background image

Kaiser Janice

Tajemniczy Narzeczony

Arianna Hamilton krąŜyła nerwowo po pokoju, obracając na palcu pierścionek 

zaręczynowy. Był to najpiękniejszy klejnot, jaki kiedykolwiek widziała — 

trzykaratowy brylant osadzony w platynie. Kiedy dostała go od Marka w Dniu 

Zakochanych, była nieprzytomna ze szczęścia.

Zdjęła pierścionek, zacisnęła go w dłoni i podeszła do okna. Spojrzała na 

szarzejące w mroku, ciche, zasypane liśćmi Murray Hill i pomyślała o eleganckim 

domu, który Mark dla nich kupił. Gdy przypomniała sobie, jak go urządzali w 

marzeniach, miała ochotę się rozpłakać. Trudno uwierzyć, Ŝe ich pragnienia nigdy się 

nie spełnią. Zrozumiała, Ŝe choć bardzo kocha Marka Lindsaya, nie moŜe go poślubić.

Odezwał się telefon. Pewnie jej siostra bliźniaczka dzwoni z Aspen. Arianna 

chwyciła słuchawkę.

- Halo? Zara?

— Nie, kochanie, to ja— usłyszała głos Marka. — Chciałem

ci tylko powiedzieć, Ŝe się spóźnię. Posiedzenie zarządu trochę się przeciągnęło, 

a teraz utknąłem w korku. Ale będę niedługo. Za jakieś piętnaście, dwadzieścia minut.

— Dobrze, Mark. Jeszcze nie zaczęłam szykować kolacji. Mogę się do tego 

zabrać w kaŜdej chwili.

— Nie śpiesz się. Przywiozę butelkę szampana. Pamiętasz, Ŝe do ślubu pozostał 

tylko miesiąc? Chyba moŜemy to uczcić.

— Och, Mark — szepnęła ze łzami w oczach.

— Wiem, Ŝe jestem sentymentalnym głupcem, ale cię kocham.

Arianna zagryzła usta niemal do krwi.

— Do zobaczenia — wyjąkała. Odwiesiła słuchawkę i otarła łzy. Jak mu to 

powie, na Boga?

Przeszła do sypialni, otworzyła szafę i popatrzyła na suknię ślubną. Tygodniami 

chodziła po sklepach, szukając wymarzonej kreacji. Gdy juŜ straciła nadzieję, ujrzała 

ją na wystawie niewielkiego butiku.

Wpadła do sklepu, chwyciła to dzieło kunsztu krawieckiego i ruszyła do 

background image

przymierzalni, zrzucając pośpiesznie okrycie. Gdy delikatny atłas spłynął na jej 

biodra, nabrała pewności, Ŝe właśnie tego szukała. Na myśl, Ŝe nigdy nie włoŜy tej 

idealnej wprost sukni, serce o mało nie pękło jej z Ŝalu.

Dręczyła ją niepewność. MoŜe głupio robi? Teoretycznie Mark Lindsay to 

idealny kandydat na męŜa. Jest przystojny, ma doskonałe maniery, pochodzi ze 

znamienitej rodziny i pewnego dnia zostanie właścicielem banku Lindsay Sć Soames. 

Co waŜniejsze, od początku wiedziała, Ŝe Mark naprawdę jej pragnie — to czuły, 

troskliwy kochanek. Nigdy nie wątpiła w szczerość jego uczuć, ale...

Właśnie to „ale” nie dawało jej spokoju. Nie potrafiła sprecyzować, co ją gnębi. 

Mark to chodzący ideał, ale jego miłość raczej ją przytłaczała, niŜ cieszyła.

Telefon znowu się odezwał.

— Sprawa Ŝycia i śmierci, co? — powiedziała jej siostra.

— PrzełoŜyłam spotkanie, Ŝeby do ciebie zadzwonić. Mam nadzieję, Ŝe to 

naprawdę coś waŜnego, Ań.

— Zara — odparła drŜącym głosem — odwołuję ślub.

— Co takiego?!

- Odwołuję...

— Słyszałam, co powiedziałaś, Arianno. Pytam dlaczego? Co się stało?

— Właściwie nic. Po prostu opadły mnie wątpliwości.

— Ale jeszcze niedawno uwaŜałaś, Ŝe Mark to ósmy cud świata.

— MoŜe na tym polega problem. Wiem, Ŝe to zabrzmi krętyńsko, ale czasami 

mam wraŜenie, Ŝe jest zbyt wspaniały. Jedyne, czego pragnie, to mnie uszczęśliwić.

— BoŜe, to straszne — zaŜartowała Zara.

— Pewnie myślisz, Ŝe oszalałam. Często budzę się w środku nocy i sama się 

nad tym zastanawiam. Chyba podświadomie czegoś się boję.

— Rozmawiałaś o tym z Markiem?

— Próbowałam, ale jest tak we mnie zakochany, Ŝe opacznie odbiera moje 

słowa. Będzie tu dziś wieczorem. Zamierzaliśmy spędzić weekend w domku 

letniskowym, który naleŜy do jego rodziny. W tej sytuacji nigdzie nie pojadę. — 

Arianna umilkła, i dopiero po dłuŜszej chwili rzekła drŜącym głosem: — Chcę mu 

zwrócić pierścionek zaręczynowy.

— Jesteś pewna? — spytała Zara. — Całkowicie pewna?

— Jestem. Noszę się z tym zamiarem juŜ od jakiegoś czasu. W kółko o tym 

myślę.

background image

— Czy wydarzyło się coś szczególnego? Pokłóciliście się?

— Nie. Mark nigdy nie podniósł na mnie głosu ani nie stracił panowania nad 

sobą. Czasami nawet Ŝałuję, Ŝe tak się nie stało.

W słuchawce znowu zapadła cisza. Tym razem trwała dłuŜej. Ariannie serce 

waliło jak młotem.

— Zawsze lubiłaś ostrych facetów — powiedziała w końcu Zara. — Drani o 

złotym sercu. Rozumiem, Ŝe Mark moŜe być dla ciebie za miękki.

— Czyli nie jestem wariatką?

— Oczywiście, Ŝe jesteś, ale dla mnie to nie nowina.

Arianna odetchnęła z ulgą. ChociaŜ były bliźniaczkami, miały zupełnie inne 

usposobienia i zainteresowania. Zara skończyła prawo i zamieszkała w Aspen. 

Natomiast Arianna pracowała jako redaktorka w duŜym wydawnictwie i nie 

wyobraŜała sobie Ŝycia poza Nowym Jorkiem.

Obie czuły się szczęśliwe. Martwiło je tylko to, Ŝe nie mogą częściej się 

widywać. Brakowało im zwłaszcza tych spotkań, od kiedy dwa lata temu zmarła ich 

babka ze strony ojca, Ellen Hamilton. Po katastrofie lotniczej, w której zginęli ich 

rodzice, osierocając dziesięcioletnie dziewczynki, zabrała wnuczki do siebie, do 

Denver.

— Zdajesz sobie sprawę, Ŝe odwołując ślub w ostatniej chwili, narazisz na 

kłopoty wiele osób? — spytała Zara.

- Owszem — odparła Arianna. - Nie masz pojęcia, jak mi przykro. Wiem, Ŝe ty, 

Darcy i Laura kupiłyście juŜ suknie dla druhen, a Laura nawet bilet do Nowego Jorku.

— Ja teŜ — rzekła Zara. — I tak mogę przyjechać, chyba Ŝe nie chcesz.

— Och, pewnie, Ŝe chcę. Nie wiem, co mogłoby mi lepiej zrobić. Skoro obie z 

Laurą macie bilety, to moŜe spotkamy się we cztery. Z bólem serca stwierdzam, Ŝe 

suknie trzeba spisać na straty, ale podróŜy me musicie odwoływać.

— Masz rację. Poza tym, nie widujemy się tak często, jak to sobie obiecałyśmy 

po skończeniu ogólniaka.

— Świetnie. Któregoś wieczoru moŜemy odwiedzić salon Madame Wu. Chyba 

ci o nim nie opowiadałam, ale to szczególne miejsce. Ciasteczka szczęścia, które tam 

podają, mają czarodziejską moc! Ich przepowiednie się spełniają!

— Arianno, ty naprawdę zwariowałaś.

— To ciekawe miejsce, Zaro. Na pewno ci się spodoba.

— Zamilkła, a kiedy znowu się odezwała, w jej głosie wyczuwało się wahanie. 

background image

— Ale nie musimy tam chodzić, jeśli me będziesz miała ochoty. Przede wszystkim 

chciałabym wynagrodzić wam straty, jakie przeze mnie poniosłyście.

— Śpij spokojnie — rzekła Zara. — Jakoś to przeŜyjemy. Gorzej będzie z 

Markiem.

— Wiem. — Głos.Arianny drŜał. — Jestem przeraŜona.

— Dasz sobie radę. Nigdy nie bałaś się trudnych decyzji. I bez względu na to, 

co zrobisz, masz moje pełne poparcie. Chyba wiesz, Ŝe zawsze moŜesz na mnie 

liczyć.

— Dzięki. To bardzo duŜo dla mnie znaczy — odrzekła Arianna. — Jesteś 

jedyną osobą, której mogę się zwierzyć. Mamy tylko siebie.

— To prawda — westchnęła Zara. — Dobrze o tym wiem.

— Dzięki za wszystko.

— Kocham cię, siostrzyczko. Głowa do góry. Wszystko dobrze się ułoŜy. Jak 

zawsze.

— Do zobaczenia za parę tygodni.

ROZDZIAŁ1

Mark Lindsay wjechał wypoŜyczonym samochodem na serpentynę, która 

prowadziła do Independence Pass, i wkrótce był juŜ na samym wierzchołku. 

Zjechawszy na pobocze, spojrzał na łagodnie pochylone, pokryte śniegiem łąki 

rozciągające się od góry Elbert na północy aŜ do szczytu La Piatu na południu. Był 

dopiero początek paŸdziernika i śnieg sprawiał na nim niesamowite wraŜenie, tym 

bardziej Ŝe dwa dni temu wrócił z Karaibów.

Przez ostatni miesiąc Mark Ŝył w rozterce. Wreszcie trzydziestego września, w 

dniu, w którym mial się odbyć jego ślub z Arianną, postanowił polecieć na Martynikę, 

by się przekonać, czy narzeczona. rzeczywiście pragnie od niego odejść. Przez myśl 

mu nie przeszło, Ŝe trzy dni później znajdzie się w Górach Skalistych. Mark uchylił 

szybę, by zaczerpnąć świeŜego powietrza i objąć wzrokiem pełne majestatu góry. 

Choć słońce grzało mocno, na wysokości trzech tysięcy sześciuset metrów panował 

chłód. Odetchnął głęboko, myśląc ze zdziwieniem o nauczce, jaką dostał od Ŝycia.

Decyzja Arianny o zerwaniu zaręczyn całkowicie go zaskoczyła.

— Nie chodzi o to, Ŝe cię nie kocham, Mark -. powiedziała, zwracając mu 

pierścionek. — Ale...

background image

— Ale co?

— Nie wiem. Chyba nie jestem jeszcze gotowa.

— Nie jesteś gotowa — powtórzył. — Zgadzam się, Ŝe siedmiomiesięcme 

zaręczyny nie naleŜą do najdłuŜszych na świecie, lecz...

— Mark — przerwała mu, wstając od stołu — to nie jest kwestia czasu. — Byli 

w jej mieszkaniu w Murray HiJl. Niewielki salonik rozjaśniaŁ chybotliwy płomień 

ś

wiecy.

— Ale powiedziałaś, Ŝe nie jesteś gotowa.

Podeszła do okna i odwrócona tyłem do Marka, patrzyła na roziskrzony 

ś

wiatłami Manhattan. Mark nigdy nie zapomni tego widoku — jej drobnego, 

smukłego ciała, miękkich rudych loków, błyszczących w świetle świecy, wąskiej talii 

i krągłych bioder... Arianna stała mu się tak bardzo bliska, pokochał ją całym sercem, 

a ona go zraniła.

— Nie chodzi o ciebie, Mark - wyjaśniła — ale o mnie. Nie potrafię ci tego 

wytłumaczyć. Po prostu wydaje mi się, Ŝe powinnam odczuwać coś innego.

— Chodzi o to, czy mnie kochasz, czy nie.

Arianna odwróciła się od okna i popatrzyła na niego błyszczącymi oczami.

— To nie jest takie proste. Naprawdę nie jest.

— No dobrze — rzekł — odłóŜmy na razie ślub.

Potrząsnęła głową.

— Nie, to byłoby nie w porządku z mojej strony, gdybym kazała ci czekać. Za 

pół roku mogę czuć to samo co teraz.

— Chcę spróbować — odparł. — Co byś pomyślała o mnie, gdybym od razu 

pozwolił ci odejść?

Łzy popłynęły jej z oczu.

— MoŜe zasługujesz na kogoś lepszego, kto potrafi cię docenić. Tak, na pewno 

zasługujesz ha kogoś takiego.

Na początku był w szoku. Z pewnością jego durna została zraniona, me 

rozumiał, co się stało. Przez parętygodni czekał, Ŝyjąc nadzieją. Myślał, Ŝe Arianna 

odzysku zdrowy rozsądek, Ŝe zerwała zaręczyny ze strachu przed Ŝyciową decyzją. 

Gdy jednak nie otrzymał od niej Ŝadnej wiadomości, doszedł do wniosku, Ŝe 

przyczyny jej zachowania powinien szukać w czym innym.

Nie tylko on był zaskoczony i rozczarowany.

— Co się dzieje z tą dziewczyną? — spytała jego matka, gdy podzielił się 

background image

wieścią z rodzicami. — Te spotkania z gwiazdarni filmowymi musiały przewrócić jej 

w głowie.

— Nie w tym rzecz, mamo.

— MoŜe i nie, kochanie. Arianna na pewno jest śliczną dziewczyną, ale nie 

jedyną na świecie. W Meredith teŜ byłeś zakochany. I jeśli chcesz znać moje zdanie, 

to ona bardziej do ciebie pasowała. Jaka szkoda, Ŝe zginęła w tej straszliwej kraksie 

samochodowej.

Jego matka miała słabość do Meredith Peyton, kobiety, z którą był zaręczony 

parę lat temu, ale trzeba przyznać, Ŝe odkąd pojawiła się Arianna, Julia Lindsay ani 

razu nie wspomniała nieŜyjącej narzeczonej syna. Jednak nie ulega wątpliwości, Ŝe 

dla Julii właśnie ona była uosobieniem idealnej Ŝony — z dobrej rodziny, właściwie 

wychowanej, naleŜącej do śmietanki towarzyskiej. Ze stratą Meredith pogodził się 

wiele lat temu, ale me chciał znowu zostać sam. Szczerze pokochał Ariannę. Nie był 

pewien, czy Ań rzeczywiście uwaŜała, Ŝe zasługuje na kogoś lepszego, czy po prostu 

próbowała osłodzić rozstanie.

Musiał dowiedzieć się, co naprawdę kryło się za decyzją o zerwaniu. Zadzwonił 

do niej do pracy.

— Richard? — spytała, podnosząc słuchawkę.

- Nie, Arianno, to ja, Mark.

— Och, Mark, wybacz mi — odparła zakłopotana. — Miałam dwa telefony 

jednocześnie, musiałam więc wcisnąć zły guzik. Richard Gere jest na drugiej linii. Ma 

tylko potwierdzić termin spotkania. MoŜesz chwilkę poczekać? — Wyłączyła się na 

parę sekund. — Przepraszam — powiedziała, włączając się z powrotem.

— Mam nadzieję, Ŝe w Hollywood wszystko w porządku.

— Starał się, by nie usłyszała sarkazmu w jego głosie.

— Richard zastanawia się nad napisaniem ksiąŜki i jego agent chce, Ŝeby 

omówił ze inną szczegóły. To zwykła procedura.

Arianna przybrała pojednawczy, a nawet przepraszajy ton. To go zdziwiło, nie 

miała juŜ przecieŜ wobec niego Ŝadnych zobowiązań.

— Dzwonię do ciebie, poniewaŜ nasza podróŜ poślubna na Martynikę została 

wcześniej opłacona, a trudno Ŝądać zwrotu pieniędzy na tydzień przed wyjazdem. 

Myślałem, Ŝe sam pojadę, ale muszę przeprowadzić waŜną transakcję. Przyszło mi do 

głowy, Ŝe moŜe ty miałabyś ochotę wykorzystać swój bilet i rezerwację w Maison des 

Carabes.

background image

— Proponujesz, Ŝebym wybrała się w tę podróŜ, chociaŜ

ś

lub się nie odbędzie?

— Wszystko zapłacone, Arianno. Dlaczego nie skorzystać z okazji?

W słuchawce zapadła cisza. Mark czekał.

— Myślisz, Ŝe jestem nieczuła i niewraŜliwa, prawda?

Był zaskoczony, słysząc nutę cierpienia w jej głosie.

— Sądzisz, Ŝe łatwo mi było zerwać zaręczyny?

— Arianno, nie miałem zamiaru...

— Och, to nie twoja wina. Nie dziwię się, Ŝe tak Ÿle o mnie myślisz.

— Słuchaj, inaczej te bilety się zmarnują. Pomyślałem, Ŝe moŜe zechcesz je 

wykorzystać, to wszystko.

Znowu zapadła cisza.

— Chyba nie będę w stanie — odparła po chwili. — To miał być nasz miesiąc 

miodowy... to znaczy... o BoŜe... nie jestem zimna jak głaz.

— Te bilety nie są mi potrzebne. Prześlę ci je razem z rezerwacją hotelową. 

Zrobisz z tym, co zechcesz.

Choć Mark słyszał silne wzburzenie w jej głosie i nie miał wątpliwości, Ŝe czuje 

się winna, nic nie wskazywało nato, Ŝe zmieni decyzję.

Nie chciał wywierać na nią Ŝadnego nacisku, miał jednak nadzieję, Ŝe Arianna 

się z nim skontaktuje. W końcu zrozumiał, Ŝe sam musi doprowadzić do spotkania.

W następny piątek, w przeddzień ich planowanego ślubu, zadzwonił do 

wydawnictwa. Ku jego rozczarowaniu, okazało się, Ŝe Arianna wybrała się na kolację 

z Richardem Gere. Mark nie potrafił opanować zazdrości. Spytał asystentkę, czy 

będzie w pracy w poniedziałek i dowiedział się, Ŝe wbrew temu, co powiedziała, 

wybiera się na Martynikę. Nie zastanawiając się długo, postanowił polecieć za nią na 

Karaiby. Ich ostatnia rozmowa przekonała go, Ŝe Arianna nie jest w najlepszym stanie 

ducha. Postanowil, Ŝe porozmawia z nią szczerze i zrobi wszystko, by do niego 

wróciła. A jeśli mu się to nie uda, moŜe przynajmniej pozostaną przyjaciółmi.

Sprawy me potoczyły się po jego myśli. W hotelu na Martynice zastał 

wprawdzie Ariannę, ale w towarzystwie męŜczyzny. Z początku był oburzony i 

wściekły — tak bardzo starał się sprostać jej oczekiwaniom, a ona go zdradziła. 

Okazało się jednak, Ŝe był w błędzie. Arianna nie przyleciała na Karaiby. Pojechała 

do Aspen. To Zara zamieszkała w hotelu wraz ze swym przyjacielem, korzystając z 

rezerwacji siostry bliźniaczki.

background image

— Ari doszła do wniosku, Ŝe praca najlepiej leczy złamane serce — wyjaśniła 

mu Zara w holu Maison des Caralbes.

Ta uwaga rozbudziła ciekawość Marka.

— Naprawdę ma złamane serce czy tylko tak mówisz, Ŝeby mnie pocieszyć?

Popatrzyła na niego uwaŜnie.

— Niech to zostanie między nami, ale Arianna nie jest do końca przekonana, 

czy słusznie postąpiła, odwołując ślub.

To była najlepsza wiadomość, jaką usłyszał od miesiąca.

— Tak powiedziała?

— Nie, ale znam Ari jak własne pięć palców — odparła Zara. — Zawsze 

myślimy tak samo, nawet jeśli dochodzimy do róŜnych wniosków. Mark, nie chcę ci 

robić nadziei, ale musisz wiedzieć, Ŝe moja siostra wciąŜ się zastanawia, co do ciebie 

czuje.

— Tylko to chciałem usłyszeć — rzekł. — Jadę do Aspen.

— Nie śpiesz się tak.

— Myślisz, Ŝe to zły pomysł?

— MoŜe i dobry, ale musisz się przygotować do rozmowy. Im lepiej zrozumiesz 

jej uczucia, tym łatwiej dopniesz celu.

Mark potrząsnął głową.

— Szkoda, Ŝe wcześniej nie poprosiłem cię o radę. No,

dobra, zamieniam się w słuch. Tylko mów bez ogródek, nie bój się, Ŝe mnie 

zranisz.

— Mark, z opowieści Ań wynika, Ŝe jesteś chodzącym ideałem. Troskliwy, 

delikatny, uprzejmy i kochający. MoŜe dla niej okazałeś się zbyt idealny. Wiem, Ŝe 

czasami czuła się przytłoczona twoją miłością. Nie chcę powiedzieć, Ŝe marzy o 

męŜczyźnie obojętnym, ale jeśli masz zamiar doprowadzić ją do ołtarza, to zachowuj 

się tak, by musiała zabiegać o twoje względy. Ona potrzebuje kogoś, kto trzymałby ją 

w niepewności, a nie spełniał kaŜdą jej zachciankę. Ań uwielbia wyzwania. Pamiętaj 

o tym, to jest klucz do jej serca.

Słowa Zary otworzyły mu oczy. Nagle zobaczył swój związek z Ańanną w 

zupełnie innym świetle. Oczywiście, Ŝe czuła się przytłoczona jego miłością, skoro 

robił wszystko, by uwaŜała go za wspaniałego męŜczyznę — zgadywał kaŜde jej 

Ŝ

yczenie, zwracał szczególną uwagę na to, by jej nie urazić ani nie zdenerwować. Jak 

na ironię, wyrządził w ten sposób więcej złego niŜ dobrego. Co gorsza, był 

background image

nieuczciwy wobec siebie. Udawał kogoś innego.

Wydawało mu się, Ŝe tragedia, która rozegrała się na oblodzonej drodze w 

Connecticut parę lat temu, nadał miała wpływ na jego Ŝycie. WciąŜ czuł się 

odpowiedzialny za śmierć Meredith i nosił smutek w sercu.

Kiedy pojawiła się Arianna, zaczął zachowywać się nienaturalnie. Otoczył ją 

nadmierną troską. Powodowała nim obawa przed ponowną stratą, a takŜe, 

początkowo nie uświadomiona, potrzeba spłacenia długu wobec nieŜyjącej Meredith. 

Na szczęście Zara uzmysłowiła mu prawdę. Zrozumiał, Ŝe postępował głupio.

Nie wszystko było stracone, poniewaŜ dzięki Zarze miał pretekst do ponownego 

spotkania z Ańamią. Zdarzyło się coś nieprawdopodobnego — na lotnisku wzięto 

Zarę za Ariannę i wręczono jej maszynopis, który, jak się okazało, ujawniał tajemnice 

mafii.

— Będę spokojniejsza, jeśli to ty przekaŜesz go Ań — powiedziała Zara, 

ostrzegając go, Ŝe bierze na siebie duŜe ryzyko. — Niektórzy ludzie są gotowi zabić, 

byle tylko ten maszynopis nie wpadł w niepowołane ręce. Mówię powaŜnie. 

Wolałabym, Ŝeby Ańanna w ogóle go nie dostała, ale nie mogę podejmować za nią 

decyzji. Zostawiam to tobie.

Teraz stanął przed powaŜnym dylematem. Cieszył się, Ŝe ma pretekst, by 

spotkać się z Arianną, ale wiedział teŜ, Ŝe maszynopis wystawia ją na 

niebezpieczeństwo. Bał się, Ŝe jeśli będzie próbował ją ochraniać, potraktuje to jako 

kolejną próbę ograniczania jej swobody. Musiał znaleźć sposób, by jej pomóc, nie 

wzbudzając jej protestów.

Zara nie miała Ŝadnych sugestii.

— Jesteś w trudnej sytuacji — rzekła — ale powinieneś sam

sobie z tym poradzić.

Przyrzekł, Ŝe będzie strzegł Ańanny jak oka w głowie. Zapakował maszynopis i 

złapał najbliŜszy samolot do Miami. „Irm razem niczego nie będzie udawał.

Mark po raz ostatni wciągnął w płuca rześkie górskie powietrze, popatrzył w 

lusterko i wjechał na szosę. Od Aspen dzieliła go niecała godzina drogi, a tam czekała 

kobieta, którą kochał, Zdziwi się, kiedy go zobaczy, ale to zdziwienie będzie niczym 

w porównaniu z niespodzianką, jaką jej szykuje. Zara uparcie twierdziła, Ŝe jej siostra 

pragnie męŜczyzny, o którego względy musi zabiegać. I będzie zabiegała, postanowił 

w duchu.

Arianna weszła do sklepu przy Mili Street, w którym codziennie odbierała 

background image

opóźniony o jeden dzień egzemplarz „The New York Timesa”. Właściciel wyjął z ust 

fajkę i kiwnął

głową na powitanie.

— Witaj, Zaro — rzeki. — Musiało tu przyjechać jeszcze kilku 

nowojorczyków, bo sprzedałem wszystkie „Timesy”. Ale dla ciebie jeden zostawiłem.

— Dzięki — odparła z uśmiechem, wyjmując z torebki banknot 

pięciodolarowy.

MęŜczyzna połoŜył na ladzie gazetę razem z resztą. Arianna podziękowała mu i 

wyszła. Nie zawracała sobie głowy wyprowadzaniem go z błędu. Po paru próbach 

tłumaczenia, Ŝe nie jest Zarą, tylko jej siostrą bliźniaczką, doszła do wniosku, Ŝe 

lepiej dać sobie z tym spokój.

Obiecała Zarze podczas poŜegnarna w Nowym Jorku, Ŝe będzie się dobrze 

sprawowała.

— Za nic w świecie me ośmielę się zepsuć ci reputacji

— zapewniła z uśmiechem. — Wiem, Ŝe małe miasteczka są specyficzne.

Wolałabym po powrocie do domu nie dowiedzieć się, Ŝe zostałam usunięta z 

palestry. Błagam cię tylko o jedno: nie udzielaj Ŝadnych porad prawnych — odparła 

Zara.

Arianna obiecała solennie spełnić prośbę siostry.

Dotarła do Main Street, skręciła ńa zachód i z gazetą pod pachą poszła dalej 

wolnym krokiem, napawając się górskim jesiennym powietrzem. Lubiła spacery, a w 

Nowym Jorku nie miała na nie zbyt wiele czasu. Podczas pobytu w Aspen wsiadła do 

samochodu Zary tylko raz, by pojechać do supermarketu. Większość czasu spędzała w 

domu i pracowała, choć nie tak duŜo, jak to sobie zaplanowała. Głowę wciąŜ miała 

nabitą myślami o Marku.

Dziś rano redagując tekst, przypomniała sobie, jak na nią spojrzał, gdy rozstali 

się na początku września. Jak na męŜczyznę, któremu właśnie zwrócono pierścionek 

zaręczynowy, Mark zachował zadziwiający spokój. Choć miał zgaszone spojrzenie i 

smutny uśmiech, nie powiedział niczego, co złamałoby jej serce.

— Dla mnie najwaŜniejsze jest to, Ŝe jesteś szczęśliwa. Nawet jeśli to oznacza, 

Ŝ

e nie moŜesz być ze” mną. Ale ja nadał będę cię kochał.

Arianna spojrzała na zegarek. Na Martynice zbliŜała się pora kolacji. Gdyby z 

nim nie zerwała, byliby teraz razem-w podróŜy poślubnej, moŜe właśnie w tej chwili 

siedzieliby przy stoliku w restauracji. Wcześniej kochaliby się ze sobą raz, moŜe dwa 

background image

— najpierw rano, po kąpieli w krystalicznie czystej morskiej wodzie, potem w trakcie 

przygotowań do kolacji.

PrzeŜyliby cudowne chwile. Maik był czułym, oddanym, pozbawionym 

egoizmu kochankiem. ¯ aden męŜczyzna nie rozumiał lepiej jej potrzeb. Ale choć 

doznawała rozkoszy, przeŜywała takŜe rozczarowanie. Chciałaby, Ŝeby czasami 

zapamiętywał się w miłości, był bardziej spontaniczny. Pomyślała, Ŝe moŜe właśnie 

na tym polegał problem. Gdy ktoś jest doskonały, łatwo przewidzieć, jak się zachowa, 

a przez to staje się nudny.

Arianna śkarciła się w duchu. Wiele kobiet uznałoby, Ŝe zwariowała? W końcu 

czuli kochankowie nie rodzą się na zimą.

MoŜe szuka dziury w całym. A poza tym, jaką ma szansę na znalezienie kogoś 

lepszego?

Ale po co się zadręcza? Przywiozła ze sobą mnóstwo roboty. Powinna myśleć o 

niej, a nie o tym, co mogło się wydarzyć. Zwróciła pierścionek, teraz musi ponieść 

konsekwencje tej decyzji. Pociechę znajdzie w pracy i dlatego na niej musi skupić 

całą energię. Nie da się jednak ślęczeć nad tekstem dwadzieścia cztery godziny na 

dobę. Potrzebuje jakiejś rozrywki. Jesienią w Aspen niewiele się dzieje. Po tłumach 

letników nie ma juŜ śladu, a narciarze jeszcze nie przyjechali. Miasteczko oŜywi się 

dopiero zimą.

— Dzięki — odparła Lina. — MoŜe tak zrobię. — Po czym odłoŜyła 

słuchawkę.

Arianna teŜ miała ochotę zadzwonić do siostry, ale me chciała psuć jej wakacji. 

Wiedziała, Ŝe Zara pojechała na Karaiby, by w egzotycznej scenerii odpocząć od 

codzienności. Miała nadzieję, Ŝe pozna kogoś naprawdę interesującego i godnego 

uwagi. Zara uchodziła za powaŜniejszą z bliźniaczek i rzadko umawiała się na randki. 

Arianna uwaŜała, Ŝe odrobina beztroskiej zabawy dobrze zrobi jej siostrze. Po co 

niepokoić ją telefonami i zawracać głowę swoimi problemami.

Jedyną niespodzianką był telefon od przyjaciółki Zary, Liny Prescott.

— A niech to — powiedziała Lina, kiedy Arianna wyjaśniła jej, kim jest. — 

Macie identyczne głosy.

Arianna roześmiała się.

— I jesteśmy do siebie podobne jak dwie krople wody.

— Wiedziałam, Ŝe Zara ma siostrę w Nowym Jorku, i wi

Nie przerywając spaceru, rozłoŜyła gazetę i rzuciła okiem na nagłówki. Jeden z 

background image

artykułów dotyczył środkowego wschodu. Inny — dyskusji w Kongresie na temat 

budŜetu. JuŜ miała złoŜyć gazetę, kiedy przyciągnęła jej uwagę relacja ze strzelaniny 

na lotnisku Johna F. Kennedy”ego.

Przebiegła wzrokiem kilka pierwszych akapitów, odnotowując w pamięci, Ŝe 

zabito gangstera o nazwisku Sal Corsi. Autor artykułu nie podał Ŝadnego motywu 

zbrodni.

Widziałam twoje zdjęcia, lecz nie spodziewałam się tu ciebie. Myślałam, Ŝe to 

Zara wróciła.

— Zmieniła plany — odparła Ariaima. — Miałam opłaconą podróŜ na Karaiby, 

a nie mogłam pojechać, więc Zara wybrała się tam za mnie.

— Do diabła!

Lina wydawała się bardzo zmartwiona i Arianna spytała, czy stało się coś złego.

— Owszem, dlatego muszę porozmawiać z Zarą.

— Więc zadzwoń do niej. Mieszka w Maison Carai”bes. Bez trudu zdobędziesz 

numer telefonu.

malał tylko, Ŝe Corsi miał porachunki z szefami nowojorskiej mafii. Zwróciła 

uwagę, Ŝe morderstwa dokonano mniej więcej w tym samym czasie, w którym 

samolot Zary odlatywał do Miami. Była ciekawa, czy to zabójstwo ma coś wspólnego 

z tajemniczym panem X, który męczył ją, by przeczytała jego demaskatorską ksiąŜkę 

o mafii. Spławiła go, obiecując, Ŝe skontaktuje się z nim po powrocie z wakacji. 

Doszła do skrzyŜowania i właśnie miała przejść przez jezdnię, gdy usłyszała zgrzyt 

hamulców. Spojrzała za siebie i zobaczyła samochód zjeŜdŜający na pobocze. 

Jednocześnie usłyszała:

— Cześć, Zara, podwieŸć cię?

Glos wydał się jej znajomy, lecz pomyślała, Ŝe to niemoŜliwe. A moŜe zdarzył 

się cud? Pochyliwszy się, zajrzała przez szybkę. Za kierownicą siedział męŜczyzna, z 

którym niedawno była zaręczona i z którym zerwała. Arianna wpatrywała się w mego 

bez słowa przez dłuŜszą chwilę.

— Mój BoŜe — powiedziała w końcu. — Skąd się tu wziąłeś?

Uśmiechnął się szeroko.

— PrzejeŜdŜałem przez Kolorado i pomyślałem sobie, Ŝe przy okazji mogę 

odwiedzić niedoszłą szwagierkę.

Wpatrywała się w niego w napięciu, zastanawiając się, czy ją oszukuje.

— Kogo?

background image

— No, Zara, wskakuj!

Arianna wciąŜ była w szoku. PrzecieŜ rozmawia z męŜczyzną, który parę dni 

temu miał zostać jej męŜem. Czy naprawdę jej me poznał? Pełna sceptycyzmu 

otworzyła drzwiczki i wsiadła do samochodu.

— Pytam powaŜnie, co tu robisz?

— Nie będę kłamał — odparł. — Przyjechałem, Ŝeby się z tobą zobaczyć.

— Ale dlaczego?

Wzruszył ramionami i westchnął.

— Pomyślałem, Ŝe moglibyśmy pogadać o Ariannie.

Naprawdę wziął ją za Zarę. Coś podobnego! Oczywiście trzeba będzie wyjaśnić 

tę pomyłkę. Zanim jednak zdąŜyła otworzyć usta, połoŜył jej rękę na kolanie, 

uśmiechnął się dziwnie, a w jego łagodnych brązowych oczach pojawiły się figlarne 

błyski.

— A przy okazji moŜemy pogadać io tobie.

- O mnie? - wyjąkała.

Roześmiał się cicho.

— To chyba jasne, Ŝe pociągają mnie dziewczyny w twoim typie.

— Mark!

— ¯ artowałem — odparł, puszczając do niej oko. — Ale rzeczywiście chcę z 

tobą pogadać. — Wrzucił bieg i samochód ruszył. — Mów, jak mam jechać. Znam 

adres, ale nie wiem, gdzie skręcić.

— Jeszcze dwie przecznice. Potem w prawo.

Spojrzała na niego, wciąŜ nie mogąc uwierzyć w to, co się wydarzyło. To musi 

być jakiś Ŝart. Ale przecieŜ Mark jest szczery jak złoto. Nie zwykl kłamać i 

oszukiwać, a to oznacza, Ŝe naprawdę wziął ją za Zarę.

Jeszcze raz pomyślała, Ŝe powinna wyprowadzić go z błędu, zanim poczuje się 

zakłopotany, Jednak diabeł, który siedział w Ariannie, poradził jej, by poczekała i 

zobaczyła, co się stanie. Uwielbiała płatać figle. Niestety, Mark tego nie rozumiał — 

pewnie dlatego, Ŝe brał Ŝycie zbyt serio.

ROZDZIAŁ 2.

Mark zaparkował we wskazanym miejscu, przed domem w stylu wiktoriańskim, 

i wyłączył silnik. Arianna była zaniepokojona, a mimo to szalenie zaintrygowana. 

background image

Wreszcie coś się działo! Zamiast zadręczać się myślami, czy postąpiła słusznie, 

zrywając z Markiem, ma okazję poznać go z zupełnie innej strony. Zapowiadała się 

ś

wietna zabawa.

— O czym chcesz porozmawiać? — spytała.

— Wiem, Ŝe między mną a Arianną wszystko skończone

— rzekł. — Nie potrałę jednak przejść nad tym do porządku. Chciałbym 

zrozumieć dlaczego.

— Czy Arianna nie podała ci Ŝadnego powodu? — spytała, zachęcając go do 

mówienia.

— Och, próbowała się tłumaczyć. ale nie bardzo jej to wyszło. Szczerze 

mówiąc, chyba sama nie wiedziała, o co jej chodzi.

Oczy Arianny rozbłysły gniewem, ale jakoś zachowała spokój.

— Pewnie nie chciała cię zranić. Wiesz, Ŝe jest bardzo uczciwa.

— Och, tak, ona nigdy nie kłamie — odparł, pocierając ręką policzek. — Ale 

nadal jej nie rozumiem.

Nagle odezwało się w niej poczucie winy. Mark byłby niesłychanie 

zakłopotany, gdyby wiedział, z kim naprawdę rozmawia. Nie chciała sprawiać mu 

przykrości, juŜ wystarczająco się przez nią wycierpiał. Powinna natychmiast mu 

wyjawić, kim jest. Ale jak często, do diabła, kobieta ma szansę usłyszeć prawdę o 

sobie, i to z ust męŜczyzny?

— Skoro chcesz o tym pogadać — powiedziała. słodkim głosem — to moŜe 

wejdziesz do środka i napijesz się kawy?

— Z przyjemnością — odrzekł.

Mark sięgnął po neseser leŜący na tylnym siedzeniu. Wysiedli z samochodu i 

poszli podjazdem w kierunku domu.

— Ładnie tu — powiedział. — Uwielbiam małe miasteczka.

— Naprawdę? — spytała ze zdziwieniem. WłoŜyła klucz do zamka i popatrzyła 

przez ramię. — Arianna powiedziała mi, Ŝe jesteś typowym mieszczuchem.

— Bo jestem — odparł — ale we mnie siedzi paru róŜnych facetów. Myślę, Ŝe 

Arianna do końca mnie nie poznała. Wiesz, Ŝe zwykła widzieć to, co chce.

— Pleciesz bzdury!

Mark uniósł ze zdziwieniem brwi i zrozumiała, Ŝe przesadziła. Musi trzymać 

nerwy na wodzy, jeśli chce coś z niego wyciągnąć.

— MoŜe rzeczywiście jest zajęta sobą, ale to nie znaczy, Ŝe

background image

nie obchodzą jej inni. Wiem, Ŝe troszczyła się o ciebie. — Otworzyła drzwi i 

weszła do środka.

— Masz rację, jest zajęta sobą. Czasami tak bardzo, Ŝe nie wie, co się dookoła 

niej dzieje. Jak moŜna troszczyć się o człowieka, którego zupełnie się nie zna?

Te słowa dotknęły ją do Ŝywego, lecz nie mogła tego okazać.

— Naprawdę tak myślisz czy przemawia przez ciebie zramona durna?

Uśmiechnął się dziwnie, ale zaraz spowaŜniał.

— Arianna to wspaniała kobieta i jeszcze długo będzie dla niej miejsce w moim 

sercu.

Ariannę zaczęło dławić w gardle i oczy zaszły jej łzami. Słysząc jego czuły głos, 

omal się nie załamała.

— Ale musisz przyznać — kontynuował — Ŝe twoja siostra zachowuje się jak 

rozpieszczone dziecko.

— Słucham?!

— Jest zapatrzona w siebie — wyjaśnił.

Oblała się rumieńcem, lecz odwróciła głowę, by tego nie zauwaŜył.

— Czy nie osądzasz jej zbyt surowo? — spytała, starając się opanować drŜenie 

głosu. — Zawsze uwaŜałam, Ŝe jest dojrzała i otwarta na problemy innych.

Mark westchnął.

— Nie chcę Ÿle oniej mówić, ale dziwi mnie twoja reakcja. Ań sama mi 

powiedziała, Ŝe kiedyś oskarŜyłaś ją o nazbyt egoistyczne postępowanie, o kierowanie 

się w Ŝyciu własną wygodą.

— Siostry czasami mówią sobie takie rzeczy. To nie znaczy, Ŝe jej me szanuję. 

Czuj się jaku siebie w domu. Nastawię czajnik.

Ańanna wyszła, mrucząc gniewnie pod nosem. Nie powinna tak się 

denerwować. Nic dziwnego, Ŝe jego słowa były przepełnione goryczą. PrzecieŜ 

odeszła od niego, zerwała zaręczyny.

Czekając, aŜ woda się zagotuje, zastanawiała się, co by na to powiedziała Zara. 

Zanim doszła do jakichkolwiek wniosków, usłyszała, Ŝe Mark wchodzi do kuchni. 

Zerknęła za siebie i zobaczyła, Ŝe stoi oparty o framugę drzwi, z rękami załoŜonymi 

na piersi. Przyglądał się jej z miną, jakiej nigdy u niego me widziała. W ogóle był 

jakiś inny niŜ zazwyczaj.

— Pomóc ci? — spytał.

— Nie — odparła. — Dzięki. Tylko nasypię kawy do kubków.

background image

—. Kawa rozpuszczalna? To bardziej w stylu Arianny. Kiedyś mi mówiła, Ŝe 

jesteś staroświecka. Mielesz kawę w młynku, pieczesz chleb i robisz przetwory. 

Chyba wiele z tych przedmiotów pochodzi z kuchni twojej babci, prawda? — Mark 

rozejrzał się dokoła.

— Mmasz rację — wyjąkała. — Wolę kawę mieloną, ale właśnie mi się 

skończyła. Jeśli me chcesz takiej, to mogę...

— Nie, nie, wystarczy mi rozpuszczalna. Po prostu trochę się zdziwiłem.

Nerwowo wsypywała kawę do kubków. Czuła, Ŝe Mark nie spuszcza z niej 

wzroku. Wyprowadzało ją to z równowagi, bo wiedziała, Ŝe to spojrzenie było 

przeznaczone dla jej siostry.

— Wiesz, me mogę się nadziwić. Jesteście do siebie podobne jak dwie krople 

wody, i to w najdrobniejszych szczegółach. A przecieŜ macie tak odmienne 

charaktery.

— Owszem — odparła drwiącym głosem Arianna. — Ona jest tą złą 

bliźniaczką.

Mark zaśmiał się.

— Przepraszam, jeśli powiedziałem coś przykrego na jej temat. Wiem, Ŝe ją 

kochasz i Ŝe ma wiele zalet. — ZbliŜył się i dodał szeptem: — Jestem pewien, Ŝe 

tobie teŜ ich me brakuje, Zaro.

— Słucham?!

— Istnieją między wami róŜnice, ale muszą teŜ być i podobieństwa. A skoro 

tak, to zapewne masz cechy, które pociągały mnie u niej.

Arianna oniemiała. Czy Mark próbuje ją poderwać? Nie patrzył na mą tak, jak 

się powinno patrzeć na niedo%ą szwagierkę. Przejął ją chłód. Oparła się o blat stołu.

— Mark, spotkaliśmy się tylko raz. W ogóle się nie znamy.

— To prawda — odparł z uśmiechem — ale nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy 

poznali się lepiej.

Ten drań z nią flirtuje. Nie do wiary.

— Sądziłam, Ŝe przyjechałeś porozmawiać o Ań — powiedziała, udając 

obojętność.

— To prawda, ale byłbym nieuczciwy, gdybym ci nie Powiedział, Ŝe bardzo się 

zmieniłaś od naszego spotkania — szepnął. — Albo ja patrzę na ciebie zupełnie 

innymi oczami.

Arianna pobladła.

background image

— Jakto?

Zastanowił się.

— Nie zrozum mnie Ÿle, Zaro, ale teraz wydajesz mi się bardziej podobna do 

Arianny.

Odetchnęła z ulgą, lecz nadal było jej przykro, Ŝe męŜczyzna, którego miała 

poślubić parę dni temu, flirtuje z jej siostrą. Czy zerwanie zaręczyn tak mało go 

obeszło?

— MoŜe widzisz to, co chcesz — powiedziała lekkim

tonem.

— A moŜe widzę kogoś, kto ma mnóstwo zalet Arianny, ajecinocześnie nie 

jest... — Głos mu zadrŜał.

— Rozpieszczonym dzieckiem — zacytowała go, przybierając ton ostrzejszy, 

niŜ zamierzała.

Roześmiał się. Podeszła do kuchenki sprawdzić, czy woda się zagotowała. 

Błyskawicznie pokonał dzielącą ich odległość. Stanął za nią tak blisko, Ŝe poczuła 

zapach wody koloiiskiej od Gucciego, którą mu podarowała na walentynki.

— Na pewno nie chcesz, Ŝebym ci pomógł? — spytał.

— Nie,dam sobie radę — odparła, zerkając na niego przez ramię.

Przysunął się jeszcze bliŜej.

— Wiesz, Ŝe pachniesz tak jak Ariamia? To Chanel, prawda?

— Owszem.

Kiedy chwycił ją za ramiona i odwrócił twarzą do siebie, odskoczyła jak 

oparzona. Uśmiechnął się szeroko. Przy swoich stu siedemdziesięciu ośmiu 

centymetrach wzrostu nie mógł uchodzić za olbrzyma, ale był prawie dwadzieścia 

centymetrów od niej wyŜszy. I z pewnością nie zachowywał się jak niedoszły 

szwagier.

— Wiesz co, dokonałem zaskakującego odkrycia.

Bala się zapytać, co ma na myśli.

— Bardzo mi się podobasz.

— Mark, daj spokój!

- Co w tym złego? To komplement.

— Nie powinieneś mi tego mówić — zaprotestowała.

— Dlaczego? PrzecieŜ to prawda. Nawet pachniesz jak Ań.

— Myślisz, Ŝe kobieta lubi przypominać męŜczyźnie kogoś innego, nawet jeśli 

background image

jest to jej bliźniaczka? — powiedziała, gdyŜ nic innego nie przyszło jej do głowy.

Mark uśmiechnął się.

— No wiesz, nie jestem taki głupi. Potrafię cię docenić. Myślę, Ŝe związek z 

Arianną nie okazałby się czymś specjalnym w porównaniu z tym, co mógłbym 

przeŜyć z tobą, Zaro.

— Coś podobnego — wyszeptała.

Ś

cisnął ją za ramiona. Potem, ku jej przeraŜeniu, przyciągnął ją do siebie. Dobry 

BoŜe, czy zamierza ją pocałować?

— Powiedz prawdę — szepnął. — Nigdy nie przyszło ci do głowy, Ŝe 

stanowimy dobraną parę?

— Nie!

— Naprawdę?

— Mark, nie poznaję cię — powiedziała niebacznie i natychmiast spróbowała 

naprawić błąd. — To znaczy Ań zupełnie inaczej cię opisywała.

— CóŜ, moŜe była tak zajęta sobą, Ŝe nie zdąŜyła mnie poznać.

Arianna oniemiała. Czy to naprawdę Mark Lindsay, czy teŜ jego bliźniak, o 

którego istnieniu mc nie wiedziała?

Zanim zrozumiała, co się dzieje, Mark ją pocałował. Nie po przyjacielsku ani 

bratersku, lecz jak namiętny kochanek. Przesunął ręką po jej plecach, objął ją w talii i 

przytulił, dokładnie tak, jak gdyby była jego narzeczoną. Serce waliło jej jak młotem, 

mimowolnie zaczęła odpowiadać na jego pieszczoty. Lecz nagle przypomniała sobie, 

za kogo ją bierze. Do diabła, nie moŜe się z nim całować. Nawet gdyby chciała. Maik 

całował nie ją, tylko Zarę. Przynajmniej tak mu się wydawało.

Odepchnęła go od siebie.

— To juŜ zaszło za daleko! — krzyknęła. — Nie widzisz, Ŝe nie jestem Zarą? 

Na litość boską, przecieŜ to ja, Arianna!

Uśmiechnął się szeroko, zniewalająco.

— Jestem oburzona, Ŝe wziąłeś mnie za Zarę i próbowałeś uwieść! To jest... to 

jest...

— Co takiego?

— Sama nie wiem. UwaŜałam cię za uczciwego człowieka, Marku Lindsay, ale 

widzę, Ŝe w ogóle cię me znałam!

Odrzucił do tyłu głowę i roześmiał się serdecznie.

— Myślisz, Ŝe to zabawne? — Wyminęła go i podeszła do stołu.

background image

Maik potrzebował trochę czasu, Ŝeby opanować wybuch śmiechu.

— Cały czas wiedziałem, Ŝe to ty. Trochę się zabawiłem.

— Wiedziałeś?

- Tak.

— Jak mogłeś! Nie miałam pojęcia, Ŝe jesteś taki... taki bezwzględny. Och 

Maik! To do ciebie niepodobne.

Wzruszył ramionami.

— Wiem.

— Chyba w ogóle cię nie znam.

— W tym rzecz. Nie Ŝartowałem, kiedy mówiłem, Ŝe byłaś zapatrzona w siebie 

i dlatego wielu rzeczy nie dostrzegałaś.

Ogarnął ją gniew. A moŜe powinna czuć się zraniona albo zakłopotana?

— Chcę cię jednak pocieszyć — rzekł. — Nie całowałem Zary, tylko ciebie.

Spiorunowała go wzrokiem.

— Akurat. Skąd wiedziałeś, Ŝe tu jestem?

- Zara mi powiedziała.

— Nie wierzę. Znalazłeś się w niezręcznej sytuacji i teraz

próbujesz z niej wybrnąć.

— Nie, mówię prawdę.

PołoŜyła ręce na biodrach i popatrzyła na niego wyniośle.

— W takim razie muszę ci powiedzieć, Ŝe postąpiłeś nieuczciwie. DŜentelmen 

tak by się nie zachował.

— Ach, tak. CóŜ, me pamiętam, Ŝebyś próbowała mnie powstrzymać i wyjaśnić,

kim jesteś — zauwaŜył, idąc wolno w jej kierunku.

Skrzywiła się.

— To zupełnie co innego. Ja nie zamierzałam cię oszukiwać. Ty przyjechałeś z 

takim planem.

— Daj spokój, oboje dobrze się bawiliśmy. Tylko Ŝe ja lepiej odegrałem swoją 

rolę. — Zatrzymał się, puścił do niej oko i dodał: — Chyba nie zaprzeczysz?

Zignorowała jego pytanie.

— To niepodobne do ciebie — powtórzyła z wyrzutem w głosie.

— Nie, moja droga. To niepodobne, do kogoś, kogo uwaŜałaś za swojego 

narzeczonego.

— Chyba nie sugerujesz — powiedziała ze złością — Ŝe zamierzałam poślubić 

background image

człowieka, którego właściwie me znałam?

— Owszem, ale to nie do końca twoja wina. Chciałem uchodzić w twoich 

oczach za kogoś innego. Nie robiłem tego w złej wierze, lecz zachowywałem się tak, 

jak tego, moim zdaniem, oczekiwałaś.

Arianna czuła, Ŝe mówi szczerze.

— Nie wiem, co powiedzieć — wyznała bezradnie.

— Wiesz co — w jego oczach pojawiły się figlarne błyski

— takiej jeszcze cię nie widziałem. Posmutniała.

— Zrobiłeś ze ninie idiotkę.

— Och, daj spokój — rzucił niecierpliwie, dotykając jej włosów. — Nic się nie 

stało. Po prostu jesteś zaskoczona, Ŝe trochę się zabawiłem twoim kosztem.

ZadrŜała mimo woli.

— Mark, nie jesteś tym męŜczyzną, którego znałam.

Przesunął palcami po jej policzku. Ariannie nawet jego dotyk wydawał się inny. 

Wzbudzał w niej zupełnie nowe uczucia. Na litość boską, co się z nią dzieje? PrzecieŜ 

to ten sam męŜczyzna, za którego nie chciała wyjść za mąŜ, poniewaŜ znudził ją 

swoją dobrocią, troskliwością i opiekuńczością.

— MoŜe dlatego, Ŝe miłość jest ślepa — powiedział, patrząc na jej usta. 

Pogłaskał jąpo ramieniu i Arianna znów zadrŜała.

— Przedtem myślałem, Ŝe oboje się oszukujemy — kontynuował. — Ale teraz, 

kto wie? Skoro nie grozi nam małŜeństwo, moŜe nawet zostaniemy przyjaciółmi.

- Mark - wyjąkała - to nie w porządku.

— Nibyco?

Nie mogła mu powiedzieć, Ŝe chodzi o jego uwodzicielski sposób bycia. 

Jeszcze by pomyślał, Ŝe lubi, gdy ją kokietuje.

— Arianno?

Zagwizdał czajnik i chwila oczarowania minęła.

— Przepraszam — powiedziała. Prześlizgnęła się mu pod

ramieniem i podeszła do kuchenki. Gdy nalewała wodę do

kubków, Mark usiadł przy małym stoliku, który Zara dostała

od babci. Manna przyniosła kubki z parującą kawą i jeden

z nich podała Markowi, po czym takŜe usiadła.

Zdołała się jakoś wziąć w garść i przybrała rzeczowy ton.

— Naprawdę myślisz, Ŝe się oszukiwaliśmy? AŜ do dzisiejszego dnia 

background image

uwaŜałam, Ŝe znamy się całkiem dobrze.

— Nie wszystko jest takie, jak nam się wydaje — stwierdził sentencjonalnie i 

łyknął kawy.

— Chyba więc wybraliśmy najlepsze rozwiązanie. — Uśmiechnęła się 

nieśmiało. — Przyjechałeś, Ŝeby się o tym upewnić?

— Nie, szczerze mówiąc, Zara prosiła, Ŝebym coś ci przekazał. Bardzo się 

martwi o ciebie.

— O czym tym mówisz?

- Kiedy spotkałem Zarę na Martynice...

— Byłeś na Martynice?

— Tak, poleciałem tam, Ŝeby zobaczyć się z tobą, ale zastałem Zarę — 

wyjaśnił.

— Tylko mi nie mów, Ŝe się w niej zakochałeś.

Mark roześmiał się.

— Nie, kogoś sobie znalazła i była bardzo nim zajęta. Po rozmowie z Zarą 

uświadomiłem sobie, Ŝe podjęłaś słuszną decyzję. Szkoda, Ŝe nam się nie udało, ale 

musimy się z tym pogodzić. Najbardziej cieszę się z tego, Ŝe zostaniemy przyjaciółmi. 

Wiesz, chyba wolę cię taką, jaką naprawdę jesteś.

Pomyślała, Ŝe to miłe, nawet jeśli nie jest do końca szczere. MoŜe zostaną 

przyjaciółmi, ale to nie będzie łatwe. Nie po tym, co razem przeŜyli. Dobrze, Ŝe 

atmosfera się rozładowała.

— Mamy waŜną sprawę do omówienia — rzeki. — Jestem tu między innymi 

dlatego, Ŝe Zara nalegała, bym przywiózł ci maszynopis.

— Maszynopis?

— Tak. Jest w mojej torbie. To pamiętniki demaskujące

mafię, które jakiś gangster dal jej na lotnisku Kennedy”ego. Najwidoczniej ten 

facet pomylił ją z tobą.

— O BoŜe! — PrzyłoŜyła rękę do ust.

— Wiesz coś o tym?

— Przez kilka tygodni pewien męŜczyzna namawiał mnie, bym przeczytała 

tekst o nowojorskim świecie przestępczym. Zapewniał, Ŝe to materiał na prawdziwy 

bestseller. Ostatni raz rozmawiałam z nim przez telefon tuŜ przed planowanym 

wyjazdem na Martynikę. Spławiłam faceta pod byle pretekstem. Widocznie jego 

cierpliwość się wyczerpała i postanowił mnie zmusić do przeczytania maszynopisu.

background image

— CóŜ, skończyło się na tym, Ŝe ciał go Zarze.

— Biedactwo — rzekła Arianna. — Chcąc nie chcąc, ma teraz na głowie moje 

problemy.

— Zara twierdzi, Ŝe grozi ci niebezpieczeństwo. Śledzono ją aŜ na Karaiby. 

Kiedy się pojawiłem, z radością przekazała mi ten maszynopis.

— Ale czy mafia nie uwaŜa, Ŝe Zara wciąŜ go ma? Bo jeśli tak, to raczej jej 

grozi niebezpieczeństwo.

Mark upił łyk kawy.

— Ten nowy, przyjaciel Zary, Alec, świetnie nadaje się na anioła stróŜa. Jest 

byłym policjantem i z tego, co widziałem, chętnie zaopiekuje się twoją siostrą. Jednak 

wcześniej czy później te typy zorientują się, Ŝe maszynopis zniknął. Zara jest 

przekonana, Ŝe wtedy zaczną cię szukać. Zgadzam się z nią i uwaŜam, Ŝe powinnaś 

przedsięwziąć jakieś środki ostroŜności. Szczerze mówiąc, oboje wolelibyśmy, Ŝebyś 

jak najszybciej pozbyła się tego maszynopisu.

— Najpierw chciałabym go przeczytać.

Wiedziałem, Ŝe nie przepuścisz okazji.

— Na tym polega moja praca, Mark.

— Och, wiem — odparł. — Przyniosę torbę.

Wyszedł z kuchni, a Arianna nadal siedziała przy stole, kompletnie 

oszołomiona. To wszystko było zupełnie nieprawdopodobne. Nagle przypomniała 

sobie artykuł w „Timesie” na temat gangstera zastrzelonego na lotnisku. Zaczęła się 

zastanawiać, czy moŜe to mieć jakiś związek z maszynopisem.

Poderwała się na nogi i ruszyła do salonu. W drzwiach omal nie zderzyła się z 

Markiem.

— Dokąd to? — spytał, usuwając się na bok.

— Muszę coś sprawdzić — wyjaśniła. — Zaraz wracam.

Znalazła gazetę w pokoju i przyniosła ją do kuchni. Mark wyjął maszynopis z 

torby i połoŜył go na stole, ale Arianna tak była zaaferowana artykułem, Ŝe nie 

zwróciła na to uwagi.

— Sal Corsi — mruknęła. — Ciekawe, czy to moŜe być pan X.

- Sal Corsi? — spytał Mark.

— Tak nazywał się gangster, którego zabito na lotnisku Kennedy”ego mniej 

więcej wtedy, kiedy Zara tam była.

Mark popukał palcem w stronę tytułową maszynopisu. \Vidnialo na niej 

background image

nazwisko autora — Salyatori Corsi.

— O mój BoŜe — szepnęła i spojrzała na Marka. Nie wyglądał na 

zadowolonego.

— Lepiej się spakuj — powiedział powaŜnym tonem. 7Na pewno tu przyjadą, 

to tylko kwestia czasu.

Po raz pierwszy przestraszyła się me na Ŝarty. Potem ogarnęło ją zupełnie nie 

znane dotąd uczucie. Zapragnęła, by Mark wziął ją w ramiona, pocieszył, ochronił. 

Aby sprawił, Ŝeby poczuła się bezpieczna. Obie z Zarą musiały być silne

i liczyć tylko na siebie. Za wcześnie utraciły rodziców. Dopiero teraz było 

widać, jak ta strata odbiła się na ich Ŝyciu.

— No dobrze — odparła — ale co mam ze sobą zrobić?

— Zastanawiałem się nad tym od spotkania z Zarą. Przyjaciele moich rodziców, 

Bergstromowie, mają domek letniskowy niedaleko stąd, w pobliŜu Vail. Nikt w nim 

teraz nie mieszka, a wiem, gdzie są klucze. Zostaniesz tam, dopóki nie wymyślimy 

czegoś lepszego. Jeśli Corsi nie Ŝyje, to moŜe powinnaś oddać ten maszynopis policji. 

Wtedy mafia nie miałaby powodu, by cię ścigać.

Arianna patrzyła w skupieniu na pokaŸny plik kartek. To prawda, z mafią nie 

ma Ŝartów, a na pewno będzie się nią interesować. Z drugiej strony nadarza się 

niepowtarzalna okazja zdobycia sławy.

— Zapewne masz rację — powiedziała — ale pomyśl, czego bym się wyrzekła. 

Wiesz, jakie to moŜe mieć znaczenie dlamojej kariery?

— Arianno, najwaŜniejsze jest twoje bezpieczeństwo.

— Nie wiadomo, jak daleko posunął się Corsi w demaskowaniu mafii. Na 

pewno się tego nie dowiem, dopóki nie przeczytam maszynopisu. Zaraz więc się do 

niego zabieram.

— Nie mogę zostawić ci maszynopisu i odjechać w siną dal, poniewaŜ 

przyrzekłem Zarze, Ŝe zadbam o twoje bezpieczeństwo. — Zamilkł na chwilę, 

rozwaŜając wszelkie moŜliwości. — Co myślisz o tym, Ŝebym zawiózł cię do yail? W 

ten sposób dotrzymałbym obietnicy. Podczas jazdy moglibyśmy porozmawiać. Mam 

wraŜenie, Ŝe nie powiedzieliśmy sobie wszystkiego, a czułbym się lepiej, gdybyśmy 

pozostali przyjaciółmi.

Arianna zastanowiła się nad jego słowami. Były wywaŜone, rozsądne i nie 

słyszała w nich nuty determinacji. Wręcz przeciwnie, Mark zachowywał się jak 

człowiek, który wciąŜ ją kocha, ale jest gotów ułoŜyć sobie Ŝycie bez niej. Dlaczego 

background image

teraz sprawiało jej to przykrość? Czy się zmieniła? A moŜe on się zmienił?

ROZDZIAŁ 3

Mark podszedł do okna i wyjrzał na ulicę. Była cicha

i spokojna. Jakiś chłopiec przejechał rowerem, wzbijając

w górę poŜólkłe liście. Z domu po drugiej stronie ulicy wyszła kobieta, zajrzała 

do skrzynki na listy, po czym wróciła do

ś

rodka. Gdzieś w oddali szczekał pies.

Czy w tak spokojnym miejscu moŜe być niebezpiecznie? Niestety tak. Kiedy 

usłyszał o zabójstwie Corsiego, poŜałował, Ŝe w ogóle pokazał Ariannie maszynopis. 

Ale stało się. Przynajmniej się zgodziła, by zawiózł ją do yail. Na początek dobre i to.

Arianna, która właśnie się pakowała, minęła go w drodze do

pralni. Uśmiechnęła się niepewnie, ale nic nie powiedziała. Po

chwili wróciła z naręczem ubrań i dopiero wtedy się odezwała:

— Mark, wiem, Ŝe z natury jesteś ostroŜny, ale czy trochę nie przesadzamy? 

Jestem redaktorką. Dlaczego ktoś miałby

mnie skrzywdzić?

— Nie chodzi o ciebie, Arianno, leczo maszynopis. Teraz, kiedy juŜ wiem o 

Corsim, jestem pewien, Ŝe mafia zrobi wszystko, by nie dopuścić do 

rozpowszechnienia zawartości maszynopisu.

Na jej twarzy odmalowało się wahanie.

— Słuchaj — rzekł — jeśli uwaŜasz, Ŝe celowo wyolbrzymiam 

niebezpieczeństwo, to grubo się mylisz. Czułbym się o wiele lepiej, gdyby ten 

maszynopis w ogóle nie istniał.

— Gdyby go nie było, nie zabierałbyś mnie do Vail.

— Nie, pewnie zaprosiłbym cię na kolację.

Uniosła brwi.

— Jesteś bardzo pewny siebie, panie Lindsay.

— Nie mam nic do stracenia, kwiatuszku. — Uśmiechnął się szeroko. — MoŜe 

kiedy indziej porozmawiamy o moich zamiarach. Teraz lepiej jedŸmy. Ludzie mafii 

mogą zjawić się w kaŜdej chwili.

— Nie mogą być gorsi od ciebie!

Maik był w dobrym nastroju. Poczuł się o wiele lepiej, kiedy przestał udawać. 

background image

Miło było zaskakiwać Ariannę na kaŜdym kroku.

Z rozmyślań wyrwał go dzwonek telefonu. Słyszał, Ŝe Arianna odebrała go w 

sypialni i z kimś rozmawiała. Po kilku minutach odłoŜyła słuchawkę i zeszła na dół.

— To była przyjacióła Zary, Lina Prescott. Próbowała się z nią skontaktować, 

lecz kierownik hotelu powiedział, Ŝe się wymeldowała. — Arianna miała zmartwioną 

miną. — Och, Mark, chyba Zarze nic się nie stało?

— Przypuszczam, Ŝe zaszyła się gdzieś ze swoim przyjacielem. Pamiętasz, 

mówiłem ci, to eksglina, więc na pewno panuje nad sytuacją. Nie ma sensu się 

martwić, tym bardziej Ŝe i tak nie moŜemy nic zrobić. Lepiej zadbajmy o twoje 

bezpieczeństwo, a to oznacza, Ŝe powinniśmy ruszać w drogę.

Arianna skinęła głową.

— Masz rację. Odniosłam jednak wraŜenie, Ŝe Linie szalenie zaleŜy na 

rozmowie z Zarą, a jeśli i mnie tu nie będzie?

— PrzecieŜ Zara i tak najpierw pojedzie do Nowego Jorku. Zostaw jej 

wiadomość u siebie w domu.

— Dobry pomysł. Napiszę do niej kartkę. To powinno

załatwić sprawę.

— Świetnie, ale wyślesz ją z yail — stwierdził Mark. — Nie chcę tu zostawać 

dłuŜej niŜ to naprawdę konieczne.

— Zgoda, jestem juŜ prawie spakowana. — Ruszyła do drzwi i nagle się 

zatrzymała. — Mark, mogę cię o coś spytać?

— Oco?

— Czy Zara wpadła ci w oko?

Mimowolny uśmiech przebiegł mu po twarzy.

- Mark!

— CóŜ, jest niesamowicie do ciebie podobna. — Miał minę niewiniątka. — Ale 

nie martw się, nigdy nie postawiłbym cię w kłopotliwej sytuacji.

Obrzuciła go długim, taksującym spojrzeniem.

— Miesiąc temu uwierzyłabym ci, ale teraz...

— Miesiąc to sporo czasu.

Maik dzwonił do swojego biura w Nowym Jorku, kiedy Arianna wróciła do 

pokoju. Sprawdziła, czy wszystkie okna i drzwi kuchenne są zamknięte. Walizki stały 

juŜ przy wyjściu. Musiała tylko pamiętać, Ŝeby włączyć alarm. Usłyszała, Ŝe Mark 

background image

przekazuje ostatnie polecenia swemu asystentowi. Ze sposobu, w jaki to robił, 

wynikało, Ŝe bardzo mu spieszno wyruszyć w drogę.

Arianna przyjrzała się mu ukradkiem. 

Podszedł do drzwiczek od strony kierowcy i otworzył je.

- No, dalej - rzeki. - Wskakuj.

Arianna była szczerze zdziwiona. Przyzwyczaiła się, Ŝe najpierw pozwała jej 

zająć miejsce, a dopiero później sam siada za kierownicą. Natychmiast ruszyli w 

drogę. MaszynoPis połoŜyła sobie na kolanach., aby czytać go w czasie jazdy.

— Obserwowałem ulicę — powiedział. — Nie zauwaŜyłem Ŝadnych 

podejrzanych typów. Chyba na razie jesteś bezpieczna.

przyjechał do Aspen, był inny niŜ jej narzeczony. Ten nieznany Mark 

intrygował ją.

Miał taką samą szczupłą, wysportowaną sylwetkę i szlachetne rysy twarzy, ale 

układ ust jakby się zmienił. Teraz wyraŜały większą stanowczość. A łagodne brązowe 

oczy, które tak bardzo kochała, wydawały się spoglądać surowo. Malowały się w nich 

pewność siebie i zdecydowanie.

Musiała stwierdzić, Ŝe Mark stał się bardziej energiczny, a zarazem bardziej 

pociągający. A moŜe to wiszące nad nią niebezpieczeństwo tak pobudziło jej zmysły?

— Wszystko załatwione — powiedział, odkładając słuchawkę. — Mam jeszcze 

parę dni wolnego.

— To okropne, Ŝe odciągam cię od pracy. PrzecieŜ mogę sama pojechać do 

Vail.

— I pozbawić mnie całej przyjemności? — Ruszył drzwi, przy których stały jej 

walizki.

Zgarnęła ze stołu pamiętniki Corsiego.

— Przyjemności? — spytała.

— MoŜe powinienem powiedzieć „ewentualnej przyjemności”. Wszystko 

zaleŜy od tego, na ile będziesz chętna do współpracy. — Wziął walizki, a ona 

otworzyła mu drzwi.

— Mark, mam nadzieję, Ŝe nie proponujesz mi niczego, na co nie mogłabym się 

zgodzić?

— Nie, chyba Ŝe moja strategia ci się nie spodoba.

— Strategia? Myślisz, Ŝe to wojna?

— Mam nadzieję, Ŝe nie. Ale nigdy nie wiadomo.

background image

Arianna zamknęła dom i poszła za nim do wynajętego samochodu. Patrzyła, jak 

wkłada walizki do bagaŜnika i opuszcza klapę.

— Po raz pierwszy, odkąd się znamy, czuję się zwolniony

— Daj spokój, Mark — odparła wzruszając ramionami. — Myślisz, Ŝe 

rozpoznałbyś takiego typka?

— Oczywiście. Mają charakterystyczny wygląd.

Patrzyła na niego z rosnącym zainteresowaniem.

— Widzę, Ŝe jesteś bardzo pewny siebie. MoŜe wiesz, na czym polega twoja 

taktyka?

— Jasne. — Mark kiwnął głową.

Ariamię rozbawiło jego zachowanie. Pomyślała z uznaniem, Ŝe jednak postawił 

na swoim. Był wesoły, uśmiechnięty, ale stanowczy. Nie mogła się nadziwić, Ŝe to ten 

sam męŜczyzna, z którym zerwała zaręczyny.

Jechali prawie pól godziny i minęli juŜ Carbondale po lewej stronie autostrady. 

Uwagę Arianny całkowicie pochłonęła lektura maszynopisu.

— Coś podobnego! NiemoŜliwe! — powiedziała, unosząc głowę znad tekstu.

— Tak dobre czy tak złe?

— Nie spodoba ci się to, co powiem — odparła. — To material na autentyczny 

bestseller. Zawiera nieprawdopodobne informacje, odsłania kulisy róŜnych operacji, 

ujawnia powiązania. JuŜ rozumiem, dlaczego mafia chce za wszelką cenę zdobyć 

maszynopis. Corsi zgromadził dowody przeciwko kaŜdemu, kto z nią współpracował 

w Nowym Jorku. A teraz to wszystko jest w moich rękach.

Mark milczał. Sprawdziły się jego najgorsze przeczucia.

— Nie martw się — powiedziała Arianna, usiłując powściągnąć entuzjazm. — 

To nie twój problem. Mówię powaŜnie.

— Cieszę się ze wŜględu na ciebie — rzeld. — Naprawdę się cieszę. Wiem, ile 

to moŜe znaczyć dla twojej kariery. Tylko co ci po sukcesie, jeśli zginiesz?

— Ludzie, którzy pozwalają, by strach rządził ich Ŝyciem, nigdy do niczego nie 

dochodzą.

- Wiem o tym, ale me kaŜde ryzyko warto podejmować. Co innego być 

odwaŜnym, a co innego — głupim.

— Niewątpliwie masz rację — powiedziała nieco ostrzejszym tonem. — 

Zgadzamy się co do zasady, ale dla kaŜdego z nas granica między odwagą a głupotą 

przebiega gdzie indziej.

background image

Mark zacisnął zęby. Przewidywał, Ŝe tak się stanie. Gdy tylko opuścili Aspen, 

Arianna poczuła się bezpieczniej i powróciła jej dawna pewność siebie. Taką miała 

naturę. Niestety, rozsądek opuścił ją wraz ze strachem.

Słuchaj — rzekł — chyba nie zdajesz sobie sprawy, z czym, a co waŜniejsze z 

kim, masz do czynienia. To nie jest zabawa w kotka i myszkę.

Odwróciła gwałtownie głowę i popatrzyła na niego z oburzeniem.

— Wiem o tym doskonale. A swoją drogą, dlaczego uwaŜasz się za eksperta w 

tych sprawach? W końcu jesteś bankierem.

Chciał to wyjaśnić, lecz w porę ugryzł się w język. JuŜ itak za duŜo powiedział. 

Teraz powinien zrobić wszystko, by ją odwieść od zamiaru wydania ksiąŜki. Jeśli mu 

się nie uda, będzie musiał przejść do planu B. Wszystko wskazywało na to, Ŝe sprawy 

potoczą się właśnie w tym kierunku.

Przez następne czterdzieści pięć minut Arianna, pochylona nad tekstem, co jakiś 

czas rzucała pełne zachwytu uwagi. Raz tylko przerwała czytanie, by przytoczyć mu 

anegdotkę, która szczególnie ją rozbawiła.

Gdy jechali autostradą międzystanową numer 70, nad górami gromadziły się 

burzowe chmury. Arianna była tak pochłonięta lekturą, Ŝe chyba nie słyszała dalekich 

jeszcze grzmotów. Dopiero kiedy niebo zupełnie się zachmurzyło i trzasnął piorun, 

podniosła wzrok i spojrzała przez okno.

— Chyba wjeŜdŜamy w burzę — zauwaŜyła, rozglądając „ się wokół niezbyt 

przytomnie.

— JuŜ wjechaliśmy.

— Wiem, Ŝe kiepski ze mnie kompan — rzekła, obrzucając go przepraszającym 

spojrzeniem. — Ale to fantastyczna opowieść. Jeśli nie moŜesz cieszyć się razem ze 

mną, to przynajmniej mi nie dokuczaj.

Mark potrząsnął głową i roześmiał się.

— Myślisz, Ŝe dzięki Corsiemu staniesz się sławna i bogata?

— Och, tekst trzeba od początku do końca starannie zredagować, ale treść jest 

wprost sensacyjna. I wszystko udokumentowane. Spójrz! — Wzięła w palce pasek 

papieru. — Znalazłam to między stronami. Instrukcja, jak wyjąć oryginalne 

dokumenty z tajnej skrytki w Brooklynie. To będzie dowód w sprawie o korupcję.

— Chyba nie muszę ci mówić, kto jeszcze bardziej od ciebie chciałby to dostać 

w swoje ręce.

— Wydaje mi się, Ŝe oboje postawiliśmy sprawę jasno.

background image

— Owszem. Co zamierzasz?

— Muszęzadzwonić do Jerry”ego, gdy tylko dojedziemy do Vail. Z pewnością 

zaŜąda, abym natychmiast wracała do Nowego Jorku.

Mark nie odezwał się ani słowem. Nie lubił redaktora naczelnego Pierpont 

Books, Jerry”ego Saltera, poniewaŜ bezlitośnie wykorzystywał Ariannę, a ta chętnie 

się na to godziła. Ambitna pracoholiczka i wymagający szef to groŸna para. Mark 

próbował wytłumaczyć Ariannie, Ŝe głupio postępuje, lecz była przekonana, iŜ w 

końcu obejmie stanowisko Jerry”ego, a tym samym jej wysiłek zostanie nagrodzony.

Pioruny waliły coraz częściej i zaczęło padać. Mark włączył wycieraczki.

— Daleko jeszcze? — spytała Arianna, patrząc w niebo.

— Parę kilometrów. Będę musiał zapytać o drogę. Moi rodzice często tu 

przyjeŜdŜali, ale ja nie byłem w Vail od kilku lat.

— Czy jest tam telefon?

— Przypuszczam, Ŝe tak.

— MoŜe na wszelki wypadek zadzwonię z automatu.

Mark zmarszczył brwi.

— Dobrze by było, gdybyś nie podawała aktualnego adresu.

— Dlaczego? Chyba nie sugerujesz, Ŝe Jerry by mnie zdradził?

— Świadomie nie, ale lepiej, Ŝeby nie wiedział za duŜo. Poza tym w tę sprawę 

są wciagnięci przekupieni policjanci i sędziowie. Trzeba teŜ brać pod uwagę 

moŜliwość podsłuchu.

— Mark, czy wiesz o czymś, o czym mi nie mówisz?

— Bez komentarza.

— Znowu w coś się ze mną bawisz — rzekła. — Próbujesz wyprowadzić mnie 

z równowagi.

— Owszem, ale idzie mi to coraz gorzej.

— Przynajmniej jesteś na tyle przyzwoity, Ŝeby się do tego

przyznać.

Mark westchnął w duchu. Tak, plan B jest nie do uniknięcia.

Deszcz przemienił się w ulewę i musiał zmniejszyć prędkość samochodu. 

ZbliŜali się do przedmieść, w strumieniach wody z trudem dostrzegł zjazd do stacji 

benzynowej.

— Zadzwonisz, a ja zapytam o drogę.

Sięgnęła na tylne siedzenie po kurtkę. Mark wjechał na teren stacji i zatrzymał 

background image

się przed dystrybutorem paliwa. Choć bak był opróŜniony tylko do połowy, 

postanowił zatankować. Arianna połoŜyła maszynopis na podłodze. Milczała przez 

chwilę. Mark miał nadzieję, Ŝe wzięła sobie do serca jego ostrzeŜenia, choć zbytnio 

na to nie liczył.

Gdy wyłączył silnik, popatrzyła na niego.

— Nie martw się, nie powiem Jerry”emu, gdzie jestem.

- Dzięki.

— Nie chcę się z tobą kłócić. Doceniam twoją pomoc.

Mark wzruszył ramionami.

— Wolałbym cię zawieŸć na spotkanie z Richardem Gere. Arianna wysiadła z 

samochodu. Mark patrzył, jak biegnie w strugach deszczu, drobna i wiotka, tak droga 

jego sercu. Wiedział, Ŝeją zadziwia, i cieszył się z tego.

Nie miał wątpliwości, jaki będzie efekt jej rozmowy z Jer- rym. Naczelny 

zaŜąda, by jak najszybciej wróciła do Nowego Jorku — i do czekającej na nią mafii. 

Czy powinien zmusić ją do posłuszeństwa, ryzykując, Ŝe na zawsze utraci jej miłość? 

Z pewnością. Nie ma zamiaru naraŜać jej ¯ ycia.

Napełnił bak i wycierał ręce, kiedy Arianna wróciła. Sprawiała wraŜenie 

przygnębionej.

— Wszystko w porządku?

— Tak — odparła, wsiadając do samochodu.

Mark zdziwił się, Ŝe jest taka spokojna. MoŜe się pomylił. MoŜe wiadomość o 

maszynopisie wcale nie poruszyła Jerry”ego. Pomyślał, ¯ e później o tym 

porozmawiają, i poszedł zapłacić za benzynę.

Wszedł na stację, by zapytać o dojazd do domku Bergstromów. Droga była 

skomplikowana i musiał obejrzeć ją na mapie. Domek znajdował się w odległej 

okolicy, powyŜej Vail, na zboczu.

Kiedy wrócił do samochodu, Arianna nadal wyglądała na przygnębioną.

— Nie jesteś zadowolona z rozmowy? — spytał.

— Jerry”ego zelektryzowała wiadomość, Ŝe mam ksiąŜkę Corsiego. Oczywiście 

chciał, Ŝebym jak najprędzej wróciła do Nowego Jorku.

— To chyba nie wszystko?

Westchnęła.

— Chyba rzeczywiście mafia nie cofnie się przed niczym, by zdobyć 

maszynopis i dokumenty.

background image

— Naprawdę? Co się stało?

— Jerry powiedział, Ŝe było włamanie do wydawnictwa. Mój gabinet został 

dokladme przetrząśnięty. Nie rozumiał dlaczego, dopóki nie powiedziałam mu o 

maszynopisie.

— Wybacz, ale chciałoby się rzec „A nie mówiłem!”

— Fakt. Teraz jestem pewna, Ŝe to powaŜna sprawa i Ŝe grozi mi 

niebezpieczeństwo.

— Wcale się nie cieszę, Ŝe to słyszę.

- Nie mam jednak zamiaru rezygnować z wydania ksiąŜki. To był tylko drobny 

incydent.

— Przestań owijać w bawełnę — powiedział. — Wal prosto z mostu. Co 

właściwie zamierzasz?

Odwróciła się od okna, przez które patrzyła nie widzącym wzrokiem.

— Powiedziałam Jeny”emu, Ŝe potrzebuję paru dni na przemyślenie tego 

wszystkiego.

— Icoonnato?

— Chciał, Ŝebym natychmiast przesłała mu maszynopis. Odmówiłam i to go 

zezłościło.

— Jaki miły. — Mark włączył silnik.

— Jednak nie mogę siedzieć nad tym w nieskończoność

— stwierdziła. — Zamierzam przejrzeć dokładnie tekst, dokonać jego oceny i 

opracować tak, by nadawał się do druku.

Mark zawrócił na autostradę, Przez te parę dni w Vail, pod jego opieką, Arianna 

będzie bezpieczniejsza niŜ w Nowym Jorku. A dla niego moŜe to być chwila 

wytchnienia. Potrzebował trochę czasu na dopracowanie planu i właśnie nadarzała się 

okazja.

WciąŜ padało, ale nie tak mocno jak poprzednio. Do zjazdu do centrum Vail 

pozostało jeszcze parę kilometrów.

Jeszcze na autostradzie Arianna przerwała milczenie.

— Czy to moŜliwe, Ŝeby stracić Ŝyciową jakichś gangsterów?

— Los nie zawsze nam sprzyja.

— Dzięki, Mark, to bardzo pocieszające.

Przyspieszył, by wyminąć samochód z przyczepą kempingową.

— CóŜ ja mogę wiedzieć? PrzecieŜ jestem tylko bankierem.

background image

— A mówiąc powaŜnie, co byś zrobił na moim miejscu?

— Naprawdę chcesz wiedzieć? Przekazałbym maszynopis Corsiego FBI i 

wyjaśnił, jak znaleźć oryginalne dokumenty.

— Cudownie. A co z ksiąŜką? Zapomniałbyś o niej?

— KsiąŜka ci nie ucieknie. Gdy bandyci zostaną aresztowani i osądzeni, moŜesz 

spokojnie ją wydać.

Potrząsnęła głową.

— Nie rozumiesz, na jakiej zasadzie to działa, Sukces zaleŜy od tego, czy 

ksiąŜka ukaŜe się we właściwym momencie. Zainteresowanie skandalem szybko 

przemija.

— Za to ludzkie Ŝycie jest bezcenne.

— Spójrzmy prawdzie w oczy, Mark, mamy do wielu spraw zupełnie inne 

podejście.

— Wiem — odparł z uśmiechem. — Dlatego oddałaś mi pierścionek 

zaręczynowy.

— Nie o to mi chodziło. — Zmarszczyła brwi. — Nie przeszkadzałeś mi w 

robieniu kariery.

— Przykro mi to mówić, kwiatuszku, ale te czasy juŜ minęły. Teraz masz do 

czynienia ze złym i upartym przeciwnikiem.

Uśmiechnęła się.

— Czy to groŸba?

— Nie. Właściwie chcę ci coś zaproponować. Masz dwa, trzy dni, zanim 

wpadniesz z deszczu pod rynnę.

— Zanim wrócę do Nowego Jorku, owszem.

— Gdy tylko wejdziesz na pokład samolotu, zaczniesz robić ze swoim Ŝyciem, 

co zechcesz. Ale dopóki jesteś ze mną, ja odpowiadam za twoje bezpieczeństwo. 

Będziesz musiała przyjąć moje warunki. Musisz słuchać mnie we wszystkim.

Przyjrzała się mu uwaŜnie, jakby go nie poznawała. Nie powiedziała ani słowa, 

ale wiedział, co myśli. „Co, u diabła, stało się z Markiem Lindsayem?” CóŜ, zniknął, 

razem ze swoim bezsensownym pragnieniem, by zmiatńć pył sprzed jej stóp. Prze,z 

następne parę dni on będzie panem sytuacji.

— Zgoda? — spytał.

Skinęła głową.

— Zgoda. Mam nadzieję, Ŝe jakoś to przeŜyję. MoŜesz mną dyrygować, dopóki 

background image

nie wejdę do samolotu.

Stłumił uśmiech. Biedactwo. Jeszcze nie wiedziała, Ŝe samolot, do którego ją 

wsadzi, nie będzie leciał do Nowego Jorku.

ROZDZIAŁ 4

Ariaima schroniła się pod zadaszonym wejściem do sklepu i trzymając przed 

sobą torbę z zakupami, obserwowała zalaną deszczem ulicę. Mark pognał do 

samochodu, tłumacząc, Ŝe nie ma sensu, by oboje mokli. Dobrze wiedziała, Ŝe 

przemokłaby do suchej nitki, gdyby przebiegła nawet parę kroków.

Kiedy samochód podjechał, wskoczyła szybko do środka i połoŜyła torbę na 

tylne siedzenie. Mark miał mokre włosy i twarz, lecz chyba mu to me przeszkadzało.

— Czy wolno mi powiedzieć, Ŝe wyglądasz jak typowa gospodyni domowa?

— Tylko spróbuj — odparła z groŸną miną.

— Przyznaj się. To dlatego nie chciałaś za mnie wyjść. Nie mogłaś znieść myśli 

o robieniu zakupów, gotowaniu, sprzątaniu i zajmowaniu się kochanym męŜulkiem.

— Zgadłeś.

—. Nie zapominaj, Ŝe zgodziłaś się mi podporządkować przez najbliŜsze dni — 

powiedział, gdy wyjechali z parkingu.

— Ale tylko w sprawach dotyczących mojego bezpieczeń

stwa.

— NieuwaŜnie słuchałaś. Powiedziałem: „we wszystkim”. MoŜe nawet 

będziesz miała okazję się przekonać, jak mogłoby wyglądać nasze małŜeństwo.

— Nie opowiadaj bzdur, jeszcze ci uwierzę i nerwy mnie poniosą.

Wybucimął śmiechem.

To dobrze, Ŝe atmosfera się rozładowała. Mark nie zachowywał się jak 

odtrącony narzeczony, nie miał do niej pretensji, nie demonstrował humorów. Po 

prostu chciał jej pomóc w niecodziennej sytuacji. MoŜe dlatego czuła się tak 

swobodnie w jego towarzystwie. Oczywiście me miała zamiaru rzucać mu się w 

ramiona. A jednak, mimo niebezpiecŜeństwa, zaczynało się robić zbyt miło. W jej 

głowie odezwały się dzwonki alarmowe.

Arianna starała się być obiektywna. Mark był tym samym przystojnym 

męŜczyzną, którego niedawno zamierzała poślubić. I nadal jej się podobał. Ale na tym 

kończyły się wszystide analogie między tym, co było sześć tygodni temu, a tym, co 

background image

jest teraz. Mark równie dobrze mógł być atrakcyjnym nieznajomym. Zastanawiała się, 

czy poprzednio zupełnie go nie znała, czy tak bardzo się zmienił.

Jeszcze jedna sprawa nie dawała jej spokoju. Nie powiedział jej, dlaczego 

pojechał na Karaiby.

— ZdradŸ mi, po co poleciałeś na Martynikę.

Popatrzył na mą z rozbawieniem.

— Naprawdę chciałabym wiedzieć.

— To była nagła decyzja — odparł. — Zamierzałem cię zapytać, czy jesteś 

ś

wiadoma tego, co robisz. W końcu sam na to sobie odpowiedziałem.

— To znaczy?

— Słusznie postąpiłaś, Arianno. Facet, z którym byłaś zaręczona, nie pasował 

do ciebie.

Ciekawe, czy przemawia przez niego fałszywa durna, czy jest szczery.

— A teraz powaŜnie: jak oceniasz moją decyzję?

Brał właśnie zakręt i musiał skupić uwagę na drodze, ale udał, Ŝe się 

zastanawia.

— Moim zdaniem wyświadczyłaś nam obojgu przysługę. Nic by nie wyszło z 

tego małŜeństwa.

„Nic by nie wyszło” — powtórzyła w myśli.

— Więc pewnie plujesz sobie w brodę, Ŝe utknąłeś tu ze mną.

— Nie, właściwie jestem zadowolony.

Ariannę ogarnęło uczucie zawodu. Mark co prawda nie wykręcał się od 

odpowiedzi, ale nie potrafiła przycisnąć go do muru. Cały czas stosował uniki. 

Dlaczego? Co chciał osiągnąć?

Wszystko jedno. Nie ma sensu się tym zadręczać. Powinna się odpręŜyć i 

zapomnieć o tym, co ich łączyło. Od tej pory będzie traktowała go jak przyjaciela i 

unikała rozmów o sprawach osobistych.

— Pytam z czystej ciekawości. — Przerwała milczenie, łamiąc jednocześnie 

daną sobie przed chwilą obietnicę. — Czy podczas trwania naszej znajomości 

oszukiwałeś sam siebie?

— Chcesz wiedzieć, czy naprawdę cię kochałem? — Popatrzył na nią z ukosa. 

— Czy to ma jakieś znaczenie?

— Właściwie nie. Lepiej zmielimy temat.

— Świetnie.

background image

Arianna czekała, lecz Mark nie odezwał się ani słowem. Zabębniła palcami po 

szybie. W końcu dała upust złości.

— Wiesz co, jestem zdziwiona, Ŝe tak szybko pogodziłeś się z naszym 

rozstaniem.

— Więc jednak chcesz o tym pogadać.

— Nie! — zaprzeczyła, oblewając się rumieńcem. — Zapomnij, Ŝe to 

powiedziałam. Nie wiem, co się ze mną dzieje.

— Najwidoczniej czujesz się winna.

— Winna?

— Tak. Masz wyrzuty sumienia, Ŝe tak mnie potraktowałaś, zgadza się?

— Nie do końca, choć rzeczywiście ta decyzja drogo mnie kosztowała. 

PrzeŜywałam prawdziwe męki, zanim postanowiłam zwrócić ci pierścionek 

zaręczynowy.

— Wierzę ci, kwiatuszku. ¯ adne z nas nie wiedziało, jak się zachować w tej 

sytuacji. Proponuję, Ŝebyś juŜ przestała dręczyć się tym, co się wydarzyło w 

przeszłości, i zastanowiła się, co upichcisz mi na kolację.

- Drań.

Roześnńał się.

— Widzę, Ŝe lepiej się czujesz.

Pogoda znowu się pogorszyła i Mark musiał się skoncentrować na prowadzeniu 

samochodu. Od czasu do czasu deszcz ustawał, by po chwili lunąć z jeszcze większą 

silą.

Gdy wąską serpentyną dojechali do rozwidlenia dróg, Mark musiał sprawdzić 

na mapie, którą z nich wybrać. Po piętnastu minutach wjechali w boczną, wysypaną 

Ŝ

wirem dróŜkę, która doprowadziła ich do parkingu. Zgodnie z ich przewidywaniami 

był zupełnie pusty. Mark zatrzymał samochód w pobliŜu schodów prowadzących do 

domków letniskowych. Pokazał Ariannie skrzynkę na listy, na której widniało 

nazwisko Bergstromów.

— Jesteśmy na miejscu. Wszystko się zgadza.

Nie było sensu czekać, aŜ deszcz przestanie padać. Mark wziął bagaŜe, Arianna 

wepchnęła rękopis Corsiego do jednej z walizek i chwyciła torbę z zakupami. 

Szybkim krokiem ruszyli do domku.

Było nie tylko mokro, ale i zimno. Wyobraziła sobie, jak się grzeją przy 

kominku, skazani na swoje towarzystwo. Zupełnie jakby Mark z góry to ukartował. 

background image

Przez chwilę zastanawiała się, czy to moŜliwie. Raczej nie. Pewnie los spłatał im 

figla.

Szła tak szybko, jak mogła, ale cięŜka torba utrudniała

ruchy. Choć deszcz zalewał jej oczy, ujrzała zarys dachu.

Chciała dotrzeć do domu, zanim rozmoknięta torba rozleci

się na kawałki. JuŜ była blisko, kiedy potknęła się o korzeń

i razem z zakupami runęła jak długa na ziemię. Torba pękła

i mleko zaczęło się sączyć po błotnistej dróŜce.

Mark popatrzył na nią zatroskanym wzrokiem, ale gdy się upewnił, Ŝe jest cała i 

zdrowa, kąciki ust uniosły mu się w uśmiechu.

— Jeśli zrobisz choć jedną złośliwą uwagę, zabiję cię.

Wyglądał na zdziwionego.

— JakŜe mógłbym ci dokuczać w takiej chwili.

— Lepiej uwaŜaj.

Postawił walizki, Ŝeby pomóc jej wstać. Pochylił się, a Arianna popatrzyła mu 

w oczy. Na chwilę zapomnieli o padającym deszczu.

— Wiesz co? — mruknął w końcu. — Masz błoto na policzku.

Arianna spróbowała zetrzeć je ręką.

— Nie tak — rzeki. — Tylko rozmazujesz.

Wyciągnął chusteczkę i starł błoto z jej twarzy. To był

bardzo miły gest. Nie pamiętała, Ŝeby kiedyś zrobił coś podobnego.

— Czy to naleŜy do obowiązków ochroniarza? — spytała.

— Niezupełnie.

Odsunął się i popatrzył na rozrzucone produkty.

— Zostawmy to. Później wrócę i wszystko pozbieram.

Wziął bagaŜe i ruszyli w stronę domku. Gdy znaleźli się na ganku, Arianna 

schroniła się pod daszkiem, a Maik podszedł do najbliŜszego okna, by poszukać 

klucza za okiennicą. Zabłocona i drŜąca z zimna, obserwowała jego poczynania.

— Przynajmniej nie moŜesz powiedzieć, Ŝe nudzisz się ze mną po zerwaniu 

zaręczyn — rzeki, wracając na ganek i otwierając drzwi.

Weszli do środka. Arianna rozejrzała się po przytulnym wnętrzu. Przed 

kamiennym kominkiem stały cięŜkie kanapy obite brązową skórą. Na ścianach wisiały 

indiańskie kilimy, a po całym pokoju porozstawiane były typowo amerykańskie 

naczynia z gliny oraz wiklinowe koszyki. Na szczęście drewniana podłoga była 

background image

polakierowana, me będzie więc musiała godzinami jej szorować, by usunąć błoto, 

którego nanieśli.

— Ściągnij ubranie, aja poszukam jakiegoś ręcznika —powiedział Mark.

Nie czekając na odpowiedŸ, poszedł do łazienki. Arianna nie miała ochoty się 

rozbierać, ale jeszcze mniej jej się uśmiechało siedzenie w mokrych rzeczach. Zdjęła 

wszystko z wyjątkiem stanika i majtek. Bielizna takŜe była przemoczona, ale nie 

chciała zostać nago. Objęła się ramionami i czekała na Marka.

— Och, czuję się jak w raju — powiedziała, gdy owinął ją ogromnym, 

puszystym ręcznikiem kąpielowym.

Energicznym ruchem wytari jej plecy, po czym rąbkiem ręcznika osuszył twarz. 

Przypomniała sobie, Ŝe zachował się podobnie, gdy brali razem prysznic u niego w 

domu. Potem się kochali, nie zawracając sobie głowy suszeniem włosów.

Przyciskając ręcznik do szyi, popatrzyła na niego spod mokrych rzęs. Nagle 

zapragnęła, by wziął ją w ramiona i przytulił do siebie. On tymczasem powiedział:

— Poszukam w kuchni jakiejś torby na nasze zakupy. — Po czym wyszedł.

Była rozczarowana. Wolałaby, Ŝeby Mark raczej nią się zainteresował niŜ 

zakupami. Niewykluczone, Ŝe postępował, tak z rozmysłem. MoŜe chodziło mu 

właśnie o to, Ŝeby ją dręczyć. Jeśli tak, to świetnie mu szło.

Arianna była pewna, Ŝe gdy Mark wróci, odegra jakąś romantyczną scenę, by 

znowu wyprowadzić ją z równowagi. Lecz nawet nie próbował tego robić. Ze 

zdziwieniem stwierdziła, Ŝe trzyma ją na dystans. Razem przygotowali kolację i zjedli 

ją przy kominku.

Potem wzięła gorący prysznic . Powinna była się ubrać, zamiast tego narzuciła 

szlafrok na gołe ciało. Marka zastała w pokoju, leŜał na dywanie przed kominkiem.

— No, no — powiedział, patrząc ze zdziwieniem na jej szlafrok i bose stopy. — 

Czy to jakaś inna kobieta? Lepiej się czujesz?

— O wiele, dzięki. — Wyciągnęła się obok niego. — Pomyślałam, Ŝe dosuszę 

włosy przy kominku.

Rozplątała mokre loki. Poły szlafroka rozchyliły się, odsłaniając udo. Zakryła 

się pospiesznie, ale Mark zdąŜył zauwaŜyć, Ŝe pod szlafrokiem jest naga, choć 

powstrzymał się od uwag. Jego milczenie wprawiło ją w zakłopotanie.

— Jeśli cito przeszkadza, mogę włoŜyć dres.

— AleŜ w Ŝadnym razie.

Objęła kolana ramionami i wpatrywała się w ogień. Nie do końca rozumiała 

background image

zachowanie Marka. Jego spokój wydał się jej pozorny. Co czuł? Gniew, zniechęcenie, 

Ŝ

al, poŜądanie, milóść? Nie moŜe pozostawić tego pytania bez odpowiedzi.

— Mark, dlaczego tak się zmieniłeś?

Przekręcił się na bok, twarzą do niej i podpari głowę ręką.

— Chyba naleŜy ci się wyjaśnienie — odparł. — To Ŝadna tajemnica. Kiedy 

rozmawiałem z Zarą na Martinice, powiedziała coś, co otworzyło mi oczy.

— To znaczy?

Zamilkł na chwilę, jakby dobierał w myśli słowa.

— Ujmijmy to w ten sposób: pomogła mi zrozumieć, Ŝe nie byłem sobą. 

Odgrywałem pewną rolę, co fatalnie się skończyło.

— MoŜesz mówić jaśniej?

PołoŜył rękę na jej bosej stopie i zaczął ją pieścić. Stłumiła drŜenie, by nie 

okazać, jaką przyjemność jej to sprawia.

— Zrozumiałem, Ŝe traktowałem cię tak, jakbyś była Meredith. Pozwoliłem, by 

przeszłość zaciąŜyła na naszym związku. Ludzie często to robią. Drogo zapłaciłem za 

swoją głupotę. Na szczęście nic c się nie stało.

— Meredith to dziewczyna, z którą się zaręczyłeś tuŜ po studiach? Ta, która 

zginęła?

— Tak. Próbowałem uniknąć błędów, które, moim zdaniem popełniłem podczas 

związku z Meredith. I w efekcie zachowywałem się nienaturalnie w okresie naszego 

narzeczeństwa.

— Jakich błędów?

Popatrzył na nią sceptycznie.

— Naprawdę chcesz o tym rozmawiać?

— Tak, chcę cię zrozumieć.

— To bardzo proste — rzekł. — Obwiniałem się o to, co się stało... ojej śmierć.

— Zginęła w wypadku samochodowym, prawda?

— Tak, ale uwaŜałem, Ŝe to moja wina. Meredith była bardzo zdenerwowana, 

kiedy prowadziła wóz. Tego wieczoni byliśmy na przyjęciu i się pokłóciliśmy. 

Powiedziałem jej coś przykrego, a ona wybiegła z płaczem. Nie zrobiłem niczego, by 

ją zatrzymać. Pozwoliłem jej wyjść i juŜ nigdy nie zobaczyłem jej Ŝywej.

— To straszne, ale zaręczam ci, Ŝe nie ponosisz winy za jej śmierć. Nie moŜesz 

brać odpowiadzialności za wypadek Samochodowy, w którym nie uczestniczyłeś.

— Sądziłem, Ŝe gdybym był bardziej wraŜliwy i czuły, a mniej samolubny, to 

background image

wciąŜ by Ŝyła. Byłem młody, pewny siebie i dotknąłem ją do Ŝywego. Po jej śmierci 

przysiągłem sobie, Ŝe szczęście i dobro ludzi, których kocham, będę stawiał na 

pierwszym miejscu.

— I trochę w tym przesadziłeś.

— Niestety.

— Szkoda, Ŝe wcześniej mi o tym nie powiedziałeś, Mark.

— Nie zdawałem sobie sprawy, co się dzieje. Czułem, Ŝe cię tracę, ale swoim 

zachowaniem jeszcze pogarszałem Sytuację. Przeszedłem samego siebie w zabieganiu 

o twoje względy.

Arianna wpatrywała się w ogień.

— Aja nie powiedziałam ci, co czuję.

— To wszystko moja wina.

— Nie, ludzie powinni dzielić się swoimi myślami. W pewnym sensie cię 

rozczarowałam.

— Aja cię oszukiwałem. Dobrze jest być troskliwym, lecz trzeba teŜ być 

uczciwym. To niewybaczalne, gdy się udaje kogoś innego.

— I zrozumiałeś to dzięki mojej siostrze.

— Niestety, za późno. — Podniósł się, by dołoŜyć parę polan do kominka. Po 

chwili snop iskier buchnął z paleniska.

Arianna pomyślała, Ŝe taką rozmowę powinni odbyć dawno temu. Wiedziała, Ŝe 

na równi z Markiem ponosi winę za rozpad ich związku. Ale podobnie jak on, nie 

zdawała sobie sprawy z istoty problemu. Teraz pozostawało tylko jedno pytanie. Jeśli 

Mark udawał przez te wszystkie miesiące, to jaki jest naprawdę?

— Jeszcze nie jest za późno, Ŝeby sobie wybaczyć — powiedziała.

— To prawda — przytaknął, po czym pochylił się i pocałował ją w stopę. 

Przebiegł ją miły dreszczyk.

— Czy tak mają wyglądać pańskie przeprosiny, panie Lindsay? — spytała 

rozbawiona.

— Powiedzmy, Ŝe obraz twojego nagiego ciała nie daje mi

spokoju.

Podwinęła pod siebie nogi i szczelnie otuliła się szlafrokiem.

— Nie powinnam ci mówić, Ŝe nie mam nic pod spodem.

A najlepiej gdybym się ubrała. 

— Ale tego nie zrobiłaś.

background image

— Chcesz powiedzieć, Ŝe próbuję cię uwieść?

— A próbujesz?

— Oczywiście, Ŝe nie! Miałam tylko zamiar wysuszyć — Nie!

Popatrzyła mu uwaŜnie w oczy, gdy objął ją w talii, zamykając w Ŝelaznym 

uścisku.

— MoŜe tamten Mark zbyt mi nadskakiwał — rzekła — ale przynajmniej 

miałam do niego zaufanie.

— Aja myślałem, Ŝe lubisz Ŝycie pełne niebezpieczeństw, Ari. Sądziłem, Ŝe ten 

biedak, z którym się zaręczyłaś, był za powaŜny, zbyt ugrzeczniony, za bardzo 

przytłaczał cię swoją miłością.

— Natomiast ty nie zawahałbyś się mnie wykorzystać?

— MoŜesz się o tym przekonać — odparł. — Chcesz się ze mną kochać?

sobie włosy przy kominku — odrzekła, poliząsając lokami.

—Wiem, Ŝe jesteś dŜentelmenem. PrzecieŜ ci zaufałam.

— A dokładnie komu? MęŜczyźnie, który udawał przez te wszystkie miesiące, 

czy prawdziwemu Markowi?

Roześmiała się nerwowo.

- Pytam powaŜnie.

— Daj spokój, Mark. MoŜesz coś ukryć albo do czegoś się zmusić, ale w 

dalszym ciągu jesteś sobą.

— Na pewno?

Ciągle” się uśmiechała, lecz on pozostawał powaŜny.

- Mark... przestań. Zauwazyłam róŜnicę, ale...

— Co odkryłaś? Ŝe jestem kompletnie inny, niŜ myślałaś? Ŝe zrzuciłem maskę i 

zobaczyłaś nieznajomego męŜczyznę?

Ś

ciągnęła poły szlafroka.

— Teraz draŜnisz się ze mną.

— Przyznaję, Ŝe trochę się bawię tą sytuacją. Ale znasz powiedzenie „Nie ma 

dymu bez ognia”

Przysunął jej dłoń do ust i pocałował koniuszki palców. Zrozumiała, Ŝe ją 

uwodzi. A kobieta nie moŜe pozwalać na to męŜczyźnie, z którym zerwała. Nie była 

jednak całkowicie pewna, Ŝe chce, by przestał.

— Tego jednego nigdy nie udawałem — powiedział. — Moje zainteresowanie 

tobą było w stu procentach szczere. Pociągałaś mnie, i to bardzo.

background image

Patrzyła, jak bawi się jej palcami.

— Czy to oznacza, Ŝe męczyzna, który przywiózł mnie na to odludzie, udaje?

Mark chwycił ją za nadgarstek i przyciągnął do siebie.

- Trzeba będzie to sprawdzić.

— CóŜ, niewiele mnie to obchodzi. Tamten moŜe by się tym przejął, ale ja nie.

— Mark, przeszedłeś samego siebie. — Uśmiechnęła się.

— Byłabym pod wraŜeniem, gdyby to nie było takie zabawne.

— Traktuję to jak wyzwanie — rzekł z powaŜną miną. Blask ognia padał na 

jego twarz.

I pocałował ją. Najpierw delikatnie, potem bardziej namiętnie i Ŝarliwie. 

Rozwiązał pasek szlafroka i nakrył dłonią jej pierś.

Arianna wsunęła mu pałce we włosy i odchyliła głowę, by zajrzeć mu w oczy.

— Nie przyszło ci do głowy, Ŝe to moŜe być zły pomysł?

— szepnęła.

— Przemknęła mi taka myśl — odparł chrapliwym głosem

— ale nie zastanawiałem się nad tym.

Pocałował kąciki jej ust. I zanim zdąŜyła coś powiedzieć, musnął wargami jej 

piersi. Arianna jęknęła i zamknęła oczy, gdy poczuła, Ŝe jego usta przesuwają się 

leniwie po jej brzuchu. Mark draŜnił językiem jej nagle wraŜliwą skórę, doprowadzał 

ją do szaleństwa. Była coraz bardziej podniecona i myślała wyłącznie o miłosnym 

spełnieniu. Tymczasem on nagle pocałował ją w rękę i zaprzestał pieszczot.

Oddychała gwałtownie, zastanawiając się, jak mogli posunąć się tak daleko. Ich 

poŜądanie powinno juŜ dawno wygasnąć, a tymczasem Mark pociągał ją tak samo jak 

kiedyś. I choć nie mogła powiedzieć, Ŝe nie poznaje w nim dawnego kochanka, to 

jednak wydał się jej inny — bardziej namiętny, bardziej Ŝarliwy. A moŜe to ona się 

zmieniła?

Pogłaskała go po policzku.

— Nadal lubię twoje pieszczoty — wyznała.

— Aja twoje.

— Ale moŜe niepotrzebnie komplikujemy sobie Ŝycie?

— PrzecieŜ niczego od tego nie uzaleŜniam — powiedział, wodząc palcem po 

jej pępku. — A ty?

— Nie, Mark, ale kochanie się w chwili słabości jest

błędem.

background image

— Będziesz więc miała wyrzuty sumienia — mruknął, przyciskając usta do jej 

pępka.

— Niech cię diabli wezmą, Mark — wyszeptała z trudem.

— To nie w porządku.

Jeszcze raz przesunął ustami po jej brzuchu, a potem po udzie.

— Nie zamierzam zachowywać się jak dŜentelmen. Przymknęła oczy i poddała 

się jego pocałunkom. Miała wraŜenie, Ŝe czas przestał płynąć, a kaŜda sekunda trwa 

wieki.

Odsunął się na chwilę, by zrzucić z siebie ubranie. Widziała, jak światło bijące 

od kominka pełza po jego piersi. Kiedy

się rozebrał, wziął ją w ramiona i zaczął pieścić. Wstrząsnął nią dreszcz 

rozkoszy. Oddychała coraz szybciej, gwałtowniej, aŜ w końcu zaczęło brakować jej 

powietrza.

Wiedziała, Ŝe Mark cieszy się swoim zwycięstwem. Nawet nie próbowała mu 

się opierać. A teraz juŜ było za późno. PoŜądała Marka. Ale którego z nich? 

Przekonała się, Ŝe ten nie znany jej Mark zawsze dostaje to, czego chce.

Po chwili poczuła go w sobie i wiedziała, Ŝe wygrał.

Kiedy osiągnęła szczyt rozkoszy, krzyknęła. Mark opadł na nią wyczerpany. 

Słyszała, Ŝe krople deszczu bębnią o dach i ogień trzaska w kominku. Czuła na sobie 

ciepło jego ciała, ich serca biły jednym rytmem.

Nie chciała myśleć, chciała poddać się nastrojowi chwili, ale nurtowało ją 

pytanie: Dlaczego go porzuciła? Po paru sekundach, które przeciągnęły się w minuty, 

uświadomiła sobie, Ŝe wcale go nie porzuciła, poniewaŜ to nie był Mark Lmdsay — 

przynajmniej nie ten, którego znała.

Dawny Mark wyznawałby jej teraz miłość. Nowy nawet o tym nie wspomniał. 

Ale to dobrze. Tu nie chodziło o miłość, a wzajemny pociąg, poŜądanie, któremu nie 

potrafili się oprzeć.

ROZDZIAŁ 5

Mark siedział na ganku, słuchając śpiewu ptaków i szumu wiatru 

przeczesującego gałęzie sosen. Był w świetnym nastroju. Zawsze lubił kochać się z 

Arianną, ale ostatnia noc była zupełnie wyjątkowa. Nie przypomniał sobie, Ŝeby 

przedtem okazywała taką namiętność. Gdy kochali się po raz drugi, w łóŜku, miał 

background image

wraŜenie, Ŝe jeszcze bardziej go poŜąda. Jednak potem stała się bardzo milcząca i 

kiedy zapadł w płytki sen, wymknęła się do swojego pokoju.

Nadstawił uszu, lecz dom wciąŜ wypełniała cisza. Doszedł do wniosku, Ŝe 

Ariannie nie śpieszy się do spotkania z nim. Nawet aromat świeŜo zaparzonej kawy 

nie zwabił jej na dół. Dlatego Mark wyszedł na ganek.

W powietrzu czuło się jesień. Lubił tę porę roku. Cieszył się, Ŝe udało mu się 

wyrwać na łono natury. Był szczęśliwy, Ŝe jest z Arianną. Szkoda tylko, Ŝe ta sytuacja 

nie będzie trwała wiecznie. Kiedy wrócą do miasta, mogą się juŜ nigdy więcej me 

spotkać.

— Mark! — dobiegło z głębi domu.

Wstał i wszedł do środka. Ańanna była w pokoju frontowym, ubrana w dŜinsy i 

sweter. Wyglądała piękniej niŜ kie-

dykolwiek.

— Dzień dobry. Dobrze spałaś?

— Owszem. — Sprawiała wraŜenie lekko zakłopotanej. — A ty?

— Świetnie.

— Cieszę się.

— Kawa gotowa.

— Cały dom nią pachnie.

Idąc za Arianną do kuchni, Mark podziwiał jej zgrabną sylwetkę.

— Masz ochotę na jajecznicę? — spytał.

— Jeśli smaŜysz dla siebie, to zjem trochę. — Wzięła kubek i nalała sobie 

kawy. — ty teŜ chcesz, Mark?

— Na razie dziękuję.

Arianna usadowiła się na wysokim stołku przy kuchennym blacie. Mark nie był 

dobrym kucharzem, ale gdy spędzali noc razem, to zazwyczaj on robił śniadanie. Ari 

wolała

przygotowywać kolacje.

Zerknął na nią. Popijała kawę, lecz podchwyciła jego spojrzenie.

— MoŜemy porozmawiać o ostatniej nocy?

— MoŜemy rozmawiać, o czym chcesz, kwiatuszku. Zamieniam się w słuch. — 

Przeszukał kredens i znalazł chili w proszku, suszoną pietruszkę i sól czosnkową. Z 

zestawu przypraw, jakie uŜywał, brakowało tylko tymianku. Będzie musiał poradzić 

sobie bez niego.

background image

Arianna upiła jeszcze jeden łyk kawy, zanim zaczęła mówić.

— CóŜ... nadal siebie pragniemy.

— I to jak! — odparł, stawiając patelnię na kuchence. Wrzucił juŜ jajka do 

miski, dodał przyprawy i zaczął ubijać masę trzepaczką.

— Udany seks to nie wszystko. Nie chciałabym cię urazić, ale dzisiejsza noc 

niczego nie zmieniła. Mogłabym powiedzieć: „Było nam świetnie w łóŜku, moŜe 

powinniśmy dać sobie jeszcze jedną szansę”, ale zabrzmiałoby to sztucznie. Maik 

sprawdził, czy patelnia się rozgrzała, przykręcił gaz i wlał jajka.

— Jasne. Wiadomo, Ŝe jedna jaskółka nie czyni wiosny.

— Nie o to chodzi. To po prostu za mało. Nie wyobraŜam sobie, jak ludzie 

mogą brać ślub tylko dlatego, Ŝe odpowiadają sobie seksualnie. Chodzi mi o to... 

myślę... no, cóŜ...

— Zamilkla, zmieniła pozycję, po czym upiła łyk kawy.

— Mam wraŜenie, Ŝe próbujesz coś mi powiedzieć. —

Uśmiechnął się. — MoŜe przejdziesz do sedna.

— W porządku. — Zdecydowanym ruchem odstawiła kubek. — Myślę, Ŝe 

powinniśmy skończyć z flirtowaniem i miłosnymi podchodami. Ta noc była 

wspaniała, jak powiedziałam, ale wszystko skomplikowała. — Westchnęła. — Czy 

nie moŜemy zostać przyjaciółmi?

— Nie ma sprawy.

Wsunął kromki chleba do opiekacza. Kiedy wyskoczyły z maszynki, rozłoŜył je 

na dwa talerze i podzielił jajecznicę. Jeden z talerzy postawił przed Anną. Podał jej 

nóŜ i widelec,

po czym sam usiadł. Przez chwilę jedli w milczeniu.

— JuŜ zapomniałam, Ŝe smaŜysz taką pyszną jajecznicę

— odezwała się wreszcie. — A moŜe to ten klimat tak na mnie działa. Podobno 

w górach wszystko lepiej smakuje.

— Tak jak dzisiejsza noc. — Maik uśmiechnął się szeroko.

Rzuciła mu karcące spojrzenie.

— Co mogę powiedzieć? — Wzruszył ramionami. — Siła pokusy jest wielka.

— Świetnie się bawisz, prawda?! — wybuchnęła. — Domyślam się, Ŝe nie 

potraktowałeś powaŜnie ani jednego mojego słowa.

Podniósł obie ręce, jakby się poddawał.

— Wybacz mi, naprawdę się postaram. Obiecuję.

background image

Potrząsnęła głową i zerknęła w stronę okna.

— Ładna pogoda.

— Owszem. Burza się skończyła, wyszło słońće. Piękny

dzień.

— A na mnie czeka ciekawa lektura.

Maik zawsze był trochę zazdrosny o pasję, zjaką oddawała się pracy. Jednak 

teraz nie zamierzał się wtrącać. NajwaŜniejsze, Ŝeby była szczęśliwa. Problem polegał 

na tym, Ŝe z redagowaniem tej ksiąŜki wiązało się powaŜne niebezpieczeństwo. 

Ochrona Arianny była dla niego większym wyzwaniem niŜ zdobycie jej serca.

— Opowiedzieć ci coś śmiesznego? — spytała Arianna. — Zanim Zara 

wyjechała na Martynikę, wybrała się razem z Laurą i Darcy na kolację do Madame 

Wu.

— Chińskiej restauracji, w której rozdaje się gościom przepowiednie?

— Właśnie tej. Nie mogłam z nimi pójść i Zara przyniosła mi moją wróŜbę.

Maik zjadł trochę jajecznicy.

— Jak brzmiała?

— Nigdy nie oceniaj ksiąŜki po okładce.

Roześmiał się.

— Niezbyt oryginalne.

— Nie — odparła — ale pasuje do sytuacji, me uwaŜasz? Gdy Corsi 

skontaktował się ze mną po raz pierwszy, pomyślałam, Ŝe to wariat. A teraz 

prawdopodobnie dzięki niemu otrzymałam Ŝyciową szansę.

— A on stracił Ŝycie — dodał Mark, odrywając kawałek

— Mark, cholernie dobrze wiesz, Ŝe to moŜe trwać miesiącami. Tak czy inaczej, 

muszę pojechać do Nowego Jorku, wydobyć dokumenty, które Corsi tam ukrył. 

PosłuŜą za dowody w tej sprawie.

Wziął głęboki oddech, zanim spytał:

— Czy mam rozumieć, Ŝe to ostateczna decyzja?

Taką mam pracę, Mark. Dzięki za troskę, ale...

— Daj mi święty spokój?

— Jestem juŜ duŜą dziewczynką — powiedziała.

Owszem, była dorosła i zdecydowana na wszystko. Jeśli nie zdołał przemówić 

jej do rozumu, będzie musiał uciec się do innych metod. Nawet jeśli go za to 

znienawidzi.”

background image

— Nie pozwolisz mi o tym zapomnieć, prawda?

— Nawet jeśli mi powiesz, Ŝe jutro wychodzisz za mąŜ za jakiegoś faceta, to 

itak będę cię pilnował, dopóki ta sprawa się nie skończy. — Mark czuł, Ŝe ogarnia go 

wzruszenie.

— Jestem pewna, Ŝe przesadzasz.

— A ty nie doceniasz powagi sytuacji.

Arianna ugryzła kawałek tosta.

— Będziemy się kłócili?

— MoŜliwe. — Mark podniósł dzbanek i dolał jej kawy.

— Przykro mi to mówić, ale ten feralny maszynopis moŜe stać się Ÿródłem 

nieustannych sporów między nami.

— Mogę ci powiedzieć, Ŝebyś się nie wtrącał w moje

— Aja mogę cię tu zatrzymać.

Uniosła brwi ze zdumienia.

— Wbrew mojej woli?

Mark doszedł do wniosku, Ŝe bezpieczniej będzie zmienić

Dokończenie czytania maszynopisu Sala Corsiego zajęło Ariannie zaledwie 

parę godzin. Podekscytowana i uśmiechnięta wyciągnęła się na sofie. Zamierzała 

jeszcze raz przeczytać cały tekst i tym razem zrobić notatki. JuŜ poczyniła w myśli 

kitkanaście uwag redaktorskich.

Po śniadaniu Mark powiedział, Ŝe ma parę rzeczy do załatwienia, i pojechał do 

miasta Nie wiedziała, co moŜe tam robić, poza wysłaniem faksu, ale me zawracała 

sobie tym głowy.

Wspomnienie ostatniej nocy me dawało jej spokoju.

To niepodobne do niej, by tak zatracić się w miłości. Było to tym dziwniejsze, 

Ŝ

e przecieŜ rzuciła Marka. Rano próbowała nie pokazać po sobie, jak bardzo czuje się 

zakłopotana,

— Proszę — rzekł — zrób kopię maszynopisu Corsiego, zanim oddasz ją FBI. 

Będziesz miała nad czym pracować. SiedŸ cicho, dopóki będzie trwało śledztwo. A 

kiedy sprawa się zakończy, opublikujesz ten swój bestseller.

ale obawiała się, Ŝe nadal będzie wystawiana na pokusę. Oczywiście najlepszym 

rozwiązaniem byłby natychmiastowy wyjazd, ale obiecała Markowi, Ŝe zostanie tu 

parę dni, by się przekonać, czy rzeczywiście grozi jej niebezpieczeństwo. Jednak juŜ 

zaczynała Ŝałować obietnicy.

background image

Wczesnym popołudniem Arianna miała juŜ za sobą powtórną lekturę jednej 

czwartej tekstu. Maik nie dał znaku Ŝycia. Jedząc lunch, zastanawiała się, co mogło 

go zatrzymać.

Jeszcze raz spojrzała nazegarek. Wyjechał ponad sześć godzin temu i nawet nie 

zadzwonił. To niepodobne do niego. MoŜe coś mu się stało? Mafia mogła dotrzeć do 

Zary i zmusić ją do wyjawienia, komu przekazała maszynopis. W yail widziano, jak 

Maik bierze benzynę, a ona robi zakupy. BoŜe drogi, nawet pytali o drogę do tego 

domku. MoŜe juŜ go mają!

Na myśl o tym ciarki przeszły jej po plecach, ale szybko przywołała się do 

porządku.

Cały dzień czytała o zabójstwach, wendetach i wojnach gangów. Była tak 

przejęta opowieścią Corsiego o przemocy i korupcji, Ŝe nie mogła jasno myśleć.

Arianna zwinęła się w kłębek na kanapie i spróbowała analizować tekst. Lecz co

chwila myślała o Marku i zerkała nerwowo na zegarek. Wreszcie kolo czwartej 

usłyszała, Ŝe drzwi frontowe się otwierają. Maik wszedł do środka, niosąc torbę z 

zakupami.

— Gdzie byłeś? — spytała niespokojnym głosem.

— Zdobyłem parę steków na obiad — odparł.

— Zajęło cito siedem godzin?

Uśmiechnął się kwaśno.

- ZauwaŜyłaś?

— Maik, to ty cały czas twierdzisz, Ŝe grozi nam niebezpieczeństwo. 

Martwiłam się, Ŝe coś ci się stało.

— Nie bój się, prędzej połknę kapsułkę z trucizną, niŜ im powiem, gdzie jesteś.

— To nie jest śmieszne — stwierdziła. — A mówiąc powaŜ-

nie, gdzie byłeś?

— Och, musiałem załatwić parę telefonów, a skoro juŜ ruszyłem się z domu, to 

pokręciłem się po mieście. Sądziłem, Ŝe będziesz się rozkoszowała ciszą i spokojem.

— Cieszyłabym się nimi jeszcze bardziej, gdybyś mnie

uprzedził, o której wrócisz.

Maik przysiadł na oparciu fotela.

— Teraz rozumiem, co ludzie mają na myśli, mówiąc, Ŝe trudno przyzwyczaić 

się do małŜeństwa. Robisz mi wymówki, choć jestem tylko odtrąconym narzeczonym.

— Powinieneś być zadowolony, Ŝe martwi się o ciebie, zamiast mnie strofować 

background image

— odparła niezadowolona.

— Bardzo mi to pochlebia, ale wolałbym, Ŝebyś choć w połowie doceniła moją 

troskę o ciebie.

— Niepotrzebnie rozpoczęłam rozmowę na ten temat.

Maik uśmiechnął się i wstał.

— Jak długo zamierzasz jeszcze pracować? Mam coś na przekąskę, steki i 

butelkę chardonnay.

To obudziło jej czujność.

— Zaplanowałeś coś na wieczór?

— Tylko smaczną kolację i miłą rozmowę.

Nie wiedziała, czy mu wierzyć. MoŜe ma nadzieję, Ŝe poprzednia noc się 

powtórzy. Wgłębi duszy sama nie byłaby. od tego, ale trzeba się liczyć z 

konsekwencjami.

— Chyba zrobię sobie przerwę — rzekła. — MoŜe wieczorem popracuję.

— Jak sobie Ŝyczysz, kwiatuszku — odparł, idąc do kuchni.

„Kwiatuszku”, powtórzyła w myśli i przypomniała sobie, jak bardzo lubiła, gdy 

tak ją nazywał. To miłe, Ŝe nie bacząc na okoliczności, wciąŜ tak się do niej zwraca. 

Tego wieczoru jednak mu nie ulegnie. PrzecieŜ nie moŜna zerwać z męŜczyzną, a 

potem zostać jego kochanką. To oczywisty nonsens. Powinna trzymać go na dystans. 

OdłoŜyła maszynopis i posŜła do kuchni. Maik wypakowywał prowianty.

— Wiem, Ŝe to draŜliwy temat — zaczęła — ale muszę zarezerwować bilet na 

samolot. Kiedy zamierzasz wracać?

Maik odwrócił się do niej. Sądząc po minie, był raczej zrezygnowany niŜ zły.

— Myślałem, Ŝeby wyjechać pojutrze.

Arianna miała nadzieję, Ŝe wyruszą jutro rano, ale nie chciała go naciskać. Tak 

bardzo jej pomógł, Ŝe moŜe zgodzić się na tę drobną zwłokę.

— I złapać jakiś wieczorny samolot?

— Owszem.

Wstawił chardonuay do lodówki i schował resztę zakupów. Zostawił tylko małe 

kanapeczki w kształcie paluszków, które teraz układał na talerzu.

— Wino się schłodzi za dwadzieścia minut. MoŜe się napijesz?

To była kusząca propozycja. Podeszła do blatu i wspięła się na”stołek. 

Wiedział, jak ją podejść. A ona szybko wytlumaczyła sobie, Ŝe cięŜko pracuje i naleŜy 

się jej trochę odpoczynku. Jeśli tylko zachowa ostroŜność, to nic się nie stanie. Ale 

background image

czy będzie mogła — i chciała — trzymać go na dystans?

Doszła do wniosku, Ŝe bez pierścionka na palcu czuje się

o wiele swobodniejsza. A poniewaŜ zaczęła zachowywać się

naturalnie, to i Maik się zmienił. Tytko dlaczego nieustannie

o nim myśli? Powinna trzymać się planu.

— DuŜo spraw udało ci się załatwić przez telefon?

— NajwaŜniejsze i najpilniejsze.

— Pomyślałam, Ŝe pewnie chcesz skorzystać z faksu.

Znowu podniósł na nią wzrok.

— Właściwie nie był mi potrzebny.

— Poświęciłeś dla mnie swój czas — rzekła. — Mam nadzieję, Ŝe nie będziesz 

miał przez to kłopotów w pracy.

- Arianno, traktuję ten wyjazd jak nie zaplanowane wakacje.

— To świetnie.

Skończył układać kanapeczki i wrzucił oliwki do miski. Podsunął jej jedno i 

drugie.

— Chcesz spróbować? Wzięła oliwkę.

— Spotykałeś się z kimś po naszym rozstaniu?

Widziała po jego minie, Ŝe go zaskoczyła. Szybko jednak odzyskał rezon.

— Nie, wciąŜ cię opłakuję. Chyba nie dojdę do siebie przez najbliŜsze.., no 

powiedzmy... dwa tygodnie.

Wiedziała, Ŝe sobie pokpiwa, a mimo to zrobiło się jej przykro.

— Mam nadzieję, Ŝe jakoś się pozbierasz.

— Robię, co mogę. — Zjadł kanapkę. — A ty, kwiatuszku? Oszalałaś na 

punkcie Richarda Gere?

— Łączy nas wyłącznie praca.

Maik uśmiechnął się drwiąeo.

— Ten facet jest lepszym aktorem, niŜ myślałem.

— Chcesz mi powiedzieć komplement?

Dotknął delikatnie jej policzka.

— Czemu nie?

Arianna uśmiechnęła się. Jak to się dzieje, Ŝe teraz w towarzystwie Marka czuje 

się lepiej niŜ podczas ich narzeczeństwa? Mało tego, ten uparty, narzucający swą wolę 

i stanowczy męŜczyzna pociągał ją o wiele silniej niŜ układny, zgadujący jej Ŝyczenia, 

background image

przesadnie troskliwy narzeczony.

— Pozwól, Ŝe zadam ci hipotetyczne pytanie — powiedział Mark, biorąc 

następną kanapkę. — Czy twoim zdaniem lepiej pasujemy do siebie jako 

kochankowie, czy jako małŜonkowie?

Wzięła jeszcze jedną oliwkę.

— CóŜ, ujmijmy to tak. Gdybym szukała kochanka, byłbyś idealnym 

kandydatem. — Podrzuciła oliwkę i złapała ją ustami. — Nie to chciałeś usłyszeć, 

prawda?

Uśmiechnął się lekko.

Przyglądała mu się, rozczarowana, Ŝe nie potrafi przyprzeć go do muru.

— Mark, przecieŜ widzę, Ŝe chcesz mnie o coś zapytać. Dlaczego nie powiesz, 

o co naprawdę ci chodzi?

— Wiesz, o co?

Z roztargnieniem zabębniła palcami o blat.

— Dziś rano powiedziałam ci, Ŝe koniec z seksem, i teraz usiłujesz mnie 

uwieść, by udowodnić, Ŝe nie moŜna ci się oprzeć. Przejrzałam cię na wylot, Mark. 

Nie jesteśmy jednak dziećmi, Ŝeby ulegać kaŜdej pokusie.

Kiwnął z zadumą głową.

— UŜyłaś celnego argumentu, Arianno.

— Naprawdę? Nie jestem pewna, czy trafił ci do przekonania. W głębi duszy 

wcale cię nie obchodzi, co będę jutro

czuła.

Jego twarz nabrała surowego wyrazu.

— Byliśmy zaręczeni przez wiele miesięcy i cały czas tro

szczyłem się o ciebie. Za bardzo się troszczyłem, do diabła. Teraz chcę, Ŝebyś 

sama o siebie zadbała.

Wzięła głęboki oddech.

— Wiesz, Ŝe nie mogę ci się sprzeciwić.

— A zatem nie ma problemu.

Mark zmiótł okruszki z blatu. Widać było, Ŝe odzyskał juŜ panowanie nad sobą. 

Podszedł do lodówki, wyciągnął butelkę i otworzył ją. Potem nalał wina w dwa 

kieliszki i postawił przed Arianną.

— Napiję się — powiedział. — Ciebie nie będę namawiał, zrobisz, jak 

zechcesz.

background image

Wzięła kieliszek i pódniosła go do ust, pałrząc wyzywają-

cym wzrokiem.

— Mam ci tylko jedno do powiedzenia, Mai*u Lindsay

— nie ciesz się przedwcześnie. Kąciki jego ust drgnęły.

— GdzieŜbym śmiał, kwiatuszku.

Wypiła jeszcze jeden łyk. Nie potrzebowała przepowiedni Madame Wu, by 

wiedzieć, jak zakończy się dzisiejszy wieczór. To było z góry przesądzone.

ROZDZIAŁ 6

Kiedy Arianna obudziła się następnego ranka, Marka przy niej nie było. 

Odczuła ulgę, poniewaŜ na myśl o wczorajszym wieczorze i upojnej nocy ogarnęło ją 

zakłopotanie. Dwa kieliszki chardonnay, bordeaux do kolacji, ogień na kominku, 

uwodzicielskie sztuczki Marka — nie potrafiła się temu wszystkiemu oprzeć.

Tak jak poprzedniej nocy kochali się najpierw przed kominkiem, potem w 

łóŜku. Połączyła ich namiętność i pasja, nie zabrakło czułości. Zanim zasnęli po 

miłosnych uniesieniach Mark wziął ją w ramiona i długo tulił w objęciach. Milczał 

jednak, nawet słówkiem nie zdradził się ze swoimi uczuciami.

Właściwie nie wiedziała, czego od niego oczekuje. Nie chciała o tym myśleć, bo 

musiałaby sobie odpowiedzieć na wiele trudnych pytań, na przykład dlaczego, u 

diabła, zerwała zaręczyny.

Wstała z łóŜka. Pociągnęła nosem, ale nie poczuła aromatu świeŜo zaparzonej 

kawy. MoŜe Mark jeszcze jej nie przygotował.

Narzuciła szlafrok i wyruszyła na poszukiwanie, lecz nie zastała go ani w 

drugiej sypialni, ani w pokoju frontowym, ani w kuchni. Wyszła na ganek, jednak i 

tam go nie było. Zawołała Marka po imieniu. Nie było odpowiedzi. Pomyślała, Ŝe 

poszedł na spaćer, więc postanowiła wziąć prysznic i się ubrać.

Gdy pół godziny nóźniej wyszła ze swojego pokoju, Mark nadal nie dał znaku 

Ŝ

ycia. Rozejrzała się uwaŜnie po domu, mając nadzieję, Ŝe zostawił jej jakąś 

wiadomość, lecz niczego nie znalazła. Zajrzała do jego pokoju i zobaczyła, Ŝe 

wszystkie rzeczy zostały. MoŜe znowu pojechał do miasta?

Postanowiła się nie martwić. Zrobiła sobie grzankę i kawę. Po śniadaniu zabrała 

się do redagowania. Pracowała przez kilka godzin, starając się odpędzić niepokój. 

Wreszcie Mark stanął w drzwiach.

background image

— A juŜ podejrzewałam, Ŝe ulotniłuś się na dobre — powiedziała, starając się, 

by w jej głosie me było słychać wymówki.

Uśmiechnął się przelotnie.

— Przepraszam, ale nie przypuszczałem, Ŝe tak długo mnie nie będzie. 

Pojechałem do miasta odebrać faks od Marcii. Wydawało mi się, Ŝe jestem śledzony.

— śledzony?

— Przez kilku facetów. Kiedy wyjeŜdŜałem z miasta, robiłem wszystko, Ŝeby 

ich zgubić. Chyba mi się to udało, choć nie dałbym głowy.

OdłoŜyła maszynopis i wstała.

— Ocli, Mark, myślisz, Ŝe to...

- Oni? Całkiem moŜliwe.

ZadrŜała. Mark podszedł i przytulił ją. Czuła, Ŝe w jego ramionach mc jej nie 

grozi.

— Nie zauwaŜyłeś?

Uśmiechnął się.

— MoŜe troszkę.

— Nie martw się, Arianno — pocieszył ją. — Damy sobie radę.

Chciałaby mu wierzyć, ale jeśli groziło jej niebezpieczeństwo w małej chatce w 

Górach Skalistych, to gdzie będzie bezpieczna? Na pewno nie w Nowym Jorku.

Przyszło jej do głowy, Ŝe Mark chce ją tylko nastraszyć i odwieść od 

jutrzejszego wyjazdu. Po chwili uznała, Ŝe to niepodobne do niego. Był z gruntu 

uczciwy i prostolinijny.

— Jak oni wyglądali? — spytała.

— Typowo. Nie przyjrzałem się im dokładnie, ale na pewno nie byli to ani 

turyści, ani mieszkańcy yail.

Arianna obrzuciła go badawczym spojrzeniem.

— Mark, nie nabierasz mnie, prawda?

— Dobrze o tym wiesz, Marku Lindsay. — Uściskała go czule. — Co powiesz 

na to, Ŝebym cię zaprosiła na kolację, kiedy wrócimy do domu? Sam wybierzesz 

restaurację.

— To ma być foma podziękowania?

— Owszem, a poza tym uczcimy naszą... przyjaŸń.

— Teraz tak to będziemy nazywali? Masz lepszą propozyję?

background image

— Moje pomysły się nie sprawdzają. Dobrze, pozwolę ci się zaprosić na 

kolację, by uczcić naszą przyjaŸń. Poza tym niczego nie obiecuję.

Arianna roześmiala się, przyciągnęła go do siebie i pocałowała w usta.

— To nie jest temat do Ŝartów, Ańanno.

Z pewnością miał rację. Westchnęła.

— Nic nie przychodzi łatwo.

Ten sukces moŜe cię zbyt drogo kosztować, kwiatuszku.

— Nie dam się zastraszyć. Nikt nie odbierze mi tej szansy. Nawet banda 

bezwzględnych morderców!

Mark kiwnął głową.

— Wiedziałem, Ŝe to powiesz.

— Dobrze mnie znasz.

Dotknął loków okalaj ącyęh jej twarz.

— Ostatnia noc podobała mi się o wiele bardziej od dzisiejszego poranka — 

wyznał.

— Mnie teŜ.

— Naprawdę?

— To mi wystarczy.

Mark ujął jej twarz w dłonie ijuŜ miał ją pocałować, kiedy drzwi frontowe 

otworzyły się z hukiem i kilku zamaskowanych męŜczyzn wpadło do środka. Arianna 

krzyknęła. Mark zasłonił ją sobą i stanął przed napastnikami.

— Co, do diabła, robicie?! — wrzasnął. — Kim jesteście?! Czego chcecie?!

Trzech męŜczyzn ruszyło do przodu, spychając ich w róg pokoju. Arianna 

skamieniała ze zgrozy. Trzymała się kurczowo Marka. MęŜczyźni zbliŜyli się jeszcze 

o krok, niczym stado wilków okrąŜające swoją ofiarę.

Mark poczęstował pięścią najbliŜej stojącego. Potem okręcił się na pięcie i z 

wprawą zawodowego karateki pchnął drugiego męŜczyznę stopą w ramię, lecz trzeci 

rzucił się na Marka i powalił go na podłogę. Arianna patrzyła przeraŜona, jak dwaj 

pozostali przyszli mu z pomocą i razem obezwładnili Marka. Czwarty męŜczyzna 

natychmiast podszedł i chwycił ją za ramię. To wszystko działo się tak szybko, Ŝe 

wprawiło ją w stan kompletnego oszołomienia. Była zbyt przeraŜona, by się odezwać.

Wpatrywała się z trwogą w zamaskowane twarze. Było ich pięciu. Tęgi 

męŜczyzna, który sprawiał wraŜenie ich przywódcy, podszedł do niej. Widziała tylko 

dwa brązowe krąŜki w otworach wyciętych na oczy w jego kominiarce.

background image

— Gdzie maszynopis, szanowna pani?

Anna zerknęła na Marka. WciąŜ leŜał na podłodze, przygnieciony przez trzech 

męŜczyzn. Potem popatrzyła na stolik do kawy. Oczy męŜczyzny powędrowały za jej 

wzrokiem.

— Tam? spytał. Podszedł do stolika i podniósł plik kartek. Przejrzał je 

pobieŜnie.

— Cholera, nie wiedziałem, Ŝe Salie zna tyle słów. — Mówił ze wschodnim 

akcentem jak mieszkaniec Nowego Jorku albo New Jersey. Zwrócił głowę w kierunku 

Marka.

— Chłopcy, podnieście tego Jackie Chana. Lepiej weŸcie go na muszkę, bo 

jeszcze złamie któremuś rękę.

MęŜczyźni dŸwignęli Marka na nogi. Jeden z nich wy-

ciągnął broń.

— Macie to, po co przyszliście — odezwał się Mark. — WeŸcie to i idŸcie 

stąd.

MęŜczyzna spiorunował go wzrokiem.

— Pytał cię ktoś o zdanie?

— Ona zaczęła to czytać dopiero dzisiaj. — Mark nie dawał za wygraną. — 

Nawet nie wie, o czym Corsi pisze.

Bandyta przyjrzał się uwaŜnie stronom maszynopisu.

— Tak? A kto porobił te uwagi na marginesie? — Potrząsnął głową z 

niesmakiem. — Zamknij się, kolego, i pozwól, Ŝe ja będę zadawał pytania. — 

OdłoŜył maszynopis i podszedł do Arianny. — Co jeszcze Sal ci dał, skarbie?

MęŜczyzna trzymający ja za ramię wzmocnił uścisk. ¯ ołądek podszedł jej do 

gardła.

— Dostałam tylko maszynopis.

— A dokumenty?

— Nie było niczego takiego — odparła. — Wyłącznie to, co

pan widzi.

Bandyta cmoknął głośno.

— Szefie, moŜe gdybyśmy zanurzyli jej głowę w sraczu, toby sobie 

przypomniała.

— MoŜe później — zdecydował przywódca. — Zabierzcie tę parę zakochanych 

gołąbków do innego pokoju i zwiąŜcie ich, Ŝeby nie zwiałi. — Obrzucił ich 

background image

przenikliwym spojrzeniem.

— Zastanówcie się, co ciekawego macie mi do powiedzenia, a ja tymczasem 

rzucę okiem na te brednie i postanowię, co z wann zrobić. Jeszcze coś. Im bardziej 

będę zadowolony, tym będę milszy. Jeśli doprowadzicie mnie do szału, moŜecie 

poŜegnać się z Ŝyciem. — Uśmiechnął się szyderczo, po czym odprawił ich 

machnięciem ręki.

Gdy go mijali, Arianna zauwaŜyła tatuaŜ na jego ręce. To było połączenie 

amerykańskiego orla, kuli ziemskiej i kotwicy. Znała ten symbol, poniewaŜ chłopak, z 

którym spotykała się na studiach, słuŜył w korpusie marynarki i miał taki sam tatuaŜ.

Bandyci zaprowądzili ich do pokoju Marka. Jeden z nich wyjął kawałek liny z 

kieszeni kurtki. Skrępowali im ręce na plecach, potem kazali usiąść na łóŜku. 

Związali im nogi w kostkach i przewrócili na lóŜko, tak Ŝe leŜeli twarzą do siebie.

— Wygodnie wam? — spytał jeden.

— MoŜe chcieliby poduszki? — dodał drugi.

— Albo masaŜ.

Roześmieli się i skierowali się do wyjścia.

— Śpijcie dobrze — powiedział któryś, zamykając drzwi.

Zrozpaczona Arianna popatrzyła Markowi w oczy.

— Wybacz mi — rzekła, tłumiąc szloch.

— Jeśli moŜna tu kogoś winić, to raczej mnie. Najwidoczniej nie byłem 

wystarczająco ostroŜny.

— Nie obwiniaj się. Próbowałeś mnie ostrzec, ale nie chciałam cię słuchać.

— Zostawmy ten temat — powiedział zrezygnowanym

głosem.

— Och, Maik, myślisz, Ŝe nas zabiją? — WciąŜ me mogła uwierzyć w to, co się 

stało. To przypominało jakiś koszmar.

Maik przestrzegał ją przed mebezpieczeiistwem, lecz do głowy jej me przyszło, 

Ŝ

e spotka ich coś tak strasznego.

— Nie. Gdyby mieli taki zamiar, nie zakładaliby kommiarek. Trup i tak nikogo 

me zidentyfikuje.

To brzmiało sensownie. Zrobiło jej się trochę raŸniej.

— Obyś miał rację.

— W tych okolicznościach powinniśmy współpracować z nimi. Sdząc z pytaii, 

interesuje ich maszynopis Corsiego oraz dokumenty potwierdzające jego zarzuty. 

background image

Gdzie jest kartka z informacją, jak je zdobyć?

Ańanna musiała się zastanowić. Znalazła ją podczas jazdy z Aspen do Vail. Co 

z mą zrobiła? Nagle sobie przypomniała. Wetknęła ją do schowka w drzwiach 

wypoŜyczonego samochodu. Maik odetchnął z ulgą, kiedy mu to powiedziała.

— Świetnie. Jeśli od razu nie znajdą wszystkiego, czego szukają, będziemy 

mieli trochę czasu. Gdy wrócą i zaŜądają informacji o dokumentach, próbuj kręcić.

— Ajeśli zaczną nas torturować?

— Kłam, dopóki będziesz mogła.

— Dlaczego? Co nam to da?

Zawahał się.

— Mam pewien plan, kwiatuszku.

— Plan? Czego?

— Uratowania się.

— W jaki sposób?

— Szczegóły są nieistotnej ale potrzebuję twojej po-

mocy.

Popatrzyła na niego sceptycznie. Jak to sobie wyobraŜał? Byli związani i nie 

mogli się ruszać. Nie jej pomocy potrzebował, ale oddziału komandosów.

— Posłuchaj, Arianno — powiedział powaŜnym tonem. — Wiem, Ŝe to dziwnie 

zabrzmi, ale w zegarku mam zainstalowany sygnalizator. W tej poŜycji nie mogę go 

uruchomić, jednak gdybym przekręcił się do ciebie plecami, moŜe tobie by się udało.

— O czym ty, do licha, mówisz?

— O wydostaniu się stąd — odparł. — Mówię ci, Ŝe moŜemy wezwać pomoc, 

jeśli zdołasz włączyć sygnalizator. Tak szybko mnie skrępowali, Ŝe nie zdąŜyłem nic 

zrobić.

Arianna pomyślała, Ŝe chyba Maik postradał zmysły.

— Obawiam się, Ŝe miałeś zbyt wiele wraŜeń. Spróbuj się odpręŜyć.

— Ari — nie dawał za wygraną —ja nie Ŝartuję. Mam sygnalizator, z którego 

mogę korzystać w nagłych wypadkach. PomóŜ mi wezwać pomoc.

— To znaczy kogo?

- NiewaŜne.

— Jak to, niewaŜne?

— Martwi mnie duŜa odległość — rzekł, puszczając mimo uszu jej pytanie — 

oraz góry. Nie jestem pewien, czy sygnał zostanie odebrany.

background image

Była prawie pewna, Ŝe zwariował.

— Kochanie, wiem, Ŝe się denerwujesz, ale wszystko będzie dobrze. Obiecuję 

ci. Powiem tym draniom, gdzie włoŜyłam kartkę, a wtedy na pewno nas puszczą.

— Posłuchaj, Arianno, ci ludzie są niebezpieczni i moŜe nie mamy juŜ duŜo 

czasu. Czy mogłabyś łaskawie odwrócić się do mnie plecami?

Przybrał ostry i stanowczy ton, zupełnie nie pasujący do dawnego Marka, ani 

nawet do rycerskiego męŜczyzny, który ostatnio tak ją pociągał. To prawda, Ŝe zostali 

pokonani przez napastników, ale Mark dzielnie się bronił. Trzeba było trzech 

męŜczyzn, Ŝeby go obezwładnić. A to mistrzowskie pchnięcie stopą naprawdę ją 

zaskoczyło.

— Kiedy się nauczyłeś samoobrony?

— Arianno, to nie pora na pytania.

— CóŜ, chciałabym wiedzieć. Nigdy mi nie mówiłeś, Ŝe potrafisz robić takie 

rzeczy. Na pewno nie nauczyłeś się walczyć jak karateka, oglądając filmy.

— Nie, przeszedłem odpowiednie szkolenie.

— Kiedy?Poco?

— Słuchaj — odparł, tracąc cierpliwość — moŜemy porozmawiać o tym 

później. Odwróć się i włącz sygnalizator w moim zegarku, zanim będzie za późno.

Westchnęła i przekręciła się na bok. Mark zrobił to samo, po czym przysunął się 

do niej, tak by ich ręce się stykały.

— Najpierw musisz znaleźć zegarek — poinstruował ją.

— 0” BoŜe, tak mocno związali mi ręce, Ŝe są zupełnie zdrętwiałe. Dobrze, Ŝe 

mogę poruszać palcami.

— Pospiesz się.

Musiała podciągnąć się na łóŜku. Od razu wymacała linę, ale dostanie się do 

zegarka sprawiło jej trochę kłopotu.

— Nareszcie — rzekła. — Czuję szkiełko.

— W porządku. Jeśli przesuniesz po nim palcami w kierunku mojego 

nadgarstka, to trafisz na dwa malutkie pokrętła. Musisz znaleźć to, które jest na 

wysokości mego kciuka.

— A gdzie masz kciuk?

— Nie wiem, chyba go wyczujesz.

— Świetnie. — Pomacała palcami dokoła, ale miała tak niewielką moŜliwość 

manewru, Ŝe trudno jej było cokolwiek znaleźć. Wtem jej palec wskazujący zawadził 

background image

o coś.

— Chyba znalazłam pokrętło — powiedziała podekscytowanym głosem.

— Wyczuwasz drugie?

— Nie. — Przesunęła palcami najdalej jak mogła. — Tak, jest tutaj. — Miała 

wraŜenie, Ŝe wszystko jest odwrócone do góry nogami. — Cholera — zdenerwowała 

się — Nie udami się.

— Owszem, uda. JuŜ prawie je mamy.

Nagle drzwi otworzyły się i jeden z męŜczyzn wszedł do sypialni. Zobaczył, Ŝe 

są odwróceni do siebie plecami.

— Co się stało? Pokłóciliście się?

— Nie podoba mi się jego oddech — powiedziała niezadowolonym tonem 

Arianna.

— Na pewno nie próbujecie uciec?

— Nie mogę ruszać nawet małym palcem, tak mocno mnie związaliście.

— Myślcie o tych dokumentach. Szef zaczyna się niecierpliwić

Ku ich uldze wyszedł.

- Dzięki Bogu - rzekła Arianna.

Natychmiast wróciła do mozolnych poszukiwań. Tym razem szybciej odnalazła 

maleńkie pokrętła.

— W porządku, chyba wiem, które jest właściwe — stwierdziła.

— Kręć w kierunku odwrotnym do ruchu wskazówek zegara, aŜ do oporu.

— W kierunku odwrotnym do ruchu wskazówek zegara? Mark, w tym 

połoŜeniu, nie wiem, czy to ma być z góry na dół, czy z lewa do prawa.

— Po prostu kręć do tyłu. W stronę swojego kciuka.

Z trudem wykonała polecenie.

— Zrobione. Dalej nie chce się kręcić.

— Mogłabyś dostać za to medal — stwierdził.

— Wystarczy mi wolny dzień na zakupy.

— Dobra robota. Teraz pozostaje nam tylko mieć nadzieję,

Ŝ

e sygnał został odebrany.

Mark ścisnął jej palce. Jego dotyk uspokajał. Podczas gorączkowych starań o 

uruchomienie sygnalizatora zapomnieli o strachu, ale teraz poczucie zagroŜenia i 

bezsilności powróciło.

— Myślisz, Ŝe nic nam się me stanie? — spytała drŜącym głosem Ańanna.

background image

— Bardzo bym chciał, kochanie. Wszystko zaleŜy od tego, czy nasze wezwanie 

zostało odebrane — powiedział to z takim przekonaniem, jakby naprawdę wiedział, 

co robi.

— Mark — odezwała się po chwili — proszę, powiedz mi, co się dzieje.

— Być moŜe pomoc jest juŜ w drodze.

— Ale kto ma nam pomóc?

Milczał jak załdęty.

— Mark? — Słyszała, Ŝe próbuje się przekręcić.

-. Arianno — poprosił — odwróć się do mnie.

Gdy spełniła jego Ŝyczenie, zobaczyła, Ŝe wpatruje się

mą intensywnie.

— O co chodzi? — spytała.

— Czy kiedykolwiek cię zawiodłem?

Była ciekawa, do czego zmierza.

— Nie, Chyba nie.

— Teraz teŜ tego nie zrobię. Musisz mi zaufać, to wszy-

stko.

— Ale dlaczego me moŜesz mi niczego wyjaśnić?

Nie odpowiedział.

— To policja? Powiadomiłeś ich, Ŝe mafia moŜe się tu pojawić? Tym 

zajmowałeś się przez ostatnie dni?

Nadal milczał. Arianna doszła do wniosku, Ŝe tak właśnie postąpił. Spiskował z 

policjantami za jej plecami, a teraz nie chce się do tego przyznać. O BoŜe, pomyślała. 

¯ eby to było prawdą! Jak w tych okolicznościach Maik mógł pomyśleć, Ŝe będzie na 

niego zła. Jego zapobiegliwość moŜe uratować im Ŝycie!

— Słuchaj, nie martw się, Ŝe zrobiłeś coś bez mojej wiedzy

— powiedziała. — Gdybym się o tym dowiedziała, pewnie bym się wściekła. 

Nie przeczę. Okazało się, Ŝe miałeś rację.

— Jeszcze nie jesteśmy wolni, Ariamio. Mam nadzieję, Ŝe później będziemy 

mieli okazję pośmiać się z tego.

— Cieszę się, Ŝe wszystkim się zająłeś Obiecuję, Ŝe juŜ nigdy nie będę 

uprzykrzała ci Ŝycia. Myliłam się, to fakt.

Człowiek powinien przyznać się do błędu. Tego wymaga zwykła przyzwoitość.

Mark się uśmiechnął. Arianna obrzuciła go zdziwionym

background image

wzrokiem.

— owiedzialam coś śmiesznego? — spytała.

— Nie wiem, nagle wydało mi się dziwne, Ŝe rozmawiamy o zasadach, na 

jakich ułoŜymy nasze stosunki, nie wiedząc, czy za godzinę będziemy jeszcze Ŝyli.

— Ani czy w ogóle będą nas łączyły jakieś stosunki — dodała.

— No właśnie.

— Och, Mark, tak mi przykro. Zachowałam sięjak ostatnia egoistka, myśląc 

wyłącznie o swojej karierze. Gdybyśmy skontaktowali się z FBI, tak jak 

proponowałeś, nigdy nie doszłoby do tego napadu.

Mark wyciągnął szyję i zdołał pocałować ją w usta.

— Zrobię, co w mojej mocy — mruknął. — Nie pozwolę, by coś ci się stało. 

Obiecuję.

Łzy popłynęły jej po policzkach, zwilŜyły włosy. Arianna przysunęła się do 

niego najbliŜej, jak mogła. Pocałowała go w brodę.

— Dziękuję, Ŝe jesteś — szepnęła.

— Kocham cię, Arianno.

— Dlaczego to się zdarzyło właśnie teraz, kiedy zaczęło nam być ze sobą tak 

dobrze?

— Myślisz, Ŝe zdołalibyśmy ich namówić, Ŝeby rozwiązali nas na pół godziny?

— To nie jest śmieszne. Naprawdę się boję.

— Miejmy nadzieję, Ŝe sygnał został odebrany. To moŜe być nasza jedyna 

szansa — powiedział ponurym głosem.

ROZDZIAŁ 7

Co dziesięć, piętnaście minut któryś z napastników wchodził do pokoju, by 

rzucić okiem na Marka i Ariannę, lecz Ŝaden nie odezwał się ani słowem. Pomoc nie 

nadchodziła. NajwyraŸniej sygnalizator nie zadziałał.

— Gdzie są twoi przyjaciele? — wyszeptała Arianna.

— Nie wiem, ale za wcześnie tracić nadzieję. Mają długą

drogę do pokonania.

To dalo jej do myślenia. Policja przyjechałaby z Vail. Skąd jadą przyjaciele 

Marka, jeśli nie z pobliskiego miasteczka? Z Denver? Z Waszyngtonu?

— Mark, kogo wezwałeś? FBI?

background image

Westchnął, najwyraŸniej niezadowolony z tego, Ŝe się do-

pytuje.

— Czemu jesteś taki tajemniczy?

— Ariaimo, czasami lepiej nie wiedzieć.

Co się z nim dzieje? Czy wymyslił sobie to wszystko? Pewnie zbyt szybko 

uwierzyła, Ŝe jego plan jest prawdziwy. Zanim zdąŜyła zadać mu kolejne pytanie, 

dwóch męŜczyzn weszło do pokoju.

— No dobra, szanowna pani — powiedział jeden z nich.

— Pora wszystko wyśpiewać.

Obaj byli potęŜni, więc bez trudu chwycili ją za ramiona

i podnieśli z łóŜka. Ariannie serce waliło jak młotem, gdy

zaczęli ją rozwiązywać. Rozmasowała zdrętwiałe nadgarstki

i spojrzała na Marka, zastanawiając się, czy widzi go po raz

ostatni.

— Co z nią zrobicie? — spytał.

— Zamknij gębę! — usłyszał w odpowiedzi.

Jeden z gangsterów ruszył•w stronę drzwi. Drugi chwycił ją za ramię i 

zaprowadził do frontowegó pokoju, w którym ich przywódca, człowiek. z tatuaŜem na 

ręce, siedział na kanapie. Na stoliku do. kawy leŜał maszynopis Sala Corsiego. 

Arianna nie widziała twarzy męŜczyzny, gdyŜ wciąŜ mial kominiarkę, lecz jego gesty 

zdradzały zniecierpliwienie.

— Siadaj — powiedział, wskazując krzesło naprzeciw siebie.

Popchnięta w kierunku krzesła, usiadła i zaczęła masować sobie nadgarstki. 

Zerknęła na otaczajych ją zamaskowanych męŜczyzn, próbując opanować strach 

chwytający ją za gardło.

— Wygląda na to, Ŝe Salie wszystko wyśpiewał, wszystko co do joty — z 

niesmakiem stwierdził męŜczyzna. — Co dostałaś poza maszynopisem?

— Nic — odparła drŜącym głosem.

— Salie ukrył gdzieś kupę dokumentów i muszę je znaleźć.

Nadeszła krytyczna chwila. Czy ma wyjawić prawdę, czy kłamać? Czuła, Ŝe 

powinna się bronić. Mark teŜ ją prosił, by starała się wywieść ich w pole.

— Skąd, u diabła, mam wiedzieć, co z nimi zrobił? Jestem tylko redaktorką.

— Skoro chcesz opublikować te gryzmoły, to musisz mieć dowody, Ŝe Salie nie 

wyssał sobie tego wszystkiego z palca.

background image

 Nikt nie chce procesu. Wiesz o tym równie dobrze, jak on wiedział. Gdzie są 

dokumenty?

— Ja ich nie mam.

Pogroził jej palcem.

— To juŜ słyszałem. Zmień płytę.

Narastający gniew pomógł Ariannie przezwycięŜyć strach. Jak ten drań śmie tak 

do niej mówić!

— Chciałabym je zobaczyć tak samo jak wy. MęŜczyzna potrząsnął głową.

— Chyba masz kłopoty ze słuchem. — Zwrócił się do swoich ludzi: — 

Chłopcy, który z was ma ochotę przepłukać jej uszyw sraczu?

— Ja, szefie — powiedział któryś.

— W porządku — odparł szef. — Zabieraj się do roboty.

Ariannę ogarnęło przeraŜenie. Jeden z męŜczyzn podszedł do niej i chwycił ją 

za ramię.

— Chwileczkę — zaprotestowała. — Powiedziałam tylko, Ŝe chciałabym je 

zobaczyć. Nie powiedziałam, Ŝe nie wiem, gdzie ich szukać.

— Zostaw ją — powiedział szef. — No więc, gdzie są?

MęŜczyzna puścił ją. Opadła z powrotem na krzesło, wściekła, Ŝe została 

pokonana.

- W tajnej skrytce w Brooklynie.

— To za mało; skarbie. Musisz podać więcej szczegółów.

— Zapomniałam adresu — rzekła — ale jest zapisany na kartce, którą 

zostawiłam w samochodzie Marka.

— Czy twój facet ma kluczyki?

— Chyba tak.

Dał znak jednemu ze swych ludzi.

— Przynieśje.

Po chwili męŜczyzna wrócił z kluczykami. Pobrzękując nimi, wyszedł z domu. 

Pokój zaległa cisza.

— Co zamierzacie z nami zrobić? — w przyplywie odwagi

spytała Ariarma.

— Jeszcze nie podjąłem decyzji — odparł szef bandy.

— Nie jesteśmy dla was Ŝadnym zagroŜeniem — zapewniła go. — Nie wiemy, 

jak wyglądacie... no i przecieŜ wam pomogłam.

background image

— Trzeba cię było długo namawiać. — Wskazał na jednego z gangsterów. — 

ZwiąŜ z powrotem tę babę i odstaw do jej faceta.

Arianna odetchnęła. Na razie nie zamierzają zrobić im nic złego. Jeśli 

przyjaciele Marka niedługo się pojawią, to moŜe wszystko dobrze się skończy. 

Zakładając oczywiście, Ŝe naprawdę istnieją.

Kiedy weszła dn sypialni, na twarzy Marka pojawiła się ulga. MęŜczyźni 

związali ją, rzucili na łóŜko niczym worek kartofli, po czym zniknęli. Arianna 

odwróciła się do Marka.

— Zmusili mnie do powiedzenia o skrytce na listy — wyznała z bólem. — 

Jeden z nich poszedł zabrać kartkę.

— Wszystko w porządku, kwiatuszku, robiłaś, co mogłaś.

— Myślałam, Ŝe jeśli wystarczająco długo będę ich zwodziła, to policja, FBI 

czy licho wie kto, wreszcie się pojawi.

— MoŜe nie dostali wiadomości.

I właśnie w tej chwili usłyszeli szum silnika. Najpierw wzięli go za samolot, ale 

potem warkot helikoptera stał się bardzo wyraŸny. Wsłuchiwali się w napięciu.

— To mogą być oni — z oŜywieniem powiedział Maik.

— Myślisz, Ŝe jesteśmy uratowani?

— Mam taką nadzieję.

Mieli wraŜenie, Ŝe helikopter krąŜy nad domem. We frontowym pokoju rozległy 

się krzyki. Usłyszeli drugi śmigłowiec, moŜe i trzeci, a potem długi terkot strzałów.

— Karabin maszynowy — ponurym głosem stwierdził Maik.

- O mój BoŜe - wyjąkała Arianna.

Strzelanina, krzyki oraz warkot helikopterów trwały krótko. Parę razy słyszeli 

wrzeszczących z bólu męŜczyzn. Pótem wszystko ucichło.

— Mark? — spytała. — Co się dzieje?

— Ciii — odrzekł. — Słuchaj!

Oboje milczeli. Warkot helikopterów cichł, stawał się coraz słabszy. Po jakimś 

czasie ustal zupełnie.

Wiatr jęczał cicho wśród sosen. Tylko ptaki świergotały wesoło, rozpraszając 

ponury nastrój. Arianna próbowała zgadnąć, co się dzieje. Mark wciąŜ nasłuchiwał.

Drzwi frontowe otworzyły się gwałtownie. Rozległy się strzały i tupot butów. 

Arianna wstrzymała oddech. Czuła, Ŝe nerwy ma napięte jak struny.

Potem drzwi do sypialni odskoczyły z taką siłą, Ŝe ściany się zatrzęsły. Arianna 

background image

krzyknęła na widok potęŜnego męŜczyzny w polowym mundurze i panterce, który 

trzymał w rękach automat. Z pomazanej zieloną i brązową farbą twarzy patrzyły na 

nich niespokojne oczy.

— Jesteśmy sami! — krzyknął Maik. — Wszystko w porządku.

- Pan Lindsay?

- Tak.

— Są tutaj! — zawołał olbrzym do swoich niewidocznych towarzyszy.

W pokoju pojawił się drugi męŜczyzna, tak samo ubrany i uzbrojony. Jego 

surowe spojrzenie nieco złagodniało na ich widok,

— Ilu ich było? — spytał, zwracając się do Marka.

— Pięciu.

— Mamy ich wszystkich. — Wyszedł.z pokoju, ajego kolega opuścił broń i 

przewiesił ją sobie przez ramię.

— MoŜe nas rozwiąŜecie — zasugerował Mark.

— Jasne.

MęŜczyzna oparł karabin o ścianę, wyciągnął nóŜ z pochwy i podszedł do łóŜka.

Najpierw rozciął sznury na rękach Arianny, apotem uwolnił Marka.

— Dobrze się pani czuje? — spytał, gdy usiadła na brzegu łóŜka.

— Tak — odparła. — Dzięki wam. — Popatrzyła na Marka, który okrąŜał 

łóŜko. 

— I Markowi, oczywiście.

PołoŜył jej ręce na ramionach. Przywarła do niego, drŜąc na całym ciele.

W pokoju frontowym rozległy się głosy.

— Są tutaj, panie kapitanie — powiedział ktoś i po chwili pojawił się starszy 

łysiejący męŜczyzna w spodniach koloru khaki i granatowej wiatrówce.

— Och, Mark — powiedział z uśmiechem. — Cieszę się, Ŝe jesteś cały i 

zdrowy.

Uścisnęli sobie dłonie.

— Ja teŜ się cieszę, moŜesz mi wierzyć — odparł Mark.

— Poznaj pannę Hamilton.

— A tak, to ta młoda dama. Witam panią.

— Dzień dobry — powiedziała Arianna i podała rękę kapitanowi.

— Jones — przedstawił się. Kąciki jego ust lekko się uniosły. — Chyba nic się 

pam nie stało. Miło mi, Ŝe przybyliśmy na czas.

background image

— Nie tak jak mnie, zapewniam pana.

MęŜczyzna znowu zwrócił się do Marka.

— Myślę, Ŝe powinniście natychmiast wyjechać.

— Owszem,

— Na szczęście ten dom leŜy na odludziu, a w sąsiedztwie chyba nikt nie 

mieszka.

— Tak mi się wydawało — przytaknął Mark. — Ale nie wiadomo, kiedy ktoś 

się pojawi.

Ariamia była trochę zdziwiona zaŜyłością Marka z panem Jonesem, lecz 

powstrzymała się od komentarzy. Razem z nimi weszła do frontowego pokoju. Na 

podłodze leŜały ciała dwóch gangsterów. WciąŜ mieli kominiarki na twarzach, a z ich 

piersi sączyła się krew.. W pokoju było jeszcze trzech męŜczyzn w mundurach, 

których twarze pokrywały barwy ochronne. Jeden z nich przykrywał plastikową folią 

ciało leŜące najbliŜej drzwi. Arianna zbladła. Marki Jones pośpiesznie wyprowadzili 

ją z domu.

— Gdzie pozostali? — spytał Mark, gdy wyszli, na świeŜe powietrze.

— Dwóch w lesie za domem, a jeden na parkingu. Jedne zwłoki juŜ zostały 

usunięte — poinformował go Jones. — Z resztą uwiniemy się w mgnieniu oka.

— Czy budynek bardzo ucierpiał? — spytał Mark, spoglądając na fasadę domu.

— Nie. NajwaŜniejsze, Ŝeby zrobić porządek w środku.

— SprawdŸcie, czy nie ma dziur po kulach — polecił Mark.

— Jeśli będą, trzeba je załatać. MoŜemy utrzymywać, Ŝe to myśliwi strzelali tu 

przez pomyłkę.

— Dobry pomysł — zgodził się Jones.

Arianna słuchała z coraz większym zdumieniem. Mark zachowywał się tak, 

jakby był członkiem tej grupy. Widziała, Ŝe traktują go z szacunkiem. Nie mógł być w 

tak zaŜyłych stosunkach z lokalną policją, a tym bardziej z FBI.

— Nie spodziewam się Ŝadnych kłopotów ze strony miejscowych władz — 

mówił Jones — ale nasze moŜliwości działania na tym tezenie są bardzo ograniczone. 

Najlepiej by było, gdybyśmy zrobili porządek i wynieśli się stąd jak naj szybciej.

— Zgadzam się — rzeki Mark.

Arianna popatrzyła na niego z niedowierzaniem. Zachowywa się jak dowodzący 

akcją.

— Mark — pociągnęła go za rękę.

background image

— Chwileczkę — rzekł i wyswobodził dłoń. — Muszę porozmawiać z panem 

Jonesem. MoŜesz trochę poczekać?

MęŜczyźni odeszli parę kroków, a ona tymczasem obserwowała przybyłych. Nie 

zachowywali się jak policjanci, zaczęła więc wątpić, czy mają coś wspólnego z 

elitarną jednostką komandosów, jak z początku przypuszczała. Nie mieli Ŝadnych 

insygniów ani znaków identyfikacyjnych na mun

durach.

Mark i Jones wciąŜ byli pogrąŜeni w oŜywionej rozmowie, kiedy w oddali 

usłyszała warkot silnika. Helikopter wzmósł się nad wierzchołki drzew i poleciał w 

kierunku Vail. Maszyna znajdowała się zbyt daleko, by mogła dobrze się

jej przyjrzeć, ale odniosła wraŜenie, Ŝe nie jest własnością wojska.

Mark wrócił do mej po paru minutach, gdy Jones zaczął konferować z jednym 

ze swych ludzi. Sądząc po jego minie, nie był szczególnie zadowolony, ale wydawał 

się trochę spokojniejszy.

— Co tu się dzieje? — spytała Arianna.

— Podjęliśmy z panem Jonesem decyzję o natychmiastowym wyjeŸdzie. 

Powiedziałem mu, Ŝe będziesz chciała zabrać swoje rzeczy. Pozwolisz, Ŝeje spakuję? 

Lepiej, Ŝebyś nie wchodziła do środka.

Wzięła głęboki oddech.

— Mark, kim są ci ludzie? To nie policjanci.

- Nie.

— A zatem, kim są?

— Arianno — rzekł, biorąc ją za rękę — moŜe później o tym porozmawiamy. 

Teraz musimy jak najszybciej się stąd wydostać. To bardzo waŜne. UsiądŸ sobie na 

schodkach — poprosił.

— Wrócę za parę minut. Obiecuję, Ŝe wszystko dobrze się skończy.

Arianna spełniła jego prośbę, ale była pewna, Ŝe dzieje się coś bardzo dziwnego. 

Wtem przypomniała sobie o czymś.

— Mark! — krzyknęła za nim.

Był juŜ w środku, więc tylko wysunął głowę przez otwarte

drzwi,

- Co?

— Maszynopis. Nie mogę go zostawić.

Jego twarz przybrała posępny wyraz.

background image

— W porządku.

Po niecałych pięciu minutach wyszedł z domu w towarzystwie męŜczyzny, 

który niósł jej walizki. Mark wręczył Ariannie papierową torbę. Gdy zajrzała do 

ś

rodka, zobaczyła wepchnięte bezładnie kartki maszynopisu.

— Musimy jechać — powiedział, biorąc walizki od męŜczyzny.

Podeszli do Jonesa.

— Wszystko gotowe? — spytał uprzejmie, patrząc jednocześnie na zegarek.

Ruszyli w stronę parkingu. Arianna rzuciła Markowi kilka pytających spojrzeń, 

lecz udał, Ŝe niczego nie zauwaŜył. W połowie drogi wybuchnęła:

— Nikt się nie dowie o tej strzelaninie, prawda?! Nikogo o niej nie 

powiadomisz i będziesz udawał, Ŝe nic się nie stało.

— Ariimno, proszę cię — rzucił zniecierpliwionym tonem.

— Później o tym porozmawiamy.

— Nie chcę brać w tym udziału — ostrzegła go.

— Pani nie bierze w tym udziału, panno Hamilton — wtrącił Jones. — To się w 

ogóle nie wydarzyło.

— Jak to się nie wydarzyło?! Co pan opowiada! — rzuciła niezbyt grzecznie, 

ale była naprawdę zdenerwowana. — Zostaliśmy napadnięci przez gangsterów. 

Zabiliście ich, by nas ratować.

— Proszę mi wierzyć — rzekł Jones — lepiej będzie, jeśli potraktuje to pani jak 

zty sen. ¯ aden niewinny człowiek me został poszkodowany i tylko to się liczy.

Arianna oniemiała. Udział Marka w tej operacji niepokoił ją coraz bardziej. 

Wzięła go za rękę i odciągnęła na bok, by Jones ich nie słyszał.

— Co się, u diabła, dzieje? — spytała szeptem. — Wiesz,Ŝe nie wolno nam 

opuścić miejsca zbrodni. Musimy coś zrobić.

— Właśnie, Arianno. Zabieram cię stąd.

— Ale takŜe robisz ze mnie wspólnika. Daj spokój, Mark, chyba nie 

oczekujesz, Ŝe wyjadę jakby nigdy nic.

— Arianno, powiedziałem, Ŝe porozmawiamy we właściwym czasie. A to nie 

jest odpowiednia chwila. Proszę cię, uspokój się. JuŜ itak Ÿle się stało, Ŝe zostałaś 

wciągnięta w tę operację.

Mark nigdy nie zwracał się do niej tak ostrym tonem. Co się z nim stało, skąd to 

przeobraŜenie?

MoŜna było odnieść wraŜenie, Ŝe Mark nie związał się z tymi ludŸmi wciągu 

background image

paru ostatnich dni. Wyglądało nato, Ŝe był członkiem tej grupy.

Gdy dotarli na parking, zobaczyli jeszcze dwa śmigłowce

—jeden duŜy, drugi mały — oraz kilku uzbrojonych męŜczyzn. Były to raczej 

helikoptery transportowe niŜ wojskowe, ale ich znaki identyfikacyjne zostały 

zamalowane. Podeszli do mniejszej maszyny.

— Mark — Arianna przytrzymała go za rękę — a co z tą kartką, na której był 

adres skrytki na listy?

Zagryzł wargi z irytacji, lecz nic nie powiedział.

— Panie Jones! — krzyknął. — Gdzie jest kartka z mojego samochodu? 

Powinien ją mieć ten gangster, którego złapaliście na parkingu.

Jones wyjął z kieszeni kurtki kawałek papieru, podał go Markowi, a ten wręczył 

kartkę Ariannie. WłoŜyła ją do torby, w której był maszynopis.

— To wszystko? — spytał Jones.

Mark spojrzał na nią.

— Coś jeszcze?

— Nie — odparła, a pod nosem dodała: — Ale byłabym szczęśliwsza, gdybym 

wiedziała, co się dzieje.

Nic nie wskazywało nato, Ŝe Mark usłyszał te słowa.

Pomógł jej wsiąść do helikoptera, po czym wrzucił ich bagaŜe i dopiero wtedy 

usadowił się obok mej w tyle maszyny. Jones odszedł na bok, by porozmawiać z 

jednym ze swoich ludzi. Potem wszedł na pokład i zajął miejsce obok pilota. Wydał 

mu kilka instrukcji i rozsiadł się wygodnie w fotelu. Rozległ się ryk silnika. Po chwili 

oderwali się od zbocza i wznieśli w powietrze.

Arianna zerknęła na Marka.

— Dokąd lecimy? Czy to ściśle tajne?

— Ściśle tajne. — Uśmiechnął się złośliwie, ale jednocześnie wziął ją za rękę i 

czule uścisnął.

Manna odtworzyła w pamięci piekło ostatnich godzin. Napad, wysłani sygnału 

wzywającego pomoc i ich dramatyczne ocalenie. To było jak zły sen. Albo jak kiepski 

film.

Mark obiecał, Ŝe jej wszystko wyjaśni. Obrzuciła go zaciekawionym 

spojrzeniem. Co do jednego nie miała wątpliwości. To nie był ten sam człowiek, z 

którym się zaręczyła. Wyjrzała przez okienko i popatrzyła na słońce. Sądząc po jego 

połoŜeniu, lecieli w kierunku południowym albo południowo-wschodnim.

background image

— Mark, wracamy do Aspen?

Kiwnął głową.

— Owszem.

— Dlaczego?

— Bo tam jest najbliŜsze lotnisko.

Czekała na dalsze wyjaśnienia. ale z jego ust nie padło ani jedno słowo.

— Więc zabierasz mnie z powrotem do Zary?

— Nie—odparł.

— A gdzie?

— Zobaczysz.

Ańanme zdecydowanie nie podobało się to wszystko, ale me bardzo mogła 

narzekać. PrzecieŜ uratował ją przed mafią.

Niemniej jednak...

— MoŜesz uchylić rąbka tajemnicy?

— Będzie na nas czekał samolot, którym polecimy w bezpieczńe miejsce. Tam 

będziemy mieli duŜo czasu na wyjaśnienia. Wiem, Ŝe to wszystko jest trudne do 

zrozumienia

— dodał — ale w tej chwili nic nie mogę na to poradzić. Obiecałem, Ŝe we 

właściwym czasie wszystko ci wytłumaczę, i dotrzymam słowa. Na razie musisz mi 

zaufać.

Łatwo mu mówić, pomyślała.

ROZDZIAŁ 8

W linii powietrznej odległość miedzy Vail i Aspen wcale nie była taka duŜa. 

Wystarczyło przelecieć nad pasmem gór, co dla helikoptera było dziecinną igraszką. 

Widząc z góry Aspen, które względnie dobrze znała, Ańanna odczuła ulgę. Pragnęła 

jak najszybciej znaleźć się na ziemi.

Ś

migłowiec wylądował w odległej części lotniska, z dala od budynku portu, co 

wcale jej ąie ucieszyło. W pobliŜu stał samolot, do którego drzwi były otwarte, a 

schodki spuszczone. Zrozumiała, Ŝe chcą ją zabrać prosto do samolotu. Nie ma co 

marzyć o kupnie gazet w kiosku na lotnisku.

Pierwszy wysiadł Jones, drugi Mark, który poczekał, by jej pomóc. Arianna 

zeszła na dół, przyciskając do piersi torbę z maszynopisem.

background image

— To nasz samolot — powiedział Mark.

— Nie wsiądę do niego, dopóki wszystkiego mi nie wy-

jaśnisz.

Mark spojrzał na Jonesa, który szedł juŜ w kierunku schodów, po czym zerknął 

niecierpliwie na zegarek.

— Nie moŜesz poczekać, aŜ wejdziemy na pokład?

— Nie, teraz albo nigdy.

— Dlaczego?

— Jeśli nie spodoba mi się twoja opowieść, to podziękuję ci za dalszą pomoc.

— Wiedziałem, Ŝe kiedyś będę musiał stawić temu czoło

— rzekł. — Ale nie przypuszczałem, Ŝe dojdzie do tego na lotnisku w Aspen.

¯ ołądek podszedł jej do gardła. Oto miała się dowiedzieć, Ŝe w ogóle nie znała 

Marka Lindsaya.

— Idziecie?! — zawołał Jones.

— Za chwilę! — odkrzyknął Mark. — Nie czekaj na nas.

— Odwrócił się do niej. Jego twarz odzwierciedlała wahanie. NajwyraŸniej 

zastanawiał się, jak jej to powiedzieć.

Postanowiła mu pomóc.

— Nie jesteś tym, z kim byłam zaręczona, prawda, Mark?

— Oczywiście, Ŝe jestem, Po prostu nie wszystko o mnie wiesz. — Wziął 

głęboki oddech i popatrzył na pokryte śniegiem góry. — Od kilku lat naleŜę do 

organizacji, która wykonuje... powiedzmy, bardzo delikatne zadania. To agenda 

rządowa, jej działalnośd jest ściśle tająa.

— Jesteś szpiegiem?

— Detektywem, dokładniej rzecz biorąc

Nie posiadała się ze zdumienia.

— Zamierzaliśmy wziąć siub, Marku Lindsay, a ty dopiero teraz mi mówisz, e 

jesteś. drugim Jamesem Bondem?

Wzruszył ramionami.

— PrzecieŜ się me pobraliśmy, czyŜ nie?

— Ale mieliśmy!

— Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr, kwiatuszku.

— A gdybym wyszła za ciebie? — Jej oczy zwęziły się z gniewu. 

— Powiedz prawdę. Przyznałbyś się do wszystkiego przed ślubem czy dopiero 

background image

podczas nocy poślubnej?

— Jasne, Ŝe zamierzałem powiedzieć ci o tym przed slubem,Ari.

— Nie wiem, czy ci wierzyć. Po tym, co dzisiaj zobaczyłam, sądzę, Ŝe wolałbyś 

poczekać, aŜ sprawa sama się wyda. Na przykład przy wkładaniu bielizny do twojej 

szuflady znalazłabym ksiąŜkę kodów albo strój Supermana.

Roześmiał się, po czym rzucił przelotnę spojrzenie w stronę samolotu.

— Arianno, nie chciałem, Ŝeby tak wyszło, ale ci gangsterzy nie Ŝartowali, jak 

sama zdąŜyłaś się przekonać. Nie miałem wyboru. I pamiętaj, Ŝe udało się nam wyjść 

cało z tej opresji. Wolałbym, Ŝebyś doceniła ten fakt.

— Doceniam. Rzecz w tym, Ŝe me jesteś tym, za kogo się podawałeś. Nie 

rozumiesz, jakie to było oszustwo? Myślałam, Ŝe zaręczyłam się ze zwyczajnym 

męŜczyzną, a tymczasem okazuje się, Ŝe jesteś... superagentem!

— Zapewniam cię, Ŝe to bardziej prozaiczne zajęcie, niŜ ci się wydaje. A skoro 

poznałaś prawdę, czy moŜemy juŜ iść?

— Nie, dopóki nie odpowiesz na jeszcze jedno pytanie. I to szczerze. Dla kogo 

pracujesz? Dla strony amerykańskiej?

- Tak.

- Dla CIA?

— Bez komentarzy.

— Nic więcej nie moŜesz mi powiedzieć?

— Daj spokój — rzekł. — Odpowiedziałem na twoje pytania. WyjeŜdŜamy. 

Natychmiast. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę z powagi sytuacji. Następnym 

razem będzie ich dziesięciu.

Nie mogę ściągnąć korpusu marynarki dla twojej ochrony, ale mógę cię 

wywieŸć w bezpieczne miejsce.

— Co się stało z miłym, usłuŜnym, troskliwym męŜczyzną, z którym byłam 

zaręczona?

- Zerwałaś z nim - odparł oschłym tonem.

— W porządku, Batmanie — powiedziała z rezygnacją Arianna. — Zabierz 

mnie do swojej jaskini.

Parsknął śmiechem.

Nagle ogarnął ją niepokój.

— Mark, ale tak naprawdę to nie jest jaskinia?

Lecieli juŜ dwadzieścia minut, a Arianna me mogła otrząsnąć się ze zdumienia 

background image

wywołanego tym, co usłyszała od Marka. Jones, który pewnie miał w zapasie parę 

innych nazwisk, zajął miejsce tuŜ za pilotem. Ona i Mark siedzieli z tylu. Dziwne, ale 

na pokładzie znajdowała się stewardesa, śliczna, młoda Japonka mówiąca płynną 

angielszczyzną. Nie miała na sobie munduru linii lotniczych, tylko szarą spódnicę i 

białą jedwabną bluzkę.

— Czy przynieść pani coś do picia, panno Hamilton? — zapytała uprzejmie.

— MoŜe poproszę o wodę— odparła Arianna.

— A pan, panie Lindsay?

— Nic, dziękuję.

Stewardesa skinęła wdzięcznie głową i wycofała się na

zaplecze.

 Arianna wzięła Marka za rękę, który wydał się zdziwiony, ale i uradowany tym 

gestem. Teraz, gdy gniew opadł, poczuła się zagubiona i chciała, by ją uspokoił. Co 

gorsza, miała wyrzuty sumienia, Ŝe przysporzyła mu tylu kłopotów. Wszystkiemu 

winien jej upór. Gdyby posłuchała Marka i przekazała maszynopis FBI, nic by się nie 

wydarzyło. Gangsterzy nie zostaliby zabici, a ona nie naraziłaby siebie i Marka na 

niebezpieczeństwo.

Niedawne przeraŜenie, poczucie bezradności, czekająca ją niewiadoma 

spowodowały, Ŝe się rozkleiła. Otarła łzy, zanim zaczęły spływać po policzkach. Nie 

uszło to.uwagi Marka.

— Hej, co się stało, kwiatuszku?

— Och, tak bardzo mi przykro, Ŝe masz przeze ninie tyle kłopotów.

— To nie twoja wina.

— Oczywiście, Ŝe moja. Myślałam wyłącznie o sobie. Słusznie powiedziałeś, Ŝe 

zaleŜy mi tylko na sukcesie.

Stewardesa przyniosła jej szklankę wody mineralnej.

Arianna podziękowała i upiła łyk.

— Dręczy mnie świadomość, Ŝe zapłaciłam wysoką cenę za poznanie prawdy o 

sobie. Okropnie wysoką cenę, jeśli weŸmie się pod uwagę śmierć tych męŜczyzn.

— Oni nie byli wzorowymi obywatelami, Arianno.

— Nie, ale byli ludŸmi. A co z Salem Corsim?

— Nie moŜesz się obwiniać o to, Ŝe zginął. Nawet nigdy się z mm nie 

spotkałaś.

— Nie, ale gdybym inaczej podeszła do tej sprawy, to moŜe by Ŝył. A co z Zarą, 

background image

moją własną siostrą?

— Hej — wtrącił Mark — chyba się zagalopowałaś. Dobrze, Ŝe dostałaś 

nauczkę, ale nie moŜesz brać na siebie wszystkich grzechów świata.

— Naprawdę nie czujesz do mnie Ŝalu, Mark?

— Oczywiście, Ŝe nie.

Ś

cisnęła go za rękę i połoŜyła mu głowę na ramiemu.

Z ulgą stwierdziła, Ŝe Mark szpieg jest tak samo troskliwy i czuły jak dawny 

Mark.

Udało się jej zasnąć, a po przebudzeniu przekonała się, Ŝe lot

w nie znanym jej kierunku trwa. Mark siedział parę foteli dalej

i gawędził ze stewardesą. Dowiedziała się, Ŝe Mark prowadzi

podwójne Ŝycie. Czy to oznaczą Ŝe w jego Ŝyciu były i są inne

kobiety? Manna uświadomja sobie, Ŝe popadz w przesadę. Stewardesa 

zauwaŜyła, Ŝe Arianna juŜ nie śpi. Natychmiast wstała i podeszła do niej.

— Dobrze, Ŝe pani się obudziła — powiedziała. — Niedługo lądujemy. Czy ma 

pani na coś ochotę? MoŜe przynie jeszcze szklankę wody? Albo kanapkę?

— Nie, dziękuję — odparła Manna. Wyjrzała przez okienko i zobaczyła, Ŝe juŜ 

zmierzcha. — Gdzie jesteśmy?

— Nie wiem — odparła młoda kobieta. —Musi pani zapytać pana Lindsaya.

Gdy odeszła, Mark powrócił na swoje miejsce. Arianna przywołała na usta 

uśmiech.

— Śliczna dziewczyna. Towarzyszyła ci w poprzednich akcjach?

Mark uśmiechnął się.

— Nie. Szczerze mówiąc, poznałem ją dzisiaj.

— MęŜczyzna, który kryje w sobie tyle tajemnic, musi być pociągający.

— Ciebie to pociąga?

— Bez komentarzy — odparła jego słowami.

Znowu wyjrzała przez okienko. Nadal znajdowali się na dość duŜej wysokości, 

choć w dole moŜna było dostrzec światełka.

— WciąŜ lecimy.

— Miałaś nadzieję, Ŝe to sen?

— Sama nie wiem.

— Poczujesz się lepiej, kiedy wylądujemy i zjesz coś ciepłego.

— Na pewno nie powiesz mi, gdzie jesteśmy, ale moŜe przynajmniej mi 

background image

zdradzisz, w jakim kraju?

— Nadał w Stanach.

— Więc nie zostanę wymieniona na sowieckiego szpiega?

— Kwiatuszku, to jest samolot pasaŜerski, a nie szpiegowski — powiedział, 

ś

ciskając jej rękę.

— JuŜ nie wiem, w co mam wierzyć.

— Bardzo miprzykro z tego pówodu — odrzekł. — Naprawdę chcę, Ŝebyś czuła 

się bezpieczna.

— Jak długo zostaniemy tam, dokąd się udajemy?

— Jeszcze nie wiem. Pewnie parę dni.

— Czy będę miała coś do powiedzenia wtej sprawie?

— Owszem, ale po ostatnich wydarzeniach domagam się prawa weta.

Kiedyś Arianna czułaby się dotknięta taką uwagą, ale przysporzyła mu juŜ tylu 

kłopotów, Ŝe teraz nie bardzo miała prawo się Ŝalić.

— Jak sobie Ŝyczysz, zero, zero, siedem.

Mark ścisnął ją delikatnie za ramię.

— To mi się podoba. MoŜe juŜ dawno powinienem ci pokazać swoją 

szpiegowską kryjówkę.

Spojrzała na niego.

— Na razie szczęście ci dopisuje, agencie Lindsay, ale na twoim miejscu nie 

igrałabym z losem.

Uśmiechnął się szeroko.

— Dzięki za ostrzeŜenie.

Mark wydawał się o wiele weselszy niŜ kiedyś. MoŜe dlatego, Ŝe wreszcie mógł 

być sobą.

Stewardesa poprosiła ich o zapięcie pasów. Ariaima jeszcze raz spojrzała na 

pogrąŜoną w mroku ziemię. Tylko na zachodzie niebo było na tyle jasne, Ŝe na jego 

tle rysowały się postrzępione sylwetki gór. Poza nielicznymi światełkami nie 

dostrzegła Ŝadnych oznak Ŝycia. Równie dobrze mogli lądować na KsięŜycu.

— Twoja kryjówka jest w lesie? — spytała, nie odrywając wzroku od okienka.

— Owszem.

— Często tu przyjeŜdŜasz?

— Nie.

— ZałoŜysz mi przepaskę na oczy, dopóki me znajdę się w swojej celi?

background image

— RozwaŜaliśmy z Jonesem taką moŜliwość — odpowiedział ze śmiechem — 

ale doszliśmy do wniosku, Ŝe to nie będzie konieczne.

Arianna spojrzała na Jonesa, który nie zwracał na nich uwagi przez całą podróŜ.

— Więc on jest dowódcą? — spytała Marka.

— Niezupełnie. Ale moŜesz tak o nim myśleć, jeśli to ma poprawić ci 

samopoczucie.

Spojrzała Markowi w oczy.

— Chcę cię o coś spytać. Gdybyśmy byli małŜeiistwem i chciałabym, Ŝebyś 

zrezygnował ze swojego zajęcia, zrobiłbyś to?

— Nie wyszłaś za mnie, kwiatuszku, więc pytanie jest

bezprzedmiotowe.

Powiedział to lekko, jakby nie rozumiał, jak bardzo ją zaskoczyła ta sytuacja. 

Skoro Mark nie wyjawił jej, kim jest naprawdę, to co jeszcze przed nią ukrywa?

— Czy twoi rodzice wiedzą, czym się zajmujesz?

— Chyba lepiej będzie nie rozmawiać na ten temat.

— Ale ja chcę wiedzieć, czy tylko mnie utrzymywałeś w nieświadomości.

— Mój ojciec zdaje sobie sprawę z pewnych rzeczy. Nic więcej me mogę ci 

powiedzieć.

Obrzuciła go karcącym wzrokiem.

— Bawi cięta sytuacja. Naprawdę cię bawi. Nie mam codo tego wątpliwości. A 

ja przez cały czas wierzyłam, Ŝe pracujesz w rodzinnej firmie.

— Znasz to powiedzenie, kwiatuszku. Nigdy nie oceniaj ksiąŜki po okładce.

ROZDZIAŁ 9

Kiedy samolot dotknął ziemi, Ariannę, która zdołała trochę odpręŜyć się 

podczas lotu, ponownie ogarnął niepokój. Jeszcze nigdy w Ŝyciu nie czuła się tak 

bezradna, rzucona na pastwę losu, pozbawiona moŜliwości kontroli nad biegiem 

zdarzeń.

Samolot kołował po pasie startowym, aŜ w końcu zatrzymał się przed małym 

budynkiem, który w niczym nie przypomniał dworca lotniczego. Doszła do wniosku, 

Ŝ

e wylądowali na terenie prywatnym. Stewardesa przyniosła Ariannie torbę z 

maszynopisem, którą schowała na czas lotu. Jones wstał i się przeciągnął. Po raz 

pierwszy, odkąd weszli na pokład samolotu, odwrócił się i rzucił jej niedbały 

background image

uśmiech.

Tymczasem otwarto drzwi i podstawiono schodki. Stewardesa stanęła przy 

wyjściu, by ich poŜegnać. Jones ruszył pierwszy, po nim Arianna i Mark.

Powitał ich przenikliwie zimny podmuch wiatru. Domyśliła się, Ŝe są na 

płaskowyŜu. Sądząc po kierunku i czasie lotu, najprawdopodobniej znaleźli się w 

Montanie.

Jones ruszył wolnym krokiem w kierunku zaparkowanego w pobliŜu 

samochodu o nieokreślonym kolorze. Arianna stała na pasie startowym, drŜąc z zimna 

i przyciskając do siebie torbę z maszynopisem. Czekała, aŜ Mark poŜegna się ze 

stewardesą. Wreszcie podszedł do niej, objął ją ramieniem i szybkim krokiem 

poprowadził do samochodu.

— Naprawdę jej nie znasz? — Arianna nie mogła się powstrzymać przed 

zadaniem tego pytania.

- Nie.

— Nie byłoby w tym nic złego — rzekła. — Urok Jamesa Ronda polega między 

innymi na tym, Ŝe jest obiektem poŜądania kaŜdej kobiety.

— Do mnie kolejka jest dość krótka.

Arianna zauwaŜyła, Ŝe kąciki jego ust unoszą się w uśmiechu.

— Fałszywa skromność — mruknęła pod nosem, jednak na tyle głośno, by ją 

usłyszał.

Za kierownicą samochodu siedział męŜczyzna w średnim wieku, ubrany po 

cywilnemu. Jones zajął miejsce obok niego. Mark otworzył Ariannie tylne drzwiczki i 

wsiadł za mą. Kierowca uruchomił silnik i ruszyli. Minęli bramę i znaleźli się na 

brukowanej drodze. W zasięgu wzroku me było Ŝadnych domów.

Ujechali zaledwie parę kilometrów, gdy Jones zwrócił się do Arianny:

— Nie byliśmy w stanie dostatecznie przygotować się na pam przyjazd, panno 

Hamilton, musieliśmy trochę... no powiedzmy, improwizować. Zazwyczaj nie mamy 

gości.

— Domyślam się — odparła.

— Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by zapewnić pani jak najlepsze 

warunki, ale tabaza została zaprojektowana pod kątem potrzeb naszego personelu.

— Oczywiście, panie Jones. Doskonale to rozumiem i jestem panu ogromnie 

zobowiązana.

Przyjął ze spokojem jej podziękowanie.

background image

— Obawiam się, Ŝe muszę panią prosić, by przebywała wyłącznie w swoim 

pokoju, części wypoczynkowej lub kafeterii. MoŜe pani opuszczać tę strefę tylko w 

towarzystwie kogoś z personelu. Mam nadzieję, Ŝe to nie będzie zbyt uciąŜliwe 

ograniczenie.

— Nie, babcia zawsze mnie uczyła, Ŝe trzeba podporządkować się regułom, 

które obowiązują w innych domach.

Jones uśmiechnął się, chÓć nie był pewien, czy przemawia przez nią 

uprzejmość, czy sarkazm.

— Muszę takŜe panią prosić, by nie rozmawiała z członkami personelu o ich 

pracy ani o wyposaŜeniu bazy — takie pytania mogą ich postawić w niezręcznej 

sytuacji. Pan Lindsay będzie pani jedynym Ÿródłem informacji. Rozwiązaniem 

alternatywnym byłoby odizolowanie pam od otoczenia, lecz pan Lindsay zapewnił 

mnie, Ŝe to nie będzie

konieczne.

Arianna zerknęła na Marka.

— Jego zaufanie mi pochlebia. I obiecuję, panie Jones, Ŝe nie zawiodę ani jego, 

ani pana.

- Wspaniale.

Mark podniósł jej dłoń do ust i pocałował palce. Ten drobny gest sprawił jej 

prawdziwą przyjemność.

Przejechali trzy albo cztery kilometry; zanim zbliŜyli się do ogromnego, słabo 

oświetlonego kompleksu budynków, ogrodzonego drutem kolczastym. Choć nie 

przypominało to więzienia, ogólne wraŜenie było przygnębiające.

Bramy strzegli dwaj męŜczyźni w mundurach.

Arianna pomyślała, Ŝe juŜ samo połoŜenie bazy gwarantuje jej bezpieczeństwo.

Zastanawiała się, co Maik robi w organizacji zajmującej się szpiegostwem. Czy 

praca w banku była tylko przykrywką? Czy w rzeczywistości jest specem od szyfrów, 

bomb, elektronicznej inwigilacji czy jakichś innych tajnych zadań? Nie mogła pojąć, 

jak to moŜliwe, Ŝe przez tyle miesięcy nie domyśliła się, iŜ ją okłamuje. Ale tak 

właśnie było.

Samochód zatrzymał się przy niskim budynku, który wyglądał jak sklep lub 

magazyn. Zdziwiła się. Czy tu mieszkają członkowie personelu? Jeśli tak, to 

pomieszczenia muszą być dość prymitywne.

Wysiedli z wozu. Jones poprowadził ich do niskich schodów, którymi 

background image

wchodziło się na mały, betonowy ganek. Wejścia broniły podwójne stalowe drzwi. 

Nigdzie nie było okien.

Nad drzwiami umieszczono Ŝarówkę w metalowej oprawie, która kołysała się 

na wietrze. Arianna wzdrygnęła się na widok ponurego budynku, miała nadzieję, Ŝe 

wewnątrz będzie przytulniej.

Kiedy Jones otworzył drzwi,. zalało ich jasne światło. Znaleźli się w pustym, 

dość przestronnym holu, który z trŜech stron otaczały niewielkie przeszklone 

pomieszczenia biurowe. Przez duŜe szyby widać było ludzi w cywilnych ubraniach.

Na czwartej ścianie znajdował się rząd wind, trochę dziwny w jednopiętrowym 

budynku.

— Przepraszam na chwilę — zwrócił się do nich Jones. Arianna zerknęła na 

Marka, który podchwycił jej spojrzenie i uśmiechnął się lekko.

— Musisz przyznać, Ŝe trochę tu nietypowo.

— CóŜ, nie jest to eleganckie biuro na Manhattanie, z jakim zawsze mi się 

kojarzyłeś.

— Jeśli lubi się ryzyko, trzeba za to płacić.

Jones skierował się w stronę wind, dając im znak, by szli za nim. Pojawił się teŜ 

kierówca z bagaŜami.

— Wezmę je — rzekł Maik. — Nie ma sensu, Ŝeby zwoził pan to wszystko na 

dół.

— Spec od wszystkiego — mruknęła.

— To normalne, kiedy się pracuje dla rządu.

Czekali na windę. Nie było sygnalizatora pięter, ale nie ulegało wątpliwości, Ŝe 

mogą jechać tylko w dół.

Wreszcie wszyscy troje wsiedli do windy. Tu takŜe nie było przycisków z 

numerami pięter, tylko strzałki w górę i w dół.

— Jednak jedziemy do jaskini Batmana — odezwała się, przerywając ciszę.

— W pewnym sensie — odparł Mark z lekkim uśmiechem.

— Mam nadzieję, Ŝe nie cierpi pani na klaustrofobię, panno Hamilton?

— Ja teŜ mam taką nadzieję.

Winda zjeŜdŜała z duŜą szybkością w dół. W końcu dŸwig stanął i drzwi 

otworzyły się bezszelestnie.

Arianna pierwsza wyszła do niewielkiego holu. Trzy pary podwójnych drzwi 

znajdowały się po jego trzech stronach. Drzwi naprzeciw były zamknięte, pozostałe 

background image

— otwarte. Za nimi widać było dwa długie korytarze. Pan Jones wskazał przejście po 

lewej stronie.

— Do kafeterii, pokojów wypoczynkowych i małej biblioteki tamtędy — 

powiedział. — Do kwater tędy. — Przeszedł przez drzwi po prawej stronie i ruszył 

korytarzem. Mark i Arianna poszli za nim.

— Czasami dobre towarzystwo jest waŜniejsze od warunków, w jakich się 

mieszka — rzucił półgłosem Mark.

Zwolniła, by Jones ich nie słyszał.

— Czy to znaczy, Ŝe będę dzieliła z tobą pokój?

— MoŜna by to załatwić.

-. Na pewno inne dziewczyny zero, zero, siedem same wskakiwały mu do łóŜka, 

ale ja spróbuję się oprzeć jego czarowi.

— Lubię wyzwania.

Drzwi biegnące wzdłuŜ korytarza były ponumerowane, zupełnie jak w hotelu. 

Jedne otworzyły się i w progu stanęła drobna Azjatka. Nie była tak atrakcyjna ani tak 

młoda jak stewardesa. Na ich widok uśmiechnęła się, przechyliła lekko głowę i 

oddaliła się śpiesznie. Arianna obejrzała się za nią. Miała krótko obcięte włosy, była 

ubrana w spodnie i bluzę.

— Czy mi się wydaje, czy jest tu mnóstwo Azjatów?

— Nie wydaje ci się — odparł Mark.

Skręcili w boczny korytarz, w którym znajdowało się sześcioro drzwi. Ścianę na 

końcu korytarza zdobiło malowidło przedstawiające odrzutowce bojowe w zwartym 

szyku.

Jones zatrzymał się przy przedostatnich drzwiach po lewej stronie. Wyjął z 

kieszeni klucz.

Panno Hamilton — rzekł — to pani pokój. — Otworzył drzwi, włączył światło i 

cofnął się, by ją przepuścić.

Arianna weszła do pokoju. Był urządzony po spartańsku, lecz sprawiał 

przyjemne wraŜenie. Pojedyncze łóŜko, szatka nocna, na której stała lampka i telefon, 

stół, dwa krzesła, komódka i telewizor. Na ścianach wisiały trzy reprodukcje 

litograficzne, które przedstawiały róŜnego typu pociski.

— Miło tu — powiedziała, rozglądając się dokoła.

— Tam jest łazienka — rzekł Jones, wskazując drzwi w korytarzu.

— Nie odczuwam chorobliwego lęku przed zamkniętymi pomieszczeniami — 

background image

wyznała Arianna — ale chciałabym wiedzieć, ile ton głazów będzie wisiało nad moją 

głową, kiedy będę spała?

— Jesteśmy jakieś sto metrów pod ziemią — odparł Jones.

— Rachunki za ogrzewanie nie są wysokie.

— Ale widok z okien mało ciekawy.

— Pewnie czujesz się tu jaku siebie w domu, Batmanie.

Mark i Jones wymienili rozbawione spojrzenia. Arianna podeszła do stołu i 

połoŜyła na nim torbę z maszynopisem. Jones wręczył jej klucz do pokoju.

— Czy jest pani głodna, panno Hamilton? Kafeteria jest juŜ zamknięta, ale 

mogę poprosić, by przyniesiono pani coś do jedzenia.

Potrząsnęła głową.

— Nie, naprawdę dziękuję.

— Jesteś pewna, Arianno? — spytał Mark. — Cały dzień nie

miałaś mc w ustach.

— Chyba straciłam apetyt z nadmiaru wraŜeń.

— Musimy dbać o ciebie. — Skierował wzrok na Jonesa.

— Czy mógłbyś zamówić dla nas jakiś lekki posiłek?

— Oczywiście. — Po czym zwracając się do Arianny, dodał: — Kafeteria jest 

otwarta od szóstej do dziewiątej trzydzieści rano. MoŜe pani zejść na śniadanie, kiedy 

będzie pam miała ochotę.

— Dziękuję.

— Obok znajduje się bar, w którym o kaŜdej porze dnia — Czy zabiłeś kogoś w 

Ŝ

yciu?

- Nie.

i nocy dostanie pani coś do picia i do zjedzenia. Proszę śmiało z niego 

korzystać.

— Jest pan bardzo gościnny.

Jones uśmiechnął się, po czym wręczył Markowi klucz do jego pokoju i 

skierował się do wyjścia.

— A teraz was poŜegnam. Mieliście cięŜki dzień i na pewno oboje jesteście 

zmęczeni. Niedługo przyniosą wam kolację. Dobranoc.

Jones zamknął za sobą drzwi. Arianna oparła się o stół i popatrzyła na Marka.

— Przysięgasz?

— Przysięgam.

background image

Obrzuciła go badawczym spojrzeniem.

— Pewnie byś zaprzeczył, nawet gdyby to była prawda.

— Nie wiem, co mógłbym powiedzieć, Ŝeby cię przekonać.

— Tak więc wygiąda kryjówka szpiega.

Usiadł na łóŜku i wypróbował materac.

— Szczerze mówiąc, wolę własne łóŜko. Byłoby nam wygodniej.

Arianna roześmiala się.

— Ledwo Jones wyszedł za próg, a my juŜ rozmawiamy o wspólnej nocy. Czy 

w ten sposób chcesz uniknąć kłopotliwych pytań?

— To nie pytania stanowią problem — odparł — tylko odpowiedzi.

— Mam ci wierzyć?

— Wolałbym, Ŝebyś mi wierzyła.

Arianna ucieszyła się, słysząc te słowa.

— Czy to twój największy problem? — spytał.

— Nie, jest jeszcze jeden — odparła, zabierając się do rozpakowywania rzeczy. 

— Dlaczego chciałeś się ze mną oŜenić?

— Czy to nie jest oczywiste? Teraz nie.

— Dlaczego?

— Bo teraz wydaje mi się, Ŝe po prostu chciałeś mieć przykrywkę.

— Gdyby chodziło mi tylko o przykrywkę, nie mierzyłbym tak wysoko.

— Jaki z tego wniosek?

— Qiciałem się z tobą oŜenić, poniewaŜ cię kochałem.

Poszukała wzrokiem jego oczu, gdyŜ nagle ogarnął ją niepokój.

— Mówisz jak prawdziwy tajny agent.

Mark uśmiechnął się.

— Naprawdę chciałabym wiedzieć, jak bardzo niebezpieczna jest twoja praca.

— Co masz na myśli?

— No, wiesz. Na przykład te kapsułki z trucizną. Kiedy wspomniałeś o nich po 

południu, tylko Ŝartowałeś, prawda?

— Owszem.

Arianna przeszła przez pokój, wiedząc, Ŝe Mark wodzi za nią wzrokiem.

— Co się stało, Arianno?

— WciąŜ nie mogę pogodzić się z myślą, Ŝe ten łagodny, dobrze wychowany 

bankier, za którego o mały włos nie wyszłam za mąŜ, jest szpiegiem. Mark, powiedz 

background image

mi, Ŝe to sen, a moŜe niewybredny Ŝart. Cokolwiek.

— Nie jestem szpiegiem.

— Detektywem, niech ci będzie.

SpowaŜniał, ale zaraz uśmiech rozpogodził mu twarz.

— ChodŸ tutaj — powiedział, wyciągając rękę.

Arianna podeszła do niego niepewnym krokiem. Ujął jej dłoń i pogłaskał czule.

— Musisz uwierzyć, Ŝe to wszystko nie ma Ŝadnego wpływu na moje uczucia 

do ciebie — powiedział cicho. — Są takie same jak zawsze.

— Mark, czy nie rozumiesz, Ŝe jesteś zupełnie innym człowiekiem, niŜ mi się 

wydawało? JuŜ choc”by z tego powodu inaczej na ciebie patrzę.

— I bardziej ci się podobam?

— Nie jestem pewna.

— CzyŜby?

— Muszę przyznać, Ŝe trochę mnie intrygujesz. Ale to zupełnie naturalne. 

Gdybym ni z tego, ni z owego oświadczyła, Ŝe jestem szpiegiem, ty czułbyś zapewne 

to samo.

— MoŜe masz rację. — Mark przytrzymał ją za biodra i posadził sobie na 

kolanach. Przycisnął twarz do jej włosów i wciągnął powietrze. — Zawsze 

uwielbiałem zapach twego

ciała.

Ujęła jego twarz w dłonie i pocałowała go w usta.

— Chcę ci zadać jeszcze jedno pytanie — rzekła. — Szalenie zaleŜy mi na tym, 

Ŝ

eby usłyszeć prawdę. Bez względu na to co powiesz, nigdy nie wykorzystam tego 

przeciw tobie. Muszę znać prawdę o dziewczynach Lindsaya. DuŜo ich było? Czy 

zdarzyło się, Ŝe musiałeś uwieść jakąś ponętną agentkę wrogiego wywiadu?

Mark odrzucił do tyłu głowę i roześmial się głośno.

— Arianno, naoglądałaś się za duŜo filmów.

— To nie jest odpowiedŸ na moje pytanie — oburzyła się.

— Nie musiałem uwodzić Ŝadnych pięknych agentek. Brzydkich teŜ nie. I nie 

ma Ŝadnych dziewczyn Lindsaya... moŜe z jednym wyjątkiem.

Uniosła brwi.

— Ja się nie liczę, bo nie wiedziałam, Ŝe jesteś zero, zero, siedem.

— Ale będziesz pierwszą dziewczyną, dla której stracił głowę — powiedział, 

tuląc ją do siebie.

background image

— Naprawdę pierwszą?

— Przysięgam na głowę mojej matki.

— A nie na swoją głowę?

Uśmiechnął się szeroko.

— Przy mojej pracy to niebezpieczne.

Zanim zdąŜyła odpowiedzieć, rozległo się pukanie do drzwi.

— Albo kurier z poufną wiadomością — powiedział — albo kolacja.

— Och, Mark — odparła, podnosząc się z jego kolan — wygadujesz takie 

bzdury, Ŝe juŜ sama nie wiem, w co wierzyć.

— Czasami lepiej nie wiedzieć — rzeki, puszczając do niej oko. Podszedł do 

drzwi i otworzył je.

W progu stała pucołowata kobieta z tacą w rękach.

— Przyniosłam kolację dla dwóch osób.

— Świetnie — powiedział Mark. — Proszę wejść.

Kobieta skinęła Ariannie głową, po czym postawiła tacę na stole.

— Jedzenie i kawa — wyjaśniła. — Mam nadzieję, Ŝe będzie smakowało.

— Na pewno będzie smakowało — zapewnił Mark.

Gdy kobieta opuściła pokój, podszedł do stołu i podniósł metalową pokrywkę.

— Co my tu mamy? Szynkę, zieloną fasolkę i tłuczone ziemniaki. A tutaj? — 

spytał, unoząc drugą pokrywkę. — Szynkę, zieloną fasolkę i tiuczone ziemniaki. Co 

wolisz?

— Myślę — odparła, podchodząc do mego — Ŝe zdecyduję się na szynkę, 

zieloną fasolkę i tiuczone ziemniaki.

-. Świetny wybór, madame — stwierdził, obejmując ją ramieniem. — Ja wezmę 

to samo.

— Cieszę się, Ŝe kazałeś zamówić kolację. Nagle poczułam głód. — Spojrzała 

na talerz. — Siadajmy do stołu.

Posiłek upłynął im w przyjemnym nastroju. Wreszcie zdolali się odpręŜyć. 

Wyszli cało z nie lada opresji i uratowali cenny maszynopis. Arianna czuła się tak jak 

w najlepszym okresie ich narzeczeństwa.

— Wiesz co? — odezwała się. — Trochę mnie przeraŜasz.

- Wspomniałaś juŜ o tym.

— To jest... ciekawe. Nie powiem, Ŝe podniecające, choć to chyba 

dokładniejsze określenie stanu moich uczuć.

background image

— Dlaczego mi o tym mówisz?

— Próbuję zrozumieć, co się ze mną dzieje. Jeśli mylę się co do ciebie, to 

rozwiej moje złudzenia.

— Ostatnią rzeczą, jaką bym zrobił, to rozwiał złudzenia pierwszej dziewczyny 

Lindsaya.

Uśmiechnęła się. Nie mogła sobie przypomnieć, by kiedykolwiek prowadzili tak 

Ŝ

artobliwą, a zarazem szczerą rozmowę. Przeczesała palcami włosy i wyciągnęła nogi 

w swobodnej pozie.

— Co za dzień. Na pewno wyglądam jak straszydło.

— Wręcz przeciwnie. Wyglądasz pięknie.

— Czy superbohaterom wolno mówić taicie rzeczy? Powinna. cię otaczać aura 

tajemniczości.

Uśmiechnął się szeroko.

— Ale nadal jestem męŜczyzną. — Ściszając głos, dodał: — I nadal cię 

kocham, Arianno. Przedtem nigdy nie bałem się tego mówić i teraz teŜ się nie boję.

Nie spuszczał z niej wzroku. Poczuła, Ŝe się czerwieni, ale zmusiła się, by 

spojrzeć mu w oczy.

— O czym myślisz? — spytał.

Wiedziała, Ŝe jej odpowiedŸ zawaŜy na całym wieczorze, jeśli nie na jej całym 

pobycie tutaj. Ale jak mogła mu się zwierzyć ze wszystkiego, co czuła? Od rana jej 

nastrój zmienił się ze sto razy. PrzeŜyła silny wstrząs. Groziło jej niebezpieczeństwo, 

a nawet śmierć. Jednak dobre rzeczy teŜ się zdarzyły tego dnia.

— Masz kłopot z odpowiedzią?

Arianna skinęła głową.

— CóŜ, kwiatuszku, czyny Są waŜniejsze od słów.

Mark wstał i okrąŜył stół. Bez wahania podniósł z krzesła i pocałował w usta.

Arianna westchnęła.

— Wszystko się zmieniło w ciągu jednego dnia.

— Zabawne, ale mnie wydajesz się wciąŜ taka sama. — Pogłaskał ją delikatnie 

po policzku. — Chcesz być dziewczyną Lindsaya?

— AŜ boję się odpowiedzieć.

— Dlaczego? Nie ufasz mi?

— Dwadzieścia cztery godziny temu bez wahania odpowiedziałabym 

twierdząco, ale teraz...

background image

Uśmiechnął się szeroko, po czym pocałował ją w czubek

nosa.

- Widzę, Ŝe muszę odzyskać twoje zaufanie. MoŜe znajdziemy jakieś wygodne 

miejsce i przedyskutujemy tękwestię?

— W tej chwili marzę tylko o tym, Ŝeby wziąć prysznic.

— Nie widzę przeszkód.

— Chyba nie ma sensu mówić, Ŝebyś tu poczekał — rzekła.

— Ale itak to powiem. — Odwróciła się i poszła do łazienki.

Odkręciła wodę, zdjęła sweter i biustonosz. Rozpinała dŜinsy, kiedy drzwi 

otworzyły się i w progu stanął Mark.

— Jesteśmy na moim terytorium, kwiatuszku.

— I jestem twoim więŸniem?

— Moim gościem.

— Boję się spytać, co to znaczy.

Z zachwyconym uśmiechem na ustach Mark podszedł do Arianny. Ujął jej 

twarz w diome i pocałował delikatnie w usta. Potem sięgnął do jej piersi. Arianna nie 

poruszyła się, lecz przemknął ją dreszcz. Mark przesunął ustami po jej nagim 

ramieniu i szyi. Westchnąwszy cicho, odchyliła do tyłu głowę. Zamknęła oczy i 

opuściła ramiona. Tak, była jego więŸniem.

ROZDZIAŁ 10

Kiedy Arianna weszła pod prysznic, Mark stanął tuŜ za nią. Strumień wody był 

bardzo silny i poczuła na twarzy i szyi igiełki ciepła. Mark objął jej piersi i zaczął 

draŜnić sutki, po czym pochylił się, by łatwiej mu było chwycić zębami koniuszek jej 

ucha.

Tak bardzo chciała go pocałować, lecz nie pozwolił jej się odwrócić. Gdy 

wsunął rękę między jej uda, odczuła takie podniecenie, Ŝe nie mogła opanować 

drŜenia.

- Och, Mark. Nie przerywaj - szepnęła.

• Oparła mu głowę na ramieniu, tak Ŝe strumień wody padał wprost na jej twarz. 

Nie zwaŜała na to, cała skupiła się na tym, co miało nastąpić, czujna, a zarazem 

rozedrgana.

Najpierw tylko się z mą droczył, muskając koniuszkami palców jej ciało, potem 

background image

delikatnie przesuwał dłonią po brzuchu i udach. Pragnęła go coraz bardziej. Kiedy 

myślała, Ŝe juŜ dłuŜej tego nie zniesie, Mark zaczął ją pieścić. Arianna próbowała 

mocniej przycisnąć do siebie jego dłoń, ale dozował rozkosz w dostatecznie małych 

dawkach, by trzymać ją na granicy miłosnego spełnienia.

To była tortura, ale najsłodsza tortura, jaką znała.

Wkrótce zaznała tak niewysłowionej rozkoszy, Ŝe nie zdołała nad sobą 

zapanować. Kiedy w końcu przestała drŜeć, poczuła. się taka słaba, Ŝe omal nie 

upadła. Otworzyła oczy, obróciła się w ramionach Marka i spojrzała na niego. Był 

ogromnie podniecony. Znowu go zapragnęła. Chciała poczuć go w sobie. 

Natychmiast.

Gdy tak się stało, westchnęła zadowolona, doznając uczucia niezwykłego 

zespolenia, intensywnej bliskości. Po raz pierwszy w Ŝyciu całkowicie 

podporządkowała się Markowi.

Kiedy nadeszło spełnienie, było tak oszałamiające, Ŝe zakręciło się jej w głowie, 

przewróciłaby się, gdyby jej nie trzymał. Pozwolil, by jej stopy zeslizgnęły się z jego 

bioder, ale zanim dotknęły podłogi, wziął ją na ręce i zaniósł do łóŜka.

Ociekała wodą, lecz wcale się tym nie przejęła. Wszystko przestało się liczyć. 

Choć wciąŜ półprzytomna, zauwaŜyła, Ŝe z łazienki przestał dobiegać szum prysznica. 

Po chwili Mark wrócił z dwoma ręcznikami. Jednym ją przykrył, drugim zaczął się 

wycierać sam.

Patrzyła na niego, wiedząc, Ŝe to ten sam męŜczyzna,

z którym kochała się dziesiątki razy. A mimo to zupełnie go

nie poznawała. Kiedy się wytarł, zaczął ścierać krople wody

z ciała Arianny. Potem połoŜył się i wziął ją za rękę.

Westchnęła z zadowolenia.

— „Więc teraz juŜ oficjalnie jestem dziewczyną Lindsaya?

— Oczywiście — odparł, całując jej palce.

Później, gdy leŜała obok niego, pomyślała, Ŝe ten niezwyczajny, szalony 

wybuch namiętności był zakończeniem niezwyczajnego, szalonego dnia, podczas 

którego dobrze znany, poczciwy Mark przeistoczył się w nieobliczalnego, 

tajemniczego nieznajomego.

Kochał się z nią, ale kogo nosił w sercu?

Odwrócił się do niej i przycisnął jej rękę do policzka.

— Dobrze się czujesz, Arianno?

background image

— Tak — odparła z westchnieniem. — MoŜe jestem trochę przytłoczona tym 

wszystkim.

Przytulił ją do siebie.

— Za duŜo zwaliło się dziś na twoją głowę — rzekł, całując ją w skroń. — 

Przykro mi. Gdybym mógł, oszczędziłbym ci tych wraŜeń, ale nie miałem wyboru.

Odsunęła się, by spojrzeć mu w oczy. Było zbyt” ciemno, Ŝeby mogła coś z nich 

wyczytać.

— Kiedy zostałeś tajnym agentem?

— Jakieś trzy lata temu. DuŜo wcześniej, niŜ się poznaliśmy.

— No tak. To wszystko jeszcze jest dla ciebie nowe.

— AŜ za bardzo. ¯ e wstydem muszę przyznać, Ŝe w Vail wystarczyło trzech 

męŜczyzn, Ŝeby mnie pokonać. Następnym razem będę lepiej przygotowany.

Przesunęła palcami po jego torsie. Pomyśleć, Ŝe od początku ich znajomości 

prowadził podwójne Ŝycie. Mark powiedział, Ŝe naprawdę ją kocha, a to, Ŝe jest 

szpiegiem, me ma nic wspólnego z jego uczuciami. Była ciekawa, czy to prawda.

— Czy miałeś wyrzuty sumienia, Ŝe mnie okłamujesz?— spytała.

— Miałbym, gdyby moje kłamstwa wpływały na nasze Ŝycie.

— Nigdy cię nie pytałam, co robisz podczas swoich podróŜy zagranicznych, ale 

gdybyśmy się pobrali, mogłabym się tym zainteresować. Jak byś się wtedy zachował?

— Trzymałbym cię z dala od spraw, o których nie musisz wiedzieć.

Podparla głowę ręką i popatrzyła mu w oczy.

— Równie dobrze mógłbyś mi nie mówić o sprawach, o których nie chciałbyś, 

Ŝ

ebym wiedziała. Na przykład o miłosnych eskapadach z dziewczynami Lindsaya.

— Nie było Ŝadnych dziewczyn, Arianno. Przysięgam.

— Ani randek w moskiewskim nocnym klubie czy schadzek w paryskim 

hotelu?

— Nie — odparł. — Ani jednej.

— Myślałam, Ŝe kobiety rzucały się na ciebie.

Jasne, Ŝe chodziłem na randki, ale wiedziałaś o tym.

— Czy którejś z nich wyznałeś, Ŝe prowadzisz podwójne Ŝycie? — Pogłaskała 

go po ramieniu.

— Moja praca wymaga dyskrecji — odparł, uśmiechając się lekko. — Nie 

wolno mi zdradzać tajemnic słuŜbowych.

Pocałowała go w policzek.

background image

— Nawet gdybyś był torturowany, nic byś nie powiedział?

— Są tortury... i tortury.

Przebiegła palcami po jego brzuchu i biodrach.

— A taką torturą coś bym z ciebie wydusiła?

Roześmiał się.

— Tego ci nie powiem.

— Gdybym nie widziała tych oddziałów, helikopterów itrupów na własne oczy, 

nigdy bym w to nie uwierzyła — rzekła.

— Co oko widzi, to głowa zrozumie, kwiatuszku.

Arianna spojrzała na zegarek leŜący na szafce nocnej. Wzięła go do ręki.

Arianno.

— Wygląda jak zwykły zegarek — powiedziała.

— To cud współczesnej techniki.

I pomyśleć, Ŝe wystarczyło pokręcić trochę tą gałeczką.

— OstroŜnie — ostrzegł ją Mark. — Teraz nie potrzebujemy wsparcia 

oddziałów paramilitarnych.

Pogłaskał ją po głowie i przez chwilę leŜeli w milczeniu.

— Wiem, Ŝe pówinnam wziąć odpowiedzialność za swoje Ŝycie, ale muszę ci 

coś wyznać.

— Co, kwiatuszku?

— Mam ochotę oddać się pod twoją opiekę.

— Właśnie to powinnaś zrobić.

— Nie, Mark, wcale nie, ale jestem tak zmęczona tym wszystkim, Ŝe nie mam 

siły z tobą walczyć.

— I nie powinnaś, chcę ci tylko zapewnić bezpieczeństwo,Arianno.

W pokoju nie było okien, więc gdy Mark obudził się, musiał spojrzeć na 

zegarek, by zorientować się, która godzina. Na szczęście nie zgasili światła w łazience 

i przez lekko uchylone drzwi sączyło się teraz do pokoju. Arianna spała mocno, nie 

chciał jej budzić, lecz nie mógł oprzeć się pokusie i przytulił do siebie jej drobne 

ciało. Gdy wziął ją w ramiona, zaprotestowała cicho, ale wkrótce ułoŜyła się 

wygodnie i spała dalej z błogim uśmiechem na twarzy.

To była kolejna cudowna noc — moŜe nawet wspanialsza od tej, którą spędzili 

w yail. Czuł, Ŝe Arianna się zmieniła, pewnie dlatego, Ŝe i on był inny. Jak na ironię, 

im bardziej ją prowokował, tym łatwiej mu ulegała. Jednak nigdy w Ŝyciu nie byłby w 

background image

stanie jej skrzywdzić czy zranić.

Cieszył się ze swego triumfu, lecz nie wiedział, co się stanie, gdy Arianna 

odkryje, Ŝe sprawy wyglądają nieco inaczej. Musi się dowiedzieć, co czuje do niego, 

męŜczyzny, który zrzucił maskę.

Na razie nie miał powodu do narzekań. Arianna obdarzyła go nieopisaną 

rozkoszą. Gdy ochłonęli po pierwszym zbliŜeniu, kochali się po raz drugi. I to 

zupełnie inaczej. Tym razem przypominała raczej tygrysicę niŜ kotkę. Nie miała 

Ŝ

adnych zahamowań.

Jednak nie odniósł nad nią całkowitego zwycięstwa. Wkrótce ich miłośne 

uniesienia przestaną jej wystarczać i powróci do praęy nad maszynopisem. A on 

stanie przed tym samym problemem co poprzednio — jak ją przekonać, Ŝeby 

poczekała z wydaniem ksiąŜki, dopóki sprawa nie zostanie zakończona.

Co prawda, redagowanie maszynopisu dałoby jej zajęcie. Postanowił, Ŝe załatwi 

dla niej komputer. W ten sposób zyska trochę czasu, choć trudno powiedzieć ile — 

parę dni, moŜe tydzień.

Mark postanowił wziąć prysznic. Wciągnął spodnie i poszedł do swojego 

pokoju, nie chcąc budzić Arianny. Ledwo zamknął za sobą drzwi, zadzwonił telefon. 

To była Marcia Allen, jego asystentka z Nowego Jorku.

— Wiem, Ŝe jest wcześnie powiedzialą — ale chciałam jak najszybciej 

przekazać panu wiadomość. Skontaktowałam się z Francuzami i Niemcami. 

Spotkanie moŜna przełoŜyć dopiero na początek przyszłego roku. Wszystkie 

wcześniejsze terminy nie odpowiadają albo jednej, albo drugiej stronie. Co pan 

zdecyduje?

— Cholera. To było do przewidzenia. A nie mogę się stąd ruszyć.

— Zatem umówić ich na styczeń?

— Nie — rzeki Mark, pocierając podbródek. — Muszę sfinalizować tę umowę. 

Teraz albo nigdy.

- Spotkanie ma się odbyć w poniedziałek po południu w pańskim biurze. 

Niewykluczone, Ŝe rozmowy przeciągną się na wtorek. Czy zorganizować panu 

transport do Nowego Jorku?

— Nie, dam sobie radę. Nie mam pojęcia, kiedy przyjadę, lecz będę najpóźniej 

w poniedziałek rano.

— W porządku — odparła Marcia. — Coś jeszcze?

— W jakim nastroju jest mój ojciec?

background image

— Coraz bardziej się niecierpliwi. Narzeka na pańskie hobby, jak to nazywa.

— Nie mogę go za to winić. Czy wie, gdzie teraz jestem?

— Powiedziałam mu, Ŝe jest pan w Kolorado, później juŜ z nim nie 

rozmawiałam na ten temat. Właściwie sama nie wiem, gdzie pan obecnie przebywa.

— Szczerze mówiąc, ja teŜ nie bardzo się orientuję. A jeśli chodzi o ojca, to 

zostawmy to tak, jak jest. Nie ma sensu niepotrzebnie komplikować sprawy.

— Dobrze.

— Dzięki, Marcio.

— Powodzenia. Nie wiem, czym pan się teraz zajmuje, ale przypuszczam, Ŝe 

tym, co zwykle.

- Właściwie to nie. Trochę czym innym.

- Powstrzymam się od pytań.

— Do zobaczenia za parę dni. — Mark odłoŜył słuchawkę i westchnął. Będzie 

musiał wyjechać i zostawić Ariannę samą. Zdawał sobie sprawę, Ŝe to nie jest 

najlepszy pomysł, ale nie miał wyboru.

Arianna leŜała jeszcze, zbierając myśli. Przeciągnęła się, wspominając 

przeŜycia ostatniej nocy. Stali się sobie z Markiem tacy bliscy!

— Och, Mark — powiedziała głośno. Nie mogła powstrzymać się od uśmiechu.

Gdzie on się podziewa? Spojrzała na zegarek. Dochodziła dziewiąta. Coś 

podobnego, ale długo spała!

Nagle przypomniała sobie o śniadaniu. Była ciekawa, czy Mark na nią czeka. 

Tak czy inaczej musi wstać, ubrać się i przejść do kafeterii.

Szybko wzięła prysznic, ułoŜyła włosy, zrobiła makijaŜ i ubrała się. Gdy 

zakładała kolczyki, jej wzrok padł na telefon. MoŜe powinna zadzwonić do Jerry”

ego? Podniosła słuchawkę, ale me było sygnału. Telefon był głuchy. Co to oznacza? 

¯ e jej nie wierzą? Co jeszcze? Spostrzegła kartkę przyczepioną do drzwi. Mark pisał, 

Ŝ

e próbuje znaleźć dla niej komputer, by mogła pracować. To poprawiło jej humor.

W kafeterii byłó juŜ niewielu gości. Dwóch JapońcŜyków ubranych w białe 

koszule i ciemnobrązowe spodnie popijało herbatę przy stoliku ustawionym pośrodku 

sali. W rogu siedzieli starszy męŜczyzna i młoda kobieta. Za kontuarem urzędował 

barman.

Arianna wzięła tacę, połoŜyła na mej sztućce oraz serwetkę. Przesunęła się 

wzdłuŜ lady i postawiła na tacy miseczkę z owocami. Właśnie sięgała po bułkę, gdy 

stanęła za nią wysoka kobieta o miłym wyglądzie i czarującym uśmiechu.

background image

— Niewiele dla nas zostało — powiedziała, wskazując na resztki potraw.

— Rzeczywiście — odparła Arianna, ciesząć się, Ŝe meznajoma pierwsza ją 

zagadnęła.

Podeszła do barmana, który wyglądał tak, jakby chciał jak najszybciej wrócić do 

łóŜka.

— Chyba nie mam wyboru — powiedziała Arianna. Najednej z patelni była 

resztka jajecznicy, na drugiej pai plasterków bekonu i kilka parówek.

— JeŜeli nie chce pani japońskiej zupy i ryŜu — odparł sennym głosem.

— Nie, proszę trochę jajecznicy

Poczekała, aŜ napełni jej talerz, po czym wzięła jeszcze sok pomarańczowy i 

kawę. Zaniosła tacę do stolika, od którego odeszli juŜ Japończycy. Gdy zestawiała 

iaczynia, stanęła przy niej kobieta, z którą zamieniła parę słów przy kontuarze.

— Czy mogę się przysiąść? — spytała. — Nie cierpię sama jeść, szczególnie 

kiedy jestem w podziemiach.

— Oczywiście — odrzekła Manna. — Bardzo proszę.

— Kate Throop — przedstawiła się ciemnowłosa kobieta, poprawiając okulary. 

Była dobrze po czterdziestce.

— Manna Hamilton.

— Długo pracujesz dla Consolidated?

Dla kogo?

— Naszej spółki.

Manna doszła do wniosku, Ŝe to Ŝargonowe określenie tajnej organizacji.

— Och, nie. Właściwie jestem tu gościem.

— Naprawdę? Dziwne miejsce na składanie wizyt.

— Bo dziwne okoliczności mnie do tego zmusiły.

— Sama jestem tu dopiero od tygodnia — rzekła Katu, popijając kawę. — 

Jeszcze tydzień i wyjeŜdŜam, dzięki Bogu.

Manna wiedziała, Ŝe nie powinna zadawać pytań, ale inicjatywa wyszła od Kate 

Throop. W końcu nic się nie stanie, jeśli trochę sobie pogadają.

— A ty długo jesteś w spółce? — spytała, gdy zaspokoiła pragnienie sokiem 

pomarańczowym.

— Nie pracuję w Consolidated — wyjaśniła Kate. — Jestem konsultantką z 

zewnątrz. Problemy z personelem to moja specjalność. Domyślasz się, Ŝe trudno im tu 

ś

ciągnąć ludzi do pracy. Wynajęli mnie, bym przygotowała projekt zmian, dzięki 

background image

którym to miejsce stanie się bardziej atrakcyjne. — Ściszyła głos. — Przykro mi to 

mówić, ale najlepiej byłoby zrezygnować z tych podziemi. Oczywiście nie chcą o tym 

słyszeć.

— Dlaczego? Chodzi o względy finansowe?

— Nie, to ich nic me kosztuje. Rząd oddał im tę bazę prawie za darmo.

— Rząd? — zdziwiła sie Arianna.

— Owszem. Po zakończeniu zimnej wojny nie była juŜ mu potrzebna.

Arianna patrzyła zdziwiona.

— Kiedyś była tu baza pocisków jądrowych. Nie wiedziałaś?

- Nie.

— Japończycy się nie wzbraniają przed przebywaniem w tym specyficznym 

miejscu — rzekła Kate, odkrawając kawałek pasztecika. — Ale to głównie fachowcy 

wysokiej klasy. Nie opłaca się sprowadzać kucharzy, pracowników obsługi czy nadru. 

A z najbliŜszego miasta, oddalonego od bazy o jakieś sześćdziesiąt kilometrów, nikt 

nie chce przyjechać, moŜesz mi wierzyć. — WłoŜyła do ust kawałek pasztecika.

Teraz Arianna była naprawdę zdezorientowana. Mogła tylko załoŜyć, Ŝe Kate 

Throop nie wiedziała o tajnej misji, którą przynajmniej parę osób miało do spełnienia.

— A czym dokładnie zajmuje się Consolidated? — spytała

niewinnie.

Kate wydawała się tak samo zdziwiona jak Arianna.

— Badaniami nad rozwojem komunikacji satelitarnej. To spółka joint-yenture 

załoŜona przez amerykański i japoński kapitał. Nie wiedziałaś?

Arianna.wzruszyła ramionami.

— Miałamo tym dość ogólne pojęcie.

— Staram się jak mogę. Przedstawiłam im kilka propozycji, ale nie są w stanie 

zbudować tu czegoś nowego, więc mogą tylko zapewnić ludziom komfortowe 

warunki ¯ ycia i niesłychanie wysokie zarobki. Ale to nic nowego. Najczęściej 

przyciąga się ludzi pieniędzmi.

Arianna jadła i słuchała Kate. Zastanowiło ją, Ŝe jej praca nie miała nic 

wspólnego z tym, co robi Mark. CzyŜby jego działalność była otoczona taką 

tajemnicą, Ŝe nawet konsultant z zewnątrz nie moŜe się o niej dowiedzieć?

— Osobiście chciałabym jak najszybciej wrócić do Kalifornii — ciągnęła Kate. 

— Przyjęłam to zlecenie, bo mój mąŜ, Terry, aktualnie przebywa w Montanie. On 

podróŜuje po całym świecie.

background image

— Pracuje dla Consolidated?

— Nie, nie. Dla innej firmy, która wprowadza na rynek najnowsze zdobycze 

techniki.

Ariannie przyszło do głowy, Ŝe jest poddawana próbie, ale natychmiast 

porzuciła tę niedorzeczną myśl. Kate Throop musiała być albo najlepszą aktorką na 

ś

wiecie, albo osobą tak niewinną jak ona. Pewnie obie nie miały pojęcia o tym, co się 

tu naprawdę dzieje.

— Wiesz, czego najbardziej mi brakuje? — spytała Kate.

— Mojej wnuczki Emmy. Emmy Rose Heid. Uwielbiam ją.

— Ile ma lat?

— Dwa ipół.

— To wspaniały wiek — przyznała Arianna, choć niewiele wiedziała na ten 

temat.

Przypomniała sobie słowa Marka: „Nie chcę, Ŝebyśmy się spieszyli, ale musisz 

wiedzieć, Ŝe zawsze lubiłem dzieci. Kiedy nadejdzie właściwa pora, miło będzie mieć 

dwójkę takich berbeci”

Siedząc sto metrów pod ziemią i słuchając opowieści Kate Throop o malutkiej 

Emmie Rose, zastanawiała się, czy jej uczucia do Marka zmieniły się w ciągu tych 

paru dni. Gdyby jeszcze raz wsunął jej pierścionek zaręczynowy na palec, zdjęłaby go 

czy przyjęła z radością?

A co Mark teraz zanuerza? Wyznał, Ŝe ją kocha, ale nie powiedział ani słowa o 

pierścionku, małŜeństwie, dzieciach i całej reszcie.

- Arianno?

Zamrugała nerwowo, domyślając się, Ŝe Kate zadała jej

pytanie.

— Przepraszam — rzekła. — Ostatnio często popadam w zamyślenie.

— Zagadałam cię na śmierć.

— Nie, nie o to chodzi — odparła Arianna. — Mam za sobą cięŜkie dni. O co 

pytałaś?

— Czym się zajmujesz?

— Och. — Miała do wyboru kilka odpowiedzi. MoŜe powiedzieć, Ŝe 

przeprowadza wywiady ze sławnymi ludŸmi, Ŝe bawi się W kotka i myszkę z mafią 

albo Ŝe romansuje z tajnym agentem. Wybrała najbezpieczniejsze i najprostsze 

rozwiązanie.

background image

— Redaguję ksiąŜki, Kate — wyjaśniła. — W Nowym Jorku.

— A zatem, co tu robisz?

Arianna rozwaŜała właśnie w myśli moŜliwe odpowiedzi, gdy do kafeterii 

wszedł Mark.

— Romansuję ze szpiegiem — odrzekła.

Kate roześmiała się.

— Innymi słowy, to nie moja sprawa.

— Nie chciałam cię urazić. Po prostu nie mogę powiedzieć

prawdy. To tajemnica.

Kate rzuciła .jej porozumiewawcze spojrzenie, gdy Mark podszedł do stolika.

— Dzień dobry — rzekł. — Widzę, Ŝe zjadłaś śniadanie.

Arianna przedstawiła go swojej nowej przyjaciółce.

— Kate opowiadała mi właśnie o Emmie Rose — wyjaśniła Markowi. — Jej 

dwuipółletnia wnuczka uwielbia się malować, przebierać i w ogóle udawać.

— Bratnia dusza — stwierdził.

— TeŜ tak sobie pomyślałam!

ROZDZIAŁ 11

— Dobrze, Ŝe znalazłaś sobie koleŜankę — rzeki Mark, gdy wyszli z kafeterii.

— Nie martw się, Kate jest konsultantką z zewnątrz. Chyba nie wie, co tu 

naprawdę się dzieje.

— Lepiej nie rozmawiaj z nią na ten temat

— Nie mówiłam jej, czym się zajmujesz. W końcu nie chcę, by mnie 

rozstrzelali.

— Nie sądzę, Ŝeby kara była aŜ tak surowa — powiedział ze śmiechem.

Gdy przechodzili przez hol, Arianna zerknęła na drzwi do tajnych pomieszczeń.

— Czy kiedykolwiek zamierzasz mi powiedzieć, co właściwie robisz? — 

spytała.

— Musisz zaspokoić swoją ciekawość?

— CóŜ, niektórych rzeczy sama się domyśliłam. Na przykład, Ŝe kiedyś 

mieściła się tu baza pocisków jądrowych.

— Chyba wystarczy zobaczyć podziemia, Ŝeby na to

wpaść.

background image

— Owszem, ale pewne sprawy są dla mnie niejasne — rzekła, gdy weszli w 

korytarz prowadzący do ich pokojów. — Nie wszyscy, którzy tu pracują, są 

szpiegami. Na terenie tej bazy wykonuje się teŜ zwyczajną pracę.

— Rzeczywiście musimy porozmawiać — stwierdził Mark niezbyt 

zadowolonym tonem.

Arianna nie chciała go rozgniewać, ale doszła do wniosku, Ŝe ma prawo znać 

choć część prawdy. Mark odezwał się dopiero w swoim pokoju.

— Udało mi się zdobyć dla ciebie komputer — powiedział, otwierając drzwi. —

Teraz będziesz mogła pracować.

Odsunął się na bok, by ją przepuścić. Podeszła obejrzeć komputer a Mark usiadł 

na łóŜku i obrzucił ją uwaŜnym spojrzeniem. Nadal jej nie powiedział, o czym chce 

rozŜnawiać.

— No, więc — rzekła. — Zamieniam się w słuch. — Usiadła na krześle, które 

stało obok łóŜka.

— Przejęliśmy tę bazę od wojska ze względu na jej połoŜenie i urządzenia 

telekomunikacyjne.

— Kto my? Consolidated?

— Skąd wiesz o Consolidated?

— Od Kate. Wcale jej nie pytałam. Sama mi powiedziała, i to nie proszona.

Mark wyraŸnie się zmieszał.

— Consolidated słuŜy tylko za przykrywkę.

- Tak myślałam. Dla CIA?

— Nie, CIA nie ma z tym nic wspólnego. Pracuję dla specjalnej organizacji 

wywiadowczej, która nazywa się Alfa. Naszym zadaniem jest wywiad gospodarczy.

— Wywiad gospodarczy?

— Prawdziwa walka między państwami całego świata rozgrywa się na 

płaszczyźnie gosiodarczej. Skoro Stany Zjednoczone promują wolny handel, to rząd 

musi mieć pewność, Ŝe napływ towarów z zagranicy oraz aktywność firm 

międzynarodowych nie zaszkodzi Ŝywotnym interesom państwa. W rezultacie 

jesteśmy siłami bezpieczeństwa dwudziestego pierwszego wieku.

— Z tego co mówisz, wynika, Ŝe przekazujesz informacje dotyczące operacji 

bankowych.

— MoŜna tak to okmślić.

SkrzyŜowała nogi.

background image

— Twoja działalność nie ma więc nic wspólnego z wykańczaniem wrogich 

agentów, z kapsułkami z trucizną ani z tymi wszystkimi bzdurami, jakie pokazują w 

f1mach z Jamesem

Bondem..

— Jedyne, co mnie łączy z zero, zero, siedem, to dziewczyny — powiedział, 

puszczając do niej oko.

— Ale ja jestem pierwsza, zgadza się?

— Zgadza.

— Nie wiem, dlaczego miałabym ci wierzyć. Odkąd cię znam, cały czas mnie 

oszukujesz.

— Nie, po prostu nie mówię ci wszystkiego. NajwaŜniejsze — rzekł Mark — Ŝe 

jesteś bezpieczna i moŜesz w spokoju pracować nad swoją ksiąŜką. Ja będę musiał na 

parę dni cię opuścić. WyjeŜdŜam.

— W tajnej misji?

— Powiedzmy: w interesach — odparł z uśmiechem.

Aja oczywiście muszę tu zostać?

— Nie uwaŜasz, Ŝe tak będzie najlepiej? Chyba me zapomniałaś, co się 

wydarzyło.

— Owszem, ale nie mogę się tu ukrywać do końca Ŝycia.

Wstał, podszedł. do krzesła, na którym siedziała Arianna, i pogłaskał ją po 

głowie.

— Jestem tak samo niezadowolony jak ty Manno, ale pamiętaj, Ŝe zostaliśmy do 

tego zmuszeni.

Wiem. I”lko Ŝe czuję się taka bezradna.

— Posłuchaj — rzekł, biorąc ją za rękę i podnosząc z krzesła. — Obiecuję, Ŝe 

znajdziemy jakieś wyjście z tej sytuacji i będziesz mogła wrócić do Nowego Jorku.

— Jak to sobie wyobraŜasz? — spytała, gdy wziął ją w ramiona.

— Nie obmyśliłem jeszcze szczegółowego planu, ale mam parę pomysłów.

— Których oczywiście nie moŜesz mi zdradzić?

Wziął ją pod brodę i popatrzył w oczy.

— Wiem, Ŝe proszę o zbyt wiele, ale czy mogłabyś mi zaufać jeszcze ten jeden 

raz?

- Dobrze - odparła. - Zaufam ci. Pod jednym warunkiem.

- Jakim?

background image

— ¯ e nie będę siedziała tu w nieskończoność Chcę mieć pewność, iŜ w ciągu 

kilku, no, moŜe kilkunastu dni będę mogła wrócić do domu.

— To rozsądny układ.

Arianna poczuła się lepiej. Rozwiązanie nie było idealne, ale oboje wykazali się 

dobrymi chęciami. Poza tym Mark okazał pełne zrozumienie dla jej potrzeb. 

Pomyślała, Ŝe bardzo się zmienił pod tym względem.

— Co się roi w tej ślicznej główce? — spytał, muskając jej policzek opuszkami 

palców.

— Nie mam zamiaru ci mówić. Nawet dziewczyny Lindsaya mają prawo do 

swoich sekretów.

Pocałował ją delikatnie w usta i uśmiechnął się.

— Kiedy wyjeŜdŜasz? — spytała.

— Jutro.

— To jest nasz ostatni wspólny dzień?

— Na razie tak. Wrócę za trzy, najdalej cztery dni.

— Nie powinnam się do tego przyznawać, ale juŜ zaczynam za tobą tęsknić.

— Ja teŜ będę tęsknił.

Znowu pomyślała o przyszłości, o tym, jak ułoŜy się jej Ŝycie po powrocie do 

Nowego Jorku. Miała nadzieję, ze będą się spotykali. Dręczyły ją jednak pewne 

wątpliwości.

— Jak chcesz spędzić ten dzień? — spytał Mark.

— A co mam do wyboru?

— MoŜesz oddać się pracy, a wtedy zejdę ci z oczu — odparł. — Albo zabiorę 

cię na przejaŜdŜkę po okolicy. MoŜemy teŜ zostać tutaj. Powiedz, na co masz ochotę, 

Arianno.

Zastanowiła się.

— CóŜ, jeśli mam tu spędzić jeszcze parę dni, to będę miała mnóstwo czasu na 

pracę. Myślę, Ŝe najchętniej pobyłabym trochę na świeŜym powietrzu.

— świetnie! Wezmę dŜipa. Pojedziemy nad małe jeziorko w górach. Są tam 

specjalne tereny rekreacyjne dla naszych pracowników. MoŜemy wziąć ze sobą lunch.

— To mi się podoba, Mark.

— Tymczasem zaniosę komputer do twojego pokoju. Mam takŜe skaner, więc 

będziesz mogła wrzucić maszynopis na twardy dysk. Wolisz tak pracować prawda?

— Owszem. Doskonale to zorganizowałeś.

background image

Gdy Mark instalował sprzęt, Ańaiina wróciła do jego pokoju po skaner. Właśnie 

wtedy zauwaŜyła telefon. Pod wpływem impulsu podeszła i podniosła słuchawkę. 

Usłyszała sygnał. Widocznie tylko gościom tu nie wierzono.

Arianna nie naleŜała do miłośników natury, ale rześkie górskie powietrze i blask 

słońca podziałały na nią niczym eliksir Ŝycia. Gdy jechali w góry poŜyczonym 

dŜipem, czuła się oszołomiona wolnością.

¯ wirowa droga zaczęła wić się pod górę. Trawy i krzewy, charakterystyczne dla 

prerii, stopniowo ustępowały miejsca karłowatym sosnom. Arianna zerknęła na 

Marka, wciąŜ zafascynowana jego tajemniczością.

— Wiesz co — powiedziała — miałam duŜo czasu na przemyślenia. I wciąŜ nie 

mogę zrozumieć, jak to było moŜliwe, Ŝe prowadziłeś podwójne Ŝycie, a ja niczego 

me podejrzewałam.

— Kiepski byłby ze mnie agent, gdybym dał się tak od razu rozszyfrować.

- Ale...

— Więc co sądzisz o moim hobby?

Zastanawia się przez chwilę.

— Myślę, Ŝe jest w porządku. Co więcej, zaimponowałeś mi. Tylko Ŝeby ci się 

w głowie nie przewróciło — ostrzegła.

Mark obserwował drogę, a wiatr rozwiewał jego brązowe włosy. Rzadko nosił 

okulary prŜeciwsłoneczne, tak jak teraz, ale wydał sięjej w nich szczególnie 

tajemniczy i pociągający. Dlaczego wcześniej tego me zauwaŜyła?

— Martwisz się, Ŝe prawdą wyszła na jaw? — spytała. — Za kaŜdym razem, 

gdy wyjedziesz z miasta na kilka dni, będę wiedziała po co.

— Zamierzasz mnie śledzić?

Arianna uświadomiła sobie, Ŝe sprawa ich wspólnej przyszłości pozostaje 

otwarta.

— Obcowanie ze szpiegiem jest trudniejsze, niŜ przypuszczalam — 

powiedziała. — ZałoŜę się, Ŝe nic się przed tobą nie

ukryje.

— Mam ci powiedzieć, co Richard Gere zamówił dla ciebie na kolację?

— Mark, chyba nie...!

— Nie. — Zachichotał. — Nie naduŜywam środków, którymi dysponuję.

— Chyba Ŝe chodzi o uratowanie byłej narzeczonej z rąk

mafii.

background image

— Czasami robię wyjątki.

Zapach sosen stawał się coraz bardziej intensywny. Wreszcie dojechali nad 

jezioro. Przy jego brzegu stały dwa małe skromne domki. Wokół nie było Ŝywej 

duszy.

Postanowili pójść na spacer, moŜe nawet obejść całe

jezioro.

Choć ta wycieczka była bardziej w stylu Zary, Arianna czuła się szczęśliwa. Kto 

wie? MoŜe spędzi zycie z męŜczyzną, za którego me tak dawno nie chciała wyjść?

Wiatr jęczał cicho za oknem. Arianna podciągnęłi koc pod brodę i przypomniała 

sobie niedŸwiedzia, którego widzieli na skraju lasu tuŜ przed zachodem słońęa. 

Wiedziała, Ŝe przed zimą misie stają się bardziej Ŝarłoczne, ale Maik zapewnił ją, Ŝe 

drobne blondynki nie są ich przysmakiem.

— Od kiedy tak dobrze znasz obyczaje dzikich zwierząt?

— spytała. — Czy to takŜe wchodzi w zakres szkolenia? Roześmiał się.

— Jasne. Nigdy nie wiadomo, kiedy człowiek zostanie zrzucony na Syberię — 

zaŜartował.

To się wydarzyło parę godzin temu. Zamiast wracać pośpiesznie do bazy, 

napalili w kominku w jednym z domków. Lunch, który wzięli z baru, nie był 

najlepszy, ale po spacerze w górskim czystym powietrzu apetyt im dopisywał. Gdy się 

posilili, Maik zdjął materac z łóŜka, połoŜył go przed prostym kamiennym kominkiem 

i zaprosił Ariannę na małą sjestę. Poczucie bliskości i zrozumienia, świadomość, iŜ 

niedługo się rozstaną, spowodowała, Ŝe padli sobie w ramiona. Kochali się Ŝarliwie i 

czule. Gdy wrócili do rzeczywistości, Arianna powiedziała:

— Mark, wiem, Ŝe masz mnóstwo powodów, by się nie zgodzić, ale chciałabym 

utrzymać nasz związek, kiedy juŜ będziemy w domu i wszystko wróci do normy.

— Co rozumiesz przez normę? — spytał.

— Dobre pytanie. Stosunki między nami zmieniły się raz na zawsze.

— Tak, ale myślę, Ŝe na lepsze.

— Ja teŜ — rzekła, przytulając się do niego.

Maik pocałował ją delikatnie.

— Nic na siłę— powiedział. —Zobaczymy, jak wszystko się ułóŜy.

Arianna była zadowolona z takiego rozwiązania. Mimo niebezpieczeństwa ich 

przyszłość rysowała się optymistycznie.

background image

ROZDZIAŁ 12

Wrócili późno. Gdy przejeŜdŜali przez bramę, Arianna zauwaŜyła, Ŝe tablica 

przy wjeŸdzie nie była juŜ, tak jak poprzednio, zasłonięta. Widniał na niej napis: 

Zakłady Consolidated. Zaczęła się zastanawiać, czy tego wieczoru, kiedy się zjawili, 

znak był zasłonięty ze względu na nich. Nie zapytała o to Marka, gdyŜ wiedziała, ¯ e 

za kilka godzin wyjeŜdŜa, i nie chciała psuć nastroju.

Zanim połoŜyli się do łóŜka, Arianna czytała, a Mark zajął się papierkową 

robotą, która pewnie wiązała się z jego misją. Kiedy w końcu wsunęli się pod kołdrę, 

przytulili się do siebie i momentalnie zasnęli.

Arianna spała tak mocno, Ŝe nie czuła, jak Mark nad ranem pocałował ją na 

poŜegnanie. Dopiero rankiem uświadomiła sobie ze smutkiem, Ŝe wyjechał.

Wcześnie poszła na śniadanie. Zamierzała zjeść je w samotności. ChociaŜ sama 

nie miała ochoty na pogawędki, mimowolnie przysłuchiwała się rozmowom wokół 

niej.

Części w ogóle nie rozumiała, gdyŜ prowadzone były po japońsku, a z 

pozostałych nie dowiedziała się niczego ciekawego. Z pewnością nie były to rozmowy 

szpiegów. Na ogół dzielono się uwagami na temat satelitów i systemów 

telekomunikacyjnych. Zastanawiała się, ile osób pracuje dla Alfy, a ile dla 

Consolidated.

Po śniadaniu wróciła do pokoju, Ŝeby popracować. Strona po stronie 

wskańowała cały maszynopis. Było to nudne zajęcie, które zajęło jej mnóstwo czasu, 

ale przynajmniej miała rezerwową kopię.

Tekst wymagał starannej obróbki. Sal Corsi nie był literatem, lecz udało mu się 

zebrać bardzo interesujący, obfitująćy w fakty materiał.

Praca tak ją pochłonęła, Ŝe zerknęła na zegarek dopierow tedy, gdy poczuła 

głód. O mały włos nie przegapiła lunchu.

Wpadła do baru w osiatniej chwili. Ucieszyła się na widok Katu Throop, która 

właśnie kierowała się w stronę stolika.

— 0, cześć — powiedziała na widok Arianny. — Zająć ci miejsce?

— Jasne, dzięki.

Arianna podeszła do lady, wzięła z niej talerz z rybą, gotowanymi kartoflami i 

surówką, po czym przysiadła się do stolika Kate.

- Widzę, Ŝe jesteś w świetnym nastroju - powiedziała do swej nowej 

background image

przyjaciółki.

— Wczoraj wydarzyło się coś niezwykłego. Co takiego?

— Terry i ja dostaliśmy kasetę z Emmą Rose.

— Twoją wnuczką.

— Tak. Nigdy tak ślicznie nie wyglądała.

Uśmiechając się, Arianna zdjęła talerz z tacy, którą połoŜyła na krześle.

— Niech zgadnę. Kąpała się w wannie z gumową kaczuszką.

— Pudlo — zaŜartowała Kate. — Sfilmowali ją podczas malowania paznokci. 

Uwielbia to. Szkoda, Ŝe me widziałaś, jak się uśmiecha do kamery i pokazuje 

paznokietki.

— To musiało być urocze — stwierdziła Ananna.

— Ciesz się, Ŝe nie przywiozłam ze sobą magnetowidu.

— Kate zjadła trochę. — A ty co robiłaś?

— Wczoraj urządziliśmy sobie piknik nad jeziorem.

-. Och, tam jest świetny teren do zabawy i wypoczynku.

Arianna uśmiechnęła się w duchu na wspomnienie zabawy, jaką wymyślili 

sobie z Markiem.

— Owszem.

— Obejrzałam go ze względów zawodowych — wyjaśniła Kate. — Piękne 

miejsce, oczywiście tutejsi nie widzą w nim nic szczególnego. Ale Japończycy i 

Amerykanie z innych stanów lubią je odwiedzać. Jest wyjątkowo atrakcyjne dla 

rybaków.

Kilku męŜczyzn, którzy siedzieli za Arianną, wybuchnęło śmiechem. Kate 

popatrzyła na nich z Ŝyczliwością. Sprawiała wraŜenie bardzo miłej osoby. Arianna 

była ciekawa, czy naprawdę me ma pojęcia o istnieniu Allr. Trudno było uwierzyć, Ŝe 

Kate zajmowała się sprawami personelu, a mimo to nie wiedziała, iŜ niektórzy jego 

członkowię są tajnymi agentami. A moŜe Katu została podstawiona, by mieć na mą 

oko?

• Z gwaru rozmów Ariannę dobiegł głos męŜczyzny, który siedział za nią. 

Wydał się jej znajomy. Mówił z akcentem typowym dla mieszkańców wschodniego 

wybrzeŜa, jakby pochodził z Nowego Jorku albo New Jersey. Kogo jej przypominał?

Nagle doznała olśnienia. Jego głos brzmiał dokładnie tak samo jak głos 

przywódcy gangsterów, którzy napadli ich w Vail. Bardzo dziwne. PrzecieŜ ten 

męŜczyzna nie Ŝyje. Odwróciła się, by na niego spojrzeć. Oczywiście nie byłaby w 

background image

stanie rozpoznać go, poniewaŜ napastnicy byli zamaskowani, ale męŜczyzna przy 

sąsiednim stoliku miał taką samą sylwetkę jak jej prześladowca.

Nagle widelec wypadł jej z dłoni. Spostrzegła bowiem, Ŝe ten człowiek miał na 

ręce tatuaŜ — dokładnie taki sam jak szef bandy.

MęŜczyzna odwrócił się, słysząc brzęk widelca o podłogę, i napotkał jej wzrok. 

Sprawiał wraŜenie zaskoczonego. Jednak po chwili zapanował nad sobą iodwrócił się 

do kolegów. Jego reakcja była potwierdzeniem, którego potrzebowała. To był ten sam 

człowiek!

Serce waliło jej jak miotem. Gangsterzy zostali zabici! Przynajmniej Jones tak 

powiedział. Nawet jeśli przywódcy grupy udało się uciec, to co robił w tajnej bazie 

rządowej oddalonej o setki kilometrów od miejsca strzelaniny?

— Dobrze się czujesz? — spytała Kate, widząc, Ŝe coś się stało.

Arianna była tak spięta, Ŝe nie mogła wydusić ani słowa. Spojrzała szybko przez 

ramię. MęŜczyzna wychodził, zostawiając na stoliku nie dokończony posiłek. Gdy 

doszedł do drzwi, odwrócił się i spojrzał na nią. Nie miała juŜ najmniejszych 

wątpliwości, Ŝe to jeden z napastników.

- Arianno?

— Kate, widzisz tego faceta? — spytała szeptem. — Tego przy drzwiach, w 

białej koszuli i brązowych spodniach.

- Tak

— Znasz go?

— Wydaje mi się, Ŝe jest kierownikiem magazynu — odparła Kate, poprawiając 

okulary. = Chyba nazywa się Lipski. Pochodzi z Nowego Jorku.

— O mój BoŜe —jęknęła Manna, przyciskając ręce do ust. Nie miała pojęcia, 

co się dzieje, prócz tego, Ŝe stała się ofiarą jakiejś wielkiej mistyfikacji.

— Czy mogę coś dla ciebie zrobić? — Kata była coraz bardziej zaniepokojona.

Arianna nie mogła wyjść z osłupienia. Popatrzyła w oczy Kate i doszła do 

wniosku, Ŝe musi komuś zaufać. Na pewno babcia malutkiej Emmy Rose nie 

współpracuje z bandą oszustów, gangsterów czy szpiegów.

— Kate — powiedziała drŜącym głosem — nie odpowiadaj mi, jeśli nie chcesz. 

Wolę, Ŝebyś nic nie mówiła, niŜ kłamała. Ale muszę się czegoś dowiedzieć i błagam, 

powiedz mi prawdę. Czy mieści się tu dowództwo tajnej organizacji rządowej o 

nazwie Alfa?

Kata Throop zrobiła zdumioną minę.

background image

— Arianno — odparła łagodnie — mają tu bardzo dobrego lekarza. Co prawda, 

nigdy się u niego nie leczyłam, ale znam przebieg jego kariery zawodowej. Jeśli 

chcesz,..

— Nie jestem chora ani na ciele, ani na umyśle — tłumaczyła Arianna. — 

Wiem, Ŝe trudno w to uwierzyć, ale męŜczyzna, który właśnie wyszedł, brał udział w 

napadzie na mnie i udawał gangstera.

Kate z zatroskaną miną pogłaskała Ańannę po ręce.

— Gdybyś mi podała nazwisko swego pracodawcy... kogoś, kto cię tu 

przywiózł, mogłabym się z nim skontaktować i...

— Mark wyjechał. Dziś rano w taj.., w interesach, powieszedł, powinien być 

trupem.

dzmy. Nie wiem, czy zdaje sobie sprawę z tego, co tu się dzieje, ale ja mam 

stuprocentową pewność, Ŝe muszę się stąd wynieść.

Kate zmarszczyła brwi. Biedna kobieta, pewnie myślała, Ŝe Arianna cierpi na 

urojenia. CóŜ, rzeczywiście zachowywała się dziwnie, ale miała powody. Tamten 

męŜczyzna był zaskoczony jej widokiem. I nie przez przypadek natychmiast wyszedł.

— Słuchaj — zwróciła się do Kate. — Wiem, co sobie myślisz. Na twoim 

miejscu teŜ bym uwaŜała, Ŝe mam do czynienia z wariatką. Udowodnię ci, Ŝe jestem 

przy zdrowych zmysłach, jeśli pójdziesz ze mną do pokoju.

Kate Throop rozejrzała się po sali, jakby szukała pomocy.

— Nie tylko ty cierpisz z powodu izolacji od świata. Za zwyczaj ludzie wpadają 

w depresję dopiero po paru miesiącach, ale..

— W porządku — rzekła Arianna. — Umówmy się tak. Przeczytasz kawałek 

pewnego maszynopisu. Jeśli po pięciu minutach nie przyznasz mi racji, pójdę do 

lekarza.

— To rozsądna propozycja — odparła Kate. — Chcesz najpierw skończyć 

lunch?

— Szczerze mówiąc, niczego bym me prze{knęła. To zabrzmi dziwnie, ale 

męŜczyzna, który przed chwilą stąd wyszedł powinien być trupem.

Kate siedziała na łóŜku, przerzucając pierwsze strony maszynopisu. Była 

zdumiona.

— Czytałam o gangsterze, którego zabito na lotnisku w Nowym Jorku. Czy on 

to napisał?

Arianna wskazała nazwisko autora na stronie tytułowej.

background image

— Mafia go zabiła, próbując przechwycić ten maszynopis

— wyjaśniła. — Niektórzy sędziowie i policjanci mieliby powaŜne kłopoty, 

gdyby ksiąŜka się ukazała, więc mafia robi wszystko, Ŝeby do tegó nie dopuścić.

— I myślisz, Ŝe kierownik magazynu jest gangsterem?

— Nie wiem, ale jestem pewna, Ŝe uczestniczył w napa-

dnie na mnie.

Kate potrząsnęła głową.

— Coś podobilego! Prowadzę spokojne Ŝycie. Podobne historie oglądałam w 

kinie lub telewizji.

¥rianna opowiedziała jej o zmaskowanych bandytach, którzy napadli na nią i 

Marka w yail, oraz o tym, jak Mark wykorzystał swe powiązania z Alfą, by ich 

uratować.

— Jones, dowodzący całą akcją, przywiózł nas tutaj. Powiedziano mi, Ŝe tu 

mieści się siedziba Alfy, dla której Consolidated jest tylko przykrywką.

— Na pewno nie znam wszystkich, którzy tu pracują ale rozmawiałam z 

wieloma, przejrzałam teczki personalne właściwie wszystkich osób, z wyjątkiem 

Japończyków, i mogę cię zapewnić, Ŝe nikt nie zajmuje się tu szpiegostwem.

— MoŜe agentami Alfy są wyłącznie Japończycy.

— Trudno mi powiedzieć, ale dobrze zńam Isao Hayashi, japońskiego 

kadrowca. Zapewnił mnie, Ŝe ci ludzie są wysoko kwalifikowanymi naukowcami, 

inŜynierami i technikami. Poza tym, nie wiem, kiedy mieliby szpiegować, skoro cały 

czas pracują.

— Ich kadrowiec teŜ moŜe być członkiem Alfy.

— Powiem szczerze: mam wraŜenie, Ŝe ktoś próbuje wywieść cię w pole.

— A co z oddziałami paramilitamymi, które nas uratowały? Helikopterami i 

samolotem?

— Nie słyszałam o Ŝadnych oddziałach i helikopterach, ale wiem, Ŝe dyrekcja 

Consolidated ma samolot do dyspozycji.

Arianna zastanowiła się. Czy to wszystko mogło być mistyfikacją? Jeśli tak, to 

Mark brał w niej udział. Ale dlaczego? Nagle zrozumiała. Była zdecydowana wracać 

jak najszybciej do Nowego Jorku, a Mark tego nie chciał. Czy urządził to 

przedstawienie tylko po to, Ŝeby ją zatrzymać? Napewno tak. Nie było innego 

wytłumaczenia.

Kate — rzekła — muszę jak najszybciej dostać się do

background image

Nowego Jorku. Jak to zrobić?

— Chyba najlepiej byłoby pojechać do Great Falls, a stamtąd złapać samolot, 

ale to kawał drogi, prawie sto pięćdziesiąt kilometrów.

— Jak tam najszybciej dotrzeć?

— Autobusem Consolidated. Podstawiają go dla pracowników. Ale wyjeŜdŜa 

dopiero wieczorem.

— Nie jestem pewna, czy oni tak łatwo mnie stąd wypuszczą.

— Oni?

— MoŜe nie ma Ŝadnej Alfy, ale ktoś pomaga Markowi podtrzymywać tę fikcję. 

Na pewno ten rzekomy przywódca mafii z tatuaŜem na zęce. Muszą być i inni. Nie 

wiem, czy posunęliby się tak daleko, by zatrzymać mnie tu siłą.

— Z tego wynika, Ŝe chcesz się stąd wymknąć?

— Tak. Im szybciej, tym lepiej.

Kate zastanawia się przez chwilę.

— Mam samochód. Dziś wieczorem zamierzałam spotkać się z Terrym w Great 

Falis. Nie obowiązują mnie godziny pracy, mogę więc wyjechać o dowolnej porze. 

Podwiozę cię, jeśli chcćsz.

— Naprawdę? Będę ci wdzięczna do grobowej deski.

— WciąŜ nie mogę uwierzyć, by któryś z tutejszych pracowmków był 

zamieszany w napad.

— Mnie teŜ nie przyszłoby to do głowy, gdybym nie zauwaŜyła tego męŜczyzny 

— powiedziała ze smutkiem Arianna. — Okazuje się, Ŝe mój były narzeczony jest 

bardziej przedsiębiorczy, niŜ mi się wydawało. Delikatnie mówiąc, zostałam 

wystrychnięta na dudka.

— Kiedy chcesz wyjechać?

Ańanna spojrzała na zegarek.

— Gdy tylko się spakuję i przegram wszystkie pliki na dyskietki.

ROZDZIAŁ 13

Mark stał przy oknie, patrząc na panoramę Nowego Jorku. Był dŜdŜysty 

niedzielny poranek. W taki dzień ludzie najchętniej zostają w domu, czytają gazety w 

łóŜku albo jedzą bez pośpiechu śniadanie, czekając na popołudniowy mecz piłki 

noŜnej w telewizji. Mark juŜ od wielu dni Ŝył w napięciu i jeszcze długo nie będzie 

background image

mógł sobie pozwolić na luksus

odpoczynku.

Rzadko kto bywał w siedzibie Federalnego Biura Siedczego w niedzielę o tak 

wczesnej porze, ale po ich wczorajszym spotkaniu FBI uznało sprawę za 

wystarczająco pilną, by wezwać z Waszyngtonu szefa wydziału do walki z 

przestępczością zorganizowaną oraz zerwać z łóŜka Buda Aronsona, prokuratora 

generalnego Nowego Jorku.

Teraz naradzali się w sąsiednim pokoju, a Mark czekał cierpliwie.

Długo ze sobą walczył, zanim podjął tę decyzję, lecz doszedł do wniosku, Ŝe 

jedynym sposobem zakończenia sprawy jest powiadomienie o niej FBI. Gdy tylko 

przyjechał do Nowego Jorku, natychmiast się z nim skontaktował.

Drzwi otworzyły się i Walter Eyans, szef wydziału do walki z przestępczością 

zorganizowaną, oraz Hap Murphy, agent z nowojorskiego biura, weszli do pokoju.

— Bud Aronson był z kimś umówiony, więc poprosił, byśmy skończyli bez 

niego — wyjaśnił Eyans, zapraszając Marka, Ŝeby do nich dołączył. Gdy usiedli, 

Mark po jednej stronie stołu konferencyjnego, dwaj urzędnicy FBI po drugiej, Eyans 

dodał: — Nie musimy panu mówić, jakie to moŜe mieć reperkusje.

— Moim głównym zmartwieniem jest Ańanna.

— Szkoda, Ŝe nie przywiózł pan ze sobą maszynopisu.

— CóŜ, myślę, Ŝe decyzja naleŜy do Arianny. Ja tylko pośredniczę w tej 

sprawie. Nie mam zamiaru niczego jej kraść. Jeśli będę mógł jej zaproponować jakiś 

rozsądny układ, to moŜe. sama wam go zwróci.

— Na tym polega problem — ponurym głosem podsumował Eyans. — Ona jest 

w posiadaniu dowodów licznych przestępstw. Na ich podstawie moŜna oskarŜyć 

winnych, apotem wytoczyć im proces. Bud Aronson wystąpi o nakazy aresztowania, 

gdy tylko dowody znajdą się w naszych rękach.

— Arianna na pewno będzie chciała gwarancji, Ŝe pozwolicie jej opublikować 

te materiały.

— Nie moŜemy jej tego zagwarantować, przynajmniej dopóki postępowanie 

sądowe nie zostanie zakończone.

— Musi być jakieś wyjście — upierał się Mark.

— Proszę posłuchać — rzekł Muiphy. — Przyznaje pan, Ŝe dopóki będzie miała 

maszynopis, jej Ŝycie pozostanie zagroŜone. Jedyne, co moŜe zrobić, to przekazać 

nam te materiały. Wtedy wszyscy będą bezpieczni. Bud twierdzi, Ŝe nawet nie będzie 

background image

musiała zeznawać. Uwolni się od tej sprawy. Wydaje mi się, Ŝe to sensowne 

rozwiązanie.

- Nie zna pan Arianny - odparł Mark.

— To z pewnością odwaŜna kobieta — przyznał Eyaiis — ale nie wiem, czy 

zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji. Radzę jej powiedzieć, Ŝe nie ma wyboru. 

Powinna z nami współpracować, jeśli chce mieć zapewnione bezpieczeństwo.

— Niewątpliwie — odrzekł Mark — ale nie mogę jej do

niczego zmusić.

- Mamy związane ręce - stwierdził Eyans. - To sprawa nie mająca precedensu.

— W porządku — rzekł Mark, widząc, Ŝe dalsza rozmowa mija się z celem. — 

Spróbuję ją przekonać, ale to moŜe potrwać. JeŜeli nie mają panowie więcej pytali, to 

juŜ sobie pójdę.

— Jakie są pańskie plany, panie Lmdsay?

— Jutro rozpoczynam waŜne negocjacje, więc przez jakiś czas będęw mieście.

— Radziłbym uwaŜać. Jeśli mafia wie, Ŝe ma pan dostęp do maszynopisu, a 

wszystko na to wskazuje, mogą pana szukać.

— Nie zbliŜam się do swojego mieszkania, proszę mi wierzyć.

— Mieszka pan w hotelu?

— Nie, w domu, który kupiłem parę miesięcy temu. Jak na ironię, mieliśmy 

zamieszkać w nim z Arianną po ślubie. Po zerwaniu zaręczyn nie miałem ochoty się 

do niego wprowadzić. Dopiero teraz okoliczności mnie do tego zmusiły.

— Zdaje się, Ŝe nie nudzi się pan z panną Hamilton — zauwaŜył z przekąsem 

Eyans.

— Och, facet musi wykazać się pomysłowością, Ŝeby dotrzymać jej kroku.

— Nie wątpię.

Mark opuścił budynek Federalnego Biura Śledczego, nie wiedząc, czy coś 

osiągnął. NajwaŜniejsze, Ŝe agenci federalni zostali ponformowani o sprawie. 

Zastanawiał się, co teraz zrobić z Arianną. Nie mógł jej trzymać w nieskończoność w 

bazie Consolidated w Montanie.

Zatrzymał taksówkę i pojechał do domu w Gramercy Park. Dom był nie 

umeblowany, ale poprzedniego popołudnia kupił materac i parę ręczników, by mieć 

na czym spać i wytrzeć się po kąpieli. Dla potrzeb robotników, którzy przeprowadzali 

tu remont, zainstalował telefon i na szczęście nigdy nie chciało mu się go odłączyć.

Pomyślał, Ŝe zadzwoni do Arianny. Chciał usłyszeć jej głos i powiedzieć, Ŝe do 

background image

niej tęskni. Podszedł do telefonu i wybrał numer centrali Consolidated w Montanie.

— Och, pan Lindsay — powitała go telefonistka. — Pan Almquist próbował 

skontaktować się z panem. JuŜ łączę.

Mark czekał zaniepokojony. Coś musiało przytrafić się Ariannie. Na pewno coś 

złego.

W końcu George Almquist, dyrektor zakładów, podniósł słuchawkę.

— Mark, cieszę się, Ŝe dzwonisz — powiedział. — Mamy pewien problem. 

Panna Hamilton zniknęła.

— Co takiego?

— Chyba odkryła, Ŝe to nie jest tajna jednostka. Z tego, co wiem, rozpoznała 

jednego z ludzi, których posłaliśmy do Kolorado na prośbę Jonesa. Tak czy owak, 

wyjechała.

Mark nie krył zaniepokojenia.

— Czułem, Ŝe nie da się długo oszukiwać. Nie wiesz, dokąd uciekła?

— Nie. Po prostu opuściła Consolidated razem z panią Throop, naszą 

konsultantką; Spróbuję odnaleźć Kate i dowiedzieć się, dokąd zawiozła pannę 

Hamilton.

— Będę zobowiązany — odparł Mark. — Ale chyba wiem, jaki jest cel jej 

podróŜy. Kiedy wyjechała?

— Wczoraj około trzeciej po południu.

Mark zastanowił się. Do tej pory zdąŜyłaby objechać pół świata. Miała 

wystarczająco duŜo czasu, by dotrzeć do Nowego Jorku.

— Gdybyś się czegoś dowiedział — zwrócił się do Almquista — bardzo proszę 

o wiadomość.

— Oczywiście.

— Znajdziesz mnie w moim domu w Nowym Jorku albo w biurze.

Podał mu numer telefonu do domu, po czym odwiesił słuchawkę. Zabawa się 

skończyła. Gdy Arianna zorientowała się, Ŝe została oszukana, pewnie przestała 

wierzyć w groŜące jej niebezpieczeństwo i wpakowała się w kłopoty. Na myśl o tym 

zrobiło mu się zimno. Meredith teŜ się na niego zezłościła, i to tak bardzo, Ŝe uciekla 

tylko po to, by zginąć.

Arianna oglądała przez okno autobusu wsie i miasteczka Connecticut. Czuła się 

tak, jakby juŜ cały tydzień spędziła na

lotniskach, w samolotach i w autobusie relacji Boston — Nowy Jork, którym 

background image

właśnie jechała. Przez ten czas tylko parę razy się zdrzemnęła. Z braku snu nie mogła 

jasno myśleć. Musiała się spieszyć, nie miała wyboru, jeśli chciała jak najprędzej 

dostarczyć maszynopis Jerry”emu. KsiąŜka mogła stać się prawdziwą sensacją, ale nie 

moŜna było zwlekać z jej wydaniem.

Zdawała sobie sprawę, Ŝe naraŜa się na ogromne niebezpieczeństwo. Podczas 

długiej jazdy z Kate Throop do Great Falis miała okazję wszystko przemyśleć. Doszła 

do wniosku, Ŝe powinna moŜliwie najdyskzetniej wrócić do Nowego Jorku. Nawet 

jeśli napad na nią był mistyfikacją, to włamanie do jej biura i morderstwo Corsiego 

zdarzyły się naprawdę.

Pomyślała, Ŝe wynajmie pokój w jakimś małym hoteliku. Potem wpadła na 

jeszcze lepszy pomysł. Dom Marka. Stał pusty, a ona miała do niego klucz. Będzie 

idealhą kryjówką Jeśli dworzec autobusowy w Broriksie nie będzie obserwowany, 

wszystko pójdzie dobrze.

Ale im bardziej autobus zbliŜał się do Nowego Jorku, tym większy smutek ją 

ogarniał. Choć była bliska największego sukcesu w Ŝyciu, nie szalała z radości. 

Prawdę mówiąc, miała poczucie pustki i zawodu. I wiedziała dlaczego. Przez Marka.

Kiedy uświadomiła sobie, Ŝe padła ofiarą oszustwa, targnął nią gniew. Nie 

mogła sobie wybaczyć, Ŝe tak łatwo dała się nabra. Im dłuŜej jednak o tym myslala, 

tym lepiej rozumiała, Ŝe Mark próbował ją chronić.

Była pod wraŜeniem. Gdyby nie przypadkowe spotkanie z wytatuowanym 

męŜczyzną, nadal siedziałaby przy komputerze w swoim pokoju, dziesiątki metrów 

pod ziemią, wierząc głęboko, Ŝe Mark uratował jej Ŝycie.

WciąŜ nie wiedziała, kim naprawdę jest ani w jaki sposób zorganizował tę 

maskaradę: Co do jednego miała pewność.

Jest niezwykle przebiegły. Nie mówiąc juŜ o tym, Ŝe szalenie pociągający. Do 

końca Ŝycia nie zapomnie jaka była podekscytowana, kiedy jej powiedział, Ŝe jest 

agentem tajnej organizacji rządowej.

Czuła się trochę rozczarowana, Ŝe to wszystko okazało się

kłamstwem. Nie miała nic przeciwko zostaniu dziewczyną szpiega, ale takie 

rzeczy zdarzają się tylko w filmach. Niestety.

Było juŜ późne popołudnie, kiedy taksówka zatrzymała się przed domem 

Marka. Arianna zapłaciła kierowcy i wysiadła. Spojrzała na fasadę budynku, do 

którego miała wprowadzić się po ślubie, i ogarnęła ją nostalgia. Nie była w tym 

miejscu, odkąd zerwała zaręczyny. MoŜe popełnia błąd, przyjeŜdŜając tu teraz. Nie 

background image

przyszło jej jednak do głowy bezpieczniejsze schronienie.

Wniosła bagaŜe na ganek i nacisnęła dzwonk, by się upewnić, Ŝe Mark nikomu 

nie wynajął domu. Odczekała chwilę, mm otworzyła kluczem drzwi. Weszła do 

ś

rodka, rozejrzała się wokół i stwierdziła, Ŝe dom jest nie umeblowany. A tak 

wspaniale urządzili go w marzeniach!

Arianna otrząsnęła się ze wspomnień. Gdy weszła do kuchni, zauwaŜyła, Ŝe 

telefon wciąŜ wisi na ścianie. Podniosła słuchawkę i z radością usłyszała sygnał. Nie 

zwlekając, wykręciła numer Jerry”ego.

Odebrał i zdziwił się, słysząc jej głos.

— Arianno, gdzie jesteś? I czy masz ze sobą maszynopis?

— Ja teŜ się cieszę, Ŝe u ciebie wszystko w porządku, Jerry.

— O rany, wiesz, Ŝe cię uwielbiam. Swietnie, Ŝe dzwonisz. Martwiłem się o 

ciebie. Sprawa Sala Corsiego nabiera rozgłosu. Więc kiedy będę mógł zobaczyć 

maszynopis? Jesteś w Nowym Jorku?

— Tak, ale muszę mieć jeszcze tydzień na redakcję.

— Fantastycznie. Domyślam się, Ŝe ten maszynopis...

— Zwali cię z nóg. To będzie absolutny bestseller. Corsi wymienia mnóstwo 

nazwisk. A co najwaŜniejsze, mam dostęp do wszystkich dokumentów, które 

potwierdzają jego oskarŜenia.

— Arianno, jesteś wspaniała.

— Mam zamiar się ukrywać, dopóki nie skończę pracy. Ale potrzebuję paru 

rzeczy, przede wszystkim komputera i drukarki.

— MoŜesz skorzystać Z mojego laptopa. Przyślę ci teŜ kogoś do pomocy.

— Nikogo nie potrzebuję, przynajmniej na razie. Dobrze by było, gdybyś się 

zajął prawną stroną tego przedsięwzięcia.

— JuŜ to zrobiłem.

— A zatem, najwaŜniejszą sprawą jest zdobycie dokumentów Corsiego.

— To teŜ mogę załatwić — powiedział. — Gdzie ich szukać?

Przypomniała sobie, Ŝe Mark przestrzegał ją przed podsłuchem.

— Chyba nie powinniśmy rozmawiać otym przez telefon.

— No to się spotkajmy — zaproponował Jerry. — Gdzie ci pasuje?

— Pamiętasz dom Marka?

Zawahał się.

— Ulicę tak.

background image

— Numer osiemset dwanaście.

— O której mam być?

— Załatwmy to jak najszybciej.

— Dobra, biorę komputer i przyjeŜdŜam.

Odwiesiła słuchawkę, zadowolona, Ŝe w końcu kontroluje sytuację. WciąŜ 

cieszyła ją perspektywa wydania bestselleru, ale o wiele mniej niŜ kiedyś. Głowę 

miała nabitą myślami oMarku.

Powiedział, Ŝe ją kocha, chociaŜ z nim zerwała. A on wciąŜ ją pociągał... nie, 

nie tylko pociągał. Kochała go, ale nie była pewna, czy moŜe ufać swoim uczuciom.

Gdy wróciła do pokoju frontowego, usłyszała zgrzyt klucza w zamku. 

Pomyślała o maszynopisie, przypomniała sobie wszystkie opowieści o tym, co mafia 

robi z ludŸmi, którzy wchodzą jej w drogę, i serce w niej zamarło. Stała nieruchomo i 

patrzyła z przeraŜeniem, jak drzwi otwierają się, wpuszczając do pokoju trochę 

ś

wiatła. Stał w nich Mark! Był w adidasach, szortach i podkoszulku. Pot lal się z 

niego strumieniami.

— Arianno — wykrzyknął na jej widok. — Co tu robisz?

— Kiedy włączył światło, zobaczyła, Ŝe jest zdziwiony tak samo jak ona.

Potrzebowała paru sekund, by dojść do siebie.

— Ucieklam — powiedziała w końcu. — Ale co ty tu robisz?

— Biegałem — wyjaśnił, zamykając drzwi — Ŝeby spalić trochę energii.

— Tajna misja się skończyła czy to kolejna maskarada?

— Powiedzieli mi, Ŝe uciekłaś i Ŝe wiesz o wszystkim.

— Mark uśmiechnął się blado. — Wyjątkowe sytuacje wymagają wyjątkowych 

ś

rodków.

Arianna nie wiedziała, jak zareaguje na jego widok, ale wyglądał tak 

rozbrajająco w spórtowym stroju i miał tak skruszoną minę, Ŝe serce jej zmiękło.

— A skoro o tym mowa, to chciałabym ci zadać parę pytań

— powiedziała. — Niektórych rzeczy się domyśliłam, ale nie wszystko jest dla 

mnie jasne. — Jej oczy zwęzily się. — Napad był oszustwem, prawda? Gangsterzy 

byli pracownikami Consolidated.

— Zgadza się.

— A zegarek? Nie było w nim Ŝadnego sygnalizatora, tak?

Potrząsnął głową.

— Nie, noszę ten zegarek od lat.

background image

— Mark — powiedziała, kłądąc ręce na biodrach. — Nie wstyd ci? Jak 

powaŜny bankier moŜe udawać Jamesa Bonda?

Ruszył w jej kierunku.

— Podobała ci się ta gra, prawda, Arianno?

— Chyba tak — odparła z bijącym sercem.

— WciąŜ jesteś zła?

— Z początku byłam wściekła.

Stanął przed nią.

— A teraz?

— Zastanawiam się, czy ty byłeś taki przebiegły, czy ja taka naiwna.

— Och, ja byłem przebiegły. To nie ulega wątpliwości.

— AŜ za — stwierdziła, obrzucając go zaciekawionym spojrzeniem. — A swoją 

drogą, jak to wszystko zorganizowa-. leś? Helikoptery, oddziały paramilitarne, 

strzelaninę? Znasz kogoś z Hollywood czy co?

Uśmiechnął się szeroko.

— Teraz, gdy przyznałaś, Ŝe dobrze się bawiłaś, chciałabyś poznać wszystkie 

moje sekrety, tak?

Uniosła brwi.

— Nie uwaŜasz, Ŝe przyzwoitość nakazuje powiedzieć mi

prawdę?

Mark rozejrzał się po pokoju.

— Szkoda, Ŝe nie ma tu na czym usiąść. Padam z nóg.

— Westchnął. — Zostają nam schody.

Osunął się na nie z ulgą. Arianna usiadła obok.

— Kiedy jechaliśmy do Vail, uświadomiłem sobie, Ŝe nie będę w stanie 

odwieść cię od pomysłu powrotu do Nowego Jorku — zaczął. — Wtedy przyszedł mi 

do głowy ten plan. Przez te parę dni, kiedy jeŸdziłem do miasteczka, udało mi się 

wszystko zorganizować.

— Chcesz powiedzieć, Ŝe wynająłeś ludzi, Ŝeby zaaranŜowali to 

przedstawienie?

— Nie musiałem nikogo wynajmować, kwiatuszku. Po prostu poprosiłem o 

pomoc moich przyjaciół z Alfy.

— Daj spokój, Mark. Gra skończona. Nie ma Ŝadnej Alfy.

— Zapewniam cię, Ŝe jest.

background image

— I chcesz mi powiedzieć, Ŝe naprawdę jesteś tajnym

agentem?

— W pewnym sensie. Trochę ubarwiłem swoją opowieść, ale Alfa zajmuje się 

tym, o czym ci mówiłem. I współpracuję z nimi — choć raczej jako człowiek z 

zewnątrz.

— Mów dalej, chcę usłyszeć całą tę historię.

— Jakieś trzy lata temu przedstawiciele Alfy nawiązali kontakt z naszą firmą. 

Przedtem nigdy nie słyszeliśmy o tej organizacji. Jest otoczona ścisłą tajemnicą. W 

kaŜdym razie, Alfa chciała ze względów politycznych finansować jakąś spółkę w 

Ameryce Południowej. To nie była korzystna inwestycja, ale Alfa potrzebowała 

naszej pomocy. A poniewaŜ nie proszono nas o wyłoŜenie pieniędzy naszych 

inwestorów, bo fundusze miały napływać z innego Ÿródła, zgodziliśmy się. Od tamtej 

pory kilka razy współpracowałem z Alfą. Dostarczałem im informacji, jak przy 

przedsięwzięciu w Rosji, albo pomagałem w przekazywaniu kapitału. Piecz w tym, Ŝe 

Alfa miała wobec mnie dług wdzięczności, a ja chciałem, by wyświadczyli mi 

przysługę.

— I to nie byle jaką.

— Masz rację. Trzeba było włoŜyć sporo wysiłku w przygotowanie tej operacji. 

Wtedy, kiedy nie było mnie w domu przez cały dzień, spotkałem się z Jonesem, Ŝeby 

wszystko zaplanować.

— Jestem pod wraŜeniem.

— Całe szczęście, Ŝe nie musieliśmy nikogo zabić — zaŜartował.

Więc jednak Consolidated jest przykrywką dla działalności Alfy?

— Nie, Consolidated zostało utworzone przy cichej pomocy rządów Stanów 

Zjednoczonych i Japonii. Alfa pomagała w tym przedsięwzięciu i Jones zna kilku 

waŜnych ludzi w Consolidated, między innymi George”a Almquista, dyrektora 

zakładów. Almquist udostępnił nam samolot oraz zaproponował zamieszkanie w 

bazie. Oddziały paramilitarne to tak naprawdę zespoły ratownicze z Kolorado. 

Chłopcy otrzymali hojne wynagrodzenie za swój występ. A helikoptery Jones wynajął 

od spółki handlowej.

Arianna skinęła głową.

— I domyślam się, Ŝe te ciała były pomazane ketchupem.

— Czerwoną farbą.

— Mark — rzekła, szturchając go łokciem — mam ochotę urwać ci głowę. 

background image

Przez ciebie dręczyły mnie koszmarne sny.

— A mnie prześladował inny koszmar — Ŝe to ty zostałaś zastrzelona. Jesteśmy 

kwita.

Arianna popatrzyła mu w oczy, uświadamiając sobie, Ŝe choć to wszystko było 

jedną wielką mistyfikacją, on wcale nie jest oszustem.

— W pewnym sensie jesteś szpiegiem, czy tak? — spytała.

— Powiedzmy sympatykiem tajnej organizacji.

— A zatem Mark, którego kiedyś znałam, i Mark, którego widziałam w Vail i 

Montanie, to jedna i ta sama osoba.

— Zgadza się. Kiedy opowiedziałem ci o rozmowie z Zarą, i moim 

postanowieniu, by przestać się oszukiwać, mówiłem szczerze. — Wziął ją za rękę. — 

Gdybym zachowywał się tak od samego początku, chyba nie czułabyś się 

przytłoczona moją miłością.

Arianna popatrzyła qiu w oczy.

— To takŜe i moja wina. Nie doceniłam cię, bo byłam za bardzo zajęta swoją 

karierą. No i nie mówiłam ci, co czuję.

— Zabawa polegała na tym, Ŝeby być sobą bez względu na konsekwencje.

Arianna spojrzała na niego wymownie.

— Jednak nie pozwoliłeś mi wrócić do Nowego Jorku.

— Zmagałem się ze sobą, uwierz mi. Nie chciałem być nadopiekuńczy, ale 

zdawałem sobie sprawę z twojej lekkomyślności. W końcu doszedłem do wniosku, Ŝe 

twoje Ŝycie jest waŜniejsze od wszystkiego. Jeśli trzeba będzie kłamać i oszukiwać, 

będę kłamał i oszukiwał.

Arianna spojrzała na ich splecione dłonie i ogarnęło ją wzruszenie. Miała ochotę

rzucić mu się na szyję.

— Jestem ci taka wdzięczna, Mark — wyznała. — Musisz wiedzieć, Ŝe te 

ostatnie wydarzenia nauczyły mnie pokory.

— O BoŜe, chyba nie zamierzasz zakochać się we mnie, kwiatuszku?

— Oczywiście, Ŝe nie. Nie posunęłabym się tak daleko.

Roześmiał się.

— Czeka nas zaŜarta walka.

— A wiesz dlaczego, Mark?

— Dlaczego?

— Bo chcę być dziewczyną Lindsaya, ale nie chcę być .jedną z wielu jego 

background image

dziewczyn. Ani nawet jedną z kilku. Chcę być tą jedną jedyną.

— Hrnm — rzeki, gładząc ją po policzku. — Z tym moŜe być pewien problem.

— Co chcesz przez to powiedzieć?

— Alfa wymaga od swoich ludzi poświęceń. Oczekuje, Ŝe dobry agent nie 

cofnie się przed niczym, nawet przed uwodzeniem pięknych kobiet.

— Musimy jeszcze raz się zastanowić nad twoją współpracą z Alfą — odparła, 

mruŜąc oczy.

Mark ujął jej twarz w dłonie i pocałował ją w usta. Pomyślała, Ŝe ukrywanie się 

wcale nie jest takim złym pomysłem. Jednocześnie usłyszała, Ŝe przed domem 

trzasnęły drzwi samochodu.

- Och - rzekła.

— Co się stało?

— To pewnie Jerry.

— Jerry?

— Tak, zanim wróciłeś, zadzwoniłam do niego i powiedziałam, Ŝe tu jestem. 

Zamierzaliśmy porozmawiać o ksiąŜce.

— Chyba nie mam co liczyć na to, Ŝe oddasz mu ten cholerny maszynopis.

— Szczerze mówiąc, kusi mnie, Ŝeby to zrobić.

— CóŜ, zostawiam ci wolną rękę. Idę na górę wziąć prysznic.

Pocałowała go.

— Pozwól mi zaprosić się na kolację, Mark.

- Przemyslę to - odpowiedział, uśmiechając się zagadkowo.

Dała mu jeszcze jednego kuksańca. Mark wstał ze śmiechem i wbiegł po 

schodach. Odezwał się dzwonek u drzwi i Arianna poszła powitać swego szefa. 

Nadeszła chwila triumfu, ale tak naprawdę cieszyła ją myśl o kolacji z ukochanym 

męŜczyzną.

ROZDZIAŁ 14

Arianna otworzyła drzwi. Na progu stal Jerry, szczupły, przedwcześnie 

posiwiały czterdziestolatek z laptopem w rękach. Widać było, Ŝe jest przeraŜony.

— Jerry, co się stało?

Ledwo wymówiła te słowa, dwóch nieznajomych wyłoniło się z mroku, wzięło 

Jerry”ego pod ręce i wepchnęło go do środka. Nie wiadomo skąd pojawiło się jeszcze 

background image

dwóch męŜ

czyzn.

— Co się tu dzieje? — spytała. — Kim jesteście? Stojący obok niej męŜczyzna 

pchnął ją do tylu, by pokazać, Ŝe to nie zabawa.

— Zamknij się — powiedział.

— Oco chodzi?

— powiedziałem, Ŝebyś się zamknęła, paniusiu, i wcale nie Ŝartuję.

Ańaima stała naprzeciw czterech bandytów i biednego Jerry”ego, który pobladi 

ze strachu i skulił ramiona, jakby w kaŜdej chwili oczekiwał ciosu. MęŜczyzna, który 

wcześniej popchnął Ariannę, teraz chwycił ją za ramię. Był niski, tęgi, miał ospowatą 

twarz i ciemne, przylizane włosy. Nosił ciemnoniebieski prąŜkowany garnitur, 

ś

mierdział czosnkiem i nikotyną.

— Masz ksiąŜkę? — spytał.

— Słucham?

KsiąŜkę, cholera jasna, ksiąŜkę Corsiego. Gdzie ona jest?

Jerry jęknął.

— Ja-ja nie wiedziałem — wyjąkał. — Rzucili się na ninie, gdy tylko 

wysiadłem z taksówki, Arianno. Ja naprawdę...

— Uciszcie tego kretyna!

PotęŜny męŜczyzna z włosami przyciętymi najeŜa ubrany w zbyt obszerną 

marynarkę uderzył Jerry”ego W ramię. Pozostałi zaczęli przeszukiwać pokój. 

Wszyscy czterej wyglądali jak typowi gangsterzy.

— Och — rzekła Arianna — znowu udajemy bandytów.

MęŜczyźni wydawali się kompletnie zaskoczeni, kiedy roześmiała się i podeszła 

do schodów.

— Bardzo śmieszne, Mark! — krzyknęła. — Powinieneś się wstydzić, Ŝe wtedy 

mnie oszukałeś. A teraz mnie jest głupio, Ŝe dałam się nabrać! — Popatrzyła na 

męŜczyzn, którzy nadal sprawiali wraŜenie bezgranicznie zdumionych. — Muszę 

stwierdzić, chłopcy, Ŝe jesteście o wiele lepsi od tamtej bandy. Wyglądacie jak 

prawdziwi gangsterzy.

— O czym ona gada? — spytał męŜczyzna z fryzurą najeŜa.

— Nie mam pojęcia — odparł jego kompan. — Ktoś jest na górze czy ci się w 

głowie pokręciło, paniusiu?

— Spędziłeś duŜo czasu w kinie — stwierdziła. — Masz dobrą pamięć do 

background image

dialogów.

Potrząsnął głową.

— To wariatka, chłopcy. Właśnie tego nam było trzeba.

Arianna roześmiała się. Potem, me zwracając uwagi na obecnych, podeszła do 

Jerry”ego.

— To taki Ŝart — wyjaśniła. — Maik ich wynajął.

— Ańanno — z rozpaczą w głosie szepnął Jerry — nie widzisz, Ŝe om nie 

Ŝ

artują? Co się z tobą dzieje?

— Dobre pytanie — stwierdził jeden z męŜczyzn, podchodząc do Arianny i 

chwytając ją po raz drugi za ramię. Odwrócił ją gwałtownym szarpnięciem.

— Jest ktoś na górze?

— Tylko James Bond.

MęŜczyzna uderzył Ariannę w twarz, aŜ głowa jej odskoczyła.

— Co robisz?! — krzyknęła, dopiero teraz zdając sobie sprawę z powagi 

sytuacji.

Zignorował ją, zwracając się do pozostałych męŜczyzn:

— Al, ty i Carlo rozejrzyjcie się po chałupie. — Popatrzył na nią oczyma bez 

wyrazu, a gdy otworzył usta, owiał. ją zapach czosnku.

— No, dobra, siostro, ksiąŜka. Chcę ją mieć natychmiast.

— Na miłość boską, Arianno — odezwał się Jerry. — Zrób, o co cię proszą.

— Maik? — zawołała drŜącym głosem. - JuŜ po chwili z góry doszły ją odgłosy 

szamotaniny i krzyki. O BoŜe, pomyślała, to dzieje się naprawdę.

Zerknęła na swe bagaŜe, do których wcisnęła maszynopis. Przywódca 

napastników zauwaŜył jej spojrzenie.

— KsiąŜka jest w walizce, skarbie?

Na szczycie schodów zrobiło się zamieszanie. Po chwili pojawiło się dwóch 

męŜczyzn. Prowadzili między sobą Marka owiniętego płaszczem kąpielowym.

— Zobacz, kogo znaleźliśmy, Brnie — zawołał jeden z nich.

Gdy wszyscy trzej zeszli na dół, Ariarina dostrzegła wyraz niepokoju na twarzy 

Marka. Przeszedł ją dreszcz.

— No dobra — odezwał się Ernie — starczy tego. Carlo, przynieś tu walizki. 

Paniusia da nam ksiąŜkę i ząbierzemy dupy w troki.

Arianna popatrzyła z rozpaczą na Marka.

- Maik?

background image

Walizki juŜ stały u jej stóp.

— Otwórz je — rozkazał Brnie. — I to szybko.

Arianna pochyliła się i otworzyła neseser, w którym był maszynopis. 

Wyciągnęła go i podała męŜczyźnie.

— To wszystko?

— Owszem.

— Wydaje mi się, Ŝe nasz przyjaciel Sal zgromadził trochę dokumentów na 

poparcie tego, co tu- napisał — rzeki Ernie.

—Maszje?

— Nie — odparła.

— Ale wiesz, gdzie są, prawda?

Zawahała się.

-Nie.

— W moich uszach to zabrzmiało jak „tak”, skarbie. Oddaj je! I to migiem.

— Nie mam ich — rzekła stanowczym tonem. — Corsi powiadomił mnie, Ŝe 

posiada konkretne dowody i moŜe mi je przekazać, jeśli to będzie konieczne. Nie 

spodziewał się, Ŝe tak szybko go zabijecie — zmyślała na poczekaniu Arianna, 

modląc się w duchu, by jej uwierzyli.

— Wiesz, co jest gorsze od brzydkiej baby? — spytał Brnie.

— Głupia baba. Gonzo — rzekł do olbrzyma ostrzyŜonego na

jeŜa — przystaw temu chuderlakowi pukawkę do głowy. A ty, Al, kochasiowi 

tej kretynki.

Ku przeraŜeniu Arianny męŜczyźni wykonali polecenie. Jerry spocił się ze 

strachu. Mark patrzył przed siebie ponurym wzrokiem. Arianna zaczęła drŜeć.

— A teraz się zabawimy w „ty-wybierasz-kto-dostanie” — powiedział Brnie. — 

Jeden z chłopców pociągnie za spust. Potem policzę do pięciu. Jeśli przez ten czas me 

powiesz mi, gdzie są dokumenty, to drugi zrobi to samo. Będzie niezła zabawa.

— Nie odwaŜycie się! — wybuchnęła Arianna.

— Pozwolę ci wybrać — odparł. — Któ pierwszy, twój szef czy chłopak?

— Arianno — jęknął Jerry — na litość boską!

Jeśli ty nie wybierzesz — dodał — ja to zrobię. — Przeno

sił spojrzenie zjednego męŜczyzny na drugiego.

- Arianno! - krzyknął Jerry.

— Wszyscy gotowi? — spytał Brnie, uśmiechając się szeroko. — Pora 

background image

sprawdzić, jak bardzo jej na was zaleŜy.

— Dokumenty są w tajnej skrytce w Brooklynie. Adres jest zapisany na kartce, 

którą mam w torebce.

— Rozsądna kobitka — pochwalił Ernie. — Zobaczymy jeszcze, czy 

prawdomówna. Carlo, przynieś jej torebkę.

Arianna wyjęła karteczkę i podała Erniemu. Przyjrzał się jej uwaŜnie.

— Doskonale. — Pogłaskał ją po policzku niczym dobroduszny dziadek. — 

Chłopcy — powiedział — pora się zbierać.

Bandyci schowali juŜ broń, gdy drzwi frontowe otworzyły się z hukiem i grupa 

męŜczyzn z pistoletami w dłoniach wpadła do pokoju.

— FBI! — rozległo się. — Nie ruszać się!

Agenci federalni błyskawicznie złapali Erniego i jego ludzi, popchnęli ich pod 

ś

cianę, rozbroili i załoŜyli im kajdanki.

Arianna zerknęła na Marka. Był najwyraŸniej zdumiony.

— Arianno — powiedział Jerry. — Gdybyś im pozwoliła mnie zastrzelić, 

wylałbym cię z pracy, przysięgam, Ŝe bym cię wylał.

— Przeszło mi przez myśl, Ŝeby zająć twoje stanowisko

— zaŜartowała. — Ale doszłam do wniosku, Ŝe lepiej będzie, jeśli mi w tym 

pomoŜesz.

Jeden z agentów FBI podszedł do Marka.

— Panie Lindsay — rzekł — znowu się spotykamy.

— Witam, agencie Murphy — odparł. — Przybyliście w samą porę. — Zerknął 

na Ariannę i puścił do niej oko.

— Marku Lindsay — odezwała się — znowu mnie nabrałeś?

Murphy podszedł do niej.

— Panna Hamilton, jak się domyślam.

Popatrzyła na niego wściekle spod przymruŜonych po- wiek.

— Więc pan jest z FBI; tak?

— Tak, proszę pani. Hap Murphy z nowojorskiego Biura Federalnego.

— I przypuszczam, Ŝe nie ma pan odznaki, agencie Murpy.

— Owszem, mam.

Sięgnął do kieszeni marynarki i wyciągnął kartę identyfikacyjną w skórzanej 

oprawce, którą rozłoŜył jednym ruchem. Arianna przyjrzała się dokładnie legitymacji. 

Widniało na niej nazwisko Murphy”ego i pieczęć Federalnego Biura Śledczego. 

background image

Potrząsnęła z niedowierzaniem głową.

— Jest pan prawdziwym agent?

— Jak najprawdziwszym, panno Harnilton.

Przycisnęła ręce do ust.

— A ci faceci naprawdę są z mafii?

Murphy popatrzył na zakutych w kajdanki męŜczyzn, których pilnowali agenci.

— To jest Ernie „Salami” Fapolli. Śledzimy go, odkąd Corsi zginął na lotnisku 

Kennedy”ego. On obserwował pana Saltera, a my obserwowaliśmy-jego. Od 

dzisiejszego ranka zaczęliśmy się takŜe kręcić wokół domu pana Lindsaya. Zrobiło się 

ciekawie, kiedy wszyscy tu się zjawili.

— Mój BoŜe — rzeki Jerry. — Wlazłem jak w paszczę lwa.

— Sądzę, Ŝe wszyscy tu przyszli z tego samego powodu

— rzeki Murphy, patrząc na maszynopis rozrzucony po podłodze. — Domyślam 

się, Ŝe to jest ksiąŜka Corsiego.

Arianna i Jerry wymienili spojrzenia.

- Będę musiał ją zabrać jako dowód rzeczowy - rzekł Mur- phy. Gestem wskazał

jednemu z agentów, by pozbierał kartki.

— Ale najpierw pozwoli nam pan zrobić fotokopie, prawda? — wtrącił się 

Jerry.

— Obawiam się, Ŝe nie, panie Salter.

— Ale cóŜ w tym złego?

— To bardzo delikatna sprawa, nie wolnó nam niczego zaniedbać. Właściwie 

muszę spytać, czy nie zrobiła pani Ŝadnej kopii?

Arianna westchnęła.

— Owszem, jest na dyskietkach, które mam w torebce

— Czy moŜe mije pani oddać?

Wyjęła dyskietki, na które przegrała w Montanie ksiąŜkę, i wręczyła je agentowi 

Murphy”emu.

— Dziękuję — powiedzfał. — I jeszcze jedna waŜna sprawa

— dokumenty potwierdzające zarzuty Corsiego.

Arianna podniosła z podłogi karteczkę, którą Ernie upuścił, gdy FBI wpadło do 

pokoju. Podała ją Murphy”emu.

— Oddaję panu materiały, dzięki którym mogłam zrobić karierę. Mam nadzieję, 

Ŝ

e zdaje pan sobie z tego sprawę — rzekła:

background image

— System prawny musi chronić nas wszystkich — odparł Murphy.

— Czy nie moŜemy pójść na kompromis? My zajmiemy się ksiąŜką, a wy 

ś

ledztwem? — spytał Jerry.

Murphy potrząsnął głową.

— Obawiam się, Ŝe nie. Musimy ją zatrzymać, dopóki proces nie zostanie 

zakończony.

— Wtedy juŜ będzie za późno.

— Przykro mi. A teraz, proszęmi wybaczyć. —Zwrócił się do swoich kolegów: 

— No dobra. Zabierzmy stąd tych facetów.

Arianna, Mark i Jeny patrzyli, jak agenci wyprowadzają gangsterów przed dom. 

Maszynopis, dyskietki i adres tajnej skrytki zniknęły wraz z nimi.

— No cóŜ — stwierdziła ze smutkiem Arianna — przynajmniej mieliśmy 

trochę zabawy.

— Przez chwilę myślałem, Ŝe pozwolisz, by zabito nas

— rzekł Jerry, wręczając jej laptopa. Spojrzała na Marka.

— Do pewnego momentu byłam pewna, Ŝe to wszystko

ukartowałeś.

— Miałem zamiar wynająć bandę rosyjskich najemników do tej roboty, ale 

prawdziwi gangsterzy mnie ubiegli. — Mark pocałował ją w czoło.

— Dlaczego oddałaś dyskietki? — spytał niezadowolony Jerry. — FBI nigdy by 

się nie dowiedziało, Ŝe je masz.

— Dopóki ksiąŜka nie znalazłaby się na półkach księgarskich.

— Mamy dobrych firawników.

Spojrzała Markowi w oczy, myśląc o czekającym ich wieczorze.

— MoŜe jestem zbyt uczciwa, Jerry — wyjaśniła. — Chyba powinnam trzymać 

się gwiazd filmowych, polityków i pań z wyŜszych sfer.

— Moglibyśmy o tym pogadać — odparł, spoglądając na zegarek, — Na razie 

nie pozostaje mi nic innego, jak wrócić do domu i wypić butelkę whisky. Zobaczymy 

się jutro w biurze, Arianno?

— Chcę wziąć parę dni wolnego, Jerry.

— Jeden ci wystarczy. Dó zobaczenia we wtorek rano.

— Ruszył w stronę drzwi. — Och, miło było cię spotkać, Mark. Podoba mi się 

twój dom — dodał, po czym wyszedł.

Arianna wzięła Marka za ręce.

background image

— Brak mi słów. Największe atrakcje w Disneylandzie nie mogą się równać z 

godziną spędzoną z tobą.

Pogłaskał ją po policzku.

— Jaką godzinę masz na myśli?

Uśmiechnęła się i zarumieniła.

— Nie masz przypadkiem łóŜka na górze?

— Nie, ale mam materac.

— Wystarczy.

— Do czego?

— Do przesłuchania, któremu chcę cię poddać po kolacji.

— Znasz wszystkie moje sekrety, kwiatuszku. Nie mam juŜ Ŝadnych.

Popatrzyła mu w oczy.

— Wiesz co? Cieszę się, Ŝe tak to się skończyło.

— A to dlaczego?

— Nie było mi pisane wzbudzić sensancji na rynku księgarskim.

Mark wziął ją w ramiona.

— Powiedz mi prawdę. Gdybym dał ci kopię maszynopisu, wzięłabyś ją bez 

zastanowienia, prawda?

— Ale mi nie dasz. Jedyna kopia znajdowała się na tych dyskietkach, które FBI 

zabrało.

Mark potrząsnął głową.

— Na pewno? A jak przepisałaś ksiąŜkę na dyskietki?

— No, z komputera, którymi dałeś w Montanie.

— Właśnie. Z twardego dysku, prawda?

— Zgadza się! — Otworzyła usta ze zdziwienia. —Zupełnie o tym 

zapomniałam! Jeszcze jedna kopia jest w komputerze, który został w podziemiach!

— Bingo!

— Jeśli nie zośtała skasowana. Poza tym, Consolidated moŜe mi jej nie wydać.

— To prawda.

— Ale Alfa jest twoim dłuŜnikiem, prawda, Mark? Nie mógłbyś do nich 

zadzwonić i poprosić, Ŝeby jeszcze raz przegrali maszynopis na dyskietki i przysłali je 

nam do domu?

— Tylko Ŝe jest pewien problem — odparł. — Alfa juŜ nie jest moim 

dłuŜnikiem. W gruncie rzeczy, teraz ja mam wobec nich dług wdzięczności.

background image

Zmarszczyła brwi.

— Co to oznacza?

— Jeśli czegoś od nich chcę, to muszę się zgodzić na podjęcie się kolejnych 

misji. Kiedy będą mnie potrzebowali, nie będę mógł odmówić.

— Innymi słowy, którejś nocy, gdy będziemy w łóŜku, zadzwoni telefon i 

będziesz musiał pobiec na tajne rendez

-yous z jakąś atrakcyjną blondyną, która okaŜe się szwedzką agentką.

— Właśnie.

— A poniewaŜ będziesz zobowiązany do zachowania tajemnicy, nigdy nie będę 

wiedziała, co jest prawdą, a co fikcją, kiedy jesteś wobec mnie szczery, a kiedy 

kłamiesz dla dobra kraju.

— Obawiam się. Ŝe tak.

Arianna przygryzła wargę.

-. To tak, jakbym musiała zdecydować, które dziecko oddać na poŜarcie 

wilkowi.

— ¯ ycie jest skomplikowane — powiedział. — Ceną sławy jest wieczna 

niepewność.

Pogłaskał ją po policzku.

— Więc, na co się decydujesz, Arianno? — spytał. — Czy mam zadzwonić do 

George” a Almquista i poprosić, by mi przysłał dyskietki z kopią maszynopisu 

Corsiego, czy chcesz wiedzieć, gdzie naprawdę spędzam kaŜdą noc?

ZmruŜyła oczy.

— Mark, zaimponowałeś mi, ale stwierdzam, Ŝe drań z ciebie.

Roześmiał się.

— Zawsze moŜesz wybrać... jak powiedział Emie.

Potrząsnęła głową.

— Dobrze się bawisz, prawda?

— Daj spokój, po prostu jestem ciekaw, na co się zdecydujesz.

Arianna spojrzała na niego chytrze.

— Później ci powiem. Jak zjem kolację i wypróbuję ten materac.

— To brzmi jak szantaŜ.

— Chyba się nie boisz.

Mark uśmiechnął się kwaśno.

— JuŜ itak wiem, co zrobisz, Arianno.

background image

— Naprawdę?

— James Bond nigdy się nie myli, prawda?

— James Bond nigdy nie zadowala się jedną kobietą.

Ujął jej twarz w dłonie.

— To prawda, ale James Bonci nie zna ciebie.

Koniec ksiąŜki.