Pan Mallory pytał o pana, sir. Panna Frazer dzwoni na dół co 

parę minut.

- To nic nowego, George.
Chavasse   szybko   wspiął   się   po   krętych   schodach   w   stylu 

Regencji. Nic się nie zmieniło. Zawsze było tak samo. Przez długi 
czas prawie nic się nie dzieje, a potem nagle wyskakuje coś takiego, 
że doba powinna mieć dwadzieścia siedem godzin.

Kiedy   Chavasse   wszedł   do   małego   sekretariatu   na   końcu 

wąskiego korytarza, Jean Frazer siedziała za biurkiem. Podniosła 
wzrok   i   zdjęła   grube   okulary   z   uśmiechem,   który   w   obecności 
Chavasse’a zawsze był odrobinę cieplejszy.

- Paul, wyglądasz świetnie. Wspaniale, że wróciłeś.
Obeszła biurko, drobna, energiczna kobieta około trzydziestki, 

atrakcyjna na swój sposób. Chavasse wziął ją za ręce i pocałował w 
policzek.

- Miałem zaprosić cię na wieczór do Saddle Room, ale nie 

wyszło mi i teraz sumienie mnie gryzie.

- Och, na pewno... zrobiła sceptyczną minę. - Dostałeś moją 

wiadomość?

Samolot się spóźnił, ale posłaniec czekał na mnie pod domem. 

Nie zdążyłem nawet się rozpakować. Byłem w St.Bede i obejrzałem 
ten corpus delicti, czy jak to się nazywa. Wyjątkowo nieprzyjemny 
widok. Facet dosyć długo leżał w wodzie. Zrobił się całkiem biały, 
co   wyglądało   trochę   dziwnie   w   świetle   twoich   informacji.   Bo 
przecież był Murzynem, prawda?

-   Oszczędź   mi   szczegółów.   -   Przełączyła   interkom.   -   Paul 

Chavasse jest tutaj, panie Mallory.

background image

- Proszę go przysłać.
Głos był oschły i daleki, jak gdyby pochodził z innego świata - 

świata,   o   którym   Chavasse   niemal   zapomniał   podczas   swojej 
dwumiesięcznej   rekonwalescencji.   Poczuł   we   wnętrznościach 
chłodny   dreszcz   emocji,   kiedy   otwierał   drzwi   i   wchodził   do 
gabinetu.

Mallory   wcale   się   nie   zmienił.   Ten   sam   szary   flanelowy 

garnitur   od   tego   samego   znakomitego   krawca,   ten   sam   krawat 
dobrej   szkoły,   starannie   zaczesane   stalowosiwe   włosy,   to   samo 
odległe, lodowate spojrzenie sponad okularów. Nie potrafił nawet 
zdobyć się na uśmiech.

- Cześć, Paul, miło cię widzieć - powiedział takim tonem, jak 

gdyby myślał zupełnie co innego. - Jak noga?

- Już w porządku, sir.
- Żadnych trwałych objawów?
- Boli trochę przy wilgotnej pogodzie, ale powiedziano mi, że 

to wkrótce przejdzie.

- Masz szczęście, że możesz chodzić o własnych siłach. Pociski 

magnum to paskudztwo. Jak było na Alderney?

Matka Chavasse’a, która była Angielką, po przejściu na rentę 

mieszkała na tej najrozkoszniejszej z wysp kanału La Manche. Pod 
jej   troskliwą   opieką   Chavasse   spędził   okres   rekonwalescencji.   Z 
pewnym zdziwieniem uświadomił sobie, że jeszcze wczoraj o tej 
porze urządził piknik na białym piasku zatoki Telegraph: kurczęta 
na   zimno,   sałatka   i   zamrożona   butelka   Liebfraumilch   prosto   z 
lodówki, owinięta mokrym ręcznikiem, całkowicie wbrew regułom, 
ale inaczej nie dało się tego pić.

Westchnął.
-   Przyjemnie,   sir.   Bardzo   przyjemnie.   Mallory   od   razu 

przeszedł do rzeczy.

- Widziałeś ciało w St.Bede? Chavasse przytaknął i zapytał:
- Wiadomo, kto to był?
Mallory sięgnął po teczkę, otworzył ją.

background image

-   Murzyn   z   Indii   Zachodnich   nazwiskiem   Harvey   Preston, 

przybyły z Jamajki.

- Skąd to wiecie?
-   Był   notowany.   Mieliśmy   jego   odciski   palców.   Chavasse 

wzruszył ramionami.

- Kiedy go widziałem, miał palce spuchnięte jak banany.
-   Och,   chłopcy   z   laboratorium   dysponują   niezłą   techniką   i 

potrafią sobie poradzić z takim problemem. Biorą wycinek skóry i 
zmniejszają   do   normalnych   wymiarów   za   pomocą   pewnych 
chemikaliów.

-   Ktoś   sporo   się   napracował   nad   anonimowymi   zwłokami 

wyrzuconymi na brzeg. Dlaczego?

- To nie było tak. Rybacka łódź znalazła go przy trałowaniu 

dna w pobliżu Brixham, owiniętego siedemdziesięcioma funtami 
łańcucha.

- Pewnie morderstwo?
- Śmierć przez utonięcie.
- Paskudny rodzaj śmierci. Mallory położył na biurku zdjęcie.
- To on, sfotografowany na swoim procesie w Bailey w 1967 

roku.

- Za co go sądzili?
-   Obrabował   kasyno   w   Birmingham   na   pięćdziesiąt   dwa 

tysiące   funtów.   Nawiasem   mówiąc,   Korona   przegrała   sprawę. 
Został uniewinniony z braku dowodów. Świadkowie nie stawili się 
na rozprawę i tak dalej. Zwykła historia.

- Widocznie miał mocne plecy. Mallory sięgnął po tureckiego 

papierosa i odchylił się do tyłu na krześle.

- Harvey Preston przyjechał do Anglii w 1938 roku, kiedy miał 

dwadzieścia lat. Wstąpił do Korpusu Służb Specjalnych brytyjskiej 
armii   podczas   kryzysu   w   Monachium.   Po   kilku   miesiącach 
przyjechali do niego rodzice i młodsza siostra. Preston ulokował ich 
w   małym   domku   w   Brighton.   Stacjonował   w   Aldershot   jako 
kierowca   ciężarówki   w   jednostce   transportowej.   Jego   matka 

background image

urodziła   drugiego   syna,   którego   nazwali   Darcy,   trzeciego   dnia 
wojny,   we   wrześniu   1939   roku.   Tydzień   później   pułk   Harveya 
wysłano   do   Francji.   Podczas   wielkiego   odwrotu,   kiedy   Niemcy 
przerwali front w 1940 roku, jego jednostka poniosła ciężkie straty, 
a on sam dostał dwie kule w prawą nogę. Przeżył Dunkierkę i 
wrócił   do   Anglii,   ale   ponieważ   okulał   na   skutek   ran, 
zdemobilizowano go i przeniesiono na rentę.

- Co wtedy zrobił?
Najpierw   prowadził   ambulans,   ale   potem   przeżył   osobistą 

tragedię. Takie tragedie były powszechne podczas bombardowania 
Londynu. W czasie nalotu bomba spadła na domek w Brighton. 
Tylko młodszy brat Harveya przeżył. Odtąd wszystko się zmieniło.

- Czym się później zajmował?
-   Prostytucją,   czarnym   rynkiem,   do   wyboru.   Po   wojnie 

prowadził kilka nielegalnych domów gry i stał się swego rodzaju 
potęgą   w   przestępczym   światku.   W   1959   roku   zajął   się 
zorganizowaną   przestępczością.   Policja   miała   pewność,   że   to 
właśnie on stał za świetnie zorganizowanym gangiem napadającym 
na transporty, ale niczego nie mogła mu dowieść. Poza tym kilka 
razy   obrabował   kasy   w   dniu   wypłaty   i   niewątpliwie   był 
zamieszany w handel narkotykami.

-   Interesujący   typ.   Co   się   stało   po   jego   uniewinnieniu   w 

zeszłym roku? Czy został deportowany? Mallory potrząsnął głową.

-   Za   długo   tutaj   mieszkał.   Ale   Yard   naprawdę   zaczął   go 

naciskać.   Na   początek   odebrali   mu   licencję   i   nie   mógł   już 
prowadzić   kasyna.  Następowali  mu   na  pięty  tak   ostro,   że  facet 
prawie nie ośmielał się ruszyć z domu. Szukali pieniędzy z napadu 
na   kasyno   w   Birmingham.   Wprawdzie   nie   mogli   ponownie   go 
oskarżyć, ale dopilnowali, żeby nie wydał tej forsy.

- Czy był żonaty?
- Nie, mieszkał sam. Ale nie był zboczeńcem. Co noc inna 

dziewczyna, i tak przez cały czas.

- A co z jego bratem, tym, który przeżył bombardowanie?

background image

- Młody Darcy? - Mallory prawie się uśmiechnął. - Zabawna 

historia. Harvey zatrzymał chłopca przy sobie. Posłał go do liceum 
St.Paul’s. Chłopak musiał prowadzić bardzo dziwny tryb życia. W 
ciągu   dnia   przebywał   z   synami   najlepszych   rodzin,   a   wieczory 
spędzał   z   najgorszymi   szumowinami   Londynu.   Postanowił 
studiować   prawo,   jak   na   ironię.   Trzy   lata   temu   zdał   ostatnie 
egzaminy. Po procesie Harveya wyjechał na Jamajkę.

- A co zrobił Harvey?
-   Poleciał   do   Rzymu   przed   dwoma   miesiącami.   Na 

londyńskim lotnisku prześwietlili go bardzo dokładnie, ale niczego 
nie znaleźli. Musieli go wypuścić.

- Dokąd pojechał z Rzymu?
- Interpol śledził go do Neapolu, a tam stracili go z oczu.
- I po dwóch miesiącach znalazł się na dnie rybackiej sieci przy 

brzegach Anglii. Interesujące. Jak pan myśli, co on chciał zrobić?

- Moim zdaniem to oczywiste. - Mallory wzruszył ramionami. 

- Próbował nielegalnie przedostać się do kraju. Dopóki policja nie 
wiedziała,   że   wrócił,   mógł   spokojnie   odebrać   swoje   pieniądze   i 
wyjechać w ten sam sposób.

Chavasse zaczai co nieco rozumieć.
- Ktoś wyrzucił go za burtę, tak pan przypuszcza?
- Coś w tym rodzaju. Odkąd w krajach Wspólnego Rynku 

przyjęto ustawę o imigracji, te nocne rejsy przez Kanał stały się 
świetnym   interesem.   Pakistańczycy,   Hindusi,   Murzyni   z   Indii 
Zachodnich, Australijczycy - wszyscy, którzy nie mogą otrzymać 
wizy. To gruba forsa.

-   We   wczorajszych   gazetach   był   opisany   taki   przypadek   - 

zauważył Chavasse. - Zatrzymano starą łódź w pobliżu Felixstowe i 
znaleziono   trzydziestu   dwóch   Pakistańczyków   na   pokładzie. 
Każdy   zapłacił   za   przejazd   trzysta   pięćdziesiąt   funtów.   Niezły 
zarobek za jedną noc.

- To amatorzy - oświadczył Mallory. - Większość nie ma szans. 

Tylko   zawodowcy   mogą   uniknąć   wpadki,   ludzie   z   organizacji. 

background image

Kanał przerzutowy prowadzi stąd aż do Neapolu. Policja włoska 
przeprowadziła śledztwo i otrzymała bardzo interesujący raport o 
łodzi „Anya”, która odbywa regularne rejsy Neapol-Marsylia pod 
panamską rejestracją.

Chavasse sięgnął po teczkę, otworzył ją i zaczai przeglądać 

zdjęcia, które zawierała. Było tam kilka fotografii Harveya Prestona 
zrobionych na przestrzeni paru lat; na ostatniej stał na schodach 
Old   Bailey   po   procesie,   obejmując   ramieniem   młodszego   brata. 
Chavasse przerzucił raporty i podniósł wzrok.

- To jest policyjna robota. Gdzie tu miejsce dla nas?
- Wydział Specjalny Scotland Yardu poprosił nas o pomoc. 

Uważają, że to zadanie wymaga umiejętności, które posiadają raczej 
nasi agenci.

- Ostatnim razem, kiedy prosili o pomoc, musiałem spędzić 

sześć miesięcy w trzech najgorszych więzieniach Anglii - stwierdził 
Chavasse. - A w dodatku o mało nie odstrzelili mi nogi. Dlaczego 
mamy za nich robić brudną robotę?

-   Przygotowaliśmy   ci   dobrą   legendę   -   powiedział 

beznamiętnie Mallory. - Będziesz używał własnego nazwiska, nie 
potrzebujesz   pseudonimu.   Obywatel   australijski   francuskiego 
pochodzenia. Poszukiwany w Sydney za napad z bronią w ręku. - 
Podsunął Chavasse’owi skoroszyt. Wszystko, czego potrzebujesz, 
jest tutaj, nawet wycinki z gazet potwierdzające twoją kryminalną 
przeszłość.   Oczywiście   gotów   jesteś   zapłacić   każda   cenę,   żeby 
przedostać się do Anglii bez kłopotliwych pytań.

Chavasse znów miał wrażenie, że unosi go ogromna fala.
- Kiedy wyjeżdżam?
-   O   trzeciej   trzydzieści   masz   samolot   do   Rzymu   z 

londyńskiego   lotniska.   Jeśli   zaraz   wyjdziesz,   zdążysz   bez 
problemu.   Walizka   czeka   za   drzwiami.   Kazałem   ją   przywieźć. 
Dobrze się składa, że nie zdążyłeś się jeszcze rozpakować. - Wstał i 
wyciągnął rękę. Dużo szczęścia, Paul. Bądź w kontakcie jak zwykle.

Mallory usiadł, nałożył okulary i sięgnął po teczkę. Chavasse 

background image

wziął swój skoroszyt i wyszedł. Chichotał zamykając drzwi.

-   Co   cię   tak   ubawiło?   -   zapytała   Jean   Krazer.   Chavasse 

przechylił się przez biurko i wziął ją pod brodę.

- Najładniejsza sztuka, jaka wpadła mi w oko od wyjazdu z 

Sydney - powiedział bardzo wyraźnym australijskim akcentem.

Wytrzeszczyła na niego oczy ze zdumieniem.
- Zwariowałeś?
Chavasse roześmiał się i podniósł walizkę.
-   Chyba   tak,   Jean.   Chyba   rzeczywiście   zwariowałem   - 

powiedział i wyszedł.

background image

Rozdział III  

Dziewczyna z Bombaju 

Kobieta była Hinduską, bardzo młodą - najwyżej szesnaście 

lat,   jak   oceniał   Chavasse.   Miała   jasną,   delikatną   cerę   i   smutne 
brązowe   oczy,   idealnie   harmonizujące   ze   szkarłatnym   sari. 
Chavasse   widział   ją   tylko   raz   podczas   dwudniowej   podróży   z 
Neapolu. Przypuszczał, że oboje zmierzają do tego samego miejsca 
przeznaczenia.

Opierał   się   o   reling,   kiedy   dziewczyna   wyszła   na   pokład. 

Trochę niepewnie kiwnęła mu głową i zapukała do drzwi kajuty 
kapitana.   Po   chwili   drzwi   otwarły   się   i   pojawił   się   Skiros.   Był 
rozebrany do pasa i nie ogolony. Uśmiechnął się przymilnie, co 
uczyniło  jego  twarz  jeszcze  bardziej odrażającą  niż  zazwyczaj,  i 
odsunął się na bok.

Dziewczyna   zawahała   się   nieznacznie   i   weszła   do   kajuty. 

Skiros   zerknął   na   Chavasse’a,   mrugnął   i   zamknął   drzwi.   Nie 
najlepiej to wróżyło dla Miss Indii. Chavasse wzruszył ramionami. 
Nie   jego   zmartwienie.   Miał   inne   sprawy   na   głowie.   Zapalił 
papierosa i przeszedł na rufę starego parowca.

Pavlo   Skiros   urodził   się   w   Konstantynopolu   przed 

czterdziestu siedmiu laty. Miał w żyłach trochę krwi greckiej, trochę 
tureckiej i sporo rosyjskiej - i przynosił wstyd tym wszystkim trzem 
narodom. Pływał po morzu przez całe życie, ale jego prawa do 
dyplomu kapitana były co najmniej wątpliwe. Posiadał jednak inne 
umiejętności, które bardziej odpowiadały właścicielom „Anyi”.

Przysiadł   na   krawędzi   stołu   w   swojej   małej,   zaśmieconej 

kajucie i podrapał się pod lewą pachą, pożądliwie spoglądając na 
dziewczynę.

- Co mogę dla ciebie zrobić? - zapytał po angielsku.
- Moje pieniądze - przypomniała mu. - Powiedział pan, że 

odda mi je pan, kiedy dopłyniemy do portu.

background image

- Wszystko w swoim czasie, moja droga. Dokujemy za pół 

godziny i dopóki celnicy nie skończą, powinnaś zejść ludziom z 
oczu.

- Będą kłopoty? - zapytała z niepokojem. Skiros potrząsnął 

głową.

- Żadnych kłopotów, obiecuję ci. Wszystko jest załatwione. Za 

parę godzin ruszysz w swoją drogę.

Wstał i podszedł do niej tak blisko, że poczuła jego zapach.
- O nic się nie martw. Osobiście wszystkiego dopilnuję.
Położył rękę na jej ramieniu. Dziewczyna cofnęła się lekko.
- Dziękuję... bardzo panu dziękuję. Pójdę się przebrać. Sari to 

niezbyt praktyczny strój na marsylskim nabrzeżu w nocy.

Otworzyła drzwi i zatrzymała się na widok Chavasse’a.
- Kim jest ten człowiek?
- Zwyczajny pasażer, Australijczyk.
- Rozumiem. Pewnie to taki sam pasażer jak ja?
- Nie, nic z tych rzeczy. - Skiros wierzchem dłoni otarł pot z 

czoła. - Lepiej wracaj do kajuty i zostań tam. Przyjdę po ciebie 
później, kiedy wszystko się uspokoi.

Uśmiechnęła się ponownie i wydawała się jeszcze młodsza.
- Dziękuję. Nie ma pan pojęcia, co to dla mnie znaczy.
Drzwi zamknęły się za nią. Skiros przez chwilę stał i gapił się 

tępo   przed   siebie,   potem   sięgnął   po   butelkę   whisky   i   brudny 
blaszany kubek stojący na stole. Pijąc myślał o dziewczynie i o tym, 
co z nią zrobi, kiedy wszystko się uspokoi i kiedy zostaną sami. 
Wyraz jego twarzy nie był przyjemny.

Weszli do portu z wieczornym przypływem i było już ciemno, 

kiedy   zadekowali.   Chavasse   wcześniej   zszedł   do   swojej   kajuty. 
Teraz leżał na koi, palił i wpatrywał się w sufit, na którym łuszcząca 
się farba utworzyła ciekawe wzory.

Reszta   statku   również   pozostawiała   wiele   do   życzenia. 

Jedzenie było zaledwie znośne, koce brudne, a cała załoga, łącznie 
ze Skirosem, wyglądała wyjątkowo ponuro.

background image

Wykorzystując   informacje   uzyskane   od   włoskiej   policji, 

Chavasse znalazł Skirosa w pewnej portowej knajpie w Neapolu. 
Mignął   mu   przed   nosem   zwitkiem   siedmiuset   funtów   w 
banknotach   pięciofuntowych,   a   oczy   kapitana   natychmiast 
rozbłysły. Chavasse nie posłużył się legendą o swojej kryminalnej 
przeszłości - wolał, żeby Skiros sam to odkrył. Udawał po prostu 
Australijczyka, który pragnie odwiedzić Stary Kraj, ale odmówiono 
mu wizy. Skiros przełknął tę historyjkę. Za sto funtów zabierze 
Chavasse’a do Marsylii, wysadzi nielegalnie na brzeg i przekaże 
ludziom, którzy przewiozą go bezpiecznie przez Kanał.

Na statku Chavasse umyślnie zostawił w kajucie portfel, bez 

pieniędzy,   ale   zawierający   między   innymi   wycinek   z   „Sydney 
Morning Herald”, gdzie wymieniano go jako poszukiwanego przez 
policję   w   związku   z   serią   zbrojnych   napadów.   Była   tam   nawet 
fotografia. Widocznie przynęta chwyciła, ponieważ kajuta została 
przeszukana - Chavasse wiedział, jak to sprawdzić.

Był   zdumiony,   że   do   tej   pory   nikt   jeszcze   nie   próbował 

oskubać go z forsy i wyrzucić za burtę, ponieważ Skiros wyglądał 
na   człowieka,   który   chętnie   sprzeda   własną   siostrę   na   targu 
niewolników, nawet za umiarkowaną cenę.

Co   noc   Chavasse   zasypiał   za   podwójnie   zaryglowanymi 

drzwiami, trzymając w pogotowiu pod poduszką swojego smith & 
wessona.   Wyjął   go   teraz   i   starannie   sprawdził   bębenek.   Kiedy 
włożył rewolwer do specjalnej kabury, ciasno przylegającej w talii, 
rozległo   się   pukanie.   Do   kajuty   zajrzał   Melos,   pierwszy   oficer, 
Cypryjczyk o twardym spojrzeniu.

- Kapitan Skiros czeka na pana.
- Dobrze się składa, chłopie. - Chavasse wziął czarny trencz i 

sięgnął po walizkę. - Nie lubię siedzieć sam w czterech ścianach.

Na zewnątrz padało. Chavasse ruszył za Melosem po śliskim 

pokładzie do kapitańskiej kajuty. Kiedy weszli, Skiros siedział za 
stołem i jadł kolację.

- A więc, panie Chavasse, dopłynęliśmy bezpiecznie?

background image

- Na to wygląda, chłopie - odparł wesoło Chavasse. - Zaraz, 

dałem   panu   pięćdziesiąt   funciaków   w   Neapolu.   Tu   jest   jeszcze 
pięćdziesiąt, które się panu należą.

Wyciągnął   plik   piątek   i   odliczył   dziesięć   na   stole.   Skiros 

zgarnął pieniądze.

- Przyjemnie robić z panem interesy.
- Dokąd teraz? - zapytał Chavasse.
- Przy tym doku nie ma strażnika. Nikt pana nie zatrzyma, 

kiedy pan przejdzie przez bramę. Złapie pan ekspres do Paryża o 
dziewiątej trzydzieści. Tam zaczeka pan na peronie obok kiosku z 
książkami. Podejdzie do pana człowiek i zapyta, czy jest pan jego 
kuzynem Charlesem z Marsylii. Dalej wszystko jest ustalone.

- Dobrze. - Chavasse wciąż uśmiechał się dobrodusznie, kiedy 

naciągał   trencz   i   podnosił   walizkę.   -  Aha,   widziałem   tutaj   taką 
dziewczynę, Hinduskę...

- Czego pan od niej chce? - zapytał Skiros. Jego uśmiech zgasł.
-   Niczego   specjalnego.   Pomyślałem   tylko,   że   może   oboje 

jedziemy na tym samym wózku.

- Myli się pan. - Skiros wstał, otarł wąsy i wyciągnął rękę. - 

Radzę się pospieszyć. Ma pan mało czasu, żeby złapać ten pociąg.

Chavasse uśmiechnął się do obu mężczyzn.
- No jasne, nie mogę się spóźnić, bo zawalę całą sprawę.
Wyszedł w deszcz, przemierzył pokład i zbiegł po trapie. Na 

nabrzeżu   stał   przez   chwilę   pod   latarnią,   potem   zanurzył   się   w 
ciemność.

Melos odwrócił się do Skirosa z pytającym wyrazem twarzy.
- Sporo forsy było w tym zwitku. Skiros kiwnął głową.
- Idź za nim. Weź Andrewa. Powinniście sobie poradzić we 

dwóch.

- A jak facet narobi szumu?
-   Jakim   cudem?   Jest   tutaj   nielegalnie,   a   policja   w   Sydney 

poszukuje go za zbrojny napad. Użyj swojej inteligencji, Melos.

Melos   wyszedł.   Skiros   jadł   dalej,   metodycznie   opróżniając 

background image

talerz. Kiedy skończył, nalał sobie ogromną porcję whisky i powoli 
wypił.

Na   zewnątrz   deszcz   padał   jeszcze   gwałtowniej   i   migotał 

srebrzyście w żółtym blasku świateł nawigacyjnych. Skiros dotarł 
do kajuty dziewczyny, zapukał i wszedł.

Hinduska   odwróciła   się   i   spojrzała   na   niego.   Wyglądała 

dziwnie obco w błękitnym swetrze i szarej plisowanej spódnicy. Na 
jej twarzy malował się niepokój, ale opanowała go i uśmiechnęła się 
z widocznym wysiłkiem.

- Kapitan Skiros... Więc już czas?
- Najwyższy czas - odparł Skiros. Gwałtownie pchnął ją na 

koję, rzucił się na nią całym ciężarem i zakrył jej usta ręką, żeby 
stłumić krzyk.

Melos   i   marynarz   Andrew   pospiesznie   przeszli   wzdłuż 

doków,   przystanęli   przy   żelaznej   bramie   i   nadsłuchiwali.   Nie 
usłyszeli nic. Melos zmarszczył brwi.

- Gdzie on się podział?
Ostrożnie zrobił krok do przodu.
Chavasse wynurzył się z cienia, obrócił Cypryjczyka i wbił mu 

kolano w pachwinę. Melos osunął się na mokre kamienie i leżał 
skręcając się z bólu. Chavasse wyszczerzył zęby do Andrewa.

- Co tak się guzdraliście?
Andrew  natychmiast zaatakował.  Nóż  w  jego  prawej  dłoni 

błyszczał   od   wilgoci.   Chavasse   wprawnie   podciął   mu   nogi   i 
Andrew upadł na ziemię. Zaczął się podnosić, ale Chavasse chwycił 
go za prawy nadgarstek i brutalnie wykręcił mu ramię do tyłu. 
Andrew wrzasnął, kiedy pękł mu mięsień w ramieniu. Chavasse 
pchnął go głową naprzód na pręty bramy.

Melos zdołał wstać i teraz wymiotował gwałtownie. Chavasse 

przestąpił ciało Andrewa i złapał Melosa za koszulę.

- Czy naprawdę ktoś miał na mnie czekać w Paryżu, przy 

kiosku z książkami? Tamten pokręcił głową przecząco.

-   A   ta   Hinduska?   O   co   chodzi   Skirosowi?   Melos   nie 

background image

odpowiedział. Chavasse odepchnął go ze wstrętem, odwrócił się i 
pobiegł w stronę statku.

Dziewczyna wbiła zęby w dłoń kapitana i ugryzła go aż do 

krwi. Skiros jęknął z bólu i trzepnął ją po twarzy.

- Na Boga, już ja cię nauczę - warknął.
Będziesz się czołgać przede mną na kolanach, zanim z tobą 

skończę.

Rzucił się na nią z wykrzywioną twarzą. W tej samej chwili 

drzwi otwarły się i wszedł Chavasse. Niedbale trzymał smith & 
wessona jedną ręką, ale jego oczy były bardzo ciemne w białej, 
nieruchomej   twarzy.   Skiros   odwrócił   się   gwałtownie.   Chavasse 
pokiwał głową.

- Naprawdę drań z ciebie, co, Skiros?
Skiros zrobił krok do przodu. Chavasse rąbnął go w twarz lufą 

rewolweru, trysnęła krew. Kapitan upadł z powrotem na koję, a 
dziewczyna podbiegła do Chavasse’a, który objął ją ramieniem.

- Niech pani nic nie mówi, sam zgadnę. Chciała pani wyjechać 

do Anglii, ale odmówiono pani wizy.

- Zgadza się - przyznała ze zdumieniem.
- Więc jedziemy na tym samym wózku. Ile Skiros kazał sobie 

zapłacić?

- Zabrał mi wszystkie pieniądze w Neapolu. Ponad czterysta 

funtów. Powiedział, że u niego będą bezpieczniejsze.

- Rzeczywiście? - Chavasse szarpnięciem postawił Skirosa na 

nogi i pchnął go w stronę drzwi. - Niech pani weźmie walizkę i 
czeka na mnie przy trapie. Muszę pogadać z naszym poczciwym 
kapitanem.

Wepchnął Skirosa do jego własnej kajuty. Kapitan odwrócił się 

ze złością. Krew spływała mu po twarzy.

- To ci nie ujdzie na sucho.
Chavasse   dwukrotnie   trzasnął   go   w   twarz   rewolwerem   i 

przewrócił na podłogę. Przykucnął obok i powiedział przyjaznym 
tonem:

background image

-   Oddaj   pieniądze   dziewczyny.   Spieszy   mi   się.   Skiros 

wyciągnął klucz z kieszeni spodni, podczołgał się do niedużego 
sejfu   obok   koi   i   otworzył   go.   Wyjął   plik   banknotów   i   rzucił 
Chavasse’owi.

- Stać cię na więcej - stwierdził Chavasse.
Odepchnął Skirosa, sięgnął do sejfu i wyjął czarną kasetkę. 

Odwrócił ją do góry dnem. Zwitki banknotów wypadły na podłogę. 
Wepchnął je do kieszeni i uśmiechnął się.

-   To   dla   ciebie   dobra   lekcja,   Skiros,   warta   każdego   pensa, 

którego straciłeś. - Stuknął go w czoło lufą rewolweru. - A teraz 
adres... prawdziwy adres, gdzie znajdziemy łódź, która przewiezie 
nas przez Kanał.

- Jedźcie do St.Denise na wybrzeżu bretońskim, nad zatoką 

St.Malo - wychrypiał Skiros. - Najbliższym dużym miastem jest 
St.Brieuc.   Znajdźcie   gospodę   „Pod   Uciekinierem”.   Pytajcie   o 
Jacauda.

- Jeśli skłamałeś, wrócę tu - ostrzegł Chavasse. Skiros ledwie 

mógł szeptać.

-   To   prawda,   a   ty   rób   sobie,   co   chcesz.   I   tak   kiedyś   cię 

dopadnę.

Chavasse   odepchnął   go   pod   ścianę,   wstał   i   wyszedł. 

Dziewczyna   czekała   niecierpliwie   przy   trapie.   Nałożyła 
ortalionowy płaszcz i chustkę na głowę.

- Zaczynałam się denerwować powiedziała miękkim, trochę 

śpiewnym głosem.

-   Niepotrzebnie.   -   Podał   jej   plik   banknotów   zabranych 

Skirosowi.   -   To   chyba   pani   pieniądze.   Popatrzyła   na   niego   z 
pewnym zdziwieniem.

- Kim pan jest?
- Przyjacielem odparł łagodnie i podniósł jej walizkę. Lepiej 

już chodźmy. Ta okolica jest dla nas niezdrowa.

Wziął ją za rękę i razem zeszli po trapie.

background image
background image

Rozdział IV  

Nocny pociąg do Brestu 

Złapali   nocny   ekspres   do   Brestu   dziesięć   minut   przed 

odjazdem.   Pociąg   nie   był   przepełniony.   Chavasse   znalazł   pusty 
przedział drugiej klasy na samym końcu, zostawił dziewczynę z 
bagażami   i   pobiegł   do   dworcowego   bufetu.   Wrócił   z   kartonem 
kawy, kanapkami i półtuzinem pomarańczy.

Hinduska   z   wdzięcznością   napiła   się   kawy,   ale   pokręciła 

głową, kiedy zaproponował jej kanapkę.

- Nie mogę jeść.
Przed   nami   długa   noc   -   powiedział   Chavasse.   -   Zostawię 

trochę dla pani na później.

Pociąg   ruszył.   Dziewczyna   wstała,   wyszła   na   korytarz   i 

patrzyła na światła Marsylii. Kiedy wreszcie wróciła do przedziału, 
wydawała się znacznie spokojniejsza.

- Lepiej się pani czuje? - zagadnął Chavasse.
- Byłam pewna, że coś się nie uda i znowu zobaczę kapitana 

Skirosa.

-   To  był  zły  sen  -  oświadczył  Chavasse.  Może  pani  o  tym 

zapomnieć.

- Ostatnio całe moje życie jest jak zły sen.
- Niech mi pani o tym opowie.
Wydawała się onieśmielona i kiedy zaczęła mówić, z początku 

szło jej opornie. Nazywała się Famia Nadeem. Chavasse błędnie 
ocenił jej wiek, miała dziewiętnaście lat. Urodziła się w Bombaju. Jej 
matka   zmarła   w   połogu,   a   ojciec   wyemigrował   do   Anglii 
zostawiwszy   ją   pod   opieką   babki.   Powiodło   mu   się   -   został 
właścicielem   dobrze   prosperującej   indyjskiej   restauracji   w 
Manchesterze. Zaprosił córkę do siebie trzy miesiące przed śmiercią 
babki.

Ale pojawiły się trudności aż za dobrze znane Chavasse’owi. 

background image

Zgodnie   z   ustawą   o   imigracji   tylko   te   osoby,   które   były   blisko 
spokrewnione z obywatelami Wspólnego Rynku zamieszkałymi na 
stałe   w  Anglii,   wpuszczano   do   kraju   bez   zezwolenia   na   pracę. 
Famii zabrakło urzędowej metryki potwierdzającej jej tożsamość. 
Składano   zbyt   wiele   fałszywych   podań,   dlatego   obecnie   władze 
trzymały się ściśle litery prawa. Brak dowodu pokrewieństwa - nie 
ma   zezwolenia  na  wjazd.  Famie  odesłano  z  powrotem   do  Indii 
następnym samolotem.

Ale jej ojciec nie zrezygnował. Wysłał córce pieniądze oraz 

informacje   o   organizacji,   która   specjalizowała   się   w   pomaganiu 
ludziom nie posiadającym zezwolenia. Famia była żenująco naiwna 
i   Chavasse   bez   trudu   wyciągnął   z   niej   wszystkie   informacje 
dotyczące szmuglowania ludzi, począwszy od firmy eksportowej w 
Bombaju, gdzie rozpoczęła się jej podróż, poprzez Kair i Bejrut, a 
skończywszy na Neapolu i agentach sprawujących kontrolę nad 
„Anyą”.

- Ale dlaczego oddała pani Skirosowi wszystkie pieniądze? 

zapytał.

- Powiedział, że tak będzie bezpieczniej. Że ktoś może mnie 

okraść.

- I pani mu uwierzyła?
- Wydawał się miły.
Odchyliła się do tyłu i spojrzała na swoje odbicie ‘w ciemnej 

szybie. Była piękna - zbyt piękna, żeby to jej wyszło na dobre, 
pomyślał Chavasse. Śliczna, bezbronna młoda dziewczyna, sama w 
koszmarnym świecie.

Odwróciła   się   i   napotkawszy   spojrzenie   Chavasse’a 

zarumieniła się lekko.

- A pan, panie Chavasse? Jak było z panem?
Opowiedział   jej   swoją   legendę,   przemilczając   część 

kryminalną.   Był   artystą   z   Sydney,   który   chciał   spędzić   parę 
miesięcy w Anglii pracując na swoje utrzymanie. Lista ubiegających 
się o zezwolenie na pracę była bardzo, bardzo długa, a on nie chciał 

background image

czekać w kolejce.

Uwierzyła mu od razu, co go zmartwiło, ponieważ historyjka 

była mocno naciągana. Znowu  oparła się wygodnie i po  chwili 
zamknęła   oczy.   Chavasse   sięgnął   po   swój   trencz   i   przykrył   ją. 
Zaczynał czuć się za nią odpowiedzialny, a to już było kompletną 
bzdurą. Ta dziewczyna nic dla niego nie znaczyła - zupełnie nic. 
Cóż - przy odrobinie szczęścia wszystko się ułoży, jak tylko dojadą 
do St.Denise.

Ale   co   będzie,   kiedy   wylądują   na   angielskim   wybrzeżu   i 

Mallory wkroczy do akcji? Odeślą Famie z powrotem do Bombaju. 
Nigdy   nie   wpuszczą   jej   do   Anglii,   jeśli   już   raz   próbowała 
nielegalnie   przekroczyć   granicę.   Czasami   życie   jest   bardzo 
skomplikowane. Chavasse westchnął, usiadł wygodnie i starał się 
zasnąć.

Dotarli do St.Brieuc tuż przed piątą rano. Dziewczyna’ spała 

spokojnie przez całą noc. Chavasse obudził ją, kiedy wjeżdżali do 
miasta. Znikła na chwilę w korytarzu, a kiedy wróciła, włosy miała 
starannie uczesane.

- Jest ciepła woda? - zapytał. Potrząsnęła głową.
- Nie. Ale ja rano wolę zimną. Odświeża. Chavasse przesunął 

ręką po twardej szczecinie na brodzie i pokręcił głową.

- Nie lubię obdzierania ze skóry. Ogolę się później.
Pociąg wjechał na dworzec w St.Brieuc po pięciu minutach. 

Nikt   oprócz   nich   nie   wysiadł.   Było   zimno   i   pusto,   wszędzie 
panowała   ta   szczególna   atmosfera,   charakteryzująca   dworce 
kolejowe   na   całym   świecie   we   wczesnych   godzinach   rannych. 
Zupełnie jak gdyby wszyscy właśnie odjechali.

Bileter,   okutany   w   ciężki   płaszcz   i   owinięty   szalikiem   dla 

ochrony przed porannym chłodem, powinien już dawno przejść na 
emeryturę. Wydawał się zobojętniały na wszystko, nawet na samo 
życie. Chorobliwa bladość skóry i uporczywy kaszel nie najlepiej 
świadczyły   o   stanie   jego   zdrowia.   Odpowiadał   na   pytania 
Chavasse’a z lodowatą uprzejmością, ledwie go zauważając.

background image

St.Denise? Tak, jest autobus do Dinard, który zatrzymuje się w 

odległości mili od St.Denise. Odjeżdża o dziewiątej z placu. Znajdą 
tam kawiarnię otwartą o tej porze ze względu na dzień targowy. 
Monsieur Pinaud nie traci okazji do zarobku. Powiedziawszy to 
wszystko,   bileter   ponownie   schronił   się   w   swoim   niewesołym 
świecie, a oni odeszli.

Padał   drobny   deszcz,   kiedy   zeszli   po   schodach   na   plac   i 

zobaczyli   oświetlone   okna   kawiarni.   W   środku   było   ciepło,   ale 
pustawo.   Chavasse   zostawił   Famie   przy   stoliku   pod   oknem   i 
podszedł do kontuaru obitego cynkową blachą.

Łysiejący   mężczyzna   w   średnim   wieku,   ubrany   w   pasiastą 

koszulę   i   biały   fartuch,   prawdopodobnie   monsieur   Pinaud   we 
własnej osobie, czytał gazetę. Odsunął ją i uśmiechnął się.

- Prosto z pociągu?
- Właśnie. - Chavasse zamówił kawę i bułeczki. - Powiedziano 

mi, że o dziewiątej jest autobus do Dinard. Na pewno nie ma nic 
wcześniej?

Pinaud pokręcił głową nalewając kawę.
- Chce pan jechać do Dinard?
- Nie, do St.Denise.
Dzbanek z kawą zawisł nieruchomo w powietrzu. Mężczyzna 

rozejrzał się niespokojnie.

- St.Denise? Chce pan jechać do St.Denise? Jego reakcja była 

bardziej niż interesująca. Chavasse uśmiechnął się uprzejmie.

-   Zgadza   się.   Moja   przyjaciółka   i   ja   spędzamy   tu   krótkie 

wakacje. Zamówiłem pokoje w gospodzie „Pod Uciekinierem” u 
monsieur Jacauda. Zna go pan?

-   Może,   monsieur.   Dużo   ludzi   tu   przychodzi.   -   Podsunął 

Chavasse’owi   kawę   i   bułeczki.   -   Proszę   bardzo,   trzydzieści   pięć 
franków.

Chavasse zaniósł do stolika dwie filiżanki i talerz bułeczek. 

Kiedy usiadł, Pinaud starannie wytarł blaszany kontuar, po czym 
znikł w drzwiach, które prowadziły na zaplecze.

background image

- Wrócę za chwilę - powiedział Chavasse do dziewczyny i 

poszedł za nim.

Znalazł   się   w   pustym   korytarzu   wyłożonym   kamiennymi 

płytami.   Na   drugim   końcu   była   toaleta   oznaczona   tabliczką. 
Pinauda nigdzie nie było widać. Ostrożnie zrobił parę kroków i 
przystanął.   Drzwi   po   prawej   były   lekko   uchylone.   Pinaud 
rozmawiał przez telefon. Interesujące było, że mówił po bretońsku. 
Chavasse, którego dziadek ze strony ojca wciąż rządził rodziną na 
farmie pod Vaux mimo swoich osiemdziesięciu lat, znał ten język 
jak rodowity Bretończyk.

- Cześć, Jacaud. Przyszły te dwie przesyłki, na które czekałeś. 

Dziewczyna   dokładnie   odpowiada   opisowi,   ale   mężczyzna   jest 
jakiś dziwny. Mówi po francusku jak Francuz albo jak powinien 
mówić   Francuz,   rozumiesz.   Tak...   okay.   Czekają   na   autobus   o 
dziewiątej.

Chavasse   cicho   wrócił   do   kawiarni.   Famia   jadła   już   drugą 

bułeczkę.

- Niech pan się pospieszy, kawa panu wystygnie.
-   Nie   szkodzi.   Pójdę   tylko   naprzeciwko   na   przystanek   i 

sprawdzę jeszcze raz, o której odchodzi ten autobus. Zaraz wracam.

Wyszedł w deszcz nie czekając na jej odpowiedź i pospieszył 

na dworzec autobusowy. Było tam jeszcze pusto, ale szybko znalazł 
to,   czego   szukał   -   rząd   metalowych   szafek   do   przechowywania 
bagażu, zamykanych na klucz. Wyjął portfel i dodatkowe pieniądze 
zabrane   Skirosowi,   w   sumie   tysiąc   dwieście   dolarów 
amerykańskich i tysiąc funtów szterlingów. Wepchnął wszystko na 
samo   dno   szafki,   zamknął   ją   szybko   i   schował   kluczyk   pod 
wyściółkę prawego buta.

Famia   wydawała   się   zdenerwowana,   kiedy   wrócił   do 

kawiarni.   Poklepał   ją   uspokajająco   po   ramieniu   i   podszedł   do 
kontuaru.

-   Zastanawiałem   się,   gdzie   pan   się   podział   -   powiedział 

Pinaud.

background image

Chavasse wzruszył ramionami.
-   Myślałem,   że   jest   jakiś   lokalny   pociąg.   Cholernie   długo 

trzeba czekać.

- Niech pan się nie martwi. - Pinaud obdarzył go szerokim 

uśmiechem. - Proszę tu posiedzieć i napić się jeszcze kawy. Dużo 
farmerów i handlarzy przejeżdża tędy o tej porze. Załatwię, żeby 
ktoś pana podrzucił do St.Denise. Ktoś na pewno będzie jechał w 
tamtą stronę.

- Bardzo pan uprzejmy. Mogę postawić panu koniak? Chłodno 

dzisiaj.

- Znakomity pomysł. - Pinaud sięgnął po butelkę oraz dwa 

kieliszki   i   napełnił   je   szybko.   -   Pańskie   zdrowie,   monsieur.   - 
Podniósł kieliszek i uśmiechnął się.

Chavasse odwzajemnił jego uśmiech.
- I pańskie.
Brandy   zapiekła   go   w   przełyku.   Zabrał   kawę   i   wrócił   do 

stolika, żeby czekać na dalszy rozwój wypadków.

Ludzie wchodzili i wychodzili, głównie tragarze z pobliskiego 

rynku.   Chavasse   kupił   dziewczynie   drugą   kawę   i   czekał.   Mniej 
więcej po półgodzinie z wąskiej uliczki po drugiej stronie placu 
wyjechała stara furgonetka.

Chavasse   leniwie   obserwował   nadjeżdżający   samochód. 

Zauważył, że z tej samej uliczki wyłonił się renault i zahamował 
przy krawężniku. Furgonetka zaparkowała zaledwie kilka jardów 
od okna kawiarni. Wysiadł z niej Jacaud.

Dziewczyna natychmiast zareagowała:
-   Ten   człowiek...   co   za   okropna   twarz.   Wygląda   jak...   jak 

wcielenie zła.

- Czasami pozory mylą - odparł Chavasse.
Jacaud przystanął w drzwiach i rozejrzał się niedbale po sali, 

jak gdyby szukał kogoś znajomego. Chavasse był jednak pewien, że 
tamten   ich   zauważył.   Podszedł   do   kontuaru   i   kupił   paczkę 
papierosów. Pinaud powiedział coś do niego. Jacaud zerknął przez 

background image

ramię   na   Chavasse’a   i   dziewczynę,   po   czym   odwrócił   wzrok. 
Pinaud nalał mu koniaku i wyszedł zza kontuaru.

- Ma pan szczęście, monsieur - powiedział do Chavasse’a. - Ten 

człowiek jedzie do St.Denise. Zgodził się was zabrać.

Chavasse zwrócił się do dziewczyny po angielsku:
- Tamten przystojny facet zaproponował, że nas podwiezie. 

Mamy się zgodzić?

- Dlaczego nie?
Chavasse uśmiechnął się i potrząsnął głową.
- Jest pani bardzo młoda, ale beznadziejnie naiwna. No, ale 

darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.

Jacaud   przełknął   koniak   i   ruszył   do   drzwi.   Po   drodze 

zatrzymał się i spojrzał na Chavasse’a z obojętną miną.

- Podobno jadą państwo do St.Denise? Ja też tam jadę. Mogę 

was zabrać.

- Wspaniale - powiedział Chavasse. - Zaraz idziemy. Jacaud 

kiwnął głową Pinaudowi.

-   Resztę   załatwimy   później   -   powiedział   po   bretońsku   i 

wyszedł.

Siedział   już   za   kierownicą,   kiedy   nadeszli   Chavasse   i 

dziewczyna.   Z  przodu   było  miejsce  tylko  dla  jednego   pasażera. 
Dziewczyna usiadła w szoferce, a Chavasse wrzucił walizki na tył 
wozu   i   wspiął   się   do   skrzyni.   Furgonetka   ruszyła   natychmiast, 
podskakując   na   kocich   łbach   i   mijając   zaparkowanego   renaulta. 
Chavasse’owi   mignęła   w   przelocie   twarz   kierowcy   i   jego   jasne 
włosy, a potem renault odjechał od krawężnika i ruszył za nimi. 
Było to bardzo interesujące.

Chavasse   dotknął   kolby   smith   &   wessona   w   kaburze 

przypiętej z boku, potem usiadł wygodnie i czekał, co będzie dalej.

Po kilku minutach wyjechali z miasta i znaleźli się na wąskiej 

wiejskiej   drodze.   Ulewny   deszcz   i   lekka   przygruntowa   mgła 
znacznie ograniczały widoczność, ale w dali od czasu do czasu 
spoza sosen prześwitywało morze.

background image

Renault trzymał się tak blisko, że Chavasse wyraźnie widział 

kierowcę,   bladego,   przystojnego   mężczyznę   o   bardzo   jasnych 
włosach, który wyglądał na księdza. Dojechali do skrzyżowania w 
miejscu,   gdzie   sosnowe   lasy   zdawały   się   rozciągać   w 
nieskończoność.   Furgonetka   pojechała   prosto,   renault   skręcił   w 
lewo   i   znikł.   Chavasse   zmarszczył   brwi.   Zdziwniej   i   zdziwniej, 
całkiem jak w „Alicji w Krainie Czarów”.

Furgonetka   skręciła   w   lewo   na   wąski   piaszczysty   trakt   i 

pojechała   przez   sosnowy   las   w   stronę   morza.   Po   chwili   silnik 
zakaszlał kilka razy, zakrztusił się i zgasł. Furgonetka zahamowała i 
Jacaud wyskoczył z szoferki.

- Kłopoty? - zapytał Chavasse.
- Skończyła się benzyna - oznajmił Jacaud. - Ale nic się nie 

stało. Zawsze wożę ze sobą zapas. Tam z tyłu, za ławką. Może mi 
pan podać?

Chavasse znalazł stary wojskowy kanister, pochodzący chyba 

z   czasów   Dunkierki.   Kanister   był   pełen   i   trudno   było   nim 
manipulować w ciasnej przestrzeni. Musiał użyć obu rąk, na co 
oczywiście liczył Jacaud. Kiedy Chavasse z widocznym wysiłkiem 
dźwignął kanister na ramę bagażnika, ręka potężnego mężczyzny 
wyłoniła się zza pleców uzbrojona w łyżkę do opon.

Łyżka opadła, ale Chavasse’a już tam nie było. Uskoczył w bok 

nie wypuszczając kanistra, a łyżka wyszczerbiła ramę bagażnika. 
Jacaud zaczął już się cofać - ten sam instynkt, który utrzymał go 
przy życiu przez czterdzieści lat, ostrzegał go teraz, że popełnił 
poważny błąd - ale nie zdążył. Kanister uderzył go mocno w pierś. 
Upadł i przetoczył się na brzuch. Kiedy zaczął wstawać, Chavasse 
wylądował mu na plecach.

Ramię, które zacisnęło się na gardle Jacauda, przypominało 

stalową sztabę i tak dokładnie odcięło mu dopływ powietrza, że 
natychmiast zaczął się dusić.

Chavasse nie był pewien, co się stało później.
Usłyszał, że Famia krzyczy, woła go, a potem nagle ogarnęła 

background image

go   ciemność.   Nie   było   bólu...   żadnego   bólu.   Cios   w   podstawę 
czaszki został wymierzony po mistrzowsku - myśl pojawiła się i 
znikła. Po chwili odzyskał wzrok.

Patrzył   w   górę,   na   twarz   rozgniewanego   anioła,   twarz 

świętego   Antoniego   wychudzonego   od   postów.   Bladoniebieskie 
oczy   pod   strzechą   jasnych   włosów   były   zupełnie   puste.   Nie 
wyrażały   żadnych   uczuć.   Mężczyzna   klęczał   obok   Chavasse’a   i 
widocznie   nad   czymś   medytował.   W   obu   dłoniach   ściskał 
prześliczną statuetkę Madonny z kości słoniowej.

Chavasse   czuł   na   plecach   twardy   uścisk   smith   &   wessona, 

bezpiecznego w sprężynowej kaburze. Famia Nadeem stała obok 
furgonetki z załamanymi rękami i przerażeniem na twarzy, Jacaud 
obok niej. Chavasse postanowił na razie nie podejmować żadnych 
gwałtownych   kroków.   Spojrzał   nieobecnym   wzrokiem   na 
klęczącego mężczyznę i przetarł ręką oczy.

Tamten uderzył go w twarz.
- Słyszysz mnie, Chavasse?
Chavasse z wysiłkiem oparł się na łokciu. Blady mężczyzna 

uśmiechnął się nieznacznie.

Myślałem już, że uderzyłem cię mocniej, niż zamierzałem.
- Dostatecznie mocno. - Chavasse usiadł rozcierając kark jedną 

ręką. Pewnie Skiros pana zawiadomił.

- Naturalnie. Dał mi do zrozumienia, że posiadasz znaczną 

sumę pieniędzy należących do organizacji, dla której pracuję. Gdzie 
są te pieniądze?

- W bezpiecznym miejscu w St.Brieuc. Pomyślałem sobie, że 

powinienem zachować jakiś atut na wszelki wypadek. Nawiasem 
mówiąc,   z   kim   mam   przyjemność?   Na   pewno   nie   jest   pan 
Jacaudem.

- Poznałeś już monsieur Jacauda. Ja nazywam się Rossiter.
- A Jacaud i Skiros pracują dla pana?
- W pewnym sensie.
- Wobec tego muszę złożyć zażalenie. Wasza organizacja nie 

background image

najlepiej traktuje klientów płacących gotówką. Kiedy dopłynęliśmy 
do Marsylii, Skiros wysłał mnie fałszywym tropem i wypuścił za 
mną dwóch bandziorów, żeby mnie obrabowali. A gdy wróciłem na 
statek,   żeby   z   nim   porozmawiać,   usiłował   właśnie   zgwałcić   tę 
dziewczynę. W dodatku odebrał jej ponad czterysta funtów. Nie 
wiem,   czy   pan   jest   z   niego   zadowolony,   ale   moim   zdaniem 
powinien pan zerknąć na jego rachunek bankowy.

Rossiter   słuchał,   patrząc   jednocześnie   na   Famie   Nadeem   z 

zachmurzoną   twarzą.   Kiedy   do   niej   podszedł,   spuściła   wzrok. 
Wziął ją pod brodę i zmusił do podniesienia głowy.

- Czy on mówi prawdę?
Dziewczyna nagle odzyskała panowanie nad sobą. Popatrzyła 

na niego bez lęku i skinęła głową. Rossiter odwrócił się gwałtownie 
i podszedł do Chavasse’a. Miał strapiony wyraz twarzy i ponure 
spojrzenie.

- Co za świat - powiedział cicho. - Co za wstrętny, obrzydliwy 

świat. - Głęboko wciągnął powietrze. - Wstawaj!

Chavasse zrobił, co mu kazano, wyciągając jednocześnie smith 

& wessona. Jacaud wydał gniewny okrzyk, ale Rossiter ruchem ręki 
nakazał   mu   milczenie.   Stał   na   lekko   rozstawionych   nogach, 
podrzucał   wysoko   w   powietrze   Madonnę   z   kości   słoniowej   i 
chwytał ją w prawą dłoń.

- Co teraz?
-   Teraz   nic   -   odparł   Chavasse.   -   Chcę   tylko   dotrzeć   do 

Londynu bez szwanku, a potem zniknąć.

- Całkowicie zrozumiałe. - Rossiter prawie się uśmiechnął. - 

Dziesięć   lat   w   australijskim   więzieniu   to   niezbyt   kusząca 
perspektywa.   Podobno   wasz   system   penitencjarny   jest   raczej 
staroświecki.

Chavasse’owi udało się zrobić odpowiednio zdumioną minę.
- Czy ty wszystko musisz wiedzieć, chłopie?
- Owszem, jeśli chodzi o klienta.
Chavasse westchnął i odłożył smith & wessona.

background image

- Najadłem się dosyć strachu przez kilka ostatnich miesięcy, 

Rossiter. Nie chcę więcej kłopotów. Zabierz mnie do Anglii, tylko o 
to proszę. Zapłacę, ile będzie trzeba. Ta sprawa w Marsylii to była 
wina Skirosa, wierz mi.

Rossiter wsunął Madonnę do prawej kieszeni.
- Pieniądze. Gdzie?
Chavasse powiedział mu. Potem zdjął prawy but i wyciągnął 

kluczyk, który Rossiter natychmiast rzucił Jacaudowi.

- Zaczekamy tu na ciebie. Możesz wziąć renaulta.
Jacaud   bez   słowa   zniknął   wśród   drzew.   Chavasse   zapalił 

papierosa. Na razie jakoś się udało. Popatrzył na morze widoczne 
pomiędzy sosnami i uśmiechnął się.

- Ładny kraj. Sporo sobie obiecywałem po tej podróży. Wie 

pan, mój ojciec pochodził z Bretanii.

- Ciekaw byłem, skąd znasz francuski - powiedział Rossiter. - 

Mówisz nim doskonale.

- Moja matka była oczywiście Angielką, ale odkąd pamiętam, 

w domu mówiliśmy tylko po francusku. Mój stary tego wymagał.

Rossiter kiwnął głową, wyjął z kieszeni na piersiach wąskie 

skórzane   pudełko,   wybrał   cienkie   czarne   cygaro   i   przypalił   je 
starannie.

- Powiedz mi coś o tej dziewczynie. Famia siedziała w szoferce 

i obserwowała ich. Chavasse posłał jej uśmiech.

-   Wiem   tylko   tyle,   ile   mi   sama   powiedziała.   Szybko 

zrelacjonował jej historię, a kiedy skończył, Rossiter pokiwał głową.

- Jest bardzo młoda, a tyle już przeszła - powiedział. W jego 

głosie brzmiało prawdziwe współczucie.

Podszedł do dziewczyny. Chavasse usiadł na zwalonej kłodzie 

i przyglądał im się. Rossiter coś mówił, dziewczyna odpowiadała. 
Nagle uśmiechnęła się i po chwili wybuchnęła głośnym śmiechem. 
Co najdziwniejsze, Rossiter śmiał się razem z nią i przez chwilę 
wydawał się całkiem innym człowiekiem. Zdziwniej i zdziwniej...

Chavasse zrezygnował z obserwowania tamtych dwojga, wstał 

background image

i   przespacerował   się   na   koniec   polanki.   Wdychał   woń   mokrego 
igliwia   i   czystą   słoną   bryzę   znad   morza,   zapach,   który   zawsze 
przenosił go do Bretanii, w czasy dzieciństwa. Przyjemnie byłoby 
zrobić   niespodziankę   dziadkowi   w   Vaux.   Staruszek   byłby 
uszczęśliwiony   nie   zapowiedzianą   wizytą   swojego   uczonego 
angielskiego   wnuka,   który   wykładał   na   uniwersytecie   o   nazwie 
niemożliwej do zapamiętania.

Wprawdzie chłopak wyglądał trochę na mola książkowego ze 

swoim doktoratem z języków obcych, ale był przecież Chavasse’em.

Chavasse   spoglądał   na   morze   pomiędzy   drzewami, 

wspominając dzieciństwo odległe o tysiąc lat i wszystkie cudowne 
marzenia. A teraz wrócił do Bretanii i nie mógł pojechać do Vaux...

W   lesie   rozległ   się   dźwięk   klaksonu,   sygnalizujący   powrót 

Jacauda. Z westchnieniem powrócił do teraźniejszości. Rossiter go 
wołał.

background image

Rozdział V  

Gospoda „Pod Uciekinierem”

Na   St.Denise   składało   się   dwadzieścia   czy   trzydzieści 

domków pośród sosen, które otaczały zatokę w kształcie końskiej 
podkowy,   stanowiącą  naturalny  port.   Do  drewnianego   nabrzeża 
przycumowana   była   stara   trzydziestostopowa   łódź   motorowa, 
wyraźnie   pamiętająca   lepsze   czasy.   Zbliżał   się   odpływ,   cztery 
płaskodenne, zbudowane na zakładkę łodzie rybackie wyruszały 
właśnie na morze, ciągnąc wędki za rufa Podobna do nich łódź 
leżała   wyciągnięta   na   brzeg,   powyżej   linii   przypływu,   a   dwaj 
mężczyźni pracowali przy jej kadłubie.

Chavasse zobaczył to wszystko, kiedy furgonetka wyjechała 

spomiędzy   drzew.   Wąska   droga   stanowiła   jednocześnie   główną 
ulicę   wioski.   Jedynym   znakiem   życia   był   bezdomny   kundel, 
moknący ponuro na deszczu pod drzwiami chałupy.

Furgonetka   wyjechała   ze   wsi,   Jacaud   wrzucił   dwójkę   i   w 

ślimaczym tempie wspięli się na strome wzgórze. „Uciekinier” stał 
na szczycie, dwupiętrowy budynek z granitu ukryty za wysokim 
murem.

Jacaud   przejechał   pod   łukiem   bramy   i   zahamował   na 

brukowanym   dziedzińcu.   Chavasse   wysiadł   i   rozejrzał   się   z 
zaciekawieniem.   Dom   wyglądał   raczej   ponuro   i   stanowczo 
wymagał   remontu.   Okiennica   postukiwała   na   wietrze,   a   kiedy 
Chavasse podniósł wzrok, zasłona w oknie poruszyła się lekko, jak 
gdyby ktoś ją odsunął, żeby wyjrzeć na zewnątrz.

Renault   wjechał   na   podwórze   i   zatrzymał   się   tuż   za 

furgonetką. Famia wysiadła i rozejrzała się z dość niepewną miną. 
Rossiter obszedł samochód, podniósł jej walizkę i wziął dziewczynę 
za   łokieć.   Wydawała   się   ledwie   żywa   ze   zmęczenia.   Rossiter 
pochylił się nad nią troskliwie, mruknął coś i wprowadził ją do 

background image

domu.

Chavasse odwrócił się do Jacauda.
- A co ze mną?
- Możesz spać w chlewie.
- Uważaj - ostrzegł go Chavasse. - Lepiej naucz się mówić jak 

człowiek.

Jacaud bez słowa wszedł do budynku. Chavasse wziął swoją 

walizkę   i   ruszył   za   nim.   Przystanął,   żeby   obejrzeć   szyld   nad 
drzwiami.   Szyld   był   bardzo   stary   i   przedstawiał   biegnącego 
człowieka, widocznie jakiegoś uciekiniera, któremu następowała na 
pięty sfora psów. W oczach nieszczęśnika malowało się przerażenie 
zastygłe na wieczność - rzeczywiście przyjemny widok.

Wewnątrz  znajdował  się  duży  kwadratowy   pokój  z  niskim 

belkowanym sufitem i kafelkową podłogą. Stało tam kilka stołów i 
krzeseł,   był   też   kontuar   z   marmurowym   blatem.   W   wielkim 
otwartym kominku buzował ogień.

Jacaud wszedł za kontuar i nalał sobie dużą porcję koniaku. 

Chavasse wykorzystał okazję:

- Napiję się z panem.
-   Jeszcze   czego.   Najpierw   chcę   zobaczyć   kolor   twoich 

pieniędzy.

- Przecież pan wie, że Rossiter zabrał mi wszystko.
- Więc nie dostaniesz ani kropli. - Jacaud odstawił butelkę na 

półkę i podniósł głos: - Hej, Mercier, gdzie jesteś?

Drzwi na zapleczu otworzyły się i pojawił się niski mężczyzna 

około czterdziestki, z zaniepokojoną twarzą. Ubrany był w połatane 
rybackie spodnie i wycierał ręce w brudny ręcznik.

- Tak, monsieur, o co chodzi?
- Następny pasażer „Lamparta”. Zaprowadź go na górę. Może 

mieszkać z Jonesem.

Łypnął   wściekle   na   Chavasse’a,   odwrócił   się,   kopniakiem 

otworzył drzwi i znikł w kuchni.

- Co za przedstawienie - mruknął Chavasse. - Czy on zawsze 

background image

tak się zachowuje, czy dzisiaj jest wyjątkowa okazja?

Mercier podniósł jego walizkę.
- Tędy, monsieur.
Weszli   po   schodach   na   pierwsze   piętro   i   ruszyli   wąskim 

bielonym korytarzem, mijając kolejne drzwi. Mercier zapukał do 
tych na końcu. Nie było odpowiedzi, więc nacisnął klamkę.

Pokój   był   mały   i   skąpo   umeblowany,   również   z   bielonymi 

ścianami. Stały w nim obok siebie dwa wąskie składane łóżka. Na 
jednej ścianie wisiał krucyfiks, na drugiej tania barwna reprodukcja 
przedstawiająca   świętego   Franciszka.   Było   dość   czysto   -   ale 
zaledwie znośnie.

Mercier postawił walizkę.
- Monsienr Jones pewnie niedługo wróci. Posiłek podajemy o 

dwunastej trzydzieści. Jeśli chce pan wiedzieć coś jeszcze, musi pan 
zapytać monsieur Rossitera.

- A kogo musi zapytać monsieur Rossiter? Mercier zmarszczył 

brwi. Wydawał się zupełnie zbity z tropu.

- Nie rozumiem...?
- Mniejsza o to - powiedział Chavasse.
Mercier   wzruszył   ramionami   i   wyszedł.   Chavasse   położył 

walizkę na łóżku i podszedł do okna. Więc to była gospoda „Pod 
Uciekinierem”... Niezbyt sympatyczne miejsce.

Za jego plecami ktoś powiedział:
- Witamy w pałacu wolności, stary.
Mewa zakrzyczała piskliwie gdzieś w górze i przemknęła nad 

piaszczystymi wydmami. Na brzegu jakiś Murzyn rzucał kamyki 
do   wody.   Odwrócił   się   i   podszedł   do   Chavasse’a,   wysoki, 
przystojny mężczyzna o mocnej, kanciastej twarzy i zadziwiająco 
błękitnych oczach - świadectwo zmieszania ras, tak powszechnego 
w  Indiach Zachodnich.  Jack Jones z  Jamajki?  No  cóż, nazwisko 
równie  dobre  jak   każde   inne.   Facet  miał  muskuły  zawodowego 
boksera i kondycję wystarczającą na dziesięć rund ostrej walki, o ile 
Chavasse się na tym znał.

background image

Murzyn rzucił się na piasek, wyciągnął paczkę gauloise’ów i 

zapalił.

- Więc jesteś z Australii?
- Zgadza się, z Sydney.
- Słyszałem, że to ładne miasto.
-   Bardzo   ładne.   Powinieneś   sam   zobaczyć.   To   była   fatalna 

niezręczność. Jamajczyk popatrzył na niego z twarzą bez wyrazu.

-   Chyba   żartujesz.   Nie   pozwolą   mi   nawet   zejść   ze   statku. 

Przyjmują tylko białych imigrantów, nie wiedziałeś?

Było to zwykłe stwierdzenie faktu, bez żadnej urazy. Chavasse 

wzruszył ramionami.

- Ja tego nie wymyśliłem, chłopie. Ja nie ustanawiam praw, 

tylko je łamię. Jamajczyk natychmiast okazał zainteresowanie.

- Teraz zaczynam rozumieć. Zastanawiałem się, dlaczego biały, 

wolny,   uczciwy   protestant   musi   zakradać   się   do   Starego   Kraju 
tylnymi drzwiami, jak reszta z nas.

-   Katolik   -   sprostował   Chavasse.   -   Biały,   wolny,   uczciwy 

katolik, żeby nie było wątpliwości.

Jones wyszczerzył zęby, wyjął ponownie paczkę gauloise’ów i 

poczęstował Chavasse’a.

A czego chce od ciebie prawo w ojczyźnie?
-   Wsadzić   mnie   na   dziesięć   lat.   To   znaczy   jeśli   będę   miał 

szczęście i jeśli sędziemu nie zacznie dokuczać wątroba.

Jamajczyk gwizdnął cicho.
-   Człowieku,   widocznie  prawdziwy   z   ciebie  tygrys,   jak   się 

rozkręcisz.

-   Mam   słabość   do   cudzych   pieniędzy,   w   tym   kłopot.   - 

Chavasse popatrzył na wydmy, małą zatoczkę i morze. - Ładnie 
tutaj. Dawno nie widziałem takiej ładnej plaży.

- Tak samo myślałem pięć dni temu... a teraz mam tego dość. 

Chcę stąd wyjechać.

- Co będziesz robił po drugiej stronie Kanału? Jones wzruszył 

ramionami.

background image

- Mam przyjaciół w paru miejscach. Coś mi załatwią.
- Ale na jak długo?
- Dopóki będę potrzebował. Jak już dojadę do Londynu, nic mi 

nie grozi. Po prostu rozpłynę się w tłumie. Przecież każda czarna 
twarz wygląda tak samo, nie wiedziałeś?

Chavasse zignorował zaczepkę.
- A co z resztą klientów?
- Przekręć głowę kilka stopni na sterburtę, to ich zobaczysz.
Stary   człowiek,   który   pojawił   się   na   wydmie   kilka   jardów 

dalej, nosił niebieski płaszcz za duży o dwa numery, w którym 
wyglądał   dziwnie   krucho.   Miał   brązową,   pomarszczoną   skórę, 
ciasno obciągającą kości twarzy. Poza tym niezbyt pewnie trzymał 
się na nogach. Chavasse miał wrażenie, że przewróciłby się, gdyby 
nie kobieta, która podtrzymywała go za lewy łokieć i obejmowała 
ramieniem.

- Stary Hamid ma siedemdziesiąt dwa lata - oznajmił Jones. - 

Pakistańczyk. Chce odwiedzić swojego syna w Bradford.

- A kobieta?
-   Pani  Campbell?  Anglo-Hinduska,  pół  na  pół.  Dawniej,  w 

pięknych czasach Imperium, nazywano to chi-chi. Dobre szkockie 
nazwisko, ale koloru skóry nie da się ukryć, tak samo jak w moim 
przypadku. Mąż pani Campbell zmarł w zeszłym roku i została jej 
tylko   siostra,   która   przed   laty   wyszła   za   angielskiego   lekarza   i 
zamieszkała z nim w Harrogate, jak gdyby już nie było lepszych 
miejsc. Pani Campbell próbowała zdobyć pozwolenie na wyjazd, 
żeby odwiedzić siostrę, ale odmówiono jej.

- Dlaczego?
- Według ustawy o imigracji nie kwalifikuje się jako krewna, 

poza tym jest narodowości hinduskiej i ma gruźlicę. Urodziła się w 
Indiach, nigdy w życiu nie była w Anglii, a jednak traktuje to jak 
powrót do domu. Śmieszne, co?

- Niespecjalnie.
Pani   Campbell   miało   około   pięćdziesiątki,   smutne   brązowe 

background image

oczy   i   skórę   ciemniejszą   niż   zwykle   u   Eurazjatów.   Chyba   była 
zziębnięta. Nosiła zniszczony futrzany płaszcz i gruby wełniany 
szal owinięty wokół głowy.

Oboje przystanęli. Stary z wysiłkiem chwytał oddech.
- Zimny dzień, panie Jones, nie uważa pan? Jones i Chavasse 

wstali. Jamajczyk kiwnął głową.

- To jest pan Chavasse, nowy pasażer. Popłynie z nami.
Stary nie okazał żadnego zdziwienia.
- Ach tak, panna Nadeem wspominała o panu.
- Spotkał pan ją? - zapytał Chavasse.
-   Tak,   kiedy   wychodziliśmy   na   spacer   -   wyjaśniła   pani 

Campbell.

Hamid   wyciągnął   miękką,   jakby   bezkostną   dłoń,   której 

Chavasse   dotknął   przelotnie.   Wymknęła   się   z   jego   uścisku   tak 
lekko, jak życie umknie kiedyś z tego starego, kruchego ciała.

Pani   Campbell   z   zakłopotaną   miną   pociągnęła   Hamida   za 

rękaw.

- Chodźmy, panie Hamid, nie powinniśmy zwlekać. Niedługo 

będzie lunch. Bardzo mi miło, panie Chavasse. - Wypowiadała się 
po angielsku z osobliwą precyzją, w jej głosie pobrzmiewało echo 
zamierzchłych   czasów.   Chavasse   patrzył,   jak   kuśtykają   przez 
wydmy,   niczym   dwie   dziwaczne,   bezcielesne   zjawy,   cienie 
zabłąkane   w   obcym   świecie.   Ogarnęło   go   uczucie   nieopisanej 
goryczy. Ludzie ustanowili prawa, żeby chronić samych siebie, ale 
zawsze ktoś na tym cierpi - zawsze.

Odwrócił   się   i   spostrzegł,   że   Jones   obserwuje   go   z 

nieprzeniknionym wyrazem twarzy.

- Widzę, że im współczujesz, kolego. Niezbyt to pasuje do 

australijskiego bandyty ściganego przez prawo.

Zapadło   niezręczne   milczenie.   Potem   Chavasse   powiedział 

szorstkim, obojętnym głosem:

- Nie wiem, o co ci chodzi, do diabła.
- Ani ja, człowieku. - Jones uśmiechnął się. - Jeśli chcesz jeść, 

background image

musimy się pospieszyć.

Wdrapali się na wydmy i ruszyli plażą w stronę drewnianego 

nabrzeża. Chavasse wskazał łódź motorową przycumowaną przy 
brzegu.

- To ta łódka? Jones przytaknął.
- Nawet pasuje do Jacauda, nie uważasz?
- Co o nim wiesz? Jones wzruszył ramionami.
- W razie potrzeby sprzedałby własną siostrę albo babcię za 

butelkę rumu. Na razie wypija dwie dziennie, ale niedługo to mu 
nie wystarczy.

- - A ten facet, który dla niego pracuje... Mercier?
-   Boi   się   własnego   cienia.   Mieszka   w   chałupie   na   drugim 

końcu wioski, sam jeden z żoną. Ona jest inwalidką czy coś w tym 
rodzaju. Mercier to mięczak. Podskakuje, kiedy Jacaud na niego 
wrzaśnie.

- A Rossiter?
Jones uśmiechnął się powoli.
- Lubisz zadawać pytania, co? Chavasse wzruszył ramionami.
- Nie odpowiadaj, jeśli nie chcesz.
- Okay, więc odpowiem. Wiesz, co to jest zombi? Chavasse 

zmarszczył brwi.

- Coś związanego z voodoo, tak?
- To martwy człowiek, wyciągnięty z grobu, zanim zaczął się 

rozkładać.

- I obdarzony życiem?
- W pewnym sensie. Ma wstawać w nocy i wypełniać rozkazy 

swego pana... Wcielenie czystego, bezmyślnego zła.

- I taki jest Rossiter.
-   Taki   jest   Rossiter.   -   Jamajczyk   zaśmiał   się   szorstko.   - 

Najzabawniejsze, że kiedyś był księdzem... katolickim księdzem.

- Skąd o tym wiesz?
- Któregoś wieczoru skończyły mi się zapałki, więc zapukałem 

do jego drzwi. Akurat go nie było.

background image

- I twoja naturalna ciekawość zwyciężyła?
- A coś myślał, człowieku? - Jamajczyk wyszczerzył zęby. Na 

dnie prawej szuflady było kilka interesujących fotografii. Niewiele 
się zmienił. Na jednym ładnym zdjęciu grupowym z 1949 roku było 
ich ze dwudziestu... wyglądali jak seminarzyści na przepustce. Inne 
zostało zrobione w 1951 roku w Korei. Stoi z kilkoma dzieciakami 
przed bramą jakiejś misji.

Pięćdziesiąty pierwszy. Rok wybuchu wojny koreańskiej. Czy 

to   tam   Rossiter   stracił   wiarę?   Chavasse   zmarszczył   brwi 
przypominając sobie tę ładną, umęczoną twarz. Ksiądz, tak, ale i 
morderca... to wydawało się niemożliwe.

Wciąż o tym rozmyślał, kiedy weszli na podwórze gospody.

background image

Rozdział VI  

Piętno Kaina 

Główna sala gospody była pusta. Jones wszedł za kontuar i 

zdjął z półki butelkę koniaku oraz dwa kieliszki.

- Napijesz się ze mną? - zapytał.
- Czemu nie? - zgodził się Chavasse. Nagle rozległ się gniewny 

ryk i w drzwiach prowadzących na zaplecze stanął Jacaud.

- Zostaw to. Słyszałeś, ty czarna małpo? Jones zmierzył go 

wzrokiem.

- Jasne, że słyszałem - odparł całkiem niezłą francuszczyzną.
Odkorkował butelkę i napełnił oba kieliszki. Jacaud szybko 

podszedł do niego, chwycił go za ramię i odwrócił gwałtownie.

- Jacaud! - Rossiter pojawił się w drzwiach. Mówił ostrym, 

twardym głosem, nie dopuszczającym sprzeciwu.

Jacaud niechętnie się odwrócił.
Nawet nie płacą - poskarżył się kulawo.
Rossiter zignorował go i podszedł bliżej. Miał na sobie szare 

spodnie, ręcznie robiony na drutach sweter rybacki i okulary w 
stalowej oprawie. W ręku trzymał książkę.

- Częstujcie się, dżentelmeni.
- Nie przyłączy się pan do nas? - zapytał Chavasse.
Mu- Pan Rossiter nie pije - wyjaśnił Jones. - musimy sami sobie 

radzić, człowieku.

Zasalutował Chavasse’owi, opróżnił kieliszek jednym łykiem i 

ponownie nalał. Nadąsany Jacaud wziął sobie butelkę i kieliszek i 
wycofał się w drugi koniec baru.

-   Widzę,   że   byliście   na   spacerze   -   odezwał   się   Rossiter. 

Chavasse kiwnął głową.

-   Tak.   Ładna   okolica.   W   sezonie   turystycznym   miejscowi 

pewnie dobrze zarabiają.

-   Za   daleko   od   głównych   dróg.   Poza   tym   tutaj   nie   lubią 

background image

obcych.

- Zastanawiałem się, kiedy stąd ruszymy.
- Trudno powiedzieć. Czekamy jeszcze na jednego pasażera. 

Wyruszymy, kiedy się zjawi. Może dzisiaj albo jutro.

A jaki mamy rozkład jazdy?
- Dowiecie się we właściwym czasie. Tylko bez nerwów. My 

wiemy, co robimy.

Za ich plecami cichy głos powiedział z wahaniem:
- Mogę wejść?
W drzwiach stała Famia. Nałożyła srebrny pleciony naszyjnik 

i złote bransolety. Jej nieskazitelna cera osiągnęła doskonałość w 
zestawieniu   ze   szkarłatnym   sari.   Najbardziej   zainteresowała 
Chavasse’a   reakcja   jego   towarzyszy.   Jamajczyk   przyglądał   się 
dziewczynie z aprobatą znawcy, który podziwia w galerii cenne 
dzieło   sztuki.   Jacaud   gapił   się   na   nią   ze   źle   ukrywanym 
pożądaniem. A Rossiter? Rossiter był jak odmieniony. Twarz miał 
bladą, co jeszcze bardziej pogłębiało błękit jego oczu. A potem stało 
się coś dziwnego: uśmiechnął się i jakby roztajał.

Podszedł do dziewczyny i podał jej ramię.
- Pewnie już na nas czekają. Wejdziemy? - zaproponował i 

zaprowadził ją do jadalni.

Zostawił książkę na kontuarze. Chavasse wziął ją do ręki. Było 

to „Miasto Boga” św. Augustyna, wydane przez Everymana.

Czasami Chavasse miał wrażenie, że jest jedyną zdrową na 

umyśle osobą w tym zwariowanym świecie. Właśnie teraz też tak 
mu się zdawało. Opróżnił kieliszek, skinął na Jonesa i ruszył za 
tamtymi.

Za   gospodą   znajdował   się   wielki   ogród   otoczony   murem, 

smutne   miejsce,   gdzie   rosły   poskręcane   jabłonie,   od   dawna   nie 
owocujące  z  braku  właściwej   opieki.  Na  kwiaty  było  jeszcze  za 
wcześnie.   Zeszłoroczna,   nie   przycięta   trawa   porastała   wąskie 
ścieżki.

Famia spacerowała razem z Rossiterem. W swoim szkarłatnym 

background image

sari,   jaskrawo   odcinającym   się   od   szarozielonego   krajobrazu, 
wyglądała jak postać z obrazów Brueghla. Roześmiała się i w ciszy 
ten dźwięk doleciał do okna pokoju Chavasse’a. Chavasse i Jones 
wyglądali zza firanki.

-   Pierwszy   raz   widzę,   jak   ta   dziewczyna   się   uśmiecha   - 

oświadczył Jamajczyk.

- Rossiter też był dotąd inny. Ona rzeczywiście poruszyła w 

nim jakąś strunę - zauważył Chavasse. - Tylko nie wiadomo, jaką.

Rossiter cicho powiedział coś do dziewczyny, odwrócił się i 

odszedł.   Famia   dalej   spacerowała   sama.   Zatrzymała   się,   żeby 
popatrzeć   na   kosa,   który   przysiadł   na   gałęzi   nad   jej   głową.   Po 
chwili pojawił się Jacaud.

Był   wyraźnie   pijany   i   zataczał   się   lekko.   Zbliżył   się   do 

dziewczyny, pochłaniając ją wzrokiem. Ponieważ wciąż patrzyła na 
kosa, nie zauważyła go, dopóki nie dotknął jej ramienia. Wtedy 
odwróciła się i natychmiast odskoczyła, ale Jacaud chwycił ją za 
ramię, przyciągnął bliżej i pocałował. Pewnie nie chodziło mu o nic 
więcej.   Kiedy   krzyknęła   i   zaczęła   się   wyrywać,   wybuchnął 
śmiechem.

Jamajczyk wyprzedził Chavasse’a o krótki łeb w wyścigu do 

drzwi. Razem zbiegli po schodach, przez korytarz i kuchennymi 
drzwiami na dwór. Ale spóźnili się.

Pomiędzy nimi a Jacaudem stał Rossiter, obejmując ramieniem 

dziewczynę. Bardzo łagodnie odsunął ją, sięgnął do kieszeni i wyjął 
Madonnę z kości słoniowej.

Jacaud nie próbował nawet uciekać. Upadł na kolana, skurcz 

wykrzywił jego szeroką twarz. Rossiter zbliżył się powoli, chwycił 
Bretończyka  za  włosy i odchylił  mu  głowę  do tyłu.  Rozległ się 
szczęk, błysnęła stal. Rossiter powoli przeciągnął czubkiem ostrej 
jak brzytwa klingi po czole Jacauda. Skóra rozstąpiła się i krew 
chlusnęła karmazynowym strumieniem.

Bretończyk bezgłośnie upadł i potoczył się po ziemi. Rossiter 

otarł nóż. Famia przyglądała się temu z oszołomionym wyrazem 

background image

twarzy. Rossiter podszedł do niej, objął ją ramieniem i poprowadził 
do domu, nie spojrzawszy nawet na Chavasse’a i Jonesa.

Chavasse przewrócił Jacauda na wznak, przykląkł na jedno 

kolano, wyjął chusteczkę i starł krew z szerokiej brzydkiej twarzy.

- Co z nim? - zapytał Jones.
- Zemdlał... chyba ze strachu. Rossiter paskudnie go skaleczył, 

ale nic więcej. Wystarczy zalepić to plastrem.

- Widziałeś jego twarz?
- Rossitera? - Chavasse kiwnął głową. - Przypomniało mi się, 

co Faust mówi w sztuce Marlowe’a.

- „Gdyż to jest piekło i ja w nim jestem” - zacytował Jamajczyk. 

- Bardzo dobrze pasuje. Chavasse uśmiechnął się.

-   Cokolwiek   można   powiedzieć   o   jamajskim   systemie 

szkolnictwa, na pewno nauczyli cię czytać.

-   I   pisać,   człowieku,   i   pisać.   Do   diabła,   jedno   wynika   z 

drugiego.

Jamajczyk chwycił Jacauda pod pachy i razem z Chavasse’em 

zanieśli go do domu.

Po południu znowu zaczęło padać. Deszcz lunął nagle, jakby 

niebiosa   się   rozwarły,   przesłaniając   świat   szarą   kurtyną.   Stara 
kobieta,   która   zajmowała   się   gotowaniem,   wyszła   z   kuchni   i 
zapaliła   naftową   lampę,   po   czym   wycofała   się   bez   słowa.   Pani 
Campbell   i   Hamid   siedzieli   blisko   ognia   i   rozmawiali   cicho   z 
Famią. Jones czytał książkę, a Chavasse przeglądał egzemplarz „Le 
Monde” sprzed tygodnia.

Odłożył gazetę i podszedł do drzwi baru. Rossiter i Jacaud 

siedzieli   przy   stole   rozmawiając   ściszonymi   głosami.   Pomiędzy 
nimi   stała   butelka   koniaku.   W   pomieszczeniu   nie   było   nikogo 
oprócz   nich   i   Merciera,   który   stał   za   kontuarem   przecierając 
kieliszki. Chavasse pomyślał, że lepsza okazja może się nie zdarzyć. 
Niedbałym krokiem przeszedł przez pokój i zniknął w drzwiach 
prowadzących do części mieszkalnej.

Wbiegł   na   piętro   biorąc   po   dwa   stopnie   naraz,   przeszedł 

background image

korytarzem   i   przystanął   przed   drzwiami   do   pokoju   Rossitera. 
Zamek był dziecinną zabawką - stary zatrzask, który ustąpił gładko 
pod pierwszym wytrychem. Chavasse wszedł do środka.

Pokój wyglądał prawie tak samo jak jego własny, mały i skąpo 

umeblowany, z pojedynczym łóżkiem i starą komodą. Szare światło 
późnego   popołudnia   przesączało   się   przez   wąskie   okno   nie 
rozpraszając mroku, ale dwie wysokie świece palące się po obu 
stronach posążku Dziewicy dawały dodatkowe oświetlenie.

Pod   łóżkiem   leżała   walizka,   która   zawierała   wyłącznie 

ubrania. Po przejrzeniu Chavasse odłożył je starannie na miejsce i 
znowu   wepchnął   walizkę   pod   łóżko.   Następnie   przeszukał 
szuflady i znalazł fotografie, o których mówił Jones. Obejrzał je w 
migotliwym blasku świec. Natychmiast rozpoznał twarz Rossitera, 
wyraźną i charakterystyczną.

Ostrożnie odłożył fotografie i sprawdził pozostałe szuflady. 

Nie   było   tam   nic   interesującego,   pozostały   więc   tylko   książki 
ustawione w równym rzędzie na parapecie okna. Biblia, „Życie św. 
Franciszka   Loyoli”,   „Miasto   Boga”   i   różne   rozprawy.   Były   tam 
również   „Myśli   przewodniczącego   Mao”   oraz   „Das   Kapitał”   - 
raczej osobliwe uzupełnienie tej teologicznej kolekcji.

Sprawdził,   czy   wszystko   zostawił   w   porządku,   po   czym 

ostrożnie   otworzył   drzwi   i   wyszedł.   Niemal   natychmiast   z 
zacienionej   wnęki   po   drugiej   stronie   korytarza   wyłonił   się 
uśmiechnięty Jones.

- Miałem rację? - zapytał. Chavasse kiwnął głową.
- Miałeś.
- Wiecznie to samo. Tak często mam rację, że aż rzygać się 

chce.

Na zewnątrz usłyszeli podjeżdżający samochód. Podeszli do 

okna   na   końcu   korytarza.   Jakiś   mercedes   zaparkował   przed 
wejściem. Obok stali Rossiter i Jacaud. Jacaud otworzył tylne drzwi; 
z samochodu wysiadł mężczyzna w grubym płaszczu z kołnierzem 
z baranków astrachańskich i w staromodnym, czarnym, filcowym 

background image

kapeluszu. Mężczyzna był masywnie zbudowanym Chińczykiem z 
okrągłą, gładką, nieprzeniknioną twarzą, która nie zdradzała jego 
wieku.

-   Człowieku,   to   mi   coraz   bardziej   przypomina   Organizację 

Narodów Zjednoczonych - szepnął Jones.

Chavasse przytaknął. Mercedes odjechał, Jacaud zabrał bagaże 

Chińczyka.

- Pewnie to następny pasażer. Lepiej chodźmy na dół zbadać 

sytuację.

W   głównej   sali   Rossiter   dokonywał   już   prezentacji.   Kiedy 

weszli Chavasse i Jones, odwrócił się z miłym uśmiechem.

- Ach, więc są wszyscy. Dżentelmeni, to jest pan Cheung.
Chińczyk   podszedł   i   podał   im   rękę.   Z   bliska   wyglądał   na 

jakieś czterdzieści pięć lat. Miał wyjątkowo ujmujący uśmiech.

- A więc Australijczyk? - powiedział do Chavasse’a. - Wiele 

razy prowadziłem interesy z firmami w pańskim kraju. Pochodzę z 
Hongkongu.

Jonesowi uścisnął rękę już bardziej formalnie i ze znacznie 

mniejszym zapałem, po czym odszedł w towarzystwie Rossitera i 
Jacauda.   Bretończyk   był   blady   i   źle   wyglądał.   Na   czole   miał 
opatrunek przylepiony szerokim plastrem.

- Przynajmniej podał mi rękę - zauważył Jones. - Oni nie lubią 

czarnuchów, człowieku, nie wiedziałeś?

- Dla Chińczyka przedstawiciel innej rasy jest z natury kimś 

gorszym - odparł Chavasse. - Więc nie użalaj się nad sobą. Ja jestem 
w tej samej sytuacji.

Wyszedł do sieni i pożyczył sobie jeden ze starych płaszczy 

nieprzemakalnych,  które  wisiały  na  drewnianych  kołkach.   Jones 
obserwował go opierając się o framugę.

- Wybierasz się gdzieś?
- Mam ochotę się przewietrzyć.
- Mogę iść z tobą?
- Jak sobie życzysz.

background image

Jamajczyk   również   narzucił   płaszcz   nieprzemakalny   i   obaj 

wyszli w deszcz. Strumienie wody leciały prostopadle z nieba na 
ziemię,   ponieważ   nie   było   wiatru.   Kiedy   mężczyźni   wyszli   za 
bramę,   St.Denise   było   niemal   niewidoczne.   Chavasse   minął 
sosnowy   zagajnik  i  ruszył  plażą  w   stronę   wydm,   pogrążony   w 
myślach.

Istniała organizacja, której zadania polegały na przerzucaniu 

ludzi   przez   Kanał   do   Zjednoczonego   Królestwa   bez   zbędnych 
pytań, za opłatą co najmniej czterystu funtów gotówką na rękę. 
Tylko   że   czasami   ta   organizacja   wyrzucała   ludzi   za   burtę, 
obciążywszy ich przedtem łańcuchem. Po spotkaniu z Rossiterem i 
Jacaudem łatwiej było zrozumieć, dlaczego.

Rossiter...   Jezuita,   który   prawdopodobnie   utracił   wiarę   w 

Korei, kiedy trwała podstępna i krwawa wojna z Chinami, ciągnąca 
się przez lata. Obecność Hamida, Famii i pani Campbell można 
było zaakceptować, i oczywiście Jones również tu pasował - ale pan 
Cheung z Hongkongu...? Ten człowiek stanowił bardzo interesujący 
fragment układanki.

Chavasse   zatrzymał   się   na   szczycie   wydmy   i   popatrzył   na 

szare morze. Jones szturchnął go w bok.

- Czy widzisz to, co ja widzę? Pokazują łódź najnowszemu 

klientowi.

Chavasse przykucnął, pociągając za sobą Jamajczyka. Rossiter 

i   Cheung   szli   drewnianym   nabrzeżem   w   stronę   „Lamparta”. 
Wdrapali się na łódź i zniknęli pod pokładem.

- Ciekawe, co zamierzają? - odezwał się Jones.
- Jest tylko jeden sposób, żeby się dowiedzieć.
Chavasse   podniósł   się   i  ruszył   w   stronę   brzegu,   kryjąc   się 

wśród  wydm.  Jones  poszedł  za  nim.  Niewielka  rybacka  flotylla 
dawno już wróciła z połowu. Płaskodenne łodzie wyciągnięte na 
brzeg   i   ustawione   równym   szeregiem   zapewniały   znakomitą 
osłonę.

Po chwili dotarli do nabrzeża. Chavasse przystanął, a Jones 

background image

zapytał:

- Co ci właściwie chodzi po głowie?
- Bóg raczy wiedzieć... to tylko moja nieuleczalna ciekawość. 

Chciałbym wiedzieć, co oni tam robią.

Przeszedł po grubych deskach i wskoczył na wyższy stopień 

w   miejscu,   gdzie  leniwie   falowała   szarozielona   woda.  Wszędzie 
unosił   się   ciężki   zapach   morza,   słonej   wody,   wodorostów   i 
zdechłych ryb, ostry i cierpki. Chavasse przykucnął pod pomostem 
przy   łodzi,   z   Jonesem   za   plecami.   Nad   głową   mieli   trap 
prowadzący na pokład.

Rossiter i pan Cheung rozmawiali w dialekcie kantońskim. 

Chavasse wytężył słuch, ale chwytał tylko pojedyncze słowa. Nagle 
rozległ się śmiech, ciężkie kroki zadudniły na deskach i oddaliły 
się.

- Co mówili? - zapytał Jones. Chavasse potrząsnął głową.
- Nie bardzo wiem. Z tego, co usłyszałem, wynika, że Cheung 

został   przysłany   z   miejsca   zwanego   Hellgate   przez   kogoś 
nazwiskiem Montefiore. Rozumiesz coś z tego?

Jones kiwnął głową.
- Montefiore to coś nowego dla mnie, ale nazwę Hellgate już 

słyszałem. Podsłuchałem rozmowę Rossitera z Jacaudem.

Chavasse wdrapał się po poprzecznych belkach na pomost i 

zerknął z góry na pokład „Lamparta”. Był to przygnębiający widok: 
brudny, zaniedbany pokład obwieszony festonami sieci i zarzucony 
więcierzami na homary. Gumowy ponton był nadmuchany i z tyłu 
miał przymocowany potężny silnik.

- Jedno jest pewne - stwierdził Chavasse - jeśli coś pójdzie źle, 

niektórzy   z   nas   będą   musieli   pływać.   Ta   łupinka   udźwignie 
najwyżej cztery osoby. Chodź, zabierajmy się stąd.

Wrócili po deskach na plażę i ruszyli w stronę wydm. Kiedy 

brnęli przez piasek, Jamajczyk zachichotał.

- Co cię tak rozśmieszyło? - zapytał Chavasse.
- Ty - odparł Jones z miną niewiniątka. - Człowieku, jesteś 

background image

jedynym znanym mi Australijczykiem, który mówi po francusku i 
chińsku równie dobrze jak po angielsku. Te szkoły w Sydney to 
naprawdę jest coś!

- Idź do diabła - burknął Chavasse i ruszył pomiędzy sosnami 

w stronę gospody.

Kiedy weszli, Rossiter stał samotnie przy kontuarze, a Mercier 

właśnie nalewał mu brandy. Anglik odwrócił się i uśmiechnął.

- Ach, jesteście. Szukaliśmy was.
Wyszliśmy   odetchnąć   świeżym   powietrzem   -   wyjaśnił 

Chavasse. - Stało się coś ważnego?

-   Raczej   tak.   Z   przyjemnością   zawiadamiam   was,   że 

wypływamy dziś wieczorem około dziewiątej.

- Jak długo potrwa przeprawa?
- Jakieś siedem godzin. Jeśli pogoda się utrzyma, wysadzimy 

was na plaży w pobliżu Weymouth.

- Czy ktoś nas tam spotka?
Naturalnie. Moi koledzy z drugiego brzegu odstawią was do 

Londynu najpóźniej do dziewiątej rano. Potem musicie sami sobie 
radzić.

- A jeśli coś się nie uda? - zapytał Jones. Rossiter wydawał się 

lekko zdziwiony.

- Ależ to się nigdy nie zdarzyło, zapewniam was. Zobaczymy 

się później. Wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Jones westchnął.

- Chciałbym mieć jego pewność siebie. Myślisz, że wszystko 

pójdzie dobrze?

- A ty? - zapytał Chavasse.
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, nie wypowiadając swoich 

myśli. Jamajczyk pierwszy się poddał. Jego twarz zmarszczyła się w 
uśmiechu.

- Wiem jedno. To na pewno będzie interesująca noc.

background image

Rozdział VII  

Płomień w ciemnościach 

Nabrzeże w nocy było zupełnie puste. Paliła się tylko samotna 

latarnia   na   dwumetrowym   słupie.   W   tym   ostrym   świetle 
„Lampart” wyglądał jeszcze gorzej niż zwykle, nędznie i brzydko - 
jak stara portowa dziwka, przyłapana bez makijażu.

Mercier   i   Jacaud   pracowali   na   pokładzie,   kiedy   przybyła 

grupa z gospody „Pod Uciekinierem”. Rossiter prowadził, niosąc 
walizkę Famii. Wobec dziewczyny był uosobieniem troskliwości. 
Pomógł jej wejść na pokład i sprowadził na dół. Pozostali poszli w 
ich ślady. Chavasse i Jones pomogli po kolei staremu Hamidowi i 
pani Campbell.

Rossiter zatrzymał Chavasse’a kładąc mu rękę na ramieniu.
- Jedno słowo, zanim zejdziesz na dół.
- Coś pana niepokoi? - uprzejmie zapytał Chavasse.
- Twoja broń. - Rossiter wyciągnął rękę. - Oddaj ją grzecznie i 

bez żadnych głupstw.

Chavasse wzruszył ramionami, wyciągnął smith & wessona i 

podał go Rossiterowi. - Pan tu rządzi.

-   Jeszcze   przez  parę   godzin.  Teraz  chodźmy   do   tamtych.   - 

Kiwnął na Jacauda. - Możesz odpływać, jak będziesz gotowy.

Chavasse zszedł do kajuty i zobaczył, że pozostali siedzą już 

po obu stronach dużego stołu. Wyglądali absurdalnie uroczyście, 
niczym uczestnicy zebrania czekający na przewodniczącego. Jones 
przesunął się, żeby zrobić dla Chavasse’a miejsce na wyściełanej 
ławie.

- Co cię zatrzymało? - zapytał z uśmiechem. Zanim Chavasse 

zdążył odpowiedzieć, zjawił się Rossiter. Pochylił się nad stołem.

- Panie i panowie, rozpoczynamy ostatni etap naszej podróży. 

Jeśli   pogoda   się   utrzyma,   a   zapewniam   was,   że   prognozy   są 
pomyślne, zejdziecie na ląd mniej więcej za siedem godzin od tej 

background image

chwili, w zatoczce niedaleko małej wioski w okolicach Weymouth 
na   angielskim   wybrzeżu.   Członek   naszej   organizacji   będzie   tam 
czekał, żeby zabrać was drogą lądową do Londynu. Muszę prosić, 
żebyście przez cały czas trwania podróży pozostali w tej kajucie. Są 
jakieś pytania?

Nikt nie zabrał głosu. Rossiter uśmiechnął się.
- Jeśli ktoś poczuje się głodny, znajdzie w kambuzie kanapki i 

piecyk do kawy. Zobaczymy się później.

Wyszedł. Niemal natychmiast silniki ożyły z kaszlem i łódź 

zaczęła się poruszać. Chavasse wyjrzał przez najbliższy iluminator i 
zobaczył, że Mercier stoi pod latarnią na nabrzeżu. Odszedł, kiedy 
„Lampart” wypłynął na morze. Chavasse wrócił na swoje miejsce.

Jones poczęstował go papierosem.
- No i co teraz o tym myślisz?
- - Oni chyba wiedzą, co robią. - Chavasse pochylił się do 

Famii.   -   Wszystko   w   porządku?   Dziewczyna   uśmiechnęła   się 
promiennie.

-   O   tak,   doskonale.   Pan   Rossiter   był   bardzo   uprzejmy. 

Człowiek czuje się tak bezpiecznie w jego towarzystwie. Jestem 
pewna, że teraz wszystko będzie dobrze.

- Miejmy nadzieję.
Chavasse odchylił się do tyłu. Incydent z rewolwerem dał mu 

sporo do myślenia. Mógł się za tym kryć jakiś złowrogi sens. Z 
drugiej   strony   było   całkiem   możliwe,   że   Rossiter   po   prostu 
podejmował wszelkie środki ostrożności. Nie miało to wielkiego 
znaczenia,   ponieważ   Chavasse,   dawno   temu   nauczony   gorzkim 
doświadczeniem, że nie należy kusić losu, wciąż miał swój atut, 
czyli   automatycznego   walthera   PPK,   którego   przed   wyjściem   z 
gospody przylepił plastrem do wewnętrznej strony lewej łydki, tuż 
nad kostką.

Siedział wygodnie i spod przymkniętych powiek obserwował 

Cheunga, który czytał książkę na drugim końcu stołu, naprzeciwko 
pani   Campbell.   Zastanawiał   się,   co   to   za   książka.   Nagle 

background image

przypomniał   sobie   dwie   rzeczy:   biegłą   znajomość   chińskiego   u 
Rossitera   i   egzemplarz   „Myśli   przewodniczącego   Mao”   w   jego 
pokoju.   Tak,   istotnie,   im   więcej   o   tym   myślał,   tym   bardziej 
interesujący wydawał się pan Cheung.

Miłość do morza nie była niczym niezwykłym u człowieka, 

którego bretońscy przodkowie wypływali na połów do wybrzeży 
Nowej Funlandii na długo przedtem, zanim Kolumb odkrył Nowy 
Świat.   Chavasse   przez   osiem   lat   prowadził   trzydziestostopowy 
motorowy   jacht   po   wodach   kanału   La   Manche   i   znał   tamtejsze 
wyspy oraz zatokę St.Malo jak własną kieszeń.

Dlatego też mógł teraz dość dokładnie wyliczyć kurs łodzi, nie 

tylko   na   podstawie   oceny   szybkości,   ale   również   bezpośrednio, 
obserwując światła latarni morskich, które dobrze znał.

Chociaż utrzymywała się ładna pogoda, łódź podskakiwała 

gwałtownie na wzburzonych falach. W tym rejonie morze rzadko 
bywa spokojne z powodu potężnych przypływów, które zalewają 
wyspy i podnoszą poziom wody w zatoce nawet o trzydzieści stóp. 
Hamid i pani Campbell cierpieli na chorobę morską mimo pigułek, 
które Rossiter rozdał im przed opuszczeniem gospody. Staruszek 
wyglądał bardzo źle.

Nieprzyjemne   było   nie   tylko   kołysanie   „Lamparta”,   ale 

również   przenikliwy   smród   benzyny,   który   stawał   się   coraz 
silniejszy. Chavasse wyjrzał przez iluminator, kiedy mijali latarnię 
morską Les Hanois na zachodnim krańcu Guernsey.

- Stąd już mamy prostą drogę - zwrócił się do Jonesa. - Zostało 

najwyżej parę godzin, jeśli pogoda się utrzyma.

Jamajczyk zrobił kwaśną minę.
-   Jeszcze   trochę   i   sam   się   pochoruję.   Ta   benzyna   okropnie 

śmierdzi.

- Wcale mi się to nie podoba - stwierdził Chavasse zniżonym 

głosem. - Chyba pójdę na górę i pogadam z naszym przyjacielem.

Drzwi   u   szczytu   schodów   były   zaryglowane.   Chavasse 

załomotał  w nie pięścią. Po chwili drzwi uchyliły się i Rossiter 

background image

zajrzał przez szparę.

- Czego chcesz?
- Tu na dole piekielnie cuchnie benzyną - wyjaśnił Chavasse. - 

Stary Hamid wymiotował już kilka razy. Nie wygląda za dobrze.

Rossiter przykucnął i wciągnął nosem powietrze. Zmarszczył 

brwi.

- Rzeczywiście. Zabierzcie go na górę, na świeże powietrze. 

Powiem Jacaudowi, żeby sprawdził silnik.

Jones i Chavasse wyprowadzili staruszka na pokład. Morze 

było   wzburzone   i   wiał   wiatr   o   sile   trzech   stopni,   jak   ocenił 
Chavasse, ale stara łódź świetnie się spisywała. Latarnia na maszcie 
kołysała   się   rytmicznie   z   boku   na   bok.   W   jej   świetle   Jacaud 
przykucnął   przy   dziobowym   luku,   który   prowadził   do   komory 
silnika. Znikł pod pokładem. Chavasse zostawił starego pod opieką 
Jonesa i podszedł do otwartego luku.

Pomieszczenie na dole miało tylko cztery stopy wysokości, 

toteż   Jacaud   musiał   przykucnąć   u   stóp   krótkiej   drabinki,   po 
omacku   szukając   wyłącznika   światła.   Znalazł   go   i   przyczyna 
kłopotów od razu stała się widoczna, ponieważ wokół jego stóp 
chlupotała mniej więcej calowa warstwa benzyny.

Bretończyk   przesunął   się   do   przodu   i   znikł,   ale   niemal 

natychmiast pojawił się ponownie i zaczął wchodzić po drabinie.

- Bardzo źle? - zapytał Chavasse.
Jacaud   zignorował   go,   zamknął   luk   i   ruszył   na   rufę   do 

sterówki.   Chavasse   wrócił   do   Jonesa,   który   stał   przy   relingu 
obejmując ramieniem Hamida.

- Co się stało? zapytał Jamajczyk.
Chavasse wzruszył ramionami.
- Jacaud nie był zbyt rozmowny. Moim zdaniem ma przeciek 

w zbiorniku paliwa.

- Zgadza się. - Rossiter podszedł do nich osłaniając dłońmi 

zapałkę,   żeby   zapalić   papierosa.   Na   szczęście   mamy   zapasowe 
zbiorniki,   które   zawierają   dosyć   paliwa   na   całą   podróż.   Jacaud 

background image

przełączył silnik na te zbiorniki. Zobaczycie, że teraz bardzo szybko 
nastąpi poprawa.

- Czy musimy wracać pod pokład? - zapytał Chavasse.
- Jeden z was może tu zostać ze starym przez jakieś dziesięć 

minut. To powinno mu pomóc. Wrócił do sterówki, a Chavasse 
zapytał Jonesa:

- Możesz tu zostać?
- Jasne - przytaknął Jamajczyk.
- Dobra, wobec tego zejdę na dół i zobaczę, jak tamci sobie 

radzą.

Kiedy zszedł pod pokład, czuł jeszcze zapach benzyny, ale 

znacznie   słabszy   niż   poprzednio.   Pani   Campbell   była   blada   i 
mizerna, ale Famia wyglądała dobrze. Cheung siedział wygodnie 
oparty, z zamkniętymi oczami i rękami skrzyżowanymi na piersi.

Chavasse   wyjrzał   przez   iluminator   nad   głową.   W   oddali 

czerwono-zielone   światła   nawigacyjne   statku,   który   płynął 
szlakiem   morskim   przez   Kanał   z   Ushant,   znikły   nagle   jak 
zdmuchnięte. Chavasse zmarszczył brwi. Na schodach rozległy się 
kroki.

Jones pomógł usiąść Hamidowi i uśmiechnął się.
-   Niezbyt   przyjemnie   na   zewnątrz.   Mgła   wstaje   z   morza   i 

znowu zaczęło padać.

Dokładnie  w  tej  samej  chwili  stłumiona  eksplozja  zatrzęsła 

łodzią. Pani Campbell krzyknęła, kiedy rzuciło ją na stół. Chavasse 
rozpłaszczył   się   na   ścianie.   Gdy   odzyskał   równowagę,   silnik 
„Lamparta” umilkł i łódź zaczęła dryfować.

Chavasse załomotał w drzwi prowadzące na pokład. Drzwi 

otwarły się niemal natychmiast i wyjrzał Rossiter z bronią w ręku. 
Twarz   miał   bardzo   bladą,   oczy   błyszczące,   ale   broń   nawet   nie 
drgnęła.

- Z powrotem.
- Niech pan nie będzie cholernym głupcem - zaprotestował 

Chavasse. - Jeśli stało się coś złego, mamy prawo wiedzieć.

background image

-   Jak   przyjdzie   pora.   -   Rossiter   odepchnął   go   i   zatrzasnął 

drzwi.

- Co tam się dzieje? - zapytał Jones. - Nie podobały mi się te 

odgłosy.

W   tej   pełnej   napięcia   chwili   jego   jamajski   akcent   uległ 

zdumiewającej   przemianie.   Zastąpiła   go   nieskazitelna   wymowa, 
typowy produkt angielskiego systemu szkół publicznych. Pewnych 
rzeczy nie da się ukryć, pomyślał Chavasse, ale powstrzymał się od 
komentarzy.

Pani Campbell szlochała histerycznie, a Famia próbowała ją 

uspokoić. Stary Hamid jakoś dziwnie się ożywił i stał obejmując 
ramieniem   obie   kobiety.   Najbardziej   interesująca   była   reakcja 
Cheunga.   Żadnej   paniki,   żadnej   histerii.   Chińczyk   siedział   za 
stołem z twarzą bez wyrazu i z czujnym spojrzeniem.

Chavasse odkręcił pokrywę iluminatora i wystawił głowę na 

zewnątrz. Poczuł zapach spalenizny. Rossiter i Jacaud kłócili się po 
francusku tuż nad jego głową.

Mówię ci, że nie jest dobrze - krzyczał Jacaud przerażonym 

głosem. - Stara łajba nie wytrzymała.

- Jak daleko jesteśmy od brzegu? - zapytał Rossiter.
- Pięć czy sześć mil, może siedem.
-   Dobrze,   dalej   popłyniemy   pontonem.   Spuść   go   na   wodę. 

Nasi przyjaciele z Fixby odwiozą nas do St. Denise.

Resztę   rozmowy   zagłuszył   wiatr.   Chavasse   odwrócił   się   i 

znalazł się twarzą w twarz z Jonesem, który klęczał obok na ławie.

- Co się dzieje? - zapytał Jamajczyk.
-   Z   tego,   co   słyszałem,   „Lampart”   nie   wytrzymał.   Chcą 

przepłynąć resztę drogi w pontonie.

- To możliwe?
-   Nie   widzę   przeszkód.   Do   brzegu   jest   jakieś   sześć   mil,   a 

ponton   ma   dobry   silnik.   Oczywiście   zabiorą   tylko   czterech 
pasażerów...

Drzwi na pokład nagle stanęły otworem i pojawił się Rossiter 

background image

z   bronią   w   ręku.   Machnął   rewolwerem   w   stronę   Chavasse’a   i 
Jonesa.

- Siadać i nie ruszać się.
Zrobili, co im kazano. Chavasse schylił się pod stół i sięgnął po 

walthera, którego przymocował plastrem do łydki nad kostką.

Rossiter kiwnął na Famie.
- Panno Nadeem, proszę na pokład. Dziewczyna potrząsnęła 

głową w kompletnym oszołomieniu.

- Ale ja nic nie rozumiem.
Maska spokoju na twarzy Rossitera pękła na tysiąc kawałków. 

Złapał dziewczynę brutalnie za ramię i krzyknął dziko:

- Chce pani umrzeć, tak? - Popchnął ją w górę po schodach. - 

Dalej, marsz na pokład.

Pani Campbell opadła bezwładnie na ławkę. Famia potykając 

się wyszła.

- A co my mamy robić? - zapytał Chavasse. - Pójść na dno ze 

śpiewem na ustach?

Rossiter zignorował go i powiedział po chińsku do Cheunga:
- Szybko na pokład. Łódź tonie. Chińczyk przepchnął się obok 

Hamida i pani Campbell. Chavasse oparł się o stół i zacisnął dłoń 
na kolbie walthera.

- Jestem pełen podziwu, Rossiter. Usunięcie z drogi Harveya 

Prestona na pewno wymagało zręczności, ale to jest jeszcze lepsze. 
Czworo za jednym zamachem...

Rossiter   odwrócił   się   i   strzelił   na   ślepo,   kierując   się 

instynktownym   odruchem.   Kula   roztrzaskała   przepierzenie   za 
plecami   Chavasse’a,   trochę   z   boku.   Pani   Campbell   znowu 
krzyknęła. Chavasse mocnym uderzeniem w plecy pchnął Jonesa 
na   podłogę   i   błyskawicznie   wyciągnął   walthera.   Pocisk   drasnął 
Cheunga w bok głowy, wyorał mu krwawą bruzdę w policzku i 
odłupał kilka drzazg z framugi drzwi.

Cheung nie wydał dźwięku, tylko odwrócił się i skoczył na 

schody.   Rossiter   gorączkowo   wystrzelił   trzy   razy.   Chavasse 

background image

zanurkował   pod   stół.   Potem   drzwi   zatrzasnęły   się   i   szczęknęła 
zasuwa.

Chavasse podniósł się i zobaczył, że Jones już  wchodzi na 

schody. Dopadł go w samą porę i zdążył odciągnąć, zanim dwie 
następne kule przebiły drzwi.

- Zaczekaj, człowieku, zaczekaj! On się tego spodziewał.
Rozpłaszczyli się na ścianach po obu stronach schodów. Jones 

powiedział cicho:

- Muszę przyznać, że naprawdę znasz się na swojej robocie.
Chavasse wyszczerzył zęby.
- Ty też nieźle sobie radzisz jak na adwokata. Jamajczyk nie 

okazał zdziwienia.

- Wiesz, kim jestem?
- Darcy Morgan Preston, lat dwadzieścia dziewięć, z zawodu 

adwokat, praktykujący na Jamajce od sierpnia 1967 roku. Żonaty, 
dwójka   dzieci.   Próbujesz   wykryć,   co   się   stało   z   twoim   bratem 
Harveyem.

- A ty wiesz, co się stało?
-   Nasi   przyjaciele   owinęli   go   łańcuchem   kotwicznym   wagi 

siedemdziesięciu funtów i wyrzucili za burtę.

Darcy   Preston   wyprostował   się   i   odsunął   od   ściany   z 

poszarzałą twarzą. W tej samej chwili na zewnątrz obudził się do 
życia silnik pontonu.

- Chodźmy - rzucił Chavasse i wbiegł na schody.
Wystrzelił   cztery   razy   rozłupując   drewno   wokół   zamka, 

podniósł prawą nogę i kopnął z całej siły. Drzwi stanęły otworem. 
Chavasse   kuląc   się   wyskoczył   na   pokład.   Spóźnił   się.   Warkot 
motoru rozpływał się już we mgle.

background image

Rozdział VIII  

Szary świt 

- Sympatyczni ludzie - zauważył spokojnie Darcy Preston. - Co 

teraz zrobimy?

Rozległ się nagły syk jakby uciekającego gazu i strumień pary 

wystrzelił   z   komory   silnika.   Rufa   zanurzała   się   już   głęboko   w 
wodzie. „Lampart” kołysał się ospale, prawie nie unosząc się na 
falach.

Z   dołu   dobiegł   nagły   okrzyk.   Chavasse   odwrócił   się   i 

zobaczył, że na pokład wychodzi stary Hamid. W mętnym żółtym 
świetle latarni na maszcie wyglądał na stuletniego staruszka, ale 
zupełnie nie okazywał strachu.

-   Oni   odpłynęli,   panie   Chavasse?   Zostawili   nas,   żebyśmy 

utonęli?

- Postaram się do tego nie dopuścić - odparł Chavasse. - Jak się 

czuje pani Campbell?

- Boję się, że nie najlepiej. Chavasse odwrócił się do Prestona.
-   Wyprowadź   ją   na   pokład   i   poszukaj   jakiegoś   alkoholu. 

Jacaud   bez   przerwy   chlał   rum,   więc   gdzieś   tu   musi   być   parę 
butelek.   Namów   ją,   żeby   wypiła   jak   najwięcej.   Przyda   się   na 
uspokojenie. Ja się tymczasem rozejrzę. I pospiesz się, na miłość 
boską. Nie mamy dużo czasu.

Znalazł   trzy   kamizelki   ratunkowe   w   szafce   w   sterówce   i 

wręczył jedną Hamidowi. Stary zaczai rozpinać płaszcz. Chavasse 
potrząsnął głową.

- Niech pan tego nie zdejmuje w żadnym wypadku. Będzie 

bardzo zimno.

Hamid nałożył sobie pasy na ramiona. Chavasse po raz ostatni 

sprawdził łódź. Jedynym przedmiotem zdolnym utrzymać ciężar 
ludzkiego ciała była pokrywa tylnego luku. Zdjął ją i przetoczył do 
relingu, kiedy pojawił się Preston z panią Campbell.

background image

Pani Campbell wyglądała upiornie w żółtym świetle. Kuliła 

się   lękliwie,   jej   ciemne   oczy   pełne   były   przerażenia.   Chavasse 
poczuł zapach rumu. Jamajczyk trzymał jedną butelkę w ręku i 
dwie następne pod pachą.

Podał butelkę Chavasse’owi.
- Włóż to do kieszeni. Może się przydać. Chavasse dał mu 

dwie kamizelki ratunkowe.

- Nic lepszego nie znalazłem.
- A co z tobą?
- Jest jeszcze stary korkowy pas ratunkowy. Utrzyma mnie. 

Teraz pospiesz się. Zostało tylko parę minut.

Nagle zrobiło się bardzo cicho. Strumienie deszczu wyglądały 

w   świetle   latarni   jak   stalowe   lance.   Wszyscy   stali   przy   relingu, 
gotowi do opuszczenia łodzi. Woda zalała już rufę i zielone fale 
chlupotały na pokładzie.

Chavasse spojrzał na zegarek.
- Do świtu została godzina. Jesteśmy pięć czy sześć mil od 

brzegu, może bliżej, ale niedługo zacznie się przypływ i pociągnie 
nas ze sobą. Nie próbujcie płynąć, bo tylko się zmęczycie i będziecie 
szybciej   tracić   ciepło.   Nie   zdejmujcie   ubrania.   To   najgorsze,   co 
moglibyście zrobić. Pani Campbell, położymy panią na pokrywie 
luku.   Chcę,   żeby   pani   leżała   spokojnie,   nawet   jeśli   woda   panią 
zaleje. Reszta chwyci się brzegów pokrywy. Musimy trzymać się 
razem. Są jakieś pytania?

„Lampart”   nagle   przechylił   się   na   bok.   Preston   stracił 

równowagę i wpadł do wody. Wypłynął na powierzchnię i złapał 
się relingu. Nawet zdobył się na uśmiech.

-   Powinniśmy   to   robić   częściej.   Lepiej   pospieszcie   się   z   tą 

pokrywą. Coś mi się zdaje, że łódź długo nie pociągnie.

Dziwne... człowiek zawsze, uważał łodzie za żywe stworzenia, 

obdarzone duszą.

Chavasse z całej siły popychał przed sobą pokrywę, ale było 

mu  niewygodnie  płynąć,  ponieważ  korkowy   pas  obijał  się  o  jej 

background image

krawędź.   Spojrzał   za   siebie   i   zobaczył,   że   „Lampart”   gładko 
ześlizguje się pod powierzchnię. Przez chwilę czerwone i zielone 
światła nawigacyjne na maszcie błyszczały nad falami, a potem one 
też znikły.

Ciemność   była   prawdziwym   wrogiem,   chociaż   z   początku 

zimno również dawało się we znaki. Ale po chwili temperatura 
ciała   przystosowała   się   do   temperatury   wody,   zwłaszcza   że 
wszyscy byli grubo ubrani. Chavasse wiedział, że to pomoże.

Ale ciemność długo nie chciała ustąpić. Pani Campbell jęczała 

przez cały czas albo wybuchała nagle okropnym płaczem. Nikt nie 
mógł jej pomóc.

Wreszcie   nadszedł   świt,   szary   i   mglisty.   Widoczność   nie 

przekraczała   stu   jardów.   Chavasse   z   niepokojem   zauważył,   że 
zimny wiatr dmucha mu w lewy policzek, a spienione fale piętrzą 
się coraz wyżej.

Odwrócił się do Hamida, który kurczowo czepiał się pokrywy. 

Stary   człowiek   utrzymywał   się   na   wodzie   dzięki   kamizelce 
ratunkowej, ale turban miał przemoczony i skórę tak napiętą, że 
widać było każdą kość.

- Nic panu nie jest? Wytrzyma pan?
Hamid bez słowa kiwnął głową. Chavasse przesunął się na 

drugą stronę, do Darcy’ego Prestona. Jamajczyk uśmiechnął się ze 
znużeniem.

- Wolę już zatokę Montego... To nie jest żart.
- Wiatr się wzmaga - oświadczył Chavasse. - Nie czujesz tego? 

Będzie nas szybciej popychał do brzegu, ale robi się niebezpiecznie, 
więc uważaj.

Nagle usta Jamajczyka otworzyły się w bezgłośnym krzyku. 

Chavasse   odwrócił   się   i   ujrzał   szarozieloną   ścianę   wody,   która 
zbliżała się szybko, przesłaniając horyzont. Nie mógł nic zrobić. 
Tym   razem   pani   Campbell,   Boże   jej   pomóż,   nawet   nie   zdążyła 
krzyknąć. Fala uniosła pokrywę jak korek, zakręciła nią i cisnęła w 
dół.

background image

Chavasse wynurzył się na powierzchnię w wirze białej piany, 

rozpaczliwie   walcząc   o   oddech.   Stary   pas   ratunkowy   wciąż 
utrzymywał   go   na   wodzie.   Pani   Campbell   znajdowała   się 
dwadzieścia   czy   trzydzieści   stóp   dalej.   Płynął   do   niej   Darcy 
Preston. Hamid był po prawej - i Chavasse rzucił się w jego stronę.

Stary   człowiek   był   w   szoku.   Leżał   na   plecach,   wyraźnie 

wyczerpany. Zgubił turban i jego długie stalowosiwe włosy unosiły 
się na wodzie wokół głowy. Kiedy Chavasse do niego dotarł, wiatr 
rozdarł zasłonę mgły i nisko na horyzoncie ukazał się ląd, odległy 
najwyżej o milę.

Albo Jacaud źle ocenił odległość, albo płynęli o wiele szybciej, 

niż   Chavasse   przewidywał.   Odwrócił   się   do   Jamajczyka,   który 
wciąż płynął za panią Campbell, i krzyknął:

- Ląd, Preston, ląd! Najwyżej o milę.
Preston podniósł rękę na znak, że zrozumiał, i dalej płynął za 

panią Campbell. Zasłona mgły znowu opadła. Chavasse chwycił 
staruszka i przyciągnął go do siebie.

- Już niedługo. Widziałem ląd.
Hamid   uśmiechnął   się   blado,   ale   nie   był   w   stanie 

odpowiedzieć. Chavasse wyjął z kieszeni butelkę rumu i wyciągnął 
zębami korek.

- Niech pan wypije.
Przemocą otworzył staremu usta i wlał mu alkohol do gardła. 

Hamid zakaszlał, zakrztusił się i odsunął głowę.

- Moja religia tego zabrania - wydyszał. Chavasse uśmiechnął 

się.

- Tym razem Allach ci wybaczy, starcze - powiedział w języku 

hindustani i przełknął resztę trunku.

Stary   człowiek   nie   okazał   żadnego   zdziwienia   na   dźwięk 

ojczystej mowy, tylko odpowiedział w tym samym języku:

- Jeśli przeżyję, to za wolą Allacha. Jeśli zginę... niech się stanie 

Jego wola.

Minęło   następne   pół   godziny   i   Chavasse   naprawdę   zaczął 

background image

odczuwać zimno. Zdjął pasek swojego nieprzemakalnego płaszcza i 
związał się z Hamidem, który płynął obok niego. Od jakiegoś czasu 
nigdzie nie widział Darcy’ego Prestona ani pani Campbell.

Hamid był sztywny, oczy miał zamknięte, sina z zimna twarz 

przypominała trupią czaszkę. Chavasse uderzył go kilka razy. Oczy 
otworzyły się i spojrzały bezmyślnie, a potem trochę przytomniej. 
Usta poruszyły się, ale słowa były tylko szeptem.

- Ali... Ali, czy to ty, mój synu? - zapytał starzec w hindustani.
-   Tak,   mój   ojcze.   -   Chavasse   zdobył   się   na   wysiłek,   żeby 

odpowiedź   zabrzmiała   prawidłowo.   -   Już   niedługo.   Wkrótce 
będziemy w domu.

Starzec uśmiechnął się i zaniknął oczy. Nagle fala wyniosła ich 

wysoko pod ołowiane niebo i utrzymywała na górze tak długo, że 
Chavasse   przez   zasłonę   deszczu   zdążył   dojrzeć   skały,   odległe 
najwyżej o kilkaset jardów. Za skałami piętrzyły się fale i spieniona 
woda uderzała o odległy brzeg.

Płynęli szybko, bezsilni w objęciach prądu, który unosił ich ze 

sobą. Chavasse mocno trzymał starca. Nagle fala załamała się nad 
ich głowami. Potem zwaliła się na nich następna ogromna ściana 
wody, zielona jak butelkowe szkło.

Chavasse   zanurkował   głęboko,   zbyt   głęboko.   Był   sam   i 

walczył jak ryba schwytana w sieć. Pas ratunkowy zniknął, stary 
Hamid zniknął, ale Chavasse nie czuł strachu. Jeśli ma umrzeć, 
umrze walcząc.

Istnieje wzorzec zachowania wspólny wszystkim zwierzętom, 

znany psychologom jako reakcja krytyczna. Każde żywe stworzenie 
z   determinacją   walczy   o   życie,   kiedy   znajdzie   się   w   krytycznej 
sytuacji - osaczone przez wrogów lub samotne we wzburzonym 
morzu, jak Paul Chavasse.

Wypłynął   na   powierzchnię,   wciągnął   powietrze   do   płuc   i 

znowu   zanurkował,   szarpiąc   guziki   płaszcza.   Ściągnął   płaszcz, 
potem marynarkę i popłynął w górę po następny łyk powietrza. 
Zdejmowanie   butów   zabrało   więcej   czasu,   ponieważ   stopy   mu 

background image

spuchły od długiego zanurzenia w zimnej słonej wodzie. Wreszcie 
jednak uwolnił się i znowu płynął, znowu rozpaczliwie walczył o 
życie z siłą czerpaną z ukrytych rezerw, które drzemią w każdym 
człowieku.

A  potem   kopnął   stopą   piasek   i   znowu   się   zanurzył.   Fala 

cisnęła   go   do   przodu,   na   wielki   okrągły   głaz   ociekający   pianą, 
wodorosty oplatały mu nogi do kolan.

Następna   fala  przewróciła   go.   Zaczepił   palcami   o   krawędź 

skały   i   wytrzymał   napór   wody.   Kiedy   fale   cofnęły   się,   wstał 
chwiejnie i pokuśtykał przez kamienie do spłachetka białego piasku 
u podnóża urwiska.

Leżał na brzuchu dysząc gwałtownie, potem podniósł się z 

wysiłkiem. Hamid... musiał znaleźć Hamida. Czuł morze w ustach, 
w   uszach,   w   gardle,   morze   szumiało   mu   w   głowie.   Ostrożnie 
przeszedł między kamieniami na właściwą plażę.

Hamid leżał na płyciźnie trzydzieści czy czterdzieści jardów 

dalej, zalewany przez fale. Chavasse zaczął biec, wykrzykując w 
hindustani:

- Idę! Trzymaj się! Trzymaj się!
Zupełna głupota. Hamid na pewno nie żyje, powtarzał sobie 

Chavasse. Wyciągnął ciało z wody, przewrócił je na wznak i oto 
zdarzył się cud: stare oczy otwarły się.

Hamid uśmiechnął się. Całe zmęczenie, cały ból odpłynęły z 

jego twarzy.

-   Ali,   mój   synu,   wiedziałem,   że   przyjdziesz   -   szepnął.   - 

Pobłogosław mnie teraz.

-   Bądź   błogosławiony,   starcze,   daj   mi   rękę   -   powiedział 

Chavasse   w   hindustani.   -   Błogosławiony   i   po   trzykroć 
błogosławiony. Odejdź do Allacha.

Stary uśmiechnął się z zadowoleniem, zamknął oczy i życie 

opuściło go.

Chavasse   klęczał   przy   nim   przez   długą   chwilę,   nie   czując 

zimna, wpatrując się w przestrzeń niewidzącym wzrokiem. Kiedy 

background image

wreszcie wstał, Darcy Preston czekał kilka jardów dalej z ponurą 
twarzą.

Podobnie jak Chavasse, Jamajczyk był rozebrany do koszuli i 

spodni,   bez   kamizelki   ratunkowej.   Miał   szramę   na   twarzy   i 
skaleczone ramię.

-   Co   z   panią   Campbell?   -   zapytał   Chavasse.   Jamajczyk 

wzruszył ramionami.

- Próbowałem ją złapać, kiedy ta wielka fala nas rozdzieliła, 

ale prąd był za silny. Ciągle płynęła, kiedy ostatni raz ją widziałem. 
Może jeszcze się uratuje.

Ale   sam   w   to   nie   wierzył   -   obaj   nie   wierzyli.   Chavasse 

powiedział ze znużeniem:

- Okay, chodźmy stąd.
- Nie zabierzemy go?
-  W obecnej sytuacji nie ma sensu ryzykować, że ktoś nas 

zobaczy   obok   niego   -   odparł   Chavasse.   Jeżeli   przeniesiemy   go 
wyżej na plażę, wiadomo będzie, że ktoś ruszał ciało.

- Więc co mamy robić, do diabła? - zapytał Jamajczyk.
Chavasse spojrzał na zegarek.
-   Jest   za   piętnaście   piąta.   Znajdziemy   szosę   i   budkę 

telefoniczną. Zadzwonię do moich ludzi, a potem schowamy się za 
najbliższym żywopłotem i zaczekamy. Za godzinę będziesz jechał 
do Londynu.

Darcy Preston potrząsnął głową.
-   No,   jedno   jest   pewne.   Kimkolwiek   jesteś,   na   pewno   nie 

pracujesz w policji.

- Trafiłeś w dziesiątkę - przyznał Chavasse. - A teraz wynośmy 

się stąd.

Odwrócił się i ruszył w stronę urwiska przez szary poranek.

background image

Rozdział IX  

Ściśle tajne 

- Montefiore... Enrico Montefiore. - Mallory odwrócił się od 

okna,   napełniając   fajkę   z   wytwornego   skórzanego   kapci   ucha.   - 
Jeden z najbogatszych ludzi w Europie, chociaż bardzo niewielu o 
nim słyszało. Nie lubi się fotografować, ale znajdziesz parę zdjęć w 
jego   aktach.  Wielki  finansista...  Maczał  palce  w   tylu  aferach,  że 
straciłbyś rachubę, gdybyś go chciał podliczyć.

-   A   Hellgate?   -   zapytał   Chavasse.   -   Co   to   jest?   Mallory 

potrząsnął głową.

- Nie wiem. O ile pamiętam, Montefiore ma posiadłość nad 

jeziorem   w   Lucernie   i   palazzo   w   Wenecji.   Prawdę   mówiąc,   od 
trzech czy czterech lat trzyma się w cieniu. - Potrząsnął głową. - To 
nie   ma   żadnego   sensu.   Po   co,   na   litość   boską,   człowiek   z   jego 
pozycją chciałby się mieszać w coś takiego?

Rozległo się pukanie do drzwi i weszła Jean Frazer. Podała 

Mallory’emu kopertę.

- Następne materiały z S2, sir, dzięki uprzejmości chińskiej 

sekcji CIA.

Wyszła,   a   Mallory   otworzył   kopertę   i   wyjął   kilka   kart 

personalnych. Do każdej była przypięta fotografia.

- Lepiej przyjrzyj się temu, Paul. Może kogoś rozpoznasz.
Cheung był piąty z kolei, tylko nazywał się Ho Tsen i był 

pułkownikiem w Armii Ludowej Republiki Chin. Chavasse rzucił 
kartę na biurko.

- To nasz człowiek.
Mallory obejrzał kartę i kiwnął głową, lekko marszcząc brwi.
- Ciekawy typ. Zdaje się, że to jeden z ich najlepszych ludzi. 

Przez trzy lata był attache wojskowym w Paryżu. CIA koniecznie 
chciała go dopaść.

Zabrzęczał   telefon.   Mallory   odebrał   i   słuchał   przez   ponad 

background image

minutę. Odłożył słuchawkę z zamyślonym wyrazem twarzy.

- Dzwonił Travers z tej miejscowości Fixby. To mała wioska 

nad   zatoczką   w   pobliżu   Weymouth.   Jest   tam   stara   strzeżona 
przystań, którą prowadzi facet nazwiskiem Gorman. W tej chwili 
go nie ma. Widziano go, jak wypływał na morze dziś rano około 
szóstej   trzydziestostopową   łodzią   motorową,   w   której   zabiera 
turystów na ryby.

Chavasse spojrzał na zegarek i zobaczył, że było już prawie 

południe.

- Pewnie niedługo dopłyną, jeśli pogoda się utrzyma.
- Do St.Denise? - Mallory kiwnął głową. - Tak, skłonny jestem 

zgodzić   się   z   tobą.   Moim   zdaniem   nasz   przyjaciel   z   Republiki 
Ludowej wrócił z nimi. Po pierwsze potrzebuje pomocy lekarskiej, 
a   po   drugie   woli   się   tutaj   nie   pokazywać,   jeśli   coś   nie   wyszło. 
Bardzo praktyczni ludzie z tych Chińczyków.

- A co z Rossiterem?
Mallory wziął do ręki akta i zaczął je przeglądać.
- To naprawdę zdumiewający facet. Nie mogę go rozgryźć. 

Najlepsza szkoła w Stoneyhurst, dwa fakultety w Cambridge, pięć 
lat   w   English   College   w   Rzymie,   a   potem   Korea.   Chińczycy 
trzymali go przez cztery lata... cztery lata w obozie. To musiało być 
piekło.

Chavasse   przytaknął,   pamiętając   swoje   własne   obozowe 

doświadczenia, które trwały tylko tydzień.

-   Zgadzam   się   z   panem.   Ale   dlaczego   Rossiter   odrzucił 

święcenia?

- Trudno powiedzieć. Kościół niechętnie dyskutuje o takich 

sprawach.   Niemniej   jednak   pociągnąłem   za   kilka   sznurków   i 
chociaż z oporami, ale dali mi adres księdza, który był z Rossiterem 
w niewoli. Teraz ma parafię tutaj, w Londynie, co nam ułatwia 
zadanie.

Chavasse   obejrzał   wizytówkę,   którą   wręczył   mu   Mallory. 

Ojciec Henry da Souza. Portugalczyk, ale pewnie okaże się, że jego 

background image

rodzina mieszka w Anglii od co najmniej pięciu wieków.

- Czy istniało kiedyś choćby najsłabsze podejrzenie, że Rossiter 

przeszedł na stronę czerwonych? Mallory wzruszył ramionami.

- Wszystko jest możliwe na tym najgorszym ze światów, drogi 

chłopcze. Popatrz na Blake’a, na litość boską. W jego przypadku 
rzeczywiście zrobili dobrą robotę. Oczywiście ksiądz ma wiarę - 
coś, na czym może się oprzeć, czym może z nimi walczyć. Mimo to 
wielu duchownych, którzy przebywali w niewoli u Chińczyków, po 
powrocie   potrzebuje   pomocy   psychiatrycznej,   tak   dogłębny   jest 
proces   prania   mózgu.   Podobno   badali   to   zagadnienie   w 
Harvardzie.   W   każdym   razie   pójdziesz   do   ojca   da   Souzy   i 
spróbujesz coś z niego wyciągnąć.

- A co z Darcym Prestonem?
-   Nie   widzę   problemu,   dopóki   będzie   się   odpowiednio 

zachowywał   i   trzymał   język   za   zębami.   Potem   odeślemy   go 
samolotem na Jamajkę.

- Zgodzi się pan, żeby przez ten czas mieszkał u mnie?
- Nie mam nic przeciwko temu. - Mallory potrząsnął głową. - 

W   dzień   szkoła   św.   Pawła,   a   w   nocy   Soho.   Jakież   dziwaczne, 
poplątane życie miał ten chłopak.

- Całkiem nieźle sobie radził - oświadczył Chavasse wstając. - 

Skontaktuję się z panem później.

Był   w   połowie   drogi   do   drzwi,   kiedy   znowu   zabrzęczał 

telefon.   Mallory   zatrzymał   go   machnięciem   ręki   i   podniósł 
słuchawkę. Po chwili odłożył ją z westchnieniem.

- Przed godziną rybacka łódź w pobliżu Weymouth wyłowiła 

z morza ciało kobiety w średnim wieku. Miała na sobie kamizelkę 
ratunkową. Przykro mi, Paul, cholernie przykro. Zwłaszcza po tym, 
co mi powiedziałeś.

- Mnie też, sir - odparł Chavasse i wyszedł cicho, z sercem 

przepełnionym żądzą mordu.

Kościół Niepokalanego Poczęcia stał w pobliżu doków East 

India, w zdecydowanie niezdrowej okolicy. Chavasse zaparkował 

background image

samochód   po   drugiej   stronie   jezdni   i   wyłączył   silnik.   Wyjął 
papierosa z paczki, a następnie poczęstował Darcy’ego Prestona.

- Graham Mallory obedrze mnie żywcem ze skóry, jeśli się 

dowie, że cię tu zabrałem. Ale kazał mi, żebym miał cię na oku, a 
przecież nie mogę być w dwóch miejscach jednocześnie.

- To rzeczywiście byłoby trudne - odparł Preston i wysiadł z 

samochodu.

Kościół stał tyłem do rzeki - mały, dość ponury pseudogotycki 

budynek, typowy dla mody panującej w dziewiętnastym wieku. 
Weszli przez kruchtę do głównego pomieszczenia świątyni, gdzie 
były   świece,   cisza,   półmrok   i   zapach   kadzidła.   Mężczyzna   w 
sutannie klęczał samotnie przed ołtarzem. Jego siwe włosy lśniły 
jak aureola w blasku świec.

Chavasse przeżegnał się i odruchowo przyklęknął na jedno 

kolano, chociaż nie praktykował od lat. Potem ruszyli środkiem 
nawy. Ksiądz podniósł się i zamierzał wejść do zakrystii, ale kiedy 
ich zauważył, zatrzymał się z bladym uśmiechem.

- Czym mogę służyć, panowie?
Miał oczy człowieka, który kocha cały świat - dość rzadka 

cecha charakteru. Brzydka blizna biegła od prawego oka i znikała 
we włosach, ale poza tym twarz księdza była spokojna i pogodna 
jak twarz dziecka.

- Ojciec da Souza? Nazywam się Chavasse. Ojciec chyba na 

mnie czekał. To jest pan Preston, mój współpracownik.

-   Ach   tak.   -   Ojciec   da   Souza   kiwnął   głową.   -   Chodzi   o 

Leonarda Rossitera, prawda? - Uśmiechnął się. - Może wyjdziemy 
na dwór? O tej porze jest całkiem przyjemnie.

Na tyłach kościoła znajdował się cmentarz sięgający do brzegu 

Tamizy. Spiczaste sztachety wieńczyły niski mur. Na rzece panował 
ożywiony ruch. Ksiądz miał rację - było tu bardzo przyjemnie w 
bladych promieniach słońca.

Ksiądz usiadł na nagrobku i przyjął papierosa od Chavasse’a.
- Ładnie tutaj, bardzo ładnie. Wie pan, często tu przychodzę, 

background image

żeby rozmyślać. To miejsce ma właściwą atmosferę.

Przypalił papierosa od zapałki, którą podał mu Preston, po 

czym wyprostował się z westchnieniem zadowolenia.

- A więc co chcecie wiedzieć o Leonardzie?
- Zanim przejdziemy do rzeczy, powinienem ojca uprzedzić, 

że to poważna sprawa i ściśle poufna. Prawdę mówiąc, dotyczy 
bezpieczeństwa narodowego.

Da   Souza   w   najmniejszym   stopniu   nie   wydawał   się 

zaniepokojony.

- Proszę mówić dalej.
- Czy zdaniem ojca jest możliwe, że Leonard Rossiter stał się 

komunistą?

Ojciec da Souza spojrzał z roztargnieniem na koniec swojego 

papierosa, lekko zmarszczył brwi i westchnął.

-   Szczerze   mówiąc,   myślałem,   że   nie   ma   co   do   tego 

wątpliwości.

- Rozumiem. Czy ojciec mówił o tym komuś?
- Nikt mnie nigdy o to nie pytał. Chavasse kiwnął głową.
- Dobrze, niech więc ojciec teraz opowie mi wszystko, co ojcu 

wiadomo.

-   Wysłano   mnie   do   Korei   zaraz   po   drugiej   wojnie   Czas 

umierania   światowej.   Kilka   dni   po   wybuchu   wojny   koreańskiej 
trafiłem do niewoli w Korei Północnej.

- A Rossiter?
- Och, spotkałem Leonarda dopiero później... po dziewięciu 

miesiącach,   kiedy   przeniesiono   mnie   do   specjalnego   obozu   w 
Mandżurii. Ośrodek indoktrynacji prowadzony przez Chińczyków.

- I myśli ojciec, że tam zrobili Rossiterowi pranie mózgu?
Ojciec da Souza zaśmiał się cicho.
- Wielkie nieba, to nie jest takie łatwe, wie pan. Oni posługują 

się   niezwykle   prostą   techniką,   a   jednak   bardzo   często   odnoszą 
sukces.   Pierwotna   koncepcja   pochodzi   od   Pawłowa.   Kwestia 
wywołania   poczucia   winy,   czy   może   raczej   wyolbrzymienia 

background image

poczucia winy, które tkwi w każdym z nas. Wiecie, panowie, o co 
najpierw   zapytał   mnie   mój   instruktor?   Czy   miałem   w   misji 
służącego,   który   sprzątał   mój   pokój   i   ścielił   łóżko.   Kiedy 
przyznałem, że tak, instruktor wyraził zdziwienie, wyjął Biblię i 
przeczytał mi ustęp, w którym nasz Pan mówi o służeniu innym. A 
jednak ja pozwalałem, żeby służył mi jeden z tych, którym miałem 
pomagać. Zadziwiające, jak bardzo winny się poczułem z powodu 
tego drobiazgu.

Ale wiara, ojcze? wtrącił Prcston. Czy wiara nie pomagała?
- Nie pomagała? - Ksiądz uśmiechnął się promiennie. - Mój 

synu, wiara triumfowała; zwyciężyła wszystkie przeciwności, nic jej 
nie   zachwiało.   Nigdy   nie   czułem   się   bliższy   Bogu   niż   w   tych 
czarnych dniach.

- A Rossiter? - zapytał Chavasse. - Co z wiarą Rossitera? Stary 

ksiądz wydawał się szczerze zakłopotany.

- Jestem w trudnej sytuacji, panowie. Byłem spowiednikiem 

Leonarda w Nom Bek, a on był moim. Tajemnica spowiedzi jest 
święta. Powiem tylko tyle, że on miał problemy na długo przedtem, 
zanim wpadł w łapy komunistów. Z ich punktu widzenia był jak 
dojrzały owoc, gotowy do zerwania.

- Jakie miał problemy?
Według terminologii marksistowskiej każdy człowiek posiada 

swoją tezę i antytezę. Dla duchownego tezą jest wszystko, w co 
wierzy i na czym opiera się jego powołanie. Natomiast antytezą jest 
druga, mroczna strona osobowości, obecna w każdym z nas. Strach 
i nienawiść, przemoc, gniew, cielesne pożądanie. Leonard Rossiter 
borykał   się   z   poczuciem   winy   na   długo   przedtem,   zanim 
instruktorzy w Nom Bek zaczęli nad nim pracować.

Ale dlaczego odrzucił święcenia?
- W oficjalnym wyjaśnieniu podał, że załamała się jego wiara... 

że nie mógł dłużej pełnić swoich obowiązków. To było trzy czy 
cztery lata po jego powrocie.

Ale ojciec uważa, że on wstąpił do partii? Ojciec da Souza 

background image

przytaknął.

Partia pozornie dała mu to, czego szukał... silną wiarę, która 

go podtrzymywała.

Powiedział ojciec: pozornie wtrącił Darcy Preslon.
Da Souza uśmiechnął się łagodnie.
Jedno mogę wam powiedzieć z całą pewnością.
Leonard   Rossiter   to   udręczona   dusza.   Przypomina   tego 

człowieka z wiersza Thompsona, wiecznie ściganego przez Bożego 
Psa, uciekającego przed nadzieją zbawienia i dążącego do własnej 
zguby, ponieważ czuje wstręt do siebie.

Chavasse powoli pokiwał głową.
- Chyba ojciec trafił w sedno. Dziękujemy.
- Cieszę się, że mogłem wam pomóc. Cała przyjemność po 

mojej stronie, panowie.

Uścisnęli mu dłoń i zostawili go na popękanym nagrobku, 

dopalającego papierosa.

-   Niezwykły   człowiek   -   zauważył   Darcy   Preston,   kiedy 

wsiadali do samochodu.

- Więcej niż niezwykły.
Chavasse przekręcił kluczyk w stacyjce i szybko odjechał.
Mallory wysłuchał tego, co Chavasse miał do powiedzenia, z 

dziwnie roztargnionym wyrazem twarzy.

-   Po   twojej   ostatniej   wizycie   rozmawiałem   z   wywiadem 

NATO.

- Na temat Montefiorego? Mallory przytaknął.
-   Dziwna   sprawa,   Paul.   Oni   nic   o   nim   nie   mają.   To   mnie 

zaniepokoiło... naprawdę zaniepokoiło. Wolałbym już, żeby facet 
był   najbardziej   niebezpiecznym   podwójnym   agentem,   bo   wtedy 
przynajmniej   zostałby   jakiś   ślad.   Cała   ta   sytuacja   śmierdzi   pod 
niebiosa. Co o tym myślisz?

Chavasse wstał i przespacerował się po pokoju.
-   Weźmy   dwie   najważniejsze   nitki.   Pułkownik   Ho   Tsen   - 

bardzo   groźny   chiński   agent   -   oraz   Leonard   Rossiter,   który 

background image

podobno wstąpił do partii w obozie jenieckim. Ale wciąż pozostaje 
do   rozwikłania   najtrudniejszy   fragment   łamigłówki.   Dlaczego 
Enrico   Montefiore,   finansista   i   multimilioner,   miałby   czynnie 
popierać   zmilitaryzowany   chiński   komunizm?   I   jeszcze   druga 
sprawa - afery z imigrantami. Amatorszczyzna... Sam potrafiłbym 
to lepiej załatwić.

- Zgoda, organizacja Rossitera rzeczywiście jest amatorska. Ale 

Chińczykom   niełatwo   jest   znaleźć   przyjaciół   i   sprzymierzeńców. 
Pamiętaj, że mają tylko jeden przyczółek w Europie - Albanię. Może 
po   prostu   nie   zorientowali   się,   że   organizacja   Rossitera   jest   do 
niczego.

-   Pewnie   ma   pan   rację   -   przyznał   Chavasse.   -   Chińczycy 

rzeczywiście nie mogą przebierać. Każdy kontakt europejski jest 
lepszy niż żaden. Podejrzewam, że właśnie tak uważają. Czasami są 
cholernie   naiwni.   Wszyscy   nam   ciągle   powtarzają,   że   nie 
rozumiemy Azjatów. Może to prawda, ale Azjaci nas również nie 
rozumieją.

Mallory nieruchomo wpatrywał się w przestrzeń przez jakieś 

trzydzieści sekund, po czym kiwnął głową.

-   Zgoda,   Paul,   dostałeś   tę   sprawę.   Znajdź   ich...   wszystkich 

trzech. Ho Tsena, Rossitera i Montefiorego. Chciałbym wiedzieć, do 
czego zmierzają, ale najważniejsze jest, żeby ich powstrzymać.

- Na zawsze?
Oczywiście.   Odnaleźć   i   zlikwidować.   Nie   uznaję   żadnych 

półśrodków. Od tej chwili masz wolną rękę.

Staraj się informować mnie na bieżąco normalnymi kanałami, 

jeśli to będzie możliwe. Po drodze wstąp do Jean po pieniądze. Coś 
jeszcze? Chavasse kiwnął głową.

- Człowiek, któremu kazałeś obserwować tego typka Gormana 

w Fixby. Odwołaj go.

- Chcesz tam pojechać?
- Od czegoś trzeba zacząć.
Mallory sięgnął po słuchawkę telefonu.

background image

-   Zaraz   się   tym   zajmę.   Powodzenia.   Jean   Frazer   podniosła 

wzrok, kiedy Chavasse wyszedł z gabinetu.

- Widzę, że jesteś z siebie zadowolony.
- Zgadłaś.
Chavasse poczęstował się papierosem z pudełka na biurku. 

Jego oczy w ciemnej celtyckiej twarzy przypominały czarne szkło. 
Wyglądał jak sam diabeł i Jean zrobiło się nieswojo.

- O co chodzi, Paul?
- Nie jestem pewien - odparł. - Dawno tak się nie czułem.
- Jak?
Osobiście zaangażowany. Ja, Paul Chavasse, nie Biuro. Myślę o 

starym człowieku, który dziś rano leżał na plaży na południowym 
wybrzeżu Anglii, ponieważ chciał tylko zobaczyć syna. I o małej 
denerwującej   kobietce,   która   umarła   samotnie,   w   straszliwym 
przerażeniu. Mała, niemądra kobietka, która nigdy w życiu nikogo 
nie skrzywdziła.

Westchnął ciężko i zgasił papierosa.
- Chcę zemsty, Jean. Po raz pierwszy chcę kogoś załatwić z 

zemsty. To dla mnie nowe doświadczenie. Martwi mnie tylko, że ta 
perspektywa coraz bardziej mi się podoba.

Niechętnie   rozstawał   się   z   Darcym   Prestonem,   ponieważ 

zdążył polubić błyskotliwego, zgryźliwego Jamajczyka. Łączyły ich 
nie tylko wspólne przeżycia. Kiedy pakował swoje rzeczy, Darcy 
siedział   na   oknie   i   patrzył.   Ubrany   był   w   spodnie   Chavasse’a, 
sweter rozpinany pod szyją i tweedową sportową marynarkę.

- Na pewno starczy ci forsy? - zapytał Chavasse zamykając 

walizkę. Darcy kiwnął głową.

-   Nadal   mam   tutaj   konto   w   banku.   Chavasse   zapiął   stary 

marynarski płaszcz, który nadawał mu wygląd wilka morskiego.

- Pewnie się już nie spotkamy. Jutro o tej porze będziesz wracał 

na słoneczną Jamajkę.

- Do krainy beztroskiego kalipso i ogólnej nędzy. Wolę już 

Birmingham   -   uśmiechnął   się   Darcy.   -  A  co   z   tobą?   Od   czego 

background image

zaczniesz? Od Fixby?

- Miejsce równie dobre jak każde inne. Jamajczyk wyciągnął 

rękę.

-   No   więc   na   razie.   Powodzenia,   Paul,   a   kiedy   spotkasz 

Rossitera, pozdrów go ode mnie. Najlepiej kopniakiem.

Chavasse otwierał już drzwi, kiedy Darcy znowu się odezwał:
- Jeszcze jedno. Przez cały czas to mnie gryzie, więc muszę 

zapytać. Dlaczego zabili Harveya w ten sposób?

- Mogę tylko zgadywać. Prawdopodobnie obawiali się rewizji 

na łodzi. Mówiąc brutalnie, zniszczyli dowód przestępstwa.

Darcy Preston roześmiał się.
- Wiesz co, to naprawdę szczyt ironii. Dokładnie to samo robili 

dawniej   handlarze   niewolników,   kiedy   Królewska   Marynarka 
następowała   im   na   ogon...   wyrzucali   niewolników   za   burtę   w 
łańcuchach.

Znowu   się   roześmiał,   ale   tym   razem   miał   łzy   w   oczach. 

Chavasse zamknął drzwi i zostawił go samego z jego  bólem w 
pustym pokoju.

background image

Rozdział X  

Ptaszki odleciały 

Fixby było podupadłą wioską, która cieszyła się względnym 

dobrobytem w czasach, kiedy rybacy nieźle zarabiali, ale ten okres 
dawno przeminął. Młodzi wyjechali do miast, a większość domków 
wykupiły mieszczuchy poszukujące weekendowego azylu.

Chavasse został odwieziony do Weymouth samochodem Biura 

i zakończył podróż w miejscowym autobusie. Dotarł do Fixby o 
czwartej po południu. Nikt tam nie wysiadał oprócz niego.

Jedyna ulica była pusta, a drzwi pubu szczelnie zamknięte. 

Widocznie   właściciel   ściśle   przestrzegał   angielskich   praw 
regulujących godziny wyszynku. Chavasse minął pub i ruszył w 
stronę zatoczki, wymachując płaską skórzaną walizeczką. Drugą 
rękę trzymał w kieszeni starego marynarskiego płaszcza.

Bez trudu znalazł przystań - upiorne miejsce, cmentarzysko 

łodzi, które leżały wyciągnięte na piasek jak  martwe  wieloryby, 
ponuro moknąc na deszczu. Było tam coś w rodzaju kantoru, do 
którego   przylegał   budynek   oszalowany   gnijącymi   deskami. 
Chavasse   nie   zauważył   nikogo   w   pobliżu.   Ruszył   w   stronę 
nabrzeża.

Przycumowana   tam   była   dalekomorska   łódź   motorowa, 

utrzymana   wyjątkowo   starannie   i   kompletnie   wyposażona   do 
połowów na pełnym morzu. Na pokładzie rufowym zamocowano 
kilka obrotowych krzeseł i stalowy dźwig.

Była   to   wspaniała   łódź   -   klejnot   w   gąszczu   wodorostów. 

Chavasse przyglądał się jej przez dłuższą chwilę, zanim zawrócił.

Jakiś mężczyzna obserwował go stojąc w cieniu starej barki. 

Był   bardzo   wysoki   i   chudy,   ubrany   w   starą   marynarską   kurtę, 
czapkę   z   daszkiem   i   wytłuszczony   kombinezon.   Najbardziej 
rzucała się w oczy jego twarz. Była to twarz Judasza - jedno oko 
wywrócone, opadająca powieka, usta jak szrama po cięciu nożem - 

background image

odrażająca i fascynująca niczym średniowieczne gargulce.

- Podziwia ją pan? - Mówił prawie szeptem, a kiedy się zbliżył, 

Chavasse zauważył nieregularną bliznę, sięgającą od gardła aż do 
prawego ucha.

- Piękna łódź.
- Piękna to za mało. Stalowy kadłub, silnik spalinowy Penta, 

radar, echosonda. W dodatku robi trzydzieści pięć węzłów. Zna pan 
się na łodziach?

- Trochę. Pan jest Gorman?
- Zgadza się. Czym mogę służyć?
- Chciałbym wybrać się na przejażdżkę pańską łodzią.
- Na ryby? - Gorman potrząsnął głową. Dziś już za późno.
- Nie o to chodzi - powiedział Chavasse. - Chcę przepłynąć 

Kanał i trochę mi się spieszy. Przyjaciel powiedział mi, że za opłatą 
pan może wyświadczyć tę przysługę.

Gorman spojrzał na zatoczkę, pogwizdując cicho.
- Kim jest ten przyjaciel? - zapytał po krótkiej pauzie.
Chavasse zrobił odpowiednio zakłopotaną minę.
-   Właściwie   to   nie   był   żaden   przyjaciel,   po   prostu   facet, 

którego poznałem w barze w Soho. Powiedział, że gdybym chciał 
szybko wydostać się z kraju, powinienem pogadać z panem.

Gorman odwrócił się nagle i odchodząc rzucił przez ramię:
- Chodźmy do mojego biura. Zanosi się na deszcz.
Chavasse   poszedł   za   nim   i   wspiął   się   po   chwiejnych 

drewnianych   schodach   na   werandę.   Na   najwyższym   stopniu 
zatrzymał się i odwrócił głowę. Zdawało mu się, że na dole wśród 
wraków łodzi dostrzegł jakieś poruszenie. Pewnie pies albo królik. 
Ale wchodząc do biura czuł się trochę nieswojo.

Pomieszczenie było brudne i zapuszczone. Gorman zgarnął 

ramieniem śmieci ze stołu, wyjął butelkę whisky i dwie szklaneczki.

-   Więc   koniecznie   chce   pan   przepłynąć   na   drugi   brzeg?   - 

zagadnął.

Chavasse   położył   walizeczkę   na   stole   i   otworzył   ją 

background image

kluczykiem.   Podniósł   koszulę,   pod   którą   spoczywały   tysiące 
funtów   w   angielskich   pięciofuntowych   banknotach   i   frankach 
francuskich, starannie ułożone i sprawiające wrażenie, że jest ich 
znacznie   więcej   niż   w   rzeczywistości.   Felerne   oko   Gormana 
obróciło się dziko.

Chavasse wyjął dwa pliki piątek i pchnął je przez stół.
- Jak pan widzi, rzeczywiście mi na tym zależy. Tu są dwie 

setki,   a   następną   setkę   dostanie   pan   na   wybrzeżu   francuskim. 
Żadnych pytań. Umowa stoi?

Uśmiech Gormana był kwintesencją zła. Zgarnął pieniądze i 

wepchnął je do wytartego portfela.

- Kiedy pan chce odpłynąć?
- Im szybciej, tym lepiej.
Gorman znowu uśmiechnął się złośliwie.
- Więc na co czekamy? - zapytał i ruszył przodem.
Łódź nazywała się „Mary Grant” i była równie dobra, jak na to 

wyglądała. Chavasse stał przy relingu, kiedy wypływali z zatoczki 
na   otwarte   morze.   Głęboko   wciągnął   w   płuca   słone   powietrze. 
Dobrze było znowu wyruszać w drogę, nawet jeśli nie wiadomo, co 
czeka   za   następnym   zakrętem.   Prawdę   mówiąc,   właśnie   ta 
niepewność stanowiła o atrakcyjności jego zawodu - po prostu żył z 
dnia na dzień, nie wiedząc, co kryje najbliższa przyszłość.

Kiedy wypłynęli z osłoniętej zatoczki na rozkołysane wody 

kanału La Manche, fale zaczęły uderzać o kadłub wydając głuche, 
stłumione odgłosy, które wprawiały w drżenie całą łódź. Chavasse 
podszedł do sterówki i zatrzymał się w drzwiach.

- Gdzie mnie pan wysadzi?
- Gdzie pan sobie życzy - odparł Gorman. - Pan jest szefem.
- Myślałem o jakimś ustronnym miejscu. Zatoka St.Malo albo 

Bretania. Stamtąd mogę pojechać do Marsylii.

- Pasuje.
Gorman zmienił kurs o kilka stopni. Chavasse oznajmił:
- Zejdę na dół i zdrzemnę się.

background image

-   Świetny   pomysł.   Na   środku   Kanału   może   trochę   rzucać. 

Barometr spada. W kambuzie znajdzie pan duży termos z kawą.

Chavasse   zszedł   pod   pokład,   do   głównej   kajuty.   Był 

zmęczony... cholernie zmęczony. Znalazł termos w kambuzie, nalał 
sobie filiżankę i wrócił do kajuty. Powoli wypił kawę, rozpatrując 
sytuację punkt po punkcie. Na razie konfrontacja z Gormanem nic 
nie da, trzeba zaczekać.

Umysł Chavasse’a nagle prawie przestał funkcjonować. Boże, 

ależ był zmęczony. Rozsiadł się na wyściełanej ławie i spoglądał 
przez iluminator. Wręgi sufitu wydawały się falować niczym woda 
na powierzchni stawu. Chavasse czuł dziwną suchość w ustach. W 
ostatniej   chwili,   zanim   osunął   się   w   ciemność,   przez   jego 
zamroczony umysł przemknęła myśl, że coś jest nie w porządku.

Powoli   wypłynął   na   powierzchnię,   w   pierwszej   chwili 

świadom   tylko   własnego   istnienia.   Salon   był   pogrążony   w 
ciemnościach, tyle mógł stwierdzić, a on sam leżał twarzą do dołu 
na wyściełanej ławie. Spróbował się poruszyć, stracił równowagę i 
spadł na podłogę, co było zrozumiałe, ponieważ ręce miał fachowo 
skrępowane na plecach.

„Mary   Grant”   wciąż   płynęła,   ale   kiedy   spróbował   się 

podnieść,   silnik   zgasł   i   łódź   zaczęła   dryfować.   Na   schodach 
załomotały   kroki,   rozbłysło   światło   i   pojawił   się   Gorman. 
Przykucnął tak blisko, że Chavasse poczuł zastarzały zapach potu, 
bijący od jego nie domytego ciała.

- No i jak tam, kolego? - Gorman poklepał go po policzku.
- O co chodzi? - zapytał Chavasse, na razie trzymając się roli. - 

Myślałem, że dobiliśmy targu.

Gorman  wstał i otworzył płaską walizeczkę, która  stała  na 

stole. Wyjął jeden plik banknotów.

- O to chodzi, kolego... o te zielone papierki. Zawsze mnie do 

nich ciągnęło. Na ich widok dosłownie dostaję gęsiej skórki. Ta 
niewielka kolekcja tak mi się spodobała, że po prostu nie mogę się z 
nią rozstać.

background image

- Okay - powiedział Chavasse. - Nie będę sprawiał kłopotów. 

Niech pan tylko wysadzi mnie po drugiej stronie, o nic więcej nie 
proszę.

Gorman   wybuchnął   chrapliwym   śmiechem,   postawił 

Chavasse’a na nogi i pchnął go w stronę schodów.

- Wysadzę cię, kolego, masz to jak w banku. Prościutko za 

burtę.

Na   pokładzie   było   zimno,   siąpił   drobny   deszcz.   Gorman 

podniósł   zwój   zardzewiałego   łańcucha   kotwicznego.   Chavasse 
odwrócił się do niego i zapytał spokojnie:

- Kto clę nauczył tej sztuczki? Rossiter?
Gorman znieruchomiał i zagapił się na Chayasse’a, okropnie 

przewracając   kalekim   okiem.   Kiedy   się   odezwał,   jego   głos   był 
zaledwie szeptem:

- Kim jesteś? Co to znaczy?
- Gra skończona, Gorman - oświadczył Chavasse. - Moi ludzie 

wiedzą,   gdzie   jestem.   Jeżeli   zniknę,   będziesz   musiał   się   gęsto 
tłumaczyć.

Ale chyba niewłaściwie ocenił tego człowieka. Gorman wydał 

ryk wściekłości, zamachnął się i długi łańcuch świsnął w powietrzu 
jak skórzany bicz.

Łańcuch nie dotarł do celu. Z ciemności wyłoniła się jakaś ręka 

i   wyrwała   go   z   zaciśniętej   pięści   Gormana.   Gorman   obrócił   się 
gwałtownie i Darcy Preston wszedł w krąg światła.

Gorman nie tracił czasu. Jego dłoń zanurzyła się w kieszeni i 

powróciła   uzbrojona   w   rewolwer.   Popełnił   pospolity   błąd, 
ponieważ   wystrzelił   od   razu,   bez   celowania.   Kula   trafiła   w 
nadbudówkę, a Darcy dał susa przez reling głową do przodu.

Gorman wychylił się przez burtę i spoglądał w ciemną wodę. 

Za jego plecami Darcy, który przepłynął pod kilem, znowu wdrapał 
się na pokład. Jedyną bronią, jaką mógł znaleźć, był długi oścień, 
którym wciągano złowione ryby. Oścień wisiał na ścianie sterówki, 
zamocowany   w   sprężynowym   uchwycie.   Kiedy   Darcy   go 

background image

zdejmował, sprężyna szczęknęła i Gorman odwrócił się.

Tym   razem   starannie   wycelował.   Podniósł   poziomo 

wyprostowane   ramię   i   spoglądał   wzdłuż   lufy   zdrowym   okiem. 
Chavasse rzucił się na niego z wystawionym barkiem, jak napastnik 
rugby, i pchnął go na reling. Rewolwer wypalił w powietrze, a 
kiedy Gorman podniósł się i ponownie wycelował, Darcy dźgnął go 
ościeniem. Trafił w prawą pachę. Gorman z krzykiem wypadł tyłem 
za   burtę.   Zanim   Chavasse   dobiegł   do   relingu,   czarne   wody 
zamknęły się nad jego głową. Nie pokazał się więcej.

- Wyciągnij ręce - polecił Darcy i przeciął więzy Chavasse’a 

krawędzią ostrego jak brzytwa ościenia.

Chavasse zaczai rozcierać sobie nadgarstki, żeby przywrócić 

krążenie krwi.

- No, rzeczywiście interwencja przyszła w samą porę. Wolno 

mi zapytać, skąd się tu wziąłeś, u diabła?

-   To   bardzo   proste   -   odparł   Darcy.   -   Po   twoim   wyjściu 

rozmyślałem o różnych sprawach co najmniej przez pięć minut, 
potem   zszedłem   do   garażu   i   pożyczyłem   sobie   twój   samochód. 
Zostawiłem   go   na   parkingu   obok   lotniska   Hurn   i   resztę   drogi 
przejechałem taksówką. Byłem w Fixby przed tobą. W miejscowej 
knajpie podają bardzo dobre gorzkie piwo z beczki.

- A potem?
-   Och,   kręciłem   się   obok   przystani   czekając   na   rozwój 

wypadków, jak to się mówi. Słyszałem prawie całą twoją rozmowę 
z Gormanem. Zaczekałem, aż wejdziecie do biura, potem wszedłem 
na pokład i schowałem się w komorze łańcuchowej.

- Jakoś nie spieszyłeś się z wyjściem na scenę. A może lubisz 

dramatyczne sytuacje?

- Szczerze mówiąc, zasnąłem. Obudziłem się dopiero wtedy, 

kiedy Gorman zaczai tupać i hałasować. Chavasse westchnął.

- No dobrze, a co ty w ogóle tu robisz?
- To całkiem proste. Mój brat był przestępcą z każdego punktu 

widzenia,   złodziejem   i   bandytą,   ale   był   dla   mnie   dobry.   Jeśli 

background image

powiem, że kochałem kogoś takiego, potrafisz to zrozumieć?

- Doskonale - odparł ponuro Chavasse.
-’- On nie zasłużył sobie na taką śmierć, Paul. Zasługiwał na 

karę, ale nie taką. Kiedy przyjdzie czas, zamierzam osobiście zabić 
Leonarda Rossitera. My, Jamajczycy, jesteśmy religijnym narodem, 
dumnym narodem. Oko za oko, jak powiada Księga, ni mniej, ni 
więcej.   Dlatego   zabiję   Rossitera,   ponieważ   tak   będzie 
sprawiedliwie.

Chavasse poważnie kiwnął głową.
-   Szanuję   twoje   uczucia,   rozumiem   cię,   ale   pomiędzy 

zamiarem a realizacją często otwiera się przepaść, zwłaszcza dla 
kogoś   takiego   jak   ty.   Ja   potrafię   zabijać,   jeśli   muszę,   szybko, 
fachowo i bez namysłu - ponieważ taki mam zawód. A ty potrafisz?

- To się okaże, no nie?
- Chyba masz rację. Poprowadzę łajbę, a ty idź się wysuszyć. 

Później pogadamy.

Jamajczyk   kiwnął   głową   i   znikł   na   schodach.   Chavasse 

przeszedł   do   sterówki   i   włączył   silnik.   Silnik   zagrał   czysto, 
pięknym   dźwiękiem.   Chavasse   dodał   gazu   i   „Mary   Grant” 
potężnym zrywem pomknęła w noc.

- Zawsze chciałem być bokserem - oświadczył Darcy.
Opierał się o zamknięte drzwi sterówki, owinięty kocem, z 

kubkiem herbaty w ręku, niemal niewidoczny w ciemnościach.

- A co na to mówił Harvey? Darcy zachichotał.
- Dla niego liczył się zysk, a uprawianie boksu jego zdaniem 

było nieopłacalne. Zawsze powtarzał, że ten dobrze walczy, kto jest 
głodny,   a   ja   z   pewnością   nie   głodowałem.   Ale   ulegał   mi   do 
pewnego   stopnia.   Pobierałem   lekcje   u   jednego   z   najlepszych 
zawodowych pięściarzy, w sali gimnastycznej w Whitechapel.

- Dlaczego wybrałeś prawo?
- Z moim pochodzeniem? - Jamajczyk parsknął śmiechem. - 

Ludzie uważają, że to cholernie śmieszne. Z drugiej strony znałem 
przecież każdego kanciarza w Soho i to mi się przydało, kiedy 

background image

rozpocząłem praktykę.

- Miałeś zapewnioną klientelę?
-   Mniej   więcej.   Zmyłem   się   po   procesie   Harveya,   bo 

zrozumiałem, że po prostu nie mogę dłużej prowadzić podwójnego 
życia. Wyjechałem na Jamajkę i zacząłem od nowa. To był dobry 
pomysł. Tam poznałem moją żonę.

- Pomyślny zbieg okoliczności - stwierdził Chavasse.
- Jak mówiłem twojemu panu Mallory’emu, Harvey napisał mi 

dokładnie w liście, co zamierza zrobić. Kiedy zniknął, przyjaciele 
zawiadomili   mnie,   a   ja   postanowiłem   pójść   jego   tropem.   To 
wydawało się logiczne.

- Czy twoja żona wie? Darcy wyszczerzył zęby.
-   Myśli,   że   jestem   w   Nowym   Jorku   w   interesach.   -   Dopił 

herbatę   i   odstawił   kubek   na   stół   z   mapami.   -  A  ty?   Dlaczego 
wybrałeś taką pracę?

- Również zbieg okoliczności. - Chavasse wzruszył ramionami. 

- Miałem dryg do języków. Wchłaniałem je jak gąbka, bez żadnego 
wysiłku.   Wykładałem   na   prowincjonalnym   uniwersytecie   i 
porządnie się nudziłem - i wtedy przyjaciel poprosił, żebym mu 
pomógł wywieźć jego siostrę z Czechosłowacji. To mi zapachniało 
przygodą, więc zgodziłem się.

- I udało się?
-   Ledwie,   ledwie.   Leżałem   w   austriackim   szpitalu   z 

przestrzeloną nogą, kiedy odwiedził mnie Mallory i zaproponował 
pracę. To było dwanaście lat temu.

- Nie żałujesz?
-   Za   późno   na   żale.   O   wiele   za   późno.   Wracajmy   do 

rzeczywistości. Trzeba postanowić, co zrobimy po wylądowaniu w 
St.Denise.

background image

Rozdział XI  

Kroki w nocy 

Rozwinęli   taką   szybkość,   że   była   dopiero   dziewiąta 

trzydzieści,   kiedy   dopłynęli   do   St.Denise.   Około   ćwierć   mili   na 
wschód znajdowała się niewielka zatoczka zaznaczona, na mapie, z 
głębokim kanałem. Chavasse zdecydował się na nią.

Nie   mógł   zrobić   lepszego   wyboru.   Zatoczka   była   niemal 

idealnie kolista, miała najwyżej sto jardów średnicy i otaczały ją 
wysokie skały, zapewniające doskonałą osłonę od strony morza. 
Rzucili kotwicę i zeszli pod pokład.

Chavasse położył na stole skórzaną walizeczkę, otworzył ją i 

rzucił Darcy’emu kilka paczek franków.

- Połowa dla mnie, połowa dla ciebie. Na wszelki wypadek.
- To znaczy, że jestem na liście płac?
Darcy włożył pieniądze do wewnętrznej kieszeni, a Chavasse 

nacisnął   ukryty   zatrzask   i   wyjął   fałszywe   dno   walizeczki, 
odsłaniając dodatkowy schowek. W środku spoczywały fachowo 
zapakowane: smith & wesson kaliber 38 magnum, automatyczny 
walther PPK i pistolet maszynowy.

Darcy zagwizdał cicho.
- Co to, kontrabanda?
-   Lepiej   się   zabezpieczyć.   -   Chavasse   wręczył   mu   smith   & 

wessona. - Z gwarancją, że się nie zacina. Nie znam lepszej broni, 
jak trzeba kogoś uziemić.

Wrzucił walthera do własnej kieszeni, z powrotem umieścił 

fałszywe dno w walizeczce i wstawił ją do szafki pod stołem.

- A teraz najciekawsza część wieczoru.
Powiosłowali   na   brzeg   w   kajaku   z   włókna   szklanego, 

wyciągnęli go na piasek i wąską ścieżką wspięli się na skały. Niebo 
było granatowoczarne, każda gwiazda błyszczała jak biały płomień. 
Pomimo   braku   księżyca   noc   była   bardzo   jasna   i   widoczność 

background image

znacznie   lepsza,   niż   należało   się   spodziewać   w   tych 
okolicznościach.   Mężczyźni   pospiesznie   przedzierali   się   przez 
sosnowy zagajnik. Wkrótce dotarli do miejsca, skąd widać było w 
dole St.Denise.

W   kilku   chałupach   zobaczyli   światło.   Okna   na   parterze   w 

gospodzie „Pod Uciekinierem” również były oświetlone.

- Jak chcesz to rozegrać? - zapytał Darcy.
- Jeszcze nie wiem - odparł Chavasse. - Zobaczymy najpierw, 

ilu gości jest na przyjęciu.

Zeszli ze wzgórza, przeleźli przez płot i posuwali się dalej 

wąską polną dróżką, która wkrótce doprowadziła ich do wioski. 
Tutaj domki stały daleko od siebie, każdy odgrodzony niewielkim 
spłachetkiem uprawnego gruntu.

Minęli pierwszy dom i kiedy zbliżali się do drugiego, Darcy 

pociągnął Chavasse’a za rękaw.

- To jest dom Merciera, wiesz?
- Interesujące - mruknął Chavasse. - Warto rzucić okiem.
Weszli   na   podwórko   wybrukowane   kocimi   łbami   i 

przykucnęli   pod   oknem.   Przez   szparę   w   zasłonach   zobaczyli 
Merciera, który siedział przy kuchennym stole z pochyloną głową. 
Przed nim stała butelka brandy i blaszany kubek.

- Nie wygląda na szczęśliwego człowieka - szepnął Darcy.
Chavasse kiwnął głową.
- Mówiłeś, że jego żona jest nieuleczalnie chora?
- Zgadza się. Od czterech lat nie wstaje z łóżka.
-   Więc   nie   będzie   nam   przeszkadzać,   jeśli   zachowamy   się 

cicho. Zapukaj do drzwi i odsuń się. Ja się nim zajmę.

Mercier zareagował powoli. Ruszył do wyjścia, ciężko szurając 

stopami po kamiennej podłodze. Otworzył drzwi, wyjrzał i zrobił 
krok   do   przodu   ze   zniecierpliwionym,   wyczekującym   wyrazem 
twarzy. Chavasse przyłożył mu lufę pistoletu do skroni.

- Jeden krzyk i jesteś trup, Mercier. Do środka.
Tamten cofnął się, a Chavasse ruszył za nim. Jamajczyk wszedł 

background image

ostatni i zamknął drzwi. Mercier przyjrzał im się po kolei, a potem 
nagle wybuchnął śmiechem.

-   Niespodzianka   dla   Jacauda.   Powiedział   mi,   że   obaj 

zginęliście.

- Gdzie on jest?
- W gospodzie, podejmuje swoich kumpli z wioski.
- A Rossiter?
Mercier wzruszył ramionami.
- Wszyscy wrócili dziś rano przed dwunastą, angielską łodzią.
-   Powinien   z   nimi   być   facet   nazwiskiem   Gorman.   Mercier 

kiwnął głową.

- Dawniej często robiliśmy z nim interesy. On ciągle się tu 

kręci.

- Co na to władze?
- W tych stronach, monsieur! - Mercier wzruszył ramionami. - 

Tutaj ludzie pilnują własnych spraw. Chavasse przytaknął.

-  A  gdzie   Rossiter   i   reszta?   Też   są   w   gospodzie?   Mercier 

potrząsnął głową.

-   Monsieur   Rossiter   odjechał   swoim   renaultem   zaraz   po 

południu. Zabrał ze sobą tę Hinduskę i Chińczyka. Chińczyk miał 
gruby bandaż na twarzy.

- Jak wyglądała dziewczyna?
- A jak miała wyglądać, monsieur! Piękna jak zawsze.
- Nie o to mi chodzi. Czy była przestraszona? Czy bała się 

Rossitera? Mercier potrząsnął głową.

- Wręcz przeciwnie. Wpatrywała się w niego, jak gdyby był... - 

nie potrafił znaleźć właściwego słowa. - Jak gdyby był...

- Bogiem? - zasugerował Darcy Preston.
- Coś w tym rodzaju, monsieur.
Mercier był dziwnie spokojny, nie okazywał strachu i chętnie 

odpowiadał na wszystkie pytania. Chavasse zanotował to sobie w 
pamięci i pytał dalej:

- Dokąd pojechali? Nie mam pojęcia. Nie udawaj, Mercier, na 

background image

pewno coś wiesz.

Zacznijmy od Hellgate i Montefiorego... nie mów mi, że nigdy 

o tym nie słyszałeś.

- Oczywiście, słyszałem kilka razy, kiedy monsieur Rossiter 

rozmawiał z Jacaudem, ale to wszystko. Dla mnie to tylko nazwy.

Mówił prawdę, Chavasse był tego pewien. To nie miało sensu.
-   Co   się   stało,   Mercier?   -   zapytał   cicho.   -   Jesteś   innym 

człowiekiem.

Mercier odwrócił się bez słowa, podszedł do drzwi, otworzył 

je i odsunął się na bok.

Chavasse   i   Preston   podeszli   bliżej   i   zajrzeli   do   małego, 

zagraconego   saloniku.   Na   stole   spoczywała   prosta   drewniana 
trumna, po obu jej stronach stały dwie świece.

Chavasse cicho zamknął drzwi.
- Twoja żona? Mercier przytaknął.
- Przez cztery lata nie przeżyła ani jednego dnia bez bólu, a 

przecież   nigdy   się   nie   skarżyła,   chociaż   wiedziała,   co   ją   czeka. 
Próbowałem   wszystkiego.   Słynni   doktorzy   z   Brestu,   drogie 
lekarstwa... wszystko na próżno.

- To musiało dużo kosztować? Mercier przytaknął.
-   Myślicie,  że  inaczej   zgodziłbym   się   pracować   dla   takiego 

bydlęcia jak Jacaud? To dla Nanette... tylko dla Nanette. Dla niej 
znosiłem   te   wszystkie   okropności.   Dla   niej   i   tylko   dla   niej, 
trzymałem język za zębami.

- Bałeś się o własne życie? Mercier potrząsnął głową.
- Nie, monsieur, bałem się o życie mojej żony. Bałem się, że ten 

diabeł Rossiter zrobi jej krzywdę.

- ‘Groził ci?
- Żeby zmusić mnie do milczenia. Zwłaszcza po tym rejsie 

przed paroma tygodniami, kiedy popłynąłem na „Lamparcie” jako 
marynarz.

- Co się wtedy stało?
Mercier zawahał się, więc Chavasse oświadczył:

background image

- Powiem ci, co się stało zeszłej nocy. „Lampart” zatonął w 

Kanale, dowiedziałeś się tego od Jacauda.

- Powiedział, że zdarzył się wypadek. Silnik wybuchł i reszta 

pasażerów zginęła.

- On i Rossiter zostawili nas zamkniętych w kajucie, żebyśmy 

utonęli - oznajmił Chavasse. - Kobieta i stary człowiek umarli, kiedy 
próbowali dopłynąć do brzegu.

Mercier wydawał się szczerze wstrząśnięty.
- Mój Boże, to bestie, nie ludzie. Nie dalej jak przed kilkoma 

tygodniami,   monsieur,   podczas   tego   rejsu,   o   którym   mówiłem, 
brytyjski   torpedowiec   namierzył   nas   przy   brzegach   Anglii. 
Mieliśmy tylko jednego pasażera na pokładzie... to był specjalny 
kurs. - Odwrócił się do Darcy’ego. - Murzyn z Indii Zachodnich, jak 
pan.

Twarz Jamajczyka skurczyła się i przybrała chorobliwy odcień.
- Co się wtedy stało?
- Rossiter powiedział, że dostaniemy po siedem lat, jak nas z 

nim złapią. Wyrzucił go za burtę okręconego łańcuchem, a tamten 
jeszcze żył. Jeszcze żył. Czasami we śnie widzę jego oczy, kiedy 
Rossiter wypychał go przez reling.

Darcy kiwnął głową odwracając wzrok.
- I Rossiter powiedział, że zabije twoją żonę, jeśli nie będziesz 

milczał?

- Właśnie, monsieur.
Darcy odwrócił się nagle, szarpnął drzwi i wyszedł. Mercier 

popatrzył za nim ze zdumieniem.

- To był jego brat - powiedział cicho Chavasse. - Jego brat, 

Mercier. Przyszliśmy wyrównać rachunki. Pomożesz nam?

Mercier zdjął marynarską kurtkę z wieszaka za drzwiami i 

naciągnął ją.

- W każdej chwili, monsieur.
-   Dobrze.   Zrobimy   tak.   Zaczekaj   obok   „Uciekiniera”   i 

obserwuj zatokę. Wkrótce zobaczysz „Mary Grant”. Znasz tę łódź?

background image

- Oczywiście, to łódź Gormana.
- Wejdziesz do „Uciekiniera” i powiesz Jacaudowi, że Gorman 

wrócił i czeka na nabrzeżu. Upewnij się, że inni cię słyszeli.

- A potem?
- Masz własną łódź? Mercier kiwnął głową.
- Mam starą łódź wielorybniczą z dieslowskim silnikiem.
-   Dobrze...   kiedy   odpłyniemy,   skierujemy   się   do   zatoczki 

Panmarch. Znasz ją?

- Znam każdy cal tego wybrzeża.
-   Zaczekamy   tam   na   ciebie.   -   Chavasse   poklepał   go   po 

ramieniu. - Załatwimy naszego dzielnego Jacauda, co, Mercier?

Oczy Merciera zapłonęły długo tłumiona nienawiścią. Wyszli 

razem.

W   barze   było   z   tuzin   rybaków,   kiedy   Mercier   wszedł   do 

gospody.   Jacaud   wydawał   przyjęcie.   Otoczony   zbitą   gromadką 
ludzi   nalewał   czerwone   wino   z   glinianego   dzbanka,   plamiąc 
kontuar   krwawymi   śladami.   Stara   kobieta,   która   dla   niego 
pracowała, przyglądała się temu z zaciśniętymi ustami.

-   Za   darmo   -   ryczał   Jacaud.   -   Stawiam   wszystkim.   Rano 

wyjadę i już nigdy nie zobaczycie starego Jacauda.

Mercier z trudem przepchał się do baru, ale Jacaud spostrzegł 

go i powitał wylewnie.

- Mercier, stary druhu, gdzieś się podziewał?
Mówił   bełkotliwym   głosem   i   wydawał   się   pijany.   Mercier 

natychmiast nabrał podejrzeń, ponieważ nigdy jeszcze nie widział, 
żeby alkohol doprowadził Jacauda do takiego stanu.

-   Mam   dla   pana   wiadomość   -   powiedział   głośno.   -   Od 

monsieur Gormana.

Kilka   głów   odwróciło   się   z   zaciekawieniem,   a   Jacaud 

zmarszczył brwi, nagle wytrzeźwiony.

- Od Gormana? On tu jest?
- Na nabrzeżu. Właśnie przypłynął na „Mary Grant”.
Jacaud odstawił dzbanek i kiwnął na starą kobietę.

background image

-   Reszta   dla   was.   -   Obszedł   kontuar   i   przecisnął   się   do 

Merciera. - Chodźmy.

Na   dworze   lekki   wiatr   wiał   od   strony   morza   i   kołysał 

gałęziami sosen.

Mówił,   czego   chce?   Jakieś   kłopoty?   Mercier   wzruszył 

ramionami.

Dlaczego miałby ze mną rozmawiać, monsieur Jacaud z osoba 

bez znaczenia? Nic mi nie mówił.

Jacaud   spojrzał   na   niego   ze   zdumieniem,   słysząc   nowy, 

agresywny ton w jego głosie, ale nie było czasu na wypytywanie. 
Przy końcu ulicy Mercier przystanął.

- Tu pana pożegnani.
- Wracasz do domu?
- Właśnie.
Jacaud próbował zdobyć się na przyjazny ton.
- Wpadnę do ciebie później, jeśli pozwolisz, jak już dowiem 

się,   czego   chce   Gorman.   Chciałbym   omówić   z   tobą   parę   spraw 
przed wyjazdem.

- Jak pan sobie życzy.
Mercier   zniknął   w   ciemnościach,   a   Jacaud   szybko   poszedł 

dalej. Nic w jego ruchach nie świadczyło o wpływie alkoholu. Jako 
człowiek   obdarzony   niezbyt   wielką   inteligencją,   czuł   lekki 
niepokój.   Rossiter   zostawił   mu   dokładne   instrukcje,   ale   nic   nie 
wspominał o Germanie.

„Mary   Grant”   czekała   przy   nabrzeżu,   cicho   pomrukując 

silnikiem.   Jacaud   wszedł   po   trapie   na   pokład   i   zatrzymał   się 
niepewnie. Dojrzał jakiś ruch w sterówce i szybko poszedł w tym 
kierunku.

- Gorman? - odezwał się ochryple.
Stanął w drzwiach i serce w nim zamarło, ponieważ twarz, 

która spoglądała na niego z ciemności, oderwana od ciała w nikłym 
blasku   tarczy   kompasu,   była   twarzą   człowieka,   którego   nie 
spodziewał się ujrzeć nigdy w życiu.

background image

Chavasse uśmiechnął się przyjaźnie.
- Wchodźże, Jacaud.
Jacaud cofnął się o krok, a wtedy lufa rewolweru dotknęła jego 

skroni. Mimo woli odwrócił głowę i stwierdził, że patrzy prosto w 
oczy Darcy’ego Prestona.

Pot wystąpił mu na czoło, zimny jak sama śmierć, a ciałem 

wstrząsnęły   dreszcze,   ponieważ   to,   co   widział,   było   po   prostu 
niemożliwe. Z jękiem zatoczył się na drzwi sterówki. „Mary Grant” 
odbiła od nabrzeża gwałtownie przyspieszając wypłynęła w noc.

Kiedy rzucili kotwicę w zatoce Panmarch, Jacaud nie wierzył 

już w duchy, tylko w cuda, a cud mógł się zdarzyć każdemu. Strach 
znikł,   zastąpiony   przez   wściekłość.   Bretończyk   niecierpliwie 
wypatrywał szansy odwetu. Okazja nadarzyła się, kiedy zjawił się 
Mercier i przycumował do burty swoją starą wielorybniczą łódź. 
Preston poszedł przywiązać linę rzuconą przez Merciera i zostawił 
na straży Chavasse’a, którego czujność jak gdyby osłabła. Jacaud 
nagle sięgnął po broń, lecz Chavasse, spodziewając się tego, zrobił 
unik i trzasnął go w głowę.

Taki cios mógł zamroczyć przeciętnego człowieka i na dobre 

zwalić go z nóg. Jacaud jednak tylko przetoczył się po pokładzie, 
zerwał się i doskoczył do relingu. Darcy ledwie zdążył podstawić 
mu nogę. Bretończyk rozciągnął się jak długi.

Kiedy   podniósł   się,   zobaczył,   że   Jamajczyk   zdejmuje 

marynarkę.

- No chodź, Jacaud - powiedział. - Zobaczymy, co potrafisz.
- Ty czarna małpo. Ty brudna czarna małpo.
Bretończyk   natarł   jak   burza,   wymachując   potężnymi 

ramionami, wyciągając dłonie, żeby zmiażdżyć przeciwnika. Darcy 
walczył   z   matematyczną   precyzją,   oszczędnie   i   przerażająco 
skutecznie. Jamajczyk w akcji stanowił niezapomniany widok, a 
nienawiść dodała mu sił.

Jacaud próbował go dosięgnąć, ale większość ciosów trafiała w 

powietrze.   W   odpowiedzi   spadł   na   niego   grad   straszliwych 

background image

uderzeń,   zwalających   z   nóg.   Wreszcie   po   ostatnim   prawym 
sierpowym Darcy’ego upadł na wznak.

Leżał łkając i chwytając oddech. Jamajczyk ukląkł przy nim na 

jedno kolano.

- A teraz odpowiesz na kilka pytań, szybko i dokładnie.
-   Czarna   świnia   -   Jacaud   splunął   mu   w   twarz.   Chavasse 

podszedł do Darcy „ego, odsunął go i zajął jego miejsce.

-   Zrób   sobie   fajrant.   Pozwól   mnie   też   spróbować.   Zapalił 

papierosa i wydmuchnął długą spiralę dymu.

- Wszyscy mamy cię dość, Jacaud. Preston dlatego, że ty i 

Rossiter przed paroma tygodniami utopiliście jego brata. Mercier - 
bo wciągnąłeś go w błoto. A ja nie lubię śmierdzących łajdaków. 
Jesteś gorszy niż zwierzę i jeśli będę musiał cię zabić, nie zawaham 
się, jak nie zawahałbym się rozdeptać jadowitego robaka. Teraz, 
skoro   wiemy,   na   czym   stoimy,   spróbujemy   jeszcze   raz.   Dokąd 
pojechał Rossiter?

Jacaud odpowiedział plugawym przekleństwem.
Chavasse podniósł się.
- Wstawaj.
Jacaud ociągał się. Mercier kopnął go w żebra.
Słyszałeś,   co   powiedział   ten   dżentelmen.   Bretończyk   wstał 

niechętnie. Chavasse rzucił na pokład zwój linki i zwrócił się do 
Darcy’ego i Merciera:

Zwiążcie mu ręce.
Jacaud nie próbował się opierać.
- Możecie robić, co chcecie, ale nie zmusicie mnie domówienia. 

Prędzej spotkamy się w piekle.

Chavasse zignorował tę przemowę i przeszedł na rufę, gdzie 

zainstalowano obrotowe krzesła do łowienia ryb oraz dźwig, za 
pomocą   którego   można   było   wciągnąć   na   pokład   tuńczyka   lub 
rekina.

- Spuścimy go na dół.
Darcy popchnął Jacauda, a Chavasse obrócił go i zaczepił jego 

background image

związane ręce o hak na końcu liny.

- Hej, co robicie?.- zaprotestował Bretończyk. Chavasse skinął 

na tamtych dwóch.

- Podciągnijcie go.
Jamajczyk   i   Mercier   razem   zaczęli   obracać   korbę.   Stopy 

Jacauda oderwały się od pokładu. Po chwili wisiał w powietrzu nad 
łodzią,   kopiąc   i   szamocząc   się   gwałtownie.   Chavasse   przesunął 
ramię dźwigu za burtę. Teraz przeklinający opryszek wisiał nad 
wodą. Chavasse spróbował jeszcze raz.

- Będziesz mówił?
- Do diabła z tobą... do diabła z wami wszystkimi.
Chavasse dał znak. Darcy zwolnił uchwyt korby i Jacaud znikł 

pod wodą. Chavasse odczekał pełną minutę, kontrolując czas na 
zegarku,   po   czym   dał   znak   i   Darcy   z   Mercierem   wyciągnęli 
więźnia.

Jacaud zawisł przy relingu. Jego pierś unosiła się i opadała 

chwytając   powietrze.   Zaczął   kaszleć,   potem   zwymiotował. 
Chavasse pozwolił mu dojść do siebie.

-   Hellgate.   Jacaud,   i   Montefiore.   Chce   wiedzieć   o   tym 

wszystko.

Bretończyk   zaczął   znów   przeklinać,   wymachując   nogami. 

Chavasse   odwrócił   się   i   dał   znak.   Twarz   miał   zimną   i 
niewzruszoną. Kołowrót ponownie zaskrzypiał.

Tym razem Chavasse odczekał półtorej minuty. Jacaud ledwie 

się ruszał, kiedy go wyciągnięto. Chavasse przyciągnął go na łódź. 
Po chwili wielka głowa uniosła się, oczy się otwarły.

-   Hellgate...   -   wychrypiał   Jacaud.   -   To   dom   w   Camargue, 

niedaleko wioski Chatillon. Należy do monsieur Montefiorego.

- Tam pojechali Rossiter i reszta? Jacaud przytaknął ledwie 

dostrzegalnie.

- Montefiore też tam jest?
- Nie wiem. Nigdy go nie widziałem. Wiem tylko tyle, ile mi 

powiedział Rossiter.

background image

- Dlaczego nie wyjechałeś z nimi?
-   Rossiter   chciał,   żebym   się   zajął   Mercierem...   uważał,   że 

Mercier za dużo wie. Chciał, żebym wyjechał jawnie, żeby nikt nie 
zadawał pytań. Gospodę tylko dzierżawię, termin i tak upływa za 
parę   miesięcy,   więc   przekazałem   wszystko   tej   starej   wiedźmie, 
która u mnie pracuje. Powiedziałem ludziom, że jutro wyjeżdżam 
na   Korsykę.   Że   odziedziczyłem   gospodarstwo   po   dalekim 
krewnym.

Chavasse powoli kiwnął głową.
- Więc miałeś zabić Merciera?
Jacaud   zaczai   kaszleć,   a   potem   wydał   dziwny,   zdławiony 

krzyk. Zgiął się jakby z bólu. Mercier i Darcy szybko opuścili go na 
pokład.  Mercier  przykląkł  na  jedno   kolano  i  przyłożył  ucho   do 
piersi Bretończyka. Kiedy podniósł wzrok, twarz miał poważną.

- On nie żyje, monsieur. Serce nie wytrzymało.
-   Więc  miejmy  nadzieję,  że  powiedział  prawdę  -  spokojnie 

odparł Chavasse. - Rozwiążcie go i zanieście do kajuty.

Odwrócił się, ale Darcy złapał go za ramię.
- Na litość boską, nic więcej nie masz do powiedzenia? Przed 

chwilą zabiliśmy człowieka.

- Tak czy owak czekała go śmierć - odparł Chavasse. - Więc 

skończ z tymi sentymentami. Nie mam czasu.

Uwolnił się z uścisku i wszedł do sterówki. Oglądał mapę, 

kiedy tamci weszli.

- Potrzebny mi jest porządny głęboki kanał - zwrócił się do 

Merciera. - Dostatecznie głęboki, żeby „Mary Grant” zatonęła bez 
śladu.

Mercier westchnął.
- Szkoda, monsieur. Taka piękna łódź.
-  Ale   musimy   się   jej   pozbyć   -   oświadczył   Chavasse.   -   Co 

proponujesz?

Mercier przez chwilę przyglądał się mapie, po czym stuknął 

palcem w grupę skał oznaczonych jako niebezpieczne, sześć mil 

background image

dalej.

-   Pinakle,   monsieur.   Zatopiły   już   sporo   statków.   Sterczą   z 

rowu głębokiego na tysiąc stóp. Cokolwiek tam zatonie, pozostanie 
na dnie, możecie mi wierzyć.

Chavasse kiwnął głową.
-   Zgoda.   Popłyniesz   pierwszy   swoją   łodzią   i   będziesz 

pokazywał drogę. Idź z nim, Darcy.

-   Zostanę   z   tobą   -   odparł   Jamajczyk.   Chavasse   potrząsnął 

głową.

- Nie ma sensu, do tej roboty wystarczy jeden człowiek.
- Powiedziałem, że zostanę - powtórzył Darcy bezbarwnym 

głosem - więc zostanę.

Ruszył   na   dziób   i   stanął   tam   przygarbiony,   z   rękami   w 

kieszeniach.

- On chyba nie jest zadowolony, monsieur - zauważył Mercier. 

- Nie rozumiem. Przecież to samo zrobili z jego bratem.

-   Właśnie   to   go   dręczy   -   wyjaśnił   Chavasse.   -   On   nie   jest 

drapieżnikiem, Mercier. Teraz ruszajmy. Mamy mało czasu.

Pinakle pojawiły się najpierw jako odległy biały pas spienionej 

wody.   Wokół   morze   było   wzburzone,   wielkie   pióropusze   piany 
rozkwitały w ciemnościach.

Same Pinakle stanowiły nieregularne skupisko ostrych skał; 

niektóre   tkwiły   pod   wodą,   inne   wznosiły   się   dwadzieścia   czy 
trzydzieści   stóp   nad   falami.   Kiedy   Mercier   zagwizdał   ostro   i 
machnął ręką dając uzgodniony sygnał, Chavasse wyłączył silnik i 
krzyknął do Darcy’ego. Jamajczyk czekał przy dziobowym luku z 
toporkiem strażackim. Teraz wskoczył do środka i wyrąbał kilka 
dziur w kadłubie. Kiedy pojawił się ponownie, był przemoczony do 
suchej nitki, a dziób łodzi zaczął się już zanurzać.

Chavasse   rozpiął   korkowy   pas   ratunkowy   z   nazwą   łodzi   i 

cisnął go za burtę, kiedy Mercier podpłynął bliżej.

- Nieszczęśliwy wypadek - oznajmił. - Cała załoga utonęła. 

Nikt już nigdy nie zobaczy Jacauda.

background image

- A Gorman? - zapytał Darcy. - Co z nim? Chavasse wzruszył 

ramionami.

- Wierzcie lub nie, ale facet, który zanurkuje w Kanale, zwykle 

już nie wypływa. A jeśli nawet ktoś go znajdzie za parę tygodni, 
wszystko będzie pasowało.

- Masz wrodzone zdolności organizacyjne - stwierdził Darcy.
- Po prostu jestem zawodowcem, a ty nie.
Łódź   wielorybnicza   zbliżyła   się   i   obaj   przeskoczyli   na   jej 

pokład. Mercier zawrócił szerokim łukiem. Dziób „Mary Grant” był 
już głęboko zanurzony, tylko rufa sterczała z wody. Kiedy łódź 
zakryły fale, Mercier dodał gazu i odpłynął.

- Co teraz? - zapytał Darcy Preston. Opadł na siedzenie, kuląc 

ramiona z zimna.

-   Złapiemy   pociąg   -   oświadczył   Chavasse.   -   Pociąg   do 

Marsylii. Jeśli w dalszym ciągu mogę na ciebie liczyć.

Darcy powoli kiwnął głową.
- Zabrnąłem za daleko, żeby się teraz wycofać. Nie martw się... 

zostanę z tobą do końca.

- Doskonale. - Chavasse odwrócił się do Merciera. - Wysadź 

nas w jakimś spokojnym miejscu, jak najbliżej St.Brieuc. Możesz to 
załatwić?

- Oczywiście, monsieur.
Chavasse   poczęstował   go   papierosem   i   podał   mu   ogień, 

osłoniwszy dłońmi zapałkę.

- W sprawie Jacauda, Mercier, mogą być pytania.
- Możliwe, monsieur, ale wątpię. Miał wyjechać rano. Ludzie 

pomyślą, że wyjechał trochę wcześniej. W każdym razie widziano 
go, jak odpływał na „Mary Grant”, a gdzie jest teraz „Mary Grant”? 
Może za kilka dni ktoś wyłowi albo znajdzie na brzegu ten pas 
ratunkowy, a może nie. Herni Jacaud nigdy nie istniał, monsieur.

- A ty? Co ty będziesz robił?
- Pochowam moją żonę - odpowiedział Mercier.

background image
background image

Rozdział XII  

Flamingi i białe konie 

Dotarli do St.Brieuc tuż przed północą. Tak się złożyło, że za 

piętnaście minut odjeżdżał pociąg do Rennes. Chavasse postanowił 
skorzystać z okazji, zamiast siedzieć na miejscu.

W   Rennes   musieli   czekać   półtorej   godziny   na   pociąg   do 

Marsylii.   Spędzili   ten   czas   w   kawiarni   obok   dworca.   Jamajczyk 
wciąż   nad   czymś   dumał   i   prawie   się   nie   odzywał.   Wreszcie 
Chavasse miał dość.

- Tak dalej być nie może - oświadczył. - Albo zaraz oczyścimy 

atmosferę, albo wrócisz do domu.

- Z tym mogą być kłopoty - zauważył Darcy. - Przecież jestem 

tu nielegalnie. Chavasse potrząsnął głową.

- Skontaktuję się z naszym Biurem w Paryżu. Wyciągną cię 

stąd.

Darcy wydawał się szczerze zakłopotany.
- Nie wiem, Paul. Z początku, kiedy postanowiłem przyłączyć 

się do ciebie, to miało jakiś sens, zwłaszcza kiedy dowiedziałem się, 
co zrobili z Harveyem. Byłem wściekły i rozgoryczony, chciałem się 
zemścić.

- No i?
- Ta sprawa z Gormanem, to było jasne. W końcu próbował cię 

zabić. Musiałem to zrobić, ale Jacaud... - potrząsnął głową. - Nie 
mogę się z tym pogodzić.

- Jeżeli tak czujesz, to lepiej zrezygnuj - powiedział Chavasse. - 

Rossiter utopił twojego brata jak szczura, bez żadnych wyrzutów 
sumienia,   potem   chciał   popełnić   masowe   morderstwo,   kiedy 
„Lampart”   tonął,   i   częściowo   mu   się   to   udało,   jeśli   jeszcze 
pamiętasz,   co   spotkało   panią   Campbell   i   starego   Hamida. 
Wykończy nas bez wahania, jeśli tylko dowie się, że przeżyliśmy. 
To nie jest Old Bailey czy jamajski Sąd Najwyższy. Tutaj rządzi 

background image

tylko jedno prawo - zabić albo zostać zabitym, a ja otrzymałem w 
tej sprawie wyraźny rozkaz, żeby zabijać, nie zapominaj. Ho Tsen, 
Rossiter i Montefiore, wszyscy muszą zginąć.

Jamajczyk potrząsnął głową.
- Wiesz, dawniej, kiedy jeszcze mieszkałem z Harveyem w 

Soho, spotykałem różnych łajdaków, ale ty... ty jesteś klasą sam dla 
siebie.

-   I   dlatego   przeżyłem   dwanaście   lat   w   tym   cholernym 

zawodzie - odparł Chavasse. - No więc decydujesz się?

- Chyba nie mam wielkiego wyboru. Wiem, że jak tylko znajdę 

się   w   pobliżu   Rossitera,   on   mnie   załatwi,   jeśli   ja   wcześniej   nie 
załatwię jego. Tylko po prostu nie mogę tego zaakceptować, bo to 
wbrew mojej naturze. Dosyć się temu napatrzyłem żyjąc w dżungli 
Harveya... myślę, że byle psycholog bez trudu potrafiłby wyjaśnić, 
dlaczego poszedłem na prawo. - Westchnął ciężko. - Ale możesz na 
mnie liczyć, Paul. Nie zawiodę cię.

- Dobra, skoro to ustalone, zadzwonię do naszego agenta w 

Marsylii. Chcę, żeby na nas czekał rano, kiedy przyjedziemy.

Wstał, a Darcy zapytał:
- To miejsce, Camargue... właściwie co to jest?
- Delta przy ujściu rzeki Rhone - wyjaśnił Chavasse. - Około 

trzystu mil kwadratowych lagun, strumieni, bagien, wydm, białego 
piasku i gorącego słońca, chociaż nie o tej porze roku. Słynie z 
trzech rzeczy. Białe konie, walki byków i flamingi. Byłem tam raz 
jako chłopiec, dwadzieścia lat temu, i nigdy tego nie zapomniałem.

- Ale co oni robią w takim miejscu, do diabła? - zdziwił się 

Darcy.

-   Trzeba   to   będzie   sprawdzić,   no   nie?   -   odparł   Chavasse   i 

poszedł zadzwonić.

Jacob Malik był z pochodzenia Polakiem, ale opuścił ojczyznę 

z   powodów   politycznych   tuż   przed   wybuchem   drugiej   wojny 
światowej. Przez kilka lat pracował dla Deuxeme Bureaux, dawnej 
francuskiej organizacji wywiadu, którą zlikwidowano w 1940 roku. 

background image

Podczas wojny działał w brytyjskim Wydziale Operacji Specjalnych 
i był łącznikiem pomiędzy jednostkami francuskiego Ruchu Oporu. 
Awanturniczą   karierę   zakończył   granat   Front   de   Liberation 
Nationale,   który   wpadł   przez   okno   hotelowej   sypialni   Malika 
podczas   walk   w  Algierii,   na   szczęście   go   nie   zabijając.   Obecnie 
Malik   mieszkał   w   Marsylii,   miał   mauretańską   żonę   oraz   trójkę 
dzieci i prowadził małą knajpkę w porcie. Od sześciu lat działał w 
tym   mieście   jako   agent   Biura.   Chavasse   dwukrotnie   z   nim 
współpracował.

Malik stał przy furgonetce renault opierając się ciężko na lasce, 

kiedy   wyszli   z   dworca   -   szczupły,   elegancki   mężczyzna   ze 
spiczastymi wąsikami, nie wyglądający na swoje sześćdziesiąt lat. 
Pokuśtykał na ich spotkanie i przywitał Chavasse’a z entuzjazmem.

- Mój drogi Paulu, wspaniale znowu cię widzieć. Co u ciebie?
- Doskonale. - Chavasse serdecznie uścisnął mu dłoń. - Jak tam 

Nerida i dzieci?

-   Kwitną.   Ona   ciągle   tęskni   za  Algierem,   ale   przecież   nie 

możemy tam wrócić. Nie przeżyłbym nawet tygodnia. Ci ludzie 
mają dobrą pamięć.

Chavasse   przedstawił   go   Darcy’emu,   po   czym   cała   trójka 

wsiadła   do   renaulta   i   odjechała.   Dzień   był   ciepły   i   dość   parny, 
ciężkie   szare   chmury   zakrywały   słońce,   a   jednak   ostre   światło, 
charakterystyczne dla Marsylii, boleśnie raziło wzrok.

- Co załatwiłeś? - zapytał Chavasse.
- Po twoim telefonie długo rozmyślałem - oświadczył Malik. - 

Dokładnie o czwartej rano wpadłem na genialny pomysł... chociaż 
mówię   to   z   należytą   skromnością.   Wyjazd   do   Camargue   nie 
stanowi problemu. Problem w tym, że każdy przyjezdny rzuca się 
w oczy.

-   Na   trzystu   milach   kwadratowych   piasków   i   mokradeł?   - 

zdziwił się Chavasse. - Nie rozumiem.

- Och, Camargue jest słabo zaludnione, głównie ptasznicy i 

kilku   kowbojów   doglądających   koni   i   młodych   byczków,   które 

background image

biegają swobodnie po całym terenie. Ale właśnie dlatego, że ludzi 
jest   mało,   obcemu   trudno   się   przemknąć   bez   zwracania   uwagi. 
Musicie   mieć   jakiś   powód,   żeby   tam   przebywać,   przekonujący 
powód.

- I wymyśliłeś taki powód?
-   Obserwowanie   ptaków   -   odparł   Malik.   Darcy   Preston 

wybuchnął głośnym śmiechem.

- On chyba nie mówi poważnie.
- Ależ tak. - Malik wydawał się lekko urażony. - Camargue 

słynie z dzikiego ptactwa, zwłaszcza z kolonii flamingów. Ludzie 
zjeżdżają z całej Europy, żeby je badać.

-   Wiesz,   chyba   rzeczywiście   coś   w   tym   jest   -   przyznał 

Chavasse.

-   To   nie   wszystko,   mój   drogi.   Przygotowałem   odpowiedni 

sprzęt.   Niedużą   motorówkę   z   kabiną   mieszkalną   i   dodatkowo 
wszystko,   co   może   się   przydać.   Gumowy   ponton,   kamizelki 
przeciwkulowe,   wadery,   lornetki,   porządny   aparat   fotograficzny. 
Porozumiałem się z S2 w Londynie i dostałem wolną rękę. Nie ma 
sensu tracić czasu.

-   Wspaniale.   -   Chavasse   uświadomił   sobie   nagły   przypływ 

sympatii do tego człowieka. Poklepał go po ramieniu. - Naprawdę 
wspaniale.

- Bez przesady, Paul. Za te przysługi dostaję sporą premię. 

Podwójną, jeśli biorę udział w akcji.

- Masz taki zamiar?
- Znam Camargue, a wy nie, więc to chyba rozsądne wyjście. - 

Uśmiechnął się. - Nie masz pojęcia, jakie nudne jest ostatnio życie. 
Trochę ruchu na pewno dobrze mi zrobi.

- A więc załatwione. - Chavasse odwrócił się do Darcy’ego, 

który siedział z tyłu. - Nie ma to jak sprawna organizacja.

- Och, jestem pod wrażeniem - odparł Darcy. - Spodziewam się 

również, że nie zapomnicie o jakimś posiłku. W żołądku mam taką 
pustkę, że aż mnie ściska.

background image

- To również załatwiłem, monsieur - oznajmił Malik. - Moja 

kawiarnia stoi o rzut kamieniem od portu. Żona pewnie będzie 
uważała,   że   musi   wam   zaproponować   bouillabaisse,   miejscową 
specjalność.   Ale   jeśli   macie   trochę   rozsądku,   wybierzecie 
nadziewaną baraninę z ryżem i tym sposobem podbijecie jej serce.

-   Jedźmy   szybciej,   tylko   o   to   proszę   -   jęknął   Darcy.   Malik 

skręcił   na   inny   pas   ruchu,   o   włos   uniknąwszy   zderzenia   z 
autobusem,   i   wjechał   w   wąską   boczną   uliczkę   prowadzącą   do 
portu.

Nadziewana baranina z prażonym ryżem spełniała wszelkie 

oczekiwania.   Później   pojechali   do   samego   portu,   zaparkowali 
renaulta   i   przespacerowali   się   po   kamiennym   nabrzeżu.   Łodzie 
wszelkich   kształtów   i   rozmiarów   stały   na   kotwicy,   niezliczone 
mniejsze łódki były mocno przywiązane do nabrzeża. Zeszli po 
stopniach i Malik wskoczył do przycumowanego tendra.

Chavasse   usiadł   przy   wiosłach   i   wypłynął   na   zatłoczoną 

zatokę.   Odnaleźli   dwudziestostopową   motorówkę   z   włókna 
szklanego,   z   silnikiem   umieszczonym   za   burtą.   Nazywała   się 
„L’Alouette” i była pomalowana na biało ze szkarłatnym paskiem. 
Darcy   wskoczył   na   pokład   i   pomógł   wejść   Malikowi.   Chavasse 
przycumował tender i przyłączył się do nich.

Kabina   była   nieduża.   Dwie   wyściełane   ławy   pod   ścianami 

służyły w nocy za łóżka. Ubikacja i niewielka kuchenka stanowiły 
jedyne wygody.

Malik usiadł z westchnieniem, wyjął cienkie czarne cygaro i 

zapalił je.

- A teraz do rzeczy. W tej szafce znajdziesz mapę, Paul, poza 

tym zwróć uwagę na podwójne dno. Dwa pistolety maszynowe i 
pół tuzina granatów. Pomyślałem, że mogą się przydać.

Mapa   rozwinęła   się   ukazując   Camargue   ze   wszystkimi 

szczegółami - kilka ujść rzeki Rhone, a także każdy kanał, każdą 
lagunę, każdą mieliznę.

- Nie można za bardzo na tym polegać - ostrzegł Malik. - 

background image

Pływy i prądy rzeczne ciągle wszystko zmieniają. Mielizny znikają 
z dnia na dzień, niektóre kanały szybko wypełniają się mułem. Ale 
nie powinniśmy mieć większych kłopotów. „L’Alouette” ma tylko 
dwie czy trzy stopy zanurzenia.

- A Hellgate? Znalazł pan to na mapie? - zapytał Darcy.
- Owszem, znalazłem. Niedaleko Pointe du Norde, od strony 

Marsylii.   Trzy   czy   cztery   mile   w   głąb   lądu   jest   wieś   Chatillon. 
Hellgate jest zaznaczone tutaj, parę mil na północny wschód od 
wioski.

Chavasse   znalazł   ją   od   razu,   małą   wysepkę   na   lagunie   w 

kształcie półksiężyca.

- Dowiedziałeś się czegoś o tym miejscu albo o Montefiorem?
- Z braku czasu musiałem ograniczyć się głównie do Marsylii, 

ale zdobyłem kilka pożytecznych informacji. Ten dom ma około 
siedemdziesięciu   lat.   Zbudowany   w   latach   dziewięćdziesiątych 
zeszłego   stulecia   przez   rosyjskiego   pisarza   nazwiskiem   Kurbski, 
który nie lubił cara i nie ukrywał tego. Jego książki w swoim czasie 
były dość popularne w Ameryce i Europie. Przyniosły mu sporo 
pieniędzy. Kurbski przyjechał do Camargue zwiedzić farmę byków 
i   postanowił   tu   zostać.   Kazał   zbudować   dom   w   tym   miejscu, 
ponieważ   miał   obsesję   na   punkcie   ochrony   prywatności   życia. 
Budynek jest drewniany, w czysto rosyjskim stylu.

- Co się stało z Kurbskim? - zapytał Darcy.
- Wrócił do kraju po rewolucji... poważny błąd. Nie polubił 

Lenina tak samo jak cara, tylko że tym razem nie mógł wyjechać. 
Zmarł w 1925 roku albo został zabity. Zdobycie tych informacji nie 
wymagało   geniuszu.   W   Marsylii   jest   wspaniała   biblioteka. 
Poprosiłem przyjaciela w biurze notarialnym, żeby zatelefonował 
do Arles i dowiedział się, do kogo teraz należy posiadłość. Podczas 
wojny   służyła   za   bazę   oddziałom   niemieckim.   Potem   dom   stał 
pusty i dopiero cztery lata temu kupił go ktoś nazwiskiem Leduc.

- Leduc? - Chavasse zmarszczył brwi.
- Takie nazwisko jest w rejestrach. Chavasse powoli kiwnął 

background image

głową i odezwał się:

- No dobrze, lepiej wszystko ci opowiem, żebyś wiedział, na 

czym stoisz.

Kiedy skończył, Malik zamyślił się.
- Dziwna sprawa. Na przykład ten facet, Rossiter. Z jednej 

strony   niezręczny   amator,   który   nie   potrafi   się   zabezpieczyć.   Z 
drugiej - bezlitosny, zimnokrwisty morderca pozbawiony wszelkich 
skrupułów.

- A Ho Tsen?
-   Paskudny   typ...   wyjątkowo   paskudny.   Zawodowiec. 

Dlaczego współpracuje z amatorami?

- Tego właśnie będziemy musieli się dowiedzieć - oświadczył 

Chavasse. - Chociaż mam własny pogląd na tę sprawę. Wiesz, jak 
trudno jest Chińczykom uprawiać szpiegostwo. Rosjanie nie mają 
takich problemów, ponieważ w większości krajów mogą udawać 
miejscowych obywateli. Dla Chińczyka to oczywiście niemożliwe i 
pewnie  dlatego  gotowi  byli  posłużyć  się  takim  człowiekiem   jak 
Rossiter. Ale to w dalszym ciągu nie wyjaśnia roli Montefiorego.

Malik przytaknął.
- A co potem?
- Eliminacja... całkowita i absolutna.
- A dziewczyna? - wtrącił Darcy. - Co z nią?
- Spróbujemy ją uratować, jeśli będzie okazja.
- Tylko jeśli będzie okazja...?
- Właśnie. Teraz ruszajmy. Zostało nam pół dnia i przed nocą 

możemy jeszcze cholernie dużo zrobić. Zgoda, Jacob?

Malik kiwnął głową.
- Wyprowadzę motorówkę z portu. Wiem, co mówię. Z tym 

silnikiem to nam zabierze ponad trzy godziny. Oczywiście trzeba 
się jeszcze liczyć z pogodą, która moim zdaniem zapowiada się nie 
najlepiej.

Wyszedł na pokład. Chavasse ruszył za nim. Stał przy relingu 

spoglądając   w   stronę   Marsylii,   kiedy   motorówka   wypływała   w 

background image

morze.   Starożytne   miasto   -   wszyscy   tu   byli,   Fenicjanie,   Grecy, 
Rzymianie... Nad przylądkiem Croisette niebo przybrało ciemną, 
złowrogą barwę, a kiedy znaleźli się na otwartym morzu, na pokład 
spadły wielkie, ciężkie krople deszczu.

Z   morza   Camargue   wyglądało   jak   pasmo   piaszczystych 

wydm, zlewających się w oddali. Kiedy podpłynęli bliżej, powitały 
ich wynurzające się z wody kępy trzcin i bagiennej trawy, a także 
ciężki, gryzący odór bagien, zapach soli, gnijącej roślinności i błotne 
wyziewy, zapach innego, mroczniejszego, bardziej prymitywnego 
świata, który dawno przeminął.

Wbrew przewidywaniom pogoda nie pogorszyła się i nawet 

deszcz prawie ustał. Kiedy zbliżali się do brzegu, Malik znowu 
przejął ster, a Chavasse i Darcy stanęli przy relingu.

Pół   tuzina   białych   koni   stało   na   mieliźnie   i   obserwowało 

przepływającą   motorówkę.   Setki   flamingów   brodziły   po 
płyciznach, błyszcząc wspaniałym upierzeniem.

- Co teraz zrobimy, Paul? - zapytał Malik. - Zatrzymamy się w 

wiosce czy płyniemy dalej?

-   Nie  zaszkodzi  zrobić  postój  -  odparł  Chavasse.  -   Możesz 

odwiedzić   miejscową   knajpę   i   zasięgnąć   języka.   Darcy   i   ja 
zostaniemy w łodzi, na wszelki wypadek.

- Zgoda - kiwnął głową Malik. - Gdybyśmy się nie zatrzymali, 

na   pewno   wzbudzilibyśmy   niezdrowe   zainteresowanie.   Małe 
społeczności są takie same na całym świecie.

Chatillon   rzeczywiście   pasowała   do   tego   opisu.   Dwa 

prymitywne drewniane pomosty, ledwo wystające z wody, sporo 
małych   łódek   i   ze   dwa   tuziny   domów.   Malik   podprowadził 
„L’Alouette”  do  samego  końca   jednego   z  pomostów   i Chavasse 
zacumował. Darcy został w kabinie.

Polak oddalił się kulejącym krokiem, a Chavasse rozsiadł się 

na rufie i zaczął majstrować przy wędce, która również należała do 
wyposażenia dostarczonego przez Malika. Nabrzeże było prawie 
puste. Pięćdziesiąt jardów dalej jakiś człowiek pracował przy łodzi, 

background image

a na drugim pomoście siedziało dwóch staruszków naprawiając 
siatki do chwytania ptaków.

Malik wrócił po piętnastu minutach niosąc papierową torbę 

wyładowaną prowiantem.

- Typowa francuska prowincja - oznajmił. - Za cholerę nie ufają 

obcym, ale chcieliby o nas wszystko wiedzieć.

- I co im powiedziałeś?
- Że przyjechałem z Marsylii z przyjacielem, żeby obserwować 

ptaki i łowić ryby. Mówiłem ci, że tutaj ciągle się tacy kręcą.

- Uwierzyli w twoją historyjkę?
-   Całkowicie.   Starucha   około   siedemdziesiątki   i   jej 

niedorozwinięty syn. Wyjąłem mapę i zapytałem o jakieś dobre 
miejsce na nocleg, między innymi pokazałem im Hellgate.

- Jak zareagowała?
- Bez zainteresowania. To prywatna posiadłość. Sympatyczni 

ludzie, ale nie lubią gości.

- Zupełnie słusznie - mruknął Chavasse. - Ruszajmy. Niedługo 

się ściemni.

W   dali   złowrogo   zahuczał   grom.   Chavasse   odcumował,   a 

Malik nacisnął starter. Darcy wyszedł na pokład dopiero wtedy, 
kiedy   pozostawili   wioskę   za   sobą   i   płynęli   wąskim   kanałem 
pomiędzy szeregami trzcin.

Chavasse   wdrapał   się   na   dach   kabiny   i   rozłożył   mapę. 

Wyznaczanie   trasy,   na   początku   stosunkowo   proste,   stawało   się 
coraz trudniejsze w miarę, jak zapuszczali się w głąb moczarów.

Zamiast   trzymać   się   głównego   kanału,   prowadzącego 

bezpośrednio do Hellgate, umyślnie zboczyli na północny wschód, 
żeby dotrzeć do posiadłości od tyłu.

Zapadała noc, kiedy wpłynęli na niewielką lagunę. Chavasse 

zawołał cicho:

- Okay, na dzisiaj wystarczy.
Malik   wyłączył   silnik,   a   Darcy   rzucił   kotwicę.   Głębokość 

wynosiła tu osiem czy dziewięć stóp. Zapadła cisza, tylko żaby 

background image

rechotały i od czasu do czasu ptak odzywał się w zaroślach.

- Jak daleko jesteśmy? - zapytał Darcy.
-   Najwyżej   ćwierć   mili   -   odparł   Chavasse.   -   O   pierwszym 

brzasku weźmiemy ponton i rozejrzymy się po okolicy.

- Interesująca perspektywa - zauważył Malik.
- Och, nic nam się nie stanie.
Nad ich głowami błyskawica rozdarła niebo, a kiedy ciemność 

powróciła, nagle lunął ulewny deszcz. Wszyscy trzej pospiesznie 
schronili się w kabinie.

background image

Rozdział XIII  

Hellgate 

O wpół do piątej rano Chavasse wyszedł na pokład i znalazł 

się   w   zimnym,   szarym   świecie.   Deszcz   szeleścił   na   bagnach 
tysiącem   głosów,   a   jednak   w   mroku   budziło   się   życie.   Ptaki 
śpiewały i dzikie gęsi wzbijały się w powietrze.

Chavasse miał na sobie nylonowe wadery i kurtkę z kapturem, 

na szyi zawiesił lornetkę. Po chwili dołączył do niego Darcy Preston 
w   takim   samym   stroju,   a   ostatni   wyszedł   Malik,   osłaniając   się 
wielkim czarnym parasolem.

- Pan Bóg stworzył ten kraj, kiedy zabrakło mu konceptu - 

otrząsnął się Polak. - Zapomniałem już, jak tu bywa.

-   Świeże   powietrze   dobrze   ci   zrobi,   Jacob.   -   Chavasse 

przyciągnął   ponton.   -   Niedługo   wrócimy,   najpóźniej   za   parę 
godzin. Chcę się tylko rozejrzeć.

- Uważajcie, żeby nie zgubić drogi powrotnej - ostrzegł Malik. 

- W takiej okolicy łatwo zabłądzić.

Darcy Preston ujął wiosła i odbił od motorówki. Po chwili 

„L’Alouette” rozpłynęła się w mroku.

Chavasse posługując się mapą i kompasem wyznaczał kurs, 

który prowadził ich prosto do Hellgate przez muł, trzciny i wąskie 
kanały. Płynęli zagłębiając się coraz bardziej w tajemniczą krainę.

- Tak pewnie wyglądało na początku świata - zauważył Darcy. 

- Tutaj nic się nie zmieniło.

Po   lewej   coś   zaszeleściło,   trzciny   rozchyliły   się   i   wyszedł 

młody byczek. Przystanął na płyciźnie i obserwował ich nieufnie.

- Wiosłuj dalej - polecił Chavasse. - To rasowy byk hodowany 

do walk, z rodowodem długim jak twoje ramię. Nie będzie miły dla 
obcych.

Darcy mocniej naparł na wiosła i wkrótce byk znikł im z oczu.
-   Nie   chciałbym   uciekać   piechotą   przed   takim   bydlęciem   - 

background image

stwierdził   Jamajczyk.   -   Dlaczego   ci   głupcy   pozwalają   im   biegać 
swobodnie?

- W ten sposób je hodują... żeby rosły silne, wolne i dumne. To 

jest   kraina   byków,   Darcy.   Te   cholerne   zwierzaki   są   traktowane 
niemal jak świętość. To my jesteśmy tu intruzami, nie byki.

Wypłynęli na wielką lagunę. Pięćdziesiąt jardów dalej z mgły 

wyłoniły   się   wieżyczki   domu.   Chavasse   szybkim   gestem   kazał 
Darcy’emu   skręcić   na   prawo,   pomiędzy   trzciny.   Za   trzcinami 
znajdowała   się   wysepka   suchego   gruntu.   Obaj   wyskoczyli, 
wyciągnęli   ponton   z   wody,   po   czym   Chavasse   przykucnął   i 
nastawił ostrość w lornetce.

Jak powiedział Malik, dom zbudowano z drewna, w czysto 

rosyjskim   stylu,   z   czteropiętrowymi   wieżyczkami   po   bokach   i 
werandą od frontu. Wszędzie rosły sosny, które prawdopodobnie 
zostały specjalnie zasadzone przed laty, natomiast ogród z czasem 
zmienił się w zarośniętą dżunglę.

To   miejsce   wyglądało   jakoś   nieprawdziwie.   Za   bardzo 

przypominało Rosję - filmowa dekoracja do hollywoodzkiej wersji 
sztuki Czechowa.

Chavasse   nie   widział   przystani,   która   znajdowała   się   po 

drugiej   stronie   posiadłości.   Ze   strategicznego   punktu   widzenia 
dom stał w najbardziej niedostępnym miejscu. Laguna miała kształt 
półksiężyca, szerokiego na sto jardów i długiego na dwieście. W 
ciągu dnia żaden intruz nie mógł się zbliżyć niepostrzeżenie.

Chavasse podał Darcy’emu lornetkę.
- Co o tym myślisz?
Jamajczyk spojrzał i potrząsnął głową.
-   Moim   zdaniem   w   dzień   zauważą   każdego,   kto   spróbuje 

podejść bliżej.

W tej samej chwili zaszczekał pies i dwaj mężczyźni wybiegli 

zza   rogu   budynku.   Chavasse   wyregulował   ostrość   i   mężczyźni 
znaleźli się w polu widzenia - dwaj Chińczycy z karabinami w 
rękach. Po chwili przyłączył się do nich pies, owczarek niemiecki, 

background image

który biegał tam i z powrotem, ryjąc nosem w ściółce.

- Nie wiem, czego on szuka, ale nie złapie tropu w taki deszcz, 

to pewne - odezwał się Darcy.

-   Nie   bądź   taki   pewien   -   mruknął   Chavasse   patrząc   przez 

lornetkę. - Niemieckiego owczarka trudno wyprowadzić w pole.

Nagle z prawej strony rozległ się hałas, ciężki chlupot, jak 

gdyby   coś   przedzierało   się   przez   trzciny.   Chavasse   pomyślał 
najpierw, że to następny byk, ale na wszelki wypadek wyciągnął 
walthera. Usłyszał jęk bólu, głośny plusk i jakiś głos zaczai wzywać 
pomocy po francusku.

Chavasse   i   Darcy   przecisnęli   się   przez   trzciny   i   stanęli   na 

brzegu   kanału.   Z   wody   wynurzyła   się   głowa,   a   potem   ręka 
chwytająca powietrze.

Chavasse   wskoczył   do   wody,   która   sięgała   mu   do   piersi. 

Mężczyzna znowu się zanurzył, ale Chavasse zdążył złapać go za 
wyciągniętą rękę. Cofnął się powoli, grzęznąc w gęstym czarnym 
mule, który stawiał opór przy każdym kroku.

Darcy podał mu rękę. Razem wyciągnęli niedoszłego topielca 

z wody i położyli na plecach w deszczu. Był to chudy, siwowłosy, 
wycieńczony mężczyzna około siedemdziesiątki, ubrany w spodnie 
od  piżamy  i  kamizelkę  bez  rękawów.  Skórę   miał  siną   z  zimna. 
Dziko przewrócił oczami, wybełkotał coś przerażonym głosem i 
zemdlał.

-   Biedak.   -   Chavasse   podniósł   jedno   patykowate   ramię.   - 

Widziałeś kiedyś coś takiego?

Darcy obejrzał liczne maleńkie blizny i smutno pokiwał głową.
- Narkoman heroinista, i to w ostatnim stadium. Ciekawe, kto 

to jest?

Chavasse zaczai rozpinać kurtkę.
- Widziałem go na fotografii, którą pokazał mi Mallory. Ale 

muszę przyznać, że na zdjęciu wyglądał znacznie lepiej.

- Montefiore? - zapytał Darcy.
- We własnej osobie.

background image

Chavasse   podniósł   nieprzytomnego   człowieka,   nałożył   mu 

kurtkę i zarzucił go sobie na plecy.

- Zabierajmy się stąd, zanim facet umrze na naszych oczach.
W drodze powrotnej Chavasse siedział na rufie, podtrzymując 

Enrica Montefiorego. Stary człowiek był w bardzo złym stanie, bez 
przerwy jęczał i czasami krzyczał, ale ani na chwilę nie odzyskał 
przytomności.

Gdzieś niebezpiecznie blisko rozległo się szczekanie owczarka, 

a   potem   zgrzytliwy   warkot   zapuszczanego   silnika   łodzi   rozdarł 
ciszę poranka.

Chavasse trzymał kompas w wolnej ręce i podawał dokładne 

wskazówki Darcy’emu, który pochylał się nad wiosłami. W jednym 
miejscu   utknęli   wśród   szczególnie   gęstej   kępy   trzcin.   Chavasse 
położył Montefiorego na dnie i wyskoczył za burtę, żeby popchnąć 
ponton.

Było mu zimno - okropnie zimno, ponieważ woda nalała się 

do nylonowych waderów, a górna część ciała bez kurtki nie miała 
żadnej osłony.

Pies szczekał monotonnie, teraz znacznie bliżej, warkot silnika 

był coraz głośniejszy. Chavasse pchnął mocno, uwolnił ponton i 
przelazł przez burtę.

Po   chwili   wypłynęli   z   zarośli   na   czystą   wodę.   Sylwetka 

„L’Alouette” wynurzyła się z mgły.

- Jacob! - zawołał Chavasse. Potem zobaczył, że Malik siedzi na 

rufie, osłonięty od deszczu czarnym parasolem.

Ponton uderzył lekko o burtę „L’Alouette”. Chavasse wstał i 

spojrzał   prosto   w   twarz   Malika   pod   czarnym   parasolem.   Teraz 
zobaczył, że parasol był przywiązany do relingu kawałkiem liny. 
Oczy   Malika   zastygły   w   śmiertelnym   bezruchu,   lewego   ucha 
brakowało, a tuż nad nasadą nosa widniała okrągła niebieskawa 
dziurka.

-   Dzień   dobry,   Chavasse,   witamy   na   pokładzie,   -   Rossiter 

wyszedł z kabiny uśmiechając się przyjaźnie, jak gdyby naprawdę 

background image

cieszył się z tego spotkania.

Pułkownik Ho Tsen stał z tyłu. Opatrunek zakrywał mu pół 

twarzy.   Pułkownik   trzymał   w   rękach   automatyczny   karabin. 
Wyglądał ponuro i nieubłaganie - zawodowiec w każdym calu.

-  Jeden  z  moich ludzi zrobił  ci zdjęcie,  kiedy przypłynąłeś 

wczoraj wieczorem - oznajmił Rossiter. - W tym rejonie Camargue 
zawsze sprawdzamy przybyszów. Możesz sobie wyobrazić moje 
zdumienie, kiedy zobaczyłem odbitkę.

- Dość długo trwało, zanim tu trafiłeś - stwierdził Chavasse. - 

Słaba organizacja.

- To przez tę okropną pogodę, stary. Zjawiliśmy się, kiedy 

ciebie nie było, więc postanowiliśmy zaczekać. Nie zmarnowaliśmy 
tego czasu. Twój przyjaciel okazał się chętny do współpracy, kiedy 
już pułkownik Ho Tsen z nim porozmawiał. O tak, teraz rozumiem, 
że   wiesz   o   nas   wszystko,   Chavasse.   Ale   my   wiemy   również 
wszystko o tobie.

- Bardzo mi miło. A co z Montefiorem?
- Same kłopoty. Raz już to zrobił i źle się stało. Będę musiał 

porozmawiać z osobą, która się nim opiekuje.

Podszedł do drzwi, wyciągnął gwizdek i dmuchnął trzy razy. 

Kiedy się odwrócił, Darcy Preston zapytał szorstko:

Kto mu podał heroinę? Pan?
- Dzięki temu jest posłuszny przez większość czasu - odparł 

Rossiter.

-   Posłuszny   człowiek-roślina.   Dlaczego   nie   pozwolicie   mu 

umrzeć?

- A któż podpisywałby czeki? - zapytał półżartobliwie Rossiter, 

jak gdyby wyjaśniał oczywistą sprawę.

Rzeczywiście   wyjaśnił   prawie   wszystko.   Zaraz   potem 

jednocześnie wydarzyło się kilka rzeczy. Montefiore zaczął jęczeć, 
zaszamotał   się   gwałtownie   i   usiadł,   a   z   mgły   wynurzyła   się 
napędzana silnikiem łódka, w której siedziało dwóch Chińczyków i 
owczarek.

background image

Dwaj mężczyźni weszli na pokład motorówki, zostawiając psa 

w łódce. Ho Tsen ostro powiedział coś do jednego po chińsku, tak 
szybko, że Chavasse nic nie zrozumiał. Mężczyzna odpowiedział 
zniżonym   głosem,   spuściwszy   wzrok,   a   Ho   Tsen   uderzył   go   w 
twarz.

- Przywieźli działkę? - zapytał Rossiter po chińsku.
Jeden   z   mężczyzn   odłożył   karabin   i   wyjął   małą   skórzaną 

kasetkę. Otworzył ją, wyjął strzykawkę i szklaną ampułkę.

Rossiter   napełnił   strzykawkę   i   skinął   na   Chińczyka,   który 

przytrzymywał   Montefiorego   za   ramiona.   Rossiter   zrobił   mu 
zastrzyk.

- To powinno go uspokoić.
Montefiore przestał się szamotać i leżał spokojnie, całkowicie 

odprężony.   Potem   stało   się   coś   dziwnego.   Montefiore   otworzył 
oczy, spojrzał na Rossitera i uśmiechnął się.

- Ojcze Leonardzie...? - powiedział. - Ojcze Leonardzie, czy to 

ty?

Wciąż z uśmiechem wydał ostatnie tchnienie. Głowa opadła 

mu na bok.

Zapadło nagłe milczenie. Rossiter delikatnie dotknął twarzy 

Montefiorego. Pierwszy poruszył się Ho Tsen. Odepchnął Rossitera 
i brutalnie potrząsnął ciałem starca. Potem odwrócił się z oczami 
pełnymi furii.

-   On   nie   żyje...   rozumiesz?   Zabiłeś   go.   Ostrzegałem   cię... 

mówiłem ci, że za dużo mu dajesz. - Uderzył Rossitera, aż ten 
zatoczył   się   na   koję.   -   Jeden   błąd   za   drugim.   Będziesz   musiał 
odpowiedzieć na wiele pytań, kiedy wrócimy do Tirany.

Przez chwilę uwaga  wszystkich była skupiona na  Angliku. 

Chavasse   wykorzystał   to,   podciął   nogi   drugiemu   Chińczykowi, 
odwrócił   się   i   dał   susa   w   stronę   drzwi.   Wskoczył   do   wody, 
wynurzył się i co sił zaczął płynąć w stronę trzcin.

Rzucił szybkie spojrzenie przez ramię i zobaczył, że Darcy 

walczy z dwoma Chińczykami przy relingu. Pojawił się Ho Tsen, 

background image

ogłuszył Jamajczyka kolbą karabinu i złożył się do strzału. Kiedy 
zaczął   strzelać,   Chavasse   zanurkował   i   pod   wodą   dopłynął   do 
trzcin.

Bezpieczny   pod   ich   osłoną   obejrzał   się.   Dwaj   Chińczycy 

siedzieli już w łódce i odbijali od „L’Alouette”. Owczarek wył jak 
wilk. Chavasse zaczął przeciskać się przez trzciny, na wpół płynąc, 
na wpół brodząc. A potem następny dźwięk rozdarł ciszę - warkot 
silnika „L’Alouette”, która ruszała w pościg.

Dotarł do tak głębokiego kanału, że stopami nie sięgał dna. 

Podpłynął do szarozielonej ściany bagiennej trawy i przedarł się na 
drugą   stronę.   Po   paru   minutach   przystanął   na   płytszej   wodzie. 
Warkot   silnika   „L’Alouette”   przycichł.   Widocznie   motorówka 
zawróciła do Hellgate. Silnik mniejszej łódki terkotał w pobliżu, a 
żałosne   wycie   owczarka   dźwięczało   niesamowitym   echem   w 
deszczu, niczym głos zza grobu.

Chavasse   znowu   zaczai   płynąć,   przedzierając   się   między 

trzcinami. Terkot silnika ucichł nagle, pies również zamilkł. Wcale 
mu się to nie spodobało, ponieważ teraz nie miał najmniejszego 
pojęcia, gdzie znajdują się prześladowcy.

Dotknął stopą dna, pobrnął przez gęsty czarny muł i wyszedł 

spomiędzy   trzcin   na   stosunkowo   twardy   grunt.   Kompas 
zawieszony   wciąż   na   szyi   pomógł   mu   ustalić   kierunek   marszu. 
Skoncentrował się i spróbował przywołać w pamięci obraz mapy. 
W pobliżu miejsca zakotwiczenia „L’Alouette” znajdowała się tylko 
jedna   wysepka   o   średnicy   kilkuset   jardów,   ćwierć   mili   na 
południowy zachód od Hellgate.

Zaczął biec, a potem zatrzymał się jak wryty, ponieważ z mgły 

przed nim wyłonił się byk. Zwierzę trzymało wysoko uniesiony łeb 
i patrzyło mu prosto w oczy. Para buchała z nozdrzy. Chavasse 
cofnął się powoli. Z prawej strony coś się poruszyło i pojawił się 
następny  byk,  jak  czarny  cień  o lśniących bokach.  Niespokojnie 
grzebał nogą, pochylał łeb, wielkie zakrzywione rogi połyskiwały 
groźnie. Potem zjawił się jeszcze jeden i jeszcze jeden, sześć czy 

background image

siedem   wielkich   bestii,   byki   słynne   z   odwagi   i   wojowniczości, 
hodowane do walk na arenie.

Chavasse  odetchnął głęboko  i bardzo powoli  wycofał  się z 

kręgu zwierząt. Minął dwa z nich tak blisko, że mógł ich dotknąć, 
gdyby wyciągnął rękę.

Szedł dalej, potykając się o kępki szorstkiej trawy. Znalazł się 

na piaszczystej plaży. Usłyszał ostry krzyk, a potem dwa niemal 
jednoczesne strzały wzbiły fontannę piasku po jego prawej stronie.

Łódka   wynurzyła   się   z   mgły   dwadzieścia   jardów   dalej.   W 

zastygłym ułamku czasu Chavasse zobaczył wyraźnie, że owczarek 
ma nałożony kaganiec, ale zaraz go zdjęto. Automatyczny karabin 
szczęknął   ponownie   i   kiedy   Chavasse   rzucił   się   do   ucieczki, 
owczarek zawył i skoczył do wody.

Chavasse   miał   niewiele   czasu   -   minutę,   najwyżej   półtorej, 

zanim pies go doścignie. Gorączkowo zaczai rozpinać pas. Znał 
sposoby poskramiania dużych psów, ale warunkiem sukcesu było 
zachowanie całkowitego spokoju oraz cholernie dużo szczęścia w 
pierwszych sekundach ataku.

Wyciągnął pas, owinął go wokół obu rąk, odwrócił się i czekał. 

Ręce trzymał sztywno wyciągnięte przed sobą, pas był napięty.

Owczarek wyskoczył z mgły w pełnym biegu i zahamował z 

poślizgiem.   Niemal   natychmiast   zaatakował,   szczerząc   zęby. 
Chavasse   podsunął   mu   pas   i   stara   sztuczka   podziałała   niczym 
czarodziejskie zaklęcie. Owczarek złapał pas zębami, rozdzierając 
skórę. Chavasse szarpnął z całej siły, podniósł psa na tylne łapy i 
mocno kopnął w zad.

Owczarek potoczył się po ziemi, a Chavasse znowu kopnął go 

w żebra i w głowę. Pies zawył przeraźliwie, skręcając się z bólu. 
Chavasse   odwrócił   się   i   chciał   odejść,   kiedy   w   polu   widzenia 
pojawili się dwaj Chińczycy.

Następny strzał rozdarł ciszę i gdzieś w pobliżu rozległ się ryk 

bólu. Byki. W podnieceniu walką Chavasse zupełnie zapomniał o 
bykach.   Coś   zatupało   i   pojawił   się   byk,   krwawiący   z   rany   na 

background image

łopatce.

Chavasse jednym skokiem skrył się w kępie trzcin i przypadł 

twarzą do ziemi. Ciężkie cielska z chlupotem brnęły przez muł. 
Rozległ się okrzyk przerażenia, padł strzał, a potem ktoś wrzasnął. 
Kiedy Chavasse podniósł głowę, stary byk chwiejnie wyszedł zza 
zasłony deszczu, dźwigając na łbie Chińczyka przebitego prawym 
rogiem. Strząsnął człowieka na ziemię i zaczął go tratować.

We   mgle   rozległy   się   dwa   następne   strzały   i   przeraźliwy 

wrzask. Chavasse usłyszał już dość. Pospiesznie wygramolił się z 
trzcin   i   wszedł   do   wody.   Po   chwili   znalazł   następną   wysepkę 
suchego gruntu, sprawdził kompas i ruszył na południowy zachód, 
w stronę Hellgate.

Stracił prawie godzinę, zanim dotarł do miejsca, skąd razem z 

Darcym obserwowali dom tego ranka. Przykucnął w trzcinach i 
wytężył   wzrok.   Mgła   jeszcze   bardziej   zgęstniała,   wszystko 
wyglądało nierealnie, upiornie, niczym jakaś posępna okolica w 
Rosji.

„L’Alouette” na pewno była już zacumowana na przystani po 

drugiej stronie wysepki. Musiał tam dotrzeć.

Po lewej trzciny sięgały głęboko w szarą wodę i zapewniały 

osłonę mniej więcej do połowy drogi. Potem będzie musiał wyjść na 
otwarty teren - nie ma innej rady.

Wciąż   był   ubrany   w   nylonowe   wadery   dostarczone   przez 

Malika. Usiadł i ściągnął je. Spodnie, które miał - pod spodem, były 
tak mokre, że przylegały do ciała jak druga skóra. Przesunął się w 
stronę trzcin i nisko pochylony wszedł do wody. Po raz pierwszy, 
odkąd   skoczył   z   podkładu   „L’Alouette”,   było   mu   zimno   - 
naprawdę zimno - i wstrząsały nim dreszcze, kiedy zanurzał się 
coraz głębiej. Wreszcie stracił grunt pod nogami i zaczął płynąć.

Zatrzymał się w miejscu, gdzie kończyły się trzciny. Od celu 

dzieliło   go   jakieś   pięćdziesiąt   jardów   czystej   wody.   Odetchnął 
głęboko kilka razy, zanurkował i zaczął płynąć. Kiedy wynurzył się, 
żeby   zaczerpnąć   powietrza,   był   w   połowie   drogi.   Ostrożnie 

background image

odwrócił się na plecy, odpoczywał przez chwilę, a potem znowu 
zanurkował.

Wkrótce   zbliżył   się   do   wyspy   na   tyle,   że   zaczął   szorować 

brzuchem po czarnym mule. Wynurzył się i wdrapał na brzeg pod 
osłoną krzaków.

Przykucnął w deszczu, z trudem łapiąc oddech, potem wstał i 

ostrożnie   ruszył   przez   zapuszczony   ogród   w   stronę   domu.   Nie 
słyszał   żadnych   głosów,   nie   widział   żadnych   śladów   życia   -   i 
ogarnęła   go   nagła   panika.   A   jeśli   odpłynęli?   A   jeśli   Rossiter 
postanowił wyjechać, dopóki to możliwe? I wtedy Famia Nadeem 
pojawiła się na końcu zarośniętej ścieżki.

Miała   gumowe   buty   do   kolan   i   stary   wełniany   płaszcz 

marynarski   z   kapturem.   Wyglądała   tak   samo,   a   jednak   nie   tak 
samo, prawie jak inna osoba. Szła z rękami w kieszeniach płaszcza, 
twarz miała poważną. Chavasse zaczekał, aż dziewczyna zrówna 
się z nim, wyszedł z krzaków i dotknął jej ramienia.

Zareagowała   gwałtownie.   Jej   oczy   rozszerzyły   się,   usta 

otwarły jak do krzyku. Potem głęboko wciągnęła powietrze.

- Nie mogłam uwierzyć, kiedy Rossiter powiedział, że pan 

żyje.

- On tu jest? Widziała go pani? Kiwnęła głową.
- Mniej więcej przed godziną wrócili drugą łodzią z panem 

Jonesem. Chociaż on właściwie nie nazywa się Jones, prawda?

Chavasse położył jej rękę na ramieniu.
- Czy było bardzo źle?
- Źle? - dziewczyna wydawała się niemal zaskoczona. - To 

pojęcie   względne,   ale   przecież   nie   będziemy   tutaj   rozmawiać. 
Dostanie pan zapalenia płuc. Za tymi drzewami jest opuszczony 
domek   letni.   Niech   pan   tam   zaczeka.   Przyniosę   jakieś   suche 
ubranie, a potem zastanowimy się, co robić.

Znikła   jak   duch,   a   on   odprowadzał   ją   wzrokiem   stojąc 

nieruchomo na deszczu, wsłuchując się w ciszę, nagle wyzuty z sił. 
Bogu tylko wiadomo, co Rossiter jej zrobił, ale na pewno przeżyła 

background image

ciężkie chwile, skoro zmieniła się tak gruntownie w tak krótkim 
czasie.

Letni domek przypomniał mu dzieciństwo. Dach przeciekał, 

brakowało połowy desek w podłodze. Osunął się na ziemię pod 
wybitym  oknem.   Dawno  temu,   przed  tysiącem  lat,  bawił  się  w 
takim miejscu.

Zamknął   oczy   i   ogarnęła   go   fala   zmęczenia.   Zaskrzypiała 

deska. Kiedy podniósł wzrok, w drzwiach stał Rossiter obok Famii.

Twarz   miał   spokojną,   obojętną   i   nieskazitelną   niczym 

wizerunek średniowiecznej Madonny.

background image

Rozdział XIV  

Twarzą w twarz 

Piwnica, do której wepchnęli go dwaj chińscy strażnicy, była 

tak ciemna, że musiał odczekać chwilę po zamknięciu drzwi, zanim 
jego oczy przyzwyczaiły się do braku światła.

- Darcy, jesteś tam? - zawołał cicho.
- Tutaj, Paul.
Coś   poruszyło   się   w   mroku.   Chavasse   wyciągnął   rękę   i 

dotknął twarzy Jamajczyka.

- Co się stało, kiedy wyskoczyłem z łodzi? Nic ci nie zrobili?
-   Ogłuszyli   mnie,   to   wszystko.  A  co   z   tobą?   Myślałem,   że 

zniknąłeś na dobre.

Chavasse opowiedział o swoich perypetiach. Kiedy skończył, 

Jamajczyk westchnął.

- Widocznie Rossiter jakoś dogadał się z tą dziewczyną.
Chavasse kiwnął głową.
-   To   nie   ma   sensu.   Ona   wie,   co   się   stało   na   pokładzie 

„Lamparta”. Jak może uwierzyć chociaż w jedno jego słowo?

- Istnieje bardzo proste wyjaśnienie - odparł Darcy.
- Chcesz powiedzieć, że zakochała się w nim?
- Może nawet więcej. Famia jest jak zahipnotyzowana. Czasem 

zdarza się, że dwoje ludzi łączy bardzo silny pociąg seksualny. To 
możliwe.

- Chyba tak. W każdym razie teraz to nie ma znaczenia.
Chavasse zrobił parę kroków z wyciągniętymi rękami, dopóki 

nie natrafił na ścianę.

- Zbadałeś to miejsce?
-   Właściwie   nie.   Wrzucili   mnie   tutaj,   kiedy   byłem   jeszcze 

nieprzytomny.

Chavasse przesunął się wzdłuż ściany, ostrożnie wymacując 

drogę. Dotknął jakiejś płaskiej deski, namacał krawędź i pociągnął. 

background image

Deska ustąpiła z trzaskiem pękającego drewna i do środka wpadł 
snop światła.

Okno   było   zabite   deskami,   szyby   znikły   dawno   temu. 

Znajdowało się na poziomie gruntu i dawało ograniczony widok na 
to,   co   niegdyś   było   trawnikiem   sięgającym   do   przystani,   której 
Chavasse nie mógł zobaczyć z drugiej strony wyspy.

Przystań z pewnością pamiętała lepsze czasy. Połowa pomostu 

spróchniała   i   wpadła   do   laguny.   Resztę   przystani   zajmowała 
czterdziestostopowa   dalekomorska   łódź   motorowa,   która 
wyglądała jak przerobiony ścigacz torpedowy, oraz „L’Alouette”.

Czterech   mężczyzn,   dźwigających   jakieś   skrzynie,   przeszło 

obok okna zmierzając w stronę łodzi. Z całą pewnością nie byli 
Chińczykami. Chavasse przysunął się jak najbliżej i udało mu się 
pochwycić pojedyncze słowa.

-   Albańczycy   -   szepnął   do   Darcy’ego.   -   Jasna   sprawa. 

Pamiętasz,   jak   na   „L’Alouette”   Ho   Tsen   uderzył   Rossitera? 
Powiedział, że Rossiter będzie musiał odpowiedzieć na wiele pytań, 
kiedy wrócą do Tirany.

- A Tirana jest stolicą Albanii - dokończył Darcy.
- Jedyny komunistyczny kraj w Europie, który sprzymierzył 

się z czerwonymi Chinami, a nie z Rosją. To rzeczywiście sporo 
wyjaśnia.

Mężczyźni zawrócili z przystani. Po paru minutach pojawili 

się ponownie, niosąc ciężkie walizy.

- Chyba się wyprowadzają - zauważył Darcy. Chavasse kiwnął 

głową.

- Do Albanii. Muszą się wynosić, ponieważ zaczęliśmy tutaj 

węszyć. Boją się, że za nami przyjdą następni.

- Ale dlaczego nas nie zlikwidują? - zapytał Darcy. - Myślałem, 

że nie potrzebują dodatkowego bagażu.

- Nas potrzebują. Miałem już do czynienia z Albańczykami i 

Chińczykami. Marzą o tym, żeby mnie dostać w ręce. Ty też możesz 
im się przydać. Najpierw porządnie cię wymaglują, zanim z tobą 

background image

skończą.

Szczęknęła zasuwa, drzwi otwarły się i pojawiło się dwóch 

Chińczyków. Jeden trzymał pistolet maszynowy, drugi wszedł do 
środka,   chwycił   Chavasse’a   i   brutalnie   wypchnął   go   z   piwnicy. 
Zaryglowali drzwi i poprowadzili go korytarzem.

Przeszli   przez   wielką   sień,   wspięli   się   po   schodach   nie 

wyłożonych żadnym chodnikiem i zapukali do pierwszych drzwi 
na   piętrze.   Po   krótkiej   zwłoce   drzwi   otwarł   Rossiter,   ubrany   w 
niedbale  narzucony  szlafrok.  Pod szlafrokiem  był nagi do  pasa. 
Zawiązał pasek i kiwnął głową.

- Wprowadźcie go.
Za jego plecami Chavasse zobaczył następne otwarte drzwi. 

Zdążył dostrzec łóżko ze skotłowanymi prześcieradłami i Famie 
nakładającą spódnicę przed lustrem. Rossiter zamknął tamte drzwi 
i odwrócił się.

- Ciągle podglądasz, co? Oczywiście to mnie nie dziwi, odkąd 

wiem, kim jesteś.

- Co się stało z człowiekiem z Pekinu? - zapytał Chavasse. - 

Myślałem, że on też będzie chciał wtrącić swoje trzy grosze.

- Istotnie, ale na razie jest zajęty pakowaniem. Przez ciebie i 

twojego przyjaciela musimy wyjeżdżać w pośpiechu.

- Do Albanii. Rossiter uśmiechnął się.
- Naprawdę jesteś bystry. W Tiranie będą tobą zachwyceni.
- I na Dalekim Wschodzie?
-   Naturalnie.   -   Rossiter   wyjął   papierosy   i   poczęstował 

Chavasse’a. - Przyjacielskie ostrzeżenie. Pułkownik będzie chciał 
zamienić z tobą parę słów. Nie utrudniaj mu tego. Widziałeś, co 
zrobił   z   twoim   przyjacielem.   Zapytał   go   tylko   raz,   a   potem 
wyciągnął nóż. Wasz człowiek wyśpiewał wszystko bez jednego 
ucha. Spodziewam się, że ty okażesz więcej rozsądku.

- On był starym człowiekiem - powiedział Chavasse. - Chciał 

tylko   zarobić   trochę   pieniędzy.   Niepotrzebnie   tak   go 
potraktowaliście.

background image

Rossiter wzruszył ramionami.
- Na całym świecie tysiące ludzi umierają każdego dnia. Twój 

przyjaciel Malik był jednym więcej. Jeśli jego śmierć pomogła naszej 
sprawie, to nie umarł niepotrzebnie.

- Świetnie powiedziane - przyznał Chavasse. - W Nom Bek 

rzeczywiście odwalili dobrą robotę.

- Ty tego nie rozumiesz. Tacy jak ty nigdy nie rozumieją. - 

Rossiter   był   poważny   i   smutny.   -   Dawniej   ja   też   taki   byłem, 
Chavasse, zanim nie poznałem prawdy. Oni pomogli mi znaleźć 
odpowiedź, znaleźć nowy sens życia.

- Więc teraz możesz zabijać ludzi, starców i kobiety, i to jest w 

porządku?

- Dla sprawy, nie rozumiesz? Co znaczy jedno życie mniej... 

twoje albo moje? Nikt nie jest niezastąpiony. Ilu ludzi zabiłeś w 
swojej karierze? Dziesięciu? Dwudziestu?

- Nie nacinam karbów na kolbie karabinu, jeśli o to ci chodzi - 

odparł Chavasse, czując się dziwnie nieswojo.

- Zabiłeś kiedyś kobietę?
Chavasse poczuł suchość w ustach i przez krótką chwilę ujrzał 

w wyobraźni twarz kobiety, twarz, o której wolałby zapomnieć.

Rossiter uśmiechnął się. Na jego pięknej, ascetycznej twarzy 

odmalowało się coś zbliżonego do współczucia.

-   Tak   myślałem.   Różnica   między   nami   jest   tylko 

powierzchowna. Pierwsza i najważniejsza lekcja, której się uczymy, 
mówi: nieważne, co robimy, ważne, dlaczego to robimy. Ja służę 
sprawie   -   wolność   dla   wszystkich,   równość,   sprawiedliwość. 
Możesz   to   powiedzieć   o   sobie?   Czego   ty   bronisz,   Chavasse? 
Imperializmu,   kapitalizmu,   Kościoła,   powszechnego   zepsucia, 
ucisku i przemocy, która nie pozwala ludziom oddychać. Boże, jak 
pomyślę   o   tych   wszystkich   latach,   które   spędziłem   w   służbie 
kłamstwa...

-   Mimo   to   wolę   swoje   metody   od   waszych.   Ilu   ludzi 

zamordowali   Chińczycy   w   Tybecie   przez   ostatnie   pięć   lat?   Z 

background image

grubsza pół miliona, a wszystko dla sprawy.

Rossiter wydawał się lekko zirytowany.
- Ciągle nie rozumiesz. Nikt się nie liczy... ani jednostka, ani 

grupa. Do nas należy jutro, Chavasse, nie dzień dzisiejszy.

Znamienne   -   było   to   dokładne   przeciwieństwo   poglądów, 

które niegdyś wpojono Rossiterowi. Chavasse zdawał sobie sprawę, 
że tylko marnuje czas, ale próbował dalej:

- Więc wszystko jest dozwolone, nawet szpikowanie starego 

Montefiorego heroiną?

-   Po   raz   pierwszy   spotkałem   Enrica   Montefiorego,   kiedy 

wróciłem   do   Europy   po   zakończeniu   wojny   koreańskiej.   Moi 
przełożeni   wysłali   mnie   do   Wiednia,   ponieważ   uważali,   że 
potrzebuję kuracji psychiatrycznej, żeby zlikwidować skutki tego, 
co pozwolili sobie nazwać „chińskim praniem mózgu”. Montefiore 
zażywał narkotyki od lat. Pewnego wieczoru otrzymaliśmy telefon 
z prywatnego sanatorium, gdzie przebywał. Był w ciężkim stanie. 
Twierdził, że potrzebuje spowiednika.

- I wysłano pana? Rossiter kiwnął głową.
- To był początek owocnej przyjaźni. Montefiore stopniowo... 

jak   by   to   powiedzieć...   uzależnił   się   ode   mnie.   Kiedy   wreszcie 
postanowiłem odrzucić święcenia, przekonałem go, że potrzeba mu 
ciszy   i   spokoju,   dlatego   kupił   tę   posiadłość   pod   przybranym 
nazwiskiem. Już wtedy był bardzo chory. Przez ostatnie trzy lata 
musiałem się nim opiekować jak dzieckiem.

- A w wolnych chwilach wykonywał pan polecenia szefów z 

Pekinu.

- Z Tirany, Chavasse, nie przekręcaj faktów. Albania stanowiła 

dla   nas   doskonały   przyczółek   w   Europie.   Naturalnie   dla 
Chińczyków byłem bezcenny z oczywistych powodów. Oni często 
są   w   trudnej   sytuacji.  Anglik   może   uchodzić   za   Rosjanina,   jeśli 
nauczy się języka, ale co ma zrobić Chińczyk?

-   Mnóstwo   Chińczyków   z   Hongkongu   i   Malajów   mieszka 

obecnie w Wielkiej Brytanii.

background image

- Zarejestrowani i wciągnięci na listę. Na pewno MI-6 albo 

Wydział   Specjalny   regularnie   ich   sprawdza.   Znacznie   lepiej 
przebywać w kraju incognito, jeśli mnie rozumiesz.

- I tutaj wkracza pańskie biuro podróży dla imigrantów.
-   Właśnie,   chociaż   to   nie   było   moje   biuro,   tylko   Jacauda. 

Przewoził   przez   Kanał   całe   tłumy   ludzi.   Pakistańczyków, 
Hindusów,   Murzynów   z  Afryki   i   z   Indii   Zachodnich   -   nikt   nie 
zwróciłby uwagi na pojedynczego Chińczyka z Hongkongu.

To było rzeczywiście sprytne. Chavasse z uznaniem pokiwał 

głową.

-   Nieźle   to   wykombinowaliście.   Więc   Ho   Tsen   nie   był 

pierwszy?

- Załamałbyś się, gdybym ci powiedział, ilu ich było.
Uśmiechnął się wesoło, a Chavasse wzruszył ramionami.
- Ale to się skończyło. W centrali nie będą zachwyceni, kiedy 

się o tym dowiedzą - zauważył.

- Och, nie jestem pewien. To nie mogło trwać wiecznie, a poza 

tym mam ciebie... bardzo cenną zdobycz.

Nic nie mogło zetrzeć lekkiego uśmieszku wyższości z twarzy 

Rossitera. A potem Chavasse, nie wiadomo dlaczego, przypomniał 
sobie swoją rozmowę z ojcem da Souza.

- O mało nie zapomniałem. Mam dla pana wiadomość - kłamał 

z pełnym przekonaniem. - Od da Souzy.

Efekt był wstrząsający. Rossiter jakby się skurczył.
- Ojciec da Souza?
-   Właśnie.   Ma   parafię   w   Londynie,   niedaleko   doków   East 

India. Kiedy zbierałem informacje o panu, naturalnie złożyłem mu 
wizytę.

- Jak on się czuje? - Rossiter mówił prawie szeptem.
-   Znakomicie.   Prosił,   żebym   panu   przekazał,   że   zawsze 

wspomina pana w swoich modlitwach. Bardzo na to nalegał.

Rossiter zbladł jak ściana i wymówił przez zaciśnięte zęby:
- Nie potrzebuję jego modlitw, rozumiesz? Ani teraz, ani w 

background image

przyszłości.

Drzwi sypialni otwarły się i weszła Famia. Ubrana była w 

płaszcz   nieprzemakalny   i   chustkę,   w   ręku   trzymała   niedużą 
walizkę. Zignorowała Chavasse’a i zwróciła się do Rossitera:

- Jestem gotowa. Mam to znieść do łodzi?
Na krótką chwilę oboje zapomnieli o całym świecie i widzieli 

tylko   siebie,   jak   ludzie   beznadziejnie   w   sobie   zakochani.   Dla 
Chavasse’a było to najbardziej interesujące odkrycie. Rossiterowi 
rzeczywiście zależało na tej dziewczynie.

Rossiter położył jej rękę na ramieniu i odprowadził do drzwi.
- Tak, znieś walizkę na dół do łodzi. Przyjdziemy później.
Jeden   ze   strażników   otworzył   drzwi.   Famia   przelotnie 

spojrzała na Chavasse’a i wyszła.

Kiedy drzwi się zamknęły, Chavasse zapytał spokojnie:
- Co pan jej zrobił? Dosypał jej pan czegoś do herbaty?
Rossiter odwrócił się gwałtownie, z przerażającym wyrazem 

twarzy.   Jego   dłoń   zniknęła   w   kieszeni   i   powróciła   ściskając 
Madonnę.   Rozległ   się   metaliczny   trzask,   ostrze   wyskoczyło   z 
ukrycia. Chavasse skulił się i osłonił ramionami, spodziewając się 
ataku w każdej chwili. Nagle drzwi otwarły się i wszedł Ho Tsen.

- Kłopoty? - zapytał po chińsku.
Rossiter wydawał się zbity z tropu, niczym uczeń przyłapany 

na   gorącym   uczynku,   który   nie   potrafi   wytłumaczyć   się   przed 
nauczycielem.

Ho Tsen po raz pierwszy okazał jakieś uczucie. Na jego twarzy 

pojawiła się lekka pogarda. Podszedł do Chavasse’a trzymając ręce 
za plecami i z bliska kopnął go w brzuch.

Było to  mistrzowskie  uderzenie karate,  świadczące  o  dużej 

wprawie. Chavasse zdążył to docenić, zanim runął na podłogę.

Przeturlał się kilka razy i uderzył w ścianę. Leżał i starał się 

odzyskać   oddech,   a   gdzieś   daleko   brzęczały   jakieś   głosy, 
monotonnie,   niewyraźnie,   niezrozumiale.   Stopa   pułkownika   z 
rozmysłem trafiła w dolną część brzucha, a nie w krocze, ponieważ 

background image

taki cios sparaliżowałby ofiarę na dłuższy czas.

Chavasse   zdążył   przynajmniej   napiąć   mięśnie,   zanim 

zainkasował kopniaka. W rezultacie, chociaż obolały i oszołomiony, 
odzyskał   częściowo   zdolność   ruchu,   kiedy   dwaj   Chińczycy 
postawili go na nogi.

Odegrał całe przedstawienie, udawał, że nie może iść, zataczał 

się   i   jęczał   cicho.   Strażnicy   niemal   znieśli   go   po   schodach, 
zataszczyli do drzwi piwnicy i opuścili na podłogę. Jeden zdjął z 
ramienia pistolet maszynowy i wycelował w Chavasse’a, a drugi 
wyjął klucz i otworzył drzwi.

Strażnik   z   pistoletem   maszynowym   pochylił   się,   chwycił 

Chavasse’a za kołnierz i podniósł go. Chavasse wbił mu sztywne 
palce lewej dłoni pod brodę, w odsłonięte gardło. Przy odrobinie 
wprawy był to zabójczy cios. Chińczyk nawet nie zacharczał, tylko 
osunął   się   na   ziemię   jak   kupka   szmat,   wypuściwszy   pistolet. 
Chavasse zerwał się na nogi i rąbnął łokciem w twarz drugiego 
strażnika. Zaskoczony Chińczyk wydał zduszony okrzyk i wpadł 
tyłem do celi. Pochwyciły go silne dłonie, Darcy Preston walnął go 
raz w żołądek i dwa razy w szczękę.

W   zapadłym   milczeniu   Chavasse   podniósł   pistolet 

maszynowy i wyszczerzył zęby.

- Wygląda na to, że znowu wchodzimy do gry.
-   Co   mamy   dalej   w   planie?   -   zagadnął   Darcy.   Chavasse 

machnął pistoletem maszynowym.

-   Nawet   z   tym   nie   mamy   wielkich   szans   przeciwko 

Rossiterowi, Ho Tsenowi i wszystkim Albańczykom. Co innego, 
gdybyśmy dostali się na „L’Alouette”. Ręczne granaty i pistolety 
maszynowe,   które   Malik   ukrył   na   dnie   szafki,   mogą   poprawić 
naszą sytuację.

- A co z dziewczyną?
- Sprzedała nas, prawda? Nawiasem mówiąc, twoje przeczucia 

się   sprawdziły.   Ona   i   Rossiter   nie   mogą   się   od   siebie   oderwać. 
Moim zdaniem trzeba ją spisać na straty.

background image

Przerwał   dalszą   dyskusję   wychodząc   z   piwnicy.   Ruszyli 

korytarzem w drugą stronę. Pierwsze schody, po których weszli, 
prowadziły do drzwi nie zamkniętych na klucz. Chavasse ostrożnie 
je uchylił i zobaczył kuchnię, wielkie kwadratowe pomieszczenie z 
ogniem   buzującym   na   otwartym   palenisku.   W   tej   samej   chwili 
drzwi   naprzeciwko   otworzyły   się   i   do   kuchni   weszli   dwaj 
Albańczycy. Chavasse delikatnie przymknął swoje drzwi, przyłożył 
palec   do   ust   i   obaj   wycofali   się   po   cichu.   Na   samym   końcu 
korytarza   następne   schody   zaprowadziły   ich   do   drzwi,   które 
dawno   nie   były   używane.   Darcy   mocno   szarpnął   zardzewiałą 
zasuwę.   Wreszcie   drzwi   ustąpiły   ukazując   niewielki   ogród 
otoczony murem, równie zapuszczony jak reszta posiadłości. Dwaj 
mężczyźni   weszli   do   ogrodu   i   pospiesznie   schronili   się   wśród 
drzew.

Posuwali się dalej zarośniętą ścieżką. Wybujałe chwasty po 

obu stronach ocierały się o ich ubrania. Chavasse prowadził.

Ścieżka kończyła się bez ostrzeżenia. Zobaczyli polankę, brzeg 

laguny i ruiny fałszywej świątyni greckiej. Stała tam Famia Nadeem 
z   rękami   w   kieszeniach   marynarskiego   płaszcza,   wpatrzona   w 
potrzaskane kolumny.

Odwróciła   się   gwałtownie.   Na   jej   twarzy   pojawił   się 

prawdziwy strach. Chavasse upuścił pistolet maszynowy, złapał ją 
brutalnie i zatkał jej usta ręką.

- Posłuchaj, ty mała głupia dziwko. Twój kochanek to agent 

komunistycznego   rządu   Chin.   Jest   odpowiedzialny   za   śmierć 
mnóstwa ludzi, włącznie ze starym Hamidem i panią Campbell. 
Rozumiesz?

Wpatrywała się w niego rozszerzonymi oczami. Cofnął rękę, a 

dziewczyna natychmiast otwarła usta do krzyku. Uderzył ją pięścią 
w podbródek tak, że straciła przytomność.

Położył Famie na ziemi i odwrócił się do Prestona.
-   Zanieś   ją   na   przystań.   Podejdź   jak   najbliżej   i  zaczekaj   w 

krzakach.

background image

- Co chcesz zrobić?
-   Przeprowadzić   dywersję.   Odciągnę   na   chwilę   ich   uwagę, 

żebyś mógł wejść na pokład „L’Alouette” i odpłynąć.

- A ty?
- Ja ucieknę wpław i dogonię cię po drodze. Jeśli nie zdążę, nie 

próbuj zgrywać bohatera. Nie czekaj na mnie, tylko zwiewaj.

- Ty jesteś szefem.
Jamajczyk   podniósł   dziewczynę,   przerzucił   ją   sobie   przez 

ramię i zniknął w gąszczu. Chavasse pospiesznie zawrócił w stronę 
domu.   Miał   już   pewien  plan.   Dom   był  w   całości   zbudowany   z 
drewna. Będzie się palił aż miło, zwłaszcza że Chavasse wiedział, 
gdzie podłożyć ogień.

Przemknął   przez   zarośnięty   ogród   i   ponownie   wszedł   do 

sutereny. Tym razem, kiedy ostrożnie otworzył drzwi u szczytu 
drugich schodów, kuchnia była pusta.

Wszedł   do   środka,   zdjął   szklany   klosz   z   naftowej   lampy 

stojącej   na   stole   i   rozlał   zawartość   zbiorniczka   po   podłodze. 
Pospiesznie przeszukał szafki i w jednej znalazł pół puszki parafiny. 
Opróżnił ją dla lepszego efektu, po czym podszedł do paleniska. Za 
jego plecami drzwi otwarły się i ukazał się pułkownik Ho Tsen.

Nawet jeśli był uzbrojony, to nie miało znaczenia, ponieważ 

pistolet maszynowy Chavasse’a już w niego celował.

Ho Tsen prawie się uśmiechnął.
- Żadnych sportowych szans, panie Chavasse?
-   Nic   z   tego   -   odparł   Chavasse.   -   Jestem   w   połowie 

Bretończykiem, a my zawsze spłacamy nasze długi. To za Jacoba 
Malika.

Pierwsza seria trafiła Ho Tsena w ramię, druga strzaskała mu 

kręgosłup. Siła odrzutu wypchnęła go przez otwarte drzwi. Kiedy 
upadł, Chavasse wyciągnął płonącą szczapę z paleniska i rzucił ją 
na środek kuchni. Nastąpiła niewielka eksplozja. Chavasse ledwo 
zdążył dopaść drzwi, ścigany przez szalejące płomienie.

Przemykając się przez ogród słyszał ostrzegawcze krzyki z 

background image

drugiej   strony   domu.  Albańczycy   biegli   sprawdzić,   co   się   stało, 
dokładnie tak, jak się spodziewał.

Odczekał następną minutę, po czym popędził w stronę drzew. 

Kiedy tam dotarł, silnik „L’Alouette” z rykiem obudził się do życia. 
Więc Darcy’emu także się udało? Z tyłu rozległ się głośny brzęk, 
kiedy szyby w oknach pękły od żaru i płomienie wydostały się na 
zewnątrz.

Nad jego głową kula rozłupała gałąź drzewa. Obrócił się i 

wypróżnił   magazynek   pistoletu   w   stronę  Albańczyka,   który   do 
niego strzelał. Napastnik w popłochu wycofał się za węgieł domu.

Chavasse   pobiegł   z   opuszczoną   głową,   kryjąc   się   wśród 

zarośli. Ścigające go pociski czyniły spustoszenie w gałęziach sosen. 
Wyskoczył spod osłony i, głową naprzód dał nurka do wody. W 
odległości pięćdziesięciu jardów pojawiła się „L’Alouette”.

Kiedy   zaczął   płynąć,   „L’Alouette”   zmieniła   kurs.   Darcy 

zakręcił sterem, wyłączył silnik i ustawił łódź burtą do Chavasse’a.

Zaraz potem podbiegł do relingu i wciągnął Chavasse’a na 

pokład.

- Ruszaj, na litość boską - wy sapał Chavasse.
Darcy   znikł   w   sterówce,   a   na   brzegu   pojawił   się   pierwszy 

Albańczyk.   Kula   odbiła   się   od   relingu.   Chavasse   odwrócił   się   i 
zobaczył,   że   Rossiter   z   trzema   ludźmi   wybiega   spośród   drzew. 
Silnik „L’Alouette” ryknął i motorówka  ruszyła ostrym zrywem 
pod gradem kuł.

background image

Rozdział XV  

Koniec gry 

Opłynąwszy południowy kraniec wysepki, znaleźli się poza 

zasięgiem   strzałów.   Dziewczyna   leżała   twarzą   do   dołu   na   rufie 
przy relingu, tam, gdzie ją zostawił Darcy. Kiedy Chavasse wziął ją 
na ręce, jęknęła i zatrzepotała powiekami.

Zaniósł ją do kabiny, położył delikatnie na koi, a następnie 

otworzył   szafkę  z  mapami   i wyjął   fałszywe   dno.   Rozpiął  swoją 
mokrą koszulę, wsadził granaty za pazuchę, wziął dwa pistolety 
maszynowe i wyszedł na pokład.

Darcy   wyciskał   z   silnika   pełną   moc.   Chavasse   potrząsnął 

głową.

- Tracisz czas. Te ich ścigacze są czterokrotnie szybsze. Mamy 

najwyżej pięć minut na przygotowania, zanim nas dopędzą, więc 
lepiej zwolnij.

- Co zrobimy?
- Będziemy walczyć do końca. Przede wszystkim pokażę ci, 

jak się tym posługiwać.

Pokrótce omówił najważniejsze zalety pistoletu maszynowego 

i dodał parę słów o granatach.

- Musisz je szybko rzucać. Nie zapominaj, że masz tylko trzy 

sekundy od wyciągnięcia zawleczki. Ty weźmiesz trzy i ja trzy. 
Możesz je trzymać za koszulą.

Obejrzał   się   do   tyłu,   na   słup   dymu   dryfujący   leniwie   w 

ulewnym deszczu.

- Moim zdaniem niewiele zostanie z Hellgate, zanim ugaszą 

ten fajerwerk. Wyłącz silnik.

Gdzieś niezbyt daleko silnik ścigacza ryczał jak rozwścieczony 

lew. Wpłynęli do mniejszej laguny i „L’Alouette” ustawiła się burtą 
do   ujścia   wąskiego   kanału   na   samym   końcu.   Zatrzymała   się   z 
dziobem w trzcinach, a Chavasse kiwnął głową.

background image

- Miejsce równie dobre, jak każde inne. Teraz przyprowadź 

dziewczynę, a potem powiem ci, co zrobimy.

Ścigacz torpedowy powoli wpłynął do małej laguny, ponieważ 

w wąskim kanale musiał znacznie ograniczyć szybkość. Albańczyk 
stojący na dziobie z ręcznym karabinem maszynowym dostrzegł 
„L’Alouette” i krzyknął głośno.

Ścigacz wyłączył silnik i siłą rozpędu przepłynął obok miejsca, 

gdzie stał zanurzony po pas w trzcinach Darcy Preston, mocno 
trzymając Famie i zatykając jej usta ręką.

Chavasse   czekał   po   drugiej   stronie   laguny,   na   wysepce 

stosunkowo   suchego   gruntu   -   miękki   czarny   piasek   otoczony 
bagienną trawą. Dwa granaty leżały obok niego na ziemi, trzeci 
trzymał w ręku.

Mignęły mu płowe włosy Rossitera w oknie sterówki, a potem 

Ścigacz zrównał się z nim, zbliżając się na odległość dwudziestu 
czy trzydziestu stóp. Chavasse rzucił pierwszy granat. Granat odbił 
się od pokładu rufowego, stoczył do wody i eksplodował. Ścigacz 
zakołysał   się   od   wstrząsu.   Rozległ   się   ostrzegawczy   krzyk   i 
człowiek stojący na dziobie wpadł głową naprzód do wody.

Po   drugiej   stronie   laguny   Darcy   odepchnął   dziewczynę, 

wyciągnął granat spod koszuli, odbezpieczył go i rzucił. Źle ocenił 
odległość   i   granat   upadł   za   blisko,   wzbijając   przy   wybuchu 
fontannę wody. Darcy sięgnął po następny. Dziewczyna krzyknęła i 
rzuciła się na niego w chwili, kiedy brał zamach. Granat wpadł do 
wody  zaledwie  piętnaście  stóp  dalej.  Wybuch   przygiął  trzciny  i 
przewrócił ich oboje.

Darcy  wynurzył  się  szukając   dziewczyny   i znalazł  się  pod 

obstrzałem dwóch Albańczyków, którzy przykucnęli przy relingu 
ścigacza   z   karabinami   maszynowymi.   W   sterówce   Rossiter   dał 
pełny gaz i zakręcił kołem sterowym. W tej samej chwili wybuchł 
drugi granat Chavasse’a. Eksplozja oderwała większą część rufy 
włącznie   ze   śrubą.   Ścigacz   zadrżał   i   stanął   dęba,   niczym   ranne 
zwierzę. Kiedy opadł, Chavasse rzucił swój ostatni granat, który 

background image

upadł na śródokręcie i eksplodował z niszczycielską siłą.

Rossiter wyłaniał się właśnie ze sterówki. Wybuch uniósł go i 

cisnął do wody jak szmacianą lalkę. Ścigacz przechylił się, z silnika 
buchnął czarny dym. Dwaj Albańczycy wciąż klęczeli przy relingu 
strzelając do Darcy’ego. Chavasse przesunął się trochę w bok, skąd 
mógł   ich   wyraźnie   widzieć,   i   zmiótł   obu   długą   serią   pistoletu 
maszynowego.

W komorze silnika nastąpił jakiś wybuch i z luku buchnęły 

płomienie. Łódź jakby zatoczyła się, przechyliła mocniej i zaczęła 
tonąć.

Wszystko było skończone. W nagłej ciszy rozlegały się tylko 

histeryczne   krzyki   Famii,   która   miotała   się   w   płytkiej   wodzie   i 
usiłowała się wyrwać Darcy’emu.

Chavasse zarzucił pistolet maszynowy na ramię i podpłynął 

do   nich.   Zbliżywszy   się   stanął   na   dnie   i   sięgnął   po   lewą   rękę 
dziewczyny. Famia broniła się zajadle, ze zdumiewającą siłą. Przez 
chwilę   wszyscy   troje   trwali   w   dziwacznych   pozach   -   Chavasse 
trzymał   dziewczynę   za   jedną   rękę,   Darcy   Preston   za   drugą   i 
jednocześnie   próbował   unieść   jak   najwyżej   swój   pistolet 
maszynowy, obawiając się, że zamoczona broń przestanie działać.

A   potem   nastąpiła   scena   jak   z   koszmaru.   Spomiędzy 

pływających   szczątków   podniósł   się   Rossiter,   niczym   straszliwy 
feniks   zbroczony   krwią.   Jego   twarz   była   spokojna,   pozbawiona 
wszelkich uczuć, mokre płowe włosy oblepiały czaszkę.

Dziewczyna wykrzyknęła jego imię, wyrwała się i skoczyła ku 

niemu. W tej samej chwili prawa ręka Rossitera opadła, rozległ się 
szczęk, błysnęła stal.

Wszystko   wydarzyło   się   jednocześnie.   Dziewczyna,   wciąż 

rozpaczliwie próbując się wyrwać, zatoczyła się na Chavasse’a. Nóż 
utkwił w jej sercu. Madonna z kości słoniowej sterczała pod lewą 
piersią Famii.

Rossiter wrzasnął okropnie i wyciągnął ręce do dziewczyny. 

background image

Darcy Preston władował w niego cały magazynek. Rossiter zniknął 
pod wodą.

Chavasse   chwycił   Hinduskę,   zanim   zdążyła   upaść.   Na   jej 

twarzy malowało się całkowite niedowierzanie.

Objął ją i delikatnie wyciągnął nóż. W tej samej chwili, kiedy 

ostrze wysunęło się z jej ciała, opuściło ją życie. Zwisła bezwładnie 
na lewym ramieniu Chavasse’a, kiedy zaś ją puścił, zniknęła pod 
wodą.

Chavasse odwrócił się, a Darcy krzyknął dziko:
- Więc po to przejechaliśmy, żeby urządzić takie jatki?
Wrzucił   swój   pistolet   do   wody,   odwrócił   się   i   pobrnął   po 

płyciźnie w stronę „L’Alouette”. Chavasse ruszył za nim. Kiedy 
przełaził przez reling, Darcy był już w sterówce.

Motorówka ruszyła przeciskając się przez wąski kanał i po 

chwili   wypłynęła   na   główny   szlak   wodny.   W   oddali   za   ścianą 
deszczu   dymiło   Hellgate.   Chavasse   skulił   się   przy   relingu, 
rozdygotany, przemarznięty do szpiku kości, wyprany z wszelkich 
uczuć.

A potem uświadomił sobie coś dziwnego - wciąż ściskał nóż 

Rossitera w prawej dłoni. Kanał, po którym płynęli, rozszerzał się i 
wpadał   do   morza.   Chavasse   popatrzył   na   Madonnę   z   kości 
słoniowej.

„Ilu ludzi zabiłeś w swojej karierze, Chavasse?”
Te słowa rozbrzmiały mu w uszach tak wyraźnie, jak gdyby to 

sam Rossiter przemówił. Z nagłą odrazą Chavasse odrzucił nóż. 
Ostrze  zamigotało  i  znikło  w   falach.  Gdzieś  wysoko   rozległ  się 
krzyk   gęsi.   Wypływali   na   morze.   Chavasse   podniósł   się   ze 
znużeniem i ruszył do sterówki.


Document Outline