background image

Judy Campbell 

Kawaler do wzięcia 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Cara  odgarnęła  z  twarzy  rozwiewane  przez  wiatr  włosy,  drugą  ręką  ciaśniej  owinęła  się 

płaszczem,  po  czym  sięgnęła  do  kieszeni  po  fotografię.  Przyglądała  się  jej  przez  dłuższą 
chwilę, po czym energicznym ruchem podarła ją na drobne kawałki i puściła z wiatrem.   

Patrzyła, jak na tle wzgórz i jeziora unoszą się niczym białe motyle nad doliną, w której 

się wychowała.   

– Żegnaj. Nareszcie mam to za sobą – mruknęła. – To ostatni dzień roku. Jutro zaczynam 

nowe życie.   

Odwróciła się na pięcie i wsiadła do samochodu, rzucając czułe spojrzenie synkowi, który 

spał w foteliku. Miał  długie  rzęsy, pulchne policzki, a w tłustej rączce trzymał  ukochanego 
sfatygowanego misia.   

Czy  dobrze  zrobiła,  porzucając  Londyn,  ciekawą  pracę,  przyjaciół  i  mieszkanie,  by 

wrócić do Szkocji? Decyzja zapadła. Niczego nie da się już zmienić. Mimo upływu czasu nie 
mogła  doczekać  się  spotkania  z  ojcem,  by  pokazać  mu  małego  Dana,  wnuka,  o  którym  w 
ogóle nie wiedział.   

Powoli  zjeżdżała  ze  wzgórza  ku  położonemu  w  dolinie  miasteczku.  Wyjechała  z 

Ballranoch pięć lat temu, lecz przez cały ten czas nie miała odwagi nikomu się przyznać, że 
jej życie w Londynie nie było usłane różami.   

Na początku było wspaniale, pomyślała ze smutkiem. Dopóki nie poznała prawdy.   

Skręciła  w  boczną  drogę,  przy  której  znajdował  się  dom  ojca.  Starała  się  skupić  na 

teraźniejszości, na rozpoznawaniu znajomej okolicy. Mijała solidne wiktoriańskie domostwa 
z podjazdami wysadzanymi drzewami. Wszystkie sprawiały wrażenie ponurych i dostojnych.   

Niespodziewanie, jak to bywało w tych okolicach, niebo zachmurzyło się i lunął deszcz.   

Przez  zamkniętą  szybę  dotarł  do  niej  rytmiczny  łoskot.  Zerknęła  na  jeden  z  podjazdów. 

Już  zaczęli  sylwestrową  zabawę,  pomyślała.  Prawie  w  tej  samej  chwili  przed  maskę  jej 
samochodu wyskoczyła jakaś postać.   

Zahamowała.  Patrzyła  spode  łba  na  wysokiego  mężczyznę  w  absurdalnym  stroju: 

spodenkach do biegania.   

– Mogłam pana potrącić! O co chodzi? – krzyknęła przez szybę. Nie opuści jej, dopóki 

nie będzie miała pewności, że facet nie ma zamiaru jej zaatakować.   

–  Przepraszam.  –  Miała  przed  sobą  męską  twarz  oblepioną  mokrymi  włosami.  – 

Wypadek! 

Przyglądała się niebieskim oczom, długim rzęsom i opalonej twarzy nieznajomego. Może 

go zna? Ściągnęła brwi.   

– Czy ma pani komórkę? – Tym pytaniem wyrwał ją z zadumy. – Jeśli tak, to muszę z 

niej skorzystać! 

Opuściła nieco szybę i wyłączyła silnik.   
– Dlaczego? Co się stało? – zapytała ostrożnie. Ciągle nie mogła sobie przypomnieć, skąd 

zna tego mężczyznę.   

background image

–  Trzeba  natychmiast  wezwać  policję  i  karetkę  –  odezwał  się  stanowczym  tonem 

człowieka  przyzwyczajonego  do  wydawania  poleceń.  –  Prywatka  małolatów  wymknęła  się 
spod kontroli. Coś się stało jednej z dziewcząt – wyjaśnił, jakby czytał w jej myślach.   

– Pan jest tam gościem? 
Przez jego twarz przebiegł lekki uśmieszek, który sprawił, że jego rysy zmiękły, stały się 

wręcz chłopięce.   

–  To  nie  jest  moja  grupa  wiekowa.  Biegłem  szosą,  kiedy  z  tego  domu  wypadła 

rozhisteryzowana dziewczyna i poprosiła mnie o pomoc – wyjaśnił, starając sieją uspokoić. – 
To  nie  żarty.  W  domu  zabarykadowali  się  nieproszeni  goście  i  nikogo  nie  wpuszczają. 
Koleżanka tej dziewczyny jest w ogrodzie. Wygląda bardzo niewyraźnie. Może to po prostu 
reakcja na alkohol, ale nie jestem tego pewny.   

A ja myślałam, że jadę do oazy spokoju, gdzie nic się nie dzieje.   

Cara sięgnęła do schowka po telefon i wystukała podany numer.   
–  Proszę  przysłać  karetkę  i  patrol  policji  do  Glenside  House  przy  Spinney  Lane  w 

Ballranoch  –  mówiła  opanowanym  głosem.  –  Jedna  z  uczestniczek  prywatki  potrzebuje 

natychmiastowej pomocy.   

–  Dzięki  –  rzekł  mężczyzna.  –  Muszę  do  niej  wracać.  –  Przyjrzał  się  swej  nowej 

znajomej. – Przepraszam, że panią przestraszyłem. Pani jest nietutejsza – stwierdził.   

– Pochodzę stąd. – Zawahała się. – Powinnam z panem pójść. Jestem lekarzem.   
Zerknęła na tylne siedzenie, gdzie mały Dan nadal spał najspokojniej w świecie.   

Niebieskooki mężczyzna uśmiechnął się.   
– Dzięki. Ja też jestem lekarzem. Widzę, że pani jest z dzieckiem...   
–  Obudzi  się  dopiero  za  pół  godziny.  Pomogę  panu.  Mam  przy  sobie  torbę  lekarską. 

Zaparkuję  na  podjeździe,  żeby  mieć  małego  na  oku.  Karetka  nie  przyjedzie  prędzej  niż  za 
kwadrans.   

Mężczyzna z powątpiewaniem popatrzył na dziecko.   
–  Jeśli  jest  pani  pewna...  Druga  opinia  jest  zawsze  mile  widziana.  Przyda  mi  się  też 

odrobina wsparcia. Mam na imię Jake – przedstawił się. – Jake Donahue.   

Nie  dowierzała  własnym  oczom,  spoglądając  na  smukłą  sylwetkę  Jake’a,  który  biegiem 

oddalał się od jej auta. Jake Donahue! Oczywiście! 

Natychmiast  przypomniała  sobie  pewne  krótkie  i  dosyć  nieprzyjemne  spotkanie  sprzed 

pięciu  lat.  Ojciec  przedstawił  jej  wówczas  nowego  lekarza,  z  którym  podpisał  tymczasową 
umowę.  Było  to  tuż  przed  jej  wyjazdem  do  Londynu.  Jake  Donahue  nie  ukrywał 
sceptycyzmu.   

– Twoje ambicje wyrastają ponad takie dziury jak Ballranoch? – Bardzo zabolała ją taka 

reakcja.  –  Wszystkim  będzie  ciebie  brakowało.  Dobrze  wiesz,  że  tu  potrzebni  są  lekarze.  – 
Obrzucił ją krytycznym spojrzeniem. – Pamiętaj, że nie zawsze trawnik sąsiada jest bardziej 
zielony.  Będziesz  jednym  z  tysiąca  zmęczonych  i  niedocenianych  londyńskich  lekarzy, 

podczas gdy tutaj...   

Przypomniała  sobie,  jak  bardzo  zirytował  ją  ten  jego  mentorski  toa.  Typowy  dla 

aroganckich, wszystkowiedzących samców. Wcale jej nie znał, ale od razu przyjął założenie, 

background image

że opuszcza prowincję wyłącznie z egoistycznych pobudek.   

–  Powody,  dla  których  wyjeżdżam,  to  moja  prywatna  sprawa  –  odrzekła,  rzucając  mu 

niechętne  spojrzenie.  –  Chcę  się  usamodzielnić.  Poza  tym  chcę  zbierać  doświadczenia, 
zobaczyć, jak wygląda praca w wielkim mieście, nie tylko w wiejskiej przychodni.   

–  Jeśli  chodzi  o  doświadczenie  zawodowe,  to  jest  to  na  pewno  dobre  posunięcie  – 

skwitował Jake.   

Oczywiście,  mylił  się,  pomyślała.  Wyjazd  nie  miał  nic  wspólnego  z  pracą.  Opuściła 

Ballranoch,  ponieważ  nie  było  tu  dla  niej  miejsca.  Cara,  która  od  najwcześniejszego 
dzieciństwa kochała to miasteczko i tę okolicę, nagle poczuła się tu obco. Jej piękna i młoda 
macocha była zbyt  zazdrosna o uczucia łączące córkę i  ojca, by ją zatrzymywać. Więc gdy 
nadarzyła się okazja, Cara uznała, że należy z niej skorzystać.   

Lecz Jake Donahue nie musiał o tym wiedzieć.   
– Zawsze mogę wrócić – żachnęła się.   
W niebieskich oczach czaił się drwiący uśmiech.   
– Wątpię. Gdy poznasz blask i atrakcje Londynu, Ballranoch wyda ci się zapadłą dziurą. 

–  Jego  spojrzenie  nagle  złagodniało.  Ujął  jej  dłoń  i  serdecznie  uścisnął.  –  Szkoda,  że  nie 
mieliśmy więcej czasu, żeby lepiej się poznać. Nie zapominaj o nas. Życzę ci powodzenia.   

Ponownie poczuła wyrzuty sumienia, które towarzyszyły jej, gdy pozostawiała ojca jako 

jedynego lekarza w okolicy.   

Jake Donahue miał dobrze rozwinięty szósty zmysł. Teraz Cara nie mogła zaprzeczyć, że 

decyzja  o  wyjeździe  okazała  się  poważnym  błędem.  Uśmiechnęła  się  pod  nosem.  Minione 
lata sporo ją nauczyły. Ciekawe, czy Jake Donahue zmienił się w podobnym stopniu? 

Gdy parkowała pod domem tuż obok miejsca, gdzie Jake klęczał nad dziewczyną, deszcz 

przestał padać, a prywatkowa muzyka nieco przycichła. Rzuciła okiem na Dana, sięgnęła po 
torbę oraz pled i wyskoczyła z auta.   

Ruszyła  na  werandę,  w  stronę  Jake’a  i  dziewczyny.  Trzymał  ją  za  nadgarstek  i  mierzył 

puls.   

–  To  jest  Anna,  a  to  jej  przyjaciółka  Megan.  –  Zniżył  nieco  głos.  –  Anna  ma  bardzo 

przyspieszony  puls.  Megan  powiedziała  mi,  że  obydwie  piły  alkohol,  lecz  wcale  nie  jestem 

pewny, czy to on wywołał takie objawy. Jaka jest pani opinia? 

Anna  rozejrzała  się  półprzytomnym  wzrokiem  i  zaczęła  coś  mamrotać.  Za  nią  stała 

przerażona i zapłakana Megan.   

Cara  pochyliła  się  nad  Anną.  Zauważyła  jej  bladość  i  krople  potu  na  czole.  Okryła  ją 

pledem.   

–  Miejmy  nadzieję,  że  karetka  wkrótce  przyjedzie  –  powiedziała  półgłosem.  –  Ona  jest 

strasznie chuda, zauważył pan? 

Przytaknął.   
– Może to anoreksja. Ma bardzo niskie ciśnienie. Cara wyjęła z torby ciśnieniomierz.   
– Ciśnienie marne – mruknęła. – Osiemdziesiąt na pięćdziesiąt.   
–  Znasz  ją  od  dawna,  prawda?  –  Jake  zwrócił  się  do  Megan.  –  Kiedy  to  się  zaczęło? 

Opowiedz nam, jak do tego doszło. To nam pomoże postawić diagnozę.   

background image

Może  Jake  Donahue  jest  zadufany  w  sobie,  ale  na  pewno  ma  właściwe  podejście  do 

pacjenta. Sprawiał wrażenie człowieka bezgranicznie spokojnego.   

Megan wzięła głęboki oddech.   
–  Zaczęła  dziwnie  się  zachowywać  pół  godziny  temu.  Powiedziała,  że  jest  jej  słabo,  a 

potem  zaczęła  wygadywać  głupoty,  jakby  nie  wiedziała,  gdzie  jest.  I  narzekała,  że  boli  ją 
brzuch.   

– Dziękuję, to bardzo ważne. Czy wiesz, co piła? 
–  To  była  jakaś  mieszanina.  Z  dzbanka.  Oni...  –  głos  się  jej  załamał  –  włamali  się  do 

barku. Ja wcale nie chciałam takiej prywatki. – Gdy się rozpłakała, Jake położył jej dłoń na 

ramieniu.   

– To się da naprawić – pocieszał ją. – Czy w domu są dorośli? 
–  Babcia  i  dziadek  wyjechali  z  wizytą,  a  oni...  się  wprosili  i  zrobili  w  domu  straszny 

bałagan. Wszędzie. Dziadkowie mi zaufali, kiedy powiedziałam, że chcę zaprosić koleżanki... 
Co ja im powiem? 

–  To  nie  twoja  wina  –  zauważył  przytomnie  Jake.  –  Niewiele  mogłaś  zrobić,  żeby 

zapobiec takim chuligańskim wybrykom. – Gdy przeniósł wzrok na Carę, w jego spojrzeniu 
nie  było  cienia  wyrozumiałości.  –  Dziadkowie  Megan  są  naszymi  pacjentami.  Nie 
podejrzewałem  ich  o  taką  głupotę.  Jak  można  takich  smarkaczy  zostawiać  samych?  Jej 
dziadek był kiedyś deputowanym w parlamencie.   

Miała  teraz  przed  sobą  Jake’a  sprzed  pięciu  lat.  Wzruszyła  ramionami.  Dziadkowie 

Megan na pewno nie mieli pojęcia, jaka jest współczesna młodzież.   

– Nie wińmy ich, bo nie znamy całej prawdy – rzekła półgłosem, po czym zwróciła się do 

Megan: – Zaraz przyjedzie policja i wszystkich przegoni. Najpierw jednak musisz nam więcej 
powiedzieć o Annie. Co wiesz ojej zdrowiu? 

– O co pani pyta? 
– Brała jakieś pigułki, proszki? Megan energicznie zaprzeczyła.   
– Nie, nie. To nie ona.   
– Jest zupełnie zdrowa? Dziewczyna ściągnęła brwi.   
– Ma cukrzycę. Zawsze nosi leki w torebce. Jake i Cara wymienili spojrzenia.   
– Hipoglikemia! – oznajmili chórem.   
–  Jasne!  –  Jake  uderzył  pięścią  w  otwartą  dłoń.  –  To  ty  zauważyłaś,  że  jest  spocona  i 

mówi od rzeczy. Jedno i drugie to objawy hipoglikemii.   

– Co to jest hipo... ? Myślałam, że ona jest pijana. – Megan była wyraźnie speszona.   
– To znaczy, że jej organizm stracił równowagę – odparł Jake poważnie. – Brakuje mu 

cukru.  Podejrzewam,  że  wcześniej  nic  nie  jadła,  więc  insulina  w  połączeniu  z  alkoholem 
wywołała  atak  hipoglikemii.  –  Spojrzał  na  Carę.  –  Czy  w  twojej  magicznej  skrzyneczce 
znajdzie się coś dla Anny? 

Nie odrywała wzroku od leżącej dziewczyny.   
–  Mam  wrażenie,  że  zapada  w  śpiączkę.  Trzeba  sprawdzić  poziom  cukru  w  krwi.  – 

Sięgnęła po glukometr. – To tylko małe ukłucie – uspokoiła Megan.   

Jake aż zagwizdał.   

background image

– Paskudnie niski. Poniżej jednego. Przydałaby się kroplówka z glukozy.   
– Co pani robi? – pisnęła Megan na widok strzykawki w ręce Cary.   
– Nic strasznego. Wstrzykniemy jej trochę bardzo potrzebnego cukru. Patrz, co się stanie.   
Po paru sekundach Anna podniosła powieki i próbowała usiąść.   
– Bingo! – ucieszył się Jake.   
Wymienili z Cara spojrzenia ulgi, a Megan na chwilę zapomniała o nieudanej prywatce.   
– Już wygląda lepiej. Pani jest cudotwórczynią.   
– Co się stało? – Anna przyglądała się Carze i Jake’owi. – Kręci mi się w głowie.   
–  Dostałaś  glukozę,  więc  zaraz  poczujesz  się  normalnie.  –  Jake  poklepał  ją  po  ręce.  – 

Wkrótce  przyjedzie  karetka  i  zabierze  cię  na  badania  do  szpitala.  Trzeba  przywrócić 
równowagę w twoim organizmie. Wiesz przecież, jakie to ważne.   

W tej samej chwili przez łomot muzyki przebiło się wycie syreny i na podjazd z piskiem 

opon wjechał policyjny samochód, a tuż za nim karetka. Przed domem zaroiło się od postaci 
w uniformach z jaskrawymi napisami na plecach: POLICJA i SŁUŻBA MEDYCZNA.   

Jake  poinformował  pielęgniarzy  o  przypadku  Anny  i  już  po  chwili  wniesiono  ją  do 

karetki.   

Muzyka nagle ucichła i z budynku zaczął wychodzić sznureczek nadąsanych dziewcząt i 

chłopców, eskortowany przez paru policjantów. Zrozpaczona Megan stała u boku Jake’a.   

– Nie martw się – zaczęła Cara. – Przyjadę jutro i pomogę ci posprzątać. Może uda ci się 

namówić do pomocy twoich gości. Rano świat wyda ci się o wiele lepszy...   

Dziewczyna uśmiechnęła się ponuro.   
–  Dziękuję.  Nie  wiem  tylko,  jak  spojrzę  dziadkom  w  oczy.  To  miał  być  sylwester  z 

koleżankami.   

– Gdzie spędzisz noc? Nie powinnaś tu zostawać sama – zatroszczył się Jake.   
– Pójdę do koleżanki. Jej rodzice się zgodzą.   
W milczeniu patrzyli za nią, jak w asyście policjanta odchodzi, by złożyć zeznanie.   
– To wielkie szczęście, że pani tędy przejeżdżała. Gdyby nie pani, ta mała znalazłaby się 

w sporych tarapatach.   

Uwagi Cary nie uszedł szeroki, szczery uśmiech, który rozjaśnił jego rysy. Obserwowała 

go  kątem  oka.  Był  całkiem  przystojny:  miał  niebieskie  oczy,  gęste  ciemne  włosy  i 
wysportowane ciało. I bez wątpienia był bezczelny.   

Odwzajemniła jego uśmiech.   
–  Prawdę  mówiąc,  nie  spodziewałam  się,  że  pierwszego  pacjenta  będę  miała,  jak  tylko 

wjadę do Ballranoch. Liczyłam, że trochę tu odpocznę.   

Jake ściągnął brwi, przypatrując się jej uważnie.   
– Czy myśmy się już gdzieś nie widzieli? 
– Owszem – odparła z prostotą. – Pięć lat temu. Zdumiał się.   
– Niemożliwe. Gdzie? 
–  Ostrzegał  mnie  pan  przed  stolicą.  Nie  pamięta  pan?  Powiedział  pan,  że  wyjeżdżając, 

zdradzę Ballranoch oraz że nie spodoba mi się życie w Londynie.   

–  Już  sobie  przypominam  –  powiedział  powoli.  –  Cara.  Córka  sir  Gordona  Mackenzie. 

background image

Prawda?  –  Zajrzał  do  małego  Dana  w  samochodzie.  –  Nie  wiedziałem,  że  masz  synka. 
Gordon będzie zachwycony taką sylwestrową wizytą.   

Cara poczuła, że serce zabiło jej mocniej.   
– Mam nadzieję. Dan bardzo się cieszy z przyjazdu do dziadka.   
–  Dawno  nas  nie  odwiedzałaś.  Zapewne  dobrze  ci  się  powodzi  w  Londynie.  Zrobiłaś 

karierę.   

Odebrała to jako wymówkę, że wyżej stawia pracę niż rodzonego ojca. Bezczelny typ.   

Gdy zwlekała z odpowiedzią, wyjął z plecaczka ręcznik i zaczął wycierać mokre włosy, 

nie przestając się jej przyglądać.   

– Nie miałem racji. Londyn potraktował cię przychylnie.   
Pomyślała o podartej  fotografii  i  londyńskich  wspomnieniach wraz z nią  puszczonych z 

wiatrem.   

– Poznałam tam wielu ciekawych ludzi. Mam przyjaciół – rzuciła od niechcenia. – A ty? 

Nadal tu pracujesz? Przyjechałeś pięć lat temu, żeby pomóc mojemu ojcu. Myślałam, że już 
przeniosłeś się gdzie indziej. Na mniejsze odludzie. Do przychodni z lepszym wyposażeniem.   

Na okamgnienie wzrok mu pociemniał.   
– W Ballranoch jest mi bardzo dobrze – oznajmił i wepchnął ręcznik do plecaka.   
Chyba dotknęła jakiegoś bolesnego miejsca, mimo że odnosiła wrażenie, że człowiekowi 

tak  pewnemu  siebie  trudno  sprawić  przykrość.  No  cóż,  widać  i  on  ma  jakieś  wspomnienia. 
Chociaż to nie jej sprawa, poczuła, że ten człowiek ją intryguje.   

– Czy to znaczy, że nadal pomagasz mojemu ojcu? Wahał się.   
–  Myślałem,  że  sir  Gordon  poinformował  cię,  że  od  blisko  dwóch  lat  jestem  jego 

wspólnikiem.   

Zaczerwieniła się.   
– Chyba o tym pisał, ale... wypadło mi z pamięci.   
– Był tu sam. W pojedynkę nie dawał rady. Odnoszę wrażenie, że nawet teraz, kiedy go 

wspieram,  pracuje  zbyt  dużo.  –  Przyglądał  się  jej,  pocierając  brodę  palcami.  –  Jak  się 
zapewne domyślasz, jest mu bardzo ciężko, od kiedy żona... Angela go opuściła.   

Angela!  To  znienawidzone  imię  podziałało  na  nią  jak  zimny  prysznic.  Ta  kobieta 

wszystkim pokrzyżowała życiowe plany. Niezależnie od tego, co teraz będzie się działo, Cara 
nie dopuści, by nadal wtrącała się w ich życie.   

– Nie lubiłyśmy się – ucięła. Zamierzała jak najszybciej zmienić temat na mniej bolesny. 

– Mówisz, że tutaj jest ci dobrze? Tobie i twojej rodzinie.   

– Mieszkam na wzgórzu, za miastem. Uwielbiam tę okolicę.   
Zauważyła, że nie rozwinął tematu rodziny. Popatrzył z uśmiechem na Dana.   
– Dobrze mu zrobi wizyta wnuka – powiedział. – Na długo przyjechałaś? 
– Jeszcze nie wiem. – Schowała glukometr do torby.   
– Ojciec Dana dojedzie później? 
– Jego ojciec przestał dla nas istnieć – rzuciła obojętnym tonem.   
Mimo to jej słowa złowieszczo zawisły w powietrzu.   
– Przepraszam.   

background image

– Muszę jechać. Mały zaraz się obudzi i będzie głodny. Poza tym chcę nareszcie spotkać 

się z ojcem.   

– Wobec tego zobaczymy się później, na przyjęciu sylwestrowym u Gordona.   
Zaskoczył  ją.  Zupełnie  zapomniała  o  tej  tradycyjnej  organizowanej  od  lat  imprezie  i 

wcale nie ucieszyła jej taka perspektywa. Poza tym wcale nie miała pewności, że będzie tam 
mile widziana.   

– Możliwe – odparta ostrożnie.   
Gdy podeszli do samochodu, Jake otworzył jej drzwi.   
–  Dziękuję  za  pomoc.  Tworzymy  dobry  zespół.  Moglibyśmy  razem  pracować.  Brakuje 

tutaj takiej ekipy ratunkowej.   

Wycofała  się  z  podjazdu.  Uśmiechnęła  się  na  widok  znikającej  sylwetki  Jake’a  w 

absurdalnym jak na tę porę roku stroju: w krótkich spodenkach i mokrym podkoszulku, który 
oblepiał muskularne plecy.   

W tej samej chwili zupełnie nieoczekiwane olśnienie sprawiło, że aż przeszył ją dreszcz. 

Zdała sobie bowiem sprawę, że Jake Donahue, nie dość że wydał się jej bardzo przystojny, to 
na dodatek bardzo atrakcyjny.   

Z oburzeniem popatrzyła na siebie w lusterku. Raz już się zbłaźniła i teraz na pewno nie 

ulegnie  pierwszemu  pociągającemu  facetowi,  którego  spotyka  po  rozstaniu  z  Tobym. 
Związek z nim o mało nie zrujnował jej życia. Mężczyźni jej nie interesują, a już zwłaszcza ci 
z niebieskimi oczami. Upłynie sporo czasu, zanim ponownie się zaangażuje. Tym bardziej że 
ten osobnik prawdopodobnie ma żonę i dzieci.   

Zmieniła  bieg  i  ruszyła  w  stronę  ojcowskiego  domu.  Zupełnie  nie  odpowiadała  jej 

perspektywa sylwestrowego przyjęcia. Potrzebowała teraz czasu na refleksję oraz na ponowne 
nawiązanie kontaktu z ojcem. Wolałaby uniknąć pytań jego ciekawskich gości.   

Głośne ziewnięcie na tylnym siedzeniu kazało jej popatrzeć na synka. Budził się.   

Wjeżdżali już przez bramę Glen Shee Manor.   
–  Byłeś  bardzo  grzeczny.  Za  chwilę  poznasz  dziadka  i  dostaniesz  mleko  i  grzankę.  I 

będziesz mógł pobawić się z Buchanem, jego psem.   

– Dziadek już tu jest? – ożywił się chłopiec.   
– Zaraz będzie – obiecała.   
Serce  biło  jej  jak  młotem,  gdy  parkowała  przed  frontowymi  drzwiami,  nad  którymi 

wykuto  dewizę  jej  przodków:  WIERNI  I  LOJALNI.  Może  raczej  UPARCI  I 
NIEPRZEJEDNANI,  pomyślała,  uśmiechając  się  do  siebie.  Jakie  będzie  to  powitanie? 
Serdeczne czy chłodne? Pięć lat temu ich rozstanie było bardzo nieprzyjemne. Teraz po latach 
i po tym, co przeszła, z całego serca pragnęła pojednania.   

Z Danem na rękach stanęła pod drzwiami i pociągnęła za sznur staroświeckiego dzwonka. 

Czeka ich chwila prawdy.   

Za kilka minut dowiedzą się, czy zostaną tu, czy będą musieli odejść.   

Usłyszała  kroki,  po  czym  drzwi  zaczęły  się  powoli  otwierać  i  wysunęła  się  spoza  nich 

drobna, pochylona postać sir Gordona Mackenzie.   

Przez długą chwilę przyglądali się sobie, po czym starszy pan podszedł bliżej i dotknął jej 

background image

ramienia. Jakby chciał się upewnić, że nie śni.   

– Cara... To naprawdę ty? – zapytał drżącym głosem.   
Jak on się postarzał! Gdy wyjeżdżała, wyglądał zupełnie inaczej. Teraz miała przed sobą 

człowieka starego i bardzo zmęczonego.   

– Tak, tato, to ja. – Uśmiechnęła się nieśmiało. – To jest Dan, twój wnuk.   
– Mój... wnuk? Mój rodzony wnuk? Nie wiedziałem, że masz syna. – Z niedowierzaniem 

wodził po nich wzrokiem. – Ile ma łat? 

– Prawie trzy.   
Pogładził dziecko po głowie.   
– Przyjechaliście mnie odwiedzić? – zapytał niepewnym głosem.   
–  Nie,  tato,  nie  przyjechaliśmy  w  odwiedziny.  Wróciliśmy  do  Ballranoch.  Będziemy  tu 

mieszkać... jeśli, oczywiście, nas przyjmiesz.   

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Cara  rozcierała  zesztywniały  kark.  Przed  nią  pląsali  sylwestrowi  goście  –  kobiety  w 

białych sukniach, panowie w różnobarwnych tartanach. Była bardzo zmęczona, psychicznie i 
fizycznie.  Przy  najbliższej  okazji  wymknie  się  do  siebie.  Przypomniało  się  jej,  jak  w 
dzieciństwie te tradycyjne szkockie tańce wprawiały ją w trans.   

Ze smutkiem popatrzyła na puste miejsce nad kominkiem, gdzie kiedyś wisiał portret jej 

matki. Wiadomo, kto go usunął. Angela zatarła wszystkie ślady swojej poprzedniczki.   

Popatrzyła na ojca. Na jego laskę, zapadnięte policzki, ziemistą cerę.   
– To jest inny człowiek – powiedziała do siebie. – Gdybym wiedziała, że jest taki słaby, 

zapewne wcześniej zdecydowałabym się tu przyjechać.   

Westchnęła.  Nie  warto  myśleć  o  tym,  co  mogło  być.  Gdy  wyjeżdżała,  ojciec  jej  nie 

zatrzymywał, wręcz ją zachęcał do tego, by spakowała manatki. Lecz w życiu obojga zaszły 
zmiany  i  teraz  muszą  nauczyć  się  wybaczać  oraz  zapominać.  Pierwszy  krok  został  już 
zrobiony.   

Radość  ojca  na  widok  jej  i  Dana  płynęła  z  głębi  serca.  Jest  szansa,  że  stare  rany  się 

zabliźnią.   

Podczas  długiej  rozmowy  przeprowadzonej  przed  tańcami  ojciec  nie  chciał  mówić  o 

swoim  zdrowiu,  wypytywał  natomiast  o  wnuczka.  Z  rozczuleniem  patrzył  na  chłopczyka, 
który  bawił  się  z  psem  lub  opowiadał  mu  o  swoich  zabawkach.  Nie  powiedziała  ojcu, 
dlaczego Toby ją porzucił. Nie chciała psuć mu tego wieczoru ani radości z powodu dopiero 

co poznanego wnuka.   

Ktoś dotknął jej ramienia.   
–  Przyda  ci  się  niewielki  zastrzyk  alkoholu  –  usłyszała  niski  głos.  –  Na  pewno  jesteś 

zmęczona długą podróżą oraz ratowaniem małolaty w deszczu.   

Odwróciła  się,  by  stanąć  twarzą  w  twarz  z  Jakiem  Donahue  w  idealnie  skrojonym 

smokingu.  Podał  jej  kieliszek  z  szampanem.  Z  uznaniem  stwierdziła,  że  wygląda  jeszcze 
bardziej atrakcyjnie niż w przemoczonym stroju do joggingu i z mokrymi włosami.   

– To prawda. Mam za sobą dzień pełen wrażeń. Do głowy by mi nie przyszło, że będę 

brać  udział  w  akcji  ratowniczej  w  takim  deszczu.  Nie  podejrzewałam,  że  w  Ballranoch 
młodzież nie potrafi się kulturalnie bawić.   

–  Uznałaś,  że  w  takiej  dziurze  nie  dzieje  się  nic  ciekawego.  W  Londynie  bez 

porównania...   

–  Prowadzę  bardzo  spokojny  tryb  życia  –  odparła,  popijając  szampana.  –  Dobrze  mi 

zrobił  ten  kieliszek.  Doczekam  do  północy  i  pójdę  spać.  Zarwałam  parę  ostatnich  nocy. 
Obawiam się, że to widać.   

Omiótł spojrzeniem całą jej postać, a ona poczuła się niepewnie w obcisłym jedwabnym 

gorseciku  i  szerokiej  czarnej  spódnicy.  Nie  miała  innej  wieczorowej  kreacji,  a  ta  być  może 
była trochę zbyt wyzywająca.   

– Moim zdaniem wyglądasz bardzo dobrze. Jak synek? 

background image

– Bawił się z psem, ale po kolacji zaraz zasnął.   
–  Gordon  jest  zachwycony  wnukiem.  Oraz  tym,  że  przyjechałaś.  –  Popatrzył  na  nią 

sponad kieliszka. – Nic nie wiedział o waszej wizycie. To dla niego wielka niespodzianka.   

– Podjęłam tę decyzję w ostatniej chwili. Pomyślałam, że Danowi przyda się zmiana.   
Jake powiódł spojrzeniem w stronę Gordona, po czym popatrzył na Carę.   
– Jak go znajdujesz? 
– Mizerny. To był dla mnie wstrząs. Nie wyobrażałam sobie, że tak się zmieni.   
– W ciągu paru ostatnich miesięcy mocno się posunął. Rozumiem, że będziesz tutaj, gdy 

założą mu bypass.   

– Bypass? – Nie dowierzała własnym uszom. – Nic o tym nie wiem.   
Nic dziwnego, że tak źle wygląda, pomyślała ze smutkiem.   
– Mogłam się domyślić, że to stwardnienie tętnic.. Przyglądał się jej badawczo.   
– Nie wiesz o wielu rzeczach – zaczął powoli. – O tym, że zostałem jego wspólnikiem, o 

stanie jego zdrowia... Nie przyszło ci do głowy odwiedzić go? 

Poczuła, że oczy zaczynają ją szczypać.   
– Wiem. Powinnam była zrobić to wcześniej, żeby sprawdzić, jak się czuje.   
Ściągnął brwi.   
– Nie mogłaś wyrwać się z Londynu. – Tym razem jego głos zabrzmiał bardzo surowo.   
Zaczęło robić się nieprzyjemnie.   
– Co ty o tym wiesz? – warknęła. – To on wybrał, kogo chce mieć przy sobie. Dali mi 

wyraźnie  do  zrozumienia,  że  moja  obecność  nie  jest  pożądana.  Proszę  cię,  nie  wyciągaj 
pochopnych  wniosków.  Przez  te  wszystkie  lata  każdego  dnia  marzyłam,  żeby  z  nim 
porozmawiać.   

– Więc dlaczego tego nie zrobiłaś? 
Oburzona, popatrzyła na niego spod opuszczonych powiek.   
–  Nie  chcę  tego  słuchać.  Kiedy  spotkaliśmy  się  po  raz  pierwszy  pięć  lat  temu, 

pomyślałam,  że  masz  się  za  człowieka,  który  wszystko  wie  lepiej.  Widzę,  że  nic  się  nie 
zmieniłeś. Twoja rodzina musi mieć z tobą ciężkie życie.   

– Możliwe, ale to nie ma nic wspólnego z tym, o czym dyskutujemy.   
– To nie jest dyskusja. Przepraszam, idę przywitać się ze starymi przyjaciółmi.   
Już miała odejść, gdy chwycił ją za ramię.   
– Nie chciałem sprawić ci przykrości, ale od kilku miesięcy widzę, jak Gordon niknie w 

oczach...   

Przeszył  ją  nieprzyjemny  dreszcz.  Pomyślała,  że  ma  dosyć  dominujących  mężczyzn, 

którzy  stale  dyktują  swoje  warunki,  i  że  musi  jak  najszybciej  uciec  od  tego  przenikliwego 
spojrzenia.   

– Nie rozumiem, jakim prawem tak surowo mnie oceniasz.   
Przyciągnął ją bliżej.   
–  Mam  do  tego  prawo,  ponieważ  darzę  twojego  ojca  ogromnym  szacunkiem.  Pracuję  z 

nim  od  pięciu  lat  i  zdążyłem  go  dobrze  poznać.  Ten  człowiek  jest  całym  sercem  oddany 
pacjentom.  I  wszystkich  traktuje  jednakowo.  Przełożył  nawet  tę  operację,  ponieważ  uważał, 

background image

że może tu być potrzebny w Nowy Rok. Najlepszym lekarstwem dla niego mogła być twoja 
wizyta.   

– Żałuję, bardzo żałuję, że nie było mnie tak długo, ale to nie twoja sprawa – stwierdziła 

przez ściśnięte gardło.   

Zwolnił uścisk.   
– Twoje układy z ojcem to rzeczywiście nie moja sprawa. Ale nie mogę być obojętny w 

kwestii jego zdrowia. On potrzebuje miłości ze strony osoby, którą kocha. Czyli od ciebie.   

Milczała.  Nie  zamierzała  kłócić  się  ze  wspólnikiem  ojca,  który  najwyraźniej  przejmuje 

się jego zdrowiem. Powinna być mu wdzięczna.   

Patrzył na jej zakłopotaną twarz, duże szare oczy i burzę rudych włosów.   
– Wybaczysz mi? 
Podniosła wzrok. Niespodziewanie przyszła jej do głowy niedorzeczna myśl, że te wargi 

są  stworzone  do  pocałunków.  Otrząsnęła  się.  Chyba  jest  bardziej  zmęczona,  niż  się  jej 
wydawało.  Musi  być  w  dobrych  stosunkach  ze  wspólnikiem  ojca,  ale  przyszło  jej  mieć  do 
czynienia z gburem, o którym nawet nie warto myśleć.   

– Pójdę porozmawiać z ojcem.   
Jake  patrzył  na  odchodzącą  kobietę.  Dlaczego  ma  taki  niewyparzony  język?  Nic 

dziwnego, że się obraziła. Wcale nie chciał, by stała się jego wrogiem, ale serce mu pękało na 
widok tego wspaniałego człowieka w takim stanie.   

Zmarszczył czoło. W tym wszystkim kryje się jakaś tajemnica. Gordon Mackenzie nigdy 

z własnej woli nie podejmował tematu córki. Na pewno nie wspominał o tym, że przyjedzie 
na sylwestra.   

Jake uśmiechnął się. Przyjemnie byłoby, gdyby Cara została na jakiś czas w Ballranoch. 

Trudno ją zbić z tropu. Dotarło do niego, że ta kobieta, podobnie jak on, nie waha się głośno 
wyrażać swoich opinii.   

Gordon Mackenzie siedział w dębowym fotelu przy ogromnym kominku,  lecz na widok 

córki  wstał  rozpromieniony.  To  dlatego  pomyślała,  że  żartuje,  gdy  ułamek  sekundy  później 
chwycił się za serce i osunął na podłogę. Rozpaczliwie szarpał kołnierzyk koszuli.   

Znieruchomiała. Ogromnym wysiłkiem woli ruszyła w stronę leżącej postaci.   
– Tato – szepnęła. – Tato, co się stało? Nie odchodź! 
Obejmując  go,  pomyślała,  że  Dan  nie  zdąży  zaprzyjaźnić  się  z  dziadkiem.  Po  chwili 

czyjeś silne ramiona postawiły ją na nogi.   

– Opanuj się – przemówił do niej Jake stanowczym tonem. – Musisz być silna. Dla ojca.   
Pochylił się, by rozpiąć staruszkowi kołnierzyk.   
–  Tętno  jest.  Pomóżcie  mi  go  podeprzeć  –  zwrócił  się  do  zebranych.  –  Niech  wszyscy 

przejdą  do  jadalni.  –  Odszukał  wzrokiem  dziewczynę,  którą  Cara  zdążyła  już  poznać  jako 
pielęgniarkę. – Sheena, wezwij karetkę.   

Jake oparł Gordona na poduszkach z fotela.   
– Tato, będzie dobrze. Nie martw się. Jesteśmy przy tobie. – Cara starała się mówić jak 

najspokojniej.   

Ojciec skinął głową. Miał sine usta i był blady jak płótno.   

background image

– Ten ból... – szepnął. – Niedobrze...   
Jake mierzył mu puls.   
– Rzadkoskurcz – zwrócił się do Cary. – Poniżej sześćdziesięciu... – Sięgnął do kieszeni. 

–  To  jest  klucz  do  szafki  z  lekami.  Weź  atropinę,  adrenalinę  i  morfinę.  Poproś  dwóch 
mężczyzn, żeby przynieśli tlen z magazynku.   

Zamiast  myśleć  o  ojcu,  musiała  czymś  się  zająć.  Ruszyła  biegiem  do  przychodni,  która 

mieściła się w bocznym skrzydle. Jednak po drodze przez cały czas powtarzała: 

– Tato, nie umieraj. Proszę cię, nie umieraj. Mamy sobie jeszcze tyle do powiedzenia...   
Gdy  wróciła,  Jake  nadal  klęczał  obok  Gordona.  Trzymał  go  za  rękę  i  zapewniał,  że 

pomoc zaraz nadejdzie.   

– Co z nim... ? – szepnęła, przerażona cieniami pod oczami ojca i sinymi wargami.   
–  Myśl  pozytywnie  –  nakazał  jej Jake.  –  Zaaplikujemy  mu  atropinę.  Może  zdołamy  go 

ustabilizować i zapobiec zatrzymaniu akcji serca. Zaczniemy od miligrama.   

Zrobił zastrzyk, po czym założył Gordonowi maskę i podłączył ją do butli z tlenem.   
– To mu pomoże oddychać. Masz stetoskop? Patrzyła, jak Jake osłuchuje serce. Czuła, że 

jej własne bije tak mocno, że aż trudno jej oddychać. W końcu Jake podniósł się.   

– Lepiej z każdą chwilą. Chyba się udało.   
Bladość powoli ustępowała z policzków starszego pana. Uniósł powieki, a Cara poczuła, 

że oczy zachodzą jej łzami. Być może tym razem dzięki błyskawicznej akcji Jake’a udało się 
uratować ojca.   

Pochyliła się i pocałowała go w czoło.   
– Będziesz zdrowy. A z bypassem poczujesz się jak nowo narodzony.   
 

W  blasku  księżyca  imponująca  bryła  szpitala  pod  wezwaniem  Świętego  Cuthberta 

wyraźnie odcinała się na tle zimowego nieba. Cały parking i wszystkie samochody okrywała 
szadź.   

Cara  nabrała  w  płuca  głęboki  łyk  orzeźwiającego  powietrza.  Ojciec  był  już  w  dobrych 

rękach  –  zawieziono  go  na  oddział  kardiologiczny.  Czuła,  że  ogromny  kamień  spadł  jej  z 
serca. Popatrzyła na Jake’a, który przyjechał z nimi do szpitala.   

– Nie wiem, jak mam ci dziękować – zaczęła. – Gdyby nie ty... Chyba nie potrafiłabym 

sama  tak  szybko  nim  się  zająć.  Byłam  jak  sparaliżowana.  Kiedy  choruje  ktoś  z  rodziny, 
trudno zdobyć się na obiektywizm.   

–  Na  pewno  byś  sobie  poradziła.  Aż  dziwne,  do  czego  człowiek  jest  zdolny  w 

krytycznych sytuacjach – zauważył, przyglądając się jej uważnie. – Nie wyglądasz najlepiej. 
Chodźmy na kawę, zanim ruszymy z powrotem. Barek w szpitalu jest jeszcze czynny.   

Nagle  poczuła,  że  kona  z  głodu.  Przypomniała  sobie,  że  od  rana  zjadła  po  drodze  tylko 

jedną kanapkę.   

– Obawiam się, że już nie dostanę ryby z frytkami. Jestem głodna jak wilk.   
Mimo ciemności nie umknął jej uwadze jego szeroki uśmiech.   
– Myślę, że da się to jakoś załatwić.   
Usiadła  przy  stoliku  w  barze,  do  którego  co  chwila  wpadał  ktoś  z  nocnego  dyżuru. 

background image

Obserwowała  Jake’a,  który  już  niósł  tacę  z  jedzeniem.  Znał  tu  niemal  wszystkich.  Z 
rozbawieniem  zauważyła  spojrzenia,  jakie  rzucały  mu  kobiety.  Z  pewnym  zażenowaniem 
popatrzyła na swój balowy strój pod ciepłym tweedowym płaszczem, który ktoś jej pożyczył.   

Jake postawił tacę na stole.   
– To nie jest najwytworniej sza kuchnia w okolicy – stwierdził z lekkim grymasem. – Oto 

co udało mi się zdobyć. Ryba oraz coś, co przypomina frytki.   

– Nieważne, jak to smakuje, ważne, że jest – pocieszyła go uradowana.   
Sięgnął po frytkę z jej talerza.   
–  Jakie  masz  plany?  Domyślam  się,  że  zechcesz  tu  zostać,  aby  pilnować  ojca.  Czy 

znajdziesz kogoś, kto cię zastąpi w Londynie? 

Narastający  gwar  pozwolił  jej  nie  odpowiadać  od  razu.  Kroiła  rybę  na  mikroskopijne 

kawałki.  Jeszcze  rano  była  w  Londynie,  a  teraz  już  czuła,  że  jest  częścią  Ballranoch. 
Westchnęła. Prędzej czy później Jake musi się dowiedzieć.   

– Rzuciłam Londyn. Zrezygnowałam z pracy. Mam nadzieję, że tutaj gdzieś się zaczepię.   
Uniósł brwi.   
– Wydawało mi się, że wiedzie ci się nieźle.   
–  To  nie  z  winy  Londynu,  lecz  okoliczności.  Pomyślałam,  że  ojciec  może  mnie 

potrzebować.   

– Rozumiem. Kiedy uznałaś, że Londyn jest be, pędem wróciłaś do tatusia.   
–  Jesteś  niesprawiedliwy!  –  oburzyła  się.  –  Mógłbyś  najpierw  poznać  okoliczności,  a 

dopiero potem ferować wyroki! 

Uniósł dłonie w geście pojednania.   
–  Tak,  masz  rację.  Nie  mam  o  tym  pojęcia.  Po  prostu  jestem  całym  sercem  oddany 

Gordonowi.  Był  przybity,  kiedy  pięć  lat  temu  wyjechałaś  z  Ballranoch,  a  gdy  rok  temu 
porzuciła go Angela, sprawiał wrażenie człowieka, który już nigdy się nie podniesie.   

Cara  wpatrywała  się  w  blat  stołu.  Skąd  miałby  wiedzieć,  dlaczego  uciekła  z  Ballranoch 

lub dlaczego wróciła.   

– Wyjechałam stąd przez Angelę – powiedziała cicho. – Nie kryła, że jej przeszkadzam. 

Jako jedynaczka byłam z ojcem bardzo zżyta, a ona nie mogła tego znieść. Byłam już dorosła 
i uznałam, że pora się usamodzielnić i lepiej poznać życie. Zakochałam się w Tobym Walshu, 
synu przyjaciela ojca, więc pojechałam do Londynu.   

To tylko część prawdy, pomyślała. Na razie musi mu to wystarczyć.   

Odchylił się od stołu.   
–  Słusznie  postąpiłaś.  Taka  okazja  rzadko  się  zdarza  i  niezależnie  od  tego,  co  wtedy 

mówiłem, należało z niej skorzystać.   

– Wydawało mi się, że mnie potępiasz i zarzucasz mi egoizm.   
–  Może  się  uprzedziłem,  bo  sam  nie  miałem  takiej  szansy  –  przyznał.  –  Musiałem 

zadowolić się tym, co mi proponowano. Miałem wielkie szczęście, że przyszło mi pracować z 
takim człowiekiem jak twój ojciec, i w takim pięknym miejscu.   

Zabrzmiało to jak mocno skrywana aluzja do przeszłości, lecz Cara postanowiła na razie 

nie dotykać tego tematu.   

background image

–  Dziękuję  za  kolację.  Muszę  wracać.  Ty  chyba  też.  Wierz  mi,  jestem  ci  bardzo 

wdzięczna za to, co zrobiłeś dla ojca.   

–  To  dla  mnie  wielka  przyjemność.  –  Wstał  od  stołu.  –  Przyszło  mi  do  głowy,  że  jeśli 

chcesz tu  pracować,  to mogłabyś mnie wesprzeć w naszej  przychodni.  Potrzebuję kogoś do 
pomocy,  a  twój  ojciec  mógłby  już  przestać  się  o  to  martwić.  Zanim  odmówisz,  dobrze  się 

zastanów.  –  Wskazał  na  automat  telefoniczny.  –  Muszę  zadzwonić.  Nie  wolno  tu  używać 

komórek, więc skorzystam z tego aparatu.   

Czekała, zastanawiając się nad jego propozycją oraz nad tym, do kogo dzwoni. Miałaby 

pracować z człowiekiem, który ma tyle uprzedzeń? Jake jest świetnym lekarzem, to prawda, 
ale czy wytrzymałaby, mając z nim do czynienia na co dzień? 

– Nie wiem, czy to jest dobry pomysł – oznajmiła, gdy wrócił do stolika. – Nie byłoby 

nam  łatwo.  Nie  jestem  taka  jak  ojciec.  Pracuje  się  wam  tak  zgodnie,  że  byłoby  ci  trudno 
przyzwyczaić się do kogoś nowego.   

–  Tak  czy  inaczej  będę  do  tego  zmuszony.  Wiemy  już,  że  potrafimy  pracować  jako 

zespół. Chciałbym, żebyś się zgodziła – dodał, zniżając głos.   

–  Muszę  to  przemyśleć.  –  Pokręciła  głową  z  powątpiewaniem.  –  Zawsze  stawiasz  na 

swoim? 

– Zazwyczaj.   
Szli przez parking do samochodu.  Cara napawała się krystalicznie czystym powietrzem, 

od którego aż kręciło się w głowie, zupełnie jak po szampanie. Odgłos dzwonów mieszał się z 
zawodzeniem samotnej kobzy, które spływało z odległych wzgórz.   

– Co się dzieje? – zdziwiła się. Jake roześmiał się.   
– Nowy rok! Właśnie wybiła północ. Zapomniałaś, że to sylwester? 
–  Faktycznie  zapomniałam.  Zaczyna  się  nowy  rok.  Uśmiechał  się,  tym  razem  dziwnie 

ciepło. Objął ją ramieniem i przytulił.   

– Wszystkiego najlepszego – szepnął, po czym pochylił się i pocałował ją w usta. – Zdaje 

się, że w taką noc wszyscy to robią.   

Zadrżała.  To prawda,  ta  noc jest  wyjątkowa.  Poczuła, że znikają wszystkie wątpliwości, 

które  jeszcze  przed  chwilą  piętrzyły  się  przed  nią  spowodowane  napięciem  związanym  z 
wydarzeniami tego wieczoru.   

– Życzę spełnienia marzeń, doktorze Donahue.   
Przylgnęła  do  niego  całym  ciałem.  Z  przymkniętymi  powiekami  delektowała  się 

pierwszym  od  wielu  miesięcy  pocałunkiem  w  silnych  ramionach  atrakcyjnego  mężczyzny. 
Jego wargi wędrowały po jej twarzy i szyi. Wszystkie erogenne strefy jej ciała budziły się z 
długiego letargu.   

Nagle zorientowała się, że to nie są kościelne dzwony, lecz dzwony bijące na alarm w jej 

głowie. Co ona robi?! Prowokuje obcego mężczyznę! Na parkingu! Wyrwała się Jake’owi z 
objęć i mocniej otuliła płaszczem.   

Cara Mackenzie zawsze jest opanowana. Nie zadaje się z byle kim. Czyż nie uznała, że 

ma dosyć mężczyzn? 

– Wracajmy. Zostawiłam Dana pod opieką Sheeny. Nie mogę jej tak wykorzystywać.   

background image

Przez  chwilę  patrzył  jej  w  oczy  z  nieprzeniknioną  miną,  po  czym  otworzył  drzwi 

samochodu.   

– Zapewne masz rację.   
Po  drodze  wpatrywała  się,  ciągle  rozdygotana,  w  jego  silne  dłonie  na  kierownicy. 

Przypominała sobie, jak dotykał jej twarzy, całując ją w szyję. Nie mogła nie przyznać, że to 
doznanie było tak słodkie, jak to sobie wyobrażała wcześniej, gdy zaprosił ją do tańca.   

I ja mam z nim pracować? – myślała ponuro. Jak profesjonalista z profesjonalistą? 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Dziewczynka  obrzuciła  Carę  wojowniczym  spojrzeniem.  Osłaniała  się  zaciśniętymi 

piąstkami niczym krasnoludek bokser.   

– Nie dotykaj mnie, bo cię uderzę – krzyknęła. – Nie pokażę ci ucha! 
Cara pohamowała uśmiech i z całą powagą zwróciła się do matki dziewczynki: 
–  Proszę  przytrzymać  jej  głowę,  żebym  mogła  zobaczyć,  jak  głęboko  jest  ta  gumka  – 

powiedziała rzeczowym tonem.   

Mimo że wizyta już się przedłużyła, na nic zdałoby się popadanie w irytację.   

Pani Brown przygarnęła córkę do siebie, jakby chciała obronić ją przed lekarką.   
–  Biedactwo.  Ona  jest  przerażona.  Nie  zrobi  jej  pani  krzywdy,  prawda?  –  upewniła  się 

zatroskanym głosem.   

Pierwszy dzień w przychodni był bardzo pracowity. Zgłaszali się staruszkowie z różnymi 

problemami i  młodzież z trądzikiem. Cara była  już zmęczona i  nie miała ochoty walczyć z 
niesubordynowaną pacjentką.   

Popatrzyła  na  panią  Brown,  która  kogoś  jej  przypominała,  lecz  nie  to  było  teraz 

najważniejsze. Odkąd sama była matką, lepiej rozumiała lęki rodziców chorych dzieci. Lecz 
przypadek Shony był wyjątkowo prosty.   

Ostatecznie  zgodziła  się  pracować  razem  z  Jakiem.  Tym  bardziej  że  ojciec  ją  o  to 

poprosił.   

Ojcu nie mogła odmówić.   
– Zrób to  dla mnie – prosił Gordon. – Tutaj  trudno znaleźć kogoś na zastępstwo. Będę 

spokojniejszy,  wiedząc,  że Jake ma pomoc.  On jest  bardzo dobrym  lekarzem, ale sam  sobie 

nie poradzi.   

Dałam się im namówić, pomyślała. Wiedziała, że dla ojca jest gotowa na wszystko. Była 

pewna  swoich  umiejętności,  obawiała  się  jedynie  bliższych  kontaktów  z  tym  przystojnym 

lekarzem.   

Przypomniała  sobie  noworoczny  pocałunek.  Rozsądek  podpowiadał  jej,  że  nie  należy 

brać go poważnie. To była sylwestrowa noc. Czuła jednak, że od tej pory jej serce bije inaczej 
i bała się, że ta fascynacja sprowadzi na nią nowe zagrożenia.   

Nagle uprzytomniła sobie, że jest w gabinecie, w pracy.   
–  Przecież  ty  jesteś  bardzo  dzielną  dziewczynką  –  zaczęła.  –  To  nie  będzie  bolało.  Po 

prostu przez chwilę się nie ruszaj.   

Shona rozdarła się wniebogłosy.   
–  Gdybym  przyjechała  po  nią  do  szkoły  nieco  wcześniej,  nie  włożyłaby  sobie  tego 

ołówka do ucha – westchnęła matka.   

Wszystkie trzy znieruchomiały, gdy Cara za pomocą otoskopu zaglądała dziewczynce do 

ucha.   

– Gumka jest całkiem płytko – zauważyła z zadowoleniem. – Usunę ją bez trudu.   
– Bez znieczulenia? 

background image

– Nie warto jej na to narażać. To potrwa sekundę. A ze znieczuleniem musiałaby na cały 

dzień zostać w szpitalu.   

Pani  Brown  popatrzyła  z  powątpiewaniem  na  swoją  pociechę,  która  szlochając,  wtuliła 

twarz w jej ramię.   

– Jeśli jest pani tego pewna... – Spoglądała podejrzliwie na Carę. – Doktor Mackenzie i 

doktor Donahue znają ją od urodzenia, a pani widzi ją po raz pierwszy. Bardzo się niepokoję.   

Pani Brown zaczęła kołysać dziewczynkę jak maleńkie dziecko. Cara zorientowała się, że 

w obecności tak nadopiekuńczej matki nigdy nie uda się jej usunąć gumki z ucha. Zadzwoniła 
do recepcji.   

–  Czy  doktor  Donahue  jest  w  tej  chwili  wolny?  Byłabym  wdzięczna,  gdyby  do  mnie 

zajrzał.   

Chwilę  później  zjawił  się  Jake.  Widząc  zapłakane  dziecko  i  bladą  jak  płótno  matkę, 

natychmiast zorientował się w sytuacji. Cara rzuciła mu wymowne spojrzenie. Nie umknął jej 
uwagi  błysk  rozbawienia  w  jego  niebieskich  oczach,  które  przypomniały  jej  również  o 
sylwestrowym pocałunku.   

– Czym mogę paniom służyć? – zapytał. Pani Brown natychmiast się rozpromieniła.   
– Jak to dobrze, że pan przyszedł! Nie możemy sobie poradzić z moją biedną córeczką. 

Doktor Cara jeszcze nie wie, z kim ma do czynienia...   

W związku z tym kompletnie jej nie ufam, dokończyła w myślach Cara.   
– Mam do pani doktor pełne zaufanie – oznajmił Jake. – Doktor Cara jest córką doktora 

Mackenzie. Na czym polega problem? 

– Shona wepchnęła sobie do ucha gumkę od ołówka – wyjaśniła Cara. – Wyjęłabym ją 

bez trudu, gdybyś potrzymał jej głowę. Ponieważ znasz ją tak dobrze – dodała złośliwie.   

Cały zabieg nie trwał nawet dziesięciu sekund.   
– Już! – triumfowała Cara. – Chyba nie bolało? 
–  Byłaś  bardzo  dzielna,  córeczko.  W  nagrodę  kupię  ci  duże  lody.  –  Pani  Brown 

wychodziła  z  gabinetu.  –  Dziękuję  panu,  że  zechciał  pan  pomóc  doktor  Carze  –  rzuciła  na 
odchodnym.   

– I kto tu zachowuje się protekcjonalnie? – mruknął Jake. – Ta mała jest rozpuszczona jak 

dziadowski bicz, ponieważ państwo Brown mają jeszcze trzech starszych od niej synów.   

–  Najgorsze  co  może  spotkać  lekarza,  to  histeryczni  rodzice.  Przepraszam,  że  cię 

wezwałam, ale mamuśka dała mi wyraźnie do zrozumienia, że jako nowa na pewno sobie nie 
poradzę.   

– Nasi pacjenci niestety nie lubią nowości. Na pewno znasz wielu z nich, ponieważ stąd 

pochodzisz.   

– Ale ich nie leczyłam – zauważyła.   
– Nie szkodzi. Bardzo się cieszę, że będziesz nam pomagać.   
– Na razie. – Im krócej będzie z nim obcować, tym lepiej. Mogą z tego wyniknąć same 

kłopoty! 

Patrzył  na  nią,  jakby  czytając  w  jej  myślach,  po  czym  zupełnie  nieoczekiwanie  się 

uśmiechnął.   

background image

–  Na  pewno  się  dogadamy.  Mamy  też  sporo  sobie  do  powiedzenia.  Moglibyśmy  zjeść 

drugie  śniadanie  w  moim  pokoju.  Muszę  zapoznać  cię  z  funkcjonowaniem  tej  przychodni  i 
odpowiedzieć na twoje ewentualne pytania.   

Przytaknęła  i  zaczęła  wprowadzać  dane  małej  Shony  Brown  do  komputera.  Nagle 

przestała pisać. Nareszcie dotarło do niej, o kim pomyślała na widok matki dziewczynki.   

– Jake... – Zatrzymał się już na progu. – Czy dobrze znasz panią Brown? 
– Owszem. Była u mnie jakiś czas temu. Dzisiaj zauważyłem, że sporo przytyła.   
– Może to zabrzmi niedorzecznie, ale miałam w Londynie pacjentkę, która mogłaby być 

jej  siostrą  bliźniaczką.  Wyglądała  tak  samo  i  miała  taki  sam  ochrypły  głos.  Chorowała  na 
nadczynność tarczycy. Przyszło mi do głowy, że pani Brown... Narzekała, że jest zmęczona, i 
nie wyglądała kwitnąco.   

Jake zamyślił się.   
–  Pasuje  do  grupy  ryzyka:  kobieta,  około  pięćdziesiątki,  z  nadwagą.  Nie  widziałem  jej 

jakiś  czas,  ale  teraz  też  ,  zauważyłem  zmianę.  Wezwiemy  ją  na  badania.  Sprawdzimy 
poziomy  hormonów  TSH  i  T4.  Dobrze  się  złożyło,  że  jej  córeczka  wepchnęła  sobie  coś  do 

ucha, bo nikt nie zwróciłby na to uwagi. – Uniósł brwi. – No proszę, jaką mamy czujną nową 

lekarkę. Przejrzę kartę pani Brown i skontaktuję się z nią.   

Zadowolona  Cara  dokończyła  opis  zabiegu  Shony.  Jeśli  jej  diagnoza  okaże  się  słuszna, 

pani Brown podejmie stosowną kurację i niedługo poczuje się lepiej. Zawód lekarza ma swoje 
przyjemne strony, pomyślała z satysfakcją.   

– Byłam tutaj bardzo dawno temu – powiedziała, spoglądając na niebieskie wody jeziora 

rozmigotane w zimowym słońcu.   

W  przerwie  na  drugie  śniadanie  Jake  poprowadził  ją  nad  jezioro  leśną  ścieżką,  która 

zaczynała się tuż za przychodnią.   

– Pomyślałem, że przyjemnie będzie zjeść kanapki na świeżym powietrzu. Karen dała mi 

termos z gorącą kawą. Zapraszam na śniadanie w najpiękniejszej scenerii na świecie.   

Po drugiej stronie jeziora mieli przed sobą pokryte śniegiem góry, a na ich tle niewielką 

wyspę.   

– To była moja wyspa – stwierdziła Cara półgłosem. – Kiedy byłam mała, ojciec woził 

mnie na nią łódką. Zbudowałam tam szałas z gałęzi. To była moja kryjówka.   

Jake uśmiechnął się.   
– Niedługo będziesz mogła zabrać na tę wyspę Dana. Na pewno spodoba mu się rzucanie 

kamyków do wody.   

– Czy nadal mieszka tam gajowy Robbie Tulloch? Zawsze częstował nas herbatnikami i 

mlekiem.   

– Rzadko go widujemy, chociaż jest naszym pacjentem.   
Jake cisnął do wody kamyk.   
– To fantastyczne miejsce dla dziecka. Tyle przestrzeni do zabawy...   
– Wychowałeś się na wsi? 
– Nie, w mieście. Wśród spalin i tłoku. Dlatego tak polubiłem górzysty krajobraz Szkocji.   
– I dlatego wybrałeś pracę na prowincji? 

background image

– Można to tak ująć. – Zdwoił czujność. – Uznałem, że z różnych powodów będzie mi tu 

lepiej. Praca u twojego ojca bardzo mi odpowiadała.   

Wyczuła, że nie powinna zadawać więcej pytań, więc sięgnęła po termos.   
– Kawa? 
Wziął od niej kubek.   
– Opowiem ci, jak tutaj się pracuje, żebyś wiedziała, co cię czeka.   
– Ilu macie pacjentów? – zapytała. – W Londynie mieliśmy około sześciu tysięcy na dwie 

osoby.   

–  Tutaj  jest  ich  mniej,  za  to  na  sporym  obszarze.  Miejscowy  szpital  ma  bardzo  dobry 

oddział  traumatologiczny,  ale przypadki  neurologiczne odsyłamy  gdzie indziej.  Na przykład 

amatorów górskich wycieczek z urazami głowy. A propos, masz porządne buty turystyczne i 
komplet ubrań na każdą pogodę? 

– Po co? 
–  Może  ci  się  przydać.  Czasami  występujemy  w  roli  awaryjnej  ekipy  ratunkowej.  Nie 

masz pojęcia, jak często to się zdarza.   

W  Londynie  uczestniczyła  w  paru  akcjach  ratowniczych,  gdy  doszło  do  wypadku 

drogowego,  ale  nawet  przez  myśl  jej  nie  przeszło,  że  miałaby  wspinać  się  po  górach,  żeby 
kogoś ratować! 

–  Nie  podoba  ci  się?  –  Rozbawiony  uniósł  wysoko  brwi.  –  Uważam,  że  jest  to  spore 

urozmaicenie. Pamiętaj, że nie będziesz wtedy sama.   

Odchrząknęła. Sam na sam z Jakiem Donahue w górach. To chyba przesada.   
– Nie umiem się wspinać.   
– Poradzisz sobie – zapewnił ją, widząc w jej oczach powątpiewanie. – Mamy też umowę 

z  drugą  przychodnią,  oddaloną  stąd  o  kilkanaście  kilometrów.  Przejmują  od  nas  nocne 

wezwania.  Raz  w  tygodniu  wykonujemy  drobniejsze  zabiegi  chirurgiczne  dla  tych,  którzy 
mają utrudniony dostęp do szpitala. Nie zapominaj, że autobus jeździ tutaj bardzo rzadko.   

Kiwała  głową.  Czeka  ją  zupełnie  inna  praca  niż  w  Londynie,  gdzie  wszyscy  pacjenci 

mogli łatwo dotrzeć do lekarza, a nocne wizyty obsługiwała agencja.   

– Wracamy do kieratu. – Wstał i przeciągnął się. – Co słychać u ojca? 
– Był w dobrym stanie. Jeśli nic się nie zmieni, w przyszłym tygodniu założą mu bypass. 

Chcę na następną wizytę zabrać Dana. To powinno dodać mu otuchy.   

– Czy Gordon widzi go teraz po raz pierwszy? – Rzucił jej badawcze spojrzenie.   
–  Dowiedział  się  o  jego  istnieniu  w  noc  sylwestrową  –  przyznała  z  westchnieniem.  – 

Dlatego nigdy o nim nie wspominał.   

– Należy się cieszyć, że przyjechałaś w samą porę. – Pomógł jej wstać. – Zauważyłem, że 

używasz panieńskiego nazwiska. Jakie nosisz nazwisko po mężu? 

– Nie mieliśmy ślubu.   
Marzyła o ślubie. Łudziła się, że z czasem Toby do tego dojrzeje, zwłaszcza gdy urodził 

się Dan. Ale pojawienie się dziecka sprawiło, że jeszcze bardziej się od niej oddalił. Teraz, 
nad jeziorem, poczuła, jakby go w ogóle nie znała, jakby nie przeżyła z nim czterech lat.   

Do rzeczywistości przywołał ją szorstki ton Jake’a.   

background image

– Szkoda, że Dan nie ma ojca. Czy on się nim interesuje? 
To nie jego sprawa, pomyślała, starając się zapomnieć o tym, co zrobił Toby.   
– Nie – ucięła. Do tego stopnia, że wyjechał za granicę. – Widzę, że ci się to nie podoba. 

Uważasz, że powinnam wyjść za kogoś takiego? 

– Wiem, że małżeństwo nie jest dzisiaj modne – wzruszył ramionami – ale wiem też, że 

nie opuściłbym matki mojego dziecka. Jesteś pewna, że nie potrafilibyście się pogodzić? Dla 
jego dobra.   

Pogodzić się z Tobym? 
– Po tym, co zrobił? Nie chcę go oglądać. – Ruszyli ścieżką. – Masz bardzo tradycyjne 

poglądy.  Ale  są  ludzie,  którzy  potrafią  być  sobie  oddani  bez  ślubu.  Za  długo  żyjesz  na 
odludziu.   

– Być może, ale dziecko powinno mieć ojca. Zirytowała się. Ależ on jest sentymentalny! 
– Wypadki chodzą po ludziach. Wszyscy czasami popełniamy błędy.   
– Jako lekarz powinnaś umieć przewidzieć taki „wypadek”.   
On jest bezczelny! Czuła, jak rośnie jej ciśnienie. Zatrzymała się.   
– Co ty wygadujesz?! Dan nie jest żadnym „wypadkiem”! To najwspanialsze, co mi się w 

życiu przytrafiło! 

Jak  tu  pracować  z  takim  chamem,  który  co  chwila  ją  obraża?!  Może  jest  zabójczo 

przystojny, ale nie potrafi utrzymać języka w gębie.   

Chwycił ją za ramię.   
– Źle mnie zrozumiałaś.   
– Masz prawo do swoich opinii, ale nie musisz ich wygłaszać! – warknęła.   
– Wiem, że Dan jest dla ciebie wszystkim, ale zetknąłem się z wieloma dziewczynami, 

które zostały same z dzieckiem i nie podoba mi się, że tobie i Danowi dzieje się krzywda.   

Przeszył  ją  wzrokiem.  Prawdę  mówiąc,  miał  rację.  Toby  zostawił  ich  na  pastwę  losu  i 

wcale nie było  jej łatwo. Przysięgła sobie,  że zrobi  wszystko, by Dan tego nie odczuł,  lecz 
nawet przed sobą musiała potwierdzić smutny fakt, że nigdy nie pozna swojego ojca. Starała 
się zapanować nad gniewem, ale nie bardzo mogła się pogodzić z bezpośredniością Jake’a.   

– Powinniśmy sobie coś wyjaśnić – zaczęła. – Ojciec chce, żebyśmy razem pracowali. Na 

razie nie mogę mu odmówić, ale jeśli stale będziesz prawił mi kazania, jak mam żyć, wyjadę.   

–  To  brzmi  jak  szantaż.  Wcale  nie  chciałem  cię  pouczać.  Wiem  natomiast,  że  gdybym 

spotkał kobietę, z którą chciałbym mieć dziecko, najpierw bym się z nią ożenił.   

Poczuła  ukłucie  zazdrości  wobec  wybranki  Jake’a.  On  na  pewno  nie  porzuci  swojej 

rodziny.  Dziwny  jest  ten  człowiek:  z  jednej  strony  bezsprzecznie  przystojny  i  stanowczy,  z 
drugiej powściągliwy i nieprzystępny.   

– Masz idealistyczny obraz małżeństwa. To też nie jest gwarancją szczęścia. Popatrz na 

mojego ojca.   

– Zdaję sobie sprawę z tego, że nie może to być pochopna decyzja, ale uważam, że ślub 

jest nieodzowny, gdy w grę wchodzą dzieci.   

– Czy jako osoba z tak silnym poczuciem odpowiedzialności chciałbyś mieć dzieci? 
– Być może – odparł ostrożnie. – We właściwym czasie. I z odpowiednią kobietą.   

background image

–  Jeszcze  jej  nie  spotkałeś?  –  zdziwiła  się.  Niespodziewanie  napięcie  między  nimi 

zelżało, a Jake nawet się lekko uśmiechnął.   

–  W  Ballranoch  nie  ma  zbyt  wielu  panien  na  wydaniu,  które  chciałyby  się  związać  z 

biednym lekarzem.   

Wesołe  ogniki  w  jego  niebieskich  oczach  przyprawiły  ją  o  niebezpieczny  dreszczyk 

emocji. Zamarła, gdy odsunął jej z twarzy kosmyk włosów.   

– Wiesz najlepiej, jakie to ryzykowne. – Tym razem przemówił do niej znacznie bardziej 

łagodnym tonem. – Gdybyś poślubiła Toby’ego, być może bylibyście razem.   

– Wątpię. Na jakiej podstawie snujesz takie domysły? Nic o nas nie wiesz.   
To,  co  zrobił  Toby,  jest  niewybaczalne,  lecz  Jake’owi  nic  do  tego.  Mruknęła  coś  na 

pożegnanie i energicznym krokiem ruszyła do gabinetu.   

Siedziała  przed  komputerem.  Do  końca  pracy  został  jej  już  tylko  jeden  pacjent.  Potem 

pojedzie po Dana.   

Jakie  to  szczęście,  że  mały  od  razu  polubił  przedszkole,  które  poleciła  jej  Annie  Shaw, 

dochodząca  gosposia ojca. Co więcej, Annie chętnie  zgodziła się zamieszkać w domu  pana 
Mackenzie na czas jego pobytu w szpitalu. Dziewczyna pragnęła na jakiś czas wyprowadzić 
się spod matczynych skrzydeł, korzystając z pretekstu opiekowania się Danem. Cara była jej 
za to bardzo wdzięczna.   

Martwił ją jedynie układ z Jakiem. Czy potrafi współpracować z człowiekiem, który nie 

kryje dezaprobaty wobec samotnych matek? Nacisnęła guzik, który na tablicy w poczekalni 
wyświetlał sygnał pokazujący pacjentom, że mogą wejść do gabinetu.   

Chociaż powtarzała sobie, że nie obchodzi jej opinia Jake’a, że ważna jest tylko praca, nie 

mogła przestać myśleć ani o nim, ani o jego przykrych uwagach.   

Otworzyła  w  komputerze  dokument  z  danymi  pacjentki  i  ku  swemu  zdziwieniu 

stwierdziła,  że  mieszkała  w  domu,  w  którym  dwa  dni  wcześniej  nastolatki  urządziły  sobie 
głośną prywatkę.   

Do  gabinetu  weszła  kobieta  w  średnim  wieku.  Cara  zupełnie  inaczej  wyobrażała  sobie 

panią  Forbes.  Spodziewała  się  zobaczyć  kogoś  starszego,  ponieważ  Megan,  jej  wnuczka, 
miała co najmniej piętnaście lat. Kobieta miała staranną fryzurę w blond pasemka i elegancki 
kaszmirowy  żakiet.  Sprawiała  wrażenie  osoby  światowej,  stanowczej  i  uporządkowanej.  W 
niczym  nie  przypominała  obrazu  oderwanej  od  rzeczywistości  emerytki.  Ciekawe,  czy  jej 
wizyta ma związek z prywatką wnuczki? 

–  Sama  nie  wiem,  czy  powinnam  pani  doktor  zawracać  głowę  –  zaczęła  pani  Forbes. 

Wyglądała  na  bardzo  zmieszaną,  mimo  że  uśmiechała  się  promiennie.  –  Chodzi  o  to...  – 
Otarła oczy chusteczką. – Po prostu jestem idiotką.   

Cara czekała.   
–  Nie  wiem,  komu  mam  o  tym  powiedzieć.  Jestem  pacjentką  doktora  Donahue,  ale  nie 

mogę o tym rozmawiać z kimś, kogo znam.   

Jednym nie podoba się nowy lekarz, a drudzy się z tego cieszą, pomyślała Cara z goryczą. 

Pani Forbes zagryzła wargi.   

– Czy słyszała pani o awanturze, jaka odbyła się w naszym domu w noc sylwestrową? 

background image

– Byłam tam. Wraz z doktorem Donahue udzielaliśmy pierwszej pomocy dziewczynie z 

cukrzycą.   

– Wiem, że postąpiliśmy bardzo nierozsądnie, zostawiając dziewczynki same. Nie mogę 

sobie  tego  wybaczyć.  Ale  miałam  zmartwienie...  i  z  powodów  osobistych  musiałam 
wyjechać. Megan jest takim dobrym dzieckiem, że nie wyobrażałam sobie, że coś może się 
stać.   

– Czym się pani martwiła? Kobieta zbierała się w sobie.   
– Boję się, że jestem w ciąży.   
– Ile ma pani lat? 
– Prawie pięćdziesiąt. W tym wieku ciąża jest mało prawdopodobna, prawda? 
– Jeśli nadal ma pani owulację, ciąża nie jest wykluczona. Który to tydzień? 
– Upłynęło już sporo czasu. Nie przyszło mi do głowy, że coś takiego mi się przytrafi! – 

Pani Forbes rozpłakała się rzewnie.   

– Sprawdźmy najpierw, czy to rzeczywiście ciąża. To może być początek menopauzy.   
Pacjentka otarła łzy.   
–  Wyobrażałam  sobie,  że  najpierw  ma  się  uderzenia  gorąca  i  inne  typowe  objawy,  a  ja 

niczego takiego nie mam.   

– Te objawy wcale nie muszą wystąpić.   
– Od trzech miesięcy nie mam miesiączki.   
– Rozumiem, że dziecko nie byłoby mile widziane. Powiedziała pani o tym mężowi? 
–  Skądże!  To  nie  jest  takie  proste.  Parę  lat  temu  bardzo  bym  się  z  tego  cieszyła.  Mam 

tylko jedno dziecko, a chciałam mieć więcej. Rzecz w tym... – Zawahała się.   

– Spotykam się z innym mężczyzną – szepnęła. – To nic poważnego. Mój „mąż je t ode 

mnie o wiele starszy i nie lubi towarzystwa. – Mięła w palcach chusteczkę. – Znudziło mi się 

takie  bezczynne  siedzenie  w  domu.  Gdyby  mąż  się  o  tym  dowiedział,  byłby  to  dla  mnie 

koniec.   

– Sądzi pani, że by panią opuścił? 
– Cieszy się tutaj ogromnym poważaniem. Był członkiem parlamentu. Na pewno by mu 

się nie spodobało, gdyby wyszło na jaw, że mam romans.   

Egoistka, pomyślała Cara. Myśli tylko o tym, co by ją spotkało. Teraz jednak nie pora na 

moralną ocenę takiego postępowania.   

–  Przede  wszystkim  sprawdźmy,  czy  jest  pani  w  ciąży.  Rozumiem,  że  nie  robiła  pani 

próby ciążowej. Najpierw potrzebna mi będzie próbka moczu. Potem panią zbadam.   

Kilka minut później Cara odczytała wynik testu.   
– Negatywny. Niepotrzebnie się pani denerwowała. Teraz badanie. Jestem prawie pewna, 

że to nie jest ciąża – oznajmiła chwilę później, ściągając rękawiczki po badaniu. – Aby mieć 
absolutną  pewność,  zbadamy  jeszcze  krew  na  poziom  hormonów.  Zapewne  potwierdzi  to 
moje podejrzenie, że jest to początek menopauzy.   

– Dzięki Bogu. To był koszmar.   
– To wcale nie znaczy, że już nie może pani zajść w ciążę. Taką pewność można mieć, 

dopiero gdy miesiączka nie wystąpi przez rok. Do tej pory musi pani się zabezpieczyć.   

background image

– Nie będzie już takiej okazji – oznajmiła pani Forbes, wygładzając spódnicę. – Dostałam 

nauczkę. Postaram się być rozsądna.   

Skąd  ja  znam  ten  scenariusz,  pomyślała  Cara,  gdy  pacjentka  wyszła.  Młoda  kobieta 

wychodzi za maż za dużo starszego mężczyznę, po czym zaczyna się nudzić. Tego samego 
doświadczył  jej  biedny  ojciec.  W  sylwestrowy  wieczór,  zajęta  własnymi  potrzebami,  pani 
Forbes nie myślała o wnuczce i jej koleżance, która taką beztroskę mogła przypłacić życiem.   

Wyłączyła komputer. Z przyjemnością wypije filiżankę herbaty, a potem, gdy już położy 

Dana spać, weźmie długą kąpiel. Zaniepokoiła się, słysząc pukanie do drzwi.   

– Proszę – powiedziała niechętnym tonem.   
– Wiem, że jest późno i jesteś zmęczona – tłumaczył się Jake. – Wszyscy już wyszli, a ja 

się  zorientowałem,  że  nie  mam  w  baku  ani  kropli  benzyny,  bo  wcześniej  niespodziewanie 
wezwano mnie do pacjenta w górach. Czy mogłabyś po drodze do przedszkola wysadzić mnie 

na stacji benzynowej? 

Obrzuciła  go  chłodnym  spojrzeniem,  nadal  nie  mogąc  mu  wybaczyć  uwagi  o 

„wpadkach”.  Niech  sobie  nie  wyobraża,  że  jak  będzie  taki  milutki,  to  ona  puści  to  w 
niepamięć.   

– Nie ma sprawy.   
Gdy już siedzieli w samochodzie, zwrócił ku niej twarz.   
– Cieszę się, że nareszcie jesteśmy sami – zaczął. – Chciałem ci coś powiedzieć. To jest 

bardzo ważne. Przepraszam za przykre słowa. Nie chciałem cię zranić. Czasami jednak zdarza 
mi się zagalopować.   

– Zdajesz sobie z tego sprawę? 
– Siostra stale mi to powtarza – przyznał. – Przepraszam.   
–  I  uważasz,  że  już  załatwiłeś  całą  sprawę.  –  Nie  potrafiła  powstrzymać  się  od 

uszczypliwości.   

–  Mam  nadzieję,  że  to  trochę  pomoże.  –  Położył  jej  dłoń  na  ramieniu.  –  Chciałbym 

bardzo, żeby nasza współpraca układała się pomyślnie. Wierzę, że to jest możliwe. Pozwól się 
zaprosić na kolację, abym miał szansę zrekompensować ci moje niestosowne odzywki.   

Był  tak  blisko,  że  poczuła  się  nieswojo.  Atmosfera  w  ciasnym  samochodzie  robiła  się 

nadto  intymna.  Czuła  na  policzku  jego  ciepły  oddech  i  wcale  się  nie  zdziwiła,  gdy  dłonią 
odwrócił jej twarz w swoją stronę. Patrzył jej w oczy. Wstrzymała oddech.   

Przypomniał  się  jej  sylwestrowy  pocałunek.  Czując  wielką  chęć  powtórzenia  tych 

doznań, odsunęła się.   

–  Nie  musisz  mnie  nigdzie  zapraszać  –  odparła  przez  ściśnięte  gardło.  –  Po  prostu 

zachowaj swoje myśli dla siebie.   

– Będę się starał. Miałaś rację, mówiąc, że zdziczałem wśród tych wzgórz i zapomniałem 

o dobrych manierach.   

Było  coś  smutnego  w  tym  wyznaniu.  Nuta  żalu  z  powodu  osamotnienia  lub 

zaprzepaszczonych szans? Jakie przeżycia sprawiły, że ten człowiek stał się taki zamknięty i 
surowy w swoich sądach? Sylwestrowy wieczór pokazał, że potrafi być czarujący i dowcipny.   

Przeszła jej cała złość.   

background image

–  Z  przyjemnością  pójdę  z  tobą  na  kolację.  –  Przekręciła  kluczyk  w  stacyjce.  –  Ale 

pamiętaj, że mam spory apetyt.   

– Trzymam cię za słowo – szepnął.   
Gdy  wysiadł  na  stacji  benzynowej,  patrzyła  za  nim,  jak  odchodził skulony  na  mroźnym 

wietrze.   

Zawsze  najpierw  coś  mówi,  a  potem  dopiero  się  zastanawia.  Być  może  jest  to 

konsekwencja  wychowania  wśród  ludzi,  którzy  mówili,  co  myślą,  i  nigdy  nie  bawili  się  w 
piękne słówka. Oraz aktualnej sytuacji. Najgorsze jest to, że zachowuje się, jakby się uwziął, 
by  sprawiać  przykrość  córce  Gordona,  mimo  że  przez  całe  życie  szukał  takiej  dziewczyny: 
energicznej, wesołej i pięknej. Za dobrej dla takiego gnojka jak Toby.   

Wsunął  ręce  zaciśnięte  w  pięści  do  kieszeni.  Nie  ma  co  marzyć  o  tym,  że  kiedyś  będą 

razem.  W  jego  sytuacji  jest  to  absolutnie  niemożliwe.  Nie  byłby  w  stanie  wywiązać  się  z 
podjętych wobec niej zobowiązań i dlatego za wszelką cenę musi zachować dystans.   

– Zapomnij o tym – mruknął pod nosem. – To się nigdy nie ziści.   

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Z  podniesioną  głową  obserwowała  dwie  postacie  unoszące  się  wysoko  ponad  taflą 

jeziora. Na tle czystego zimowego nieba wyglądały jak dziwne ptaszyska z jednym  wielkim 
skrzydłem.   

– Popatrz. Widzisz ich? – Położyła dłoń na ramieniu synka. – To są ludzie. Mają skrzydła 

na szelkach. Latają na paralotniach.   

Chłopiec obserwował w skupieniu ich wyczyny.   
– Chciałbym tak latać – powiedział z całą powagą. Cara roześmiała się.   
– Musisz jeszcze trochę urosnąć. I chodzić na lekcje latania, bo to bardzo niebezpieczne.   
– Dlaczego? 
– Bo można spaść na ziemię i się potłuc.   
Dan  kiwnął  głową,  po  czym  rozejrzał  się  w  poszukiwaniu  psa,  który  biegał  po  brzegu, 

płosząc kaczki.   

– Buchan, chodź tu! – zawołał. – Chodź, pogramy w piłkę. – Chłopiec ruszył przed siebie, 

kopiąc niewielką piłeczkę, ku ogromnej radości psa.   

Tu jest lepiej niż w mieście, pomyślała Cara, patrząc na syna, który z radosnym piskiem 

ścigał się z psem. Chyba wcale go nie martwi to, że ma tylko jednego rodzica. Kiedyś jednak 
zauważy, że jego koledzy mają ojców. Wtedy mogą zrodzić się problemy, ale do tego czasu 
będzie wesołym, beztroskim dzieckiem.   

– Teraz chodźmy na ryby! – zawołał.   
– Nie mamy wędki – zmartwiła się. – Pojedźmy do sklepu. Może tam uda się nam kupić 

wędkę. A potem z okazji twoich urodzin pojedziemy na farmę.   

– Tak, tak! – zapiszczał radośnie.   
Chrzęst  kamieni  na  brzegu  kazał  jej  się  odwrócić.  Szedł  ku  nim  Jake.  W  ręce  trzymał 

spore pudełko. Od dnia, kiedy ją przeprosił za swoje zachowanie, niczego nie można było mu 
zarzucić. Czuła jednak, że Jake stworzył pewien dystans. Nie podjął nawet tematu wspólnej 
kolacji.   

Przykucnął obok Dana.   
– Słyszałem, że ktoś tu  ma urodziny – odezwał  się. – To jest prezent dla tego kogoś. – 

Położył paczkę na ziemi.   

Dan podskakiwał, wyrzucając do góry rączki.   
– To ja! To ja mam urodziny! 
–  Wobec  tego  rozpakuj  prezent.  –  Jake  podniósł  wzrok  na  Carę.  –  Mam  nadzieję,  że 

zaaprobujesz.   

Uśmiechnęła się. Jeśli Jake chce się poprawić, robi to w bardzo miły sposób.   
– Skąd wiedziałeś o urodzinach? 
–  Kiedy  wychodziłem  z  przychodni,  nie  mogłem  nie  zauważyć  w  holu  mnóstwa 

porozrzucanych opakowań od prezentów.   

– To sprawka ojca. Zadzwonił do sklepu z zabawkami i kazał przysłać wszystko, co tam 

background image

było. Po południu odwiedzimy go z tortem urodzinowym.   

Dan rozrywał ozdobny papier. Gdy zajrzał do pudełka, znowu aż krzyknął z radości. Po 

chwili już wymachiwał niewielką siatką na ryby.   

– O tym marzyłem! Już możemy łowić ryby! Dziękuję! Pobiegł na brzeg, gdzie kilka razy 

energicznie machnął siatką w wodzie, po czym natychmiast wrócił do dorosłych.   

– Tu nie ma ryb – oznajmił ze smutną miną. – Nie chcą wejść do mojej sieci.   
– Mógłbym zawieźć was do miejsca, w którym są kałuże wśród skał. Powinno tam być 

mnóstwo rybek i różnych żyjątek – zaproponował Jake.   

– Jedźmy! – zawołał Dan i pociągnął Jake’a za rękę. – Jedźmy zaraz! 
 

Ze ściśniętym gardłem patrzyła na dwie postacie, które maszerowały przed nią: wysoką i 

malutką. Tak powinno na co dzień wyglądać życie małego Dana. Z ojcem, który by się z nim 
bawił, opiekował, dzielił z nim jego drobne przyjemności. Jak teraz Jake.   

Mała  postać  podniosła  głowę  i  powiedziała  coś  do  dużej,  która  wybuchnęła  radosnym 

śmiechem. Ten facet potrafi się wyluzować! Ale dopiero dzięki dziecku.   

Pojechali do odległej o parę kilometrów przystani, gdzie wśród przybrzeżnych skał łowili 

maleńkie kraby i rybki. Dan był w siódmym niebie. Potem Jake zaprowadził ich do swojego 
pacjenta, starego rybaka z wielką brodą, który zabrał ich na przejażdżkę łódką po to, by Dan 
mógł opowiadać, że pływał po morzu. Chłopczyk nie posiadał się z radości.   

– Czy jeszcze kiedyś tak popływamy? – pytał Carę,  gdy wracali do samochodu. –  Jake 

powiedział, że mu się to bardzo podobało. I że to jego najszczęśliwszy dzień w życiu.   

– To prawda – przyznał Jake. – Myślę, że należy to jak najczęściej powtarzać.   
Coś w jego spojrzeniu sprawiło, że zaczerwieniła się i odwróciła wzrok. Tego dnia miała 

wrażenie, że Dan ma prawdziwą rodzinę.   

– Dziękuję ci. Sprawiłeś Danowi ogromną radość – powiedziała i dodała z wahaniem: – 

Mnie również.   

Ojciec wygląda znacznie lepiej, pomyślała jakiś czas później podczas wizyty w szpitalu.   
–  Wiedziałem,  że  lego  ci  się  spodoba.  –  Ojciec  nie  krył  zadowolenia.  –  Kiedy  byłem 

mały, też budowałem najprzeróżniejsze rzeczy z klocków.   

Chłopiec oparł się o łóżko.   
– Jak wrócisz do domu, to zbuduję dla ciebie bardzo wysoką wieżę.   
Gordon pogładził małego po głowie.   
– Czy wszczepią ci bypass w przyszłym tygodniu? – zapytała Cara, podając mu niewielki 

kawałek tortu.   

–  Chciałbym  jak  najszybciej  mieć  to  za  sobą.  Mam  już  dosyć  leżenia  w  szpitalu.  Im 

prędzej wrócę do pracy, tym lepiej.   

– Tato, już o tym rozmawialiśmy. Świetnie dajemy sobie z Jakiem radę. Musisz porządnie 

odpocząć. Większość ludzi w twoim wieku jest już na emeryturze.   

–  Ani  mi  się  śni,  moja  droga!  –  zaprotestował.  –  Jesteś  pewna,  że  potraficie 

współpracować? Jake bywa trudny, ale nie należy się tym przejmować. To dobry człowiek.   

– Już zdążyłam zauważyć, że mówi, co myśli. Moim zdaniem za długo żyje na odludziu. 

background image

Dziwaczeje.   

–  Wiem,  że  mieszka  z  siostrą,  ale  nigdy  jej  nie  widziałem.  Podobno  ona  w  ogóle  nie 

wychodzi z domu. – Westchnął. – Polubiłem go. Zdaje się, że nie miał łatwego życia, ale był 
moją opoką w trudnych chwilach.   

– Kiedy Angela odeszła? – zapytała bez ogródek.   
–  Byłem  w  bardzo  złej  formie...  przede  wszystkim  dlatego  że  tęskniłem  za  tobą,  moje 

dziecko. Ale oto jesteś! I przywiozłaś mi wnuka! Ten dzieciak sprawił, że ubyło mi wiele lat.   

Popatrzył czule na chłopca, który na podłodze układał drogę z klocków.   
– Nie myśl o przychodni. Wszystko idzie gładko – zapewniła go po raz kolejny, po czym 

zabrała się do sprzątania klocków.   

–  Jake  jest  bardzo  dobrym  lekarzem  –  powtórzył  Gordon,  patrząc  na  córkę  spod 

krzaczastych brwi. – Co więcej, nie jest szpetny.   

Odwróciła się, by rumieniec na jej policzkach nie zdradził, że i ona jest tego zdania.   

Gdy  Dan  zasnął,  podeszła  do  okna,  by  popatrzeć  na  rozgwieżdżone  niebo  i  srebrzysty 

księżyc, który rozświetlał wzburzone wody jeziora i wyspę. Coraz silniejsze podmuchy wiatru 
wiejącego od morza targały drzewami.   

Już miała zasłonić okno, gdy jej uwagę przykuł jakiś błysk od strony wyspy. Pomyślała, 

że gajowy Robbie Tulloch robi pewnie wieczorny obchód. Ale światełko nie drgało w sposób 
charakterystyczny dla latarki niesionej przez piechura. To sygnały! Trzy krótkie, trzy dłuższe, 

trzy krótkie. S. O. S. ! 

Rzuciła się do telefonu i wystukała numer Jake’a.   
– Patrzyłam przed chwilą na wyspę. Obawiam się, że Robbie Tulloch potrzebuje pomocy. 

Ktoś nadaje sygnały, które układają się w S. O. S. Dlaczego nie skorzystał z telefonu? Czy 
myślisz, że należy zawiadomić policję? 

Jake parsknął.   
– Najbliższy posterunek jest trzydzieści kilometrów stąd! Facet umrze, zanim policja tam 

dotrze. Już do ciebie jadę. Wezmę łódź. Po drodze wezwę ekipę ratunkową.   

– Będę czekać na pomoście. Wyprowadzę łódź z hangaru.   
Sięgnęła  po  kurtkę  ojca,  krzyknęła  do  Annie,  że  niedługo  wróci,  i  pobiegła  nad  jezioro. 

Pogoda pogarszała się z minuty na minutę, ciemne chmury już zakryły księżyc.   

– Uważaj! – wołała za nią Annie. – W taką pogodę jezioro jest wyjątkowo zdradliwe! 
Z niemałym trudem przyciągnęła łódź na brzeg. Zasapana, próbowała sobie przypomnieć, 

ile lat temu robiła to po raz ostatni. Zaniedbała się przez ten czas. Straciła kondycję. Od jutra 
zacznie ćwiczyć.   

Popatrzyła w stronę wyspy. Światełko nadal migało. Teraz nie miała już wątpliwości, że 

jest to wołanie o pomoc.   

Odwróciła się. Jake akurat wjeżdżał na podjazd. Po chwili był już przy niej. Miał na sobie 

przeciwdeszczową kurtkę i kalosze. Dźwigał spory plecak.   

– Już tam płynę – oznajmił. – Prawdopodobnie wiatr zerwał druty telefoniczne, więc będę 

dawał  ci  sygnały  latarką.  Potrójny  sygnał,  potrzebuję  wsparcia,  podwójny  –  poradzę  sobie 
sam.   

background image

Rzuciła mu wojownicze spojrzenie.   
–  Nie  wygłupiaj  się.  Nie  możesz  sam  płynąć.  A  jeśli  Robbie  jest  nieprzytomny?  Jak 

zaniesiesz  go  do  łodzi?  Kto  go  będzie  podtrzymywał,  kiedy  będziesz  wiosłował?  Płynę  z 
tobą! 

– Wykluczone. Nie narażę cię na takie ryzyko.   
– Bierz wiosła! – Wskoczyła do łodzi. – Marnujemy czas. Pływałam tam setki razy. Znam 

najlepszą trasę. Ty wiosłujesz, ja pilotuję! 

– Nie szarżuj. Masz dziecko...   
– To moje zmartwienie! Ruszaj się! Mam sama popłynąć? 
Pomimo  chmur,  które  nieustannie  przesłaniały  księżyc,  wypatrzyła  na  wyspie  wysokie 

drzewo,  które  dawniej  było  jej  punktem  orientacyjnym,  i  dzięki  temu  już  po  kilkunastu 
minutach walki z wiatrem i fałami dobili do brzegu. Wyskoczyli na piasek.   

– Widzę światło! – zawołała, przekrzykując wiatr. Chwilę później odnaleźli gajowego.   
– Robbie! Co się stało? Co ci jest? 
– Nareszcie – mruknął mężczyzna. – Ja jestem cały i zdrowy. Pomocy potrzebuje pewien 

młody człowiek. Ma na imię Seth. Zawisł na drzewie. Przy okazji zerwał kabel telefoniczny.   

Gajowy wskazał na najwyższe drzewo. W świetle latarki ujrzeli postać, która zaczepiona 

o  konary,  zwisała  niemal  do  góry  nogami.  Nieco  poniżej  trzepotał  strzęp  tkaniny 

spadochronowej. Jake aż zagwizdał.   

– Jak to się stało? 
–  To  paralotniarz  –  odezwała  się  Cara.  –  Widziałam  dzisiaj  rano  kilka  paralotni.  To 

znaczy, że wisi tu od dłuższego czasu.   

Mężczyzna jęknął.   
– Zobaczę, co sobie zrobił. – Jake wspinał się na drzewo. – Trzymaj się, chłopie. Idziemy 

z pomocą.   

Przy kolejnym, silnym podmuchu wiatru usłyszeli rozdzierający krzyk bólu.   
– Pospieszcie się. – Ledwie słyszeli głos lotniarza. – Coś mi się stało w kręgosłup.   
Jake  już  był  całkiem  blisko.  Starał  się  go  uspokoić,  zapewniał,  że  zaraz  nim  się  zajmą. 

Parę minut później wrócił na ziemię.   

– Nie jest dobrze – oznajmił. – Ma poharataną nogę. Stracił sporo krwi. Niepokoi mnie 

też kąt, pod jakim są jego plecy. Musimy go zdjąć i zatamować krwawienie.   

– Jak zamierzasz unieruchomić mu głowę i plecy? 
– Robbie, znajdziesz jakieś tyczki? Do unieruchomienia pleców. Przydałaby się też deska, 

do której można by go przywiązać, jak już go zdejmiemy.   

– Potem trzeba go przewieźć z wyspy. I to raczej nie łodzią – zauważyła Cara, przerażona 

taką perspektywą. Taka podróż na pewno skończyłaby się nowymi urazami.   

Jake wyjął komórkę.   
– Potrzebna natychmiastowa pomoc. Jesteśmy na wyspie na jeziorze Ballranoch. Mamy 

paralotniarza,  który  zawisł  na  drzewie.  Trzeba  go  przewieźć  śmigłowcem,  bo  łódź  nie 
wchodzi w rachubę. – Zwrócił się do Robbiego.   

– Gdzie tu można wylądować? 

background image

– Koło domu jest sporo miejsca. Przyniosę tyczki, a potem rozpalę tam ognisko.   
Jake  przekazał  tę  informację  ratownikom,  po  czym  schował  komórkę  do  wewnętrznej 

kieszeni.   

– Wracaj jak najszybciej – zwrócił się do Robbiego.   
– Przynieś też sznur. Śmigłowiec bierze teraz udział w innej akcji, więc potrwa to jeszcze 

jakiś czas.   

Z  cienkich  gałązek  i  kawałków  liny  od  paralotni  Cara  uplotła  coś,  co  przypominało 

kołnierz ortopedyczny. Jake tymczasem ponownie wdrapał się na drzewo.   

Znalazł się tuż przy pechowym lotniarzu.   
–  Zadam  ci  parę  pytań  –  zwrócił  się  do  chłopaka.  –  Czy  możesz  poruszać  dłońmi  i 

stopami? Czy coś cię boli? 

– Chyba mogę... – odparł szeptem. – Ale trudno mi oddychać i boli mnie bok.   
– Czy czujesz, że dotykam twoich nóg? 
– Czuję. O cholera, klatka piersiowa! Boli za każdym razem, jak zawieje wiatr.   
– Trzymaj się. Robbie już wrócił. Zdejmiemy cię. Bądź silny.   
– Teraz będzie najtrudniej – mruknęła pod nosem Cara, gdy Jake kolejny raz wszedł na 

drzewo i balansując pośród gałęzi, zakładał Sethowi prowizoryczny kołnierz.   

Słyszała,  jak  sapie  z  wysiłku.  Z  szacunkiem  pomyślała  o  ryzyku,  jakiego  się  podjął,  by 

ratować  obcego  człowieka.  W  pełni  zdawał  sobie  sprawę,  że  nie  wolno  im  z  założonymi 
rękami czekać na ekipę ratunkową.   

– Robbie! – zawołał. – Wejdź to do mnie. Będziesz potrzebny, żeby go podtrzymać, gdy 

przetnę uprząż. Zrobimy z tego materiału hamak, w którym opuścimy go na ziemię.   

Rozległ się głuchy pomruk nadchodzącej burzy.   
–  Tego  nam  brakowało  –  warknął  Jake.  Właśnie  pomagał  Robbiemu  usadowić  się  w 

rozwidleniu  konarów,  tuż  przy  niefortunnym  amatorze  paralotni.  –  Musimy  go  uwolnić. 
Przede  wszystkim  zależy  nam  na  zatamowaniu  krwawienia  z  rany  w  nodze.  Uszkodzenie 
kręgosłupa jest w tej chwili mniej istotne. Poza tym wiatr stale się nasila.   

W  pośpiechu  odcinali  kawałki  tkaniny,  lin  i  sznura,  aż  w  końcu  skonstruowali  coś  na 

kształt hamaka. Owinęli nim Setha i pociągnęli do siebie. Ciało chłopaka nareszcie przyjęło 
pozycję równoległą do podłoża.   

–  Przecinam  linkę,  na  której  wisi  –  ostrzegł  Jake.  –  Będziemy  powoli  spuszczali  go  na 

dół. Cara, przygotuj się, żeby go przytrzymać i złagodzić kontakt z ziemią.   

Trwało  to  przeraźliwie  długo.  Mimo  że  Robbie  i  Jake  starali  się  robić  wszystko  jak 

najdelikatniej, bezwładne ciało od czasu do czasu ocierało się o gałęzie, a wówczas z hamaka 
rozlegał się cichy jęk.   

– Jeszcze chwila – pocieszała go Cara z dołu.   
W  końcu  podłożyła  mu  ramiona  pod  plecy  i  ostrożnie  opuściła  na  drzwi  od  komórki, 

które przyciągnął gajowy.   

– Jesteś już na dole – powiedziała półgłosem. – Teraz obejrzę ranę na nodze. Staraj się 

leżeć nieruchomo.   

Nie zareagował. Miał zamknięte oczy i był blady jak płótno.   

background image

Jake i Robbie zeszli z drzewa.   
– Zdaje się, że ma bardzo niskie ciśnienie – zwróciła się do Jake’a. – Trzeba zatrzymać 

krwawienie. Może też mieć urazy wewnętrzne, które powodują dodatkową utratę krwi.   

Z bandaży, które wyjęła z torby Jake’a, zrobiła pokaźny tampon, po czym przyłożyła go 

do rany. Jake i Robbie unieruchomili Setha na desce.   

– Teraz pozostaje nam modlić się, żeby śmigłowiec przyleciał jak najszybciej.   
Jak na zawołanie rozległ się warkot silnika. Robbie zerwał się na nogi.   
–  Wracam  na  polanę.  Mają  takie  reflektory,  że  odrazu  ją  znajdą.  Poza  tym  rozpaliłem 

spore ognisko. Dam im wskazówki, jak was znaleźć.   

Seth otworzył oczy.   
– Co się stało? Gdzie jestem? 
–  Czeka  cię  wycieczkowy  przelot  śmigłowcem  –  wyjaśnił  mu  Jake  i  uśmiechnął  się.  – 

Miejmy nadzieję, że będzie mniej urozmaicony niż dzisiejszy lot na paralotni. Nie pamiętasz, 
że wylądowałeś na drzewie? 

–  Owszem,  pamiętam.  Niezbyt  miękko.  –  Przeniósł  wzrok  na Jake’a.  –  Czy  to  ty  mnie 

zdjąłeś? 

– Potrzeba było do tego trzech osób. Ale wolałbym tego nie powtarzać.   
– Dziękuję. Jestem wam wdzięczny... – Ucichł.   
–  Tętno  słabnie  –  szepnęła  Cara,  trzymając  go  za  nadgarstek.  –  Zanim  wyląduje  w 

szpitalu, trzeba mu podać preparat krwiozastępczy. Oddech jest taki płytki, że na pewno ma 
połamane żebra.   

Z zarośli wypadło dwóch mężczyzn w zielonożółtych kombinezonach. Tuż za nimi biegł 

zadyszany Robbie.   

– Oto wasz pasażer.   
– Nie mogliśmy szybciej, bo wieźliśmy ciężarną do szpitala. W górach spadł śnieg i droga 

była nieprzejezdna.   

– Trzeba mu zaaplikować preparat krwiozastępczy i, oczywiście, tlen – poinstruował ich 

Jake.   

Jeden z mężczyzn popatrywał na drzwi od komórki, przyniesione przez gajowego.   
–  Nie  będziemy  tego  zmieniać.  Lepiej  go  nie  ruszać.  Ale  założymy  mu  kołnierz  z 

prawdziwego zdarzenia, chociaż to, co ma teraz, też wygląda na skuteczne.   

– To jest rzemiosło artystyczne – obruszyła się Cara. – Ruszamy! 
Podnieśli  prowizoryczne  nosze  i  ruszyli  przez  las  za  gajowym.  Cara  i  Jake  poszli  ich 

śladem.   

Śmigłowiec wyglądał jak monstrualny owad, który przysiadł na leśnej polanie.   
– Powodzenia – zawołała Cara, gdy nosze z Sethem znalazły się w jego wnętrzu. – Do 

zobaczenia w szpitalu! 

Maszyna ciężko oderwała się od ziemi, aż w końcu zniknęła za horyzontem.   
–  Miał  facet  szczęście.  –  Robbie  zadumał  się,  prowadząc  ich  do  domu.  –  Gdybym  nie 

wyszedł  z  psami  na  obchód,  wisiałby  tak  do  rana.  –  Potrząsnął  głową.  –  Wiedziałem,  że 
kiedyś to się tak skończy. Kto to widział, rzucać się tak na wiatr? Miałem rację. Zapraszam na 

background image

szklaneczkę whisky. Dobrze wam zrobi.   

Wracali do łodzi w ciemnościach. Nawet latarka nie bardzo im się przydała. Wiatr dalej 

wył wśród drzew, a wysokie fale zalewały brzeg.   

– Czy to ma sens? Może powinniśmy wrócić i zanocować u Robbiego? – zastanawiał się 

Jake.   

– To niedaleko. Jestem wykończona i nie mam ochoty spać na pryczy.   
Dotarli wreszcie do jeziora.   
–  Wydawało  mi  się,  że  przycumowaliśmy  ją  do  tego  kołka  –  powiedział  Jake.  –  Gdzie 

ona jest? 

Cara chwyciła go za ramię i wskazała na środek jeziora.   
– Tam! W połowie drogi! 
Niemal w tej samej chwili łoskot gromu odbił się od gór i lunął deszcz.   
–  Boję  się  burzy  –  jęknęła,  wtulając  się  w  jego  ramię.  –  Wracajmy  do  Robbiego.  Z 

dwojga złego wolę pryczę.   

– Wstyd się przyznać, ale zgubiłem latarkę. Wątpię, czy bez niej do niego dotrzemy.   
– Co teraz z nami będzie? 
–  Pozostaje  nam  schronić  się  w  krzakach.  Drzewa  podczas  burzy  są  niebezpieczne. 

Musimy ją przeczekać. Zadzwonię do Annie, żeby się nie niepokoiła.   

Gdy niebo przecięła kolejna błyskawica, Cara chwyciła Jake’a za rękę i razem rzucili się 

w stronę przybrzeżnych zarośli.   

– Tu jest nawet całkiem sucho – zdziwił się Jake. – Jeśli będziemy spokojnie siedzieć, nic 

nam się nie stanie.   

– Zimno mi. Podłożyłam kurtkę Sethowi pod nogę. Leci teraz śmigłowcem.   
Jake zdjął swoją kurtkę i oboje ciasno nią otulił.   
–  Dzięki  Bogu  w  ostatniej  chwili  udało  się  nam  odesłać  Setna  w  bezpieczne  miejsce  – 

zauważyła Cara.   

Jake w milczeniu mocniej ją przytulił.   
– Jeszcze pół godziny, a byśmy nie zdążyli.   
Zadrżała. Tym razem nie z zimna. Poczuła, że z powodu bliskości tego męskiego ciała i 

jego zapachu płoną jej wszystkie zmysły. Silne ramiona zamknęły ją w objęciach.   

– Wygodnie? – Ledwie go słyszała, ponieważ wtulił twarz w jej szyję.   
– Już mi cieplej.   
– Czuję to. Aż żar od ciebie bucha.   
Jego ręce powędrowały po jej szyi, po włosach, aż niespodziewanie znalazła się pod nim. 

Próbowała niezdarnie protestować.   

– Osłaniam cię od deszczu – szepnął.   
Nagle zaczął obsypywać jej twarz i szyję pocałunkami.   
–  Przepraszam.  Nie  mogłem  się  powstrzymać.  Twoje  włosy  pachną  tak  kusząco,  a  ty 

sama jesteś zniewalająco piękna. Doprowadzasz mnie do szaleństwa.   

Chciała się podnieść, gdy poczuła jego dłonie pod swetrem. Delikatnie pieścił jej piersi. 

Zaszumiało  jej  w  głowie.  Zapragnęła,  by  ten  dziwny  człowiek  ją  kochał.  Lecz  czym  się  to 

background image

skończy? Nowym zawodem, jak z Tobym? 

– Jake... Chyba nie powinniśmy... Tak nie można... Zamknął jej usta pocałunkiem, a ona 

objęła go mocniej i przyciągnęła do siebie, ulegając podszeptom pożądania. Delektowała się 
jego  pieszczotami,  delikatnymi  jak  muśnięcia  skrzydeł  motyla.  Jak  łatwo  byłoby  zaspokoić 
pragnienie oddania mu się bez reszty.   

Kolejna  błyskawica  przywróciła  jej  jasność  myślenia.  Czy  to  rozsądne  ulegać 

człowiekowi, którego praktycznie wcale się nie zna? Na dodatek z bujną przeszłością? Po co 
znowu komplikować sobie życie? 

Zachowała się jak idiotka. Jak mogła zaufać prawie obcemu  człowiekowi,  zapominając, 

jak bardzo zranił ją Toby, którego znała tak dobrze? 

– Nie, Jake... Jeszcze nie... Ukląkł, wyczuwając jej niechęć.   
– Przepraszam.   
Oparła się o pień drzewa i  przymknęła powieki.  Nie  wiadomo  dlaczego  stanął  jej przed 

oczami obraz z przeszłości, od którego ciągle nie mogła się uwolnić.   

Trzymając za rękę Dana, otwierała drzwi do londyńskiego mieszkania. Przez chwilę nie 

bardzo  rozumiała,  co  widzi:  dwie  postacie  wijące  się  na  dywanie.  Potem  rozpoznała 
Toby’ego, który robił z jakąś kobietą to, co wcześniej z nią. Mimo że starała się trzymać Dana 
z tyłu, nagle usłyszała dziecięcy głosik: Mamo, co tatuś robi? Obraz rozpłynął się.   

Gdy otworzyła oczy, napotkała wzrok Jake’a.   
– Przepraszam – szepnął. – Nie wiedziałem, co robię. To wina whisky od Robbiego.   
Uznała, że najlepiej będzie zbagatelizować ten incydent.   
– Zapomnieliśmy zadzwonić do Annie – przypomniała z uśmiechem. – Niech kogoś po 

nas przyśle. Od rana muszę być pod telefonem.   

Jake  westchnął,  po  czym  sięgnął  po  komórkę.  Dlaczego  uległ  pragnieniu  tulenia  jej  w 

ramionach, skoro rozsądek nakazywał mu trzymać się od niej z daleka? 

Już  raz  spotkał  ją  zawód,  pomyślał.  Nie  potrafił  zrozumieć,  jak  można  zdradzić  taką 

piękną i  inteligentną kobietę? Skazać ją na samotne wychowywanie dziecka? Musi zabić w 
sobie  to  pragnienie.  Chłopak  ze  slumsów  w  Glasgow  nie  ma  szansy  na  związek  z  kobietą z 
porządnej rodziny. Co ważniejsze, ona musi wychowywać dziecko, więc nie wolno obarczać 
jej nowymi obowiązkami.   

– Masz rację. – Otrzepał liście ze spodni. – Trzeba wracać do domu póki czas.   
Obserwowała  go,  gdy  rozmawiał  z  Annie.  Tego  wieczoru  było  jej  dane  poznać  drugą 

stronę jego osobowości: ciepłą, wesołą, namiętną. Znowu zalała ją fala pożądania. Postąpiła 
słusznie, przerywając pieszczoty. Najpierw musi wylizać się ze starych ran.   

Poza tym  jak by to  wyglądało, gdyby miała romans ze współpracownikiem? To dobrze, 

że przeszli nad tym do porządku dziennego. Jutro na pewno będą się z tego śmiali. Czuła, że 
od tej pory ich stosunki powinny zmienić się na lepsze.   

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Stłumiła ziewanie. Była na nogach od siódmej rano i jeszcze przed przyjściem do pracy 

na ósmą trzydzieści  musiała załatwić kilka domowych wizyt. W tej chwili siedziała wraz z 
Jakiem na spotkaniu z administratorem regionalnej sieci komputerowej.   

Dyskutowali  o  tym,  jak  połączyć  wszystkie  szpitale,  przychodnie!  gabinety  lekarskie. 

Patrząc na Jake’a, który przedstawia! potrzeby ich ośrodka Bernardowi Lewisowi, myślała o 
wydarzeniach poprzedniego wieczoru.  Dotknęła  palcami warg, jakby  chciała sprawdzić,  czy 
zostało tam jeszcze wspomnienie gorących pocałunków Jake’a.   

Spodziewała się, że Jake stanie się bardziej przystępny, lecz on nawet na nią nie spojrzał.   
–  Nasze  skierowania  do  specjalistów  w  szpitalu  Świętego  Cuthberta  muszą  docierać  na 

miejsce jak najszybciej. Zwłaszcza do onkologów.   

– Nie powinno być z tym żadnych problemów. – Bernard kiwał  głową. – W przyszłym 

miesiącu poruszę tę sprawę z dyrektorem szpitala.   

–  Byłoby  też  wskazane,  żebyśmy  mogli  bezpośrednio  i  na  konkretne  daty  zapisywać 

pacjentów na operacje – wtrąciła Cara. – Na razie wszyscy w nieskończoność musimy czekać 

na wyznaczenie terminów. Bardzo by to nam ułatwiło planowanie.   

Jake z uznaniem pokiwał głową.   
–  Rozumiem,  że  teraz  czekamy  na  wiadomość  od  ciebie  –  podsumował  i  uścisnął  dłoń 

Bernarda.   

–  Tak  jest.  –  Bernard  uśmiechnął  się  do  obojga.  –  Słyszałem,  że  wczoraj  w  nocy  na 

wyspie przeprowadziliście niezłą akcję. Staliście się bohaterami. Wszyscy o was mówią.   

Cara poczuła, że się czerwieni, ale Jake podjął temat ze stoickim spokojem.   
–  Nie  ukrywam,  że  było  sporo  emocji.  Jeśli  jesteś  amatorem  paralotni,  bądź  uprzejmy 

lądować na miękkim podłożu, w dzień, i nie podczas burzy.   

Gdy  Bernard  wyszedł,  ich  spojrzenia  na  moment  się  spotkały.  Cara  czekała,  aż  Jake 

powie coś dowcipnego, lecz on zajął się zbieraniem z biurka swoich papierów.   

–  Uważam,  że  spotkanie  było  bardzo  owocne  –  rzucił  od  niechcenia.  –  Chciałem  ci 

również podziękować za wczorajszą pomoc. – Po tych słowach po prostu wyszedł.   

Stała  jak  słup  soli.  To  wszystko?  Nawet  nie  wspomniał  o  tym,  co  się  działo,  kiedy  już 

Seth odleciał śmigłowcem. Czyżby był aż tak wyrachowany? 

Czy  te  wspólne  upojne  chwile  nic  dla  niego  nie  znaczą?  Skąd  to  nagłe  przejście  od 

czułości do obojętności? 

 

Siedziała w swoim gabinecie i starała się zebrać myśli. To niemożliwe, by tak szybko o 

tym zapomniał. To prawda, że wycofała się w ostatniej niemal chwili, ponieważ po bolesnych 
doświadczeniach z Tobym nie była jeszcze gotowa do angażowania się w nowy związek, lecz 
Jake mógłby chociaż coś o tym napomknąć. Zadzwonił interkom.   

–  Przyszedł  Pete  Marbury,  reporter  z  naszej  gazety  –  oznajmiła  Karen.  –  Chciał 

porozmawiać z tobą i Jakiem o wydarzeniach wczorajszej nocy. Masz chwilę czasu? 

background image

– Mogę przyjąć go teraz.   
– Przyjdzie do ciebie z Jakiem.   
Wygląda jak rozbrykany szczeniak, pomyślała, gdy reporter wpadł do pokoju.   
–  Żałuję,  że  nie  byłem  na  miejscu  akcji  –  biadolił.  –  Mielibyśmy  z  niej  fantastyczne 

zdjęcia. Czy trudno było zdjąć tego faceta z drzewa? 

–  Owszem,  bardzo  trudno  –  przyznał  Jake.  –  Musieliśmy  go  najpierw  unieruchomić. 

Mógł mieć uraz kręgosłupa.   

– Miał? – Pete notował z zapałem.   
–  Odniósł  poważne  obrażenia.  Czeka  go  operacja.  Całe  szczęście,  że  udało  się  nam 

wyekspediować go do szpitala w ciągu złotej godziny.   

– Co to jest „złota godzina”? 
–  Badania  wykazały,  że  jeśli  w  ciągu  godziny  od  urazu  lub,  powiedzmy,  ataku  serca, 

pacjent  znajdzie  się  w  szpitalu,  który  dysponuje  specjalistycznym  sprzętem,  jego  szansa  na 
przeżycie  rośnie  w  sposób  istotny  –  tłumaczyła  Cara.  –  Dlatego  taki  ważny  jest  sanitarny 
śmigłowiec.   

– Słuchaj – zwrócił się nagle do niej Jake. – Dzwoniłem do szpitala. Tomograf wykazał 

złamanie  uciskowe  dwunastu  żeber.  Miał  chłopak  szczęście,  że  nie  doszło  do  urazów 
neurologicznych.   

– Co to znaczy? 
–  Jeden  z  odłamków  znalazł  się  bardzo  blisko  rdzenia  kręgowego.  Mogło  się  skończyć 

trwałym paraliżem.   

– Z tego wynika, że przeprowadziliście tę akcję bezbłędnie. – Pete był pełen uznania. – 

Wyobrażam sobie, jak trudno było go zdjąć z drzewa.   

–  Doktor  Mackenzie  zrobiła  naprędce  wspaniały  kołnierz  ortopedyczny.  Poza  tym  nic 

byśmy nie zrobili bez Robbiego Tullocha. Przygotował lądowisko dla śmigłowca.   

– Dzięki serdeczne. Będzie z tego supernotatka. Cara z trudem powstrzymała śmiech. To 

wszystko nic w porównaniu z tym, co było po akcji! Pete badawczo przyjrzał się obojgu.   

– Nic was nie łączy? – zapytał, jakby czytał jej myśli.   
– Czytelnicy to lubią.   
– Pracujemy razem w tej samej przychodni. Nic ponadto – uciął Jake.   
– Nie byłeś zbyt sympatyczny – zauważyła, gdy reporter wyszedł.   
– Bezczelny typek. Dostał wszystkie potrzebne informacje.   
– Czyżby? – Oparła się o biurko. – Już zapomniałeś, co było potem? Czy to dla ciebie nic 

nie znaczy? 

– Chciałabyś, żeby wszyscy o tym się dowiedzieli? – Jake był wyraźnie przestraszony.   
–  Nie,  ale  myślałam,  że  dzisiaj  rano  będziesz  miał  mi  coś  do  powiedzenia.  Każdy 

normalny człowiek przynajmniej zrobiłby aluzję do przyjemnie spędzonego wieczoru. Czy to 
jest dla ciebie wielki problem? 

– Skądże! Jasne, że ten incydent ma dla mnie znaczenie...   
–  Nie  proponuję  ci  związku  aż  po  grób.  Odnoszę  jednak  wrażenie,  że  trafiłam  na 

wyjątkowego cynika obdarzonego bardzo krótką pamięcią.   

background image

Chwycił ją za ramię.   
–  Nie  zamierzam  opowiadać  na  prawo  i  lewo  szczegółów  z  mojego,  prywatnego  życia. 

Zapewniam cię również, że niczego nie zapomniałem. – Jego ton niespodziewanie złagodniał. 
– Prawdę mówiąc, dużo myślałem o wczorajszej nocy. Z kimś takim jak ja nie powinnaś się 
zadawać.   

Co  on  ma  na  myśli?  Na  pewno  nie  jest  typem  uwodziciela.  Przed  jaką  tajemnicą  ją 

ostrzega?  Prawdopodobnie  sam  woli  nie  angażować  się  z  kobietą,  która  ma  nieślubne 
dziecko. Na tym polega jego problem, skonstatowała w duchu.   

– W porządku. – Wzruszyła ramionami. – Wystarczy, że będziemy wystrzegać się whisky 

Robbiego.   

– Zapomnijmy o tym. Skoncentrujmy się na pracy.   
Dziwny  facet,  pomyślała,  gdy  pospiesznie  opuścił  pokój.  Nawet  Gordon  nic  o  nim  nie 

wie, mimo że razem przepracowali pięć lat. Trzeba rozwikłać tę zagadkę.   

Otworzyła  w  komputerze  plik  z  danymi  pierwszego  pacjenta.  Miała  przeczucie,  że 

czekają pracowity dzień. I na pewno nie obejdzie się bez zawodowych kontaktów z Jakiem. 
Czy sobie z tym poradzi? 

Tego wieczoru ostatnią pacjentką w przychodni była Megan Forbes, którą Cara spotkała 

w  sylwestrowy  wieczór  na  trawniku  przed  domem  dziadków.  Już  druga  osoba  z  tej  rodziny 

potrzebuje jej fachowej porady! 

Dziewczyna  miała  oczy  mocno  obrysowane  czarną  kreską  i  jaskrawoczerwone  wargi. 

Żuła  gumę.  Ubrana  była  w  najkrótszą  minispódniczkę  w  historii  Ballranoch.  Wyglądała 
zupełnie inaczej niż podczas prywatki. Wtedy była przestraszona, teraz radosna i swobodna, 
niemal wyzywająca.   

–  Przyszłam  do  pani,  ponieważ  wtedy,  w  sylwestra,  wydała  mi  się  pani  bardzo 

sympatyczna. Proszę nikomu nie mówić, że byłam u pani.   

– Obiecuję. Miałaś przykrości z powodu tego przyjęcia? 
– Babcia trochę ponarzekała, ale jakby wcale się tym nie przejęła. Normalnie zrobiłaby 

mi  potworną  awanturę.  Gorszy  jest  dziadek.  Ciągle  gdera.  Trudno  z  nimi  wytrzymać,  bo 
ciągle  się  z  tego  powodu  kłócą.  Ma  do  niej  pretensje,  że  zmusiła  go  wtedy  do  wyjazdu.  – 
Wzięła głęboki oddech. – I dlatego postanowiłam na jakiś czas ich opuścić. Mieszkam z nimi, 
bo  rodzice  są  za  granicą,  ale  jestem  wystarczająco  dorosła,  żeby  mieszkać  osobno.  Będę 
pracować. Muszę wyjechać z Ballranoch! 

Kogo mi to przypomina? – zastanowiła się Cara z pewnym smutkiem.   
– Co chcesz robić? Dokąd pojedziesz? 
– Będę modelką. Sporo o tym wiem, bo czytam pisma kobiece.   
– Tego trzeba się uczyć – zaczęła Cara. – Poza tym wiem z twojej karty, że masz dopiero 

szesnaście lat. Obawiam się, że dziadkowie będą przeciwni twojemu pomysłowi.   

Zdaje  się,  że  babcię  Forbes  czekają  większe  zmartwienia  niż  tylko  ukrywanie  romansu 

przed mężem. Co by to było, gdyby ich wnuczka zniknęła! 

– Nie będą mieli nic przeciwko temu – zniecierpliwiła się Megan. – Nareszcie nie będą 

musieli się mną przejmować. Ciągłe mi powtarzają, jak bardzo się o mnie martwią.   

background image

–  Oni  cię  kochają.  Jestem  o  tym  przekonana.  Proszę  cię,  porozmawiaj  z  nimi,  zanim 

podejmiesz decyzję.   

– Zobaczę... Nie widzę żadnego powodu, żeby się nie zgodzili. Babcia też była modelką. 

– Wzruszyła ramionami, jakby uznała temat za wyczerpany.   

– Rozumiem – rzekła Cara z westchnieniem. – Co jeszcze cię do mnie sprowadza? 
– Czy mogłaby pani doktor obejrzeć moje plecy? Mam tam pełno znamion, a jeśli mam 

zostać  modelką,  to  muszę  mieć  gładką  skórę.  Czytałam,  że  znamiona  mogą  się  uzłośliwić, 
zwłaszcza u osób, które się opalają.   

– To prawda. Coraz więcej ludzi zapada na raka skóry. Przysuń się do tej lampy, żebym 

mogła  dobrze  im  się  przyjrzeć.  –  Sięgnęła  po  szkło  powiększające.  –  Te  trzy  znamiona  to 
moim zdaniem zupełnie niegroźne zmiany skórne.   

– Na pewno? – Wyczuła w głosie dziewczyny ogromną ulgę.   
– Żeby mieć absolutną pewność, należałoby je usunąć i zbadać pod mikroskopem.   
– Czy zostaną po nich blizny? Nie mogę mieć blizn na plecach.   
–  Minimalne.  Poza  tym  za  jakiś  czas  znikną  zupełnie.  Poza  tym  dadzą  się  zakryć 

korektorem. Chcesz, żebym je teraz usunęła? 

– Nie w szpitalu? – przestraszyła się Megan. – Czy to będzie bolało? 
– Ani trochę. Zrobię ci miejscowe znieczulenie. A za kilka dni przyjdziesz do pielęgniarki 

na zdjęcie szwów. Nie dam ci rozpuszczalnych, ponieważ czasami zostawiają większe blizny.   

– Zgadzam się – oznajmiła dziewczyna, wyjmując gumę z ust.   
W trakcie zabiegu Cara zastanawiała się, co czeka Megan. Ile marzeń legło w gruzach w 

okrutnym świecie modelek? 

– Gdzie chcesz być modelką? 
–  Chyba  w  Londynie.  Zamierzam  wkrótce  zrobić  zdjęcia  do  dossier.  Roześlę  je  do 

agencji modelek albo do redakcji magazynów. – Mówiła to takim tonem, jakby praca ta była 
najprostszym zajęciem pod słońcem.   

– Czy nie lepiej byłoby zacząć od kursu dla modelek? 
– Nie warto. Karierę można zrobić bez żadnych kursów.   
Cara pokiwała  głową.  Miała nadzieję,  że  Londyn okaże się dla Megan bardziej łaskawy 

niż dla niej.   

– Obiecaj mi, że niczego nie zrobisz bez wiedzy dziadków. Sama widzisz, jak przeżywają 

twoją prywatkę. Postaraj się być z nimi w dobrych układach.   

Megan uśmiechnęła się promiennie.   
– Porozmawiam z nimi, skoro pani tak radzi.   
–  Grzeczne  dziecko.  Przyjdź  za  tydzień  na  zdjęcie  szwów.  I  może  wtedy  będziesz  już 

mogła mi powiedzieć, co postanowiłaś.   

Pakując wycinki do analizy, Cara uśmiechnęła się. Kto powiedział, że w Szkocji będzie 

nudno? Warto było tu przyjechać choćby tylko po to, by wziąć udział w perypetiach rodziny 
Forbesów. Weszła Karen z kawą.   

– Nareszcie mamy porządny śnieg. Jutro będzie można pojeździć na nartach – zauważyła 

uradowana.  –  Kocham  narty.  Mogłabyś  się  ze  mną  zabrać.  Mój  mąż,  łan,  dorabia  przy 

background image

wyciągu. Czasami aż mi go żal, bo tam jest okropnie zimno. – Wybiegła z pokoju, ponieważ 
w recepcji zadzwonił telefon.   

Po chwili wróciła mocno poruszona.   
– Dzwonili z przedszkola. Dan spadł ze zjeżdżalni i potłukł sobie ramię. Udawał, że lata 

na paralotni.   

– O, nie! Powiedziałam mu, żeby poczekał z tym, aż będzie starszy. – Popatrzyła przez 

okno,  za  którym  padał  śnieg.  –  Nie  mógł  tego  zrobić  w  lepszą  pogodę.  Muszę  po  niego 
pojechać. Obawiam się, że nie obejdzie się bez prześwietlenia.   

W drzwiach stanął Jake.   
–  Przepraszam,  że  przeszkadzam,  ale  może  jakieś  moje  wydruki  wylądowały  na  twoim 

biurku? Czekam na wyniki badań krwi i biopsji.   

– Nie miałam czasu ich przejrzeć.   
–  Wyręczę  cię  –  powiedziała  Karen.  –  Przed  chwilą  zawiadomili  Carę,  że  Dan  miał 

wypadek.   

–  Nie  możesz  sama  jechać  w  taką  śnieżycę.  Zwłaszcza  takim  małym  samochodem  – 

oświadczył Jake. – Zawiozę cię. Mam łańcuchy.   

– Dzięki, nie trzeba. Poradzę sobie –  rzekła, wkładając płaszcz. Nie miała najmniejszej 

ochoty  na  dalszą  wymianę  uprzejmości  w  jego  aucie.  –  Może  to  tylko  nadwerężony 
nadgarstek i wystarczy bandaż elastyczny.   

–  Nie  masz  pewności,  że  tak  jest.  Lepiej  nie  ryzykuj.  Jake  ma  rację.  Śnieg  jest  coraz 

głębszy, a szosa do szpitala prowadzi przez wzgórza. Dla dobra Dana powinna skorzystać z 
tej propozycji.   

 
– Tutaj nie ma najmniejszej wątpliwości – powiedział Jake, delikatnie obmacując pulchną 

rączkę  chłopca.  –  Popatrz  na  to  wgłębienie.  To  jest  złamanie  en  bois  vert.  Konieczny  jest 
rentgen oraz gips.   

–  My  tak  dbamy  o  bezpieczeństwo.  Maty  leżą  dokoła  całej  zjeżdżalni  –  kajała  się 

opiekunka. – Co to jest złamanie en bois verf.   

– Zdarza się dzieciom, a polega na tym, że pęka tylko zewnętrzna warstwa kości. Zrasta 

się bardzo szybko. – Jake popatrzył na chłopczyka. – Jest w szoku. Im prędzej dowieziemy go 
do szpitala, tym lepiej.   

– Nie martw się, misiu – szepnęła Cara, tuląc synka. – Niedługo wszystko będzie dobrze. 

To  samo  przydarzyło  się  wielu  chłopcom  i  dziewczynkom.  –  Pocałowała  go,  po  czym 
zwróciła się do opiekunki: – Zabieramy go do szpitala. Dziękuję, że panie tak szybko mnie 
poinformowały.   

– Tak mi przykro. Proszę nas zawiadomić, co stwierdzono.   
W  izbie  przyjęć  panował  tłok,  jak  w  każdym  szpitalu  o  tej  porze  dnia.  Większość 

pacjentów wpatrywała się w zawieszony na ścianie telewizor, w którym transmitowano mecz 
piłki  nożnej.  W  jednym  rogu  siedziała  grupka  roześmianej  młodzieży,  w  drugim  płakało 
niemowlę.   

– Czy coś ci to przypomina? – zapytał Jake, gdy podchodzili do rejestracji.   

background image

–  Jasne.  To  dopiero  była  harówka.  Człowiek  miał  wrażenie,  że  jest  najważniejszy  na 

świecie, ale też nigdy nie wiedział, co go za chwilę czeka.   

Dyżurująca pielęgniarka najwyraźniej znała Jake’a.   
–  Nie  jest  aż  tak  źle  –  powiedziała.  –  To  głównie  odwiedzający.  Zaraz  się  maluchem 

zajmiemy.  –  Uśmiechnęła  się  do  niego.  –  Najpierw  prześwietlimy  ci  rączkę,  a  potem  ją 
zagipsujemy i już nic nie będzie bolało.   

W  kabinie  laborantka  włączyła  mobila,  który  kręcił  się,  połyskując  kolorowymi 

światełkami. Dan siedział na kolanach matki jak zauroczony.   

–  Ładne,  prawda?  –  zagadnęła  go  pielęgniarka.  Gawędząc  z  Cara  i  Jakiem,  zakładała 

chłopcu gips.   

– Jak gips wyschnie, twoi koledzy i koleżanki będą mogli na nim pisać i rysować.   
Chłopczyk rozpromienił się.   
– Pokażę go dziadkowi! On leży w tym szpitalu! 
– Naprawdę? Wobec tego poproś dziadka, żeby to on zrobił pierwszy rysunek.   
Gordon Mackenzie zdumiał się na widok całej trójki.   
– Co ci się stało, młody człowieku? Byłeś na wojnie i zostałeś ranny? 
– Jestem zagipsowany – pochwalił się Dan. – Musisz mi tu coś napisać.   
– Jako pierwszy! Czuję się zaszczycony.   
Starszy  pan  sięgnął  po  długopis  i  wykaligrafował:  „Kochanemu  wnuczkowi,  kochający 

dziadek”.   

To  wyznanie  sprawiło,  że  Cara  poczuła  ucisk  w  gardle.  To  znaczy,  że  słusznie  zrobiła, 

decydując  się  na  powrót  do  Ballranochi.  Dzięki  temu  jej  synek  ma  dziadka,  który  za  nim 
przepada i który odzyskał wreszcie chęć do życia. Zerknęła na kartę choroby ojca.   

Zobaczyła tam polecenie, by pacjent był na czczo.   
– Jutro założą ci bypass! 
– Tym bardziej cieszę się z waszej wizyty. Bardzo mnie podniosła na duchu. Koledzy po 

fachu uznali, że do tego dojrzałem, a ja już bardzo chcę wrócić do domu.   

– Przyjadę do ciebie z samego rana. – Cara położyła mu dłoń na ramieniu. – Jake, dasz 

sobie radę? 

– Jasne. – Spojrzał  na wspólnika. – Nigdzie się nie spiesz. Przychodnia  jest w dobrych 

rękach. – Zerknął na Carę. – Jaki ojciec, taka córka. Świetnie mi się z nią pracuje.   

–  Cieszę  się.  Bo  nam  we  dwóch  szło  całkiem  dobrze,  prawda?  –  Odwrócił  głowę  i 

spojrzał  za  okno.  –  Jedźcie  już.  Trzeba  małego  położyć  do  łóżka.  Ciągle  sypie,  a  twój 
samochód nie poradzi sobie z zaspami.   

– Jake nas przywiózł. Ma łańcuchy.   
W oczach starszego pana zamigotały dziwne iskierki.   
– Dziękuję ci, Jake. Idźcie już, a ja się zdrzemnę.   
Jechali przez baśniową, zaśnieżoną krainę, jak z bożonarodzeniowej pocztówki. Gdy Dan 

spokojnie  zasnął  w  foteliku  na  tylnym  siedzeniu,  Cara  usiadła  wygodniej,  oparła  głowę  na 
zagłówku i przymknęła powieki.   

Pozbyła  się  już  lęku  o  Dana,  lecz  spokoju  nie  dawały  jej  nowe  zmartwienia.  Jak  ojciec 

background image

zniesie operację, jak ona dostanie się nazajutrz do szpitala, oraz czy Annie zgodzi się zostać z 
Danem.   

Niski głos Jake’a wyrwał ją z zamyślenia.   
– Co cię dręczy? Jesteś bardzo spięta.   
– Nic nowego. Dan i ojciec.   
– Dobrze wiesz, że to nie jest poważne złamanie. A Gordon z bypassem będzie jak nowy. 

Powiedz, co cię naprawdę trapi.   

Nie  warto  przejmować  się  tym,  że  uzna  ją  za  wścibską.  Musi  dowiedzieć  się  o  nim 

więcej, jeśli ma z nim współpracować. Spojrzała na niego spod rzęs.   

– Trudno cię rozgryźć – mruknęła i uśmiechnęła się. Uniósł brwi.   
– Jak mam to rozumieć? 
–  Niewielu  mężczyzn  puściłoby  tak  szybko  w  niepamięć  to,  co  się  wczoraj  wydarzyło. 

Chyba mnie nie lubisz.   

Patrzył przed siebie na zasypaną śniegiem szosę.   
– Głupstwa wygadujesz – warknął.   
– A może trzymasz się zasady, że nie należy całować koleżanek z pracy? – zakpiła.   
Zacisnął dłonie na kierownicy.   
– A może nie chcę psuć stosunków z osobą, z którą pracuję? Albo się boję? 
– Boisz się? Czego? 
Zajeżdżali już przed jej dom. Nagle Jake z kamienną twarzą pogładził ją po policzku.   
– Tego, że mogłabyś odgadnąć moje mroczne tajemnice. Pokiwała głową. Tak, on się boi. 

Nie  chce  wiązać  się  z  samotną  matką,  bo  mogłoby  to  zaważyć  na  jego  karierze.  Ostrożnie 
wyjęła Dana z samochodu.   

– Wolałbyś ich nie ujawniać. Dziękuję. Jutro porozmawiamy.   
Obserwował  we  wstecznym  lusterku,  jak  przytulając  do  siebie  dziecko,  Cara  otwiera 

drzwi. Nie minął się z prawdą. Chciał, aby jego życie prywatne było naprawdę prywatne.   

Po  co  jej  opowiadać  o  niepełnosprawnej  siostrze?  Nie  zrozumiałaby  tego,  że  Ursula 

byłaby przeszkodą nie do pokonania. I nie tylko to. Dzięki siostrze ukończył studia, bo to ona 
ich  wówczas  utrzymywała.  Na  dodatek,  to  pośrednio  przez  niego  została  napadnięta  i 
okaleczona.  Nie opuści  jej ani  nie wyśle do domu opieki, nie może też narażać  ewentualnej 
żony na jej zaborczość i zazdrość.   

Jechał pod górę do starego domostwa, w którym mieszkał z siostrą. Już poszła spać, ale 

rano  nie  omieszka  wymusić  na  nim  zeznania,  dlaczego  wrócił  tak  późno.  Nie  opowie  jej  o 
nowej  lekarce,  jej  długich  rzęsach,  piegach  na  zadartym  nosku  ani  o  tym,  że  marzy,  by 
całować jej piękną szyję.   

Dostrzegłaby  w  niej  jedynie  rywalkę,  która  mogłaby  jej  odebrać  brata,  wyrwać  go  spod 

jej kontroli.   

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Zirytowana spojrzała na  zegarek.  Dlaczego  akurat  wtedy,  kiedy kupiła w  supermarkecie 

zaledwie  trzy  rzeczy,  otwarta  jest  tylko  jedna  kasa,  do  której  stoi  cała  kolejka  wózków 
wyładowanych pod sufit? 

Był niedzielny poranek. Odwiozła Dana do kolegi z przedszkola, a sama wybierała się na 

narty  z  Karen.  Powinny  być  na  stoku  jak  najwcześniej,  ponieważ  o  tej  porze  roku  już  o 
czwartej  robi  się  ciemno.  Bardzo  zależało  jej  na  tej  wyprawie,  ponieważ  wiedziała,  że  gdy 
ojciec w następnym tygodniu wróci ze szpitala, nie będzie miała ani chwili wolnego czasu.   

Czuła,  że  bardzo  potrzebuje  świeżego  górskiego  powietrza  i  fizycznego  wysiłku.  Od 

kiedy parę tygodni temu Jake przywiózł ich ze szpitala, wyczuwała między nimi napięcie.   

Jake  zachowywał  się  bez  zarzutu,  lecz  był  bardzo  zamknięty  w  sobie.  Jakby  świadomie 

chciał zachować dystans, nie dać się wciągnąć w rozmowy na żadne tematy pozazawodowe. 
Dusiła  się  w  tej  atmosferze.  Czasami  wręcz  miała  ochotę  zapytać  go,  czy  nie  wolałby,  by 
zrezygnowała z pracy w przychodni.   

Odnosiła  jednak  wrażenie,  że  Jake  wbrew  sobie  całkiem  ją  lubi.  Po  co  wypytywał  ją  o 

zawodowe  drobiazgi,  skoro  mógł  zostawić  jej  kartkę  z  listą  pytań?  Dlaczego  w  weekendy 

nadal  odwiedza  Dana?  Ręka  dawno  już  się  zrosła,  a  on  przychodzi  na  sobotni  lunch  z 

prezentami.   

Dan przepadał za jego wizytami, podczas gdy ją zaczynała peszyć ich zażyłość.   

Nareszcie  dotarła  do  kasy.  Wyjęła  portmonetkę.  Nie  będzie  sobie  tym  zaprzątać  głowy, 

mimo  że  bardzo  często  miała  przed  oczami  jego  obraz,  a  serce  nieodmiennie  biło  jej  jak 
młotem, gdy do niej się zbliżał.   

Jake chce zachować dystans? W porządku, nie będzie mu w tym przeszkadzać! 

Na  stokach  aż  roiło  się  od  narciarzy,  którzy  zjechali  tu  nawet  z  Edynburga  i  Glasgow. 

Mąż Karen powitał je przy wyciągu.   

–  Mam  nadzieję,  że  włożyłyście  ciepłe  gacie,  bo  na  górze  sakramencko  duje!  – 

Uśmiechnął się szeroko.   

Karen,  jako  pierwsza,  usiadła  na  orczyku  obok  nieznajomej  kobiety,  zostawiając  Carę  z 

tyłu.  Gdy  ta  podniosła  wzrok,  by  sprawdzić,  z  kim  pojedzie,  i  zobaczyła  dobrze  znane 
niebieskie oczy, odebrało jej głos.   

Przez dziesięć minut będzie musiała siedzieć tuż obok faceta, który od tygodni jej unika! 
– Co ty tu robisz? – zapytała bez ogródek. – Nie wiedziałam, że jeździsz na nartach.   
–  Mam  dzisiaj  dyżur.  Jestem  członkiem  tutejszej  ekipy  ratowniczej.  Do  naszych  zadań 

należy patrolowanie wraz z policją tych zboczy. Staramy się przemawiać do rozumu różnym 
szaleńcom.   

Przyjrzała mu się dyskretnie. W stroju narciarskim wyglądał wręcz zabójczo.   
–  Przyznam  się,  że  nie  lubię  takich  wyciągów  –  powiedziała,  gdy  ich  orczyk  był  już 

blisko. – Zdarzało mi się spaść... i pociągnąć za sobą partnera.   

– Zobaczymy, jak będzie tym razem – odparł beztrosko. – Spróbuj mnie ściągnąć! 

background image

łan przytrzymał ich orczyk. Gdy tylko usiedli, poczuła, że jej narty ściągają ją w stronę 

Jake’a.   

– Próbujesz mnie zepchnąć? Nie wiedziałem, że jesteś taka silna.   
Ruszyli pod górę.   
– Przepraszam, nie robię tego specjalnie. Aj! 
W tej samej chwili jej narty, podbite na muldzie, skrzyżowały się z jego nartami.  Przez 

chwilę myślała, że spadną z orczyka i potoczą się na dół niczym kula ze splątanych rąk, nóg i 
nart.   

– Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz. – Jake objął ją w pasie i posadził z powrotem na 

właściwym  miejscu.  –  Trzymaj  nogi  prosto  i  rozluźnij  się.  Może  uda  się  nam  dojechać  na 
górę, zanim wszystkich porozbijasz.   

U kresu podróży, z wrażenia zdecydowanie za wcześnie zsunęła się z orczyka, zachwiała 

się i ostatecznie wpadła na Jake’a.   

– Co jest?! – mruknął pod nosem. – Zawsze tak zsiadasz z wyciągu? 
Przytrzymał  ją,  a  ona,  ciągle  pod  kontrolą  jego  silnych  rąk,  na  szeroko  rozstawionych 

nogach zjechała na bok. Tutaj wbrew jego wysiłkom zaczęła się przewracać, pociągając go za 
sobą. Upadli na ziemię.   

Jake natychmiast się podniósł i pomógł jej wstać. Przez chwilę patrzył na nią spode łba, 

po czym niespodziewanie zaniósł się niepohamowanym śmiechem. Jakby jej żenujący upadek 
rozładował napięcie, jakie tłumił w sobie od bardzo długiego czasu.   

– Ośmiornica z zaburzeniami równowagi! Postrach całego stoku! 
Czy on naprawdę się zrelaksował? 
– Nareszcie coś cię rozbawiło.   
–  Twierdzisz,  że  jestem  zbyt  poważny?  Nawet  się  zastanawiałem,  czy  nie  powinienem 

spuścić z tonu, bo jeśli mamy razem pracować, to powinniśmy się zaprzyjaźnić.   

Nadal  ją  obejmował.  Ona  tymczasem  poczuła,  że  między  nimi  znowu  zaiskrzyło,  jak 

tamtej  nocy  na  wyspie.  Zapomniała  o  istnieniu  innych  ludzi.  Nie  słyszała  ich  śmiechów  i 

krzyków  na  stoku.  Była  świadoma  tylko  tego,  jak  silnie  pociągają  to  muskularne  ciało.  On 

czuje to samo, bo gdyby nadal chciał zachować dystans, już by jej nie obejmował.   

W jego oczach wyczytała coś, co mówiło jej, że nie darzy jej niechęcią.   
–  Zapomniałem  już,  ilu  emocji  dostarcza  narciarstwo.  Skąd  wzięło  siew  nich  tyle 

uwięzionej  energii?  Czyżby  oszołomiło  ich  górskie  powietrze,  czy  ta  nieograniczona 
przestrzeń? 

– Już myślałam, że nigdy nie będziemy się śmiali razem – wyznała mu półgłosem.   
W odpowiedzi tylko mocniej ją przytulił. Uznała, że musi jak najprędzej od niego uciec, 

zanim zrobi coś głupiego, na przykład pocałuje go w usta. Wyrwała się z jego objęć.   

– Kto pierwszy na dole?! 
Z tym okrzykiem rzuciła się w dół na nogach jak z waty i z rozszalałym sercem.   

To był  czarowny, upojny  dzień. Jake zmienił się nie do poznania. Cara i  Karen jeździły 

spokojnie, w poprzek zbocza, podczas gdy on szusował jak oszalały, czasami machając im po 

drodze,  kiedy  indziej  znów  przystawał,  aby  przegonić  z  tras  narciarzy  desperatów  na 

background image

snowboardach.   

Jeśli  narty  działają  tak  relaksująco,  należy  zalecać  uprawianie  narciarstwa  wszystkim 

pacjentom! 

W dużej drewnianej szopie u podnóża wzniesienia podawano gorące napoje i przekąski. 

Po blisko godzinie zjechały tam Cara i Karen wraz z łanem.   

–  Od  zachodu  idą  ciemne  chmury  –  zauważył  łan,  spoglądając  w  stronę  doliny.  – 

Niedługo wyłączymy wyciąg, a Jake dopilnuje, żeby wszyscy zjechali na dół. Zanim zapadnie 
zmrok, stok musi być pusty.   

Cara  popijała  gorącą  czekoladę,  zadowolona  z  wyjątkowo  udanego  dnia.  Gdy  zbierała 

swoje rzeczy, szykując się do powrotu po Dana, do szopy wszedł Jake.   

– Głupia sprawa, łan, ale odebraliśmy telefon, że pod Ballranoch Tor ktoś natknął się na 

dwie osoby. Jedna ma złamaną nogę, a obydwie są wyziębione. Wiem mniej więcej, gdzie są, 
chociaż komórka tego turysty ciągłe przerywała, gdy przekazywał mi tę informację. Musimy 
ruszać, zanim zrobi się ciemno.   

– Ilu mamy ratowników? 
– Jest nas tylko trzech. Mam zestaw pierwszej pomocy.   
Śmigłowiec wezwiemy, gdy już lepiej się zorientujemy, gdzie oni są. Może uda się nam 

dotrzeć do nich przed zmierzchem.   

–  Pójdę  z  wami.  –  Cara  wstała  od  stołu.  –  Mam  pewne  doświadczenie.  Mówiłeś,  że 

przydałaby się wam pomoc.   

– Wykluczone. Ratownictwo górskie to nie jest twoja specjalność.   
– Przeszkolisz mnie po drodze. Czy to jest bardzo trudny teren? 
– Nie. Dotrzemy tam na nartach. Ballranoch Tor jest za tym wzgórzem. Podejrzewam, że 

ci durnie zjechali z trasy i wpadli na skałki. Sądzę, że są całkiem niedaleko.   

– Na wyciągu się nie sprawdzam, ale na nartach potrafię się poruszać – zauważyła Cara. – 

Niepokoi mnie tylko, kto odbierze Dana od kolegi.   

– To dla mnie żaden problem. – Karen włączyła się do rozmowy. – Annie na pewno się 

ucieszy, że przez jakiś czas będzie miała go tylko dla siebie.   

– Dziękuję ci z całego serca. – Tutaj zawsze można było liczyć na pomoc. – Bardzo bym 

chciała zobaczyć taką akcję. I, oczywiście, na coś się przydać.   

–  Skoro  się  uparłaś,  to  już  wyruszajmy.  –  Jake  zarzucił  plecak,  przyglądając  się  jej 

uważnie. – Na pierwszy rzut oka jesteś odpowiednio ubrana, bo tutaj po zmroku natychmiast 
robi  się  bardzo  zimno.  Pójdzie  z  nami  łan  i  jego  bliźniak  Max.  Wyruszymy  razem,  potem 
trochę się rozdzielimy, szukając zaginionych lub ich rzeczy.   

łan przedstawił jej Maxa, swojego bliźniaczego brata. Byli rzeczywiście jak dwie krople 

wody. Chwilę później ruszyli na poszukiwanie.   

–  Uważaj  na  kamienie  –  ostrzegł  ją  łan.  –  Może  tu  być  bardzo  nierówno,  bo  na  tym 

zboczu tęgo wieje.   

Gdy znaleźli się na zachodnim stoku, poczuła, że temperatura nagle spadla. Pociemniały 

śnieg wyglądał szaro i zdradliwie. Zupełnie inaczej niż tam, skąd przyjechali.   

– Rozdzielamy się! – zakomenderował Jake. – Krzyczcie, jeśli coś zobaczycie.   

background image

Niedługo potem rozległo się wołanie.   
– W prawo! Dwadzieścia pięć stopni na północ! Cara sunęła za trójką mężczyzn, którzy 

puścili  się  w  stronę  ogromnej  skały,  gdzie  majaczyły  dwie  skulone  postacie.  Jedna  z  nich 
rozpaczliwie machała rękami.   

Cara  popatrzyła  na  śnieg  przed  sobą.  To  był  trudny  teren.  Co  chwila  spod  śniegu 

wystawały nagie kamienie. Zacisnęła zęby. Nie może sprawić ekipie zawodu i sama nabawić 
się kontuzji.   

– Tylko popatrz, jak się ubrali – syknął Jake, gdy zbliżali się do przestraszonych ludzi. – 

W podkoszulki! 

– Bóg was nam zsyła – chlipała dziewczyna. – Mój chłopak zranił się w nogę, a mnie boli 

ramię.   

– Jak ci na imię? – zapytała Cara.   
– Sally, a to jest Bob. Wpadliśmy na kamienie, niewidoczne pod tym śniegiem.   
Mężczyźni już otwierali plecaki: łan i Max wyjęli z nich puchowe kurtki.   
– Trzeba ich rozgrzać.   
Przytaknęła, obserwując nieobecny wzrok chłopaka. Wiedziała, że skutkiem wyziębienia 

jest dezorientacja i senność: śmiertelna kombinacja w takich warunkach.   

–  Jeśli  uda  się  nam  podnieść  ich  ciepłotę  choćby  o  trzy  stopnie,  będzie  szansa,  że  nie 

zapadną w śpiączkę.   

Rozpostarł nad nimi coś, co przypominało namiot.   
–  To  nas  ochroni  od  wiatru.  Siedząc  razem  z  nimi,  naszymi  ciałami  podniesiemy 

temperaturę powietrza.   

– Zmierz im poziom tlenu i ciśnienie – rzekł Jake, podając jej niewielki aparat.   
– Ciśnienie niskie, osiemdziesiąt na pięćdziesiąt – szepnęła. – Chyba jest w szoku.   
Jake tymczasem rozciął spodnie chłopaka, by przyjrzeć się złamaniu. Zacisnął wargi.   
– Nic dziwnego, że jest w szoku. To wygląda na złamanie złożone, z przebiciem skóry. – 

Zwrócił się do reszty ekipy. – Rana wzdłuż piszczeli.   

Sally zaczęła się ożywiać.   
– Co mu jest? Co mu się stało w nogę? – zapytała przerażona.   
– Złamał nogę, ale jeszcze zanim go stąd zabierzemy, udzielimy mu pierwszej pomocy, 

aby zapobiec infekcji, oraz unieruchomimy kończynę – tłumaczył Jake uspokajającym tonem. 
Poklepał ją po ramieniu. – Obejrzyjmy teraz twoją rękę.   

– Co to jest? – przeraziła się Sally na widok ogromnego sińca. – Jak to się stało? 
– Bardzo boli, prawda? – zagadnęła ją Cara. – Za tydzień będzie już po bólu. Dostaniesz 

temblak, żebyś nie uraziła tego miejsca. Skoro możesz swobodnie nią ruszać, nie sądzę, żebyś 
coś złamała. Jednak w szpitalu trzeba będzie ją prześwietlić.   

Jake zakładał chłopakowi szynę.   
–  Zanim  ją  umocuję,  proponuję  dać  mu  dożylnie  dziesięć  mililitrów  morfiny,  żeby 

uśmierzyć ból.   

– Założę mu opatrunek.   
Cara z podziwem patrzyła, jak sprawnie i spokojnie pracuje ta niewielka ekipa. Przez cały 

background image

czas Max i łan rozmawiali z Sally, pocieszając ją i uspokajając.   

Bob powoli odzyskiwał przytomność.   
– Co jest z moją nogą? – zapytał niewyraźnie. – Cholernie boli...   
– Za moment poczujesz się lepiej. Dostałeś zastrzyk przeciwbólowy – powiedziała Cara 

półgłosem. – Złamałeś nogę. Musimy założyć ci szynę. – Zwróciła się do Jake’a. – Miejmy 
nadzieję, że szybko go stąd zabiorą. Ma nierówne tętno. Skąd przyleci śmigłowiec? 

–  Tym  razem  to  nie  będzie  sanitarka,  ale  helikopter  RAF-u.  Nie  ma  tam  sprzętu 

medycznego. Ale lepsze to niż sprowadzanie ich piechotą. To jest pięć kilometrów. Sądzę, że 
wyląduje  pod  tamtą  skałką,  około  stu  metrów  stąd.  My  weźmiemy  nosze,  a  ty  pomożesz 
Sally.   

Ku  zdumieniu  Cary  nosze  mieściły  się  w  trzech  torbach.  Gdy  je  montowali,  rozległ  się 

huk śmigłowca.   

– Wy, dziewczyny, idźcie pierwsze. Przetrzecie nam drogę. Informujcie nas o większych 

dziurach i rozpadlinach.   

Po kwadransie dotarli do śmigłowca.   
–  Polecę  z  nimi  do  szpitala,  a  ty  –  zwrócił  się  do  Cary  –  zejdziesz  z  chłopakami  pod 

wyciąg. Dobrze, że zdążyliśmy przed zmrokiem. Dziękuję ci za pomoc. – Rozpromienił się. – 
Jeszcze zdążysz przelecieć się helikopterem.   

– Bylebym nie musiała go pilotować! – Roześmiała się, poprawiając czapkę.   
Jake śmiał się do niej, zachwycony aureolą jej rudych włosów rozwiewanych przez wiatr.   
– Pamiętaj, że masz u mnie kolację – szepnął. – W przyszłym tygodniu. Odpowiada ci? 
– Z przyjemnością, pod warunkiem że nie przeszkodzi nam żaden helikopter.   
Ruszył w kierunku maszyny, lecz nagle się zatrzymał.   
–  Czy  mogę  prosić  cię  o  przysługę? W  samochodzie  jest  prezent  dla  mojej  siostry.  Ma 

dzisiaj  urodziny.  Nie  chcę,  żeby  myślała,  że  o  nich  zapomniałem.  Paczka  leży  na  przednim 

siedzeniu. Kluczyki schowaj pod fotelem kierowcy.   

– Mam jej go zawieźć? 
– Byłbym ci za to bardzo wdzięczny. Nie wiem, ile spędzę czasu w szpitalu. Mieszkamy 

dziesięć  minut  od  Ballranoch.  –  Na  kopercie  zapisał  adres  i  dokładniejsze  wskazówki.  – 
Powiedz  jej,  że  wrócę,  jak  tylko  będę  mógł.  Aha,  jeszcze  jedno.  Moja  siostra...  jest 
niepełnosprawna.  Upłynie  sporo  czasu,  zanim  otworzy  drzwi  i...  –  Zawiesił  głos.  –  Nic 
takiego. To nieważne. Dziękuję.   

Cara była w siódmym niebie. Poczuła, że jest szansa, by zostali przyjaciółmi.   

Jake i jego siostra mieszkali w ładnym, pobielonym domku, do którego prowadziły drzwi 

obrośnięte  bluszczem.  Z  jego  okien  rozciągał  się  przepiękny  widok  na  rozległą  dolinę.  Nie 
mogąc znaleźć dzwonka, zapukała.   

– Kto tam? – usłyszała po dłuższej chwili.   
–  Cara  Mackenzie.  Pracuję  razem  z  Jakiem.  Jake  musiał  odwieźć  dwoje 

pokiereszowanych narciarzy do szpitala.   

Rozległ się odgłos zdejmowanego łańcucha, po czym w drzwiach ukazała się kobieta na 

wózku inwalidzkim.   

background image

Przyglądała  się  gościowi.  Miała  tak  samo  niebieskie  oczy  jak  jej  brat,  lecz  gdy 

odruchowo  odrzuciła  do  tyłu  długie  czarne  włosy,  Cara  ujrzała  długą,  grubą  bliznę,  która 
przecinała policzek, od oczodołu aż do szyi.   

Kiedyś Ursula Donahue musiała być bardzo piękna, lecz teraz nic nie pozostało z dawnej 

urody.   

Przypomniała  sobie,  że  ojciec  nigdy  nie  widział  siostry  Jake’a.  Teraz  poznała  powód. 

Dziwiło ją jednak, dlaczego Ursula nie poddała się operacji plastycznej. Dlaczego Jake, jako 
lekarz nie przekonał jej, że możliwa jest rekonstrukcja policzka oraz zlikwidowanie szpecącej 
blizny? 

Podała kobiecie paczkę.   
– Jake obawiał się, że wróci późno, a nie chciał, żebyś pomyślała, że zapomniał o twoich 

urodzinach.   

–  Proszę,  wejdź.  –  Manewrując  wózkiem,  Ursula  zaprowadziła  Carę  do  przytulnego 

pokoju  w  głębi  domu.  –  Mówił,  o  której  wróci?  Nie  powiedział  mi,  że  w  ten  weekend  ma 
dyżur na stoku! 

Nie jest zbyt sympatyczna, pomyślała Cara.   
– Część ekipy się rozchorowała. Musiał ich zastąpić.   
– Cały Jake! Troszczy się o wszystkich oprócz najbliższych. I to w taki dzień! Mimo to 

dziękuję  za  wiadomość  i  za  doręczenie  paczki.  –  Zmierzyła  Carę  uważnym  wzrokiem.  – 
Jesteś córką Gordona Mackenzie, prawda? Jak długo zamierzasz pomagać Jake’owi? 

Tak samo bezpośrednia jak brat.   
– Jeszcze nie wiem. Mam nadzieję, że ojciec w końcu pójdzie na emeryturę i nareszcie 

odpocznie.   

Ursula podjechała do barku.   
– To znaczy, że to jakiś czas potrwa.   
– Zapewne. – Lepiej się nie deklarować.   
Ursula uśmiechnęła promiennie, choć blizna sprawiła, że był to krzywy uśmiech.   
– Skoro tu jesteś, to zapraszam cię na drinka. Przecież są moje urodziny! Mam ochotę na 

towarzystwo.   

– Nie zostanę długo. Muszę wracać do synka.   
–  To  czerwone  wino  trzymałam  na  specjalną  okazję.  –  Ursula  odwróciła  się  w  stronę 

gościa. – Podobno macie zamiar mieszkać u twojego ojca.   

– Tak. Sama wychowuję dziecko.   
Zabrzmiało  to  nieco  wyzywająco.  Nie  starała  się  wprawdzie  utrzymywać  w  tajemnicy 

swojego samotnego macierzyństwa, ale gdzieś w głębi duszy czuła, że się nie sprawdziła. Że 
Toby odszedł, ponieważ go zawiodła.   

– Podejrzewam,  że niełatwo być samotną matką. – Ursula podniosła kieliszek do ust. – 

Jak ci się pracuje z moim bratem? 

– Dobrze. Jest doskonałym lekarzem.   
Ursula uśmiechała się, popatrując pod światło na czerwony płyn w kieliszku.   
– Ciężko na to pracował. Ale on jest zdolny i uparty, mimo że bywa do bólu bezpośredni. 

background image

– Nie spuszczała wzroku z Cary. – Być może dlatego z nikim się nie związał. Kręci się koło 
niego  mnóstwo  dziewczyn,  ale  wszystkie  znikają  ze  złamanym  sercem.  Jake  nie  może 
poświęcić dla rodziny tego, co zdobył z jakim wysiłkiem. – Roześmiała się dla złagodzenia 
efektu  swych  słów.  –  Podejrzewam,  że  on  się  realizuje  wyłącznie  w  pracy.  Nie  dziwiłabym 
się, gdyby aspirował do objęcia funkcji naczelnego lekarza tego regionu.   

– Zapewne masz rację. Jest bardzo... oddany swojej pracy – wyjąkała Cara.   
Co  Ursula  chce  przez  to  powiedzieć?  Ostrzec  ją  przed  dalekosiężnymi  planami  Jake’a? 

Dała  jej  do  zrozumienia,  że  Jake  zawiódł  wiele  kobiet.  Tego  się  obawiała:  ambitnego 
mężczyzny, który nie życzy sobie żadnych zbędnych obciążeń. Kobieta z dzieckiem byłaby 
dla niego kamieniem u szyi.   

Przez  całą  drogę  do  domu  miała  w  uszach  słowa  Ursuli.  Szkoda,  że  tego  samego  dnia, 

kiedy Jake poniekąd potwierdził ich przyjaźń, jego siostra ostudziła jej zapał.   

Czuła, że nie podźwignęłaby się, doznając nowego zawodu. Ciągle nękał ją ból z powodu 

zdrady Toby’ego. Cokolwiek czuje do Jake’a, musi to stłumić. To nieważne, że tego dnia jego 
stosunek do niej był taki... przyjazny.   

– Łapy przy sobie, dziewczynko! – mruknęła, parkując przed domem. – Doktor Donahue 

nie jest do wzięcia! 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

W poniedziałek jak zwykle poczekalnia była pełna pacjentów.   
–  Dobrze,  że  już  jesteś!  –  powitała  ją  Sheena.  –  Nie  ma  Karen.  To  jej  się  nie  zdarza. 

Dzwoniłam do niej, ale nikt nie odpowiada. Na domiar złego zawiesił się komputer! A tylko 
ona wie, jak go ponownie uruchomić! 

– Fantastycznie. To znaczy, że nikt nie zna kolejności pacjentów. – Uśmiechnęła się do 

zaaferowanej pielęgniarki. – Wyczytałam w horoskopie, że czeka mnie dzień pełen wyzwań. 
Sprawdziło się.   

Popatrzyła bezradnie na czarny monitor i stertę korespondencji.   
– Czuję, że nieprędko stąd dzisiaj wyjdziemy. Poniekąd dobrze się składa, bo nie będzie 

miała  czasu  myśleć  o  Jake’u.  Od  kiedy  Ursula  dała  jej  do  zrozumienia,  że  jej  brat  nie  ma 
czasu na romanse, nie mogła przestać o nim myśleć, marzyć, że ją pokocha. Aby wyzbyć się 

tych mrzonek, przez cały miniony tydzień starała się go unikać.   

–  Dom  wariatów  –  prychnęła  Sheena,  podnosząc  słuchawkę  telefonu,  który  dzwonił 

prawie bez przerwy.   

– Myślisz, że Karen coś się stało? Skontaktuj się z łanem. Gdzieś tu powinien być numer 

jego komórki. Gdzie jest Jake? 

– Wyjechał do chorego. Zadzwonię do lana.   
Cara tymczasem uciszała czekających.   
– Mamy awarię komputera, więc nie znamy kolejności zgłoszeń. W tej sytuacji zacznę od 

osoby zapisanej na ósmą trzydzieści.   

– To ja – powiedziało unisono dwoje pacjentów. Jeden z nich na pewno czeka na Jake’a.   
– Wobec tego przyjmę państwa w porządku alfabetycznym.   
Pan Dunne pokazał groźnie spuchnięty palec.   
–  Przycinałem  róże,  jak  zawsze  na  wiosnę,  i  ukłułem  się  kolcem.  Pulsuje  i  boli.  Żona 

kazała mi pójść do lekarza.   

–  Słusznie.  Mogłoby  dojść  do  zakażenia.  Czy  w  ciągu  minionych  pięciu  lat  był  pan 

szczepiony przeciwko tężcowi? Niestety, nie mogę tego sprawdzić w komputerze.   

– Tak, całkiem niedawno.   
– Więc nie będziemy tego powtarzać. – Wypisywała receptę. – Proszę brać jedną tabletkę 

cztery razy dziennie. I zażyć wszystkie, do końca. To bardzo ważne.   

Starszy pan zmarszczył czoło.   
– Jedną tabletkę cztery razy dziennie? – powtórzył, po czym się uśmiechnął. – Głupiec ze 

mnie! Zacząłem się zastanawiać, jak można cztery razy połknąć tę samą tabletkę.   

Niespodziewanie ją rozbawił.   
– To znaczy, że muszę wyrażać się bardziej precyzyjnie. Jeśli po trzech dniach nie będzie 

poprawy, proszę przyjść do mnie. Sheena założy panu temblak.   

Gdy wyprowadzała pana Dunne’a, na korytarzu spostrzegła Jake’a, który nie krył radości 

na widok pacjenta.   

background image

–  Peter!  Jak  to  dobrze,  że  cię  spotykam.  Nareszcie  mam  okazję  podziękować  ci  za 

zaproszenie na wystawę. Tym razem jestem zdecydowany coś kupić.   

– Na pewno będzie z czego wybierać.  Przyjdź trochę wcześniej. To nie jest tylko  moja 

wystawa, zaprosiliśmy również innych malarzy.   

Staruszek ruszył w stronę stanowiska Sheeny.   
–  Peter  Dunne  maluje  piękne  pejzaże  –  oznajmił  Jake,  podchodząc  do  Cary.  –  W 

przyszłym tygodniu robi wystawę.   

Przyjrzał się jej uważnie.   
–  Zapraszam.  Moglibyśmy  połączyć  to  z  obiecaną  kolacją.  Przez  cały  tydzień  byłaś 

nieuchwytna.   

– Na razie wolałabym nie mieć żadnych zobowiązań, bo w tym tygodniu ojciec wraca do 

domu.   

– Rozumiem. – Nie krył rozczarowania. – Myślę, że te pejzaże by ci się spodobały.   
– W najbliższej przyszłości będę bardzo zajęta – oznajmiła stanowczym tonem.   
–  Odniosłem  wrażenie,  że  perspektywa  wspólnej  kolacji  cię  ucieszyła.  –  Nie  dawał  za 

wygraną. – Skąd ta nagła zmiana? 

– Tata będzie wymagał opieki. Nie mogę zostawić go samego.   
– To tylko parę godzin. Poza tym masz do pomocy Annie.   
To  ma  być  tylko  przyjacielska  pogawędka,  nic  więcej.  Dlaczego  tak  się  przejmuje  tym 

zaproszeniem? Ponieważ znajomość z takim atrakcyjnym facetem nie może być platoniczna.   

– Zobaczę. – Nie mogła się zdecydować. – Bierzmy się do roboty, bo się nam pacjenci 

zbuntują. – Popatrzyła na pełną poczekalnię.   

Do południa cała trójka zwijała się jak w ukropie: mierzyli ciśnienie, zmieniali opatrunki, 

odbierali  telefony  i  zamawiali  karetki  dla  staruszków,  których  należało  przewozić.  W  samo 
południe Cara odebrała co najmniej dwudziesty telefon.   

– Mówi łan Taylor. Otrzymałem pytanie od Sheeny, co dzieje się z Karen. Pojechałem do 

domu sprawdzić to. Karen ledwie trzyma się na nogach i mówi od rzeczy. Nigdy tak się nie 
zachowywała. Niech ktoś tu do niej przyjedzie. Jej stan bardzo mnie niepokoi.   

– Zaraz u was będę – rzuciła do słuchawki, po czym wpadła do biura, gdzie zastała Jake’a 

i Sheenę.   

– Dobra wiadomość to ta, że wiadomo, gdzie jest Karen – zaczęła. – Zła, że jest w bardzo 

niepokojącym  stanie,  łan  jest  wręcz  przerażony.  To  może  być  wszystko:  od  udaru  po 
psychotropy. Przydałoby mi się twoje diagnostyczne wsparcie.   

Patrzyli na nią z niedowierzaniem. Karen była osobą młodą, zdrową i rozsądną. Udar ani 

narkotyki do niej nie pasowały.   

– Mam wizytę domową nieco dalej – pocieszył ją Jake.   
– Możemy do nich pójść razem, jeśli uważasz, że co dwie głowy to nie jedna.   
– Ruszajcie. Oboje – westchnęła Sheena. – Zostanę na posterunku. I postawcie Karen na 

nogi, bo bez niej wszyscy tu padniemy.   

Pochylili się nad Karen. Jake uniósł jej powieki.   
– Bardzo rozszerzone źrenice.   

background image

– Miałem wrażenie, że zwariowała. – łan nie krył zdenerwowania. – Gadała coś o jakimś 

gwiazdorze  rocka  i  o  tym,  że  musi  się  z  nim  spotkać,  a  kiedy  ją  położyłem,  nie  mogła  się 
podnieść.   

– Czy bierze jakieś leki? Bo to wygląda zupełnie jak przedawkowanie.   
– Ona nigdy by czegoś takiego nie zrobiła – oburzył się łan.   
– Wiem, wiem. – Cara poklepała go po ramieniu. – Mogła zrobić to przez nieuwagę.   
– Bardzo szybkie tętno – stwierdził Jake. – Dziwne. Jak się czuła rano? 
– Normalnie. Wyjechałem pierwszy, żeby zawieźć Kirsty do szkoły. Jadła wtedy jajka na 

bekonie.   

– Może to ten bekon? Zatrucie pokarmowe? Zajrzyjmy do lodówki.   
– Zostanę przy niej, idź sama. Może coś znajdziesz – powiedział Jake, okrywając Karen 

pledem.   

W lodówce leżało otwarte opakowanie bekonu.   
– Nie jest przeterminowany – mruknęła. – Pachnie ładnie.   
Już miała zaniknąć lodówkę, gdy jej uwagę przyciągnęło coś na wyższej półce.   
– Co to jest? – Sięgnęła po przewróconą buteleczkę, tuż nad opakowaniem z bekonem. – 

Zdaje się, że znalazłam sprawcę. – Uśmiechnęła się do lana, podając mu bekon. – Wyrzuć go.   

Mąż Karen szedł za Cara.   
– Co znalazłaś? Pokazała obu buteleczkę.   
–  Wasza  córka  ma  kłopoty  ze  wzrokiem,  prawda?  Przepisano  jej  atropinę,  którą  należy 

przechowywać w lodówce.   

– Owszem, ale nie widzę żadnego związku...   
– Już wiem, co powiesz. Buteleczka się przewróciła i atropina zaczęła kapać na bekon. – 

Jake uniósł brwi. – Gratuluję, panno Marple! 

– Co teraz będzie? Czy Karen z tego wyjdzie? – niepokoił się łan.   
–  Gdyby  szpital  był  blisko,  wysłałabym  ją  na  obserwację,  ale  myślę,  że  w  tej  sytuacji 

powinieneś  zostać  w  domu  i  w  razie  pogorszenia  nas  zawiadomić.  To  powinno  przejść  w 
ciągu paru godzin.   

Jake ponownie badał puls Karen.   
–  Już  zwalnia.  Poprosimy  Sheenę,  żeby  jeszcze  dzisiaj  do  was  zajrzała.  –  Popatrzył  na 

lana,  który  nadal  niewiele  rozumiał.  –  Twoja  żona  spożyła  sporą  dawkę  wyciągu  z  wilczej 

jagody, z której otrzymuje się atropinę. To bardzo skuteczny środek, ale zupełnie nie nadaje 
się dó jedzenia.   

–  Codziennie  człowiek  czegoś  się  uczy  –  zauważył  Jake,  gdy  wracali  do  przychodni.  – 

Teraz już wiemy, że można odjechać na kroplach do oczu. – Zaparkował pod domem. – Może 
jednak przyszłabyś na tę wystawę? O ile dobrze pamiętam, Peter malował również wasz dom.   

To chyba nieuprzejmie z jej strony tak się wykręcać. Przecież to tylko parę godzin. Jake 

jest taki dobry dla Dana, poza tym od tylu lat wspiera Gordona. Nie wolno tak postępować, 
tylko dlatego że na jego widok nogi miękną jej w kolanach.   

– Z przyjemnością.   
–  Wystawa  jest  dopiero  za  tydzień,  więc  Gordon  już  od  kilku  dni  będzie  w  domu. 

background image

Obejrzymy obrazy, a potem pojedziemy na kolację. Przyjadę po ciebie koło siódmej, zgoda? 

 

Obudziła  się  z  przeświadczeniem,  że  będzie  to  bardzo  długi  dzień.  Tydzień  minął 

niepostrzeżenie. Za to najbliższe dwanaście  godzin, jak na ironię losu, będzie wlokło  się  w 
nieskończoność.   

Z jednej strony cieszyła się, z drugiej bała tego spotkania. Przekonywała się, że będzie to 

przyjemny  kontakt  ze  sztuką,  lecz  po  chwili  zastanawiała  się,  czy  jest  szansa,  by  znowu 
znalazła się w ramionach Jake’a.   

Lepiej  o tym nie myśleć.  Ursula nie kryła przed  nią,  że Jake ma inne priorytety. To ma 

być przyjemny, towarzyski wieczór. Nic ponadto.   

Rozległo się potężne grzmotnięcie w drzwi, po czym do łazienki wpadł Dan.   
– Nie chcę dzisiaj iść do przedszkola – oświadczył stanowczym głosem.   
– Dlaczego? 
–  Bo  dziadek  powiedział,  że  będzie  za  mną  tęsknił.  Mówił,  że  mogę  być  jego 

pielęgniarką. – Podparł się pod boki i wojowniczo wydął wargi. – Tak powiedział.   

–  Dziadek  musi  dużo  odpoczywać  –  argumentowała  z  całą  powagą,  mimo  że  ta  scena 

mocno  ją  rozbawiła.  –  Będzie  odpoczywał,  kiedy  ty  będziesz  w  przedszkolu.  Jak  wrócisz, 
będzie miał już więcej sił i na pewno będzie zachwycony, jak mu opowiesz, co robiłeś przez 
cały dzień. – Przytuliła chłopczyka. – Dla odmiany zjemy śniadanie w jego pokoju, a potem 
pozwolimy mu się wyspać.   

Gordon siedział w łóżku i czytał gazetę. Rozpromienił się na ich widok.   
– Jest mój mały pomocnik – rzekł z radością. – Buchan powiedział mi, że był wczoraj z 

tobą i Annie na bardzo długim spacerze nad jeziorem.   

–  Buchan  umie  mówić?  Był  bardzo  niegrzeczny.  Jak  wyszedł  z  wody,  otrzepał  się  na 

Annie.   

Cara  nie  mogła  się  nadziwić,  jak  bardzo  ojciec  się  zmienił  na  korzyść  po  operacji. 

Zniknęła siność warg i sińce pod oczami. Wydał się jej o wiele silniejszy niż w dniu, kiedy 
wróciła  do  Ballranoch.  Co  więcej,  nie  mogła  się  nacieszyć,  jak  świetnie  dogaduje  się  z 
wnuczkiem.   

Stanęła jej przed oczami scena sprzed kilku tygodni, gdy zasłabł w sylwestrowy wieczór. 

Gdyby nie szybka akcja Jake’a, być może nie byłby teraz z nimi.   

Pochyliła się, by pocałować go w policzek.   
– Widzę, że czujesz się znacznie lepiej.   
– O niebo. Brakuje mi tylko mojej fajki.   
– Ani się waż! Bo ci głowę ukręcę! 
–  Kochana  despotka.  –  Uśmiechnął  się  szeroko.  –  Wiem  od  Jake’a,  że  wybieracie  się 

dzisiaj  na  wystawę  Petera  Dunne’a.  Żałuję,  że  nie  mogę  z  wami  pójść.  Rozejrzyj  się  za 
pejzażami z naszej okolicy.   

Zadrżała na myśl, że co najmniej trzy godziny spędzi w towarzystwie Jake’a. Zaczynała 

wręcz żałować, że przyjęła zaproszenie. Przygarnęła do siebie synka.   

– Chodźmy. Czeka nas pracowity dzień.   

background image

– Przynieś mi obrazek, który namalujesz w przedszkolu. Powieszę go sobie na ścianie! – 

zawołał Gordon.   

– Namaluję dla ciebie taaaki ogromny obraz – obiecał poważnie chłopczyk.   
 

Bez  większego  entuzjazmu  przeglądała  zawartość  garderoby.  Od  miesięcy  nie  kupiła 

sobie nic nowego. Była zajęta dzieckiem, pracą i zapominaniem o Tobym.   

Wyjęła z szafy ciemnogranatowe spodnie z krepdeszynu, żakiet i różową bluzkę. Ostatni 

raz miała ten komplet na sobie, gdy była na kolacji z Tobym. Pochwalił ją za dobry gust.   

Odsunęła  to  wspomnienie.  Upięła  włosy  w  kok  i  lekko  pociągnęła  policzki  różem,  aby 

zatuszować ślady całodziennego zmęczenia.   

– Nie będzie lepiej – mruknęła, spoglądając w lustro. Jake czekał na dole. Czytał bajkę 

Danowi.   

Ta scena mocno ją poruszyła. Dan zawsze powinien mieć kogoś takiego jak Jake. Ale na 

pewno to nie będzie on. On ma zawodowe ambicje, pomyślała ze ściśniętym gardłem.   

– Jestem gotowa.   
W oczach Jake’a zamigotała dziwna tęsknota.   
– Ładna fryzura – powiedział półgłosem. – Wyglądasz... bardzo pięknie.   
Chłopiec zachichotał.   
–  Mama,  Jake  powiedział,  że  jesteś  piękna!  Odwróciła  się,  aby  ukryć  przed  Jakiem 

rumieniec.   

– Zmykaj do łóżka! Jeśli będziesz grzeczny, Annie przeczyta ci jeszcze jedną bajkę! 
– Kareta już czeka – oznajmił Jake rozbawiony jej zażenowaniem.   
Miejscowa galeria mieściła się w zaadaptowanej murowanej stodole. W tej chwili mieszał 

się tam spory tłum oglądających porozwieszane na ścianach obrazy.   

Taka  towarzyska  okazja  była  dla  Cary  czymś  przyjemnie  nowym.  Przechadzając  się  z 

kieliszkiem wina wśród gości, czuła, że stanowi część tego grona.   

Jake obserwował  ją,  gdy rozmawiała ze starymi  znajomymi.  Wyglądała  na zadowoloną. 

Była  też  porażająco  piękna  i  pociągająca.  Czy  postąpił  nierozsądnie,  zapraszając  ją  na  tę 
wystawę?  Czuł,  że  gdyby  był  wolny,  mógłby  związać  się  z  tą  kobietą.  Westchnął  ciężko, 
wodząc za nią wzrokiem.   

Wspólna przyszłość nie jest im pisana. Musi opiekować się Ursulą. Przypomniał sobie jej 

słowa po wizycie Cary.   

–  Niezła  laska  –  rzuciła.  –  Od  razu  widać,  że  szuka  męża.  Wcale  bym  się  nie  dziwiła, 

gdybyś to ty, kochany braciszku, wpadł jej w oko. Lepiej uważaj, bo wylądujesz z dzieckiem.   

Uśmiechnął się ponuro. Dobrze wiedział, co kryło się za tymi okrutnymi słowami. Strach. 

Ursula bała się, że zostanie sama i niekochana.   

Odstawił  kieliszek.  To  jasne  jak  słońce,  że  jej  nie  porzuci,  ponieważ  kochają  i  szanuje. 

Tyle dla niego poświęciła. Urodę i poczucie bezpieczeństwa. Teraz on musi poświęcić się dla 
niej.   

Cara dotknęła jego ramienia.   
–  Chodź,  powiedz  mi,  co  myślisz  o  tym  pejzażu  –  poprosiła  i  zaprowadziła  go  przed 

background image

płótno pokaźnych rozmiarów, na którym  artysta uwiecznił dom  jej ojca na tle gór i  jeziora. 
Zapewne  malował  go  jesienią,  ponieważ  wszystkie  wzniesienia  pokrywał  fiolet  wrzosów. – 
Spodoba mu się? 

– Na pewno.   
– Kupuję go! – zawołała, rzucając Jake’owi wyzywające spojrzenie. – Może wypiłam za 

dużo, ale jestem w nastroju do kupowania. Zaszaleję! 

–  W  tej  sytuacji,  aby  zapobiec  wykupieniu  wszystkich  obrazów  Petera,  proponuję, 

żebyśmy poszli coś zjeść.   

Gdy wyszli z galerii, mżyło. Jake otworzył parasol.   
– Idzie wiosna – zauważył. – Śnieg zamienił się w deszcz. – Skręcili w boczną uliczkę. – 

Ta knajpka jest całkiem niezła, mimo że w Ballranoch nie ma wielkiej konkurencji.   

O tej porze ruch w miasteczku zamierał. Przed nimi jakaś staruszka wyprowadzała psa, a 

na wprost niej szedł młody chłopak w bejsbolowej czapce.   

Nagle sprawy potoczyły się tak błyskawicznie, że Cara  właściwie nie zauważyła,  co się 

dzieje.  W  pewnej  chwili  chłopak  doskoczył  do  starszej  pani,  wyrwał  jej  torebkę  i  uciekł  w 

przeciwnym kierunku.   

Napadnięta  kobieta  krzyknęła,  oszołomiona  oparła  się  o  mur,  podczas  gdy  Jake  ze 

złowieszczym pomrukiem rzucił się w pogoń za złodziejaszkiem.   

Cara podbiegła do staruszki.   
– Popchnął mnie i zabrał mi torebkę. Cara objęła drżące ramiona starszej pani.   
– Proszę się uspokoić. Jestem z panią. Przysiądźmy na chwilę.   
Weszły  do  restauracji,  gdzie  kelner  natychmiast  podał  staruszce  coś  gorącego  do  picia. 

Piesek  ulokował  się  obok  jej  krzesła.  Oboje  sprawiali  wrażenie  zagubionych  i 
przestraszonych.   

– Jak się pani czuje? Nic panią nie boli? – dopytywała się Cara, gładząc pomarszczoną 

dłoń.   

–  Nie,  nie.  Jestem  trochę  oszołomiona,  bo  to  stało  się  tak  niespodziewanie.  –  Potarła 

dłonią czoło, po czym nagle się rozpromieniła. – Jak jeszcze raz spotkam tego drania, to go 
poszczuję psem! 

– Słusznie.   
Cara  zostawiła  starszą  panią  pod  opieką  kelnerów  i  wyszła  na  ulicę,  by  zobaczyć,  co 

dzieje się z Jakiem. Ujrzała dwie postacie: ta wyższa popychała przed sobą tę niższą.   

– Zaczekamy tu na policję – oznajmił Jake. – Mam nadzieję, że porządnie natrą ci uszu.   
– Ja jej nic nie zrobiłem – jęczał małolat.   
– Nic jej nie zrobiłeś?! – Oczy Jake’a zabłysły. – Myślisz, że ona o tym zapomni?! Będzie 

pamiętała do końca życia! Za napad na taką słabą kobietę należą ci się porządne cięgi! 

Cara  ze  zdumieniem  zauważyła,  że  Jake  aż  się  gotuje  ze  złości.  Jeszcze  chwila  i  straci 

panowanie  nad  sobą  i  chłopaka  uderzy,  a  wtedy  sam  zostanie  oskarżony  o  nadużycie  siły 
fizycznej! 

–  Dobrze,  że  go  złapałeś  –  powiedziała  w  nadziei,  że  jej  słowa  nieco  go  uspokoją.  – 

Zostaw to policji. Już przyjechali.   

background image

Jake pchnął chłopaka w stronę policjanta.   
–  Niech  go  pan  zabiera,  bo  mogę  zrobić  mu  krzywdę!  Zapewne  będzie  pan  chciał, 

żebyśmy złożyli zeznania? 

– Oczywiście, ale to nie potrwa długo. Jake zerknął na Carę.   
– To miał być przyjemny wieczór – mruknął. – Ale zaraz to nadrobimy.   
Policjant  wsadził  chłopaka  do  samochodu,  a  Jake  wszedł  do  restauracji,  by  zwrócić 

staruszce torebkę. Przysiadł obok niej.   

– Pani Batley! – Ucieszył się. – Oto pani torebka. Mam nadzieję, że nic z niej nie zginęło.   
–  Nie  miałam  tam  nic  cennego.  –  Na  twarzy  kobiety  pojawił  się  łobuzerski  uśmiech.  – 

Tylko pigułki na przeczyszczenie. Mógłby je sobie wziąć.   

– Ja bym mu zaaplikował coś znacznie silniejszego – odparł Jake z całą powagą. – Policja 

odwiezie  panią  do  domu  i  spisze  pani  zeznania.  Doktor  Mackenzie  i  ja  też  pójdziemy  na 
posterunek.  Jutro  zadzwonię  do  pani,  żeby  dowiedzieć  się,  jak  się  pani  czuje.  Czy  mam 
zatelefonować do pani syna i zawiadomić, co się stało? 

– Będę panu bardzo wdzięczna. Na pewno do mnie przyjdzie.   
–  Carlo...  –  Jake  zwrócił  się  do  właściciela  restauracji.  –  Czekaj  na  nas.  Ten  wieczór 

jeszcze się nie skończył.   

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Obserwowała  Jake’a,  który  w  skupieniu  studiował  menu.  Nadal  nie  mogła  nadziwić  się 

wściekłości,  jaka  w  nim  zawrzała  z  powodu  tego  chuligańskiego  wybryku.  Miała  okazję 
poznać zupełnie inną twarz tego zamkniętego w sobie człowieka. A już się jej wydawało, że 
go rozgryzła! 

Zorientował się, że mu się przygląda.   
–  Tylko  nie  mów,  że  wieczór  ze  mną  był  nieciekawy  –  powiedział,  jakby  starał  się 

poprawić swój nastrój. – Zasłużyliśmy na lampkę wina.   

– Dobrze mi zrobi. Ciągle jestem roztrzęsiona, jakby to mnie napadnięto. To było takie 

niespodziewane. Zawsze myślałam, że taka mieścina jak Ballranoch jest bezpieczna.   

–  Chuligani  są  wszędzie,  nawet  w  takich  malowniczych  miejscowościach.  Lepiej  nie 

mówić, co bym z nimi zrobił, gdyby to ode mnie zależało.   

–  Zauważyłam,  że  bardzo  się  przejąłeś.  Pocieszające  jest  to,  że  babcia  nie  doznała 

żadnego uszczerbku na zdrowiu. Mogło być gorzej...   

Oczy mu pociemniały.   
– Panią Batley czeka wiele nieprzespanych nocy przez tego smarkacza. Dobrze wiesz, ile 

czasu  trwa  wychodzenie  ze  wstrząsu  psychicznego.  Osoba  w  jej  wieku  może  już  nigdy  nie 
czuć się bezpiecznie poza domem. Najbardziej wkurza mnie to, że ten szczeniak zapomni o 
tym  za parę tygodni, a pani  Batley nigdy.  –  Zawiesił  głos. – Przepraszam, że tak drążę ten 
temat.  To  miał  być  miły  wieczór.  Wybierzmy  coś.  Polecam  ci  rybę  z  krewetkami  w  sosie z 
białego wina, a na deser tarte na gorąco ze śmietaną.   

– To jest nieprzyzwoita propozycja, ale dzisiaj zapomnę o moich zasadach. Odchudzanie 

zacznę od jutra.   

Omiótł ją pełnym uznania spojrzeniem.   
–  Zdecydowanie  nie  jest  ci  to  potrzebne  –  skomentował  poważnie.  –  Naokoło  same 

patyczaki. Gdzie nie spojrzysz, przekonują nas, że należy się głodzić.   

Sposób,  w  jaki  na  nią  popatrzył,  sprawił,  że  poczuła  wzmożone  bicie  serca,  więc  aby 

pokryć  zmieszanie,  sięgnęła  po  kieliszek.  To  była  tylko  grzecznościowa  uwaga,  upomniała 
sama siebie.   

–  Przez  cały  tydzień  byłaś  nieuchwytna,  więc  nie  miałem  okazji  podziękować  ci  za 

doręczenie prezentu Ursuli.   

– Miałam mnóstwo spraw na głowie. Czy twoja siostra pracuje? 
– W domu. Jak Peter Dunne jest malarką, ale ma całkiem odmienny styl.   
– Szkoda, że nie widziała tej wystawy. Nie interesowała jej? Myślałam, że artyści lubią 

się spotykać, żeby wymieniać opinie na temat prac kolegów.   

–  Ursula  rzadko  wychodzi  z  domu.  Kiedyś  była  bardzo  towarzyska,  ale  ta  blizna... 

Uważam, że zmieniła jej osobowość.   

–  Nie  chciałabym  się  wtrącać...  ale  czy  ona  myśli  o  rekonstrukcji?  Podobno  chirurg 

plastyczny z naszego szpitala jest bardzo dobry.   

background image

Wzruszył ramionami.   
– Starałem się ją namówić, ale oznajmiła mi, że nie chce znowu cierpieć. Obawiam się, że 

wypadek uczynił z niej inną osobę. Do tego wystarczy jedna chwila – dodał ze smutkiem.   

Cara odłożyła sztućce.   
– Jak to się stało? Wypadek drogowy? 
– Nie, chociaż podejrzewam, że gdyby to był prawdziwy wypadek, zniosłaby to lepiej. To 

było celowe.   

– Jak to? – Szeroko otworzyła oczy.   
–  Nie  zapomnę  tego  do  końca  życia.  Napadła  ją  na  ulicy  banda  pijanych  wyrostków, 

którzy  potrzebowali  pieniędzy  na  prochy.  Szedłem  spory  kawałek  przed  nią  i  to  na  mnie 
czatowali.  Wiedzieli,  że  jestem  lekarzem  i  podejrzewali,  że  mam  przy  sobie  coś,  co  im  się 

przyda. Ursula przeczuła, na co się zanosi, i starała się ich powstrzymać...   

– Jak to zrobiła? 
– Rzuciła się na nich, gryzła, kopała, ale nie miała szansy. Skatowali ją i pocięli nożami. 

Uciekli,  kiedy  do  nich  podbiegłem.  Mnie  nawet  nie  tknęli,  ale  biedna  Ursula  przeleżała  w 
szpitalu parę tygodni.   

Stało się jasne, dlaczego tak ostro zareagował podczas napadu na panią Batley.   
– To nie była twoja wina. Masz wyrzuty sumienia? 
– Niestety tak. – Uśmiechnął się smutno. – Poganiałem ją, żeby szła szybciej, ponieważ 

spieszyliśmy  się  na  spotkanie.  Powiedziałem  jej  nawet,  że  nie  powinna  była  się  umawiać, 
skoro nie potrafi zdążyć. – Zamyślił się. – Gdybym nie był taki niecierpliwy, szedłbym przy 
niej  i  wszystko  potoczyłoby  się  inaczej.  Tak,  uważam,  że  to  przeze  mnie  została  tak 

okaleczona.   

– Jesteś dla siebie zbyt surowy. Uwierz mi. Czy kiedykolwiek powiedziała ci, że to twoja 

wina? 

– Nigdy, lecz wiele jej zawdzięczam. Nie tylko tamtego wieczoru. W całym życiu.   
Uniosła brwi pytająco.   
– Nie urodziłem się w czepku. Jestem potomkiem kilku pokoleń nierobów, którzy woleli 

pić niż pracować. Po śmierci matki ojcu było obojętne, co robię, bylebym tylko nie chciał od 
niego  pieniędzy.  Ursula  miała  co  do  mnie  inne  plany:  ciężko  pracowała,  żeby  zapłacić  za 
moje studia.   

– Masz wobec niej dług wdzięczności. Chyba dobrze, że mieszkacie razem. – Cara bawiła 

się przez chwilę nożem i widelcem. – Sądzę, że jej to bardzo odpowiada.   

– Obojgu jest nam z tym dobrze.   
To  jasne,  że  jest  mu  wygodnie  mieszkać  z  siostrą,  pomyślała,  pijąc  kawę.  On  się  nią 

opiekuje, ona gotuje mu i pierze. W ten sposób nie grozi mu żadna zaborcza samica.   

Być  może  dlatego  że  mu  współczuła  lub  z  chęci  podziękowania  za  mile  spędzony 

wieczór, w drodze do domu zdobyła się na odważny gest.   

– Może wpadniesz na strzemiennego? Ojciec ma spory zapas najprzedniejszej whisky.   
Przyglądając  się  w  samochodzie  jego  profilowi,  czuła,  że  zaczyna  rozumieć,  dlaczego 

sprawiał wrażenie odludka. Chciał być kimś w swoim zawodzie, aby zadośćuczynić siostrze, 

background image

a to wymagało energii i wytrwałości.   

Ursula  ostrzegła  ją,  że  zrezygnował  z  sercowych  przygód,  aby  realizować  zawodowe 

ambicje, a osoby, którym przyświeca jeden cel, często trzymają się na uboczu.   

Jej studia nie były dla niej żadnym wysiłkiem: rodzice wręcz ją do nich zachęcali oraz nie 

brakowało im pieniędzy. Dopiero później zaczęły się kłopoty.   

Gdy  weszli  do  salonu,  w  kominku  nadal  tlił  się  żar.  Wystarczyło  dorzucić  polano,  by 

blask płomienia objął cały pokój.   

Nagle  Carę  ogarnął  lęk.  Dlaczego  nie  posłuchała  głosu  rozsądku  i  go  zaprosiła? 

Atmosfera w tym przytulnym pokoju jest aż nadto intymna.   

– Z wodą? – zapytała.   
–  Nie.  Chcę  jej  skosztować  w  najczystszej  postaci.  Podała  mu  szklankę  i  oparła  się  o 

kominek. Przez jakiś czas popijali w milczeniu.   

– Kiedy pokażesz ojcu obraz? – Jake odezwał się pierwszy.   
– Nie mogę doczekać się tej chwili.   
Ta deklaracja rozbawiła oboje, łagodząc wcześniejsze napięcie. Jake podszedł bliżej.   
– Wyśmienita jest ta whisky – powiedział z uznaniem. – Gdzie go zawiesisz? – zapytał, 

rozglądając się po eleganckim salonie.   

– Jeśli tata nie zabierze go do siebie, mógłby zawisnąć nad kominkiem.   
– Aż dziwne, że nic tu nie ma. To idealne miejsce.   
–  Kiedyś  wisiał  tu  portret  mojej  matki  –  wyjaśniła  Cara  z  westchnieniem  –  ale  nasza 

kochana Angela kazała go usunąć. Przyznaję, że trudno wymagać od drugiej żony, aby lubiła 
taką  formę  obecności  swojej  poprzedniczki.  Mimo  to  przykro  mi  było,  gdy  zniknął.  Mama 
była bardzo piękna.   

– Wdałaś się w nią. Czy mogę zapytać... jak ojciec poznał Angelę? 
Cara ciągle nie mogła pogodzić się z tym, że ojciec ożenił się ponownie już pół roku po 

śmierci matki.   

–  Podczas  pewnej  konferencji.  Była  kierowniczką  hotelu,  w  którym  ta  konferencja  się 

odbywała.  Trudno  mi  było  w  to  uwierzyć.  Rodzice  byli  razem  przez  dwadzieścia  pięć  lat  i 
bardzo się kochali. A on poślubił Angelę sześć miesięcy po śmierci mamy. Domyślam się, że 
musiał zapełnić tę bolesną lukę. Szkoda tylko, że tak źle trafił.   

– Nie znał jej wcześniej? 
– Nie. Dał się zwieść jej urodzie i czułym słówkom. Ona jednak kierowała się wyłącznie 

egoizmem. Interesowały ją pieniądze, tytuły i oddanie mężczyzny, który uwierzył, że ona go 

kocha. Podobno nie ma to jak stary głupiec...   

– Zauroczyła go. Mówiłaś, że poczułaś się niechciana.   
– Od tej pory moje stosunki z ojcem zaczęły się pogarszać. – Wpatrywała się w płomienie 

w kominku. – Tak bardzo bał się, że ją straci, że był skłonny spełnić każde jej życzenie. Ona 
żądała, żebym się wyprowadziła, tata z kolei nie chciał, żebym mieszkała z Tobym. Przejrzał 
go.   

– Co było dalej? 
–  Odbyła  się  potworna  awantura,  podczas  której  powiedział,  że  nie  obchodzi  go,  co 

background image

zrobię, bylebym nie drażniła Angeli.   

Nie  spodziewała  się,  że tak  ją  wzruszy  jej  własna  opowieść.  Zawstydziła  się,  czując,  że 

łzy spływają jej po policzkach. Pochyliła głowę i opuściła ramiona, jakby chciała stłumić to 
uczucie.   

Jake w okamgnieniu był przy niej. Objął ją ramieniem.   
–  Nie  płacz,  proszę.  Gdybym  wiedział,  że  sprawię  ci  ból,  nie  zadawałbym  tych  pytań. 

Przepraszam...   

Otarła łzy. Nie warto aż tak przejmować się tym, co już minęło.   
–  Daj  spokój.  To  nie  twoja  wina.  Ta  baba  nie  zasłużyła  na  moje  łzy!  Prawdę  mówiąc, 

dobrze mi zrobiła ta rozmowa. Toby nie uznawał takich wynurzeń.   

– Chyba nie był sympatycznym facetem.   
– Zdecydowanie.   
Gdy  spojrzał  jej  w  oczy,  zauważył,  że  przyspieszył  się  jej  oddech.  Wydało  mu  się 

oczywiste,  że  powinien  ją  objąć  mocniej,  przytulić  jej  głowę  do  swojej  piersi.  Kołysał  ją, 
jakby uspokajał zapłakane dziecko.   

Słyszała  miarowe  bicie  jego  serca,  czuła,  jak  jego  ręka  gładzi  jej  włosy.  To  jest 

zwyczajny odruch dobroci, powtarzała sobie, to nie ma nic wspólnego z pożądaniem. Tuli ją, 
ponieważ  się  rozpłakała.  Podniosła  na  niego  wzrok,  jednocześnie  robiąc  gest,  jakby  chciała 
wyzwolić się z objęć.   

– Jesteś taki dobry... – zaczęła.   
– Cara... nie odsuwaj się. Tak bardzo chcę cię pocałować, pocieszyć. – Pochylił się, by po 

chwili ich usta połączyły się w namiętnym pocałunku.   

Próbowała protestować.   
– Jake, nie wolno nam dać się ponieść...   
Gdy jednak zaczął obsypywać delikatnymi muśnięciami jej szyję i dekolt, a przez jej ciało 

przebiegł dreszcz, uznała, że dłużej nie może się opierać. Przywarła mocniej do niego i dała 
się  porwać  fali  uniesienia,  która  pomogła  jej  zapomnieć  o  bólu  z  powodu  ożenku  ojca  i 
niewierności Toby’ego. Nie miała siły zrobić tego, co powinna: zmusić go, by przestał.   

–  Jesteś  piękna,  od  stóp  do  głów  –  szeptał,  rozpinając  guziki  jej  bluzki.  Rozsunął  ją 

delikatnie, by rozpiąć biustonosz.   

Ułożył Carę na puszystym dywanie i wpatrując się w jej oczy, pieścił jej ciało, wynosząc 

ją na wyżyny pożądania. Gdy ją posiadł, nie była w stanie protestować i nie chciała, by to się 
kiedykolwiek skończyło.   

Przymknęła oczy, spodziewając się pocałunku, po czym je otworzyła, gdy nic takiego się 

nie zdarzyło. Jake wpatrywał się w nią udręczonym wzrokiem.  Z cichym jękiem  zsunął się 
obok niej i leżał na plecach, wpatrując się w sufit.   

Zamarła.   
– Co się stało? Usiadł.   
–  Przepraszam,  nie  powinienem  tego  robić.  Kochać  się  z  tobą.  Oszołomiła  mnie  twoja 

uroda, ale nie wolno mi cię wykorzystywać. Zachowałem się egoistycznie.   

Zerwała się na nogi. Była zdezorientowana. W jednej chwili Jake ogarnięty pożądaniem 

background image

trzymają w ramionach, a minutę później odwraca się do niej plecami i mówi, że nie powinien 
jej  oszukiwać!  Jak  mogła  zapomnieć  o  przestrodze  Ursuli?  Że  Jake’owi  nie  chodzi  o  nic 
więcej.   

W  pewnym  sensie  sama  zawiniła,  pozwalając  uwieść  się  tak  szybko.  Czuła,  jak  powoli 

wzbiera w niej gniew. Rzuciła mu wściekłe spojrzenie.   

– Jak mogłeś?! Udawałeś, że mnie pocieszasz, aby wykorzystać sytuację! Świnia! 
– To prawda. – Usiadł na kanapie i ukrył twarz w dłoniach. – Wiem, że postąpiłem podle. 

Nie powinienem był cię dotykać.   

Zapięła bluzkę. Czuła do siebie wstręt za to, że tak łatwo mu uległa.   
– Zgadza się. Jak mogłam się tego nie domyślić? 
– To było silniejsze ode mnie.   
–  Mam  w  to  uwierzyć?  Jestem  po  prostu  jedną  z  wielu  kobiet,  które  wykorzystałeś  i 

rzuciłeś, ponieważ interesuje cię wyłącznie zrobienie kariery.   

–  O  czym  ty  mówisz?  –  Stał  nad  nią  z  twarzą  pociemniałą  gniewem.  –  Zapewne 

współpracownicy nie powinni tego robić, ale nie ma to nic wspólnego z moją karierą. Kto ci 
to powiedział? 

–  Twoja  siostra.  Należało  jej  usłuchać.  Ostrzegła  mnie,  że  złamałeś  już  wiele  serc. 

Posłuchaj, co ci powiem: pomyliłeś się, podejrzewając, że Dan i ja będziemy przeszkodą na 
twojej drodze do sukcesu! 

– Co ty wygadujesz?! 
Lojalność wobec siostry, która tyle przez niego wycierpiała, nie pozwoliła mu wdawać się 

w wyjaśnienia. Nie może powiedzieć Garze, że siostra jest zdolna stanąć między nim i jego 
kobietą, ani że nie chce obarczać Cary odpowiedzialnością za los siostry.   

Położył dłonie na jej ramionach i spojrzał jej prosto w oczy.   
–  Nie  wiesz,  jak  bardzo  bym  chciał,  żeby  było  inaczej.  Postarajmy  się  od  tej  chwili 

ograniczyć nasze kontakty wyłącznie do zawodowych. – Patrzył na nią ze smutkiem.   

– Nie myśl o mnie źle. Musimy spróbować.   
– Jak sobie wyobrażasz tę współpracę? – wybuchnęła.   
– Ta sytuacja nie ma sensu. Nie masz ochoty na bliższe kontakty z koleżanką z pracy, a 

mnie  nie  odpowiada  świadomość,  że  dałam  ci  się  uwieść.  Nie  mam  innego  wyjścia,  jak 
poszukać nowego zajęcia. Gdzieś, gdzie znajdę kolegów godnych zaufania.   

Obrzucili się gniewnymi spojrzeniami, po czym Jake odwrócił się na pięcie i wyszedł, a 

ona zalała się łzami. Jak mógł sprawić jej taki zawód? Zaprowadzić ją na wyżyny rozkoszy, a 
chwilę później odebrać jej to wszystko? 

Otarła  oczy.  Znowu  ten  sam,  koszmarny  scenariusz.  Podobno  doświadczenie  jest 

najlepszym nauczycielem, ona jednak niczego się nie nauczyła i kolejny raz została poniżona.   

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Jake  ponuro  patrzył  w  przestrzeń.  Nawet  nie  zerknął  na  artykuł  w  medycznym 

czasopiśmie, który przed nim leżał. Nie mógł się skupić, ponieważ przez cały czas rozmyślał 
o  tym,  że  upokorzył  Carę,  ostatnią  osobę  pod  słońcem,  której  chciałby  wyrządzić  taką 
krzywdę.   

Myślał  naiwnie,  że  jego  szlachetna  intencja  pocieszenia  jej  ograniczy  się  do  tego,  że  ją 

przytuli. Niestety, uległ  pragnieniu kochania się  z nią oraz złudnej iluzji,  że są sobie pisani. 
Jak gdyby taka przyszłość miała jakiekolwiek szanse.   

Zamknął  pismo.  Postąpił egoistycznie i  musi ponieść konsekwencje.  Cara prawie się do 

niego nie odzywa. Co gorsza, doszły go słuchy, że szuka nowej pracy.   

Brzęczenie interkomu przerwało mu ten wątek.   
– Mamy pacjenta spoza rejonu. Czy przyjmiesz go przed lunchem? – Głos Karen brzmiał 

sucho  i  oficjalnie.  To  dlatego,  że  od  czasu  przykrego  incydentu  z  Cara  Jake  bywał  bardzo 
niemiły dla wszystkich bez wyjątku. Musi się poprawić, bo nawet słodka Karen przestanie z 
nim rozmawiać.   

– Czekam na niego. – Starał się powiedzieć to łagodnym tonem.   
W  drzwiach  stanął  krótko  ostrzyżony  blondyn.  Jake  zerwał  się  zza  biurka  i  niemal 

podbiegł, by go powitać.   

– Chris! Po tylu latach! Ostatni raz widzieliśmy się na stażu! Co robisz w tych stronach? 
–  Byłem  przez  dwa  dni  u  ciotki.  Przyjechałem  na  ryby.  –  Chris  mówił  dziwnie 

niewyraźnie. – Chciałem cię odwiedzić, ale ciotka na moją cześć wystąpiła z oficjalną kolacją 
i zupełnie nie miałem czasu. A teraz jadę na ślub.   

– To znaczy, że nie jest to towarzyska wizyta.   
–  Niestety.  –  Gość  uśmiechnął  się  niepewnie.  –  Potrzebuję  twojej  porady.  Jako 

pulmonolog znam się tylko na klatce piersiowej. Wiem, że powinieneś iść na lunch, ale twoja 
rejestratorka się nade mną ulitowała.   

– Mów, co ci jest.   
–  Mam  niejakie  trudności  z  uśmiechaniem  się  oraz  jedzeniem  –  tłumaczył.  –  Rano  nie 

mogłem otworzyć ust. Teraz też mówię przez zęby. Od dziecka ostrzegano mnie, że dostanę 
szczękościsku, bo za dużo gadam.   

–  To  jest  bardzo  bolesne  –  współczuł  mu  Jake.  –  Zapewne  masz  lekkie  zwichnięcie 

szczęki.   

– Dysfunkcja stawu skroniowo-żuchwowego? 
– Otóż to. Zaordynujemy ci valium i coś przeciwzapalnego.   
– Nareszcie będę mógł jeść i porządnie spać.   
– Idź do dentysty, który na pewno coś ci doradzi, żeby to się nie powtórzyło. – Jake podał 

koledze receptę. – Dawno się nie widzieliśmy. Domyślam się, że masz już żonę i dzieci...   

– Jasne. Śliczną trójeczkę. Do tej pory nie mogę się nadziwić, jak udało  mi się znaleźć 

taki skarb jak Jenny. A ty? Tylko nie mów, że nadal jesteś wolnym strzelcem.   

background image

– Niestety. Ciągle jestem kawalerem i chyba tak już pozostanie.   
– Wszyscy myśleliśmy, że ty pierwszy założysz rodzinę! 
– Nie bardzo umiem postępować z kobietami.   
Chris  przyjrzał  mu  się  uważnie,  jakby  wyczuł,  że  dotknął  czułej  struny,  więc  zmienił 

temat.   

– Co słychać u Ursuli? Pamiętam, że gdy byliśmy na stażu, została paskudnie napadnięta.   
–  Od  tej  pory  stała  się  mało  towarzyska.  Odmówiła  poddania  się  operacji  plastycznej, 

mimo że usilnie starałem się ją na to namówić.   

– Przekaż jej pozdrowienia ode mnie. – Chris wstał i podał dłoń Jake’owi. – Dzięki. Przy 

następnym spotkaniu chcę cię widzieć zaobrączkowanego. Pamiętaj, tempus fugit. Odezwę się 
– rzekł na koniec i zamknął za sobą drzwi.   

To  prawda,  że  czas  ucieka,  pomyślał.  Siedzi  tu  od  pięciu  lat.  Przez  ten  czas  Chris  się 

ożenił i spłodził troje dzieci. Czy za kolejne pięć lat on, Jake, nadal będzie kawalerem, który 
mieszka z siostrą w Ballranoch? 

Zirytowany  zerwał  się  ze  swego  miejsca  za  biurkiem  i  wyszedł  na  korytarz,  gdzie 

przystanął  pod  drzwiami  Cary.  Wejdzie  i  powie  jej,  że  ją  kocha,  że  nie  obchodzą  go  różne 
zmartwienia związane z siostrą! 

Już chciał zapukać, gdy naszła go inna myśl. Przecież ona nie chce go znać! 

W tej samej chwili drzwi się otworzyły i stanęła w nich Cara.   
– Przepraszam. – Minęła go i ruszyła w stronę Karen. – Powiedz przedstawicielowi firmy 

farmaceutycznej, że za parę minut będę gotowa iść z nim na lunch. I pamiętaj, że dzisiaj mam 
wolne popołudnie. Nareszcie trochę odpocznę.   

– Czeka cię coś przyjemnego? – zapytała Karen.   
– Idę z Danem na plażę. Będziemy puszczać latawca.   
– Uważaj, żeby was nie zwiało do morza.   
Cara przysiadła na jednym z foteli, trzymając się za brzuch.   
– Co się stało? – zaniepokoiła się pielęgniarka.   
–  Nic,  nic.  Bolesny  okres.  Nie  warto  się  przejmować.  Wezmę  coś  przeciwbólowego  i 

naciągnę tego farmaceutę na porządny lunch.   

 

Pełną  piersią  wdychała  ostre  morskie  powietrze.  Od  dawna  tego  potrzebowała.  Czując 

przypływ  nowej  energii,  obiecała  sobie,  że  teraz,  gdy  pogoda  nieco  się  poprawiła,  zacznie 
ćwiczyć. To też powinno złagodzić bolesność miesiączek.   

– Trzymaj, synku, tego latawca. Dan puścił się pędem w stronę plaży.   
Cara  tymczasem  omiotła  wzrokiem  zapierający  dech  w  piersiach  widok.  Za  dwa,  trzy 

tygodnie  wszystkie  wzgórza  utoną  w  żółtej  powodzi  janowca.  Podniosła  dumnie  głowę: 
wbrew temu podłemu doktorowi Donahue będzie z optymizmem patrzyła w przyszłość.   

Nie mogła zaprzeczyć, że było w tym trochę jej winy.   

Nie  posłuchała  przestróg  Ursuli.  Więc  teraz,  upokorzona  przez  niego,  musi  o  nim 

zapomnieć. Musi myśleć o przyszłości Dana oraz o tym, jak mu ją zapewni.   

Patrzyła  na  synka.  Jakie  to  szczęście,  że  ma  takie  zdrowe  i  pogodne  dziecko,  które 

background image

rekompensuje jej wszystkie niepowodzenia w innych sferach życia.   

Dan zatrzymał się przy kimś, kto siedział na piasku. Zewsząd zjeżdżali się tutaj malarze 

zauroczeni  tą  częścią  wybrzeża,  gdzie  góry  schodziły  prosto  do  morza,  uwydatniając 
malowniczy kontrast odcieni nieba i ziemi. Przed kobietą stała sztaluga. Dan prowadził z nią 
ożywioną  rozmowę.  W  pewnej  chwili  najwyraźniej  powiedział  coś  zabawnego,  ponieważ 
kobieta roześmiała się głośno, odrzucając do tyłu głowę.   

Cara uśmiechnęła się. Wiedziała, jaki jej synek potrafi być zniewalający.   
– Dan, nie przeszkadzaj! – zawołała, biegnąc w ich stronę. – Nie przeszkadzaj pani.   
Oboje odwrócili się w jej kierunku. Cara spojrzała z zaskoczeniem na Ursulę.   
– Doktor Mackenzie! Jeśli to twój smyk, to wcale mi nie przeszkadza. Przyznam nawet, 

że czasami warto czegoś dowiedzieć się o swoich obrazach – dodała nieco surowym tonem. – 
On niczego nie owija w bawełnę. Powie

dział, że moje kolory są zabawne.   

Dan patrzył jej prosto w oczy.   
– Ale mi się podobają. Ten obraz jest bardzo ładny. – Ściągnął brwi i przyłożył pulchną 

rączkę do jej pooranego bliznami policzka. – Skaleczyłaś się? Czy to cię boli? 

Cara zamarła. Nie mogła go skarcić. Ursula na pewno zdaje sobie sprawę z tego, że takie 

małe dziecko nie zamierzało sprawić jej przykrości. Z niepokojem czekała na reakcję.   

Ursula  poczerwieniała.  Przyglądała  się  Danowi  uważnie,  po  czym  ujęła  jego  maleńką 

dłoń.   

– Nikt mnie nigdy o to nie pytał. Dorosłych nie stać na taką szczerość... chociaż wiem, co 

myślą. Czasami mnie to boli, jak jest zimno. Ale już się przyzwyczaiłam.   

Cara nie mogła nie zauważyć, że Ursula przemawiała do dziecka znacznie łagodniejszym 

tonem.   

– Masz na imię Dan, prawda? Umiesz malować? Chłopiec przytaknął.   
–  Maluję  obrazki  dla  dziadka.  On  je  ustawia  w  swojej  sypialni.  Powiedział,  że  zaprosi 

dużo  ludzi,  żeby  je  obejrzeli.  –  Uśmiechnął  się  uwodzicielsko  do  Ursuli.  –  Ty  też  możesz 
przyjść.   

– Dziękuję za zaproszenie. Bardzo bym chciała obejrzeć twoje obrazki.   
Dan  już  stracił  zainteresowanie  malarstwem.  Podrzucił  latawca,  który  opadł  na  piasek. 

Cara poprawiła mu kurtkę.   

– Rozwiń sznurek i zacznij biec. Za chwilę ci pomogę.   
Ursula z wyraźnym zainteresowaniem obserwowała jego wysiłki.   
–  Słodki  –  powiedziała  półgłosem.  –  Czasami  przypomina  mi  małego  Jake’a...  – 

Przeniosła wzrok na Carę. – Nieczęsto widuję dzieci – tłumaczyła się, jakby speszona.   

– Dan jest moim promyczkiem – powiedziała Cara. – Mogę obejrzeć obraz? 
Oniemiała,  zachwycona  ostrością  barw  oraz  złudzeniem  głębi,  która  wchłaniała 

oglądającego w głąb pejzażu.   

– Ursulo... Pierwszy raz widzę coś tak pięknego. Twój brat mówił mi, że malujesz, ale nie 

wiedziałam, że masz taki wielki talent. Powinnaś wystawiać te obrazy.   

– Kogo by to interesowało – prychnęła Ursula.  – Poza tym  maluję dla siebie, a nie dla 

innych.   

background image

– Oglądanie takich pejzaży to sama przyjemność. Nawet dla ludzi, którzy nie znają tych 

okolic.   

Cara wpatrywała się uważnie w twarz Ursuli.  Zapewne siostra Jake’a chciała dać jej do 

zrozumienia,  że  wystawiając  swe  obrazy  na  widok  publiczny,  naraziłaby  na  ten  widok 
również siebie. A nie życzyła sobie, by ktokolwiek na nią patrzył.   

–  Tutaj  jest  mnóstwo  malarzy.  Po  co  zaśmiecać  rynek  kolejną  wersją  tego  samego 

widoku? 

–  Twoje  obrazy  są  inne.  To  jest  bardzo  indywidualna  interpretacja.  Pokazywałaś  je 

komuś, oprócz brata? 

–  Nie  –  ucięła  Ursula.  –  I  nie  zamierzam  nimi  handlować.  –  Zmieniła  temat.  –  Jake 

powiedział, że szukasz pracy. Źle się wam razem pracuje? 

– Wolałabym mieć zastępstwo. Mogłabym wtedy więcej czasu spędzać z Danem.   
– Rozumiem. Ale zostaniesz u nas? 
– Na razie nie mogę zostawić ojca. Poza tym jestem przywiązana do tego miejsca, ale jak 

nic się dla mnie nie znajdzie w okolicy, przeniosę się do miasta. Najchętniej zostałabym tu do 
końca moich dni.   

Może się jednak okazać, że znalezienie nowego sposobu na życie w tej okolicy wcale nie 

będzie takie łatwe. Ponieważ będzie tutaj również Jake Donahue.   

– Mama! Mama! – Dan wymachiwał rączkami. – Chodź tu. Pomóż mi.   
– Zdaje się, że jesteś niezastąpiona – zauważyła Ursula, uśmiechając się ciepło.   
Cara  szła  w  stronę  chłopca,  rozważając  nowy  pomysł.  Nie  jest  twórcą,  ale  zna  się  na 

sztuce,  a  to,  co  przed  chwilą  oglądała,  to  bardzo  dobre  malarstwo.  I  na  pewno  te  obrazy 
znalazłyby wielu nabywców.   

W  konsekwencji  odniesionych  obrażeń  Ursula  zamknęła  się  w  sobie.  Może  nabrałaby 

większej pewności siebie, gdyby uświadomiła sobie, jak wspaniale maluje.   

Dla takiej utalentowanej i nieśmiałej osoby warto zrobić coś dobrego, bez względu na to, 

że jej brat okazał się podły.   

Wzięła z ziemi latawca i wysoko go uniosła.   
– Biegnij teraz jak najszybciej. Zobaczymy, jak wysoko się wzniesie! 
Parę  dni  później  złożyła  wizytę  Peterowi  Dunne’owi,  który  mieszkał  na  drugim  końcu 

miasteczka.  Przed  jego  domkiem  pysznił  się  pedantycznie  utrzymany  ogród,  a  nad  samymi 
drzwiami pochylał się krzak róży. Zapewne ten sam, który jakiś czas temu tak boleśnie ukłuł 
go w palec.   

Czekając,  aż  Peter  otworzy  drzwi,  zastanawiała  się,  jak  zareaguje  na  jej  propozycję 

dotyczącą obrazów Ursuli.   

Staruszek niepomiernie się ucieszył z jej wizyty.   
– Przyjechałaś po obraz. Zmieniłem ramę, jak prosiłaś. Na pewno będzie się wspaniale 

prezentował w waszym salonie. Ojciec już wie? 

–  Jeszcze  nie.  Czekam,  aż  będą  jego  urodziny.  Będzie  wniebowzięty.  Ale  jestem  tu  w 

jeszcze innej sprawie. Czy zna pan Ursulę Donahue? 

– Siostrę doktora? Wiem, o kim mówisz, ale niewiele z nią rozmawiałem. Mam wrażenie, 

background image

że woli być sama.   

– Czy mógłby mi pan pomóc przekonać ją, by wystawiła swoje obrazy? 
– Oczywiście. Byłem u nich w domu jeden raz. Zawoziłem jakiś swój obraz. Przy okazji 

zobaczyłem jej prace. Wybitne. Nacechowane ogromnym indywidualizmem.   

– Otóż to! Odnoszę wrażenie, że ona nie zdaje sobie sprawy, że ma talent i uważam, że 

pokazanie  tych  prac  wyszłoby  jej  na  dobre.  Przestałaby  być  „siostrą  doktora”.  Jake 
powiedział mi kiedyś, że pan chętnie promuje miejscowych artystów.   

– Bardzo bym  chciał  ją do tego przekonać, ale jak? Na pewno wolałaby nie ściągać na 

siebie uwagi ani publicznie się pokazywać.   

– Można by to załatwić okrężną drogą. Wiem na przykład, że nasz szpital zbiera środki na 

nowy  sprzęt  diagnostyczny.  Ojciec  też  chciałby  się  do  tego  przyczynić.  Pomyślałam,  że 
można by zorganizować wystawę w szpitalu. I namówić Ursulę do wzięcia w niej udziału.   

– Słusznie. Może byłoby jej łatwiej pokazać się publicznie, gdyby wiedziała, że przyczyni 

się  to  do  szlachetnego  celu.  Sądzę,  że  wielu  kolegów  malarzy  chętnie  odda  część  swoich 
honorariów.   

–  Czy  zechciałby  pan  wyjaśnić  to  Jake’owi?  –  prosiła.  –  Może  uda  mu  się  nakłonić 

Ursulę.   

– Z przyjemnością. Ale czy to nie ty powinnaś się tym zająć? 
– Pan wie, jak to się załatwia, a ja nie mam o tym zielonego pojęcia. Poza tym pan się na 

tym zna. Jake pana posłucha. Powiem szczerze: nie chcę się w to angażować. Wolałabym też, 
żeby Jake myślał, że pomysł wyszedł od pana.   

– Zrobię, co mogę – obiecał staruszek.   
Ursula na pewno inaczej by się czuła, gdyby miała własne osiągnięcia, pomyślała Cara po 

drodze.  Przestałaby  żyć  w  cieniu  brata.  Życie  siostry  ambitnego  mężczyzny  musi  być 
niełatwe. Nic dziwnego, że jest taka nieśmiała.   

Jeśli  uda  się  to  wszystko  zorganizować  bez  jej,  Cary,  udziału,  uniknie  konieczności 

kontaktowania się z Jakiem! 

Zerknęła na zegarek. Jeszcze tylko jedna wizyta domowa. U osiemdziesięciopięcioletniej 

pacjentki,  Nellie  Parsons,  którą  rano  odwiedziła  pielęgniarka  środowiskowa.  Cara  zdążyła 
polubić  tę  pogodną  starowinkę.  W  ciągu  dnia  poprosiła  jej  młodszą  siostrę,  by  do  niej 
przyjechała.   

Otworzyła jej Beattie. Miała bardzo zirytowaną minę.   
–  Aż  mi  wstyd  panią  zapraszać  do  środka.  Podejrzewam,  że  Nellie  nie  robiła  tu 

porządków ani niczego nie wyrzucała, od kiedy skończyła się wojna. Jak tak można?! 

Z pokoju obok rozległ się cienki głosik.   
– Beattie, ja wszystko słyszę. Nie podoba ci się mój porządek! Ty stara obłudnico, dobrze 

wiesz, że pani doktor jest u mnie co tydzień, więc zdążyła się już do tego przyzwyczaić.   

Cara  opanowała  uśmiech,  przeciskając  się  między  stertami  pism  i  kartonami 

zaścielającymi podłogę. Siostry zawsze się sprzeczały, ale nie było wątpliwości, że bardzo się 
kochają.   

–  Dobry  wieczór  –  powitała  staruszkę.  –  Przyjechałam  panią  zbadać,  ponieważ 

background image

doniesiono mi, że coś panią pobolewa oraz że ma pani kłopoty z wypróżnieniem. – Popatrzyła 
na nią groźnie. – Czy dużo pani pije, tak jak zaleciłam? 

–  Nic  nie  pije  –  wtrąciła  się  Beattie.  –  Jest  uparta  jak  osioł.  Kazała  jej  pani  pić  osiem 

szklanek wody dziennie, ale jak nie dostanie whisky, to nic nie pije.   

– Ohydne kłamstwo! – zaprotestowała Nellie, po czym obydwie zaczęły chichotać.   
–  Nie  jestem  pewna,  czy  osiem  szklanek  whisky  komukolwiek  zrobiłoby  dobrze  – 

zażartowała  Cara.  –  Zmierzę  pani  ciśnienie  i  pobiorę  krew  do  badania.  To  nam  powie  całą 
prawdę o pani. Na przykład, czy jest pani odwodniona lub czy ma pani anemię.   

Nellie podała jej ramię.   
– Jak się miewa pani tatuś? Stęskniłam się za nim. Przyjaźnił się z moim Bertem. Często 

wychodzili  razem  do  ogródka  na  fajkę.  –  Uśmiechnęła  się.  –  To  wcale  nie  znaczy,  że  nie 
cieszę  się,  kiedy  pani  do  mnie  przychodzi,  albo  ten  przecudny  doktor  Donahue.  Miałabym 
ochotę go schrupać! 

Cara odwinęła mankiet ciśnieniomierza.   
– Niech pani uważa, on jest kawalerem! Staruszki parsknęły śmiechem.   
–  O,  jest  mnóstwo  dziewcząt,  które  chętnie  by  się  nim  zajęły,  ale  jeśli  on  ma  jakąś 

ukochaną,  to  dobrze  to  ukrywa  –  dodała  Beattie  tonem  osoby  wszystkowiedzącej.  –  Moim 
zdaniem, ta jego siostra jest mu kamieniem u szyi.   

Cara zanotowała ciśnienie starszej pani.   
–  Nigdy  nie  miał  dziewczyny?  –  rzuciła  obojętnym  tonem.  –  Słyszałam,  że  miał  pełno 

przyjaciółek, ale z żadną długo nie chodził.   

–  Gdybym  dostała  go  w  swoje  ręce,  łatwo  bym  go  nie  wypuściła.  Niczego  mu  nie 

brakuje: przystojny, miły, solidny – rozmarzyła się Nellie.   

– Mogłabyś być jego prababką – przycięła jej siostra, puszczając oko do pani doktor.   
Cara  uśmiechnęła  się  blado.  Co  sprawia,  że  Jake  Donahue  u  wszystkich  cieszy  się  taką 

doskonałą  opinią?  Wszyscy  go  kochają,  od  jej  syna  do  osiemdziesięciopięcioletniej  pani 
Parsons. Dlaczego tylko ona ma go za skończonego łajdaka? 

Nagle ogarnęło ją przejmujące poczucie straty. Zbyt wiele oczekiwała.   

Spakowała swoje rzeczy.   
–  Jutro  zajrzy  do  pani  pielęgniarka,  a  niedługo  będą  wyniki  badań.  Proszę  dużo  pić. 

Powtórzyłam też receptę na środek przeciwbólowy, na artretyzm.   

Na odjezdnym pomachała obu kobietom, które stały w oknie. Mają szczęście, że są dwie, 

mimo że nie mieszkają razem.   

Było  już  prawie  wpół  do  szóstej,  pora  zabrać  Dana  z  przedszkola.  Ból  brzucha  ustał. 

Podczas służbowego lunchu nie miała jednak większego apetytu, więc teraz umierała z głodu. 
Powetuje to sobie wieczorem, zajadając się smakowitą zapiekanką Annie.   

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

W  normalnej  sytuacji,  gdyby  nie  ten  nasilający  się  z  każdą  minutą  ból  w  dole  brzucha, 

Cara potrafiłaby zdobyć się na współczucie wobec ubranej jak spod igły pani Hunter. Teraz 
jednak nie była w stanie skoncentrować się na problemie zaniepokojonej matki.   

– Co pani mówi?! – spytała kobieta piskliwym głosem. – Po prostu nie wierzę, żeby moja 

Rebecca miała coś tak paskudnego jak liszajec! Myślałam, że te strupki pod włosami to ospa 
wietrzna.   

Przestraszona dziewczynka popatrzyła na lekarkę spoza okularków w drucianej oprawce.   
– Czy pośle mnie pani do szpitala? – zapytała, drapiąc się w głowę.   
Cara zmusiła się, by zignorować ból, i uśmiechnęła się do dziewczynki.   
– Ależ skąd. Przepiszę ci lekarstwo.   
– To wszystko przez tę szkołę! – oburzyła się jej wstrząśnięta do głębi matka. – Przyjęto 

tam  takie  podejrzane  osoby...  One  chyba  nigdy  się  nie  myją.  Od  mojej  córki  wymagam 
absolutnej czystości.   

– Podejdź do mnie, dziecko – powiedziała Cara łagodnym głosem. – Pokaż mi głowę.   
Pani Hunter podniosła oczy ku niebu.   
– Proszę mi tylko nie mówić, że ten liszajec jest również pod włosami.   
Cara sięgnęła do szuflady po gęsty grzebień i przeciągnęła nim po włosach dziewczynki.   
–  O!  –  rzuciła  z  nieskrywanym  zadowoleniem.  –  Tu  jest  gnida.  Jeśli  są  gnidy,  to  są  i 

wszy. To one są przyczyną stanu zapalnego.   

–  Gnidy?!  Nie  daj  Boże!  –  Kobieta  z żalem  popatrzyła  na  piękne,  gęste  włosy  córki.  – 

Czy to  znaczy,  że trzeba ją ostrzyc? Tak się robiło za moich czasów.  Ale w naszej  rodzinie 
nie było wszy – zastrzegła się pospiesznie.   

–  Zapewniam  panią,  że  wszy  nie  zalęgły  się  dlatego,  że  córka  nie  przestrzega  zasad 

higieny.  I wcale nie trzeba ścinać jej włosów  – tłumaczyła  cierpliwie.  –  To,  że Rebecca ma 

wszy, nie ma nic wspólnego z brudem. Wszom jest obojętne, czy włosy są brudne, czy czyste. 

Prawdopodobnie maje cała klasa. Swędzenie prowokuje do drapania i przez te malutkie ranki 

dochodzi do infekcji bakteryjnej. Nie ma żadnego powodu do wstydu.   

Pani Hunter poprawiła się na krześle.   
– Obrzydliwość! – prychnęła. – Na pewno nikomu o tym nie powiemy.   
Cara westchnęła. Ból stale się wzmagał. Gdy tylko będzie miała chwilę czasu, pójdzie do 

lekarza.   

– Aby się ich pozbyć, należy zaraz po umyciu wyczesywać je z mokrych włosów. Przede 

wszystkim  najpierw  pójdą  panie  do  apteki,  gdzie  farmaceuta  wyda  stosowny  płyn  do 
smarowania głowy. Och! 

– Czy coś pani dolega, pani doktor? – zaniepokoiła się matka Rebeki.   
Cara zacisnęła zęby.   
–  Nie,  nie.  Nic  mi  nie  jest.  Jak  już  powiedziałam,  trzeba  będzie  pójść  do  apteki  w 

Ballranoch...   

background image

Kobieta zacisnęła wargi.   
– Za nic w świecie nie przyznam się przed aptekarzem do wszy ani liszai. On jest naszym 

sąsiadem! Pojadę do sąsiedniego miasteczka.   

Wstała,  obrzucając  Carę  nienawistnym  spojrzeniem,  jakby  to  ona  przyczyniła  się  do 

powstania tego wstydliwego problemu.   

– Dziękujemy. Chodź, dziecko. Musimy jak najprędzej pozbyć się tych... pasożytów.   
Gdy  wyszły,  Cara  westchnęła  z  ulgą.  Powinna  zażyć  coś  przeciwbólowego,  zanim 

zacznie się spotkanie, które za kilka minut odbędzie się w jej pokoju.   

Przez  chwilę  siedziała  bez  ruchu,  starając  się  pokonać  ból,  lecz  nagle  szarpnął  nią  tak 

silny atak, jakby dostała kopniaka w brzuch. Poczuła, że pot wystąpił jej na czoło. Co się z nią 

dzieje? 

Sięgnęła  po  szklankę  z  wodą,  która  stała  na  biurku.  Za  moment  wejdą  tu  Jake,  Sheena, 

fizjoterapeutka  i  kierowniczka  przychodni,  aby  omówić  budżet  na  najbliższe  pół  roku  oraz 

priorytety, które w tym okresie należy zrealizować. Zamknęła oczy. Nie wytrzyma tego! 

Znowu chwyciła się za brzuch, ponieważ ponownie owładnął nią paroksyzm potwornego 

bólu.  Co  gorsza,  poczuła  mdłości.  Otępiała  podniosła  się  z  krzesła,  lecz  w  tej  samej  chwili 

osunęła się na podłogę. Wydawało się jej, że wszystkie ściany się zakołysały.   

 
–  Co  ty  na  to,  Ursulo?  Odmówisz  pomocy  szpitalowi?  Wiem,  że  jesteś  bardzo 

przywiązana  do  tych  obrazów,  ale  dzięki  wystawie  szpital  zbierze  fundusze  na  niezbędny 
sprzęt.   

Jake urwał na chwilę, by obserwować, jak jego siostra zareaguje na propozycję pokazania 

swoich prac. Patrzył jej w twarz. Na widok blizn po raz kolejny poczuł wyrzuty sumienia na 

myśl, ile przez niego wycierpiała.   

Ursula kręciła głową z powątpiewaniem.   
– No... nie wiem. Nie mam ochoty spotykać się z tłumami ludzi. Kto jest organizatorem? 
– Peter Dunne. Kiedyś go poznałaś. Jak wiesz, on też maluje. Włożył bardzo dużo energii 

w przygotowania, ale obawia się, że nie uda mu się zebrać optymalnej liczby wystawiających.   

– Może... gdybym nie musiała się tam pokazywać... – W jej głosie brzmiała niepewność. 

– Chyba mogę się zgłosić... skoro cel jest taki zbożny, a im brakuje obrazów.   

Jake rozpromienił się.   

Od  wielu  lat  Ursula  nie  odważyła  się  na  tak  ryzykowny  krok  jak  pokazanie  swoich 

obrazów.  Będzie  teraz  miała  zajęcie.  Musi  przecież  wybrać  obrazy  oraz  zadecydować,  jak 
mają być eksponowane.   

– Fantastycznie! – ucieszył się Jake. – Niczym się nie przejmuj. Jak już coś wybierzesz, 

powiesz mi, jak mają wisieć, i ja się tym zajmę.   

– Mógłby to być pejzaż morski, ten z górami w tle – zastanawiała się Ursula na głos. – 

Ten,  który  malowałam  na  plaży,  kiedy  przyszła  tam  ta  doktor  Mackenzie  z  synkiem.  Ten 
mały  jest  niezwykły.  –  Uśmiechnęła  się,  zamyślona.  –  Prosto  z  mostu  powiedział  mi,  co 
myśli. Tak jak ty, kiedy byłeś mały.   

– Fajny jest, prawda? Gordon Mackenzie odżył, od kiedy Dan pojawił się w jego życiu.   

background image

Ursula uniosła brwi.   
–  Bardzo  się  zmartwi,  kiedy  się  dowie,  że  Cara  rozważa  możliwość  wyjazdu  z 

Balłranoch.   

Jake odstawił filiżankę, szeroko otwierając oczy.   
– Co takiego? Chyba nie zamierza się wyprowadzić? Już wkrótce? 
– Zrozumiałam, że jak ojciec stanie na nogach oraz jeśli znajdzie warunki, które będą jej 

odpowiadały.   

Wstał, po czym na moment wbił wzrok w podłogę.   
–  Muszę  wracać  do  przychodni.  –  Uśmiechnął  się  sztucznie.  –  Za  parę  minut  mamy 

zebranie. Zawiadomię Petera, że weźmiesz udział w wystawie. Na pewno bardzo się ucieszy.   

Gdy  zjeżdżał  ze  wzgórza  do  miasteczka,  przez  jego  umysł  przebiegały  setki  myśli.  Nie 

mógł wprost uwierzyć, że sprawy przybrały aż taki obrót, ze Cara postanowiła przeprowadzić 
się gdzie indziej.   

Od czasu wizyty Chrisa nieraz myślał o swoim życiu, o tym, jak czas przecieka mu przez 

palce.  Tak,  ma  dług  wdzięczności  wobec  siostry,  ale  jemu  samemu  też  należy  się  odrobina 
szczęścia! 

U stóp wzgórza z piskiem opon skręcił w drogę prowadzącą do przychodni. Cara uznała, 

że ją zwodzi, ponieważ cierpi na przerost ambicji i nie chce z nikim się wiązać, a ona i Dan 
uniemożliwią  mu  zrobienie  wielkiej  kariery.  Chociaż  to  nieprawda,  ona  jest  o  tym 
przekonana.   

Utrzymywał dystans z różnych powodów, ale ten do nich się nie zaliczał. Kochał tę pracę 

i ten region. Od dawna marzył o tym, żeby tu osiąść i z czasem założyć rodzinę.   

I oto po tylu latach w jego życiu pojawiła się Cara. Jak głupiec dał się zniewolić poczuciu 

obowiązku wobec Ursuli, ponieważ nie widział możliwości zagwarantowania Carze tego, na 
co zasłużyła.   

A  teraz  dowiaduje  się,  że  ona  chce  opuścić  te  strony.  Wyskoczył  z  samochodu,  głośno 

trzaskając drzwiami.   

Wielkimi krokami wszedł do recepcji po swoje dokumenty potrzebne na zebranie.   
– Wszyscy już są? – zapytał Karen.   
– Na razie jest tylko Cara. Skończyła już przyjmowanie pacjentów, więc możesz do niej 

wejść. Zaraz przyniosę kawę.   

Ruszył w stronę jej gabinetu, otworzył drzwi i stanął w progu jak wryty.   
– Co się dzieje? 
Cara leżała skulona na podłodze i cicho jęczała.   
– Co ci jest? Gdzie cię boli? 
Przykląkł obok niej i odgarnął jej włosy z twarzy. Drugą ręką badał puls.   
– Od kiedy tak cię boli? 
– Od rana. Z przerwami. Nie mogę oddychać, tak boli. Jakby mnie ktoś  dźgał nożem – 

wyszeptała. Odwróciła się na plecy. – Dzieje się coś bardzo niedobrego, Jake. Z prawej strony 
podbrzusza... Potworny ból... Na czoło wystąpiły jej krople potu.   

– Już dobrze. Jestem przy tobie – przemawiał do niej spokojnym, opanowanym głosem. – 

background image

Zabieram cię do szpitala. Sheena pojedzie z nami. Zaraz zadzwonię do izby przyjęć.   

Zamknęła oczy i słabo przytaknęła. Patrzył na jej pobladłą twarz, ściągnięte bólem rysy, 

długie rzęsy i kasztanowe włosy, rozrzucone na podłodze. Serce mu się ścisnęło. W ułamku 
sekundy, jakby ktoś nagle przetarł zakurzone lustro, doznał olśnienia.   

Po  raz  pierwszy  wszystkie  inne  sprawy  rozpłynęły  się  w  tle.  Czyżby  miał  ją  stracić, 

akurat wtedy gdy nareszcie pojął, że ona jest jego największym skarbem? Ze on jej pragnie, 
potrzebuje? 

Nie mógł się pohamować. Pochylił się i pocałował wilgotne czoło Cary.   
– Nie martw się, będzie dobrze, moja droga – szepnął do niej czule.   
Gwałtownie  nacisnął  guzik  interkomu  na  jej  biurku.  Zauważył,  że  ręce  trzęsą  mu  się  w 

sposób  zdecydowanie  nieprofesjonalny.  Usilnie  wyliczał  w  myślach  wszystkie  możliwe 

przyczyny cierpienia Cary.   

– Karen! Przyjdź tu i posiedź z nią. Mamy nagły przypadek. Ostry ból w jamie brzusznej. 

Dzwonię do szpitala.   

Karen  z  przerażeniem  popatrzyła  na  Carę,  po  czym  przyklękła  obok  niej  i  wzięła  ją  za 

rękę.   

Do Cary jak przez mgłę docierał ostry ton Jake’a, który już połączył się ze szpitalem.   
– Mówi Jake Donahue z przychodni w Ballranoch. Zaraz przywiozę doktor Mackenzie. 

Nagły przypadek. Ostry ból w okolicach prawej pachwiny. Podejrzewam zapalenie wyrostka 
robaczkowego lub problem z jajnikiem. Będziecie gotowi, jak przyjedziemy za pół godziny? 

Jake  i  Sheena  czekali  w  kuchence  dla  personelu  izby  przyjęć.  Zaprowadziła  ich  tam 

siostra Sheeny, która również była pielęgniarką.   

Sheena  siedziała  na  krześle  i  spokojnie  sączyła  herbatę,  Jake  natomiast  zachowywał  się 

jak lew w klatce.   

– Dlaczego nikomu nie powiedziała, że od kilku dni źle się czuje? – pytał zdenerwowany. 

– Ignorowanie takiego bólu w jamie brzusznej to czysta głupota! Każdy normalny człowiek 
zaraz by poszedł do lekarza. To mogło być pęknięcie wyrostka, blokada jelit...   

–  Nie  panikuj,  Jake.  Już  ją  zabrali  na  rezonans,  już  pobrali  jej  krew,  więc  za  chwilę 

wszystkiego  się  dowiemy.  Poza  tym  jest  w  dobrych  rękach.  –  Sheena  klepnęła  sąsiednie 
krzesło. – Usiądź, napij się kawy i odpręż.   

Mruknął  coś  pod  nosem,  ale  posłusznie  przysiadł  na  brzeżku  krzesła  i  wziął  od 

pielęgniarki kubek z kawą.   

Otworzyły się drzwi i do pomieszczenia wszedł niski, łysiejący mężczyzna w okularach. 

Jake zerwał się z miejsca, upuszczając kubek na podłogę.   

–  Co  to  jest,  Barney? Jakie  jest  rozpoznanie?  Barney  Woolerton,  lekarz  z  izby  przyjęć, 

uśmiechną się półgębkiem.   

– Niestety, jest to klasyczna duża, skręcona torbiel jajnika. Będziemy operować. Najpierw 

obejrzy  ją  nasza  ginekolog  Connie  Brown.  Podejrzewa,  że  może  to  być  torbiel  krwawicza. 
Wygląda na to, że coś tam krwawi.   

– Kiedy zabieracie ją na salę? – zapytał Jake.   
– Jak najszybciej. Może wiecie, kiedy jadła ostatni raz? Sheena uśmiechnęła się.   

background image

–  Tak  się  składa,  że  wiem  to  bardzo  dokładnie.  Przyjechała  rano  do  pracy  w  ostatniej 

chwili.  Powiedziała,  że  nie  zdążyła  zjeść  śniadania.  O  dziewiątej  rano  zaniosłam  jej  do 
gabinetu kawę.   

Barney zerknął na zegarek.   
–  Prawie  sześć  godzin  temu.  Można  już  podać  znieczulenie.  To  znaczy,  że  zaraz 

weźmiemy ją pod nóż.   

Jake skrzywił się.   
–  Daruj  sobie  tę  obrazowość.  Lepiej  weź  się  do  pracy.  Wybiegając  za  Barneyem  na 

korytarz, nerwowo przeciągnął palcami po włosach.   

– Czy zrobiliście jej wszystkie badania? Barney przystanął i poklepał go po ramieniu.   
– Uspokój się, stary. Wszystko jest w porządku. Ma niewielki częstoskurcz, ale ciśnienie 

w  normie.  Sto  dziesięć  na  siedemdziesiąt.  Nie  denerwuj  się.  –  Popatrzył  na  Sheenę,  która 
stanęła u boku Jake’a. – Zabierz go na lunch – zaproponował. – Dobrze mu to zrobi.   

Cara przeciągnęła się ostrożnie. Rana na brzuchu ciągle ją bolała, ale przeszywający ból 

w  środku  ustał.  Chociaż  minęło  zaledwie  parę  dni  od  niespodziewanej  operacji,  czuła  się 
wyjątkowo dobrze.   

Teraz  wydawało  się  jej,  że  cała  sprawa  była  tylko  koszmarnym  snem.  Ostatnie,  co 

zapamiętała, to szorstkość marynarki Jake’a, gdy na rękach wniósł ją do samochodu i ułożył 
na tylnym siedzeniu, by zawieźć ją do szpitala.   

Zaczerwieniła się. Wolałaby, żeby akurat Jake nie oglądał jej w takiej krępującej sytuacji, 

ponieważ co gorsza, w samochodzie dopadły ją mdłości.   

Popatrzyła  za  okno  i  poczuła,  że  ogarnia  ją  smutek.  Może  jest  to  jedynie  depresja 

pooperacyjna, ale odniosła wrażenie, że już nic jej w życiu nie czeka.   

Poczucie  straty,  nieobce  jej  wcześniej,  ponownie  dało  o  sobie  znać.  Wróciła  do 

Bałlranoch pełna nadziei. Pogodziła się z ojcem. Myślała również, że w ten sposób zapewni 
Danowi  lepsze  życie.  Na  dodatek  spotkała  ją  przyjemna  niespodzianka  –  fascynacja 
wspaniałym Jakiem Donahue! 

To  coś  więcej  niż  fascynacja,  przyznała  w  duchu.  Nie  ma  co  ukrywać,  po  prostu 

zakochała się w nim.   

Nic  z  tego  nie  wyszło.  Łudziła  się,  że  ze  strony  Jake’a  to  uczucie  poważniejsze  niż 

zauroczenie, lecz się przeliczyła. W przychodni, w której pracują dwie osoby, nie ma miejsca 
na pogmatwane układy. Kiedy nabierze sił, co zapewne nastąpi już wkrótce, rozejrzy się za 
nowym miejscem.   

Rozczuliła  się  nad  sobą,  do  oczu  napłynęły  jej  łzy.  To  już  nie  pierwszy  raz  zaczęła  od 

nowa,  po  czym  wszystko  z  hukiem  się  zawaliło.  Otuliła  się  szczelniej  prześcieradłem  i 
pogrążyła w ponurej zadumie.   

Słysząc  pukanie  do  drzwi,  tylko  westchnęła.  Do  tej  pory  odwiedził  ją  jedynie  Dan  oraz 

Karen. W tej chwili nie miała ochoty przyjmować kogokolwiek innego.   

– Proszę! – zawołała, starając się, by jej głos zabrzmiał radośnie.   
W drzwiach stanął Jake z ogromnym bukietem kwiatów. Popatrzył na nią dziwnie, jakby 

starał się ukryć zdenerwowanie.   

background image

– Muszę z tobą porozmawiać – zaczął od progu. Otworzyła szeroko oczy.   
–  Mam  nadzieję,  że  Karen  w  moim  imieniu  podziękowała  ci  za  to,  że  mnie  tu 

przywiozłeś.  Przepraszam,  że  sprawiłam  ci  tyle  kłopotu...  –  Starała  się,  by  jej  słowa  nie 
zabrzmiały zbyt uniżenie.   

Zniecierpliwiony machnął ręką.   
–  Ach,  to  drobiazg...  –  Przyglądał  się  jej  badawczo,  lekko  się  uśmiechając.  –  Muszę 

przyznać, że wyglądasz o wiele lepiej, niż gdy ostatnio cię widziałem. Jak się czujesz? Coś 
cię boli? 

–  Nie...  Całkiem  dobrze.  Dziękuję.  Obserwowali  się  w  milczeniu.  Cara  usiłowała  nie 

zwracać  uwagi  na  jego  bardzo  niebieskie  oczy  i  gęste  włosy.  Nawet  teraz  z  całego  serca 
pragnęła  znaleźć  się  w  jego  ramionach,  by  poczuć,  jak  biją  razem  ich  serca.  Poczuła  na 
plecach znany, zdradziecki dreszczyk, więc aby się go pozbyć, zaczęła miąć w palcach brzeg 
prześcieradła.   

– Co słychać w przychodni? Znalazłeś już kogoś na zastępstwo? – zapytała w końcu.   
– Doktor Jack Stothers, już na emeryturze, zgodził się mi pomóc.   
Położył kwiaty na stoliku w rogu pokoju, po czym zwrócił się do Cary.   
– Wiem od Ursuli, że szukasz nowej pracy i że być może wyjedziesz z Ballranoch.   
Uśmiechnęła się blado.   
– Jak to się szybko roznosi. Na razie nie mam siły nigdzie się ruszać. Ale w sytuacji, jaka 

się między nami wytworzyła, byłoby lepiej, gdybym wyjechała stąd jak najszybciej.   

Jej słowa zawisły w powietrzu. Po chwili Jake pokiwał głową, po czym powoli usiadł na 

krześle przy łóżku.   

– Nie przyszedłem rozmawiać o pracy – wyrzucił z siebie. – Chciałem ci powiedzieć coś 

innego. Coś, co powinienem był zrobić wiele tygodni temu.   

Podniosła na niego wzrok.   
– Słucham.   
Roztargnionym gestem przeganiał włosy, aż stanęły do góry.   
– Cholera – mruknął. – Nie domyślasz się? Otworzyła oczy jeszcze szerzej.   
– Nie na temat przychodni? Zaśmiał się ponuro.   
– Nie, chodzi o coś, nad czym panuję w znacznie mniejszym stopniu niż praca! Prawdę 

mówiąc...  –  Wsunął  jej  palec  pod  brodę  i  wpatrywał  się  jej  w  oczy.  –  Prawdę  mówiąc, 
popełniłem  straszny  błąd,  odsuwając  się  od  ciebie,  no,  unikając  jakiegokolwiek 
zaangażowania.  Wiedziałem  o  tym  wcześniej,  ale  byłem  zbyt  zapatrzony  w  swoje  własne 
idiotyczne problemy... i uznałem, że to, co do mnie czujesz, to tylko potrzeba odreagowania 

tego, co zrobił ci ten Toby.   

Nie posiadała się ze zdumienia.   
– O czym ty mówisz?! – Nie potrafiła zdobyć się na bardziej przychylny ton. – To ty nie 

chcesz się wiązać. Nawet gdyby mi twoja siostra tego nie powiedziała, to sama w końcu to 
odkryłam.   

– To nieprawda! Przysięgam. Sądziłem, że są w  moim  życiu  sprawy, którymi nie mam 

prawa cię obciążać. Wiem teraz, że się myliłem! 

background image

Popatrzyła na niego podejrzliwie. Czy znowu zamierza ją czarować pięknymi słówkami? 
–  Daj  spokój,  Jake  –  zaczęła  lekko  znużonym  tonem.  –  Nie  musisz  być  dla  mnie  taki 

miły, ponieważ wylądowałam w szpitalu.  Jestem dorosła i  dam  sobie  radę. Musiałam sobie 
poradzić  z  gorszymi  problemami  niż  to  nasze  drobne  nieporozumienie.  Toby  dał  mi  niezłą 
szkołę.   

– Czy to znaczy, że kiedy tu przyjechałaś, nadal o nim myślałaś? – Wyraźnie posmutniał.   
– Przestał się dla mnie liczyć z chwilą, gdy zobaczyłam, co zrobił. I z kim to zrobił! 
– Z twoją przyjaciółką? Znałaś ją? 
Splotła  przed  sobą  ramiona,  jakby  chciała  się  obronić  przez  tym  przerażającym 

wspomnieniem.   

–  Tak,  zgadłeś  –  szepnęła.  –  Znałam  ją.  To  była  Angela,  moja  kochana  macocha. 

Romansowali już od jakiegoś czasu, ale dowiedziałam się o tym, dopiero gdy pewnego razu, 

wróciwszy z Danem do domu, przyłapałam ich in flagranti. – Uśmiechnęła się ze smutkiem. – 

Zabawne, prawda? Oto jedna kobieta, której udało się zniszczyć dwa związki: mój i ojca.   

Jake był przerażony.   
– To bardzo przykre. Nie wiedziałem o tym. I przez to straciłaś zaufanie do mężczyzn.   
– Już ci mówiłam, że Toby przestał dla mnie istnieć. Muszę po prostu bardziej uważać. I 

to dlatego nie chcę, żebyś czuł, że masz wobec mnie jakieś zobowiązania, ponieważ jestem 
chora. Poradzę sobie w życiu bez ciebie! 

Zerwał się z krzesła z okrzykiem zniecierpliwienia, odwrócił się, po czym zacisnął pięści 

i przeniósł na nią wzrok.   

– Tak, być może to prawda, że twoja choroba mnie zmobilizowała, ale czy nie rozumiesz, 

co usiłuję ci powiedzieć?! Kocham cię. I to od dawna.   

Ukląkł przy łóżku i chwycił jej dłonie, błagalnie się w nią wpatrując.   
–  Skarbie,  musisz  mi  uwierzyć.  Zakochałem  się  w  tobie  od  pierwszego  wejrzenia. 

Podczas balu sylwestrowego, na którym mnie urzekłaś. Ale miałem zobowiązania, z których 
musiałem  się  rozliczyć.  I  uważałem,  że  nie  mam  prawa  cię  nimi  obarczać.  Ty  masz  swoje 
kłopoty... więc nie chciałem przysparzać ci ich więcej.   

Zaczynało jej szumieć w głowie. Czy się przesłyszała? Czy przed chwilą powiedział, że 

ją kocha? 

– Nie rozumiem... – wyjąkała. – Ty mnie kochasz? – Nieco odzyskała  rezon. – Bardzo 

dziwnie to okazujesz.   

–  Już  ci  tłumaczyłem,  że  byłem  przekonany,  że  moja  sytuacja  rodzinna  wyklucza  mnie 

jako kandydata do jakiegokolwiek trwałego związku. I dlatego uznałem, że powinienem się 
wycofać, zanim będzie za późno.   

– Na czym polega ta twoja skomplikowana sytuacja rodzinna? 
Opuścił głowę i westchnął.   
– Czuję się odpowiedzialny za los Ursuli – zaczął. – Zawdzięczam jej niemal wszystko. 

Nie  powiedziałem  ci  jednak,  że  moja  siostra  zawsze  była  wobec  mnie  bardzo  zaborcza. 
Czasami nawet miała mi za złe to, że wychodzę do pracy. Byłem przekonany, że jeśli zwiążę 
się z tobą, ona zatruje ci życie. Zazdrość to potworne i niszczycielskie uczucie, a w przypadku 

background image

Ursuli przybiera wręcz przerażające rozmiary.   

– To straszne – szepnęła. – Co sprawiło, że stała się taka zależna? 
–  Całkowity  brak  wiary  w  siebie  oraz  to,  że  wycofała  się  z  wszelkich  kontaktów 

towarzyskich.  Już  ci  mówiłem,  że  ten  napad  zmienił  jej  charakter.  Wcześniej  była  zupełnie 

inna.   

– Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś? 
– Bo wiedziałem, że w swojej dobroci nie będziesz z nią rywalizować. Uważałem jednak, 

że nie mam prawa cię tym obciążać. Bo to mój problem.   

– Co sprawiło, że zmieniłeś zdanie? – Wpatrywała się w niego, nieco zaskoczona. Powoli 

wzbierała w niej fala radości na myśl o tym, że Jake mówi prawdę.   

Uśmiechnął się.   
– Złożyły się na to różne okoliczności – wyznał. – Między innymi odwiedziny kumpla ze 

studiów,  który  uprzytomnił  mi,  jak  czas  szybko  biegnie,  oraz  to,  że  kiedy  zachorowałaś, 
zdałem sobie sprawę, że gdyby  coś ci  się stało... – głos  mu  się załamał – straciłbym  cię na 
zawsze.   

Siedziała zmieszana, zdziwiona tym, co słyszy, z trzepoczącym sercem.   
– A Ursula? Powiedziałeś jej, co do mnie czujesz? 
–  Jeszcze  nie,  ale  odnoszę  wrażenie,  że  ostatnio  jej  nastrój  się  poprawił,  jakby  powoli 

wychodziła  z  tej  swojej  skorupy.  Bardzo  się  ożywiła  na  propozycję  pomocy  przy 
organizowaniu  wystawy  w  szpitalu,  a  poza  tym...  –  Oczy  mu  zalśniły.  –  Bardzo  polubiła 
małego  Dana!  Przyjeżdżając  tu  ze  swoimi  obrazami,  widziała  go  dwa  razy.  Nawet  się 
zaprzyjaźnili.  Coś  mi  podpowiada,  że  nie  miałaby  nic  przeciwko  temu,  żeby  widywać  go 
częściej.   

Ujął jej twarz w dłonie.   
– Powoli zaczyna do mnie docierać, że mam tylko jedno życie. Nie mogę... nie pozwolę 

ci odejść. Potrzebuję cię bardziej niż moja siostra mnie. Błagam, powiedz mi, że mam szansę.   

Patrzył na nią z taką czułością, że ze wzruszenia zabrakło jej słów.   
–  Nie  wiem,  co  ci  odpowiedzieć  –  szepnęła.  –  Raz  już  się  sparzyłam,  dając  się  zwieść 

czułym słówkom...   

– Powiedz, czy mnie kochasz – nalegał.   
Pochylił  się nad nią,  opierając ręce po obu jej stronach.  Przysunął  twarz bardzo blisko i 

wpatrywał się jej w oczy, czekając, by powiedziała, że kocha go nad życie.   

Przymknęła  powieki.  Czy  to  jest  sen,  czy  jawa?  To  się  stało  tak  niespodziewanie. 

Dziesięć  minut  temu  rzewnie  płakała  z  żalu  nad  sobą,  a  teraz  nie  posiada  się  z 
wszechogarniającej radości.   

Spojrzała mu w oczy i uśmiechnęła się.   
– Chyba zwariowałam – szepnęła. – Chyba tak...   
Pchnął ją na poduszkę i zaczął obsypywać pocałunkami, a ona objęła go jeszcze mocniej i 

przyciągnęła do siebie.   

– Nie powinniśmy... – szepnęła.   
– Bzdura. To jest to, co zalecam wszystkim swoim pacjentom: kochać i być kochanym. – 

background image

Musnął wargami jej czoło. – Chcę opiekować się tobą do końca moich dni.   

Pielęgniarka, która stanęła w drzwiach, wycofała się na palcach.   

background image

EPILOG 

 

W  rozległym,  wiktoriańskim  holu  szpitala  Świętego  Cuthberta,  wyjątkowo  bogatym  jak 

na  instytucję  użyteczności  publicznej,  przechadzał  się  tłum  gości.  Dookoła  na  wszystkich 
ścianach porozwieszano obrazy, a w rogu ustawiono podest z kamerą telewizyjną, mnóstwem 
reflektorów oraz mikrofonem.   

Cara  rozglądała  się  wokół  z  podziwem.  Pomysł  zbiórki  pieniędzy  na  szpitalny  sprzęt 

zrodził  się  zaledwie  parę  tygodni  temu,  a  dzisiaj  zeszli  się  tu  niemal  wszyscy  mieszkańcy 
miasteczka i okolic.   

– W tej chwili wcale nie wygląda to jak szpital – zauważył Jake. – Kto by się spodziewał 

szampana  w  tym  gmaszysku?  Jestem  pełen  uznania  dla  tego,  co  tu  zrobiono.  Nieraz 
myślałem, że to wieka szkoda, że ta przestrzeń jest zupełnie niezagospodarowana.   

– To idealne miejsce na wystawy – przyznała Cara z przekonaniem, popijając szampana. 

–  Zauważ,  jak  prace  Ursuli  odcinają  się  od  reszty.  Jestem  przekonana,  że  wzbudzą  duże 
zainteresowanie.   

Popatrzył na nią czule.   
– Ursula tobie to zawdzięcza. Wiem o tym. – Cara otworzyła usta, by zaprotestować. – 

Nie udawaj, że nie wiesz, kto ją namówił do wzięcia udziału w tej wystawie. Peter Dunne się 
wygadał.  Wzięliśmy  go  na  męki  i  wyznał,  że  to  był  twój  pomysł.  Nie  rozumiem  tylko, 
dlaczego robisz z tego taką tajemnicę. Popatrzyła na niego spod rzęs.   

–  Nie  wiem,  czy  pamiętasz,  że  nie  tak  dawno  nasze  stosunki  uległy  znacznemu 

ochłodzeniu...   

– Więc uznałaś, że nie chcesz mieć ze mną do czynienia? – Objął ją. – Jak mogłem do 

tego dopuścić?! Idiota – szepnął i pochylił się, by ją pocałować.   

– Jake, nie tutaj. Nie przed całym Ballranoch.   
–  Dlaczego  nie?  Chcę,  żeby  wszyscy  widzieli,  że  udało  mi  się  podbić  serce 

najpiękniejszej kobiety pod słońcem.   

Spoglądając  na  tak  przystojnego  mężczyznę  o  zabójczo  niebieskich  oczach,  czuła,  ze 

kręci  się  jej  w  głowie.  Rozpierało  ją  uczucie  szczęścia.  Czegoś  takiego  nie  doznała  nigdy 
wcześniej. Aż nie mogła uwierzyć, że jej los tak nagle się odmienił.   

Zanosiło się, że znowu zostanie sama z Danem, a tu, proszę, przyszło jej planować życie 

we troje.   

Rozejrzała  się  po  sali.  Z  gardłem  ściśniętym  ze  wzruszenia  ujrzała  dwie  postaci 

zmierzające  w  jej  stronę:  jedną  wysoką,  w  podeszłym  wieku,  drugą  bardzo  małą  i 
pulchniutką. Pod koniec minionego roku jej ojciec nie miał pojęcia o istnieniu wnuka, a teraz 
trudno im się rozstać.   

Od kiedy powrócił do zdrowia, wyprawiali się we dwóch do pobliskich farm, do muzeów, 

wszędzie, dokąd zdaniem Gordona mógłby zechcieć pójść taki mały chłopiec.   

Być może dlatego tak szybko stanął na nogi po operacji, pomyślała Cara. Bo ma dla kogo 

żyć.   

background image

Byli już niedaleko, gdy Dan puścił dłoń dziadka i rzucił się biegiem do Cary i Jake’a.   
–  Chodźcie  do  Ursuli.  –  Objął  matkę  na  wysokości  kolan.  –  Dziadek  powiedział,  że 

Ursula będzie w telewizji. Ursula będzie sławna! 

Jake pochwycił go do góry.   
– Zaprowadź mnie do niej. – Pogładził chłopczyka po głowie. – Ale zanim Ursula udzieli 

wywiadu, obejrzymy jej obrazy.   

–  To  nadzwyczajne  –  zaczął  ojciec.  –  Ursula  sprzedała  już  prawie  wszystkie  prace!  Na 

dodatek  jakiś  facet  z  Edynburga  namawia  ją  na  indywidualną  wystawę  podczas  festiwalu 
sztuki. Coś mi się wydaje, że na potrzeby szpitala zbierzemy całkiem ładną sumkę.   

Dan pokazał im palcem Ursulę, która stała tuż obok podestu, więc razem tam podeszli.   

Nie  do  wiary,  pomyślała  Cara  na  widok  roześmianej  kobiety,  że  to  ta  sama  zamknięta, 

szorstka  w  obejściu  osoba.  Siostra  Jake  z  ożywieniem  wyjaśniała  zwiedzającym  swoje 
artystyczne  zamierzenia  i  techniki.  Trudno  było  w  niej  dopatrzyć  się  choćby  cienia 
nieśmiałości i nieufności.   

–  Odnoszę  wrażenie,  że  mam  przed  sobą  znowu  Ursulę  sprzed  napadu  –  szepnął  Jake, 

jakby  czytał  w  myślach  Cary.  –  Odzyskała  wiarę  w  siebie.  Wspomniała  nawet  o  operacji 
rekonstrukcji  mięśni  twarzy.  Nie  dla  urody,  ale  po  to,  żeby  była  bardziej  wyrazista  i  mniej 
bolesna.   

– To jest wielki przełom! – ucieszyła się Cara.   
Jake  uśmiechnął  się  promiennie.  Ten  uśmiech  sprawił,  że  jego  twarz  nagle  przybrała 

niemal chłopięcy wyraz.   

– Dzięki tobie, kochanie – oznajmił, po czym postawił Dana na ziemi i ujął dłoń Cary. – 

Nie miała czasu myśleć tylko o sobie, ponieważ była zajęta dyrygowaniem Peterem, gdzie i 
jak mają być zawieszone jej prace.   

Dan podbiegł do Ursuli i zaczął niecierpliwie szarpać ją za spódnicę.   
–  Kiedy  będziesz  w  telewizji?  Zaraz?  Jak  się  pospieszysz  –  zniżył  głos  do 

konfidencjonalnego szeptu – pójdziemy coś zjeść. Jedzenie już na nas czeka. W drugiej sali. 
A ja jestem strasznie głodny! 

Ten monolog rozbawił wszystkich zebranych wokół młodej artystki.   
–  Ach,  to  ty.  –  Ursula  pochyliła  się  nad  chłopcem.  –  Mój  mały  pomocnik.  Powiem  ci 

sekret.  Ja  też  jestem  okropnie  głodna.  Spróbuję  namówić  Jake’a,  żeby  udzielił  wywiadu  za 

mnie,  a  my  zajmiemy  się  czymś  naprawdę  ważnym:  pójdziemy  nareszcie  coś  jeść.  – 
Popatrzyła proszącym wzrokiem na brata. – Jake, jeszcze do tego nie dojrzałam. Proszę cię, 
powiedz parę słów w moim imieniu.   

–  Zrobię  dla  ciebie  wszystko,  co  zechcesz.  –  Uśmiechnął  się  serdecznie.  –  Obiecuję. 

Przeszłaś bardzo długą drogę w bardzo krótkim czasie.   

Za ich plecami kręcił się nerwowo mężczyzna w okularach i z notatnikiem w ręku.   
– Pan jest bratem pani Donahue? Czy zechciałby pan odpowiedzieć na parę pytań? Pani 

Donahue nie dała się namówić na wywiad przed kamerą.   

Jake  skinął  głową,  po  czym  obaj  odeszli  na  stronę.  Wówczas  Ursula  podniosła  na  Carę 

niebieskie oczy, takie same jak oczy Jake’a.   

background image

–  Chciałam  zamienić  z  tobą  parę  słów  na  osobności  –  zaczęła  nieśmiało.  –  Nawet  nie 

potrafię  wyrazić,  jak  bardzo  jestem  ci  wdzięczna  za  to...  za  to  wszystko.  Pierwszy  raz  od 
wielu, wielu lat dałam się ponieść entuzjazmowi.   

Roześmiała się nerwowo i podjęła: 
– Dzięki tobie znowu poczułam, że żyję. Ale podejrzewam, że to chyba przede wszystkim 

zasługa twojego Dana.   

Powiodła wzrokiem za chłopczykiem, który teraz bacznie obserwował poczynania ekipy 

telewizyjnej.   

– On jest taki podobny do mojego brata! To tak, jakby wrócił do mnie mały Jake. Był tak 

samo  bezpośredni  jak Dan.  Zawsze mówił, co myśli. Przyzwyczaiłam  się, że ludzie chodzą 
koło mnie na palcach ze strachu, że mnie urażą. Nareszcie znalazł się ktoś, kto zaczął mnie 
traktować jak normalnego człowieka.   

– Dan przepada za tobą – powiedziała Cara.   
Czuła  ogromną  sympatię  do  tej  kobiety,  która  musiała  pokonywać  w  życiu  tyle 

przeszkód.   

–  Czuję  to!  –  wyznała  Ursula  i  położyła  dłoń  na  ramieniu  Cary.  –  I  dlatego  bardzo  się 

cieszę, że jesteście razem. A może kiedyś zostanę ciocią Dana...   

– Jake się wygadał? – spytała Cara ze śmiechem.   
– Nie musiał nic mówić – zapewniła ją Ursula. – Nie trzeba być jasnowidzem, żeby się 

zorientować, że mój braciszek jest do szaleństwa zakochany. Wystarczyło, że go zagadnęłam, 
a on od razu ze wszystkiego mi się wyspowiadał.   

Nagle  powietrze  przeszył  donośny  gwizd.  Na  podeście  nerwus  w  okularach  zamachał 

rękami.   

–  Panie  i  panowie,  proszę  o  ciszę.  Za  chwilę  nasz  prezenter  Lee  Howard  przeprowadzi 

wywiad z doktorem Jakiem Donahue na temat  malarstwa jego siostry oraz zbiórki  funduszy 
na rzecz oddziału kardiologicznego. Proszę o względną ciszę podczas nagrania.   

Cara chwyciła Dana za rękę.   
– Wszystkim wiadomo, że pańska siostra maluje od lat, lecz jest to jej pierwsza wystawa.   
Jake przytaknął.   
– Kiedy dowiedziałem się o pomyśle sir Gordona Mackenzie, aby zorganizować zbiórkę 

na rzecz oddziału kardiologicznego, udało mi się namówić siostrę, żeby przeznaczyła na ten 
ceł  kilka  prac.  Mamy  nadzieję,  że  w  ten  sposób  uda  nam  się  zapełnić  największe  luki  w 
wyposażeniu oddziału. – Zwrócił się w stronę Gordona, który stał nieco na uboczu. – Sądzę, 
że warto zapytać, co sir Gordon o tym sądzi.   

Starszy pan okazał lekkie zdziwienie, lecz pozwolił wprowadzić się na podest.   
– Dziadek będzie w telewizji! – Dan aż podskakiwał z radości, gdy prezenter podchodził 

do Gordona.   

– Jest pan zapewne bardzo dumny z tego, że dzięki pańskiej inicjatywie udało się zebrać 

pokaźne fundusze dla szpitala, z którym od lat pan współpracuje.   

– Jestem dzisiaj bardzo szczęśliwy. Ostatnio spotykają mnie same dobre rzeczy, a dzień 

dzisiejszy chyba jest ukoronowaniem tej pomyślnej passy.   

background image

– Dlaczego? 
Gordon uśmiechnął się jeszcze szerzej.   
–  Ponieważ  właśnie  się  dowiedziałem,  że  moja  córka,  która  powróciła  do  gniazda  po 

pięcioletniej  nieobecności,  zamierza  poślubić  mojego  wspólnika.  Tego  oto  doktora  Jake’a 
Donahue!  Cieszę  się,  że  ona  i  mój  wnuczek  Dan  zostaną  tutaj  na  zawsze  oraz  że  Ursula 
Donahue, dzięki której odnieśliśmy dzisiaj taki sukces, wejdzie do mojej rodziny.   

Cara czuła, jak do oczu napływają jej łzy wzruszenia.   
– Zapraszam  Carę, Dana i  Ursulę, aby stanęli tu  obok nas, ponieważ wszyscy oni  mają 

swój udział w tej wspaniałej wystawie, która pomoże szpitalowi stać się głównym ośrodkiem 
kardiologicznym  w  całym  regionie.  –  Gordon  Mackenzie  wyciągnął  dłoń  w  stronę  Cary  i 
Ursuli. – Chodźcie tu, chodźcie. Chcę, żebyście tu stanęły, u mojego boku.   

– Co wy na to? – roześmiała się Cara. – Chyba nie możemy mu tego odmówić! 
Wszyscy  ustawili  się  na  podeście:  Cara  i  Jake  z  jednej  strony,  Ursula  z  drugiej,  a  mały 

Dan dumnie wypiął pierś przed nimi.   

– Panie i panowie, wznieśmy toast za sukces tego przedsięwzięcia..   
Gordon zerknął nieśmiało na córkę, po czym podjął nieco drżącym głosem: 
– Oraz za prawdziwą miłość! 
Rozległa się burza oklasków. W tej samej chwili promień słońca przedarł się przez szyby 

w oknie, obejmując całą grupkę ciepłym blaskiem. Jake czule popatrzył na Carę i szepnął: – 
Do końca życia będę wznosił ten toast...