background image

 

Mary Margaret Kaye 

 

 

 

 

 

Ś

mierć w Berlinie 

Death in Berlin 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Przełożył: Andrzej Keyha 

Wydanie oryginalne: 1955 

Wydanie polskie: 1997 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wszystkim żonom wojskowych, które - jak ja – 

były wiernymi towarzyszkami swoim mężom. 

background image

Słowo wstępne 

 

To  wszystko  mogło  się  wydarzyć  w  Berlinie  w  1953  roku.  Osiem  lat  po  kapitulacji 

Rzeszy,  osiem  lat  przed  wzniesieniem  haniebnego  Muru,  który  podzielił  miasto  i 

mieszkańców na Wschodnie i Zachodnie sektory. 

Brytyjska  jednostka  wojskowa  mojego  męża  stacjonowała  wówczas  w  Niemczech. 

Miejscem  dyslokacji  był  Berlin,  skąd  po  dziesięciu  dniach  od  naszego  przybycia  wezwano 

małżonka do Anglii. Rozkaz to rozkaz, nawet jeśli nie zapewnia zakwaterowania dla rodziny. 

Konkretnie  dla  mnie  i  naszych  dwóch  córeczek.  Mąż  wyjechał,  my  pozostałyśmy  do  czasu 

znalezienia  odpowiedniego  garnizonowego  mieszkania.  Rozłąka  trwała  kilka  tygodni  i 

właśnie  wtedy  powstał  pomysł  tej  powieści.  Zrodził  się  podczas  długich  spacerów  po 

cienistych,  zielonych  przedmieściach  między  Herr  Strasse  a  Grunewaldem,  wśród 

opuszczonych,  zdewastowanych  rezydencji,  zamieszkanych  jeszcze  nie  tak  dawno  przez 

nazistowską elitę. Powstał z zadawanych sobie pytań, kim byli ich lokatorzy i co się z nimi 

stało. 

Berlin przedstawiony w tej powieści jest miastem, jakie zapamiętałam. Miałam niewiele 

obowiązków  i  dużo  wolnego  czasu,  który  wypełniałam  sobie  sporządzaniem  podczas 

wędrówek dokumentacji, może z myślą o jej literackim wykorzystaniu. Gromadziłam dane o 

metropolii obróconej w ruinę, a zwłaszcza o jej części zajętej przez Rosjan. Kreśliłam szkice 

Maifeld  -  gigantycznego  i  pompatycznego  centrum  sportowego  zbudowanego  przez  Hitlera 

na  olimpiadę  w  1936  roku,  wykorzystywanego  później  na  kolejne  parteitagi,  przejściowo 

przyznanego Rosjanom, a potem nam na kwaterę główną sektora brytyjskiego. 

Szkicowałam nie tylko zdewastowaną urbanistykę. Zapisywałam też drobne wydarzenia. 

Jak  choćby  to,  gdy  w  kilka  godzin  po  naszym  przybyciu  do  zdewastowanego  Hotelu 

Rodzinnego, skąd już na drugi dzień miano nas przenieść do brytyjskiego garnizonu, pojawiła 

się przydzielona nam gosposia. Jej nerwowe zachowanie sugerowało, że to nie my jesteśmy 

głównym celem jej wizyty. 

Mój  mąż,  Goff  Hamilton,  był  równie  uważnym  obserwatorem.  Do  dziś  wspomina  mnie 

pochyloną  nad  cuchnącą  wodą  otwartej  olimpijskiej  pływalni.  Dla  ochrony  przed  mrozem 

basen  przykryto  słomianymi  plecionkami,  a  ja  wyglądałam  na  kogoś,  kto  z  uporem  próbuje 

zamaskować  pod  nimi  zwłoki  ofiary.  Coś  w  tym  jest,  bo  ta  słoma  była  dla  mnie już  wtedy 

trochę podejrzana... Ciężki bywa los męża autorki powieści kryminalnych. 

Goff był wtedy majorem. Gdy po sześciu latach powrócił do Berlina jako szef jednostki 

wojskowej  w  brytyjskim  sektorze,  zamieszkaliśmy  w  uroczej  rezydencji  z  podgrzewanym 

basenem  i  z  widokiem  na  Hawelę.  Z  trudem  rozpoznawałam  wtedy  opisane  w  tej  powieści 

miasto.  Większość  ruin  zniknęła,  przynajmniej  w  naszym  sektorze.  Rosjanie  wynieśli  się  z 

Rundfunk,  chociaż  pełnili  wartę  przy  pomniku  wzniesionym  po  zachodniej  stronie  Bramy 

Brandenburskiej.  Stróżowali  też  na  zmianę  z  pozostałymi  aliantami  w  więzieniu  Spandau  - 

background image

pozornie,  by  pilnować  trzech  ostatnich  nazistowskich  zbrodniarzy,  a  tak  na  serio,  by  mieć 

pretekst do pobytu w Berlinie Zachodnim. Z imponujących majestatem ruin Kaiser Wilhelm 

Kirche  przy  Kurfurstdamm  pozostała  nadkruszona  wieża,  nie  dość  że  przemianowana  na 

wojenny  obelisk,  to  jeszcze  włączona  w  na  wskroś  modernistyczny  kościół.  W  nowym 

otoczeniu zatraciła romantyczny wymiar ruin Angkor Wat i wywołuje żałosne skojarzenia ze 

spróchniałym zębem, który od dawna doprasza się kleszczy stomatologa. 

Kilka miesięcy przed naszym wyjazdem z Berlina zaczęto budować Mur. Rósł w górę, a 

wraz z nim szły w gruzy marzenia o lepszej przyszłości Europy. Byłam naocznym świadkiem 

jego  budowy  i  może  właśnie  dlatego  do  dziś  wolę  tamten  Berlin  z  1953  roku.  Berlin,  w 

którym było więcej ruin, ale i więcej nadziei. 

background image

Prolog 

 

Z  nastaniem  nocy  ustał  wiatr  dujący  od  rana  w  porastających  wydmy  kępach  traw  i 

janowca.  Od  morza  nadeszła  chłodna  mgła,  maskując  linię  brzegową  i tłumiąc  uderzające  o 

plażę fale do pomruku nie głośniejszego niż dobiegająca od zachodu jednostajna artyleryjska 

kanonada. 

Godzina za godziną pełzły w ciszy, aż do wzejścia księżyca. Wtedy mgła się posrebrzyła i 

powiała nocna bryza, zbyt lekka jednak, by te mgłę rozproszyć. 

Coś,  co  wyglądało  na  karłowaty  krzak,  przesunęło  się  znienacka,  urosło,  po  czym 

odezwało  się  ludzkim  głosem  -  cichym  jak  szept,  ale  wyraźnym  w  nadmorskim  pustkowiu. 

„No  to  ruszamy...  Ani  pary  z  ust.  Ja  pierwszy,  reszta  za  mną.  Wszyscy  ręce  na  plecy 

poprzednika.  Dzieci  na  barana.  Gotowi?  Naprzód...”.  Nadmorska  kępa  zaszumiała,  ale  nikt 

nie  domyśliłby  się,  że  sprawcą  tego  nie  jest  wiatr,  a  grupka  uciekinierów,  bezkształtna  i 

widmowa  we  mgle  i  wczesnym  księżycu.  Ukryta  dotąd  w  krzakach  janowca,  zaczęła  się 

skradać opadającą ku plaży kozią dróżką. 

Wstrzymywali  oddech,  ale  nie  mogli  się  skradać  bezszelestnie.  Kamyki  i  żwir  urwiska 

umykały  im  spod  stóp,  lądując  bardziej  lub  mniej  donośnie  na  plaży  w  dole.  Zakwiliło 

dziecko,  a  zaraz  potem  ciszę  przerwał  okrzyk  kobiety,  której  spódnica  zaczepiła  się  o 

kolczasty  drut  pasterskiego  ogrodzenia.  Nim  dotarli  na  plażę,  mieli  za  sobą  gehennę 

przekradania  się  przez  porastające  urwisko  kłujące  chaszcze.  Ale  wreszcie  osiągnęli  morski 

brzeg. 

Za  sobą  pozostawili  szalejące  po  Europie  wilcze  hordy,  po  obu  stronach  majowe  nocne 

niebo  pokrywały  bitewne  dymy  Dunkierki  i  Rotterdamu,  ale  przed  nimi,  za  wąską,  teraz 

zamaskowaną mgłą cieśniną leżała Anglia. 

Z mgły wynurzyła się rybacka łódź. Pomimo ciemności nocy dostrzegli człowieka, który 

zanurzony  po  kolana  brodził  w  przybrzeżnej  wodzie,  kierował  dziób  łodzi  ku  brzegowi, 

wypatrywał i nasłuchiwał. Patrzył nie na nich, ale w bok - na zakole zatoki przechodzące w 

pokryte zielskiem urwisko. 

-  Coś  tu  nie  gra.  Szybciej,  szybciej!  -  warknął  donośnym  szeptem,  odwrócił  się  do 

majaczącej na łodzi postaci i dokończył: 

- Pierre, żagiel w gotowości! 

Dziecko znów zaczęło kwilić. Normalnie beczałoby na cały głos, ale czyjaś dłoń stłumiła 

płacz z doświadczeniem osaczonego zwierzęcia. 

- Ciszej tam, do cholery! - zaszeptano z łodzi i płaksa powędrowała na pokład. Tuż za nią 

holowano jeszcze trójkę dzieci. Ostatnie w kolejce tuliło w ramionach kształt przypominający 

sporą lalkę. Mężczyzna, który niósł dziecko, wspiął się na łódź i podał rękę drżącej kobiecie. 

- Szybciej! - ponaglał ktoś w wodzie. - Szybciej, na Boga! 

background image

I  właśnie  wtedy  ciemność  przeszył  ognisty  blask,  a  cicha  zatoczka  zadrżała  od  serii 

pocisków, okrzyków i tupotu wojskowych butów zbiegających urwiskiem na plażę. 

Sternik i przewodnik bez słowa chwycili burty i skierowali łódź na głębszą wodę. Żagiel 

pojawił się w mgnieniu oka, złapał wiatr i łódka wyszła w morze. Dwaj rybacy wskoczyli jak 

na komendę do łodzi, a pozostali uciekinierzy desperacko uchwycili się jej burt i ostatecznie 

podążyli ich śladem. 

Nie  wszyscy.  Samotna  postać  przedzierała  się  pospiesznie  przez  gąszcz  janowca.  Była 

kobietą,  której  spódnica  zaczepiła  o  kolczasty  drut.  Zatrzymała  się,  przerażona  ciemnością, 

trzaskiem pękającego materiału i lękiem przed wywołaniem hałasu. Właśnie dlatego spóźniła 

się na plażę. 

Wbiegła do wody, potykając się o kamyki. Fala podcinała jej nogi. Łódź odpłynęła. Teraz 

przed  sobą  i  za  sobą  miała  tylko  mgłę.  Próbowała  krzyczeć,  by  zatrzymali  się  lub  wrócili, 

ż

eby  nie  zostawiali  jej  na  tej  spowitej  nocą  plaży.  Ale  nie  była  w  stanie  wydobyć  z  siebie 

głosu, jej zdławiony szept przytłumił szum fal. 

A potem do okrzyków i tupotu na brzegu dołączył się karabin maszynowy, mgła wokół 

kobiety  zajaśniała  od  pocisków  świetlnych.  Odwróciła  się  od  zdradzieckiego  morza  i  jak 

ś

cigane zwierzę pobiegła w stronę urwiska, kłujących kęp janowca, w stronę wrogiego kraju. 

background image

Rozdział 1 

 

Miranda Brand klęczała na podłodze sypialni Hotelu Rodzinnego w Bad Oyenhausen, w 

brytyjskiej  strefie  okupacyjnej  Niemiec.  Klęczała,  szukała  pod  łóżkiem  mydła  i  przeklinała 

dzień, w którym dała się zaprosić przez swojego kuzyna Roberta Melville’a i jego rodzinę na 

wakacje w Berlinie. 

Cała  rudera  kojarzyła  się  jej  z  czymś  bliskim,  choć  zarazem  odstręczającym. 

Przytłumione  szepty,  gardłowe  głosy,  wilgoć  i  dyskomfort  przemykające  już  wcześniej  za 

oknami  pociągu,  którym  jechała  przez  całe  popołudnie.  To  nie  Niemcy  były  temu  winne, 

zwłaszcza jeśli zważyć, że przyjechała po latach do kraju, w którym spędziła tylko wczesne 

dzieciństwo.  Jej  niepokój  i  niepewność  wynikały  z  czegoś  niejasnego,  z  czegoś,  co  ją 

nurtowało, „chodziło za nią” już podczas podróży promem na kontynent. 

Co to było? Kiedy to się zaczęło? Na statku do Hook van Holland, a może już wcześniej 

w  Harwich?  Nie  była  pewna.  Wiedziała,  że  coś  ją  trapi,  wytrąca  z  równowagi,  a  może  i 

niepokoi. 

- Tak, niepokój... to było właściwe określenie - pomyślała. Ale czym właściwie mam się 

niepokoić? Niczym! Niczym oprócz własnego niepokoju. 

Miranda pokręciła głową, czując, że zaczyna się upodabniać do cioci Hetty. Ciocia Hetty 

była  wysokiej  klasy  panikarką  i  równie  wysokiej  klasy  starą  panną.  Na  wspomnienie  cioci 

Miranda uśmiechnęła się, ale uśmiech zamarł jej na ustach, gdy ktoś nagle wszedł do pokoju, 

zatrzaskując  donośnie  drzwi.  Tym  kimś  była  Stella  Melville.  Miranda  poderwała  się, 

przytrzaskując sobie palce wiekiem walizki. 

-  Czy  wiesz,  że  o  mało  nie  wpędziłaś  mnie  do  grobu?  -  jęknęła  Miranda,  pokazując 

poszkodowany palec jako dowód winy małżonki swego kuzyna Roberta. 

Stella westchnęła i desperacko zacisnęła dłonie. 

- Nienawidzę armii... nienawidzę wojska! - wyrzuciła z siebie. - Że też musiałam poślubić 

oficera! Farmer, makler, świniopas... Każdy zawód lepszy niż żołdak! 

Stella padła na łóżko i wtuliwszy twarz w poduszkę, wybuchnęła szlochem. 

- Wielkie nieba - zareagowała Miranda dość opanowanym głosem. 

Wstała  z  klęczek  i  objęła  czule  Stellę.  -  Cóż  się  stało?  Czyżby  ta  okropna  Leslie  znów 

zaszła ci za skórę? Drobiazg. Pewnie nałykała się na promie tylu pastylek przeciw morskiej 

chorobie, że jej wątroba wpadła w marskość. Weź się w garść, kochanie. 

-  W  garść?  -  wyrzuciła  z  siebie  Stella,  ukrywając  twarz  jeszcze  głębiej  w  zakamarkach 

hotelowej poduszki. - Nic nie rozumiesz... Nikt nic nie rozumie! 

- Więc uspokój się i powiedz, o co chodzi. Wytrzyj nosek i zwierz się cioci Randzie. 

Twarz  Stelli  opuściła  poduszkę,  a  rozwichrzone  blond  włosy  wróciły  do  normalnej 

pozycji pod wprawnym ruchem dłoni. 

- Ciocia Randa. Ładnie to powiedziałaś, ale przecież mogłabym być twoją matką. 

background image

-  Nie  jest  aż  tak  źle,  Stello.  Za  miesiąc  skończę  dwadzieścia  jeden  lat.  -  Miranda 

pomyszkowała w kieszeniach palta, znalazła czystą chusteczkę i podała ją Stelli. 

- Dwadzieścia jeden lat - powtórzyła Stella nieobecnym głosem. - Mój Boże, za miesiąc 

wybije  mi  czterdziestka!  -  Wytarła  nos  i  usiadła  na  łóżku.  Jej  w  miarę  czerstwa  karnacja  i 

zdewastowany łzami makijaż potwierdzały ukryty sens końca wypowiedzi. 

Miranda  zawahała  się.  -  Czterdziestka?  -  rzuciła  pojednawczo.  -  Wyszłaś  za  mąż  jako 

osiemnastolatka,  a  ja  do  tej  pory...  Stello,  o  czym  my  właściwie  mówimy?  Co  ma  wiek  do 

służby wojskowej twojego męża? 

-  Może  więcej  niż  sądzisz  -  odparła  gorzko  Stella.  Dostrzegła  zdziwione  spojrzenie 

Mirandy  i  zdobyła  się  na  niepewny  chichot.  -  Rzecz  w  tym,  że  Robert  spotkał  tu  swojego 

znajomego,  a...  och,  Mirando,  to  naprawdę  straszne!  Ten  człowiek  powiedział  mu,  że  pułk 

Roberta  będzie  wkrótce  przeniesiony  na  Malaje.  -  Błękitne  oczy  Stelli  znów  wypełniły  łzy 

spływające na policzki, podbródek i elegancką szarą kreację. 

- Na Malaje? - spytała Miranda. - I cóż w tym strasznego? Na twoim miejscu drżałabym z 

podniecenia.  Słońce,  palmy,  dzwony  kościelnej  misji.  Do  tego  tuziny  służących 

zdmuchujących  ci  kurz  spod  stóp.  Pomyśl  tylko!  Koniec  kucharzenia,  koniec  kartek  na 

benzynę.  I  czym  tu  się  martwić?  Zresztą  sam  Robert  wyznał  mi  kiedyś,  że  Malaje  są 

„miejscem  strategicznym”,  a  więc  pewnie  będziesz  żoną  stratega.  Już  on  tam  zada  bobu 

buntownikom. 

-  Wciąż  nic  nie  rozumiesz  -  przerwała  zniecierpliwiona  Stella.  -  Wiem,  że  dla  ciebie 

byłaby  to  wycieczka,  ale  ja  nie jestem  tobą.  Twoje  pokolenie  uważa  Daleki  Wschód  za coś 

egzotycznego,  ale  dla  mnie  to  dzicz  i  prymityw.  Może  dlatego,  że  ja  sama  nie  jestem 

egzotyczną istotą. Nie lubię obcych miejsc. Moim krajem jest Anglia i nie chcę żyć nigdzie 

indziej. 

-  Ale  to  da  się  połączyć  -  argumentowała  Miranda.  -  Możesz  żyć  w  Anglii,  a  czasami 

zwiedzać obce, romantyczne kraje. 

- To nie takie proste. Gdy poślubiłam Johnny’ego - chyba nigdy go nie poznałaś - też tak 

myślałam. Wydawało mi się, że takie małżeństwo jest nieustannym piknikiem. Też myślałam, 

ż

e  będziemy  mieszkać  sobie  gdzieś  w  Kencie  czy  w  Sussex,  a  reszta  pójdzie  jak  z  płatka. 

Myślałam, że dożyjemy spokojnej starości, jak to w bajkach bywa. 

Zdobyła się na gorzki śmiech, wstała, przeszła przez pokój, oparła głowę o okienną szybę 

i spoglądając na mroczną uliczkę snuła monolog, jakby nieświadoma obecności Mirandy. 

-  Nie  tak  to  było.  Może  nigdy  nie  jest  tak.  Musieliśmy  wyjechać  do  Indii.  On... 

powiedzmy,  ja...  nienawidziłam  tego  kraju.  Tego  brudu,  gnoju,  much,  smagłych  i  chytrych 

twarzy. Tego upału i nieustannego przesiadywania w oficerskich klubach. Byłam tam chora... 

od pierwszego dnia pobytu. - Zadrżała i słychać było, że aż zgrzyta zębami. - Anglia była dla 

mnie  niebem.  Zobaczyć  znów  nasze  zielone  łąki,  nasze  szare  niebo...  a  nie  prażące  przez 

okrągły rok słońce. A potem wybuchła wojna. Ja zostałam w Anglii, on wrócił do Indii i już 

background image

nigdy go nie zobaczyłam. Gdy przyszła depesza... myślałam, że to już koniec. Ale jak długo 

można  żyć  w  żałobie?  Jest  przecież  miłosierdzie.  Wojna  się  skończyła,  a  ja  poznałam 

Roberta. 

Stella  podniosła  głos,  spojrzała  na  Mirandę,  na  moment  zacisnęła  piękne  usta,  a  jej 

smukłe palce zaczęły gwałtownie pełzać po gustownej podróżnej sukni. 

-  I  wszystko  zaczęło  się  od  nowa.  Posłali  go  do  Egiptu  i  nie  pozwolili  mi  jechać  tam  z 

nim.  Powiedzieli,  że  mam  za  mało  „punktów”.  Punktów!  Tak  jakby  miłość  i  małżeństwo 

przydzielało  się  na  kartki!  Potem  rodziny  i  tak  powysyłano,  ale  cóż  to  miało  za  znaczenie. 

Gdy wrócił, jego jednostkę przeniesiono do Niemiec, a nas do Berlina. Stała placówka. Jaka 

placówka, taka stałość! A teraz dowiaduję się o Malajach. Tego już nie zniosę! 

Stella odwróciła się i znów patrzyła przez szybę w mrok. 

-  Posłuchaj  kochanie  -  Miranda  przybrała  ton  matki  uspokajającej  krnąbrne  dziecko  - 

jesteś  zdenerwowana,  rozgoryczona  i  doskonale  cię  rozumiem.  Wszystko  przez  tę  podróż  i 

przeprowadzkę. W Berlinie nie będzie przynajmniej much, upału i smagłych twarzy, a Robert 

wspominał  mi,  że  będziecie  mieszkać  w  jednym  z  najlepszych  domów.  A  na  Malaje 

pojedziecie na pewno we dwoje. 

- Nic nie rozumiesz - powtórzyła Stella matowym głosem. - Tego nikt nie zrozumie. Nie 

chcę  mieszkać  w  Niemczech.  Nienawidzę  tego  kraju.  Gdy  byłam  sześcioletnim  szkrabem, 

miałam niemiecką guwernantkę i nie znosiłam jej z całego serca. Moja matka uparła się, żeby 

posłać mnie na pensję do Brukseli i też znienawidziłam to miasto. Każdy dzień pobytu w nim. 

Nie  chcę jechać  na  Malaje.  Jestem jak  ta  dziewczynka  z  powieści  Nancy  Mitford,  która  nie 

znosiła  „zagranicy”.  Dokładnie  taka  sama.  Chcę  żyć  w  Anglii.  Chcę  mieć  własny  dom, 

własny pokój i własny ogródek. Nie potrafię żyć na walizkach, w separacji, z dnia na dzień w 

coraz innych hotelach garnizonowych. 

- Skoro tak, czemu właściwie nie mieszkasz w Anglii? - zauważyła nie bez racji Miranda. 

- Z dala od Roberta? Tego bym nie zniosła! I to jest najgorsze. Przysięgałam sobie, że już 

nigdy nie poślubię żołnierza, ale i tak wyszło inaczej. Nikt nie zaplanuje uczucia. Zakochasz 

się,  a  potem  jest  za  późno,  żeby  wybierać  między  sercem  a  tym  koszmarnym  życiem 

koczowniczki. Można się i z tym pogodzić. Można i to przeżyć, zestarzeć się i osiąść u boku 

brzuchatego  weterana  na  nędznej  wojskowej  emeryturze.  Można,  Mirando,  ale  nigdy  nie 

wychodź za zawodowego! 

-  Z  tego  wniosek,  że  najlepiej  pozostać  w  panieńskim  stanie  -  powiedziała  Miranda, 

obejmując  Stellę.  -  Zacząć  od  panieństwa,  skończyć  na  dziarskim  staropanieństwie...  trochę 

tak, jak ja. 

Stella pokryła zakłopotanie wymuszonym śmiechem. - Ładnie muszę wyglądać, Mirando. 

Pewnie zachowałam się jak skończona idiotka. Tak to z wiekiem bywa. Wybacz, ale jestem 

zmęczona. Dla mnie dwa dni podróży to już długie tygodnie. 

background image

Podeszła  do  umywalki,  puściła  równocześnie  zimną  i  gorącą  wodę  i  przez  chwilę 

wpatrywała się niepewnym wzrokiem w równie niepewne odbicie w lustrze. - Co mam zrobić 

z twarzą? - spytała zakłopotana. - Przecież nie zejdę do jadalni w takim stanie. 

- Możesz zamówić kolację do mojego pokoju - zasugerowała Miranda. 

- Nie, muszę zejść. Robert zaprosił kogoś ważnego na dzisiejszy wieczór. Tego starszego 

pana, którego poznałyśmy w pociągu. 

- Brygadiera Brindleya - podpowiedziała Miranda. 

- Chyba jego. Nie sądzę, żeby marzył o kolacji w towarzystwie  Lottie i Mademoiselle i 

może  nawet  zdążył  się  już  wykręcić  z  obowiązku.  Nie  wygląda  na  człowieka  lubiącego 

towarzystwo dzieci. Typowy stary kawaler. A kiedy odjeżdża nasz pociąg do Berlina? 

- Dokładnie o 22.55. Czytałam ogłoszenie w recepcji. Bardzo oficjalne. Pytanie tylko, czy 

dojedziemy tam prosto, czy może wysadzą nas i zakwaterują na pół doby w jakimś hotelu. 

- Ruscy? - spytała Stella, opryskując twarz zimną wodą. 

- O czym ty mówisz, Stello? 

- O Sowietach. Przecież nie pozwolą nam przejechać przez swój sektor za dnia. Boją się, 

ż

e  wychylimy  się  przez  okno  i  zaczniemy  fotografować  naszymi  kodakami.  Powiedz,  jak 

teraz wyglądam? 

- Bosko - potwierdziła Miranda, po czym szybko umknęła wzrokiem w bok, zaskoczona, 

ż

e Stella wcale nie wygląda młodziej, niż z goryczą sama to przed chwilą przyznała. 

 

* * * 

Stella  Carrell,  primo  voto  Stella  Radley,  a  obecnie  Stella  Melville,  miała  dwadzieścia 

siedem lat, gdy wychudzona sześcioletnia Miranda zobaczyła ją pierwszy raz. Przez następne 

lata  Miranda  uważała  Stellę  za  kogoś  z  innego  pokolenia.  Dopiero  od  niedawna  zaczęła 

dostrzegać  w  niej  atrakcyjną  kobietę  w  kwiecie  wieku,  podziwiać  ją  i  nawet  trochę 

naśladować,  przynajmniej  w  kwestii  mody.  Miranda  czuła,  że  to  jej  przybywa  lat  wraz  z 

upływem  lat  Stelli,  i  może  dlatego,  na  przekór  kalendarzowi,  wyrobiła  w  sobie  nieco 

irracjonalny opiekuńczy odruch w stosunku do starszej, a mimo to niedojrzałej powinowatej. 

Teraz ujrzała Stellę w innym świetle. Rozpuszczone dziecko postarzało się w przeciągu kilku 

minut o dziesięć lat. 

Miranda pamiętała zawsze Stellę jako ideał urody i mody. Wprawdzie ów styl, lansowany 

swego  czasu  przez  żurnale,  kojarzył  się  Mirandzie  z  rasowymi  końmi,  ale  trzeba  było 

przyznać, że Stella jest „arabem czystej krwi”. Nagle Miranda spostrzegła, że w nieskazitelnej 

blond  grzywie  Stelli  pojawiły  się  siwe  pasemka,  a  puder  i  szminka  z  trudem  maskowały 

zmarszczki i kurze łapki w okolicach oczu i zakoli warg. 

Mirandzie skojarzyło się to z ogrodowymi różami w rodzinnym Mallow. Wczoraj idealne 

w  swojej  aksamitnej  perfekcji,  a  dziś  przekwitnięte  i  chylące  się  na  łodydze.  Pomyślała,  że 

background image

Stella  ma  w  sobie  coś  z  tych  róż  i  że  tak  jak  one  szybko  zwiędnie.  Jej  uroda  nie  przetrwa 

młodości, wkrótce pozostaną po niej tylko ulotne wspomnienia. 

Nie była to optymistyczna refleksja, więc Miranda spojrzała przezornie w lustro. Odbicie 

sprostało  wyzwaniu:  oczy  lśniły  jak  zimowe  niebo,  policzkom  i  podbródkowi  niczego  nie 

dało  się  zarzucić,  a  ciemne  loki  z  klasą  opadały  na  szyję  barwy  kości  słoniowej.  W  sumie 

obraz  przypominał  portret  Charlotty  Bronte  pędzla  Thompsona.  Wprawdzie  w  tamtych 

czasach twarz pisarki uznano za „pospolitą”, ale czasy się zmieniają, a przez ostatnie dwa lata 

Miranda Brand stwierdzała, że Thompson wybrał sobie całkiem atrakcyjny model. 

-  Trzeba  się  szanować  -  pomyślała  z  chłodną  kalkulacją  Miranda.  -  Gdy  stuknie  mi 

siódmy krzyżyk, uznają mnie za wysoce szacowną damę. 

Wybuchnęła śmiechem. W jej wieku łatwo było się śmiać z czegoś tak abstrakcyjnego jak 

starość. 

-  Co  cię  tak  rozbawiło?  -  spytała  Stella,  poprawiając  jak  prawdziwa  profesjonalistka 

makijaż  przed  lustrem  nad  umywalką.  Spojrzała  raz  jeszcze  na  szklaną  taflę,  wyniosła, 

nieobecna i nie pasująca do hotelowej łazienki, niczym egzotyczna orchidea wpięta w obfity 

biust niemieckiej hausfrau

-  Drobiazg  -  odparła  pospiesznie  Miranda.  -  Jeśli  jesteś  gotowa,  zejdźmy  na  dół  i 

sprawdźmy, czy nasza karawana nie dotarła do oazy, w której tryska przyzwoite sherry. 

background image

Rozdział 2 

 

Jadalnia  była  wielka,  długa  i  wysoka,  a  woń  pasty  do  podłóg  i  posiłków  potęgowały 

ustawione  na  pełną  moc  kaloryfery.  Miranda  usiadła  przy  sporych  rozmiarów  stole,  między 

swoim kuzynem Robertem Melville’em a brygadierem w stanie spoczynku skierowanym do 

Komendantury Sojuszniczej w Berlinie. Powiodła wzrokiem po sali. 

Przepastne  pomieszczenie  wypełniały  w  większości  puste  stoliki.  Puste  z  racji 

grupowania  się  przybyszów  z  Anglii  w  zwartych  oddziałach  lub  na  skutek  działań 

niemieckich kelnerek, komasujących gości w równie zwartym szyku, dla oszczędności czasu i 

stóp. 

Stół  Melville’ów  flankowały  pozycje  zajmowane  przez  pułkownika  Leslie  i  jego 

małżonkę oraz stolik okupowany przez dwie inne oficerskie pary. Major Marson i porucznik 

Page, towarzysze broni Roberta, jechali do Berlina wraz z żonami. 

Sąsiadami  pułkownika  Leslie  była  pani  Wilkin  i  jej  pięcioro  dzieci.  Pani  Wilkin, 

małżonka  zaledwie  sierżanta,  którego  oddział  stacjonował  w  Berlinie  była  typem  szarej 

myszy rozglądającej się na boki czujnym, mysim wzrokiem. Miała zresztą ku temu powody. 

Trudy  podróży  potęgował  krnąbrny  potomek,  nieznośny  od  początku  podróży,  a  teraz 

wręcz nie do wytrzymania. Miranda dosłyszała z ust pani Wilkin, że mały bies zabawiający 

się  ciskaniem  kulek  z  chleba  ma  na  imię  Wally.  Zdegustowana  Miranda  pokręciła  głową,  a 

Wally  odwdzięczył  się  jej  tym  samym  i  przerwał  na  chwilę  chlebową  kanonadę.  Jego 

piegowate,  aroganckie  oblicze  przestało  na  moment  przypominać  złośliwego  chochlika. 

Wytrącony z równowagi, wahał się przez chwilę, po czym sięgnął po większą porcję chleba, a 

Miranda przezornie odwróciła wzrok. 

Pozostałe stoły były puste, co trochę ją rozczarowało. Nie wiedziała dlaczego, próbowała 

więc stłumić w sobie to dziecinne odczucie. Może oczekiwała, że spostrzeże w jadalni kogoś 

innego. Kogoś, kogo widziała pierwszy raz nie dalej niż wczoraj. Ale tego kogoś tu nie było. 

Skoncentrowała  się  na  zupie,  lecz  niejasny  niepokój  powracał  przy  każdym  łyku.  Może 

też odczuwa trudy podróży, podobnie jak Stella? Może każdy w tej pustej, akustycznej jadalni 

odczuwa trudy podróży i może indywidualne nerwy oraz zmęczenie kumulują się w zbiorowy 

niepokój?  Ale  czy  zmęczeniem  można  wytłumaczyć  dziwne  zachowanie  pani  Leslie? 

Miranda kruszyła bezmyślnie chleb i przyglądała się sąsiedniemu stołowi. 

Pułkownik Leslie był dowódcą stacjonującej w Berlinie jednostki, do której wracał wraz z 

ż

oną  Norą  po  trzytygodniowym  urlopie  w  Anglii.  Nora  Leslie  mogła  uchodzić  za  wzór 

oficerskiej żony. Mogłaby chyba zdobić plakaty wyborcze, gdyby  żony oficerów wybierano 

tą metodą. Każdy odgadłby, że „mój pułk” to „pułk mojego męża”, a „nasze żony” oznaczają 

„żony naszych mężów” - żony solidarne z pułkiem w akcjach charytatywnych, w brydżowych 

licytacjach, na tenisowym korcie, na polu golfowym, w prenumeracie czasopism, a zwłaszcza 

background image

w  świadczeniu  własnym  przykładem,  że  „pułk  mojego  męża  jest  najlepszym  pułkiem  w 

Królewskich Siłach Zbrojnych”. 

Mellville’owie  i  państwo  Leslie  podróżowali  z  Londynu  do  Harwich  we  wspólnym 

przedziale i wszystko wskazywało na to, że Nora i Robert znają się od dzieciństwa. Ale o ile 

pułkownik  podtrzymywał  w  pociągu  przyjazną  atmosferę,  o  tyle  szorstkość  jego  żony 

przekraczała granice dobrych manier, czego szczytowym wyrazem było jej zachowanie się w 

czasie  przesiadki  w  Harwich  na  prom  do  Hook  van  Holland.  Prom  był  zatłoczony.  Stellę, 

Mirandę,  Mademoiselle  i  siedmioletnią  Charlotte  ulokowano  w  sześciołóżkowej  kabinie 

razem  z  panią  Leslie  i  Elzą  Marson,  której  mąż,  major  Harry  Marson,  służył  w  jednostce 

Roberta.  Pani  Leslie  poskarżyła  się  stewardessie.  Oświadczyła,  że  jej  mąż  zamówił  z 

wyprzedzeniem  małżeńską  kabinę  na  dwie  osoby.  Stewardessa  próbowała  pomóc,  ale  była 

bezradna. Wyjaśniała, że prom jest pełny pasażerów i trzeba się z tym pogodzić. Pani Leslie 

oznajmiła,  że  poskarży  się  władzom,  połknęła  siedem  pastylek  przeciw  morskiej  chorobie  i 

wygodnie ułożyła się na koi. 

Nazajutrz  Miranda  ujrzała  nowe  oblicze  pani  Leslie.  Podczas  odprawy  celnej  w  Hook 

towarzyszka podróży zasypała ją pytaniami: 

-  Jedzie  pani  do  Niemiec?  Na  wakacje?  Dziwne  miejsce,  skoro  wkrótce  wybuchnie 

wojna...  Powiem  pani.  że  tam  nie  ma  czego  zwiedzać.  Same  zgliszcza  i  ruiny...  Reichstag, 

Kancelaria Rzeszy, bunkier Hitlera... wszystko zaliczy pani w pół dnia. A państwo Melville to 

krewni  czy  znajomi?  Ach,  Robert  jest  pani  kuzynem...  No,  no...  Znam  go  od  wieków.  Jego 

rodzina mieszkała z moją - jak to mawiają - drzwi w drzwi... A ta Stella to jego żona? Jej nie 

pamiętam... och, ta pamięć... 

W  tym  momencie  pojawili  się  Robert  i  Stella,  a  pani  Leslie  zrobiła  w  tył  zwrot  i 

ostentacyjnie  się  ulotniła.  Zaskoczyło  to  Roberta  i  oburzyło  wyczuloną  na  formy  Stellę. 

Zacisnęła  wargi,  a  jej  błękitne  oczy  przypominały  przez  chwilę  spojrzenie  dziecka 

poczęstowanego  klapsem.  W  Mirandzie  oburzenie  walczyło  z  ciekawością.  Była  oburzona 

zlekceważeniem  jej  kuzyna,  a  równocześnie  zaciekawiona  dziwnym  zachowaniem  pani 

pułkownikowej. Oczywiście, Robert i Stella nie mieli z tym nic wspólnego. 

Obserwującą jadalnię Mirandę ogarnęły teraz wątpliwości. - Coś tu nie gra. Ciekawe, co? 

- pomyślała. Nora Leslie wpatrywała się w swojego małżonka, ale Miranda czuła, że prawym 

uchem  podsłuchuje,  o  czym  rozmawia  się  przy  stole  Melville’ów.  Jej  podejrzenie 

potwierdziło  się,  gdy  wzrok  Nory  powędrował  w  ich  kierunku.  Na  kogo  patrzyła?  Na 

odwróconego  do  niej  plecami  Roberta,  a  może  na  Stellę  słuchającą  brygadiera  Brindleya, 

wygłaszającego  własne  ogrodnicze  teorie?  Jedno  nie  ulegało  wątpliwości.  -  złowione 

spojrzenie zionęło nienawiścią. 

Miranda odwróciła wzrok, skonsternowana i nieco spłoszona. Chyba nikt oprócz niej nie 

zauważył spojrzenia Nory. Brygadier Brindley przeszedł od ogrodnictwa do baletu, a Robert i 

podstarzała  szwajcarska  guwernantka,  Mademoiselle  Marie  Beljame,  byli  zajęci  Charlottą. 

background image

Robert  odpowiadał  na  pytania  córeczki,  a  jej  opiekunka  nerwowo  kontrolowała  stołowe 

maniery swojej podopiecznej. 

Charlotte, w duchu nazywana przez Mirandę „Szarą Lotta”, była wyjątkowo bezbarwnym 

dzieckiem, któremu nie było dane odziedziczyć uroku i urody ojca. Jej matka, pierwsza żona 

Roberta,  była  kobietą  wielkiej  klasy,  ale  zmarła  tuż  po  porodzie,  a  w  rok  później  Robert 

poślubił Stellę Radley. Był od niej o kilka lat młodszy, ale Miranda nigdy nie zwracała na to 

uwagi. 

Teraz,  w  ostrym  świetle  jadalni,  coś  jej  zaczęło  świtać.  Coś,  co  mogło  mieć  związek  z 

niedawnym  szlochem  Stelli,  a  może  z  kontrastem  między  jej  starannym  makijażem  a 

naturalną, młodzieńczą karnacją siedzącej tuż obok dziewczyny. 

Sally Page mogła śmiało uchodzić za „dziewczynę”. W wieku osiemnastu lat wyszła za 

mąż  za  podoficera  z  pułku  Roberta,  a  i  teraz  po  czterech  latach  małżeństwa  wyglądała  jak 

atrakcyjny podlotek. Przez dwa i pół roku mężnie dzieliła los swojego, wybrańca, Andy’ego 

w egipskich piaskach nad Kanałem Sueskim, a teraz wiernie podążała za nim do brytyjskiej 

strefy w Berlinie. 

Miranda  pomyślała,  że  o  ile  Stella  przypomina  różę  cieplarnianą,  to  Sally  Page  ma  w 

sobie  coś  z  róży  polnej  -  dzikiej,  świeżej,  pachnącej  prawdziwą  Anglią.  Różyczki 

uśmiechającej się teraz za plecami Stelli do Roberta. Miranda skojarzyła sobie ten uśmiech ze 

ż

mijowatym  spojrzeniem  pani  Leslie  i  znów  poczuła  dreszcz.  Pomyślała,  że  może  te 

berlińskie wakacje nie były najlepszym pomysłem. 

 

* * * 

-  Numer  28? -  spytał  brygadier  Brindley.  -  Oczywiście,  że  znam ten adres  i  zapewniam 

państwa,  że  to  jeden  z  lepszych  domów  w  Berlinie.  Charlottenburg  to  też  niezła  dzielnica, 

więc los wam sprzyja. 

-  Robert  wciąż  mi  to  powtarza  -  odparła  Stella  -  ale  czy  można  ufać  mężowi  pana 

profesji? Oficerowie zawsze nadrabiają miną. 

-  Pod  tym  względem  można.  To  naprawdę  uroczy  dom  i  w  niezłym  stanie.  Do  tego 

historię też ma interesującą... 

-  Co  pan  brygadier  ma  na  myśli?  -  włączył  się  do  rozmowy  Robert.  -  Czyżby  mieszkał 

tam ktoś z nazistowskiej elity? 

- Nie, ale należał kiedyś do matki Herr Riddera, Willego Riddera. Może nie zaliczał się 

on do elity, ale to ważna postać. Ważna, a przynajmniej dość zagadkowa. 

- A więc niech pan nam coś o nim opowie - zaświergotała Stella. - Uwielbiam zagadki. 

Brygadier  Brindley  cieszył  się  nie  bez  racji  renomą  gawędziarza  i  zawsze  chętnie 

prezentował swój talent. Zamyślił się i przepłukał gardło skąpą racją wina. 

- Willi Ridder - zaczął, zawiesiwszy scenicznie głos - był ważną postacią w nazistowskich 

tajnych  służbach.  Był  z  tych,  którzy  nie  pchali  się  na  pierwszy  plan,  ale  stali  za  kulisami  i 

background image

pociągali  sznurki.  Nawet  z  aparycji  przypominał  zamożnego  berlińskiego  mieszczucha  nie 

najgorzej ustawionego w nomenklaturze NSDAP. 

- I mieszkał w naszym przyszłym domu? - spytała podniecona Stella. 

- Nie, tam mieszkała tylko jego matka. Ridder mieszkał wraz z żoną w sąsiedztwie. Teraz 

jest  to  ruina  zbombardowana  przypadkiem  na  początku  wojny.  Ridderowie  wiedli  dość 

skromne  życie.  Cała  służba  składała  się  z  gospodyni  i  jej  męża  pełniącego  równocześnie 

funkcje  dozorcy  i  lokaja.  Podejrzewam,  że  podczas  reprezentacyjnych  przyjęć  Ridderowie 

zatrudniali personel z odpowiednimi rekomendacjami. 

Brygadier  przerwał,  znów  zawiesiwszy  głos,  i  uraczył  się  jeszcze  jednym  łykiem 

Niersteinera. 

-  Dziwne,  że  człowiek  na  takim  stanowisku  ryzykował  wynajmowanie  przypadkowych 

osób  -  zauważył  Robert.  -  Dwojga  profesjonalistów  nie  zastąpi  cały  pluton  podejrzanych 

ochotników, nawet kosztem przypalenia zupy i odrobiny kurzu na kominku w jadalni. 

-  Ma  pan  rację  -  odparł  brygadier.  -  Też  tak  sądziłem,  ale  pewne  obserwacje  kazały  mi 

podejść do tego bardziej sceptycznie. Moim zdaniem była to część głębszego planu. 

- Planu? - spytała Stella. - To intrygujące. Czyżby poznał pan tego Riddera? 

Brygadier przytaknął i odczekał moment, po czym jął kontynuować swą opowieść: 

-  Poznałem  go  w  1937  roku,  gdy  przebywał  w  Anglii  na  zaproszenie  Gore-Houstonów. 

Lady  Gore-Houston  była  moją  kuzynką  i  wyznam,  że  podzielała  wówczas  -  zresztą  nie  ona 

jedna - nieco profaszystowskie sympatie. W rok później wpadłem na krótko do Berlina i tym 

razem  to  ja  skorzystałem  z  zaproszenia  Herr  Riddera.  Spędziłem  tam  tylko  jedną  noc,  ale 

pobyt ten zapadł mi w pamięć, a przynajmniej dał mi dużo do myślenia. Właściwie nie było w 

nim nic niezwykłego, ale późniejsze wydarzenia nie pozwoliły mi wykreślić go tak całkiem z 

pamięci. 

-  Jakie  wydarzenia?  -  wykrzyknęła  Miranda,  zbyt  młoda  i  niecierpliwa,  by  zrozumieć 

znaczenie narracji w ujawnieniu puenty. 

-  Wszystko  w  swoim  czasie,  panienko  -  skarcił  ją  brygadier,  nieco  zdegustowany 

wytrąceniem go z misternie skonstruowanej roli, co zrekompensował sobie kolejnym łykiem 

Niersteinera. 

-  Może  część  z  państwa...  przynajmniej  ta,  której  doświadczenie  wykracza  poza 

młodzieńczy  wiek  -  tu,  jak  przystało  dżentelmenowi,  wzniósł  kieliszek  w  stronę  Mirandy  - 

pamięta,  że  w  1940  roku  Niemcy  zaatakowały  haniebnie  Holandię.  Otóż  zbiegiem 

okoliczności  dokładnie  w  tym  czasie  bezcenny  depozyt  ciętych  diamentów  czekał  w 

Rotterdamie na transport do Anglii i USA. Niemcy wiedzieli o tym i nieoczekiwana inwazja 

miała z tym wiele wspólnego. Znali miejsce przechowywania depozytu i doborowa jednostka 

komandosów  otoczyła  ów  dom.  Rzecz  w  tym,  że  z  całego  oddziału  tylko  jedna  osoba 

wiedziała,  co  właściwie  mają  przejąć,  a  tą  osobą  był  Herr  Ridder,  odpowiedzialny  za 

background image

przerzucenie diamentów do Berlina. Akcja odbyła się w mgnieniu oka i w mgnieniu oka nasz 

bohater stał się posiadaczem bajecznej fortuny. 

Brygadier Brindley zawiesił głos, świadom, że opowieść znalazła słuchaczy również przy 

dwóch sąsiednich stołach, których użytkownicy skoncentrowali się natychmiast na deserze. 

- I co dalej? - ponaglała Stella. - To chyba nie koniec całej tej historii? 

-  Koniec?  To  dopiero  początek  -  rzucił  brygadier,  przyjmując  wielkopańskim  gestem 

cukiernicę z rąk równie zasłuchanego niemieckiego kelnera. - Do końca daleko. Danke

Celny chlebowy pocisk wylądował tuż obok jego kieliszka, co na moment znów wytrąciło 

narratora z równowagi. 

- Czy mogłabym spożyć deser z Wallym? - spytała Charlotta. 

Mais non! - odpowiedziała Mademoiselle. 

- A więc zrezygnuję z deseru - tym samym tonem oświadczyła Charlotta. - Przecież jego 

mama na pewno się zgodzi. Tato, czy mogę zjeść deser z Wallym? 

- Lottie, chyba słyszałaś, co powiedziała Mademoiselle. 

-  Ale  ona  nie  lubi  Wally’ego.  Mówi,  że  to  nieznośny,  rozpuszczony  brzdąc.  Siądę  przy 

nim i nie pozwolę mu rzucać chlebem. 

-  A  niech  sobie  idzie  -  rzuciła  niecierpliwie  Stella.  -  Może  ten  bies  przestanie  wreszcie 

obsypywać mnie pieczywem. Już dobrze, kochanie. Idź, ale najpierw zapytaj panią Wilkin o 

zgodę.  Zapytaj,  jak  przystało  dobrze  ułożonej  panience.  Nie...  pani  może  zostać  z  nami  - 

poleciła  Mademoiselle  Stella,  po  czym  zwróciła  się  znów  do  brygadiera.  -  Konam  z 

ciekawości. Skończył pan na tym, jak Herr Ridder wszedł w posiadanie diamentów. 

- Dokładnie na tym. A więc już wiedzą państwo, że diamenty wpadły w ręce Niemców. 

Oczywiście, równie dobrze wiedział o tym nasz wywiad. I to znacznie, znacznie wcześniej... - 

Tu brygadier mrugnął konfidencjonalnie okiem. - Ale potem straciliśmy ślad, przynajmniej do 

końca  wojny.  Dopiero  wtedy  uzyskaliśmy  pewne  dokumenty  i  informacje,  dzięki  którym 

dopowiedzieliśmy sobie resztę historii. 

Brygadier  znów  zawiesił  głos  i  spojrzał  triumfalnie  na  audytorium  pogrążone  teraz  w 

ciszy również przy dwóch sąsiednich stolikach. 

-  Wally  Ridder  wrócił  do  Berlina  przypuszczalnie  wraz  z  diamentami.  Leciał  nocą  i 

wylądował  na  lotnisku  Tempelhof.  Dyskretnie,  jak  było  ustalone.  Stamtąd  pojechał 

prywatnym samochodem prosto do domu. Od tej pory po nim i po jego żonie zaginął wszelki 

ś

lad. 

-  Myśli  pan,  że  ich  zlikwidowano?  -  spytała  Miranda.  -  Musieli  zniknąć,  ponieważ 

wiedzieli o diamentach? 

- Wiem tylko, że nikt odtąd ich nie widział. 

- A co z diamentami? 

- Dokładnie to samo. 

- Sugeruje pan, że ulotnili się wraz z łupem? - spytał Robert. 

background image

Brygadier spojrzał nań z dezaprobatą, przepłukał gardło i kontynuował: 

- Nic nie wskazuje na to, żeby Ridderowie planowali wcześniej skok, ani żeby skusiła ich 

nagła fortuna. Z dokumentów, do których  miałem dostęp po latach, wydedukowałem jedno: 

Ridder  wiedział  z  wyprzedzeniem  o  inwazji  na  Holandię  i  o  powierzonej  mu  diamentowej 

misji. Do tego dochodzi nowy garaż budowany na tyłach jego ogrodu. 

- A cóż ma do tego garaż? - wykrzyknęła Miranda, częściowo z autentycznej ciekawości, 

częściowo żeby nie zawieść brygadiera, który raz jeszcze zawiesił teatralnie głos. 

- Cóż ma do tego garaż, panienko? Tyle, że zbudowano go z cegły i z kamienia, i że mógł 

pomieścić dwa samochody. To wymaga fundamentów, a fundamenty wymagają cementowej 

zaprawy, a cementową wylewkę robi się na miejscu w betoniarce. Były fundamenty, ściany, 

wszystko z wyjątkiem dachu. Taki był stan robót na dzień, gdy państwo Ridderowie raczyli 

zniknąć.  Oczywiście,  dom  natychmiast  przeszukano,  ale  nie  znaleziono  ani  lokatorów,  ani 

diamentów.  Później  znaleziono  w  pobliżu  holenderskiej  granicy  szczątki  samochodu  ze 

zwłokami  szofera.  A  jeszcze  później  odkryto  zwłoki  gosposi  i  lokaja  zacementowane  na 

tyłach nie wykończonego garażu w ogrodzie Ridderów. 

W  ciszy,  która  zapadła  w  jadalni,  niemal  było  słychać  dreszcz  grozy,  która  ogarnęła 

Stellę. 

- Czy doszliście do tego, co stało się z Ridderami? - przerwał milczenie Robert. 

-  Nie.  Są  tylko  pewne  domysły,  które  sam  podzielam.  Być  może  Ridderowie  uśmiercili 

parę służących, żeby posłużyć się ich paszportami i dowodami tożsamości. Nazwiska Herr i 

Frau  Schumacherów  nikomu  nic  nie  mówiły,  czego  nie  można  powiedzieć  o  Herr  i  Frau 

Ridderach  dobrze  znanych  SS.  Kierowca  też  był  funkcjonariuszem  SS,  ale  zawiezienie 

swojego  zwierzchnika  i  jego  żony  poza  Berlin  przyjął  pewnie  jako  normalne  polecenie 

służbowe. O diamentach nie miał pojęcia, bo o misji wiedział tylko wąski krąg osób. Przyjął 

rozkaz,  a  równocześnie  posłał  na  pewno  szczegółowy  raport  do  głównych  przełożonych. 

Ridderowie  zlikwidowali  go  gdzieś  na  pustej  szosie,  ruszyli  pełnym  gazem  w  kierunku 

granicy holenderskiej, a samochód i zwłoki ulokowali na terenie objętym bombardowaniem. 

Potem Herr i Frau Ridder przeistoczyli się w małżeństwo uchodźców 

- Karla i Gretę Schumacherów. 

- Ale na co liczyli? - spytał Robert. - Gdzie właściwie chcieli uciec? Przecież nie mogli 

rozpłynąć  się  w  powietrzu.  Dlaczego  pchali  się  między  pancerne  dywizje  Trzeciej  Rzeszy  i 

tłumy uciekinierów? 

- Może dlatego, że coś zostawili w Holandii. Powiedzmy, że diamenty. Może Herr Ridder 

zabezpieczył  je  w  miejscu  akcji,  a  do  Berlina  przywiózł  pustą  walizkę.  Może  założył,  że 

wróci,  odnajdzie  łup,  a  potem  wraz  z  żoną  umknie  wśród  uchodźców  do  Anglii  lub  do 

Hiszpanii, a stamtąd do neutralnej w tamtych czasach Ameryki. Wiele ryzykował, ale stawka 

była godna gry. W zamieszaniu tamtych lat łatwo było zostać uchodźcą. Ale SS też umiała iść 

za tropem. 

background image

- A jednak zwierzyna umknęła. 

- Umknęła. Ukryła się tak skutecznie, że wywiady czterech mocarstw i niemiecka policja 

do  dziś  nie  mogą  jej  wytropić.  Nie  mogą  wytropić  też  dziecka...  chyba  dziewczynki. 

Ridderowie wysłali ją podobno wcześniej do Kolonii i tam zginęła wraz z ciotką w schronie 

podczas naszych nalotów. Nie tylko one... Zresztą, kto to wie? Wiemy, że matka pani Ridder 

zmarła w obozie koncentracyjnym, ale po córce, zięciu i diamentach ślad zaginął. 

- A jakieś plotki, wieści? - spytała Stella. 

- Plotki? - powtórzył brygadier. - Jest coś, co do dzisiaj nie daje mi spokoju. Dość dziwna 

sprawa. - Przeszedł na donośny szept i znów wszedł w główną rolę. - W maju 1940 grupka 

uchodźców przybyła do Anglii na rybackiej łódce. Wśród nich było dziecko... 

- Dziecko Ridderów? 

-  Nie,  to  była  mała  Angielka.  Jej  rodzice  mieszkali  w  Belgii  i  zginęli  podczas  inwazji. 

Nikt  z  uchodźców  nie  wiedział,  kim  jest  ten  dzieciak.  Podejrzewali,  że  dziewczynka  jest 

Francuzką,  bo  gwarzyła  tylko  w  tym  języku,  dopóki  ktoś  z  naszych  nie  zagadał  do  niej  po 

angielsku.  Odesłano  ją  do  sierocińca  w  Sussex  i  czekano,  aż  ktoś  się  do  niej  przyzna. 

Pamiętam jak dziś, że nie chciała rozstać się ze swoją wielką lalką. 

Cisza przy stołach jadalni „zbudziłaby nieboszczyka”, ale brygadier Brindley nie zwrócił 

na to uwagi. 

- Minęło kilka lat, lalka się popsuła, a przyjazny pediatra obiecał, że trochę ją podleczy. 

Był  zaskoczony,  gdy  z  brzuszka  zabawki  wypadły  szlachetne  kamienie  oraz  ponad  pięć 

tysięcy  funtów  i  dolarów  w  wysokich  nominałach.  Dziewczynka  nie  wiedziała,  jak  i  kiedy 

tam trafiły. Powtarzała, że lalkę dostała na gwiazdkę i że nikomu i nigdy by jej nie oddała. Za 

to my ustaliliśmy, że te świecidełka były własnością Frau Ilsy Ridder! 

Tym razem Brygadier nie musiał przerywać milczenia. Rozparł się wygodnie w krześle, 

jakby i czekał na reakcję słuchaczy. 

Robert  przypominał  człowieka  rażonego  gromem.  Miranda  i  Stella  wpatrywały  się  w 

niego z otwartymi ustami. 

- Niech skonam! - wydobył wreszcie z siebie. 

Stella pokraśniała pomimo dyskretnego makijażu i po chwili też odzyskała mowę: 

- Nie... to niemożliwe... to niewiarygodne! 

-  Droga  pani  -  odparł  dość  oschłym  tonem  brygadier  -  zapewniam,  że  wszystko,  co 

opowiedziałem, jest w pełni wiarygodne! 

-  Tak,  wszystko  tu  pasuje,  ale...  -  Miranda  przerwała,  wodząc  po  brygadierze 

rozszerzonymi źrenicami - ...ale trudno uwierzyć w taki zbieg okoliczności. Coś niebywałego! 

- Obawiam się, że nie śledzę toku myśli panienki - powiedział z lekką irytacją brygadier. 

-  Proszę  wybaczyć  -  wtrąciła  się  Stella.  -  Pańska  opowieść  jest  dla  nas  prawdziwie 

niebywała.  Wspomniał  pan  o  sierocińcu  w  Sussex,  a  ja  przed  laty  pracowałam  tam  jako 

wolontariuszka. Tym dzieckiem z lalką była zaś Miranda. 

background image

Tym razem to brygadier Brindley rozwarł szeroko oczy. Sięgnął po chusteczkę i przetarł 

czoło, by ukryć wrażenie, jakie wywarła na nim ujawniona sensacja. 

- Chyba nie nabieracie mnie państwo? 

- Przysięgam, że to prawda. Robercie, spytaj Mirandę. Przecież musi to pamiętać! 

-  Oczywiście,  że  pamiętam  -  odpowiedziała  Miranda  drżącym  głosem.  -  Upuściłam 

Wilhelminę...  tę  lalkę...  na  taras  i  odpadła  jej  głowa.  Zawsze  kiepsko  pasowała  do  tułowia. 

Rozbeczałam  się,  a  wtedy  młody  doktor  powiedział,  że  wyleczy  Wilhelminę.  Próbował 

dopasować obie części lalki, a wtedy z brzuszka wysypały się jakieś świecidełka i banknoty. 

Zawsze się dziwiłam, dlaczego Wilhelmina aż tyle waży... 

Miranda  spochmurniała,  widać  było,  że  nie  darzy  tego  wspomnienia  szczególnym 

sentymentem. 

-  Coś  niebywałego!  -  oznajmił  brygadier  tonem  aktora,  którego  niespodziewanie 

wywołano na oczekiwany w skrytości ducha bis. 

- Dziwna sprawa potwierdziła Miranda. - Do dziś nie wiem, skąd się wzięły te pieniądze i 

kamienie.  Nie  pamiętam,  co  działo  się  między  bombardowaniem  a  moim  przyjazdem  do 

Mallow.  Może  dlatego,  że  nie  chciałam  tego  zapamiętać.  Pamiętam,  jak  zabierano  mi 

zawartość Wilhelminy i że bardzo wtedy płakałam. Nie za banknotami, ale za świecidełkami. 

Sądziłam, że dadzą mi je do zabawy, skoro były częścią mojej lalki. W końcu dali mi jakąś 

ozdóbkę,  żebym  się  uspokoiła.  Nie  była  złota,  ani  nawet  srebrna.  Bransoletka  z 

przywieszonym  egipskim  medalikiem  odpędzającym  uroki.  Chyba  nazywa  się  to  ankh

Bransoletkę  posiałam  gdzieś  przed  laty,  ale  został  mi  mój  ankh.  Nawet  teraz  mam  go  przy 

sobie. Czy może służyć za dowód rzeczowy? 

Miranda  pokazała  z  dumą  przegub  lewej  ręki.  Ze  złotej  bransoletki  zwisała  jarmarczna 

tandeta: znaki zodiaku, miniaturowe wiatraki - wszystko, co przekupnie wciskają turystom na 

bazarach,  w  portach  i  po  zwiedzeniu  latarni  morskiej.  Wśród  całego  tego  chłamu  dyndał 

dostojnie ankh - staroegipski symbol życia, wszechobecny w grobowcach i świątyniach ziemi 

faraonów,  przypominający  pętelkę  wieńczącą  literę  T.  Ankh  był  wykonany  z  bliżej 

nieokreślonego  szarego  metalu,  pętelkę  zaczepiono  o  bransoletkę,  a  na  medaliku  wyryto 

egipskie hieroglify i biegnące podłużnie równoległe nacięcia. 

-  Noszę  to  od  lat  -  powiedziała  Miranda.  -  Bransoletkę  dostałam  od  Stelli  na  dziesiąte 

urodziny  i  co  rok  dodaję  do  niej  coś  nowego.  Pierwszy  był  mój  ankh,  bo  wtedy  był  moim 

jedynym skarbem. 

- Ciekawa sprawa - pokiwał głową brygadier. - Bardzo ciekawa... Czy mógłbym przyjrzeć 

się z bliska tej bransoletce? 

-  Oczywiście,  że  tak.  Dawniej  chciałam  się  go  pozbyć,  bo  nie  pasował  do  reszty,  ale  z 

czasem zmieniłam zdanie. 

Miranda,  uporawszy  się  z  zaciskiem  bransoletki,  podała  ją  brygadierowi.  Ten  oglądał 

ankh

, maskując ciekawość rozczarowaniem. 

background image

-  Szkoda  pańskich  oczu  -  usprawiedliwiała  się  Miranda.  -  Ani  śladu  daty,  nazwiska,  a 

nawet inicjałów. Pamiętam, że gdy mi go dawano, wszyscy kręcili głowami i powtarzali, że to 

współczesna  podróbka  wykonana  z  jakiegoś  stopu.  Tylko  jedna  osoba  próbowała  przyjrzeć 

się znakom i nawet próbowała przełamać medalik. Pamiętam jak dziś, bo strasznie się wtedy 

rozbeczałam, a tamci powiedzieli, że to nic nie warte i oddali mi mój skarb. 

Bransoletka  Mirandy  krążyła  wokół  stołu.  -  To  chyba  faktycznie  jakiś  drobiazg  - 

powiedziała po dłuższym namyśle Mademoiselle i oddała ozdobę właścicielce. 

- Takie sobie bajeczki - przytaknęła Miranda, mocując się z zaciskiem. - Takie sobie, ale 

trochę straszne, jak te braci Grimm. Nigdy w nich nie gustowałam. 

- Ale romantyczne i ciekawe... bardzo ciekawe - pokiwał głową brygadier. 

-  Może  nawet  bardziej  romantyczne,  niż  pan  sądzi  -  roześmiała  się  Miranda.  -  Czy  wie 

pan,  że  gdyby  nie  ja,  być  może  nie  siedzielibyśmy  tu  wspólnie?  Gdy  przebywałam  w 

sierocińcu,  którym  opiekowała  się  Stella,  władze  próbowały  odnaleźć  moich  krewnych  i 

okazało  się,  że jednym  z  nich jest  brat  mojej matki,  generał  Melville. Wujek  David pojawił 

się  niezwłocznie,  ale  skierowano  go  na  front.  Ciocia  Frances  wkrótce  zmarła,  a  ich  jedyny 

potomek - obecny tu Robert - walczył na Bliskim Wschodzie. Wujek David skorzystał więc z 

oferty Stelli i przekazał mnie pod jej pieczę. Nigdy więcej nie widziałam generała, bo zginął 

w  rok  później  na  wojnie.  Za  to  powrócił  Robert.  Powrócił,  żeby  przejąć  funkcję  głowy 

rodziny, a przy okazji poślubił Stellę. Teraz zaproponowali mi miesięczne wakacje w Berlinie 

i właśnie dlatego tu jesteśmy! 

- A więc wszystko dobre, co się dobrze kończy - spuentowała Stella. 

- Czego serdecznie państwu życzę - dodał brygadier. - Tylko że moja historia jeszcze nie 

dobiegła końca. Do finału brakuje drobnego elementu. 

- Domyślam się, że chodzi o odnalezienie Ridderów? - spytał Robert. 

- Być może nigdy ich nie odnajdziemy, a historia nie będzie miała zakończenia. Może nie 

ż

yją, może zginęli podczas bombardowań, co jest wysoce prawdopodobne. 

- Dlaczego tak pan sądzi? 

- Bo gdyby było inaczej, przynajmniej jeden człon pary nie uszedłby naszej uwadze. Frau 

Ilsa  miała  bardzo  charakterystyczne  znamię.  Pierwszy  i  trzeci  palec  jej  lewej  dłoni  były 

zrośnięte.  Nigdy  nie  próbowała  poddać  się  operacji,  a  nawet  z  dumą  demonstrowała  swoją 

przypadłość.  Zamówiła  nawet  specjalną  obrączkę  i  dzięki  temu  ustaliliśmy  właścicielkę 

zawartości - jak jej tam było? - Wilhelminy. 

-  Ale  minęło  wiele  lat,  dzisiaj  operacje  są  powszechne.  Sam  słyszałem  o  dziecku, 

któremu... 

- Nie mówimy o dzieciach - z wyrozumiałym uśmiechem Brindley przerwał Robertowi. - 

Mówimy o dorosłych, którym na palcach pozostają blizny nie do usunięcia. Dlatego sądzę, że 

z dwojga małżonków przynajmniej jedno już nie żyje. Tego typu defekt działa jak reklama... 

background image

przyciąga  uwagę  i  w  przeciwieństwie  do  reklamy  zapada  w  pamięć  naocznych  świadków. 

Może to nieładne, ale dobrze zapamiętujemy wybryki natury. 

Miranda  spostrzegła,  że  Mademoiselle  sztywnieje,  a  jej  przezroczysta  twarz  nabiera 

barwy fioletu. Guwernantka Charlotty należała do wielce obraźliwych osób i nic dziwnego, że 

uwagę  brygadiera  odebrała  jako  osobisty  afront.  Miała  ku  temu  powody,  ponieważ  jej  lewa 

tęczówka  była  błękitna,  a  prawa  piwna.  Stanowiło  to  zresztą  nieustanny  przedmiot  żartów 

Lottie i jej okrutnych rówieśniczek. Trzeba przyznać, że Mademoiselle znosiła to ze stoickim 

spokojem  i  świadoma  tego  Miranda  posłała  jej  przez  stół  uśmiech  pełen  ciepła  i  pociechy. 

Mademoiselle  nie  wyglądała  mimo  to  na  uszczęśliwioną.  Zacisnęła  wargi,  odpowiedziała 

Mirandzie lodowatym spojrzeniem i zwróciła się do Stelli: 

- Jeśli pani pozwoli, pójdę się rozejrzeć za ciepłym mlekiem do termosu na drogę. Sądzę, 

ż

e pannie Charlotcie zrobi to dobrze przed zaśnięciem w pociągu. - Wstała i wykonała zwrot 

wyrażający sponiewieraną godność. 

Miranda ukryła uśmiech i powróciła wzrokiem do brygadiera Brindleya. 

- Jaką była osobą? - spytała. 

-  Frau  Ridder?  Dość  przeciętną.  Twarz  czerstwa,  włosy  i  oczy  ciemne.  Wzrost  średni, 

tusza w normie, uroda nie odbiegająca od standardów, za to wybitnie zły gust co do ubiorów. 

Pod tym względem podejrzewałem ją nawet o daltonizm. Lubiła krzykliwe kolory. Zwłaszcza 

błękitne satyny, na widok których zgrzyta się zębami. 

- A Herr Willi? 

-  Równie  pospolity.  Typowy  płowowłosy  Niemiec,  którego  nie  sposób  rozpoznać  w 

tłumie.  Może  z  wyjątkiem  oczu...  Miał  je  jasne  i  tak  świdrujące,  że  przeszyłyby  osłonę 

wojennego  okrętu.  W  sumie  kawał  cwaniaka.  Z  tych,  którzy  zawsze  wolą  plątać  się  przy 

tronie, niż na nim zasiąść. 

-  Zbyt  dużo  emocji  jak  na  jeden  dzień!  -  przerwała  rozmowę  Stella.  -  Robercie,  czy 

pozwolisz, że w przyszłości będziemy się stołować osobno? Poproś kelnera, żeby kawę podał 

nam w hallu. Mam nadzieję, że Miranda dotrzyma nam towarzystwa? 

background image

Rozdział 3 

 

Pociąg  kołysał  się  w  rytmie  stukotu  kół,  ale  Stella  nie  potrzebowała  dodatkowej 

kołysanki. Zapadła natychmiast w głęboki sen, spotęgowany emocjami dnia, trudami podróży 

i  dwoma  pigułkami  nasennymi,  które  pożyczył  jej  z  prywatnych  zasobów  nieoceniony 

brygadier  Brindley.  Spała  na  górnym  łóżku  sypialnego  przedziału,  a  nocna  lampka  nad 

łóżkiem Roberta oświetlała z dołu jej twarz i nocną fryzurę tak dyskretnie, że wydawało się, 

ż

e Stella śni w sypialni rodzinnego Mallow. 

Robert wstał i przez chwilę patrzył na żonę, dostosowując pozycję do jazdy kołyszącego 

się  pociągu.  Teraz,  w  świetle  nocnej  lampki,  przypominała  mu  dziewczynę  odsypiającą 

dzienne mozoły. 

-  Biedna  Stella  -  pomyślał  Robert  -  nie  ma  ze  mną  łatwo.  -  Ale  cóż  mógł  zrobić?  Nie 

mógł przecież podać się z dnia na dzień do dymisji. Stella marzyła o tym, ale on wiedział, że 

jego  kwalifikacje  nie  sięgają  poza  oficerskie  szlify.  Oczywiście,  mógł  doczekać  awansu  na 

zawodowego  podpułkownika,  ale  co  potem?  -  Gdybym  teraz  porzucił  armię,  mógłbym 

najwyżej zatrudnić się jako goniec lub portier - snuł rozmyślania. - Też niezły zawód, ale z 

czego utrzymamy naszą posiadłość i jak wyjaśnię to Stelli? Szkoda, że tak nienawidzi armii, 

bo  w sumie  dobra  z niej  żona.  Ale  ile  jest żon  kochających  życie  w  garnizonach,  dziś  tu,  a 

jutro tam? 

Ziewnął,  przeciągnął  się  i  przysiadł  na  dolnym  łóżku,  żeby  wygodniej  zzuć  nocne 

pantofle. Zapomniał na chwilę, że tym samym składem podążają do Berlina młodzi państwo 

Page. 

-  Głupia  sprawa.  Trzeba  będzie  się  pilnować.  Sally  jest  czarującą  istotą,  ale...  -  Robert 

zakopał się w koce i zgasił nocną lampkę. 

-  Że  też  musiał  się  przyczepić  ten  Brindley...  -  myśli  Roberta  dalej  się  kołatały.  -  Nie 

widziałem go od ośmiu, powiedzmy od dziewięciu lat. Kiedy to było? Chyba wtedy, gdy jego 

ojciec poległ na plaży Anzio. Zawsze przynosi biedę. Dzisiaj też nieźle spanikował Mirandę 

swoją gadką o diamentach i ukrytym skarbie. Ciekawe, co sam zrobiłby z taką forsą? Pewnie 

to samo, co i ja... 

 

* * * 

W  sąsiednim  przedziale  Mademoiselle  Beljame  wyjmowała  z  torby  podróżnej  szlafrok, 

którego  wzór  i  wykrój  przypominały  czasy  ostatniej  dziewiętnastowiecznej  kadencji 

liberałów, potem koszulę nocną i ręcznie szydełkowane papucie. Wyjmowała je bezszelestnie, 

ż

eby nie zbudzić Lottie. Mademoiselle umieściła to wszystko na górnym łóżku i napełniła do 

połowy  ciepłą  wodą  małą  umywalkę.  Kran  hałasował,  ale  dźwięki  te  zagłuszył  szczęśliwie 

stukot kół na kolejowych podkładach. Mademoiselle spojrzała na zegarek i upewniła się, że 

background image

sekundnik  tyka,  a  skoro  tak,  czas  nieubłaganie  upływa.  Umieściła  zegarek  na  półce  nad 

umywalką i uważnie przyjrzała się w lustrze. 

-  Czas  najwyższy,  żeby  zrobić  coś  z  włosami  -  rozpostarła  palcem  starannie  ułożoną 

fryzurę. - Jutro, a może i dziś rano trzeba będzie coś z tym zrobić. 

-  Przed  wojną  byłaś  młodą  kobietą  -  westchnęła  w  myślach.  -  Teraz  jesteś  starą  babą... 

starą, brzydką babą. 

Zacisnęła wargi i zaczęła się rozbierać. - Dobrze, że wpadłam na ten pomysł z mlekiem - 

pomyślała. - Jeszcze lepiej, że ten zwariowany Anglik poczęstował mnie pastylkami na sen, 

bo  w  pociągach  rzadko  kiedy  można  się  wyspać.  Tej  nocy  będzie  inaczej  i  chwała  za  to 

brygadierowi. 

 

* * * 

-  No  to  wracamy  do  starego  Berlina!  -  Harry  Marson  ziewnął  i  naciągnął  koc  pod  sam 

podbródek. 

- Żegnajcie kaloryfery - mruknął. - Jak ja nienawidzę tych przeciągów u Wuja Teda. Choć 

przyznam, że miło zawija się do jego portu. 

Major Marson mruczał coś jeszcze przez chwilę, ale jego żona milczała uparcie, więc to 

on musiał wznowić konwersację. 

-  Coście  tam  nawijali  wczoraj?  Bajki  dla  grzecznych  dzieci?  O  tym  Ridderze  też 

słyszałem,  gdy  wylądowałem  w  Berlinie  jeszcze  przed  wojną.  Może  nawet  zetknąłem  się  z 

nim.  Najlepszy  numer  wykręciła  ta  kuzyneczka  Melville’ów.  Gdyby  nie  ona,  pomyślałbym, 

ż

e stary Brindley puścił jeszcze raz w obieg swój popisowy tekst. Postawiłbym cały żołd, że 

od lat opowiada o tym wszystkim młodym frajerom, takim jak ten Robert. 

Na dolnym łóżku przedziału panowała cisza. 

- Diamenty, brylanty... - kontynuował w półśnie Harry Marson. - Nic dziwnego, że ktoś 

się na to połakomił.  Żebym to ja podłapał taką fortunę! Tylko że biednemu zawsze wiatr w 

oczy wieje. Hej, Elza... śpisz czy słuchasz? 

Elza  Marson  nie  spała.  Leżała  z  oczyma  wbitymi  w  górne  łóżko  i  marzyła,  żeby  ten 

pociąg  nigdy  nie  dojechał  do  Berlina.  Żeby  nie  musiała  znów  tam  wracać,  a  przynajmniej 

ż

eby Harry pozostawił ją spokojnie w Anglii. Ale o tym nigdy się nie mówiło. 

- Czego ty chcesz Elso? Życie jak w bajce. Gosposia, zakupy o krok, a kochający mąż co 

wieczór  w  domu.  Mało  ci  tego?  -  znała  na  pamięć  te  argumenty  męża.  -  Zresztą,  co  bym 

zrobił bez ciebie i czy stać nas na dwa osobne gospodarstwa? 

Nie  było  ich  stać  i  dlatego  dygotała  teraz  na  dolnym  łóżku  sypialnego  wagonu 

zmierzającego rytmicznie do tej zrujnowanej, podzielonej byłej stolicy Niemiec. 

Elsa  Marson,  której  delikatny  i  niepewny  akcent  zdradzał,  że  nie  urodziła  się  w  Anglii, 

wtuliła głowę w poduszkę i wypłakiwała tęsknotę za utraconym krajem. Równie boleśnie jak 

Stella, choć z nieco innych powodów. 

background image

 

* * * 

- Ten George Brindley nigdy się nie zmieni - rozmyślał pułkownik Leslie. - Ciekawe, czy 

mnie poznał? Pewnie nie, bo sporo lat minęło. Stary osioł wciąż nie umie trzymać języka za 

zębami. Pastylki na sen! Kiedyś była to chinina. Zawsze faszerował  się lekami i za każdym 

razem... - pułkownik wspiął się ostrożnie na górne łóżko. 

Nora  Leslie  zdjęła  kapelusz,  ściągnęła  rękawiczki  i  zachmurzyła  się  na  widok  ich 

poczerniałych  palców.  Pociągi  na  kontynencie  nie  należały  do  czystych,  a  linie  brytyjskie 

były jeszcze gorsze. Jeśli przepierze je teraz, do rana powinny wyschnąć. W przedziale było 

gorąco, a grzejniki ustawiono na pełną moc. Zdjęła płaszcz, sukienkę, włączyła spływającą do 

małej umywalki wodę i pomyślała, co robią w tej chwili jej pozostawieni w Anglii synowie. 

Pewnie śpią, bo pora już bardzo późna... 

Jej myśli krążyły jednak wokół innego problemu. - Robert. Robert i ta kobieta! Dlaczego 

to  właśnie  Robert?  -  bezustannie  zadawała  sobie  to  pytanie.  -  Dlaczego  mężczyźni  dają  się 

usidlać właśnie takim? Rozpuszczonym, samolubnym egoistkom. Kobietom, które chcą zjeść 

ciastko i mieć ciastko i którym czasami to się udaje. 

Pani  Leslie  wzięła  mydło  i  wyładowała  swe  oburzenie  na  niczemu  winnych 

rękawiczkach. 

 

* * * 

Sally i Andy Page kłócili się. Ostatnio kłócili się zbyt często i o byle co. Byli młodą parą i 

nie  wiedzieli  jeszcze,  że  małżeńskich  więzi  lepiej  nie  poddawać  ciągłym  dynamicznym 

testom. 

-  A  więc  nic  w  nim  nie  widzisz,  oprócz  tego,  że  jest  czarujący  i  świetnie  tańczy!  W 

porządku,  tylko  dlaczego  wpatrujesz  się  w  niego  jak  podlotek  w  zdjęcia  idola  z  ostatniej 

amerykańskiej listy przebojów? 

- Wydaje ci się. 

- Nic mi się nie wydaje. Wszyscy to widzą, a ja też mam oczy. To samo było w Egipcie. 

Wystarczyło spojrzeć, jak omdlewasz na sam widok jego uwodzicielskiej twarzy. 

-  A  ty  -  zareplikowała  z  furią  Sally  -  jesteś  pospolitym  zazdrośnikiem  cierpiącym  na 

kompleks  niższości.  Nienawidzisz  każdego,  kto  jest  od  ciebie  przystojniejszy,  lepiej 

wychowany  i  wyższy  rangą.  Co  innego,  gdyby  był  to  brzydszy  od  ciebie  twój  podwładny. 

Wtedy nie miałbyś do mnie pretensji, prawda? Po co właściwie wyszłam za ciebie? Co z tego 

mam?  Zmarnowane  życie,  zniszczone  zdrowie,  niemodne  ciuchy,  ani  chwili  zabawy,  za  to 

sceny zazdrości, ilekroć odezwie się do mnie ktoś przed sześćdziesiątką! 

- Sama w to nie wierzysz, Sally! 

- Wierzę i wiem, jak jest! Poślubiłam zazdrośnika i samoluba, który oszczędza na futrze 

dla mnie, ale lekką ręką funduje sobie najnowszy aparat fotograficzny. Milczka i gbura, który 

background image

podnosi głos tylko wtedy, gdy ośmielę się porozmawiać z mężczyzną klasy Boba Melville’a. 

Kto tu właściwie zachowuje się jak podlotek? 

- To niesprawiedliwe, Sally. Wiedziałaś przed ślubem, że nie będzie nam łatwo, ale mimo 

to chciałaś, żebyśmy pobrali się jak najszybciej. 

-  Tak... Chciałam,  bo  byłam  głupia.  Teraz  podejrzewam,  że  ty  wcale nie pragnąłeś  tego 

ś

lubu... 

-  Wiesz,  że  bardzo  chciałem.  To  prawda,  że  nie  stać  mnie  na  futro  dla  ciebie,  a  co  do 

aparatu,  to  chyba  pamiętasz,  że  kupiłem  go  od  Johna  Ellery  za  dwa  funty,  plus  myśliwskie 

grawiury,  które  tak  ci  się  podobały.  Nie  będziemy  zawsze  musieli  zaciskać  pasa,  kochanie. 

Rozrywek też nam nie brakuje. Bywamy na przyjęciach, czasem sami je wydajemy i właśnie 

dlatego jesteśmy stale pod kreską. Twoje kosmetyki i fryzjerki też trochę kosztują, a przecież 

i  bez  tego  byłabyś  zawsze  najpiękniejszą.  Więc  czemu  się  dziwisz,  że  żyjemy  tak,  jak 

ż

yjemy? 

-  Zostawmy  już  ten  temat,  Andy.  Znów  zeszliśmy  na  pieniądze,  a  dla  mnie  to  bolesne. 

Szkoda,  że  nie  mamy  tych  diamentów,  o  których  mówił  brygadier.  Pomyśl  tylko,  jaki  to 

majątek! Ciekawe, kto nim teraz obraca? 

Ale Andy nie odezwał się słowem. 

 

* * * 

-  Ciekawe  -  mruknął  do  siebie  sennym  głosem  brygadier  Brindley.  -  Wręcz 

zastanawiające. Jedna szansa na tysiąc, a może i na sto tysięcy... - Zapadł w sen. 

background image

Rozdział 4 

 

Tiki-tak,  tiki-tak,  tiki-tak.  Nocny  pociąg  zmierzał  do  Berlina,  a  monotonny,  rytmiczny 

stukot  kojarzył  się  Mirandzie  z  tekstem  piosenki  i  z  liczeniem  owiec.  Minęła  północ,  ale 

wciąż nie mogła zasnąć. 

Do domu, do domu, do domu - szyny przypominały jej głos Stelli. Miranda pomyślała, że 

Stelli  trudno  było  połączyć  jej  wyjazd  do  wrogiego  kraju  z  miłością  do  męża.  Ale  przecież 

miliony uchodźców przeżyły ten sam los. Jedni wracali, inni nie - być może Stella należała do 

pechowców. 

Nie  chcę  do  łóżka,  nie  chcę  spać  -  to  chyba  Szara  Lotta?  Cela  suffit,  cela  suffit  -  to 

pewnie  Mademoiselle.  -  Niezbyt  miła  osoba  -  pomyślała  Miranda.  -  Zasuszona  okularnica, 

ż

ująca kminek dla poprawy trawienia. Czy była kiedyś młoda i kochana? Może i była, skoro 

wciąż  próbuje  się  odmładzać.  Choćby  ta  ukrywana  w  torebce  farba  do  włosów  w  tubkach. 

Cóż z tego, że regularnie ją stosuje, skoro w jej wieku krucza czerń włosów bardziej postarza 

niż odmładza. Ale, co by nie powiedzieć, przeszła swoje. - Miranda pomyślała o niej cieplej: - 

Mieszkała  w  Lilie,  gdy  armia  niemiecka  zajęła  Francję,  stąd  nie  mogła  wrócić  do  swojej 

ojczystej  Szwajcarii.  Oskarżona  o  działalność  w  ruchu  oporu,  trafiła  do  obozu 

koncentracyjnego,  w  którym  spędziła  większą  część  wojny.  Żartowano,  że  jest  dożywotnią 

kombatantką, a w żartach było więcej współczucia, niż sympatii. 

Miranda  ziewnęła,  owinęła  się  w  koce  i  pożałowała,  że  nie  skorzystała  z  pastylek 

nasennych oferowanych hojnie przez brygadiera. Może dlatego, że Brindley wręczał je aż tak 

ostentacyjnie. Rozpuścił dwie w swojej filiżance kawy i spojrzał na wszystkich wzrokiem asa 

wywiadu. - Zawsze mam to przy sobie - oznajmił. - Na służbie liczy się dobry sen. Dobry i 

czujny! 

Miranda  przypomniała  sobie,  że  Mademoiselle  pochwyciła  wtedy  pastylkę  wprawnym 

ruchem lekomanki, a Stella przyjęła dwie, oświadczając, że być może pomogą jej na migrenę 

po  tej  okropnej  podróży  z  Harwich.  Rozkruszyła  pastylki  i  wypiła  je  w  kawie.  Miranda  też 

powinna była pójść w ślady towarzyszek podróży. 

Pociąg  był  w  połowie  pusty.  Mirandzie  i  brygadierowi  przydzielono  dwułóżkowe 

przedziały  sąsiadujące  przez  ścianę.  Ciszę  zakłócał  tylko  rytmiczny  stukot  pociągu. 

Pomyślała,  że  brygadier  zapadł  w  zasłużony  sen.  a  cierpiąca  na  zapalenie  migdałków  Szara 

Lotta chrapie napojona ciepłym mlekiem. W sumie spali wszyscy, z wyjątkiem Mirandy... 

-  Może  lepiej  przenieść  się  na  górne  łóżko  -  zastanawiała  się  -  ale  tam  byłoby  jeszcze 

cieplej,  bo  nagrzane  powietrze  idzie  w  górę  -  szybko  odstąpiła  od  tego  pomysłu.  Odrzuciła 

koce i po chwili poczuła ziąb. Próbowała zasnąć, zamykając na siłę oczy. To też na nic się nie 

zdało. 

Po  chwili  zaskrzypiała  klamka  i  w  sąsiednim  przedziale  zabłysła  lampka.  Miranda 

pomyślała, że brygadier przesadnie ufa swoim pastylkom. 

background image

Ś

wiatełko zgasło, Miranda ziewnęła i poczuła pragnienie. Zatęskniła za czymś do picia i 

za lekturą. 

Nie  ma  niczego  do  czytania.  Jedyną  książkę  pożyczyła  Stelli,  a  pod  ręką  miała  tylko 

czasopismo, o które poprosiła po południu Sally Page. Co gorsze, jedyną wodę wykorzystała 

do mycia zębów. 

- Paskudna sprawa! - westchnęła w ciemność zalegającą jej przedział. 

Usłyszała  kroki  na  korytarzu,  namacała  klamkę  uchyliła  drzwi.  Liczyła,  że  leciwy 

wagonowy,  sprawdziwszy,  że  wszyscy  podopieczni  śpią  spokojnie,  nie  odmówi  jej  szklanki 

wody, a może nawet czegoś ciepłego. 

Wymacała  w  ciemności  nocne  pantofle,  włożyła  zbyt  obszerny  jak  na  jej  wiotką  talię 

szlafrok i wyszła na korytarz, zamykając za sobą drzwi przedziału. Wagonowy już się oddalił. 

Korytarz  był  pusty.  Po  jednej  stronie  ciągnęły  się  monotonnie, jak  rytm  pociągu,  zamknięte 

drzwi przedziałów, po drugiej za szybami zalegała matowa ciemność. 

Miranda  poczuła  chłód  kontrastujący  z  ciepłym  wnętrzem  przedziału.  Pociąg  wibrował, 

obijał  się  o  zdezelowane  podkłady,  ale  na  korytarzu  panowała  absolutna  cisza,  co  nasunęło 

Mirandzie myśl, że za drzwiami każdego przedziału czai się podsłuchiwacz. 

Zadrżała, owinęła się w szlafrok i ruszyła mężnie na poszukiwanie wagonowego. 

Dienstraum

 - pomieszczenie, w którym powinien znajdować się wagonowy - było puste, 

podobnie  jak  kran  w  sąsiedniej  toalecie.  Miranda  przypomniała  sobie,  że  w  jej  przedziale 

musi  być  dzwonek  i  że  czas  najwyższy  skorzystać  z  najprostszej  metody  przywołania 

wagonowego. Mimo to stała niezdecydowana w drzwiach oświetlonego jaskrawym światłem 

przedziału służbowego, czekając, aż pojawi się ktoś kompetentny, a może niezbyt skłonna do 

powrotu przez ten długi, chłodny i pusty korytarz. 

- Co się ze mną dzieje? - zadała sobie pytanie. - Czemu wyobrażam sobie jakieś bzdury? 

Nigdy  nie  była  osobą  obdarzoną  nadmierną  wyobraźnią,  ani  podlegającą  nocnym 

zwidom,  a  mimo  to  korytarz  sunącego  do  Berlina  pociągu  napełniał  ją  niepokojem.  Cóż  z 

tego,  że  w  każdym  przedziale  spało smacznie  kilka  osób, a  w  sąsiednich  wagonach  było  co 

najmniej kilka tuzinów uzbrojonych Brytyjczyków? Cóż z tego, jeśli czuła na plecach czyjś 

badawczy wzrok i korciło ją, żeby spojrzeć za siebie. 

Odwróciła  się  wreszcie  i  dostrzegła,  na  szczęście,  tylko  własne  odbicie  w  lustrze 

służbowego  przedziału.  Przeklinając  własną  głupotę  i  nerwy,  szybko  ruszyła  korytarzem  na 

lekko drżących nogach. 

Pospiesznie  otworzyła  drzwi  przedziału  i  zamknęła  je  za  sobą.  W  ciemności 

spotęgowanej  światłami  korytarza  straciła  orientację  i  po  omacku  szukała  kontaktu.  Bez 

skutku, ale teraz nie było to ważne. Zapomniała o pragnieniu i chciała jedynie zaszyć się w 

bezpieczną pościel. 

Pociągiem  zakołysało,  Miranda  straciła  równowagę  i  próbowała  oprzeć  się  dłonią  o 

krawędź łóżka. 

background image

Dłoń  trafiła  w  pustkę  i  w  ostatniej  chwili  napotkała  jakiś  zimny  i  owalny  kształt. 

Zaskoczona Miranda stwierdziła, że jest to umywalka. Umywalka w jej przedziale? Przecież 

powinna być w sąsiednim? Zrobiła krok w przód i wyczuła drewniane przepierzenie. Łóżko 

najwyraźniej zniknęło. 

Dopiero wtedy uświadomiła sobie, że trafiła do sąsiedniego przedziału! 

Przedziały sypialne w berlińskich składach były połączone w pary. Wewnętrzne przejście 

umożliwiało  rodzicom  kontakt  z  dziećmi.  Łóżka,  umywalki,  kontakty  -  wszystko  to  było 

ulokowane asymetrycznie. Miranda, z trudem tłumiąc śmiech, zrozumiała, że wtargnęła przez 

pomyłkę z korytarza do starokawalerskiego sanktuarium brygadiera Brindleya. 

- Dobrze, że połknął te nasenne pigułki - pomyślała. - Ciekawe, co by pomyślał, gdybym 

go zbudziła? 

Chyba  jednak  niezbyt  uważnie  przymknęła  za  sobą  drzwi,  bo  szybko  rozpoznała  w 

ciemności  kształt  śpiącego  pasażera.  Brygadier  leżał  na  plecach  ze  zwieszonym  z  łóżka 

ramieniem  i  spał  jak  przysłowiowy  suseł.  Miranda  wycofała  się  dyskretnie  i  przymknęła 

drzwi. 

Po chwili siedziała bezpiecznie w swoim przedziale i chichotała w świetle nocnej lampki. 

- Ale z ciebie wariatka, panno Brand! Dobrze, że Stella tego nie widziała! - strofowała się 

w duchu. 

Dopiero  teraz  poczuła  zdrową  senność.  Ziewnęła  i  rozluźniona  zdjęła  szlafrok.  Na 

jednym  z  fałdów  wyczuła  dłonią  wilgoć  i  pomyślała,  że  pewnie  skaziła  celibat 

brygadierowskiej  umywalki.  -  Niezła  historia!  -  pomyślała.  -  Gdyby  tylko  brygadier  o  tym 

wiedział... Przetarła dłonią wilgotny materiał, ale wilgoć nie ustępowała. 

Miranda zaczęła podejrzliwie przyglądać się dłoni. 

Pociąg kołysał, stukał, a światło nocnej lampki rzucało cień na dłoń i na szlafrok. 

-  Może  farba  puściła, jak  to  na  welwecie?  -  pocieszała  się  przez  moment.  -  Ale  farby  - 

zreflektowała się - nie bywają aż tak czerwone i lepkie... 

To nie była farba, ale krew. Ruda plama sięgająca prawie do kolan Mirandy, wpatrzonej 

teraz już nie tylko w szlafrok, ale w podłogę przedziału. W coś, czego jeszcze przed chwilą 

tam nie było: w wilgotny odcisk czyjejś drobnej i na pewno nie bosej stopy. 

Miranda  drżącymi  dłońmi  ściągnęła  pantofle  i  przyjrzała  się  podeszwom.  Obie  były 

wilgotne i poplamione tym samym, co i szlafrok. 

Odrzuciła pantofle i wstała. Było tylko jedno wyjaśnienie. Krew pochodziła z przedziału 

brygadiera,  który  cierpiał  na  krwotoki  z  nosa,  albo  -  nie  daj  Boże  -  na  hemofilię.  Mógł 

wykrwawić się na śmierć, więc trzeba mu pospieszyć z pomocą. Przecież w pociągu musi być 

doktor. 

Miranda wyszła z przedziału na pusty korytarz. Spojrzała na podłogę. Ślady jej nocnych 

pantofli biegły w kierunku przedziału brygadiera Brindleya. 

Zapamiętała położenie kontaktu i włączyła światło drżącym palcem. 

background image

Lampki zabłysły podejrzanie jaskrawo, a stukot pociągu przypominał teraz przyłożoną do 

ucha morską muszlę. Nawet surrealiści nie wymyśliliby czegoś tak nierzeczywistego. 

Miranda  uchwyciła  klamkę  i  wpatrywała  się  w  pewien  szczegół  obrazu.  Nie  była  nim 

spoczywająca  na  łóżku  nieruchoma  postać,  ale  poplamiony  czymś  nóż  leżący  w  lepkiej, 

czerwonej  kałuży.  Trzonek  kołysał  się  w  rytm  pociągu,  a  wraz  z  nim  kołysało  się  palto 

brygadiera. 

Pomyślała,  że  musi  wezwać  pomoc.  Najlepiej  Roberta.  Ale  gdzie  jest  jego  przedział? 

Gdzie jest Robert... gdzie się podział wagonowy? Chyba już wrócił do swojego przedziału? 

Wybiegła na pusty korytarz. 

Ktoś  szedł  ku  niej  od  strony  służbowego  przedziału.  Młody,  smukły  mężczyzna  w 

wojskowym  płaszczu,  którego  widziała  już  na  promie  w  Harwich.  Ten  sam,  który  oddał  jej 

wtedy pozostawioną wśród stosów bagaży torbę. Miranda wpadła na niego i uchwyciła klapy 

jego wojskowego trencza. 

- Ach, to znów pan! Chodźmy... chodźmy szybko! Ten człowiek nie żyje! 

Mirandzie wydawało się, że krzyczy w pustym korytarzu, ale zmierzający w jej kierunku 

mężczyzna  usłyszał  z  trudem  przebijający  się  przez  stukot  pociągu  paniczny  szept.  Złapał 

mocno uczepione jego uniformu dłonie i spojrzał na pobladłą twarz Mirandy. 

- Co się z panią dzieje? Kto nie żyje? 

- Brygadier! Ktoś go zabił! 

Mężczyzna nie odezwał się słowem, ale nie wypuszczał przegubów Mirandy. Dopiero po 

chwili  obrócił  ją  w  kierunku  przedziału  i  poprowadził  szybko  przed  sobą.  Rzucił  okiem  na 

odciski na korytarzu, potem na jej bose stopy i szybko otworzył drzwi. 

Brygadier Brindley spoczywał w pozycji, w jakiej zastała go Miranda: leżał na plecach, a 

jego  prawe  ramię  zwisało  bezwładnie  z  łóżka  i  niemal  dotykało  podłogi.  Ułożony  starannie 

koc sięgał górnej części torsu. 

Przypuszczalnie nosił sztuczną szczękę, bez której jego oblicze zwęziło się i postarzało. 

Przód fioletowej piżamy nasiąkł krwią spływającą wzdłuż prawego rękawa na podłogę. 

Nieznajomy  przez  moment  przypatrywał  się  przedziałowi.  Nie  dotknął  ciała  brygadiera 

ani  leżącego  na  podłodze  noża,  ale  jego  szare  oczy  zalśniły  niczym  kocie,  co  Miranda 

przyjęła z dreszczem. Kocie spojrzenie: czujne, baczne, penetrujące każdy szczegół terenu. 

Nie ruszając się z miejsca, musnął dłonią policzek ofiary. 

Miranda  poczuła,  że  szczęka  zębami.  Mężczyzna  też  musiał  to  usłyszeć pomimo  hałasu 

pociągu, ponieważ obrócił się i wyprowadził ją na korytarz, zamykając drzwi przedziału. 

- Czy nie powinniśmy czegoś zrobić? - szepnęła. - Może wezwać lekarza lub zawiadomić 

kogoś... Może on jeszcze żyje? 

- Jest sztywny i nic mu nie pomożemy. Gdzie jest pani przedział? 

- Tutaj obok - wskazała Miranda i spostrzegła błysk zaskoczenia w oczach nieznajomego. 

background image

-  Kto  oprócz  pani  go  zajmuje?  -  Pytanie  padło  od  niechcenia,  ale  ton  sugerował 

odpowiedź. 

-  Nikt  -  odparła  i  znów  zadrżała, czując,  że  wzrok  mężczyzny  analizuje odciski  stóp  na 

podłodze.  -  To  moje  ślady  -  dodała  niepewnie  -  ale  to  nie  ja  go  zabiłam.  Znalazłam  go 

martwego. 

Mężczyzna  nie  skomentował  tego  i  delikatnie,  choć  stanowczo  wprowadził  Mirandę  do 

jej przedziału. 

- Proszę tu zostać, dopóki nie wrócę - szepnął. Rozejrzał się po przedziale i upewniwszy 

się, że jest pusty, oddalił się bezszelestnie, zamykając za sobą drzwi. 

Miranda  przysiadła  na  skraju  łóżka,  zaciskając  kurczowo  dłonie.  Jeszcze  przed  chwilą 

przedział wydawał się przegrzany, ale teraz dreszcz przypomniał jej, że to przecież pierwszy 

dzień marca. Tam  za oknami pędzącego pociągu panowała zima, wciskająca się wszystkimi 

szczelinami  do  zacisznego  pozornie  wagonu.  Wpadała  wraz  z  zapachem  wilgotnej  ziemi  i 

sadzą z komina lokomotywy. 

Było  bardzo  późno.  Wkrótce  dojadą  do  Helmstedt,  a  tam  zaczyna  się  rosyjska  strefa 

okupacyjna.  Nie  będzie  już  wolno  podnosić  okiennych  żaluzji,  a  na  korytarzach  składu 

pojawią  się  „sojusznicze”  patrole.  Miranda  zatęskniła  za  Anglią.  Za  tym  może  i 

przyziemnym,  ale  bezpiecznym  krajem,  nie  podzielonym  na  strefy,  wolnym  od 

przemykających  chyłkiem  byłych  nazistów  i  ordynarnej  „milicji  ludowej”.  Za  krajem,  w 

którym  nikt  nie  zakazuje  podróżnym  spoglądania  nocą  przez  szybę,  i  gdzie  pasażer  jest 

gościem, a nie tropioną zwierzyną. 

Do  domu...  do  domu...  do  domu...  -  stukały  koła  na  podkładach.  Tym  razem  wybijany 

rytm był skierowany do Mirandy, a nie do Stelli. 

Czy  oskarżą  ją  o  zabójstwo,  tylko  dlatego,  że  zabłądziła  do  przedziału  brygadiera? 

Przecież  to  bez  sensu.  A  jeśli  tak,  co  im  powie?  Proszę  wybaczyć,  ale  pomyliłam  drzwi. 

Niezłe tłumaczenie... 

Kim właściwie jest ten człowiek i dlaczego jedzie z nimi do Berlina. Działał jak chłodny 

zawodowiec, ale z wyglądu niczym się nie wyróżniał. Był na promie i w pociągu do Hook. W 

wagonie  restauracyjnym  usiadł  przy  sąsiednim  stoliku.  Dlaczego  to  zapamiętała?  Może 

dlatego,  że,  gdy  podniósł  wtedy  wzrok  i  uśmiechnął  się  do  niej,  wywołał  rumieniec  na  jej 

twarzy? 

Mirandzie nie spodobało się to spojrzenie, a jeszcze bardziej jej własna reakcja. 

Ktoś szedł przez korytarz i zaraz potem z sąsiedniego przedziału dobiegły odgłosy cichej 

krzątaniny.  Trwało  to  kilka  minut,  które  Mirandzie  wydawały  się  godzinami.  Klamka  jej 

przedziału obróciła się i ten sam mężczyzna wszedł, przymknął drzwi i spojrzał na nią z góry. 

- A więc mam przyjemność z panną Miranda Brand? - spytał. - Czy mógłbym zadać kilka 

pytań? 

background image

Głos był matowy, a równie matowa twarz skojarzyła się Mirandzie z szybami pociągu. - 

Zupełnie, jakby zaciągnięto na nią żaluzje - pomyślała. 

- Co właściwie robiła pani w sąsiednim przedziale? 

Miranda zadrżała. 

- Zmarzła pani? - spytał mniej oficjalnym głosem, zdjął koc z górnego łóżka, owinął nim 

ramiona Mirandy i ułożywszy jej nogi na łóżku, przykrył je drugim kocem. 

- Zabrudzi się - szepnęła infantylnie. 

- Co się zabrudzi? 

- Koc. Mam brudne stopy, bo chodziłam boso. Zdjęłam pantofle, bo były zakrwawione... - 

dodała niepewnie. 

Mężczyzna przyjrzał się pantoflom i położył je na podłodze. 

- Czy mógłbym usiąść? - spytał i nie czekając na zgodę, ulokował się na skraju łóżka. 

-  Co  właściwie  pani  tam  robiła?  -  powtórzył  pytanie,  wskazując  wzrokiem  wewnętrzne 

drzwi sąsiedniego przedziału. - Tędy pani tam weszła? 

-  Nie,  z korytarza.  Nie mogłam  zasnąć,  poczułam  pragnie, a  ponieważ wypiłam  wodę  z 

mojej karafki... - Miranda poczuła, że zaczyna zeznawać, jak spanikowany świadek i ugryzła 

się w język. 

- Proszę mówić dalej. 

- Przepraszam... to tylko nerwy. 

-  Zwykła  sprawa  -  uśmiechnął  się  mężczyzna,  a  jego  uśmiech  znów  skojarzył  się 

Mirandzie  z  wagonem  restauracyjnym  w  pociągu  do  Hook.  Był  to  w  sumie  całkiem 

sympatyczny  uśmiech,  a  i  twarz  nieznajomego  wydawała  się  teraz  znacznie 

sympatyczniejsza. 

- Alec Guinness! - wypaliła Miranda. - Wreszcie wiem, kogo wciąż mi pan przypominał! 

- Dobre i to - mruknął nieznajomy, a Miranda zarumieniła się, czując, że palnęła głupstwo 

godne nastoletniej kinomanki. 

-  Niestety,  nie  jestem  Guinnessem  -  wyjaśnił  nie  bez  odrobiny  żalu  nieznajomy.  - 

Nazywam się Lang, Simon Lang. A więc nie mogła pani zasnąć... 

Miranda  wzięła  się  w  garść  i  w  miarę  spokojnym tonem  opowiedziała, co  się  działo  od 

momentu, w którym opuściła swój przedział. 

-  I  jest  pani  całkiem  tego  pewna?  -  spytał,  gdy  relacja  dobiegła  końca.  -  Żadnych 

dodatkowych szczegółów? Żadnych odgłosów z sąsiedniego przedziału, ani z korytarza? 

Miranda zastanowiła się i dodała szeptem: - Tak. było coś jeszcze... Usłyszałam dźwięk 

odmykanych drzwi, jak gdyby ktoś wchodził do jednego z przedziałów. Pamiętam, bo nawet 

trochę mnie to rozbawiło. 

- A cóż w tym zabawnego? 

- Pastylki... pastylki na sen, które zażył brygadier. 

background image

- A skąd, do licha, pani o tym wiedziała? - głos Langa nabrał w jednej chwili oficjalnego 

tonu. 

-  Widziałam,  jak  je  połykał.  Każdy  z  nas  to  widział.  Jedliśmy  kolację  w  Hotelu 

Rodzinnym  i  połknął  je  na  naszych  oczach.  Powiedział,  że  bez  nich  nigdy  nie  zasypia  w 

pociągu. Poczęstował nawet pastylkami Mademoiselle i Stellę. 

- Mówi pani, że wszyscy to widzieli? Wszyscy, to znaczy kto? 

-  Każdy  z  nas...  Robert,  Stella...  Mam  na  myśli  państwo  Melville...  guwernantka  - 

Mademoiselle  Beljame...  no  i  ta  mała  Lottie,  czyli  Charlotte...  Mógł  to  widzieć  praktycznie 

każdy,  bo  kawę  piliśmy  w  małym  barze  tuż  przy  recepcji  hotelu  i  wszyscy  płacili  wtedy 

rachunki.  Zresztą  brygadier  uraczył  nas  wcześniej  dłuższym  wykładem  na  temat  zalet 

pastylek nasennych i nikt nie mógł tego nie słyszeć. 

- Może wyjaśni mi pani, czy ten „nikt” ma konkretne nazwiska. 

- A czy to takie ważne? - żachnęła się Miranda, trochę zirytowana, a trochę wyczerpana 

wydarzeniami.  Nie  spała  od  Harwich,  a  i  poprzedni  dzień  nie  należał  do  łatwych.  Było  po 

północy,  a  przez  ostatnie  godziny  przeszła  prawdziwy  koszmar.  Teraz  marzyła  tylko  o  tym, 

ż

eby wtulić głowę w poduszkę i zapaść w kamienny sen. 

-  Sądzę,  że  to  ma  duże  znaczenie  -  naciskał  Lang.  -  Ktoś,  kto  zabił  brygadiera,  musiał 

wiedzieć  o  tych  pastylkach  i  że  ofiara  się  nie  obudzi.  Nie  tak  łatwo  zasztyletować  kogoś  w 

ciemnym  przedziale,  uderzając  bezbłędnie  w  serce.  Ten  ktoś  trafił  w  dziesiątkę,  więc  albo 

włączył  światło,  albo  poświecił  sobie  latarką.  W  obu  przypadkach  musiał  wiedzieć,  że  nie 

zbudzi ofiary. 

- Światło? - spytała sennym głosem Miranda. - Tak, coś mi się przypomina. Zgasiłam je 

przed  wyjściem  w  moim  przedziale,  więc  musiało  błyskać  z  sąsiedniego,  ale  nie  dłużej,  niż 

przez kilkanaście sekund. 

- Kiedy to było? 

- Nie pamiętam. Kilka minut wcześniej, zanim wyszłam na korytarz. Pomyślałam, że to 

brygadier, którego zawiodły pastylki. Potem usłyszałam kroki na korytarzu i pomyślałam, że 

to raczej wagonowy, więc wstałam, wyszłam, ale korytarz był pusty. 

- A w którą stronę zmierzały te kroki? 

Miranda pokręciła bezradnie ociężałą głową. 

-  Nie  pamiętam.  Wiem  tylko,  że  były  przytłumione...  Może  zresztą  tylko  mi  się 

przesłyszało? 

- Obawiam się, że to nie było przesłyszenie - mruknął Simon Lang. - Proszę powiedzieć 

mi  jeszcze  coś  o  tych  ludziach  popijających  kawę,  a  potem  może  pani  spać  spokojnie.  Kto 

jeszcze był świadkiem tej sceny z pastylkami? 

Miranda próbowała policzyć na palcach rozmazujące jej się przez senność twarze. Dzika 

róża  -  Sally  Page,  posyłająca  dyskretny  uśmiech  Robertowi.  Rudowłosy,  niebieskooki 

milczek  Andy  Page.  Ciemnowłosa,  czarnooka  Elsa  Marson  z  jej  cudzoziemskim  akcentem. 

background image

Pyzaty, zawadiacki Harry Marson kwintesencja krzepkiego irlandzkiego Anglika. Pułkownik 

Leslie  -  dystyngowany,  opanowany  i  jakby  nieco  znudzony  manierami.  Pani  Leslie,  której 

przyprószone  siwizną  włosy  kontrastowały  z  krzykliwym  tweedowym  kostiumem... 

Pułkownikowa Leslie, wspominająca z dumą o „naszych żonach”, wpatrująca się w Mirandę 

bazyliszkowatym  wzrokiem.  Zaraz,  zaraz,  czy  na  pewno  w  Mirandę?  A  może  w  kogoś 

innego... Tylko w kogo? Tego nie była w stanie teraz zrekonstruować. 

Kto jeszcze tam był? Ta nieszczęsna wróbelkowata pani Wilkin ze stadkiem nieznośnych 

piskląt  -  z  bezczelnym,  piegowatym  Wallym  w  roli  herszta.  Niemiecki  kelner...  właściwie, 

kilku kelnerów... no i brygadier Brindley. Oczywiście był też tam z nimi, tyle że ze sztuczną 

szczęką, z którą wyglądał zabawnie... staro i pociesznie... 

Przed  klejącymi  się  oczyma  Mirandy  przesunęła  się  jeszcze  jedna  twarz,  ale  zbyt 

przelotnie,  żeby  wyrwać  się  z  umykającej  karuzeli.  Twarz  dziwna,  chociaż  skądś  jej  znana. 

Twarz, której nie rozpoznała, ale towarzysząca jej od dawna. 

- Powinna pani przespać się trochę - powiedziała teraz tajemnicza twarz. 

- Też tak sądzę - mruknęła Miranda. - Dobranoc, Guinness. - Uśmiechnęła się, ziewnęła i 

odpłynęła w objęcia Morfeusza. 

background image

Rozdział 5 

 

Miranda  przebudziła  się.  Stwierdziła,  że  pociąg  stoi,  a  przez  szczeliny  żaluzji  sączy  się 

szare światło dnia. 

Przez  chwilę  wydawało  się  jej,  że  jest  w  swojej  domowej  sypialni  i  dziwiły  ją  wąskie 

rozmiary  łóżka.  Złudzenie  trwało  krótko.  Była  przypuszczalnie  w  Berlinie,  a  za  ścianą 

przedziału spoczywały zimne zwłoki nieboszczyka. 

Próbowała ze wszelkich sił usunąć sprzed oczu wizję brygadiera Brindleya takiego, jakim 

widziała  go  ostatni  raz.  Na  próżno.  Wspomnienie  było  zbyt  mocne  i  towarzyszył  mu  cały 

łańcuch  skojarzeń:  inne  martwe  twarze,  które  dane  jej  już  było  oglądać,  zapach  śmierci,  a 

nade  wszystko  przerażenie  tamtej  małej  dziewczynki  porzuconej  w  ogarniętym  wojenną 

pożogą świecie. 

Przepędziła  te  myśli  i  zamknęła  je  w  tej  części  mózgu,  z  której  nigdy  nie  powinny  się 

wydostawać. Podniosła się, uderzyła głową w nocną lampkę i poprawiając koce stwierdziła ze 

zdziwieniem, że ma wciąż na sobie szlafrok, a koców jak gdyby przybyło. - To pewnie ten... 

Simon  Lang  -  przypomniała  sobie.  -  To  on  musiał  zadbać  o  odpowiednie  przykrycie.  Kim 

właściwie  był?  Skąd  się  znalazł  na  korytarzu  w  samym  środku  nocy  i  jakim  prawem 

zasypywał ją pytaniami? Dlaczego zamiast wyprosić go z przedziału, odpowiadała na każde z 

nich?  -  Miranda  zaczęła  się  w  duchu  zastanawiać.  -  Przecież  powinna  zadzwonić  po 

wagonowego  i  kazać  mu  przywołać  Roberta.  Zamiast  tego  spełniała  posłusznie  polecenia 

nieznajomego  -  zganiła  się  -  a  na  dodatek  wygłupiła  się  z  tym  podobieństwem  do  Aleca 

Guinnessa. 

Miranda poczuła, że znów się rumieni i desperackim ruchem odrzuciła koce. Lang musiał 

ją  wziąć  za  egzaltowanego  podlotka  porównującego  każdego  napotkanego  mężczyznę  do 

filmowego gwiazdora, a przecież jej uwaga wynikała nie tyle z fizycznego podobieństwa, ile 

raczej z czegoś aktorskiego w jego twarzy: na pozór dość przeciętnej, ale zdolnej przybrać w 

każdej chwili odmienną maskę w zależności od intencji jej właściciela raz przezroczystej, a w 

mgnieniu oka nabierającej dowolnego wyrazu. 

Odrzuciła pościel na skraj łóżka i odsunęła odrobinę na bok krawędź żaluzji. Na zewnątrz 

szarzało, a pociąg stał na stacji. Peron roił się od umundurowanych mężczyzn, z których jeden 

stał odwrócony plecami do jej przedziału, tuż przy oknie. 

Ktoś  zapukał  w  drzwi.  Miranda  wpuściła  Stellę  i  przy  okazji  zauważyła,  że  żaluzje  w 

korytarzu  są  już  podniesione,  a  za  zasnutymi  deszczem  oknami  widać  kolejowy  rozjazd  i 

posępne budynki. 

-  Widzę,  że  już  nie  śpisz  -  powitała  ją  Stella.  -  Proszono  nas,  żeby  cię  nie  budzić.  To 

straszne, Rando! A więc to ty go znalazłaś? Ubierz się szybko, bo czekają na nas. Nie... nie 

podnoś żaluzji. Cały peron roi się od policji. Włączę światło. Przyniosłam ci trochę herbaty, 

ale obawiam się, że już wystygła. 

background image

Przekręciła  kontakt,  zamknęła  za  sobą  drzwi,  przysiadła  na  łóżku  i  nie  przestawała 

mówić, podczas gdy Miranda ubierała się w pośpiechu, łykając letnią herbatę. 

Stella opowiadała z mieszaniną podniecania i oburzenia, że ich wagon skierowano zaraz 

po  przyjeździe  do  Charlottenburga  na  boczny  peron  i  że  w  przeciwieństwie  do  pozostałych 

pasażerów  nie  pozwolono  nikomu  opuścić  pociągu.  Peron  obstawiono  wartownikami,  a 

umundurowany funkcjonariusz straży kolejowej dostarczył pasażerom herbatę i kanapki. Cóż 

z  tego,  skoro  od  dwóch  godzin  byli  praktycznie  uwięzieni,  a  policja  trzaskała  fleszami  i 

myszkowała po wagonie w poszukiwaniu odcisków palców i dowodów rzeczowych. 

-  Zabrali  też  cały  nasz  bagaż  -  poskarżyła  się  gniewnie.  -  Nie  pozwolili  nam  nic 

zachować.  Weszli,  zabrali  wszystko  i  powiedzieli,  że  odbierzemy  to  sobie  w  odpowiednim 

czasie.  Zdaje  się,  że  wszystko  to  zawdzięczamy  jakiemuś  człowiekowi  nazwiskiem  Lang. 

Jechał  z  nami  od  Hook  i  wygląda  na  tajniaka,  lub  kogoś  z  naszego  MIS.  Rozmawiał  z 

Robertem i powiedział mu, że miałaś ciężką noc, więc należy ci się dłuższy  sen. Mówił, że 

przesłuchają nas i zaraz potem będziemy wolni. Nazwał to „rutynową rozmową” czy równie 

idiotycznym  określeniem.  Pozwolił  Robertowi  i  pułkownikowi  Leslie  skontaktować  się  z 

naszym  przedstawicielstwem.  Aha...  Prosił,  żebyś  pozostawiła  wszystkie  swoje  rzeczy  w 

przedziale. Mówił, że dopilnuje, by dotarły szybko do twoich rąk. 

-  Mam  nadzieję!  żachnęła  się  Miranda  -  Wyłącz  światło,  Stello.  -  Podniosła  żaluzję  i 

wpuściła do przedziału wilgotny świt. - Czy torebkę też mam zostawić? Mam w niej paszport 

i wszystkie dokumenty. 

- Nie. Dokumenty pozwolono nam zatrzymać przy sobie, ale podejrzewam, że obejrzą je 

dokładnie, zanim nas stąd wypuszczą. 

-  Istna  komedia  -  pokręciła  głową  Miranda.  -  Czuję  w  tym  ambitną  rękę  naszego 

Guinnessa. 

- Kogo takiego? - spytała zaskoczona Stella. Miranda ugryzła się w język. - Tego Langa. 

Czemu nie pozwolił nam udać się do domu? Przecież i tam mogliby nas przesłuchać. 

- Czy nie rozumiesz, że podejrzewają kogoś z nas? 

-  Chyba  żartujesz,  Stello?  Pewnie  jakiś  złodziej  zakradł  się  do  przedziału  na  jednej  ze 

stacji. Jak mogłoby być inaczej? 

- Oni twierdzą, że to wykluczone. Nie wiem dlaczego, ale tak właśnie twierdzą. Mówią, 

ż

e zabójcą jest ktoś, kto podróżował w naszym wagonie. 

Stella  wykonała  teatralny  gest  wyrażający  mieszaninę  odrazy  i  ekscytacji,  a  Miranda 

pomyślała, że wszystko to przypomina farsę. Jakąś absurdalną sztukę, w której realność Stella 

nie  wierzy  i  w  której  tak  naprawdę  nie  uczestniczy.  Pewnie  dawno  opuściłaby  już 

niewygodne miejsce na widowni, gdyby nie odrobina ciekawości, co wydarzy się w ostatnim 

akcie. 

Ale Stella miała do tego prawo. Przecież nie widziała z bliska martwej twarzy brygadiera 

i nie weszła własną stopą w lepką plamę na podłodze przedziału. 

background image

Miranda poczuła znów dreszcz i odwróciła się do lustra, żeby pociągnąć szminką wargi. 

Dłoń miała niepewną, a uchwycone w lustrze odbicie Stelli bynajmniej nie dodało jej otuchy: 

twarz  jeszcze  bledsza  niż  mdłe  światło  poranka,  rozszerzone  strachem  oczy.  Podniosła 

kołnierz futerka z wiewiórek i oznajmiła: 

- Jestem gotowa. Idziemy czy poczekamy tutaj, aż przyjdą z kajdankami? 

-  Uspokój  się,  Rando  -  próbowała  pocieszyć  ją  Stella.  -  Przykro  mi,  że  tak  cię 

wystraszyłam.  To  ohydne  z  mojej  strony,  zważywszy,  co  przeszłaś  tej  nocy.  Powinnam 

rozproszyć twoją uwagę, a nie opowiadać ci o tych idiotyzmach. Zostaw wszystko i chodź do 

naszego przedziału. Ci policjanci robią zupełnie przyzwoite wrażenie. 

- A co z dziećmi? - spytała Miranda, zamykając za sobą drzwi. - Co z Lottie i z małymi 

Wilkinami? To okrutne trzymać ich tutaj bez śniadania. 

-  Wszystko  w  porządku.  Jakaś  sympatyczna  kobieta  ze  straży  kolejowej  zabrała  je  na 

ś

niadanie  na  terenie  stacji.  Swoją  drogą  nie  zazdroszczę  jej  tej  misji,  znając  temperament 

gromadki Wilkinów. Mademoiselle szaleje, ponieważ nie pozwolono jej towarzyszyć Lottie. 

Łyka  sole  trzeźwiące  i  mamrocze  bez  przerwy  po  francusku.  Skaranie  boskie  z  tymi 

cudzoziemcami!  Robercie,  przyprowadziłam  Mirandę  i  obie  konamy  z  głodu.  Jak  sądzisz, 

kiedy wypuszczą nas z tego kolejowego karceru? 

Robert,  stojący  dotąd  z  rękami  w  kieszeniach  przy  oknie,  odwrócił  się  i  uśmiechnął  do 

Mirandy, która pomyślała sobie po raz nie wiadomo który, że niezwykle przystojny z niego 

mężczyzna.  Powtarzali  to  wszyscy,  a  niektórzy  dodawali  na  stronie,  że  może  jest  aż  zbyt 

przystojny. 

- Cześć, Rando. Słyszałem, że miałaś burzliwą noc. Jak to właściwie było i czemu mnie 

nie wezwałaś? - spytał, obejmując ją serdecznie, jak przystało starszemu kuzynowi. 

- Chciałam - odpowiedziała Miranda, przysiadając na dolnym łóżku - ale nie pamiętałam, 

gdzie jest wasz przedział. Jak długo jeszcze zostaniemy tutaj? - spytała, nie chcąc wracać do 

wypadków ostatniej nocy. 

-  Sądzę,  że  już  niedługo.  Jeśli  dobrze  widzę,  obierają  właśnie  zwłoki  brygadiera. 

Ciekawe, czemu nie zrobili tego wcześniej? 

Stella  stanęła  przy  oknie  tuż  obok  Roberta  i  Miranda  nie  mogła  zobaczyć  noszy  ani 

leżącego na nich, przykrytego kocem kształtu. 

Po  kilku  minutach  wojskowy  policjant  oznajmił  im,  że  mogą  opuścić  pociąg.  Stella 

narzuciła na siebie srebrzyste futro z piżmaka i sięgnęła po torebkę. 

- Jesteś gotowa, Rando? 

Mężczyzna  w  średnim  wieku,  w  granatowym  mundurze  z  dystynkcjami  zdradzającymi 

podpułkownika,  przeprosił  elegancko  za  zwłokę  oraz  podziękował  za  pomoc  i 

wyrozumiałość.  Panią  Wilkin  zaprowadzono  do  jej  stadka,  a  Mademoiselle  niczym  sęp 

pochwyciła  dłońmi  w  czarnych  rękawiczkach  cały  ekwipunek  popędziła  do  Charlotty, 

nadmieniwszy, że sama da obie radę. Jedynie Miranda czekała wciąż na swój bagaż. 

background image

-  Gdzie  mogę  go  odebrać?  -  spytała  umundurowanego  dżentelmena.  -  Kazano  mi 

zostawić wszystko w przedziale. Dwie walizki i pudło na kapelusze. 

- Sądzę, że mam przyjemność z panną Brand? - odparł po chwili wahania oficer. - Bagaż 

zaraz  wróci.  Jeszcze  chwila  cierpliwości.  -  W  tym  momencie  ton  oficera  zatracił 

dżentelmeńskość, a Miranda ujrzała Simona Langa, kontemplującego uważnie jej obuwie. 

-  Odeślę  bagaże  do  hotelu,  więc  nie  ma  sensu  czekać  na  nie  tutaj.  Sądzę,  że  pora  na 

ś

niadanie. 

Lang  patrzył  na  Mirandę,  ale  w  jego  głosie  było  coś  tak  bezosobowego,  że  pomyślała 

przez chwilę, iż słowa te skierowano w pustą przestrzeń. 

- Wolę poczekać - powiedziała, siląc się na równie oschły głos, chociaż złość potęgował 

niepokój.  Dlaczego  właśnie  jej  bagaż  potraktowano  w  tak  specyficzny  sposób?  Dlaczego 

Simon Lang traktuje ją jak nieznajomą? 

-  Odradzałbym  -  powiedział,  tym  razem  delikatnie,  Lang.  -  Mamy  trochę  roboty  i 

oczekiwanie może się przeciągnąć. Dostanie pani bagaż, gdy tylko będzie to możliwe. 

Miranda  miała  serdeczną  ochotę  spytać,  czy  otrzyma  swój  bagaż  po  sprawdzeniu  jej 

grupy krwi i czy nie wystarcza im ta, którą obejrzeli sobie ostatniej nocy. Powstrzymała się z 

trudem i uczepiona ramienia Roberta wyszła z poczekalni. 

-  Czemu  tak  się  niepokoisz,  Rando?  -  spytała  idąca  za  nimi  krok  w  krok  Stella.  -  Na 

pewno wkrótce odeślą ci bagaż, a jeśli czegoś potrzebujesz, możesz zawsze sięgnąć do moich 

zapasów. 

- Ten podejrzliwy, mrukliwy ważniak! - wykrzyknęła bliska płaczu Miranda. 

- Mówisz o Langu? - spytał Robert. - Na mnie zrobił dość przyzwoite wrażenie. Dziś rano 

był dla nas szczególnie miły. Dlaczego tak się na niego uwzięłaś? 

- Nie uwzięłam się, ale...- nie dokończyła. 

- Czy to nasz samochód? 

- Tak, marki Volkswagen. Kapralu, proszę jechać do Hotelu Rodzinnego. 

- A co z Lottie i Mademoiselle? - spytała Stella. 

- Przecież w sześcioro nie zmieścimy się w tej puszce. 

- Wysłałem je wcześniej samochodem państwa Leslie. Pułkownik obiecał, że zboczy pod 

hotel. Państwo Page też tamtędy jadą i Andy zajmie się do naszego przyjazdu damami. 

Robert  upchnął  Stellę  i  Mirandę  na  tylnym  siedzeniu  zielonkawego,  przypominającego 

chrabąszcza samochodziku i usiadł obok ubranego w wojskowy battledress kierowcy. Ruszyli 

z Charlottenburga przez zimną marcową mżawkę. 

 

* * * 

Miranda  zapamiętała  niewiele  z  pierwszych  widoków  Berlina.  Wszystko  było  szare  i 

zmęczone,  podobnie  jak  jej  wzrok.  Szare  były  sklepy  i  domy  stojące  wśród  pustkowi 

przerywanych  ceglanymi  rumowiskami  i  gołymi  żebrami  stalowych  zbrojeń,  które  pewnie 

background image

pozostały  po  dawnych  sklepach  i  domach.  Gdzieniegdzie  przez  szarość  przebijały  szyldy  w 

obcym języku: Fleischerei, Friseur, Backerei, Eisengeschaft... 

Robert, który spędził już w Berlinie kilka miesięcy, wskazywał miejsca godne uwagi. 

-  To  Rundfunk  -  kontrolowana  przez  Sowietów  radiostacja.  Ich  jedyna  posiadłość  w 

naszej  strefę.  Dość  tajemnicza  sprawa.  Wygląda  na  martwą  jak  grobowiec.  Nikt  tu  nie 

wchodzi,  nikt  stąd  nie  wychodzi  i  nigdy  nie  widziałem  ludzkiej  twarzy  za  żadnym  z  okien. 

Ale  coś  mi  mówi,  że  gdzieś  tam  środku  uwija  się  niezły  zestaw  towarzyszy.  A  to  cyrk. 

Przyjechał  tu  na  jeden  sezon.  Całkiem  niezły  cyrk.  Byłem  w  nim  z  kolegami  i  musimy 

koniecznie  wybrać  się  tam  z  Lottie.  To  Funkturm.  Przyznacie,  że  przypomina  trochę  wieżę 

Eiffla.  Na  szczyt  można  wjechać  windą,  obejrzeć  sobie  Berlin  i  posilić  się  w  restauracji  w 

połowie drogi. Najwyższa budowla w Berlinie, ale ceny też nie są niskie. Dziesięć szylingów 

za  filiżankę  herbaty,  ponad  dwadzieścia  za  biszkopt.  To  stary  budynek  Naafi,  gdzie  pewnie 

będziecie często robić zakupy. Ten plac nosił kiedyś imię Adolfa Hitlera, ale teraz nazywają 

go Reichkanzler Platz. No i jesteśmy na miejscu. Wysiadajcie i ruszajcie szybko tą drogą, bo 

zaczyna mocno siąpić. 

Robert  postanowił,  że  pierwszą  noc  spędzą  w  Hotelu  Rodzinnym.  Stella  będzie  miała  z 

głowy  posiłek  i  domową  krzątaninę,  a  do  własnej  nowej  kwatery  przeniosą  się  dopiero 

nazajutrz. 

Hotel mieścił się w przepastnym, wyposażonym w windę budynku. Długi, kojarzący się 

ze  szpitalem  korytarz  wiódł  do  dwupokojowego  lokum  na  trzecim  piętrze.  Z  sąsiedniej 

łazienki  dobiegał  plusk  wody,  szczebiotanie  Lottie  i  głos  Mademoiselle  nucącej  Malbrouck 

s’en va t’en guerre

Bagaż  Melville’ów  przeniesiono  do  większej  sypialni.  Mniejsza  była  już  wypełniona 

zabawkami  i  pachniała  ziarenkami  kminku  Mademoiselle.  Stella  poszła  po  Lottie,  a  Robert 

zwrócił  się  do  niemieckiego  bagażowego:  -  A  co  z  tą  panią?  Potrzebujemy  dodatkowego 

pokoju. Pojedynczego pokoju dla fraulein

Ja, ja - przytaknął gorliwie Niemiec - Fraulein pójdzie ze mną. 

Ruszyli korytarzem i po kilku zakrętach Miranda znalazła się pokoju z widokiem na pusty 

wybetonowany placyk z resztkami ruin po bombardowaniach. Bagażowy oddalił się. Nie bez 

trudu otworzyła okno i spojrzała na szare niebo, deszcz i ruiny. 

A więc była w Berlinie! Jeszcze niedawno brzmiało to niesłychanie ekscytująco. „Gdzie 

spędzisz wakacje, Mirando?” „W Berlinie.” „W Berlinie? Cóż za pomysł! Przywieź nam jakiś 

ciekawy kordzik ze swastyką i nie daj przymknąć się Sowietom!” 

Teraz  nie  było  w  tym  nic  ekscytującego  i  zatęskniła  za  przytulnym  apartamentem  przy 

Sloane  Street.  Stella  miała  rację.  Podróże  po  obcych  krajach  są  ciekawe,  dopóki  wszystko 

przebiega  gładko,  ale  gdy  zaczynają  się  przygody  takie,  jak  ta  ostatniej  nocy,  egzotyka 

zamienia się w koszmar, a twarze tubylców nabierają złowieszczej aparycji. Nie doświadczała 

background image

tego typu wrażeń od czasów, gdy jako mała dziewczynka błąkała się po obcych zrujnowanych 

ulicach, nawołując z płaczem rodziców, których już nigdy nie było jej dane ujrzeć. 

Czy  wspomnienie  powróciło tylko  przez  skojarzenie  z  widokiem  zamordowanego  przed 

kilkunastoma  godzinami  człowieka?  Czemu  właściwie  wypełzło  z  mrocznej  kryjówki  w  jej 

podświadomości?  Po  co  przyjechała  do  tego  zniszczonego  wojną  miasta,  gdzie  sama  mowa 

mieszkańców przywoływała wspomnienia, których lepiej było nie budzić? 

background image

Rozdział 6 

 

Robert udał się do koszar, a Stella, Mademoiselle i Lottie wyjechały wraz z nim obejrzeć 

nowe mieszkanie. W volkswagenie nie starczyłoby miejsca dla Mirandy. 

-  Czy  na  pewno  możemy  zostawić  cię  samą?  -  spytała  przed  wyjazdem  Stella.  -  Może 

powinnam  zostawić  Mademoiselle  i  Lottie,  ale  mała  zacznie  zaraz  szaleć  z  tym  okropnym 

Wallym, a Mademoiselle powinna poznać od razu nasze mieszkanie. 

- Nie przejmuj się, Stello - odparła Miranda bez przekonania. - Posiedzę sobie w czterech 

ś

cianach i wezmę wreszcie gorącą kąpiel. 

Ale to nie było tak proste. Miranda wcale nie tęskniła za „czterema ścianami” w obcym 

pokoiku,  gdzieś  w  głębi  labiryntu  pustych  pachnących  lizolem  korytarzy.  Nie  tęskniła  za 

szumem  kaloryferów,  za  odorem  przedwczorajszych  posiłków,  za  widokiem  szarych, 

pokiereszowanych bombami szczątków budynku za oknem. 

Jej  bagaż  wciąż  nic  dotarł,  ale  Melville’owie  zostawili  w  sypialni  kostkę  mydła  i 

kąpielowy ręcznik, więc mogła teraz wypoczywać w wannie, dopóki woda nie stała się zbyt 

chłodna.  Wyszła  z  wanny,  spojrzała  na  zegarek  i  stwierdziła,  że  do  powrotu  domowników 

jeszcze daleko. 

Rozczesała i ułożyła starannie lśniące włosy. Zastanawiała się, czy młodzi państwo Page 

są  wciąż  w  hotelu.  Przypomniała  sobie,  że  Andy  też  pojechał  do  koszar,  a  Sally  chciała 

obejrzeć  ich  leżące  niedaleko  hotelu  mieszkanie.  Państwo  Leslie  i  Marsonowie  pewnie  od 

razu udali się do swoich rezydencji. 

Postanowiła zejść do klubowej sali i sprawdzić, czy nie znajdzie tam gazet lub czasopism. 

Nie chciała korzystać z windy, ale na pierwszym piętrze zawiodła ją orientacja. Schody 

biegły  gdzieś  w  dół  i  nic  nie  wskazywało  na  bliskość  klubu.  Może  pomyliła  piętra? 

Zastanawiała się nad tym, gdy usłyszała zgrzyt jadącej w górę windy, która zatrzymała się na 

wyższej  kondygnacji.  Zamek  szczęknął  i  Miranda  usłyszała  wypowiadane  szybko  po 

niemiecku słowa. 

Kiedyś  paplała  w  tym  języku  z  dziecięcą  biegłością,  ale  po  latach  nie  rozumiała  nic  z 

rozmowy  toczonej  na  dodatek  piętro  wyżej.  Wyczuła  tylko,  że  w  jednym  z  dwóch  głosów 

brzmi desperacja. 

To  musiała  być  kobieta  i  to  kobieta  bliska  płaczu.  Drugi  głos  był  cichszy,  ale 

wyraźniejszy i bardziej stanowczy. 

Ciszej!  -  prosił  pierwszy  głos,  nieoczekiwanie  po  angielsku.  Potem  zapadła  cisza, 

Miranda  usłyszała  czyjś  przerażony  oddech  i  uświadomiwszy  sobie  ze  wstydem,  że 

podsłuchuje cudzą rozmowę, ruszyła ostentacyjnie w górę. 

Ciemnowłosa  kobieta  w  wilgotnym  deszczowcu  stała  odwrócona  plecami  do  Mirandy 

przy  windzie,  do  której  wchodziła  właśnie  jej  rozmówczyni.  Winda  ruszyła,  a  kobieta  w 

deszczowcu szybko skierowała się w stronę półpiętra, prawie ocierając się o Mirandę. 

background image

Miranda  patrzyła  przez  chwilę  przez  kratę  mrocznego  szybu  windy  i  pomyślała,  że 

wszystko to jest przywidzeniem. Może i było, ale kolor i krój palta kobiety, która zniknęła w 

windzie,  zbyt  natarczywie  przypominał  panią  Marson.  Tylko  że  pani  Marson  nie  znała 

niemieckiego.  Nawet  na  peronie  w  Bad  Oyenhausen,  gdy  doszło  do  nieporozumienia  z 

bagażowymi,  musiała  skorzystać  z  pomocy  Stelli,  której  niemczyzna  pozostawiała  zresztą 

bardzo wiele do życzenia. 

Tamta  mówiła  płynnie,  z  czego  wniosek,  że  ubiór  pani  Marson  nie  odbiegał  od 

berlińskich  standardów.  Widać  wiele  kobiet  nosiło  tu  rude  palta  z  czarnymi  lamówkami 

wokół  kołnierza  i  rękawów,  a  czarne  kapelusiki  również  nie  były  czymś  wyjątkowym.  Ale 

wszystko  to  wydawało  się  Mirandzie  nieco  podejrzane  i  wcale  nie  pomogło  jej  pozbyć  się 

niepokojów ostatniej nocy. 

Co więcej, incydent ten nie był ostatni w łańcuchu przedpołudniowych niespodzianek. 

Schodząc  na  parter,  Miranda  spostrzegła,  że  ktoś  zmierza  od  strony  klubu  na  niższe 

półpiętro  i  znika  za  zakrętem  korytarza.  Tym  kimś  był  Robert,  a  więc  było  już  później,  niż 

sądziła, i Stella pewnie też już wróciła. 

Miranda zeszła na półpiętro i stwierdziła, że tym razem nie pomyliła drogi. Spojrzała na 

zegarek, było dopiero kwadrans przed dwunastą, a na półpiętrze stała Sally Page. 

- Och! - szepnęła skonsternowana i zaczerwieniona Sally. - To ty, Mirando? 

- A któż by inny, Sally? - odpowiedziała równie zaskoczona Miranda. - Myślałam, że już 

rozgościłaś się na waszych włościach. 

-  Tak...  To  znaczy,  niezupełnie  tak...  Taki  tam  bałagan,  że  postanowiłam  poczekać  na 

Andy’ego.  Kapral  sprawdza  listę  lokatorów,  dywany  są  w  opłakanym  stanie,  a  o  firankach 

lepiej  nie  mówić.  -  Sally  wypowiadała  to  wszystko  jak  automat,  z  trudem  łapiąc  oddech.  - 

Wpadłam,  żeby  napić  się  kawy  lub  czegoś  mocniejszego,  ale  chyba  jednak  wrócę  z 

powrotem... 

Miranda  nie  skomentowała  tego,  a  podniecona  Sally  zrobiła  ręką  „pa,  pa”  i  ulotniła  się 

szybkim krokiem. 

-  Co  miało  to,  oznaczać?  -  zachodziła  w  głowę.  -  Przecież  Robert  nie  byłby  aż  takim 

głupcem, chociaż ta Sally jest całkiem, całkiem... - Miranda postanowiła stanowczo wziąć się 

w garść i nie dopuszczać do siebie myśli godnych rozplotkowanej starej panny. - Cóż z tego, 

ż

e Sally może trochę leci na Roberta? Niejedna starsza od niej też patrzyłaby na niego jak na 

filmowego amanta, nie naruszając w niczym wierności własnemu, może i mniej atrakcyjnemu 

małżonkowi. 

-  A  Robert?  Mógł  wrócić  do  hotelu  z  setek  przyczyn  -  pomyślała  usprawiedliwiająco  - 

więc po co od razu doszukiwać się w tym jakichś sercowych związków? 

Miranda  dotarła  do  klubowej  sali,  sięgnęła  po  mocno  zaczytany  kobiecy  magazyn  i  z 

determinacją  pogrążyła  się  w  lekturze  opowiadania,  które  ku  jej  rozpaczy  okazało  się 

zaledwie pierwszym rozdziałem powieści w odcinkach. 

background image

Mademoiselle  i  Lottie  wróciły  na  lunch,  przynosząc  wiadomość,  że  Stella  zje  go  u 

Marsonów i przypuszczalnie pojawi się dopiero na herbatę. Po chwili zatelefonował Robert. 

On z kolei postanowił spożyć lunch w oficerskim klubie, a przeprowadzka do nowej siedziby 

miała nastąpić dopiero nazajutrz. 

Dostarczony  wreszcie  do  hotelu  bagaż  Mirandy  trafił  na  właściwe  piętro  z  pomocą 

Mademoiselle  i  Lottie.  Guwernantka  po  stoicku  przyjęła  odmowę  oferty  dalszej  pomocy  i 

poszła się zająć swą podopieczną. Miranda znów była sama. 

Ktokolwiek  penetrował  walizki,  zadbał  o  ułożenie  ich  zawartości  w  nienagannym 

porządku,  tyle  że  z  zupełną  nieznajomością  damskiej  garderoby.  Nawet  bieliznę  złożono  w 

wojskowe  kostki,  nie  przekraczające  rozmiarem  męskiej  chustki  do  nosa.  Miranda  wyjęła 

tylko rzeczy potrzebne jej na wieczór, a walizki pozostawiła na podłodze. 

Poranna mżawka przeszła z upływem dnia w zawiesisty deszcz uderzający monotonnie w 

okienne  szyby,  ale  oprócz  odgłosu  uderzeń  kropel  w  pokoju  i  w  całym  zdezelowanym 

budynku panowała typowo popołudniowa cisza. 

Może właśnie dlatego skrzypienie zawiasów zabrzmiało tak donośnie. Patrząca właśnie w 

lustro Miranda spostrzegła w nim, jak drzwi za jej plecami otwierają się cal po calu, niczym 

popychane podmuchem wiatru, chociaż dzień był bezwietrzny. 

W  szczelinie  coś  się  poruszyło  i  pojawiła  się  twarz.  Koszmarna,  debilna  twarz, 

zeszpecona białymi i czerwonymi plamami, z wywalonym jęzorem. Miranda zesztywniała na 

moment, po czym obróciła się na pięcie i skoczyła ku drzwiom. 

Twarz  zdematerializowała  się  w  mgnieniu  oka  i  to  coś  drobnymi  krokami  popędziło  w 

panice korytarzem. 

Ktoś  niewielkich  rozmiarów  zniknął  za  zakrętem,  a  rozpędzona  Miranda  wpadła  z 

impetem  na  kogoś  zmierzającego  w  dokładnie  przeciwnym  kierunku  i  już  drugi  raz  w 

przeciągu doby znalazła się w objęciach Simona Langa. 

- Znowu wchodzi mi pan w drogę! - wyrzuciła z siebie, tłumiąc wściekłość, przerażenie i 

łzy. - Gdyby nie pan, dopadłabym tego małego upiora! 

- Upiora? Ma pani na myśli chłopaczka, który właśnie przebiegł mi drogę? 

-  Ładny  mi  chłopaczek!  Jeszcze  dorwę  tego  Wilkina  i  odechce  mu  się  raz  na  zawsze 

straszenia ludzi! 

Jej  głos  załamał  się,  przechodząc  niemal  w  szloch,  gdy  uświadomiła  sobie,  przed  kim 

znów  się  wywnętrza.  Wyrwała  się  z  objęć  Langa,  a  jej  pobladła  twarz  przybrała  barwę 

szkarłatu. - To wcale nie oznacza, że dorwałam też brygadiera, więc proszę darować sobie to 

spojrzenie! - dodała nieco nienaturalnym głosem. 

-  Spokojnie,  panno  Brand  -  odparł  flegmatycznie  Lang.  -  Wygląda  pani  na  nieco 

przygnębioną... 

background image

-  A  pan  by  nie  był,  gdyby  takie  coś  pojawiło  się  -  drzwiach  pana  sypialni?  -  spytała, 

wskazując  na  leżącą  w  korytarzu  błazeńską  tekturową  maskę  zmajstrowaną  ewidentnie  z 

reklamy popularnych płatków owsianych. 

Simon  Lang  zacisnął  wargi,  a  Miranda  eksplodowała  na  całego.  -  Może  pan  pękać  ze 

ś

miechu, ale mnie to naprawdę przestraszyło! 

- Widzę i wcale nie pękam ze śmiechu. Ależ z pani nerwus. To ta ostatnia noc, czy coś 

innego? 

- Sama nie wiem - odpowiedziała cicho Miranda. Jej nagła złość wyparowała, ustępując 

miejsca zmęczeniu i rezygnacji. - Chyba głównie tamta noc, ale nie tylko. Żałuję, że w ogóle 

przyjechałam  do  Berlina.  Myślałam,  że  to  będzie  atrakcja,  ale  teraz  przeklinam  ten  pomysł. 

Przeklinam i drżę ze strachu. A co pan właściwie tu robi? - zmieniła gwałtownie ton. 

- Chciałem zamienić z panią kilka słów. Czy bagaż dotarł? 

- Tak, dotarł. Czy tylko to chciał pan wiedzieć? 

- Nie tylko to. Czy możemy przejść do sali klubowej? Jest teraz pusta i chyba będzie nam 

tam wygodniej niż w korytarzu i naturalniej niż w pani sypialni. 

W  szarym  świetle  deszczowego  popołudnia  sala  klubowa  sprawiała  dość  odstręczające 

wrażenie. Ponura i opuszczona, nie odbiegała pod tym względem od całego hotelu. 

Simon  Lang  wybrał  w  miarę  dyskretne  fotele  i  poczęstował  Mirandę  papierosem.  W 

płomieniu zapałki, oczy Simona przypominały bursztyn, w którym zamknięto przed wiekami 

robaczka. 

- A więc o czym mamy rozmawiać? - spytała Miranda - i kim pan właściwie jest? 

-  Jestem  chwilowo  szefem  89  Sekcji  Berlińskiej,  odpowiedzialnym  za  wywiad  i 

kontrwywiad  w  zastępstwie  mojego  D.A.M.P.,  który  zapadł  na  świnkę  i  został  poddany 

kwarantannie. Pewnie nic to pani nie mówi, ale zabójstwo brygadiera jest teraz właśnie moją 

działką. 

- D.A.M.P? - powtórzyła Miranda niepewnie. 

- A więc o czym chciał pan ze mną porozmawiać? 

- O pani - odparł Simon Lang, porzucając oficjalny ton. - O tym, co wydarzyło się tamtej 

nocy. O wszystkim, co pani z niej zapamiętała. Nawet o drobiazgach. 

- Nie mogłam zasnąć... - rozpoczęła niepewnie Miranda. 

Potem poszło jak z płatka, Simon Lang nie przerywał jej słowem, a gdy skończyła część 

pierwszą, spytał: 

- A więc już na korytarzu patrzyła pani za siebie. Dlaczego? Co panią tak przestraszyło? 

Może jakiś dźwięk, lub czyjaś postać? 

-  Właściwie  nic.  Przynajmniej  nie  wtedy.  Było  cicho,  jak  makiem  zasiał  i  pomyślałam 

sobie, że zachowuję się, jak ciocia Hetty... 

- Jak kto? 

background image

-  Głupstwa  mówię  -  zreflektowała  się  Miranda,  czując,  że  znowu  się  rumieni.  -  Ciocia 

Hetty to taka rodzinna legenda. Była krewną Mellville’ów i straszną panikarką. Podobno nie 

znosiła kotów i podczas wizyt co chwilę odwracała się, powtarzając: „Czy przypadkiem nie 

wpuściliście kota, bo może wskoczyć mi na plecy”. 

- A pani pewnie też się bała wtedy czegoś podobnego? 

- Nie, to było inne uczucie... - Miranda poruszyła się niespokojnie w fotelu. - Trudno to 

opisać, a zresztą i tak nic by pan z tego nie zrozumiał. 

- Może ma pani rację, więc zostawmy ten wątek. Czy był konkretny moment, w którym 

przypomniała się pani ta... ciocia Hetty? 

-  Trudno  powiedzieć  -  odparła  Miranda  po  chwili  wahania.  - Byłam  w  kiepskiej formie 

już  przed  wyjazdem  z  Anglii.  Umówiliśmy  się  z  Robertem  i  Stellą  na  stacji  przy  Liverpool 

Street, wypiliśmy herbatę i wszystko było w porządku. Dopiero później coś się stało z moimi 

nerwami. 

- W Hook czy jeszcze w Anglii? 

- Chyba jeszcze w Anglii... - odparła po namyśle -  Zresztą nie jestem pewna. Czy to aż 

tak ważne? 

-  Może  tak,  może  nie.  Ciekawe,  że  była  pani  zdenerwowana,  zanim  wydarzyło  się  coś 

złego. Co tak panią zdenerwowało? Co, a może raczej, kto? 

Miranda nie miała ochoty opowiadać o dziwnej wymianie spojrzeń między  Sally Page i 

panią  Leslie.  -  To  chyba  ten  kraj  -  odpowiedziała.  -  Mieszkałam  w  Niemczech,  gdy  byłam 

małym  dzieckiem.  Mój  ojciec  pracował  tutaj  i  gdy  wybuchła  wojna,  przenieśliśmy  się  do 

Belgii.  Rodzice  zginęli  podczas  inwazji,  a mnie  przerzucono  do  Anglii  z  grupą  uchodźców. 

Mało  z  tego  pamiętam,  ale  ten  kraj  zawsze  kojarzy  mi  się  z  czymś  niemiłym.  Opowieść 

brygadiera też miała z tym coś wspólnego. 

- Opowieść brygadiera? Ciekawe o czym opowiadał? - Oczy Langa wciąż przypominały 

bursztyn, ale tym razem bursztyn oglądany pod światło. 

Miranda streściła opowieść Brindleya, nie pomijając swojego osobistego wątku. 

Simon  Lang  nie  wydawał  się  szczególnie  podniecony.  Interesowało  go,  czy  Miranda 

widziała, lub znała wcześniej brygadiera. Zadał mnóstwo pytań, z pozoru o sprawy nieistotne 

i  przypadkowe:  jak  siedzieli  przy  stole,  kto  siedział  przy  sąsiednich,  czy  słyszeli  rozmowy 

sąsiadów,  kiedy  opuścili  jadalnię,  kto  pił  kawę  i  przy  którym  stoliku,  kiedy  i  w  jakiej 

kolejności  wrócili  na  stację,  czy  wydarzyło  się  coś  charakterystycznego  przy  wsiadaniu  do 

pociągu, czy pasażerowie odwiedzali się w przedziałach przed odjazdem? 

Miranda nie oszczędzała pamięci, a gdy Lang skończył, spytała: 

- Po co to potrzebne? Podejrzewa pan kogoś z nas? 

- Dokładnie tak - odparł Simon Lang, nie siląc się na uprzejmość. 

- Ciekawe dlaczego, skoro w pociągu było pół setki pasażerów? 

background image

-  Dlatego  -  wyjaśnił  Lang  -  że  nóż,  którym  zabito  brygadiera,  zabrano  z  hotelowej 

recepcji  w  Bad  Oyenhausen.  Szef  hotelu  używał  go  do  rozcinania  korespondencji  i  do 

ostrzenia  ołówków.  Trzymał  go  na  ladzie  i  był  tam,  gdy  spożywaliście  posiłek.  Pamięta  to 

ktoś  z  obsługi,  bo  przecinał  nim  jakiś  sznurek.  A  potem  nóż  zniknął.  Dokładnie,  zanim 

opuściliście  hotel  i  udaliście  się  do  pociągu.  Przyzna  pani,  że  to  wyklucza  pozostałych 

pasażerów? 

- Ale... przecież byli tam i inni ludzie? Niemieccy kelnerzy... obsługa? 

- Byli. Ale żaden z nich nie miał dostępu do pociągu. 

- Przecież mogli przekazać komuś nóż? Na przykład wagonowemu? 

-  Gdy  popełniono  zabójstwo,  wagonowy  opiekował  się  chorym  pasażerem  w  sąsiednim 

wagonie. Mam na to pięciu świadków. 

- A skąd pan wie, kiedy popełniono zabójstwo? - spytała Miranda mniej pewnym głosem, 

wciąż  jednak  nie  dopuszczając  do  siebie  myśli,  że  sprawcą  może  być  ktoś,  z  kim  jeszcze 

wczoraj spożywała kolację. 

- Z krwi - wyjaśnił krótko Simon Lang. 

- Krew krzepnie bardzo szybko. Ta na pani szlafroku i pantoflach była jeszcze wilgotna, 

gdy  spotkaliśmy  się  na  korytarzu,  a  ta  w  przedziale  Brygadiera  też  nie  zdążyła  zakrzepnąć. 

Weszła  pani  do  przedziału  Brindneya  najwyżej  w  kwadrans  po  popełnieniu  zabójstwa.  W 

kwadrans,  a  może  nawet  wcześniej,  jeśli  zważyć,  że  jego  zwłoki  nie  zdążyły  zesztywnieć. 

Gdyby  morderca  zostawił  nóż  w  piersi  brygadiera,  wagonowy  odnalazłby  zwłoki  dopiero 

podczas  rannego  budzenia,  a  wtedy  trudniej  byłoby  ustalić  moment  zgonu.  Ale  nóż 

wyciągnięto,  krew  trysnęła  i  dzięki  temu  natrafiła  pani  na  ślad  zbrodni.  Sądzę,  że  sprawca 

chciał się pozbyć narzędzia zbrodni, ale zakrwawiony nóż pozostawia ślady. Upuścił więc go 

na podłogę i uciekł. 

- To nie ma sensu! - żachnęła się Miranda. 

-  Musi  być  jakieś  inne  wytłumaczenie.  Rozmawiałam  z  tymi  ludźmi  i  wiem,  że  to 

przyzwoite osoby... Wszyscy troje! 

- Wszyscy troje? - podchwycił Lang, unosząc brwi. 

- Jeśli podejrzewa pan Roberta, oświadczam, że znam go od lat! 

-  Spokojnie,  panno  Brand  -  odparł  pojednawczo  Simon.  -  A  któż  podejrzewa  pani 

kuzyna? Proszę tylko pamiętać, że perspektywa dużego zysku może wywołać w niejednym z 

nas  nietypowe  reakcje. Doświadczenie  uczy,  że  nawet  seryjni  mordercy  uchodzili  w  oczach 

swoich bliskich za przyzwoitych ludzi, którzy nawet nie skrzywdziliby muchy. 

- Zapomniał pan o Stelli - rzuciła pogardliwie Miranda. - Gdyby Robert wyszedł nocą z 

przedziału, musiałaby coś słyszeć. 

-  Jak  pamiętam,  pani  Melville  zażyła  nasenne  pastylki  -  przypomniał  delikatnie  Lang.  - 

Mało kto oprócz pani był tego świadkiem, ale Robert mógł o tym wiedzieć. 

- Chyba sam pan w to nie wierzy? 

background image

-  Powiedzmy,  że  nie  wierzę,  ale  wróćmy  do  sprawy.  Dlaczego  wymieniła  pani  trójkę 

osób,  a  nie  pełną  jedenastkę?  Powiedzmy,  tuzin,  jeśli  liczyć  tego  małego  szatana,  którego 

ś

cigaliśmy nie tak dawno na korytarzu? 

- Łącznie z kobietami? To już przesada! 

- A czemu nie? - Lang zmrużył porozumiewawczo oko. - Naprawdę sądzi pani, że kobiety 

to  wątłe  lilie  niezdolne  do  zadawania  bólu?  Nie  czytała  pani  Makbeta!  Bywają  sytuacje,  w 

których każdy sięgnie po broń. 

- O jakich sytuacjach pan mówi? 

- Przyjmijmy, że brygadier Brindley miał dwie fiolki z mocnymi pastylkami na sen i że 

zabójca  wiedział  o  tym.  Nóż  był  ostry  i  posłużenie  się  nim  nie  wymagało  szczególnej  siły 

fizycznej. Wystarczyło spuścić żaluzje, zsunąć koc, nacisnąć kontakt nocnej lampki, a nawet 

posłużyć  się  zapalniczką  i...  wymierzyć  cios.  Śpiący  kamiennym  snem  starszy  pan  kontra 

wypolerowane  ostrze.  Nawet  dziecko  potrafiłoby  to  zrobić.  Nawet  Wally,  zakładając,  że 

miałby odpowiednio mocne nerwy i znałby się trochę na anatomii. Ale Wally’ego wyłączmy 

chwilowo  z  kręgu  podejrzanych,  bo  i  tak  mamy  ich  jedenastu.  Państwo  Marson,  państwo 

Melville,  państwo  Page,  państwo  Leslie,  Mademoiselle  Beljame,  pani  Wilkin...  no  i  panna 

Miranda Brand. 

- Albowiem ostatni będą pierwszymi... - dokończyła Miranda. - Ładnie pan to wywiódł. 

-  Nic  nie  wywiodłem.  Po  prostu  chłodno  to  analizuję. Ktoś,  kto  zabił  Brindleya,  musiał 

nosić  rękawiczki  albo  owinąć  rękojeść  noża  w  chusteczkę,  a  w  wagonie  i  w  bagażach  nie 

znaleźliśmy żadnego i tych rekwizytów ze śladami krwi. A więc ten ktoś musiał mieć ślady 

krwi, powiedzmy na rękach... 

- Tak jak ja? - spytała szeptem Miranda. - Wycierałam dłonie w szlafrok i właśnie wtedy 

spostrzegłam krew. 

- Tyle też wiem - przytaknął Lang. 

Ujął  zimne  dłonie  Mirandy,  jak  gdyby  chciał  je  ogrzać.  -  Proszę  zachować  spokój. 

Wszystko będzie dobrze, dopóki będzie pani mówić prawdę. 

- Przecież mówię prawdę. 

-  W  to  nie  wątpię...  przynajmniej  pod  pewnymi  względami.  -  Simon  Lang  puścił  jej 

dłonie i uśmiechnął się trochę dwuznacznie. - Zresztą nie miała pani motywów, ale to samo 

dotyczy każdego z was. W tej fazie najważniejszą rzeczą jest wiarygodne alibi. 

- A tylko ja go nie mam - Miranda próbowana żartem zamaskować zakłopotanie. - Cała 

reszta spała smacznie w przedziałach, a więc ma dobre alibi. 

-  Różnie  z  tym  bywa.  Mężowie  i  żony  często  świadczą  na  swoją  korzyść  z  rozmaitych 

powodów:  z  przywiązania,  z  obaw  przed  włączeniem  w  sprawę...  zwłaszcza  gdy  w  grę 

wchodzi coś tak paskudnego, jak morderstwo. 

- A więc Stellę może pan natychmiast wykluczyć z kręgu podejrzanych. 

- Dlaczego? 

background image

-  Sam  pan  przed  chwilą powiedział,  że  Robert  mógł  wiedzieć  o  pastylkach,  które  Stella 

przyjęła od brygadiera i wykorzystać to. A więc albo jedno, albo drugie. 

-  Czyżby?  A  może  pani  Melville  udawała  tylko,  że  połyka  pastylki?  Całkiem 

prawdopodobne. 

- Po co miałaby to robić? 

- Żeby zapewnić sobie alibi. Mocne i trudne do podważenia. 

- Podobnie jak Mademoiselle? - spytała zimnym głosem Miranda. 

- Podobnie i niepodobnie - odparł Simon. - Mademoiselle wzięła mniej pastylek. 

- Lub udawała, że bierze ich mniej. 

- Może i udawała. Sama pani widzi, że mamy wciąż jedenastu podejrzanych i nikt z nich 

nie ma stuprocentowego alibi. 

-  I  tu się  pan  myli!  -  zalakowała  Miranda.  -  Stella  ma  i  zaraz  je  przedstawię.  Wiem,  że 

zażyła  środek  nasenny.  Nienawidzi  łykania  pigułek,  więc  pokruszyła  je  i  wsypała  do  kawy. 

Każdy  z  nas  to  widział.  Teraz  może  pan  najwyżej  założyć,  że  brygadier  celowo  podsunął 

Stelli  fałszywe  pastylki,  wiedząc,  że  ona  sama  wie  o  ich  fałszywości  i  tak  dalej...  a  to 

wszystko nie ma najmniejszego sensu. 

-  Zakładając,  że  mówi  pani  prawdę,  prawdę  i  tylko  prawdę?  -  odparł  bez  cienia  ironii 

Simon Lang. 

-  Takie  pytania  się  zadaje,  jak  wiem,  w  sądzie,  a  nie  na  przesłuchaniu  -  odparowała 

Miranda. 

- Mówię prawdę i może pan zapytać o to każdego: Mademoiselle, Roberta, Stellę, a nawet 

Lottie! A jak to panu nie wystarcza, proszę zatelefonować do Bad Oyenhausen i przesłuchać 

kelnera, który podawał nam kawę! 

-  Dobrze,  wygrała  pani  -  mruknął  pojednawczo Lang.  -  I  proszę  nie  myśleć,  że  szukam 

niewinnej ofiary, by dostać awans. 

Miranda poczuła ulgę, rozparła się wygodnie w fotelu i zachichotała. 

- Z tą miną bardziej pani do twarzy - zaakceptował to Simon. Spojrzał na zegarek i wstał 

na odgłos dobiegających z korytarza kroków. 

- Osobiście nie mam więcej pytań, ale obawiam się, że w najbliższych dniach może być 

pani  proszona  o  dodatkowe  wyjaśnienia  i  znów  zajmę  pani  czas. Cieszę  się,  że  wytrzymała 

pani tak mężnie moje towarzystwo. 

Ostatnie  słowa  wymówił  mniej  oficjalnie,  a  jego  twarz  znowu  zaczęła  przypominać 

całkiem sympatycznego młodego człowieka. 

Po chwili sala klubowa wypełniła się gośćmi hotelu, pośród których nie było już Simona 

Langa. 

 

* * * 

background image

Miranda  wyszła  na  korytarz,  gdzie  spostrzegła  bawiących  się  przy  windzie  Wally’ego  i 

Lottie. Wally na jej widok próbował dać nogę, ale tym razem Miranda była szybsza. 

-  Słuchaj,  mały  diable  -  ostrzegła  trzymając  za  ucho  małego  urwisa.  -  Jeśli  jeszcze  raz 

przyłapię cię zamaskowanego pod moimi drzwiami, dostaniesz manto! 

- Mówi się „mam to” - poprawił ją Wally. - Moja mama mówi tak zawsze, gdy pokłóci 

się z tatą. 

Miranda  dopowiedziała  sobie  pozostałe  słowa  pani  Wilkin  i  nie  zdołała  powstrzymać 

ś

miechu. 

- Nie powinieneś podsłuchiwać rodziców - skarciła chłopca - a manto to rodzaj chińskiej 

tortury,  więc  lepiej  trzymaj  się  ode  mnie  z  daleka!  -  Wsunęła  palce  w  kąciki  ust  i 

wyszczerzyła zęby, niedwuznacznie sugerując chłopcu, że potrafi straszyć równie skutecznie, 

jak jego tekturowa maska. 

- Niezłe - przyznał fachowo Wally. - Zna się pani na chińskich torturach? 

-  Nie  tylko  na  chińskich,  a  więc  uważaj,  Wally.  Uważaj,  żebyś  się  kiedyś  o  tym  nie 

przekonał. 

- Dobry tekst - rzucił z uznaniem Wally. 

- Nawijasz, jak zawodowiec. 

- A teraz spływaj stąd, bo sprowadzę kierownika hotelu - dodała Miranda. - A ty, Lottie, 

co tu robisz? Czekasz na mamę? 

-  Mama  już  wróciła  -  wyjaśniła  potulnie  Charlotte.  -  Mama  wróciła  przed  kilkoma 

godzinami. 

- A więc zaraz ją poszukam i wszystko jej powiem. 

Stella  była  w  sypialni.  Wyglądała  zaskakująco  świeżo  jak  na  kogoś  po  dwóch  dobach 

podróży, policyjnym. przesłuchaniu i po oględzinach nowego domu w obcym mieście i kraju. 

Była znów typową Stellą: kwitnącą, optymistyczną, promienną. 

- Ach, to ty Mirando - zaszczebiotała. - Podobno strasznie cię maltretowano? Nam też nie 

dawano przez pół dnia spokoju. Przepytywano nawet Madmoiselle i Lottie. Chyba poprosimy 

Roberta,  żeby  zabrał  nas  gdzieś  wieczorem.  Cieszmy  się  życiem,  bo  kto  wie,  czy  jutro  nie 

będziemy oglądać go z więziennej perspektywy... 

-  Mademoiselle  miała  crise  de  nerfs  -  kontynuowała  Stella,  mrugając  okiem.  - 

Powiedziała,  że  przyczepili  się  do  niej,  ponieważ  jest  niewinną,  bezbronną  cudzoziemką, 

którą  najłatwiej  posłać  na  gilotynę,  żeby  ocalić  głowę  Anglika  zbrodniarza.  Lottie 

przypomniała jej, że gilotyna to francuski wynalazek.  - u nas stosuje się szubienicę (skąd te 

dzieciaki  wiedzą  o  takich  rzeczach?),  a  wtedy  Mademoiselle  wybiegła  z  pokoju,  porywając 

swoje sole trzeźwiące... 

-  Kucharka  nie  mówi  słowa  po  angielsku,  a  lokaja  zmogła  żółtaczka  i  przez  tydzień 

będzie  w  szpitalu.  Nie  widziałaś  przypadkiem  Roberta?  -  spytała  Stella  i  nie  czekając 

odpowiedzi, monologowała dalej: - Szukam go od kilku godzin. Chwała Bogu, że podwiózł 

background image

mnie tu Harry Marson. Co powiedziałabyś na łyk szampana, Rando? Mnie zupełnie zaschło w 

gardle, a poza tym wypadałoby uczcić nasz pierwszy dzień w Berlinie! 

Perlisty śmiech Stelli przeszedł w łkanie i Miranda doszła do wniosku, że pora przerwać 

ten monolog. 

- Potrzebujesz herbaty z aspiryną, a o szampanie pomyślimy później. Skorzystamy z tego 

dzwonka i poczekamy. Może przyniosą nam herbatę do pokoju, a jeśli nie, przejdziemy się do 

restauracji. 

 

* * * 

Minęła szósta, gdy Miranda wróciła do swojej sypialni. 

Sally  Page  proponowała,  żeby  zjeść  kolację  w  Klubie  Oficerskim,  co  Stella  przyjęła  z 

entuzjazmem i pomknęła na górę przebrać się i ucałować na dobranoc Lottie. 

Miranda  włączyła  światło  i  zasunęła  okienne  story.  Pokój  wyglądał  podobnie  jak  przed 

kilkoma godzinami, gdy ruszyła w pościg za Wallym Wilkinem. Podobnie, choć niezupełnie 

podobnie.  Nieproszony  gość,  który  pod  jej  nieobecność  przetrząsał  walizki,  działał  w 

ewidentnym  pośpiechu  i  błędnie  poukładał  ich  zawartość.  Nie  zdążył  też  domknąć  szuflady 

toaletki,  ani  powiesić  porządnie  futra  z  wiewiórek  na  wieszaku  w  szafie.  Wygląd  łóżka 

wskazywał  na  równie  pospieszną  rewizję.  Poduszki  i  materac,  pod  którymi  grzebano, 

przykryto byle jak kocem. 

- A więc dlatego wyciągnął mnie do klubowego saloniku - pomyślała. - Niezłe, ale dość 

naiwne, a poza tym czego jeszcze mogli tu szukać? Pewnie czegoś, co miałam przy wyjściu z 

pociągu  przy  sobie.  Na  przykład  poplamionej  krwią  chusteczki  lub  rękawiczek...  -  Miranda 

gorąco rozważała zaistniałą sytuację. 

-  A  może  rewizja  miała  głębszy  podtekst?  Może  Simon  Lang  wcale  jej  nie  uwierzył? 

Może odegrał tylko bezstronną rolę? Ale, jeśli tak, to w czyim imieniu? Nieboszczyka? 

Miranda przypomniała sobie wypowiedziane przez Langa słowa: „A więc ten ktoś musiał 

mieć ślady krwi, powiedzmy na rękach”. Tylko że jedyną osobą ze śladami krwi na dłoniach 

była... Miranda Brand. 

„Dowód poszlakowy” - przeszło jej myśl. Czemu przypomniał się jej ten fachowy termin 

o niezbyt jasnym znaczeniu? 

Odwróciła  wzrok  od  naruszonych  czyjąś  ręką  walizek  i  zaczęła  drżącymi  dłońmi 

zdejmować  sukienkę.  Gdy  się  przebierała  w  wieczorową  kreację,  w  jej  głowie  snuła  się 

rymowanka, monotonna jak rytm stukotu kolejowych podkładów: Miranda Brand, na rękach 

krew... Miranda Brand, na rękach krew... Miranda Brand... 

background image

Rozdział 7 

 

Niebo  tego  ranka  było  pogodne,  rześkie  powietrze  zapowiadało  wiosnę,  a  Robert  nie 

musiał włączać wycieraczek podczas jazdy przez Bundes Allee i Herr Strasse. 

Sądząc  po  luźnej  zabudowie,  musiała  być  to  jedna  z  lepszych  dzielnic  Berlina. 

Zachowane  rezydencje  kryły  się  wśród  sosen  i  liściastych  drzew  puszczających  pierwsze 

pąki.  Sąsiadowały  z  posesjami  przypominającymi  porośnięte  dziką  różą  i  chwastami 

bezpańskie grobowce. 

-  To  nie  nasze  lotnictwo  -  wyjaśnił  Robert,  wyczuwając  spojrzenie  Mirandy.  -  To 

Sowieci.  Palili  wszystko,  co  należało  do  „wrogów  władzy  ludowej”.  Tak  przynajmniej  to 

określali. 

Skręcił  z  Herr  Strasse  i  zatrzymał  samochód  w  cichej  uliczce  przy  krytym  czerwoną 

dachówką domu z ogródkiem przed wejściem. 

-  Jesteśmy  na  miejscu.  Rozgośćcie  się  same,  bo  ja  już  jestem  spóźniony.  Wpadnę  na 

lunch. - Ucałował Stellę i ruszył ostro do oddalonej o dobre kilka mil jednostki. 

Dom  pomimo  lichego  umeblowania  sprawiał  przytulne  wrażenie.  Z  hallu  wchodziło  się 

na półpiętro, a stamtąd do czterech sypialni. Okna przepastnej bawialni i jadalni wychodziły 

na leżący na tyłach domu ogród, a właściwie trawnik ogrodzony  żywopłotem, kępami bzu i 

wysoka  trzcinową  palisadą.  Rosły  tam  dwie  sosny  i  kilka  wiśni  ocieniających  mocno 

zaniedbane  kwiatowe  grządki.  Kwitnące  już  wiśnie  i  pojedynczy  migdałowiec  nadawały 

ogrodowi kolorytu. 

Z  hallu  wchodziło  się  też  do  małego  pomieszczenia  telefonicznego,  a  przez  wąski 

korytarz do kuchni i na kuchenne schody. Tam też mieścił się gabinet Roberta i miniaturowa 

szatnia. 

- Nie oszczędzali na piwnicach - pokręciła głową Stella. - Ciekawe po co, jeśli nie ma tam 

niczego  z  wyjątkiem  pieca  i  sterty  koksu?  Na  szczęście  mamy  dwie  łazienki!  Ty,  Mirando, 

zamieszkasz tutaj, ja i Robert tam, a w tym pokoju Lottie i Mademoiselle. Na poddaszu jest 

dodatkowa łazienka i pomieszczenia dla dwojga służących, ale na razie korzysta z nich tylko 

pokojówka. Robi niezłe wrażenie i dzięki Bogu można się z nią dogadać po  angielsku. Mój 

niemiecki już całkiem zardzewiał. Gdy opuścisz nas, Mirando, oddam twój pokój Lottie, żeby 

miała gdzie się bawić i uczyć, ale na razie będzie musiała korzystać z parteru. Przecież Robert 

i tak rzadko będzie tam gościł... 

Schodami  przemknęła  objuczona  pościelą  kobieta  w  białym  nakrochmalonym  fartuchu. 

Miranda uchwyciła ramię Stelli. 

- Kto to był? 

- Friedel. 

- Słucham? - spytała kobieta, zatrzymując się na dźwięk swojego nazwiska. 

background image

-  Es  ist  nichts,  Friedel  -  odparła  Stella,  odprawiając  ją  gestem  dłoni.  -  Co  cię  tak 

zaskoczyło, Rando? 

- Widziałam już kiedyś tę kobietę... Wczoraj w hotelu. 

- Pewnie odbierała referencje, bo pracowała tu już kiedyś. Na mnie już czas. Rozpakujesz 

się  sama,  bo  muszę  wydać  polecenia  kucharce.  Jak  jest  po  niemiecku  „dusić”?  Oczywiście 

coś, a nie kogoś? 

Stella  zbiegła  na  parter,  a  Miranda  wpatrywała  się  przez  chwilę  w  ścianę.  Wyjaśnienie 

Stelli  było  przekonujące.  Ta  Friedel  mogła  pojawić  się  w  hotelu  po  referencje.  Wszystko 

pasowało, tylko że... pasowało niczym w zaplanowanej z góry układance. 

W  układance  zaprogramowanej  przed  kilkoma  dniami,  jeszcze  zanim  wyjechali  z 

Liverpool Station. W układance, której właściwy wzór dałoby się odczytać z wyprzedzeniem, 

gdyby  tylko  spojrzeć  na  nią  z  dystansu.  Ale  jak  go  odczytać,  skoro  też  jest  się  częścią  tej 

układanki? Nitką w tkaninie tkanej przez nie wiadomo kogo. 

-  Kłania  się  ciocia  Hetty  -  pomyślała  zdegustowana  Miranda.  -  Jeszcze  gorzej  - 

skonstatowała  po  chwili:  -  Ciocia  Hetty  bała  się  autentycznych  kotów,  a  ja  boję  się  tych 

wyimaginowanych. Pora na tonic albo na coś mocniejszego... 

Około południa wpadła na pogawędkę pani Lawrence, a Friedel podała w bawialni kawę i 

ciasteczka.  Pani  Lawrence  była  żoną  zwierzchnika  Roberta,  nie  ustępującą  wzrostem  i 

majestatem swojemu małżonkowi. Miranda zauważyła, że pretekstem jej wizyty jest nie tyle 

sąsiedztwo,  co  śmierć  brygadiera  Brindleya,  bo  gdy  Stella  dyskretnie  podziękowała  jej  za 

pomoc, pani Lawrence przeszła z wyraźną ulgą do ciekawszego tematu. 

Oznajmiła,  że  o  zabójstwie  poinformowało  już  BBC,  a  brytyjska  i  niemiecka  prasa 

poświęciły  mu  pełne  kolumny.  Stella i  Miranda słuchały  jej  relacji  równie  milcząco,  choć  z 

różnych powodów. Pierwsza - zbyt zmęczona, by skoncentrować się na konwersacji, druga - 

zbyt zaangażowana w temat. 

Pani  Lawrence  wyraziła  współczucie,  choć  wyglądała  na  lekko  rozczarowaną. 

Oświadczyła,  że  policja  wkrótce  potwierdzi  jej  tezę,  „iż  było  to  ewidentne  samobójstwo”  i 

przypomniała,  że  zawsze  mogą  na  nią  liczyć  w  potrzebie.  Poinformowała  też  Stellę,  że 

spotkania  oficerskich  żon  odbywają  się  w  jej  apartamentach  w  każdy  poniedziałek  o 

piętnastej i że liczy na jej obecność, po czym oddaliła się, rezygnując z małego sherry. 

Resztę popołudnia wypełniła bardziej oficjalna wizyta, którą złożyli dwaj przedstawiciele 

miejscowej  policji.  Przepytywali  kolejno  Stellę,  Mirandę  i  Mademoiselle,  próbując  nadać 

rozmowie  maksymalnie  nieformalny  charakter,  i  nawet  Mademoiselle  przyznała,  gdy  już 

sobie poszli, że byli tres gentils, tres comme il faut

Potem  dzień  toczył  się  bez  zakłóceń,  jeśli  nie  liczyć  drobnego  incydentu.  Stella,  zajęta 

wykładaniem  szuflad  kredensu  papierem,  poprosiła  Mirandę,  by  zadzwoniła  do  Roberta  i 

przypomniała  mu  o  przyniesieniu  kuponów  żywnościowych.  Miranda  leżała  właśnie  na  jej 

łóżku,  pogrążona  w  lekturze  „Vogue”.  Sięgnęła  po  słuchawkę  pokojowego  aparatu  i 

background image

machinalnie  przyłożyła ją  do  ucha.  Usłyszała  rozmowę.  Szybką,  prowadzoną  po  niemiecku. 

Pomyślała,  że  to  telefonistka  i  cierpliwie  czekała  na  pytanie  o  numer,  ale  kobiecy  głos 

przeszedł nagle na mieszaninę niemieckiego i angielskiego. 

- Mów po angielsku... Es wdre mir sehr angenehm?... Musimy spotkać się dziś wieczór... 

Jeśli nie, przyjdę i możesz mieć kłopoty... Nein, danke!... wie du willst... Dobrze, trzeci dom, 

ten ciemny... Das ist Gut!... 

- Czy to centrala? - spytała poirytowana Miranda. 

Usłyszała czyjś pospieszny oddech i trzask odkładanej słuchawki. 

- Centrala? - powtórzyła. 

- Co się z tobą dzieje, Mirando? - spytała oderwana od swych zajęć Stella. - Przecież to 

nasza domowa linia. 

- Ale ktoś rozmawiał po niemiecku. 

- Pewnie źle cię połączono. Wykręć telefon Roberta, masz go pod ręką. 

Miranda spojrzała na numer, wykręciła go, ale w słuchawce panowała cisza. 

- Nie działa. 

- Ale ze mnie wariatka - żachnęła się Stella, odkładając „nożyce - Jak może działać, skoro 

to  nasza  domowa  linia  i  trzeba  przełączyć  ją  na  parterze.  Zejdę  sama  i  skontaktuję  się  z 

Robertem. 

Wybiegła, a Miranda przyjrzała się uważnie aparatowi. 

-  Na  parterze?  Jeśli  tak,  musiał  rozmawiać  ktoś  z  domowników.  Pewnie  ta  Friedel,  bo 

kucharka nie mówiła słowem po angielsku. - Mirandzie nie dawała spokoju ta zagadka. - Ale 

z kim rozmawiała tak nerwowo i tak pospiesznie? 

 

* * * 

Robert pojawił się przed szóstą wraz z majorem Marsonem. Marsonowie mieszkali przy 

tej samej ulicy, a ich domy oddzielała tylko posesja państwa Leslie. 

Robert przyrządził trunki, a Harry Marson od razu poruszył tematy wojskowe. Wydawał 

się być w gorszej niż zazwyczaj formie. Zmęczony i markotny, narzekał na podły los oficera. 

Stella wspomogła go wyreżyserowanym ziewnięciem i rozmowa z miejsca nabrała tempa. 

Harry  znał  Berlin  jeszcze  sprzed  wojny.  Spędził  tu  trzy  tygodnie  na  zaproszenie 

zatrudnionego  w  brytyjskiej  ambasadzie  wujka  i  pamiętał  miasto  obwieszone  hitlerowskimi 

flagami,  tętniące  od  defiladowego  kroku  paradujących  przez  Kaiserdamm  doborowych 

formacji Trzeciej Rzeszy. 

Wspomniał, że dom Ridderów, o którym opowiadał brygadier Brindley, leżał nie dalej niż 

o  kilkaset  metrów.  Teraz  był  wypaloną  ruderą,  ale  garaż  na  tyłach  ogrodu  istniał  nadal. 

Przejeżdżał tam nawet dziś rano i rzucił okiem przez zardzewiałą kratę bramy. - Zabiorę was 

tam w niedzielę - zaproponował. - Oczywiście, jeśli lubicie takie starocie. 

background image

On  też  nie  uniknął  przesłuchania,  podobnie  jak  Elza,  państwo  Leslie,  państwo  Page  i 

nieszczęsna pani Wilkin. Elza źle zniosła przesłuchanie i według słów męża, wyszła z niego 

„cała  roztrzęsiona”.  Mirandzie  skojarzyło  się  to  z  Mademoiselle.  Stella  dostrzegła  to 

skojarzenie  i  zamarkowała  miną  „oburzenie  cudzoziemki”.  Miranda  kupiła  aluzję  i  stłumiła 

ś

miech dość sztucznym kaszlem. 

Nazajutrz  Robert  zadzwonił  z  jednostki  i  spytał,  czy  nie  reflektowałyby  na  autokarową 

przejażdżkę  po  Berlinie.  Załatwił  trzy  miejsca,  a  czterogodzinne  zwiedzanie  obejmowało 

brytyjski,  amerykański  i  rosyjski  sektor.  Zaraz  potem  pojawiła  się  pani  Leslie,  proponując 

Mirandzie wspólny wypad na zakupy. Zaproszenie to wydawało się Mirandzie nieco dziwne, 

zwłaszcza,  że  przypomniała  sobie  zachowanie  pani  pułkownikowej  na  promie,  ale  przyjęła 

ofertę, nie chcąc zakłócać Stelli powinności pani domu. 

Nora Leslie i za kierownicą była dużej klasy profesjonalistką. Ruszyła przez Herr Strasse, 

objechała  Reichskanzler  Platz  i  mknąc  przez  Masuren  Allee  i  Kant  Strasse,  wjechała  w 

sklepowe eldorado Kurfurstendamm. 

Zahamowała przy imponujących ruinach kościoła pamięci Cesarza Wilhelma, a Miranda, 

patrząc na ozłocone rannym słońcem strzaskane wieże i prześwitujące przez oczodoły murów 

mozaiki,  nie  mogła  nasycić  się  urodą  zdruzgotanej  wojną  świątyni.  Być  może,  to  właśnie 

bombardowaniom  zawdzięczała  ona  swój  majestat.  Strzelała  w  niebo  ponad  trywialność 

sklepów,  kin,  hoteli,  ocalałych  mieszkalnych  domów,  ponad  jazgot  tramwajów  i  pisk 

samochodowych  hamulców.  Trwała  niczym  starożytne,  pogrążone  w  dżungli  ruiny  Angkor 

Wat,  w  niczym  nie  przypominając  szczątków  statecznego  miejskiego  kościoła  z  przełomu 

wieków. 

Pani  Leslie  wyrwała  Mirandę  z  zadumy  i  obie  ruszyły  przez  wypełnioną  tłumem 

przechodniów i samochodów jezdnię. Miranda szybko uświadomiła sobie, że zaproszenie nie 

dotyczy  wyłącznie  zakupów,  choć  pani  Leslie  i  te  miała  na  uwadze.  Porcelana,  antyki, 

tekstylia  i  konfekcja  -  wszystko  to  miało  swój  powab,  ale  wystawowe  szyby  odbijały 

spojrzenie kogoś, kto bardziej niż towarami interesował się rodziną Melville’ów... 

Pani Leslie znała Roberta od wielu lat. Przyjaźnili się od dziecka, a kontakt stracili około 

1935  roku,  gdy  ojciec  Roberta  sprzedał  swoją  posiadłość  zaraz  po  śmierci  żony.  Nora 

mieszkała  wtedy  w  Indiach,  towarzysząc  poślubionemu  niedawno  małżonkowi.  Tak 

przynajmniej  Mirandzie  się  wydawało,  ponieważ  pani  pułkownikowa  o  sobie  mówiła 

niewiele,  zasypując  pytaniami  o  Melville’ów  Mirandę,  zbyt  młodą  i  niedoświadczoną,  by 

mogła dorównać jej w tej słownej rozgrywce. 

Pozostawała  czujność  wywołana  zbyt  natarczywymi  pytaniami.  -  O  co  właściwie  jej 

chodzi? Jakaś zadra, uraza? - Miranda nie potrafiła tego zdefiniować, ale coś jej mówiło, że 

pani  Leslie  przyjęłaby  z  satysfakcją  wieści  o  nie  najlepszym  pożyciu  małżeńskim  Roberta  i 

Stelli. 

background image

Najbardziej  interesowała  ją  Stella:  jej  charakter,  hobby,  ubiory.  Słyszała  o  niej,  ale 

osobiście poznała ją dopiero na Liverpool Station. - Urocza, jak na swoje lata - przyznawała 

pani Leslie dość chłodnym tonem. - Nie wygląda na o tyle starszą od Roberta. Inaczej ją sobie 

wyobrażałam.  Myślałam,  że  jest...  twardsza,  ale  zgodzi  się  pani,  panno  Brand,  że  pozory 

często  mylą?  Oczywiście  my  kobiety  kierujemy  się  wrodzonym  instynktem,  ale  mężczyźni 

często dają się zwieść pozorom. 

Przystanęły przed wystawą sklepu oferującego nowoczesną porcelanę i nagle pani Leslie 

rzuciła od niechcenia: - Oczywiście, to ona zabiła Johnny’ego. 

Miranda  wydała  okrzyk,  na  dźwięk  którego  stojąca  obok  nich  stateczna  niemiecka 

hausfrau

  odskoczyła  i  oddaliła  się  pospiesznie,  mamrocząc  coś  pod  nosem,  ale  nie  to  było 

teraz ważne. Miranda wpatrywała się w panią Leslie stalowym wzrokiem, nie mogąc stłumić 

cisnących  się  jej  na  usta  słów:  -  Skoro  znała  go  pani  na  tyle  dobrze,  żeby  mówić  o  nim  po 

imieniu, dlaczego udawała pani, że to wasze pierwsze spotkanie? 

- Przepraszam, o kim pani mówi? 

- O brygadierze Brindleyu. Oskarżyła pani Stellę o jego zabójstwo. 

-  Zabójstwo  Brindleya?  Pani  chyba  oszalała!  Mówiłam  o  Johnnym  Radleyu,  jej 

pierwszym mężu, a co do tego nie mam żadnych wątpliwości. 

- Sądzę, że to jednak nie ja z nas obu oszalałam - odparła lodowatym głosem Miranda. - 

Pierwszy mąż Stelli zginął w Libii w 1941 roku i otrzymał pośmiertnie Krzyż Wiktorii. I to 

właśnie nie ulega wątpliwości, droga pani! 

-  Że  też  my,  kobiety,  zawsze  musimy  kruszyć  kopie  -  powiedziała  pani  Leslie  z 

uśmiechem  pozbawionym  wesołości.  -  O  takich  jak  Johnny,  lub  Robert...  o  takich,  których 

inne prowadzą do ołtarza... 

Jej  głos  przeszedł  niemal  w  łkanie  i  Mirandzie  nagle  zrobiło  się  jej  żal.  A  więc  pani 

pułkownikowa nie była kobietą z marmuru. Pewnie i w niej coś kiedyś pękło. Coś, co miało 

związek  może  z  Robertem,  może  z  Johnnym  Radleyem,  a  może  z  oboma,  odebranymi  jej 

kolejno przez anonimową Stellę. 

Miranda impulsywnie wzięła pod ramię starszą towarzyszkę. 

- Teraz widzę, że nie zna pani Stelli. Nic dziwnego, skoro poznała ją pani kilka dni temu. 

Stella to cudowna osoba i wkrótce sama się pani o tym przekona. 

Pani Leslie uśmiechnęła się. Może próbowała to ukryć, ale jej głos stracił nagle ironiczny 

ton: 

-  Przykro  mi.  Nie  powinnam  była  tego  mówić.  W  końcu  jest  pani  jej  kuzynką  i  jej 

gościem.  Sama  nie  wiem,  co  mnie  podkusiło...  Zapomnijmy  o  tym.  Wejdźmy  do  sklepu  i 

poszperajmy w tych uroczych drobiazgach. 

Zakupy przebiegły w przyjaznej atmosferze, a nazwisko Melville nie padło już ani razu. 

Pani Leslie odwiozła Mirandę do domu i nawet pozwoliła zaprosić się na drinka. 

background image

W  bawialni  zastały  Stellę  zajętą  układaniem  świeżych  kwiatów  wiśni  w  seledynowym 

wazonie.  Pasowały  jak  ulał  do  kremowych  firanek,  którymi  zdążyła  zastąpić  standardowy 

kreton z wojskowych zasobów. Na ścianach pojawiły się przywiezione z Anglii obrazy i teraz 

pokój tchnął wykwintem godnym Stelli. 

Gospodyni  rozlała  sherry  i  skomplementowała  porcelanowe  różyczki  zakupione  przez 

Mirandę. Pani Leslie rozpływała się w uśmiechach, być może pragnąc zrekompensować nimi 

scenę  na  Kurfurstendamm.  Wszystko  to  trwało  do  powrotu  Roberta,  kiedy  to  zerwała  się  z 

krzesła i przepraszając oschłym tonem za aż tak długą wizytę, wycofała się bezszelestnie. 

-  Całkiem  miła  osoba  -  powiedziała  Stella.  -  Chyba  jednak  źle  ją  oceniłam  przy 

pierwszym spotkaniu. 

- Nora naprawdę jest urocza - przytaknął Robert. -  Że też musiała wyjść za tego  Leslie. 

Zacny  chłop,  ale  straszny  nudziarz.  To  śmieszne,  ale  zawsze  sądziłem,  że  poślubi 

cudzoziemca. Może sprawdziło się to w przypadku Sue, jej młodszej siostry. Ciekawe, co się 

z nią dzieje? Muszę spytać Norę. 

background image

Rozdział 8 

 

Dwa wypełnione turystami autobusy wyruszyły spod budynku Naafti przy Reichskanzler 

Platz.  Anglojęzyczni  przewodnicy  zapowiedzieli,  że  pokażą  pasażerom  wszystko,  co  godne 

uwagi w Berlinie. Od Kaiserdamm po kolumnę Zwycięstwa. 

Dotrzymali  słowa.  „Oto  gmach  opery,  a  tu  ruiny  politechniki.  Z  jej  schodów  Hitler 

pozdrawiał wyruszające na front oddziały. Na prawo Brama Charlottenburska...” 

Miranda  patrzyła  przez  szybę  z  mieszanymi  uczuciami.  Było  to  ciekawe,  ale  i 

przygnębiające.  Majestatyczne  budowle  wznoszone  z  myślą  o  naukach  i  sztukach  leżały  w 

gruzach. Pomniki dawnej chwały nie przetrwały niedawnej artyleryjskiej kanonady. Kolumna 

Zwycięstwa,  wzniesiona  jako  symbol  pruskiej  potęgi,  przypominała  pokiereszowaną  dłoń  z 

odstrzelonym palcem. 

„Nikła zaiste mądrość rządzi tym światem” - przypomniało się Mirandzie. 

Za szybą autokaru mignęły patetyczne pomniki dawnych piewców siły oręża - Moltkego i 

Bismarcka,  a  zaraz  potem  monument  ku  czci  ich  bezosobowych  sowieckich  następców. 

Miranda poczuła dreszcz, mimo że w zatłoczonym autokarze panował zaduch. 

Nad  Bramą  Brandenburską  powiewała  czerwona  flaga.  -  Wjeżdżamy  do  sektora 

rosyjskiego  -  poinformował  przewodnik.  -  Na  lewo  ruiny  Reichstagu.  Naziści  podpalili  go, 

ż

eby mieć pretekst do rozpętania antykomunistycznej nagonki. 

Pałac  marszałka  Bluchera,  francuska  ambasada,  hotel  Adlon...  Ruina  po  ruinie,  mila  za 

milą. Szkielety domów, okna niczym oczodoły. Tak samo, jak wszędzie, gdzie spuszczone ze 

smyczy psy wojny dokonały zagłady: w Coventry, w Londynie, w Rotterdamie, nad Loarą, na 

Krecie... W tysiącach miast i miasteczek całej Europy, a w końcu i u siebie w domu... 

Miranda pomyślała z przerażeniem, że upłyną wieki, nim wszystko to uda się odbudować. 

-  Sami  tego  chcieli  -  mruknęła  siedząca  obok  Mirandy  postawna  dama  w  bordowym 

palcie i pąsowym kapelusiku. - Dobrze im tak... ale paskudnie to wygląda. - Westchnęła i nie 

odezwała się już słowem. 

Plac  Marksa  i  Engelsa,  z  którego  wyparował  portret  Stalina.  Aleja  Lenina  i  kwatera 

główna wschodnioniemieckiej bezpieki. Aleja Stalina i ulica Socjalizmu - nowa utopia i nowa 

wiara, w postaci szeregowych bloków mieszkalnych - betonowych, budowanych pod sznurek 

miejskich kołchozów. Unter den  Linden - niegdyś tętniąca życiem arteria, teraz pozbawiona 

nawet sławnych lip szosa, przez którą przemykali chyłkiem anonimowi „obywatele”. Pomnik 

Waterloo - żałosne wspomnienie czasów, gdy prekursorzy Luftwaffe i SS byli podziwianymi 

przez Brytyjczyków sojusznikami. 

Autokary zatrzymały się przy ozdobionej metaloplastyką parkowej bramie i  przewodnik 

oznajmił:  -  Znajdujemy  się  przed  Mauzoleum  Pamięci  Żołnierzy  Związku  Socjalistycznych 

Republik Radzieckich. W tym parku pochowano całe ich tysiące. Można wysiąść i wejść na 

background image

teren  parku.  Zabrania  się  palenia,  głośnych  rozmów,  a  mężczyźni  proszeni  są  o  odkrycie 

głów. 

Siedzący  w  autobusie  za  Mirandą  Robert  i  Stella  wyszli  pierwsi  i  zatrzymali  się  przed 

bramą. 

-  Przyznasz  Stello,  że  Miranda  wyrosła  na  dziewczynę  z  klasą  -  powiedział 

konfidencjonalnie Robert, biorąc kuzynkę pod ramię. - I kto by pomyślał? Gdy wyjeżdżałem 

do Egiptu była zahukanym podlotkiem, a teraz... 

- A teraz jest olśniewająca - przytaknęła Stella, ściskając porozumiewawczo drugie ramię 

Mirandy. 

- Tak jak i ty, Stello - odwdzięczyła się Miranda. - Czy aby nie przesadnie? Przyznasz, że 

w tej części Berlina możesz uchodzić za kuszący symbol zgniłego kapitalizmu. 

- Co dowodzi, że pozory mylą - zachichotała mile ugłaskana komplementem Stella. 

Był to żart, ale Miranda przypomniała sobie wczorajsze słowa pani Leslie i przyjrzała się 

Stelli  kątem  oka.  Zmieniła  się,  ale  trudno  było  sprecyzować  tę  zmianę.  Może  miało  to  coś 

wspólnego z bacznym spojrzeniem kierowanym na Roberta: spojrzeniem łączącym niepokój, 

napięcie, opiekuńczość i zaborczość? 

- Czyżby powodem była Sally Page? - próbowała odgadnąć Miranda. 

Sally  dołączyła  do  nich  i  paplała  coś  radośnie  do  Roberta.  Jej  prosty  dziewczęcy  strój 

kontrastował,  nie  tylko  ceną,  z  wystudiowanym,  dobranym  pod  kolor  kapeluszem  i  futrem 

Stelli. 

Mirandą zerknęła na twarz kuzyna i spostrzegła, że nie jest to szczęśliwe oblicze. - Robert 

nie gra fair - pomyślała. - Mężczyźni typu Roberta nabierają klasy z wiekiem. My starzejemy 

się  jak  Stella,  albo  więdniemy  jak  Sally.  Takim  jak  Robert,  nawet  z  siwizną  do  twarzy,  a 

zmarszczki  pod  oczami  zawsze  zamaskują  dociekliwym  spojrzeniem,  lub  wyrozumiałym 

męskim uśmiechem. Sally też daje się na to złapać. 

Robert  był  zawsze  idealnym  kandydatem  na  męża:  nienaganne  maniery,  wdzięk,  męska 

uroda, skromność. Miranda od dawna doceniała te zalety, ale teraz zrobiło się jej żal Stelli. 

Zatrzymani  przez  przewodnika,  przystanęli  przy  cmentarnym  pomniku,  wyrastającym 

ponad sąsiednie schludne kwatery. Pomnik przedstawiał przygiętą ku ziemi żałobnicę. 

- To Matka Rosja, opłakująca swoich synów - wyjaśnił stłumionym głosem przewodnik. 

Monument stał na skrzyżowaniu alei i górował nad cmentarzem. Prowadzące w górę stopnie 

otaczały  marmurowe  ściany.  Czerwony  marmur  pochodził  z  posadzek  Kancelarii  Trzeciej 

Rzeszy.  Z  części  budulca  wykonano  też  dwie  toporne  czerwone  flagi  pochylone  nad 

mauzoleum. 

Pod  flagami, na  szczycie  stopni,  klęczał  równie topornie  wyrzeźbiony  rosyjski  żołnierz, 

pochylający  w  poddańczym  geście  ogoloną  na  zero  głowę.  Rozmiary  stopni,  rzeźb  i 

sanktuarium, sprowadzały odwiedzających do wymiarów pigmejów. 

background image

Robert  aż  gwizdnął  z  wrażenia,  a  Sally  zadrżała,  przypomniawszy  sobie  postacie  z 

filmów grozy. 

Co by nie powiedzieć, mauzoleum działało na wyobraźnię. 

Weszli po stopniach i w milczeniu popatrzyli w dół na panoramę jednolitych nagrobków. 

Jednolitych,  jak  kwatery  ozdobione  laurowymi  wieńcami  z  kutego  żelaza.  Jednolitych,  jak 

wyrzeźbione na otaczających kwatery murach reliefy przedstawiające sowiecki czyn zbrojny: 

sowiecki  naród  bombardowany  przez  faszystowskie  lotnictwo,  sowiecka armia  wyzwalająca 

zajęte przez faszystów miasta. Na rozgraniczających sektory cmentarza obeliskach wyryto po 

rosyjsku  cytaty  z  przemówień  Stalina,  a  przy  samym  końcu  nekropolii  wznosił  się  wysoki, 

porośnięty trawą kurhan. 

Na jego szczyt wiodły strome kamienne stopnie prowadzące do właściwego mauzoleum: 

małej  rotundy  zwieńczonej  na  przekór  architektonicznym  proporcjom  gigantycznym 

spiżowym  pomnikiem  rosyjskiego  żołnierza.  Zwycięzca  dzierżył  w  jednej  dłoni  miecz,  w 

drugiej „oswobodzone” dziecko, a obutą nogą deptał skruszoną swastykę. 

- Lubią patos - mruknął Andy Page, patrząc w lustrzankę swojego aparatu. - Ciekawe, jak 

długo będzie to tutaj stało? 

- Nie dłużej niż kwadrans, gdy wyniosą się ze Wschodnich Niemiec - odparł Robert. - Ale 

nie pytaj mnie, kiedy to nastąpi. 

-  Trochę  szkoda,  bo  jest  w  tym  coś.  Turyści  waliliby  tu,  jak  do  Luksoru,  Karnaku,  na 

Akropol... Chodźmy i obejrzyjmy to mauzoleum od wnętrza. 

Zeszli  zaciekawieni.  Miranda  dyskretnie  uwolniła  ramię  Stelli,  nie  mając  ochoty 

towarzyszyć wycieczce zmierzającej dziarsko do mauzoleum. Sama budowla kojarzyła się jej 

z  czymś  klaustrofobicznym,  nie  mówiąc  o  gigantycznym  posągu  żołnierza,  grożącym  w 

każdej chwili zawaleniem i uwięzieniem zwiedzających pod gruzami. 

Wolała zostać na zewnątrz, cieszyć się wiosennym słońcem i wiatrem. 

Wędrowała  między  kwaterami,  przyglądając  się  płaskorzeźbom,  aż  zabłądziła  w  wąską, 

porośniętą krzakami ścieżkę w bocznej części cmentarza. 

Nie  było  tu  nikogo,  z  wyjątkiem  jakiejś  kobiety  w  czarnym  kapelusiku  i  bordowym 

płaszczu z czarną lamówką. Tym razem była to niewątpliwie Elza Marson. 

-  Co  w  tym  dziwnego?  -  pomyślała  Miranda.  -  Przecież  mogła  przyjechać  drugim 

autokarem. Ale dlaczego zachowuje się tak tajemniczo? 

Stała na skrzyżowaniu dwóch ścieżek, rozglądając się czujnie na boki, jak ktoś, kto zgubił 

drogę.  Nasłuchiwała  czyichś  kroków  i  na  każdy  dźwięk  patrzyła  to  w  lewo,  to  w  prawo. 

Trochę z niepokojem, trochę z wyczekiwaniem. 

Miranda chciała w pierwszej chwili przywitać się z Elzą, ale wrodzona dyskrecja kazała 

jej wycofać się za kępę krzaków. 

- Jeśli nawet ktoś nadejdzie, zakaszlę i ujawnię w porę swoją obecność - postanowiła. 

Pomysł był niezły, ale rzeczywistość przerosła oczekiwania. 

background image

Usłyszała  szybkie  kroki,  a  zaraz  potem  na  ścieżce  pojawił  się  mężczyzna  w  znoszonym 

prochowcu i równie sponiewieranej typowo berlińskiej cyklistówce. 

Mignął  za  plecami  Mirandy,  a  pani  Marson  powitała  go  niespokojnym  spojrzeniem. 

Powinien spostrzec Mirandę, skoro przeszedł tuż obok niej, ale nic na to nie wskazywało, a 

więc może byłoby lepiej nie wychodzić z ukrycia. 

Elza  była  trupio  blada,  a  mężczyzna  mówił  do  niej  tak  cicho,  że  rozmowy  nie  dało  się 

odczytać nawet z ruchu ust. Można było śledzić tylko mimikę i gesty. Mężczyzna rozglądał 

się  na  boki.  a  potem  szybko  przekazał  Elzie  wyciągniętą  z  kieszeni  paczuszkę  i  oddalił  się 

bezszelestnie. 

Pani  Marson  otworzyła  przepastną  torebkę  i  drżącymi  palcami  ukryła  w  niej  przesyłkę. 

Drżenie  jej  rąk  było  widać  nawet  spoza  krzaków.  Z  trudem  zapięła  zamek  i  pospiesznie 

oddaliła się w kierunku przeciwnym niż ten, z którego przyszedł nieznajomy. 

Miranda  spoglądała  przez  chwilę  z  ukrycia  na  opuszczoną  ścieżkę.  -  Co  właściwie 

kombinuje  ta  pani  Marson?  -  zastanawiała  się.  -  Spekuluje  na  berlińskim  czarnym  rynku? 

Ciekawe, czy jej małżonek też ma coś z tym wspólnego, a jeśli nie, gdzie się teraz podziewa? 

Wiosenne słońce przesłoniła chmura i Miranda poczuła, że dzień nie jest aż tak ciepły. 

-  Podglądamy  ptaki?  -  usłyszała  cichy  głos  tuż  za  plecami.  Odwróciła  się,  jak  ukłuta 

szpilką. 

- Kapitan Lang? 

- Dla pani, Simon. 

- Co pan tu robi? 

- Może też lubię podglądać ptaki. 

- A przy okazji podglądać mnie - rzuciła gniewnie Miranda. 

- Skoro już się tak złożyło... - przytaknął Lang, patrząc w bok z mieszaniną zaciekawienia 

i sympatii, choć trudno było dociec, czy jest tu prywatnie, czy służbowo. 

-  Czemu  właściwie  wybrał  sobie  pan  ten  zawód?  -  spytała  Miranda.  -  Miło  jest  być 

gliniarzem? 

-  Czasem  bywa  miło.  Ciekawa  robota,  pozwalająca  uwolnić  się  od  szarzyzny  życia. 

Pewnie chce pani wiedzieć, czy dochodowa. Osobiście nie narzekam. 

Miranda ruszyła ścieżką w asyście Simona Langa. 

- Ale pani zasuwa - mruknął Lang. - Trenuje pani średnie dystansy czy maratony? 

Miranda nie potrafiła ukryć uśmiechu. 

-  Przejdźmy  na  chód  sportowy  -  rzucił  Lang,  spoglądając  na  zegarek.  -  Autokary 

odjeżdżają dopiero za pięć minut. 

- A pan czym tu dojechał? 

- Autokarem, którym i pani podróżowała. 

- Przecież nie widziałam tam pana. 

- Widać, nie rzucam się w oczy - pokręcił głową Lang. 

background image

-  Zależy  komu  -  odpaliła  oschłym  głosem  Miranda.  -  Mnie  zawsze,  i  to  wtedy,  gdy  nie 

mam na to ochoty. Dlaczego musimy się wciąż kłócić? 

- Kłócić? - spytał nieco zaskoczony Lang. 

- Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek kłócił się z panią. 

- Bo z panem nawet nie można się kłócić. Jak na kłótnie jest pan zbyt... 

- Nudny? 

- Powiedzmy, że chłodny, lub... wyrachowany. 

- Nazwijmy to umiarkowanym temperamentem - powiedział Lang. Wziął ją pod ramię i 

poprowadził ścieżką w stronę muru z marmurowymi sowieckimi flagami. - To pani kłóci się 

ze mną, przyjmując obronną postawę. Sama pani wie, że nie jestem wrogiem. 

- A więc dlaczego tak się pan zachowuje? Skoro nie jestem na czarnej liście, czemu nie 

powie pan tego wprost? 

- Na jakiej czarnej liście? 

-  Na  liście  podejrzanych,  którym  przeszukuje  się  pokoje,  pozorując  wcześniej 

przyjacielską konwersację. 

-  O  czym  pani  mówi?  -  spytał  Simon  zmienionym  w  jednej  chwili  głosem.  -  Kiedy 

przeszukano pani pokój? 

- Wtedy, gdy rozmawialiśmy w hotelowym klubie. I proszę nie udawać, że nic pan o tym 

nie wie. Chyba, że w moich walizkach i szufladach grzebały krasnoludki... 

- A więc w środę popołudniu - mruknął jakby sam do siebie, w zamyśleniu. Spojrzał w 

oczy Mirandy, ale jego przezroczysty wzrok zdawał się teraz błądzić gdzie indziej. 

Grupa  obywateli  Berlina  Wschodniego  w  przetartych  prochowcach  przeszła  obok  nich, 

spoglądając z maskowanym zaciekawieniem, ale Simon nie zwrócił na nich uwagi. 

- Co się z panem dzieje? - spytała Miranda. 

- Ze mną nic - odparł Simon, nie spuszczając wzroku z Mirandy. - Ze mną nic, ale coś tu 

nie gra. Posłuchaj, Mirando... Jeśli jeszcze raz zdarzy ci się coś podobnego, zadzwoń do mnie 

i  to  natychmiast.  Obiecasz  mi,  że  zadzwonisz?  I  nie  traktuj  tego  jako  rutynowy  policyjny 

tekst. To naprawdę ważne. 

Nie  czekając  na  odpowiedź,  wyjął  z  kieszeni  palta  notesik,  zapisał  kilka  cyfr,  wyrwał 

karteczkę i wręczył ją Mirandzie. 

- To mój prywatny numer. Jeśli nie będę pod telefonem, dadzą mi zaraz znać. 

Spojrzał  na  zegarek  i  rzucił  szybko:  -  A  teraz  w  drogę,  bo  już  jesteśmy  spóźnieni  na 

autokar i mogliby zostawić nas za żelazną kurtyną. Zresztą widzę, że ruszyli na poszukiwania. 

-  Szukamy  was  wszędzie,  a  kierowca  szaleje!  -  wołała  nadbiegająca  Sally  Page.  - 

Myśleliśmy, że uprowadzono was na Kreml! 

Podróż  powrotna  przebiegła  bez  emocji.  Nie  było  już  przystanków,  a  tylko  podczas, 

mijania lotniska Tempelhof kierowca wskazał na trójpalczasty, skierowany bezradnie w niebo 

monument.  Wyjaśnił,  że  jest  to  pomnik  „mostu  powietrznego”  -  abstrakcyjna  rzeźba 

background image

upamiętniająca  trzy  korytarze,  którymi  zaopatrywano  Berlin  Zachodni  podczas  sowieckiej 

blokady. 

I kolejne ruiny... kolejne rumowiska, okienne oczodoły, przypominające dantejskie piekło 

w nowoczesnych teatralnych dekoracjach. 

Kurfurstendamm,  Haffensee  Brucke,  wyniosła  stalowa  konstrukcja  Funkturm.  Znów 

Reichkanzler Platz i zaparkowane samochody czekające na turystów, którzy powrócą nimi w 

domowe zacisze w szybko zapadającym zmierzchu. 

background image

Rozdział 9 

 

Nazajutrz,  w  niedzielę  znów  się  zachmurzyło  i  Robert  wiózł  rodzinę  do  Kościoła 

Ś

więtego Jerzego w strugach deszczu. 

Stella  wtuliła  głowę  w  srebrzyste  futro,  jakby  się  bała,  że  berlińskie  szare  krople 

przedostaną się przez szyby wozu na wytworną szarość jej okrycia. Wyglądała na zmęczoną i 

przygnębioną.  Nawet  cień  rzucany  przez  dyskretne  rondo  kapelusza  nie  mógł  przysłonić 

ukrytych pod makijażem bezsennych nocy. 

Sztywna,  odziana  w  czerń  Mademoiselle  również  nie  wyglądała  na  wyspaną.  Miała  ku 

temu  powody.  Wilkinów  ulokowano  o  pół  mili  od  rezydencji  państwa  Melville,  a  ten  mały 

diabeł Wally zdążył już buszować po ich ogrodzie. Nie dalej niż wczoraj wysmarował twarz 

Charlotty sadzą z piwnicznego pieca. Mademoiselle ścigała go uzbrojona w pogrzebacz, ale 

Wally okazał się szybszy. 

Kwatery  Melville’ów,  państwa  Leslie  i  Marsonów  nie  tak  dawno  temu  zajmowały 

zaprzyjaźnione niemieckie rodziny. Nic dziwnego, że żywopłoty i trawniki przecinały ścieżki 

umożliwiające  sąsiadom  i  ich  potomstwu  szybki  kontakt  bez  wychodzenia  na  szosę.  Wally 

wyczuł  to  swoim  szczeniacko-indiańskim  instynktem  i  szybko  trafił  na  przetarty  szlak. 

Czmychnął  przez  posiadłość  Melville’ów  na  bezpańskie  włości,  umykając  przez  dobrze 

oznakowany teren. 

Mademoiselle  dała  za  wygraną,  choć  niezbyt  ufała  Charlotcie  powtarzającej,  że  to  ona 

pozwoliła  małemu  biesowi  wysmarować  sobie  twarz  węglem.  Madmoiselle  nieźle  się  znała 

na wymuszonych zeznaniach. 

W  kościele  panowała  solidarna  atmosfera.  Podczas  śpiewania  psalmu  Miranda 

zauważyła,  że  nie  brakuje  nawet  Simona  Langa.  Pomyślała,  że  to  on  jest  kapelmistrzem 

kierującym chórem podejrzanych. Chórem, w którym jeden głos fałszuje. 

Nie zauważyła Simona, gdy wychodzili z kościoła. W cywilnym ubraniu umiał, jak mało 

kto rozpłynąć się w tłumie. 

Pomyślała,  że  tego  typu  ludzie,  potrafią  podglądać  bliźnich  nawet  z  ambony  i 

przypomniała sobie jego wczorajsze słowa o ochronnej postawie. 

Za to Stella rozpoznała bezbłędnie Simona, gdy Robert poszedł po samochód. 

- Ładniej panu w cywilu - oznajmiła, mierząc go wzrokiem. 

-  W  niedzielę  mamy  wychodne  -  odparł  Simon  obojętnym  głosem,  zrobił  w  tył  zwrot  i 

odszedł, pozostawiając skonsternowaną Stellę i zawstydzoną Mirandę. 

Ruszyli  samochodem  Roberta.  Rozpogodziło  się,  ale  wilgotne  powietrze  było  wciąż 

nasycone zapachem Berlina. Mieszaniną wiosennego deszczu i wypalonych ruin. 

Zboczyli  do  rezydencji  państwa  Lawrence,  gdzie  Robert  dal  się  zaprosić  przez  panią 

domu na szybkiego drinka. 

background image

Pułkownik  Lawrence  nie  przypominał  wzrostem  ani  wyglądem  swojej  małżonki. 

Niepozorny  mężczyzna  kojarzył  się  z  fizykiem  przygotowującym  atomową  broń  w  zaciszu 

naukowego  laboratorium,  a  nie  z  dowódcą  sił  brytyjskich  w  oblężonym  Berlinie.  Nie  miał 

pojęcia, kim jest Miranda, ale przywitał ją z wytworną serdecznością, poczęstował trunkiem i 

odszedł zabawiać gości pani domu. 

- Pewnie strasznie rozcieńczony? - spytał Robert, odbierając podejrzanie różowy gin z rąk 

Mirandy. - Cały pułkownik. Częstuje tym gości, ale on sam ma mocną głowę. Zwłaszcza gdy 

rozmawia o konkretnych sprawach. 

- Zupełnie jak Simon - dodała Miranda. 

- Jak kto? Ach, ten, który też woli rozmawiać po cichu. 

- Nie to miałam na myśli - powiedziała lekko zarumieniona Miranda. - Chodziło mi o to, 

ż

e on też ma mocną głowę. 

- Mocną i trudno rozpoznawalną. O to ci chodzi? 

-  Dokładnie  o  to  -  odpowiedziała,  wysuwając  rękę  spod  ramienia  Roberta.  -  Ty  jesteś 

inny, ale nie potrafię ci tego wytłumaczyć... 

-  Może  jesteśmy  spod  innego  znaku  -  uśmiechnął  się  Robert.  -  Widzę,  kuzynko,  że  ten 

Simon wpadł ci w oko. 

- To raczej ja jemu. I nie tak, jak sądzisz, kuzynie! 

- Myślisz, że podejrzewa cię o sprzątnięcie brygadiera? Zapomnij o tym. Ten facet węszy 

za czymś innym. Zresztą nigdy nie uchodził za asa w naszej alianckiej policji. Spytaj starego 

Hanka  Deckera.  Opowie  ci,  jak  zjadł  zęby  na  takich  sprawach  i  łapał  sprawców  w  sieci, 

zanim zdążyli mu się przedstawić. 

Było to dowcipne, ale Mirandzie wcale nie było do śmiechu. 

- A twoim zdaniem, Robercie, kto to mógł zrobić? 

Robert  nie  odpowiedział,  wpatrzony  w  kogoś  przechodzącego  za  plecami  Mirandy. 

Srebrzysty  głos  Sally  Page  wtórował  dźwiękom  konwersacji  i  brzęczącym  w  wysokich 

kieliszkach kostkom lodu. 

- Znów jesteśmy spóźnieni! Andy musiał jak zawsze zatrzymać się w pracy... 

- Przepraszam, Mirando... O co pytałaś? - spytał Robert. 

Powtórzyła ostatnie zdanie. 

-  Pytasz,  kto  zabił  brygadiera?  A  któż  to  może  wiedzieć?  Pewnie  jakiś  zdesperowany 

nazistowski chłystek. Na twoim miejscu wcale bym się tym nie przejmował. 

-  Ale  Simon  Lang  twierdzi,  że  do  przedziału  brygadiera  miał  dostęp  tylko  ktoś  z  nas. 

Ktoś, kto zabrał ten nóż. A to oznacza, że zabójca jadł z nami kolację w Bad Oyenhausen. 

- Też to słyszałem i sądzę, że to bardzo kiepska hipoteza. A co z dzieciakami? Przecież 

każde z nich mogło zwinąć z recepcji taki nożyk. Wiesz jak fascynuje ich biała broń. Potem 

nóż  się  znudził,  jak  każda  zabawka,  i  porzucono  go  na  peronie  lub  na  korytarzu  wagonu. 

Uspokój się, Mirando - dokończył z pokrzepiającym uśmiechem, ściskając ramię kuzynki. 

background image

Miranda  odwdzięczyła  się  półuśmiechem,  dostrzegając  kątem  oka  czujne  spojrzenie 

stojącego na uboczu Simona Langa. 

Nie  wiedziała,  że  przyplątał  się  tu  z  nimi  i  poczuła  przyspieszone  bicie  serca.  Simon 

zaszył  się  w  kącie  pokoju  i  nawet  nie  próbował  ukrywać  czujnego  spojrzenia.  Patrzył 

nieobecnym, a równocześnie wszechobecnym wzrokiem, jak gdyby w jego umyśle szachisty 

zakiełkowała nowa, interesująca koncepcja. 

Próbowała  wytrzymać jego  spojrzenie, ale  po chwili  dała  za  wygraną,  wczepiając  się w 

bezpieczne ramię Roberta. 

-  Dlaczego  rozmawiamy  o  takich  ponurych  sprawach,  skoro  wpadliśmy  tu  tylko  na 

skromnego  niedzielnego  drinka?  -  spytał  Robert.  -  Porozmawiajmy  o  czymś 

przyjemniejszym. Patrz, Mirando, jest tu i Nora. 

Miranda  puściła  ramię  kuzyna,  na  widok  pani  Leslie  ubranej  w  dystyngowany,  jak  na 

niedzielę przystało, tweedowy kostium. 

- Widziałem cię w kościele - powiedział do Nory Robert. - Jesteś z mężem? 

- Oczywiście, że tak. Aktualnie bawi z twoimi towarzyszami broni na salonach. Pewnie 

omawiają ostatnie zakupy. Witam, panno Brand. 

Pani Leslie uścisnęła serdecznie Mirandę i przysiadła na poręczy fotela. - Czy znajdzie się 

tu łyk sherry, Robercie? Piwo przed lunchem to już nie na moje lata. 

Robert pospieszył do jadalni, a pani Leslie zajęła się Mirandą. 

- No i jak się pani podoba Berlin? Podobno byliście wczoraj na zbiorowej wycieczce? 

- Ciekawy, ale przygnębiający - odparła Miranda. - Chyba miną setki lat, nim doprowadzą 

go do dawnego stanu. To musiało być kiedyś piękne miasto. 

-  Piękne?  Powiedzmy,  że  imponujące,  przynajmniej  częściowo.  A  co  do  tych  setek  lat, 

myli się pani. Nie zna pani Niemców. To przerażający naród. 

- Przerażający? 

- Nie mam na myśli polityki, ale ekonomię. Nie zauważyła jeszcze pani tego? Posłuchaj 

mnie Mirando - przepraszam za poufałość, ale chyba możemy przejść na ty. - Naszą ostatnią 

kwaterę  malowano  byle  jak,  ale  przez  miesiąc,  z  czego  większość  czasu  poświęcano 

spożywaniu  napojów.  Brama  ogrodowa  zajęła  im  trzy  dni,  a  zebranie  narzędzi  dodatkowy 

dzień. Nie mogli usunąć ich zaraz, bo skończyli po południu, a wtedy autobusy są zatłoczone. 

- Ale przynajmniej nie płaciłaś im z własnej kieszeni - roześmiała się Miranda. 

-  A  niby  z  czyjej?  Czy  naprawdę  tego  nie  rozumiesz?  Płacąc  z  własnej  kieszeni, 

wykonałabym  to  dwa  razy  szybciej  i  trzy  razy  taniej.  Ale  my  żyjemy  w  Anglii,  gdzie 

robotnikom  przysługuje  przerwa  na  posiłek  i  prawo  do  zniżkowych  biletów  po  godzinach 

pracy.  Tu,  w  Niemczech,  nikt  nie  patrzy  na  zegarek.  Zakasują  rękawy,  nie  oglądając  się  na 

związki  zawodowe  nadzorujące  ze  stoperem  „sprawiedliwy  społecznie”  czas  pracy. 

Widziałam brygadę, której robota paliła się w rękach i przyznam, że podle się czułam. Nikt 

background image

ich nie pilnował, nikt nie wyliczał im akordu, a tempo było zawrotne. Sami je sobie narzucali 

i wkrótce narzucą je każdemu z nas. Dzięki za sherry, Robercie. 

- Obawiam się, że uroniłem kilka kropel. 

- Nic nie szkodzi - odparła łaskawie pani Leslie, zdejmując z dłoni białą rękawiczkę. 

-  Nie  widziałem  cię  od  wieków  Noro  -  powiedział  Robert,  zajmując  opuszczone  przez 

rozmówczynię miejsce na poręczy fotela. - Szukałem cię w Egipcie, ale powiedziano mi, że 

wróciłaś  do  Anglii,  żeby  posłać  do  szkoły  potomstwo,  a  potem  już  nie  było  okazji.  Takie 

czasy. Sąsiedzi spotykają się po latach, a wszystkiemu winna ta wojna. 

-  Może  nie  tylko  wojna.  Wiele  podróżowałam,  ale  nigdy  nie  spuszczałam  cię  z  pola 

widzenia. Czytałam nawet w „Telegraph” wasze zapowiedzi. 

- To wasz damski przywilej - zażartował Robert. - My, ludzie oręża, nie mamy czasu na 

lekturę  kroniki  towarzyskiej.  Jeśli  ją  przeglądamy,  to  najwyżej  rubrykę  „zgony”.  Kiedy 

wyszłaś za mąż, Noro? 

- Poślubiłam Edwarda w 1948 roku. 

- A więc jesteś niemal panną młodą! Myślałem, że już od dawna jesteś mężatką. 

- I dobrze myślałeś. Mój pierwszy mąż zginął na wojnie. Wiem, czym jest wdowieństwo, 

podobnie jak i ty. 

-  Tak...  To  bolesne  sprawy  -  zmienił  ton  Robert.  -  Czy  nie  widziałaś  Lottie,  Rando?  - 

spytał  lekko  zbity  z  tropu.  -  Mam  nadzieję,  że  nie  zdążyła  zdewastować  domu  naszych 

gospodarzy. 

- Bawi się w ogrodzie z dziećmi państwa Lawrence, pod czujnym okiem Madmoiselle - 

wyjaśniła Miranda. 

- I dzięki Bogu. 

- Widzę Robercie, że i ciebie dotknęły rodzicielskie obowiązki - rzuciła niby żartem Nora 

Leslie. 

- Taki już nasz los, Noro. A co u twoich rodziców... I co się dzieje z Sue? 

Nora milczała  przez dłuższą chwilę, po czym odparła krótko: - Nie żyją. - Wstała i bez 

słowa podała Robertowi pusty kieliszek. 

- Przykro mi, Noro - powiedział skonsternowany Robert. 

- Taki już nasz los - zacytowała cierpko pani Leslie, ukłoniła się Mirandzie, podniosła z 

podłogi opuszczoną rękawiczkę i oddaliła się, niknąc wśród gości. 

-  Że  też  musiałem  się  wyrwać  z  tym  pytaniem  -  zachmurzył  się  Robert.  -  Ale  skąd 

mogłem  wiedzieć?  -  Odszedł  szybko  i  po  chwili  rozmawiał  o  czymś  z  Sally  Page.  Miranda 

spoglądała  nań  przez  plecy  gości  i  drugi  raz  w  tym  dniu  przyszło  jej  na  myśl,  że 

dystyngowany styl Roberta pokrywa rozdrażnienie i niepokój. 

Teraz była sama i mogła rozejrzeć się po salonie. Może dlatego spostrzegła, że nie tylko 

ona  śledzi  wzrokiem  Roberta.  Miała  co  najmniej  troje  konkurentów:  wzrok  Stelli  zdradzał 

zdenerwowanie,  Andy  Page  spoglądał  wilczym  wzrokiem,  a  Nora  Leslie  patrzyła  czujnie, 

background image

niczym peryskop. Co ciekawsze, Nora była sama obserwowana analitycznym spojrzeniem jej 

męża zajmującego taktyczną pozycję w drzwiach jadalni. 

Mirandzie  nie  podobała  się  ta  gra  spojrzeń  i  postanowiła  dołączyć  do  towarzystwa,  a 

przynajmniej do Stelli. Była już blisko, gdy jej uwagę przykuł nieoczekiwanie Andy Page. 

Andy  był  smukłym  młodzieńcem,  przypominającym  na  oko  malarza,  pisarza  lub 

wojennego korespondenta. Włosy opadały mu na czoło w nieładzie, przywołując skojarzenie 

z romantycznym aktorem przebranym dla niepoznaki w wojskowy mundur. 

Ale Andy Page miał w sobie niewiele z romantyka. W istocie był przeciętnym, w miarę 

sympatycznym, w miarę rozgarniętym chłopakiem i wszyscy się dziwili, jakim cudem udało 

mu się złowić ślicznotkę klasy Sally Barclay. Zapominali, że Andy był pierwszym chłopcem, 

który  wzbudził  w  niej  poważniejsze  niż flirt  uczucia.  Poderwał  Sally,  gdy  nie  miała jeszcze 

siedemnastu  lat  i  pomimo  sprzeciwu  rodziców  zaprowadził  ją  do  ołtarza  w  niespełna  rok 

później. 

-  Cześć  Andy  -  powiedziała  serdecznie  Miranda.  -  Udała  ci  się  wczorajsza  wycieczka? 

Widziałam, że sporo fotografowałeś. 

Andy  odwrócił  się  i  przybrał  oficjalną  postawę.  Pomyślała,  że  byłby  z  niego  całkiem 

przystojny młodzieniec, gdyby nie podejrzliwość stale goszcząca na jego obliczu. 

Posłała  mu  uwodzicielskie  spojrzenie,  na  które  zwróciłby  uwagę  nawet  sam  Rossetti, 

gdyby  żył  i  szukał  aktualnie  inspiracji  do  kolejnego  obrazu.  Doceniłby  też  zestaw  barw: 

ciemne włosy wijące się pod kapelusikiem w kolorze topazu, wyzywająco popielatą sukienkę, 

oczy niby szare, ale odbijające niedopitą szklaneczkę wiśniowego sherry. Andy Page nie był 

wprawdzie  Rossettim,  ale  był  bez  wątpienia  mężczyzną,  toteż  jego  gburowata  mina  szybko 

przeistoczyła się w uśmiech. 

- Strzeliłem kilka niezłych zdjęć - przytaknął. - To stary grat, ale na lepszy na razie mnie 

nie stać. Czasem korci mnie, żeby pokręcić się po tutejszym czarnym rynku i wymienić go na 

coś porządnego. Mają tutaj prawdziwe cacka. Wtedy byłbym szybko ustawiony. 

Jego  markotna  twarz  nabrała  życia,  oczy  zalśniły  i  nagle  wydał  się  Mirandzie  równie 

młody, a może nawet młodszy, niż Sally. 

-  Żeby tylko wyrwać się z woja i zająć się poważnie fotografowaniem. Tak jak Beaton, 

Schiavone,  Olins...  To  są  faceci!  Kupuję  te  wasze  żurnale  tylko  po  to,  żeby  pooglądać  ich 

zdjęcia. Najlepsi są Włosi. Ci to mają pomysły. Pstrykają w plenerze, pod słońce, a ile w tym 

akcji! Duża klasa! 

Westchnął i znów przeszedł na cierpiętniczy ton. 

-  Szkoda  gadać...  Gdzie  mi  tam  do  nich.  -  Nie  wiem,  czemu  innych  drażnią  te  twoje 

sukienki  i  wisiorki  -  powiedział  niespodziewanie.  -  Nie  lubię  kobiet  obwieszonych 

ś

wiecidełkami, ale na tobie wyglądają całkiem do rzeczy. 

-  To  miłe,  Andy  -  roześmiała  się  Miranda.  - Po  prostu  nie stać mnie  na drogie  ciuchy  i 

noszę to, co przyjemne i wygodne. 

background image

- Żebyś jeszcze umiała przekonać do tego Sally - mruknął zasępiony. - Mnie też nie stać 

na luksusy, ale gdy już coś sobie wybierze, wygląda w tym bosko w sklepie, a zaraz potem 

ląduje to w szafie. 

-  Nie  przesadzaj,  Andy.  Ktoś  taki,  jak  Sally  może  włożyć  na  siebie  wszystko,  a  i  tak 

będzie  najpiękniejszy  -  pocieszyła  go  Miranda,  nie  bez  odrobiny  goryczy.  -  Sam  wiesz,  że 

wyglądałaby bosko nawet w pokutniczym worku. 

- Wiem, ale obawiam się, że wkrótce tylko na to będzie mnie stać. Chyba, że... - Spojrzał 

w  bok  i  urwał,  a  Miranda,  chcąc  zmienić  temat,  spytała  o  ich  nowe  mieszkanie. 

Bezskutecznie. Markotny Andy burknął, że mieszkanie jest kiepskie i niewygodne, ale może 

przez najbliższy rok coś się da z nim zrobić. 

W  tym  momencie  pojawiła  się  Stella,  oświadczając,  że  Mademoiselle  i  Lottie  są  już  w 

samochodzie,  a  Robert  też  czeka,  żeby  odwieźć  wszystkich  do  domu.  Miranda  obdarzyła 

Andy’ego krzepiącym uśmiechem i oddaliła się. 

Popołudnie  było  deszczowe,  ale  pod  wieczór  się  rozpogodziło  i  Robert  zaproponował 

wspólną przechadzkę. Ruszyli ulicą w przypadkowym kierunku i po kilku minutach napotkali 

państwo Leslie spacerujących, jak i oni, przed spoczynkiem. 

Drzewa  zdążyły  już  rozkwitnąć,  zieleń  liści  była  świeża,  a  dzielnica  na  pozór  nie 

przypominała  zdziesiątkowanego  wojną  Berlina.  Dopiero  po  dłuższej  wędrówce  spostrzegli 

ukryte  między wybielonymi  willami  porośnięte  krzakami i chwastem  pustkowia,  na  których 

stały kiedyś obrócone teraz w ruinę domy. 

-  Co  to  jest?  -  spytała  Miranda,  wskazując  na  podłużny  nasyp  widoczny  nad  czubkami 

drzew. - Czy tam też stały kiedyś domy? 

Pułkownik  Leslie, do którego skierowała pytanie, przytaknął. - W pewnym sensie, są to 

domy. 

- Są, czy były? 

-  Nie  było  ich,  ale  są.  Codziennie  ciężarówki  przywożą  tu  gruz  z  berlińskich  ruin  i 

wysypują  go  na  tę  hałdę.  Tam  obok  widzi  pani  drugą  taką,  już  nieco  zalesioną.  Zimą 

berlińczycy jeżdżą tu na nartach, a wkrótce zapomną, jak powstały te wzgórza i uznają je za 

naturalną część krajobrazu. 

- To okropne - westchnęła Stella. 

-  Tak  pani  sądzi?  Przecież  nasz  Londyn  też  powstał  na  gruzach  dawnych  budowli  i 

przedmieść. 

- Miasta i trony nie przetrwają czasu dłużej niż kwiaty... - wyrecytowała cicho Miranda. 

- Zwiewne, jednodniowe... - dokończył pułkownik. - Nie możemy patrzeć na to z naszej 

ludzkiej perspektywy, a tylko z perspektywy historii. 

- A jednak to okrutne - zaprotestowała Stella. 

-  Powiedziałbym,  że  chłodne  -  odparł  pułkownik.  -  Proszę  pamiętać,  że  to  ludzie  o 

gorącym  usposobieniu  wywołali  dwie  trzecie  wojen  w  naszych  dziejach. Ludzie  w  „gorącej 

background image

wodzie kąpani”, zawsze gotowi sięgać bez namysłu po broń. Ci „kąpani w chłodnej wodzie” 

przynajmniej kalkulują na zimno i chyba dobrze, że są tacy na świecie. 

- A tacy jak ja nie nadają się do chłodnej dyskusji - skapitulowała Stella. - Lottie, przestań 

wreszcie włazić w kałuże! Czy to przypadkiem nie państwo Marsonowie, Robercie? 

Skręcili w cienistą uliczkę. Z jednej strony ciągnął się wysoki mur, spoza którego widać 

było  tylko  wierzchołki  drzew,  a  z  drugiej  ruiny  domu  stojącego  w  niegdyś  pielęgnowanym 

ogrodzie,  oddzielonego  teraz  od  chodnika  niskim  obmurowaniem  i  krzakami  wawrzynka. 

Spoza bramy z kutego żelaza spoglądali Harry i Elza Marsonowie. 

- Widzę, że wszyscy zmierzamy na miejsce zbrodni - zawołał radośnie Harry Marson na 

widok przybyszów. 

- O czym pan mówi? - spytała niepewnie Miranda. 

- A o kim miałbym mówić? O tych - jak im tam było - którzy zabetonowali służących i 

rozpłynęli się wraz z niezłą porcją holenderskich diamentów. 

- A więc tutaj mieszkali? Wejdźmy i rzućmy okiem. 

Wszyscy  sforsowali  resztki  bramy  i  ruszyli  zarośniętą  trawą  ścieżką  w  stronę  willi.  Z 

drzwi  wejściowych  nie  pozostał  ślad,  ale  na  kamiennym  oblicowaniu  trwał  porcelanowy 

krążek, w którym pewnie tkwił kiedyś dzwonek. 

Willa  ucierpiała  nie  tyle  od  bombardowań,  co  od  późniejszych  pożarów,  a  znaczna  jej 

część przetrwała w nienaruszonym stanie. 

- Lepiej tam nie wchodzić - ostrzegł Mirandę pułkownik Leslie. - Takie ruiny mogą się w 

każdej chwili zawalić. Właśnie dlatego wywieszono na nich znaki zakazu wstępu. - Wskazał 

laską tablicę ukrytą pod chwastami pokrywającymi wejściowe stopnie. 

Słońce  i  deszcze  zamazały  ostrzegawczy  napis,  i  reszty  dopełniła  rdza.  Dociekliwy 

czytelnik odczytałby jednak czerwony napis ACHTUNG!, a poniżej, dobrze znane każdemu 

tubylcowi słowo Verboten. Nie było tylko jasne, czego właściwie „się zakazuje”. 

- To nieistotne - wyjaśnił pułkownik. - Każdy, kto spędził w tym mieście więcej niż pół 

godziny, wie, że lepiej trzymać się stąd z daleka. 

-  Całkiem  słusznie  -  dodała  Stella.  -  Poza  tym  zapada  zmierzch,  a  Lottie  już  pewnie 

zmarzła. Proszę odprowadzić małą do domu, panno Beljame. A na nas, Mirando, już też czas 

- dodała stanowczym tonem. 

Harry  Marson  nie  dał  za  wygraną  i  zaproponował  obejrzenie  garażu.  Był  ukryty  w 

chaszczach, ale czujne oko Marsona wypatrzyło go pomimo zmroku. 

- Pewnie tutaj stała ta betoniarka - zauważył z triumfem, rozgarniając gąszcz. 

Nikt nie podzielał jego entuzjazmu. Stali w milczeniu, patrząc martwym wzrokiem na nie 

zadaszone szczątki murów. 

Słońce  już  zaszło,  a  wieczorne  cienie  pełzały  po  porośniętym  krzakami  kamiennym 

rumowisku. 

background image

-  Ciekawe,  czy  kiedyś  tu  się  zjawią?  -  mruknął  Harry  Marson.  -  Mam  na  myśli  tych 

Ridderów. 

- Chyba w postaci duchów - szepnęła Miranda. 

- Duchów? Chyba żartuje pani. Ciekaw jestem, czy wrócą tu za życia. Podobno mordercy 

zawsze  wracają  na  miejsce  zbrodni.  Coś  ich  pewnie  tam  przyciąga.  Kto  wie,  czy  nie 

ulokowali  się  tu  w  Berlinie.  Może  przechodzą  tędy  co  wieczór  i  czekają  na  sprzyjający 

moment, by dokończyć dzieła. 

Ś

ciszył  głos,  a  Miranda  z  niepokojem  spojrzała  przez  ramię  w  kierunku  oddzielającego 

ruinę od ulicy ogrodzenia. 

Nie  zawiodła  jej  intuicja.  W  cieniu  krzaków  wawrzynka  dostrzegła  widmowy, 

nieruchomy kształt stojący tuż za bramą. Po chwili kształt rozpłynął się w mroku, tak szybko i 

bezszelestnie, że pomyślała, iż to tylko spotęgowane wieczornymi cieniami przywidzenie. 

- Dość tego, Harry! - rzuciła gwałtownie Elza Marson. - Wracajmy do domu. To okropne 

miejsce. 

-  Masz  rację,  Elzo  -  przytaknęła  równie  gwałtownie  Stella.  - Chyba  dość  wrażeń jak  na 

jeden dzień. 

Wzięła Roberta pod ramię i oboje ruszyli przez pogrążony w ciszy ogród ku równie cichej 

uliczce. 

background image

Rozdział 10 

 

-  Czy  mówiłam,  że  wybieram  się  dzisiaj  na  podwieczorek  do  pani  Lawrence?  -  spytała 

Stella,  sięgając  po  plasterek  sera.  -  Dostałam  propozycję  nie  do  odrzucenia,  jak  większość 

oficerskich  żon.  Wieczorem  też  będziemy  musiały  radzić  sobie  same,  ponieważ  nasza 

kucharka, Frau Herbach, ma wychodne. Poprosiłam ją, żeby przygotowała zupę, którą same 

sobie odgrzejemy. A jak pani zamierza spędzić popołudnie, Mademoiselle? 

-  Wybiorę  się  do  Brytyjskiej  Biblioteki.  Podobno  mają  tam  sporo  dobrych  książek  i 

czasopism. 

-  Cudowny  pomysł  -  rzuciła  obojętnie  Stella.  -  Lottie,  jeśli  już  zjadłaś,  idź  się  bawić. 

Tylko bądź grzeczna, bo ja i Mademoiselle i tak dowiemy się o wszystkim po powrocie. 

Stella  wyszła  z  domu  przed  trzecią.  -  Muszę  już  pędzić,  ale  wrócę  szybko,  jeśli  nie 

aresztuje  mnie  drogówka  -  rzuciła  na  pożegnanie.  -  Robert  zostawił  mi  wóz,  ale  ten  ruch 

prawostronny  to  czyste  szaleństwo.  Jeśli  nie  zjawię  się  przed  ósmą,  dzwońcie  na  policję  i 

zgłoście kolejny śmiertelny wypadek. 

Wybiegła,  zatrzaskując  za  sobą  drzwi,  a  Miranda  sięgnęła  na  wszelki  wypadek  do 

kieszeni  swojego  palta. Karteczka  z  numerem  telefonu  do  Simona  Langa  była  tam,  gdzie ją 

włożyła  podczas  rozmowy  na  sowieckim  cmentarzu.  Wygładziła  ją,  zwinęła  w  rulonik  i  z 

ulgą wrzuciła do kosza na makulaturę. 

Drzwi bawialni otworzyły się i weszła Nora Leslie. 

-  Przepraszam  za  to  najście,  Mirando,  ale  pozwoliłam  sobie  skorzystać  z  wyrwy  w 

naszym sąsiedzkim żywopłocie. Czy nie dałabyś się zaprosić do nas na kolację? Będzie kilku 

uroczych podchorążych i chcielibyśmy uprzyjemnić im wieczór. Sally Page też wpadnie, bo 

Andy  wybrał  wieczór  w  męskim  gronie.  a  do  kompletu  będziemy  miały  kuzynkę  generała. 

Tylko nie mów, że nie możesz zostawić państwa Melville! I bez ciebie świetnie dadzą sobie 

radę. 

- Też tak sądzę - ze śmiechem odparła Miranda. - Przyjdę z radością. 

- A więc bądź kwadrans przed ósmą. Strój nieoficjalny. 

Pani Leslie wycofała się dyskretnie, a Miranda próbowała powrócić do lektury. Usłyszała 

dzwonek. Odłożyła książkę i niepewna, czy jest to telefon, czy dzwonek do drzwi, czekała z 

nadzieją na reakcję Frau Friedel. Był to telefon. Odebrała go Mademoiselle. 

-  Ullo?  Oui?...  Pan  major  Melville?...  Nie,  Madame  nie  ma  w  domu...  Jest  na 

podwieczorku  u  madame  Lawrence...  Czy  mam  przeliterować?...  Tak,  pani  pułkownikowa 

Lawrence... Tego nie wiem... Panna Brand?...Tak, jest w domu... Oui... Merci

Słuchawkę  odłożono.  Po  chwili  w  drzwiach  bawialni  pojawiła  się  Mademoiselle. 

Rękawiczki, kapelusz i parasolka wskazywały, że już wychodzi. 

- Dzwonił Monsieur Major - wyjaśniła. - Mówił, że nie wróci na kolację, bo zatrzymały 

go obowiązki. Powiedział, że poinformuje o tym Madame

background image

-  Dziękuję,  Mademoiselle  Beljame.  Proszę  powiedzieć  Frau  Herbach,  że  nie  musi  się 

troszczyć o mnie, bo wybieram się na kolację do państwa Leslie. 

-  Bien  -  dygnęła  Mademoiselle.  Oddaliła  się  i  po  chwili  Miranda  usłyszała  szczęk 

zamykanej furtki. 

Dom  był  teraz  cichy  i  mogła  wreszcie  usiąść  wygodnie  przy  oknie,  cieszyć  się 

popołudniowym słońcem i zapomnieć o towarzyszącym jej od przyjazdu do Berlina napięciu. 

Przymknęła oczy i już miała zapaść w drzemkę, gdy sjestę przerwał dobiegający z ogrodu 

dźwięk. 

Był  to  szmer  dochodzący  z  krzaków  tuż  za  oknem  bawialni.  Miranda  uniosła  się, 

przykucnęła i czatowała ukryta za parapetem. Trud nie poszedł na marne. Po chwili krzepko 

trzymała w dłoni szelki krótkich spodni bezskutecznie wyrywającego się intruza. 

- Widzę, że zmieniłeś maskę, panie Wally Wilkin. Tym razem nie ujdzie ci to na sucho! 

Sztuczne  wąsy  i  broda  legły  w  krzakach,  a  ich  niedawny  właściciel  pokręcił 

zdegustowany głową: 

- Zepsułaś kawałek dobrej roboty! 

- Zepsuję ci i uszy, jeśli nie powiesz, czemu pełzasz jak padalec po cudzym ogrodzie. 

- Nie pełzam, tylko węszę. 

- Za kim? 

- Nie za kim, tylko za czym. Za poszlakami. 

- Bawisz się w detektywa? 

- W nic się nie bawię! Próbuję zebrać parę spraw do kupy. 

- Jakich spraw, Wally? 

- Nic nie kapujesz? Chodzi o tego staruszka, którego kropnęli w pociągu. 

-  Dobra,  panie  Holmes.  A  teraz  proszę  wynosić  się  z  mojego  ogrodu!  Z  natury  jestem 

gościnna, ale w tej chwili mam inne plany dnia. 

Miranda rozluźniła uścisk, ale Wally wcale nie miał ochoty pierzchać w krzaki. Oparł się 

łokciami o parapet i poinformował ją donośnym szeptem, że zamierza zatrudnić się w tajnych 

służbach, a tam zawsze przydaje się trochę praktyki. 

- Praktyki nigdy za mało - przytaknęła Miranda. - No i jak ci idzie w „naszej” sprawie? 

Wally  spojrzał  na  nią  kątem  oka,  a jego  arogancka  pyzata  twarz  przybrała  nagle czujny 

wyraz. - Różnie... za wcześnie o tym nawijać... 

- Masz jakieś poszlaki? A jeśli tak, komu je opchniesz? 

- Za słabe na opchnięcie. Na razie trzeba pogłówkować. 

- I główkujesz sobie w naszym ogrodzie, czy może szukasz tu lepszego materiału? 

Wally  przytaknął  i  wyjaśnił,  że  dobrze  się  złożyło,  bo  większość  podejrzanych  mieszka 

drzwi w drzwi. Dodał, że gęste krzaki i otwarte okna ułatwiają ten etap śledztwa. 

-  Czy  chcesz  powiedzieć,  że  myszkujesz  po  naszych  mieszkaniach?  -  nie  wytrzymała 

Miranda. 

background image

-  Nie  chciałabym  być  w  twojej  skórze,  gdy  przyłapie  cię  na  tym  pułkownik  Leslie,  lub 

major Marson! Twój tato też nie oszczędzi pasa. 

-  Marsonowie  -  odpadają  wyjaśnił  Wally.  -  Ich  balkon  jest  dla  mnie  niedostępny.  Z 

balkonem Leslie wczoraj się uporałem. 

- O czym ty mówisz, Wally? Przysięgnij, że już nigdy tego nie zrobisz! 

- Różnie może się zdarzyć... 

-  A  więc  słuchaj,  panie  detektywie  Wilkin.  Jeśli  jeszcze  raz  zobaczę  cię  na  cudzym 

balkonie,  lub  na  parapecie  cudzej  sypialni,  wezmę  kij  i  pogonię  cię,  gdzie  pieprz  rośnie. 

Zrozumiano? 

- Wy, kobiety, zawsze pękacie - mruknął Wallly. 

- Może pękamy - przytaknęła Miranda, tłumiąc śmiech. - Ale to, co robisz, zakradając się 

do cudzych domów, nie jest... - zawahała się, nie mogąc znaleźć odpowiedniego słowa... - nie 

jest brytyjskie. 

-  Nasze  tajne  służby  są  brytyjskie  -  pouczył  ją  Wally.  -  Gdyby  nie  dobierały  się  do 

cudzych mieszkań, dostawałyby lanie od ruskich, od japońców i od FBI. 

- Powiedzmy, że masz rację - skapitulowała Miranda. - Ale chyba wiesz, że nasza policja 

może przeszukiwać prywatne domy tylko z nakazem sądowym. 

- Wygrała pani - mruknął Wally. Pogrzebał w krzakach, podniósł swoją sztuczną brodę i 

przyjrzał się jej sceptycznie, widząc, że nie maskuje go nawet przed kimś tak naiwnym, jak 

Miranda. 

- Następnym razem nie udawaj wiosną Świętego Mikołaja - dobiła go na pożegnanie. 

-  Masz  rację.  W  krzakach  lepsza  będzie  zielona  farba.  Komandosi  mówią  na  to 

„kamuflaż”. Marsonowie mają całą puszkę w garażu. Trzeba będzie tam wrócić i trochę sobie 

pożyczyć. 

-  Głupi  pomysł,  Wally.  Na  tle  murów  i  na  ścieżkach  będzie  cię  w  niej  widać  na  sto 

kroków. Jeśli chcesz działać jak zawodowiec, nie wyróżniaj się niczym. 

- Może i ma pani rację - przytaknął Wally, wpychając sztuczną brodę do kieszeni krótkich 

spodni. 

- Cześć, Wally. Przyszedłeś się pobawić? - spytała wychodząca zza węgła domu Lottie. 

- Pogadałem sobie z twoją ciocią - wyjaśnił z wyższością Wally. 

- Ona nie jest moją ciocią. Miranda jest moją kuzynką. 

- Gdyby ciocia miała wąsy! - wykrzyknął triumfalnie Wally i umknął w gąszcz, ścigany 

przez przekomarzającą się z nim Lottie. 

Przed  piątą  Friedel  podała  herbatę,  a  w  godzinę  później  zatelefonowała  Stella  z 

informacją, że nie wróci na podwieczorek. - Robert ma mnóstwo pracy, więc zjemy kolację w 

klubie  -  wyjaśniła.  -  Aha,  Friedel  pytała  mnie,  czy  mogłaby  wyjść  na  dwie  godziny  dziś 

wieczorem.  Pozwoliłam  jej,  nie  wiedząc,  że  wrócę  późno.  Czy  mogłabyś  rzucić  okiem  na 

background image

Lottie?  Friedel  ułoży  ją  do  snu,  więc  chodzi  tylko  o  to,  żeby  ktoś  był  w  domu.  To  tyle, 

kochanie, bo naprawdę muszę już kończyć... Pa, Rando. 

Miranda położyła słuchawkę na widełki. 

-  No  to  po  zabawie  -  mruknęła  do  siebie,  zastanawiając  się,  jak  wyjaśni  pani 

pułkownikowej nieobecność na proszonej kolacji. Wyszukała w książce telefonicznej numer 

państwa Leslie. Słuchawkę podniósł pułkownik i bez większych obiekcji przyjął tłumaczenie 

Mirandy. Pozostało jeszcze powiadomienie Friedel. 

-  Położę  małą  do  łóżka  i  wyskoczę  na  najwyżej  godzinę  -  zapewniła  gosposia.  -  Będę 

przed dziewiątą. Zamknę z klucza odtylne drzwi, a frontowe niech sobie będą nie zamknięte 

zanim nie wrócę - dodała w dokładnej, choć mocno cudzoziemskiej angielszczyźnie. 

 

* * * 

- Czy podłożysz mi kołderkę? - spytała Lottie. - Te szwabskie materace strasznie gniotą. 

-  Nigdy  nie  nazywaj  Niemców  „szwabami”  -  skarciła  ją  Miranda.  -  Niejedna  twoja 

niemiecka rówieśniczka chciałaby mieć taki brytyjski, wojskowy materac. Chcesz biszkopta? 

- Wojskowego suchara? 

- Nie, takiego, jakie lubisz jeść do poduszki. 

- Żeby ci wojacy zrobili jeszcze coś z materacami. 

- Zrobią coś, Lottie. Pomyślą o tym, zanim się zbudzisz. 

- I żeby coś się nie stało mojemu nakręcanemu misiowi. 

Miranda  przyjrzała  się  zabawce.  Porcelanowy  miś  z  kluczykiem  w  pewnej  części  ciała 

był  dość  tandetnym  prezentem,  ale  nie  dla  Lottie.  Trzymała  go  przy  łóżku,  a  przed  snem 

wkładała pod poduszkę. 

-  On  też  nie  lubi  tych  materaców  -  wyjaśniła  dziewczynka.  -  Widzisz,  jak  chudnie? 

Dobranoc, Rando. Karaluchy pod poduchy... 

-  Dobranoc,  pchły  na  noc,  Lottie.  -  Miranda  zgasiła  nocną  lampkę  i  wyszła  z  pokoju, 

pozostawiając nie domknięte drzwi. 

Zerknęła  na  uchylone  drzwi  sypialni  Roberta  i  Stelli  i  zauważyła,  że  zapomnieli  zgasić 

ś

wiatło. 

Weszła i już chciała wcisnąć kontakt, gdy uświadomiła sobie, że przecież w pokoju jest 

ciemno.  Może  zawiódł  ją  wzrok,  a  może  złudzenie  spowodowały  światła  przejeżdżającego 

ulicą samochodu? 

Przymknęła  drzwi,  wyłączyła  wpadające  do  pokoju  Lottie  światło  na  półpiętrze,  weszła 

do swojego pokoju i rutynowo zmieniła szary kostium na wieczorową, seledynową sukienkę. 

Zeszła  do  bawialni.  Zasłony  były  rozsunięte,  a  z  ogrodu  sączyło  się  światło  księżyca. 

Gdzieś we wnętrzu domu skrzypnęły drzwi. Miranda obróciła się i ruszyła do hallu. 

Wychodząca  z  kuchni  Frau  Friedel  poinformowała  ją,  że  kolacja  jest  gotowa,  wędliny 

leżą „na kredens”, a ona osobiście zamknie „odtylne drzwi” i wróci „za jedną godzinę”. 

background image

Miranda  weszła  do  jadalni,  poczęstowała  się  wędlinami  i  na  dźwięk  zamykanych  przez 

Friedel drzwi uzmysłowiła sobie, że jest teraz sama. 

- Sama w pustym domu... - przemknęło jej przez myśl. Brzmiało to głupio, ale intymny 

nastrój słonecznego popołudnia ulotnił się, nie wiedzieć dlaczego, w jednej chwili. 

Nie była sama, bo piętro wyżej spała Lottie. 

Spróbowała  chłodnej  zupy,  powróciła  do  wędlin  i  sałatek.  Hałasowała,  żeby  wypełnić 

konkretnym dźwiękiem zalegającą wokoło ciszę. 

Szczęk talerzy i sztućców brzmiał naturalnie i swojsko. Doprawiała przyprawami sałatę, 

gdy usłyszała dochodzące z półpiętra ciche kroki. 

Poczuła,  że  serce  podchodzi  jej  do  gardła,  ale  po  chwili  strach  przeszedł  w  oburzenie. 

Wstała, wyszła z jadalni do hallu i zawołała w górę: - Wracaj natychmiast do łóżka, Lottie! 

Już cię tu nie ma albo ukołyszę cię klapsem! 

Usłyszała tupot pospiesznych kroczków, a potem zapadła cisza. 

Odczekała jeszcze trochę i wróciła do posiłku. 

Moc  własnego  głosu  i  świadomość,  że  w  pustym  domu  czuwa  oprócz  niej  choćby 

siedmioletnie dziecko, przywróciły Mirandzie pewność siebie. Ale nie na długo. 

Znów zapadła cisza, a wraz z nią zaczęła pracować wyobraźnia. Zegar w jadalni tykał w 

podejrzanym,  przypominającym  przeznaczenie  rytmie,  dziwnie  podobnym  do  stukotu 

zmierzającego  do  Berlina  pociągu.  Tam  był  pusty  korytarz,  tu  jest  pusty  dom.  Z  trudem 

powstrzymała się od spojrzenia przez ramię za siebie. 

Odłożyła nóż i widelec, świadoma, że robi to nienaturalnie cicho i że wstrzymuje oddech. 

Nie  wiedziała,  czemu  robi  to  aż  tak  cicho?  Czyżby  się  bała,  że  każdy  dźwięk  wywoła  złe 

moce? 

Zatrzeszczała  podłoga  na  piętrze.  Miranda  zagryzła  wargi.  Cichy  dom  zaczął  mówić 

własnym głosem. Najpierw zegar, po nim drewniany strop, jeszcze później uderzająca o szybę 

ć

ma. Do szeptanki przyłączyły się kaloryfery zasilane gdzieś z piwnicy. 

Dla Mirandy nie to było teraz ważne. Ważny był korytarz za plecami i drzwi prowadzące 

do pogrążonej w ciemności telefonicznej kabiny. 

Odpędziła idiotyczne myśli, sięgnęła po sztućce, ale nie potrafiła zająć się kolacją. Apetyt 

skapitulował przed wyobraźnią. 

Rozejrzała  się  po  jadalni,  ale  wypoliturowane  meble  nie  pospieszyły  jej  z  pomocą.  Ich 

połysk  odbijał  tylko  kredowobladą  twarz,  zaciśnięte  do  bólu  wargi  i  zjeżone  ciemne  włosy 

wystraszonej dziewczyny w seledynowej sukience. 

Wisząca lampa,  zamiast koić,  potęgowała  ostrym  blaskiem  samotność.  Okienne  zasłony 

sięgały  parapetu  i  nie  stanowiły  kryjówki  nawet  dla  kota.  Były  za  to  idealnym  kamuflażem 

dla kogoś, kto stał na zewnątrz i stamtąd śledził jadalnię. Miranda wiedziała, że to bez sensu, 

ale czuła, że instynkt jej nie okłamuje. 

background image

Wstała  i  odsunęła  krzesło  tak  gwałtownie,  że  upadło  z  trzaskiem  na  podłogę.  Hałas 

uświadomił  jej,  że  musi  wziąć  się  w  garść,  bo  jeszcze  chwila,  a  wpadnie  w  histerię  i 

wybiegnie z wrzaskiem do ogrodu. Przecież dom był zamknięty na wszystkie spusty, a jedyne 

otwarte z klucza frontowe drzwi były w zasięgu jej wzroku. 

Podniosła krzesło i pokrzepiona konkretnym działaniem wyszła do hallu. 

Nikogo tam nie było. Półpiętro też było puste i pogrążone w ciszy. Przeszła do bawialni. 

W przeciwieństwie do jaskrawo oświetlonej jadalni i hallu, bawialnię pokrywały cienie i 

blade światło księżyca. - Idealna pora dla tego małego drania - pomyślała Miranda i od razu 

zrobiło  się jej  raźniej.  -  Tym  razem,  panie  Wally,  ojcowski  pas  będzie  w  robocie.  -  Zgasiła 

ś

wiatło i cichcem wyszła do ogrodu. 

Noc  była  chłodna  i  bezwietrzna.  Cisza  powstrzymała  przez  chwilę  Mirandę,  próbującą 

dostosować  wzrok  do  ciemności,  w  której  krył  się  gdzieś  niedaleko  mały  detektyw  Wally 

Wilkin. Pomyślała, że gdy dopadnie go teraz, ojcowski pas będzie w robocie, a desery będzie 

miał przez miesiąc z głowy. 

Nadsłuchiwała  bezskutecznie.  -  Być  może  Wally,  jeśli  był  to  Wally,  czmychnął,  gdy 

zgasiła światło? A może słyszała trzepot skrzydeł sowy lub nietoperza? Jedno było pewne: nie 

mogła stać tak w nieskończoność. Trzeba rozejrzeć się po ogrodzie, a potem wrócić do domu. 

Włączyć radio i wszystkie lampy. Siedzieć cicho, zanim nie wróci Friedel, lub Robert i Stella. 

Przeszła ścieżką pod okna jadalni. Chciała obejść trawnik, ale gdy doszła do kępy bzów 

na skraju ogrodu, coś ją zatrzymało. Usiadła na ławeczce pod wiśniowym drzewem... 

Niebo  było  czyste,  a  prawdziwe  gwiazdy  nakładały  się  na  światła  kontrolne  lotniska 

Tempelhof,  ostrzegawcze  światła  masztu  radiostacji  i  pozycyjne  światła  samolotów 

zmierzających do Berlina i startujących z Berlina. 

Dodatkową atrakcją była księżycowa poświata i zapach wiosny. W porównaniu z pustym 

domem,  ogród  wydawał  się  oazą  bezpieczeństwa.  Był  bezpieczny,  jak  światła  bawialni 

państwa Leslie, zza których dobiegał gwar i radiowa muzyka. 

Miranda oparła się o pień drzewa i bawiła się płatkami, które spadły z podmuchem wiatru 

w jej dłonie. 

Przypomniała  sobie  Simona  Langa,  lecz  samo  wspomnienie  było  równie  niemiłe,  jak  i 

jego  osoba.  Nie  wiedziała,  dlaczego  właśnie  teraz  myśli  o  nim.  Jakby  stanął  na  ścieżce  i 

zepsuł jej spokój wiosennej nocy. 

Przymknęła oczy i stwierdziła, że nie potrafi przypomnieć sobie jego twarzy. Miała dobrą 

pamięć wzrokową, ale Simon nie kojarzył się z żadnym obrazem. Był - jak sam powiedział - 

„nie  rzucający  się  w  oczy”.  Chłodny,  układny,  ukrywający  pod  sympatyczną  maską 

prawdziwego Simona Langa. 

Miranda podejrzewała, że pod tą maską kryje się wyrachowany agent,  gotowy posłużyć 

się  każdym  środkiem  i  każdą  osobą  dla  osiągnięcia  celu.  Ona  też  dała  się  na  to  nabrać  już 

background image

przy pierwszym spotkaniu, chociaż nie bardzo wiedziała, dlaczego. Ale teraz kołatało jej się 

w głowie inne ważne pytanie: dlaczego to właśnie jej przypadła ta rola? 

- Gdyby Simon był typowym mężczyzną - pomyślała - odpowiedź byłaby prosta. Tylko 

ż

e  nic  nie  wskazywało,  żeby  miało  to  cokolwiek  wspólnego  z  jej  urodą. A  więc z  czym?  Z 

zabójstwem brygadiera, i z tym, że podejrzewa ją o jakieś zatajone fakty? A może z tym, że - 

jak wspomniał Robert - Simon to ambitny nieudacznik? Tropi zwierzynę, a ją upatrzył sobie 

jako przynętę? 

Była to ciekawa, ale niezbyt miła hipoteza. Jeśli nawet słuszna, to dlaczego aż tak zapadł 

jej w pamięć? 

Miranda pokręciła bezradnie głową. 

Ktoś  w  domu  państwa  Leslie  wyłączył  radio,  a  zaraz  potem  zgasły  światła  w  oknach. 

Usłyszała  warkot  zapalanych  silników  samochodów  i  wywnioskowała,  że  towarzystwo 

przenosi się do nocnego klubu. Trzy wozy przemknęły ulicą. Znów było cicho i poczuła, że 

wieczorowa  seledynowa  sukienka  nie  jest  odpowiednim  strojem  na  nocne  przechadzki  po 

ogrodzie. 

Zawiał wiatr, spadły kolejne płatki kwiecia, strzepnęła je z sukienki i pomyślała, że pora 

wracać do domu. Ale najpierw trzeba było dokończyć obchód ogrodu. 

background image

Rozdział 11 

 

Miranda spojrzała przezornie za plecy. Jeśli nawet był to Wally, pewnie dawno zwiał, bo 

w ogrodzie panowała cisza. Słyszała tylko własny oddech i daleki szum samochodów na Herr 

Strasse. 

Gwiaździste  niebo  przeczesywały  sowieckie  reflektory,  blade  i  czujne,  jak  światło 

księżyca.  Ruszyła  wzdłuż  żywopłotu  oddzielającego  sąsiednią  posesję.  Okna  domu  państwa 

Leslie były ciemne i Miranda zatęskniła za blaskiem lamp w domowym zaciszu. 

Ś

cieżka  miała  teraz  lekko  trupi  kolor,  przechodzący  w  czerń  tam,  gdzie  kępy  bzu 

wyrastały ponad żywopłot. Czerń, na którą natrafiła, nie była zwykłym cieniem. Była ciałem 

kobiety leżącej z twarzą ku ziemi, z nogami wyciągniętymi w kierunku domu Melville’ów, z 

głową skierowaną w stronę wyrwy w żywopłocie 

Miranda zesztywniała na chwilę, która wydawała się nie mieć końca. Wpatrywała się w 

nogi w jedwabnych pończochach i w srebrzyste futro. Potem padła na kolana i rozpaczliwie 

próbowała  odwrócić  leżącą  kobietę  na  plecy.  Głos  uwiązł  jej  w  gardle,  a  własny  krzyk 

słyszała jak przez watę: 

- Stella?... Co się stało?... Stello, odezwij się! 

Zmagała się z bezwładnym ciałem, ale niespodziewany ciężar i wczepione w trawę palce 

rąk ofiary przekroczyły jej siły. 

W  końcu  udało  się.  Na  ramię  Mirandy  bezwładnie  opadła  oświetlona  teraz  księżycową 

poświatą głowa kobiety. To nie była Stella. To była Friedel. 

W  pierwszej  chwili  Miranda  przyjęła  to  z  idiotyczną  ulgą.  -  A  więc  to  nie  Stella!  - 

Roześmiała  się,  puściła  ciało,  wstała,  znów  padła  na  kolana  i  nie  była  już  w  stanie 

kontrolować histerycznego chichotu. 

Twarz  Friedel  nie  pozostawiała  żadnych  wątpliwości.  Dodatkiem  do  makijażu  było  coś 

lepkiego i ciemnego. Coś, co biegło wąską strużką od jej skroni w kierunku matowego oka. 

Ciało gosposi było sztywne. Miranda wyczuła to już wcześniej, ale dopiero teraz nazwała to 

po imieniu. 

Poderwała się i pobiegła przez trawnik do domu. 

Zatrzasnęła drzwi, zamknęła okno bawialni, dopadła do telefonu i próbowała sztywnym 

palcem wykręcić numer. Chyba udało się, bo z drugiej strony odezwał się przytłumiony głos: 

- Lang, o co chodzi? 

-  Simon?  -  wydusiła  z  siebie,  myśląc,  że  krzyczy  w  słuchawkę,  ale  głos  pod  drugiej 

stronie był chłodny i bezosobowy. 

- Kto mówi? Proszę podać nazwisko. 

Miranda uchwyciła słuchawkę obu dłońmi tak mocno, że spod paznokci popłynęła krew. 

-  To  ja,  Miranda...  Przyjeżdżaj  zaraz...  Friedel  nie  żyje,  a  ja  jestem  tu  sama...  Simon, 

słyszysz mnie? 

background image

-  Będę  tam  zaraz  -  odpowiedział  znajomy  głos.  -  Dzwoń  do  doktora  Elversa...  Już  ci 

przeliteruję, a numer znajdziesz w książce telefonicznej. Dzwoń i to zaraz! Jeśli Elversa nie 

będzie pod telefonem, dzwoń do najbliższego lekarza. 

-  Do  lekarza?  Przecież  ona  nie  żyje!  Dostała  w  skroń  i  sama  widziałam  krew...  - 

krzyknęła Miranda do głuchej słuchawki. 

Przez  chwilę  trzymała  ją  przy  uchu.  Linia  milczała,  ale  w  domu  coś  się  działo.  Ktoś 

skradał  się  bardzo  cicho.  Miranda  wpatrywała  się  równocześnie  w  ciemność  i  w  czarną, 

niemą słuchawkę. 

Powiedziała  Simonowi,  że  jest  sama,  a  to  nie  było  prawdą.  Nie  była  sama.  Miała  pod 

opieką  Lottie  i  chyba  jeszcze  kogoś.  Kogoś,  kto  podsłuchał  jej  rozmowę  z  Simonem  i 

rozłączył linię z aparatu w pokoju Roberta na piętrze. 

Odłożyła słuchawkę, rozejrzała się na boki i na miękkich nogach wyszła do hallu. Schody 

były mroczne i ciche, a na piętrze panował jeszcze większy mrok. To nie miało sensu. 

Pomyślała o szatni. Jej drzwi miały wewnętrzny rygiel, więc mogłaby się tu nieźle bronić 

aż do przyjazdu Simona. 

A  co  z  Lottie?  Przecież  ten  ktoś  jest  na  piętrze,  dokładnie  tam,  gdzie  mała  śpi  sobie 

spokojnie. 

Miranda  ruszyła  schodami.  Teraz  nie  liczyły  się  cienie,  ani  ktoś,  kto  czaił  się  tam  na 

górze. Teraz ważna była Lottie. Wpadła do jej sypialni i nacisnęła kontakt. 

W  przyćmionym  świetle  spostrzegła  smacznie  śpiące  na  boku  dziecko.  Wyrwała 

panicznie klucz z zamka i zamknęła się od środka. 

Może  trzeba  było  zgasić  światło,  żeby  nie  zbudzić  małej,  ale  czuła,  że  nie  wytrzyma 

dłużej  w  ciemności.  Sięgnęła  po  zielony  pulower  Lottie  i  owinęła  nim  lampę.  Sine  światło 

było  też  trupie,  ale  przynajmniej  nie  kłuło  w  oczy.  Oparła  się  o  drzwi  i  czekała,  słuchając 

nierównego bicia własnego serca. 

Usłyszała skrzypienie schodów i kroki w  głębi domu, ale dźwięki te były tak ulotne, że 

nie potrafiła ich zlokalizować. 

Jeśli  nawet  ktoś  buszował  po  sypialni  Roberta  i  Stelli,  robił  to  szybko  i  ukradkiem. 

Przecież mógł się dostać do domu na sto tysięcy sposobów. Przez balkon, od ogrodu, tylnymi 

schodami...  Mógł  wejść i  wyjść,  bo  przecież  Friedel  zostawiła  klucze  w  zamku  kuchennych 

drzwi, a główne też były nie domknięte. 

- Gdzie jest ten Simon? - denerwowała się. Odeszła od drzwi i zerknęła przez okno. Ani 

ś

ladu  nadjeżdżającego  samochodu.  Tylko  księżycowa  poświata  i  drzewa  uginające  się  pod 

coraz mocniejszym wiatrem. 

Zasunęła  zasłony  i  spostrzegła  własne  odbicie  w  lustrze  nad  małą  toaletką.  Twarz  była 

blada, za to na seledynowej sukience w okolicy rękawa widniało coś ciemnego. 

Dotknęła i wyczuła dobrze jej znaną lepką wilgoć. 

background image

-  Nieźle...  Miranda  Brand  ma  znów  na  rękach  krew.  Na  rękach  i  na  sukience...  Dowód 

poszlakowy! - pomyślała przerażona. Kto jej tym razem uwierzy? Musi przebrać się, schować 

sukienkę,  zniszczyć,  a  najlepiej  spalić!  Zamiast  tego  zaczęła  wycierać  rozpaczliwie  dłonią 

poplamione miejsce. 

Zaczepiła czymś o tkaninę, rozdarła ją, spojrzała z przerażeniem na roztrzęsione ręce i na 

dyndającą na przegubie bransoletkę z amuletem. Zdjęła przez głowę sukienkę i odrzuciła ją w 

kąt, jak pełzającego po plecach pająka. Wyczuła przyspieszone tętno i pot na dłoniach. 

W  tym  momencie  usłyszała  za  oknem  hamujący  samochód,  a  zaraz  potem  kroki  na 

ś

cieżce i otwierane frontowe drzwi. 

-  Simon  Lang!  Ładnie  się  podłożyłam.  -  Miranda  zaczęła  wpadać  w  popłoch.  - 

Wezwałam  faceta,  który  właśnie  mnie  podejrzewa  o  morderstwo.  Powinnam  siedzieć cicho, 

wyprać  sukienkę  i  czekać  cierpliwie,  aż  ktoś  inny  odkryje  zwłoki  w  ogrodzie  -  rozważała 

teraz chłodno. - Zamiast tego dopadłam do telefonu i wystawiłam się na strzał, dokładnie jak 

wtedy w pociągu do Berlina... 

- Miranda! - Głos Simona odbił się echem w pustym domu. 

- Miranda? 

Lottie  obróciła  się  przez  sen,  a  Miranda  natychmiast  zapomniała  o  poszlakach  i  o 

konspiracji. Zeszła na półpiętro, przymykając delikatnie drzwi sypialni dziewczynki. 

W hallu stał Simon. Z perspektywy schodów przypominał gotowego do skoku kota, który 

wszedł  z  ciemności  do  oświetlonego  pokoju.  Nawet jego  oczy  zmieniły  barwę.  Trwał  przez 

chwilę  w  bezruchu,  wpatrując  się  w  Mirandę,  po  czym  pomknął  na  górę,  przeskakując 

stopnie. Uchwycił ją za łokcie, jak wtedy w korytarzu pociągu. 

- Wszystko w porządku? - spytał ostro. 

- Ciszej! Obudzisz Lottie - szepnęła i straciłaby przytomność, gdyby nie świadomość jego 

bliskości. 

- Szybko na dół! - warknął i sprowadził ją na parter, nie czekając na wyjaśnienia. 

- Co się stało? - spytał, patrząc jej w oczy. 

W  przyćmionym  świetle  półpiętra  wziął  jej  negliż  za  wieczorową  sukienkę.  Wzrok 

Mirandy  powędrował  za  jego  spojrzeniem.  Miała  ochotę  zapaść  się  pod  ziemię  i  pewnie 

zrobiłaby to, gdyby nie mocny uchwyt Simona. 

Analizował  chłodnym  okiem  jej  rozwichrzone  włosy,  białe  ramiona,  przebijające  przez 

przezroczystą  halkę  kształty,  niezłe  nogi  w  nocnych  pantoflach  na  wysokich  obcasikach. 

Obejrzał sobie to wszystko dokładnie i pokręcił głową. 

-  To  chyba  nie  jest  twoja  wieczorowa  sukienka?  -  spytał  zaskakująco  cichym  głosem.  - 

Włóż coś na siebie, bo się przeziębisz. 

- Właśnie... chciałam ją spalić - szepnęła resztkami sił. 

- Co chciałaś spalić? 

- Sukienkę. Jest na niej krew... tak, jak wtedy w pociągu, a teraz już nikt mi nie uwierzy... 

background image

- Można i tak - odparł z ulgą. Puścił jej ramię i Miranda przysiadła skulona na najniższym 

stopniu schodów. 

Simon  ruszył  w  stronę  szatni,  zdjął  z  wieszaka  pierwsze  z  brzegu  palto  i  rzucił je  w jej 

stronę. 

- Lepiej włóż coś na siebie, bo trochę tu zimno. 

Była to jesionka Roberta, dość obszerna jak dla niej, ale niemal w sam raz, żeby się nią 

owinąć. 

- Gdzie ona jest? - spytał Simon. 

-  W  ogrodzie.  Przy  żywopłocie,  tam  gdzie  rosną  bzy...  -  odpowiedziała,  wskazując 

wzrokiem w stronę okna bawialni. 

Simon  oddalił  się  bez  słowa.  Słyszała,  jak  otwiera  balkonowe  drzwi,  a  potem  na  długo 

zapadła cisza. 

Oparła głowę o balustradę schodów i przymknęła oczy. Ogarnęła ją senność i apatia. To 

wszystko  wydawało  się  jej  zwariowanym  snem,  bo  przecież  takie  rzeczy  nie  zdarzają  się 

normalnym  ludziom.  Najwyżej  podejrzanym  typom,  których  fotografie  trafiają  na  pierwsze 

strony  niedzielnych  brukowców.  Pomyślała,  że  zaraz  się  zbudzi  i  z  ulgą  odetchnie  po  tym 

sennym koszmarze. 

Otworzyła  oczy,  lecz  nie  było  to  radosne  przebudzenie,  a  Simon  Lang  z  pewnością  nie 

należał do świata nocnych urojeń. 

- Nie żyje. Co to za kobieta? 

- Friedel, nasza gosposia. 

Simon podniósł Mirandę i poprowadził ją do bawialni. 

Lampa nad stołem świeciła się dokładnie tak, jak wtedy, gdy wychodziła do ogrodu. Od 

tej chwili minęły już wieki, ale kolacja i sztućce trwały nie naruszone, a zegar wskazywał pięć 

po  dziewiątej.  Friedel  wspomniała,  że  wróci  przed  dziewiątą,  ale  teraz  leżała  sztywna  w 

ogrodzie, kilka metrów za okrytym zasłonami oknem bawialni. 

Mirandę  znów  przeszył  dreszcz.  Simon  przysunął  jej  do  ust  szklankę.  Przełknęła  i 

zakrztusiła się ognistym płynem. 

- A więc, jak to było? - spytał, odczekawszy, aż dojdzie do siebie. 

-  Zostałam  sama  -  zaczęła,  ważąc  słowa.  -  Mademoiselle  miała  wychodne,  a  Robert 

zadzwonił  i  powiedział,  że  wróci  późno.  Potem  telefonowała  Stella.  Powiedziała,  że  zjedzą 

kolację  w  klubie  i  prosiła,  żebym  dopilnowała  Lottie,  bo  Friedel  chce  wyskoczyć  gdzieś  na 

dwie godziny. Ułożyłam do snu Lottie, Friedel przygotowała mi zimne dania i wyszła. 

- Kiedy to było? 

- Chyba kwadrans przed ósmą, ale nie potrafię dokładnie powiedzieć. 

Spojrzała na zegar. Pomyślała, że to nie mogło być zaledwie przed godziną z minutami. 

- A co wydarzyło się potem? - głos Simona przywołał ją do rzeczywistości. 

background image

- Usłyszałam jakiś szmer na piętrze i pomyślałam, że to Lottie. Zawołałam, żeby wracała 

do łóżka i... 

- I co? 

- I przestraszyłam się. 

- Czego? 

-  Sama  nie  wiem.  Wydawało  mi  się,  że  ktoś  mnie  obserwuje.  Właściwie...  byłam  tego 

pewna, choć trudno powiedzieć dlaczego. Wyszłam do hallu, ale tam nie było nikogo. Potem 

coś poruszyło się za oknem bawialni i pomyślałam, że to Wally. 

- Ten mały Wilkin? 

- Przyłapałam go wczoraj po południu, gdy zakradał się do naszego domu i ostrzegłam, że 

następnym razem spuszczę mu porządne lanie. Wyszłam do ogrodu i tam ją znalazłam. 

Miranda przerwała i wpiła dłonie w poręcze fotela. 

- Gdzie? 

- Pod kępą bzów przy wyrwie w żywopłocie. Przecież już to mówiłam! 

- Leżała na skraju trawnika. Czy przesuwałaś jej ciało? 

- Tak... zapomniałam o tym. Próbowałam ją podnieść. Myślałam, że to Stella. 

- Stella? Myślałaś, że to pani Melville? Dlaczego? 

- Leżała z twarzą do ziemi, głowę miała w cieniu i miała na sobie jej futro. 

Simon  Lang  milczał  długo,  spoglądając  na  Mirandę  matowym  wzrokiem.  Znów 

uświadomiła sobie obecność zegara odmierzającego czas miarowym rytmem wskazówek. 

Odrzuciła palto Roberta, które zaczęło uwierać jej 

-  A  więc  myślałaś,  że  to  pani  Melville  -  odezwał  się  Simon.  -  A  co  zrobiłaś,  gdy 

przekonałaś się, że to nie ona? 

- Zostawiłam ciało, pobiegłam do domu i wykręciłam twój numer. 

- Dlaczego mój, a nie pogotowia albo pana Melville’a? 

- Nie wiem odparła znużonym głosem. - Może dlatego, że byłam w szoku i przyszedł mi 

do głowy twój numer. Nie wiem, naprawdę nie wiem, dlaczego... 

Simon przeniósł wzrok z Mirandy na stół. 

- Która mogła być wtedy godzina? Wtedy, gdy wyszłaś do ogrodu? 

- Nie mam pojęcia, nie patrzyłam na zegar. 

- W przybliżeniu? Zupa nie zajęła ci więcej niż pięć minut. Kiedy usłyszałaś ten szmer na 

piętrze? 

Miranda próbowała zebrać myśli. 

-  Odłożyłam  talerz  na  kredens,  wzięłam  z  półmiska  wędliny  i  sięgnęłam  po  sałatę.  To 

było już po krokach, które przypisałam Lottie. 

- Powiedzmy, że to też trwało pięć minut. A co później? 

- Wyszłam do hallu i kazałam jej wracać do łóżka. 

- Potem znów usiadłaś przy stole, ale już nie tknęłaś jedzenia. Dlaczego? 

background image

- Przecież mówiłam ci, że poczułam lęk i zaczęłam nadsłuchiwać. 

- Jak długo nadsłuchiwałaś? 

- Najwyżej pięć minut, ale to bardzo długo, gdy przeraża cię każdy dźwięk. 

-  A  więc  była  już  ósma.  Powiedzmy,  pięć  po  ósmej.  Do  mnie  zadzwoniłaś  dokładnie  o 

ósmej  trzydzieści.  A  więc  co  robiłaś  w  ogrodzie?  Dwadzieścia  minut  to  bardzo  długo, 

Mirando? 

Spojrzała na niego szklistym wzrokiem i znów poczuła ucisk w okolicach gardła. 

-  Nic...  Rozglądałam  się  za  Wallym,  stałam  i  czekałam,  czy  nie  wypełznie  gdzieś  z 

krzaków.  Potem  słuchałam  muzyki  dochodzącej  z  domu  państwa  Leslie,  aż  do  chwili  gdy 

party się skończyło i zgasły światła. 

-  A  więc  wiedziałaś,  że  w  sąsiedztwie  nie  ma  nikogo  -  powiedział  Simon  bardziej 

oznajmująco,  niż  pytająco.  Miranda  nie  wyczuła  tej  różnicy  w  tonie  jego  głosu,  ponieważ 

brandy zrobiło swoje i teraz czuła się rozluźniona. 

- Dokładnie tak, jak mówisz. Zmarzłam i postanowiłam obejść do końca ogród, a potem 

zamknąć się w domu i też słuchać radia do powrotu gospodarzy. Zrobiłam kilka kroków... A 

resztę już znasz. 

- Dwadzieścia minut to bardzo dużo czasu, Mirando. Zbyt dużo, jak na kilka kroków. Czy 

o niczym nie zapomniałaś? 

-  O  niczym  -  przytaknęła,  czując  zarazem,  że  się  rumieni.  Głupi,  szczeniacki  nawyk, 

którego nie potrafiła się pozbyć od lat mimo usilnych starań. 

- A więc przespacerowałaś się po ogrodzie? 

- Na chwilę przysiadłam, żeby przemyśleć pewne sprawy. 

- Jakie sprawy? 

- Moje prywatne. 

Simon wzruszył ramionami i puścił to mimo uszu. 

-  Czy  jesteś  pewna,  że  w  domu  nie  było  nikogo  oprócz  ciebie  i  Lottie?  -  Przyjrzał  się 

uważnie twarzy Mirandy i dodał: - Wcale nie byłaś tego pewna. Kto to mógł być? 

-  Sama  nie  wiem  -  wydobyła  z  siebie  drżącym  głosem.  -  Wtedy,  gdy  dzwoniłam  do 

ciebie, wydawało mi się, że ktoś w sypialni Stelli odkłada słuchawkę. Jak gdyby podsłuchiwał 

naszą rozmowę... 

- Kto? 

-  Nie  mam  pojęcia.  Byłam  przerażona,  pobiegłam  do  pokoju  Lottie,  zamknęłam  się  od 

wewnątrz, a potem przyjechałeś. 

- I nie słyszałaś, żeby ktoś wychodził z sypialni Stelli? 

- Skąd mogę wiedzieć? Ten ktoś mógł wyjść frontowymi, albo tylnymi drzwiami. Może i 

coś słyszałam, ale gdy zobaczyłam krew na mojej sukience, straciłam zupełnie głowę. 

-  Że  też  właśnie  do  ciebie  musiałam  zadzwonić!  -  dodała  z  histerycznym  śmiechem 

przechodzącym  w  łkanie.  -  Czy  to  szaleństwo  nigdy  się  nie  skończy?  Pamiętasz,  co 

background image

powiedziałeś wtedy w pociągu? „Ktoś, kto zabił brygadiera, musi mieć na sobie ślady krwi”. 

Dokładnie, jak ja, wtedy i teraz! Wszystko pasuje? 

- Dość tego, Mirando! - uciął Simon. 

- Przepraszam, głupio to wyszło. 

- Więcej niż głupio - zbył ją cierpko. 

Wstał i przez chwilę patrzył na nią z góry, trzymając ręce w kieszeniach. 

-  Idź  na  górę  i  włóż  na  siebie  coś  przyzwoitego.  Muszę  wykonać  kilka  telefonów  i 

wkrótce  będziemy  mieli  tu  nieco  gości.  Zadadzą  ci  kilka  pytań  i  jeśli  mówisz  prawdę,  nie 

widzę  powodu,  żebyś  ukrywała  przed  nimi  sukienkę,  w  której  znalazłaś  ofiarę.  Na  twoim 

miejscu ubrałbym się zaraz w tę sukienkę. Czy nie wiesz pod jakim numerem znajdę majora 

Melville’a? 

Miranda  nie  odpowiedziała  na  pytanie.  Poderwała  się  tak  gwałtownie,  że  znów 

przewróciła krzesło, ale tym razem nawet nie zauważyła tego. 

- Jeśli mówię prawdę? - powtórzyła. - A niby dlaczego miałabym kłamać? 

- Wcale tak nie twierdzę. Pytam tylko, gdzie jest w tej chwili major Melville. 

- Nie wiem. Stella wspominała coś o klubie oficerskim. 

Simon  wyszedł  z  pokoju,  a  Miranda  podniosła  przewrócone  krzesło.  Jej  serce  biło  jak 

młot, a w uszach brzmiały słowa Simona: Dwadzieścia minut to bardzo długo, Mirando... 

Zastanawiała  się,  czy  niewinni  ludzie  mogą  zawisnąć  na  stryczku,  i  jak  udowodnić 

niewinność,  jeśli  fakty  świadczą  przeciw  niej?  Znała  z  lektur  przypadki,  gdy  osoby 

odnajdujące zwłoki, w panice je ukrywały, bądź zacierały ślady, a potem lądowały na ławie 

oskarżonych.  Zawsze  traktowała  z  pogardą  histeryków  lękających  się  wykręcić  numer 

najbliższego  komisariatu.  Teraz  przyszło  jej  na  myśl,  że  ci  histerycy  mogli  kierować  się 

zdrowym rozsądkiem. Zdrowszym niż Mirandy Brand, wzywającej po obywatelsku policję w 

osobie Simona Langa. Czy nie powinna raczej siedzieć cicho, wyprać sukienkę i udawać, że 

nie ma o całej sprawie bladego pojęcia? 

background image

Rozdział 12 

 

Nazajutrz  Miranda  obudziła  się  z  migreną  i  psychicznym  kacem.  Spojrzała  na  budzik  i 

pomyślała  z  nadzieją,  że  to  dopiero  22.50,  ale  sączące  się  przez  zasłony  światło  dnia 

przekonało ją, że jest w błędzie. Dochodziła jedenasta i trzeba było opuścić zacisze pościeli. 

Wstała  i  ruszyła  niepewnym  krokiem  do  łazienki.  Odkręciła  krany  z  zimną  i  ciepłą  wodą  i 

przemyła twarz nad umywalką. 

Lustro  odbijało  zaczerwienione  z  niewyspania  oczy,  w  głowie  biły  dzwony,  a  mózg 

pracował  na  zwolnionych  obrotach.  Ubierając  się,  próbowała  zrekonstruować  wydarzenia 

ostatniego wieczoru. 

Friedel  Schultz  nie  żyje...  Ktoś  zabił  ją  pogrzebaczem  do  pieca  z  domowej  kotłowni... 

Może chciał ją tylko ogłuszyć, ale w ciemności trafił w skroń... 

Sprawcy sprzyjała pogoda. Wieczorem zerwał się wiatr, a przed północą przeszła krótka 

ulewa.  Deszcz  rozmył  ślady  na  ścieżce  i  przy  kępie  bzu.  Jeśli  nawet  jakieś  pozostały,  ona 

sama je zatarła, przesuwając ciało Friedel z miejsca zbrodni. 

Przesłuchanie  trwało  ponad  godzinę.  Pytania  zadawali  Simon  Lang,  siwy  mężczyzna, 

którego pamiętała jeszcze ze stacji Charlottenburg i ktoś trzeci, kogo przypominała sobie jak 

przez mgłę. Ten ktoś chyba przesłuchiwał Stellę i Mademoiselle w berlińskim hotelu. 

Był też lekarz i dwóch sanitariuszy, którzy wynieśli na noszach zwłoki Friedel. Do tego 

kilka  osób  z  aparatami  i  lampami  błyskowymi.  Byli  zawiedzeni,  bo  przed  ich  przybyciem 

lunął deszcz, zatarł ślady i mogli najwyżej sfotografować Friedel leżącą na skraju trawnika - 

dokładnie tam, gdzie ją zostawiła. 

Simonowi nie udało się dodzwonić do Roberta i Stelli. Wrócili do domu osobno. Stella po 

dziesiątej, Robert godzinę później. 

Mademoiselle pojawiła się pół godziny  przed północą. Była w kinie przy  Reichskanzler 

Platz,  a  po  wieczornym  seansie,  pokrzepiwszy  się  filiżanką  kawy  i  biszkoptem,  wracała 

pieszo do domu. 

Wszyscy  trafiali  kolejno  na  scenę  godną  filmowego  horroru.  Ostre  światło,  stół  z  nie 

dojedzoną przez Mirandę kolacją, ona sama przepytywana przez trzech mężczyzn. 

Najgorzej  miała  Stella. Weszła  do  domu  dokładnie  w  momencie,  gdy  wynoszono  nosze 

ze zwłokami Friedel. 

Simon  próbował  załagodzić  sytuację  i  wyjaśnić  pani  domu  na  osobności,  co  się 

wydarzyło. Nie słuchała go, wpatrzona w twarz martwej Friedel. 

- Moje futro! Dlaczego włożyła moje futro? Gdzie jest Randa? - wyrzucała z siebie Stella 

głosem przechodzącym w pisk. 

- Jestem tutaj! - zawołała Miranda. Uwolniła się jednym ruchem ręki od towarzyszącego 

jej siwego gliniarza i wpadła do hallu. 

background image

- Pewnie wypożyczyła sobie twoje futro i chciała powiesić je w szatni, zanim wrócisz do 

domu. Wiesz, co przeżyłam, Stello, gdy znalazłam ją tam w ogrodzie? Poznałam twoje futro i 

pomyślałam, że to ciebie... - nie dokończyła, bo puenta była jasna. 

Stella  wpatrywała  się  w  Mirandę  tak  intensywnie,  że  nawet  makijaż  nie  był  w  stanie 

zatuszować trupiej bladości jej twarzy. 

- Myślałaś, że to mnie...? - Też nie dokończyła, próbowała zrobić krok, ale zawirowała i 

padła bez zmysłów na podłogę. 

Po  kilku  minutach,  które  dla  Mirandy  trwały  wieki,  wniesiono  Stellę  do  jej  sypialni  na 

piętrze. Dostała zastrzyk morfiny i zapadła w głęboki sen, ale dopiero po powrocie Roberta. 

Zamierzał  popracować  do  późna  w  swoim  biurze  i  zjeść  kolację w  oficerskiej  kantynie, 

lecz jego przełożony wezwał go przed ósmą w pilnych służbowych sprawach. Zasiedzieli się 

kilka godzin, a potem Robert pożyczył wóz od kolegi z jednostki i pojechał nim do państwa 

Lawrence. 

Wysłuchał chłodno policyjnych relacji z nocnych zdarzeń, ale na widok przesłuchiwanej 

w bawialni Mirandy stracił cierpliwość. 

-  Co  chcecie  od  tej  dziewczyny?  Nie  mogliście  poczekać  z  tym  do  jutra?  -  rzucił 

stanowczo.  Okrążył  stół  i  objął  ramieniem  Mirandę,  która  uczepiła  się  jego  palta  i 

wybuchnęła niekontrolowanym płaczem. 

Robert obdarzył policjantów słowami, których nie używa się przy damach, po ojcowsku 

przytulił kuzynkę i poprowadził ją przez hali na piętro. W nie domkniętych drzwiach sypialni 

stała  Stella.  Jej  platynowe  włosy  przyciemniały,  przetarte  wilgotnym  ręcznikiem  przez 

cucącego  ją  lekarza.  Sina  twarz  zapowiadała  kolejne omdlenie.  Robert  potrząsnął  Mirandą  i 

widząc,  że  sama  trafi  do  swojego  pokoju,  wpadł  do  sypialni  żony.  Objął  Stellę,  lekarz 

przymknął drzwi, a przebudzona Lottie zaczęła głośno domagać się czegoś do picia. 

Miranda musiała znów wziąć się w garść. Weszła do dziecięcej sypialni, przetarła dłonią 

rozgorączkowane  policzki  Lottie,  podniosła  z  podłogi  nakręcanego  misia,  pogłaskała  czoło 

dziewczynki i ruszyła znów na parter. 

Ekipa wyniosła się, ale niezawodny Simon Lang trwał na posterunku. Służbę umilał sobie 

pasjansem stawianym talią miniaturowych kart, które roztrzepana Lottie musiała zostawić na 

okiennym  parapecie.  Ułożył  z  namysłem  królową  karo  na  treflowym  królu  i  spojrzał  na 

Mirandę. 

- Czegoś nam tu brak - powiedział jakby do siebie. - Co cię tu sprowadziło? Twój kuzyn 

miał rację. Przesadziliśmy trochę z tym nocnym przesłuchaniem. 

- Sama nie wiem, czemu tu jestem - odparła, siadając na krześle i podpierając wspartymi 

o  stół  rękami  skołowaną  głowę.  -  I  tak  nie  zasnę.  Mademoiselle  jeszcze  nie  wróciła  i  ktoś 

musi otworzyć jej drzwi. 

- I ktoś to zrobi. Obawiam się, że posiedzę tutaj aż do powrotu tej pani. 

- Po co? 

background image

- Policyjna rutyna. Muszę zapytać, gdzie była, co robiła? Zwykłe formalności. 

- Nie możesz przesłuchać jej jutro rano? 

Simon namyślił się i przełożył trójkę trefl. 

- Jutro mogłaby opowiedzieć mi całkiem inną wersję - odparł. 

Miranda wstała, podeszła do kredensu i powróciła do stołu z napełnioną szklanką. 

- Zawsze rozcieńczasz whisky lemoniadą? - spytał obojętnym tonem Simon. 

- Nie zawsze. A jeśli chcesz wiedzieć, nie zawsze popijam w środku nocy. Robert mówi, 

ż

e czasami stawia to na nogi. 

- Mam inne zdanie, więc odłóż to i strzel sobie ciepłe mleko albo mocną kawę. 

Nie  posłuchała  jego  rady.  Demonstracyjnie  wysączyła  trunek,  skrzywiła  się  i  dopiero 

wtedy odłożyła szklaneczkę. 

- Gdzie są twoi ludzie? - spytała. 

- Poszli sobie. 

- A Friedel? 

- Też poszła sobie. Na zawsze, Mirando. 

- Nazywam się Brand. 

-  Przepraszam,  ale  zdążyłem  się  przyzwyczaić  do  twojego  imienia  -  odparł  z 

zakłopotaniem Lang. 

- A teraz do rzeczy. Kto ci przedstawił brygadiera? 

Pytanie było tak niespodziewane, że przez chwilę nie rozumiała, o co mu chodzi. Simon 

zapomniał o pasjansie i wpatrywał się w nią czujnym wzrokiem. 

-  Nie  pamiętam...  Chyba  Robert...  a  może  Stella.  Nie,  to  musiał  być  pułkownik  Leslie. 

Wiem, że to było w wagonie restauracyjnym do Hook. Brindley siedział naprzeciw państwa 

Leslie  i  obok  mnie.  Stoliki  były  czteroosobowe,  więc  przysiadłam  się  do  nich,  bo  przy 

naszym siedzieli Robert, Stella, Mademoiselle i Lottie. 

-  Czy  twoim  zdaniem  państwo  Leslie  znali  już  wcześniej  brygadiera,  czy  poznali  go  w 

pociągu? 

-  Trudno  powiedzieć.  Ci  wojskowi  mają  tylu  wspólnych  znajomych  i  tyle  wspólnych 

wspomnień, że zawsze przypominają szkolną paczkę. Ale pani Leslie musiała znać wcześniej 

brygadiera, bo wspomniała, że Stella... - Miranda urwała w pół słowa. - Przepraszam, coś mi 

się pokręciło... 

- Co ci się pokręciło? 

- Nic. Pomyliłam brygadiera z Johnnym. 

- Z Johnnym? A kto to taki? - spytał cierpliwie Simon. 

-  Johnny  Radley,  pierwszy  mąż  Stelli.  Zginął  rod  Tobrukiem.  -  Miranda  uświadomiła 

sobie, że relacjonuje Simonowi intymną rozmowę z Norą na Kurfurstendamm. Może sprawiła 

to  whisky,  a  może  musiała  się  wygadać,  żeby  odpędzić  wspomnienie  zwłok  Friedel  w 

background image

zalanym  księżycową  poświatą  ogrodzie  i  zrzucić  z  barków  ciężar  jej  bezwładnego, 

holowanego na trawnik ciała? 

Simon słuchał uważnie, nie odwracając teraz wzroku od stawianego pasjansa. Przestawiał 

ostrożnie  i  z  namysłem  karty,  a  gdy  skończył,  złożył  je  szybkim  ruchem  w  talię,  pokręcił 

głową i mruknął, że zabrakło mu dwójki. 

Z  hallu  dobiegły  głosy  i  do  jadalni  weszli  Robert  i  lekarz.  Pierwszy  z  nich  zignorował 

Simona i głosem zdradzającym poirytowanie spytał Mirandę, dlaczego jeszcze nie śpi. 

- Czekałam na Mademoiselle - odpowiedziała wyczerpana. - Co ze Stellą? 

- Śpi  - rzucił Robert. - Ty też powinnaś już dawno pójść w jej ślady. Panem Langiem i 

Mademoiselle  zajmę  się  sam.  Czy  mógłby  pan  dać  mojej  kuzynce  coś  lekkiego  na  sen?  - 

zwrócił się do lekarza. 

- Może raczej na kaca - wtrącił obojętnie Lang. 

- O czym pan, do diabła, mówi? - warknął Robert. 

- O tym, że środki nasenne bywają szkodliwe dla młodych dam, które przez ostatnie kilka 

godzin wlały w siebie prawie pół litra. 

Doktor  puścił  to  mimo  uszu  i  podał  Mirandzie  dwie  tabletki  aspiryny.  Posłusznie  je 

połknęła i wstała. 

- Zaprowadzę cię do pokoju, Mirando. - Robert wziął ją pod ramię. 

-  Wszystko  w  porządku,  Robercie  -  odparła  niezbyt  pewnie.  Spostrzegła,  że  Simon 

również  wstaje  z  krzesła  i  przygląda  się  jej  uważnie.  Nigdy  w  życiu  nie  widziała  tak 

uważnego,  a  równocześnie  nieprzeniknionego  spojrzenia.  Czy  zupełnie  nieprzeniknionego? 

Za matową szybą wyczuła coś w rodzaju zainteresowania, a może i ukrywanej złości. 

Uwolniła delikatnie ramię z uścisku Roberta i wycofała się z jadalni. 

Poszła do sypialni, ale zamiast się położyć, czuwała z głową wspartą na rękach. Słyszała 

dobiegające  z  jadalni  głosy,  słyszała  otwierane drzwi,  słyszała  lawinę  słów  wypowiadanych 

na  pewno  przez  Mademoiselle.  Trudno  było  je  zrozumieć,  bo  składnia  była  angielska,  ale 

wymowa  przypominała  mieszaninę  niemieckiego  i  francuskiego,  co  często  się  zdarza 

Szwajcarom, gdy będąc w obcych krajach wpadną w złość. 

Miranda  słuchała  tej  paplaniny  z  zakłopotaniem.  Uświadomiła  sobie,  że  Mademoiselle 

wywołuje w niej równie nieprzychylne uczucia, jak koty w sercu cioci Hetty. Już sam zapach 

kminku miażdżonego pożółkłymi zębami wzbudzał odrazę. 

Mademoiselle towarzyszyła wiernie Stelli i Lottie od trzech lat. Melville’owie zatrudnili 

ją,  gdy  mała  skończyła  piąty  rok  i  był  to  trafny  wybór.  Panna  Beljame  z  wojskową 

dokładnością  dbała  o  panienkę,  o  dom,  rzadko  kiedy  prosiła  o  wychodne,  a  o  niezbyt 

wygórowanym  jak  na  jej  kwalifikacje  wynagrodzeniu  nigdy  nie  wspomniała  słowem.  Stella 

często mówiła, że bez Mademoiselle nie potrafiłaby prowadzić domu i błogosławiła dzień, w 

którym znalazła tej klasy guwernantkę. 

background image

Mirandzie przypomniały się jej własne, nie tak odległe czasy. Przed trzema laty skończyła 

szkołę  średnią  i  waletując  w  żeńskim  akademiku,  rozglądała  się  za  pracą.  Zatrudniła  się  w 

agencji modelek, a niewysokie, ale stałe wynagrodzenie pozwoliło jej wynająć garsonierę do 

spółki ze studiującą zaocznie rówieśnicą. Z Melville’ami, nie mówiąc o Mademoiselle, miała 

bardzo luźny kontakt do dnia, gdy po zaproszeniu na wakacje w Berlinie spotkała ich na stacji 

przy  Liverpool  Street.  Dziwne,  że  od  razu  poczuła  antypatię  do  tej  maskującej 

staropanieństwo  czarną  farbą  do  włosów,  pachnącej  kminkiem  szwajcarskiej  sekutnicy. 

Antypatia  przeszła  szybko  w  odrazę  potęgowaną  teraz  dobiegającym  z  jadalni  butnym 

szwargotem. 

Na  szczęście  Mademoiselle  udała  się  do  sypialni,  a  wkrótce  potem  jadalnię  opuścili 

Robert, lekarz i Simon Lang. Miranda nie słyszała, o czym mówią, Je zmęczony i niepewny 

głos Roberta nakładał się na łagodzący ton doktora i słowa Simona matowe, jak jego twarz. 

Dochodziła druga w nocy. Miranda zrzuciła jeszcze raz seledynową sukienkę poplamioną 

krwią  Friedel  i  zapadła  w  niespokojny  półsen.  Gdy  po  przebudzeniu  zeszła  na  parter, 

stwierdziła, że lampy już się nie palą, więc chyba jest już dzień. 

Usłyszała  dobiegający  z  bawialni  głos  Stelli.  Już  miała  wejść,  ale  zatrzymał  ją 

dochodzący  z  półpiętra  odgłos  szybkich  kroków.  Zobaczyła  panią  Leslie  w  wyjściowym 

kapelusiku i w roboczych rękawiczkach, trzymającą małą paczuszkę. Nora zatrzymała się na 

widok Mirandy w pół kroku. 

- Przepraszam, ale powiedziano mi, że jeszcze spisz. Pewnie nawet nie zjadłaś śniadania? 

Czeka na ciebie. Pomagałam spakować się waszej guwernantce. 

-  Mademoiselle  się  wyprowadza?  -  spytała  Miranda,  próbując  zebrać  myśli  w  obolałej 

głowie. 

-  Chyba  żartujesz.  Przeprowadzamy  Lottie  do  domu  państwa  Lawrence,  zanim  wasze 

sprawy  się  nie  ułożą.  Katy  Lawrence  dzwoniła  do  mnie  dziś  rano  i  zleciła  mi  całą  akcję. 

Zakazała,  mi  budzić  ciebie  i  Stellę,  więc  weszłam  od  ogrodu  i  już  ustaliłam  wszystko  z 

Robertem.  Sama  przyznasz,  że  to  nie  jest  teraz  miejsce  dla  waszej  małej.  Mademoiselle 

zostaje u was i będzie dojeżdżać do Lottie na rowerze. To tylko kilka kroków. 

- A z kim rozmawia Stella? - spytała Miranda. niewiele z tego rozumiejąc. 

-  Z  kapitanem  Langiem,  a  może  z  którymś  z  tych  miejscowych  przebranych  za  policję 

gestapowców - odparła cierpko pani Leslie. - Od rana nie dają nam spokoju. Przesłuchiwali 

mnie i Roberta, nie pozwalając nam nawet zjeść śniadania. Nawet pokojówce i lokajowi nie 

przepuścili!  Zażądali  pełnej  listy  naszych  wczorajszych  gości  i  pytali,  w  jakiej  kolejności 

przyjeżdżali.  Czysty  faszyzm!  Powiem  kucharce,  że  już  wstałaś,  i  zaraz  przyniesie  ci 

ś

niadanie do jadalni. 

- Nie jestem głodna - powiedziała Miranda, tłumiąc złość. 

- Chyba żartujesz! Musisz zaraz coś zjeść i napić się kawy. Wyglądasz jak trzy ćwierci do 

ś

mierci lub jeszcze gorzej. 

background image

Miranda  zdobyła  się  na  uśmiech,  a  rozpromieniona  własnym  aforyzmem  pani  Leslie 

udała się do kuchni, aby popastwić się nad Frau Herbach. 

- Zwariowana baba - oświadczyła po powrocie. - Mówi, że zwalnia się, bo nie chce być 

kolejną ofiarą. Boże, co za naród! Wypij kawę, a ja zajmę się bagażami. 

- Czy Lottie jest już u państwa Lawrence? - spytała przez ramię Miranda, idąc do jadalni 

za Frau Herbach niosącą tacę w drżących dłoniach. 

- Nie, jest u nas - odparła Nora. - Bawi się z tym piegowatym diabłem, który umilał nam 

ż

ycie w pociągu. Katy Lawrence wpadnie po nią później. Trzymaj się, Mirando, bo na mnie 

już czas. 

Odmaszerowała, pozostawiając Mirandę sam na sam ze śniadaniem. 

Ktoś zapomniał wyłączyć ogrzewanie w jadalni. Słońce grzało i pokój przypominał teraz 

cieplarnię.  Miranda  otworzyła  okno  i  usłyszała,  że  przez  otwarte  okno  sąsiedniej  bawialni 

dobiega głos Stelli. Głos. który nagle się załamał i przeszedł w płacz. 

-  Wiem... Wiem,  że  zachowałam  się jak  idiotka!  Co  w  tym  dziwnego?  Przecież  poznali 

się w Egipcie, a potem pisała do niego. Czemu miałam udawać, że nic o tym nie wiem? 

Simon Lang spytał o coś tak cicho, że Mirandzie nie udało się podsłuchać jego słów, ale 

Stella wyrzucała je z siebie, jak karabin maszynowy: 

-  Pani  Marson?  Oczywiście,  że  też  była  u  Lawerence’ów.  Byłyśmy  tam  wszystkie. 

Ż

artowałyśmy,  że  Sally  -  pani  Page  -  jest  słomianą  wdową,  bo  jej  mąż  popija  pewnie  z 

amerykańskimi  towarzyszami  broni  w  ich  sektorze.  Potem  pani  Bradley  zaprosiła  Sally  na 

kolację, a ta ślicznotka powiedziała, że już ktoś ją dzisiaj zaprosił. Pani Bradley powiedziała, 

ż

e wcale się temu komuś nie dziwi, a potem zadzwonił mój mąż i powiedział, że nie wróci na 

kolację, bo coś go zatrzymało, a ja... 

Stella nie dokończyła zdania, ale po chwili kontynuowała monolog opanowanym głosem: 

-  Nie  ciągnęło  mnie  do  domu,  bo  są  chwile,  gdy  człowiek  chce  być  sam  i  przemyśleć 

sobie  pewne  sprawy.  Miranda  to  miła  dziewczyna,  ale  nie  ona  była  mi  wtedy  potrzebna. 

Wsiadłam  do  samochodu,  wysiadłam  z  wozu  przed  tym  olimpijskim  basenem  i 

przechadzałam  się  nad  brzegiem.  Potem  zadzwoniłam  do  biura  Roberta,  a  jeszcze  potem 

wpadłam do oficerskiego klubu. Nie było go ani tu, ani tam... 

Simon  Lang  pewnie  podszedł  do  okna,  bo  tym  razem  Miranda  wyraźnie  usłyszała  jego 

pytanie: 

- Kiedy to było? 

- Około wpół do ósmej. 

- Około czy dokładnie? 

-  Dokładnie.  Spojrzałam  na  zegarek,  odkładając  słuchawkę.  Była  siódma  trzydzieści 

sześć. 

- A co potem? 

background image

-  Potem  wsiadłam  do  samochodu  i  pojechałam  pod  dom  państwa  Page  -  odparła  Stella, 

pokrywając  zakłopotanie  podniesionym  głosem.  -  Zaparkowałam  w  ustronnym  miejscu,  z 

którego  widziałam,  jak  Sally  opuszcza  dom  i  wsiada  do  taksówki.  Próbowałam  jechać  za 

taksówką, ale zgubiłam ją na ulicznych światłach. 

-  Jak  długo  stała  pani  pod  ich  domem?  -  spytał  Simon  obojętnie,  jakby  chodziło  o 

przedwczorajszą  prognozę  pogody.  Zabrzmiało  to  dyskretnie,  ale  skutecznie,  bo  Stella 

przeszła z monologu na krótkie odpowiedzi. 

- Minutę, może dwie... To niespełna mila od klubu, więc pewnie było po w pół do ósmej. 

- Pani Page była na kolacji u państwa Leslie i musiała dojechać tam co najmniej dziesięć 

minut przed ósmą. 

- Oczywiście, że tak. Znów mówię bzdury... 

- Zostawmy to. Co robiła pani po zgubieniu jej taksówki? 

- Zatrzymałam wóz w bocznej uliczce i rozmyślałam. 

- Jak długo? 

- Nie wiem. W takich sytuacjach czas płynie szybko. Może godzinę, może dwie... Kto to 

policzy?  Poczułam  głód,  wpadłam  pokrzepić  się  w  jakimś  nocnym  barze  i  przyjechałam  do 

domu. Co było potem, wie pan dobrze. 

- Wiem - odparł Simon. - Czy przypadkiem między wyjściem z klubu a godziną ósmą nie 

spotkała pani kogoś znajomego? 

- Nie - odpowiedziała Stella znużonym głosem. - Niestety nie, i moje alibi jest kiepskie, 

kapitanie Lang... 

- Alibi? 

- Chciałam tylko wiedzieć, czy Robert też się o tym dowie? 

-  Najwyżej  od  pani  -  mruknął  Simon.  -  Może  zresztą  byłby  to  niezły  pomysł  -  dodał 

pojednawczo. 

-  Wykluczone!  -  rzuciła  ostro  Stella.  -  Pytał  mnie  dziś  rano,  jak  spędziłam  wieczór  i 

powiedziałam  mu,  że  wpadłam  dla  rozrywki  na  kolację  do  typowej  niemieckiej  restauracji. 

Sama nie wiem, dlaczego to panu mówię? 

-  Bo  i  tak  by  się  o  tym  dowiedział  -  pomyślała  podsłuchująca  rozmowę  Miranda.  - 

Choćby od pańskich szpiclów, kapitanie Simonie Lang. 

Oparła  się  o  parapet  i  spojrzała  na  zalany  wiosennym  słońcem  trawnik.  Nocna  ulewa 

sponiewierała  wiśniowe drzewka,  ale  pokrywające  trawnik  blade  płatki  zdążyły  już  zastąpić 

ś

wieże pączki na gałązkach. Ogród wyglądał wiosennie, świeżo i zacisznie. Kto by pomyślał, 

ż

e  przed  kilkoma  godzinami  na  słonecznym  trawniku  leżały  zwłoki  uśmierconej 

pogrzebaczem kobiety? 

Mademoiselle  wyjechała  przez  tylną  furtkę  na  ulicę,  spostrzegła  w  oknie  Mirandę  i  nie 

zsiadając  z  roweru,  spytała,  czy  odespała  ostatnią  noc.  Ona  sama  nawet  nie  zmrużyła  oka  i 

background image

wciąż  myśli  o  tej  nieszczęsnej  kobiecie.  Rzecz  jasna,  zrobili  to  Sowieci.  To  za  ich  sprawą 

ciągle ktoś tu ginie lub znika, nawet wczoraj usłyszała coś o tym z kompetentnych ust. 

Stella wychyliła się z okna bawialni i spytała Mademoiselle, czy trafi do domu państwa 

Lawrence. 

Guwernantka  przytaknęła  i  powiedziała,  że  byłaby  tam  już  dawno,  gdyby  nie  ci  głupi 

ż

andarmi  zasypujący  ją  od  rana  równie  głupimi  pytaniami.  Z  impetem  nacisnęła  pedały  i 

ruszyła w równym tempie jak doświadczona cyklistka. 

- Myślałam, że jeszcze śpisz, Rando - zawołała Stella. - Jak się czujesz? 

- Koszmarnie! Tobie pewnie też przydałaby się kawa, więc chodź tu szybko. 

- Nie mogę - powiedziała Stella pozornie wesołym głosem - Trwa przesłuchanie trzeciego 

stopnia i walczę o życie. 

-  Czyżby  ci  głupi  żandarmi  zasypywali  cię  nadal  równie  głupimi  pytaniami?  -  spytała 

głośno Miranda, naśladując wymowę Mademoiselle. 

-  Chyba  żartujesz,  Mirando!  -  usłyszała  odpowiedź,  a  po  niej  śmiech  Simona  Langa. 

Okno bawialni zamknęło się gwałtownie. 

Nalała  sobie  kawy,  ale  tym  razem  sączyła  ją  powoli,  starając  się  wyjaśnić  sobie  pewne 

sprawy. 

-  A  więc  podejrzana  Miranda  Brand  zatarła  część  dowodów  rzeczowych  zamiast 

zatelefonować od razu na policję. Działała w afekcie, co może, ale nie musi, świadczyć na jej 

korzyść.  -  Miranda  próbowała  wejść  w  położenie  prowadzących  śledztwo  i  przewidzieć  ich 

rozumowanie. 

-  Działała  w  stanie  podniecenia.  Gdy  zrzuciła  z  siebie  poplamioną  krwią sukienkę,  była 

noc.  Ale  teraz  jest  dzień,  więc  czemu  znów  nawija  o  dowodach  rzeczowych  czy 

poszlakowych? Może dlatego, że jest niepoczytalna? Może zabija nocą obcych ludzi, ot tak, 

dla  zabawy,  jak  Mr  Hyde?  Przecież  nawet  najgłupszy  sędzia  śledczy  nie  poszedłby  tym 

tropem. Ale jeśli nikt w to nie uwierzy, czego właściwie się obawia? Czego, a może kogo? 

-  Simon  Lang!  -  podpowiedziane  myślą  imię  i  nazwisko  padły  tak  donośnie,  jakby 

wymówił je ktoś za jej plecami. 

Miranda  pomyślała,  że  ten  człowiek  mógł  podejrzewać  ją  o  motywy  pozbycia  się 

brygadiera  i  Friedel.  Motywy  niejasne,  ale  nie  dające  się  wykluczyć,  bo  przecież  w 

przeciwnym razie nie marnowałby czasu na nocne rozmowy. A jeśli tak sądził, musiał istnieć 

jakiś związek między brygadierem Brindleyem, Frau Friedel i Mirandą Brand. 

Usłyszała  dobiegające  z  bawialni  kroki.  Stella  weszła  na  piętro  i  po  chwili  zatrzasnęła 

gwałtownie drzwi sypialni. Miranda odstawiła filiżankę i weszła desperacko do bawialni. 

Simon Lang stał przy oknie i wpatrywał się w ogród. Odwrócił się, obdarzył Mirandę w 

miarę przyjaznym spojrzeniem i znów skupił uwagę na ogrodzie. 

Zapomniała,  co  właściwie  chciała  mu  powiedzieć.  Podeszła  do  okna  i  przez  chwilę 

towarzyszyła mu w kontemplacji ogrodu, przywołując w pamięci jego nocny obraz. 

background image

Chyba oboje pomyśleli o tym samym, bo nagle zacytował: „Dzień dzisiaj jasny, byle do 

wieczora...” 

- „A gdy noc przyjdzie, nam do domu pora” - dopowiedziała, jak przy tablicy. 

Simon zapomniał na chwilę o ogrodzie i spojrzał na nią zaciekawionym wzrokiem. 

- Taki ładny ogród, taki zaciszny dom - powiedziała, czując chłód. - Kto by pomyślał, że 

to mogło się tutaj zdarzyć? 

- Chyba zapomniałaś pierwszy wers tego wiersza - rzucił Simon. 

-  Pamiętam:  „Strzeż  się,  wędrowcze!”  Teraz  pamiętam,  ale  skąd  mogłam  wtedy 

wiedzieć? 

Simon  zbył  to  milczeniem.  Bawialnia  i  ogród  trwały  w  niczym  nie  zmąconej 

przedpołudniowej ciszy. 

- Chciałam cię o coś zapytać - powiedziała Miranda, przerywając nieznośne milczenie. - 

Wiem,  że  mnie  podejrzewasz.  Wiem,  że  masz  jakąś  teorię  wyjaśniającą,  dlaczego  mogłam 

zabić dwie osoby. 

Spojrzała mu w twarz, ale matowy wzrok Simona znów był nieprzejrzysty jak zasunięta 

okienna żaluzja. Nie odezwał się słowem i odbił jej spojrzenie. 

- Jakie mogłam mieć powody? - nie ustępowała - Przecież nawet ich nie znałam? 

- Wcale nie musiałaś ich znać. 

- To bez sensu. 

- Różnie bywa. Ludzie popełniają morderstwa z bardzo różnych przyczyn - powiedział po 

długim  namyśle.  -  Kobiety  przeważnie  z  dwóch,  a  czasem  z  ich  połączenia.  Wystarczy 

skojarzyć je i przetestować. 

- Dalej nic nie rozumiem. 

- A więc nie masz powodów do niepokoju. 

- Przecież brygadiera poznałam przed wejściem do pociągu. 

- A kto mówi, że było inaczej? - rzucił niespodziewanie Simon. 

- Więc sam widzisz. A co do Friedel, to zamieniłam z nią parę zdań. 

Simon zamyślił się, spojrzał w bok i powiedział cicho: - Ten, kto zabił brygadiera mógł 

znać go zaledwie od kilku godzin. 

- A Friedel? 

-  To  mogła  być  pomyłka  -  odparł  i  popatrzył  na  zegarek.  -  Na  mnie  już  czas  -  dodał  i 

ruszył w stronę drzwi. 

- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie - zawołała Miranda, zatrzymując go w progu. 

- Tak, na to pytanie nie mam jeszcze odpowiedzi - przytaknął, patrząc z góry na jej palce 

uczepione jego rękawa. 

Uwolnił  rękaw  delikatnie,  ale  stanowczo,  jak  ktoś,  kto  strąca  z  siebie  nachalne 

stworzonko,  któremu  nie  chce  wyrządzić  szkody.  Wyszedł  z  bawialni,  dyskretnie 

przymykając drzwi. 

background image

Miranda zatrzasnęła ostentacyjnie i tak przymknięte drzwi i pomknęła na piętro do Stelli. 

background image

Rozdział 13 

 

Stella zamknęła się na klucz. Miranda zapukała delikatnie, a potem nacisnęła klamkę. 

- Kto tam? - zadźwięczał ostry głos, niezbyt przypominający Stellę. 

- To ja. Chciałam tylko zapytać, jak się czujesz. 

Zgrzytnął  klucz  i  drzwi  się  uchyliły.  -  Przepraszam,  że  nie  dosłyszałam  pukania  - 

powiedziała Stella. - Czy kapitan Lang już się wyniósł? 

Miranda  przytaknęła,  a  Stella  usiadła  przy  toaletce  i  bezcelowo  przebierała  palcami  we 

flakonikach, pędzelkach i tuszach. Ujrzała jej odbicie w lustrze i stwierdziła z przerażeniem, 

jak bardzo Stella się postarzała. Żółta skóra, worki pod oczami. Stella pewnie też dostrzegła 

badawcze spojrzenie kuzynki, bo szybko poderwała się z taboretu, rozlewając w panice płyn 

kosmetyczny. Miranda podbiegła do Stelli i objęła ją ramionami. 

- Co ci jest, Stel? Czy coś się stało? 

- Boję się, Rando. Strasznie się boję! - wyszeptała Stella, patrząc nie tyle na Mirandę, co 

na własne odbicie w lustrze. 

Miranda szukała sensownych słów, żeby przekonać przerażoną kobietę, że Robert nigdy 

nie porzuci jej dla jakiejś Sally Page, ani dla innej, młodszej rywalki. 

- Czego się boisz, kochanie? - spytała, by skupić myśli. 

- Boję się, że następnym razem morderca już się nie pomyli - szepnęła Stella. 

- O czym ty mówisz? - spytała zaskoczona Miranda i instynktownie spojrzała za siebie. 

- Czy nie rozumiesz, że ten ktoś pomylił mnie z Friedel? - wybuchnęła Stella, zaciskając 

kurczowo dłonie na toaletce. 

Miranda  chciała  roześmiać  się  jej  w  twarz,  ale  nagle  przypomniała  sobie  niedawną 

rozmowę  z  Simonem  i  odechciało  się  jej  żartów.  Cały  czas  koncentrowała  się  na  własnych 

przeżyciach,  ale  teraz  spojrzała  na  to  z  innej  perspektywy.  -  To  mogła  być  pomyłka  - 

zabrzmiały jej w uszach niedawno wypowiedziane przez Simona słowa. 

- Nonsens, Stello - powiedziała bez przekonania. 

-  Nonsens?  -  rzuciła  gniewnie  Stella.  -  Była  noc,  a  Friedel  miała  na  sobie  moje  palto. 

Nawet mogłabyś nas pomylić w ciemności. Przecież ty wybierałaś się do państwa Leslie, a ja 

miałam wrócić do domu! Nic z tego nie rozumiesz, Rando? 

- Ale dlaczego ktoś miałby cię zabijać? Co z tego, że ta Friedel skorzystała ukradkiem z 

twojego futra? - Miranda próbowała przybrać rzeczowy ton, ale hipoteza Langa nie dawała jej 

spokoju.  Simon  wyglądał  na  człowieka,  który  wie,  co  mówi,  lecz  jaki  miało  to  związek  ze 

Stellą?  Nie  zabija  się  bez  przyczyny.  Wspominał  wprawdzie  coś  o  dwóch  kobiecych 

motywach, ale nie określił ich konkretnie. Nienawiść? A kto mógł aż tak nienawidzieć Stelli, 

ż

eby chcieć usunąć ją z tego świata? 

Przez myśl przebiegły Mirandzie dwa nazwiska Nora Leslie i Sally Page... 

- Nie, to wykluczone! - powiedziała głośno. 

background image

-  Dla  ciebie  może  tak,  ale  ja  wiem,  że  ktoś  chciał  mnie  zabić  -  zaprzeczyła  drżącym 

głosem Stella. 

Miranda już niczego nie wykluczała, a Stella na szczęście nie mogła się domyślić, kogo 

dotyczyły  jej  podejrzenia:  zalotnego,  może  trochę  zabujanego  w  Robercie,  przedwcześnie 

dojrzałego podlotka, czy twardej jak stal kobiety, która niejedno potrafiłaby opowiedzieć. Ale 

ż

eby miały aż zabijać? Simon posunął się w swych kombinacjach chyba za daleko, a zabójca 

Friedel kierował się zupełnie innymi motywami. 

Próbowała uspokoić Stellę, ale bez rezultatu. Niechęć do cudzoziemców i obcych krajów, 

zazdrość o Sally, świadomość dwóch kolejnych morderstw dokonanych praktycznie o krok od 

niej - wszystko to doprowadziło Stellę na skraj rozstroju nerwowego. 

-  To  miałam  być  ja  -  powtarzała,  głucha  na  racjonalne  argumenty  Mirandy,  która 

zniecierpliwiona, postanowiła zastosować terapię wstrząsową. 

- W porządku - powiedziała cichym głosem godnym Simona Langa. - Skoro upierasz się, 

ż

e to ciebie miano sprzątnąć, pewnie kogoś o to podejrzewasz? 

Stella  skinęła  głową  i  szepnęła  coś,  czego  Miranda  nie  była  w  stanie  dosłyszeć.  Nie 

potrafiła też dociec, gdzie patrzy w tej chwili Stella i dlaczego jej źrenice aż tak się zwęziły. 

- Jeśli masz na myśli Sally Page, możesz spać spokojnie - strzeliła na oślep. 

- Sally? - przerwała wyrwana z transu Stella. - Ach, ta mała Page... A cóż ona może mieć 

z tym wspólnego? 

- Nic - wyjaśniła pospiesznie Miranda. - Po prostu pytałam, kogo się tak boisz. 

Stella  doprowadziła  twarz  do  porządku,  poprawiła  makijaż  przed  lustrem  i  sięgając 

pewniejszą ręką po puder, powiedziała równie pewnym głosem: 

- Nikogo się nie boję. Po prostu ta kobieta miała na sobie moje palto. Zostawmy ten temat 

i  porozmawiajmy  o  czymś  innym.  Pewnie  wyglądam  jak  nocna  zmora  i  wolałabym,  żeby 

Robert nie zastał mnie po powrocie w takim stanie. 

-  A  gdzie  się  podziewa  małżonek?  -  spytała  żartobliwie  Miranda,  chcąc  zmienić  temat 

rozmowy. 

-  Przez  tę  Friedel  ma  mnóstwo  roboty,  ale  obiecał,  że  wpadnie  na  lunch.  Zejdź  na  dół i 

sprawdź, czy kucharka zdążyła coś przygotować, bo od wczoraj biega po domu jak wariatka. 

Ciekawe, kiedy ci Niemcy wezmą się w garść? Wystarczy zadać im pytanie, i już rozklejają 

się  i  wpadają  w  histerię.  Nie  jestem  dzisiaj  w  nastroju  do  takich  scen,  więc  rzuć  okiem,  bo 

Robert będzie lada moment. 

Okazało  się,  że  Robert  jest  już  w  domu  i  rozmawia  w  bawialni  z  państwem  Marson. 

Mówili ściszonymi głosami, a gdy Miranda weszła do pokoju, przerwali rozmowę i poderwali 

się z krzeseł. 

Ich  twarze  pasowały  do  wybranych  przez  Stellę  kremowo-zielonkawych  zasłon,  ale  to 

było  chyba  wywołane  zmęczeniem  oczu  złudzenie,  bo  gdy  Miranda  przyjrzała  się  uważniej 

całej trójce, spostrzegła, że zasłony są mimo wszystko barwniejsze niż twarze. 

background image

-  Ach,  to  ty  Rando  -  powiedział  Robert.  -  Myślałem,  że  to  znów...  -  Nie  dokończył  i 

zaproponował Elzie Marson coś mocniejszego od sherry. - Sądzę, że każdemu z nas dobrze to 

zrobi - dodał. 

- Nie, dziękuję. Na nas już czas - odpowiedziała pani Marson 

Miranda  pomyślała,  że  twarz  Elzy  postarzała  się  przez  ostatnie  kilka  dni.  Zupełnie,  jak 

twarz Stelli. Może nie tyle się postarzała, co nabrała niezbyt angielskiego kolorytu, pokrytego 

zresztą  obfitym  makijażem.  Szminka,  tusz  i  puder  wyostrzały  rysy,  zamiast  je  tonować,  a 

wszystko  to  -  podobnie  jak  u  Stelli  -  przypominało  niepokój  aktora,  który  boi  się,  czy  nie 

zapomniał roli. Zastanawiała się przez moment, czy jej twarz też tak wygląda. 

-  Czołem,  Mirando  -  przerwał  milczenie  Harry  Marson.  -  Aleśmy  umoczyli  -  dodał  po 

wojskowemu,  dopijając  jednym  łykiem  brandy.  -  Jak  nie  polizei  to  FBI.  Wychodzi 

ż

andarmeria,  wchodzi  jakiś  Sherlock  Holmes  z  całą  kupą  Watsonów.  Maglowali  nas  od 

bladego  świtu.  Do  pełni  szczęścia  brakuje  tylko  NKWD,  ale  chłopcy  też  już  są  pewnie  na 

tropie. 

- Przestań, Harry - powiedział delikatnie Robert. 

Harry zorientował się, że palnął gafę, wysączył resztki trunku, oznajmił błyskotliwie, że 

komu  w  de,  temu  ce  i  zaproponował  Robertowi,  że  podrzuci  go  po  południu  do  biura 

własnym wozem. 

- Będę gotowy o trzeciej. 

- No to zwijamy się, Elza! 

Wyszli przez drzwi do ogrodu, a stamtąd ruszyli do siebie skrótem przez ogród państwa 

Leslie. 

Stella  zeszła  na  lunch  zupełnie  odmieniona.  Była  znów  jak  z  żurnala  i  nikt  by  się  nie 

domyślił,  że  jeszcze  przed  kilkoma  minutami  przypominała  zaszczute  zwierzątko.  Teraz  jej 

makijaż  i  fryzura  były  nienaganne,  a  tylko  drżenie  rąk  i  zaczerwienione  oczy  zdradzały 

niedawne przeżycia. 

Robert wybiegł z jadalni, przytulił ją czule w hallu, musnął jej policzek i wprowadził do 

pokoju. 

- Jesteś wielka - powiedział z aprobatą. 

Stella  zarumieniła  się  i  rozluźniła.  Posłała  mu  ciepły  uśmiech  i  znów  była  dawną  panią 

domu. 

Tuż  po  trzeciej  usłyszeli  klakson.  -  To  pewnie  Harry  -  powiedział  Robert.  -  Przykro  mi 

Stello, ale coś się pogmatwało w wielkiej polityce i mamy pełne ręce roboty. Wrócę, gdy się 

uda,  ale  obawiam  się,  że  nie  przed  ósmą.  Rozchmurz  się,  bo  burza  minęła,  a  ja  wkrótce 

zabiorę cię do Włoch w ramach zaległego urlopu. Co powiedziałabyś na Włochy, kochanie? 

-  Szczerze  mówiąc  -  odparła  niby  żartem  -  wolałabym  dziesięć  dni  w  pokojach 

gościnnych w Blackpool, a nawet na polu namiotowym w Butlin. Lepsza Anglia w garści, niż 

podejrzani cudzoziemcy w ogrodzie! 

background image

Robert docenił żart i ucałował ją czule na pożegnanie. 

-  Masz  rację,  Stello.  Ja  też  wolałbym  hodować  nasze  brytyjskie  kury,  niż  uganiać  się 

służbowym  wozem  po  Berlinie.  Obiecuję  ci,  że  kiedyś,  gdy  zaoszczędzimy  trochę  grosza, 

wynajmiemy nie namiot, ale domek i będziesz mogła codziennie zajmować się ogródkiem i 

drobiem. 

-  To  brzmi  bosko  -  roześmiała  się  Stella.  -  Ale  dlaczego  mielibyśmy  go  wynajmować, 

skoro mamy własne Mallow? 

-  Obawiam  się,  kochanie,  że  zanim  stać  mnie  będzie  na  utrzymanie  Mallow,  nasz  rząd 

wykupi je za psie pieniądze i odda klasie pracującej oczywiście za „sprawiedliwy społecznie” 

czynsz. I tak cud, że Mallow nie poszło jeszcze pod młotek przy takich kosztach utrzymania. 

Klakson  zatrąbił  donośniej,  a  Robert  jeszcze  raz  objął  Stellę  i  przez  chwilę  trwali 

policzkiem w policzek. 

- Uważaj na nią, Rando - powiedział już w drzwiach. 

-  To  raczej  ja  powinnam  uważać  na  Mirandę  -  zażartowała  Stella.  -  Jest  w  samym  oku 

cyklonu. 

-  A  więc  obie  uważajcie  na  siebie  -  powiedział  pojednawczo  Robert.  Zwichrzył 

kasztanowe włosy Mirandy, ucałował ją po kuzynowsku i tyle go widziały. 

Jeszcze  tego  samego  popołudnia  Stellę  przesłuchało  dwóch  oficerów.  Pierwszym  był 

pułkownik  Cantrell,  którego  Marson  porównał  szyderczo  do  wiernego  Watsona  i  którego 

pamiętała  jeszcze  z  dworca  Charlottenburg,  drugim  -  ktoś  z  niemieckiej  policji.  Nie  chcieli 

rozmawiać  z  Mirandą,  więc  wyszła  do  ogrodu  i  śledziła  okna  bawialni,  przysiadłszy  na 

piaskownicy Lottie. 

-  Czemu  znów  niepokoją  Stellę?  -  zastanawiała  się.  -  Czyżby  dlatego,  że  nie  ma  alibi? 

Przecież nie chciała popełnić samobójstwa pogrzebaczem? A może podejrzewają ją o bardziej 

wyrafinowany plan? Chciała się pozbyć Friedel, więc podsunęła jej pod pierwszym lepszym 

pozorem własne palto, sprzątnęła ją i ze sprawcy stała się potencjalną ofiarą. Równie głupie, 

ale bardziej przekonujące dla policji. Mogli tak myśleć, bo nie widzieli Stelli dziś rano w jej 

sypialni.  Drżała  ze  strachu,  jak  ktoś,  kto  wie,  że  cudem  uniknął  śmierci.  Tego  nie  podrobi 

nawet najlepszy aktor. Drżała i choć nadrabiała miną, musiała mieć swoje powody... 

Dialog, jaki Miranda toczyła z samą sobą, zdawał się nie mieć końca. Co rusz wyobraźnia 

podsuwała jej kolejne pytania i wątpliwości, na które nie potrafiła znaleźć odpowiedzi, choć 

bardzo  chciała  je  poznać  i  uwolnić  się  wreszcie  od  męczącego  koszmaru.  -  Pani  Marson? 

Czyżby  to  jednak  ona  rozmawiała  z  Friedel  przed  windą  w  berlińskim  hotelu?  Gdzie 

właściwie była tej nocy i co robiła na sowieckim cmentarzu? 

Miranda westchnęła i zatęskniła za bezpieczną londyńską garsonierą przy Sloane Street. 

Pułkownik Cantrell i jego niemiecki partner wyszli po trzydziestu minutach. Przed piątą 

Stella  zaproponowała  Mirandzie  przejażdżkę  na  olimpijską  krytą  pływalnię,  gdzie  Lottie  i 

dzieci  państwa  Lawrence  pobierały  lekcje  pływania.  Stella  nie  wspomniała  słowem  o 

background image

popołudniowej  wizycie,  ale  jej  rozbiegany  wzrok  i  zaróżowione  policzki  zaniepokoiły 

Mirandę.  Zamiast  wspomnieć  o  niedawnych  gościach,  paplała  podniecona  o  spotkaniu 

oficerskich żon w domu Lawrence’ów. 

- Żeby tylko starczyło nam benzyny - przypomniała sobie, hamując zaraz po wyjeździe z 

garażu. - Chyba wpadnę po zapasowy kanister! 

- Masz dwa w bagażniku - uspokoiła ją Miranda. - Przecież nie wybieramy się do Anglii? 

-  Dzięki,  Rando.  W  tam  kraju  nawet  własny  wóz  staje  się  obcy.  Pamiętasz,  kiedy 

kupiliśmy tego grata? W 1950 roku, gdy Robert miał wreszcie osiąść w Anglii. Pojechaliśmy 

nim do Dorset. Proste drogi, eleganckie żywopłoty. Boże, jak ja nie znoszę tych autobahnów i 

prawostronnego ruchu, gdzie każdy się pogubi! 

-  Nie  jest  tak  źle,  Stello.  Wasz  grat  ma  jeszcze  przed  sobą  długie  życie.  Przejechał 

dokładnie 17332 mil i chyba wytrzyma zjazd na autobahn i jeszcze dowiezie was do Dorset. 

- Jeśli w ogóle tam pojedzie - rzuciła sceptycznie Stella. - Może wylądować na Malajach, 

przemalowany na zwiadowczego dżipa. 

Wschodnia  brama  olimpijskiego  stadionu,  goszczącego  niegdyś  sportowców  całego 

ś

wiata  i  młodzież  przodującej  rasy,  prowadziła  na  krętą  aleję.  Serpentyna  wiła  się  wokół 

stadionu między porośniętymi świeżą trawą boiskami i docierała do kompleksu budynków, z 

których jeden był chyba krytą pływalnią. 

Stella  zaparkowała  i  weszły  po  kamiennych  stopniach  na  teren  otwartego  basenu,  w 

dwóch trzecich pogrążonego w mroku. Woda w otwartym basenie była cuchnąca i mętna, ale 

wejścia  na  krytą  pływalnię  broniły  mężnie  dwa  spiżowe  byki  brodzące w  spiżowej  wodzie. 

Ich twórcy nie narzekali na brak materiału. 

Miranda  i  Stella  sforsowały  byki  i  w  pierwszej  chwili  omal  nie  udusiły  się  od  ciepła  i 

pary.  Temperatura  pływalni  odbiegała  mocno  od  chłodnego  berlińskiego  wieczoru,  ale 

przetrwały  trzy  kwadranse  w  towarzystwie  pani  Lawrence  śledzącej  uważnie  pływackie 

postępy własnej i cudzej dzieciarni. Nagrodą było zaproszenie na skromny damski drink. Tak 

szybki, że Stella na pewno zdąży nawet ułożyć do snu Lottie. 

Państwo  Lawrence  mieszkali  blisko  stadionu,  więc  dojechali  tam  przed  siódmą.  Katy 

Lawrence przejęła obowiązki Mademoiselle i zapędziwszy dzieciaki do kolacji, przeprosiła za 

nieobecność męża. 

-  Nieszczęśnik  pracuje  od  świtu  do  zmroku  -  wyjaśniła,  rozlewając  sherry.  -  Wszystko 

przez  tę  politykę.  George  mówi,  że  sprawy  idą  w  dobrym  kierunku,  ale  ja  wiem  swoje. 

Wezwano  ich  na  pilną  konferencję  -  nazywają  to  teraz  briefing.  Mowę  ma  wygłosić  Toddy 

Pilcher z Kwatery Głównej. Poznałam go kiedyś. Nadęty ważniak. George wspominał mi, że 

ten Pilcher ma mieć jutro publiczny  wykład i że zażyczył sobie projektor i zasunięte rolety. 

Chyba  powariowali!  Zupełnie  jak  w  szkole!  To  chyba  dzwonek.  Pewnie  Monika  Bradley  z 

zaopatrzeniem dla naszej oficerskiej spółdzielni! 

background image

Przybyszem  okazała  się  jednak  Sally  Page,  wpuszczona  przez  kamerdynera  w  białej 

liberii.  Sally  nie  przypominała  tym  razem  polnej  różyczki,  a  Mirandzie  przypomniała  się 

Stella  i  Elza  Marson.  Ale  twarz  Sally  nie  zestarzała  się,  lecz  przypominała  wystraszone 

oblicze  lękliwego,  wyrwanego  ze  snu  dziecka.  Nawet  oczy  o  barwie  niezapominajek 

trwożliwie wodziły po pokoju. 

Wyjąkała,  że  strasznie  przeprasza  i  że  nie  może  jutro  pełnić  dyżuru  w  spółdzielni 

oficerskiej,  a  nadrobiła  to  w  ubiegłym  tygodniu  z  Esme  Caroll.  Pani  Lawrence  przyjęła  to 

wyrozumiale  i  zaproponowała  jej  kieliszek  sherry,  ale  Sally  zamiast  docenić  wiśniówkę, 

zaprosiła Stellę i Mirandę do swojego domu. 

-  Może  wpadłybyście  do  nas?  -  zapytała  przymilnym  tonem.  -  Andy  też  się  ucieszy,  bo 

chce  wam  pokazać  zdjęcia,  które  niedawno  mi  zrobił.  Poradzicie  mi,  jak  pomalować  nasze 

mieszkanie, bo o państwa kolorach, pani Melville, krążą już legendy. 

Miranda spostrzegła nagłą bladość na twarzy Stelii i usłyszała jej metaliczny głos: 

-  Panna  Brand  chętnie  odwiedzi  dziś  panią,  ale  w  moim  wieku  ma  się  już  domowe 

obowiązki. 

Sally  przyjęła  odpowiedź  z  właściwą  swojej  inteligencji  dobrą  wiarą  i  ucieszona,  że 

będzie  gościć  Mirandę,  przeszła  spokojnie  na  zabójstwo  Friedel.  Stella  nie  podtrzymała 

konwersacji,  wstała,  przeprosiła  wszystkich  i  powiedziała,  że  chce  ułożyć  do  snu  Lottie. 

Miranda próbowała rozpaczliwie skierować rozmowę na neutralny grunt,  ale pani Lawrence 

preferowała zdecydowanie temat Frau Friedel. 

-  Przesłuchiwano  nas  przez  cały  ranek  -  powiedziała  Sally,  -  Sami  cywile.  Ten  uroczy 

Lang,  a  z  nim  jakiś  miejscowy  milczek  przebrany  w  garnitur.  Ciemnowłosy,  nawet  dość 

przystojny.  Chcieli  wiedzieć,  co  robiliśmy  ostatniej  nocy.  Prosili  o  szczere  odpowiedzi. 

Pewnie  sądzą,  że  ulubionym  zajęciem  Anglików  jest  mordowanie  niemieckich  pokojówek 

pogrzebaczami!  Trochę  się  im  nie  dziwię,  skoro  tak  łatwo  trafić  teraz  do  tego  kraju  z 

podrobionym paszportem... 

-  Choćby  nasza  kucharka  -  kontynuowała  Sally.  -  Mówi,  że  ma  na  imię  Sonia,  i 

przysięgłabym, że jest sowieckim szpiegiem. Nosi przydziałowe buciory i chyba nigdy się nie 

myje. Skierowano ją do nas jako kucharkę, ale nie potrafi nawet ugotować ziemniaków. Gdy 

ją spytałam, co właściwie umie przyrządzić, powiedziała, że nie zna się na angielskiej kuchni. 

„A więc proszę podać nam jakieś niemieckie danie’”, poprosiłam, bo sama lubię egzotyczne 

potrawy.  Okazało  się,  że  ta  niemiecka  kuchnia  jest  jeszcze  gorsza  niż  nasza.  Tłuczone 

ziemniaki i mnóstwo tłuszczu. Ładna mi egzotyka! 

Miranda  uszczęśliwiona,  że  zabójstwo  Friedel  zeszło  chwilowo  z  wokandy,  próbowała 

kontynuować kulinarny wątek. 

- Wszystko lepsze, niż obieranie ziemniaków i mycie zatłuszczonych talerzy. 

Pani Lawrence nie miała jednak ochoty pozostać przy tematyce gospodarskiej. 

- O co was pytano, Sally? - zaciekawiła się. - Czy o coś konkretnego? 

background image

-  Zadawali  dość pospolite  pytania. Czy  ktoś  nie widział  tej  nocy  kogoś  obcego,  czy  nie 

słyszał czegoś podejrzanego... Takie tam przepytywanki. Oczywiście, sprawdzali nasze alibi. 

Ten Simon Lang wspomniał, że dobre alibi przyda się każdemu z nas. 

-  Każdemu?  -  spytała  ze  zdziwieniem  pani  Lawrence.  -  Przecież  Andy  jadł  kolację  w 

amerykańskim sektorze? 

- Miał ją tam zjeść - wyjaśniła niepewnym głosem Sally. - Wiem, że to brzmi głupio, ale 

wyszło coś nie tak, więc wrócił i poszedł spać. 

- A więc jego alibi nie jest aż tak mocne? 

- Jest słabe, jak i moje - przytaknęła z bólem Sally. 

Miranda  pomyślała,  że  ta  słodka  idiotka  byłaby  lepsza  w  sądzie  jako  świadek.  Ale 

naczytała  się  kryminałów  i  pewnie  marzy  o  roli  oskarżonej  w  głośnym  procesie  o 

morderstwo. Tam by dopiero zadała szyku swoją niewinną buzią. 

- Z Andym nie ma tak źle - wyjaśniła Sally. - Gdy wrócił do domu, nie mógł uruchomić 

windy.  Zadzwonił  do  dozorczyni,  a  ta  podesłała  mu  męża.  Oboje  starsi  i  strasznie  zacni 

ludzie. Wjechali na górę, Andy zaprosił staruszka na piwo i przypadkiem spojrzał na zegar w 

naszej jadalni. Pamięta to dobrze, bo nawet powiedział temu panu Hubbe, że rozminął się ze 

mną o kwadrans i będzie musiał sam przygotować sobie kolację. 

- A co z twoim alibi, Sally? - spytała pani Lawrence, przerywając potok paplaniny. 

- Też jest dobre. Przyjechałam do państwa Leslie kwadrans przed ósmą i przeprosiłam w 

drzwiach  za  spóźnienie.  Wiedziałam,  że  jestem  na  czas,  ale  tak  wypada.  Wtedy  pan 

pułkownik spojrzał na zegarek powiedział, że jest dopiero za dziesięć ósma i że wcale się nie 

spóźniłam. Powtórzyłam to podczas przesłuchania temu przystojnemu brunetowi. Spojrzał w 

notes i powiedział, że zeznania się pokrywają, a więc musieli przepytywać wcześniej panią i 

pana Leslie... 

-  Ciekawe,  dlaczego?  -  zastanawiała  się  pani  Lawrence,  jakby  to  ona  prowadziła 

ś

ledztwo.  -  Czemu  podejrzewają  kogoś  z  was  o  zabójstwo  niemieckiej  pokojówki?  Czyste 

szaleństwo! 

-  Też  tak  sądzę,  ale  Andy  mówił  mi  coś  o  swojej  teorii.  Wspomniał,  że  nasza  policja 

wojskowa, wywiad, czy kontrwywiad, próbują połączyć zabójstwa brygadiera i tej Niemki. 

- Śmiechu warte - oznajmiła pani Lawrence. - To nie w stylu naszych służb! 

- A więc dlaczego przesłuchują w kółko te same osoby? 

- O kim mówisz, Sally? 

- O jedenastce Langa - wtrąciła się Miranda i zaraz pożałowała własnych słów. 

- Jedenastka Langa? Cóż to takiego? 

-  Nic  istotnego.  Jedenaście  osób  podejrzanych  o  zabójstwo  brygadiera,  z  których 

większość ma teraz do czynienia z policją. 

- Nie większość, ale wszyscy - poprawiła Sally Page. 

- Skąd wiesz, że wszyscy? - spytała Miranda. 

background image

-  Sama  pytałam  -  odpowiedziała  Sally  i  zaczęła  odliczać  na  palcach,  jak  wywołana  do 

odpowiedzi  uczennica:  -  Ja  i  Andy,  Elza  i  Harry  Marsonowie,  państwo  Leslie,  Miranda,  ta 

Mademoiselle, pani Melville, Bob... 

- Bob? - przerwała wyliczankę Miranda, zaskoczona dziwnym zdrobnieniem. 

- ...Robert - zarumieniła się Sally. - Tak nazywaliśmy go jeszcze w Egipcie. No i ta pani 

Wilkin. Nie uwierzycie, że jej też nie dają spokoju. 

- Wilkin? - spytała pani Lawrence, puszczając mimo uszu perlisty śmiech Sally. - Czy to 

nie przypadkiem matka tego piegowatego potwora? 

-  Ma  na  imię  Wally  -  wyjaśniła  Miranda.  -  Wygląda  jak  mały  zbir  z  ilustracji  do 

Dickensa. Czyżby i pani dał już szkołę? 

- Nawet uniwersytet - westchnęła pani Lawrence. - Najgorsze, że uczepił się tej biednej 

Charlotte i wciąż tu się wałęsa. Mademoiselle pędzi go za drzwi, ale dla niej ten szatan potrafi 

wejść nawet przez lufcik. 

Z  piętra  dobiegł  dziecięcy  jęk,  a  po  chwili  w  drzwiach  salonu  stanęła  Stella.  - 

Przepraszam, to Lottie - powiedziała. - Zostawiła swojego porcelanowego misia na basenie i 

rozpacza, że będzie mu tam smutno. 

-  Biedactwo!  -  krzyknęła  pani  Lawrence.  -  Odesłałam nasz  wóz  po  męża,  ale  gdy  tylko 

wróci, każę szoferowi wpaść na basen i odnaleźć zabawkę. 

-  Naprawdę  nie  trzeba!  Sama  bym  tam  wpadła,  ale  Mademoiselle  już  obiecała,  że 

pojedzie  na  rowerze.  To  przecież  kilka  kroków,  a  sama  wie  najlepiej,  gdzie  to  może  leżeć. 

Zresztą przejażdżka dobrze jej zrobi. Mam nadzieję, że wpuszczą ją na pływalnię. 

- Oczywiście. Najwyżej zatrzymają ją przy bramie, ale przecież znają ją już z widzenia. 

Była już tam z dziećmi popołudniu, a George wypisał jej nawet przepustkę. Za kilka miesięcy 

trudno  będzie  się  tam  dostać,  ale  teraz  traktują  nas  wyrozumiale.  Kontrolują  pojazdy  z 

niemiecką rejestracją, ale na nasze brytyjskie patrzą przymkniętym okiem. 

-  Pocieszyła  mnie  pani  -  powiedziała  Stella.  -  Szczerze  mówiąc,  nie  miałam  ochoty 

penetrować  po  zmroku  pływalni  w  poszukiwaniu  groszowej  zabawki.  Mademoiselle  ma  na 

szczęście mocniejsze, niż ja, nerwy. Mam nadzieję, że jej rower jest oświetlony. No, Rando, 

skoro  chcesz  wpaść  jeszcze  do  pani  Page,  musimy  się  zbierać.  Ja  marzę  tylko  o  gorącej 

kąpieli,  zanim  wróci  Robert.  Przepraszamy  za  najście,  pani  Lawrence,  i  wielkie  dzięki  za 

opiekę nad Lottie. 

Pani  Lawrence  odprowadziła  Stellę  do  drzwi,  a  Sally  poszła  do  telefonu  powiadomić 

męża,  że  przywiezie  Mirandę.  Rozmowa  zajęła  jej  dziwnie  dużo  czasu,  a  gdy  wróciła  z 

rozpromienionej  miny  pozostał  tylko  rumieniec  na  policzkach.  Miranda  uświadomiła  sobie, 

ż

e jest tylko zasłoną dymną w małżeńskiej wojnie państwa Page. Andy miał być od drinków i 

konwersacji, zanim skoczą sobie po jej wyjściu do oczu. 

background image

Mieszkanie  Page’ów  okazało  się  spore  i  przygnębiające.  Wbrew  paplaninie  Sally,  nie 

było  w  nim  widać  ręki  gospodyni.  Bawialnia  pomimo  przeciągów  pachniała  terpentyną.  - 

Malarze przed chwilą się wynieśli - wyjaśnił cierpko Andy. 

Sally  zasugerowała  Mirandzie  kolację  w  domu  lub  wspólny  wypad  do  klubu.  Andy  nie 

podtrzymał żadnej z propozycji i gdy Miranda wytłumaczyła się zmęczeniem, zaoferował się 

odwieźć  ją  do  domu.  Dodał,  że  Sally  mogłaby  zadbać  o  kolację  przynajmniej  w  dniu,  gdy 

Sonia ma wychodne. 

W drodze do domu Melville’ów nie odezwał się słowem. Wysadził Mirandę przed furtką 

i ruszył pełnym gazem, nawet nie czekając, aż wejdzie do środka. 

Zadzwoniła i drzwi otworzył Robert. 

- Zdążyłaś na kolację, Rando. Frau Herbach powiedziała, że nie zostanie tutaj po zmroku, 

więc przejąłem funkcję kucharza. Luksusów nie będzie, ale chyba nie otrujemy się. Powiedz 

Stelli, żeby zaraz schodziła, a ja zajmę się resztą. 

Zniknął  w  drzwiach  kuchni,  a  Miranda  ruszyła  na  piętro.  W  połowie  schodów 

przypomniała  sobie,  że  podczas  wyprawy  na  basen  zostawiła  torebkę  w  samochodzie 

Melville’ów. Była w niej szminka i puder, więc przeszła przez hall, zdjęła klucze do garażu z 

haczyka przy wejściu i wyszła, nie domykając drzwi. 

Podmuch  wiatru  uderzył  ją  w  twarz,  a  nocna  lampa  omal  jej  nie  oślepiła.  Niechętnie  i 

pospiesznie skręciła za narożnik domu. 

Zimny  garaż  pachniał  cementem  i  pleśnią.  Nie  osłonięta,  zwisająca  z  sufitu  żarówka 

dawała  niewiele  światła  i  trudno  było  zobaczyć  wnętrze  samochodu.  Zapaliła  światełko  na 

tablicy rozdzielczej i nie znalazłszy torebki, pomyślała, że Stella musiała zabrać ją do domu. 

Wyłączyła  światełko,  zamknęła  drzwi  wozu  i  w  tym  momencie  usłyszała  za  plecami 

podejrzany szmer. Obróciła się, kurczowo uczepiona klamki samochodu.  Znów było cicho i 

nawet wiatr na zewnątrz jakby się uspokoił. 

Maska  wozu  rzucała  cień  na  stertę  pustych  skrzynek  zwalonych  przy  tylnej  ścianie 

garażu.  Małe  okienko  w  pobielonym  byle  jak  murze  pokrywały  pajęczyny.  Za  drzwiami 

wjazdowymi  była  ciemność,  w  której  majaczyły  kępy  bzu  i  betonowy,  przysypany  liśćmi 

podjazd  prowadzący  do  bramy.  Przypominało  to  teatralny  horyzont  w  przygaszonych 

ś

wiatłach rampy. 

Cisza w garażu i cisza na zewnątrz akompaniowały biciu serca Mirandy. 

Coś  zatrzepotało  o  metr  od  niej,  ale  na  szczęście  była  to  tylko  ćma.  Poczuła,  że  chyba 

oszaleje. Wyłączyła drżącą dłonią kontakt, zatrzasnęła drzwi i popędziła do domu. 

Stella schodziła właśnie na parter. Na widok bladej twarzy uczepionej poręczy schodów 

Mirandy spytała panicznym głosem: 

- Rando, co się stało? 

background image

- Nic... Byłam w garażu po moją torebkę i wydawało mi się, że słyszę coś... lub kogoś. 

Pewnie  kot  lub  sowa.  Po  tym  wszystkim  jestem  trochę  rozkojarzona,  więc  spietrałam  się 

trochę. 

Stella zakołysała się i Miranda pobiegła jej z pomocą. 

- Wybacz, ale o mało nie zemdlałam na twój widok - przeprosiła Stella. - Myślałam, że 

znów stało się coś strasznego. 

-  I  dobrze  myślałaś  -  przerwał  jej  wychodzący  z  kuchni  Robert.  -  Wykipiała  mi  zupa  i 

kuchnia jest w opłakanym stanie. Czy mogłabyś wspomóc męża ścierką, kochanie? 

Stella  wybuchnęła  śmiechem  i  puszczając  ramię Mirandy  zbiegła  do  kuchni.  -  Wszyscy 

za  mną  -  rozkazała.  -  Zjemy  kolację  w  warunkach  polowych,  a  mycie  naczyń  zostawimy 

wrogowi. 

-  Kiepski  pomysł,  bo  kuchnia  przypomina  pobojowisko.  Pachnie  jak  po  bitwie,  więc 

chodźmy lepiej do jadalni - pokręcił głową Robert. 

- Chyba po bitwie pancernej - powiedziała, węsząc nosem Miranda. - Czuję tu benzynę. 

- Nie benzynę, ale terpentynę, a czujesz ją ode mnie - wyjaśnił Robert. - Wylałem sobie 

na  spodnie  prawie  litr.  Nasza  niezastąpiona  Mademoiselle  odstrasza  terpentyną  mole, 

zostawiła nie zakorkowaną butelkę na parapecie w łazience i oto skutki. 

-  Zapach  godny  przypalonej  zupy  -  skomentowała  Miranda  i  pobiegła  na  piętro,  żeby 

ogarnąć się przed kolacją. 

Chyba  część  zupy  nie  uległa  zagładzie,  bo  gdy  wróciła  do  jadalni,  trzy  talerze  były  już 

napełnione, a Stella pracowała dyskretnie nad jednym z nich. 

- Co cię tak wystraszyło w naszym garażu? - spytał Robert. 

- Szukałam mojej torebki i nie przesadzaj z tym strachem. 

-  Następnym  razem,  gdy  wybierzesz  się  na  nocne  łowy,  weź  mnie  ze  sobą.  Mam  broń 

osobistą  w  szufladzie  na  bieliznę.  Załadowałem  ją  nawet  dziś  rano  i  to  nie  przydziałem 

wojskowych gatków... 

- Czy to prawda, Robercie? - spytała pobladła Stella. 

-  Powiedzmy,  że  to  żart.  Ale  wolałbym,  żebyście  nie  łaziły  same  po  nocy.  Znalazłaś 

torebkę, Rando? 

- Szukałam jej przy lampce z tablicy rozdzielczej, ale... 

-  Ale  nie  znalazłaś,  bo  wzięłam  ją  do  domu  i  już  dawno  bym  ją  ci  oddała,  gdyby  nie 

kulinarne talenty mojego małżonka - nie pozwoliła jej dokończyć Stella. 

- Dzięki za torebkę. Miałam w niej tylko szminkę, ale i ta się przydaje, co widać z mojego 

trupiego oblicza. 

- Stara kokietka! - Robert puścił oko. - Komu, jak komu, ale tobie, Mirando, naprawdę nie 

potrzeba szminki. I bez niej wyglądasz jak z obrazka. Widziałem taki w Tate Gallery. Ktoś z 

prerafaelitów.  Portret  Mony  czy  jak  jej  tam  było.  Cała  w  brokatach,  tiurniurach,  strusich 

piórach... 

background image

-  Zadziwiasz  mnie,  Robercie  -  przerwała  mu  Stella.  -  Nigdy  nie  posądzałam  cię  o 

spędzanie czasu w Tate. 

-  I  słusznie  -  wyjaśnił,  odstawiając  opróżnione  talerze  po  zupie  i  sięgając  po  zimną 

baraninę.  -  Nie  ja  wpadłem  na  to  porównanie  i  nie  w  Tate.  Byłem  w  niedzielę  u  Katy 

Lawrence i przeglądałem jej albumy sztuk pięknych. Palnąłem, że jedna z reprodukcji kogoś 

mi  przypomina,  a  wtedy  nasz  wspólny  znajomy  Simon  Lang  pospieszył  z  wyjaśnieniem. 

Powiedział, że ta dama ma twoje usta i jak zawsze miał rację. 

Miranda zaczerwieniła się, a Stella spojrzała na nią z ukosa, ale bez komentarza. 

-  A  tak,  bez  żartów,  Rando  -  spytał  Robert  podając  zimne  mięsa  -  skąd  znałaś  jego 

zastrzeżony numer i dlaczego właśnie do niego wtedy zadzwoniłaś po pomoc? 

- Dał mi go - wyjaśniła Miranda, próbując bezskutecznie ukryć rumieniec. 

-  I  pewnie  od  tej  pory  nosiłaś  go  stale  w  zaciśniętej  prawej  dłoni?  -  mrugnął 

porozumiewawczo Robert. 

- Nie musiałam - odparła chłodno. - Mam dziwną pamięć do liczb. Wystarczy, że raz się 

im przyjrzę, a pamiętam jak fotografię. 

- Kolejna tragedia! - jęknęła Stella. - Najpierw twoja zupa, teraz mój majonez! Robercie, 

biegnij do kuchni po serwetkę! 

Ratowanie sukni Stelli odwróciło uwagę od Simona Langa, a gdy było już po wszystkim, 

Mirandzie udało się szczęśliwie zmienić temat rozmowy. 

background image

Rozdział 14 

 

-  Gdzie  jest  Mademoiselle?  -  spytał  Robert,  ustawiając  brudne  talerze  na  kredensiku.  - 

Czyżby zatrzymała się na kolację u Lawrence’ów? Myślałem, że zje ją u nas. 

- Też tak myślałam - przytaknęła Stella. - Mam nadzieję, że zostawiłeś jej choć odrobinę 

zupy. 

- Ani łyżki - nie licząc tego, co wylało się na linoleum. Zostało trochę zimnej baraniny i 

sałaty. 

-  Dochodzi  dziesiąta  i  już  dawno  powinna  wrócić.  Może  jest  już  w  kuchni?  -  spytała 

niespokojnie Stella. 

- W kuchni nie ma nikogo. Sam sprawdziłem. 

- Zajrzę do jej sypialni. Może wróciła cichaczem. Wiesz, że czasem ma swoje humory. 

-  Ja  tam  pójdę,  Stello  -  zaproponowała  Miranda.  -  Ty  wyciągniesz  się  na  kanapie,  a 

Robert zrobi nam kawę. 

Miranda  zapukała  w  drzwi  pokoju  Mademoiselle  nie  doczekawszy  się  odpowiedzi, 

weszła  do  środka.  Wcisnęła  kontakt  i  rozglądnęła  się.  Pokój  mógł  uchodzić  za  wzór 

schludności. Łóżko zasłane, koce ułożone w kostkę, jaśki wygładzone, szczotka do włosów, 

grzebień  i  pudełeczko  ze  szpilkami  ułożone  na  toaletce  w  idealnym  szyku.  Żadnych  zdjęć, 

ż

adnych osobistych pamiątek. Pokój hotelowy oczekujący na przyjęcie nowego gościa. 

Miranda zgasiła światło i zeszła na parter. - Nie ma jej w sypialni - powiedziała. 

- Chyba jednak zadzwonię do Lawrence’ów - odparła z niepokojem Stella. 

Rozmowa  nic  nie  wyjaśniła.  Mademoiselle  nie  pokazała  się,  a Charlotte musiała zasnąć 

bez porcelanowego misia. 

- Pewnie przebiła dętkę i - jak ją znam - była zbyt dumna, żeby prosić kogoś o pomoc. 

Pojadę i rozejrzę się - zaoferował się Robert. 

Zdjął  palto  i  wyszedł  do  garażu.  Wrócił  sam  po  półgodzinie.  -  Strażnicy  przy  bramie 

stadionu  zmieniali  się,  gdy  powinna  wyjechać,  a  nowa  zmiana  nie  pamięta  kobiety  na 

rowerze. Może spotkała kogoś znajomego, albo zatrzymała się na jakiejś prelekcji? Co w tym 

dziwnego, skoro Lottie jest teraz pod pieczą Lawrence’ów? 

-  Dziwne,  że  nie  podrzuciła  małej  jej  misia?  -  rzuciła  niepewnie  Stella.  -  Wiedziała,  że 

Lottie nie zaśnie bez niego. Robercie, czy nie powinniśmy czegoś zrobić? 

- A co mamy zrobić? 

- Nie wiem... Zadzwonić do szpitala. Mogła mieć wypadek. 

- Nonsens. Gdyby coś jej się stało, już dawno by nas poinformowano. Pewnie gdzieś się 

zasiedziała. Zostawimy frontowe drzwi otwarte, a jutro powiemy jej, żeby następnym razem 

zatelefonowała i uprzedziła nas o nocnej eskapadzie. 

Ale nazajutrz sypialnia Mademoiselle była wciąż pusta i tylko łóżko wskazywało, że ktoś 

na  nim  przysiadł.  Zniknął  grzebień,  szczotka  do  włosów,  szczoteczka  do  zębów,  a  drzwi 

background image

wejściowe  były  zamknięte  na  klucz.  Wyglądało  na  to,  że  Mademoiselle  -  wpadła  nocą  po 

niezbędne rzeczy i oddaliła się równie cicho, jak weszła. Pozostawiła jednak po sobie ślad. Na 

pustej teraz toaletce stał porcelanowy miś. 

Przy drzwiach leżało na podłodze coś białego. Miranda pomyślała w pierwszej chwili, że 

to list, ale niestety papierek okazał się chusteczką do twarzy firmy Elizabeth Arden. Zdziwiła 

się,  ponieważ  Mademoiselle  nigdy  nie  kojarzyła  się  jej  z  tak  wyszukanymi  gustami. 

Podejrzewała,  że  twarz wyciera  raczej frotowym  ręcznikiem,  a cerę  traktuje  przydziałowym 

mydłem. 

- Nic z tego nie rozumiem - powiedziała rozdrażniona Stella. - Jeśli chciała się zwolnić, 

mogła nam wcześniej powiedzieć. Przecież dalibyśmy jej najlepsze rekomendacje, a poza tym 

zalegaliśmy z jej wynagrodzeniem za co najmniej trzy tygodnie. Czy nie sądzisz, Robercie, że 

to trochę podejrzane? 

- Tak i nie - odparł niepewnie Robert. - Mogła  mieć dość tych ciągłych wizyt policji, a 

ktoś mógł jej zaproponować lepiej płatną posadę. Płaciliśmy jej w sumie dość kiepsko i kto 

wie, czy jakaś dama z amerykańskiego sektora nie podbiła stawki i nie złapała jej na haczyk. 

- Ale przecież byliśmy jej winni pieniądze? 

-  Gdyby  zapytała  cię  o  zgodę,  musiałaby  złożyć  normalne  wypowiedzenie,  a  to 

oznaczałoby  dla  niej  dodatkowy  miesiąc  pracy  u  nas.  Może  propozycja  wymagała 

natychmiastowej  decyzji.  Nie  aprobuję  tego,  ale  potrafię  zrozumieć  rozumowanie  panny 

Beljame. 

- Dla mnie to podłe! - rzuciła gniewnie Stella. - W końcu nie miała u nas aż tak źle. Czy 

nie  należałoby  zgłosić  tego  na  policję  i  powiadomić  nasze  władze?  Przecież  jesteśmy 

poszkodowani... 

- Droga Stello - powiedział łagodnie Robert. - W dzisiejszych czasach „władze” zawsze 

przymykają  oczy  na  roszczenia  pracodawcy.  Nie  mam  czasu  ani  ochoty,  żeby  ścigać  tę 

kobietę, więc dajmy sobie z nią spokój! 

 

* * * 

Robert  mylił  się.  Władze  okazały  się  bardzo  zainteresowane  losami  Mademoiselle 

Beljame. 

Już  nazajutrz  dzwonek  do  drzwi  domu  Melville’ów  oznajmił  kolejną  wizytę  Simona 

Langa. Tym razem wszedł bez ceregieli, rzucił kapelusz na stół w hallu i spytał, jakby nigdy 

w życiu nie widział Mirandy: 

- Co to za historia z guwernantką państwa Melville? 

- Proszę zapytać mojego kuzyna - odpowiedziała równie lodowato Miranda. 

- Próbowałem, ale jest gdzieś na naradzie. Chciałbym zamienić kilka słów z jego żoną. 

- Wyszła. 

background image

- A więc może od ciebie czegoś się dowiem... panno Brand. Czy ta wasza guwernantka 

zniknęła? 

- Mademoiselle Beljame raczyła porzucić nas bez wypowiedzenia pracy, panie kapitanie 

Lang - wyjaśniła oficjalnie Miranda. 

- Kiedy? 

Miranda zawahała się, a Simon rzucił równie szorstko, ale mniej służbowo: - Przestańmy 

się zgrywać, bo to poważna sprawa. 

- Poważna? 

-  Bardzo  poważna!  Mam  na  karku  dwa  zabójstwa,  a  ta  kobieta  była  jednym  z 

podejrzanych. 

- Myślisz, że ona mogła naprawdę...? 

-  Nie  ważne,  co  myślę.  W  tej  chwili  chcę  wiedzieć,  gdzie  jest  i  dlaczego  nie 

powiadomiono mnie natychmiast o jej zniknięciu! 

- A skąd mamy wiedzieć, gdzie jest? - Miranda osiadła na krześle w hallu i opowiedziała 

o  okolicznościach  zniknięcia  Mademoiselle.  Gdy  skończyła,  Simon  poprosił,  żeby 

zaprowadziła  go  do  pokoju  guwernantki.  Niestety,  pokój  wysprzątano  już  wcześniej, 

zmieniając przy okazji pościel i koce. 

- Kto to zrobił? - warknął Simon. 

-  Ja  i  Stella.  Od  śmierci  Friedel  same  zajmujemy  się  domem.  Mademoiselle  sprzątała 

swój  pokój,  ale  gdy  odeszła,  przejęłyśmy  jej  obowiązki.  Walizkę  znajdziesz  pod  łóżkiem. 

Chciałam spakować jej rzeczy, ale Stella poradziła, żeby zostawić je tak, jak leżały, bo może 

jeszcze wpaść po nie. 

Simon  otworzył  szafę,  przejrzał  szuflady,  ale  skromny  dobytek  Mademoiselle  niewiele 

mu powiedział. 

- A więc dlaczego nie zgłosiliście zaraz jej zniknięcia? - spytał. 

-  Nie  pomyśleliśmy  o  tym.  Sądziliśmy,  że  znalazła  sobie  lepszych  pracodawców  i 

opuściła  nas.  W  Berlinie  często  tak  bywa  i  połowa  pań  domu  ci  to  powie.  Stella  chciała 

powiadomić policję ale chodziło jej tylko o finansowe rozliczenia. 

Simon  nie  skomentował  tego.  Przysiadł  na  łóżku  Mademoiselle,  obrzucił  pokój 

podejrzliwym wzrokiem i powiedział po namyśle: 

-  Jeśli  była  tamtej  nocy  na  stadionie,  łatwo  określimy  czas  jej  przyjazdu  i  wyjazdu, 

przepytując strażników. Chyba że uciekała przez płot, ale to groziłoby skręceniem karku. A 

gdzie jest pani Melville? - spytał, wstając. 

- Poszła na zakupy do Naafi - wyjaśniła Miranda. Simon zamknął za sobą drzwi sypialni 

Mademoiselle i dość obcesowo włożył do kieszeni klucz. 

- Może wpadnie do państwa Lawrence - dodała Miranda, gdy byli już na parterze. 

Podziękował  jej,  włożył  kapelusz,  zatrzymał  się  w  wejściu  i  przyglądając  się  zamkowi, 

spytał: 

background image

- Jak jeszcze można się tu dostać? Oczywiście, nie licząc okien. 

-  Od  podwórza  i  przez  taras  bawialni,  ale  zasuwamy  tam  co  wieczór  rygle.  O  co  ci 

chodzi? - spytała z trudem łapiąc oddech. - Przecież Mademoiselle... lub morderca i tak nie 

wydostałby się z Berlina? Przepustki, kordony... 

-  Zapomniałaś  o  sowieckim  sektorze  -  powiedział  Simon,  odwracając  wzrok  od  zamka 

yale. - To idealne miejsce, gdzie można się rozpłynąć. 

- Myślisz, że jest we Wschodnim Berlinie? 

-  Nie  -  odparł,  patrząc  w  bok.  -  Myślę,  że...  Zresztą  nie  ważne,  co  myślę  -  przerwał. 

Wyszedł, poszedł na skróty do furtki i szybko odjechał. 

Stella  wróciła  przed  lunchem.  Spotkała  Simona  Langa  u  Lawrence’ów  i  widać  było,  że 

rozmowa dodała jej sił i wigoru. 

-  Wszystko  jasne  -  pokrzepiła  od  drzwi  Mirandę.  -  Jeśli  podejrzewano  Mademoiselle, 

mamy wreszcie spokój z policją i całym tym kołowrotkiem. Czas odpocząć, bo ten koszmar 

już minął. Cieszmy się życiem, Rando! 

- Chyba sama w to nie wierzysz. Skąd wiesz, że to ona? 

- A kto by inny? Dlaczego uciekła, gdy grunt zaczął się jej palić pod stopami? 

- Może wcale nie uciekła, a tylko znalazła sobie lepszą pracę? 

- Bzdura! Jasne, że to ona. Dziwię się, że tak jej bronisz. 

-  Nikogo  nie  bronię.  Jeśli  zabił  ktoś  z  nas,  niech  już  to  będzie  ona.  Ta  kobieta  zawsze 

budziła  we  mnie  odrazę,  choć  sama  nie  wiem,  dlaczego.  To  tak,  jak  z  pająkami,  ale  pająki 

przynajmniej nie pachną kminkiem. Coś obrzydliwego! Przypomina mi się dzień, gdy twoja 

mama poczęstowała mnie przed wyjazdem na piknik porcją syropu na kaszel, a potem przez 

cały dzień nie mogłam nawet spojrzeć na ciastka oblewane czekoladą. 

- Jesteś okrutna, Mirando! - wybuchnęła śmiechem Stella. - Przecież to było sto lat temu. 

Nie  znaliśmy  wtedy  Mademoiselle,  Robert  nie  był  jeszcze  moim  mężem,  a  o  Lottie  nawet 

nikomu się nie śniło. 

-  Wiem,  ale  chodziło  mi  o  ten  kminek.  Oprócz  kminku,  nic  właściwie  nie  mogłam  jej 

zarzucić. Niech już sobie siedzi u Sowietów, byle daleko od nas. Ale kto wie, czy nie będzie 

uczyć dobrych manier małych Jankesów z sąsiedniego sektora? Jeśli wpadła na ten pomysł, 

nasze władze szybko to ustalą i znów będziemy w kręgu podejrzenia. 

Do  południa  nic  nie  wskazywało,  że  samotna  cyklistka  została  odnaleziona.  Po  piątej 

zadzwonili  z  berlińskiej  policji  kryminalnej  i  funkcjonariusz  powiedział  umiarkowanie 

poprawną angielszczyzną, że chciałby zadać jeszcze kilka pytań i przesłuchać kucharkę. 

Po szóstej przyszedł mocno przygaszony Robert. Simon Lang dał mu tym razem spokój, 

za to na dywanik wezwał Roberta pułkownik Cantrell. Chodziło o nie powiadomienie na czas 

policji o zniknięciu Mademoiselle Beljame. Spór przeszedł w pyskówkę i wyglądało na to, że 

Robert  pragnie  odreagować  upokorzenie  w  domowych  pieleszach.  Miranda  przyjęła  z  ulgą 

background image

nieoczekiwany  telefon  państwa  Leslie,  którzy  zaprosili  ją  na  pływalnię.  Wolała  przeczekać 

domową burzę poza polem rażenia. 

Kryta pływalnia świeciła pustkami. Woda była ciepła, pomieszczenie dobrze ogrzewane, 

ale wczesna pora roku odstraszała amatorów kąpieli. 

Główną  atrakcją  dla  nielicznych  tu  mężczyzn  była  Sally  Page,  która  siedziała  na  skraju 

basenu  i  rozmawiała  z  Elzą  Marson.  Jej  wyzywająco  skromny  kostium  kąpielowy 

dorównywał nogom zanurzanym tylko chwilami w wodzie. 

Kostium pani Marson był krzykliwy, podobnie jak czepek i sama właścicielka. Mirandę 

zaskoczyło, że Elza potrafi się śmiać. Zawsze kojarzyła się jej z bladością i zaniepokojonym 

wzrokiem.  Teraz  była  rozluźniona,  jakby  zdjęto jej  z  ramion  stufuntowy  ciężar.  Spostrzegła 

Mirandę wraz z panią Leslie i ruszyła mężnie strzałką w ich kierunku. 

- Jaka dziś woda? - spytała przezornie Nora. 

-  Chyba  zbyt  ciepła  -  wyrzuciła  z  siebie  Elza  i  odzyskawszy  oddech  zwróciła  się  do 

Mirandy:  -  Sally  mówi,  że  już  wiedzą,  kto  to  zrobił.  Podobno  tej  guwernantce  Melville’ów 

udało się zwiać do Ruskich? 

- Do kogo? - spytała cierpko pani Leslie, patrząc kątem oka na zaskoczoną Mirandę. 

Miranda  spytała  Elzę,  skąd  Sally  zaczerpnęła  te  informacje,  ale  Nora  nic  dała  się  tak 

łatwo zbić z tropu. 

- Do Sowietów? - spytała. - Czy to pewne? Jak do tego doszli? 

- Nic jeszcze nie wiedzą - zaprzeczyła Miranda. - Może Sally coś się pomieszało? 

- A więc ta wasza Mademoiselle zniknęła! 

- Nie wróciła do domu - przytaknęła niechętnie Miranda. - Myśleliśmy, że może znalazła 

sobie  innych  chlebodawców.  Podobno  to  częste  w  Berlinie.  Niby  bezrobocie,  ale  służące  i 

kucharki  przebierają  w  ofertach.  Kto  da  więcej,  ten  wygrywa,  a  pani  domu  dowiaduje się  o 

wszystkim ostatnia. Mademoiselle mogła się na to połakomić. 

- Tak czy inaczej, zniknęła! - powtórzyła pani Leslie. 

Miranda  nie  była  w  stanie  temu  zaprzeczyć.  Spojrzała  na  przeciwległy  brzeg  basenu 

udekorowany olśniewającymi kończynami Sally Page i zastanawiała się skąd ta laleczka ma 

najświeższe informacje. Może to ją trzeba o to spytać. 

Wyprostowała  się  i  zanurkowała  z  krótkiego  rozbiegu  w  wodę.  Pokonała  szerokość 

basenu  w  jednej  chwili,  ale  Sally  nie  miała  chyba  ochoty  na  konwersację,  bo  gdy  Miranda 

wynurzyła  się  z  wody,  Sally  zdążyła  już  umknąć  w  stronę  trampoliny.  Miranda  popłynęła 

wzdłuż  basenu  i  przyglądała  się  Sally  wbiegającej  na  najwyższą  kondygnację  wieży,  dobre 

trzydzieści stóp nad poziomem wody. Z dołu wydawała się miniaturowa. Miranda patrzyła z 

przerażeniem, jak zwinne ciało przesuwa się na skraj deski. 

Sally wypróbowała jej sprężystość, spojrzała w błękitną wodę daleko w dole i zamarła w 

bezruchu na oczach widzów. 

background image

Przyznać trzeba, że było to efektowne wejście. Głowy pływających uniosły się, a wtedy 

Sally odwróciła się i gdy wszyscy pomyśleli, że jednak nabiera ich z tym skokiem, zrobiła od 

niechcenia półobrót, podbiegła na krawędź deski, wybiła się i skoczyła, kręcąc w powietrzu 

klasycznego  delfina.  Weszła  w  wodę  jak  srebrna  strzała,  nawet  nie  rozpryskując  kropel,  a 

skromna widownia przyjęła to oklaskami. 

Nawet  Miranda  musiała przyznać,  że  był to  dużej  klasy  wyczyn.  Sama  pływała  nieźle i 

nie bała się skakać do wody, ale nigdy nie zdobyłaby się na coś takiego. To, co zrobiła Sally, 

wymagało idealnej koordynacji elastycznego ciała i stalowych nerwów. 

Sally wypłynęła, wspięła się po drabince na brzeg basenu i pomknęła jak łania do szatni. 

Pułkownik  Leslie  podpłynął  żabką  do  Mirandy  i  utrzymując  pozycję  ciała  w  pionie, 

powiedział  przez  nos:  -  Nora  mówi,  że  wasza  guwernantka  zniknęła.  Mamy  to  wreszcie  z 

głowy... 

- Co mamy z głowy? 

- Podejrzenia... 

- Nie byłabym taka pewna. 

- Ja też, ale skoro zniknęła, wszystko spada na nią. W tym mieście znika się za żelazną 

kurtyną. 

Miranda  przyznała  mu  rację,  chociaż  coś  tu  nie  do  końca  pasowało.  Skąd  wiedział,  że 

policja  postawiła już  krzyżyk  na  Mademoiselle? Pokiwała  głową,  ale bez  przekonania.  Pani 

Leslie  podpłynęła  do  nich  i  zaproponowała  Mirandzie  wyścigi.  Wysiadła  po  kilku  metrach, 

wyszła na brzeg i wraz z mężem zajęła się rozmową ze znajomymi na drugim końcu basenu. 

Miranda pograła przez pół godziny w piłkę wodną i poszła do szatni. Powiedziano jej, że 

państwo  Leslie  poszli  już  na  parking,  ale  poczekają  na  nią  przy  głównej  bramie  pływalni. 

Wieczorne powietrze na zewnątrz pachniało wiosną i benzyną. 

Spiżowy  nagus  trwał  mężnie  przy  murze  ozdobionym  wykutym  w  spiżu  napisem 

„Herren”.  Nie  było  jasne,  czy  napis  dotyczy  germańskiego  atlety,  czy  schodków 

prowadzących  do  intymnego  pomieszczenia  na  zapleczu.  Posąg  i  mur  były  pokiereszowane 

kulami  i  Miranda  przeszła  obok,  kręcąc  głową.  Twórcy  stadionu  nie  skąpili  dłuta  golasom 

obojga płci, co zaskoczyło słabo zaznajomioną z nazistowską estetyką Mirandę. 

Na szczęście samochód państwa Leslie stał po drugiej stronie otwartej pływalni, w cieniu 

spiżowego  byka.  Nora  i  jej  mąż  rozmawiali  z  instruktorem  szkółki  pływackiej,  do  którego 

zwracali się zawsze per Herr Kroll. 

Teraz  Herr  Kroll  szwargotał  coś  zawzięcie  do  pułkownika,  wskazując  ręką  na  ciemną 

wodę  otwartego  basenu.  Pułkownik  Leslie  kręcił  z  niedowierzaniem  głową,  a  Kroll 

przekonywał  go,  że  „to  nie  bzdura,  ale  sehr  gut”.  Chodziło  o  grube  słomiane  plecionki, 

którymi  pokryto  powierzchnię  basenu.  Instruktor  wyjaśniał,  że  dzięki  nim  zielona 

powierzchnia  wody  nie  zamarznie  nawet  podczas  zimowych  mrozów  i  nie  zmętnieje  przy 

wiosennych  roztopach.  Była  też  druga  wersja,  o  której  wspominał  kiedyś  Harry  Marson. 

background image

Podobno  Sowieci  po  zajęciu  Berlina  wykorzystywali  kompleks  basenowy  jako  stajnie,  a 

wyłożoną kafelkami pływalnię jako składowisko obornika. 

- Herr Kroll mówi, że coś tam pływa - powiedział z irytacją pułkownik Leslie. - Ja nic nie 

widzę! Mówi, że widzi nawet twarz. Czas do domu, Noro! 

-  Poczekaj,  Ted.  Też  coś  widzę...  Popatrz,  Mirando...  Chyba  przywidziało  mi  się,  ale 

przysięgłabym, że widziałam twarz... 

-  Pewnie  własne  odbicie  w  wodzie  -  mruknął  Leslie.  -  Rozsądź  ty,  Mirando,  bo  masz 

lepszy od nas wzrok. 

Słońce  już  zaszło,  ale  ostatni  błysk  oświetlił  mętną  wodę  pomarszczoną  podmuchem 

wiatru. Miranda spojrzała i między odbiciami rosnących nad basenem sosen dostrzegła twarz. 

Bladą i zniekształconą jak odbicie w krzywym lustrze. 

Wiatr  ucichł  i  uspokoiło  się  lustro  wody.  Nie...  To  nie  było  odbicie  Mirandy.  Z  basenu 

patrzyła inna twarz. Patrzyła z wody niczym koszmar z pogrzebanej przeszłości. Blada maska 

z  otwartymi  ustami,  świdrującymi  oczami,  otoczona  wieńcem  włosów  w  kolorze  słomy. 

Obca, ale skądeś znana... 

Znów  powiało,  woda  zmarszczyła  się  i  spod  słomianych  wiechci  wyłoniły  się  czarne 

włosy. Farbowane, przerzedzone włosy Mademoiselle Beljame. 

Miranda nie wiedziała, jak długo stoi na brzegu basenu, ponieważ czas cofnął się i znów 

była  dzieckiem.  Była  dziewczynką  rzuconą  o  kilkaset  mil  dalej  i  o  piętnaście  lat  wstecz  na 

bombardowaną szosę. 

Słyszała szmer liści, ale ich szelest niósł teraz inne, przerażające znaczenie. Dobiegające 

z  krytej  pływalni  śmiechy  zamieniły  się  w  paniczny  krzyk  uciekinierów.  Spadające  liście 

przypominały  szept  przewodnika  z  wydm.  Przejeżdżający  samochód  zamienił  się  w  warkot 

bombowca, a plusk wody w pływalni brzmiał jak morska fala uderzająca o brzeg kamienistej 

plaży... 

- A nie mówiłem? - krzyknął ktoś. Może Herr Kroll, może pułkownik, a może Nora. Na 

szczęście, wszystko to rozlało się w głosach dobiegających z pływalni. Niebo nad pajęczymi 

nogami radiostacji przybrało barwę zmierzchu, a spiżowy byk skrył wykrzywiony resztkami 

słońca pysk w cieniu nadchodzącej nocy. 

Miranda odsunęła się o krok od krawędzi basenu. Uważnie, jak ktoś, kto stąpa po cienkim 

lodzie. Przeszła przez zbiegowisko gapiów i ruszyła powoli stopniami w mrok. Minęła resztki 

porośniętej  wiosenną  zielenią  bramy  wjazdowej  i  zatrzymała  się  na  betonowym  placyku 

nieopodal hydrantu. 

Usłyszała nadjeżdżający w kierunku stadionu samochód i pobiegła na oślep przed siebie. 

Simon Lang zahamował w porę, spojrzał jej w twarz i wsadził bez słowa do wozu. 

Ruszył, ale szybko zatrzymał samochód, nie wyłączając silnika. 

background image

-  Szukają  mnie  -  wyszeptała  Miranda,  słysząc  dobiegające  spoza  bramy  głosy  państwa 

Leslie i pozostałych świadków wydarzenia. Poczuła idiotyczną ulgę, gdy Simon wrzucił bieg 

i ruszył przed siebie, pewnie żeby zawieźć ją do domu. 

- Myślą, że cię aresztowałem - powiedział swobodnie. 

Po  kilkuset  metrach  zatrzymał  wóz  przy  kępie  zarośli  i  spytał  rzeczowo,  czy  nie  ma 

ochoty się przewietrzyć. 

Miranda  zaprzeczyła  ruchem  głowy.  Zmrok  okrył  już  stadionowy  kompleks.  Simon 

zapalił papierosa, oparł się o sponiewieraną tapicerkę i nie odzywał się słowem. 

-  Mademoiselle  Beljame...  -  przerwała  ciszę  Miranda.  Lang  milczał,  a  jego  nie 

przeniknioną twarz rozjaśniał tylko ognik papierosa. 

- Znałam ją! - powiedziała głośno. - Że też do tej pory na to nie wpadłam! Pewnie przez 

te włosy. Bardzo ją postarzały. Teraz wiem, dlaczego nigdy jej nie lubiłam... 

- Kim była? - spytał Simon po długiej ciszy. 

- Nie wiem. Pamiętam tylko, że moi rodzice zginęli gdzieś w Belgii podczas ewakuacji. 

Bomba  trafiła  w  nasz  samochód  i  tylko  tyle  wiem.  Ojca  i  matkę  pamiętam  jak  przez  mgłę. 

Chyba zginęło wtedy mnóstwo ludzi. A potem zapamiętałam czyjąś twarz. Twarz kogoś przy 

drodze... Kogoś, kto uważnie patrzył na mnie. Zapomniałam tę twarz i dopiero teraz... 

...  Pamiętam  też,  że  nie  podobała  mi  się  ta  twarz  i  że  przytuliłam  do  siebie  moją  lalkę. 

Wtedy ta osoba powiedziała coś do mnie po francusku. Był z nią mężczyzna. Nakarmili mnie, 

kobieta wskazała na lalkę i powiedziała: „no to mamy ją”. Przestraszyłam się, że chcą zabrać 

moją lalkę, ale zostawili mi ją. Bałam się ich, ale nie miałam wyboru. Szliśmy bardzo długo i 

tylko  nocami.  Przyłączyliśmy  się  do  grupy  innych  ludzi  i  doszliśmy  nad  morze.  Potem 

pamiętam strzelaninę, noc, mgłę i to, że zgubiliśmy tę kobietę... 

...Gdy  dobiliśmy  do  brzegu,  mężczyzna  zachorował  i  znów  byłam  sama.  Mówiono  do 

mnie po angielsku, odpowiedziałam w tym języku, a ktoś się zdziwił, że jestem Angielką. Nie 

wiem  co  się  stało  z  mężczyzną,  a  o  tamtej  kobiecie  szybko  zapomniałam.  Dopiero  dziś 

przypomniałam sobie, że była to Mademoiselle. 

- Dlaczego dopiero dzisiaj? - spytał Simon. 

-  Przez  te  włosy  -  szepnęła  Miranda,  jakby  zaskoczona  tym  odkryciem.  -  Tamta  miała 

gęste,  jasne  włosy  i  wiązała  je  w  kok.  Zupełnie  inaczej  niż  Mademoiselle.  Może  nie  tyle 

jasne,  co  słomiane.  Była  pulchniejsza  i  młodsza.  Miała  też  coś  dziwnego  z  oczami.  Każde 

było innej barwy. Dziwię się, że mogłam nie zwrócić na to uwagi. Ktoś mówił mi niedawno, 

ż

e  nigdy  nie  zapomina  się  cudzych  fizycznych  defektów.  Może  to  prawda,  ale  ja 

przypomniałam ją sobie dopiero dzisiaj. 

- Gdzie jest teraz? - spytał Simon. 

Miranda spróbowała odpowiedzieć, ale głos uwiązł jej w gardle. 

- Powiedz mi, proszę - spytał łagodnie, ujmując jej zdrętwiałe palce w dłonie. 

- Jest... w otwartym basenie na olimpijskiej pływalni. 

background image

Wyczuła instynktownie, że Simon zadrżał, chociaż nie dał tego po sobie poznać. 

- A więc nie żyje - powiedział, nie siląc się na pytanie. 

-  Znalazł  ją  instruktor...  Herr  Kroll.  A  może  pani  Leslie?  Dyskutowali  nad  wodą  i 

poprosili  mnie,  żebym  popatrzyła  sama.  Najpierw  sądziłam,  że  to  moje  własne  odbicie,  ale 

wiatr zmarszczył wodę, przesunął słomę i zobaczyłam jej twarz... 

Simon nie zadawał więcej pytań. Puścił dłonie Mirandy, zapalił silnik i ruszył w kierunku 

Herr Strasse. 

Chyba  łamał  rygorystyczne  berlińskie  przepisy  o  ograniczeniu  szybkości,  bo  zajechali 

pod  dom  Melville’ów  w  kilka  minut.  Podczas  jazdy  nie  odezwał  się  słowem,  ale  teraz 

obrzucił Mirandę dziwnym spojrzeniem, spotęgowanym przez odblask reflektorów wozu. 

- Ani słowa o tym, że ją rozpoznałaś. Nikomu ani słowa, Mirando! 

Przytaknęła.  Patrzył  na  nią  przez  chwilę  i  musnął jej  policzek.  Był  to  intymny  gest,  jak 

pocałunek. Miranda wyszła z wozu i zatrzymała się przy bramie domu. 

- Wchodź! Pamiętasz, co ci powiedziałem? - upewnił się Simon. 

Drzwi  otworzył  Robert.  Spojrzała jeszcze  przez  ramię  i  omiotła  wzrokiem odjeżdżający 

samochód. 

-  Kto  cię  przywiózł?  -  zainteresował  się  Robert.  -  To  nie  był  służbowy  wóz  państwa 

Leslie? 

-  To  był  służbowy  wóz  Simona  Langa  i  to  on  mnie  przywiózł  -  wyrzuciła  z  siebie 

Miranda. - Przepytywał mnie w drodze. 

-  A  więc  wciąż  jesteś  główną  oskarżoną?  -  spytał  żartobliwie.  -  Moim  zdaniem  Lang 

interesuje się bardziej tobą, niż całą sprawą i przyznam, że wcale mu się nie dziwię. - Robert 

objął ją i pogładził po włosach na oczach spoglądającej przez poręcz schodów Stelli. 

- Czy państwo Leslie wpadną na drinka? - spytała Stella. 

Miranda  zaprzeczyła.  Z  kłopotliwej  sytuacji  wybawił  ją  telefon.  Robert  podszedł  do 

aparatu.  Podniósł  słuchawkę,  zacisnął  zęby,  ale  po  chwili  jego  twarz  przybrała  rozluźniony 

wyraz. - Tak, już ją daję - powiedział przywołując wzrokiem Mirandę. 

W  pierwszej  chwili  pomyślała,  że  to  Lang,  ale  Simon  nie  mógłby  tak  szybko  dopaść 

nawet najbliższego telefonu. 

Przyłożyła  do  ucha  słuchawkę,  doceniając  takt  Roberta,  który  dyskretnie  się  oddalił. 

Rozczarowała się, gdy usłyszała głos Sally Page. Sally pytała, czy nie wpadłaby na kolację i 

skromne  party  w  klubie  przy  Grunewald  Strasse.  Będzie  ona,  Andy,  młody  Amerykanin  i 

wpadną po nią za dwadzieścia minut. 

Skromne  party  było  ostatnią  rzeczą,  jakiej  potrzebowała  teraz  Miranda,  a  więc 

wytłumaczyła  się  migreną  i  odłożyła  słuchawkę.  Poszła  do  sypialni,  padła  na  łóżko,  ale 

pomimo  zmęczenia  nie  mogła  zasnąć.  W  półśnie  powracała  twarz  kobiety.  Miała  słomiane 

włosy,  nietypowe  oczy,  pachniała  kminkiem.  Uchwyciła  Mirandę  za  rękę  i  prowadziła  ją 

przez mgłę szosą podziurawioną przez niemieckie bombowce, a może myśliwce... 

background image

Rozdział 15 

 

- Psst! 

Szept  dochodził  z  ogrodu,  a  ktoś,  kto  go  wydał,  umiał  dobrze  trafiać  w  cel  ułamanymi 

gałązkami. 

Miranda odłożyła trafioną gazetę i wyjrzała przez okno bawialni. 

- Psst! - szepnął rudowłosy czort uczepiony parapetu. 

- Jak idzie śledztwo, inspektorze Wilkin? - spytała, odkładając gazetę. 

Wally  przytknął  palec  do  ust  i  kazał  jej  bez  słowa  przymknąć  drzwi  do  hallu.  Miranda 

wykonała polecenie i wróciła do okna. 

- Co słychać w świecie przestępczym? - spytała żartobliwie. 

- Wyłowili zwłoki waszej Mademoiselle. 

Mirandzie  odechciało  się  żartów.  -  Skąd  wiesz?  -  spytała,  zaciskając  kurczowo  ręce  na 

parapecie. 

- Byłem tam. Widziałem, jak wyciągali ją z basenu. Dobra robota. 

- Przestań, Wally! 

- Spokojnie, panno Brand. Stary podrzucił mnie na basen, ale urwałem mu się w szatni. 

Przyczaiłem  się  na  zewnątrz,  bo  czułem,  że  coś  jest  tu  grane.  Przyjechał  cywilny,  a  zaraz 

potem  gliny  obstawiły  bramę.  Siedzę  w  krzakach  i  filuję.  Wyjęli  ją  z  wody  razem  z 

rowerkiem. Paskudnie to wyglądało, ale mam namierzonego sprawcę, bo... 

Z hallu dobiegły kroki. Wally zapadł się pod ziemię, a zaraz potem w drzwiach bawialni 

pojawiła się Elza Marson i tonąca w kiściach świeżych bzów Stella. 

-  Czujesz,  jak  pachną,  Rando?  To  od  pani  Marson.  Bądź  tak  dobra  i  włóż  je  do  wody. 

Elza podwiozła mnie do domu. Robert zabrał samochód i gdyby nie Elza, nie poradziłabym 

sobie z kwiatami, nie mówiąc o łaszkach Lottie, które musiałam podrzucić do Lawrence’ów. 

Elza Marson przyjrzała się bacznie Mirandzie, a jeszcze baczniej oknu wychodzącemu na 

ogród. Podeszła do parapetu i powiedziała z wymuszonym śmiechem, że od dawna tak się nie 

zmordowała. 

- Przecież wasz ogród tonie w kwiatach, Stello - żachnęła się. 

- Same wiśnie, a ja szaleję na punkcie bzów. Jest tu kilka krzaków, ale jeszcze nie kwitną. 

Może wasz ogród jest bardziej nasłoneczniony... 

- Pewnie jest - odparła Elza, rozglądając się po ogrodzie Melville’ów. Miranda poszła za 

jej wzrokiem, ale Wally zdążył się zamaskować jak dużej klasy specjalista. 

Ktoś zadzwonił do drzwi i Stella wybiegła do hallu. 

-  Mam  nadzieję,  że  to  nasza  nowa  gosposia  -  rzuciła  w  drzwiach.  -  To  biuro  pracy  jest 

strasznie opieszałe! Chyba że przyszli po rzeczy Mademoiselle? 

-  Wydawało  mi  się,  że  rozmawiałaś  z  kimś  w  ogrodzie,  Mirando?  -  spytała  Elza  po  jej 

wyjściu. 

background image

Miranda zaprzeczyła, a Elza zmieniła temat. Pochwaliła wystrój wnętrza i nawiązała do 

ostatnich uprowadzeń mieszkańców Zachodniego Berlina do sowieckiego sektora. - Piszą, że 

tutaj aż roi się od ich agentów. To straszne, że nie potrafimy się przed nimi obronić! Kiedy to 

się skończy? 

Jej głos zadrgał szlochem, a ręce straciły samokontrolę. Wypuściła z dłoni porcelanowego 

konika, przyklęknęła i próbowała rozpaczliwie pozbierać okruchy stłuczonej figurki. 

-  Zostaw  to,  Elzo!  -  uspokajała  ją  Stella,  która  właśnie  wróciła  do  pokoju.  -  Czemu 

przejmujesz  się  takim  drobiazgiem?  Mamy  gościa  -  dodała,  kierując  wzrok  na  Mirandę.  - 

Przyszedł pan Lang. 

Simon  nie zmrużył  chyba  oka  przez  ostatnią  dobę, ale jak  zwykle  nie  dał  tego  po  sobie 

poznać. 

- Pan Lang mówi, że znaleziono Mademoiselle - oznajmiła Stella. 

Okruchy porcelanowego konika wypadły znów z dłoni Elzy Marson na podłogę. 

- Może ja to pozbieram - zaproponował Simon i zabrał się ochoczo za robotę. 

- Gdzie ją znaleźliście? - spytała Stella. - Proszę nie trzymać nas w niepewności, kapitanie 

Lang! Znalazła innych pracodawców czy może umknęła do Sowietów? 

-  Mademoiselle  Beljame  nie  żyje  -  odparł  Simon,  układając  szczątki  konika  na 

popielniczce. 

-  Nie  żyje?  O  czym  pan  mówi?  -  Stella  zasłoniła  rozwarte  usta  dłonią  i  nawet  nie 

zauważyła obojętnego spojrzenia Mirandy. 

- Zróbcie coś z tym! - krzyknęła histerycznie Elza Marson. - Zróbcie coś, bo wszystkich 

nas to czeka! Ci czerwoni nikomu nie przepuszczą! 

- Uspokój się Elzo! - przywołała ją do porządku Stella. - Co się jej stało? - spytała Langa. 

- Utopiła się. 

- Zawsze to lepsza lepsza śmierć, niż... - nie dokończyła, opadła na fotel i ukryła twarz w 

dłoniach. 

- Wiem, że to podłe - powiedziała po chwili. - Podłe i głupie, ale myślałam, że to kolejne 

morderstwo. 

- I dobrze pani myślała - odparł Simon. 

Stella wbiła pobielałe dłonie w poręcze fotela. Nie była w stanie wydobyć z siebie głosu. 

- Dostała w głowę tępym narzędziem - wyjaśnił Simon. - Łyżka samochodowa albo coś w 

tym rodzaju. Wpadła do basenu, a może tam ją wrzucono. W każdym razie, wydarzyło się to 

we wtorek. Późnym popołudniem, góra wieczór... 

Zawiesił głos i zaczął się przyglądać wiszącej na ścianie oprawionej w szkło reprodukcji 

Damy z wachlarzem Velasqueza. 

- Ręce miała poplamione zieloną farbą - dodał po chwili. 

Milczenie  przerwał  histeryczny  śmiech  pani  Marson,  która  zerwała  się  z  krzesła  i 

przemierzała teraz pokój od ściany do ściany. 

background image

Stella też się poderwała i próbowała ją uspokoić. 

- Chyba powinnam odwieźć panią Marson do domu - rzuciła, kierując niepewny wzrok w 

stronę Simona. 

-  Też  tak  sądzę.  Radzę  zostać  z  nią  do  powrotu  jej  męża,  lub  kogoś  kompetentnego. 

Później  chciałbym  zamienić  z  panią  jeszcze  kilka  słów  na  temat  wtorkowego  wieczoru. 

Przykro mi, ale to konieczne. 

-  Oczywiście.  Idziemy,  Elzo!  -  Stella  wyprowadziła  panią  Marson  z  bawialni  i 

przymknęła drzwi. 

- Co się tu dzieje? - spytała Miranda po ich wyjściu. 

- U was na szczęście nic. 

- Pytam o tę zieloną farbę. Dlaczego tak ją przeraziła? 

-  Może  dlatego,  że  znaleźliśmy  puszkę  w  garażu  Marsonów.  Podobno  malowali 

ogrodowe meble. 

- Mów, o co chodzi! - Miranda przysiadła bezradnie na parapecie okna. - Przecież wiesz 

już wszystko! 

- Wiem sporo, ale jeszcze nie wszystko. Powiedzmy, że coś mi świta. 

Przyglądał się jej długo badawczym wzrokiem godnym dużej klasy szeryfa. Oni pewnie 

też  przyglądali  się  tak  ujętym  przestępcom,  albo  kartom,  gdy  po  robocie  odprężali  się  przy 

pokerze. 

W końcu, nie wyjmując rąk z kieszeni usiadł przy Mirandzie. 

- Co chcesz wiedzieć? - spytał. - Powiem ci tyle, ile wiem. Powiedzmy, że większość z 

tego, co wiem. 

- Powiedz mi o Mademoiselle. Wciąż o niej myślę i nawet śniła mi się dziś w nocy. Czy 

to ta sama kobieta, czy mam jakieś zwidy? 

- Nie masz żadnych zwidów. 

- Skąd wiesz? Przecież mogłam się pomylić? 

-  Ty  mogłaś,  ale  nie  sztab  ludzi  przetrząsających  kartoteki  przez  ostatnie  kilkanaście 

godzin. Że też nikt nie wpadł na to wcześniej. 

- Na co? 

- Pamiętasz, co opowiadał wam brygadier w Bad Oyenhausen? 

- O tym niemieckim małżeństwie, które zamordowało służących i zwiało z diamentowym 

łupem? 

- Tak, o państwie Ridder. Ale to nie oni sprzątnęli służących. Było dokładnie odwrotnie. 

Ridderów  zakatrupili  Karl  i  Greta  Schumacherowie.  Może  planowali  to  od  dawna,  a  może 

pomysł ten nasunął się im podczas prac betoniarskich przy budowie garażu? Rozważmy taki 

scenariusz: Herr Ridder wraca do Berlina z diamentami i ginie. Frau Ridder jest już sztywna, 

a jej biżuteria i inne precjoza spoczywają w walizeczce. Schumacherowie przebierają zwłoki 

we własne łachy, a na wypadek identyfikacji podrzucają metalowe drobiazgi. Takie, które nie 

background image

rozpuszczają się w zaprawie. Guzik z liberii lokaja, łańcuszek pokojówki. Pani Greta strzyże 

martwą Frau Ridder i wrzuca do zaprawy pukiel jej włosów. Tak na wszelki wypadek... 

Zapomnieli  tylko  o  tym,  że  zaprawa  nie  rozpuszcza  też  kości,  a  pani  Ridder  miała 

zrośnięte  palce  jednej  z  dłoni.  Wpadliby  szybko,  gdyby  nie  szczęśliwy  zbieg  okoliczności. 

Brytyjska  armia  ewakuowała  się  z  Dunkierki,  Belgia  błagała  o  zawieszenie  broni,  Francja 

była  wykończona,  a  Trzecia  Rzesza  miała  ciekawsze  zajęcia  niż  przejmowanie  się  losem 

państwa Ridder. 

-  Brygadier  wspominał  o  dziecku  -  przerwała  Simonowi  Miranda.  -  Myślisz,  że  też  je 

zamordowali? 

-  Tego  nikt  nie  wie. W  tym  czasie  dziecko  mogło  przebywać  poza  Berlinem.  Mogli  też 

zabrać je ze sobą dla lepszego kamuflażu. Podejrzewam, że tak właśnie zrobili, a gdy dziecko 

zginęło podczas nalotu, wzięli do wozu pierwszą napotkaną przy szosie sierotkę. Też bym tak 

zrobił na ich miejscu. 

- A więc pokojówka Schumacher stała się panią Ridder - pokiwała głową Miranda. - Co 

właściwie planowali? 

- Wątpię, czy kiedykolwiek dowiemy się tego. Szofer mógł uczestniczyć w spisku, mogli 

przyłożyć mu pistolet do głowy, albo i na to nie marnować czasu. Może zamierzali zwiać do 

Lizbony,  a  stamtąd  do  Południowej  Ameryki?  W  sumie  niebezpieczna  droga,  więc  mogli 

wybrać  Anglię.  Nie  sądzę,  by  wiedzieli,  że  jesteś  Angielką.  Wspominałaś,  że  kobieta 

odezwała się do ciebie po francusku, a ty odpowiedziałeś jej w tym samym języku. 

-  Zgadza  się  -  przytaknęła  Miranda.  -  W  tamtych  czasach  angielski  był  dla  mnie  dość 

obcym językiem. 

-  Wszystko  pasuje.  Potrzebowali  dziecka  i  znaleźli  je  przy  szosie.  Dziewczynka  tuliła 

lalkę. To była duża lalka i w jej brzuszku można było ukryć niezły majątek. 

- Nawet te holenderskie diamenty? - spytała Miranda. 

-  Zapomnijmy  o  diamentach.  Zabójcy  dobrze  je  ukryli.  Nie  byli  pospolitymi  rabusiami. 

Wiedzieli, że nawet z tym, co zrabowali, kupią sobie obywatelstwo każdego kraju. Ale, póki 

co, potrzebowali ciebie, Mirando... Czy można tu zapalić? 

- Pal i mów dalej. 

Simon wyjął z kieszeni marynarki złotą papierośnicę i poczęstował Mirandę. Odmówiła. 

Wyrzucił niedopaloną zapałkę do ogrodu. 

- Co było potem? - spytała. 

-  Potem?  To  wiem  od  ciebie.  Greta  Schumacher  została  na  brzegu,  gdy  ty  i  jej  mąż 

zdążyliście wskoczyć do łodzi. Pan Schumacher umarł szybko na obustronne zapalenie płuc, 

a dziecko oddano do domu opieki, bo dziewczynka mówiła po angielsku. Miała też lalkę, ale 

kto zwracał wtedy uwagę na zabawki. Kto mógł połączyć wyłowioną z morza dziewczynkę z 

akcją Ridderów? Kto sprawdzał związki dziecka z uciekinierem, który wykorkował zaraz po 

przyjeździe  do  Anglii?  Nikt!  Kto  pamiętał,  że  dziewczynka  ściskała  na  angielskim  brzegu 

background image

swoją lalkę i że nikomu nie chciała jej oddać? Ustalono, że osoby podające się za Ridderów 

były w grupie uchodźców. Ukryły łup w twojej lalce, chcąc odzyskać go później, ale zginęły 

podczas nalotów. Wszystko pasuje, a jednak coś mi tu nie gra... 

- Mademoiselle? - spytała Miranda. - Czy to była Frau Schumacher? Kim właściwie była 

ta prawdziwa? 

- Próbujemy to rozpracować. Wiemy, że Szwajcarka o nazwisku Beljame była więźniarką 

w  hitlerowskim  obozie  koncentracyjnym.  Wiemy,  że  spała  prycza  w  pryczę  z  Frau 

Schumacher  i  że  zmarła  lub  trochę  jej  w  tym  pomogli.  A  potem  w  Anglii  pojawiła  się 

Mademoiselle...  Frau  Mademoiselle  miała  solidny  paszport.  Szukała  męża,  dziecka,  a 

zwłaszcza  lalki  z  brzuszkiem  wypełnionym  cennym  towarem.  Ci  holenderscy  jubilerzy 

wiedzieli, co  dobre.  Szła  za  tropem  i  nieźle  węszyła.  Twój  kuzyn, pan  Melville,  powiedział 

mi, że znaleźli ją z ogłoszenia. 

- Mocno naciągane - powiedziała Miranda. 

- Mocno? W tamtych czasach trudno było o guwernantki i gosposie, a dzieci przychodziły 

na świat i wymagały opieki. 

- Pracowała ciężko za liche pieniądze - westchnęła Miranda. - Może dlatego byli tak do 

niej przywiązani? 

- Kiedy ją poznałaś? 

- Chyba przed dwoma laty - odparła po namyśle. - Nie wiem, czy zamieniłam z nią więcej 

niż kilka zdań. Pracowałam wtedy w Londynie i rzadko wpadałam do Mallow. Nigdy mi się 

nie podobała... te jej włosy, ruchy... Czarna wdowa. Do tego ten kminek, który wciąż coś mi 

przypominał. Coś paskudnego, co skojarzyłam sobie dopiero tutaj w Berlinie... 

- Kłania się ciocia Hetty - mruknął Simon. 

- Tak, dokładnie tak... Ale skąd wiesz o cioci Hetty? 

- Od ciebie. 

- Zgoda. Powiedzmy, że zawsze bałam się tej kobiety. Mademoiselle, a nie cioci. Bałam 

się, ale przypisywałam to własnej wyobraźni. 

- Niesłusznie. Greta Schumacher, alias Mademoiselle Beljame była wytrawnym graczem. 

Nie wiemy tylko, dlaczego uczepiła się Melville’ów. Może trafiała na ślepo. Może myślała, 

ż

e  łapie  nitkę,  która  zaprowadzi  ją  do  kłębka.  Czasami  los  sprzyja.  Twój  kuzyn  spotyka 

towarzysza broni swojego ojca. Brygadier Brindley jest gadułą i podczas kolacji opowiada o 

Ridderach i ich skarbie. Pewnie opowiadał to setki razy. 

- A tamta siedzi przy sąsiednim stole i podsłuchuje - dopowiedziała cicho Miranda. 

-  Podsłuchuje  i  zagryza  wargi.  Ale  najgorsze  ma  dopiero  nastąpić.  Stary  gawędziarz 

wspomina coś o fizycznym defekcie Frau Ridder i o tym, że takie skazy każdy zapamiętuje. 

- Chyba coś mu się pomieszało - przerwała Miranda. 

-  Jemu?  Może  raczej  tobie?  Byłaś  wtedy  przestraszonym  dzieckiem  i  jak  mogłaś  to 

pamiętać? Guwernantka miała lepszą pamięć i wiedziała, że brygadier rozmawiał z nią przed 

background image

laty w domu Ridderów! Rozmawiał, więc mógł ją sobie zapamiętać. Brindley nie był orłem, 

ale mógł specjalnie wygłosić całe to kazanie. Mademoiselle wpadła w panikę, bo wyczuła, że 

zadenuncjuje  ją  zaraz  po  przyjeździe  do  Berlina.  Szansą  były  pastylki  nasenne,  którymi 

wszystkich częstował. 

- A więc myślisz, że to ona...? - nie dokończała Miranda. 

-  Wszystko  na  to  wskazuje.  Sama  powiedziałaś,  że  pigułkami  poczęstował  się  sam,  a 

resztę  wręczył  pani  Melville  i  guwernantce.  Ale  tylko  pani  Mehdlle  i  Brindley  połknęli  je 

przed  wejściem  do  pociągu.  Podejrzewam,  że  Mademoiselle  wrzuciła  swoją  do  ciepłego 

mleka dla Lottie. Chciała być pewna, że dziecko zapadnie w mocny sen. 

- A Friedel? Co ona mogła mieć z tym wspólnego? 

- Tego jeszcze nie wiem. Myślę, że Friedel była przypadkową ofiarą i że to ktoś inny miał 

wąchać trawę. 

- Stella? - szepnęła Miranda. 

- Może Stella. Ale, zakładając trafność podejrzenia, na celowniku byłaś raczej ty. 

- Ja? Chyba żartujesz? 

- To nie jest okazja do żartów. 

- Ale dlaczego ja? Co ja mam z tym wspólnego? 

-  Może  coś,  co  ten  ktoś  bardzo  chciał  odzyskać.  Coś,  co  masz  zawsze  przy  sobie  - 

powiedział  Simon,  dotykając  bransoletki  Mirandy.  -  Choćby  ten  egipski  ankh  znaleziony  w 

twojej lalce. Dla ciebie to bibelot, ale komuś mogło bardzo na nim zależeć. 

Miranda  spojrzała  przerażonym  wzrokiem  na  metalową  blaszkę.  -  Zabijać  ludzi  dla 

takiego drobiazgu? - spytała. 

-  Różnie  bywa.  Zresztą  to  tylko  moja  hipoteza.  Ciekawa,  ponieważ  nie  miałaś  tego  na 

ręce od przyjazdu do Berlina. Przynajmniej wtedy, gdy rozmawialiśmy w hotelu. 

- Musiałam mieć - podniosła głos Miranda. 

- Nigdy nie zdejmuję tej bransoletki, chociaż... poczekaj! Zdjęłam ją, gdy porządkowałam 

pokój i bałam się, że gdzieś się zakleszczy. Pamiętam, że włożyłam ją do kieszeni... 

- A ktoś zauważył jej brak i zaczął „porządkować” twój pokój pod twoją nieobecność. 

- Skąd wiesz? 

- Jak zawsze od ciebie. Wspomniałaś, że ktoś grzebał w twoich rzeczach. Jeśli mówiłaś 

prawdę,  szukał  czegoś  ważnego.  Skojarzyłem  to  z  opowieścią  brygadiera  i  domyśliłem  się, 

czego mógł szukać nasz nieznajomy. 

Miranda popatrzyła na amulet, a potem na twarz Simona. 

-  To  nie  ma  sensu  -  powiedziała.  -  Przecież  łatwiej  ukraść  taki  drobiazg,  niż  zabijać 

właścicielkę. 

-  Nie  zawsze.  Zwłaszcza  jeśli  właścicielka  ma  go  stale  na  ręce.  Czasami  zabójca  też 

działa w pośpiechu. 

- A futro? - spytała Miranda. - Przecież Friedel miała na sobie futro Stelli? 

background image

- Wiem o tym. Wiem, też, że twoje futerko jest z wiewiórek. Czy tak trudno pomylić je w 

ś

wietle  księżyca?  Trudniej  pomylić  włosy.  Ty  masz  ciemne,  podobnie  jak  świętej  pamięci 

Friedel, a pani Melville jest blondynką. 

- Stella sądzi, że to ją chciano zabić - odpowiedziała cicho Miranda. 

- O tym też wiem. Była na granicy histerii. To już minęło, ale wolałbym, żeby nie wpadła 

teraz  w  przesadny  optymizm.  Niech  umiarkowanie  drży,  a  może  morderca  pomyśli,  że 

jesteśmy na fałszywym tropie. 

- Mówiła, że ten ktoś mógłby mieć powody... - zaczęła Miranda i ugryzła się w język. 

- Powody? Co powiedziała ci pani Melville? 

- Nic istotnego. Była przerażona i gdy spytałam ją, czy ktoś mógłby czyhać na jej życie, 

przytaknęła... 

- Przytaknęła, czy coś powiedziała? 

- Powiedziała, ale szeptem i jakby do siebie. Powiedziała, że kogoś się obawia, ale potem 

zaprzeczyła temu. Była strasznie rozkojarzona. 

-  Nie  dziwię  się  -  oznajmił  Simon  obojętnym  głosem  i  przez  chwilę  przyglądał  się 

uważnie dymkowi z własnego papierosa. 

-  Więc  jeśli  to  Mademoiselle  zabiła  brygadiera  i  Friedel,  sprawa  jest  zamknięta?  - 

przerwała milczenie Miranda. 

- Byłaby, gdyby nie to, że ktoś sprzątnął Mademoiselle. 

- Tak, zapomniałam o tym - pokręciła głową. 

- Elza Marson? - próbowała odgadnąć, patrząc w ogrodowe okno. 

- A niby dlaczego ona? - spytał drwiąco Simon. 

-  Widziałam  ją  w  hotelu  zaraz  po  naszym  przyjeździe.  Podsłuchałam  jej  rozmowę  z 

Friedel.  Mówiły  po  niemiecku.  Wtedy  nie  byłam  pewna,  ale  teraz  już  wiem.  To  była  Elza 

Marson! Potem widziałam ją na rosyjskim cmentarzu. Przyszła tam, żeby z kimś się spotkać. 

- O tym też wiem - powiedział obojętnie Lang. 

-  Właśnie  dlatego  podejrzewamy,  że  zabójstwo  Friedel  nie  miało  nic  wspólnego  z 

pozbyciem się brygadiera Brindleya i że tym razem morderca działał z innych powodów. 

- Kim była ta Friedel? 

- Siostrą Elzy Marson. Jeszcze na to nie wpadłaś? 

- Wiedziałeś o tym od dawna? 

-  Dowiedziałem  się  wczoraj.  Pani  Marson  wszystko  nam  opowiedziała.  Jej  matka  była 

Francuzką,  a  ojciec  Niemcem.  Rozstali  się  w  1938  roku.  Matka  wróciła  do  panieńskiego 

nazwiska i sąd przyznał jej opiekę nad młodszym dzieckiem. Starsza siostra i brat - bo był i 

taki - zostali w Niemczech pod pieczą ojca. Potem wybuchła wojna. Rodzina Elzy załatwiła 

jej lewe papiery. Wymyślono nawet francuskich dziadków, wystawiono odpowiednią metrykę 

i wywieziono ją do Anglii. Matka Elzy zmarła z końcem wojny, a panienka zatrudniła się jako 

sekretarka  w  firmie  nawiązującej  kontakty  z  wyzwoloną  Europą.  Tam  poderwał  ją  Marson. 

background image

Myślał, że jest Francuzką i nie miał pojęcia, że ma rodzeństwo w Niemczech. Oczywiście nie 

wspominała mu słowem o bracie i siostrze, nie mówiąc już o tatusiu, który pewnie schował 

odznakę NSDAP, gdy przestało to być modne. Minęły lata, brygadę Marsona przerzucono z 

Anglii  do  Berlina  i  pewnego  poranka  siostra  rozpoznała  siostrę  w  sklepie.  Friedel  miała 

zdjęcie matki i pewnie często się w nie wpatrywała. Podeszła do Elzy i szybko się dogadały. 

Elza zaczęła paplać i pokrewieństwo szybko zmieniło się w szantaż. 

- Straszyła ją, że powie wszystko panu Marson? Wredne babsko! 

- Takie też bywają. Elza zaczęła od drobnych sum, ale Friedel podbijała stawkę. Mówiła, 

ż

e wydostanie się z Berlina kosztuje dziś niebotyczne pieniądze. Pani Marson zadłużyła się, 

ale gdy wrócili do Berlina, stwierdziła, że siostrzyczka nadal tu mieszka. Spotkały się i Elza 

usłyszała, że trzeba będzie jeszcze wykupić brata od Sowietów. Sukinsyn miał z nimi jakieś 

układy, ale gdy zmienił się wiatr, postanowił wybrać wolność. Takie sprawy kosztują, a Elza 

była  już  spłukana.  Cwaniaczek  wiedział,  jak  się  sprzedać.  Miał  coś,  za co  Amerykanie,  lub 

my nie poskąpimy grosza. Dostał swoje, bo towar był niezły - dokończył lapidarnie Simon. 

- Co wam sprzedał? - spytała naiwnie Miranda. 

-  O  tym  nie  rozmawia  się  przy  damach  -  uciszył  ją  Lang.  -  A  skoro  jesteś  taka  bystra, 

chyba zauważyłaś, jak przekazywano przesyłkę? 

- Zauważyłam, ale myślałam, że wymieniają walutę, lub jakiś czarnorynkowy detal. Jeśli 

ten brat Elzy jest takim cwaniakiem, czemu normalnie nie zwiał do naszego sektora? 

-  Zawiodły  go  nerwy.  Miał  powody.  Może  jest  pospolitym  cwaniakiem,  ale  i  tacy 

domyśla się czasem, co przenoszą. Do nas wchodził bezpiecznie, ale gdyby przyłapano go z 

towarem po tamtej stronie, nie skończyłoby się na zwykłej egzekucji. Mają swoje sposoby i 

dobrze  go  rozumiem.  Pani  Marson  była  łącznikiem.  Pojechała  na  wycieczkę,  żeby  odebrać 

fanty  i  przekazać je  Friedel.  Namierzyliśmy  ją,  bo  nie  byliśmy  pewni,  czy  przypadkiem  nie 

działa na obie strony. Chcieliśmy wiedzieć, kto jest jej dostawcą. 

-  Mnie  też  namierzyliście?  -  spytała  Miranda.  -  Gdy  wychodziliśmy  wieczorem  z  willi 

Ridderów, ktoś czatował przy drodze. To też twoi ludzie? 

- Mam nadzieję. Pamiętasz, że gdy wspomniałem o śmierci Friedel, pani Marson wpadła 

w histerię? To było hasło do ewakuacji jej brata. 

- Uciekł? 

- Nic o tym nie wiemy i obawiam się, że tamci dopadli go szybciej. 

- Biedna Elza - westchnęła Miranda. - Współczuję tej kobiecie. Dobrze, że przynajmniej 

nie ma nic wspólnego z Ridderami i Mademoiselle. 

- Ale, co namotała, to jej. 

- A co z tą zieloną farbą? Wymyśliłeś ją czy to prawda? 

- Z jaką farbą? 

- Przecież wspominałeś przy Elzie o zielonej farbie! Czy wtedy też blefowałeś? 

background image

-  Obawiam  się,  że  pan Lang  ma  sklerozę,  a  panna  Brand  powinna  poszukać  młodszego 

szpicla - mruknął Simon. 

- Więc jak było z tą farbą? 

-  Znasz  się  trochę  na  malarstwie?  -  spytał  niespodziewanie,  wskazując  na  reprodukcję 

Velasqueza. - Ten obraz jest za szkłem, a ludzie, patrząc w szkło, widzą często tylko własne 

odbicie  i  nie  podejrzewają,  że  ktoś  ich  obserwuje.  Wspomniałem  o  śmierci  Mademoiselle. 

Pani  Marson  wpadła  w  panikę,  myśląc,  że  sprzątnęli  ją  Sowieci  i  że  to  oni  penetrowali  jej 

garaż. Patrzyłem w szkło i nie zawiodłem się, bo nie interesowała mnie reakcja pani Marson, 

lecz pani Melville! Ciekawe, czemu tak ją przeraziła ta zielona farba? 

- Chyba oszalałeś! - krzyknęła Miranda. 

- Tętno mam umiarkowane. 

- O co ci chodzi? Kogo właściwie podejrzewasz? 

Simon  podszedł  do  parapetu  i  cisnął  kolejny  niedopałek  w  krzaki.  -  Nikogo  nie 

podejrzewam.  Po  prostu  kojarzę  fakty.  -  Spojrzał  na  ogród  a  potem,  nie  wyjmując  rąk  z 

kieszeni, na Mirandę. 

- Pani Melville zareagowała dość dziwnie na tę farbę. Przez chwilę myślałem, że znowu 

nam zemdleje, ale szybko się opanowała. Może pomogła jej trochę histeria pani Marson, ale 

wydaje  mi  się,  że  miało  to  coś  wspólnego  z  moją  osobą.  Ciekawe,  bo  byłem  wtedy 

odwrócony do niej plecami, mając przed oczyma pannę Brand i panią Marson. 

- Dlaczego oskarżasz ją o hipokryzję? 

-  Nie  myl  hipokryzji  z  aktorstwem,  Mirando.  Nie  każdy  z  nas  jest  hipokrytą,  ale  w 

każdym z nas drzemie aktor. Czasem lepszy, czasem gorszy. 

- Nie znasz Stelli - rzuciła gniewnie Miranda. 

-  A  ty  znasz  aż  tak  dobrze  panią  Melville?  Przestań  krzyczeć,  zacznij  myśleć  -  dodał, 

podprowadzając  ją  do  okna.  -  Przecież  nie  oskarżam  o  nic  tej  pani.  Zauważyłem  tylko,  że 

zareagowała  gwałtownie,  gdy  wspomniałem  o  zielonej  farbie  na  dłoniach  Mademoiselle. 

Może to przypadek, a może nie. I pamiętaj, że morderca wraca nie tylko na miejsce zbrodni. 

Czasami potrafi dopaść i świadka. 

- Czy myślisz, że ten ktoś mógłby usunąć każdego z nas? 

- Nie myślę, ale wiem. Ty znasz to z kryminalnych książek, a ja z codziennej praktyki. 

- Wally! - wypaliła z siebie Miranda, chwytając rękaw marynarki Simona. 

- Ten piegowaty urwis? A cóż on ma z tym wspólnego? 

- Był tu dziś rano i mówił mi, że czatował przy basenie. 

- Mnie też to powiedział. Zeznał też o pomalowaniu zieloną farbą gumowych uchwytów 

kierownicy roweru Mademoiselle. Słodka zemsta za to, że przepędziła go z ogrodu państwa 

Lawrence.  Podejrzewam,  że  wybrał  się  do  tej  waszej  Lottie.  Guwernantka  dopadła  go  i 

poczęstowała  kijem.  Chłopcy  nie  lubią  tego,  więc  Wally  odwdzięczył  się  jej  zieloną  farbą. 

Tak... To musiało zdarzyć się tamtego wieczora. 

background image

- Więc po co odstawiłeś cały ten cyrk przy Stelli i Elzie Marson? 

-  Przecież  mówiłem  ci,  że  chciałem  sprawdzić,  jak  zareagują  na  ten  kolor.  O  farbie 

wiedziała wtedy tylko policja, no i oczywiście Wally. Rower pomalowano wieczorem, więc 

skąd  ktoś  inny  mógł  o  tym  wiedzieć?  Mademoiselle  jechała  po  zabawkę  Lottie  o  zmroku. 

Mogła czuć coś lepkiego na uchwytach kierownicy, ale guma często się lepi do dłoni. Może 

nie zauważyła farby, a może zauważyła ją i postanowiła umyć ręce już w domu. W domu, do 

którego nie dojechała. 

- Wciąż nie rozumiem, dlaczego podejrzewałeś Stellę? 

- Pomyśl, Mirando. Gdy Mademoiselle wyjeżdżała na basen, o farbie wiedziały tylko trzy 

osoby: ona sama, Wally i morderca. Chyba, że ktoś, kto zauważył rower pod domem państwa 

Lawrence. 

- Wally mógł się komuś wygadać. 

-  Wątpię.  Przyłapałem  małego  drania,  gdy  wyciągaliśmy  zwłoki  Mademoiselle  z  wody. 

Portki miał wysmarowane farbą i powiedziałem mu, że jeśli piśnie komuś słowem  o swoim 

kawale, czeka go stryczek! 

-  Nawet  mnie  nic  mi  o  tym  nie  powiedział.  Wspomniał  tylko,  że  wie,  kto  zabił 

Mademoiselle. Może bujał, jak to chłopcy w jego wieku... 

Simon poderwał się i zesztywniał, - Czy podał nazwisko? - spytał ostrym tonem. 

- Nie, przerwano nam i zwiał w krzaki. 

Simon  rzucił  słowo,  które  lekko  zaskoczyło  nawet  wychowaną  w  kręgach  wojskowych 

Mirandę. Adresatem była nie ona i nie Wally Wilkin, ale chyba on sam. 

- Że też o tym nie pomyślałem - dodał już spokojniej. - Powinienem domyślić się, czemu 

ten gałgan pęta się przy basenie! Zamiast straszyć go stryczkiem, mogłem zaproponować mu 

pracę w naszej firmie i miałbym nazwisko zabójcy. No, kapitanie Lang, za taką gafę to pana 

powinni powiesić albo rozerwać końmi... 

- Może chłopak zmyślał - próbowała pocieszyć go Miranda. 

- Dowiemy się - mruknął Simon i ruszył w stronę drzwi, ale zatrzymał się w progu. 

- Pamiętasz, co powiedziałem ci wczoraj wieczór? Masz siedzieć w domu, chyba że sam 

zadzwonię. Zrozumiano? 

Miranda przytaknęła bez przekonania. Zawrócił, przyjrzał się jej niepewnym wzrokiem i 

powiedział coś, czego nie dosłyszała. 

Dostrzegła tylko jego plecy i znów była sama. 

background image

Rozdział 16 

 

Po kilku minutach wróciła Stella, blada i wyczerpana. Zdziwiła się, że Simona już nie ma. 

- Myślałam, że chciał ze mną porozmawiać - powiedziała, padając na sofę i przykładając 

dłonie do głowy. 

- Powinnaś połknąć aspirynę i wyspać się, Stello - zaproponowała Miranda. - Wyglądasz 

jak widmo. 

- Tak sądzisz? - Stella wstała jak na komendę i przejrzała się w lustrze nad kominkiem. - 

Może  nie  jak  widmo,  ale  jak  stara  wiedźma.  Od  przyjazdu  do  Berlina  postarzałam  się  o 

dziesięć lat. Wszystko przez tę nieszczęsną Elzę. 

- Jak się czuje? 

- Dzwoniłam do jej męża i zaraz przyjechał. Pułkownik Lawrence pewnie się wścieka, że 

jego oficerowie bez przerwy są wzywani na przesłuchania lub do znerwicowanych żon. 

- Powiedz coś o Elzie. 

-  Nie  jest  z  nią  dobrze.  Ma  obsesję  na  punkcie  sowieckich  szpiegów.  Mówi,  że 

Mademoiselle  była  jednym  z  nich  i  że  teraz  na  nią  przyjdzie  kolej.  Bredzi  jak  w  malignie! 

Wszystko  przez  tę  zieloną  farbę,  o  której  wspomniał  kapitan  Lang.  Pani  Marson 

wywnioskowała, że Mademoiselle musiała penetrować ich dom i wpadła w przerażenie. 

Powiedziała  to  mimochodem,  ale  Miranda  spostrzegła  z  niepokojem,  że  Stella  śledzi 

równocześnie  jej  reakcję,  patrząc  ukradkiem  w  lustro.  Zarumieniła  się  i  odwróciła  głowę.  - 

Czyżby  Simon  miał  rację?  Czy  mogła  wiedzieć  coś  o  tej  farbie  i  czy  podejrzewała  ją  o  to 

samo? Dlaczego wpatrywała się w lustro, jak Simon w szkło reprodukcji Velasqueza? 

- Co właściwie wiem o Stelli? - zamyśliła się, kierując wzrok na ogród. - Powiedziałam 

Simonowi, że jej nie zna, ale czy ja sama znam ją na wylot? 

Stella  towarzyszyła  jej  od  dzieciństwa  i  przez  szkolne  lata.  Była  znacznie  starsza,  ale 

zawsze  kojarzyła  się  Mirandzie  z  trochę  rozpuszczonym,  czarującym,  szczerym  i  niezbyt 

rozgarniętym podlotkiem. Roześmiana, gdy sprawy szły dobrze - zapłakana i zagubiona, gdy 

coś  się  popsuło.  Czy  była  piękna?  Raczej  ładna,  co  nie  jest  trudne,  gdy  większość  czasu 

poświęca  się  strojom  i  kosmetykom.  Straciła  wcześnie  pierwszego  męża  i  szybko  znalazła 

sobie  drugiego.  Trochę  dziwne,  że  pomimo  antypatii  do  armii  i  stałych  przemieszczeń, 

wybrała znów oficera. Kochała Anglię, posiadłość w Mallow, a nade wszystko Roberta. 

Mirandzie  przyszło  nagle  na  myśl,  że  miłość  Stelli  miała  w  sobie  coś  fanatycznego.  Za 

Roberta oddałaby życie, mogłaby kłamać, oszukiwać, zrobić wszystko, gdyby wymagała tego 

konieczność.  Simon  wspomniał,  że  ludzie  są  zdolni  do  różnych  rzeczy,  gdy  zmuszą  ich  do 

tego okoliczności. Wtedy zanegowała ten sąd w odniesieniu do Stelli, ale teraz nie była aż tak 

pewna  swoich  racji.  Przecież  nawet  ptak  potrafi  kuleć  i  rozpaczliwie  trzepotać  skrzydłami, 

byle tylko odwrócić uwagę agresora od gniazda. 

background image

Czy Stella mogła lękać się o Roberta? Czy ten lęk mógłby być silniejszy niż jej instynkt 

samozachowawczy?  Jeszcze  wczoraj  drżała  o  własne  życie  i  była  kłębkiem  nerwów.  Teraz 

nie była bezradną ptaszyną. Zerkała w lustro czujnie i z wyrachowaniem. 

- Terpentyna! - przeszło przez myśl Mirandzie. - Kiedy to było? We wtorek wieczorem. 

Robert wspominał, że wylał ją sobie przez nieuwagę na spodnie. Terpentyna i zielona farba! 

Czyżby  pomyślała,  że  chciał  zmyć  wtedy  jej  ślady?  Czy  wie  coś,  czy  może  tylko  coś 

podejrzewa? 

Miranda pomyślała, że raczej to drugie i że Stella na pewno się myli. Robert nie mógł być 

uwikłany  w  zabójstwo  Mademoiselle,  i  to  z  jednej  podstawowej  przyczyny.  Skąd  mógł 

wiedzieć,  że  guwernantka  wróci  tamtego  wieczora  na  basen?  Gdy  Lottie  spostrzegła 

zgubienie misia, był na konferencji. Wrócił przed ósmą, podwieziony przez Marsona. Potem 

nie wychodził z domu i był cały czas w towarzystwie Stelli i jej samej. 

Ale  nawet  gdyby  jego  alibi  okazało  się  niewystarczające  i  gdyby  jakimś  cudem  był  w 

tamten wieczór w pobliżu basenu, to też nic by nie znaczyło. Co innego poszlaki, co innego 

intuicja.  Znała  go,  jak  mało  kogo.  Był  czarującym,  atrakcyjnym  lekkoduchem,  czasami 

wpadającym w złość lub w rozdrażnienie. Miranda wolała zdecydowanie słowo „lekkoduch” 

niż „słabeusz” i wypędziła to drugie z własnych spekulacji. 

Robert  nie  pasował  do  roli  zabójcy.  Gdyby  nawet  miał  powody,  zabrakłoby  mu 

determinacji. Zawsze wybierał kompromisy - jeśli nie z przekonania, to dla czystej wygody. 

Kochał  Stellę,  ale  jego  uczucie  do  niej  było  pozbawione  jej  fanatyzmu.  Wolał  brać  sprawy 

takimi, jakie są, niż wpływać na bieg zdarzeń. 

- Ale skoro ja wiem o tym, dlaczego nie wpadła na to Stella? - zastanawiała się Miranda. 

Odpowiedź była kwestią chwili. - Stella jest zaślepiona miłością i zamiast rozumować, kieruje 

się emocjami. 

- Nad czym się tak zastanawiasz, Rando? 

- Głos Stelli przeciął niespodziewanie ciszę w pokoju. 

- Nad niczym... Pomyślałam sobie, jakie to wszystko powikłane i... - Nie dokończyła.  Z 

hallu dobiegły głosy i śmiechy. Jeśli to Robert, musiało być później, niż sądziła. 

-  Mam  nadzieję,  że  w  domu  znajdzie  się  kilka  butelek  piwa  -  zaniepokoiła  się  Stella.  - 

Podejrzewam, że Robert przyprowadził kogoś z pracy. - Miranda odwróciła wzrok od ogrodu 

i  stwierdziła,  że  Stella  zesztywniała  na  widok  wchodzących  do  bawialni  państwa  Leslie  i 

państwa Page w asyście Roberta. 

-  Czy  mamy  w  garażu  zapasowy  kanister benzyny?  -  spytał  od  progu  Robert,  muskając 

policzek Stelli. - Andy chciał podwieźć mnie do domu, skończyła się mu nawet rezerwa, więc 

zostawiliśmy naszą łajbę pół mili stąd i skorzystaliśmy z łodzi ratunkowej pułkownika Leslie. 

Chyba mamy w garażu co najmniej dwa galony? 

- Też tak sądzę - przytaknęła Stella. 

background image

-  Ale  najpierw  rozbitkowie  zwilżą  spalone  gardła  -  zaproponował  Robert.  -  Konam  za 

piwem, choć dżin też dobrze by nam zrobił. Ty, Noro, pewnie wolisz sherry? 

- I tak sprawiamy dość kłopotu - odparła pani Leslie, patrząc na Stellę. - Przepraszam za 

to najście, ale pani mąż był nieugięty. 

Stella  zdobyła  się  na  uśmiech  i  wygłosiła  typową  w  podobnych  sytuacjach  formułkę. 

Nora  usiadła  na  kanapie,  a  Sally  Page  przysiadła  na  poręczy  fotela,  prezentując  przy  okazji 

swoje imponujące nogi 

-  To  wszystko  z  naszej  winy  -  tłumaczyła  się  Stelli.  -  Wciąż  powtarzam  staremu,  żeby 

zrobił coś z tym bakiem, ale on wie lepiej, a potem musimy chodzić po prośbie! 

- Nonsens - mruknął Andy. - To zdarzyło się tylko raz. Wtedy, gdy mieliśmy wyciek. Nie 

mam  pojęcia,  co  stało  się  dzisiaj.  Dwa  dni  temu  zatankowałem  do  pełna.  To  te  twoje 

przejażdżki z prywatki na prywatkę tak pożerają nam paliwo. 

-  Paliwo  pożera  ten  przedwojenny,  kupiony  z  piątej  ręki  grat.  Tłumaczę  mężowi,  że  co 

tanie, to drogie - wyjaśniła rozbrajająco Stelli. - Chyba zgodzi się pani ze mną? 

Stella  miała  ochotę  zapaść  się  pod  ziemię,  ale  z  opresji  wyratowało  ją  nieoczekiwane 

entree

 Harrye’ego Marsona. 

- Witam, o zdrowie pytam! - rzucił rymowanką od drzwi. - Zdaje się, że zakłóciłem wam 

party? - zreflektował się. 

-  Wręcz  przeciwnie  -  odparł  gościnnie  Robert.  - To  tylko  improwizacja. Nie  pogardzisz 

piwem? 

-  Nawet  dwoma  -  oświadczył  Marson.  -  Elza  przysłała  mnie  tutaj  po  coś  do  czytania  - 

zwrócił się do Stelli. - Jakieś czasopisma, powieścidła? Ułożyłem biedaczkę do snu, ale licho 

to wygląda. 

- Poszukam czegoś odpowiedniego - uspokoiła go Stella. 

-  Serdeczne  dzięki  -  odparł  Marson  i  podniósł  napełnioną  piwem  szklankę.  -  No  to  za 

zabójców!  -  wzniósł  toast.  Wysączył  piwo  i  nie  zwrócił  uwagi  na  ciszę,  która  nagle 

zapanowała w bawialni. 

Miranda rozejrzała się dyskretnie. Sally  Page przestała kołysać nogami. Nora  Leslie nie 

spostrzegła,  że  popiół  z  papierosa  spada  na  jej  sukienkę.  Andy  Page  ścisnął  szklankę  tak 

mocno, że omal nie skruszył szkła. Pułkownik Leslie skrzywił się, jakby podano mu potrawę, 

której nie wybrał z karty dań. Stella spojrzała z przerażeniem na Roberta, a on, odrzucając jej 

spojrzenie, zacisnął na moment wargi. 

Kłopotliwą ciszę przerwała Nora. 

- Sally, wylewasz sherry na fotel! 

Sally  Page  zerwała  się  jak  ukłuta.  -  Och,  jak  mi  przykro,  pani  Melville!  -  Wydobyła  z 

torebki papierową chusteczkę i zaczęła intensywnie wycierać plamę. 

- Nie przejmuj się tym, Sally - zażartował Robert. - Szkoda chusteczki, a jak wywiercisz 

w tapicerce dziurę, obciążymy cię kosztami. 

background image

Sally zachichotała i cisnęła chusteczkę w stronę kominka. Wszyscy docenili żart Roberta 

i wrócili do konwersacji. Wszyscy z wyjątkiem Mirandy. 

Zauważyła, że gdy Harry Marson wygłupił się ze swoim toastem, państwo Page zamarli. 

Musieli  wiedzieć  o  śmierci  Mademoiselle,  a  od  kogo,  jeśli  nie  od  państwa  Leslie?  Teraz 

gawędzili  wesoło,  ale  w  ich  głosach  wyczuwało  się  coś  sztucznego.  A  więc  wiedzieli  już 

rano! 

Miranda pomyślała, że igrają z ogniem i włączyła się do rozmowy. 

- Może wrócimy do trzeciego morderstwa? - zaproponowała. 

Siedem twarzy skierowało się w jej stronę, jak za pociągnięciem sznurka w kukiełkowym 

teatrzyku. Wszystkie twarze były blade, a usta zaciśnięte. 

- Przestań, Mirando! - wyszeptała Stella. 

- Dlaczego? Przecież tak naprawdę wszyscy myślimy o tym samym? 

-  Uspokój  się,  kochanie  -  powiedział  Robert.  Wstał  i  objął  ją  ramieniem.  -  Wiem,  co 

przeszłaś, a nam też nie jest łatwo. 

-  Co  przeszłam,  to  moje,  i  nie  histeryzuję.  Dziwię  się  tylko,  że  można  popijać  piwo  i 

ż

artować po takich wydarzeniach. 

Robert usiadł i na przekór Mirandzie napełnił swoją szklankę. 

- Wszyscy przeszliśmy swoje - powiedział po namyśle. - Przesłuchiwano nas wspólnie i 

na osobności. Jesteś za młoda, by wiedzieć, że czasami takie rzeczy trzeba odreagować. Nikt 

nie  chowa  głowy  w  piasek,  ale  mamy  już  tego  serdecznie  dość.  A  więc  prześpij  się, 

odpocznij, a my jeszcze trochę pogawędzimy. 

- Dobrze powiedziane - przytaknął Harry Marson. - Mnie też pęka głowa i mam ochotę 

dobrze się wyspać. Jeśli Bóg da, a kapusie mi w tym nie przeszkodzą. 

Dopił piwo i zapadł w fotel. 

- Przepraszam - powiedziała Miranda. - Chyba jednak jestem rozstrojona. Nie to miałam 

na myśli... - Nie dokończyła, choć bardzo ją korciło. 

- Piwo stygnie, Harry - rzucił żartem Robert. 

- Wytrzyma w lodówce - mruknął Marson. - Pora do domu. 

Stella przyniosła czasopisma i książkę dla Elzy i wszyscy przyznali rację pomysłodawcy. 

Harry  i  państwo  Leslie  wyszli  przez  ogród,  a  Robert,  Andy  i  Sally  ruszyli  do  garażu  w 

poszukiwaniu kanistra. 

Pułkownik wyszedł ostatni. Zatrzymał się w hallu i próbował pocieszyć Mirandę: - Głowa 

do góry, panno Brand. Ten Lang i jego niemieccy odpowiednicy mogą demonizować sprawy. 

To  mógł  być  nieszczęśliwy  wypadek.  Mademoiselle  wjechała  rowerem  na  basen,  bojąc  się 

zostawić  pojazd  przed  bramą.  Podjechała  nad  wodę,  nie  opanowała  kierownicy  i  poszła  w 

wodę.  Spadając,  mogła  uderzyć  głową  w  krawędź  pływalni.  Jeśli  nawet  nie  straciła 

przytomności,  mogła  zaplątać  się  w  słomę,  a  wtedy  nie  miała  szansy,  żeby  wypłynąć  na 

powierzchnię.  Pech,  że  ten  Kroll  nie  zauważył  jej  wcześniej...  albo  później,  już  po  naszym 

background image

wyjeździe. Wszystko przez niego. Trochę i przez nas, bo to my zaprosiliśmy wtedy panią na 

pływalnię. Czuję się współwinny... 

- Niepotrzebnie - powiedziała Miranda, siląc się na uśmiech. - Nieważne, czy był to Kroll, 

czy  sam  burmistrz  Berlina  z  żoną  i  potomstwem.  Mademoiselle  była  guwernantką  Lottie  i 

mieszkała pod jednym dachem z Robertem, Stellą... no i ze mną. 

-  Ma  pani  rację,  ale  trochę  nieprzyjemnie  to  wyszło  -  pokręcił  głową  Leslie.  - 

Zapomniałem na śmierć o tym kanistrze! 

Stella  i  Robert  odprowadzili  gości  do  furtki,  a  Miranda  wróciła  do  bawialni.  Pokój 

wydawał się teraz ciepły i zaciszny, a tylko zza okna dobiegały głosy Marsona i Nory Leslie. 

Miranda przypomniała sobie o przyniesionych przez Elzę bzach. Zdążyły przywiędnąć i 

poczuła  wyrzuty  sumienia,  że  w  porę  nie  zmieniła  im  wody.  Podniosła  wazon  i  gdy  płatki 

opadły  jej  na  ręce,  pomyślała  z  irytacją,  że  pani  Marson  mogła  wpaść  na  lepszy  pretekst 

penetrowania domu Melville’ów. Przecież z własnego okna widziała, że pod ich płotem rosną 

kępy dzikiego bzu. 

Schyliła  się,  żeby  podnieść  z  podłogi  zwiędłe  płatki  i  powstrzymała  dłoń  tuż  przy 

kominku.  Uniosła  się  powoli,  zapomniała  o  płatkach  i  usiadła  na  kanapie,  próbując  zebrać 

myśli. Ta podłoga i kominek kojarzyły się jej z czymś, co wydarzyło się nie tak dawno temu. 

Z czymś, czego była świadkiem, ale co wydawało się tak nieistotne, że wtedy nie poświęciła 

temu uwagi. Siedziała i absurdalna myśl zaczęła kiełkować w jej mózgu... 

Analizowała drobne szczegóły ostatnich dni, które zaczynały teraz pasować do siebie jak 

części dziecięcej układanki. 

Pomyślała,  że  wszystko  to  przypominało  lustro.  Obraz  prawdziwy,  ale  prawa  i  lewa 

strona odwrócone w odbiciu. 

-  Simon  też  patrzył  w  lustro.  Nie...  Simon  był  zbyt  chytry,  żeby  się  na  to  nabrać, 

chociaż...  kto  wie?  -  Miranda  znów  toczyła  w  myślach  dyskusję.  -  Jeśli  śmierć  Friedel  była 

nieporozumieniem, w ogrodzie miała jednak zginąć Stella. Diamenty i przesyłka wręczona na 

cmentarzu Elzie Marson tylko zaciemniły sprawę. Były kamuflażem, który zatarł prawdziwy 

trop. A czego nie zatarł, zatarła śmierć Mademoiselle. Coś się skończyło, ale coś innego ma 

dalszy ciąg. 

Pomyślała, że musi - i to jak najszybciej - powiedzieć o tym Simonowi. 

W  hallu  panowała  cisza  i  tylko  z  kuchni  dobiegały  odgłosy  krzątaniny  Frau  Herbach 

przygotowującej lunch. 

Miranda wbiegła do hallu, dopadła telefonu i wykręciła numer Simona. 

Obcy głos odpowiedział, że kapitan Lang jest nieobecny i że nie wiadomo, kiedy wróci. 

Ktoś poprosił o nazwisko rozmówcy i o pozostawienie wiadomości. Miranda przedstawiła się, 

ale nie zdążyła powiedzieć, o co chodzi, bo usłyszała z ogrodu głos Roberta. 

- Proszę powiedzieć, że to bardzo pilne! - rzuciła do słuchawki i natychmiast odłożyła ją 

na widełki. 

background image

Rozdział 17 

 

Popołudnie wydawało się nie mieć końca, a Simon nie telefonował. 

Stella  kartkowała  żurnale,  Miranda  próbowała  skupić  się  na  lekturze  książki,  ale 

rozpraszała ją przedpołudniowa koncepcja. Powtarzała sobie w myślach, że to nie ma sensu i 

ż

e trzeba porozmawiać z Simonem, a on rozważy to wszystko na chłodno. 

Telefon  zadzwonił  o  wpół  do  czwartej.  Miranda  zerwała  się  i  odłożyła  książkę.  Stella 

zaproponowała, że sama odbierze, ale Miranda była szybsza. 

Dopadła słuchawki w hallu, ale to nie był Simon Lang. 

- Kto telefonował? - spytała po jej powrocie do bawialni Stella. 

- Nikt. Pomyliłyśmy telefon z dzwonkiem do drzwi. Jedno z dzieci Wilkinów pytało, czy 

nie wiemy, gdzie jest Wally. 

- Pewnie znów zakradł się do Lawrence’ów i bawi się z Lottie. 

-  Też  tak  powiedziałam  -  przytaknęła  Miranda  i  nagle  przeszedł  ją  dreszcz.  -  Wally? 

Dlaczego  go  szukają?  Czyżby  i  na  niego  przyszła  kolej?  -  Przypomniała  sobie  mętną  wodę 

basenu i pomyślała, że tym razem nie wytrzyma. - Nie... Każdy, byle nie Wally! - krzyczała w 

myślach. 

- Ci Niemcy są okropni - wyrwała ją z zamyślenia Stella. - Niby uzdolniony technicznie 

naród, a nie potrafią zakładać dzwonków do drzwi, które nie myliłyby się z telefonami. Żeby 

już wreszcie być w domu! W Mallow kwitną już pewnie żonkile i pierwiosnki... 

Wyszła  z  bawialni.  Słychać  było,  jak  zatrzaskuje  za  sobą  drzwi  sypialni,  próbując 

opanować szloch. 

O czwartej Miranda znowu zadzwoniła do Simona. Ten sam obcy głos poinformował ją, 

ż

e kapitan Lang jeszcze nie wrócił, ale wiadomość zostanie mu przekazana. 

O  piątej  pojawił  się  Robert.  Oznajmił  bez  entuzjazmu,  że  zje  coś  szybko,  bo  czeka  go 

długi  wieczór.  Dowódca  północnej  grupy  wojsk  brytyjskich  zwołał  pilną  konferencję  w 

sprawie „sojuszniczej strategii na Kontynencie”. 

-  W  tym  całym  galimatiasie  zupełnie  zapomniałem  wam  o  tym  powiedzieć  -  dodał.  - 

Nasiadówka  zaczyna  się  przed  ósmą  i  nie  sądzę,  żebym  wrócił  przed  jedenastą,  więc  nie 

czekajcie na mnie z kolacją. 

- Pojedziesz naszym wozem, czy ktoś cię podrzuci? - spytała Stella. 

-  Brakowałoby  tylko,  żebym  wypalał  naszą  benzynę!  -  żachnął  się  Robert.  -  Od  czego 

mamy  służbowe  volkswageny?  -  Przykro  mi,  kochanie  -  dodał,  całując  dłonie  Stelli.  - 

Myślisz,  że  to  miłe  zostawiać  was  same  w  domu?  Na  szczęście  mój  ordynas  podobno  już 

wrócił  do  zdrowia  i  od jutra  będę  miał  pewność,  że  nic  wam  nie  grozi.  Ten  Davis  to  kawał 

chłopa i nie chciałbym być w skórze niepożądanych wieczornych gości. 

- Dbaj o Stellę, Rando - powiedział trochę żartem, trochę poważnie, opierając dłonie  na 

jej ramionach. 

background image

- Będę na posterunku - odwzajemniła się podobnym tonem. 

-  Ty  też  jesteś  w  nie  najlepszej  formie  -  dodał,  patrząc  jej  w  twarz.  -  Niezłe 

zafundowaliśmy ci wakacje. 

- Przestań, Robercie - pocieszyła go, patrząc w bok. - Któż mógł to przewidzieć? Zresztą - 

jak znam siebie - nawet gdybym wiedziała, co się szykuje, jeszcze bardziej upierałabym się 

na ten wyjazd. Człowiek mądrzeje z wiekiem i dopiero teraz wiem, że powieści kryminalne to 

nie to samo, co prawdziwe morderstwa. 

- Obiecuję wam podróż statkiem do Anglii i wakacje na wsi. Tam przynajmniej konstable 

ś

cigają  urwisów,  którzy  podłożyli  kaznodziei  pineski  na  ambonę  przed  niedzielnym 

gniewnym kazaniem. 

Ucałował czule Mirandę i zniknął w mroku. 

- Chyba zmarzłaś? - spytała drżącą Stellę. - Polecam gorącą kąpiel i ciepłe łóżko. 

-  Nie  jest  mi  zimno.  Po  prostu  boję  się  i  nie  mogłabym  zasnąć.  -  Przekręciła  klucz  w 

zamku  i  zasunęła  oba  rygle.  Miranda  spostrzegła  drżenie  jej  rąk  i  bladość  twarzy.  Stella 

musiała to zauważyć, bo zdobyła się na uśmiech. 

-  Wiem,  że  to  głupie,  ale  teraz  czuję  się  bezpieczniej.  Robert  pozamykał  tylne  drzwi  i 

okna tak dokładnie, że nawet kot by się nie prześliznął. Szkoda, że nie uprzedził mnie o tej 

konferencji. Zaprosiłabym kilka osób na brydża. 

-  Nigdy  za  późno  -  zaproponowała  Miranda.  -  Możemy  wpaść  do  państwa  Leslie  i 

zaproponować im kilka robrów. 

- Nie wyszłabym za nic do ogrodu! - zadrżała Stella. - Ciebie też nie wypuszczę z domu. 

Zresztą  pułkownika  pewnie  też  wezwano  na  konferencję,  a  w  trójkę  gra  się  kiepsko, 

zwłaszcza  z  kimś  takim,  jak jego  małżonka.  Lepiej  zapalmy  wszystkie  światła  w  bawialni  i 

posłuchajmy radia. 

Gdy  włączyły  lampy,  bawialnia  wydała  się  Mirandzie  większa i  mniej  przytulna.  Radio 

też  okazało  się  kiepskim  pomysłem.  Kręciły  gałką,  ale  repertuar  był  mało  krzepiący: 

kakofonia  kompozycji  modnego  awangardzisty,  słuchowisko  o  wymuszaniu  okupu  w 

nowojorskich  dokach,  czytane  przez  lektora  „Zabójstwo  przy  Rue  Morgue”,  bieżące 

wiadomości,  no  i  słowotok  podnieconych  spikerów  paplających  w  zależności  od  stacji  po 

francusku, niemiecku, włosku i rosyjsku. 

Stella  wyłączyła  radio  i desperacko sięgnęła  po książkę.  Nie  miała  ochoty  na  rozmowę, 

ale Miranda dostrzegła, że machinalnie przerzuca kartki, a tak naprawdę patrzy nieobecnym 

wzrokiem  w  bliżej  nie  określone  miejsce.  Był  to  wzrok,  od  którego  bawialnia  zrobiła  się 

jeszcze mniej bezpieczna i przytulna. 

Po wyjściu Roberta dom był pusty, ale Mirandę nie opuszczało wrażenie, że nie są w nim 

same.  Zupełnie jakby  śledziła je  dodatkowa  para  oczu.  Nie  potrafiła określić, czy  złudzenie 

wywoływał  ogród  za  oknem,  czy  może  zamknięty  na  cztery  spusty  hall.  Nie  potrafiła  też 

umiejscowić rzeczywistych - a może i nie - odgłosów. Postanowiła wziąć się w garść, bo jej 

background image

czujność zaczęła chyba udzielać się Stelli, której palce zaczęły coraz pospieszniej przerzucać 

stronice książki. 

Czy Stella czuła to samo, co i ona? Czy przed jej oczami majaczył identyczny widmowy 

kształt,  którego  doświadczyła  przed  południem?  Gdzie  się  podział  Simon  i  dlaczego  nie 

telefonuje?  Czy  przekazano  mu  informację?  Jeśli  tak,  musiało  zatrzymać  go  coś  bardzo 

pilnego.  Na  przykład  Wally!  Czyżby  Simon  szukał  chłopaka  i  czy  mały  urwis  naprawdę 

zniknął? 

Poczuła, że jej dłonie drżą, jak dłonie Stelli. Pomyślała, że jeszcze chwila, a obie zwariują 

w tej bawialni. Popatrzyła kątem oka na Stellę, próbowała posłać nawet jej uśmiech, ale nic z 

tego nie wyszło. 

Stella upuściła książkę na podłogę i wstała gwałtownie. - Nie mam dziś głowy do lektury 

-  wyrzuciła,  jak  automat.  -  Może  poszydełkuję.  To  przynajmniej  uspokaja!  -  Wyszła  z 

bawialni, pozostawiając nie domknięte drzwi. 

Miranda  też  odłożyła  książkę  i  zastanowiła  się,  czy  nie  powinna  jeszcze  raz 

zatelefonować do Simona. Ale co by to dało? 

Usłyszała dobiegające z hallu kroki Stelli. Wydawało się jej, że drzwi bawialni odchylają 

się i że pozostawiona na parapecie okna gazeta szeleści w przeciągu. Wstała, zagryzła wargi i 

sięgnęła  po  papieros.  Rzadko  kiedy  paliła,  ale  teraz  papieros  wydawał  się  być  środkiem 

uspokajającym. Zupełnie jak szydełkowanie dla Stelli. 

Telefon  zadzwonił  tak  ostro,  że  wypuściła  paczkę  z  dłoni,  rozsypując  papierosy  na 

dywanie. 

Pomyślała  z  ulgą, że  to  Simon  i  pobiegła w  stronę  hallu, ale  Stella  była  wcześniej  przy 

aparacie 

- Tak... Słucham? 

Miranda  stała  w  drzwiach,  czekając,  aż  Stella  odda  jej  słuchawkę,  ale  to  chyba  nie  był 

Simon. 

-  Nie  dosłyszałam?  -  padło  z  hallu.  -  Ach,  teraz  przypominam  sobie.  -  Zapadła  cisza  i 

Miranda  pomyślała,  że  może  jednak  wypadałoby  dyskretnie  przymknąć  drzwi  bawialni. 

Powstrzymywał ją od tego nienaturalnie podniecony głos Stelli. 

- Wykluczone! Teraz nie mogę!... Czemu nie jutro? Przecież mówię, że nie o tej porze... 

Czy jest tam Robert? Chciałabym z nim porozmawiać... Tak, rozumiem. 

Chwila ciszy i znów rozległ się jeszcze bardziej paniczny głos Stelli: 

- A skąd mam wiedzieć, kto dzwoni? Aha... dobrze... zaraz to sprawdzę. 

Słuchawka  opadła,  a  szelest  kartek  wskazywał,  że  Stella  wertuje  pospiesznie  książkę 

telefoniczną. 

-  Tak...  teraz  wszystko  jasne  -  odezwała  się  po  chwili.  -  Oczywiście,  że  przyjadę,  ale 

musiałam się upewnić... Zaraz tam będę! 

background image

Rzucona na widełki słuchawka i szybkie kroki wskazywały, że dzieje się coś niedobrego. 

Obawy Mirandy potwierdziło rozbiegane spojrzenie i przyspieszony oddech Stelli. 

- Muszę natychmiast jechać! Wrócę niedługo. Przepraszam, że cię zostawiam. Zadzwoń 

do Lawrence’ów, albo do kogokolwiek, jeśli nie chcesz być sama! 

- Gdzie jedziesz? Kto dzwonił? Co się dzieje, Stello? - Miranda nie potrafiła zapanować 

nad własnym głosem. 

- Pułkownik Cantrell. Mówił, że musi natychmiast widzieć się ze mną. Powiedziałam, że 

może jutro, ale kazał mi przyjechać natychmiast. Mówił, że jest tam Robert i kapitan Lang, a 

ja mam wsiadać w samochód i jechać bez zwłoki. 

- Ale dokąd i po co? Nie mów, że znowu znaleźli czyjeś zwłoki! 

- Przecież mówię ci, że nic nie wiem! Wrócę niebawem. 

Stella przebiegła przez hall i wpadła do szatni. Sięgnęła po tweedowy żakiet, przez chwilę 

mocowała  się  z  rękawami,  a  potem  wymacała  drżącymi  dłońmi  wiszące  na  haczyku  klucze 

garażu. 

Miranda, widząc, że Stella nie potrafi nawet uporać się z guzikami żakietu, chwyciła ją za 

ramię. 

-  Nie  możesz  jechać  w  takim  stanie!  Czemu  oni  tutaj  nie  przyjadą?  Nie  możesz  jechać 

sama o tej porze! 

- Muszę. Wszystko będzie dobrze. Jest tam Robert! 

- Nigdzie nie pojedziesz! - zaprotestowała Miranda, ale Stella była już przy drzwiach. 

- A jeśli już musisz, nie pojedziesz sama - dodała z desperacją Miranda. 

- Dziękuję, Rando - powiedziała Stella z mieszaniną ulgi i niepokoju. - Dziękuję, ale to 

nie  ma  sensu.  Robert  miał  rację.  Zafundowaliśmy  ci  i  tak  dość  emocji,  więc  zamknij  od 

ś

rodka drzwi i nie wychodź z bawialni do mojego powrotu. 

- Dość tych bzdur! - zdecydowała stanowczo Miranda, wkładając palto. - Jedziemy razem 

albo obie zostajemy w domu. Przecież obiecałam coś Robertowi. Przydałaby się nam latarka. 

Tak, ale... 

- Żadne ale i przestań się upierać, bo szkoda na to czasu. Zresztą, nie zostałabym w tym 

domu sama nawet przez minutę. 

-  Twoja  wola!  -  zachichotała  histerycznie  Stella.  Odsunęła  rygle  i  Miranda  poczuła 

powiew  wiatru.  Zaskoczyło  ją  to,  bo  przecież  Stella  nie  zdążyła  jeszcze  otworzyć  drzwi. 

Spojrzała  w  bok  i  spostrzegła,  że  okienko  przy  drzwiach  jest  uchylone.  Była  to  wąska, 

biegnąca wzdłuż framugi drzwi szyba z mocnego szkła, osadzona w stalowej ramie. Pewnie 

była  kiedyś  dodatkowym  zabezpieczeniem  domu.  Gospodarze  i gosposia  widzieli  przez  nią, 

kto  naciska  dzwonek.  Jeśli  był  to  listonosz  lub  doręczyciel,  przyjmowali  przez  szparę 

przesyłki.  Frau  Herbach  zachowała  ten  zwyczaj.  Mirandzie  wydawało  się  to  zawsze 

absurdalne, ale była Brytyjką, a kucharkę ukształtowała Trzecia Rzesza. 

background image

Okienko  było  uchylone,  chociaż  po  wyjściu  Roberta  było  na  pewno  zablokowane  od 

wnętrza domu. Stella sprawdzała wszystkie zamki i zasuwki. Frau Hebrach wyszła wcześniej, 

a więc kto mógł otworzyć okienko? 

Ktoś,  kto  chciał  sięgnąć  przez  nie  dłonią  do  wewnętrznej  zasuwy...  Nonsens!  Przecież 

okienko  otwierało  się  w  lewo  i  ten  ktoś  musiałby  mieć  ręce  koszykarza.  Chyba,  że  szukał 

zasuwy na ślepo i po omacku... 

Stella uporała się z ryglami i spojrzała przerażonym wzrokiem na Mirandę. 

- Na co tak patrzysz? 

- Na to okienko. To ty je otworzyłaś? 

- Nie, musiał otworzyć je ktoś inny. 

- Było zamknięte, gdy Robert wychodził. 

- Może zasuwkę wyrwał wiatr? O co ci chodzi, Rando? 

- O nic. Poczekaj chwilę. Zamknij drzwi. Zaraz tu będę - rzuciła i wbiegła do hallu. 

- Gdzie pędzisz? - zawołała histerycznie Stella. 

- Idę po rewolwer Roberta. 

Po chwili wróciła, z trudem trzymając przydziałową broń w drżącej dłoni. 

Stella omal nie zemdlała na ten widok. - Po co ci to? - wyszeptała. 

- Na wszelki wypadek. Możemy przynajmniej kogoś tym postraszyć. 

Stella  spojrzała  na  broń,  potem  na  twarz  Mirandy  i  znów  wybuchnęła  histerycznym 

ś

miechem: - Przecież nawet nie umiemy się tym posługiwać! 

- Ten ktoś może pomyśleć, że umiemy - pokrzepiła ją niepewnym głosem Miranda. - Co 

za  sztuka  nacisnąć  spust?  Zawsze  możemy  powiedzieć,  że  działałyśmy  w  obronie  własnej. 

Ruszamy, Stel! 

Bzy przy wejściu do garażu były gęste i pachniały cmentarzem. Stella poświeciła latarką i 

próbowała trafić kluczem w zamek. Coś zaszeleściło w krzakach. Miranda zacisnęła szczęki i 

wmawiała sobie, że to tylko wiatr. 

-  Szybciej,  Stel!  -  szepnęła,  odwracając  się  w  kierunku  bzów  i  ściskając  w  dłoni  broń 

Roberta. 

-  Nie  popędzaj  mnie...  Robię,  co  mogę!  -  Stella uporała  się  z  zamkiem  i  zawiasy  drzwi 

garażu skrzypnęły. 

W ciemności trzasnęła znów gałązka, a za murem garażu przesunął się cień. Tym razem 

na pewno nie był to cień kępy bzów... 

Stella  wsiadła  do  wozu,  włączyła  stacyjkę  i  wyjechała  z  mroku.  Warkot  silnika  stłumił 

dobiegające z ciemności szmery. 

-  Wskakuj,  Rando!  -  popędziła  ją.  Wyjechała  na  drogę  i  natychmiast  wcisnęła  gaz  do 

dechy. 

Ruszyły  ostro.  Gdy  umilkł  warkot  silnika,  z  mroku  wyłoniła  się  przyczajona  za 

ogrodzeniem  sylwetka.  Ktoś  wszedł  do  ogrodu,  przyjrzał  się  uchylonemu  oknu  przy 

background image

wejściowych  drzwiach  i  szybko  wślizgnął  się  do  środka.  Skorzystał  z  roztargnienia  Stelli, 

która zapomniała zamknąć wejście na klucz. 

W  domu  panowała  niezmącona  cisza  i  tylko  przypadkowy,  obdarzony  dobrym  słuchem 

przechodzień mógłby usłyszeć podnoszenie słuchawki i zgrzyt tarczy telefonu. 

 

* * * 

Miranda  wskoczyła  do  wozu  i  przez  chwilę  dyszała,  jak  maratończyk  po  biegu.  Dłonie 

miała  spocone,  a  wilgotna  kolba  pistoletu  ciążyła  niczym  młyński  kamień.  Wytarła  broń  w 

palto i położyła ją w zasięgu ręki. 

Od  momentu,  gdy  wyjechały  z  domu,  jej  mózg  znów  pracował  analitycznie,  na 

najwyższych  obrotach,  ale  na  żadne  z  dziesiątek  nasuwających  się  pytań  nie  było 

jednoznacznej odpowiedzi. 

- Kto i dlaczego otworzył okienko? Czy w bzach przy garażu krył się człowiek, czy tylko 

hulał wiatr, lub buszował kot? - rozważała bezgłośnie. - Czemu pułkownik Cantrell wezwał 

tylko  Stellę,  a  pominął  mnie?  Czy  był  to  na  pewno  Cantrell,  czy  może  ktoś,  kto  chciał 

wywabić z domu Stellę? Przecież głos łatwo podrobić... 

- Skąd wiesz, że to był Cantrell? - Miranda przerwała milczenie. 

-  Nie  byłam  pewna  i  dlatego  powiedziałam,  że  oddzwonię  i  sprawdzę  numer  -  odparła 

Stella, tracąc przez chwilę panowanie nad kierownicą. 

- A teraz jesteś pewna? 

Stella przytaknęła i skoncentrowała się na drodze. Ale Miranda miała nadal wątpliwości. 

- Jeśli tym kimś nie był mimo wszystko pułkownik Cantrell - rozmyślała - ale ktoś, kto 

chciał wyciągnąć Stellę z domu, to dlaczego zadawał sobie aż tyle trudu z okienkiem? Chyba, 

ż

e nie chodziło mu o wyjście Stelli, a o własne wejście do domu! 

...Ale czemu miałby tam wchodzić pod nieobecność Stelli? Dlatego, że chciał zabić nie ją, 

tylko... 

To było koszmarne, ale logiczne. Czyżby, wyjeżdżając niespodziewanie ze Stellą, zepsuła 

czyjś misterny plan? 

Przymknęła  oczy,  chcąc  odpędzić  prześladujące  ją  od  tygodnia  obrazy.  Nie  uciekały,  a 

uchylone okienko w hallu dalej przywodziło niejasne skojarzenie. 

Z okienkiem było coś nie tak. Nerwy... Wszystko przez te nerwy! Opanowała je i nagle 

wszystko stało się tak jasne, że już miała krzyknąć, lecz głos uwiązł jej w krtani. 

Spojrzała  w  przednią  szybę.  Zorientowała  się,  że  Stella  wyłączyła  przednie  reflektory  i 

wjechała w cienistą, oświetloną rzadko stojącymi lampami podmiejską ulicę. 

Domy  po  obu  stronach  były  nie  zamieszkane,  a  berlińskie  światła  migotały  przez 

ciemność spoza nocnego pustkowia wymarłej dzielnicy. 

Samochód zatrzymał się i zanim Stella wyłączyła światła pozycyjne, Mirandzie udało się 

rozpoznać zardzewiałą bramę willi. 

background image

Silnik umilkł, tablica rozdzielcza zgasła i teraz siedziały w ciszy i w ciemności. 

Po  chwili  Miranda  usłyszała  uchylające  się  drzwi  wozu.  Stella  wyszła  na  zewnątrz.  W 

ś

wietle odległej ulicznej lampy jej blond włosy przypominały teraz dogasającą aureolę. 

Miranda  opanowała  się  i  wysiadła  z  samochodu.  Chciała  przywołać  Stellę,  ale  z  jej  ust 

wydobył się tylko szept: - To chyba dom Ridderów? 

- Wiem. Tu kazali mi przyjechać. Ani żywej duszy - dodała szeptem, patrząc na boki. 

- Zwiewamy, Stel! - szepnęła Miranda. - To pewnie podstęp lub prowokacja! 

- Nie sądzę. Cantrell kazał mi wejść do środka. Powiedział, że tam wszystko mi wyjaśnią. 

Ty możesz oczywiście zostać, jeśli się boisz. 

-  Pójdziemy  razem!  -  zadecydowała  Miranda.  -  Poczekaj  tylko,  aż  znajdę  w  wozie 

rewolwer  Roberta.  Gdzie  się  to  cholerstwo  zapodziało?  -  zaklęła,  myszkując  na  przednim 

siedzeniu. 

- Mam go przy sobie - wyjaśniła równie panicznym szeptem Stella. 

Ż

elazna  brama  skrzypnęła.  Weszły  i  przystanęły  bez  tchu  w  potęgującym  mrok  cieniu 

krzewów.  Niebo  nad  Berlinem  rzucało  nieco  światła,  ale  przemykające  po  nim  chmury 

nadawały opuszczonej rezydencji jeszcze bardziej upiorny wygląd. Wiatr w krzakach też robił 

swoje i Stella wczepiła się kurczowo w rękaw palta Mirandy. 

- Idziemy - wyszeptała po chwili. 

Ruszyły  ścieżką  i  po  trwającej  w  nieskończoność  chwili  dotarły  do  porośniętych 

zielskiem  stopni  wejściowych  drzwi.  Miranda  wyczuwała  za  każdym  krzakiem  ukrytego 

człowieka, ale wmawiała sobie, że to tylko wyobraźnia. 

Ruszyła pierwsza i teraz słyszała już tylko bicie własnego serca oraz oddech podążającej 

za nią Stelli. Widziała zarys drzwi, ponieważ księżycowa poświata odbijała się w kawałkach 

okiennego szkła, którymi pokryte były stopnie. Dalej była ciemność i trzeba było poruszać się 

po omacku. 

Wyczuła  palcami  porcelanową  płytkę  i  pomyślała,  że  to  pewnie  dawny  dzwonek  domu 

państwa Ridderów. 

Przemknęło  jej  przez  myśl,  że  naciśnięcie  dzwonka  obudzi  ukrywające  się  wewnątrz 

demony.  Wyobraziła  sobie  Frau  Schumacher  alias  Mademoiselle  Beljame,  spoglądającą 

martwym okiem przez wybite okienko przy drzwiach. 

Okienko przy drzwiach! 

Zamarła w bezruchu, a części układanki ułożyły się nagle w logiczną całość. 

-  Przecież  okienka  przy  drzwiach  wejściowych  otwierają  się  tylko  od  wewnątrz!  - 

przypomniała sobie. - A więc tamto mogła otworzyć tylko... 

- Stello, czy to ty je otworzyłaś? - spytała, odwracając się w stronę stopni. - Okienko w 

naszym domu! Otworzyłaś je, żeby sięgnąć do dzwonka! 

Odpowiedzią  był  ciemny  przedmiot  w  ręku  Stelli.  Jej  ręka  już  nie  drżała,  a  ciemny 

przedmiot był rewolwerem Roberta. 

background image

Miranda  uniosła  wzrok  i  zobaczyła  zupełnie  obcą  twarz.  Białą  maskę,  tygrysie  oczy  i 

zaciśnięte szczęki. Widziała już kiedyś taką nienawiść w kobiecej twarzy. Wtedy była to Nora 

Leslie. Za każdym razem wzrok mówił to samo: zabiłabym! 

Ale  Stella,  zamiast  wystrzelić,  wybuchnęła  perlistym,  zimnym  jak  stal  śmiechem, 

odbitym przez echo pustej rudery. 

- Sama mi to podsunęłaś, Rando. Myślałaś, że dzwoni telefon? Mogłam i tak zrobić, ale 

na słuchawce zostawia się ślady. Poza tym nie dałabym rady wynieść z domu twoich zwłok. 

Dzwonek do drzwi był lepszym rozwiązaniem... Znam cię dobrze i wiedziałam, że nabierzesz 

się  na  ten  numer,  bo  zawsze  lubiłaś  podsłuchiwać  cudze  rozmowy  telefoniczne.  Gdybym 

powiedziała  ci  tylko,  że  obie  mamy  gdzieś  jechać,  zaczęłabyś  coś  podejrzewać.  Ale 

przyznasz,  że  telefon  i  mój  przerażony  głos  był  dobrym  haczykiem.  Pojechałyśmy,  no  i 

jesteśmy na miejscu. 

Głos  Stelli  miał  w  sobie  coś  z  przechwałek  dziewczynki,  której  udało  się  samodzielnie 

przyszyć guzik, ale Mirandzie wcale nie było do śmiechu. Patrzyła osłupiała na białą maskę i 

czarny rewolwer. 

Milczenie  Mirandy  musiało  rozwścieczyć  Stellę,  pragnącą  jeszcze  przez  chwilę 

kontynuować monolog. 

-  Myślałaś,  że  jesteś  taka  cwana?  Przyznaj,  że  tak  myślałaś.  Wkradłaś  się  do  naszego 

samochodu,  szukając  niby  torebki,  a  tak  naprawdę  chciałaś  sprawdzić  licznik.  Panna  Brand 

zawsze miała „pamięć do liczb”! Do barw też, więc z pewnością połapała się, że zostawiłam 

ś

lady  zielonej  farby  na  klamce  garażu.  Śledziłaś  mnie  w  moim  własnym  domu,  bo  chciałaś 

zabrać mi Roberta. Widziałam, jak całowaliście się, gdy tylko odwróciłam głowę! Nieźle to 

wykombinowałaś, ale trafiła kosa na kamień. Robert nie będzie ani twój, ani tej długonogiej 

dziwki,  Sally  Page!  Gdy  zdobędę  pieniądze,  wykupię  go  z  armii  i  będę  miała  go  tylko  dla 

siebie. A ty znikniesz i wszyscy pomyślą, że nawiałaś, bojąc się aresztowania! 

Łapała oddech, a Mirandzie przyszło na myśl, że z całego tego monologu rozumie tylko 

jedno zdanie. 

- Zielona farba? - wyjąkała. - A więc to ty? 

- A jak myślałaś? - spytała Stella, znów tonem niedocenionej dziewczynki. - Załatwiłam 

ją  kluczem  francuskim  i  wrzuciłam  do  basenu.  Miałam  do  tego  prawo!  -  zapiszczała.  - 

Przecież chciała mnie zabić i przywłaszczyć sobie cały łup. Zasłużyła sobie na taką śmierć! 

- Pieniądze... Jakie pieniądze? - spytała tępym głosem Miranda. 

-  Diamenty...  Diamenty  ukryte  w  tym  domu.  Właśnie  dlatego  przywiozłam  cię  tutaj. 

Dobrze, że wzięłaś ze sobą ten rewolwer. 

Znów zachichotała, a broń zadrżała w jej dłoni. Miranda zaryzykowała krok w przód. 

- Nawet o tym nie myśl - warknęła Stella. - W tył zwrot i jazda do środka! - rozkazała. 

- Z tej odległości trafi każdy, więc nic nie kombinuj. 

background image

-  Chyba  oszalałaś,  Stel.  Pamiętasz,  co  mówił  pułkownik  Leslie?  Mówił,  że  te  stropy 

ledwo się trzymają i że... 

- Powiedziałam, jazda do środka! 

Głos Stelli był równie obcy jak wyraz jej twarzy i Mirandzie pozostało tylko zanurzyć się 

w spowitą ciemnością sień. To wszystko było absurdalnym snem, bo przecież nic takiego nie 

mogło się zdarzyć w rzeczywistym świecie. 

Rzeczywisty  był  tylko  metal  przytknięty  do  pleców  Mirandy,  idącej  przed  siebie  w 

wiązce światła latarki, którą Stella trzymała w lewej dłoni. Przeszły przez jeden, potem drugi 

korytarz i znalazły się w pomieszczeniu oświetlonym księżycową poświatą wpadającą przez 

wyrwę  w  suficie.  Potem  ruszyły  gdzieś  w  dół.  Wyglądało  to  na  piwnicę,  a  właściwie  na 

szereg rozgałęziających się piwnic. 

Potykały się o kawałki cegieł i gruz, aż wreszcie doszły do kolejnych, prowadzących w 

górę schodów. Echo i chrzęst rumowiska pod stopami sugerowały, że w ślad za nimi podążają 

kroki zwiadowców poruszających się w ciemności z indiańską sprawnością. 

Dotarły  do  pomieszczenia  u  stóp  kolejnych  schodów.  Gdzieś  z  góry  sączyło  się  nocne 

ś

wiatło, ale zalegającą dokoła ciemność rozjaśniał tylko snop latarki Stełli. 

- A teraz dawaj bransoletkę - usłyszała Miranda. - I nie waż się odwracać! 

Ostatnie  słowa  odbiły  się  echem,  któremu  towarzyszył  podejrzany  odgłos  trzeszczących 

stropów. 

Próbowała  rozpaczliwie  rozpiąć  zatrzask,  ale  instynkt  samozachowawczy  przywrócił  jej 

w miarę opanowany głos: 

-  Jeśli  naciśniesz  spust, zginiemy  tu  obie,  Stello.  Stropy  zawalą  się i  będziemy żywcem 

pogrzebane. Nie tylko ja. Ty też! 

Marnowała  słowa.  Stella  wpadła  w  stan,  w  którym  nie  przyjmuje  się  już  racjonalnych 

argumentów. 

- Tracisz czas... Przestań mnie straszyć i dawaj bransoletkę! - krzyknęła, nie panując nad 

głosem. 

Mirandzie przeszło przez myśl, że oddając Stelli bransoletkę mogłaby wytrącić jej z dłoni 

latarkę. W ciemności Stella nie trafiłaby nawet we własny palec, a to stwarzało pewną szansę. 

Próbowała  skoncentrować  się,  ale  zawiodły  ją  nerwy.  Zdjęła  posłusznie  bransoletkę  i 

podała ją za siebie. 

- Teraz pod ścianę! - rozkazała Stella. 

Miranda  ruszyła  przed  siebie,  ale  coś  nakazało  jej  wykonać  zwrot  i  spojrzeć  w  blask 

latarki. 

-  Nie  odwracaj  się!  -  krzyknęła  Stella.  -  Nie  patrz  mi  w  oczy!  -  Krzyk  przeszedł 

niespodziewanie  w  bek  przyłapanego  na  gorącym  uczynku  dziecka.  -  To  wszystko  przez 

ciebie...  Czemu  szpiegowałaś  mnie  w  domu...  Czemu  dostawiałaś  się  do  Roberta...  Czemu 

background image

przez  ciebie  musiałam  zabić  Mademoiselle...  Czemu  mam  przez  was  wisieć?  Sama  tego 

chciałaś! 

Uniosła drżącą ręką rewolwer, a Miranda, żegnając się z życiem, spostrzegła, że mrok za 

plecami Stelli nabiera jeszcze mroczniejszych kształtów. 

Kształty były ludzkie, a więc odgłos kroków mógł być nie tylko przesłyszeniem. 

-  Diamenty  są  moje,  a  ty...  ty  też  nigdy  stąd  nie  wyjdziesz!  -  wybełkotała  Stella. 

Wycelowała, ale nie zdążyła nacisnąć na spust, bo czyjaś dłoń unieruchomiła jej przegub. 

- Pozwoli pani, że wezmę tę zabawkę, Mrs Melville - powiedział delikatnie Simon Lang. 

Stella pisnęła jak schwytany w sidła królik i wypuściła latarkę, która natychmiast zgasła. 

Miranda  poczuła,  że  ktoś  ociera  się  o  nią  w  biegu.  Coś  błysnęło  i  usłyszała  huk,  od 

którego omal nie popękały jej bębenki. 

Na krótko zapadła cisza. 

- Ty głupi palancie! - krzyknął Simon, a zaraz potem rozległ się szmer, po nim szum, a po 

chwili łoskot nadciągającej burzy. 

Miranda  poczuła,  że  na jej  głowę  sypie  się  najpierw  tynk,  a  potem  coś  cięższego.  Ktoś 

mówił o schodach, ktoś porwał ją za ramię, ktoś ciągnął ją przez labirynt korytarzy do ogrodu 

oświetlonego bezpiecznym księżycem. 

Dopiero tam spojrzała za siebie, żeby przekonać się, co to było. Ujrzała drżące ściany i 

zapadający się dach willi. Wszystko to działo się powoli, jak na zwolnionym filmie, a sądząc 

z łoskotu, nie był to niemy film. 

Potem  ogród  ucichł  i  tylko  czyjś  dobiegający  spod  jedynej  ocalałej  ściany  domu  głos 

powtarzał niczym zdarta płyta: 

„Uciekła mi i sama tam pognała... mówię panu, że sama tam pognała... powtarzam, że mi 

uciekła i że sama tam...” 

background image

Rozdział 18 

 

- Wszystko przez tych Niemców - pokręcił głową Simon. - Powinienem przewidzieć, że 

zawsze wystrzelą, zanim pomyślą. Dobry policjant, ale pewnie wystraszył się, że nam zwieje i 

wezwą go na dywanik. Że też nie przyjrzał się nawet tablicy ostrzegawczej przed tą ruderą. 

- Czy odnaleźliście ją żywą? - spytała Miranda. 

Simon przyjrzał się wymizerowanej twarzy niedoszłej ofiary i uciekł wzrokiem w bok, po 

czym odpowiedział beznamiętnym głosem: 

-  Żyła,  ale  niedługo.  Może  i  lepiej.  Pewnie  też  tak  uważała,  bo  jej  ostatnie  słowa 

brzmiały: „Kto by pomyślał, że będę wdzięczna Niemcowi...”. 

Miranda zacisnęła usta i zajęła się walizką, żeby ukryć łzy. 

Od  śmierci  Stelli  minęły  już  dwa  dni  i  była  przesłuchiwana  wielokrotnie  przez  liczne 

służby,  ale  dopiero  dziś  rano  zobaczyła  Simona.  Wszedł  jak  zawsze  znienacka  do  jej 

chwilowej  sypialni  w  domu  Lawrence’ów  i  zastał  ją  klęczącą  na  podłodze,  dociskającą 

kolanem podróżną walizkę. 

-  Nie  roń  łez  -  powiedział  sucho.  -  Nie  żyje,  a  zresztą  i  za  życia  nie  była  tego  warta. 

Doprowadziła  do  jednej  śmierci,  a  drugą  ma  na  swoim  sumieniu.  Popełniłaby  i  trzecie 

zabójstwo,  gdybyśmy  nie  byli  na  miejscu.  Jeśli  już  musisz  kogoś  opłakiwać,  to  raczej  jej 

nieszczęsnego  męża.  Mocno  to  przeżył.  Chyba  kochał  ją  mocniej,  niż  myślała.  Poprosił  o 

urlop okolicznościowy i wraca do Anglii. 

Miranda  pochyliła  się  nad  walizką  i  gorliwie  zaczęła  owijać  w  papier  wieczorowe 

pantofelki. Pewnie kiepsko jej to szło, bo Simon przysiadł na łóżku i przybrał mniej służbową 

pozę. 

- Kiedy się połapałaś, że to Stella? - spytał niespodziewanie. 

Miranda upuściła pantofelek i usiadła na podłodze. 

-  Przy  okienku  w  naszym  hallu,  ale  skojarzyłam  to  dopiero  później.  Pamiętałam,  że 

okienko  było  zamknięte,  a  w  domu  byłam  tylko  ja  i  Stella,  więc  myślałam,  że  ktoś  musiał 

dobierać  się  do  nas  od  zewnątrz.  Dopiero  u  Ridderów  coś  mi  zaświtało.  Przecież  te 

niemieckie pionowe lufciki otwierają się tylko od wewnątrz! Nie zwróciłabym na to okienko 

uwagi,  gdyby  nie  przeciąg.  Oczywiście  okienko  mógłby  otworzyć  ktoś  inny,  ale  Stella 

musiałaby  to  zauważyć  z  hallu,  odbierając  telefon.  Nie  wiem  dlaczego,  ale  właśnie  wtedy 

wyobraziłam  sobie jej  dłoń  sięgającą  w  stronę  dzwonka  naszych  drzwi.  Pewnie  dziwisz  się, 

czemu z nią potem pojechałam? - spytała, kręcąc głową. - Też się dziwię, a jeszcze bardziej 

dziwię się, dlaczego ludzie zabijają? 

- Sama znajdź odpowiedź. 

- Nie mam żadnej. Nic z tego nie rozumiem. 

-  My  też  nie  wszystko  wiemy,  ale  mamy  niezłych  pomocników  -  powiedział  Simon, 

gładząc ją po włosach. - Lottie i Wally sporo nam pomogli. 

background image

- Odczep się przynajmniej od Lottie! Chyba nie podejrzewasz, że ona mogła mieć coś z 

tym wspólnego? 

- Pozwól mi skończyć, Mirando. Frau Schumacher miała powody sądzić, że brygadier ją 

rozpoznał.  Ratunkiem  były  pastylki  nasenne,  które  jej  podsunął.  Sama  mówiłaś,  że  wzięła 

jedną,  ale  równie  dobrze  mogła  podać  ją  Lottie  w  gorącym  mleku.  W  mleku,  które  mała 

wylała do umywalki, gdy jej opiekunka opuściła na chwilę przedział. 

- A więc Lottie nie spała? 

-  Nie  spała.  Udawała,  że  śpi.  Widziała  jednym  okiem,  jak  Mademoiselle  opuszcza 

przedział i jak do niego wraca. Widziała coś więcej. Czarne rękawiczki, które Mademoiselle 

miała  na  rękach,  wychodząc  z  przedziału,  i  które  prała  szybko  po  powrocie.  Zgadnij, 

Mirando, jaki miała kolor woda w umywalce? 

- Ale dlaczego Lottie nie powiedziała o tym nikomu z nas? 

- Nigdy nie byłaś dzieckiem? Mleko wypija  się duszkiem, a nie wylewa po kryjomu do 

umywalki! Lottie to posłuszna panienka, więc musiała znaleźć powiernika. Pierwszym był jej 

rówieśnik Wally, drugim jej macocha. Pani Melville wyczuła wiatr i postanowiła spenetrować 

twój berliński hotelowy pokój. Przy okazji, nakryła na tym samym Mademoiselle. 

- Czego szukała tam Mademoiselle? Mojej bransoletki? 

- Trafiłaś prawie w dziesiątkę. Myśleliśmy, że to ona i jej mąż załatwili Ridderów, chcąc 

przejąć resztę banknotów i diamentów, ale wygląda na to, że nie mieli o nich pojęcia. Knuli 

skok  od  dawna,  ale  o  prawdziwym  skarbie  nawet  się  im  nie  śniło.  Podglądali  przez  lata 

Riddera  otwierającego  sejf  w  piwnicy,  ale  skąd  mieli  wiedzieć,  że  sejf  ma  podwójną  tylną 

ś

cianę. 

Ridder  nie  był  głupi  i  maskował  ją  butelkami  z  rzadkimi  trunkami.  Pewnie  tuż  przed 

ś

miercią  wyciągał  butelkę Napoleona,  której  nie zdążył  już  wypić.  Gdy  zdejmowali z  niego 

ubranie, wpadła im w ręce bransoletka z egipskim amuletem. 

- Czemu ją zabrali? Sądzili, że to coś ważnego? 

- Wątpię. Ukryli ją z resztą łupu, bojąc się, że ktoś rozpozna przez nią ofiarę. Potem pan 

Schumacher dotarł do Anglii, gdzie szybko zmarł, a Greta trafiła z fałszywymi papierami do 

obozu koncentracyjnego. W obozie siedziała jej daleka kuzynka, Roza Muller. Roza i jej mąż, 

Kurt,  byli  czasami  wynajmowani  przez  Ridderów  jako  dodatkowa  służba  podczas 

reprezentacyjnych przyjęć. Roza pełniła rolę podkuchennej, a Kurt pikolaka. 

Mullerowie  nie  mieli  pojęcia,  za  co  ich  przymknięto,  ponieważ  sprawa  Ridderów  była 

otoczona ścisłą tajemnicą. Może kojarzyli tylko, że ma to jakiś związek z Herr Willim i jego 

małżonką.  Kurta  zakatowano  przy  wstępnym  przesłuchaniu  i  wystawiono  mu  akt  zgonu  na 

„zawał serca”. Greta Schumacher i Roza przylgnęły do siebie, jak to kuzynki, do tego kobiety 

i  wdowy.  Greta  wyciągnęła  z  Rozy  wszystko,  co  chciała  wiedzieć,  a  Roza  przysięgła,  że 

nigdy nie zdradzi jej tożsamości. 

background image

Na  wspólnej  pryczy  dużo  się  gada  i  pewnej nocy  Roza  opowiedziała  kuzynce,  jak  to  w 

dobrych  czasach  Herr  Ridder  otwierał  na  oczach  jej  męża  sejf,  w  którym  trzymał  alkohole. 

Wspomniała,  że  nieboszczyk  Kurt  zauważył,  jak  Ridder  sięga  głębiej,  i  trochę  go  to 

zastanowiło. Zauważył też w ręku chlebodawcy dziwny kluczyk, który nie kojarzył mu się z 

ż

adnym  zamkiem.  Herr  Ridder  strasznie  się  zdenerwował,  widząc,  że  ktoś  go  podgląda,  ale 

Kurt  zrobił  głupią  minę  i  udawał,  że  gapi  się  w  sufit.  Stulił  dziób  i  opowiedział  jej  o  tym 

dopiero  po  roku,  gdy  Niemcy  wkroczyli  do  Polski  i  już  nikt  nie  zajmował  się  głupimi 

kluczykami... 

Greta  puściła  to  w  pierwszej  chwili  mimo  uszu.  Wiedziała,  że  Ridder  trzymał  trunki  w 

sejfie,  a  jeśli  nawet  sejf  miał  tylną  ścianę,  pewnie  przechowywał  w  nim  ważne  dokumenty. 

Ponieważ  polityka  niewiele  ją  interesowała,  więc  zapomniała  o  rozmowie.  Zapomniała  do 

momentu, gdy brygadier Brindley postanowił uszczęśliwić wasze towarzystwo opowieścią o 

skarbie  Ridderów.  Wtedy  Frau  Schumacher  alias  Mademoiselle  Beljame  powiązała  fakty, 

przypomniała sobie kuzynkę Różę i weszła po latach do akcji. 

- A więc chodziło o diamenty? - spytała Miranda. - Znaleźliście je? - dodała z właściwym 

swojej płci zainteresowaniem błyskotkami. 

- Chodziło o diamenty,  ale żeby teraz  do nich dotrzeć, trzeba by było spychacza i kilku 

koparek  -  rozczarował  ją  Simon.  -  Twój  ankh  otwierał  tylne  drzwi  skarbca.  Hieroglify 

odpowiadały kodowi w zamku. Mam nadzieję, że nadal pasują, bo jeśli nie, będziemy musieli 

posłużyć się ładunkami wybuchowymi, a to nie wyszłoby zawartości skrytki na dobre. 

-  Skąd  to  wszystko  wiesz?  -  spytała  Miranda.  -  Skąd  wiesz  o  Rozie  Muller  i  o 

Mademoiselle... chciałam powiedzieć o Grecie Schumacher? Czy ta Roza jeszcze żyje? 

-  Zmarła  w  obozie  w  rok  po  tamtej  rozmowie.  Mademoiselle  wyznała  to  sama  pani 

Melville. Nie wiedziała tylko, że pod łóżkiem ukrywa się nasz niezawodny detektyw, Wally 

Wilkin! 

- Chyba zwariowałeś! 

- Powiedzmy, że zgłupiałem na stare lata, bo już wcześniej powinienem na to wpaść. Ten 

chłopak  i  ta  mała  musieli  wiele  wiedzieć,  a  Wally  to  kot,  który  zawsze  chodzi  własnymi 

drogami.  Tacy  nie  lubią  zwierzać  się  dorosłym.  Nic  dziwnego,  że  zamknął  się  jak  ostryga, 

gdy straszyłem go, zamiast „zwerbować”. 

- Ale dlaczego Mademoiselle opowiedziała o tym Stelli? - spytała Miranda. 

-  Tu  pojawia  się  Lottie  -  odparł  Robert.  -  To  właśnie  ona  opowiedziała  pani  Melville  o 

nocnej toalecie Mademoiselle, a Stella pobiegła do twojego pokoju, żeby się naradzić. Weszła 

bez  pukania,  zastała  Mademoiselle  przetrząsającą  walizki.  Zagroziła  jej,  że  zadzwoni  na 

policję. 

- Więc czemu nie zadzwoniła? 

- Pieniądze, Mirando. Stella dała się przekupić. Tamta opowiedziała jej wszystko i kupiła 

milczenie w zamian za udział w gigantycznym zysku. 

background image

Miranda podeszła do okna i wpatrywała się przez chwilę w ogród. 

- Pieniądze? Co chciała za nie kupić? - spytała. 

-  Nie  co, ale  kogo  -  poprawił ją  Simon.  -  Roberta.  O  tym  dowiedzieliśmy  się  trochę  od 

pani Leslie. 

- Pani Leslie nagadała wam bzdur, bo zawsze nie znosiła Stelli! 

- I miała ku temu powody. 

- Masz na myśli Roberta? 

-  Mam  na  myśli  Johnny’ego  Radleya,  pierwszego  męża  Stelli.  Gdy  skończył  mu  się 

pierwszy oficerski urlop, Stella oświadczyła, że zostaje w Anglii. Nie znosiła obcych stron i 

sądziła, że uda się jej zjeść ciastko i mieć ciastko. Ale Radley nie był mięczakiem i doszedł do 

wniosku,  że  żona,  która  przedkłada  „cywilizację”  nad  męża,  jest  mało  warta.  Mocno  to 

przeżył, a gdy zakochał się w innej kobiecie, zaproponował Stelli rozwód za porozumieniem 

stron.  Nie  chciała  o  tym  słyszeć.  Poszedł  jako  ochotnik  na  straceńczą  akcję  i  już  z  niej  nie 

wrócił.  Ta  kobieta  -  właściwie  dziewczyna  -  popełniła  samobójstwo.  Była  młodszą  siostrą 

pani Leslie. 

- Siostrą Nory? Teraz coś mi się przypomina... Mów dalej! 

-  Stella  została  wojenną  wdową,  a  gdy  wojna  się  skończyła,  poznała  Roberta.  On  nie 

przypominał Radleya i zakochała się w nim na całego. Przepraszam za ten zwrot, Mirando. 

- Nie musisz przepraszać. Mnie też przyszło to do głowy tamtego ranka. Pomyślałam, że 

dałaby za niego głowę. 

- Może nie swoją, ale na pewno cudzą. Chociaż może i swoją, gdyby stawką był Robert. 

Bała się, że on też zakocha się w kimś młodszym i wszystko powtórzy się od nowa. Wolała 

nie ryzykować i zgodziła się na wyjazd do Berlina. W drodze poznała Sally Page i wpadła w 

panikę. Pomyślała, że jedynym sposobem zatrzymania przy sobie Roberta jest wykupienie go 

z  wojska  i  wydobycie  z  długów  Mallow.  Mademoiselle  spadła  jej  jak  dar  z  nieba.  Malaje  i 

utrata  męża  albo  bajeczny  skarb  Ridderów,  za  który  można  było  utrzymać  Mallow  i 

zatrzymać Roberta. Stella działała - nazwijmy to - w stanie wyższej konieczności. 

- A ja podejrzewałam tę głupią Sally. Wszystko mi pasowało - westchnęła Miranda. 

- Konkretnie co? 

-  Choćby  to,  że  gdy  Mademoiselle  ruszyła  na  poszukiwanie  misia  Lottie,  Sally  poszła 

zatelefonować  i  nie  wracała  przez  wieki.  Przynajmniej  tak  długo,  jak  czas,  który  według 

twojej  wersji  wystarczył  Stelli.  To  nie  koniec!  Potem  Andy  i  Sally  wpadli  do  nas 

samochodem  państwa  Leslie  i  spierali  się,  kto  z  nich  wypala  więcej  benzyny.  Andy 

powiedział, że zatankował do pełna przed dwoma dniami i że to ona jeździ gdzieś pod jego 

nieobecność.  Dopiero  potem  skojarzyłam  to  z  Robertem  i  Mademoiselle.  Nie,  to  było  już 

wtedy, gdy wylała sherry. - Miranda nie dokończyła, próbując skupić się, lub odegnać dłonią 

natrętną muchę. 

background image

-  O  czym  ty  mówisz?  -  wybił  ją  z  koncentracji  Simon.  -  Kto  i  kiedy  rozlał  sherry? 

Mademoiselle? 

- Nie, Sally - zarumieniła się Miranda. - Wybacz, ale trochę się pogubiłam. Sherry rozlała 

Sally. Wtedy, gdy cała twoja drużyna była u nas na przedpołudniowym drinku. 

- Moja drużyna? - wytrzeszczył oczy Simon. 

-  Jedenastka  Langa.  Jedenastu  podejrzanych  z  pociągu.  Sam  policz:  państwo  Marson, 

państwo Leslie, państwo Melville, państwo Page, Mademoiselle, pani Wilkin i ja. 

Simon  wybuchnął  śmiechem,  wyjaśniając,  że  pani  Wilkin  nie  była  uwzględniona  w 

składzie drużyny, ale co do reszty miał spore wątpliwości. Wciąż interesował go motyw Sally 

i rozlanego sherry. 

- Wiem, że teraz brzmi to głupio - próbowała wyjaśnić Miranda. - Sally rozlała sherry na 

fotel.  Wytarła  plamę  papierową  chusteczką,  którą  próbowała  wrzucić  w  kominek,  ale 

chusteczka odbiła się od kraty i spadła na dywan. To była chusteczka ze znakiem firmowym 

Elizabeth  Arden.  Zapamiętałam  ją  dobrze,  bo  widziałam  taką  na  podłodze  pokoju 

Mademoiselle wieczorem, gdy zniknęła. Pewnie wiedziałeś o tym! - fuknęła na widok miny 

Simona. 

- Tak. Wiedziałem też, że podrzuciła ją tam pani Melville i że pożyczyła ją od Sally. 

- Ale dlaczego to zrobiła? 

-  Dlatego,  żeby  skierować  podejrzenia  na  panią  Page.  Wyprzedziła  tok  twojego 

rozumowania.  Przecież  Sally  miała  motyw,  by  pozbyć  się  żony  Roberta,  a  Friedel  zabito, 

biorąc ją za panią Melville. Rzecz w tym, że Mademoiselle zabiła Friedel, biorąc ją za ciebie, 

Mirando. 

- Za mnie? Cóż jej zawiniłam? 

- Podsłuchała przez telefon, że wybierasz się do państwa Leslie, a nie było jej w domu, 

gdy  musiałaś  odwołać  wizytę.  Zawiniła  twoja  bransoletka.  Mademoiselle  próbowała 

przechytrzyć panią Melville i zgarnąć całą pulę, ale zagalopowała się i w tym momencie sama 

wystawiła się na strzał. Bo Stella wiedziała już dobrze, że gra idzie o życie. 

Podkradła  misia  Lottie,  posłała  Mademoiselle  na  jego  poszukiwanie  i  pojechała  za  nią 

samochodem. Ryzykowała niewiele. Samochodów z brytyjską rejestracją nie zatrzymuje się z 

reguły  w  naszym  sektorze,  a  po  zmroku  mało  kto  sprawdza  ich  numery.  Nie  uwzględniła 

tylko zielonej farby z uchwytów kierownicy roweru. 

- Czy aż tak bardzo się pobrudziła? 

- A jak mogło być inaczej po wrzuceniu Mademoiselle i jej roweru do basenu? Działała w 

ciemności  i  nie  patrzyła  ani  na  rękawiczki  ani  na  klamkę  wozu.  Spostrzegła  to  dopiero  w 

garażu,  ale  nieoceniony  Wally  czuwał  w  trawie  pod  oknem  i  zauważył,  jak  przygląda  się 

zielonym plamom. Pochwyciła butelkę terpentyny, którą Mademoiselle czyściła swój rower, 

umyła nadgarstki, a rękawiczki spaliła. 

- Przecież to Robert rozlał terpentynę! 

background image

- A byłaś przy tym? 

- Nie byłam, ale sam mi to mówił! Myślałam nawet, że zaaranżował to z Sally. 

Simon nie zareagował. 

-  Podejrzewałam,  że  Mademoiselle  przyłapała  go  na  schadzce  z  Sally  i  szantażowała  - 

tłumaczyła Miranda. - Rozważałam to, ale przecież Robert nie byłby aż tak... 

- Zdeterminowany? 

- Nazwij to, jak chcesz. Może jest lekkoduchem, ale to zacny człowiek. W sumie żal mi 

go.  Czy  wiesz,  że  przeznaczył  swoje  wojskowe  oszczędności  na  ufundowanie  w  Mallow 

fundacji  dla  upośledzonych  dzieci?  Państwo  Leslie  obiecali  mu  pomoc,  gdy  pułkownik 

przejdzie w stan spoczynku. Jedno z ich dzieci ma niedowład kończyn. Jest już nawet nazwa: 

„Fundacja imienia Stelli Melville”. 

Miranda  włożyła  dłonie  w  kieszenie  żakietu,  aby  ukryć  ich  drżenie  i  spytała  trochę  z 

ciekawości, trochę, żeby zmienić temat: 

- Wiedziałeś od początku, że to Stella? 

- Nie od początku. 

- A kiedy się domyśliłeś? 

- Przykro mi, ale dopiero tamtej nocy. Podejrzewałem już wcześniej, że ktoś w waszym 

domu  musi  mieć  coś  wspólnego  ze  zniknięciem  Mademoiselle.  Wróciła  nocą,  zostawiła 

porcelanowego  misia  i  zabrała  swoje  rzeczy.  Zdarza  się,  ale  jakim  cudem  nikt  tego  nie 

słyszał,  a  drzwi  były  zamknięte  od  środka?  Przecież  zatrzaskiwanie  takich  drzwi  i 

przekręcanie klucza w zamku słychać o tak późnej porze. Poza tym trudno wyjść z domu, w 

którym  wszystkie  rygle  są  pozasuwane  od  środka  i  nie  brakuje  ani  jednego.  klucza.  Sam  to 

sprawdziłem. 

- Ale od kiedy podejrzewałeś Stellę? 

- Od chwili, gdy wspomniałem o zielonej farbie. Widziałem jej odbicie w szkle obrazu i 

byłem już pewny. Bywają sytuacje, gdy każda twarz zdradzi swego właściciela. 

- Tylko nie mów, że nie podglądałeś wtedy i mojej twarzy - powiedziała cicho Miranda, 

kiwając smutnie głową. 

- Twojej twarzy? - spytał Simon lekko zbity z tropu. - Powiedzmy, że podglądałem... I co 

z tego? 

- Nic, chciałam tylko wiedzieć... - nie dokończyła, znów się rumieniąc. 

-  Wiem,  co  masz  na  myśli  -  powiedział  ze  śmiechem  Simon.  -  Nie,  to  nie  dla  twoich 

pięknych oczu. Powiedzmy, że raczej dla twoich szczerych oczu. Nie potrafisz ukrywać uczuć 

i pod tym względem kiepska z ciebie aktorka. Chciałem się przekonać, jak się sprawdzisz w 

roli prawdziwej Mirandy Brand. W roli tej, która wie za dużo. 

- Po co ci to było? 

- Potrzebowałem dowodu. Czułem, że pani Melville złapie się na to i odsłoni się. 

- Miło mi to słyszeć - powiedziała Miranda, próbując opanować drżenie głosu. 

background image

- Wybacz. Wiem, że to było podłe, ale wtedy miałem tylko poszlaki. Nie wiedziałem nic 

o  Wallym,  a  gdybym  nawet  wiedział,  co  warte  są  w  sądzie  zeznania  dziewięciolatka  i 

młodszej  o  dwa  lata  dziewczynki.  Pierwszy  lepszy  adwokat  zrobiłby  z  nich  sieczkę.  Nie 

wiedziałem, że pani Melville o coś cię podejrzewa, ale wyczuwałem, że czegoś się obawia. 

- Czegoś, czy mnie? - spytała zaskoczona Miranda. - Czemu miałaby obawiać się właśnie 

mnie? Zawsze byłyśmy przyjaciółkami. 

- A Robert? - spytał Simon, przyglądając się uważnie swoim paznokciom. 

- Robert? Przecież to bez sensu. 

-  Może  dla  ciebie,  ale  nie  dla  Stelli.  Ja  też  poważnie  to  rozważałem.  Przystojny  mąż, 

niezłe pieniądze... Czemu nie połączyć jednego z drugim? 

Miranda wyjęła dłonie z kieszeni żakietu i zacisnęła je w pięści. Miała serdeczną ochotę 

przywalić jedną z nich Simonowi. 

- Myślałeś, że ja i on...! 

-  Uspokój  się,  kochanie.  Nic  nie  myślałem.  To  była  tylko  hipoteza.  Jedna  z  wielu,  ale 

przyznasz, że często serdecznie cię przytulał? 

- Przecież, do licha, jest moim kuzynem! 

- Kuzyn to nie brat - mruknął Simon. - Zabójstwo Friedel i lęk Stelli, że to ona miała być 

ofiarą,  dało  mi  wiele  do  myślenia.  Dodajmy  jej  miłość  do  Roberta  i  kontrast  między  twoją 

młodością a jej - jak mawiała służąca mojej mamy  - „zaawansowanym wiekiem”. Dodajmy 

jej nienawiść do cudzoziemców i obcych krajów, zazdrość o Sally Page, lęk przed tym, że to 

ty  możesz  zająć  jej  miejsce,  i  strach,  że  Mademoiselle  ma  powody,  by  się  jej  pozbyć.  Kto 

zniósłby taki stres? 

- Ale dlaczego miałaby zabijać mnie? Przecież zawsze pozostawała Sally? 

- Nie domyślasz się? Sama wyjaśniła ci to tamtej nocy. 

-  Mówiła  coś  o  szpiegowaniu  w  jej  domu  i  o  liczniku  samochodu.  Nic  z  tego  nie 

zrozumiałam. 

-  Czy  naprawdę  nie  zauważyłaś  wieczorem,  gdy  zabito  Mademoiselle,  że  z  tym  wozem 

jest coś nie tak? 

- Co miałam zauważyć? 

- A więc przeceniła cię i omal nie przypłaciłaś tego życiem. Przypomnij sobie dokładnie: 

wchodzisz do garażu wkrótce po jej powrocie z basenu. Szperasz w wozie, a więc powinnaś 

dostrzec  trzy  dziwne  sprawy.  Po  pierwsze:  silnik  jest  rozgrzany,  choć  Stella  wróciła  przed 

trzydziestoma  minutami.  Po  drugie:  na  klamce  jest  zielona  farba,  chociaż  to  mogło  ci  się 

wtedy  z  niczym nie  kojarzyć.  Po  trzecie:  licznik  wskazuje podejrzanie  wysoki  przebieg.  Na 

drugi  dzień  wspominasz  niby  przypadkiem  o  twojej  pamięci  do  liczb.  Co  mogła  wtedy 

pomyśleć? To, że masz ją w garści, ale chwilowo nie chcesz tego ujawniać. 

- I wtedy postanowiła pozbyć się mnie - dokończyła gorzko Miranda. 

background image

-  Może  nie  wtedy  -  uspokoił  ją  Simon.  -  Dopiero  następnego  wieczora,  gdy  Robert 

ucałował cię, wychodząc z domu. Tak przynajmniej sądzę. 

- Przecież to był tylko kuzynowski całus? 

-  Dla  ciebie.  Dla  niej  była  to  kropla,  która  przepełniła  czarę.  Powiedziała  nam,  że  nie 

mogła  się  po  tym  pozbierać.  Nazajutrz  miał  pojawić  się  ordynans  Roberta,  więc  nie  mogła 

dłużej  zwlekać.  Musiała  zdobyć  natychmiast  twój  talizman  i  pozbyć  się  ciebie.  To  drugie 

dałoby  się  zatuszować  twoją  ucieczką  do  Sowietów.  Musiała  tylko  wydostać  cię  z  domu  i 

zwabić  w  odpowiednie  miejsce.  Przypomniała  sobie,  że  dzwonek  do  drzwi  i  dzwonek 

telefonu  brzmią  w  waszym  domu  bardzo  podobnie.  Odchodziła  od  zmysłów,  ale  ludzie  w 

takim stanie potrafią czasami rozumować zupełnie logicznie. 

-  A  ty  wiedziałeś  o  tym  i  pociągałeś  za  sznurki!  -  nie  wytrzymała  Miranda.  -  Jesteś 

zimnym, wyrachowanym... - nie mogła znaleźć odpowiedniej inwektywy. 

-  Nic  ci  nie  groziło  -  uspokoił  ją.  -  Wally  wyśpiewał  mi  już  wszystko  i  czułem,  co  się 

szykuje.  Wasz  dom  był obstawiony  przez  policję. Nie  byliśmy  tylko  do  końca  pewni,  gdzie 

wywiezie cię Stella, więc śledziliśmy wóz. Gdy zajechałyście pod dom Ridderów, wszystko 

było  jasne.  Od  waszego  wejścia  szliśmy  za  wami  krok  w  krok.  Oczywiście,  trochę  pomógł 

nam w ciemności gruz, wasze obcasiki i wielki monolog pani Melville. 

- A gdyby nacisnęła spust o sekundę szybciej? O tym pewnie nie pomyśleliście, dranie! 

- Szybciej, później... cóż za różnica? - wzruszył ramionami. 

Miranda  spojrzała  mu  w  twarz  już  nie  ze  złością,  ale  z  wielkim  smutkiem  i 

zrezygnowaniem. 

Simon  dostrzegł  to  spojrzenie  i  zdobył  się  na  uśmiech  równocześnie  wyrozumiały, 

serdeczny i lekko ironiczny. 

- Zawsze sądziłem, że zła z ciebie aktorka, droga Mirando - i właśnie to ogromnie mi się 

w  tobie  podoba.  Nie  pomyślałaś,  że  zdążyłem  zmienić  amunicję  w  rewolwerze  Roberta  na 

ś

lepe naboje? Ot tak, na wszelki wypadek. 

-  Nie  pomyślałam!  -  wybuchnęła.  -  Nie  pomyślałam,  bo  jestem  właśnie  zajęta 

pakowaniem bagaży. Poza tym nie znoszę, gdy ktoś wchodzi bez pukania do mojej sypialni i 

nazywa mnie „drogą Miranda”! 

- Przepraszam za to ostatnie, a co do bagaży... Sądzę, że marnujesz czas. Chyba, że lubisz 

pakować  je  i  rozpakowywać  na  przemian.  Sypialnię  pomińmy,  bo  i  tak  będziesz  musiała 

przyzwyczaić  się  do  moich  wizyt  bez  pukania.  Jak  wiem,  jest  to  jednym  z  przywilejów 

małżonka. 

- Tak jest pan tego pewny, kapitanie Lang? 

- Na sto procent, panno Brand. 

 

* * * 

background image

- Czy wiesz, Mirando, że ten Lang gdzieś znów zniknął? - spytała pani Leslie, wchodząc 

bez pukania do pokoju. - Och, przepraszam! 

Przymknęła pospiesznie drzwi. 

Zeszła  na  półpiętro  i  spojrzawszy  na  ułożoną  tam  w  kostkę  pościel  i  oficerski  bagaż, 

pokręciła  głową  i  rzuciła  do  siebie:  -  Kto  by  pomyślał?  Że  też  chce  się  im  po  tych  trzech 

morderstwach. Chociaż... Czemu nie? Przecież życie jest silniejsze niż śmierć. 

Pokręciła  wyrozumiale  głową,  zeszła  na  parter  i  wyjaśniła  kucharce  w  języku,  który 

uważała za niemiecki, że der Herr Polzisten Capitan Lang zostanie przypuszczalnie na lunch.