background image

             

Wacław  Korabiewicz

            

Złowiłem życie

                                                               Warszawa – 1973

background image

Skok 
przez medycynę

Z czarnego węgla pod biały żagiel

Dziwne działy się historie, zanim zostałem lekarzem. Przede wszystkim ten głupi świat, w środek 
którego, ze świadectwem dojrzałości w ręku, człowiek z nagła wpadł i nie wiedział, co z tym 
fantem robić. Strasznie idiotyczne uczucie. Pusta kula, z której nie ma wyraźnych drzwi. Zbłądzona 
owca to mało. Zbłądzony bałwan! Co teraz robić? Dokąd się udać?
Cel całego życia,  marzenie młodzieńczości: kariera marynarska wzięła w łeb. Bezlitosny,  stary 
konował   Państwowej   Szkoły   Morskiej   w   Tczewie   zbadał   wzrok,   pokiwał   znacząco   głową   i   z 
miejsca odwalił.
—   Nie   nadajesz   się,   synku   —   powiedział.   A   mnie   świat   się   zakołysał   pod   nogami.   Bezdnia 
rozpaczy.   Koniec   wszystkiego.   To   właśnie   ta   pusta   kula.   Egzaltacja   młodzieńcza   powiększyła 
rozpacz. Dokąd teraz iść?
Profesor Stainiewicz, późniejszy minister, a mój wykładowca, położył dłoń na moim ramieniu i 
powiada:
— Pan jest humanistą. Gdziekolwiek by pan poszedł, wróci na humanistykę, tam tylko dla pana 
miejsce. Oto moja dłoń. Zakład o co?
Nie wierzyłem w siebie. Sądziłem, że na polonistykę idą sami Mickiewicze. Zaświtała mi inna 
myśl:  zrobić jak najszybciej  byle  gdzie pieniądze, kupić za nie jacht, a potem tym  jachtem w 
szeroki świat!
Ale jak tu zrobić pieniądze?
Wypytuję znajomych na prawo i lewo, dokąd iść? Jaki zawód prowadzi najszybciej na drogę złotej 
mamony? Odpowiedź jednogłośna:
— Górnictwo. Będąc inżynierem górnikiem zrobisz fortunę.
Nie ma więc czasu do namysłu. Wsiadam w pociąg i pędzę do Krakowa. Zjawiam się w kancelarii 
Akademii Górniczej.
Miła   panieneczka   głosem   obojętnym   podaje   warunki   przyjęcia:   podwójny   konkurs,   konkurs 
maturalnych   świadectw   i   konkurs   egzaminów...   Zwiesiłem   głowę.   Na   moim   świadectwie   z 
matematyki same trójeczki, a o egzaminie... szkoda gadać!
Biorę za klamkę od drzwi, nieopanowane, głupie łzy zakręciły mi się w oczach. Nie zdążyłem ich 
nawet ukryć przed wzrokiem panienki. Miałem wówczas dziewiętnaście lat.
— Zaraz... zaraz... — odezwała się litościwie — a może by kawaler odbył jakąś praktykę górniczą, 
to bardzo pomaga... Kto wie?
— Praktykę górniczą? A jak ona wygląda? Gdzie ona Jest? Pochodzę z Litwy, nigdy tutaj nie 
byłem.
Za   godzinę   siedzę   już   w   pociągu   z  biletem   do  Katowic.   Tam   podobno   znajdę  ową   „praktykę 
górniczą”.
Jadę w nieznane, jak zatracony wieśniak. Czytam przez okno obco brzmiące nazwy. Wreszcie na 
którejś tam stacji kominy, bardzo wysokie i grube kominy.
— Co to za fabryka? — pytam sąsiada z przedziału.
— To nie fabryka, to kopalnia węgla — pada odpowiedź. A we mnie jakby piorun trząsł, tego mi 
wszakże   potrzeba.   Chwytam   walizeczkę   i   wypadam   z   pociągu.   Czytam   na   tablicy:   „Dąbrowa 
Górnicza”, ale nic mi to nie mówi.
Pomachując   walizeczką,   niby   zagubiony   w   obcym   otoczeniu   Charlie   Chaplin,   kroczę   sobie 
beztrosko ulicą
odczytując   reklamy.   I   oto   przede   mną   wielka   brama,   a   na   niej   napis:   „Kopalnia   Reden”. 

background image

Nieśmiałym krokiem wchodzą. Jeszcze mniej śmiało pukam do drzwi dyrektora. Za biurkiem siedzi 
mały staruszek w okularach. Zapadam się w przepastną głębię wskazanego mi klubowego fotela. 
To   już   odbiera   mi   resztę   z   takim   trudem   gromadzonego   rezonu.   Zapominam   tyrady   przygo-
towanych słów. Na policzki wykwita rumieniec żenady. Coś bąkam, byle bąkać...
— Ja... ja, panie dyrektorze, chcę do Akademii, inaczej tam nie trafię, potrzebna mi jest praktyka. 
Uprzejmie proszę przyjąć mnie jako robotnika.
— A kawaler z jakich stron? — pada pytanie.
— Z Wilna.
— To kawaler może jest kolegą mego syna, nazywa się Świrtun-Rymkiewicz?
— Kazik! — krzyknąłem mimo woli. — Ależ to mój przyjaciel!
— No to, synku, zamelduj się u inżyniera Staszewskiego i będziesz praktykantem. Co prawda, na 
praktykantów przyjmujemy dopiero po pierwszym roku studiów, ale zrobię ten mały wyjątek.
I tak rozpoczęła się moja praktyka w tym zupełnie odmiennym świecie.
Pierwszym   szokiem,   jaki   przeżyłem,   była   łaźnia.   Kiedy   nazajutrz   przed   zmianą   ubrania 
przekroczyłem jej próg, myślałem, żem zwariował, że w oczach mi się dwoi. Czy to cyrk przede 
mną, czy normalne życie? Jakieś niesamowite, patologiczne panoptikum. Ci rozebrani ludzie, co się 
myją dookoła mnie, to karykaturalnie śmieszne jakieś pokraki, postacie ze świata krasnoludków: 
bary jak u Herkulesa, pierś jak u atlety ciężkiej wagi. Potężne bicepsy i cały ten horrendalnie 
wyrobiony   tors   opada   skośną   linią   ku   wąziutkim   biodrom   i   wygląda   niby   rzeźbiony   biust   na 
postumencie wątłych, cieniutkich nóżek.
— Czemu ci ludzie są tak nieproporcjonalnie zbudowani? — pytam inżyniera.
— Rezultat górniczego zawodu. Nieustanny wysiłek ramion, podczas gdy nogi stoją w miejscu lub 
nawet często klęczą przez cały ośmiogodzinny dzień pracy.
Drugim kolejnym szokiem była winda, niczym nie zabezpieczona klatka, wozi tam i z powrotem 
grupy   ciasno   stłoczonych   ludzi.   Po   brudnych,   węglowym   pyłem   oblepionych   ścianach   szybu 
spływają strugi wody zimnej, oślizłej, odpychającej... Winda zagłębia się kilkaset metrów. Im dalej 
i   niżej,   tym   bardziej   elastyczna   staje   się   napięta,   metalowa   lina.   Wydłuża   się   przy   każdym 
zahamowaniu, sprężynuje pod nadmiernym ciężarem.
—  Przykre   uczucie  —  mówię   do inżyniera.  —  To  wyciąganie   się  liny  wygląda   jak  próba  jej 
wytrzymałości.
— Bo tak i jest — stwierdza  obojętnie inżynier. — Różnie bywa.  Ot, niedawno na sąsiedniej 
kopalni urwała się.
— Jak to? — zdziwiłem się i mimo woli poczułem dreszcz za kołnierzem. — Czyżby nie było 
kontroli?
—   Et!   —   machnął   pogardliwie   ręką,   ale   widocznie   się   spostrzegł,   że   niepotrzebnie   straszy 
nowicjusza, więc zaraz dodał: — Lina musi służyć pięć lat, takie są u nas przepisy.
— A ta, tutaj, od kiedy służy?
— Kto tam wie. W każdym razie przy mnie jej jeszcze nie zmieniali.
— A pan inżynier... dawno? — bąknąłem nieśmiało.
— W czerwcu kończy się jedenaście lat...
— Aha! — stwierdziłem ponuro, chwytając się mimo woli za metalową balustradę, w tym bowiem 
momencie winda podskoczyła wyżej niż zwykle.
Już cały tydzień zjeżdżam tak w towarzystwie inżyniera, asystuję mu przy kontroli stanowisk. Tym 
sposobem poznaję wszystkie rodzaje pracy, ale poznaję teoretycznie. Ta moja „praca” polega na 
spacerze. W jednym ręku noszę karbidową latarkę, w drugim ręku górniczą ciupagę. Robotnicy 
tytułują mnie per „panie inżynierze”. Nawykli widocznie do tego, że każdy spacerujący młodzik za 
lat kilka wróci do nich w roli superiora. Przyglądam się uważnie fizycznym wysiłkom tych ludzi, 
ich chorobliwej, pozbawionej słońca cerze, błotnistej mazi, w której tkwią, czarnemu miałowi, któ-
ry dusi ich płuca, i pod wpływem tej codziennej obserwacji robi mi się coraz bardziej nieswojo. Z 
każdym dniem odczuwam coraz większy wstyd. Za co mi tu płacą? Za ten spacerek z laseczką? Za 
snobistyczne udawanie inżyniera? Jak ja wyglądam wobec tych ludzi?
Nie wytrzymałem takiej próby nerwowo. Ósmego dnia melduję się u inżyniera w biurze. Proszę go 

background image

o zwykłą robotniczą pracę. Nie chcę być uprzywilejowanym maminsynkiem. Chcę... pracować!
Inżynier spojrzał na mnie litościwym wzrokiem i pokiwał smętnie głową.
— Oj, przyjdziesz tu jeszcze, kawalerze, poprosisz o zwolnienie!
I po co on to powiedział! Gdyby nie te jego słowa, z całą pewnością wróciłbym już po paru dniach, 
a tak... nie wróciłem. Zagryzłem zęby i trwałem bez sensu i niepotrzebnie.
Nie ma co gadać, nie ma co obwijać w bawełnę. Praca była nad siły chłopca wyrośniętego ponad 
miarę swoich lat, rozpieszczonego środowiskiem i warunkami. Chłopca, który nie trzymał nigdy w 
ręku ani topora, ani łopaty. Praca była zbyt ciężka jak na typowego maminsynka, co nie wykonał 
dotąd najmniejszego przymusowego wysiłku. A w kopalni, jak w wojsku, do generała droga bardzo 
daleka.   Na   początku   jesteś   szeregowcem,   to   znaczy   „popychaczem”,   do   ciebie   należy   pchanie 
wozów po szynach, dwa puste albo jeden pełny węgla. Samo popychanie pół biedy — da się jakoś 
radę, ale gorzej, gdy koło wozu spadnie. A szyny koślawe, powykręcane, coraz to wóz złośliwie się 
wykoleja. Wóz ciężki jak diabli i czterech ludzi go nie udźwignie, a ty radź sobie, biedaku, jak 
możesz. W takim wypadku stary doświadczony górnik nie»śpieszy. Ma czas. To nie pożar. Więc 
najpierw obchodzi dokoła i bada. Pyka sobie fajeczkę i niby lekarz ze wszystkich stron pacjenta 
obserwuje. Musi wiedzieć, co mu brakuje, a wówczas, gdy pozna, podeprze ramieniem odpowiedni 
punkt i jednym lekkim szarpnięciem postawi na miejsce — wóz stoi. Żeby tak zrobić, trzeba mieć 
doświadczenie   wielu   lat.   Potrafi   to   uczynić   górnik,   ale   nie   żółtodziób,   zakichany   paniczyk, 
praktykant z bożej łaski. Taki to nie ma pojęcia, gdzie trzeba pchać, a gdzie podnosić. Morduje się 
więc biedny chłopak, plecami i głową podpiera, w pałąk wygina swój wątły kręgosłup, żyły mu na 
skroniach pęcznieją, a wóz jak stał, tak stoi w miejscu, ani drgnie. Niedawny praktykant, „pan 
inżynier”,   a   teraz   głupi   dobrowolny   robotnik,   płacze   rzewnymi   łzami,   bo   go   nikt   nie   widzi. 
Zasłonięty   jest   wystającym   załomem   węgla.   Nie   trzeba   nawet   tych   łez   wstydliwych   brudnym 
ramieniem obcierać. A wóz w dalszym ciągu kpi w żywe oczy, urąga niedorajdztwu. Nie chce 
wrócić do szyn.
Tak   mijały   pierwsze   dni   roboczych   doświadczeń.   Potem   przyszedł   tydzień   „karowacza”. 
Młodzieniec dostał ogromną szuflę w łapy, aby przerzucać nią węgiel z jednego miejsca na drugie 
albo bezpośrednio do wozu. Łatwo powiedzieć: „przerzucać”. Węgiel to nie piasek, jego bryły nie 
chcą gładko wejść na szuflę, zaczepiają się, trzeba z nimi toczyć walkę. Ciężkie są jak ta cholera. W 
krzyżu boli i po odbytej dniówce jedzie się windą ku „radosnemu słońcu”, a tej radości już się nie 
czuje. Mgłą zachodzą oczy. Jeść się nawet nie chce, tylko spać. Spać! Ale to wszystko jeszcze nic. 
Taka robota to szczeniak. Bagatelka, niewarta słów. Prawdziwa robota zacznie się dopiero na trzeci 
tydzień,   kiedy   młodzieniec   stanie   przy   boku   górnika   jako   pomoc,   jego   prawa   ręka.   Wówczas 
zacznie się wiercenie dziur potrzebnych na dynamit. Dziś wiercą te dziury mechanicznym świdrem, 
a wówczas wiercono najzwyklejszym drągiem. Na końcu takiego drąga tkwiła płaska iglica. Za 
każdym   wbiciem   należało   drąg   obracać   dookoła   osi   tak,   aby   w   rezultacie   otrzymać   otwór 
równomiernie okrągły, a nie płaski. Źle dokonany obrót powodował zacięcie się grota i mordercze 
wyszarpywanie   go   z   uwięzi.   Mój   Boże!   Co   to   za   mordęga!   Na   dłoniach   wystąpiły   ogromne 
pęcherze. Następnie pękły i zalały się krwią. Na miejsce krwi przyszedł węglowy miał. W miarę 
dalszej pracy dłonie puchły jak kłody. Węglowy miał wysuszał krew, więc jakoś szło. Stary górnik 
od czasu do czasu krytycznie rzucał okiem. A gdy nie patrzył, wówczas był czas, aby nieznacznym 
ruchem ramienia  otrzeć łzy.  I tak jakoś szło aż do końca dniówki. Potem już było  lżej, bo w 
wynajętym kawalerskim pokoiku nie miałem świadków. Zanurzywszy ręce w ciepłej wodzie można 
było   ryczeć   do  woli,   nikt   tego   nie   widział.   Rany   się  zasklepiały.   Błogostan   trwał   całą   noc,  a 
następnego   dnia...   Nie,   tego   już   żaden   język   nie   opisze.   Co   za   ból,   co   za   wściekły   ból,   gdy 
zabliźnione pęcherze pod wpływem tegoż samego żelaznego drąga zaczynają się rozłazić i pękać. 
Znowu krew i znowu węgielny miał. I znowu patrzący górnik i wstyd własnej słabości.
Przetrwałbym wszystko, gdyby nie ta przeklęta szczurza woda!
Wzdłuż podziemnych korytarzy biegła bogata sieć przeróżnych nawadniających i odwadniających 
rur wodociągowych. Na nich od czasu do czasu widniał kran. Żadnych napisów ostrzegawczych, 
żadnych   instrukcji,   wszystko   polegało   na   ustnych   informacjach:   „Ta   woda   do   picia,   a   ta   od 
szczurów”, czyli od ścieków. Okazało się, że przez czas dłuższy popijałem sobie z niewłaściwego 

background image

kranu, z czego najprawdopodobniej powstawały wszystkie dalsze konsekwencje. Po prostu zacho-
rowałem, ale nie zwyczajnie, jak wszyscy chorują, tylko zupełnie inaczej i dlatego pewnie nikt się 
na tym nie poznał. Lekarz robotniczej kasy chorych zadecydował, że symuluję.
— Wiele chcesz dni zwolnienia, chłopcze? — spytał.
A ja się oburzyłem. Chociaż rzeczywiście objawy mojej choroby były nadzwyczajne: przy ogólnym 
osłabieniu bolesne łupanie w prawym kolanie. Bóle nikły przy chodzeniu, a występowały przy 
bezruchu. Kiedy wstawałem, ciemniało mi w oczach i mdlałem. Tym sposobem powstało błędne 
kółko: siedzę — boli, wstaję — mdleję.
Pierwszy raz zjawiam się u inżyniera. Powitał mnie życzliwym uśmiechem.
—   No,   nareszcie,   mój   drogi,   zmądrzałeś.   Dość   masz   już   pracy   robotnika,   chcesz   wrócić   do 
spacerów?
Zabolała mnie ta propozycja. Wziąłem zwolnienie tylko na jeden dzień. Z latarką w ręku, żeby nikt 
nie widział, powlokłem się pustym korytarzem kopalni przed siebie. Na szczęście nie uszedłem 
daleko.   Znaleziono   mnie  w  jakiejś  rozpadlinie.  Odzyskałem   przytomność   na  łóżku  szpitalnym. 
Lekarz kasy chorych okazał się ten sam i konsekwentny.
— To symulant! — powiedział na głos, żeby wszyscy na sali usłyszeli. Siostry i salowe przyjęły 
diagnozę do wykonania. Zlekceważyły po prostu pacjenta.
Zaczęły się koszmarne dni okropnego, mdlącego bólu w kolanie. Sala była ogromna na kilkanaście 
łóżek.   Ustęp   miałem   daleko   w   przeciwległym   rogu   sali.   Musiałem   więc   maszerować   tam 
samodzielnie. Symulantom wszakże kaczek do łóżka się nie podaje. Ten marsz wyglądał w sposób 
następujący: szybko wstając, pochylałem się całym ciężarem ciała w kierunku najbliższego łóżka, 
oczy zachodziły mgłą, robiło się słabo, padałem. Towarzyszył temu jęk całej sali:
— Biedny chłopiec... biedny!
Zrywałem się, obiegałem łóżko i padałem na następne. Tak docierałem do celu. W tenże sposób 
wracałem.   Starałem   się   ograniczyć   tę   marszrutę   do   minimum,   ale   parę   razy   dziennie   przecież 
musiałem ją odbywać. Nie zdarzył się wypadek, aby któraś z sióstr zlitowała się nad „symulantem”.
W jednej ze ścian sali mieściła się nisza, a w niej kaplica. Tu odbywały się nieustanne modły. 
Zawodzący, monotonny śpiew zadręczał mnie swym zakłamaniem.
Tuż przy mnie, na sąsiednim łóżku, umierał jakiś górnik na zawodową rozedmę płuc. Umierał 
wolniutko, na raty, w straszliwych męczarniach. Rzęził, łapał powietrze, dusił się, wołając ratunku. 
Odpowiedzią mu był  właśnie ten monotonny,  bezduszny,  zawsze jednakowy śpiew kaplicy.  Aż 
przyszedł dzień ostatecznego konania. Oznajmił go sam chory tragicznym, jakimś bezprzytomnym 
krzykiem. Zleciały się wówczas wszystkie siostry zakonne z przeoryszą na czele. Wcisnęły mu 
obrazek w dłoń, pochyliły się kołem nad łóżkiem i suchym, bezwzględnym głosem jęły dyktować 
modlitwę.
— Łaskiś pełna... — krzyczały. — Łaskiś pełna... Ale chory już nie miał sił, ostatnim tchnieniem 
rzęził.
— Módl się za nami grzesznymi... módl się! — potrząsając różańcem skrzeczała mu nad uchem 
przeorysza.
Niesforny pacjent nie usłuchał rozkazu. Nie powtórzył już słów modlitwy. Zwyczajnie udusił się.
Ta scena przeważyła szale. Zdecydowałem się wykorzystać chwilowy przypływ  sił i okazję, że 
kolega mój wracał właśnie do Wilna. Poprosiłem o wypisanie ze szpitala.
— W każdej chwili — zgodził się lekarz kasy chorych. — O jednego symulanta mniej!
Jechałem pociągiem dwa dni. Kolega patrzył na mnie przerażonym wzrokiem. Ja natomiast mało 
widziałem. Gęsta mgła leżała mi na oczach. Na peronie wileńskim zemdlałem na dobre. Ocucili 
mnie dopiero nazajutrz w szpitalu. Kurowałem się jeszcze przez dwa miesiące. Na początku na 
tyfus brzuszny, potem wszystko się wyjaśniło. Byłem pierwszym przypadkiem grasującej w Polsce 
tak zwanej „śpiączki afrykańskiej”, która była odmianą jakiejś wirusowej grypy. Widocznie te ko-
palniane szczury naniosły tę przeklętą formę symulacji.
Była już połowa listopada, kiedy opuściłem nogi z łóżka i przy pomocy laski dowlokłem się do 
biurka, aby przeczytać urzędowe pismo z Akademii Górniczej w Krakowie. Pismo głosiło, że na 
podstawie doskonałej opinii dyrekcji kopalni „Reden” w Dąbrowie Górniczej Wacław Korabiewicz 

background image

zostaje   przyjęty   w   poczet   zwykłych   słuchaczy   bez   obowiązujących   normalnie   egzaminów 
wstępnych.
— I w takim stanie pojedziesz na samodzielne życie  do Krakowa? — spytała matka, a ja nie 
miałem sił oponować.
W tym momencie rozległ się dzwonek u drzwi. Wszedł mój kuzyn, lekarz wojskowy, od progu 
wesoło zawołał:
— Wiesz, Wacek! Przyszła mi znakomita myśl. Chciałeś iść do marynarki. Nie przyjęto cię do 
szkoły morskiej, możesz więc iść na medycynę, a potem pływać jako lekarz okrętowy.
Rzeczywiście. Nie przyszło mi to do głowy.
Nazajutrz   złożyłem   podanie   na   wydział   lekarski.   I   tak   stałem   się   lekarzem.   Długie   sześć   lat 
prowadziły do dyplomu. Zdobyłem go. Ale to nie wszystko. Trzeba być konsekwentnym. Trzeba 
teraz zdobyć tę jedyną w Polsce posadę lekarza na żaglowcu. Jedyny polski żaglowiec — to „Dar 
Pomorza”, pływa gdzieś w tropikach. Idę do Ministerstwa Handlu i pytam:
— Kto jest lekarzem na statku?
— Doktor Kamiński — pada odpowiedź.
Nie namyślając się długo, siadam, biorę papier i piszę:
„Wielce szanowny a drogi Panie Doktorze! Liczę na to, że znudziły się Wam te ciągłe podróże, 
jeżeli   mam   rację,   proszę,   przyjmijcie   moje   zgłoszenie   jako   kandydata   na   zastępstwo.   Z 
poważaniem...”
Za miesiąc miałem odpowiedź nadaną z Gdyni:
„Szanowny a drogi Panie Kolego — zapewne jesteście telepatą, mam dość statku. Przyjeżdżajcie 
zaraz do Gdyni objąć posadę. Sprawę już omówiłem z dyrektorem Szkoły Morskiej”.
Taką   więc   była   w   telegraficznym   skrócie   historia   doktora   Korabiewicza.   Powtarzam:   w 
telegraficznym skrócie, życie realne bowiem miało zwolnione tempo. Ba! nawet długa to była i 
uciążliwa droga.

Mały obieżyświat

Mieszkałem   przy   ulicy   Bobrujskiej,   tuż   niedaleko   za   cmentarzem   Rossa.   Stamtąd   krokiem 
pośpiesznym pędziłem codziennie do prosektorium, mijając kościół wizytek i słynną ulicę Subocz, 
kędy   „onego   czasu”   grasował   bazyliszek   wileński,   porywając   niewinne   dziewice.   Droga   do 
prosektorium nie była wcale bliska i żaden autobus nie mógł mi jej skrócić. Dzień w dzień ten sam, 
jednak monotonny deptak, z dziurami chodników, z zapachami otwieranych szynków i żebrakami 
pod murem kościołów. Znałem to wszystko na pamięć i nic dziwnego, że spacer ten chciałem jakoś 
urozmaicić. Zwłaszcza w drodze powrotnej, kiedy nie było pośpiechu, nudziło mi się ogromnie. 
Mogłem sobie wówczas pozwolić na jakąś dłuższą nawet pogadankę. Ale z kim?
Właśnie   te   pogadanki   jako   jeden   z   ciekawszych   epizodów   studenckiego   życia   utkwiły   mi   w 
pamięci.
Dzień w dzień spoza rogu tejże kamieniczki, jakby specjalnie na moje spotkanie, wypadał mizerny, 
niewielki chłopczyna  i odtąd szliśmy obok siebie prawie całą drogę. Ginął dopiero w wielkiej 
bramie   swojej   podstawowej   szkoły   już   prawie   przed   samym   prosektorium.   Jednym   słowem 
towarzyszył mi ten chłopak wiernie i niezmiennie każdego dnia i nie pamiętam nawet, czy kiedy ten 
swój   obowiązek   opuścił.   Widocznie   wpadłem   mu   szczególnie   w   oko   i   wypatrywał   mnie 
każdorazowo gdzieś spoza płota, aby w odpowiednim momencie wypaść na drogę. A może był to 
tylko zbieg okoliczności i pedantyczna dokładność. Mniejsza o to.
Chłopak wysmukły,  może nawet chudy,  wyglądał na lat czternaście, nie więcej. Miał na sobie 
ciasny mundurek o wyrośniętych nogawkach i takichże kusych rękawach. Świadczyłoby to raczej o 

background image

jego ubóstwie. Rysy miał przeciętne: kartoflowaty nos, młodzieńcze wypryski na policzkach i jasna 
czupryna   wyrywająca   się   lokami   spod   przyciasnej   czapki.   Oczy   tylko   miał   ciekawe   przez   ich 
zachłanną żywość i łobuzerski jakiś blask. Właśnie te oczy zachęciły mnie do pierwszej naszej 
rozmowy.
— Jak ci na imię? — spytałem kiedyś.
— Kazik — odpowiedział. I znowu dłuższa chwila ciszy.
— Chodzimy tak razem chyba ze trzy tygodnie — powiedziałem.
— A tak, znam już pana bardzo dobrze.
— No, nie przesadzajmy. Skądże byś mnie znał tak „dobrze”, czyżby z ulicy?
— Pana wszyscy znają, pan jest prezesem tych akademickich włóczęgów.
— Prezesem jak prezesem, ale czy ty wiesz, co to jest Klub Włóczęgów?
— Wiem tylko tyle, że chciałbym należeć do tego klubu.
— Po co? Co byś tam robił?
— Sam nie wiem,  ale myślę, że podróżować łatwiej  i weselej w towarzystwie, a ja nie mogę 
znaleźć sobie odpowiedniego kolegi od chwili, kiedy mi mój Jurek zaginął.
— To ty już podróżowałeś? — spytałem.
— Ano... Trochę — odpowiedział skromnie, spuszczając oczy. — Ale ten mój towarzysz Jurek, ten 
to dopiero znał świat!
— Jakże więc go zgubiłeś? — zaciekawiłem się.
— Sam nie wiem, gdzie on jest, może nie żyje. Już będzie blisko rok, jak do domu nie wraca.
— Twój kolega ze szkoły?
— Tak i ze szkoły, i z podróżowania. Właściwie to on był moim nauczycielem.
— I rodzice nic nie wiedzą, gdzie się synalek obraca? — zdziwiłem się.
— Nikt nie wie. Może go hak uderzył po głowie...
— Jaki hak? Co ty wygadujesz!...
— Zwyczajnie, proszę pana. Chociaż wagony sypialne są wysokie, to czasem może się zdarzyć, że 
hak od szczepień wisi nisko nad ziemią i wówczas bieda.
— Jaka bieda? Nic nie rozumiem, o czym mówisz?
— No bo przecież Jurek Kędzierski, proszę pana, pozostał leżeć na torze pod pociągiem między 
szynami.
— Gdzie? Kiedy?... Opowiadaj dokładniej... — niecierpliwiłem się.
— No bo, proszę pana, różnie się z nim jeździło, raz do Wiednia, a to znów do Paryża. Tym razem, 
kiedy Jurek zgubił się, zajechaliśmy do Istambułu, pan wie? — to w Turcji.
Kazik wymawiał  nazwy europejskich stolic tak łatwo i tak prosto, jakby dotyczyły  wileńskich 
zaułków i w ogóle w tonie jego rozmowy nie dało się wyczuć żadnego chwaliburstwa ani nawet 
chęci „pokazania się”.
— A ty nie bujasz? Ty naprawdę byłeś w tych wszystkich zagranicznych miastach?
—   Naturalnie   —   stwierdził.   —   Byliśmy   razem   z   Jurkiem.   Morowy   chłopak,   odważny   i 
przedsiębiorczy, a do obcych języków, proszę pana, to pierwszy: bon jour, powiada; merei, sailam 
aleikum i danke szon, jak z rękawa sypie, kiedy potrzeba. Powiadam panu, wspaniały chłopak! No, 
ale  muszę   już  lecieć   do  szkoły.  Innym  razem   opowiem!  —  wrzasnął   już  od  progu  i  znikł  za 
drzwiami.
Dziwny chłopak — myślałem, idąc dalej. Na pierwszy rzut oka trzech groszy bym nie dał za jego 
inteligencję, a tu taka rzutkość, taka bystrość umysłu. W głowie mi się nie mieściło, skąd on czerpał 
środki na zagraniczne wojaże. Pewnie ma  jakąś dolarową ciotkę w Stanach Zjednoczonych  — 
myślałem. — A może ojciec służy na kolei i przysługuje mu darmowy przejazd? Zaintrygował 
mnie ten Kazik na dobre. Wciąż wracałem myślami do jego skromnej i raczej ubogiej postaci. Z 
dużym   zainteresowaniem   oczekiwałem   dalszych   perypetii   jego   włóczęgowskiego   żywota.   Ku 
memu zadowoleniu i tym razem, nazajutrz, nie zawiódł mnie i jak zwykle wybiegł spoza rogu tejże 
co zawsze kamienicy.
— Dzień dobry panu! — krzyknął wesoło i swobodnie, czując się już upoważniony do pewnego 
rodzaju poufałości z „dobrze” znajomym starszym panem.

background image

— Powiedz no mi, Kazik, kto ci dawał pieniądze na twoje zagraniczne eskapady? — spytałem.
— Nie tylko zagraniczne, proszę pana! — zaprotestował. — Ja znam całą Polskę. Chyba nie ma 
takiego  miasta, gdzie nie byłem.  Strasznie  lubię podróżować. Każde wakacje jeździłem,  a i w 
święta Bożego Narodzenia także. Tak już od maleńkości. Nikt mnie w domu nie utrzymał.
— Ale kto ci daje na to pieniądze? Wszakże podróże kosztują.
— Komu kosztują, a komu nie — odparł rezolutnie. — My z Jurkiem jeździliśmy za darmo.
— No to opowiedz, jak to się robi, naucz mnie, może i ja to potrafię?
— A jak pan chce jeździć, na kraj czy za granicę? — spytał poważnie, stając na chwilę pośrodku 
chodnika.
— I tu, i tam — odpowiedziałem nie mniej poważnie.
—   O   nie!   —   wykrzyknął,   wyraźnie   zły   za   moją   ignorancję   w   tych   sprawach   —   Rzecz   inna 
podróżować po Polsce, a inna jechać za granicę. Inne metody postępowania — dodał.
— A więc zacznij mnie szkolić na kursie niższym, czyli naucz jeżdżenia za darmo po kraju, potem 
przejdziemy na kurs wyższy.
— Są dwie metody podróżowania po kraju: nocna i dzienna — zaczął, szeroko gestykulując. — 
Nocnej nie polecam, bo to ryzykowne, dla pana niestosowne. Lepszy jest sposób dzienny, chociaż i 
tutaj nie sądzę, aby człowiekowi dorosłemu udało się, co innego chłopiec taki jak ja, mały.
— No to powiedz, jak się to robi! — ponaglałem z niecierpliwością.
— Bardzo prosto: za parę groszy kupuje się bilet kolejowy trzeciej klasy do najbliższej stacji. Z tym 
biletem wsiada się do klasy drugiej i staje się na korytarzu mniej więcej w środku wagonu, tak aby 
można było obserwować, skąd przyjdzie kontrola biletów. Gdy konduktorzy wejdą i zaczną od 
przedziału  do przedziału  sprawdzać, wówczas  należy wyjąć  z kieszeni kupiony bilet  i ująć go 
dwoma palcami na ukos i za przeciwległe rogi, następnie, gdy konduktorzy są już blisko, wystawić 
ramię przez otwarte okno i dmuchać w bilet tak, żeby się on obracał na tych rogach niby młynek. 
Dmuchając należy zerkać jednym okiem, czy kontrola widzi, i w ostatniej chwili, gdy konduktorzy 
już się zbliżą, dmuchnąć silniej, żeby bilet wyfrunął poza okno. Temu „nieszczęściu” oczywiście 
musi towarzyszyć tragiczny okrzyk: „Ojoj! Bilet wypadł!!”
Konduktorzy podchodzą bliżej i pytają, jaki to był bilet? Wówczas, udając płacz, należy wymienić 
najdalszą stację docelową, na przykład Zakopane, i zaraz znowu krzyczeć płaczliwie: — Ojoj, co ja 
teraz pocznę, nieszczęśliwy, pieniędzy nie mam, mamusia chora, jechać do niej muszę!!
Nie było  jeszcze  wypadku,  żeby historia kończyła  się inaczej. Konduktorzy litują się i spisują 
urzędowy   protokół   zniszczenia   biletu.   Pasażerowie   są   świadkami.   No   i   wystawia   się   bilet 
tymczasowy na przykład do Zakopanego, oczywiście klasy drugiej... Ale, ale, muszę kończyć, bo 
tutaj już moja szkoła! — zawołał Kazilk, znikając we drzwiach.
Nie pamiętam, co mi przeszkodziło wówczas, że kilka dni z rzędu nie uczęszczałem na wykłady. A 
kiedym się zjawił na drodze do prosektorium, Kazik był wyraźnie ucieszony:
— O, nareszcie! — wołał z daleka. — Myślałem, że pan zachorował albo gdzie wyjechał. Tak 
długo nie widzieliśmy się.
— Wpierw musisz mnie nauczyć podróżowania, później wyjadę — odrzekłem.
— O czym to ja panu opowiadałem ostatni raz? — spytał.
— O tym obracającym się bilecie kolejowym — odrzekłem.
— Ach tak, o tych podróżach krajowych. Dawno już z nimi skończyłem. Podróżowanie zagraniczne 
daleko ciekawsze i mniej kłopotliwe.
— A kto ci wyrabia paszport?
— Co takiego? — oburzył się. — Niech pan nie żartuje! Kto by tam wyrabiał jakiś paszport? Alboż 
pana kto pyta tutaj w Wilnie o paszport? On potrzebny jest tylko do przekroczenia granicy, potem 
to idź sobie, gdzie tylko chcesz.
— No dobrze, ale Jak przekroczyć granicę? W tym sęk!
— Trzeba mieć ekwipunek, bo bez niego ani rusz— rzeki Kazik z przekonaniem. — Na początku to 
my z Jurkiem wybraliśmy się raz jeden bez ekwipunku, to ledwie z życiem uszliśmy.
Rozmowa z Kazikiem nie była wcale łatwa. Musiałem go ciągnąć za język, inaczej się zacinał i na 
dłuższą chwilę milkł.

background image

— Co to za ekwipunek? Nic nie rozumiem — ciągnąłem.
— Fajny, roboczy, brezentowy kombinezon, ten mi mamusia sama uszyła.
— To twoi rodzice wiedzą o podróżach?
— A jakże by nie wiedzieli? Z początku ojciec zakazywał, ale zobaczył, że nie pomaga, to machnął 
ręką, a matka tylko popłakuje czasami.
— Kombinezon i co jeszcze? — podpowiedziałem.
— Jeszcze potrzebne są duże, celuloidowe okulary, takie jak dla szofera, pan wie? A także cytryna 
albo i dwie...
— Dobrze, dobrze, ale po co to wszystko, dalibóg, nic a nic nie rozumiem...
— Inaczej, uważa pan, bardzo niebezpiecznie jeździć...
— Na motocyklu?
— Nie! — zaśmiał się — kto by tam na motocyklu  jeździł;  wiadomo,  pod wagonami, na osi 
pulmana.
— Hm... — mruknąłem — no to opowiadaj, jak to trzeba robić.
— Międzynarodowe, uważa pan, lecą nocami. Trzeba zakraść się od drugiej strony, żeby nikt nie 
spostrzegł, no i szybkim ruchem wśliznąć się pod spód, a tam wskoczyć na bęben hamulcowy od 
ściśnionego powietrza. Takich bębnów jest dwa w każdym pulmanie, leżą równolegle. Na jednym 
zawsze  leżałem   ja,  a na  drugim  Jurek  Kędzierski.  Ale  z  tego  sąsiedztwa,   uważa   pan, korzyść 
niewielka, bo rozmawiać nie można, straszny huk.
— I nikt was nigdy nie przyłapał? — zdziwiłem się.
— Gdzież tam! Niełatwo zobaczyć! A zresztą my znamy sekret!
— Jaki? — ciągnąłem go za język...
— Na stacjach, uważa pan, chodzi taki miglanc z długim młotkiem i obstukuje koła. Jeżeli ktoś leży 
na bębnie, to koło zmienia ton, dlatego należy w porę unieść brzuch i zawisnąć na koniuszkach 
palców i na rękach, żeby brzuchem nie tłumić dźwięku.
— A po co cytryna?
— Od pędu powietrza, proszę pana, wargi pękają i strasznie bolą — mówił Kazik, kopiąc jakiś 
okrągły kamyk, co zabłądził skądś na chodnik. — Ćwiartkę cytryny trzeba, uważa pan, trzymać w 
zębach. Taki pęd ekspresu to piekło. Kamyki lecą mimo uszu, a i po okularach dostanie się nieraz. 
Głowę musowo trzymać przy bębnie jak najniżej, a to i w łeb dostaniesz.
— Wszystko to rozumiem, ale jak zgubiłeś swojego przyjaciela?
— Sam nie wiem, proszę pana — odpowiedział Kazik z widocznym smutkiem. — Pociąg stanął na 
jakiejś małej stacyjce przed Stambułem, byłem strasznie zmęczony, nogi mi zupełnie odjęło. Więc 
zeskoczyłem,  żeby je trochę rozprostować, a tu pociąg nagle, bez gwizdka, ruszył. Jurek także 
zeskoczył, ale wrócić na bęben nie zdążył. Widziałem, jak spadł między szyny i przytulił głowę do 
podkładów. Wiadomo, pulmany wysokie, muszą przejść, ale bywa inaczej, kto ich wie... No, ale 
trzeba już iść do szkoły, dziś ostatni dzień. Jutro zaczynam wakacje.
— Dokąd się wybierasz? — spytałem, ściskając mu dłoń.
— Chciałoby się do Londynu, ale tam woda stoi na drodze, a ja do statków to nie mam wprawy, ale 
może się nauczę. Ot, szkoda, że Jurka nie ma — ten to by od razu wiedział, co i jak trzeba robić.
Nazajutrz Kazika nie spotkałem, widocznie gdzieś odjechał. Przez całe lato nie było go, potem 
przeniosłem się do Warszawy, no i życie moje poszło szlakiem, któremu już nie towarzyszył mały 
Kazik.

Prosektorium—przedsionek życia

Prócz   normalnych   anatomicznych,   prosektoryjnych   zajęć   obowiązywały   nas   jeszcze   sekcje 
medycyny   sądowej.   Tam   pod   nóż   trafiały   trupy   zupełnie   inne,   trupy   świeże,   nie   moczone   w 
formalinie, najczęściej prosto z wypadku, byli to bowiem przeważnie bezrodzinni samobójcy albo 

background image

ofiary kryminalnych gwałtów, albo podkościelni żebracy. Wykręcałem się od tych makabrycznych 
sekcji niby piskorz. Podsuwałem na swoje miejsce innych kandydatów, których na szczęście nie 
brakło. To, co mnie odtrącało, innych, jak’ zauważyłem, właśnie przyciągało. W człowieku bowiem 
tkwi   jakiś   atarwistyczny   instynkt   drapieżności,   umiłowanie   zapachu   krwi.   I   nie   ma   to   nic 
wspólnego z charakterem.
Najlepszym przykładem tego była nasza gosposia, pani Budlewska, osoba poczciwa z krwi i kości, 
nie drapieżna bynajmniej i nawet nie złośliwa, wprost przeciwnie, łagodna i dobrego serca. Otóż jej 
ulubionym   zajęciem   było   odwiedzanie   miejskiej   kostnicy.   Nie   zdarzył   się   ani   jeden   tragiczny 
wypadek,   ani   jedna   nagła   śmierć   bez   jej   ochotniczych   oględzin.   Łagodna,   poczciwa   pani 
Budlewska dogryzając rozpoczęte śniadanie pędziła tam w ekstazie podniecenia, aby tylko zdążyć 
na   czas   i   nasycić   oczy   widokiem   podziurawionych   trupów.   Czy   kto   słuchał,   czy   nie,   tematu 
starczyło na dni kilka. Czy kto słuchał, czy nie, każdy musiał wiedzieć, jakie nieboszczyk miał 
rany, że język wysadzony, a oko wypłynęło. Taż sama krwiożercza potrzeba dreszczyku gromadzi 
gapiów na jezdni przy wypadku, to samo prowadzi młodzież na filmy wojenne i niczym innym nie 
jest tak zwany „sport myśliwski”. Pod tym względem jestem wyrodkiem społeczeństwa i nie bardzo 
zdaję sobie sprawę, jakim sposobem potrafiłem przetrwać te dwa lata codziennych prosektoryjnych 
zajęć bez silniejszych wstrząsów psychicznych. Nawet rodzina moja nie chciała w to uwierzyć. 
Przepowiadano mi, że ucieknę z medycyny. Tak się nie stało, chociaż bywały, owszem, momenty 
przeżyć niełatwych.
Pamiętam taki dzień. Przeczytałem w gazecie notatkę, która wywarła na mnie szczególnie przykre 
wrażenie. W którymś tam z hotelików znaleziono parę martwych kochanków, on młody akademik, 
a ona uczennica. Zostawili list z prośbą o dyskrecję. Odeszli nie czyniąc nikomu krzywdy, pragnęli 
tylko utrwalić swoją wielką miłość, do której nie mieli prawa, i to wszystko — nic więcej.
Wilno — miasto nieduże, plotkarsko-dewocyjne, więc rósł szept i komentarze. Jedna pani drugiej 
pani — rozgardłowały się kumoszki. Dużo było hałasu, jeszcze więcej zgorszenia. Przez kilka dni 
temat  nie schodził  z ust. A  ja właśnie nazajutrz,  trochę  wcześniej  niż zwykle,  stanąłem  przed 
prosektoryjnym stołem do swoich codziennych wieczornych zajęć. Miałem objąć nowy preparat, 
przy innych jakichś zwłokach. Trup leżał jeszcze przykryty prześcieradłem. Uwypuklał się pod nim 
czubek ostrego nosa i sprężyście sterczące kobiece sutki.
Gestem nawykowym, szybko a bezmyślnie odchyliłem prześcieradło i nagle zamarłem w bezruchu. 
To, co ujrzałem, było niespodzianie inne, niesamowicie wstrząsające. Przez długą chwilę stałem 
urzeczony,  nie mogąc złapać tchu ani oderwać oczu. Na stole prosektoryjnym  zamiast zwykłej 
ziemistoszarej, wypłukanej w formalinie mumii leżała zgrabna, piękna młoda dziewczyna zastygła 
jakby w urzeczonym śnie. Dotychczas widzę, gdy przymrużę oczy, te jej śliczne, długie rzęsy i 
uśmiech   —   błogi   uśmiech   rozchylonych   warg.   Nie   wiem   czemu,   nie   ogolono   nawet   włosów, 
pamiętam te jej faliste, złocące się pukle.
Nikt mi niczego nie mówił, ale wiedziałem od razu, to ONA. Ta samobójczyni z hotelu, bohaterka 
sensacji   gorszących,   oblubienica   skalanej   miłości.   Bezimienna,   zapoznana,   widocznie   wyklęta 
przez bogobojną rodzinę. Trafiła pod ostrza prosektoryjnych skalpeli. Nikt się nie zgłosił po zwłoki, 
zakała „dobrego domu” nikomu nie była potrzebna. I oto ja mam ją teraz ciąć, mam rozpłatać 
nierozkwitłe jeszcze, a spragnione szczęścia piersi, żeby z nich wyłuszczyć mleczne gruczoły, takie 
mam właśnie zadanie i sama myśl o tym wydała mi się zbrodnią, wulgarnym aktem brutalnego 
gwałtu, szczytem nietaktu i chamskiej niedyskrecji. Raz pierwszy od przekroczenia progu tej sali 
uświadomiłem sobie, że to śmierć leży przede mną — zjawisko oderwane, zamknięte w sobie, 
wyrosłe ponad przeciętność, wyzbyte wszelkiej logiki, niepojęte, a godne czci.
Nie zdołałem nawet podnieść ręki. Nie narzuciłem z powrotem prześcieradła. Kiedym odchodził, 
pozostała naga, alabastrowa, przezroczysta. Na palcach, jak najciszej, wycofałem się na korytarz, a 
stamtąd do domu.
Nie pracowałem tego dnia w prosektorium i nie mogłem zasnąć długo w noc. Straciłem preparat, 
kto inny go odebrał. Omijałem z dala róg tamtej sali, jakbym omijał własny ból. Nie poruszyłem też 
z nikim tego tematu ani też nikt mnie nie widział przy zwłokach tej dziewczyny, a jednak zdarzył 
się przedziwny fakt, czyżby tylko zbieg okoliczności?

background image

Siedzieliśmy   jak   zwykle   gromadką.   Każdy   trzymał   w   ręku   jakiś   opracowany   przez   siebie 
anatomiczny preparat. Wybuchając raz po raz młodzieńczym śmiechem beztrosko gawędziliśmy o 
wszystkim i o niczym. Przy mnie była wówczas Elka — dziewczyna szampańska, któż by więc tam 
zatruwał   myśli   jakimiś   dramatami.   Białe   fartuchy   zszablonizowały   ludzi.   Złączył   nas   wspólny 
medyczny klan. Prosektorium stało się towarzyskim, klubem. Tylko na początku, w tych kilku pier-
wszych dniach wzdrygaliśmy się przed jedzeniem w obecności trupów, ale po paru tygodniach 
nawet kanapki z szynką przestawały nas mierzić swoim podobieństwem do krajanych mięśni. Od 
dawna już krajane preparaty przestaliśmy kojarzyć z organami żywego człowieka. I dlatego trudno 
mi wytłumaczyć, dlaczego właśnie wtedy Józek podniósł ze swych kolan pięknie spreparowaną 
czaszkę i obracając ją w rzęsistym świetle operacyjnych lamp, patrząc na mnie wesoło, zauważył:
— I któż by powiedział, że to jest owa piękna samobójczyni!
A we mnie jakby piorun trząsł. Jakby ktoś najbrutalniej wnętrzności szarpnął. Naprawdę uczułem 
fizyczny   ból.   Stanęła   mi   ta   dziewczyna   w   oczach   jak   żywa.   Jakaś   dziwnie   bliska.   Poczucie 
krzywdy, współudziału w zbrodni. Powinienem był ją od tego uchronić. Nie wiedziałem jak, ale 
powinienem był o to walczyć. Nie wolno było jej tak zostawiać na pastwę ludzkich sępów. To był 
mój obowiązek, a ja go nie spełniłem.
Zerwałem się jak oparzony i wybiegłem z prosektorium.
A potem przyszła druga, podobnie głupia historia z tym sercem. Dotychczas nie rozumiem, co to 
być mogło. Gdybym nie znał bliżej Stefana, pomówiłbym go o histerię, ale to był wyjątkowo równy 
i   wspaniały   chłopak.   To   on   właśnie   wtedy   preparował   mięsień   serca   i   opowiadał   jak   zwykle 
dowcipny jakiś kawał. Na dłoni trzymał serce. Widzę go na tle białej ściany w pełni blasku lamp, 
jak szybkim ruchem wbija w to serce skalpel i nagle w dzikim przerażeniu ciska preparatem o 
posadzkę. Do dziś słyszę jego okrzyk: „Jezus Maria!”
— Co się stało?... Co się stało? — pytaliśmy jeden przez drugiego, a on stał blady, nieruchomy i 
skamieniały wbijając zdumione oczy w ten sczerniały już ochłap dawnego ludzkiego serca leżący 
na podłodze.
— Sam nie wiem — bełkotał. — Sam nie rozumiem. Najwyraźniej poczułem, jak ono zaczęło bić. 
Słowo wam daję, czułem to najwyraźniej. Żadna fantazja ani imaginacja, był silny skurcz, a potem 
rozkurcz...
— Tak — ktoś zauważył — skurcz, ale we własnej twojej dłoni.
— Za wariata mnie masz? — oburzył się. — Chyba potrafię odróżnić dłoń Od trzymanego w niej 
preparatu.
—   Nacisnąłeś   skalpelem   swój   własny   nerw   na   dłoni.   Stefan   milczał,   uśmiechał   się   dalej 
sarkastycznie i bez przekonania.
W  prosektorium było  kilku tak  zwanych  asystentów  rekrutujących  się  ze starszych  roczników. 
Funkcje swoje spełniali bardzo rozmaicie, przeważnie arbitralnie i rubasznie, jakby przekreślenie 
sentymentów i stosunek za pan brat ze światem umarłych stawiały ich na wyższych płaszczyznach 
materialistycznej   awangardy.   Z   niedbałym   rozmachem   krając   ludzkie   zwłoki,   z   nie   mniejszą 
obojętnością kroiliby i dusze. Jedynie asystentka Genia pozbawiona była wszelkiej pozy. To, co 
robiła, czyniła z oddaniem. W medycynę w ogóle, a szczególnie w anatomię, wsiąkła całkowicie i 
bez reszty. Nieszczęście chciało, że była krótkowidzem, mało pomagały nawet ogromne czarne 
okulary. Była brzydka, o małym zadartym nosku. Każdy anatomiczny preparat badała niezmiernie 
skrupulatnie, a że była, jako się rzekło, prawie ślepa, więc wydawało się, jak gdyby te eksponaty 
anatomiczne   wąchała.   Szczególnie  odrażająco   wyglądała   ta  jej  gorliwa   pilność,   gdy  pochylona 
twarzą nad wnętrznościami brzucha wciskała głowę między skrzydła żeber.
Bywały   w   prosektorium   różne   zabawy,   makabryczne   gonitwy,   gdy   okładano   się   nawzajem 
lędźwiem lub bicepsem. Do wszystkiego się można przyzwyczaić, ze wszystkim można się zżyć, że 
nawet   prosektorium   przestaje   być   smutne,   zwłaszcza   gdy   ramię   w   ramię   siedzi   przy   tobie 
dziewczyna, w której się kochasz, a ja właśnie kochałem się wtedy na zabój i było nam ze sobą 
bardzo dobrze, tak dobrze, iż pewnego dnia, ku wielkiej uciesze zgromadzonych  kolegów, nad 
gruchającą parą stanął stary profesor i długo, bardzo długo dobrotliwie kiwał głową. My tego wcale 
nie widzieliśmy. Miłość to wielka rzecz, potrafi przezwyciężyć nawet... prosektorium.

background image

Nierzadko  przychodziłem  do pracy wcześniej, kiedy na sali nie było  jeszcze  nikogo, pierwszy 
zapalałem  światło,  a często  nawet  stałem  w półmroku,  wpatrzony w szkarłat  zachodzącego  za 
oknami słońca. Od szerokich, mlecznych okien szły pasma czerwieni, kładąc się na trupich białych 
całunach. Niesamowita filozoficzna powaga biła od tych szeregów wysztywnionych zwłok.
Gospodarzem prosektorium był niejaki Józef, jegomość jeszcze nie stary, przystojny i sympatyczny. 
Do niego należało moczenie trupów w wannach, nastrzykiwanie ich formaliną i rozkładanie na 
odpowiednich stołach. Wanny podobne były do staroegipskich sarkofagów i stały kręgiem w dwóch 
przylegających do sali pokojach. Tuż za progiem pierwszego, po stronie prawej stał wysoki stół 
preparacyjny, a po przeciwnej, to znaczy lewej stronie duża wanna. Raz tylko do tych pokojów 
byłem zaproszony i nie kwapiłem się wcale z powtórzeniem wizyty. Ciała ludzkie niby sardynki w 
pudełku cieśniły się na waleta niesfornie wysadzając sztywne kończyny byle jak i byle gdzie.
Pamiętam  doskonale  ów  wieczór. Przybyłem  jak zwykle nieco wcześniej  i zdawało mi  się, że 
nikogo jeszcze nie ma. Sięgnąłem do wyłącznika elektrycznej  lampy.  W tymże  momencie, tuż 
obok,   za   drzwiami   Józefowej   trupiarni   rozległ   się   straszliwy,   obłąkańczy   wrzask,   po   czym   z 
ogromnym łomotem drzwi się rozwarły i na ich rzęsiście oświetlonym tle ukazały się dwie postacie: 
pierwszą z nich, z ramionami wyciągniętymi do przodu, był Józef, tuż za nim kiwał się na dwie 
strony   popielatoszary,   bardzo   wysoki   i   chudy   nieboszczyk.   Wyglądał   z   ogoloną   głową   jak 
zmartwychwstały Ramzes. To wszystko trwało mgnienie oka, kilka zaledwie sekund, i biedny Józef 
wpadł mi w ramiona, a goniący nieboszczyk ciężko zwalił się na posadzkę. Przez dłuższą chwilę 
nie było nic słychać prócz histerycznego oddechu Józefa. Dygotał na całym ciele, nie mogąc dojść 
do siebie.
— Co panu? — spytałem, usiłując zdobyć się na spokój.
 Głupkowaty uśmiech wystąpił mu na twarz. Spoglądał poza siebie, to znowu na mnie... aż w końcu 
z trudem przemówił:
— Widzi  pan  — zaczął  nerwowo — widzi pan,  co się stało.  Ja, stary idiota,  jak ta baba  się 
przestraszyłem. Kto by pomyślał!
— Ale co się właściwie stało? — zdobyłem się na pytanie.
— Sam nie bardzo rozumiem — odpowiedział jeszcze niepewnym głosem. — Chodźmy zobaczyć. 
— To mówiąc, jak gdyby dla asekuracji chwycił mnie za rękę.
Minęliśmy leżące na podłodze ciało Ramzesa i przestąpiliśmy próg pierwszej trupiarni. Po lewej 
ręce wanna była otwarta i pusta, po prawej zaś stronie na wysokim stole leżał trup. Poza tym 
żadnych innych zmian. Reszta kamiennych sarkofagów stała nietknięta.
— Teraz — rzekł Józef — sprawa dla mnie jasna. Aż wstyd. Jakże mogłem tak się zbłaźnić. Tego, 
uważa   pan   (tu   wskazał   głową   poza   siebie),   wyjąłem   z   wanny   i   położyłem   na   stół.   Następnie 
wyjąłem drugiego i położyłem go na wierzch pierwszego, a że szelma był śliski i mokry, więc 
zaczął powoli spełzać, ja nie spostrzegłem, nachyliłem się, żeby poprawić sznurowadło. Usłyszałem 
za sobą głośne klapnięcie. To on właśnie spadł na piętę, a że nogi szelma miał sztywne i szeroko 
rozstawione,  więc zaczął  się kiwać na strony z jednej pięty na drugą; to właśnie zobaczyłem, 
kiedym odwrócił głowę. Pan chyba przyzna, widok niebywały. Wrzasnąłem więc i chodu, a ten 
tymczasem padając walnął mnie głową w plecy i to był mój drugi wrzask. Ot, i cała komedia...

Profesorskie qui pro quo

Profesor Szmurło był ogromnie wymagający i bardzo szorstki w stosunku do zdających u niego 
studentów, dlatego egzamin u niego był postrachem każdego i wprawiał w drżenie najwytrawniej 
szych i najbardziej  nawet obkutych.  Nie mogłem sobie pozwolić na regularne uczęszczanie  na 
laryngologię,  a to z powodu pracy zarobkowej. Jako instruktor wf prowadziłem  gimnastykę  w 
gimnazjum i z tego powodu ganiałem jak wściekły pomiędzy jednym gmachem a drugim, wpadając 
jak bomba na lekcję albo na uniwersytecki wykład, zawsze w najostatniejszej chwili, nieraz nawet z 

background image

opóźnieniem. Na prowadzone przez profesora Szmurło ćwiczenia uczęszczałem bardzo rzadko, nic 
więc   dziwnego,   że   w   okresie   dyplomowych   egzaminów   drżenie   moich   kończyn   nabrało   cech 
choroby św. Wita. W takim tanecznym i bladym stanie zjawiłem się przed obliczem straszliwego 
areopagu, na który składał się profesor siedzący u boku pacjenta z otwartą szeroko żuchwą.
Zapomniałem nadmienić, że profesor Szmurło miał spory, pięknie wypuczony brzuszek, po którym 
klepał   dłońmi,   wydając   jednocześnie   nieartykułowane   dźwięki:   „he,   he,   he!”   wyrażające   ni   to 
śmiech,   ni   to   złośliwy   doping.   Występowało   to   zazwyczaj   w   momentach   niefortunnej   jakiejś 
odpowiedzi i stąd posądzano go o złośliwość.
Tym razem profesor spojrzał tylko na mnie spoza przechylonych okularów, jakby usiłując z trudem 
wywołać obraz tak rzadko widywanego słuchacza, a może był ciekaw po prostu mojego wyglądu, 
gdyż znał mego ojca, z którym kolegował na uniwersytecie. Słowem, oględziny były dokładne od 
stóp aż do głowy, po mnie zaś przebiegały dreszcze także... od stóp aż do głowy.
— Proszę — powiedział wreszcie profesor — niech pan zbada lusterkiem struny głosowe chorego i 
powie, co tam pan widzi.
W tym momencie zbliżył się docent i zameldował:
— Pilny telefon do pana profesora.
— Pan tymczasem obejrzy chorego, ja zaraz wrócę — rzucił profesor na odchodnym, a ja drżącą 
ręką włożyłem szpadel na język pacjenta, rzucając blask lusterka w otwór krtani. Niestety, nic tam 
poza ogólnym zaczerwienieniem nie spostrzegłem. Żadnych zmian patologicznych. W tejże chwili 
usłyszałem szept przy swoim uchu:
— Ma pan zobaczyć na prawej strunie głosowej narośl wielkości połowy grochu. Narośl szarosina, 
podejrzany nowotwór, ale tego nie mówić głośno przy pacjencie.
Nie zdążyłem podziękować. Wiem tylko, że ten miły głos kobiecy należał do asystentki profesora, a 
mojej starszej koleżanki.
Właśnie profesor wracał. Wyjąłem czym prędzej szpadel i opuściwszy ręce na kolana oczekiwałem 
skromnie na dalsze rozkazy.
— No i cóż pan tam znalazł? — odezwał się jowialnie profesor siadając na stołku. W jego głosie 
była wyraźna nuta złośliwej ironii.
— Nie bardzo jestem pewien... — odpowiedziałem. — Czy mogę jeszcze sprawdzić?
— Ależ naturalnie, ależ naturalnie! — zachęcił profesor z zadowoleniem. Ta moja ostrożność dobre 
snadź na nim zrobiła wrażenie.
Ruchem   jak   można   najwprawniejszym   przycisnąłem   choremu   język   i   pokazowym,   trochę 
teatralnym gestem skręciłem lusterko na czole, aby skorygować światło. Przez dłuższą chwilę z 
wyrazem   ogromnego   skupienia   badałem   obraz   w   lusterku,   aż   wreszcie   skandując   wyrazy, 
przemówiłem „naukowo”:
—   Widzę   obrzęk   obu   strun   głosowych   z   zaczerwienieniem   całej   przyległej   okolicy   krtani,   na 
prawej strunie głosowej narośl wielkości połowy grochu koloru szarosinego...
— Co? — wykrzyknął nagle profesor, a ja zamarłem z przerażenia. Więc tego wszystkiego pewno 
nie ma. To pewno jakieś nieporozumienie. Wyjąłem czym prędzej wziernik z ust chorego, bojąc się 
spojrzeć na profesora. Wyczułem jego wzrok utkwiony we mnie. Usłyszałem klapanie dłoni po 
brzuchu i typowy, tak bardzo typowy Śmieszek: „he... he, he!...”
„Koniec” — pomyślałem. Sromotny koniec i co teraz będzie? Ale nie widząc już lepszego wyjścia 
zdobyłem się na ostateczny tupet i jak mogłem najpewniej rzekł

em:

— Może źle widziałem. Pozwoli pan profesor, że sprawdzę?
— Nie potrzeba — rzekł profesor przekrzywiając głową. — He, he, he... dobrze... he, he, he... 
doskonale... Nawet nie przypuszczałem, że z Korabiewieza taki zdolny lekarz. Bardzo wątpię, czy 
który ze studentów tak zdecydowanie postawiłby tu diagnozę. He, he, he... to doskonale. Może pan 
iść, postawię panu czwórkę.
Podskoczyłem ze stołka niby na sprężynie. Szurgnąłem nogą jak sztubak przed panem profesorem. 
Wiedziałem, profesor nikomu nie stawia piątek, ta ocena więc jest najwyższym jego uznaniem. 
Najwyższą   oceną.   I   wszystko   to   zawdzięczałem   poczciwej   asystentce.   Muszą   jej   serdecznie 
podziękować, ale nie teraz, nie na oczach profesora.

background image

Gorzej było z chirurgią, to już prawdziwy pech. W ogóle jestem straszliwym pechowcem, ciągle 
zachodzą w moim życiu jakieś nieporozumienia. A zaczęło się wszystko od tej przeklętej operacji 
na Serżyku. Był to jeden z moich pupilów — uczniów gimnazjum, gdzie prowadziłem wf. Nagle 
podczas świąt dostał boleści. Rozpoznałem ostre zapalenie wyrostka robaczkowego. Natychmiast z 
dumą   przetransportowałem   chorego   do   kliniki.   Tu   bez   dłuższej   zwłoki   chłopak   trafił   na   stół 
operacyjny.
Nie   potrzebuję   chyba   tłumaczyć,   że   na   terenie   gimnazjum   uczniowie   tytułowali   minie   panem 
profesorem. Tego oczywiście nie wiedział pan profesor M. podchodząc do stołu operacyjnego i 
naciągając rękawiczki. W tym właśnie momencie nie uśpiony jeszcze, ale tylko odurzony Serżyk 
wyrwał usta z maski i podnosząc głowę jął wołać na cały głos:
— Ja chcę profesora! Niech mnie profesor operuje!
— Właśnie pan profesor ciebie, chłopcze, będzie operował — uspokoił pacjenta asystujący docent.
— Gdzie on?... Pokażcie mi pana profesora! — krzyczał dalej Serż.
Wskazano mu palcem na operatora.
— Ja nie chcę jego! — wrzasnął głosem rozdzierającym Serż. — To żaden profesor! — W tym 
momencie w tłumie białych fartuchów spostrzegł mnie i wskazując wzrokiem zawołał:
— To jest prawdziwy profesor, niech on mnie operuje!
Nastąpiła chwila konsternacji i milczenia, po czym operator zdjął rękawiczki i zwracając się do 
mnie, rzekł z przekąsem:
— No cóż, panie kolego, operujcie, ja się wycofuję.
Na pomoc mi przyszedł poczciwy docent, a Serżowi dodano eteru.
Po operacji zostałem wezwany do gabinetu profesorskiego.
— Nie przypominam sobie... — zaczął ordynator — nie przypominam sobie, od kiedy to szanowny 
kolega stał się profesorem. Może byśmy się tak zamienili katedrami?
— Ależ... — zacząłem się usprawiedliwiać, lecz nie dopuścił mnie do głosu, wskazał drzwi. Nie 
wiedziałem, jak wytłumaczyć to całe głupie nieporozumienie. Ale to był dopiero początek. Dwa dni 
zaledwie   minęły,   gdy   szliśmy   wszyscy   tłumnie   w   obchodzie   szpitalnym.   Jak   zwykle   profesor 
prowadził, a my — ta cała reszta, niby stłoczone barany posuwaliśmy się za nim z tyłu, mało 
widząc i jeszcze mniej słysząc. Ja byłem ostatni. I oto gdy mijałem łóżko jakiegoś chorego, ten 
chwycił mnie za połę fartucha i wskazując na swoją obrzękniętą nogę, spytał:
— Jak pan myśli, czy konieczna tu jest operacja? Może można spróbować leczyć zachowawczo?
— Ano — odrzekłem spokojnie — spróbować zawsze można. — I tutaj nagle chory usiadł w 
poduszkach i zwracając się do tłumu lekarzy jął krzyczeć na cały głos:
— A widzicie! Nieprawda! Ten pan profesor twierdzi, że operacja nie jest potrzebna.
Tłum białych fartuchów rozstąpił się na boki. Odsłonili profesora. Patrzył na mnie, a ja na niego. 
Milczenie było bardzo przykre. Wreszcie ordynator przemówił:
— I znowu pan tu profesoruje?
Co   było   dalej,   szkoda   słów!   Lepiej   nie   mówić.   Najboleśniejszą   stroną   medalu   jest   to,   że   nie 
dopuszczano   mnie   do   słowa.   Nie   potrafiłem   wyjaśnić   tej   głupiej   sytuacji,   a   przecież   lubiłem 
profesora M. Zależało mi bardzo na jego pozytywnej opinii.
Następny pechowy wypadek mojego życia zdarzył się na innym terenie. Nie na chirurgii już, tylko 
na położnictwie, ale także podczas odbywania bezpłatnego stażu.
Wszystko przez tego Antka, właściwie to przez Józię. Przywieźli ją na poród.
Ach, prawda!... wpierw muszę objaśnić, kto to taki Józia. Trudno sobie wyobrazić, żeby ktoś nie 
znał tej dziewczyny. W każdym razie każdy sportowiec w Wilnie znał ją na pewno. Brała udział we 
wszystkich studenckich imprezach i wszelakich możliwych  regatach. Było  to dziewczę wesołe, 
rumiane, jasnowłose, życzliwie i naiwnie patrzące na świat. Najlepszym dowodem tej naiwności 
był fakt, że przywieźli ją właśnie tutaj na rozwiązanie ciąży. Każdy z nas doskonale wiedział, że to 
jest   robota   Antka   —   specjalisty   od   nabierania   dziewczyn.   Odznaczał   się   on   tak   zwanym 
„powodzeniem”, czyli brakiem skrupułów. Zresztą uprzedzałem ją nawet kiedyś, żeby się strzegła 
tego chłopaka, ale trudna rada, z motylami zawsze jest tak, lecą do ognia. Ostatnio znikła mi z oczu 
i zapomniałem o niej. Musiała też pewnie zmienić się fizycznie na twarzy od tej swojej ciąży, skoro 

background image

potrafiłem nie poznać. Słowo honoru, szczerze mówię, kiedy ją tutaj przywieźli, zupełnie jej nie 
poznałem, a i ona nie zdradziła naszej zażyłej znajomości.
Któryś z kolegów zauważył, że ładna dziewczyna, że pewnie ją znam, bo ona z Azetesu. A ja nic. 
Mówię, że nie znam.
— Jak możesz nie znać? — protestuje kolega. — W anamnezie powiedziane, że uprawiała sporty 
wodne. Kowalczykówna się nazywa...
— Niech będzie Kowalczykówna! — odburknąłem zły. Kto tam w Azetesie nazwiskami operował. 
Nie znam i tyle. Mnie także nikt nie zna z nazwiska, istnieje tylko „Kilometr”. Ale tej baby na oczy 
nie widziałem.
Wreszcie   zaczęły   się   bóle   porodowe.   Biedaczka   męczyła   się   bardzo.   Zastanawiano   się   nad 
kleszczami.   Zgromadziła   się   nad   jej   łóżkiem   cała   plejada   białych   fartuchów,   z   docentem   i 
profesorem na czele. Debatują. Aż tu nagle nasza chora, szeroko otworzywszy oczy, patrząc na 
mnie woła dramatycznym głosem:
— Kilometr, ratuj! Mój kochany, mój jedyny... ratuj!
Co za konsternacja. Nie potrzebuję chyba opisywać tych wszystkich uśmieszków i domyślników. 
Żyć mi po prostu nie dano. Nie pomogły żadne perswazje ani tłumaczenia. Bezapelacyjnie zostałem 
pomówiony o ojcostwo, a kiedy się urodził syn, pierwsze pytanie docenta pod moim adresem było, 
jakim go nazwać nazwiskiem? Jak go zarejestrować? Doprawdy, trzeba mieć diabelskiego pecha!

Szczęścia w nieszczęściu

Pan   doktor   S.   prowadził   oddział   wewnętrzny   szpitala   Świętego   Ducha   w   Warszawie.   Był 
człowiekiem gołębiego serca i wielkiej odpowiedzialności, a przy tym miły, koleżeński i uczynny. 
U  niego  właśnie  odbywałem  swój  obowiązujący,  bezpłatny staż.  Tam,  przy ulicy Elektoralnej, 
przeżywałem   katusze   cewnikowania   chorych   niewiast.   Najgorsza   była   próba   samozaparcia   i 
męskiej woli. No bo, proszę państwa, jak tu trafić w odpowiednią dziurkę? Guma się wygina i ani 
rusz nie chce włazić.
— Dalejże, doktorku! Dalej! Śmiało! — zachęcały mnie młode pacjentki, a ja ani rusz. Ręce drżały, 
wstyd palił policzki, niedołęstwo kompletne i sromotne!
— Trochę wyżej, doktorku, trochę wyżej! — rozsuwając szerzej kolana pomagała pacjentka, a ja 
coraz bardziej zapadałem w młodzieńczą żenadę. Rumieńce zalewały twarz.
Szczególnie ta jedna, szelma, widząc moją samobójczą determinację, filuternie się uśmiechając, 
podjudzała słówkami jak szpilki:
— Niech doktorek próbuje, mnie to wcale nie boli... 
Właśnie niedawno, to znaczy po trzydziestu latach, na którymś ze swoich wieczorów autorskich 
spotkałem tę szelmę. Zachowała nawet swój wdzięk i dawną kokieterię. Sama do mnie podeszła.
—  Pan  doktor   pamięta  swoje  pierwsze   lekarskie   przygody  z  pacjentkami   w  szpitalu  Świętego 
Ducha? Przezwałyśmy doktora wtedy „Amorkiem”.
Ładny mi „amorek” — 192 centymetry wzrostu!
Któregoś   ranka  przyszedł   do nas   na  oddział  młody,  dobrze  zbudowany chłopak,  policzki  miał 
rumiane i wesołość w oczach.
— To mój pacjent — powiedział doktor S. wskazując ręką. — Leczę go od dziecka, miał gruźlicę, 
zagoiła się świetnie. Właśnie dzisiaj przyszedł na ostatnią odmę, sam nie wiem, czy warto go kłuć. 
Właściwie wszystko jest stuprocentowo zabliźnione. Jak koledzy radzą? Zrobić mu odmę czy też 
nie?
Spojrzeliśmy jeden na drugiego. Co tu radzić? Chłopak przygotowany jest na ten zabieg, patrzy na 
nas jakby zachęcająco. Decyzja trudna, ale nie wiążąca. Cóż znaczy jedna głupia odma...

background image

— Skoro do zakończenia całej przepisowej kuracji brakuje jednego zastrzyku — odezwał się jakiś 
głos — no to chyba lepiej dla spokoju sumienia dopełnić recepty.
— Ano, może i racja. Kładź się więc, chłopcze, będziemy robili — rzekł doktor S. i chłopak się 
położył. My stanęliśmy kołem, jak to zwykle bywa przy profesorskich pokazach.
Pomoc zresztą nie była potrzebna. Zabieg bardzo prosty, nieskomplikowany. Na stojaku butelka z 
powietrzem, długa rurka gumowa do igły i to wszystko. Doktor S. uważnie opukał właściwe pole 
nakłucia,   po   czym   wprawnym,   szybkim   ruchem   wbił   igłę   między   żebra.   W   tymże   samym 
momencie stopy pacjenta jakoś dziwnie wierzgnęły, a gałki oczne przewróciły kozła.
— Co się stało? — spytał doktor S. podnosząc głowę.
— Pacjent kona! — zawołała najbliżej stojąca koleżanka, chwytając chłopaka za puls.
— Szybciej strofantynę... kamforę! — wołał doktor S., odsuwając nogą stojak z powietrzem.
Powstał rejwach. Każdy chciał w czymś dopomóc. Biegamy jak zwariowani. Ktoś stosuje sztuczne 
oddychanie.   Po co?  Niepotrzebne.   Rzecz  wiadoma.   Embolia.   Tętnica  zassała  powietrze   z  igły. 
Wypadek nadzwyczaj rzadki. Jeden na milion, ale bywa i właśnie musiał się zdarzyć biednemu 
doktorowi   S.,   właśnie   jemu,   najpoczciwszemu   pod   słońcem,   najlepszemu,   najdelikatniejszemu 
człowiekowi.
Nic tu nie pomoże. Człowiek umarł. Tak łatwo się umiera. Wszak wiele ludzi chciałoby mieć 
embolię. Lekka, szybka, wspaniała śmierć.
Doktor S. odchodzi od przytomności. Chwytając się za głowę, biega z kąta w kąt. Jakże to być 
mogło? Jakże się to stało? Setek odm już dokonał i nigdy, nigdy czegoś podobnego! Od dziecka 
tego chłopca leczył. Jedynak u matki. Bieda w domu. W nim cała nadzieja. Co on teraz powie 
matce? Co jej powie?
Odprowadziliśmy doktora S. do domu. Szliśmy milczącą gromadą. Co tu gadać w takim wypadku? 
Czeka nieprzespana noc. Jutro będzie miał rozmowę z matką. Przyjdzie odebrać zwłoki. Jak to się 
lekko mówi: „odebrać zwłoki”. Swoją drogą życie ludzkie kryje w sobie mnóstwo nieubłaganych 
okrucieństw.
Matka przyszła. Tak jak spodziewaliśmy się, czekała już na nas w szpitalnym korytarzu.
— Ja do niej nie wyjdę. Nie mam odwagi — szeptał doktor S., wyłamując sobie palce. — Może 
któryś z kolegów pójdzie ze mną?
Idę więc z doktorem. Babina, typowa warszawska mieszczka, siedzi boczkiem w fotelu. Ręce ma 
złożone, a głowę smutno zwieszoną. Wstała na powitanie i wiele mówiącym gestem obtarła sobie 
chustką oczy i nos.
— No i cóż... — zaczął doktor, plącząc słowa. — Widzi pani, stało się. Niczyja wina...
— Wiem, wiem — przerwała babina głosem spokojnym i opanowanym. — Nasz ksiądz proboszcz 
wszystko wytłumaczył. Zamiast w płuca trafił pan doktor igłą w serce. Ksiądz mówił, że to bardzo 
trudno utrafić w płuca i że często tak bywa. Cóż robić.
— Nie, nie... — zaczął  doktor S., ale ja targnąłem go szybko  za połę. Czyż  warto wałkować 
niepojęty dla niej temat? Czyż warto robić wykład o embolii, kiedy nawet ksiądz proboszcz tego nie 
zrozumie? Niech będzie tak, jak ma być: igła w serce. Szkoda słów.
Posiedziała jeszcze chwilę, posiorbiła nosem, obtarła oczy. Nie ma lepszego lekarza nad przymus. 
Godzimy się łatwo z tym, co jest nieodwracalne. Godzimy się z bólem porodowym, godzimy się ze 
śmiercią. Przechodzimy nad tym do porządku dziennego. Bo tak być musi. Umysł prosty łatwiej 
połyka gorycz konieczności. Wiara w Boga rozwiązuje wiele problemów. Ksiądz proboszcz gasi 
płomienie rozpaczy. Więc zwłoki chłopca powędrowały z kostnicy do domu.
Wkrótce   pożegnałem   kochanego   doktora   S.,   przechodząc   na   chirurgiczny   staż   do   sławnego 
profesora   Radlińskiego.   Nie   było   tu   żenujących   cewnikowań   ani   obrzydliwego   badania   kału   i 
moczu, robota znacznie żywsza i ciekawsza.
— Czy kolega robił już kiedy punkcję dolędźwiową? — spytał mnie któregoś dnia docent. Serce mi 
załopotało w najwyższym niepokoju. A więc muszę zdobyć się na nową próbę:
— Nie, panie docencie, nie miałem jeszcze sposobności.
—   A   więc   doskonale,   oto   macie   pacjentkę,   której   trzeba   pobrać   płyn   mózgowo-rdzeniowy, 
przygotujcie się do zabiegu.

background image

Rzuciłem na nią okiem. Siedziała w poprzek łóżka, przygięta przepisowo do przodu. Plecy miała 
obnażone z brązowym plackiem jodyny pośrodku. Było to właśnie pole operacyjne, w granicach 
którego należało kłuć.
Za chwilę, trzymając igłę, nisko pochylony, przywarowałem nad tym polem, niby sprinter sportowy 
na startowym dołku.
Miałem szaloną tremę. Nie znoszę kibiców, tymczasem zebrało się ich dokoła co niemiara. Czułem 
na sobie wzrok, hipnotyzował mnie  i podniecał.  Dłonie mi  dygotały.  Im bardziej chciałem się 
opanować, tym więcej drżały.
Zbliżyłem igłę do skóry pacjentki. Teoretycznie znałem ruch, jaki mnie czekał. Wiedziałem, że 
muszę wbić prostopadle, nieco ku środkowi i w górę, aż do oporu. Później przełamać ten opór 
dociskając igłę... Wiedziałem, że to jest wierutne głupstwo, łatwizna, żaden zabieg, każdy kiep to 
potrafi.  A jednak... głupie dłonie drżały jak w febrze... pot wystąpił  na czoło... serce lazło do 
krtani...
—   Nie,   panie   docencie,   ja   tego   zastrzyku   dzisiaj   nie   zrobię,   może   jutro...   —   wybąkałem, 
czerwieniejąc na twarzy.
— Patałach z was, kolego! — rzekł, śmiejąc się jowialnie. — O, proszę tylko uważać, to się wbija 
tak   —   to   mówiąc,   zagłębił   igłę   w   ciało   pacjentki,   która   jednocześnie   z   tym   ruchem   opadła 
bezwładnie na ręce sanitariuszki.
— Co się stało? — spytał spokojnie docent, podnosząc głowę.
— Zdaje się, nie żyje — odpowiedziała siostra, biorąc chorą za puls.
Znowu rejwach, znowu bieganina, jak kiedyś, jak u doktora S. Wypadek podobny: embolia. Mam 
szczęście w nieszczęściu. Czyżby to było przeczucie?

Karetka   pogotowia   przywiozła   jakiegoś   zboczeńca-erotomana.   Widocznie   kolejarz   z   zawodu. 
Nakręcił  sobie na członek  kolejową mutrę,  taką największego kalibru. Oczywiście  członek  mu 
obrzękł  i mutra  została.  Nie  potrafił  jej  biedak  zdjąć.  Nikt z nas, lekarzy,  nie  oglądał  takiego 
dziwoląga: na tle żelaznej czarnej mutry szkarłatna główka męskiego żołędzia. Rozkwitły kwiat 
dzikiego erotyzmu. Profesor R. orzekł, że to „ślusarska robota”, chirurg nie ma tu nic do roboty. I 
rzeczywiście, sprowadzono zaraz ślusarza, ten rozłożył swoje narzędzia i krztusząc się ze śmiechu, 
zaczął rubasznie piłować mutrę. Znieczulony dolędźwiowo pacjent obojętnym okiem obserwował 
robotę, a my raz po raz wyłapywaliśmy na korytarzu co młodsze koleżanki, aby przyjrzały się tej 
operacji.
Na   którymś   z   wykładów   stomatologii,   jeszcze   podczas   uniwersyteckich   studiów,   profesor 
demonstrował   montowanie   złamanej   żuchwy.   Pamiętam   ten   wykład   doskonale.   Z   wielkim 
zainteresowaniem śledziłem ruchy profesorskich palców, podając drut lub ligninę. Mistrzowskim 
ściegiem   wiązał   profesor   tym   drucikiem   poszczególne   zęby,   aż   w   końcu,   zwracając   się   do 
audytorium, rzekł:
— Teraz pacjent może odejść i za dwa tygodnie szczęka się zrośnie.
— Panie profesorze! — spytałem (pamiętam to pytanie doskonale). — Panie profesorze, co on 
może w tym czasie jeść?
— Jak to co? — zdziwił się profesor. — Wszystko. Jeżeli związane legę artis, to i orzechy może 
nawet gryźć.
Dlaczego o tym mówię? Bo właśnie przyszła do nas na Elektoralną pacjentka ze złamaną żuchwą.
— Tu chirurgia ogólna, nie stomatologia! — zawołał profesor, ale po chwili odwrócił głowę w 
naszą stronę i spytał: — Może któryś z kolegów tej operacji się podejmie?
Mój   uniwersytecki   wykład   stanął   mi   w   oczach.   Ujrzałem   przed   sobą   druciki   wiążące   ze   sobą 
poszczególne zęby. Czemu nie spróbować? Na pewno dam sobie radę. Podjąłem się więc operacji.
Pacjentkę miałem cierpliwą i sympatyczną. Dwie bite godziny wysiedziała niby trusia bez jęków i 
bez narzekania, a ja wiązałem jej zęby, naśladując ściśle swój uniwersytecki pierwowzór. Kiedy 
robotę ukończyłem, profesora Radlińskiego już nie było, nie mogłem więc pokazać swej pracy, a 
naprawdę byłem dumny.
— Co mam teraz jeść i jak? — spytała pacjentka na odchodnym.

background image

— Zwyczajnie — odrzekłem. — Co zawsze. Nazajutrz nie byłem w szpitalu. Zadzwonił do mnie do 
domu docent K.
— Panie kolego, z całego serca gratuluję. Powiadam wam, co za sensacja. Zjawiła się tutaj ta wasza 
wczorajsza pacjentka ze złamaną szczęką. Profesor oglądał i nie mógł wyjść z podziwu. Wszystkim 
pokazywał i chwalił. Sukces niebywały. Wspaniała robota.
Popędziłem więc do szpitala, aby usłyszeć pochwały bezpośrednio z ust profesora. Byłem dumny. 
Radość rozpierała  mi  pierś. Skakałem  po trzy schodki. Wpadam na korytarz  aż  tu... siedzi  na 
krzesełku moja pacjentka. Ma smutnie zwieszoną głowę. Podtrzymując szczękę coś mi tłumaczy. Z 
tego bełkotu zrozumiałem z trudem, że ugryzła skórkę od chleba, no i szczęka się na nowo roz-
padła.   Cóż   teraz   robić?   Nie   ma   innej   rady.   Chora   poszła   na   oddział   stomatologiczny,   aby 
zreperować moją partacką robotę.
Dziś   wiem.   Robota   rzeczywiście   była   zrobiona   legę   artis,   tylko   to   jedzenie!   —   jakże   można 
pozwalać na normalny zgryz! To był właśnie wielki błąd, nie mój, tylko mego profesora, jakaś 
lekkomyślna   przechwałka.   Zmontowana   szczęka   winna   być   zabandażowana,   a   karmienie   musi 
odbywać się bokiem przez rurkę.
Na chirurgię od dłuższego czasu uczęszczały młode adeptki kursu dla sióstr szpitalnych. Już nie 
pamiętam, jaka była moja w tym rola i przy jakich okolicznościach poznałem Hankę. Wiem tylko, 
że   była   to   wspaniała,   jasna   dziewczyna,   zbudowana   niczym   kariatyda.   Właściwie   nic   nas   nie 
łączyło bliżej, ot, jakaś nieokreślona bliżej młodzieńcza „mięta”. Gdzieś na jakichś salach czy też 
korytarzach całowaliśmy się, gdzieś przy jakimś kawiarnianym stoliczku szeptaliśmy sobie słowa 
miłości   i   nic   więcej,   słowo   honoru   —   nic   więcej,   nawet   mego   kawalerskiego   pokoiku   nie 
odwiedziła ani razu. I oto nastąpił jej wyjazd. O godzinie dwunastej i pół w nocy odchodził pociąg. 
Odjeżdżała gdzieś w Kieleckie, na wieś, na zawsze. Powiedziała, że przyjdzie do mnie, że spędzi-
my   ostatnie   cztery   godziny   razem.   Będzie   to   szaleńcze,   upojne   pożegnanie.   Kupiłem   ciastka, 
zrobiłem piękne kanapki z szynką.  Kupiłem parę butelek wina i... czekałem.  Nie wątpiłem, że 
przyjdzie. Nasz romans był naprawdę ładny, świeży i nieskalany, bez konkretnych planów, bez 
materialistycznych kalkulacji, taki typowo młodzieńczy, nabrzmiały pożądaniem, rozgrzany namię-
tnością niedocałowanych jeszcze warg.
Miała przyjść o wpół do ósmej wieczorem. Niestety, minęła już ta godzina. Może mój zegarek 
nawala? Pukam do gospodyni i sprawdzam czas. To być nie może. Nie mieści mi się w głowie, 
żeby ona zechciała okradać lekkomyślnie i tak zbyt krótki czas naszej randki. Wszakże pociąg nie 
czeka. Każda minuta opóźnienia skraca pieszczoty.
Jest już kwadrans do ósmej. Lada szmer na schodach wprawia moje serce w zawrotną galopadę. 
Chyba nigdy w życiu nikogo tak żarliwie, tak wariacko nie czekałem. Ta dziewczyna rozdrażniła 
mnie do szału, ale czym? Właśnie niczym. Zapowiedzią bez słów.
Gdzieś za oknem zegar wybił ósmą, a jej nie ma. Pół godziny spóźnienia. Ach, więc tak!... Więc 
byle jaki inny pretekst, inna jakaś racja może być dla niej ważniejsza od tej ostatniej serdecznej 
randki? Więc ja tak mało dla niej znaczę?
Chorobliwa męska ambicja szeptała syczące absurdy, a zdrowy rozsądek uspokajał perswazją logiki 
i zaufania.
Jeszcze   chwila,   jeszcze   momencik,   poczekaj,   a   na   pewno   nadejdzie.   Coś   ją   zatrzymało,   jakaś 
nieprzewidziana przeszkoda...
Godzina wpół do dziewiątej. Nie! Tego już za wiele! Niech wie, że mam ambicję. Niech wie, że 
deptać jej nie wolno! Niech sama teraz za to cierpi! Niech płacze!... Wiem, że płakać będzie na 
pewno.
Napisałem kartkę. Już nie pamiętam, co pisałem. Słowa nasiąkły goryczą i żalem. Słowa zachodziły 
mgłą upartych łez. Pisałem, że się nie zobaczymy, że wychodzę z domu na złość jej i sobie, na złość 
całemu światu. Niech ten przeklęty pociąg wywozi ją w świat...
Zatrzasnąłem   mocno   drzwi.   Zanurzyłem   się   bezwolnie   w   szum   ulicy   Marszałkowskiej.   Nogi 
odmawiały posłuszeństwa. Uginały się jak z waty.  Wiedziałem,  że ona zaraz przyjdzie...  musi 
przyjść!
Pamiętam.   Stoi   mi   do   dziś   w   oczach   olbrzymi   plakat   reklamowy:   film   „Maroko”   z   Marleną 

background image

Dietrich. Usiadłem w fotelu. Czułem się wypłukany, wyczerpany nerwowo, jakby niepotrzebny, 
wyrzucony za próg własnego domu. Szloch męskiej, urażonej dumy dusił mnie pod gardłem. I oto 
na   ekranie   kina,   gdzieś   na   pograniczu   Sahary  młody   oficer   legii   kolonialnej,   dotknięty   niepo-
rozumieniem, odjeżdża bez pożegnania, a jego dziewczyna pragnąc swój błąd naprawić biegnie za 
nim w pustynię. Widzi ślady wielbłądziej karawany, widzi z daleka migoczące w oddali proporce, 
ale nadążyć  nie może. Gubi pantofelki, biegnie dalej boso, zalewa się łzami. Pada i znowu się 
zrywa, ale na próżno...
Rzeczywiście... na próżno. Po co ja to zrobiłem? Po co zadałem dziewczynie taki ból? Po co się 
sam jak idiota dręczę?
Zerwałem się z kinowego krzesła, przebiłem się poprzez kolana siedzących widzów i jak szalony 
wpadłem do swego pokoju.
Na stole leżała karteczka: . „Drogi, jedyny, niezapomniany...
Koleżanki   zatrzymały   mnie   na   pożegnalnym   przyjęciu,   nie   potrafiłam   wyrwać   się   na   czas. 
Niedobry. Gdybyś  wiedział, gdybyś  czuł mój ból w tej chwili. I po co?... Twoja na zawsze — 
Hanka”.
I rzeczywiście. „Na zawsze”. Nigdy tej dziewczyny więcej nie spotkałem.
Młodzieńcze „tragedie” bywają głupio pogmatwane.

Świeżo upieczony

Działo się to jeszcze wówczas, kiedy płonąłem dziewiczym rumieńcem na widok obnażonych piersi 
młodej pacjentki. Zresztą te profesjonalne rumieńce zależne są całkowicie od metod obnażania się. 
Jeżeli pacjentka nie ma tendencji uwodzicielskich, jej ciało automatycznie staje się przedmiotem 
naukowych badań i nie nasuwa żadnych dodatkowych reminiscencji. Ale nie każda pacjentka życzy 
sobie tego. Niektóre kokietki wyraźnie nie doceniają zawodowej solidności lekarza i wolą widzieć 
w nim przede wszystkim mężczyznę — a może nawet tylko... mężczyznę. W takim wypadku trudna 
rada. Fluid wzajemności  rozsadza wszelkie moralizatorsko-prawne zapory.  Tak właśnie bywało 
dość często na tej mojej pierwszej lekarskiej placówce.
Mój Boże! Pierwsza samodzielna lekarska posada.
Ogromny   gabinet.   Biurko   jak   u   dygnitarza.   Ceratowa   sofka   do   badania   chorych.   Tablica   dla 
kontroli wzroku. Oszklona szafka z instrumentami. Jednym słowem wszystko, czego potrzebuje 
lekarz-praktyk w ambulatorium. Wszystko, co mu nadaje efekt i powagę.
Ale nie ten gabinet mnie wtedy przeraził, tylko kancelaria, przez którą przepuszczano zgłaszających 
się pacjentów. Siedział w niej przedziwny typ satyra, z przekrzywioną głową i wzrokiem żbika. 
Świdrował oczami na wylot, a pierwszym jego codziennym pacjentem byłem właśnie ja.
— Pan doktor, znaczy się, będzie u nas pracował? — spytał podejrzliwie pierwszego dnia i dziwnie 
jakoś wzruszył ramionami.
— Ano tak — stwierdziłem nieśmiało, tracąc nagle cały rezon.
— Nu, to proszę sprawić sobie odpowiedni fartuch, bo na ten wzrost nasze koszulki nie wlezą.
Rzeczywiście, przymierzyłem kilka wiszących na ścianie urzędowych fartuchów, wszystkie rękawy 
sięgały mi do łokcia.
— Doktor, uważa pan, za przeproszeństwem musi wyglądać honorowo, a w takim kusym fartuchu 
to już wcale obojętnie. Lepiej niech pan doktor idzie do domu i sprawi sobie te fartuchy, a ja już 
jakoś tych pacjentów załatwię, żeby na jutro przyszli.
Tak też się stało. Zameldowałem się u mego satyra nazajutrz rano. Zlustrował mnie krytycznym, ale 
życzliwym okiem i rzekł:
— Tak, to co innego, teraz pokazać się możesz. Nikt śmiać się nie będzie.
Wchodząc do gabinetu mijałem poczekalnię; uderzyło mnie dziwne zjawisko. Wszystkie krzesła 
pozajmowały młode, zdrowo i pięknie wyglądające kobiety. Mężczyzn zaledwie kilku.

background image

Usiadłem   przy   biurku,   przybrałem   poważną   minę   i   głosem   jak   można   najbardziej   basowym 
krzyknąłem w stronę drzwi:
— Prosić!
Drobnym,   kokietliwym   truchtem   wbiegła   ruda,   nieco   zbyt   zaokrąglona   w   kształtach, 
trzydziestoparoletnia   kobietka   i   zanim   zdążyłem   otworzyć   usta   i   zadać   pytanie,   szybkim, 
wprawnym ruchem zrzuciła bluzkę, następnie biustonosz i usiadłszy na obrotowym krzesełku, za-
darła w uśmiechu zaróżowioną buzię.
Pokrywając zmieszanie, godnym krokiem zbliżyłem się do delikwentki.
— Co pani dolega? — spytałem jak najpoważniej.
— Pan doktorek sam zobaczy... — skrzywiła się przekornie.
Unikając dotknięcia zbyt obfitych piersi, położyłem stetoskop u dołu, a potem na boku i znowu... u 
dołu.
— Nie,  nie! — zawołała  wesoło. — To  tutaj! — I podnosząc sutkę  wskazała  ukryte  pod nią 
miejsce. — Tutaj mnie kłuje, gdy kaszlę.
Wykorzystując podniesienie sutki, szybkim ruchem przykładam tam słuchawkę, ale zwolniona pierś 
jeszcze   szybciej   kładzie   mi   się   na   policzku,   a   wyraźnie   kokietliwa   niewiasta   jeszcze   mocniej 
przyciska ją do mego policzka.
— No i co pan doktorek słyszy?
— Przyznam się pani, że nic a nic. Uważam panią za całkowicie zdrową i dziwi mnie nawet pani 
wizyta u mnie — odpowiedziałem dość chłodno i obojętnie, chociaż krew pulsowała w gorących 
skroniach.
— Ano! — westchnęła ciężko. — W takim razie trudno. Adieu! — i dopinając bluzkę, jakby 
urażona wyszła z gabinetu.
Ledwie się drzwi zamknęły, już weszła nowa pacjentka, tym razem naprawdę śliczna i młodziutka 
blondyneczka. Nie zdążyłem wstać z krzesła, jak już do połowy obnażona leżała na sofce. Tym 
razem,   biję   się   w   skruszoną   pierś,   nie   przykładałem   słuchawki   na   gumowych   rurkach,   tylko 
chwyciłem pośpiesznie zwykły drewniany stetoskop, a że ze wzruszenia mało słyszałem szmerów, 
więc bezpośrednio przyłożyłem ucho do jej kształtnych piersi. Dalibóg i tym razem usłyszałem 
mało. Nasze serca — jej i moje — tłukły wesołego galopada, a ja coraz śmielej wędrowałem uchem 
po   aksamitnej,   przytulnej   powierzchni.   Z   całą   pewnością   przerwałbym   tę   bezczelną   nieco 
wędrówkę, gdybym wyczuł ze strony pacjentki najmniejszy chociaż protest. Ale wręcz przeciwnie, 
jej rozkoszne drżenie i kocie, pieszczotliwie dyskretne ruchy przyprawiały mnie o zawrót głowy. 
Niedwuznacznie przy tym podstawiała mi to jedną, to znów drugą pierś, jakby się w nich właśnie 
mieściły płuca.
— No! — przemówiłem wibrującym głosem. — Ma pani lekki szmer nad lewym płatem górnym, 
co świadczyć może o procesie gruźliczym, radzę pani udać się do rentgena.
— Ależ, panie doktorze, jestem gruźliczką i leczę się od niemowlęctwa — uśmiechnęła się smutno.
— Hm... — chrząknąłem znacząco, ratując sytuację — właśnie dlatego mówiłem pani o potrzebie 
zdjęcia.
— Ależ ja nie na leczenie tu przychodzę, tylko po tę przepustkę...
— Jaką przepustkę? — zdziwiłem się.
—  Czyżby   pan  doktor nie  wiedział?   Wszystkie   panie,  co  tam  za  drzwiami   siedzą,  czekają  na 
zaświadczenie   z   lekarskiej   wizyty.   Uważa   pan,   bez   takiego   zaświadczenia   nie   ma   kolejowego 
biletu. My wszystkie, żony i córki kolejarzy, mieszkamy na Kolonii Kolejowej, kilka przystanków 
za miastem. Mamy trzy tylko przejazdy powrotne na miesiąc, a tego nie wystarcza. Więc... rozumie 
pan doktor... Musimy się tu pokazać, a potem to już cały dzień wygrany!...
— Więc wszystkie te panie w poczekalni są zdrowe i przyjechały robić zakupy w mieście?...
— Czy wszystkie są zdrowe, tego nie wiem, ale chyba większość — odrzekła śmiejąc się.
— Żegnam panią i dziękuję za szczerość — powiedziałem dość chłodno, wstając z ruchomego 
krzesełka.
—   Następna!   —   zawołałem   w   stronę   drzwi.   —   Może   się   pani   nie   rozbierać!   —   rzuciłem 
pośpiesznie do nowej wchodzącej niewiasty.

background image

Starsza, bardzo wytworna i nobliwa pani zrobiła wielkie i zdziwione oczy.
— Ależ ja się nie myślę rozbierać, panie doktorze. Przychodzę tu w sprawie mego synka, który leży 
w domu...
—   Przepraszam...   bardzo   przepraszam...   —   plątałem   się   jak   głupi   żak.   —   Sądziłem,   że   pani 
potrzebuje badania...
Tego dnia byłem zły i obojętny na wdzięki niewieście. Po prostu czułem się wystrychnięty na 
dudka. Kiedy po zakończeniu pracy opuszczałem ambulans, mój kancelista-satyr, przekrzywiając 
ironicznie głowę, mrugnął filuternie i rzekł:
— Widzi mi się, że pan doktor kobiet nie lubi, ale kobitki to pana doktora lubią...
— Nie na głupiego trafiły — mruknąłem — a przepustek dawać nie myślę!
— Nu i cóż z tego? Krew sobie i innym napsujesz. Naród rozezłujesz. Zaczną skargi na nas pisać i 
nie wybronim się. A co komu szkodzi, że one w mieście trochi się pobawion?
Może i racja. Co komu szkodzi? Dałem spokój. Machnąłem ręką. Niech jeżdżą, byle z umiarem.
W tym samym też czasie rozpoczęły się prywatne wizyty po domach. Po dwie, trzy dziennie. Nie 
pamiętam ich przebiegu. Jakoś tam dawałem radę. Nikogo nie przytrułem, ale czy pomogłem? Czy 
uleczyłem? Bóg to raczy wiedzieć. Jedna tylko wizyta szczególnie wbiła mi się w pamięć. Drzwi 
otworzył niski, korpulentny, pięćdziesięcioletni mężczyzna. Na jego wypuczonym brzuszku wisiał 
gruby złoty łańcuch od zegarka, a kilka sutych podbródków świadczyło o dobrym samopoczuciu.
—   Moje   szanowanie   panu   doktorowi,   moje   szanowanie   —   wykrzykiwał,   szurgając   typowo 
nóżkami, zaprawiony widocznie w swoim służalczym stosunku do całego świata. — Proszę, proszę, 
do środeczka.
W salonie czekała już na mnie jeszcze grubsza i daleko okazalsza jegomościna.
— Kto z państwa niedomaga? — spytałem wodząc oczyma.
— To ja, to ja, panie doktorze — westchnęła ciężko gruba niewiasta, opadając, jakby na dowód 
prawdy,   w   fotel.   —   A   było   to   tak   —   zaczęła.   —   Wczoraj   wieczorem,   o   godzinie   dziewiątej 
czterdzieści pięć...
— O dziewiątej trzydzieści i pięć, dla dokładności — wtrącił mężulek.
— Niech i tak będzie — zgodziła się. — Otóż o dziewiątej trzydzieści pięć poczułam nagle, o tutaj 
— podniesienie bluzki — ukłucie...
— Nie ukłucie, tylko pieczenie — przerwał małżonek. — Tak mi wyraźnie mówiłaś.
— Może pieczenie, nie pamiętam dokładnie. W piętnaście minut później...
— Nie w piętnaście, tylko w siedem, doskonale pamiętam, bom spojrzał akurat na zegarek... — 
przerwał znowu grubas.
— Jeśliś taki mądry i wszystko wiesz — oburzyła się — to powiedz, co mi wtedy było?
— Dostałaś czkawki — powiedział poważnie małżonek, pochylając z szacunkiem głowę.
— Tak, panie doktorze, właśnie tak... dostałam czkawki, która trwała chyba z kwadrans...
— Gdzieżby kwadrans!... — zaprotestował małżonek. Czkała mi całe pół godziny.
— Po tej czkawce — kontynuowała jejmość boleściwym  głosem — zrobiło mi się słabo i pot 
wystąpił na skronie...
— Pozwolisz, kotku, że dalej już ja będę panu doktorowi mówił, a ty odpoczniesz. Ja lepiej to 
wszystko  zapamiętałem.  Otóż, panie  doktorze,  punktualnie  o godzinie 10.33 poczuła  parcie  na 
stolec i wypróżniła się...
— Stołeczek był wolny — wtrąciła z jękiem pacjentka.
— No nie tak znowu bardzo wolny — poprawił małżonek — bywa gorzej, panie doktorze, bywa 
gorzej... Sądziliśmy, że wszystko przejdzie, ale gdzież tam. Przetrzymała do kolacji. Zjadła kaszki 
manny z jajeczkiem na miękko i bułeczką z masłem.
— Tyci... tyci! Co kot napłakał — wtrąciła chora z fotela.
—   Wcale   nie   takie   „tyci-tyci”,   ale   całą   bułkę.   Zapomniałem   nawet   dodać,   że   i   szyneczki 
popróbowała...
— Może płatek, nie więcej... — jęknęła.
— A i sera też kilka kawałków... no i o godzinie jedenastej minut sześć dostała wymiotów.
— I odtąd kłuje mnie pod prawym żebrem — rzekła pacjentka, znowu zadzierając wysoko bluzkę. 

background image

— Ot, tutaj, dokładnie tutaj.
— Pokazywałaś mi trochę więcej w prawo — korygował małżonek.
— Zmierzyliśmy gorączkę. Rano było 37. Równe 37, a zwykle bywa 36 i 8, więc zdecydowaliśmy 
się wezwać pana doktora, bo to nic nie wiadomo. Lepiej chorobę łapać zawczasu.
— Zapomniałeś powiedzieć panu doktorowi, że przy wymiotach przełknęłam plasterek cytryny...
— Ach! Rzeczywiście! — chwycił się za głowę. — Zapomniałem na śmierć. Ale wydaje mi się, że 
nie   przełknęłaś,   kochanie,   a   tylko   wysmoktałaś   go   i   wyplułaś.   Ja   dobrze   uważałem.   Bo   to, 
wiadomo, panie doktorze, skórka od cytryny jak ta łupinka od pomidora potrafi uczepić się ścianek 
jelita i ślepa kiszka gotowa. Mój dziadek umarł od tego.
— Co mi jest? — jęknęła z fotela.
Już nie pamiętam swojej diagnozy. Wiem tylko, że wybiegłem na ulicę odurzony obrazem nowego 
świata, nowych ludzi, o istnieniu których nie wiedziałem, nie wyobrażałem sobie. Wziąłem oto na 
barki ciężar lekarskiej dyplomacji, cierpliwość wyrozumienia dla życiowej komedii.
Później, znacznie później, podobnych wizyt bywało więcej. Stały się one chlebem powszednim. A 
czegóż to się dla chleba nie robi!

Atmosfera szpitala

Nie znoszę szpitalnej atmosfery cierpienia i smrodu.
Nie znam idealnej lecznicy bez zapachów, balansują one pomiędzy siarkowodorem a eterem. Im 
bliżej tego ostatniego, tym lepszy jest szpital. Lecznica, o której będzie mowa, należała do tych 
właśnie lepszych i bogatszych, opierała bowiem swój byt na państwowej dotacji, ale gmach jej 
pamiętał  chyba   jeszcze  czasy  rosyjskich   carów,  dlatego   nie  był   w  stanie  uwzględnić  ostatnich 
sanitarnych   wymogów.   Co   prawda,   grube   mury   gwarantowały   chorym   ciepło,   sufity   były 
dostatecznie wysokie, a okna ogromne; cóż stąd, kiedy system otwierania ich nasuwał mimo woli 
skojarzenie z obywatelskim dworkiem, gdzie się otwierało okienne podwoje na kwietny ogródek, 
skąd właśnie roznegliżowana Zosia wbiegała po desce w ramiona zapłonionego Tadeusza.
Tutaj przed wysokim parterem szpitala żadnych kwiatów nie było. Na zimę okna się watowało. 
Sytuację wówczas ratował tak zwany „lufcik”, jeden jedyny na wielką salę. Była to już raczej 
symboliczna wentylacja przed zaduchem nie ratowała.
Oczywiście   zapachy   szpitala   zależały   przede   wszystkim   od   rodzaju   pacjentów.   Jeden   taki   ze 
zgangrenowanym   ropniem   wystarczył   do   umilenia   życia   całej   reszty   nieszczęsnych 
współtowarzyszy.

Sale   były,   jako   się   rzekło,   ogromne,   kilkunastołóżko

we,   z   wyjątkiem   oczywiście   tych   paru 

protekcyjnych   separatek,   no   i   jednej   „śmiertelnej”,   czyli   bocznicy,   na   którą   odstawia   się 
kandydatów do wędrówki na tamten świat.
Byłem   wówczas   bardzo   młody,   zrzuciłem   dopiero   obrożę   obowiązujących   studiów,   obejmując 
pierwszą w życiu płatną posadę. Pełniłem funkcję lekarza dyżurnego, jedną noc ja, a drugą noc mój 
przyjaciel, ogromnie równy chłopak, doktor S. S. Personel szpitalny mieliśmy doskonały, a stosunki 
z siostrami rodzinne, tak że od tej strony żadnych kłopotów nie należało się spodziewać. Noce 
upływały spokojnie i nikt bez potrzeby nie budził. Poczciwe siostrzyczki radziły w swoim zakresie, 
chyba że... karetka pogotowia z jakimś ciężkim krwawieniem. Dzienna praca dyżurnego wyglądała 
szablonowo i nieciekawie, mówiąc szczerze, wcale jej nie było. Ot, zwykłe takie obtłukiwanie się w 
oczekiwaniu na godzinę trzynastą, która wówczas jeszcze nazywała się godziną pierwszą. Wtedy, 
wydając ostatnie zlecenia i dopinając ostatnie guziki palta, odchodzili nasi ordynatorzy. Oni to byli 
alfą i omegą szpitala, oni tu rzeczywiście pracowali, stawiając diagnozę i lecząc pacjentów, prace 
zaś dodatkowe, pomocnicze, jak cewnikowanie, badanie laboratoryjne, płukanie żołądka i temu 
podobne wykonywali bardzo chętnie rozmaici praktykanci, cóż więc zostawało dla nas, biednych 
lekarzy dyżurnych? Mój Staszek gorliwie się garnął do chirurgii i asystował przy każdej operacji. Ja 
tego hobby nie miałem. Stawałem się więc posłusznym cieniem lekarzy specjalistów, kroczących 

background image

na czele uroczystej procesji białych fartuchów, tak zwanego „obchodu”. Obchód polega na tym, że 
pierwszych trzech coś widzi i coś bada, a reszta kiwa głowami. Na szczęście wzrost mój dozwalał 
czasami wyjątkowo coś więcej dojrzeć.
Specjalistów  było  pięciu:  dwóch internistów,  jeden chirurg, jeden ginekolog  (położnik)  i jeden 
wenerolog.   Interniści   to   ciasna   spółka   starych,   przedemerytalnych   przyjaciół.   Ciągnęli   swój 
zawodowo-rzemieślniczy wóz uczciwie i pedantycznie, bez szczególnych wzlotów i upadków, bez 
intryg i chorych ambicji. Jednym słowem stanowili obaj typ obywatela poczciwego, dlatego pod ich 
zwierzchnictwem w pracy lekarza dyżurnego nie mogło być żadnych nieprzyjemnych zgrzytów.
Specjalizacja   zazwyczaj   wyciska   piętno   na   człowieku,   wytwarzając   specyficzne   typy   jak 
psychicznie,   tak   i   fizycznie.   Najlepszym   chyba   przykładem   tego   mogą   być   prowincjonalni 
proboszczowie   ze   zdawkowym   uśmiechem   dobrotliwej   litości,   zastygłym   na   wargach   i   na 
podbródkach. W świecie lekarskim chirurg jest chudy, nerwowy pediatra — zniewieściały tatuś, 
ginekolog — wychuchany laluś, okulista — nudny pedant, a wenerolog — czerstwy, rubaszny byk. 
Oczywiście,   bywają   wyjątki.   Rozumuję   tu   bardzo   ogólnikowo.   Z   pewnością   jednak   doktor   D. 
wyjątku w moim szpitalu nie stanowił. Z niebiańskim samozadowoleniem, podkręcając co chwila 
na czerwono nalanych policzkach sumiastego wąsa, manifestacyjnie poklepywał siostry po tyłkach, 
a rubasznie i głośno się śmiał. Jako lekarz dyżurny mało z nim miałem do czynienia, wenerycy 
bowiem   stanowili   element   ambulatoryjny.   Na   szpitalne   sale   trafiali   bardzo   rzadko.   Doktor   D. 
pozostał w pamięci mojej jako czarodziej. Wcale nie żartuję i powtarzam świadomie: czarodziej. Po 
prostu zamawiał jęczmienie na oku i był sławny. Ta sława nie zamykała się bynajmniej w granicach 
naszego szpitala — gdzież tam! — z całego miasta pantoflową pocztą sprowadzano honorowych 
pacjentów, a doktor D. jeszcze głośniej z tego się śmiał, a swoje robił. Brał od chorego obrączkę 
ślubną, toczył nią trzykrotnie po powiece dokoła oka, pluł poprzez obrączkę
w przestrzeń, coś mruczał i wreszcie, dmuchnąwszy silnie, zaczynał się śmiać.
Wierzyć — nie wierzyć, a jęczmień ginął od razu. Już go nazajutrz nie było. Ufność w powodzenie 
zamawiania była powszechna i niezachwiana, być może ona to właśnie leczyła.
— Czy pan, doktorze, sam w to wierzy? — spytałem go któregoś dnia.
Zaśmiał się jowialnie i mrugnąwszy szelmowsko klepnął mnie po ramieniu.
— He, he, he... a cóż robić, skoro przychodzą i proszą. Zaszkodzić nie zaszkodzę, a powiadają, że 
pomaga...
— A skąd pan doktor tej sztuki się naumiał?
— Od matki, a ona od babki, to dziedziczne. A że siostry nie mam, więc mnie obrano spadkobiercą 
sekretu.
— Jaki jest sens tych słów, które pan szepcze?
— Widzicie go! — zaśmiał się znowu. — Za darmo chciałby do raju. Ze sławy mnie obedrzeć, z 
torbami  puścić. Widzicie,  kolego — nagle doktor D. spoważniał.  — Jestem związany słowem 
danym matce. Nie można nikomu tajemnicy tej objawić, bo się straci moc. Tak samo nie wolno 
wziąć zapłaty za okazaną pomoc. To żaden interes — zakończył wesoło.
O naszym  ginekologu  mało  mam  do powiedzenia.  Razem chodziliśmy  na uniwerek. On o rok 
wyżej,   ale   godnością   wypowiadanych   słów,   powagą   dygnitarskiego   kroku,   solidnością   i 
przykładaniem się do naukowej pracy prześcigał mnie o lat dziesięć. Poza tym śliczny, postawny 
chłopak,   koleżeński   i   uczynny.   Nikomu   nigdy   świństwa   nie   zrobił.   Po   ojcu   odziedziczył 
dyrektorstwo   szkoły   położnych   i   mimo   młodego   wieku   doskonale   dawał   sobie   z   tym   radę. 
Uczennice plackiem padały przed jego urodą, ale on, kto wie? Duże mieliśmy wątpliwości pod tym 
względem i, bijąc się w pierś, muszę przyznać się do szeptów na ten temat. Trwały one, dopóki 
nasz przystojny dyrektor się nie ożenił. Wtedy uwierzyliśmy, że jednak może. Jeszcze wówczas, 
kiedy ta akcja dyżurnego lekarza się toczyła, nasz doktorek był kawalerem do wzięcia. Rasowy, 
subtelnie delikatny, obnosił majestatycznie swój nikomu nie szkodzący snobizm. Wpatrzony we 
własny pomnikowy piedestał, odczytywał na nim tytuły, do jakich już doszedł i do których musi 
dojść.
Pod   jednym   względem   mamy   ze   Stachem   (to   ten   mój   współtowarzysz   od   nocnych   dyżurów) 
spokojne życie. W naszym szpitalu nasi obaj staruszkowie nie celebrują zbytnio obchodów. Nie ma 

background image

tu tej komedii, co w uniwersyteckiej klinice. Kto takiego profesorskiego obchodu nie widział, ten 
niech żałuje. Nie byle jakie rewiowe przedstawienie. Dygnitarz nauki drepcze szybkim krokiem i 
mrucząc coś do dyżurnej siostry, pobieżnie przegląda karty gorączkowe. Czasami puknie pacjenta 
od niechcenia w mostek lub pod łopatkę, a czasem nawet każe mu pokazać język. Ale tego nikt nie 
widzi, gdyż panuje gorączkowy tłok, każdy ze studentów i stażystów usiłuje pokazać swoją obecną 
twarz, ale oczywiście pokazać jej nie może. Wszyscy kiwają głowami na znak zgody z profesorem.
U nas, powtarzam, tej komedii nie ma. Po obchodzie specjaliści giną w swoich gabinetach, a chorzy 
wyłażą z łóżek na korytarze. Biada wówczas przebiegającym lekarzom.
— Moje uszanowanie panu doktorowi!
— Jak pan doktor świetnie dzisiaj wygląda!
— Pan doktor zawsze taki zajęty?
Pod żadnym  pozorem nie należy się zatrzymywać.  Pozdrawiaj, odpowiadaj uprzejmie, a nawet 
słodko, posyłaj całusy dzieciom, powiewaj przyjaźnie dłonią, ale koniec będzie z tobą, jeśli na 
chwilę przystaniesz.
Od lewej przysunie się od razu babcia:
— O! Doktorek widzi, już ruszam nogą...
A czemuż by miała nie ruszać? — myślę sobie. Usiłuję przypomnieć sobie ten przypadek. Ale nie 
pozwolą mi się namyślać, ktoś inny już się podsuwa:
— Mnie tu wciąż strzyka, panie doktorze, zwłaszcza gdy podnoszę nogę.
Od   czego   może   mu   tam   strzykać?   —   zastanawiam   się,   ale   na   szczęście   nie   mam   czasu   na 
odpowiedź, bo jakiś pulchny jegomość w prywatnym szlafroku wykrzykuje w moją stronę, wielce 
uradowany:
—   Nareszcie   miałem   stołeczek,   panie   doktorze!   Bardzo   przyjemnie,   bardzo   przyjemnie, 
potwierdzam,
ruszając naprzód. Ale czyjaś dłoń chwyta mnie za poły. , — Panie doktorku, chciałam zapytać, czy 
mogę już jeść jajko?
— Jajko? — powtórzyłem przeciągle, aby zyskać na czasie, gdyż nie pamiętam, czemu by ona nie 
miała jeść jajka?
— Bo, uważa pan doktor, te ciągłe kaszki już mi bokiem wyłażą, tak bym zjadła jajeczko.
— Ach tak! — przypomniałem sobie, zabrakło przecież w kuchni jajek. Po prostu nie dostarczono 
na czas. Trzeba umotywować jakoś to uchybienie.
— Jeszcze pani zaczeka, wątróbka, uważa pani... jutro, jutro, kochana.
Już ktoś inny zastąpił drogę. Już ktoś inny miał szczęśliwy stolec. Trzeba się mile uśmiechać i 
potakiwać, a przy tym „wszystko wiedzieć, o wszystkim pamiętać: kto, kiedy i dlaczego?
A oto mijam separatkę — nasz „czyściec”, leżą w niej dwaj nieuleczalnie chorzy. Jeden z nich 
Józef   —   przemiły,   zawsze   pogodny,   zawsze   cierpliwy.   Wita   mnie   niezmiennie   tym   samym 
okrzykiem: „Panie doktorze, już tylko 22 dni”.
Wczoraj było 23, a jutro tylko 21. Przed dwoma miesiącami mówił, że mu brakuje 81 i wówczas 
wyglądał jeszcze zupełnie czerstwo, miał zaróżowione policzki. Dziś rumieńce znikły. Zostały mu 
tylko  pałające,  głęboko osadzone oczy,  ale  układ warg, mimo  wychudzenia,  pozostał ten sam: 
życzliwy, dobrotliwy i łagodny.
Dwadzieścia dwa dni jeszcze do terminu przyznania mu emerytury. Jeżeli nie dotrwa i umrze przed 
tą datą, emerytury nie dostanie. Takie prawo, a prawo nie zna litości, jest suche i nieubłagane. Józef 
ma żonę i trzech chłopaków, więc zawziął się, że musi dla nich trwać aż do terminu. Obaj nasi 
ordynatorzy mocno powątpiewają, czy potrafi przeżyć aż dwadzieścia dwa dni, ale on o to wciąż 
prosi. Błaga o zastrzyki.
— Mój doktorku! — składa dłonie do modlitwy. — Nie dajcie mi zdechnąć przed czasem. Zróbcie, 
co w waszej mocy.
Wszyscy lubią Józefa i każdy by rad mu dopomóc, ale jak? Ja mu donoszę kawę z domu, to go 
podtrzymuje. Jest mi za nią bardzo wdzięczny. Kuchnia tego dać nie może. Siostra litościwym 
wzrokiem dodaje mu otuchy, ale jemu otuchy nie braknie, braknie mu płuc. Wypluwa je kawałkami 
z krwią. Coraz to ciężej łapie powietrze. Otwiera usta, niby ryba na piasku.

background image

— Panie doktorze... już tylko dwadzieścia dwa dni... Drugim pacjentem separatki jest Kazimierz. 
Takiż
wychudzony i wyblakły szkielet, ale w przeciwieństwie do Józefa jest zgryźliwym malkontentem. 
Nie   ufa   nikomu.   Wszystkie   winy   przypisuje   lekarzom   i   personelowi   szpitalnemu.   „Przyszedł 
zdrowy i tutaj tak go obrobili”. Uciekłby dawno, gdyby nie ta złamana noga. Kazimierz ma raka 
kości i nie wolno mu się ruszać w obawie, że znowu coś pęknie. Pielęgniarki obchodzą się z nim 
jak z jajkiem, ale on wciąż narzeka... Nikt Kazimierza nie lubi.
— Panie doktorze — szepnęła mi na ucho siostra — karetka przywiozła samobójczynię, proszę 
zobaczyć.
— Co za trucizna? — pytam idąc przez korytarz.
— Sublimat.
— Ojoj!... Co za idiotka, nie mogła wybrać lepszej...
— Do tego jeszcze siostra szpitalna, moja koleżanka.
Wchodzimy do ambulatorium. Już dyżurna płucze żołądek. Szklany zbiornik na trójnogu i serwetka 
zasłaniająca twarz samobójczyni.
— Niech siostra pędzi do kuchni po mleko, dużo mleka! — daję zlecenie.
W tym momencie długa, wąska dłoń ściąga serwetkę i spoza niej wyłaniają się ogromne, aksamitnie 
smutne, niebieskie oczy prześlicznej blondynki:
— Niech pan doktor się nie trudzi! — powiada spokojnie. — Wszakże to wszystko na nic. Pan sam 
rozumie, osiemnaście tabletek, końska dawka.
— Po co to było? Po co? — warknąłem wściekły.
— Tak trzeba — stwierdziła poważnie, biorąc mnie za rękę.
— Nie mogła pani wybrać lepszej trucizny, wszakże pani jest siostrą! Czy pani zdaje sobie sprawę 
z   tych   cierpień,   jakie   ją   czekają?   Niewydolność   nerek,   mocznica...   Czy   pani   się   nad   tym 
zastanowiła?
Wracałem   do   dyżurki   wytrącony   z   równowagi.   Byłem   zły   na   tę   dziewczynę.   Głupia.   I   taka... 
ładna...
— Pewnie zawiedziona miłość? — rzuciłem siostrze przez zęby.
— Gdzież tam! — odrzekła. — Ma kochającego męża.
— Więc może niedostatek... nędza?
— Nic podobnego. Niczego jej nie brakowało. Wszyscy ją pieścili. Rodzice porządni ludzie, ja ich 
znam. Ja panu mówię, doktorze, źle być rozpuszczonym. Za dobrze jej było. Ot, co! — zakończyła 
ze złością.
— Ale  z  tym sublimatem to się wybrała, jesteśmy bezsilni. Procesu nie da się zatrzymać. Musi 
umrzeć, i to w takich straszliwych męczarniach. Na to nie ma już żadnej rady. Żadnej rady — 
powtórzyłem, stając po środku korytarza z rozłożonymi ramionami. — Siostra nie rozumie, co się 
teraz we mnie dzieje. Być lekarzem i nie móc poradzić. Patrzeć bezsilnie, jak takie głupie, śliczne 
dziecko umiera...
No,   nareszcie   moi   szefowie   wyszli.   Jem   szpitalny   obiad.   Łykam   wiórowate   mięso   i   zapijam 
wodnistym rosołem. Nigdy mi ta lura nie smakowała, ale teraz nie mogła mi przeleźć przez gardło. 
Myślałem   o   dziewczynie.   Jątrzyła   mnie   troska   o   jutro.   Miałem   wyrzuty   sumienia.   Może   nie 
wykonałem   jakiejś   niezbędnej   czynności   ratowniczej?   Może   nie   znam   odpowiedniej   odtrutki? 
Może istnieje jakiś nowy środek?
Wyjmuję z podręcznej biblioteczki lekarskiej podręcznik za podręcznikiem, szukam, wertuję, ale 
nic nowego. Wszystko dla niej beznadziejne. Biorę gazetę. Staram się wygubić dręczącą myśl, ale 
ona niby uprzykrzone muchy nie daje mi spokoju. Wreszcie wstaję i automatycznym krokiem idę 
do tamtej sali. W rogu, tuż przy drzwiach leży ona. Niedaleko, pod ręką, aby łatwiej było przerzucić 
na separatkę śmierci.
— Wiedziałam, że pan doktor do mnie przyjdzie — szepnęła.
— Dlaczego miałem właśnie przyjść? Wprost przeciwnie, jestem wściekły na panią. Gdybym mógł, 
to bym panią bił...
— To czemu pan nie bije?

background image

—   Nie   czas   na   przekomarzanie   się.   Pani   jest   dużym   dzieckiem,   nieodpowiedzialnym,   właśnie 
może... zbyt mało bitym... No, bo proszę powiedzieć szczerze, po co to pani zrobiła?
— Bo mnie nic nie interesuje. Życie dla mnie nie ma żadnego sensu. Więc po co robić coś bez 
sensu?
— Pewnie obrała pani zły kierunek pracy. Może pani nie lubiła szpitalnictwa? Ja także tego nie 
lubię. Ale mogła pani przecież zająć się czymś innym, medycyną społeczną, a zresztą... mój Boże! 
— trzeba siebie przeanalizować, może ma pani ukryte jakieś talenty, z których rodzi się hobby: 
muzyka, malarstwo... Trzeba było siebie wypróbować...
— A po co?
Spytała tak naiwnie, tak zwyczajnie i prosto, wlepiając we mnie swoje naiwnie dziecięce oczy, 
które dopełniły jeszcze to pytanie.
Po co? A bo ja wiem? Rzeczywiście... po co? Przez chwilę wahałem się z odpowiedzią.
— Po to, by znaleźć zadowolenie z tego, co się robi. Praca musi być twórcza, a wówczas przynosi 
nam radość.
— Ja nigdy takiego uczucia nie zaznałam. Mnie nic a nic nie interesowało. Ja nikogo nie kochałam 
i   nie   kocham,   czy   pan   to   rozumie?   Jakże   można   żyć   bez   miłości,   zwłaszcza   gdy   zachodzi 
konieczność jej odwzajemniania. To okropne, być kochanym i nie móc odwzajemnić się. Czuć w 
sobie pustkę. Nie. Pan nie jest w stanie tego zrozumieć, bo pan jest normalnym człowiekiem.
Nagle chwyciła mnie za rękę i gorączkowym szeptem zaczęła prosić:
— Panie doktorze, mój drogi! Pan wygląda na dobrego i odważnego człowieka. Błagam pana o 
zastrzyk śmiertelnej dawki morfiny, abym nie dotrwała do tych straszliwych męczarni, jakie mnie 
czekają. Abym skończyła od razu. Pan wie przecież, że nie wyjdę stąd żywa. Osiemnaście tabletek 
sublimatu nie żarty. Błagam więc. Tylko jeden zastrzyk, nikt o tym nie będzie wiedział.
— Głupstwa pani mówi! — oburzyłem się, odwracając szybko głowę od tych oczu błagalnych, od 
tego sugestywnego, przeszywającego mnie spojrzenia. — Głupstwa pani mówi! — powtórzyłem, 
energicznie wstając. — Wszakże bywają wypadki... Może się panią odratuje...
— Ja tego nie chcę. Bóg panu przebaczy... — szepnęła cicho.
Odszedłem ze spuszczoną głową. Czy miałem oczekiwać na boskie wybaczenie? Zdawałem sobie 
sprawę   z   absolutnej   beznadziejności   tego   przypadku.   Ona   się   nie   odratuje.   Kwestia   tygodnia 
okrutnych męczarni.
— Panie doktorze, musimy już iść na wieczorny obchód — przypomniała dyżurna siostra.
— Ach tak... tak, musimy iść — powtórzyłem apatycznie, wstając z kozetki. I znowu łóżko za 
łóżkiem, twarz za twarzą. Rozpływają się na tle pościelowej bielizny w jeden szpitalny chaos, ten 
miał stolec, a tamten jeszcze nie miał. Tego strzyknęło pod łopatką, a tamtego w dołku. Każdy z 
nich jest przejęty stanem swojego zdrowia, kurczowo się trzyma życia, wlepia wzrok w lekarza, jak 
w wyrocznię lepszej przyszłości. Tylko ta dziewczyna, ta głupia, ta jedna tego nie chce. Odwracam 
od niej głowę, gdy mijam. Boję się spotkać te oczy. Wstydzę się i sam nie wiem dlaczego.
Godzina dziesiąta wieczór.
Szpital zalega cisza. Od czasu tylko do czasu przesunie korytarzem jakaś swoim nieszczęściem 
przygarbiona postać.
— No — rzekła dyżurna  siostra, stając we framudze  otwartych  drzwi lekarskiego gabinetu — 
chyba dziś będziemy mieli spokój. Proszę iść spać, ja pozałatwiam wszystkie kłopoty.
Zdejmuję buty, rozprasowuję pięknie spodnie na poręczy krzesła i kładę się na tapczanie. W tym 
momencie dolatuje do mych uszu obrzydliwy,  natrętny głos alarmowej trąbki pogotowia. Masz 
tobie, babo, placek! Już jakaś niespodzianka.
Mija kwadrans, otwierają się drzwi. Rubaszny głos siostry:
— Niestety. Wstawaj, doktorku, skrobać.
— Bardzo krwawi?
— Ciurkiem. Musimy śpieszyć.
Ano, cóż robić, nie ma rady. Opuszczam nogi z miłego tapczana.
Już sala przygotowana, instrumentarzystka czeka. Wkładam fartuch biały, na wierzch „rzeźniczy” 
— ten z czerwonej ceraty i zabieram się do sakramentalnego szorowania rąk. Robię to legę artis, jak 

background image

uczono, jak wbijano w studencki łeb: złożone dłonie pod kran, woda ma ściekać łokciami. Nie 
opuszczać szczotki, nie dotykać niczego. Steril!!!
Pacjentki twarz mnie nie obchodzi. Mam przed sobą pole operacyjne. Szeroko rozstawione uda 
wsparte   na   podpórkach.   Biorę   korncangiem   watę   i   zmywam   krocze.   ..Zakładam   wzierniki. 
Wchodzę kleszczami do wnętrza. Chwytam za szyjkę macicy i podciągam ją jak najbliżej ku sobie. 
Jest szeroko rozwarta, ziejąca i poszarpana.
—   Niepotrzebne   tu   hegary   —   rzucam   instrumentarzystce   —   proszę   od   razu   szeroką   łyżkę. 
Ostrożnym, okrężnym ruchem łyżki badam dno macicy. Łyżka nie chce posuwać się, zaskakuje za 
wystający płód. Zacina się.
— Proszę korncang — rzucam przez zęby.  — Biorę i zaciskam jego zęby na tkankach płodu. 
Obrotowym ruchem wyświdrowuję całą przyczepioną zawartość, pociągając ku sobie. Łatwo się 
odkleja i poddaje. W świetle szyjki macicznej  ukazuje się dziesięciocentymetrowy niemowlęcy 
tułowik bez głowy. Wygląda jak tubka z gofrowanego, czerwonego kartonu. Te fałdy to żebra. 
Sprawdzam łyżką jeszcze raz. Główki i kończyn brakuje. Widocznie jakiś partacz grzebał się tu 
przede mną i poobrywał gwałtem, co się dało, a tułów został.
— Zakażenie pewne — mówię do siostry. — Przypadek brudny.
W tej chwili pacjentka z cicha jęknęła.
— Tak, tak, teraz pani pojękuje — rzuciłem z irytacją. — A niech pani powie szczerze, kto już tu 
przedtem panią ratował, kto zaglądał przede mną?
— Nikt, panie doktorze. Słowo daję nikt!
— Ja nie jestem policjantem, a wiedzieć muszę, dla pani własnego dobra, ile czasu upłynęło od tego 
grzebania się.
— Gdzież bym pozwoliła, panie doktorze — zaprotestowała energicznie. — Tylko przed trzema 
dniami jedna taka baba tam zaglądała, ale nic nie robiła, broń Boże! Tylko zaglądała...
— Właśnie, właśnie — potwierdziłem — i zaglądając oberwała główkę. Silny musiała mieć wzrok.
— Ojej, panie doktorze, strasznie boli!
— Już niedługo koniec. Jeszcze tylko chwileczkę. Znowu ostrzem łyżki posuwam się wzdłuż dna 
macicy.
Sprawdzam, oczyszczam resztki przyklejonego łożyska, wszystko to razem z ciemną krwią wypada 
mi  na kolana i po ceratowym  fartuchu ześlizguje się wprost do wiadra. Teraz wyczuwam pod 
kantem łyżki zgrzyt zdrowej, włóknistomięsnej tkanki. Jest to charakterystyczny znak, że operacja 
skończona, wnętrze macicy już puste i powierzchnia czysta.
— Tampon! — rzucam instrumentarzystce zlecenie, zresztą najzupełniej niepotrzebnie, bo i bez 
tego podaje mi go automatycznie. Oto wisi przed moim nosem niby długi, ciemnobrunatny wąż. 
Tamponuję. Zwalniam szczypce. Macica wsuwa się w głąb na swoje anatomiczne miejsce. Siostra 
pieczołowicie   ściera   kroplisty   pot   z   czoła   pacjentki.   Teraz   dopiero   widzę   jej   twarz   mizerną   i 
przejrzyście białą.
— Fizjologiczny roztwór — rozkazuję — i calcium chloratum dożylnie.
Opuszczam salę, rad z dobrze odwalonej roboty. Poprzez szronem pokryte szpitalne okna przeciera 
się zimowy, anemiczny świt. Nieprzyjemny dreszcz przebiegł mi po plecach. Leniwym ruchem 
ramion przeciągam zdrętwiały od przechyłu kark. Patrzę na zegarek. Nie opłaca się już spać. Za 
półtorej godziny zaczną napływać pierwsi pracownicy.
Powszedni dzień roboczy rozpoczyna się. Ciekawe, kto tej nocy umarł? Trzeba zapytać o to siostry 
dyżurnej.

Życie czy śmierć bez sensu

 — Panie doktorze — melduje dyżurna siostra — mamy na sali wariata.
— Jak to wariata? — zdziwiłem się. — Wszakże to nie psychiatryczny.

background image

— Ano, widzi pan, nie poznali się i przyjęli. Leżał dotychczas cichutko, a teraz zaczyna rozrabiać. 
Pan doktor może pamięta, ten starzec chudy w sali drugiej, trzecie łóżko od okna po lewej. Nie 
wiem po prostu, co z nim robić, bo mi ciągle ucieka. Próbuje z okna skakać. Już dwukrotnie chorzy 
go na tym przyłapali, właśnie przyprowadzono go z ulicy. Pędził w koszuli po śniegu. Co robić?
Wchodzę na salę. Wskazany winowajca leży spokójniutko, niczym trusia. Ma piękną, rasową twarz 
o orlim nosie i wysokim, szlachetnym czole. Patrzy na mnie rozumnie i wnikliwie.
— Co panu dolega? — zapytuję wywiadowczo.
— Nic, panie doktorze, ot, taka słabość chodzi pa kościach.
Spoglądam na kartę. Stan podgorączkowy,  temperatura skacze pod wieczór. Żadnych  objawów 
obiektywnych nie stwierdzono. Mocz i kał w badaniu. Diagnoza: „pod obserwacją”.
— Czy pani była przy tym? Co podejrzewają? — szepczę do siostry.
— Pan doktor nic nie mówił, zdaje się, sam nie wie.
— Więc po jakiego licha tutaj go przyjęli?
— Może ten stan podgorączkowy? — domyśla się siostra.
— Co właściwie panu jest? — spytałem obcesowo.
— Właśnie przyszedłem zapytać o to pana doktora — padła rezolutna odpowiedź.
— Hm... no tak, rzeczywiście, do nas należy sprawę wyjaśnić. Ale jeszcze doktor choroby pańskiej 
nie ustalił. Dopiero obserwujemy...
— Całe nasze życie, panie doktorze, to jedna wielka obserwacja, bo nikt z nas nie wie, po co się 
tutaj   znalazł.   I   nie   wiemy   dokąd   i   kiedy   odjedziemy.   My  nic   nie   wiemy.   Ot,   taka   idiotyczna 
obserwacja.
— Tymczasem wiemy jedno — przerwałem gadulstwo — wiemy na pewno, że pan musi leżeć 
spokojnie   i   nie   wyprawiać   gonitwy   po   śniegu.   Za   następnym   razem   nikt   łapać   nie   będzie   i 
zamarznie pan na śmierć, bo mamy dzisiaj 25 stopni mrozu.
—   To   wszystko   wymysł   złych   ludzi,   panie   doktorze   —   bronił   się.   —   To   tylko   oni   na   złość 
wymyślają, żeby mnie dobić.
— No, dobrze już, dobrze. Proszę leżeć spokojnie, nie rozrabiać.
— On wcale nie wygląda na wariata — mówię do siostry, opuszczając salę. — Nawet inteligentnie 
gada.
— Tak, tak, ale nikt nie wie, co mu za chwilę do łba strzeli.
— Co z naszą samobójczynią? — spytałem i zaraz się przestraszyłem własnego pytania. Po co? 
Wszakże doskonale znałem jej stan. Unikając bezpośrednich wizyt, obserwowałem ją z daleka. Tak. 
Muszę się przyznać: boję się jej. Boję się ponowienia prośby. Boję się jej spełnienia. Tchórz. Mam 
do siebie za to wstręt. Ale nie mogę się przemóc. Wstrętny tchórz!
— Kończy już — odpowiedziała  siostra  głosem  obojętnym,  jakim  się mówi  o złej  lub  dobrej 
pogodzie na jutro. — Jej dni są policzone. Chyba lepiej przeprowadzić na separatkę....
— Nie, nie — zaprotestowałem gorąco. — Wszakże ona doskonale rozumie, co to znaczy. Nie 
wolno.
— O... — dodała nagle zatrzymując się. — Pan doktor słyszy?
Spoza drzwi dolatywało ciche jęczenie.
— Męczy się. Dobrze jej tak, nic a nic nie żałuję — mówiła siostra nerwowym szeptem, którego 
drżenie przeczyło treści.
Fala niepohamowanego żalu, pomieszana z wyrzutami sumienia i lękiem, ogarnęła mną znowu. 
Czyż   jestem   temu   winien?   Alboż   to   ja   spowodowałem   jej   męczarnię?   Ty   —   odpowiedziało 
sumienie.   —   Mogłeś   i   możesz   skrócić   jej   męki.   Odrobinę   ludzkiej   litości.   Odrobinę   męskiej 
odwagi. Zabrakło ci, tchórzu!
Pośpiesznie   wróciłem   do   gabinetu   struty  i   nieswój.   Po   co   zadawałem   siostrze   pytanie?   Po   co 
wywoływałem wilka z lasu?
Przez dwa ostatnie dni mijałem jej salę, odwracałem nawet głowę. Muszę tam zajść w końcu. Ale 
po co? Pocieszać? Grać przed nią komedię? Nie chciałem podczas obchodu. Chowałem się za 
plecy, za białe fartuchy. Wolę tam iść sam. Siedzę na sofce swojej lekarskiej dyżurki jak zmięty, 
bezwolny worek. Odkładam tę wizytę z godziny na godzinę. Patrzę bezmyślnie na krystaliczne 

background image

gwiazdy w oszronionym oknie. Wiele w nich symbolicznego piękna. Zimnej, lodowatej obojętności 
na to, co się w krąg dzieje. Przedwieczorna cisza już objęła szpital. Muszę wreszcie tam pójść.
Nagle   ciszę   tę   przerywa   tupot   biegnących   nóg.   Ktoś   pędzi   korytarzem.   Drzwi   od   dyżurki 
gwałtownie się
otwierają. We framudze staje dyżurna siostra, bez służbowego czepka, z rozwianym włosem.
— Panie doktorze! Ten stary wariat znów uciekł!
— No to pędźcież za nim! — zawołałem.
— Ależ on w koszuli nocnej i już daleko za bramą, co to będzie, co to będzie! Jeszcze pod autobus 
trafi!
— Nie trafi — uspokajam — pijaków i wariatów licho nie bierze. Niech się siostra uspokoi. Kto 
tam za nim pobiegł?
— Woźny i sanitariusz z chirurgii.
— Wystarczy, dadzą sobie radę. O, już nawet słychać głosy. Proszę lepiej przygotować mu łóżko i 
poszukać kogoś do pilnowania, żeby się awantura nie powtórzyła.
Rzeczywiście   od   strony   schodów   dolatywał   już   jakiś   rejwach.   Siostra,   poprawiając   czepek, 
wybiegła na spotkanie. Wyjrzałem i ja na korytarz. Delikwent, w długiej po kostki koszuli, niby 
prasłowiański apostoł, prowadzony pod pachę przez dwóch muskularnych i barczystych drabów, 
kroczył środkiem z godnie podniesioną głową.
— Cóż pan sobie myśli? — krzyknąłem groźnie, a on zatrzymał się tymczasem, wybałuszając na 
mnie swoje naiwnie patrzące oczy.
— Każdy z nas coś myśli, pan doktor także myśli — odpowiedział obojętnie.
— Ja nie mam ludzi na pańskie usługi! — krzyczałem dalej. — Ma pan leżeć spokojnie, rozumie 
pan? Inaczej zawołam policję i oddam pana w ich ręce. Tu szpital, a nie kryminał. Nie mamy tu celi 
dla wariatów!
Poprowadzili starego na salę.
— Kto go będzie pilnować? — spytała siostra.
— Któraś z sanitariuszek nocnych — podpowiedziałem.
— Gdzieżby, panie doktorze, nie utrzyma, stary mocny, woźnemu podobno się wyrwał. Gdzieżby 
słaba kobieta!
— Niechaj więc ten woźny siedzi, nie ma nic lepszego do roboty.
Znowu   szpital   się   uciszył.   Mogę   usiąść   przy   biurku.   Ale   nie!   Wszakże   to   pora   wieczornego 
obchodu. Idę od sali do sali. Stolec był? Bóle mniejsze? Czkawka minęła? Krew już nie cieknie? 
Ropy mniej? Brak apetytu... aż nagle radosny krzyk:
— Panie doktorze, już tylko jedenaście dni! Chyba dożyję? Co?? Proszę mi szczerze powiedzieć... 
dożyję?
Pan Józef uniósł się na łokciach i patrzy błagalnie w oczy, gorączkowo, chorobliwie, niby wierny, 
poczciwy, potrącony przez samochód pies.
— Niech się pan nie martwi — pocieszam i sam siebie w tym momencie nie znoszę. Po co ta blaga, 
skoro dziś jeszcze przed południem doktor K. orzekł, że Józef na pewno nie dotrwa. Jak długo 
kamforą tak trzymać potrafią?
— Kto wie, czy z tego łóżka na spacer się pan jeszcze nie wybierze — dodałem, z wymuszonym 
uśmiechem wisielczego humoru.
— Do Abrahama na piwo — zażartował. — Proszę, niech mi pan doktor zbada ciśnienie, bo wciąż 
mi się zdaje, że zapadam w przepaść.
— Lepiej dam panu mocnej, świeżej kawy, przyniosłem i mam ją w dyżurce. Jutro dostanie pan ode 
mnie w prezencie całą paczkę, wystarczy jej na miesiąc...
—   Miesiąc...   —   powtórzył   apatycznie   i   opadł   bezwładnie   na   poduszki.   Zaniósł   się   kaszlem. 
Wiedziałem. Zaraz będzie krwotok, może ostatni? — zawróciłem, żeby uciec. Cóż ja mogę pomóc? 
Zupełna bezsiła. Wypluwa resztki płuc.
—   Panie   doktorze   —   odezwał   się   nagle   sąsiad,   ów   rakowiec,   Kazimierz.   —   Do   sądu   podam 
łobuzów. Co to za szpital! Rękę mi teraz złamali. O, proszę spojrzeć... Wiedziałem o tym dobrze. 
Przy przekładaniu z łóżka na nosze pękło mu ramię. Kości straciły wytrzymałość. To jego ostatnie 

background image

godziny. Dziw, że dotąd się jeszcze trzyma. Jakże mu wytłumaczyć ten beznadziejny stan? Jakże 
bronić opinii sanitariuszy?
—  Jutro  podyktuję   podanie  do  sądu.  Trzeba   raz  skończyć  z  tymi  zbójami.  To  nie  szpital,   ale 
mordownia! — krzyczał coraz głośniej, gdy odchodziłem z sali.
Do niej teraz nie pójdę. Lepiej, gdy szpital zaśnie.
Nie mogłem. Nie zdobyłem się. Dopiero dziś, po nowych dwóch dniach jej męczarni. Jakim cudem 
ona się tak długo trzyma?  Czwarty dzień bez oddawania moczu. Anuria kompletna. I po co to 
spuszczanie krwi, te fizjologiczne roztwory soli. Po co te wszystkie komedie symulujące leczenie, 
gdy   się   wie   na   pewno,   że   to   jest   bezcelowe,   że   to   tylko   przedłuża   męczarnie,   nieludzkie, 
niehumanitarne!
Kiedy podchodziłem do jej łóżka, nie poznałem dziewczyny. Ani śladu dawnej pięknej twarzy. Jej 
przeogromne oczy utonęły w obrzydliwym obrzęku. Złośliwy los jakby się mścił za tę właśnie 
piękność.   Powstało   monstrum.   Cały   dziewczęcy   urok,   wiotkość   i   prężność   zostały   zniszczone, 
zdeptane, wykoślawione, obrócone w żałosną karykaturę. Wysmukłe niegdyś dłonie leżały teraz na 
bieli prześcieradła niby dwie bezforemne kłody, eksponaty tragicznego panopticum.
— No i co? — wyrwało mi się idiotyczne pytanie, bo przecież musiałem coś do niej powiedzieć.
Nie poruszyła  się już nawet, tylko  grymas  niewysłowionej  boleści wykwitł  na obrzękłe wargi. 
Gdzieś z głębi gorączkowym blaskiem błyszczały oczy.  Zaczęła coś szybko, nerwowo szeptać. 
Pochyliłem głowę, przybliżając ucho do jej ust.
— Doktorku! Kochany, dobry, jedyny, podaj mi swoją dłoń.
Podałem. Właściwie włożyłem swoją dłoń w jej bezwładnie rozczapierzone palce. I wówczas tak 
dziwnie jakoś, sam dzisiaj tnie rozumiem skąd, zaczęły padać na moją rękę wielkie jak groch łzy. 
Doprawdy, kto z nas płakał — nie wiem. Nie potrafiłem wówczas ani czuć, ani analizować tego. 
Jednocześnie doleciał mnie błagalny, cichy szept:
— Litości, morfiny!
Zerwałem się. Dłużej już nie mogłem. Niech będzie, co ma być. Wszak to nie morderstwo. To mój 
obowiązek.   Jestem   żywym   człowiekiem,   a   nie   martwym   wykonawcą   bezdusznych   przepisów. 
Zdecydowanym krokiem wbiegłem do dyżurki sióstr. Tam w szafce leżą narkotyki. Kluczyk w 
wiadomej szufladzie. Drżącą dłonią wyciągam go stamtąd. Dyżurka jest pusta. Szpital śpi. Przez 
zaśnieżone okno przeciska się blask neonowej, ulicznej latarni. Widzę wszystko, nie potrzebuję 
zapalać światła. Serce tłucze mi w piersi na alarm. Czuję tremę jak przed życiowym egzaminem. Po 
cichu, unikając zgrzytu, niby złodziej, przekręcam kluczyk w zamku szafki. I tu nagle odzywa się 
cichy, mocny w tonacji głos:
— Ja wiem, co doktor zamierza uczynić. Odwróciłem głowę. Na tle białego pokrowca kanapki 
siedzi w kącie, w takimże białym fartuchu, dyżurna siostra. Roztopiła się, znikła w tej bieli.
— Ja... Ja nic... — bąknąłem z zażenowaniem, niczym spłoszony żak przed nauczycielem. Nie 
przewidziałem podobnej sytuacji.
— Doskonale wiem, że z dobrego serca doktorek idzie dawać jej zastrzyk. I co z tego? Ja wpadnę 
— doktor wpadnie, a jej od tego nikt nie zbawi. Będzie wielki szum. Sprawę rozdmuchają. I pytam 
jeszcze raz: po co? Dla kogo? Dla tej głupiej wariatki? Nic a nic jej nie żałuję. Gdyby pan doktor 
znał jej rodzinę. Najpoczciwsi ludzie, atmosfera domu ciepła. Ptasiego mleka jej nie brakowało. 
Rozpusta. Skaranie boże, tfu... ot co. Sama sobie winna, niechaj teraz cierpi.
—   Dlaczego   sprawa   ma   się   wykryć?   —   spytałem.   —   Chyba   by   siostra   wygadała.   Tych   parę 
ampułek da się ukryć, policzyć na zniszczenie. Nikt nie zauważy.
— A właśnie, że nie pozwolę! Mam swoje zasady. Może się mylę, ale każdy na ziemi wlecze swoje 
biedy i swoje rozkosze. Tak musi być. Każdy ma swój krzyż i my swoim ludzkim mózgiem nie 
powinniśmy ingerować w boskie planowanie. Wszystko ma swój sens i swoje przeznaczenie...
—   Niech   więc   siostra   szuka   sprawiedliwości   u   swego   dobrotliwego   Boga,   ale   mnie   zostawi 
swobodę działania. Jestem dorosły i wiem, co robię. Biorę na siebie całkowitą odpowiedzialność. 
Proszę meldować o tym, komu sobie siostra życzy. Proszę uważnie patrzeć, oto biorę z szafki sześć 
ampułek morfiny i napełniam nimi strzykawkę. Jest to śmiertelna dawka, niech to siostra zanotuje. 
A teraz proszę iść za mną i uważnie śledzić, co robię!

background image

Nerwy   ponosiły.   Nie   panowałem   już   nad   sobą.   Sam   nie   zdawałem   sobie   sprawy,   że   mój 
dotychczasowy szept przechodził stopniowo w głośny i ostry krzyk.
— Na miłość boską, ciszej! — zerwała się z sofki. — Jeszcze nas kto usłyszy. Proszę się uspokoić, 
dobrze, proszę się uspokoić!
Nie słyszałem już dalszych jej słów, biegłem przed siebie szerokim szpitalnym korytarzem. Nic 
mnie   nie   obchodziło.   Mogłem   napotkać   na   swej   drodze   cały   świat.   Roztrąciłbym   na   strony. 
Torowałem drogę z zaciętym  uporem głębokiej, niezachwianej  świadomości, że czynię dobrze. 
Siostra milcząc biegła za mną.
Otworzyłem drzwi separatki i szybko pochyliłem się nad łóżkiem. Jej ręka leżała w tym samym 
miejscu co przedtem. Tylko głowę miała odrzuconą ku tyłowi. Oczy wróciły do dawnej wielkości, 
czyżby puchlina opadła? Zdecydowanym ruchem zbliżyłem igłę do jej ramienia.
— Za późno, doktorku — usłyszałem za sobą cichy szept. — Czyż pan nie widzi? Ona nie żyje.
Strzykawka wypadła mi z ręki. Stałem jak urzeczony. Zimny pot wystąpił mi na czoło. Zacząłem 
histerycznie   dygotać.   Zęby   dzwoniły   mi   jak   w   febrze.   Nie   mogłem   oderwać   wzroku   od   jej 
rozwartych szeroko oczu. Patrzyły smutne i obojętne, bez wyrzutów i bez skarg. Oczy, które nie 
znalazły tematu życia.
W   tym   momencie   poczułem   dotyk   czyjejś   ręki   na   ramieniu.   Dyżurna   siostra   objęła   mnie 
serdecznym, siostrzanym uściskiem:
—   Widzisz,   doktorku,   i   obeszło   się   bez   twojej   dziecinnej   pomocy.   Wszystko   zakończyło   się 
dobrze...
— Dobrze?
Ach, gdybyż ona wiedziała, jak głęboko dotknęła mnie tym słowem.

Uniewinniony wariat

Na szczęście wczoraj wariata zabrano. Przez trzy dni żyliśmy wciąż pod grozą nowych ucieczek. 
Zaśnieżył   nam   całą   salę   otwieraniem   okien.   Pacjentów   na   sąsiednich   łóżkach   sterroryzował. 
Jednym słowem, mieliśmy istny dom wariatów, psychiatryczne asyłum, nie interną.
— A to wspaniały kawał, doktorze! Słyszał już pan? — powitała mnie siostra wchodząc do dyżurki.
— Co takiego? O co chodzi? — zdziwiłem się.
— Na placu Łukiskim policja złapała psa, który niósł w pysku główkę niemowlęcia, wyobraża pan 
sobie, jakie to wywarło wrażenie na naszych bogobojnych dewotkach?... Co? — Zaśmiała się.
— Nic w tym nie widzę śmiesznego — oburzyłem się. — Zwykły sobie kryminał, robota dla 
detektywów. Wyraźna zbrodnia.
— Otóż to, że wcale nie zbrodnia! Żaden kryminał. Ta główka pochodziła z porodówki szpitala Św. 
Jakuba.
— Jak to? Nic nie rozumiem.
— Rzecz najzupełniej zwykła Przywieziono ciężarną z wypadniętą rączką. Lekarz ratując życie 
matki   rozkawałkował   płód.   Martwe   niemowlę   jak   zwykle   wrzucono   do   kosza,   oczywiście   w 
kawałkach. Kosz tymczasem wyniesiono do przedsionka. Zakradł się ten głodny pies. Wybrał co 
smaczniejszy kąsek. Podobała mu się główka, wziął ją w zęby i jazda na plac Łukłski. Tu chryja. 
Łapią. Cała policja zwerbowana. Przeszukują śmietniki. Gdzie jest reszta? Trwało to przez kilka 
dni, zanim całą sprawę wyjaśniono. Dziwne, że pan doktor o tym nie słyszał, już gazety pisały.
— Rzeczywiście makabryczna historia. No, a w naszym szpitalu dzisiaj co nowego?
— Nic, panie doktorze. Tylko ten połamaniec z rakiem, Kazimierz, zmarł nad ranem i już jest w 
kostnicy.
— Chwała Bogu! — wyrwało mi się i jednocześnie pomyślałem: głupi! Jakże można cieszyć się z 
czyjegoś zgonu.
Dzień minął niepostrzeżenie, bez szczególnych przeżyć. Wieczorem przy obchodzie staję jak wryty. 

background image

Przede mną na łóżku tak dobrze znajoma twarz. Orli nos, wysokie czoło. Chyba się nie mylę.
— Nasz wariat — szepczę do siostry zdumiony.
— A tak — potwierdziła. — Już za późno wypisywać. Karetka pogotowia przywiozła go i na 
portierni zaakceptowano. To na dziennej zmianie, mnie jeszcze nie było — usprawiedliwiała się.
— Naprawdę zrozumieć trudno, co w nim znajdują? Jak on potrafi wszystkich nabierać?... Karetka 
pogotowia? No... no!
Wracam do dyżurki i zastaję tam naszego pięknoducha, dyrektora działu ginekologii i położnictwa, 
siedzi w fotelu i przegląda gazetę.
— Jak się masz! Co za miła wizyta!
— Mam do ciebie prośbę — zaczyna. — Muszę na godzinkę wypaść na miasto, miecza mnie oko 
nad .porodówką. Nic tam szczególnego nie ma, ale zawsze warto czuwać.
— Ależ naturalnie, możesz być spokojny, zrobię, co trzeba.
Upłynęło pół godziny od jego wyjścia. Pamiętam ten czas doskonale, bo właśnie patrzyłem na 
zegarek, kiedy na korytarzu rozległ się pośpieszny tupot nóg i niczym  bomba wpadła do mnie 
zdyszana siostra z ginekologii.
— Panie doktorze... Panie doktorze! Jedna z naszych zdrowych chorych nagle umiera.
— Jak to „zdrowych chorych”? — zdziwiłem się.
— No taka, co już była na wypisaniu, zupełnie zdrowa.
— Diabli nadali! Właśnie kiedy ordynator wyszedł na miasto! Też mam pecha!
Biegniemy co sił w nogach. Biorę po dwa schodki na raz. Na ostatnim piętrze staję jak wryty. 
Przede mną szeroko otwarte drzwi. Za nimi długa sala, przeważnie młodych pacjentek, kurujących 
się na kobiece dolegliwości. Teraz opuściły nogi z łóżek i siedzą przerażone, wlepiając wzrok w to 
jedno, pierwsze od korytarza łóżko. Na nim leży na wznak, wyciągnięta jak struna, blada jak papier 
pacjentka. Oczy ma zamknięte, ręce bezwładne wzdłuż kołdry. Obok na nocnym stoliku pali się 
gromnica,   a   na   podłodze   klęczą   cztery   pielęgniarki,   odmawiając   na   głos   modlitwę.   Groza 
nieoczekiwanej śmierci zawisła nad otoczeniem. Atmosfera szczególnie przygnębiająca.
Chwytam chorą za puls, ale go znaleźć nie mogę. Dłoń ma trupio zimną. Pochylam nisko głowę, 
nadstawiając ucha. Łapię ledwie słyszalny, urywany, tak typowy dla konających oddech Cheyne 
Stokesa.
— Może chora upadła i uderzyła głową — pytam szeptem.
— Ależ, panie doktorze, nic podobnego, nie opuszczała na chwilę łóżka.
— Do wyjścia naszego dyrektora czuła się znakomicie i rozmawiała.
— Nawet dowcipkowała — dorzuciła któraś z sąsiadek.
Nie namyślając się długo, zbiegam na dół i nakręcam numer szpitalnego ordynatora. Mieszka on na 
miejscu, tuż za parkiem. Stary, doświadczony internista. Niech sprawdzi, niech będzie świadkiem.
Nie upłynął i kwadrans, jak się zjawił.
— O co tu chodzi? — spytał obcesowo.
— Wacek wyszedł na miasto i prosił mnie o zastępstwo. Aż tu nagle, zupełnie nieoczekiwanie i bez 
żadnego   powodu   umiera,   może   nawet   już   umarła,   jedna   z   lekko   niedomagających   pacjentek. 
Kandydatka na wypisanie...
— Ano — mruknął. — Chodźmy zobaczyć. Bywa... bywa...
Doktor Ch. przedstawia sobą typ lekarza starej generacji, takiego z prowincji, co przez całą swoją 
lekarską   praktykę   nie   miał   żadnych   pomocy   laboratoryjnych   ani   rentgenowskich,   musiał   więc 
radzić sam. Kuty na cztery nogi, bez pomocy mikroskopu i ekranu stawiał salomonowe diagnozy. 
Lat pod siedemdziesiąt, czerwony na twarzy, z siniejącym nosem, chudy i nie ogolony, z niedbale 
narzuconym  kubrakiem,  wyglądał  raczej  na hreczkosieja, a nie ordynatora.  Stanął  przy nogach 
umierającej. Spojrzał na nią krytycznym okiem, pokiwał smętnie głową i rzekł głośno a rubasznie:
— No cóż, panie kolego. Nic nam nie pozostaje do zrobienia, jak tylko wsadzić gromnicę w dłonie 
nieboszczki i zmówić za jej duszę wieczne odpoczywanie.
To powiedziawszy, zdecydowanym krokiem jął schodzić po schodach. Ledwie znikł na horyzoncie 
szpitalnego   parku,   gdy   otworzyły   się   wejściowe   drzwi,   a   w   nich   ukazała   się   postać   zawsze 
wytwornego doktora Wacusia. Dopadłem go z hiobową wieścią.

background image

— Wacek! Nieszczęście! Mam pecha! Jedna z twoich pacjentek nagle zmarła.
— Co?! — zdumiał się. — Która?
— No ta, pierwsza od strony korytarza. Zdaje się... Kozłowska!
— Kozłowska?
— Tak, tak... zdaje się, że to nazwisko.
— Być nie może! Chodźmy!
To mówiąc, nasz dyrektor energicznie i jak zawsze godnie jął wspinać się na schody, a za nim ja, 
dyżurne siostry i jeszcze kilku zwabionych sensacją gapiów. Kiedyśmy osiągnęli szczyt schodów, 
zastaliśmy sytuację bez zmian. Ten sam przygnębiający nastrój, ta sama  gromnica, siedzące w 
koszulach pacjentki i spory tłumek klęczących.
Doktor Wacunio stanął przy łóżku i głosem oficera dowodzącego batalionem,  wrzasnął z całej 
mocy:
  — Pani Kozłowska! Proszę w tej chwili  zaprzestać  tych  swoich komedii,  bo przestanę panią 
leczyć. Bzdury! Histeria! Ja pani pokażę robić mi kawały! A wy — tu obrócił się do pielęgniarek — 
zgaście gromnicę i zabierajcie się do swojej roboty. Nie pora na modlitwy. Jutro rano możecie sobie 
iść do kościoła.
Staliśmy   kołem,   jakby   zmrożeni   i   obrażeni.   Ten   obcesowy,   rubaszny   rozkaz   wobec   majestatu 
śmierci wyglądał co najmniej nieludzko. Nie pasował też do natury Wacia, zawsze delikatnego i 
subtelnego.   Posępnie   patrząc   na   to,   co   ma   nastąpić,   skurczyliśmy   się   w   sobie   z   przerażenia. 
Modlące się kobiety zerwały się z kolan i pośpiesznie zdmuchnęły świece. Powieki „zmarłej” po-
częły nagle mrugać, na policzki wystąpiły rumieńce, po czym raptem, wstydliwym jakby ruchem 
zgarnąwszy na głowę koc, obróciła się na bok.
Schodziliśmy ze schodów wielce skonfundowani.
—   Jakże   mogłeś   tak   krzyczeć   na   chorą,   skąd   taka   pewność,   że   ona   nie   umarła?   —   pytałem 
półgłosem.
— Leczę babę od czterech lat, to moja stara pacjentka, znam jej wszystkie chwyty. Wciąż wyprawia 
te same hece i wciąż ją od tego ratuję.
— Ale skądże może znać te wszystkie symptomy śmierci. Jakże może ona symulować Cheyne 
Stokesa? Jakże może zatrzymać puls?
— Na tym polegają cuda natury. Histeria potrzebuje tylko bodźca. Dalsza gra odbywa się pod 
dyktando instynktów i atawizmu. Organizm dostaje tylko rozkaz umierania, więc zaczyna grać rolę 
doskonałej śmierci. Ta Kozłowska jest wspaniałym okazem. Czego to ona nie potrafi!
— Wiesz — powiadam — zastąp teraz ty mnie w pracy, czuję się zupełnie wypompowany. Ta cała 
historia kosztowała mnie sporo nerwów.
— Daruj — zaśmiał się. — Nie mogłem przewidzieć. Wróciłem dopiero po jedenastej, obchód 
wieczorny był już skończony.
— Wszystko w porządeczku! — zameldowała dyżurna siostra.
— W takim razie idę spać. Dobrej nocy!
Nie wiem, która to mogła być godzina, chyba trzecia nad ranem, kiedy zbudził mnie ucisk na piersi 
i gorący oddech na policzku. Przerażony otworzyłem oczy, ale w krąg panowała ciemność. Do 
elektrycznego wyłącznika musiałem przebiec cały pokój. Zresztą nie mogłem się ruszyć, bo ten 
ktoś   trzymał   mnie,  przyciskając  do  łóżka.  Powoli  wzrok się  oswajał  z  mrokiem.  Blask  latarni 
ulicznej wystarczał do rozróżnienia sylwetki. Ujrzałem ją tuż-tuż przed sobą. Ten ktoś klęczał przy 
łóżku, całym ciężarem pochylony nade mną. Jego
błyszczące oczy z odległości paru centymetrów patrzyły na mnie.
— Niech pan doktor mnie ratuje, oni chcą zamordować... — sapał ochrypłym basowym głosem.
—   Któż   to   oni?   —   spytałem,   poznając   twarz   starego   „wariata”.   Skąd   się   cm   tutaj   wziął?   — 
myślałem. Jak się teraz od niego odczepić?
— Jakże mogę pana ratować, sikoro pan mnie trzyma — powiedziałem głosem spokojnym. — 
Niech pan mnie puści i usiądzie spokojnie w fotelu.
Nie chciał usłuchać. Przytulił się jeszcze silniej. Przywarł policzkiem do mego policzka. Dygotał 
jak w febrze, sapał gorączkowo prosto w moje ucho:

background image

— Oni chcą  mnie  zadusić. Oni tutaj zaraz  przyjdą.  Pana także  zaduszą. Tak mówili.  Musimy 
uciekać!
— A więc uciekajmy, niech mnie pan puści — podpowiedziałem.
— Nie... nie — bredził dalej. — Oni będą strasznie męczyć, torturować, lepiej może ja sam pana 
szybciej zaduszę i lżej... — to mówiąc jął mi po omacku szukać grdyki.
Tego już nie wytrzymałem. Kopnąłem draba, co sił w nogach zrywając się z sofki. Jednym susem 
byłem już na korytarzu. Nie chciałem podnosić alarmu. Za mną biegł wariat. Dopadłem portierni i 
tu dopiero wrzasnąłem na woźnego. Grał sobie najspokojniej w karty z sanitariuszem, tym właśnie, 
co   miał   pilnować   chorego.   Wspólnymi   siłami   obezwładniliśmy   starca.   Już   przybiegła   siostra 
dyżurna:
— Najmocniej przepraszam pana doktora, nie dopatrzyłam, to moja wina.
— Nie szkodzi. To raczej wina sanitariusza i on jutro za to odpowie. Tymczasem proszę ułożyć 
chorego,   już   się   uspokoił.   Proszę   mu   dać   krople   walerianowe,   dobrze   zrobią.   Gdy   przyjdą 
ordynatorzy, zreferuję im sprawę i wariata się wypisze. Musimy uprzedzić wszystkie zmiany, żeby 
go już więcej do naszego szpitala nie kierowano.
Ale stało się zupełnie inaczej. Wariat pozostał w naszym szpitalu i to na dłuższą kurację. Jak to się 
stało, zaraz opowiem.
Tegoż   samego   dnia,   po   tej   nocnej   wizycie,   pod   koniec   roboczodniówki,   tuż   przed   odejściem 
ordynariuszy, powstał nagle rejwach...
— Panie doktorze, panie doktorze!... Prędzej na salę drugą — wołała siostra od progu. — Wariat 
popełnił samobójstwo!
Wpadam   na   jego   salę.   Leży   ziemistoszary,   w   zagłębieniu   zaś   szyi,   tuż   pod   jabłkiem   Adama 
sadzawka krwi, spływa ona stamtąd ciurkiem na pościel. Krew ciemna, skądże taka ciemna? W tym 
miejscu są arterie, musiałaby krew tryskać. Nie mani czasu na medytacje. Wyrywam chustkę do 
nosa z kieszeni i zamaszystym  ruchem ścieram krew z szyi domniemanego samobójcy.  Żadnej 
rany. Szyja gładziutka i zdrowa.
— Poprosić tu doktora K.
W tym momencie wbiegli już na salę obaj ordynatorzy-interniści.
— Co?... Co się stało? — pytają nerwowo na wyrywki.
— Mnie się zdaje, że krwotok wewnętrzny żołądka — odpowiedziałem.
— Ach tak, oczywiście! — zawołał doktor K. — Oczywiście. Perforacja wrzodu żołądka. A ja nie 
domyśliłem  się. Objawy zaburzenia  psychicznego  tak charakterystyczne  dla tych  spraw w  tym 
wieku... oczywiście. Dawać go na chirurgiczny. Zoperujemy i cała wariacja się uleczy.
Tak więc wyjaśnił się los naszego „wariata”.

Śmierć nie czeka

— Już tylko trzy dni! — wyszeptał dziś na przywitanie, poprzez gasnący uśmiech zasuszonych 
warg, biedny umierający Józef. Chciał jeszcze coś swoim gadatliwym nawykiem mówić, ale już nie 
mógł. Brakło mu sił na otwieranie ust. Nie był to już ten dawny, wesoło uśmiechnięty, zawsze 
pogodny,   zawsze   życzliwy   nasz   Józef.   Znikły   dawno   ostatnie   dowcipy   i   przygasł   połysk 
przyjacielskich   oczu.   Leży   oto   przede   mną   szaroziemisty   niby   trup,   wychudzony   do   granic 
możliwości. Spoza rozpiętej piżamy wyglądają żebra szkieletu. Gdyby nie ten połysk wciąż jeszcze 
tlejących źrenic, trudno byłoby uwierzyć, że to ciało wciąż jeszcze żyje. I rzeczywiście, dawno by 
już skończył, gdyby nie ciągłe zastrzyki i lewatywy odżywcze. Doktor K. uwziął się. Musi żywego 
doprowadzić do mety. Już tylko trzy dni... trzy dni!...
— Ale cóż ci z niego, nawet jeśli dożyje — powiada dziś doktor Ch. — Wszakże on ręki już nie 
podniesie, żadnego papierka nie podpisze. A nawet kto wie, czy potrafi coś przytomnie stwierdzić. 
Cały ten sztuczny gmach może się zwalić. Wszystko okaże się na próżno.

background image

Termin upływa 23 kwietnia. Ani godziny wcześniej. Jeżeli umrze przed tym terminem, rodzina 
znajdzie   się   na   bruku.   Jedynie   mała,   jednorazowa   zapomoga   —   nic   więcej.   Jeżeli   terminu 
dotrzyma, wówczas dostanie emeryturę, nawet wcale niezłą. Pacjent doskonale rozumiał. Iluż to 
rozmów byłem świadkiem.
— Zosiu! — przemawiał do żony — nie denerwuj się. Twardy jestem, nie dam się. Licho mnie nie 
weźmie. Przyjdzie kostucha wcześniej, to jej łeb ukręcę.
Ale z każdym następnym dniem obawy nasze rosły. Dzisiaj, zaraz po obchodzie, doktor K. smętnie 
pokiwał głową:
— Oj, chyba nie dożyje. I cóż z nim robić, taki dobry człowiek...
— A może przesunąć datę zgonu? — podpowiedziałem.
—  Ależ   kolego!  Co  też  mówicie!  To   kryminał   —  oburzył   się  doktor  K.  —  To  jest  zbrodnia 
równorzędna z fałszowaniem podpisu. Zresztą zapisy i wypisy chorych idą chronologicznie. Poza 
tym o przyznaniu emerytury decyduje specjalna komisja. Oni protokolarnie stwierdzają zgon na 
miejscu, tutaj w szpitalu. Ha! — miejmy jeszcze nadzieję. Proszę kontynuować kroplówkę glukozy. 
Kamforę dostaje?
— Ależ oczywiście, regularnie. Sam pilnuję. A może by tak dostać skądś koniaku, podobno dobrze 
w takich wypadkach robi? — spytałem.
— A wiecie, kolego, doskonała myśl. Mam właśnie w domu butelczynę, to ją przyślę.
Już po południu mieszałem koniak z żółtkiem jajka i poiłem Józefa własnoręcznie, z łyżeczki. Nie 
trwało długo. Następnego dnia zaczęły się wymioty i... czkawka. Że jeszcze żył, świadczyły o tym 
oczy. Nie mówił już nic, tylko patrzył na drzwi, jakby stamtąd oczekiwał ratunku.
Dziś mamy 22 kwietnia. Pogoda śliczna, słoneczna, wiosenna. Rynsztokami  spływają pierwsze 
deszcze. Wesoło na duszy i rześko na ciele. Szerzej się oddycha, a nogi same aż się podrywają do 
radosnych podskoków. Hej!
Hej! Młodość to jest wielka rzecz. Nic tak nie reaguje na wiosnę jak młodość. Jej świadomość 
rozsadza pierś, napina bicepsy, że się chce krzyczeć: „Hej!”
Pamiętam, jak sprężyście wbiegłem na szpitalne schody, skacząc po dwa stopnie na raz. Tężyzna 
zdrowia tryskała we mnie werwą humoru.
— Józef już dogorywa — melduje siostra dyżurna na powitanie.
—   Dogorywa?   —   powtórzyłem   bezprzytomnie,   wiadomość   ta   nie   chciała   trafić   do   upojonego 
wiosną mózgu. — Przepraszam, nie dosłyszałem, kto dogorywa?
— Józef.
— A którego jest dzisiaj? — spytałem pośpiesznie.
— Dwudziesty drugi — odpowiedziała siostra.
— Więc został mu tylko jeden dzień. Czyż naprawdę nie dotrzyma?
— Niech pan doktor sam go zobaczy. Wchodzimy do separatki na palcach. Sam nie wiem,
czemu zbliżamy się do śmierci na palcach, jakby w obawie, aby życia nie spłoszyć.
Józef leży bezwładnie na płask w niezmiennej od tygodnia pozie. Oczy utkwił we drzwiach, tak jak 
wczoraj i przedwczoraj. Wiem, że obdarzał mnie szczególną sympatią. Witał mnie zawsze wesołym 
i serdecznym okrzykiem, potem już tylko gestem głowy, a ostatnio oczami. Tym razem kąciki warg 
z lekka drgnęły wysiłkiem mówienia. Przybliżyłem do nich ucho, jak mogłem.
— Jeszcze... dzień... — usłyszałem szept.
— Tak, tak — stwierdziłem głośno. — Tylko jeden dzień. Wszystko będzie dobrze, nie ma obaw... 
— mówiłem twardo i mocno, pragnąc tą butą przełamać spazm, jaki mnie dusił za gardło.
Tym razem nawet się nie uśmiechnął, tylko zsiniałe wargi znowu się poruszyły. Ledwie słyszalnym 
tchnieniem wysylabizował: emerytura.
— Ależ tak, tak, naturalnie  — stwierdziłem i chciałem  dalej mówić,  ale nie potrafiłem.  Głupi 
spazm chwycił mnie za gardło, taki idiotyczny, dziecinny szloch. Odwróciłem szybko głową, aby 
nie   zauważył.   Spostrzegła   to   jednak   siostra   i...   zawstydziłem   się.   Szybko   wybiegłem   z   sali, 
wpadając w objęcia doktora K. Spojrzał wnikliwie w moje oczy i wzruszony, cichym głosem za-
pytał:
— Koniec?

background image

— Jeszcze nie, ale chyba zaraz... — bąknąłem.
— Zastrzyk strofantyny. Zaraz strofantyny. Musimy go przetrzymać. Tylko 15 godzin zostało.
— Dostał już wszystkie zastrzyki w maksymalnych dawkach, panie doktorze.
— To go obłożyć butelkami gorącej wody. Postępować jak z niemowlęciem, jak z wcześniakiem. 
Mleko z żółtkiem i koniakiem w odbytnicę. Robić, co tylko można, szkoda człowieka.
Ale co tu gadać. Szkoda słów. Co ma być, to będzie. Stoimy wszyscy troje na szpitalnym korytarzu, 
wpatrzeni w otwarte szeroko okno.
— O, proszę spojrzeć — przemówiła siostra, podnosząc ramię. — Kasztany już kwitną.
— Wiosna w pełni — stwierdził doktor K. i pokiwał głową.
— Kasztany — powtórzyłem jakoś bezmyślnie i właśnie w tej chwili, pamiętam to doskonale, 
rozległ się ostry, chrypliwy, nienaturalnie dziki, duszący się krzyk.
Wpadliśmy do separatki z powrotem. Bezwładem opuszczonych ramion, jakby wsparty o podłogę, 
zwisał do połowy wychylony z łóżka Józef.
Podnieśliśmy go z powrotem na poduszki. Na ustach miał krwawą pianę i toczył nieprzytomnie 
białkami oczu.
— Lecę do telefonu — zawołał doktor K. — Muszę tu zaraz ściągnąć tę wielką komisję. Niech pan 
pilnuje pulsu! — krzyknął jeszcze z daleka.
„Pilnować pulsu”! — jak mam to robić? Wysłałem siostrę po strofantynę, sam stałem bezradnie 
patrząc   na   chorego.   Leżał   teraz   spokojnie,   oczy   miał   otwarte   i   wciąż   jeszcze   żywe.   Oddech 
nieregularny, zamierający na dłuższe odstępy. Nie miałem już najmniejszych złudzeń: konał.
W  tym  momencie  chmara  ptactwa  siadła  na sąsiednim  drzewie.  Zapamiętałem  ten  przedziwny 
szczegół. Wiosenny świergot ptaszków i cichy, ledwie dosłyszalny szept umierającego zlały się 
wówczas w jedno. Usłyszałem wyraźnie wypowiedziane słowo: „dożyć!”, po czym głowa Józefa 
bezwładnym   skrętem   opadła   na   ramię.   Nie   było   chwili   do   stracenia.   Wszakże   ordynator 
potrzebował coś spisać, jakiś protokół, jakieś zeznanie. Najwyższy czas... ostatnie sekundy!
Wyskoczyłem na korytarz, aby wołać, ale doktor K. już sam biegł w moją stronę, a za nim stary 
ordynator szpitalny, jak zwykle nie dopięty i jak zawsze nie golony.
— Musicie w obecności pacjenta podpisać, że dziś jest dwudziesty trzeci kwietnia. Rozumiecie? 
Dziś jest dwudziesty trzeci kwietnia, początek dnia, parę minut po północy.
— Rozumiemy, panie doktorze — odpowiedzieliśmy zgodnym chórem.
Wiatr zaszeleścił gałęzią kasztana i odleciały ptaki.

Wędkarze sali piątej

Salę piątą, na końcu korytarza, często omijałem w wieczornym obchodzie. Po prostu nie było tam 
co   robić.   Zdawkowe   rozmowy?   Landrynkowe   uśmiechy?   Głupie   i   beznadziejne   pocieszenia? 
Przelewanie z pustego w próżne? Po co ta cała komedia wobec tych nieszczęśliwych kikutów? Ci 
ludzie doskonale zdają sobie sprawę, że ich życie już się skończyło. Dla siebie, dla rodziny, dla 
społeczeństwa są tylko nieużytecznym kłopotem, tolerowaną z litości biedą. Kikuty z poobcinany-
mi kończynami, komicznie skaczące pokraki. Gdybyż to jeszcze nowoczesne protezy, ale kto by na 
taki luksus sobie pozwolił. Może państwo? Może ta kolej, która im kończyny obcięła? Wolne żarty. 
Kij   w   skórę   oprawny  i   kule   pod   pachą   to   cały   ekwipunek.   Ich   weselna   odprawa.  A   renta   — 
wystarczy na zupę i chleb, ale na jubkę żona sama musi zarobić. Ubezpieczenia przedwojenne to 
istne kpiny.
Leży ich tam na tej piątej sali czworo, jeden gorszy połamaniec od drugiego. Sami kolejarze z 
nieszczęśliwych wypadków. Jeden tylko bez lewej nogi. Drugi bez kończyn całej lewej połowy, tak 
jak mu lokomotywa w pędzie obcięła. Trzeciemu brak obu stóp, a najgorszy ten czwarty bez obu 
rąk i bez obu nóg — sam tylko kikut do wożenia w wózku. Kandydat na ulicznego żebraka, model 
do wzbudzania litości.

background image

Omijam ich salę nie dlatego, że tam ponuro i smutno, wprost przeciwnie, ta piąta sala aż kipi od 
humoru. Najweselsza ze szpitalnych sal. Witają każdego kaskadą beztroskiego śpiewu i śmiechu. 
Skąd się w nich bierze ten humor? Ale my, lekarze, mamy szczególnie wyrobioną świadomość 
nieszczęścia,  jakie tworzą amputacje. Oni jeszcze tego  nie wiedzą. Dopiero gdy wyjdą  stąd w 
dawny świat, dawne życie  i do dawnych,  zdrowych  ludzi.  Gdy oparci niezdarnie  o ścianę nie 
potrafią postawić przed siebie kroku i zaczną chwytać się muru, żeby nie upaść. Wówczas dopiero 
zginie im uśmiech z ust i my lekarze dobrze o tym wiemy. Dlatego nie lubię wchodzić na salę piątą. 
Każdy temat zadrażnia ambicję. Każdy obraz wywołuje tęsknotę. Ja, zdrowy człowiek, muszę w ich 
oczach   wyglądać   jak   ironiczny   wyrzut,   a   do   tego   jeszcze   z   racją   czy   bez   racji   przykładałem 
wszakże rękę do tego kalectwa. Brałem przecież udział w amputacji.
— Musi pan doktor zajść do nich, dawno tam nie byliśmy — powiada siostra, naciskając klamkę. 
Nie miałem już odwrotu, wszedłem więc zdawkowo uśmiechnięty.
— Dzień dobry starej gwardii! — rzuciłem niby wesoło i od razu się przestraszyłem własnych słów. 
Czyż to nie ironia z mojej strony? Czyż to nie kpiny? Oni i... gwardia. Gdzież to porównanie. 
Poczują   się   może   dotknięci.   I   słusznie,   jakże   można   tak   przemawiać.   Straciłem   rezon. 
Prawdopodobnie spiekłem nawet raka.
— Dobry wieczór, doktorku! — odpowiedział wesoły chór podnoszących się z poduszek białych 
postaci.
W tej chwili zauważyłem rzecz dziwną, której nigdy dotąd nie spostrzegłem. Oto przy wezgłowiu 
każdego łóżka, oparty o ścianę stał długi kij, a z jego końca zwisał sznurek.
— A cóż to za broń? — spytałem. — Wybieracie się na wojnę?
I znowu łapię siebie na nietakcie. Jakże można podsuwać im taką ironię. Jakże ci biedni ludzie 
mogą się gdziekolwiek wybierać? Każde zdanie tutaj, w tej sali, staje się niestosowne. Jakże trudno 
z nimi rozmawiać.
— Gdy pan doktor przyjdzie do nas w nocy, sam na własne oczy zobaczy, co to za wojna — 
odpowiedział najbliższy kaleka.
— Boję się, a może to kije na mnie?
— Gdzieżby tam naszego doktorka bić! — zaprotestowali chórem. — Ale naprawdę serdecznie 
zapraszamy na widowisko. Początek o godzinie jedenastej w nocy. Rewia pierwszej klasy. Cyrk nie 
z tej ziemi... za jedne 10 groszy!...
— Ano, zobaczymy... — odrzekłem odchodząc.
Pochłonięty robotą zupełnie zapomniałem o tej swojej obietnicy. Dopiero gdzieś około północy, 
kiedy już zdejmowałem buciki do spania, we drzwiach dyżurki stanął mój opiekuńczy duch — 
siostra dyżurna.
— Sala piąta po raz trzeci już dzwoni, żeby poprosić pana doktora.
— Stało się co może?
— A cóż tam mogło się stać gorszego. Nie ma co już tam amputować. Prosili, żeby panu doktorowi 
powiedzieć, że zapraszają na rybki.
— Przyniósł im kto? — zaciekawiłem się.
— Nic nie wiem i niczego nie rozumiem, najlepiej chodźmy zobaczyć.
Idziemy wzdłuż korytarza, mijając otwarte drzwi kolejnych sal. Od niebieskich nocnych lampek 
panuje  błękitny  półmrok.  Od  czasu  do  czasu   rozlegnie   się  gdzieś   cichy  jęk  albo   astmatyczny, 
duszący kaszel. Wiosenne powietrze wywietrzyło przykre zapachy. Swobodniej się jakoś oddycha.
Ostrożnie naciskam klamkę „piątki”.
— Czemu tu drzwi zamknięte? — mruczę do siostry.
— Oni zawsze o to proszą — odpowiedziała. Przekroczyłem próg zupełnie ciemnej sali. Mimo woli
wyciągnąłem dłoń do wyłącznika.
— Niech pan doktor nie zapala! — rozległ się syczący szept od wewnątrz.
Zamknąłem więc za sobą drzwi i oparty o nie plecami czekam, co dalej nastąpi. Z wolna wzrok 
przywyka   do   ciemności.   Poprzez   dwa   duże   okna   zakrada   się   blask   latarni,   wystarcza   jej,   aby 
rozróżnić łóżka, a na nich siedzące postacie w błękitnych piżamach. Każda z tych postaci trzyma w 
ręku kij. Z tych czterech kijów wybiegają na sam środek pokoju długie sznurki, na końcu każdego z 

background image

nich widnieje kawałek słoniny albo mięsa.
— Co się tu dzieje? — spytałem.
— Tsss...! — uciszono mnie znowu chóralnie.
— Proszę się nie ruszać, zupełnie nie ruszać — szepczą. — Zaraz się rozpocznie.
Nie rozumiałem jeszcze tej całej komedii. Jakieś nocne misterium czy co?
Nagle w przeciwległym rogu sali zjawił się biało-czarny, łaciaty szczur i wahającym się, lękliwym 
truchtem wybiegł na środek.
— To Maciuś... to Maciuś! — przedstawił mi go szeptem najbliższy inwalida. — Wielki spryciarz, 
on przynęty nie weźmie, tylko dookoła obgryzie.
I   rzeczywiście,   łaciaty   szczur   obiegł   przynętę   kołem,   każdą   obwąchał,   po   czym   usiadł   przy 
największym kawałku i szybkim ruchem szczęk jął słoninę obgryzać.
— Szkoda prowizji... Szkoda na łajdaka prowizji! — szeptali wędkarze. — Lepiej go odstraszyć dla 
innych.
— Skądże tu te szczury? — spytałem siostrę. — Nie spodziewałem się tej plagi w naszym szpitalu. 
Zupełnie jak na jakimś starym wraku okrętowym.
— Cicho... cicho! — doleciał znowu przyciszony szept... — Już idą! Tym razem na arenę wyszła 
ich   para,   były   znacznie   mniejsze,   jednokolorowe,   nieufne   i   strachliwe.   Lada   szmer   uciekały   z 
powrotem   w   kąt.   Dopiero   po   kilkunastu   próbach   dotarły   do   przynęty   i   wzięły   się   także   do 
oskubywania słoniny. Różnica wzrostu była wielka. Widocznie matka z synkiem. W końcu matka 
łapczywie przełknęła resztkę nie dogryzionej słoniny. Z chóralnym wrzaskiem triumfu podbito kij. 
Szczur zatoczył piękne salto w powietrzu i z wysoka, prawie spod sufitu, klapnął na jedno z łóżek, 
skąd pośpieszną rajteradą poprzez kołdrę chorego uciekł pod podłogę. Przez cały czas tej ucieczki 
pacjenci pokładali się ze śmiechu. Takiej beztroskiej radości, takiej dziecięcej uciechy nie ogląda-
łem w żadnym z dziecińców. Bili dłońmi w koce, kto miał nogę, ten nią wierzgał, a gdyby mógł, 
toby zatańczył oberka.
— Teraz pan doktor poznał nasze rybki — odezwali się wreszcie pełnym głosem. — To jedyna 
nasza tutaj rozrywka. Proszę częściej nas odwiedzać, postaramy się dla pana doktora o dobry kij, a 
słoninkę to nam z kuchni dają. Pani gospodyni także czasami tutaj zagląda.
Tak   —   pomyślałem   odchodząc.   Jakże   niewiele   potrzeba   do   radości,   jedni   ją   widzą   w   każdej 
brzydocie, a drudzy odbierają sobie życie nie mogąc jej dostrzec. Chyba radość mieszka w nas 
samych i nie da się amputować z kończynami.

Brzuszki kurują się

Przez jeden sezon pełniłem funkcję lekarza-instruktora wodolecznictwa i słonecznych kąpieli w 
państwowym sanatorium w Druskienikach pod Grodnem. Wielce pocieszna to była praca. Słońce 
jak słońce. Las jak las. Żywicą pachnące sosny, kryształowa rzeka, basen kąpielowy, gorący piasek 
— czynniki wspaniale leczące, zwłaszcza otyłe dyrektorskie brzuszki, których było tam najwięcej, 
Druskieniki   bowiem   cieszyły   się   ogromnym   Wzięciem   właśnie   u   takich   sybarytyzmem 
podtatusiałych panów. Po prostu były one modne.
Rzeczą wiadomą jest, że każde skuteczne leczenie musi być prowadzone według ścisłej recepty. 
Przede wszystkim  musi zaistnieć  wiara pacjenta w mądre kierownictwo lekarskie. Słońce i las 
bardzo pięknie, ale tego za mało. Trzeba jeszcze wiedzieć, jak w tym  lesie chodzić i jak tym 
słońcem   oddychać.   Każdy   „kuracjusz”   lubi   być   prowadzony   za   rączkę.   Każdy   przepis,   każde 
zalecenie musi być koniecznie poparte autorytetem; tym właśnie autorytetem, jako się rzekło, przez 
cały sezon letni byłem ja.
Istniały w Druskienikach dwa tereny: męski i żeński. Oba otoczone płotem ze ściśle dopasowanych 
desek, aby, broń Boże, ktoś nieproszony a ciekawski nie podpatrzył przez niedyskretną szparę, jaką 
ma   figurkę   pani   ministrowa   albo   i   sam   pan  dyrektor.   W   granicach   obu   płotów   obowiązywała 

background image

nagość, przykryta tylko czasem w wypadku nadmiernej indywidualnej skromności wąską przepaską 
imitującą figowy listek.
Każda kuracjuszka i każdy kuracjusz, jako kandydat do raju, przed rozpoczęciem spacerów na goło 
musiał stanąć z arkuszem białego papieru w długim ogonku, a kiedy doczekał się wreszcie swojej 
kolejki,   lekarz-instruktor   (to   niby   ja)   wypisywał   na   tym   arkuszu   papieru   najprzeróżniejsze 
„zlecenia”, oczywiście odpowiednie do stanu zdrowia danego golasa. Zlecenia wyglądały mniej 
więcej tak:
„Rano słoneczne naświetlenie minut 15 przez trzy dni, potem każdego dnia dodawać po minut 5 aż 
do 30 minut. Resztę czasu odpoczywać w cieniu. Spacer umiarkowany dookoła terenu przechodzić 
winien stopniowo w piętnastominutowy bieg, po czym wracać do normalnego marszu. Natrysk 
minut osiem, unikając moczenia głowy”...
Oczywiście   każdy   pacjent   musiał   posiadać   nieco   odmienne   wskazówki,   inaczej   kuracja 
wyglądałaby szablonowo. Niełatwą więc rzeczą było wykombinować tyle odmiennych wariantów 
tego „racjonalnego” marszu albo „racjonalnego” naświetlania czy też kąpieli.
Żeby   ułatwić   sobie   te   „lecznicze”   improwizacje,   wymyśliłem   kolorowe   słupki.   Znakomity 
wynalazek.   Kierownictwo   druskienickiego   sanatorium   było   wniebowzięte   i   od   razu   mi 
entuzjastycznie   przyklasnęło.   Kolorowe   słupki   stanęły   na   skrzyżowaniu   spacerowych   ścieżek. 
Odległości wymierzono dokładnie. Od czerwonego słupka do zielonego metrów 25, a od zielonego 
do żółtego 50. Teraz moje recepty wyglądały już bardziej precyzyjnie, a w swoich leczniczych 
skutkach były wprost zdumiewające.
„Od czerwonego słupka do zielonego ma pan maszerować wolnym, nie przymuszonym krokiem; od 
zielonego do żółtego stopniowo przyśpieszać. Dalej od żółtego biec drobnym, miękkim truchtem, 
aż przy czerwonym znowu przejść w dowolny marsz. Przy niebieskim zatrzymać się i trzy razy 
głęboko westchnąć”.
Co to była za uciecha patrzeć na tych różnych wygodnickich sybarytów, liczących z nabożeństwem 
sekundy   i   badających   kolory   słupków,   aby   się,   broń   Boże,   nie   omylić.   Te   duże,   zatroskane, 
egoistyczne  dzieci  bawiły się pysznie  swą wiarą w  lecznictwo.  Odmierzali  kroki, kłócili  się  o 
pierwszeństwo   albo   dzielili   się  wolnym   terenem.   Jednym   słowem,   przyjemnie   było   patrzeć   na 
znakomite postępy tej wielce „racjonalnej” kuracji.
Ćwiczenia gimnastyczne prowadził w Druskienikach Pietkiewicz — znany w świecie sportowym 
instruktor, absolwent CIWF. W innych  godzinach prowadziłem ja sam. Oczywiście ani wiedzą 
sportową, ani doświadczeniem nie umywałem się do Pietkiewicza. Miałem poza sobą poznański 
kurs wf — i to wszystko. Nie byłem wart nawet wiązania sandałów temu doskonałemu sportow-
cowi. A jednak... jednak jego zespół bywał zawsze nieliczny, podczas gdy do mnie garnął się tłum 
chętnych  kandydatów. Dlaczego? — Odpowiedź prosta: „ćwiczenia prowadził... lekarz!” Tylko 
takie ćwiczenia mogły pomóc.
Spośród licznych i mniej więcej szablonowych druskienickich kuracjuszy zapamiętałem jednego. 
Był nim rudowłosy przemysłowiec wileński, o białym, mocno piegowatym ciele. Miał śmiesznie 
wypukły okrągły brzuszek i  cienkie,  nieproporcjonalnie  długie  ramiona.  Dałem mu  na wstępie 
specjalnie wielce skomplikowaną listę kuracyjnych zajęć i z satysfakcją obserwowałem, jak przez 
pierwsze trzy dni, z zegarkiem w ręku, odmierza słupki i dopasowuje swoje ćwiczebne kroki do 
wypisanej na arkuszu recepty.
Czwartego dnia stanął na nowo do lekarskiego przeglądu w długim ogonku nagich kandydatów. 
Gdy po kilku godzinach dotarł wreszcie do mego gabinetu, spytałem zdziwiony:
— A pan tu po co jeszcze raz?
— A bo widzi pan doktor, zapomniałem zapytać, czy ręce, kiedy idę, mam trzymać wyprostowane 
w dół czy zgięte w górę?
Dostał wyraźną instrukcję i uspokoił się. Odtąd trzymał już zawsze ramiona przygięte jak w biegu.
Coś za tydzień, a może i za dziesięć dni, obchodząc kuracyjny teren zauważyłem mego pacjenta w 
łazience w pozycji leżącej na ziemi. Wzdłuż ściany biegł szereg mosiężnych kranów. Tkwiły one 
nisko na wysokości 40 centymetrów ponad podłogą i służyły do płukania stóp przed wejściem do 
basenu kąpielowego. Właśnie pod tymi kranami, na swoim wypuczonym brzuszku leżał mój ryży 

background image

delikwent.
— Co pan tu robi? — zawołałem zdumiony.
— Kąpię się tak, jak pan doktor kazał, to znaczy bez moczenia głowy.
Rzeczywiście głowę miał wytkniętą poza obręb działania otwartych kranów.

 Czyszczenie śmietników

— Nasze morze, uważa pan, jest za mało reklamowane — mówił do mnie wojewoda toruński 
Władysław Raczkiewicz. — Z naszych wspaniałych piaszczystych plaż moglibyśmy uczynić drugą 
Riwierą, tylko brak odpowiednich urządzeń, przyzwoitych hoteli i w ogóle jakiej bądź troski o 
letnika-kuracjusza. Dlatego postanowiłem stworzyć specjalną placówką „lekarza klimatycznego” i 
o objęcie tej placówki właśnie proszą pana. Jest to sprawa nadzwyczaj pilna, już mamy marzec, 
musi więc pan natychmiast udać się w teren i działać. Przede wszystkim strona sanitarna. Poprawić 
stan   higieny.   Co   tu   zresztą   długo   gadać,   nie   będę   pana   uczył.   Ze   swej   strony   dopomogę   we 
wszystkim, bylebym w porę był o to proszony. Reszty dokona naczelny lekarz wojewódzki, dr 
Kripendorf, zaraz mu pana przedstawię. Które z miast wybrzeża pragnie pan obrać za swoją bazę 
działania?
Nie namyślałem się długo. Puck leżał w samym środku podległego mi terenu, stamtąd będę mógł 
robić wypady na obie strony.
Dr Kripendorf okazał się człowiekiem przemiłym i ogromnie życzliwym. Obiecał jak najdalej idącą 
pomoc, podejmowałem więc pracę w optymistycznym i pełnym zapału nastroju.
— Ze starostą wejherowskim to będzie pan miał niemały orzech do zgryzienia, jest to formalista 
mało   życiowy   —   rzucił   doktor   na   pożegnanie.   Ale   ja   nawet   nie   słuchałem.   Układałem   już 
błyskawiczny plan działania. I rzeczywiście ustanowiłem rekord szybkości. Dosłownie w trzy dni 
urządzałem już mieszkanie w Pucku, a na czwarty dzień przyjechał Żorżyk, był to sanitarny kon-
troler, zarekomendowany mi przez profesora higieny. Żorżyk był Rosjaninem z pochodzenia, ale 
zasymilowanym przez kulturę polską. Mówił z akcentem rosyjskim, a nierzadko szpikował obcymi 
wyrazami. To właśnie okazało się wkrótce naszym wspólnym nieszczęściem. Ludność kaszubska 
przezwała go od razu „Ruskiem”. Żorżyk był małego wzrostu i raczej o brzydkiej twarzy, nerwus 
straszliwy i niepohamowany impetyk. Nie potrafił swoich uczuć ani okiełzać, ani ubrać w dyploma-
tyczne   szatki.   Reagował   szczerze   i   wylewnie,   może   nazbyt   wylewnie,   i   to   mu   nie   jednało 
przyjaciół, zwłaszcza tutaj na tak odmiennym psychicznie terenie. Jednym słowem, przedstawiał on 
sobą duszę słowiańską, z rosyjska mówiąc: „na rospaszku”. Do pracy wziął się ostro i także może... 
zbyt ostro. Co prawda, ostrość ta była w całej pełni usprawiedliwiona, gdyż stan sanitarny naszego 
wybrzeża przedstawiał się ultra tragicznie, co i dziś jeszcze możemy stwierdzić. Z powodu braku 
odpowiednich lokali wczasowych większość letników zmuszona była (i jest do dzisiaj) korzystać z 
domów   prywatnych,   całkowicie   nie   dostosowanych   do   tego   przeznaczenia.   Nie   mówiąc   już   o 
łazienkach, ustępów przeważnie nie było, a jeśli i były, to ich stan wołał o pomstę do nieba. Poza 
tym królowały jeszcze tak zwane „gnojowniki” na samym środku mieszkalnego podwórka.
Jedynym  wyjściem z tej sytuacji były ostre nakazy likwidacji tego stanu rzeczy z zagrożeniem 
policyjnymi mandatami. Może by ta metoda dobre dała wyniki, gdyby nie pochodziła od „Ruska”. 
Żorżyk,   jako   się   rzekło,   był   raptusem   o   niewyparzonej   gębie   i   nie   potrafił   znieść   nerwowo 
niektórych obrazków obyczajowych, a jakie to były obrazki, właśnie zamierzam opowiedzieć.
Któregoś, na przykład, dnia idąc ulicą Pucka natrafiłem na rynsztok przecinający w poprzek całą 
jezdnię. Żółta zawartość i obrzydliwy zapach nie budziły najmniejszej wątpliwości. Ten otwarty 
ściek kloaczny prowadził w bramę domu prywatnego, a stamtąd na ukos poprzez spore podwórko 
do ustępu, którego stan nie da się opisać, coś ultra wstrętnego, braknie słów do wyrażenia odrazy. 
Mój biedny Żorżyk aż pozieleniał na twarzy. Z papierosem w zębach rzucił się bez słowa kołatać w 
drzwi właściciela. Niestety, były zamknięte. Dom pusty. Wywiad wkrótce ustalił, że właścicielem 

background image

tym jest radny miasta Pucka. Nazajutrz otrzymał on nakaz sprzątnięcia, ale czy go wykonał?
Z   innym   radnym   spotkaliśmy   się   po   paru   dniach,   kiedy   wybraliśmy   się   na   rewizję   sanitarną 
miejscowej  masarni.  Izbę zastaliśmy ogromną  i dokładnie  wymiecioną.  Urzędował w  niej  sam 
masarz i jego małoletni pomocnik. Na środku izby stał wielki gliniany piec do gotowania mięsiwa. 
U góry widniał niewiele mniejszy zbiornik cynowy, prawdopodobnie do wody, takeśmy pomyśleli, 
ale na wszelki wypadek Żorżyk przystawił stołek i wlazłszy nań, zapuścił swoją dłoń za brzegi 
zbiornika.
—   Fu!   Cholera!   —   zaklął   siarczyście,   zeskakując   nagle   ze   stołka.   Wymachując   ręką,   szybko 
pobiegł do najbliższego kurka spłukać dłoń. Niestety, zamiast wody zaczęły z kranu wypadać tłuste, 
dobrze odkarmione mięsem robaki. Rura do kranu biegła właśnie od tegoż zbiornika. Tym razem 
nie obeszło się bez drabiny. Żorżyk wlazł i stwierdził, że ten właśnie cynowy zbiornik pełny był po 
brzegi bydlęcych jelit macerowanych przez robaki. Wewnątrz wszystko się ruszało. Na oburzenie 
nasze zdziwiony masarz wyjaśnił, że metoda ta jest powszechnie stosowana. Jelita z uboju poddane 
bywają naturalnemu procesowi maceracji i dopiero pod koniec procedury wypłukuje się martwe już 
robaki, po czym kiszki idą do produkcji.
Upłynęło   kilka   tygodni.   Czerwcowe   słońce   zaczęło   przypiekać.   Z   upałami   zjawiły   się   tłumy 
turystów. Wyroiły się wózki z lodami i budki z lemoniadą. Mijając je, przeglądamy butelki pod 
słońce. I, o święty Boże! Czego tam nie ma! Nie mówię już o źdźbłach siana, o jakichś tam pyłkach 
i osadach, ale gorsze są skrzydełka much i wreszcie — resztki karaluchów. Dowiaduję się, skąd 
pochodzą te dziwne jakieś zielone nalepki. Oczywiście z mego Pucka. Fabryczka, jak się okazuje, 
tkwi tuż pod moim nosem. Nie czekam długo. Natychmiast już jesteśmy tam z Żorżykiem. Dwie 
izby. Na środku jednej z nich stoi dieslowy motorek do napełniania butelek lemoniadą. Drugą izbę 
wypełniają przeróżne baseny i zbiorniki do gotowania wody, żaden z nich od dawna nie był w 
użyciu, wszystko to oblazłe z farby, brudne i zardzewiałe. Ściany obu pomieszczeń niechlujne, 
zanieczyszczone, szparami biegają prusaki, całość przedstawia obraz nędzy i rozpaczy. Nie mam 
oczywiście   innego  wyjścia,   jak  tylko  nałożyć   plomby  na  pas  transmisyjny  motoru,   z nakazem 
remontu lokalu i wszelkich zbiorników. Właściciel wcale się nie przejmuje moimi restrykcjami. 
Arogancko się uśmiecha twierdząc, że plomby i tak zostaną zdjęte, bo on ma brata legionistę w 
Warszawie i ten będzie wiedział, co z nami zrobić. Wychodzimy nieco skonfundowani.
Po kilku dniach znowu łapię w kiosku brudną lemoniadę z takimiż nalepkami, a więc produkcja 
trwa, ale jakim cudem? Wszakże plomby są nałożone. Biorę policjanta i razem we trójkę zjawiamy 
się   w   fabryczce.   Brud   jest   taki   sam   jak   przedtem.   Remont   wcale   nie   rozpoczęty.   Bezczelny 
właściciel traktuje nas jak pan, i władca. Widocznie otrzymał list z Warszawy. Już zamierzamy 
opuścić lokal nie wykrywszy żadnego przewinienia, gdy nagle policjant nasz cofa się, wraca do 
motoru, przyklęka przy nim i maca sznurek od plomby. Kręci go chwilę w palcach, aż całkowicie 
rozkręca.   Włókna   poprzecinane   w   różnych   odległościach   i   zlepione   białkiem   ustąpiły.   Plomba 
spadła. W ten więc sposób odchodziła nocna produkcja. Wypisuję nowy mandat karny, ale po co???
Za kilka dni telefon z Torunia. Mówi naczelny wojewódzki lekarz, dr Kripendorf:
—   Kolego!   Dobra   nowina.   Mogę   wygospodarować   dla   was   parę   tysięcy   złotych,   została   mi 
resztówka w sanitarnym budżecie. Na co chcielibyście wydać?
— Na chodnik do plaży w Jastarni i porządny publiczny ustęp w tejże miejscowości — zawołałem, 
podskakując radośnie. Tego mi najbardziej brakowało.
— Zgoda. Jutro dostaniecie gotówkę, tylko załatwcie zaraz formalność ze starostą w Wejherowie, 
on musi wystąpić z wnioskiem.
Telefonuję do starosty. Czekam niedługo.
—   Panie   starosto!   —   wołam   radośnie.   —   Dr   Kripendorf   wygospodarował   dla   mnie   z   działu 
sanitarnego dwa tysiące, trzeba tylko wystąpić z formalnym wnioskiem na budowę chodnika do 
plaży w Jastarni oraz ustępu publicznego, najserdeczniej o to proszę.
— Jak to? — odezwał się nadęty głos w słuchawce. — Kto tu będzie decydował o potrzebach 
wybrzeża, ja czy pan? Już ja sam tę sprawę z doktorem Kripendorfem załatwię. — No i załatwił. 
Ani on, ani ja pieniędzy nie dostaliśmy. Letnicy w Jastarni dalej brnęli poprzez zaśmiecony piasek.
Natomiast ja wkrótce otrzymałem wezwanie do Torunia. Wojewoda Raczkiewicz miał zatroskaną 

background image

twarz.
— Widzi pan, doktorze! — powiedział. — Zbyt ostro pan wziął się do roboty. Zwłaszcza ten pański 
sanitariusz „Ruskiem” przezwany. Kaszubi go nienawidzą. My, uważa pan, ludzie z wschodnich 
kresów nie pasujemy do tutejszej psychiki. Inny świat. Tyle skarg, nie mogę się obronić. Radni 
miasta protestują, podobno pan wymaga  od nich niestworzonych  rzeczy.  Mało tego, Warszawa 
nawet ingeruje. Jakiś pułkownik z ministerstwa skarży się, że jego bratu oplombował pan fabryczkę 
lemoniady.  Jednym  słowem...   rewolucja. Wczoraj  miałem   tu delegację, a  do  tego  jeszcze  sam 
starosta jest przeciwny panu.
— A doktor Kripendorf? — bąknąłem nieśmiało. — Jaka jest jego opinia o mojej pracy?
—   Jak   najlepsza,   ale   dr   Kripendorf   wyjechał   właśnie   na   miesięczny   urlop,   a   tu   żądają 
natychmiastowych  zmian.  Jeszcze co do pana, to nie nalegają, ale ten kontroler „Rusek” musi 
natychmiast odejść.
—   Nie,   panie   wojewodo,   mój   kontroler   ma   najświetniejszą   opinię   profesora   higieny   na 
Uniwersytecie   Wileńskim,   poza   tym   jest   człowiekiem   uczciwym,   nie   dającym   się   przekupić 
łapówkami,   jest   pełen   szlachetnego   zapału,   jednym   słowem   —   jest   człowiekiem   najodpo-
wiedniejszym   na   swoim   stanowisku,   a   to   że   wsadził   kij   w   zaśniedziałe   mrowisko,   to   tylko 
przemawia na jego korzyść. Dla świętego spokoju odejdziemy razem.
Tak się skończyła moja praca na wybrzeżu polskim.

Mundur to ważna rzecz

— Za tydzień zamelduje się pan u mnie w mundurze! — zakończył rozmowę dyrektor Państwowej 
Szkoły Morskiej w Gdyni, odprowadzając mnie uprzejmie do samych drzwi, ja zaś wychodząc 
pomyślałem: jak ten mundur ma wyglądać i u kogo mam go uszyć? Tutaj, w Gdyni, ludziska są 
zżyci z problemami morza, więc na moje naiwne pytanie wybałuszą oczy i zaczną żartować albo 
kpić, lepiej zostawić sprawę otwartą. W Warszawie pójdę do dowództwa Marynarki Wojennej i 
dowiem się wszystkiego.
Nazajutrz   byłem   już   w   dowództwie.   Wchodzę   do   olbrzymiego   hallu,   mam   tremę.   Nie   znoszę 
„wysokich” urzędów z ich atmosferą dygnitarstwa. Podchodzę do woźnego.
—   Mój   panie!   Kto  by  tu  mógł   mnie   poinformować,   jak  ma   wyglądać   mundur...   uważa   pan... 
mundur specjalnego oficera marynarki. — Nie chciałem wykładać kart na stół, a’ zdałem sobie 
sprawę, że wyszło jakoś śmiesznie. Spojrzał na mnie spod oka niby kelner na klienta, szacując 
widocznie możliwość napiwku.
— „Specjalnego oficera”, to znaczy jakiego oficera?
— No, na ten przykład.... lekarza...
— Lekarza? — powtórzył niedowierzająco i jeszcze raz obejrzał mnie badawczo od stóp do głowy. 
— To niby pan? — zdziwił się.
— Mniejsza o to. Chodzi mi o mundur lekarza marynarki, jak ma wyglądać.
— Ano — wysylabizował powoli, podnosząc palec do góry — w tej kwestii kompetentny będzie 
sekretarz wydziału personalnego piętro drugie, pokój 274. Winda zaraz w prawo.
Któż  by  tam  windami  jeździł   w  takim   ważnym   i oficjalnym   gmachu.  Jeszcze  się  niechcący  z 
samym ministrem w windzie spotkam, dopieroż będzie kawał. Wolę skakać po dwa schodki w górę, 
mam wszakże dopiero dwadzieścia osiem lat!
Pukam we wskazane drzwi bardzo cicho i bardzo nieśmiało. Dopiero później, znacznie później 
nauczę się wchodzić bez pukania i władczym gestem głowy przywoływać niepewne urzędniczki do 
obsługiwania. Wówczas tej niezawodnej metody jeszcze nie opanowałem.
— Czego pan sobie życzy?
— Widzi pani — zacząłem przestępując z nogi na nogę — zostałem zaangażowany w charakterze 
lekarza   Szkoły   Morskiej   i   kazano   mi   sporządzić   mundur.   Nie   wiem,   jakie   mają   być   galony. 

background image

Oficerowie marynarki handlowej umieszczają na rękawie złotą kotwicę, ale ja chyba tego zrobić nie 
mogę, bo nie jestem nawigatorem.
— Panie Stanisławie! — zwróciła się sekretarka do jednego z mężczyzn. — Zechce pan załatwić 
tego klienta.
— Czym mogę służyć? — padło nowe pytanie i da capo referuję sprawę, czując jej niestosowną i 
zbyt małą powagę.
— Kto panu kazał szyć ten mundur? — zapytał mężczyzna.
— Jak to kto? — zdziwiłem się. — Alboż to ważne?
— Chciałem powiedzieć, na jakim statku będzie pan pływał?
— Na „Darze Pomorza”.
— To marynarka handlowa, nie nasza, wojenna — stwierdził.
— Ależ naturalnie — zgodziłem się. — Sądzą jednak, że przepisy mundurowe są podobne.
— No więc cóż... — zaczął  urzędnik z wielką powagą — granatowe  sukno, marynarka  nieco 
wcięta, dwa rzędy mosiężnych guzików...
— Ależ — przerwałem elokwencję — ja o tym wszystkim wiem, chodzi mi tylko o galony na 
rękawie, jaki znak mam wyhaftować? Czy są jakieś przepisy?
— Hm... — chrząknął urzędnik — właściwie to żadnych przepisów dla lekarzy nie ma. O, tutaj ma 
pan kolorową planszę z wszystkimi oznakami mundurowymi, ale lekarzy nie uwzględnili. Po prostu 
zbyt ich mało w służbie. Rzeczywiście zabawne, po prostu zapomnieli uwzględnić...
— Więc co mam robić?
— Wszakże macie swój lekarski emblemat, zdaje się, dwa węże Eskulapa, na kielichu, jeśli się nie 
mylę.
— Ma pan rację, ale nie jestem pewien, czy mogę to wyhaftować.
— Mam dobrą myśl!  — krzyknął  nagle urzędnik.  — Niech pan idzie  do naszego krawca, on 
rozstrzygnie.
Bardzo dobry pomysł. Już idę pod wskazany adres,
— Kogo widzę! Co za miłe spotkanie! — pada nowy okrzyk i przede mną staje chudy jegomość w 
mundurze oficera marynarki, ale go dalibóg nie znam. Nie przypominam go sobie. Niby znajoma 
twarz, ale nie mogę skojarzyć jej rysów z jakimiś przeżyciami.
— Pan mnie nie poznaje — domyślił się. — Jestem jednym z czterech pływaków, którzy pierwsi 
usiłowali przepłynąć Zatokę Gdańską, teraz pan sobie przypomina?
—   Ależ   oczywiście!   —   zawołałem   ze   szczerym   wybuchem   radości   ściskając   podaną   dłoń. 
Doskonale pamiętam. Obraz sprzed dwóch lat nagle stanął mi przed oczami jak żywy. Bawiłem 
wówczas   na   Helu   z   wędrownym   obozem   swojej   harcerskiej   drużyny,   gdy   zapowiedziano   ten 
pierwszy pływacki rajd. Hel—Gdynia. Eskortować miał jacht i szalupa, do załogi tej właśnie sza-
lupy zwerbowano mnie i Janka Meysztowicza, mego przybocznego. Aż oto na przeszkodzie stanęła 
pogoda.   Nazajutrz   od   samego   rana   zagwizdał   sztormowy   wiatr   i   olbrzymie,   wściekłe   fale 
przewaliły się poprzez kamienne molo rybackiego portu. Typowy dla „polskiego” morza nagły 
spadek temperatury i ziąb wywołujący dreszcze. Pływacy stanęli jednak w komplecie: dwie panie i 
dwóch panów. Jakby się umówili — jedna gruba, druga cienka i jeden gruby, drugi cienki.
— Pogoda okropna, szkoda zdrowia, nie warto ryzykować — odradzał ktoś z komitetu.
—   Z   tarczą   albo   na   tarczy!   —   wykrzyknął   z   patosem   ten   właśnie   grubas,   wypinając   dumnie 
muskularną pierś, reszta skromnie milczała.
— Raczej byłbym za odłożeniem imprezy — bąknął chudy, ten właśnie, który stanął w tej chwili 
przede mną na ulicy warszawskiej.
—   Nie,   nie!   —  zaprotestował   wówczas   bohaterski   grubas.   —  Nie   wolno   się  cofać,   skoro   już 
wszystko zorganizowane i zapowiedziane.
— A więc z Bogiem! — zgodziły się obie panie i pierwszy skoczył do wody bohaterski grubas, za 
nim   w   ślad   poszła   reszta   pływaków.   Wkrótce   cała   ich   czwórka   ukazała   się   za   rufą   naszej 
eskortującej szalupy.
Utrwaliło mi się w pamięci to wariackie wiosłowanie, kiedy raz po raz wiosła wyskakiwały z fal 
zrywając mięśnie. Natarłem sobie dłoń do krwi i przekląłem w duchu swoją głupią decyzję.

background image

— Psiakrew! — klął także nasz sternik. — Zachciało się płynąć w taką pogodę.
—   I   tak,   i   tak   nie   dopłyną!   —   odpowiedzieliśmy   zgodnym   chórem   i   właśnie,   jakby   na 
potwierdzenie tych ponurych horoskopów, bohaterski grubas począł wzywać pomocy i zaraz wylazł 
na pokład jachtu, ani z tarczą, ani na tarczy. Zostało ich troje. Dobrze sobie przypominam, właśnie 
zaczęto szeptać i między sobą, że ten chudy, co jeszcze płynie, jest kapitanem marynarki. Teraz on 
właśnie stoi przede mną...
— Może byśmy tak zaszli gdzie na jednego? — zaproponował.
— Czemuż by nie — ucieszyłem się.
Staliśmy na Nowym Świecie niedaleko baru „Pod Setką”.
— Ogromnie cieszę się, że pana widzę — zaczął, kiedyśmy siadali przy stoliku. — Bo wszystko, co 
się wiąże z przebytym  trudem,  z jakimś  niebywałym  zmaganiem się, to wszystko,  uważa pan, 
zostawia w nas niezatarty ślad. Bardzo chętnie wracamy do wspomnień. Musieliście wówczas mieć 
solidną zgrywę na tej szalupie...
— Zgrywę jak zgrywę — odparłem wesoło — ale pęcherze na dłoniach, i to jakie pęcherze!
— Co też pan mówi? To każdy z nas cierpiał po swojemu. Ja przemarzłem w najokrutniejszy 
sposób, no i dostałem zapalenia płuc, ledwiem się wykaraskał, to nie żarty, w taki ziąb.
— Od dziewiątej rano do siódmej wieczór w wodzie. Wszakże pan zrezygnował tuż, tuż przed 
końcem. Gdynię było widać jak na dłoni.
— Ale sromotnie poddałem się, proszę mi wierzyć, już nie mogłem. Mgła zachodziła na oczy. Po 
prostu zamarzłem.
— Zostały jeszcze obie kobiety — zauważyłem niepotrzebnie.
— A właśnie, właśnie... ale one mają grubszy podkład tłuszczu...
— No, to cyk! — odrzekłem, wznosząc pierwszy kieliszek.
— One także zrezygnowały — mruknął, jakby się usprawiedliwiając.
— Tak — potwierdziłem — ale jedna z nich, ta śpiewaczka operowa z Poznania, zrezygnowała 
jedynie przez solidarność, była w pełni sił, czy pan wierzy, przez cały czas śpiewała nam do wtóru, 
płynąc tuż za rufą szalupy.
— I była wcale, wcale niebrzydka — dodał, wypijając drugą kolejkę.
— Te przeklęte pęcherze na dłoniach przeszkodziły mi w obserwacji, nie zauważyłem. Pan kapitan 
pojęcia nie ma, co za wściekły ból.
— Co pan dziś robi? — przerwał nagle.
— Szedłem do krawca szyć mundur. Zostałem zaangażowany przez Państwową Szkołę Morską, no 
i mam zameldować się w mundurze... Cyk!
— Ho, ho! Znakomicie, więc wypijmy podwójnie za powodzenie w pracy na tej nowej placówce.
Wypiliśmy. I jeszcze raz, i jeszcze kilka. Świat zaczął mi się trochę bujać. Było szalenie wesoło. 
Już   nie   pamiętam,   o   czym   dalej   była   mowa,   wiem   tylko,   że   szliśmy   ulicą   w   bardzo   dobrej 
komitywie. Dzień już dawno się skończył, była nawet późna godzina.
— Zaprowadzę pana do naszego ministerialnego krawca — powiedział kapitan, zatrzymując się 
przy pomocy latarni.
— Ministerialnego? — powtórzyłem niechętnie — to będzie bardzo drogo.
— Wiele pan zarabia w tej szkole? — spytał obcesowo.
— Siedemset złotych — odparłem.
— No to nad czym się zastanawiać, raz się żyje. Mundur to mundur. Musi być jak z igły, panie 
dzieju...
— Ale żaden krawiec o tej porze nie urzęduje — protestowałem.
— Nie szkodzi — odparł kapitan z uporem pijanego. — „Za pieniądze ludzie podli, za pieniądze 
ksiądz się modli”.
Dzwoniliśmy długo, aż jakaś niedoubrana  niewiasta otworzyła  drzwi. Nie chciała  wpuścić, ale 
kapitan powiedział głosem nie znoszącym oporu, że sprawa jest pilna i nie cierpi zwłoki. Dopinając 
spodnie,   zjawił   się   w   koszuli   krawiec.   Na   widok   kapitańskiego   munduru   twarz   mu   zmiękła   i 
usłużnym ruchem wskazał na drzwi do pracowni.
— Ja, uważa pan, w sprawie zamówienia munduru dla tego oto pana doktora Szkoły Morskiej w 

background image

Gdyni. Mundur ma być koniecznie na jutro.
— To niemożliwe — zaśmiał się krawiec — gdzieżby na jutro...
— Mam tydzień czasu, panie kapitanie — podpowiedziałem cicho.
— Mów do mnie Jasiu — odrzekł czule, kiwając się na obu obcasach. — Tu, panie dzieju, nie ma 
mowy o długim czekaniu. Zapłacimy panu wiele tylko trzeba, byle szybko i byle dobrze.
— Te galony — szepnąłem. — Jaką oznakę ma lekarz?
—   Wyhaftuję   węża   eskulapa   na   kielichu   —   odrzekł   krawiec,   kłaniając   się   uprzejmie.   Znać 
obietnica ekstra zapłaty uczyniła na nim dobre wrażenie. Kłaniał się więc biorąc miarę i kłaniał się 
tak nam aż do drzwi.
Rzeczywiście miałem mundur w trzy dni, ale zapłaciłem krocie. Mniej więcej tyle co, skromnie 
szyjąc, dałbym za dwa mundury.
Na rękawie widniał piękny złoty kij z wężem dookoła.
— Ale to nie kielich, to kij — zwróciłem uwagę.
— Kielich, uważa pan, to znak farmaceuty, panu doktorowi należy się kij.
Rzeczywiście — pomyślałem — i to solidne kije. Założyłem ten mundur i zaraz wybiegłem na ulicę 
Marszałkowską. Mijam jakiegoś oficera piechoty, a ten bije mi w dach. Salutuje. Zapłoniłem się 
niczym dziewica. Czyżby jakaś pomyłka? Może to mundur marynarki wojennej?
Zachodzę   do   bramy,   zdejmuję   czapkę,   oglądam   ją   uważnie.   Wszystko   jest   wyraźne.   Znak 
marynarki handlowej. Czyżby się oni na mundurach nie znali. To strasznie żenuje.
Ostatnia jeszcze próba. Wychodzę na chodnik i zaraz jakiś kapitan piechoty salutuje. Do licha! 
Dość z tą przykrą maskaradą. Wbiegam z powrotem do mieszkania i zrzucam mundur. Nie będę w 
nim chodzić. Chyba w Gdyni. Tam muszą się znać na dystynkcjach.
Mija  kilka   dni  i  oto   jestem   raz  pierwszy  w  messie   oficerskiej   na  statku   „Dar  Pomorza”.   Moi 
koledzy, a przyszli przyjaciele, oglądają mnie nieufnie i z przekąsem. Widzę wyraźnie, że się im 
coś we mnie nie podoba. Jakieś przykre niedomówienie zawisło pomiędzy nami. I tak trwało kilka 
tygodni, aż wreszcie na czyichś imieninach i przy kieliszku języki się rozplatały. Wszystkiemu był 
winien   znak,  ten   głupi   znak.  Sądzili,  że   mi   specjalnie   zależało  na   tym,  aby  ten  wąż  eskulapa 
podobny był do kotwicznej liny, a kij do kotwicy. Mówiąc krótko podszywałem się pod nawigatora, 
robiłem   z   siebie   zejmana,   czyli   nadepnąłem   na   najczulszy   odcisk   marynarza.   Oni   nie   znoszą 
podobnej konkurencji.
Te parę tygodni kosztowało mnie sporo nerwów, bo moi przyszli przyjaciele mieli niewyparzone 
języki, a przy tym sporą dozę złośliwego dowcipu. Zwłaszcza Tadeusz Meissner dawał mi się we 
znaki, a Strzembosz dzielnie wtórował. Już mi ten cały eskulap gardłem wyłaził, aż go wreszcie 
sromotnie   odprułem.   Wkrótce   pod   lekarskie   galony   wprowadzono   czerwoną   podkładkę   i   cała 
sprawa w ten sposób została zlikwidowana. Ale mnie to kosztowało sporo nerwów.

background image

W mundurze marynarza

Żeglarskie krotochwile

W okresie międzywojennym statek szkolny „Dar Pomorza” miał zupełnie inne pływania. Wczesną 
wiosną, gdy wrócił z dalekiej zimowej wędrówki, załoga brała urlopy, statek odpoczywał, a nowy 
narybek   Szkoły   Morskiej   zdawał   egzaminy   wstępne.   Żółtodzioby   wkładały   mundury,   aby 
wróciwszy do swoich rozproszonych po Polsce domów imponować różnym „wielbicielkom morza” 
kołyszącym się krokiem zejmana i dalekim spluwaniem przez zęby.
Pod jesień „Dar Pomorza” zaczynał się gotować do nowej zimowej, tropikalnej wędrówki: burty 
malował,   żagle   cerował,  sposobił  liny.  Urlopowicze   ściągali   do pracy.  Żółtodzioby  stawały do 
ćwiczeń.   Pojęcia   nie   mieli   o   żaglu,   a   tu   czekały   ich   sztormy.   Jakże   poruczyć   statek   tak 
niedoświadczonym rękom? Więc dzień po dniu na redzie w Gdyni odbywały się ćwiczenia.
Tego dnia dano właśnie znak, aby zakończyć wiosłowanie, i szalupy zaczęły podchodzić pod burtę. 
Komendant   statku,   kapitan   Konstanty   Matyjewicz-Maciejewicz,   osobiście   doglądał   z   pokładu 
sprawności dobijania szalup. Każda z nich miała podejść pod talię i zahaczyć ją, po czym załoga 
szalupy   po   linach   wdrapywała   się   na   pokład.   W   szalupie   zostawało   dwóch   wioślarzy,   aby 
nadzorować pracę talii — tych wciągano na górę razem z łodzią.
W jednej z szalup zostało nie dwóch, lecz trzech chłopców. Spostrzegłszy to, kapitan Maciejewicz 
—   jak   zawsze   w   wypadkach   uchybień   pracy   załogi   —   wpadł   w   pasję.   Jako   nauczyciel   szkół 
rosyjskich  nie mówił  po polsku poprawnie, brakowało  mu  często  słów, zwłaszcza  w chwilach 
zdenerwowania. Tak więc i teraz — gdy krew zawrzała w nim z oburzenia na widok kołyszącej się 
u burty szalupy z trzema, a nie dwoma wioślarzami — wrzasnął na całą zatokę:
— Liszni wyłaź!
Nastąpiła konsternacja. Nikt nie rozumiał. Wszyscy — i ci, co wyszli już na pokład, i trójka, co 
pozostała w szalupie — sprężyli się ze strachu na baczność. Śmiertelna cisza zaległa statek. Nagle 
rozległ się po raz drugi, już bardziej zrozumiały — choć jeszcze groźniejszy i jeszcze donioślejszy 
— krzyk:
— Liszni wyłaź!
Uczniowie struchleli. Ci trzej w szalupie, widząc wlepione w siebie płonące wściekłością oczy 
komendanta, zbledli. Pochyliły się głowy jedna do drugiej.
— Ty jesteś Liszni?
— Nie, nie ja.
— To może ty Liszni?
Wreszcie któryś zdobył się na odwagę i zadzierając w górę twarz zaraportował:
— Tutaj nie ma Liszniego, panie komendancie!
I oto nagle groźny przed chwilą komendant chwycił  się za brzuch w paroksyzmie  szczerego i 
głośnego   śmiechu.   Pojął   pomyłkę   („liszni”   w   języku   rosyjskim   znaczy:   zbędny,   nadliczbowy). 
Lubił kawały, więc śmiał się sam z siebie, a za nim rechotali wszyscy.
Tej jesieni „Dar Pomorza”, idąc jak zwykle w rejs południowoamerykański, zahaczył o Kopenhagę. 
Nie mieliśmy tam stać zbyt długo, ot, zaledwie półtorej doby, ale i tego wystarczy do szczerej 
zabawy. Każdy lubił Kopenhagę z jej wesołym miasteczkiem i łatwością zawierania znajomości z 
dziewczynami pełnymi temperamentu i bezpośredniości. Duńczycy to naród morski, więc i córki 
ich oceniają należycie błyskotliwą wartość załogi statku szkolnego. Dziś tu — jutro tam. Siady się 
zatrą. Przeżycia sentymentalne — najmilsze wspomnienia. Z Kopenhagą nigdy nie było kłopotów: 
ledwie uczniowie opuścili pokład, ledwie znikli grupkami za zakrętem ulicy, już wracają pod rękę z 

background image

dziewczynami. Zagruchani, wniebowzięci, dżentelmeńscy.
W drugim dniu pobytu przyjmowano rewizyty gości. Statek stał na redzie, więc od rana wiosłowe 
szalupy przywoziły i odwoziły zwiedzającą publiczność. Rodzice z córkami albo i same córki. 
Synków   mniej   (tylko   ci   interesujący   się   żaglami).   Łaziło   to   całe   towarzystwo   po   pokładzie, 
zaglądało w każdą szczelinę, pytało o każdy szczegół. Trwało to aż do obiadu, kiedy ostatni goście 
opuścili statek. Na obiedzie miał być konsul RP ze swoją świtą i gronem miejscowych dygnitarzy. 
O godzinie drugiej podnosimy kotwicę.
Wszystko   odbyło   się   według   programu.   Przed   obiadem   ostatnie   dziewczynki   dyskretnie, 
przesyłając całusy, odpłynęły w „siną dal”. Niejedno młode serce westchnęło głęboko. Niejedna 
wstydliwa łza upadła na stronicę adresowego notesu... „Będą do siebie pisali”.
Na statku rejwach. Tupanina nóg. Gorączkowe przygotowania. W kapitańskim salonie dostojni 
goście dopijają ostatnie toasty. Pierwszy oficer wybiega z rozkazem:
— Wszyscy na pokład! Zbiórka!
Biegnąc   poprawiamy   mundury,   wygładzamy   czupryny,   nasadzamy   czapki.   Już   stoją   szeregi: 
uczniowie w białych drelichach, oficerowie świecą złotem galonów. Moment nerwowego napięcia. 
Wreszcie ukazuje się uroczysta świta. Kilka eleganckich pań, za nimi brzuszki dyrektorów, a na 
czele konsul z goździkiem w klapie...
— Baczność! Na prawo patrz!
Kapitan melduje konsulowi gotowość statku do odejścia. Uroczysta pożegnalna przemowa i oto 
nagle...   najzupełniej   niespodziewanie   zza   rogu   kuchennej   przybudówki   wysuwają   się   dwie 
niewinnie spłonione dziewczynki. Wzrok wszystkich obecnych mimo woli przenosi się na nie. Nie 
mniej  czerwony  na  twarzy  „dyżurny”   melduje   coś  komendantowi,  a  ten  z  kolei  podchodzi  do 
konsula.
— Pan konsul wybaczy, ale dwie Dunki spóźniły się na ostatnią szalupę, pozwoli pan konsul, że 
odpłyną w tejże motorówce razem z państwem?
— Ależ oczywiście, ależ oczywiście — wersalski gest w stronę trapu.
Biedne, zawstydzone dziewczęta nieśmiałym, drobnym kroczkiem drepczą do trapu. Tuż za nimi 
idą piękne panie i panowie z dygnitarskimi brzuszkami. Jako ostatni schodzi krokiem godnym i 
obliczonym „na efekt” sam pan konsul RP. Honorom stało się zadość.
— Rozejść się! — pada komenda i cała załoga ramię przy ramieniu staje wzdłuż relingu.
Pogoda jest śliczna, morze jakby wygładzone. Popielaty Bałtyk do siebie niepodobny. Wrześniowe 
słońce   nadało   niebu   i   wodzie   głęboki   szafir   Śródziemnego   Morza.   Niedalekie   dźwigi   zawsze 
krzykliwego   portu   dziś   odpoczywają   —   niedziela.   Żaden   głos   nie   psuje   nastroju.   Kapitańska 
motorówka, lśniąc mosiądzami, na wolnych obrotach poważnie pyka rurą wydechową. Uroczyście 
sztywnym   wiankiem,   z   przepisowo   miłym   uśmiechem   zastygły   na   ławkach   eleganckie   panie, 
dyrektorzy uchylili kapeluszy. Pośrodku stoi konsul z podniesioną dłonią.
— Pyk, pyk, pyk... — basowo a głucho akompaniuje kapitańska motorówka, a nad tym wszystkim 
grobowa, uroczysta, nadęta cisza. Cała załoga sprężyła się na baczność. Palce drżą przy daszkach 
mundurowych czapek. Autorytet najwyższej władzy zawisł w powietrzu.
— Pyk, pyk, pyk! — motorówka basowo gdacze i oto nagle jedna z tych dwóch zawstydzonych 
duńskich dziewczynek unosi się z ławki i powiewając chusteczką woła piskliwie:
— Pocałuj mnie w dupie! Moment ciszy... i:
— Tfu! Chalera!!! — zagrzmiało z górnego pokładu.
Nerwy   kapitana   Maciejewicza   nie   wytrzymały   próby.   Kontrast   tych   dwóch   krzyków   na   tle 
dygnitarskiej ciszy był tak wielki i niesamowicie komiczny, że cała załoga jak jeden mąż ryknęła 
chóralnym śmiechem. Rechotali wszyscy uczniowie. Od śmiechu trzęsły się burty „Daru Pomorza” 
i   od   śmiechu   drżała   kapitańska   motorówka   razem   z   konsulem   RP.   W   tym   jednym   momencie 
błyskawicznie   rozkrochmaliła   się   atmosfera   snobistycznego   nadęcia   —   zapomnieli   ludziska   o 
dostojeństwie swojego przeznaczenia. Ale śmiech trwał krótko. Uczniowie wiedzieli, co ich czeka. 
Z „Macajem” nie ma żartów. Zaraz zaczną się dochodzenia: a kto nauczył, a kiedy, a po co? Tylko 
żagle postawią i reje przehalsują — czeka ich Sąd Boży. Lepiej więc nie spieszyć z robotą. Żaden 
sztorm nie grozi. Niech się „stary” uspokoi. Może da się ułagodzić. Będzie lżejszy raport.

background image

Konno na pacjencie

To, co opowiem, działo się wówczas jeszcze, kiedy ani penicylina, ani sulfonamid nie istniały. 
Pojawienie się tych leków, jak wiemy, wybawiło tysiące ludzi od śmierci. Flemingowi należy się 
nie tylko w każdym kraju świata pomnik, ale wiekopomna cześć i sława. Szczególnie ród niewieści 
winien mu wdzięczność za ratunek przed nieuleczalną dotąd popołogową (lub poskrobankową) 
zakaźną gorączką. Dzięki Flemingowi właśnie ten problem dzisiaj przeszedł do legendy.
A więc, jako się rzekło, działo się to jeszcze przed penicyliną.
Statek   szkoły  morskiej   „Dar   Pomorza”   przecinał   właśnie   Ocean   Atlantycki   w   najszerszej   jego 
połaci, wracał bowiem ze swojej dorocznej podróży ćwiczebnej. Trasa wiodła od portu Paranagua 
(Brazylia) do portu Capetown (Afryka Południowa). Pamiętam, byliśmy wówczas na wysokości 
Tristan da Cunha, samotnej, zagubionej, romantycznej wyspy. Dotychczasowa śliczna pogoda nagle 
się popsuła. Gęsta mgła opanowała świat, jak na północnym morzu.
— Tfu! — zaklął swoim zwyczajem kapitan Maciejewicz, popularnie Macajem zwany. — Pod 
Tristan da Cunha zawsze tak. Cholera ich tu przyniosła!
— Kogo, panie kapitanie? — spytałem nie rozumiejąc
— Tych  wariatów, co  tu zamieszkali.  Jakaż  idea pakować  się na te  gołe  skały?  Ani tu wody 
porządnej, ani jedzenia ludzkiego. Czort ich wie, po co żyją, i... jak wszyscy żyją! — dodał z 
uznaniem.
— Czyżby aż tak dobrze żyli? — zaśmiałem się.
— Nie mówię „dobrze”, ale długowiecznie. Podobno średni ich wiek umierania — osiemdziesiąt 
pięć lat. Pomyśl pan sobie: 85 lat! A nierzadko dosięgają setki.
— Nie słyszałem... — bąknąłem.
— Ja również nie słyszałem, ale niedawno czytałem artykuł. Podobno na Tristan da Cunha nie ma 
żadnych zarazków, zdrowi są jak ryby, a przy tym nieustannie szukają u siebie jakichś skarbów.
— Czyich?
— Cholera ich wie. Wielu było takich, co tu coś zagrzebali. Potem sami tego znaleźć nie mogli albo 
poumierali. Dziś więcej jest takich, co szukają, aniżeli tych, co zgubili — zaśmiał się Macaj.
Statek coraz gwałtowniej rył dziobem, a zadarta wysoko kapitańska rufa raz po raz tłukła swoją 
płaszczyzną o podnoszące się fale. Wiatr wzmagał się i gwizdał na wantach. Zanosiło się na sztorm.
— Nie wiadomo, czy będzie można dopłynąć do beczki — mruknął kapitan.
— Do jakiej beczki? — spytałem.
— To pan nic nie wie? Wiadomo... eskulap! Mówiłem już dziś przy stole, że istnieje niepisane 
prawo morskie, że każdy statek omijając Tristan da Cunha musi zabrać jej korespondencję.
— Więc zachodzimy do portu?
— Przy tym wietrze? Zwariował pan! Mowy nie ma! Do Tristan w czas dobrej nawet pogody 
trudno   zajść,   a   tu,   w   taki   sztorm?   Do   beczki   daj   Bóg   dopłynąć.   Oni   swoje   listy   trzymają   w 
zakotwiczonej beczce, na pełnym morzu. Jesteśmy od strony południowej, pełno tu raf.
W ciągu jednego stulecia zatonęło tutaj trzynaście statków. Bardzo podłe warunki.
— Latarnię widać, panie kapitanie — zameldował wachtowy oficer. — Jesteśmy na jej trawersie.
—   Dobrze.   Stanąć   pod  wiatr!   Spuścić   kapitańską   motorówkę,   na   wiosłach   będzie   trudno.   Pan 
pojedzie, panie Konstanty.
Zaczął się rejwach brasowania. Sznury białych, tłoczących się postaci rytmicznie pociągały za liny. 
Zwolnione od wiatru płótna wściekle łopotały. Kołysanie wzdłużne zmieniło się w nieokreślony 
jakiś kołowrotek.
— Pytał pan, zdaje się, o te historie ze skarbami? — zaczął Macaj. — Ciągnie się to od czasów 
napoleońskich,   kiedy   na   tych   morzach   panował   największy   bałagan.   Wówczas,   zdaje   się,  i   na 
Tristan   da  Cunha   wysadzono   jej   pierwszych   mieszkańców,   byli   to  angielscy   marynarze,   jeńcy 

background image

wojenni.
— Jesteśmy gotowi, panie kapitanie — meldował drugi oficer, odziany w kombinezon i ratunkową 
kamizelkę.
— Tylko ostrożnie, panie Konstanty — krzyknął Macaj. — Paskudnie wygląda. Chyba sztorm się 
zaczyna. O czym to ja panu mówiłem? Aha, o tych różnych wariatach. Swego czasu głośna była 
sprawa   angielskiego   statku   „Allanhaw”,   1600   ton   wyporności.   Kapitan   jego   zwariował   z 
zawiedzionej miłości i najzupełniej świadomie na pełnych żaglach, silnym fordewindem wpakował 
się na skały. Tylko czterech ludzi wyratowano.
— Panie kapitanie, kolacja na stole! — zameldował steward.
— Zaczekać, aż szalupa powróci — padł rozkaz. — Szukanie skarbów zaczęło się chyba od tego 
sławnego  angielskiego   pirata   kapitana   Kidda. Pan  doktor  słyszał   o nim?   W każdym   szkolnym 
podręczniku angielskim pełno o nim różnych historyjek.
— Nie czytałem ani jednej — bąknąłem ze wstydem.
— A był pan przynajmniej w londyńskim barze „Old Inn” nad Tamizą?
— Zdaje się, byłem. To w tych dokach, gdzie odbywały się egzekucje nad piratami?
— Właśnie, właśnie, tam też i powieszono owego Kidda. I nikt nie wiedział, gdzie ten szelma 
podział swoje nieprzebrane skarby. On sam twierdził, że skarby zatonęły, ale kto by tam wierzył. I 
dlatego zaczęło się poszukiwanie, które trwa do dzisiaj. Trzy punkty świata ściągnęły na siebie 
szczególną uwagę. Archipelag Kokosowy na Pacyfiku, Long Island pod New Yorkiem, no i te 
właśnie   Wyspy   Zbawienia.   W   tych   gonitwach   za   skarbem   udział   brali   nie   tylko   prywatni 
awanturnicy, ale i rządowe nawet okręty wojenne. Tak na przykład w roku, zdaje się, 1813 wysłany 
został na poszukiwanie skarbów okręt angielskiej marynarki wojennej „Prometeusz”, a na dwa lata 
przedtem,   niemiecki   okręt   wojenny   „Pantera”.   Po   prostu   szał   ogarnął   cały   świat   marynarski. 
Szeptano   z   ust   do   ust   niesamowite   legendy,   sprzedawano   usługi,   mordowano   konkurentów,   w 
portowych spelunkach aż wrzało od emocji.
— Wracają — zameldował wachtowy.
— Nu, chwała Bogu, a to niepokoiłem się — rzekł Macaj, przykładając dłoń do czoła. Istotnie 
szalupa   już   dobijała.   Rosnące   na   sile   bałwany   rzucały   nią   potężnie   na   strony.   Raz   po   raz 
wyzwolony z wody motor, przebijając się poprzez szum fal i gwizd wiatru, ryczał wniebogłosy. 
Niełatwa to była sztuka podejść pod talie, ale wprawna załoga dała sobie radę i za chwilę drugi 
oficer, ociekając wodą, zjawił się przed nami.
—   Beczka   pusta,   panie   kapitanie.   Włożyłem   do   środka   nasze   pozdrowienia   i   to   wszystko   — 
meldował.
— Ano, dobrze, teraz chodźmy do messy, bo kolacja wystygnie — rzekł Macaj, schodząc już po 
trapie. — Zdaje się, że czeka nas, panowie, ciężka noc. Barometr idzie gwałtownie w dół. Coś w 
rodzaju cyklonu.
Prócz   wachtowego   siedzieliśmy   w   komplecie.   Sięgaliśmy   już   po   sztućce,   gdy   nagle   statek 
przechylił się gwałtownym skokiem i opadł rufą w dół. Cały rząd biesiadników z mego vis a vis 
opadł brodami w talerze, a my, z przeciwka, zrywając podtrzymujące nas łańcuchy, zjechaliśmy po 
śliskiej podłodze do przeciwległej ściany i gruchnąwszy plecami o nią, spadliśmy z krzeseł.
— Cholera! — zaklął Macaj siarczyście. — Pewnie przebrasowali reje. Nu, panie Stanisławie! — 
zwrócił się do stewarda — pozbieraj pan te skorupy po talerzach i dawaj nowe kotlety, bo tych z 
podłogi to ja już jeść nie będę.
— Niech pan opowie nam o tej wyspie, kapitanie! — poprosiłem, gdy cały rejwach spowodowany 
podskokiem statku uspokoił się.
— A ot, żył  tu podobno niejaki Lambert,  ani pirat, ani kapitan statku, ot, taki sobie skromny 
człowieczek, co handlował futrem upolowanych fok i dorobił się wielkiej fortuny. Wiadomo, na 
Tristan da Cunha banku nie ma, więc pieniądze Lambert chował do miedzianego kotła. Miał on 
dwóch współtowarzyszy: Włocha Corri i Anglika Milleta. Pewnej nocy Lambert i Millet nie wrócili 
z myśliwskiej wyprawy, został tylko Włoch Corri. Pomówili go o zbrodnię. Ze swojego bogactwa 
nie robił on żadnej tajemnicy.  Przy okazji każdej wypitki przechwalał się istnieniem wielkiego 
miedzianego kotła, wypełnionego złotem.

background image

— To mięso jakby czuć! — zauważył nagle pierwszy oficer, wąchając kotlet.
— A cóż zrobić, wiadomo, nieświeże, cóż, od Gdyni płynie, pół roku już minęło — usprawiedliwiał 
się prowiantowy oficer, Majorem przezwany.
— Chłopcy dzisiaj skarżyli się, że w ryżu są robaki — dorzucił Trzeci.
— Wielka mi rzecz! Popływaliby tak żaglowcem do Australii i z powrotem, toby im robaki nosem 
wyszły... — zaśmiał się Macaj.
—A o czymże to ja panom mówił?... Aha! Nu tak i Corri też zginął w jakiejś awanturze i nie zdążył 
zdradzić tajemnicy miedzianego kotła. Od tego czasu ludzie powariowali, szukając tej zguby. Ryli 
dookoła i do dzisiaj wciąż jeszcze ryją. Nawet znaleźli podobno szkielet tego Corriego i odtąd jego 
duch podobno straszy. Innych duchów nie ma na Tristan da Cunha, tylko ten jeden Corri. Ale on 
bardzo jest popularny, wszyscy się jego boją. Oprócz miedzianego kotła istnieje jeszcze na wyspie 
skarb kapitana Sandersa, który wylądował tu pewnej nocy i wyniósł na brzeg razem ze swoim 
powiernikiem marynarzem Handersonem wielką skrzynię pełną złota i ukrył ją gdzieś w jakiejś 
grocie. Nie wiem, na jakiej podstawie obliczono, że w skrzyni tej było trzydzieści pięć tysięcy 
złotych funtów szterlingów. To tylko dwie historie, nie pamiętam innych — rzekł Macaj. — Ale 
powiadam wam, jest ich tam bez końca. Niesamowite banialuki plotą po spelunkach portowych, a i 
w prasie od czasu do czasu zjawi się jakaś sensacja. Na Tristan da Cunha mamy dużo grot, tak że i 
dla was, panowie, znajdzie się jeszcze robota... — zakończył ze śmiechem.
— Panie doktorze! — meldował od drzwi dyżurny uczeń. — Jeden z kolegów ciężko zachorował, 
może pan doktor zobaczy?
— Co mu jest?
— Ucho strasznie boli, no i wymioty.
Idę do ambulatorium. Chłopak siedzi na stołku, ma twarz czerwoną, oczy pałają gorączką. Mierzę. 
Ma   39,8.   Objawy   zapalenia   ucha   środkowego.   Dają   zastrzyk   propidonu.   Zapuszczam   krople 
kamforowe. Daję silną dawkę aspiryny i kompres. Nic więcej zrobić nie mogę. Niestety, penicyliny 
jeszcze nie było!
Nazajutrz objawy niepomyślne. Gorączka wzrasta. Silne bóle głowy, objawy sztywnienia karku. 
Błona   bębenkowa   ucha   obrzękła   i   zaczerwieniona,   słowem   groźba   komplikacji.   Jeżeli   nie 
przedziurawię jej operacyjnie, dwie są możliwości: albo sama pęknie rujnując aparat słuchowy, 
albo ropa przerzuci się do wyrostka sutkowatego i dalej na błony mózgowe. A więc muszę dokonać 
paracentezy ucha. Łatwo jednak powiedzieć „muszę”, ale jak, ale czym? Nawet igły odpowiedniej 
nie posiadam. Kto będzie usypiał chorego? Drugi oficer czy sanitariusz, który jest... fryzjerem? 
Czyli, jak za dawnych czasów, cyrulikiem. Zresztą nie o to chodzi. Statkiem rzuca na strony, że nie 
można ustać. Sztorm rozgorzał na całego. Przy kole sterowym, zamiast dwóch jak zwykle, stoi 
czterech uczniów. Są przywiązani linami, żeby ich fala nie zmyła. Jakże tu myśleć o trafieniu igłą w 
bębenek uszny pacjenta, kiedy ustać na nogach nie można? A jednak operacji dokonać muszę. Stan 
chorego   jest   groźny.   Trzeba   chłopca   ratować.   Muszę!   —   powtarzam   sobie  z  siłą   sugestywną, 
otwierając drzwi kabiny. W tym momencie słyszę za swoimi plecami brzęk tłuczonego szkła i 
tragiczny okrzyk sanitariusza:
— Ojej, panie doktorze! Nasze lusterko się stłukło!
— Jakie lusterko?
— Ano, wziernik do ucha — pada druzgocąca  odpowiedź. Wszakże  ten wziernik właśnie jest 
podstawą mego działania. Jakże można bez jego pomocy trafić do ucha? Co teraz robić? Co robić?
Chwytając się ściany korytarza, jak pijany wracam do ambulansu. Jeszcze nigdy nie rzucało tak 
statkiem. Jednego z uczniów omal że nie zmyło do morza. Zrolował biedak aż pod sam reling. Miał 
szczęście chwycić się asekuracyjnej linki. Inaczej byłoby po nim. Im więcej kiwa, tym większy 
oblatuje mnie strach, jak wybrnąć z sytuacji. Lusterko laryngologiczne ma w środku otworek, przez 
który bada się pole operacyjne. Jego wklęsłe lustro koncentruje blask. Powierzchnia, którą należy 
igłą dziurawić, stanowi jedną czwartą całości bębenka. Małe przesunięcie koniuszka igły pozbawi 
chłopca aparatu słuchowego. Jaka odpowiedzialność! Ale zaniechać operacji to ryzyko skazujące 
go nawet  na śmierć.  Do Capetown, czyli  najbliższego  portu, zajdziemy za  dwa,  może  za  trzy 
tygodnie. Co robić? Co robić?

background image

Odwlekam decyzję. Może dobry los uśmiechnie się? Może nawałnica chmur i wichrów odejdzie? 
Może ocean uspokoi się nieco? Może gorączka u pacjenta spadnie?
Niestety, sztorm ryczy coraz zajadlej, a statek skacze w sposób uniemożliwiający zupełnie stanie. 
Nowa noc przynosi pogorszenie. Trzeba się decydować, innego wyjścia nie ma.
— Położyć chorego na stół operacyjny — rzucam przez zęby. — Przywiązać go jak najmocniej. 
Chloroform i eter pod ręką, w zabezpieczonej szufladce środki nasercowe i strzykawki, długie a 
cienkie tampony. Poprosić drugiego oficera, żeby asystował jako świadek.
Serce mi włazi w gardło. Opanowuję tremę, jak mogę. Nadrabiam miną. Rozklepuję młoteczkiem 
koniuszek   domięśniowej   igły,   to   będzie   mój   specjalny  instrument   do   paracentezy.   Paskiem   od 
fotograficznego aparatu przywiązuję zwykłe płaskie lusterko kieszonkowe do czoła. Tkwi ono nad 
lewym okiem. Teraz włażę na stół operacyjny i siadam okrakiem konno na brzuchu pacjenta. Na 
szczęście stół jest wąski, a nogi mam długie, więc mogę zaczepić stopę o stopę, aby usadowić się 
mocniej. Teraz kiwamy się razem z pacjentem synchronicznie.
Nachylam twarz ku jego twarzy i przekrzywiając głowę rzucam uwiązanym lusterkiem błysk w 
głąb ucha. Jest. Widzę dokładnie bębenek, ale najmniejszy ruch ręki odprowadza to światło z pola 
widzenia.   Wykluczone,   abym   mógł  operować  w  świetle.   Pozostaje  więc  tylko  przestudiować   i 
zapamiętać pole, a potem na ryzyko dziurawić igłą. Wpierw trzeba pacjenta uśpić. Daję mu dużą 
dawkę chlorethylu. Usypia szybko. Przekrzywiam mu głowę. Oddaję maskę drugiemu oficerowi, 
sam znowu oświetlam ucho, no i raz dwa trzy!... zdecydowany ruch dłoni. Opór tkanki. Próżnia. 
Zjawia się strumień ropy. Jest. Brawo. Dzieła dokonałem. Co będzie dalej, przyszłość pokaże. Robi 
mi się nagle słabo. Przeżycie zbyt radykalne, napięcie nerwów zbyt silne. Reakcja i odprężenie. 
Chwytam się oburącz krawędzi stołu, żeby nie upaść. Statek kołysze z boku na bok. Właściwie nie 
jest to już kołysanie, tylko szaleńczy jakiś i opętany taniec. Największy chyba sztorm mojego życia. 
Wreszcie przy pomocy asystentów złażę z barykady i przewalając się ze ściany na ścianę wybiegam 
na pokład. Chcę podzielić się radością z kapitanem Maciejewiczem. Właśnie napatoczył mi się na 
drodze. Uśmiecham się więc i już chcę otwierać usta, gdy on, spojrzawszy na mnie,  wrzasnął 
gromkim głosem:
— Widzisz go! Raduje się! A tu czort wie, co może wyniknąć! To żadna radość, cholera!... To 
sztorm!
Znikam w kabinie jak zmyty. Rzeczywiście, nie pora na wyrażanie szczęścia.
Nazajutrz choremu spadła gorączka i mózgowe objawy ustąpiły. Tańczyć mi się chciało z wielkiej 
uciechy.
Za miesiąc, kiedy wylądujemy w Capetown, będę wiedział na pewno, czy aparat słuchu nie został 
uszkodzony. Grunt, że chłopak żyje i żyć będzie.
Dziki sztorm trwał jeszcze dwa dni, aż przekształcił się, jak to zresztą często bywa, w kompletną 
ciszę. Ocean wygładził pieniste czupryny i dawno już zgubione tropikalne słońce znowu wróciło 
żarliwym upałem. Leżeliśmy jak zwykle na rufie, wygrzewając plecy. Dziadzia (radiotelegrafista) 
jak zwykle  suszył  swoje nie kończące  się nigdy filmy,  a Chojnac z Gorylem  tonęli we wspo-
mnieniach ostatnich, brazylijskich przygód.
Sądziłem, o naiwny, że ze zmianą pogody nastąpi teraz mój osobisty spokój, chyba zasłużyłem na 
to. Gdzież tam! Po obiedzie tegoż dnia zameldował się nowy chory.
— Cóż wam jest? — pytam obcesowo.
— Nie wiem, panie doktorze, ale już dziewięć dni, jak nie chodzę na stronę, to chyba już dosyć 
długo? Dzisiaj zaczęło mnie boleć w brzuchu i ciągle robi mi się słabo.
Badam pacjenta uważnie. W górnym odcinku wstępującego jelita wyraźny, bardzo twardy guz.
— Mieliście wymioty?
— Dziś rano po raz pierwszy.
— Jeśli mnie pamięć nie myli, przed kilkoma dniami braliście sól gorzką na przeczyszczenie?
— Tak jest, panie doktorze, ale bez skutku.
— Idźcie do łóżka... zobaczymy — mruknąłem. Ale co mam „zobaczyć”? Wszystko przemawia za 
skrętem kiszek przez blokadę, zwykłe zaczopowanie. Na statku nie ma warunków do operacji. W 
pobliżu nie ma statków, płyniemy starym szlakiem żaglowym. Żaden nowoczesny statek tędy nie 

background image

idzie. Cóż więc robić?
Wpadam na myśl.
—   Panie   Stanisławie!   —   wołam.   —   Gdzieś   tu   mieliśmy   klka   metrów   zapasowej   gumy   do 
lewatywy, niech pan poszuka.
— Chce pan doktor na procę? — spytał robiąc dziwne oczy.
— Nie na żadną procę, tylko lewatywę — tak zwaną wysoką lewatywę. Tutaj mamy niskie sufity, 
więc nie ma odpowiednich warunków, ale stanie pan na pokładzie górnym, a pacjent na dolnym i 
tak jakoś na dwa piętra poradzimy.
— Nic nie rozumiem — rozłożył ręce. — Lewatywa na dwa piętra?
— A wie pan, co to jest prawo naczyń połączonych? Zamiast gadać, ganiaj szybko po gumę.
Na szczęście szlauch się znalazł.
— Stawaj, braciszku, okrakiem — przemówiłem z kolei do pacjenta — a pan, Stanisławie, pójdzie 
z   lewatywą   na   górę.   Otrzymamy   tym   sposobem   cztery   metry   różnicy   poziomów.   Ciśnienie 
wystarczające do wyprostowania jelit, jeżeli tylko woda dojdzie do celu. Ciepła woda z gliceryną 
swoje zrobi. Zresztą nie ma innej rady. Próbujemy.
Wieść   o   wysokiej   lewatywie   rozeszła   się   po   całym   statku.   Kto   mógł,   ten   biegł   na   dziwne 
widowisko.
— Niech pan tylko tym telefonem za długo nie przemawia — zażartował ktoś.
— Ja to bym na pewno pod takim ciśnieniem pękł — ktoś drugi dowcipkował.
Kibiców zbierało się coraz więcej.
— No trzymaj się, chłopcze — radzono.
— Tylko dalej od mojej kabiny, bo jeszcze eksploduje!
Dałem znak i przedstawienie się rozpoczęło. Zadarłszy koszulę, posłuszny pacjent stał okrakiem na 
podłodze, a ja nad nim z kanką od lewatywy. Rurka gumowa biegła w górę ze środka statku nad 
trapem aż na pokłady
— No, no! — kręcił głową Goryl. — Żeby tylko nie pękł.
— Wytrzyma. Dupa mocna! — pocieszył ktoś.
Ja   jednak   chowałem   w   sercu   niepokój.   Stosowałem   ten   eksperyment   raz   pierwszy,   wiedziony 
jedynie   zdrowym   rozsądkiem.   Skoro   kiszka   zaczopowana,   a   nawet   może   skręcona,   należy   ją 
wyprostować. Jeżeli gangreny nie ma, każde ciśnienie dobre.
— Dość, doktorze!... Jak Bozią kocham, nie wytrzymam! — krzyczał pacjent.
Przygotowany basen uratował sytuację.
— Ależ, panie doktorze, jak żyję czegoś podobnego nie widziałem, żeby jeden człowiek potrafił aż 
tyle!... — wołał sanitariusz Stanisław.
Chory   uratowany.   Czy   tam   był   ten   skręt   kiszek,   czy   go   nie   było,   efekt   przeszedł   wszelkie 
oczekiwania.
W   Capetown   laryngolog   specjalista   orzekł,   że   operacja   ucha   dokonana   została   legę   artis   i   w 
najzupełniej odpowiednim polu.
Chyba jakiś dobry duch kierował moją dłonią.

Cisza na morzu

Już drugi dzień mija, jak stoimy w miejscu. Niebywałe zjawisko. Żagle, symbole bezużytecznego 
nieróbstwa,   niby   zwiędłe   a   brudne   kiście   niegdyś   białych   chryzantem   obwisły   nieruchomymi 
fałdami.  Ocean wygładził swoją powierzchnię  do niemożliwego  absurdu. Jakżeż to może  być? 
Tutaj lśniąca, nieruchoma, otaczająca nas masa wody, a tam gdzieś na reszcie mórz i oceanów, 
gdzieś wieją przecież wiatry, szaleją sztormy i przewalają się piętrowe fale. Gdzież więc tu reguły 
fizyki,   której   nas   uczono?   Gdzież   owe   zespolenia   naczyń   i   prawa   ciśnienia,   gdzie   Pascale   i 
Archimedesy?   Bzdury!   Życie   praktyczne   przeczy.   Otaczająca   nasz   statek   gładzizna   drwi   z 

background image

wszelkich   teoretycznych   zasad.   Gdyby   choć   jedno   drgnienie,   chociaż   jedna   maluteńka   fala. 
Kamienny, niczym nie wzruszony spokój.
Dziwna, pastelowomleczna poświata związała ze sobą morze i niebo, zatuszowała granicę barw. 
Gdzie spojrzysz — jedno zielonomodre, wMęsłe zwierciadło. Na tym olbrzymim połyskującym tle, 
niby   na   dnie   alabastrowej   misy,   leży   nasz   „Dar   Pomorza”   —   biała   fregata,   biały   motyl 
spreparowany, z rozpiętymi skrzydłami — i czeka. Na co czeka? Tyle dni już czekamy. Na wiatr.
A wiatru jak nie ma, tak nie ma.
— Tfu... Chaliera! — klnie kapitan Maciejewicz. —
Szósty już but ja rzucił za burtę i, k’czortu, nic nie pomaga!
Rzeczywiście, aż trzy pary obuwia poszły Neptunowi w ofierze i żadnego rezultatu.
— Panie kapitanie! — wołam. — Mam jeszcze jedną parę starych butów, może rzucimy?
—   A   nu   —   śmieje   się   Macaj   swoim   poczciwym,   rozbrajającym   śmiechem   —   spróbować   nie 
szkodzi!
Biegnę do kabiny. Otwieram w pośpiechu szuflady. Szukam, ryję, ale buty gdzieś się zapodziały. 
Nie ma! Złośliwość martwej natury.
— Panie Stanisławie! — wołam stewarda. — Nie widział pan moich starych butów? Były tu w 
szufladzie, między butelkami wina.
— Wina? — zdziwił się. — Jakiego wina? Rzeczywiście, teraz sobie uświadamiam, że i butelek z 
winem brak. Gdzie moje wino? Najlepsza malaga z Casablanki! Zaczynam gorączkowo przewracać 
szufladę za szufladą. Czyżbym nie pamiętał? Może wypiłem z tą Portugalką na Martynice? A może 
na Porto Rico z Angielką? Nie... nie, stanowczo nie! Ktoś musiał mi spłatać figla. Ktoś wypił moje 
wino!
— Nu i co? — odezwał się głos od progu. — Dasz pan te swoje buty czy nie?
—   Nie   mogę   ich   znaleźć,   panie   kapitanie.   Ktoś   wypił   mi   moją   malagę,   a   buty   były   między 
butelkami...
— Nu, to gdzież one? Przecież ich nikt nie wypił, to nie wino.
Nowe poszukiwania. Wreszcie są. Znajduję je w szafie, pod brudną bielizną. Kroczę triumfalnie na 
pokład. Zacznie się uroczysty ceremoniał.
— A ot, już wiem, dlaczego nie pomagało — zaczął poważnym głosem Macaj, podnosząc w górę 
mój but. — Widzicie, panowie, but trzeba rzucać w tę stronę, skąd należy się spodziewać wiatru. A 
tu sam czort nie rozbieriot — gdzie ten wiatr. Przecież zupełna cisza, skądżeby wiedzieć?
— A w którą stronę ostatni but pan rzucił? — spytałem.
— Z prawej burty — odpowiedział Macaj.
— I nic nie pomogło? Znaczy, teraz trzeba rzucać z lewej.
— Rzeczywiście, mądrze pan wykombinował — zaśmiał się kapitan. — Wszystkich butów nie 
wyrzucisz, a próbować trzeba — dodał.
Tymczasem zebrała się już spora gromadka ciekawskich. Czekaliśmy wszyscy na stary zejmański 
ceremoniał.
Macaj uroczystym krokiem podszedł do relingu, odwrócił się plecami ku morzu, rozstawił szeroko 
nogi, aby było wygodniej, i z wielkim rozmachem rzucił. But niby z procy wyskoczył wysoko 
ponad jego ramię i spadł gdzieś w ocean.
— Ale pan kapitan musi coś przy tym powiedzieć — zauważyłem. — Jakieś zaklęcie pod adresem 
Neptuna, jakąś pokorną prośbę.
— Chyba tak, ale czort wie co mówić? Ot, dobrze byłoby poczytać jakieś zejmańskie obyczaje — 
zaśmiał się Macaj. — Nu, to niech pan coś do Neptuna mówi, a ja tymczasem drugi pański but 
wyrzucę.
Niestety, i ta czwarta para obuwia nie pomogła. Wiatru jak nie było, tak nie ma.
— Do licha! — mruczę schodząc po trapie. — Kto wypił moją malagę?
Wołam drugiego oficera.
— Słuchaj, Kot! Jak myślisz, kto mógł mi spłatać taki kawał?
— A kto znał kryjówkę? — pyta Kot.
— Nikt, dosłownie nikt. Ale zaraz... zaraz... poczekaj. Wczoraj był u mnie wieczorem ten uczeń, co 

background image

to przedtem chodził do chyrowskiej, jezuickiej szkoły i opowiadał mi historię, jak to oni swoim 
księżom podkradali mszalne wino. Potem wypytywał mnie o gatunki hiszpańskich win i ja mu 
pokazałem butelki. Ale czyżby się on odważył?
— Rzecz mało prawdopodobna, ale skoro miał szkołę chyrowską... Zaraz skoczę do międzypokładu 
i   sprawdzę.   Wątpię,   żeby   już   aż   pięć   butelek   wypił   —   to   mówiąc   Kot   wyszedł   z   kabiny. 
Jednocześnie prawie rozległy się wołania:
— Albatrosy!... Albatrosy!... Prędzej na pokład! Albatrosy lecą!...
Tupot nóg. Kto żyw, ten biegnie. Niebywała sensacja. Albatros — zejmański symbol. Ptak — 
zjawa. Rzadki gość na żeglarskich szlakach.
Liczna  gromada  ciekawych  zebrała  się na oficerskiej  burcie,  nawet i uczniowie,  dla których  z 
reguły wstęp tutaj zakazany. Tym razem zapomniano o przepisach. Trzy olbrzymie białe ptaszyska 
kołyszą   się   na   sennej   gładzi   oceanu.   Nie   boją   się   nas   wcale.   Podpłynęły   tuż-tuż   blisko,   niby 
łabędzie na łazienkowskim stawie.
— Jak by je tak złapać? — odzywa się ktoś w tłumie.
— Rzecz zupełnie prosta — mówi wszechwiedzący komendant i zaraz daje rozkaz: — Steward, 
przynieś pustą puszkę po konserwach! Ot i cała sztuka — dodaje w naszym kierunku.
Na czym ta „sztuka” polega, jeszcze nie wiemy. Czekamy cierpliwie na jej wyjaśnienie. Za chwilę 
Macaj bierze puszkę z rąk stewarda, ogląda ją ze wszystkich stron i krzyczy:
— Nożyczki! Dajcie dobre, duże nożyczki do blachy. Ktoś kopnął się i już są. Kapitan wykrawa 
owalną płytę wielkości pół męskiej dłoni, wierci w niej dwa otwory, na dwóch przeciwległych 
krańcach.
— Teraz dajcie długi, mocny sznurek — mówi. — Przenizamy go, ot, i gotowe!
— A co na przynętę? — pyta Dziadzia-Kwiatkowski, jako fachowy rybak.
— Nie trzeba żadnej przynęty. Ta blaszka imituje rybę. Albatrosy strasznie żarłoczne, chwytają 
każdy przedmiot.
— Rozumiem, błyszczka — ktoś tam się mądrzy. — Ale błyszczki mają haczyk. Tutaj nie ma 
haczyka, więc jak się ten albatros złapie?
— Rzeczywiście! — zgadza się kilka głosów. — Gdzie haczyk?
— Tutaj cała sztuka polega na tym — śmieje się Macaj — że albatrosy nie potrzebują haczyka. One 
durne! Ich haczykowaty dziób trafi do dziurki w blaszce, nu i koniec. Albatros jak zły pies: raz 
ukąsi, to już nie wypuści.
W tej chwili Dziadzia z Grzelakiem wypuszczają blaszkę na wodę. Wszystkie trzy albatrosy ruszają 
do ataku. Dziobią jeden przez drugiego, wyrywają zdobycz.
— O! — ktoś wrzeszczy! — Poderwać! Już chwycił! Nic z tego. Dziób wymknął się z otworu. I 
znowu albatrosy walczą o zdobycz, czyżby nie widziały oszustwa?
— Ciąg!... Ciąg!... — chóralny wrzask i tym razem sam kapitan szarpie sznurek. Długa biała szyja 
ptaka idzie za błyskotką.
— Jest!... Jest!... Mamy go!...
Cały pokład tańczy: skaczą chłopcy z uciechy, padają sobie w ramiona. A linka się napięła. Mocno 
trzyma. Powoli ją podciągają, aby się nie wymknęła z dzioba ptaka. Mamy albatrosa!
— Załoga do motorówki! — pada rozkaz kapitana. — Trzeba go podjąć z wody, inaczej dziób nie 
wytrzyma.
Tymczasem podciągnięto już ptaka pod samą burtę statku. Szyja wyprężona, skrzydła rozłożone 
szeroko.
Trzepocze nimi, tłucze po wodzie. Niedługo to trwa. Już szalupa dobiła. Para silnych rąk chwyta 
albatrosa za skrzydła, wyjmuje go z wody. Oszołomiony, nie wie, co ma robić, niby otwiera dziób, 
ale nie walczy. Usiadł spokojnie na dnie łodzi, nawet go trzymać nie trzeba.
— Patrzcie no, oswojony! — ktoś woła.
— Tyś go pewnie oswoił — odpowiada inny, a chór śmiechu wtóruje.
— Ostrożnie tam, żeby nie uciekł!
— Dalej od dzioba, bo jeszcze komu oko wykolę.
— Palec odszczypnie!

background image

— Żeby tylko palec!
— Słyszysz, Kazik? Bądź ostrożny! — nawołują i znowu ryk śmiechu.
A tymczasem albatros, jakby nigdy nic, bez najmniejszej walki wywindowany zostaje po trapie na 
pokład i tu jak domowa kaczka wyprostowuje kolejno to jedną, to drugą nogę, po czym niezdarnie, 
przewalając się na boki, idzie wzdłuż pokładu przed siebie.
— Patrzcie go, jaki spryciarz! Wprost do kuchni wali.
— Panie szefie, dać mu befsztyka!
— Może wódki kieliszek?
Już trzeszczą aparaty. Fotografują ptaka ze wszech stron.
— A zmierzyć mu rozpiętość skrzydeł! — rozkazuje kapitan.
Więc znowu go chwytają. Przywarł piersią do pokładu. Przez szeroko rozwarty dziób ciężko dyszy. 
Próbuje syczeć niby gąsior na wsi, ale nie udaje mu się nikogo nastraszyć.
— Co to? — wołają chłopcy. — Spójrzcie no tylko: krew na pokładzie. Krew z niego kapie. Któż 
go zranił?
— Gdzieżby tam zranił! — oburzają się inni.
Ale rzeczywiście, krwawe plamy na pokładzie. Skąd się biorą?
— To z łap! To z łap!... za każdym krokiem czerwony ślad na deskach. Nogi mu krwawią.
— Biedak, nie może znieść dotyku twardych desek.
— Tak, tak... — potwierdza kapitan Maciejewicz. — Zapomniałem o tym. U nas było tak samo, 
kiedyśmy łapali albatrosy za moich młodych lat. Te ptaki nigdy nie lądują. Raz wyklute, śpią i 
jedzą przez całe życie na wodzie. One nie znoszą twardego dotyku.
— Puśćcie go wolno, niech leci!
— A pewnie. Po co ma się męczyć?
— Jeszcze wykrwawi się i zdechnie...
Ta decyzja nie wymagała plenum. Samorzutnie, na „raz dwa trzy” rozhuśtano ptaka i... babach! — 
przez burtę w morze. Nie zdążył rozłożyć skrzydeł, spadł ciężko, rozpryskując wodę.
— Zabił się może?
— Gdzieżby się zabił. Nic mu nie będzie, tyle puchu na piersi...
— Więcej niż u Kazika — ktoś wtrąca i znowu ryk śmiechu.
Długi   szereg   głów   wychylił   się   za   burtę.   Uwolniony   z   niewoli   ptak   powolnym,   wcale   nie 
pośpiesznym ruchem odpływa ku swoim towarzyszom. Dołączył i wówczas wszystkie trzy razem 
wzbiły się w powietrze. Tyle ich było widać...
— Oczywiście, to ten drań! — wołał Kot wbiegając do mojej kabiny. — Znalazłem pustą butelkę.
—   Szelma!   —   zakląłem.   —   Przez   cały   tydzień   udawał   przyjaciela,   zjawiał   się   w   kabinie   na 
rozmówki, opowiadał o sobie po to, żeby ukraść wino.
— Podobno cała wachta piła, nie on jeden — zauważył Kot. — Ale ja im pokażę!
— Daj spokój, zwykły łobuzerski kawał. A my to byliśmy lepsi? Nie mów Macaj owi, bo będzie 
awantura. Daj spokój.
— Rają!... Rają!... — ktoś krzyknął na pokładzie.
— Gdzie rają?... Jaka znowu rają?... — pędzimy na górę.
— Patrz pan — pokazuje Dziadzia palcem pod ster i rzeczywiście — widok niesamowity: tuż za 
rufą „Daru Pomorza” stoi w miejscu, wymachując z wolna ogromnymi  skrzydłami, oceaniczny 
potwór, jakiś płaz o kształtach samolotu, stalowo połyskujące, opływowe cielsko.
— Prędzej!... Prędzej przynieście mi harpun!... — szepcze gorączkowo Dziadzia, nałogowy rybak.
Kopnęli się najbliżsi gdzieś na dół, do bosmana, do żaglomistrza, i już jest harpun — olbrzymi 
dziryt z otwierającą się poprzeczką. Straszliwe narzędzie tortur.
Dziadzia próbuje, czy się otwiera, a głupia rają wciąż tkwi pod rufą, jakby czekała na swój smutny 
koniec.
— Chyba z pięć metrów rozpiętości płetw — powiada Grzelak, kiwając głową z uznaniem.
— Co najmniej tonę waży — dodaje ktoś inny.
A Dziadzia tymczasem już się czai, już się wychyla przez reling. Zamachnął się z całej siły swego 
potężnego ciała, aż zafurczało żelazne ostrze.

background image

— Jest!... Jest!.... Trafiony!... Zabity! — wrzeszczą chłopcy. Cóż z tego. Dziryt przeszył cielsko 
potwora przez sam najgrubszy środek i poprzeczka przepisowo się rozwarła, ale pod kolosalnym 
ciężarem wydarła się, wyszarpała wraz z galaretowatym mięsem i tylko woda oceanu zabarwiła się 
szerokim strumieniem krwi. Rają zaś, jakby nigdy nic, powolnym ruchem płetw zaszybowała w 
głębi. Szkarłatna spirala poszła za nią poprzez seledyn kryształowo czystej wody.
— Nu — rozległ się wesoły głos kapitana Maciejewicza. — Jak na jeden dzień to chyba dosyć 
wrażeń; ot, byli albatrosy, a teraz rają, to może i wiatr do nas przyjdzie?
— Już jest — niby żartem powiedział Tadeusz Meissner.
I rzeczywiście, chyba to imaginacja? — poczułem na policzku chłodny powiew.
— Jest!... jest!... — zaczęto wkoło wołać... — Buty pomogły!
Statek drgnął. Żagle ożyły. Wydęły się wielkie brzuchy.
— Co tam na sterze? — zaniepokoił się raptem oficer wachtowy.
— Siedemdziesiąt pięć!
— Tak trzymać! — potwierdził. Za burtą już syczała woda.

Misiowe kłopoty

Statek „Dar Pomorza” stał przy molo portu Paranagua, w południowej Brazylii, gdzie jak zwykle 
spędzaliśmy bardzo miły miesiąc  wzajemnych  wizyt,  wymienianych  z polską kolonią z miasta 
Kurytyby. Do Kurytyby jeździło się pociągiem poprzez wspaniałe góry pełne przepaści, mostów i 
tuneli.
Niestety, wizyty miały się już ku końcowi i czekaliśmy rozkazu podniesienia kotwicy.
Wtem najzupełniej nieoczekiwanie  z perspektywy ulicy wyłoniła się przekomiczna para: otyły, 
beczkowato   niski   jegomość   wlókł   za   sobą   na   grubym   łańcuchu   zupełnie   maleńkie,   puszyste 
zwierzątko. Z opuszczonym niewinnie pyszczkiem, zamiatając ziemię ogonową kitą, przewalając 
się niedźwiedzim sposobem z boku na bok, z łapki na łapkę, dreptał powoli a godnie, obojętny na 
ciężar żelaznego łańcucha, maleńki miś, szop pracz.
Dysproporcja tych dwóch osobników była tak rażąco wielka, że tłum zebranych na pokładzie statku 
uczniów ryknął chóralnym, nieopanowanym śmiechem.
— Cóż za smoka prowadzi pan na łańcuchu? — zapytał któryś.
Grubas ciężko sapiąc przystanął. Otarł spocone czoło chustką. Podniósł czerwoną twarz w górę, jak 
to czynią krótkowidze, po czym szybkim, gniewnym ruchem podał koniec łańcucha trapowemu i 
rzekł:
— Zabierajcie. To dla warszawskiego ZOO. Pośmiejecie się jeszcze... pośmiejecie — powtórzył 
złośliwie, akcentując ostatnie słowo. Podniósł przy tym palec i grożąc nim znikł jak najszybciej za 
najbliższym  zakrętem.  Takim  więc sposobem mój  kochany miś  znalazł  się nagle  na pokładzie 
szkolnego żaglowca.
Oczywiście,   pierwszą   naszą   czynnością   było   oswobodzić   małą,   delikatną   szyjkę   z   uścisku 
niewspółmiernie   dużego   łańcucha.   Biedne   zwierzę   nie   mogło   chyba   uwierzyć   w   nadmiar 
osiągniętego szczęścia, bo stało wciąż jeszcze w miejscu z nisko pochyloną głową, aż musieliśmy 
go   pchnąć   ku   drzwiom   dla   dodania   otuchy.   To   pchnięcie   dopiero   przekonało   go,   że   jest 
rzeczywiście wolny. Podniósł czarny, wilgocią lśniący nos i jął nim ostrożnie a nieufnie wietrzyć 
dokoła.
Zapach   nie   był   przyjemny.   Pochodził   widocznie   od   spotniałych   nóg   otaczających   go   kołem 
marynarzy.   Zmarszczył   się   z   niesmakiem,   opuścił   nos   między   łapki,   po   czym   bez   pardonu   i 
energicznie jął torować sobie drogę pomiędzy lasem tych nóg. Dobrnął do najbliższego masztu, 
skoczył na stalówkę i po niej akrobatycznie w górę. Czynił to szelma tak zgrabnie i tak jakoś ko-
micznie, że cała patrząca na to załoga aż zakrztusiła się od śmiechu. Żaden kot, żadna mysz, nawet 
żadna małpa nie dotrzymałaby mu placu w tej artystycznej  wspinaczce. Okazał się urodzonym 

background image

linoskoczkiem.   Dopiero   na   samym   szczycie,   to   znaczy   na   wysokości   czterdziestu   metrów   nad 
pokładem, ulokowawszy bezpiecznie w fałdach zwiniętego żagla pewną część ciała wraz z puszys-
tym ogonem, wytknął szpiczastą mordkę i spojrzał na dół beztrosko a filuternie.
Zaraz wysłano jednego z najzwinniejszych uczniów, aby misia spędził do jedzenia. Chyba musi być 
głodny po ostatnim lądowym spacerze!
Gdzież tam! Misio doskonale rozumiał swoją wyższość na wantach. Nie zdradzał najmniejszego 
lęku. Wyczekiwał chytrze aż do ostatniego momentu, kiedy goniący go marynarz wyciągnie rękę, a 
wówczas jeden tylko zgrabny sus i znowu można bezpiecznie leżąc czekać.
A z dołu tymczasem nabijali się marynarze, podjudzali kolegę, grali w totalizatora:
— A nuże, panie pokrako!
— A który z was jest niedźwiedziem?
— Do luftu z takim marynarzem!
— Nie daj się, Misiu, tej ofermie!
Od tego dnia zadomowił się Miś na najwyższej rei. Czuł się widocznie tam niczym na rodzinnych 
lianach   Mato   Grosso.   Za   każdym   razem,   idąc   w   górę,   aby   rozwinąć   żagle,   uczniowie   się 
nawoływali:
— A uważać tam i nie zrzucić czasami Misia! Niepotrzebna troska, bo Miś sam na siebie uważał. 
Nie potrzebował żadnej opieki. Był samodzielnym, dyplomowanym akrobatą. Żadna chyba siła nie 
potrafiłaby go zrzucić z żagli. Miał ostre pazury i jeszcze ostrzejsze zęby.
Każdy lubił Misia. Każdy klepał go po pysku. Każdy gładził puszyste, lśniące, mękkie futro. Proszę 
się teraz zastanowić i bezstronnie wejść w położenie biednego Misia. Takich klepiących czule i 
gładzących amatorów było na statku z górą stu. Jeżeli za minimum przyjmiemy tylko trzy takie 
serdeczne pieszczoty, to nieszczęśliwe stworzenie otrzyma trzysta klapnięć lub trzysta pogładzeń. 
Wystarczy! Widocznie z Misia był dobry matematyk i wykalkulował to sobie dostatecznie szybko. 
Wolał samotność na rejach od pokładowych sentymentów.
Był jeszcze jeden powód zmiany misiowego usposobienia, i to może najważniejszy, nie wszyscy 
bowiem członkowie załogi statku obdarzali go uczuciami sympatii, byli też i tacy, co prześladowali 
go na każdym kroku, dokuczając o byle co i byle gdzie. Za co? Rzecz wielce prozaiczna. Tak już 
świat głupio został stworzony, że każde zwierzę musi się załatwiać. Miś także... musiał. Nikt mu 
nie wskazał ustępu. Nikt nie nasypał piasku do miski. Ale każdy wymagał czystości. Gdzież więc 
biedak miał brudzić???
Pokład „Daru Pomorza” myją sami uczniowie. Żaden nie lubił dodatkowej roboty. Biedny szop-
pracz zaczął zbierać niezasłużone cięgi to miotłą, to paskiem, to kijem i nic w tym dziwnego, iż w 
końcu się znarowił. Na wszelki wypadek gryzł w prawo i w lewo. Stał się podejrzliwy i nieufny. 
Zaczepiony   przez   napastnika,   nie   uciekał   na   reje   jak   przedtem,   tylko   przysiadał   na   ogonie, 
wyszczerzał ostre zęby i szczekając piskliwie, wypowiadał wojnę.
Pokojowa i życzliwa dotychczas atmosfera zmieniła się w nieustanna; walkę, a czułe pieszczoty — 
w  nieżyczliwe  wrzaski.  Misia   tropiono  wszędzie,   łapano  go  po kątach,   bito  coraz  dotkliwiej  i 
niesprawiedliwiej.
Bywało i odwrotnie. Miś czaił się za szalupami albo za wiązkami lin, aby upatrzywszy odpowiedni 
moment   zaatakować   śmiertelnego   wroga.   Zauważono   przy   tym,   że   napady   misiowe   nie   były 
bezplanowe. Dostawało się tylko i wyłącznie zasłużonym dręczycielom. Nikt z niewinnych nie 
został ugryziony. Ci z sumieniem obciążonym bali się przejść przez pokład bez odpowiedniego 
kija. Skradali się, oglądając na wszystkie strony, jakby mały Miś był co najmniej lampartem.
A Miś w dalszym ciągu brudził, bo cóż miał innego robić? Na początku nie rozumiał, więc czynił to 
otwarcie i szczerze. Wkrótce jednak dokładnie pojął, że tego robić nie wolno. Zaczął więc chować 
się po ciemniejszych kątach, wścibiać we wszelkie szczeliny i dziury, za drzwi i za liny, gdzie tylko 
mógł się zmieścić. Wszędzie jednakże dostrzegało go złośliwe oko ludzkie. Wszędzie dosięgała 
bezlitosna miotła.
Jedyną, zdaje się, osobą, która ani razu nie skrzywdziła Misia, byłem ja. Nie wyprosiłem go nawet 
nigdy ze swojej kabiny, ale i nie było za co. Niedźwiadek ocenił chyba ten życzliwy stosunek do 
swojej osoby, bo pomimo coraz częstszych wizyt nigdy u mnie nie nabrudził. Natomiast zaszedł 

background image

bardzo dziwny fakt, że mój przyjaciel, sąsiad, wówczas starszy oficer, a dziś znany powszechnie 
kapitan Tadeusz Meissner, coraz częściej narzekał. Mówił, że na środku jego kabiny Miś pozosta-
wia regularnie bardzo niemiłe pamiątki. Co za szelma! — pomyślałem sobie w duchu. — Wychodzi 
ode   mnie   po   to,   ażeby   się   załatwić   u   najbliższego   sąsiada.   Postanowiłem   łajdaka   dopilnować. 
Byłem ciekaw tej przemyślnej akcji.
Przez   parę   dni   nie   było   okazji,   aż   wreszcie   któregoś   wieczoru   zauważyłem,   jak   zwierzątko, 
oglądając się na boki, złazi z mojej koi i wybiega na korytarz. Ja za nim. Za progiem przysiadł i 
wietrząc noskiem jął badać sytuację. Horyzont był czysty. Szybkim więc susem skręcił w bok i dał 
nura w drzwi Meissnerowskiej kabiny. Nie potrzebowałem go dalej śledzić. Wiedziałem dobrze, co 
on tam robi i po co tam poszedł. Nie przeszkadzałem. Bo i po co? Nie mogłem jakoś uważać tej 
czynności za zbrodnię, a złych skutów za tragedię. To, że Miś obrał kabinę mego przyjaciela, to 
była wyłącznie jego sprawa. Ani myślałem ingerować.
Któregoś z następnych wieczorów siedziałem u siebie przy biurku czytając książkę. Tuż za moimi 
plecami na wysokiej koi jak zwykle leżał mój kochany Miś. Po lewej stronie miał otwarty bulaj. 
Miły   powiew   wieczornej   bryzy   chłodził   mi   nagie   plecy.   W   tropikach,   po   pracy,   wszyscy 
chadzaliśmy bez koszul. Nic nie mąciło ciszy tego wieczoru. Tylko monotonny okrzyk „oka” na 
dziobie statku: „światła się palą”, odrywał czasami myśl od tematu książki. Taki wieczór sprzyja 
zadumie.
Nagle Miś poruszył się energicznie. Zaczął coś skrobać łapkami. Leniłem się obrócić głowę. A 
niech sobie skrobie, co to komu szkodzi. Słyszałem, jak łazi po poduszce, następnie jakby znowu 
drapał ścianę. Nie zwracałem jeszcze uwagi. W tropikalnej duchocie każdy ruch głowy wymaga 
ekstra   wysiłku.   Gdy   jednak   tajemnicze   szmery   przeniosły   się   z   łóżka   na   otwarty   bulaj, 
zaniepokoiłem się i spojrzałem.
To,   co   ujrzały   moje   oczy,   przekraczało   wszelką,   najbujniejszą   nawet   fantazję.   Było   to   nie   do 
uwierzenia: oto z otworu okrągłego okna statku sterczał ku mnie szpiczasty pyszczek, a cztery łapki 
z wypuszczonymi pazurkami trzymały się kurczowo mosiężnej krawędzi. Cała reszta Misia, wraz z 
puszystym jego ogonem, wisiała poza burtą statku, nad powierzchnią oceanu. Misio załatwiał się 
bezpośrednio do morza.
Ta wyszukana pozycja nawet dla takiego akrobaty jak Misio była wielce trudna i niebezpieczna, 
dlatego   mordka   mu   się   trzęsła   od   wysiłku,   a   czarne   ślepki   patrzyły   smutno   jakoś   i   jakby   z 
wyrzutem: „widzisz, do czego doszło?”
Takim to sposobem mój mały Miś, bity na prawo i lewo, wpadł na znakomity pomysł załatwiania 
się za burtę. Czyżby zrozumiał, że za ten wyczyn nikt go już nie zdzieli miotłą, nikt nie będzie się 
gniewał?
Wzruszony do głębi, pogładziłem biedaka po tym trzęsącym się pyszczku, a on wrócił od razu na 
poprzednie miejsce w moim łóżku i... dokończył tam przedwcześnie przerwany interes. Trudno. Nie 
wolno go za to winić. Zadanie przerosło możliwości. Wykazał tyle najlepszej woli. Proszę tylko 
spróbować wisieć tak, trzymając się koniuszkami palców za ostrą krawędź mosiężnej ramy okna.
Czasami podczas śniadania lub obiadu, goniony przez swoich prześladowców, biedny Miś zapędzał 
się aż do oficerskiej messy i tu z głośnym szczekaniem wpadał między moje nogawki, pod stołem, 
gdzie dopiero czuł się bezpieczny. Jak spomiędzy czternastu jednakowo ubranych nóg wybierał 
właśnie moje, tego pojąć nie mogę.
W końcu jednak postanowiono Misia uwięzić. Rozpięto między szalupami długi drut, a na nim, na 
kółku, miał się ślizgać łańcuszek. Obmyślono wszystko dokładnie i humanitarnie, ale raptowny 
przeskok od swobodnych harców po masztach do tego więziennego spaceru pomiędzy szalupami — 
był nazbyt rażący. Toteż szop-pracz opuścił nisko łepek i nie patrząc już na nikogo rozpoczął swój 
wahadłowy, rozpaczliwy, zrezygnowany chód tam i z powrotem, tam i z powrotem, przewalając się 
miękko z łapy na łapę.
Zgodnie z wolą ofiarodawcy trafił Miś do warszawskiego ogrodu zoologicznego. Minął cały rok, 
zanim go tam odwiedziłem. Podchodziłem do klatki ze ściśniętym sercem. Czy pozna? Znalazłem 
w klatce parę podobnych misiów, tylko ten kapitana Lepeckiego był ciemniejszy. Przykucnąłem 
przy drutach wołając jak najczulej: „Miś... Miś... Misiunio!”

background image

Zatrzymał   się   w   biegu.   Nadstawił   uszu.   Po   czym   nagle,   jakby   w   przystępie   wielkiej   żenady, 
nachylił się, podwinął pod siebie kitę ogona i jął trzepać obiema łapkami. Ten właśnie ruch, ten 
najtypowszy ruch symulujący pranie bielizny, przyniósł tym szopom brazylijskim ich przydomek: 
„pracz”. Piorą one swój ogon w minutach większych wzruszeń.
A więc mój Miś był wzruszony. Dokonawszy prania, skoczył  jak strzała do mnie i popiskując 
radośnie tulił  się do drutów. Nie miałem  już najmniejszej  wątpliwości, że mnie  poznał, mimo 
rocznego   niewidzenia   i   tłumów   codziennych   gości.   To   była   moja   pierwsza   i   ostatnia   wizyta. 
Dalszych losów Misia nie znam.

Tramp i złodziej

Jak co roku „Dar Pomorza” powędrował z kandydatami w szkolny rejs, w którym zawinął do portu 
hiszpańskiego   Vigo.   Z   zasady   nie   lubiliśmy   dobijać   do   mola,   odsunięcie   bowiem   od   lądu 
gwarantowało lepszą nad uczniami kontrolę. Więc i tym razem zakotwiczyliśmy na redzie. Dla 
dokonania   formalności   udałem   się   z   komendantem   do   kapitanatu   portu.   Motorówka   nasza   z 
rozwiniętą banderą szybko prześliznęła się po oleistym kożuchu portowej zatoki. My zaś w białych, 
tropikalnych   mundurach,   połyskując   złotymi   galonami,   nadawaliśmy   uroczysty   charakter   tej 
kurtuazyjnej wizycie.
Jak zwykle oczekiwała nas na molo gromada gapiów. Na czele stali dwaj mężczyźni odbijający od 
reszty oryginalnością wyglądu. Jeden — chudy obdartus, nędzarz o kędzierzawej blond czuprynie, 
drugi   —   wysmukły   elegant   w   świetnie   skrojonym   garniturze.   Obaj   szarmancko   ukłonili   się, 
pozdrawiając nas czystą polszczyzną.
— Prosimy panów na statek o godzinie czwartej po południu — rzekł do nich komendant.
I przypłynęli naszą szalupą punktualnie w oznaczonym czasie. Elegant, jak to zwykle bywa, znalazł 
się od razu w salonie kapitańskim, a zaraz potem w oficerskiej messie na kolacji. Oczywiście, nie 
zaproszono tam obdartusa. Znalazł on swe miejsce w kubryku stałej załogi. Zanim jednak tam 
dotarł, zaczepił naszego intendenta:
—   Może   mogę   być   panu   pomocny   w   zakupach?   —   zaproponował   skromnie.   —   Znam   język 
francuski, hiszpański i angielski. Pokażę panu najtańsze i najuczciwsze źródła sprzedaży.
Stanęło więc na tym, że od jutra będą chodzić na rynek razem. Tadeusz, nasz intendent, popularnie 
„Majorem” zwany, bardzo rad był z tej pomocy i tegoż zaraz dnia wieczorem chwalił uczciwość i 
fachowość swego towarzysza, który w dodatku nie chciał przyjąć żadnego napiwku, twierdząc, że 
swój procent potrafi wziąć sam od straganiny.
Dzień po dniu nasz „asystent gospodarczy” obrastał w coraz to nowe piórka. Dziś koszula, jutro 
spodnie. Po tygodniu niepodobny już był w niczym do owego nędzarza witającego nas na molo. 
Zaróżowiona, dokładnie wygolona twarz miała teraz zupełnie inne rysy. Chód i maniery zdradzały 
ogładę towarzyską. A w rozmowie nie dopuszczał się nigdy jakichkolwiek trywialności. Po paru 
dnia zaproponowałem Serżowi — takie miał bowiem imię — wspólną przechadzkę po mieście. 
Oprowadzał   mnie   po   krętych   i   wąskich   zaułkach   starego   hiszpańskiego   miasta,   pokazując 
ciekawsze kościoły i domy. Opowiadał mi też nieco o sobie.
Któregoś   wieczoru   siedzieliśmy   na   ławce   w   miejskim   parku.   Rozmawialiśmy   o   Polsce.   Serż 
opowiadał   o   latach   młodzieńczych   spędzonych   w   Białymstoku   i   żyłce   włóczęgowskiej,   która 
pchnęła go w świat, o rodzinie swojej, gdzie traktowany był jak parszywa owca, zakała rodu. Nigdy 
tam nie słyszał dobrego słowa.
— A ta moja włóczęgowska fantazja to coś złego? Czym ona jest gorsza od wiecznego gnicia w 
drobnych,   maleńkich   troskach   i   niepokojach,   kłótniach   i   zawiściach,   intrygach   i   żydowskich 
konkurencjach. Ja przynajmniej  w tym  rodzinnym  groszoróbstwie nie widziałem żadnej zalety, 
żadnego polotu, ciasno mi było i duszno, więc wciąż uciekałem z domu i jeździłem po całej Polsce 
na gapę. W pociągach i pod pociągami, aż wreszcie uciekłem za granicę. Od trzech lat już włóczę 

background image

się tak po różnych krajach bez grosza...
A ot, na przykład, ten drugi, co ze mną wszedł na statek, za pieniądze, ja nie chcę powiedzieć skąd, 
ale ma dużo pieniędzy, i panowie go karmią z oficerami, bo miał wyprasowane spodnie, a mnie 
wszyscy... nie dostrzegają. Czy to sprawiedliwe? Ta sprawiedliwość świata mnie najbardziej gnębi. 
Ta właśnie „sprawiedliwość”...
— W jakim kraju najlepiej traktują takich włóczykijów jak pan? — spytałem.
— To zależy — odpowiedział — nam, Żydom, najlepiej wędruje się przez Francję.
— A to dlaczego? — zdziwiłem się, znając niegościnność Francuzów.
— Tam, widzi pan, najmniejsze nawet miasteczko posiada swoją gminę żydowską, ona musi z 
urzędu pomagać naszym wędrowcom. Rockefeller zostawił na to specjalny kapitał.
— Co z panem będzie, gdy nasz statek odpłynie? Serż smutno westchnął.
— Ano, będę chyba  musiał  przeprosić  się ze swoim stryjem  w Buenos  Aires. Dobrze mu  się 
powodzi. Proponował mi już kilka razy pracę w swoich zakładach, ale odmawiałem. Po co miałem 
tam jechać? Żeby zbijać forsę? Teraz obejrzałem już sobie Europę, pora na Amerykę, więc pojadę. 
Trochę popracuję, a później...
— Ma pan już bilet?
— Bilet? — Serż uśmiechnął się serdecznie, jakby moje pytanie było świetnym żartem. — Biletu 
nie mam, ale popłynę tam luksusowym turystycznym statkiem, który dziś wieczorem wejdzie do 
portu.
Pożegnałem się z Serżem przy trapie i wszedłem na pokład. Uderzyła mnie nadzwyczajna cisza. Na 
pokładzie dosłownie ani żywej duszy. Dlaczego? Co się stało? Idę na zwiady. Schodzę tylnym, 
rufowym trapem do międzypokładu uczniowskiego. Jakiś wykład. Uczniowie siedzą w ławkach 
odwróceni do mnie plecami. Prelegenta jeszcze nie widzę, jest zasłonięty wentylatorem. Siadam na 
ostatniej ławce i słyszę znajomy głos. Wychylam się, patrzę, a to nasz „pasażer-elegant” żywo 
gestykulując mówi:
— ...ot tak, moi kochani... teraz już wszystko pójdzie gładko. Podkradamy się w skarpetkach, ot 
tak... Prawą ręką kręcimy zluzowany klucz, lewą szarpiemy za klamkę i kasa otwarta. Pamiętamy 
tylko o włożeniu rękawiczek, żeby nie zostawić śladów...
Młode audytorium szalało z zachwytu. Oklaskom nie było końca. Widocznie wykład, którego tylko 
zakończenie miałem szczęście słyszeć, dokładnie objaśniał cały kunszt czystej „roboty”.
Po   cichu   wycofałem   się   na   pokład.   Nie   chciałem   psuć   nastroju,   tym   bardziej   że   za   dwa   dni 
mieliśmy już odchodzić w morze.
Wieczorem,   powoli   i   majestatycznie,   w   asyście   dwóch   ‘   holowników,   połyskując   nową   farbą 
swoich białych kominów, wszedł do portu amerykański liniowiec. Na miasto wysypało się stamtąd 
mrowie   turystów,   jak   zawsze   z   baedekerami   i   aparatami   fotograficznymi.   Ceny   w   sklepach 
podskoczyły o sto procent, a tandeta wyrobów pamiątkarskich wylała się aż na kamienne mola.
„Dar Pomorza” miał wyjść w morze o czwartej rano, a więc nazajutrz, zaraz po tym luksusowym 
transportowcu.
We środę Serż zjawił się jak zwykle. Załatwił z oficerem prowiantowym zakupy. Rozliczył się 
skrupulatnie ze wszystkich prywatnych pożyczek i wreszcie począł się żegnać. Był wzruszony i 
bliski łez. Na koniec zaproponował wszystkim kupno amerykańskich papierosów bez cła na tamtym 
statku. Chętnie nam przyniesie. Złożyliśmy sporą sumę pieniędzy, Macaj dał mu kartkę, aby go 
wpuścili na tamten statek i Serż znikł za burtą. Nie wracał tak długo, że ktoś rzucił podejrzliwie:
— Kto go tam wie, może zwędził...
— Spójrzcie! Statek wywiesił sygnał odejścia.
W tym momencie rozległ się długi, basowy ryk syreny. Turyści amerykańscy odpływali. Prawie 
jednocześnie do burty naszej dobiła rybacka łódź, a w niej chłopak obarczony sporą paczką. Były to 
papierosy dla nas wraz z finansowym rozliczeniem w załączonym liście. Serż przepraszał w nim, że 
nie może dostarczyć papierosów osobiście, ale odpływa właśnie do Argentyny... „Proszę patrzeć 
łaskawie na statek — pokiwam wam ręką”.
Wieść o tym „pokiwaniu ręką” rozległa się błyskawicą i po trzecim gwizdku syreny kto tylko żył na 
„Darze”, wychylał się poprzez reling, szukając naszego znajomego.

background image

Luksusowy  statek  sunął   tymczasem  obok  nas  burta   w   burtę.  Szeregi   wyelegantowanych,  biało 
ubranych pasażerek i wytwornych pasażerów powiewało ku nam chusteczkami. Ale nikt z nas na 
nich   nie   patrzył.   Każdy   był   ciekawy,   gdzie   spryciarz   potrafił   się   zadekować,   czy   naprawdę 
zdobędzie się aż na taką odwagę, żeby machać jeszcze na pożegnanie ręką.
— Patrzcie, patrzcie! On stoi na górze, na pokładzie pierwszej klasy!
Istotnie. Uśmiechnięty Serż powiewał do nas stamtąd białą chusteczką. Był równie wytworny i 
elegancki, jak otaczający go pasażerowie.
Nie słyszałem nigdy, ani przedtem, ani później, tak serdecznie chóralnego śmiechu jak wówczas na 
pokładzie „Daru Pomorza”. Nasi chłopcy zarykiwali się, trzymając się za brzuchy, podskakując z 
wielkiej uciechy. Wyczyn Serża potraktowali jako znakomity dowcip.
Po powrocie do Polski zastałem na biurku gruby, wypchany list. Czekał już na mnie od miesiąca. Z 
wielkim zainteresowaniem czytałem:

„Kochany Panie Doktorze! Od chwili kiedy powiewałem do was chusteczką, upłynął tydzień w 
spokoju.   Siadywałem   sobie   przy   stole   pasażerów   pierwszej   klasy   i   zapijałem   się   doskonałym 
winem. Nikt nie podejrzewał, że nie posiadam biletu. Noce były gorące, więc spałem na pokładzie 
na leżaku obok bardzo ładnej argentyńskiej lady. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ten drań 
steward, do którego od początku nie czułem sympatii. On to zameldował kapitanowi, że jestem bez 
kabiny. Odtąd jadłem gorzej. Mieli mnie oddać w ręce policji na jakiejś wyspie. Ale na szczęście 
wybuchła   tam   rewolucja   i   statek   nie   mógł   wejść   do   portu.   Przekazali   mnie   więc   policji 
argentyńskiej już w samym Buenos Aires. Oczywiście zatelefonowałem zaraz do mojego stryja i 
ten mnie wydobył. Pracuję u niego w fabryce, ale ostatniej nocy śnił mi się Szanghaj, tam mnie 
jeszcze nie było. Chyba nie wytrzymam długo i pojadę. Dowiadywałem się o statki chodzące do 
Chin, nietrudno na nie trafić. Ich kapitanowie jednak są okrutni dla trampów. Niemniej proszę 
oczekiwać następnego listu z Azji.
Oddany pański przyjaciel Serż”.

Listu z Chin już nie otrzymałem nigdy. Wkrótce bowiem wybuchła wojna...

Kuracja zemdlonych

Właśnie „Dar Pomorza” wrócił z letniego pływania. Był to koniec sierpnia. Staliśmy na redzie, gdy 
nadszedł dziwny, nigdy dotąd wobec nas nie stosowany rozkaz: „Natychmiast udać się na motorze 
do Gdańska, aby przywieźć stamtąd do Gdyni załogę i tabor kajakowego spływu”.
Jeden z naszych okrętów wojennych otrzymał identyczne zlecenie, a więc płyniemy prawie burta w 
burtę.
O szóstej po południu jesteśmy na miejscu. Ogólnopolski spływ kajakowy organizowany rzeź Ligę 
Morską   i   Kolonialną   ma   przybyć   za   godzinę.   O   siódmej   przybiegają   panie   z   organizacyjnego 
komitetu. Są eleganckie i pełne zapału. Wytwornie wyglądają w swoich jachtowych mundurkach, 
przy białych spódniczkach granatowe marynarki, pełne najprzeróżniejszych złoceń.
— Może by tak jakieś kanapki dla tych ludzi przygotować? — pytamy.
— Gdzież tam — protestują panie z komitetu. — Załoga przybędzie syta i wypoczęta. Wszędzie po 
drodze opiekują się nimi.
Mija   godzina,   za   nią   i   druga.   Kajakarzy   ani   śladu.   Nadciąga   przejmujący   wiatr   od   morza. 
Wyjątkowo zimny wieczór.
— Może zagotować im herbaty, bo przemarzną? — troszczy się nasz prowiantowy.
— Dziękujemy, nic nie potrzeba — odpowiadają panie z komitetu.
— Więc jaka ma być nasza rola i nasza pomoc?
— Tylko wskazać miejsce na pokładzie, gdzie mają być złożone kajaki. Kajakarze sami je złożą w 

background image

porządku.
Czekamy jeszcze godzinę. Panie z komitetu rozsiadły się na cumowych słupkach. Patrzymy na 
zegarki. Godzina dziesiąta z minutami. Nareszcie zjawia się pierwsza para kajakowiczów, on i ona. 
Oboje wykończeni zupełnie, ledwo zipią. Ciała poparzone od słońca, oczy pałają gorączką. Ledwie 
wysiedli, zapomnieli o kajaku i o rzeczach. Podpierając się wzajemnie, istne pokraki, wloką się do 
kapitańskiego salonu. Trzęsą się z zimna. Drugi kajak, trzeci, czwarty, zaczynają sypać się jak z 
rękawa, a wszyscy skonani do ostatecznego tchu, wszyscy poparzeni, schorowani, zbolali... „Pić!... 
Jeść!... Spać!... Ratunku!” — jedno wzdychanie, jeden jęk. Obraz nieszczęścia i klęski. Wytworne 
panie z komitetu gdzieś się ulotniły. Nasz poczciwy kwatermistrz gotuje herbatę. Nie tylko salon, 
ale wszystkie zakamarki statku wypełnione są rozbitkami. Kajaki, rzucone na pastwę losu, wędrują 
z wody na plecach  uczniów  Szkoły Morskiej, a ci, mając  w jawnej  pogardzie słodkowodnych 
patałachów, klną:
— Cóż to, za tragarzy nas wynajęli czy co? — i słusznie.
Wreszcie grubo już po północy statek ruszył. Piramidy kajaków i piramidy byle jak i byle gdzie 
zwalonych ludzi. Obraz nędzy i rozpaczy.
— Choć burza huczy wkoło nas!... — zaintonował jakiś bohater, ale pieśń zamarła w ciasnym 
kanale Nogatu. Ponure milczenie było jedyną odpowiedzią.
— Tu i „Góralu” nie pomoże — mruczy drugi oficer, wściekły na tę głupią organizację. Jakże 
można doprowadzać ludzi do podobnego wyczerpania.
Nasz magazyn nie był przygotowany na tyle ludzi. Właśnie za kilka dni miano ładować prowiant na 
zimowy   rejs.   Major   więc   wyłaził   teraz   ze   skóry,   aby   jakoś   nasycić   tych   nieoczekiwanych 
głodomorów. Litościwym okiem spoglądał na żałosne, przytulone do siebie w ciemnych kątach 
statku pary. Chleb się skończył, konserwy też — i jakże tu ich nakarmić? Uczniowie klną, na czym 
świat stoi.
—   Ładny   mi   sport!   Niedołęgi!...   Ciamajdy!...   Łazęgi!...   Wreszcie   stukot   układanych   kajaków 
zmienił się w klekotanie naszego motoru. Wyszliśmy w morze.
Z trudem torując sobie drogę poprzez stłoczone  kolana siedzących  na podłodze ludzi, trafiłem 
wreszcie   do   swojej   kabiny.   Drzwi   jej   wychodziły   na   korytarz,   vis   a   vis   takichże   drzwi   do 
ambulansu. Ledwie usiadłem przy biurku i ledwie otworzyłem książkę, już ktoś puka.
— Wlazł! — wrzasnąłem wersalsko.
We framudze otwartych drzwi sprężył się dyżurny uczeń:
— Melduję, panie doktorze, zemdloną kajakarkę!
— Zanieść ją do ambulansu, zaraz tam przyjdę.
Nie śpiesząc się opuszczam kabinę i przekroczywszy korytarz staję przed operacyjnym, wysokim 
stołem.   Służył   on   jednocześnie   za   sofkę   do   lekarskich   badań.   Tu   właśnie   uczniowie   złożyli 
zemdloną. Sami zaś dyskretnie stanęli pod drzwiami.
—   Możecie   odejść!   —   rozkazałem   chłodno   i   przeczekawszy,   aż   się   drzwi   za   nimi   zamkną, 
pochyliłem się nad twarzą pacjentki. Jasna blondynka, w białej akademickiej czapce, leży oto na 
wznak, blada, z zamkniętymi oczami. Biorę ją za puls, przypatrując się uważnie z bliska firankom 
długich   rzęs.   I   wtedy...   O   nieba!   Piękne,   błękitne   oczy   rozwarły   się   szeroko   i   nagłym   a   nie-
spodziewanym ruchem nagie ramiona dziewczyny objęły mnie za szyję. To wszystko stało się tak 
nagle, że warg już nawet nie zdążyłem cofnąć przed gorącym, namiętnym pocałunkiem. Zresztą kto 
by się przed takimi rzeczami cofał?
Nie namyślając  się długo, podłożyłem  ręce pod kibić zemdlonej, uniosłem ją wysoko  w górę, 
kopnięciem buta otworzyłem drzwi na korytarz, potem drugie drzwi do własnej kabiny. Ułożyłem 
tutaj   dziewczynę   na   wysokiej   koi,   a   mądre   drzwi   same   się   już   zatrzasnęły   za   mną.   Nie 
potrzebowałem   się   troszczyć   o   niepotrzebnych   świadków.   Kabina   była   pusta.   Zrzuciłem 
mundurową kurtkę. Żar policzków dziewczyny był zbyt wielki. Jej głowa w tej chwili znajdowała 
się tuż przy mojej. Nie miałbym przeszkód w dalszym całowaniu, gdyby nie nowe dobijanie się do 
drzwi.
— Wlazł! — wrzasnąłem.
— Panie doktorze — znajomy głos. — Nowa zemdlona!

background image

— Zanieście ją do ambulansu! — rozkazałem.
— Przepraszam! — rzuciłem w stronę miłego gościa — zaraz wrócę.
Byłem zły. Tak dobrze zapowiadający się romans psuły obowiązki służbowe. Byle prędzej odczepić 
się od tej nowej pacjentki.
Znalazłem ją na tym samym stole operacyjnym i w takiej samej pozycji. Odprawiłem uczniów jak 
przedtem.  Zostaliśmy sami.  Tym  razem nie była  to blondynka, wprost przeciwnie — rumiana, 
okrąglutka czarnula. Na głowie miała takąż samą białą rogatywkę akademicką.
Widocznie od blasku operacyjnej lampy oczy pacjentki rozwarły się. Na ustach wykwitł zalotny 
uśmieszek:
— Doktorek myśli, że udaję? Słowo honoru zrobiło mi się słabo. W tamtej sali okropnie tłoczno i 
duszno.
Doktorek nie wierzy?... O, proszę posłuchać, jak mi bije serce...
To mówiąc  zemdlona  pacjentka zgrabnym  i wprawnym  ruchem wyłuskała  z ramiączka  bardzo 
foremną pierś i uniósłszy się ku górze, zerknęła spode łba.
Nie miałem słuchawki w ręku. Posłuszny zaproszeniu przytuliłem ucho do wskazanego mi miejsca. 
Usłużna rączka przycisnęła mi głowę mocniej. Nie słyszałem nic prócz łomotania statku, a może 
było to moje serce?
— Szkoda czasu, doktorku, lepiej mnie pocałuj — powiedziała zwyczajnie i prosto. Jakże mogłem 
odmówić? Wargi miała jędrne i soczyste. Nie wszystkie kobiety umieją całować. Nie lubię różnych 
wyszukanych metod. Pocałunek warg jest najsmakowitszy, ale wymaga zrozumienia.
Jeszcze wahałem się chwilę, co mam teraz robić? Gdzie ją ulokować? W kabinie wolna kanapka. 
Łóżko zajęte. Uniosłem dziewczynę na ręce i tąż samą metodą, kopiąc butem drzwi, utorowałem 
sobie drogę. Znalazłem się w kabinie...
— Co widzę!... Zosiu! To ty już tutaj? — zawołał mój słodki ciężar na widok poprzednio ocuconej 
koleżanki.
— Widzicie ją, jaka spryciara! — odpowiedziała Zosia i obie zaniosły się srebrzystym, beztroskim 
śmiechem. Poczułem się trochę nieswojo.
Tak wystrychnięto mnie na dudka. A czemu? Właściwie wszystkiemu byłem winien sam. Jakże 
mogłem wnosić tę drugą kobietę, skoro już nie było wolnego miejsca? Teraz nie ma innej rady. 
Muszę sprowadzić na pomoc innych kolegów. Szuflady kabiny są pełne dobrej malagi. Butelki z 
ostatnich portów hiszpańskich czekają. Niech więc dziewczyny się rozweselą.
— Zaraz wrócę! — rzuciłem w przestrzeń, zatrzaskując drzwi za sobą.
— Władek! Kazik! Bruno!. — zwołuję przyjaciół. — Mam dla was niespodziankę, chodźcie do 
mnie na kieliszek.
Rzeczywiście, im bliżej Gdyni, tym było weselej w mojej kabinie. Noc minęła szybko. Na szczęście 
nikt już więcej nie mdlał.

Na tropach mafii

—   Cudowna   dziewczyna,   wspaniała   dziewczyna!   Bez   niej   nie   odejdę,   musi   być   moja!   — 
wykrzykiwał nasz przyjaciel instruktor Henio, biegając nerwowo z kąta w kąt kabiny. Na kanapce 
zaś siedziała stłoczona cała reszta oficerskiej załogi statku.
— Zwariowałeś — uspokajał przyjaciela Bruno. — Jesteś pod świeżym wrażeniem, dlatego tak 
mówisz. Ochłoniesz, skrytykujesz i otrzeźwiejesz, boć w końcu to przecież zwykła kurwa...
— Wypraszam sobie podobne epitety! — zawołał Henio stając w zaperzeniu pośrodku kabiny. — 
Jeśli chcesz zostać moim przyjacielem, to się w ten sposób o niej nie wyrażaj. Wcale kurwą nie jest. 
Porwano   ją,   rozumiesz?   To   jest   biedna,   najnieszczęśliwsza   i   najlepsza   dziewczyna   w   ręku 
handlarzy żywym towarem. Trzeba ją z tych rąk wyrwać. Muszę tego dokonać i wy mi w tym po-
możecie.

background image

— Wcale nie taka łatwa i nie prosta sprawa — zaczął Drugi. — Zastanów się tylko, co za przykre 
konsekwencje   mogą   stąd   wyniknąć.   Chryja,   jakich   mało.   Ale   opowiedz   nam   przynajmniej 
dokładnie, jak to tam było.
— Nic nie było, a co miało być? — zaczął Henio opierając się plecami o moją wysoką koję. — Co 
miało być? Ty zaraz węszysz sensację. Po prostu dziewczyna oddała mi się nie jak prostytutka, 
tylko jak najniewinniejsza, najporządniejsza serdeczna i uczciwa dziewczyna... ale szkoda słów, 
tego się nie opisze, to tylko można wyczuć nerwami, całym sobą. Tego się nie da ująć w żadne 
słowa. Wytworzył  się między nami  stosunek świeży,  piękny,  nieskalany.  Nawet nie  chcę  tego 
ujmować   w   lapidarne   słowa.   Ta   noc   to   najpiękniejsze   przeżycie,   to   odmłodzenie,   powrót   do 
sztubackich czasów. Ona to pensjonarka. Takie naiwnie, ufnie patrzące dziewczę. Tak, najlepsze 
określenie dla niej: ,,pensjonarka”. Co za temperament: szalony, ekspulsywny, ognisty, chłonący 
bez   reszty   i   bez   zastrzeżeń.   Ach,   co   tu   gadać,   takiego   szału,   takiej   opętańczej   miłości   nie 
przeżywałem dotąd nigdy i nie wyobrażam sobie nawet, że może istnieć.
—   No   dobrze   —   zgodziłem   się.   —   Wielki   seksualny   temperament,   może   chwilowy   nastrój 
miłosnego uniesienia, ale na czymże budujesz te swoje dalekosiężne plany życiowe? Skąd wiesz o 
porwaniu? Może to zwykła tylko romantyczna bujda.
— A cóż ty sobie myślisz, że całą noc, a właściwie całą dobę przełajdaczyliśmy, nic do siebie nie 
gadając? Wiem od niej wszystko. Mówiła szczerze i wylewnie. Przyznawała się do swoich głupich 
kroków, do ucieczki  z domu i temu podobnych  szczegółów, ale kwintesencją wszystkiego jest 
doskonale   zorganizowana   akcja   kryminalistów,   porywaczy,   zawodowych   uwodzicieli,   w   ręce 
których trafiła i nie może się już wyrwać. Nic? ma dla niej sposobu. Wejdźcie tylko w jej położenie. 
Przecież to koszmar. Ona pochodzi z inteligenckiej, nawet zamożnej rodziny hiszpańskiej, która nie 
mogąc   zrozumieć   tej   całej   matni   wyrzekła   się   jej.   Obwiniono   ją   jedynie,   nie   dopatrując   się 
gangsterskiego podstępu. Zwykła rodzicielska, drobnomieszczańska kołtuneria hiszpańska, katoli-
cka moralistyka, bezwzględna i fanatyczna. Ona zaś raz odrzucona nie może dokołatać się do ich 
serc, nie może wytłumaczyć, co się stało. A zresztą nie ma po temu żadnych okazji, bo jej pilnują 
na każdym kroku. Odseparowana jest od świata niczym w więzieniu. Powiadam wam, to kryminał, 
najtypowszy, najgroźniejszy kryminał...
— A któż ci zaręczy, że całe to jej opowiadanie nie jest zwykłą fantastyczną blagą dla rozczulenia i 
zabawienia klienta... — Zaczął znowu Brunc, ale natychmiast przerwał, widząc niekłamaną boleść 
na twarzy przyjaciela, który zagryzł wargi i zbladł. Walczył widocznie ze sobą, aby nie wybuchnąć 
zwykłą, ordynarną wściekłością. Żeby nie zakląć marynarską gwarą. Hamowanym, wolnym ruchem 
otarł pot z czoła:
— Widzę, że was nie przekonam. Szkoda gadania. Trzeba było przeżyć. Trzeba było wysłuchać 
tych skarg, jak ja wysłuchałem. Trzeba było widzieć jej oczy, wyraz jej twarzy... et! — machnął 
pogardliwie ręką. — Nie zrozumiecie, boście tego nie przeżyli, co ja przeżyłem, fakt jest faktem: 
dziewczyna została uwięziona przez najciemniejszy świat przestępczy i muszę ją za wszelką cenę 
stamtąd wyrwać. Obiecałem jej to i choćbym miał zejść ze statku, dotrzymam słowa. Ja to uczynię. 
Nie chcecie mi dopomóc, sam sobie jakoś poradzę. Całe miasto postawię na nogi. Ściągnę policję. 
Zapłacę wiele trzeba, a swego dopnę.
— I co z nią potem zrobisz? — spytałem.
— Jak to co? Ożenię się. Zabiorę do Polski.
— Ano — mruknął Drugi — wobec takiej determinacji nie ma o czym gadać...
— Determinacja — powtórzył Henio. — To żadna determinacja, to tylko świadomość wielkiego, 
spontanicznego uczucia. Ja ją kocham, wiem na pewno, że kocham i ona mnie się odwzajemnia.
— O ho ho! — krzyknęliśmy chórem. — Jedna płomienna noc i zaraz miłość!
— Znowu sobie pozwalacie! — oburzył się Henio. — Wy wszystko potraficie ześwinić. Każdą ideę 
sprowadzicie bezmyślnie do rynsztoka. Jedna noc — powtórzył w zamyśleniu — tak, jedna noc, ale 
czas nie odgrywa tu najmniejszej roli. Cóż znaczy czas? Ta noc to moje życie. Wykładam karty na 
stół va banque. Jestem przy zdrowych zmysłach i wiem, co robię. Ratuję przez to człowieka.
— Więc chodźmy z tym do kapitana — zdecydowałem. — Bez niego się tu nie obejdzie. On swój 
człowiek i może lepiej cię zrozumie od nas, a w każdym razie coś wspólnie uradzimy.

background image

Kapitana w salonie nie zastaliśmy, rozsiedliśmy się więc po kanapach wyczekując, aż zejdzie z 
mostka.
— Co zamyślasz robić? Masz jakiś konkretny plan? — spytał Trzeci.
— Plan? A cóż może być za plan? Wejść do burdelu niespodzianie. Zabrać dziewczynę po dobremu 
albo i przemocą, no i już. Wszakże oni nie mają nad nią żadnej prawem ustalonej władzy, mimo że 
nie jest jeszcze pełnoletnią. Zresztą licho ich tam wie, jak się obwarowali.
— Otóż to, otóż to... kto ich wie? Obawiam się, że sprawa nie jest wcale taka prosta. Jeżeli ona 
należy do nich, to znaczy do świata przestępczego, nici zagmatwane i odpowiednio umocnione. Oni 
wiedzą, jak się wymigać, a kto wie, czy policja miejscowa nie macza też w tym swoich palców. W 
tym   kraju   wszystko   jest   przekupne   bardziej   niż   gdzie   indziej.   Dlatego   Argentyna   i   Brazylia 
tworzyły zawsze i do dziś tworzą podstawę do akcji handlarzy żywym towarem, tu się ogniskowało 
i ogniskuje to całe tałałajstwo. Stąd wysuwają oni swoje macki na cały świat. Tu jest właściwie 
przechowalnia   młodych   porwanych   dziewcząt   do   chwili,   aż   się   uspokoją,   aż   przestaną   być 
niebezpieczne.
— Przypuśćmy, że wszystko się nam uda, że dziewczynę uprowadzimy — zaczął Drugi. — Co z 
nią dalej robić? Wszak „Dar Pomorza” jej nie zabierze. Zostawić nie można, bo znajdą ją i porwą. 
Położenie więc wcale niełatwe.
— Opłacą jej podróż do Polski. Weźmiemy ślub zaraz, jako mojej uprawnionej żonie nie mogą 
chyba robić trudności — snuł swoje plany w zamyśleniu.
— Podać panom wino? — spytał usłużnie steward.
— Nie zaszkodzi — potwierdziłem — wino dobrze nam zrobi.
— Nu i cóż za taka narada? — spytał wesoło od progu kapitan.
Zaczęło się opowiadanie na wyrywki. Każdy starał się coś dodać, aby sprawie nadać możliwie 
łagodny charakter. Każdy z nas chciałby chłopcu dopomóc.
— Krótko i węzłowato — rzuciłem poważnie: — nasz Kochany Henio trafił wczoraj wieczorem w 
Kurytybie zamiast do kościoła do burdelu...
— Doktor zaczyna żartować, a to sprawa nie do żartów — przerwał mi Henio i znowu pobladł na 
twarzy. — Muszę, panie kapitanie, odebrać z rąk bandytów dziewczynę, w której się zakochałem i 
z którą postanowiłem się ożenić.
— Co?... — zdziwił się komendant z dobrotliwym uśmiechem... — Tak już od razu, tak zaraz?... 
Ożenić się? A czy się pan zastanowił? Zna pan ją? Zna pan jej rodziców? Skąd pochodzi? Jaka jest? 
Mój drogi, pan jeszcze dziecko. One wszystkie zawsze opowiadają niestworzone historie. Żebym ja 
tyle włosów miał na głowie, wiele podobnych historii nasłuchałem się.
— Nie, nie, panie kapitanie — obruszył się Henio. — Lepiej nie tracić czasu na namowy. Ta rzecz 
jest zupełnie i bezapelacyjnie przesądzona. Żenię się i zabieram dziewczynę do Polski, tylko trzeba 
ją wyrwać z rąk handlarzy i o pomoc w tym względzie uprzejmie proszę pana kapitana.
— A ja wsio taki i nie ustąpię. Ot, ja wasz ojciec, za was wszystkich odpowiadam i w głupstwach 
pomagać nie mogiem.  Pan zaraz jak ten Don Kichot na wiatrak gotów pędzić, a z tego mogą 
wyniknąć wielkie awantury. Nie daj boh, co za skandal. Oficerowie statku szkolnego po burdelach 
się tłuką. Co ludzie powiedzą? Co pomyślą?
— Więc co robić, panie kapitanie? Proszę mi radzić jak ojciec. Ja stąd nie wyjadę bez niej. To moja 
dziewczyna. Kocham ją i koniec, a zresztą obiecałem jej i raz danego słowa dotrzymam. Muszę 
dotrzymać.   Proszę,   bardzo   pana   proszę   dopomóc.   Może   wszystko   uda   się   łatwiej,   niż 
przypuszczamy.   Może   tylko   zażądają   okupu,   ja   zapłacę   wiele   tylko   trzeba.   Może   skończy   się 
pokojowo i spokojnie. Proszę tylko pana kapitana o zezwolenie na wyjście tego wieczoru na ląd. 
Trzeci mnie zastąpi na wachcie, a doktor i Drugi pójdą ze mną razem.
— No cóż, ja wam zabronić nie mogę. Wyż dorosły człowiek, nie uczeń. Szkołę już ukończyliście. 
Jesteście wolny. Nu, i historia rzeczywiście ciekawa. Ja nawet, powiedzieć pod sekretem, takie 
awantury to lubię. Ot, i poszedłby nawet z wami, tylko mam stracha. Ot, widzicie, w tym znaczy się 
waszym... burdelu można niechcący na jakiegoś z naszych uczni trafić. A kto ich chalera wie, gdzie 
gulają. Ot, i wstyd będzie. Uczniowie, a tu i komendant. Może wyjść wielki skandal.
—   To   my   trochę   wcześniej   pojedziemy,   a   uczniów   można   trochę   przy   jakichś   dodatkowych 

background image

robotach przytrzymać — zaproponował Drugi. — My ostrożnie pójdziemy naprzód, a pan kapitan 
za nami.
— Nu dobrze — zgodził się Macaj. — Pojedziemy,  ale wy ani mru-mru nikomu. Naszykujcie 
motorówkę raniej.
Tak też się i stało. Oto stoimy we czworo na tylnej  platformie  brazylijskiego  wagonu. Bujny, 
rozkwitły, orchideami pachnący świat nieprzystępnej bokami dżungli umyka spod naszych nóg. Nie 
ma   lepszego   miejsca   do   obserwacji   mijanych   krajobrazów   jak   ta   właśnie   platforma   z   trzema 
oknami. Nic nie zasłania tu wzroku. Szerokoekranowy, barwny film z tubylczego życia rozwija się 
w całej swojej okazałości.
Wdzieramy   się  oto   na  górską   przełęcz.  Jakże   inne  są  wkoło  nas  góry od  naszych   Karpat  czy 
Bałkanów, a nawet od gór Taurusu czy Kaukazu. Tam przeważnie gołe skały najeżone od czasu do 
czasu   kępami   iglastych   lasów.   Kłujące   i   sztywne.   A   tutaj   pijany   przepych   najsoczystszej, 
tropikalnej flory. Splątany gąszcz wiecznie zielonej, odurzającej zapachami dżungli. Tu także są 
szczyty i doliny, są granie i przepaście, ale wszystko to miękkie, obrosłe i pulchne, sprężyste od 
mchów i paproci, wilgotne i przytulne jak liście bananowców. Wszystko tu splątane girlandami 
pachnących storczyków, których kompozycja nie zna granic. Szkarłat żywy, ognisty bije z każdego 
pnia,   każdej   gałęzi,   razi   oczy   słonecznym   odbiciem,   przywołując   ku   sobie   ogromne,   macicą 
perłową mieniące się niebieskie motyle.
Dwie lokomotywy na raz, ciężko sapiąc, ciągną ciężar długiego pociągu. Kręcą się wzdłuż górskich 
potoków posłuszne nakazom natury. Kładą się za nami dwa pasma metalowych szyn, nurzają się w 
soczystej   trawie,   giną   za   koronami   pierzastych,   kokietliwych   palm.   Białe   siklawy   z   pienistym 
szumem spadają wprost pod koła pociągu, aż odprysk ich chłodny orzeźwia rozpyloną mgłą.
— Uciekamy!  — wrzasnął nagle kapitan, mocując się z klamkami  u drzwi. W tym momencie 
ogarnęła nas ciemność i gryzący, jałowcowy dym wypełnił płuca. Za gardło chwycił spazm. Zbitą 
kupą, z obłędnym lękiem, wzajemnie się popychając, wpadliśmy za kapitanem na korytarz wagonu, 
zatrzaskując za sobą drzwi.
—   Zapomniałem   uprzedzić.   Tunel,   chalera!   —   wołał   Macaj.   —   Oni   tu   palą   drzewem   jakimś 
śmierdzącym, że wytrzymać nie można.
Na szczęście wpadliśmy do przedziału z zamkniętymi oknami. Na nasz widok jedyny pasażer, otyły 
kaboklo, parsknął jowialnym dobrodusznym śmiechem.
— Muito bom... muito bom — pochwalił ironicznie.
— Chodźmy lepiej z powrotem na naszą platformę — zachęcałem, kiedy się tunel skończył.
— Co pan! — zaprotestował Macaj. — Teraz to już one jeden za drugim pójdą aż do samej 
Kurytyby. Ludzie mówią, że ta kolej od Paranagua do Kurytyby to najpiękniejsza na świecie. Czy 
najpiękniejsza nie wiem, ale że bardzo ładna to fakt.
Kiedyśmy wysiedli w Kurytybie, była już godzina siódma, więc noc w całej pełni.
— Niech pan idzie przodem i nas prowadzi — zwrócił się Macaj do instruktora. Szliśmy parami. To 
miało być niedaleko od dworca.
— Uczniów nie ma co się bać, bo jeszcze nie mogli zdążyć. My złapaliśmy, zdaje się, pierwszy, 
najwcześniejszy pociąg.
— To tutaj — rzekł Henio zatrzymując się i nie wiadomo czemu ściszając głos. — Dom, jak 
widzicie, niewielki, wejście tylko jedno, a drugie prawdopodobnie od podwórka. Ty, Brunc, stań 
tutaj na straży i obserwuj, my we trójkę wejdziemy do środka — to mówiąc Henio szarpnął silnie 
sznurek od ręcznego dzwonka.
Upłynęło sporo czasu, zanim się otworzyło maleńkie okienko niczym więzienny judasz.
— Kto tam? — spytał antypatycznie skrzeczący głos po portugalsku.
— Klienci ze statku — odpowiedział wesoło Brunc. Okienko się zamknęło bez żadnej dalszej 
reakcji. Stoimy w ciszy dobre dziesięć minut.
— Pewnie poznała ciebie — zauważył półgłosem Brunc.
— Wątpię, stałem przecież na boku — odpowiedział także półgłosem Henio. A ja pomyślałem 
tylko w duchu: dlaczego oni tak szepczą? A drzwi jakoś nikt nie kwapił się otwierać.
— Chodźmy, tu nie ma na co czekać — zdecydował Henio, kierując się w stronę bramy. — Brunc! 

background image

Ty zostań i pilnuj, żeby nam nikt nie uciekł.
Obeszliśmy   dom.   Rzeczywiście   od   strony   podwórka   miał   oszklony   ganek.   Drzwi   zastaliśmy 
otwarte, widocznie od tej strony nie spodziewano się wizyty.  Weszliśmy bez pukania. Byliśmy 
zrezygnowani i gotowi teraz na wszystko. Czuć było w powietrzu awanturę. W najbliższej izbie 
mignęła rozwiana spódnica. Ktoś pośpiesznie uciekł. Stanęliśmy w środku dużego pokoju i zwycza-
jem miejscowych kabokli klaszczemy w dłonie. Tak nakazuje przyzwoitość. Nareszcie zjawia się 
gruba „mama”.
— To ta sama wiedźma — szepnął na ucho kapitanowi Henio występując naprzód. — Senhora 
zawoła tutaj zaraz do nas senhoritę Annę Marię.
— Annę Marię? — powtórzyła zdziwiona.
— No tak, właśnie Annę Marię, z którą spędziłem tutaj wczorajszą noc.
— Senhor, tutaj? — przekrzywiła głowę udając, że nie poznaje Henia. — Ja nie pamiętam. Tu 
żadnej Anny Marii nigdy nie było.
Nie widziałem jeszcze Henia z taką zmienioną twarzą, taką zawziętością, taką nienawiścią, takim 
wściekłym błyskiem oczu. Mimo woli przysunąłem się bliżej, aby powstrzymać go od rękoczynu. 
Ale nie. Chłopak sam się pohamował, tylko przez zaciśnięte wargi powtórzył ciszej:
— Z Anną Marią spędziłem tutaj wczorajszą noc i w tej chwili ma ona tutaj przyjść, inaczej sami ją 
tutaj przyprowadzimy.
Wyraz   twarzy   Henia   był   nie   do   żartów,   więc   nagle   baba   zmiękła   i   cofając   się   dyskretnie   ku 
drzwiom, zaczęła nerwowo zapewniać, że nic nie wie i nic nie pamięta, pewno to nie była żadna 
Anna Maria, tylko inna młoda i ta właśnie dzisiaj rano odjechała...
— Dokąd odjechała? — wrzasnął instruktor zaciskając pięści.
— A skąd ja mogę wiedzieć dokąd? Alboż ona dziecko? Alboż ja jej matka? Alboż ja pytam każdą 
dziewczynę, gdzie idzie? Jej sprawa. Zechciała pojechać, niech jedzie. Zabrała rzeczy i pojechała, 
może do Rio, a może do Sao Paulo, a może do Buenos Aires. Kto ją tam wie — trzęsąc się z 
wielkiej emocji, paplała prawie histerycznie.
— To kłamstwo! Być nie może! — wykrzykiwał Henio zwrócony w naszą stronę. — Ona miała na 
mnie czekać, na pewno miała czekać. Oni ją wywieźli albo schowali. Nie mamy czego tu stać 
bezczynnie, chodźmy do środka. — To mówiąc odepchnął babę na stronę i nagłym, energicznym 
ruchem pchnął przed siebie drzwi. Nastąpił pisk i cztery roznegliżowane senhority rzuciły się do 
ucieczki, a tuż za nimi biegł nasz Henio. Nie było tam Anny Marii. Nie zważając na protesty 
przestraszonej „mamy”, otwieraliśmy kolejno szafy i zaglądaliśmy pod łóżka, niestety i tutaj zguby 
naszej nie było.
Dziwiło mnie, że te wszystkie protesty gospodyni miały charakter raczej łagodny i powściągliwy, 
bądź co bądź szarogęsiliśmy się w jej domu niczym bandyci i mogła przecie z łatwością zawołać 
policję, mogła podnieść dziki wrzask, a ona tymczasem, burcząc pod nosem niewinne przekleństwa, 
dreptała   nam   po   piętach,   zaglądając   w   ręce,   czy   nie   przywłaszczamy   jakichś   drobnych 
przedmiotów. Widocznie mając do wyboru interwencję policji albo niewinną burdę marynarzy, 
wolała to ostatnie. Jako dobry, doświadczony psycholog wiedziała, że marynarz dziś tu — jutro tam 
i wszelki ślad po nim zginie. Gniew marynarza to jak ta bańka z mydła: napęcznieje, błyśnie i 
pęknie. Można przeżyć.
I   rzeczywiście,   biedny   nasz   Henio   daleki   był   od   wszelkich   burd.   Najdelikatniejszy, 
najkulturalniejszy z naszych młodych kolegów nie był po prostu zdolny do wulgarnych wystąpień. 
Więc zamiast miotać się i krzyczeć, zamiast łajać i bić — obgryzał tylko palce i nerwowo sapał. 
Kto go znał tak blisko jak my, ten tylko mógł spostrzec cierpienie odbite na jego twarzy. Cierpienie 
bezsilne i nieszkodliwe.
Odchodziliśmy z burdelu pokonani i bezradni, a jednocześnie przekonani, że baba z nas zakpiła, 
wystrychnęła   na   dudka.   Być   może   dziewczyna   siedziała   ukryta   na   jakimś   stryszku.   Wszakże 
rewizja nasza była tylko gestem, gentlemeńskim odruchem. Żaden z nas nie potrafił zdobyć się na 
tupet, aby zaglądać we wszystkie zakamarki.
— A jednak ona nie wyjechała! — krzyknął nagle biedny Henio, kiedyśmy uszli spory kawał drogi. 
— Ja wiem na pewno.

background image

— Więc może wrócimy, złapiemy ich w zaskoczeniu — zaproponowałem.
— Myśl dobra, ale do niczego nie zaprowadzi — powiedział kapitan. — Nie bójcie się. One nas 
śledzą. Zapakują dziewczynę z powrotem do tejże kryjówki. Kto będzie jej tam szukał? Może pan? 
— zwrócił się do instruktora.
— Trudna rada — rzekł Brunc, kładąc dłoń na ramieniu przyjaciela. — Zbierz się, bracie, do kupy. 
Zapomnij. Nie takie jeszcze w życiu czekają ciebie kawały. Głową muru nie przebijesz. Zrobiliśmy, 
co do nas należało.
— Mogła jednak krzyczeć — wtrącił kapitan. — Wątpię w to, aby ją kneblowali.
— A któż zaręczy? — zauważyłem. — Czemużby nie mieli kneblować? Mnie też nie wygląda na 
to, aby dziewczyna wyjechała. Była na pewno gdzieś dobrze ukryta.
— Gdyby nie to, że statek jutro musi odchodzić, powtórzylibyśmy wizytę kilkakrotnie — mówił 
Macaj. — Ja nawet na pańskim miejscu zameldowałbym o tym wypadku miejscowej policji, ale nie 
ma o czym gadać. Musimy jutro odpływać.
— A może bym ja został, panie kapitanie?
— Dla samego przypuszczenia? Dla bardzo słabej nadziei? Czy warto ryzykować? Wystrychną 
pana na dudka jak dzisiaj i na tym się sprawa skończy. To przecież międzynarodowa szajka...
— Ależ dziewczyna nie igła, musiałaby się w końcu znaleźć.
— Gdzie? Niech pan nie żartuje. Alboż Brazylia mała! Profesor Fawcett zginął i nie mogli go 
odnaleźć, a cóż dopiero jakaś tam za przeproszeniem... tfu!... dziewczyna — zakończył Macaj w 
nagłym zażenowaniu.
— Otóż to... otóż to — jęknął biedny Henio.
Wracaliśmy bez humorów. Nie ciekawiły nas już widoki uciekającej zieleni. Ciemno zresztą było. 
Dopiero marsz przez uśpione miasto Parangua rozkrochmalił nieco smutną atmosferę. Może nie 
sam marsz, tylko ten chór tropikalnych cykad, których orkiestra nigdzie chyba nie jest tak donośna, 
jak   właśnie   tutaj,   w   Brazylii.   A   latające   ogniki,   nigdzie   takiej   ilości   ich   nie   ma.   Jednookie   i 
dwuokie. Mrugające i ze światłem stałym. Małe i duże. Chmarą pokrywają krzaki.
— Stańmy! — rozkazał kapitan. — Tych żab warto posłuchać. Takich żab na całym świecie nie 
znaleźć. Widzieli panowie? Jak czapka tak duże. Posiedzim w ciszy, ot i posłuchacie.
Rzeczywiście nie trzeba było czekać. Chór żabi rozległ się głębokim, dzwoniącym warkotem, a od 
czasu do czasu jakby do taktu jazzbandowej melodii, odzywał się basowy, rezonujący ton niby 
gongu, niby wojennego kotła, to właśnie kumkały te największe ropuchy.
Na statku czekała na nas niespodzianka.
— Panie doktorze! — meldował dyżurny uczeń. — Kapitański steward zamiast wódki napił się 
nafty.
— A to jakim cudem — zdumiałem się.
— Ano — odpowiedział dyżurny skromnie opuszczając oczy. — Ano dopił się do tego stanu, że 
przestał odróżniać smaki.
— Dużo wypił?
— Zdaje się, całą butelkę.
— Płukanie żołądka! Natychmiast płukanie żołądka!
— Zbędne chyba, panie doktorze, bo on już od godziny wymiotuje.
— Nie szkodzi, dać mu mleka, dużo mleka, niechaj wymiotuje mlekiem. Umieścić go w szpitalu, 
zaraz tam przychodzę.
Życie. Normalne życie lekarza powołuje do zawodowych czynności. Jeden kryminał się skończył, 
drugi się zaczyna. Dramaty są tylko pozorami. Wszystko się przemiele, roztopi w tyglu czasu i 
zapomni. Wspaniała, piękna, wulkaniczna Hiszpanka, niedoszła żona naszego przyjaciela, dzisiaj, 
jeżeli jeszcze żyje, roztyła  się nie do poznania, tak zresztą jak wszystkie  one po dwudziestym 
piątym  roku życia.  Rozlazła  z niej pewnie, siwa już babcia. A instruktor Henio? Nie pytajcie. 
Zginął na kapitańskim posterunku.

background image

Wąż i łysina

Jak wygląda rzeka Amazonka? Właściwie to ona wcale nie „wygląda”, bo jej nie widać. Cóż to za 
rzeka, jeżeli jej przeciwległego brzegu wcale nie ma? Był ocean i w dalszym ciągu został ocean, 
tylko że woda zmętniała, straciła swój dotychczasowy ciemnoniebieski kolor, a stała się żółta.
— O, widzi pan — mówi do mnie kapitan statku, podając lornetkę — niech pan tylko uważnie 
patrzy, tam na horyzoncie biegnie linia, po jej prawej stronie kolor granatowy to ocean, a po lewej 
mętnożółty — to Amazonka.
Nazajutrz przybiliśmy dwoma szalupami do dzikiego brzegu na kąpiel. Ktoś praktyczny odradzał, 
że to niby krokodyl może chwycić za nogę, ale trudno było uwierzyć w tak mało prawdopodobne 
historie, bo po cóż by było krokodylowi iść do słonej wody, skoro słodkiej miał pod dostatkiem. A 
zresztą   słońce   dopiekało   siarczyście,   koszule   nam   lgnęły   do   karku,   a   wilgotna   duchota   nie 
pozwalała na szerszy oddech. Któż by tam przez tego wyimaginowanego krokodyla chciał cierpieć 
bez kąpieli?
Brzeg wspaniały,  zupełnie  jak w bajce albo na wyspie  Robinsona. Drzewa mangrowe  stały na 
obnażonych, bardzo długich korzeniach, niby olbrzymie pająki. Podczas odpływu oceanu, kiedy 
woda   opadnie,   można   pływać   łodzią   pomiędzy   tymi   korzeniami,   jak   w   jakimś   dziwacznym, 
bezlistnym lesie. Labirynt, w którym łatwo zabłądzić. A u góry, ponad głowami, zielony pomost, 
gęsty, splątany lianami. Po korzeniach, sękach i dziuplach biegają kolorowe, przeważnie ceglasto-
czarne duże kraby. Pełno ich. Wyglądają niby ruchome kwiaty.
Dalej, w głąb lądu, zarośla mangrowe się kończą i zaczyna normalny tropikalny, brazylijski las: 
gęsty,   nieprzystępny,   wilgocią   pachnący.   Pełno   tu   olbrzymich,   aksamitnie   miękkich, 
łopuchowatych   liści   bananowców   i   rozczapierzonych,   szmaragdowych   dłoni   palm.   Pełno 
zwisających luźno kit fantastycznych, nigdzie więcej nie spotykanych, jaskrawych kwiatów. Ten las 
paruje żarem, a małe różnobarwne papużki i jeszcze inne, mniejsze od nich koliberki furkoczą w 
miejscu, zawieszone na tle ciemnolazurowego nieba niby miniaturowe modele helikopterów.
W głębi zatoczki leży wyciągnięte na piasek, dłubane w drewnianym pniu rybackie czółno, a nieco 
dalej na patykach suszy się duża sieć. Starsza kobieta do pasa naga myje garnek, a u jej podołka 
tłoczy się jak zwykle gromada umorusanych, czekoladowych malców.
Na skraju dżungli, na wysokich palach, strzegących przed wodą, stoi sklecona z gałęzi i liści uboga 
chatynka okolona szerokim pomostem niby werandą. Na ten pomost prowadzą schody. Wchodzę po 
nich i nagle staję jak wryty. Oto przede mną, tuż u moich stóp, po obu stronach drzwi wejściowych 
leżą zwinięte w kłębek dwa ogromne i grube węże z gatunku pytonów dusicieli. Tyle się o nich 
czytało kiedyś w podróżniczych książkach.
Stoję w miejscu jak urzeczony i boję się ruszyć. Jeden z węży uniósł swój trójkątny łeb i patrzy na 
mnie, jakby chciał hipnotyzować. Powoli, nieznacznie zaczy

nam wycofywać się tyłem z tej niemiłej 

dla mnie opresji. Ale w tym momencie posłyszałem, a raczej wyczułem za sobą ciężkie kroki. Ktoś wchodził 
po   schodach.   Obejrzałem   się.   Tuż   za   moimi   plecami   stał   jakiś   wysoki   jegomość   w   dużym   słomianym 
kapeluszu, a na jego ramieniu... O Boże mój! Na jego ramieniu i dookoła jego szyi okręcony był trzeci, takiż 
sam wąż dusiciel i jego trójkątny łeb, z wystawionym złowrogo językiem, kiwał się wahadłowo tuż przed 
moim nosem. Zdrętwiałem. Mrowie przeszło mi przez skórę. Nie było już wyjścia. Przede mną te dwie 
skręcone na progu bestie, a tutaj, z tyłu, ten dziwny czarownik.
— B... b... bom... d... d... d... dia! (dzień dobry) — wybąkałem, jąkając się ze strachu.
— Bom dia! — odpowiedział mi kaboklo z miłym uśmiechem i ten jego życzliwy spokój dobrze wpłynął na 
stan moich nerwów.
— To on nie gryzie? — spytałem, wskazując palcem na węża.
— Gdzieżby! — zaprotestował zaprzeczeniem głowy. — To mój amigo — dodał poklepując węża przyjaź-
nie. — On łapie mi szczury, on dobry.
— No, no — zdziwiłem się głośno, na wszelki wypadek czym prędzej wycofując się na schody i dopiero 
kiedy poczułem się bezpieczny na samym ich dole, spytałem:
— A skąd bierzecie tych swoich przyjaciół?

background image

— Na rynku. Ludzie przynoszą w skrzyniach, można kupić. Oczywiście, oswojonego nikt nie sprzeda, ale 
one są bardzo rozumne i szybko się przywiązują do swego gospodarza.
Kiedy po powrocie do szalupy opowiedziałem uczniom Szkoły Morskiej o swojej przygodzie, nie chcieli mi 
wierzyć. Umówiliśmy się więc nazajutrz gromadnie na

 ten rynek. Idąc na rynek przypomniałem sobie 

nagle, że przecież niedawno, przed samym odpłynięciem „Daru” z Gdyni, ożeniłem się, a więc 
jestem żonaty!
— Jeżeli znajdę ładny okaz węża, kupię go w prezencie żonie — powiedziałem i zaraz ugryzłem się 
w język, bo wszyscy wybuchnęli śmiechem.
— Ładny mi prezent: boa-dusiciel ukochanej żonie!... cha, cha, cha...
Trudno, słowo się rzekło, więc poszliśmy na ten rynek. Cóż to za niesamowity widok. Prawie każdy 
z kabokli nosił na szyi węża. Trudno było przejść drogą bez otarcia się o jakąś wężową głowę. 
Stanowiły one jakby część uroczystego stroju miejscowej ludności, coś w rodzaju ich krawatów czy 
szalików. Jedne z tych węży śpią sobie niemrawo, inne rozglądają się dokoła, biorąc udział w 
rynkowym życiu.
—   Amigo!   —   zwróciłem   się   do   jednego   z   przechodniów.   —   Gdzie   tu   można   kupić   takiego 
„przyjaciela”?
— Na samym końcu rynku. Na ziemi znajdziecie wiele skrzyń, a w nich są węże. Można wybrać 
według wielkości i koloru.
Rzeczywiście, za chwilę weszliśmy pomiędzy skrzynie, miały one okratowane drutem okienka, 
przez które widniały grube sploty wężów. Każdy z nich spał snem sprawiedliwego. Nie pomagały 
pukania w wieko ani nawet silniejsze wstrząsy. Nic nie zdołało zachwiać wężowej obojętności. 
Węże boa na ogół są jednakowe: rdzawoczerwone z jaśniejszym podbrzuszem. Wybrałem jednego. 
Aby nie za duży, bo w głębi duszy trochę się bałem tego potwora.
W   uroczystym   pochodzie   wróciliśmy   na   statek.   Wiadomość   o   nowym   nabytku   rozeszła   się 
piorunem i kto tylko mógł, wybiegał na pokład oglądać węża. Ułożyliśmy skrzynię na środku, a 
tłum ciekawskich pochylił się nad nią. I oto stała się rzecz najmniej przewidziana. Mój wąż nagle 
się rozprostował, naprężył swoje sploty i wielkim trzaskiem rozsadził skrzynię. Rejwach. Krzyk. 
Popłoch.   Dzielna   wiara   w   nogi.   Na   polu   pozostał   tylko   kapitan   statku,   bo   gdzieżby   kapitan... 
uciekał. Jako że był to już czas nieoficjalny i po robocie, a tropikalny upał wszystkim dokuczał, 
więc   i   kapitan   miał   nagą   pierś   i   tylko   krótkie   szorty   na   sobie.   Pochylił   się   nad   wężem   i   dla 
przykładu jął doń przemawiać czule. Rozdrażniony gad nie ocenił widocznie tych życzliwych dla 
niego intencji i jednym mocnym rzutem głowy uderzył kapitana w jego nagą, bohaterską pierś.
— U!... Cholera! Widzicie go, jaki łajdak! — krzyknął odskakując. — Nu! Już ja mu teraz pokażę. 
Cieśla!... Zróbcie mu klatkę, ale mocną, żeby nie wylazł.
Tymczasem wąż stracił rezon i skulił się skonfundowany, jakby zrozumiał, co mu groziło. Tak 
przeleżał potulnie, aż okrętowy cieśla przyniósł nową skrzynię i uczniowie zapędzili go miotłami 
do środka.
Nowa skrzynia posiadała zakratowane okienko u góry i wymyślnie zasuwane drzwiczki od boku. 
Przez te drzwiczki właśnie rozpoczęła się edukacja. Oto pierwszego zaraz ranka, ująwszy dwoma 
palcami zwiniętą w kłębek chustkę do nosa, wpakowałem rękę do środka klatki, pod sam pysk 
węża. Ten, jak się należało spodziewać, uderzył zębami w chustkę, a wówczas, wypuściwszy ją z 
dłoni, szybkim ruchem chwyciłem węża pod gardło. Mimo najgorliwszych prób nie mógł mi już nic 
zrobić, panując nad sytuacją, zacząłem go z całych sił wyciągać na zewnątrz. Szelma nie chciał 
ustąpić i splotami cielska opierał się moim próbom, ale w końcu pokonałem go i oto boa-dusiciel 
zwisając z wyprostowanej w górę pięści, znalazł się w uścisku moich kolan. Co prawda kręcił się 
jeszcze i wiercił, ale bezskutecznie.
Kilka nawet razy dostał dłonią po pysku, co znakomicie ułatwiło edukację, poczuł bowiem moją 
nad nim wyższość i dał spokój dalszym próbom. Zrezygnował z walki. Więc i ja dałem mu spokój, 
wsadzając gagatka do klatki.
Nazajutrz urządziłem mu aż dwa podobne treningi. Jeszcze mu nie w smak była moja fizyczna 
przewaga,   więc   próbował   się   wyrwać,   ale   trzeci   dzień   przyniósł   całkowitą   kapitulację.   Gdy 
wsadziłem rękę, aby go z klatki wyciągnąć, już nawet nie atakował chusteczki do nosa. Więc po 
kilku dniach odważyłem się na ryzykowną próbę, podsuwając mu swoją dłoń pod nos bez ochrony 

background image

chustki. Zwyciężyłem na całym froncie, mój dotychczasowy wróg zamieniał się w przyjaciela i dał 
się pokornie wyciągnąć niby potulny baranek na rzeź. Położyłem więc go w nagrodę na kolana i 
uniosłem  obie   ręce   do  góry.   Był   zupełnie  wolny  i   mógł  czynić,  co   mu   się  żywnie   podoba,  a 
spodobały mu   się  fałdy  mojego  marynarskiego   munduru.   Powoli  jął  się wspinać  i  wpełzać  za 
pazuchę, pod podszewkę marynarki. Siedziałem przerażony i zdrętwiały od obrzydzenia. To nie 
było przyjemne, gdy jego zimne cielsko wędrowało po mojej koszuli, wślizgując się w rękaw, aby 
za chwilę ukazać łeb w dole, tuż przy samej dłoni.
Siedziałem   więc   sztywno,   jakbym   kij   połknął,   bojąc   się   najmniejszego   ruchu,   aby   go   nie 
sprowokować do ataku. Ale wąż ani myślał gryźć.
Po tej ostatniej próbie zdecydowałem zlikwidować więzienną skrzynię zabierając przyjaciela do 
swojej kabiny.
— Pamiętaj! — groził mi palcem Kostek, starszy oficer statku — niech no tylko twój wstrętny gad 
z kabiny wypełznie, zatłukę go na śmierć. Nie nawykłem mieszkać pospołu z gadami.
Nie wiedziałem, czy żartuje, czy mówi prawdę, ale na 

wszelki wypadek zamykałem drzwi kabiny na klucz i 

klucz nosiłem w kieszeni. Nikt więc, nawet przez zapomnienie, węża nie mógł wypuścić.
Wąż tymczasem zadomowił się bardzo łatwo i szybko. Rozpoczął swe urzędowanie od inspekcyjnego spaceru dookoła 
ścian po półkach z książkami, po umywalce i poręczach krzeseł na firankę do łóżka, a stamtąd na drążek. Tu, na tym 
drążku,   pokazał   wszystkie   swoje   akrobatyczne   talenty.   Nawet   nie   przypuszczałem,   co   taki   gad   zrobić   potrafi. 
Balansował zwojami cielska niby zawodowy linoskoczek, a przecież statek kiwał.
W  końcu,  poznawszy wszystkie   kąty  i  zakamarki   mojej   kabiny,  obrał  sobie  na  stałe  legowisko  wolną  przestrzeń 
pomiędzy   sprężynami   materaca   a   górną   powierzchnią   szuflad   mojej   marynarskiej,   wysokiej   koi.   Tak   więc   odtąd 
sypialiśmy dosłownie w jednym łóżku i co rano odchylałem róg materaca, aby skontrolować, jak się ma i co robi mój 
przyjaciel.
Tak przeżyliśmy, a raczej przespaliśmy dobre kilka tygodni. Przez cały ten czas wąż się wcale nie załatwiał. Kapitan, 
jako encyklopedia wszelkiej wiedzy, uspokoił mnie, twierdząc, że węże jedzą raz na parę miesięcy, a więc i załatwiać 
się tak często nie potrzebują. Może i racja, gdyż z wyżywieniem także nie było kłopotu, wąż nie zdradzał najmniejszego 
apetytu. Tym niemniej moja kabina przesiąkła jakimś ostrym, w nosie aż świdrującym, nieprzyjemnym  zapachem. 
Doszedłem do wniosku, że to skóra węża tak nieprzyjemnie pachnie, trzeba więc go wymyć.
Niewiele myśląc, nalałem do umywalki wody i wyszorowałem gagatka szczotką i mydłem jak się patrzy.
Nazajutrz wąż boa nie wyszedł na zwykły, codzienny swój spacer. Leżał bez humoru, niemrawy jakiś i oso

wiały, a 

oczy przestały czarno połyskiwać i przyoblekły się mgłą cierpienia.
W Brazylii są dwa gatunki węży pytonów: sukuri, czyli inaczej anakonda, wąż wodny i boa-dusiciel 
— wąż lądowy. Ten ostatni jednak, o ile mi wiadomo, potrafi także pływać, więc skądże by aż taki 
wstręt do wody? Może mu mydło się nie podobało? A może szczotki nie lubi? W każdym razie nie 
ulegało już najmniejszej wątpliwości, że to kąpiel spowodowała wężowe niedomagania i byłem już 
w poważnym strachu, aby mój przyjaciel nie wyzionął ducha.
Trzy dni trwał ten stan chorobowy,  po czym  na czwarty dzień rano zastałem gada na półce z 
książkami.  Oczy miał  pełne młodzieńczego  połysku,  a skóra jaśniała barwami  tęczy jak nigdy 
dotąd. Był naprawdę piękny. Rysunek rdzawych plam wystąpił jakoś wyraziściej. Co się stało? Mój 
przyjaciel   stanowczo   odmłodniał   i   wyprzystojniał.   I   oto   sprawa   się   wyjaśniła:   pod   materacem 
znalazłem przezroczyste, pergaminowe łuski zrzuconej skóry. Mój boa-dusiciel nie przeżył hańby 
tej swojej przymusowej kąpieli i postanowił ze wstrętem pozbyć się zapachu toaletowego mydła.
Któregoś tam dnia z rzędu zawinęliśmy na wyspę Puerto Rico i tu na redzie rzucono kotwicę. 
Poprzez otwarty bulaj widziałem bukiety strzępiastych palm rysujących się jeszcze cieniem na tle 
jaśniejącego nieba. Wczesny ranek. Słońce zaledwie wstaje. O tej porze właśnie zwykł kończyć 
swoje nocne spacery mój wężowy przyjaciel. Nie słyszałem najmniejszego szmeru, więc usiadłszy 
na łóżku odchyliłem materac.
Wąż leżał na swoim miejscu, ale dziwnie jakoś pofalowany w spiralę. Chcąc go pobudzić do ruchu, 
chwyciłem za ogon, ale ten ogon był sztywny. Wyskoczyłem z koi i odchyliłem całą pościel. Wąż 
leżał na ukos w sztywnych splotach, martwy już chyba od dawna.
Właśnie promienie wschodzącego słońca padły na łóżko, wyświetlając wesołe, piękne, ceglaste, 
jabłkowate plamy wężowego wzoru. Sam nie wiem dlaczego, machinalnie zupełnie, uniosłem go z 
posłania i silnym, zrezygnowanym rozmachem cisnąłem przez okno w ten różowy, drwiący jakby 
ze mnie blask i drętwym, nieczułym wzrokiem śledziłem wolne ruchy zanurzającego się w wodę 
martwego przyjaciela. Woda była przezroczysta — jak kryształ akwamaryny.  Spiralnie zastygłe 

background image

sploty nadawały mu wahadłowy ruch. Wyglądało, jakby uciekał ku niedalekim brzegom. To samo 
spostrzegli uczniowie zwijający żagle na rejach.
— Panie doktorze! — wołali stamtąd chórem — pański wąż ucieka!
Rzeczywiście. Uciekł i tym razem na zawsze. Dobry los wybawił go od dalszej niewoli, od tych 
spacerów po książkach i półkach.
Wychodząc   z   kabiny   z   opuszczoną   głową,   napatoczyłem   się   na   Kota   —   mego   serdecznego 
przyjaciela.
— Cóżeś taki zgryziony? — zauważył. — Stało się coś niedobrego?
— Mój wąż zdechł, właśnie wyrzuciłem go za burtę.
— No, to chwała Bogu! — wykrzyknął z zadowoleniem. — Przyznam ci się, że nie lubiłem tej 
bestii, a nawet bałem się, że któregoś dnia wpełznie mi pod kołdrę. Teraz przynajmniej będę spał 
spokojnie.
— Ja też nie czułem nigdy sympatii do węży, ale tego dusiciela polubiłem, przyzwyczaiłem się 
nawet do jego towarzystwa. Żal mi go.
— Et! Bzdury. Zajmij się lepiej czymś innym. Nie masz teraz pacjentów, to rób jakieś wynalazki.
— Właśnie ten wąż był moim wynalazkiem — powiedziałem z uśmiechem. — No bo pomyśl tylko: 
boa-dusiciel w prywatnym polskim mieszkaniu. Czy wyobrażasz sobie małżonkę na jakimś balu z 
takim boa na szyi zamiast naszyjnika z pereł?
— Rzeczywiście pomysł kapitalny,  ale wiesz, ja mam lepszą myśl  dla ciebie. Na ten przykład 
wykombinuj  jakiś lek na moją łysinę.  Mamy przed sobą do Gdyni  co najmniej  miesiąc  drogi. 
Smaruj mnie, czym tylko chcesz, będę łykał wszelkie paskudztwa, bylebyś zaplantował na mojej 
łysej   głowie   włosy.   Pomyśl,   co   za   sława   ciebie   czeka!   Jaka   wdzięczność   całego   łysego   spo-
łeczeństwa.
— Ano — roześmiałem się. — Spróbuję.
To   powiedziawszy,   skierowałem   kroki   do   okrętowej   apteczki   i   zadarłszy   głowę   ku   wysokim 
półkom, zacząłem przebiegać wzrokiem rozmaite słoiki, głośno przy tym rozumując:
—   Olej   rycynowy   znakomity   na   porost   włosów.   Chinina   —   zaszkodzi.   Rezorycyna   i   tanina 
również.   Spirytus   salicylowy   może   pomóc...   i   tak   głośno   przemawiając,   odstawiłem   słoiczki   i 
pudełka   na   bok.   Potem   wszystko   to   w   odpowiednich   dawkach   przemieszałem,   a   przetarłszy 
otrzymałem piękną, żółtą maść. Dodałem do niej dla zapachu dobrej wody kolońskiej i triumfalnym 
gestem wręczyłem Kotowi.
— Masz, bracie. Smaruj trzy razy dziennie głowę, a będziesz miał czuprynę niczym Paderewski 
albo Stokowski.
Sądziłem, że na tym cała historia się zakończy. Gdzież tam! Podczas gdy ja o procedurze tej dawno 
zapomniałem, mój gorliwy pacjent regularnie i z namaszczeniem smarował sobie łysą jak kolano 
czaszkę. W rezultacie zaczęła się ona pokrywać ledwie widzialnym puszkiem.
Mój przyjaciel  wpadł w entuzjazm. Zatraciwszy oficerską godność, jął podskakiwać z wielkiej 
uciechy.
— Złotko! — powiada do mnie czule. — Nieba ci przychylę, na tronie posadzę, ptasiego mleczka 
zdobędę, czego tylko pragnie twoja nędzna dusza. Patrz, przyglądaj się. Ciesz swoje oczy. Geniusz 
jesteś. Moja łysina kwitnie.
Kiedyśmy dobijali do gdyńskiego portu, czupryny Paderewskiego co prawda jeszcze nie było. A 
nawet, przyznam się szczerze, żadnych włosów na przyjacielskiej głowie nie widziałem. Wszyscy 
wokoło jednak twierdzili inaczej, więc ślepotę swoją zwaliłem na karb złego wzroku.
— Czego chcesz! — wołał Kot, zadowolony. — Wszakże to tylko jeden miesiąc minął. Cudów nie 
ma. Włosy nie rosną tak szybko. Ale czuję... rozumiesz, czuję, że rosną! Daj buziaka za to.
Pocałowaliśmy się. Kot opuścił statek i poszedł do domu.
Nazajutrz, krztusząc się od śmiechu, przybiega do mnie trapowy i melduje:
— Panie doktorze, sześciu jakichś panów pragnie pana widzieć, czy mam ich wpuścić na statek?
— No dobrze — powiadam. — Ale czemu się tak śmiejecie?
— No, bo proszę pana doktora, to tak śmiesznie wygląda, nigdy nie widziałem sześciu mężczyzn 
zupełnie łysych zebranych w komplecie.

background image

Istotnie  komplet  był  przezabawny.  Chyba  jakiś nadzwyczajny zbieg okoliczności?  Nie. Jak się 
okazało, to wdzięczny mój pacjent zrobił taką reklamę. Wszyscy łysi z Gdyni  mają złożyć  mi 
wizytę po ten cudowny lek na porost włosów. Jeden z nich przyniósł kartkę od Kota. Prosił, abym 
mu przysłał nowy słoik, gdyż poprzedni już się skończył.
Masz, babo, placek! A ja nie pamiętam recepty. Zabijcie, nie pamiętam, co mieszałem i w jakich 
dawkach. Głupi by takie bzdury zapisywał. Nie wierzyłem przecież w skuteczność lekarstwa, a 
teraz okazało się ono „cudem”.
Stanąłem   przed   apteczką,   zadarłem   głowę   jak   dawniej,   jak   przedtem   i   w   identyczny   sposób 
zacząłem   kolekcjonować   słoiczki   i   pudełka.   Pomieszałem   je,   przetarłem,   wyperfumowałem   i 
doręczyłem  każdemu  z klientów. Kolor maści  jednak ani  jej konsystencja niepodobne były do 
poprzedniej. Machnąłem ręką, cóż robić! Nie zaszkodzi na pewno.
Niestety, po tygodniu z takim trudem wyhodowany puszek znikł z głowy kapitana, a i sześciu 
nowych pacjentów skarżyło się, że nic a nic im cudowna maść nie pomaga.
— Przyznaj się! — powiada do mnie Kot. — Dałeś mi inną maść.
Przyznałem się. Cóż innego miałem zrobić, Kot aż pozieleniał ze złości.
— Idioto stary! — powiedział — tak blisko byłeś od fortuny. Czy zdajesz sobie sprawę, co za 
pieniądze   straciłeś?   Milionerem   byś   był.   Milionerem,   a   teraz   przez   własne   niedbalstwo   guzik! 
Masz, zabieraj resztki paskudztwa i smaruj sobie dupę!
To mówiąc złym gestem oddał mi słoiczek. Taki już mój los. Nigdy nie miałem szczęścia do żadnej 
loterii i w ogóle szczęście do mnie wciąż się uśmiecha, drażni się, szelma, a przyłapać go za ogon 
nie potrafię.
Wkrótce po powrocie wszystkie gazety warszawskie podały na pierwszej stronie grubym drukiem: 
„Doktor Korabiewicz przywiózł małżonce w prezencie węża boa-dusiciela, ale go sam niechcący 
udusił”.
Taki to był „happy end” tych tragicznych historii.

Złowiłem życie

Pierwszy oficer „Daru Pomorza”, a mój najserdeczniejszy przyjaciel „Kot” zaperzył się na dobre 
krzycząc:
— Pora ci się ustatkować, chłopcze! Pora wyjąć to piórko z dupy! Już ci nawet „Daru Pomorza” nie 
wystarcza? Wszakże mamy płynąć dookoła świata. Pomyśl tylko wariacie: dookoła świata! Czegóż 
więc potrzebujesz jeszcze? Guza szukasz?!
— A mnie to wszystko nie bawi — odrzekłem głosem spokojnym i z najwyższą rezygnacją. — 
Podróże na „Darze Pomorza” z gwarancją dobrych obiadów o godzinie dwunastej, kolacji o szóstej 
i noclegów w wygodnej okrętowej koi... jeszcze mi nie wystarczają. „Dar Pomorza” dla mnie to 
tylko biały malowany tramwaj. Ty musisz zrozumieć, Kot, życie dla mnie to wielka przygoda, to 
niespodzianka, co się wyłania zza każdego zakrętu rzeki czy morza. Tu plaża zasiana muszlami, 
tam grota z tajemniczym  włazem, tam koralowe labirynty pełne zawoalowanych ryb, a czasem 
wyjdzie   do   ciebie   takiż   nieoczekiwany   człowiek;   surowy,   jakby   wyciosany   z   bryły,   zagorzały 
słońcem, o mocno zaciśniętych wargach i milcząc poda ci na znak wielkiego zrozumienia zgrubiałą 
dłoń. Dlatego właśnie, aby odbić od tej powszedniej, nudnej planowości, od tego łańcucha progra-
mowo ułożonych dni, schodzę z pokładu „Daru Pomo

rza”. A wy płyńcie sobie dookoła świata! Nie 

będę wam zazdrościł. Ja także popłynę. Mój świat będzie inny. Popłynę sam jeden, a może wezmę sobie 
towarzyszkę. Zbuduję trochę lepszy kajak, uwieńczę go małym żagielkiem i w drogę!
A słowo ciałem się stało.
Oto   ja   i   moja   małżonka   Pimpa   siedzimy   w   kajaku   na...   Oceanie   Indyjskim.   Skąd   tak   nagle?   Jakim 
sposonem? Jaką drogą?
Wcale nie nagle, tylko bardzo powoli i żmudnie: krok po kroku, piędź po piędzi. Od granic Polski rzeką Prut 
do Dunaju, potem do Morza Czarnego i poprzez morze do Bosforu.

background image

Co   za   rozkosz   wpływać   maleńkim,   drewnianym   kajaczkiem   w   olbrzymią   skalną   bramę,   która   jest 
Rubikonem.   Za   nią   leży   inny   świat.   Za   tą   bramą   Stambuł,   Bagdad,   Kair...   kolorowy,   zakwefiony, 
rozkołysany wielbłądzim garbem, roztańczony czarną kobrą, świat baśni 1001 nocy.
Marmurowe morze, zielone bukiety greckich wysp, a później syryjsko-irackie pustynie, przez które spły-
niemy prądem rzeki Eufrat w objęcia daktylowych palm Zatoki Perskiej.
Tak niedawno, zaledwie parę miesięcy temu, muskaliśmy burtami kajaka żółte kaczeńce Prutu, a tu ponad 
głową szeleszczą już pióra daktylowych  palm.  Czyż  nie wspaniały przeskok, co za fantastyczna zmiana 
dekoracji, i to nie mocą rakietowego samolotu, nie ekspresowym pędem lokomotywy, tylko zwyczajnie: siłą 
własnych ramion, siłą maleńkiego żagielka, więc nic nie znaczą teraz dla nas tysiące kilometrów, skoro 
uświadomiliśmy możliwość ich pokonania. Wczoraj byliśmy w Polsce — dziś jesteśmy na oceanie. Bez 
niczyjej łaski. Trzymam oto w dłoni linę żagla, a wiatr dmucha. Ten

  sam, stary znajomy — polski, a 

raczej... międzynarodowy, swojski wiatr i aż tutaj nas zadmuchał...
Jesteśmy więc na Oceanie Indyjskim. Płyniemy wzdłuż brzegów Indii ja i Pimpa, oderwani od 
ziemi,   zawieszeni   w   próżni,   kołysani   ogromną   od   paru   miesięcy   ustaloną,   monsunową   falą. 
Pozornie jest niby pogoda. Niebo czyste, głęboko przejrzyste. Wiatr stały a silny. Szot żagla siną 
pręgą zaciska się na dłoni. Raz po raz zapadamy w dolinę między dwa wały wodne i wówczas wiatr 
ginie. Przerażony żagiel łopoce. Przywykliśmy już do tych gór wodnych, nie wydają się nam tak 
groźne jak przed kilku dniami. Rzucają nami niby piłką, z łaskawą pobłażliwością raz w górę, to 
znów   na   dół.   Czasami   tylko   zbłądzony,   ponadprogramowy   grzywacz   chlupnie   od   niechcenia, 
przetaczając   się   ponad   pokładem   wprost   na   moją   rozgrzaną   pierś.   Na   ciemno   opalonej   skórze 
wystąpią białe pręgi skrystalizowanej morskiej soli.
Prujemy ostrym półwiatrem biorąc fale na skos. Dziś, gdy piszę te słowa, wydaje mi się to tak 
proste, tak niemowlęco łatwe. Ale wówczas miałem nerwy napięte do ostatecznych granic, wzrok i 
myśl   skupione   nad   ścisłym   obliczaniem   kąta   każdej   nadchodzącej   fali   i   wysokości   jej   białej 
grzywy.   Byłem   ogromnie   zmęczony.   Szliśmy   tak   na   żaglu   drugą   już   dobę   bez   przerwy  i  bez 
zmrużenia oka. Marzyłem o śnie, nie mogąc zdecydować się na lądowanie. Brzeg nie był widoczny. 
Mijaliśmy bowiem ląd płaski i niski. Ani jednego pagórka, ani jednego przedmiotu, na którym 
mógłby spocząć znużony przestrzenią wzrok. Pięciometrowe, a może jeszcze wyższe wały suną 
mimo   nas  systematycznie   a nieubłaganie  ku  brzegowej   mieliźnie,   za  chwilę  spiętrzą   się  tam  i 
połamią w czuby, druzgocząc każdą napotkaną przeszkodę. Nic się nie oprze tej potędze. Nic Się jej 
nie ostoi. Każda łódź zostanie rozbita, zrolowana, wyrzucona na piasek, jak niezdarna, bezwładna 
szmata.   Nawet   motor   tu   nie   poradzi,   cóż   dopiero   mały   nasz   kajaczek.   Wystarczy   raz   tylko   z 
wysokości pięciu metrów spaść na mokry piasek, zakręcić się wraz z falą w głąb i znowu trzasnąć 
łbem   o   brzeg.   Woda   wszystko   zabierze,   wtłoczy   i   przydusi.   Delikatne   deski   pokładu   nie 
wytrzymają uderzeń. Więc nie może tu być mowy o lądowaniu. Nawet prostopadłe skały i te są 
lepsze.   Czasami   można   wśród   nich   wypatrzyć   szczelinę   lub   rafę   i   w   momencie   krytycznym 
zaskoczyć za nią. Wielki, ustalony monsunem przybój gorszy jest na piasku niż w skalistej zatoce.
Raz po raz przykładam lornetkę do oczu, ale i to mało mi pomaga. Ani jednego drzewka, ani 
jednego patyka na przeraźliwie pustym horyzoncie.
Od lądu dzieli nas parę kilometrów, jest to najmniejsza bezpieczna odległość, przekroczenie tej 
granicy grozi porwaniem przez niosące ku brzegowi fale. Pomimo tej świadomości zdaję sobie 
sprawę, że długo tak nie wytrzymam. Prócz zwykłego zmęczenia zjawiają się już objawy choroby 
„kajakowej”: ostry ból w krzyżu, szarpanie nóg i towarzysząca temu gorączka. Aż oto, kiedy tak 
rozmyślam, nagle i niespodziewanie zaczyna się dziać coś niesamowitego. Woda rozstępuje się, 
ucieka od nas zostawiając piasek, w którym grzęźnie dziób kajaka. Skądże tutaj, na pełnym oceanie 
piasek? A więc mielizna? Wyspa obnażona przez odpływ? Wyskakuję i chwytam za dziób łodzi. 
Sądzę, że go przeciągnę przez przeszkodę, ale gdzież tam! Coraz więcej przede mną piasku, a coraz 
mniej wody. Dosłownie w kilka minut Znaleźliśmy się pośrodku wcale nie małej wyspy. Sam dobry 
los  widocznie  ulitował   się  nad  nami,  podając  okazję  do  wypoczynku  i   jedzenia.  W   tej   chwili 
dopiero   nadarza   mi   się   sposobność   do   oceny   siły   monsunowego   wiatru.   W   poprzek   naszej 
robinsonowskiej   wyspy   płyną   teraz   strugi   gruboziarnistego   żwiru.   Monotonnie   szeleszcząc, 
niesione tym wichrem toczą się kamyki. Pomimo jarzącego słońca przejmuje nas dotkliwy ziąb. 
Mamy dziś początek stycznia. Czym prędzej zaciągam nad kajakiem brezentowy daszek, tworząc 

background image

tym samym prowizorium zacisznego domku, a pierwszym, zasadniczym jego celem będzie ochrona 
płomyka  naszej  naftowej  maszynki  do gotowania  strawy,  czyli  popularnego  „prymusa”.  Pimpa 
przygarbiona w kucki bierze się do pitraszenia strawy. Na samą myśl o gorącej jajecznicy ślina mi 
do ust napływa.
— A gdzie będziemy spali? — pyta Pimpa.
—   Chyba   w   środku   kajaka   i   na   waleta   —   odpowiadam,   ale   w   tymże   momencie   wzrok   mój 
przykuwa ciekawe zjawisko. Oto na dalekim horyzoncie, do którego zdążyła się już podsunąć nasza 
wyspa, widnieje duży żaglowy kuter. Z tego kutra wysypuje się na piasek wyspy kolorowy tłum 
mężczyzn,  kobiet   i  dzieci,   wszystko   to razem  biegnie   w  naszą  stronę.  Za  chwilę,  szeroko  ge-
stykulując, otoczyli nas rozszczebiotaną gromadą. Jeden przez drugiego krzyczy. Jeden przez dru-
giego coś nam tłumaczy. Luźne, muślinowe szaty, przysadziste barwne turbany, oliwkowe twarze o 
czarnych  wąsikach, w nozdrzach kobiet złote spinki, a na czołach czerwone punkty albo białe 
kreski.
Wskazują   na   niebo,   na   kajak   i   piasek.   Nadmuchując   policzki   naśladują   wiatr.   Wymachują 
tragicznie rękami. Usiłują nam coś powiedzieć. Wpatrujemy się w te usta i gesty, ale treść ich 
pozostaje   nie   znana.   Denerwują   się   coraz   bardziej.   Wykrzykują   coraz   głośniej.   Tupią   bosymi 
stopami o piasek, aż wreszcie dopięli swego. Zrozumiałem. Ci poczciwi ludzie przypłynęli do nas, 
aby ratować, aby uprzedzić, że miejsce to jest niebezpieczne. Za parę godzin przyjdzie przypływ i 
groźnym ryczącym wałem wszystko zmiecie, co stanie na drodze. Jedyne, co nam pozostaje, to jak 
najśpieszniej uciekać!
— Uciekać? Ależ dokąd? — Pokazujemy kajak i rzeczy. Wskazujemy daleką linię wody. Jakże się 
z tym wszystkim zabrać? Sił już nie ma, jesteśmy zmęczeni...
Kiwnęli głowami. Przyjacielskie zrozumienie. Jeden na drugiego porozumiewawczo zerknął. Jeden 
do drugiego mrugnął, po czym nie mówiąc słowa chwycili za łódź razem z siedzącą w niej Pimpą, 
podrzucili   na   ramiona   i   jęli   biec   z   chóralnym   śmiechem   w   stronę   swego   kutra,   a   ja   za   nimi. 
Dzieciom największa frajda. Te dopiero skaczą z wielkiej uciechy, a każde z nich niesie któryś z 
naszych manatków. Nie upłynął kwadrans, jak znaleźliśmy się znowu na wodzie, zasłonięci od wia-
tru wysoką burtą przyjacielskiego kutra. Stary Hindus, najwidoczniej kapitan tego kutra, wskazał 
mi   palcem   kierunek,   tam   musimy   płynąć.   Trzeba   się   śpieszyć,   aby   tam   dotrzeć   jeszcze   przed 
nadejściem   przyboju.   Żegnani   serdecznym   powiewaniem   dłoni,   odbijamy   od   naszej   wyspy. 
Jajecznica nie została zjedzona. Nie starczyło czasu.
A   ocean   tymczasem   przycichł.   Mimo   stałego   wiatru   jakby   się   przyczaił   i   wygładził   fale. 
Spokojnym, równomiernym półwiatrem gnaliśmy wprost ku lądowi, który także jakby przycichł i 
nie   huczał   swoim   rytmicznym   a  złowieszczym   pomrukiem.   Widocznie   pod  gościnną  protekcją 
mieliźnianej  wyspy czas nam sprzyjał. Pimpa  nie potrzebowała  wylewać wody.  Z powierzchni 
oceanu znikły białe czuby. Jedną ręką trzymając napięty szot żagla, w drugiej miałem lornetkę. 
Studiuję nerwowo i nie bez emocji szybko zbliżający się ląd. Właściwie nie był to ląd tylko wał 
przybojowej   wody  załamujący   się  na   jego  płaskich   piaskach.   Nie  mam   przekonania   do  takich 
niewidzialnych,  niskich brzegów. Ani jednej  skały,  ani  jednego drzewka, na których  mógłbym 
zatrzymać wzrok. Pieniące się grzywacze zachodzą mi od obu boków, widocznie zagłębiamy się w 
zatokę. Zrozumiałem, dlaczego tutaj panuje względna cisza i dlaczego miejsce to wskazał nam 
Hindus.
Im głębiej w zatokę, tym ciszej brzeg mruczy, aż dobijamy wreszcie zupełnie spokojnie jak na 
pogodnym jeziorze. Rozprężamy ramiona. Nareszcie możemy sobie na ten luksus pozwolić. Dwie 
doby żeglowania bez przerwy. Dwie doby napiętych nerwów. Wysiadam wpół zgięty, nie mogąc 
wyprostować pleców. Nogi jak z waty. W głowie się kręci.
— No, nareszcie się spokojnie wyśpimy — westchnęła Pimpa z ulgą. A ja opuściłem wzrok, jakby 
szukając dogodnego miejsca na ten upragniony nocleg. To, co zobaczyłem, odebrało wszelki zapał i 
wszelką chęć do życia. Zimny dreszcz przebiegł mi przez skórę. Pojąłem całą grozę naszej nowej 
sytuacji. Ten brzeg, na którym w tej chwili staliśmy, nie był stałym lądem, tylko dnem morza. 
Chwilowo   odpłynęła   woda.   Drobne,   gofrowane   fałdy   odbite   na   piasku   to   ślad   ostatnich   jej 
odcieków. Gdy za parę godzin woda wróci, to zatopi ten niski brzeg wraz z naszym dobytkiem. Ale 

background image

dlaczego   stary   Hindus   wskazał   nam   ten   kierunek?   Jakaż   różnica   pomiędzy   obecną   sytuacją   a 
pobytem na naszej wyspie Robinsona? I tu, i tam ten sam przypływ  i tu, i tam jednaki koniec. 
Czyżby z jego strony miała być złośliwość? Nasze życie w tej chwili uzależnione jest całkowicie od 
siły,   z   jaką   zwalą   się   przybojowe   wały.   Okoliczności   te   nie   dawały   powodu   do   zbytniego 
optymizmu.
— Wiesz! — odezwałem się ponuro. — Musimy chyba odnieść kajak i wszystkie nasze manele jak 
najdalej  w   głąb  lądu,  żeby  potem,  gdy  się to  wszystko  już zacznie,   mieć  chwilę   wytchnienia. 
Bardzo wątpię, abyśmy dziś mogli myśleć o jakimkolwiek śnie.
— Po co odnosić? — zdziwiła się Pimpa, wskazując dłonią na równomiernie płaski, nizinny piasek. 
— Tam także woda dosięgnie.
— Dosięgnie — stwierdziłem — ale może z mniejszą gwałtownością. Ja liczę wciąż jeszcze na 
poczciwość naszych hinduskich doradców. Skoro nas tutaj przysłali, musiała być jakaś racja. Jakiś 
sens, chociaż logika temu przeczy. Szkoda słów. Innego ratunku w tej chwili nie widzę, jak tylko 
uciekać dalej od oceanu. Im dalej się od niego znajdziemy,  tym  dłuższy będzie nasz nerwowy 
odpoczynek. Bierzmy się więc do roboty.
To   mówiąc   chwytam   plecak   i   bańki   ze   słodką   wodą,   Pimpa   zaś   worek   prowiantu   i   szybkim 
truchtem biegniemy przed siebie. Tak zaczęła się nowa nasza martyrologia aż do ostatecznego 
umęczenia. Na raty, co pięćdziesiąt kroków porcja i znowu dalej, jak najdalej! Jako ostatni poszedł 
pusty kajak. Nieśliśmy go z wielkim trudem, chociaż nie był przecie ciężki. W takim stanie zastała 
nas noc — styczniowa, zimna, przejmująca dreszczem.
— Dość już tego! — zaprotestowała Pimpa. — Naprawdę już sił nie mam.
— Dobrze — zgodziłem się łatwo — mamy już za sobą przynajmniej ze trzysta metrów. Teraz 
musimy zapakować wszystko do wodoszczelnych luków. Takielunek żeglarski mocno przywiązać. 
Łódź ustawimy dziobem w kierunku lądu, sami wsiądziemy do środka i z wiosłami w dłoniach 
będziemy oczekiwać przyboju. Co ma być, niech będzie. Innego wyjścia nie ma. Posłuchaj. Już 
przypływ ryczy, ale mamy jeszcze czas.
— Czemu noc taka ciemna i taki jakiś niesamowity koloryt?
Zajęty bieganiem   nie  zauważyłem   tego.  Teraz  podnoszę  wzrok  na  niebo  — ...oniemiałem.  Na 
wprost nas wyrasta spod ziemi olbrzymia tarcza księżyca. Nie był to jednak ten znany nam, wesoły, 
srebrzysty księżyc, przyjaciel zakochanych. Patrzyła na nas twarz demoniczna, obca, nastroszona 
brodawkami kraterów, sinoszkarłatna, niesamowicie ponura i groźna. Jednocześnie z tym dziwnym 
zjawiskiem   powiał   nagle   lodowaty   wiatr   i   jeśli   kiedykolwiek   w   życiu   odczuwałem   dreszcz 
przerażenia, to właśnie wówczas, w tej minucie niezapowiedzianego, nieoczekiwanego zaćmienia. 
Wobec   straszliwej   pustki   dokoła,   wobec   beznadziejnej   samotności   i  oderwania   od  normalnego 
życia czułem się teraz dziwnie bezradny, opuszczony, zapomniany, ...biedny. W tej fatalnej dla nas 
chwili, jakby oczekiwania na egzekucję, sinoszkarłatna twarz gasnącego księżyca stała się jakby 
symbolem  nieszczęścia,  tej  sytuacji  bez  wyjścia.  Otaczający świat  roztapiał  się, ginął  w  krwią 
nasiąkłym mroku. I właśnie wtedy doleciało do naszych uszu pierwsze głuche, basowe uderzenie 
przyboju o brzeg. Ocean ruszył do ataku. Potężny, bezwzględny, obojętny na wszelką słabość, aż 
perfidny w swojej pedanterii. Posuwał się skokami naprzód wielki, oceaniczny przypływ. Jak w 
zegarku, bez żadnych wzruszeń czy litości. To najzupełniej obojętne, że stoimy tutaj w bezradnym 
oczekiwaniu, zagubieni i bezdomni. Wziął nas w niewolę tym swoim hipnotyzującym hukiem i 
trzyma w napięciu, każe nadstawiać uszy i myśleć o tym, co za chwilę nastąpi. Siedzimy już w 
kajaku odwróceni plecami do niebezpieczeństwa. Gdy zaleje, a nie zdruzgocze, będziemy uciekać 
na wiosłach. A może się uda? Tymczasem stuliliśmy ramiona, głowy opadły na pierś, drzemiemy. 
Zmęczenie robi swoje. Rosnący huk przestaje przerażać. Rezygnacja ciąży na powiekach. Mimo 
woli ściskamy wiosła, ale po co? Wszak wody jeszcze nie ma. Kiedy przyjdzie, chyba będzie za 
późno. Jej wściekły, ryczący wał spadnie z góry, zaleje, zdruzgocze, zagarnie nas w głąb, aby za 
chwilę znowu wyrzucić, zrolować, wywrócić i znowu zabrać aż do utraty tchu, aż do ostatniej 
jeszcze nie rozbitej deski kajaka.
Wtykamy palce w uszy, żeby nie słyszeć. To ponad nasze siły. Z drażniącą powolnością, krok po 
kroku   piętrzy   się   ta   wodna   masa   i   coraz   donośniej   huczy   niby   kanonada   ciężkiej   artylerii. 

background image

Wrzeszczę do Pimpy, ale ona mnie nie słyszy. Ten dziki łomot powinien już być tuż-tuż za nami, a 
właściwie nad nami.
Ten nieznośny ryk zagłusza tętno własnego serca. Głupie uczucie kompletnej bezradności.
A noc tymczasem rozsrebrzyła się gwiazdami i księżyc już się otrząsnął od wstrętnego cienia ziemi. 
Poczucie naszej mizeroty wobec wszechwładnego oceanicznego molocha przytłamsiło psychicznie, 
odebrało nawet chęć do oporu i walki. Poddaliśmy się losowi, trzymamy tylko te idiotyczne patyki 
wioseł   w   pełnym   poczuciu   ich   bezużyteczności.   I   właśnie   wówczas,   w   momencie   końcowego 
załamania i kompletnej porażki umęczonych nerwów, jakby w odpowiedzi na pytanie; „co robić?” 
pojawiło się gdzieś bardzo, bardzo daleko małe, zagubione w przestrzeni światełko. Nie była to 
gwiazda, tylko zapalona ludzką ręką latarnia. Znak obecności człowieka. To chyba najważniejsze. 
Nie   jesteśmy   więc   sami.   Istnieje   na   tym   skrawku   lądu   jakaś   żywa   dusza.   W   razie   czego 
dowleczemy się do niej. Ta myśl natchnęła otuchą. Jedna sekunda, a takie przeobrażenie. Jest ktoś, 
do kogo można krzyczeć. Jest cel, do którego można dążyć. Nie jesteśmy samotni. To nic, że nie 
ma  w tym  ani krzty praktycznego  realizmu. Kto by się zastanawiał nad tym.  Ten najzupełniej 
abstrakcyjny,  nieosiągalny błysk  światła poderwał, ocucił, wlał zapas  energii do zamarłych  już 
nerwów. Wołam do Pimpy, że światło, że człowiek!... ale nie słyszy, gdzież’ tam! Huk opanował 
wszystko,  staliśmy się już jego cząstką integralną. Tkwimy w nim fizycznie  i psychicznie.  To 
wówczas właśnie szarpnęło kajakiem. Ktoś bardzo silny chwycił go wraz z nami na potężne bary, 
zakołysał w obie strony i nagłym pchnięciem rzucił przed siebie. W krąg zabulgotała woda.
— Naprzód!!! — wrzasnąłem jakimś nieswoim, przeraźliwym głosem, zagarniając jednocześnie 
łopatkami wioseł, to samo czyniła Pimpa, ale ten trud był najzupełniej zbyteczny.  Wystarczyło 
utrzymywać kierunek. Mknęliśmy jak strzała ku owemu tajemniczemu światłu, a prąd to nasilał się, 
to znów słabł w rytmie przybojowych fal. Wiosłowaliśmy zajadle, jakby w tym naszym wysiłku 
leżał sens ucieczki przed rozszalałym żywiołem, co goni nas za plecami i dognać nie może.
Tak minęła trzecia długa nieprzespana noc. W miejsce wczorajszego zaćmionego księżyca wyłoniło 
się pogodne, uśmiechnięte słońce. Kajak ciężko osiadł w piasku, a nam opadły ramiona. Usnęliśmy 
kamiennym snem ludzi wykończonych.
Gdy   się   otworzyły   oczy,   wody   nie   było.   Ocean   cofnął   się,   zostawiając   dziesięć   kilometrów 
piaszczystej niziny. Zrozumiałem wreszcie cud naszego ocalenia. Przenieśliśmy bezwiednie nasz 
bagaż poprzez wyższy nieco wał piaszczystej mierzei i te trzysta metrów przyjęło na siebie całe 
uderzenie wodnej potęgi. Ten trzystumetrowy wał stał się zaporą, na której połamały sobie zęby 
przybojowe fale. Leżącą dalej dolinę zalała obezwładniona już woda i ona poniosła nas łagodnie w 
przestrzeń. Musimy teraz cierpliwie czekać, aż ocean wróci. Przed nami nowe zadanie: wyrwać się 
z tej piekielnej matni.
Planując   swoją   kajakową   wyprawę   w   dalekie   kraje,   sądziłem,   że   największą   przeszkodę   i 
największe   ryzyko   stanowić   będą   oceaniczne   fale,   przybrzeżne   rafy   i   nieprzewidziane,   nagłe 
sztormy, tymczasem wszystkie te czynniki ułożyły się jakoś w moich wspomnieniach w dziecinną 
prawie igraszkę  bez wstrząsów  i bez zgrzytów, natomiast  na plan pierwszy wysunęły się inne 
przeżycia, szczególiki raczej niepoważne, humorystyczne, trudno je inaczej z odległości lat ocenić. 
A jednak, gdyby ktoś zapytał mnie dzisiaj, czego bym się najbardziej bał organizując następną 
podobną wyprawę, odpowiedziałbym bez najmniejszego wahania: szumu oceanu. Tak. Powtarzam 
w pełni świadomości: szumu oceanu. Nie rafy, nie fale, nie sztormowa wichura, tylko ten szum 
właśnie potrafił mnie kilkakrotnie załamać psychicznie aż do utraty samokontroli. Ten czynnik, tak 
niewinny   i   pozornie   śmieszny,   należałoby   zanalizować.   Szum   morskich   fal   uderzających 
monotonnie a jednostajnie i systematycznie o brzeg, raz ciszej, a raz głośniej, piętrzy się widocznie 
w umyśle naszym i kumuluje widmem najgorszego niebezpieczeństwa: uderzenia o rafy. Być może 
w   tym   odczuciu   nie   ma   żadnych   skojarzeń,   tylko   zwykłe,   śmiertelne   umęczenie   uszu   i  dzikie 
pragnienie  ciszy,  błogosławionej   ciszy.   Jak jest, tak  jest,  wiem  tylko,   że  parokrotnie  byłem   w 
najzupełniej psychopatycznym stanie, bliski całkowitej wariacji i ten stan bezspornie zawdzięczam 
jedynie szumowi przybój owego morza.
Gdy się przez kilka  kolejnych  dni i nocy płynie  maleńkim  kajaczkiem wzdłuż linii  brzegowej 
oceanu,   bezskutecznie  wypatrując   możliwego  miejsca  na  lądowanie  i  w  odpowiedzi  słyszy  się 

background image

jedynie ten ciągły, podstępnie złośliwy, złowieszczy huk, to wreszcie musi się go znienawidzić. Ten 
huk staje się naszym nieprzyjacielem. To on odgradza nas. od spokojnego wypoczynku. To on 
szarpie nerwy ciągłym,  nieustannym napięciem wyczekiwania. I kiedy wreszcie po ryzykownej 
walce, w momencie ostatecznej rezygnacji, uda się nam jakimś cudem wylądować, to i tu zamiast 
wymarzonego spokoju i ciszy spotka nas, stojących już twardą stopą na ziemi, ten sam co przedtem 
monotonny   huk,   nasilony   jeszcze   rezonacją   lądu.   Ogarnie   nas   wówczas   paniczny   lęk,   jakiś 
nieokreślony bliżej wstręt i gniew. Wtykając opuszki palców w uszy, chowamy głowę w piasek, 
krzycząc wniebogłosy, żeby przekrzyczeć, żeby usłyszeć swój własny głos, żeby przezwyciężyć. 
Nie! Nic nie pomaga. Huk oceanu jest potężniejszy, przenika poprzez piasek, przez palce i przez 
wszelkie gałgany, które mi narzuca na głowę Pimpa. Ten nieustanny, nieubłagany rytmiczny huk 
uderza taranem w zbolałą czaszkę i drwi... To okropne! I rzeczywiście musiało to być okropne 
przeżycie, skoro przetrwało w tej formie tyle długich lat, wyciskając swe ponure piętno na całe ży-
cie.
A ja wówczas płakałem. Bezbronny, zhisteryzowany głupiec. Umęczony szumem morza płakałem i 
śmiałem się na przemian, głośno, jak najgłośniej, żeby pokazać temu komuś, że kpię, że drwię, że 
jestem silny, a tymczasem byłem właśnie całkowicie przegrany. Ocean górował nade mną. Dzierżył 
mnie w ręku swoim basowym, szatańskim chichotem. Taki stan zadecydował pewno o naszym 
samobójczym lądowaniu. Po prostu musiałem uciec od morza. Trwać dalej w tym rozhuśtanym, 
miażdżącym czaszkę huku nie mogłem. Tam, gdzieś blisko, tuż-tuż za mierzeją piasku leży rzeka 
Indus. Tamtędy wiedzie nasza droga. Tam już nie będzie huku fal. A więc musimy się przedostać!
Rzeka Indus, jak zresztą każda tropikalna rzeka, wpada do oceanu niezliczoną ilością polipowych 
odnóg, a wszystkie one plączą się korzeniami mangrowców przeplatanych błotem i piaskiem. Te 
piaszczyste mielizny wzajemnie się nakładając tworzą jak gdyby wał, na którym właśnie rozbija się 
ryczący   wściekle   przybój   oceanu.   Żeby   wejść   łodzią   w   którąś   odnogę   Indusu,   trzeba   wpierw 
wylawirować między mieliznami, tego dokonać potrafi tylko miejscowy rybak. Od strony otwar-
tego   morza   wszystkie   wysepki   nakładają   się   w   jedną,   wspólną   linię,   jeden   huczący   wał. 
Wiedziałem, że jesteśmy na trawersie rzeki, ale który punkt wybrać na lądowanie? Nieco z boku 
widnieje grupa wyższych skał, na nich skaczą pióropusze odbitych fal. Dłuższa obserwacja przez 
lornetkę ustala przekonanie, że rafy są rozrzucone na różnych odległościach od brzegu, czyli że 
można wykorzystać którąś z nich na ochronę przed przybojem, na to trzeba złapać odpowiedni 
moment i szybko a zręcznie zaskoczyć.  Jest to manewr więcej niż ryzykowny,  przy tym  mało 
prawdopodobny. Najmniejszy błąd w obliczeniu, najmniejsze uchybienie steru i łódź pójdzie na 
wprost, na rozbicie.
Swoją drogą, doskonałym zjawiskiem życia jest przymus. Godzimy się z koniecznością, gdy nie ma 
innej  drogi. Tak właśnie było  i wtedy.  Słońce zapada.  Jeszcze  moment,  a przestanę  odróżniać 
szczegóły   lądu,   a   wówczas   wszelka   możliwość   lądowania   odpadnie.   Wiatr   wieje   wprost   ku 
brzegom. Więc niewiele myśląc skręcam łódź i fordewindem gnam przed siebie. Przybojowe fale 
narastają   w   sile   i   wielkości.   Zapadamy   się   w   coraz   głębsze   doliny.   Żagiel   chwyta   jedynie   na 
wierzchołku gór. Staje się więc bezużyteczny. Pimpa go szybko ściąga i mocuje do pokładu. Teraz 
musimy odciążyć dziób, inaczej zatopi się kajak. Ostatni to moment. Pimpa wyskakuje i ginie mi z 
oczu. Wyjmuję ster, chowając go pod pokład. Chwytam łopatkę kanadyjską i siedząc na rufie, 
utrzymuję   nią   kierunek.   Niestety,   siła   skośnie   nadciągającej   fali   przewyższa   moje   skromne 
możliwości. Zagarniam wiosłem wodę, jak mogę najsilniej, opór fali jest mocniejszy, więc wiosło 
mi pęka, a jednocześnie czuję bolesny chrobot w nad

garstku. Pewno ręka także pękła! — przemknęło 

mi  

przez myśl, ale nie ma czasu na detale. Już nowa góra piętrzy się od tyłu, nadchodzi i zaraz 

zaleje, zachluszcze  mi  cały kajak. Pora odciążyć  i rufę. Skaczę więc do wody,  nie puszczając 
sterowych   zawiasów.   Nogami   wykonuję   silne   nożyce,   podnosząc   rufę   kajaka   do   góry.   Tym 
sposobem nadchodząca góra wody zamiast chlusnąć do wnętrza, pakuje się pod kajak i niesie go na 
sobie, a mnie za nim. Ciało moje staje się mimowolną kotwicą. Pusty kajak jako lżejszy idzie 
naprzód,   ciało   zaś   wlecze   się   z   tyłu.   Znakomita,   logiczna   kombinacja,   przepis   podyktowany 
doświadczeniem.   Wreszcie   przy   którymś   upadku   w   dolinę   koniuszkiem   palców   dotykam   dna. 
Odbijam się przed nową górą i wzlatuję na niej po to, aby za moment być rzuconym razem z kaja-

background image

kiem naprzód i znowu w dół. Szalona huśtawka, naturalne wesołe miasteczko z jego karuzelami i 
młynem. Byłoby „wesołe”, gdyby nie niepokój o stan łodzi, no i o życie Pimpy, która gdzieś walczy 
z tymiż falami. Wreszcie całą stopą odbijam się od piasku i znowu lecę za kajakiem, może nawet 
szybciej niż przedtem, ale nie tak wysoko. Coraz krótsze rzuty, aż stoję po pas, wywracam się, 
roluję, ale nie puszczam steru. Dłonie zdrętwiały, a lewy nadgarstek chrobocze i boli. Łódź już 
prawie wyniesiona  na brzeg, fale poza mną,  a oto i Pimpa  jest przy mnie.  Chwytamy  kajak i 
biegniemy z nim w głąb nieznanej ziemi. Mimo zmęczenia łódź wydaje się nam lekka. Odnosimy ją 
daleko,   jak   najdalej   od   tego   przeklętego   huku.   Chowamy   się   za   skały,   tutaj   zacisznie,   tutaj 
bezpiecznie! Na nowo więc złowiłem życie!

Wojna

Bywają dni złe same w sobie bez żadnej po temu przyczyny i wówczas mówi się: „Wstałem lewą 
nogą”. Bywają też dni wesołe, pełne słońca i pogody, w których wszystko się do nas uśmiecha od 
samiuteńkiego rama. Do takich należał ów dzień, kiedy statek „Dar Pomorza” wychodził z portu 
Tallin,  inaczej  Rewlem zwanego. Spędziliśmy  tam kilka dni na beztroskich  a serdecznych  po-
gadankach   z   miejscową   Polonią,   a   mówiąc   ściślej   z   jej   miłymi   przedstawicielkami.   Takie 
migawkowo   zadzierzgnięte   znajomości   mijają   zwykle   bezbarwnie,   upichcone   jedynie 
dyplomatyczno-politycznym sosem. Zresztą zależy to przede wszystkim od ludzi, a ja należę do 
tych najmniej krochmalonych etykietą. Smutną stronę tych spotkań stanowią zawsze nieodzowne a 
rozrzewniające pożegnania.
W tym pogodnym, słonecznym dniu, o którym będzie mowa, nie było miejsca na smutne refleksje. 
Cała załoga żyła jutrem powrotu, rwała się do czekających nas w Gdyni rodzin, do rozpoczętej tak 
świetnie   jesieni,  do  resztek  naszych   urlopów. Perspektywa  piękna,  więc  te   chwilowe   smutki   z 
powodu przerwanych miłostek nie wyglądały poważnie. Tallin zresztą leżał blisko od naszej Gdyni, 
więc i rewizyty nie były trudne.
— Obiad na stole! — zameldował steward i wszyscy bez najmniejszej łezki sentymentu odwrócili 
głowy od niknącego we mgle lądu. Przy stole nie zbrakło nikogo.
— No i cóż... — odezwał się Karol. — Tylko patrzeć, a już Gdynia!
— Nastaw, major, radio — zawołał Chojnac. — Te wariaty pewnie dalej krzyczą.
I   rzeczywiście,   z   drewnianego   pudełka   popłynęły   wrzaski   wiwatów   i   dźwięki   hitlerowskich 
orkiestr.
— Sk... syny — zaklął Goryl — wojenki im się zachciewa. Dostaną w kuper, to ogon będą lizać.
— Z tym kuprem to jeszcze nie wiadomo, co wyjdzie — zauważył Kostek.
— Dostaną w kość, niech tylko spróbują! — wykrzyknął inżynier Pojka. — Czytaliście pewno? 
Transport działek przeciwlotniczych i nowych samolotów idzie do nas z Anglii. Mobilizacja powoli 
się posuwa. Nie bójcie się, chłopaki, nasz Rydz wie, co robi...
— A z Becka też nie gorszy polityk — dorzucił kapitan.
— Słyszeliście, jak przed tygodniem Kiepura wyśpiewywał u nas w Gdyni? Z pewnością nie byłby 
takim chojrakiem, gdyby nie znał sytuacji. On wciąż podróżuje i widzi. On zna naszą siłę. Jesteśmy 
zwarci, silni i gotowi. Z nami liczą się. U Niemców wcale nie tak wesoło. Tam też kryzys wzrasta.
— Tak, tak, panowie. Hitler ryczy jak ta krowa, co mało mleka daje. Spróbuje tylko nas zaczepić, 
orzecha nie zgryzie.
— Panie kapitanie, depesza! — zameldował od drzwi radiotelegrafista Dziadzio, podając karteczkę.
Przez chwilę kapitan czytał, potem jakby sam sobie nie wierząc wrócił wzrokiem do początku i 
znowu czytał.
— Panowie! — zwrócił się do nas jakimś dziwnie uroczystym, a zarazem wzruszonym głosem. — 
Dziś   rano   wojska   niemieckie   przekroczyły   nasze   granice.   Wojna.   Otrzymaliśmy   rozkaz 
natychmiastowego schronienia się do któregoś ze szwedzkich portów.

background image

— Chronić się?! — zawołało kilka głosów na raz. — Przed kim się chronić? Nasze miejsce w 
kraju!
— Nie czas na dyskusje. Mamy słuchać rozkazu, inaczej będzie bałagan. Kieruję statek do Szwecji, 
a tam będziemy czekali na dalsze dyrektywy.
— Długo nie postoimy — zauważył Major optymistycznie.
— Pewnie, że nie postoimy! — potwierdziły liczne głosy. — Dostaną w kość i grać swoje marsze 
przestaną.
— A swoją drogą, niech ich cholera weźmie! — zaklął Goryl. — Wszystkie nasze plany diabli 
wzięli. Całą jesień zepsuli.
— Nie smućmy się przedwcześnie — pocieszył kapitan. — Przeczucie mi mówi, że za parę dni 
wszystko się wyjaśni i będziemy mogli wrócić. Ten bałagan nie może trwać długo. Nasza kawaleria 
uderzy i Berlin nasz.
—   Swoją   drogą   mogliśmy   uderzyć   pierwsi,   kto   atakuje,   ten   wygrywa,   wszystkiemu   winna   ta 
gówniana   koalicja,   której   niepotrzebnie   słuchamy.   Hitler   nikogo   nie   słucha   i   ot,   widzicie... 
uderzył... — mówił z przejęciem Chojnac.
— Zamiast sprzeczać się, posłuchajmy lepiej Warszawy. Co nasze radio podaje? — rzucił kapitan.
Przywarliśmy głowami do mówiącego pudełka. Warszawa wzywała społeczeństwo do zachowania 
spokoju. Westerplatte broni się. Hel walczy bohatersko.
— A nie mówiłem! — krzyczał Goryl. — Dostaną w kość!
Taki był nastrój tych pierwszych dwóch dni, aż statek stanął w ślicznej zatoce, okolonej skałami 
niskich fiordów. Słońce prażyło niczym w lipcu.
— Musimy jakoś zająć naszych uczniów — mówi kapitan. — Niechaj jeżdżą na plażę, niech kąpią 
się, niech się bawią, byle  jak najmniej  mieli  czasu na rozmyślania.  Obawiam się z ich strony 
jakiegoś buntu, wszakże to młoda krew.
— Już się zaczyna — wtrącił Karol. — Załoga ostro krytykuje ucieczkę statku. Uważają to za 
tchórzostwo. Obwiniają ciebie jako komendanta. Uważają, że powinieneś płynąć do Gdyni...
— Ależ Gdynia dawno zajęta. Idiotyzmem byłoby oddawać się w ręce wroga!
— Każdy to wie — mruknął Karol. — Ale wytłumacz to młodym...
Za parę dni przychodzi nowy rozkaz: przejść do Sztokholmu i oddać się pod opiekę tamtejszej 
władzy.
W   Sztokholmie   postawili   nas   przy   honorowym   molo,   gdzie   przed   paru   laty   staliśmy   na 
międzynarodowym   zlocie   statków   żaglowych.   Wówczas   byliśmy   honorowymi   gośćmi   jego 
królewskiej mości, a dziś jesteśmy internowani.
Po południu jedziemy liczną gromadą do miasta. Może miejscowe gazety powiedzą nam jakąś 
pocieszającą nowinę? Kierujemy się do redakcji największej z tutejszych gazet.
Olbrzymią witrynę zajmuje mapa Polski, na niej ruchome czarne kwadraciki — to nasze wojska. 
Vis a vis linia małych znaczków swastyki — to wojska niemieckie. Co chwila jakaś usłużna dłoń 
posuwa   te   swastyki   w   głąb   Polski,   jakby   na   złość   naszym   oczom,   co   patrzą   żarliwie,   pełne 
niepokoju, pełne troskliwej nadziei.
— Być nie może... być nie może! — szepczą chłopcy. — Bydgoszcz zajęta, pod Kutnem walki, 
gdzież projektowana koncentracja? Gdzie linia obrony?
Tymczasem tłum zgromadzonych obok nas Szwedów rechocze z wielkiego zadowolenia. Zacierają 
dłonie, podskakują wesoło, czuć sympatię dla hitlerowskich poczynań. 
— Nie wytrzymam! Dam w mordę! — mruknął Pojka przez zęby.
— Musielibyśmy ich wszystkich prać po pyskach — odpowiadam półgłosem. — Oni wszyscy są 
nam nieprzychylni. Wprost nie rozumiem, skąd w nich taka niechęć do nas? Czyżby od czasów 
Karola Gustawa?
— Chodźmy stąd. To okropne tak patrzeć bezradnie na ich wstrętną radość. Ale co się z naszym 
wojskiem stało? Co się stało?... — pytano wokoło.
Coraz gorsze nadchodziły wieści. Gnębiły, przybijały, zaskakiwały nas tragedią niepowodzeń. A 
najgorsze, że stoimy, założywszy ręce, przyglądamy się z daleka tej całej krwawej rozgrywce.
Szmery krążą po międzypokładzie. Uczniowie zbierają się w gromadki. Szepczą po kątach. Coś się 

background image

szykuje. Nerwowa gestykulacja rąk. Wrogie spojrzenia w stronę oficerów. „Kapitan coś wie, coś 
knuje?”
I jak tu ich uspokoić? Jak wytłumaczyć nonsens powrotu?
Aż oto przylatuje wybawienie: nasz polski samolot wywiadowczy. Jakaś dyplomatyczno-polityczna 
misja pomiędzy rządem a polską ambasadą w Sztokholmie. Na prośbę naszego kapitana pilot godzi 
się przemówić do załogi. Zbieramy się na pokładzie pod gołym niebem. Dwaj piloci stają wyżej, 
nad nami.
— Panowie! — mówią. — W kraju panuje kompletny chaos. Wszystkie lotniska zbombardowane, 
punkty mobilizacyjne rozbite. Powołana do służby młodzież wałęsa się w poszukiwaniu broni i 
przydziału.   Ludzi   jest   dość.   Gdybyście   tam   przybyli,   nie   wiedzielibyście,   co   ze   sobą   począć. 
Padlibyście najzupełniej niepotrzebną ofiarą. Waszym zadaniem jest trwać w oczekiwaniu na odpo-
wiedni moment odwetu, obojętnie, na jakiej ziemi. Taki moment nastąpi, a gdy nastąpi, będziecie 
powiadomieni.
Któryś z młodych wystąpił naprzód. Pokazuje papier. Otrzymał go w przeddzień wyjścia statku w 
morze. Jest to wezwanie mobilizacyjne. Jego obowiązkiem więc jest stawić się na apel. Taki rozkaz 
władz wojskowych, on musi go wykonać.
— Ja też mam wezwanie! — krzyknął ktoś inny.
— I ja też... i ja też! — posypały się głosy.
—   A   więc   dobrze   —   odpowiedział   pilot.   —   Mamy   dziesięć   wolnych   miejsc   w   samolocie. 
Zabierzemy tylko tych zmobilizowanych. Uczynimy to wbrew własnemu sumieniu. Nawet wbrew 
logice, ale cóż robić. Wy tego nie zrozumiecie. Wy nie widzieliście smutnej prawdy na własne 
oczy. Żeby w nią uwierzyć, trzeba zobaczyć.
Nazajutrz   cała   dziesiątka   „szczęśliwców”   stanęła   w   szeregu.   Patrzyliśmy   na   nich   jak   ma 
wybrańców losu. Oni wracają. Oni dołączą do rodzin. Oni będą bronić ojczyzny. Wciskaliśmy im 
swoje listy, sądząc naiwnie, że dojdą. Przekazywaliśmy pozdrowienia tak, jak się to czyni w dni 
pokojowej przechadzki.
Odlecieli.   Dla   nas   na   statku   zaczęły   się   dni   dręczącej   monotonii,   umęczonych   niepokojów, 
otoczone wrogością i złe. Gdzieś pod pokładem zaczynało kipieć. Młoda krew nie wytrzymała 
próby. Oburzenie wzbierało: „To wina starszych”, „niedołęstwo”, „bierność”, „brak inicjatywy!” 
Padały słowa głośnego protestu...
— Dłużej nie wytrzymamy! Chcemy do kraju, tam nasze miejsce!!!
Kapitan statku codziennie składał wizytę  w naszej ambasadzie, ale żadnych  nowych  dyrektyw. 
Wysyłano  pytania:  co  robić?  Odpowiedzi  brakło.  Nikt  się  tym  nie  zajmował.  Widocznie  inne, 
ważniejsze były problemy do rozstrzygania.
— Na miłość boską! — zaklinał. — Cierpliwie czekać. Gdynia i Hel już zajęte, więc dokąd mam 
płynąć? W ręce Niemców? Może na zatopienie?
Któregoś   wieczoru   pukanie   do   moich   drzwi.   Wchodzą   dwaj   uczniowie.   Kulturalni   i   porządni 
chłopcy z najstarszego rocznika. Mną w dłoniach swoje brezentowe czapki:
— Możemy na chwileczkę?
— Siadajcie, o co chodzi? — spytałem, wskazując sofkę.
— My do pana doktora z wielką prośbą, ale pan doktor nikomu o tym nie powie, zgoda?
— Skoro nie macie zaufania — nie mówcie. Paplą nie jestem.
— My, uważa pan, tak dalej siedzieć bezczynnie nie możemy. Kapitańskie gadanie dobre jest dla 
dzieci, a nie dla dorosłych. My żadnych układów ani obiecanych „odwetów” nie chcemy. Nasze 
miejsce jest w kraju, zaraz, w tej chwili, a nie potem. My musimy się bić.
— Zgoda — powiedziałem. — Ja również chcę tego samego. Ja również chcę być w Polsce, ale jak, 
ale kędy? Jakim cudem?
—   Bez   cudu,   panie   doktorze   —   wyrwali   się   obaj   razem.   Oczy   zaświeciły   młodzieńczym 
entuzjazmem.  — Zebraliśmy  paczkę  kolegów, sami  starsi: chłop w  chłopa. Jest nas  dwunastu. 
Szalupa   gotowa   stoi   na   wodzie.   Takielunek   i   żywność   sprawdzone,   wystarczy   tego   na   dwa 
tygodnie. Bardzo prosimy pana doktora o opiekę nad nami i objęcie komendy.
—  Ależ   to  nonsens!  —  próbowałem   jeszcze   argumentów.  —  Jakżeż  potrafimy   wylądować  na 

background image

brzegu zajętym już przez Niemców. W każdym wypadku trafimy pod obstrzał.
— Czy potrafimy, to pokaże przyszłość, ale próbować trzeba.
— Kiedy zamierzacie startować?
— Dziś o północy.
— A więc zgoda. Będę na czas przy trapie.
Wyprawa   nie   doszła   do   skutku.   W   parę   chwil   po   odejściu   delegacji   nasz   kapitan   powrócił   z 
ambasady. Na pierwszy rzut oka poznałem, że zaszły jakieś ważne zmiany.
— Nareszcie! — wykrzyknął. — Nareszcie coś z nami zrobią. Nareszcie mogę pokazać załodze 
twarz swoją bez wstydu. — To mówiąc zadzwonił na wachtowego.
—   Zwołać   mi   całą   załogę   do   międzypokładu   —   wydał   rozkaz.   Za   chwilę   stanęliśmy   przed 
zgromadzeniem.
— Mamy rozkaz opuścić statek. Wyruszamy zaraz do Anglii, aby tam przy boku aliantów dalej 
walczyć o wolność i o szczęśliwy powrót.
Ledwie skończył, czapki poleciały w górę.
— Hurrra!!! — zabrzmiał radosny krzyk... Młodzi rzucili się nawzajem obcałowywać. Coś zaczyna 
się dziać. Wyrwano ich nareszcie z tej śmierdzącej stagnacji. Jadą... Jadą... To obojętne dokąd, byle 
jechać i mieć jakąś nadzieję. Wszakże Anglia i Francja wypowiedziały Niemcom wojnę. Muszą 
więc coś robić. Muszą w końcu pomóc!
Kilka   dni  gorączkowej  pracy.   Zabezpieczyć  „Dar  Pomorza”  na   zimowanie.  Na  straży  zostanie 
trzech ludzi: radiotelegrafista Dziadzio, mechanik Sobieraj, no i stary bosman Waju. Rozumieliśmy, 
że obecność w Sztokholmie radiotelegrafisty potrzebna była nie tyle  dla konserwacji i kontroli 
statku, ile dla naszej ambasady i jej łączności z krajem. Od kilku dni stacja radiowa BBC nadaje 
wciąż komunikaty „rodzinne” — ten szuka matki, tamten narzeczonej, jeden podaje swój adres, 
inny pyta o zdrowie i nagle wpadam na pomysł: moja małżonka była w Gdyni, gdzie jest obecnie, 
nie wiem. Oto przede mną stoi takież pudełko jak przed nią — RADIO! Długo się nie namyślam. 
Piszę do londyńskiego BBC prośbę o umieszczenie następującej notatki:
 „Kilometr prosi przyjaciół wysłać żonę do Sztokholmu, tam są pieniądze”.
Zacieram dłonie z uciechy. Moje przezwisko akademickie jest dostatecznie znane, dobra i życzliwa 
dusza zawsze się znajdzie.
Wystartowałem więc ze Sztokholmu pełen nadziei.
Pociągami przez Norwegię docieramy do portu Bergen, gdzie ku wielkiej radości zastajemy już na 
redzie  aż  pięć  naszych  handlowych  trampów.  Dostaję  kabinę  na statku s/s  „Wilno” i  staję  się 
naczelnym i jedynym lekarzem tej wielkiej flotylli.
Zaczęły się nowe dni wyczekiwania, nie wiadomo na co czy na kogo. Już nasza klęska wojenna 
stała się faktem. Polska jako niepodległe państwo przestała istnieć. Dlatego na każdym ze statków 
brakowało kogoś z załogi. Uważając umowy za rozwiązane, opuścili pracę. Na ich miejsce wstąpili 
nasi   oficerowie   lub   uczniowie   ze   starszego   rocznika.   Reszta   uczniów   zamustrowała   w   roli 
przymusowych pasażerów.
Wszystkie pięć statków stanęło na redzie, w malowniczej zatoce fiordu. Pogoda dopisywała. Był to 
koniec pamiętnego września. Każdego wieczoru płynęliśmy szalupą na ląd, właściwie bez sensu i 
bez celu, ot, tak sobie, aby wyprostować nogi. Typowa dla skandynawskich miast nuda. Jedyną 
rozrywkę   stanowiły   kobiety   —   żony   i   córki   pływających   marynarzy,   beztrosko   zawsze 
uśmiechnięte,   zdrowe   jak   rzepy,   rosłe   i   wysportowane,   jurne   a   pożądliwe.   Życie   seksualne 
traktowały   niby   kinowy  seans   bez   drażliwych   problemów,   bez   zobowiązań   i   przysiąg   miłości. 
Nieletnie pensjonarki szły spać z kochankami przy pełnej rodzicielskiej aprobacie.
Wkrótce   na   naszych   statkach   zaroiło   się   od  białogłów.   Szczególnym   powodzeniem   cieszył   się 
asystent   od   maszyn   —   chłopak   atletycznej   budowy,   właściciel   kędzierzawych   blond   loków   i 
niemowlęco roześmianych oczu. Coraz to jakaś piękność urzędowała w jego kabinie. Jedna drugiej 
ustępowała miejsca, traktując ten sport bezkonkurencyjnie. Gdyby nie zaszczepiony wojną, chroni-
czny smutek,  wesoło by się działo  na naszej  małej  flotylli,  ale co się gęba zaśmieje,  to serce 
zapłacze.
Któregoś dnia przywiózł nasz kapitan rozkaz od policyjnych władz portowych, zakazujący Polakom 

background image

swobodnego   lądowania.   Od   dziś   należało   brać   specjalne   przepustki   z   ograniczeniem   czasu 
przebywania na lądzie. Poza tym od dzisiaj miała krążyć dookoła flotylli policyjna motorówka. 
Mówiąc inaczej, mieliśmy być wzięci pod kuratelę.
— A to czemu? — padły pytania.
— Oni twierdzą — objaśnia kapitan — że ich kobiety powariowały. Odbyło się specjalne zebranie 
obywateli   miasta,   na którym   udowodnili   generalną   demoralizację  kobiet.  Uciekają  podobno  na 
polskie statki.
Ano   trudno.   Kombinując,   jak   je   obejść,   pogodziliśmy   się   z   nowymi   restrykcjami.   Gdy   łódź 
policyjna patrolowała z lewej, my odbijaliśmy z prawej i tak jakoś szło. Dziewczynek z pokładu nie 
ubywało, a raczej przybywało. Niektóre z nich przyjęły na siebie zastępczą rolę nieobecnych żon. 
Szczególnie pokochaliśmy jedną z nich, jasnego aniołka z dołkami w policzkach. Oczywiście był to 
aniołek naszego maszynowego asystenta, chociaż korzystało z niej wielu — bo wszystkim cerowała 
skarpetki.   Niestety,   po   paru   dniach   przyjechali   rodzice,   twierdząc,   że   jest   uczennicą   i   musi 
uczęszczać do szkoły.
Ano, trudno i z tym należało się pogodzić.
Przez czas dłuższy dziewczyny nie było widać, aż oto któregoś dnia przyjechały do nas aż trzy 
policyjne   motorówki.   Cała   banda   umundurowanych   jęła   pilnie   przeszukiwać   statki.   Ryli   w 
kabinach dokumentnie. Najwidoczniej szukali czegoś konkretnego.
— Alboż my złodzieje! — padały okrzyki oburzenia. — O co im właściwie chodzi?
— Jakaś dziewczynka uciekła z domu i od kilku dni nie mogą jej znaleźć — tłumaczy nasz kapitan. 
— Dałem im słowo, że u nas żadnej dziewczynki nie ma, a byłby skandal, gdyby okazało się, że 
skłamałem.
Na wszelki wypadek, żeby uspokoić swoje sumienie, kapitan jeździ motorówką od burty do burty, 
przemawiając do załóg:
— Przyznajcie się lepiej. Macie tam gdzie dziewczynkę?
—   Ależ   gdzie   znowu!...   Pan   kapitan   sam   widzi!...   Dziewczynka   nie   szpilka,   za   kołnierz   nie 
wsadzisz.
I   rzeczywiście,   żandarmi   obeszli   już   wszystkie   zakamarki,   właśnie   opuszczają   ostatnią   kabinę 
naszego statku...
— A to co takiego? — wykrzykuje nagle jeden z nich, wskazując palcem na wysoką marynarską 
koję.   Tym   razem   nie   mieliśmy   najmniejszego   złudzenia.   Spod   materaca   piękną,   złocistą   falą 
wypływał i opadał w dół puszyście lśniący, długi pukiel włosów.
— Do cholery! — zaklął kapitan. — Nie mogli jej lepiej ukryć!
Spod odchylonego materaca wyłoniły się wdzięczne kształty tak dobrze nam wszystkim znanego 
dziewczęcia. To ona właśnie, ta hoża pensjonareczka, co tak pilnie cerowała skarpetki, to ta właśnie 
szelma wyskoczyła rodzicom przez okno i stała się ośrodkiem dzisiejszego dramatu.
Brutalnie i bez ceremonii wyciągnięto biedaczkę z łóżka i stoi teraz pośrodku kabiny, tupiąc ze 
złości nóżkami. Ona nie pójdzie do domu! Ona popłynie z Polakami...
Niestety,  w krąg stali urzędnicy — ludzie bez litości i sumienia, okrutni i bezwzględni. Radni 
miasta mieli nas po dziurki od nosa. Ich własne żony i żony pływających na morzu przyjaciół 
znalazły się w niebezpieczeństwie. Polacy muszą jak najprędzej odpłynąć!
Nie wiadomo też, czy zrządzeniem dobrego losu, czy też przy pomocy radnych miasta Bergen 
dosłownie w parę dni po incydencie statki wyruszyły. Specjalnie przydzielone okręty angielskiej 
marynarki miały nas odstawić na brytyjski brzeg. Tylko dwa statki miały siaki taki ładunek, reszta 
świeciła pustką, a że niebo nad nami było pogodne, więc ładownie stały otworem. Na dnie rozsiedli 
się nasi uczniowie. Otuleni kocami siedzieli milcząc. Nastrój przygnębienia powiększały regularne 
wybuchy bomb głębinowych. Zrzucano je z pokładu angielskich torpedowców celem odstraszenia 
niemieckich łodzi podwodnych. Puste pudło statku rezonowało każdą eksplozję, dziesięciokrotnie 
powiększając huk detonacji, że wyglądało, jakby właśnie ten nasz statek wylatywał w powietrze. W 
razie   torpedy   ratunek   byłby   kiepski.   Jedna   jedyna   sznurowa   drabinka   (trap)   zwieszała   się   z 
krawędzi   bagażowego   luku.   Chłopcy   nadrabiali   miną,   ale   skołatane   nerwy   odmawiały 
posłuszeństwa. Kurczyli się więc w sobie za każdym nowym wybuchem. Rozmowy zamierały na 

background image

ustach, a wzrok mimo woli szukał dookoła ratunku. Tej nocy nikt oka nie zmrużył.
Świt przyszedł mglisty i chłodny, jak zwykle koło brzegów Szkocji. Pamiętam, jak w pewnej chwili 
podsunął się do nas angielski torpedowiec, ten, co nas eskortował w konwoju. Na jego kapitańskim 
mostku stało trzech oficerów, lornetkowali niedaleki ląd. I wtedy nagle, niby grom z jasnego nieba, 
zwalił się niemiecki Messerschmitt, zatoczył salto, wygarnął z karabinu maszynowego serię, zrzucił 
dwie bomby i znikł na horyzoncie. To był ułamek sekundy, mgnienie oka i znowu cisza, znowu 
pozorny   spokój.   Pozorny,   gdyż   na   kapitańskim   mostku   torpedowca   nie   stoją   już   oficerowie. 
Wszyscy trzej leżą zabici. Rejwach, tupanina. Biorą na nosze. Pierwszy nalot — posmak wojny.

Katastrofa

M/s „Piłsudski” od paru już tygodni stał bezczynnie w porcie NewCastle on Tyne, kiedy przybyłem 
tam   objąć   pracę   lekarza   okrętowego.   Dnie   płynęły   monotonnie,   do   obrzydliwości   jednakie. 
Unikaliśmy wzajemnie wzroku, w sumieniu pełni wyrzutów za komfort i bezpieczeństwo obecnego 
życia. W gardle dławiło, a drżące w bezsile palce szukały papierosa lub kieliszka wódki.
Aż   nagle   któregoś   dnia   iskra   przebiegła   statek.   Kapitan   zgodził   się   w   rekordowym   czasie 
przebudować statek na wojenne potrzeby. Od jutra rozpoczną się roboty. M/s „Piłsudski” ma wozić 
wojsko.
Rzeczywiście. Zawrzało, zakipiało nazajutrz. Zrywają piękne sztukaterie, budują prowizoryczne 
przepierzenia, stawiają mnóstwo prycz, malują statek na ochronny kolor, zasmarowują wszystkie 
szkła bulajów czarną farbą. Zwariowali z tą robotą. Spieszą, krzyczą, popychają się, plączą i znów 
gdzieś gnają. Gorączka, harmider, chaos. Tak mija tydzień.
Chwytam za rękaw starszego oficera:
— Słuchaj, Karol, kiedy mamy wystartować?
Karol spojrzał na mnie ironicznym okiem. Skrzywił wargi, jak to on potrafi, i przekrzywiwszy 
głowę powiada:
—  Widać,  żeś  eskulap,  a  nie  marynarz.  Tylko   eskulap  na statku  może   zadać  podobnie  głupie 
pytanie. Wszakże to wojna. Nawet kapitan wiedzieć nie może, kiedy statek odpłynie. W ostatnim 
momencie otrzyma rozkaz i wyjdzie. To tajemnica wojenna.
Ciężko skonfundowany wychodzę na miasto, a że potrzebuję się ostrzyc, więc za chwilę siedzę u 
fryzjera. Zakładając mi serwetkę pod brodę, fryzjer z uśmiechem zaczyna:
— Pan z polskiego statku?
— Tak — potwierdzam skinieniem głowy.
— Z „Piłsudskiego”?
— A jakże.
— Wkrótce odchodzicie — mówi stanowczo — szkoda.
Oho   —   myślę   sobie   —   podjeżdża,   może   szpieg?   Wojna.   Trzymaj   język   za   zębami.   „Wróg 
podsłuchuje”.
— 28 o godzinie 8 wieczór podnosicie kotwicę — powiada fryzjer, podcinając mi brzytwą baczki.
— Może. Nie wiem sam... — bąkam od niechcenia.
— Pan nie wie, ale my wszyscy wiemy, bo statek płynie po nasze wojsko do Nowej Zelandii. To 
nie żadna tajemnica — dodał, widząc moją skonfundowaną milę. — Wszakże my tu sami swoi, 
Niemców nie ma.
W drodze powrotnej odbieram od szewca buty, a ten do mnie na wstępie:
— Podobno wieczorem 28 odchodzicie już w morze.
A niech go diabli porwą, czyżby to była prawda? Wbiegam na pokład statku i od razu szukam 
Karola.
— Może ja i eskulap, ale wiem więcej od ciebie: odpływamy 28 o godzinie ósmej wieczór. Wie o 
tym fryzjer i szewc. Wszyscy wiedzą.

background image

Karol spojrzał na mnie z wysokości Olimpu:
— Wypchaj się razem ze swoim szewcem i fryzjerem.
Nastał wreszcie oczekiwany dzień 28 listopada. Od samego rana próbują motory. Rejwach wzrósł 
jeszcze bardziej. Słychać wszędzie soczyste wymyślania. Punktualnie o ósmej motory zaczęły grać 
na dobre. Czyżbyśmy naprawdę odchodzili???
Biegnę do Karola.
— Słuchaj, bratku, cóż ty na to? Czyżby ten fryzjer miał rację?
Karol wygląda jakoś nijako. Skrobiąc się w potylicę, powiada głosem pedagoga:
— Widocznie odchodzimy gdzieś na redę, żeby być gotowymi do wyjścia w morze. Nie obawiaj 
się, już oni wiedzą, co robią. — Tu wieloznacząco podniósł palec w górę.
Uwierzyłem i ja. Spokojny o naszą przyszłość poszedłem do ambulansu kończyć rozpakowywanie 
skrzyń z lekarstwami. Dopiero o jedenastej byłem gotów. Statek szedł już pełną parą.
— Aha! — zawołał nagle radiotelegrafista, wciskając głowę do mojej kabiny. — Patrz, co ja mam: 
zalutowałem dokumenty i tabliczki czekolady w tej bańce po benzynie.
„Może i mnie przygotować apteczkę pierwszej pomocy?” — przemknęło mi przez myśl, ale w tej 
chwili odpowiedziałem sobie: Jutro rano — teraz byłem bardzo zmęczony. Położyłem się w nocnej 
koszuli.
Zbudził   mnie   silny   huk   i   wstrząs.   Półprzytomny   spuściłem   bose   nogi   z   wysokiej   koi.   Bulaje 
zamalowane już były czarną farbą na „black out”. Wewnątrz kabiny panowała absolutna ciemność. 
Wyciągnąłem ramię w bok do wyłącznika. Przekręciłem, ale światło się nie zapaliło. W tymże 
momencie tuż, tuż, zda się pode mną, nastąpił drugi wybuch. Statkiem zatrzęsło i zawirowało, jed-
nocześnie zaczęło się wszystko sypać z góry. Miałem wrażenie, że sufit się wali. W pierwszym 
odruchu   pochyliłem   głowę   do   kolan   i   skurczyłem   się   w   sobie.   Maszyny   przestały   pracować, 
nastąpiła   martwa   cisza   przerywana   jeszcze   jakimś   spóźnionym   brzękiem   spadających 
poszczególnych  przedmiotów,  coraz rzadziej  i rzadziej,  aż  oto nagle  usłyszałem  wodospadowy 
szum przedzierającej się dokądś wody i to było najstraszniejsze. Obłędnym susem skoczyłem przed 
siebie w dół, gdzie były drzwi na korytarz. Tu ochłonąłem, uświadamiając sobie, że jestem tylko w 
koszuli. Szybko wróciłem z powrotem. Zdarłem z haka spodnie i marynarkę mundurową, włożyłem 
to wszystko na siebie. Nachyliłem się po buty i zamiast nich trafiłem dłońmi na czerepy umywalki, 
przewrócone krzesło, wypadnięte  szuflady,  stosy książek,  telefon  i jakieś inne rupiecie.  Butów 
znaleźć nie mogłem. Biegnę więc korytarzem boso. Czuję, jak statek coraz bardziej się przechyla. 
Wciąż słyszę ten szum wodospadu i nie wiem gdzie: w górze czy w dole. Jesteśmy na powierzchni 
czy już pod wodą? Od czasu i do czasu walą mnie w łeb jakieś otwarte drzwiczki i wyjmuję z nóg 
kawałki potłuczonego szkła. Nic nie boli, nie czuję. Tylko krew zlepia mi palce. Wybiegam na 
oślep w próżnię centralnego hallu. Muszę go przeciąć ukosem ku schodom na pokład. Jestem już 
blisko, wtem ktoś obłapuje mnie od tyłu i histerycznie dusząc woła po angielsku:
— Pokaż mi drogę! Nie znam drogi... Rozwieram silą splecione na mojej piersi palce i pcham go ku 
schodom. Jednocześnie przypominam sobie, że zostawiłem w kabinie pas ratunkowy. Zawracam 
więc. Gorączkowo wydzieram pas z szafy i pędzę coraz szybciej. Już nie wyjmuję nawet szkła z 
nogi. Przecinam znowu hali. Skaczę po dwa stopnie w górę po schodach i tu potykając się o coś 
padam jak długi. Ale co to???...
Zimny dreszcz przebiega mi sikorę. Uświadomiłem sobie, że nie leżę na podłodze. Czyżby rzuciło 
już mną na ścianę albo na sufit? Czyżby statek przewrócił się do góry dnem? Tracę panowanie nad 
sobą   i   wpadam   w   histerię.   Słyszę   własny,   chorobliwie   ostry,   bardzo   szybki   oddech.   Stoję   na 
czworakach, obmacując drżącymi  dłońmi podłoże, na którym się znajduję. Nie jest to podłoga, 
tylko coś miękkiego. Miękkie i gładkie, ale nie dywan. I oto natrafiam palcami na ostry brzeg ramy. 
Nagle zrozumiałem. Robi mi się wisielczo wesoło. Śmieję się na cały głos, histerycznie. Już wiem, 
co się stało. Oto leżę na portrecie marszałka Piłsudskiego, który spadł z haka od wybuchu torpedy. 
Podrywam się teraz pełen werwy i energii, ale zaraz znowu moja werwa gaśnie, potykam się oto o 
stos wywróconych mebli. Wstaję i znowu się wywracam. Jeden upadek za drugim. To deprymuje, 
wytrąca z równowagi. Tracę orientację kierunku. Ciemnia absolutna. Nie wiem, dokąd mam iść 
wśród   tego   straszliwego   rumowiska.   Wreszcie   jakoś   dopadam   klamki,   naciskam,   ale   drzwi   na 

background image

pokład   nie   otwierają   się.   Targam,   szarpię   —   bezskutecznie.   —   Ręce   mi   opadają.   Apatycznie 
zaczynam sunąć wzdłuż ściany i za chwilę wpadam w próżnię. Przede mną perspektywa długiego 
salonu z szeregiem dużych, prostokątnych okien, prześwitujących nocnym niebem. Firanki łopocą 
szarpane wichurą. Wiew świeżego powietrza. WOLNOŚĆ!
Podlatuję do pierwszego okna. Języki niedotłuczonego szkła sterczą kołem. Nie namyślając się 
kładę korkowy pas na te języki i daję nura głową naprzód. Wpadam na pokład bez najmniejszego 
draśnięcia. To wyrwanie się z ciemni wraca mi zmysły. Z najwyższym spokojem ruszam szukać 
swojej szalupy numer trzy. W tym momencie jakaś łódź ukazuje się w górze i właśnie mnie mija. 
Zupełnie opanowanym głosem pytam:
— Czy to szalupa trzy?
— Nie bądź głupi i wskakuj! — słyszę znajomy głos kwatermistrza.
Jednym   susem   przesadziłem   reling   i   znalazłem   się   w   szalupie.   Dziś,   z   odległości   tylu   lat, 
przypominając te sceny, zastanawiam się nad bardzo ciekawym zjawiskiem psychologicznym. Na 
statku było z górą czterystu ludzi załogi, a wszakże przez cały czas ratowania się nie słyszałem 
dosłownie ani jednego głosu. Panowała zupełna cisza. I teraz w tej szalupie, gdzie było także około 
pięćdziesięciu ludzi, nikt nie wołał, nikt nie mówił, tylko wszyscy... ODDYCHALI. Nerwowo, 
histerycznie, strasznie szybko, chóralnie ODDYCHALI. Ten oddech słyszę dotychczas.
Oddech zaostrzył się jeszcze bardziej, gdy burta naszej łodzi położyła się na burcie przechylonego 
mocno statku i nie chciała się dalej ześlizgiwać. Wówczas wszyscy, jak jeden mąż, odpychaliśmy 
się   od   niej,   rozumiejąc,   że   za   parę   sekund   będzie   za   późno.   Za   parę   sekund   statek   fiknie 
śmiertelnego kozła i przerzuci nas w kłębiący się wir.
Co chwila ktoś spadał nam na ręce i na głowy. To spóźnieni rozbitkowie, nieprzytomni, wyrwani ze 
snu, jak stali, w bieliźnie, walili się głową na dół.
Wreszcie łódź dotknęła wody. Zręcznie odczepiono hak. Ciemny kadłub „Piłsudskiego” oderwał się 
i szybko pomknął mimo nas. Znaleźliśmy się na wzburzonym morzu. Najsilniejszy ze sztormów 
sezonu właśnie się rozpoczynał.
Było nas przy wiosłach około dziesięciu. Reszta załogi leżała byle jak na dnie łodzi, trzęsąc się od 
zimna.   Zakryliśmy   tę   ludzką   masę   żaglowym   płótnem.   Komendę   objął   stary   Anglik,   kapitan 
O’Conner,   przydzielony   do   pomocy   naszemu   kapitanowi.   Był   on   tylko   w   piżamie   i   szczękał 
zębami. Zdjąłem więc marynarkę, dałem mu ją, sądząc, że nie zmarznę wiosłując.
Kapitan   O’Conner  usiłował  utrzymać  kurs  na  tonący statek,   ja  tymczasem   widziałem  zupełnie 
wyraźnie bliskie światła portu. Wołałem więc, żeby kierować do brzegu. Przerwali wiosłowanie. 
Patrzyli na mnie jak na wariata.
— Gdzie światła?... Jakie światła?... Czy ci niedobrze?
Rzeczywiście, świateł żadnych nie było. Była to zwykła halucynacja dyktowana widocznie moją 
mocną wiarą, że statek w oznaczonym terminie nie odejdzie. Wierzyłem, że jesteśmy na redzie. 
Widziałem   zupełnie   wyraźnie   światła   białe   i   czerwone,   stałe   i   mrugające,   nawet   sylwetki 
budynków. Nie zapomnę tego wrażenia.
Umilkłem nie chcąc wprowadzać kłótni. Marzłem coraz bardziej. Nie wiem, co się dalej działo. 
Zbudziłem się pod żaglami, kiedy już było widno i nad nami stał wojenny okręt. Właściwie nie stał, 
tylko skakał to w górę, to w dół, grożąc nam rozbiciem o burtę. Marynarze angielscy wychylali się, 
aby chwytać nas za co się da i wciągać na pokład. Wykorzystywano moment, gdy burty się mijały. 
W drugim rzucie wciągnięto i mnie. Trafiłem od razu do obszernego międzypokładu. Kołem stali 
rozbitkowie z naszej i innych szalup. Pośrodku na podłodze leżał jakiś topieciel, nad nim znęcał się 
ktoś sztucznym oddychaniem.
— Wodę z płuc pan wylał? — zapytuję.
— Nie — pada odpowiedź po angielsku.
— Chłopcy — zwracam się głośno do załogi — kto to taki?
Jeden przez drugiego zagląda w twarz topielca. Nikt nie poznaje.
— To chyba jakiś angielski steward — pada odpowiedź.
— Dawaj pan zastrzyki nasercowe — rozkazuję Anglikowi.
— Nie ma żadnych zastrzyków.

background image

— Nie wierzę, prowadź pan do apteczki.
Galopem biegniemy przez pokład. Wpadamy do kabiny drugiego oficera. Otwieramy jego prywatną 
szafę   z   ubraniem.   Na   dnie   pomiędzy   butami   stoi   kilka   butelek   z   miksturami   i   to   wszystko, 
dosłownie   wszystko.   Wracam.   Biorę   topielca   na   kolano   i   wyciskam   sporo   krwawej   wody. 
Wyciągam język i zaczynam sztuczne oddychanie. W tym momencie zimne i sine ciało robi się 
nagle czerwone i gorące. Radość wstępuje w moje serce. Ale nie na długo. Ciało znowu stygnie. 
Zrozumiałem. To agonia. Śmierć aparatu regulującego ciepło. Wstałem zrezygnowany. Nic tu po 
mnie, śmierci nie odwołam. W tym momencie angielski oficer ujął mnie za ramię i pociągnął za 
sobą do messy, tam zastałem już sporą gromadę naszych oficerów popijających whisky. Na sofce 
opodal   wpół   siedział,   wpół   leżał   jakiś   nie   znany   mi   jegomość   i   pośpiesznym,   gorączkowym 
szeptem coś żarliwie opowiadał. Niezdolny byłem do słuchania. Własne wytrącone z równowagi 
myśli trzepotały mi się chaotycznie po głowie, a świeżo przeżyte obrazy natrętnie się kładły przed 
oczy. Któryś z angielskich gospodarzy postawił przede mną szklankę. Nigdy nie lubiłem whisky, 
ale wtedy z dziką rozkoszą chłeptałem ten trunek, jakby to była orzeźwiająca w dzień upalny woda. 
Brzegi szklanki wydzwaniały na moich zębach rytm lęku, zmęczenia i żalu, a dłonie, te głupie 
dłonie kompromitowały moją męskość histerycznie babskim drżeniem. I wtedy właśnie doleciało 
mnie   wypowiedziane   przez   nieznajomego   marynarza   nazwisko   naszego   kapitana:   Mamert 
Stankiewicz.  Nadstawiłem  więc ciekawie  uszu, a on cichym,  znużonym  głosem opowiadał:  — 
„...Szalupy, uważacie, spuszczaliśmy we czwórkę: kapitan, pierwszy oficer, no i ja z Józkiem. Co 
chwila   ktoś   nadbiegał   i   pakował   się   w   kolejną   szalupę.   Potem   pierwszy   gdzieś   znikł,   pewnie 
wskoczył   do   ostatniej   łodzi,   zostaliśmy   na   statku   we   trójkę,   my   z   Józkiem,   no   i   kapitan 
Stankiewicz. Zbiegliśmy na dolny pokład, spieszno nam było, bo statek, cholera, tracił równowagę, 
pochylił   się   już   chyba   na   45   stopni.   Trudno   było   trzymać   się   na   nogach.   Podbiegliśmy   do 
ratunkowej tratwy, co leżała na tym dolnym pokładzie, odwiązaliśmy ją i na wodę, a tu i nasz 
kucharz Kawka skądś nadbiega. Ubrany w futro i kapelusz, nawet przy szaliku, cholera, jakby na 
spacer wyszedł, niczego nie zapomniał, nawet walizeczkę w ręku trzyma. A tu wiatr gwiżdże na 
linach,   fale   raz   po   raz   prują   przez   burtę,   morze   huczy,   że   nic   poza   tym   nie   słychać.   Kapitan 
Stankiewicz coś wrzeszczy, usta mu się rozwierają, ale nie słychać. Pokazuje na tratwę i sam skacze 
do morza, a my za nim. To nie była łatwa sztuka. Fale sztormowe, trudno się utrzymać liny. Rzuca 
nami to w górę, to w dół, że aż strach bierze, aby nie rozgniotło między tratwą a burtą statku. A ten 
Kawka kiwa się u góry nad nami, a skoczyć boi się. Co robić? „Puścić linę! — woła kapitan. — Nie 
możemy   czekać”.   No   i   puściłem.   Tratwa   jak   wypluta   poszła   precz   i   cień   statku   zaczął   się 
gwałtownie zmniejszać, jeszcze chyba miał inercję od wygasłych motorów. Zaraz pierwsze fale 
przewaliły się przez nas wierzchem. Straszliwie zimno, wiadomo, 29 listopada. No i zaczął się 
taniec. Ja nie z tych słabych, a ledwie mogłem się utrzymać. To był sztorm nie byle jaki, sami 
wiecie.   Szarpało   nami   na   wszystkie   strony,   a   na   tratwie,   wiadomo,   nie   ma   za   co   się   dobrze 
uchwycić.   Na   początku,   póki   nie   zamarzliśmy   to   jeszcze   siako-tako,   ale   po   godzinie   dłonie 
zgrabiały, że trudno było się utrzymać. Kapitan, człowiek starszy, wiadomo, więc pierwszy osłabł i 
raz po raz puszczał ręce i zleciałby do wody, gdyby nie my z Józkiem. Łapaliśmy za kark, za nogi, 
jak popadło, a on dziękował, obiecywał nagrodę. Głos miał coraz słabszy i tak zeszło aż do świtu, 
kiedy to nadeszły te angielskie okręty. Nas zauważyli pierwszych i od razu podsunął się jeden. 
Rzucili linę. Józef był najbliżej, więc jego wyciągnęli, potem kolejka przyszła na mnie. Kapitan ze 
wszystkim osłabł i nie potrafił już liny chwycić. Pewnie spadł do morza, ja nic nie pamiętam dalej, 
bo straciłem przytomność, ot, i znalazłem się tutaj...”
W tym momencie tuż aa moimi plecami odezwał się głos angielskiego starszego oficera:
— Doctor! Can you help me (Czy może mi pan dopomóc?)
To mówiąc  podsunął mi  przed oczy kartkę  papieru, na której napisane były  dwa tylko  słowa: 
Mamert Stankiewicz.
— Do you know this man? — spytał.
— Ależ oczywiście! — zawołałem radośnie. — To nasz kapitan.
— To ten sam człowiek, którego przed chwilą pan ratował i który niestety nie żyje.
— To być nie może! — zawołałem zrywając się z krzesła. — Jakżeby cała załoga nie poznała 

background image

swojego kapitana? To był zupełnie kto inny.
Wybiegliśmy  razem  na  pokład.  Torpedowiec  mocno  pochylony  od  bocznego  wiatru  ostro  pruł 
wzburzone fale, które raz po raz przelewały się pieniście górą, grożąc nam zmyciem z pokładu. 
Chwytając się asekuracyjnych lin, przytuleni do ścian nadbudówek posuwaliśmy się e trudem pod 
wiatr ku dziobowi, gdzie pod osłoną relingu, na sanitarnych noszach leżały jakieś zwłoki przykryte 
prześcieradłem. Oficer milcząc odchylił rąbek tego całunu, spod którego wyłoniła się tak dobrze mi 
znana,   zupełnie   nie   zmieniona,   skamieniała   śmiercią   twarz   Mamerta   Stankiewicza.   Obrzękłe 
policzki i zapadłe oczodoły wróciły teraz do normy. Nie było najmniejszej wątpliwości. To on.
Ciepło fotela, w który zapadłem, atmosfera otaczającego bezpieczeństwa, bezdenna rezygnacja i 
wszystko, co się ostatnio zwaliło na głowę, sprawiło, że nie zdołałem wypowiedzieć do czekających 
na mnie ludzi nawet słowa. Zapadłem w jakieś odrętwienie, półsen czy półjawę, aż się ocuciłem na 
miejscu   tamtego   marynarza,   na   solce.   A   dzień   już   był   w   całej   pełni.   Dobijaliśmy   do   portu. 
Przywitał nas przejmujący ziąb szkockiego lądu. Za chwilę gromada niedospanych, rozziewanych i 
niedoubranych rozbitków zbierała się przy wyjściowym trapie. Była niedziela. Ludność małego 
prowincjonalnego   miasteczka   śpieszyła   oglądać   pierwsze   ofiary   wojny.   A   my   parami,   niby 
grzecznie ułożony szkolny pensjonat, schodziliśmy na ląd i dalej ulicami miasta. Ubrani, jak kto 
mógł, raczej... rozebrani. Dwóch tylko miało na sobie mundury, do tych szczęśliwców należałem i 
ja,   tylko   na   nogach   nie   miałem   butów,   a   stopy   poranione   na   szkle   i   grubo   a   niezdarnie 
obandażowane   czyniły   wrażenie   poważnego   inwalidztwa.   Przy   tym   kulałem   straszliwie,   bo 
naprawdę bolało. Tę tragifarsę pogłębiały jeszcze trzy złote galony na moich rękawach. Stawałem 
się bohaterem chwili. Inni wyglądali komiczniej z włochatymi, gołymi łydkami spod wełnianych 
koców   lub   zgoła   w   rozchełstanych   piżamach,   albo   tylko   ręcznikach   na   trykotowych,   białych 
koszulkach. Nie mieli oficerskich dystynkcji na pokaz. Dla Anglików nie było jeszcze wojny. To 
był, zdaje się, pierwszy storpedowany statek. Postrach, w który nie bardzo chcieli wierzyć.
Obskurny,   prowincjonalny   hotelik   to   nasze   czasowe   fizyczne   i   moralne   przytulisko.   W   moim 
pokoiku   zbierają   się   koledzy.   Jedni   wchodzą,   drudzy   wychodzą,   a   każdy   przynosi   jakieś 
wiadomości. Już wiem, że statek zatonął dopiero o godzinie dziesiątej rano, a więc z górą sześć 
godzin   od   torpedy.   Któż   mógł   taki   fakt   przewidzieć?   Prawdopodobnie   napił   się   wody   przez 
wyrwane   dziury,   wyprostował   się   i   w   tej   normalnej   swojej   pozycji   poszedł   na   dno.   Nasz 
kwatermistrz z angielskim komendantem pośpieszyli motorówką ratować dokumenty i gotówkę z 
kasy ogniotrwałej, ale nie zdążyli, na ich oczach właśnie rozegrał się ostateczny dramat.
— A co z Kawką? — spytałem któregoś.
— O! To ciekawa historia! — zawołał. — Kawka został na statku, bo bał się skoczyć na tratwę. 
Tymczasem, jak wiemy, statek się zupełnie wyprostował, sztorm zaczął przycichać, więc i kiwanie 
się zmniejszyło. Kawka oswoił się ze swoim położeniem i jął troskliwie rozglądać się po kątach. 
Szczęście   mu   dopisało.   Oto   nagle   i   niespodzianie   znalazł   jeszcze   jedną,   zapomnianą   szalupę 
ratunkową, wisiała sobie na taliach nad wodą. Kawka znał się na marynarskiej robocie, nie darmo 
tyle lat przepływał na statkach jako kucharz. Więc i teraz w mig zorientował się w możliwościach, 
wiedział, że z chwilą gdy szalupa tonącego statku dotknie powierzchni morza, należy ją odczepić. 
Zanim to nastąpi, można lipą naładować rzeczami własnymi i niekoniecznie własnymi, boć w myśl 
prawa, wszystko na tym porzuconym przez załogę statku należało do Kawki. Tak więc, gdy szalupa 
zbliżyła się do powierzchni morza, Kawka usiadł sobie w środku pomiędzy walizkami i tobołkami 
cierpliwie czekając na zmiłowanie losu. Oczywiście zmiłowanie przyszło, ale bynajmniej nie tak 
łatwo, jak to może się pierwszemu lepszemu laikowi wydać. Jak wiemy, morze nie było tego dnia 
spokojne i fale nie zdążyły ucichnąć po tak wielkim nocnym  sztormie, przeto szalupa zamiast 
usiąść na wodzie, zaczęła się miotać to w dół, to w górę i trzeba było niemałego sprytu, a nawet 
technicznych umiejętności, żeby dba haki, na dziobie, i na rufie, w porę odczepić. Podobno przy tej 
właśnie robocie Kawka złamał aż pięć żeber i to wystarczyło, aby trafił do angielskiego szpitala. 
Dostarczyli go tam brytyjscy rybacy. Leży teraz niby król, a wszystkie gazety rozpisują się o nim 
jak o bohaterze. Angielskie ladies, zorganizowane w różnych charytatywnych wojennych organi-
zacjach, przynoszą mu stosy kwiatów i czekoladek. Opływa w dostatkach niby pączek w maśle.
Na tym się skończyły wszystkie historie związane z moją pracą na m/s Piłsudski. Ale nie! — o 

background image

najważniejszym zapomniałem. Do hoteliku wpadł zasapany nasz poczciwy kapitan Kot. Przyjechał 
z Londynu, aby nas pocieszać i rzeczywiście przywiózł dla mnie radość niebywałą. Oto moja żona 
jest już w Anglii, przyleciała wczoraj samolotem ze Sztokholmu. Jak się okazało, przyjaciele jej 
dopomogli i z Wilna przez Rygę trafiła do Szwecji. Nocowała w mojej kabinie, na statku „Dar 
Pomorza”,   o   świcie   zbudził   ją   radiotelegrafista   Dziadzia,   podając   do   wiadomości,   że   siatek 
„Piłsudski”   zatonął,   ale   z   gazet   „wyrozumieć”   nie   było   można,   czy   cała   załoga   zatonęła   i 
dwudziestu dwóch uratowano, czy też dwudziestu dwóch utonęło, a reszta wyratowana. Nie było 
czasu na rozwiązywanie tej zagadki, bo samolot do Londynu już czekał, więc żona poleciała, aby 
się dowiedzieć na miejscu od Kota, że utonęło tylko dwóch, a nie dwudziestu dwóch i wśród nich 
nazwiska męża nie ma.
To wszystko było tak dawno! Wydaje mi się, że wieki minęły, a to tylko parę tygodni temu. Łażę 
oto   ulicami   Londynu.   Bezrobocie,   obce   otoczenie,   troska   o   przyjaciół   pozostałych   w   kraju  — 
wszystko się złożyło na smutek i rezygnację. Słowiański smutek, którego angielskie otoczenie nie 
rozumiało.
Z ciężko opuszczoną głową podążam w kierunku królewskiego pałacu St. James, który zamieniony 
został na centralę Brytyjskiego Czerwonego Krzyża. Nie znam Londynu, a po angielsku mówię 
ledwie-ledwie. Dogadać się niełatwo, zwłaszcza gdy Anglicy posługują się sobie tylko znanymi 
idiomami.
Przed pałacem nie stoją jak dawniej konni gwardziści w pozłocistych  hełmach i pióropuszach, 
zamiast   nich   leżą   przed   oknami   i   bramą   workowe   barykady.   Wielka   Brytania   powoli   a 
systematycznie przygotowuje się do wojny. Wchodzę w szerokie wrota nieco skonfundowany i 
niepewny,   bo   jakżeż   w   takim   wyświechtanym   przeciwdeszczowym   płaszczyku   pchać   się   w 
królewskie   podwoje.   Schody   marmurowe,   dokoła   pełno   lordowskich   konterfektów,   amfilady 
plafonów, co tu robię ja — wyzuty z ojczyzny, wystrychnięty dudek?
Wytworna paniusia spostrzegła błądzącą bezradnie słowiańską sierotę. Dobrotliwie się uśmiecha i 
pyta, czego szukam. W czym maże być pomocna? Referuję nieśmiało sprawę skromną: pragnę 
wysłać paczkę swemu siostrzeńcowi do obozu jeńców, czy można?
— Jakiej narodowości? — pada zapytanie.
— Polak — odpowiadam.
— Ach! — wykrzykuje lady. — Jak to dobrze! Może pan nam pomoże. Już od paru miesięcy 
przydzieliliśmy   polskim   jeńcom   kontyngent   tysiąca   paczek   odzieżowych   i   dwa   tysiące 
żywnościowych. Tyle możemy dla was wysyłać, tymczasem nikt się nie zgłasza, nikt pieniędzy na 
to nie wpłaca, wysyłamy miesięcznie sześć paczek zamiast trzech tysięcy. Szkoda marnować taką 
okazję. Może pan mógłby się tym zająć?
— Na to, żeby te trzy tysiące paczek wyszło do naszych jeńców, czego potrzeba, co właściwie 
musiałbym zrobić? — pytam.
— Rzecz prosta: wpłacić odpowiednią sumę pieniędzy i dostarczyć trzy tysiące imiennych adresów.
Wychodzę   na   ulicę   otumaniony.   Nic   nie   rozumiem,   przestaję   rozumieć.   Istnieje   w   Londynie 
ambasada, istnieje konsulat, istnieje nawet wojskowy „attaszat” i nikt dotąd nie dowiedział się o 
możliwości przekazywania paczek naszym jeńcom w niewoli, nikt nie zatroszczył się o to? Idę 
coraz szybciej, przyśpieszam wciąż kroku i myślę. Układam plan działania. Znalazłem cel życia. 
Przestało mi być smutno. Byłem bezrobotny, a oto nagle zjawiła się praca. Muszę w najbliższym 
miesiącu wysłać do obozów jenieckich trzy tysiące paczek!

background image

Z kontynentu na kontynent

W podziemnych kolejkach

Smętnie wygląda miasto Londyn: worki z piaskiem zawalają drzwi biur, środkiem jezdni rozsiadły 
się betonowe czworoboki schronów, a wszędzie napisy ze strzałkami regulującymi ruch w chwili 
alarmu. Zresztą nawykłe do tego oczy przestały kojarzyć te zjawiska z grozą oczekiwanej wojny. 
Aż   oto   któregoś   dnia   białe   smugi   na   pogodnym   niebie   zaczęły   wypisywać   regularne   kółka   i 
wówczas któryś z rezolutnych przechodniów spokojnie zauważył:
— O, patrzcie! Niemcy przygotowują swój atak bombowy.
— Bzdury! Co pan opowiada? — obruszyła się jakaś obywatelka. — Niemcy? U nas? Też pomysł?
—   Wyznaczają   kółkami   tereny   dla   bombardowania   —   uzupełnił   swoje   informacje   poprzedni 
jegomość.   I   w   trakcie   tych   słów   zjawiły   się   nagle   eskadry,   jedna   za   drugą,   a   każda   inna. 
Rozproszyły się, zaczęły gonitwę i na oczach beztroskich przechodniów odbyła się pierwsza lot-
nicza bitwa o Londyn. Można było śledzić jej przebieg gołym okiem, wyraźnie jak na dłoni, jak na 
defiladowym   pokazie   akrobacji.   W   smudze   dymu   dwa   niemieckie   Messerschmitty   padały   na 
skrzydło. Ważyły się oto losy Wielkiej Brytanii, a przede wszystkim naszych polskich chłopców-
pilotów. To oni tam byli.
Tego   dnia   bombowce   nie   doszły.   Zrzuciły   swój   niebezpieczny   ładunek   na   południowych 
przedmieściach miast i jak najszybciej pierzchły.
To była pierwsza próba. Lew brytyjski pokazał pazury,  ale odtąd poszły już alarmy regularne, 
codzienne, jak zapisał. O zachodzie słońca syreny poczynały wyć swoją potępieńczą melodię, a 
wkrótce po nich nadlatywał krew mrożący w żyłach, rytmicznie przerywany, uwieńczony głuchym 
łomotem wybuchów, ciężki i złowrogi warkot. Dokoła miasta zawisły na stalowych linach podłużne 
cygara zaporowych balonów. Początkowo piloci niemieccy nie wytrzymywali nerwowo ich widoku 
i zrzucali swój ładunek daleko przed celem, później jednak szli wytrwale i zawzięcie naprzód. 
Zamieszkiwałem wówczas w centrum miasta, po różnych kamienicach wynajmując kawalerskie 
pokoiki zwyczajem angielskim z tygodnia na tydzień — od soboty do soboty. Żonę moją, wraz z 
kliniką położniczą, przeniesiono pod Oksford, do starej siedziby jakowegoś lorda. Jeździłem więc 
tam na „weekendy”, wracając w poniedziałek rano. W jednym tylko domu, opodal naszej ambasady 
na Portland Place, przemieszkałem aż trzy kolejne tygodnie, było tam wygodnie, mieszkałbym i 
dłużej, gdyby nie przypadek. Oto wróciwszy któregoś poniedziałku z Oksfordu zastałem swoje 
łóżko na czwartym piętrze w pozycji „wywrotowej”, to znaczy zawieszone ponad chodnikiem. Cała 
reszta umeblowania razem z pięknym kominkiem leżała w drobnych kawałkach na bruku ulicy. 
Mój pokój wyglądał teraz niby scena prowincjonalnego teatru na pięć minut przed wejściem aktora.
Na   szczęście   dobry   los   oszczędził   mi   tej   ostatniej   roli.   Stojąc   na   przeciwnej   stronie   ulicy 
obserwowałem  z zadartą  do góry twarzą  rozprute  bombą  wnętrze.  Kalkulowałem,  ile  miałbym 
szans na ocalenie, gdybym tak spał na tym zawieszonym w powietrzu łóżku.
Pozornie mało ważny fakt, a jednak wpłynął zdecydowanie na dalsze losy mojego życia.
Po prostu odeszła mnie ochota wynajmowania pokojów, bo i po co? Czyżby po to, aby zawisnąć w 
tenże sposób nad próżnią i swoim żywym albo martwym ciałem cieszyć zebraną na dole gawiedź?
— Gdzie mieszkacie? — usłyszałem obok znajomy głos.
Doktor   Kapuściński   —   mój   współpracownik   na   niwie   społecznej   pomocy   jeńcom   wojennym. 
Razem żebraliśmy o grosz na wysyłane paczki.
— Ano, kochany, właśnie zastanawiam się, gdzie mam zamieszkać, moje poprzednie łóżko wisi ot 
tam! — tu gest głową.
— Gdzie? — zdziwił się, poprawiając okulary.
— Tam — powtórzyłem, wskazując palcem.

background image

— Hm... — mruknął. — Mieliście szczęście. Kto by dzisiaj tak głupio mieszkał. Już od tygodnia 
sypiam w podziemnych kolejkach.
Teraz ja z kolei nie zrozumiałem:
— Jak to w kolejkach?
— Ano, zobaczycie. Nie wynajmujcie dzisiaj żadnego pokoju. Walizkę zostawcie w attaszacie. 
Wieczorem przed samym alarmem spotkamy się w przedsionku BBC.
Tak też się stało. Spotkaliśmy się punktualnie o piątej.
— Alarmu jeszcze nie było, chodźmy więc przegryźć coś w najbliższej knajpie.
— „Fish and Chips”? — zapytałem.
— Można, ale to zbyt daleko, chyba że na Tottenham Court Road, chociaż nieźle się układa, bo 
Northern Linę to stacja najgłębsza.
— Sądziłem, że wszystkie linie leżą na tym samym poziomie.
— Gdzieżby! Ogromna różnica. Podczas gdy District biegnie prawie powierzchownie, to Picadilly i 
Northern leżą ponad sto metrów głęboko, ta ostatnia przechodzi nawet tunelem pod rzeką Tamizą.
Kiedyśmy wychodzili z kolejki na Tottenham Court, właśnie zaczynała wyć syrena. Przytulając się 
do murów, biegliśmy jak najprędzej do znajomych, niedalekich drzwi knajpy. Mrok zapadł nad 
miastem. Światła pogaszono, tylko niebieskie ogniki przytłumionych reflektorów samochodowych, 
niby świętojańskie żuki, migały tu i tam. Drzwi do knajpy zasłaniał parawan z dykty, a w nim 
oświetlona niebieska tarcza z napisem: „Please Come” (proszę wejść). W środku pełno jak w ulu. 
Każdy   doskonale   zdawał   sobie   sprawę,   że   ten   bar   nie   stanowi   żadnej   ochrony.   Dwupiętrowa, 
starego typu ceglana kamieniczka rozpadnie się za byle podmuchem, ale świadomość zbiorowej 
beztroski,   w   atmosferze   rozgardiaszu   i   koleżeńskiej   pogadanki,   oddalała   myśl   o   nie-
bezpieczeństwie. Z momentem zamykania drzwi za sobą świat wojny i bomb oddalał się, ginął i 
cichł. Tu była tylko knajpa — przedwojenna, spokojna, pokojowa.
—  Znam  tu  kelnerkę,   umizgnę  się,  może  wytrzaśnie   jakiś   stolik  — rzekł   doktor  Kapuściński, 
przepychając się naprzód.
— Nie trzeba — powstrzymałem go chwytem za ramię. — Wszakże ten lokal nas nie uchroni, 
lepiej przejść w miejsce bezpieczniejsze.
— A co uchroni? Może te betonowe sześciany na ulicach!? Żart na stronę. Rozwali się to, rozwali 
się tamto, a i my w końcu rozwalimy się, jakaż różnica? Wcześniej, później...
— Ja się boję nie śmierci, tylko tych  nieprzewidzianych przeżyć.  Tego zawieszenia na piątym 
piętrze, ponad brukiem ulicy...
— Dlatego wyciągnąłem was na nocleg do podziemnej kolejki, tam wypoczniecie psychicznie od 
swojego szoku — zaśmiał się Kapuściński.
Przyglądałem się zebranej w krąg publiczności, Składała się przeważnie ze stałych bywalców — 
stołowników, to znaczy ludzi fizycznej pracy, różnych robotników i rzemieślników, konduktorów i 
szoferów, szwajcarów i śmieciarzy. Znali się nawzajem, więc panował rejwach beztroski i familijny 
jakiś powszechny rozgardiasz, Przekrzykiwali się na odległość z głośnym wybuchem rubasznego 
śmiechu. Osławiona „fish and chips” nie posiada gastronomicznego smaku. Trzeba ją mocno po-
solić  i dodać  pomidorowego  sosu, aby to powszednie  angielskie  jedzenie  przeszło jakoś  przez 
gardło. Tym razem zajadałem rybę z wyjątkowym apetytem, widocznie sprzyjała temu atmosfera 
ogólnego podniecenia. Obok popijali piwo dwaj typowi przedstawiciele angielskiego „slumu”.
— Zapowiedzieli na dzisiaj mgłę — przemówił ktoś w naszą stronę.
— Ano — stwierdziłem uprzejmie — mgła już jest.
— Co oni mogą widzieć zrzucając te bomby?
— Toteż mało widzą — wtrącił się drugi. — Wszystkie bomby lecą na Battersea Park.
— Zachciało się nam wojować, ot i mamy! — mruknął pierwszy.
— Za jakąś Poland karku nadstawiać, a co mnie ta ich Poland obchodzi, nawet nie wiem, gdzie to 
jest, ty wiesz, Eric? — zwrócił się do kolegi.
Z opuszczonymi głowami kończyliśmy nasze ryby, aby jak najprędzej ulotnić się, nie zdradzając 
swego pochodzenia.
Głuchy wstrząs targnął ścianami domu i światła nagle zgasły. Chwila głuchego wyczekiwania na 

background image

coś, co ma zaraz nastąpić. Nie nastąpiło. Dach wytrzymał, więc szmer rozmów wrócił na swoje 
miejsce. Przy stolikach tu i tam zapalono świece. Żadnej paniki, żadnego wzruszenia, jak gdyby 
wszystko tu szło według z góry ustalonego planu.
— Swoją drogą dziwni ludzie — mruknąłem.
— Zobaczycie ich dopiero za chwilę w podziemiu — odpowiedział Kapuściński. — Chodźmy...
Kiedyśmy   wyszli   spoza   dyktowej   osłony   na   ulicę,   noc   panowała   już   kompletna.   Gęsta   mgła 
uniemożliwiała orientację. Posuwaliśmy dłońmi po morze. Co chwila ktoś kogoś przepraszał i szedł 
dalej. Kapuściński lepiej znał Londyn, więc poszedł przodem.
—   Stoimy   przed   miękką   zasłoną,   odchylajcie   i   wchodźcie!   To,   zdaje   się,   już   nasza   stacja   — 
powiedział.
Ruchome schody zwożą nas w dół. Pod ścianami korytarzy siedzą w kucki ludzie. Peron zasłany 
kocami. Na tych  kocach w różnych  pozach spoczywają kobiety i dzieci. Mężczyźni  zebrani w 
gromadki. Panuje wesoły pogwar. Ktoś gra na saksofonie, w innym kącie podśpiewuje chór.
— Spóźniliśmy się — powiada Kapuściński, rozglądając się dookoła. — Trudno będzie znaleźć 
wolne miejsce. Nie pozostaje nic innego, jak tylko ułożyć się blisko szyn. To podła lokata. Pociągi 
nie dadzą spać.
Kiedyśmy układali nasze koce tuż przy krawężniku peronowym, właśnie nadleciał pociąg. Zgrzyt 
hamulców, pęd powietrza. Deptanie nóg...
—   Tak   będzie   do   północy   —   pocieszył   Kapuściński.   —   Potem   będziemy   mieli   kilka   godzin 
spokoju.
Usiedliśmy wygodnie na kocach. Z lewej strony za sąsiadkę miałem chudą jejmość w czarnych 
okularach, z drugiej strony, jako przypadkowy kontrast, stał pękaty jegomość z gitarą w ręku. Siwa 
czupryna, przy czarno farbowanych wąsikach, rumiane, wypuczone policzki i parę podbródków 
nadawały mu wyraz jowialnej dobroduszności. Najwyraźniej szykował się do koncertu.
Ledwieśmy usiedli, podszedł bliżej i z życzliwym uśmiechem powiedział:
— Dobrą mamy dzisiaj pogodę...
Wypadało  ten  idiotyczny  nonsens  potwierdzić,  bo jakżeż,  u licha,  w  dzisiejszej  chłodnej  mgle 
można dopatrywać się pięknej pogody?! Nie wytrzymałem nerwowo. Chciałem być ścisły:
— Jakaż pogoda! — zaprzeczyłem. — Czyż pan nie widział tej mgły?
— U nas, londyńczyków, mgła się nie liczy, panowie są, widzę, alianci?
— Ano tak...
— To widać, to widać... a ot, zaraz bomby spadną i mgłę rozproszą, nie ma tego złego, co by na 
dobre nie wyszło — roześmiał się.
— Takiej formy optymizmu jeszcze nie spotkałem — mruknął Kapuściński.
— Panie i panowie! — zwrócił się nasz grubas do zbiegowiska. — Żeby wam nie było nudno, 
zaśpiewam pieśń o Robin Hoodzie — to mówiąc i nie czekając, uderzył w struny gitary. Głos miał 
silny i czysty, nie spodziewaliśmy się po nim czegoś podobnego. Śpiewał z werwą, przytupując do 
taktu. Było w nim coś z Hiszpana, a kiedy skończył, przykląkł przy mnie i szepnął:
—   Dziwicie   się   mojemu   głosowi?   Jestem   emerytowanym   barytonem   opery   Covent   Garden. 
Obecnie  prowadzę swój  Corner-Bar niedaleko  stąd. Jeżeli  bomby  nie rozwalą  moich  beczek  z 
piwem, to zapraszam, przyjdźcie któregoś wieczoru. Tam dużo foreignerów się zbiera. Wszyscy 
muszą śpiewać, taki wprowadziłem rygor.
— Peter!... PeterL. — wołały głosy znad podłogi. — Zaśpiewaj którąś z operowych arii... Aidę! 
Pajace!... Madame Butterfly!
Huk   nadjeżdżającego   pociągu   zagłuszył   dalsze   wołania.   Tłum   wysiadających   i   wsiadających 
pasażerów   deptał   nam   pomiędzy   kocami.   Ale   nie   słychać   było   złorzeczeń,   żadnych   klątw   ani 
pretensji. Każdy przepraszał i był uprzejmy; dziwnie zdyscyplinowany naród.
Wagony odjechały,  a nasz Peter rozpoczął  arię z „Aidy”.  Sam sobie akompaniował. Chwilami 
zapominał   o   tym   akompaniamencie,   rad   widocznie   z   rzadkiej   okazji   publicznego   popisu, 
zachłystywał się własnym głosem.
Czas   mijał,   pociągi   przelatywały,   hulały   przeciągi   po   kocach   i   ludziach,   aż   doczekaliśmy   się 
wreszcie spokoju i ciszy.

background image

— No — rzekł Kapuściński — pięć gadzin snu przed nami,  trzeba korzystać.  — To mówiąc, 
obrócił się na bok i jak na komendę chrapnął.
Zbudził mnie podmuch wiatru, to pierwszy poranny transport ruszył. Robotnicy jechali do fabryk. 
Pora wstawać. Alarm odwołany. Eskalator wciąga nas z powrotem do przerwanego życia. Oślizgły, 
mokry, popielaty, kapiący za kołnierz deszczem Londyn wita chłodną obcością. Właśnie ostatnie 
dźwięki   syreny   zamierają.   Mijam   zbombardowane   domy.   Już   dogasają.   Straż   ogniowa   kończy 
pracę. Dymy syczą spod cegieł. Witryny sklepów rozbite, a ich zawartość szeroko rozsypana po 
chodniku. Przed oknem jubilerskim leżą złote zegarki i bransoletki. Ktoś troskliwy otoczył to linią 
pokruszonych cegieł. Oczywiście nie zachodzi obawa kradzieży.
Następnej   nocy   nie   zjeżdżałem   do   podziemi.   Tak   się   złożyło.   Do   późna   zasiedziałem   się   u 
przyjaciół.   Mieszkali   w   czynszowej   ogromnej   nowoczesnej   kamienicy,   niedaleko   miejskiej 
gazowni.   Któż   by   mógł   przypuszczać,   że   właśnie   w   tym   dniu   Niemcy   zechcą   bombardować 
gazownię? Oczywiście nie wiedziałem o tym, a pułkownikowstwo byli tacy gościnni. Dołączył 
jeszcze do nas generał R. i tak we czwórkę graliśmy sobie w kierki, a bombowce wyły jak zwykle i 
przerażały dalekim echem eksplodujących bomb.
Tak było do kolacji, a potem... potem nagle kamienica się zachwiała, skręciła się, następnie wpadła 
w niesamowite  drżenie,  jakby się śmiała  z siebie i z nas. A nam wcale  nie było  do śmiechu. 
Podnieśliśmy głowy od kart i patrząc na siebie, dziwiliśmy się wzajemnie, dlaczego twarze są same 
blade.   Milczeliśmy,   aż   się   kamienica   uspokoi.   Milczeliśmy,   aż   serca   przestaną   łomotać. 
Niesamowite, niezapomniane wrażenie. Nie słyszałem żadnego huku, żadnej destrukcji lub łamania, 
tylko ten dziwny taniec ścian.
Mocna betonowa konstrukcja wytrzymała.
Poszła   znowu   cała   seria   podobnych   wybuchów,   ale   już   nieco   dalej.   Łuny   pobliskich   pożarów 
zaczerwieniły okna.
— Chodźmy lepiej spać! — przemówiła pułkownikowa. — Doktor obok generała na ziemi.
Pamiętam, że byłem ogromnie odważny tego wieczoru, po prostu nadrabiałem ambicją i miną, lecz 
nazajutrz, kiedy znalazłem się w hotelowym osamotnieniu i kiedy alarm obwieścił nowe bomby, 
zdawało mi się, że wszystkie one lecą właśnie na moją głowę. Schowałem więc ją czym prędzej 
pod poduszkę, czekając na nieodzowny koniec.
A koniec nie chciał jeszcze przyjść. Zbudziłem się następnego rana i jeszcze następnego, aż się 
związały   one   w   kierat   powszedniego,   znormalizowanego   wyłudzania   grosza   od   różnych 
zarabiających rodaków. Założyłem klub, aby raźniej było w tym kierunku działać.
— Wiecie — zaczepił mnie któregoś dnia doktor Kapuściński. — Nasz Czerwony Krzyż zjeżdża do 
Anglii i ma tu rozpocząć swoją działalność.
— No więc co? — zdziwiłem się obojętnie.
— No to, że zechcą wziąć się do pakowania i wysyłania paczek jeńcom, czyli wykonywać robotę, 
którą zorganizowaliśmy i prowadzimy.
— Bardzo dobrze — zgodziłem się — im więcej ludzi’ do pracy, tym lepiej, alboż to dla ambicji 
pracujemy, nie widzę w tym żadnej konkurencji.
— Tu nie o konkurencję chodzi, ale o zwykłe wykiwanie. Oni wcale nie potrzebują tak harować jak 
my,   im   nie   trzeba   żebrać   o   grosz.   Oni   przywożą   nasze   państwowe   złoto.   Wystarczy   tylko   co 
miesiąc podpisać czek do banku i już cały kontyngent paczek obsadzony. Tu nie będzie roboty, 
zobaczycie. I wy im wcale potrzebni nie jesteście.
A słowo ciałem się stało, miał rację Kapuściński. Moje „Koło Opieki Nad Żołnierzem” zostało 
wcielone do nowego PCK, a ja zostałem kierownikiem „Sekcji Pomocy Jeńcom”. Nominalnie mało 
się zmieniło, a praca dawniej ciężka, czasami nawet przykra, istnieć przestała i sprowadzała się do 
podpisywania rachunków. Już po tygodniu miałem dość, wybrałem się więc do prezesa, profesora 
K.
— Nic tu po mnie — rzekłem prosto z mostu. — Wyślijcie mnie w jakiś teren, gdzie od nowa 
zorganizuję wysyłkę paczek.
Profesor się ucieszył.
— Rzeczywiście,  myśl  znakomita.  Stany Zjednoczone,  Kanada, Brazylia  i Argentyna,  a nawet 

background image

Turcja czekają na taką organizację. Dokąd więc pragnie pan jechać? Jaki kraj pan obiera?
— Brazylię!  — odrzekłem bez namysłu  i klamka zapadła. Za kilka dni zabieram  żonę i małe 
dziecko.

Konwój

Liverpool lizał rany. Ostatnia noc była bardzo ciężka, właśnie ta, kiedyśmy odpływali. Żona nie 
zmrużyła oka, ja oczywiście spałem jak suseł, ale nie z powodu bohaterstwa, tylko ze zwykłego 
nawyku, że noc, jaka by nie była, przeznaczona jest na spanie. Jeszcze mniej przejmowała się 
wojenną   sytuacją   moja   mała   córka,   Jonka,   liczyła   bowiem   wówczas   trzy   miesiące   życia. 
Czekaliśmy w obskurnym pokoiku najtańszego hoteliku portowego na wiadomość, kiedy możemy 
się ładować na statek. Miał odpłynąć o świcie. Świt już jest, ale dziw mnie ogarnia, jak w takim 
rozgardiaszu   dogorywających   domów   mogą   jeszcze   ludzie   coś   planować   i   dotrzymywać 
wyznaczonych  terminów.  A tu tymczasem  agent się zjawia. Opóźnienie  najwyżej  półgodzinne. 
Prowadzi   zaułkami,   bo   to   niedaleko.   Konwój   skompletowany.   Nasz   statek,   tramp   niewielki, 
najwyżej pięć - sześć tysięcy ton wyporności, ma cztery kabiny pasażerskie, oczywiście puste, bo 
kto by dzisiaj pływał, kiedy co dziesiąty statek w konwoju wyskakuje w powietrze. Niemcy się 
uwzięli.   Na   trasie   amerykańskiej   podobno   aż   się   roi   od   podwodnych   łodzi.   Czyhają,   atakują, 
szarpią. Tymczasem przerwać transportów nie sposób, więc konwoje z każdym dniem rosną. Coraz 
więcej statków handlowych, a coraz mniej wojennych. Dziesięć procent przeznacza się na zgubę. 
Towar i ludzie pod jedno kopyto. Muszą tonąć, taki ich los w ogólnej korzystnej kalkulacji.
— Słuchaj — powiada mi żona, kiedyśmy zajęli kabinę. — Musimy jakoś zabezpieczyć Jonkę. 
Pierwszy lepszy wybuch może nas porozdzielać i w ciemności nie znajdziemy drogi.
— Rzeczywiście — potwierdziłem. — Chyba najlepiej tych kilka najgorszych pierwszych nocy 
przesiedzieć na pokładzie, skąd w razie torpedy łatwiej dotrzeć do szalupy ratunkowej.
— Jest zimno i na pokładzie nie ma łóżeczka — zauważyła żona.
— Kładź ją do skrzyni z pasami ratunkowymi, będzie, dobra osłona przed wiatrem, no i blisko 
komina, więc grzeje.
— A któż ją z tej skrzyni wyjmie w razie katastrofy?
— Już wiem. Będę spał Obok w leżaku i swój nadgarstek połączę sznurem z jej nóżką. W razie 
torpedy Janka się nie zgubi.
— Dobra myśl — zaakceptowała żona. — Ja będę spała w leżaku po stronie przeciwnej.
Tak więc od pierwszego dnia spaliśmy na pokładzie. Czy spaliśmy? Trudno ten stan w ten sposób 
nazwać. Oczy niby mieliśmy zamknięte, ale na każdy gwizd, każdy huk, każdy najmniejszy wstrząs 
na statku nerwy reagowały trwogą. Co tu dużo gadać. Atmosfera konwoju była po prostu straszna. 
Psychika  straceńców. Wyczekiwanie na to, co musi  nastąpić. Obrazy torpedowanych  statków i 
tonących ofiar tak były aktualne wtedy, takie żywe, przerażające i krew mrożące w żyłach.
Nie wiem doprawdy, ile statków liczył nasz konwój. Szliśmy trójkami prawie burta w burtę. Na 
rufie poprzednika szczelnie zakryta od góry wisiała latarka.
— Ostrożnie! — uprzedzał kapitan sternika. — Ostrożnie, żeby nie najechać na rufę. Uważaj!
Nasz statek leżał na lewym krańcu. Od czasu do czasu mijał nas popielaty torpedowiec ostrym 
swoim   dziobem   niby   nożem   tnąc   na   bok   zbałwanione   fale.   My   szliśmy   wolniutko,   jakby 
przyczajeni. Skradaliśmy się na palcach i z cicha, aby tylko wróg nie podsłuchał. Ze wszech stron 
zasłonięte światła rzucały gdzieniegdzie, na wodę jakby przestraszone, wąziutkie smugi. Czasami 
ktoś drzwi nieostrożnie otworzył lufo papierosa zapalił w zapomnieniu i błysło... — Cyt! Zagaś! — 
krzyczano. Załoga niewprawna jeszcze. Nie wszyscy pływali w konwojach.
Nie uszy, nie nerwy, tylko całe ciało nasłuchiwało echa eksplozji. Czyżby nasz konwój był aż tak 
szczęśliwy? Być nie może. Wierzyć się nie chce. Trzeci dzień bez ataku.
— No — westchnął kapitan przy kolacji. — Dziś pójdziemy swoją drogą, konwój w prawo, a my w 

background image

lewo.
— Jak to? — zdziwiłem się. — Więc my idziemy dalej bez konwoju?
— Płyniemy do Brazylii, a na tej trasie nie ma tylu łodzi podwodnych, chyba tylko przypadkowo. 
Zresztą będziemy iść zygzakiem, więc może nas nie zauważą.
— A wiele dni tak będziemy tym zygzakiem płynąć?
— Do Rio de Janeiro chyba ze trzydzieści — odparł kapitan z angielską flegmą.
— Bez żadnej ochrony przez trzydzieści dni to trochę... „obojętnie”, jak powiadali u nas w Wilnie 
— szepczę do żony. — Chyba nie zmienimy miejsca naszego snu, tym bardziej że robi się coraz 
cieplej.
— Za kilka dni będzie gorąco — odrzekła.
I oto zaczęły się te dni monotonne, jednakowo szeleszczące wodą po burtach, jednakowo szarpiące 
nerwy wibrowaniem motoru.
Każdego wieczoru, na początku kolacji, radiotelegrafista meldował głosem obojętnym i suchym: 30 
stopni na zachód, 27 na południe widziano na powierzchni łódź podwodną.
— Jak daleko od nas? — pytałem na początku, a kapitan uśmiechał się tylko pobłażliwie.
— Daleko — mówił. — Chyba ze trzydzieści, a może i więcej mil od nas...
— Mogą być i bliżej — burknąłem, ale wkrótce dałem spokój tym indagacjom. Po co robić z siebie 
tchórza. Co ma być, niech będzie.
I  tak  jakoś   „pyk...  pyk...   pyk...”   — dobrnęliśmy  do Rio  de  Janeiro.  Już  na  horyzoncie  postać 
Chrystusa na górze Corcovado, już mijamy słynną głowę cukru i ja... odwiązuję nóżkę córki.

Goły dywersant

Nerwowym ruchem uniosłem dłoń. Spojrzałem na zegarek. Kwadrans po piątej, a więc za godzinę 
będzie już mrok, jak zwykle w krajach tropikalnych. Muszę się śpieszyć, aby jeszcze zdążyć na 
plażę   przed   zapaleniem   latarń.   Wieczór   parny   i   gorący   nie   przyniósł   orzeźwienia.   Koszula 
przemokła od potu obiegła ciało męczącym pancerzem, a przecież nie mogę zrzucić marynarki, bo 
głupia etykieta Ameryki Łacińskiej nie pozwala na to, tu trzeba chodzić w czarnym ubraniu i pod 
krawatem. Za zdjęcie marynarki w tramwaju lub autobusie mogą wyprosić pasażera na bruk. Wolę 
więc nie ryzykować.
Pomimo zmęczenia, żaru i duchoty nie potrafię być zły. Niewysłowiony urok zatoki morskiej Rio 
de Janeiro roztapia wszelką złość, rozprasza wszelkie troski i humory. Miasto bajki nie ma równego 
sobie   w   świecie.   Na   tle   zielenią   umajonych   wzgórz,   na   piedestale   naturalnej   skały   Chrystus 
błogosławi światu ramionami w krzyż. A świat — to miasto w dole rozproszone po plażach zatoki, 
to   białe,   dziecięce   kłódki   trzydziestopiętrowych   drapaczy   chmur,   to   kajaczki   transatlantyków 
przycumowanych w porcie, to żuczki latających ulicami aut, to wszystko, co się gorączkowo uwija 
w głębokim dole, u Chrystusowych bosych stóp.
Właśnie płynę w tej chwili małym stateczkiem na drugą stronę zatoki do Niteroy, gdzie się mieści 
tak zwany Dom Polski, czyli czasowe przytulisko uchodźców. Na wprost od bramy domu biegnie 
chodnik, po jednej jego stronie jezdnia ulicy, po drugiej wspaniała, szeroka plaża. Lubię kąpać się 
wieczorami tuż przed zachodem słońca, wówczas ulica jest pusta i mało gapiów nad morzem. Dziś 
powracam wyjątkowo późno. Jak w Londynie, tak i tutaj zorganizowałem akcję wysyłki paczek 
jeńcom.   Grono  chętnych   pań  podjęło   dalszą   robotę,   przekazałem   placówkę   księciu   Olgierdowi 
Czartoryskiemu, sam zaś cały dzień latam w poszukiwaniu pracy. Obiecują mi ją już od tygodnia. 
Mam objąć placówkę  lekarską, z ramienia  Instytutu  Rockefellera,  gdzieś  w dalekim  interiorze. 
Będę badał i leczył żółtą febrę, desze się tą myślą. Przez całe życie unikałem wielkich miast z ich 
chorobliwą gorączką i... „cywilizacją”. W głębokim interiorze świat jest prostszy i ludzie mniej za-
kłamani. Dyrektor Instytutu zapewnił mnie dziś osobiście, że sprawa wygląda pomyślnie, brakuje 
tylko   jakichś   drobnych   formalności.   W   tych   dniach   da   mi   pozytywną   odpowiedź.   Mogę   być 

background image

spokojny. Czyżby się dobry los naprawdę uśmiechnął?
A   dzień   miałem   naprawdę   trudny.   Ulicami   przeciągały   tłumy,   aż   trudno   się   było   przepchać. 
Ludność podniecona. Transparenty i wrzaski. Atmosfera nerwowej egzaltacji. Niemcy zatopili dwa 
pasażerskie   liniowce.   Społeczeństwo   żąda   odwetu.   Niesłychane   bezprawie.   Nikczemność   i 
okrucieństwo.   Wszakże   Brazylia   nie   wypowiedziała   jeszcze   wojny.   Zresztą   statki   przybrzeżnej 
żeglugi  to   nie  wojenne  okręty.  Cóż   temu   winne  kobiety  i  dzieci!   Mnóstwo  zatopionych  ofiar. 
Gazety pełne drastycznych  opisów tego dramatu. Ktoś szepcze złośliwie, że to prowokacja. To 
Ameryka   zatopiła,   aby   przyśpieszyć   decyzję,   ażeby   zmusić   do   wojennej   pomocy.   Brazylia   się 
namyślała, teraz nie będzie już żadnych wahań. Miasto aż kipi. Ludzie się ze sobą kłócą. Ten 
nastrój przeszedł i na pokład statku. Tu także  wre od okrzyków: „Precz z Niemcami!  Precz z 
hitleryzmem!” Zewsząd pada słowo „Alleman, Alleman... Alleman!”
Podekscytowany tym nastrojem biegnę do domu. Słońce już zaszło, nie mam więc czasu. Kolację 
zjem później, teraz muszę się orzeźwić w morzu, muszę zmyć  z siebie całodzienny kurz i pot. 
Pośpiesznie zdejmuję ubranie, byle jak naciągam kąpielówki, już za progiem narzucam kąpielowy 
płaszcz i pędzę wprost na plażę. Nie odchodzę daleko. Już zapalono światła, właśnie stoję w pełni 
neonowego blasku latarni. Nerwowym szarpnięciem zrzucam płaszcz z ramion i już chcę biec do 
morza,   gdy   nagle   tuż   opodal   rozlega   się   przeraźliwy   gwizd   i   jak   spod   ziemi,   z   ramieniem 
wytkniętym we mnie, wyrasta policjant, a w krąg, ze wszech stron chodnikiem i jezdnią pędzą z 
wrzaskiem ludzie, a wszyscy są podnieceni i żywo gestykulując wskazują na mnie.
Co jest?... co się stało?... Czego chcą ode mnie?
Opuszczam wzrok i nagle wszystko się wyjaśnia. Oto moje kąpielowe spodenki leżą u stóp na 
piasku, a ja stoję na nich w pełni tego przeklętego blasku, niby na (przeglądzie nudystycznej mody, 
jak mnie pan Bóg stworzył, goły — golusieńki. Oczywiście, bez dłuższego namysłu, odziewam się 
w te slipki, ale już jest za późno, . już mnie tłum dopadł. Z okrzykiem nienawiści chwycili za ręce. 
Jakiś starszy, siwy jegomość nawołuje do akcji. Chciałem podnieść płaszcz, gdzieżby! — nie dali.
— Pojedziesz z nami tak jak stoisz, bezwstydniku!
— Będziesz tu propagował nudyzm, my ci pokażemy!
— Gorszyć niewinnych? Ty cudzoziemski rozpustniku!
— Zgnilizno moralna, ty parszywa owco!
— Do policji z nim!... Do komendanta!
Chciałem   im   wytłumaczyć,   ale   bezskutecznie.   Tłum   ryczał   coraz   głośniej.   Szarpano   mnie   za 
ramiona, pchano przed siebie, w stronę chodnika, gdzie stała już przywołana taksówka.
— To Niemiec! — wrzasnął ktoś. — On nie umie po portugalsku!
—   Niemiec...   Niemiec!...   —   podchwyciły   liczne   głosy.   Ktoś   otworzył   już   drzwi   samochodu, 
wpychali mnie gwałtem do środka.
Dom Polski był tuż obok, mogłem wołać o pomoc, ale nie chciałem wywoływać kompromitacji. 
Lepiej pozostanę hitlerowcem, skoro dotychczas jeszcze żyję, chyba mnie nie zlinczują. Może w 
samochodzie uda mi się ich jakoś przekonać. Na tylnym siedzeniu dwa draby trzymają mnie wciąż 
za ramiona jak najgorszego bandytę. Przede mną, a obok kierowcy, usadowił się ów fanatyczny 
starzec, do niego więc rozpoczynam ugodową przemowę. Mówiłem w języku francuskim, ale nic 
nie  zrozumiał.   Próbowałem   po angielsku  i  to  bezskutecznie.  Milczał   jak  zaklęty.   Zaciął  się  w 
swoim zawziętym uporze.
Jechaliśmy długo aż do centrum miasta dokoła całej morskiej zatoki.
Perspektywa   maszerowania   na   goło   przez   największe   ulice,   i   to   w   okresie   politycznego 
podniecenia,   wcale   mi   się   nie   uśmiechała,   więc   tracąc   na   honorze,   skomlałem   łamaną 
portugalszczyzną:
— Senhor! Co panu z tego przyjdzie? Odwieź mnie pan do domu. Wszakże to był tylko przypadek. 
Gumka mi nawaliła...
Ale wściekły starzec nawet nie chciał słuchać. Natchnięty świętą inkwizycją wydymał dumnie pierś 
w obronie moralności. Dałem więc spokój dalszym błaganiom, przypatrując się przez okno coraz 
wytworniejszym   przechodniom   luksusowej   dzielnicy   stołecznego   miasta   Rio   de   Janeiro. 
Zatrzymaliśmy się wreszcie przed olbrzymim gmachem głównej komendy policji.

background image

W pełni rzęsistego światła poprzez szeroką a wspaniałą bramę wkroczyłem na marmurowe schody. 
Od Adama z raju różniły mnie jedynie slipki. „Hadko patrzeć!” zawołałby pan Podbipięta, ale ja 
nadrabiając miną kroczyłem poważnie a godnie samym środkiem tych białych schodów, obojętny 
na szpaler nastawionych aparatów już widocznie uprzedzonych reporterów. Przypomniała mi się 
wówczas nieśmiertelna bajka Andersena „Nagi król” i to mi jakoś dodało otuchy. Wyżej unosiłem 
kolana i pewniej stawiałem swoje bose etapy.
Na   którymś   tam   piętrze   wprowadzono   mnie   do   biurowego   pokoju.   Asysta   się   zmieniła.   Na 
szczęście znikł gdzieś obrzydliwy starzec i ramiona miałem już wolne od troskliwych uścisków, 
zamiast  niego w drzwiach  stanął uzbrojony policjant. Próbowałem zagadać,  lecz  bez rezultatu. 
Usiadłem więc w wygodnym klubowym fotelu na wprost wejścia, wypatrując stamtąd zbawienia, 
ale zamiast niego zjawili się dwaj reporterzy i z miną usłużnych fryzjerów jęli mnie obskakiwać z 
boku i z przodu, strzelając raz po raz magnezją. To był niewinny początek. Odtąd co chwila ktoś 
wciskał   się   poprzez   drzwi   i   nastawiał   aparat...   Widocznie   wiadomość   o   zwariowanym   golasie 
rozpowszechniła się lotem błyskawicy. Całe miasto było ciekawe tej nowej politycznej sensacji. 
Niemiec w potrzasku!... Niemiec przyłapany!
Wreszcie po godzinie albo i więcej przyszedł cywilny urzędnik, wypędził reporterów, zatrzasnął 
drzwi i zostawił mnie samego z moją okropną golizną. Myślałem; jak tu zawiadomić żonę. Cały 
Dom Polski wie, że wyszedłem na plażę i nagle stamtąd zginąłem. Wyobrażam sobie ich niepokój. 
Może szukają topielca? Pewnie meldują w policji. Jak temu zapobiec? Jak sprowadzić ubranie? 
Wszakże na goło nie powędruję przez miasto. W końcu nadejdzie chyba jakiś mądry człowiek i 
umie stąd wypuści.
‘W   tej   chwili   otworzyło   się   okno   z   korytarza   i   kilku   reporterów   wycelowało   znowu   swoje 
obiektywy. Miałem już tego dość. Zerwałem się z fotela i pięścią walnąłem w drzwi. Natychmiast 
się otworzyły, a w nich ten sam cywilny urzędnik.
— Kiedy mnie wypuścicie? — spytałem obcesowo.
— Musimy czekać komendanta, jest na mieście.
— Kiedyż więc przyjdzie?
—   Czasami   bardzo   późno,   może   być   i   po   północy.   Spojrzałem   na   zegarek:   godzina   ósma 
trzydzieści, a więc w najgorszym razie cztery godziny czekania. Uzbroiłem się w cierpliwość. Całe 
szczęście, że to nie Europa i nie zimowy czas. Ładnie bym się czuł w objęciu chłodnej skóry 
klubowego   fotela.   Tu   przynajmniej   ciepło.   Może   bym   się   nawet   i   zdrzemnął,   gdyby   nie   stan 
nerwów.   Reporterzy   nie   dają   za   wygraną,   okno   się   wciąż   otwiera   i   aparaty   pstrykają,   ale 
przyzwyczaiłem się do nich. Do wszystkiego można się przyzwyczaić. Godziny płyną powoli, ale 
konsekwentnie...   dziewiąta,   dziesiąta...   dwunasta...   pierwsza   i   wreszcie,   o   nieba!   —   drzwi   się 
otworzyły z trzaskiem, wyprowadzono mnie na korytarz, a z niego na drugi, szerszy i okazalszy, 
abym był lepiej widziany w świetle iskrzących się lamp. Głupstwo. Byle się to kiedyś skończyło. 
Jego królewska mość, bohater z bajki Andersena, wchodzę do wytwornego gabinetu przed areopag 
wygalantowanych mundurów i stoję oto nonszalancki, wdzięczny dobremu losowi, bo mogło być 
jeszcze gorzej, mogło zabraknąć tych... slipków.
— No i co? — zaśmiał się bardzo sympatyczny komendant. — Pękła panu gumka?
— Oczywiście — bąknąłem.
— No nic. Zdarza się. Nie nasza w tym wina. Każę zaraz pana odwieźć na miejsce. Dobrej nocy 
panu.
I na te uprzejme słowa musiałem czekać aż sześć godzin w tej nagiej poniewierce. Nie jadłem 
kolacji. Wszy

scy już spali, kiedy wstydliwie wbiegłem do swego pokoju. Sądziłem, że na tym historia się 

skończy. Gdzież tam! Nazajutrz rano zbudził mnie głos gospodarza:
— Panie doktorze! Wszystkie gazety o panu piszą, proszę tylko spojrzeć! — to mówiąc wcisnął mi szparą 
drzwi paczkę czasopism. Rzeczywiście, na samym wstępie olbrzymim czerwonym drukiem stało napisane:
„Jakieś podejrzane indywiduum ukazało się na plaży w Niteroy. Golutki Niemiec wylądował bez żadnych 
dokumentów. Śledztwo w toku”.
„Hitlerowski agent ujęty na plaży w Niteroy zupełnie bez ubrania”.
„Wacław Korabiewicz — Niemiec goły, bez dokumentów zatrzymany przez policję na plaży Niteroy”.
Informacje powtarzały się bez końca, jedna lepsza od drugiej, a mnie włosy stawały dęba. Co teraz robić? 

background image

Jak się wymigać z tej kabały? Pędzę co tchu do telefonu. Łączę się z ambasadorem.
— Czytał pan gazety? — zapytuję. W odpowiedzi słyszę serdeczny, szczery śmiech:
— A to pana ubrali! Teraz to pan już nie goły.
— Ależ panie ambasadorze! — wołam oburzony. — Jak to odwołać? Co robić?
— Nic nie robić. Siedzieć cicho — pada odpowiedź. — Pan nie zna tutejszej prasy, oni tylko czekają na 
sensację.   Broń   Boże   nie   wałkować   sprawy.   Jutro   wszystko   ucichnie.   Nikt   pana   nie   zna.   Zapomną.   A 
spróbuje pan odwoływać lub protestować, dopieroż zacznie się nagonka. Zresztą, zrobili z pana hitlerowca, 
to i dobrze. Nawet ten pański nudyzm przestał być narodowy. Proszę się nie denerwować. Nikt rozsądny 
tego poważnie nie weźmie.
A jednak stało się inaczej. Widocznie nie wszyscy bywają rozsądni.
Sekretariat Instytutu Rockefellera wyraził zaintere

sowanie, czy to ja właśnie byłem owym golasem na 

plaży, i kiedy rzecz została stwierdzona, z ubolewaniem zakomunikowano, że moje podanie o pracę 
zostało załatwione odmownie. Nie pomogły już późniejsze interwencje ani wyjaśnienia. Dyrektor 
Instytutu bardzo uprzejmie powiedział memu przyjacielowi, że, owszem, wierzy i rozumie, ale... 
było — nie było, ostrożność nie; zawadzi.
Tak   więc   czasami   i   gumka   od   kąpielowych   slipków   zadecydować   może   o   życiowej   karierze 
człowieka, ale nie ma złego, bez dobrego, może i to na dobre wyszło. Dołączyłem do ekspedycji w 
głąb dziewiczej dżungli! Mato Grosso. Będę wypychał ptaki dla muzeów brazylijskich. Będzie nas 
trzech   —   Polaków:   Tadeusz   i   Stanisław,   „Myśliwcem”   zwany.   Oni   będą   polowali,   a   ja   będę 
wypychać te ptaki. Cieszę się na samą myśl o dalekiej wędrówce w głąb interioru. Tydzień ma 
trwać sama podróż do ostatniej fazendy ostatniego kabdklay dalej już tylko puszcza i zwierzęta.

Ptasi pacjenci

Zachody słońca  coraz piękniejsze  i coraz  niesamowitsze.  Wzniecane  przez  naszych  myśliwych 
szerokie pożary Pantanalu pokryły całe niebo subtelną mgłą sadzy« W ciągu dnia przy świetle nie 
widzi   się   jej   wcale,   dopiero   gdy   nastąpi   wieczór   i   słońce   opuści   się   do   poziomu   tych   mgieł, 
wygląda, jakby się chowało za przezroczystą, fioletową kurtynę. Normalnie razi oczy — teraz daje 
się oglądać gołym okiem.
Olbrzymi,   szkarłatny   lampion   chiński,   zawieszony   na   tle   fioletu   —   to   słońce   nad   płonącym 
Pantanalem. Ten widok, jak każde niezależne od woli ludzkiej, a rzadko tylko spotykane zjawisko, 
naprowadza na człowieka niesamowity jakiś dreszcz niepokoju, że coś się dzieje na opak, nie tak, 
jak powinno być normalnie. Takie uczucie miewa się na przykład podczas zaćmienia słońca lub 
patrząc na potężne błyskawice w czasie burzy.
Od   kilku   dni   wstaję   bardzo   wcześnie,   jeszcze   daleko   przed   wschodem   słońca.   Wtedy   jest 
najpiękniej. Dziś na przykład rozśpiewał się poranek wyjątkowo głośno. Arancuangi kompletnie 
powariowały z radości. Obsiadły gremialnie wszystkie okoliczne drzewa. Powcdem ich radości są 
chyba kwitnące piuva. Specjalnie słodkie mszą być te kwiaty, skoro tak się o nie dobija cały świat 
ptasi.   Od   szeregu   dni   zamiłowanie   to   stwierdzam   podczas   krwawej   sekcji.   Gardziele   ptaków 
zamieniły się w worki barwnych confetti. Płatki koloru różowolila dominują, jest to właśnie drzewo 
piuva.
Od połowy lipca Pantanal zaczyna kwitnąć, co kilka dni zmienia kolor. Drzewa wkładają na siebie 
kwiaty zamiast liści. Tak więc dzisiaj mamy tydzień  lila, potem przyjdzie  kolor żółty,  po nim 
ciemnofioletowy i wówczas zwariują z kolei kolibry. Potem będzie biało i tak wkoło.
Siedzę z pochyloną głową nad rozprutym żwaczem ptasim i jest mi niezmiernie smutno. Barwne 
płatki   połkniętych   kwiatów   sypią   się   na   moje   palce   niemym   wyrzutem   popełnionej   zbrodni. 
Nikomu wszakże te ptaki nie uczyniły krzywdy, nikomu nie przeszkadzały, zbierały sobie kwiaty, a 
kwiatów tych aż za dużo, cały Pantanal różowy. Czemuż więc im żałować, za co je zabijać?
Gdy tak dumam sobie smętnie z odłożonym na bok nożem, nagle ponad głową moją rozgadały się 
dwie arary. Nie spotykałem ich dotąd w tej okolicy. Prawdopodobnie przyleciały także do piuvy. 

background image

Dlaczego jednak usiadły właśnie nad moją głową. Papuzia ciekawość. Papuzia ciekawość i tyle.
Arary Pantanalu należą do największych i najrzadszych. Ich granatowe upierzenie z żółtą obwódką 
dokoła oczu nie ma tej tandetnej pstrokacizny, jaka cechuje inne papugi tegoż samego gatunku znad 
Amazonki. Są one, że tak powiem, bardziej rasowe i bardziej „z towarzystwa”.
Skrzek arary nie jest sympatyczny. Drą się one ochryple, zgrzytliwie i głośno, nie wiadomo nigdy, 
dlaczego i po co. Przekrzywiają przy tym swoje potężne dzioby, jak urodzeni krótkowidze.
Przytulone czule do siebie, siedzą oto nade mną i gapią się. Są nieprzyzwoicie natrętne. Samca 
można łatwo poznać, jest bowiem znacznie większy od swojej połowicy.
W tym momencie przychodzi mi raptem myśl do głowy. Wszakże obok nas, zaledwie dwadzieścia 
metrów   stąd,   tkwi   „Anjanga”,   a   w   niej   Myśliwiec.   Po   cóż   więc   te   głupie   ptaki   tak   się   drą 
niemiłosiernie? Nie rozumieją, że śmierć leży tuż obok nich i tylko czyha na szaloną okazję. Jakże 
je uspokoić teraz — jakże im wytłumaczyć naiwną dziecinadę? Wszakże człowieka należy unikać. 
Wie o tym każde stworzenie dżungli, wie o tym nawet... Kipling, a te durne przyleciały właśnie 
tutaj nad samą naszą głowę i krzyczą. Szybko wstaję, aby je w porę jeszcze odstraszyć. I już, już 
mam dyskretnie klasnąć, gdy płótno „Anjangi” nagle się odsłania i wychodzi stamtąd rozczochrany 
jak zwykle, w swoich nigdy nie zdejmowanych i nie dopiętych portkach Stanisław Myśliwiec.
Za późno. Karabin trzyma  w ręku. Tak wygląda brutalna rzeczywistość. Boso, w rozchełstanej 
koszuli   na   włochatej   piersi,   podkrada   się   uzbrojona   po   zęby   ludzka   pokraka   do   pięknych, 
granatowych ptaków, a one, jeszcze bardziej ciekawe, jeszcze bardziej zdumione, przekrzywiają 
niespokojnie swoje wielkie łby na boki i patrzą. Patrzą i myślą pewno: „Swoją drogą śmieszne 
bydlę z tego człowieka, ni to pająk duży, ni to ibis długonogi, ni to krokodyl na sztorc”.
Nie odlatują biedne ptaki. Wychodzą prawdopodobnie ze słusznego założenia, że skoro krzywdy 
nikomu nie czynią, w drogę nikomu nie wchodzą, owoców nie kradną (bo ich tutaj nie ma), więc 
czemuż by się miały bać?
Pająkowaty potwór ludzki ma jednak swoiste upodobania i swoiste prawa uczciwości. Strzał padł i 
mniejsza   z   papug   zachwiała   się   niezdarnie.   Zatrzepotała   błękitem   piór   i   ciężko   lecąc   poprzez 
gałęzie,   spadła   do   naszych   stóp.   Pozostały,   zdrowy   jeszcze   towarzysz   odpowiedział   jej 
mocniejszym krzykiem zdumienia; przekrzywiwszy dziób patrzy na dół zdziwiony, co się takiego 
mogło jej nagle przydarzyć. Nie myśli wcale uciekać. Któż by zostawił ukochaną bez pomocy! Nie 
wie, co ma myśleć o tak śmiesznym zjawisku. Spadła z gałęzi nagle i bez powodu, a teraz leży na 
trawie. Pochylił się więc i pyta. Kracze dziwnie chrypliwie i smutno, a z dołu odpowiada mu ranna 
towarzyszka. Rozmowa nie trwa długo. Myśliwiec podnosi karabin. Gruchnął drugi strzał i skrzydła 
wielkiego ptaka obwisły w bezwładzie (że też Stanisław ma talent do ich łamania!). Następuje 
krótkotrwała   walka   o   utrzymanie   równowagi.   Zdrowe   skrzydło   tłucze   się   niezdarnie   o   gałąź. 
Myśliwiec spuszcza broń i patrzy z jakąś sadystyczną satysfakcją w górę. Zauważyliśmy już dawno 
z Tadeuszem, że w polowaniu Myśliwca największą przyjemność stanowi sam mord, bez sensu, bez 
celu, bez żadnego prawa.
Myśliwiec nie spieszy się. Z doświadczenia wie doskonale, że w żadnym wypadku jedna papuga 
nie ucieknie od drugiej. Więc tragiczne krakanie trwa. Samiec wciąż jeszcze nie ustępuje. Spadł o 
parę gałęzi niżej i tu zawisł szponami w górę, a głową na dół. Krew ścieka mu ze skrzydła dużymi 
kroplami. Na nic wysiłek. Jeszcze parę rozpaczliwych szarpnięć i biedny ptak wali się ciężko na 
trawę. Rzucamy się naprzód. Dotychczas żałosna nuta krakania przechodzi nagle w ton bojowy. 
Obie papugi leżą na plecach gotowe do obrony.  Rozwarły swoje olbrzymie  dzioby,  nadstawiły 
pazury   i   czekają   ataku.   Naiwne   po   raz   drugi.   Sądzą,   że   człowiek   zacznie   z   nimi   uczciwy   i 
prostolinijny bój. Dzięki potężnym mięśniom szczęki, zdolnym zmiażdżyć palec aż do kości, są one 
pewne zwycięstwa. Tymczasem chytry i tchórzliwy człowiek ani myśli ryzykować. Na wszystko 
zna on podstępne ,sposoby. Podnosi z ziemi suchy patyk i zbliża go do 

rannego ptaka, a ten, głupi, 

chwyta go zajadle pazurami obu nóg i dziobem, wgryza się weń aż do miąższu. Tego tylko właśnie potrzeba, 
aby jednym  nagłym  ruchem chwycić  ptaka za szyję  i uchronić się w ten sposób przed niebezpiecznym 
zgryzem. Nóg można się już nie bać. Naiwny ptak nie wypuści dobrowolnie kija.
W ten sposób, szponami wsparta na patyku, chwycona za kark może być arara transportowana bezpiecznie. 
Myśliwiec   niesie   jedną,   a   ja   w   tenże   sposób   drugą.   Obie   podczas   drogi   nie   przestają   się   wzajemnie 
nawoływać jakimś dziwnie rozumnym  krakaniem. Sądzę, że w niedługim czasie mógłbym  ten ich język 

background image

zrozumieć.
Tadeusz ma pono wielką praktykę w hodowaniu dzikich zwierząt. Poza tym ma on kobieco tkliwe serce. 
Myśliwiec (natomiast kocha przyrodę jako ulegalizowane źródło emocjonującego mordu. Doniósł więc teraz 
swoją   ararę   do   stołu   operacyjnego,   aby   rzucić   ją   na   ziemię   z   obojętnością   i   okrucieństwem   tak 
charakterystycznym  dla jego duszy.  Arara ma  być  wypchaną, takie jest jej przeznaczenie, a kiedy i jak 
umrze, to go zupełnie nie obchodzi.
Porozumiewamy się z Tadeuszem i wiemy już, co trzeba czynić. A więc przede wszystkim lekarskie oglę-
dziny. Kładziemy z początku samca na stół. Trzymając ostrożnie dziób i pazury, rozgarniam mu pióra na 
karku i skrzydłach. Jedno skrzydło jest połamane w kilku miejscach. Niestety, nawet przy najszczerszych 
staraniach nic się Już nie da z nim zrobić. Stan beznadziejnie ciężki. Ze smutkiem odstawiamy pacjenta na 
stronę. Z kolei idzie na stół jego małżonka.
Dziwna rzecz. Ptaki jakby rozumieją naszą dobrą intencję. Pierwszy jeszcze niby się troszkę broni, ale bez 
żadnej   zaciętości.   Drugi   natomiast   poddaje   się   torturom   z   całą   świadomością   koniecznej   ich   potrzeby. 
Wlepia we mnie jakby pytający wzrok, czy aby da się jeszcze

 coś uratować. Za każdym boleśniejszym 

ruchem moich palców pojękuje z cicha, jak ciężko ranny żołnierz. W ten sposób zeszywam na 
żywca pięć dużych ran. Kula bowiem przebiegła wzdłuż kości ramieniowej, tworząc wloty i wyloty 
na zgięciach skrzydeł, gruchocząc po drodze wszystkie stawy.
Wreszcie z dumą odkładam skalpel. Dokonałem zabiegu legę artis. Życie ptaka zależy jedynie od 
ilości utraconej przedtem krwi. Jestem przekonany niestety, że nigdy on w niebo nie poleci.
Pod osłoną worka leży teraz na stole spokojny, jakby oczekując na dalszy swój los. Przymrużone z 
lekka   powieki   drżą   męką   cierpienia.   Przy   bandażowaniu   obracamy   go   z   Tadeuszem   bez 
najmniejszych   już   obaw.   Nie   próbuje   nawet   mścić   się   za   doznany   przed   chwilą   ból. 
Przytwierdzamy oba skrzydła do tułowia mocnym bandażem. W ten sposób arara przybiera postać 
zbiedzonej babuliny wiejskiej, owiniętej na krzyż chustką.
Obie papugi razem wiążemy na długich sznurach, umieszczając obok siebie. Obserwujemy je z 
daleka.   Pierwszą   ich   myślą   jest   wyswobodzić   się   z   tych   krępujących   więzów.   Kładą   się   więc 
ostrożnie na wznak i leżąc w tak nienaturalnej pozycji, cierpliwie a flegmatycznie gryzą dziobami 
supełki na nogach. Z tej żmudnej pilności wyziera tyle samozaparcia się, tyle uporu i wiary, jak 
gdyby była to już nie pierwsza ich niewola i nie pierwszy tego rodzaju fortel. Zmieniam wkrótce 
sznury na drut. Nie spodobało się to wyraźnie papugom. Po paru nieudanych próbach ponownego 
gryzienia   rezygnują.   Opodal   stoi   rozłożyste   drzewo.   W   gęstwinie   jego   liści   postanowiły   teraz 
szukać schronienia. Pomagając sobie dziobami, ciężko i nieudolnie jęły się drapać na pochyłą gałąź. 
Praca idzie mozolnie. Co chwila spadają, pojękując cicho z bólu. Po godzinie jednak zastajemy je 
obie na wysokiej gałęzi. Na wpół drzemiąc, siedzą oparte o siebie, zrezygnowane i ciche.
Za każdą naszą próbą zbliżenia się do nich powstaje chóralny skrzek niepokoju. To nas ogromnie 
martwi i peszy. Krążymy dookoła jak urzeczeni, jakby dręczeni wyrzutami sumienia. Łamiemy 
wciąż głowę, jak by biedakom przyjść tu z pomocą. Biorę na próbę blaszankę od skondensowanego 
mleka, napełniam ją wodą i ostrożnie podsuwam pod dziób najbliższego ptaka. Jestem ostrożny i 
przygciowany na szybki ruch ogromnego dzioba, który zmiażdży mi w jednej chwili nadstawiony 
palec. Ale papuga ani myśli napadać. Powoli przekrzywia łeb, krytycznie spogląda to na blaszankę, 
to na mnie i z najwyższym spokojem zaczyna sobie pić wodę. Groźny jej dziób mija moje drżące 
jeszcze ze strachu palce tam i z powrotem, ani myśląc czynić mi krzywdy.
Ośmielony   tą   pierwszą   próbą,   napełniam   łyżkę   ryżem   i   podsuwam   ją   pod   dziób   ptaka.   Jak 
przedtem,   tak   i   teraz   nie   namyśla   się   długo.   Badawczym   wzrokiem   zlustrował   podany   mu 
przedmiot,  po czym  ruchem pełnym  rezerwy bierze  kilka  ziarenek,  dusi je i smakuje  czarnym 
językiem. Niestety, ryż nie przypada do gustu. Zwyczajnie i po ludzku... wypluwa. Powtarzam 
próbę z fasolą. Wynik ten sam. Wówczas posuwam się już do granic najwyższego ryzyka, biorę 
jedno ziarno fasoli i podaję je papudze palcami pod oczy. Przestraszony Tadeusz szepcze mi do 
ucha, że zostanę bez ręki, że nie ma szpitala, a on się na ranach nic a nic nie zna.
Tadeusz stał dalej od ptaka i dlatego nie mógł zrozumieć jego smutnych spojrzeń. Nie mógł z nich 
wyczytać tej ufności, którą wyczytałem ja. Widocznie jakiś szósty zmysł działał pomiędzy nami 
bez słów i bez dotyku. Biedne ptaszysko ostrożnym, jakby uczonym, subtelnym ruchem wyjęło 
ziarno fasoli z moich palców i przegryzłszy je na pół, wypluło z niesmakiem.

background image

— Jak idiotycznie przedstawia się człowiek wobec takiego biedactwa — roztkliwiał się tymczasem 
Tadeusz — z czegóż możemy być dumni, my ludzie?
— Lepiej niech mi pan poradzi, co mamy dalej robić. Skąd wziąć jedzenie? Wyczerpaliśmy już 
wszystkie możliwości naszej bogatej spiżarni. Poddałem jeszcze ostatecznej próbie cukier, ale i ten 
zakwalifikowały papugi jako świństwo.
— Po cóżeś, głupia, przyleciała aż tutaj? — pytam ararę na głos, a Tadeusz obok, milcząc, żuje 
papierosa i przestępuje z nogi na nogę, co zwykł czynić w najwyższym zdenerwowaniu. Bezsilność 
w   stosunku   do  czyjegoś   cierpienia   nie   zna   żadnej   logiki.   Jest   to  uczucie   gnębiące   w   równym 
zupełnie   stopniu   na   widok   rannego   psa   jak   tysiąca   umierających   ludzi.   Litość   jest   uczuciem 
czystym a bezkrytycznym i dlatego smutek nasz nie był wówczas ani śmieszny, ani czułostkowy, 
bo nie czynił w tej chwili żadnych porównań. Zapomnieliśmy o wojnie, o milionach mordowanych 
i milionach męczonych. Przed nami było także cierpienie i ono nas obwiniało. Tej winy nie byliśmy 
w stanie naprawić i to było najważniejsze.
Poszliśmy spać na głodno. Papugi i my.

Gdzieś   koło   północy   zbudziła   mnie   nagła   myśl:   „czekolada”.   Resztki   jej   leżą   gdzieś   na   dnie 
pudełka. Nowa nadzieja podrywa mnie ż hamaka. Mieszam proszek z Wodą i cukrem, a Tadeusz 
milcząc pomaga. Ostatnia nadzieja podnieca nas obu w tej pracy. Raz po raz rzucamy z czułością 
wzrok na drzemiącą obok papugę. Jakby nas wyczuła. Otwiera oczy i przekrzywia łeb. Mój Boże, 
dałbym wszystko w tej chwili za uratowanie jej życia. Już nie skrzeczy nawet, gdy się do niej 
zbliżamy. Nie odsuwa się na drugi koniec gałęzi jak przedtem.
Przeciwnie.   Jakby   czekała   na   nowy   nasz   poczęstunek.   Już   bez   namysłu   zanurza   dziób   w 
czekoladowym  płynie, ale tylko  raz. Więcej nie próbuje. Zrezygnowani i przybici wracamy do 
swoich hamaków.
— Panie Tadeuszu, chodźmy spróbować eksperymentu z drugą papugą, może będzie mądrzejsza. 
Może się okaże mniej wybredna.
Idziemy świecąc przed sobą snopem światła elektrycznej latarki. Z daleka już widnieje suchy badyl, 
a   na   nim   przepiękny   olbrzym,   niebieski   samiec.   Ptak   nie   jest   zabandażowany   i   robi   wrażenie 
zupełnie   normalne.   Jeszcze   z   pięćdziesiąt   metrów   dzieli   nas   od   niego.   Za   chwilę   zacznie   w 
niepokoju, przeraźliwie kracząc, kiwać się na boki. Zacznie przemierzać łapami długość gałęzi. 
Podchodzimy z Tadeuszem powoli, coraz powolniej, aby go nie straszyć. Nieruchomo zastygła 
postawa papugi czyni na nas coraz bardziej przygnębiające wrażenie. Nie mówimy do siebie, ale 
każdy o jednym i tym samym myśli. Zachowanie się papug podczas operacji i potem w czasie 
karmienia,   ich   prawdziwie   ludzka   mądrość   i   wdzięczna   łagodność   zdołały   w   nas   wzbudzić 
przywiązanie. Przyspieszamy kroku. Już biegniemy. Papuga w dalszym ciągu nie zmienia swojego 
położenia. Jej ogromny łeb z lekko przekrzywionym  dziobem trzyma  górną gałąź, a palce nóg 
kurczowo się opierają na dolnej. Szkliste, martwe już oczy lśnią w odbiciu latarki. Stoimy jak 
wryci. Zaskoczeni jesteśmy tym zupełnie dla nas niespodziewanym, a tak dziwnym zakończeniem 
męki. Wzniesiony do poziomu naszych twarzy ptak patrzy oto z bliska z niemą skargą.
Ostrożnie   i   niemal   z   czułością   dotykam   olbrzymiego   dzioba.   Ruchem   wahadłowego   bezwładu 
zakiwała się błękitna głowa. Pod badylem na trawie rdzawi się szeroko plama zakrzepłej krwi. 
Biedny ptak musiał tak gasnąć powoli, zaciskając dziób na gałęzi, aby z niej broń Boże nie upaść. 
Siłą gasnącej woli bronił się przed hańbą upadku z wolności ptasiej na niewolną ziemię.
Każda   śmierć   ma   swój   specyficzny   wyraz.   Ta   była   uosobieniem   ciszy   i   tragicznego,   a   raczej 
smętnego spokoju i rezygnacji. Ten smutek właśnie udzielił się nieuchwytnym fluidem nam obu. 
Tadeusz   dawno   już   zgasił   latarkę,   ale   oswojony   z   ciemnością   wzrok   doskonale   odróżnia   cień 
wiszącego przed nami ptaka.
W tej chwili doleciał nas szelest kulejących kroków i miarowy brzęk łańcucha. Zdumieni obracamy 
głowy. „Wlokąc za sobą kawałek łańcucha, obandażowana na krzyż poplamioną chustką, dużym i 
niezdarnie rozkiwanym krokiem idzie ku nam powoli nasza druga zraniona arara. Czyżby przeczuła 
zgon   towarzysza?   Nie   chciałem   czekać   na   to,   co   miało   teraz   nastąpić.   Sam   nie   wiem   czemu, 
zdawało mi się, że ta papuzia niema boleść tysiąckrotnie może być głębsza od wszystkich ludzkich 

background image

łkań i teatralnych krzyków, i że to bezgłośne i tragiczne spotkanie nierozłącznej dotąd zawsze pary 
puszczańskich przyjaciół starga mi do reszty nadszarpnięte nerwy i ja — człowiek dorosły, zbłaźnię 
się w dobie klęsk i prawdziwych nieszczęść głupim sentymentalizmem.
Zawracamy obaj, szybkim krokiem wracając do swoich hamaków.
Cały dzień następny schodzi nam na wytężonej pracy. Nie ma czasu. Wypychanie pochłania uwagę 
i pamięć. Ogromny tuiuiu przypadł  mi  dzisiaj  w udziale.  Przy najlepszych  nawet chęciach nie 
skończę go do późnego wieczora. Powiesiłem ptaka za dziób na gałęzi i w ten sposób wywlekam go 
ze skóry. Mierzy dwa metry, czyli jest wyższy ode mnie. Największą trudność przy wypychaniu 
sprawiają śnieżystobiałe pióra. Ani się spostrzeżesz, jak krople krwi popsują ci całą robotę. Za 
każdym cięciem muszę okrywać pióra workiem i wyczyniąc istne akrobacje. Dopiero gdzieś koło 
północy przypomniałem sobie o mojej biednej papudze. Trzeba ją napoić. Jakże mogłem dotąd nie 
pomyśleć o tym! Z blaszanką w ręku kieruję się ku badylowi. W tymże momencie przychodzi mi 
do głowy myśl, że dawno już mojej papugi nie ma, wszakże zapomniałem ją przywiązać. Trudno 
przecież wymagać od dzikiego ptaka, żeby siedział całą dobę w oznaczonym ściśle miejscu. A 
zresztą   może   to   i   dobrze,   że   zapomniałem   przywiązać.   Znajdzie   sobie   jakiś   owoc   i   prędzej 
wykuruje sobie skrzydła. Nałożone szwy nie dopuszczają już do krwotoku. Tak medytując zbliżam 
się do badyla. Przytulone do siebie głowami i nieruchome, siedzą obie papugi. Czyżby i ta druga 
już nie żyła? Wstrzymałem oddech. Podchodzę. Dwa ogromne, nierozłącznie miłujące się ptaki z 
obwisłymi bezsilnie skrzydłami patrzą oto w szkarłatną łunę zachodzącego słońca.
Chór arankuang zagrzmiał nagle harmonijnym wołaniem i pognał jak zwykle w dal. Krokodyle 
warknęły od niechcenia i na ten wrogi głos jedna z papug sennym, poważnym ruchem obróciła 
głowę i nadsłuchuje. Więc jednak żyje! Radość porwała mnie z miejsca. Podbiegłem do niej z 
czułym słowem, jak do bliskiej już sobie istoty, podsuwam miskę z wodą pod same oczy. Łapczy-
wie siorbie wodę bez namysłu i przymykając rozkosznie powieki, zadziera raz po raz w górę swoje 
straszliwie niezdarne dziobisko. Dobry mój, rozumny ptak! Może mu będzie jednak lepiej. Może w 
końcu wynajdziemy coś do jedzenia.
— Zabiorę cię na inny jakiś krzak. Nazbyt smutno tutaj tobie, prześpisz się, zapomnisz. Chodźmy.
Pieczołowicie   zdejmuję   papugę   z   gałęzi.   Nie   stawia   mi   najmniejszego   oporu   i   nie   protestuje 
głosem. Niosę ją przytuloną do boku jak niemowlę w pieluszkach.
Wybieram dla niej wygodne drzewo niedaleko obozu i sadzam ją tam na poziomej gałęzi, dobrej do 
chwytu. Daję spokój wszelkim sznurkom. Zechce uciekać — Wola boska. Niech robi tak, jak jej 
lepiej, jak wygodniej.
W parę godzin później siedzimy sobie wszyscy trzej przy kolacyjnym stole. Mato Grosso dawno 
już śpi. Rzeka zastygła w srebrze księżyca i prześwieca ku nam postaciami duchów uformowanych 
czupryną liści. Chór żab i cykad wyciąga jeszcze ostatnie akordy nocnej symfonii. Przyczajona 
cisza zwierzęcych łowów za chwilę ma się rozpocząć.
Jaó — nocny potępieniec, nieustanna zapowiedź czarodziejskiego radia wygwizduje co kilka minut 
swój trójdźwiękowy sygnał. On nigdy nie zamilknie. To jego los, jego przeznaczenie gonić tak 
nocami poprzez dżunglę i szukać, beznadziejnie wołać, skamleć gwizdem monotonnym o litość.
Poza tym nic już nie słychać. Chyba jeszcze ciężki plusk krokodyla, wciągającego swój obżarty 
brzuch do wody, albo jakiś nadprogramowy a krótkotrwały wrzask duszonej ofiary, ale to rzadko, 
bardzo rzadko Się zdarza.
Pijemy herbatę znużeni gorącem dnia i komarami. Marzymy o hamaku. Czasami od niechcenia ktoś 
rzuci   słówko.   Tadeusz-gaduła   właśnie   zakończył   którąś   z   opowieści   myśliwskich   czy   też 
lotniczych.  Nie słyszałem  jej  wcale.  Myśl  moja,  ciężka  i osowiała,  nie chce  się jakoś  czepiać 
banalnych historii. Postrzelone tak niezręcznie ptaki wracają mi wciąż przed oczy nużącym’ wy-
rzutem.
Raptem ciszę naszego zadumania  przerywa  jakiś donośny i tragiczny jęk. Jęk tak przeraźliwie 
smutny i chrypliwy,  tak wymowny,  że dreszcz przerażenia wstrząsnął naszą trójką. Mimo woli 
kierujemy   wzrok   ku   Myśliwcowi.   On   chyba   wie.   On   nam   zaraz   wyjaśnił.   Może   to   łkanie 
pojedynczego szakala? A może lobo, wilk brazylijski wpadł krokodylowi w paszczę?
To nie ptak. To żaden ze znajomych krzyków.

background image

Zamarliśmy nadstawiając uszu. Coś musi się stać. Coś, co wreszcie rozwikła całą tajemnicę.
I oto dziki jęk powtarza się nagle jeszcze bliżej, donośniej i ostrzej. Zupełnie, jakby wołał o pomoc, 
o zrozumienie męki. Trwa przez kilka długich sekund, po czym załamuje się w chrypliwy, duszący 
skrzek.
— Nie wiem — powiada Myśliwiec z namysłem. I chce dalej o czymś głupim gadać, ale Tadeusz 
innego jest widocznie zdania. Bo oto zrywa się raptem od stołu i zdecydowanym a szybkim ruchem 
biegnie w stronę słyszanego przed chwilą głosu. Idę w ślad za nim. I oto w drodze uświadamiam 
sobie   nagle,   nabieram   pewności,   że   ten   krzyk,   to   nocne,   tragiczne   wołanie   przeznaczone   było 
właśnie dla nas i pochodzi od mojej biednej arary. Boję się sprawdzić, czy rodzące się w duszy 
przypuszczenia są prawdziwe. Stajemy pod wysoką gałęzią, rzucając na nią snop światła. Oto leży 
nad nami  arara  z głową opuszczoną,  ze smutnym  gestem rezygnacji  i wzrokiem zasnutym  już 
śmiertelną mgłą. Patrzy nam w oczy.
Wołała, więc przyszliśmy. Stoimy bezradni wobec śmierci. Uniosła dziób o parę centymetrów w 
górę,   jak   gdyby   pragnąc   przekazać   nam   swoją   wdzięczność   za   wszystko,   swój   ptasi, 
nieskomplikowany testament, i zbrakło jej siły.  Głowa opadła w omdleniu jeszcze niżej, dziób 
chwycił gałąź dla zachowania równowagi.
Dziwny jest ten instynkt zachowywania wysokości u ptaków. Widocznie upadek na ziemię hańbi je 
nawet po śmierci. Jak gdyby zmęczeni ciężkim wysiłkiem fizycznej pracy, opuściwszy ramiona, 
wracamy milcząc do obozu.
Papugi zostały na swym posterunku. Jutro rano zdejmie się z nich skórę.
Niestety, gdy przyszło do roboty, wszystko okazało się na nic. Skrzydła połamane nie dały się 
zreperować. Kłakami wyrwane pióra.
Tak więc nie było najmniejszego sensu w zabiciu papug. Z jednej Tadeusz spreparował sobie na 
pamiątkę   czaszkę,   a   z   drugiej   pozostawiłem   sobie   parę   długich,   niebieskich   piór   z   ogona.   To 
wszystko. Czyż warto było strzelać?
Biedne moje arary!
Jeszcze parę tygodni, a opuściliśmy Pantanal, gdzie papugi są jak kwiaty, a kwiaty jak papugi.
Kilka dni indiańską pirogą, parę dni rzecznym statkiem, kilka dni pociągiem i oto znowu drapacze 
chmur, znowu Rio de Janeiro.
— Gratuluję panu, panie doktorze! — przywitał mnie od progu nasz ambasador. — Już od tygodnia 
czeka na pana telegram. — To mówiąc wręczył mi papierek:
„Zapytać doktora Korabiewicza, czy się zgadza na natychmiastowy wyjazd do Afryki celem opieki 
nad naszym uchodźstwem z Rosji. Stańczyk — Minister.”
Któż by się nie zgodził.
Płyniemy.

Do Afryki

Brazylia przystąpiła do wojny, ale tutaj jeszcze tego nie czuć. Zbyt daleko leżą fronty. Któż by się 
też   troszczył   o   bezpieczeństwo   handlowych   transportów.   Wszakże   nie   ma   na   statkach 
amunicyjnych  ładunków  ani   nawet  żadnego  wojska.  Ot,  płyną   sobie   cichutko,  a  spokojnie  jak 
przedtem, tak i dziś ze swoją bawełną lub kawą z Santos — do Capetown i z powrotem, a częściej 
do Stanów Zjednoczonych, ale to żegluga przybrzeżna, kto by tam przy brzegach torpedował. Więc 
i teraz płyniemy do Capetown zdani na łaskę losu bez żadnego konwojenta. Zechcą nas dziobnąć 
torpedą, no to... dziobną. Wola boska — kismet!
Bardzo sympatyczny radiooficer biega wciąż pomiędzy swoim aparatem radiowym a kapitańską 
kabiną. Dziś po raz pierwszy zjawił się podczas kolacji. Był wyraźnie zdenerwowany i z trudem 
opanowując głos zaraportował:
— Amerykański statek „Mexico” idąc z Trynidadu został storpedowany i tonie 80 mil przed nami 

background image

na kursie. Podał S.O.S., ale już nie powtarza.
— Może zdążymy? — rzuciłem w przestrzeń.
— Pan chyba żartuje! — oburzył się kapitan. — Już go dawno nie ma. Fale duże. Wątpię, czy dali 
radę tak szybko opuścić szalupy. I kto te szalupy po nocy odnajdzie? Zresztą pójdę i sprawdzę kurs. 
To mówiąc kapitan wstał i szybko wybiegł na mostek.
— A łódź podwodna chyba ma jeszcze torpedy — zauważyła niby od niechcenia Pimpa.
— Ano, chyba ma, ale ty nie zapeszaj! — mruknąłem. Kapitan wrócił wyjątkowo ponury.
— Niezupełnie na kursie, musielibyśmy zbaczać. Niebezpiecznie i beznadziejnie. Jeśli szalupy są, 
to wiatr i fale kto wie, dokąd je zapędzą. Zbyt daleko od nas. Prey tej pogodzie moglibyśmy tam 
być za trzy godziny albo i później. Łódź podwodna tylko czeka na taką okazję.
— Ale ludzie toną — zauważyła nieśmiało Pimpa.
— Tutaj także są ludzie i ja za nich odpowiadam. Gdybym  miał dalsze wezwania, oczywiście 
płynąłbym tam bez namysłu, ale tak, bez potrzeby nie mogę ryzykować. W dodatku sztorm idzie, i 
to niemały.
Siedliśmy milcząc do kart jak zwykle, jak co dzień. Tuż pod moją ręką leży mała Jonka. Nie 
spuszczamy   jej   z   oka.   Gramy   w   sto,   jest   to   jedyna   gra   przeze   mnie   uprawiana.   Nie   lubię 
przekładania kolorowych papierków. Tym razem szczególnie denerwująco wyglądają one na stole, 
podczas   gdy  myśl   błądzi   gdzieś   po   odległych   falach   szukając   tonących.   Raz   przeżyłem   to   na 
własnej skórze i nie chcę tego powtarzać.
Statek   coraz   potężniej   się   huśta.   Kapitan   przerwał   grę,   przeprosił   zostawiając   nas   samych. 
Widocznie mrok zapadł, bo steward zaśrubowuje już bulaje na „black-out”. Od czasu torpedowania 
„Piłsudskiego” choruję na klaustrofobię. Boję się zamknięcia w metalowym pudełku statku. Wizje 
przeżytych niegdyś zdarzeń mimo woli wracają przed oczy i szarpią nerwy.
— Dziś 29 listopada! — rzuciła nagle żona. To niewinne, cicho wypowiedziane zdanie uderzyło we 
mnie obuchem. Patrzyłem na nią jak odurzony. Jakiż dziwny zbieg okoliczności. Przed trzema laty 
właśnie był ten sam dzień miesiąca i wtedy się to zdarzyło...
— 29 listopada... — powtórzyła żona w zamyśleniu i jakby w odpowiedzi na te słowa gwałtownie 
zabrzęczały puste szklanki uderzone o karafkę w drewnianym, mahoniowym statywie. To statek 
gwałtownie się przechylił. Poprzez szparę nie domkniętych drzwi wcisnął się kapitan.
— No! — zawołał od progu sztucznym jakimś głosem — barometr leci na łeb i szyję. Spodziewam 
się   nie   lada   sztormu.   Proszę   zejść   do   kabiny   i   przymocować   rzeczy.   Córkę   także   radzę 
zabezpieczyć...
—   Zabezpieczyć!   —   powtórzyła   moja   żona,   bezradnie   spoglądając   na   bębna,   beztrosko 
wierzgającego nóżkami.
— A więc chodźmy!  — rzekłem chwytając za przeciwległe rogi koca. — Musimy swój skarb 
zabezpieczyć.
W   tymże   momencie,   zbity   gwałtownym   przechyłem   podłogi,   straciłem   równowagę   i   razem   z 
zadartym   kocem   i   żoną   uwieszoną   u   jego   drugiego   końca   poleciałem   wprost   na   kredens. 
Szczęściem nie puściliśmy koca z rąk i dziecko w hamakowym zawieszeniu znalazło się na mojej 
piersi. Oparci o kredens leżymy tak na plecach oczekując powrotu do równowagi, ale statek nie 
chce   do   niej   wracać.   Dzieje   się   coś   niesamowitego.   Podłoga,   na   której   stoimy,   trwa   wciąż   w 
pochyleniu 45 stopni. Chwytając się krawędzi stołu, kapitan wyskakuje na pokład.
— Co to może być? Co się stało? — rzucam pytania. — Skąd ten przechył? Torpedy nie było, więc 
chyba nie toniemy?
Na odpowiedź nie czekamy długo. Kapitan wrócił i już od progu klnie na czym świat stoi. Po raz 
pierwszy widzę go w takim stanie nerwów. Zawsze opanowany, z wygasłą fajką przylepioną do 
dolnej wargi, typowy wilk morski z jakiejś powieści podróżniczej, trzęsie się teraz z oburzenia i z 
fajką w dłoni klnie na cały głos:
— Świnie! Mordercy!  Ja im pokażę! Mówiłem. Dobrze im. Będą teraz płacić. Nie moja wina. 
Ostrzegałem. Jakże to mogło być: ciężkie beczki z winem kłaść na górny pokład. Statek i tak 
przepełniony   ponad   normę.   Kryminał!   A   tu   jeszcze   w   ostatniej   chwili   te   beczki.   Każdy   osioł 
zrozumie, że pierwsza większa fala beczki przerzuci. Dobrze, że się tylko tak skończyło. Mało nam 

background image

brakowało. Puściłem je w morze. Wszystkie beczki w morze, a cóż miałem robić? Może czekać 
wywrotki?   O!   Widzą   państwo,   statek   się   wyprostował,   jeszcze   kilka   beczek   i   zupełnie   się 
wyprostuje. Dobrze im tak. Powiadam państwu, każdy armator to rekin. Życie ludzkie nic dla nich 
nie  znaczy,  byle  dolarki  płynęły.  Nic  się nie znają, im nie  wytłumaczysz!  Tfu! — splunął  na 
zakończenie siarczyście. A statek naprawdę wrócił już do normalnego położenia, chociaż rzucało 
nim okropnie na strony, widocznie sztorm rozpętał się na całego.
— Bez tych beczek damy sobie radę — mruknął kapitan, spoglądając na nasz niepokój. Poszliśmy 
więc spać, ale gdzież tam! Kto by usnął. Rolowałem po pościeli, raz po raz obtłukując boki o 
ścianę. Czasem nogi szły w górę na dowód, że dziób statku stanął dęba przed „dziewiątą falą”. 
Znam ten taniec morski, jakże go dobrze pamiętam z czasów „Daru Pomorza”. Nawet lubiłem go 
wówczas, kiedy nie było pod ręką dziecka ani żony i żadna łódź podwodna nie groziła.
— Pimpa!
— Co?
— A może by jednak przywiązać Jonkę za nogę tak jak wtedy, gdy płynęliśmy z Londynu?
— Sprawa beznadziejna — odpowiada żona ze stoickim spokojem. — Tutaj nie ma szans. Jeżeli 
trafią, pójdziemy na dno. Przecież to nie statek, a kalosz. Trzy dni do śmierci. Chyba to jego ostatni 
rejs.
Świetnie przeczuła.
Po   roku,  kiedyśmy   się   już   na   dobre  rozsiedli   w   Lusace   (Rodezja   Północna,   obecnie   Malawi), 
przeczytałem któregoś dnia w gazecie, że właśnie ten nasz „kalosz” zatonął niedaleko Capetown, 
wyrzuciło go morze na skały. Swoją drogą mam szczęście, udowodniłem to już kilkakrotnie w 
życiu.

Spotkanie z nosorożcem

Makindu? Co to za tajemnicza, egzotyczna nazwa! Co ona właściwie znaczy? Czy jest to imię, czy 
miasto? Gdzie ono leży? Chyba nie zwierzę i nie ptak — Makindu.
W historii polskiego uchodźstwa powinno być wypisane wielkimi zgłoskami, odegrało bowiem rolę 
niepoślednią.   Był   to  obóz   rozdzielczy.  Tysiące   wysiedleńców  naszych   kierowano  tutaj  z   portu 
Mombasy,   dokąd   zawijały   statki   z   Iranu.   Po   kilku   tygodniach   zamieszkiwania   w   tutejszych 
barakach,   a   czasami   po   miesiącach   segregowano   materiał   ludzki,   zanim   transporty   kolejowe 
odeszły w głąb Afryki Wschodniej do miejsca przeznaczenia. Miejscem przeznaczenia zaś były 
wielkie obozy na terenie Ugandy i Tanganiki. Razem było ich sześć.
Makindu leży w Kenii, w połowie drogi pomiędzy Mombasą a Nairobi, otoczone najtypowszym 
dziko splątanym buszem karłowatych drzew i takichże kolczastych krzewów. Oczywiście, dziś nie 
ma   tutaj   nawet   śladu   polskiego   obozu,   dawno  znikły   gliniane,   okrągłe   chatynki   z  palmowymi 
dachami i większe baraki wraz z kapliczką. Wszystko to przeszło już do legendy, niestety, legendy 
zapoznanej.
Wybrałem   się   w   roku   1943   do   Makindu   służbowo,   dzisiaj   powiedziałoby   się   „w   delegacji”. 
Zadaniem moim było zorganizowanie transportu do osiedla Masindi w Ugandzie. Musiałem dobrać 
ludzi,   pogadać   z   nimi,   uzyskać   zgodę,   a   następnie   konwojować   wszystkich   aż   na   miejsce 
przeznaczenia.
Oczywiście, pierwsza rzecz — zetknąłem się z tak zwanym komendantem osiedla Makindu, bardzo 
inteligentnym i energicznym inżynierem K. On scharakteryzował swoich ludzi, podsuwając tego 
lub innego osobnika jako kandydata na mego asystenta w pracach organizacyjnych transportu.
— Tylko Bóg niech pana strzeże przed tymi dwoma wariatami, których mi nadesłano z wojska! — 
zawołał.
— A cóż to za typy? — spytałem zaciekawiony, ponieważ pasjami lubią życiowych „wariatów”.
— Jeden to porucznik wylany z wojska za to, zdaje się, że spoliczkował jakiegoś majora czy też 

background image

pułkownika. Drugi, sierżant, wskoczył pod Tobrukiem na minę i wstrząsnął sobie mózg.
Ano — pomyślałem — referencje wcale nie najgorsze. Muszę poznać tych jegomościów.
Tak też uczyniłem. Drogą okrężną, aby nie drażnić ambicji pana komendanta, zaprosiłem obu do 
swego pokoju. Wysocy, reprezentacyjni chłopcy, elastyczni w ruchach, znać dobrze wysportowani. 
Szczególnie wpadł mi w oko porucznik Witek, z czupryną blond w bogatych lokach i z oczami jak 
polskie bławatki. Taki nie potrzebuje dowodzić polskości.
— Chciałbym was, panowie, poznać bliżej — zacząłem tonem przyjaznym. — Nie chodzi mi o 
dane formalne ani o imię ojca, ani o imię dziadka. Ciekawi mnie tylko wasza historia z punktu 
widzenia   psychologicznego.   Potrzebni   nam   są   ludzie   energiczni   i   przedsiębiorczy.   Musimy 
rozruszać społeczeństwo uchodźcze, wyrwać je ze stagnacji.
— Pan już pewno coś o nas słyszał od tego tam...
tego... hm... komendanta — mruknął porucznik Witek z niedwuznacznym grymasem twarzy.
— Wiem tylko, że was nie bardzo lubi, ale nic szczególnego nie mówił, a ja słuchać nie chciałem. 
Wolę z panami porozmawiać szczerze i otwarcie. Naprawdę mam do was pełne zaufanie. Za co pan 
tego majora spoliczkował? Mogę wiedzieć?
— Szkoda słów, panie doktorze, sk...syn. Takim to się dobrze dzieje. Cały batalion chętnie by mu 
zęby powybijał, ale że nie było odważnych, musiałem dać w mordę ja. Taki już mój los — dodał.
— A pan podobno wskoczył na minę, długo trwała kuracja? — zwróciłem się do drugiego.
— Ach, panie doktorze! — zawołał porucznik Witek. — O tej jego minie i tej kuracji to warto 
posłuchać. Musimy panu dokładniej opowiedzieć i dlatego zapraszamy pana na pombe do naszego 
domku.
— Jakie pombe?
— Ano, miejscowe murzyńskie piwo, dobre to ono nie jest, ale tanie i naturalne, bez żadnych 
chemicznych przypraw. Przyzwyczailiśmy się już do tego napoju.
Za chwilę siedziałem  w ich okrągłym,  z gliny lepionym  domku. Za umeblowanie służyły dwa 
łóżka, stolik i dwa krzesła. Zamiast szafy dwa wieszaki z płóciennym pokryciem.
Trzy butelki z mętnym płynem i trzy białe kubki czekały już przygotowane. Jako zakąska posłużył 
papaj pokrajany na dzwonka.
— Historia Jurka, panie doktorze! — zaczął porucznik Witek — nadaje się na film, to niebywała 
sensacja...
— No to niechże pan mi opowie — zwróciłem się do sierżanta, który wcale nie zdradzał chęci do 
mówienia. W ogóle, w przeciwieństwie do porucznika, był typem skrytym i milczącym, a nawet 
trochę ponurym. Być może ponurość ta właśnie pochodziła z wypadku.
— Głupstwo, panie doktorze — uśmiechnął się — zwyczajna rzecz. Wiadomo, że z eksplozji cało 
się nie wychodzi, więc i mnie połamało.
— Pan sobie wyobraża: wszystkie kości miał pogruchotane. Jak mięczak, powiadam panu, jak 
worek mąki owinęli go całego w gips, bo to i ręce, i nogi, i kręgosłup, i żebra — paplał szybko 
Witek.
— Zawieźli mnie do polowego szpitala — wtrącił Jurek.
— Otóż to, w tym sęk! — wykrzyknął porucznik. — W tym sęk, że ten szpital tejże nocy został 
zbombardowany i spalił się doszczętnie, a mój Jureczek z braku miejsca leżał w przybudówce, a ta 
jedynie ocalała.
— Zaleli mnie wodą — wtrącił znowu Jurek — ale wkrótce wyschłem — dodał, jak gdyby to było 
bardzo ważne. — Pan wie, w Tobruku ogromnie gorąco, tam wszystko od razu wysycha.
— Dali go zaraz na sanitarny statek — kontynuował porucznik Witek. — Na statku także nie było 
miejsca. Załadowali rannymi wszystkie kabiny i korytarze, a i pokład także, jednym przy drugim, 
pokotem.
— Mnie położyli z boku, przy oknie do maszynowni — zaczął Jurek, widocznie ośmielony moim 
milczeniem.  — Nie mogłem  ruszyć  ani głową, ani  palcami.  Byłem  owinięty tym  gipsem niby 
mumia. Statek szedł do Anglii i miał na kominie wymalowany czerwony krzyż. Sam był biało 
malowany, żeby, cholera, Niemcy widzieli, że to szpital...
—  No  i  zobaczyli   — wtrącił  się  znowu porucznik.   — Dokładnie  nawet  zobaczyli,   bo w  sam 

background image

środeczek   bombą   zapalającą   trafili.   Mało   kto   żyw   wyszedł.   Jeszcze   do   szalup   ratowniczych 
sk....syny strzelali.
— No a pan? A co z panem? — spytałem, nie bez zdumienia. — Jakże pan wyszedł z takiej 
opresji?
— W ostatniej chwili ktoś litościwy włożył mnie w środek gumowego pontonu i spuścił na wodę. 
Morze tego dnia było bardzo spokojne. Popłynąłem więc sobie niby w wannie.
— Sam jeden! — wyrwało mi się.
— Ano — stwierdził obojętnie — dziewczynki nie miałem. Kołysało mną, kołysało, ale najgorsze 
to grzywacze od fal, wkrótce zalały mi cały kajak, więc leżałem w wodzie.
— To było lato? — spytałem, jak gdyby łagodząc sytuację.
— Tak, woda była ciepła, ale bardzo słona i gips rozmókł, a sól dostała się do moich ran. Wściekły 
ból. Nie mogłem się podrapać. Nie mogłem się ruszyć. To najokropniejsze. Wolałbym drugi raz 
wskoczyć na minę.
— I tak od tego bólu zasnął — wtrącił Witek. — Ale niech pan nie myśli, że historia na tym się 
kończy,   o   nie!...   Radzę   jednak   przerwać   ją   toastem   za   zdrowie   pana   doktora   —   to   mówiąc, 
porucznik wzniósł kubek do góry.
Nie powiem, żeby mi to murzyńskie pombe smakowało. Nie miało nic wspólnego z europejskim 
piwem. Coś jakby rozmoczone drożdże.
— Dziękuję! — powiedziałem — ale wobec grozy waszych przeżyć aż mi dreszcz przechodzi po 
skórze. Taka ogipsowana mumia ludzka płynąca bezwolnie na falach oceanu...
— Zaraz... zaraz!... — zawołał Witek — niech pan słucha, co było dalej! Otóż z tego straszliwego 
bólu biedny Jurek zasnął i jakoś przespał tak całą noc. Rano zbudziło go silne szturchnięcie w bok.
— Otworzyłem oczy — przerwał mu Jurek — ale nie mogłem zadrzeć głowy i poprzez wałki 
nadmuchanych kiszek pontonu nie mogłem dojrzeć, co tak mnie trąca. Leżą więc sobie dalej i jęczą 
z bólu, a tu raz po raz coś trąca dalej i trąca. Wreszcie przemogłem ból, a że gips był już rozmokły, 
więc udało mi się jakoś wyjrzeć poza granice pływaków. To, co ujrzałem, dech zaparło w piersi. 
Oto przytulona czule do mego pontonu huśtała się beztrosko a niewinnie przybłąkana skądś pływa-
jąca mina.
— Jurek doskonale zna się na minach — wtrącił Witek. — On wiedział, że do wybuchu potrzebne 
jest tylko uderzenie w boczną kapsle. Na szczęście obrócona ona była w tym momencie do góry.
— Wie pan — przemówił spokojnie Jurek. — Te godziny, jakie spędziłem potem z tą miną przy 
boku i wciąż przez nią trącany, zaliczyć chyba muszę do najcięższych przeżyć mojego życia. To 
ciągłe wyczekiwanie wybuchu było okropne. Myślę, że skazany na śmierć w ten właśnie sposób 
nasłuchuje kroków żandarma.
— No i jak to się skończyło, jak się skończyło? — spytałem.
— Wpierw wypijmy to pombe — zaproponował Witek. — Świństwo bo świństwo, ale pić można.
W tej chwili rozległo się dziwne jakieś, przerywane wycie. Nie znałem jeszcze Afryki. Dopiero 
przed paru miesiącami zjawiłem się tutaj i cały ten czas przesiedziałem w Nairobi.
— Hiena — odpowiedział Jurek.
— To pan doktor jeszcze nie słyszał hieny? — zdziwił się Witek.
— Nie miałem po temu wielu okazji.
— Makindu leży w samym sercu zwierzęcego rezerwatu. Trzy kilometry stąd płynie rzeczka. Nad 
jej brzegiem, na rozłożystym drzewie zbudowaliśmy balkon do obserwacji. Musimy doktora tam 
zaprowadzić.   Wszystkie   gatunki   dzikiej   zwierzyny   ściągają   do   wodopoju.   Powiadam   panu, 
wspaniały widok z tego balkonu!
— Dobrze — przerwałem — ale co stało się z panem Jerzym na tym gumowym kajaku?
— Ano, jakiś francuski rybak ich zobaczył...
— Jak to „ich”? — zdziwiłem się. — Więc tam więcej ludzi było?
— No nie — zaprotestował Witek — mówię „ich”, to znaczy: Jurka i tę minę. Rybak zobaczył, 
podpłynął i...
— wyjął z wody — podpowiedziałem.
— Gdzież tam — zaśmieli się obaj — przestraszył się i uciekł. Dopiero potem, bardzo nieprędko, 

background image

zjawiła się łódź patrolowa wojenna i ona Jurka ostrożnie odłączyła od miny.
— Rok leżałem w szpitalu angielskim, na wydziale chirurgicznym — dodał Jurek. — A potem 
przeprowadzili  mnie  na oddział dla nerwowo chorych.  Mnie nic właściwie  nie było,  tylko  nie 
mogłem znieść huku, wówczas wpadałem w furię. Tutaj, w osiedlu, też kiedyś coś huknęło, zdaje 
mi się, że kocioł w kuchni eksplodował, no i ja wpadłem w furię, stąd ta niełaska u komendanta.
— Musicie mnie zaprowadzić na ten wasz pomost nad rzeczkę — zakończyłem konferencję. — 
Kiedy się tam wybierzemy?
— O świcie, tylko o świcie, kiedy zwierzęta ciągną do wodopoju — podchwycił z entuzjazmem 
Witek. — Jutro obudzimy pana i pójdziemy razem.
Rzeczywiście zbudzili mnie nawet przed czasem, jak mi się przynajmniej wydawało, kiedy zaspany 
wyłaziłem ze swego domku w chłodną noc. W Afryce pomiędzy rozprażonym dniem a cienistą 
nocą bywają zaskakujące kontrasty temperatury.
Szliśmy raźnym, wojskowym krokiem. Wiodła nas wyraźnie udeptana ścieżka. Widocznie dużo już 
amatorów tędy przewędrowało. Nie zastanawiałem się wówczas, jakim niebezpieczeństwem jest 
marsz   przez   rezerwat   zwierzęcy   o   nocnej   porze.   Byłem   wówczas   kompletnym   żółtodziobem, 
analfabetą afrykańskiej „księgi dżungli”.
Kiedyśmy dotarli do rzeczki, słońce ukazało już swoją uśmiechniętą twarz i antylopy licznymi 
stadami odchodziły od wodopoju.
— Psiakrew! — zaklął Witek. — Spóźniliśmy się nieco. Przedstawienie skończone.
W tym momencie stado zebr, zupełnie jak stado naszych polskich baranów, przeciskało się uparcie 
tuż przed naszym  nosem na drugą stronę ścieżki,  jak gdyby innej  drogi dla nich nie było.  W 
przerażeniu tuliły się ido siebie bokami, bliskie na zasięg ramienia.
—   Wie   pan!   —   krzyknął   Witek   —   tutaj   już   żadne   przyzwoite   bydlę   nie   przyjdzie.   Lepiej 
maszerujmy sobie do tamtego lasu, tam parę razy widziałem lwa.
Posłuszny   wskazówkom   skierowałem   się   za   nimi.   Dla   mnie,   naiwnego   ignoranta   w   sprawach 
afrykańskiego   buszu,   ci   dwaj   młodzi   ludzie   byli   wyrocznią.   Zresztą   pewność   Witka   i   jego 
świadome decyzje nie dopuszczały wahań. Szliśmy więc pospołu, szeroką tyralierą poprzez spalone 
trawy. W Afryce rokrocznie przy końcu sezonu suchego bywają takie stepowe pożary.
Nagle Jurek stanął i wzniósłszy lewe ramię w stronę lasu przed siebie, rzekł spokojnie:
— Patrzcie, zdaje mi się, że tam na skraju stoi nosorożec.
— Gdzie, gdzie? — zawołaliśmy razem, przykładając dłonie do rażonych niskim jeszcze słońcem 
oczu.
— Chodźmy do niego bliżej! — krzyknął porucznik Witek i bez namysłu popędził przed siebie. To 
samo uczynił Jurek, więc cóż miałem robić ja? Biegliśmy wyrównanym szeregiem, mniej więcej 
pięć kroków jeden od drugiego. Przestrzeń dzieląca nas od krawędzi lasu zmniejszała się szybko. 
Pomimo złego wzroku widziałem już nosorożca zupełnie wyraźnie, stał pyskiem do nas, widocznie 
zdumiony   taką   niespodziewaną,   niespotykaną   agresją.   A   my   wciąż   biegliśmy   naiwnie   i 
nieroztropnie,   zupełnie   jak   mali   rozdokazywani   chłopcy,   do   tego   moi   dorośli   wojacy   unieśli 
ramiona w bok i powiewając nimi niby skrzydłami, wołali dla animuszu:
— Hop... hop! Hollala!
Nosorożec stracił cierpliwość. Opuścił głowę, nastawił swój długi róg i patrzył na nas czerwonymi, 
krwią nalanymi oczami, gotując się do szarży.
Odległość   pomiędzy   nim   a   nami   zmalała   do   trzydziestu   kroków   i   wówczas,   zupełnie   nagle, 
nosorożec zaczął kopać przednimi racicami ziemię. Tuman kurzu wzbił się i zasłonił go całkowicie 
przed naszym wzrokiem. Stanęliśmy otumanieni tym kurzem i głuchym, donośnym tupotem nóg, 
jaki bezpośrednio nastąpił. Tupot oddalał się, aż znikł gdzieś w gąszczach buszu.
—   Uciekł,   szelma!   —   powiedział   Witek   tak   soczyście,   jakby   czuł   żal   do   nosorożca.   —   Ale 
podeszliśmy blisko — dodał z przechwałką.
— Przecież mógł nas zaatakować — powiedziałem.
— A mógł — stwierdzili obojętnie.
Kiedyśmy wrócili do obozu, byłem już zdecydowany. Obu chłopców przydzieliłem do transportu, 
jako tak zwanych sekcyjnych. Mieli mi asystować przy prowiantowaniu i utrzymaniu porządku. 

background image

Długi pociąg wymagał  intensywnej  pracy i na to właśnie  potrzebowałem  młodych  ludzi. Listę 
transportu razem z jego kierownictwem przedstawiłem komendantowi.
—   Co?!   —   wykrzyknął   —   pan   bierze   tych   wariatów   i   chce   im   zaufać?   —   Był   najwyraźniej 
rozżalony na mnie za nieusłuchanie jego rad. Rozstaliśmy się nawet chłodno.
Tymczasem właśnie ten mój szczęśliwy wybór uratował transport od głodu. Oto najniespodzianiej 
w   świecie   pociąg   stanął   w   środku   bezludnego   buszu,   na   wysokim   i   ostrym   nasypie.   Słonie 
zniszczyły tor kolejowy, trzeba było czekać aż pięć godzin na jego reperację. Połączenia między 
wagonami nie było. Jakże tu rozdzielić prowiant? Jak przenosić puszki i butelki z naszego wagonu 
do reszty? Problem ten rozwiązali dzielni, wysportowani chłopcy. Po prostu objuczeni bagażem 
przełazili   z   okna   do   okna   bokiem,   podawali   sobie   skrzynki,   rzucali   je   i   łapali,   dokonywali 
żonglerskiej   akrobacji,   a   wszystko   przez   życzliwość   dla   mej   osoby   i   gwoli   naszej   przyjaźni. 
Transport dowiozłem zadowolony i szczęśliwy, nie miałem żadnych kłopotów ani przykrych zajść. 
Niestety, zgubiłem wkrótce wszelką z nimi łączność. Po latach dopiero, kiedy się stałem „starym” 
Afrykańczykiem, kiedy przeżyłem niejedną przygodę i nasłuchałem się rozmaitych prawdziwych 
historii   z   dziedziny   współżycia   człowieka   z   dzikim   zwierzęciem   buszu,   a   szczególnie   po 
wysłuchaniu  i po przeczytaniu wielu opowiadań o nosorożcach, w całej pełni zdaję sobie dziś 
sprawę z tej głupiej dziecinady, na jaką sobie w krańcowej naszej naiwności wtedy pozwoliliśmy. 
Nawet głupi nosorożec naszą wariację ocenił i na nasze szczęście... przecenił.
Tej właśnie przecenie zawdzięczamy życie.

Metamorfoza

Nowy szpital plantacji sizalowych  nie był  jeszcze gotowy.  Pracowałem więc w tymczasowych 
barakach, skleconych z gałęzi i oblepionych gliną. Ich dach stanowiła zwykła strzecha pleciona z 
palmowych liści. Za łóżka służyły miejscowe murzyńskie prycze, złożone z czterech nóżek, ramy i 
siatki z bydlęcej, surowej skóry, napiętej na nią. Zamiast materaców były maty. Każdy pacjent 
przychodził na leżenie z taką własną „pościelą”. Podłogę mojego „szpitala” stanowiło klepisko z 
gliny udeptanej tysiącem stóp. Okien nie było w ogóle, bo i po co? Nazbyt jarzące i jaskrawe słońce 
znajdowało sobie łatwo drogę poprzez nie doklejone szpary. Było go i tak zbyt wiele.
Rzecz oczywista, że pacjenci leżeli na tych swoich — pożal się Boże! — brudnych matach bez 
żadnej bielizny. Owszem — dla przyzwoitości mieli na sobie jakieś tam szmatki, a raczej opaski na 
biodra.   Zresztą   nie   przypuszczani,   aby   którykolwiek   z   tych   chorych   ludzi,   a   nawet   i   ktoś   z 
personelu   sanitarnego   używał   kiedykolwiek   przedtem   w   swoim   własnym,   rodzinnym   domu 
pościeli.
A więc szpital nie stwarzał wyjątku i nie krzywdził nikogo. Poza tym dzięki ażurowi ścian miał 
doskonałą   wentylację.   Jednym   słowem,   pracowałoby   się   wcale   nieźle,   gdyby   nie   pewne 
niespodzianki w rodzaju na 

przykład trąb powietrznych. W suchym, najgorętszym sezonie miewaliśmy po parę 

takich nieproszonych „miłych gości”. Taki śrubokręt wiatru, taka zwariowana trąba powietrzna, wędrując sobie wzdłuż 
zoranej, czarnej gleby plantacji sizalowej, niesie ze sobą co najmniej tonę subtelnego miału i biada, gdy na jej drodze 
staną otwarte drzwi lub okna domu, albo właśnie taki jak nasz, ażurowy, zewsząd odkryty, prowizoryczny budynek. W 
mig z dnia robi się noc. Krztuszenie się i kichanie. Po prostu koniec świata! Wszelkie przybory opatrunkowe, jak wata 
czy lignina, bandaże i tampony — wszystko to nadaje się już później jedynie do wyrzucenia na śmietnik. Szparami nie 
domkniętych  szafek i skrzyń bezczelnie wciska się ten czarny popiół grubą, trudno usuwalną warstwą i wypełnia 
wnętrze. A co najgorsze, nigdy nie można przewidzieć takiej wizyty. Przed chwilą jeszcze była cisza i spokój, żadnego 
powiewu, upalny żar, aż tu nagle z pogodnego nieba, niby eksplozja wodorowej bomby, wyrasta czarny czub i pędzi 
przed siebie na oślep, aby równie nieoczekiwanie upaść i zginąć gdzieś pod ziemią. Jeżeli coś można przyrównywać do 
szatańskiej zjawy, to chyba taka właśnie powietrzna trąba jest wcieleniem samego diabła. Bywało, stoi sobie człek nad 
pacjentem, przytrzymując igłę w żyle, a sanitariusz obok ze szklanym słojem fizjologicznego roztworu soli, a tu z nagła 
zakołuje się, lecą liście z dachu, popiół i przeróżne śmiecie wprost do sterylizowanego naczynia.
Ale nie te naturalne zjawiska utkwiły mi szczególnie w pamięci jako przeszkody w pracy. Nie one były przyczyną 
zniechęcenia i odrazy. Najgorszą stroną medalu było plucie. Tak, zwyczajne, codzienne, powszednie, prawie nieustanne 

background image

plucie. Afrykańczycy są pod tym względem prawdziwymi artystami. Cykają poprzez zęby na odległość pięciu metrów, 
trafiając dokładnie w

 określony punkt. Skąd się w nich bierze aż tyle śliny, doprawdy nie rozumiem. 

Wody   piją   bardzo   mało,   zup   w   ogóle   nie   używają,   a   wciąż   i   wszędzie   plują.   Mój   Boże!   — 
zwłaszcza w tym moim szpitalu chyba z nudów plują i plują, na prawo i na lewo, na wprost i poza 
siebie, latają pieniste strugi dokoła, trzeba uważnie lawirować, aby nie trafiły cię w locie.
A   tymczasem   kończono   nowy,   luksusowo   elegancki   szpital.   Z   błyszczącymi   posadzkami,   z 
lakierem na białych ścianach, z meblami sprowadzonymi wprost aż z Londynu. Każdy pacjent miał 
tam leżeć pod czystym prześcieradłem i na takiej że świeżutkiej poduszce... Na samą myśl o tych 
śnieżnych prześcieradłach i o tych błyszczących parkietach dreszcz zgrozy przechodził mi przez 
skórę, co to będzie? Co to będzie — gdy moi pacjenci zaczną tam po swojemu pluć?
I oto nadszedł wreszcie upragniony, tak długo przeze mnie oczekiwany dzień. Baraki opustoszały. 
Który z pacjentów mógł, ten sam maszerował do nowych sal, innych nieśli sanitariusze na noszach. 
Umyślnie dałem parę godzin czasu, aby sprawy same się jakoś ułożyły. Wreszcie, ze ściśniętym 
sercem, ruszyłem na swój pierwszy kontrolny obchód. Bałem się widoku, jaki tam zastanę.
Wchodzę na pierwszą salę. Wszyscy moi pacjenci zamiast leżeć, siedzą skromniutko na krawędzi 
łóżek. Pościel nietknięta.
— Czemu się nie kładą? — pytam zdumiony.
— Proszą o jakąś ściereczkę, aby wytrzeć stopy, inaczej zabrudzą tę czystą pościel.
Rzeczywiście. Takie niedopatrzenie organizacyjne! Jakże mogłem zapomnieć o dywanikach pod 
stopy. Zarządzam pocięcie starych koców pod nogi.
Nazajutrz rano odbywam normalny obchód. Wszyscy chorzy leżą przykładnie w swoich łóżkach.
— Pan doktor sobie nie wyobraża, jak się oni myją w łazienkach, żaden się brudny nie położy — 
powiada sanitariusz.
— A jak z pluciem? — spytałem.
— Co proszę? — nie zrozumiał.
— No z tym pluciem przez zęby na podłogę?
—   O,   w   żadnym   wypadku.   Każdorazowo   wychodzą   na   podwórko.   Albo   w   ogóle   nie   plują. 
Gdzieżby na taką śliczną podłogę!
Tak   więc   stałem   się   mimowolnym   świadkiem   kulturalnych,   rewolucyjnych   przeobrażeń   ze 
skrajnego prymitywu w cywilizację.

Oto i Etiopia

W szpitalu moim nie ma sali operacyjnej ani nawet porządnego sterylizatora. Zresztą nie jestem 
chirurgiem, a nawet chirurg nie podjąłby się większej operacji bez asysty. Tymczasem przywieźli 
mi   wczoraj   dwóch   Arabów   poharatanych   kulami.   Skomplikowane,   kilkakrotne   złamanie   uda. 
Potrzebny jest wyciąg, a ja wyciągu nie mam.
— Musicie natychmiast lecieć do Addis Abeby na operacją, inaczej stracicie nogi, a może nawet i 
życie.
— Iszi! — odpowiadają spokojnie. — Cóż robić, nie mamy pieniędzy.
— Ato Gabre! — wołam rozpaczliwie do dyrektora. — Ci ludzie muszą natychmiast lecieć do 
któregoś ze szpitali stołecznych.
Dyrektor uśmiecha się pobłażliwie. Na to nic nie poradzimy. Fundusze, z których można by pokryć 
koszty biletów, nie istnieją.
— Któż więc za nich zapłaci? Może pan?
Pędzę do gubernatora, referuję mu sprawę. Uśmiecha się jeszcze dobroduszniej i mówi:
— Pan im wierzy? Oni mają pieniądze i gdyby chcieli, mogliby lecieć, tylko lekceważą sprawę. 
Niech pan da spokój.
Łatwo dać spokój, ale przede mną perspektywa co najmniej rocznego leczenia i pielęgnowania tych 

background image

ran bez fachowej pomocy.  Będę musiał sam to wszystko robić i denerwować się codziennie z 
powodu niemożliwości wykonania tego zadania legę artis. Co robić? Wyjmuję więc portmonetkę i 
płacę. Odlatują tegoż popołudnia na mój koszt.
Istnieje doskonała książka Conan Doyle’a pod tytułem „Świat zaginiony”, tejże nazwy jest i film. 
Historia niesamowita:
Oto   gdzieś   w   sercu   dżungli   brazylijskiej   leży   niedostępny   płaskowyż   z   prostopadle   urwanymi 
ścianami,   na   nim   przechowała   się   od   czasów   przedpotopowych   jeszcze   flora   i   fauna;   pośród 
niebotycznych paprociowych drzew do dzisiaj uwijają się brontozaurusy.
Takim właśnie płaskowyżem jest Abisynia, dlatego tutaj przechował się do dni dzisiejszych świat 
gdzie indziej już zaginiony. Na przykład, szpital ma jakieś przedziwne obowiązki: musi czyścić i 
dezynfekować wszystkie publiczne budynki z więzieniem włącznie, a przy tej okazji oczywiście 
należy wydezynfekować i odpchlić mieszkania prywatne tutejszych dygnitarzy. Szpital też musi 
truć od czasu do czasu arszenikiem tak zwane „wściekłe psy”. A psem wściekłym jest każdy biedny 
pies, który odważy się bezczelnie szczerzyć zęby na widok miotanego weń kamienia. Stosunek do 
psów   przejęli   Abisyńczycy   od   muzułmanów.   Unikają   tych   zwierząt,   a   czasami   tylko   łaskawie 
tolerują. Tłustego psa trudno tu spotkać. Trucie psów odbywa się masowo i bezplanowo. Addis 
Abeba stale jest przepełniona trupami tych biednych stworzeń. Czasami nawet możemy spotkać 
przy chodniku zwłoki jakiegoś rasowego europejskiego faworyta z obrożą na szyi.
Ja także jestem hyclem miasta Gore.
Mam w terenie  pięć tak zwanych  klinik, czyli  punktów sanitarnych, gdzie urzędują tytułowani 
przez miejscową ludność „doktorami” „kowboje” najgorszego gatunku. Zresztą kwalifikacje nie są 
tu jeszcze potrzebne, bo społeczeństwo woli zasięgać porad u swoich czarodziejów. Lekarz i szpital 
stają się potrzebne dopiero, gdy ręka albo noga zgangrenuje, wówczas pacjent taki dosiada muła i 
pełen rezygnacji żąda „marfe”, czyli zastrzyku.
Pod względem zdrowotnym cały teren Etiopii jest surowy, nie w znaczeniu czerstwości, tylko w 
znaczeniu  pierwotności.  Takiej  abnegacji i nędzy fizycznej,  jaką oglądam tutaj  codziennie,  nie 
spotkałem w żadnym afrykańskim kraju. Syfilitycy bezzębni i beznosi, szkielety z odpadającym 
ciałem, żywe jeszcze purchawki podminowane ropą, jakoweś monstra do patologicznych fotografii, 
z których trzeba wydłubywać sens życia, potworna okropność nie dająca się opisać żadnymi sło-
wami.
Bardzo popularną chorobę stanowią w Etiopii schorzenia serca, ale dziwnym zbiegiem okoliczności 
mieszczą się one zawsze w dołku podżebrowym i towarzyszy im obłożony język. Na słabość tę 
zapadają przeważnie istoty delikatniejsze, a więc przede wszystkim żony wysokich urzędników. 
Wezwany lekarz zastaje delikwentkę w teatralnie tragicznej pozie. W kręgu co najmniej dwudziestu 
współczujących   krewnych.   Z   powodu   zamkniętych   okien   i   okiennic   w   pokoju   duchota   nie   do 
wytrzymania.   Broń   Bóg   sprowadzać   taką   pacjentkę   z   wyżyn   sercowego   cierpienia   na   padół 
tasiemcowych dolegliwości. Nie wolno. Dobra opinia takiego lekarza będzie na zawsze pogrzebana.
Należy natomiast, ocierając łzę współczucia, zapewnić w takim wypadku, że po pierwszej szklance 
soli   gorzkiej   serce   boleć   przestanie.   Z   tą   solą   też   sprawa   wcale   nie   łatwa,   bo   Etiopczycy, 
przyzwyczajeni   do   chronicznego   zażywania   środków   czyszczących,   przeważnie   już   na   nie   nie 
reagują. Nawet końskie dawki na tych ludziach nie czynią najmniejszego wrażenia. W praktyce 
mojej przeważnie używałem olejku krotonowego, środka weterynaryjnego.
Właśnie pacjentka moja wypiła z łyżki olej rycynowy. Złożyła wargi w ciup i z nabożną powagą 
wciąga gęsty płyn kropla po kropli, powolutku i z namaszczeniem. Nie znaczy to bynajmniej, że 
Etiopczycy lubują się w oleju rycynowym, tylko po prostu nikt im nigdy nie tłumaczył, jak należy 
lekarstwa przyjmować. Dlatego wszystkie tabletki z reguły są przeżuwane, a żelatynowe kapsułki 
rozgryzane.   Szczególnie   komicznie   wygląda   to   przy   szeroko   otwieranych   ustach   i   tym 
sakramentalnie   skupionym   wyrazie   twarzy.   Początkowo   litowałem   się   nad   ofiarami   swojego 
leczenia:
— Na litość boską! — wołałem. — Wytłumaczże tym biedakom, jak imają lekarstwo połykać.
Ale mój tłumacz-kowboj z wykonaniem rozkazu nie śpieszył się.
— Et, szkoda słów. I tak nie zrozumieją.

background image

Może i racja. Nie dalej jak dzisiaj zjawiła się pacjentka, skarżąca się na biegunkę.
— Ależ ona tu wczoraj była — przypomniał mi mój kowboj, wodząc palcem po rejestrze. — O, 
jest.
Dostała pigułki aloiny ze strychniną na chroniczną obstrukcję.
Nagle wpadam na myśl:
— Spytaj ją, ile tych pigułek zażyła.
Sanitariusz pyta. Baba nadstawia ucha. Powtarza za nim słowa jak bezmyślna papuga, w końcu 
jednak treść dociera do jej świadomości.
— Mówi, że połknęła wszystkie pigułki na raz, to znaczy dwadzieścia i cztery, przeznaczone na 
dwanaście dni.
—   W   takim   razie   powiedz   jej,   że   jestem   niezmiernie   szczęśliwy   widząc   ją   tutaj   przy   życiu. 
Śmiertelna dawka strychniny została czterokrotnie przekroczona.
Takie   to   są   miejscowe   żołądki,   ale   nie   tylko   żołądki.   Odporni   są   oni   na   wszystkie   zarazki. 
Widocznie,   kto   nie   umarł   niemowlęciem,   ten   już   zaszczepił   sobie   pełny   komplet   wszelakich 
świństw   bakteryjnych   i   tylko   najgorsze   z   nich   dają   mu   radę.   Nawet   syfilis,   i   ten   stosunkowo 
łagodnie przebiega. Czasami przyniosą dogorywający szkielet ludzki z obdartą skórą na ramieniu, 
cały w ropie. Bez wątpienia leżał on już w domu co najmniej miesiąc i kładł na ranę wszelkie 
czarodziejskie maści. Na pierwszy rzut oka grozi mu śmierć w dwadzieścia cztery godziny, a w 
najlepszym   razie   amputacja   zgangrenowanej  ręki.   Tymczasem  parę   zastrzyków  penicyliny   robi 
cuda. Rana w oczach się goi, pacjent nabiera ciała. W tydzień skacząc wybiega ze szpitala.
Przed paru tygodniami przynieśli jakiegoś starego zakonnika. Widocznie głodujący pustelnik, bo 
poza skórą nic więcej na żebrach nie było.  Zbadałem, znalazłem  wysoki skręt kiszek, i to już 
zadawniony.   Brzuch   jak   bania,   nigdy   dotąd   takiego   nie   oglądałem.   Gazy   biedaka   rozdęły   i 
wyglądało, że już żywcem do nieba poleci.
Zaproponowałem   natychmiastowy   wyjazd   do   Addis   Abeby,   chociaż   bardzo   wątpiłem,   czy   w 
najlepszych   warunkach   operacyjnych,   zważywszy   cherlactwo   pacjenta   i   jego   wiek   —   ponad 
osiemdziesiąt lat — podejmie się kto tego zabiegu.
Nie   mając   nic   lepszego   do   roboty,   przedziurawiłem   mu   brzuch   trochanterem.   Syczący   gwizd 
uchodzącego   gazu   łudząco   imitował   samochodową   oponę,   która   nawaliła.   Brzuch   opadł,   a 
szczęśliwy pacjent jął mnie całować po rękach. Ale nadziei nie było. Za godzinę bania wróciła do 
poprzedniej normy. Chory z trudnością łapał powietrze. Samozatrucie odbierało mu przytomność.
Grono zakonników usilnie namawiało, aby wrócił umierać do domu, lecz on protestował. Strasznie 
mu przypadło do gustu wypuszczanie powietrza. Wiedział, że nikt mu tego w domu nie zrobi.
Patrząc na jego męczarnie, postanowiłem użyć podwójnej dawki morfiny. Usnął snem kamiennym.
— Panie doktorze — szepcze jeden z zakonników — może by wykorzystać ten sen i teraz zabrać 
go do domu, niech umiera z nami.
— Oczywiście — zgodziłem się chętnie. Straszliwie nie lubię szpitalnych pogrzebów, zwłaszcza 
tutaj, w Etiopii, gdzie nieboszczyków opłakują zawodowe płaczki.
Zadowolony, że się kłopotu pozbyłem, wracam wieczorem do domu.
Rano zaczynam obchód chorych i przekroczywszy próg pierwszej sali, staję jak wryty. Oto z tegoż 
samego co wczoraj łóżka patrzy na mnie radosnym a przyjaznym wzrokiem wczorajszy zakonnik-
nieboszczyk. Oczom własnym nie wierzę. Brzuch ma normalny i wzrok jakiś lepszy.
— Chłopcy! Dawać no szybko lewatywę. Zrobić mu jak najwyższą, z wysokości szafy.
I, o cudzie! Mój stary w trzy dni wyzdrowiał, sam odszedł do domu, a z wielkiej wdzięczności 
podarował   mi   swój   drewniany,   pięknie   wyrzeźbiony   krzyż.   Dziś   wiem:   to   dawka   podwójnej 
morfiny zniosła prawdopodobnie spazm kiszek wracając im czynności. Bywają cudowne przypadki 
i w medycynie,  ale zaręczam, z kimś  innym  nie poszłoby tak łatwo. To abisyńska  odporność. 
Żelazny organizm.
Przyjmowanie   chorych   w   moim   szpitalu   wygląda   następująco:   Siedzę   za   olbrzymim   stołem, 
którego połowę zajmują butelki i pudełka z podręczną apteką. Naprzeciw mam dwóch kowbojów-
tłumaczy. Jeden z nich prowadzi rejestr ambulatoryjnych chorych i zadaje im pierwsze pytania. 
Drugi rozdaje zalecone przeze mnie leki i także zadaje pytania. Wygląda to w ten sposób:

background image

Kowboj I (krzyczy): — Co ci dolega?
Pacjent (nadstawiając ucha): — E?
Kowboj I (głośniej): — Co cię boli?
Pacjent: — E?
Kowboj I (do lekarza): — On pewnie nie zna języka amhara.
Lekarz (do kowboja II): — Więc ty spytaj go w języku galla.
Kowboj II (do pacjenta w języku galla): — Gdzie ci dolega?
Pacjent (obracając się o 90 stopni nadstawia ucha): —E?
Kowboj II (do lekarza): — On nie rozumie galla, on chyba jest guragie.
Na scenę występuje jakiś dziad i zaczyna się rozmowa w kółko, niby trening siatkowej piłki.
Lekarz do kowboja I: — Spytaj, czy pacjent miał dzisiaj stolec.
Sanitariusz I sanitariuszowi II powtarza pytanie w języku amhara. Sanitariusz II powtarza dziadowi 
to samo w języku galla. Dziad mówi do chorego w języku guragie jak wyżej.
Kilkoma tabletkami aspiryny usiłuję zakończyć dyskusję, ale gdzież tam. Pacjent dopomina się o 
„marfe”. Będę podłym lekarzem, jeżeli mu odmówię. Obszczeka mnie po całej szerokiej okolicy. 
Nazajutrz fitarari napisze list do dedżazmacza, a dedżazmacz do samego cesarza. Otrzymam pismo 
z pieczęciami, że lekceważę sobie obowiązki, oszczędzając na chorych, którzy w myśl cesarskiego 
dekretu mają mieć darmowe leczenie i darmowy szpital.
Z tym dekretem to także sprawa! Wypłaty rządowe niewielkie, ledwie że wystarczą na utrzymanie 
szpitala, a już na żywienie pacjentów nie ma. Biedny dyrektor głowę łamie, jak wybrnąć z kabały. 
Więc chorzy płacą swoje dwa dolary za konsultację i nic dziwnego, że się domagają „marfe”.
Stoi oto przede mną gość od czubka głowy aż po pięty pokryty jedną masą świerzbowych strupów. 
Daję mu słoik maści i powiadam ustami tłumaczy jak wyżej w kółko:
— Przez trzy kolejne ranki masz szorować ciało gorącą wodą z mydłem...
— Panie doktorze! — szepcze mi na ucho kowboj I. — On nie ma ani mydła, ani garnka do 
ugotowania wody.
— Hm... W takim razie niech się myje piaskiem i zimną wodą, a następnie naciera się tą oto 
maścią. Każdego ranka ma zmieniać ubranie.
— Ależ on ma tylko tę jedną porwaną koszulę i nie może prać, bo zostanie nieprzyzwoicie goły.
— Hm... Więc jakże dotychczas prał?
— On nigdy nie prał.
Istotnie. Teraz dopiero zauważyłem bezprzykładny brud tych wszystkich szmat przede mną. Jakże 
się mam dziwić, że jednym jedynym „marfe” chcą ci ludzie uleczyć siebie od syfilisu, gruźlicy, 
anemii i połamanych nóg, skoro nie mają koszuli na zmianę i wbrew cesarskiemu dekretowi muszą 
jeszcze za poradę zapłacić dwa dolary.
— Panie doktorze! — woła sanitariusz. — On nie chce się dać smarować, on koniecznie chce 
„marfe”!
I jakże tu świerzb uleczyć zastrzykiem? Początkowo obrażałem się za takie dyktowanie mi metod 
leczniczych, z czasem jednak serce mi zmiękło. Wielki Boże, i tak za jednym zamachem zarazków 
nie wyplenię, a chory po raz drugi nie przyjdzie.
Co trzeci pacjent nie potrafi samodzielnie wyjść z pokoju. Przeszkodą nie do pokonania stają mu na 
drodze drzwi z klamką. Któż widział kiedy klamkę w kurnej chacie?
Przy takim „pośpiesznym” trybie badań lekarskich muszę przyjąć stu dwudziestu chorych. Prócz 
tego należy do mnie obchód szpitala, wydawanie lekarstw, badania mikroskopowe, no i pisanie 
zaświadczeń lekarskich do sądu, ale to już... „happy end”.
Badanie tych ofiar pobicia wygląda następująco:
Przed domem na plecionym łóżku leży „ofiara”, przyniesiona do badania. Lekarz (to znaczy ja) 
każe sanitariuszowi wnieść chorą do izby przyjęć.
Sanitariusz: — Oni mówią, że nie można jej ruszać, bo umrze.
Lekarz: — Każ wnieść, bo inaczej badać nie będę.
Za chwilę  drzwi się szeroko otwierają i wtacza się gromada  tragarzy z tragicznie  lecącym  im 
poprzez ręce ciałem.

background image

Lekarz (doświadczony): — Złożyć na tapczan i wynosić się.
Gromada tragarzy niechętnie opuszcza pokój.
Lekarz (do zatrudnionego sanitariusza): — Pytaj, gdzie ją boli.
Sanitariusz czule pyta, a nieszczęśliwa ofiara tylko łypie oczami.
Lekarz: — Powiedz jej, że nie mogę wystawić zaświadczenia, skoro nie wiem, gdzie ją boli.
Sanitariusz tłumaczy moje słowa.
Filmowo zwolnionym tempem unosi się zbolała ręka i chwyta się za łopatkę.
Lekarz: — Zapytaj, czy brzuch ją także boli.
Przeczący ruch głowy.
Lekarz: — W takim razie każ jej natychmiast usiąść, abym mógł lepiej zbadać łopatkę.
Pacjentka z trudem siada. Oczywiście, najmniejszego śladu potłuczenia.
Lekarz: — Niech teraz pacjentka wstaje i idzie sobie do domu.
Kobieta, nie wiedząc, co robić bez pomocy swoich doradców, ogląda się bezradnie dookoła, po 
czym   zwleka   się   z   tapczanu,   opuszcza   nogi   i,   teatralnie   podpierając   się   o   ścianę,   wychodzi   z 
pokoju.
Tak oto trup zmartwychwstał.
Jak dotąd innych trupów prawie nie miewałem, chyba ten jeden prawdziwy, co to trzy dni jechał do 
mnie konno na mule z jelitami w dłoniach. Gdyby zjawił się o jeden dzień wcześniej, może bym go 
i wyratował, ale tak było już za późno, kiszki zgangrenowały i w parę godzin skonał.
Najciekawsze, że gdy zajdzie poważniejszy wypadek pobicia, przeważnie nie ma kogo sądzić: bo 
albo winowajca uciekł za granicę, albo poszkodowanemu braknie pieniędzy na sąd.
Mam   chwilę   przerwy   w   przyjmowaniu   chorych,   bo   w   biurze   zabrakło   bilecików.   Mimo 
straszliwego smrodu, jaki zalatuje od więziennego ustępu, otwieram okno i patrzę na podwórko. 
Oglądam czekających pacjentów. Jest ich cały tłum. Najbliżej drzwi wejściowych stoją sznurem 
żołnierze.   Część   z   nich   zamiast   munduru   oblekła   się   w   koce.   Muszą   zamanifestować   powagę 
choroby, aby uzyskać zwolnienie z pracy. Dalej za nimi tłoczą się bezładnie cywile, wypychając 
naprzód swoje i nie swoje niemowlęta, gdyż kazałem dzieci przepuszczać bez kolejki. W głębi, na 
trawniku, pobrzękując kajdankami i łańcuchami, rozsiedli się więźniowie. Od bramy ciągnie jakiś 
tragiczny pochód. Na czele, wysoko na ramionach, płynie drewniane łóżko, a na łóżku wyprężona 
nieruchomo postać. Z tyłu spora gromada odprowadzających. Pogrzeb? Ależ nie. Dawniej i ja tak 
myślałem, dzisiaj mam wprawę w rozpoznawaniu abisyńskich teatrów. Nie ma chyba na świecie 
zdolniejszych   aktorów.   Ta   wydłużona   śmiertelnie   postać   —   to   ofiara   miłosnych   albo   przyja-
cielskich kłótni, to następny z kolei „trup” żądający świadectwa.
Im   tragiczniej   wygląda   taki   korowód,   tym   mniejsze   obrażenia   ciała.   Na   szczęście,   mimo 
ogromnych   zdolności   aktorskich,   komedie   są   nazbyt   łatwe   do   odcyfrowania.   Są   to   wspaniałe 
pokazy czułostkowości i histerii.
Takiej przesady jak w Etiopii nie spotyka się nigdzie. Jeżeli kogoś boli brzuch, musi koniecznie 
chwytać się za głowę. Musi słaniać się i tragicznym gestem szukać dokoła oparcia. Na szczęście 
taki pacjent nigdy nie bywa opuszczony. Prowadzi go do szpitala co najmniej pięć albo i dziesięć 
osób, każda z nich podtrzymuje inną część jego „słabego” ciała. Z chwilą, gdy się chorego ulokuje 
w jego szpitalnym łóżku, najbliższa kobieta pada obok na kolana i kładzie mu dłonie na czole. Tylu 
odwiedzających, płaczących i współczujących nie oglądałem w żadnym kraju.
Najbardziej wzruszające są kobiety w roli pacjentek. Do gabinetu wchodzą jak bohaterki romansu 
na scenę. Nie patrzą nigdy w oczy. Broń Boże! Nie wiedzą, co czynić z rękami. Jak pies ogonem, 
tak tubylcza kobieta biodrami wyraża zażenowanie i obawę. Kręcą tymi biodrami na wszystkie 
strony zabójczo kokietliwie. Jedna z wielkiego zażenowania mnie dłonią spódnicę, druga wierci 
wskazującym   palcem   dołek   w   policzku.   Usta   w   ciup,   a   rzęsy,   długie,   piękne   rzęsy,   opadają 
niewinnie i jak motyle trzepoczą. W badaniu lekarskim trzeba stoczyć nie byle jaką walkę o prawo 
podniesienia   tuzina   ubraniowych   zasłon,   aby   nareszcie   pod   tą   żelazną   kurtyną   dziewiczości   i 
wstydliwości dogrzebać się rzeczowych dowodów drugorzędnej kiły (syfilisu). Ale jako się rzekło, 
choroba ta nie krępuje tutaj nikogo i nie wystawia świadectwa moralności. Zupełnie śmiało mo-
żemy pytać duchownego, czy badał krew na Wassermana. Żadnego księdza to nie obraża.

background image

— Dosyć na dzisiaj — mówią do swego kowboja. — Jestem piekielnie zmęczony. Jest tam jeszcze 
kto?
— Jeden tylko żołnierz, spóźnił się, ale bardzo prosi o przyjęcie, bo jest umierający.
— Proś.
Wchodzi   chłopisko  barczyste,  wielkie,  tylko  moralnie  załamane   w  sobie  i nieszczęśliwe.  Niby 
bezsilna szmata upada tuż obok na stołek, ciężko opierając się łokciami o stół. Twarz ma stroskaną i 
apatyczną.
— Spytaj, co mu jest.
Kowboj jak zwykle rozpoczyna stereotypową konwersację, ja zaś patrząc na ich twarze obserwuję 
reakcję.  Tym  razem  długo  nie  czekam.   Przy pierwszych  słowach  mój   dzielny  wojak wybucha 
płaczem. Ramiona mu się trzęsą od tragicznych łkań, a poprzez zasłaniające twarz palce strugami 
ciekną łzy. Szkoda mi chłopa. Nie mogę się doczekać wyjaśnienia.
— No i cóż? Co mu wreszcie jest? Czemu tak płacze?
— Bo on wie, że musi umrzeć, a chce żyć.
— Dlaczego ma umrzeć? Pogryzł go wściekły pies?
— Nie.
— Więc ugryzła go żmija?
— Też nie. Wczoraj była po deszczu tęcza... Pan doktor pamięta?
— Pamiętam. No więc cóż?
— On zapomniał się i oddał mocz, stojąc twarzą w kierunku tęczy.
— Więc cóż z tego? Co za głupstwo?
— To nie żadne głupstwo — obruszył się mój kowboj I. — Każdy wie, proszę zapytać, że odlanie 
się na wprost tęczy powoduje śmiertelną żółtą febrę.
— I ma on już jakieś objawy tej choroby?
— Jeszcze nie. Dlatego tutaj przybiegł, żeby zapytać, czy pan doktor nie może dać mu jakiegoś 
„marfe”, które by zapobiegło nieszczęściu.
— I ty w to wierzysz?
— Niby w co?
— No, w te wszystkie banialuki z tą tęczą i febrą. Ty, sanitariusz i mądry chłopak, wierzysz w takie 
czarodziejskie opowiadania?
— O, nie! — oburzył się. — To nie są wcale głupstwa! Każdy z nas w to wierzy. Tyle ludzi umiera 
z tej żółtej febry. Może w Europie nie bywa tęczy...
— Tak, tak... Ale żółta febra nie ma nic wspólnego z tęczą.
— A skąd pan doktor wie?
Rzeczywiście, skąd ja to wiem? Zastanowiłem się poważnie. Któż może udowodnić, że tak nie jest? 
Ci ludzie obserwują przyrodę od wieków, współżyją z nią i znają doskonale swój stosunek do niej i 
odwrotnie. Na podstawie obserwacji dochodzą do pewnych wniosków, a my, mądrzy i oświeceni 
ludzie, lekceważąco kpimy.  I jakże mam udowodnić memu kowbojowi I, że tak nie jest, że to 
wierutny nonsens, że tęcza na niebie nie ma nic wspólnego z siusianiem na ziemi. To ja raczej staję 
się w tym momencie mądrzejszy o jedną wiedzę: wiedzę zwątpienia.

Czarownik wśród czarowników

Szpital, w którym urzęduję w charakterze naczelnego i jedynego lekarza, a więc: chirurga oraz 
internisty,   laryngologa   oraz   dentysty,   ginekologa   oraz   okulisty,   leży   w   okolicy   bezludnej   i 
zalesionej,   do   niedawna   jeszcze   zamieszkanej   przez   muchy   tse-tse.   Dopiero   po   długoletniej   a 
bardzo   intensywnej   akcji,   przy   udziale   helikopterów,   rozpylających   „DDT”,   udało   się   muchę 
ostatecznie wytrzebić i tereny te udostępnić nowym ludzkim osiedleńcom. Powstały tu ogromne 
farmy. Olbrzymie buldożery wgryzły się w zielony gąszcz skołtunionego buszu, kładąc pod swoje 

background image

bezwzględne, żarłoczne gąsienice nie zwalczoną dotąd, umocnioną lianami barierę dzikiej dżungli. 
Jak się okazało, ta mała, czarna mucha stała dotąd na straży tropikalnego raju. Dziś jej nie stało. Raj 
się skończył, przyszedł człowiek, dwunogi potwór, ze swoim egocentryzmem.
Dokoła   dżungli   i   tych   nowo   powstałych   farm   rozciągają   się   tak   zwane   Stepy   Masajskie.   To 
obojętne, z którego pagórka patrzysz, widok niezmiennie ten sam. Hen, w zawrotną dal, aż po 
nieuchwytny horyzont biegnie afrykańska sawanna z jej wyprażoną przez słońce trawą, parasolami 
akacjowców albo olbrzymich aloesów. Czasami i z rzadka, niby przeogromna marchew, tkwi sam 
gruby król Afryki, tysiącletni baobab — przytulisko nietoperzy i pytonów. Gdy się zasłoni oczy 
przed słońcem i wytęży wzrok, wówczas ujrzy się gromady pasiastych zebr albo stada strusi, one są 
bowiem czarne i białe. Lamparta ani lwa nawet przez lornetkę nie dojrzysz, nie odbijają bowiem od 
żółtego tła otaczającej przyrody. A jeśli masz oko wprawne i nawykłe do odczytywania dżungli, 
wówczas odróżnisz cętkowane pnie od takichże żółtych gładkich. Te pierwsze zmienią za chwilę 
pozycję, przeniosą się do innych drzew. Są to bowiem szyje żyraf.
Powietrze   afrykańskiego   buszu   jest   klarowne,   patrzysz   na   świat   jak   przez   pryzmat   kryształu. 
Dziesiątki   kilometrów   sawanny   biegnie   od   twoich   stóp   i   żaden   komin,   żaden   dom   nie   zmąci 
horyzontu.   Akacjowce   długo   kwitną.   Pozornie   monotonna   sawanna   ożywia   się.   Fioletowe 
tamaryszki także kwitną, a dołem przeplatają się kaktusy oraz inne różnobarwne kule, strzępiaste, 
fantazyjnie powykręcane...
Kolorowa bywa Afryka u podnóża masajskiego stepu, a pagórków na nim bez liku, niby kurhanów 
przedhistorycznych, zagrzebanych miast. A kiedy ujrzysz obłok siwy przed sobą, to nie deszcz i nie 
chmura, tylko od pastwisk do pastwisk spod tysięcy kopyt podnosi się kurz. Pastuchy pędzą bydło. 
Oni to i mieszkańcy pobliskich glinianych lepianek, i rybacy znad jeziora Manyara, to wszystko 
moi pacjenci, ale gdybyż tylko moi! Właśnie na tym polega cała tragedia. Co zapiszę lek, to pacjent 
wyplunie. Co założę opatrunek, to nazajutrz będzie on zerwany.
— Czemu? — pytam któregoś dnia szkolnego malca, usuwając z jego nogi cuchnący opatrunek. — 
Czemu zdjąłeś to, co przed trzema dniami założyłem, wszakże ta nowo nałożona maść nie jest 
wcale moim lekarstwem.
Malec  w płacz, nie chce  mówić,  jest przestraszony.  Wreszcie  któryś  z sąsiadów wyjaśnia  pod 
sekretem:
— Nasz mganga-mchawi mówi, że wazungu nie umie leczyć, że jego lekarstwa szkodzą i dlatego 
trzeba wszystko zdzierać.
— Czemu się zjawiasz u mnie tak późno? — zapytuję innego dnia starego Masaja. On również 
ogląda się lękliwie na strony. Boi się przyznać.
— Gdybyś przyszedł od razu, byłbyś już zdrów, a teraz cala noga w ranach, na co czekałeś?
— Nasz mganga-mchawi mówi, że doktor od wazungów niczego nie umie, że tylko oczy mydli i 
oszukuje. Mganga powiada, że pana doktora Mzimo nie popiera.
— A Skądże wasz mganga wie, kogo wielki Mzimo popiera, a kogo nie? — spytałem starego 
obcesowo,   widząc   na   jego   piersi   okrągły   placek   stożkowatej   muszli,   oznakę   szefostwa. 
Wiedziałem, że tego rodzaju emblemat nie zdobi byle kogo, kiedyś  jego wartość osiągała cenę 
dwóch krów.
— Ano — zmieszał się stary — co wie mganga, tego my wiedzieć nie możemy. On bardzo dużo 
wie, bo on nawet kieruje wężem wazungów.
Ach, więc o tego czarodzieja chodzi. Dawno już wybierałem się do niego z wizytą. Znaliśmy się z 
widzenia.   Któż   by   go   tutaj   nie   znał.   Pełni   funkcję   naczelnika   stacji   kolejowej   i   paraduje   w 
czerwonej czapce. Musiał być istotnie chytry jak Achilles, a mądry jak Salomon, skoro potrafił 
oficjalnie połączyć  te dwie tak odrębne role: czarodzieja plemiennego i naczelnika  stacji, a co 
najdziwniejsze, Anglicy się z tym pogodzili.
Ostatnia konwersacja z pacjentem utwierdziła mnie w przekonaniu, że moje lecznictwo nie osiągnie 
pożądanych   rezultatów   bez   nawiązania   przyjacielskich   stosunków   z   czarodziejami.   Muszę   ich 
osobiście udobruchać i rozbroić. Spotykałem już wielu czarowników, ale nie miałem jeszcze do 
czynienia z panem naczelnikiem stacji, jak do takiego podejść?
Nie   czekałem   długo.   Wybrałem   się   doń   zaraz   nazajutrz,   porą   wieczorną,   kiedy   ostatni   pociąg 

background image

odszedł i czerwona czapka poszła w kąt.
Budynek stacji Tengeru powygaszał już światła i tylko czerwony semafor dawał znać, że czuwa. 
Przy nim właśnie zatrzymałem samochód, aby dalej iść piechotą.
Zaskoczenie obezwładnia zwykle ludzi. Zwłaszcza umysł prymitywny nie ma wówczas czasu na 
zamierzoną dyplomację.
Siedzibę   naczelnika   dzieli   od   jego   stacji   najwyżej   trzysta   kroków,   mieści   się   ona   w   otuleniu 
mangowych   drzew.   Szeroka,   dobrze   udeptana   ścieżka   świadczy   o   popularności   gospodarza. 
Usłyszałem  głos  bębnów.  W  miarę   zbliżania   się  do  celu   rytm  ich   narastał,   aż  stanąłem   przed 
zamkniętą bramką obszernego podwórka, pośrodku którego na wysokim drągu wisiała lampa. W 
dole, w jej kręgu kołysały się miarowo cienie tańczących ludzi. Krzyczę  hodil,  ale nikt mnie nie 
słyszy. Klaszczę w dłonie i powtarzam kilkakrotnie okrzyk. Wreszcie, po dłuższej chwili odzywa 
się znajomy głos:
— Karibu! (Proszę).
Jakże inaczej teraz wygląda ten urzędnik angielskich kolei. Dalibóg, nie poznałbym go wcale. Na 
mój widok zrywa się z leżaka i biegnie usłużnie. Ma czerwone, muzułmańskie spodnie i długą 
pasiastą   kapotę,   na   jego   piersi   wisi   mosiądzem   błyszczący,   starannie   wypolerowany   ogromny 
medalion. Poznaję. Jest to górne wieko od zbiornika maszynki naftowej z napisem „primus — madę 
in Sweden”.
Podsuwa mi drewniany stołek, połą płaszcza wyciera jego powierzchnię. Ledwie usiadłem, już 
któraś z żon nalała mi tykwę miejscowego piwa pombe.
Jesteśmy odseparowani od gromady tancerzy. Na ognisku piecze się kozioł. Koło tancerzy pod 
lampą   nie   reaguje   na   moją   niespodziewaną   wizytę.   Nie   widzą   nikogo,   są   już   pod   silnym 
alkoholowym  rauszem. Zresztą, kto ich tam wie. Tym  ludziom wystarczy tylko  rytm  Bębnów. 
Wybałuszyli gały oczne, wywalili oślinione i drepczą, pokracznie rozstawiając kolana. Każdy w 
dłoni ogon antylopy i od czasu do czasu macha dla odpędzenia moskitów.
— Może bwana mkubwa nie lubi naszego pombe, tu u siebie piwo wazungów... — mówił do mnie 
czarodziej z obleśnym uśmiechem.
—   Dawno   wybierałem   się   do   ciebie   wielki   mango.   Jak   wiesz,   jestem   doktorem   w   szpitalu 
wazungów. Moi Ri na twój rozkaz zdzierają moje opatrunki z ran, być nie może. Moja praca obraca 
się wniwecz, że lepiej byłoby nam współpracować zgodnie. A gdzieżby! A gdzieżby! — wołał 
czarownik wznosząc obie ręce. — Czyżby bwana mkubwa miał jakieś skargi przeciwko wiernemu 
przyjacielowi i oddanemu słudze...
— Nie dawniej jak wczoraj Masa je mi donieśli, że odradzasz im leczenie się u mnie, a dzieci 
szkolne wciąż zrywają z nóg moje opatrunki.
— To niemożliwe! Nie ma w tym mojej winy... — bąknął naczelnik.
— Prawda czy nieprawda, wina czy niewina — mnie to mało obchodzi. Wiem, ze jesteś mądry, a 
sądzę, że mógłbym ciebie niejednego nauczyć. Powiedz mi na przykład, co robisz z kaczanami 
kukurydzy? 
Spojrzał na mnie wzrokiem skonsternowanym i niemym, jakby badając, czy kpię z niego, czy tylko 
żartuję.
—   Cóż   mogę   robić   z   kaczanami   kukurydzy?   —   powtórzył   —   Oczywiście   zjadam.   Każdy   je 
kukurydzę, wszakże to jest główne nasze pożywienie.
— Pytam, co robisz z liśćmi i z tą kitą brunatną, co przy końcu kaczana?
— Co z tym robię? — zaśmiał się. — Wiadomo, wyrzucam kozom na pożarcie.
— Otóż to! Widzisz — zaprotestowałem. — Jesteś niby wielki mganga, a nie wiesz. Te włókna od 
kaczana są doskonałym lekarstwem. Ty to oddajesz kozie na pożarcie. Czy to jest dowodem twojej 
mądrości?
Czarodziej oglądnął się dokoła, czy ktoś przypadkiem tej naszej rozmowy nie usłyszał. Ale nie, 
wszyscy goście zajęci byli sobą. Pombe działało świetnie, rytm bębnów także robił swoje.
— Widzisz, zamiast marnować — kontynuowałem — zaparzyłbyś te kłącza i dawałbyś herbatkę do 
picia   niemowlętom   na   oczyszczenie   moczu.   Znakomite   lekarstwo.   A   czy   ty   znasz   cudowne 
działanie korzenia rokobe? No, powiedz szczerze... znasz?

background image

Czarodziej kręcił się na stołku wyraźnie zażenowany.
— Drzewo rokobe wcale nie leczy — mruknął.
— Właśnie że leczy, tylko trzeba wiedzieć o tym. Spróbuj zaraz jutro. Daj wywar z tego korzenia 
ukąszonemu przez węża i kładź jeszcze ten sam wywar na jego ranę. Uratujesz człowieka. A kiedy 
kobra plunie komu w twarz, to płucz natychmiast mu oczy herbatą z korzenia museka. Doskonałe 
lekarstwo. A co ty dajesz pacjentowi, gdy boli go ząb?
— Trzy ogony szczurze zawijam w liść kawy, spalam na ogniu i ten popiół sypię w otwór bolącego 
zęba.
— Może to i skuteczne lekarstwo, ale spróbuj lepiej zgnieść jeden goździk z Zanzibaru i olejek 
goździka zakropić w tenże otwór zbolałego zęba. Ja ci mogę dać bardzo dużo podobnych rad, tylko 
musimy być przyjaciółmi i nie szkodzić jeden drugiemu. Gdy przyjdziesz do mnie, to ci pokażę 
szkiełko, przez które można widzieć każdą chorobę. Nie będziesz wiedział, jak leczyć pacjenta, 
przyjdź do mnie i popatrz w szkiełko.
Niepokój czarodzieja zmienił się w zachwyt.
— Mzuri bwana mganga! Kabisa mzuri! Mimi takudja keszo na subui! (wspaniale, panie, jutro rano 
przyjdę).
Tak więc przyjaźń nasza ugruntowała się. Opuszczając jego dom myślałem: pozostał mi jeszcze 
jeden głupi drań, ale ten jest gorszy, bo nieokrzesany i dziki, a poza tym mieszka po drugiej stronie 
rzeki oddzielony ode mnie wertepami bez dróg, nie ma mowy, aby mój Opel-Olimpia pokonał takie 
trudności, na to trzeba rasowego Land-Rovera. Przypomniał mi się wówczas mój młody przyjaciel 
Dick — agent leśny, on wałęsa się po całym kraju, wybierając odpowiednie drzewa na handel, kie-
dyś proponował mi nawet wspólną eskapadę, może więc teraz puści się ze mną do tego mchawi.
Od   myśli   do   słowa,   od   słowa   do   czynu.   Dosłownie   w   kilka   dni   rzecz   została   omówiona   i 
postanowiona.   Oto   w   słoneczną,   wcale   nawet   nie   gorącą   pogodę   jedziemy   razem   na   tereny 
plemienia Wandorobo.
Dick   jest   wspaniałym,   wysportowanym,   krępym   i   zdrowym   chłopcem,   szczerzącym   co   chwila 
swoje śnieżyste zęby w rubasznym, bezpośrednim uśmiechu. Ma on doskonałą metodę podejścia do 
tubylców  bez zbędnego spoufalania się i bez snobistycznej, angielskiej  wyższości. Swobodny i 
przyjacielski,   chwilami   może  jowialny,   potrafi  być   powściągliwy  w  tej  swojej  wylewności  nie 
zatracając prestiżu.
—   Wysłałem   już   wczoraj   do   nich   swojego   człowieka   —   powiedział,   wsiadając   do   łazika.   — 
Prosiłem, aby szef zwołał ludzi na ngomę, będzie to nas kosztowało parę kozłów, ale z pewnością 
się opłaci. Będzie pan miał świetny przegląd różnoplemiennych strojów.
— Tym razem chodzi mi o czarodzieja. Muszę go ułaskawić, żeby mi nie robił świństw i nie 
zatruwał pracy.
— Będzie i czarodziej — stwierdził Dick kiwnięciem brody. — Widział go pan kiedy?
Nie   odpowiedziałem   na   to   pytanie,   bo   mnie   zatkało   w   tym   momencie   od   nagłego   i   wielce 
ryzykownego przechyłu auta. Jechaliśmy wąską ścieżyną dla pieszych tak, że tylko dwa lewe koła 
toczyły się po niej równo, podczas gdy koła prawe skakały po korzeniach, grudach i kamieniach, 
przy czym teren to obniżał się, to podnosił, nie synchronizując się bynajmniej z poziomem ścieżki. 
Dick jednak nic sobie z tych różnic nie robił. Pędził sześćdziesiąt mil na godzinę.
— Byczy chłop z tego czarodzieja! — krzyczał dalej Dick. — Trudno uwierzyć, że dziś, w wieku 
rakiet i samolotów takie kreatury jeszcze chadzają po świecie. Goryl, powiadam panu, istny goryl! 
Gdyby go tak zabrać do Europy i pokazywać tam na placach miast, doskonały business.
— No to cóż — odpowiedziałem śmiechem. — Proszę próbować. Ja radzę inny, przyjemniejszy 
interes, niech pan weźmie sobie za żonę którąś z młodych dziewczyn plemienia Goroa, czy pan 
zauważył?
— Co miałem zauważyć?
—  Ano,  fenomen.  W  przeciwieństwie  do  nieforemnych,   typowo  afrykańskich  obwisłych  piersi 
tutaj, w tym jedynym chyba plemieniu ma pan piersi klasycznie piękne, foremne i jędrne.
— Widzę, że pan doktor nie od tego, co? — zaśmiał się.
Dojeżdżaliśmy do celu. Już z daleka widniał spory tłum mężczyzn, czekali widocznie nas przed 

background image

domostwem   szefa.   Rzeczywiście,   rozmaitość   strojów   przebogata,   zwłaszcza   ubiory   głów.   Od 
hipopotamich   kłów  do  strusich  piór, od  plecionych   kapeluszy do  gliną  lepionych   fantazyjnych 
fryzur.   Nie   było   w   tym   żadnego   ustalonego   stylu   ani   formy.   Zbieranina   różnych   okolicznych 
plemion. Na spotkanie nasze wystąpił opasły szef w towarzystwie golasa obwieszonego brudnym 
śmieciem, inaczej tej jego biżuterii nazwać nie można. Czego tani nie było! Przede wszystkim na 
grubym,   kręconym   (skórzanym   sznurze,   na   samym   froncie,   zwieszał   się   ogromny,   kręty   róg 
antylopy wypełniony gliną albo inną tajemniczą jakąś mieszaniną. Każdy czarodziej Afryki ma 
podobny   róg   i   nad   nim   odprawia   swoje   gusła.   Prócz   rogu   cała   pierś   golasa   obwieszona   była 
drobiazgami   magicznego   pochodzenia,   jak:   powykręcane   korzonki   drewna,   muszelki   różnego 
kształtu,   zasuszone   jaszczurki   i   kameleony,   spiralki   druciane,   muterki   od   samochodu,   jednym 
słowem — kolekcja niebywała. Do tego czarodziej trzymał jeszcze w dłoni olbrzymi ogon koński, a 
raczej antylopi (bo w tych okolicach koni nie ma). Bez takiej kity zresztą nie może się obyć żaden 
starszy Afrykańczyk, służy on do odpędzania much i komarów.
— A więc to jest mój groźny konkurent! — mruknąłem do Dicka. — Musimy go jakoś ułagodzić.
—   Moi   drodzy!   —   rozpoczął   Dick   przemowę.   —   Znacie   mnie   jako   waszego   „Bwana   Miti” 
(leśniczy).  Już nieraz  dałem wam dobrze zarobić  przy rąbaniu lasu. Dzisiaj przywiozłem wam 
wazungu-mganga (białego lekarza),  który jest najlepszym  mgangą.  On umie  czytać  chorobę ze 
szkiełka. Patrzy przez szkiełko i widzi wszystko, co w sercu, co w brzuchu, co w płucach. On umie 
czytać nawet myśli ludzkie.
Obserwowałem   spod   oka,   jakie   wrażenie   wywiera   ta   przemowa   na   słuchaczach.   W   miarę   jej 
panegirycznych słów oczy tłumu skupiały się na mnie. Przyglądali mi się ciekawie z otwartymi 
ustami.   Tylko   na   wargi   czarodzieja   wystąpił   ironiczny   uśmiech.   On   jeden   nie   dowierzał   tym 
słowom.   On   jeden   miał   mnie   w   pogardzie.   Zdecydowałem   się   wówczas   na   ostateczny   psy-
chologiczny   chwyt.   Wystąpiłem   naprzód   i   zwracając   się   do   czarodzieja,   zawołałem   głosem 
donośnym:
— Wasz mganga-mchawi jest wielki i mądry, dlatego leczy was skutecznie, ale czasami musicie 
przyjść do mnie i wasz mganga musi także przyjść do mnie, żeby spojrzeć przez szkiełko. Ja nie 
chcę od was pieniędzy — chcę tylko wam pomóc. Na dowód mojej siły mogę uczynić, co tylko 
chcecie. Mogę wydrzeć w tej chwili sobie albo wam oczy.  Mogę oberwać uszy... mogę wyjąć 
zęby... Nie wierzycie! Oto one! — krzyknąłem głośno, ruchem szybkim wyjmując sobie dolną 
protezę, po czym uniosłem ją w górę wysoko ponad głową.
Efekt był piorunujący. Tłum zakołysał się i oglądając się poza siebie, jął przezornie się cofać. Tylko 
czarodziej stał dalej niewzruszony. Wówczas zaszło coś najmniej spodziewanego. Oto Dick, ten 
młody, zdrowy, czerstwy Anglik, spojrzał na mnie wesoło, mrugnął porozumiewawczo okiem, po 
czym  ruchem  błyskawicznym  wyłuskał  sobie  z ust obie sztuczne  szczęki  i  uniósłszy je ponad 
głowę, jął nimi grzechotać co sił w powietrzu.
Tego już jak na prymitywny  umysł  zgromadzonych  widzów było  za wiele.  Pierwszy wrzasnął 
czarodziej i całym pędem puścił się do ucieczki, a za nim jego wierny tłum. W kilkadziesiąt sekund 
plac opustoszał, zostaliśmy tylko we dwóch. Nawet opasły nasz szef na wszelki wypadek podreptał 
drobnym truchtem i przezornie znikł w drzwiach swego domu, skąd, zdaje się, obserwował bieg 
dalszych spraw.
Nie  czekaliśmy  długo.  Byłem  najzupełniej  pewien  dobrych  skutków  tej   naszej   dyplomatycznej 
wizyty. Przez całą powrotną drogę Dick raz po raz parskał niehamowanym, łobuzerskim śmiechem.
— Kapitalny kawał! — wołał. — Do końca życia nie zapomnę wyrazu ich twarzy. Skąd panu 
doktorowi przyszedł tak znakomity pomysł?
— A skądże, u licha, panu w tak młodym wieku zjawiły się obie szczęki sztucznych zębów?
— Rzecz prosta. Dostałem kiedyś bólu w żołądku, poszedłem do doktora. Zbadał i powiada, że 
niczego   znaleźć   nie   może,   więc   prawdopodobnie   mam   jakieś   ognisko   ropne   w   zębach.   Ja   do 
dentysty. Ten z kolei zbadał, prześwietlił, co trzeba, ale niczego nie znalazł. Powiedział, że to jakaś 
ropa ukryta.
„Ano   to   rwij   pan   wszystko   —   mówię.   —   Będę   miał   święty   spokój.   No   i   wyrwał.   Teraz 
rzeczywiście   mam   Święty   spokój.  U   nas   w   Anglii   na   ogół   dentyści   nie   lubią   leczyć.   Dlatego 

background image

większość nawet młodych nosi sztuczne zęby. No i widzi pan, doktorze, dziś się one panu przydały. 
Jestem głęboko przekonany, że rano zjawi się u pana wielki czarodziej — mchawi Wando-yobo z 
czołobitną wizytą.
Pożegnałem Dicka na progu swego szpitala. Musiałem jeszcze odbyć poobiedni obchód chorych. 
— Panie doktorze, Nakumeni obwiesił się! — zameldował mi starszy sanitariusz, kiedy wróciłem z 
wyprawy. 
— Jaki Nakumeni?
— Jeden z tych sizalowych robotników niedawno utrudnionych, trzeba, aby pan doktor stwierdził 
jego gon.
  Straszliwie nie lubię tych wszystkich policyjnych formalności, w całym swoim lekarskim życiu 
wykręcałem się, jak mogłem, od widoku trupów.
— Gdzież on jest? — zapytuję.
— A wisi sobie tam niedaleko, na drzewie.
— No to zdejmijcie i przynieście go tutaj, za chwilę wrócę.
Upłynęło parę godzin, zanim wróciłem. Byłem bowiem zajęty czymś innym. Zwłoki zastałem pod 
ścianą przykryte jakimś workiem. Odchyliłem rąbek. Znałem tą twarz. Przychodził do mnie często 
po rozmaite lekarstwa.
— A więc ten stary nazywał się Nakumeni... — mruknąłem, żeby coś powiedzieć. — Zabierzcie go 
i pochowajcie.
Stanowczo nie nadaję się do pełnienia służby lekarza urzędowego. Nie znosiłem medycyny sądowej 
i za czasów uniwersyteckich uciekałem z jej wykładów. Dotychczas każdorazowe zbliżenie się do 
śmierci wytrąca mnie z równowagi. Wówczas również nie mogłem do niej przez czas dłuższy 
wrócić. Kolacja mi nie smakowała. Nic prawie nie jadłem.
— Co się stało? — pytała żona, ale nie chciałem jej opowiadać. Komu potrzebne te wisielcze 
historie.
W   nocy   także   nie   mogłem   jakoś   zasnąć.   Śliczny,   wypolerowany   księżyc   w   asyście   miliarda 
tropikalnych gwiazd oświecił rozprażone niebo. Pióra palm nawisłych ponad oknem cedziły ten 
blask   poprzez   sito   swoich   fantazyjnych,   postrzępionych   liści.   Nieruchome   powietrze   dławiło. 
Wstałem, aby się trochę przejść, żeby zaczerpnąć tchu, którego brakowało.’ Była to najgorsza pora 
suszy.
Pójdę skontrolować pracę dyżurnego sanitariusza  w szpitalu  — przemknęło  mi  przez myśl.  — 
Pewno śpi w najlepsze, zamiast czuwać nad chorymi.
Jak mogłem najciszej, podkradłem się do frontowych drzwi szpitala. Chciałem go przyłapać na 
lekceważeniu obowiązków. Drzwi zastałem otwarte. Za progiem, w przedsionku na podłodze, w 
smudze księżyca, oparty plecami o ścianę, siedział jakiś chudy starzec, na mój widok zaczął wolno 
się podnosić. Struchlałem. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Stałem nieruchomo, wpatrzony w tę 
zjawę. Nie, na pewno się nie myliłem. Nie mogłem się omylić. To był on — dzisiejszy wisielec.
W tym właśnie momencie wsunął się gdzieś z boku mój nocny dyżurny sanitariusz.
— Widzi pan doktor — rzekł wesoło — to nasz Nakumeni, my już chcieliśmy go pochować, a on 
wstał...
Chyba   nie   wisiał?   Kłamaliście?!   —   zawołałem   ciekły,   jakby   zły   na   to   „niepotrzebne” 
zmartwychwstanie.
Żebym  tak zdrów był,  bwana mkubwa! Żeby mój  zdrów był  i jego matka,  jeślim kłamał.  On 
naprawdę   wisiał,   i   to   wisiał   rzetelnie,   ale   ożył   i   cóż   na   to   powiesz?   —   dodał   z   ciężkim 
westchnieniem. No to chwała Bogu, że ożył... — dodałem pośpiesznie, aby złagodzić pierwsze 
wrażenie. — Daj mu zazastrzyk kamfory i witaminy, a od jutra musimy go jeszcze karmić. Niechaj 
tutaj nie siedzi, zabierz go raz do łóżka.

background image

Skok o tyczce

Wydaje mi się, że przed chwilą byłem w Etiopii, a przed kilku dniami wędrowałem przez busz Tan-
ganiki, Ugandy czy Kenii. Czas przestał się liczyć jako miarodajny czynnik, wszystko zależy od 
natężenia przeżywanych wrażeń, jedne ulatują bez śladu, nikną z pamięci, inne zostają na zawsze, a 
przez to bliższe są w czasie i przestrzeni. Trudno uwierzyć w to, ale naprawdę jestem już w Afryce 
Zachodniej. Kto by pomyślał. Niesamowity jakiś bałagan w moim podróżniczym planowaniu, brak 
konsekwencji. Zresztą zawsze mi jej brakło. Ale mówiąc otwarcie, czy to wielka rzecz? Skok o 
tyczce poprzez cały afrykański kontynent ze wschodu na zachód, za jednym zamachem, czyż to nie 
wspaniałe?   Właściwie   z   wielkim   powodzeniem   mógłbym   dalej   snuć   swoje   opowieści 
włóczęgowskie i żaden z czytelników nawet by się nie spostrzegł, że to nie Afryka Wschodnia. 
Widoki   te   same,   ludzie   tegoż   samego   koloru.   Nawet   sępy-śmieciarze   jednako   się   plączą   pod 
nogami. A zresztą — mój Boże! — jakaż różnica dla czytelnika, czy dana miejscowość nosi nazwę 
Huli-Popo, czy Popo-Huli? Czy leży ona w Nigerii czy w Kongo? Najważniejsze, aby leżała w 
jakiejś egzotycznej krainie i żeby obrazek był wierny pod względem przygody i obyczajowości. Ot, 
na   przykład   w   tym   momencie:   siedzimy   sobie   przy   ognisku,   popijając   z   tykwy   lokalne   piwo. 
Muchy   nieznośne,   natrętne,   obrzydliwe,   rozwydrzone   brakiem   sanitarnych   urządzeń   oblepiają 
twarz, a szczególnie oczy i nozdrza, tak że żadna siła nie potrafi ich odstraszyć, są rozpuszczone i 
oswojone niczym gołębie na placu Św. Marka w Wenecji albo na , placu Trafalgar w Londynie. Co 
prawda, szef plemienia - Lobi ofiarował mi swój piękny chwast z ogona antylopy, ale macham nim 
przed nosem i macham, a muchy nic sobie z tego nie robią.
— Tu proszę pana — przemówił nagle szef — zupełnie inaczej było dawniej. Ludzie szanowali 
szefa. On dla nich był więcej niż ojcem. Posłuch był, spokój, dyscyplina! Każdy wiedział, co ma 
robić i dlaczego, a te wyznaczają nam jakiegoś „komisarza”, jakby szefa, on obcy, nietutejszy. 
Jakże może być obcy szef? No, niech pan sam powie, czyż to nie głupie?
— Hm — bąknąłem byle coś bąknąć.
— On jest ze szczepu Akan, z południa, znad morza. My ich nigdy nie lubiliśmy. Dawniej to kiedy 
omyłkowo taki do nas zabłądził, to go zamykaliśmy do komórki na zapas, na okazję... aż się mu 
głowę utnie...
— Jak to... utnie? — zdziwiłem się.
— Zwyczajnie — odrzekł szef — przy okazji.
— Cóż to za taka okazja?
  —   Kiedy   jakiś   szef   umrze.   Bo   u   nas,   uważa   pan,   każda   wieś   ma   swego   szefa,   a   nad   nimi 
wszystkimi panuje Paramont-szef, taki jak ja.
— Więc jeśli któryś z tych małych szefów umrze — podpowiedziałem — to jest okazja do ucinania 
łba?
— Właśnie, właśnie... jakby pan zgadł — potwierdził szef. — Bo nasi przodkowie muszą na czas 
wiedzieć o tym zdarzeniu, żeby zmarłego godnie przyjąć do swego grona. Jeżeli szef był znamienitą 
osobą, to się wysyłało kilku takich posłańców na tamten świat.
— Nie bardzo rozumiem, co ma wspólnego ucięcie głowy z rolą jakiegoś posłańca na tamten świat?
— No, rzecz bardzo prosta. Najstarszy z rodziny zmarłego szepcze do ucha takiego wybrańca 
wszystko,   co   trzeba   powiedzieć   na   tamtym   świecie   naszym   przodkom,   jednym   słowem,   daje 
zlecenie, a potem nożem pod gardło i już po wszystkim. Posłaniec jest na tamtym świecie.
— Rzeczywiście, rzecz to krótka i nieskomplikowana — stwierdziłem.
— No widzi pan! — zawołał radośnie szef i kładąc obie pulchne dłonie na mocno wypuczony 
brzuch,   trząsł   się   od   paroksyzmów   śmiechu.   —   I   na   ten   cel   właśnie   my   zbieramy   w   swoich 
komórkach takich zabłąkanych przechodniów. Nikt ich nie zna i nikt ich nie będzie szukać.
Słuchając   tych   szef   owych   opowieści,   myślę   sobie:   co   kraj,   to   obyczaj.   W   tamtej   Afryce, 
Wschodniej, tego nie było. Przynajmniej tego nie spotkałem.
— Dzisiaj chyba nie wysyłacie już posłańców na tamten świat? — spytałem.
— Trudniej z tym — mruknął szef wyraźnie niezadowolny. — Ale — dodał spiesznie — jakoś 

background image

sobie radzimy.
Stanęła mi w oczach historia opisana przez słynnego angielskiego podróżnika i odkrywcę Barkersa, 
jak to wysyłano podobnych posłańców w zaświaty na dworze króla Dahomeju. Wówczas odbywało 
się   to   uroczyście   z   orkiestrą   bębnów   i   z   przystrajaniem   ofiar   w   kolorowe   szaty.   Jednak   — 
pomyślałem — obyczaje się nieco temperują.
Szef Lobi mieszka niedaleko mojej stałej siedziby, więc składam mu częste wizyty służbowe. Ale 
bliskość w stosunkach afrykańskich także nie odgrywa zbyt wielkiej roli. Miasto Tamale leży ode 
mnie około 270 kilometrów, i to bardzo paskudnej drogi, tam właśnie robimy z żoną zakupy. Raz 
albo i dwa na miesiąc. Na tej drodze leży rzeka Biała Wolta, słynna z endemii filarii, choroby 
prawie nieuleczalnej, powodującej ślepotę i słoniowaciznę. W porze deszczowej Wolta jest szeroka 
i bystra. Na drugą stronę przewozi motorowy prom, ale w sezonie suchym woda opada i wówczas 
poprzez wąską stosunkowo strugę przerzucają metalowe przęsło mostowe. Przez ten most właśnie 
w tej chwili przejeżdżam i tuż za nim skręcam samochodem na cementową, starą, popękaną płytę, 
prawdopodobnie pozostałość po dawnym promie. Tu stawiam auto bokiem o rzeki, żeby zasłaniało 
nas od wiatru. Dalej każdy z wie, co ma robić; ja rozkładam dwa polowe łóżka, żona przygotowuje 
pościel i moskitiery. Oba łóżka przysuwamy jak najbliżej do samochodu, następnie wtykamy w 
drzwiowe szczeliny patyki  i na nich zawieszamy moskitiery.  Robota idzie  automatycznie.  Gdy 
wszystko gotowe, śpieszymy do kąpieli. Jest pełnia księżyca, rzeka lśni żywym srebrem. Ale te 
krokodyle???
Zwykłe krokodyle unikają zgiełku. Przy mostach i promach można się śmiało kąpać. Tak jest w 
dzień, gdy panuje ruch. Co się dzieje w nocy, kto może przewidzieć? Pewnie wówczas krokodyle 
rozpoczynają   wędrówki   i   spacery?   Woda   w   Wolcie   mętna,   nieprzezroczysta.   We   dnie   kąpiel 
wygląda inaczej niż w nocy. Sytuacja tym bardziej niepewna, że do wody trzeba wchodzić ze 
śliskiej skały i od razu w głębię.
Właśnie rybacy wracają z połowu. Ciężkimi łopatami pchają klecone z desek, płaskodenne czółna.
Od rzeki niesie wilgotnym chłodem. To pora harmatanu — afrykańskiego halniaka. Duchota dnia 
topnieje wraz ze słońcem. Małe muszki otaczają bezgłośną chmarą, aby tylko złośliwie pokąsać i 
zaraz  odlecieć,   im   także   czas  spać.  Jedno  pechowe   ukąszenie   może  nas  kosztować   życie   albo 
ślepotę. Te właśnie małe muszki to Simulium — roznosiciele filarii. Ruch samochodowy ustał. 
Rybacy wrócili. Cisza przedwieczorna zaległa nad rzeką. Gdzieś z bardzo daleka słychać gwar 
wioski i głuche bicie stęp. To kobiety ubijają swoje fu-fu, czyli kukurydziane ciasto, narodową 
potrawę   Afryki   Zachodniej.   Zwierząt   żadnych   nie   ma.   Wszystko   już   dawno   wytępione. 
Hipopotamy także uciekły.
Gdy noc zapada na dobre, drapię się na wysoki brzeg do wioski po smażoną rybę. Na małym 
klepisku, przy samej drodze rozsiadły się czarne przekupki. Przed każdą tkwi na wysokich nóżkach 
żelazny kosz żarzących się węgli. Na jego drucianym ruszcie, w orzechowym tłuszczu wspaniale 
rumienią się ryby.  To nic, że każdy klient zanim rybę  kupi, na wszystkie strony ją obmaca, a 
przekupka jeszcze poprawi. Płomień zarazki przepali, a żadna z europejska przyrządzona ryba nie 
miała i mieć nie będzie takiego niebiańskiego smaku. Zaopatrzony w doskonałą kolację, klucząc 
wśród płonących ognisk wioski, nie śpiesząc wracam do samochodu. Odwlekam powrót, jak mogę, 
bo   cóż   teraz   robić?   Komary   tną,   więc   trzeba   włazić   pod   moskitierę.   Lampy   nie   ma.   Godzina 
wczesna — spać się jeszcze nie chce.
Wioska   została   daleko   za   mną.   W   dalekiej   perspektywie   szkarłatnią   się   węglowe   piecyki.   Na 
purpurowym ich tle czernią się karykaturalnie wydłużone ludzkie cienie. W tym właśnie momencie 
na   przeciwległym   brzegu   rzeki,   spoza   górki   wyłania   się   olbrzymia   tarcza   księżyca.   Jej   blask 
zygzaczy się wolno poprzez dygocącą wodę.
Układamy   się   na   polowych   łóżkach   przykryci   woalem   białej   moskitowej   siatki,   nadaje   ona 
otaczającemu światu nienaturalne, dziwne kształty, jakby się patrzyło poprzez przymglone szkła. 
Temperatura powietrza teraz, późnym wieczorem jest najmilsza, koi nerwy, orzeźwia płuca. Od 
rzeki idzie niezastąpiony, jedyny w świecie zapach wilgoci. O siatkę leciutko terkocą uderzenia 
muszek. Błoga beztroska przysypana gwiazdami. Wokół srebrzące się w księżycu, miękkie, przytu-
lne plamy piasku. Jakieś chrząkania w oddali. Czyżby hipopotamy? Podobno w tamtej stronie rzeki 

background image

jeszcze Się pytają.
Jakże przyjemnie wstawać tuż przed świtem, kiedy zmierzch nie zdążył rozproszyć mroku. Kiedy 
niebo dostaje rumieńców, a ryby pluskają na powitanie słońca. Nawet rybak w czółnie stara się 
wody   nie   mącić.   Wkłada   wiosło   powoli   i   z   ostrożna.   Świat   się   nie   rozruszał   jeszcze   z 
podrzemkowej drętwoty. Trzeba się śpieszyć w drogę, zanim murzyńskie autobusy nie ruszyły z 
Taimale, gdyż będzie straszliwy kurz.
Wjeżdżamy do miasta w czas największej gorączki. Szeroko rozrzucony bazar otacza czworobok 
niskich szanych straganów. Rękodzielnictwo niestety zapchane w najodleglejszy gdzieś kąt. Trzeba 
więc koniecznie minąć  te stosy błyszczących  rupieci:  aluminiowe piramidy garnków, kwieciste 
japońskie perkaliki i plastykowe sandały, kolorowe grzebyki i wzorzyste filiżanki z emalii. Trzeba 
mieć wzrok bystry, a i niuch dobry, żeby wyczuć kierunek marszu i nie przegapić tego, co stanowi 
do dziś jeszcze duszę każdego północnoafrykańskiego jarmarku. Najlepiej kierować się zapachem 
garbowanych skór.
Otóż i one. W oddzielnych, dość przestronnych stoiskach siedzi po dwóch albo trzech szewców, 
oczywiście w kucki i na ziemi. Obok wiązki jaskrawo barwionej skóry. W rękach trzymają jakiś 
przeplatany  kolorami  sandał  lub  torbę,  na  gwoździu  zaś   wisi  para  butów   do konnej  jazdy.  Są 
gotowe, ale nie podzelowane. Czasami mignie suto haftowany czaprak, aplikowany skórą w esy-
floresy. Gdy uważnie przejrzysz towar, to i szablę wyłuskasz z safianowej pochwy albo i nóż jaki 
piękny.   Nikt   ci   tego   nie   będzie   pod   nos   sadził   ani   zachwalał.   Nie   z   młokosami   masz   tu   do 
czynienia, co europejską tandetę sprzedają. Tu są solidni rzemieślnicy. Ludzie starsi, najczęściej 
sędziwi. Znają swoją godność. Nie reklamują się. Milczą. Sam musisz o siebie dbać, sam towaru 
szukać.
Po drugiej stronie tejże ulicy rozłożone kilimy. Przybyły tu w tobołach na głowach domokrążców. 
Przywędrowały od strony tajemniczego Timbuktu, czyli od miasta tysiąca legend, gdzie wielka, 
niebieska rzeka Niger wsiąka w żółty piasek Sahary. Na wąskich warsztacikach tkackich pracują 
wysokiej klasy specjaliści. Sami wiją nici, sami je barwią roślinnymi farbami, sami tkają w długie, 
cienkie paski. Kilimy, na których trzeba się znać, żeby nie paść ofiarą imitacji. Jeden znany eks-
pertom kolor już cenę dziesięciokrotnie podwyższy.
Na bruku między straganami siedzi starzec — mistrz od srebrnych wyrobów jubilerskich. Rzadki to 
ptak   w   tutejszych   stronach.   Piękne   ma   rzeczy   wytapiane   i   kute:   bransolety   ciężkie,   masywne, 
kręcone ze srebrnych prętów. Pierścienie ogromne, wypukłe, stare, a nowoczesne w kształtach.
Bliżej płotu znajdziesz stragany „dżudżu”. Najróżniejsze rozłożone na płachcie workowej, pomocne 
w chorobach fetysze. Można je nabyć z porady znachora. Ale jeśli takowej ze sobą nie otrzymałeś, 
doradzi sam sprzedawca, stary dżudżumen, czyli czarownik. Siedzi on na skrzyżowanych piętach 
sarkastycznie obserwując, jak gmerasz palcami w jego śmietniku. Nie protestuje. Tu możesz robić, 
co się żywnie podoba, tutaj zawsze klient to pan, jaki by nie był: czarny czy biały.
A   więc   wybieram   zasuszonego   kameleona,   dwa   zęby   krokodyla,   ogon   jakiegoś   ptaszka,   kilka 
starych   ręcznie   szlifowanych   paciorków   i...   parę   główek   czosnku,   bo   takiego   specjału   nigdzie 
więcej dostać nie można.
Z targu warto pojechać do miejscowego hotelu, gdzie przed jego werandą, pod rozłożystą koroną 
drzewa siedzi zawsze paru kupców-domokrążców. Sprzedają oni upominki turystom. Nie wolno ich 
lekceważyć. Śród banalnej a nieciekawej tandety zaplątać się mogą przedmioty rzadkiej wartości. 
Ci ludzie wędrują po całej Afryce Zachodniej zbierając, co się tylko da. Cenniejsze przedmioty 
schowane   są   dla   „lepszej”   klienteli,   trzeba   się   o   nie   specjalnie   dopominać.   Niejeden   eksponat 
nabyłem z ich rąk.
Nie znoszę miasta. Nawet taka dziura, takie maleńkie Tamale drażni mnie i męczy, ach, z jakąż 
rozkoszą mijam  ostatnie  domy,  zagłębiając  się ponownie w cudowną monotonię  afrykańskiego 
buszu.   Nic   właściwie   pięknego   w   nim   nie   ma,   jest   raczej   uosobieniem   brzydoty:   pokracznie 
karłowate   krzewy,   fantastycznie   sprężone   w   jakimś   paralitycznym   letargu,   i   na   tle   tego 
cmentarnego parku porozrzucano olbrzymie, rudoczerwone pomniki termitier. Łącznie z wysuszoną 
trawą wszystko tu beznadziejne jest i smutne. A jednak właśnie busz ma w sobie niewysłowiony 
urok. Przywiązuje do siebie, pociąga. Może sprawia to przestrzeń nieograniczona, rozmaszysta, 

background image

szeroka, rozrzutna. głęboko się oddycha — daleko się patrzy. 
Droga   do   Daboy   nie   różni   się   od   innych   afrykańskich:  czerwonoruda   przedziera   się   poprzez 
najtypowszy busz, od czasu do czasu nanizują się paciorki okrągłych, takichże czerwonych chat, o 
stożkowatych,   słomą   krytych   dachach.   Ta   droga   prowadzi   do   mostu,   który   trzeba   koniecznie 
przejechać, a skoro „koniecznie”, więc nie wchodzi w rachubę jakość, stan, moc, bezpieczeństwo i 
w ogóle tego rodzaju bezsensowne warunki. Jeżeli słupa zabrakło, trzeba ten słup wykombinować.
Jeżeli pokrycia deskami ,brak, wówczas same belki wystarczyć powinny. Skoro przejechać się m u 
s i, to nie ma gadania! Tak też jest i w tej chwili. Stwierdziłem, że most przestał istnieć. Ostatni 
sezon deszczowy zabrał wszystkie deski. Pozostał jedynie szkielet. Ha. Więc cóż robić?
Łamię długą trzcinę. Mierzę nią rozstęp kół samochodu, następnie mierzę rozstęp wzdłużnych belek 
szkieletu mostowego i — o dobry mój losie! Oba te wymiary zgadzają się. Więc nad czym tu się 
zastanawiać? Podjeżdżam pod sam most. Wysiadam. Sprawdzam, czy koła przednie są prawidłowo 
nastawione.   Wracam   do   kierownicy.   Żona   przechodzi   po   belce   na   drugą   stronę   rzeki.   Teraz 
pozostaje dokładna obserwacja ruchów jej ręki.
Powoli, z namaszczeniem, z sercem w gardle, a duszą na ramieniu... — przejeżdżam.
Most wzięty. Czeka mnie jeszcze powrót. To Afryka. Jeszcze kilka mil, ostry wjazd do góry i 
wspaniały   widok...   U   naszych   stóp,   to   znaczy   przed   samochodem   znowu   rzeka   Wolta.   Dalej 
przejazdu nie ma... Hop, hop!” — trzeba wołać. Na przeciwległym brzegu odpowiedzą, gdyż od 
wczoraj   czekają.   Muszą   czekać.   Starszy   sanitariusz   Sulley   —   syn   wielkiego   szefa   plemienia 
Dagomba — czekać na mnie musi, takie to już demokratyczne czasy.
Wysoki, rasowy, o małych wąsikach i szerokich skułach przypomina raczej mieszkańca północnych 
Chin. Jest wybitnie służbisty i zdyscyplinowany. W konwersacji z nim nie należy się spodziewać 
innych odpowiedzi jak tylko: yes, sir i no, sir.
Za chwilę rybackim korytem przeprawimy się na drugą stronę. Przede wszystkim należy złożyć 
oficjalną   (wizytę   szefowi   miasteczka.   Każdą   pracę   trzeba   zaczynać   od   kurtuazji.   Afryka   jest 
wybitnie drażliwa.
Do „pałacu” szefa nie wolno wchodzić bez uprzedniego zaanonsowania. Po kilku dopiero minutach 
zjawi się sługa i zaprosi do środka. Wielki  szef Daboy każe na siebie cierpliwie  czekać. Sala 
audiencyjna, jak i cała reszta pałacu, klejona jest z gliny. Strop niski, ale izba obszerna. Pod jedną 
ze   ścian   tronowe   podwyższenie,   na   nim   skórzane   pufy.   Żadnych   innych   mebli.   Pod   drugą, 
przeciwległą, ścianą dwa ogromne sygnalizacyjne bębny.
A oto i sam szef. Przed progiem, muzułmańskim obyczajem, zrzuca z bosych stóp sandały. Za 
szefem wciska się gromada starszych osobników. Szef nigdy nie bywa samotny. Jest stale otoczony 
świtą doradców.
— Antire! — zaczął mój asystent Sulley.
—   Na!   (dziękuję)   —   odpowiedział   szef   owy   tłumacz,   gdyż   mało   który   szef   pospolituje   się 
przemawianiem bezpośrednio. Nie należy to do dobrych  obyczajów. Do wiernych  mówi się za 
pomocą pośrednika, do którego szef mruczy półgłosem, a on dopiero powtarza przemowę.
— Aba bewola! — kontynuuje mój Sulley.
— Na — odpowiada szef. Wiem, że te tradycyjne powitania potrwają dobre kilka minut, oglądam 
się więc tymczasem na boki, badając wzrokiem otoczenie. Nic ciekawego. Ściany gładkie, lepione z 
gliny,   żadnych   obrazków,   sufit   takiż   gliniany   podparty   krokwiami,.   Najbardziej   atrakcyjne   są 
twarze   doradców   o   rysach   chamickich,   orlich   nosach,   krzaczastych   brwiach   i   sępim   wzroku. 
Widocznie są to przybysze z północnych stron.
— Amma bewola! (jak się ma twoja matka?) — przemawiał tymczasem Sulley.
— Na — burczał przez tłumacza szef i dalej szła przepisowa rozmowa.
Wreszcie litania dobiegła końca. Towarzystwo z wyraźną ulgą westchnęło. Obyczajom stało się 
zadość, teraz można przystąpić do rzeczy.
—   Mój   drogi   szefie   —   zacząłem   głosem   uroczystym.   —   Znasz   minie,   nie   pierwszy   już   raz 
przychodzę tutaj ze swoimi ludźmi, żeby leczyć twoich poddanych. Teraz pragnę twojej pomocy w 
zwoływaniu opornych, bez ciebie nie zrozumieją korzyści, jakie płyną z lekarstw. Ty wiesz, jacy 
ludzie bywają niemądrzy.

background image

Sulley jest doskonałym mówcą i sugestywnie gestykulując, gęsto ilustruje moje słowa. Zresztą nie 
potrzebuje   już   mnie   słuchać,   zna   na   pamięć   wszystkie   nasze   zawodowe   prośby   i   powitania, 
dziękczynienia i pożegnania.
Szef także nie gorzej od niego zna treść tych przemów.
Więc gdy formom stało się zadość, przechodzimy na bardziej poufały ton, szef pochyla się do mnie 
i szepce:
— Pan doktor zaraz jedzie do Jabun?
— Tak jest, jadę.
— Mógłby pan łaskawie przywieźć mi stamtąd od brata jeden worek kukurydzianego ziarna?
Któż by szefowi odmówił, znakomita okazja do zadzierzgnięcia bliższych stosunków.
— Ależ z największą przyjemnością — zawołałem, zrywając się z miejsca, bo jeden z szef owych 
synków ukłuł mnie w tym momencie w pośladek.
— Ci malcy to synowie waszej dostojności? — zapytuję, siląc się na uśmiech.
— Tak, moi — odpowiada szef dumnie.
— A wielu ich razem? — pytam.
— Czterdziestu siedmiu i siedemnaście córek.
— Z jednej żony?
— Nie, gdzieżby, z trzydziestu siedmiu.
— Oho! — chrząknąłem mimo woli — chciałbym mieć takie zdrowie.
Wizyta   się  kończy.  Właśnie   olbrzymi   drab  wywleka  bębny na   podwórko,  żeby  nadać   ostatnie 
rozkazy dotyczące współpracy ludności z naszą sanitarną ekipą. Przy głuchych  tonach bębnów 
odchodzimy z Sulleyem do naszego Land-Rowera. Czeka nas wędrówka ciężka i daleka, bez drogi 
przez busz. Szofer, zaprawiony do tego rodzaju przepraw, nic sobie nie robi z drzew na drodze. 
Łamie je, a częściej przygina do ziemi zderzakiem i sunie dalej po nich niby tankiem. Swoją drogą 
Land-Rower to doskonały wynalazek: pozornie mała pchła, a taka silna. Przekonałem się wkrótce, 
że drzewa i krzewy to najmniejsze z przeszkód. Dziwnie są giętkie i ustępują grzecznie z drogi. 
Gorsze są zwykłe kępy trawy, wysokie i mocno wrośnięte w glebę. Środkiem brać ich nie można, 
kołem objechać trudno. Przechylamy się więc na boki, niby w motorowej łodzi na falach. Ale Land-
Rower ma świetną równowagę. Tak jadąc krok za krokiem, balansując biodrami, chwytając się 
dłońmi szyb, przebrnęliśmy ze dwadzieścia mil, aż cierpliwy szofer stracił panowanie. Zakląkł siar-
czyście. Dalej jechać nie sposób. Jakby ktoś bardzo złośliwy usypał wał z kamieni. Mowy nie ma o 
przedostaniu się na drugą stronę. Istny chiński mur. Cóż robić? Wysiadamy.
— Jak jeszcze daleko? — pytam.
— Bliziutko, kilka mil zaledwie.
— Ale jak potem odszukać ten samochód w buszu?
Sulley uśmiechnął się pod wąsikami. Pomyślał pewnie: „głupi”, bo jakże można nie trafić? Dla 
człowieka buszu taki problem nie istnieje. Nosem czują kierunek.
Idziemy gęsiego, Sulley prowadzi.
— Słyszałem, że się pan ożenił niedawno... — zacząłem, żeby coś mówić.
— Tak, przed tygodniem — odpowiedział.
— Pierwsza żona? — spytałem, przypominając sobie, że Sulley jest mahometaninem.
— Nie, czwarta — odpowiedział.
Korciła mnie od dawna tłumiona ciekawość, jak ci ludzie radzą sobie z taką liczbą żon. Nie miałem 
nigdy lepszej sposobności niż teraz. Z Sulleyem łączą mnie serdecznie życzliwe stosunki.
— Panie Sulley! — zacząłem — jakże to u was jest, czy każdorazowo pan woła którąś żonę, czy 
same wiedzą, kiedy mają przyjść?
— Same wiedzą. Co drugą noc zmiana. Sprawiedliwie — odrzekł poważnie.
— I pan tak może niby w zegarku, regularnie i na zawołanie? — zwątpiłem.
— Widzi pan, w praktyce to się rzadko zdarza, aby pan miał więcej niż jedną lub najwyżej dwie 
baby, reszta bezużyteczna...
— Jak to bezużyteczna?
— No bo zachodzą  w  ciążę  i  od szóstego  miesiąca  już spać z taką  nie  można.  Obyczaje  nie 

background image

pozwalają. Potem przychodzi na świat dziecko, no i trzeba znowu czekać aż do dwóch lat...
— Dlaczego aż do dwóch lat? — zdumiałem się.
— Bo u nas taki zwyczaj. Nie tylko u nas, ale prawie we wszystkich plemionach afrykańskich 
trzeba czekać dwa lata, żeby różnica wieku między jednym dzieckiem a drugim nie była mniejsza 
niż   trzy  lata.   Poprzednie   dzieci   muszą   być   od   razu   zdolne   do  pomocy   matce   przy  następnym 
rodzeństwie. Muszą być dostatecznie silne, żeby dziecko unieść z ziemi.
— Trzyletni bachor? — mruknąłem niedowierzająco.
— A naturalnie. Czyż pan nie widział zupełnie małych dziewczynek z maleńkim kalabaszem na 
głowie niosących za matką wodę z rzeki? Czyż pan nie widział takichże dziewczynek dźwigających 
niemowlę? U nas dzieci od najwcześniejszego dzieciństwa pracują z dorosłymi, a raczej bawią się 
w pracę.
— My tak gadu-gadu, mila za milą i żadnych zmian. Obawiam się, że to jeszcze bardzo daleko — 
zauważyłem.
Sulley stanął, podniósł głowę, spojrzał w niebo, potem dookoła. Nadstawił uszu, coś posłuchał, 
wreszcie zadecydował:
— Zostało jeszcze tylko parę mil.
— Tak samo pan mówił przedtem... „kilka mil”, ja znam te wasze afrykańskie nie kończące się 
mile, ale skąd. pan może wiedzieć? Czemu pan nosem pociąga?
— Ot, widzi pan, w stronę Jabun idzie się do Wolty. Im bliżej do rzeki, tym większa wilgoć, można 
ją wyczuć w powietrzu, a także i na krzewach.
— W każdym razie dalej nie pójdę, zanim czegoś nie przegryzę, jestem diablo głodny.
To mówiąc, obliczam w myślach, ile kanapek mam w torbie, czy wystarczy herbaty w termosie. 
Żona   obliczyła   tylko   na   jeden   posiłek   dla   jednej   osoby,   tymczasem   trzeba   będzie   towarzysza 
częstować. Żaden Ghańczyk nie zje samotnie, żaden Ghańczyk puszczając się w podróż nie zabiera 
ze sobą jedzenia. Po co? Wszędzie dostanie jeść za darmo. Sulley też nie zabrał ze sobą kanapek ani 
wody. On — człowiek tutejszy — je i pije to, co inni. Je palcami, a pije z kalbaszu żółtą ciecz z 
przydrożnej   kałuży.   Ja   tymczasem   za   Boga   nie   wypiję   takiej   lury   i   za   Boga   nie   skosztuję 
gniecionego brudnymi rękami ciasta, zwanego fu-fu. Pomijając brud, żadna z tutejszych potraw nie 
zna soli, jest polewana przy tym bardzo tłustym, oleisto-pieprznym sosem. Kiedy dojdziemy do wsi 
Jabun, Sulley zasiądzie do uczty. Będzie połykał wszystkie miejscowe smakołyki, a co ze mną? 
Oddając mu teraz ostatnie kanapki i ostatnią filtrowaną wodę znajdę się w bardzo niewesołym 
położeniu. Cóż jednak robić? Nie mogę przecież tego wszystkiego tłumaczyć Sulleyowi. Muszę się 
z   nim   po   bratersku   dzielić.   Wyjmuję   więc   termos   i   kanapki.   Rozkładam   wszystko   na   trawie, 
zajadamy sprawiedliwie. Sulley niczego nie odmawia. W jego głowie ani na moment nie przemkną 
tego rodzaju niepokoje. Zajada, popija, a ja kurczę się w sobie na myśl, co dalej będzie, wszakże 
wracamy dopiero jutro wieczorem.
Tym razem Sulley nie omylił się. Jabun leżał tuż obok.
Zastaliśmy chłopców przy robocie. Moi „chłopcy” są to technicy sanitarni wyszkoleni w jednym 
kierunku:   badania   i   leczenia   śpiączki   oraz   frambezji   —   dwóch   chorób   nagminnie   tutaj 
występujących. Jeszcze przed kilkunastu laty były one powodem setek ofiar w ludziach, dziś, dzięki 
takim   właśnie   „chłopcom”,   rokrocznie   plądrującym   tutejsze   wsie,   choroby   prawie   znikły. 
Cierpliwie,   żmudnie,   systematycznie   co   rok   idą   drużyny   tych   ludzi,   zbrojne   w   mikroskopy   i 
strzykawki, badając i lecząc każdego mieszkańca każdej wsi.
Dwa długie  ogony pacjentów  i pacjentek czekają na badanie. Oczywiście  kobiety i mężczyźni 
oddzielnie. Mało kobiet samotnych, prawie każda ma w objęciach dziecko, a drugie wisi na plecach 
zawinięte w chustę. Większość pacjentek jest całkowicie goła, z cieniutką przepaską, a częściej 
sznurem   na   biodrach.   Ta   przepaska   albo   ten   sznur  służy  do  zatknięcia   z   tyłu   zielonej   miotły, 
zastępuje  ona  skutecznie   najmodniejszą  spódniczkę.   W  krąg panuje  cisza  skupiona  i  poważna. 
Żadne   dziecko  nie  płacze.  Są  zdyscyplinowane.  Na  buziach  przestrach,   oczy  wybałuszone,   ale 
posłusznie bez szemrania podsuwają szyje do macania gruczołów. Powiększone gruczoły szyjne to 
pierwszy nieomylny objaw śpiączki. Wprawne palce moich sanitariuszy biegają po mięśniach jak 
po klawiszach muzycznych  instrumentów. Czasami uchwycą  gruczoł, przekłują go igłą, wiercą 

background image

bezwzględnie a okrutnie, aby jak najwięcej płynu wciągnąć do strzykawki. Mały pacjent krzywi się 
boleśnie, ale nie płacze.
Idę wzdłuż ogonka pacjentek przyglądając się z bliska wszystkim malusińskim.  Są przeważnie 
dobrze odżywione. Te nieliczne wyjątki, jak w praktyce wiem, chudość swoją zawdzięczają nie tyle 
ubóstwu, ile brakowi higieny i rozumu rodziców. Ghańczycy na ogół są ładnie i mocno zbudowani. 
Ich codzienne pożywienie zawiera widocznie wszystkie potrzebne składniki.
Na szyjach dzieci wiszą różne dżudżu, w postaci małych człowieczków wyrzeźbionych w drzewie 
albo kawałków kości. Dziecko to skarb, to przedmiot kultu i miłości.
Dlatego wszystkich ciekawych amuletów-dżudżu szukaj na szyjach niemowląt, są one stale pod 
opieką czarodziejów i dobrych albo złych duszków. Żadna matka nie sprzeda wiszącego na szyi jej 
dziecka dżudżu. Żadne skarby jej nie przebłagają. Choćbyś cały swój majątek ofiarował, fetysza nie 
dostaniesz. Gdybyś go dostał, dziecko musiałoby umrzeć. Dżudżu jest strasznie mściwe.
Nareszcie   cała   wieś   przebadana   i   moi   chłopcy   rozchodzą   się   po   domach.   Moi   „chłopcy”   to 
najzupełniej   dorośli   mężczyźni,   z   których   najmłodszy   liczy   lat   dziewiętnaście,   a   najstarszy 
pięćdziesiąt i pięć. Prowadzą cygańskie życie, przerzucając się z miejsca na miejsce. Obrana jako 
baza wieś służy im domem najwyżej na kilka tygodni. Mimo swych włóczęgowskich zamiłowań 
zwariowałbym chyba żyjąc w podobnych warunkach. Menu niewyszukane, meble spartańskie. O ile 
Afryka Wschodnia od swego zarania plecie dość wygodne łóżka, o tyle tutaj, na zachodzie, ludzie 
zwykli spać na ziemi, za jedyną pościel uznają matę.
Do jednej z lepianek wprowadzono w tej chwili i mnie. Jest to siedziba kierownika mojej sanitarnej 
grupy. Za całe umeblowanie służy stół, parę krzeseł. Za zasłoną z koca, przegradzającą izbę na 
dwie połowy, leży na ziemi duża, małżeńska mata.
Mój   Sulley   zadomowił   się   już   na   dobre   i   zajada   przy   stole   jakieś   swoje   fu-fu.   Zerwał   się 
szarmancko i oczywiście wskazując na jedzenie zaproponował:
— Pan doktor pozwoli.
Wie szelma doskonale, że jeść tego nie będę, ale grzeczności stało się zadość. Usiadł z powrotem i 
zajada, aż mu się uszy trzęsą. Ja zaś pójdę spać głodny i głodny będę jutro aż do południa, kiedy to 
może dobrnę do pierwszego filtru i do pierwszego sklepu z możliwym  chlebem.  Swoją drogą, 
głupia jest ta cywilizacja.
Odwiedzam mego przyjaciela — starszego sanitariusza Akapana. Gorliwy katolik, jego żonę — 
gruźliczkę   —   niedawno   umieściłem   w   sanatorium.   Akapane   ma   liczną   rodzinę,   jest   ich   coś 
jedenaścioro czy dwanaścioro. Wchodząc na próg jego chaty, widzę inną młodą niewiastę. Niańczy 
malutkiego bachorka. Pytam, wskazując na nią palcem:
— Twoja siostra?
— Nie — odpowiedział bez wahania — żona.
— Jakże to — zdziwiłem się. — Wszakże jesteś katolikiem.
—   O,   tak   —   odpowiedział.   —   Panu   chodzi   o   żonę?   Tylko   tamta   żona   gruźliczka   jest   żoną 
katolicką, ta nie.
Lubię beztroskie rozwiązywanie problemów.

Tse-tse i tabu

— Co robić z tym Brifu? — pyta mnie już chyba raz setny mój Vankumuni, a ja nie mogę zdobyć 
się na
konkretną  decyzję.  Cały mój  rejon oczyszczony jest od I muchy tse-tse. Ogromnym  nakładem 
kosztów wytrzebiło się cieniste gąszcze wzdłuż strumyków i rzek, a w tym nieszczęsnym Brifu 
wciąż i bez końca znajduję wypadki śpiączki i wiem, wiem na pewno, gdzie się te przeklęte muchy 
gnieżdżą. Ale cóż robić? Jestem wobec nich zupełnie bezsilny. Muchy tse-tse siedzą w świętym 
gaiku. Są nietykalne, chronione zabobonem, jakby czczone. Tam też w tym właśnie gaiku bije 

background image

źródło i setki kobiet  wędrują doń z szerokiej  okolicy po wodę. Są kąsane przez  te muchy — 
roznosicielki choroby. Ale co robić?... Co robić? Nie mogę przecież wyciąć tego lasku, bo... tabu! 
Straszne słowo, paraliżujące wszelkie poczynania.
— Czemużeście nie wycięli tego przed dziesięciu laty, kiedy prowadzona była specjalna akcja? — 
wybuchnąłem zniecierpliwiony, jakby biedny Vankumuni był temu winien.
— Pan sam wie, doktorze... — odpowiedział z powagą. — Pan wie, jak z nimi trudno.
Rzeczywiście, przypomniałem sobie całą, najwcześniejszą historię tego kraju, a było to w roku 
1482,   kiedy   Portugalczycy   wylądowali,   aby   zbudować   tutaj   pierwszy   swój   fort.   Po   długich 
pertraktacjach miejscowy król Karamansa zgodził się na rozpoczęcie prac. Gdy nazajutrz robotnicy 
portugalscy   uderzyli   kilofem   w   skałę,   powstał   straszliwy   krzyk.   Tubylcy   rzucili   się   do   bitwy. 
Okazało   się,   że   ta   skała   zamieszkana   jest   przez   ducha   rzeki   i   nie   wolno   go   krzywdzić.   Nie 
wiadomo, czym by się wszystko skończyło, gdyby nie nowe prezenty.
Ale   wiem,   dobrze   wiem,   przykład   rzuca   mi   się   w   oczy   każdego   tygodnia,   gdy   mijam   wieś 
Larabanga. Droga tutaj wije się zygzakami, omijając z daleka jeden głupi kamień. Ten właśnie 
kamień-dżudżu stanął przypadkowo na wytyczonej prostej drodze. Miejscowa ludność tknąć go nie 
dała. Usunięcie kamienia miało bowiem grozić zagładą całej wsi i śmiercią jej mieszkańców, tak 
orzekł najwyższy autorytet, największy z czarodziejów.
Wbrew wszelkiej inżynieryjnej logice droga poszła kołem i zygzakami.
Jakże więc po tych i innych bogatych doświadczeniach mógłbym tknąć święte muchy tse-tse w 
dżudżu-gaiku?
Może, ale ja nie zaryzykuję. Chcę jeszcze żyć. Świętego gaju nie ruszę. Lepiej pojadę pertraktować 
z moim najserdeczniejszym przyjacielem, kapłanem tego dżu-dżu, wielkim królem Brifu.
Brifu to duża wieś, liczy coś około tysiąca mieszkańców, ale jest w niej jeden jedyny dom, jednej i 
tej samej rodziny. Kamienica? Drapacz chmur? Broń Boże! Jeżeli koniecznie mamy go do czegoś 
porównywać,  to raczej  jest to gliniany plaster miodu.  Tak  przynajmniej  wygląda  z lotu ptaka. 
Najprawdopodobniej kiedyś, bardzo, bardzo dawno, stanęła tu niewielka, skromna lepianka. Żył w 
niej praszczur Lobi. W miarę lat każdemu nowo powstającemu stadłu dolepiano nową izbę albo i 
dwie, według wymagania. W ten sposób rodzinny dom Lobi rozrastał się. Z jednej izby do drugiej 
prowadzą okrągłe lub owalne otwory. Co druga izba posiada w suficie otwór przykrywany w razie 
deszczu   garnkiem.   Ten   płaski   sufit   jest   jednocześnie   dachem,   włazi   się   nań   po   „drabinie”   od 
zewnątrz. Drabinę stanowi oparty o ścianę pień drzewa z naciętymi stopniami. U szczytu pień taki 
widłowato się rozszczepia, aby oparciem w dwóch punktach zapobiec obrotowi dookoła własnej 
osi. Izby z otworami wentylacyjnymi służą do pogawędek towarzyskich oraz drobnych robót rę-
kodzielniczych, jak przędzenie lub kręcenie sznurków. Toteż na przemian to mężczyźni, to kobiety 
zbierają się w grupki i gaworzą, nigdy, broń Boże, razem, to nie do pomyślenia. Żarliwe słońce 
Afryki w głąb tych izb nie zagląda, więc jest przyjemnie i chłodno. Atmosfera groty, z tą tylko 
różnicą,   że   brakuje   tu   stalaktytów,   no   i   wilgoci.   Cóż   by   ci   biedni   ludzie   dali   za   jeden   taki 
„podziemny” ruczaj! Tego właśnie tutaj brak, tego najbardziej brak Afrykanom.
Otwór  do   izby  drugiej,  czyli   sypialnej,   zawieszany  jest   brudnym   workiem   albo   matą,   aby   nie 
wypuścić stamtąd drogocennego „ducha” ogniska. Nienawykły gość mruży od razu oczy, tak go 
straszliwie pieką powieki, wytrzymać wprost trudno od dymu. Tubylcy tego nie czują. Zżyli się od 
dzieciństwa. Dym jest dobroczyńcą. Dym chroni przed komarami.
Tak więc jadę do owego plastra miodu, do tej tysiąc mieszkańców liczącej wsi Brifu. Szczep Lobi 
należy   do   afrykańskich   ortodoksów,   którzy   mając   w   pogardzie   białego   człowieka   z   jego 
idiotycznymi  wynalazkami,  opierają się postępowi  cywilizacji.  Takim ortodoksyjnym  szczepem 
Afryki   Wschodniej   są   Masa   je,   tacy   są   Gala   w   Abisynii,   a   tutaj   w   Ghanie   —   właśnie   Lobi. 
Chadzają nago (ach, jakże mądrze robią). Mężczyźni przerzucają przez jedno ramię skórę kozła 
związaną na piersi nóżkami. Kobiety zaś, całkiem gołe, opasują się cienkim tylko sznurkiem, żeby 
przytrzymać jakoś zawieszoną na tyłku świeżo zerwaną miotłę, taką zwyczajną zieloną miotłę, jaka 
u nas służy do podmiatania podwórka.
Lobi   zamieszkują   oba   brzegi   rzeki   Czarna   Wolta,   stanowiącej   naturalną   granicę   dwóch   nowo 
powstałych republik: Ghany i Wybrzeża Kości Słoniowej. Rządzą się oni wyłącznie szczepowo i 

background image

nawet europejskie pieniądze traktują jak zło konieczne. Do drobnego handlu tabaką albo nawet do 
kupna   żony   używają   wyłącznie   małych   muszelek,   obliczanych   na   tysiące.   Wspaniale   wygląda 
miejscowy targ, w atomowej dobie, gdzie taka para starców przykucniętych na ziemi przekłada z 
powagą muszelki z jednej kupki na drugą.
Brifu leży na krawędzi płaskowyżu. Stąd rozpościera się daleki widok na obnażoną ze wszelkiego 
drzewostanu dolinę, pustą i żółtą. Biegnie ona aż ku fioletowej linii gór, które stanowią właśnie 
przeciwległy   jej   brzeg.   Tu   u   ich   stóp   płynie   rzeka   Czarna   Wolta.   Nie   widać   jej,   zakryta   jest 
powodzią nie dopalonych traw. Te trawy gdzieniegdzie tworzą wyspy suchych, ciemnoniebieskich 
kit. Asymetryczne ciemniejsze plamy tłumią oślepiający blask tropikalnego słońca odbity od tych 
złocących się łąk. Gdyby nie one, trudno byłoby utrzymać otwarte oczy.
Bydło z ogromnymi rogami wolno się posuwa dołem, a z tyłu, za nim, grupki czarnych golasów 
wypiskują bezmelodyjny rytm na drewnianych archaicznych piszczałkach.
Pąsowa   kula   słońca   opada   już   z   bezchmurnego   nieba.   Trzeba   się   spieszyć.   Jedziemy   z 
Vankumunim załatwić sprawę tego świętego gaiku.
Już z daleka słychać dziwnie miękki rytm. To nie bębny, to inny jakiś instrument.
Zatrzymuję  samochód  na krańcu  wioski.  Dalej  jechać  nie można.  Gęsty tłum zaległ  niewielką 
przestrzeń przedpałacowego  podwórka. Piechotą łatwiej iść, gdyż  na nasz widok z szacunkiem 
ustępują drogi. Zastajemy szefa w roli wirtuoza. Wystukuje pałeczkami ten właśnie dziki rytm na 
olbrzymim ksylofonie, a właściwie, mówiąc fachowo: „balofonie”, pod każdą bowiem deseczką 
wisi tykwa, służąca jako rezonator. One to wzmacniają i pogłębiają ton. Szef musiał już sporo 
podpić,   twarz   ma   czerwoną,   a   jego   małe   oczka   świecą   w   zatłuszczonych   policzkach   jak   dwa 
skarabeusze z nefrytu.
Szef podniósł głowę, uśmiechnął się i dalej gra, wyraźnie popisuje się przede mną zdolnościami. 
Udaję więc zachwyt, chociaż ani rytm skomplikowany, ani melodia wcale mi nie odpowiadają.
— W dobry czas przybywamy — szepcę do Vankumuniego. — Szef podchmielony, w dobrym 
humorze.
— Na cześć pana, doktorze, moje żony zatańczą! — zawołał szef przekrzykując hałas i ruchem 
brody   wskazał   na   rząd   starszych   kobiet   ustawiających   się   już   gęsiego,   jedna   za   drugą.   Nie 
przypuszczałem, że mogą być aż takie brzydkie i stare. Może się szef omylił? Chyba to jego matki.
Cztery   staruchy   chude,   wyniszczone,   z   sutkami   do   pasa,   lekkim   podrygiwaniem   wyrażały   już 
wielką ochotę. Szef uderzył mocniej w ksylofon i zaczął się szaleńczy, pełen werwy i siły taniec. 
Zadarły i wyprężyły głowy, aż na szyjach uwypukliły się żyły.  Opuszczone, wyprostowane ku 
dołowi ramiona sprężyły się w ekstazie. Na sztywnych, prostych nogach jęły podskakiwać, dreptać, 
bić piętami nie zginając kolan. Dziwny jakiś taniec paralityków, którego jedynym chyba celem mo-
gło   być   rozruszanie,   albo...   oberwanie   sutek.   Pot   spływał   z   rozskakanych   bab.   A   szef   pełen 
aprobaty, tłukąc w ksylofon, zadowolony zerkał spod oka.
Ledwie żony skończyły, z przeciwnej strony wybiegł rząd mężczyzn i w ten sam sposób jął wzbijać 
kłęby kurzu.
— Właściwie z jakiej racji wyprawiacie dziś tak wielką fetę? — spytałem szefa, przekrzykując 
łomotanie ksylofonu.
— Jeden z braci naszych ożenił się — odkrzyknął szef, nie przerywając gry na instrumencie. — 
Widzi pan, dolepiliśmy tam, do naszego wspólnego domu, dwie nowe izby dla nich.
Tu szef zakończył grę mocnym akordem i oddał pałeczki innemu wirtuozowi.
— Wiele płaci się tutaj za żonę? — spytałem go, gdy się wygodnie rozparł w fotelu obok mnie.
— Dwadzieścia tysięcy muszelek.
— A gdzie pan młody te muszelki zdobywa? Jeździ specjalnie nad morze?
—   Gdzież   tam.   Muszelki   od   wieków   krążą   dookoła   jako   nasza   obiegowa   moneta.   Jednostką 
monetarną jest tak zwany libie tuo, czyli trzysta sześćdziesiąt muszli.
— A kto wybiera żonę? Rodzice?
— Kto? — zdziwił się szef. — Nikt. To u nas samo automatycznie idzie.
— Nie rozumiem. Jak to idzie?
— Każda pierworodna córka, widzi pan, wychodzi za syna wujka, czyli syna brata matki, a inne 

background image

córki za innych kuzynów z linii matki.
— I nie ma wyjątków od tej reguły?
— No — zaśmiał się szef jowialnie — bez wyjątków nie ma życia. Na przykład, dziewczyna może 
być poślubiona takiemu, co uratował ją od śmierci. A pan wie, jak nasze niemowlęta chorują, więc 
nietrudno jest znaleźć takiego, co uratuje. — Znowu szef zaśmiał się głośno i oglądnął się, czy ten 
dowcip został usłyszany.
— Więc ten dzisiejszy pan młody uratował kiedyś swoją dzisiejszą żoną?
— A właśnie że nie! — zawołał szef, bijąc się z zadowoleniem dłońmi po kolanach. — Widzi pan, 
nowy wyjątek. On wcale jej nie uratował i nawet nie jest synem brata matki, a żeni się... widzi 
pan... żeni się — powtarzał szef, rechocąc od śmiechu.
— Więc jak? Co zaszło?
— Do tego jeszcze — zaczął szef tłumaczyć — do tego jeszcze od samego jej urodzenia wolno mu 
było nazywać dziewczynkę swoją żoną. Takie miał już prawo. I nazywał ją „żoną”. A wie pan 
dlaczego?...
— No?
— Bo on pierwszy pozdrowił jej matkę, gdy się urodziło dziecko.
— To znaczy, pozdrowił zaraz po urodzeniu tej właśnie dzisiejszej panny młodej?
— No tak — potwierdził szef.
— A ileż to panna młoda ma dzisiaj lat?
— Czternaście.
— Czyli, jak z tego wynika, dzisiejszy małżonek jest od niej starszy przynajmniej o dwadzieścia 
lat?
— O, nie! — zaprotestował szef, widocznie bardzo rad z tej naszej dyskusji. — On starszy jest od 
niej grubo więcej, chyba o czterdzieści lat.
Spostrzegłem   w   tym   momencie,   jak   chudy,   stary   golas   w   damskim,   porwanym   europejskim 
kapeluszu obchodził zebranych gości, obdzielając każdego kieliszkiem miejscowej wódki, czyli tak 
zwanej apateszi. Za kieliszek służyła mu pusta banieczka po pomidorowym koncentracie. Trzeba 
korzystać z dobrej okazji — pomyślałem i zwróciłem się do szefa:
— Mój przyjacielu! Chciałem i ja przyczynić się czymkolwiek do szczęścia państwa młodych w 
dniu dzisiejszym. Ile kosztuje jedna butelka apateszi?
— Trzy szylingi — odpowiedział ochoczo szef, bystro orientując się w sytuacji. Za tę właśnie 
orientację bardzo go lubiłem. Nie trzeba było tracić czasu na długie wyjaśnienia. Szef Brifu w mig 
załatwiał sprawy.
— Masz tu trzydzieści  szylingów  i poślij  kogoś po dziesięć butelek.  To będzie skromny dasz 
(prezent) dla młodych.
— O! To stanowczo za dużo — zaprotestował. — Najzupełniej wystarczy pięć... Resztę zatrzymam 
sobie — dodał pośpiesznie, abym nie zrozumiał opacznie jego ceregieli. Nie upłynęło i dziesięć 
minut, już dwóch gołych cyklistów przywiozło na bagażnikach zamówione butelki. Na skutek tego 
poczęstunku nie trzeba było długo czekać. Na ogół Murzyni mają słabą głowę. O ile przedtem z 
tańcem szło opornie, teraz każdy się do niego palił. Zaczęły się dobrowolne indywidualne popisy, 
polegające na wykrzywianiu się, przewracaniu gałek ocznych, wysadzaniu języka, wyprężaniu szyi 
na sztywno. Popisy odbywały się w trakcie tańców. Przez środek podwórka szły korowody zawsze 
gęsiego, wystukując sztywnymi piętami. Mało już było widać poprzez kłęby kurzu. Dusiło mnie. 
Krztusiłem się i kaszlałem. Wreszcie spostrzegł to szef i wllając rzekł:
— Chodź pan na dach mojego pałacu. My tam lepiej zatańczymy. Tutaj nie wypada, zbyt dużo 
obcych.
To mówiąc poszedł naprzód w stronę szerokich, glinianych schodów, przelewając swoją tuszę z 
jednej krótkiej nóżki na drugą. Zadarł przy tym twarz dumnie w górę, powiewając energicznie 
połami rozpiętego płaszcza.
„Król” krasnoludków Disneya — pomyślałem i nagle uprzytomniłem sobie, że tę postać już gdzieś 
widziałem. Widziałem go na... Piccadilly. To on był, on na pewno...
— Czy pan, szefie, był kiedy w Londynie? — spytałem niepewnym głosem.

background image

—   A   jakże   —   powiedział,   odwracając   się   do   mnie   pełen   emocji.   —   A   jakże.   Poleciałem   na 
konferencję głównych szefów, zwanych Paramount Chiefs. Oho! Ja im nawet grałem na ksylofonie 
i sam jego królewska mość książę małżonek poklepał mnie po ramieniu.  Znam Londyn,  znam 
Piccadilly...
— Właśnie, właśnie, musiałem tam pana spotkać, tylko w innym płaszczu.
— Byłem wówczas w swoim królewskim płaszczu, zaraz pan zobaczy i pozna. — Znowu zaklaskał 
i nachylając się do ucha starej baby, dał zlecenie. Za chwilę przyniesiono bardzo szeroki wełniany, 
kolorowy płaszcz i czarną aksamitną czapkę z naszywanymi ozdobami z metalu. Szef naciągnął 
rękawy i obracając się w kółko, mówił:
— Tak oto chodziłem po ulicach Londynu, żeby każdy wiedział, że to szef, wielki szef Lobi.
Nie miałem najmniejszych złudzeń, to on. Co za przedziwny zbieg okoliczności! Gdzie Brifu, a 
gdzie Piccadilly? Świat swoją drogą jest mały.
Siedliśmy na europejskich krzesłach przy europejskim stoliczku, na progu ogromnej, krytej blachą 
stodoły. Stodoła ta stoi na dachach rodzinnego domostwa Lobi. Wystając ponad jego poziom, pełni 
rolę „pałacu”.
Widok stąd wspaniały. Właśnie dolina rzeki Wolty rozszkliła się szkarłatnie pod łuną zachodzącego 
słońca.   Powódź   czerwieni,   na   której   gdzieniegdzie   porozsiewały   się   kępki   świeżo   zoranych 
plantacji jamu (bulwa, rodzaj olbrzymiego kartofla), odbijając od niej ciemnym fioletem.
Ludzka karawana kobiet z dzbanami wody zbliża się od strony gaju. To jest ów słynny dżudżu-gaj, 
siedlisko muchy tse-tse, moje najgorsze utrapienie.
— W samochodzie mam butelkę whisky, jak pan myśli, przynieść? — mówię do Vankumuniego 
szeptem, a ten od razu wstaje:
— Gdzie?
— W teczce na siedzeniu, będę panu niezmiernie wdzięczny.
Na widok butelki szefowi oczy się roziskrzyły.
— Pan wody szuka? Ja wody nie uznaję. W Londynie jak piłem whisky, to wszyscy nadziwić się 
nie mogli, że piję, a głowa trzeźwa. Ja tu jeszcze panu pokażę, jak szef Lobi pije. Ho, ho, ho! — To 
mówiąc wychylił jednym duszkiem zawartość i podstawił szklankę po nową dawkę. Nalałem pełną, 
dużą szklankę do herbaty. My z Vankumunim piliśmy piwo.
— Patrzę na twój gaj, szefie, na ten, w którym bije źródło. Właśnie idą stamtąd twoje kobiety, 
patrz. Pewno się zaraziły śpiączką, bo, jak wiesz, pełno tam much tse-tse i one zarażają...
— Wiem, wiem — przerwał mi lekceważącym ruchem ramienia. — Ż dżudżu nikt nie poradzi. Mój 
czarodziej nawet słyszeć nie chce. Ten las daje cień naszej wodzie. Gdy nie będzie cienia, woda 
wyschnie, a wtedy i my uschniemy. Nie ma Brifu bez źródła. Nie ma na to rady...
Tu szef zdeterminowanym ruchem wychylił drugą szklankę.
Wieczór wyjątkowo duszny i gorący, a ten siedzi w swoich trzech płaszczach wełnianych, niby 
gruba kukła, i z nalanej twarzy pot sobie ściera. Tymczasem co lepsze towarzystwo zebrało się na 
dachu   przed  „pałacem”  i   czeka   na  znak.   Ksylofony  znowu  zagrały.  Rytm   plemienia   Lobi   jest 
dziwnie dysharmonijny, chropowaty i trudno uchwytny.
Starę_kobiety już znowu stają gęsiego. Rozochocone alkoholem wytrzymać nie mogą, podrygują w 
miejscu,   kołyszą   biodrami.   Stary   dziad   chwycił   laskę   i   zaczął   nią   wybijać   takt   po   obrzeżeniu 
ksylofonu. Ostre uderzenia potęgują się rezonatorami. Wytrzymać trudno ten stukocąco-klekocący 
harmider.   Czekam,   aż   ktoś   dziada   uspokoi,   ale   widocznie   te   straszne,   denerwujące   uderzenia 
potrzebne   są   do   skompletowania   orkiestry.   Im   większy   hałas,   tym   milszy   dla   ich   ucha.   Mam 
wrażenie, że nie melodia tu ważna, tylko rytm.
Poszły baby w tan, już lecą podrygując. Pojąć nie mogę, jak się ten gliniany dach nie załamie pod 
takim nieprzytomnym kopaniem pięt.
Słonecznego   szkarłatu   już   nie   ma   w   dolinie.   Fiolet   rozwielmożnił   się   na   dobre.   Po   brzegach 
zaczyna siwieć. Srebrne nitki plączą się od gwiazd. Księżycowy pająk zaraz wyjdzie na nie.
Szef rozwalił się w leżaku i z lekka pochrapuje. Walczy ze snem. Nie może zmóc. Daję znak 
Vankumuniemu. Pora na nas. Nagle szef się zrywa: — Co?... Chcecie odchodzić... Myślicie, że 
ululałem się?... O, nie. Wielki szef Lobi pokaże zaraz, co umie. W Londynie dwie butelki whisky 

background image

sam jeden wytrąbiłem i jeszcze im grałem na ksylofonie.
To mówiąc, chwiejnym krokiem zszedł niżej na płaski dach, obrócił się twarzą do nas i uniósłszy 
otwarte dłonie w górę, w pozycji tańczącego Buddy, jął dreptać w miejscu. Zatańczył z taką werwą, 
z takim tupetem, że całe otoczenie stojące na dachu i pod dachem zaczęło chóralnie klaskać mu do 
taktu.
Szef tańczył jeszcze żwawiej, jeszcze ogniściej. Pot ciurkiem ściekał mu po twarzy. Oczy świeciły 
niebiańską   rozkoszą.   Na   wargach   wykwitł   błogi   uśmiech.   Król   Dahomeju   zwykł   w   takich 
wypadkach rozrzucać ten swój pot podczas tańca na głowy pochylonych wiernych, ale tu nie było 
tego obyczaju.
Szef tańczył — niestrudzony, żelazny po prostu człowiek.
Szaty mu się rozchełstały na trzęsącej się od tłuszczu piersi. Nic sobie z tego nie robił. Sapał, ale 
tańczył. Młodzieńcze, zwariowane tempo.
Podziwiałem, skąd w nim się tyle zapału, tyle energii bierze?
Wreszcie ciężko sapiąc padł w fotel:
— A co?... Szef Brifu czegoś wart?... Mogę pić i mogę tańczyć.
— Drogi szefie — zacząłem — mam prośbę do ciebie: nie pozwalacie wycinać świętego gaju 
dżudżu, więc chciałbym przysłać tu swoją ekipę, żeby opryskali cały gaj i wytruli wszystkie muchy 
tse-tse. Ta praca potrwa tydzień, tylko jeden tydzień, pozwolisz?
— A wody nam nie zatrują?
— Gdzieżby, będą pryskać w inną stronę.
— A drzewa od tego nie uschną?
— Jeszcze lepiej będą rosły.
— W takim razie proszę bardzo. Powiem swemu dżudżumanowi, że przodkowie tego potrzebują. 
Pan wie, doktorze, jak pana cenię i szanuję. Skoro pan powiedział, iż to sikanie jest potrzebne, 
wierzę, ufam i z całym przekonaniem mogę pozwolić. — To mówiąc szef, słaniając się trochę na 
nogach, zaklaskał w dłonie:
— Zanieść no do samochodu pana doktora dwie najtłuściejsze kaczki jako dasz od szefa Lobi. Oby 
pan był zdrów i jego rodzina, i jego praca...
Rzeczywiście — pomyślałem odchodząc. Tym razem praca moja dała „zdrowe” rezultaty, bo szef 
pozwolił na to, czego odmawiał przez dziesięć lat. Muchy tse-tse w gaiku świętym Brifu będą 
nareszcie wytępione...

Czarne widmo

—   Zbliżamy   się   do   miasteczka   Ikom   —   zacząłem   przemowę,   spoglądając   na   mapę   Afryki 
Zachodniej i... ugryzłem się w język, bo cóż, u licha, mogę powiedzieć żonie o tym kraju, skoro 
sam nic a nic o nim nie wiem. Zatrzymałem samochód, żeby się rozejrzeć na mapie, tymczasem ta 
mapa też nic powiedzieć nie potrafi. Po prostu zielonobrunatna plama bez żadnych napisów, bez 
żadnych dróg, jedna wielka niewiadoma — gdzie stopa białego jeszcze nie stała. Plamka pozornie 
mała,   można   ją   przykryć   paznokciem   wielkiego   palca,   tymczasem   jest   to   przestrzeń 
dwustupięćdziesięciokilometrowej   średnicy.   Dzika,   nieprzystępna   puszcza.   W   dolinach,   na 
polanach pełno tam jakichś wsi, jakichś golasów zapomnianych, bezimiennych, nie rejestrowanych. 
I   pomyśleć,   że   takich   białych   plam   jest   mnóstwo   jeszcze   w   różnych   Kongach,   Gabonach, 
Gwineach,   Kabindach,   co   trudno   jest   zrozumieć   studentom   geografii   w   europejskich 
uniwersytetach.
— Daleko jeszcze do tego Ikomu? — spytała żona głosem zmęczonym.
— Ano, będzie jeszcze ze trzydzieści kilometrów. Przed zachodem słońca powinniśmy tam być, 
oczywiście, jeżeli droga nie nawali.
Droga asfaltowa, ale dziura na dziurze, od niepamiętnych czasów nikt jej nie naprawiał. Takie 

background image

dziury w asfalcie gorsze są od zwykłego bitego gościńca lub polnej drogi, gdyż tworzą katastrofalne 
niespodzianki.
Im bliżej do Nigru, tym wilgotniej, coraz więcej mostków przez drobne dopływy, coraz bujniejsza 
roślinność. Perspektywa noclegu w buszu nie jest przyjemna, bo nie ma możliwości zjechania na 
bok. Ani jednej szerszej ścieżki, ani jednej dostępnej platformy. Miejscami wertepy stają się wprost 
niesamowite, ślady nie dokończonych  napraw, gdzie asfalt znikł, a na jego miejsce zjawiła się 
rozmoczona ostatnimi deszczami glina. Głębokich kolein nie sposób ominąć, więc auto wlecze 
brzuchem po wydętych grzbietach. Raz po raz trzeba wysiadać i pchać.
— Już do Ikomu zaledwie pięć kilometrów! — zawołałem radośnie wsiadając do samochodu po 
którejś z takich przygód i właśnie wtedy spoza zakrętu wyłonił się długi rząd oczekujących na coś 
aut. Zniecierpliwieni pasażerowie żywo gestykulując łażą obok. Czyżby już prom przez rzekę, ale 
jaką? Staję w ogonku, wychylam się z okna:
— Co się stało?
— Rozebrali mostek.
— Kto rozebrał?
— Ano, jacyś robotnicy. Mają nakaz poprawić, więc rozebrali.
— I długo tak będzie?
—   Właśnie   trwają   pertraktacje.   Chcemy   złożyć   się   i   dać   im   łapówkę.   Może   prowizorycznie, 
odbudują chwilowy przejazd, no i przepuszczą nasze samochody. Zebrało się aż siedem.
— Ale i to chyba potrwa długo? — zapytuję, z trudem opanowując złość.
— Zobaczymy, może przed zachodem słońca przerzucą jakieś deski.
Idziemy   na   most.   Rzeczywiście,   widok   żałosny.   Strumień   wezbrany   deszczami   dostatecznie 
głęboki, aby w nim ugrzęznąć, poza tym brzegi kamieniste i urwiste, więc o żadnym objeździe 
mowy być nie może. Z mostu pozostały tylko pionowe słupy, reszta już zdjęta, leży na kupie obok.
— Ależ to niepodobieństwo, żeby oni dzisiaj skończyli robotę! — wybucham wściekłością w stronę 
Bogu ducha winnego Francuza, który zajęty jest w tej chwili gromadzeniem puszek konserwowych.
— Dla kogo pan to zbiera? — zapytuję ciekawie.
—   Dla   nich,   dla   tych   robotników,   inaczej   nie   będą   chcieli   się   śpieszyć,   może   i   państwo   coś 
dorzucicie. Twierdzą, że są głodni i muszą iść do domu, oczywiście to tylko taki pretekst, znam ja 
ich.
— Co to za plemię? — zapytuje po cichu żona.
— Ibo. Skądinąd inteligentni, ale cała inteligencja poszła w mylnym kierunku. Chyba nie istnieje w 
Afryce plemię bardziej opanowane przez czarowników różnego pokroju jak oni. Tu nie można 
kroku postawić bez wskazówek fachowych jakiegoś dżudżu. Oni potrafią być (tu Francuz pochylił 
się znacząco do mojego ucha)... ludożercami.
— Et! — żachnąłem się protestacyjnie — chyba przesada!
—   Żadna   przesada.   Ja   mieszkam   tu   już   z   górą   pięćdziesiąt   lat,   poznałem   więc   trochę   tajniki, 
chociaż   i   setnej   ich   części   nie   znam,   tutaj   bowiem   wszystko   jest   zaszyfrowane   i   tajemnicze. 
Zobaczycie, ledwie słońce zajdzie, już będzie słychać mówiące bębny. One rozmawiają każdego 
dnia   o   świcie   i   o   zachodzie,   wówczas   cały   ich   świat   zamienia   się   w   słuch.   W   krąg   dżungla, 
zdawałoby się, nieprzystępna dla głosu, a tu tymczasem dla tego właśnie bębnowego łomotu nie ma 
żadnych przeszkód, ten głos przenika wszystko, nie chcesz, a musisz go słuchać.
W tym  momencie  podszedł do nas jakiś starszy gość o siwej, bujnej czuprynie, która niegdyś 
musiała chyba być czarna, pozostały tylko krzaczaste brwi nad żywym, przeszywającym wzrokiem. 
Pomarszczona, przeorana wiatrami i słońcem twarz mówiła bardzo wiele, ten człowiek nie siedział 
za   biurkiem   i   nie   spędzał   urlopów   w   Europie.   Jego   strój   także   przemawiał   za   żywiołowym 
rozmachem i niebanalną fantazją. Pionowa, silnie zaznaczona fałda nad nosem świadczyła o woli i 
koncentracji.
—  Mr.  Hives   jestem,  taki   zwyczajny  Hives,  jakich  setki   pan  znajdzie   w  telefonicznej   książce 
Londynu — przedstawił się. — Ale — dodał — jestem zakałą tego szlachetnego, mieszczańskiego 
rodu i wszystko, co czynię, czynię im nie w smak. Nawet herbaty w tej chwili nie piję, chociaż to 
jest „tea time”.

background image

— Nigdy bym nie wziął pana za Anglika — stwierdziłem, ale jednocześnie ugryzłem się w język. 
Najwyższym nietaktem jest odmówić Anglikowi jego brytyjskiego pochodzenia. On sam może o 
sobie   w   ten   sposób   mówić,   jako   żart.   Obcokrajowiec   nie   śmie   potwierdzić   podobnie 
nieodpowiedniego dowcipu.
— Kiedyś nim byłem, ale po sześćdziesięciu latach Afryki chyba już jestem Ibo albo Jeruba — 
zaśmiał się.
— Nie wygląda pan na siedemdziesiąt lat! — zauważyła moja żona.
— Grzecznie to z pani strony, ale muszę tu stwierdzić, że liczę sobie 75 lat i nigdy nie opuszczałem 
tych stron, jestem stuprocentowym Afrykańczykiem, chociaż do tego tytułu dziś pretendują jedynie 
obywatele o czarnej skórze.
— No, miła pani i drodzy panowie — odezwał się jakiś nowy głos i spoza najbliższego samochodu 
wyłonił się typowy amerykański kowboj, w amerykańskich dżinsach i rozłożystym kapeluszu. — 
Możemy   siadać,   drodzy   państwo,   na   całą,   calutką   noc.   Szybciej   mostu   nie   zrobią.   Proponuję 
rozpalić ognisko i dopóki jeszcze widno, pozbierać suchych gałęzi. Za chwilę będzie zmrok. — To 
mówiąc, jął butem oczyszczać z kamieni i gałęzi niewielką, przydrożną płaszczyznę.
— Obawiam się, że zamarzniemy pomimo ognia — rzekłem. — Noce są chłodne, od lasu i wody 
wieje wilgocią.
— Siedem samochodów, nasz ósmy, a zupełnie nie widać pasażerów — zauważyła moja małżonka.
— Bo ich nie ma, są tylko kierowcy tych ciężarówek, a Murzyni siedzą tam na moście razem z 
cieślami, nas tutaj, kandydatów do ogniska, jak widziałaś, razem pięć osób, przy tym ty królujesz 
jako jedyna kobieta. Ale gadu... gadu, oni poszli po drzewo, a my siedzimy bezczynnie.
Nasi towarzysze okazali się wygodniejsi, oto wydali tylko rozkaz swoim czarnym asystentom i ci 
właśnie wrócili z naręczami drzewa. Oni też wprawnie i szybko rozpalili ogień, a nawet przynieśli z 
któregoś samochodu cztery rozkładane krzesełka.
Słońce   dawno   już   zaszło   i   tropikalny   mrok,   tajemniczy   mrok   otulił   puszczę   gwiaździstym 
płaszczem   głębokiego   szafiru.   „Kowboj”   wyciągnął   skądś   płaską   butelczynę   whisky   i   jął   nią 
częstować z mosiężnego kieliszka. Atmosfera wytworzyła się od razu swojska i sportowa. Nikt 
więcej nikomu się nie przedstawiał i oprócz Hivesa nie znałem żadnych imion.
— Więc pan naprawdę aż tak długo tutaj mieszka? — sprowokowałem starego.
— I nie lubię wyjeżdżać. Nie znoszę Europy, ciasno mi tam.
— No — zaśmiałem się — tutaj, między murami nieprzystępnej dżungli, na tej wąskiej drodze 
przed złamanym mostem nie powiem, żeby nam było... przestrzennie.
— Tak. Ale może pan iść przed siebie i gwarantuję, że przez trzy dni ani jednego człowieka się nie 
spotka, czyż to nie wspaniałe!
— Tak się pan boi ludzi? — spytała żona.
— Przestałem się bać właśnie tutaj, chociaż bywałem świadkiem, jak jeden drugiego zjada, ale 
zjada po prostu i zwyczajnie, wolę to od dyplomatyczno-politycznych intryg, ofiarą których padają 
tysiące.
Nie   rozumiem,   gdzie   ci   Murzyni   potrafili   znaleźć   takie   doskonałe   i   suche   szczapy.   Ognisko 
rozkwitło pełnym, wspaniałym szkarłatem, pogłębiając swym blaskiem zaczajoną ponurość lasu. 
Przez dłuższą chwilę wsłuchiwaliśmy się w jego wesołe pomruki.
— Wspomniał pan o kanibalizmie, czyżby i dziś nawet... — zacząłem.
— Ależ oczywiście, tylko nie w kulinarnej formie, jak za moich młodych lat bywało. Dziś odbywa 
się to rytualnie, z inicjatywy czarodzieja. Zresztą wszystko w tym kraju dzieje się za jego wolą. 
Cała Biafra to czarodziejstwo, to dżudżu. Wszelkie rządy centralne, zarządzenia, konstytucje to 
wszystko bzdura. O! Słyszy pan?... proszę uważnie słuchać...
Nastawiliśmy uszy, ale nic poza szmerem płomieni nie było słychać. Trwaliśmy tak z wydłużonymi 
szyjami, aż nagle rozległo się basowe, jakby przytłumione klapnięcie, potem dwa takie razem i 
znowu jedno.
— Widzi pan, to właśnie oni rozmawiają, czarodzieje. Nie starajmy się zrozumieć, to wyższa szkoła 
wielu   pokoleń.   Próbowałem   poznać   ten   alfabet.   Tłumaczono   mi,   ale   skutek   żaden.   Nie 
zapamiętałem. A oni wszystko wiedzą, powiadam państwu... wszystko. Już wiedzą, że siedzimy 

background image

przy moście. Już cieszą się z tej naszej przygody, bo są jak wielkie, stare dzieci...
Kowboj   znowu   nalał   swój   mosiężny   kielich.   Kolejka   się   rozpoczęła,   każdy   pił   jakoś   dziwnie 
poważnie, jakby misteryjnie, to właśnie robi dziewiczy las i ognisko.
— Pan tyle lat tu siedzi — odezwała się znowu moja żona — więc proszę nam powiedzieć coś o 
tych czarodziejach, czy to prawda, że tkwi w nich jakaś nadprzyrodzona siła, że posiadają moce dla 
nas nieuchwytne, niewytłumaczalne ...
—   Chcecie,   opowiem   prawdziwą,   najprawdziwszą   historię,   ale   nie   biorę   odpowiedzialności   za 
późniejszy stan pani nerwów.
— Proszę, proszę... bardzo proszę! — wybuchła żona entuzjastycznie.
— A więc, było to bardzo dawno, w parę lat zaledwie po moim tutaj przybyciu, miałem wówczas 
dwadzieścia lat i rozpierała mnie żądza dokazania bohaterskich czynów. Diabła bym się wówczas 
nie przestraszył, a jednak... przestraszyłem się, i to jak! — zamilkł i mimo woli wzdrygnął się, jak 
przed jakimś natrętnym a bolesnym widmem. Nadstawił pusty kieliszek i czekał milcząc, aż mu go 
nasz usłużny kowboj wypełni. — Przyjechałem na ten teren służbowo, jako oficer administracyjny. 
Zostałem zastępcą rejonowego komisarza. On właśnie wezwał mnie któregoś dnia i powiada:
— John! Udasz się do wsi Isuingo, leży ona gdzieś w bardzo dalekim buszu. Mój poprzednik 
zbudował tam podobno rest house, a więc będziesz miał gdzie przespać się bezpiecznie. Muszę cię 
jednak uprzedzić, że reputacja tej miejscowości jest niżej krytyki. Morderstwa rytualne, złośliwe 
dżudżu i w ogóle ten mój poprzednik miał wiele kłopotów. Weźmiesz sześciu dobrze uzbrojonych 
ludzi, no i uważaj. Dużo zależy od ostrożności i roztropności twojej.
—   Państwo   rozumiecie,   jakie   uczucia   wzbudziły   we   mnie   wówczas   te   wszystkie   ostrzeżenia. 
Niebezpieczeństwo, ryzyko, tajemnica, dżudżu to synonimy wielkiej młodzieńczej przygody. Aż się 
paliłem do tego safari. Nie pozwoliłem boyowi  dotknąć mego pistoletu,  sam go własnoręcznie 
oczyściłem. Naiwnie sądząc, że afrykańskie dżudżu boi się kuli.
Tu Mr. Hives zaśmiał się suchym, nerwowym, jakby sztucznym śmiechem. Ta jego nerwowość 
udzieliła się chyba słuchaczom, bo mimo woli, jakby w tajonym lęku to ten, to ów nadstawiał uszu 
w kierunku dżungli, skąd nieustannie, rytmicznie, z sugestywną powagą biły wciąż bębny.
— No i ruszyliśmy, jak zwykle, wąską krętą ścieżyną deptaną od pokoleń tysiącami bosych nóg. 
Maszerowaliśmy   tak   dwa   dni,   noc   w   lesie   minęła   bez   przygód   i   w   ogóle   nic   nie   wróżyło 
szczególnych jakichś perypetii. Dnia trzeciego pod wieczór dobiliśmy do celu. Domniemany rest 
house wyglądał wcale okazale, przed nim liczna drużyna miotłami podnosiła kurz, symulując jak 
zwykle uciążliwą i gorliwą pracę. Jedna niezwykła rzecz zdziwiła mnie na wstępie: ci ludzie za-
miatali, ścinali trawę, wynosili śmiecie i w ogóle kręcili się dokoła domu, nie przestępując jego 
progu, tymczasem dom sam, szczególnie jego weranda, wyglądał brudny i utrzymany niechlujnie. 
Kiedy zwróciłem na to uwagę miejscowego szefa, długo się wykręcał, zanim wreszcie powiedział 
w zażenowaniu, że nikt z ludzi progu tego nie przestąpi, a i mnie spać tam nie radzi, bo dom jest 
zły.  W tym  właśnie momencie nadciągnęli moi  tragarze z pościelą i sportowym  ekwipunkiem, 
zrzucili to czym prędzej z ramion i już chcieli uciekać. Zatrzymałem ich rozkazem. Najwyraźniej 
unikali zetknięcia się z tym domem, który niczym nie różnił się od innych naszych urzędowych rest 
house’ów, to znaczy składał się z dwóch okrągłych glinianych budynków o stożkowatym, wysokim 
dachu z liści palmowych, budynki łączył ze sobą korytarz zewnętrzny bez bocznych ścian, pokryty 
takimże liściastym dachem. Kazałem moim ludziom wnieść cały bagaż na werandę, a przewidując 
duchotę   właśnie   tutaj,   w   tym   szerokim   korytarzu   rozstawiłem   polowe   łóżko,   stolik   i   krzesła. 
Wszystkie te czynności zostały wykonane pośpiesznie i niechętnie, a każdy z moich policjantów i 
tragarzy oglądał się co chwila za siebie, jakby się spodziewał jakiegoś napadu.
Pomimo zmęczenia kolacji prawie nie jadłem z powodu nieprawdopodobnej ilości much. Natrętnie 
pakowały mi się w usta, topiły się w mleku, miałem tego dość. Przy tym od samego początku 
prześladował mnie jakiś nieokreślony, denerwujący niepokój. Atmosfera napięcia, jak to czasami 
bywa  przed   burzą.  Poza  tym,  gdzieś   od  końca  werandy dolatywał  bardzo   nieprzyjemny,   mdły 
zapach, jakby padliny.
Zawołałem boya i kazałem mu przeszukać kąty, czy aby nie ma jakiejś zdechłej myszy, ale nie 
znalazł niczego, więc położyłem się do łóżka, a boy jak zwykle pozatykał skrzętnie dookoła brzegi 

background image

moskitiery, poprawił lampę na stoliku obok i życząc mi dobrej nocy, szybko się oddalił.
Leżąc na wznak, zastanawiałem się właśnie nad przyczyną tej dziwnie nieprzyjemnej atmosfery, 
gdy nagle w przeciwnym  kącie werandy,  tam, gdzie złożona została reszta bagażu, rozległ się 
szmer, jakby czyjaś niewidzialna ręka odsuwała to wszystko na bok. Usiadłem w łóżku, kierując w 
tamtą   stronę   snop  elektrycznej   latarki,   ale   niczego   podejrzanego   dojrzeć   nie   mogłem.   W   tejże 
chwili na progu domu zjawił się z latarnią w dłoni mój stary, bardzo wierny kucharz i dygocząc jak 
w febrze, głosem cichym i przerażonym jął prosić:
— Panie. Odejść stąd. Spać gdzie indziej. To bardzo złe miejsce. Tutaj wielu, bardzo wielu ludzi 
umrzeć. Oni wszyscy tutaj leżeć. To bardzo, bardzo złe miejsce! — powtarzał drżącymi wargami, 
raz po raz oglądając się za siebie.
Podziękowałem za dobrą radę i kazałem spokojnie iść spać. Nie mogłem wszakże robić z siebie 
pośmiewiska, uciekać ni stąd, ni zowąd. Zresztą musiałbym  podnieść ogólny harmider i rozbić 
namioty. Jakaż do tego racja? Zostałem więc na miejscu, kładąc się jakby nigdy nic do łóżka. Po 
tych tajemniczych szmerach jednak, a zwłaszcza po ostatniej przemowie, nie czułem się swojsko. 
Do tego wszystkiego zatruwał mnie ten dziwny a wstrętny trupi zapach.
Spojrzałem na zegarek, brakowało kilkunastu minut do północy. Ostatnie odgłosy pobliskiej wsi 
ucichły. Głownie na ogniskach moich tragarzy podogasały i noc zaległa ponura, nieprzenikniona 
jak dzisiaj...
Każdy   z   nas   oglądnął   się   dokoła,   jakby   sprawdzał,   czy   rzeczywiście   jest   aż   tak   ciemno,   czy 
rzeczywiście tak, jak w owym rest housie.
Kowboj dorzucił gałęzi do ogniska, żona moja szczelniej okutała się w sweter, a ja obserwowałem 
pilnie Hivesa. To, co opowiadał, kosztowało go widocznie sporo nerwów. Przeżywał wszystko na 
nowo. Usta miał zacięte, a mięśnie twarzy grały.
— Może bym i zasnął, bo byłem naprawdę zmęczony — kontynuował opowiadanie — ale ten 
obrzydliwy,   trupi   zapach   wzmagał   się   z   każdą   minutą.   Zbierało   mi   się   na   torsje.   Fala   tego 
okropnego smrodu szła najwyraźniej od końca werandy, gdzie leżały moje bagaże. Odwróciłem się 
plecami, starając się opanować i wtedy właśnie usłyszałem znowu szmer odsuwanych bagaży. Jak 
na sprężynie poderwałem się z łóżka i siadłem na jego brzegu. Dreszcz przerażenia przebiegł moje 
ciało, nie mogłem się ruszyć, zdrętwiałem i tylko oczy, szeroko otwierałem oczy. To, co ujrzałem, 
przekraczało   wszelkie   wyobrażenie.   Oto   spoza   piramidy   moich   tłumoków,   z   kąta   werandy 
wysuwała się na czworakach koszmarna ludzka postać i pełzła wprost na mnie. To nie był żywy 
człowiek, to był trup w pełnym rozkładzie. Widziałem go zupełnie wyraźnie, coraz dokładniej, 
gdyż zbliżał się, idąc tak na mnie. Nosa nie miał, na wywalonych powiekach matowe gały oczne, a 
na policzkach robaczywe plamy. Cała skóra nagiego ciała w pęcherzach, popielata i zgniła. Czaszka 
świeciła gołą kością. W miarę jak wyciągał i stawiał ręce na podłodze, podnosił twarz i patrzył we 
mnie nieruchomym, okropnym spojrzeniem martwych źrenic. Nie zapomnę tych oczu nigdy, ani 
tych warg na poły otwartych, obwisłych bezwładnie. W jednej ręce trzymał  gruby sznur, który 
wlókł się za nim po ziemi. Tak dopełzł do mego łóżka i tuż-tuż na krok przede mną jął się podnosić, 
aż stanął na wprost mnie: mały, stary, chudy, na poły zgniły człowieczek.
Siedziałem nieruchomo zmrożony przerażeniem i odurzony wstrętnym zapachem ludzkiej padliny, 
chciałem krzyczeć, ale wargi i krtań odmówiły posłuszeństwa.
Obok mego łóżka stał jeden z centralnych, najwyższych słupów podpierających krokwie dachu, do 
tego słupa właśnie podeszła trupia maszkara i uniósłszy swój sznur, jęła się drapać do góry.
Z   momentem   kiedy   stopy   starca   oderwały   się   od   ziemi,   wróciła   mi   przytomność   i   zdolność 
poruszania się.
Nie czekałem dłużej. Obraz był zbyt realny i zbyt bliski, aby się wahać. Wyciągnąłem przed siebie 
ramię z pistoletem i oddałem dwa strzały. Ale straszliwa kreatura dalej pełzła po słupie jakby nigdy 
nic, chociaż byłem pewien celności swych strzałów. Wpadłem w szał wściekłości i strzelałem raz 
po razie, zdając sobie jednocześnie sprawę, że wszystko na próżno. To bezcelowe, żadnej reakcji. 
Trup bezszelestnie posuwał się w górę.
Wówczas straciłem panowanie nad sobą, zwłaszcza że lampa zaczęła dogasać. Skoczyłem przed 
siebie w ciemnię nocną, wrzeszcząc jak opętany na pomoc. Powstał niebywały rejwach. Cała wieś 

background image

pędziła do mnie, ale zatrzymali  się w przyzwoitej odległości. Nikt się nie zbliżył  do werandy. 
Każdy trzymał w dłoni latarnię sztormową, w drugiej zaś wielką maczetę do koszenia trawy.
Kazałem policjantom otoczyć rest house, a sam w asyście sierżanta, z bronią nastawioną do strzału, 
wstąpiliśmy na werandę. Piędź po piędzi przeszukaliśmy cały dom, ale nigdzie żadnego śladu. 
Przykry zapach także się gdzieś ulotnił. Natomiast w słupie, po którym drapała się nocna maszkara, 
tkwiły trzy kule dokładnie tam, gdzie celowałem. Gdzie widziałem w owej chwili klatkę piersiową 
z sercem. Gdyby to był osobnik żywy, bez wątpienia musiałby spaść martwy. Nie powiedziałem 
nikomu ani słowa. Kazałem rozejść się. Zresztą świt już wstawał i wieś obudziła się. Po śniadaniu 
przywołałem kucharza, który wczoraj po przyjacielsku ostrzegał. Posłałem go do wsi, aby wyszukał 
jakiegoś   młodego,   miejscowego   chłopca.   Starzy   bowiem   mają   swoje   upory,   swoje   strachy   i 
zastrzeżenia, młody wygada wszystko, co wie. Tak się też stało. Zjawił się chłopak szkolny i całą 
rzecz wyjaśnił — ale przedtem dajcie mi wypić, bo w gardle wyschło...
— Zdaje mi się, most już kończą — wtrącił kowboj.
— Rzeczywiście, pierwszy wóz próbuje startować.
— Ale bez wyjaśnienia całej tej ciekawej historii nie wypuścimy pana stąd — zawołała żona.
—   Zapraszam   więc   na   zakończenie   do   mego   baru   w   Ikomie   —   odrzekł   Hives,   powstając   od 
ogniska.
— O nie... nie! — zaprotestowały wszystkie głosy na raz. — Tam inny nastrój. Tam wypijemy 
chętnie piwa.
—   A   więc,   sprawa   krótka:   w   myśl   informacji   chłopca,   w   miejscu   rest   house’u   stało   stare 
bawełniane drzewo, pod którym odbywały się posiedzenia dżudżu. Czarodziej był bardzo zły i z 
jego inicjatywy pozabijano mnóstwo ludzi, po zjedzeniu których głowy wiązano na tym drzewie. 
Kiedy przed rokiem zjawił się tutaj biały komisarz, zobaczył te głowy i usłyszał o tym czarodzieju, 
kazał natychmiast drzewo ściąć, teren oczyścić i właśnie na tym miejscu zbudował rest house. 
Kiedy kończono budowlę, przyszedł w nocy stary dżudżu i straszliwie przeklinał; później wziął 
sznur i obwiesił się na słupie. Wszyscy się jego bali, więc ciała nie zdjęto. Wisiało tak na tym słupie 
kilka miesięcy, aż samo zrobaczywiało i spadło. Odtąd dżudżu przychodził każdej nocy, wszyscy 
we wsi go widzieli. Unikano tego domu. To bardzo zły dom.
No i wiecie, jaki był koniec? — spytał nagle Mr. Hives, podnosząc twarz ku księżycowi, co się 
nagle ukazał spoza szczytu dżungli. — Kazałem ku ogólnej radości całej wsi podpalić rest house. 
Razem   z   nim   spaliła   się   moja   trzeźwość   umysłu,   wszelka   realistyczna   logika.   Przestałem   być 
cywilizowanym Europejczykiem, a stałem się przesądnym Ibo, widziałem bowiem na własne oczy 
to,   czego   inni   w   Europie   nie   widzą.   Tak,   moi   drodzy,   to   było   okropne,   ale   prawdziwe   — 
najprawdziwsze i wcale nie wyssane z palca.
Już   klaksonami   dawali   znać,   ze   jedziemy.   Ostrożnie,   powolutku,   na   pierwszym   biegu   mijamy 
przerzucone deski.
Do Ikomu wjechaliśmy o północy i na samym wstępie, na szerokim placu, w pełni księżycowego 
blasku   i   miliarda   gwiazd   ujrzeliśmy   pochód   masek.   Szły   gęsiego,   jedna   za   drugą,   w   odstępie 
pięćdziesięciu kroków każda. Prowadziła kobieta, miała na sobie zwykły biały płaszcz i niewielką, 
czarną twarzową maskę. Reszta to chłopcy,  w maskach  fantastycznie abstrakcyjnych,  typowo , 
kameruńskich. Dokąd tak szli nocą — nie wiem. Chyba nie do wsi Isuingu, bo tam już nie ma 
bawełnianego drzewa. Ani straszliwego dżudżu, co zabija ludzi. Ale Afryka trwa wciąż jeszcze w 
masce. Ci ludzie dokądś idą. Próżno dociekać ich celu. Próżno za nimi biec, szukając śladów. 
Zgubią się w tajemniczym mroku. Lepiej iść do baru Mr. Hivesa, aby się napić piwa.

Wierzyć, nie wierzyć

Jesteśmy mądrzy i potrafimy lądować na Księżycu. Staramy się logicznie tłumaczyć  wszystkie 
zjawiska.   Produkujemy   mechaniczne   roboty,   sprowadzające   mózg   ludzki   do   roli   biernego 

background image

kontrolera. A jednak dzieją się obok nas rzeczy, o których nie śniło się i filozofom, rzeczy, wobec 
których musimy ze wstydem opuszczać oczy i z głupowatym uśmieszkiem ignoranta rozkładać 
ramiona. Po prostu coś się dzieje poza naszą wiedzą.
U moich przyjaciół na farmie afrykańskiej dzikie świnie plądrowały plantację papai i nie było na to 
żadnego ratunku. Wszystkie środki zostały wypróbowane, łącznie z kolczastym drutem, ale nic nie 
mogło powstrzymać tej bezczelnej hordy. Murzyni spoglądali na daremne wysiłki białego bwana 
mkubwy i podrapując potylice, wieloznacząco się uśmiechali, chrząkali i odchodzili. Aż któregoś 
dnia jeden z nich przemówił:
— A czarodzieja to chyba warto zaprosić.
— Jakiego czarodzieja? — zdziwił się mój przyjaciel.
— Ano, tego od dzikich świń.
— Alboż istnieje taki specjalista?
— Oczywiście, istnieje, nawet tutaj niedaleko — padła odpowiedź.
Pamiętam długą, a nawet kłótliwą naradę całej familii w domu: sprowadzać go czy nie sprowadzać. 
Trochę było nam wstyd. Jakże ten cywilizowany człowiek, ten „bwana mkubwa” w oczach tubylca 
będzie   wyglądał?   Przy   całej   swojej   przemądrzałej   wielkości   nagle   sprowadza   na   pomoc... 
czarodzieja. Ale cóż było robić? Pomoże — nie pomoże, spróbować nie zaszkodzi.
— A drogo kosztuje taka czarodziejska porada? — spytał jeszcze mój przyjaciel swojego doradcę.
— Da pan mu jakąś starą koszulę, no i jeszcze dziesięć szylingów, to wystarczy.
Rzeczywiście,   honorarium   niewygórowane.   Ugoda   stanęła.   Nazajutrz   wieczorem   czarodziej 
przybędzie.   I   rzeczywiście   terminu   dotrzymał.   Zjawił   się   w   całej   krasie   swojej   godności   i 
reprezentacji. Odziany w skóry, obwieszony niezliczoną ilością najprzeróżniejszych magicznych 
przedmiotów, jak kawałki rogów, muszelki, drewienka, korzonki, pęczki piór i pazurów, a przede 
wszystkim   duży,   zawieszony   na   piersi,   starannie   wypolerowany,   mosiężny,   okrągły   „ryngraf   z 
napisem: „Primus — madę in Switzerland”.
Drogę do plantacji odbyliśmy pieszo. Przodem, drobnym truchtem biegł czarownik. Ten krok jest 
typowy dla Murzynów, nawykłych do pokonywania dużych przestrzeni. Biegną oni wówczas takim 
właśnie drobnym  truchcikiem,  pobrzękując sobie do taktu na żelaznych  klawiszach rezonującej 
tykwy.
Przed plantacją czarodziej zatrzymał się i czas dłuższy badawczym wzrokiem obserwował ją, po 
czym   rozłożył  szeroko  ramiona,   jakby  obejmował  nimi   całość  zasadzonego  papajami   gruntu,  i 
monotonnym głosem jął wywoływać zaklęcia. Znam trochę język kiswahili, ale próżno starałem się 
z tych krzyków wychwycić jakiś sens. Były to raczej luźno ze sobą sprzęgnięte, nic nie znaczące 
sylaby. Od czasu do czasu krzyki te przechodziły w śpiew. Wszystko razem trwało dobre kilka 
minut, po czym czarownik zwolnionym, poważnym ruchem wyjął zza pazuchy małą, zawieszoną 
na skórzanym pasku buteleczkę, odkorkował ją i z wielkim namaszczeniem wylał z niej parę kropli 
płynu na najbliższy papaj owy liść. Teraz krokiem teatralnie wydłużonym i elastycznym jął iść 
wzdłuż   granicy   plantacji,   od   czasu   do   czasu   kropiąc   w   tenże   sposób   liście.   Tym   ablucjom 
towarzyszyło nieustanne mruczenie zaklęć. Cała ta ceremonia trwała chyba z pól godziny, po czym, 
wziąwszy od przyjaciela mego aż dwie koszule i te parę groszy, odszedł zadowolony, z niskim 
pokłonem.
Tejże nocy duże stada dzików plądrowały najbliższą okolicę. Cała ziemia dookoła papaj ów była 
wściekle zryta, ale granic nie przestąpiły. Jakimś zbiegiem okoliczności zjawisko to powtarzało się 
kilkakrotnie aż do zmiany sezonu. Dziki ryły w krąg bez sensu i bez celu, jakby wyładowując swoją 
bezsilną złość. Plantacja jednak stała nienaruszona.
Tak   było   z   tym   zamówieniem   dzików.   Jeszcze   ciekawsze   historie   słyszałem   od   pewnego 
proboszcza  na  temat  wywoływania   deszczów.  Wprost wierzyć   się nie   chce  i  gdyby  nie  osoba 
czcigodnego przeora misji katolickiej, włożyłbym wszystko do zbiorku bajeczek. Oto według słów 
tego starego księdza w pewnym roku, nie pamiętam już w którym, panowała straszliwa posucha. 
Bydło padało tysiącami, a wreszcie i ludzie po odległych wioskach zaczęli wymierać z braku wody 
w źródłach. Deszczowa pora jak nie przychodziła, tak nie przychodziła. Kolejki wychudłych kobiet 
wyczekiwały godzinami przy pustych dołkach wykopanych w łożysku dawnych rzek, czekały, aż 

background image

nazbiera się te trochę kropel błogosławionej wilgoci. Rzek było coraz to mniej, a potoki dawno już 
powysychały.   Tłumy   nawróconych   wiernych   modliły   się   w   misyjnych   kościółkach.   Celem 
podniesienia   wiary   na   przywitanie   oczekiwanego   deszczu   przeor   zarządził   codzienne   procesje 
dookoła misji. Niestety, nic nie pomagało. Rozpalona słońcem, bezdusznie lazurowa otchłań nieba 
ziała pustką. Nie było w niej chmur. Zabójczy żar wywiercał ludziom wnętrzności, a duże muchy 
— zwiastuny upału, przylepione do kory drzewnej trajkotały coraz głośniej swój przebrzydły hymn 
suszy. Co robić?... Co robić? Jak zaradzić złu?
I oto pewnego dnia zjawił się na podwórku kościelnym dziwny jakiś człowiek, prawie nagi, odziany 
w strzępy łachmanów, obwieszony dzwoneczkami i koralikami. W jednym ręku trzymał długi i 
kręty   róg   antylopy,   a   w   drugiej   ręce   kij.   Stanął   sobie   skromnie   pod   murem,   przyglądając   się 
religijnej procesji.
— Wielebny ojcze — szepnął zakrystian. — Ten mze to znany czarodziej, on umie wywoływać 
deszcze, niechże poprosi Boga o pomoc.
— Czemu nie — mruknął zrezygnowany proboszcz. — Nikt mu nie broni modlić się.
— Ale on modli się nie po naszemu, tylko po swojemu — szepnął zakrystian.
— A niech robi, co chce, byle nam jakoś pomógł! — zezwolił proboszcz. — Powiedz mu, że 
zapłacę dziesięć szylingów, jeżeli wywoła deszcz.
No i zaczęły się czary. Ledwie procesja znikła za drzwiami kościoła, stary mze rozłożył na ziemi 
porwany i brudny worek, na nim postawił drewniany trójnóg, w jego otwór wsadził swój kręty róg, 
po czym obejrzał się na wszystkie strony, jakby czegoś czy też kogoś szukał.
— Czego on jeszcze chce? — spytał proboszcz, siedząc wygodnie w fotelu, niby na teatralnym 
przedstawieniu.
— On prosi o masło — wytłumaczył zakrystian.
— To przynieś mu masła z plebanii — zezwolił ksiądz.
Za chwilę czarodziej nabrał masła na dłoń i jął namaszczać nim suto brudny róg antylopy. Tłuszcz 
kapał   poprzez   palce   na   ziemię.   Trwało   to   sporą   chwilę,   towarzyszyło   tej   czynności   głośne 
mruczenie jakichś tajemniczych zaklęć. Od czasu do czasu czarodziej teatralnie podrzucał głowę, 
naśladując ryk lwa. Wreszcie wstał i wodząc oczyma po zebranym tłumie, wskazał na jakiegoś 
chłopca. A gdy ten ociągał się jeszcze, czarodziej wrzasnął rozkazująco: „Chodź!” Tym  razem 
chłopak   wybiegł   posłusznie   i  zaraz  przysiadł  w   kucki  przed  namaszczonym  rogiem.   Wówczas 
czarodziej zdjął ze swojej szyi pasek skórzany z krystalicznym wisiorkiem i powiesiwszy go na szyi 
chłopca, rozkazał głośno: „Idź!” Chłopiec wyprostował się jak struna, przez chwilę stał w miejscu z 
lekka się kołysząc, po czym, zrobiwszy półobrót, automatycznym, nieprzytomnym krokiem jął iść 
na przełaj przez kościelne podwórko. W tymże momencie rozległ się szmer. Wszyscy wlepili wzrok 
w   horyzont,   właśnie   tam,   dokąd   teraz   zdążał   chłopak.   On   zaś   szedł   jak   zahipnotyzowany   na 
spotkanie tej czarnej chmury albo może ona szła na jego spotkanie. Ogromna, deszczem ciężarna, 
pierwsza wyczekiwana chmura deszczowa sezonu. A chłopak wciąż szedł i szedł przed siebie, a za 
nim, zebrawszy manatki, powlókł się czarodziej. Ogromne, soczyste, zimne krople dżdżu spadły na 
głowy zdumionego tłumu.
Taką   to   nieprawdopodobną   historię   opowiedział   mi   Padre   Rosolini,   proboszcz   włoskiej   misji 
katolickiej w Tanganice. Nie ma powodu sądzić, aby powyższe opowiadanie leżało w interesach 
katolickiej propagandy, wprost przeciwnie, było raczej pewnego rodzaju skruchą i przyznaniem się 
do kapitulacji, więc nie pozostaje nam nic innego, jak tylko uwierzyć w jego prawdziwość.
Nie   wiem,   czy   potrafiłbym   z   pamięci   wyliczyć   wszystkie   słyszane   opowieści   o   jakichś 
nadprzyrodzonych, niesamowitych wprost wyczynach różnych afrykańskich czarodziejów. Wiem 
tylko, że wszystkie te historie pochodzą z ust katolickich kapłanów, ludzi poważnych i krytycznie 
ustosunkowanych do tematu. Pamiętam, jak przeor misji w Nyanza (Rwanda) przy nastrojowym 
kominku (bo w Rwandzie noce są bardzo chłodne) snuł opowieść o swoim wiernym kucharzu, 
który zapadł na galopującą gruźlicę i według opinii miejscowego lekarza musiał umrzeć w ciągu 
paru miesięcy. Rentgen wykazywał brak dwóch płatów płucnych, a kawerny w pozostałych rosły z 
dnia na dzień. Chory pluł krwią i oczywiście prątkował.
— Co tu gadać, mój panie — zakończył proboszcz. — Robiliśmy, co tylko można, aby go ratować, 

background image

bo to był najlepszy nasz sługa i przyjaciel, ale wszelkie starania okazały się daremne. I wtedy 
któregoś wieczoru — powiada proboszcz — przyszedł do mnie i mnąc w zażenowaniu czapkę, 
depcząc,   nogi   na   nogę,   prosił   o   trzymiesięczny   urlop.   Twierdził,   że   musi   pójść   do   takiego 
specjalisty mchawi, co to leczy płuca. „Gdzie on jest?” — spytałem ciekawie. „O — zawołał — 
trzeba doń iść trzy, a może nawet i cztery dni”. „Nie dojdziesz — powiadam. — Jesteś słaby, 
gorączkujesz, lepiej połóż się zaraz do łóżka. Cóż ci tam jakiś głupi czarodziej pomoże?” Nie. 
Uparł się, że pójdzie. Żadne perswazje nie pomagały. Puściłem go więc z ukrytym westchnieniem 
ulgi. Cieszyłem się, że będzie o jeden pogrzeb mniej. Odszedł. Nie pamiętam nawet, jaka to była 
pora,   deszczowa   czy   też   sucha.   Wiem   tylko   na   pewno,   że   nie   wrócił,   jak   to   obiecał,   za   trzy 
miesiące. Upłynęło pół roku, a może nawet więcej. Wrócił pełen energii i wigoru. Wierzyć się nie 
chciało,   że   to   ten   sam   człowiek.   Znikła   mu   z   twarzy   tak   typowa,   popielata   szarość,   jaka 
charakteryzuje   chorego  Murzyna.   Przybyło   mu  na  wadze,  wyglądał  zdrowo  i  czerstwo.  Zanim 
przyjąłem go do pracy, skierowałem do tegoż samego lekarza na kontrolę. Zrobione było zdjęcie 
rentgenowskie. Lekarz nie mógł wyjść z podziwu. Wszystkie ubytki zabliźniły się czy też zwapniły. 
Proces został zlikwidowany i pacjent mógł przystąpić do pracy. Po prostu cud, istny cud boski — 
zakończył ksiądz proboszcz, a przy pożegnaniu, stojąc w drzwiach, dodał:
— A  może  pan myśli,  że to  jedyny  wypadek  z  czarodziejem?  Gdzież  tam!  W naszej  okolicy 
mieszka   gdzieś   w   głębokim   buszu   jakiś   magik,   co   prostuje   ludziom   krzywe   nogi.   Wszyscy 
połamańcy giną na rok, ażeby powrócić prostymi jak struna. Pan nie wierzy? Pan się śmieje, a to 
jest rzetelna prawda. Przed kilku laty próbowałem tego drania odszukać. Znalazłem nawet prze-
wodnika. Dobrnęliśmy do jeziora, skąd łódką trzeba było przeprawiać się na wyspę. Już mieliśmy 
wsiadać   do   łódki,   gdy   doleciały   nas   od   wyspy   niesamowite,   dreszcz   grozy   budzące   wrzaski. 
Wyglądało, jakby komuś żywcem łamano kości. Mój przewodnik nie wytrzymał nerwowo i uciekł. 
Sam nie zdecydowałem się na przeprawę, no i jak niepyszny wróciłem na misję.
Takie były opinie o czarodziejskiej mocy różnych wielebnych duszpasterzy, ale chyba najbardziej 
nieprawdopodobną   historię   czytałem   w   urzędowym   brytyjskim   piśmie   „Tanganyika   Notes   and 
Records”, wydawanym  w Dar es-Salaam, tam jakiś komisarz prowincji Dodoma umieścił swój 
raport z prawdziwego zdarzenia. Pisał on mianowicie, że w najbliższej okolicy przebywał wielki 
czarodziej,  do  którego   dzień   w  dzień  ściągały  tłumy  przeróżnych  klientów,  ale   on  lekceważył 
wszelkie   państwowe   podatki.   Któregoś   dnia   komisarz   wysłał   do   niego   swego   urzędnika   z 
upomnieniem, ale ten wyrzucił go za drzwi, grożąc śmiercią w razie powtórzenia wizyty. Z braku 
reakcji   po   kilku   tygodniach   komisarz   znowu   posłał   tego   samego   urzędnika.   Jakież   było   jego 
zdumienie, gdy nazajutrz urzędnik powrócił do biura na czele żałobnego pochodu. Na noszach 
przyniesiono trzy zwęglone trupy. Piorun uderzył w chatkę, zabijając żonę i dwoje dzieci. Komisarz 
znalazł się w trudnym położeniu. Karać czarodzieja za śmierć byłoby równoznaczne z przyznaniem 
mu nadprzyrodzonych właściwości, pozostawić sprawcę bezkarnie wobec jawnych, poprzedzają-
cych pogróżek było demoralizujące. W końcu wysłano żandarmów, aby czarodzieja aresztować. Po 
kilku dniach odbył się sąd. Salę wypełnił tłum świadków. Na ławie podsądnych stanął czarodziej w 
całej krasie swoich insygniów, czyli naszyjników, brzękadeł, rogów i muszli. Stanął z podniesioną 
głową niby bohater chwili. Była to pora sucha, kiedy chmury się nie zdarzają. A oto na dalekim 
horyzoncie ukazał się czarny obłok i szybko gnał w kierunku sądowego budynku. Wśród zebranych 
powstał niepokój. Od podłogi, na której ludzie siedzieli w kucki, podniosły się twarze, wszystkie 
oczy patrzyły na chmurę. I czarodziej z wyraźną ironią zwrócił tam głowę. Wyczekiwał.
— No cóż — przemówił komisarz ratując sytuację. — Może to ty sprowadzasz grom na nasze 
głowy i chcesz teraz mnie zabić?
— Nie! — krzyknął czarodziej władczym głosem. — Ciebie nie zabiję, ale tych! — I tu nagłym 
ruchem obrócił się i wskazał ręką na siedzących świadków. W sali powstał niebywały popłoch. 
Budynek zwyczajem tropikalnym nie posiadał okien ani drzwi, tylko niską balustradę i dach oparty 
na słupach. Teraz ludzie poczęli skakać przez tę właśnie balustradę, gnając przed siebie, kędy oczy 
poniosą, byle jak najdalej od gromu i czarodzieja.
Dosłownie w parę minut na sali pozostały tylko dwie osoby: komisarz i czarodziej.
— No i cóż? — przemówił czarodziej chłodno. — Chcesz być zabity?

background image

— Chcę — odpowiedział również głosem spokojnym i zrównoważonym komisarz — ale wpierw 
zapłacisz mi wszystkie zalegające podatki.
— Zapłacę — zgodził się czarodziej, wysypując na stół srebrniki.
I taki był koniec historii.
Oczywiście, we wszystkim można się dopatrzyć zbiegu okoliczności, ale kto bliżej i dłużej obcował 
ze światem prymitywu, kto się zagłębiał nie tylko w dżunglę drzew, i w dżunglę ludzi, ten mniej 
realistycznie   patrzy   na   świat.   Coś   w   tym   jest   i   cały   sęk   w   tym,   żeby   odkryć   to   coś,   gdyż 
rzeczywiście dzieją się czasami rzeczy, które śniły się nawet żadnym filozofom, a życie w sobie 
stanowi najzawilszy problem, który się łowi aktem urodzenia.

SPIS RZECZY

SKOK PRZEZ MEDYCYNĘ
Z czarnego węgla pod biały żagiel
Mały obieżyświat
Prosektorium — przedsionek życia
Profesorskie qui pro quo 
Szczęścia w nieszczęściu
Świeżo upieczony
Atmosfera szpitala
Życie czy śmierć bez sensu
Uniewinniony wariat
Śmierć nie czeka
Wędkarze sali piątej
Brzuszki kurują się
Czyszczenie śmietników
Mundur to ważna rzecz

W MUNDURZE MARYNARZA
Żeglarskie krotochwile
Konno na pacjencie
Cisza na morzu
Misiowe kłopoty
Tramp i złodziej.....
Kuracja zemdlonych
Na tropach mafii
Wąż i łysina
Złowiłem życie
Wojna
Katastrofa

Z KONTYNENTU NA KONTYNENT
W podziemnych kolejkach
Konwój
Goły dywersant
Ptasi pacjenci
Do Afryki
Spotkanie s nosorożcem
Metamorfoza
Oto i Etiopia
Czarownik wśród czarowników
Skok o tyczce
Tse-tse i tabu
Czarne widmo
Wierzyć, nie wierzyć