background image

Tom Clancy 
Kwant 
Net Force - Tom 3 
 
Powieści Toma Clancy’ego w Wydawnictwie AiB 
Patrioci 
Polowanie na „Czerwony Październik” 
Kardynał z Kremla 
Stan zagrożenia 
Suma wszystkich strachów 
Dług honorowy 
Dekret 
Tęcza sześć 
Bez skrupułów 
Czerwony Sztorm 
 
w przygotowaniu 
Niedźwiedź i Smok 
Przy współpracy Steve’a Pieczenika 
Centrum Zwierciadło Racja stanu Casus belli Równowaga Oblężenie 
 
Net Force 
Net Force 
Akta 
Kwant 
Zwiadowcy 
Wandale 
Śmiercionośna gra 
Walka kołowa 
 

TŁUMACZYŁ ANDRZEJ ZIELIŃSKI 

Kwant 

WYDAWNICTWO ADAMSKI I BIELIŃSKI WARSZAWA 2000 
Tytuł oryginału 
Tom Clancys NET FORCE™: Knight Moves 
Copyright ę 2000 by Netco Partners 
NET FORCE is trademark of Netco Partners, a partnership of 
Big Entertainment, Inc., and CP Group 
Redaktor Andrzej Kamiński 
Skład i łamanie 
Wydawnictwo Adamski i Bieliński, 
Andrzej Pytka 
Projekt graficzny okładki Klaudiusz Majkowski 
For the Polish edition 
Copyright ę 2000 by Wydawnictwo Adamski i Bieliński 
Wydanie pierwsze 
ISBN 83-87454-73-7 
Wydawnictwo Adamski i Bieliński 
E-mail: 

aibpubli@it.pl

 

background image

ark. wyd. 16,5; ark. druk. 26,5 
Druk i oprawa: 

Drukarnia Wydawnicza im. W. L. Anczyca SA 
w Krakowie, ul. Wadowicka 8 
 

Podziękowania 

Pragniemy  gorąco  podziękować  Steve’owi  Perryemu  za  jego  inspirujące  pomysły, 
jakże  przydatne  podczas  przygotowywania  maszynopisu.  Pragniemy  również 
podziękować następującym osobom: 

Martinowi G. Green-bergowi, Larryemu Segriffowi, Denise Uttle, Johnowi Helfersowi, 
Robertowi  Youdelmanowi,  Esq.,  Richardowi  Hellerowi,  Esq.  i  Tomowi  Mallonowi, 
Esq.; Mitchell Ru-binstein i Laurie Silvers z BIG Entertainment; cudownym ludziom z 
Penguin  Putnam  Inc.,  a  zwłaszcza  Phyllis  Grann,  Davidowi  Shanksowi  i  Tomowi 
Colganowi;  naszym  producentom  miniserialu  ABC,  Gilowi  Catesowi  i  Dennisowi 
Doty;  reżyserowi  i  scenarzyście  Robowi  Li-bermanowi  i  wszystkim  wspaniałym 
ludziom z ABC. Jak zawsze, pragniemy podziękować Robertowi Gottliebowi z agencji 
Williama Morrisa, naszemu przyjacielowi i agentowi, bez którego ta książka nigdy nie 
ujrzałaby  światła  dziennego,  oraz  Jenyemu  Katzmanowi,  wiceprzewodniczącemu 
agencji  Williama  Morrisa  i  jego  kolegom  z  telewizji.  Ale,  co  najważniejsze,  to  ty, 
Czytelniku, rozstrzygniesz, czy nasze przedsięwzięcie zakończy się sukcesem. 

Historia miecza jest historią ludzkości. 
Richard Burton 
 
Zakładanie okularów nauki w nadziei na znalezienie 
odpowiedzi na wszystkie pytania świadczy 
o wewnętrznej ślepocie. 
J. Frank Dobie* 
*James Frank Dobie (1888-1964), amerykański historyk i etnograf [przyp. tłum.]. 

NAD  IMPERIUM  BRYTYJSKIM  SŁOŃCE  NIGDY  NIE 
ZACHODZI 

 
* * * 
 

Prolog 

Piątek,  1  kwietnia  2011  roku,  godz.  02.15  w  pobliżu  Sahiwal  w  Pakistanie  Nawet 
teraz,  w  środku  nocy,  temperatura  przekraczała  30  stopni  Celsjusza.  Wilgotność 
powietrza  była  tak  duża,  że  pot  nie  mógł  wyparowywać;  nasiąkały  nim  czarne 
mundury,  które  mieli  na  sobie  mężczyźni.  Był  dopiero  kwiecień,  a  tu,  w  Pendżabie, 
padł  już  kolejny  rekord  temperatury:  45  stopni  w  dzień.  Na  jutro  zapowiedziano 
podobny upał. Uff. 

Trzej  mężczyźni  w  przesiąkniętych  potem  czarnych  mundurach  polowych  czekali, 
leżąc za karłowatymi krzakami, kilka metrów od torów kolejowych. 

Z oddali dobiegł gwizd lokomotywy, sygnalizujący zbliżanie się pociągu. 

-  Już niedługo - powiedział Bhattacharya. Był tak gruby, że 

background image

pozostali nazywali go czasem Ganesia*, ale tylko kiedy nie mógł 
ich usłyszeć. Bhattacharya, chociaż dość korpulentny, łatwo 
wpadał w gniew, szybko się poruszał i biada temu, kto mu się 
naraził. Jeszcze dwa lata temu był pułkownikiem. Ale pewnego 
dnia, 
 Ganesia - w hinduizmie bóg mądrości, przedstawiany jako brzuchaty mężczyzna 

z głową słonia [przyp. tłum.]. 

 
na  przyjęciu w Panipat, pchnął nożem innego oficera, który go obraził. Szczęśliwym 
trafem  na  miejscu  był  lekarz  i  tylko  dzięki  temu  grubas  uniknął  oskarżenia  o 
zabójstwo.  Zdegradowano  go,  aresztowano  i  dano  do  wyboru:  więzienie  albo 
przeniesienie do Jednostki Specjalnej.  Jednostka Specjalna, podobnie jak inne tajne 
formacje  na  całym  świecie,  oficjalnie  nie  istniała.  Żaden  z  mężczyzn,  którzy  w  niej 
służyli,  nie  był  wyposażony  w  broń  i  sprzęt  regularnej  armii.    Mieli  karabiny 
Kałasznikowa wyprodukowane w Chinach, niemieckie pistolety i japońskie noże. Ich 
sprzęt łącznościowy pochodził z Nowej Zelandii, buty z Indonezji, mundury z Australii. 
Żaden nie miał przy sobie niczego, co pozwalałoby na identyfikację, a już na pewno 
nie jako indyjskiego żołnierza. A podczas akcji żadnemu z nich nie wolno było dać się 
wziąć  żywcem.  Gdyby  pojawiła  się  taka  groźba,  oczekiwano  po  nich,  że  sami 
pozbawią  się  życia,  za  pomocą  broni  palnej  lub  noża.  Nie  było  to  zresztą  takim 
bohaterstwem, jakim mogłoby się wydawać. Każdy, kto nie spełniłby tego obowiązku 
i  tak  wkrótce  by  nie  żył.  Przed  wyruszeniem  na  akcję  wszyscy  zażywali  powolnie 
działającą  truciznę.  Kiedy  wracali  po  wykonaniu  zadania,  otrzymywali  antidotum  i 
przez kilka dni czuli się, jakby złapali grypę. Jeśli ktoś z jakiegoś powodu nie wrócił, 
musiał umrzeć, konając długo i w takich cierpieniach, że samobójstwo wydawało się 
przy  nich  piknikiem  w  parku.  Członkowie  grupy  wiedzieli,  że  jeśli  przyjdzie  co  do 
czego,  lepiej  skończyć  ze  sobą  szybko  i  bezboleśnie.    Kiedy  w  Indiach  trzeba  było 
załatwić  pewne  wyjątkowe  sprawy  wojskowe,  wzywało  się  do  tego  Jednostkę 
Specjalną. Prawie wszystkie kraje mają takie formacje, ale większość zdecydowanie 
temu zaprzecza. 

Ta  misja  też  miała  charakter  specjalny.  Wypad  na  terytorium  Pakistanu  w  celu 
przeprowadzenia  tajnej  operacji  był  co  najmniej  ryzykowny.  Pakistańczycy  mieli  się 
na baczności, co w obecnej sytuacji politycznej było zupełnie zrozumiałe. 

Obok Ganesii leżał Rahman, czterdziestolatek, pochodzący z Delhi, nie należący do 
żadnej  konkretnej  kasty.  Wysoki  i  szczupły,  był  przeciwieństwem  Bhattacharii. 
Rahman znał ten region Pakistanu, ponieważ służył kiedyś w indyjskich Granicznych 
Siłach Bezpieczeństwa - formacji, która stała twarzą w twarz naprzeciw pakistańskich 
Rangersów, po drugiej stronie zasieków z drutu kolczastego, na punkcie granicznym 
Wagah.  Co  wieczór  obie  strony  odprawiały  tam  stylizowany  rytuał  agresji, 
pobrzękując  szabelką  podczas  opuszczania  flag  przy  dźwiękach  trąbek.  Tłumy 
ściągały  z  całej  okolicy,  żeby  oglądać  ten  spektakl,  zagrzewając  swoich  okrzykami, 
jakby to był mecz piłki nożnej. 

Trzecim  mężczyzną  był  Harbhajan  Singh  i oczywiście wołano na niego Sikh. Wśród 
sikhów  imię  Singh  było  bardzo  popularne,  ale  Harbhajan  Singh  otrzymał  swoje  na 
cześć  słynnego  żołnierza,  który  w  latach  60.  osiągnął  stan  moksza  -  wyzwolenie 
pierwiastka duchowego z materii - podczas patrolowania granicy z Chinami w rejonie 
NathuLa.  Po  tamtym  Singhu  odnaleziono  tylko  gogle  przeciwsłoneczne,  hełm  i 
karabin.  Do  dziś  duch  Singha  patroluje  podobno  tamten  rejon;  Chińczycy  często 
widzieli go, stojącego na szczycie góry lub idącego po powierzchni strumienia. Armia 
przez  długi  czas  nie  chciała  uwierzyć  w  tę  historię,  aż  kiedyś  pewien  generał, 

background image

wizytujący tamten rejon, okazał duchowi brak szacunku i szybko został za to ukarany: 
zginął  w  katastrofie  śmigłowca  w  drodze  powrotnej  do  domu.  Od  tamtego  czasu 
kolejni dowódcy rejonu raz do roku wysyłali tam swe samochody, oferując udającemu 
się  na  doroczny  urlop  duchowi  podwiezienie  do  stacji  kolejowej.  Duch  miał  też 
zawsze  zarezerwowane  miejsce  w  pociągu.  Dla  kierowców  musiały  to  być 
interesujące wyprawy, chociaż żaden z nich nigdy nie chwalił się, że widział Singha w 
swoim samochodzie, czy w pociągu. 

Wszystko  to  było  bardzo  fascynujące,  ale  w  niczym  nie  poprawiało  samopoczucia 
brodatego  Singha,  pocącego  się  pod  turbanem  w  tę  upalną  noc.  Wprawdzie  jego 
pradziad  mieszkał  koło  Lahore,  zaledwie  kilkanaście  kilometrów  na  północ  od 
miejsca,  w  którym  się  teraz  znajdowali,  jednak  Singh  większość  życia  spędził  w 
Madrasie, nad Zatoką Bengalską, i choć w tym mieście było gorąco przez cały rok, to 
przynajmniej wiatr od morza przynosił jakąś ulgę. Prawda, mieszkał też przez kilka lat 
w  Kalkucie,  gdzie  było  goręcej  niż  w  Madrasie,  ale  nawet  Kalkuta  nie  była  takim 
rozpalonym  piecem  jak  Pendżab.  Mówiło  się  o  tym  regionie,  że  jest  najgorętszym 
miejscem  na  Ziemi.  Wierzył  w  to  bez  zastrzeżeń.    -    Nadjeżdża  -  sapnął 
Bhattacharya. - Widzicie światło? 

Singh  i  Rahman  skinęli  głowami,  mrucząc  coś  na  potwierdzenie.    Wzdłuż  torów 
pozostali  członkowie  Jednostki  Specjalnej  szykowali  się  do  ataku.  Było  ich 
sześćdziesięciu  i  część  z  nich  najprawdopodobniej  zginie  podczas  tej  akcji,  ale 
oprócz  kolegów nie mieli nikogo, kto by ich potem żałował. Ci, którzy wstępowali do 
Jednostki,  nie  mieli  żon  ani  rodzin,  ani  w  ogóle  żadnych  więzów  ze  światem.  Jakby 
wcale nie istnieli. 

Znów rozległ się gwizd lokomotywy, tym razem bliżej.  Singh zacisnął ręce na swym 
Kałasznikowie i odetchnął głęboko rozpalonym, cuchnącym powietrzem nocy. Nie był 
zbyt religijnym sikhiem, i to już od wielu lat, ale i tak kilka razy przywołał imię Boga. W 
końcu nie mogło to przecież zaszkodzić.  Zobaczyli nadjeżdżający pociąg. Natomiast 
maszynista nie mógł zauważyć żelaznych sztab, przyspawanych do szyn w miejscu, 
w którym tory skręcały nieco w lewo. Ich zadaniem było wykolejenie pociągu. 

Pociąg  specjalny  z  Multanu  do  Lahore  czekał  nieplanowany  i  bardzo  gwałtowny 
przystanek. 

Singh wstrzymał oddech, kiedy lokomotywa najechała na sztaby.  Rozległ się głośny 
huk  i  jęk  protestującego  metalu,  lokomotywa  wypadła  z  szyn  i  zaryła  się  w  ziemię, 
wyrzucając  w  górę  fontanny  piachu.  Metal  znów  zazgrzytał,  kiedy  lokomotywa 
przewróciła się na bok i sunęła dalej. 

Pierwszych pięć wagonów też wypadło z szyn, jakby pociąg był dziecinną zabawką. 
Noc wypełniła się zgrzytem metalu i wielkimi kłębami dymu oraz kurzu. 

Singh  poderwał  się,  biegł  w  kierunku  pociągu,  który  jeszcze  sunął  do  przodu.  Kilka 
wagonów  pozostało  na  szynach;  jeden  z  nich,  kryty  wagon  towarowy, zatrzymał się 
naprzeciw  Singha.  Drzwi  się  otworzyły  i  ze  środka  wyskoczyło  pięciu  pakistańskich 
Rangersów.    Singh  otworzył  ogień,  wodząc  lufą  z  lewa  na  prawo.  Obok  niego 
odezwała  się  broń  Rahmana  i  Ganesii.  Pakistańczycy  padli,  skoszeni  gradem 
pocisków. 

Macie pecha, patałachy, może następnym razem wam się poszczęści.  Rozległy się 
kolejne  strzały,  ciemności  nocy  rozświetliły  płomienie  wylotowe  i  eksplodujące 
granaty. Oślepiającym blaskiem rozkwitły granaty fosforowe i czerwone race. 

background image

Pakistańskich  żołnierzy  było  tyle  samo,  co  napastników,  ale  ludzie  z  Jednostki 
Specjalnej mieli po swojej stronie element zaskoczenia i wykolejony pociąg. Jeszcze 
chwila i wszystko się skończyło. Kilku rannych krzyczało z bólu, ale strzały szybko ich 
uciszyły.  Singh,  Bhattacharya  i  Rahman  zgodnie  z  planem  ruszyli  do  wagonu 
towarowego.  Stał  pusty,  ale  nie  miało  to  znaczenia.    Podłożyli  ładunki  wybuchowe  i 
uaktywnili zapalniki czasowe. 

-  Znikamy stąd! - rzucił Rahman. - Szybko! 

Całą  trójką  dołączyli  do  pozostałych  żołnierzy  Jednostki  Specjalnej,  biegiem 
oddalających się od wraku pociągu. Mieli tylko kilka sekund na to, żeby znaleźć się w 
bezpiecznej  odległości.  Zapalniki  czasowe  zostały  nastawione  tak,  żeby  nikt  nie 
zdążył rozbroić podłożonych ładunków wybuchowych, o ile w ogóle ktoś tam jeszcze 
pozostał przy życiu. 

Z  lewej  strony  dobiegł  odgłos  strzału.  Singh  odwrócił  się  i  zaczął  strzelać  krótkimi, 
trzystrzałowymi  seriami  ze  swego  Kałasznikowa  w  miejsce,  w  którym  dostrzegł 
płomień  wylotowy,  dopóki  nie usłyszał krzyku bólu. Jeden z Pakistańczyków, jak się 
okazało,  udawał  trupa.  No,  teraz  już  nie  musiał  udawać.    Ale  ostatni  pocisk 
Pakistańczyka dosięgnął celu. 

Bhattacharya upadł. 

Singh  zatrzymał  się  gwałtownie,  natomiast  Rahman  biegł  dalej.    Grubas  został 
trafiony  w  pierś.  Jego  mundur  był  już  przesiąknięty  krwią.  Bhattacharya  spojrzał  na 
Singha. - Koniec ze mną - Powiedział. - Pomóż mi, Sikh. 

Sikh  skinął  głową,  przystawił  lufę  Kałasznikowa  do  głowy  grubasa  i  ściągnął  spust, 
oddając  pojedynczy  strzał.  Ciało  Bhattacharii  wyprężyło  się  na  chwilę,  po  czym 
zwiotczało. 

Nie  było  czasu  na  modlitwę za zmarłego. Singh pobiegł dalej.  Kilka sekund później 
gorącą,  wilgotną  noc  rozdarły  jaskrawe  błyski  i  odgłosy  eksplozji,  z  pewnością 
widoczne  w  promieniu  paru  kilometrów,  jeśli  ktoś  akurat  patrzył  w  tamtą  stronę.    W 
pewnym  sensie  fala  uderzeniowa,  towarzysząca  tym  eksplozjom,  przetoczyła  się 
przez cały świat. 

Piątek, 1 kwietnia 
Hampton Court, Anglia 
Posiadłość,  której  pierwszym  królewskim  mieszkańcem  został  Henryk  VIII,  była 
ogromna.  Same  kamienne budynki zajmowały dwa i pół hektara, a trawniki i ogrody 
dziesięć razy tyle. Całość otaczał mur. Sale były wielkie, z wysokimi oknami, a w kilku 
znajdowały  się  kamienne  kominki  tak  duże,  że  mieścił  się  w  nich  wyprostowany 
człowiek. Większość pomieszczeń pozostała pusta. Z sufitów zwieszały się barokowe 
żyrandole, a ściany ozdabiały wielkie, stare obrazy. W kilku salach stały monstrualne 
łoża  z  baldachimami,  w  innych  stoły  i  krzesła.  Tę  część  posiadłości  nazywano 
Apartamentami  Królewskimi.  W  połowie  lat  osiemdziesiątych  strawił  ją  pożar,  ale 
odrestaurowano ją, przywracając Apartamentom wygląd, jaki zapewne miały w XVIII 
wieku.  Alex  Michaels  rozglądał  się  z  szacunkiem.  Trudno  było  sobie  wyobrazić,  że 
kiedyś ktoś naprawdę mieszkał w takim miejscu. 

Za  wejście  do  pałacu  musieli  zapłacić  po  piętnaście  euro.    Przyjechali  metrem  z 
Londynu, przeszli przez Tamizę mostem Hamton Court i dotarli do głównego wejścia. 
Michaels  sporo  podróżował,  od  kiedy  został  dyrektorem  Net  Force,  samodzielnej 
jednostki  FBI,  ale  dotychczas  jakoś  nigdy  nie  dotarł  do  Anglii.  On  i  Toni  postanowili 
zostać  tu  jeszcze  prywatnie  po  tygodniu  obrad  Międzynarodowej  Konferencji  w 

background image

sprawie Przestępczości Komputerowej. Potrzebowali kilku dni wolnego czasu; przez 
ostatnie parę tygodni jakoś nie bardzo się między nimi układało w życiu prywatnym. 

I oto byli tutaj, w wielkiej rezydencji królów, ale cały ten ogrom pałacu Hampton Court 
nie był w stanie stłumić gniewu, od którego aż gotowało się w Toni Fiorelli. Michaels 
spodziewał  się,  że  Toni  lada  chwila  eksploduje.  Nie  byli  małżeństwem,  ale  i  tak 
wydawało  się,  że  ich  miodowy  miesiąc  szybko  dobiega  końca,  chociaż  Michaels 
bynajmniej tego nie chciał. 

Piętnaście  euro  to  dużo  pieniędzy  za  spacer  przez  kilka  godzin  po  zatęchłych 
pałacowych wnętrzach. Gdyby nie kalkulator, wbudowany w elektronicznego virgila*, 
którego miał przy pasku, Michaels potrafiłby obliczyć, ile to jest w dolarach. Mnożenie 
ułamków  nie  było  jego  ulubionym  sposobem  spędzania  wolnego  czasu.    Zwrócił 
uwagę  Toni  na  laserowy  promień,  który,  podobnie  jak  liny  z  aksamitu,  miał 
powstrzymywać turystów przed siadaniem na antycznych krzesłach. - Zrób krok w tę 
stronę, a założę się, że zawyją syreny alarmowe - powiedział. 

Toni nie zareagowała. 

*Wirtualny Interfejs Komunikacyjny o Zasięgu Globalnym [przyp.  tłum.]. 

Boże, co ja znowu zrobiłem? - Wszystko w porządku? „ -  Nic mi nie jest. 

Michaels  odetchnął  głęboko,  powoli.  Ruszyli  dalej.  Pod  obrazem,  przedstawiającym 
jakąś brzydką parę i dwa znacznie lepiej prezentujące się psy, człowiek w kostiumie z 
epoki, wyglądający jak dworzanin Henryka, objaśniał grupie turystów sens malowidła.  
Mówił  z  akcentem,  o  którym  Michaels  zdążył  się  już  dowiedzieć,  że  jest 
charakterystyczny  dla  angielskich  wyższych  sfer.    Michaels  miał  już  za  sobą 
małżeństwo  i  rozwód,  zanim  on  i  Toni  zostali kochankami. Wiedział, że jeśli kobieta 
mówi „nic mi nie jest” takim tonem, jak przed chwilą Toni, znaczy to, że coś jej jest, i 
to bardzo. Życie nauczyło go, że nie należy drążyć tematu, chyba że naprawdę gotów 
był  usłyszeć,  co  jest  nie  w  porządku;  czasem  bywało  w  takich  sytuacjach  bardzo 
głośno,  jakby  człowiek  stał  przy  baterii  głośników  na  koncercie  zespołu  rockowego 
Twój  Mózg  Na  Prochach.  Czy  Toni  zacznie  na  niego  krzyczeć  tu,  w  Wielkiej  Sali? 
Czy  też  zaczeka,  aż  znajdą  się  w  mniejszych  komnatach  Tudorów,  w  których 
kardynał  Wolsey  snuł  kiedyś  swoje  intrygi?  Michaels  był  przekonany,  że  gdyby  się 
odważył  dotknąć  Toni  w  tej  chwili,  na  pewno  poparzyłby  sobie  palce.  Była  potężnie 
wkurzona, a on był pewien, że to przez niego. 

Dlaczego  życie  nie może być proste? Dwoje ludzi się kocha, są razem i szczęśliwie 
dożywają sędziwego wieku? 

Pewnie tak samo myślała Anna Boleyn, kiedy się spiknęła z tym grubym facetem, nie 
sądzisz?  -  spytał  go  wewnętrzny  głos.    Powiedział  swemu  wewnętrznemu  głosowi, 
żeby  się  zamknął.    Milczała,  dopóki  nie  znaleźli  się  na  zewnątrz  i  nie  ruszyli  przez 
mokry  trawnik  w  kierunku  Ogrodów  Północnych  i  wypielęgnowanego  labiryntu  z 
żywopłotu.  Spoglądał  na  nią  spod  oka,  podziwiając  prężny  chód,  piękną  twarz  i 
smukłą  figurę.  Była  jego  zastępczynią,  od  kiedy  przeszedł  do  Net  Force,  i  bardzo 
dobrze  wykonywała  swoją  pracę.  Była  też  młodsza  od  niego  o  dobre  dziesięć  lat. 
Inteligentna,  twarda,  urocza  włoska  dziewczyna  z  Bronxu,  adeptka  indonezyjskiej 
sztuki  walki  zwanej  pentjak  silat.    Uczyła  go  tej  sztuki  i  robił  niezłe  postępy,  jednak 
gdyby przyszło co do czego, a ona byłaby naprawdę rozgniewana, mogłaby zamieść 
nim  podłogę  i  nawet  się  przy  tym  nie  spocić.  To  było  trochę  dziwne  uczucie, 
świadomość, że kobieta, którą kochał, mogłaby mu dokopać, gdyby przyszła jej na to 
ochota.  Kiedy się odezwała, cicho, spokojnie, w jej głosie nie było ani śladu gniewu. - 

background image

Dlaczego  na  konferencję  w  sprawie  zorganizowanej  przestępczości  wysłałeś  do 
Kabulu Marshalla? 

Michaels  znów  głęboko  zaczerpnął  powietrza.  Dlaczego  nie  ją  tam  wysłał?  Bo 
Afganistan  nie  był  miejscem,  w  którym  chętnie  widziałby  Toni.  To  zacofany  kraj,  w 
którym  kobiety  należały  do  istot  czwartej  kategorii,  po  mężczyznach,  chłopcach  i 
koniach,  gdzie  często  dochodziło  do  terrorystycznych  ataków  na  cudzoziemców, 
zwłaszcza  na  Amerykanów.  Nie  chciał  jej  narażać.    Nie  mógł  też  jej  o  tym 
powiedzieć. 

- Marshall chciał tam polecieć. 
Wydawało mi się, że ty nie miałaś ochoty. 
-  Rzeczywiście, niespecjalnie mi na tym zależało. 
-  No więc nie musiałaś. Żaden problem, prawda? Mówiąc to, nie wierzył, że sprawa 
jest zakończona. 
Toni powiedziała: 

-  To była moja kolej. Ja powinnam polecieć. 

-  Ale przecież przed chwilą powiedziałaś, że wcale ci na tym nie zależało. „ Stanęła i 
wbiła w niego wzrok. Boże, jakże była piękna, nawet, kiedy się na niego wściekała. A 
może zwłaszcza wtedy.  -  Nie o to chodzi. To była moja kolej i powinieneś był mnie 
wysłać,  czy  chciałam  tego,  czy  nie.  Dlaczego  tego  nie  zrobiłeś?    Michaels  miał 
całkiem  dobrą  pamięć,  co  jest  niezbędne,  kiedy  człowiek  musi  się  uciekać  do 
wykrętów,  ale  i  tak  nie  potrafił  kłamać.  Jasne,  stać  go  było  oczywiście  na 
powiedzenie  kobiecie,  że  ma  ładną  fryzurę,  chociaż  była  okropna.  Potrafił  też  bez 
słowa,  tylko  uśmiechem  i  skinieniem  głowy  skwitować  zły  gust  przełożonego  w 
kwestii  ubrań,  ale  poza  niewinnymi  kłamstewkami,  żeby  nie  ranić  czyichś  uczuć, 
mówienie  nieprawdy  nie  leżało  w  jego  naturze.  Teraz  tylko  pokręcił  głową  i 
zdecydował  się  powiedzieć  prawdę.  -  Bo  nie  chciałem  cię  wysyłać  gdzieś,  gdzie 
mogłoby ci grozić niebezpieczeństwo. 

-  Tak też myślałam. - Ruszyła dalej. 

Pośpieszył za nią. - Hej, Toni, przecież ja cię kocham. Co w tym złego, że nie chcę, 
żeby ci się coś stało? 

-    Taka  postawa  jest  w  porządku  dla  mojego  kochanka.  Byłabym  nieszczęśliwa, 
gdybyś  myślał  inaczej.  Ale  w  wypadku  kolegi  ze  służby  wywiadowczej  to  nie  jest  w 
porządku. Dobrze wiesz, że potrafię zatroszczyć się o siebie. 

-  Wiem - przyznał. Parę razy był świadkiem, kiedy demonstrowała swe umiejętności. 
W walce wręcz była lepsza od niego, ale przecież nie była żadną Superwoman... 

-    Chciałabym,  żebyś  mnie  traktował  tak  samo,  jak  chłopaków.    Uśmiechnął  się.  - 
Musiałbym  udawać.  Nie  potrafię  na  ciebie patrzeć w taki sposób, a gdybym potrafił, 
hm... nie zainteresowałbym się tobą. Ja lubię dziewczyny, a zwłaszcza ciebie. 

Uśmiechnęła  się  w  odpowiedzi,  blado,  ale  jednak.  Pomyślał,  że  może  nie  jest  na 
niego aż tak strasznie wkurzona. - Mam na myśli sprawy zawodowe - powiedziała. - 
Bardzo pragnę, żebyś mnie traktował jak kobietę, ale po służbie. 

-  Rozumiem. 

-  Mam nadzieję, że rzeczywiście rozumiesz. Chcę, żebyś mnie trzymał za rękę, kiedy 
spacerujemy w świetle księżyca, ale nie w pracy. Alex, musisz oddzielić nasze życie 
prywatne od spraw służbowych. 

background image

-    W  porządku,  postaram  się.  Następnym  razem,  kiedy  będzie  twoja  kolej, polecisz, 
nawet jeśli to będzie Antarktyda. 

Tym razem jej uśmiech nie był już taki blady. 

-  Doskonale. Myślisz, że uda nam się znaleźć tu gdzieś czekoladę? 

Roześmieli  się  oboje,  a  on  poczuł  wielką  ulgę.  Żadne  z  nich  nie  było  przedtem  w 
Anglii i jedną z pierwszych rzeczy, jakie rzuciły im się w oczy zaraz po przybyciu były 
automaty  z  cukierkami  czekoladowymi,  poustawiane  dosłownie  wszędzie,  w 
sklepach,  na  dworcach,  nawet  w  pubach.  Zabawiali  się,  które  z  nich  dostrzeże 
następny  taki  automat.  Oboje  podejrzewali,  że  zanim  wrócą  do  Stanów,  przytyją  po 
kilkanaście kilo i będą wyglądać jak pączki w maśle. 

Jego virgil odegrał „Fanfary dla zwykłego człowieka” Aarona Coplanda, sygnalizujące 
przychodzącą  rozmowę.  Odpiął  aparat  od  paska,  spojrzał  na  wyświetlacz  i 
zorientował się, że dzwonią z biura dyrektora FBI. 

-  Fajna muzyczka - powiedziała Toni, machając rękami, jakby dyrygowała orkiestrą. 

-    To  na  pewno  sprawka  Jaya.  Zakradł  się  do  mojego  gabinetu  i  znów 
przeprogramował sygnał. I tak jest lepiej niż ostatnim razem, kiedy ustawił mi „Złego 
do szpiku kości” George’a Thorogooda.  -  Tra ra ra ra bum! - zanuciła Toni. 

-    Wszyscy,  z  którymi  przychodzi  mi  pracować,  mają  spaczone  poczucie  humoru  - 
mruknął.  -  Alex  Michaels,  słucham.    -    Łączę  z  panią  dyrektor  -  powiedziała 
sekretarka. 

Toni spojrzała na niego pytająco. Zakrył dłonią virgila i szepnął: - Szefowa. 

-  Jaka szkoda, że Walt Carver miał ten atak serca - powiedziała Toni. 

-    A  ja  myślę,  że  w  sumie  jest  zadowolony.  Ma  wreszcie  powód,  żeby  przejść  na 
emeryturę  i  zająć  się  wędkowaniem.  To  dopiero  miesiąc,  powinniśmy  dać  jej 
szansę... 

-  Dyrektorze, tu Melissa Allison. Przykro mi, że przerywam panu urlop, ale mamy tu 
do czynienia z sytuacją, o której powinien pan wiedzieć. 

Na  ciekłokrystalicznym  wyświetlaczu  virgila  pojawiła  się  jej  twarz,  więc  i  Alex 
przeszedł  na  tryb  wideo  i  trzymał  aparat  tak,  żeby  w  rogu  ekranu  widzieć  ikonę 
własnej twarzy. 

Allison  miała  czterdzieści  sześć  lat,  była  ruda,  a  jej  głos  i  zachowanie 
charakteryzowały  się  chłodem,  graniczącym  z  oziębłością.  Nominację  dostała  z 
klucza politycznego, jako prawnik nie miała żadnego doświadczenia w sprawach FBI, 
ale  za  to  dysponowała  encyklopedyczną  wiedzą  na  temat  mnóstwa  ciemnych 
sprawek  w  świecie  polityki.  Krążyła  plotka,  że  kilku  wpływowych  kongresmanów 
skutecznie  nalegało  na  prezydenta,  żeby  powierzył  jej  stanowisko  dyrektora  FBI, 
zwolnione  przez  Walta  Carvera,  który  przeszedł  niewielki  zawał  serca.  Liczyli  na to, 
że  Allison  będzie  trzymała  buzię  na  kłódkę  w  sprawach,  których  lepiej  nie  ruszać. 
Michaels nie miał z nią dotąd wiele do czynienia. 

-  Słucham. 

-    Kilka  godzin  temu  niezidentyfikowany  oddział  wojska  zaatakował  pakistański 
pociąg  w  pobliżu  granicy  z  Indiami.  Napastnicy  zabili  kilkunastu  żołnierzy  ochrony  i 
wysadzili  jeden  z  wagonów  w  powietrze.  Przewoził  on  supertajny  ładunek: 

background image

podzespoły  elektroniczne,  które  miały  być  wykorzystane  w  pakistańskim  programie 
nuklearnym. 

-  Myślałem, że Indie i Pakistan podpisały układ 
o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej. 
-    Podpisały,  ale  żadna  ze  stron  nie  przywiązuje  do  tego  większej  wagi.  Rząd 
Pakistanu  jest  przekonany,  że  atak  terrorystyczny  przeprowadziła  jednostka 
specjalna armii indyjskiej.  -  Mają na to jakieś dowody? 

-    Nie  na  tyle,  żeby  rozpoczynać  wojnę,  przynajmniej  na  razie,  ale  szukają  z  całych 
sił. 

Michaels  spojrzał  na  maleńki  wizerunek  twarzy  Melissy  Allison.    -    Z  całym 
szacunkiem, pani dyrektor, ale co my mamy z tym wspólnego? Czy to nie robota dla 
CIA? 

-    Pracują  już  nad  tym,  ale  jeśli  można  wierzyć  im  i  Pakistańczykom,  nie  istniała 
żadna możliwość, żeby ktokolwiek niepowołany wiedział o tym pociągu i ładunku, jaki 
przewoził. Terroryści mieli najwyraźniej mnóstwo czasu na zorganizowanie zasadzki, 
a tymczasem Pakistańczycy upierają się, że to wykluczone. 

-  Więc nie mają racji - powiedział Michaels. 

-  Pakistański oficer łącznikowy w CIA twierdzi, że tylko czterech ludzi wiedziało o tym 
ładunku  i znało jego trasę.  Skrzynie były nieoznakowane, ludzie, którzy je ładowali, 
nie wiedzieli, co znajduje się w środku, obsługa pociągu nie wiedziała, co przewozi. 

-  A może to po prostu zbieg okoliczności? Może terroryści przypadkiem zaatakowali 
właśnie ten pociąg? 

-    W  ciągu  dwudziestu  czterech  godzin  przed  napadem  przejechało  tamtędy 
dziewiętnaście pociągów. Zniszczony został dwudziesty - jedyny, którym przewożono 
strategicznie ważne podzespoły.  -  Więc musiał być przeciek. 

-    Pakistańczycy  mówią,  że  to  niemożliwe.  Nikt  nie  miał  szansy  powiedzenia 
czegokolwiek.  Kiedy  operacja  się  rozpoczęła,  trzech  z  tej  czwórki,  która  znała 
szczegóły, było razem, a czwarty - przypadkiem jest to szef ich tajnej policji - dopiero 
na godzinę przed atakiem rozszyfrował wiadomość, informującą go o wysyłce.  Miał 
awarię komputera. Nawet gdyby chciał kogoś powiadomić, nie miałby na to czasu. 

-  Więc ktoś przechwycił tę wiadomość i złamał szyfr - stwierdził Michaels. 

-  I dlatego nas to interesuje - powiedziała Allison. - Problem w tym, że szyfr był nie 
do  złamania,  oparty  na  czynnikach  pierwszych  liczby  złożonej  z  setek  cyfr.  Według 
speców  od  kryptografii  z CIA, SuperCray pracujący pełną parą potrzebowałby około 
miliona lat na złamanie tego szyfru. 

Cudownie, pomyślał Michaels. - Każę się tym zająć moim ludziom -  powiedział. 

-    Dobrze.  Proszę  mnie  informować  na  bieżąco.  Jej  twarz  znikła  z  ekranu,  kiedy 
Allison przerwała połączenie. 

Toni, która przysłuchiwała się rozmowie, pokręciła głową. - Niemożliwe - powiedziała. 

-    Masz  rację.  Sprawy  trudne  załatwiamy  od  ręki.  Rzeczy  niewykonalne  zabierają 
nam trochę więcej czasu. Chodź, obejrzymy ten labirynt. 

-  Nie zadzwonisz do Jaya? 

-  Nic się nie stanie, jeśli zrobię to trochę później. 

background image

Piątek, 1 kwietnia Londyn, Anglia 

Kelner  przyniósł  bombajski  gin  z  tonikiem  i  postawił  go  na  stoliku  koło  skórzanego 
fotela,  na  którym  siedział  lord  Geoffrey  Goswell,  czytając  „Timesa”.  Japońskie  rynki 
leciały na łeb, na szyję, amerykański rynek akcji jakoś się trzymał, cena złota rosła. 

Prognoza pogody na następny dzień dla Londynu mówiła o opadach deszczu. 

Nic, czym trzeba by się niepokoić. 

Goswell  uniósł  wzrok  znad  gazety.  Kelner  stał  z  boku,  nie  wiedząc,  czy  nie  będzie 
trzeba przynieść jeszcze czegoś. Goswell skinął mu głową, krótko, po wojskowemu. - 
Dziękuję, Paddington.  -  Do usług, milordzie. 

Kelner  oddalił  się  bezszelestnie.  Dobry  człowiek  z  tego  starego  Paddingtona. 
Roznosił tu, w klubie, gazety i drinki już od...  trzydziestu lat? Trzydziestu pięciu? Był 
uprzejmy,  sprawny,  znał  swoje  miejsce  i  nigdy  nie  przeszkadzał.  Żeby  tak  wszyscy 
służący mieli choć w połowie tak dobre maniery. Paddingtonowi należy się przyzwoita 
premia na Boże Narodzenie. Trzeba o tym pamiętać.  Po drugiej stronie orientalnego 
dywanu, ciemnego i wytartego, Bellworth czytał jakiegoś szmatławca w rodzaju „The 
Sun”,  czy „New York Times”, pochrząkując i wydmuchując wonny dym kubańskiego 
cygara. Opuścił nieco gazetę i spojrzał na Goswella.  - Wprost nie mogę uwierzyć w 
to, co dziś powiedział ten amerykański prezydent. Nie pojmuję, dlaczego tolerują tam 
takie  bzdury.  Gdyby  nasz  premier  zrobił  coś  takiego,  zostałby  wytargany  za  uszy,  i 
słusznie. 

Sir Harold Bellworth miał osiemdziesiąt dwa lata; był o osiem lat starszy od Goswella. 

Goswell  posłał  mu  uprzejmy  uśmiech.  -  No  cóż,  to  przecież  Amerykanie,  czyż  nie 
tak? 

-    Hm,  tak,  oczywiście.  -  Była  to  standardowa  odpowiedź  na  tak  wiele  rozmaitych 
pytań. Istniał brytyjski sposób życia i...  wszystkie inne. Cóż, przecież to Amerykanie, 
prawda? Albo Francuzi, albo Niemcy, albo, Boże uchowaj, Hiszpanie. Czegóż można 
się było spodziewać po cudzoziemcach, oprócz tego, że niczego nie potrafią zrobić, 
jak należy? 

-    Hm.  -  Harry  uniósł  gazetę  i  wrócił  do  lektury.  Goswell  zerknął  na  wielki  okrągły 
zegar nad półką z książkami. Już wpół do szóstej. Czas kazać Paddingtonowi, żeby 
zawołał  Stephensa.  Jazda  do  Cisów  będzie  długa  i  nużąca,  zwłaszcza  w  piątek 
wieczorem, kiedy cała ta hołota wyjeżdża z miasta na weekend, ale cóż, nie ma na to 
rady. W normalnych warunkach zostałby po prostu w mieście, w Portman House, do 
soboty,  a  potem  spokojnie  pojechał  do  swej  posiadłości  w  Sussex,  ale  dziś  ten 
zaprzyjaźniony  naukowiec  Peter  Bascomb-Coombs  miał  przyjechać  na  kolację  o 
wpół do dziewiątej, więc nie było rady.  Goswell doszedł do wniosku, że będzie miał 
szczęście,  jeśli  w  ogóle  zdąży  „na  czas.  Zamknął  gazetę,  odłożył  ją  na  stolik  obok 
ginu z tonikiem, wziął drinka i pociągnął spory łyk, po czym odstawił szklaneczkę. 

Chwilę później pojawił się Paddington. - Milordzie? 
-  A, tak, powiedz Stephensowi, żeby podstawił samochód, dobrze? 
-    Oczywiście,  milordzie.  Może  herbatę  i  kanapki  na  drogę?    -    Nie,  czeka  mnie 
kolacja, kiedy przyjadę na wieś. - Machnął niedbale ręką, żeby go odprawić. 
Paddington  odszedł  poszukać  szofera.  Goswell  wstał,  wyjął  zegarek  z  kieszonki 
kamizelki i porównał czas z tym, który pokazywał zegar klubowy. 

Harry znów spojrzał znad gazety. - Opuszczasz nas? 

background image

-    Tak,  mam  spotkanie  z  moim  naukowcem  w  rezydencji  na  wsi.   -  Naukowcy. - W 
ustach  Harry”ego  zabrzmiało  to  jak  „złodzieje” albo „dziwki”. Pokręcił głową. - No to 
bywaj.  Aha,  tak  przy  okazji,  wyciąłeś  już  tego  parszywego  cisa  za  oranżerią?    -  
Oczywiście, że nie. Mam nadzieję, że już niedługo cię pod nim zakopię. 

Harry zaśmiał się ochryple. 

-  To  raczej  ja  zatańczę jeszcze na twoim grobie, młodziku. I ogrzeję sobie ręce tym 
parszywym cisem, kiedy będzie wesoło płonął w moim kominku. 

Obaj mężczyźni uśmiechnęli się szeroko. Nie pierwszy raz tak żartowali. Cisy często 
sadziło  się  na  cmentarzach  i  zdawały  się  szczególnie  dobrze  rosnąć  w  takich 
miejscach,  panowało  więc  przekonanie,  żerozkładające  się  zwłoki  są  dobrym 
nawozem dla tych drzew. Wielki cis za oranżerią w posiadłości Goswella miał ponad 
dwadzieścia  pięć  metrów  wysokości  i  liczył  sobie  zapewne  dobre  czterysta  lat. 
Goswell od lat groził Harry’emu, że go pod nim zakopie. 

Spojrzał  na  zegarek.  Śpieszył  się  trochę,  może  minutę,  ale  nie  więcej.  Był  to  złoty 
Waltham  z  dewizką,  niezbyt  kosztowny,  ale  należał  kiedyś  do  jego  wuja  Patricka, 
który  zginął  pod  niemieckimi  bombami  w  czasie  drugiej  wojny  światowej.  Goswell 
dostał  ten  zegarek  jako  mały  chłopiec.  Miał  lepsze  chronometry,  które  chodziły 
absolutnie  dokładnie,  Rollexy  i  Cartiery,  a  także  kilka  ręcznie  robionych  zegarków 
szwajcarskich, z których każdy kosztował tyle, co nowy samochód. Waltham był dość 
prostym urządzeniem. Nie podawał daty ani informacji giełdowych, nie można go było 
użyć jako telefonu. Był to po prostu zegarek i Goswellowi nawet się to podobało. 

Wsunął  Walthama  z  powrotem  do  kieszonki  kamizelki  i  ruszył  do  wyjścia.  Wiedział, 
że  kiedy  znajdzie  się  na  ulicy,  Stephens  będzie  już  tam  czekał  w  Bentleyu  z  1954 
roku.  Wolał  Bentleya  niż  Rollsa.  W  zasadzie  był  to  ten  sam  samochód,  ale  bez 
ostentacyjnej  chłodnicy,  a  przecież  dżentelmenowi  ostentacja  nie  przystoi,  czyż  nie 
tak? 

W  drodze  do  wiejskiej  rezydencji  zamierzał  posłuchać  wiadomości  BBC.  Chciał  się 
dowiedzieć,  czy  te  brudasy  w  Indiach  i  Pakistanie  zaczęły  już  do  siebie  strzelać  w 
związku  z...  tym  drobnym  incydentem,  który  im  zaaranżował.  Jakże  byłoby  pięknie, 
gdyby zbombardowali się nawzajem, cofnęli do poziomu z czasów brytyjskich rządów 
kolonialnych i Imperium musiałoby tam wrócić, żeby znów ich ucywilizować. 

To by była sprawiedliwość, czyż nie tak? 

Epoka  Imperium  Brytyjskiego,  piątek  gdzieś  w  Indiach  Jay  Gridley,  mistrzowski 
cybernauta,  wędrował  po  sieci.    Był  w  tej  chwili  w  rzeczywistości  wirtualnej,  w 
scenariuszu,  który  opracował  specjalnie  w  związku  z  tym  nowym  zadaniem,  które 
powierzył  mu  Alex  Michaels.  W  świecie  realnym  siedział  przy  konsoli  komputera  w 
centrali Net Force w Quantico w stanie Wirginia. Na oczach i w uszach miał sensory 
wejściowe, ręce i klatkę piersiową podłączył do przewodów tak, że najmniejsze ruchy 
ciała mogły być przekładane na impulsy kontrolne. Za to w rzeczywistości wirtualnej 
Jay  miał  na  głowie  chroniący  przed  słońcem  korkowy  hełm,  ubrany  był  w  szorty  i 
wykrochmaloną  koszulę  koloru  khaki,  podkolanówki,  mocne  buty,  a  przy  pasie  miał 
rewolwer  Webley  Mark  Ul  .38.  Siedział  na  grzbiecie  indyjskiego  słonia,  wewnątrz 
howdah*,  obok  miejscowego  radży.  Popołudniowe  słońce  bezlitośnie  lało  żar  na 
ludzi,  zwierzęta  i  rośliny.  Przed  nimi  ciemnoskórzy  tubylcy  w  przepaskach  na 
biodrach  uderzali  kijami  w  kawałki  blachy,  potrząsali  puszkami,  w  których  były 
kamienie  i  pokrzykiwali  głośno,  żeby  z  wysokich,  sięgających  człowiekowi  po  pierś 
traw wypłoszyć tygrysa, który mógł się tam ukrywać. 

background image

Jay uśmiechnął się na ten widok, nie przejmując się, że jego 
scenariusz nie jest politycznie poprawny. Nie spodziewał się 
napotkać nikogo ze znajomych, a poza tym, był przecież w połowie 
Tajem. W dawnych czasach, w ówczesnym Syjamie, któryś z jego 
przodków w linii męskiej szedł prawdopodobnie 
 Platforma  dla  dwóch  lub  więcej  osób  na  grzbiecie  słonia,  często  z baldachimem 

[przyp. tłum.]. 

 
boso wśród traw, robiąc hałas i modląc się do wybranych bogów, żeby tygrys wybrał 
sobie  inną  okolicę.  Tak,  czy  inaczej,  lepiej  było  siedzieć  w  ocienionej  chatce  na 
grzbiecie trzymetrowego słonia, mając pod ręką dwulufowy sztucer Nitro Express, niż 
biec  po  ziemi,  waląc  kijem  w  blaszany  talerz.  W  swoim  scenariuszu  Jay  zawarł 
jeszcze pewien subtelny drobiazg - małego chłopca, który siedział na zadzie słonia i 
machał  wachlarzem,  zamocowanym  na  końcu  długiej  tyczki,  robiąc  ciepłą,  ale 
przyjemną  bryzę.    Wszystko  pierwsza  klasa.  Najlepszy,  jedyny  sposób 
podróżowania.    W  rzeczywistości  Jay  poszukiwał  informacji,  ale  stukanie  w 
klawiaturę  i  rozsyłanie  zakodowanych  kwerend  z  pewnością  nie  było  tak  zabawne, 
jak polowanie na bengalskiego tygrysa-ludojada.  Oczywiście, nie natrafili jeszcze na 
wielkiego tygrysa, chociaż ludzie z nagonki zdążyli się już nieźle nabiegać. Radża nie 
ukrywał zakłopotania. - Tak mi przykro, sahib - powtarzał, choć nie była to jego wina. 
Nie można wypłoszyć tygrysa, jeśli nie ma go w okolicy. 

Widzieli  trochę  mniejszej  zwierzyny,  uciekającej  przed  myśliwymi.    Jay  zauważył 
jelenie,  dziki,  najrozmaitsze  węże,  w  tym  dwie  wielkie  kobry.  Dostrzegł  nawet 
młodego  tygrysa,  ale  nigdzie  nie  było  tego  wielkiego  kota,  którego  miał  nadzieję 
znaleźć.  Tygrys  pojawił  się  i  uciekł,  porwał  swoją  ofiarę  i  znikł,  nie  zostawiając  po 
sobie wyraźnego tropu. W rzeczywistości wirtualnej ofiarą był w tym wypadku kozioł, 
zamknięty  w  klatce  ze  stali  i  z  tytanu,  której  pręty  były  grube  jak  uda  kulturysty.  I 
tyranozaur nie mógłby się dostać do tej klatki, nawet gdyby jego wielkie zębiska były 
twarde  jak  diament.  Nie  miałby  szans.  Kozioł  -    w  rzeczywistości  zaszyfrowany  plik 
komputerowy  z  informacjami  o  zaatakowanym  pociągu  w  Pakistanie,  łącznie  z 
dokładnym  czasem  wyjazdu,  trasą  i  innymi  szczegółami  -  powinien  być  bezpieczny 
przed  każdą  bestią.  A  jednak  coś  wyłamało  pręty  klatki,  jakby  były  zrobione  z 
rozgotowanego makaronu, dostało się do środka i dobrało się do kozła. 

W  pierwszej  chwili  Jay  nie  mógł  w  to  uwierzyć,  przypuszczał,  że  ktoś  zdołał  jakoś 
wejść  w  posiadanie  unikatowego  klucza  do  szyfru,  ale  kiedy  spojrzał  na  klatkę  - 
matematyczny  szyfr  -  przekonał  się,  że  do  jej  otwarcia  użyto  brutalnej  siły,  a  nie 
klucza. To nie był jakiś prosty, standardowy szyfr nastolatka, który chce ukryć przed 
rodzicami  pliki  z  pornografią,  lecz  przyzwoity  produkt  wojskowej  kryptografii. 
Oczywiście  nawet  taki  szyfr  można  złamać,  jeśli  się  ma  dużo  czasu,  ale  tutaj  ktoś 
uporał się z tym w ciągu niespełna doby. 

A  to  było  zupełnie  niemożliwe.  Żaden  komputer  na  świecie  nie  zdołałby  tego 
dokonać.  Kilkanaście  SuperCrayów,  pracujących  równolegle,  mogłoby  dać  sobie  z 
tym  radę  w  ciągu,  powiedzmy,  dziesięciu  tysięcy  lat,  ale  na pewno nie w ciągu tych 
niewielu  godzin,  jakie  minęły  od  wysłania  tej  wiadomości,  do  jej  przechwycenia  i 
złamania szyfru. Nie ma mowy. Koniec. Kropka.  Wykluczone... 

Jay  zdjął  korkowy  hełm  i  ramieniem  otarł  pot  z  czoła.  Gorąco  tu,  w  Pendżabie,  a 
howdah  dawało  wprawdzie  trochę  cienia,  ale  nie  było  wyposażone  w  klimatyzację. 
Mógłby, oczywiście, wprowadzić to do swego scenariusza, ale jaki miałoby to sens? 
Byle  patałach  potrafił  sklecić  scenariusz,  pełen  anachronizmów;  artystów 

background image

obowiązywało  zachowanie  czystości  formy.  Przynajmniej  od  czasu  do  czasu,  żeby 
pokazać, że jeszcze to potrafią. 

Jak ten szyfr mógł zostać złamany? Nie mógł, a przynajmniej nie za pomocą wiedzy, 
jaką dysponował Jay. 

To mu przypomniało pewną starą opowieść z początków lotnictwa.  Kilku inżynierów 
przeprowadzało badania nad trzmielami. Na podstawie powierzchni skrzydeł, masy i 
kształtu  tych  owadów,  liczby  mięśni  i  mocy,  jaką  dawały  ustalili,  po  dłuższych 
wyliczeniach na suwaku logarytmicznym i na kartkach, że takie zwierzę po prostu nie 
może latać. 

Bzzzz! Oho, znów przeleciał trzmiel... 

To  musiało  być  okropnie  frustrujące  -  patrzeć  na  kartkę,  zapisaną  precyzyjnymi 
obliczeniami, dotyczącymi aerodynamiki, oporu powietrza, wznoszenia, wiedzieć, że 
trzmiele  nie  mogą  latać,  a  zaraz  potem  przyglądać  się,  jak  przelatują  z  kwiatka  na 
kwiatek,  nieświadome  przekonania  człowieka,  że  nie  są  w  stanie  tego  robić.  
Nasuwał  się  oczywisty  wniosek:  badacze  musieli  coś  pominąć.    Wrócili  więc  do 
swych  logarytmicznych suwaków i ogryzków ołówków, poczynili kolejne obserwacje, 
zapisali mnóstwo papieru i w końcu ustalili, na czym polega synergizm lotu trzmiela. 

Kiedy  się  już  miało  odpowiedź,  wykoncypowanie  pytania  powinno  być  cholernie 
proste. Trzmiele latają od milionów lat, bez względu na to, co kto sobie o tym myśli i 
trzeba wziąć to pod...  No więc istniał ten komputerowy plik, zabezpieczony szyfrem 
niemożliwym do złamania, a jednak złamanym z równą łatwością, jak człowiek łamie 
w  palcach  zapałkę.  Jak  powiedział  Sherlock  Holmes?    Jeśli  wyeliminowałeś  to,  co 
niemożliwe, to, co pozostanie, choćby nieprawdopodobne, musi być prawdą”. 

Tego szyfru nie można było złamać za pomocą żadnej ze znanych Jayowi Gridleyowi 
metod,  a  -  przy  całej  skromności -  wiedział,  że  nikomu  w  tym  biznesie  nie  ustępuje 
wiedzą.  Skoro  więc  szyfr  został  jednak  złamany,  to  znaczy,  że  w  okolicy pojawił się 
nowy tygrys. Jay musiał teraz dociec, jak też to zwierze może wyglądać, wytropić je i 
schwytać. I nie dać się pożreć przy okazji. 

Uśmiechnął się, wspominając stary myśliwski przepis na gulasz z królika. 

Najpierw trzeba złapać królika... 

Stonewall Fiat, Newada 

Michaił Rużjo zmrużył oczy pod wpływem pustynnego słońca. Choć miał dość jasną 
karnację,  opalił  się,  od  kiedy  tu  zamieszkał.    Jego  skóra  była  teraz  brązowa,  miał 
pooraną  bruzdami  twarz  i  żylaste,  odsłonięte  ramiona.  W  Newadzie  dni  nie  były 
jeszcze tak gorące; prawdziwy upał miał się zacząć dopiero za kilka miesięcy.  Noce 
wciąż  były  chłodne,  ale  nie  na  tyle,  żeby  marzł.  Stał  przed  niewielką  przyczepą 
kempingową  Airstream,  którą  kupił  i  przyholował  na  dwuhektarową,  piaszczystą 
działkę,  z  rzadka  porośniętą  karłowatymi  krzakami.  Działkę  też  kupił.  Był  tu 
praktycznie  sam.  Tylko  jedna  z  innych  dwuhektarowych  „posiadłości”  w  promieniu 
dwóch  kilometrów  była  zabudowana,  przy  czym  całą  zabudowę  stanowiła  zielona 
szopa  z  plastiku,  wyłożona  od  środka  folią  aluminiową  i  wypełniona  paczkami 
liofilizowanej żywności, takiej, jaką wędrowcy zabierają na wyprawy. Rużjo bez trudu 
otworzył prosty zamek, zabezpieczający szopę i uważnie wszystko obejrzał. Co parę 
miesięcy  jakiś  stary  człowiek  podjeżdżał  tam  furgonetką  GMC,  przywożąc  kolejną 
porcję  liofilizowanej  żywności.  Chował  ją  w  szopie,  przekręcał  klucz  w  zamku  i 

background image

odjeżdżał. Rużjo zastanawiał się, po co ten stary to robi. Zapasy na wypadek jakiejś 
katastrofy?  Wojny? Zarazy? A może to jakiś biznes? 

Trudno czasem zrozumieć motywy, którymi kierowali się Amerykanie.  Ani u siebie w 
domu, w Czeczenii, ani nawet w Rosji nigdy nie widział, żeby starzy ludzie gromadzili 
taką  żywność.  Może  myśleli,  że nie warto? A może chcieliby robić takie zapasy, ale 
nigdzie nie znaleźli liofilizowanej żywności? 

Rużjo  wzruszył  ramionami.  Nieważne. Szopa była jedynym budynkiem w najbliższej 
okolicy;  trochę  dalej,  jakieś  pięć  kilometrów,  nad  rzeczką,  w  której  przez  większą 
część roku nie było wody, stała jeszcze chata, należąca do Kościoła Metodystów. Od 
czasu, kiedy Rużjo się tu sprowadził, zaledwie trzy razy zatrzymali się tam wędrowcy, 
nie zostając dłużej niż na dwie noce. Żaden z nich nie zbliżył się do jego przyczepy. 

Rużjo  był  wdzięczny  losowi  za  tę  samotność.  Od  kiedy  wycofał  się z mokrej roboty, 
rzadko miał okazję rozmawiać z ludźmi, nie mówiąc już o tym, że wreszcie nie musiał 
ich zabijać. Miał pieniądze w banku i mógł z nich dowolnie korzystać, posługując się 
kartą komputerową. Mniej więcej raz w tygodniu jechał samochodem dwie godziny do 
miasta,  żeby  zrobić  zakupy  w  jednym  z  wielkich  supermarketów,  gdzie  był  kimś 
zupełnie  anonimowym.    Nigdy  nie  zamienił  słowa  z  żadną  z  kasjerek.  Po  zrobieniu 
zakupów tankował samochód i wracał do domu. Mijał Dolinę Śmierci od zachodu, po 
czym  zjeżdżał  z  autostrady  na  piaszczystą  drogę,  która  prowadziła  do  jego 
przyczepy.  Najbliższym  miastem  -  jeśli  można  tak  było  nazwać  tę  dziurę  -  było 
Scotty”s Junction. Po stronie wschodniej rozległe tereny zajmował wojskowy poligon 
artyleryjski Armii. 

Rużjo  zapłacił  gotówką  za  samochód,  Toyotę  Runner,  używaną,  ale  niezbyt  starą. 
Kupił ją, podobnie jak przyczepę, z ogłoszenia w jednej z gazet w Las Vegas. Działkę 
nabył  pod  Jednym  z  fałszywych  nazwisk,  którymi  się  posługiwał.  Żeby  uniknąć 
niepotrzebnego zainteresowania, wręczył poprzedniemu właścicielowi sporą zaliczkę, 
a  resztę  spłacał  w  miesięcznych  ratach,  przelewanych  przez  bank  pierwszego 
każdego miesiąca z jego konta. W ten sposób nikomu nie rzucał się w oczy. 

Przyczepa  była  wyposażona  w  generator  i  akumulatory,  a  nawet  w  klimatyzator,  z 
którego  jednak  rzadko  korzystał.  Lubił  ciepło.    Nie  mógłby  powiedzieć,  że  jest 
szczęśliwy - nie był szczęśliwy od czasu, kiedy nowotwór zabrał mu Annę i Rużjo nie 
oczekiwał, że jeszcze kiedykolwiek zazna szczęścia - ale na pewno był zadowolony. 
Prowadził  proste  życie,  miał  skromne  potrzeby.    Największym  przedsięwzięciem, 
jakie  sobie  zaplanował,  było  wybudowanie  kamiennego  muru  wzdłuż  granic 
posiadłości.  Mogło  to  potrwać  nawet  dziesięć  lat,  ale  było  mu  to  obojętne.    Tak, był 
zadowolony,  ale  tylko  do  dzisiaj.  Wodząc  teraz  wzrokiem  po  skalistej  okolicy,  po 
zakurzonych wzgórzach widocznych przez rozedrgane od upału powietrze, wiedział, 
że coś jest nie w porządku. 

Nie  dostrzegł  żadnych  znaków, po których mógłby się zorientować, na czym polega 
problem.  Śmigłowce  nie  przelatywały  mu  nad  głową,  nie  zauważył  tumanów  kurzu, 
które  zdradzałyby  samochody,  próbujące tu podjechać niepostrzeżenie. Uniósł silną 
lornetkę  i  powoli,  uważnie  obejrzał  okolicę.  Jego  dwa  hektary  położone  były  na 
wznoszącym  się  terenie,  jakieś  dwadzieścia  metrów  wyżej,  niż  większość 
pozostałych  działek,  więc  miał  dobry  widok.  Stojąc  przed  swoją  przyczepą  widział 
zieloną szopę starego człowieka.  Popatrzył uważnie. Nic. 

Wszedł  na  niewielkie,  kilkumetrowe  wzniesienie  za  przyczepą,  z  którego  mógł 
zobaczyć dach chaty metodystów. Nic się tam nie działo. 

background image

Opuścił lornetkę. Niczego nie widać, nie ma się czym przejmować.  A jednak czuł, że 
coś jest nie w porządku. Ruszył z powrotem do przyczepy. Miał tam broń w płaskiej 
skrzynce, schowanej pod podłogą w sypialni - może czas już ją wyjąć i trzymać pod 
ręką?  Nie, jeszcze nie. Nie było do czego strzelać. Może przeczucie go myliło; może 
tylko zjadł coś niestrawnego albo złapał jakieś zatrucie pokarmowe. 

Uśmiechnął  się  sam  do  siebie.  Nie  przeżyłby  tak  długo,  gdyby  próbował  szukać 
takich racjonalnych wyjaśnień. U szczytu formy reagował jak karaluch, dostrzegający 
nagle światło w ciemnościach nocy. Najpierw uciekać, a potem martwić się o resztę. 
Pozwoliło  mu  to  zostać  przy  życiu,  podczas  gdy  wielu  z  jego  branży  zginęło.    Z 
biegiem lat nauczył się ufać swemu instynktowi. Teraz z całą pewnością coś było nie 
w  porządku.  Prędzej  czy  później  to  coś  będzie  się  musiało  objawić.  A  wtedy  on  się 
tym zajmie.  Wszedł do przyczepy. 

Sobota, 2 kwietnia Las Vegas, Newada 

Na pułkownika Johna Howarda, dowódcę oddziału szturmowego Net Force, czekały 
na  lotnisku  dwie  niespodzianki,  kiedy  wysiadł  ze  starego  Lear  Jeta,  jednego  z  tych, 
które po renowacji służyły im do krótszych podróży po kraju. Pierwszą niespodzianką 
była  informacja,  że  Wydział  Taktycznych  Operacji  Satelitarnych  Armii  USA  - 
nazywany  w  skrócie  USAT,  a  czasem,  nieformalnie,  Wielki  Zez  -    jednoznacznie 
zidentyfikował wskazanego im faceta jako tego, którego poszukiwał Net Force. 

Niespodzianka nie była może aż tak wielka, ponieważ Net Force miała uzasadnione 
podejrzenia,  wystarczające,  żeby  zwrócić  się  do  tych  z  USAT  o  zmianę  orbity 
jednego z satelitów i przyjrzenie się facetowi. Ale dobrze, że jest potwierdzenie. 

Za to druga niespodzianka była czymś w rodzaju szoku: Howard miał dostać awans. 

Stopnie  wojskowe  były  w  Net  Force  sprawą  dość  szczególną.    Oficjalnie,  wszyscy 
oficerowie  i  zwykli  żołnierze  pod  dowództwem  Howarda  byli  „oddelegowani”  z 
Gwardii Narodowej, bez względu na to, w jakich formacjach służyli wcześniej. Tu, w 
Net  Force,  nie  mieli  już  żadnych  powiązań  z  Gwardią,  czy  też  z  siłami  zbrojnymi 
USA. Wiązało się to z kwestią wykorzystywania wojska do rozwiązywania konfliktów 
cywilnych,  co  w  kraju  było  w  zasadzie  niedozwolone,  ale  także  z  pewną  dziwaczną 
ustawą  podatkową.    Howard  jej  nie  rozumiał,  jego  szef  zapewne  też  nie,  jego 
księgowy nie rozumiał, ale istniała i działała. 

Jednym z jej efektów było praktyczne zamrożenie awansów oficerskich w Net Force. 
Jako  dowódca,  Howard  mógł  awansować  szeregowych,  ale  tylko  do  stopni 
podoficerskich. Howard wiedział, że mógł pozostać w Armii i nawet w czasach pokoju 
przejść  na  emeryturę  w  randze  o  stopień,  dwa  stopnie  wyższej  od  tej,  którą  miał 
obecnie.  Pomocny  mógł  się  okazać  fakt,  że  był  Afroamerykaninem;  wśród  białych 
liberałów  wciąż  jeszcze  istniało  dość  poczucia  winy,  żeby  czasem  faworyzować 
trochę  ludzi  o  czarnej  skórze.  Odchodząc  z  Armii  i  wstępując  do  Net  Force  nie 
oczekiwał, że kiedykolwiek wzniesie się ponad stopień pułkownika.  Za to pieniędzy i, 
co  ważniejsze,  okazji  do  powojowania,  miał  znacznie  więcej.  Jego  bezpośrednim 
szefem był cywil, więc wśród wojskowych Howard był najwyższy stopniem. 

Julio  Fernandez,  jego  sierżant  i  przyjaciel  przez  cały  okres  służby  w  Net  Force,  a  i 
przez długi czas przedtem, przekazał mu tę wiadomość, wyraźnie rozradowany. 

-  Co takiego, sierżancie? 
Fernandez stał w zadaszonym przejściu do prywatnego hangaru. 
Wyszczerzył zęby w uśmiechu. 
- Której części pan generał nie zrozumiał? 

background image

-  Ujmę to dosadniej, bo strasznie tu gorąco. O czym ty, do diabła, mówisz? 
Ruszyli w stronę hangaru. 

Fernandez  roześmiał  się. -  Cóż,  sir,  chodzą  słuchy,  że  w  ciągu  trzydziestu  dni  od 1 
kwietnia  zostanie  pan  generałem  brygady  -  to  więcej  niż  pułkownik,  a  mniej  niż 
generał  major,  sir -  w  tej  cholernej  przybudówce Gwardii Narodowej, do której mnie 
pan wciągnął. 

-  Pewnie musiałem ci przystawić pistolet do głowy, co? 
-  O ile mnie pamięć nie myli, sir. 
Howard  uśmiechnął  się.  -  Julio,  co  ty  wygadujesz?  Nic  nie  słyszałem  o  żadnym 
awansie,  ani  słóweczka.  -  Starał  się  ukryć  podniecenie.  Fernandez  lubił  się 
wygłupiać,  ale  przecież  nie  żartowałby  z  czegoś  takiego.  Howard  zawsze  pragnął 
zostać  generałem,  ale  porzucił  wszelką  nadzieję,  kiedy  odszedł  z  Armii.    -    To 
dlatego,  John, że nie jesteś zaręczony z najpiękniejszą i najinteligentniejszą kobietą 
na  całej  zachodniej  półkuli,  a  pewnie  i  na  wschodniej.  Z  kobietą,  która  bez 
najmniejszego  wysiłku  potrafi  sprawić,  że  komputer  śpiewa,  tańczy  i  robi  fikołki  do 
tyłu. Sam widziałem ten rozkaz i możesz mi wierzyć, że jest jak najbardziej oficjalny. 
Mimo nagłego wzrostu poziomu adrenaliny we krwi, Howard zapytał: 

-  A porucznik Winthrop, oczywiście, nie węszy tam, gdzie nie powinna, co? 

Fernandez rozłożył ręce w geście niewinności. 

- Co ja mogę? Jestem tylko sierżantem, ona jest moim przełożonym. Moja wiedza o 
komputerach  jest  guzik  warta.  Ale  co  za  sens  miałoby  należenie  do  najlepszego na 
świecie zespołu komputerowych zapaleńców, gdyby człowiek nie mógł poszperać tu i 
tam, kiedy tylko przyjdzie mu na to ochota? Twój awans jest faktem, John. Gratulacje.  
-    Dzięki,  ale  uwierzę,  kiedy  sam  zobaczę.  -  Poczuł,  że  ogarnia  go  radosne 
podniecenie. Generał Howard. A to dopiero.  Fernandez zachichotał, czytając w jego 
myślach.  Howard  ochłonął,  powściągnął  podniecenie  i  dumę,  która  go  rozpierała.  - 
No a co z Joan? 

-    W  ciąży,  jak  wszyscy  diabli.  Termin  ma  wyznaczony  na  wrzesień  i  muszę  ci 
powiedzieć, że chyba tego nie przeżyję. Raz jestem jej aniołem, rycerzem bez skazy, 
a  za  chwilę  dostaję  po  głowie,  bo  za  głośno  oddycham.  Je  ziemniaki  puree,  polane 
keczupem i posypuje lody solą. I chodzi siusiu czterdzieści dziewięć razy na dobę. 

Howard roześmiał się. - Dobrze ci tak. A kiedy zamierzasz uczynić z niej przyzwoitą 
kobietę? 

-  Pierwszego czerwca, a przynajmniej tak mi powiedziano. Ona wolałaby oczywiście 
poczekać  z  rok,  bo  podobno  tyle  czasu  potrzeba  na  przygotowanie  wesela,  ale  ja 
uważam, że to bez sensu.  A skoro tak, to Joan chce wyjść za mąż, zanim urodzi się 
dziecko,  ale  powiada,  że  nie  chce  wyglądać  jak  maciora,  no więc ślub odbędzie się 
pierwszego  czerwca.  Mnie  nikt  nie  pyta  o  zdanie,  w  końcu  jestem  tylko  panem 
młodym. 

-  Tak to już jest z ciążami i ślubami, Julio. 

-  Ale przynajmniej będę mógł sobie wybrać świadka. Byłbyś zainteresowany? 

Howard  entuzjastycznie  skinął  głową.  -  Żartujesz?  Za  nic  nie  odmówiłbym  sobie 
widoku  osławionego  sierżanta  Julio  Fernandeza  w  chwili,  kiedy  wypowiada 
sakramentalne „tak”. Znacie już płeć dziecka? 

-  Chłopiec. - Uśmiechnął się szeroko. 
-  A imię wybraliście? 

background image

-  Cztery imiona: Julio Garcte Edmund Howard. Howard zatrzymał 
się 
w pół kroku i spojrzał na 
przyjaciela. - Jestem zaszczycony. 
-    To  nie  mój  pomysł,  całą  winę  ponosi Joan. Oprócz ciebie chłopak będzie jeszcze 
nosił imiona po dziadkach. Ja dałbym mu na imię Bud i na tym bym poprzestał. Aha, 
musisz być też ojcem chrzestnym -  to jeden z tych jej zwariowanych pomysłów. 

Howard uśmiechnął się. Będzie świadkiem na ślubie swego najlepszego przyjaciela, 
ojcem chrzestnym chłopca, któremu nadano także jego imię i zostanie awansowany 
na generała w tej wersji armii, jaką jest Net Force. Co za dzień. 

-    Nie  chciałbym  popsuć  nastroju,  ale  co  z  naszym  zbiegiem?    -    Bez  obaw,  sir. 
Mieszka w przyczepie kempingowej na pustkowiu, zupełnie sam, nawet psa sobie nie 
sprawił.  Wydaje  się,  że  najambitniejszym  zadaniem,  jakie  wykonuje,  jest  budowa 
kamiennego  muru  wokół  jego  posiadłości.  Z  nikim  się  nie  spotyka,  z  nikim  nie 
rozmawia,  po  prostu  układa  kamienie  na  kupę.  Aż  trudno  uwierzyć,  że  to  były 
specjalista Spec-nazu od mokrej roboty, z czterdziestoma czterema potwierdzonymi 
zabójstwami  na  koncie.    -    Cóż,  jeśli  można  wierzyć  Władimirowi  Plechanowowi -  a 
nasi  spece  od  przesłuchań  mówią,  że  można  -  to  umiejętności  tego  człowieka, 
którego  znamy  jako  Michaiła  Rużjo,  nie  ograniczają  się  do  układania  kamieni  na 
pustyni.  Musimy  go  zdjąć  bez  zbędnego  huku;  tylko  żywy  będzie  nam  mógł 
odpowiedzieć  na  kilka  pytań.    -    To  żaden  problem.  Pójdzie  jak  z  płatka.  Ale 
myślałem, że Rosjanie są teraz naszymi przyjaciółmi. 

-  Puszczę tę żartobliwą uwagę mimo uszu, sierżancie. Nie muszę wam mówić, że im 
więcej wiemy o naszych przyjaciołach, tym lepiej dla nas. 

-  Amen. 

-  W porządku. Chodźmy zobaczyć, czy mają coś dla nas ci od Wielkiego Zeza. 

-  Stanowisko dowodzenia w najchłodniejszym kącie, jaki udało mi się znaleźć, panie 
generale. 

-  Sierżancie, zaczekajmy z tym awansem, dopóki go nie zobaczę na piśmie - odparł 
Howard z uśmiechem. 

-  Coś zabawnego, sir? - spytał Julio. 
-  Właśnie wyobraziłem sobie ciebie jako porucznika. 
-  Nie zrobisz mi tego! 
-  Jeśli zostanę generałem, moja opinia będzie miała pewne znaczenie... 
Przerażony wyraz twarzy Fernandeza był wart każdej ceny. 

Sobota 
posiadłość „Cisy”, Sussex, Anglia 
Major Terrance Arthur Peel - Tap dla kolegów - stał koło oranżerii lorda Goswella, na 
tyłach  rezydencji,  patrząc  na  stare,  sfatygowane  Volvo,  które  właśnie  przyjechało. 
Trzy psy zarządcy -  para coli i owczarek alzacki - zaczęły szczekać. 

Peel lubił psy. W buszu, w namiocie, wolałby mieć przy sobie takiego czworonoga niż 
najlepszy system alarmowy. Pies potrafił powiadomić, kiedy ktoś się zbliżał, a dobrze 
wytresowany  pies  umiał  odróżnić przyjaciół swego pana od wrogów. I gotów był, na 
rozkaz  swego  pana,  rozszarpać  wrogowi  gardło.  W  odróżnieniu  od  ludzi,  dobre  psy 
były lojalne. 

background image

Volvo stanęło, drzwi po prawej stronie otworzyły się ze skrzypnięciem i z samochodu 
wysiadł  wysoki,  chudy  mężczyzna  w  wieku  około  pięćdziesięciu  lat,  z  siwiejącymi 
włosami,  o  zapewne  bardziej  charakterystycznych  rysach  twarzy  niż  mogłoby  to 
sugerować  jego  imię  i  nazwisko;  Peel  wiedział,  że  Peter  Bascomb-Coombs  ma 
domieszkę krwi żydowskiej. Major osobiście sprawdzał naukowca. 

Bascomb-Coombs  miał  na  sobie  kosztowny,  ale  źle  dopasowany  beżowy  garnitur, 
żółtą jedwabną koszulę, niebieski krawat i szare, ręcznie robione włoskie półbuty. Nic 
w  tym  zestawie  nie  było  tanie.  Same  buty  musiały  kosztować  ze  trzysta,  czterysta 
funtów.    Jego  lordowska  mość  nie  był  skąpcem,  kiedy  przychodziło  do  płacenia 
ulubionym pracownikom, a do takich należał Bascomb-Coombs, bez względu na swe 
żydowskie  korzenie.    Zresztą  pochodzenie  naukowca  nie  miało  w  tym  wypadku 
znaczenia.    W  niczym  nie  ograniczało  umysłu  tego  człowieka,  a  Bascomb-Coombs 
został  obdarzony  umysłem  nieprzeciętnym.  Błyskotliwy,  z  ilorazem  inteligencji 
świadczącym o geniuszu, tak dalece wyprzedzał innych w swej dziedzinie, że był jak 
Einstein, czy Hawking* klasą dla siebie; szkoda tylko, że przy całej tej genialności nie 
potrafił  zapanować  nad  terminarzem  spotkań.  Został  tu  zaproszony  na  kolację 
poprzedniego wieczora i po prostu pomylił dni. A nawet, gdyby był to właściwy dzień, 
to i tak naukowiec przybył o całe pół godziny za późno. 

Stereotyp roztargnionego profesora niewątpliwie miał podstawy; 

Bascomb-Coombs  był  na  to  dowodem.  Goswell  skwitował  ten  afront  wzruszeniem 
ramion. 

*Stephen  Hawking  (ur.  1942),  brytyjski  fizyk  i  matematyk,  badacz  problemów 
czasoprzestrzeni  i  jednolitej  teorii  pola,  autor  „Krótkiej  Historii  Czasu”  (1988), 
popularyzującej trudne zagadnienia współczesnej fizyki [przyp. tłum.]. 

Z takimi rzeczami trzeba się po prostu pogodzić 
- czegóż innego 
można  oczekiwać  od ludzi pracy, choćby i byli geniuszami? Goswell nie był całkiem 
głupi,  jeśli  nie  brać  pod  uwagę  jego  manii  na  tle  Imperium  i  z  pewnością  miał  dość 
zdrowego  rozsądku,  żeby  wiedzieć,  że  Bascomb-Coombs  był  zbyt  cenny,  by  go 
wyrzucić z powodu pomylenia terminu kolacji. 

Peel  uśmiechnął  się,  poprawiając  czarny,  dziewięciomilimetrowy  pistolet  SIG  w 
kaburze  Galco  na  prawym  biodrze.  Był  postawnym  mężczyzną,  więc  kaburę  z 
pistoletem  łatwo  ukrył  pod  białą  sportową  kurtką  z  Saville  Row.  Miał  prawie  metr 
dziewięćdziesiąt wzrostu, dziewięćdziesiąt kilo wagi i wciąż utrzymywał się w całkiem 
niezłej  formie.  Oczywiście  Jego  Lordowska  Mość  nie  był  typem  człowieka,  który 
wynająłby  jakiegoś  zbira  w  polowym  mundurze  i  z  pistoletem  maszynowym, 
przeszkadzającego  gościom  samym  swoim  widokiem.  Peel,  chociaż  odszedł  ze 
służby  u  Jego  Królewskiej  Mości  w  dość  nieprzyjemnych  okolicznościach, 
niewątpliwie odznaczał się prezencją i manierami. Dobry pułk, przyzwoite szkoły. Był 
wciąż  w  dobrej  formie  fizycznej,  mimo  czterdziestu  pięciu  lat  i  w  razie  potrzeby 
potrafił  dobrać  odpowiednie  sztućce  do  konkretnych  potraw  podczas  uroczystej 
kolacji.  Wykształcony,  cywilizowany  człowiek,  który  potrafi  rozmawiać  z  bogatymi  i 
sławnymi,  nie  sprawiając  wrażenia, że znalazł się w nieodpowiednim miejscu. Byłby 
teraz  pułkownikiem,  gdyby  nie  tamta...  nieprzyjemna  sprawa  w  ostatnim  okresie 
służby w Irlandii Północnej. Parszywy kraj, zamieszkały przez parszywych dzikusów. 

Usłyszał  sygnał  małego  radia,  które  miał w kieszeni kurtki.  Wiedział, że to Hawkins 
przy  bramie,  potwierdzający  przyjazd  Volvo  i  upewniający  się,  że  z  samochodu  nie 
wyskoczyła przypadkiem na Peela zgraja terrorystów. 

background image

-  Tu P-1. Paczka dotarła? 
-  Potwierdzam, P-1. Jesteśmy koło oranżerii. 
-    Zrozumiałem.  Tutaj  też  wszystko  w  porządku.  Peel  spojrzał  na  zegarek,  czarny, 
analogowy  model  dla  Sił  Specjalnych,  z  fosforyzującymi  w  nocy  wskazówkami, 
podarunek, który otrzymał od kolegów z jednostki, kiedy odchodził. Żaden z nich nie 
cieszył  się  z  jego  odejścia.  Cóż...    Reszta  zespołu  ochroniarskiego  powinna  się 
zgłosić mniej więcej... teraz... 
-  P-1. Nic do zameldowania. 

-  P-2. Mam do towarzystwa dwie krowy. Poza tym spokój. 

-  Patrol-3. Wzdłuż ogrodzenia spokój od odcinka 
4 do odcinka 7. 
-  Brama-2. Nic się tu nie dzieje. 
Peel  po  kolei  kwitował  zgłoszenia  strażników  przy  bramie  i  tych,  którzy  patrolowali 
wzdłuż  ogrodzenia.  Miał  tu  rozmieszczonych  na  całym  terenie  dziesięciu  ludzi, 
samych  byłych  żołnierzy.  O  wiele  za  mało,  gdyby  doszło  do  wymiany  ognia,  ale 
większość wrogów Jego Lordowskiej Mości nie należała do ludzi, którzy byliby gotowi 
podjąć próbę wzięcia Cisów szturmem. Ich bronią były raczej transakcje giełdowe. 

Uśmiechnął się. Jego Lordowska Mość miał oczywiście wrogów, którzy nie wiedzieli, 
że  znaleźli  się  na  jego  liście.  Co  jakiś  czas  należało  się  którymś  z  nich...  zająć, 
oczywiście,  w sposób bardzo oględny. Właśnie w związku z tym „Tap” Peel trafił na 
służbę  do  Goswella.  Oczywiście  także  dlatego,  że  ojciec  Peela  i  lord  Goswell  byli 
kolegami  w  Oxfordzie,  a  Peel  senior  doczekał  się  przed  śmiercią  tytułu 
szlacheckiego.  Pewne  sprawy  załatwiało  się  w rodzinie, a jeśli nie było to możliwe - 
między starymi kumplami. 

Od  północy  nadciągały  deszczowe  chmury.  Prognoza  dla  Londynu  przewidywała 
opady,  a  i  tutaj  trochę  deszczu  przydałoby  się  roślinności,  chociaż  jego  ludzie 
utyskiwaliby,  co  niemiara.  Ale  cóż,  taki  już  jest  los  żołnierza.  Zawsze  na  służbie,  w 
deszczu,  czy  w  słońcu,  na  mrozie,  czy  w  upale.  Sam  Peel  też  nieraz  wystał  się  na 
deszczu, ściekającym mu strugami za kołnierz i przeklinał oficerów, którzy wysłali go 
gdzieś w taką pogodę. 

Uśmiechnął  się.  Dobrze  było  być  żołnierzem.  Szkoda,  że  teraz  pozostała  mu  tylko 
profesja najemnika. Alternatywą mogła być tylko służba w namiastce armii w jednej z 
republik  Trzeciego  Świata.  Nie,  to  nie  dla  niego.  W  czasach  jego  dziadka  żołnierz 
najemny  był  jeszcze  w  miarę  szanowaną  profesją,  ale  dziś  byle  głupek  bez 
doświadczenia  wojskowego  mógł  odpowiedzieć  na  ogłoszenie  w  którymś  z 
amerykańskich  magazynów  i  jako  najemnik  pilnować  czyjegoś  tyłka  w  afrykańskiej 
dżungli.  Bardzo  dziękuję.    Brytyjscy  żołnierze  na  pewno  byli  dziwaczną  zgrają,  ale 
mieli  klasę  i  tym  różnili  się  od  żołdaków,  których  można  znaleźć  z  ogłoszenia  w 
jakimś parszywym piśmie. 

Pomyślał,  że  czas  już  wejść  do  środka.  Kolacja  miała  się  wkrótce  rozpocząć,  a 
przedtem będą jeszcze drinki.  Bascomb-Coombs lubił białe wino, a Jego Lordowska 
Mość nie czuł się dobrze wśród ludzi, którzy w ogóle nie pili, więc Peel zwykle sączył 
whisky dla towarzystwa.  Jego Lordowska mość nienawidził pić w samotności. 

Czyli mała whisky, nie więcej niż na dwa palce, 
żeby na pewno nie stracić jasności umysłu. 
Peel znów się uśmiechnął. Na pewno miewał już gorszą służbę. 
 
Sobota, 2 kwietnia Waszyngton, Dystrykt Columbia 

background image

Krajowe  zawody  kwalifikacyjne  w  rzucie  bumerangiem  odbywały  się  na  nowym 
boisku  szkoły  średniej  im.  Clintona.  Tyrone  Howard  nawet  nie  próbował  ukryć 
podniecenia.  Był  tu,  i  to  nie  jako  widz,  lecz  jako  jeden  z  zawodników.  Zgoda, 
startował  w  kategorii  juniorów  i  tylko  w  jednej  dyscyplinie,  w  której  liczył  się  czas, 
przez  jaki  bumerang  utrzymywał  się  w  powietrzu,  ale  i  tak  wszystko  było 
niesamowicie  fascynujące.  W  końcu  poważnie  zajął  się  rzucaniem  dopiero  pół  roku 
temu. 

Koło  Tyrone’a  jego  najlepszy  przyjaciel  Jimmy-Joe  zamrugał zza grubych okularów, 
przyglądając  się  rozgrzewce  zawodników.  -  Hej,  Tyr,  czy  to  nie  jest  trochę... 
niebezpieczne? Co będzie, jak ten patyk walnie cię w czaszkę? Przecież to się dzieje 
naprawdę, a nie w rzeczywistości wirtualnej. 

Jimmy-Joe  był  fanatykiem  rzeczywistości  wirtualnej,  podobnie  jak  Tyrone  jeszcze 
kilka  miesięcy  temu,  ale  Tyrone  zaczynał  nabierać  przekonania,  że ten świat realny 
jest...  całkiem  w  porządku.  Dobry  tydzień  zabrało  mu  namówienie  przyjaciela,  żeby 
oderwał  się  od  komputera  i  poszedł  na  prawdziwe  zawody.  -  Wywiniesz  kozła  i 
obudzisz  się  z  guzem  na  głowie  -  odpowiedział.  -  W  końcu  i  komputer  może  być 
niebezpieczny.  Zrobisz  zwarcie  sterownika  w  wizjerze  i  możesz  sobie  usmażyć 
móżdżek. 

-    Akurat.  Są  potrójne  zabezpieczenia,  a  zresztą,  jakie  tam  jest  napięcie?  Pół 
miliwolta?  Żabiego  skrzeku  byś  na  tym  nie  usmażył.    Nie  ma  porównania  z  jakimś 
wielkim,  krzywym  kijem,  który  cię  wali  w  łeb.  -  Jimmy-Joe  pokręcił  głową.  Niemal 
błyszczał  w  słońcu.    Musiał  używać  kremu  do  opalania,  żeby  co  rano  bezpiecznie 
chodzić  na  przystanek  autobusowy,  a  po  dwóch  tygodniach  na  słońcu  „opalił  się”  z 
koloru  śnieżnobiałego  na  biały.  Skóra  Tyrone’a  miała  czekoladowy  odcień,  nawet 
jeśli  chłopiec  w  ogóle  nie  wychodził  z  domu.  A  ostatnio  sporo  wychodził.  Jasne, 
kiedyś  był  zwariowanym  komputerowcem,  i  to  dobrym,  ale  wszystkie  te  perypetie  z 
Bellą  radykalnie  przeniosły go z rzeczywistości wirtualnej do świata realnego. Długo 
nie mógł się pozbierać, kiedy go rzuciła.  Trzynasty rok życia nie był dla niego łatwy, 
oj,  nie  był.  -  W porządku, przyciągnąłeś mnie tutaj - odezwał się Jimmy-Joe, kiedy 
Tyrone  nie  odpowiedział  -  więc  przynajmniej  wyjaśnij  mi,  o  co  w  tym  wszystkim 
chodzi. Co to za sprawa z tym zakrzywionym patykiem? 

Tyrone uśmiechnął się. - Są dwa podstawowe rodzaje bumerangów.  Jeden wraca do 
ciebie,  kiedy  go  rzucisz.  Po  drodze  może  jeszcze  robić  różne  dziwne  rzeczy,  albo  i 
nie, w zależności od typu.  Najprostszy model wygląda jak przekrój banana, ale są i 
bumerangi podobne do śmigłowców, z sześcioma, albo ośmioma łopatkami. „ Jimmy-
Joe pokiwał głową. 

-    Drugi  rodzaj  wywodzi  się  z  bumerangów  bojowych,  jakimi  posługiwali  się 
australijscy aborygeni. Nie wraca do rzucającego, leci prosto, dopóki nie spadnie na 
ziemię - albo nie stuknie kogoś w głowę. Bumerangiem bojowym możesz rzucić dalej 
niż  każdym  innym  równie  ciężkim  przedmiotem.  Taki  bumerang  leci  za  sprawą 
żyroskopowej  precesji,  powodowanej  przez  asymetryczną  siłę  nośną.    Siła  nośna 
powstaje w wyniku połączenia rotacji z ruchem liniowym. 

-  Przerwij tę transmisję danych! Nie mógłbyś tego wyrazić w moim ojczystym języku? 

-    Bumerang  leci,  bo  staje  się  skrzydłem,  kiedy  się  obraca.  Aha,  zatacza  krąg  i 
powraca do rzucającego z powodu szczególnego profilu skrzydła. 

Obok  nich  przebiegł  czarnorudy  owczarek  niemiecki,  goniąc  plastikowe  Frisbee 
Jackarang. 

background image

Tyrone  zdjął  plecak  z  ramion  i  wyjął  swego  podstawowego  Wedderburna. - Widzisz 
skos  tej  krawędzi  po  stronie  wewnętrznej?    A  po  tej  stronie  skośna  jest  krawędź 
spływu. Kiedy bumerang obraca się, rzucony pod wiatr, zwrot siły pchającej zmienia 
się podczas każdego obrotu i bumerang zaczyna zataczać łuk. Rzucony prawą ręką, 
o,  tak  -    Tyrone  pokazał  mu  chwyt,  z  wklęsłą  stroną  do  przodu  i  końcem  do  góry  - 
zaczyna  zataczać  łuk  w  lewo  w  locie poziomym.  Jimmy-Joe spojrzał na bumerang. 
Wziął  go  do  ręki.    -    Hm,  mógłbym  napisać  program,  uwzględniający  te  wszystkie 
czynniki  -  masę,  prędkość  obrotową,  prędkość  liniową,  aerodynamikę  i  tak  dalej  -  i 
miałbym w rzeczywistości wirtualnej bumerang, działający dokładnie tak samo. 

-    Witaj  w  przeszłości.  Od  niepamiętnych  czasów  poważni  zawodnicy  mieli 
opracowane  szczegółowe  scenariusze  rzutów.  Ja  też  mam  dokładne  wytyczne  dla 
każdego  z  moich  bumerangów.  -  Otworzył  plecak,  żeby  pokazać  przyjacielowi 
bumerangi. Miał trzy modele klasyczne i trzy do konkurencji maksymalnego czasu w 
powietrzu, ultracienkie i lekkie, z impregnowanymi kalafonią płóciennymi łopatkami w 
kształcie litery L, zaprojektowanymi tak, żeby zapewniały jak najdłuższy czas lotu. W 
tej  grupie  jego  ulubionym  bumerangiem  był  Ocean  Indyjski  Móllera,  standardowy 
model, z którym radził sobie już całkiem nieźle. 

Tyrone wskazał na Móllera. - Z tym wystartuję w zawodach. 

-    Hm,  Nie  wydaje  się  to  takie  trudne,  jak  DinoWarz*.    -    Zdarzenia  analogowe  w 
czasie  rzeczywistym  to  coś  innego  niż  świat  cyfrowy,  ty  buraku.  Trening,  ocena 
prędkości wiatru, temperatury i tak dalej. 

Na  przyjacielu  nie  robiło  to  większego  wrażenia. - Mógłbym to wszystko włączyć do 
programu.  Wystarczy  jedna  sesja.    -    Ale  nie  mógłbyś  przejść  o,  tam  i  rzucić,  jak 
należy. Pies przebiegł z powrotem z Frisbee w pysku i położył je u nóg swego pana, 
wysokiego  faceta  z  zielonymi  włosami.  -  Grzeczna  dziewczynka,  grzeczna  Cady  - 
pochwalił zwierzę zielonowłosy. 

- Jeszcze raz? 
Pies zaszczekał i odwrócił się, gotów do biegu. 
-  A co to za konkurencja, w której ty startujesz? 
„Gra komputerowa [przyp. tłum.]. 

-    Maksymalny  czas  w  powietrzu.  Rzucasz,  bumerang  leci  do  góry  zaczyna  krążyć, 
sędzia  uruchamia  stoper.  Każdy  ma  jeden  rzut,  a  wygrywa  ten  zawodnik,  którego 
bumerang latał najdłużej. Trzeba go jeszcze złapać, kiedy będzie spadał, bo inaczej 
rzut  jest  nieważny,  a  lądowanie musi nastąpić w pięćdziesięciometrowym kręgu. Do 
tego  potrzebny  jest  bumerang  lekki  i  z  wielką  siłą  nośną.  Rekord,  to  nieco  ponad 
cztery minuty... 

-  Gorzej ci? Cztery minuty latania bez silnika? Nie zalewaj.  -  W dodatku to rekord 
oficjalny.  Są  faceci,  którzy  dociągają  prawie  do  osiemnastu  minut,  tyle  że 
nieoficjalnie. 

-  Naprawdę? To chyba niemożliwe. 
-  Możesz mi wierzyć. 
Tyrone  uniósł  Móllera.  -  Mój  najlepszy  czas,  to  niewiele  ponad  dwie  minuty.  Jeśli 
udałoby mi się go dziś powtórzyć, pewnie zakwalifikowałbym się do narodowej ekipy 
młodzieżowej.  -  To by było PDBZ. 
Tyrone uśmiechnął się. Tak, przepływ danych bez zakłóceń. Szkoda, że jego tato nie 
mógł  tu  dziś  przyjechać.  Okazał  wiele  pomocy,  kiedy  Tyrone  zaczynał  rzucanie 
bumerangiem,  znalazł  nawet  w  domu  babci  swój  stary  bumerang.  Oczywiście  teraz 

background image

tato już nie mógł się z nim równać, ale to nie miało znaczenia. Nie był taki zły - jak na 
ojca. 

Z  głośników  dobiegła  zapowiedź  konkurencji  Tyrone’a.    Przełknął  ślinę,  czując,  że 
nagle zaschło mu w ustach. Trening to jednak nie to samo, co zawody. Startował po 
raz  pierwszy  i  nagle  poczuł  parcie  pęcherza,  chociaż  wrócił  z  toalety  zaledwie 
dziesięć minut temu. 

Jimmy-Joe zaczynał okazywać coraz większe zainteresowanie. 
-Kiedy przyjdzie twoja kolej? 
-  Jestem osiemnasty. W mojej kategorii jest trzydziestu kilku zawodników. Niektórzy 
przyjechali z bardzo daleka. Kilku jest naprawdę dobrych. 
-  Będziesz patrzył, jak inni rzucają? 

-    O,  tak.  Może  podpatrzę  coś  pożytecznego.  Poza  tym,  chcę  wiedzieć,  jaki  czas 
będę musiał pobić. 

-  A co? Będzie ci łatwiej, jeśli się dowiesz, że ktoś ma, powiedzmy, trzy minuty? 

-  To tak, jak znajomość najwyższego wyniku w DinoWarz. 
-  A, to rozumiem. 
Rozgrywano  kilka  konkurencji  jednocześnie  -  rzuty  na  odległość,  rzuty  precyzyjne, 
rzuty w stylu australijskim. Tyrone i Jimmy-Joe znaleźli sobie ocienione miejsce pod 
płóciennym  daszkiem,  osłaniających  stragan  jednego  ze  sprzedawców  i 
przypatrywali się juniorom. 
Jako  pierwszy  startował  wysoki,  szczupły  chłopak  z  ogoloną  głową.    Rzucał 
jaskrawoczerwonym bumerangiem z trzema łopatkami; nie był to optymalny model do 
tej konkurencji. Tyrone włączył stoper.  Czterdzieści dwie sekundy. Tyle, co nic. 

Następnym  zawodnikiem był niski i korpulentny chłopak z zielonym bumerangiem w 
kształcie  litery  L,  wyglądającym  na  model  Bailey  MTA  Classic,  albo  może  Girvin 
Hang’Em  High.  Mógł  to  zresztą  być  jakiś  klon;  z  tak  daleka  nie  można  tego  było 
ocenić.  Stoper Tyrone’a pokazał jedną minutę i dwanaście sekund. Z takim czasem 
nie  ma  co  marzyć  o  zwycięstwie.  Wiatr  wiał  słaby,  z  północnego  wschodu  i  Tyrone 
uznał,  że  nie  będzie  musiał  przyklejać  taśmą  monet  do  łopatek  swego  bumeranga; 
robiło się to przy silniejszym wietrze. 

Trzecia  była  dziewczyna.  Miała  tak  samo  ciemną  skórę,  jak  Tyrone,  była  chyba  w 
jego  wieku  i  rzucała  Móllerem,  takim  samym  modelem,  jak  on.  Zrobiła  kilka  kroków 
zamachnęła  się  i  rzuciła.    Bumerang  poleciał  wysoko,  bardzo  wysoko  i  zdawał  się 
szybować  bez  końca,  wirując,  robiąc  łuk,  zawracając.  To  był  piękny  rzut  i  wzorowy 
lot.  Tyrone  oderwał  wzrok  od  bumerangu  i  spojrzał  na dziewczynę. Uśmiechała się, 
spoglądając na przemian na stoper i na bumerang. 

Miała  powód,  żeby  się  uśmiechać.  Kiedy  jej  bumerang  zakończył  wreszcie  swój 
niespieszny lot, stoper opalonej dziewczyny pokazał dwie minuty i czterdzieści osiem 
sekund. Taki wynik nie będzie łatwo poprawić. 

Obserwowali  kolejnych  ośmiu  zawodników,  z  których  żaden  nie  zbliżył się do czasu 
dziewczyny nawet na trzydzieści sekund, po czym Tyrone musiał rozgrzać się przed 
swoim  rzutem.  W  ustach  mu  zaschło,  w  brzuchu  burczało,  oddychał  za  szybko. 
Powtarzał  sobie,  że  nie  ma  się  czego  bać,  że  przecież  rzucał  bumerangiem 
codziennie,  kiedy tylko pogoda na to pozwalała, dziesiątki razy.  Ale kiedy trenował, 
nie przypatrywało mu się kilkuset ludzi, a dziś liczył się tylko jeden rzut... 

background image

Żeby  tylko  przekroczyć  dwie  minuty,  pomyślał,  podchodząc  do  koła,  z  którego 
wykonywało się rzuty. Dwie minuty, to za mało, żeby zwyciężyć, ale przynajmniej nie 
będę ostatni i nie będę się czuł, jak ostatni patałach. Dwie minuty... 

Wyjął z kieszeni trochę błyszczącego proszku i roztarł go między kciukiem a palcem 
wskazującym  i  środkowym,  pozwalając  mu  opaść,  żeby  sprawdzić  kierunek  wiatru. 
Spadający  proszek,  połyskujący  w  słońcu,  pokazał  mu,  że  wiatr,  chociaż  wciąż 
północno-wschodni, wiał teraz odrobinę bardziej z północy. Odrzucił resztę proszku, 
wyjął  stoper  i  trzymając  go  w  lewej  ręce,  prawą  mocno  chwycił  Móllera.  Wziął  trzy 
głębokie oddechy, za każdym razem powoli wypuszczając powietrze, po czym skinął 
głową  sędziemu.  Gdyby  teraz  wyszedł  z  koła,  zostałby  zdyskwalifikowany.    Sędzia 
skinął głową w odpowiedzi i uniósł własny stoper. Naprzód, Tyrone! 

Wziął jeszcze jeden głęboki oddech, zrobił krok do przodu, odchylił się, zamachnął i 
włożył  w  rzut  tyle  siły  ramienia,  ile  -    jak  sądził  -  jego  bumerang  mógł  wytrzymać. 
Uważał,  żeby  nie  zniosło  mu  bumeranga  na  prawo  i  żeby  rzut  był  dokładnie  pod 
kątem czterdziestu pięciu stopni. Włączył stoper. 

Dwie  minuty  i  czterdzieści  jeden  sekund  później  jego  bumerang  zakończył  lot. 
Chwycił go bezpiecznie w obie dłonie i to już było wszystko. 

Tyrone  uśmiechnął  się.  Wprawdzie  w  kolejce  stało  jeszcze  kilkunastu  zawodników, 
ale  on  poprawił  swój  życiowy  rekord  o  ponad  trzydzieści  sekund  i  znalazł  się  na 
drugim  miejscu.    Obojętne,  co  stanie  się  potem;  był  bardzo  zadowolony  ze  swego 
rzutu. 

Ruszał  właśnie  z  powrotem  do  czekającego  Jimmy-Joe,  kiedy  podeszła  do  niego 
opalona  dziewczyna,  która  była  na  pierwszym  miejscu.  Sprawiała  wrażenie 
wysportowanej.  W  podkoszulku,  szortach  i  sportowych  butach  wyglądała  dość 
zwyczajnie.  Na  pewno  nie  była  taką  zabójczą  pięknością,  jak  Bella.  Ach,  Bella...    -  
Dobry  rzut  -  powiedziała.  -  Gdybyś  odchylił  się  trochę  bardziej  w  lewo,  zyskałbyś 
dodatkowe dziesięć, może dwanaście sekund i byłbyś lepszy ode mnie. 

-  Tak myślisz? 

-  Jasne. Teoretycznie Móller może latać przez sześć minut. Na treningu uzyskałem 
kiedyś trzy minuty i pięćdziesiąt jeden sekund. Cześć, nazywam się Nadine Harris. 

-  Tyrone Howard. 
-  Skąd jesteś, Tyr? 
-  Stąd, z Waszyngtonu. 
-    O,  naprawdę?  Ja  też.  Właśnie  się  tu  przeprowadziliśmy  z  Bostonu.  Chodzę  do 
szkoły  średniej  im.  Eisenhowera.  A  właściwie  to  będę  chodziła,  od  przyszłego 
tygodnia. 
Tyrone spojrzał na nią uważniej. - Serio? 
-  Serio. Słyszałeś coś o tej szkole? 
-  Chodzę do niej. 
-    O!  Co  za  przypadek!  Hej,  może  byśmy  czasem  razem  trochę  porzucali?  W mojej 
poprzedniej szkole ja jedna miałam bumerang.  -  No pewnie. Świetnie. Zapisz sobie 
mój adres e-mailowy.  Kiedy Tyrone wrócił do miejsca, w którym stał Jimmy-Joe, jego 
przyjaciel rozglądał się dookoła, jakby czegoś szukał. - Zgubiłeś coś, biały chłopcze? 
-  Nie, tylko szukam jakiegoś grubego kija. 
-  Po co ci kij? 
-    Dla  ciebie,  palancie.  Żebyś  miał  się  czym  opędzać  od  kobiet.   -    Machnął  ręką  w 
stronę oddalającej się dziewczyny, udając, że wali ją wyimaginowanym kijem. 
-  Daj spokój, to po prostu zawodniczka! 

background image

-  Już to widzę. 
-    Za  dużo  czasu  spędzasz  w  rzeczywistości  wirtualnej  w  tych  lokalach  dla 
zboczeńców,  JJ.  Zacznij  wreszcie  żyć  naprawdę.    -    Niby  po  co?  Zabawniej  jest 
patrzeć na ciebie. 
Tyrone zamachnął się na niego, ale przyjaciel zręcznie odskoczył. 

Całkiem nieźle się ruszał, jak na takiego mięczaka.  Kiedy juniorzy skończyli, Tyrone 
wpatrzył  się  w  komputerowy  ekran,  na  którym  miały  zostać  wyświetlone  wyniki. 
Nieoficjalnie  wiedział  już,  że  zajął  trzecie  miejsce  -  jakiś  chłopak  z  Puerto  Rico 
wcisnął  się  między  niego  a  Nadine  z  czasem  o  trzy  parszywe  sekundy  lepszym  od 
Tyrone’a.  Ale  i  tak nie było źle - trzecie miejsce na zawodach krajowych z udziałem 
trzydziestu  czterech  osób,  a  do  tego  rekord  życiowy.  Tyrone  zakwalifikował  się  do 
ekipy narodowej. 

Ekran zaczął migotać, po czym zgasł. Chwilę później pojawiła się na nim jakaś flaga, 
łopocząca na wietrze. 

Tyrone  spojrzał  na  przyjaciela.  -  Hakerzy  ich  dopadli.  Może  byś  tak  poszedł  tam  i 
zaproponował, że im to naprawisz?  Oczy Jimmy-Joe zabłysły. - Myślisz? 

Tyrone roześmiał się. 

Sobota Las Vegas, Newada 

-    Mamy  problem,  pułkowniku  -  powiedział  Fernandez.    Stali  w  miejscu,  w  którym 
ładowano właśnie ciężarówki do jazdy na pustynię. Kilkunastu żołnierzy, mężczyzn i 
kobiet, szykowało sprzęt, przygotowując się do akcji. 

-    Jak  to,  sierżancie?  Przecież  jeszcze  nie  mieliśmy  kontaktu  z  wrogiem.  Kłopoty  z 
miejscową policją? 

Czasem  brali  do  pomocy  miejscowych  policjantów,  w  zależności  od  sytuacji.  Tym 
razem w pobliżu miejsca, w którym znajdował się ich cel, w ogóle nie było gliniarzy, a 
Biuro Szeryfa w Okręgu Clark nie musiało wiedzieć o akcji, ponieważ ten obszar nie 
leżał już w jego jurysdykcji. 

Fernandez wzruszył ramionami. - Coś z komputerem. Zobacz.  Howard podszedł do 
komputera  taktycznego,  przy  którym  siedział  technik  nazwiskiem  Jeter,  klnąc  pod 
nosem. 

-  To chyba flaga brytyjska, Union Jack - zauważył Howard. 

-  Tak, sir - potwierdził Jeter. - A powinien być raport sytuacyjny z Wielkiego Zeza, z 
trójwymiarowym  obrazem  okolicy,  w  której  znajduje  się  nasz  cel.  -  Jeter  uderzył  w 
monitor  otwartą  dłonią.  -  Tak  to  jest,  kiedy  się  kupuje  urządzenia  elektroniczne 
hurtem od tych cholernych Nowozelandczyków, za przeproszeniem pana pułkownika. 

Howard  uśmiechnął  się.  -  Liczę  na  ciebie.  Musisz  sobie  z  tym  poradzić,  zanim 
wyruszymy. 

-  Tak jest, sir. 

Howard  odwrócił  głowę  i  głęboko  odetchnął.  Spojrzał  na  zegarek.    Był  ciekaw,  jak 
Tyrone  poradził  sobie  na  tych  bumerangowych  zawodach.  Miał  chęć  zadzwonić  do 
niego, ale wiedział, że nie powinien tego robić. Łączność była wprawdzie bezpieczna, 
ale  i  tak  nie powinien zdradzić swojej pozycji. W takiej sytuacji lepiej nie kusić licha. 
Zadzwoni do syna, kiedy już cel zostanie osaczony i zneutralizowany. Dobry chłopak 
z  tego  Tyrone’a,  ale  przecież  to  dopiero  nastolatek.  Jego  życie  robiło  się  bardziej 

background image

skomplikowane i tak już miało pozostać. Jak ojciec mógł ustrzec przed tym syna? Nie 
mógł, niestety. Minęły czasy, kiedy tatuś wszystko wiedział i wszystko mógł. Howard 
nigdy  się  nad  tym  specjalnie  nie  zastanawiał,  ale  teraz  uświadomił  to  sobie  z  całą 
jasnością:  jego  syn  dorastał,  zmieniał  się,  więc  i  on  sam  będzie  się  musiał  zmienić, 
jeśli chce utrzymać z nim kontakt. Dziwne uczucie.  -  No, gotowe - powiedział Jeter. - 
Mamy  satelitę  z  powrotem.    Później  będziesz  rozmyślał  nad  wychowaniem  dzieci, 
John. Teraz masz co innego do roboty. 

-  Doskonale. Pracuj dalej. 

Sobota, 2 kwietnia Anglia 

Toni Fiorella wchodziła wąskimi, skrzypiącymi schodami na 
pierwsze piętro trzypiętrowego budynku, stojącego między hinduską 
restauracją z czerwonej cegły a sklepem z używaną odzieżą, 
prowadzonym przez jakąś organizację charytatywną. Miejsce, do 
którego zmierzała, znajdowało się właśnie na tym piętrze, nad 
sklepikiem z urządzeniami elektrycznymi, w części miasta zwanej 
Clapham. Większość budynków miała odrapane fasady, może nie aż 
tak, jak w Bronxie, ale nie była to okolica, do której 
zabierałoby się babcię na spacer po zapadnięciu zmroku. Chyba że 
babcia zajmowała się handlem narkotykami 
i miała przy sobie broń. 
Pokonując ostatnie schody, Toni poczuła zapach 
potu, zatęchłego i świeżego. 
Ciężkie drewniane drzwi nie były zamknięte. 
Wewnątrz  zobaczyła  piętnaście,  może  szesnaście  osób,  kobiety  i  mężczyźni, 
wszyscy  ubrani  w  ciemne  spodnie  od  dresów,  sportowe  buty  i  białe  podkoszulki. 
Podkoszulki  miały  na  plecach  czarno-białe  logo,  powtórzone  z  mniejszej  wersji  na 
lewej  piersi:  jawajski  sztylet  z  falistym  ostrzem -  kris -  usytuowany  pod  kątem około 
trzydziestu stopni od poziomu, ze słowami PENTJAK SILAT. 

Zebrani tu ludzie wykonywali różne djuru. Toni uśmiechnęła się.  Forma tych ćwiczeń 
różniła  się  trochę  od  tej,  którą  ona  praktykowała,  ponieważ  była  to  inna  wersja 
indonezyjskiej  sztuki  walki.  Toni  ćwiczyła  Serat,  a  ci  tutaj  jedną  z  odmian  Tjikalong, 
czyli  stylu  z  zachodniej  Jawy.  Ale  istniały  też  podobieństwa,  i  to  tak  duże,  że  nie 
sposób było pomylić tych djuru z kata, praktykowanymi w karate. 

Sama  szkoła  nie  robiła  większego  wrażenia,  daleko  jej  było  do  przyjemnych  sal 
treningowych  FBI.  Pomieszczenie  miało  co  najmniej  cztery  i  pół  metra  wysokości. 
Ciemne  deski  podłogi  wyglądały  na  stare,  ale  lśniły  czystością.  W  kącie  sali  leżały 
solidnie  sfatygowane  zwinięte  maty  z  niebieskiej  gumy  piankowej,  i  kilka  worków 
treningowych,  poowijanych  taśmą.  Na brązowych drzwiach wisiał znak, wskazujący, 
że  mieściła  się  za  nimi  toaleta.  Wzdłuż  tylnej  ściany,  na  wysokości  około  trzech 
metrów  biegły  jakieś rury, pomalowane na przemian na czerwono, biało i niebiesko.  
Wielki wspornik na środku sali, podtrzymujący dach, owinięto czymś, co wyglądało na 
stare  materace,  mocno  obwiązane  kilkoma  kawałkami  czerwonej  i  niebieskiej  linki. 
Pod  sufitem  w  dwóch  rzędach  wisiały  jarzeniówki.  W  jednym  z  okien  obracał  się 
wentylator, wydmuchując na zewnątrz powietrze, przesycone zapachem potu. 

Zwyczajna,  prosta  sala  do  ćwiczeń,  bez  żadnych  bajerów.    Wysoki  mężczyzna, 
ubrany  tak  jak  wszyscy,  chodził  dookoła,  obserwując  ćwiczących,  poprawiając  ich 
postawy i chwaląc, kiedy na to zasługiwali. Nie był tak muskularny jak kulturysta, ale 

background image

ramiona  miał  szerokie,  a  biodra  wąskie.  Jego  krótkie  włosy,  kiedyś  rude,  były 
przyprószone  siwizną.  Nosił  okulary.  Na  pierwszy  rzut  oka  wyglądał  na  faceta  po 
trzydziestce, ale Toni uznała, że musiał już przekroczyć pięćdziesiątkę. Wskazywały 
na to jego ręce i zmarszczki wokół oczu. 

-  Dzień dobry - odezwał się z typowo brytyjską intonacją. - Czym mogę pani służyć? 

-    Dzień  dobry.  Nazywam  się  Toni  Fiorella.  Telefonowałam.    -    Ach,  tak,  nasz 
amerykański gość. Witaj! Jestem Carl Stewart, a to są moi studenci. - Machnął ręką 
w stronę ćwiczących. 

-  
Właśnie kończymy nasze djuru. 

-    Proszę  sobie  nie  przeszkadzać.  Stanę  z  boku  i  popatrzę,  jeśli  nie  macie  nic 
przeciwko temu. 

-  Oczywiście, proszę bardzo. 

-  Dziękuję, guru. - Toni podeszła do sterty mat. Stewart 

odwrócił 
się do swoich uczniów. - Są jakieś 
pytania do djuru? 
Uniosło się kilka rąk. Stewart odpowiadał na pytania, dotyczące różnych ruchów. Był 
cierpliwy,  nie  traktował  uczniów  protekcjonalnie,  a  po  wyjaśnieniach  słownych 
demonstrował opisywane ruchy. 

Poruszał  się  lekko,  świetnie  zachowując  równowagę.  W  silat  precyzyjne 
wykonywanie  djuru  nie  zawsze  świadczyło  o  umiejętnościach  w  zakresie  walki,  ale 
wiele można się było o człowieku dowiedzieć, przyglądając się jego ruchom.  Toni nie 
znała nikogo, kto poruszałby się sprawniej niż Carl Stewart. A nie była nowicjuszką w 
dalekowschodnich sztukach walki i widziała już niejedno. 

Ciekawe. 

Przez  następne  pół  godziny  Stewart  pracował  nad  technikami  obronnymi, 
wyprowadzonymi  z  djuru,  pokazując,  jak  stosować  je  wobec  napastnika,  po  czym 
polecił uczniom ćwiczyć parami. Jak w większości stylów silat, nie używano tu pasów 
dla  oznaczenia  rangi  zawodnika,  ale  już  po  paru  chwilach  było  oczywiste,  kto  jest 
nowicjuszem. 

Toni wiedziała, że jej słaby punkt stanowił brak treningu grupowego. Wiele nauczyła 
się na treningach ze swoją guru Indonezyjczycy określają tym terminem nauczyciela - 
ale  rzadko  miała  okazję  trenować  w  grupie,  czy  to  jako  uczennica,  czy  też 
nauczycielka.  Guru  zawsze  jej  powtarzała,  że  Toni  sama  musi  uczyć,  żeby  odnieść 
pełnię korzyści z silat. W tej dziedzinie Toni była jeszcze na początku drogi. 

Po  około  trzydziestu  minutach  Stewart  wytypował  zaawansowanych  uczniów  do 
kontrolowanych  walk  jeden  na  jednego.  Jeden  uczeń  atakował,  drugi  się  bronił. 
Stewart  zezwolił  atakującym  na  zadawanie  ciosów  rękami  i  nogami  z  całą  siłą,  ale 
tylko w klatkę piersiową i uda, gdzie rezultatem nieprawidłowego bloku mógł być tylko 
ból, nie poważne uszkodzenia ciała. 

Toni  przypatrywała  się  dwójce  uczniów.  Bronił  się  szczupły,  wysoki  mężczyzna  z 
długimi,  czarnymi  włosami,  atakował  niski,  krępy  rudzielec.  Szczupły  odwrócił  się 
prawym bokiem do atakującego, stojąc na ugiętych nogach, z szeroko rozstawionymi 
stopami; lewą rękę uniósł wysoko, do twarzy, a prawą osłaniał krocze. 

background image

Rudy  klepnął  się  dłonią  w  prawą  pięść,  pokazując,  że  właśnie  pięścią  będzie 
atakował. Dzieliło ich około dwóch metrów.  Okrążali się poVoli. 

Rudy  zrobił  wypad,  zadając  pięścią  cios  w  pierś  chudego.  Chudy  wykonał  półobrót, 
zablokował  cios,  sam  uderzył  prawą pięścią z bekhendu, po czym chwycił Rudego i 
podciął mu nogi, obalając go na podłogę. Nieźle. 

Rudy wstał, ukłonił się chudemu, kładąc otwartą dłoń na pięści, po czym zamienili się 
rolami. 

Chudy  wyprowadził  prawy  prosty.  Rudy  zanurkował  pod  ciosem,  wparł  się  prawym 
ramieniem  w  brzuch  chudego,  zrobił  krok  do  przodu  i  wykonał  biset, to znaczy atak 
piętą  na  nogi  przeciwnika,  pozbawiając  go  równowagi.  Chudy  znalazł  się  na  ziemi. 
Zupełnie  nieźle.  Toni  uznała,  że  obaj  muszą  już  być  zaawansowani.    Stewart  dał 
uczniom  znać,  żeby  przerwali  walkę,  po  czym  odwrócił  się  w  stronę  Toni.  - 
Odwiedziła nas dzisiaj Amerykanka, która ćwiczy silat - oznajmił. 

-    Może  zechciałaby  nam  zademonstrować  swój  styl?    Toni  uśmiechnęła  się. 
Oczekiwała  tego.  Miała  na  sobie  dżinsy  i  bawełnianą  bluzkę  z  krótkimi  rękawami,  a 
na  nogach  tenisówki,  więc  nie  musiała  się  przebierać.  -  Jasne  -  powiedziała.    -  
Joseph, mógłbyś? - Stewart skinął na Rudego. 

-    Joseph  jest  jednym  z  moich  najbardziej  zaawansowanych  uczniów.    Toni  skinęła 
głową  i  ukłoniła  się  Stewartowi,  a  potem  Rudemu,  przykrywając  pięść  dłonią. 
Odprężona, opuściła ręce. 

Rudy  zachodził  ją  z  lewej  strony.  Cofnęła  się  o  krok  i  odwróciła,  żeby  mieć  go  cały 
czas przed sobą. 

Rudy zrobił wypad, wyprowadzając prawy prosty, z lewą ręką gotową do uderzenia z 
bekhendu, gdyby zablokowała. 

Toni  opadła  do  parteru,  zadając  Rudemu  krótkie  pchnięcie  w  brzuch  lewą  stopą, 
zahaczyła prawą stopę za jego prawe kolano i znów pchnęła lewą. 

Rudy upadł na plecy, a Toni poderwała się i potężnie machnęła mu nogą nad głową, 
uderzając się lewą ręką w udo, żeby zasygnalizować zadanie ciosu. 

Rudy  czekał,  chcąc  się  dowiedzieć,  czy  już  skończyła,  a  kiedy  cofnęła  się,  dając 
znak, że to koniec, wstał, uśmiechając się szeroko. - Nieźle! 

Stewart  też  się  uśmiechał. Metoda, którą posłużyła się Toni, była nieco efekciarska, 
ale  okazała  się  skuteczna  wobec  jego  najlepszego  ucznia,  więc  powinien  być  pod 
wrażeniem.  -  Bardzo dobrze, pani Fiorella. 

-  Guru, proszę mi mówić Toni. 

-    Czy  mógłbym  prosić,  żeby  zechciała  pani  zademonstrować  kembangarił  Toni 
skinęła  głową.  Oczywiście.  Kembangan,  „taniec  kwiatów”,  w  odróżnieniu  od  kata, 
czyli  sekwencji  ruchów,  ćwiczonych  w  większości  sztuk  walki,  był  spontanicznym, 
indywidualnym  wyrazem  sztuki  silat,  całkowitą  improwizacją.  Ekspert  nigdy  nie 
wykonywał  tego  samego  kembangan  dwa  razy.  W  odróżnieniu  od  buah,  tańca 
najbardziej  dynamicznego,  w  kembangan  ruchy  były  łagodne,  dłonie  częściej 
otwarte,  niż  zaciśnięte  w  pięści,  a  całość  robiła  wrażenie  subtelnego  pokazu 
artystycznego, mogącego uświetniać wesela, czy okazje towarzyskie. 

Żeby się dowiedzieć, jak dobrzy są naprawdę zawodnicy silat, należało obserwować, 
jak  wykonują  kembangan.  W  dawnych  czasach,  kiedy  walka  była  nieunikniona,  ale 
adwersarze nie chcieli się nawzajem okaleczyć, czy pozabijać, bywało, że oferowano 

background image

sobie  współzawodnictwo  w  kembangan,  zamiast  prawdziwego  pojedynku.  Na 
podstawie  umiejętności,  zademonstrowanych  w  tańcu,  eksperci  potrafili  ocenić,  kto 
wygrałby  faktyczną  walkę  i  nie  było  już  potrzeby  zadawania  ciosów.  Pokonany  w 
kembangan po prostu przepraszał, czy też w inny sposób usuwał przyczynę konfliktu 
i  na  tym  sprawa  się  kończyła.  Niehonorowe  byłoby  dalsze  szukanie  zwady  z 
oponentem,  który  miał  znacznie  mniejsze  umiejętności,  a  z  drugiej  strony  tylko 
głupiec wyzywałby kogoś, kto był od niego wyraźnie lepszy. Zdarzało się, oczywiście, 
że  najlepsi  tancerze  rozmyślnie  popełniali  drobne  błędy,  żeby  wprowadzić 
przeciwnika  w  błąd,  stworzyć  wrażenie,  że  umieją  mniej  niż  w  rzeczywistości.    Po 
rywalizacji  w  kembangan  dochodziło  do  prawdziwej  walki  tylko  w  sytuacji,  kiedy 
przeciwnicy byli przekonani, że reprezentują ten sam poziom. 

Toni  głęboko  nabrała  powietrza  i  wypuściła  je  powoli.  Wykonała  pełny,  formalny 
ukłon w stronę guru, wzięła drugi oczyszczający oddech, potem trzeci i zaczęła. 

Są  dni,  kiedy  jesteśmy  w  kiepskiej  formie  i  dni,  kiedy  wznosimy  się  na  szczyt 
możliwości. Toni miała swój dobry dzień, czuła krążącą w niej energię i wiedziała, że 
stać  ją  na  kembangan  bez  żadnej  większej  pomyłki.  Kiedy  była  w  połowie  tańca, 
rozmyślnie  wykonała  krok  nie  całkiem  taki  jak  trzeba,  tracąc  na  chwilę  równowagę, 
którą zresztą natychmiast odzyskała. 

Nie  chciała  swą  perfekcją  wprawić  w  zakłopotanie  guru,  prowadzącego  szkołę,  w 
której  była  gościem.  Mógłby  stracić  nieco  szacunku  w  oczach  swoich  uczniów; 
narażenie go na to byłoby z jej strony niezbyt grzeczne. 

Nie  musiała  tańczyć  dłużej  niż  przez  minutę.  Skończyła  i  ukłoniła  się  ponownie. 
Wiedziała, że ten kembangan wypadł wspaniale, był jednym z jej najlepszych. 

Uczniowie spontanicznie zaczęli bić brawo. 
Toni zaczerwieniła się, zażenowana. 
Stewart  uśmiechnął  się  do  niej.  -  To  było  piękne.  Wspaniały  kembangan.  Dziękuję 
ci... guru. 
Toni  skinęła  mu  głową.  Docenił  jej  umiejętności,  nazywając  ją  „nauczycielem”.  A 
teraz ona była ciekawa jego umiejętności. Choć zdawała sobie sprawę, że postępuje 
może  nieco  zbyt  śmiało,  powiedziała:  -  Z  przyjemnością  obejrzałabym  twój 
kembangan, guru.  Uczniowie nagle ucichli. Wprawdzie nie było to otwarte wyzwanie, 
ale na pewno wyraźna sugestia: ja ci pokazałam, teraz ty mi pokaż. 

Uśmiechnął się szerzej. - Oczywiście. 

Złożył  przed  nią  formalny  ukłon,  inny,  niż  jej,  ale  wyrażający  te  same  intencje, 
skoncentrował się i rozpoczął. 

Toni  zdawała  sobie  sprawę,  że  w  wieku  około  pięćdziesięciu  lat  Stewart  musi  już 
mieć  za  sobą  szczyt  formy  fizycznej.  Taka  była  natura  fizjologii  człowieka.  Mógł 
pogłębiać  wiedzę,  ale  jego  ciało  już  nie  potrafiło  nadążyć  i  powoli,  ale  nieustannie 
zostawało  w  tyle.  Jej  własna  guru  była  fantastyczna,  ale  była  starą  kobietą,  kiedy 
Toni  ją  poznała  i  na  niektóre  obszary  nie  mogła  się  już  zapuszczać.  Sądząc  po 
wyglądzie,  Stewart  wciąż  jeszcze  nieźle  się  trzymał,  ale  zapewne  nie  wszystko 
przychodziło mu już z taką łatwością, jak kiedyś. Doszła do wniosku, że powinna była 
zrobić  trochę  więcej  błędów  w  swoim  tańcu.    Już  po  pierwszych  ruchach  Stewarta 
Toni zdała sobie sprawę, jak bardzo się myliła. 

Komuś,  kto  dobrze  gra  na  gitarze,  łzy  napływają  do  oczu,  kiedy  widzi  nagranie  z 
występu  Segovii*,  ponieważ  uświadamia  sobie,  że  nigdy  nie  osiągnie  takiego 
mistrzostwa. 

background image

Stewart był Segovią sztuki walki. 

Toni patrzyła, oczarowana. Ten człowiek poruszał się, jakby nie miał kości, jakby był 
kroplą  gorącego  oleju,  spływającą  po  czystej  tafli  szkła,  płynnie,  bez  wysiłku, 
fascynująco.  Nigdy  dotąd  nie  widziała  kogoś,  kto  tak  fantastycznie  wykonywałby 
kembangan. 

W  tym  samym  miejscu,  co  przedtem  Toni,  Stewart  pozwolił  sobie  na  pomyłkę. 
Postawił stopę nie całkiem dokładnie i musiał to szybko skorygować, żeby nie stracić 
równowagi. 

Toni ani przez chwilę w to nie uwierzyła. Ten mężczyzna, który był w takim wieku, że 
mógłby być jej ojcem, po prostu nie popełniał takich błędów. Zrobił to dla niej, dał jej 
w prezencie, żeby ona nie straciła twarzy. 

Była  podekscytowana.  Nie  miała  wątpliwości,  że  Stewart  jest  lepszy  od  niej.  Był 
idealnym oponentem, takim, o którym zawsze mówiła jej guru: wyższym, silniejszym, 
prawdopodobnie  szybszym  i  przewyższającym  ją  umiejętnościami.  Nie  trenuje  się 
silat,  żeby  móc  pokonać  napastników,  którzy  niczego  nie  umieją;  chodzi  o  to,  żeby 
móc  stawić  czoło  takim,  którzy  nam  dorównują,  albo  przewyższają  nas 
umiejętnościami  i  sprawnością.  Tylko  ktoś,  kto  potrafił  sobie  poradzić  w  takich 
okolicznościach, wie, na czym polega istota tej indonezyjskiej sztuki walki. 

 
*Andres Segovia (1893-1987), hiszpański wirtuoz gitary [przyp.  tłum.]. 

W walce ze Stewartem zostałaby pokonana, nie miała co do tego wątpliwości. 

Gdy tylko zdała sobie z tego sprawę, zapragnęła takiej walki, chciała wystawić go na 
próbę i sama poddać się próbie, i uczyć się przy tym. 

Stewart skończył taniec i złożył formalny ukłon. 

Rozentuzjazmowani  uczniowie  zaczęli  bić  brawo  i  wiwatować,  ale  uciszył  ich, 
unosząc rękę, po czym skinął głową Toni.  -  Zostanę tu przez tydzień, może trochę 
dłużej  -  powiedziała  i  byłabym  zaszczycona,  gdybyś  pozwolił  mi  uczestniczyć  w 
twoich zajęciach, guru. 

-  To ja byłbym zaszczycony - odparł. 

Imperium  Brytyjskie,  sobota  2  kwietnia  gdzieś  w  Indiach  Jay  Gridley  szedł  przez 
dżunglę,  srebrzystą  maczetą  torując  sobie  drogę  wśród  bluszczu,  porastającego 
ścieżkę. W upalnym, lepkim od wilgoci powietrzu była to ciężka praca. Całe jego ciało 
pokrywał  lepki  pot.  Miał  już  pęcherze  na  dłoni  od  drewnianej  rękojeści  maczety,  a 
woń świeżo ściętych łodyg i liści była taka... mdło zielona, że ta zieloność zdawała się 
żyć.  Torowanie sobie maczetą drogi przez dżunglę nie było zbyt wygodne, ale skoro 
wybrał  taki  scenariusz,  nie  mógł  przecież  zaprogramować  wędrówki  jako 
przyjemnego  spaceru.  Z  każdym  innym  scenariuszem  byłoby  tak  samo.  Gdyby 
szukał  igły  w  stogu  siana,  byłby  to  ogromny  stóg,  a  igła  -  mikroskopowej  wielkości; 
gdyby stworzył plażę, próbowałby znaleźć jedyną nietypową muszelkę wśród tysięcy 
zwykłych muszelek. Po prostu musiało być niełatwo i kropka. 

A jednak zbliżał się do celu. 

Gruby  pyton  grzał  się  w  słońcu  na  wielkiej  gałęzi  po  lewej  stronie,  ale  już  poza 
szlakiem,  więc  nie  stanowił  zagrożenia.  Gridley  uśmiechnął  się.  Na  właściwy 
kierunek naprowadził go pies, który nie zaszczekał tamtej nocy. Ktoś, kto złamał ten 
szyfrw Pakistanie na pewno był lepszy od wszystkich dotychczasowych przeciwników 

background image

Gridleya.  Lepszy  od  tamtego  rasisty  z  Georgii,  lepszy  od  szalonego  Rosjanina  i  - 
choć  Jayowi  niełatwo  było  to  przyznać  -  lepszy  od  niego  samego.  Ten  facet  był 
mistrzem, musiał być, skoro zrobił to, co zrobił, nie pozostawiając śladów. 

No,  może  niezupełnie  tak.  Brak  śladów  też  może  być  śladem,  nawet  jeśli  nie  może 
tego  zrozumieć  ktoś,  kto  nie  zna  rzeczywistości  wirtualnej  jak  własnych  pięciu 
palców,  a  temu,  kto  ją  zna,  zrozumienie  przychodzi  z  ogromnym  trudem.  Było  to 
trochę  podobne  do  próby  poznania  fizyki  kwantowej  -  kłóciło  się  z  intuicją.    Tygrys, 
który pożarł kozła, przeszedł tędy, ponieważ nie było tu żadnych śladów... i ponieważ 
nikt nie mógł tędy przejść.  Gridley ciął maczetą gałąź z ciemnymi liśćmi w kształcie 
serc, wielkimi jak półmiski. Gałąź upadła. Ciężar dwulufowego sztucera, który dźwigał 
na  ramieniu,  coraz  bardziej  dawał  mu  się  we  znaki,  a  rewolwer  Webleya  za  pasem 
wrzynał  mu  się  w  bok.  Nie  było  tu  żadnego  tropu,  ale  Jay  był  pewien,  że  tygrys 
przeszedł właśnie tędy. Ściął kolejną gałąź, odrzucił ją na bok... 

Miał  rację.  Tygrys  rzeczywiście  tędy  przechodził.  Zobaczył  go  zaledwie  kątem  oka, 
kiedy zwierz się na niego rzucił.  Pomarańczowo-czarna błyskawica, wielkie zębiska, 
łapa jak u smoka. 

Tygrys łapą uderzył Gridleya w głowę. Świat poczerwieniał i znikł. 

Niedziela, 3 kwietnia 
Londyn, Anglia 
Z  niespokojnego  snu  Alexa  Michaelsa  wyrwały  fanfary  Aarona  Coplanda.  Usiadł  i 
spojrzał  na  virgila,  którego  podłączył  do  ładowarki  i  ustawił  przy  łóżku.  Coś,  co 
wydawało się zabawne po południu, nie było już takie śmieszne o drugiej nad ranem, 
nawet jeśli  wyrwało  człowieka  z  koszmarnego  snu  o  jego  byłej  żonie.    Leżąca obok 
Toni przekręciła się na drugi bok. 

Michaels  wstał,  złapał  virgila,  wyłączył  sygnał  i  ruszył  do  łazienki.  Zapalił  światło, 
zamknął  za  sobą  drzwi  i  dopiero  wtedy  nacisnął  klawisz,  odbierający  rozmowę.  Na 
widok  swego  odbicia  w  lustrze  zrezygnował  z  uaktywniania  trybu  wideo.  Nagi,  z 
zaspaną  twarzą  i  zwichrzonymi  włosami  nie  wyglądał  najlepiej.    Dzwoniono  z  biura 
Allison. 

-  Alex Michaels, słucham. 
-  Proszę zaczekać, łączę z panią dyrektor. 
No  tak.  Wyciąga  go  z  łóżka  w  środku  nocy  i  nawet  nie  wybiera  osobiście  numeru. 
Zgłosiła  się  niemal  natychmiast.    -    Michaels,  mamy  tu  problem.  Jeden  z  pańskich 
ludzi, niejaki... 
Jay Gridley, miał coś w rodzaju wylewu. Jest w szpitalu. 
-  Co takiego? 
-  Znaleziono go przy konsoli jego komputera, kiedy przyszli ludzie z drugiej zmiany. 
-  Wylew? Ale... jak to możliwe? Przecież to jeszcze dzieciak! 

W jego rodzinie nigdy nie było problemów z nadciśnieniem.  -  O to będzie pan musiał 
spytać  lekarzy.  -  Na  chwilę  zaległa  cisza.  -  Jak  rozumiem,  Gridley  jest  pańskim 
czołowym specjalistą od scenariuszy dla rzeczywistości wirtualnej? 

-  Tak. - Jezu, wylew? U Jaya? Michaelsowi nie mieściło się to w głowie. Przecież ten 
chłopak  ma  dopiero  dwadzieścia  kilka  lat.    -    Czy  to  mogło  mieć  jakiś  związek  ze 
śledztwem, które prowadzimy w sprawie tych wydarzeń w Pakistanie? - spytała. 

O  czym  ona  mówi?  -  Nie,  to  wykluczone.  W  rzeczywistości  wirtualnej  komputer  nie 
może spowodować obrażeń, nawet jeśli wszystkie sensory ustawi się na maksimum. 
Po prostu za mała energia. Dlaczego w ogóle pani pyta? 

background image

-  Bo operator komputera w wywiadzie brytyjskim, a także pewien Japończyk, doznali 
podobnych obrażeń co Gridley, obaj w ciągu ostatnich paru godzin. 

-  Niemożliwe. To znaczy, chcę powiedzieć, że nie jest możliwe, 

by obrażenia te spowodowały ich komputery. 

-  Mimo wszystko, dyrektorze, zbieg okoliczności wydaje się zaskakujący. W dodatku 
dano  mi  nieoficjalnie  do  zrozumienia,  że  ci  dwaj  operatorzy  komputerowi  również 
zajmowali się śledztwem w sprawie tego, co zaszło w Pakistanie. 

-  Jezu! 
-  Może chciałby pan skrócić urlop? 
-    T...  tak,  ma  pani  rację.  Zarezerwuję  sobie  najbliższy  lot.   -    Dobrze.  Proszę  mnie 
informować na bieżąco. Michaels przyglądał się swemu odbiciu w lustrze. 
W tej robocie na pewno nie groziła mu nuda. 
-  Alex? 
Otworzył  drzwi.  Koło  łazienki  stała  Toni,  zaspana  i  cudownie  naga.  -  Z  kim 
rozmawiasz? 
-  Z szefową. 

A potem przekazał jej złe wiadomości o Jayu. 

Sobota, 2 kwietnia las Vegas, Newada 
-  Sukinsyn. 
-  To do mnie, sierżancie? 
Howard  uśmiechnął  się  do  Fernandeza,  ale  był  to  uśmiech  blady  i  wymuszony. 
Potrafił zrozumieć frustracje przyjaciela - sam też był solidnie wkurzony. 

Komputer taktyczny znowu wysiadł. Od czasu, kiedy na ekranie pojawiła się brytyjska 
flaga,  kilkakrotnie  wracał  do  normalnego  funkcjonowania,  ale  potem  zgubił  sygnał 
satelitarny i nijak nie dawało się go odzyskać. Technicy sprawdzili to i owo, i okazało 
się,  że  winien  jest  nie  ich  system,  lecz  tych  z  USAT.  Howard  porozmawiał  z  ich 
oficerem  operacyjnym,  niczego  jednak  nie  wskórał.  Major  Phillips  był  uprzejmy,  ale 
oschły:  Jego  system  zwariował,  więc,  za  przeproszeniem  pana  pułkownika,  on  sam 
ma pełne ręce roboty, usiłując uporać się z tym draństwem. Ktoś od nas skontaktuje 
się z wami, jak tylko będzie to możliwe, dobrze? 

Od  tego  czasu  minęło  kilka  godzin,  a  łączności  z  satelitą  wciąż  nie  udawało  się 
przywrócić. 

Howard spojrzał na zegarek, a potem na Fernandeza. - Koniec. 
Niczego tu na razie nie zdziałamy. Odwołaj stan gotowości. 
Tak,  jak  oczekiwał,  sierżant  nie  był  tym  szczególnie  zachwycony.    -    Pułkowniku, 
przecież  informacje  Wielkiego  Zeza  nie  są  nam  potrzebne.  Nasz  cel  siedzi  na 
pustyni. Wystarczą nam oczy.  -  Nie, sierżancie, to byłoby sprzeczne z procedurą.  -  
Sir,  żołnierze  zajmują  teren  bez  wsparcia  satelitarnego  od  tysięcy  lat.  Przecież  to 
tylko  samotny  facet  w  przyczepie  kempingowej,  a  my  mamy  dwa  oddziały  i  dość 
sprzętu,  żeby  załadować  nim  wagon  kolejowy!  Gdzie  tu  problem?    -    Ejże,  Julio, 
przecież  znasz  przepisy.  Nie  mamy  tu  do  czynienia  z  sytuacją  nadzwyczajną,  w 
której  można  improwizować.  Jak  powiedziałeś,  to  tylko  jeden  facet.  Siedzi  tam  od 
miesięcy,  nie  wie,  że  tu  jesteśmy,  kontrolujemy  wszystkie  drogi  dojazdowe.  Nie 
wymknie się nam, nie ma jak. Nie będziemy więc ryzykować bez potrzeby. 
Fernandez mruknął coś pod nosem. 
-  Co takiego, sierżancie? 

background image

-    Sir,  przecież  to  jest,  za  przeproszeniem,  jakaś  bzdura.  Jeśli  dwudziestu  żołnierzy 
nie  może  zdjąć  jednego  faceta  bez  wsparcia  z  satelity,  to  powinniśmy  przejść  na 
emeryturę.  Usiąść  nad  brzegiem  sadzawki,  moczyć  robaki  i  czekać  na  śmierć.  Sir.  
Tym  razem  uśmiech  Howarda  był  szczery.  -  Rozumiem  cię,  Julio,  ale  regulamin 
postępowania w takiej sytuacji jest zupełnie jasny. Ci od satelitów prędzej czy później 
naprawią  swój  system.  Powiedz  żołnierzom,  że  mają  na  tę  noc  przepustkę.  Niech 
zajrzą do kasyn, obejrzą występy, niech się nacieszą światłami Las Vegas. Bądźcie z 
powrotem o szóstej rano i spróbujemy jeszcze raz. 
Fernandez  wzruszył  ramionami.  Nieoczekiwana  przepustka  zawsze  jest  dobra,  a 
poza  tym,  są przecież w Las Vegas. Jeśli się tu ma trochę forsy, można popaść we 
wszelkiego  rodzaju  tarapaty,  nawet  się  specjalnie  nie  wysilając.  -  Cóż,  sir,  skoro 
przedstawia  pan  to  w  ten  sposób,  nie  pozostaje  nam  nic  innego,  jak  przetrzymać 
okres oczekiwania. 

-  Ale pamiętajcie, sierżancie, jesteście już praktycznie żonatym mężczyzną. 

-  Tak jest, sir, oczywiście. Ale nie jestem jeszcze absolutnie żonaty. Jeszcze wolno 
mi popatrzeć. 

Uśmiechnęli się do siebie. 

Howard  ruszył  do  pobliskiego  motelu,  gdzie  Net  Force  wynajęła  pokoje  dla  swoich 
ludzi.  Trochę  to  było  dziwne,  biwakować  nie  w  namiocie  pod  gwiazdami,  lecz  w 
klimatyzowanym  motelu.  Oczywiście  ten  drugi  sposób  był  rozsądniejszy.  Oddział 
wojska, rozbijający tu obóz, bardziej rzucałby się w oczy niż jego pojazdy w garażu i 
żołnierze na przepustce. 

Zamierzał  zadzwonić  do  domu,  porozmawiać  z  żoną  i  z  synem.    Prysznic,  żeby 
trochę  się  odświeżyć  w  tym  upale  i  zmyć  z  siebie  kurz,  a  potem  może  kolacja  w 
jakiejś  przyjemnej  restauracji.  W  Las  Vegas  można  było  dobrze  zjeść,  zwłaszcza  w 
niektórych kasynach i w dodatku nie kosztowało to zbyt wiele. Zakładano, że ludzie i 
tak  zostawią  pieniądze  w  automatach  do  gry  i  przy  stołach,  więc  równie  dobrze 
można  im  uprzyjemnić  pobyt  dobrym  jedzeniem,  dając  przy  okazji  więcej  szans  na 
grę.  A  w  keno*  można  było  grać  nawet  podczas  posiłku.  W  większości  kasyn 
podawano śniadania, obiady, albo kolacje dwadzieścia cztery godziny na dobę. Kiedy 
się przekroczyło granice Krainy Hazardu, czas stawał w miejscu.  Nie rozwieszało się 
tu na ścianach zegarów, które przypominałyby, że czas do domu. 

Howard  był  tu  ostatni  raz  kilka  lat  temu,  ale  nie  przypuszczał,  żeby  zbyt  wiele  się 
zmieniło. Dzieciaki można zostawić pod opieką w bezpłatnej świetlicy, albo zostawić 
same  sobie  w  Warner  Bros.    World,  czy  w  Hard  Rock  Cafe  i  zabrać  się  do 
przegrywania  pieniędzy,  przeznaczonych  na  ich  naukę.  Świetna  zabawa  dla  całej 
rodziny,  zupełnie  inaczej  niż  w  dawnych  czasach,  kiedy  wszystko  znajdowało  się  w 
rękach mafii. 

Motel  nie  był  luksusowy,  ale  za  to  tani;  Net  Force  w  tej  kwestii  kierowała  się  takimi 
samymi  zasadami  jak  inne  agendy  rządowe.    Uważano,  że  pracownicy  nie  muszą 
zatrzymywać  się  w  luksusowych  hotelach  na  koszt  podatników.  Nie  wyglądałoby  to 
dobrze - zwłaszcza w okresie wyborów. 

Obok automatu z Colą stał staromodny jednoręki bandyta. Howard 
pokręcił głową. Nie był hazardzistą. Co najwyżej kupił los na 
loterię albo postawił pięć dolarów w zakładach futbolu. Kibicował 
drużynie Orioles, czasem nawet stawiał coś na nią w zakładach 
wśród przyjaciół, ale nie dotknęła go gorączka hazardu. Szansę 
zawsze były po stronie kasyna i Howard uważał, że jedynym 

background image

sposobem traktowania gier losowych jest traktowanie ich jak 
rozrywki. Jeśli ktoś chce pograć w kasynie, powinien wziąć parę 
dolarów i zabawić się tak, jakby 
 Gra hazardowa podobna do bingo [przyp. tłum.]. 
 
płacił za kolację z występami. Kiedy pieniądze się skończą, należało wrócić do domu. 
Koniec, kropka. Nie wolno wyciągać następnych pieniędzy, żeby się odegrać, a jeśli 
przypadkiem  udało  się  coś  wygrać,  kiedy  akurat  nadeszła  pora  powrotu  do  domu, 
należało  zabrać  pieniądze  i  włożyć  je  na konto w banku.  Ojciec nauczył go takiego 
podejścia.  Jeśli  uczestniczy  się  w  grze,  organizowanej  przez  kogoś  innego, 
najczęściej  wygrani  będą  właśnie  organizatorzy.  Lepiej  wydać  pieniądze  na  coś 
pożytecznego. 

Pokój  Howarda  był  mały,  czysty,  a  ciśnienie  wody  w  prysznicu  większe  niż  się 
spodziewał.  Kiedy  już  się  odświeżył,  rozpakował  swój  worek,  założył  niemnące  się 
spodnie  koloru  khaki  i  koszulę  z  krótkimi  rękawami,  sięgnął  po  czyste  skarpetki  i 
swoje  stare  mokasyny.  Zawsze  warto  zabrać  cywilne  ubranie,  kiedy  się  pracuje 
gdzieś koło miasta. W jednej chwili można się było zmienić z żołnierza w cywila. Przy 
tej ogromnej różnorodności fryzur, nikt nie potrafiłby rozpoznać go po wyglądzie. 

No więc najpierw telefon do domu, a potem warto coś zjeść. A później? Pomyślał, że 
może wróci do motelu i poczyta. W końcu musiał wcześnie wstać i chociaż wyleczył 
się  już  z  infekcji,  która  jakiś  czas  temu  sprawiała,  że  czuł  się  stary  i  zmęczony, 
zdawał  sobie  sprawę,  że  dawno  minęły  czasy,  kiedy  mógł  bawić  się  całą  noc,  a 
rankiem,  jakby  nigdy  nic,  pójść  do  pracy.  Jeśli  o  szóstej  rano  następnego  dnia  miał 
być gotów, musiał iść spać o przyzwoitej porze. 

Uśmiechnął  się  do  odbicia  w  lustrze.  Może  Fernandez  miał  rację;  może  czas  już 
przejść na emeryturę i zająć się łowieniem ryb w sadzawce? 

Nie, jeszcze nie teraz. 

Niedziela, 3 kwietnia 
Quantico, Wirginia 
Kiedy Jay Gridley odzyskał świadomość, poczuł, że ogarnia go panika. Nie wiedział, 
gdzie jest. 

Miał kroplówkę podłączoną do lewej ręki, z jego penisa plastikowy przewód prowadził 
do  woreczka,  zawieszonego  przy  łóżku,  a  do  klatki  piersiowej  i  do  głowy 
przymocowano  bezprzewodowe  sensory.    Wokół  lewego  ramienia  owinięto  mu 
mankiet. Jay miał na sobie krótką szpitalną koszulkę, z tych rozciętych z tyłu. 

Zrozumiał, że jest w szpitalu. I że coś mu się musiało przytrafić, skoro się tu znalazł. 
Wypadek? 

Nie  mógł  sobie  przypomnieć.  Zaczął  się  uważniej  przypatrywać  rękom  i  nogom, 
chciał  ustalić,  czy  czegoś  nie  brakuje,  albo  czy  coś  nie  zostało  uszkodzone.  Nie, 
wszystko pozostało na swoim miejscu i nie czuł żadnego bólu... 

Obok łóżka pojawiła się wysoka, krótkowłosa brunetka w zielonym kitlu. Uniosła rękę 
Jaya,  trzymając  go  za  prawy  nadgarstek  i  patrzyła  na  swój  zegarek.  Miała  około 
trzydziestki  i  była  bardzo  atrakcyjna.  Uśmiechnęła  się  do  niego.  -  Cześć  - 
powiedziała.  Nie czuł jej palców na swoim nadgarstku. Prawdę mówiąc, w ogóle nie 
czuł  swojej  prawej  ręki.  Jakby  jej  wcale  nie  miał.  Jakby  ręka,  którą  brunetka 
obejmowała w nadgarstku, należała do kogoś innego. Co, u...? 

background image

-  Jesteś na oddziale neurologicznym szpitala w bazie.  Przeszedłeś udar mózgu. Ja 
mam  na  imię  Rowena  i  jestem  przełożoną  pielęgniarek  na  tej  zmianie.  Rozumiesz 
mnie? 

Udar? Jak to możliwe? - Rozumiem - odpowiedział, a właściwie chciał odpowiedzieć, 
bo z ust wydobył mu się tylko niezrozumiały charkot. 

Uczucie paniki zmieniło się w skrajne przerażenie.  Pielęgniarka położyła mu dłoń na 
piersi,  po  lewej  stronie.  Poczuł  to. -  Spokojnie.  Pani  doktor  już tu idzie i wszystko ci 
wyjaśni,  ale  przede wszystkim nie martw się. Masz częściowo sparaliżowaną prawą 
stronę  ciała,  ale  to  minie.  Na  pewno.  To,  co  ci  się  przytrafiło,  nie  spowodowało 
większych  uszkodzeń.  Lekarstwa,  które  dostajesz,  uporają  się  z  tym,  ale  trochę  to 
potrwa,  kilka  dni,  może  kilka  tygodni.  Tylko  pamiętaj,  wszystko  będzie  dobrze.  
Wyjdziesz z tego. 

Gridley  poczuł,  że  opuszcza  go  panika.  Będzie  zdrów.  Wierzył  w  to,  musiał  w  to 
wierzyć. 

Chyba  że  ona  tylko  tak  mówi,  żebyś  nie  zwariował  -  odezwał  się  jego  wewnętrzny 
głos. 

Do  pokoju  weszła  druga kobieta, tleniona blondynka, niska, przysadzista. Też miała 
na  sobie  zielony  kitel,  a  w  ręku  trzymała  płaski  medyczny  monitor.  Bez  żadnego 
wstępu  powiedziała:  -  Jestem  doktor  West.  Wczoraj  po  południu  miał  pan  niewielki 
udar mózgu.  Tomografia komputerowa ani encefalografia magnetyczna nie wykazały 
żadnych  skrzepów  ani  większych  krwawień,  a  przyczyna  jest  idiopatyczna  -  to 
znaczy,  że  nie  wiemy,  czym  był  spowodowany  ten  udar.  Wszystkie  funkcje  życiowe 
ma  pan  w  normie,  ciśnienie  krwi,  oddech  i  puls  są  w  porządku,  krew  też  w  normie. 
Oprócz  tego  udaru  wszystko  jest  bez  zarzutu.  Przypuszczamy,  że  ma  pan 
przejściową  hemiplegię*  albo  hemiparezę**  i  oczekujemy  pełnego  wyzdrowienia. 
Rozumie mnie pan? 

Gridley tylko skinął głową, nie chcąc słuchać własnego głosu. 

-    Dobrze.  Zostanie  pan  tutaj  parę  dni  i  wypiszemy  pana  do  domu.    Fizykoterapię 
rozpocznie pan dziś po południu, ktoś tu przyjdzie, żeby panu pokazać parę ćwiczeń. 

Doktor  West  spojrzała  na  zegarek.  -  No,  muszę  lecieć.  Przyjdę  do  pana  później,  z 
grupą  studentów  medycyny.  Nasz  personel  będzie  tu  zaglądał  częściej,  będą  panu 
pobierać krew, podawać lekarstwa.  Niech pan spróbuje odpocząć. 

Doktor West podała monitor Rowenie i wyszła. 
Odpocząć? 
Akurat. Część mózgu mu eksplodowała, a on ma teraz odpoczywać?  Nic z tego. Nie 
ma mowy. Nie chciał tak po prostu leżeć i martwić się, co będzie dalej, ale - jaki miał 
wybór? Był podłączony do aparatury medycznej i na razie musiał tu zostać. 
Boże, jak to się mogło stać? 

 Porażenie połowiczne [przyp. tłum.]. ** Niedowład połowiczny [przyp. tłum.]. 
 
Niedziela,  3  kwietnia  posiadłość  „Cisy”,  Sussex,  Anglia  Applewhite  przyniósł  tacę 
Goswella i postawił ją na stole. Z dziobka czajnika z herbatą wydobywała się para - w 
ogrodzie  było  dość  chłodno,  ale  rześko  i  przyjemnie.  Goswell  skinął  głową.    -
Dziękuję, Applewhite. 

Kamerdyner  napełnił  filiżankę  herbatą,  wrzucił  bryłkę  cukru  i  dolał  trochę  soku  z 
cytryny. - Jeszcze bułeczkę, sir?  -  Myślę, że nie. Podaj mi, proszę, telefon. 

background image

-  Oczywiście, milordzie. 

Applewhite wyjął z kieszeni telefon komórkowy, jeszcze zanim Goswell zdążył wypić 
łyk  herbaty.  Lord  pokręcił  głową.  Technika.    Miała  oczywiście  swoje  dobre  i  złe 
strony, ale na szczęście jemu dobrze służyła, finansowo i nie tylko. 

-  Pamiętasz może, jak nazywa się ten nasz naukowiec? 
-  Peter Bascomb-Coombs, sir. 
-    Ach,  tak,  oczywiście.  -  Goswell  powtórzył  to  nazwisko  do  telefonu,  po  czym 
przyłożył go sobie do ucha. Po drugiej stronie telefon zadzwonił trzy razy. 
-    Słucham,  o  co  chodzi? -  Naukowiec  sprawiał  wrażenie  poirytowanego.  Cóż,  tego 
rodzaju faceci są chyba wiecznie poirytowani. 

-  Mówi Geoffrey Goswell. 

-  Ach, lord Goswell. - Cóż za zmiana tonu. - Czym mogę panu służyć? 

-    Nic  wielkiego,  chłopcze.  Dzwonię,  żeby  spytać  o  tę...  drobną  sprawę,  którą 
omawialiśmy ostatnio przy kolacji. 

-    Ach,  tak,  wiem.  Cóż,  sprawa  nabrała  tempa,  milordzie.  Było  trochę  drobnych 
kłopotów, ale uporałem się już z nimi i teraz wszystko powinno przebiegać zgodnie z 
planem. 

Goswell  z  uznaniem  pomyślał,  że  naukowiec  jest  przykładnie  ostrożny.  Wprawdzie 
Peel  zapewniał,  że  telefony  komórkowe  jego  i  tego  Bascomb-Coombsa  są 
zabezpieczone  przed  podsłuchem,  ale  Goswell  nie  znosił  głośnego  nazywania  tego 
rodzaju spraw po imieniu gdzie indziej, niż w czterech ścianach jego własnego domu. 

Skinął  głową,  ale  przypomniał  sobie,  że  naukowiec  nie  może  go  widzieć,  ponieważ 
ten  telefon  nie  był  wyposażony  w  kamerę  i  co  tam  jeszcze.  -  To  dobrze.  A  ci,  hm, 
wścibscy faceci, o których mówiłeś? 

-  Już nie są wścibscy, milordzie. W tej chwili mają co innego na głowie. 

-    Doskonale.  To  by  było  na  razie  wszystko.  Applewhite  wziął  od  niego  telefon  i 
schował do kieszeni. - Coś jeszcze, milordzie? 

-  Tak, znajdź mi, proszę, Peela, dobrze? Chciałbym zamienić z nim parę słów, jeśli 
to możliwe. 

-  Natychmiast, milordzie. 

Applewhite poszedł poszukać majora. Goswell pomyślał, że wreszcie będzie się mógł 
napić herbaty, zanim ta zupełnie wystygnie.  Kątem oka zauważył jakiś ruch. Spojrzał 
w  tamtą stronę i zobaczył królika na kwiatowej rabatce, skubiącego soczystą zieleń.  
Bezczelny  drań!  Odległość, na jaką się zbliżył, była mniejsza niż piętnaście metrów! 
Oczywiście, te przeklęte króliki nigdy nie wychodziły z ukrycia, kiedy Goswell miał w 
ręku strzelbę; wiedziały, że nie byłoby to zbyt mądre. Nie miał już wprawdzie takiego 
wzroku,  jak  dawniej,  ale,  na  Boga,  potrafił  jeszcze  trafić  złodziejskiego  królika  z 
piętnastu  metrów,  obojętne  z  której  lufy  swej  dubeltówki  Purdeya.  Zastanawiał  się 
przez  chwilę,  czy  by  nie  zawołać  Applewhite’a  i  nie  kazać  mu przynieść broni, żeby 
rozwalić  tego  natarczywego  królika,  ale  uznał,  że  poranek  był  zbyt  piękny,  żeby 
rujnować  go  hukiem  wystrzałów,  mimo  że  z  przyjemnością  dałby  temu  królikowi 
nauczkę.  Lepiej  będzie  kazać  dozorcy,  żeby  spuścił  psy.  Wprawdzie  psom  rzadko 
udawało  się  złapać  królika,  ale  pogoń  sprawiała im tyle radości. Poza tym, po takiej 
pogoni króliki zwykle znikały na jakiś czas.  Napił się herbaty. Kiedy zbliżył się Peel, 
królik uznał za stosowne zniknąć. Zapewne w jakiś sposób wiedział, że Peel świetnie 

background image

strzela i zawsze ma przy sobie pistolet, więc pozostawanie tu dłużej mogłoby okazać 
się niemądre.  -  Milordzie? 

-  Dzień dobry, majorze. Proszę, niech pan siada i napije się herbaty. 

-    Dziękuję,  milordzie.  -  Peel  usiadł  przy  stole.  Przyzwoity  chłop  z  niego,  kropla  w 
kroplę jak jego ojciec, stary Ricky. Nalał sobie filiżankę kawy. Nie słodził. 

-  Zastanawiałem się nad tym naszym naukowcem. 
-  Bascomb-Coombsem - podpowiedział Peel. 
-  Właśnie. Tak sobie myślę, że chyba powinniśmy mieć go na oku, jeśli pan rozumie, 
co  mam  na  myśli.  Jest  dla  nas  wiele  wart,  z  tym  wszystkim  co  ma  w  głowie,  i  nie 
chcielibyśmy, żeby nasze stosunki stały się napięte, prawda? 
-  Nie sądzę, żeby coś takiego było prawdopodobne, milordzie.  -  Ja też nie sądzę, 
ale musimy być przygotowani na każdą ewentualność, prawda? 

-    Całkowicie  rozumiem.  Tak  się  składa,  że  przewidziałem,  iż  może  pan  sobie 
zażyczyć czegoś takiego i zleciłem obserwację pana Bascomb-Coombsa. 

-  Naprawdę? Doskonale. Dobry z ciebie chłopak, Peel. 

-  Dziękuję, milordzie. Doceniam zaufanie, jakie mi pan okazuje.  Goswell uśmiechnął 
się, pociągając łyk herbaty. Dobrze było mieć koło siebie takich ludzi jak Peel, którzy 
sami  wiedzieli,  co  i  jak  należy  zrobić,  więc  nie  trzeba  było  prowadzić  ich  za  rękę.  
Ludzi  z  przyzwoitych  rodzin,  którzy  nie  wprawiają  swego pryncypała w zakłopotanie 
towarzyskimi  gafami,  czy  pochopnymi  działaniami.  Więcej  takich  jak  Peel,  a 
Imperium nie upadłoby tak nisko. 

-    Oczywiście,  gdyby  pan  Bascomb-Coombs  miał  się  kiedykolwiek  stać  problemem, 
jesteśmy przygotowani do zajęcia się nim... w odpowiedni sposób. 

-  O, to dobrze, bardzo dobrze. Niech się pan poczęstuje bułeczką. 

Peel uśmiechnął się i skinął Goswellowi głową. Dobrze jest mieć koło siebie takiego 
przyzwoitego  faceta.  Szkoda,  że  tam,  w  Irlandii  Północnej  sprawy  ułożyły  się  tak 
fatalnie.  Ale  cóż,  strata,  jaką  poniósł  pułk,  była  wygraną  dla  Goswella.  Chętnie 
przyjąłby jeszcze tuzin takich jak Peel. Tak trudno dziś o dobrych pomocników. 

-  Doskonałe bułeczki, milordzie. 

-  Powiem Applewhite’owi, żeby przekazał pańską opinię kucharzowi. 

Tak,  gentleman  właśnie  tak  powinien  jadać  śniadania.  W  słoneczny,  wiosenny 
poranek,  w  swej  wiejskiej  posiadłości,  herbata  i  doskonałe  bułeczki,  w  towarzystwie 
przyzwoitych facetów. 

Niedziela, 3 kwietnia Londyn, Anglia 

Toni  i  Alex  jedli  śniadanie  w  małej  restauracji  koło  hotelu.  Toni  powiedziała: -  Nasz 
samolot  odlatuje  z  Heathrow  w  południe.  Nie  udało  mi  się  dostać  biletów  na 
Concorde’a,  ani  na  żaden  bezpośredni  lot,  więc  w  Nowym  Jorku  będziemy  musieli 
złapać rejs do Waszyngtonu. 

Alex  pociągnął  łyk  kawy.  -  Ty  mogłabyś  tu  zostać.  Nie  ma  żadnego  powodu,  żebyś 
przerywała urlop. 

-  Miałabym tu zostać sama? A cóż to za przyjemność?  -  No, to, co opowiadałaś o 
tej szkole silat, brzmiało interesująco. 

-  Dwie godziny wieczorem. Jeśli ty lecisz, to ja lecę z tobą. 

background image

Będziesz mnie potrzebował w pracy. 
Grzebał  widelcem  w  sadzonych  jajkach,  na  które  najwyraźniej  nie  miał  ochoty.  - 
Popatrz  tylko,  wysmażone  na  podeszwę.  Gdyby  je  jeszcze  trochę  potrzymali  na 
patelni, można by nimi grać w hokeja. 
-  Przykro mi z powodu tego, co się stało z Jayem - powiedziała.  -  Lekarz mówi, że 
wyzdrowieje. Prawdopodobnie nie będzie żadnych trwałych uszkodzeń. 

-  To niewielka pociecha. 

-  Nie mogę uwierzyć, że przyczynę stanowiło coś, co się wydarzyło w rzeczywistości 
wirtualnej. - Alex zapatrzył się na swój talerz z jajkami. 

-  Czytałeś raporty Brytyjczyków i Japończyków. Ich ludziom przytrafiło się to samo, i 
obaj węszyli na tym samym obszarze, co Jay. 

-  Ale to przecież niemożliwe. 

-  Złamanie szyfru wiadomości o tym pociągu w Pakistanie też nie było możliwe. Ci, 
którzy  tego  dokonali,  kimkolwiek  są,  zdołali  nas  znacznie  wyprzedzić.  Dysponują 
wiedzą, o której my nie mamy pojęcia. 

-  To naprawdę pocieszająca myśl. 
Spojrzała na niego. Wydawał się strasznie przygnębiony. 
- Martwisz się jeszcze czymś, Alex? 
Po  raz  ostatni  dźgnął  jajko,  po  czym  odłożył  widelec.  -  Tak,  rzeczywiście,  ale  nie 
chciałem ci tym zawracać głowy.  -  No, mów. Co to takiego? 
-  Dziś rano dostałem faksem wiadomość od adwokata mojej byłej żony. 

-  No i...? 
-  Megan zakłada sprawę o całkowitą opiekę nad Susan. 
-  Och, nie. 
-  Och, tak. Może nie powinienem był wtedy przyłożyć jej nowemu przyjacielowi. 
-  Mówiłeś, że tylko uprzedziłeś jego atak. 

-  Zgadza się, ale pewnie i tak nie poprawiło to mojej sytuacji.  Ani ta groźba, że jeśli 
tamten choć raz zostanie u Megan na noc, kiedy Susie będzie w domu, oskarżę ją o 
demoralizowanie dziecka.  -  Byłeś wściekły. 

-  Aha. I głupi. Megan nie jest złą kobietą, problem w tym, że zawsze wiedziała, jak mi 
zaleźć za skórę. 

-    Nie  usprawiedliwiaj  jej.  To  suka.  Uśmiechnął  się  smutno.   -  Niestety,  ta  suka  jest 
matką  mojego  jedynego  dziecka  i  teraz  chce  mi  je  odebrać.    Tatusiem  Susan  ma 
zostać ten brodaty nauczyciel. 

-  Co powiedział twój adwokat? 

-    To,  co  zawsze  mówią  adwokaci.  Mam  się  nie  martwić,  on  się  wszystkim  zajmie, 
Megan nie wygra. 

Wzięła go za rękę. - Wszystko się jakoś ułoży, zobaczysz. Jesteś takim przyzwoitym 
człowiekiem, że każdy sędzia weźmie to pod uwagę. 

Znów się uśmiechnął i uścisnął jej dłoń. - Dzięki. Kocham cię. 
-  I dlatego tu jestem. 
Kochała  Alexa  od  dawna  i  chociaż  czasem  doprowadzał ją do rozpaczy, zamykając 
się  w  sobie,  a  także  próbując  ją  osłaniać  przed  wszelkimi  przeciwnościami  losu,  w 
sumie były to drobiazgi.  Była pewna, że w końcu jakoś sobie z tym poradzą. 

background image

Sobota, 2 kwietnia Las Vegas, Newada 

John  Howard  zamierzał  wcześniej  pójść  spać,  teraz,  chociaż  była  już  północ, 
skończył właśnie dłuższy spacer i stał na parkingu przed hotelem i kasynem „Luxor”, 
patrząc  w  rozgwieżdżone  niebo.    Rześki,  suchy  wiatr  wzbijał  tumany  kurzu 
spomiędzy  samochodów.    Parking  był  otoczony  palmami  i  roślinnością,  która  nie 
występowała  tutaj  w  naturalnych  warunkach.  Latem  w  Newadzie  było  dostatecznie 
gorąco, żeby palmy świetnie rosły, pod warunkiem, że regularnie je podlewano, ale te 
drzewa  wokół  betonowego  parkingu,  kołyszące  się  na  wietrze,  sprawiały  wrażenie, 
jakby nie było im tu zbyt dobrze. 

Z wierzchołka ogromnej, czarnej piramidy, w której znajdował się hotel „Luxor”, biły w 
nocne  niebo  wiązki  reflektorów,  zlewając  się  w  jeden  potężny  promień.  Żar, 
emanujący  z  tej  świetlistej  kolumny  sprawiał,  że  zasysała  ona  powietrze  i  kurz, 
wystrzeliwując  je  w  niebo  fontanną  fotonów.  Noce  musiały  się  trzymać  z  daleka  od 
Las Vegas - miasto nie pozwalało się ogarnąć ciemnościom. 

Howard  wpatrywał  się  w ten  świetlny  promień.  Ćma,  która  podleciała  zbyt  blisko  do 
białej kolumny, natychmiast została spopielona i wystrzelona w stronę księżyca. 

Całe  Las  Vegas  miało  w  sobie  coś  niewiarygodnie  dekadenckiego,  a  „Luxor”  był  tu 
dobrym  przykładem.  Ponad  cztery  tysiące  pokojów,  przynajmniej  pięć  wielkich 
restauracji, każda o innym charakterze, kasyno, które zawsze było otwarte, olimpijski 
basen i jeszcze dodatkowa atrakcja w atrium - wyprawa łodzią do Krainy Śmierci. To 
był  starożytny  Egipt  w  wydaniu  Walta  Disneya,  gdzie  za  dolara  można  było 
pociągnąć  za  ramię  któreś  z  egipskich  bóstw,  licząc  na  wielką  wygraną.  Proszę 
stawiać, panowie i panie, proszę stawiać... 

Wszedł do środka, rozejrzał się dookoła, zadziwił się, ale też 
poczuł się przytłoczony tym wszystkim. Stojąc teraz na zewnątrz 
wielkiej piramidy, której wejścia strzegł sfinks, znajdujący się 
w znacznie lepszym stanie, niż ten oryginalny w Egipcie i gdzie 
wznosił się gigantyczny obelisk, przy którym Iglica Kleopatry* 
wyglądała więcej niż skromnie, Howard 
*Jeden  z  dwóch  egipskich  obelisków  wysokości  21,2  metra,  które  wzniesiono  z 
czerwonego granitu w Heliopolis około roku 1500 p.n.e. Jeden z nich przeniesiono w 
1878 roku do Londynu, na nabrzeże Tamizy, a drugi w 1880 roku do nowojorskiego 
Central Parku [przyp. tłum.]. 

poczuł,  jak  bardzo  bogate  są  Stany  Zjednoczone.  Miejsca  takie  jak  to,  służące 
rozrywce milionów ludzi, których stać na to, żeby tu przylecieć i grać, wiele mówiły o 
kraju,  w  którym  je  stworzono.    Nie  miał  niczego  za  złe  właścicielom.  Ich  celem  było 
odbieranie pieniędzy frajerom - robili swoje i to naprawdę ze znajomością rzeczy. Ale 
to miejsce, przy całej wspaniałości i nowoczesności, było jakieś... odrażające. 

Las  Vegas  przyciągało  ludzi,  kochających  zabawę,  pragnących  cieszyć  się  chwilą, 
tym, co tu i teraz, i pal diabli jutro. Ale odwoływało się też do mrocznej strony ludzkiej 
psychiki,  ściągając  desperatów,  ludzi  ogarniętych  żądzą  bogactwa,  ludzi 
uzależnionych  od  hazardu.  Tania,  tandetna  Ameryka  z  plastiku  i  neonów.  A  jednak 
można  się  tu  było  dobrze  zabawić.    Howard  roześmiał  się  i  ruszył  z  powrotem  do 
motelu.  Na  stare  lata  robi  się  z  ciebie  filozof,  co,  John?  Ani  się  obejrzysz,  jak 
zaczniesz siadywać w ciemnościach, oddając się kontemplacji własnego pępka. 

Znów się roześmiał. Nie, chyba jeszcze nie teraz. 

Sobota, 2 kwietnia 

background image

Stonewall Fiat, Newada 
Rużjo zbudził się z niespokojnego snu, natychmiast czujny, jak się tego nauczył wiele 
lat  temu  podczas  służby  w  oddziałach  Specnazu.  Nasłuchiwał,  ale  nie  usłyszał  nic 
niezwykłego. Po kilku minutach wstał, zajrzał do łazienki, a potem podszedł do drzwi 
przyczepy  i  otworzył  je.  Nagi,  spoglądał  na  pustynię.    Noc  była  przejrzysta, 
rozświetlona  niezliczonymi  gwiazdami  na  nieboskłonie.  Wiatr  poruszał  krzakami  i 
przesypywał piasek, ale poza tym nic się nie ruszało. Nie było żadnych oznak życia.  
Rużjo potarł ręką po brodzie, na której miał kilkudniowy zarost. 

Pomyślał, że może już czas się ogolić. 

Chwilę później zamknął drzwi. Coś było nie w porządku. Za drzwiami jego przyczepy 
czaiło  się  niebezpieczeństwo  i  nawet  jeśli  nie  widział  go,  ani  nie  słyszał,  to  i  tak 
wiedział, że tam jest. 

Westchnął. Nadszedł czas, żeby wyjąć broń. Trzeba też było sprawdzić inne rzeczy. 
Kiedy  tu  przybył,  przede  wszystkim  poczynił  pewne  przygotowania.  Jeśli  w  końcu 
przyjdzie  po niego śmierć, nie będzie mu żal, a jeśli ma przegrać walkę, to przegra, 
ale  dokładając  wszelkich  starań,  żeby  zwyciężyć.  Jego  umiejętności  pewnie  trochę 
zardzewiały, bo ostatnio nie miał okazji, żeby z nich korzystać, ale cóż, tylko one mu 
pozostały.  Zrobi wszystko, na co go będzie stać. 

Wrócił  do  łazienki.  Postanowił  się  umyć,  ogolić,  a  potem  ubrać  i  poczynić 
przygotowania do walki. 

Niedziela, 3 kwietnia Londyn, Anglia 

Michaels  i  Toni  załatwiali  ostatnie  formalności  w  recepcji  hotelu.  Po  wymeldowaniu 
się  zamierzali  złapać  taksówkę  na  lotnisko.  -  Może  powinni  państwo  zadzwonić 
najpierw do waszych linii lotniczych - powiedział recepcjonista. 

-  Dlaczego? 

-    Cóż,  sir,  dowiedzieliśmy  się  właśnie,  że  są  jakieś  kłopoty  z  odlotami  z  Heathrow. 
Obawiam  się,  że  i  z  Gatwick  też.    Wkrótce  okazało  się,  że  recepcjonista  był  wręcz 
mistrzem  niedomówień.  Michaelsowi  nie  udało  się  nawet  dodzwonić  do  British 
Airways.  Automatyczna  sekretarka  powtarzała  w  kółko,  że  wszystkie  numery  są 
chwilowo  zajęte  i  żeby  spróbować  później.    Pozostawało  mu  tylko  zaczekać.  Toni 
chwyciła  go  za  ramię  i  pociągnęła  bliżej  telewizora,  stojącego  w  hotelowym  pubie. 
BBC  przerwała  normalny  program,  podając  pilną  wiadomość:  Najwidoczniej  prawie 
wszystkie  systemy  komputerowe  na  największych  lotniskach  świata  dostały  kręćka. 
Dotyczyło to nie tylko komputerowej sprzedaży biletów i rezerwacji miejsc, lecz także 
systemów  kontroli  obszaru  i  systemów  naprowadzających  maszyny  do  lądowania. 
Problemy wystąpiły między innymi w Los Angeles, Nowym Jorku, Dallas-Fort Worth, 
Denver,  Sydney,  Auckland,  Dżakarcie,  Delhi,  Hongkongu,  Moskwie,  Paryżu  i 
Londynie.  Awarie  systemów  komputerowych  w  wielkich  portach  lotniczych  w  ciągu 
zaledwie  kilku  minut  praktycznie  sparaliżowały  ruch  pasażerski  na  całym  świecie.  
Personel  linii  lotniczych  robił,  co  mógł,  ale  bez  komputerów  prawie  nic  nie  mógł.  W 
wielu  portach  lotniczych  nie  można  było  kupić  biletu  ani  zarezerwować  miejsca  w 
samolocie. Tam, gdzie było to możliwe, na pasażerów zapewne nie czekały samoloty 
-  o  ile  komuś  w  ogóle  udało  się  znaleźć  właściwe  wyjście  -  a  jeśli  nawet  samoloty 
istniały, to nikt nie potrafił powiedzieć, kiedy będą mogły odlecieć. 

Tego dnia człowiekowi najwyraźniej nie było dane latać. 
-  Jezu! - mruknął Michaels. 
-  Aha, niezły chaos. I wiesz co? 

background image

Michaels  z  kwaśną  miną  pokiwał  głową.  -  Chyba  wiem.  Coś  mi  mówi,  że  to  my 
będziemy  się  musieli  zająć przyczynami tego chaosu.  Zdawał sobie sprawę, że nie 
powinien  był  tego  mówić,  wiedział,  że  znudzone  bóstwo,  oddelegowane  do 
pilnowania głupców, tylko czekało na takie uwagi. Na skutki nie musiał długo czekać.  
-  Dyrektor Michaels? 
Michaels  spojrzał  na  wysoką,  zielonooką  blondynkę  w  wieku  około  trzydziestu  lat. 
Miała krótkie tlenione włosy, a ubrana była w ciemny, klasyczny kostium, ze spódnicą 
sięgającą  jej  prawie  do  kolan.  Na  nogach  miała  buty  na  rozsądnych,  płaskich 
obcasach.  Kiedy  zrobiła  krok  w  jego  kierunku,  pomyślał,  że  to  gimnastyczka  albo 
może tancerka.  Poruszała się z ogromnym wdziękiem.. 

-  Tak? 
-  Nazywam się Angela Cooper, jestem z MI-6*. 
-  Sięgnęła  po  portfel  i  pokazała mu  holograficzną  legitymację służbową. - Czy pan i 
pani  Fiorella  zechcielibyście  pójść  ze  mną?  Minister  Wood  i  dyrektor  generalny 
Helms bardzo chcieliby z wami porozmawiać.  -  Czekamy na samolot - odpowiedział 
Michaels.  Cooper  spojrzała  na  telewizor,  a  potem  uśmiechnęła  się  do  Michaelsa.  - 
Obawiam  się,  sir,  że  w  najbliższym  czasie  nie  zdołacie  odlecieć.  A  jeśli  mamy  się 
uporać  z  tym  problemem,  to  przydałaby  się  nam  wasza  pomoc.  Załatwiliśmy  to  z 
waszą panią dyrektor. 
Michaels spojrzał na Toni. Uniosła brwi, jakby chciała powiedzieć: „Czemu nie?”. 

No właśnie, czemu nie? Na pewno lepiej będzie robić coś pożytecznego niż siedzieć 
w zatłoczonej poczekalni na lotnisku.  Poza tym, wiele się nasłuchał o siedzibie MI-6; 
teraz będzie ją miał przynajmniej okazję zobaczyć. 

Angela Cooper miała w sobie coś, co działało Toni na nerwy. 
Podczas gdy wiozła ich ulicami Londynu, prowadząc wielkie 
Mitsubishi w stronę Vauxhall 
 Wywiad  brytyjski,  formalnie  Secret  Inteligence  Service  -  SIS  -  tajna  służba 

wywiadowcza. Nazwa MI-6 pochodzi z lat trzydziestych i czterdziestych XX wieku, 
kiedy  była  to  „section  six  of  military  inteligence”,  czyli  szósta  sekcja  wywiadu 
wojskowego [przyp. tłum.]. 

 
Crossing,  Toni  usiłowała  dociec,  co  jej  w  tej  kobiecie  przeszkadza.  Cooper  była 
atrakcyjna,  uprzejma,  dobrze  się  wysławiała.  Miała  zapewne  tyle  samo lat co Toni - 
rok w tę, czy w tę - a skoro była agentką MI-6, to pewnie miały wiele wspólnego. Na 
pierwszy rzut oka nie znajdowała żadnego powodu, żeby czuć do niej antypatię. Cóż, 
może  to  instynktowna  niechęć.    A  może  powodem  był  wyraz  twarzy  Alexa,  kiedy  ta 
kobieta  podeszła  do  nich  na  lotnisku.  To  męskie  zainteresowanie,  które  zresztą 
szybko  zamaskował.  Alex  mówił,  że  ją  kocha  i  Toni  mu  wierzyła,  ale  mężczyzn  tak 
trudno jest czasem zrozumieć. Ciekawe, jak Alex zachowałby się wobec tej tlenionej 
blondynki, gdyby ona, Toni, nie stała obok? Zacząłby flirtować? A może coś więcej?  
Nie  podobało  jej  się,  że  jest  zazdrosna.  Nie  miała  żadnych  podstaw,  żeby 
podejrzewać Alexa o niewierność, nawet w myślach, ale cóż, czuła to, co czuła. Nikt 
nigdy  nie  twierdził,  że  miłość  trzyma  się  zasad  logiki.  A  jeśli  ktoś  tak  mówił,  to  po 
prostu kłamał. 

-  Jesteśmy na Vauxhall Bridge Road - powiedziała Cooper. - Teraz musimy już tylko 
przejechać  na  drugą  stronę  Tamizy.  Zaraz  zobaczycie  nasz  budynek  po  lewej 
stronie,  o  tam.  Koło  stacji  metra.  -  Wskazała  ręką  i  Toni  wychyliła  się  na  tylnym 
siedzeniu, żeby popatrzeć. 

background image

Siedziba MI-6 była imponującą i - jak na Londyn - dość niezwykłą budowlą. Kamień, z 
którego  została  zbudowana,  wyglądał  na  kremowy,  było  tu  mnóstwo  okien,  a  na 
dachu posadzono zieleń. 

Alex, który siedział z przodu koło Cooper, powiedział: 

-  Myślałem,  że  bezpieczeństwo  wewnętrzne  leży  w  gestii  MI-5,  a  MI-6  operuje  za 
granicą. 

-  Coś jak FBI i CIA? - odparła Cooper. - Cóż, do pewnego stopnia rzeczywiście tak 
jest. Ale są też pewne obszary wspólne. W ciągu ostatnich kilku lat MI-5 przerzuciło 
wiele  środków,  koncentrując  się  na  Irlandii  Północnej  i  na  walce  z  przestępczością 
zorganizowaną. W centrali zgodnie uznano, że to zagrożenie komputerowe pochodzi 
prawdopodobnie  zza  granicy,  więc  mamy  trochę  swobody  działania.  W  końcu 
wszyscy jedziemy na tym samym wózku. 

Alex uśmiechnął się. - W takim razie niezbyt to przypomina relacje między FBI i CIA. 

Cooper odsłoniła w uśmiechu idealnie równe zęby. - Cóż, oczywiście my także mamy 
naszą rywalizację między służbami. Tym z MI-5 - my ich nazywamy Security Service* 
- nie bardzo się podoba, kiedy zapuszczamy się za daleko na ich terytorium. Ale nasi 
ministrowie są tym wszystkim trochę zaniepokojeni, więc my z MI-6, to znaczy SIS - 
trochę pomagamy. Prawdę mówiąc, nasz system komputerowy jest lepszy niż tych z 
MI-5,  więc  mamy  nad  nimi  przewagę.  Chociaż  podejrzewam,  że  trochę  nam  w  tej 
dziedzinie  brakuje  do  was  w  Stanach.  Słyszeliśmy  tu  wiele  dobrego  o  waszej 
organizacji.  Wywodzicie  się  z  CITAC,  prawda?    Miała  na  myśli  dawne  Centrum 
Śledztw  Komputerowych  i  Oceny  Zagrożeń  Infrastruktury**,  utworzone  przez  FBI  w 
połowie  lat  dziewięćdziesiątych  do  walki  z  przestępczością  komputerową.    -  
Niezupełnie - odparł Alex. - Ale istnieje pewien związek. 

Widać, że odrobiła pani lekcje. 

Cooper znów się uśmiechnęła, błyskając równymi, białymi zębami. 

 Służba bezpieczeństwa [przyp. tłum.]. 
** Computer Investigations and Infrastructure Threat Assessment [przyp. tłum.]. 

Toni  pomyślała,  że  zdecydowanie  jej  nie  lubi.  A  jeśli  Alex  nie  przestanie  głupio  się 
uśmiechać za każdym razem, kiedy ta Cooper coś powie, to pożałuje. 

Odrobiła pani lekcje. Myślałby kto. 

Niedziela, 3 kwietnia Stonewall Fiat, Newada 

Rużjo wolał krótką broń palną małego kalibru, przyzwyczaił się do takiej w oddziałach 
Specnazu. Była równie skuteczna, jak broń większego kalibru, jakiej chętnie używali 
Amerykanie - jeśli potrafiło się celnie strzelać. Pocisk kalibru 0,22 cala w oko był wart 
co najmniej tyle samo, co 0,357 cala w pierś, a z małokalibrowego pistoletu znacznie 
łatwiej  się  strzelało.  Prawie  nie  było  podrzutu,  mniej  hałasu,  niewielki  płomień 
wylotowy, dłuższa lufa - wszystko to sprawiało, że była to broń bardziej precyzyjna. 

Amerykanów  uczono  zwykle  strzelać  w  pierś,  więc  większe  pociski  były  tu 
uzasadnione,  biorąc  pod  uwagę  słabe  strony  wszelkiego  rodzaju  broni  krótkiej.  Ale 
Amerykanie  mogliby  się  wiele  nauczyć  od  Izraelczyków,  czy  od  Specnazu.  Po 
odpowiednim treningu, instynktownie strzelało się w głowę. 

Sprowadziwszy  się  tu,  na  pustynię,  Rużjo  kupił  dwie  sztuki  broni,  obie  używane. 
Jedną  z  nich  był  pistolet  sportowy,  Browning  1MSA  Silhouette,  opracowany  na 
podstawie  modelu  Buck  Mark.  Była  to  prosta  konstrukcja  samopowtarzalna,  z 

background image

dziesięcioma nabojami w magazynku, lufą długości 23 centymetrów i umieszczonym 
na  niej  celownikiem kolimatorowym Tasco ProPoint. Posługiwanie się tą bronią było 
proste: po wprowadzeniu naboju do lufy włączało się celownik, naprowadzało broń na 
cel  i,  jeśli  strzelec  ściągnął  spust  dostatecznie  delikatnie,  pocisk  trafiał  w  miejsce, 
które wskazywał świetlny punkt w wizjerze celownika. Z odległości dziesięciu metrów 
Rużjo  trafiał  z  tego  Browninga  w  sam  środek  dziesięciocentówki.  Z  odległości  stu 
metrów,  strzelając  z  podpórki,  bez  najmniejszego  trudu  trafiał  w  cel  wielkości  dłoni.  
Na treningu trafił w cel wielkości człowieka z odległości prawie trzystu metrów, kiedy 
już wyczuł Browninga i wiedział, o ile pocisk opadnie i zboczy. Nawet taka pestka, jak 
te, którymi strzelało się z Browninga, mogła z tej odległości nabić solidnego guza. Nie 
była to najlepsza broń na duże odległości, ale amunicja, której używał - CCI Minimag 
-  miała  teoretyczny  zasięg  do  dwóch  i  pół  kilometra.  Karabin  był  oczywiście  lepszą 
bronią, ale pistolet łatwiej było w razie potrzeby ukryć pod kurtką, a i tak można było z 
niego  trafić  człowieka  w  głowę  z  odległości  znacznie  większej  niż  ta,  do  której 
przyzwyczajona była większość strzelców, posługujących się bronią krótką. 

W swoim małym arsenale miał też strzelbę powtarzalną Savage Model 69E o kalibrze 
wagomiarowym 12. Ją również kupił z drugiej ręki, w innym mieście niż pistolet. Nie 
była  tak  dobra,  jak  droższe  modele  ze  zdwojonymi  prowadnicami,  minimalizującymi 
ryzyko  zacięcia  się  zamka.  W  magazynku  tej  strzelby  mieściło  się  pięć  nabojów  - 
Rużjo najchętniej używał grubego śrutu numer 4. Był to model o krótkiej lufie, zwany 
przez Amerykanów riot gun* i dostatecznie odpowiadał potrzebom Rużjo. 

Mógłby kupić dobry karabin myśliwski z celownikiem optycznym, 
żeby zwiększyć swój zasięg rażenia. Uznał jednak, że na kogoś, 
kto chciałby go zastrzelić z karabinu z odległości pięciuset 
metrów są lepsze sposoby niż pojedynek snajperski na długi 
dystans. Sprawdził dokładnie okolicę wokół swej przyczepy i 
ustalił, że znajdowało się tam zaledwie 
 Strzelba do tłumienia zamieszek [przyp. tłum.]. 
 
kilka miejsc, z których dobry strzelec mógłby go zobaczyć i trafić. Zainstalował w tych 
miejscach  pewne  środki  obronne.    Oczywiście  mogli  go  zaatakować,  kiedy  będzie 
poza  przyczepą,  ale  cóż,  przed  wszystkim  i  tak  nikt  nie  zdoła  się  zabezpieczyć.  
Zeszłej  nocy  Rużjo  oczyścił  i  naoliwił  pistolet  oraz  strzelbę,  po  czym  załadował  je 
świeżą  amunicją.  Załadował  też  cztery  zapasowe  magazynki  do  Browninga,  a  w 
specjalny  pas  wsunął  10  dodatkowych  nabojów  do  strzelby.  Gdyby  musiał  użyć 
Savage’a,  żeby  się  bronić,  znaczyłoby  to,  że  przeciwnik  zbliżył  się  na  bardzo  małą 
odległość;  w  takiej  sytuacji  Rużjo  nie  miałby  szansy  na  ponowne  załadowanie 
strzelby, ale wolał się zabezpieczyć na wszelki wypadek. Prawdopodobnie szłoby mu 
wtedy  już  tylko  o  jak  najdroższe  sprzedanie  własnej  skóry. Liczył się z możliwością, 
że  zostanie  pokonany,  ale  też  wiedział,  że  zrobi  wszystko,  co  w  jego  mocy,  by 
zwycięzca nie wyszedł z tego bez szwanku.  Zrobił, co mógł. Co prawda mógłby też 
spróbować  uciec,  ale  uznał,  że  było  już  na  to  za  późno.  Będzie,  co  ma  być.  On  ze 
swej strony przygotował się, jak mógł najlepiej. Teraz pozostawało tylko czekać. 

Potrafił czekać, to była jego mocna strona. Na razie postanowił się przespać. Kto wie, 
kiedy znów będzie sobie mógł na to pozwolić. A może już nigdy? 

Podszedł  do  łóżka,  położył  strzelbę  i  pistolet  na  podłodze  i  włączył  mały  nadajnik 
radiowy.  Wyciągnął  się  na  łóżku.  Wziął  kilka  głębokich  oddechów,  odprężył  się 
najlepiej jak potrafił i po chwili zapadł w sen. 

Śnił o Annie. 

background image

Niedziela, 3 kwietnia Las Vegas, Newada 
Ile jeszcze? - spytał Howard. 
-  Około dwudziestu minut - odpowiedział Fernandez. 
-  Przykręć trochę klimatyzację, nie jest aż tak gorąco.  -  Nie chcesz chyba, żebyśmy 
się tu upiekli, John? W południe będzie pewnie ponad trzydzieści stopni, a wiesz, jak 
nasz pojazd rozgrzewa się na słońcu. 

Jechali tylko we dwóch wojskowym Hunwee Special piaskowego koloru. 

-    Jeśli  wszystko  pójdzie  zgodnie  z  planem,  w  południe  będziemy  już  na  pokładzie 
samolotu,  lecącego  do  Waszyngtonu.    -    Ale  nie  zaszkodzi  się  zabezpieczyć  - 
zasugerował  sierżant.    Howard  pokręcił  głową.  -  Automatyczna  skrzynia  biegów, 
wspomaganie  kierownicy, klimatyzacja, a ty się boisz, że później może być gorąco? 
Mięczak  się  z  ciebie  robi  na  stare  lata,  Julio.    -    A  może  pan  generał  wolałby 
następnym razem pojechać powozem z zaprzęgiem? Jestem pewien, że stara oślica 
Nelly bardziej przypadłaby panu generałowi do gustu, niż ja. 

-  Przynajmniej nie narzekałaby na upał. 

-  A gdyby jednak zaczęła narzekać, pan generał mógłby ją smagnąć batem. Jestem 
pewien, że ma pan w szafie całą kolekcję różnych biczów i pejczów. 

Howard uśmiechnął się. - W porządku, a teraz zreferuj mi wszystko jeszcze raz. 

Fernandez  wzniósł  oczy  ku  niebu.  -  Tak  jest.  Mamy  trzy  zespoły  dwuosobowe  w 
Parowie  Krowiej  Czaszki;  prowadzą  obserwację.  Jeśli  nasz  Iwan  wychyli  głowę  za 
drzwi,  możemy  go  zgarnąć  jak  ślepego  kociaka.  Od  ósmej  rano  będziemy  mieli 
wsparcie Wielkiego Zeza, czeka też gotów do startu śmigłowiec Gwardii Narodowej, 
na  wypadek,  gdybyśmy  go  potrzebowali,  chociaż  na  pewno  nie  będziemy.    Mamy 
dwa oddziały znudzonych, gotowych do boju żołnierzy w transporterach przed nami i 
za nami, no i w przyczepie Airstream na pustkowiu jednego potłuczonego przez życie 
faceta ze Specnazu, który nie ma dokąd uciec, ani gdzie się schować. 

Howard skinął głową. - W porządku. 

Fernandez  wyczuł  nutę  niepokoju  w  jego  głosie.  -  O  co  chodzi,  John?  Moglibyśmy 
tam  podjechać  we  dwóch  i  zwinąć  tego  palanta  bez  niczyjej  pomocy;  ty  mógłbyś 
zaczekać w samochodzie. To tylko jeden facet, obojętne, jak dobry. 

-  Niemcy tak samo pewnie myśleli o sierżancie Yorku* - odparł Howard. 

-  Jezu. Niepotrzebnie się aż tak przejmujesz. 

-  Fernandez  przykręcił  odrobinę  klimatyzator.  -  Może  mózg  ci  zamarzł.  A  jak  tam 
poszło Tyrone’owi na tych zawodach z bumerangiem?  Howard pomyślał, że nie była 
to najbardziej subtelna zmiana tematu, ale uznał, że Julio ma prawdopodobnie rację. 
Naprawdę nie trzeba się przejmować tym samotnym facetem na pustyni. Zdejmą go 
bez  najmniejszego  trudu,  rozczarowani  brakiem  jakiegokolwiek  oporu  i  oddadzą  w 
ręce psychiatrów. - Zajął trzecie miejsce.  -  Naprawdę? Nieźle, jak na pierwszy raz, 
co? 

-    O,  tak.  Poprawił  swój  życiowy  rekord  i  był  z  tego  bardziej  dumny  niż  z  dobrego 
miejsca. 

, jesteś całkiem niezłym ojcem jak na starego pryka. Może będę miał do ciebie kilka 
pytań kiedy - dołączę do klubu tatusiów. 

Howard Mógł sobie wyobrazić, co zrobi Fernandez kiedy dziecko 
Julio i Joan po raz pierwszy dostanie gorączki, czy też 

background image

zwymiotuje nagle zielonym, albo będzie miało kolkę. Dobrze 
pamiętał, ile razy w panice dzwonił do matki, 
kiedy Tyrone był noworodkiem. 
-  Co cię tak rozbawiło, John? 
-  Wyobraziłem sobie was oboje o drugiej nad ranem przy płaczącym dziecku. Joan 
będzie musiała to sfilmować. 

*Alvin  Cullum  York  (1887-1964),  amerykański  bohater  pierwszej  wojny  światowej, 
wsławił  się  brawurowym  atakiem  w  pojedynkę  na  przeważające  siły  niemieckie, 
podczas  którego  zabił  25  Niemców;  w  1941  roku  nakręcono  o  jego  życiu  film  pt. 
„Sierżant York” [przyp. tłum.]. 

Nabrał  głęboko  powietrza  i  wypuścił  je  powoli.  Normalne  zdenerwowanie  przed 
operacją,  zawsze  je  odczuwał,  dopóki  nie  nadszedł  czas  sięgnięcia  po  broń.  Może 
gdyby  miał  doświadczenie  z  prawdziwej  wojny,  reagowałby  inaczej.  Był  pewien,  że 
tak. 

Niedziela, 3 kwietnia Quantico, Wirginia 

Jay Gridley siedział na wózku inwalidzkim z napędem elektrycznym, przypatrując się 
dwóm  mężczyznom,  którzy  grali  w  ping-ponga.  Jego  wyobrażenia  o  konieczności 
leżenia  w  szpitalu  całymi  tygodniami,  najwyraźniej  nie  odpowiadały  rzeczywistości. 
Widział tu facetów, którzy poprzedniego dnia przeszli operacje serca, a dziś chodzili 
już  o  własnych  siłach,  popychając  przed  sobą  po  korytarzu  stojaki  z  kroplówkami. 
Widocznie  ruch  był  dla  rekonwalescentów  lepszy  niż  leżenie.  Przynajmniej  dla 
niektórych. 

Jego rodzice byli już w drodze, spodziewał się ich po południu, ale niezbyt cieszył się 
na ich wizytę. Będą się zamartwiać, będą chcieli się nim zaopiekować i... ee... tego... 

O czym właściwie przed chwilą myślał? 

Ze  strachu  znów  oblał  go  zimny  pot.  Uraz  fizyczny  był  poważny,  na  pewno,  ale 
powiedziano  mu  tutaj,  że  da  się  go  wyleczyć,  że  za  kilka  tygodni  Jay  będzie  znów 
sobą, będzie mógł chodzić, mówić, machać rękami. Gorzej, że coś się działo z jego 
umysłem, najpierw czuł gonitwę myśli, a potem całkiem gubił wątek. 

Okropnie go to przeraziło. Mógł wędrować po rzeczywistości wirtualnej z uszkodzoną 
ręką,  czy  nogą  -  do  diabła,  nawet bez rąk i nóg - ale jeśli jego mózg nie... jeśli jego 
mózg nie...  Co? 

Bał  się,  a  przez  chwilę  nie  wiedział  nawet,  dlaczego,  ale  zaraz  sobie  przypomniał. 
Jego  umysł.  Jego  mózg. Miał trudności z zebraniem myśli. Czuł się, jakby próbował 
wykonywać w pamięci obliczenia tuż przed zaśnięciem, nie mógł się skoncentrować, 
gubił wątek, był rozkojarzony! 

Musiał  zaraz  znaleźć  osprzęt  VR*  i  ruszyć  online  w  cyberprzestrzeń.  Musiał  się 
przekonać,  czy  potrafi  jeszcze  robić  tę  najważniejszą  rzecz  na  całym  świecie.  Dla 
niego nie była to tylko praca, to było jego życie. Nie wyobrażał sobie życia bez pracy 
z komputerami. 

Gestem 

przywołał 

pielęgniarkę, 

która 

przechodziła 

akurat 

przez 

pokój 

wypoczynkowy.  Nawet  nie  próbował  mówić,  co  zresztą  też  go  przerażało,  ale 
posłużył  się  językiem  znaków,  żeby  pokazać,  że  chodzi  mu  o  dostęp  do 
rzeczywistości wirtualnej: palce wskazujące na oczach, kciuki na uszach. 

background image

Pielęgniarka  skinęła  głową.  -  Jasne.  Tędy  korytarzem,  a  potem  w  lewo.  Chodźmy, 
zaprowadzę cię. 

Machnął  ręką,  dając  jej  znać,  że  nie  trzeba,  po  czym  posłużył  się  zdrową  dłonią  do 
manipulacji  joystickiem  wózka  inwalidzkiego.  Sam  znajdzie  komputer.  Zaloguje  się i 
zobaczy, co potrafi zrobić.  Jeśli w ogóle jeszcze coś potrafi. 

Niedziela, 3 kwietnia posiadłość „Cisy”, Sussex, Anglia 
Major Peel odchylił się na krześle przy biurku, w gabinecie, 
udostępnionym mu przez Jego Lordowską Mość w domku, w którym 
mieszkał kiedyś zarządca. Mniej więcej trzysta lat temu ten 
domek, w którym Peel miał teraz swoje biuro, został wybudowany 
jako 
 VR - Virtual Reality - rzeczywistość wirtualna [przyp. tłum.]. 
 
kościół  katolicki.  W  tamtych  czasach,  kiedy  kościół  anglikański  na  dobre  nabierał 
rozpędu,  w  niektórych  częściach  kraju  praktykowanie  katolicyzmu  mogło  człowieka 
kosztować głowę, więc bogaci katolicy budowali małe sanktuaria na swych włościach 
i zbierali się potajemnie z wybranymi braćmi w wierze, żeby praktykować swą religię. 
Jeśli  robili  to  oględnie,  a  właściciel  rezydencji  ziemskiej  był  dostatecznie  bogaty  i 
cieszył  się  dobrą  opinią,  miejscowe  władze  przymykały  oczy  na  te  praktyki.    To,  że 
król chciał rozwodu nie było wystarczającym powodem do zrezygnowania - ot, tak po 
prostu - z wiary i obrzędów, praktykowanych od pokoleń. 

Okno,  przy  którym  stało  biurko  Peela  nie  było  wprawdzie  witrażem,  ale  na  ścianie 
znajdował  się  symbol  Trójcy  Świętej,  a  samo  biurko  umieszczono  w  miejscu,  w 
którym  kiedyś  był  ołtarz.    Peel  spoglądał  na  monitor  komputera,  słuchając  raportu 
porucznika  Wilsona,  jednego  ze  swych  najlepszych  ludzi.  Wilson  dowodził  ekipą, 
która  prowadziła  obserwację  Bascomb-Coombsa.    -    Na  pewno  nie  zorientował  się, 
że jest pod obserwacją?  -  Na pewno, sir. Jest może inteligentniejszy niż audytorium 
pełne  profesorów  z  Oxfordu,  ale  w  takich  sprawach  nie  należy  do  najbystrzejszych. 
Nie  dobieraliśmy  się  do  jego  sprzętu  komputerowego,  ani  oprogramowania  - 
zainstalował  zabezpieczenia,  których  lepiej  nie  ruszać  -  ale  wszędzie  mamy  ukryte 
kamery.  Te  w  jego  laboratorium  i  w  domu  są  umieszczone  w  suficie  nad  stacjami 
roboczymi, skierowane na monitory i klawiatury. Jego system komputerowy może być 
zabezpieczony  najlepiej  na  świecie,  a  nam  wystarczy,  że  widzimy,  co  wprowadza  z 
klawiatury  i  słyszymy  polecenia,  wydawane  głosem.  I  oczywiście  nagrywamy 
wszystko,  co  pojawia  się  na  jego  monitorach.    -    A  co  ze  sprawą  tych  portów 
lotniczych? Wszystkie ślady zatarte? 

-  Tak jest, sir. Nie da się prześledzić niczego, co ten facet robi online. Wykombinował 
jakiś  sposób,  żeby  spowodować  przeciążenie  osprzętu  VR  -  nie  mamy  bladego 
pojęcia, jak to zrobił - i paru ludzi, którzy za nim węszyli, posłał do szpitala z czymś w 
rodzaju udaru mózgu. 

-  Naprawdę? 

-  Tak, sir. Ale jest pewna drobna sprawa, która nas trochę niepokoi. Wydaje się, że 
MI-6  skontaktowało  się  z  szefem  Net  Force,  tej  agendy  FBI  do  walki  z 
przestępczością komputerową.  Facet jest w Londynie i współpracuje z nimi. 

-  Tak szybko? 

-    Najwidoczniej  ten  Amerykanin  jest  tu  już  od  jakiegoś  czasu,  przyleciał  na 
konferencję, czy coś w tym rodzaju. 

background image

-  Hm, trzeba uważać. Informuj mnie na bieżąco. 
-  Tak jest. 
-  Coś jeszcze? 
-  Nic związanego z naszym projektem, ale mam coś, co może pana zainteresować. 
Pamięta pan Plechanowa? 
-  Tego Rosjanina, który chciał zawładnąć Azją? Oczywiście. 

-  Nieźle  zarobili,  szkoląc  swego  czasu  jedną  z  grup  Plechanowa.    -    Paru  jego 
ludziom udało się zniknąć - ciągnął Wilson. - Chodzi zwłaszcza o tego specjalistę od 
mokrej roboty ze Specnazu, Rużjo.  -  A, tak. Ostry facet. Więc zdołał uciec, tak? 

-  Ale tylko tymczasowo, jak się dowiedział Bascomb-Coombs.  Zaszył się gdzieś na 
zachodzie Stanów i zdaje się, że Amerykanie lada” chwila go zdejmą. 

-  Jego pech. 
-  Pomyślałem, że może to pana zainteresować. 
-    Tak, tak. Informuj mnie, kiedy pojawi się coś nowego.  Peel przerwał połączenie i 
wyjrzał  przez  stare  okno.  Tyle  interesujących  wydarzeń.  Wprawdzie  to  nie  to  samo, 
co służba w pułku, ale i tu czasem się coś działo. O, tak. 
Niedziela, 3 kwietnia Stonewall Fiat, Newada 
-  Wszystko gotowe? 
-  Tak jest, sir - odpowiedział Fernandez. - Strzelcy wyborowi na miejscach, żołnierze 
zajmują  pozycje.  Otoczyliśmy  to  miejsce,  a  zespół  uderzeniowy  jest  w  drodze  do 
przyczepy  kempingowej.  Nie  korzystają  z  drogi,  na  wypadek,  gdyby  była 
zaminowana.    -  Fernandez  uśmiechnął  się  ironicznie,  dając  do  zrozumienia,  że  nie 
wierzy w żadne miny. 

Obaj  mężczyźni  stali  w  swych  zmodyfikowanych  kombinezonach  S/PP*  koło 
Hunwee,  zaparkowanego  kilkaset  metrów  od  przyczepy  Rużjo,  na  jedynej  drodze, 
jaka  tam  prowadziła.  Howard  uniósł  wizjer  hełmu  i  przez  polową  lornetę  Leupolda, 
zapewniającą  dziesięciokrotne  przybliżenie,  oglądał  cel.  -  Nigdzie  go  nie  widać. 
Pewnie lubi dłużej pospać. 

-  Jego sprawa - powiedział Fernandez. - Nasi chłopcy za chwilę 

tam będą z granatami ogłuszającymi i 

 Soldiers lntegrated Protective Ensemble - kombinezon ochronny, kuloodporny, ze 

skomputeryzowanym hełmem, zapewniającym łączność taktyczną [przyp. tłum.]. 

 
gazem  obezwładniającym,  który  powoduje  torsje.  Nasz  pan  Zabójca  obudzi  się 
głuchy  i  ślepy,  rzygając  wczorajszą  kolacją.  Po  uszy  w  gównie.  Szkoda,  że  nie 
pozwoliłeś  mi  poprowadzić  zespołu  uderzeniowego,  nie  ma  sensu,  żebyśmy  obaj 
tracili dobrą zabawę.  -  Niedługo masz zostać mężem i ojcem, Julio. Jeśli sądzisz, że 
mam chęć tłumaczyć Joan, że coś ci się przytrafiło, to bardzo się mylisz. Zacznij się 
przyzwyczajać do siedzenia za biurkiem.  -  Ach, cóż to będzie za dzień. 

-  Nadejdzie szybciej, niż się wam wydaje, sierżancie. 

Spojrzał  na  przyczepę.  Jak  dotąd,  wszystko  w  porządku.    Rużjo  nie  spał  już  od 
dawna,  kiedy  wreszcie  usłyszał  zbliżający  się  pojazd.  Wstał,  zapiął  pas  z 
dodatkowymi  nabojami,  sięgnął  po  strzelbę  i  przewiesił  ją  sobie  przez  ramię.  Wziął 
pistolet, mały nadajnik i podszedł do okna nad zlewem. Nadajnik przypiął do pasa i z 
Browningiem w ręku wyjrzał przez okno. 

Do  przyczepy  zbliżał  się  ze  sporą  prędkością  niski,  kanciasty  samochód  terenowy 
burego  koloru.  Podjeżdżał  właśnie  pod  niewielkie  wzniesienie,  poruszając  się 

background image

dziesięć  metrów  na  lewo  od  drogi  i  równolegle  do  niej.  Za  ciężarówką  unosiła  się 
chmura jasnożółtego kurzu. 

Operacja  wojskowa?  Kierowca  nie  korzysta  z  drogi,  żeby  nie  wpaść  na  minę? 
Sprytnie.  Jeśli  to  byli  żołnierze,  mieli  prawdopodobnie  na  sobie  kamizelki 
kuloodporne, więc Rużjo wiedział, że jego broń nie na wiele mu się przyda, chyba że 
będzie strzelał bardzo celnie. Musi mieć to na uwadze. 

Odetchnął  kilka  razy  głęboko,  sięgnął  po  szklankę, nalał odrobinę wody i przepłukał 
usta nad zlewem. 

Odstawił szklankę, wsunął pistolet za pas i podszedł do drzwi. 

Nadchodzili  goście  i  czas  już  było  zorganizować  godne  powitanie.    Odpiął  nadajnik 
od  pasa.  Urządzenie  miało  cztery  przyciski,  z  których  każdy  służył  do  wysyłania 
sygnału,  potęgowanego  przez  wzmacniacz,  ukryty  w  antenie  satelitarnej, 
zamontowanej na dachu przyczepy. 

Westchnął i nacisnął pierwszy przycisk. 
-  A to co, u diabła? - spytał Howard. 
Wokół  przyczepy  pojawiła  się  ściana  szarości,  wzbijająca  się  w  ciągle  jeszcze 
chłodne powietrze poranka. W ciągu paru sekund ciemna chmura bez reszty spowiła 
przyczepę. 
-    Zasłona  dymna  -  powiedział  Fernandez  zupełnie  niepotrzebnie  do  mikrofonu 
taktycznego zestawu łącznościowego LOSIR*, wbudowanego w hełm. 

- Zwolnijcie. 

Dowódca zespołu uderzeniowego mruknął sarkastycznie: - O kurwa, naprawdę? 

Howard  słyszał  tę  wymianę  zdań  w  słuchawkach  swojego  zestawu,  ale  był  zajęty 
opuszczaniem wizjera i przestawianiem go na podczerwień. 

Nie  na  wiele  się  to  przydało;  urządzenie,  robiące  tyle  dymu,  generowało  również 
ciepło i Howard nie mógł zobaczyć, co się dzieje za tą dymno-termiczną zasłoną. 

Przełączył się na transmisję z Wielkiego Zeza, ale na 

powiększonym komputerowo obrazie satelitarnym 

 Line-of-sight  infrared  tactical  com  unit  -  taktyczny  zestaw  łączności  pracujący  w 

paśmie promieniowania podczerwonego [przyp.  tłum.]. 

 
wewnątrz pierścienia dymu nie było widać nic, oprócz przyczepy.  -  Jest w środku - 
powiedział Howard. - Możecie kontynuować, ale ostrożnie. 

-  Zrozumiałem - potwierdził dowódca zespołu uderzeniowego.  Rużjo wyglądał przez 
okienko  nad  drzwiami.  Świece  dymne  skutecznie  zasłoniły  przyczepę.  Za  kilka 
sekund przestaną dymić i odpalą flary, które powinny wyeliminować wszelkie czujniki 
podczerwieni, jakimi tamci mogli dysponować. 

Spojrzał na drugi przycisk i pokiwał głową. Od dłuższego czasu nikogo nie zabił, ale 
było  oczywiste,  że  ten  atak  zorganizowali  wojskowi,  więc  ludzie,  którzy  -  jak 
przypuszczał  -  zajęli  pozycje  wokół  jego przyczepy w miejscach, nadających się dla 
strzelców wyborowych. Byli gotowi go zastrzelić, jeśli otrzymają taki rozkaz. Znali też 
ryzyko. A jeśli nie, to za chwilę mieli je poznać. 

W  dziewięciu  miejscach,  z  których  strzelcy  wyborowi  mogliby  mieć  w  polu  ostrzału 
jego  przyczepę,  Rużjo  ukrył  łącznie  dwadzieścia  siedem  min  przeciwpiechotnych, 

background image

umieszczając  je  w  dużych  papierowych  kubkach,  odwróconych  dnem  do  góry  i 
przysypując cienką warstwą piasku. Miny były odmianą starej Skaczącej Betty; mały 
ładunek sprężonego gazu podrzucał minę wielkości paczki papierosów na wysokość 
ponad  półtora  metra  i  wtedy  następowała  eksplozja  materiału  wybuchowego, 
rozrzucająca  dookoła  stalowe  śruciny  z  niszczycielską  siłą.  Nieosłonięty  człowiek, 
znajdujący  się  w  odległości  kilku  metrów  od  eksplodującej  miny  z  reguły  ginął,  albo 
zostawał ciężko ranny. A i u tych, którzy mieli na sobie osłony, stalowe śruciny mogły 
trafić w szwy, czy niechronione miejsca, powodując poważne, albo nawet śmiertelne 
obrażenia. Nacisnął guzik. 

W  słuchawkach  zestawu  LOSIR  Howarda  rozległy  się  krzyki  i  jęki  pośród  niezbyt 
głośnych wybuchów. Sekundę, może dwie później te odgłosy dotarły do niego już nie 
online, lecz w rzeczywistości.  -  Meldować! 

-    Mina,  pułkowniku,  Spalding  dostał  i  mocno  krwawi!    -    Wybuch  na  stanowisku 
drugim, sir, solidnie nami potrząsnęło, ale nikt nie został ranny! 

-  Reader dostała w twarz...! 
-  John, popatrz. 
Howard  spojrzał  na  zasłonę  dymną,  w  której  wybuchały  właśnie  jaskrawe  flary.  Co 
tam się, u diabła, dzieje? 
Kiedy  pierwsza  świeca  dymna  odpaliła  ładunek  magnezji,  Rużjo  otworzył  drzwi 
przyczepy i wyszedł na zewnątrz. Miał do pokonania zaledwie piętnaście metrów, ale 
musiał sie znaleźć tam, dokąd zmierzał, zanim jego ciało stanie się jedynym źródłem 
ciepła  na  tym  obszarze.  Na  wypadek,  gdyby  tamci  korzystali  z  rozpoznania 
satelitarnego, czy lotniczego. 

Ruszył biegiem. 

Jego  kryjówka  -  jama,  zamaskowana  płytą  ze  sklejki  -  była  wyłożona  od  środka 
materiałem  pochłaniającym  ciepło  oraz  warstwą  metalowej  folii.  Zewnętrzną  stronę 
sklejki  Rużjo  zamaskował,  przyklejając  do  niej  piasek  i  suche  gałązki.  Płyta  była 
praktycznie  niewidoczna,  a  zarazem  na  tyle  wytrzymała,  że  można  było  po  niej 
chodzić.  Jama  miała  zaledwie  metr  szerokości  i  dwa  metry  dłógości,  ale  nie 
zamierzał pozostawać w niej zbyt długo. 

Kiedy znalazł się w jamie, ścisnął latarkę chemiczną, która 
dawała tyle światła, że mógł włączyć zasilany na baterie monitor 
telewizyjny. Dwie kamery 
- jedna na dachu przyczepy, również 
ukryta w antenie satelitarnej i druga w śmietniku - przesyłały zamglony, ale przydatny 
obraz przyczepy i okolicy, łącznie z jego Toyotą. 

W  samochodzie  zainstalowane  były  urządzenia,  niezbędne  do  realizacji  pozostałej 
części planu. 

Jeszcze chwilę, niech dym się rozwieje. 

-  Dym rzednie - usłyszał Howard w słuchawkach LOSIR. 
-  Kontynuować z maksymalną ostrożnością 
- rozkazał. 
-  Wciąż chce go pan żywego? 
Howard zgrzytnął zębami. Miał, jak dotąd, czterech rannych i z tego, co mówił lekarz 
wynikało, że dwóch z nich trzeba szybko przetransportować do szpitala. Śmigłowiec 
Gwardii był już w drodze. 

background image

-    Tak,  żywego,  jeśli  to  możliwe.  Ale  przede  wszystkim  dbajcie  o  własne 
bezpieczeństwo.  Nie  chcę  kolejnych  rannych,  zrozumiano?    Jeśli  będziecie  musieli 
strzelać, strzelajcie. 

-  Tak jest, sir. 

Teraz, pomyślał Rużjo, i wcisnął trzeci z czterech przycisków w swoim nadajniku. 

-  Uwaga! - powiedział Fernandez. 

Howard  uniósł  wzrok.  Zza  rzednącej  zasłony  dymu  na  drogę  wyjechał  jakiś  pojazd. 
Sportowy samochód Rużjo. 

-  Próbuje uciekać! 

Rozległ  się  charakterystyczny  odgłos  strzałów  z  pistoletów  maszynowych”.  Howard 
patrzył na uciekający samochód przez lornetkę. Widział, jak pociski uderzają w metal 
karoserii. Co za idiota! Sądził, że będzie mógł tak po prostu wskoczyć do samochodu 
i odjechać? 

Rużjo nacisnął ostatni przycisk. 

Zanim  Howard  zdążył  nastawić  ostrość,  żeby  przyjrzeć  się  kierowcy,  samochód 
eksplodował. Od wybuchu zatrzęsła się ziemia, a fala uderzeniowa przetoczyła się z 
piekielnym  hukiem.  Chmura  dymu  w  kształcie  grzyba,  z  kulą  ognia  w  środku, 
przypominała wybuch miniaturowej bomby atomowej. To nie była eksplozja zbiornika 
paliwa, w tym samochodzie musiały być materiały wybuchowe. 

-  Jasna cholera! - mruknął Fernandez. - Co on tam, u diabła, miał w tym wozie? 

Kiedy dym trochę się przerzedził, zobaczyli, że z samochodu został jedynie kawałek 
karoserii  i  dwie  dymiące  opony.  Płonące  szczątki  wybuch  rozrzucił  w  promieniu 
kilkuset metrów.  Howard przypatrywał się temu w milczeniu. Chryste! Co za burdel! 

-  Wydaje się, że miał pan powody do niepokoju, panie pułkowniku. 
Myliłem się, przyznaję. 
Howard tylko pokiwał głową. 
(Niedziela, 3 kwietnia jLhasa, Tybet 

Jay  Gridley  siedział  na  podłodze  ze  skrzyżowanymi  nogami,  otulony  w 
pomarańczową  szatę.  Chłodne  powietrze  ciężkie  było  od  woni  kadzideł.  Cienka 
trzcinowa  mata  nie  chroniła  go  przed  zimnem  kamieni,  na których siedział. Czuł też 
chłód na ogolonej głowie.  Przez otwarte okno widział grubą na trzy metry, połyskliwą 
pokrywę śniegu. Z oddali dochodził chóralny śpiew, niski, pulsujący. Wielką komnatę 
oświetlały setki świec. 

Na  niskim  drewnianym  podium,  wznoszącym  się  zaledwie  kilkanaście  centymetrów 
nad  podłogę,  naprzeciw  mnichów  siedział  w  pozycji  kwiatu  lotosu  główny  mnich 
Sojan Rinpoche. Też był łysy, miał około siedemdziesięciu lat, a jego twarz pokrywały 
drobne  zmarszczki.  Po  kilku  minutach  słuchania  tego  guru  Gridley  zrozumiał,  skąd 
wzięły się zmarszczki - Sojan Rinpoche dużo się uśmiechał. 

W tej chwili stary mnich mówił o jakimś buddyjskim bóstwie: 

-  
...w  sanskrycie  nazywa  się  Yamantaka*.  W  Chinach  nazywają  go  Yenantechia.  W 
Tybecie  mówimy  na  niego  Gshinrjigshed.    Wszędzie  znany  jest  jako  Ten,  Który 
Pokonał  Śmierć,  jeden  z  Ośmiorga  Straszliwych,  Strażników  Wiary  i  patron 
Dgelugspa**.    -    Budzi  grozę,  ten  bodhisattwa***  Mańdżuśri.  Dawno  temu  podczas 

background image

pewnej wielkiej bitwy w Tybecie, Gshinrjigshed przybrał swą formę, żeby stawić czoło 
Bogu  Śmierci  i  pokonać  go.  Ma  dziewięć  głów,  trzydzieści  cztery  ramiona  i 
szesnaście stóp. Jest Siejącym Grozę, Wielkim Przerażeniem, Pogromcą Demonów.  
-  Jest kimś - ciągnął starzec z uśmiechem - kogo lepiej nie wkurwiać. 

Gridley  był  trochę  zaskoczony  tym  ostatnim  zdaniem.  Dziwnie  zabrzmiało  w  ustach 
świątobliwego Tybetańczyka. 

Westchnął. Cóż, to był scenariusz tego starca 
- o ile rzeczywiście 
był  to  stary  człowiek,  a  nie  ktoś,  kto  tylko  wcielił  się  w  taką  postać  -  ale  niezbyt 
ciekawy.  Za  prosty.  Teraz,  kiedy  już  się  tu  znalazł,  Jay  nie  bardzo  wiedział,  po  co 
właściwie przyszedł. Co miał tu nadzieję znaleźć? 

Pielęgniarka. To pielęgniarka powiedziała mu, żeby zajrzał do 

tego starego faceta. Po tym, kiedy Jay 

*W buddyzmie północnym jedno z ośmiu surowych bóstw opiekuńczych dharmapala 
[przyp. tłum.]. 

**W  języku  tybetańskim  „wzór  wartości”,  nazwa  sekty  Dalaj  Lamy  i  panczenlamów, 
zwanej  też  Sektą  Żółtych  Czapek  [przyp.  tłum.].    ***  Przyszły  Budda  -  bóstwo  lub 
istota, która doznała oświecenia, godnego nirwany, ale pozostaje przez jakiś czas w 
świecie ludzi, żeby nieść pomoc innym [przyp. tłum.]. 

zerwał  osprzęt  VR  i  cisnął  nim  o  podłogę,  niezdolny  do  koncentracji.  Jasne,  nadal 
potrafił korzystać z rzeczywistości wirtualnej, ale tylko jako bierny użytkownik. Zatracił 
zdolność  jej  tworzenia,  manipulowania  wirtualnymi  światami.  Kiedy  zaczynał, 
wszystko było w porządku, ale po paru minutach tracił wątek, gubił się, zawodziła go 
wyobraźnia. 

Operator komputera, który nie potrafi pracować z komputerem.  Ekspert w sprawach 
rzeczywistości  wirtualnej,  który  nie  radzi  sobie  z  rzeczywistością  wirtualną.  Był 
skończony. Życie straciło sens. 

Ale  pielęgniarka  -  była  chyba  buddystką,  czy  kimś  w  tym  rodzaju  -    dała  mu  adres 
internetowy tego guru i poradziła, żeby tam zajrzał. Powiedziała, że guru niejednemu 
już  pomógł.    Gridley  nie  miał  nic  do  stracenia,  więc  spróbował.  Ale  teraz  nie 
wyobrażał sobie, w jaki sposób ten Gshinrjijakmutam mógłby cokolwiek pomóc. 

Stary  mnich  jakby  czytał  w  jego  myślach.  Klasnął  w  ręce  i  wszyscy  pozostali  mnisi 
wyszli.  Gridley  został  z  nim  sam  na  sam.    Pomieszczenie  zawirowało  i  nastąpiła 
zmiana  scenerii  -  siedzieli  teraz  naprzeciwko  siebie  w  wygodnych  fotelach.  Zamiast 
pomarańczowej  szaty  Jay  miał  na  sobie  spodnie,  pulower  i  wysokie  buty,  a  stary 
człowiek  był  ubrany  w  dżinsy  i  bawełnianą  koszulę.    Tybetańczyk  założył  nogę  na 
nogę,  prezentując  sportowe  obuwie  firmy  Nike  i  cały  czas  się  uśmiechał.  Wyglądał 
jak stary sympatyczny dziadek, który przyszedł w odwiedziny.  -  Tak lepiej? - spytał. 

Gridley zamrugał. - E... tak, chyba tak. 

-    Mnóstwo  ludzi  woli  scenerię  tego  tybetańskiego  klasztoru.    Czują  się,  jakby 
odnaleźli  coś  prawdziwego.  Niestety,  tamten  Tybet  można  dziś  zobaczyć  tylko  w 
kinie. Obrzucił Jaya uważnym spojrzeniem. - Coś cię gnębi. 

-  Tak. 
-  Twoja aura jest popękana. 
-  Jezu, aura? Czas się wy... 

background image

-    To  miało  znaczyć,  że  wydajesz  się  mieć  trudności  z  koncentracją.  Narkotyki?  A 
może jakieś problemy natury medycznej?  Nowotwór? Wylew? 
Skąd u diabła mógł o tym wiedzieć? Czegoś takiego nie było widać w rzeczywistości 
wirtualnej! 

-  Ee... 

-  Nie śpiesz się. Jeśli wolisz się teraz wylogować i wrócić później, nie ma sprawy. 

Jay  pokręcił  głową.  -  Nie  przypominasz  żadnego  guru,  o  jakim  kiedykolwiek 
słyszałem. 

-  Chcesz wrócić do klasztoru? 
-  Nie, ja tylko... chodzi o to, że... 
-  Oczekiwania - powiedział stary człowiek. - Potrafią nieźle namieszać. Miałeś jakieś 
wyobrażenie,  oczekiwałeś,  że  będę  konkretnie  wyglądał,  więc  za  każdym  razem, 
kiedy  robię  coś,  co  nie  odpowiada  twoim  oczekiwaniom,  coś  ci  się  gmatwa.  A  i  bez 
tego masz już spory mętlik w głowie, prawda? 
-  O, tak, to prawda. 

-  Dojdziemy do tego. Ale po kolei. Jak mam się do ciebie zwracać? 

-  Chodzi o pseudonim sieciowy, czy rzeczywiste imię? 
-  Wszystko jedno, bylebyś na nie reagował. 
-  Jay. 
-    W  porządku.  Do  mnie  możesz  mówić  Saji. Przybyłeś tu w poszukiwaniu jasności, 
tak? 
-  Nn... nie jestem pewien. 

Saji  wybuchnął  śmiechem.  -  Chcesz  powiedzieć,  że  nie  przyszedłeś  tu  po  te 
wszystkie  buddyjskie  bzdury,  demony,  dharmę*  i  tak  dalej.  Ale  pragniesz  jasności, 
zrozumienia. 

-  Tak. 

-  Cóż, buddyzm w tym nie przeszkadza, a przeciwnie - nawet pomaga. Ale do tego 
też  jeszcze  dojdziemy,  później.  A  teraz  po  kolei.  Jakiego  rodzaju  obrażenia 
doznałeś? 

-  Mówią, że to wylew. 
-  Dobrze, możemy się tym zająć. 
-  Cudownie, że możesz. 
-  Nie ja, Jay, my. - Postukał się palcem w prawą skroń. - Nasz mózg charakteryzuje 
się znaczną redundancją**. Jeśli w jakimś miejscu wydarzy się zwarcie, możliwe jest 
przesłanie sygnału tam, gdzie połączenia są w lepszym stanie. Może zresztą wcale ci 
to  nie  będzie  potrzebne,  zobaczymy.  Zadam  ci  teraz  całą  serię  pytań,  a  ty 
odpowiadaj, o ile masz ochotę. 
-  W porządku. 
-  Ile jest osiemdziesiąt siedem minus trzynaście? 
-  Chryste, arytmetyka? 
-  Tak, arytmetyka. Na początek - powiedział stary człowiek z uśmiechem. 
Jay  westchnął.  Kiedy  jest  się  na  dnie,  można  już  tylko  spróbować  wrócić  na 
powierzchnię. 

-  Siedemdziesiąt cztery - odpowiedział. 

-  Kto jest prezydentem Stanów Zjednoczonych...? 

background image

Niedziela, 3 kwietnia Stonewall Fiat, Newada 
-  I co tu mamy, Julio? 
 
*Dharma - w buddyzmie: wieczna, uniwersalna prawda [przyp.  tłum.]. 

**W  teorii  informacji:  cecha  wiadomości  zawierającej  więcej  informacji,  niż  to  jest 
niezbędne [przyp. red.]. 

-    Niewiele,  sir.  Parę  nadpalonych,  świeżych  kości,  coś,  co  wygląda,  jak  spalone 
włosy  i  kilka  zębów.  Nie  wiem,  co  miał  w  tym  samochodzie,  ale  huknęło  potężnie. 
Rozerwało go na kawałki i wątpię, żeby udało się je wszystkie znaleźć. 

Howard  westchnął.  No  tak.  Nie  palił  się  do  pisania  raportu.    -    W  porządku. 
Sprawdźcie do końca przyczepę, zostaw dwóch ludzi na warcie i zabieramy się stąd. 
Przyślemy tu chłopaków z laboratorium. 

-  Tak jest, sir. 

Howard  spojrzał  na  krater,  wyrwany  eksplozją  samochodu.  Plan  był  inny,  ale 
przynajmniej  unieszkodliwili  faceta.  To  był  zawodowy  zabójca.  Oprócz  tego 
wszystkiego,  co  zrobił  przedtem,  miał  jeszcze  na  sumieniu  czterech ludzi  Howarda. 
Reader  była  w  złym  stanie,  a  trzech  innych  wymagało  leczenia  szpitalnego.  Ten 
Rużjo  zasługiwał  na  to,  żeby  skazać  go  na  tysiąc  lat  więzienia,  ale  cóż,  stało  się 
inaczej. Szybka i surowa sprawiedliwość. Howard nie miał zbyt wiele przeciw temu. 

Odwrócił  się  i  ruszył  do  Hunwee.  Julio  dobrze  zrobił,  nie  wyłączając  klimatyzatora. 
Robiło się coraz goręcej.  Niech to wszyscy diabli! 

Rużjo  leżał  w  swojej  norze,  próbując  zasnąć.  Było  gorąco,  czuł  się wyczerpany, ale 
nie potrafił się odprężyć na tyle, żeby zapaść w drzemkę. Kiedy przygotowywał swój 
system obronny, zastanawiał się nad zaminowaniem przyczepy tak, żeby wyleciała w 
powietrze  razem  z  samochodem,  ale  nie  zdecydował  się  na  to.    Może  przyczepa 
jeszcze  się  kiedyś  komuś  przyda.  Dla  niego  była  domem.  I,  co  ważniejsze,  każdy, 
kogo zostawią tu na straży, na pewno schroni się w cieniu przyczepy przed palącym 
słońcem,  a  może  i  wejdzie  do  środka,  żeby  włączyć  klimatyzator.    Żadne  z  okien 
przyczepy  nie  wychodziło  bezpośrednio  na  kryjówkę  Rużjo  -  upewnił  się  o  tym 
zawczasu. 

Do  tej  pory  powinni  już  znaleźć  szczątki  tego,  co  zostawił  dla  nich  w  sterylnym, 
szczelnym  pudle  kartonowym, zamkniętym próżniowo: trochę ściętych włosów, kilka 
kości, surowe mięso i krew, zmieszaną z antykoagulantem, sporządzonym z trutki na 
szczury,  wszystko  ze  świni.  I  na  koniec  jeszcze  ludzka  czaszka,  skradziona  ze 
szkieletu  w  szkole,  ciasno  owinięta  świńską  skórą  i  wypełniona  świńskim  mózgiem. 
Coś  takiego  ani  na  chwilę  nie  zmyliłoby  patologa,  ale  ktoś,  kto  przed  chwilą  widział 
eksplodujący  samochód,  mógł  pomyśleć,  że  kawałki  kości,  krew  i  mózg  są  ludzkie. 
Istniało prawdopodobieństwo, że wytrwają w tym przekonaniu dostatecznie długo, by 
mu umożliwić ucieczkę.  Pewności nie było, ale zawsze to jakaś szansa. 

Kamery  pokazały  ludzi,  wsiadających  do  pojazdów  i  odjeżdżających.    Rużjo  był 
przekonany, że tamci pozostawią na miejscu straże, zapewne nie więcej niż dwóch, 
może  trzech  żołnierzy.  Upał  sprawi,  że  strażnicy  zdejmą  hełmy  i  ciężkie  kamizelki 
kuloodporne, albo wejdą do przyczepy. Kiedy to zrobią, on będzie gotowy. Sprawdzą, 
czy  w  przyczepie  nie  ma  materiałów  wybuchowych,  a  kiedy  nic  nie  znajdą,  poczują 
się bezpieczni. 

Trzymając pistolet w ręku, Rużjo znów spróbował zasnąć. Choćby na kilka minut. Był 
bardzo zmęczony. 

background image

Niedziela, 3 kwietnia Londyn, Anglia 

Od  wewnątrz  centrala  MI-6  wyglądała  jak  każdy  inny  nowoczesny  biurowiec. 
Michaels  sam  nie  wiedział,  czego  miał  się  spodziewać,  zwłaszcza,  że  centrala  Net 
Force też była dość typowa, a mimo wszystko w głębi duszy oczekiwał, że zobaczy tu 
Jamesa Bonda, O, czy kogoś w tym rodzaju, wyruszającego do akcji w służbie Jego 
Królewskiej  Mości.    Siedzieli  na  wygodnej  kanapie  w  gabinecie  dyrektora 
generalnego  Matthew  Helmsa.  Oprócz  Michaelsa  i  Helmsa,  była  tu  jeszcze  Angela 
Cooper oraz minister do spraw kontaktów z parlamentem Clifton Wood. Toni wyszła 
na chwilę, żeby zadzwonić do dyrektora FBI.  -  ...więc jak najszybsze rozwiązanie tej 
sprawy leżałoby w naszym wspólnym interesie - mówił minister. 

-  Zgadzam się - powiedział Michaels - chociaż nie bardzo wiem, w czym moglibyśmy 
wam tutaj pomóc. Macie przecież swoich ludzi.  Wood i Helms wymienili spojrzenia. 
Helms odchrząknął i przejął inicjatywę. - No cóż, mamy tu pewien problem. Zarówno 
MI-5, jak i MI-6 chcą się ostro do tego zabrać i występuje coś w rodzaju...  rywalizacji 
zawodowej. 

Cooper  uśmiechnęła  się  przepraszająco  do  Michaelsa.  A  tak  się  starała 
zbagatelizować tę kwestię. 

-    Pomyśleliśmy,  że  połączona  grupa operacyjna pod dowództwem szefa Net Force 
może szybciej osiągnąć rezultaty. Nasza służba bezpieczeństwa i wywiad są gotowe 
strzec  swej  autonomii  wobec  siebie  nawzajem,  ale  gdyby do gry wszedł sojusznik z 
zewnątrz...  -  zawiesił głos, uniósł brwi i rozłożył ręce. 

Michaels  skinął  głową.  Oczywiście,  polityka.  A  spory  kompetencyjne  musiały  być 
poważniejsze,  niż  sugerowano,  skoro  MI-5  i  MI-6  były  gotowe  włączyć  do  sprawy 
obcą służbę, żeby załagodzić sytuację. Nie wyobrażał sobie, żeby FBI i CIA zezwoliły 
wywiadowi brytyjskiemu na objęcie dowodzenia wspólną operacją. Musiało tu iskrzyć 
o wiele bardziej niż się do tego przyznawali.  Drzwi otworzyły się i do gabinetu weszła 
Toni, przypinając virgila do paska. Skinęła Michaelsowi głową. 

Pani dyrektor kazała im współpracować z Brytyjczykami. 

Odpowiedział  Toni  skinieniem  głowy  i  spojrzał  na  Helmsa.    -Oczywiście  z 
przyjemnością wam pomożemy, jak tylko będziemy mogli. 

Wywołało to uśmiechy zadowolenia na twarzach całej trójki Brytyjczyków. 

Za  to  Michaelsowi  daleko  było  do  zadowolenia.  Chciał  wracać  do  domu.  Miał 
problemy  z  byłą  żoną  Jaya  w  szpitalu,  a  w  czasie  jego  nieobecności  na  pewno 
pojawiło się też mnóstwo innych spraw.  Zaćwierkał jego virgil. Michaels zmarszczył 
brwi.  Aparat  był  ustawiony  na  przyjmowanie  jedynie  rozmów  sygnalizowanych  jako 
pilne.  Odpiął  virgila  od  paska  i  spojrzał  na  wyświetlacz.    Pułkownik  Howard.  - 
Panowie, przepraszam na chwilę. 

Minister  i  szef  MI-6  z  uśmiechem  skinęli  głowami.    Michaels  wyszedł  na  korytarz. 
Może wreszcie jakieś dobre wiadomości. 

Poniedziałek,  4  kwietnia  Waszyngton,  Dystrykt  Columbia  Tyrone  szedł  do  swojej 
szafki, uważając, czy nie kręci się gdzieś Dino, postrach korytarza. Od kiedy Bella go 
rzuciła,  kontakty  Tyrone’a  z  „Bykiem”  LeMottem,  zwalistym  licealistą,  który  był 
przyjacielem  tej  dziewczyny,  znacznie  się  rozluźniły.  Dino  wiedział,  że  w  starciu  z 
Bykiem nie ma najmniejszych szans, więc dopóki Tyrone chodził z Bellą i miał układy 
z jej przyjacielem, korzystał z czegoś w rodzaju immunitetu. Ale te czasy już minęły.  
Dino  -  skrót  od  dinozaura,  bo  też  ten  dureń  odznaczał  się  inteligencją  i  wdziękiem 

background image

dinozaura na środkach nasennych - równie dobrze mógł na człowieka spojrzeć, albo 
go rozdeptać, a szansę Tyrone’a w walce z tym durniem były równe zeru, więc lepiej 
uważać. 

Dotarł  do  swojej  szafki,  nie  zobaczywszy  nigdzie  Dino.  Może  znów  wyrzucili  go  ze 
szkoły  za  palenie  papierosów.  To  by  było  piękne.    Zajął  się  upychaniem  torby  w 
szafce, kiedy za jego plecami ktoś powiedział: - Cześć, Tyrone! 

Odwrócił się i zobaczył Nadine Harris, dziewczynę z bumerangiem. 
-  Cześć, Nadine. 
Podeszła,  torując  sobie  drogę  przez  tłumek  uczniów.  Poruszała  się  z  wdziękiem, 
jakby płynęła. - Też chodzisz na poranną zmianę?  Super. 
-  Aha. Kto jest twoim wychowawcą? 
-  Peterson - odpowiedziała. 
-  W porządku facet. Byłem u niego na zajęciach z mediów. Jaki masz program? 
-  Angielski poziom drugi, matma trzeci, biologia pierwszy, media drugi, fizyka trzeci, 
historia drugi. 

-  Spore obciążenie, jak na jeden okres - powiedział. Wzruszyła ramionami. - Dobrze 
wypadłam na testach bo w mojej starej szkole wyprzedzaliśmy trochę w stosunku do 
was.    A  ty?    drugi,  matma  trzeci,  media  trzeci,  czwarty  i...  no...  HW  pierwszy.  mi 
mówisz o sporym obciążeniu?! Rety, Tyr, komputery poziom czwarty? Myślałam, że 
to dopiero w liceum. A HW, to historia wojskowości, tak? 

Jego  kolej  na  wzruszenie  ramionami.  -  Mój  tata  jest  wojskowym.    Pomyślałem,  że 
warto  się  czegoś  o  tym  dowiedzieć;  opowiadał  mi  ciekawe  rzeczy.  Wiesz,  on  też 
kiedyś rzucał, a na tych zajęciach jest coś o bumerangach. 

-  Naprawdę? Ho, ho. Tata, który rzuca bumerangiem. Dobry jest?  -  No... raczej nie. 
Bawił się tym jako mały chłopiec, miał parę bumerangów dla początkujących, wiesz, 
takich  ze  sklejki.  Ale  wie  mnóstwo  o  różnych  bitwach  i  o  tym,  jak  aborygeni 
posługiwali się bumerangami w walce. 

-  Fantastyczne - powiedziała. 

Kiedy  tak  sobie  rozmawiali,  Tyrone  nagle  doznał  dziwnego  uczucia,  że  ktoś  go 
oBserwuje. Rozejrzał się dookoła, ale ostrożnie, żeby nie rzucało się to w oczy. Może 
Dino się napatoczył i wbił w niego wzrok... 

Belladonna Wright zbliżała się korytarzem w towarzystwie dwóch koleżanek i patrzyła 
prosto na Tyrone’a. 

Zesztywniał cały, poczuł, że się czerwieni i że zaczyna mu burczeć w żołądku. Nagle 
zapragnął uciec, wpełznąć pod jakiś głaz, żeby się schować. 

Bella  była  piękna,  jak  zawsze,  a  może  nawet  jeszcze  piękniejsza.    Pamiętał,  jak 
siedział na jej łóżku, całując ją, dotykając rękoma jej ciała... 

Przestań  Tyrone,  to  niebezpieczny  obszar.  Będzie  to  po  tobie  widać.  Najesz  się 
wstydu do potęgi, pomyślał. 

Ale było już za późno. Opuścił torbę, zasłaniając się nią poniżej pasa. 

-  Coś nie tak, Tyrone? - spytała Nadine. - Wyglądasz, jakbyś połknął żabę. 

-    T...  tak,  to  znaczy,  nie,  nic  mi  nie  jest.  Po  prostu  o  czymś  sobie  przypomniałem. 
Mam  coś  pilnego  do  zrobienia.  W  domu.    Kiepsko,  Tyrone,  mało  inteligentna 
wymówka! 

background image

Bella przepłynęła obok jak pancernik pod eskortą dwóch niszczycieli. Nie patrzyła już 
na niego. 

Nadine musiała coś wyczytać w jego twarzy, bo odwróciła się, żeby popatrzeć. 

-  Ho, ho! A to co za zjawisko? 

-  Belladonna Wright - powiedział Tyrone, starając się ze wszystkich sił, żeby głos mu 
się nie załamał. Prawie mu się udało. 

-  Nie moja liga - powiedziała Nadine. - Zabójcza tapeta. 
-  Tapeta? 
-  Aha, wiesz, nie musi nic robić, wystarczy że jest i że ładnie wygląda. I tak wszędzie 
ją zapraszają, żeby było na co popatrzeć.  Znasz ją? 
-  Przelotnie - mruknął Tyrone. Kiedyś wydawało mu się, że ją zna, ale jakże się mylił. 
Rzuciła  go,  jak  zużytą  papierową  chusteczkę.    -    Te  piękne  wszystko  dostają  za 
darmo, a takie jak ja muszą sobie zapracować. 

-  Co to znaczy „takie jak ty”? Nie jesteś brzydka, czy kulawa.  Wzruszyła ramionami i 
odwróciła  wzrok.  -  Postaw  mnie  koło  takiej  -    skinęła  głową  w  stronę  Belli  -  a  po 
prostu  zniknę.    Tyrone  nic  nie  powiedział,  ale  w  duchu  przyznał  jej  rację.    -    Mam 
nadzieję, że przynajmniej nie jest zbyt inteligentna. Tego byłoby już za wiele, piękna i 
mądra. 

Tyrone  wiedział,  że  akurat  tym  Nadine  nie  musi  się  przejmować.    Bella  nie  była 
zupełnie  tępa,  ale  na  pewno  nie  była  też  mistrzynią  intelektu.  Nie  chciał  jednak 
powiedzieć  tego  głośno.    Nawet  po  tym,  co  Bella  mu  zrobiła,  byłoby  to  jakieś...  
nielojalne.  Poza  tym,  gdyby Byk się dowiedział, że Tyrone chlapie ozorem na temat 
Belli,  byłoby  z  nim  kiepsko.  Miała  na  orbicie  kilku  facetów,  ale  Byk  był  na  pewno 
jednym  z  nich.  Tyrone  dobrze  o  tym  wiedział.  A  Byk  nie  dostał  swojego  przezwiska 
przypadkiem.    -    Hej,  muszę  lecieć  -  powiedziała  Nadine.  -  Bądźmy  w  kontakcie, 
dobrze? Spotkamy się i porzucamy razem. 

-  Jasne - odparł. - Koniecznie. 

Patrzył za nią, kiedy odchodziła. Miała chód sportsmenki, elastyczny i elegancki, ale 
wyglądem nie mogła dorównać Belli, co to, to nie. 

No  i  dobrze.  Dla  niego  Bella  należała  do  historii.  Koniec,  kropka  i  wcale  nie  szukał 
zastępstwa.  Może  spotkają  się  z  Nadine  i  porzucają  bumerangami.  Dlaczego  nie? 
Była w tym dobra, może będzie się mógł czegoś od niej nauczyć. Dobrze byłoby mieć 
kogoś,  z  kim  można  potrenować  rzucanie,  nawet  jeśli  Nadine  wyglądała... 
zwyczajnie. Potrafiła rzucać i o to chodziło.  Nie musiał się z nią całować. 

Poniedziałek, 4 kwietnia 
Wirginia 
-  Pułkowniku? - To Julio przerwał Howardowi, biedzącemu się nad raportem. 

Howard oderwał wzrok od obrazu holograficznego nad swoim biurkiem. Jak by tego 
nie przedstawić, to, co się stało w Newadzie nie wyglądało dobrze. Jedyną pociechą 
było  to,  że  żaden  z  jego  żołnierzy  nie  zginął.  Reader  będzie  musiała  poddać  się 
rozległej  operacji  plastycznej  twarzy,  ale  jej  życiu  nic  nie  groziło.  Kiedy  usłyszała 
wybuch, leżała na ziemi, patrząc w inną stronę, odwróciła się jednak, żeby zobaczyć, 
co  się  dzieje.    Osłonę  hełmu  miała  opuszczoną,  ale  z  uwagi  na  kąt  kilka  śrucin 
przeszło  pod  dolną  krawędzią.  Pech.  Gdyby  nachyliła  głowę  centymetr,  albo  dwa 
więcej,  osłona  z  lexanu  zatrzymałaby  stalowe  kulki.  Cóż,  dobrze  przynajmniej,  że 
śruciny nie wbiły się głębiej. Uniknęła uszkodzenia mózgu... 

background image

-  Przykro mi, John, ale mamy prawdziwy problem. 
-  Gorszy od wczorajszego? 
-  Obawiam się, że tak 
-  Cudownie. Wykrztuś to z siebie. 
-    Lindholm  i  Hobbs  nie  żyją,  obaj  zabici  strzałami  w  głowę  z  niewielkiej  odległości. 
Pociski małego kalibru. 

-  Co?! 

-    Ich  pojazdu  nigdzie  nie  ma.  Szukamy  z  powietrza  i  na  ziemi,  z  pomocą  ludzi 
miejscowego szeryfa i policji stanowej. Jak dotąd, ani śladu. 

Howard  patrzył  na  niego,  niczego  nie  pojmując.  Jak  to  możliwe?    -    Ci  z  patologii 
mówią, że zęby i fragmenty czaszki, które im dostarczyliśmy są ludzkie, ale należą do 
kogoś,  kto  nie  żyje  już  od  bardzo  dawna.  Krew  i  inne  kości,  a  także  ten  kawałek 
mózgu należą do przedstawiciela rodziny Suidae, do zwyczajnej świni domowej. 

Howard zrozumiał wszystko z przerażającą jasnością. - Więc on żyje. 

-    Tak  jest,  sir,  to  jedyne  rozsądne  wytłumaczenie.  Musiał  się  gdzieś  ukryć  -  moi 
ludzie  przeczesują  tamten  teren  -  zaczekać,  aż  nasi nabiorą przekonania, że nic im 
nie grozi, a potem skasować ich i zabrać samochód. 

-  Kurwa mać - mruknął Howard. 

-  Nie potrafiłbym lepiej tego ująć, sir. Nie doceniliśmy tego faceta, John. Wywiódł nas 
w pole. 

-  Nie „nas”, Julio. Mnie. To ja ponoszę odpowiedzialność. 
Fernandez wbił wzrok w podłogę. 
Howard zapatrzył się gdzieś w przestrzeń. To było straszne. Przez te wszystkie lata, 
kiedy  dowodził  formacją  zbrojną  Net  Force,  miał  kilku  rannych  w  różnych 
strzelaninach,  ale  nie  stracił  nigdy  żadnego  ze  swych  ludzi.  A  teraz,  dlatego,  że  on 
spieprzył sprawę, dwóch żołnierzy nie żyło. Niech to szlag trafi! 
Co gorsza, facetowi, który ich zabił, udało się uciec. 

I co teraz robić? 

(Poniedziałek, 4 kwietnia 
Londyn, Anglia 
-  Na pewno nie chcesz tam pójść? - spytała Toni. 
-    Chciałbym,  naprawdę  -  odpowiedział  Alex  -  ale  muszę  się  zająć  całym  tym 
gównem. - Machnął ręką w kierunku laptopa na nocnym stoliku. 

-  Mogłabym zostać i trochę ci pomóc. 

-    Doceniam  to,  ale  przecież  nie  możesz  tego  za  mnie  przeczytać,  więc  zrób  sobie 
przerwę,  dopóki  masz  szansę.  Idź,  poćwicz,  odreaguj  trochę.  Poczujesz  się  lepiej  i 
później będziesz mnie mogła oczarować. Te zajęcia są dla ciebie ważne. Widziałem 
wyraz  twojej  twarzy,  kiedy  stamtąd  wróciłaś.  Idź,  baw  się  dobrze.    Skinęła  głową. 
Alex miał rację. Naprawdę chciała iść na ten trening silat, a poza tym, po treningu jej 
umysł zawsze lepiej pracował. - W porządku - powiedziała. - Wrócę za trzy godziny.  
Pochylił  się  i  pocałował  ją  delikatnie  w  usta,  a  potem  uśmiechnął  się  do  niej.  -  Nie 
śpiesz się. Nigdzie się nie wybieram. 

Już  jazda  taksówką  do  szkoły  w  Clapham  była  przygodą.  Kiedy  Toni  w  końcu  tam 
dotarła,  zaczynało  się  ściemniać.  Ale  przyjechała  piętnaście  minut  za  wcześnie. 
Wystarczająco, żeby się rozgrzać przed treningiem. 

background image

Wewnątrz ośmiu, może dziesięciu uczniów robiło rozgrzewkę, wykonując djuru, albo 
ćwicząc  parami.  Toni  poszła  do  łazienki,  przebrała  się  w  spodnie  od  dresu,  buty  do 
zapasów,  sportowy  biustonosz  i  podkoszulek.  Dołączyła  do  uczniów  i  zaczęła  robić 
ćwiczenia na rozciąganie mięśni i ścięgien. Wciąż potrafiła zrobić szpagat, przodem i 
bokiem,  ale  musiała  się  przedtem  rozgrzewać  dłużej,  niż  kiedy  miała  piętnaście  lat. 
Elastyczność  nóg  była  przydatna,  może  nie  w  Bukti,  ale  na  pewno  w  Serak.  
Podstawowy  zwrot  wymagał  zejścia  do  parteru  w  trakcie  obrotu,  i  to  im  niżej,  tym 
lepiej. Trudno byłoby to zrobić, nie mając elastycznych ścięgien podkolanowych. 

Pojawił się guru Stewart, już przebrany do treningu. Podszedł do Toni. - Cieszę się, 
że  udało  ci  się  przyjść,  guru.  Jestem  pewien,  że  możemy  się  od  siebie  nawzajem 
wiele nauczyć. 

Toni uśmiechnęła się. - Nie wiem, jak dużo ja cię mogę nauczyć, guru, ale na pewno 
mogę  się  mnóstwo  nauczyć od ciebie.  Odpowiedział jej uśmiechem, a ona poczuła 
małą satysfakcję, że potrafiła to sprawić. 

Stewart przeszedł na środek sali i odwrócił się. 
- No, dobrze. 
Możemy zaczynać? 
Zginając się w ukłonie, Toni poczuła gwałtowny przypływ energii.  Dotychczas uczyła 
się  i  nauczała  silat  tylko  prywatnie.  Nigdy  dotąd  nie  uczestniczyła  w  oficjalnych 
zajęciach od początku do końca. Była zachwycona, że oto nadarzyła się okazja. 
Michaels  ślęczał  nad  holograficznymi  raportami,  przeglądając  akta  brytyjskiego 
śledztwa w sprawie hakerskiego zamachu. Była to żmudna praca, utrudniona jeszcze 
różnicami  w  pisowni  angielskiej  i  amerykańskiej.  Podświadomie  „poprawiał” 
nieprawidłowo  napisane  słowa,  kiedy  się  na  nie  natknął,  co  jeszcze  bardziej 
spowalniało mu tempo. 

Virgil zgłosił przychodzącą rozmowę. 

-    Dzwoni  Angela  Cooper  -  poinformował  syntetyzator  głosu,  na  który  Michaels 
przestawił aparat, rezygnując z muzycznego żartu Jaya. Nie chciał słuchać fanfar, od 
kiedy się dowiedział, że Jay jest w szpitalu. 

-  Połącz - powiedział Michaels. 

-    Dyrektor  Michaels?  Tu  Angela  Cooper.  Mam  dla  pana  trochę  ściśle  tajnych 
materiałów.  Może  przynieść  je  panu?    -    Oczywiście.  Będę  tu  siedział  przez  cały 
wieczór. 

-  Jeśli o mnie chodzi, nie potrwa to tak długo. Jestem na dole. 
Uśmiechnął się. - Proszę wjechać na górę. 
Dwie minuty później rozległo się pukanie do drzwi jego hotelowego pokoju. Michaels 
otworzył  i  od  razu  przekonał  się,  że  Cooper  potrafi  się  ubierać  w  różnych  stylach. 
Miała  na  sobie  obcisłe  niebieskie  dżinsy,  ciemnoczerwone  wysokie  buty  Doca 
Martina  i  czarny  golf.  Trzymała  w  ręku  laptopa,  a  jeśli  była  uzbrojona,  nie  potrafiłby 
powiedzieć, jakim cudem schowała pistolet lub taser pod tak obcisłym ubraniem. 
-  Dobry wieczór. 
-  Proszę wejść. 
Weszła  i  podała  mu  laptopa.  -  Niewiele  jest  tu  nowego,  ale  dostaliśmy  od 
Pakistańczyków trochę materiałów, które mogą pana zainteresować. 
Wziął od niej laptopa. - A jak sytuacja w portach lotniczych?  -  Już lepiej. Większość 
zaatakowanych  systemów  komputerowych  przywrócono  już  do  stanu  używalności. 
Gdyby pan musiał lecieć dziś w nocy do Rio, to tylko z naprawdę dobrym pilotem, ale 

background image

ogólnie  sytuacja  się  poprawia.  W  Auckland  rozbił  się  transportowiec,  zginęło  trzech 
ludzi. Jak dotąd to jedyne ofiary.  Skinął głową. 

Agentka  MI-6  rozejrzała  się  dookoła.  -  Przyjemny  pokój.  Pani  Fiorella  jest  gdzieś 
tutaj? 

-  Nie, poszła na trening sztuk walki. 

-    Aha.  Muszę  uważać,  żebym  się  jej  przypadkiem  nie  naraziła.  No,  pójdę  już,  nie 
chcę panu przeszkadzać w pracy. Jesteśmy bardzo zadowoleni z pańskiego udziału 
w tej operacji, sir. 

-  Proszę mi mówić „Alex”. Wszystkie te „sir” i „panie dyrektorze” brzmią tak oficjalnie. 

-  To prawda. Ale skoro tak, proszę i do mnie zwracać się po imieniu. Angela. 

Spojrzała na zegarek. 
-  Jakaś randka? 
Spojrzała  zdziwiona.  -  Co?  A,  nie.  Zastanawiałam  się  po  prostu,  czy  by  czegoś  nie 
zjeść,  zanim  pojadę  do  siostry.  Mam  się  dziś  wieczorem  zaopiekować  siostrzenicą. 
Ma osiem lat.  Michaels znów się uśmiechnął. - Prawie tyle, co moja córka. 
-  Nie wiedziałam, że jesteś żonaty. 
-  Już nie jestem. Wzięliśmy rozwód. 
-  O, przepraszam. 
-    Nie  ma za co. To była ulga. Tak było lepiej dla wszystkich, z wyjątkiem Susan, to 
znaczy mojej córki. 
-    Rozumiem.  Sama  też  mam  za  sobą  nieudane  małżeństwo.  Okropne 
doświadczenie,  zwłaszcza  pod  koniec.  Na  szczęście  nie  mieliśmy  dzieci,  chociaż 
bardzo je lubię. No, moja siostra to nadrobiła.  Co za frajda, być „ciocią Angie”, która 
przynosi  prezenty  i  rozpieszcza  siostrzenicę.  Jak  was  tu  karmią  w  hotelu,  da  się 
wytrzymać? 

-   W pubie podają niezłą pieczeń wołową i kanapki Reubena* - powiedział, zerkając 
na  dwa  laptopy  z  tajnymi  informacjami.  -  Też  przydałaby  mi  się  przerwa.  Mógłbym 
pójść z tobą?  -  Ależ oczywiście, bardzo proszę. 

Uśmiechnęła się, a Michaels już po raz drugi poczuł się trochę nieswojo. Toni wyszła, 
a on wybierał się na kolację z piękną panią Cooper. 

No, nie miała to być żadna intymna kolacyjka przy świecach. W końcu człowiek musi 
jeść. Jasne. 

 Opiekana  na  grillu  kanapka  z  żytniego  pieczywa  z  peklowaną  wołowiną, 

kwaszoną  kapustą,  serem  szwajcarskim  i  specjalnym  sosem  z  majonezu  oraz 
keczupu, z siekanym ogórkiem, cebulką i przyprawami [przyp. tłum.]. 

 
Zabrał oba laptopy. Wolał nie zostawiać ich w pokoju hotelowym, nawet jeśli oba były 
zabezpieczone  hasłami.  Sądząc  po  zdolnościach  czarnych  charakterów,  których 
ścigała Net Force, hasła nie były najlepszym zabezpieczeniem. 

Angela  podeszła  do  drzwi,  otworzyła  je  i  znów się do niego uśmiechnęła. Pomyślał, 
że  ma  sympatyczny  uśmiech.    Tylko  kanapka,  nic  więcej.  Miał  Toni  kobietę,  którą 
kochał, i nikogo więcej nie potrzebował. 

Wtorek, 5 kwietnia Londyn, Anglia 

Peel zatrzymał się przy barze kanapkowym na Oxford Street, otwartym dwadzieścia 
cztery  godziny  na  dobę.  Można  tu  było  zjeść  śniadanie  o  północy,  jeśli  komuś 

background image

przyszła na to ochota. Po wojskowym jedzeniu wszystko, co podawano na względnie 
świeżym  pieczywie,  smakowało  po  prostu  wspaniale.  Upodobał  sobie  zwłaszcza 
sałatkę jajeczną. 

Wziął swoją kanapkę, paczkę chipsów, puszkę Coli i usiadł przy jednym z okrągłych 
stolików  przy  oknie.  Jedząc,  przyglądał  się  przechodniom;  głównie  byli  to  zabiegani 
cywile.  Przyjemnie  było  popatrzeć  na  dziewczyny;  najwidoczniej  w  modzie  znów 
królowały  buty  na  koturnach.  Niektóre  nastolatki,  przechodzące  koło  baru  miały 
obuwie  z  zelówkami  grubymi  na  dobre  piętnaście  centymetrów.   Do czego to ludzie 
się nie zmuszą w imię mody. 

Peel  lubił  seks,  ale  nie  lubił  spędzać  potem  czasu  z  kobietą.  Ani  przedtem.  Tam, 
dokąd  żołnierze  chodzili  na  przepustkę,  zawsze  były  dziewczyny  na  jeden  wieczór i 
jeśli  facet  zabezpieczył  się  przed  chorobami,  mógł  mieć  tyle  kobiet,  na  ile  było  go 
stać.  Dzięki obecnemu pracodawcy, Peel mógł sobie pozwolić na tyle seksu, ile mu 
go  było  potrzeba,  co  oznaczało  godzinkę  z  dziewczyną  raz,  albo  dwa  razy  w 
tygodniu.  Za  każdym  razem  była  to  inna  dziewczyna;  zamawiał  je  w  różnych 
agencjach,  żeby  nie  popaść  w  rutynę,  którą  mogliby  zaobserwować  i  wykorzystać 
jego  wrogowie.  Facet,  który  za  bardzo  słucha  swojego  penisa,  a  za  mało  głosu 
rozsądku, łatwo może stracić głowę. 

Był właśnie w połowie kanapki, zaabsorbowany erotycznymi myślami, kiedy spotkała 
go przykra niespodzianka. 

Pojawił  się  koło  niego  Peter  Bascomb-Coombs,  uśmiechnął  się  i  powiedział:  - 
Pozwoli  pan,  majorze,  że  się  przysiądę?    Nie  czekając  na  odpowiedź,  naukowiec 
usadowił  się  na  jednym  z  wysokich  stołków  z chromowanego żelaza i plastiku. - Da 
się to zjeść? - spytał, pokazując ręką na kanapkę Peela. 

Co  za  niesympatyczny  zbieg  okoliczności.  Skąd  wziął  się  tutaj  ten  Bascomb-
Coombs? Od czasu, kiedy był pod obserwacją, nie zajrzał tutaj ani razu, a to już parę 
tygodni. Cóż, Peel uznał, że można to złożyć na karb przypadku... 

Jakby  czytając  mu  w  myślach,  naukowiec  powiedział:  -  Nie,  nie  trafiłem  tu 
przypadkiem, stary. Przyszedłem, żeby się z panem zobaczyć. 

-  Doprawdy? A to w jakiej sprawie? - zdołał wykrztusić Peel.  Odłożył resztę kanapki, 
straciwszy nagle apetyt. Otarł usta serwetką. Wyczuwał niebezpieczeństwo. 

Skąd  ten  człowiek  mógł  wiedzieć,  gdzie  go  szukać?   -    W  sprawie,  która  może  być 
korzystna i dla pana, i dla mnie - powiedział Bascomb-Coombs. 

-  Obawiam się, że nie rozumiem. 

-  Ejże, Peel! Naprawdę dałeś się nabrać na tę pozę roztargnionego naukowca? Nie 
sądzę.  Tak  jak  ja  od  samego  początku  zorientowałem  się,  że  wziąłeś  mnie  pod 
obserwację. 

-  Profesorze, obawiam się, że nie wiem, o czym pan... 
-  Dajmy sobie z tym spokój, dobrze? Ile? 
-    Przepraszam,  nie  rozumiem.  -  Peel  grał  na  zwłokę,  próbując  znaleźć  jakieś 
rozsądne wytłumaczenie dla tej nieoczekiwanej metamorfozy naukowca. Coś tu było 
bardzo nie w porządku.  -  Ile pan żąda, żeby przejść do mojej ekipy, majorze? Obaj 
wiemy,  że  Goswell  ma  kręćka z tym swoim wariackim planem przywrócenia złotego 
okresu  Imperium.  On  naprawdę  sobie  wyobraża,  że  jeśli  napuści  na  siebie  tych 
brudasów  z  Trzeciego  Świata,  namiesza  u  Amerykanów,  Chińczyków  i  Rosjan,  to 

background image

Brytania  w  jakiś  sposób  znów  będzie  władczynią  mórz. Pan przecież nie może w to 
wierzyć. 
Peel  nie  był  głupi.  Przyszło  nieprzewidziane,  potężne  trzęsienie  ziemi,  które, 
przynajmniej  chwilowo,  zmieniło  stan  rzeczy,  jeśli  chodzi  o  jego  pracę.  Był 
pragmatykiem;  pomyślał,  że  najlepiej  będzie  zobaczyć,  dokąd  to  zmierza.  -  Nie, 
oczywiście, że nie - odpowiedział. 

Bascomb-Coombs uśmiechnął się szeroko. - Tak właśnie myślałem.  Jest pan na to 
zbyt  inteligentny.  Widzi  pan,  Jego  Lordowskiej  Mości  wydaje  się,  że  ma  mnie  - 
naiwnego  naukowca,  młodego  geniusza,  który  zapomina  zapiąć  rozporek,  kiedy 
wychodzi z kibla -  pod kontrolą i trzeba go utrzymać w tym przekonaniu. W tej chwili 
ma  kontrolę  nad  moim  projektem,  ale  zaradzę  temu,  i  to  już  niedługo.  Prędzej,  czy 
później,  pańska  ekipa  inwigilacyjna  mogłaby  mi  wejść  w  drogę,  więc  uznałem,  że 
najrozsądniej  będzie  załatwić  to  bezpośrednio  z  panem.  Pana  podwładni  to  lojalni 
ludzie, prawda? 

-  Prawda - potwierdził Peel. 

-    To  dobrze.  Pozostaje  mi  więc  spytać,  ile  pan  chce  za  dalsze  informowanie 
Goswella, jaki to ze mnie głupek, kiedy tylko odejdę od komputera. Nie będzie go pan 
musiał oszukiwać zbyt długo, ale na razie sprawa jest żywotnej wagi. 

Peel był oficerem sił zbrojnych i wiedział, kiedy należy działać.  Bywało, że człowiek 
mógł sobie pozwolić na luksus medytacji, spokojnego planowania ataku i obrony, ale 
zdarzało się również, że trzeba było błyskawicznie unieść broń i strzelić, zostawiając 
rozważania  na  później.  Teraz  zdecydował się w jednej chwili.  Moja cena? Udział w 
pańskim przedsięwzięciu - powiedział.  Naukowiec znów uśmiechnął się promiennie. 
-  O,  jest  pan  sprytniejszy,  niż  myślałem.  Przecież  nie  wie  pan  nawet,  co  to  za 
przedsięwzięcie. 

Skoro się powiedziało A, trzeba powiedzieć i B. 

-  To  nie  ma  większego  znaczenia,  nieprawdaż?  Goswell  płaci  mi  dobrą  pensję,  ale 
nie  zamierzałem  pozostać  u  niego  zbyt  długo.  Nie  tęsknię  do  tego,  żeby  za 
dwadzieścia  lat  przejść  na  emeryturę,  kupić sobie domek w Farnham, czy Dorking i 
spędzić resztę życia na grzebaniu w ogrodzie i przycinaniu róż. To może mi zapewnić 
Goswell, ale sądzę, że pańska oferta jest lepsza. 

-  O, tak, majorze Peel. O wiele lepsza. Mogę dać panu tyle pieniędzy, że wystarczy 
na  zbudowanie  całej  kolonii  domków.  Może  pan  mieć  inny  domek  na  każdy  dzień 
reszty pańskiego życia. I wystarczy jeszcze na armię służących do przycinania róż. 

-  Obudził pan moje zainteresowanie - powiedział Peel. - Proszę mówić dalej. 

Wtorek, 5 kwietnia Jackson, Missisipi 

Rużjo siedział na łóżku w „Holiday Inn”, oglądając wiadomości w telewizji. Ani słowa 
o  nim  i  o  tych  dwóch  żołnierzach,  zabitych  na  pustyni  w  Newadzie.  Tak  zresztą 
przypuszczał.  Organizacja,  odpowiedzialna  za  atak  na  jego  przyczepę,  stanie  na 
głowie,  żeby  ukryć  swą  porażkę,  przynajmniej  przed  opinią  publiczną.  Pod  tym 
względem  Amerykanie  byli  bardzo  podobni  do  Rosjan.  Opinia  publiczna  nie  mogła 
zrobić  problemu  z  czegoś,  o  czym  nie  miała  pojęcia.  Będą  go,  oczywiście,  szukać, 
będą  chcieli  wziąć  go  żywcem,  żeby  odcierpiał  za  swoje  czyny.  Przyszli  po  niego, 
ponieważ wiedzieli, kim jest. Może powinien był zastrzelić dyrektora Net Force, kiedy 
miał okazję? 

background image

Nie,  wtedy  byłoby  to  przejawem  braku  profesjonalizmu.  Plechanow  wpadł,  a 
wyeliminowanie  człowieka,  który  go  schwytał  niczemu  by  nie  służyło.  Miejsce 
zabitego  z  pewnością  szybko  zająłby  kto  inny,  a cała organizacja ścigałaby zabójcę 
jednego  ze  swoich  szefów,  a  nie  jednego  z  ludzi  Plechanowa, w dodatku nie mając 
pewności, czy nie wyjechał ze Stanów. 

Rużjo nie po raz pierwszy uciekał przed wrogiem depczącym mu po piętach. Był już 
zmęczony. 

Ale odczuwał też jakąś ponurą satysfakcję. Nie zapomniał tego, co kiedyś potrafił, a 
przynajmniej  nie  do  końca.  Gdy  zaszła  potrzeba,  mógł  jeszcze  pokazać,  na  co  go 
stać. Nie był już tak dobry jak przed pięciu, czy nawet przed dwoma laty, ale wiedział, 
że  jeśli  da  z  siebie  wszystko,  niewielu  będzie  mu  mogło  dorównać.  Choć  nie  tak 
sprawny,  jak  kiedyś,  wciąż  był  jednym  z  najlepszych.  To  nie  egotyzm,  to  po  prostu 
fakt. 

Westchnął.  Zostało  mu  jeszcze  kilka  fałszywych  nazwisk,  miał  też  ukryte  w  różnych 
miejscach pieniądze, prawdziwe i elektroniczne.  I co teraz? 

Może powinien wrócić do domu. Do Czeczenii. Jeszcze raz zobaczyć przed śmiercią 
tamto miejsce. 

Nieraz  już  się  nad  tym  zastanawiał,  ale  nigdy  nie  zdecydował  się  na  powrót. 
Amerykańska  pustynia  bardziej  mu  chyba  odpowiadała.    Zbliżał  się  koniec, 
przeczuwał  to.  Chociaż  każde  miejsce  było  dobre  na  spotkanie  ze  śmiercią,  może 
stosowne  byłoby  spotkanie  się  z  nią  tam,  skąd  zabrała  Annę.  A  jeśli  nie  miało  to 
znaczenia,  to  tamto  gospodarstwo  w  Czeczenii  było  równie  dobrym  miejscem,  jak 
inne, prawda? 

Postanowił wracać do domu. A jeśli go tam znajdą, cóż, kiedyś musi przyjść koniec. 

Wtorek, 5 kwietnia powierzchnia Księżyca 

-  Księżyc? - zapytał z niedowierzaniem Jay. - Zabrałeś mnie na Księżyc? 

Saji  roześmiał  się,  co  było  nie  lada  osiągnięciem,  biorąc  pod  uwagę,  że  nie  było  tu 
powietrza,  którym  można  by  oddychać  i  które  niosłoby  dźwięki.  A  przynajmniej  nie 
byłoby  w  świecie  realnym.    -    Trudno  o  spokojniejsze  miejsce,  a  chcę,  żeby  nic  nie 
odwracało twojej uwagi. Wolałbyś może mroczną jaskinię? Albo komorę izolacyjną? 

Jay pokręcił głową. - Nie. Sądzę, że to bez znaczenia.  -  Też tak sądzę. Znajdź sobie 
jakieś wygodne miejsce, siadaj i zaczynamy. 

Jay znów pokręcił głową. Wygodne miejsce na powierzchni Księżyca. 
Jasne. 
Ale  ruszył  przed  siebie,  przy  każdym  kroku  wzbijając  tumany  szarego  kurzu  w 
powietrze, nie, przecież tu nie było powietrza, aż dotarł do skalistego występu, który 
kształtem bardzo przypominał krzesło. Usiadł. 
Saji zniknął, ale pozostawił swój szeroki uśmiech, który też się rozpłynął ze słowami: 
- Pamiętaj, o czym ci mówiłem. 

Jay  został  sam,  na  Księżycu  i  było  tu  bardzo,  bardzo  cicho.  Miał  tak  siedzieć, 
zostawiając  swobodę  swoim  myślom,  a  potem  zapanować  nad  nimi  za  pomocą 
techniki  medytacji,  której  nauczył  go  Saji.    Technika  wydawała  się  dość  łatwa,  miał 
tylko  liczyć  swoje  oddechy,  a  właściwie  wydechy.  Od  jednego,  do  dziesięciu  i  od 
początku. Co w tym trudnego? 

Jay zamknął oczy. Jeden... dwa... trzy... 

background image

Poczuł  się  bardzo  głupio.  Czy  Saji  nie  mógł  zaproponować  jakiegoś  lepszego 
scenariusza, niż ten pieprzony Księżyc? To było... no tak, zgubił się. Saji ostrzegł go 
przed  tym.  Kiedy  pojawi  się  jakaś  natarczywa  myśl,  należało  wziąć  głęboki, 
oczyszczający  oddech, łagodnie odsunąć ją na bok i wrócić do liczenia. Dobrze, już 
dobrze.  Przecież  potrafi  to  zrobić.  No,  dalej,  stary...    Jeden...  dwa...  trzy...  cztery... 
pięć... 

Czemu to miało służyć? Tak po prostu siedzieć i liczyć? Jaki to ma sens? Przecież.... 
O, do diabła, znów się zgubił. 

Jeden... dwa... trzy... 

Zobaczył  tygrysa,  tylko  przez  chwilę  i  przestał  liczyć,  bo  podświadomie  wstrzymał 
oddech. Jezu, tygrys...! 

Otworzył  oczy.  Nie  widział  nic,  oprócz  martwego  księżycowego  krajobrazu,  nie 
słyszał  nic,  oprócz  bicia  własnego  serca.    Zorientował  się,  że  jego  serce  bije  coraz 
szybciej.  Cholera.  To było o wiele trudniejsze, niż mogłoby się wydawać...  Usłyszał 
pojedynczy, wysoki ton. 

Przychodząca  rozmowa.  Zostawił  instrukcje,  żeby  łączono  go  tylko  z  trojgiem  ludzi: 
matką, ojcem i szefem. 

Księżycowy  krajobraz  zniknął.  Jay  siedział  na  kanapie  w  szpitalnej  sali.  Sięgnął  po 
słuchawkę. 

Wtorek, 5 kwietnia 
Londyn, Anglia 
-  Jak się czujesz, Jay? - spytał Michaels. 
-  Bywało lepiej, szefie - padła odpowiedź, tak niewyraźna, że prawie niezrozumiała. 
Skutki przebytego wylewu. 

Michael  miał włączony tryb wideo i na ekranie hotelowego telefonu wyraźnie widział 
Jaya.  Chłopak  wyglądał  normalnie,  może  tylko  jedna  strona  twarzy  była  jakby 
sztywna. 

-    Wybacz,  że  nie  zadzwoniłem  wcześniej.  MI6  poprosiło  mnie  i  Toni o pomoc w tej 
sprawie. Wiesz o tych kilku operatorach, którym przydarzyło się to samo, co tobie? 

-  Słyszałem. 

-  Zapamiętałeś coś, co mogłoby się okazać pomocne?  -  Przykro mi, szefie, niestety 
nie.  Nie  pamiętam  niczego,  oprócz  tygrysa.  -  Pokręcił  głową.  -  Nawet  nie  jestem 
pewien, czy ten tygrys ma jakiś związek ze sprawą.  -  W porządku, nie przejmuj się. 

-  Szefie, chcę nad tym popracować, ale... 

-  Najpierw musisz wyzdrowieć, a jeśli do tego czasu nie złapiemy sprawcy, będziesz 
się mógł włączyć. Szuka go cały cywilizowany świat. Dostaniemy go. 

-  Nie sądzę, szefie. Jeszcze nigdy... nie widziałem... czegoś takiego. 

Michaels  zorientował  się,  że  nawet  ta  krótka  rozmowa  jest  dla  Jaya  męcząca.  - 
Odpocznij, Jay. Będziemy cię informować, co się dzieje. 

Rozłączył się. Boże, co za koszmar. 

Virgil zasygnalizował przychodzącą rozmowę. Spojrzał na sygnaturę. Cooper. 

-  Tak? 

background image

-    Panie  dyrektorze...  to  znaczy,  Alex.  Chciałam  tylko  przekazać  najnowsze 
wiadomości.  Nasz  personel  techniczny  opracował  scenariusz,  wyjaśniający,  w  jaki 
sposób osprzęt VR mógł spowodować uszkodzenie mózgu. 

-  Naprawdę? 

-    Tak.  Okazuje  się,  że  jest  to  teoretycznie  możliwe.  Nie  dysponuję  wystarczającą 
wiedzą  matematyczną  i  elektroniczną,  żeby  to  zrozumieć, ale w uproszczeniu rzecz 
polega  na  tym,  że  niektóre  podzespoły  osprzętu  VR  mogą  zostać  zaprogramowane 
tak, że działają jak kondensatory. Mogą się ładować, jak lampa błyskowa w aparacie 
fotograficznym, a potem uwolnić całą zgromadzoną energię w jednym impulsie. Takie 
wyładowanie,  gdyby  ktoś  potrafił  je  odpowiednio  ukierunkować,  mogłoby  uszkodzić 
połączenia nerwowe. Teoretycznie, bo nasi ludzie nie potrafią tego zrobić. 

-  Czy to możliwe, że ktoś tak bardzo wyprzedził resztę 

komputerowego świata?, 
-  Wszystko na to wskazuje. 
-  Niezbyt mi się to podoba. 
-    Nam  też  nie.  I  jak  dotąd,  nie  mamy  pojęcia,  jak  trafić  na  ślad  tego,  kto  to  zrobił. 
Mamy nadzieję, że przyda się tu twoje doświadczenie. 

Michaels  westchnął.  Akurat.  Jego  najlepszy  ekspert  leżał  w  szpitalu  z  mózgiem, 
przypieczonym przez tego, kogo ścigali. Jakby i bez tego nie miał dość na głowie. 

-  To tyle - powiedziała Cooper. - Zobaczymy się potem w centrali? 

-  Tak, wpadnę tam. 

Kiedy rozłączyła się, jego virgil znów zadzwonił. Boże, co za ruch. Tym razem była to 
Melissa Allison. Tylko tego mu było trzeba. 

-  Słucham, pani dyrektor. 

-  Coś do zameldowania? 

Cóż, tak, oczywiście, siedzimy w gównie po uszy i nie wiemy, jak 

się wydostać. - Nie, proszę pani 
- powiedział. - Jeszcze nic 
konkretnego.  Ci  z  MI-5  i  MI-6  udostępnili  nam  swoje  systemy  i  zapoznajemy  się 
właśnie z ich materiałami. 

-  Proszę mnie informować o postępach. 
-  Oczywiście. 
Odkładał  właśnie  virgila  do  ładowarki,  kiedy  otworzyły  się  drzwi  łazienki  i  Toni,  w 
kłębach pary, owinięta ręcznikiem, wyszła spod prysznica. - Ktoś dzwonił? 
-  O, tak - powiedział. Spojrzał na nią i uśmiechnął się. - Ale może porozmawiamy o 
tym później? 

Ona też się uśmiechnęła, odwiązała ręcznik i pozwoliła mu opaść na podłogę. 

-  Nie teraz? 
-  Chodź tu. 
-  Wypowiedz magiczne zaklęcie. 
-  Chodź tu, szybko! Roześmiała się. 
Chwycił  ją,  kiedy  tylko  podeszła  bliżej  i  przez  następne  kilkanaście  minut  nie 
zaprzątał sobie głowy żadnymi problemami. 

background image

Wtorek, 5 kwietnia Quantico, Wirginia 

Tor  przeszkód  był  wolny,  ale  po  stu  przysiadach,  pięćdziesięciu  pompkach  i 
dziesięciu  podciągnięciach  na  drążku,  John  Howard,  choć  wciąż  daleki  od 
rozładowania  całej  frustracji,  nie  bardzo  miał  chęć  biegać.  Był  za  bardzo  spięty,  za 
bardzo wkurzony, za bardzo... diabli wiedzą, co. Miał chęć komuś przyłożyć, mocno, 
bezlitośnie,  wybić  zęby,  rozkrwawić  nos,  patrzeć,  jak  przeciwnik  pada,  najlepiej  na 
coś  ostrego.  Nie  na  wiele  się  zdała  świadomość,  że jest wściekły przede wszystkim 
na  samego  siebie.    Spieprzył  sprawę,  potężnie  i  awans,  o  którym  pozwolił  sobie 
pomarzyć, zostanie zapewne cofnięty, zanim on dowie się o nim oficjalnie. 

Szkoda, ale, prawdę mówiąc, nie miało to takiego znaczenia, jak śmierć tych dwóch 
żołnierzy.  Można  stracić  ludzi  w  walce,  zdarza  się.  Ale  żeby  zginęli  w  miejscu, 
uznanym za bezpieczne, z rąk jednego człowieka, przez którego wyszło się na idiotę, 
to było gorzkie. W ogóle strata ludzi... 

Stał  tak,  spoglądając  na  jakiegoś  agenta  FBI,  czy  żołnierza  piechoty  morskiej, 
przebiegającego obok w drodze na tor przeszkód i czuł się bezsilny. 

Rużjo  zniknął  i  nie  natrafili  dotąd  na  żaden  ślad.  No,  znaleźli  pojazd  tych  dwóch 
nieszczęsnych  wartowników,  stał  przed  supermarketem  w  Las  Vegas,  z  otwartymi 
oknami i kluczykami w stacyjce. Rużjo mógł już być w dowolnym zakątku Stanów lub 
w  dowolnym  miejscu  na  kuli  ziemskiej.  Na  zlecenie  Net  Force  najlepsze  komputery 
analizowały połączenia lotnicze, kolejowe i autobusowe, dane z firm, wynajmujących 
samochody,  informacje  o  sprzedaży  samochodów  i  motocykli,  o  kradzieżach 
pojazdów  w  Las  Vegas  i  okolicy,  ale  nie  udało  się  dotąd  natrafić  na  nic,  co 
pasowałoby do profilu zbiega. 

Chciał  dostać  tego  faceta  w  swoje  ręce;  dawno  już  niczego  tak  nie  pragnął.  Gdyby 
ustalono miejsce jego pobytu, Howard zamierzał złapać najbliższy samolot, oficjalnie, 
czy nieoficjalnie, i własnoręcznie przyskrzynić drania. 

-  Pułkowniku? 
Wyrwał się z zamyślenia i uniósł wzrok. Julio. 
-    Mam  coś,  co  cię  może  zainteresować.  Mówiąc  to,  uśmiechał  się  do  Howarda. 
Cholera, może nareszcie jakieś dobre wieści. 
Wtorek, 5 kwietnia 
Posiadłość „Cisy”, Sussex, Anglia 
Wiadomości  w  telewizji  były,  jak  zwykle,  okropne.  Co  za  czasy.    Amerykański 
prezydent paplał coś o moralności; akurat ten temat był mu całkiem obcy. Prezydenci 
USA  słynęli  z  notorycznego  braku  samokontroli,  od  Warrena  G.  Hardinga,  po 
Kennedy”ego  i  Clintona.  Myśl,  że  przywódca  kraju  z  takimi  nędznymi  wartościami 
duchowymi  i  moralnymi  mógł  sobie  rościć  pretensje  do  mówienia  komukolwiek,  jak 
należy  postępować,  wydawała  się  po  prostu  śmieszna.  Zwłaszcza,  jeśli  ów 
przywódca  znany  był  z  tego,  że  w  sprawach  seksu  ma  moralność  królika.  Obecny 
prezydent  USA  niczym  nie  różnił  się  pod  tym  względem  od  swoich  poprzedników, 
tyle, że jeszcze go na tym nie przyłapano. 

Goswell zamyślił się, patrząc w telewizor. Cóż, będzie musiał coś z tym zrobić, o, tak. 
Zadzwoni  do  swojego  naukowca  i  spyta,  czy  nie  dałoby  się  wykorzystać  tej  nowej 
zabawki, żeby wywlec na światło dzienne trochę brudnych sprawek prezydenta. Jeśli 
istniały jakieś informacje w którymkolwiek z systemów komputerowych na świecie - a 
przecież  musiały  istnieć  -  jego  naukowiec  potrafi  je  wydobyć.  Trzeba  dać 
Amerykanom  następny  skandal,  oni  to  wprost  uwielbiają,  i  niech  ten  sukinsyn 
prezydent  ma  pełne  ręce  roboty,  broniąc  swojego  tak  zwanego  honoru,  żeby  nie 

background image

starczyło mu już czasu na wtykanie nosa w nie swoje sprawy.  Ale najpierw czekała 
go inna rozmowa telefoniczna. - Applewhite? 

Służący pojawił się natychmiast. - Milordzie? 

-  Telefon, proszę. Taki z tarczą do wybierania numerów, jeśli łaska. 

-  Oczywiście, milordzie. 

Służący poszedł po aparat. Goswell nienawidził zajmowania się takimi sprawami, ale 
taka  już  była  natura  rzeczy,  że  jeśli  człowiek  chciał  się  utrzymać  na  wzburzonej 
powierzchni morza, musiał czasem robić coś, czego wolałby nie tykać. 

Applewhite wrócił z telefonem. Aparat wyglądał jak jeden z tych starych, bakelitowych 
modeli  z  tarczą,  które  Goswell  pamiętał  z  dzieciństwa,  ale  była  to  tylko  replika. 
Wewnątrz  mieścił  się  aparat  pełen  nowoczesnej  elektroniki  i  nie  wystawał  z  niego 
czarny,  gruby  kabel.    Podnosząc  słuchawkę,  Goswell  spytał:  -  A  nie  pojawił  się 
gdzieś znowu ten królik? 

-  Kucharka widziała go dziś rano, kiedy wyszła do ogrodu, milordzie. 

-    Aha.  Więc  przynieś  mi  strzelbę.  Pójdziemy  tam  zaraz  i  spróbujemy  dać  łobuzowi 
nauczkę. 

-  Tak, milordzie. 

Applewhite podreptał do szafki, w której zamknięta była broń.  Goswell wybrał numer. 
W  słuchawce  rozległ  się  pojedynczy  sygnał,  a  potem  szorstki  głos,  niewątpliwie 
prostacki. 

-  Ta... czego? 
-  Tu Goswell. Masz dla mnie jakieś informacje? 
-  Jasne, że mam, psze pana. 
-  Więc spotkamy się tam, gdzie zawsze. O siódmej? 
-  Może być. 
Goswell odłożył słuchawkę na widełki, westchnął i pokręcił głową.  Że też musiał się 
zadawać z takimi ludźmi... Cóż, tej sprawy nie mógł nikomu zlecić. 
Wrócił Applewhite, niosąc złamaną dubeltówkę i dwa specjalnie elaborowane naboje 
z  mosiądzu  i zielonej woskowanej tektury. Dwa strzały - to wszystko, na co Goswell 
sobie  pozwalał  podczas  jednego  epizodu.  Jeśli  chybi,  królik  zostanie  przy  życiu  i 
następnego dnia znów będzie mógł dewastować ogród. Trzeba dać mu szansę. 

Dubeltówka  ręcznej  roboty,  szesnastka*  firmy  Rigby  Bros.,  była  w  zasadzie 
przeznaczona do polowań na ptactwo, ale z pewnością nadawała się i na króliki. 

 Kaliber wagomiarowy, oznaczający liczbę kul, którą można odlać z jednego funta 

ołowiu [przyp. tłum.]. 

 
Piękna broń, nie przystosowana jednak do nowoczesnej amunicji, więc zlecił swemu 
rusznikarzowi  elaborowanie  nabojów,  które  nie  groziły  rozerwaniem  luf.  Naboje 
całkiem  mocno  dymiły  przy  każdym  strzale,  o,  tak.  Rusznikarz,  George  Walker, 
mówił,  że  może  zastąpić  Pyrodex  czarnym  prochem  strzelniczym,  żeby  dymu  było 
mniej, ale Goswellowi nie zależało na tym aż tak bardzo. Dwie porcje drobnego śrutu 
numer 8 poślą Pana Królika do wszystkich diabłów, jeśli tylko Goswell zdoła go wziąć 
na muszkę. Na tym polegała cała sztuka, ponieważ królik zdawał się wiedzieć, kiedy 
Goswell jest uzbrojony, a kiedy nie. 

background image

Applewhite  podsunął  mu  ochraniacze  na  uszy.  Goswell  spiorunował  go  wzrokiem. - 
Doktor  nalega,  milordzie.  Goswell  skinął  głową.    -    W  porządku,  daj  mi  te  przeklęte 
nauszniki.  -  W  duchu  był  z  nich  nawet  bardzo  zadowolony.  Elektroniczne 
ochraniacze,  produkowane  przez  jedną  z  firm  Goswella  we  Francji  -  niech  diabli 
wezmą żabojadów - musiał przyznać, że okazały się bardzo użyteczne. 

Czujniki  wykrywały  zbliżający  się  hałas  i  natychmiast  go  pochłaniały,  redukując 
głośny  strzał  do  cichego  stuknięcia.    Natomiast  kiedy  nie  było  żadnych  eksplozji, 
ochraniacze wzmacniały normalne dźwięki, więc słyszało się w nich nawet lepiej, niż 
zwykle.  Prawdę  mówiąc,  jego  słuch  nie  był  już  taki,  jak  kiedyś  i  Goswell  poważnie 
zastanawiał  się  nad  implantatami,  które  przywróciłyby  mu  zdolność  słyszenia 
zwykłych rozmów, znacznie już osłabioną. Implantaty wystarczały na pięć, sześć lat. 
Były  zasilane  z  miniaturowych  akumulatorów,  które  w  jakiś  sposób  same  się 
ładowały,  wykorzystując  energię  fal  dźwiękowych.    Znał  paru facetów i jedną leciwą 
damę,  którzy  poddali  się  takiej  operacji  chirurgicznej  i  wszyscy  byli  w  najwyższym 
stopniu  zadowoleni  z  rezultatów.  Może  i  on  powinien  się  na  to  zdecydować. 
Przeszedł już laserową operację obu oczu i teraz nie potrzebował nawet okularów do 
czytania, chyba że był bardzo zmęczony. Z osiągnięciami techniki różnie bywało, ale 
niektóre naprawdę mogły się do czegoś przydać. 

-    Kiedy  już  skończę  z  tym  królikiem,  niech  Stephens  przyprowadzi  samochód. 
Wybieram się do klubu. 

-  Tak, milordzie. Pomyślnych łowów. 

Goswell uśmiechnął się. - Dziękuję, Applewhite. Już ja dopadnę tego parszywca! 

Wtorek, 5 kwietnia 
Londyn, Anglia 
Peel jechał na spotkanie pod adres, który podał mu Bascomb-Coombs, wciąż trochę 
niespokojny  z  powodu  tego  nieoczekiwanego  zwrotu  w  swojej  karierze.  Był  jednak 
pewien,  że  Fortuna  uśmiecha  się  do  niego.  Rano  Bascomb-Coombs  zlecił  otwarcie 
nowego  rachunku  w  jednym  z  indonezyjskich  banków,  numerycznego  konta,  z 
którego Peel mógł korzystać, i na którym znalazła się suma w indonezyjskich rupiach, 
stanowiąca równowartość jednego miliona euro. 

W jednej chwili Peel stał się milionerem, a miał obiecane znacznie więcej, jeśli będzie 
właściwie spełniał swoje nowe obowiązki. 

Niewielkie  biuro  znajdowało  się  za  Old  Kent  Road,  niedaleko  starej  Gazowni 
PołudniowoWschodniej.  Peelowi  niezbyt  podobała  się  ta  okolica,  ale  pomyślał,  że 
może  tak  jest  lepiej,  bo  w  żadnym  z  raportów  od  swoich  ludzi  nie  natrafił  dotąd  na 
wzmiankę o tym budynku. 

Wjechał  na  parking,  zgasił  silnik  i  poszedł  w  stronę  szarego  piętrowego  budynku. 
Okna  były  zakratowane,  a  wewnątrz,  tuż  przy  wejściu,  siedział  strażnik.  Kiedy  Peel 
wszedł,  strażnik  spytał  go  o  nazwisko,  porównał  fotografię  na  ekranie  komputera  z 
oryginałem  i  nacisnął  guzik,  otwierający  drzwi  na  schody.    Peel  szybko  wszedł  na 
piętro  i  ruszył  do  biura  na  końcu  korytarza.  Mijając  drzwi  innych  biur,  niektóre 
przeszklone, odniósł wrażenie, że pomieszczenia te są opustoszałe.  Ostatnie drzwi 
po prawej stronie były uchylone. Pchnął je i wszedł do środka. 

-  Ach, majorze, co za punktualność. Doceniam to. Proszę bliżej, oprowadzę pana. 

Peel  pomyślał,  że  niewiele  jest  tu  do  oglądania.  W  kącie  stało  biurko  ze  stacją 
roboczą  i  projektorem  holograficznym.  Przy  biurku  znajdował  się  skórzany  fotel  na 
kółkach.  Po  przeciwnej  stronie  pokoju  stała  niewielka  lodówka  i  kuchenka,  a  obok 

background image

rozkładana  kanapa.  Znak  na  drzwiach  koło  kanapy  informował,  że  za  nimi  jest 
ubikacja. 

Peel uniósł brwi w niemym pytaniu: - Co też chce mi pan tu pokazać, sir? 

Bascomb-Coombs  uśmiechnął  się.  -  Nie  sprawia  to  zbyt  imponującego  wrażenia, 
prawda?  Ale  prawdziwa  pracownia  mieści  się  gdzie  indziej,  w  zakładach 
komputerowych  Goswella  w  Chelmsford.  Mamy  połączenie  linią  telefoniczną  i, 
uprzedzając  pańskie  pytanie,  powiem  od  razu,  że  jest  to  bardzo  bezpieczne 
połączenie.  Mogę  stąd  robić  to  samo,  co  w  Chelmsford,  i  nikt  się  w  niczym  nie 
zorientuje. 

-    Proszę  wybaczyć  moją  ignorancję,  panie  Bascomb-Coombs,  ale  czym konkretnie 
pan się zajmuje? Wiem o tym urządzeniu tyle, ile powiedział mi Goswell i widziałem 
rezultaty, z pewnością bardzo spektakularne, ale wciąż nie wiem, jak to działa. 

Naukowiec  zaśmiał  się.  -  Mam  poważne  wątpliwości,  czy  potrafiłbym  to  panu 
wytłumaczyć. Maksyma Turnera głosi, że „Można coś wyjaśnić w przystępny sposób, 
pod  warunkiem,  że  wyjaśniający  dobrze  rozumie  istotę  rzeczy”,  a  ja  nie  jestem 
pewien,  czy  sam do końca to wszystko rozumiem. I proszę się na mnie nie obrazić, 
ale  wątpię,  czy  pańska  znajomość  matematyki  oraz  fizyki  wystarczyłaby  do 
zrozumienia tego, nawet gdybym ja potrafił to do końca wyjaśnić. Na tym etapie mój 
komputer jest czymś w rodzaju zapałki. Mogę jej użyć, żeby zapalić gaz na kuchence, 
ale trudno by mi było szczegółowo opisać procesy chemiczne, które to umożliwiają. 

Uśmiechnął  się,  a  Peel  odpowiedział  uśmiechem,  zastanawiając  się,  czy  właśnie  w 
nieco  zawoalowany  sposób  został  nazwany  idiotą.    -    Jeśli  pan  chce,  przedstawię 
panu podstawowe założenia. Jest pan obeznany z tradycyjnym komputerem? 

- Trochę. 
-  Więc wie pan, że większość komputerów, to maszyny Turinga*, 
które posługują się logiką Boole’a**, opartą na operacjach 
binarnych. Są zera i jedynki - bity 
 Opracowany w 1936 roku przez angielskiego matematyka i logika Alana Turinga 

matematyczny  model,  określający  podstawy  struktury  logicznej  urządzeń  do 
przetwarzania  danych.  Maszyna  Turinga  miała  decydujące  znaczenie  dla 
powstania współczesnych komputerów [przyp. tłum.]. 

**  Opracowana  przez  angielskiego  matematyka  George  Boole’a  (1815-1864)  forma 
algebry,  zajmująca  się  funkcjami  logicznymi  zmiennych,  które  mogą  przyjmować 
wartości:  prawda  lub  fałsz,  odpowiednio  „1”  lub  „0”;  zależności między wyrażeniami 
określają operatory logiczne Boole’a, takie jak „AND”, „OR” i „NOT”, bez których nie 
sposób 

sobie 

wyobrazić 

jakiegokolwiek 

mikroprocesora 

czy 

programu 

komputerowego [przyp. tłum.]. 

informacji  -  i  jest  to  jedyny  wybór.  Albo  zero,  albo  jeden,  kropka.  Ale  w  komputerze 
kwantowym  mamy  kwantowe  bity  informacji,  zwane  qubitami.  Można  otrzymać 
superpozycję zera i jedynki, to znaczy, że qubit może mieć w tym samym momencie 
wartość  „0”  i  „1”.  Na  pierwszy  rzut  oka  nie  brzmi  to  sensownie,  ale  dzięki  temu 
fenomenowi  równoległości  kwantowej  można  się  posługiwać  równocześnie 
wszystkimi możliwymi wartościami wszystkich rejestrów wejściowych. 

Peel skinął głową, nie mając najmniejszego pojęcia, o czym ten facet mówi. 

Naukowiec kontynuował: - Algorytm Shora* pokazuje, że rozłożenie wielkiej liczby na 
czynniki  pierwsze  zajmie  komputerowi  kwantowemu  drobny  ułamek  czasu, 
potrzebnego  normalnemu  komputerowi  do  uporania  się  z  takim  problemem.  Mój 

background image

komputer  kwantowy  poradzi  sobie  w  ciągu  kilku  sekund  z  zadaniem,  którego 
rozwiązanie  zajęłoby  SuperCrayowi  kilka  milionów  lat.  A  więc  w  zastosowaniach 
praktycznych,  takich  jak  łamanie  szyfrów,  komputer  kwantowy  ma  ogromną 
przewagę.  Podstawą  współczesnej  kryptografii  są  tak  zwane  klucze  publiczne; 
złamanie  ich  kodu  wymaga  faktoryzacji  -  rozłożenia  na  czynniki  pierwsze  - 
wielusetcyfrowych liczb, czego żaden „tradycyjny” superkomputer nie zdoła wykonać 
w rozsądnym czasie. 

*Peter  Shor  z  AT&T  w  1994  roku  przedstawił  algorytm  rozwiązania  pierwszego 
praktycznego  zadania  przez  komputer kwantowy, polegającego na tzw. faktoryzacji, 
tzn. rozkładaniu wielkich liczb na czynniki pierwsze. Według różnych teorii, komputer 
kwantowy  może  w  ciągu  kilku  sekund,  czy  nawet  w  ułamku  sekundy,  uporać  się  z 
zadaniem tego typu, które komputerowi tradycyjnemu zajęłoby więcej czasu, niż liczy 
sobie Wszechświat [przyp.  tłum.]. 

Peel  skinął  głową.  -  Skoro  tak,  to  dlaczego  te  komputery  kwantowe  nie  są  w 
powszechnym użyciu? 

Bascomb-Coombs znów się zaśmiał. - Och, mnóstwo ludzi bardzo by tego pragnęło! 
Ale  to  nie  takie  proste,  jak  budowanie  domków  z  drewnianych  klocków.  Problem  w 
tym, że tak zwany koherentny stan komputera kwantowego jest bardzo krótkotrwały i 
zwykle  niszczy  go  otaczające  środowisko.  To  znaczy,  komputer  kwantowy  ulega 
dekoherencji w momencie, kiedy próbuje się uzyskać do niego dostęp. Nie jest łatwo 
obejść  to  ograniczenie.  Od  lat  próbuje  się  najróżniejszych  rozwiązań:  lasery, 
wzbudzanie  fotonów,  pułapki  jonowe,  pułapki  optyczne,  jądrowy  rezonans 
magnetyczny, polaryzacja, czy nawet rezonans spinowy, czy wreszcie kwantowe fusy 
herbaciane, ale to już w ostatniej kolejności. 

Peel uśmiechnął się uprzejmie. 

-  Wineland i Monroe opracowali pojedynczą bramkę kwantową, chwytając w pułapkę 
jony berylu. Kimble i Turch osiągnęli to samo, stosując polaryzację fotonów. W NTC 
osiągano  początkowo  niezłe  rezultaty,  posługując  się  jądrowym  rezonansem 
magnetycznym, a Chuang i Gershenfeld zastosowali algorytm Grovera* do modelu o 
dwóch  bitach  kwantowych,  posługując  się  atomami  węgla  i  wodoru  w  cząsteczce 
chloroformu.  Ale  problemem  zawsze  była  mnogość  i  stabilność.  Aż  do  chwili,  kiedy 
powstał mój komputer kwantowy. 

-  A jak się to panu udało, skoro rzecz jest tak trudna? 

*Lov  Grover  z  Bell  Labs  opracował  w  1997  roku  algorytm,  umożliwiający 
zastosowanie  komputera  kwantowego  do  wyszukiwania  informacji  w  ogromnych 
bazach danych [przyp. tłum.]. 

-    Ponieważ  jestem  inteligentniejszy  od  tamtych  -  odparł  Bascomb-Coombs.  Nie 
zabrzmiało to, jak przechwałka i chyba nią nie było, sądząc po rezultatach. - Przestał 
pan  cokolwiek  rozumieć  w  momencie,  kiedy  użyłem  słowa  „qubit”,  prawda?    -  
Obawiam  się,  że  jeszcze  wcześniej -  przyznał  Peel.   Bascomb-Coombs uśmiechnął 
się.  -  Proszę  się  tym  nie  przejmować,  majorze.  Na  całym  świecie  jest  zaledwie 
garstka fizyków, którzy potrafiliby zrozumieć, jak dokonałem tego, czego dokonałem, 
nawet  gdyby  mieli  przed  sobą  działający  model.  Pan  posiada  inne  talenty.  Nie 
próbowałbym  napaść  na  pana  w  ciemnej  uliczce  i  nie  chciałbym  mieć  pana  za 
przeciwnika na polu bitwy.  Peel skwitował komplement skinieniem głowy. 

-  W każdym razie, wszystko sprowadza się do tego, że mam komputer, który potrafi 
robić  fantastyczne rzeczy, a łamanie szyfrów i haseł jest jego główną specjalnością. 

background image

Nie  ma  na  Ziemi  komputera,  do  którego  nie  mógłbym  się  włamać,  chyba  że  byłby 
całkowicie odcięty od jakiejkolwiek łączności. Pieniądze nic nie znaczą, kiedy można 
wejść  do  dowolnego  skarbca.  Tajemnice  wojskowe?  Nic  prostszego.  Nikt  nie  zdoła 
ukryć przed nami czegokolwiek. 

-    Doprawdy?  No  to  dlaczego  nie  jest  pan  królem  świata?    Naukowiec  znów  się 
zaśmiał. - Lubię pana, Peel, działa pan na mnie orzeźwiająco po latach, spędzonych 
z  moimi  wrednymi  kolegami-naukowcami.  A  odpowiedź  na  pańskie  pytanie  jest 
prosta: mój komputer nie jest jeszcze doskonały. Wciąż występują pewne zakłócenia, 
a od czasu do czasu system pada. Nawet dość często.  Mniej więcej połowę czasu, 
jaki przy nim spędzam, zajmuje mi przywracanie go do stanu używalności. Nie mam 
więc ochoty tracić tego cennego czasu, kiedy mój komputer działa, na takie błahostki 
jak  pieniądze  i  władza  -  przynajmniej,  dopóki  nie  poprawię  jego  stabilności.  To 
komputerowi  kwantowemu  poświęcam  całą  moją  energię.  Ponieważ  to  Goswell  jest 
właścicielem  urządzenia  i pilnie go strzeże, nie mogę na razie odrzucać jego próśb. 
Ale to się wkrótce zmieni. I będę potrzebował ludzi z pańskimi umiejętnościami. 

Peel  pomyślał  o  milionie  euro  na  koncie  w  indonezyjskim  banku.    Był  już  bogatszy, 
niż  kiedykolwiek  oczekiwał.  Jego  ojciec,  bez  względu  na  tytuł,  był  nieudacznikiem  i 
całą ziemię - a nie było jej wiele - stracił przed śmiercią. Milion euro to sumka nie do 
pogardzenia,  a  jeśli  będzie  się  trzymał  tego  dziwaka,  bardzo  możliwe,  że  uzyska 
jeszcze więcej. 

-    Jestem  do  pańskich  usług,  panie  Bascomb-Coombs.    -    Och,  mów  mi  Peter, 
Terrance. Jestem pewien, że będzie się nam dobrze współpracować. 

Środa, 6 kwietnia Seattle, stan Waszyngton 

Rużjo  jechał  metrem  przez  port  lotniczy  SeaTac  do  swojego  wyjścia.  Miał 
zarezerwowane  miejsce  na  pokładzie  Boeinga  747  British  Airways,  lecącego  do 
Londynu.  Z  Missisipi  pojechał  autobusem  do  Nowego  Orleanu,  a  stamtąd,  przez 
Portland,  przyleciał  tutaj.  Gdyby  ktoś  śledził  go  kiedyś  w  drodze  do  Missisipi, 
doszukałby  się  podobieństw  w  dziwnym  wyborze  trasy  z  Las  Vegas  do  Jackson: 
pojechał  wtedy  wynajętym  samochodem  do  Oklahoma  City,  a  stamtąd  złapał 
pierwszą  z  trzech  rejsowych  maszyn,  lecących  na  południowy  wschód.  Śledzący 
oczekiwałby  zapewne,  że  Rużjo  uda  się  dalej  na  wschód,  lub  na  południe, 
powiedzmy  do  Miami,  ale  on  zmienił  kierunek.  Podobnie  zamierzał  postępować  i 
teraz.  Z  Londynu  chciał  lecieć  do Hiszpanii, albo do Włoch, a stamtąd do Indii, albo 
do Rosji i dopiero stamtąd do domu. 

Kiedy  się  ucieka,  lepiej  nie  biec  w  linii  prostej.  Zwłaszcza  jeśli  psy  są  szybsze  od 
uciekającego. 

Wagon  metra  był  zatłoczony,  a  kiedy  pociąg  zatrzymał  się  po  raz  kolejny,  żeby 
zabrać jeszcze więcej pasażerów, Rużjo wstał, ustępując miejsca młodej kobiecie w 
zaawansowanej  ciąży  z  dwiema  torbami  podróżnymi.  Oboje  z  Anną  pragnęli  dzieci, 
ale los zrządził inaczej. 

Kobieta  podziękowała  mu  i  usiadła.  Trzymał  się  poręczy,  patrząc  na  ścianę  tunelu, 
przesuwającą się za oknem. 

Pociąg  się  zatrzymał,  pasażerowie  wysiedli  i  Rużjo  ruszył  do  swojego  wyjścia.  Do 
odlotu  pozostało  kilka  godzin,  ale  uznał,  że  najprościej  będzie  poczekać  w  porcie 
lotniczym. Chciał coś zjeść, odświeżyć się w toalecie, a potem usiąść gdzieś i może 
trochę pospać. W wojsku nauczył się spać przy każdej nadarzającej się okazji, a na 
wygodnym  krześle  spało  się  całkiem  dobrze.    Lot  na  Heathrow  był  bezpośredni, 

background image

dziewięć,  może  dziesięć  godzin.    Rużjo  zarezerwował  sobie  miejsce  w  klasie 
biznesowej. Miał na sobie średnio drogi garnitur, błękitną koszulę i krawat, a całości 
wyglądu dopełniała aktówka, zapakowana czasopismami i czystymi kartkami papieru. 
Przypominał  zwyczajnego  biznesmena  w  podróży,  jeszcze  jeden  trybik  w 
gospodarczej machinie, kogoś, na kogo nie zwraca się uwagi. 

Linie  British  Airways  nie  należały  do  najgorszych,  a  już  na  pewno  były  lepsze  niż 
którekolwiek  z  rosyjskich  czy  chińskich  linii  krajowych.  Jego  ostatni  lot  brytyjskimi 
liniami  przebiegał  całkiem  spokojnie,  aż  do  momentu  lądowania. Wielki odrzutowiec 
opadł na pas z takim impetem, że wypadły maski tlenowe, a na pasażerów posypały 
się bagaże z półek. Nikt nie odniósł wtedy obrażeń, co było pewnym zaskoczeniem. 
Piloci  posadzili  pewnie,  za  sterami  stewardesę,  żeby  sobie  poćwiczyła  lądowanie. 
Albo może zasnęli. 

Wzruszył  ramionami.  Zdarzały  mu  się  twardsze  lądowania.  Kiedyś,  podczas 
monsunu, maszyna JAL, którą leciał do Tokio wylądowała tak twardo, że złamało się 
przednie  podwozie  i  chociaż  pas  był  mokry,  pasażerowie  przez  kilkanaście  sekund 
oglądali  za  oknami  fontannę  iskier.  Innym  razem  stary  rosyjski  turbośmigłowiec, 
którym leciał do Moskwy, wylądował bezpiecznie, ale zawadził o cysternę, kołując do 
budynku  dworca.  Kierowca  cysterny  zginął,  a  kilku  pasażerów,  którym  tak  się 
śpieszyło,  że  odpięli  już  pasy  i  wstali  z  miejsc,  impet  rzucił  na  podłogę.  Kilka  osób 
połamało  sobie  kości.  A  jeszcze  innym  razem  przyleciał  małą  Cessną  na  odległe 
lotnisko polowe w Czeczenii. Wysiadł, a samolocik zawrócił i kołował z powrotem na 
pas startowy, kiedy wpadł na minę w odległości zaledwie sześćdziesięciu metrów od 
niego.  Wybuch rozerwał Cessnę na kawałki. 

Już  dawno  przestał  się  przejmować  takimi  rzeczami.  Jeśli  przyjdzie  na  człowieka 
kolej,  to  nie  ma  odwołania.  A  do  tego  czasu  obowiązywała  stara  zasada:  każde 
lądowanie, po którym wychodzi się z samolotu o własnych siłach, to dobre lądowanie.  
Mały  pub  w  budynku  dworca  lotniczego  miał  w  menu  kanapki  Reubena.    Rużjo 
zamówił  jedną  i  piwo.  Telewizor  był  nastawiony  na  kanał  sportowy.  Potwornie 
brzydkie  kobiety,  nadęte  jak  ludzkie  ropuchy  i  przebarwione  na  ciemny  brąz, 
paradowały  w  tę  i  z  powrotem  po  scenie,  prężąc  muskuły.  Wyglądały  jak  faceci  w 
kostiumach  bikini.    Za  sceną  jedna  z  tych  kobiet  udzielała  wywiadu;  głos  miała 
grubszy niż operowy bas. 

Co też ludzie ze sobą wyprawiają. Rużjo trenował kiedyś, przez krótki czas, z kadrą 
olimpijską  rosyjskich  biegaczy  i  wiedział  coś  o  specyfikach,  które  zażywali,  żeby 
poprawić  swe  wyniki.    Męskie  sterydy,  którymi  szprycowały  się  te  kulturystki, 
powodowały  trwałe  zmiany  w  ich  organizmach  -  grube  głosy,  trądzik,  zarost  i 
powiększone organy płciowe. Można wyprawiać ze swoim ciałem różne rzeczy, kiedy 
ma  się  dwadzieścia  pięć  lat,  ale  jak  te  biedne  kobiety  będą  wyglądały  po 
pięćdziesiątce, czy po sześćdziesiątce? Żadna z nich nie pomyślała o przyszłości.  -  
Rety,  nie  można  wyłączyć tego gówna? - odezwał się jeden z klientów do faceta za 
kontuarem.  Kilku  innych  uniosło  szklanki  na  znak  poparcia.  Barman  wzruszył 
ramionami i zmienił kanał.  Rużjo jadł swoją kanapkę, popijając piwem. 

Środa, 6 kwietnia 
Londyn, Anglia 
Alex  i  Toni  dostali  w  MI-6  spore  biuro  i  pełen  dostęp  do  systemów  komputerowych. 
No, przynajmniej w zakresie, dotyczącym tego konkretnego problemu. Toni natknęła 
się na mnóstwo plików, do których nie miała uprawnień. 

background image

Alex  wyszedł  porozmawiać  z  Helmsem.  Toni  była  sama  w  biurze,  zajęta  analizą 
danych z komputera linii lotniczych, kiedy do drzwi zastukała Angela Cooper. 

-  Proszę - zawołała Toni. 

-    Przepraszam,  że  przeszkadzam,  pani  Fiorella,  ale  Alex  pyta,  czy  nie  dołączyłaby 
pani do niego i do dyrektora generalnego.  Alex? Ona mówi o nim „Alex”, pomyślała. 

-  Jasne - odparła Toni i zaczęła się wylogowywać ze stacji roboczej. Cooper czekała 
uśmiechnięta, ale jakby trochę zniecierpliwiona. 

-  Proszę za mną. 

Toni  poczuła  się  niska  i  niezgrabna  obok  tej  blondynki,  ubranej  w  ciemnozielony 
kostium, którego spódnica odsłaniała spory kawałek ud, i w czółenka na rozsądnych, 
pięciocentymetrowych  obcasach.  Ale  nogi  miała  niezłe.  Toni  pomyślała,  że  gdyby 
ona  była  wysoka  i  miała  nogi  do  samej  szyi,  też  by  je  pewnie  pokazywała,  zamiast 
ubrać się w prostą bluzkę z niebieskiego jedwabiu, dżinsy i buty na płaskim obcasie. 
Cóż,  kiedy  się  pakowała,  nie  wiedziała,  że  przyjdzie  jej  tu  pracować.  Po  konferencji 
oddała do pralni oba kostiumy, które przywiozła na tę okazję, a w walizce zostały jej 
już tylko sportowe ciuchy. W końcu to miał być urlop. Postanowiła jednak zadzwonić 
do  pralni,  żeby  szybciej  przysłali jej kostiumy. Nie pozwoli sobie na to, żeby przy tej 
Cooper wyglądać jak Kopciuszek. 

-    Przykro  mi,  że  przerwaliśmy  państwu  urlop.  Toni  wyrwała  się  z  rozmyślań  nad 
ciuchami. 

-  Słucham?  Ach,  nie,  to  przecież  nie  wasza  wina.  Zresztą,  kawałek  waszego  kraju i 
tak nam się uda zobaczyć. 

-  Inaczej tutaj, niż w Stanach, prawda? 
-  Była pani w Stanach? 
-  Tak, oczywiście. Kilka razy, służbowo. A kiedy jeszcze studiowałam, spędziłam lato 
na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles. Cudowny klimat, po raz pierwszy się 
wtedy opaliłam.  Nie wątpię. Toni wyobraziła sobie tę Cooper w bikini. Na pewno było 
na  co  popatrzeć.  Faceci  z  pewnością  ustawiali  się  do  niej  w  kolejce,  kiedy  tak  się 
opalała  w  słońcu południowej Kalifornii.  Pewnie musiała się od nich kijem opędzać, 
chyba że chciała, żeby zwracali na nią uwagę. To pewnie bardziej prawdopodobne.  -  
Alex mówi, że pochodzi pani z Bronxu? 
Och,  naprawdę?  Po  co  Alex  jej  o  tym  mówi?  -  Tak.  Obawiam  się,  że  Nowy  Jork  w 
niczym nie przypomina Kalifornii. 

-  Spędziłam kiedyś tydzień na Manhattanie, w końcu sierpnia. 
Było okropnie parno. 
-  We wrześniu jest jeszcze gorzej. 
Kolejne dziesięć metrów przebyły bez dalszej konwersacji. Cisza zaczynała się robić 
niezręczna,  kiedy  Cooper  powiedziała: -  Jak  rozumiem,  Alex  jest  rozwiedziony  i  ma 
córkę. Poznała ją pani, mam na myśli córkę? 
Jezu,  co  ten  Alex  wyprawia?  Opowiadać  jej  takie  rzeczy?  I  kiedy  miał  okazję  do 
takich zwierzeń? Tylko patrzeć, jak zacznie tej Cooper pokazywać zdjęcia, na których 
jest  z  Toni  w  łóżku!  -  Nie,  nie  poznałam  jej.  Rozmawiałam  z  nią  parę  razy  przez 
telefon.  Widziałam też jej zdjęcia. Mieszka z matką w Idaho. 

-  To na zachodzie, prawda? 
-  Tak. Na zachodzie. 
-  No, jesteśmy. To już tutaj. - Wskazała drzwi ręką. 
-  Pani nie wchodzi? 

background image

-  Obawiam się, że nie. Inne obowiązki. Zobaczymy się później. 
Cooper zrobiła w lewo zwrot i odeszła, kołysząc biodrami. 
Suka. 
Wewnątrz Alex stał obok Helmsa przy stole i obaj wpatrywali się w jakieś fotografie, 
jasno oświetlone lampą. Alex spojrzał na nią. Nie uśmiechnął się. 
- Toni. Podejdź i spójrz na to. 

Podeszła  i  stanęła  obok  niego.  Były  to  satelitarne  zdjęcia  jakiegoś  obiektu 
wojskowego,  powiększone  komputerowo.  Na  krańcu  obiektu  zauważył  coś,  co 
przypominało  dwie  międzykontynentalne  rakiety  balistyczne  na  wyrzutniach, 
umieszczonych na wagonach kolejowych. 

-  Co to za obiekt? 

Helms  odpowiedział: -  To eksperymentalna baza rakietowa w Xinghua na wybrzeżu 
Morza  Wschodniochińskiego.  Chińczycy  prowadzą  tam  prace  nad  nową  rakietą 
dalekiego zasięgu, przystosowaną do przenoszenia głowic nuklearnych. 

Postukał  palcem  w  rakiety  na  fotografii.  -  Wczoraj  wieczorem  komputer  postawił  w 
stan  gotowości  dwa  funkcjonalne  prototypy  i  rozpoczął  dziewięćdziesięciominutowe 
odliczanie przed startem.  Rakiety były wymierzone w Tokio. 

-  Boże! - zawołała Toni. 

-    No  właśnie.  W  dodatku  komputer  zablokował  się  i  nie  mogli  go  wyłączyć.  Na 
szczęście  obie  głowice  bojowe  były  tylko  atrapami,  a  technikom  udało  się  w  końcu 
ręcznie  przerwać  sekwencję  startową.  Chińczycy,  choć  zwykle  nie  mówią  o  swoich 
rakietach,  tym  razem  są  przerażeni.  Ktoś  z  zewnątrz  przedarł  się  przez 
zabezpieczenia  ich  systemu  komputerowego,  złamał  kody  i  rozpoczął  procedurę 
odpalania rakiet. Amerykańskie satelity szpiegowskie, które prowadzą obserwację tej 
bazy,  wykryły  przygotowania  do  startu  rakiet  i  siły  zbrojne USA poderwały myśliwce 
bombardujące  stealth  z  bazy  na  południowo-koreańskiej  wyspie  Czedżudo.  Gdyby 
chińskie  rakiety  wystartowały,  amerykańskie  maszyny  spróbowałyby  je  zestrzelić  i 
najprawdopodobniej zbombardowałyby też bazę, żeby zapobiec dalszym startom. 

Toni  popatrzyła  na  Alexa.  Miał  ponury  wyraz  twarzy.    -    Nawet  bez  głowic 
nuklearnych  takie  dwie  rakiety  wyrządziłyby  znaczne  szkody,  gdyby  spadły  na 
centrum Tokio - powiedział Alex.  -  To sprawka naszego hakera, tego samego, który 
namieszał na lotniskach? - spytała Toni. 

-  Albo kogoś o tej samej mentalności. Ale nie wierzę, żeby mogło być dwóch takich. 

Toni pokręciła głową. 

-    Musimy  namierzyć  tego  faceta,  i  to  szybko.  A  tymczasem  nasz  najlepszy  pies 
gończy, Jay, jest niedysponowany. 

-  Nieszczęścia zawsze chodzą parami, prawda? 
- powiedział Helms. 
Toni spojrzała na Anglika, po czym przeniosła wzrok na Alexa. 
Paskudna sprawa. 
Środa, 6 kwietnia 
Waszyngton, Dystrykt Columbia 
Tyrone obliczył, że jeśli pójdzie na boisko piłkarskie zaraz po lekcjach, będzie je miał 
dla siebie przez czterdzieści minut, zanim przyjdzie druga zmiana. Czterdzieści minut 
to dość czasu na dziesięć, może piętnaście dobrych rzutów. 

background image

Stał w pobliżu środka boiska, poślinionym palcem sprawdzając wiatr. Całkiem nieźle 
wiało  z  północy,  więc  postanowił  obciążyć  łopatki  kilkoma  drobnymi  monetami.  Po 
chwili był już gotów. 

Ustawił się pod wiatr, odetchnął kilka razy głęboko i potrząsnął 
rękoma, żeby rozluźnić mięśnie. Zastanawiał się, czy nie zacząć 
podnoszenia ciężarów 
- czołowi zawodnicy byli w świetnej formie 
fizycznej, a jemu przydałoby się trochę więcej siły w ramionach.  Sztuka polegała na 
rzuceniu bumeranga z odpowiednią siłą. Jeśli rzuciło się za lekko, bumerang szybko 
spadał,  a  jeśli  za  mocno  -    mógł  od  razu  zaryć  w  ziemię.  Ale  czasem  trzeba  było 
rzucać z większą siłą, tak jak teraz, kiedy wiatr robił się porywisty, a Tyrone nie miał 
wystarczająco umięśnionych ramion. Nie musiał być od razu Herkulesem, czy kimś w 
tym rodzaju, ale trochę masy mięśniowej na pewno by nie zaszkodziło. 

Pierwszy  raz  rzucił  tylko  po  to,  żeby  sprawdzić  kąt  natarcia  i  poprawność 
rozmieszczenia monet. Jego czerwony bumerang - model Ocean Indyjski, w kształcie 
litery  L -  zawirował,  ale  przekrzywił  się  w  powietrzu  i  wrócił  za  szybko.  Podniósł go, 
poprawił  kąt  ustawienia  łopatek,  ostrożnie  je  wyginając.  Przesunął  monetę  na 
dłuższym  ramieniu  o  kilka  milimetrów bliżej punktu, w którym łopatki stykały się pod 
kątem prostym, przykleił ją z powrotem taśmą i rzucił jeszcze raz. 

Lepiej,  ale  jeszcze  nie  całkiem  dobrze.  Cóż,  można  było  spędzić  cały  dzień, 
dokonując  drobnych  poprawek,  zwłaszcza,  kiedy  wiatr  był  porywisty.  Uznał,  że  na 
potrzeby treningu wystarczy to, co jest. 

Rzucił  właśnie  po  raz  siódmy  i  wreszcie  uzyskał  ponad  minutę  w  powietrzu  -  mniej 
więcej  takiego  czasu  spodziewał  się  w  tych  warunkach  -  kiedy  usłyszał  wołanie 
Nadine. 

-  Hej, Tyr! 

Podeszła  do  niego  przez  boisko,  zrzuciła  plecak  i  wyjęła  z  niego  swój  bumerang, 
długi,  w  kształcie  litery  L,  pomalowany  w  białoniebieskie  pasy.  Tyrone  od  razu 
rozpoznał ten model: Quark Synlin. Nigdy dotąd nie miał go w ręku, ale napatrzył się 
na obrazy holograficzne, a kilka widział też z daleka na turniejach.  -  Rety, skąd ty go 
masz? Myślałem, że Quark wycofał się z interesu. 

-    Zgadza się, ale trochę modeli jest jeszcze w sprzedaży. Moja mama powiedziała, 
że jeśli pokażę, że naprawdę potrafię rzucać, pożyczy mi pieniądze na Quarka. Kiedy 
wygrałam  zawody,  uznała,  że  czas  nadszedł.  Przysłali  mi  go  dziś  rano  pocztą 
lotniczą.  - Wyciągnęła bumerang w jego stronę. Tyrone wziął go ostrożnie, jakby to 
było małe dziecko. 

-  Jak się nim rzuca? 
-  Nie wiem, jeszcze nie miałam okazji. A może ty byś spróbował? 
Spojrzał na nią. - Nie, powinnaś rzucić pierwsza, jest twój. 
-  Nie, rzucaj ty, jesteś już rozgrzany. 
-  Naprawdę? 
-  Jasne. 
Poślinił palec i sprawdził kierunek wiatru. 
-  Rzut powinien być dość mocny, kąt w górę, jakieś pięćdziesiąt stopni, uważaj, nie 
przeciągnij - powiedziała. - Pięć do dziesięciu pod wiatr. 
Skinął głową i ustawił się. Odetchnął głęboko, odchylił się do tyłu i rzucił. 

background image

Wielki  Quark  przeleciał  około  pięćdziesięciu  metrów,  zanim  zaczął  zawracać  i 
nabierać  wysokości.  Wzbił  się  bardzo  wysoko,  na  trzydzieści,  może  trzydzieści  pięć 
metrów  i  zaczął  krążyć.  Kilka  razy  wzlatywał  jeszcze  wyżej,  unoszony  prądem 
wstępującym.  -  Rety! Popatrz tylko! 

To  był  piękny  lot.  Bumerang  zdawał  się  szybować  całą  wieczność,  a kiedy w końcu 
opadł  w  odległości  dwudziestu  metrów  od miejsca, w którym stali, Tyrone bez trudu 
chwycił  go  w  obie  dłonie.    Nie  mierzył  czasu,  ale  zrobiła  to  Nadine.  -  Dwie  minuty 
pięćdziesiąt jeden - powiedziała. - Nieźle. 

Nieźle?  To  mój  życiowy  rekord!  Z  takim  czasem  pokonałby ją wtedy na turnieju. Do 
licha! 

Spojrzał na bumerang, a potem uśmiechnął się do Nadine. - Dzięki.  -  Podał jej go z 
powrotem.  -  Twoja  kolej.  Mamy  jeszcze  jakieś  dwadzieścia  minut,  zanim rozdepczą 
nas ci fanatycy piłki nożnej.  -  Myślisz, że wystarczy na dwa rzuty? 

-  Chciałabyś! - Oboje się roześmieli. 

Nadine była w porządku. Zwłaszcza, jak na dziewczynę. 

Środa, 6 kwietnia 
góry Alamo Heuco, Nowy Meksyk 
Jay  Gridley  stał  na  pustynnym  płaskowyżu,  wsłuchując  się  w  ciszę  wśród  skał  i 
karłowatych  krzewów.  Oślepiające  słońce  paliło  bezlitośnie.  Zupełne  pustkowie.  Na 
Wschód,  Zachód  i  Południe  kończyły  się  Stany  Zjednoczone  i zaczynał Meksyk. Do 
najbliższej granicy było tylko kilka kilometrów. 

Saji  stał  obok  niego,  wyglądając  bardziej  na  rdzennego  mieszkańca  Ameryki  niż  na 
Tybetańczyka. Miał na sobie spłowiałe niebieskie dżinsy, kowbojskie buty, koszulę z 
długimi rękawami i ogromny biały kapelusz z opaską z wężowej skóry. 

-  Czujesz zapach wody? - spytał Saji. 

Jay,  ubrany  podobnie  jak  Saji,  z  tą  różnicą,  że  na  głowie  miał  meksykańskie 
sombrero  z  szerokim  rondem,  pokręcił  głową.  -  Czuję  tylko  zapach  pustyni.  Kurz, 
piasek i spieczone skały, to wszystko. 

Rzeczywiście,  każdy  krok  podrywał  tu  kolejną  chmurę  czerwonawego  kurzu, 
miałkiego  jak  talk.  Ten  kurz  pokrył  mu  już  buty  i  ubranie,  szczypał  w  oczy  i  kręcił  w 
nosie,  utrudniał  oddychanie.  Nie  było  wiatru,  więc  przynajmniej  szybko  opadał. 
Bardzo realistyczny scenariusz. Zaprojektował go Saji; takie rzeczy wciąż przerastały 
możliwości Jaya. 

-  No, dobra, poszukajmy jakichś śladów. 

Jay pokręcił głową. - Gdzie ty się nauczyłeś sztuki tropienia?  Saji znów wciągnął na 
twarz  ten  swój  idiotyczny  uśmiech.  -  Jerry  Pierce  z  plemienia  Navajo,  mój  kumpel, 
jest Synem Cienistych Wilków. Tropicielem w Straży Granicznej. Nauczył mnie tego, 
a ja nauczyłem go Drogi Środka. 

-  Indianin buddystą? 

-    Dlaczego  nie?  Buddyzm  nie  kłóci  się  z  większością  innych  wierzeń  religijnych, 
przynajmniej tych, które nie głoszą wojującego monoteizmu. Chodź. 

Ruszyli  ostrożnie  po  piaszczystym  terenie.  Po  kilku  metrach  Saji  powiedział:  - 
Zatrzymaj się. Widzisz to? 

background image

Byli  o  trzy  metry  od  krawędzi  stromego  spadku,  kończącego  się  dobre  dwadzieścia 
metrów  poniżej.  -  Co  widzę?  Koniec  świata?    -    Nic  aż  tak  dramatycznego.  Tutaj, 
prosto przed tobą. 

Jay wytężył wzrok, patrząc na ziemię. Były tu trzy rzeczy: 

piasek, pojedyncze, złamane źdźbło bladozielonej trawy i zakurzona, rudawa skała. - 
Nic nie widzę. 

-  Naprawdę nic? 
-  No dobrze, coś tam widzę. Piach, skała i zwiędłe źdźbło trawy. 
To wszystko. 
-  Rozejrzyj się? Jest tu jakaś roślinność? 
Jay  wyprostował  się  i  powiódł  wzrokiem  dookoła.  -  Widzę  coś,  co  wygląda  na 
kreozotowe  krzaki*,  jakieś  dziesięć  metrów  stąd.    -  Podszedł  do  krawędzi  urwiska  i 
wyjrzał. Na dole nic nie rosło. 

-  Nic poza tym w najbliższej okolicy. Zauważył wielki kaktus, 

ale 
strasznie daleko. Tutaj ziemia jest martwa. 
-  Dobrze, zastanów się nad tym przez chwilę. 
-  Bez urazy, Saji, ale gdybym był w stanie myśleć dłużej niż trzydzieści sekund i nie 
zgłupieć zupełnie, wcale bym cię nie potrzebował! 

-  Zamknij oczy, licz oddechy. Jay westchnął i wykonał polecenie. 
-  Jeden... dwa... trzy... co... tam... było...? Otworzył oczy. 
-  Trawa. 
Saji skinął głową. - Co z tą trawą? 
-  Nie pasuje tutaj. Skąd się wzięła? Nigdzie w pobliżu nie rośnie. 
-  Dobrze. Mógł ją tu przywiać wiatr? 

Jay pokręcił głową. - Nie ma wiatru. A gdyby to źdźbło leżało tutaj od dawna, byłoby 
suche jak pieprz, a tymczasem jest wciąż zielone. 

-  Co oznacza, że...? 

-    Jakoś  się  tu  dostało.  Może  wypadło  komuś  z  buta  albo  było  przyczepione  do 
czyjejś nogawki od spodni? 

-  Bardzo dobrze. I co teraz? 

Jay  zaczął  się  zastanawiać.  Saji  już  mu  o  tym  mówił,  ale  teraz  nie  mógł  sobie 
przypomnieć.  W  porządku,  myśl  logicznie,  Jay.  Nie  było  to  łatwe,  ale  przecież  nie 
musiał pisać żadnego wielkiego programu, a tylko zrobić kolejny mały krok. Czyli... 

 Larrea  tridentata,  żywiczna  roślina  pustynna  występująca  na  południowym 

zachodzie USA i w Meksyku, jej liście pachną kreozotem [przyp. tłum.]. 

 
-    Trzeba  zacząć  krążyć,  szukając  śladów  na  każdym  podłożu,  na  jakim  mogły  się 
zachować. 

-    Dobrze.  Rozejrzyjmy  się.  Ostrożnie,  nie  chciałbyś  przecież  zadeptać  żadnego 
śladu. 

Jay  zaczął  zataczać  coraz  większe  kręgi  wokół  źdźbła  trawy,  powoli,  uważnie, 
szukając śladów. Nie znalazł niczego w promieniu piętnastu metrów. Pokręcił głową. 
- Żadnych śladów.  -  Jesteś pewien? 

background image

-  Do diabła, tak! Jestem pewien! Saji odczekał kilka sekund. 
-  Przepraszam, jestem zdenerwowany. 
-  Żaden problem. Spójrz tutaj. - Saji podprowadził Jaya kilka kroków i wskazał ręką 
ziemię. - Tutaj. 
-  Daj spokój. Akurat tutaj piasek jest zupełnie gładki. Nie wmówisz mi, że widzisz tu 
jakieś ślady! 

-    Nie  słyszałeś  o  ludziach,  którzy  owijają  sobie  buty  szmatami  tak,  że  nie 
pozostawiają żadnych śladów na piasku?  -  Co takiego? 

-    Jeśli  na  pustyni  zobaczysz  idealnie  gładkie  miejsce,  to  znaczy,  że  coś  jest  nie  w 
porządku.  Spójrz  tu  obok.  Widzisz  ślady  wiatru?    Wgłębienia  po  kroplach  deszczu? 
Drobne nierówności tu i tam? A teraz popatrz znów na to miejsce. 

Jay  spojrzał.  Rzeczywiście,  piach  był  tu  idealnie  gładki.    -    Połóż  się  na  ziemi,  tak, 
żebyś miał słońce z boku. Jay wykonał polecenie. Tak, teraz dostrzegł jakby krawędź 
tego  gładkiego  miejsca.  Miała  owalny  kształt.  -  Widzę!    -    Czasem  trzeba  zwracać 
uwagę  na  coś,  czego  nie  ma,  chociaż  powinno  być.  Czasem  będzie  to  coś  bardzo 
subtelnego,  jak  ten  niewidzialny  odcisk  stopy.  Nasza  zwierzyna  przeszła  tędy, 
kierując się na północ i trzymając się blisko krawędzi. Tropiciel na koniu nie zbliżyłby 
się  tak  bardzo  do  tej  krawędzi,  nawet  gdyby  koń  mu  na  to  pozwolił.  A ten kaktus, o 
którym wspomniałeś? Ten strasznie daleko? 

-  Tak? 

-    Założę  się,  że  ten,  kogo  tropimy  zatrzymał  się  pod  nim,  żeby  trochę  odpocząć  w 
cieniu. 

-  Skąd możesz wiedzieć? 

-    Jest  na  północ  stąd.  Za  nami  nie  ma  nigdzie  śladu  cienia,  całymi  kilometrami. 
Gdybyś ty dotarł tu, po kilkugodzinnym marszu w pełnym słońcu, ze stopami na wpół 
ugotowanymi  w  butach,  owiniętych  grubymi  szmatami,  poruszając  się  powoli,  żeby 
nie wzbijać kurzu, czy nie zatrzymałbyś się w cieniu, żeby się czegoś napić? 

Saji ruszył szybkim krokiem w stronę kaktusa. 
-  Hej, Saji, nie boisz się, że zadepczemy ślady? 
-    Skądże.  Skoro  dotarł  do  kaktusa,  nie  musimy  wiedzieć,  jak  się  tam  znalazł.  Nie 
spadł  z  urwiska,  bo  widzielibyśmy  sępy,  krążące  nad  jego  trupem.  Nie  zawrócił. 
Poszedł do kaktusa. Tam odnajdziemy jego ślady. 
-  Racja - powiedział Jay. - Ty tu jesteś szefem. 
-  Nie, Jay, ty jesteś szefem. Ja jestem tylko przewodnikiem. 
Ruszył dalej. Jay poszedł za nim. 
Środa, 6 kwietnia 
Jackson, Missisipi 
W  hotelu  „Holiday  Inn”  Howard  rozglądał  się  po  pokoju,  w  którym  Rużjo  spędził 
poprzednią  noc.  Jeszcze  tu  nie  posprzątano;  Rużjo  zapłacił  za  dwie  doby  i  przed 
wyjściem wywiesił na klamce tabliczkę z napisem NIE PRZESZKADZAĆ. Ale pokój i 
tak  nie  wyglądał,  jakby  ktoś  tu  mieszkał.  Łóżko  było  pościelone,  jedyny  używany 
ręcznik  leżał  złożony  na  kilku  nieużywanych.  Szklanka  w  łazience  była  umyta, 
wysuszona i owinięta z powrotem w papier.  A jeśli Rużjo korzystał z sedesu, to zadał 
sobie trud złożenia w trójkąt końcówki papieru toaletowego na rolce. 

-    Co  za  zamiłowanie  do  porządku  -  powiedział  Fernandez.  -  Żeby  tak  moja 
narzeczona była równie porządna. 

background image

Howard przygryzł dolną wargę. - Cóż, trudno się było spodziewać, że facet zostawi tu 
mapę z zaznaczonym miejscem, do którego zmierza, numerem rezerwacji samolotu i 
terminem  odlotu.    -    Dostaniemy  go,  pułkowniku.  Doszliśmy  po  jego  śladach  tutaj, 
pójdziemy i dalej. Wygląda na to, że kieruje się na wschód.  -  Może. 

-  Może kieruje się na wschód, czy może go dostaniemy? 

-  Jedno i drugie. 

Środa, 6 kwietnia 
Posiadłość „Cisy”, Sussex, Anglia 
Peel  stał  przy  starym  kościółku,  który  zmienił  się  teraz  w  jego  biuro,  obserwując 
Goswella. Jego Lordowska Mość wciąż włóczył się po ogrodzie z tą zabytkową fuzją, 
próbując dopaść królika.  Staruszek uważał się za nie lada myśliwego. Peel dziesiątki 
razy  słuchał  jego  opowieści  łowieckich.  Na  początku  lat  sześćdziesiątych 
poprzedniego wieku, kiedy jeszcze nikomu to nie przeszkadzało, Goswell pojechał na 
safari  do  Afryki.  Upolował wtedy słonia, lwa i leoparda, a także gazelę i trochę innej 
zwierzyny  płowej.  Oczywiście  wzrok  i  słuch  Jego  Lordowskiej  Mości  były  wtedy, 
przed pięćdziesięciu laty, w znacznie lepszym stanie, a poza tym, miał do dyspozycji 
całą  armię  tragarzy  do  niesienia  sprzętu,  nie  mówiąc  już  o  miejscowym  białym 
myśliwym,  który  wyszukiwał  mu  zwierzynę.  W  takich  okolicznościach  wystarczało 
tylko  ściągnąć  spust,  a  jeśli  się  chybiło,  biały  myśliwy  pilnował,  żeby  żadna  dzika 
bestia  nie  dobrała  się  patałachowi  do  tyłka.  To  jednak  nie  to  samo,  co  tropienie  w 
pojedynkę rannego bawołu w bambusowym gąszczu, o, nie. 

W  tej  chwili  staruszek,  który  był  już  na  wpół  ślepy  i  głuchy,  stanowił  pewnie  takie 
samo zagrożenie dla własnych stóp, co dla przyczajonych królików. Urządzał sobie te 
polowania na króliki od miesięcy, ale chociaż tyle razy nasmrodził czarnym prochem 
swojej  armaty,  nie  udało  mu  się  dotąd  trafić  niczego,  oprócz  grządek  w  ogrodzie  i 
jeden  raz  szopy  na  narzędzia.    Goswell  był  przykładowym  egzemplarzem  swojej 
klasy.  Urodzony  w  bogatej  rodzinie,  kształcony  w  najlepszych  szkołach,  obracający 
się  w  odpowiednich  kręgach,  znający  odpowiednich  ludzi.  Nigdy  niczego  mu  nie 
brakowało. Dobrze się ożenił, spłodził, jak to było w zwyczaju, gromadkę dzieciaków, 
głupawych  z  racji  zbyt  bliskich  więzów  krwi  wśród  angielskiej  arystokracji.  Dzieciaki 
też  znalazły  sobie  odpowiednich  małżonków.  Czasem  któreś  z  nich  zaglądało  z 
wizytą,  chyba  nawet  częściej,  od  kiedy  przed  paru  laty  zmarła  ich  matka.  Nawet 
wnuki  odwiedzały  staruszka,  który  oczywiście świata poza nimi nie widział. Słusznie 
mówiono,  że  bogaci  są  inni,  zwłaszcza  ci  bogaci  od  pokoleń.  Uważali,  że  pewne 
rzeczy po prostu im się należą. 

Staruszek podrzucił dubeltówkę, wycelował, ale nie strzelił. 
Opuścił broń i mruczał coś do siebie. 
Peel  uśmiechnął  się.  Cóż,  on  też  będzie  się  miał  okazję  przekonać,  jak  to  jest  być 
bogatym.  Miał  milion  w  banku,  mógłby  się  wycofać  już  teraz,  bezpiecznie 
zainwestować  pieniądze  i  spokojnie  żyć  z  procentów,  nie  ruszając  kapitału 
podstawowego.  To  było  zabezpieczenie,  zwłaszcza  dla  człowieka,  który  zawsze 
myślał,  że  niczego  się  już  w  życiu  nie  dorobi.  Ale  mógł  zdobyć  jeszcze  więcej,  po 
prostu robiąc to, co dotychczas, to znaczy pracując dla Goswella. Nic się nie zmieni, 
z  wyjątkiem  drobnych  modyfikacji  w  raportach  o  panu  Bascomb-Coombsie.  Jego 
ludzie będą w dalszym ciągu śledzić naukowca, ale nie przez cały czas. Zdarzy się, 
że  któryś  z  obserwatorów  zostanie  odwołany,  sądząc,  że  zastąpi  go  kolega,  a 
tymczasem kolega nic nie będzie o tym wiedział. Luki w obserwacji będą tak długie, 
jak  okaże  się  to  potrzebne  Bascomb-Coombsowi,  a  Peel  ukryje  to,  pisząc  swoje 
raporty. Łatwy sposób na zarobienie miliona. 

background image

Staruszek  skręcił  za  róg  i  zginął  mu  z  oczu.  Peel  pomyślał,  że  wielkie  tłumiki  na 
uszach nadają Goswellowi wygląd stetryczałego kosmity. 

Spojrzał na zegarek. Lada chwila powinni się zacząć meldować jego ludzie. 

Wiedział  oczywiście,  że  w  ramach  układu  z  tym  żydowskim  naukowcem  będzie  w 
końcu  musiał  zrobić  coś  więcej,  niż  tylko  utrzymywać  Jego  Lordowską  Mość  w 
nieświadomości.  Z  pewnością  będzie  to  wymagało  większego  wysiłku  niż 
manipulowanie  raportami  w  komputerze.  I  chociaż  Bascomb-Coombs  wydawał  się 
przekonany  o  swej  wielkości  w  sprawach  qubitów  i  wszystkich  tych  kwantowych 
bzdur, gdyby ktoś wywalił kopniakiem drzwi i zaczął strzelać, temu geniuszowi będzie 
potrzebny człowiek, potrafiący odpowiedzieć ogniem, żeby uratować mu tyłek. 

Cóż,  Peel  robił  to  od  dawna,  najpierw  w  służbie  królowej,  potem  w  służbie  jej 
gamoniowatego  syna,  i  to  za  znacznie  mniejsze  pieniądze  niż  te,  które  dostawał 
obecnie... 

Eksplozja. Pół sekundy później jeszcze jedna. 

Peel  przykucnął  w  pozycji  strzeleckiej,  wypatrując  zagrożenia,  odruchowo  sięgając 
po pistolet. Odprężył się, kiedy zobaczył gęstą chmurę dymu i usłyszał przekleństwa 
starego. - Ty sukinsynu! Ty parszywy złodziejski sukinsynu! 

Peel  uśmiechnął  się.  Kolejne  pudło.  Wyprostował  się,  obciągnął  mankiety  i  poszedł 
się upewnić, czy ze staruszkiem wszystko w porządku. To, że zdradzał jego zaufanie, 
nie oznaczało przecież, że nie powinien się zachowywać w cywilizowany sposób. 

Czwartek, 7 kwietnia Londyn, Anglia 

Michaels postanowił przyjąć zaproszenie Toni i pójść z nią na zajęcia silat. Powinien 
poćwiczyć, zaniedbywał to przez ostatnie kilka dni, a Bóg jeden wiedział, kiedy wrócą 
do  domu  i  do  normalnego  rozkładu  dnia.  Jak  dotąd  ich  postępy  w  poszukiwaniu 
sprawcy  tego  nowego  zagrożenia  były  równe  zeru.  Pomyślał,  że  jeśli  potrenuje, 
porządnie się spoci, z pewnością poczuje się o wiele lepiej. 

-  Coś się tak zamyślił? - spytała Toni. 

Siedziała  naprzeciwko  niego  w  taksówce.  Uśmiechnął  się  do  niej.   -    Przepraszam. 
Prawie całe popołudnie spędziłem na przelewaniu z pustego w próżne. Nie zbliżyłem 
się do tego faceta ani o krok.  Głupio się czuję. 

-   Dlaczego czujesz się osobiście odpowiedzialny za ujęcie tego szalonego hakera? 
Ścigają  go  dziesiątki  agencji  rządowych  z  całego  świata  i  żadna  nie  posunęła  się 
dalej niż my. 

-    Tak,  tylko  że  ja  siedzę  na  czubku  piramidy  w  USA,  gdzie,  jak  powszechnie 
wiadomo, nie ma rzeczy niemożliwych. Nikt nie przypatruje się Portugalczykom, czy 
Tasmańczykom  i  nie  oczekuje  od  nich  wytropienia  tego  faceta.  Jesteśmy  jedynym 
supermocarstwem, jakie pozostało na świecie. 

-  Oho, następny Samotny Ranger!* Spojrzał na nią zdziwiony. - Co? 

-  Nie pamiętasz, jak to się stało, że Silvera zaczęto nazywać Samotnym Rangerem? 
Tonto  kurował  go  po  zasadzce,  jaką na oddział Rangersów urządziła banda Butcha 
Cavendisha.  Kiedy  Silver  odzyskał  przytomność,  spytał  o  pozostałych.  Tonto 
odpowiedział: 

„On być trup... wszyscy być trup. Ty zostać... jedyny ranger. 
Ty... samotny ranger. 

background image

-  Naprawdę? 
-  Naprawdę. A wiesz, jaki napis był na lufie rewolweru Cisco Kida? 
Spojrzał na nią pytająco. - Jaki? 

-  „Nie każ mi cię skrzywdzić”. Uśmiechnął się do niej. - Skąd ty to wiesz? 

-    Zmarnowana  młodość.  Starsi  bracia,  którzy  kolekcjonowali  wszystko,  od 
samochodów  po  stare  winylowe  płyty  gramofonowe  na  78  obrotów.  Jeśli  chcesz, 
mogę ci opowiedzieć o takich postaciach, jak Hopalong Cassidy, Roy Rogers i Gene 
Autrey**.  A może chcesz się dowiedzieć o pomocnicy Reda Rydera***? 

-  Chyba nie - powiedział. 

 Bohater westernowych słuchowisk radiowych i serialu telewizyjnego [przyp. tłum.].  

**Aktorzy wczesnych westernów [przyp. tłum.]. 

*** Bohater wczesnych westernowych komiksów [przyp. tłum.]. 

-  Nie chcesz usłyszeć o Li’l Beaver? - Zatrzepotała rzęsami i uśmiechnęła się słodko. 

-  No... dobrze, ale... nie przy taksówkarzu. Roześmieli się oboje. 

Szkoła  silat  była  ponurą  budą  w  paskudnej  okolicy.  Michaels  żałował,  że  nie  zabrał 
ze  sobą  tasera.  Ale  wewnątrz  było  czysto,  a  uczniowie  okazali  się  uprzejmi,  kiedy 
Toni im go przedstawiła.  Przyszedł instruktor, Carl Stewart, i również z nim Michaels 
się przywitał. Wyglądał na sympatycznego faceta, parę lat starszego od Michaelsa, w 
niezłej formie. Trochę wyższy, trochę bardziej szpakowaty, trochę szerszy w barach i 
z trochę grubszymi ramionami. Nosił dwuogniskowe gogle; Michaels zastanawiał się, 
dlaczego nie szkła kontaktowe. 

-  Wiem od Toni, że zaczął pan trenować silat 
- powiedział Stewart. 
-  Weźmie pan udział w naszych zajęciach? 
-  Jeśli nie ma pan nic przeciwko temu. 
-    Ależ  skąd.  -  Stewart  uśmiechnął  się  do  Toni,  ona  odwzajemniła  uśmiech,  a 
Michaels  poczuł  małe  ukłucie...  czegoś  tam.    Zazdrości?  Nie,  skądże.  Miał  do  Toni 
zaufanie. 

Zaczęły  się  zajęcia.  Michaels  sumiennie  ćwiczył  oba  djuru,  które  już  opanował. 
Zerknął  na  Toni.  Wykonywała  właśnie  tiga,  a  potem  śliwa  -  trójkąt  i  kwadrat  -  ze 
swoich  djuru.  Wyglądała  wspaniale.    Podszedł  do  niego  Stewart. -  Wygląda  pan na 
trochę  rozkojarzonego,  panie  Michaels.  Byłoby  lepiej,  gdyby  skoncentrował  się  pan 
na swoich ćwiczeniach. 

Michaels zaczerwienił się, skinął głową i powiedział - Przepraszam, guru. 

Steward też skinął głową, uśmiechnął się i odszedł obserwować innych uczniów. 

Dobrze,  że  to  nie  ćwiczenia  Zen,  pomyślał  Michaels.  Jak  nic  dostałby  kijem  za 
nieuwagę.  Skoncentrował  się  ponownie  na  swoich  ruchach,  ale  czuł  się  nieswojo. 
Ćwiczył  je  dopiero  od  kilku  miesięcy  i  wciąż  jeszcze  wydawały  mu  się  bardzo 
nienaturalne, sprzeczne z intuicją. 

Po  około  piętnastu  minutach  djuru  Stewart  przerwał  ćwiczenia  i  zaczął  odpowiadać 
na pytania. Chociaż uczniowie wykonywali inne ćwiczenia, Michaels, usłyszał trochę 
o zachowaniu równowagi i o skręcie bioder, na co tyle razy zwracała mu uwagę Toni.  
-    No,  dobrze.  Popracujmy  teraz  nad  kombinacjami  -  powiedział  Stewart.  -  Toni, 
pomożesz mi? 

background image

Toni złożyła Stewartowi krótki ukłon. Ręce miała ułożone trochę inaczej niż Stewart, 
kiedy odpowiedział jej ukłonem. Prawą dłoń, skierowaną wewnętrzną stroną od siebie 
i zaciśniętą w pięść, miała na wysokości piersi i obejmowała ją z boku lewą dłonią; 

Stewart  ułożył  pięść  odwrotnie  i  też  objął  ją  lewą  dłonią.    -    Cios  prawą  pięścią 
proszę, tutaj. - Dotknął czubka swojego nosa. 

Toni  zrobiła  krok  do  przodu  i  wyprowadziła  szybki  prawy  prosty.    Gdyby  trafiła,  z 
pewnością złamałaby mu nos. Stewart uderzył ją w ramię obu dłońmi, sam zadał cios 
łokciem  w  żebra,  zrobił  skręt  tułowia,  znów  uderzył  ją  w  żebra,  a  potem  podciął  jej 
nogę.  Chwycił Toni jedną ręką przez pierś, zanim upadła. - W porządku? 

-  Tak. 
-  Jeszcze raz, proszę. Powoli. 
Toni powtórzyła atak, a Stewart swą kombinację: blok, uderzenie łokciem, podcięcie 
nogi. I znów podtrzymał ją, chwytając ręką przez pierś. 
Michaelsa  zirytował  trochę  widok  ręki  obcego  mężczyzny  na  piersiach  Toni.  Czy  to 
było rzeczywiście potrzebne? Toni nic by się nie stało, gdyby upadła, nie raz widział, 
jak uderzała o podłogę i odbijała się od niej, jak gumowa „piłka. A tutaj na podłodze 
były jeszcze maty. 

Toni uśmiechnęła się do Stewarta, a na jej twarzy malowała się niezmącona radość. 
Michaels  widział  ten  wyraz  twarzy  parę  razy,  zwykle  tuż  po  osiągnięciu  orgazmu  - 
przez nią albo przez niego.  Nie podobało mu się, że widzi go teraz. 

Zganił się w myślach. Zacznij myśleć, chłopcze! Przecież to trening sztuk walki! Facet 
nie próbuje jej obmacywać; pokazuje, w jaki sposób poradzić sobie z kimś, kto byłby 
na tyle głupi, żeby go zaatakować! 

Dobrze, już dobrze. 
-  Są pytania? 
Michaels postanowił o coś spytać. - Dlaczego uderzył ją pan w żebra, a nie w twarz? 
Stewart uśmiechnął się, podobnie jak większość uczniów. Michaels zauważył to, ale 
nic nie powiedział. Stewart zorientował się w sytuacji. 

-  Przepraszam, panie Michaels, ale wciąż powtarzam swoim uczniom, że uderzenia 
w  korpus  zupełnie  wystarczą  do  zadania  napastnikowi  takich  obrażeń,  jakie  są 
niezbędne.  Indonezyjczycy  rzadko  biją  w  twarz;  to  raczej  specjalność...  ludzi 
Zachodu. 

Michaels skinął głową. Ta krótka przerwa przed „ludźmi Zachodu” powiedziała mu, że 
Stewart zamierzał powiedzieć coś innego; 

Michaels gotów był się założyć, że guru miał na myśli Amerykanów.  -  W porządku, 
ustawiamy się parami i przećwiczymy to. Toni, poobserwujesz ich razem ze mną? 

Toni  powiedziała: -  Tak,  guru.  Michaels  znalazł  się  naprzeciwko  chudego  chłopaka, 
ostrzyżonego  na  jeża,  z  dwoma  kolczykami  w  nosie,  wyglądał  na  jakieś 
siedemnaście lat. Chłopak przedstawił się: - Giles Patrick. 

-  Alex Michaels. 
-  Chce się pan bronić jako pierwszy? 
-  Jasne - odpowiedział Michaels. 
Poruszając się, jak na zwolnionym filmie chłopak zrobił wypad, wyprowadzając cios z 
jedną  ósmą  normalnej  prędkości.    Michaels  zablokował,  uderzył  łokciem  i  zawahał 
się. Co dalej? 
-  Cios lewą w żebra, tutaj - podpowiedział chłopak. 

background image

-  A, tak. Spróbujmy jeszcze raz. 
Chłopak  znów  wyprowadził  swój  spowolniony  atak,  Michaels  zablokował,  uderzył 
łokciem i pięścią, ale kiedy próbował podciąć tamtemu nogę, stracił równowagę i nic 
nie wskórał.  -  Biodra - powiedział chłopak. - Musi pan zrobić skręt tułowia, tak, żeby 
biodra i ramiona były skierowane w tę samą stronę.  -  Słusznie. 
-  Jeszcze raz? 
-  Jasne. 
Tym  razem  Michaels  wykonał  wszystkie  cztery  posunięcia,  jak  należy  i  chłopak 
poleciał na matę. Doskonale! Sprawiło mu to przyjemność. 
Podeszła Toni. - Całkiem nieźle, Alex, ale blokuj cios trochę bardziej do góry, o tak. 
Giles? 

Chłopak  uśmiechnął  się  i  zaatakował  Toni,  już  nie  tak  powoli,  jak  przedtem 
Michaelsa. 

Toni z łatwością podbiła atakującą rękę na tyle wysoko, że miała mnóstwo miejsca do 
zadania ciosu łokciem pod pachę.  -  Dzięki, Toni. 

Wydawało  mu  się,  że  przez  twarz  przemknął  jej  grymas  niezadowolenia,  ale  zaraz 
skinęła głową i poszła obserwować kolejną dwójkę uczniów. 

Niezadowolona? Dlaczego? Za to, że nazwał ją „Toni”? 
-  Mógłbym teraz ja spróbować? - spytał Giles. 
-  Tak, oczywiście. 
Michaels skupił się i zaatakował. Chłopak prawidłowo wykonał kombinację obronną - 
razdwatrzycztery - i Michaels ciężko upadł na matę. Natychmiast się poderwał. 
-  Nic się panu nie stało, panie Michaels? 

-  Nie, w porządku. I mów mi Alex. - Wystarczy, że spuszczają mu tu łomot; nie musi 
czuć się przy tym, jak dziadek. 

Ustawił się do następnego ataku. Dobrze było spalić trochę energii, odreagować i tak 
dalej,  ale,  przynajmniej  na  razie,  nie  mógł  powiedzieć,  że  te  zajęcia  sprawiają  mu 
prawdziwą przyjemność. Na pewno nie. 

Lord Goswell stał przed wielkim pejzażem morskim, który od niepamiętnych czasów 
zdobił  wschodnią  ścianę  Sali  Mniejszej  jego  klubu.  Był  to wielki olejny obraz - dwa i 
pół  na  trzy  i  pół  metra  -    utrzymany  w  odcieniach  morskiego  błękitu  i  szarości, 
przedstawiający  rzucany  falami  żaglowiec.  Na  morzu  szalała  burza,  błyskawice 
wydobywały  z  półmroku  żeglarzy,  usiłujących  ratować  drewniany  statek  przed 
zatonięciem.  Scena  pełna  dramaturgii  i  ten  niemal  fotograficzny  realizm.  Potrząsnął 
kostkami lodu w prawie pustej szklaneczce po ginie z tonikiem i natychmiast pojawił 
się Paddington z tacą. - Jeszcze jeden, milordzie? 

-    Dlaczego  nie?  Powiedz  mi,  wiemy,  kto  to  namalował?    -    Tak,  milordzie.  Jeffery 
Hawkesworth.o ile pamiętam, w 1872 roku. 

-  Całkiem niezły obraz. To jakiś znany malarz? 

-    Nie,  milordzie.  Był  jednym  z  tych  nielicznych  cywilów,  zabitych  przez  Zulusów  w 
Afryce  Południowej,  pod  Rorke’s  Drift  w  1879.  Spod  jego  pędzla  wyszło  tylko  kilka 
płócien. Klub wszedł w posiadanie tego obrazu kilka lat po śmierci malarza, dostał go 
w  spadku  od  jego  brata,  Sir  Williama  Hawkeswortha,  któremu  Jej  Królewska  Mość 
królowa Wiktoria nadała tytuł szlachecki za zaszczytną służbę w Indiach. 

Goswell skinął głową. - Interesujące. 

background image

-    Czy  mam  teraz  przynieść  panu  drinka,  milordzie?    -    Nie  przypuszczam,  żebyś 
chciał odejść z Klubu i przejść na służbę do mnie? 

-    Czyni  mi  pan  wielki  zaszczyt,  milordzie,  ale  jestem  zmuszony  odmówić.  To  nie 
byłoby właściwe. 

-  Nie, oczywiście, że nie. Ruszaj. 

Spoglądał  za  odchodzącym  służącym.  Niech  to  licho.  Takiej  lojalności  nie  można 
kupić. Szkoda. Kupiona lojalność była zwykle warta mniej, niż się za nią zapłaciło. 

Paddington wrócił z następną doskonale zmrożoną szklaneczką na tacy. 

-    Telefon  do  pana,  milordzie.  -  Na  tacy,  obok  szklaneczki,  leżał  bezprzewodowy 
aparat telefoniczny. 

Goswell wziął drinka i telefon. Skinął głową. 
- Dziękuję, Paddington. 
A  propos  kupionej  lojalności.  Kiedy  Paddington  oddalił  się  poza  zasięg  głosu, 
Goswell odebrał rozmowę. - Masz zestawienie tego, co mi będzie potrzebne? 
-  Mom, pewnie, że mom. 

-  Więc spotkamy się tam, gdzie zawsze. Za pół godziny. - Przerwał połączenie. 

Goswell  wpatrywał  się  w  obraz,  sącząc  drinka.  Szkoda,  że  ten  artysta  zginął  z  rąk 
jakichś dzikusów. Mógłby tworzyć naprawdę wielkie dzieła. Ale Królewska Armia dała 
przynajmniej  nauczkę  tym  czarnym  podczas  potyczki  pod  Rorke’s  Drift.  Garstka 
żołnierzy  przeciw  tysiącom  tubylców  i,  na  Boga,  wojsko  trzymało  się  dzielnie, 
pokazało,  co  potrafi.  Pokazało  tym  parszywym  czarnuchom,  co  znaczy  brytyjska 
determinacja. 

Uniósł szklaneczkę, wpatrzony w obraz. - Twoje zdrowie, stary. 

Czwartek, 7 kwietnia Londyn, Anglia 

Toni  czuła się po treningu doskonale, ale była trochę zła na Alexa, za tę nadmierną 
poufałość w obecności uczniów i Stewarta.  Zdawała sobie sprawę, że Alex czuł się 
tam  niepewnie  i  dlatego  zwracał  się  do  niej  „Toni”,  a  nie  „guru”,  dlatego  kilka  razy 
poklepał ją po ramieniu i uśmiechał się do niej. Nie miała wątpliwości, że chciał w ten 
sposób wszystkim pokazać, że łączyło ich coś więcej niż tylko związek nauczyciela z 
uczniem.    Akceptowała  to,  kiedy  byli  sami  w  sali  treningowej  w  Stanach,  ale  tutaj 
takie  zachowanie  było  nie  na  miejscu.  Jakby  chciał  się  pochwalić:  „Ta  dziewczyna 
potrafi  wam  dokopać  i  jest  moja!”  Niezbyt  jej  się  to  podobało.  Kochała  Alexa,  ale 
czasem zachowywał się... jak mały chłopiec. 

Cóż, prawie wszyscy mężczyźni, jakich znała, zachowywali się w podobny sposób, a 
Alex  nie był jeszcze najgorszy. I kochał ją, więc może nie powinna traktować go tak 
surowo? 

Ale  istniało  jeszcze  coś,  co  nie  dawało  mu  spokoju.  Coś  go  nurtowało,  a  ona  nie 
wiedziała, co to takiego. Może to sytuacja w pracy? Nie, raczej nie. 

Czuła  potrzebę  porozmawiania  z  nim  o  jednym  i  o  drugim,  ale  nawiązanie  takiej 
rozmowy bez wywołania kłótni nie było łatwe.  Sprawy komplikowały się czasem, gdy 
kochanek  był  jednocześnie  szefem  i  uczniem.  Nie  zastanawiała  się  nad  tym,  zanim 
nie  zostali  parą.  Prawdopodobnie  dlatego,  że  w  głębi  duszy  nigdy  się  nie 
spodziewała,  że  będą  kiedyś  razem.  Pragnęła  tego  bardziej  niż  czegokolwiek,  ale 

background image

wydawało  jej  się,  że  los  jej  nie  sprzyja.  A  potem  stało  się  i  było  cudownie,  ale  nie 
sielsko. 

W wyobraźni wszystko wydawało się łatwiejsze, niż w rzeczywistości. Wszystkie pary 
miały  swoje  problemy.  Jej  rodzice mieli długi staż małżeński i naprawdę się kochali, 
ale i im zdarzały się sprzeczki. Ale Toni nie miała dotąd żadnego trwałego związku i 
za  każdym  razem,  kiedy  zaczynali  sobie  z  Alexem  działać  na  nerwy,  ogarniało  ją 
przerażenie. Bała się, że go straci. Bała się, że staną się sobie obcy. Bała się, że ma 
wygórowane  oczekiwania,  które  nie  wytrzymają  konfrontacji  z  rzeczywistością.  
Trening  podobał  jej się bardzo. Guru Stewart to dobry nauczyciel i praktyk. Co jakiś 
czas, kiedy studenci ćwiczyli parami, odrywał się od nich na chwilę, żeby pokazać jej 
jakiś ruch. Ich sztuki walki były na tyle podobne, że potrafiła docenić znaczenie jego 
rad i była za nie naprawdę wdzięczna. 

Pod  koniec  treningu  Stewart  powiedział:  -  Zanim  stąd  wyjedziesz,  powinniśmy 
poćwiczyć  razem,  ty  i  ja,  przed  regularnymi  zajęciami,  albo  po.  -  Moglibyśmy  się 
nawzajem o wiele więcej nauczyć, gdyby nic nie odwracało naszej uwagi. 

Była zachwycona. - Chętnie - powiedziała. 

Teraz,  kiedy  wracali  z  Alexem  taksówką do tego nowego hotelu, na który szarpnęło 
się MI-6, Toni uświadomiła sobie, jaką przyjemność sprawia jej trening silat. To było 
takie  prostolinijne,  szczere,  bez  żadnych  ukrytych  zamiarów.  Ćwiczyło  się  ciało  i 
umysł, koncentrując jedno i drugie na prostych sprawach: uderzenie, krok, podstawa, 
kąt,  dźwignia.    O  ileż  to  prostsze  niż  zajmowanie  się  ludzkimi  uczuciami,  nawet 
własnymi. A może zwłaszcza własnymi. 

Kiedy wysiadali z taksówki przed hotelem, Michaels spytał: 

- Zauważyłaś, że ktoś nas śledzi? 

Oczywiście nie zaczęła się rozglądać na wszystkie strony. - Co takiego? 

-    Facet  w  szarej  Toyocie  po  drugiej  stronie  ulicy,  jakieś  trzydzieści  metrów  stąd. 
Jechał  za  nami już w tamtą stronę. I jestem prawie pewien, że szedł za mną dziś w 
południe,  kiedy  wyszedłem  coś  zjeść.  To  by  musiał  być  niesamowity  zbieg 
okoliczności, żeby ten facet był w pobliżu za każdym razem, kiedy gdzieś się ruszam. 

-  Wywiad brytyjski? 

Alex skinął głową portierowi w liberii, który otworzył przed nimi drzwi. Był spocony po 
treningu,  ale  uśmiechnął  się  do  odźwiernego,  jakby  on  i  Toni  byli  odświętnie 
wystrojeni.  -  Niewykluczone. Gdyby któryś z nich grzebał w naszych tajemnicach w 
Quantico, posadziłbym mu na ogonie FBI, żeby mieć pewność, że nikt go nie porwie i 
niczego z niego nie wyciśnie.  -  Mówisz to bez przekonania - zauważyła. 

-   Cóż, gdyby to nasi ludzie śledzili kogoś z nich, dopilnowałbym, żeby powierzyć to 
agentowi,  który  nie  dałby  się  przyłapać,  chyba  że  właśnie  na  tym  by  nam  zależało. 
Brytyjczycy  powinni  mieć  do  takich  zadań  ludzi,  nie  gorszych  od  naszych.  To  ich 
miasto. W żadnym wypadku nie powinienem się zorientować, że jestem śledzony. 

Przeszli przez hol, kierując się do windy. 

-  Może chcieli, żebyś go zauważył? Żebyś wiedział, że masz ochronę? 

-  Przecież mogli mi o tym po prostu powiedzieć, nie uważasz? 
-  Tak byśmy postąpili na ich miejscu? 
-  Prawdopodobnie. Zwłaszcza, gdybyśmy przypuszczali, że i tak się zorientują. 

background image

Melodyjny  dzwonek  obwieścił  przyjazd  windy.  Wielkie  mosiężne  drzwi  otworzyły  się 
majestatycznie. Windziarz uśmiechnął się do nich. Dobrze, że to Brytyjczycy płacili za 
ten hotel - na widok rachunku Allison dostałaby zawału. 

-  A może zrobimy małą próbę? Byłeś przecież kiedyś agentem terenowym. 

-  Byłem - powiedział - ale od tamtego czasu wyszedłem z wprawy.  No, spoglądam 
co jakiś czas w lusterko wsteczne, kiedy prowadzę, rozglądam się na boki i tak dalej. 
Nie  wyzbyłem  się  całkiem  czujności  od  czasu  tamtej  afery  z  Selk,  ale  i  nie  wysilam 
się  za  bardzo.  Na  pewno  mniej,  niż  powinienem.  Nie,  ten  facet  po  prostu  nie  jest 
dobry.  Nie  wierzę,  żeby  ci  z  MI-5  czy  MI-6  wysłali  kogoś  takiego,  licząc,  że  go  nie 
zauważę. 

-    A  może  po  prostu  nie  chcą  marnować  na  ciebie  swoich  najlepszych  ludzi.  Może 
wysłali  drugi  garnitur,  bo  wykombinowali,  że  to  dosyć  na  takiego  paskudnego 
Amerykanina z rozdętym ego. - Posłała mu uśmiech. 

-    Może  i  masz  rację,  ale  chyba  zadzwonię  do  Angeli  Cooper  i  dowiem  się,  co  jest 
grane. 

Weszli do windy. - Które piętro? - spytał windziarz.  -  Czwarte, proszę - powiedziała 
Toni,  całkiem  nieźle  imitując  akcent,  charakterystyczny  dla  angielskich  wyższych 
sfer. Michaels spojrzał na nią zaskoczony. 

Kiedy już znaleźli się w apartamencie, Michaels zadzwonił z virgila do Angeli Cooper. 
Toni  odkręciła  prysznic.  Patrzył,  jak  ściąga  z  siebie  dres,  kiedy  Cooper  odebrała 
telefon. Zastał ją w domu; jej virgil był przełączony na tryb wideo. Z tego, co widział, 
miała na sobie coś czerwonego i jedwabistego. Na jego wyświetlaczu widoczna była 
tylko do ramion. Włączył kamerę swojego virgila. 

-  Alex! Czym mogę służyć? 
-  Odpowiedz mi na jedno tylko pytanie, ale uczciwie. 
-  Oczywiście. 
-  Czy wy, albo MI-5 wzięliście mnie pod obserwację?  -  My na pewno nie. Nie sądzę, 
żeby zrobili to ci z Security Service, ale sprawdzę. Zaczekaj chwilę. 
- Obraz z kamery jej wideofonu zatrzymał się na ostatnim ujęciu, a na wyświetlaczu 
Michaelsa pojawił się komunikat POŁĄCZENIE ZAWIESZONE. 

Toni  zsunęła  figi  i  ściągnęła  sportowy  biustonosz  przez  głowę.    Odwróciła  się, 
prezentując  mu  wspaniały  widok  od  frontu,  pomachała,  weszła  pod  prysznic  i 
zasunęła za sobą drzwi.  Postanowił nie przeciągać tej rozmowy. Chciał się znaleźć 
pod prysznicem, zanim Toni stamtąd wyjdzie. Miał na nią chęć przez cały trening, a 
potem w taksówce, bynajmniej mu nie przeszło.  -  Alex? MI-5 mówi, że nie mają cię 
pod obserwacją. Jest coś, o czym powinniśmy wiedzieć? 

- Uśmiechnęła się do niego. 

Zastanowił się przez chwilę. - Nie, chyba na starość robię się paranoikiem. 

-  Nie jesteś znowu taki stary. 

-    Zobaczymy  się  jutro.  Przepraszam,  że  cię  niepokoiłem  w  domu.    -    Możesz 
dzwonić,  kiedy  zechcesz.  To  żaden  kłopot.  -  Odchyliła  się  do  tyłu  i  jej  czerwona 
jedwabista  bluzka,  czy  może  suknia,  albo  jeszcze  coś  innego,  rozchyliła  się  trochę 
pod szyją, odsłaniając dekolt. 

Rozłączył się, a jego męski radar coś zarejestrował.  Zainteresowanie? Nie miał zbyt 
wielu  doświadczeń  z  kobietami.  Od  czasu,  kiedy  się  rozwiódł,  Toni  była  jedyną 

background image

kobietą,  którą  był  poważnie  zainteresowany.  Nie  miał  w  tych  sprawach  praktyki,  ale 
wyglądało na to, że Angela Cooper nie uważa go za ostatniego nudziarza. 

Ciekawe. Jego męska duma na pewno nie ucierpiała na myśl, że piękna, inteligentna 
kobieta  może  się  nim  interesować.  Pod  warunkiem,  że  poprawnie  interpretował 
sygnały,  które  wysyłała.    Ale  to  i  tak  bez  znaczenia.  Tutaj  czekało  go  coś  o  wiele 
lepszego. Ruszył pod prysznic, ściągając po drodze wilgotne od potu ubranie. 

-  Co powiedziała? - zawołała Toni spod prysznica. 
-  Mówi, że to nie oni - odkrzyknął. 
-    Więc  powinniśmy  ustalić,  kto  to  taki  -  powiedziała.    Kiedy  odsunął  drzwi  kabiny 
prysznicowej,  buchnęły  kłęby  gorącej  pary,  która  natychmiast  osiadła  na  lustrach  w 
łazience. - Jutro.  Masz tu dla mnie trochę miejsca? 
Zerknęła na dół. - Jeśli staniesz przede mną. Nie chcę dostać nożem w plecy. 

Wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Coś takiego. Skąd się to wzięło? 
-  Może to prezent od pani Cooper? Zmarszczył brwi. - Co? 
-    Cóż,  nie  miałeś  tego,  zanim  sięgnąłeś  po  virgila,  prawda?    Kpiła  sobie  z  niego? 
Uśmiechała się wprawdzie, ale nie był pewien. 
Kiedy się tak nad tym zastanawiał, przedmiot tej rozmowy stał się... nieaktualny. 

Toni natychmiast to zauważyła. - Alex, ja tylko żartowałam. 
Poczuł się zażenowany. Chwycił mydło i gąbkę. 
- Odwróć się 
- powiedział. - Umyję ci plecy. 
-  Alex... 
-  Jestem naprawdę zmęczony - powiedział. - To był forsowny trening, nie jestem do 
tego  przyzwyczajony.  Muszę  się  wyspać.    -  Nie  zabrzmiało  to  przekonywująco  i 
wiedział, że ona o tym wie. 

Zaczął  energicznie  mydlić  gąbkę,  produkując  gęstą  pianę.    Odwróciła  się,  a  on 
wyszorował jej plecy. Może trochę mocniej, niż należało. 

Coś się między nimi działo, coś, czego nie rozumiał. Nie podobało mu się to jednak. 

Toni nie ciągnęła tematu i bardzo mu to odpowiadało. Naprawdę nie chciał się w tej 
chwili  wdawać  w  długą,  emocjonalną  dyskusję.  Toni zasnęła kilka minut po wyjściu 
spod prysznica. On, mimo zmęczenia, czytał jeszcze przez godzinę, siedząc w fotelu. 
W  końcu  poszedł  do  łóżka,  zgasił  światło  i  spróbował  zasnąć.  Leżał  tak  prawie 
godzinę, aż w końcu musiał uznać, że na razie nie zaśnie. Był zbyt spięty, nie potrafił 
się odprężyć. 

Ostrożnie  wstał  z  łóżka,  poszedł  do  łazienki,  naciągnął  dżinsy,  podkoszulek  i 
sportowe  buty.  Z  torby  z  kosmetykami  wygrzebał  swój  taser  i  sprawdził  stan 
naładowania. Ta niewielka bezprzewodowa broń, w której materiałem miotającym był 
sprężony  gaz,  wyrzucała  parę  naładowanych  elektrycznie  strzałek.  Jeśli  trafiły 
człowieka, nawet przez ubranie, natychmiast go obezwładniały, nie czyniąc mu poza 
tym  żadnej  krzywdy.  Zasięg  tasera  wynosił  zaledwie  kilka  metrów, ale w większości 
wypadków  właśnie  na  taką  odległość  dochodziło  do  wymiany  strzałów.  „Trzy metry, 
trzy  strzały,  trzy  sekundy”,  jak  się  o  takich  sytuacjach  mówiło  w  FBI.  Jeśli  facet  był 
oddalony  o  pięćdziesiąt  metrów  i  uciekał,  co  sił  w  nogach,  nie  stanowił  już 
zagrożenia.  Zbrojmistrz  w  Net  Force  powiedział  mu  wprawdzie,  że  ktoś  opracował 
specjalną  siatkową  kamizelkę,  chroniącą  przed  wstrząsem  elektrycznym, 
aplikowanym  przez taser, ale przecież kamizelka nie osłaniała całego ciała. Zawsze 
można było celować w nogi, albo w głowę. Poza tym, taser był łatwy w obsłudze. Miał 
celownik  laserowy.  Naprowadzało  się  maleńką  czerwoną  plamkę  na  cel, 

background image

uwzględniając  niewielki  rozrzut  strzałek  i  naciskało  guzik. Strzałki trafiały w miejsce, 
wskazywane  przez  plamkę.  Pod  warunkiem,  że  odległość  nie  była  zbyt  duża.  I  że 
strzelającemu  nie  trzęsły  się  za  bardzo  ręce.  Tylko  raz  użył  tasera  w  sytuacji 
zagrożenia  i  urządzenie  zadziałało,  jak  należy.    Wsunął  taser  do  tylnej  kieszeni 
dżinsów, założył wiatrówkę, żeby ukryć wybrzuszenie i po cichu wyszedł z pokoju. 

Opuścił  hotel  tylnym  wyjściem,  okrążył  budynek  i  ruszył  w  stronę  głównego  wejścia 
do  miejsca,  na  którym  zaparkowała  szara  Toyota.    Toyota  wciąż  tam  stała,  a  za 
kierownicą  siedział  jakiś  facet,  wydmuchując  dym  z  cygara  przez  otwarte  okno. 
Michaels czuł go z piętnastu metrów. 

Dyrektor  Net  Force  okrążył  samochód,  korzystając  z  osłony  przejeżdżającego 
autobusu,  który  wtłoczył  z  powrotem  do  Toyoty  chmurę  dymu  z  cygara.  Facet  w 
samochodzie odchylił głowę, chcąc uniknąć pędu powietrza. 

Michaels  wyciągnął  taser,  podbiegł  od  strony  kierowcy  -  w  tym  kraju  była  to  prawa 
strona - przykucnął przy drzwiach i oparł broń o krawędź okna. 

-  Cześć. Dobrze się bawisz? 

Chudy, łysiejący facet w wieku około trzydziestu pięciu lat omal nie połknął cygara. 

-  Jezu Chryste! Proszę tego nie robić! O mało się nie zesrałem ze strachu! 

Akcent nie pozostawiał żadnych wątpliwości. Amerykanin, z Zachodu. 

Na  fotelu  pasażera  leżał  mały,  płaski  komputer,  cyfrowa  kamera  i  lornetka.  Był  tam 
jeszcze  termos  i  przesiąknięta  tłuszczem  papierowa  torba  z  resztkami  frytek  oraz 
smażonej ryby. A na podłodze stał spory słoik, na wypadek, gdyby natura upomniała 
się o swoje prawa. 

Jeśli  Michaels  miał  jeszcze  jakieś  wątpliwości,  to  ten  widok  rozwiał  je  całkowicie. 
Facet z cygarem prowadził obserwację.  -  W porządku, stary, kim jesteś i dlaczego 
mnie śledzisz? 

-  O czym pan, do diabła, mówi? Nie znam pana... 

-    Słuchaj,  możemy  to  załatwić  po  dobroci,  albo  inaczej.    Odpowiesz  mi,  albo 
zawołam moich przyjaciół z brytyjskiego wywiadu i każę cię aresztować jako szpiega. 
Wrzucą cię do lochu tak głębokiego, że minie miesiąc, zanim słońce przedrze się tam 
przez  mgłę.    -    Hej,  jestem  obywatelem  amerykańskim.  Mam  swoje  prawa...    -  
Jesteśmy w Anglii, przyjacielu. Oni grają według trochę innych reguł. Wybieraj. 

Facet z cygarem zastanawiał się przez kilka sekund. Był spalony i wiedział, że się z 
tego nie wyłga. Wzruszył ramionami. - Jestem prywatnym detektywem z Boise. 

Michaels spojrzał zdziwiony. Prywatny detektyw? 
-  Kto cię wynajął? 
-  Wiem, kim pan jest. Wiem, że może mi pan nabruździć, jak cholera. Jeśli pan chce, 
może mnie pan wtrącić do lochu, ale nie mogę powiedzieć, kto mnie wynajął. Gdyby 
się  to  rozeszło,  nie  miałbym  czego  szukać  w  tej  branży.  Ale  przecież  z  pana  jest 
bystry facet, może się pan domyślić. 
Boise. A niech to szlag... 
Megan. Ale... dlaczego? 
Michaels  schował  taser.  Wstał.  -  Możesz  wracać  do  domu.  Jeśli  cię  jeszcze  raz 
zobaczę, zwrócę się do miejscowych władz i każę cię przymknąć. 

background image

Facet  z  cygarem  milczał  przez  dłuższą  chwilę,  po  czym  uruchomił  silnik.  Michaels 
spoglądał  za  odjeżdżającym  samochodem.    Sięgnął  po  virgila.  W  Londynie  była 
północ, więc w Idaho...? 

Zaraz, siedem, osiem godzin wcześniej? 

Nieważne.  Jeśli  złapie  ją  w  pracy,  to  trudno.  Wybrał  numer  Megan,  który  miał 
zapisany w pamięci virgila. 

-    Cześć,  Alex  -  powiedziała  chłodno.  Jej  głos  był  jak  magazyn  lodu  na  biegunie 
północnym  w  środku  zimy.  I  w  cieniu.  -  Zaczekaj,  przejdę  gdzieś,  gdzie  będziemy 
mogli rozmawiać. 

Zgłosiła  się  po  chwili  i  włączyła  kamerę  swojego  wideofonu.  Była  ubrana  jak  do 
pracy, włosy miała upięte wysoko. Wyglądała dobrze, jak zwykle. 

-  Megan, jak się miewa Susie? 

-  Wszystko w porządku. Dzwonisz do mnie do pracy, żeby o to spytać? 

-  Nie. Zamieniłem właśnie parę słów z tym twoim łysiejącym prywatnym detektywem 
z  cygarem  w  zębach  -  powiedział,  z  trudem  nad  sobą  panując.  -  Dlaczego  kazałaś 
mnie śledzić?  -  W obronie własnej. 

-  Co ty, do diabła, wygadujesz? 

-  Po tym, kiedy pobiłeś Byrona do nieprzytomności w Boże Narodzenie, groziłeś mi, 
nie  pamiętasz?  -  Lód  w  jej  głosie  roztopił  się.  Teraz  przypominała  pomrukujący 
wulkan, gotów w każdej chwili wybuchnąć. - Powiedziałeś, że jeśli Byron spędzi noc 
pod  moim  dachem  -  moim  dachem,  Alex,  nie  twoim  -  to  pozbawisz  mnie  praw 
rodzicielskich, bo nie będę się kwalifikować jako matka! 

-  Nigdy tego nie mówiłem. Nie powiedziałem, że nie kwalifikujesz się jako matka... 

-  Właśnie, że powiedziałeś! Powiedziałeś, że wywleczesz sprawę Byrona i wystąpisz 
o wyłączność praw rodzicielskich. Cóż, drogi panie, ja też tak potrafię. Byron spędzi 
dzisiejszą  noc  u  mnie,  tak  jak  wczoraj  i  przedwczoraj.  I  jutro  też!  Tyle  cholernych 
nocy, ile ja będę chciała! I wiesz co? Będzie mnie rżnął, aż mi mózg stanie! 

Jak zwykle udało jej się sprawić, że stracił panowanie nad sobą. 

Odwarknął niemal automatycznie: 

- No, to akurat żadna sztuka. 

Będzie  po  wszystkim,  zanim  skończy  rozpinać  rozporek.   Zaśmiała się, wiedząc, że 
udało  jej  się  wyprowadzić  go  z  równowagi.  Kiedy  się  znów  odezwała,  zrobiła  to 
lodowatym tonem.  -  Zabawne. A co powiesz na to, żartownisiu, że wiem wszystko o 
twoich sprawach łóżkowych? O tej małej, słodkiej Toni Fiorella?  Byrone przynajmniej 
nie  jest  już  dzieckiem.  Zobaczymy,  jaka  będzie  opinia  sądu  na  temat  sypiania  z 
podwładną. O cholera!  -  Ja przynajmniej nie robię tego przy Suzie - powiedział i od 
razu zdał sobie sprawę, że to kiepski argument. 

-  Więc chcesz powiedzieć, że wszystko jest w porządku, kiedy wy ukrywacie się, jak 
kaznodzieja z dziwką, natomiast nie jest w porządku, kiedy robi to dwoje zaręczonych 
ludzi,  którzy  mają  się  pobrać?  Wątpię,  czy  twoja  argumentacja  zrobi  wrażenie  na 
sędzi w Boise. Zawsze lubiłeś naginać fakty, żeby pasowały do twoich wyobrażeń o 
tym,  co  jest  słuszne,  a  co  nie,  prawda?    Wiedział,  że  powinien  ją  przeprosić, 
uspokoić.  Powiedzieć  jej,  że  nie  panował  nad  sobą,  kiedy  walnął  jej  nowego 
przyjaciela -  który  pierwszy  złapał  go  za  ramię,  nie  zapominajmy  o  tym -  i że żałuje 

background image

słów,  które  wtedy  wypowiedział.  Tyle,  że  mówił  wtedy  to,  co  myślał.  Teraz  też  tak 
myślał,  ale  rzucało  to  nowe  światło  na  cały  problem.  Miała  rację.  Sędzia  na  pewno 
nie  odbierze  jej  Susie,  jeśli  on,  Alex,  nie  udowodni,  że  Megan  jest  złą  matką.  A 
prawda  jest  taka,  że  ona  jest  wspaniałą  matką.  Uważał  tak,  kiedy  byli  razem  i  nie 
zmienił zdania, kiedy się rozstali. Poza tym, nie chciał stracić córki. Gdyby pozwolono 
mu się z nią widywać tylko raz, czy dwa razy do roku, w święta, niechybnie straciłby z 
nią kontakt. Dorastałaby, traktując Byrona jako ojca. To on odwoziłby ją do szkoły i do 
kolegów,  to  on  pomagałby  jej  w  odrabianiu  lekcji  i  robił wszystkie inne rzeczy, które 
powinien robić Michaels. 

Musi przeprosić, spróbować znaleźć jakieś rozwiązanie. Ale zwlekał z tym zbyt długo. 

-    Do  widzenia,  Alex.  Możesz  dzwonić  do  Susie,  nie  chcę,  żeby  pomyślała,  że 
wykluczam  cię  z  jej  życia,  ale  my  oboje  nie  mamy  już  sobie  nic  do  powiedzenia. 
Pozdrów ode mnie swoją nastolatkę.  Przerwała połączenie. 

Michaels  zamrugał  kilkakrotnie.  Stał  tak  w  środku  nocy  na  chodniku  w  centrum 
Londynu,  czując  się,  jakby  właśnie  dostał  kolanem  w  krocze.  Jego  była  żona 
wiedziała  o  romansie  z  Toni  -  która  była  od  niego  o  kilkanaście  lat  młodsza,  ale 
przecież nie była już nastolatką! - i usłyszałby o tym w sądzie, gdyby wystąpił przeciw 
Megan w kwestii praw rodzicielskich. Oboje z Toni byli dorośli, ale on był jej szefem. 
Nie wyglądałoby to dobrze przed sądem. W FBI niechętnie patrzono na takie związki, 
a  ponieważ  nie  miał  żadnych  układów  z  nową  dyrektor,  Allison  na  pewno  nie 
nadstawiałaby za niego tyłka, gdyby sprawa stała się głośna. 

Wpadł po uszy w gówno, delikatnie mówiąc. 

Czwartek, 7 kwietnia Walworth, Londyn, Anglia 

Pierwszym konkretnym zadaniem, jakie Peel dostał od swojego szefa była prawdziwa 
operacja,  i  to  z  gatunku  tych,  które  odpowiadały  mu  najbardziej.  To  było  o  wiele 
lepsze  od  siedzenia  w  przeciągu  w  starym  kościele  i  gapienia  się  na  scenki  z 
holograficznego  projektora.  Prawdę  mówiąc,  wszystko  było  lepsze  niż  taka 
bezczynność. 

Okazało  się,  że  pewien  naukowiec,  swego  czasu  nauczyciel  akademicki  Bascomb-
Coombsa, teraz dorabiający na emeryturze jako prywatny konsultant, zapuszczał się 
w  regiony  komputerowego  świata,  do  których  nie  powinien  był  zaglądać.  Bascomb-
Coombs szykował jakieś komputerowe draństwo i nie chciał, żeby jego były profesor 
pętał  mu  się  w  tym  czasie  pod  nogami.  Nie  chodziło  o  wyrządzenie  staremu 
poważnej krzywdy, wystarczy, że będzie niedysponowany przez dzień, no, może trzy 
dni. Czy Peel mógłby się tym zająć? 

-  Drugi stopień - powiedział Peel, zwracając się do trzech mężczyzn w samochodzie. 
-  Dobrze  mnie  zrozumieliście?    Cała  trójka  na  tylnym  siedzeniu  -  Peel  siedział  za 
kierownicą wielkiego Chevroleta - skinęła głowami. 

-  Tak  jest,  sir  odpowiedzieli  chórem.  Byli  to  najmłodsi  z  jego  ludzi,  Lewis,  Huard  i 
Doolittle,  ubrani  jak  pospolici  awanturnicy:  buty  Doc  Martin  ze  stalowymi 
wzmocnieniami nosków, wypchane drelichowe spodnie i czarne koszule, rozpięte i z 
obciętymi  rękawami,  żeby  było  widać  fałszywe  tatuaże na ramionach i na piersiach. 
Całości  dopełniały  atrapy  kółek  w  nosach,  kolczyki  i  łyse  peruki,  pod  którymi  bez 
trudu udało się ukryć ich ostrzyżone na jeża włosy, tak, że wyglądali na skinów. 

I  o  to  właśnie  chodziło  -  trzech  młodych  bandziorów,  którym  zachciało  się 
porozrabiać. Złudzenie doskonałe, władze musiały je przyjąć za prawdę. Gliny były w 
tym  dobre.  Wystarczyło  im  podrzucić  coś  w  miarę  wiarygodnego,  a  przestawali 

background image

węszyć  w  poszukiwaniu  ukrytych  śladów,  motywów,  znaczeń.  Prawie  zawsze  tak 
było.  Drugi  stopień.  Nauczył się tego w Republice Południowej Afryki, gdzie kilka lat 
temu brał udział w jakimś szkoleniu.  Istniało pięć operacyjnych stopni bezpośredniej 
przemocy fizycznej bez użycia broni: 

Pierwszy  stopień  -  najłagodniejszy,  polegał  głównie  na  pogróżkach,  albo 
poszturchiwaniach;  chodziło  o  zastraszenie  delikwenta  bez  powodowania  u  niego 
obrażeń. 

Drugi  stopień  zakładał  niewielkie  obrażenia  -  siniaki,  może  parę  połamanych  kości. 
Był  to  mniej  więcej  odpowiednik  porządnej  bijatyki  w  knajpie.  Parę  szwów, 
nałożonych przez miejscowego doktora, trochę środków przeciwbólowych, dzień, lub 
dwa odpoczynku w domu i już po wszystkim. 

Trzeci stopień obejmował obrażenia, wymagające hospitalizacji, a rekonwalescencja 
powinna potrwać kilka tygodni, czy nawet miesięcy. Poważna sprawa. 

Czwarty  stopień  oznaczał,  że  delikwent  nosił  ślady  po  ataku  do  końca  życia: 
strzaskane  kolano,  lub  kostka,  może  utrata  słuchu,  lub  oka,  albo  jeszcze  czegoś 
innego.  Rekonwalescencja  była  długa  i  bolesna,  bez  szans  na  odzyskanie  pełnej 
sprawności.    Piąty  stopień  -  ostateczny.  Ofierze  należało  zadać  wiele  bólu, 
uświadomić  jej,  za  co  cierpi  i  dać  przed  śmiercią  czas  na  pożałowanie  tego,  co 
zrobiła. 

Południowi  Afrykańczycy  zaprzeczyliby,  oczywiście,  że  znają  takie  procedury. 
Oficjalnie  nie  stosowano  ich  od  czasów  apartheidu,  ale  nieoficjalnie...  Wiele  służb 
wojskowych  i  wywiadowczych  na  całym  świecie  wciąż  miało  podobne  procedury 
operacyjne,  oficjalnie  albo  nieoficjalnie.  Po  prostu  nie  rozmawiało  się  o  takich 
rzeczach w miejscach, w których mógłby je usłyszeć ktoś niepowołany. Peel pamiętał 
pewnego izraelskiego oficjela, który kilka lat temu paplał coś publicznie na temat ich 
oficjalnej  polityki  stosowania  tortur.  Uważał,  że  w  ekstremalnych  warunkach,  jest  to 
uzasadnione.  Ależ  się  dostało  Żydom,  kiedy  sprawa  trafiła  do  mediów.  Oczywiście, 
że stosowali tortury, kiedy było im to potrzebne. Jakiś parszywy Arab, gotów połączyć 
się z Allachem w raju podkłada bombę, a oni łapią go, zanim nastąpi wybuch, i co? 

Tylko głupiec zadawałby w takiej sytuacji uprzejme pytania: 

„Przepraszam, Abdul, ale czy nie zechciałbyś nam powiedzieć, gdzie jest ta bomba, 
żebyśmy mogli ją rozbroić, zanim wybuchnie?  Jeszcze herbaty?”. 

Cokolwiek powiedzieć o Żydach, jedno było pewne - potrafili przetrwać. Zaatakowani, 
oddawali trzy ciosy za każdy, który im zadano. Nie miało to większego znaczenia dla 
fanatyków, gotowych zginąć w imię Allacha, ale co rozsądniejsze rządy brały to pod 
uwagę,  zastanawiając  się  nad  zaatakowaniem  Izraela.  Świadomość,  że  uderzenie 
odwetowe  będzie  trzy  razy  silniejsze  od  ataku  na  wielu  działała  odstraszająco.    A 
Żydzi  niczego  nie  puszczali  płazem,  nigdy.  Jeśli  ktoś  na  nich  splunął,  prędzej,  czy 
później polali go z armatki wodnej, żeby sobie wszystko przemyślał. 

Jeśli  kraj  miał  przetrwać  swoich  wrogów,  należało  robić  to,  co  konieczne.  W  końcu 
nikt  nie  musiał  biec  do  CNN  z  opowieścią,  jak  to  zmuszono  go,  aby wbił terroryście 
parę gwoździ pod paznokcie, żeby uratować od śmierci niewinnych ludzi. Takie były 
reguły  gry.    Jeśli  kogoś  schwytano,  ponosił  konsekwencje.  Niestety,  Peel  musiał 
przez  to  odejść  z  armii.  Był  trochę...  nadgorliwy  w  stosunku  do  irlandzkich 
terrorystów,  co  -  jego  zdaniem  -  nie  miało  znaczenia.  Bez  względu  na  wszelkie 
dekrety  pokojowe,  ci  cholerni  Irlandczycy  i  tak  nigdy  nie  zaczęliby  się  zachowywać, 
jak cywilizowani ludzie. Ale paru zmarło, kiedy ich przesłuchiwał, sprawa się rozeszła 

background image

i  armia  postanowiła  się  z  nim  rozstać.  Cóż,  było,  minęło.  Wtedy  służył  Królowi  i 
Ojczyźnie,  w  stopniu  majora.  Teraz  był  na  usługach  innego  pana,  takiego,  który 
rozumiał  realia  tego  świata.  Dzięki  nowej  pracy  stał  się  już  bogaty,  więc  w  sumie 
uznał to za niezłą zamianę. 

Obiekt,  na  który  czekali,  wyszedł  z  pubu  w  oparach  alkoholu  i  w  doskonałym 
humorze.  Bascomb-Coombs  prosił,  żeby  nie  robić  mu  większej  krzywdy,  a  tylko 
wyłączyć na parę dni z czynnej służby.  Załatwienie w taki sposób starego profesora 
nie powinno być trudne. 

-  Do roboty chłopcy, ale ostrożnie. 

Obiekt  -  grubawy  facet  około  sześćdziesiątki,  w  dwudziestoletnim  tweedowym 
garniturze  i  irlandzkim  kapeluszu  przeciwdeszczowym  -  miał  niemal  zupełnie  siwą 
brodę, a w ręku trzymał zwinięty parasol. 

-    Jasne,  majorze  -  powiedział  Lewis z uśmieszkiem na twarzy. Był dowódcą grupy, 
mającej  przeprowadzić  atak.  -  Staruszek  wydaje  się  całkiem  krzepki.  Będziemy 
uważać. 

Huard i Doolittle wybuchli śmiechem i cała trójka wysiadła z samochodu. 

Zgodnie z planem, mieli bez pośpiechu podejść do profesora, a kiedy już znajdą się 
dostatecznie blisko, rzucić się na niego.  Przyłożą mu parę razy, zabiorą portfel i już 
ich nie będzie.  Policjanci potraktują to jako jeszcze jeden smutny przykład zepsucia 
dzisiejszej  młodzieży,  a  profesorowi  powiedzą,  że  i  tak  szczęśliwie  się  to  dla  niego 
skończyło. Będą szukać trójki skinów, ale ponieważ tych trzech zaraz po akcji miało 
porzucić  przebranie  i  wrócić  do  własnego  wyglądu,  poszukiwania  okażą  się 
bezowocne.  Na  ludzi  Peela  czekał  za  rogiem  samochód,  skradziona  furgonetka, 
której  numery  rejestracyjne  podmieniono  z  mikrobusem,  zaparkowanym  koło 
pobliskiego kina. Prosta operacja, zacierająca wszelkie ślady. 

Major  uruchomił  silnik  Chevroleta,  zamierzając  odjechać,  gdy  tylko  się  upewni,  że 
wszystko  przebiega  zgodnie  z  planem.    Trzej  skini,  śmiejąc  się  i  pokrzykując, 
przecięli drogę profesorowi. Pierwszy znalazł się przy nim Lewis, który trzymał w ręku 
nie  zapalonego  papierosa.  Pomachał  nim  i  powiedział  coś  do  starszego  pana.  Peel 
był za daleko, żeby usłyszeć, ale potrafił sobie wyobrazić, co to mogły być za słowa. 
„E, dziadku, kopsnij żaru”. 

Huard i Doolittle rozdzielili się, zachodząc staruszka z boków. 

Peel wrzucił bieg. Wszystko szło, jak należy, raz, dwa, trzy...  I wtedy, w jednej chwili, 
nastąpił przeskok z trzech co najmniej do siedemnastu: profesor machnął parasolem 
jak  jakiś  cholerny  Zorro  i  mocno  dźgnął  Lewisa  w  splot  słoneczny.  Dowódca  grupy 
napastników zgubił papierosa. Zatkało go, miał trudności z oddychaniem. Cofnął się i 
chwycił  rękami  za  brzuch.  Profesor  odwrócił  się  na  lewo,  machnął  parasolem  jak 
siekierą i zdzielił Huarda w twarz. Szok i zaskoczenie sprawiły, że i Huard się cofnął. 

-    Ratunku!  -  wrzasnął  siwobrody staruszek  głosem,  który  nieboszczyka  wyrwałby  z 
grobu. - Mordercy! Na pomoc!  Doolittle rzucił się i uderzył starszego pana pięścią w 
ramię; profesor odwrócił się do niego i machnął parasolem. Nie trafił napastnika, ale 
tylko  dlatego,  że  fałszywy  skin  odskoczył,  jak  jakiś  cholerny  Niżyński*,  tańczący 
Jezioro Łabędzie”.  -  Ratunku! Na pomoc! 

Kilku mężczyzn wybiegło z pubu, żeby zobaczyć, co się dzieje. 
Cudownie. Po prostu, kurwa, cudownie! 
Lewis doszedł do siebie i znów natarł, uchylił się przed 

background image

pchnięciem parasolowego rapiera i solidnie grzmotnął starszego 
pana w nos. Profesorowi zmiękły nogi. Twardo klapnął na chodnik, 
ale nie wypuścił z ręki broni. Zamachnął się, mierząc w nogi 
Doolittle i mocno trafił go w piszczel. Łup! Peel usłyszał odgłos 
uderzenia z odległości trzydziestu metrów. Profesor nie 
przestawał wymachiwać parasolem 
*Wacław  Fomicz  Niżyński  (1889-1950),  legendarny  tancerz  i  choreograf  rosyjski 
polskiego pochodzenia. Karierę przerwała mu choroba psychiczna, na którą zapadł w 
1917 roku [przyp. tłum.]. 

i Doolittle znów wykonał ten swój pedałowaty taniec, żeby uniknąć uderzenia. 

Co za burdel...! 

Koniec zabawy. Trzej ludzie Peela wzięli nogi za pas, widząc, że z pubu wysypuje się 
coraz więcej gości. Chłopcy byli młodzi, w doskonałej formie, nie palili, w odróżnieniu 
od tej bandy z pubu, więc powinni bez trudu uciec paru facetom w średnim wieku, po 
paru piwach. Jeśli nie uciekną, zasłużą sobie na to, co ich spotka. Idioci. 

Peel  odjechał  spod  krawężnika,  zawrócił  i  spojrzał  na  profesora.    Nie  zamierzał 
sporządzać  szczegółowego  raportu  na  temat  przebiegu  akcji.  Starszy  pan  miał 
prawdopodobnie  złamany  nos  i  to  powinno  wystarczyć,  chociaż  zapewne  ucierpiał 
mniej, niż ci trzej, którzy na niego napadli. 

Peel  obserwował  w  lusterku  wstecznym,  jak  któryś  z  facetów  z  pubu  podchodzi  do 
profesora i pomaga mu wstać. 

A niech to szlag trafi! 

Do diabła! Ostrzegał swoich chłopaków, żeby byli ostrożni, ale cóż, byli młodzi i tacy 
pewni  siebie.  Żadnemu  nawet  by  do  głowy  nie  przyszło,  że  jeden  starszy  człowiek 
może stanowić takie zagrożenie. Nie spodziewali się, że przyjdzie im się zmierzyć z 
jakimś  cholernym  samurajem,  wymachującym  parasolem  jak  mieczem.  Następnym 
razem  będą  bardziej  uważać.  Wstydliwe  i  bolesne  nauczki  na  długo  zapadają  w 
pamięć. 

Chryste. 

Epoka Imperium Brytyjskiego, piątek, gdzieś w Indiach Jay Gridley stał z maczetą w 
jednej ręce, a rewolwerem w drugiej.  Nie zrobił jeszcze nawet kroku, a już spływał z 
niego  pot.  Miał  przed  sobą  dżunglę,  grubą  ścianę  z  lian  i  liści,  aż  nazbyt  zieloną  i 
pulsującą  życiem.  Serce  waliło  mu  w  piersi,  dyszał  ciężko.  Musiał  dać  z  siebie 
wszystko,  żeby  utrzymać  tę  wizualizację  dżungli,  a  i  tak  obraz  falował  na 
krawędziach, grożąc zanikiem w każdej chwili. 

Nie chodziło tylko o koncentrację. W tym pomogły mu ćwiczenia Sajiego, oddychanie, 
medytacja i tak dalej. A jego dziadek był buddystą i Jay znał trochę takich technik, nie 
były mu zupełnie obce. Jego największym problemem okazał się... 

Strach.  Jay  bał  się.  To  było  coś  więcej,  niż  obawa,  to  było  przerażenie.  Grozą 
napawała go ta sama dżungla, w której wyskoczył na niego z ukrycia tygrys, uderzył 
go  pazurami,  przeorał  mu  mózg,  odbierając  zdolność  myślenia.  Może  na  zawsze 
pozbawił  go  możliwości  poruszania  się  po  Sieci,  co  w  praktyce  oznaczałoby,  że  go 
zabił. 

Jay nie musiał tu wracać. Nikt go do tego nie namawiał. Ale był przekonany, że jeśli 
stracił zdolność obsługiwania komputera, równie dobrze może zaraz zginąć. 

background image

Wziął następny głęboki oddech. Wiedział, że jego mały rewolwer nie powstrzymałby 
tygrysa,  ale  nie  mógł  równocześnie  pracować  maczetą i trzymać wielkiego sztucera 
w  pogotowiu. Jeśli tygrys znów zaatakuje, obrażenia mogą być poważniejsze niż za 
pierwszym razem. 

Mógł  poprosić  o  pomoc.  Saji  był  gotów  przyjść  tu  razem  z  nim.  Nie  brałby  ze  sobą 
broni  palnej,  bo  nie  strzeliłby  do  wirtualnej  istoty,  ale  mógł  mu  zapewnić  wsparcie 
moralne. Istnieli też inni operatorzy, w Net Force i nie tylko, którzy mogliby połączyć 
się z Jayem i wejść w ten scenariusz. Kilku z nich z radością przyholowałoby ciężką 
artylerię, żeby rozwalać wszystko, co się rusza. Ale to nie był dobry sposób. Jay nie 
mógł spędzić reszty życia na proszeniu o pomoc. Gdyby nie potrafił samotnie przejść 
doliną cienia, nie nadawałby się już do swojej pracy, a gdyby nie mógł robić tego, co 
kochał ponad wszystko, cała reszta nie miałaby sensu.  Znów wziął głęboki oddech i 
powoli wypuścił powietrze. Już czas.  Jeśli tygrys go dopadnie, to trudno. Zamierzał 
polec, machając maczetą i ściągając spust Webleya, i pal to licho. 

Uniósł  maczetę.  Wirtualna  ściana  zieleni  zadrgała  i  zafalowała.  Obraz  zaczynał  się 
zacierać.  Niech  to  szlag!    Doszedł  do  siebie  we  własnym  domu,  siedząc  przy  stacji 
roboczej. 

Był zlany cuchnącym potem, a serce waliło mu, jak oszalałe. 
Przecież był gotów. Chciał to zrobić. 
Tylko że tej gotowości i woli nie wystarczyło, żeby utrzymać scenariusz. 
Westchnął ciężko. W porządku, wróci tam i spróbuje jeszcze raz. 

Za chwilę. Kiedy trochę odsapnie. Wróci tam, na pewno. 

Sobota, 9 kwietnia Londyn, Anglia 

Michaił  Rużjo,  wyglądający  teraz  jak  zwyczajny  turysta,  szedł  w  kierunku 
Imperialnego Muzeum Wojny. Ta budowla, zwieńczona od frontu kopułą i z filarami, 
mogłaby  równie  dobrze  być  jakimś  włoskim  kościołem,  gdyby  nie  dwa  strzegące 
wejścia  piętnastocalowe  działa,  pochodzące  -  jak  informowała  tabliczka,  z  okrętów 
HMS „Resolution” i HMS „Ramillies”. 

Na  przestrzeni  wieków  w  kościołach  nie  raz  dochodziło  do  aktów  przemocy,  ale 
Rużjo nigdy nie słyszał o świątyni, chronionej przez dwa działa okrętowe, ustawione 
przy głównym wejściu.  Przy drodze, prowadzącej do wejścia, stała wysoka betonowa 
płyta -  fragment Muru Berlińskiego, zabrany z okolicy Bramy Brandenburskiej. Rużjo 
był  nastolatkiem  w  1989  roku,  kiedy  zaczęli  rozbierać  ten  mur  i  nie  zdawał  sobie 
wtedy  sprawy  z  doniosłości  tego  wydarzenia.  To,  co  jeden  z  amerykańskich 
prezydentów  nazwał  „imperium  zła”  miał  znacznie  bliżej  domu.    Niewiele  wiedział 
wtedy o szerokim świecie. Od tego czasu poznał jednak ten świat aż za dobrze. 

Kawałek  Muru  Berlińskiego  pomalowano  tak,  że  wyglądał  jak  jakaś  wielka, 
komiksowa 

twarz, 

niebieskoczarna, 

szeroko 

otwartymi 

ustami. 

Na 

ciemnoczerwonym tle ust znajdował się napis ZMIEŃ SWOJE ŻYCIE. 

Łatwo wam mówić, pomyślał. 

Rużjo kilkakrotnie był już w Londynie, zwykle po drodze do jakiegoś innego miejsca, 
a  raz  z  zadaniem  zlikwidowania  krnąbrnego  kolegi  po  fachu,  i  zdążył  już  zobaczyć 
kilka zabytków: 

Pałac  Buckingham,  pomnik  Wellingtona,  Abbey  Road.  Kiedyś,  jeszcze  zanim  Anna 
zachorowała,  omal  nie  przylecieli  na  urlop  do  Anglii,  ale  coś  im  przeszkodziło  w 
ostatniej chwili. Od czasu śmierci Anny prawie zapomniał o turystyce. To miejsce nie 

background image

spodobałoby się Annie, ale on nie miał nic przeciwko muzeom wojny.  Główna galeria 
pełna  była  starych  czołgów  i  dział  artyleryjskich,  a  pod  sufitem  wisiały  różne 
samoloty.  Przeszedł  obok  czołgu  PzKpfw  V  i  haubicy  kalibru  9,2  cala.  Dominował 
kolor  khaki.    Największe  wrażenie  spośród  wystawionych  tu  eksponatów  robiła 
ogromna  rakieta  V2,  z  wycięciem  umożliwiającym  oglądanie  silnika.  Była  ogromna, 
pomalowana na ciemnozielony kolor.  Przypominała pojazd kosmiczny z komiksów - 
wydłużone cygaro ze statecznikami na ogonie. 

Rużjo zatrzymał się chwilę przy V2. Jakież przerażenie musiało ogarniać cywilów na 
widok tego monstrum, spadającego z nieba podczas Bitwy o Anglię. Tabliczka obok 
rakiety informowała, że ponad 6500 V-2 i mniejszych V-1 spadło na Londyn i okolice, 
zabijając 8938 ludzi. 

Rużjo  był  ciekaw,  jak  im  się  udało  tak  dokładnie  ustalić  liczbę  zabitych.  Dlaczego 
akurat 8.938? 

Gdyby  Niemcy  potrafili  skonstruować  przyzwoity  system  naprowadzania  tych  bestii, 
zginęłoby  o  wiele  więcej  ludzi.  Ale  chociaż  rakiety  robiły  przerażające  wrażenie,  ich 
zwalczanie  nie  przedstawiało  większych  trudności.  To,  że  niektóre  dotarły  nad 
Londyn, było raczej dziełem przypadku, niż zasługą ich konstruktorów. Wiele V1 i V2 
-  chociaż  nie  wszystkie  -  spadło  do  morza,  albo  na  angielską  prowincję,  nie 
wyrządzając  szkód.  A  w  ogólnym  bilansie  strat  wojennych  dziewięć  tysięcy  cywilów 
nie  znaczy  wiele.  Ot,  kilka  dodatkowych  kropli  w  oceanie  krwi.    Jeśli  ludzie  potrafili 
coś  robić  naprawdę  dobrze,  to  zabijać  innych  ludzi.  Zwłaszcza,  gdy  w  czasie  wojny 
dało się im swobodę zabijania. 

Rużjo  przeszedł  koło  wielkiego  reflektora  przeciwlotniczego,  też  pomalowanego  na 
wojskowy,  zielony  kolor;  zerknął  na  zagruntowaną  pokostem,  nie  pomalowaną 
drewnianą  łódź,  jedną  z  tych,  których  użyto  do  ewakuacji  pod  Dunkierką;  obejrzał 
czołg  Monty’ego  -  ten,  którym  Montgomery  jeździł  podczas  kampanii  przeciw 
Rommlowi  w  Afryce  Północnej,  kiedy  był  jeszcze  zwykłym  generałem,  a  nie 
marszałkiem polnym. Pomniki zabijania. 

Znajdowały  się  tu  także  boczne  sale  ze  sprzętem  kryptograficznym,  którym 
zwiedzający  mogli  się  pobawić,  a  na  dole  odtworzono  replikę  okopów  z  pierwszej 
wojny  światowej.  Były  też  ekspozycje,  poświęcone  Bitwie  o  Anglię,  całej  drugiej 
wojnie światowej, a także późniejszym konfliktom: Korei, zimnej wojnie, Wietnamowi, 
Falklandom, Bośni i Bliskiemu Wschodowi. Rużjo szybkim krokiem przeszedł przez te 
bardziej  współczesne  prezentacje;  niewiele  go  interesowały.  Znał  ten  rodzaj  wojny. 
Inwazję  Rosjan  na  Czeczenię  miał  w  pamięci,  jakby  to  było  wczoraj,  a  nie  prawie 
dwadzieścia lat temu. 

Chociaż  okopy  we  Francji  w  1915  tonęły  w  błocie,  była  to  znacznie  czystsza  wojna 
niż  operacje  Spec-nazu,  kiedy  Rużjo  służył  w  tych  siłach  specjalnych.  Czystsza  w 
tym  sensie,  że  wiedziało  się,  kto  jest  wrogiem,  wiedziało  się,  gdzie  jest  wróg,  a 
wojsku przedstawiano wszystko czarno na białym. Tu atakować, tu strzelać i przeżyć, 
albo zginąć. Nieczęsto zdarzało się w tamtych czasach, że trzeba się było podkraść, 
żeby zastrzelić kogoś, kto siedział przy biurku, albo leżał w łóżku z kochanką. Takie 
akcje  były  specjalnością  Rużjo.  Dobrze  poznał  ten  rodzaj  wojny.    Te  wszystkie 
pomniki  wojny  nie  napawały  optymizmem,  ale  tak  chyba  być  powinno.  Rużjo 
postanowił  odlecieć  z  Anglii  jak  najprędzej,  jeszcze  dziś,  jeśli  uda  mu  się 
zarezerwować  miejsce  w samolocie.  Może do Hiszpanii, pod kolejnym nazwiskiem. 
W  Madrycie  o  tej  porze  roku  było  już  ciepło,  a  Hiszpania  pachniała  przyjemniej  niż 
Anglia. 

background image

Sobota, 9 kwietnia Quantico, Wirginia 

John Howard wiedział, że powinien siedzieć teraz w domu, z żoną i synem, ale był za 
bardzo  zdenerwowany.  Rodzina by to czuła i wszystkim byłoby nieprzyjemnie. Więc 
równie dobrze mógł pojechać do pracy, chociaż nie bardzo wiedział, czym powinien 
się teraz zająć. 

Myślał  o  Rużjo  i  zastanawiał  się  nad  tym,  jak  można  było  zabijać  z  zimną  krwią? 
Czeczen  zaczynał  jako  żołnierz,  więc  zdarzało  się,  że  musiał  zabijać,  jak  to  na 
wojnie, ale potem ktoś zwerbował go do mokrej roboty. Przestał być żołnierzem, stał 
się zabójcą, operującym w mroku. Howard mógł sobie wyobrazić, że kogoś podnieca 
niebezpieczeństwo,  przekradanie  się  ciemnymi  uliczkami,  ucieczka  przed 
prześladowcami,  depczącymi  po  piętach,  ale  zabijanie  z  zimną  krwią?  To  zupełnie 
coś innego... 

-  Coś się tak zamyślił, John? 

Howard  uśmiechnął  się  do  Fernandeza.  -  Myślałem  o  tym  facecie,  na  którego 
polujemy. 

-  Chciałbyś wiedzieć, gdzie go znaleźć? 

-    To  też,  ale  przede  wszystkim  zastanawiam  się,  jak  on  może  robić  to,  co  robi.  - 
Wyjaśnił to dokładniej, oczekując od Julio zrozumienia. Ku jego zdziwieniu, przyjaciel 
pokręcił głową.  - Nie widzę tu zbyt wielkiej różnicy. 

-  Strzela ludziom w tył głowy! Nie widzisz różnicy? 
-  A byliby mniej martwi, gdyby każdemu wpakował kulkę w czoło? 
-  Co takiego? 
-    Ci  dwaj,  których  straciliśmy,  byli  żołnierzami  na  warcie.  Z  tym  zawsze  wiąże  się 
ryzyko. Gdyby uważali, prawdopodobnie żyliby do dziś, a już na pewno nie zginęliby 
bez walki. O jakiej różnicy mówisz? Czy cię ktoś zastrzeli z niskich pobudek, czy dla 
szlachetnych ideałów - tak, czy inaczej będziesz martwy. Powody nie będą już miały 
dla ciebie znaczenia, prawda? Trup, to trup i koniec. 
Howard spojrzał na Fernandeza, jakby sierżant zmienił się nagle w wielką gąsienicę, 
pykającą nargile. 

Fernandez spostrzegł wyraz jego twarzy i wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Nie lubisz 
szpiegów i zadójców, ale oni są i zawsze byli nieodłącznym elementem każdej armii. 
Kiedy  idziesz  do  boju,  chcesz  mieć  przewagę  nad  wrogiem. Wysyłasz więc szpiega 
do  obozu  nieprzyjaciela,  żeby  zorientował  się  w  jego  planach.  Nieprzyjaciel  robi  to 
samo,  więc  ten,  kto  ma  lepszych,  sprytniejszych,  szybszych  szpiegów,  zdobywa 
przewagę. Na wojnie zawsze tak było, nie uważasz? 

-  Szpiedzy, to nie to samo, co zabójcy - nie poddawał się Howard. 

-    Tak,  to  prawda.  Ale  pozwól,  że  zadam  ci  hipotetyczne  pytanie,  pułkowniku. 
Załóżmy,  że  mógłbyś  cofnąć  się  w  czasie,  znaleźć  się  w  Niemczech  w  latach 
trzydziestych... 

-  ...i zgładzić Hitlera? - dokończył Howard. Nie pierwszy raz to słyszał. 

-  Aha. Zrobiłbyś to? 

-    Bez  mrugnięcia  okiem.  To  był  potwór.  Uratowałbym  życie  milionom  niewinnych 
ludzi. 

-  Ale mimo wszystko byłbyś zabójcą, prawda? 

background image

-  Tak, ale w tym wypadku cel uświęcałby środki. Czasem tak bywa, Julio. Uporałbym 
się z dylematem moralnym. 

-    Jasne.  Ja  też  bym  go  załatwił.  Ale  skąd  wiemy,  czym  kierował  się  ten  Rużjo? 
Dlaczego  zaczął  to  robić?  A  zastanów  się  przez  chwilę,  co  ty  byś  zrobił  na  jego 
miejscu  tam,  na  pustyni.    Przyjechaliśmy  po  niego  i  gdyby  zaczął  strzelać 
zrobilibyśmy  z  niego  durszlak,  prawda?  Skasowalibyśmy  faceta  z  zimną  krwią?    -  
Tak. 

-    Więc  z  taktycznego  punktu  widzenia  był  otoczony,  sam  przeciw  wielu. 
Wychodziliśmy  z  założenia,  że  albo  się  podda,  albo  zginie.    -    To  było  błędne 
założenie. 

-  Tak jest, sir. Wygrał z nami, korzystając ze środków, które miał do dyspozycji. Mnie 
by się to nie udało. Tobie też nie, prawda? 

-  Prawda. 
-  Ty zginąłbyś w walce. 
-  Zapewne. 
-  Ja też. I byłoby po nas. A Rużjo żyje i pozostaje na wolności. 
-  Podziwiasz tego faceta? 
-    O,  tak,  pokonał  mnie  w  mojej  dyscyplinie.  Jestem  niezły  w  tym,  co  robię  i  ty  też. 
Ten  facet  jest  budzącym  grozę  przeciwnikiem,  a  przyznasz,  że  w  końcu  właśnie  z 
takimi chcemy się mierzyć.  Pamiętasz tamtą strzelaninę w Groznym? 
Howard skinął głową. Pamiętał. 

-  Tamci faceci, których zlikwidowaliśmy, nie dorastali nam do pięt. Nie mieli żadnych 
szans.  Wystrzelaliśmy  ich  jak  kaczki.    Kiedy  lecieliśmy  z  powrotem,  wspomniałeś  o 
rozczarowaniu. 

Mówiłeś, że to było... takie łatwe. 
-  Pamiętam. 
-  Z tym facetem, którego teraz ścigamy, nie pójdzie tak łatwo. 
Dorównuje nam... do licha, może nawet jest lepszy od nas. 
Schwytanie go będzie coś znaczyć, nie sądzisz? 
-  Jasne, że tak. 
-    To  nie jest wojna, John, ale i nie spacer po parku. Jesteś wkurzony, bo facet nas 
przechytrzył,  a  nie  dlatego,  że  strzela  do  ludzi.  Szlachetni  samuraje  zabili  o  wiele 
więcej  ludzi  niż  wojownicy  nindża.  Nie  chodzi  o  liczbę  zabitych,  lecz  o  to,  żeby 
zwyciężyć. 
Howard  nie  mógł  powstrzymać  uśmiechu.  -  Julio,  kiedy  zrobił  się  z  ciebie  taki 
taoistyczny filozof? 

-  Już niedługo będę mężem i ojcem. To skłania do myślenia. 
-  Więc wracaj do domu i zajmij się narzeczoną. Nic tu po tobie. 
Komputer Howarda zaćwierkał, sygnalizując pilny meldunek. 
-  Komputer, czytaj - powiedział Howard. 
-  Obiekt A1 zlokalizowany - powiedział komputer. 
Howard rzucił się do klawiatury. Niech to licho! Mają go! 
No, pod warunkiem, że dotrą tam wystarczająco szybko. 

Sobota, 9 kwietnia Old Kent Road, Londyn, Anglia 

Peel  obserwował  Bascomb-Coombsa  i  znów  nie  miał  pojęcia,  co  ten  człowiek  robi. 
Ale naukowiec lubił audytorium, więc informował Peela na bieżąco. 

background image

-    No  to  do  roboty.  Podamy  hasła,  które  wykradliśmy  elektronicznym  strażnikom...  i 
już  jesteśmy  w  środku.  Teraz  szybko  do wewnętrznych zabezpieczeń, z którymi też 
poradzimy sobie bez trudu... 

Jego  palce  tańczyły  po  klawiaturze.  Mruczał  przy  tym  jakąś  melodię  i  co  chwila 
przerywał  ją  cichym  chichotem.    -    Biedaczyska.  Odbudowali  swoje  mury  obronne, 
zrobili je dwa razy grubsze i wyższe, ale to bez znaczenia, widzisz? Zawsze musi być 
jakieś przejście, a nawet żelazne wrota nie mogą powstrzymać kogoś, kto ma do nich 
klucz! Voila! 

Odwrócił się od monitora pełnego skomplikowanych wykresów, znaków i cyfr, których 
znaczenia  Peel  nawet  nie  próbował  zrozumieć.    -  Jak  tam  z  twoją  żądzą  władzy, 
Terrance? 

-  Przepraszam? 

Bascomb-Coombs wskazał na klawiaturę. - Podejdź tu i naciśnij ten klawisz, a przez 
kilka  milisekund  będziesz  najpotężniejszym  człowiekiem  na  świecie.  Będziesz  miał 
większy  wpływ  na  życie  ogromnej  liczby  ludzi  niż  ktokolwiek  inny  na  całej  kuli 
ziemskiej. 

Peel patrzył na niego, ale nie ruszał się z miejsca. 

-    Ach,  wahasz  się.  Znasz  na  pewno  to  powiedzenie,  że  wielka  władza  oznacza 
wielką odpowiedzialność? 

-  Churchill? 

Naukowiec  uśmiechnął  się.  -  Nie,  Spiderman.  Na  pewno  nie  chcesz  nacisnąć  tego 
klawisza? Peel pokręcił głową. 

-    Cóż,  wobec  tego  ja  to  zrobię.  -  Wcisnął  klawisz teatralnym gestem. - To powinno 
dać tej bandzie trochę do myślenia. 

-  Dyrektor Michaels? 

Michaels  uniósł  wzrok  znad  biurka.  Nie  znał  tego  mężczyzny,  jednego  z  tych 
młodych,  eleganckich  typów  w  garniturze  i pod krawatem, których tu nie brakowało. 
Mógłby  być  agentem  FBI,  gdyby  nie  to,  że  jego  garnitur  był  za  dobrze  skrojony.  - 
Tak?    -    Dyrektor  Helms  polecił  mi  dostarczyć  to  panu.  -  Podał  mu  srebrzystą 
dyskietkę  wielkości  ćwierćdolarówki. -  Gdyby  pan  zechciał  tu  pokwitować  odciskiem 
kciuka, sir. - Podsunął mu mały czytnik odcisków palców. Michaels przycisnął prawy 
kciuk  do  szarej  płytki.  Posłaniec  spojrzał  na  odczyt  i  skinął  głową,  najwyraźniej 
usatysfakcjonowany.  - Dziękuję panu. 

Michaels  popatrzył  na  maleńką  komputerową  dyskietkę.  Jeśli  ktoś  się  obawiał 
włamania  do  swojego  systemu  komputerowego,  i  nie  ufał  elektronicznym  barierom, 
mógł  się  zabezpieczyć  w  inny  sposób.  Najprostszym  wyjściem  było  fizyczne 
pozbawienie  komputera  kontaktu  z  innymi  maszynami,  wymontowanie  wszelkich 
urządzeń  łącznościowych.  System  w  takim  stanie,  nie  połączony  kablami  czy 
światłowodami z żadnym innym komputerem w sieci, był bezpieczny. 

Nikt nie mógł się zakraść do domu, który nie miał drzwi ani okien. 

Z  drugiej  strony  ten,  kto  przebywał  w  środku,  nie  mógł  wyjść  na  zewnątrz,  co 
stanowiło pewien problem. 

Jeśli  więc  ktoś  się  zupełnie  odizolował,  przyjmował  dane  z  zewnątrz  tylko  na 
bezpiecznych,  sprawdzonych  dyskietkach.  A  jeśli  musiał  się  skontaktować  z  innym 

background image

komputerem,  wzywał  posłańca,  który  zanosił  dyskietkę.  Był  to  sposób  powolny, 
kłopotliwy, ale gwarantujący bezpieczeństwo. 

Michaels  wsunął  dyskietkę  do  swojej  stacji  i  uruchomił  program  antywirusowy. 
Wprawdzie  dyskietka  powinna  być  bezpieczna,  ale  i  tak  sprawdzało  się  ją  u  siebie. 
Zawsze. 

Program  antywirusowy  -  najlepszy,  jakim  dysponowano  w  MI-6  -  posłusznie 
zameldował,  że  dyskietka  wielkości  monety  jest  czysta,  bez  śladu  wirusów, 
podejrzanych programów typu worm* czy niepożądanych „ciasteczek”**. 

*Dosł.  robak  -  program,  próbujący  się  powielać  w  systemie,  najczęściej  wysyłany  z 
zamiarem zablokowania komputera, bądź całej sieci [przyp. tłum.]. 

** Cookies - niewielkie programy, pozostawiane w komputerze przez inne komputery, 
z  którymi  nawiązywana była łączność, pozwalające na identyfikację przy ponownym 
kontakcie;  zawirusowane  „ciasteczka”  mogą  się  okazać  dla  komputera  zupełnie 
niestrawne [przyp. tłum.]. 

Michaels  przejrzał  zawartość  dyskietki.  Poprawa  sytuacji  na  kilku  frontach. 
Większość  komputerowych  systemów  rezerwacji  miejsc”  i  kontroli  lotów  pracowała 
już znowu normalnie. To była dobra wiadomość. 

Złą wiadomością była informacja, że nie udało się dotrzeć do źródła problemu. Ślady, 
mające  prowadzić  do  hakera,  po  prostu  urywały  się  za  całą  serią  ścian  ognia  i 
wilczych dołów*.  -  Dzień dobry, Alex. 

Spojrzał  na  Angelę.  Była  w  wyblakłym  zielonym  podkoszulku,  obcisłych  dżinsach  i 
tenisówkach. Zaskoczenie na widok jej ubioru musiało mu się malować na twarzy, bo 
Angela  uśmiechnęła  się  i  powiedziała:  -  Dzisiaj  sobota.  Nie  obowiązuje  oficjalny 
ubiór.  -  Aha. 

-  Coś nowego? 

-    Obawiam  się,  że  nie.  Właśnie  przeglądam  dyskietkę,  którą  przysłał  mi  twój  szef. 
Przywrócono funkcjonowanie systemów komputerowych linii lotniczych. 

Podeszła do niego i pochyliła się, żeby mu spojrzeć przez ramię. 
Poczuł, jak otarła mu się piersią o plecy. 
Najwidoczniej w soboty nie obowiązywało również noszenie biustonoszy. 
Cholera. 

Odsunęła  się  szybko.  -  No,  przynajmniej  jedna  dobra  wiadomość.    Ten  sam  młody 
człowiek, który przedtem przyniósł dyskietkę, wpadł do biura, może nie biegiem, ale 
prawie. - Dyrektorze Michaels, dyrektor Helms chciałby zamienić z panem kilka słów. 
Z tobą też, Cooper. 

 Żargonowe nazwy zabezpieczeń systemowych [przyp. tłum.] 
 

-  Kłopoty? 
-  Nie potrafię powiedzieć, sir. Kłopoty. 

 

Sobota, 9 kwietnia 
Posiadłość „Cisy”, Sussex, Anglia 

Lord  Goswell  siedział  w  gabinecie,  popijając  dżin  z  tonikiem  i  wyglądając  przez 
przeszklone  drzwi.  Znów  zanosiło  się  na  deszcz.    Może  spadnie  taka  ulewa,  że  te 
przeklęte  króliki  się  potopią;  na  pewno  nie  wyrządzały  im  szkody  jego  kanonady. 
Powinien  zdecydować  się  na  tę  operację  oczu  znacznie  wcześniej.  Usłyszał,  jak 

background image

któraś  ze  służących  trajkocze  do  kogoś  w  holu,  wyraźnie  wzburzona.    Uśmiechnął 
się,  pociągając  drinka.  Wyjął  zegarek  z  kieszonki.   -    O  co  tam chodzi, Applewhite? 
Kamerdyner wszedł do gabinetu ze skruszonym wyrazem twarzy. - Przepraszam za 
te hałasy, milordzie.  Służąca i kucharz byli wściekli. 

-  Dlaczegóż to? 

-  Wygląda na to, że zepsuł się telewizor. I telefony też nie działają. 

-  Naprawdę? 

-    Tak,  milordzie.  Nie  można  również  złapać  większości  stacji  radiowych,  ani  w 
odbiorniku  na  baterię,  ani  w  samochodach.    -    Och,  to  przykre.  Myślisz,  że  to 
Rosjanie zrzucają na nas bomby? 

-  Nie sądzę, milordzie. 

-    Cóż,  jestem  pewien,  że  rząd  Jego  Królewskiej  Mości  niezwłocznie zajmie się tym 
problemem. 

-  Też tak sądzę, milordzie. 

Applewhite poszedł uspokajać służącą i kucharza. Goswell zakręcił kostkami lodu w 
szklaneczce.  Trzeba  przyznać,  że  ten  naukowiec  jest  piekielnie  dobry  w  sprawach 
komputerowych.  Nie  dość,  że  znów  padły  systemy  komputerowe  linii  lotniczych,  to 
jeszcze  solidnie  dostało  się  światowej  łączności,  kiedy  zerwał  się  kontakt  z 
większością satelitów. Przerwane zostały programy telewizyjne i radiowe, nadawane 
drogą satelitarną, zamilkły telefony. Mocne uderzenie. I oczywiście w Zjednoczonym 
Królestwie  wszystko  wróci  do  normy  szybciej,  niż  gdzie  indziej,  jeśli  wyliczenia 
Bascomb-Coombsa  były  poprawne,  a  jak  dotąd  zawsze  były.  Naprawdę  błyskotliwy 
facet. 

Szkoda, że będzie musiał umrzeć. Tak trudno dziś o dobrych pracowników. 

Sobota, 9 kwietnia nad wybrzeżem Wirginii 

Oddział  szturmowy  Net  Force  wysłał  na  ten  lot  do  Anglii  jeden  ze  starych, 
odremontowanych  Boeingów  747;  siedząc  na  pokładzie  tej  maszyny  John  Howard 
żałował,  że  to  nie  samolot  ponaddźwiękowy.    Im  szybciej  dotrą  do  Wielkiej  Brytanii, 
tym  lepiej.  Oczywiście  równie  dobrze  mógłby  zapragnąć  machiny  czasu,  żeby 
znaleźć  się  tam  wczoraj.  Agencje  rządowe  na  przemian  oszczędzały,  albo  szastały 
bez  opamiętania  publicznymi  pieniędzmi,  ale  kiedy  określano  budżet  Net  Force, 
Kongres  był  akurat  w  nastroju  do  zaciskania  pasa.  No,  mogło  być  gorzej.  Zamiast 
Boeingów  747  mogli  dostać  parę  turbośmigłowych  DC3,  które  urząd  do  walki  z 
narkotykami skonfiskował przemytnikom. 

Chciałby dostać tego Rużjo w swoje ręce teraz, zaraz. Po wylądowaniu będzie musiał 
załatwić z Brytyjczykami sprawy logistyczne, ale nie powinien mieć z tym problemów. 
Mieli  układ  z  rządem  Jego  Królewskiej  Mości,  a  poza  tym  Alex  Michaels  był  już  w 
Anglii.  Howard  nie  wyobrażał  sobie,  żeby  Brytyjczycy  robili  im  jakieś  trudności  ze 
zdjęciem byłego zabójcy ze Specnazu. Oczywiście w Wielkiej Brytanii nie uznawano 
kary  śmierci,  więc  z  formalnym  wnioskiem  o  ekstradycję  mogłyby  być  problemy. 
Wiele  krajów  robiło  z  tego  sprawę,  odmawiając  wydania  Stanom  Zjednoczonym 
zbiegłych  przestępców,  dopóki  Waszyngton  nie  obiecał,  że  nie  posadzi  sukinsynów 
na krześle elektrycznym. 

Cóż,  w  tym  wypadku  będzie  inaczej.  Nikt  nie  zamierzał  angażować  systemu 
prawnego  Jego  Królewskiej  Mości.  Jeśli  Rużjo  nie  wróci  z  nimi,  żeby  odpowiedzieć 

background image

przed amerykańskim wymiarem sprawiedliwości, to tylko dlatego, że będzie już poza 
zasięgiem jakiejkolwiek ziemskiej sprawiedliwości. 

Dopóki  on,  Howard,  ma  coś  do  powiedzenia,  nikomu  nie  ujdzie  bezkarnie  zabicie 
kogoś z Net Force. 

Założył  ubranie  na  podróż,  a  nie  do  akcji,  ale  na  siedzeniu  obok  miał  swój  bagaż 
podręczny  ze  wszystkim,  co  potrzeba.  Zajrzał  teraz  do  torby.  W  drodze  na  akcję 
zwykle  po  kilka  razy  sprawdzał  jej  zawartość,  chociaż  było  mało  prawdopodobne, 
żeby zaszła jakaś zmiana w stosunku do stanu sprzed pięciu minut. Takie nerwowe 
przyzwyczajenie;  zdał  sobie  z  niego  sprawę  już  dawno  temu  i  przestał  się  nim 
przejmować.  Ostrożny  na  zimne  dmucha.    Rozejrzał  się  po  kabinie.  Julio  szedł 
właśnie  do  toalety  w  części  ogonowej.  No  i  dobrze.  Lepiej,  żeby  sierżant  nie 
zorientował się, co Howard zrobił ze swoim talizmanem, przynajmniej na razie.  Wyjął 
to cacko z torby i spojrzał na nie. Określenie „talizman” nie bardzo pasowało do broni 
krótkiej. 

Ale  to  był  zabytkowy  Smith  &  Wesson  kalibru  0,357  cala,  rewolwer  z  nierdzewnej 
stali,  nie  to,  co  polimerowe  pistolety  taktyczne  H-K,  w  które  wyposażona  była  jego 
jednostka.  Miał  go  od  lat  i  broń  wyglądała  jak  nowa.  Rusznikarz  popracował  tylko 
trochę  nad  mechanizmem  spustowym  i  chwytem.  Był  to  sześciostrzałowy 
bębenkowiec  ze  zwyczajnymi  przyrządami  celowniczymi,  bez  jakichkolwiek 
wymyślnych dodatków. Howard miał zaufanie do tej broni i zawsze zabierał ją, kiedy 
szykowała  się  walka;  podobnie  jak  stary  pistolet  maszynowy  Thompson,  który 
odziedziczył,  ten  rewolwer  miał  w  sobie  coś  magicznego.  Howard  nie  był specjalnie 
przesądny, nie obawiał się czarnych kotów, przechodzenia pod drabiną, czy rozbitych 
luster, ale wierzył w magię tego Smith & Wessona. Po części wynikało to z faktu, że 
była  to  broń  niezawodna,  tak  prosta,  że  nie  miało  się  w  niej  co  zepsuć. Howard nie 
był  technofobem,  czy  jakimś  luddystą*,  ale  w  sprawach  sprzętu  zawsze  wyznawał 
zasadę, że im prościej, tym lepiej. 

Armia, piechota morska, Rangersi, komandosi SEAL, zielone 
berety - wszyscy mieli dziś różnego rodzaju nowoczesną broń 
osobistą ze wspomaganiem komputerowym. Karabiny z kamerami 
telewizyjnymi, umożliwiającymi strzelanie zza węgła; broń z 
układami naprowadzania pocisków; broń laserowa; małe granatniki 
i tak dalej, wszystko drogie jak cholera. Howard mógłby to 
zamówić, a jednak jego oddział szturmowy wyposażono w proste 
- chociaż najlepsze - pistolety maszynowe kalibru 9 mm. Robiły 
bum!, kiedy się ściągnęło 
 Ruch  przeciwników  maszyn  fabrycznych  w  XIXwiecznej  Anglii,  nazwa  pochodzi 

od  nazwiska  robotnika  z Leicestershire, Neda Ludda, który w 1779 roku niszczył 
maszyny dziewiarskie do wyrobu pończoch [przyp. tłum.]. 

 
spust,  a  amunicję  można  było  dostać  na  całym  świecie,  bo  to  najbardziej 
rozpowszechniona  broń  ręczna  na  wyposażeniu  wojska.    Howard  wychodził  z 
założenia,  że  to  strzelec  musiał  dopilnować, żeby kula trafiła w cel. Mieli oczywiście 
zmodyfikowane  kombinezony  kuloodporne  SIPE  z  mnóstwem skomputeryzowanych 
urządzeń,  takich  jak  taktyczne  zestawy  łącznościowe  LOSIR,  wyświetlacze 
refleksyjne  w  wizjerach  hełmów,  GPS*  i  tak  dalej,  ale  nawet  jeśli  wszystko  to 
zawiodło, można jeszcze było przynajmniej normalnie strzelać. Zasadę „im prościej - 
tym lepiej” w odniesieniu do broni zawsze uważał za jedynie słuszną i nie omieszkał 
wpoić jej swoim ludziom. 

background image

Więc  kiedy  tak  patrzył  teraz  na  swój  wierny  sześciostrzałowiec  z  celownikiem 
kolimatorowym  Tasco  Optima  zamontowanym  tam,  gdzie  przedtem  znajdowała  się 
szczerbina  i  muszka,  czuł  się  jakby  trochę  nieswojo.  Po  tych  wszystkich  latach 
kręcenia  nosem  na  broń  krótką  z  polimerów  i  nazywania  jej  „zabawkami  z  plastiku” 
ryzykował, że jego nowy nabytek wyrobi mu wśród znajomych opinię hipokryty. 

Ale  przecież  ten  celownik  wcale  nie  był  taki  skomplikowany.    Składał  się  z 
maleńkiego  okienka  z  przezroczystego  plastiku,  zamontowanego  jakieś  cztery 
centymetry przed miniaturową diodą.  Dioda rzucała czerwoną plamkę na to okienko. 
Celownik  był  cały  czas  włączony,  a  bateria  wystarczała  na  bardzo  długo.  Żeby  go 
wyłączyć,  trzeba  było  założyć  specjalny  ochraniacz,  a  miniaturowy  komputer  w 
celowniku  robił  resztę.  Obsługa  też  była  bardzo  prosta:  ściągało  się  ochraniacz, 
unosiło  broń  nie  przymykając  oka  i  w  powietrzu,  tuż  nad  bronią,  pojawiała  się 
czerwona plamka. 

Miejsce, 

 Global Positioning System - system nawigacji satelitarnej [przyp. tłum.]. 
 
które wskazała, było tym, w które powinien trafić pocisk, pod warunkiem, że strzelec 
nie  szarpnął  za  mocno,  ściągając  spust.    Żadnej paralaksy. No i - w odróżnieniu od 
znacznika  laserowego  -    nie  było  żadnego  promienia,  czy  punktu  świetlnego,  który 
wróg  mógłby  zobaczyć  i  wziąć  na  cel.  Plamka  nie  była  widoczna  od  strony  wylotu 
lufy, a nawet gdyby była, i tak miała wielkość łebka od szpilki. 

Całość  ważyła  mniej  więcej  tyle,  co  standardowy  nabój, nie wystawała za bardzo, a 
celować  było  znacznie  łatwiej  niż  za  pomocą  zwyczajnych  przyrządów.  Z  instrukcji 
wynikało,  że  ten  celownik  był  praktycznie  niezniszczalny.  Chociaż  Howard  nie 
potrzebował  jeszcze  okularów  do  czytania  gazety,  od  paru  miesięcy  muszka  jego 
rewolweru  na  końcu  krótkiej  lufy  zrobiła  się  trochę  nieostra.  Kiedy  szef  strzelnicy 
pokazał  mu  pewnego  razu  tę  zabawkę,  zamontowaną  na  pistolecie,  Howard 
spróbował, no bo w końcu, dlaczego nie. 

I od razu osiągnął piętnastoprocentową poprawę wyników strzelania. 

Poprawić  swą  skuteczność  bojową  o  piętnaście  procent  bez  najmniejszego wysiłku, 
to już było coś, na co nie można machnąć ręką. A po kilku następnych magazynkach 
ta skuteczność wzrosła jeszcze o kilka procent. 

Początkowo próbował to zignorować. Jednak podczas następnych wizyt na strzelnicy 
znów  korzystał  z  nowego  celownika.    Zbrojmistrz  powiedział  mu,  że  można 
zdemontować  szczerbinę,  zeszlifować  muszkę  i  założyć  elektroniczny  celownik; 
miało  to  zająć  parę  dni.  Do  diabła,  powiedział,  przepraszając  pułkownika  za  swój 
język,  kiedy  się  strzela  z  takiego  antyku  z  bardzo  bliskiej  odległości,  w  ogóle  nie 
zwraca  się  uwagi  na  przyrządy  celownicze,  a  na  dystansie  powyżej  sześciu,  czy 
ośmiu  metrów  czerwona  plamka  umożliwi  pułkownikowi  celniejsze  strzelanie.  Więc 
gdzie tu problem? 

Howard nie przyznał się do tego, ale zdawał sobie sprawę, że nie miał racji. 

Julio nigdy nie pozwoliłby mu o tym zapomnieć. 

Bił  się  z  myślami  dobry  miesiąc,  ale  wiedział,  że  nie  ma  odwrotu  -    nie  da  się 
dyskutować  z  liczbami.  Ta  sama  broń,  ta  sama  amunicja,  a  dzięki  celownikowi 
plamkowemu  strzelał  celniej  i  szybciej.  Sprawa  była  więc  przesądzona,  kazał 
zamontować  to  technologiczne  cudo  na  swej  broni,  która  formą  niewiele  różniła  się 
od pierwszych projektów Samuela Colta z lat trzydziestych dziewiętnastego stulecia. 

background image

Nawet  rewolwer  z  mechanizmem  samonapinającym  nie  był  nowym  wynalazkiem, 
stosował  je  już  Robert  Adams  zaledwie  szesnaście,  może  osiemnaście  lat  po 
pojawieniu  się  pierwszych  rewolwerów  Sama  Colta.  Nowoczesny  celownik  i  stary 
Smith  tworzyły  więc  interesującą  parę;  połączenie  technologii  z  siedemnastego  i 
dwudziestego  pierwszego  stulecia.    Howard  wolał,  żeby  jego  sierżant  nie  zwrócił 
uwagi na tę kombinację, przynajmniej na razie. Może, kiedy się już zorientuje, będzie 
akurat tak gorąco, że wszelkie wyjaśnienia staną się zbędne... 

Widząc Fernandeza, wracającego z toalety, wsunął rewolwer z powrotem do torby. W 
tej  samej  chwili  jeden  z  członków  załogi,  nawigator,  podszedł  od  drugiej  strony.  - 
Panie pułkowniku?  Spojrzał na nawigatora. - Tak? 

-  Mamy... hm... pewien problem, sir. 

Sobota, 9 kwietnia 
Johannesburg, Republika Południowej Afryki 
Na  trasie  z  Pretorii  do  Johannesburga  nowy,  wąskotorowy  pociąg  z  sześciuset 
siedemdziesięcioma  pasażerami  zamiast  zatrzymać  się  zgodnie  z  rozkładem  na 
stacji Tembisa, przemknął przez nią z prędkością prawie stu czterdziestu kilometrów 
na  godzinę.  Maszynista  przełączył  się  na  ręczne  sterowanie,  odbierając  kontrolę 
komputerowi,  włączył  hamulce  i  pociąg  zaczął  zwalniać.  Wszystko  byłoby  dobrze...  
...gdyby nie drugi pociąg pasażerski, który utknął zaraz za Tembisą. 

Wahadłowiec jechał jeszcze z prędkością dziewięćdziesięciu na godzinę, kiedy wpadł 
od tyłu na stojący pociąg, który powinien był wyprzedzać go o dziesięć minut i jechać 
z normalną prędkością. 

Wagony spiętrzyły się i zgniotły w harmonijkę, jak zepsute zabawki w rękach dziecka. 
Więcej niż dwie trzecie wagonów każdego z pociągów wyskoczyło z torów. 

Połowa  ludzi  w  ostatnim  wagonie  stojącego  pociągu  zginęła  na  miejscu.  Innych siła 
uderzenia wyrzuciła na zewnątrz. Też nie mieli szans. 

Kilku zabił prąd z zerwanej trakcji. 

Maszynista  jadącego  pociągu  do  końca  pozostał  na  swoim  miejscu  i  zginął,  wraz  z 
mnóstwem  przerażonych  pasażerów  z  pierwszego  wagonu.  Ostatnie  słowa 
maszynisty, zarejestrowane w czarnej skrzynce brzmiały: „O kurwa...!” 

Ogień,  wzniecony  przez  iskry,  które  sypnęły  w  momencie  zderzenia,  a  może  przez 
prąd  elektryczny,  ogarnął  wnętrze  jednego  z  wagonów.    Miejsce  katastrofy  spowiła 
chmura  gęstego,  czarnego  dymu.    Pierwsze  dane  na  temat  liczby  ofiar  były  tylko 
szacunkowe, ale mówiono o ponad dwustu zabitych. Liczba ta miała wzrosnąć kolejni 
pasażerowie umierali w drodze do szpitala i później, w wyniku odniesionych obrażeń. 

Nikt  nie  zaprzątał  sobie  głowy  trzecim  pociągiem,  nadjeżdżającym  dziesięć  minut 
później. Był to błąd. Maszynista zmarszczył brwi, „kiedy zorientował się, że łączność 
nie działa, a jego pociąg zbliża się do stacji ze zbyt dużą prędkością. 

Kiedy odebrał komputerowi kontrolę nad pociągiem, było już za późno. 

Nie  wiadomo,  jak  brzmiały  jego  ostatnie  słowa,  ponieważ  siła  uderzenia  była 
wystarczająco  wielka,  żeby  zniszczyć  czarną  skrzynkę  pociągu,  który  zmienił  się  w 
wypalony wrak. 

background image

Sobota, 9 kwietnia Kona, Hawaje 

Radiolatarnia  wyłączyła  się  w  momencie,  kiedy  szerokokadłubowy  Jumbo  Jet  z 
Japonii  lądował  w  Kona  podczas  tropikalnej  ulewy.    Pilot  najwidoczniej  zareagował 
zbyt mocno, kiedy samolot zszedł z kursu i wielki odrzutowiec JAL uderzył o pas tak 
mocno,  że  złamał  się  tylny  wózek  podwozia  po  lewej  stronie.  Maszyna  gwałtownie 
zatoczyła  się  w  lewo,  obróciła  i  sunęła  bokiem  po  pasie,  prosto  na  MD80  Hawaiian 
Air,  czekającego,  aż  wieża  wyda  mu  zgodę  na  kołowanie  do  startu  na  Maui.  Z 
mniejszej  maszyny  chlusnęło  paliwo,  zapaliło  się  natychmiast,  a  kula  ognia 
pochłonęła  również  Jumbo  Jeta.  Eksplozja  była  potężna.  Wielu turystów w budynku 
portu lotniczego zabiły fragmenty aluminiowego pokrycia, które przecinały powietrze 
niczym  szrapnele,  kosząc  wszystko  co  spotkały  na  swej  drodze.  Fragmenty  Jumbo 
Jeta  i  ludzkie  szczątki  wybuch  rozrzucił  w  promieniu  kilkuset  metrów.    Zginęło 
czterystu  osiemdziesięciu  ludzi  na  pokładzie  obu  maszyn,  czternastu  w  budynku 
portu i na płycie lotniska, a pięćdziesięciu sześciu odniosło poważne obrażenia. 

(Sobota, 9 kwietnia Perth, Australia 

Mimo  dramatycznych  wysiłków  personelu  medycznego,  osiemnastu  pacjentów  z 
chorobą HeinegoMedina, podłączonych do respiratorów w szpitalu Dundee Memorial 
zmarło,  kiedy  po  awarii  zasilania  w  całym  mieście  zawiodły  również  awaryjne 
generatory. Co gorsza, poza miejscami z oświetleniem bateryjnym w szpitalu było tak 
ciemno, że część zmarłych udało się znaleźć dopiero po godzinie. 

Sobota, 9 kwietnia siedziba MI-6, Londyn 

-  O Boże - ze zgrozą w głosie powiedział Alex Michaels - on zabija ludzi. 

Katastrofę kolejową w Afryce Południowej zarejestrowała kamera bezpieczeństwa na 
stacji  Tembisa.  Katastrofę  lotniczą  nakręcił  turysta,  czekający  na  jednego  z 
pasażerów  maszyny  JAL.  Z  Australii  nie  było  materiału  filmowego,  tylko  informacja 
audio o śmierci pacjentów. 

Może to i lepiej, pomyślał Michaels. Nie był pewien, czy potrafiłby znieść widok ludzi, 
duszących  się  z  powodu  nie  działających  respiratorów.  W  tamtych  pociągach  i  w 
samolocie śmierć większości ofiar nastąpiła szybko. 

-  Tak - powiedziała Cooper. - Rozwalił kilka wielkich systemów. 
Nie mam pojęcia, jak to możliwe. 
Michaels  też  nie  miał,  ale  nie  zmieniało  to  faktu,  że  stało  się,  co  się  stało.  Celem 
ataku były systemy łączności, transportu, a nawet sygnalizacja świetlna. Kim był ten 
haker?  W  jaki  sposób  mógł  robić  takie  rzeczy  równocześnie  na  całym  świecie?  
Siedzieli  w  biurze,  udostępnionym  przez  MI-6.  W  całym  budynku  panowała 
gorączkowa krzątanina. 
Spojrzał na Toni. - Musimy porozmawiać z naszymi ludźmi w Stanach. 

-  Jeśli nie masz pod ręką szybkiego gołębia pocztowego, to powodzenia - mruknęła 
Toni.  -  Łączność  przez  kabel  transatlantycki  jest  zablokowana,  a  o  satelitarnej  w 
ogóle nie ma co mówić. 

-  Niewiarygodne. Facet zdołał wyłączyć praktycznie wszystko, co korzysta z wielkich 
sieci  komputerowych.  Co  za  potęga  destrukcji.    Nigdy  dotąd  nie  zdarzyło  się  coś 
takiego -  powiedziała  Cooper.    Niech  to diabli, miała rację. Co gorsza, nie wiedzieli, 
dlaczego  to  robił.  Co  mógł  na  tym  zyskać?  Był  terrorystą?  Michaels  zdawał  sobie 
sprawę,  że  musi  coś  zrobić.  Ale  co?  Co  można  zrobić,  kiedy  zupełnie  zawiodą 
narzędzia,  których  zwykło  się  używać?    Zastanów  się  nad  nowymi,  Alex,  albo  ten 

background image

facet sparaliżuje całą planetę. A może już to zrobił? Łączność nie działa, więc nie ma 
się jak dowiedzieć. 

-    Te  materiały  wideo  i  audio  dostaliśmy  naszymi  liniami  specjalnymi  -  powiedziała 
Cooper.  -  Staramy  się  ściągnąć  tą  drogą  jak  najwięcej  informacji.  Sprawdzę,  czy 
przez którąś z tych ekranowanych linii nie dałoby się skontaktować z waszą agencją 
w Ameryce. 

Wyszła, a Michaels wbił wzrok w biurko. - Musimy coś zrobić - powiedział. 

-  Wiem. Ale co? 

Sobota, 9 kwietnia Londyn, Anglia 

Rużjo  stał  przed  urzędem  pocztowym  naprzeciwko  Katedry  Westminsterskiej. 
Wszędzie  dookoła  biegali  rozgorączkowani  ludzie.  Chyba  wydarzyła  się  jakaś 
poważna  awaria  komputerowa,  albo  przerwa  w  dopływie  energii  elektrycznej. 
Kupował  właśnie  znaczki  pocztowe,  kiedy  zgasło  światło  i  automat  połknął  mu  kilka 
monet.  Kiedy  wyszedł  z  budynku  poczty,  zorientował  się,  że  nie  działa  sygnalizacja 
świetlna.  Coś  niedobrego  wisiało  w  powietrzu.    Przyjechali  policjanci  i  zaczęli 
kierować  ruchem  na  skrzyżowaniu.    Słuchał  strzępków  rozmów  mijających  go  ludzi, 
usiłując  się  zorientować,  co  się  mogło  stać.  Ale  nie  odwróciło  to  jego  uwagi na tyle, 
żeby  nie  spostrzegł  mężczyzny,  zbliżającego  się  z  lewej  strony.  Facet  biegł  między 
samochodami  przez  Victoria  Street.   Rużjo nie miał żadnych wątpliwości, że tamten 
zmierza  do  niego.    Był  młody,  wysportowany  i  uśmiechał  się,  ale  to  jeszcze  nic  nie 
znaczyło;  Rużjo  też  się  uśmiechał  do  paru  ludzi,  kiedy  ich  likwidował.  Szeroki 
uśmiech działał rozbrajająco, uśmierzał obawy. Co może grozić ze strony człowieka, 
który się do nas uśmiecha? 

Rużjo wiedział, że taki ktoś może mieć niecne zamiary. Ten tutaj też? 

Pomyślał,  że  ten  młody  człowiek,  chociaż  ubrany  po cywilnemu w skórzaną kurtkę i 
dżinsy,  sprawia  wrażenie  żołnierza.  Było  coś  w  jego  postawie,  sposobie  poruszania 
się...  Tak,  ten  facet  musiał  służyć  w  wojsku.  Chyba  że  nosił  ortopedyczny  gorset.  
Rużjo zastanawiał się, co robić? 

Uciec? Zostać na miejscu i zorientować się, o co chodzi?  Rozejrzał się dookoła. Nikt 
inny się nim nie interesował, a przynajmniej nikogo takiego nie zauważył. Jeśli tamten 
był  sam,  to  co  to  mogło  oznaczać?  Uśmiechnięty  młody  człowiek  nie  miał  w  ręku 
broni. Mógł oczywiście ukryć pistolet pod motocyklową kurtką, ale jeśli nawet, to nie 
próbował  po  niego  sięgnąć.    Rużjo  był  nieuzbrojony,  jeśli  nie  liczyć  małego 
scyzoryka,  który  trudno  byłoby  uznać  za  skuteczną  broń.  Z  bliska  mógłby  nim 
oczywiście zabić w razie konieczności, ale byłoby niedobrze, gdyby taka konieczność 
zaistniała. 

Jeśli  miał  w  tej  chwili  do  czynienia  z  zespołem  ludzi,  mających  go  zatrzymać,  lub 
zlikwidować, i ludzie ci byli na tyle dobrzy, że zauważył tylko jednego z nich, to i tak 
już  po  nim.  Tamci  obserwowaliby  uśmiechniętego,  który  zdążył  już  prawie  przebiec 
przez ulicę i na jego znak wkroczyliby do akcji. 

Rużjo włożył rękę do kieszeni, w której miał nóż. 

Ośmiocentymetrowe  ostrze  mógł  otworzyć  kciukiem  równie  szybko  jak  w  nożu 
sprężynowym.  Wiedział  jednak,  że  jeśli  na  niego  polują,  a  on  wyciągnie  z  kieszeni 
rękę  z  bronią,  prawdopodobnie  zginie,  zanim  zdąży  przygotować nóż.  Gdyby to on 
był  strzelcem  w  ekipie  likwidacyjnej,  mierzyłby  w  głowę  -  tylko  trafienie  w  centralny 
układ  nerwowy  dawało  pewność  natychmiastowego  wyeliminowania  kogoś  z  walki. 

background image

Pocisk karabinowy, który przeszedł przez mózg, zwykle załatwiał sprawę ostatecznie.  
Rużjo zastanawiał się, czy jego czoło znajduje się w tej chwili w czyimś celowniku. A 
może na potylicy tańczył mu już laserowy promień? 

Znów  się  rozejrzał,  ale  nigdzie  nie  dostrzegł  strzelca.  Nie  zauważył  też  na  ulicy 
nikogo, kto by się nim interesował. Gdzie mogli być? Czyżby tak się zestarzał, że nie 
potrafił  już  wypatrzyć  śmierci,  idącej  mu  na  spotkanie?  A  może  jednak  ten  w 
skórzanej kurtce działał sam? 

Rużjo był gotów polec w walce z lepszymi od siebie, ale przecież nie w taki sposób. 
Nie sądził, że można go podejść tak łatwo.  Spodziewał się po sobie czegoś więcej, 
kiedy  już  koniec  będzie  bliski.  Ale  może  za  bardzo  wyszedł  z  wprawy,  był  zbyt 
wypalony  od  środka  i  właśnie  tak  miał  wyglądać  jego  koniec?    Uśmiechnięty 
mężczyzna  wszedł  na  chodnik  i  zatrzymał  się  o  trzy  metry  od  Rużjo,  o  wiele  za 
daleko  na  szybki  wypad  z  nożem  w  ręku.    -    Pan  Rużjo  -  powiedział.  To  nie  było 
pytanie. Prawą rękę opuścił na biodro. Musiał mieć pod kurtką broń: nóż albo spluwę.  
-  Tak. - Zaprzeczanie nie miałoby sensu. Ten człowiek nie dałby się nabrać na coś 
takiego.  Rużjo  pomyślał,  że  gdyby  miał  w  ręku  otwarty  nóż,  poradziłby  sobie  z  tym 
obcym  bez  problemów.    Potrafiłby  błyskawicznie  pokonać  dystans  kilku  metrów  i 
pchnąć faceta, sięgającego po pistolet w kaburze pod kurtką, zanim tamten zdążałby 
wyciągnąć broń. Nie było w tym nic nadzwyczajnego - potrafiłby to zrobić każdy, kto 
dobrze  umie  obchodzić  się  z  nożem.  Po  prostu  kwestia  refleksu  i  szybkości.   Rużjo 
miał nóż w kieszeni, a to zmieniało stan rzeczy. Mógł zdążyć, ale pewności nie miał. 
Zapewne zdołałby przynajmniej zabrać ze sobą na tamten świat swego zabójcę. Ale 
jeśli  strzelec  czekał  w  samochodzie,  albo  w  którymś  z  budynków  i  wziął  go  już  na 
cel?  Cóż,  w  takim  wypadku  każdy  gwałtowny  ruch  oznaczałby  koniec.  Rużjo  byłby 
zapewne martwy, zanim upadłby na chodnik. Ale przynajmniej czekałaby go szybka, 
czysta śmierć. Poczuł pokusę, żeby to sprawdzić. 

-    Dzień  dobry,  sir.  Jestem  kapral  Huard.  Major  Terrance  Peel  przesyła  wyrazy 
szacunku i pyta, czy nie zechciałby pan zjeść dziś z nim kolacji. 

Peel? Skąd on wiedział, że Rużjo jest w Londynie? I czego mógł chcieć? 

Młody żołnierz podał mu wizytówkę z adresem. 
-  Czy odpowiada panu godzina siódma? - spytał Huard. 
Rużjo skinął głową. 
-  Wie pan, gdzie to jest? Może przysłać po pana samochód? 
-  Nie. 
-  Dobrze. Zobaczymy się później. 
Huard  uśmiechnął  się,  zrobił  w  tył  zwrot  i  odmaszerował.  Rużjo  spoglądał  za  nim, 
dopóki tamten nie zginął mu z oczu. Nikt do niego w tym czasie nie podszedł. Poczuł 
się  trochę  lepiej,  stwierdziwszy,  że  Huard  najwyraźniej  przyszedł  sam.  Mimo  to, 
powinien był zauważyć go wcześniej. 
Spojrzał  na  wizytówkę.  Peel.  Ciekawe.  Minęły  już  prawie  dwa  lata,  od  kiedy  go 
poznał. Major szkolił jeden z oddziałów paramilitarnych Plechanowa, po tym, kiedy go 
wyrzucili  z  armii  brytyjskiej  za...  za  co  właściwie?  Zamęczenie  na  śmierć  więźnia  z 
IRA? Co Peel robił teraz? I skąd wiedział, że Rużjo jest w Londynie? O tej porze, na 
tym skrzyżowaniu?  Musiał kazać swoim ludziom, żeby go obserwowali. Dlaczego? 

I  dlaczego  on,  Rużjo,  nie  zorientował  się,  że  jest  śledzony?    Wsunął  wizytówkę  do 
kieszeni. Zapamiętał już adres. Postanowił tam pójść i znaleźć odpowiedzi na swoje 
pytania. 

Epoka Imperium Brytyjskiego, sobota gdzieś w Indiach 

background image

Tym razem Jay Gridley nie był sam. Zabrał ze sobą miejscowego 
przewodnika, który miał stać na straży. W rzeczywistości był to 
„czujnik ruchu” - program komputerowy, włączający alarm, gdyby 
w jego scenariuszu pojawili się nieproszeni goście - ktokolwiek, 
lub cokolwiek. Jay chciał mieć w takim wypadku dość czasu na 
sięgnięcie po broń i miał nadzieję, że czujnik wykona swe 
zadanie. Nadanie programowi postaci tubylca w turbanie było 
równie dobrą wizualizacją, jak każda inna. Jay wprowadził też 
drobną modyfikację do swego scenariusza: nie był już uzbrojony 
w ciężki, dwulufowy sztucer na słonie, kunsztownie wykonany przez 
rusznikarza z epoki wiktoriańskiej. Miał teraz ze sobą strzelbę, 
przewieszoną przez ramię na pasku, tak, że znajdowała się pod 
ręką na wysokości biodra. I nie była to zwyczajna strzelba, lecz 
słynny południowoafrykański „zamiatacz ulic” 
- broń z krótką lufą, 
samopowtarzalna, kalibru 12* 
 

 Kaliber wagomiarowy, odpowiadający średnicy lufy 1,85 cm [przyp. tłum.]. 

 
z  magazynkiem  bębnowym  na  12  naboi  śrutowych,  albo  naboi  z  pociskiem  w 
sabocie*  i  jeszcze  jednym  nabojem  w  komorze.  Gdyby  coś  się  przed  nim  zaczęło 
ruszać,  Jay  musiał tylko skierować w tamtą stronę lufę i raz po raz ściągać spust, a 
grad  morderczych  kawałków  metalu  kosił  wszystko  na  swojej  drodze.  Taka  porcja 
ołowiu  musiała  zatrzymać  każdą  żywą  istotę.  Strzelba  była  ciężka,  ale  ten  ciężar, 
zwisający na wrzynającym się w ramię pasku, dodawał otuchy. 

-  Rozglądaj się uważnie - powiedział Jay. 
-  Tak, sahib. 
Jay przykucnął, żeby spojrzeć na ziemię, korzystając z nowych 
umiejętności, których nauczył się od Sajiego w scenariuszu na 
pustyni i w górach Nowego Meksyku. Szukając śladów, zwracał uwagę 
zarówno na to, co było, jak i na to, czego nie było. Wiedział, 
że tygrys musiał tędy przejść, ponieważ 
- zgodnie z perwersyjną 
logiką komputerowej rzeczywistości wirtualnej - nie mógł tędy przejść. A skoro Jay o 
tym  wiedział,  powinien  odszukać  jego  trop.    Nie  można  przedzierać  się  przez  takie 
zarośla, nie pozostawiając żadnych śladów. 

Odór  zgnilizny,  rozchodzący  się  w  gorącej  dżungli,  wywoływał  mdłości  i  zawroty 
głowy, ale Jay go ignorował. Mógł opracować przyjemniejszy scenariusz, na przykład 
jakieś  miłe  schronisko  w  Alpach,  czy  słoneczną,  piaszczystą  plażę nad Oceanem w 
Malibu,  z  mewami  i  dziewczynami  w  kostiumach  bikini,  ale  to  w  dżungli  napadł  go 
tygrys,  więc  do  dżungli  Jay  musiał  wrócić.  Wiedział,  że  gdyby  tego  nie  zrobił,  już 
nigdy nie uwolniłby się od strachu. 

A ktoś, kto 

 Obejma  z  plastiku,  służąca  do prowadzenia pocisku wewnątrz lufy i rozpadająca 

się po wyjściu z lufy [przyp. tłum.]. 

 
się  boi,  nie  może  wędrować  po  Sieci,  jest  tam  zbyt  wiele  dżungli,  aby  móc  ich 
wszystkich uniknąć. 

background image

Czuł  mdły  smak  tego  strachu  w  ustach.  Pocił  się,’  drżał,  coś  ściskało  mu krtań przy 
każdym  oddechu.  Kiedyś,  dawno  temu,  był  supercybernautą,  szybszym  niż 
karabinowa  kula  i  silniejszym  niż  lokomotywa,  potrafiącym  śmiać  się  ze  wszelkich 
niebezpieczeństw,  jakie  mogły  czyhać w mrocznych zakamarkach Sieci. Kiedyś, ale 
już nie teraz. Potężna łapa tygrysa pozbawiła go tego wszystkiego.  Pokazała Jayowi 
ciemność,  czekającą  na  końcu  drogi.  Ciemność,  która  każdego  w  końcu  czekała. 
Rozum podpowiadał mu, że to nieuniknione, ale dotąd Jay tak naprawdę wcale w to 
nie wierzył.  Uwierzył teraz. 

Nienawidził za to tygrysa. Za to, że pokazał mu, co to strach.  Za to, że zmusił go do 
przyznania tego, o czym wszyscy wiedzieli, ale o czym się nie mówiło. Jay nie wierzył 
w  dobrotliwego  boga,  który  pozdrowi  go  u  perłowych  wrót  jakiegoś  mistycznego 
nieba,  tak  samo,  jak  nie  wierzył  w  złowrogiego  władcę  jakiegoś  nieskończonego 
piekła.  Wierzył  w  siebie,  w  swoje  umiejętności,  a  tygrys  go  ich  pozbawił.  Jayowi 
pomogło to, co Saji mówił mu o buddyzmie; pociągała go ta religia, ponieważ była tak 
pragmatyczna i zakorzeniona w ziemskich realiach, ale strach pozostał. 

Zobaczył ślad w dżungli, lekkie wgłębienie w warstwie starych liści i gałęzi, od dawna 
przegniłych,  zmienionych  w  wilgotny  kompost.  Zerknął  na  przewodnika,  który  stał w 
miejscu, obserwując dżunglę, po czym przeniósł wzrok z powrotem na ten ślad. Nie 
był zbyt głęboki, jak na takiego ogromnego tygrysa, ale to był jego trop, Jay nie miał 
co do tego żadnych wątpliwości. 

To znaczyło, że i on musi pójść tą drogą. 
Powstał i powiedział do przewodnika: - Idziemy, Mowgli, tędy. 
-  Tak, sahib. 
Przynajmniej scenariusz był dotąd stabilny; to już coś.  Jay zastanawiał się, jak długo 
będzie  potrafił  utrzymać  wizualizację,  kiedy  zobaczy  tygrysa.  Przypuszczał,  że 
niezbyt długo. 
Nabrał głęboko powietrza, poprawił strzelbę na pasku i ruszył naprzód. 

Peel  uśmiechnął  się do Huarda. Chłopak trochę nie pasował do tego wnętrza, które 
kiedyś  było  kościołem.  Pewnie  nie  chodził  do  kościoła,  od  kiedy  przestał  być 
dzieckiem.  Zresztą  Peel  też  nie  zaglądał  do  kościoła  zbyt  często,  co  najwyżej  na 
śluby, czy pogrzeby kolegów z pułku. Nie był religijny. 

-  I co sądzisz o tym facecie? 

-    Cóż,  sir,  nie  wyglądał  na  takiego ostrego. To znaczy, nie spostrzegł mnie, dopóki 
nie podszedłem do niego, prawie nadeptując mu na buty. Stał tak z ręką w kieszeni, 
jakby  się  drapał  w  kroku.  Moim  zdaniem,  nie  jest  już  taki  dobry,  jak  wtedy,  kiedy 
służył  u  Rosjan.  Jeśli  w  ogóle  był  kiedyś  dobry,  sir.    Peel  skinął  głową.  -  Masz 
nagranie? 

-  Tak, tutaj. 
Howard podał mu małą kulkę z elektronicznym zapisem. 
Peel  wsunął  ją  do  czytnika  w  komputerze  i  włączył  odtwarzanie.    Nad  biurkiem 
pojawił  się  obraz  holograficzny  w  skali  jeden  do  sześciu.  Rużjo.  Nagranie  zrobione 
miniaturową  kamerą  w  sprzączce  paska  Huarda  było  nadzwyczaj  ostre  i  stabilne. 
Takie  zresztą  powinno  być,  biorąc  pod  uwagę,  ile  zapłacili  za  tę  cholerną  kamerę. 
Były  agent  Specnazu  stał  po  drugiej  stronie  ulicy.  Przesłoniły  go  samochody,  kiedy 
Huard ruszył ku niemu. 
-  Komputer, dwukrotne powiększenie. 

Projektor  holograficzny  mignął  i  powiększył  obraz.  Rużjo  stał  na  rogu  ulicy,  patrząc 
gdzieś w dal. Cóż, rzeczywiście wyglądał, jakby coś zaprzątało jego... aha! 

background image

-  Komputer, stop. Cofnij o piętnaście klatek i powtórz, powiększenie trzykrotne. 

Huard, wciąż przekonany o słuszności swojej oceny, zmarszczył brwi. - Sir? 

-  Patrz uważnie, Huard. I ucz się. 

Obraz mignął i znów się pojawił, większy niż przedtem. Rużjo widać było z bliska. O, 
tutaj.  W  momencie,  kiedy  obraz  zakołysał  się  trochę  -  Huard  schodził  właśnie  z 
krawężnika  na  jezdnię  oczy  Rużjo  zwróciły  się  na  chwilę  w  jego  kierunku.    Peel 
uśmiechnął się. - Właśnie wtedy was zauważył, kapralu. 

-  Sir? 

-    Dostrzegł  cię  przez  ulicę.  A  potem,  nie  kręcąc  zbytnio  głową,  rozejrzał  się  po 
okolicy. Sprawdzał, czy jesteś sam.  Huard pokręcił głową. - Ja tego nie widzę, sir. 

-    Oczywiście,  że  nie.  Komputer,  pełnowymiarowy  obraz.    Obraz  powiększył  się  w 
momencie, kiedy Rużjo wkładał rękę do kieszeni. 

Peel  powiedział:  -  Ma  broń  w  kieszeni.  Nóż,  albo  może  jeden  z  tych 
południowoamerykańskich pistolecików wielkości breloczka do kluczy. 

-  Po czym pan to poznaje, sir? 

-  Poznaję, bo sam zrobiłbym to samo, gdybym spostrzegł, że idziesz do mnie przez 
ulicę.  Gdybyś  wykonał  jakiś  gwałtowny  ruch,  podchodząc  do  niego,  poderżnąłby  ci 
gardło, albo wpakował parę małokalibrowych pocisków. 

-  Miałem broń, sir. „ 

-  Huard, ten facet zabijał ludzi, kiedy ty biegałeś jeszcze w krótkich spodenkach. Nie 
ma nic dziwnego w tym, że nie zorientowałeś się, że cię spostrzegł i że przygotował 
się na twoje przybycie. Gdybyś sięgnął po swój pistolet, raczej nie rozmawialibyśmy 
teraz. 

Huard nie był przekonany, ale powiedział: - Skoro pan tak mówi, sir. 

Peel  uśmiechnął  się.  Ach,  ci  młodzi.  Wydaje  im  się,  że  będą  żyli  wiecznie; 
zastanawiające,  że  tylu  dożywa  późnej  starości.  Jeśli  uda  się  to  Huardowi,  może 
pewnego dnia zrozumie.  -  To wszystko. Odmaszerować. 

-  Sir. - Huard stanął na baczność, zrobił zwrot i wyszedł. 
-  Komputer, powtórz tę sekwencję. 
Maszyna posłusznie wykonała polecenie. Peel patrzył. Obserwowanie profesjonalisty 
sprawiało  mu  przyjemność.  Cieszył  się  na  spotkanie  z  Rużjo.  Tak  trudno  jest  o 
dobrych ludzi. 
Niedziela, 10 kwietnia 
Londyn, Anglia 
Toni  w  ogóle  nie  miała  wolnego  czasu  -  cały  ten  kryzys  był  zbyt  poważny  -  ale  już 
dawno  temu  przekonała  się,  że  jeśli  zaniedba  trening,  nie  na  wiele  przyda  się  w 
warunkach dużego stresu.  Musiała jakoś rozładowywać napięcie; dzień, czy dwa bez 
silat,  czy  choćby  poważnej  gimnastyki, a już robiła się rozdrażniona i otępiała. Więc 
kiedy  zaczynała  mieć  naprawdę  mnóstwo  pracy,  kiedy  wszystko  waliło  się  i  paliło,  i 
po  prostu  nie  miała  czasu  na  trening,  jakoś  wykradała  te  niezbędne  jej  minuty. 
Czasem  trenowała  kosztem  drugiego  śniadania,  kolacji  lub  snu.  Mogła  opuścić 
posiłek, albo spać godzinę krócej i jakoś funkcjonować, natomiast bez treningu robiła 
się  zupełnie  nie  do  życia.    Popełniała  głupie  błędy,  warczała  na  ludzi,  nie  mogła 
skupić myśli ani w ogóle pozbierać się do kupy. 

background image

Tego dnia musiała wstać wcześniej, żeby potrenować. Nie było jeszcze piątej, a ona 
już  była  na  nogach.  Umyła  się,  zamknąwszy  za  sobą  drzwi  do  łazienki,  żeby  nie 
zbudzić Alexa i założyła dres, zamierzając skorzystać z siłowni w hotelu. Prawda, że 
tak  wcześnie  rano  nie  ćwiczyło  jej  się  najlepiej,  ale  lepsze  to,  niż  nic.  Może  był  to 
nałóg,  ale  ona  traktowała  swój  trening  raczej  jak  odkładanie  pieniędzy  do  banku; 
dzisiejsza  wpłata  nie  będzie  może  tak  duża,  jak  Toni  by chciała, ale zawsze to coś, 
po co można później sięgnąć, jeśli zajdzie potrzeba. A sądząc po rozwoju wydarzeń, 
zajdzie, i to szybko. To by było na tyle, jeśli chodzi o ich wspólny urlop. 

Była  podekscytowana,  ponieważ  Carl  Stewart  miał  się  z  nią  spotkać  w  hotelowej 
siłowni.  Kiedy  zajrzała  do  jego  szkoły  i  wyjaśniła,  że  praca  uniemożliwia  jej 
przychodzenie na wieczorne zajęcia, zaproponował jej prywatne lekcje i okazało się, 
że lubi wcześnie wstawać. 

Roześmiała się, kiedy jej o tym powiedział. - Ach, należysz do tych, co to biegają po 
domu, otwierają okna i wdychają świeże powietrze, oglądając wschód słońca? 

-    Boże, nie - odpowiedział. - Jestem po prostu niewolnikiem mojego wewnętrznego 
zegara.  Całe  życie  byłem  rannym  ptaszkiem.    Wstaję  o  czwartej,  idę  spać  o 
dziewiątej, albo o dziesiątej i nic na to nie poradzę. Nauczyłem się z tego korzystać. 
Zwykle ćwiczę wcześnie rano, zresztą, co innego miałbym robić, kiedy reszta świata 
jeszcze smacznie śpi? 

-  Cóż, skoro tak, to z przyjemnością potrenowałabym z tobą.  -  W twoim hotelu mają 
przyzwoitą salę do ćwiczeń. Oszczędzisz na taksówce do szkoły. 

-    Ale  ty  zapłacisz  za  taksówkę  do  hotelu  -  zaprotestowała.    -    Niezupełnie.  Mam 
samochód,  a  od  miejsca,  w  którym  mieszkam,  wcale  nie  jest  daleko.  Mam 
mieszkanie  przy  Knightsbridge.    -    Knightsbridge?  To  bardzo  ładna  okolica. 
Przejeżdżaliśmy tamtędy. Koło Hyde Parku? 

Wyglądał na zakłopotanego. - Tak. Widzisz... moi rodzice dostali trochę w spadku po 
dziadku ze strony matki, a poza tym prowadzą rodzinny interes, który całkiem nieźle 
idzie. 

Idąc  do  sali  ćwiczeń  cichym,  pustym  korytarzem,  Toni  uśmiechnęła  się  do  siebie. 
Zanim  komputery  powariowały,  sprawdziła  ceny  nieruchomości  w  okolicach 
Knightsbridge.  Żeby  tam  kupić  mieszkanie,  trzeba  było  zapłacić  równowartość  pół 
miliona  dolarów  amerykańskich.  Ceny  domów  zaczynały  się  od  trzech  milionów 
dolarów. Znalazła bliźniak z czterema sypialniami za siedem milionów. Na większość 
mieszkań i domów, wystawionych na sprzedaż, zapisali się już chętni. 

Najwyraźniej rodzinny interes Stewartów rzeczywiście szedł całkiem nieźle. 

Carl czekał na nią w sali ćwiczeń, co wydało jej się interesujące, bo żeby tam wejść, 
trzeba  było  mieć  elektroniczny  klucz.  Toni  włożyła  swoją  kartę  do  zamka  i  przeszła 
przez ciężkie szklane drzwi. Oprócz nich dwojga nikogo tu nie było.  -  Dzień dobry - 
powiedział. Sprawiał wrażenie wyspanego i radosnego, jak na tak wczesną porę. 

-  Dzień dobry. 

Rozgrzewał  się  i  rozciągał  mięśnie.  Toni  przyłączyła  się  do  niego.  W  sali  stało  kilka 
trenażerów,  wszystkie  wyposażone  w  najnowsze  interfejsy  VR.  Powierzchnia  do 
aerobiku  przy  wyłożonej  lustrem  ścianie  o  wymiarach  trzy  i  pół  metra  na  trzy  i  pół.  
Żadnych  mat,  ale  dostatecznie  gruba  wykładzina  dywanowa  i  aż  nadto  miejsca  dla 
dwojga ludzi, chcących potrenować silat. 

background image

Dziesięć minut później oboje zakończyli rozgrzewkę. - Poćwiczymy djuru przez parę 
minut? - spytał. 

Skinęła  głową.  Zawsze  od  tego  zaczynała  trening.  Krótkie,  taneczne  układy  były 
podstawą wszystkiego innego. Wszelkie ruchy, używane w walce, można odnaleźć w 
djuru, jeśli wiedziało się, na co zwracać uwagę. 

Toni  od  dawna  ćwiczyła  tańce  Buka’,  osiem  podstawowych,  uproszczonych  djuru, 
przed  przystąpieniem  do  Serak,  jednak  ostatnio  często  zdarzało  się  jej  od  razu 
przechodzić  do  tej  sztuki  walki.  Bukti  Negara  wciąż  miało  zastosowanie  w  wielu 
miejscach  jako  swego  rodzaju  test,  mający  wykazać  determinację  ucznia.  Jeśli  po 
kilku latach prostszych ćwiczeń uczeń nie wykazywał oznak zniechęcenia, można mu 
było pokazać bardziej skomplikowane i wymagające formy. Nazwa Serak pochodziła 
podobno  od  imienia  Indonezyjczyka,  który  stworzył  tę  sztukę  walki.  Serak,  a  może 
Sera,  znany  również  jako  Ba  Pak  -  Mądry  -    był  Jawajczykiem  i  wspaniałym 
wojownikiem,  mimo  że  miał  tylko  jedną  rękę  i  zdeformowaną  stopę.  Już  to,  że  w 
ogóle  mógł  funkcjonować,  było  godne  uwagi;  to,  że  opracował  sztukę  walki,  dzięki 
której  dorównał  wyszkolonym  wojownikom,  nie  dotkniętym  inwalidztwem,  a  może  i 
stał się lepszy od nich, było wprost fascynujące. 

Po dziesięciu minutach djuru Carl zrobił przerwę. 
-  Chcesz popracować nad kombinacjami? 
-  Jasne. 
Toni  znów  poczuła  się  podekscytowana,  wiedząc,  że  Carl  jest  mistrzem.  Nie 
doprowadziła  do  celu  żadnego  ze  swych  ataków  i  kontrataków.  Miała  wrażenie,  że 
blokował  je  bez  wysiłku,  cały  czas  idealnie  zachowując  równowagę.  Musiała  się 
dobrze  napracować,  żeby  bronić  się  przed  jego  kontratakami,  zwłaszcza  przed 
podstępnym sierpowym, mierzącym między jej górną i dolną linię obrony. Zdołała nie 
dopuścić do trafienia z pełną siłą, ale raz musnął jej pierś, a raz dotknął szczęki. Nie 
tak  mocno,  żeby  ją  zranić,  ale  wystarczająco  mocno,  żeby  zdała  sobie  sprawę,  że 
mógłby z nią skończyć, gdyby chciał. 
Wspaniale. Właśnie tego potrzebowała. 

Pokazywał  jej  swój  ulubiony  rzut,  byli  zwarci  ze  sobą,  ona  wparta  kroczem  w  jego 
udo,  on z prawą ręką na jej pośladku, szykując się do przerzutu przez biodro, kiedy 
kątem oka spostrzegła, że ktoś ich obserwuje z korytarza. Nie miała czasu spojrzeć 
uważniej,  po  Carl  wykonał  przerzut,  podcinając  jej  nogę  i  przewracając  na  podłogę, 
kończąc atak uderzeniami stopą i pięścią. 

Kiedy  wstała,  na  korytarzu  nie  było  już  nikogo.  Cóż,  pewnie  to  tylko  chłopiec 
hotelowy, który niósł komuś śniadanie.  -  Jeszcze raz? - spytał Carl. 

-  Tak. - Uśmiechnęła się. To było naprawdę wspaniałe. 

Zrobiła wypad, zadając cios pięścią. 

Alex poczuł, jak coś go skręca w żołądku. Znał to uczucie i wiedział, że to zazdrość. 
Patrzył na tych dwoje w sali ćwiczeń -  na Toni i tego angielskiego instruktora silat - 
widział, jak przywierają do siebie, widział rękę tamtego faceta na jej tyłku.  Jasne, to 
był  element  treningu,  wiedział  wystarczająco  dużo  o  tej  sztuce  walki,  żeby  to 
rozumieć, ale i tak mu się to nie podobało.  Wracał szybko korytarzem do hotelowego 
pokoju.  Nie  widziała  go,  a  on  nie  chciał,  żeby  wiedziała,  że  tam  był.  Normalnie 
jeszcze by spał o tej porze, ale zbudził się, kiedy zamknęła za sobą drzwi wychodząc 
i  już  nie  mógł  zasnąć.  Wstał  więc,  narzucił  coś  na siebie i poszedł popatrzeć na ich 
trening. Uznał, że może i on czegoś się nauczy. 

background image

Akurat. Nauczył się, jak komuś obmacywać tyłek. 

Wiedział,  że  wmawia  sobie  bzdury.  To  nie  ręce  tego  faceta  na  ciele  Toni  tak  mu 
przeszkadzały, co fakt, że ona była wyraźnie zachwycona. Zapewne sprawił to silat i 
możliwość  trenowania  z  kimś  tak  dobrym,  jak  Stewart.  Zapewne.  Ale  Alex  nie  mógł 
się pozbyć natrętnej myśli: a jeśli to coś więcej? Od paru tygodni między nim a Toni 
nie  układało  się  najlepiej;  nie  wysłał  jej  na  tę  operację  w  Kabulu  i  w  ogóle.  Może 
zainteresowała  się  tym  wysokim  Anglikiem  inaczej,  niż  tylko  jako  partnerem 
sparingowym?    Mówiła  mu  co  prawda,  że  go  kocha,  ale  była  żona  Alexa  też  to 
mówiła.  Powodem,  dla  którego  wystąpiła  o  rozwód  była  jego  praca,  to,  że  wiecznie 
przebywał poza domem, że nie miał czasu dla niej i dla córki, ale przecież kiedyś go 
kochała, a potem przestała.  Może nawet zaczęła go nienawidzić, kiedy przyłożył jej 
nowemu przyjacielowi. 

Dotarł do pokoju, otworzył drzwi kartą i wszedł do środka. 

I  po  co  mu  to  było?  Jakby  nie  dość  waliło  mu  się już na głowę.  Dlaczego życie nie 
może  być  prostsze?  Dlaczego  za  każdym  razem,  kiedy  wydawało  się,  że  sprawy 
układają  się  pomyślnie,  natychmiast  pojawiają  się  jakieś  problemy  i  spokój  diabli 
biorą?  I dlaczego zawsze musiało to być takie cholernie emocjonalne?  Wychowano 
go w przekonaniu, że facet nie obnosi się ze swoimi uczuciami, nie szlocha nikomu w 
klapę  marynarki,  mamrocząc  o  swoich  problemach.  Jego  ojciec  był  oficerem 
zawodowym  i  Michaels  nigdy  nie  widział  go  płaczącego,  nawet  wtedy,  kiedy 
samochód rozjechał jego ukochanego psa. Ojciec nie prowadził z Alexem zbyt wielu 
poważnych  rozmów,  a  jedna  z  nielicznych  dotyczyła  tego,  co  mężczyzna  robi,  a 
czego nie robi.  Jeśli ktoś cię zrani, udajesz, że nic się nie stało i dalej robisz swoje. 
Nie  wolno  ci  niczego  po  sobie  pokazać.  Masz  się  uśmiechać,  choćbyś  cierpiał  jak 
potępieniec. W ten sposób nie dajesz wrogowi szansy. 

Jako  człowiek  wykształcony,  żyjący  w  środowisku,  w  którym  mężczyzna  mógł  już 
okazać  także  inne  uczucia,  nie  tylko  śmiech  i  gniew,  Michaels  wiedział, że nie musi 
się  kontrolować  aż  tak  bardzo,  że  uczucia  nie  są  grzechem.  Ale  tak  trudno  było 
przezwyciężyć  to,  co  ojciec  wpoił  mu  w  dzieciństwie.  Wiedzieć,  że  można  sobie 
pozwolić na okazywanie uczuć, to jeszcze nie to samo, co potrafić to robić. 

Nie  tylko  praca  zawodowa  zniszczyła  jego małżeństwo. Ta niemożność okazywania 
uczuć  też  stanowiła  przyczynę  problemów  w  stosunkach  z  jego  byłą  żoną.  A  teraz 
stawała się częścią problemów w stosunkach z Toni. 

Jak temu zaradzić? 

Pokręcił  głową.  Nie  mógł  się  tym  teraz  zajmować.  Miał  na  głowie  szaleńca  z  jakimś 
magicznym  komputerem,  zabijającym  ludzi,  pogrążającym  świat  w  chaosie.  Musiał 
się  zajmować  swoimi  sprawami  w  sposób,  przedstawiony  przez  samurajskiego 
wojownika Musashiego: 

Kiedy staniesz naprzeciw dziesięciu tysięcy wrogów, walcz z nimi po kolei, najpierw z 
tymi, którzy są najgroźniejsi. 

Trzeba oczywiście działać cholernie szybko, żeby pokonać dziesięć tysięcy wrogów. 
Uznał,  że  im  wcześniej  się  do  tego  zabierze,  tym  lepiej.  Życie  uczuciowe  będzie 
musiało poczekać. 

Zostawił Toni kartkę i zadzwonił po taksówkę do MI-6. 

Niedziela, 10 kwietnia 
‘Waszyngton, Dystrykt Columbia 

background image

Był piękny, słoneczny poranek, bez najmniejszego powiewu wiatru. 
Idealny  dzień  na  rzucanie  bumerangiem.  Tyrone  zerknął  na  zegarek.    Dziesiąta. 
Gdzie się podziewała Nadine? Miała się z nim spotkać na boisku o... No, jest. Szła od 
strony sali gimnastycznej z plecakiem, przewieszonym przez ramię. Uśmiechnęła się 
i pomachała ręką na jego widok. 

-  Cześć, Tyrone! 
Pomachał do niej. 
Paru facetów ćwiczyło karne na południowym krańcu boiska, więc oni oboje przeszli 
pod drugą bramkę i wypakowali sprzęt. Tyrone przyniósł cztery ze swoich ulubionych 
bumerangów,  błyszczący  proszek  do  sprawdzania  kierunku  wiatru  i  stoper;  Nadine 
miała  trzy  bumerangi,  poduszeczkę  do  zwilżania  palca  -  też  dobry  sposób  na 
sprawdzanie,  skąd  wieje  wiatr  -  i  własny  stoper,  który  wyglądał  jakoś  dziwnie  - 
analogowy, duży, okrągły, w srebrzystej kopercie. 
-  O, a to skąd masz? 

-  Mój tato przywiózł mi go z Rosji - powiedziała. - Tu naciskasz, żeby włączyć stoper 
i  ponownie,  żeby  go  zatrzymać,  wielka  wskazówka  pokazuje  sekundy,  a  ta  mała 
minuty. Działa bez baterii.  Podała mu stoper. 

-  Na baterie słoneczne? - Nigdzie nie widział jednak takiej baterii. 

-    Nie,  na  sprężynę.  Nakręcasz  i  wystarcza  na  parę  godzin,  a  potem  nakręcasz 
ponownie. 

-    Fantastyczne.  Mam  takie  radio,  wystarczy  parę  razy  zakręcić  korbką  i  gra  przez 
godzinę.  Wcale  nie  trzeba  go  ładować.    -    Mój  tato  mówi,  że  oszczędzilibyśmy 
mnóstwo  miejsca  na  składnice  zużytych  baterii,  gdybyśmy  częściej  stosowali 
sprężyny,  albo  urządzenia,  wykorzystujące  energię  przyciągania  ziemskiego.    -  
Pewnie. To zdaje się wchodzi teraz w modę. 

Rozgrzewali  się,  wykonując  obroty  tułowia,  machając  ramionami  i  potrząsając 
dłońmi.  Tyrone  podpatrzył  to  u  starszych  zawodników.    Stosowali  też  specjalne 
ćwiczenia  na  rozciąganie,  pozwalające  zachować  elastyczność  mięśni  ramion  i 
grzbietu.  Czytał  w  Sieci  artykuły  o  zawodnikach  wyczynowych,  którzy  ponadrywali 
sobie ścięgna, albo doznali innych obrażeń, rzucając za mocno bez rozgrzewki. Nie 
chciał,  żeby  jemu  się  coś  takiego  przytrafiło.    Oczywiście  ci  faceci,  którzy  doznali 
takich obrażeń, byli już starzy - mieli po dwadzieścia parę, albo i trzydzieści parę lat.  
Nadine  odeszła  na  bok,  żeby  wykonać  kilka  próbnych  rzutów.    Obserwował  ją 
uważnie.  Była  w  dobrej  formie  i  miała  wspaniałą  postawę.  Kiedy  rzucała,  robiła  to 
całym  ciałem, a  nie  tylko  ramieniem.  Właśnie tak należało to robić. Można się wiele 
nauczyć, obserwując kogoś, kto jest dobry w tym, co robi. 

Rzucali  już  od  pół  godziny,  przygotowując  się  do  pierwszych  poważnych  rzutów  na 
czas,  kiedy  Tyrone  zobaczył  kilku  ludzi,  obserwujących  ich  z  drugiej  strony  boiska. 
Stali  w  cieniu  dębu,  rosnącego  przy  ogrodzeniu.  Nie  raz  ktoś  się  przyglądał,  kiedy 
Tyrone  rzucał  i  zwykle  nie  zwracał  na  to  uwagi,  zwłaszcza,  że  jeśli  spuściło  się 
bumerang  z  oczu  choćby  na  chwilkę,  mógł  gdzieś  zniknąć. Znał  wielu  zawodników, 
którzy  pogubili  jaskrawopomarańczowe  bumerangi  na  świeżo  skoszonej  trawie 
boiska.  Chwila  nieuwagi  i  bumerang  znikał.  Czasem  zmieniały  niespodziewanie 
kierunek  lotu  i  potrafiły  zaryć  się  w  trawę  tak,  że  nie  było  ich  widać;  czasem  po 
prostu...  znikały.  Zgubił  kiedyś  czerwony  bumerang  z  czterema  łopatkami,  którym 
rzucał  na  polu  golfowym,  gdzie  trawa  miała  co  najwyżej  pół  centymetra.  Niby 
niemożliwe, a jednak. 

background image

Wystarczył  jednak  rzut  kątem  oka,  żeby  zobaczyć,  że  jedną  z  przyglądających  się 
osób jest Belladonna Wright. 

Zmusił  się  do  patrzenia  z  powrotem  na  bumerang,  nadlatujący  w  jego  stronę  z 
odległości jakichś trzydziestu metrów, prowadził go wzrokiem, dopóki nie znalazł się 
w zasięgu ręki i zdołał jakoś chwycić go w powietrzu, chociaż nie w najlepszym stylu.  
Pilnował się, żeby nie patrzeć na Bellę, ale Nadine i tak się zorientowała. 

-  Ho, ho. Wygląda na to, że stara miłość jeszcze nie całkiem zardzewiała, co, Tyr? 

-  Co? 

-    Ty  i  ta  ślicznotka  tam,  pod  drzewem.  Zachowywałeś  się,  jakbyś  nie  znał  jej  zbyt 
dobrze, ale z tego co słyszałam, spędziłeś z nią trochę czasu. 

-  A jeśli nawet? 

-  Nic. Nie moja sprawa. Ale przykro mi, kiedy widzę, jak cię ktoś robi w konia. 

-  Co masz na myśli? 

-    Daj  spokój,  Tyr,  nie  udawaj.  Takie  lalki  traktują  facetów  jak  papier  toaletowy. 
Używają,  spuszczają  wodę  i biorą się za następnego, a chętnych nigdy nie brakuje. 
Ta  mała  ma  wokół  siebie  całą  gromadę  chłopaków,  gotowych  całować  ziemię,  po 
której stąpa i napawać się widokiem z takiej perspektywy. 

-  Tak? A skąd ty o tym wiesz? 
Nadine wbiła wzrok w ziemię. - Słyszy się to i tamto. 
-  A co jeszcze słyszałaś? 
-  Nie chcę się z tobą kłócić. 
-  Tak? A mnie się wydawało, że chcesz. 
Uniosła  wzrok  i  sięgnęła  po  bumerang.  -  Przyszłam  tu,  żeby  potrenować.  Jesteś 
zainteresowany,  czy  wolisz  poczekać,  aż  Miss  Ameryki  skinie  paluszkiem,  żebyś 
mógł do niej pognać?  -  Ani myślę za nią biegać. Dla twojej informacji, to ja zerwałem 
z Bellą. - Cóż, nie do końca była to prawda, ale przecież to on zaczął rozmowę, która 
doprowadziła  do  zerwania.  A  kiedy  zaproponowała  mu,  żeby  był  jedną  z  jej 
marionetek, powiedział, że go to nie interesuje. Coś w tym rodzaju. 
-  W porządku. Rzucasz? 
Tyrone spojrzał na Bellę, a potem na Nadine. - Tak, rzucam. 
Przygotuj stoper, to będzie mistrzowski rzut. 
-  Już to widzę. 
Uśmiechnęła  się  przy  tym,  a  on  odpowiedział  uśmiechem,  zastanawiając  się 
jednocześnie  nad  tym,  co  powiedziała.  A  gdyby  Bella  skinęła  palcem?  Gdyby 
przywołała go gestem, powiedziała, żeby do niej wpadł, że chce z nim posiedzieć na 
kanapie i całować go tak, jak kiedyś? Pobiegłby? 
Nie ma mowy. Wykluczone. 

Łatwo  tak  mówić,  kiedy  był  pewien,  że  nic  takiego  się  nie  stanie.    Ale  gdyby  się 
jednak stało? Rzuciłby wszystko i podreptał do niej? 

Trudna sprawa. Nie chciał nad tym za dużo rozmyślać. 
Przygotował się do rzutu. Trzy kroki 
- jeden, dwa, trzy...! 
Bumerang  poszybował  wysoko,  sztuczny  ptak,  lecący  do  słońca.    Czuł,  że  to  był 
dobry  rzut, że bumerang długo pozostanie w powietrzu. To powinno zamknąć buzię 
Nadine. 

background image

Niedziela, 10 kwietnia nad Atlantykiem 

Prowadzenie  wielkiego  odrzutowca  nie  stanowiło  problemu  dla  pilota  Net  Force, 
także  lądowanie  nie  przedstawiało  żadnych  trudności,  pod  warunkiem,  że  nie  będą 
potrzebowali sygnału z radiolatarni, żeby odnaleźć port lotniczy, co - znając angielską 
pogodę  - wcale nie było wykluczone. Niezależne przyrządy pokładowe Boeinga 747 
oparły się międzynarodowemu chaosowi, jaki ogarnął wielkie systemy komputerowe. 
Ale  lądowanie  na  zatłoczonym  Heathrow,  czy  Gatwick  bez  jakiejkolwiek  pomocy 
kontroli ruchu lotniczego na ziemi nie było ulubionym zajęciem żadnego pilota.  -  Za 
nic  w  świecie,  sir  -  poinformował  Howarda  pilot.    Na  szczęście  w  Wielkiej  Brytanii 
istniały  bazy  wojskowe  z  niezależnymi  systemami  komputerowymi,  przynajmniej  w 
zakresie kontroli lotów, więc mogli wylądować w którejś z nich, chociaż wiedzieli, że 
przyjdzie im długo czekać w powietrzu na swoją kolej. Większość baz wojskowych ze 
sprawnymi  systemami  komputerowymi  ściągała  maszyny  pasażerskie  oraz 
odprawiała inne samoloty, które po prostu musiały wylądować lub wystartować, jak te 
z organami do przeszczepów, czy te z ważnymi osobistościami na pokładzie. Tak, na 
lądowanie trzeba będzie trochę poczekać.  W porządku, nie pierwszy raz. 

Na szczęście większość organizacji wojskowych była z natury paranoiczna i jak ognia 
unikała  całkowitego  uzależnienia  się  od  globalnych  systemów.  Awaria  połowy 
systemów komputerowych na Ziemi była sprawą poważną, ale nie na tyle poważną, 
żeby  sparaliżować  wszystkie  siły  wojskowe  tego  świata.  Dobrzy  żołnierze  zawsze 
obawiali  się  takiej  ewentualności  i  z  reguły  potrafili  przekonać  złych  żołnierzy  do 
konieczności zainstalowania systemów awaryjnych. Po tym, co się stało, będzie im to 
na pewno przychodziło łatwiej. 

Mogli  zawrócić  swym  Boeingiem  747  i  wylądować  w  Stanach,  ale  Howard  nie 
zamierzał  pozwolić,  żeby  zwierzyna  znów  mu  się  wymknęła.  A  skoro  transport 
lotniczy  napotykał  na  takie  problemy,  było  prawdopodobne,  że  Rużjo  nigdzie  nie 
poleci.  A  piechotą  daleko  nie  ucieknie.  Chociaż  odnalezienie  go  bez  pomocy 
komputerów  i  tak  może  się  okazać  problematyczne,  na  pewno  nie  zaszkodzi,  jeśli 
zabójca przez jakiś czas nie będzie zmieniał miejsca pobytu. 

Julio podszedł i stanął obok jego fotela. 
-  Nadal sądzisz, że uda nam się go zgarnąć? 
-  Och, na pewno go zgarniemy. 
Fernandez parsknął śmiechem. - Za przeproszeniem pana pułkownika, ale to bzdury. 
Jeśli  po  wylądowaniu  iloraz  inteligencji  tego  faceta  nie  spadł  nagle  o  pięćdziesiąt 
punktów,  starczy  mu  rozumu,  żeby  wynająć  samochód,  łódź,  czy  nawet 
wyczarterować  od  kogoś  samolot  i  wynieść  się  z  Anglii.  Wystarczy,  że  pomacha 
plikiem  tych  zabawnych  banknotów  euro  jakiemuś  studenciakowi,  biednemu 
rybakowi, czy spłukanemu pilotowi z własnym samolotem i już będzie mógł odjechać, 
odpłynąć,  albo  odlecieć.  Przypuszczam,  że  żabojady,  Hiszpanie  i  w  ogóle  wszyscy 
po  drugiej  stronie  tej  sadzawki,  dzielącej  ich  od  Starej  Wesołej  Anglii  będą  bardzo 
zajęci,  usiłując  powstrzymać  złodziei,  którzy  -    korzystając  z  tego,  że  wszystkie 
systemy  komputerowe  są  zepsute  -    będą  usiłowali  szmuglować  co  się  da,  całe 
pociągi  i  parowce.    Szansę,  że  w  tym  bałaganie  przyskrzynią  naszego  faceta  są 
praktycznie równe zeru. 
-  Zakładasz, że tak bardzo zależy mu na opuszczeniu Anglii - powiedział Howard. - 
Na  jakiej  podstawie?  Przecież  facet  nie  wie,  że  siedzimy  mu  na  ogonie.  Zapewne 
uważa, że zniknął bez śladu. 

-    Tak  byś myślał, będąc na jego miejscu? Howard wyszczerzył zęby w uśmiechu. - 
Do diabła, nie. 

background image

-  Ja też nie. 

-  Ale może nie będzie chciał ryzykować - powiedział Howard.  -  Na podstawie tego, 
co  już  o  nim  wiemy,  nie  sądzę,  żeby  ten  facet  przejmował  się  za  bardzo  ryzykiem, 
John. 

Howard skinął głową. Co prawda, to prawda. I na razie nic na to nie mogli poradzić. 

Julio  próbował  go  pocieszyć.  -  Cholera,  może  raz  dopisze  nam  szczęście  i  facet 
wpadnie pod jeden z tych piętrowych autobusów, albo coś w tym rodzaju. Będzie na 
nas czekał w jakimś szpitalu, mając do walki tylko termometr, kiedy się tam zjawimy.  
Oczywiście, przy naszym pechu pewnie zabiłby nim paru naszych ludzi. Już widzę te 
nagłówki w prasie: Zawodowy zabójca likwiduje personel Net Force. 

TerMOMETR  OKAZAŁ  SIĘ  ŚMIERCIONOŚNą  BRONIĄ  -  MÓWI  SIERŻANT  JULIO 
FERNANDEZ. 

-  Kiedy potrzebuję otuchy, zawsze mogę na was liczyć, sierżancie. 

-  Staram się, jak mogę, sir. 

(Niedziela, 10 kwietnia 
Londyn, siedziba MI-6 
Michaels  siedział  pochylony  nad  stertą  papierów,  które  czytał  kartka  po  kartce,  nie 
korzystając z komputera. Była to żmudna praca. Zjawiła się Toni, ale zaraz poszła po 
jakieś materiały ze stacji rozpoznania satelitarnego, z którą łączność jeszcze się nie 
zerwała.  Nie  chcieli  ryzykować  przesyłania  materiałów  stamtąd  tutaj  drogą 
elektroniczną, nawet ekranowanymi liniami.  Bezpieczniej było odebrać je osobiście. 

Kark i ramiona miał zesztywniałe i obolałe. Pewnie częściowo dlatego, że siedział na 
tym  krześle  i  czytał  od  wielu  godzin,  a  częściowo  za  sprawą  tych  wszystkich 
problemów, które zwaliły mu się na głowę. Megan i jej prywatny detektyw, Toni, cały 
ten chaos, spowodowany przez szaleńca, który postanowił rzucić świat na kolana. 

-  Puk, puk. 

Do  jego  biura  weszła  Angela  Cooper.  Miała  na  sobie  granatowy  blezer,  krótką 
spódniczkę  tego  samego  koloru  i  niebieską  bluzkę.    Zamknęła  za  sobą  drzwi.  -  Co 
słychać na wojnie, Alex? 

-  Nasi wciąż przegrywają. 

-    Udało  nam  się  przywrócić  funkcjonowanie  paru  systemów  -  powiedziała.  - 
Dźwigamy się na nogi. Jak dotąd, nie zanotowaliśmy niepowetowanych strat. 

-  To już coś. 

Podeszła  bliżej,  stanęła  za  nim  i  spojrzała  mu  przez  ramię.   -    Statystyczne  analizy 
międzykontynentalnych  połączeń  telefonicznych?  Rety,  to  musi  być  fascynująca 
lektura.  -  Aha, tak samo jak filozoficzne prace studentów pierwszego roku na temat 
niemieckich egzystencjonalistów, napisane po chińsku przez buszmenów Bantu. 

Położyła mu rękę na ramieniu. - Ojej, cały zesztywniałeś. 

-    Rzeczywiście,  bywałem  już  bardziej  zrelaksowany  -  przyznał.    -    Pozwól,  że  się 
tobą  zajmę.  -  Położyła  mu  drugą  dłoń  na  ramieniu  i  zaczęła  ugniatać  mięśnie. 
Zaniepokoił  się.  Nie  powinien  na  to  pozwolić.  Ale...  och,  jak  dobrze.  Miała  znacznie 
silniejsze ręce, niż przypuszczał. 

-  Nie musisz tego robić - bąknął bez przekonania, zdając sobie sprawę, że to nie to 
samo,  co  powiedzieć,  jej,  żeby  przestała.    -    Nie  ma  sprawy.  To  jeden  z  moich 

background image

niewielu  talentów.  Moja  matka  była  przez  jakiś  czas  fizjoterapeutką.  Znała  trochę 
bardziej  ezoterycznych  rodzajów  masażu  -  reikf”,  shiatsW*,  metodę  Judith Aston***. 
Trochę się tego od niej nauczyłam. 

 Termin  japoński,  oznaczający  uniwersalną  siłę  witalną;  rodzaj  alternatywnej 

terapii,  polegającej  na  przekazywaniu  pacjentowi  uzdrawiającej  energii  przez 
terapeutę  [przyp.  tłum.].    **Po  japońsku  „nacisk  palców”  -  rodzaj  masażu 
leczniczego, polegającego na uciskaniu punktów akupunktury w celu pobudzenia 
przepływu  energii,  stosowany  m.in.  przy  bólach  pleców,  migrenie,  bezsenności 
[przyp. tłum.]. 

***Tzw.  AstonPatterning  -  terapia  ruchowa  z  elementami  masażu,  opracowana  w 
1977  roku  przez  tancerkę  Judith  Aston,  stosowana  m.in.  do  walki  z  bólem,  korekcji 
wad  postawy,  poprawy  zdolności  motorycznych,  łagodzenia  napięcia  i  ogólnej 
poprawy kondycji [przyp. tłum.]. 

Boże,  cóż  za  wspaniałe  uczucie.  Czuł,  jak  rozluźniają  mu  się  mięśnie  grzbietu. 
Rozkosz, nie seksualna, ale na pewno zmysłowa. 

-  Dla pełnego efektu powinieneś się położyć 
- powiedziała, nadal 
zagłębiając  palce  w  jego  kark  i  mięśnie  ramion,  ugniatając  kciukami, zataczając mu 
na plecach eliptyczne spirale. - Ale kanapa jest za miękka, a biurko za krótkie. Za to 
dywan  jest  czysty.  Połóż  się  na  podłodze,  na  brzuchu,  tu,  obok  biurka.    Michaels 
posłuchał  jak  w  transie.  Nie  zdawał  sobie  sprawy,  jak  bardzo  był  zesztywniały.  Jej 
palce znajdowały w jego mięśniach miejsca tak twarde jak łożyskowe kulki. 

Leżał twarzą do podłogi. Nagle poczuł, że ona siada na nim okrakiem. Otworzył oczy 
na  tyle,  żeby  zobaczyć, jak spódnica podjeżdża jej nad kolana, przyciśnięte do jego 
boków. Usiadła bardzo delikatnie, prawie nie czuł na sobie jej ciężaru.  Och, tak... 

-    Byłoby  lepiej,  gdybyś  zdjął  koszulę,  ale  chyba  powinniśmy  z  tym  zaczekać,  aż 
znajdziemy się w bardziej kameralnych warunkach.  Po co ludzie mają gadać. 

Michaelsowi  było  w  tej  chwili  zupełnie  obojętne,  co  powiedzą  ludzie  z  MI-6.  Niech 
sobie  strzępią  języki.  Mogą  nawet  śpiewać  chórem,  pokazując  go  palcami.  Czuł  się 
wspaniale. Z ust wyrwał mu się cichy jęk, kiedy wcisnęła nasadę dłoni w mięśnie nad 
jego prawą łopatką. 

Bolało, ale to był dobry ból, czuł, jak mięśnie rozluźniają mu się pod naciskiem. 

Zsunęła  się  niżej,  na  wysokość  jego  kolan  i  wparła  mu  się  rękami  w  pośladki, 
wcisnęła  kciuki  w  mięśnie  pośladkowe,  przesunęła  palcami  po  biodrach,  zatoczyła 
krąg, wracając do pleców.  Rety. Można by się do tego przyzwyczaić. 

Przyzwyczaić? Raczej popaść w nałóg. 

Mniej  więcej  po  dziesięciu  minutach  przyszło  mu  do  głowy,  że  byłby  to  najmniej 
odpowiedni moment na powrót Toni. Trudno byłoby jej wyjaśnić tę sytuację. Powinien 
powstrzymać Angelę. Teraz, zaraz. 

Nie zrobił tego. 

A  Toni  nie  wróciła  i  po  dwudziestu  minutach  Angela  przesunęła  mu  się  na  plecy, 
popracowała chwilę nad jego skalpem, po czym wstała. 

Ledwie mógł się poruszać, ale jakoś zdołał się podnieść. 
Była zaróżowiona, a skóra błyszczała jej od potu. 
-  Dziękuję ci. Właśnie uratowałaś mi życie. 

background image

-  Prawdę mówiąc, nie zrobiłam wiele. Pełny masaż trwa godzinę, półtorej, przy czym 
trzeba się zająć obydwoma stronami ciała, a nie tylko plecami. Mam w domu stół do 
masażu. Może wpadłbyś kiedyś do mnie, żebym mogła zaaplikować ci pełną terapię.  
Pod  czaszką  zapaliły  mu  się  światła  ostrzegawcze  i  zawyły  syreny  alarmowe: 
Niebezpieczeństwo!  To  nie  jest  dobry  pomysł!    Ale  zaraz  pomyślał  o  Toni  i  jej 
treningu silat. Przecież Stewart dotykał rękoma jej ciała w najróżniejszych miejscach, 
prawda?  Co  za  różnica?  To  nie  był  seks,  lecz...  niewinna  terapia.    -    Może 
rzeczywiście... - usłyszał własne słowa. Uśmiechnęła się do niego, a on odpowiedział 
uśmiechem. 
-  Pewnie wyglądam okropnie, jak stara, spocona krowa - powiedziała. - Idę, muszę 
trochę poprawić wygląd. Zobaczymy się później. 

Kiedy  wyszła,  poczuł,  że  znów  zrobił  się  trochę  spięty,  mimo  profesjonalnego 
masażu,  jaki  mu  właśnie  zaaplikowała.  I  nie  miało  to  nic  wspólnego  z  pracą 
zawodową. 

W co ty się pakujesz, Alex? 

(Niedziela, 10 kwietnia 
posiadłość „Cisy”, Sussex, Anglia 
Goswell  siedział  w  wygodnym  skórzanym  fotelu  w  swoim  gabinecie,  popijając  gin  z 
lodem. Westchnął, spoglądając chyba po raz dziesiąty na fotografie, które miał przed 
sobą.  Zdawał  sobie  sprawę,  że  w  epoce  komputerowych  cudów  można  oczywiście 
sfabrykować coś takiego. Ekspert bez żadnego trudu potrafił podstawić czyjąś twarz 
do tułowia innego człowieka, mógł usunąć pewne elementy, albo dodać inne, które w 
rzeczywistości nie istniały. Przypomniał sobie film o sir Winstonie Churchillu.  Premier 
- naprawdę świetny szef rządu, według tego, co mówił ojciec Goswella - siedział koło 
amerykańskiego  prezydenta  Abrahama  Lincolna  i  prowadził  z  nim  pogawędkę, 
podczas  gdy  w  rzeczywistości  ten  prezydent  został  zamordowany  osiem,  czy 
dziesięć lat przed narodzinami Churchilla. 

Jeszcze  raz  przejrzał  zdjęcia.  Tak,  fotomontaż  był  oczywiście  możliwy,  ale  w  tym 
wypadku Goswell miał pewność, że o żadnej manipulacji nie było mowy. To rzetelne 
zdjęcia,  bo  człowiek,  który  je  zrobił,  nie  miał  żadnego  powodu,  żeby  je  fałszować.  
Przedstawiały  Peela  rozmawiającego  z  Bascomb-Coombsem  w  jakiejś  knajpie. 
Prawda,  że  Peel  był  szefem  ochrony,  a  Bascomb-Coombs  jednym  z  pracowników 
Goswella,  i  to  bardzo  cennym,  więc  można  by  argumentować,  że  takie  spotkanie 
zdecydowanie  mieściło  się  w  ramach  obowiązków  majora.  W  końcu  do  tych 
obowiązków  należało  także  pilnowanie  takich  ludzi,  jak  Bascomb-Coombs  i 
bezpośrednia rozmowa nie była niczym nadzwyczajnym. 

Goswell pociągnął drinka i spojrzał na zegarek dziadka. 

Dochodziła siódma, zaraz powinni podawać kolację. 

Tak, Peel mógłby bez trudu wyjaśnić swą rozmowę z 

Bascomb-Coombsem.  Mógłby,  ale  nie  zrobił  tego.  W  żadnym  z  jego  raportów  nie 
pojawiła się wzmianka o tym spotkaniu. Ani o spotkaniach, które odbyły się później. A 
odbyły się na pewno.  Świadczyły o tym inne fotografie. 

Goswell pokręcił głową. Paskudna sprawa. Miałby uwierzyć, że Peela zaczęła nagle 
zawodzić  niezawodna  dotąd  pamięć?  I to tylko w sprawach, dotyczących Bascomb-
Coombsa? Co się stało z tym światem, że nikomu już nie można ufać? 

background image

Teraz  musiał  się  oczywiście  dowiedzieć,  co  ci  dwaj  knuli.  To,  że  byli  w  zmowie, 
musiało mieć jakieś znaczenie. 

Cóż,  nie  zostałby  wielkim  przemysłowcem,  gdyby  nie  wiedział,  jak  się  ustala  takie 
rzeczy. 

Potrząsnął prawie pustą szklaneczką, w której głośno zagrzechotały kostki lodu. 

-  Jeszcze drinka, milordzie? 

-  Tak, proszę. Aha, Applewhite, odszukaj majora Peela i powiedz mu, żeby zajrzał do 
mnie po kolacji, dobrze? 

-  Oczywiście, milordzie. 

Applewhite poszedł po gin, a Goswell zapatrzył się w topniejące kostki lodu w swojej 
szklance.  Już  on  pokaże  temu  zdrajcy  Peelowi.  Szkoda,  naprawdę  szkoda.  Dobrze 
przynajmniej,  że  ojciec  tego  chłopaka  już  nie  żyje.  Pękłoby  mu  serce,  gdyby  się 
dowiedział, że jego syn okazał się zdrajcą. 

Niedziela, 10 kwietnia Londyn 

Zaczął  kropić  deszczyk  i  Rużjo  uznał,  że  doskonale  się  złożyło.    Była  niedziela;  w 
wielu  miastach  sklepy  są  tego  dnia  zamknięte, ale nie w Londynie. Złapał taksówkę 
pod  British  Museum  i  podał  kierowcy  adres.  W  bocznej  uliczce  niedaleko  Regent’s 
Park  znajdował  się  mały  sklepik,  którego  specjalnością  były  parasole  i  laski  ręcznej 
roboty. Nie były to tanie rzeczy - bez trudu można tam było zostawić parę setek euro, 
a  jeśli  ktoś  miał  ochotę,  to  i  znacznie  więcej.  Akcesoria  dżentelmena  miały  tu 
ogromne znaczenie i zapewne sklepik mógłby się utrzymać z ich sprzedaży, lecz dla 
wtajemniczonych klientów trzymano tam także inne rzeczy. 

Taksówka  zatrzymała  się  o  przecznicę  od  sklepu.  Rużjo  zapłacił  za  kurs, 
automatycznie dodając właściwy napiwek, żeby taksiarz go sobie nie zapamiętał ani 
jako  skąpca,  ani  jako  rozrzutnika,  i  wysiadł  z  taksówki.  Zaczynało  coraz  mocniej 
padać.  Rużjo  ruszył  ulicą,  nie  dając  po  sobie  poznać,  że  zauważył  idącego  za  nim 
mężczyznę. Tamten nie był może całkiem nieudolny, ale trzeba było kogoś znacznie 
lepszego, żeby Rużjo nie zorientował się, że jest śledzony, zwłaszcza, kiedy się tego 
spodziewał. 

Kiedy doszedł do sklepiku z parasolami, odegrał małe przedstawienie, spoglądając z 
irytacją w niebo, po czym strzepnął wodę z wiatrówki i - mając nadzieję, że będzie to 
wyglądało na działanie pod wpływem impulsu - szybko wszedł do środka.  Na nic by 
się  to  wszystko  nie  zdało,  gdyby  Peel  wiedział,  co  naprawdę  sprzedawano  w  tym 
sklepie z parasolami, ale - o ile nic się ostatnio nie zmieniło - Brytyjczycy nie mieli o 
tym bladego pojęcia. 

Spotkanie z Peelem było interesujące. Twierdzenie majora, że 
natknął się na Rużjo, porównując zdjęcia paszportowe wszystkich 
cudzoziemców, przybywających do Anglii z listą znanych agentów 
było trochę naciągane, ale przecież Peel jakoś dowiedział się o 
jego obecności. I zdołał wziąć go pod obserwację. Może dopisało 
mu szczęście. A może mówił prawdę. Tak, czy inaczej, Rużjo 
otrzymał propozycję pracy. Nie był wprawdzie aż tak 
zainteresowany znalezieniem sobie zajęcia, ale z drugiej strony 
nigdzie mu się nie śpieszyło, a Peel mógł mu ułatwić 
podróżowanie, tym bardziej, że ostatnio powstało tyle problemów 
z komputerami. Krótka przerwa w podróży mogła się więc okazać 

background image

korzystna. Samo zlecenie 
- być w pogotowiu na wypadek, gdyby 
trzeba  było  zlikwidować  pewnego  angielskiego  lorda,  który  przypadkiem  okazał  się 
pracodawcą  Peela  -  było  intrygujące,  chociaż  Rużjo  wątpił,  czy  major  rzeczywiście 
zdecyduje się na zamach. 

Naciągane  wyjaśnienia  Peela,  dlaczego  sam  nie  może  się  tym  zająć,  czy  też  zlecić 
robotę  któremuś  ze  swoich  ludzi,  nie  zwiodłyby  nawet  dziecka.  Było  oczywiste,  że 
potrzebował  kozła  ofiarnego,  obcego  agenta,  którego  można  obciążyć  winą  za 
zamach,  a  któż  nadawał  się  do  tego  lepiej  niż  podstępny  zabójca  ze  Wspólnoty 
Niepodległych  Państw,  były  oficer  Specnazu?  Taki,  którego  można  by  potem,  po 
zamachu,  nafaszerować  ołowiem  podczas  próby  ucieczki,  ostatecznie  zacierając 
wszelkie ślady? 

Rużjo pozwolił sobie na blady uśmieszek w momencie, kiedy ekspedient w sklepie z 
parasolami  zwrócił  na  niego  uwagę  i  skinął  głową.  Gdyby  był  na  miejscu  Peela, 
prawdopodobnie zaaranżowałby to w ten sposób. Wynająłby zabójcę, zlikwidował go 
po  zamachu  i  po  kłopocie.  Czy  na  pewno?  Prędzej,  czy  później  ktoś  zacząłby  się 
zastanawiać, dlaczego człowiek, uciekający przed amerykańskimi organami ścigania, 
tracił  czas  na  dokonanie  zamachu  w  Wielkiej  Brytanii.  Szukano  by  motywów.  A 
przecież  nawet  notorycznie  opieszałe  władze  brytyjskie  sprawdziłyby  w  końcu 
wszystkie  wątki,  prowadząc  śledztwo  w  sprawie  zabójstwa  tak  szacownego 
obywatela.    Pochodzenie  wciąż  bardzo  się  liczyło  w  tym  kraju.  Ale  w  niektórych 
sprawach  Brytyjczycy  byli  bardzo  krótkowzroczni  i  to  od  dawna.  Gdyby  bardziej 
uważali,  pewnie  do  dziś  rządziliby  większością  świata.  Pycha  była  strasznym 
zagrożeniem dla każdego imperium. Zapewne i Peel nie był od niej wolny. 

-  Czym mogę panu służyć? 

-    Potrzebny  mi  specjalny  parasol.  Taki  bardziej...  masywny.    Sprzedawca  ani  na 
chwilę  nie  przestał  się  uśmiechać.  -  Aha,  rozumiem.  Zaraz  poproszę  szefa,  pana 
O’Donnella.    Sprzedawca  zniknął  za  drzwiami,  prowadzącymi  na  zaplecze.  Rużjo 
udawał, że rozgląda się po sklepiku. Niektóre laski i parasole miały wspaniałe rączki 
z  kości  słoniowej  albo  ze  szlachetnych  gatunków  drewna,  cyzelowane  w  fantazyjne 
kształty. Tu tygrys, tam wąż, tu naga kobieta, prężąca się wdzięcznie. 

-  Dzień dobry panu. Jestem O’Donnell. Jak rozumiem, potrzebny jest panu specjalny 
parasol? 

Rużjo  skinął  głową  wysokiemu,  jasnowłosemu  mężczyźnie  w  ciemnym  garniturze. - 
Tak. 

-  Czy mógłbym spytać, kto polecił panu nasz sklep? 
-  Pułkownik Webley-Scott. 
-    Aha,  rozumiem.  A jak się miewa pan pułkownik? Na razie wszystko się zgadzało. 
Rużjo  odpowiedział: -  O  ile  wiem,  nadal  nie  żyje.    O’Donnell  uśmiechnął  się  i skinął 
głową. - Proszę za mną, sir. 
-  Ktoś mnie śledzi. Nie ma to żadnego związku z wami.  -  To żaden problem. Przez 
okno niczego nie widać. Myśli pan, że ten ktoś zdecyduje się wejść do środka? 

-  Nie sądzę, żeby był tak głupi. 

-  Cóż, gdyby jednak wszedł, zobaczy pana wychodzącego z toalety.  Rużjo poszedł 
za  O’Donnelem  przez  toaletę,  z  której  zamaskowane  drzwi  prowadziły  do  małego 
pomieszczenia. W rogu stał tu wysoki, zielony, zabytkowy sejf na nóżkach w kształcie 

background image

ptasich szponów.  Otwierając sejf, O’Donnell spytał: - Szuka pan czegoś ostrego, czy 
raczej miotającego pociski? 

-  Macie jakiś model wielostrzałowy? 

-  Mamy. Pięć strzałów. Ale niestety tylko mały kaliber, 0.22 cala. 

-  Wystarczy. 
-  Więc proszę. 
Podał  Rużjo  parasol,  który  na  pierwszy  rzut  oka  nie  wyróżniał  się  niczym 
szczególnym.  Może  tylko  zakrzywiona  rączka  była  grubsza  i  cięższa  niż  zwykle.    -  
Rączkę się odkręca... o, tak. W środku widać metalowy cylinder. 
To rewolwer. 

Rużjo spojrzał na pięć niewielkich otworów w cylindrze, ukrytym w drzewcu parasola. 
Iglicę  i  resztę  mechanizmu  spustowego  umieszczono  w  odkręconej  rączce. 
Pomysłowe. 

-  Wkłada się naboje, o, tak, potem wsuwa się rączkę, aż zaskoczy. 

Tu  się  naciska  i  z  rączki  wysuwa  się  język  spustowy.    Zademonstrował  działanie, 
naciskając kciukiem guzik, zwalniający język spustowy. 

-    Mechanizm  spustowy  oczywiście  samonapinający*.  Nie  ma  żadnych  przyrządów 
celowniczych,  ale  człowiek,  obeznany  z  bronią  nie  powinien  mieć  kłopotów  z 
trafieniem  w  cel.  Lufa  stalowa,  gwintowana,  tej  samej  klasy,  co  w  większości 
komercyjnej broni długiej. Zamknięta na wylocie gumową zatyczką, która nie stanowi 
przeszkody  dla  pocisku,  jeśli  się  jej  nie  zdąży  zdjąć,  a  nawet  tłumi  trochę  odgłosy 
strzałów.  Po  kilku  strzałach  należy  ją  jednak  wymienić.  Oczywiście  dodajemy  do  tej 
broni zapasowe zatyczki. 

Rużjo wziął do ręki zakamuflowany karabin. W normalnych warunkach nie lubił nosić 
przy  sobie  broni,  jeśli  akurat  nie  była  mu  potrzebna,  ale  teraz  warunki  nie  były 
normalne. 

-  Przestrzelał pan tę broń? 
-  Tak. 
-  A czy jest tu jakieś miejsce, w którym mógłbym ją wypróbować? 
 Double Action Only - napięcie kurka jest możliwe tylko przez naciśnięcie na spust 

[przyp. tłum.]. 

 
O’Donnel  skinął  głową  ze  zrozumieniem.  Tylko  głupiec  zdałby  się  na  broń,  której 
osobiście nie przetestował. - Ta skrzynia jest „wypełniona trocinami, a tylną ściankę 
ma ze stali.  -  Amunicja? 

-  Mam naboje typu Stinger, bezpłaszczowe i z wybraniem wierzchołkowym. 

-  Doskonale - powiedział Rużjo. - Ile płacę? 
-  Dwa tysiące. 
-  W porządku. 
O’Donnel uśmiechnął się, wyraźnie zadowolony. 
Facet,  który  go  śledził,  stał  w  barze  po  drugiej  stronie  ulicy,  wyglądając  przez 
zaparowane okno. Młody człowiek, włosy krótko obcięte, mógłby być bratem Huarda, 
sądząc  z  wyglądu.  Deszcz  wciąż  padał,  więc  Rużjo  skorzystał  z parasolowej funkcji 
swego  nowo  nabytego,  naładowanego  karabinka.  Parasol  łatwo  się  otworzył, 
napinając  czarną,  jedwabną  tkaninę  na  tytanowych  drutach.  Całość  działała  bez 
zarzutu,  zarówno  jako  karabin,  z  którego  Rużjo  wystrzelił  pięć  pocisków,  jak  i  jako 

background image

parasol. Cudowna i mordercza zabawka. Większość ludzi nie zdaje sobie sprawy, że 
superszybki  pocisk  kalibru  0,22  cala,  wystrzelony  z  broni  z  długą  lufą  bez  trudu 
przebija  standardową  policyjną  kamizelkę  kuloodporną  z  kewlaru.  Zrozumiałe,  że 
służby policyjne wolą tego nie rozgłaszać. 
Rużjo uśmiechał się do siebie, idąc ulicą ze swym nowym nabytkiem w ręku. 

Peel  dostarczy  mu  oczywiście  broń,  ale  na  wszelki  wypadek  zawsze  warto  mieć 
jakiegoś asa w rękawie. 

Lepiej go mieć i się nim nie posłużyć, niż odwrotnie. 

Imperium  Brytyjskie,  Niedziela,  10  kwietnia,  gdzieś  w  Indiach  Upał  i  duchota  były 
dokuczliwe,  a  w  gęstym  od  wilgoci  powietrzu  unosił  się  kwaśny  odór  tygrysich 
odchodów,  zmieszany  z  cuchnącym  zapachem,  bijącym  od  spoconego  ze  strachu 
Jaya. Tygrys musiał być blisko. 

Jay  i  jego  miejscowy  przewodnik  szli  przez  polanę  po  śladach  łap,  dobrze 
widocznych teraz na miękkim, piaszczystym podłożu. Nie mieli żadnych wątpliwości, 
że to trop tygrysa. Prowadził przez polanę w stronę grubych drzew, gęstych krzewów 
i wielkiej kępy bambusów. 

Jay  spoconą  dłonią  mocniej  uchwycił  strzelbę,  wziął  długi,  głęboki  oddech  i  powoli 
wypuścił powietrze z płuc. Tygrys wszedł w gąszcz i jeśli Jay chciał go dostać, musiał 
tam  pójść  za  nim.    Mimo  upału  poczuł,  że  oblewa  się  zimnym  potem.  Jego  strach 
zaczynał się przeradzać w paraliżujące przerażenie.  Zatrzymał się. Miał nieprzepartą 
ochotę  wyrwać  się  z  tego  scenariusza,  ściągnąć  z  głowy  osprzęt  VR  i  wyłączyć 
komputer.    Znaleźć  jakąś  wyspę  na  morzach  południowych,  w  świecie  realnym, 
popłynąć tam i przez miesiąc wylegiwać się w słońcu na piaszczystej plaży, po prostu 
leżeć,  popijając  zimnego  drinka  z  rumem  i  mleczkiem  kokosowym.  Ostatnią rzeczą, 
jakiej pragnął było natomiast włóczenie się po gęstej dżungli tropem tygrysa, który już 
raz  uszkodził  mu  mózg  i  kazał  zasmakować  strachu  przed  śmiercią.  A  jeśli  tam 
pójdzie, bardzo prawdopodobne, że będzie to ostatnia rzecz, jaką w życiu zrobi. 

Ale musiał pójść. Gdyby nie poszedł, mógłby równie dobrze skończyć z komputerami; 
jeśli nie znajdzie i nie pokona tej bestii, jego życie stanie się bezwartościowe. 

Wziął kolejny głęboki oddech. - Idziemy - powiedział.  Dotarli już prawie do linii drzew, 
kiedy miejscowy przewodnik krzyknął: - Sahib! Za nami! 

Jay  odwrócił  się  i  zobaczył  tygrysa,  szarżującego  na  nich  z  niewiarygodną 
prędkością. 

Miał może pół sekundy i wiedział, że to za mało. - Stop! 

- krzyknął, wyrywając się ze scenariusza. 

.Niedziela,  10  kwietnia  Waszyngton,  Dystrykt  Columbia  W  swoim  mieszkaniu  Jay 
wyswobodził  się  z  osprzętu  VR.  Serce  waliło  mu  w  piersi.  Tygrys!  Tygrys!  Nie mógł 
nawet  złapać  tchu.    W  głębi  duszy  wiedział,  że  musi  tam  wrócić.  Zanim  bestia  się 
oddali.  Chciało  mu  się  krzyczeć,  płakać,  pobiec  gdzieś,  wszystko,  tylko  nie  to,  co 
musiał zrobić. 

-  Komputer, wznowić scenariusz - powiedział. 

niedziela, 10 kwietnia, gdzieś w Indiach 

Jay wrócił w samą porę, żeby zobaczyć, jak ogromny tygrys wbija swe straszne kły w 
jego  program  komputerowy  -  miejscowego  przewodnika  -  zmieniając  go  w  krwawą 
miazgę. 

background image

Biedny Mowgli. 

Jay podrzucił strzelbę do ramienia w chwili, kiedy tygrys zorientował się, że myśliwy 
powrócił.  Ogromna  bestia  zacharczała,  ryknęła,  odwróciła  się  i  rzuciła  na  niego  bez 
wahania...  ...Jay twardo stał w miejscu, wycelował... 

...jeszcze piętnaście metrów, dwanaście, dziesięć... 

...ściągnął spust. Pod wpływem siły odrzutu kolba uderzyła go w ramię, a lufa strzelby 
uniosła się wysoko. Strzelił jeszcze raz, za szybko, za wysoko... 

...ale  pierwszy  pocisk  ugodził  szarżującą  bestię.  Zaryczała  z  zaskoczenia  i  z  bólu, 
przerwała atak i zaczęła uciekać między drzewa. Jay dostrzegł krew na boku tygrysa, 
kiedy ten zawracał, rzucając się do ucieczki. 

Trafił go! Tygrys uciekał! Nie był niezwyciężony! 

Poczucie triumfu rozwiało wszelkie obawy Jaya. Stawił czoło bestii, zranił ją i zmusił 
do ucieczki. 

Euforia szybko jednak minęła. 

Miał teraz do czynienia z rannym tygrysem ludojadem, ukrywającym się w zaroślach. 
Nie ułatwiało mu to zadania. 

Nieważne.  Musiał  iść  za  tą  bestią  i  to  natychmiast;  nie  miał  czasu  na  załadowanie 
następnego programu ostrzegawczego.  Jay pobiegł w głąb dżungli. 

Niedziela, 10 kwietnia 
posiadłość „Cisy”, Sussex, Anglia 
Peel stał obok oranżerii, żałując, że nie ma papierosa. Rzucił palenie przed laty; było 
to dla niego przede wszystkim sprawą dyscypliny, próbą siły woli. Wszyscy wiedzieli, 
że papierosy szkodzą, ale jako żołnierz zawsze spodziewał się, że zginie w akcji; nie 
przypuszczał,  że  pożyje  wystarczająco  długo,  żeby  dopadły  go  skutki  palenia. 
Zresztą, jego dziadek ze strony matki wypalał po dwie paczki dziennie przez prawie 
siedemdziesiąt  lat,  a  zmarł  w  wieku  dziewięćdziesięciu  czterech  lat  w  wyniku 
obrażeń, spowodowanych upadkiem, więc w znacznej mierze musiała to być sprawa 
skłonności genetycznych. Whisky dziadek też popijał codziennie, do samego końca. 
Nie,  Peel  rzucił  palenie,  ponieważ  chciał  sobie  samemu  udowodnić,  że potrafi. Znał 
taki  stary  dowcip:  „Rzucić  palenie?  Ależ  to  bardzo  łatwe,  robiłem  to  już  z  dziesięć 
razy”. 

Deszcz  przestał  padać,  między  chmurami  pojawił  się  kawałek  wieczornego  nieba  z 
kilkoma  gwiazdami.  Było  cicho,  spokojnie,  jego  ludzie,  rozmieszczeni  na  terenie 
posiadłości,  nie  zgłaszali  żadnych  problemów.  Goswell  zaprosił  go  na  drinka, 
przyjemnie  spędzili  razem  trochę  czasu.  Pieniądze  leżały  w  banku.    Bascomb-
Coombs robił swoje i jeśli nadal będzie mu szło tak dobrze, jak dotychczas, on, Peel, 
będzie  niewiarygodnie  bogaty  i  potężny,  i  to  w  niezbyt  odległej  przyszłości. 
Zwłaszcza że Peel zamierzał odsunąć naukowca i przejąć kontrolę, kiedy tylko plany 
Bascomb-Coombsa zaczną przynosić owoce. 

Z pozoru wszystko układało się jak najlepiej. A jednak... 
Coś było nie w porządku. 
Nie  potrafił  powiedzieć,  co  to  takiego,  sprecyzować  przyczyny swego niepokoju, ale 
instynktownie  czuł,  że  szykuje  się  coś  niedobrego.  W  ciemnościach  czaiło  się 
niebezpieczeństwo.  Papieros  zapewne  nie  pomógłby  mu  w ustaleniu, co to takiego, 
ale  palenie  zawsze  pozwalało  mu  pozbierać  myśli,  dawało  czas  na  rozważenie 
problemów.  Zapewne  właśnie  dlatego  Sherlock  Holmes  palił  fajkę.    Cóż,  nie 

background image

zamierzał  znów  zacząć  palić  tylko  dlatego,  że  poczuł  jakiś  wewnętrzny  niepokój. 
Równie  dobrym  wyjściem  był  spacer  po  posiadłości.  Ruszył  wolnym  krokiem.  Jeśli 
rzeczywiście istniało jakieś zagrożenie, będzie się musiało ujawnić, w swoim czasie.  
Zawsze  tak  było.  Pytanie  tylko,  czy  on  zorientuje  się  w  sytuacji  dostatecznie 
wcześnie, żeby przygotować się do obrony?  Tak, to istotne pytanie. 
poniedziałek,  11  kwietnia  Waszyngton,  Dystrykt  Columbia  Tyrone  szedł  korytarzem 
na  pierwszą  tego dnia lekcję, przeciskając się między innymi uczniami, śpieszącymi 
na randkę z edukacją. 

-  Cześć, Tyr. 
Zatrzymał się i odwrócił, natychmiast rozpoznając ten głos. 
Belladonna Wright. 
-  Cześć, Bella. 
Miała  na  sobie  niebieską  sukienkę,  niesamowicie  obcisłą  i  kończącą  się  dobre 
trzydzieści  centymetrów  nad  kolanami,  do  tego  pasujące  sandały  na  koturnach, 
podwyższające  ją  dziesięć  centymetrów,  a  długie włosy upięła tak, że wydawała się 
jeszcze wyższa. Dwa kroki i mógłby ją dotknąć. 
-  Jak leci? 
Wzruszył ramionami. - W porządku. A co u ciebie? 
-    W  porządku.  Widziałam,  jak  rzucałeś  bumerangiem.    -    Aha.  -  Dlaczego  go 
zagadnęła?  Kiedy  zobaczył,  jak  się  całowała  z  tamtym  głupkiem  i  wypomniał  jej  to, 
rzuciła  go  bez  wahania,  jak  bezużyteczny  śmieć.  Nie  rozmawiali  ze  sobą  od  tego 
czasu. I oto stała teraz przed nim, jakby nigdy nic. 
-  Nie widziałam cię ostatnio w centrum handlowym - powiedziała i uśmiechnęła się. 

-  Niezbyt często tam chodzę. 
-  Powinieneś zajrzeć do tej nowej restauracji. Jest 
fantastyczna. 
-  Może kiedyś wpadnę. 
Posłała  mu  jeden  z  tych  swoich  nieziemskich  uśmiechów.  Wzięła  oddech  na  tyle 
głęboki, żeby uniosły jej się piersi. Te cudowne, fantastyczne piersi. Przełknął ślinę. 

-  No to do zobaczenia - powiedziała. 

-  Aha. - Niczego więcej nie zdołał wykrztusić. Odeszła z wdziękiem królowej. Od tyłu 
wyglądała równie wspaniale. 

Od  nadmiaru  emocji  Tyrone’a  zaczęła  boleć  głowa.  O  co  tu  chodziło?  Uśmiechnęła 
się  do  niego,  praktycznie  zaprosiła  go  do  centrum  handlowego,  zachowywała  się, 
jakby  była  szczęśliwa,  że  go  widzi!  Podczas  poprzedniej  rozmowy,  wiele  miesięcy 
temu,  dała  mu  werbalnego  kopniaka  między  nogi,  kiedy  zarzucił jej, że zadaje się z 
innymi  chłopakami!  Powiedziała  mu,  żeby  zgubił  jej  numer!    Do  diabła,  co  tu  jest 
grane? 

Rozległ  się  dzwonek.  Tyrone  wyrwał  się  z  transu  i  pośpieszył  do  klasy.  Żałował,  że 
ojciec gdzieś wyjechał. Może on by wiedział, co to wszystko znaczy. 

Niedziela, 11 kwietnia siedziba MI-6, Londyn 

Michaels  zorientował  się  nagle,  że  w  biurze  zrobiło  się  całkiem  cicho.  Spojrzał  na 
zegar komputerowy. Boże, toż to prawie północ.  Był wykończony. Po przesiedzeniu 
całego  dnia  przy  komputerze  znów  zesztywniał  i  nie  potrafił  już  zebrać  myśli. 
Większość brytyjskich systemów komputerowych działała, ale inne kraje europejskie 
nadal miały mnóstwo problemów. Toni pojechała do Paryża, pociągiem pod kanałem 

background image

La  Manche,  żeby  skoordynować  z  władzami  francuskimi  przepływ  informacji.  Miała 
wrócić dopiero we wtorek wieczorem. 

Przez  ostatnią  godzinę  popełniał  głupie  błędy,  a  słowa  na  ekranie zlewały mu się w 
bezsensowne ciągi znaków. Czas wyłączyć komputer i wrócić do hotelu. 

Narzucił  wiatrówkę  i  wyszedł  z  biura.  Pomyślał,  że  o  tej  porze  przed  budynkiem nie 
będzie  pewnie  taksówek,  więc  idąc  do  wyjścia  sięgnął  po  virgila,  żeby  zamówić 
transport do hotelu.  -  Długo pracujesz - odezwała się Angela za jego plecami. 

Michaels odwrócił się. - Co zrobić. Ty też jeszcze tu jesteś. 
-  Właśnie wychodzę. Podrzucić cię? 
-  Dzwoniłem po taksówkę. - Pomachał virgilem. - Nie chciałbym ci sprawiać kłopotu. 
-  Ależ to żaden kłopot, naprawdę - odparła. - To praktycznie po drodze do mnie do 
domu. 

-  Skoro tak, to chętnie skorzystam. 

Londyn,  to  wielkie  miasto,  które  nigdy  nie  śpi.  Nawet  o  tak  późnej  porze  na  ulicach 
był  spory  ruch.  Ilu  ma  mieszkańców?    Dwanaście  milionów?  Piętnaście?  Zbyt  dużo 
ludzi na zbyt małej przestrzeni. 

-  Robisz postępy? - spytała, kiedy przejeżdżali koło pubu, z którego wysypywało się 
właśnie podochocone towarzystwo.  -  Nie bardzo. 

-    My  też  nie  -  powiedziała. -  Znaczna  część  brytyjskich  systemów  znów  działa,  ale 
reszta  świata  wciąż  ma  pełne  ręce  roboty.    -  Pomachała  roześmianym  ludziom, 
wychodzącym z pubu. - A może miałbyś chęć na piwo i późną kolację? 

Kiedy  zadała  to  pytanie,  Michaels  uświadomił  sobie,  jak  bardzo  jest  głodny;  w 
południe  zjadł  w  biurze  kanapkę  i  od  tego  czasu  nie  miał  nic  w  ustach.  -  Coś  bym 
zjadł. 

-  Znam taką miłą, przyjemną knajpkę niedaleko mojego mieszkania. 
Podają niezłą rybę z frytkami. 
Pod  czaszką  znów  zamrugało  mu  światełko  ostrzegawcze,  ale  był  taki  zmęczony  i 
głodny,  że  nie  chciało  mu  się  zaprzątać  tym  głowy.  Co  może  być  złego  w  szklance 
piwa i smażonej rybie?  -  Jasne, dlaczego nie. 
W  pubie  było  dość  tłoczno,  ale,  tak,  jak  powiedziała,  całkiem  spokojnie.  Zamówili 
rybę z frytkami, wzięli po szklance piwa i usiedli przy stoliku, czekając na posiłek. 

Wypił  kilka  łyków  ciemnego  piwa,  które  nazywało  się  Terminator  Stout.  Angela 
wskazała wzrokiem jego szklankę. - Wiesz, że to piwo pochodzi z Ameryki? 

-  Naprawdę? 

-    Aha.  Z  jakiegoś  małego  browaru  na  Zachodnim  Wybrzeżu.    Przejeżdżał  tamtędy 
pewien  facet  z  Londynu,  spróbował,  zasmakowało  mu,  więc  zaczął  je  sprowadzać. 
Wystarczyło  kilkaset  lat,  żebyście  wy,  Amerykanie,  zaczęli  warzyć  przyzwoitego 
portera.  Jeszcze  kilkaset  lat  i  może  zaczniecie  produkować  niezłe  samochody 
sportowe. 

-    O,  przepraszam  -  powiedział.  -  Chevrolet  już  to  zrobił  w  latach  pięćdziesiątych, 
wypuszczając Corvette. 

-  Znasz się na samochodach, prawda? 
-  Trochę. 
-  Cóż, bardzo szybko spaprali potem tę Corvette, nie sądzisz?  Na początku wóz był 
w  porządku,  ale  po  kilku  latach  przerodził  się  w  potworka.  Większa  karoseria, 

background image

większy  silnik,  mnóstwo  elektroniki,  aż  w  końcu  zrobił  się  z  tego  wielki  wóz,  w 
dodatku droższy niż limuzyna Cadillaka. 
Uśmiechnął się. - Niestety, to prawda. 

-  A spójrz na klasycznego MG z lat pięćdziesiątych czy siedemdziesiątych - ciągnęła. 

Prychnął pogardliwie, przerywając jej w pół zdania. - Dajże spokój. Przecież tym się 
nie  dało  jeździć.  Do  każdego  egzemplarza  powinni  dodawać  mechanika  jako 
standardowe  wyposażenie.  Taki  MG  więcej  czasu  spędzał  w  warsztacie,  niż  na 
drodze. 

-    No  dobrze,  niektóre  egzemplarze  były  trochę  kapryśne,  ale  jak  na  taką 
przyjemność  z  jazdy,  nie  była  to  wygórowana  cena.    -    Chciałaś  powiedzieć, 
przyjemność  z  jazdy  na  holu!  Powiedz  w  swoim  automobilklubie,  że  jesteś 
właścicielką MG, a przestaną odbierać twoje telefony. 

Uśmiechnęła się do niego. 

Przyniesiono  posiłek  i  w  powietrzu  rozszedł  się  zapach  panierowanego  halibuta  i 
frytek. Michaels zdał sobie nagle sprawę, że umiera z głodu. 

Po  dziesięciu  minutach  pracowitego  poruszania  szczękami  i  po drugiej kolejce piwa 
poczuł się znacznie lepiej. Przyjemna była ta późna kolacja i rozmowa na tematy nie 
związane z pracą.  Rozmawiali o japońskich i koreańskich samochodach sportowych, 
nowym  południowoafrykańskim  pojeździe  terenowym  Trekker,  opowiedział  jej  o 
Prowlerze i Miacie, które kiedyś odrestaurował. 

Ani się obejrzeli, kiedy była druga nad ranem. 
-  Chyba powinniśmy już iść - powiedział. - Praca i tak dalej. 
-  A jak twoje mięśnie? - spytała. 
-  Już nie tak źle, jak przedtem. 
Położyła  mu  dłoń  na  karku,  przesunęła  delikatnie  w  stronę  ramienia.  -  Cały  czas 
jesteś  naprężony,  jak  struna  skrzypiec.    -  Zamilkła  na  chwilę,  a  potem  powiedziała 
cicho:  -  Mieszkam  bardzo  blisko,  zaraz  za  rogiem.  Chciałbyś,  żebym  zrobiła  ci 
masaż? 
Może  to  dlatego,  że  był  bardzo  zmęczony?  A  może  sprawiły to dwie szklanki piwa i 
dobre  jedzenie?  Albo  może  dlatego,  że  naprawdę  była  elegancką  i  inteligentną 
kobietą, która najwyraźniej polubiła jego towarzystwo? 

Powód wydawał się nieistotny, Michaels skinął głową. - Tak, chciałbym. 

)Epoka  Imperium  Brytyjskiego,  wtorek,  12  kwietnia,  gdzieś  w  Indiach  Jay  podkradał 
się  najciszej,  jak  umiał.  Co  zresztą  nie  znaczyło  wiele,  biorąc  pod  uwagę,  jaki  był 
roztrzęsiony i po jakim terenie się poruszał. Odnajdywanie tropu bestii nie stanowiło 
problemu; zarośla były rozdeptane i spryskane krwią, a ślad prowadził w linii prostej, 
co  było  oznaką  paniki  zwierza.  Tygrys  uciekał  prosto  przed  siebie,  nawet  nie 
próbował kluczyć. 

A  przynajmniej  tak  się  wydawało.  Tygrys  już  raz  zaszedł  go  od  tyłu  i  Jay  nie 
zamierzał dać się znów zaskoczyć. Przez cały czas rozglądał się na wszystkie strony, 
kręcąc  głową,  jakby  oglądał  mecz  tenisowy.  Pod  wielkim  drzewem,  z  wyglądu 
przypominającym baobab, ślady krwi nagle się urywały. 

Jay spojrzał w górę. 

Dziesięć metrów nad ziemią tygrys zacharczał, wbiegając po pniu drzewa, jakby nie 
istniała siła przyciągania ziemskiego, jakby był na płaskim terenie!  Nie zastanawiając 
się  ani  przez  chwilę,  Jay  podrzucił  strzelbę  do  ramienia,  wcisnął  policzek  w  kolbę  i 

background image

strzelił.  Kiedy  tylko  odzyskał  równowagę  po  odrzucie  broni,  strzelił  jeszcze  raz...  
Tygrys  spadł  z  drzewa.  Jay  uskoczył  na  prawo,  opuścił  strzelbę  do  biodra  i  znów 
ściągnął spust w momencie, kiedy bestia huknęła o podłoże półtora metra od niego, z 
takim impetem, że ziemia zatrzęsła mu się pod nogami. Strzelał raz za razem.  Stracił 
rachubę  strzałów,  zlały  się  wszystkie  w  jeden  wielki  grzmot.  Odór  krwi  tygrysa 
zmieszał  się  z  zapachem  prochu,  a  kiedy  Jay  wreszcie  przestał  strzelać,  ziemia 
dookoła  niego  była  zasypana  zielonoczerwonymi  plastikowymi  łuskami  po  nabojach 
ze  strzelby;  było  ich  co  najmniej  dziesięć,  a  może  i  więcej.  Tygrys  leżał  zupełnie 
nieruchomo.  Teraz  Jay  mógł  wreszcie  odetchnąć,  po  raz  pierwszy  od  dłuższego 
czasu. 

Bestia, która przeorała mu pazurami mózg, była martwa. To on ją zabił. 

Ale pochylając się nad tygrysem, wiedział, że tak naprawdę nie o niego mu chodziło. 
O,  tak,  ta  bestia  zaatakowała  go  i  zadała  mu  obrażenia,  ale  przecież  to  program 
komputerowy,  a  nie  dzikie  zwierzę,  włamał  się  do  najnowocześniejszych,  najlepiej 
zabezpieczonych 

systemów 

komputerowych 

na 

świecie, 

demonstrując 

nieprawdopodobną potęgę. Tygrys był najniebezpieczniejszym stworem, z jakim Jay 
miał kiedykolwiek do czynienia w rzeczywistości wirtualnej, ale przecież była to tylko 
wizualizacja  programu,  mającego  zajmować  się  nieproszonymi  gośćmi.  Prawdziwie 
potężny był ten, kto stworzył i wypuścił tego tygrysa. 

Prawdziwa  bestia  wciąż  była  na  wolności,  a  Jay  wiedział,  że  jego  strzelba  nie 
stanowiła przed nią żadnej ochrony. 

Wtorek, 12 kwietnia Paryż, Francja 

Chociaż była trzecia nad ranem, Toni nie mogła zasnąć. Wielkie łóżko we francuskim 
hotelu było całkiem wygodne, a pokój wyciszony i położony na tyle wysoko, że prawie 
nie  docierały  do  niego  odgłosy  ruchu  ulicznego.  Toni  miała  za  sobą  dość  spokojny 
dzień,  zebrała  mnóstwo  materiałów,  zjadła  pyszną,  tuczącą  kolację.  Poszła  nawet 
potrenować do hotelowej siłowni, a potem spędziła pół godziny w jacuzzi, odprężając 
się w gorącej, bulgocącej wodzie. Powinna po tym spać jak dziecko.  A tymczasem w 
głowie miała kłębowisko myśli i czuła jakiś wewnętrzny niepokój. Mógł być związany 
z pracą, ale nie wierzyła w to. Chodziło o Alexa. Coś się psuło między nimi, a ona nie 
wiedziała, co to jest. 

Coś go gryzło, czuła to, mimo jego zaprzeczeń i nie wiedziała, jak temu zaradzić. 

Próbowała się dowiedzieć, a jakże. Alex? Wszystko w porządku? 
Tak, w najlepszym porządku. 
Na  pewno?  Powiedziałam  coś  może,  albo  zrobiłam?    Nie,  Toni,  wszystko  w 
porządku. Jestem tylko zmęczony, to wszystko. 
Posłał jej wtedy blady uśmiech, chyba szczery, ale jakiś pusty.  No i co miała zrobić w 
takiej  sytuacji?  Ile  razy  mogła  pytać,  żeby  nie  zaczęło  to  wyglądać  na  zrzędzenie? 
Spytała,  otrzymała  odpowiedź  i  co,  miała  nudzić  dalej?  Może  powinna  uznać,  że  to 
jego  sprawa?  Skoro  powiedział,  że  wszystko  jest  w  porządku,  to  czy  nie  powinna 
tego uszanować? 

Nie,  z  mężczyznami  tak  się  nie  da.  Z  jej  doświadczeń  wynikało, że mężczyźni mają 
poukładane  w  głowach  zupełnie  inaczej  niż  kobiety.  Mówią  jedno,  a  mają  na  myśli 
zupełnie  co  innego.    Z  kim  mogłaby  o  tym  porozmawiać?  W  Stanach  miała 
przyjaciółki,  które  wysłuchałyby  jej  i  doradziły.  A  może  zadzwonić  do  mamy?    Jaka 
była  różnica  czasu  między  Paryżem  a  Bronxem?  Sześć  godzin?    Czyli  w  Nowym 
Jorku  jest  teraz  dziewiąta  wieczór.  Mama  drzemie  pewnie  przed  telewizorem. 

background image

Zresztą, nie była to tak naprawdę sprawa, o jakiej chciałaby z nią rozmawiać. Mama 
od  tak  dawna  była  z  tatą,  że  znała  już  tylko  jeden  sposób  rozwiązywania  takich 
problemów.  Zresztą,  Toni  miała  wątpliwości, czy tata choć raz w życiu wyraził jakąś 
głębszą myśl. Czego się mazgaisz? Weź się w garść i wynoś się stąd. 

Nie, sama musiała sobie z tym poradzić. Musiał istnieć jakiś sposób. Postanowiła, że 
kiedy  wróci  do  Londynu,  znajdzie  chwilę  żeby  porozmawiać  z  Alexem  i  wydusić  z 
niego,  o  co  chodzi.  Kochała  go,  on  też  ją  kochał,  więc  przecież  nie  powinno  to  być 
takie trudne. 

)Wtorek, 12 kwietnia 
Londyn, Anglia 
Angela  mieszkała  od  frontu  przy  Denbigh  Street.  Jej  mieszkanko  było  małe,  ale 
bardzo  zadbane.  Salonik,  kuchnia,  sypialnia  i  łazienka.  I  rzeczywiście  miała  stół  do 
masażu,  rozstawiony w saloniku. Michaels spytał ją, czy tak często robi masaże, że 
ma ten stół rozstawiony przez cały czas. 

Odpowiedziała, że nie. Rozstawiła go dopiero dziś po południu. 

W  głowie  znów  zapaliło  mu  się  światełko  ostrzegawcze.    Podała  mu  złożone 
prześcieradło.  -  Rozbierz  się  i  połóż  na  brzuchu  -  powiedziała.  -  Przykryj  się  tym. 
Zaraz wrócę, przebiorę się tylko w coś wygodniejszego. 

Poszła  do  sypialni,  a  Michaels  uzmysłowił  sobie,  że  stoi  w  mieszkaniu  atrakcyjnej 
kobiety,  którą  ledwie  zna,  trzymając  złożone  prześcieradło  i  zastanawiając  się  nad 
zdjęciem ubrania.  To nie był dobry pomysł. 

Z drugiej strony, naprawdę miała ten stół i chyba nieźle się znała na masażu. 

Westchnął ciężko. Ach, do licha. 

Rozebrał  się  do  spodenek  -  obcisłych  i  dość  skąpych,  z  czarnego  jedwabiu,  które 
kupiła mu Toni - wyciągnął się na stole i przykrył prześcieradłem. 

Angela wróciła w szarych spodniach od dresu i krótkiej bluzeczce z dzianiny. 

Spodnie od dresu. Bardzo dobrze. 
-  Gotów? 
-  Jasne. 
Rozpoczęła  od  wciśnięcia  mu  łokcia  pod  łopatkę  i  po  paru  minutach  zupełnie  się 
odprężył.  Może  nawet  był  trochę  rozczarowany  -  chodziło  rzeczywiście  o  masaż  - 
przeważało  jednak  uczucie  ulgi.    Była  inteligentna  i  piękna,  ale  jego  życie  i  tak  było 
już wystarczająco skomplikowane. No, masaż nie musi mu spędzać snu z powiek. 
Pracowała  nad  jego  plecami  przez  dobre  trzydzieści  minut,  po  czym  zajęła  się 
nogami.  Poczuł  się  trochę  nieswojo,  ale  Angela  podchodziła  do  sprawy  rzeczowo, 
ugniatając  mu  mięśnie  na  tyle  mocno,  że  trochę  bolało.    Uważała  przy  tym,  żeby 
odsłonięte  było  tylko  miejsce,  które  masowała;  resztę  ciała  przykrywało 
prześcieradło. 

Zajęła się jego stopami i łydkami, po czym wsunęła ręce pod prześcieradło i zaczęła 
masować  mięśnie  pośladkowe.  -  Nie,  to  bez  sensu  -  powiedziała  i  ściągnęła  mu 
spodenki. 

-  Ee... Angela... 

-  Odpręż się, Alex. Nie mogę odpowiednio masować przez ubranie.  Spróbował się 
odprężyć, ale nie było to łatwe z jej dłońmi, wędrującymi mu po tyłku. 

I, niestety, chwilę później poczuł, że zaczyna sztywnieć nie tam, gdzie trzeba. 

background image

Dobrze  przynajmniej,  że  leżał  na  brzuchu,  więc  nie  było  to  żenujące,  a  tylko  trochę 
niewygodne. 

Po  pięciu  minutach  ugniatania  mięśni  pośladkowych  zaczął  się  znowu  odprężać, 
kiedy Angela powiedziała: - No, dobrze, odwróć się. 

-  Co takiego? 
-  Plecy, to tylko połowa ciebie. Teraz muszę się zająć frontem. 
O cholera. Jak jej powiedzieć o... o tym, co mu się przytrafiło? 
-  Ee... tego... wiesz, chyba wolałbym... 
-  Trochę się podnieciłeś? Nie przejmuj się tym, Alex. To normalne. 
Uniosła  prześcieradło.  -  No,  odwróć  się.  Nie  był  zachwycony  perspektywą 
przekręcenia się na plecy i zademonstrowania jej, co się z nim działo -  kiedy opuści 
prześcieradło,  zrobi  się  z  niego  namiot  -    ale  dobrze,  niech  będzie.  Nie  otwierając 
oczu przekręcił się na plecy. 

-  O rety, jaki śliczny - zawołała. 

Otworzył  oczy  i  zobaczył,  że  Angela  upuszcza  prześcieradło  na  podłogę  i  włazi  na 
stół,  żeby  na  nim  usiąść  okrakiem.    Nie  miała  już  na  sobie  spodni  od  dresu -  kiedy 
zdążyła  je  ściągnąć?  -  ani  w  ogóle  niczego.  Jeszcze  chwila  i  wsiądzie  na  niego. 
Wiedział,  że  jeśli  to  się  stanie,  nie  będzie  już  w  stanie  zaprotestować.  Będzie 
zgubiony. 

-  Hej, Angela. 
-  Tak? 
-  Słuchaj, ja naprawdę nie mogę. 
-  Przecież widać, że możesz. I na pewno chcesz. Czuję to. 
-  No tak, ale widzisz, jestem z kimś związany. 
-  Ode mnie ona się na pewno nie dowie. Nikt się nigdy nie dowie.  Pokręcił głową. - 
Ale ja będę wiedział. Odchyliła się do tyłu i popatrzyła na niego. - Jesteś pewien? 
Westchnął ciężko. - Tak. 

Michaels  zbudził  się w swoim pokoju, wyrwany z niespokojnej drzemki przez swego 
virgila,  grającego  melodię  „Zły  do  szpiku  kości”.  Nie  ma  co,  dobrze  dobrana 
muzyczka. 

Toni! 
I co teraz? 
Siedział po uszy w gównie. 
Virgil  nie  przestawał  odgrywać  swojej  melodii,  więc  Michaels  wstał  i  zaczął  go 
szukać. Zaraz, nie przesadzajmy, przecież w końcu nic się nie stało. Tyle, że w ogóle 
nie  powinien  był  pójść  z  Angelą  do  jej  mieszkania;  wiedział,  że  źle  robi, a jednak to 
zrobił.  A  gdyby  mogli  powiesić  człowieka  za  jego  myśli,  to  on  już  by  dyndał. 
Rozmowa  z  kimkolwiek  była  ostatnią  rzeczą,  na  jaką  miał  w  tej  chwili  ochotę,  a 
zwłaszcza rozmowa z Toni. 
Nie włączył kamery virgila! - Tak? 
-  Cześć, szefie. 
Jay Gridley. Dzięki Bogu. - Jay! Jak się czujesz? 
-  O wiele lepiej. Dopadłem ten program komputerowy, który rozwalił mi mózgownicę. 
-  Gratulacje. 

-    To  była  ta  łatwa  część,  szefie.  Muszę  jeszcze  znaleźć  faceta,  który  ten  program 
stworzył. Ale powinno być znacznie łatwiej bez tej bestii w rzeczywistości wirtualnej. 

-  Doskonale. 

background image

-  Ee... tego... czy Toni jest gdzieś w pobliżu? Michaels poczuł, że żołądek podchodzi 
mu do gardła. - Nie, nie ma jej. Wyjechała do Paryża. Wróci dziś po południu. 

-    Zadzwonię  do  niej.  Ma  w  swoich  aktach  parę  materiałów,  do  których  muszę 
zajrzeć. 

-  Świetnie. 
-  A jak tam Londyn? Dobrze się pan bawi? 
Czy  dobrze  się  bawił?  Niezupełnie.  Był  bardzo  zajęty  zapracowywaniem  sobie  na 
opinię  najbardziej  zakłamanego  i  niewiernego  sukinsyna,  jakiego  Ziemia  nosiła.  W 
porządku,  technicznie  rzecz  biorąc  nie  dopuścił  się  zdrady,  ale  mimo  wszystko  czuł 
się podle. Tak niewiele brakowało. 
-  Tak - powiedział. - Świetnie się bawię. Pogadamy później, Jay. 
Informuj mnie na bieżąco. 
Wyłączył virgila. Jezu Chryste! Jak mógł być tak potwornie głupi? 
Parę piw, dobra kolacja i masaż 
- to jeszcze nie brzmiało tak 
okropnie, prawda? Kark miał zesztywniały, to fakt. Rozebrać się przed lekarzem, czy 
przed  masażystką,  to  przecież  nic  zdrożnego.    Ale  nie  mógł  się  pozbyć  natrętnej 
myśli,  że  mogło  dojść  do  czegoś  więcej.  Musiał  to  przyznać.  Jeśli  się  oparł,  to 
naprawdę  resztką  siły  woli  i  nie  był  z  tego  dumny.    Będzie  oczywiście  musiał 
powiedzieć  o  tym  Toni.  Ach,  wiesz,  kiedy  byłaś  w  Paryżu,  wpadłem  do  Angeli, 
rozebrałem się, a ona zrobiła mi masaż pleców i omal nie wymasowała mnie również 
od przodu.  To dopiero będzie rozmowa. 

Wtorek, 12 kwietnia Londyn, Anglia 

Goswell  spojrzał  znad  „Timesa”  na  Sir  Harolda  Bellwortha,  siedzącego  ponuro  nad 
cygarem, które zgasło, bo zbyt długo się nim nie zajmował. Staruszek wysłał właśnie 
Paddingtona  po  zapałki  i  Goswell  uznał,  że  to  dobry  moment,  by  poruszyć  kwestię, 
która go zaprzątała. 

-  Harry? 
Bellworth spojrzał znad zgasłego cygara. - Co? 
-  Pamiętasz swoje kłopoty z tym... Ormianinem parę miesięcy temu? 
Bellworth prychnął. 
- Jak mógłbym zapomnieć?! Parszywy drań, ot, 
co, tak mi narozrabiać w interesach! 
-  Słyszałem, że tego Ormianina spotkał... nieszczęśliwy wypadek. 
-    A  jakże.  Spadł  z  peronu  na  stacji  metra  i  pociąg  go  rozjechał.    Dobrze  mu  tak, 
przeklętemu cudzoziemcowi! Żadna strata dla ludzkości! 

Widząc  Paddingtona,  Goswell  przerwał.  Paddington  potarł  zapałkę  o  bok  pudełka, 
zaczekał,  aż  rozpali  się  jasnym  płomieniem,  po  czym  pochylił  się,  żeby  Bellworth 
mógł znów odpalić tę swoją kubańską torpedę. Staruszek ciągnął zawzięcie i chwilę 
później w powietrze uniosła się chmura wonnego dymu. 

-  Bardzo to przyzwoicie z twojej strony, Paddington - powiedział Bellworth. 

Paddington przysunął mu trochę bliżej popielniczkę, bo Bellworth był znany z tego, że 
prószył popiołem z cygara na dywan. - Ależ to drobiazg, sir. Życzy pan sobie czegoś 
jeszcze? 

-  Nie, to już wszystko. 

background image

-    Tak  jest,  proszę  pana.  Paddington  oddalił  się  bezszelestnie.    Bellworth  znów 
spojrzał  na  Goswella.  -  Co  ci  się  stało,  Gossie,  że  poruszasz  taką  nieprzyjemną 
kwestię?  -  Cóż, aż wstyd mi to przyznać, ale sam mam podobny problem.  Sądzę, 
że będę potrzebował kogoś... dyskretnego, żeby się tym zajął. 

Bellworth  pociągnął  cygaro,  wyjął  je  z  ust,  popatrzył  na  żarzący  się  koniec  przez 
chmurę  szarego  dymu  i  skinął  głową.  -  Masz  przecież  własnych  ludzi  od  takich 
rzeczy. 

-    Obawiam  się,  że  to  jeden  z  moich  ludzi  stanowi  problem.  A  nie  byłoby  dobrze, 
gdybym kazał się tym zająć któremuś z jego podwładnych, nie uważasz? 

-  Wielkie nieba, nie. To by było fatalne dla morale personelu i w ogóle. Absolutnie cię 
rozumiem.  Cóż,  chcesz,  żebym  skontaktował się z moim człowiekiem i kazał mu do 
ciebie zadzwonić? 

-    Jeśli  nie  sprawiłoby  ci  to  zbyt  wielkiego  kłopotu,  Harry.    -    Ależ  skądże,  masz  to 
załatwione.  A  teraz  powiedz  mi,  co  sądzisz  o  propozycji  lorda  Cleese’a  w  sprawie 
przywrócenia  przytułków  dla  biednych?  Pomyślałem  sobie,  że  to  całkiem  niezły 
pomysł... 

Goswell  uśmiechnął  się. Akurat w tej sprawie na pewno zgadzali się z Bellworthem. 
Kazać  biedocie  pracować,  zamiast  dawać  zasiłki.  Ci  przeklęci  socjaliści  gotowi 
wykończyć  kraj,  jeśli  ktoś  ich  nie  powstrzyma.  W  opinii  Goswella,  propozycja  lorda 
Cleese’a  trafiała  dokładnie  w  samo  sedno.  Oczywiście,  nigdy  nie  doczeka  się 
realizacji,  przeklęci  socjaliści  dostaliby  drgawek,  gdyby  ktoś  podjął  taką  próbę,  ale 
przynajmniej  ludźmi  trochę  by  wstrząsnęło,  gdyby  parlament  w  ogóle  zajął  się  taką 
sprawą. O, tak. Zdaje się, że będzie musiał przejąć bezpośrednie dowodzenie w swej 
osobistej  wojnie  przeciw  głupocie  tego  świata,  skoro  jego  zaufani  ludzie  zawiedli. 
Westchnął. Czasy były takie, że należało się tego spodziewać, a jednak wciąż było to 
dla niego zaskoczeniem. Po prostu na nikim nie można już polegać w takim stopniu, 
jak kiedyś. Jaka szkoda. 

Wtorek, 12 kwietnia 
Londyn, Anglia 
Toni  wydostała  się  z  tłumu  pasażerów  na  dworcu.  Nie  spodziewała  się,  że  Alex 
wyjdzie  po  nią,  a  jednak  przyszedł.  Podróż  z  Paryża  była  męcząca,  a  powietrze  w 
tunelu  pod  Kanałem  LaManche  wydawało  się  szczególnie  ciężkie,  chociaż 
prawdopodobnie  był  to  jedynie  efekt  psychologiczny.  Całe  to  morze nad głową i tak 
dalej.    Dobrze,  że  nie  cierpiała  na  klaustrofobię.  Była  wykończona,  ale  nastrój 
natychmiast jej się poprawił, kiedy go zobaczyła. - Alex!  Co ty tu robisz? 

Uściskali się, on wziął jej torbę i powiedział: 

- Brakowało mi 
cię. Witaj z powrotem, kochanie. Jak poszło? 
-  W porządku. Większość Francuzów ma naprawdę dobre maniery.  Tylko nieliczne 
jednostki  tak  im  szargają  opinię.  Dopóki  nie  udajesz,  że  rozumiesz  ich  język  i  nie 
próbujesz nim mówić, nawet kelnerzy nie są tacy źli. 

-    Zawsze  lubiłaś  każdego,  kto  lubił  Jerry  Lewisa -  powiedział.   -    Bo  był  genialnym 
komikiem. A jego rodzaj komizmu wcale nie jest taki prosty, wiesz? 

Roześmiał  się.  Od  dawna  tak  się  przekomarzali.  Ale  Jerry  Lewis  był  zabawny, 
stworzył  tę  swoją  komiczną  postać,  rozwijał  ją,  a  kilka  jego  późniejszych  ról 
dramatycznych  było  na  dobrym  aktorskim  poziomie.  Nie  doceniano  go  w  jego 
czasach.  -  A co tutaj? 

background image

-  Właściwie, to nic. Może z wyjątkiem tego, że zadzwonił do mnie pułkownik Howard. 
Wylądował w bazie lotniczej na północ stąd.  -  Pułkownik? Co on ma tu do roboty? 

-  Rużjo, ten wynajęty zabójca od Plechanowa. Trafili jego śladem do Anglii. 

-  Cudownie. Jakbyśmy nie mieli dość roboty. Nie skomentował tego. 

-  Wyglądasz na zmęczonego - powiedziała. 
-  Nie spałem dobrze. 
-  Założę się, że potrafię pomóc ci zasnąć dziś w nocy. 
-  Przyjmuję zakład. 
Ścisnęła  go  za  ramię.  Uśmiechnął  się  do  niej.  Omijali  się  ostatnio  w  ciemnościach; 
trzeba było to zmienić. - Rozmawiałeś z Jayem? - spytała. - Dzwonił do mnie. Lepiej 
się czuje.  -  Tak, rozmawiałem. I jestem szczęśliwy, że już z nim lepiej. 
-    Mówi,  że  robi  postępy  w  poszukiwaniach  tego  hakera.    -    Najwyższy  czas,  żeby 
wreszcie nadeszły jakieś dobre wiadomości. 

Wydawał się trochę spięty, ale to na pewno tylko zmęczenie.  Obojgu przyda im się 
gorący prysznic, a potem łóżko. Od tak dawna się nie kochali. Brakowało jej tego. W 
duchu musiała też przyznać, że cały ten trening z Carlem trochę ją podniecił. Nie ma 
co zwlekać z zaspokojeniem potrzeb seksualnych. 

Wtorek, 12 kwietnia Cambridge, Anglia 

Howard siedział na tylnym siedzeniu Forda, za Julio i kierowcą, którego wypożyczono 
im z RAFu. Byli na autostradzie Mil i jechali na południe, do Londynu. Mijali tablice z 
nazwami  kolejnych  miejscowości  -  Bishop’s  Stortford,  Sawbridgeworth.    Gdyby  nie 
kolor  i  kształt  tych  tablic,  równie  dobrze  mogłaby  to  być  amerykańska  autostrada, 
gdzieś na prowincji w stanie Nowy Jork, czy w północnej Kalifornii. Zieleń wyglądała 
podobnie, a i oznaki cywilizacji nie różniły się zbytnio. 

No, z wyjątkiem tego, że jechali po niewłaściwej 
stronie drogi. 
Julio siedział na miejscu, które w Ameryce należałoby do kierowcy i na autostradzie 
sprawiał  już  wrażenie  nieco  bardziej  odprężonego  niż  przedtem,  kiedy  jechali 
lokalnymi  szosami.  Po  wyjeździe  z  bazy,  na  każdym  zakręcie  Julio  sztywniał  na 
widok nadjeżdżających z przeciwka samochodów i instynktownie szukał stopą pedału 
hamulca. Howard dobrze go rozumiał, bo sam też parę razy usiłował hamować. 

Co  u licha naszło tych Brytyjczyków, że postanowili jeździć po niewłaściwej stronie? 
Pewną  pociechą  było  to,  że  pedały  w  samochodzie  ułożono  normalnie,  ale  Howard 
uznał,  że  musi  upłynąć  sporo  czasu,  zanim  zdecyduje  się  tu  sam  prowadzić.  
Kierowca  powiedział,  że  do  centrum  Londynu  mają  jeszcze  około  pięćdziesięciu 
kilometrów.  Jechali  do  siedziby  MI-6,  żeby  się  spotkać  z  dyrektorem  Michaelsem  i 
zdać  mu  sprawozdanie  z  polowania  na  Rużjo.  Swoją  drogą,  facet  wybrał  sobie 
pseudonim.  Rużjo, to po rosyjsku karabin. Oprócz wszystkich innych cech, ten gość 
miał jeszcze spaczone poczucie humoru. 

-  Jak tam samopoczucie, sierżancie? 

-  Dziękuję, sir. Podziwiam piękne krajobrazy. Kierowca z RAFu wyszczerzył zęby w 
uśmiechu. 

-  Odwiedziłem kiedyś wujka w Nowym Jorku - powiedział.  - Myślałem, że oszaleję, 
kiedy  po  raz  pierwszy  pojechaliśmy  gdzieś  jego  samochodem.  Co  was,  Jankesów, 
naszło, że postanowiliście jeździć niewłaściwą stroną drogi? 

background image

-    Jesteś  w  błędzie,  Angolu  -  powiedział  Fernandez.  -  Wiesz,  jaki  samochód 
prowadzisz?  Forda.  My  wynaleźliśmy  samochody,  więc  do  nas  należał  wybór,  po 
której stronie jeździć. 

-    Za  przeproszeniem,  sierżancie,  ale  to  zupełnie  błędny  pogląd.    Henry  Ford  dość 
późno  zajął  się  produkcją  samochodów.  To,  że  produkował  je  masowo,  wcale  nie 
znaczy,  że  był  pierwszy.    -    Nie  chcesz  chyba  powiedzieć,  że  to  Anglicy  wynaleźli 
samochód? 

-  Taka jest prawda, sierżancie. 
-  Gówno prawda. 
Kierowca  uśmiechnął  się  jeszcze  szerzej.  -  Każde  dziecko  wie,  że  to  żabojady 
zbudowały pierwsze pojazdy drogowe z napędem parowym.  Trójkołowiec niejakiego 
Nicholasa  Josepha  Cugnot  pojawił  się  w  1779  roku.  W  latach  trzydziestych 
dziewiętnastego  wieku  te  parowce  były  już  bardzo  rozpowszechnione,  w  Anglii  i  w 
połowie Europy. Mieliście nawet takie u siebie w Stanach pod koniec tej waszej wojny 
secesyjnej.    Ale  przecież  nie  mówimy  o  zmniejszonych  lokomotywach  parowych, 
które  jeździły  po  drogach,  prawda?  Mówimy  o  automobilach.  Julio  szeroko  otworzył 
oczy. 
-    A  gdzie  i  kiedy  powstał  pierwszy  prawdziwy  samochód  z  silnikiem  spalinowym? 
Zbudował go i jeździł nim po Londynie Sam Brown w latach 1823-1826, o ile wierzyć 
staremu Samowi, który przyznawał, że nie ma głowy do dat. Jego automobil poruszał 
się  dzięki  mieszance  wodoru  z  powietrzem.  W  USA  pierwszy  samochód 
skonstruował  John  Lambert  w  1891  roku,  więc  znacznie  później.    Pobił  o  dwa  lata 
braci  Dureya,  chociaż  to  im  zwykle  przyznaje  się  palmę  pierwszeństwa,  ale  co 
znaczą dwa lata w porównaniu z sześćdziesięcioma? 

-  Cudownie - mruknął Fernandez. - Trzeba mieć moje szczęście, żeby usiąść akurat 
obok jakiegoś pieprzonego historyka, zdegradowanego do szeregowca RAF. 

Kierowca  roześmiał  się.  -  Przecież  trzeba  odrobinę  wiedzieć  o  swoim  sprzęcie, 
prawda? Prowadzę samochody, więc postanowiłem się dowiedzieć o ich historii. 

Fernandez też się roześmiał. - Jeden zero dla drużyny gospodarzy. 
A po której stronie jeżdżą we Francji? 
-  A kogo to obchodzi? - powiedział kierowca lekceważąco. 
- Przecież to tylko cholerni Francuzi, czyż nie tak? 
Tym razem nawet Howard parsknął śmiechem. 
Wtorek, 12 kwietnia 
Londyn, Anglia 
Rużjo  spotkał  się  z  Peelem  na  rogu,  obok  wielkiej,  oświetlonej  tysiącami  żarówek 
tablicy  reklamowej  CocaColi.  Mieli  rozmawiać  o  jego  zadaniu,  ale  kiedy  do  tego 
nawiązał, Peel pokręcił głową.  -  Zostawmy to na razie - powiedział. - Mam dla ciebie 
co innego do roboty. 

Rużjo uniósł brwi. - Tak? 

Dookoła  było  mnóstwo  turystów.  Minęła  ich  grupa  dzieci  w  mundurkach  szkolnych. 
Szły parami, trzymając się za rączki; przypominały niebieskobiałą gąsienicę. 

Peel  sprawiał  wrażenie  zdenerwowanego.  Rozglądał  się  bez  przerwy,  choć 
dyskretnie, jakby przypuszczał, że ktoś może go śledzić.  - Potrzebuję kogoś, kto by 
uważał, żeby nikt nie zaszedł mnie od tyłu - powiedział. - Chyba nadepnąłem komuś 
na  odcisk.    Rużjo  skinął  głową.  -  W  porządku.  Wiemy,  komu  się  naraziłeś?    -    Nie 
jestem pewien. Mam podejrzenia, ale będę musiał to sprawdzić. 

background image

-  Dlaczego ja? 

Prawdziwy  sens  tego  pytania  był  znacznie  głębszy:  Dlaczego  miałbyś  akurat  mnie 
ufać? Nie znamy się zbyt dobrze. Masz przecież swoich ludzi? 

Peel  odpowiedział  na  tę  część,  mieszczącą  się  w  podtekście: -  Bo  nie  ma  żadnego 
powodu,  dla  którego  chciałbyś  mojej  śmierci.    Rużjo  zachował  kamienną  twarz.  - 
Żadnego, który byłby ci znany. 

Przez twarz Peela przewinął się blady uśmieszek. - Masz broń? 

-    Jeszcze  nie  -  skłamał  Rużjo  bez  mrugnięcia  okiem.    Peel  wyjął  z  wewnętrznej 
kieszeni marynarki małą, granatową saszetkę z nylonu, zapiętą na suwak i podał mu 
ją.  -  Beretta  21A,  włoska  broń,  ale  akurat  ten  model  został  wyprodukowany  w 
Ameryce.    Sześć  nabojów  w  magazynku,  jeden  w  lufie,  mechanizm  spustowy  z 
samonapinaniem przy pierwszym strzale, jeśli sobie tego życzysz, lufa łamana. 

-  Znam tę broń. 

Peel skinął głową. - Dwa zapasowe magazynki, pełne. Amunicja bezpłaszczowa CCI 
Minimag.  Mogłem  ci  załatwić  coś  większego,  ale,  o  ile  wiem,  ludzie  ze  Specnazu 
upodobali sobie mały kaliber.  -  Z reguły wystarcza. A jak to strzela? 

Peel  skinął  głową,  jakby  spodziewał  się  tego  pytania,  a  jednak  usłyszał  je  z 
przyjemnością.  -  Nie  miałem  czasu  oddać  jej  do  rusznikarza,  więc  samonapinanie 
wymaga  sporego  nacisku,  jakieś  pięć-sześć  kilo;  potem,  przy  napiętym  kurku,  opór 
spustu wynosi niewiele ponad dwa kilo, ale spust trochę się ciągnie. Strzela w punkt 
na  siedem  metrów,  na  dwadzieścia  pięć  metrów  znosi  pięć  centymetrów  w  górę  i 
trochę w prawo. 

-  Rozumiem. 

-    Miej  więc  tę  Berettę  pod  ręką,  a  gdybyś  przypadkiem  zobaczył,  że  ktoś  mnie 
zachodzi od tyłu z nożem, czy z bronią palną, zastrzel go, dobrze? 

Rużjo  skinął  głową,  krótko,  po  wojskowemu,  włożył  saszetkę  do  kieszeni  i  odsunął 
zamek błyskawiczny. Wyjął pistolet i odbezpieczył go kciukiem. Mała Beretta z krótką 
lufą  nie  będzie  tak  celna,  jak  jego  karabin  w  parasolu,  ale  tak,  czy  inaczej 
powiększała mu siłę ognia. Poza tym, niech Peel uważa, że to jego jedyna broń. 

Rosjanin wtopił się w tłum - ot, jeszcze jeden turysta z parasolem - pilnując, żeby nikt 
nie dobrał się Peelowi do tyłka.  Major czuł się teraz trochę bezpieczniej. Może tylko 
mu się zdawało, że jest śledzony, ale z drugiej strony wiedział, że nie dożyłby swego 
wieku,  gdyby  ignorował  wewnętrzne  niepokoje.  Czasem  jego  obawy  okazywały  się 
nieuzasadnione,  ale  po  co  ryzykować?    Był  kiedyś  na  obozie  treningowym  z 
oddziałem komandosów w Nowej Południowej Walii w Australii. Przeszli z plecakami 
ponad  osiemdziesiąt  kilometrów,  z  dala  od  uczęszczanych  szlaków,  w  niezbyt 
wysokie  góry.  Byli  zaledwie  na  wysokości  kilkuset  metrów  nad  poziomem  morza. 
Wszystko  pokrywała  tam  gruba  warstwa  czerwonawego  kurzu,  który  wzbijał  się  w 
powietrze  za  każdym  razem,  kiedy  któryś  z  nich  wyszedł  z  namiotu.  Obozowali  na 
niewielkiej  polanie  między  drzewami  i  krzewami  tak  gęstymi,  że  stanowiły 
nieprzebytą zaporę. 

Tuż  przed  zapadnięciem  zmroku,  kiedy  komandosi  zabierali  się  do  przygotowania 
kolacji, nagle ogarnął go strach, tak przemożny, że Peel chciał się poderwać do biegu 
i uciec z tego miejsca ile sił w nogach. 

background image

Było  to  zupełnie  nieracjonalne.  Nic  im  tam  nie  groziło,  byli  jedynymi  ludźmi  w 
promieniu  wielu kilometrów. Próbował sam sobie przemówić do rozsądku. Boże, był 
przecież  zawodowym  oficerem,  zaprawionym  w  bojach  porucznikiem,  młodym, 
dzielnym,  uzbrojonym  po  zęby,  z  sześcioma  weteranami,  którzy  diabła  potrafiliby 
pociągnąć  za  ogon,  też  uzbrojonymi,  a  między  tymi  cholernymi  drzewami  nie  było 
niczego,  co  mogłoby  stanowić  dla  nich  jakiekolwiek  poważne  zagrożenie.  Wszystko 
na  nic.  Panika  nie  ustępowała,  rosło  przekonanie,  że  za  chwilę  wydarzy  się  coś 
strasznego.  Nie  wdając  się  w  żadne  wyjaśnienia, jakby było to elementem treningu, 
rozkazał swoim ludziom spakować się natychmiast. Mieli być gotowi do wymarszu w 
ciągu  pięciu  minut.    Ruszyli  po  siedmiu  minutach.  Pokonali  forsownym  marszem 
dziesięć kilometrów, zanim Peel poczuł, że poczucie zagrożenia zaczyna ustępować. 
Ponownie rozbili obóz i poszli spać, pozostawiając jednego wartownika. 

Nad  ranem  wartownik  obudził  Peela  i  pokazał  mu  pomarańczową  łunę  na  niebie. 
Pożar lasu. 

Później  Peel  ustalił,  że  pożar  wybuchł  tuż  poniżej  miejsca,  w  którym  przedtem 
obozowali. Ściana ognia przetoczyła się przez wzgórza tak szybko, że zwierzęta nie 
zdążyły  uciec.  Gdyby  on  i  jego  ludzie  zostali  wtedy  w  tamtym  obozie,  wszyscy 
musieliby zginąć. 

Na jego ludziach zrobiło to duże wrażenie. 

Skąd wiedział? Jako jedyny poczuł w powietrzu dym? A może w jakiś sposób wyczuł 
panikę  wśród dzikich zwierząt w lesie? Zastanawiał się nad tym, nie doszedł jednak 
do  żadnego  zadowalającego  wniosku.  Zresztą,  czy  to  ważne,  skąd  wiedział,  że 
nadchodzi  niebezpieczeństwo?  Ważne,  że  je  wyczuł  i  zdążył  zareagować.  Jakiś 
szósty  zmysł  podpowiedział  mu,  że  śmierć  jest  blisko,  a  on  miał  na  tyle  zdrowego 
rozsądku,  żeby  nie  zlekceważyć  ostrzeżenia.    Podobne  rzeczy  przytrafiały  mu  się  i 
później, w walce, czy na patrolach, chociaż nigdy nie było to coś tak dramatycznego, 
jak  tamto  zajście  w  Australii  i  zawsze,  kiedy  czuł  zimny  powiew  śmierci,  reagował 
natychmiast. Wiele razy uratowało mu to życie.  Teraz nie dostrzegał nigdzie żadnych 
oznak wroga, ale pojawił się ten wewnętrzny niepokój. Zastanawiał się, kto może na 
niego  dybać  i  nie  przychodził  mu  na  myśl  nikt,  oprócz  naukowca.  Nikt  inny  nie 
wiedział,  czym  Peel  się  zajmuje,  a  Bascomb-Coombs  z  pewnością  niejedno  przed 
nim ukrywał. 

Nie  miało  to  sensu,  w  końcu  naukowiec  uczynił  go  bogatym  i  włączył  do  realizacji 
swego  planu,  ale  jeśli  to  nie  on,  to  kto?    Prawdę  mówiąc,  Peel  nie  widział  swojego 
miliona  w banknotach, ułożonych równiutko na jakimś stole. Miał tylko elektroniczne 
potwierdzenie  ich  wpłynięcia  na  konto  jednego  z  indonezyjskich  banków  i  w 
normalnych  warunkach  byłoby  to  zupełnie  wystarczające,  ale  przecież  Bascomb-
Coombs  posługiwał  się  najbardziej  podstępnym  komputerem  na  świecie,  czyż  nie 
tak?  Gdyby  chciał,  bez  trudu  mógłby  wywieść  w  pole  każdego,  kto  nie  znał  się 
specjalnie na komputerach. 

Ale dlaczego miałby to robić? 

Peel  nie  miał  pojęcia,  czuł  jednak,  że  coś  mu  grozi  i  nie  zamierzał  stać  się  ofiarą. 
Lepiej  ustalić,  co  i  jak  i  to  szybko.    A  jeśli  okaże  się,  że  to  Bascomb-Coombs,  cóż, 
cały  ten  genialny  umysł  nie  ochroni  go  przed  nożem  między  żebra,  czy  kulą  w  tył 
głowy. Kiedy robi się gorąco, miecz na pewno jest znacznie lepszą bronią, niż pióro. 

Peel szedł w stronę stacji kolejowej. Czuł się nieco lepiej, ponieważ zaczął działać. 

background image

Wtorek,  12  kwietnia  Waszyngton,  Dystrykt  Columbia  Saji  Rinpoche  przyjeżdżał 
zobaczyć  się  z  Jayem.  Przyjeżdżał  tutaj,  do  jego  mieszkania  i  Jay  był  solidnie 
zdenerwowany.    Przewaga  rzeczywistości  wirtualnej  polegała  na  tym,  że  można 
sobie  wybrać  dowolny  wizerunek.  To  prawda,  że  w  większości  scenariuszy  Jay  nie 
zmieniał swego rzeczywistego wyglądu, bo było z tym więcej zachodu niż korzyści ze 
stworzenia  wizerunku,  mającego  wywrzeć  na  kimś  wrażenie.  No,  dobrze,  uciekł  się 
do  drobnego  retuszu,  dodał  sobie  trochę  wzrostu  i  mięśni,  wyostrzył  nieco  rysy,  ale 
nie na tyle, żeby nie dało się go rozpoznać w świecie realnym. Ktoś, kto od lat serio 
zajmował się Siecią, zwykle przestawał zwracać uwagę na wirtualne wizerunki innych 
cybermautów.  Spotykali  się  czasem  na  jakiejś  konferencji  w  świecie  realnym  i  nie 
sposób  było  skojarzyć  konkretnych  osób  z  wirtualnymi  wizerunkami.  Bardzo  często 
zdarzało  się,  że  ktoś  wybierał  wygląd,  zupełnie  odmienny  od  rzeczywistego,  ale  nie 
zawracał  sobie  głowy  zmianą  głosu.  Słuchanie  kogoś  zupełnie  nieznanego, 
mówiącego dobrze znanym głosem było czasem dość niesamowite. Zdarzało się, że 
niektórzy zmieniali głos, zachowując własną twarz i to też stwarzało dziwne wrażenie.  
Prawda  była  czymś  bardzo  subiektywnym  w  rzeczywistości  wirtualnej.  Już  sam 
termin „rzeczywistość wirtualna” wydawał się wewnętrznie sprzeczny... 

Saji  powiedział  Jayowi  w  Sieci,  że  będzie  w  Waszyngtonie  przez  kilka  tygodni  i 
spytał,  czy  Jay  zechciałby  się  z  nim  spotkać  w  świecie  realnym.  Jay  zgodził  się, 
chociaż  z  pewnymi  oporami.  Saji  go  uratował,  nie  było  co  do  tego  najmniejszych 
wątpliwości,  i  Jay miał wobec niego ogromny dług wdzięczności, ale też obawiał się 
trochę, że prawdziwy Saji nie dorówna swemu wirtualnemu wizerunkowi. 

Buddyści  zajmowali  się  iluzją  na  długo  przed  wynalezieniem  komputerów  i  nie 
sposób powiedzieć, jak Saji będzie wyglądał w świecie realnym. Czasem unikało się 
spotkania z kimś, kogo się bardzo szanowało w obawie, że rzeczywistość nie sprosta 
wyobrażeniom.  Kiedyś,  jako  mały  chłopiec,  Jay  spotkał  gospodarza  swego 
ukochanego  programu  telewizyjnego.  Na  ekranie  facet  był  uśmiechnięty, 
dobroduszny,  coś  w  rodzaju  idealnego  wizerunku  ojca.  Był  bohaterem  Jaya.  Ale  na 
widok chłopca zawołał: - O Jezu, kto tu wpuścił tego małego gamonia? 

Tyle na temat bohaterów z dzieciństwa. 

Jay zabił tygrysa, wykonał łatwą część zadania, w porównaniu z tym, co miał jeszcze 
do zrobienia. Teraz polował na tyranozaura, tropił smoka i potrzebował większej siły 
ognia.  I  lepszych  nerwów.  Wiedział,  że  będzie  musiał  opowiedzieć o tym wszystkim 
Sajiemu,  otworzyć  się  przed  nim  i,  że  nie  będzie  to  przyjemne.  W  pewnym  sensie 
przerażało  go  to  bardziej  niż  konfrontacja  z  bestią.  Kto  to  powiedział,  że  życie,  nad 
którym  się  człowiek  nie  zastanawia,  nie  jest  nic  warte?  Platon?    Arystoteles?  Cóż, 
może to i prawda, ale jeśli człowiek za dużo czasu spędzał na grzebaniu we własnej 
psychice,  robiło  mu  się  strasznie.  Może  życie,  nad  którym  człowiek  zbyt  wiele 
rozmyśla, też nie jest nic warte? 

-    Jay,  masz  gościa  -  powiadomił  go  komputer  gardłowym,  zmysłowym  głosem 
Lauren Bacall*. 

Przyszedł Saji. 

Jay  odetchnął  głęboko  i  podszedł  do  drzwi.  Otworzył  je.    Stała  przed  nimi  drobna, 
krótkowłosa  brunetka  w  niebieskich  dżinsach,  czarnym  podkoszulku  i  kowbojskich 
butach.  Wyglądała  na  jakieś  dwadzieścia  pięć  lat,  nie  miała  więcej  niż  metr 
pięćdziesiąt wzrostu, nawet w butach, piękny uśmiech i urocze dołeczki w buzi. Może 
i była Tybetanką, ale w jej rysach nie mógł się dopatrzyć niczego orientalnego. 

-  Cześć, Jay - powiedziała. 

background image

O cholera. Zdał sobie sprawę, że nie jest przygotowany na to spotkanie. 

-  Saji - wykrztusił. Nie było to pytanie. Jasny gwint. Saji okazał się kobietą, w dodatku 
młodą i piękną. To nie było fair!  Jasny gwint. 

Wtorek, 12 kwietnia Posiadłość „Cisy”, Sussex, Anglia 
-  Telefon do pana, sir - powiedział Applegate, wchodząc do 
pokoju 
z aparatem w ręku. - Jakiś dżentelmen, 
 

 Aktorka  amerykańska,  prawdziwe  nazwisko  Betty  Joan  Perske;  jej  pierwszym 

mężem był Humphrey Bogart [przyp. tłum.]. 

 
który nazywa się... Łamignat, milordzie. Mówi, że czeka pan na jego telefon. 

Goswell  spojrzał  przez  lufy  dubeltówki,  którą  właśnie  czyścił.    Łamignat?  Nie  znał 
nikogo  o tym nazwisku. Czy w ogóle można się tak nazywać? Na pewno ktoś zrobił 
Applewhite’owi  kawał.  Dmuchnął  mocno  w  jedną  z  luf,  która  wydała  niski  dźwięk, 
przypominający  syrenę  okrętową.  Nitka  z  bawełnianej  szmatki,  którą  czyścił 
dubeltówkę,  wyleciała  w  powietrze  i  opadała  powoli,  kołysząc  się  w  promieniach 
popołudniowego słońca. 

-    Mówi,  że  dzwoni  na  prośbę  pewnego  starszego  dżentelmena  z  upodobaniem  do 
kubańskich cygar. 

Ach, więc o to chodzi. Sięgnął po telefon i machnięciem ręki odprawił Applewhite’a. 

-  Tak? 
-  Lord Goswell? 
-  Przy telefonie. 
-  Chwileczkę, sir. - Głos wydawał się kulturalny, wyczuwało się w nim wykształcenie i 
dobre  pochodzenie.  W  słuchawce  rozległ  się  elektroniczny  sygnał,  po  czym 
rozmówca  znów  się  odezwał.    Przepraszam  za  tę  chwilę  zwłoki  -  powiedział  -  ale 
ostrożności nigdy za wiele, prawda? 
-  Przeprowadził pan właśnie analizę głosu? 

-    Tak,  milordzie.  Ta  linia  jest  bezpieczna,  możemy  spokojnie  rozmawiać.  Ufam,  że 
po pana stronie nikt nie przysłuchuje się naszej rozmowie? 

Goswell z uznaniem skinął głową. Niezłe przedstawienie. - Nie, jestem sam, panie... 
hm, Łamignat? 

Rozmówca  zachichotał.  -  Mam  nadzieję,  że  wybaczy  mi  pan  ten  żart,  milordzie.  Sir 
Harold dał mi do zrozumienia, że ma pan pewien problem delikatnej natury... 

-  Obawiam się, że tak. 
-  Preferuje pan rozwiązanie doraźne, czy ostateczne? 
-  Ostateczne, choć bardzo mi przykro z tego powodu. 
-  Zajmę się tym natychmiast. 
-  Będzie pan potrzebował szczegółów. 
-  Wystarczy nazwisko, milordzie. Z resztą sam sobie poradzę. 
Goswell uśmiechnął się. Kapitalnie! Podał zabójcy nazwisko Peela. 
-    Dziękuję,  milordzie,  zajmę  się  tym.  Do  usłyszenia.    Goswell  odłożył  słuchawkę. 
Żadnej  dyskusji  o  pieniądzach,  czy  banalnych  szczegółach.  Cudownie.  Poczuł  się 
lepiej. Są jeszcze ludzie, na których można polegać. 

background image

Wtorek, 12 kwietnia Londyn, Anglia 

Alex  Michaels  szedł  nad  brzegiem  Tamizy  niedaleko  Jubilee  Gardens,  patrząc  na 
statki  z  turystami  i  żałując,  że  nie  może  cofnąć  czasu.  Jego  życie  zmieniło  się  w 
telenowelę.  Śledztwo  utknęło  w  martwym  punkcie.  Żona  domagała  się  wyłącznej 
opieki nad ich córką. Miał romans ze swą zastępczynią. Co gorsza, omal nie przespał 
się z kimś innym, przy czym byłaby to zaledwie jego trzecia kobieta od kilkunastu lat. 
Jak  miał  o  tym  powiedzieć  Toni?  Co  mógł  powiedzieć?  Ach,  wiesz,  kiedy  cię  tu  nie 
było,  omal  nie  przeleciałem  tej  pięknej  brytyjskiej  agentki  Angeli  Cooper.  
Przepraszam. 

No  tak,  napytał  sobie  biedy.  Jeszcze  nigdy  w  życiu  nie  czuł  się  tak  winny.  Nigdy 
dotąd nie zrobił czegoś takiego. Jak mógł być taki głupi? I jak, u diabła, to wszystko 
naprawić? 

Czy można to w ogóle naprawić? 

Nie mógł znieść myśli, że straci Toni. Ale jeśli jej powie - nie, kiedy jej powie - może 
się  to  stać.  Toni  wymierzy  mu  policzek  i  odejdzie.  Mogłaby  też  połamać  mu  kości, 
zanim  odejdzie,  ale  nie  przerażało  go  to  tak,  jak  ból,  który  zobaczy  na  jej  twarzy.  
Gdzie on miał głowę, u diabła? 

Pewnie,  mógłby  spróbować  zwalić  całą  winę  na  Angelę,  w  końcu  robiła,  co  mogła, 
żeby  go  ściągnąć  do  siebie,  zaaranżowała  to  wszystko,  masaż  i  tak  dalej,  ale 
wiedział,  że  to  na  nic.  Przecież  nie  przystawiła  mu  pistoletu  do  głowy.  Do  tanga 
trzeba dwojga.  Mógł jej grzecznie odmówić i wrócić do hotelu. 

Mógł i co z tego? 

No  dobrze,  ostatecznie  do  niczego  nie  doszło,  ale  bardzo  niewiele  brakowało.  O 
Jezu. 

Z łodzi z kolorowym baldachimem uśmiechali się do niego i machali japońscy turyści. 
Pewnie  myśleli,  że  jest  miejscowy,  w  końcu  wyglądem  Anglicy  niespecjalnie  różnią 
się  od  Amerykanów.    Ci  turyści  nie  mieli  pojęcia,  że  najchętniej  rzuciłby  się  w  tej 
chwili do Tamizy, zanurkował do dna i już tam pozostał.  Pomachał do nich. - Bujajcie 
się, palanty - powiedział, uśmiechając się fałszywie. 

Jak  mężczyźni  mogli  robić  takie  rzeczy?  Zdradzać  żony,  czy  też  towarzyszki  życia, 
tak,  jak  on  to  zrobił?  Prawie  zrobił.  Poszedł  kiedyś  na  drinka  z  prawnikiem,  którego 
poznał  przy  okazji  spraw  służbowych,  wysokim,  przystojnym  facetem,  żonatym  z 
piękną  kobietą.  Mieli  troje  dzieci,  wspaniały  dom  w  Wirginii,  pieniądze,  psy,  koty; 
niczego  nie  brakowało  im  do  szczęścia.  Po  paru  drinkach  prawnik  zaczął  się 
zwierzać  Michaelsowi.  Opowiedział,  jak  całkiem  niedawno  był  w  Waszyngtonie  na 
jakimś politycznym śniadaniu. 

Oprócz jego żony, przy tym samym stole siedziały jeszcze cztery atrakcyjne kobiety, 
jedne zamężne, inne nie, w wieku od dwudziestu dwóch do czterdziestu lat. Prawnik 
powiedział Michaelsowi, że z każdą z nich przespał się w poprzednim roku i z każdą 
chętnie  zrobiłby  to  ponownie.  Żadna  z  nich  nie  wiedziała  o  pozostałych.  Dla  niego 
była  to  fantastyczna  chwila.    Michaels  omal  nie  zakrztusił  się wtedy drinkiem. Facet 
musiał  być  szalony.  Myśl,  że  mógłby  siedzieć  przy  jednym  stole  z  pięcioma 
kobietami, które miał przedtem wszystkie w łóżku, napawała go przerażeniem. On w 
takiej  sytuacji  padłby  trupem  ze  strachu,  nie  miał  co  do  tego  żadnych  wątpliwości. 
Oczyma wyobraźni widział, jak mózg mu eksploduje, nie wytrzymując napięcia.  Jego 
doświadczenia  nie  były  tak  spektakularne,  ale  wierzył,  że  kobiety  potrafią  to  jakoś 
wyczuć. Wystarczy jedno spojrzenie, czy jedno słowo Angeli, i Toni będzie wiedziała. 

background image

A w żadnym wypadku nie chciał, żeby dowiedziała się od kogoś innego, nie od niego.  
O rety! I co teraz robić? Obojętnie jak na to spojrzeć, stał na przegranej pozycji. 

Trzeba  było  o  tym  pomyśleć,  kiedy  zrzuciłeś  ubranie  i  wyciągnąłeś  się  na  tym  stole 
do masażu. Trzeba było zacząć myśleć, zanim uruchomiłeś hydraulikę... 

Rużjo jechał za Peelem wynajętym samochodem, uważając, żeby zawsze dzielił ich 
przynajmniej  jeden  pojazd.  Nie  uważał  się  za  eksperta w sprawach inwigilacji - znał 
ludzi,  którzy  potrafiliby  wejść  za  potępioną  duszą  do  piekła  główną  bramą,  a  diabeł 
niczego  by  nie  zauważył  -  ale  oczywiście  było  znacznie  łatwiej,  kiedy  śledzony  o 
wszystkim  wiedział,  bo  odbywało  się  to  na  jego  życzenie.  Zdarzało  mu  się  śledzić 
ludzi,  zwykle  tych,  których  potem  zabijał.  Było  też  prawdą,  że  znał  podstawy 
inwigilacji,  wiedział,  jak  nie  rzucać  się  w  oczy,  jak  wtopić  się  w  otoczenie,  kiedy  się 
wycofać,  żeby  śledzony  się  nie  zorientował.  Takie  umiejętności  należały  do  jego 
zawodu i opanował je w zadowalającym stopniu, jeśli nawet nie po mistrzowsku. 

Spojrzał na tabliczkę z nazwą ulicy. Old Kent Road. Po jednej stronie znajdowało się 
coś,  co  nazywało  się  Gazownią  PołudniowoWschodnią.  Zanotował  to  sobie  w 
pamięci.    Początkujący  agenci,  uczący  się  dopiero  sztuki  inwigilacji,  często 
zapominali,  jak  ważną  rzeczą  jest  precyzyjna  znajomość  miejsca,  w  którym  się 
znajdują.  Mieli  skłonność  do  koncentrowania  się  na  śledzonym,  zapominając  o 
wszystkim  innym.  Łatwo  mogli  wtedy  przeoczyć  kogoś,  kto  wypatrywał  właśnie 
takich,  jak  oni.    Albo  trzymali  się  inwigilowanego,  czasem  także,  kiedy  zaczynał 
kluczyć, nabrawszy podejrzeń i w pewnym momencie nie wiedzieli, gdzie są. Może w 
dobrze znanym mieście nie było to problemem, ale w obcym mieście mogło utrudnić 
sytuację.  Bez  dobrego  planu,  czy  GPS,  odnalezienie  drogi  powrotnej  mogło  być 
bardzo  kłopotliwe.    W  każdym  mieście  są  obszary,  na  których  po  prostu  nie  da  się 
zaparkować samochodu i posiedzieć kilka godzin, czekając, aż inwigilowany wróci do 
swojego pojazdu i ruszy dalej. Małe ulice w dobrych dzielnicach mieszkaniowych też 
nie były odpowiednim miejscem na takie czekanie. Bogaci mieli dobra, których chcieli 
strzec, a jednocześnie uważali, że prawo i jego funkcjonariusze powinni traktować ich 
priorytetowo.  Oczywiście,  wciąż  była  to  publiczna  ulica,  na  której  dozwolone  było 
parkowanie, ale jeśli mieszkający przy niej menedżer wyjrzał akurat przez okno swej 
willi  i  zobaczył  kogoś  obcego,  siedzącego  w  samochodzie  koło  jego  posiadłości, 
wzywał  policjantów,  a  ci  przyjeżdżali  i  sprawdzali  podejrzanego.  O  ile  nie  uprzedził 
ich  patrol  prywatnej  agencji  ochroniarskiej.    Zbyt  długie  siedzenie  w  zaparkowanym 
samochodzie koło banku też nie było rozsądne. 

Jeśli  wjeżdżało  się  na  obcy  teren  i  trzeba  się  było  zatrzymać  koło  szkoły,  na  tyle 
blisko, żeby widzieć bawiące się na boisku dzieci, można się było założyć, że wkrótce 
pojawi się policja, żeby sprawdzić, czy przypadkiem ekshibicjonista nie zamierza się 
obnażyć  na  oczach  maluchów, albo zrobić jeszcze coś gorszego. I jeśli nie potrafiło 
się  podać  naprawdę  wiarygodnego  powodu  swej  obecności  w  takim  miejscu -  a nie 
było  wystarczająco  dobrych  powodów,  żeby  przekonać  policję,  może  tylko  z 
wyjątkiem tego, że jest się jednym z nich i czatuje się na kogoś, za kogo właśnie nas 
wzięli  -  dostawało  się  polecenie,  żeby  jechać  dalej.    W  takiej  sytuacji  dobrze  było 
wiedzieć, gdzie jeszcze w pobliżu można by zaczekać, aż... 

Peel wjechał na parking przed małym, szarym, jednopiętrowym budynkiem. 

Rużjo minął budynek i wypatrzył miejsce parkingowe na ulicy, zaledwie kilka metrów 
dalej,  pod  gałęziami  drzewa,  które  przypominało  dąb.  Uśmiechnął  się.  Pierwsza 
zasada jechania za kimś samochodem, wpojona mu przez Siergieja, starego agenta 
Specnazu, który uczył go podstaw, brzmiała: „Zawsze parkuj w cieniu. Im cieplejszy 

background image

dzień,  tym  większe  ma  to  znaczenie”.    Rużjo  wjechał  na  wolne  miejsce,  wyłączył 
silnik  i  przyglądał  się  uważnie,  czy  nikt  nie  skręci  za  Peelem  na  parking.  Nikt  nie 
skręcił. 

Peel wysiadł z samochodu i ruszył do budynku, nie dając po sobie poznać, że widzi 
Rużjo.  Major  powiedział  mu  wcześniej,  że  ten  budynek  jest  bezpieczny,  więc  nie 
widział potrzeby wchodzić za nim do środka. 

Rużjo  przesunął  się  w  fotelu,  szukając  wzrokiem  kogoś,  kto  zajmował  odpowiednie 
miejsce,  żeby  spostrzec  wychodzącego  Peela.    Gdyby  zobaczył  coś,  co  uznałby  za 
zagrożenie,  zadzwoniłby  do  Peela  z  telefonu  komórkowego  i  ustaliliby,  co  dalej.  
Siedząc  w  samochodzie  i  nie  mając  do  roboty  nic  oprócz  obserwowania  okolicy, 
Rużjo znów zaczął rozmyślać nad powrotem do ojczyzny. Kłopoty z podróżowaniem 
już  się  prawie  skończyły  i  z  pewnością  znalazłby  jakiś  sposób,  żeby  się  dostać  na 
kontynent.    Nie  dalej  jak  wczoraj  gazety  pisały  o  jakimś  głupku,  który  zdołał 
sforsować ogrodzenia, ominąć kamery i strażników i na piechotę dostał się do tunelu 
pod  Kanałem.  Wędrówka  z  Anglii  do  Francji  zabrała  mu  cały  dzień  i  cud,  że  pęd 
powietrza,  powodowany  przez  pociągi,  pędzące  z  prędkością  stu  sześćdziesięciu 
kilometrów na godzinę, nie wciągnął go pod koła na pewną śmierć. W ciągu ostatnich 
kilku  lat  w  taki  sposób  zginęło  paru  idiotów.    Dla  niego  ta  historia  była 
potwierdzeniem, że jeśli człowiek naprawdę chce się gdzieś dostać, znajdzie sposób. 

Nie  poczuwał  się  do  lojalności  wobec  Peela,  a  pieniądze  nie  miały  znaczenia,  był 
bogaty. Uznał jednak, że zaczeka jeszcze kilka dni. Nie było tu aż tak nudno, a poza 
tym, Peel zdołał go jakoś wypatrzyć i zaskoczyć. W jego biznesie miało to znaczenie. 
Parę dni nie zaszkodzi. 

Wtorek,  12  kwietnia  WAszyngton,  Dystrykt  Columbia  Tyrone  stał  trochę  z  boku  w 
sklepie  sportowym,  spoglądając  przez  okno  na  nową  restaurację.  Urwał  się  z  paru 
lekcji,  żeby  przyjść  do  centrum  handlowego.  Bella  tam  była,  siedziała  przy  stoliku  z 
kilkoma koleżankami i paroma chłopcami. Żadnego z nich Tyrone nie widział dotąd w 
otoczeniu  Belli,  pewnie  małe  księżyce,  wciągnięte  właśnie  na  orbitę  jej  jasnej 
gwiazdy.  Bella  roześmiała  się  i  całe  towarzystwo  zawtórowało  śmiechem.  Kiedy 
mówiła, pozostali słuchali. Była kimś. 

Żywił  do  niej  mieszane  uczucia.  Z  jednej  strony  nienawidził  jej  za  sposób,  w jaki go 
rzuciła.  Bez  ostrzeżenia,  łup!  pięścią  między  oczy  i  Asta  la  vista,  Tyrone!  Nie 
przywykła, żeby facet mówił jej, że nie podoba mu się jej zachowanie, a przecież on 
właśnie to zrobił. 

Z drugiej strony, wystarczyło tylko na nią spojrzeć. Była taka 

piękna, zawsze w centrum zainteresowania, 
a faceci ustawiali się w kolejce tylko po to, żeby 
całować ziemię, po której stąpała. A kiedyś, dawno, dawno temu, jemu okazała swoje 
względy. Całowała go, pieściła i pozwalała się pieścić; sama myśl, że mógłby to robić 
znowu,  cieszyć  się  jej  względami,  miała  w  sobie  coś  magicznego,  bez dwóch zdań. 
Kładł  kiedyś  rękę  na  tych  idealnych  piersiach,  wsuwał  język  w  te  idealne  usta.  Na 
samą myśl o tym ogarniało go podniecenie i dobrze, że znajdował się między dwoma 
stojakami z kombinezonami narciarskimi, bo przynajmniej nikt nie mógł zobaczyć, jak 
wielkie to było podniecenie. 

Praktycznie zaprosiła go tu dzisiaj. Mógłby teraz wyjść ze sklepu, podejść tam, gdzie 
siedziała i zobaczyć, co dalej.  Uśmiechnęłaby się i poprosiła, żeby usiadł przy niej? 
Bo  przecież  szanowała  go  za  to,  co  jej  powiedział,  prawda?  A  może  chciała  sobie 

background image

tylko  zakpić,  zignorować  go  na  oczach  swych  przyjaciół,  zrobić  z  niego  zupełnego 
głupka?  Nie  sądził,  żeby  planowała  coś  takiego - mogła to zrobić już tyle razy, więc 
dlaczego miałaby czekać tak długo? - ale nie był pewny. 

Jeszcze  niedawno  popędziłby  na  jej  pierwsze  wezwanie  bez  chwili  zastanowienia. 
Kochał  ją.  Myślał,  że  i  ona  go  kocha.  Ale  tak  było  kiedyś.  W  ciągu  paru  miesięcy  w 
życiu  wiele  może  się  zmienić.    Kiedy  myślał  o  Belli,  czuł  się  jak  stara  ścierka,  którą 
zapomniano powiesić, żeby wyschła. Może teraz jest okazja, żeby dowiedzieć się, na 
czym stoi, zdobyć pewność. 

Ale  czy  na  pewno  chciał  wiedzieć?  Kiedy  go  rzuciła,  czuł  się  okropnie,  ale  gdyby 
teraz  jeszcze  poniżyła  go  publicznie?  Już  słyszał  kpiny Jimmy-Joego i reszty: - Hej, 
patałachu,  słyszałem,  że  Belladonna  zignorowała  cię  publicznie  w  centrum 
handlowym? Skasowała cię, jak stary program. No i jak się teraz czujesz? 

Tyrone  pokręcił  głową. Nie chciał realizować tego scenariusza, ani w rzeczywistości 
wirtualnej, ani w świecie realnym.  Nie ryzykując, niczego nie można zyskać, ale też 
niczego się nie straci, prawda? 

Ale... gdyby mógł odzyskać Bellę, znów móc pójść do niej do domu, usiąść z nią na 
kanapie, wziąć w ramiona to idealne ciało, poczuć smak tych ust - czy to warte było 
ryzyka? 

O, tak. 

Nabrał głęboko powietrza i wypuścił je powoli. Odetchnął jeszcze raz. 

W najgorszym wypadku zrobi z siebie głupka. A w najlepszym?  Oczyma wyobraźni 
zobaczył  Bellę  nagą,  z  włosami  rozsypanymi  na  poduszce.  Z  wrażenia  wstrzymał 
oddech.  Miał  czternaście  lat  i  za  taką  wizję  oddałby  życie -  nieważne,  że  gdyby  się 
zmaterializowała,  mógł  trafić  do  więzienia,  nawet  jeśli  Bella  była  starsza  od  niego. 
Bella naga... 

Jezu Chryste! 

Kiedy odzyskał zdolność oddychania, ruszył do drzwi. Zwycięży, albo zginie. 

Wtorek, 12 kwietnia Londyn, Anglia 

John  Howard  stał  przed  budynkiem  MI-6,  przyglądając  się  swojemu  szefowi,  który 
właśnie  szedł  do  niego  przez  ulicę.  Pomachał  mu,  a  Michaels  zrobił  to  samo,  kiedy 
go zauważył. 

-  Jak pan się miewa, pułkowniku? 
-  Całkiem dobrze, sir, w tej sytuacji... 
-    A  jak  tam  poszukiwania  tego  zabójcy?  Macie  coś  nowego?    -    I  tak,  i  nie  - 
odpowiedział Howard. - Wiemy, że wyleciał w środę z Seattle. Wiemy, że wylądował 
tutaj.  Mamy  potwierdzenie  z  kamery,  filmującej  pasażerów,  przechodzących  przez 
cło.    Fiorella  przeanalizowała  film  z  pasażerami  z  USA,  którzy  wylądowali  tu  w 
czwartek rano. Mamy pewność. 
Podał  Michaelsowi  kolorową  fotografię  mężczyzny,  idącego  przez  budynek  portu 
lotniczego. Na zdjęcie nałożona była siatka z cienkich linii. 

-  Jesteście pewni, że to on? 

-    Prawie  pewni.  Czas  i  miejsce  się  zgadzają.  Komputer  wykazuje  zgodność  uszu  i 
rąk z oryginałem. Jeśli nie ma brata bliźniaka, to musi być on. 

Michaels wskazał wzrokiem budynek. - Wejdziemy do środka? 

background image

Kiedy minęli strażników i szli korytarzem, Michaels powiedział: 

-  Minął prawie tydzień, może już go tu nie ma? 

-    Możliwe,  sir.  Mógł  ruszyć  dalej  przed  tą  awarią  systemów  komputerowych. 
Załatwiliśmy  dostęp  do  superkomputera  przez  satelitę  i,  we  współpracy  z 
Brytyjczykami, porucznik Winthrop analizuje informacje o pasażerach linii lotniczych, 
kolei,  dane  firm  wynajmujących  w  Londynie  samochody,  a  nawet  łodzie.  W 
fałszywym paszporcie zdjęcie powinno go choć trochę przypominać. 

-  Mógł doczepić sobie brodę i założyć perukę 
- powiedział Michaels. 
-  Sprawdzamy każdego mężczyznę, podróżującego samotnie i pasującego choćby w 
przybliżeniu wzrostem, wagą i wiekiem.  -  Mógł sobie wynająć damę do towarzystwa 
i  z  nią  wyjechać.   -    Tak,  sir. Mógł też znaleźć lekarza i kazać się zmienić w goryla. 
Od czegoś musimy zacząć. 

Michaels uśmiechnął się na tę uwagę. 

Dotarli do biura, w którym Howard zostawił Toni Fiorellę.  W środku Fiorella i wysoka, 
szykowna  blondynka  z  krótko  obciętymi  włosami  wpatrywały  się  w  holograficzne 
powiększenie kilkunastu twarzy. 

-    Mamy  pierwszą  porcję  fotografii  od  Winthrop,  pułkowniku  -  powiedziała  Toni.  - 
Wszystkie z uszami, które odpowiadają naszej specyfikacji, albo są zakryte włosami. 
Cześć, Alex. Udał się spacer? 

-  Tak, dziękuję - powiedział Michaels. Wyglądał nieswojo. Blado. 

-  Och, gdzie się podziały moje maniery - zażartowała Toni.  - Pułkowniku Howard, to 
jest  Angela  Cooper,  nasz  oficer  łącznikowy  z  MI-6.  Pułkownik  Howard  dowodzi 
zespołami uderzeniowymi Net Force. 

Blondynka  wyciągnęła  rękę  i  uśmiechnęła  się  do  Howarda.  -  Bardzo  mi  miło, 
pułkowniku. 

Podał jej rękę i odwzajemnił uśmiech, kątem oka spoglądając na Michaelsa. Dyrektor 
uśmiechał się niemrawo, ale Howard miał wrażenie, że jego szef za chwilę dostanie 
torsji. 

Cooper puściła dłoń Howarda. Pułkownik spostrzegł, że rzuciła ukradkowe spojrzenie 
w  stronę  Michaelsa.  Zobaczył  też,  że  Michaels  odwraca  wzrok,  jakby  nie  chciał 
spojrzeć jej w oczy.  Trwało to nie więcej niż pół sekundy. Może tylko mu się zdawało. 

Ale... O, cholera. 

Howard w każdą niedzielę chodził do kościoła z żoną i synem, ale nie uważał się za 
wieszcza, który widzi więcej, niż ktokolwiek inny. Z drugiej strony, widział już niejedno 
i uważał, że nieźle potrafi ocenić zachowanie innych ludzi. 

Coś się tu działo. Spojrzenie, które ta elegancka blondyna rzuciła Michaelsowi, jego 
reakcja... 

Howard, tak jak większość mężczyzn, spędzających dużo czasu poza domem, bywał 
czasem  wystawiany  na  pokusę  pozamałżeńskich  romansów.  Więcej  niż  kilka  kobiet 
miało  chęć  poznać  go  lepiej  w  łóżku,  a  niektóre  były  tak  atrakcyjne, że przez głowę 
zaczynały mu przebiegać różne myśli. Kto by się dowiedział? Komu by to szkodziło? 
Jak brzmiała ta stara piosenka? Jeśli nie możesz być z tą, którą kochasz, kochaj tę, z 
którą jesteś. 

background image

Na szczęście przez te wszystkie lata, od kiedy się ożenił, nie zdarzyło mu się przejść 
od  takich  myśli  do  czynów.  Nie  uważał  się  za  kogoś  szczególnie  uczciwego  -  jako 
młody  żołnierz,  zanim  się ożenił, miał niejedną przygodę - ale skończył z tym, kiedy 
wypowiedział  sakramentalne  „tak”.  Może  miał  więcej  szczęścia  niż  większość 
mężów,  bo  nie  przydarzył  mu  się  ani  jeden  skok  w  bok.    Znał  jednak  mnóstwo 
facetów, którzy grzeszyli z zapałem. Widział ich nieraz, kiedy stali koło kobiet, udając, 
że ich nie znają, choć znali je aż nazbyt dobrze. 

Nie  mógłby  z  czystym  sumieniem  przysiąc  na  Biblię  przed  sądem,  ale  ta  drobna 
wymiana spojrzeń między Michaelsem a Cooper powiedziała Howardowi coś, o czym 
wolałby  raczej  nie  wiedzieć:  między  nimi  coś  iskrzyło.  Co  więcej,  sądząc  z 
zachowania Toni Fiorelli, ona o tym nie wiedziała. 

O  rety.  Howard  poczuł  się  nagle  bardzo  szczęśliwy,  że  nie  jest  na  miejscu  Alexa 
Michaelsa. Bardzo szczęśliwy. 

Wtorek, 12 kwietnia 
Londyn, Anglia 
Rużjo wypatrzył zamachowca w chwili, kiedy ten otworzył drzwi swego samochodu. 

Prawdę  mówiąc,  był  to  łut  szczęścia.  Zupełnie  przypadkiem  mijał  właśnie  ten 
samochód  i  spoglądał  na  niego,  idąc  kilkanaście  metrów  za  Peelem.  Gdyby  nie 
spojrzał w tamtą stronę dokładnie w tym momencie, mogłoby być za późno. Dostrzegł 
odbicie  promieni  słonecznych  od  metalu,  kiedy  tamten  zaciągał  zamek  kurtki,  żeby 
ukryć broń, schowaną za pasek od spodni po prawej stronie. Pół sekundy później, a 
nie  zwróciłby  na  to  uwagi  i  nie  miałby  pewności,  czy  zamachowiec  nie  jest 
przypadkiem  zwyczajnym  przechodniem,  śpieszącym  się  na  spotkanie,  lub 
pragnącym coś kupić, zanim zamkną sklepy. 

Zamachowiec  był  zaledwie  o  metr  za  Rużjo,  który  szedł  dalej,  zbaczając  trochę  w 
prawo, jakby chciał obejrzeć kapelusze na wystawie mijanego sklepu. Zamachowiec - 
dość wysoki mężczyzna z rzednącymi, jasnymi włosami, ubrany w brązową koszulkę 
polo, spodnie khaki, sportowe buty i wiatrówkę, minął go, skupiony na swym celu. 

Rużjo  rozejrzał  się  dookoła.  Nie  dostrzegł  nikogo, kto zapewniałby tamtemu osłonę. 
Odszedł od wystawy i szybkim krokiem ruszył za zamachowcem. Sięgnął do telefonu 
komórkowego przy pasku i nacisnął klawisz z zaprogramowanym numerem, jednym 
z dwóch, które podał mu Peel. 

W  tym  momencie  podobny  telefon  przy  pasku  Peela  powinien  zacząć  wibrować, 
sygnalizując  rozmowę.  Peel  powiedział  mu,  że  nikt  inny  nie  zna  tego  numeru,  więc 
wibracyjny sygnał miał oznaczać, że Rużjo wypatrzył śmiertelne zagrożenie, i to zbyt 
blisko, żeby wybrać ten drugi numer i porozmawiać. 

Peel natychmiast skręcił w prawo, wchodząc do najbliższego sklepu. Okazało się, że 
była to księgarnia. 

Zamachowiec poszedł za nim. 

Rużjo  przyśpieszył  tak,  że  przy  drzwiach  do  księgarni  znalazł  się  o  pół  metra  za 
zamachowcem. 

Mógłby  go  w  tym  momencie  bez  trudu  sprzątnąć,  ale  zależało  im,  żeby  pożył 
dostatecznie  długo,  by  powiedział  im,  kto  go  przysłał.    Na  ulicy  mogło to być trochę 
problematyczne;  znacznie  łatwiej  powinno  pójść  w  sklepie,  gdzie  było  mniej 
świadków.    Peel  wiedział,  co  trzeba  robić.  Szybko  poprowadził  swego  niedoszłego 
zamachowca  pustym  przejściem  między  dwoma  długimi  regałami,  zastawionymi 

background image

zakurzonymi  książkami.  Zanim  zamachowiec  zdążył  wyciągnąć  broń,  Rużjo  znalazł 
się  przy  nim.  Wcisnął  mu  Berettę  w  plecy  i  powiedział:  -  Jeden  ruch,  a  zginiesz.  
Zamachowiec był profesjonalistą. Zastygł w miejscu. 

-  Czysto - powiedział Rużjo. 
Peel odwrócił się z ręką pod sportową kurtką, na prawym biodrze. 
Uśmiechnął  się.  -  Henry?  Myślałem,  że  przeszedłeś  na  emeryturę.    Człowiek  z 
rzedniejącymi, jasnymi włosami odparł: - Chyba powinienem był to zrobić. 
-  Teraz jest już trochę za późno - powiedział Peel. - Chodźmy gdzieś, gdzie będzie 
można spokojnie pogadać. 

-  To na nic, Terry, przecież wiesz. 

-    Mylisz  się,  Henry.  Mój  człowiek,  ten  tutaj,  był  kiedyś  w  Specnazie.  Potrafi  cię 
sparaliżować, ale nadal będziesz mógł mówić. Dlaczego nie mielibyśmy tego załatwić 
jak ludzie cywilizowani? Może nawet uda się znaleźć takie rozwiązanie, żeby nikt nie 
musiał wąchać kwiatków od korzeni. 

-    Doprawdy,  Terry,  myślałem,  że  masz  o  mnie  lepsze  mniemanie...    W  tym 
momencie  Henry  rzucił  się  w  bok.  Zrobił  to  tak  nieoczekiwanie,  że  pierwsza  kula 
Rużjo  nie  trafiła  go  między  łopatki,  lecz  na  wysokości  lewej  nerki.  Głośny  huk 
wystrzału  poniósł  się  echem  między  regałami.  Wiedzieli,  że  zostało  im  co  najwyżej 
kilka sekund. 

-  Bierzmy go żywego! - krzyknął Peel, wyciągając broń.  Rużjo celował w prawą rękę 
Henry’ego,  wiedząc,  że  jest  bliżej  schowanego  za  paskiem  pistoletu.  Zamierzał 
strzelić w dłoń, a gdyby chybił, kula miała trafić w brzuch. Pocisk kalibru 0,22 cala nie 
zabiłby go od razu... 

Być może Henry zdał sobie sprawę, że nie zdąży w porę sięgnąć po broń, bo nawet 
nie  spróbował.  Zamiast  tego  podsunął  sobie  lewy  nadgarstek  do  ust  i  wgryzł  się  w 
pasek od zegarka. Rużjo wiedział, co to oznacza. Peel najwidoczniej też wiedział, bo 
zaklął, kiedy zobaczył, co się stało. 

Rużjo schował pistolet z powrotem do kieszeni, odwrócił się i szybkim krokiem ruszył 
do wyjścia. Peel szedł tuż za nim. Obaj rozumieli, że nawet mole książkowe przyjdą 
zobaczyć, co to był za hałas. 

Trucizna,  którą  połknął  Henry  niewątpliwie  działała  szybko,  więc  nie  było  już 
możliwości wyciągnięcia torturami informacji z kogoś, kto wolał odebrać sobie życie, 
niż  cokolwiek  powiedzieć.    Nie  ulegało  kwestii,  że  to  zawodowiec.  Henry  będzie  już 
prawdopodobnie  trupem,  zanim  pojawi  się  lekarz. Tak, czy inaczej, było już po nim. 
Rużjo  szanował  ludzi,  potrafiących  godnie  umrzeć.  Kiedy  czas  minął,  lepiej  było 
odejść w sposób, który się samemu wybrało. Wojna była przegrana, ale pozbawienie 
w takiej chwili wroga czegokolwiek pozwalało zabrać do grobu odrobinę satysfakcji. 

Na  ulicy  Peel  minął  Rużjo  dość  szybkim  krokiem,  ale  nie  biegiem  idąc  do  swego 
samochodu. - Nawet lubiłem starego Henry”ego.  Szkoda - powiedział. 

Idąc za nim, Rużjo zastanawiał się, w jaki sposób pozbyć się Beretty. Wiedział, że ta 
broń  musi  zniknąć  jak  najszybciej.  W  księgarni  został  trup  i  chociaż  śmierć 
spowodowała  trucizna,  w  zwłokach  tkwił  też  pocisk  i  można  go  było  dopasować  do 
broni,  z  której  został  wystrzelony.  A  broń,  którą  można  skojarzyć  z  nieboszczykiem 
nie była najlepszym talizmanem. 

Wtorek, 12 kwietnia (Waszyngton, Dystrykt Columbia Jay podał Saji szklankę wody, 
pokręcił głową i powiedział: - To cię naprawdę bawi, co? 

background image

Dziewczyna, siedząca w głębokim fotelu, uśmiechnęła się do niego. 
-  Tak, nawet bardziej niż powinno. 
Przeszedł przez pokój i usiadł na zdezelowanej skórzanej kanapie, którą kupił kiedyś 
na  wyprzedaży.  W  powietrzu  unosił  się  delikatny  zapach  olejku  paczuliwego.  Jej 
perfumy?  Woń  kadzidła  we  włosach?  Boże,  była  wspaniała.  -  Tyle  lat  spędziłem  w 
Sieci, ale czegoś takiego się nie spodziewałem. 
-  Aż tak ci to przeszkadza? 

Zastanowił się nad tym przez chwilę. - Nie, właściwie nie. Ważny jest umysł, nie ciało. 

-    To  ci  się  chwali,  Jay.  Naprawdę  w  to  wierzysz.  Gdybym  o  tym  wiedziała  od 
początku,  nie  zawracałabym  sobie  głowy  kamuflażem.    -    A  tak  dla  zaspokojenia 
mojej  ciekawości,  dlaczego  to  zrobiłaś?    Zakręciła  kostkami  lodu  w  szklance.  - 
Chcesz zwięzłą odpowiedź, czy cały wykład? 

-  Wykład, oczywiście, streszczenia są takie nudne. 
Uśmiechnęła się. - W porządku. W buddyzmie, podobnie jak w 
mnóstwie innych tradycyjnych religii przez długi czas praktycznie 
wszyscy znaczący kapłani byli mężczyznami. Prawda, że zawsze 
istniały i zakonnice, czy kobiecy laikat, ale nawet dzisiaj nie 
ma mowy o równouprawnieniu płci. W większości tradycyjnych 
świętych ksiąg - Biblii, Koranie, Upaniszadach* i w prawie całej 
literaturze buddyjskiej 
- jeśli w ogóle wspomina się o kobietach, 
to  paternalistycznym,  protekcjonalnym  tonem,  nawet  jeśli  rzekomo  sławi  się  ich 
przymioty. Kobiety są strażniczkami życia, rodzą dzieci, stanowią słabszą płeć, która 
potrzebuje  ochrony  przed  tym  surowym  światem.  Bla,  bla,  bla.  Większość 
starodawnych  religii  postrzega  kobietę  bardziej  jako  własność  niż  jako  człowieka.  
Człowiek  ma  gospodarstwo,  kozy,  bydło  i  żonę.  W  tym  kraju  kobiety  mają  prawo 
głosu od niecałych stu lat. Nie znudziłam cię jeszcze?  -  Mów dalej. 

-  Więc dobrze. Filozofie chcą zachować kobiety bose i ciężarne, 
pilnujące domowego ogniska, podczas gdy chłopcy zajmują się 
poważnymi sprawami. Z nielicznymi wyjątkami, takimi jak kulty 
bogiń, czarownice i temu podobne, jeszcze do niedawna kobiet nie 
traktowano poważnie, kiedy szło o sprawy doktryny i praktyki, 
nawet w bardziej „neutralnych” 
 
 Hinduskie  teksty  filozoficzne,  napisane  w  sanskrycie,  należące  do  Wed,  czyli 

zbiorów świętych ksiąg [przyp. tłum.]. 

 
religiach. Do dziś w katolicyzmie kobiety nie mogą być kapłankami. 

W niektórych krajach muzułmańskich kobietom wciąż nie wolno pokazywać twarzy w 
miejscach  publicznych.  Buddyzm  nie  jest pod tym względem aż tak zły, jak niektóre 
inne  religie,  a  w  ciągu  ostatnich  stu  lat  poczynił  znaczne  postępy,  ale  poważni 
teologowie nadal uważają - choć teraz już by się do tego nie przyznali - że kobiety nie 
są  w  tych  sprawach  tak  samo  dobre,  jak  mężczyźni.  Abstrahując  od  różnic 
fizycznych,  kobiety  nie  myślą  w  taki  sam  sposób,  jak  mężczyźni.  Szachistki  na 
najwyższym  poziomie  ustępują  arcymistrzom  płci  męskiej.  Większość  mężczyzn 
odznacza  się  lepszą  orientacją  przestrzenną  niż  kobiety  i  lepszymi  zdolnościami 
analitycznymi, kojarzonymi z lewą półkulą mózgową. Mężczyźni - i niektóre kobiety - 
uważają,  że  jest  to  powód,  dla  którego  to  oni  powinni  przewodzić.  O 

background image

równouprawnieniu  płci  mówi  się  od  dawna,  ale  w  praktyce  coś  takiego  jeszcze  nie 
istnieje. 

Jay  skinął  głową.  Wiedział  o  tym.  Domyślał  się  też,  do  czego  Saji  zmierza,  ale 
zachęcił ją, żeby mówiła dalej. 

-    W  wielu  kręgach  starych  mężczyzn  darzy  się  znacznie  większym  szacunkiem  niż 
młode  kobiety.  Prawda,  to  prawda,  ale  mnóstwo  ludzi  patrzy,  kto  ją  głosi,  zanim 
zdecydują się ją zaakceptować.  Znasz ten stary dowcip z Hollywood o producencie i 
scenarzyście?  Scenarzysta wysyła scenariusz producentowi, któremu bardzo zależy 
na  czasie.  Mijają  tygodnie,  a  producent  nie  oddzwania.  W  końcu  scenarzysta 
telefonuje  do  producenta.  -  No  i  co,  przeczytałeś  ten  scenariusz?  -  pyta.  -  Tak, 
przeczytałem.  -  No  i  co  o  nim  myślisz?    -    Producent  mówi:  -  Nie  wiem,  co  mam 
myśleć, oprócz mnie nikt jeszcze tego nie czytał. 

Pokręciła  głową.  -  Z  religią  jest  czasem  podobnie.  Jeśli  masz  wybór  między 
siedemdziesięcioletnim  mężczyzną  a  dwudziestokilkuletnią  dziewczyną  i  oboje 
oferują  ci  perły  mądrości,  bez  wątpienia  wybierzesz  starszego  pana.  Stary  i  mądry 
jest lepszy niż młoda i głupia. 

-    To  bez  sensu  -  powiedział  Jay. -  Jeśli  jesteś równie dobra, jak starszy facet, twój 
wiek  i  płeć  nie  powinny  mieć  znaczenia.    Liczy  się  to,  co  mówisz,  a  nie  to,  kto  to 
mówi. 

Nagrodziła  go  promiennym  uśmiechem.  -  Kocham  cię.  Ożeń  się  ze  mną  -  
powiedziała. 

Spojrzał zdziwiony. - Że co? 

Roześmiała  się  głęboko,  melodyjnie.  -  Wrócimy  jeszcze  do  tej  części  dharmy.  Jak 
twoje polowanie na bestię? 

Westchnął. - Wkrótce zrobi się doprawdy przerażające. 

-  I dlatego tu jestem. Sądzę, że powinnam pójść z tobą. 

Środa, 13 kwietnia 
Londyn, Anglia 
Stephens  prowadził  Bentleya  ze  stosowną  prędkością.  Jechali  do  zakładów 
komputerowych.  Goswell  rozparł  się  wygodnie  na  tylnym  siedzeniu.  Wewnątrz 
samochodu  unosił  się  przyjemny  zapach  piżma,  pochodzący z olejku, służącego do 
konserwacji  skórzanych  obić.    Ruch  był,  jak  zwykle,  okropny,  ale  Stephens  potrafił 
sobie  poradzić  ze  wszystkim,  co  mogło  spotkać  kierowcę  na  ulicach  Londynu. 
Goswell lubił jeździć samochodem. 

Po jakimś czasie Stephens powiedział: - Milordzie, telefon do pana. Sir Harold. 

-  Odbiorę. 
Stephens podał mu komórkę. - Cześć, Harry. 
-  Cześć, Gossie. Jesteś w drodze? 
-    Tak,  w  samochodzie.  Wybieram  się  na  małą  inspekcję  do  moich  zakładów. 
Personel musi przecież wiedzieć, że mam na nich oko, prawda? 
-  Oczywiście. Hm... Gossie, wiesz... 
-  Masz jakieś zmartwienie, Harry? 
-    No  tak.  Rozmawiałeś  niedawno  z  człowiekiem,  który  przedstawił  się  jako 
Łamignat? W związku z pewną delikatną sprawą, o której mówiliśmy w klubie? 
-  Tak, przypominam sobie. 
-  Hm... zdaje się, że ten Łamignat... zszedł z tego świata. 

background image

-  Ojej. 
-  Tak. I to dość nieoczekiwanie. 
-  Nagła choroba? 
-    Obawiam  się,  że  bardzo  nagła.  Dano  mi  do  zrozumienia,  że  stało  się  to,  kiedy 
zajmował się właśnie tą delikatną sprawą. Że jego... odejście było w pewnym sensie 
bezpośrednim rezultatem tego, czym się zajmował. 
-  Co za pech. 
-  Prawda? 
-  Cóż, to się zdarza. 
-  Tak. Chciałbyś, żebym dał znać wspólnikom pana Łamignata? Może któryś z nich 
byłby zainteresowany kontynuowaniem tej sprawy?  Goswell zastanawiał się nad tym 
przez chwilę. 
-  Bardzo  to  przyzwoicie  z  twojej  strony,  Harry,  ale  chyba  powinniśmy  trochę 
zaczekać. 

-  Jak uważasz, Gossie. Bardzo mi przykro z powodu tego, co się stało. 

-    Ależ  Harry,  przecież  to  nie  twoja  wina.  To  oczywiste,  że  nie  doceniłem  stopnia 
złożoności problemu. Nie myśl już o tym.  Oddając telefon komórkowy Stephensowi, 
Goswell intensywnie rozmyślał. A więc pan Łamignat wącha teraz kwiatki od korzeni.  
Co oznaczało, że Peel albo miał szczęście, albo był dobry, a zapewne jedno i drugie. 
W  jakimś  sensie  Goswell  był  dumny,  że  jego  człowiek  potrafił  ustrzec  się  zamachu, 
którego próbował dokonać inny zawodowiec. Z drugiej strony znaczyło to jednak, że 
Peel będzie się miał na baczności bardziej niż kiedykolwiek i teraz podwójnie trudno 
będzie go wyeliminować. 

Hm. Z pewnością ma o czym myśleć. 
-  Za chwilę dojeżdżamy, milordzie. 
-  Co? A, tak, dobrze. 
No  cóż,  trzeba  po  kolei.  Najpierw  należy  się  upewnić,  że  Bascomb-Coombsowi  nic 
nie  grozi.  Potem  przyjdzie  czas  na  zastanowienie  się,  co  zrobić  z  tym  renegatem 
Peelem. 
środa, 13 kwietnia Londyn, Anglia 
Mamy przełom, pułkowniku - powiedział Fernandez. 
Howard uniósł wzrok znad sterty raportów, które właśnie czytał.  Byli w tymczasowym 
biurze Michaelsa; dyrektor i jego zastępczyni poszli na rozmowę z którymś z szefów 
MI-6. 
-  Co to takiego? 

-    Pani  Cooper  właśnie  się  na  to  natknęła.  -  Podał  mu  fotografię,  wykonaną  na 
laserowej drukarce. 

Howard spojrzał. - Rużjo! 
-  Tak jest, sir. - Następnie zaległa dłuższa cisza. 
-  No, dalej, sierżancie, wyduście to już z siebie. Gdzie i kiedy? 
-  Sir. - Fernandez uśmiechnął się szeroko. 

-  W  Londynie  wezwano  wczoraj  policję  do  zajścia  w  małej  księgarni  koło  Piccadilly 
Circus.  Na  podłodze  znaleziono  zwłoki  z  raną  postrzałową.  Zmarłym  okazał  się 
niejaki  Henry  Wyndham,  były  agent  MI-5,  prowadzący  „agencję  ochroniarską”.  Z 
tego,  co  mówi  Cooper  wynika,  że  miejscowa  policja  podejrzewa,  iż  Wyndham  był 
bardzo  drogim  i  bardzo  dyskretnym  zabójcą,  wykonującym  zlecenia  bogatych 
klientów,  ale  nigdy  niczego nie udało mu się udowodnić. Okazuje się, że kula, którą 
dostał,  nie  zabiła  go;  najwyraźniej  przejechał  się na tamten świat za sprawą szybko 

background image

działającej  trucizny.  To  zdjęcie  pochodzi  z  ukrytej  kamery  w  księgarni  i  przedstawia 
jednego z dwóch mężczyzn, którzy wyszli chwilę po tym, kiedy klienci usłyszeli strzał. 
A to jest ten drugi mężczyzna. 

Fernandez podał mu następne zdjęcie. 
-  Ktoś, kogo znamy? 
-  My nie. Cooper pracuje nad ustaleniem jego tożsamości. 
Howard skinął głową. - A więc Rużjo wciąż jest w Londynie. 
Zastanawiam się, dlaczego. 
-  Dlaczego tu jest, czy dlaczego kogoś zabił? 
-  Jedno i drugie. 
-    Cóż,  może  to  był  tylko  przypadek.  Szukał  właśnie  jakiejś  dobrej  powieści  Agathy 
Christie,  chcąc  uprzyjemnić  sobie  czas  lekturą,  kiedy  nagle  kogoś  stuknięto  za 
najbliższym regałem.  -  Jasne. Da się ustalić, czym ostatnio zajmował się zabity? 
-  Cooper i nad tym pracuje, sir. 

Howard znów energicznie skinął głową. - Dobrze. Jest sens, żebyśmy porozmawiali z 
personelem księgarni? 

-  Cooper przyśle nam raporty policyjne, mówi, że za kilka minut będziemy je mieli w 
komputerze.  Ale  mówi  też,  że  nikt  nie  zwrócił  uwagi  na  tych  dwóch,  ani  kiedy 
wchodzili,  ani  kiedy  wychodzili.    -    Założę  się,  że  pan  Wyndham  widział  ich,  kiedy 
wchodzili.    -    Ale  nie  kiedy  wychodzili.  Policjanci  mówią,  że  nie  widzieli  jeszcze 
czegoś  takiego.  Nieboszczyk  miał  przy  sobie  broń.    Przypuszcza  się,  że  ktoś 
przystawił  mu  lufę  do  pleców,  a  on  usiłował  odskoczyć  na  bok.  Dostał 
małokalibrowym pociskiem z bardzo małej odległości i patolog mówi, że ta pestka by 
go nie zabiła. Musiał chyba zrozumieć, że przegrał i sam się skasował.  Trucizna była 
jedną  z  tych  nowych  neurotoksyn.  Facet  miał  półtorej  minuty  życia  od  chwili,  kiedy 
rozgryzł kapsułkę.  -  Ciekawe. 

-  Prawda? 

-  Cóż, nie stój tak tutaj, idź spytać panią Cooper, czy nie miałaby dla ciebie czegoś 
pożytecznego do roboty. Jesteśmy blisko, Julio. Dostaniemy go, czuję to. 

-  Aha. 

Środa, 13 kwietnia 
Waszyngton, Dystrykt Columbia 
Był  słoneczny,  bezwietrzny  dzień,  idealny  na  rzucanie  bumerangiem.  Tyrone’a 
rozpierała duma, kiedy szedł na boisko.  Bella znów się do niego uśmiechała, chciała 
się  z  nim  spotykać,  zaprosiła  go  do  swojego  domu  na  dzisiejszy  wieczór!  Życie jest 
piękne, po prostu cudowne. 

Na boisku zobaczył Nadine. Fajnie. 
Ale kiedy do niej podszedł, Nadine już się pakowała. 
-  Cześć, Nadine. 
-  Cześć, Tyrone. 
-  Już idziesz? 
-  Ręka mnie trochę boli. Nie chcę jej sforsować. 
-  Mam maść ibuprofenową. 
-  Nie trzeba. Też mam, w domu. Do zobaczenia. Coś tu było nie tak, jak trzeba. Czuł 
to, ale nie potrafił określić, co to takiego. - Coś nie tak? 
Spojrzała  mu  prosto  w  oczy.  -  Powiedziałam  ci,  że  ręka  mnie  boli.    Zapomniałeś 
włączyć protezę słuchową? - Powiedziała to zdecydowanie ostrym tonem. 

background image

-  Spokojnie, przecież chyba wolno spytać? 

Wróciła  do  pakowania  plecaka.  -  Co  cię  to  obchodzi?  Nie  musisz  się  zadawać  z 
takimi jak ja. Masz Belladonnę. 

-  A co to ma do rzeczy? 

Zapięła  plecak,  podniosła  i  zarzuciła  sobie  na  ramię.  -  Nie  udawaj,  Tyrone,  dobrze 
wiesz, co to znaczy. Jak się ma księżniczkę, to się nie zadaje z pospólstwem. 

-  O czym ty mówisz? 

-  Chcesz mnie zmusić, żebym powiedziała wprost, tak? Proszę bardzo. Masz piękną 
dziewczynę, więc nie będziesz się zadawał z brzydkimi. 

-  Kto jest brzydki? 

Uśmiechnęła  się  smutno.  -  Chcesz  mi  powiedzieć,  Tyr,  że  mam  tę  samą  klasę,  co 
Bella? Że wolałbyś się pokazywać ze mną, a nie z nią? 

Osłupiał. Nie mógł zebrać myśli. O co tej Nadine chodzi?  Oczywiście, że Bella była 
ładniejsza. Była najładniejszą dziewczyną w szkole! No i co z tego? 

Zastanawiał  się,  co  Nadine  miała  na  myśli  i  co  on  powinien  powiedzieć,  kiedy 
dziewczyna pokręciła głową. - No tak. Do zobaczenia, Tyrone. 

Założyła plecak na drugie ramię i odeszła. 

Patrzył za nią i chociaż był przekonany, że nie zrobił nic złego, czuł się winny. Oblał 
właśnie jakiś egzamin i nawet nie wiedział, jaki. 

Niech  to  licho.  Żałował,  że  ojca  nie  ma  w  domu.  Tata  znał  się  na  takich  sprawach. 
Bardzo chciałby z nim pogadać. 

Środa, 13 kwietnia (Londyn, Anglia 

Toni była pewna, że coś jest nie w porządku. Drobne pęknięcia w murze, jakim Alex 
odgradzał  swoje  uczucia  i  emocje, zostały uszczelnione, naprawione i zamalowane. 
Nie chodziło o to, co mówił i robił, lecz o niewidoczną, a jednak wyczuwalną zmianę 
w jego postawie. Lata treningu sztuk walki wyrobiły w niej skłonność do patrzenia na 
świat  w  kategoriach  fizycznego  starcia.    Ni  stąd,  ni  zowąd  Alex  przybrał  nagle 
postawę  obronną.  Kiedy  się  poznali,  miał  wysoko  uniesioną  gardę,  ale  opuścił  ją, 
kiedy  się  związali,  zaczął  ją  dopuszczać  bliżej  do  siebie.  A  teraz  był  skulony  i  cofał 
się, osłaniając twarz. 

Toni  niepokoiła  się  tym,  siedząc  w obcym biurze tak daleko od domu. Co się stało? 
Pewnie, wiele spraw zwaliło mu się na głowę, perspektywa batalii o prawo do opieki 
nad  córką,  szalony  haker,  a  i  w  ich  związku  też  czasami  coś  zaiskrzyło,  ale  to 
wszystko nie tłumaczyło nagłego dystansu między nimi...  -  Pani Fiorella? 

Uniosła wzrok. Cooper. - Tak? 
-  Wasz pułkownik Howard ma informacje o zabójcy, którego ściga. 
Chciałby usłyszeć pani opinię. Jest w małej sali konferencyjnej. 
-  W porządku, zaraz tam będę. 
Cooper  wyszła,  a  Toni  odłożyła  na  bok  troskę  o  Alexa.  Miała  dużo  do  zrobienia  i 
chociaż Alex z pewnością był czynnikiem, który jej to komplikował, nie mogła siedzieć 
tak  przez  cały  dzień  i  martwić  się  o  swoje  życie  uczuciowe.  Wzięła  notebooka  i 
poszła do sali konferencyjnej zobaczyć się w Howardem. 

background image

Howard odwrócił się od holograficznego projektora, kiedy Toni Fiorella weszła do sali. 
Julio już tu był, ale Angela Cooper i Alex Michaels rozmawiali z kimś z kierownictwa 
MI-6 i mieli przyjść za kilka minut. 

-  John, co mamy? 

-  Witaj, Toni. Dyrektor będzie tu za chwilę, pani Cooper poszła po niego; chciałem ci 
przekazać najnowsze informacje w sprawie Rużjo. 

-  Jasne, mów. 

Przedstawił jej sytuację, korzystając z projektora holograficznego. Najpierw pokrótce 
zreferował  to,  co  już  wiedziała,  a  potem  przeszedł  do  nowych  informacji.    Projektor 
wyświetlił obraz z ukrytej kamery w księgarni. - Ten mężczyzna wyszedł stamtąd po 
zajściu, prawie w tym samym czasie, co Rużjo. Pani Cooper i jej ludzie ustalili, że to 
Terrance  Arthur  Peel,  emerytowany  major  armii  brytyjskiej.  Julio,  mógłbyś 
przedstawić resztę? 

-    Peel  robił  całkiem  przyzwoitą  karierę  w  wojsku,  dopóki  kilka  lat  temu  nie  wysłano 
go  do  Irlandii,  do  kontyngentu  brytyjskiego  w  jednej  ze  stałych  baz,  przewidzianych 
traktatem. Pokój jest tam bardzo kruchy, różne ugrupowania wciąż agitują i z tego co 
wiemy  wynika,  że  Peel  był  odpowiedzialny  za  incydent,  który  mógł  stać  się 
zagrożeniem dla pokoju. Przyłapał paru miejscowych na robieniu czegoś, czego robić 
nie  powinni  i  biciem  zmusił  ich  do  przyznania  się  do  winy.  Najwyraźniej  on  i  jego 
ludzie  okazali...    nadgorliwość.  Rezultatem  było  trochę  poważnych  obrażeń  i  czyjaś 
śmierć. 

Toni skinęła głową. 

Fernandez  mówił  dalej.  -  Armia  brytyjska  niezbyt  chętnie  udziela  informacji  na  ten 
temat,  ale  najwyraźniej  Peela  postawiono  przed  wyborem:  odejdzie  z  wojska  albo 
zostanie  pociągnięty  do  odpowiedzialności.  Przeszedł  więc  na  emeryturę,  a  sprawę 
zatuszowano. Kiedy znów się pojawił, był już szefem ochrony tutejszego arystokraty, 
lorda  Geoffreya  Goswella.  Nowy  szef  Peela  jest  arystokratą  bogatszym  od  Midasa. 
To  leciwy  miliarder,  do  którego  należy  kilka  firm,  produkujących  wszystko,  od 
komputerów po keczup. 

Toni  zastanawiała  się  przez  chwilę  nad  tą  informacją.  Domyślała  się,  do  czego  to 
zmierza,  ale  chciała  usłyszeć,  co  Howard  o  tym  sądzi.  Przeniosła  spojrzenie  z 
Fernandeza  na  pułkownika.    -  Rozumiem.  I  prowadzi  was  to  do  przypuszczenia, 
że...?    Howard  wzruszył  ramionami. -  Naprawdę  nie  mamy  jeszcze  dość  informacji, 
żeby  wyciągać  jakieś  wnioski.  Ale  to  naprawdę  niesamowity  zbieg  okoliczności,  że 
były  agent  wywiadu  zostaje  postrzelony  i  otruty  w  księgarni,  z  której  po  paru 
sekundach  wychodzi  znany  zabójca  i  były  major,  wyrzucony  z  wojska  za  zabicie 
więźniów. Gdybym był hazardzistą, założyłbym się, że ci dwaj mają coś wspólnego z 
tą  śmiercią.  I  że  coś  ich  łączy.    -    Myślisz,  że  Rużjo  pracuje  dla  Peela?  Że  został 
wynajęty do załatwienia tego faceta z księgarni? 

-    Jak  już  powiedziałem,  za  wcześnie  na  zbyt  daleko  idące  wnioski,  ale  na  pewno 
powinniśmy porozmawiać z tym Peelem. Nawet jeśli jest niewinny, to przecież był w 
tej  księgarni,  kiedy  wydarzył  się  ten  incydent  i  musiał widzieć wychodzącego Rużjo. 
Gdyby  Rużjo  wyszedł  o  sekundę  później,  Peel  deptałby  mu  po  piętach.    Toni  znów 
skinęła głową. - W porządku. Jak to zrobimy?  -  Cooper to zorganizuje. My możemy 
uczestniczyć jako obserwatorzy. Broń nie będzie potrzebna. Najwyraźniej lord jak mu 
tam jest nieźle ustosunkowany i pozostaje poza wszelkim podejrzeniem. 

background image

-    Jasne  -  mruknął  Fernandez.  -  Zastukamy  do  drzwi,  zaproszą  nas  na  herbatkę,  a 
potem  grzecznie  spytamy  majora,  czy  nie  strzelał  ostatnio  do  kogoś  w  księgarni.  A 
major odpowie, że tak się akurat złożyło i spyta, czy to jakiś problem. Oni wszyscy są 
tu tacy cywilizowani. 

Toni wybuchła śmiechem. 

Na  podstawie  tego,  jak  się  śmiała,  Howard  doszedł  do  wniosku,  że  nie  rozmawiała 
jeszcze  z  dyrektorem o Angeli Cooper. Cóż, nie była to jego sprawa i na pewno nie 
zamierzał... 

Jego  virgil  zasygnalizował  prywatną  rozmowę.  Howard  zmarszczył  brwi.  Co  prawda 
nie był w warunkach polowych, więc nie zablokował prywatnych połączeń, ale telefon 
od żony był czymś raczej niezwykłym. - Przepraszam na chwilę - powiedział. Odszedł 
od stołu konferencyjnego i odpiął virgila od paska. 

Zdając sobie sprawę, gdzie się znajduje, nie włączył trybu wideo. 
-  Tak? 
-  Cześć, tato. 
-  Cześć, Tyrone. Wszystko w porządku? Jak mama? 
-  Mama ma się dobrze, w domu wszystko gra, tato.  Howard odetchnął z ulgą. Czyli 
żaden wypadek samochodowy ani nic podobnego. - O co chodzi, synu? 
-  Nie chciałbym ci zawracać głowy, jeśli jesteś zajęty. 
-  Nie jestem zajęty. Mów. 
Cisza, która zaległa w słuchawce, przeciągała się. 
-  To rozmowa międzykontynentalna, Tyrone. Licznik bije. 
-  Przepraszam. No więc jest u mnie w szkole taka dziewczyna...  Howard uśmiechał 
się,  słuchając  syna,  który  przedstawiał  swój  problem.  Gdyby  go  spytano,  czy  nie 
chciałby  się  cofnąć  w  czasie  i  przeżyć  życie  jeszcze  raz,  powiedziałby,  że  nie  ma 
mowy. Nie popełnił aż tylu błędów, żeby za karę powracać do okresu dojrzewania, co 
to, to nie. 
Fiorella i Fernandez nie zwracali na niego uwagi, wpatrzeni w holograficzne obrazy z 
komputera. Po jakimś czasie przyszli Cooper i Michaels. 

Jego syn dobrnął wreszcie do końca. - No i co o tym sądzisz, tato? 

-  Cóż, może się mylę, ale ta dziewczyna z bumerangiem chyba cię lubi. I może jest 
trochę zazdrosna o Bellę. 

-  Tak myślisz? 

-    Tak.  I  chyba  ma  powody.  Dlaczego  lubisz  się  spotykać  z  Nadine?    -    Bo  potrafi 
rzucać, tato, i to jak. Jest inteligentna, wesoła, a ramię ma takie, że człowiek oddałby 
za nie kolekcje komiksów.  -  Ale nie jest zbyt ładna? 

-  Raczej nie. 
-  A Bella? 
-  Rety, tato, Bella jest wspaniała! 
-  Ale jeśli dobrze pamiętam, potrafi być czasem okrutna? 
Pamiętasz naszą rozmowę zaraz po tym, kiedy puściła cię kantem? 
-  Tak. 
-    Raz  już  ci  nieźle  dokopała.  Możesz  mieć  pewność,  że  nie  zrobi  tego  znowu,  jeśli 
będzie miała ochotę? 
-    Ee...  nie.  Ale  może  zdała  sobie  sprawę,  że  popełniła  błąd.   -    Albo  ty zrobiłeś się 
bardziej atrakcyjny, bo jakaś inna dziewczyna się tobą zainteresowała. 

background image

-  Nadine? Nie, nie mogę sobie wyobrazić, żeby Bella czuła się przez nią zagrożona. 
Nadine nie jest dziewczyną, za którą chłopcy odwracaliby się na ulicy. 

-    Jeśli  jest  inteligentna,  wesoła  i  wysportowana,  inne  dziewczyny  mogą  czuć  się 
zagrożone, zwłaszcza, jeśli same nie mają tych cech. 

-  Chcesz powiedzieć, że Bella jest zazdrosna 
o Nadine? 
Howard  zachichotał.  W  głosie  Tyrone’a  było  tyle  zdziwienia.    Zupełnie,  jakby 
powiedział  mu,  że  za  chwilę  przyleci  do domu w ten sposób, że podskoczy i będzie 
szybko machał rękami.  -  Co jeszcze się zmieniło, synu, od czasu, kiedy cię rzuciła? 

-  Nic. - Znów chwila ciszy. A potem: - O, kurczę. 

-    Jest  przyjemnie,  kiedy  ktoś  się  tobą  interesuje -  powiedział  Howard. -  Ale  musisz 
się zastanowić, kto to taki i dlaczego. Nie możesz winić dziewczyny za twarz i figurę, 
jaką  dostała  od  Boga,  a  jednocześnie  pamiętaj,  że  atrakcyjny  wygląd  nie  jest  też 
niczyją zasługą. No, chyba że ktoś zapłacił wielkie pieniądze za operację plastyczną. 

-  O czym ty mówisz, tato? 

-  Gdyby Bella nie była piękna, gdyby była zwyczajna, czy wręcz brzydka, chciałbyś z 
nią spędzać czas? Ma w sobie coś pociągającego, nie licząc wyglądu? Zatrzymałbyś 
się, żeby z nią porozmawiać, gdyby nie było na co popatrzeć? 

Ta cisza w słuchawce robiła się naprawdę kosztowna. 
-  Ee... 
-  Pomyśl nad tym. Nie śpiesz się. 
-  O rety. Chyba już się rozłączę. Dzięki, tato. 
-  Pozdrów ode mnie mamę. 
-  Na pewno. Cześć. 
-  Cześć, synu. 
Howard  przypiął  virgila  z  powrotem  do  paska.  Jako  żołnierz,  często  bywał  poza 
domem, taki już był żołnierski los, ale żałował, że nie ma go, kiedy syn go potrzebuje. 
Mężczyzna  musi  robić  to,  co  do  niego  należy,  ale  ma  też  odpowiedzialność  wobec 
rodziny.  A  syn  potrzebował  pomocy  ojca.  W  jaki  sposób  przekazać  wartości,  które 
powinien mu przekazać, nauczyć rozwiązywania problemów. Musiał o tym pamiętać. 
To ważne. 
Górna kreda, środa, 13 kwietnia obszar dzisiejszej Europy Zachodniej Paprocie były 
wysokie, jak sosny, ważki wielkości jastrzębi uwijały się w upale wśród bujnej zieleni, 
polując  na  moskity,  które  mogłyby  ujść  za  chude  wróble.  Było  pierwotnie,  gorąco  i 
wilgotno,  o  wiele  bardziej  niż  w  tropikalnej  dżungli.    Szeroki  Humvee  zjechał  po 
wielkim  kopcu  próchnicy,  który  za  dwadzieścia,  czy  trzydzieści  milionów  lat  miał  się 
stać  częścią  roponośnego  złoża.  Przednie  koło  po  stronie  pasażera  straciło 
przyczepność,  ale  pozostałe  trzy,  z  oponami  nabijanymi  kolcami,  uporały  się  ze 
spróchniałym  podłożem  i  po  chwili  pojazd  poruszał  się  z  powrotem  na  wszystkich 
czterech kołach. 

Jay mocno zacisnął zęby. 

Saji,  przypięta  pasem  w  fotelu  pasażera,  powiedziała:  -  Do  diabła,  Jay!  Może  ja 
poprowadzę? 

Jay wcisnął pedał gazu i Humvee wyrwał do przodu. - Jakbyś potrafiła sobie lepiej z 
tym poradzić. 

-  Nie wiem, jak mogłabym to robić gorzej. Chyba że zjechałabym z urwiska. 

background image

Teren  zrobił  się  trochę  Bardziej  płaski.  Kolce  opon  wbijały  się  głęboko  w  wilgotne 
podłoże. Prędkość wzrosła. - To wcale nie jest takie łatwe, jak się wydaje. 

-  Patrząc, jak ty to robisz, nikomu na pewno nie przyjdzie na myśl słowo „łatwo”. 

Szykował  się  właśnie  do  ciętej  riposty,  kiedy  zobaczył  połamane  paprocie.  Zwolnił, 
podjechał bliżej powalonych roślin, zatrzymał się i przerzucił dźwignię na luz. Spojrzał 
na  Saji.  -  Wyjdę  się  rozejrzeć.  Możesz  zostać  w  wozie,  jeśli  chcesz.  Zajmij  się 
karabinem maszynowym. 

Na Humwee zamontowany był z tyłu karabin maszynowy Browning, chłodzony wodą, 
zasilany  z  taśmy  nabojami  kalibru  0,50  cala.    Mieli  też  ręczną  wyrzutnię 
naprowadzanych  laserem  rakiet  przeciwczołgowych  i  sześć  pocisków  rakietowych. 
Jay zastanawiał się nad zabraniem karabinów i strzelb, ale uznał, że nie warto sobie 
zawracać  głowy.  Za  mała  siła  ognia.  Najchętniej  przybyłby  tu  czołgiem,  z  którego 
mógłby  strzelać  pociskami  przeciwpancernymi  z  uranu,  ale  w  tym  scenariuszu 
największą  bronią,  jaką  mógł  udźwignąć,  była  wyrzutnia  rakiet.  Coś  bardziej 
potężnego po prostu by nie zadziałało. 

Niestety. 

-    Wolałabym  nie  dotykać  broni  -  powiedziała  Saji.  Miała  na  sobie  szorty  i  koszulę 
khaki,  a  na  nogach  podwinięte  podkolanówki  i  marszowe  buty  Nike.  Jay  zastanowił 
się, jak wygląda bez ubrania.  -  W porządku, więc przesiądź się na moje miejsce. Nie 
gaś  silnika,  może  będziemy  musieli  odjeżdżać  w  pośpiechu.    Wysiadł  i  ruszył  do 
powalonych  pni  paproci  po  dość  sprężystym  podłożu,  pokrytym  czymś,  co 
przypominało mech. 

Śladu, który spostrzegł, nie sposób przeoczyć. Trzy pazury i poduszka, bez pięty. Na 
dnie  zebrało  się  trochę  wody.  Odcisk  był  tak  wielki,  że  gdyby  wypełnić  go  wodą  po 
brzegi, można by w nim usiąść i wziąć kąpiel. 

Jay  przełknął  ślinę.  Jezu,  co  za  monstrum.  Ruszył w kierunku, wskazywanym przez 
pazury.  Osiem  metrów  dalej  zobaczył  następny  odcisk,  a  potem  trop  wiódł  przez 
zarośla,  jakby  ktoś  przejechał  przez  dżungle  wielkim  traktorem,  zwalając  wszystko, 
co napotkał na drodze. 

Jay  patrzył  na  ten  szlak  zniszczenia.  To  nie  był  traktor,  o  nie.    To  Rex  Regum,  król 
królów,  Carnosaur  Supreme,  najpotężniejszy  drapieżca.  Przeciętny  tyranozaur 
wyglądał  przy  nim  jak  niewinna  iguana.  Ten  zwierz  mógł  przemierzyć  boisko 
piłkarskie zaledwie kilkunastoma krokami. Miał chyba z piętnaście metrów wysokości, 
nie licząc ogona. 

Pójście  jego  śladem  nie nastręczało żadnych trudności. Za to nasuwało się pytanie, 
podobnie  jak  w  wypadku  psa,  goniącego  samochód:  Co  zrobi,  jeśli  go  dopadnie? 
Karabin  maszynowy  mógł  się  okazać  niewystarczający  na  taką  bestię.  Jay  wiedział 
też, że jeśli podejdzie na tyle blisko, żeby użyć wyrzutni pocisków rakietowych i chybi, 
nie będzie już miał okazji strzelić drugi raz. 

Zawrócił do Hunwee. - Przesiądź się - powiedział do Saji.  -  Pójście tym tropem nie 
powinno stanowić problemu - powiedziała. 

-  Raczej nie. - Wrzucił bieg i ruszył po śladach bestii. Od kiedy jego mózg ponownie 
zaczął funkcjonować, choć może nieco wolniej, Jay zmagał się z tym problemem bez 
końca, próbując znaleźć jakieś wyjaśnienie - jakiekolwiek - jak takie monstrum mogło 
istnieć. Kto potrafił je stworzyć. Według jego wiedzy technicznej, było to niemożliwe.  
Ale  teraz,  kiedy  jechali  wirtualnym  tropem  tej  bestii,  przypomniał  sobie  Sherlocka 

background image

Holmesa  i  jego  zasadę  dedukcji  -  jeśli  wykluczyć  wszystko,  co  niemożliwe,  to,  co 
zostanie, choćby zupełnie nieprawdopodobne, musi być prawdziwe. Nic, co było mu 
znane, nie dysponowało taką potęgą, a wiedział o komputerach naprawdę dużo. 

Ale  jeśli  coś  takiego  istniało,  to  czym  musiało  się  charakteryzować?  Nie  było  zbyt 
wielu  możliwości,  i  tylko  jedna  względnie  sensowna,  ale  była  to  możliwość 
teoretyczna,  nie  istniał  komputer,  który  pozwoliłby  ją  wykorzystać.    A  jeśli,  jakimś 
cudem, jednak istniał? 

-  Będzie lepiej, jeśli skręcisz tu w lewo - odezwała się Saji. 
-  Naprawdę? A już myślałem, że wjadę na to wielkie drzewo. 
-  Chciałam ci tylko pomóc. 
Pokręcił głową. - Przepraszam, zamyśliłem się. 
-  Nad czym? 
-  Nad pewną teorią. 
-  Chcesz o niej porozmawiać? 
Jay  spojrzał na szlak destrukcji, prowadzący przez wirtualną dżunglę. Musiał złapać 
tego  pociotka  Godzilli, im więcej o nim wiedział, tym lepiej. Dobre było wszystko, co 
przywróci mu jasność myśli. - No pewnie - powiedział. 
Środa, 13 kwietnia 
posiadłość „Cisy”, Sussex, Anglia 
Jego  lordowska  mość  udał  się  do  swego  klubu,  a  Peel  siedział  w  kościółku  przy 
telefonie.  Na  zewnątrz,  oprócz  stałej  ekipy  Peela,  był  jeszcze  facet  z  Czeczenii.  
Siedział  w  wynajętym  samochodzie,  wypatrując  potencjalnych  wrogów.  Peel  uznał, 
że nic mu tu chyba nie grozi, ale całkowitej pewności nie miał. 

Co  zrobić  z  tym  przeklętym  naukowcem?  Zabić  go  teraz?    Kiedy  Peel  nabrał 
podejrzeń,  że  być  może  BascombCoombs  nie  jest  wobec  niego  uczciwy,  przede 
wszystkim  spróbował  podjąć  milion  z  indonezyjskiego  banku.  Gdyby  udało  mu  się 
przetransferować  pieniądze  do  Anglii,  czułby  się  o  wiele  lepiej  i  wyzbyłby  się  wielu 
obaw.  Niestety,  wszelkie  transakcje  elektroniczne  były  chwilowo  niemożliwe  za 
sprawą  tego  piekielnego  komputera  Bascomb-Coombsa.  Na  ekranie  komputera,  z 
którego  Peel  zalogował  się  do  banku  pojawił  się  tylko  komunikat  TRANSFER  W 
TOKU,  a  ostateczne  potwierdzenie,  na  które  czekał,  nigdy  nie  nadeszło.    Nie  mógł 
wykluczyć,  że  było  to  spowodowane  awariami  systemów  komputerowych  na  całym 
świecie. 

Ale  nie  mógł  też  wykluczyć,  że  to  jakaś  chytra  sztuczka  Bascomb-Coombsa,  który 
wykorzystał  chaos,  do  jakiego  sam  doprowadził.  Zanim  wszystko  się wyjaśni, Peela 
mogło już nie być wśród żywych. 

-  Tu wiceprezes Imandihardjo - rozległ się głos w słuchawce. 
- W czym mogę panu pomóc? 
Mocniej  ujął  słuchawkę.  No,  nareszcie  jest  ten  cholerny  indonezyjski  bankier.  Peel 
przedstawił  się  nazwiskiem,  pod  jakim  Bascomb-Coombs  otworzył  mu  rachunek  i 
powiedział: - Chcę sprawdzić stan mojego konta. 
Oczyma wyobraźni zobaczył zdziwiony wyraz twarzy Indonezyjczyka. 
Sprawdzić stan konta? I do tego potrzebny jest komuś wiceprezes? 
-  Proszę podać hasło. 
Peel podał. 
Po dłuższej chwili bankier powiedział: - A, tak, już widzę. 
-  Ma pan informacje o moim koncie? 

background image

-    Tak,  sir,  oczywiście.  -  Ton  wiceprezesa  zmienił  się,  dało  się  wyczuć  uniżoność, 
najwyraźniej  spowodowaną  wrażeniem,  jakie  na  niezamożnych  ludziach  robią 
czasem wielkie sumy pieniędzy. Bardzo dobrze. 
-  Chciałbym przetransferować część moich pieniędzy do innego banku. 

-  Oczywiście, oczywiście. Zechciałby mi pan podać szczegóły? 

Peel wyrecytował numer swojego angielskiego konta i hasło.  Zamierzał przenieść te 
pieniądze na inne konto, kiedy tylko zostaną przekazane. Wiedział, że dopiero wtedy 
będzie  spokojny.    Chwilę  później  bankier  powiedział:  -  Ach,  sir,  chyba  mamy 
problemy z naszym systemem komputerowym. 

-  Doprawdy? 

-    Tak,  sir.  Jestem  pewien,  że  to  nic  poważnego,  ale  obawiam  się,  że  na  razie  nie 
mam  dostępu  do  żadnych  opcji  z  wyjątkiem  odczytania  stanu  konta.  Komputer  nie 
pozwala w tej chwili na dokonanie transferu. 

Peel pokręcił głową. No tak. 

-  Hm. Zdaje się, że ten problem dotyczy kilkudziesięciu rachunków. Jestem pewien, 
że  to  tylko  jakaś  drobna  awaria.    -    Chce  pan  powiedzieć,  że  nie  mogę  otrzymać 
moich pieniędzy, zanim nie zostanie usunięta? 

-  Obawiam się, że właśnie tak, sir. 

-    Rozumiem.  -  Peelowi  nie  trzeba  było  niczego  więcej.  Poczuł  nagle  bryłę  lodu  w 
żołądku. Nabrał głębokiego podejrzenia, że kiedy indonezyjski bank uważniej przyjrzy 
się  jego  pieniądzom,  te  okażą  się  elektronicznym  mirażem,  fatamorganą,  która 
rozpłynie się bez śladu. Bascomb-Coombs robił go w konia. 

-    Jestem  pewien,  że  wszystko  wkrótce  się  wyjaśni.  Proszę  zostawić  mi  numer 
telefonu, a zadzwonię do pana, kiedy tylko problem zostanie rozwiązany. 

Akurat. 

Mimo  wszystko  podał  mu  swój  numer,  ale  nie  uwierzył  w  pomyślny  finał.  Został 
oszukany i wiedział, kto to zrobił. 

Czas na pogawędkę z panem Bascomb-Coombsem. O, tak.  Ledwie o tym pomyślał, 
telefon zadzwonił. Rozmowa na linii prywatnej. 

-  Tak? 
-  Cześć, Terrance. - Aha, o wilku mowa. 
-  Cześć. 
-  Obawiam się, że mamy pewien problem. Wygląda na to, że jego lordowska mość 
wydał  polecenie  niedopuszczania  mnie  do...  mojej  zabawki.  Odciął  wszystkie 
połączenia,  o  których  wiedział  i  postawił  strażnika,  żebym  nie  mógł  wejść  do 
budynku.  -  Doprawdy? Ale dlaczego? 
-  Podejrzewam, że starszy pan mi nie ufa. 

I ma po temu wszelkie powody, pomyślał Peel. A potem zastanowił się nad słowami 
naukowca. - Powiedziałeś „wszystkie połączenia, o których wiedział?” 

Tryb  wideo  nie  był  włączony,  ale  Peel  oczyma  wyobraźni  zobaczył  uśmieszek, 
pojawiający  się  na  twarzy  Bascomb-Coombsa.    -    Bardzo  dobrze,  Terrance. 
Oczywiście  mam  kilka  łączy  cyfrowych  i  mikrofalowych,  o  których  nikt  inny  nie  wie. 
Nawet jedną linię, ukrytą w kablu zasilającym, na wypadek, gdyby komuś przyszło do 
głowy  użyć  urządzeń  zakłócających.  Musieliby  rozebrać  mój  komputer  na  kawałki, 

background image

żeby mnie od niego odciąć, a ponieważ nie wiedzą o moich łączach, nie zrobią tego. 
Wiedzą,  że  gdyby  go  wyłączyli,  może  im  się  nie  udać  uruchomić  go  z  powrotem.   -  
Rozumiem. I co dalej? 

-  Sądzę, że powinniśmy się zająć staruszkiem. Korzystając z twoich umiejętności. 

-  Tak myślisz? 

-    Obawiam  się,  że  tak.  Muszę  kończyć,  ale  niedługo  znów  do  ciebie  zadzwonię. 
Przemyśl to, dobrze? 

Naukowiec przerwał połączenie. Peel zapatrzył się w ścianę swojego biura. 

Boże,  ten  facet  miał  nerwy  ze  stali.  Chciał  zabić  jego,  Peela,  a  jednocześnie,  jakby 
nigdy nic, kazał mu zlikwidować ich wspólnego pracodawcę. Niesamowite. 

Peel  doszedł  do  wniosku,  że  będzie  dla  niego  najlepiej,  jeśli  pozbędzie  się  ich  obu. 
Bascomb-Coombs  musi  oczywiście  zejść  z  tego  świata;  Peel  nie  mógł  pozostawić 
przy  życiu  kogoś,  kto  próbował  go  zgładzić.  A  Goswell,  chociaż  stary  pryk,  nie  miał 
jeszcze kompletnej sklerozy. Prędzej, czy później zorientuje się, że jego szef ochrony 
wydał  go  na  pastwę  szalonego  naukowca.  Nie  przypuszczał,  żeby  starszy  pan 
chwycił  tę  swoją  dubeltówkę,  aby  go  rozwalić,  ale  z  pewnością  potrafiłby  sprawić, 
żeby  Peela  już  nigdy  nikt  nie  zatrudnił  w  całym  Zjednoczonym  Królestwie.  Nie 
przejmował się tym specjalnie, dopóki miał milion w banku, ale jeśli te pieniądze były 
tylko sztuczką Bascomb-Coombsa, Peel siedział po uszy w gównie. 

Jeśli  Bascomb-Coombs  zaginie,  a  jego  lordowska  mość  dostanie  tragicznego 
wylewu,  czy  zawału, Peelowi nic nie będzie zagrażać. Może nie osiągnie bogactwa, 
ale nie zostanie skompromitowany, więc dlaczego nie miałby sobie poszukać innego 
zajęcia?  Z  doskonałą  opinią,  na  jaką  sobie  zasłużył  u  Goswella,  na  pewno  znajdzie 
jakiegoś  innego  bogatego  głupca,  któremu  będzie zależeć na jego umiejętnościach.  
Zwycięstwo jest lepsze od porażki, ale czasem zachodziła konieczność ograniczenia 
strat  do  minimum  i  wycofania  się,  żeby  przygotować  następny  atak.  Ściągnął  tu 
Rużjo, ponieważ potrzebował kozła ofiarnego, w związku z planowanym zgładzeniem 
Goswella,  ale  teraz  sytuacja  się  zmieniła.  Jego  lordowska  mość  powinien  umrzeć  z 
przyczyn naturalnych, żeby żaden cień nie padł na szefa jego ochrony. 

A Bascomb-Coombs po prostu zniknie i nikt go nigdy nie odnajdzie.  Peel uśmiechnął 
się. Tak, sytuacja nie była najlepsza, ale jeszcze nie wszystko stracone. Czas zabrać 
się do dzieła i ruszać dalej. Pozabijać ich wszystkich, a Bóg już rozpozna swoich. Kto 
to powiedział? Chyba któryś z wczesnych papieży. Cóż, lepiej oni, niż ja, pomyślał. 

Środa, 13 kwietnia Londyn, Anglia 

Korzystając z chwili wytchnienia, Toni zadzwoniła do Carla Stewarta. 

-  Słucham. 
-  Carl? 
-  O, Toni. Jak się masz? 
-    Dziękuję.  Słuchaj,  jestem  tak  zapracowana,  że  nie  dam  rady  przyjechać  dziś 
wieczorem  na  trening. Przepraszam.  -  Nie ma sprawy. Będzie cię nam brakowało, 
ale rozumiem. 
-  Dzięki. 

Po chwili powiedział: - Ale jeść przecież musisz, prawda? Może umówilibyśmy się w 
tym  tygodniu  na  lunch,  albo  na  obiad?    Toni  poczuła  się  trochę  nieswojo. 
Zaalarmowały  ją  nie  tyle  słowa,  co  ton,  jakim  je  wypowiedział.  Chciał  się  z  nią 

background image

umówić na randkę?  Nie czuła się na siłach spytać go o to wprost. I co dalej? Spotkać 
się z nim? Spławić go?  Mogłaby powiedzieć, że ma za dużo pracy. Ale nie. Ostatnio 
za  często  zdarzało  się  jej  uciekać  do  różnych  wymówek  i  niedopowiedzeń.  Czas 
najwyższy wziąć byka za rogi.  -  Mówimy o dwojgu adeptach silat, spotykających się, 
żeby coś przegryźć, Carl, czy może o czymś innym? 

-    Cóż,  myślałem  raczej  o  dwojgu  ludziach,  którzy  dobrze  się  czują  w  swoim 
towarzystwie i mają wspólne zainteresowania.  Randka. 

Toni już miała mu powiedzieć, że jest związana z kimś innym i 
grzecznie odmówić. Mogła to zrobić... i nie zrobiła. Carl był tak 
pełen życia, atrakcyjny, i podziwiała jego umiejętności. Gdyby 
stanęli na gelanggang - był to termin, odpowiadający udeptanej 
ziemi - do walki na serio, on zostałby zwycięzcą, Toni nie miała 
co do tego żadnych wątpliwości. Znała niewielu ludzi, o których 
mogła to powiedzieć. Była pewna, że nawet jej guru, mająca teraz 
ponad osiemdziesiąt lat, nie mogłaby się już z nią mierzyć. Może 
przeceniała własne możliwości, ale była przekonana, że 
dorównywała większości adeptów sztuk walki 
- mężczyzn i kobiet 
- i że poradziłaby sobie z nimi w walce jeden na jednego. Ale wiedziała, że nie dałaby 
rady  pokonać  Carla.  I  w  pewnym  sensie  najbardziej  ją  to  w  nim  pociągało. 
Wyobraziła  sobie  przez  chwilę,  że  leży  naga  w  łóżku  z  tym  silnym,  sprawnym 
mężczyzną i nie była to nieprzyjemna wizja. Na pewno nie. Prawdę mówiąc...  Nagle 
ogarnęło  ją  poczucie  winy.  -  Widzisz,  Carl,  jestem  związana  z  Alexem.  Dziękuję  ci, 
ale myślę, że powinniśmy podchodzić do sprawy czysto profesjonalnie. 

-   Cóż, żałuję, ale, oczywiście, rozumiem. I doceniam twoją szczerość. Daj mi znać, 
kiedy będziesz mogła znów przyjść na trening. 

-  Na pewno. Dziękuję ci. 

Kiedy  odłożyła  słuchawkę,  naszły  ją  wyrzuty  sumienia.  Przez  chwilę  miała  wielką 
chęć  ulec  pokusie.  Teraz  martwiło  ją  to,  że  w  ogóle  mogła  coś  takiego  brać  pod 
uwagę.  Podziwiała  Carla,  może  nawet  pociągał  ją  fizycznie,  ale  przecież  kochała 
Alexa, a to ogromna różnica. A jednak przez chwilę wahała się, zastanawiała.  Cóż, 
stare  przysłowie  mówiło,  że  nikogo  nie  można  powiesić  za  jego  myśli  i  była  to 
prawda,  ale  też  człowiek  nie  mógł  zbyt  długo  oszukiwać  siebie  samego.  Jak  coś 
takiego w ogóle mogło jej przyjść do głowy? Niedobrze. 

(Środa, 13 kwietnia 
Londyn, Anglia 
Rużjo  poprawił  pistolet  Firestar  kalibru  9  mm,  który  miał  w  kaburze  na  biodrze,  pod 
wiatrówką,  przesuwając  chwyt  nieco  do  przodu,  żeby  było  wygodniej.  Poprzednia 
broń, którą dostarczył mu Peel, mała Beretta, spoczywała na dnie Tamizy, wytarta do 
czysta i rozłożona na kawałki, przy czym lufę wrzucił do rzeki o dobre cztery kilometry 
od miejsca, w którym pozbył się szkieletu. Nawet gdyby komuś udało się wydobyć te 
części, zanim przeżre je rdza, złożyć je, przeprowadzić próby balistyczne i ustalić, że 
kula  w  ciele  trupa  w  księgarni  została  wystrzelona  z  tego  pistoletu,  nie  miałoby  to 
znaczenia,  ponieważ  żaden  ślad  nie  prowadził  od  tej  broni  do  Rużjo.  Ale  jeśli 
człowiek  nie  pozostawia  niczego  przypadkowi,  istnieje  prawdopodobieństwo,  że 
ślepy traf zajdzie go od tyłu i wbije mu nagle zęby w kark.  Nowa broń niezbyt mu się 
podobała,  ale  w  razie  potrzeby  nadawała  się  do  użytku.  Był  to  solidny,  przyzwoicie 
wykonany  z  chromowanej  stali,  pistolet  samopowtarzalny,  z  mechanizmem 

background image

spustowym bez samonapinania, w działaniu bardzo podobny do wojskowych modeli 
starego  Colta  .45.  Niezawodna,  niewielka broń, chociaż dość ciężka. W magazynku 
mieściło  się  siedem  nabojów  z  pociskami  półpłaszczowymi  z  wybraniem 
wierzchołkowym,  naciętymi  na  czubkach,  żeby  zwiększyć  ich  podatność  na 
deformację,  a  tym  samym  siłę  rażenia.  Ósmy  taki  nabój  znajdował  się  w  lufie.  Ta 
amunicja nie została opracowana po to, żeby strzelać z niej do papierowej tarczy, czy 
dziurawić puste puszki w lesie. Miała poważnie ranić bądź zabijać. 

Rużjo  uśmiechnął  się.  Od  kilku  lat,  zwłaszcza  w  USA,  przemysł  zbrojeniowy  musiał 
odpierać  ataki  prawne  przeciwników  broni  palnej.  Od  pewnego  czasu  pozywali  oni 
producentów  broni  do  sądu,  zarzucając  im,  że  nie  wyposażają  swych  wyrobów  w 
wystarczające zabezpieczenia i nie ostrzegają o zagrożeniach. Jakież to było głupie, 
wprost trudno uwierzyć. Gdyby potraktować to całkiem serio, należałoby umieszczać 
podobne  ostrzeżenia  na  samochodach,  nożach,  nawet  na  zapałkach:  UWAGA! 
ZDERZENIE  TEGO  MAŁEGO  SAMOCHODU  Z  WIELKĄ  CIĘŻARÓWKĄ  GROZI 
ŚMIERCIĄ!  OSTRZEŻENIE!  TEN  NÓŻ  JEST  OSTRY  -  NIE  PRZYSTAWIAJ  GO 
SOBIE  DO  SZYI!    NIEBEZPIECZEŃSTWO!  ZAPAŁKI  MOGĄ  SPOWODOWAĆ 
GROŹNY DLA ŻYCIA POŻAR! 

Sama  koncepcja  umieszczania  ostrzeżeń  na  broni  wydawała  mu  się  piramidalnie 
głupia.  Co  innego  obowiązek  przechowywania  broni  w  zamknięciu,  żeby  nie  mogły 
się  do  niej  dostać  dzieci,  a  co  innego  wytłoczenie  na  lufie  napisu:  UWAGA!  NIE 
ŚCIĄGAĆ  SPUSTU  MIERZĄC  DO  CZŁOWIEKA!  Jeśli  ktoś  nie  wiedział,  co  to  jest 
broń palna i do czego służy, i tak nie byłby w stanie przeczytać takiego ostrzeżenia. 
Przypomniało  mu  się  ogłoszenie,  które  w  latach  jego  młodości  rozklejano  w 
trolejbusach w Czeczenii: 

JESTEŚ ANALFABETĄ? JEŚLI TAK, ZGŁOŚ SIĘ DO... 

Firestar  wykona  swe  zadanie,  a  w  razie  czego  Rużjo  miał  jeszcze  w  odwodzie 
parasol. 

Kupił 

też 

składany 

nóż 

Benchmade 

tactical 

folder 

dziesięciocentymetrowym hartowanym ostrzem, które mógł otworzyć jednym ruchem 
kciuka. 

Biorąc  pod uwagę tutejsze przepisy, Rużjo ze swymi dwoma sztukami broni palnej i 
nożem był prawdopodobnie uzbrojony lepiej niż ktokolwiek inny w tym kraju, łącznie z 
większością  funkcjonariuszy  policji.  Podobnie  jak  na  pustyni  w  Newadzie,  Rużjo 
odczuwał potrzebę posiadania broni. Przeczuwał, że wkrótce zrobi się gorąco. 

Zastanawiał  się,  czy  nie  wyjechać.  Mógł  wydostać  się  z  tego  kraju  statkiem, 
pociągiem,  czy  samolotem  i  ruszyć  do  domu,  klucząc,  żeby  nie  zostawiać  śladów, 
prowadzących  w  konkretnym  kierunku.    Mógłby  to  zrobić,  a  Peel  nie  zdążyłby  go 
powstrzymać, nawet gdyby chciał. 

Ale Rużjo był zmęczony. A konieczność oglądania się za siebie jeszcze to zmęczenie 
potęgowała.  Musiał  się  liczyć  z  tym,  że  Amerykanie  w  końcu  natrafią  na  jego  ślad. 
Nie  potrzebował  następnego  wroga,  który  deptałby  mu  po  piętach.  Postanowił,  że 
doprowadzi  do  końca  ten  interes  z  Peelem,  a  dopiero  potem  wyjedzie,  ale  na 
własnych warunkach. Tak, czy inaczej, znajdzie jakieś rozwiązanie, a kiedy już wróci 
do  domu,  będzie,  co  ma  być.    Peel  wyszedł  z  małego  kościoła,  skinął  mu  głową  i 
ruszył  do  swojego  samochodu.  Rużjo  odpowiedział  skinieniem  głowy  i  uruchomił 
silnik.  Znów  jechali  zobaczyć  się  z  tym  informatykiem;  poprzednio  do  spotkania  nie 
doszło,  ponieważ  Rużjo  wypatrzył  zamachowca,  który  następnie  zginął  w  księgarni.  

background image

Najwyraźniej  major  Peel  miał  wobec  pana  Bascomb-Coombsa  plany,  które 
naukowcowi na pewno się nie spodobają. 

Losem  naukowca  Rużjo  w  ogóle  się  nie  przejmował.  Zamierzał  pozostać z Peelem, 
dopóki  nie  nadarzy  się  sprzyjająca  okazja,  żeby  wyjechać.  Po  namyśle  doszedł  do 
wniosku, że to już niedługo. 

Środa, 13 kwietnia Waszyngton, Dystrykt Columbia W szkole odbywała się tego dnia 
jakaś  akademia.  Kiedy  się  skończyła,  Tyrone  wyszedł  na  korytarz,  machając  po 
drodze  do  Jimmy-Joego.  Postrach  korytarza  -    Dino  -  został  zawieszony  na  co 
najmniej dwa tygodnie i choć znalazłoby się jeszcze paru, których lepiej było unikać, 
żaden  z  nich  nie  stanowił  takiego  zagrożenia  jak  tamten  idiota.    W  drodze  do 
autobusu  zobaczył  Bellę.  Z  czytnikiem  w  ręku  przechadzała  się  i  śmiała  z  trzema 
koleżankami. Kiedy go spostrzegła, posłała mu uśmiech. 

-  Hej, Tyr, tutaj! 

Poczuł  nagle,  że  przepełnia  go  energia  i  podniecenie.  Ruszył  w  jej  stronę,  powoli, 
żeby  nie  wyglądało  na  to,  że  tak  mu  spieszno.    Starał  się  zachować  obojętną, 
kamienną  twarz,  pokazać,  jaki  jest  cool.  Bella  chciała  się  z  nim  zobaczyć?  W 
porządku, przepływ danych bez zakłóceń i tak dalej, nie ma sprawy. Ale powoli, bez 
pośpiechu.  Skończyło  się  raczej  na  dobrych  chęciach,  bo  znalazł  się  przy  niej  w 
okamgnieniu. 

-  Cześć, Bella. 

-    Wybieramy  się do centrum handlowego. Pojedziesz z nami?  Uśmiechnął się. I w 
tej  samej  chwili,  kiedy  otwierał  usta,  żeby  powiedzieć  jakby  od  niechcenia:  Jasne, 
dlaczego nie?” zobaczył Nadine, wychodzącą właśnie ze szkoły. 

Nadine spostrzegła go i odwróciła głowę. 

Bella  zainteresowała  się,  na  kogo  Tyrone  patrzy  i  sama  spojrzała  w  tamtą  stronę. 
Rzuciła  tylko  krótkie,  przelotne  spojrzenie  i  udawała,  że  nic  nie  było,  ale  Tyrone 
zorientował  się  w  sytuacji.    Nadine  została  poddana  inspekcji,  z  wynikiem 
negatywnym  i  od  razu  skreślona,  wszystko  w  pół  sekundy,  jeden  rzut  oka  i 
dziękujemy bardzo. 

I  nagle  Tyrone  Howard  w  wieku  prawie  czternastu  lat  znalazł  się  na  rozdrożu 
wiedząc, że stoi przed wyborem drogi na resztę swego życia. Drogi, które miał przed 
sobą,  rozchodziły  się  pod  kątem  prostym  i  nie  istniała  możliwość  przejścia  z  jednej, 
na drugą, kiedy już dokona wyboru. 

Masz  w  ręku telefon, Tyrone i dwa numery. Pod który zadzwonisz?  A może jednak 
nie będzie musiał wybierać? Powiedział: - Spotkajmy się na przystanku. Mam jeszcze 
coś  do  załatwienia.    Bella  nie  była  może  najjaśniejszą  diodą  na  tablicy  rozdzielczej, 
ale  nie  była  też  na  tyle  przyćmiona,  żeby  nie  zorientować  się  natychmiast,  co 
zamierzał  zrobić.  I  nie  omieszkała  mu  o  tym  powiedzieć:  -  Jedziemy  do  centrum 
handlowego  teraz,  Tyr.  -  Nie  musiała  dodawać,  ci  oznacza  to  teraz,  albo  nigdy, 
Tyrone. Twój wybór. 

Cholera. Tak miło byłoby zjeść ciastko i nie stracić go, ale było to niemożliwe. Nie ma 
mowy, nie ma szans, pełne pomieszanie danych. 

Chwila rozciągnęła się do kilku milionów lat. Czuł się, jakby miał zaraz eksplodować. 
Szlag by to trafił! 

Możesz chodzić z jedną, albo z drugą, ale nie możesz mieć ich obu. 

background image

Niech to diabli! Podjął decyzję. - Nadine! Hej, Nadine! 
Zaczekaj! 
Nadine odwróciła się i zauważył, że wyglądała na zaskoczoną. Nie śmiał spojrzeć na 
Bellę,  chociaż  bardzo  chciałby  zobaczyć  wyraz  jej  twarzy.  Otrzymał  drugą  szansę 
dostania  się  do  raju  i  właśnie  wyrzucił  ją  do  kosza  na  śmieci.  Miał  chęć  uciec  i 
schować się gdzieś. 
Nadine  uśmiechnęła  się,  a  jej  twarz  nie  wydawała  się  taka  pospolita.  Kiedy  do  niej 
podszedł,  powiedziała:  -  Twoja  przyjaciółka  właśnie  odeszła  bez  ciebie.  I  nie 
wyglądała na najszczęśliwszą. 

Wzruszył ramionami. 

-  I  co  z  tego?  -  Czuł  się  podle,  ale  jednocześnie  wspaniale.  -  Jak  twoja  ręka? 
Pójdziemy trochę porzucać? 

-  Mówisz poważnie? 
-  Całkiem poważnie. 
Jej uśmiech stał się jeszcze bardziej promienny. - Z moją ręką jest już o wiele lepiej. 
Chodźmy porzucać. 
Idąc koło niej, Tyrone poczuł, że sam też się zaczyna uśmiechać.  Tata coś mu o tym 
mówił. Kiedy postąpisz słusznie, prawie zawsze poczujesz się lepiej, niż gdybyś tego 
nie zrobił. 

Jeden zero dla starego. 

Górna  kreda,  czwartek,  14  kwietnia  dzisiejszy  obszar zachodniej Francji -  Wygląda 
na  to,  że  umie  pływać  -  powiedziała  Saji.  Jay  zatrzymał  Humvee  i  wyłączył  silnik. 
Ślady potwora prowadziły na brzeg morza i znikały w wodzie. Po piasku plaży raz po 
raz przetaczały się niewielkie, jakby jedwabiste fale z niegroźnymi białymi grzywami.  
-  Na to wygląda - przyznał jej rację. 

-  I co teraz? 

-  Zmieniamy pojazd. Łódź, czy śmigłowiec? Osobiście wolę śmigłowiec. 

-    Mogę  to  zrozumieć.  Lepiej  być  kilkadziesiąt  metrów  nad  bestią  niż  żeglować  po 
morzu, ryzykując, że potwór wychynie z głębin jak Moby Dick. 

Jay  skinął  głową.  -  Ujemną  stroną  jest  to,  że  łódź  możemy  uzbroić  lepiej  niż 
śmigłowiec.  Musimy  ograniczyć  się  do  broni,  którą  zdołamy  udźwignąć,  więc  jeśli 
dostrzeżemy bestię z powietrza, jedno z nas będzie się musiało wychylić i strzelać do 
niej.    Ręczę,  że  nie  chciałabyś  odpalić  pocisku  rakietowego,  siedząc  na  pokładzie 
śmigłowca. Gazy wylotowe załatwiły by nas równie skutecznie, jak sam pocisk, gdyby 
w nas trafił. 

-  Cóż za przyjemna perspektywa. Skąd to ograniczenie w wyborze broni? 

-  Cóż, nawet podczas symulacji musisz się zastanowić, jak wyglądałaby rzeczywista 
sytuacja.  To  coś  jest  większe,  silniejsze  i  szybsze  od  nas, a my nie możemy tak po 
prostu  zrzucić  na  to  bomby  atomowej,  bo  nie  dysponujemy  żadną,  która  byłaby 
skuteczna wobec sprzętu i oprogramowania, jakie mamy przeciw sobie.  - Wysiadł z 
transportera  i  popatrzył  na  brzeg.  Wyjął  ręczny  odbiornik  GPS  z  kieszeni  kurtki  i 
spojrzał na wyświetlacz.  - Tutaj trochę oszukałem w moim scenariuszu - powiedział.  
-  Powinienem  spoglądać  na  papierową  mapę,  bo  w  tamtych  czasach  nie  było, 
oczywiście,  nawigacji  satelitarnej.  Ale  na  to  możemy  sobie  pozwolić.  Niestety,  w 
żadnym razie nie przeszedłby okręt podwodny klasy Seawolf. Trudno. Ale nawet nie 

background image

jestem  pewien,  czy  ten  akwen  w  ogóle  dotrwa  do  naszych  czasów.  Nie  jestem 
najmocniejszy w historii Ziemi. 

Saji  wysiadła  z  transportera,  przeciągnęła  się  i  spytała:  -  A  gdzie  my  właściwie 
jesteśmy? 

-  Na wybrzeżu Francji. A tam, za horyzontem będzie kiedyś Wielka Brytania. 

-  I w świecie rzeczywistym właśnie tam prowadzą ślady? 
-  Na to wygląda. 
-  Pomaga ci to choć trochę w budowaniu twojej teorii? 
Jay skinął głową. - Tak. Może. 
-  Dalej ścigamy tę bestię? 
-    O,  tak.  Chciałbym  tylko  wyskoczyć  na  chwilę  z  rzeczywistości  wirtualnej,  żeby 
sprawdzić parę rzeczy i zadzwonić do szefa.  Myślę, że powinienem mu przedstawić 
swoją teorię. Tak na wszelki wypadek. 

Czwartek, 14 kwietnia Londyn, Anglia 

W sali konferencyjnej MI-6 Michaels czekał, aż holograficzny projektor pokaże Jaya. 
Oprócz niego byli tam jeszcze Toni, Howard, Fernandez i Angela Cooper. 

Michaels  powiedział:  -  Chciałem,  żebyście  wszyscy  to  usłyszeli,  więc  poprosiłem, 
żeby  przełączono  Jaya  tutaj.  Zaraz  będziemy  z  nim  rozmawiać.  Są  jakieś  inne 
sprawy, zanim zaczniemy?  Zgłosił się Howard. - Jesteśmy umówieni na spotkanie z 
tym emerytowanym majorem w posiadłości jego pracodawcy w...  - spojrzał na ekran 
swego elektronicznego notatnika - w Sussex, dziś po południu. 

-  Wspaniała wycieczka - powiedziała Angela. 

-  Piękna  okolica,  chociaż  drogi  są  tam  dość  wąskie.    -    Brak  doniesień  o  nowych 
atakach  na  główne  sieci,  czy  systemy  wojskowe -  zameldowała  Toni. -  Wygląda  na 
to, że nasz haker się wycofał, przynajmniej na razie. 

-  Z radością powitam każdą dobrą wiadomość 
- powiedział Michaels. 
-  No, jest Jay. 
Projektor  wyświetlił  nad  stołem  holograficzny  obraz  twarzy  Jaya.    -    Dzień  dobry, 
szefie. - Jego głos brzmiał znów prawie zupełnie normalnie. Jay szybko dochodził do 
siebie. 

-  Jay, to jest Angela Cooper z MI-6. Pozostałych znasz. 
Jay mruknął coś na powitanie. 
-  No, dobra, mów, do czego doszedłeś. 
Jay westchnął. - Cóż, nie ma tego zbyt wiele. Prześledziliśmy...  prześledziłem trochę 
ten  destrukcyjny  program  i  wygląda  na  to,  że  trop  prowadzi  w  waszym  kierunku. 
Może  to  tylko  przypadek,  a  może  coś  więcej,  nie  wiem.  Znów  ruszę  tymi  śladami, 
kiedy  tylko  skończymy  rozmawiać.  Dużo  o  tym  myślałem.  Żaden  ze  znanych  nam 
komputerów  nie  potrafiłby  złamać  w  taki  sposób  szyfru,  opartego  na  liczbach 
pierwszych,  nawet  wiele  komputerów,  pracujących  równolegle  nie  uporałoby  się  z 
takim problemem, więc to musi być coś innego. A kiedy człowiek zada sobie pytanie, 
jakiego  rodzaju  komputer  mógłby  temu  sprostać,  na  myśl  przychodzi  przede 
wszystkim komputer kwantowy. Rozmawialiśmy już o tym. Szkopuł w tym, że żaden 
komputer  kwantowy  nie  wyszedł  dotąd  poza  wczesne  stadium  eksperymentalne, 
więc żaden nie dysponuje mocą obliczeniową, niezbędną do czegoś takiego. 

background image

-    Jestem  ciemny  jak  tabaka  w  rogu  -  powiedział  Fernandez.  -  Co  to  jest  komputer 
kwantowy? 

Jay  wygłosił  krótki  wykład,  wyjaśniając  pojęcie  bitów  kwantowych  i  superpozycji. 
Michaels  był  zaznajomiony  z  tą  teorią,  ale  -  jak  słusznie  zauważył  Jay  -  nikt  nie 
przedstawił dotąd w pełni funkcjonalnego komputera kwantowego, więc nie traktowali 
tego poważnie. 

-  Ale jeśli ktoś ma taki komputer? - ciągnął Jay. 

-  W  pełni  funkcjonalny  model?  Maszynę  ze  stu,  albo  dwustu  qbitami?  Szyfry oparte 
na liczbach pierwszych byłyby dla takiego komputera dziecinną zabawką. 

-  Przecież to czysta teoria - zaprotestowała Toni. 

-    Zgadza  się,  ale  powęszyłem  trochę.  Żaden  z  wojskowych  systemów, 
przestawionych  na  standard  AMPD*  nie  ucierpiał  z  powodu  tych  ataków.  Może  to 
przypadek,  ale  komputer  kwantowy  byłby  bezradny  wobec  standardu  AMPD,  bez 
względu  na  swoją  moc  obliczeniową.  Oczywiście  tylko  nieliczni  przeszli  na  razie  na 
ten nowy standard.” 

-  No dobrze - powiedział Michaels - ale jeśli ktoś stworzyłby taką maszynę, to czy my 
nie  dowiedzielibyśmy  się  o  tym?    -    Kiedyś  na  pewno.  Nie  można  tego  ukrywać  w 
nieskończoność,  ale  przez  jakiś  czas...  Oprzyrządowanie,  które  jest  do  tego 
potrzebne,  nie  należy  do  standardowego  wyposażenia  szkolnej  pracowni 
komputerowej.  Nie  kupi  się  go  także  w  najbliższym  sklepiku  z  artykułami 
elektronicznymi.  Mówimy  o  wielkiej  operacji,  wymagającej  milionowych  nakładów, 
urządzeń,  wykonanych  na  indywidualne  zamówienie,  o  wyspecjalizowanym 
personelu  pomocniczym,  programistach  i  tak  dalej.  Prędzej,  czy  później  rzecz 
musiałaby  się  wydać,  to  nie  jest  coś,  co  można  ukryć  pod  siatką  kamuflażową.  Ale 
nawet,  gdybyśmy  wiedzieli,  że  coś  takiego  istnieje  i  gdzie,  dopóki  byłby  to  jedyny 
funkcjonalny egzemplarz, ci którzy nim dysponują byliby wielkim, groźnym wilkiem w 
stadzie owiec. 

-    Ta  koncepcja  z  komputerem  kwantowym  nie  wydaje  się  zbyt  przekonywująca  - 
powiedziała Toni. - Dysponujesz jakimiś informacjami, które by ją potwierdzały? 

-    Nie  mam  żadnego  konkretnego  dowodu  -  przyznał  Jay.  -  Z  drugiej  strony,  gdyby 
coś takiego istniało, mielibyśmy odpowiedź na nasze wszystkie pytania. 

-  I jako ekspert uważasz, że istnieje? - To pytanie zadał Howard. 

*Abstractmultidimensionalpointdistance 

encryption 

kryptografia 

oparta 

na 

abstrakcyjnej przestrzeni wielowymiarowej [przyp. tłum.]. 

-    Tak  jest,  sir.  Nic  innego  nawet  w  przybliżeniu  nie  pasuje.    Pogrzebałem  w  Sieci  i 
wyszukałem  wszystkich  naukowców,  którzy  kiedykolwiek  publikowali  coś  na  ten 
temat. Na liście jest i paru facetów z Wielkiej Brytanii. Jeden z nich - Peter Bascomb-
Coombs -  parę lat temu przedstawił kilka genialnych rozwiązań teoretycznych. Jest o 
klasę  lepszy  od większości pozostałych, którzy zajmują się tą problematyką. Daleko 
mi do jego poziomu.  Nie wiem, czy w ogóle ktoś mu dorównuje. Pracował kiedyś w 
Londynie, ale potem gdzieś zniknął. 

-  Mamy go uważać za potencjalnego sprzymierzeńca, czy raczej za podejrzanego? - 
zapytał Howard. 

-  Tak, czy inaczej, na waszym miejscu spróbowałbym z nim porozmawiać. Nie mogę 
znaleźć adresu jego poczty elektronicznej.  Trochę to dziwne, żeby facet tego kalibru 

background image

po prostu zniknął. Był za młody, żeby przejść na emeryturę, a gdyby mu się coś stało, 
z  pewnością  pojawiłyby  się  o  tym  wzmianki  w  mediach.    -    Przekaż  nam,  co  o  nim 
wiesz, a my poszukamy tu, na miejscu - powiedział Michaels. 

-  Już wam to przesłałem - odparł Jay. Po chwili powiedział: 

-  Muszę  wracać  na  polowanie.  Myślę,  że  uda  mi  się  dopaść  tę  bestię,  jestem  już 
blisko. 

-    Uważaj,  Jay  -  powiedziała  Toni.  Nie  musiała  mu  przypominać,  dlaczego.  Sam 
powinien o tym wiedzieć najlepiej. 

-  Jasne. Dzięki. Będę was informował. 
Angela wystukiwała polecenia na klawiaturze swego notebooka. 
Kiedy Jay się rozłączył, uniosła wzrok. 
-  Mam  informacje  Jaya  na  temat  tego  Bascomb-Coombsa.  Uruchomiłam 
przeszukiwanie... oho!  -  Co takiego? - spytał Michaels. 
-    Mamy  go  -  odpowiedziała.  -  Pracuje  w  ComCo  U.K.  To  prywatna  firma 
komputerowa,  produkująca,  między  innymi,  nowoczesne  płyty  główne  do  stacji 
roboczych. 

-    I  co  w  tym  dziwnego,  że  komputerowy  maniak  pracuje  w  firmie  komputerowej?  - 
mruknął Fernandez. 

-    W  zasadzie  nic  -  powiedziała  -  ale  ComCo  U.K.  należy  do  lorda  Geoffreya 
Goswella. 

Michaels zastanawiał się przez chwilę, gdzie słyszał to nazwisko. 
Po chwili sobie przypomniał. 
Howard skojarzył to sekundę wcześniej. - To ten sam facet, którego szef ochrony był 
wtedy w księgarni z naszym Rużjo?  -  Tak, to on - powiedziała Angela. 
-  Patrzcie, patrzcie, jaki ten świat mały - mruknął Howard.  -  Ale prawdopodobnie to 
bez  znaczenia  -  ciągnęła  Angela.  -  Do  Goswella  należy  kilkanaście  firm 
komputerowych,  rozrzuconych  po  całym  kraju  i  zatrudniających  tysiące  ludzi. 
Wszędzie w Anglii, Szkocji, Walii, czy w Irlandii można spotkać kogoś, kto dla niego 
pracuje, albo zna kogoś takiego. 

Michaels  pokręcił  głową.  Nie  bardzo  wierzył  w  takie  zbiegi  okoliczności.  Pewnie, 
zdarzały  się  już  dziwniejsze  rzeczy,  ale  ta  sprawa  zrobiła  się  nagle  bardzo 
podejrzana.  -  Wiecie  co?  Odłóżmy na razie tę rozmowę z Peelem. Powiedzcie mu, 
że  wszystko  się  wyjaśniło  i  że  ewentualnie  skontaktujecie  się  z  nim  później,  gdyby 
zaszła  potrzeba.  Sądzę, że powinniśmy się dowiedzieć czegoś więcej o jego szefie, 
zanim się tam zjawimy. 

Howard skinął głową, podobnie Fernandez i Toni. Angela uśmiechnęła się do niego i 
poczuł,  że  serce  przestało  mu  bić  na  chwilę.  Nie  spojrzał  na  Toni.  Bał  się  takiego 
ryzyka. 

Czwartek, 14 kwietnia 
Londyn, Anglia 
Peel  przejeżdżał  koło  gazowni  na  Old  Kent  Work.  Był  wściekły.   Poprzedniego  dnia 
Bascomb-Coombs  wziął  sobie  wolne  i  nigdzie  nie  można  go  było  znaleźć.  Ludzie 
Peela zameldowali, że naukowca nie ma w mieszkaniu, a jego samochód przez cały 
dzień stał w garażu.  Nie odbierał też telefonu komórkowego. 

Peel po raz drugi zajrzał do zakładów komputerowych, ale na próżno. 

Gdzie on się, u diabła, podziewał? 

background image

Major  wiedział,  że  to  jego  wina.  Odwołał  swoich  ludzi,  prowadzących  inwigilację 
Bascomb-Coombsa, ponieważ sam chciał się nim zająć. Wolał, żeby jego ludzi przy 
tym  nie  było  i  teraz,  kiedy  sukinsyn  gdzieś  zniknął,  Peel  mógł  winić  tylko  siebie.  
Gdzie ten drań się zaszył? I dlaczego zniknął? 

Zadzwonił telefon. 
-  Słucham, tu Peel. 
-  Major Peel? Tu Angela Cooper. 
Ta kobieta z wywiadu. Jakby nie miał już dość na głowie. Dzwonili do niego co jakiś 
czas  w  związku  z  tamtą  sprawą  w  Irlandii.  Kiedy  tylko  jakiś  irlandzki  oberwaniec 
wysadził coś w powietrze, zawsze kontaktowali się z Peelem, jakby to on odpowiadał 
za tych szaleńców. - Ach, pani Cooper. Nie zapomniałem, że jesteśmy umówieni dziś 
po południu. 
-  Tak się składa, sir, że nie będziemy musieli z panem rozmawiać. 

Sprawa, którą się zajmujemy już się wyjaśniła. Przepraszam, że pana niepokoiliśmy. 

Dzięki  ci  Panie  i  za  to.  Przynajmniej  nie  będzie  sobie  musiał  zaprzątać  głowy  tymi 
idiotami. - Och, nic się nie stało.  -  Muszę kończyć. Dziękujemy panu za gotowość do 
współpracy.    Kiedy  się  rozłączyła,  Peel  upewnił się w lusterku wstecznym, że Rużjo 
nadal jedzie za nim. 

I  co  teraz,  stary?  Nasz  najwyraźniej  nieobliczalny  naukowiec  wyfrunął  z  gniazdka. 
Okłamywał cię, próbował cię zabić, oszukał cię na okrągły milion. Musisz go znaleźć i 
rozwiązać ten problem, zanim się jeszcze bardziej skomplikuje. 

Łatwo powiedzieć. 

Dzień był ciepły, słoneczny. Howard, w cywilnym ubraniu, bez pośpiechu szedł ulicą 
kilka  przecznic  od  MI-6,  ciesząc  się  pogodą  i  miastem.  Londyn  był  bardzo 
kosmopolitycznym  miejscem.  Mijali  go  ludzie  w  najdziwniejszych  strojach,  mówiący 
obcymi językami i najwyraźniej zadomowieni w tym angielskim mieście.  Obok niego 
Julio,  też  po  cywilnemu,  uśmiechnął  się  do  dwóch  nastolatek,  ubranych  w 
mikrospódniczki  i  buty  na  koturnach  tak  grubych  jak  książka  telefoniczna 
Waszyngtonu.  Dziewczyny  odpowiedziały  uśmiechem,  a  Howarda  obrzuciły 
taksującymi spojrzeniami. Chryste, obaj mogliby być ich ojcami. A gdyby dziewczyny 
pospadały  z tych swoich monstrualnych butów, z pewnością połamałyby sobie nogi. 
Howard uniósł brwi, spoglądając na sierżanta. 

-  Hej - powiedział Fernandez. - Piękno jest przecież źródłem radości, czyż nie tak? 

-    Ale  za  deprawowanie  nieletnich  i  w  tym  kraju  idzie  się  za  kratki.  Zdaje  się,  że 
niedługo masz zostać mężem i ojcem, prawda?  -  Nie bądź taki sztywny, John. Co w 
tym złego, że człowiek sobie popatrzy? 

-  Byłeś dotąd kawalerem, Julio. Jesteś pewien, że potrafisz się zmienić? 

-    Mówiąc  zupełnie  szczerze,  nie  wiem.  Myślę,  że  tak.  Będę  się  starał,  jak  umiem 
najlepiej.  Ale  wiesz  równie  dobrze,  jak  ja,  że  żaden  plan  bitewny  nie  wytrzymuje 
pierwszego starcia z wrogiem.  -  Traktujecie małżeństwo jak wojnę, sierżancie? 

-    Może  niezupełnie  wojnę,  raczej  jak  teren  nieznany.  To  znaczy,  chciałem 
powiedzieć,  że  kocham  Jo,  chcę  się  budzić  obok  niej  każdego  ranka,  będzie matką 
mojego dziecka, ale przecież nie jestem osiemnastoletnim rekrutem z prowincji. 

-    Przynajmniej  co  do  tego  masz  rację.  -  Zamyślił  się  na  chwilę,  po  czym  zmienił 
temat:  -  A  co  sądzisz  o  tej  sprawie?    Julio  wzruszył  ramionami.  -  Ten  Goswell  jest 
bardzo  ustosunkowany  i  nikt  nie  śmie  powiedzieć  o  nim  złego  słowa.  Skąd  my  to 

background image

znamy?    Może  rzeczywiście  nie  ma  z  tym  wszystkim  nic  wspólnego.  Ale  nie 
słyszałem dotąd o żadnym znanym polityku, czy biznesmenie, który miałby zupełnie 
czyste ręce. I wydaje mi się co najmniej dziwne, że taki Rużjo skumał się z majorem, 
pracującym dla Jego Lordowskiej Mości. 

-  Jakbyś mi to z ust wyjął. 

Z  naprzeciwka  zbliżała  się  wspaniała  mulatka  w  czarno-czerwonej  sukience  z 
jedwabiu.  W  butach  na  koturnach  miała  ponad  metr  osiemdziesiąt.  Może  była 
modelką.  Minęła  ich  w  obłoku  drogich  perfum.  Julio  odwrócił  się  i  spoglądał  za  nią. 
Howard też spojrzał, chociaż starał się zrobić to dyskretnie. 

-  Od tyłu też dobrze wygląda - powiedział Julio. - Prawda, pułkowniku? 

Zauważył  dyskretne  spojrzenie  Howarda.  Pułkownik  uśmiechnął  się  ze  skruchą.  - 
Muszę przyznać, że tak. 

-  I ty to mówisz? Wzorowy mąż i ojciec? 
Howard nic nie odpowiedział, uśmiechał się tylko. 
-  I co teraz, John? 
-    Wywiad  brytyjski  dostarczy  nam  wszelkich  informacji,  które,  ich  zdaniem, 
powinniśmy  mieć  i  zobaczymy,  co  i  jak.  A  potem  zrobimy,  co  do  nas  należy  i 
wracamy do domu. Tyle tu pięknych kobiet, że zaczyna mi brakować żony. 
Fernandez parsknął śmiechem. 

Czwartek, 14 kwietnia Londyn, Anglia 

Kiedy  Toni  wróciła  z  toalety  do  sali  konferencyjnej,  Alex  i  Cooper  stali  przy  stole, 
rozmawiając. Stali tak blisko siebie, że praktycznie mogli sobie szeptać do ucha. 

Toni  poczuła  ukłucie  zazdrości.  Zobaczyli  ją,  ale  nie  odsunęli  się  od  siebie.  To 
dobrze. Gdyby odskoczyli od siebie na jej widok, miałaby się czym martwić. Zresztą, 
znała Alexa i wiedziała, że nie ma powodów do niepokoju. 

-  Coś nowego? - spytała. 

-    Mamy  informacje  wywiadu  na  temat  Goswella  i  Peela  -  odpowiedział  Alex.  - 
Pojawiło się parę interesujących aspektów.  Pułkownik Howard i sierżant Fernandez 
zaraz tu będą.  Ledwie to powiedział, obaj mężczyźni weszli do sali konferencyjnej. 

-  Angelo, twoja kolej. 

Cooper  zaczekała,  aż  wszyscy  usiądą.  Wcisnęła  klawisz  na  klawiaturze  swojego 
notebooka i nad stołem konferencyjnym pojawił się holograficzny obraz. 

-  To posiadłość lorda Geoffreya Goswella w Sussex - rozpoczęła. 

-    Nazywa  się  Cisy.  Goswell  spędza  tam  większość  czasu.    Posiadłość  ma  sto 
kilkadziesiąt  hektarów.  Znajduje  się  tam  rezydencja,  kilka  mniejszych  domów 
mieszkalnych i różne budynki gospodarcze. 

Nad stołem pojawiały się kolejne obrazy. 

-  Jego lordowska mość jest wdowcem i mieszka w Cisach samotnie, tylko ze służbą. 
Ma mieszkania w Londynie, Brighton, Manchesterze, willę na południu Francji, domy 
w Walii, Szkocji, Irlandii, Hiszpanii, Portugalii, w Indiach i w Stanach Zjednoczonych. 
Tu  jest  lista  firm,  które  należą  do  niego  w  całości  lub  częściowo.  Jego  osobisty 
majątek jest szacowany na prawie dwa miliardy. 

-  Cóż za brzemię - mruknął Fernandez. Cooper kontynuowała: 

background image

-  Peel,  o  którym  mieliśmy  już  okazję  rozmawiać,  jest  szefem  ochrony  osobistej 
Goswella.  Ma  kilku,  a  może  nawet  kilkunastu  ludzi,  samych  byłych  wojskowych, 
którzy  -  uzbrojeni  po  zęby  -  dzień  i  noc  strzegą  posiadłości.    -    Myślałem,  że  broń 
palna jest w tym kraju nielegalna - wtrącił Howard. 

Cooper  odpowiedziała:  -  W  wypadku  zwykłych  obywateli  rzeczywiście  tak  jest. 
Obowiązuje  całkowity  zakaz  posiadania  broni  krótkiej,  broń  myśliwska  musi 
pozostawać  w  zamknięciu  cały  czas  między  polowaniami,  czy  strzelaniem  do  celu. 
Nikomu nie wolno posiadać broni o charakterze wojskowym. 

-    Niech  zgadnę:  Jeśli  ktoś  ma  w  skarbonce  parę  miliardów,  obowiązują  go  inne 
reguły, prawda? 

- wtrącił Fernandez. 
Cooper uśmiechnęła się blado. - Właśnie tak. 
-    Kontynuuj,  proszę  -  powiedział  Alex.  -  Powstrzymajmy  się  na  razie  z  uwagami, 
dobrze? 
-  Wysłaliśmy kilka ekip na drogi, prowadzące do posiadłości. 

Niespełna godzinę temu przyjechał tam wynajęty samochód.  Sprawdziliśmy w firmie 
i  okazało  się,  że  wynajął  go  wczoraj  w  Southampton  Peter  Bascomb-Coombs. 
Naszym  agentom  udało  się  zrobić  zdjęcie  kierowcy  tego  samochodu;  nie  jest  zbyt 
wyraźne, ale wydaje się, że to ten naukowiec. 

Ta  informacja  wzbudziła  powszechne  zainteresowanie.    -    Major  Peel,  którego 
również  inwigilujemy,  jest  w  tej  chwili  w  drodze  z  Londynu  do  Sussex.  Powinien 
dotrzeć do Cisów mniej więcej za godzinę. 

-  Żadnego śladu Rużjo? - spytał Alex. 
-  Żadnego. 
-  A może jest już na terenie tej posiadłości? 
-    To  możliwe  -  przyznała  Cooper.  -  Dopiero  za  półtorej  godziny  otrzymamy 
satelitarny  obraz  tego  obszaru.  Zresztą,  na  podstawie  zdjęć  satelitarnych  trudno 
byłoby go zidentyfikować, nawet jeśli tam jest i przechadza się na otwartym terenie. 
Na  mocy  ustawy  o  bezpieczeństwie  narodowym  zainstalowaliśmy  podsłuch 
telefoniczny,  obejmujący  zarówno  linie  naziemne,  jak  i  monitorowanie  telefonów 
komórkowych. 
-  To miło, kiedy tak łatwo można uzyskać zgodę na podsłuch - wtrącił Alex. 

-  Prawdę mówiąc, to wcale nie było takie łatwe 
- odparła Cooper. 
-    Dotychczas  nie  uzyskaliśmy  z  tego  źródła  żadnych  istotnych  informacji.  I  tak,  w 
skrócie, przedstawia się sytuacja.  -  Mam wrażenie, że wszystkie owce są w jednej 
zagrodzie. 

Powinniśmy tam wpaść na pogawędkę 
- stwierdził Fernandez. 
Cooper spoglądała przez chwilę na obraz holograficzny, a potem wbiła wzrok w stół. 
Czuła  się  wyraźnie  zakłopotana,  co  Toni  niezbyt  przeszkadzało.  W  końcu  Cooper 
powiedziała: - Cóż, zgadza się, byłby to logiczny następny krok. 

-  Ale...? - spytał Howard. 

-    Może  wam  wydać  się  to  trochę  dziwne  -  odpowiedziała  -  ale  nie  możemy  tak  po 
prostu tego zrobić. 

background image

-    Dlaczego  nie?  -  spytała  Toni.  -  Mamy  podejrzanego  o  dokonanie  przestępstwa 
komputerowego,  które  wstrząsnęło  połową  świata,  i  wiemy,  gdzie  ten  osobnik  się 
znajduje. Nie mogę uwierzyć, że nie chcielibyście zamienić z nim paru słów. Z nim i z 
facetem, dla którego pracuje. 

Toni  spostrzegła,  że  Julio  i  John  Howard  skinęli  potakująco  głowami.  Alex  też 
wyglądał na zainteresowanego usłyszeniem odpowiedzi. 

-  To prawda - przyznała Cooper. - Ale tutaj takie sprawy załatwia się trochę inaczej. 
Wyobraźcie  sobie,  że  u  siebie,  w  Stanach,  zechcielibyście  nagle  przesłuchać 
jakiegoś  miliardera,  który  byłby  zarazem  wpływowym  politykiem.  Senatora,  a  może 
nawet  prezydenta.  Przecież  nie  moglibyście  tak  po  prostu  zapukać  do  jego  drzwi  i 
zażądać rozmowy, prawda? 

-  Nie - przyznał Alex. - Ale gdybyśmy mieli uzasadnione podejrzenia, że taki ktoś jest 
zamieszany  w  poważne  przestępstwo,  gdybyśmy  mieli  powody  przypuszczać,  że  w 
wyniku działań tego kogoś setki ludzi straciły życie, dostalibyśmy od sędziego nakaz 
rewizji,  czy  nakaz  aresztowania.  Zdarzało  się,  że  zmuszaliśmy  naszego  prezydenta 
do składania zeznań, chociaż wcale tego nie chciał. Był nawet impeachment*. 

 Procedura usunięcia prezydenta z urzędu za złamanie prawa [przyp. tłum.]. 
 
-  Ale dopiero po wielu tygodniach konsultacji z jego adwokatami -  dodała Cooper. - 
A  impeachment  był  tylko  czymś  w  rodzaju  klapsa  -  przecież  żaden  prezydent  nie 
został oskarżony i uznany za winnego, prawda? 

-    Musiał  jednak  poddać  się  tej  procedurze  -  odparł  Alex.  -  Nikt  nie  stoi  ponad 
prawem. 

-    Tutaj  też  nikt  nie  stoi  ponad  prawem,  Alex,  ale  to  mały  kraj  i  chociaż  dokładamy 
starań,  żeby  wprowadzić  go  w  XXI  wiek,  przynależność  do  wyższych  sfer  wciąż 
bardzo  się  liczy.  Lord  Goswell  znajduje  się  na  szczycie  władzy.  Chodził  do szkoły z 
członkami  Izby  Lordów.  Jest  arystokratą,  zna  najlepszych  adwokatów,  notariuszy, 
sędziów,  szefów  policji.  Co  parę  tygodni  spotyka  się  na  herbatce  z  premierem 
konserwatywnego rządu. Jednym skinieniem ręki może sprawić więcej, niż parlament 
przez  cały  tydzień.  Grywa  w  brydża  z  królem.  Już  uzyskanie  zgody  na  podsłuch 
graniczyło z cudem; udało się tylko dlatego, że Goswell o niczym nie wie. Do takiego 
kogoś  nie  można  po  prostu  zastukać  i  zażądać  czegokolwiek.  Dowiedzenie  się 
czegoś  od  niego  wymaga  długich,  uprzejmych  negocjacji.  Co  innego  zadzwonić  do 
jego  szefa  ochrony  i  zapowiedzieć  się  na  rozmowę,  a  co  innego  wystąpić  z 
żądaniami wobec jednego z najbogatszych i najbardziej wpływowych ludzi w kraju. 

Przez  chwilę nikt się nie odzywał. Ciszę przerwał Fernandez.  Bzdura. Toni musiała 
powściągnąć uśmiech. Całkowicie zgadzała się z sierżantem. 

-    Być  może,  sierżancie,  ale  polecono mi przekazać wam, że rząd Jego Królewskiej 
Mości  nie  zwróci  się  w  tej  sprawie  do  lorda  Goswella,  chyba  że  za  pośrednictwem 
jego adwokatów, a i wtedy bardzo ostrożnie. 

-  Chociaż podejrzewamy, że jest zamieszany w te ataki na systemy komputerowe? 

Cooper  odwróciła  się  do  Toni.  -  Nawet  gdybyśmy  mieli  pewność,  że  jest  za  nie 
odpowiedzialny,  i  potrafili  to  udowodnić,  pani  Fiorella.  A  nie  mamy  żadnych 
konkretnych  dowodów  poza  bardzo  słabymi  poszlakami:  Bascomb-Coombs,  który 
być  może  jest  w  to  zamieszany,  a  być  może  nie  jest,  pracuje  u  lorda  Goswella  i 
przebywa obecnie u niego z wizytą. To jeszcze niczego nie dowodzi, prawda? 

background image

Toni  wiedziała,  że  Cooper  ma  rację.  Ale  czuła,  że  ten  Bascomb-Coombs  jest  w  to 
zamieszany,  a  Peel  i  Rużjo  mają  z  tym  coś  wspólnego.  Ale  co  mogli  zdziałać,  jeśli 
miejscowe władze nie pozwalały im nawet porozmawiać z tymi ludźmi? 

-  Nie możemy włazić do domu jego lordowskiej mości bez ozdobnego zaproszenia - 
powiedział Alex. - W porządku. A czy możemy zastopować Peela? 

-  Przepraszam? 

-  Możecie wydać swoim agentom terenowym rozkaz zdjęcia Peela i uniemożliwić mu 
powrót  do  posiadłości  Goswella?    Cooper  zmierzyła  go  wzrokiem.  -  Dlaczego 
mielibyśmy to zrobić?  -  Spróbuję ci to wyjaśnić. Załóżmy, że ten Bascomb-Coombs 
jest  odpowiedzialny  za  zamachy  na  systemy  komputerowe.    -    W  porządku, 
przyjmijmy na chwilę takie założenie. 

-    Jeśli  jest  odpowiedzialny,  musi  korzystać  z  czyjejś  pomocy.  Z tego, co mówi Jay 
Gridley wynika, że rzecz nie jest tania, więc musi go popierać ktoś znaczący. 

-  Zgoda. I co dalej? 

-    Brzytwa  Ockhama*.  Bascomb-Coombs  pracuje  dla  Goswella.  Jest  w  domu 
Goswella.  Ilu  jest  ludzi,  którzy  są  w  stanie  sfinansować  wielomilionowy  projekt  i 
utrzymać  to  w  tajemnicy?  Czy  nie  musi  to  być  ktoś  z  wielką  siłą  przebicia?  Na 
przykład  ktoś,  kto  jest  jedynym  właścicielem  nowoczesnej  firmy  komputerowej?  W 
ten sposób dochodzimy do Goswella. A czy szef ochrony osobistej Goswella nie wie, 
kim  jest  Bascomb-Coombs?  Jeśli  wart  jest  pieniędzy,  które  dostaje,  z  pewnością 
sprawdza ludzi, przyjaźniących się z jego pracodawcą. Gdybym to ja odpowiadał za 
bezpieczeństwo  kogoś  tak  bogatego,  chciałbym  wiedzieć  wszystko  o  każdym,  kto 
pojawia się u niego w domu. Moją sprawą byłoby zdobycie informacji, co jego goście 
jedli na śniadanie, w której restauracji i jaki zostawili napiwek. 

-  Mówisz, że Bascomb-Coombs jest tym szalonym hakerem, że Goswell o tym wie i 
Peel także wie. Twój wywód logiczny jest słaby, nawet jeśli zaakceptować założenie 
wyjściowe.  -  A jednak brzmi to sensownie, skoro wszyscy wymienieni popijają sobie 
razem herbatkę, czyż nie tak? 

Na twarzy Cooper pojawił się uśmieszek. - Daj spokój, Alex, ludzie, którzy spotykają 
się  na  herbacie  nie  zwierzają  się  przecież  sobie  nawzajem  ze  wszystkich  tajemnic, 
prawda? 

Alex oblał się rumieńcem. John Howard odwrócił się i zapatrzył 

w pustą ścianę, jakby go nagle 

 Zasada  filozoficzna  i  naukowa,  głosząca,  że  „bytów  nie  należy  mnożyć  bez 

konieczności”,  tzn.  przedkładająca  rozwiązania  proste  nad  skomplikowane  i 
nakazująca  wyjaśnianie  nowych  zjawisk  w  oparciu  o  to,  co  zostało  już  poznane. 
Sformułowana w średniowieczu przez Williama Ockhama (Occama), angielskiego 
mnicha, teologa i filozofa [przyp. tłum.]. 

 
zafascynowała.  Uśmiech  Cooper  stał  się  szerszy,  cieplejszy.    Wszystko  to  jeszcze 
niczego nie dowodziło, ale Toni doznała nagle strasznego przeczucia: 

Boże! Czyżby Alex przespał się z tą suką? 
Jak to możliwe? Kiedy? 
Boże święty, dlaczego? 
Alex  odchrząknął  i  powiedział:  -  Przecież  wiemy,  że  Peel  ma  jakieś  powiązania  z 
Rużjo i ze śmiercią tamtego faceta w księgarni. 

background image

-  Koroner uznał, że była to śmierć samobójcza. 

-  Zgadza się, ale najpierw któryś z nich, Peel albo Rużjo, wpakował mu kulkę! Peel 
musi  coś  o  tym  wszystkim  wiedzieć. Dobrze wiesz, że mam rację. Przymknijcie go i 
niech  skruszeje,  zanim  zginą  kolejni  ludzie,  a  życie  milionów  znów  pogrąży  się  w 
chaosie. 

Zapadła  cisza.  Toni  siedziała  ze  wzrokiem  wbitym  w  Cooper,  nękana  strasznymi 
podejrzeniami,  przy  których  wszystko  inne  wydawało  się  bez  znaczenia.  Nieważny 
był Peel, Goswell, czy Rużjo. Nic nie było ważne. 

Czy Alex ją zdradził? Na pewno nie. Nie mógłby. A może jednak? 
Czuła się fatalnie. 
-  W porządku - przerwała ciszę Cooper. - Będę musiała wystąpić o zgodę dyrektora 
Helmsa, ale sądzę, że możemy na to pójść w interesie bezpieczeństwa narodowego. 
Czwartek, 14 kwietnia 
autostrada M23, na południe od Gatwick 
Rużjo kilkakrotnie odetchnął głęboko, próbując się odprężyć.  Podczas tej jazdy robił 
się  coraz  bardziej  spięty,  mocniej  chwytał  kierownicę,  pochylał  się  do  przodu,  a 
wiedział,  że  to  niedobrze,  że  powinien  być  teraz  rozluźniony.  Spięty  człowiek  nie 
reaguje we właściwy sposób. A jednak zawsze tak z nim było, mimo tych wszystkich 
lat  i  tych  wszystkich  zabitych,  idących na jego konto i musiał świadomie pokonywać 
to napięcie. 

Widział przed sobą, na innym pasie ruchu, szarą Toyotę, którą dwaj ludzie jechali za 
Peelem  od  samego  Londynu.  Teraz  Toyota  trzymała  się  pięćdziesiąt  metrów  za 
samochodem  majora,  korzystając  z  osłony  innych  pojazdów  znajdujących  się  na 
autostradzie. Ci dwaj byli tak pochłonięci śledzeniem Peela, że nie zauważyli Rużjo. 

Kiedy tylko ich wypatrzył, wybrał numer zapisany w pamięci telefonu komórkowego i 
wypowiedział tylko jedno słowo: - Towarzystwo. - To wystarczyło, żeby ostrzec Peela. 

-    Rozumiem.  Zadzwonię  później  -  odpowiedział  major.    Minęli  lotnisko  Gatwick  i 
jechali  dalej  autostradą  na  południe,  jakby  kierowali  się  do  posiadłości  w  Sussex. 
Zadzwonił  telefon  komórkowy,  który  Rużjo  położył na fotelu pasażera. - Słucham.  -  
Zauważyli cię? 

-  Nie. 

-    To  dobrze.  Za  jakieś  trzy  kilometry  zjeżdżamy  z  autostrady  i  kierujemy  się  na 
wschód.  Po  pięciu  kilometrach  przy  szosie  będzie  wielki  dąb,  obok  skrzyżowania  z 
boczną drogą, odchodzącą w prawo.  Po trzech kilometrach jazdy tą drogą, po lewej 
stronie  będzie  duża  szopa,  w  której  strzygą  owce.  Tam  sobie  z  nimi  pogadamy.  
Pojedź przodem i przygotuj wszystko, dobrze? 

-  Jasne. 

Rużjo  kciukiem  nacisnął  klawisz,  przerywający  połączenie.   Przyśpieszył i bez trudu 
wyprzedził  zarówno  szarą  Toyotę,  jak  i  samochód  Peela.  Był  przed  nimi  o  kilkaset 
metrów,  kiedy  zjeżdżał  z  autostrady.  Ludzie  w  szarej  Toyocie  nie  zwrócili  na  niego 
uwagi. 

Dąb  był  tam,  gdzie  powinien  -  Rużjo  sprawdził  odległość  na  liczniku  samochodu. 
Znalazł też szopę - stała na łące, w pobliżu pasły się owce, dookoła nie było żadnych 
innych zabudowań.  Idealne miejsce na rozmowę, której nikt postronny nie powinien 
słyszeć. 

background image

Rużjo  wjechał  do  szopy  i  zamknął  za  sobą  wrota.  Wnętrze  było  zakurzone.  W 
powietrzu  pachniało  sianem,  wełną  i  jakby  roztopionym  woskiem.  Gospodarskie 
zapachy,  które  przywiodły  mu  na  myśl  wspomnienia  z  czasów,  kiedy  jeszcze  żyła 
Anna.  Sprawdził  wyjścia  -    na  dole  zauważył  jeszcze  dwa,  oprócz  tego,  którym 
wjechał  i  dwa  otwory  na  górze,  z  których  zwisały  liny  na  bloczkach.  Peel  był 
profesjonalistą;  kiedy  przyjedzie,  na  pewno  ustawi  samochód  tak,  żeby  ukrywający 
się  w  szopie  Rużjo  miał  wolne  pole  ostrzału  tych  dwóch  z  Toyoty,  kiedy  wysiądą  z 
samochodu.  Rużjo  uznał,  że  major  stanie  zapewne  przy  mniejszych  drzwiach,  od 
strony południowowschodniej. 

Rużjo sprawdził magazynek Firestara i upewnił się, że ma nabój w lufie. Napiął kurek 
i  zabezpieczył  pistolet.  Być  może  w  ogóle  nie  dojdzie  do  strzelaniny,  ale  gdyby 
okazało się to konieczne, miał osiem nabojów i na wszelki wypadek jeszcze siedem 
w drugim magazynku. Żaden pistolet tego typu nie był całkiem odporny na zacięcia, 
ale  Rużjo  uważnie  skontrolował  magazynki,  wypolerował  wślizg  nabojowy  i  upewnił 
się, że wszystko jest w porządku. Po oddaniu kilku strzałów, kiedy dostał ten pistolet, 
przeładował  jeszcze  ręcznie  setkę  nabojów  bez  jednego  zacięcia.  Z  tej  odległości, 
jeśli  będzie  musiał  użyć  broni,  wystarczy  mu  zaledwie  kilka  strzałów,  a  pierwszy 
nabój był już w lufie. 

Usłyszał nadjeżdżający samochód; warkot silnika niósł się daleko między spokojnymi 
pastwiskami. Nabrał głęboko powietrza, wypuścił je powoli, wykonał kilka ćwiczeń na 
rozluźnienie mięśni karku i ramion. Był gotów. Dalsze posunięcia uzależniał od tego, 
co zrobi Peel. 

Peel ustawił samochód tak, żeby Toyota musiała się zatrzymać między nim a szopą. 
Upewnił  się,  że  pistolet  luźno  siedzi  w  kaburze  i  wysiadł.  Drzwi  zostawił  otwarte  i 
stanął tak, żeby częściowo go osłaniały. Nie widział Rużjo, ale dostrzegł świeże ślady 
opon,  prowadzące  do  szopy,  więc  wiedział,  że  jego  człowiek  zajął  pozycję.  Na  jego 
miejscu  Peel  ustawiłby  się  przy  drzwiach,  naprzeciw  których  zaparkowany  był 
samochód  i  gotów  był  się  założyć,  że  były  agent  Specnazu  czekał  właśnie  w  tym 
miejscu.    Czuł  się  o  wiele  lepiej,  wiedząc,  że  jego  tyłka  pilnuje  doświadczony 
zawodowiec. 

Toyota  zjechała  z  drogi  i  zatrzymała  się  koło  szopy  dokładnie  w  tym  miejscu,  które 
przewidział  Peel.  Kiedy  opadła  chmura  czerwonawego  kurzu,  wysiedli  dwaj 
mężczyźni.  Mieli  na  sobie  wiatrówki,  a  sposób,  w  jaki  się  poruszali,  wyraźnie 
świadczył, że mają pod nimi broń. Nie wyglądali jednak na gliniarzy. Jeden z nich był 
brunetem  średniego  wzrostu,  drugi,  niższy  i  krępy  miał  krótko  ostrzyżone  rudawe 
włosy.  Wojsko?  Wywiad?  Diabli  wiedzą.    -    Dzień  dobry,  panowie.  Czym  mogę 
służyć? Ryżawy powiedział: 

-  
Majorze  Peel,  zechce  pan  udać  się  z  nami. - To nie było pytanie.  -  Jeśli powiecie, 
kim  jesteście  i  czego  chcecie,  może  dojdziemy  do  porozumienia,  jak  cywilizowani 
ludzie. 

-    Nie  jesteśmy  tu,  żeby  odpowiadać  na  pytania.  Przyślemy  kogoś  po  pański 
samochód. Pan pojedzie z nami. 

-    Nie  sądzę,  żebym  miał  na  to  ochotę  -  oświadczył  Peel.    -    Zmuszeni  jesteśmy 
nalegać  -  powiedział  brunet.  -  Proszę  tu  podejść,  sir.  I  niech  pan  trzyma  ręce  tak, 
żebyśmy je dobrze widzieli. 

-  Możecie sobie nalegać, ile wam się podoba. Mam swoje sprawy i nie będziecie mi 
się do nich wtrącać. 

background image

Mężczyźni  wymienili  spojrzenia  i  bez  słowa  odsunęli  się  od  siebie.  To  była 
standardowa  procedura  postępowania  z  kimś,  kto  mógł  być  niebezpieczny.  Nawet, 
gdyby  potrafił  bardzo  szybko  sięgnąć  po  broń,  miałby  do  czynienia  z  dwoma 
przeciwnikami,  więc  im  dalej  stali  od  siebie,  tym  trudniejsza  była  jego  sytuacja, 
zwłaszcza  jeśli  obaj  byli  gotowi  odpowiedzieć  ogniem.  Żaden  z  nich  nie  sięgnął 
jednak dotąd po broń, co było dla Peela korzystne. 

-    Proszę  nie  utrudniać,  majorze  -  powiedział  ryżawy.    -    Panowie,  radzę  wam  nie 
wykonywać żadnych gwałtownych ruchów i trzymać ręce z daleka od broni. 

Brunet uśmiechnął się. - Bardzo przepraszam, majorze, ale każdy z nas jest od pana 
o  dobre  dziesięć  lat  młodszy  i  dziesięć lat szybszy. Nie sądzi pan chyba, że da pan 
radę nam obu? Taki dobry to pan nie jest. 

-    Może  tak,  a  może  nie.  Ryzykowałbym  więcej,  gdybym  był  tu  sam.    -    W  twoim 
samochodzie nikogo więcej nie ma, Peel. Masz nas za głupków? 

-    Raczej  tak.  Jak  sądzisz,  chłopcze,  dlaczego  zatrzymałem  się  akurat  tutaj,  w  tym 
konkretnym miejscu? 

Ryżawy, który podczas tej wymiany zdań cały czas odsuwał się od swojego partnera, 
przystanął teraz i rzucił mu krótkie spojrzenie. 

-  Blefuje - powiedział brunet. 

-    Tak  uważasz?  -  spytał  Peel,  uśmiechając  się  kpiąco.  Jedziecie  za  mną  tym 
japońskim  samochodzikiem  od  samego  Londynu.  Myślicie,  że  was  nie  widziałem? 
Miałem  mnóstwo  czasu,  żeby  umówić  się  z  kolegą  w  tym  miejscu.  Wyglądacie  na 
przyzwoitych  chłopaków.    Powiedzcie  mi,  kto  was  przysłał  i  co  wiecie,  a  może 
zostawię  was  przy  życiu.  W  przeciwnym  razie...  -  Demonstracyjnie  wzruszył 
ramionami. 

-  Zapomnij o tym - warknął brunet. - Nie jesteśmy jakimiś parszywymi żółtodziobami! 

Peel uniósł głos. - Panie Rużjo, jest pan tam? 

Drzwi  szopy  otworzyły  się  ze  skrzypieniem  zardzewiałych  zawiasów  i  pojawił  się  w 
nich  Rużjo,  nie  wychodząc  jednak  na  zewnątrz.    -  Jestem  -  powiedział.  Oburącz 
trzymał srebrzysty pistolet, wycelowany w bruneta. 

Obaj mężczyźni wzdrygnęli się zaskoczeni. 

Ludzie  z  doświadczeniem  wiedzieliby,  że  nie  mają  szans.  Nawet  jeśli  ktoś  dobywał 
broni jak jakiś Billy the Kid, niczego by nie wskórał, jeśli był już na muszce. 

Ale ci dwaj wpadli w panikę i sięgnęli po broń. 

Rużjo miał na muszce bruneta, więc ryżawy należał do Peela.  Jednak zanim major 
zdążył  sięgnąć  po  broń,  Rużjo  błyskawicznie  oddał  trzy  strzały,  a  po  ledwie 
zauważalnej  przerwie  jeszcze  trzy.  Sześć  strzałów  z  odległości  pięciu  metrów,  a 
odbyło  się  to  tak  szybko,  że  zabrzmiało  jak  dwie  krótkie  serie  z  pistoletu 
maszynowego. Cholera, szybki był! 

Brunet i ryżawy padli jak zżęte kłosy. 

-  Kurwa! - wrzasnął Peel i z wyciągniętą bronią podbiegł do leżących. Obaj mieli pod 
wiatrówkami  kamizelki  kuloodporne,  zobaczył  to,  kiedy  nad  nimi  stanął.  Obie 
kamizelki  zatrzymały  po  dwa  pociski,  zgodnie  z  tym,  do  czego  były  przeznaczone. 
Ale żadna kamizelka nie mogła być skuteczna wobec tzw. metody z Mozambiku, jaką 
posłużył się Rużjo: dwie kule w pierś i jedna w głowę. Obaj mężczyźni zostali trafieni 

background image

między oczy i byli już martwi, zanim upadli na ziemię. Peel nigdy nie widział lepszego 
strzelania,  nawet  na  treningu,  nie  mówiąc  o  gorącej  sytuacji.  Rużjo  był  jednak 
mistrzem. 

-  Cholera, jak mam się czegoś dowiedzieć, skoro żadnego nie zostawiłeś przy życiu? 

Rużjo  odwrócił  do  niego  swą  smagłą  twarz  i  wzruszył  ramionami.    Wyrzucił 
magazynek  z  pistoletu  na  ziemię,  wsunął  zapasowy,  wyjęty  z  kieszeni,  po  czym 
schylił  się  i  podniósł  ten,  który  upadł.    Wyprostował  się  i  wyciągnął  sobie  z  uszu 
silikonowe zatyczki, które wrzucił do kieszeni razem z prawie pustym magazynkiem.  
Dobry  Boże!  Ten  facet  musiał  mieć  nerwy  ze  stali,  skoro  pomyślał  nawet  o 
zatyczkach, zanim spokojnie rozwalił dwóch uzbrojonych mężczyzn, z niewiarygodną 
szybkością. W żyłach miał pewnie lodowatą wodę zamiast krwi. 

Cóż, nic już nie można poradzić. Może przy tych dwóch znajdzie się coś, co pomoże 
ustalić, skąd pochodzą. Peel przeszukał kieszenie bruneta i z jednej z nich wyciągnął 
portfel. Otworzył go i spojrzał na legitymację za przezroczystym plastikiem. - O Boże! 
Ci  dwaj  są  z  MI-6.  Właśnie  zabiliśmy  dwóch  agentów  wywiadu  Jego  Królewskiej 
Mości! 

Rużjo  znów  wzruszył  ramionami,  rozglądając  się  po  okolicy  w  poszukiwaniu 
ewentualnych świadków. 

Oprócz  owiec,  na  których  strzały  zdawały  się  nie  robić  wrażenia,  w  pobliżu  nie było 
żywej duszy. 

Peel  pokręcił  głową.  -  Chodź,  pomóż  mi  z  ciałami  -    powiedział.  -  Mamy  tylko  parę 
minut, zanim ktoś się zorientuje, że z tymi dwoma coś się stało. 

To się nazywało wdepnąć w gówno. 

(Czwartek, 14 kwietnia Londyn, siedziba MI6 -  Mamy problem - powiedziała Cooper 
do  Michaelsa.    -    Straciliśmy  kontakt  z  zespołem,  śledzącym  Peela.    Howard, 
Fernandez i Toni poszli do stołówki, żeby coś przegryźć, a Michaels znów znalazł się 
sam na sam z Cooper w sali konferencyjnej. - Straciliście kontakt? 

-    Ponad  pół  godziny  temu.  Kiedy  się  zameldowali  po  raz  ostatni, poinformowali, że 
zjeżdżają  z  autostrady  M23  koło  Balcombe  i  szykują  się  do  zatrzymania  Peela.  Od 
tego czasu nie udało nam się z nimi skontaktować. 

-  Macie jakiś sposób, żeby ich odnaleźć? 

-    Nie  bardzo.  Transponder  w  ich  samochodzie  przestał  nadawać  kilka  minut  po 
ostatnim meldunku. Wiemy, gdzie byli wtedy.  Wysłaliśmy już zespół uderzeniowy na 
pokładzie śmigłowca z zadaniem zbadania sytuacji. 

-  Albo ich obezwładniono, albo zabito - powiedział bez ogródek. 
-  Nie wiemy tego. 
-  Nie wysłalibyście śmigłowca z zespołem uderzeniowym, gdybyście nie sądzili, że to 
prawdopodobne. 
Westchnęła  i  położyła  mu  rękę  na  przedramieniu.  Poczuł  ciepło  jej  dłoni.  -  Tak, 
obawiamy się, że coś się stało. 

Stał  z  wzrokiem  wbitym  w  jej  rękę.  Po  chwili  cofnęła  ją.  -  Dla  nas  dwojga  nie  ma 
szans, co? 

-  To... nie byłby dobry pomysł. Przykro mi. 
-  Ale sprawiło ci to przyjemność? Dopóki tego nie przerwałeś? 
-  Ee... tak, owszem. 

background image

Uśmiechnęła  się  smutno.  -  Dobrzy  faceci  zawsze  są  już  z  kimś  związani...  Szkoda. 
Ta twoja pani Fiorella ma szczęście, wiesz?  -  Sądzę, że to ja mam szczęście. 
Cofnęła  się  na  neutralny  dystans  i  spojrzała  na  zegarek.  -  Zespół  uderzeniowy 
powinien się wkrótce zameldować. 

-  Czy możemy zatrzymać Peela? Jeśli jest w drodze do posiadłości Goswella? 

-    W  tej  sytuacji  wątpię,  czy  dyrektor  Helms  poszedłby  na  ryzyko  wysłania  jeszcze 
jednego zespołu. Bezpieczniej byłoby otoczyć Peela w Cisach, jeśli rzeczywiście tam 
jedzie i zająć się nim później. 

W  stołówce  MI-6  Fernandez  przełknął  kawałek  czegoś,  co  wyglądało  jak  stek 
salisburski z puree, podlany paroma litrami brunatnego sosu i zapytał: 

- Co się dzieje z wicedyrektor? 

Fiorella przyszła do stołówki z Howardem i Fernandezem, ale zaraz przeprosiła ich i 
odeszła. Wyglądała blado. 

Howard  spoglądał  na  swoją  tajską  sałatkę  z  kurczaka.  Nie  był  plotkarzem,  ale  znał 
Julio  przez  całe  swoje  dorosłe  życie;  nie  mieli  przed  sobą  zbyt  wielu  tajemnic.  A 
wyraz  twarzy  Toni  ostatecznie  go  przekonał.  Musiała  się  dowiedzieć  o 
nadobowiązkowych  zajęciach  Michaelsa.  Howard  nie  wdawał  się  w  szczegóły:  - 
Sądzę, że Toni i dyrektor mogą mieć jakieś problemy osobiste. 

Julio przełknął kolejny kęs, popił go wodą i skinął głową. 
- Cooper - powiedział. - Szef się do niej dobrał? 
Howard uniósł brew. 
-    Jest  wspaniała,  inteligentna  i  strzela  do  niego  oczkami  -  ciągnął  Julio.  -  A  szef 
zaczyna  się  interesować  czubkami  swoich  butów,  kiedy  tylko  Cooper  podejdzie  za 
blisko.  Ona  wygląda  zaborczo,  a  on  -  Jakby  coś  przeskrobał.  Mnie  się  to  wydaje 
jasne. 
Zresztą, nie mówię niczego, o czym byś nie wiedział. Zauważyłeś to. 

Howard skinął głową. - Tak. Julio wsadził sobie do ust następną 
porcję brązovej, parującej breji. - Zupełnie nie rozumiem, skąd 
tyle narzekań na brytyjską kuchnię. Mnie smakuje 
- powiedział. 
-  Nie krępuj się, weź dokładkę. 
Do  ich  stolika  podszedł  młody  człowiek.  -  Pułkownik  Howard?    Dyrektor  Michaels 
chciałby się z panem zobaczyć tak szybko, jak to możliwe. 

Julio  pośpiesznie  wepchnął  sobie  do  ust  następną  porcję.  Howard  skinął  głową  i 
wstał. Co tam znowu? 

Czwartek, 14 kwietnia w pobliżu Balcombe, Anglia MI-6 podstawiło drugi śmigłowiec, 
który  właśnie  wylądował  z  Alexem,  Howardem,  Fernandezem,  Cooper  i  Toni  na 
pokładzie.  Pierwsza maszyna, którą przyleciał zespół uderzeniowy, stała na ziemi, a 
kilkunastu  żołnierzy  w  brytyjskich  mundurach  polowych  i  beretach,  z  bronią  gotową 
do  strzału,  przeszukiwało  właśnie  wielką,  starą  szopę,  kiedy  ekipa  Net  Force 
wysiadła  ze  swojego  śmigłowca,  osłaniając  się  przed  kurzem,  podrywanym  przez 
wirnik.  Toni, jako profesjonalistka, odłożyła na bok osobiste cierpienia, zdecydowana 
nie dopuścić, żeby przeszkadzały jej w wykonywaniu obowiązków służbowych. Mimo 
wszystko, podczas krótkiego lotu nie była w stanie spojrzeć Alexowi w oczy. 

Podszedł  brytyjski  kapitan  i  zamienił  kilka  słów  z  Cooper.  Toni  przechadzała  się 
dookoła, kilka razy przykucnęła, żeby uważniej przyjrzeć się paru miejscom, po czym 

background image

ruszyła w stronę szopy. W środku stał nowy samochód, najwyraźniej od niedawna, bo 
nie  zdążył  go  pokryć  kurz.    Na  klepisku  leżała  cienka  warstwa  siana.  Toni  wyszła  z 
szopy  i  znów  zaczęła  obchodzić  najbliższą  okolicę.  Ziemia  była  na  tyle  miękka,  że 
ślady  stóp  wyraźnie  się  w  niej  odciskały,  ale  wiele  zadeptali  żołnierze,  których  buty 
pozostawiały  charakterystyczne  odciski.  Analizując  to,  co  wiedziała  i  to,  co  teraz 
zobaczyła, zastanawiała się, co tu się mogło wydarzyć. 

-  Toni? - zawołał Alex. Stał z Cooper i brytyjskim kapitanem.  Wiedziała, że stać ją na 
to. Potrafi trzymać uczucia na wodzy i wypełniać swe obowiązki. 

-  To jest kapitan Ward - przedstawił Alex. 

-    Kapitanie,  zechce  pan  wprowadzić  wicedyrektor  Fiorellę,  powiedzieć  jej,  co, 
pańskim zdaniem, mogło się tu wydarzyć?  powiedziała Cooper. 

Toni  poczuła,  że  ogarnia  ją  gniew.  Ją  wprowadzać?  Co  ona  sobie,  kurwa,  myśli? 
Miała  chęć  zetrzeć  Cooper  z  twarzy  ten  wyraz  samozadowolenia.  Pohamowała  się 
jednak i powiedziała: - Nie sądzi pani, że to dość oczywiste? 

Cooper  spojrzała  na  nią  zaskoczona.  Czyżby  w  głosie  Toni  było  wyzwanie?  -  Och, 
doprawdy? Więc proszę nam powiedzieć. - Tak, to było wyzwanie. 

-  Proszę bardzo. Peela osłaniał któryś z jego ludzi i to jego samochód stoi w szopie. 
Na  pewno  wynajęty  i  raczej  nie  uda  się  ustalić,  przez  kogo.  Ślady  będą  pewnie 
prowadzić  do  fikcyjnej  firmy  i  fałszywego  nazwiska.  Wasi  agenci  nie  zauważyli  tego 
drugiego  człowieka.  Niewykluczone,  że  był  to  Michaił  Rużjo,  który  ma  powiązania  z 
Peelem.  Może  chodzili  kiedyś  razem  do  szkoły,  a  może  poznali  się  podczas  akcji 
policyjnej  w  Afryce,  czy  Ameryce  Południowej.  Muszą  się  znać  nie  od  dziś,  nie 
wierzę, żeby przypadkiem skumali się akurat teraz. Peel przyprowadził waszych ludzi 
tutaj,  prosto  w  pułapkę.  Rużjo  podkradł  się  do  nich  -  nie,  cofam  to,  nie  można 
podjechać  do  tej  szopy  samochodem  tak,  żeby  nie  zostać  zauważonym,  a  na 
podejście  na  piechotę  jest  trochę  za  daleko,  więc  prawdopodobnie  czekał  już  tutaj, 
schowany w szopie, kiedy przybył Peel. No, jak sobie radzę? 

- Spojrzała na Alexa. Uśmiechał się blado. Wiedziała, że czuje jej gniew. Skinęła mu 
głową. Wiem wszystko, sukinsynu. A teraz ty wiesz, że ja wiem. 

Cooper  nie  odezwała  się,  Alex  i  kapitan  też  milczeli,  więc  Toni  mówiła  dalej.  -  Na 
ziemi są dwie małe plamy krwi, jeszcze widoczne, chociaż ktoś po nich deptał, tutaj i 
tutaj - wskazała ręką. - Wasi ludzie byli uzbrojeni? I mieli kamizelki kuloodporne? 

Cooper tylko spiorunowała ją wzrokiem. Na pytanie odpowiedział kapitan: - Mieli broń 
krótką,  a  jeśli  chodzi  o  kamizelki,  tak,  powinni  je  mieć  na  sobie.  To  standardowa 
procedura przy takich operacjach. 

-    No  tak.  Więc  Peel  albo  Rużjo  skasowali  ich,  prawdopodobnie  strzelając  w  głowę. 
Tutaj  upadli.  Następnie  zabójcy  załadowali  ciała  do  samochodu,  którym  przyjechali 
wasi agenci i odjechali, jeden z nich tym wozem, a drugi wozem Peela. Zakładam, że 
jeśli  wasi  ludzie  nie  zadeptali  wszystkiego,  odnajdziecie  ślady  opon,  potwierdzające 
moją wersję. Przypuszczam, że samochód ze zwłokami ukryli gdzieś, żeby trudno go 
było odnaleźć. Dwaj zaginieni agenci są powodem do niepokoju, ale to nie to samo, 
co  dwaj  zabici agenci. Gdybym ja tu dowodziła, kazałabym miejscowym policjantom 
przeszukać  każdy  większy  staw,  czy  jeziorko  w  promieniu  kilkunastu  kilometrów. 
Głęboka woda jest dobrym miejscem na ukrycie samochodu. 

Kapitan pokręcił głową. - Trochę to wszystko naciągane. Oprócz krwi nie znaleźliśmy 
żadnych śladów. Nigdzie nie ma łusek po wystrzelonych nabojach. 

background image

-   Jeśli to Rużjo, to na pewno je pozbierał, a sądzę, że i Peel zrobiłby to samo. I na 
pewno  bardzo  szybko  pozbędą  się  broni,  z  której  padły  strzały.  Niewiele  wiem  o 
majorze  Peelu,  ale  Rużjo  jest  profesjonalistą  w  każdym calu. Nie zostawia po sobie 
zbyt wielu śladów. 

Ward  skinął  głową,  jakby  na  potwierdzenie,  że  bardziej  niż  jej  wersja  tego,  co  tu 
zaszło,  interesował  go  tok  rozumowania  Toni.    -    To,  co  pani  sugeruje,  nie  jest 
niemożliwe.  Kiedy  tylko  Peel  zorientował  się,  z  kim  ma  do  czynienia,  wiedział,  że 
mają transponder w samochodzie, więc go wyłączył. Zorganizowaliśmy blokadę dróg 
w  okolicy,  ale  może  już  być  za  późno.    Toni  zebrała  się  w  sobie  i  posłała  Cooper 
najsłodszy  uśmiech,  na  jaki  ją  było  stać.  -  Chciałaby  pani  dowiedzieć  się  czegoś 
jeszcze, pani Cooper? 

-    Nie  w  tej  chwili,  pani  Fiorella.  -  Cooper  zerknęła  na  Alexa  i  Toni  dostrzegła  w  jej 
spojrzeniu troskę. Nawet ubolewanie.  Aha, więc Cooper domyśliła się, że Toni wie. I 
ta  brytyjska  dziwka  współczuła  Alexowi  z  tego  powodu.  Wspaniale.  Teraz  jesteśmy 
już  jedną  wielką,  pieprzoną,  nieszczęśliwą  rodziną.    Michaels  sięgnął  po  virgila  i 
zadzwonił do Jaya Gridleya. 

-  Słucham, szefie. Co się stało? 

-    Czy  gdybym  podał  ci  adres,  fizyczny  adres,  pod  którym  może  się  znajdować  ten 
komputer kwantowy, byłoby to pomocą w twoich poszukiwaniach? 

-    Na  pewno  nie  mogłoby  zaszkodzić.  Może  natrafię  na  jakieś  ślady,  kiedy  podejdę 
dostatecznie blisko, ale gwarancji nie ma.  -  Zaczekaj, już ci przesyłam tę informację. 
Znaleźliśmy  Bascomb-Coombsa  i  wiemy,  gdzie  pracuje.  W  tej  chwili  nie  mamy  do 
niego dostępu, ale może ty coś wykombinujesz. 

-  Dzięki, szefie. 
-  Bądź ostrożny, Jay. 
-  Zrozumiałem. Rozłączam się. 
Michaels  podszedł  do  miejsca,  w  którym  stała  Cooper.  -  Czy  to  coś  zmienia? 
Możemy  pojechać  do  Goswella  i  zdjąć  Peela?    -    Mogę  spytać  dyrektora 
generalnego,  ale  obawiam  się,  że  nie wyda zgody. Mamy zaginionych agentów, ale 
nie  bardzo  możemy  udowodnić,  że  miał  z  tym  związek  Goswell,  czy  nawet  Peel. 
Równie  dobrze  Peel  mógł  odjechać,  zanim  zdążyli  z  nim  porozmawiać,  a  potem 
naszych ludzi napadli przypadkiem złodzieje owiec.  -  Akurat. 
-  Przykro mi, Alex, ale mamy związane ręce. 
W drodze powrotnej do śmigłowca Michaels celowo pozostał w tyle. 
-    Niech  pan  zaczeka,  pułkowniku.  Howard  zwolnił.    -    Cooper  mówi,  że  MI-6  ma 
związane  ręce.  Nie  mogą  pojawić  się  w  posiadłości  lorda  Goswella  bez  ozdobnego 
zaproszenia.    -    Cudownie  -  mruknął  Howard.  Jego  głos  aż  ociekał  sarkazmem.    -  
Pułkowniku, nie wiem, czy już to do pana dotarło, ale zgłosiłem pana do awansu. 
Howard  zawahał  się  przez  chwilę,  po  czym  powiedział:  -  Coś  o  tym  słyszałem, 
dyrektorze. Dziękuję panu. 

-    Wspominam  o  tym  tylko  dlatego,  że  międzynarodowy  incydent  dyplomatyczny 
mógłby pana pozbawić wszelkich szans na ten awans.  To bardzo prawdopodobne. 

Howard  wyszczerzył  zęby  w  uśmiechu.  -  Jeśli  w  zamian  dopadłbym  Rużjo  i  tego 
szalonego hakera, to nie ma sprawy. 

Michaels też się uśmiechnął. - Coś mi mówiło, że właśnie tak pan do tego podejdzie. 
Sądzę,  że  po  powrocie  do  MI-6  naszej  ekipie  będzie  się  należało  trochę  czasu 
wolnego. Chyba wybierzemy się na przejażdżkę po okolicy, czy coś w tym rodzaju. 

background image

-  Tak jest, sir. 

Michaels spojrzał na śmigłowiec, mrużąc oczy, żeby nie naleciało mu do nich kurzu, 
podrywanego  przez  obracający  się  wirnik.    Najczęściej  starał  się  przechodzić  przez 
ulicę  po  pasach,  przy  zielonym  świetle,  ale  czasem  trzeba  było  przebiec,  mimo  że 
światło było czerwone. Istniała różnica między sprawiedliwością a prawem i czasem 
cel  uświęcał  środki.  Zdawał  sobie  sprawę,  że  jeśli  podejmie  takie  ryzyko  i  odniesie 
sukces, zdoła się potem jakoś wybronić. Tak to już było w tej pracy. Jeśli mu się nie 
uda,  zapłaci  za  to.  Polowali  na  terrorystów  i  morderców.    Najgorsze,  co  mogło  go 
spotkać,  jeśli  pokpi  tę  sprawę,  było  karne  zwolnienie  z  pracy  i  dwadzieścia,  albo 
trzydzieści  lat  więzienia.    Patrząc  na  Toni,  która  wsiadała  właśnie  do  śmigłowca, 
demonstracyjnie  odwracając  głowę  tak,  żeby  na  niego  nie  spojrzeć,  pomyślał,  że 
zdarza  się  zapłacić  wyższą  cenę  za  to,  że  człowiek  coś  spieprzył,  czy  też  -  w  jego 
sytuacji - za to, że omal się z kimś nie pieprzył. 

Cóż, może będzie miał szczęście i zginie podczas tej tajnej operacji... 

Górna  kreda,  czwartek,  14  kwietnia  (miejsce  w  którym  kiedyś  będzie  Londyn  Jay, 
pieszo,  z  wyrzutnią  pocisków  rakietowych  przewieszoną  przez  ramię,  pociągnął 
nosem.  Oprócz  zwykłych  zapachów  dżungli  w  powietrzu  unosiła  się  jeszcze  jakaś 
woń, nieprzyjemna i tak przenikliwa, że nie można jej było zignorować. 

Koło niego Saji zmarszczyła nosek i zapytała: 

- Boże, co to za smród? 
-  Nie wiem, jak to oględnie wyrazić; to gówno tego potwora. 
Wskazał ręką. 
Przed  nimi  rozpościerała  się  gęsta,  prehistoryczna  dżungla,  reprezentująca  całe 
sterty zakodowanych plików komputerowych, elektroniczna lokalizacja ośrodka, który 
w świecie realnym był firmą komputerową w Londynie. W rzeczywistości wirtualnej na 
ścieżce,  prowadzącej  do  dżungli  znajdował  się  kopiec  brązowych,  cuchnących 
ekskrementów  wielkości  dużego  pojemnika  na  śmieci,  a  nad  nim  krążyły  chmary 
much. 
Po  obu  stronach  ścieżki  było  jeszcze  kilkanaście  takich  stert,  wyschłych  i 
stwardniałych, mających się kiedyś stać gigantycznymi koprolitami*. 

Jay  i  Saji  obeszli  świeży  kopiec  dookoła.  Z  bliska  widzieli  wystające  kawałki 
niestrawionych kości i czuli bijące od niego ciepło. Powietrze było ciężkie od smrodu. 

-    Nie  chcę  zgrywać  doświadczonego  tropiciela, ale jestem pewien, że nasza bestia 
przeszła tędy - powiedział Jay. 

-  I  jestem  się  gotów  założyć,  że  urządziła  tu  sobie  wychodek,  bo  mieszka  gdzieś  w 
pobliżu. 

 Skamieniałe ekskrementy zwierząt kopalnych [przyp. tłum.]. 
 
Saji  zmierzyła  kopiec  wzrokiem  i  pokręciła  głową.  -  Niezbyt  podoba  mi  się 
perspektywa zapuszczania się w dżunglę za tym potworem - powiedziała. 

Jay zdjął z ramienia wyrzutnię pocisków rakietowych. - Mnie też nie. Stań tu, z boku. - 
Oparł  broń  na  ramieniu,  wycelował  w  stronę  dżungli  i  ściągnął  spust.  Rakieta 
wystrzeliła  z  wyrzutni  z  charakterystycznym  odgłosem,  ciągnąc  za  sobą  smugę 
ognia, wpadła między drzewa i eksplodowała z głośnym hukiem. Na wszystkie strony 
posypały się liście i połamane gałęzie.  -  Jeszcze parę pocisków i potwór pewnie się 
zainteresuje, co to takiego - powiedział Jay. 

background image

Czwartek, 14 kwietnia 
Posiadłość „Cisy”, Sussex, Anglia 
Peel  wysiadł  z  samochodu  i  trzasnął  drzwiami  mocniej,  niż  było  to  konieczne. 
Powściągnął gniew, skinął głową Huardowi, który trzymał wartę na tyłach rezydencji i 
odwrócił  się,  żeby  popatrzeć  na  Rużjo,  wysiadającego  po  stronie  pasażera. 
Samochód  z  ciałami  obu  agentów  i  bronią,  od  której  zginęli,  znajdował  się  na  dnie 
głębokiego  na  dziesięć  metrów  stawu  hodowlanego  na  jednej  z  farm  Jego 
Lordowskiej  Mości  we  wschodnim  Sussex,  niedaleko  od  szopy,  przed  którą  ich 
zastrzelili.  No,  prawdę  mówiąc,  to  Rużjo  ich  zastrzelił.  SIS  albo  miejscowa  policja 
zapewne znajdą w końcu ten samochód z jego zawartością, ale chyba nie nastąpi to 
zbyt  szybko.  Powinien  mieć  mnóstwo  czasu  na  zatarcie  wszystkich  śladów  i 
wydostanie  się  z  kraju.  Żałował,  że  musi  wyjechać,  ale  nie  miał  wątpliwości,  że  to 
konieczne. I chociaż mógł się pożegnać z tą urojoną fortuną w indonezyjskim banku, 
to  przecież  w  sejfie  Goswella  z  pewnością  znajdzie  się  dość  pieniędzy,  żeby 
sfinansować  ucieczkę.  Zamierzał  zlikwidować  Goswella,  tego  sukinsyna  Bascomb-
Coombsa  i  Rużjo;  tego  ostatniego  z  zachowaniem  maksymalnej  ostrożności, 
najlepiej  od  tyłu,  kiedy  nie  będzie  się  niczego  spodziewał.  Potem  odpowiednio 
poukłada  zwłoki,  zaaranżuje  wszystko  tak,  żeby  wyglądało,  że  to  były  agent 
Specnazu  zastrzelił  pozostałych  dwóch,  a  potem  sam  zginął  od  kuli  jednego  z  ludzi 
Peela - powiedzmy, Huarda, który też będzie musiał zginąć -  i on, Peel, będzie wolny 
jak  ptak.  Jego  sytuacja  wyglądała  źle,  ale  nie  beznadziejnie;  wolałby,  żeby  sprawy 
potoczyły się inaczej, ale chyba potrafi wyjść z tego obronną ręką. Był wyszkolonym 
żołnierzem,  oficerem  z  doświadczeniem  w  dowodzeniu  w  warunkach  polowych; 
gdzieś  w  Trzecim  Świecie  zawsze  znajdzie  się  zapotrzebowanie  na  jego  usługi. 
Mógłby  szkolić  wojsko  w  którymś  z  krajów  Wspólnoty  Niepodległych  Państw, 
dowodzić  batalionem  w  środkowej  Afryce,  czy  pracować  jako  ochroniarz  jakiegoś 
arabskiego  księcia.  Psy  wojny  nigdy  nie  wychodziły  do  końca  z  mody,  choćby 
dookoła panował pokój. Nigdy nie można mieć pewności, czy sąsiad nie czyni jakichś 
zakusów  terytorialnych  i  należało  być  przygotowanym  na  obronę  swojej  ziemi, 
choćby ten sąsiad uśmiechał się najszczerzej i unosił otwarte dłonie na znak, że nie 
ukrywa broni. 

Cóż, lepsze to, niż nic. 

-    Zostań  tu  i  miej  oczy  otwarte  -  powiedział  do  Rużjo.    Rużjo  zasalutował  swym 
zwiniętym  parasolem.  Prawdopodobnie  będzie  go  wkrótce  potrzebował; niebo znów 
zasnuło  się  ciemnymi  chmurami,  które  wiatr  przygnał  znad  Północnego  Atlantyku 
razem z zimnym frontem. Wprost idealnie, burza sprawi, że zrobi się jeszcze bardziej 
ponuro. 

Peel podszedł do Huarda. - Powiedz chłopcom, żeby rozpoczęli patrolowanie wzdłuż 
granic posiadłości - powiedział.  - Niewykluczone, że będziemy mieli gości. Ty pilnuj 
tylnego wejścia. 

-  Tak jest. 

Peel  wszedł  do  domu.  Był  przekonany,  że  ze  wszystkim  sobie  poradzi.  A  potem 
zaczeka do zmroku, żeby pod osłoną ciemności pieszo wydostać się stąd przez pola, 
na  wypadek,  gdyby  ktoś  obserwował  posiadłość. Musiał założyć, że skoro wiedzieli, 
kim był, a przynajmniej wiedzieli tyle, żeby wysłać po niego agentów SIS, to wiedzieli 
także, dla kogo pracuje. Nie wezmą Cisów szturmem, co to, to nie, ale mogą czekać 
pod bramą, dopóki nie wyjdzie. Jeśli uda mu się wydostać na piechotę wystarczająco 
daleko,  będzie  mógł  ukraść  samochód  któremuś  z  sąsiadów,  pojechać  na 
południowe wybrzeże i przeprawić się przez Kanał jedną z łodzi Goswella. To żaden 

background image

wstyd wycofać się przed przeważającymi siłami.  Zawsze można się przegrupować i 
wrócić później. Przegrana bitwa nie musi jeszcze oznaczać przegranej wojny. 

Goswell popijał drinka w salonie. - Witam, majorze. 

-  Wasza Lordowska Mość. Gdzie jest Bascomb-Coombs?  -  Chyba w gabinecie na 
końcu  korytarza.  Bawi  się  tym  swoim  przenośnym  komputerem.  Zablokowałem  mu 
dostęp  do  tej  specjalnej  maszyny,  ale  jestem  pewien,  że  potrafi  ominąć  tę  blokadę. 
Jego  przenośny  komputer  coś  zasygnalizował,  Bascomb-Coomb  zrobił  się  nagle 
bardzo  podekscytowany,  przeprosił  i  wyszedł.  Drinka?    -    Doskonały  pomysł  - 
powiedział Peel. Natychmiast zmaterializował się Applewhite - szkoda, że też będzie 
musiał  zginąć,  major  lubił  tego  starego  służącego  -  i  Peel  uniósł  dwa  palce, 
sygnalizując,  ile  szkockiej  ma  być  w  szklaneczce.  A,  co  tam -  dodał  trzeci  palec.  W 
końcu musiał przecież doczekać jakoś do zmroku, czyż nie tak? A miał za sobą długi 
i męczący dzień. Nikt nie mógł mieć mu za złe, że potrzebował przyzwoitego drinka. 

Gwałtowny  powiew  wiatru  targnął  uchylonym  oknem,  a  w  szybę  uderzyły  pierwsze 
krople deszczu. Zapowiadał się burzliwy wieczór -  i to pod wieloma względami. 

Czwartek, 14 kwietnia Londyn, Anglia 

Ekipa  Net  Force  wyruszyła  pojazdem,  nazwanym  przez  Howarda  samobieżnym 
Taktycznym  Centrum  Dowodzeniowym.  W  istocie  był  to  wielki  wóz  kempingowy, 
który pośpiesznie wynajęli. Julio prowadził, klnąc na czym świat stoi: 

-  Głupie skurwysyny! Dlaczego nie możecie jeździć po właściwej stronie drogi? 

Reszta  zespołu  uderzeniowego  załadowała  się  już  do  samochodów  osobowych  i 
ciężarówek w bazie wojskowej, i wyjechała do miejsca, w którym wyznaczona została 
zbiórka - w tym wypadku do remizy strażackiej w Sussex. 

Howard ustawił komputer na niewielkim stoliku. Michaels i Toni siedzieli koło niego i 
przyglądali  się.  Howard  wywołał  na  monitor  powiększone  zdjęcie  dużej  willi  i  kilku 
mniejszych budynków, zrobione z lotu ptaka. - To posiadłość Goswella - powiedział.  
-  Ma pan to z MI-6? - spytał Michaels. 

-  Nie, sir. Zleciłem dziś rano sfotografowanie tego obszaru przez naszego Wielkiego 
Zeza. 

-  Jeszcze zanim wiedzieliśmy, że wyruszymy na tę akcję? - spytała Toni. 

-  Tak, proszę pani. Nigdy nie zaszkodzi przygotować się na wszelki wypadek. 

Michaels skinął głową. Howard po prostu robił, co do niego należało. 

-  Bylibyśmy w znacznie lepszej sytuacji - kontynuował pułkownik -  mając kilka dni na 
przestudiowanie  tych  materiałów,  przetestowanie  scenariuszy  taktycznych  i 
przygotowanie  planów  awaryjnych,  ale  skoro  nie  mamy,  załatwimy  to  w  możliwie 
najprostszy  sposób,  w  nadziei,  że  okaże  się  skuteczny.  Z  atakiem  zaczekamy  do 
zapadnięcia  ciemności.  Moi  ludzie  zajmą  się  strażnikami,  a  sierżant  Fernandez,  ja  i 
paru innych przeskoczymy przez ogrodzenie, i ruszymy do rezydencji. Rzucimy kilka 
granatów  obezwładniających,  zdejmiemy  straże,  wejdziemy  do  środka  i  wszystkich 
wygarniemy.  Następnie  wybierzemy  sobie  tych,  na  których  nam  zależy  i  czym 
prędzej  ruszamy  do  granicy. Wystarczy trzech - Rużjo, Peel i Bascomb-Coombs - a 
wszelkie informacje, obciążające Goswella możemy przekazać Brytyjczykom później 
i  niech  oni  się  nim  zajmą,  jeśli  maczał  w  tym  palce.  Przy  odrobinie  szczęścia 
będziemy  już  nad  Atlantykiem,  w  połowie  drogi  do  domu,  zanim  miejscowe  władze 
zorientują się, co się stało.  -  Jedno małe uzupełnienie - powiedział Michaels. - Idę z 

background image

panem.    Tak,  ma  pan  rację,  to  nie  jest  najrozsądniejsze  posunięcie,  ale 
prowadziliśmy już dyskusje na ten temat, a skoro to ja ponoszę odpowiedzialność, do 
mnie należy wybór. - Zerknął na Toni, zamierzając powiedzieć jej, że ma pozostać w 
centrum  dowodzenia.    Zmierzyła  go  zimnym  wzrokiem.  Wiedziała,  co  chciał 
powiedzieć.    W  tym  momencie  zdał  sobie  sprawę,  że  jeśli  to  powie,  raz  na  zawsze 
zaprzepaści  wszelkie  szansę  naprawienia  tego,  co  się  między  nimi  popsuło,  jeśli  w 
ogóle istniały jakieś szansę. Dodał więc: - Toni też z nami pójdzie. 

Skinęła  mu  głową.  -  Dziękuję  ci.  -  Powiedziała  to  bardzo  oschłym  tonem,  ale 
przynajmniej jeszcze się do niego odzywała. Lepsze to, niż nic. 

Kiedy dojechali do remizy koło miasteczka Cuckfield, zespół uderzeniowy Net Force 
już tam na nich czekał. Był wieczór, mżyło.  Toni wysiadła z samochodu. Czekała ją 
niespodzianka. Pod dachem garażu obok głównego budynku stała Angela Cooper. W 
polowym mundurze i wojskowych butach. 

-  O, kurwa - mruknął Fernandez pod nosem. 
- Wygląda na to, że zaraz nam odwołają zabawę. 
- Ruszyli do garażu, żeby się schować przed deszczem. Michaels otworzył usta, ale 
zanim zdążył coś powiedzieć, Angela powstrzymała go gestem. - Gdybym cię chciała 
powstrzymać, Alex, nie przyjechałabym tu sama. 
-  Więc czego chcesz? - spytał. 

-    Oficjalnie,  rząd  Jego  Królewskiej  Mości  nie  może  zaaprobować  żadnej  akcji 
przeciw lordowi Goswellowi, dopóki nie zbierzemy odpowiednich dowodów. Ale nasz 
dyrektor  generalny  wie,  co  zdołaliśmy  ustalić  i,  nieoficjalnie,  podziela  naszą opinię - 
że  najprawdopodobniej  to  Bascomb-Coombs  jest  odpowiedzialny  za  te  akty 
terroryzmu komputerowego oraz, że major Peel i Goswell mieli w tym swój udział. 

-  Więc postanowiliście przymknąć oko? - powiedział Alex.  -  Tak. Pod warunkiem, że 
będziemy  mieli  nieoficjalnego  obserwatora,  który  upewni  się,  że  nasze  nieoficjalne 
stanowisko... pozostanie nieoficjalne. 

-  Więc my mamy wykonać całą brudną robotę, zająć się waszym problemem, a jeśli 
wpadniemy, wy będziecie mieli czyste ręce?  - zapytała Toni. 

-    Niczego  nie  da  się  przed  panią  ukryć,  co,  pani Fiorella? Ale to chyba nie całkiem 
tak, prawda, Alex? 

Lata  treningu  silat  umożliwiły  jej  zapanowanie  nad  sobą.  Jeśli  się  wie,  że  można 
kogoś poważnie okaleczyć, albo zabić dłonią, łokciem, kolanem, czy stopą, człowiek 
zwykle  dobrze  się  zastanowi,  zanim  wykona  jakiś  gwałtowny  ruch.  W  krytycznym 
momencie  należy  działać  szybko,  niemal  instynktownie,  ale  też  trzeba  prawidłowo 
ocenić,  że  taki  moment  nadszedł.  Kiedyś,  na  studiach,  kolega  z akademika zaszedł 
Toni  od  tyłu  na  korytarzu,  chcąc  ją  połaskotać.  Ten  żart  skończył  się  dla  niego 
wstrząsem  mózgu  i  wizytą  w  szpitalu.  Minęło  jeszcze  kilka  lat,  zanim  nauczyła  się 
reagować  bardziej  powściągliwie;  zwykle  potrafiła  właściwie  ocenić  sytuację  i  nie 
nokautować kogoś, kto nie chciał jej wyrządzić krzywdy. 

Tylko  ta  zdobyta  z  niemałym  trudem  samokontrola  powstrzymała  teraz  Toni  przed 
rozdarciem  Angeli  Cooper  na  kawałki.  Chciała  to  zrobić,  pragnęła  tego.  A  jednak 
zdołała się uśmiechnąć. - To prawda, czasem kojarzę trochę za wolno, ale w końcu 
chwytam  sens.    -    W  porządku  -  powiedział  Alex.  -  Pułkownik  Howard  omówi  to  z 
nami  jeszcze  raz.  Wyruszamy  dopiero  za  parę  godzin.  -  Spojrzał  na  Toni,  pokręcił 
głową,  a  potem  rozłożył  ręce  w  geście,  mającym  oznaczać,  że  jest  mu  przykro,  ale 

background image

nic  nie  mógł  poradzić.    Wyglądał  nienajlepiej,  twarz  miał  jakby  poszarzałą;  miała 
nadzieję, że czuje się podle. Należało mu się. 

Rużjo  oparł  się  plecami  o  kamienną  ścianę  rezydencji.  Wystający  dach  osłaniał  go 
przed  deszczem.  Wiatr  prawie  ucichł, kiedy zaczęło padać, woda spływała rynnami, 
więc nie groziło mu przemoknięcie. Trzymał w ręku parasol, przeczuwając, że będzie 
tej  nocy  musiał  skorzystać  z  jego  ukrytej  funkcji.  We  wszystkich  krajach,  jakie  znał, 
służby wywiadowcze z całą determinacją i bezwzględnością ścigały tych, którzy zabili 
ich  agentów.  Broniły  swej  reputacji.  Zwłaszcza  Specnaz  był  znany  z  mściwości. 
Pewnego  razu,  w  którymś  z  wiecznie  niespokojnych  krajów  Bliskiego  Wschodu, 
jednego  z  agentów  Specnazu  schwytała  i  zamordowała  grupka  fundamentalistów. 
Tydzień  później  szesnastu  z  tych  fanatyków  znaleziono  martwych  w  przydrożnym 
rowie,  ułożonych  równo  jeden  obok  drugiego.  Każdy  miał  obciętego  penisa, 
wepchniętego w usta i wykłute oczy. 

Jeśli zabijecie jednego z naszych, zniszczymy wam całą wieś. 
Nawet fanatykom dawało to do myślenia. 
Brytyjczycy  byli  bardziej  cywilizowani  i  nie  tak  okrutni,  ale  zapewne  doszli  już  do 
wniosku,  że  dwaj  ich  ludzie  nie  żyją  i  wiedzieli,  kto  ponosi  za  to  odpowiedzialność. 
Wiedzieli  co  najmniej  o  Peelu,  a  skoro  wysłali  za  nim  swoich  ludzi,  niewątpliwie 
musieli  wiedzieć,  dla  kogo  major  pracuje  i  gdzie  mieszka  jego  pracodawca.  Peel 
zdawał sobie z tego sprawę i z pewnością miał już przygotowany plan ucieczki. 
Howard, w pelerynie, chodził w tę i z powrotem na tyłach domu. 
Podchodząc do Rużjo, spoglądał na niego, ale się nie odzywał. 
Howard go nie lubił, ale Howard to jeszcze dzieciak. 
Rużjo  zastanawiał się, co by zrobił, będąc na miejscu Peela.  Jedynym racjonalnym 
wyjściem  była  ucieczka;  nawet  Goswell  nie  mógłby  mu  zapewnić  ochrony,  gdyby 
major pozostał tutaj. Bardzo ważny był czas. Peel musiał zniknąć, zanim zrobi się za 
gorąco.  Na jego miejscu, Rużjo już dawno by uciekł. Tak, czy inaczej, Peel musi się 
oddalić  przed  świtem,  bo  później  jego  prześladowcy  mieliby  ułatwione  zadanie.  I 
zapewne  będzie  chciał  odejść,  nie  pozostawiając  żadnych  świadków.  Swoich  ludzi 
wysłał  na  patrolowanie  granic  posiadłości,  pozostawiając  tutaj  tylko  Rużjo  i  Huarda. 
Najprawdopodobniej  zamierzał  ich  obydwu  zlikwidować,  tak  samo, jak wszystkich w 
rezydencji Goswella. Rużjo tak by postąpił, gdyby był na miejscu Peela. 
No  tak.  W  pewnej  chwili  Peel  zawoła  go  do  środka.  Albo  może  rozkaże  Huardowi 
przez radio, żeby on to zrobił, zabił Rużjo?  Nie. Nie ufałby do tego stopnia Huardowi. 
Chłopak mógłby zawieść, a wtedy Rużjo poszukałby Peela. 

Rużjo mógłby po prostu zniknąć, rozpłynąć się w mroku za kilka minut, kiedy zrobi się 
zupełnie  ciemno.  Żaden  z  ludzi  Peela  nie  znalazłby  go,  a  gdyby  nawet,  to  nie 
zdołałby  go  powstrzymać.    Mógłby  stąd  odejść  pieszo,  potem  podjechać  okazją, 
ukraść  samochód  i  jutro  znaleźć  się  we  Francji.  Tutaj  sprawy  miały  się  ku  końcowi. 
Jaki  sens  miało  czekanie  na  przewidywany  finał?    W  myślach  wzruszył  ramionami. 
Prawdę mówiąc, żadnego sensu. I chyba właśnie dlatego postanowił zostać. Nie miał 
żadnych  zobowiązań.  To  miejsce  było  równie  dobre,  jak  każde  inne.  Czy  to  ważne, 
gdzie  przesypie  się  ostatnie  ziarenko  piasku  w  klepsydrze?    W  końcu,  czy  w  ogóle 
cokolwiek miało jeszcze jakieś znaczenie? 

Howard  założył  hełm  i  sprawdził  taktyczny  sprzęt łącznościowy LOSIR. - Ekipa przy 
ogrodzeniu,  zgłaszać  się  kolejno.    Członkowie  zespołu  uderzeniowego  posłusznie 
wykonali rozkaz. 

Wszystko w porządku. 
-  Zespół szturmowy, zgłoście się. 

background image

-  Numer jeden, Cooper. 
-  Numer dwa, Michaels. 
-  Numer trzy, Fiorella. 
-  Numer cztery, Fernandez. 
Howard  miał  numer  pięć.  Pięcioro  powinno  wystarczyć,  jeśli  każdy  zrobi  to,  co  do 
niego należy. On i Fernandez wezmą na siebie większość roboty. Michaels i Fiorella 
nie  mieli  wprawdzie  przeszkolenia  wojskowego,  ale  widział  ich  oboje  w  akcji  i 
wiedział,  że  sobie  poradzą.  Jedyną  niewiadomą  była  Cooper,  ale  jako  agentka  MI6 
powinna  mieć  opanowane  przynajmniej  podstawy.    Cała  ta  operacja  była 
zorganizowana  na  chybcika,  ale  nie  mieli  innego  wyjścia.  Wszyscy  założyli  lekkie 
kombinezony  SIPE  z  komputerami  taktycznymi  do  obsługi  hełmów,  zapewniające 
ochronę  przed  pociskami  i  łączność.  Wszyscy  byli  uzbrojeni  w  proste,  ale 
niezawodne  pistolety  maszynowe  H&K  i  pistolety  taktyczne;  tylko  Howard  miał  swój 
antyczny rewolwer. A kiedy tylko go wyciągnął, Julio rozpoczął teatralny lament. 
-  Ludzie, ja chyba ślepnę - zawodził. - Moje stare oczy odmawiają mi posłuszeństwa. 
Cóż to za paskudna narośl na tej wspaniałej, zabytkowej broni pana pułkownika? Na 
jego talizmanie?  Czyżby celownik kolimatorowy? Nie, to niemożliwe! 

-  Julio... 

-    Nie,  ja  chyba  jestem  na  prochach,  albo  może  po  prostu  zwariowałem.  Ten 
pułkownik  John  Howard,  którego  znam,  za  nic  na  świecie  nie  korzystałby  z  takiego 
sprzętu,  tylko  dlatego,  że  jest  najnowocześniejszy  i  przydatny!    -    Uniósł  głowę  ku 
zaciągniętemu deszczowymi chmurami niebu. 

-  Czego tak wypatrujecie, sierżancie? 

-    Nie  wiem,  sir.  Jakiegoś  znaku  niebios.  Wielkiego  meteoru,  który  na  nas  spadnie, 
zgromadzenia aniołów, ognistego deszczu, czegoś, co obwieści nam, że koniec jest 
już bliski. 

-    Nigdy  nie  pozwólcie  nikomu  mówić,  że  wasz  dowódca  jest  luddystą -    powiedział 
Howard z uśmiechem. 

Ruszyli. Kilka kilometrów dalej mieli się rozdzielić na dwie grupy. Zespół uderzeniowy 
zajmie  się  bramą,  a  oni  zamierzali  sforsować  ogrodzenie.  Howard  głęboko 
zaczerpnął powietrza i wypuścił je powoli. 

Peel spojrzał na zegarek. Dochodziła dziewiąta. Ciągle padało, ale nie tak mocno, jak 
przedtem, sądząc po dźwięku, jaki wydawały krople, bębniące o dachówki. Bascomb-
Coombs  nie  wyszedł  z  gabinetu,  siedział  pochylony  nad  komputerem,  z  osprzętem 
VR na głowie i na palcach, pogrążony w jakimś wirtualnym scenariuszu.  No i dobrze. 
Zginie, niczego się nie spodziewając; Peelowi było to obojętne. Goswell podreptał do 
jadalni na późną kolację, więc Peel miał salon dla siebie. Popijał już trzecią szkocką, 
ale tym razem małą. Wolał nie pić za dużo z uwagi na obecność Rużjo.  Wiedział, że 
powinien już zacząć, odwlekał jednak ten moment. 

Zdawał sobie sprawę, że musi to zrobić, ale trochę się ociągał.  Odwróci kolejną kartę 
w  księdze  swojego  życia,  i  to  bardzo  znaczącą.  Cóż,  raz  się  wygrywa,  raz  się 
przegrywa; ważne, żeby przeżyć i móc znów walczyć. 

Pociągnął kolejny łyk szkockiej. 

Bestia,  która  wyglądała  na  skrzyżowanie  Godzilli  i  wielkiego  pterodaktyla  z  filmu 
Spielberga,  wylazła  na  polanę,  na  której  urządziła  sobie  wychodek  i  wydała  ryk,  od 
którego  posypały  się  liście  paproci.  Była  jeszcze  dość  daleko,  kilkaset  metrów.  

background image

Prawdopodobnie potrafiła pokonać taki dystans w ciągu czterech, czy pięciu sekund, 
kiedy już się dobrze rozpędzi. Jeden strzał, może dwa. 

-  Jest - powiedział Jay, zupełnie niepotrzebnie. 
Saji spojrzała na niego. - O rety, naprawdę? 
Jay  przełknął  ślinę  i  naprowadził  krzyż  laserowego  celownika  na  pierś  bestii.  Krzyż 
trochę  tańczył,  ale  w  końcu  holograficzny  obraz  w  celowniku  zamrugał  czerwienią, 
sygnalizując  namierzenie  celu.  Jay  szarpnął  za  spust  i  natychmiast  pomyślał  z 
przerażeniem, że zrobił to za mocno. 
Rakietowy pocisk wystrzelił z wyrzutni, uderzył w pierś bestii i eksplodował. 

Kiedy rozwiał się dym, zobaczyli powalonego potwora. 
-  W porządku, Jay! - zawołała Saji. 
Ten  triumf  był  jednak  bardzo  krótkotrwały.  Na  ich  oczach  potwór  przetoczył  się  po 
ziemi,  podparł  ogonem  i  stanął  na  łapach.    Rozglądał  się  dookoła,  szukając  źródła 
zagrożenia. 
O, cholera! 

Saji  wsuwała  już  następny  pocisk  do  wyrzutni,  zanim  Jay  zdążył  się  odezwać. 
Klepnęła go w ramię. - Załadowany! 

Następna rakieta trafiła w cielsko bestii. Bum! Potwór ponownie upadł. 

Ale  znów  stanął  na  nogi  i  ryknął  tak  głośno,  że  mógłby  zbudzić  z  wiecznego  snu 
wszystkich, którzy zmarli od początku świata.  Pochylił się do przodu, wyprężył wielki 
ogon i spostrzegł Jaya i Saji. Wyglądał jak gigantyczny pies myśliwski, wystawiający 
zwierzynę. 

O rety. Ale przynajmniej pociski rakietowe odnosiły jakiś skutek.  Problem w tym, że 
pozostał im już tylko jeden. Mogli wyrwać się z rzeczywistości wirtualnej, musieliby to 
zrobić, gdyby bestia podeszła za blisko; pamiętając, co tamten niewielki tygrys zrobił 
z jego mózgiem, Jay czuł, że gdyby ten potwór dostał ich w swoje łapy, groziłoby im 
fizyczne  niebezpieczeństwo,  chociaż  była  to  tylko  wirtualna  wizualizacja.  Gdyby 
musieli  uciekać  z  rzeczywistości  wirtualnej,  to  coś  byłoby  górą,  a  do  tego  Jay  nie 
chciał  dopuścić.  Pokona  tę  bestię,  jeszcze  nigdy  w  życiu  na  niczym  tak  mu  nie 
zależało. Nie tylko pokona ją, ale zetrze w proch, raz na zawsze. 

Ale ich sytuacja nie wyglądała dobrze. 
-  Załadowany! 
Jay głęboko zaczerpnął powietrza i przygotował się do ostatniego strzału. 
Bascomb-Coombs  wciąż  siedział  w  gabinecie,  machał  rękami,  kiwał  palcami, 
wykonywał jakieś komputerowe hokuspokus. Peel rozejrzał się po korytarzu. Nikogo 
innego  nie  było  w  pobliżu.  Wślizgnął  się  do  pokoju.  Z  pochwy  przy  pasie  wyciągnął 
mały nóż, model Cold Steel Culloden. Nóż był krótki, z zakończoną spiczasto klingą i 
rękojeścią  z  twardej  gumy,  zapewniającą  dobry  chwyt.  Peel  podszedł  do  naukowca 
od  tyłu,  chwycił  go  za  czoło  lewą  ręką,  a  prawą  wbił  mu  nóż  w  podstawę  czaszki. 
Bascomb-Coombs zesztywniał... 

Bestia otworzyła zębatą paszczę, błyskając kłami długości ludzkiego ramienia i znów 
wydała  ten  potworny  ryk.  I  nagle  zamarła  w  tej  pozycji,  z  rozwartymi  szeroko 
szczękami. 

-  Co on robi? 

Jay pokręcił głową. - Nie mam bladego pojęcia. Ale stanowi dobry cel. - Naprowadził 
krzyż celownika na wyraźnie widoczny przełyk potwora. Wstrzymał oddech i ściągnął 
spust... 

background image

Ciałem Bascomb-Coombsa parę razy rzuciły drgawki, ale zaraz zwiotczało, stając się 
nagle  za  ciężkie  dla  Peela.  Major  pochylił  się  i  wyciągnął  nóż  z  podstawy  czaszki 
naukowca, wytarł go o koszulę trupa i wsunął z powrotem do pochwy. 

-  Przykro mi, stary, ale kiedy się ktoś naraża bykowi, dostaje się czasem na rogi. 

Nóż był w tej sytuacji właściwą bronią. Peel nie chciał ściągać na siebie uwagi. Kiedy 
tu skończy, użyje broni palnej przeciwko Rużjo. Nie chciał podchodzić do tego faceta 
zbyt  blisko.    Więc  dalej.  W  domu  zostali  jeszcze  Goswell,  służąca,  kucharz  i  stary 
Applegate,  a  potem  przyjdzie  kolej  na  Rużjo.  Huarda  mógł  zostawić  na  koniec, 
chłopak nie będzie niczego podejrzewał. Potem należało otworzyć sejf - kombinację 
znał  od  wielu  miesięcy  zabrać  całą  gotówkę,  ewentualnie  jakieś  cenne  drobiazgi  i 
pomaszerować  zalanymi  deszczem  polami.  Długi  i  ciężki  dzień,  który  w  dodatku 
jeszcze się nie skończył, ale cóż, człowiek robił to, co musi i Boże chroń króla. 

Ruszył korytarzem do jadalni, żeby zamienić słowo z Jego Lordowską Mością. 

Tym  razem  eksplodował  nie  tylko  pocisk,  ale  także  łeb  bestii.  Na  wszystkie  strony 
poleciała  wirtualna  masa  mózgowa,  krew  i  kości.    Kilka  z  nich  uderzyło  Jaya  i  Saji, 
ale niezbyt mocno. 

-  Dostałeś go! Dostałeś go! 
-  I tak się cieszysz, ty, buddystka? 
Saji  uściskała  go.  -  A  dlaczego  nie?  W  rzeczywistości  przerwałeś  tylko  działanie 
programu  komputerowego,  prawda?    -    Tylko?  Hej,  kobieto,  to  nie  był  taki  sobie 
zwyczajny program komputerowy! - Ale też ją uściskał. Zwyciężył. Zrehabilitował się. 
Czuł się więcej niż dobrze, czuł się wspaniale. 
Dawny Jay Gridley powrócił! 

Czwartek,  14  kwietnia  (posiadłość  „Cisy”,  Sussex,  Anglia  Bez  żadnych  przeszkód 
podeszli  do  rezydencji  na  odległość  kilkuset  metrów.  Michaels  spodziewał  się,  że 
usłyszy  strzały  zespołu  uderzeniowego  przy  bramie,  ale  albo  dzieliła  ich  zbyt  duża 
odległość, albo wszystko poszło łatwiej niż mogliby się spodziewać. 

W  słuchawkach  usłyszał  Howarda.  -  Numer  cztery,  widzisz  coś?    Fernandez  szedł 
pierwszy.  -  Nic...  Zaraz,  ktoś  przeszedł  właśnie  pod  lampą  nad  tylnymi  drzwiami. 
Wygląda na wartownika.  -  Zrozumiałem. Ruszamy. 

Michaels zaczekał, aż Howard go minie, podniósł się z wilgotnej ziemi, na której leżał 
na brzuchu i głęboko schylony ruszył naprzód. Trzymać się nisko i poruszać powoli, 
Howard  podkreślał  to  wielokrotnie.  Toni  i  Cooper  szły  za  nim,  a  jemu  skręcały  się 
wnętrzności, nie tylko ze strachu, że może dostać kulę. 

Rużjo  zauważył  jakiś  ruch  na  polu,  kiedy  deszcz  przestał  na  chwilę padać. Nie było 
tego  wiele,  zaledwie  czarna  sylwetka,  wydobyta  z  mroku  przez  widoczną  w  oddali 
lampę  na  budynku  sąsiedniej  farmy,  ale  to  wystarczyło,  żeby  zwrócić  jego  uwagę.  
Kilka  sekund  później  znów  coś  zauważył.  Mogła  to  być  zabłąkana  owieczka,  albo 
cielak, który zgubił matkę, ale Rużjo w to nie wierzył. Ciemne sylwetki, nadchodzące 
od  strony  pól  w  deszczu?    Znacznie  większe  było  prawdopodobieństwo,  że  to 
brytyjska ekipa szturmowa. I to wcześniej niż się z Peelem spodziewali. A ponieważ 
nie słyszał strzałów, musiał założyć, że Brytyjczycy ominęli wartowników. Nie było to 
dla  niego  zaskoczeniem.  Ludzie  Peela  to  dobrzy  żołnierze,  ale  posiadłość  jest  zbyt 
wielka, żeby mogli mieć ją całą na oku. 

Rużjo  schował  się  głębiej  w  cień,  zatoczył  krąg,  oddalając  się  od  domu  i  ruszył  w 
stronę  budynku,  w  którym  Peel  miał  biuro.  Mógł  się  tutaj  ukryć,  dopóki  się  nie 
zorientuje,  ilu  ich  przyszło.  A  potem,  jeśli  dopisze  mu  szczęście,  będzie  się  mógł 

background image

wymknąć.  Mogło  ich  być  dziesięciu,  albo  stu,  a  bez  ustalenia,  gdzie  są  luki  w  ich 
szeregach, ucieczka byłaby ryzykowna. 

Kiedy  Peel  wszedł  do  jadalni,  Goswell  ocierał  właśnie  usta,  uśmiechając  się 
ukontentowany. No cóż, do roboty.  Wysłał Applewhite’a na górę razem ze służącą i 
kucharzem;  powiedział  im,  że  mają  się  zamknąć  w  gabinecie,  dopóki  osobiście  nie 
powie  im, że mogą już wyjść. Drzwi do gabinetu były stalowe, z mocnym zamkiem i 
żelazną  sztabą.  Zamontowano  je  jakiś  czas  temu  z  polecenia  Peela  jako  jeszcze 
jeden środek bezpieczeństwa. Było w tym trochę ironii losu. 

Teraz mógł już doprowadzić do końca te nieprzyjemną sprawę. 
Odłożył serwetkę na kolana i nie położył rąk z powrotem na stole. 
-  Proszę siadać, majorze. 
-  Dziękuję, wolę postać, jeśli nie robi ci to różnicy, Geoffrey.  Geoffrey? Dobry Boże, 
Peel zwariował. Zaskoczony tym nadmiarem poufałości, Goswell potrzebował chwili, 
żeby dojść do siebie.  - Widziałeś się z BascombCoombsem? 
-  O, tak, zostawiłem go w gabinecie. Całkiem martwego. 
-  Martwego, mówisz? 
-  Tak. Nagły atak zapalenia mózgu. Wywołany tym tutaj. - Peel wyciągnął spod kurtki 
jakiś  mały,  dziwacznie  wyglądający  sztylet.    Stal  zalśniła  w  elektrycznym  świetle 
żyrandola. 
Goswell zastanawiał się przez chwilę. - Zabiłeś 
go, tak? 
-  Obawiam się, że tak. 
-  Szkoda. Był geniuszem. 
-    Był  też  psychotycznym  typem,  gotowym  wykonywać  twoje  polecenia,  a  poza  tym 
wynajął kogoś, żeby mnie zabił. - Peel obracał nóż w ręku, patrząc na stalowe ostrze, 
jak  zahipnotyzowany.    -    Doprawdy?  Cóż,  najwyraźniej  wynajętym  przez  niego 
zabójcom nie poszło lepiej niż temu mojemu. 

Peel zmarszczył brwi. - Twojemu? 

-  Ależ tak. Obawiam się, że się pomyliłeś, a ten biedny Bascomb-Coombs przypłacił 
to życiem. To na moje zlecenie próbowano cię zabić. 

-  Ale... dlaczego? - Był autentycznie zaskoczony. 

-  Doprawdy, Peel. Za to, że spiskowałeś z tym samym 

Bascomb-Coombsem,  którego  zgładziłeś  w  moim  gabinecie.  Masz mnie za głupca? 
Myślałeś, że zaniedbam przypilnowania moich wartowników? 

-    Ach,  więc  to  ty  kazałeś  mnie  śledzić.  I  nasłałeś  na  mnie  tego  faceta,  który 
spróbował szczęścia w księgarni. 

-    Przykro  mi,  ale  to  było  konieczne.  Twój  ojciec  byłby  tobą  bardzo  rozczarowany. 
Myślałem, że jest pan ulepiony z lepszej gliny, majorze. 

Peel  roześmiał  się. -  Cóż,  muszę  przyznać,  że  ani  przez chwilę nie podejrzewałem, 
że to sprawka Waszej Lordowskiej Mości.  Dziękuję za wyprowadzenie mnie z błędu. 
Ale ten Bascomb-Coombs wcale nie był niewiniątkiem; zasłużył na to, co go spotkało.  
Muszę  przyznać,  że  jesteś  niebywale  spokojny,  jak  na  kogoś,  kto  za  chwilę  będzie 
miał poderżnięte gardło. Dżentelmen do samego końca, co? 

-  Mam nadzieję. Chociaż nie spodziewam się, że koniec nastąpi jeszcze tej nocy. 

background image

Mówiąc  to,  Goswell  uniósł  dubeltówkę  Righ’ego,  ctórą  trzymał  na  kolanach  i 
wycelował w serce Peela. 

Stary  poruszał  się  powoli  i  niedowidział,  więc  gdy  Peel  zareagował  szybko,  mógłby 
zejść  z  linii  strzału  i pchnąć  Goswella  nożem.  Ale  widok  broni  w  rękach  starego  był 
dla  niego  takim  zaskoczeniem,  że  zastygł  w  bezruchu.  Zanim  doszedł  do  siebie, 
Gosshell miał go już na muszce. Może i nie potrafił ustrzelić skaczącego po ogrodzie 
królika  z  odległości  piętnastu  metrów,  ale  z  trzech  metrów  nie  mógł  chybić  do  celu 
wielkości człowieka. A nawet porcja drobnego śrutu mogła mieć fatalne skutki, gdyby 
Goswell trafił w odpowiednie miejsce. - Zastrzelisz mnie?  -  Wolałbym nie pochlapać 
sobie jadalni krwią, ale na pewno strzelę, jeśli choćby mrugniesz. Applewhite miałby 
mnóstwo sprzątania. 

-  No więc? 

-  Miałem nadzieję, że wyjdziemy stąd, zapalisz ostatnie cygaro, napijesz się brandy, 
czy  czegoś  innego  i...  rozstaniemy  się.    Peel  uzmysłowił  sobie,  że  Goswell  mówił 
poważnie. Zamierzał go zabić. Ale najpierw cygaro i brandy. 

Stary  głupiec.  Peel  był  młodszy,  miał  nóż  w  ręku,  a  drugą  rękę o kilka centymetrów 
od pistoletu. Odwróci uwagę starego i zaufa swej szybkości. To jedyny sposób. 

-  Cóż, skoro tak musi być. Chyba chciałbym zapalić jedno z tych kubańskich cygar i 
napić się kieliszek Napoleona...  W tym momencie rzucił się na Goswella. 

-  Widzę tylko jednego - powiedział Fernandez. 

-  Mam  mu  wpakować  parę  kulek?  Powiedz  tylko,  kiedy.    Howard  rozważał 
możliwości.  Strażnik  miał  w  rękach  pistolet  maszynowy,  gotowy  do  strzału. 
Zaniepokojony  choćby  trzaśnięciem  gałązki  mógłby  ściągnąć  spust.  Pociski  z 
pistoletu  maszynowego  nie  przebiłyby  kombinezonu  SIPE,  ale  huk  wystrzałów  z 
pewnością  ostrzegłby  tych  w  domu.  Tak  samo  granaty  obezwładniające,  czy 
oślepiające  race.  Howard  liczył  się  z  wymianą  ognia  i  był  na  nią  przygotowany,  ale 
skoro  dotychczas  nie  padł  ani  jeden  strzał,  może  udałoby  się  wykonać  zadanie bez 
rozwalania  kogokolwiek?  Tak  byłoby  najlepiej,  biorąc  pod  uwagę  delikatne  względy 
polityczne.    Michaels  nie  raz  nadstawiał  karku  za  Howarda,  więc  teraz  pułkownik 
mógł się przynajmniej odwzajemnić. 

-    Podejdę  bliżej  i  odwrócę  jego  uwagę  -  powiedział  Howard.    -  Wtedy  ty  go 
zdejmiesz. Jeśli to będzie możliwe, zostaw go przy życiu. 

-  Potwierdzam, zostawić go przy życiu. 

Howard  podczołgał  się  do  domu  na odległość dwudziestu metrów, potem piętnastu. 
Strażnik odwrócił się i szedł w jego kierunku; pułkownik musiał odwrócić jego uwagę, 
żeby Julio mógł go dopaść i obezwładnić. 

Jakiś  dźwięk,  który  obudzi  ciekawość  strażnika,  ale  go  nie  przestraszy.  Miauknięcie 
powinno  wystarczyć.  Potrafił  całkiem  nieźle  naśladować  kotka,  szukającego  matki. 
Nawet  jeśli  strażnik  był  zboczeńcem,  który  uwielbiał  dusić  kotki,  będzie  musiał 
podejść bliżej. Julio powinien mieć dość czasu. 

-  Miau! Miau! Miau! 
Strażnik ruszył w kierunku, z którego dochodziło niauczenie. 
-  Miau! Miau! 
Na  twarzy  strażnika pojawił się uśmiech. - Kici, kici. Chodź tu, kotku. Zgubiłeś się w 
taki deszcz? Chodź, wytrę cię.  Boże, jakiś miłośnik kotów. 

background image

Wszystko  było  na dobrej drodze. I powiodłoby się - gdyby w tym momencie z domu 
nie dobiegł huk vystrzału. 

Strażnik błyskawicznie odwrócił się w kierunku drzwi, zobaczył podbiegającego Julio i 
uniósł broń. 

Szlag  by  to trafił, zaklął w myślach Howard, strzelając strażnikowi trzy razy w plecy. 
Tamten nie miał na sobie kamizelki kuloodpornej. Upadł. 

-  Ruszać! - krzyknął Howard do mikrofonu. 

- Plan A! 

Peel  spojrzał  na  krwawą  dziurę  w  swoim  brzuchu,  poczuł  rozpalone  śruciny  i 
wiedział, że to koniec. 

Gęsty  dym  przytłumił  światło,  smród  prochu  był  okropny.  Leżąc  na  podłodze,  Peel 
pragnął  tylko  jednego:  zabrać tego pieprzonego Goswella ze sobą. Chwycił pistolet, 
wyciągnął... 

Goswell podszedł bliżej i wycelował z dubeltówki prosto w twarz Peela. 

-  Przykro mi - powiedział Goswell. 

Strzał bezpowrotnie zdmuchnął świeczkę Peela. 

Howard przetoczył się przez drzwi i wpadł do kuchni. Poderwał się na nogi, gotów do 
działania,  wewnątrz  nie  było  nikogo  oprócz  Julio.  Wskazał  ręką  korytarz,  a  Julio 
skinął głową. 

Sprawdzali  wszystkie  pomieszczenia  po  kolei.  W  gabinecie  znaleźli  ciało  na 
podłodze;  obok  leżał  przenośny  komputer.  Zmarły  miał  na  sobie  osprzęt  VR. 
Przekręcili go na plecy, żeby zobaczyć twarz.  -  Bascomb-Coombs - powiedział Julio. 
- Zimny trup. 

-  Aha. 

W  słuchawkach  Howard  usłyszał,  jak  na  zewnątrz  ktoś  gwałtownie  wciągnął 
powietrze. 

Kiedy  dotarli  do  jadalni,  znaleźli  jeszcze  jedne  zwłoki,  w  fatalnym  stanie,  z 
odstrzeloną  połową  twarzy,  a  przy  stole  jadalnym  siedział  starszy  mężczyzna, 
wpatrując się w złamaną dubeltówkę, którą miał przed sobą. 

-  Używa pan do tej broni nabojów z prochem dymnym? - spytał Julio. 

Starym człowiekiem był lord Goswell. Howard rozpoznał go na podstawie fotografii. 

-    Nie  wyglądacie  mi  na  chłopaków  z  SIS.  Amerykanie?    -    Aha,  jesteśmy  tu  od 
niedawna - powiedział Julio. - Co tu się stało? 

-    Major  Peel  chyba  postradał  zmysły.  Zabił  BascombCoombsa  i  chciał  zabić  mnie. 
Obawiam się, że byłem zmuszony go zastrzelić.  Straszna sprawa. 

Peel i Bascomb-Coombs, obaj martwi. Howard pokręcił głową. 
Jezu. 
W słuchawkach usłyszał Cooper, która powtórzyła po nim Jezu” jak echo. Albo może 
to była Fiorella? 
-  Gdzie jest Rużjo? - spytał Julio. 

Stary  człowiek  zmarszczył  brwi.  -  Kto  taki?  Ach,  chodzi  o  tego  Rosjanina,  którego 
wynajął Peel? Myślę, że gdzieś tu się kręci.  Przedtem był. 

background image

-  Proszę tu zostać - powiedział Howard. - Wrócimy do pana. 
Uwaga, 
Rużjo gdzieś tu jest. 
Ruszyli  do  wyjścia.  Tyły  domu  ubezpieczali  Michaels,  Fiorella  i  Cooper.  Julio 
powiedział do mikrofonu: - Numer cztery i numer pięć wychodzą tylnymi drzwiami, nie 
zastrzelcie  nas.  Wyszli na zewnątrz. Deszcz ustał. Na wyświetlaczu refleksyjnym w 
hełmie Howarda pojawiła się ikona drugiego kanału taktycznego.  Przełączył się. 

-  Numer pięć? Tu numer jeden z zespołu uderzeniowego. 
Zabezpieczyliśmy teren. 
-    Zrozumiałem,  numer  jeden.  Zatrzymaj  na  miejscu  połowę  swoich  ludzi,  a  drugą 
połowę  przyślij  do  nas.  Mamy  tu  jednego  nieprzyjaciela  na  wolności,  najgorszego  z 
całej bandy. Jest uzbrojony. Uważajcie. 
-  Zrozumiałam, numer pięć. 

-    Rozdzielamy  się  -  powiedział  Howard.  -  Dyrektorze,  idzie  pan  ze  mną.  Cooper  i 
Fiorella, ruszajcie z Fernandezem. Róbcie, co wam powie. Poszukamy Rużjo. 

Z miejsca w którym stał, schowany za rogiem jednego z budynków gospodarczych, w 
odległości może pięciu metrów, Rużjo słyszał głos Amerykanina, ale nie bardzo mógł 
zrozumieć,  co  tamten  mówi.  Było  ich  tu  pięcioro,  a  inni  na  polach,  z  pewnością  w 
drodze  tutaj.  Mieli  na  sobie  kombinezony  kuloodporne,  wobec  których  jego  broń 
stawała  się bezużyteczna, a wydawało się mało prawdopodobne, że uniosą wizjery, 
albo  zdejmą  hełmy,  wiedząc,  co  stało  się  z  ich  ludźmi,  którzy  to  zrobili  podczas 
poprzedniej  próby  ujęcia  Rużjo.  Był  sam,  otoczony  przez  nieprzyjaciela, 
dysponującego większą siłą ognia. Kiedyś byłoby to dla niego osobistym wyzwaniem. 
Nie dzisiaj. 

Mógłby  zaryzykować  strzał  pod  wizjer,  gdyby  miał  pociski  pełnopłaszczowe,  ale 
pociski  jego  dwudziestkidwójki  z  miękkiego  ołowiu  tylko  by  się  rozprysnęły  przy 
uderzeniu  w  twardą  powierzchnię.  Może  oślepiłby  któregoś  z  przeciwników,  nie  na 
wiele by się to jednak zdało. 

Innym  słabym  punktem  przeciwnika  były  rękawiczki  z  cienkiego  kewlaru, 
umożliwiającego  w  miarę  swobodne  posługiwanie  się  dłońmi.  Ale  połamane  kości 
dłoni trudno zaliczyć do śmiertelnych obrażeń. 

Nie,  jeśli  chciał  ujść  z  życiem,  największe  szansę  dawała  mu ucieczka w pole. Przy 
odrobinie szczęścia mogło się udać.  Westchnął. Mógł uciec już dawno temu. Mógłby 
wrócić z powrotem do Czeczenii. Ale czego miałby tam szukać, skoro nie było Anny?  
Jego dom był tam, gdzie była Anna. Kiedy umarła, stracił wszystko, stał się pożółkłym 
liściem, porwanym przez wichry przeznaczenia. 

Znów westchnął. Dosyć tego. 

Wysunął  język  spustowy  z  rączki  parasola  i  wyszedł  zza  węgła,  prosto  w  smugę 
światła  z  lampy  na  budynku.  Tamtych  pięcioro  było  oddalonych  zaledwie  o  kilka 
metrów. Stali plecami do niego.  -  Oszczędźcie sobie kłopotów - powiedział. 

Odwrócili się jak na komendę, celując do niego z broni, którą mieli w rękach. 

-    Rzuć  to!  -  krzyknął  jeden  z  nich.  -  Rzuć  ten...  parasol?    Zobaczył,  że  trochę  się 
odprężyli. Pomyśleli, że się poddał, że już go mają. 

Błyskawicznie  uniósł  parasol  i  rozpoczął  precyzyjne  strzelanie.    Howard  poczuł 
uderzenie  pocisku  w  broń,  a  kiedy  spróbował  odpowiedzieć  ogniem,  jego  pistolet 

background image

maszynowy  wystrzelił  jeden  pocisk  i  zaciął  się.  Odrzucił  go  i  chwycił  rewolwer.    W 
słuchawkach słyszał okrzyki pozostałych, ale nie potrafił rozróżnić, kto co wołał. 

-  Cholera...! 
-  O, kurwa...! 
-  Au...! 
Osłona  celownika,  przymocowana w specjalny sposób do kabury, zeskoczyła, kiedy 
wyciągnął  Smith  &  Wessona.  Uniósł  rewolwer,  za  wysoko,  odnalazł  wzrokiem 
świetlistą plamkę i opuścił lufę...  Dlaczego, u diabła, nikt inny nie strzelał?... 
...naprowadził ją na pierś Rużjo, dwukrotnie ściągnął spust bum! bum! - i patrzył, jak 
tamten pada na ziemię, jakby w zwolnionym... 

...ten sukinsyn uśmiechał się, upadając! 

Howard podbiegł do leżącego i stanął nad nim. Oba pociski kalibru 0,375 cala trafiły 
w  sam  środek  klatki  piersiowej.  Dwa  strzały  prosto  w  serce.  Było  po  wszystkim. 
Nawet, gdyby był tu lekarz, nic nie mógłby zrobić. 

Umierający spojrzał na Howarda. - Anna - powiedział. To było jego ostatnie słowo. 

Fernandez podszedł, niosąc parasol, którym posłużył się Rużjo.  Uniósł go tak, żeby 
Michaels  mógł  zobaczyć  ukryty  wewnątrz  mechanizm  broni.  -  Pięciostrzałowy 
rewolwer, widzi pan?  Pomysłowa zabawka. 

Michaels skinął głową. Zauważył także bandaż na prawej dłoni Fernandeza, trafionej 
przez  małokalibrowy  pocisk.  Kula  nie  przebiła  kewlarowej  rękawiczki,  ale  uderzenie 
było na tyle silne, że sierżant nie mógł strzelać. Broń Michaelsa została uszkodzona 
przez pocisk, który trafił w magazynek. Toni też dostała w prawą dłoń, podobnie jak 
Fernandez,  a  Angela  miała  złamany  kciuk -  jej  rękawiczka  nie zdołała powstrzymać 
pocisku. Pistolet maszynowy Howarda został trafiony w zamek. 

Ten człowiek, zwany Rużjo, trafił ich wszystkich pięcioro na tyle skutecznie, że żadne 
nie  mogło  odpowiedzieć  ogniem  i  tylko  rewolwer  Howarda  uratował  sytuację. 
Niesamowite.  Chyba  jeszcze  nikt  nigdy  nie  widział,  żeby  ktoś  tak  dobrze  strzelał. 
Gdyby  Rużjo  miał  broń  na  amunicję  przeciwpancerną,  mógłby  ich  wszystkich 
pozabijać. 

-  Szkoda, że nie stał po naszej stronie - powiedział Fernandez. 
-  Byłby z niego fantastyczny instruktor strzelecki. 
-  Żałujecie, że nie żyje? 
-  Nie. Tak. Nie wiem. Michaels rozumiał go. 
-  No, dobra, wynosimy się stąd - powiedział Howard. - Koniec zabawy. 
Epilog 
Piątek, 15 kwietnia Londyn, Anglia 
Toni wynajęła osobny pokój, nie omawiając tego z Michaelsem.  Kiedy szedł się z nią 
spotkać  w  hotelowym  holu,  zastanawiał  się,  co  za  chwilę  usłyszy.  Mieli  tego  dnia 
odlecieć  do  domu.  Lot  był  zabukowany.  Jeśli  Toni  nie  zechce  z  nim  rozmawiać, 
zapowiada się długa podróż. 

Poszedł  schodami,  chcąc  jeszcze  przez  chwilę  być  sam.    Sprawa  została 
zakończona.  Brytyjczycy  zajęli  się  całym  tym  bałaganem  w  posiadłości  Goswella. 
Starszemu  panu  nie  można  było  postawić  żadnego  bezpośredniego  zarzutu. 
Wszyscy świadkowie, którzy mogliby go obciążyć, byli martwi. 

Martwy  był  też  ten  cudowny  komputer  Bascomb-Coombsa.  Jakiś  program 
destrukcyjny, który uaktywnił się, bo naukowiec nie mógł go już wyłączyć. Brytyjczycy 

background image

mieli więc samo urządzenie, ale nie wiedzieli, co to takiego. Może kiedyś uda im się 
dojść, jak to działa. 

Nie doszło więc do incydentu międzynarodowego. Większość czarnych charakterów 
nie żyła. Mogło być gorzej. 

Zobaczył Toni, stojącą w holu obok jakiejś rośliny w wielkiej donicy. Nie rozmawiała z 
nim na temat Cooper, nie chciała słuchać, kiedy usiłował coś powiedzieć. 

Spojrzała  na  niego,  a  na  twarzy  malował  jej  się  taki  smutek,  jakby  zaraz  miała  się 
rozpłakać. Taki smutek, że jemu zebrało się na płacz. Musiał to jakoś naprawić. 

-  Toni, przykro mi, nie... 

-  Przestań - przerwała mu w pół słowa. - Nie dzisiaj. Odlatujesz za parę godzin. 

-  Odlatuję? 
-  Ja tu jeszcze zostaję. 
-  Ale... 
-  Nie. Mam wiele do przemyślenia, Alex i ty też. - Spojrzała na niego i dostrzegł w jej 
oczach łzy. 
-  Toni, nic nie rozumiesz... 

-  Nie. Nie teraz. Ani słowa więcej na ten temat. Łzy spływały jej po policzkach. 

Nie  wiedziała,  że  nie  przespał  się  z  Cooper.  Musiała  być  przekonana,  że  to  zrobił. 
Ostatecznie,  czy  stanowiło  to  aż  tak  wielką  różnicę?  Pragnął  Cooper.  I  omal  jej  nie 
dostał.  Leżał  nagi  z  kobietą,  która  też  była  naga  -  jakie  to  miało  znaczenie,  że  nie 
doszło do zbliżenia? Chciał o tym powiedzieć Toni, musiał, ale tak na niego spojrzała, 
że  słowa  uwięzły  mu  w  gardle.  Zresztą,  nie  był  pewien,  czy  gdyby  jej  o  tym 
powiedział, sprawy ułożyłyby się lepiej, czy jeszcze gorzej. 

Czy w ogóle by mu uwierzyła? 
-  Jasne, w porządku, weź sobie tyle wolnego, ile potrzebujesz. 
Możemy  o  tym  porozmawiać,  kiedy  wrócisz  do  pracy.    -    Nie,  nie  możemy.  Nie 
wracam  do  pracy.  Mieszanie  życia  zawodowego  z  prywatnym,  to  dla  nas  za  wiele. 
Zwalniam się, Alex. Od dziś, od tej chwili. Już nie pracuję w Net Force. 
-  Co takiego? Nie możesz! 

-  Nie będziesz mi mówił, czego nie mogę, nie teraz, a może już nigdy. Żegnaj, Alex. 
Będzie mi ciebie brakować. 

Odwróciła się i odeszła. 

Michaels  spoglądał  za  nią,  niezdolny  do  wypowiedzenia  żadnego  słowa,  do 
wykonania choćby najmniejszego ruchu, nawet do oddychania. 

Toni! Boże, co ja zrobiłem? 

Stał  tak  przez  dłuższy  czas,  jak  w  transie,  a  kiedy  się  otrząsnął,  jej  już  nie  było. 
Odeszła. 

KONIEC