background image

Glenna McReynolds KOCHANEK Z GÓR 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

-  Nie  mogę  pracować  z  tym  człowiekiem  -  oznajmiła  Kristine  Richards.  Rzucony  przez  nią  list  od 

dziekana uniwersytetu zburzył stos zalegających biurko papierów. 

Jenny,  starsza  wiekiem  jej  asystentka,  przykucnęła,  podnosząc  niektóre  listy.  Ręce  pełne  miała  także 

innych ważnych dokumentów. 

-  Nie  mogę?  Chyba  raczej  nie  chcę  -  powiedziała  Jenny,  rozglądając  się  wokół  za  jakimś  miejscem, 

gdzie mogłaby złożyć trzymane w ręku papiery. Nigdzie nie objawiła się w żaden cudowny sposób wolna 
przestrzeń.  Wzdychając  z  rezygnacją,  zdecydowała  się  na  ostateczne  wyjście  -  do  uporządkowania 
korespondencji  użyła  książek  stojących  długimi  rzędami  na  półkach  okalających  pokój.  Brzeg  każdej 
koperty wysunęła odrobinę poza krawędź książki. Dzięki temu półki wyglądały teraz tak, jakby miały za 
chwilę poderwać się do lotu. 

-  No  dobrze,  niech  będzie  po  twojemu  -  łatwo  zgodziła  się  Kristine.  -  Nie  chcę  pracować  z  tym 

mężczyzną. 

- Uniwersytet bardzo zaangażował się w prace nad projektem tybetańskim Carsona - powiedziała Jenny. 

- Chcą być pewni, że uda im się opublikować wyniki badań na czas. To logiczne, że wybrali ciebie. 

- Mogli więc chociaż dopilnować, żebym to ja pojechała do Tybetu. Ale nie, wysłali Harry’ego Frantza, 

a Harry złapał jakiegoś paskudnego wirusa. Szczęśliwie dla niego. 

Mniej niż rok temu Kristine zaskoczyła i ucieszyła wiadomość, że jej pracodawca, Uniwersytet Stanowy 

w Kolorado, został wybrany do sfinansowania bardzo ambitnych badań archeologicznych, co oczywiście 
miało mu przysporzyć sławy. Jeden z pracujących samodzielnie archeologów postanowił sporządzić spis 
tybetańskich  klasztorów,  świątyń  i  innych  miejsc  kultu.  Kristine  była  pewna,  że  zostanie  wybrana,  by 
uczestniczyć w wyprawie jako asystentka Carsona. Żaden z pracowników uniwersyteckich nie miał lep-
szych kwalifikacji, a już na pewno nie Harry, chyba że największą zasługą miała być jego płeć. Mimo to 
wybrali Harry’ego, który wytrzymał zaledwie dwa miesiące, zaś cała ekspedycja legła w gruzach, stając 
się katastrofą na skalę międzynarodową. 

Podziwiała  ich  bezczelność,  z  jaką  chcą  wciągnąć  teraz  i  ją  do  Katastrofy  Carsona,  jak  obecnie 

nazywano  ten  projekt  na  wydziale  historii.  Cała  ta  sprawa  od  początku  powinna  była  być  Nagrodą 
Richards. Wiedziała więcej o Tybecie, jego historii i legendzie, niż Harry mógłby to sobie kiedykolwiek 
wyobrazić. 

Przerzuciła  szpargały  na  biurku,  znajdując  wśród  nich  czekoladowy  herbatnik.  Zdmuchnęła  z  brzegu 

odrobinę kurzu i ugryzła kawałek. 

- Umrzesz któregoś dnia - ostrzegła ją Jenny. 
-  Znajdę  się  w  dobrym  towarzystwie.  Jakie  inne  wakacyjne  zajęcie  może  zaoferować  uniwersytet 

swojemu  najlepszemu  specjaliście  od  historii  Azji,  poza  porządkowaniem  zabałaganionych  przez  kogoś 
innego spraw i matkowaniem dzielnemu chłopcu, który całe to zamieszanie wywołał? 

- Prawdopodobnie różową koszulkę. 
Kristine zakrztusiła się herbatnikiem. Jenny poklepała ją po plecach. 
- Spokojnie, kochanie. Słyszałam, że liceum w mieście poszukuje nauczyciela historii. 
Kristine podniosła wzrok i napotkała spojrzenie Jenny. Nie wątpiła, że sytuacja rzeczywiście wyglądała 

tak, jak przedstawiła to jej asystentka. Niesamowita intuicja tej starszej kobiety jeszcze nigdy nie zawiodła 
w sprawach dotyczących funkcjonowania uniwersytetu. 

- To... to szantaż - szepnęła zdumiona, sięgając po filiżankę zimnej, nie dopitej kawy. 
- Umrzesz przed trzydziestką - powiedziała Jenny, obserwując, jak Kristine miesza cukier ołówkiem. 
Mimo to Kristine przełknęła kilka łyków. 
- Ale zawsze będę w dobrym towarzystwie. 
- To lato jeszcze pewnie przeżyjesz - ciągnęła Jenny. - Zależy tylko od ciebie, czy spędzisz je prowadząc 

badania razem z Kitem Carsonem, czy szukając pracy. 

- Szantaż - mruknęła Kristine. „Carson - pomyślała. Kit Carson”. - Już samo imię irytowało ją. Cóż to za 

głupie imię Kit Carson? 

„Imię sławnego głupca”- przyznała w duchu. Wyłonił się z przepastnych obszarów Azji prawie dziesięć 

background image

lat  temu,  zadziwiając  dyrektorów  muzeów  od  Pekinu  do  Kalkuty  rozległą  wiedzą  archeologiczną  oraz 
rzadkimi  znaleziskami.  Nikomu  przedtem  nie  znany  wyrobił  sobie  markę,  uczestnicząc  w  pracach 
wykopaliskowych w Lishan w Chinach. W tamtejszym grobowcu odnalazł imponującą kolekcję rycerzy z 
terakoty  naturalnej  wielkości.  Uchodził  za  zbuntowanego  mnicha  buddyjskiego  posiadającego  prawo 
dostępu do tajemnic Dalekiego Wschodu. 

Nigdy go nie spotkała. Nie rozmawiał z nim nikt ze znanych jej osób poza biednym, głupim Harrym, ale 

odwiedziny w szpitalu były zakazane. Niemniej jednak, jeśli spotkało się z sobą trzech historyków, można 
było  mieć  pewność,  że  imię  Carsona padnie  w  rozmowie,  zwykle  poprzedzone  zwrotem  „ten  przeklęty 
barbarzyńca”.  Wystarczyło  już  tylko  dwóch  archeologów,  żeby  doszło  do  porozumienia,  a  obaj  by  się 
modlili o to, aby to nie jemu pierwszemu dane było rozpocząć wykopaliska w świętych miejscach Tybetu. 
Tybet  był  marzeniem  wszystkich  archeologów,  ale  żaden  z  nich  nie  był  w  stanie  zrobić  nic  poza 
wyliczeniem tych obiektów sztuki, które były widoczne. Wszelkie wykopaliska w miejscach otoczonych 
religijnym kultem były w Tybecie zabronione. 

Carson był zbyt nieortodoksyjny, by pasować do formuły akademii, szybko więc stracił swoją reputację. 

Nie posiadał stopnia naukowego w żadnej dziedzinie, a jeśli wierzyć plotkom, nie miał nawet świadectwa 
ukończenia szkoły średniej. I, jeśli pogłoski dochodzące z Chin były prawdziwe, przekroczył ostateczną 
granicę między badaniami naukowymi a okradaniem grobów. 

Kristine jęknęła i oparła głowę o biurko. Władze uniwersyteckie muszą być rzeczywiście zdesperowane, 

jeśli grożą jej dymisją. 

Nie chcąc ryzykować utraty reputacji, każdy utytułowany profesor odmówiłby współpracy z Carsonem, 

teraz  kiedy  ten  okrył  się  niesławą.  Niestety,  Kristine  nie  miała  ani  tytułu,  ani  reputacji.  „Publikuj  lub 
przepadnij” głosiło stare przysłowie, więc prędzej oddałaby duszę diabłu, niż by się zdecydowała zniknąć 
teraz, o krok od uzyskania profesury. 

- Kristine, skarbie? 
- Tak? - odpowiedziała, nie podnosząc głowy. 
-  Ta  zielona  szmata,  którą  masz  dzisiaj  na  sobie  jest  paskudniejsza,  niż  dałoby  się  to  opisać  słowami. 

Tysiące razy mówiłam ci, że do ciebie pasuje zima. 

- Dziękuję, Jenny - mruknęła w papiery, wygodnie układając na nich głowę. Carson. Kit Carson. Jęknęła 

raz jeszcze. 

Pierwsze  kufry  dotarły  do  jej  domu  w  poniedziałek,  zaraz  po  ostatnich  egzaminach.  Następna  para 

przyjechała we wtorek. W środę Kristine znała już dostawców po imieniu. Uniwersytet za pośrednictwem 
doktora  Timnatha  nalegał,  aby  przyjęła  bagaż  Carsona,  zapewniając,  że  będą  jej  te  kufry  przydatne  w 
czasie badań i prosząc jednocześnie o dyskrecję. W odpowiedzi wspomniała o tytule naukowym, czując 
przy tym dumę  z tego,  że  tak dyskretnie udało jej się wpleść to słowo aż trzykrotnie do rozmowy.  Za-
stanawiała się jednak, czy właściciel kufrów kiedykolwiek pojawi się osobiście i czy ona znajdzie w sobie 
tyle  odwagi,  by  samej  zerwać  ciężkie  żelazne  kłódki  i  przekonać  się,  co  zawierają  fascynujące  złote 
walizy.  Jedno  spojrzenie  na  nie  przekonało  ją,  choć  poniewczasie,  o  słuszności  przyłączenia  się  do 
projektu Carsona. Kto mógł wiedzieć, jakie skarby mieściły w sobie przepastne kufry? 

-  Słuchaj,  Bob  -  powiedziała  w  środę  rano,  ziewając  i  podpisując  się  w  drobnych  rubryczkach  trzech 

dokumentów przewozowych. Drugi podpis wyjechał całkiem poza linijkę. Wolną ręką wzmocniła uchwyt 
na stu kilogramach tego, co większość ludzi nazywała bestią, ona sama zaś psem.  - Chciałabym,  żebyś 
zauważył,  że  daję  ci  jeden  podpis  ekstra.  Jeśli  zjawisz  się  tutaj  jutro  rano,  zostaw  po  prostu  kufry  na 
ganku, nie pukając i nie dzwoniąc do drzwi. Okay! 

-  Ale  to  wbrew  przepisom,  Kristine  -  powiedział  dostawca,  cały  czas  patrząc  z  niepokojem  na 

angielskiego doga. 

- Och, Bob, żyj czasem niebezpiecznie. Złam raz przepisy. „I pozwól mi na chociaż jeden, leniwy ranek” 

- modliła się w duchu. 

Zeszłej  nocy  była  na  przyjęciu  powitalnym  urządzonym  na  cześć  Harry’ego  po  powrocie  ze  szpitala. 

Została tam zdecydowanie za długo, mając płonną nadzieję, że uda jej się w końcu zostać sam na sam z 
gościem  honorowym.  Wyglądał  zdecydowanie  zdrowiej,  niż  spodziewałaby  się  po  człowieku,  który 
ledwie co umknął śmierci i unikał jej jak zarazy. 

background image

- Okay - zgodził się w końcu Bob. - Spróbuję... raz. 
- Jesteś fantastyczny. - Obdarzyła go promiennym uśmiechem, na który zdobyła się resztkami sił. Po pół 

godzinie,  dwóch  aspirynach  i  kubku  kawy,  Kristine  uwiesiła  się  na  drzwiczkach  lodówki,  próbując 
znaleźć coś do jedzenia. Mancos, skomląc, trącał nosem jej nogi. 

- Tak, tak, wiem. Jak radził stary dąb, czas wrzucić coś na ząb. 
Skomlenie  urwało  się  nagle,  Mancos  zakręcił  się  w  miejscu,  prawie  że  ją  przy  tym  przewracając. 

Wyskoczył z kuchni jak strzała, wydając dźwięki, po których kawa nie była jej już potrzebna. 

Z  oczami  otwartymi  aż  do  bólu,  Kristine  wzdrygnęła  się  i  potrząsnęła  głową,  próbując  pozbyć  się 

potwornego dzwonienia w uszach. Słyszała, jak Mancos całym impetem walnął w drzwi dla psa, a potem 
już tylko przeciągle „Aa-łaa!”. 

- Cholera, Bob - mruknęła, zatrzaskując drzwi lodówki, i pokuśtykała niezgrabnie za dogiem. Przebiegła 

przez salon, odsunęła zasłony i wyszła na ganek, by ujrzeć widok jak najbardziej zdumiewający. 

Był  szybki,  musiała  mu  to  przyznać,  i  lekki  jak  linoskoczek.  I  zdecydowanie  nie  był  to  Bob.  Biegał 

wzdłuż poręczy, cały czas znajdując się albo krok za albo, przed groźnie wyszczerzonymi kłami Mancosa. 
Poranne  słońce  oblało  go  złotym  blaskiem,  o  wiele  tonów  ciemniejszym  niż  gęste,  jedwabiste  włosy 
opadające  na  plecy  w  spiętym  rzemieniem  warkoczu.  Krótsze,  ciemnokasztanowe  kosmyki  rozsypane 
były po policzkach, wtapiając się w uniesione wysoko brwi. 

Rękawy czarnego kaftana były zawinięte, odsłaniając ciemną skórę na mocnych, napiętych mięśniach i 

więcej  złotych  bransolet,  niż  była  w  stanie  policzyć.  Szeroki  skórzany  pas  opadał  luźno  na  biodra,  a  u 
jednego boku zwracała uwagę rękojeść i pochwa złowieszczo zagiętego khukri, noża wysłannika Gurkha. 
Drelichowe  spodnie  wepchnięte  były  w  topornie  wykonane  buty  -  zwykłe  kawałki  skóry  zszyte 
rzemieniem i zabezpieczone u góry srebrnymi klamrami. Był jak szum wichru, a muzyka jego szybkich 
kroków zupełnie ją oszołomiła. 

„Muszę pospieszyć mu na ratunek - pomyślała - albo psu, jeśli sięgnie po nóż.” W pewnym momencie 

zobaczył ją. Promienny uśmiech i jasne spojrzenie uświadomiły jej potrzebę ratowania samej siebie. 

Cofnęła  się  z  ręką  uniesioną  do  piersi  w  geście  samoobrony,  zupełnie  nie  pasującym  do  współczesnej 

kobiety  żyjącej  w  wieku,  w  którym  jedyne  łupieżcze  bandy  zamieszkiwały  Wall  Street.  Ale  jego  dziki 
wygląd  nieodparcie  przywoływał  wspomnienia  czasów,  kiedy  kobiety  były  kobietami,  a  mężczyźni 
biorącymi je barbarzyńcami. 

Barbarzyńca...  Między  jednym  oddechem  a  drugim  zdążyła  go  zaszufladkować,  tego  przeklętego 

barbarzyńcę, Kita Carsona. 

-  Kukur,  aha!  -  krzyknął  głębokim  głosem,  wciąż  nie  spuszczając  oka  z  psa,  ale  rzucając  już  w  jej 

kierunku irchową torbę. Gdy Mancos rzucił się w stronę torby, klasnął w dłonie i krzyknął raz jeszcze, 
ponownie zwracając na siebie jego uwagę: - Hej, piesku! 

Kristine  złapała  ciężkiego  psa  i  trzymała  go  mocno,  nie  odrywając  wzroku  ani  od  Carsona,  ani  od 

zwierzęcia, tak bardzo pragnącego pożreć przybysza na śniadanie. Ale ten wcale nie bał się zniewalającej, 
warczącej  bestii.  Uświadomiła  to  sobie  z  całą  pewnością  i pierzchającym  szybko  niedowierzaniem. Już 
sam widok Mancosa sprawiał, że większość jej gości wolała zawsze pozostać w samochodzie, naciskając 
na  klakson.  Ale  ten  człowiek  nie  należał  do  tej  większości.  To  był  banita  Carson  i  dałby  sobie  uciąć 
głowę, że nie był żadnym mnichem buddyjskim. Nie z takim uśmiechem. 

Pies  wyciągnął  się  w  kierunku  jego  kostki  i  Kristine  wzmocniła  uchwyt,  którym  trzymała  torbę. 

Połączenie  miękkich  faktur  przyciągało  jej  wzrok  -  ramię  zrobione  było  z  najdelikatniejszej  skóry, 
jedwabiu  i  metrowej  długości  kasztanowego  warkocza,  o  tym  samym  odcieniu  co  jego  włosy.  Aż 
otworzyła usta ze zdumienia, gdy ponownie uniosła głowę i spojrzała na niego. 

Chodził teraz po barierce, nie biegł, a Mancos podążał za nim  krok w  krok z jednego końca ganku na 

drugi.  Mówił  coś  do  psa.  Śpiewny  ton  jego  głosu,  mieszając  się  z  lekkim  brzękiem  bransolet, 
zaczarowywał i psa, i ją. Kiedy przykucał na poręczy była pewna, że Mancos będzie próbował schwycić 
go  zębami,  ale  nie.  Ona  też  była,  zauroczona.  Gdy  mężczyzna  wyciągnął  dłoń,  by  pogłaskać  psa  za 
uchem, omal nie wypuściła z rąk jego torby.  Potem, bez zdawałoby się najmniejszego wysiłku, zszedł z 
poręczy. Nie zeskoczył, nie zsunął się. Po prostu zszedł. Ten akt połączonej siły i wdzięku mówił więcej o 
mięśniach jego nóg niż najdłuższe bieganie. I nie miał nawet lekkiej zadyszki. 

background image

Zupełnie zaparło jej dech w piersiach. 
-  Namaste  -  przywitał ją. Bransolety  z  kutego  złota  z  wyrytymi  antycznymi  wzorami  zadzwoniły,  gdy 

złożył dłonie przed sobą. - Dzień dobry. 

-  Hej  -  powiedziała,  ale  zabrzmiało  to  bardziej  jak  wyrywające  się  z  piersi  tchnienie  niż  słowo. 

Górowało  nad  nią  prawie  dwa  metry  krzepkiego  męskiego  ciała,  złagodzonego  jedynie  przekornym 
błyskiem  oczu.  Już  sam  jego  wzrost  był  przytłaczający,  a  wspomagała  go  jeszcze  emanująca  z  całej 
postawy energia. Buntownik, banita czy mnich, mężczyzna ten prezentował się znakomicie. 

Kit uśmiechnął się szeroko do zszokowanej kobiety. „Ostatecznie  - pomyślał sobie  - opłaciła mi się ta 

długa podróż.” Ciągnął kufry przez całą Amerykę z jednego miejsca przeznaczenia w drugie, aż w końcu 
los  przywiódł  go  tutaj,  do  domu  i  kobiety.  Jego  bojaźliwi  partnerzy  dali  mu  godziwą  rekompensatę  za 
nieodpowiedzialne potraktowanie kufrów. 

Zauważył  jej  negliż  oraz  zdziwione  spojrzenie  i  uśmiechnął  się  jeszcze  szerzej.  Gdyby  nie  była  tak 

piękna, byłby na to za bardzo zmęczony. Dzika chmura ciemnych loków opadała jej na ramiona, okalając 
niezwykle  delikatną  twarz;  oczy  koloru,  którego  nie  potrafiłby  sobie  wyobrazić,  niczym  krokusy  i 
najjaśniejsza  skóra,  jaką  kiedykolwiek  widział,  bez  śladu  makijażu,  pokrywającego  twarze  tylu  kobiet 
Zachodu. 

-  Kochanka?  -  spytał,  gładząc  ją  po  policzku.  Była  tak  miękka,  tak  piękna,  tak  upragniona,  że  aż 

westchnął.  „Ta,  Shepherd  i  Stein  dobrze  się  spisali.”  Wielkodusznie  wybaczył  im  ich  tchórzostwo  i 
podwoił zaledwie cenę skarbów, dla których dostarczenia ryzykował życie. 

„Ko... cha... nka, kochanka, kochanka.” - Kristine starała się zrozumieć to słowo wypowiedziane z tak 

dziwnym akcentem. 

Gdy wreszcie jej się to udało, zaczerwieniła się, zwłaszcza wtedy, gdy jej dotknął. 
- Nie - wykrztusiła, a potem nadała swoim słowom więcej mocy. 
- Nie, nie jestem kochanką. 
- Nie moją? - Uniósł brwi koloru przypraw, przypraw takich jak cynamon: ciemny, bogaty i tajemniczy. 
- Nie, nie pańską. 
- Szkoda, hm? - Uśmiech znów rozpromienił jego twarz, tym razem jeszcze bardziej niebezpieczny. 
Tak. To słowo samo ukształtowało się w jej umyśle, skąd w panice starała się je wygnać. 
- Jestem... - Wzięła głęboki oddech i spróbowała raz jeszcze. - Jestem Kristine, Kristine Richards. 
-  Kreestine,  Kreestine?  -  powtórzył,  uśmiechając  się  znowu  i  starając  się  rozluźnić  ją  trochę.  Kristine 

bynajmniej  nie  czuła  się  swobodnie,  widząc  zmysłowy  zarys  jego  ust  i  błysk  mocnych  białych  zębów. 
Zmysłowości należało za wszelką cenę unikać, tego nauczyła się w twardej szkole życia. 

- Nie, tylko jedno Kristine - wyjaśniła, gdy już udało jej się odzyskać głos. 
- Aa, Kreestine - powtórzył przeciągle imię, nadając specjalny ton drugiej sylabie. - Bardzo ładne. 
-  To  dosyć...  sympatyczne  imię  -  wykrztusiła,  zastanawiając  się,  kiedy  jej  mózg  będzie  miał  zamiar 

zacząć znów normalnie funkcjonować. 

- Nie. - Wolno potrząsnął głową i jego uśmiech zbladł. Ujmując brodę dużą, szorstką ręką przechylił jej 

głowę do tyłu, zupełnie unieruchamiając ją łagodnością swego dotyku i błyszczącym w oczach światłem: - 
Kreestine jest ładnie - zamruczał, zbliżając swoje usta do jej, ogrzewając jej wargi ciepłem oddechu. 

Gorąco  ogarnęło  jej  ciało  pod  wpływem  najlżejszego  dotknięcia.  Gdy  stopiły  się  ich  usta,  opuściła  ją 

resztka  rozsądku.  Zupełnie  poddała  się,  gdy  silne  ramię  ogarnęło  jej  talię  i  przyciągnęło  bliżej, 
dostatecznie  blisko,  by  mogła  czuć  napięcie  każdego  mięśnia  jego  torsu,  twardość  podbrzusza, 
dostatecznie blisko, by poczuć nagły przypływ pożądania, i twarde jak stal uda. 

„Dobry Boże” - pomyślała, czując ogarniającą ją słabość. Jego język poprosił o to i został wpuszczony 

do głębi jej ust. Poczuł słodycz, piżmową słodycz jak miód z odległego lądu i całował zapalczywie, by 
nasycić się tym dzikim, egzotycznym smakiem. 

Zaczarowana.  Uczucie  nie  do  opisania  przeniknęło  jej  umysł,  gdy  chwila  stawała  się  fantazją  coraz 

bardziej nierzeczywistą. Zaczarowano ją i musiała przerwać tę magię, zanim jeszcze stwierdzi, że jej się 
to podoba. 

Więcej  niż  piękno.  Kit  odkrył  tak  wiele  w  jej  pocałunku.  Pierwszy  moment  zadziwienia  szybko 

przerodził się w ciekawości, a potem w poszukiwanie. Pogłębiał pocałunek i przyciągał ją wciąż bliżej, 

background image

tak jak i on sam był przyciągany. 

Powinna  być  kochanką,  pomyślał,  ale  nawet  jako  zwykły  strażnik  jego  domowego  ogniska  była  mu 

przyjemniejszą  niż  ktokolwiek  inny.  Miał  rację  przybywając  do  tej  niewidzianej  nigdy  ziemi  swoich 
rodziców.  Nie  byłby  z  niego  żaden  mnich.  Żadne  niepowodzenia  nie  mogły  zmienić  faktu,  że  nie  dla 
niego przeznaczone było życie ascety. Chciał przeżyć to życie z całym jego bólem i radością. 

Zbierając  siły  do  tego,  co  jak  wiedziała  było  jej  jedyną  szansą,  Kristine  odepchnęła  go.  Gdzie  też 

podziewał się Mancos akurat wtedy, gdy był jej potrzebny. 

- Aaiieyah - szeptał miękko w jej usta, pozwalając odepchnąć się. 
Patrzyła oszołomiona na pełen bólu wyraz jego twarzy. Wielkie nieba! Czyżby go zraniła? 
Zraniła go? Co też przychodziło jej do głowy? Powinna była go spoliczkować. 
- Pies lubi cię bardziej niż mnie? - spytał. 
Poszła  za jego  spojrzeniem.  Ogromne  szczęki  Mancosa  ściskały  drelichową  nogawkę,  a  bez  wątpienia 

także  i  znajdującą  się  pod  nią  nogę.  Zupełnie  pochłonięty  tym  zajęciem  pies  nie  wydawał  żadnych 
dźwięków. 

- Mancos, szu, szu. - Trzepnęła go połą szlafroka wdzięczna za chwilowe odwrócenie jej uwagi i danie 

chwili na złapanie oddechu. Co, na Boga, działo się z nią, że zatracała się w nim, jak jakaś cierpiąca na 
porażenie słoneczne pensjonarka? 

- Sza, sza - słyszała, jak powtarzał ponad jej głową. 
-  Szu,  szu-uu  -  poprawiła  go  instynktownie,  a  dopiero  potem  zastanowiła  się,  czy  nie  straciła 

przypadkiem zmysłów. 

- Sza, sza, Mancos. Sza, sza. - Podniósł stopę i lekko nią potrząsnął. - Sza, sza. - Pies posłuchał go, ale 

tylko na chwilę. Najpaskudniejsza głowa na kontynencie podniosła się tylko po to, żeby sięgnąć do krocza 
mężczyzny.  Zaśmiał  się  głęboko,  śmiechem,  który  przeszył  Kristine  na  wskroś.  A  potem  przepełnił  ją 
wstydem ogromnym jak sama ziemia. 

- To nie do ciebie Mancos. - Odsunął psa na bok. - To do Kreestine. 
Zdała  sobie  sprawę,  że  jej  jedyną  nadzieją  mogło  być  nagłe  zniknięcie,  o  czym  niestety  nikt  nigdy  w 

tych  okolicach  nie  słyszał.  I,  oczywiście,  nic  takiego  się  nie  stało.  Jej  szczęście  nie  sprzyjało  ostatnio 
cudom. 

A  może  jednak?  Poczuła  narastający  w  gardle  śmiech,  ale  nie  potrafiłaby  powiedzieć,  czy  była  to 

dojrzała  reakcja,  czy  też  początek  histerii.  Wykorzystał  tę  okazję,  by  skraść  pocałunek  z  jej  policzka, 
pochylając przy tym głowę blisko do jej twarzy; warkocz opadł mu na ramię. Wiedziała już, że to, z czym 
walczyła, było histerią. 

- Namaste, Kristine - mruczał. 
- N-namaste... - Wiedziała, kim był, wiedziała, że mógł być tylko jedną osobą, a wciąż nie mogła jeszcze 

w to uwierzyć. 

- Kautilya Carson - powiedział w powstałej ciszy, gdy umilkł już jej drżący głos. 
- Kit Carson? - spytała bez tchu, nigdy nie słyszawszy przedtem tego drugiego imienia. 
- Na Zachodzie mówią Keet, tak. 
-  Mnich  buddyjski?  -  spytała,  próbując  przekonać  się  o  prawdziwości jednej  z  najbardziej  wątpliwych 

pogłosek, jakie o nim słyszała. 

-  Nie,  nie  jestem  mnichem.  -  Zaśmiał  się  i  pogładził  ją  znów  po  policzku,  jakby  trzeba  jej  było 

przypomnieć o pocałunku, który dzielili przed chwilą. - Uciekłem, zanim mnie wykastrowali. 

- Oni kastrują mnichów? - Nie wyczytała nic na temat kastrowania w podręcznikach do religioznawstwa. 
- Próbują, duchowo - wyjaśnił. - Ale niektórzy lubią chłopców. 
Z pewnością nie czytała o tym w żadnym podręczniku. 
- Nie martw się. - Zaśmiał się znowu. - Nie dostali mnie. Smakujesz jak kawa. Czy masz kawę? 
Absolutnie nie wierzyła w to, co mówił. Nie wierzyła w nic. 
Smakował  jak  miód,  a  ona  jak  kawa.  Ledwie  co  się  spotkali,  a  pochłonięci  byli  jak  dotąd  jedynie 

seksem. Coś takiego zdarzało się w jej życiu na tyle rzadko, i to tak dawno temu,  że nie pamiętała już 
zupełnie,  o  co  chodziło  w  tych  wszystkich  zachodach.  Nie  pamiętała  aż  do  chwili,  kiedy  jej  to 
przypomniał. O tak, rzeczywiście przypomniał jej wszystko. Potrzebowała teraz wrócić do łóżka i ponow-

background image

nie rozpocząć ranek, tym razem normalnie. 

-  Tak  -  zawołała  przestraszona,  uświadamiając  sobie,  że  łóżko  było  ostatnim  miejscem,  do  którego 

śmiałaby się teraz udać. - Tak, mam kawę. 

- Dobrze. - Sięgnął po torbę wiszącą na jej ręku i zarzucił ją sobie na ramię. - Napijmy się kawy. 
Pokonując pięć kroków, które dzieliły ją od drzwi wejściowych, potknęła się o samo powietrze. 
- Ostrożnie, Kreestine. - Zaśmiał się i lekko pochylił do przodu, by ją podtrzymać. Pod wpływem dotyku 

jego ręki poczuła jeszcze większy zamęt w głowie. - Czy zraniłaś się? 

- Nie, nie zraniłam się. 
„Muszę koniecznie przestać powtarzać się cały czas” - pomyślała. Tym razem wpadła na coś twardszego 

niż tylko powietrze. 

- To moja wina. 
Uśmiechnął się. Wiedziała, że właśnie to musiałby przestać robić, by jej serce mogło znów zacząć bić 

normalnym  rytmem.  Schylił  się  i  podniósł  ogromną  parcianą  torbę,  zarzucając  ją  sobie  na  ramię.  Na 
drugim ramieniu umieścił wielki kufer, taki jak te, które już piętrzyły się w salonie. 

Gdyby nie widziała tego na własne oczy, nigdy nie uwierzyłaby. Nawet z toną przygniatającego go do 

ziemi  bagażu  poruszał  się  z  większym  wdziękiem,  niż  mogłaby  to  sobie  wyobrazić,  jakby  jego  stopy 
wcale nie dotykały ziemi. 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

-  Myślę,  że  popełniłeś błąd  -  powiedziała Kristine.  „Im  prędzej  uporam  się  z  tym  i  wyślę  go  w  dalszą 

drogę,  tym  lepiej”  -  dokończyła  w  myśli.  Co  wciąż  nie  wyjaśniało,  dlaczego  nalewała  mu  w  tej  chwili 
filiżankę  kawy.  Stał  z  drugiej  strony  kuchennego  barku,  nie  blisko, ale też  nie  tak  daleko, jak  by  sobie 
tego życzyła. Przynajmniej nie teraz, kiedy wciąż jeszcze czuła ciepło jego pocałunku, a na sobie miała 
szlafrok, którego lepsze dni zdecydowanie należały do przeszłości. 

- Błąd? - powtórzył. 
-  Tak,  błąd.  -  Filiżanka  zadzwoniła  o  spodeczek,  gdy  ją  uniosła.  Natychmiast  przyszedł  z  pomocą, 

podtrzymując  rękę,  co  spowodowało  tylko  szybsze  bicie  jej  serca.  Patrzyła  na  pokrytą  odciskami  dłoń 
przykrywającą jej palce na brzegu talerzyka. Dobrze widoczne żyły układały się we wzór przypominający 
deltę rzeki, życie płynące pod smagłą skórą zbiegało się tutaj w jedno. 

- Popełniłem w życiu wiele błędów, Kreestine. Czy mogłabyś powiedzieć dokładniej, o co ci chodzi? 
Jego  wyznanie  było  dla  niej  zaskoczeniem,  ale  nie  większym  niż  on  sam.  Nie  była  dokładnie  pewna, 

czego  się  spodziewała,  ale  nawet  w  najdzikszych  marzeniach  nie  mogłaby  go  sobie  wyobrazić.  Kto 
mógłby? 

Azjatycka wrażliwość malowała się w twarzy i ciele o czysto europejskich cechach, a tajemnice, które 

wyczytała w oczach, zaprzeczały kaukaskiemu dziedzictwu. Nosił długie włosy jak rycerze Khampas, ale 
ich kolor mówił co innego, opowiadał o szkockich górach i zamieszkujących je ludziach o jasnej cerze. 
Mimo muskularnego wdzięku ruchów i naturalnej swobody, z jaką nosił swój dziwny strój, nie wszystko 
w  tym  mężczyźnie  zdawało  się  harmonizować  z  sobą.  Nie  mogła  wyobrazić  sobie  żadnego  ciągu 
wydarzeń,  który  mógłby  popchnąć  go  do  azjatyckiego  klasztoru,  a  co  dopiero  wynieść  nagle  na 
skrzydłach sławy. 

Podniosła  oczy,  by  napotkać  jego  spojrzenie,  i  to  był  niewątpliwie  błąd.  Był  kolorem  i  energią, 

fascynującą,  realną  energią.  Gęste  rzęsy  ocieniały  orzechowe  oczy  i  smugi  zmęczenia  pod  mahoniową 
skórą. Nos miał prosty, ociosany boską ręką tak, by pasował do równin policzków, czystych rysów twarzy 
i mocnych szczęk oproszonych jednodniowym zarostem. 

Ten  gwałtowny  tok  myśli  zaskoczył  ją  i  uświadomiła  sobie,  że  przygląda  mu  się  już  zbyt  długo,  w 

pewien sposób zatracając się w magii jego oczu. Chrząknęła i przerwała czar. 

-  Nie  jestem  pewna,  kto  przysłał  cię  tutaj,  ale  musieli  ci  powiedzieć,  kim  jestem  i  że  nazywam  się 

Kristine Richards? 

-  Nikt  mnie nie przysłał  - powiedział z uśmiechem. Wrzucił garstkę kostek cukru do kawy, więcej niż 

nawet ona odważyłaby się wrzucić do jednej porcji. 

Musiał ją źle zrozumieć, więc spróbowała jeszcze raz. 

background image

- Nie rozmawiałeś z Harrym Fratzem lub z kimś z uniwersytetu? - spytała, chcąc pomóc jego pamięci i 

starając  się  ignorować  bicie  własnego  serca  za  każdym  razem,  gdy  pojawiał  się  na  jego  twarzy  ten 
szelmowski uśmiech. Podświadomie potrząsnęła głową, by zaprzeczyć swojej nerwowej reakcji na jego 
osobę i zanegować drżenie przebiegające wzdłuż kręgosłupa. 

Zmieszany uniósł w górę jedną brew, oczy mu się zwęziły. 
- Znasz Harry’ego Fratza? 
- Tak - powiedziała, opanowując śmieszny impuls, który pchał ją do ucieczki, i starając się być uprzejmą 

gospodynią. 

-  Ach,  więc  popełniłem  błąd  -  rzekł,  posyłając  jej  kolejny  łobuzerski  uśmiech.  -  Harry  nie  ma  dość 

wyobraźni, by pomyśleć o kochance. 

- Mam taką nadzieję! - wykrzyknęła zaszokowana, zapominając o uprzejmości i swoich rozważaniach. - 

Harry i ja jesteśmy związani pracą zawodową. - Kochanka, tego tylko brakowało! 

- To nie jesteś moją gospodynią? - Przechylił głowę na jedną stronę, warkocz przesunął się po szerokim 

barku.  Długie  włosy  bynajmniej  nie  ujmowały  mu  nic  męskości,  a  przeciwnie,  dodawały  jakiegoś 
szczególnego  uroku  temu  najbardziej  męskiemu  zwierzęciu,  jakie  kiedykolwiek  widziała.  Wszystko  w 
nim mówiło o dawno minionych stuleciach, każdy surowy rys postawy, każdy manieryzm, poza oczami, 
bo to, co wyczytała w nich było samym bezkresem. 

Odetchnęła głęboko, zanim odpowiedziała z całą godnością, na jaką mogła się zdobyć. 
- Nie, panie Carson. - Przerwała na sekundę, zdając sobie sprawę, jak bardzo nie na miejscu zabrzmiał 

ten tytuł. Pan, sugerowało pewien poziom kultury, który wątpiła, czy udało mu się osiągnąć. - Nie jestem 
pana  gospodynią.  Jestem  Kristine  Richards,  doktor  Richards.  Zastępuję  Harry’ego  Fratza,  o  czym 
zapewne wiedziałby pan, gdyby zadał pan sobie trud skontaktowania się z uniwer... - W głowie zapaliło 
jej się jasne światło alarmowe, powodując, że znowu przerwała. Gdy ponownie podjęła przerwany wątek, 
w  jej  spojrzeniu  było  wiele  sceptycyzmu.  -  A  jeśli  nie  rozmawiał  pan  z  nikim  na  uniwersytecie,  skąd 
wiedział pan, że ma przyjść tutaj? 

-  Poszedłem  za  kuframi.  -  Wskazał  ręką  gdzieś  za  siebie,  gdzie  na  podłodze  jej  salonu  piętrzyły  się 

kufry. 

Jego wyjaśnienia nie brzmiały zbyt przekonywająco. Mieszkała ponad pięć kilometrów za Fort Collins u 

podnóża  Gór  Skalistych  i  wiele  osób  miało  kłopoty  ze  znalezieniem  jej  domu,  nawet  używając  dobrze 
oznakowanej mapy. 

- Poszedłeś za kuframi - powtórzyła, starając się dać mu do zrozumienia, jak wielkie są jej wątpliwości. 
Siła niewinnego, a jednak dziwnie starego spojrzenia magnetyzowała ją. 
-  Rzeczy  obdarzone  siłą  zawsze  zostawiają  po  sobie  ślad.  To  zależy  od  ciebie,  czy  zechcesz  w  to 

uwierzyć - powiedział. 

„Rzeczy  obdarzone  siłą  -  powtórzyła  w  myśli.  -  Zgadza  się.”  Poruszyła  się  niespokojnie,  patrząc 

niepewnie na kufry. Wydawały się bardzo dziwne i bardzo stare. Miały ciężkie stalowe zawiasy i kłódki, 
specjalne  skórzane  wzmocnienia  na  rogach  i  żłobienia  w  metalu  łączącym  deski,  ale  nie  czuła,  by 
emanowała z nich jakaś siła. Szczerze mówiąc, cieszyła się, że nic takiego nie czuła. 

- Czy masz śmietankę? - zapytał. 
-  O,  tak  -  zająknęła  się,  odrywając  spojrzenie  od  kufrów.  Gdy  podawała  wyjęty  z  lodówki  kartonik 

śmietany,  jego  palce  musnęły  jej,  fizycznie  przypominając  o  energii,  którą  uosabiał.  Rzeczy  obdarzone 
siłą... 

„Niech to wszyscy diabli” - pomyślała. Ktoś powinien był ostrzec ją przed Kitem Carsonem. Harry to 

fajtłapa,  ale  z  pewnością  dziekan,  doktor  Chambers,  czy  dyrektor  jej  wydziału wiedzieli  więcej,  niż jej 
powiedzieli.  Mogłaby  zacytować  długą  listę  przeróżnych  artykułów  i  innych  materiałów,  które  razem  z 
Jenny zgromadziły na temat Kita Carsona, a które tak niewiele powiedziały jej o stojącym naprzeciw niej 
tajemniczym  człowieku,  zachowującym  się  tak,  jakby  zajechał  właśnie  do  jednej  z  euroazjatyckich 
gospod. 

Z przyklejonym do twarzy bladym uśmiechem odeszła trochę od barku. Spostrzegła pudełko pączków w 

czekoladzie i popchnęła je w jego kierunku. 

- Proszę się poczęstować pączkiem. Wrócę za moment. 

background image

Nie  można  by  chyba  powiedzieć,  że  pobiegła  do  swego  gabinetu,  ale  też  i  nie  ociągała się  zbytnio  po 

drodze. 

Kit  oparł  się  o  barek  i  wziął  pączka,  obserwując  Kristine,  jak  odchodziła  lekko  kołysząc  biodrami  i 

zdecydowanym  ruchem  unosząc  do  góry  ramiona.  Nie  było  to  tym,  czego  oczekiwał  lub  na  co  miał 
nadzieję, ale na początek wystarczy. 

Gwoli sprawiedliwości potroił wartość swoich skarbów. 
Shepherd i Stein zawiedli na całej linii, zwłaszcza w sprawie przeznaczenia kufrów. Harry Fratz, będąc 

jedynie wystraszonym głupcem, wyłożył jasno kwestię stanowiska uniwersytetu wobec kontrabandy. Nie 
chcieli  mieć  nic  wspólnego  z  jego  bardziej  wątpliwymi  działaniami  niezależnie  od  tego,  jak  szlachetna 
byłaby ich motywacja. Jego partnerzy powinni byli przyjąć wysłane z Neapolu kufry, pozostawiając jemu 
zadanie uzyskania dokumentów potrzebnych do uspokojenia ich zbiorowego sumienia. 

Niekonwencjonalne  metody  dostarczania  tybetańskich  zbiorów  zdecydowanie  odstraszały  ich, ale  miał 

nadzieję,  że  przynajmniej  Shepherd  będzie  odporniejsza.  Liczył  na  to,  że  jej  przekonania  okażą  się 
wystarczająco silne, by potrafiła znieść niewielką burzę chińskiego gniewu i czczych pogróżek. Mylił się, 
obarczyła kuframi tą oto, nic nie podejrzewającą profesor uniwersytetu. 

Nie  miał  ochoty  marnować  energii,  złoszcząc  się  na  któregokolwiek  z  nich.  Wiedział,  czym 

najprawdopodobniej zakończy się jego misja na długo przed przekroczeniem tybetańskiej granicy. 

Turek,  najpotworniejszy  bandyta  na  całej równinie,  pragnął  spróbować  raz jeszcze  zatopić  nóż  w  jego 

sercu. Chińczycy wysiali za nim list gończy, a Nepalczycy wyrzucili go z ziemi, w której się urodził. Nie 
mógł tam wrócić legalnie, jeszcze nie teraz. 

Rozważył ryzyko i stwierdził, że warto je podjąć, żałował tylko, że Kristine Richards nie miała tej samej 

szansy. Ale z powodu jej nieświadomości przy przyjmowaniu kufrów, które jego partnerzy i uniwersytet 
posłali pod jej adres, czy też z powodu tchórzostwa Steina i Shepherd, a może przez zrządzenie losu był 
teraz  za  nią  odpowiedzialny.  To,  co  wyczuł  w  jej  pocałunku,  najbardziej  przemawiało  za  zrządzeniem 
losu. Zbyt wiele lat spędził w twardej szkole buddyjskich mnichów, by nie zaufać w tej chwili własnym 
instynktom,  które  wciąż  były  łagodnie  i  przyjemnie  rozbudzone.  Zbyt  długo  był  bez  kobiety,  by  nie 
cieszyć się jej obecnością teraz, jakiekolwiek miałby być jej warunki. Ogólnie rzecz biorąc, nie żałował, 
że sytuacja przybrała taki właśnie obrót. Nie wątpił też, że będzie w stanie ochronić Kristine do czasu, gdy 
nie zakończy swoich spraw. A może zwiększy cenę czterokrotnie i włączy także ją do udziału w zyskach. 
Bez wątpienia miała już swój udział w podjętym ryzyku. 

Sięgając  po  następnego  pączka,  wstał  i  podszedł  do  kufrów.  Przyklękał  przy  każdym  z  nich, 

metodycznie  sprawdzając  kłódki  i  trzymając  cały  czas  pączka  między  zębami.  Ciężkie  zamki  były  nie 
uszkodzone.  Nie  dała  mu  żadnego  powodu,  żeby  miał  podważać  jej  uczciwość,  ale  skrzynie  przeszły 
przez wiele rąk, zanim trafiły ostatecznie do niej. 

Ugryzł  kawałek  pączka  i  przejechał  łagodnie  ręką  po  jednym  z  kufrów.  Odnalazł  legendarny  klasztor 

Chatren-Ma  oraz  Kah-gyur  -  buddyjskie  pismo  ostatniego  wielkiego  chana,  Kublai.  Uśmiechnął  się 
szeroko. No, przynajmniej to, co pozostało w klasztorze do dzisiaj, mniej więcej jedna piąta tomu z całego 
stutomowego zbioru. A jak dotąd było to i tak więcej, niż udało się komukolwiek dostać w swe ręce, i 
gwarantowało mu pełny żołądek aż po kres jego dni. 

W  swoim  gabinecie  Kristine  desperacko  ściskała  słuchawkę,  wsłuchując  się  w  przytłumione  głosy  na 

drugim końcu linii. Zaczęła od końca swojej listy, dzwoniąc najpierw do Harry’ego, ale ani rozmowa, ani 
podsłuchiwanie nie były zbyt owocne. 

-  Doktor  Richards?  -  żona  Harry’ego  znów  odezwała  się  na  linii.  -  Bardzo  mi  przykro,  ale  Harry  ma 

niewielki nawrót choroby i nie jest w stanie przyjmować dziś żadnych telefonów. 

„Nawrót choroby, już to widzę” - pomyślała Kristine. 
-  Bardzo  mi  przykro  -  powiedziała  słodko,  pukając  ołówkiem  w  blat  biurka.  -  Tak  dobrze  wyglądał 

zeszłej nocy. 

- Tak, no cóż, myślę, że to przyjęcie, to było trochę ponad jego siły. Jestem pewna, że zadzwoni do pani, 

gdy tylko poczuje się lepiej. 

„Nie  radziłabym  pani  ręczyć  za  to  głową,  pani  Fajtłapowo”  -  przeniknęło  jej  przez  myśl,  a  głośno 

powiedziała: 

background image

- Dziękuję i proszę powtórzyć mu, że jego przyjaciel, Kit Carson przyjechał nareszcie. Jestem pewna, że 

teraz, kiedy jest w mieście, będzie chciał spotkać się z Harrym. 

-  Hm....  nie  sądzę,  żeby  to  był  najlepszy  pomysł.  Lekarze  obawiają  się,  że  Harry  wciąż  jeszcze  może 

zarażać innych czy coś w tym stylu... Do widzenia. 

Usłyszała  trzask  odkładanej  słuchawki.  Odsunęła  aparat  i  bacznie  mu  się  przyjrzała,  przesuwając 

jednocześnie  ołówek  w  palcach.  Albo  żona  Harry’ego  kłamała,  albo  połowę  pracowników  wydziału 
historii uniwersytetu w Kolorado czekało dosyć ciężkie lato. Jeżeli Kristine uwierzyłaby, że Harry może 
zarażać, jej następnym krokiem byłoby wykupienie akcji szpitala w Poudre Valley. 

Zamiast  tego  zadzwoniła  do  doktora  Timnatha,  który  bardzo  wygodnie  dla  siebie  właśnie  wyjechał  z 

miasta. Wygodnie dla niego, ale nie dla Kristine. 

W ten sposób pozostawał jej tylko dziekan Chambers, człowiek, od którego zależał jej tytuł profesorski. 

Podlizywała mu się przez całe ostatnie dziewięć miesięcy i naprawdę nie miała ochoty zrujnować jednym 
nieodpowiedzialnym  telefonem  tego  perfekcyjnego  obrazu  służalczości,  jaki  zapewne  zdążył  już  sobie 
wytworzyć.  Może,  jeśli  nie  dawałaby  ujścia  swojej  irytacji,  wszystko  byłoby  okay.  On  powinien  być 
zdecydowanie zainteresowany informacją, że ten wyjęty spod prawa osobnik przyjechał już, aby zamiesz-
kać pod jej dachem. 

Dopuszczając  do  głosu  jedynie  przyjemne  myśli,  Kristine  wcisnęła  końcem  poobgryzanego  ołówka 

numer dziekana. 

- Halo! - Po trzecim sygnale odebrał sam Chambers. Głębokiego basu jego głosu nie można było nigdy 

pomylić. To był jeden z głównych elementów, których używał do zastraszania. 

- Dzień dobry, doktorze Chambers, mówi Kristine Richards. 
- Tak? 
„To tyle tytułem wstępnych grzeczności” - pomyślała. 
-  Dzwonię,  by  poinformować  pana,  że  właśnie  przyjechał  Kit  Carson,  i  zastanawiałam  się...  hm, 

zastanawiałam się, co chciałby pan, żebym z nim zrobiła? 

- Zrobiła z nim, doktor Richards? 
Podniosła  oczy  ku  górze.  Gdy  opuszczała  spojrzenie  w  dół  oszołomił  ją  widok  tego,  co  zobaczyła  w 

salonie.  Wyjęty  spod  prawa  czy  nie,  to  niemożliwe,  żeby  Kit  Carson  robił  to,  co  wydawało  jej  się,  że 
robił. Wyciągnęła głowę i z rosnącym zdumieniem obserwowała, jak zawinął coś w papierową bibułkę i 
poślinił brzeg. 

- Doktor Richards? - Głos Chambersa zagrzmiał w jej uchu. 
- Tak - syknęła do słuchawki. - Co mam z nim zrobić? On jest... - Przerwała raptownie, unosząc głowę i 

wąchając  powietrze.  Tytoń.  Natychmiast  uspokoiła  się.  Ale  już  za  moment  zirytowała  się  ponownie, 
patrząc,  jak  wydmuchuje  kółeczka  dymu  w  jej  krystalicznie  czyste  górskie  powietrze.  Perfekcyjne 
kółeczka dymu, jedno po drugim, małe przechodzące przez duże, pojedyncze przez podwójne. Dym unosił 
się  nad  nim  w  koncentrycznych  kołach  długo  po  tym,  jak  powinien  był  się  już  rozproszyć.  Nigdy  nie 
widziała czegoś podobnego. 

-... sugerowałbym, żeby pani z nim popracowała. - Usłyszała ostatnie słowa dziekana. - Ma pani wstępne 

badania  Harry’ego.  Jeśli  ma  pani  wątpliwości  co  do  swoich  kwalifikacji,  powinna  pani  porozmawiać  o 
nich przed wyrażeniem zgody na pracę przy projekcie. 

Skupiła ponownie całą uwagę na prowadzonej rozmowie. 
- Nie, nie o to chodzi - powiedziała szybko. - Mam więcej niż wystarczające kwalifikacje, żeby zapisać 

wyniki  badań  Carsona,  ale...  -  „Ale  co,  Kristine?  Ale  cię  pocałował?  Doskonale,  właśnie  to  Chambers 
powinien usłyszeć.” - Ale on jest... ale ja jestem... ale on nie... 

- Czy ma pani jakiś problem, doktor Richards? - Głos dziekana przeciął jej zmieszanie jak sztylet. 
-  On  jest  dziwny  -  powiedziała  cicho,  zdając  sobie  sprawę,  jak  głupio  to  zabrzmiało.  Zachowała 

przynajmniej  tyle  przytomności  umysłu,  żeby  nie  wspominać,  że  był  większym  i  przystojniejszym 
barbarzyńcą,  niż  Chambers  mógłby  to  sobie  wyobrazić.  Zawsze  sądziła,  że  ten  obraźliwy  przydomek 
odnosił się do metod używanych przez Carsona, a nie do jego osobowości. Jego pocałunek zupełnie wybił 
jej to z głowy. 

-  Wydaje  się,  że  rzeczywiście  prowadził  dość  dziwne  życie  -  powiedział  doktor  Chambers.  -  Jeśli  ma 

background image

kłopoty z przystosowaniem się do nowego środowiska, sugerowałbym, żeby pomogła mu pani odnaleźć 
się w nowej kulturze. Pani wysiłki będą oczywiście nagrodzone. 

Miała już na końcu języka zwrot o „rzeczach obdarzonych siłą” i omal ich nie wypowiedziała. Powstrzy-

mała  się  wszystkimi  siłami.  Koncentrując  się  na  mglistej  obietnicy  nagrody,  starała  się  nawiązać  do 
jakiegoś wątku, gdzie mogłaby błysnąć inteligencją. 

- Czy poczynił pan jakieś kroki w sprawie zakwaterowania? - spytała. - Wydaje się być zupełnie nie zor-

ganizowany. - „Może niespecjalnie błyskotliwie, ale przynajmniej nie głupio” - pomyślała. 

-  Pozostawiam  to  w  pani  gestii,  proszę  mu  pomóc  oswoić  się  z  nową  kulturą.  Szczerze  mówiąc, 

wnioskując z wieści, które dochodziły do nas przez ostatnich parę miesięcy, nie byliśmy wcale pewni, czy 
pan Carson wywiąże się z kontraktu. Może się pani skontaktować z biurem zakwaterowania na wydziale. - 
Dziekan urwał na chwilę, Kristine usłyszała w jego głosie niepokojące wahanie. - Proszę pamiętać, doktor 
Richards, że jesteśmy zainteresowani jedynie ewentualnym spisem starożytnych szczątków pozostałych w 
Tybecie.  Zalecałbym,  żeby  skupiła  pani  swoje  wysiłki  na  badaniach,  za  które  zapłaciliśmy,  a  nie  na 
czymkolwiek  innym,  czym  mógłby  się  zajmować  pan  Carson.  On  jest  człowiekiem  obdarzonym 
różnorodnymi talentami, a nie ze wszystkimi jego poczynaniami chcielibyśmy być wiązani. 

„Znakomicie. Zupełnie doskonale” - pomyślała. 
-  Bardzo  mi  pan  pomógł,  panie  Chambers  -  powiedziała,  powściągając  sarkazm.  -  Dziękuję.  -  Z  nie-

smakiem odłożyła słuchawkę i oparła głowę na rękach, zdając sobie sprawę, że właśnie w iście królewski 
sposób posłużyli się nią, by uporała się z niezłym ambarasem. 

Dopaliwszy  papierosa.  Kit  podszedł  do  okna.  Przyjrzał  się  falistym  wzgórzom  prowadzącym  do 

zbiornika wodnego i znajdującej się za nim skarpy. Na równinie poniżej rozpościerało się miasto. Taras z 
czerwonego  drewna  otaczał  dom  od  wschodu  i  północy.  W  części  południowej  była  oszklona  ściana, 
kamienna posadzka i mnóstwo zalanych słońcem kwiatów. Ten dom był bardzo otwarty, zupełnie inaczej 
niż jego - daleko w górnym dorzeczu rzeki Kai Gandaki w Nepalu, blisko granicy tybetańskiej. Jego dom, 
w którym  mieszkał przez  ostatnich kilka lat, zbudowany był tak, by chronić przed zimowym  mrozem i 
wiatrami  często  omiatającymi  wąwóz.  Jej  zapraszał  żywioły  do  środka.  Chętnie  rozkoszowałby  się 
wygodami, których obietnicę zdawał się tu widzieć. 

„Wygody i towarzystwo - pomyślał - gdyby tylko nie mały defekt w postaci braku zaproszenia.” Jego 

partnerzy najwyraźniej nie uważali za stosowne, by wysłać jakieś wyjaśnienie razem z kuframi, czy też 
zorganizować  mu  zakwaterowanie.  Najprawdopodobniej  wcale  nie  spodziewali  się,  że  uda  mu  się 
wydostać z Tybetu żywym, a już na pewno nie po tym, jak Turek ruszył do walki o obiecaną za jego życie 
nagrodę. Ta kobieta miała doktorat i wyczuwał w niej większą jeszcze inteligencję, niż sugerowałby sam 
tytuł. Na pewno przemówią do niej rozsądne argumenty, a jeśliby nie, wiele nauczył się o sztuce perswazji 
od swojego drugiego ojca, Sang Phali. 

Wciąż jeszcze w gabinecie Kristine czekała na kolejne połączenie telefoniczne, zdając sobie sprawę, że 

jej szanse topniały szybciej niż śnieg w ciepłym kraju. Mieszkania wydziałowe były zarezerwowane do 
soboty,  do  mieszkań  dla  małżeństw  studenckich  była  długa  na  dwie  strony  lista  oczekujących,  a 
akademiki jeszcze przez dwa tygodnie gościć miały uczestników Chrześcijańskiej Krucjaty. 

Sekretarka odezwała się ponownie na linii: 
- Doktor Richards? 
- Tak? 
- Ktoś zrezygnował w Corbert Hall, ale... 
- Bierzemy to - wyrwało się Kristine. 
- Ale to nie jest pokój jednoosobowy - dokończyła sekretarka. 
-  To  już  jego  problem  -  mruknęła  pod  nosem  Kristine  i  trzydzieści  sekund  później  podała  sekretarce 

wszystkie informacje, jakie miała: jego imię i nazwisko oraz adres wydziału historii, pod który miały być 
wysłane rachunki. 

Osiągnąwszy  pierwszy  tego  dnia  sukces,  ruszyła  po  kolejny,  którym  miało  być  pozbycie  się  z  domu 

najbardziej intrygującego mężczyzny, jakiego spotkała od wielu miesięcy. Zdawała sobie w pełni sprawę 
z ironii całej sytuacji. 

- Mamy szczęście - zwróciła się do niego, wchodząc do pokoju. 

background image

-  Czułem  to  samo  -  odpowiedział,  obracając  się  ku  niej  ze  swoim  łobuzerskim  uśmiechem.  Jego  oczy 

pociemniały od tego samego ciepła, które czuła w tym uśmiechu i które wypędziło spokój z jej serca. 

Obroniła  się  przed  intensywnością  jego  spojrzenia,  owijając  się  szczelniej  szlafrokiem.  Było 

zdecydowanie zbyt wcześnie rano, by takie myśli powstawały w jej głowie, a on był jej zbyt obcy, by je 
wywoływać. 

Ale  nie  czuła  tej  obcości,  gdy  ją  całował,  a  dzień  miał  za  mało  godzin,  by  mogła  wyjaśnić  tę 

niespójność. 

-  Chciałabym  powiedzieć,  że  znalazłam  miejsce,  gdzie  można  się  zatrzymać.  Uniwersytet  pokryje 

koszty, ale... - bezwiednie potrząsnęła głową jak on i mówiła trochę wolniej - obawiam się, że będzie pan 
miał towarzysza. - Nagle zdała sobie sprawę z tego, co robi i zamilkła. - Czy jest jakiś problem? 

- Muszę zostać tutaj, Kreestine - powiedział, obejmując gestem ręki cały dom. Jej dom. 
- Tutaj? Dokładnie tutaj? - Z pewnością musiała źle zrozumieć. Coś za często jej się to ostatnio zdarzało. 
Kiwnął głową i jeszcze raz zdała sobie sprawę, że nieświadomie robi to samo, włosami muskając jego 

ramię. Z wysiłkiem odwróciła głowę w drugą stronę. 

-  Nie.  Wcale  tak  nie  uważam.  -  Energicznie  potrząsnęła  głową.  -  To  niemożliwe,  żebyś  tu  został.  To 

zupełnie wykluczone. Niemożliwe. 

- Konieczne - odparował. 
- Nierozsądne - powiedziała jeszcze bardziej stanowczo. 
- Takie jest przeznaczenie. 
- Przeznaczenie? 
-  Wzięłaś  na  siebie  odpowiedzialność  za  kufry.  W  zamian  za  to  ja  muszę  przyjąć  na  siebie 

odpowiedzialność za twoje bezpieczeństwo. Nie ma innego wyjścia. 

Kristine  patrzyła  na  niego  całkowicie  zdezorientowana.  W  pierwszym  odruchu  chciała  dzwonić  do 

Chambersa  i  ponownie  wyjaśnić  sytuację,  tym  razem  podając  więcej  szczegółów.  Albo  jeszcze  lepiej 
zażądać, by osobiście porozmawiał z Carsonem i sam przekonał się na co była narażona przez cały ranek. 
On potrzebował czegoś więcej niż tylko kontaktu z nową cywilizacją. Potrzebował kompletnego kursu o 
zachodniej kulturze. Trochę wykładów z logiki również by mu nie zaszkodziło. 

-  Dobrze,  a  więc  doszliśmy  do  porozumienia  -  powiedział  Kit,  biorąc  jej  milczenie  za  zgodę, 

zadowolony,  że  nie  musiał  uciekać  się  do  bardziej  energochłonnych  sposób.  W  czasie  długiej  podróży 
zmęczył się nie tylko jego umysł, ale także i ciało. - Będę potrzebował jedzenia i odpoczynku. A potem 
zajmiemy się sortowaniem fotografii i załączonych do nich notatek. Jeden z mułów wpadł do przełęczy, a 
drugiego  straciliśmy  podczas  przeprawy  przez  rzekę,  ale  oba  te  wydarzenia  miały  miejsce  na  początku 
podróży  i  jestem  pewien,  że  zwierzęta  niosły  tylko  zapasy,  a  nie  dzienniki.  Niemniej  jednak  musimy 
sprawdzić spis. W cieniu Mount Tise napadnięto na nasz obóz, ale raz jeszcze bogowie sprzyjali nam i 
bandyci nie dostali tego, po co przyszli, chociaż jeden z powoźników został ranny. Czasami tak się dzieje, 
nieprawdaż? 

Ta  niesamowita  historia  pobudziła  jej  wyobraźnię,  mimo  wewnętrznego  głosu  ostrzegającego,  by 

przerwała  tę  litanię  katastrof  i  zażądała,  by  wyszedł,  zanim  jeszcze  jej  wyobraźnia  kompletnie  nie 
zawładnęła  zdrowym  rozsądkiem.  Ale  im  dłużej  mówił,  tym  bardziej  była  ciekawa,  zwłaszcza  przygód 
Harry’ego, kiedy był jeszcze zdrowy. 

- Dlaczego Harry opuścił ekspedycję? - spytała śmiało o to, co budziło jej najbardziej niepokojące pode-

jrzenia. - Po tym co wydarzyło się z mułem, czy zrobił to w czasie napadu? 

Kit zachichotał i potrząsnął głową. 
- A, Harry, zupełnie nie był stworzony do przygód, brakowało mu ducha. Opuścił karawanę wkrótce po 

przekroczeniu granicy tybetańskiej, czym nie bardzo się przejęliśmy. To właśnie jego muła straciliśmy. 

- Nie był chory? 
- Tylko ze strachu. 
Bezwiednie  zacisnęła  pięść  w  geście  zwycięstwa.  Podejrzewała  to  już  poprzedniego  wieczoru,  a  teraz 

uzyskała  pewność.  Fajtłapa  zwiał  z  wyprawy,  za  uczestnictwo  w  której  oddałaby  wszystko.  Przeprawy 
przez rzekę, znikające muły, bandyci. Teraz, zamiast sama być okryta sławą dokonanego odkrycia, została 
przydzielona do sortowania i pisania, co wcale nie wymagało ochrony osobistej, jak sugerował Carson. 

background image

Spojrzała  na  niego,  przyznając  w  duchu,  że  znakomicie  nadawałby  się  do  tej  roli,  gdyby  istniała  taka 

potrzeba. Ale nie istniała, twardo przypomniała sobie. Sam pomysł był śmieszny. Zdaniem Kristine żadna 
kobieta nie potrzebowała mężczyzny do obrony, czy czegokolwiek innego. Doskonale radziła sobie sama 
przez  ostatnie  cztery  lata.  Prawdę  mówiąc,  radziła  sobie  teraz  znacznie  lepiej  niż  przedtem.  Nie  miała 
najmniejszego  zamiaru  zrujnować  tego  świetnego  połączenia  pracy  i  siebie  samej,  pozwalając,  by jakiś 
nazbyt charyzmatyczny buntownik dyszał w jej usta, podczas gdy ona ratowałaby jego projekt z bałaganu, 
jaki uczyniła garstka mężczyzn. 

Nabierając  głęboko  powietrza,  przygotowywała  się  do  wyjaśnienia  mu  swojego  stanowiska  w 

oficjalnym tonie, pasującym do łączącego ich czysto profesjonalnego związku. 

- Obawiam się, że przez najbliższych parę dni będzie panu musiał wystarczyć pokój w akademiku, panie 

Carson.  -  Raz  jeszcze  użyła  tego  tytułu,  tak  pasującego  do  okoliczności,  ale  zupełnie  nie  do  samego 
mężczyzny.  - W sobotę będzie pan mógł przeprowadzić się do jednego z wydziałowych apartamentów. 
Goszczenie  pana  w  moim  domu  zdecydowanie  wykracza  poza  moje  obowiązki  czy  też  nakazy 
gościnności. Mam nadzieją, że rozumie mnie pan. 

I  taką  właśnie  gorącą  nadzieję  miała.  Nie  wiedziała,  co  mogłaby  zrobić,  gdyby  nie  zechciał  jej 

zrozumieć. Wezwanie policji wydawało się nie tylko zbyt pospieszne, ale i nie bardzo korzystne dla jej 
kariery. 

-  A  więc  nie  doszliśmy  do  porozumienia?  -  spytał,  wyglądając  na  zaskoczonego.  Było  to  dla  niego 

rzadkie uczucie, jeśli właściwie odczytywała jego reakcję. 

- Nie, nie doszliśmy. 
- Myślałem, że zrozumiałaś... 
- Chciałabym, żebyś ty zrozumiał - powiedziała, nie dając mu dokończyć. 
Tłumiąc  ziewnięcie.  Kit  spuścił  wzrok  i  przejechał  ręką  po  włosach.  Sang  Phala  nauczył  go  wielu 

rzeczy, ale stary lama z pewnością nigdy nie miał do czynienia z żadną Amerykanką. Zastanawiał się, czy 
wszystkie były tak stanowcze, czy to tylko wyjątkowa cecha charakteru Kristine. Był przyzwyczajony do 
kobiet,  które  słuchały  bez  pytania,  i  mało  wiedział  o  kobietach,  które  postępowały  inaczej.  To  było 
interesujące doświadczenie. Interesujące i odrobinę irytujące. 

Kristine skrzyżowała ręce na piersi i obserwowała uważnie, jak przyjmie jej ultimatum. Nie wyglądał na 

rozgniewanego, ale nie wydawało się też, żeby zrezygnował. Za nic nie mogła zrozumieć, dlaczego tak 
nalegał na pozostanie tutaj. Rzeczywiście, odwzajemniła jego pocałunek z niezwykłym entuzjazmem, ale 
wszystko,  co  robiła  od  tamtej  pory,  miało  na  celu  zniechęcenie  go.  Gdyby  jej  były  narzeczony  miał 
chociaż połowę nieustępliwości Carsona, byłaby teraz mężatką, zamiast wkraczać w staropanieństwo ze 
swoimi naukowymi tytułami, jako jedyną pociechą. 

Może  powinna  spróbować  przyjąć  inną  postawę  i  odrobinę  wzmocnić  swój  autorytet.  Nawet  jeśli 

otaczało  go  w  tym  momencie  więcej  niesławy  niż  sławy,  był  niewątpliwie  wybitnym  naukowcem, 
goszczącym w ich mieście. 

-  Jeśli  woli  pan  hotel,  jestem  pewna,  że  uniwersytet  zapłaci  za  pokój  i  wyżywienie.  -  Już  i  tak 

zainwestowali  w  ten  projekt  tysiące  dolarów. Jakie  znaczenie  mogło  mieć jeszcze  kilkaset?  -  Jest  kilka 
dobrych hoteli w Fort Collins, jeden z nich całkiem blisko uczelni. W „Górskim Zajeździe” jest basen, a 
znajduje się on dosłownie kilka kroków od mojego biura. Albo jest... 

„Więc niech tak będzie” - pomyślał Kit, słuchając jednym tylko uchem, jak wyliczała zalety przeróżnych 

pensjonatów,  w  których  wcale  nie  miał  zamiaru  zamieszkać.  Ignorancja i  niewinność nigdy jeszcze  nie 
dały mu żadnego wsparcia, chociaż swego czasu miał pod dostatkiem obydwu. Nie chciał jej przestraszyć, 
ale nie zostawiła mu innego wyboru. 

-  Kreestine  -  przerwał  jej  i  zaczekał,  aż  niepodzielnie  skupi  na  nim  całą  uwagę,  a  także  spojrzenie 

fiołkowych oczu. - Inni mogą nie odnaleźć śladu tak łatwo, ale jeden przyjdzie na pewno i zanim znajdzie 
mnie, najpierw znajdzie ciebie. Nie mogę odejść, zanim nie będzie powszechnie wiadomym, że to czego 
szuka, nie jest już w moich rękach. 

„Jak ściana, to było jak mówienie do twardej jak skała ściany” - pomyślała Kristine. 
-  Kto  będzie  przychodził  i po  co?  -  spytała  zupełnie już  zrozpaczona,  chcąc  zmusić  go,  by  powiedział 

coś konkretnego, cokolwiek zamiast wciąż owijać sedno sprawy w bawełnę. 

background image

Kit powiedział wreszcie, że szczegóły nie są istotne, ale szybko przerwał, widząc ostrzegawczą iskierkę 

w jej oczach. Nie tylko fakty, ale całą prawdę ze wszystkimi niewiadomymi i ukrytymi możliwościami. 

-  Turek  przyjdzie  po  skarby  Chatren-Ma  -  oznajmił.  Ostatnie  słowa  wypowiedział  miękko,  jak 

inwokację. 

Natychmiastowa  zmiana  w  wyrazie  jej  oczu  powiedziała  mu,  że  doskonale  wiedziała,  co  to  imię 

oznaczało. 

Kristine  otworzyła  usta,  by  coś  powiedzieć,  ale  żadne  słowo  nie  padło.  Ten  mężczyzna  posiadał 

niewiarygodną zdolność zamieniania jej w słup soli, ale w tej chwili zdecydowanie przeszedł już do sedna 
sprawy. 

W końcu udało jej się wykrztusić słowo „niemożliwe”. 
-  Trudne  i  niebezpieczne,  ale  nie  niemożliwe  -  powiedział.  -  Nie  dla  mnie  i  nie  dla  Turka.  To  on 

poprowadził bandycki napad na nasz obóz. Ocean go nie zatrzyma. 

Zupełnie niemożliwe, wciąż wmawiała sobie Kristine w milczeniu. Ukryty w niej naukowiec odmawiał 

wiary w istnienie legendarnego klasztoru zagubionego w śniegach i chmurach wysokich Himalajów. Już 
prędzej uwierzyłaby w Atlantydę, czy Shargrila. Znała słynną legendę Chatren-Ma. Miało być to miejsce 
wiecznego  spoczynku  doczesnych  szczątków  lama  z  Saskya  i  Kah-gyur  przełożonego  przez  niego  na 
mongolski dla Kublai Chana, Mongoła, który dokonał podboju Chin w trzynastym wieku. Jako historyk 
specjalizujący się w międzyhimalajskim regionie Azji, rozciągającym się do Himalajów w Afganistanie 
poprzez Indie, obejmując kraje, takie jak Nepal i Tybet, czytała wiele legend. Tybet zwłaszcza miał ich 
pod  dostatkiem.  Zakazana  ziemia  w  obfitości  płodziła  bogów,  legendy  oraz  demony  i  niewielu 
naukowcom udało się jak dotąd uchylić rąbka ich tajemnicy. 

A  teraz  był  tutaj  Kit  Carson,  Kautilya,  sam  będący  wielką  tajemnicą,  równą  tym  o  których  czytała, 

opowiadający jej o Chatren-Ma i bandytach. Przede wszystkim o bandytach. 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

Kristine  wiedziała,  że  obecnie  każde  miejsce,  gdzie  prowadzono  badania  archeologiczne  roiło  się  od 

bandytów. Zwłaszcza jeśli było to miejsce otoczone legendą, jak większość z nich była, zanim odkrył je 
ktoś z oficjalnym tytułem naukowym. Nie pomagało to wcale żadnemu archeologowi, jako że wszystko w 
Tybecie  było  zbyt  święte,  by  można  prowadzić  tam  wykopaliska.  Stąd  też  zainicjowana  przez  Carsona 
prowizoryczna  inwentaryzacja  widocznych  szczątków  historycznych,  określenie,  które  zapewne 
interpretował maksymalnie szeroko, a nawet i wykraczał poza nie. Nic dziwnego, że Harry stchórzył. 

-  Czy  klasztor  był  nietknięty?  -  Nie  mogła  powstrzymać  się  od  zadania  tego  pytania,  ale  natychmiast 

poczuła się głupio. Jak nie istniejący klasztor mógł być nietknięty? Ale może, jedynie może, czasami w 
nocy gwiazdy tworzyły takie konstelacje, pod którymi zdarzały się cuda. Chatren-Ma! 

- Czy dasz mi tydzień na załatwienie spraw? - spytał, ignorując jej pytanie. 
Teraz ona go zignorowała, z wysiłkiem opanowując drżenie głosu. Wydawał się tak pewny siebie. 
- Czy możesz to udowodnić? 
„Zadawaj  ciosy  i  odparowywuj”  -  pomyślał  Kit,  pozwalając  by,  nikły  uśmiech  pojawił  się  na  jego 

twarzy.  Nie  chciał  jej  przestraszyć  i,  jak  widać,  nie  uczynił  tego.  Dlaczego  na  samym  początku 
uniwersytet nie przysłał mu tej kobiety? Odstawiając Harry’ego do granicy tybetańskiej, stracił dwa dni, 
które mógłby wykorzystać na uzyskanie przewagi nad Turkiem. Ale gdyby uczelnia znała jego prawdziwą 
misję,  nie  przysłałaby  nikogo.  Dlatego,  aby  przekonać  Chińczyków  o  swoich  bardziej  szlachetnych 
pobudkach, potrzebował, aby chociaż formalnie ktoś od nich brał udział w wyprawie. 

Kristine  patrzyła,  jak  zdejmował  zawieszony  na  szyi  klucz.  Kilkoma  krokami  przemierzył  odległość 

dzielącą go od kufrów. Mimo koniecznego sceptycyzmu podniecenie burzyło w niej krew. Otwierał jeden 
kufer po drugim, nie po to, żeby odsłonić ukryte w nich skarby, które okazały się być jedynie zwojami 
płótna  koloru  kości  słoniowej,  ale  by  pokazać  same  kufry.  Skrzynie  wyłożone  były  wewnątrz  czarnymi 
jak noc, długimi, wąskimi prostokątami, których brzegi były gładkie od dotyku wielu rąk. Na każdym z 
drewnianych  bloków,  wyryte  w  niezwykle  delikatny  sposób,  widniały  rzędy  skomplikowanego  pisma. 
Kristine  zakryła  dłonią  usta  i  postąpiła  krok  do  przodu.  Paski  skóry  przemieszane  z  beżowym  płótnem 
oproszonym czernią wyścielały przestrzeń między blokami, chroniąc je w ten sposób. 

background image

- Mój Boże - szepnęła, przysuwając się bliżej. Wyciągnęła rękę, ale nie dotknęła niczego. Materiał był 

czymś  więcej  niż  tylko  zwykłym  płótnem.  Zapakował  do  skrzyń  modlitewne flagi,  wyściełając  miejsce 
dla pokrytych drukiem bloków warstwami świętych inwokacji do bogów. 

- Trzeba je będzie dokładnie zbadać - zamruczała - oddać do laboratorium, określić wiek i zanalizować. 

Mój Boże. - Przysunęła się jeszcze bliżej, zaglądając pod wieko jednej ze skrzyń i cały czas walcząc z 
sobą, by nie dotykać niczego. Przechyliła głowę mocno na bok, studiując jeden z bloków. 

- Wygląda na mongolskie, ale trudno dokładnie to określić, a poza tym nie jestem ekspertem. 
- Ale ja jestem, Kreestine. Moi partnerzy wiedzą o tym i drogo zapłacą, żeby dostać to, co przywiozłem. 

Przeprowadzą swoje własne testy. 

Odwróciła się gwałtownie, a słowa „rabowanie grobów” przemknęły jej przez myśl. 
- Nie możesz ich sprzedać! 
- Oczywiście, że muszę je sprzedać. Nie jestem w stanie ochraniać ich w nieskończoność. Już do tej pory 

wielokrotnie narażałem swoje życie i życie wielu innych, aby wywieźć Kah-gyur Kublaia z Azji. 

„Kah-gyur Kublai Chana - pomyślała - ukryty przez wiele stuleci w klasztorze Chatren-Ma”. Nagle zbyt 

dużo  elementów  zaczęło  pasować  do  siebie:  pogłoski  dochodzące  z  Azji,  sposób  w  jaki  sam  nagle  się 
zjawił,  bez  żadnego  uprzedzenia,  presja  wywierana  na  nią  przez  uniwersytet,  ostateczne  ostrzeżenie 
doktora  Chambersa,  odcięcie  się  Harry’ego  od  całej  sprawy.  Wszystko  układało  się  w  logiczną  całość 
poza jej głupotą i naiwnością, z jaką kupiła tę historię. Zawsze uważała, że inteligencja była jej mocniej-
szą stroną, lub przynajmniej równie mocną jak uroda, aż do dzisiejszego ranka. 

- Nie mogę wybaczyć kradzieży bezcennego historycznego reliktu, dziedzictwa narodu tybetańskiego  - 

powiedziała  stanowczo.  Sprzeciwienie  się  mu,  temu  barbarzyńcy  z  zamarzniętych  bezkresów  „dachu 
świata”  wymagało  więcej  odwagi,  niż  sądziła,  że  ma.  Historycy  nie  składali  przysięgi  Hipokratesa  w 
momencie otrzymywania swoich dyplomów, ale były pewne granice, których przekroczyć nie mogła. On 
znajdował się po ich drugiej stronie. - Powinnam zadzwonić na policję. 

- Już od miesiąca z powodzeniem udaje mi się wyprowadzać w pole przeróżne władze, Kreestine - po-

wiedział miękko. - Byłby to dosyć niestosowny moment na to, żeby mieli mnie w końcu dostać w swoje 
ręce. 

Jej puls znów przyspieszył rytm, twarz zapłonęła. W co ona się wpakowała? 
- Powinieneś był pomyśleć o tym, zanim ukradłeś Kah-gyur. 
-  Niczego  nie  ukradłem.  Twój  uniwersytet  nie  jest  jedyną  instytucją  zainteresowaną  przetrwaniem 

tybetańskiej historii i jej zabytków. Dla Tybetańczyków uratowanie własnego dziedzictwa stanowi dużo 
wyższą stawkę. Skontaktowali się ze mną i obiecałem zrobić dla nich to, co zrobiłem. 

- Rząd tybetański? - spytała przekonana, tylko w niewielkim stopniu. 
- Rząd tybetański na uchodźstwie. Czy rozumiesz? 
Tak, rozumiała. Wiedziała,  że  Chińczycy,  którzy  napadli  na Tybet  w  1950 roku,  zmuszając dalajlamę, 

politycznego  i  duchowego  przywódcę  narodu,  do  emigracji,  ryli  świętą  ziemię  bez  żadnych  skrupułów, 
gdy  tylko  znaleźli  cokolwiek,  co  uważali  za  cenne:  uran,  złoto  lub  jakiekolwiek  miejsce  religijnego 
zjednoczenia prześladowanego narodu. 

„Wygnaniec Carson - pomyślała. - Jego imię dobrze do niego pasuje. Gdzie mógł zwrócić się o pomoc 

rząd  na  uchodźstwie,  jeśli  nie  do  innego  wygnańca?  Kto  inny,  jeśli  nie  wyjęty  spod  prawa  wygnaniec, 
poważyłby się na taką ekspedycję? I kto, oprócz Carsona, mógłby zakończyć taką misję sukcesem?” 

Nie zaakceptowała twierdzenia o przedmiotach obdarzonych siłą, a przynajmniej nie do końca. A jednak 

na tyle dużo prowadziła samodzielnych badań, żeby wiedzieć, że jeśli ktoś pragnął czegoś wystarczająco 
mocno, zwykle osiągał to. Bagaż, który przejechał pół świata, a zwłaszcza skrzynie tak oryginalne jak te, 
zostawiał za sobą na kilometr długi sznur różnych papierów. Swój podpis nabazgrała ostatnio trzy razy na 
dokumentach podsuniętych jej przez Boba. Nic dziwnego, że Carson odnalazł ją. 

Zdała  sobie  sprawę,  że  miała  do  wyboru  dwie  możliwości.  Mogła  pozwać  uniwersytet  do  sądu  za 

lekkomyślne narażanie jej osoby lub też paść na kolana i dziękować Bogu, a także Harry’emu Fratzowi, 
za danie jej tej świetnej okazji. Jeśli Carson kłamał, była wystarczająco sprytna, by zdystansować się od 
oszustwa,  zanim  przybrałoby  ono  druzgocące  rozmiary.  Było  to  ryzyko,  którego  ani  Harry,  ani 
uniwersytet  najwyraźniej  nie  chcieli  podjąć,  biorąc  pod  uwagę  zwłaszcza  sposób,  w  jaki  Carson  zdobył 

background image

Kah-gyur.  Jeśli  mówił  prawdę  i  jeśli  ona  potrafiłaby  to  wykorzystać,  już  niedługo  dziekan  Chambers 
potulnie jadłby jej z ręki. Wyobraziła sobie siebie w aureoli sławy, odrzucającą oferty z Yale, Harvardu, 
Stanfordu i czekającą na Cambridge lub Oxford. 

„Uspokój się - Kristine - powiedziała sobie. Przemyśl to dokładnie.” 
Ale  podniecenie i  bezbrzeżna  ciekawość  zaciemniały  jej  umysł.  Ze  swoim  życiowym  doświadczeniem 

umiała już rozpoznać niebezpieczne pokusy, również dlatego, że uległa im więcej razy, niż chciałaby się 
do  tego  przyznać.  Kiedyś  już,  zaślepiona  podnieceniem,  zgodziła  się  poślubić  doktora  Johna  Garraty, 
swego  mentora  na  uniwersytecie  w  Kolorado,  i  decyzja  ta  okazała  się  być  zupełną  katastrofą, 
prześladującą ją przez całe życie jak przysłowiowy zły szeląg. 

Ale Chatren-Ma... To stawka, dla której warto było złamać swoje zasady. Miała do zyskania cały świat, 

a do stracenia jedynie zdrowy rozsądek i trochę snu, dopóki pod jej dachem zamieszkiwał Carson. 

Kit  wyczuwał  jej  wahanie  i  czuł,  jak  zaskakująca  siła  ambicji  przeważała  szalę  na  jego  korzyść.  To 

wystarczyło, by zdecydował się na drobne nadużycie. A jednak nawet wyciągając rękę, by pogładzić jej 
brew, zastanawiał się nad tym nowym wymiarem  kobiety, którą początkowo wziął za czyjąś kochankę i 
gospodynię.  Odwaga  u  obu  była  godna  podziwu,  ale  ambicja  i  inteligencja  mogły  okazać  się 
niebezpieczne u tej pierwszej. Musiał obserwować ją bacznie, by w razie potrzeby ochronić ją nie tylko 
przed Turkiem, gdyby ten ich odnalazł, ale także przed nią samą. 

Na  chwilę  potrzebną  do  upewnienia  się,  że  udzielała  mu  gościny,  na  którą  tak  nalegał,  dotknął  ją  w 

milczeniu, zapominając o kłopotach. 

Powiedz tak. Kreestine. Nie będziesz tego żałować, a ja jestem już zmęczony nie kończącą się dyskusją o 

czymś, co już dawno jest przesądzone. 

Kristine cofnęła się o krok, zastanawiając się, co u licha zmusiło go do tego, by dotknąć jej raz jeszcze, i 

dlaczego sprawiło jej to taką przyjemność. Próbowała ukryć swoje zażenowanie, wypowiadając pierwszą 
rzecz, jaka jej przyszła na myśl. 

- Musisz być zmęczony. 
- Tak, Kreestine - powiedział miękko. - Jestem zmęczony. 
Na lepsze czy na gorsze, wiedziała już teraz, co ma robić. 
Dziesięć minut temu łamała sobie głowę, próbując znaleźć sposób na pozbycie się nieproszonego gościa. 

Teraz nie miała zamiaru spuścić go z oka, dopóki nie dostanie tego, czego chciała: przyszłości, w której to 
ona rozdawałaby karty. 

-  Hm,  nie  możesz  zostać  tutaj  -  powiedziała.  -  To  znaczy,  nie  w  domu.  Ale  jest  pokój  nad  garażem  i 

możesz z niego swobodnie korzystać, dopóki... dopóki nie pozbędziesz się tego, co przywiozłeś. - Znowu 
się zawahała. Twarde negocjacje nie były jej mocną stroną, ale była zdecydowana uzyskać coś dla siebie z 
tego swojego przeklętego szczęścia. - Chcę... 

Ucieszył ją, delikatnie przesuwając palcem po jej podbródku. 
- Dla twego bezpieczeństwa i mojej przyjemności spełnię twój warunek. Moim jedynym życzeniem jest 

umieszczenie  Kah-gyur  w  bezpiecznym  miejscu.  Podzielę  się  z  tobą  całą  swoją  wiedzą  na  temat 
Chatren-Ma. - Złożył dłonie razem, skłaniając jednocześnie głowę w geście posłuszeństwa. - Z tym darem 
możesz szukać swojego przeznaczenia, jak tylko zechcesz. 

Albo  też  mężczyzna  posiadał  niesamowitą  intuicję,  albo  czytał  w  jej  myślach,  co  było  oczywiście 

śmieszne. Spojrzała na niego z ukosa. Śmieszne, upewniła się. Nikt nie mógłby wyczytać nic w głowie, 
którą najwyraźniej straciła. 

 
-  Po  prostu  wróć  tam  natychmiast  i  każ  mu  się  wynosić!  -  krzyczała  Jenny  w  słuchawkę.  -  Na  Boga, 

Kristine, nie mogę uwierzyć, że zaprosiłaś mężczyznę, żeby zamieszkał razem z tobą w tej głuszy! 

- To nie jest głusza, Jenny - powiedziała Kristine, umieszczając przenośny telefon pomiędzy ramieniem i 

uchem, zajęta przekopywaniem szuflady w poszukiwaniu pary jednakowych skarpetek. - A poza tym mam 
już matkę. Potrzebują zaś przyjaciela, który... 

- I powinnam zadzwonić do niej natychmiast, żeby powiedzieć, co zrobiła jej szalona córka. Muriel nie 

spodoba się to, moja młoda damo. Wcale się jej to nie spodoba. 

- Cóż, nie mam zamiaru jej o tym mówić i jeśli ty nie powiesz, wcale się nie dowie. - Wiele razy w ciągu 

background image

ostatniego  roku  Kristine  poddawała  w  wątpliwość  słuszność  decyzji,  by  wybrać  sobie  jako  asystentkę 
najstarszą absolwentkę w dziejach wydziału historii. Żaden inny profesor nie musiał tolerować zwrotów w 
rodzaju  „moja  młoda  damo”  z  ust  własnych  asystentów  ani  ciągłego  podważania  swojej  wiedzy  w 
dziedzinie żywienia. Ale Jenny wielokrotnie już dowiodła swojej wartości, zwłaszcza gdy przychodziło 
do drobiazgowej pracy badawczej i zakulisowych rozgrywek. 

- Poza tym, Jenny, to ty namawiałaś mnie do tej pracy. 
-  Myślałam,  że  praca  z  tym  człowiekiem  może  się  okazać  pomocna  dla  twojej  kariery.  Nie 

spodziewałam się, że się z nim zaprzyjaźnisz! 

-  Nie  zaprzyjaźniłam  się  z  nim.  -  „Różowe,  białe,  niebieskie,  w  paski,  w  serduszka,  bawełniane, 

nylonowe,  wełniane.  Jak  to  możliwe,  żeby  ktoś  miał  tyle  skarpetek,  z  których  żadne  dwie  chociaż 
odrobinę  nie  byłyby  do  siebie  podobne?”  -  zastanawiała  się  Kristine,  wkopując  się  coraz  głębiej  w 
kolorową  plątaninę.  -  Potrzebuję,  Jenny,  żebyś  przez  najbliższy  tydzień  pokręciła  się  trochę  po  biurze, 
udając osobę niezwykle zajętą. Daję ci wolną rękę. Zorganizuj to, na co masz ochotę, zapomnij o reszcie. 
- Wybrała purpurową skarpetkę i, o dziwo, udało jej się znaleźć także drugą do kompletu. 

- Knujesz coś, Kristine, i chcę wiedzieć, co to jest. Za każdym razem, gdy zbliżam się do tego kubła ze 

śmieciami, ty mdlejesz. 

- A więc wykorzystaj to, że jestem chwilowo nieprzytomna. 
- Powiedz mi, Kristy - nalegała starsza kobieta. 
Kristine przysiadła na brzegu łóżka, by naciągnąć skarpetki i momentalnie poderwała się. Przedzierając 

się  przez  kłębowisko  kocy  i  prześcieradeł  odnalazła  teraz  dawno  zagubioną  szczotkę  do  włosów  i 
wpakowała ją do kieszeni szlafroka. 

-  Robię  tylko  to,  Jenny,  co  mi  kazałaś.  Jest  to  manewr  taktyczny,  który  pozwoli  mi  wspiąć  się  trochę 

wyżej po szczeblach kariery. 

-  Kristine.  -  Jenny  wypowiedziała  jej  imię  wolno,  z  władczą  nutką  w  głosie,  do  której  upoważniał  ją 

wiek. - Wiem, że ten mężczyzna ma międzynarodową reputację, ale nie jest ona aż tak dobra i nie jest to 
też powód, żebyś miała w łóżku przebyć swoją drogę na szczyt. 

-  Zszokowałaś  mnie, Jenny,  naprawdę  mnie  zszokowałaś.  -  Uporała  się  zjedna  skarpetką  i  sięgnęła  po 

drugą. - Wiesz, że nie ma takich powodów, dla których poszłabym z kimś do łóżka. - W momencie kiedy 
już wypowiedziała te słowa, zdała sobie sprawę, że nie powinna była w ogóle wdawać się w jakiekolwiek 
dyskusje. 

-  Nie  stajesz  się  też  coraz  młodsza  -  kontynuowała  Jenny.  -  Czas,  żebyś  wróciła  do  rzeczywistości. 

Muriel i ja wciąż nie możemy zrozumieć, dlaczego przestałaś spotykać się z Grantem Thorpem. 

-  Nie  spotykałam  się  z  nim.  Byłam  z  nim  na  trzech  randkach,  trzech  długich,  nudnych  randkach  i 

wolałabym, żebyście ty i moja matka nie rozmawiały o mnie za moimi plecami. Czy mogłybyśmy wrócić 
do spraw poważnych? 

- Mogłybyśmy, gdybym wiedziała, o jakich to sprawach rozmawiałyśmy.   
- Wystarczy, jeśli powiem, że Carson nie chce nigdzie przenieść skrzyń i nie chce również ich zostawić. 

Logiczne.  - Powstrzymała się od użycia słowa „ochrona”, wiedząc, że na pewno zdenerwowałoby to jej 
asystentką.  -  Jedyne  o  co  proszę,  to  żebyś  zajęła  się  wszystkimi  sprawami,  które  mogą  się  pojawić  w 
następnym tygodniu. Najwyraźniej nikt nie chce mieć z nim do czynienia, więc nie powinnaś mieć zbyt 
wiele kłopotów. 

- Nikt poza tobą - domyślnie podsumowała Jenny. - Jak on wygląda? 
- Nie uwierzyłabyś, gdybym ci powiedziała. - Przeniosła słuchawkę do drugiego ucha, zrzucając szlafrok 

i  wieszając  go  na  haku.  Chwilę  później  zsunął  się  na  ziemię,  ale  była  już  pochłonięta  wciąganiem  na 
siebie dżinsów, z powodzeniem żonglując przy tym telefonem. 

- Wypróbuj mnie - powiedziała Jenny. 
- Więc, ma ten swój kasztanowy warkocz opadający na barki i... 
- Rudy? - przerwała jej Jenny. 
- Nie, ciemniejszy, bardziej orzechowy. Kiedy stoi w słońcu błyska w nim czerwień, ale wewnątrz domu 

jest raczej ciemnobrązowy. 

- Hm, jakiego koloru są jego oczy? 

background image

Kristine dopięła dżinsy i zamyśliła się chwilę. 
- Cynamonowe. Dokładnie jak cynamon i naprawdę łagodne i rzeczywiście stare. 
- Hmmm-mnun. 
- I ma jeszcze te złote bransolety, chyba z kilogram. - Na moment oderwała się od telefonu, naciągając 

na głowę czarny sweter. - Myślę, że są scytyjskie, jeśli możesz w to uwierzyć. 

- Rozumiem - powiedziała starsza pani surowym tonem. 
- Więc, co o tym sądzisz, Jenny? Czy zastąpisz mnie przez tydzień? 
- Tak, jeśli tylko rzeczywiście upewnisz się, że wiesz, co robisz. Czy jest tam Mancos? 
- Żywy i śliniący się. 
- Dobrze. Zadzwonię do ciebie, gdy ktoś zdecyduje się narazić na szwank własną reputację, interesując 

się Głupotą Fratza. 

Kristine usiadła z powrotem na łóżku, sięgając po tenisówki. 
- Ostatnim razem była to, jak pamiętam. Przechadzka Panny Richards Wśród Ruin. 
- Hm, tak  - przyznała Jenny, a potem dodała: - Zakłady są jeden do pięciu przeciw twoim szansom na 

zebranie czegokolwiek, co dałoby się opublikować przed końcem lata. Połowa wydziału nie sądzi, żeby 
Carson w ogóle miał się pojawić. Nigdy dotąd nie wyjeżdżał jeszcze z Azji. 

- Ale tym razem zrobił to. - powiedziała Kristine. 
- Inni uważają, że nie wywiąże się z zadania, na które otrzymał fundusze. 
- Jest u mnie siedem skrzyń wypełnionych dziennikami, fotografiami i innymi przedmiotami. - Cieszyła 

się, że Jenny nie może widzieć jej uśmiechu. - Nie martw się. Kto wie, czy we wrześniu nie będziesz już 
pracować dla szefa wydziału. 

Nie były to czcze przechwałki, uświadomiła sobie Kristine dziesięć minut później, szperając w jedynym 

kufrze,  do  którego  miała  na  razie  dostęp.  Zrobiony  był  z  surowego  drewna  i  zawierał  tylko  legalne 
badania,  żadnych  zakazanych  skarbów.  Dokumentacja  Carsona  była  drobiazgowa.  Notatki  i  fotografie 
były posegregowane i oznaczone odpowiednimi kolorami, opatrzone datami, numerami i wyprowadzone 
do zbiorczej listy z dołączonym  katalogiem pomocniczym. Jego wiedza była zdumiewająca. Wyciągnął 
wnioski  i  konkluzje,  na  które  ona  nigdy  by  się  nie  odważyła.  Przeczytawszy  jedną  czwartą  szkicu 
wstępnego jego dzienników, zrobiła sobie wystarczająco długą przerwę, by zdążyć zadzwonić do Jenny. 
Książka była już praktycznie napisana. 

- Przyjmę każdy zakład, dolar do dolara, podwójnie dla Harry’ego - powiedziała. 
- On postawił dwadzieścia - odpowiedziała Jenny. 
- A więc straci czterdzieści, ten mięczak bez kręgosłupa. 
Kilka godzin później Kristine wciąż jeszcze zajęta była wprowadzeniem do komputera listy zbiorczej, 

dwukrotnie sprawdzając zgodność numeru seryjnego i opisu z odpowiadającą mu fotografią. Lok włosów 
opadł  jej  na  oczy.  Wsunęła  go  z  powrotem  do  niesfornego  koka,  przypinając  mocno  wsuwką.  Palcami 
zaczesała czarną plątaninę na czubku głowy, drugi już raz dzisiaj zawieruszywszy gdzieś grzebień. 

-  Cudowne  -  mruknęła  przez  zaciśnięte  wokół  ołówka  zęby,  przyglądając  się  fotografii  pod  światłem 

stojącej na biurku lampy. Może i była szalona, pozwalając mu zostać tutaj, ale im dłużej o tym myślała, 
tym mniej obchodziły ją jego bandyckie metody, ponieważ sam projekt okazywał się być dokładnie tym, o 
czym  zawsze  marzyła.  A  wszystko  to,  nie  płacąc  tej  morderczej  ceny,  jaką  zaproponował.  Najpierw 
musiała zapisać legalne wyniki badań, to nie podlegało dyskusji, ale potem miała zamiar postawić na nogi 
doktora Johna Garraty’ego i cały zakład historii azjatyckiej. 

Podniosła  kubek  z  kawą  i  opadła  na  krzesło,  śmiejąc  się  niemal  w  głos.  Tak,  na  doktora  Garraty’ego 

czekała  niezła  niespodzianka.  Odłożyła  okulary  na  biurko  i  wolno  okręciła  się  na  krześle,  przenosząc 
wzrok  od  jednej  wyłożonej  książkami  ściany  do  drugiej,  a  później  spojrzała  poprzez  oszklone  drzwi 
balkonu na widniejące w oddali miasto. Nagle wyrósł przed nią sam Kit Carson. 

Wbiła  stopy  mocno  w  podłogę,  gwałtownie  zatrzymując  się  w  miejscu.  Odrobina  kawy  wsiąkła  w 

koszulkę, gdy pospiesznie wycierała plamę. 

Był  wykąpany,  ogolony  i  przebrany.  W  żaden  sposób  nie  była  przygotowana  do  ujrzenia  Carsona  w 

dżinsach i bawełnianej koszulce. Długi kaftan, który miał na sobie poprzednio, zakrywał wiele z tego, co 
wyczuła,  gdy  trzymał  ją  blisko  siebie.  Teraz  bez  tego  okrycia  musiała  zmierzyć  się  z  widokiem 

background image

szczupłego,  muskularnego  ciała,  smagłych  ramion,  wąskich  bioder  i  szerokich  barków  podkreślonych 
bielą czystej bawełny. 

- Namaste, Kreestine. - Uśmiechnął się do niej, przewiązując warkocz kawałkiem rzemienia. 
„Dom  jest  za  mały  dla  nas  dwojga  -  pomyślała  -  A  zwłaszcza  przy  jego  sposobie  wypełniania  sobą 

całego pomieszczenia przez samo wejście do niego.” Czuła się osaczona już wtedy, kiedy znajdował się 
jeszcze dobrych parę metrów dalej. 

-  Namaste..  Kit.  -  Wypowiedziała  jego  imię,  po  raz  pierwszy  czując,  że  znika  między  nimi  kolejna 

bariera,  ta  którą  szybko  starała  się  zrekonstruować.  -  Musisz  być  głodny.  Przygotowałam  ci  obiad. 
Chodźmy  do  kuchni.  -  Tam  było  przynajmniej  więcej  przestrzeni  niż  w  pokoju,  w  którym,  jak  jej  się 
wydawało  byli  obecnie  ściśnięci.  Odsunęła  krzesło  i  obchodząc  biurko  dookoła  marzyła  w  duchu,  by 
przeszedł już z progu, zanim ona tam dojdzie, prawie chcąc, by mógł odczytać jej myśli. - Mam nadzieję, 
że nie jesteś wegetarianinem  - ciągnęła. - Zapasy owoców i warzyw są dzisiaj bardzo znikome. Zwykle 
robię  zakupy  w  czwartek,  a  dzisiaj  mamy  środę,  więc  pójdę  po  nie jutro  -  paplała  dalej,  on jednak  nie 
ruszył się nawet o centymetr. - Jeśli miałbyś ochotę na coś specjalnego... 

Ujął dłonią jej ramię, zatrzymując w pół kroku i sprawiając, że jej serce znów zaczęło bić jak oszalałe. 
- Nie jestem wegetarianinem. - Objął spojrzeniem jej twarz, ani razu nie napotykając jej wzroku. 
- Dobrze więc - powiedziała. - Nie będzie ci przeszkadzać... „Co on robi? - Przeszkadzać...” - Podniosła 

rękę, by go zatrzymać, gdy chciał dotknąć jej włosów. 

„Dokonała  ze  swoimi  włosami  najbardziej  zadziwiającej  rzeczy”  -  pomyślał  Kit.  Podziwiał  siłę  woli, 

jakiej  wymagać  musiało  ujarzmienie  tego  dzikiego  żywiołu,  ale  na  nic  zdały  się  jej  wysiłki. 
Zdecydowanym ruchem wyciągnął spinkę. 

-  Czy  przeszkadza  ci?  -  zdołała  wykrztusić  zdumiona,  zabierając  mu  spinkę  i  próbując  wpiąć  ją  z 

powrotem, ale on już wyciągnął następną. W całym tym podnieceniu bardzo wygodnie zdołała zapomnieć 
o  bardziej  osobistym  wpływie,  jaki  na  nią  wywierał,  a  także  o  niekoniecznie  czysto  profesjonalnych 
chwilach  z  początku  ich  znajomości. Właśnie  przypomniał jej  o obydwu,  nie  pozostawiając  co  do tego 
żadnej wątpliwości. 

-  Przeszkadza?  -  powtórzył  Kit  i  uśmiechnął  się,  gdy  błyszcząca,  ciemna  masa  włosów  opadła 

oswobodzona.  Była  niezwykła,  o  delikatnej  twarzy  i  sylwetce,  lekko  zaokrąglona  we  wszystkich 
właściwych miejscach. Miałby wielką ochotę zobaczyć ją spowitą w jedwab koloru jej oczu. 

- Tak, przeszkadza - powiedziała. - Nie możesz tak po prostu chodzić sobie, rujnując ludziom fryzury. - 

Jeszcze kilka kosmyków opadło jej na czoło. Przegrywała bitwę na wszystkich frontach. 

- Fryzury? 
- Mój kok - powiedziała przez ściśnięte wargi. Ten mężczyzna był barbarzyńcą. Podniosła w  górę obie 

ręce, by uporać się z włosami i zobaczyła, że z koka nie zostało już nic, w co mogłaby wetknąć spinkę. 
Był za szybki, za szybki. 

- Brzydki kok - powiedział z figlarnym błyskiem w oczach. - Ładna Kreestine. 
Chciała  westchnąć,  lecz  w  tym  momencie  oddech  skradła  delikatna  pieszczota  jego  kciuka  na  jej 

policzku. Przez ułamek chwili myślała, że ma  zamiar znów ją pocałować. On jednak opuścił rękę i nie 
wiedziała, co począć z oczekiwaniem, które w niej zostało. 

- Czy masz telefon? - spytał. 
- Telefon? - powtórzyła, patrząc na niego i wciąż czując ciepło, które pozostawił na jej skórze. 
Usta ułożyły mu się w delikatny uśmiech. 
- Tak, telefon. 
Spłoniła się; czuła jak gorąco i zawstydzenie pokrywają jej twarz. 
- Telefon - powiedziała, z trudem odrywając od niego wzrok. - Oczywiście, jest na... jest... - Rozejrzała 

się po gabinecie, próbując przypomnieć sobie, gdzie trzymała telefon. - Jest na biurku. Oczywiście, że jest 
na biurku... gdzieś tam. - Ucichła. „Mój Boże, co za kompromitacja.” - pomyślała. Nigdy wcześniej nie 
przeszkadzało  jej  to,  ale  teraz  przeraził  ją  fakt,  że  środkiem  jej  dziedzicznego  niezorganizowania  był 
mężczyzna, którego każdy ruch wydawał się być w harmonii z siłami kosmosu. 

- Mogę skorzystać? 
-  Tak.  -  „Jeśli  tylko  uda  mi  się  go  znaleźć”  -  dodała  w  duchu,  podchodząc  do  biurka,  zarzuconego 

background image

stosami książek i papierów. Zauważyła podstawkę, telefon powinien być gdzieś obok. Gdzie też odłożyła 
tę  przeklętą  rzecz,  po  rozmowie  z  Jenny?  Czasami  wrzucała  telefon  do  szuflady,  kiedy  potrzebowała 
więcej miejsca do pracy. Kilka razy położyła go na podłodze. Tylko raz znalazła go w metalowym koszu 
na śmieci i przejmujący głos dzwonka przy następnym połączeniu przekonał ją, że nie było to najlepsze 
miejsce. 

Podszedł  do  niej  i  odsuwając  na  bok  stertę  jakiegoś  rękopisu,  do  którego  zabierała  się  przez  całe 

popołudnie,  bezbłędnie  odnalazł  telefon.  Podniósł  słuchawkę,  wciskając  całą  serię  liczb  na  tym  cudzie 
techniki. „Zamiejscowy”  -  zauważyła. Gdy skończył,  położył słuchawkę na podstawce i spojrzał na nią 
wesoło. 

- Czy uśmiechniesz się, Kreestine? 
Dzwonek  telefonu  przerwał  jej  długie  milczenie.  Zauważyła,  że  bez  najmniejszego  wahania  nastawił 

telefon  na  rozmowę  przez  głośnik.  Albo  dalekie  bezkresy  Nepalu  były  bardziej  zaawansowane 
technicznie,  niż  jej  się  to  zdawało,  albo  też  gość  spędził  dość  wiele  czasu  w  bardziej  cywilizowanych 
rejonach  Dalekiego  Wschodu.  A  może  przyswajał  sobie  zasady  działania  wszelkich  wynalazków 
najnowszej techniki, czego na pewno nie można by powiedzieć o niej. Żałowała, że nie zwróciła uwagi na 
to, które klawisze wciskał. Nastawienie telefonu na głośnik było sztuczką zdecydowanie przekraczającą 
jej możliwości. 

- Nie umiem śmiać się na rozkaz - powiedziała w odpowiedzi na jego dziwną prośbę. 
-  Może  więc  później?  -  Jego  uśmiech  nie  wymagał  specjalnych  zaproszeń  i  Kristine  zauważyła,  że 

odpowiada mu tym samym, lekko unosząc kąciki ust. 

- Dziękuję - powiedział z powagą. 
- Oczywiście, zawsze do usług. - Nawet zaśmiała się lekko. Nie wiedziała, co sądzić o tym tajemniczym, 

obcym człowieku, który wtargnął w jej życie i dom, przynosząc z sobą zakazane skarby i łatwe uśmiechy. 
Wiedziała  tylko,  że  ma  zamiar  maksymalnie  go  wykorzystać.  „A  raczej  jego  skarby”  -  poprawiła  się 
pospiesznie. Wykorzystać go, rzeczywiście. Sama myśl o tym była absurdalna. Ze wszystkich kobiet była 
najmniej  skłonna  robić  wielkie  halo  z  jednego  trochę  nadmiernie  przyjacielskiego  pocałunku.  Jej 
seksualne porażki zostały już kiedyś zgrabnie zasegregowane i ten raz jej wystarczał. Nawet więcej niż 
wystarczał. 

- Biuro Lois Shepherd - zabrzmiało w głośniku. - Słucham? 
Kristine posłała mu zdumione spojrzenie. 
-  Lo-eese,  poproszę.  -  Uśmiechnął  się  do  niej  ponownie,  a  zmarszczki  w  szczupłych  policzkach 

zarysowały się mocniej. 

- Mogę wiedzieć, kto mówi? 
- Kautilya Carson. 
- Proszę chwilę zaczekać. 
Nie,  pomyślała  Kristine  z  oczami  zwężonymi  podejrzliwie.  To  niemożliwe,  aby  dzwonił  do  kustosza 

największego muzeum historii naturalnej na Zachodnim Wybrzeżu. Gdyby dano jej kartkę papieru i pięć 
minut,  napisałaby  listę  dwudziestu  muzeów,  gotowych  błagać  o  danie  im  szansy  otrzymania  tego,  co 
przywiózł z Tybetu. Lois Shepherd z Muzeum Historii Naturalnej w Los Angeles, Lois Shepherd, kustosz, 
byłaby na pierwszym miejscu. 

- Kit? - Pełen niedowierzania głos odezwał się na linii. 
-  Namaste,  Lo-eese.  -  Wziął  do  ręki  jedną  z  wielu  książek  porozrzucanych  na  biurku  Kristine  i 

przeczytał grzbiet. 

- Kit! Udało ci się! 
- Udało mi się? - Spojrzał na Kristine z jedną brwią uniesioną pytająco. 
Ale Lois wyjaśniła, zanim Kristine zdążyła coś powiedzieć. 
- Przyjechałeś bez problemów. 
- Nie, Lo-eese. Miałem wiele problemów. - Odwrócił się w stronę biblioteczki, studiując tytuły książek. 

- Ale spodziewałaś się tego, nieprawdaż? 

- Hm, tak, ale kiedy omawialiśmy z Thomasem nasze główne wątpliwości, doszliśmy do wniosku, że nie 

wolno nam narażać muzeów. Wiedzieliśmy, co cię czeka, ale nigdy nie traciliśmy nadziei. 

background image

„Kim  był  Thomas  -  zastanawiała  się  Kristine.  -  I  odkąd  to  muzeum  w  Los  Angeles  było  częścią 

projektu?”  Nie  było  ich  na  żadnym  z  oglądanych  przez  nią  dokumentów,  no  ale  nie  było  tam  też 
Chatren-Ma.  Ten  człowiek  był  więcej  niż  tylko  wyjętym  spod  prawa  wygnańcem.  Był  wysokiej  klasy 
artystą,  uprawiającym  swoją  sztukę  w  doborowym  towarzystwie.  Jej  opinia  o  jego  profesjonalnych 
umiejętnościach  -  i  tak  już  wysoka  po  obejrzeniu  wykonanych  przez  niego  badań  -  podniosła  się  o 
kolejnych parę punktów. Chociaż wciąż jeszcze nie wiedziała, co o nim sądzić. 

-  Zgubiłaś  kufry,  Lo-eese  -  powiedział,  i  Kristine  słyszała  ciche  potępienie  w  jego  głosie.  -  Ta 

nierozwaga  spowodowała  wiele  komplikacji.  -  Wyjął  z  półki  książkę  i  wsunął  na  jej  miejsce  inną 
trzymaną w ręku. 

-  Nigdy  nie  jestem  nierozważna.  Kit,  nigdy  -  odpowiedziała  Lois  niezbyt  przejęta  się  jego  naganą.  - 

Choć przyznam, że czasami bronię swoich interesów. Oboje wiemy, dlaczego nie mogłam przyjąć kufrów. 
Jestem pewna, że Thomas myślał tak samo. I, oczywiście, odnalazłeś je. 

- Naturalnie. 
- Ha! Nic nie było naturalnego w sposobie, w jaki... - Przerwała nagle. - Gdzie jesteś? 
-  Z  Kreestine,  w  Kolorado.  -  Przeszedł  wzdłuż  półki,  aż  znalazł  miejsce  na  drugą  książkę.  Kristine  z 

zadowoleniem zauważyła, że nie tylko ona dawała czasami wymijające odpowiedzi. 

Z drugiej strony Lois nie wydawała się być w najmniejszym stopniu zadowolona. 
- Kristine? Kim jest Kristine? 
- Kobietą trochę mniej dbającą o własne interesy - odpowiedział mgliście. - Jest bardzo ładna. 
„A ja sądziłam, że wcześniej mnie zawstydził - pomyślała Kristine, zakrywając twarz ręką - co dopiero 

teraz.”  Właśnie  powiedział  jednemu  z  najbardziej  wpływowych  kustoszy  w  Ameryce,  że  była  bardzo 
ładna.  Niekoniecznie  tak  chciałaby  być  przedstawioną  i  nie  tak  wyobrażała  to  sobie,  czytając  jego 
dzienniki i marząc o sławie i chwale. 

-  Nigdy  nie  sądziłam,  że  ty...  -  zaczęła  Lois  zmieniając  nagle  zamiar.  -  To  nieważne.  Kiedy  możesz 

przyjechać do Los Angeles? 

Podniósł z biurka kolejną książkę i spojrzał na Kristine. 
- Czy chcesz jechać do Los Angeles? 
Śmiertelnie  przerażona  tym,  co  Lois  Shepherd  musiała  sobie  pomyśleć  na  jej  temat,  Kristine 

zaprzeczyła, natychmiast prawie uświadamiając sobie swój błąd. 

- Kreestine mówi nie - powtórzył. - Ty przyjedziesz tutaj. 
Milczące  zdumienie  kobiety  wypełniło  pokój,  dorównując  niemal  swą  intensywnością  zaskoczeniu 

Kristine. Nikt nie mówił Lois Shepherd, co ma robić. Nikt poza, oczywiście. Kitem Carsonem. 

- Zatem ważne - powiedziała domyślnie Lois, po czym przybrała znów swój oficjalny ton.  - Mogę być 

tam w poniedziałek. Czy to za późno? 

- Nie. 
- A więc do poniedziałku. Jaki to adres? 
Podał adres i skończył rozmowę, a potem wcisnął kolejną serię cyfr, najwyraźniej z pamięci. 
-  Czy  mógłbym  zjeść  tutaj,  Kreestine?  -  spytał,  podnosząc  na  nią  wzrok.  -  Mamy  wiele  do  zrobienia 

przed poniedziałkiem. Chciałbym, żebyśmy już zaczęli. 

„Oczywiście - pomyślała - czemu nie.” Nic, co by teraz zrobił, nie zdziwiłoby jej. 
- Biuro Thomasa Steina. - Kobiecy głos odezwał się w głośniku. - Czym mogę służyć? 
„Thomas Stein - pomyślała Kristine. - Ten Thomas Stein?” 
- Nie jadę do Chicago - powiedziała do Kita, by oszczędzić sobie dalszego wstydu. Po czym odwróciła 

się i uciekła do kuchni. 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Kit wywoływał zmieszanie także u innych. Kristine wyczytała je w twarzach osób spotkanych podczas 

czwartkowych  zakupów.  Na  pierwszy  rzut  oka  klasyfikowali  go  jako  wspomnienie  po  latach 
sześćdziesiątych,  ale  kiedy  powracali  do  niego  wzrokiem,  wtedy  malowała  się  w  ich  twarzach 
niepewność. Był pedantycznie czysty, a postawą nie przypominał kogoś zagubionego, poszukującego czy 
niespokojnego. Bardziej wyglądał na wojownika niż świętego, chociaż ku swemu zdziwieniu dostrzegała 
w nim również takie cechy. 

background image

Drogie  przedmioty  okalające jego  ramię  zdradzały  bogactwo  w  niecodzienny  sposób.  Bogactwo,  które 

nie  pasowało  do  prymitywnych  butów,  na  które,  jak  zauważyła  Kristine,  wiele  osób  zwracało  uwagę  - 
zwłaszcza kobiety, ogarniające go wzrokiem od stóp do głów. 

Pierwszy raz posprzeczali się w dziale warzywnym, gdy dwie zagapione na niego kobiety zderzyły się 

wózkami.  Jedna  z  nich  pchała  przed  sobą  przypiętego  do  wózka  niemowlaka,  który,  jak  stwierdziła 
Kristine, zdawał się być zachwycony całym wydarzeniem. 

- Mama, buch, buch? Buch, buch. 
Zmieszana kobieta uspokoiła dziecko, całując je w policzek, sama mocno spłoniona. 
-  Już  więcej  nie  będzie  buch,  buch.  Przepraszam  -  zwróciła  się  do  drugiej  kobiety,  która  jeszcze  nie 

całkiem wróciła na ziemię. - Przepraszam. 

- Ależ oczywiście, ja też przepraszam. 
Ich  oczy  spotkały  się  na  moment,  po  czym  obie  jednocześnie  odwróciły  się,  patrząc  na  Kita.  Kristine 

zaczynała zastanawiać się, czy ona sama nie stała się przypadkiem przezroczysta. Jasne, że był w pewien 
egzotyczny sposób intrygujący, a już niewątpliwie przystojny, ale przecież był tylko mężczyzną. Kobiety 
raz jeszcze spojrzały na siebie i zaśmiały, według Kristine, jakby bez tchu, zanim odeszły każda w swoją 
stronę. 

Odwróciła  się  do  lady  z  bananami,  by  nałożyć  kiść,  po  czym  zamarła  zdumiona.  Kilka  funtów 

pokrywało już dno wózka. 

- Nikt, absolutnie nikt nie jest w stanie zjeść takiej ilości bananów. 
-  Lubię je  -  powiedział  Kit  i  przeszedł do  melonów. Wziął  po jednym  w  każdą  dłoń,  podnosząc je  do 

nosa. Dwa mieściły się w granicach rozsądku, zgodziła się Kristine, ale zapakował cztery. 

- Lubię je. 
Wychodząc na zakupy, zaproponowała, żeby został w domu, i gdyby przypuszczała, jak wiele zwróci na 

siebie uwagi  i jakim  będzie  kłopotem,  nalegałaby  na to.  Chociaż  wątpiła, czy  przyniosłoby  to  właściwy 
skutek.  Z  jakiegoś  powodu  nalegał,  by  jej  towarzyszyć.  Mruknęła  coś  o  tym,  że  tybetańscy  bandyci  są 
rzadko spotykam w tej części Kolorado, ale tylko uśmiechnął się i poszedł za nią do samochodu. 

Drugi raz posprzeczali się dopiero w dziale kosmetycznym tylko dlatego, że dała za wygraną przy ladzie 

z mięsem. Zdecydowanie nie był wegetarianinem. 

- Myślę, że to wystarczy - powiedziała. 
- Ciężko je znaleźć - powiedział, dodając jeszcze jedną garść szczoteczek do zębów do wypchanego już 

po brzegi wózka. 

- Nie w Ameryce. 
Wolno skinął głową, jakby rozważając zawartą w jej stwierdzeniu prawdę, po czym dodał kolejną garść. 
- To rytuał mojego pierwszego ojca - wyjaśnił. 
- Pierwszego? 
- Zanim Sang Phala zabrał mnie do klasztoru. 
„O - pomyślała - Jego pierwszy ojciec przed mnichami. Dobrze. Za całe złoto Chin, którego większość 

zdawał  się  przywieźć  z  sobą,  nie  umiałabym  go  rozszyfrować.”  Kiedy  pracowali  wspólnie  cały  zeszły 
dzień,  jego  wiedza  w  każdym  punkcie  dorównywała  jej.  Ale  gdy  przychodziło  do  zwykłego  życia  na 
planecie zwanej Ziemią, jego znajomość rzeczy nie była już tak głęboka. A przynajmniej nie znajomość 
jej własnej kultury. Praktycznym, ale zarażeni pewnie i nieuprzejmym byłoby zadanie mu, bagatelka, ze 
stu  cisnących  się  na  usta  pytań.  Praktyczność  nigdy  nie  była  jej  mocną  stroną,  a  tym  bardziej 
nieuprzejmość.  Poza  tym  wścibianie  nosa  w  jego  życie  prywatne  sugerowałoby  pewną  zażyłość,  której 
zdecydowanie nie pragnęła. Wystarczy, że mieszkali razem. 

Jakby  na  przekór  własnej  skomplikowanej  logice  nie  powiedziała  jednak  nic,  dorzucając  jeszcze  do 

wózka  spory  zapas  pasty  do  zębów.  Po  prostu  zadanie  rozwikłania  tajemnicy  Kita  Carsona  przekaże  w 
ręce Jenny. Jego przeszłość nie miała żadnych szans wobec zapału Jenny i jej chęci zasłużenia się. Jako 
premię przyznałaby jej specjalne punkty za sprawne załatwienie całej sprawy. Im szybciej dowie się o nim 
czegoś więcej, tym lepiej dla spokoju jej ducha. 

Kit  zauważył  uśmiech  formujący  się  na  ustach  Kristine  i  oczy  płonące  ciekawością  jak  Mukinath. 

Uśmiechnął  się  do  siebie.  Odgadnięcie  przyczyny  nie  wymagało  z  jego  strony  szczególnego  wysiłku. 

background image

Wszystko,  o  czym  myślała,  miała  wymalowane  na  twarzy.  Polegał  na  jej inteligencji,  grał  na  ambicji i 
liczył  na  jej  śmiałość,  wierząc,  że  to  wszystko  daleko  go  zaprowadzi.  Zdawała  sobie  sprawę,  jaka  jest 
stawka, jeśli już nie konsekwencje gry, w której brała udział. Chciał pozwolić jej stanowić własne reguły, 
dopóki nie były one sprzeczne z jego. 

Po raz trzeci i ostatni pokłócili się przy wyjściu. 
- Nie - szepnęła ostro. 
- Pomóż mi, proszę - powiedział, zabierając się do liczenia bransolet. - Ile? 
- Żadnej. Zero. 
Brzęk zdejmowanych bransolet zelektryzował ją, schwyciła go za rękę, zanim zdążyła jeszcze pomyśleć. 

Cofnęła  ją  natychmiast  oparzona  gorącem  jego  skóry.  Zdając  sobie  sprawę,  że  nie  może  polegać  na 
swoich reakcjach emocjonalnych, postanowiła twardo nie inicjować więcej żadnego fizycznego kontaktu 
między nimi. 

- Ten człowiek nie przyjmie, twoich bransolet w ramach zapłaty - powiedziała akcentując każde słowo - 

więc zatrzymaj je na ramieniu. Wiedziała, że miał pieniądze, wiele pieniędzy, ale żadne z nich nie były 
walutą oficjalną w Stanach. Kiedy ze swojej skórzanej torby wysypał na stół kuchenny stos monet przez 
dwie  sekundy  nie  mogła wyjść  z  podziwu,  zastanawiając  się, jak  udało  mu  się  wwieźć  to  do  kraju.  Na 
Boga, miała nadzieję, że uda jej się doprowadzić do końca swoją rozgrywkę o Chatren-Ma, nie wchodząc 
w  konflikt  z  prawem  z  powodu  jego  innych,  rozlicznych  talentów,  jak  to  delikatnie  określił  dziekan 
Chambers. 

Skończyła wypisywać czek i wręczyła go kasjerowi. 
- Woli wziąć papier niż złoto? - spytał niezwykle głośno i wyraźnie. 
- To czek, zobowiązanie mojego banku do zapłacenia jego bankowi - powiedziała dyskretnie ściszonym 

głosem, ale jego wybuch śmiechu w odpowiedzi zniweczył cały wysiłek. Głowy ludzi stojących w trzech 
kolejkach  zwróciły  się  w  ich  stronę  i  raz  jeszcze  mężczyzna  z  warkoczem  i  masywnymi  złotymi 
bransoletami  znalazł  się  w  centrum  uwagi. Kristine  uśmiechnęła  się  słabo do  kasjera  zastanawiając  się, 
czy Kit Carson słyszał kiedykolwiek w swoim życiu słowo dyskrecja, nie mówiąc już o tym, czy wiedział, 
jaki można zrobić z niego użytek. 

 
„Okay - pomyślała Kristine kilka godzin później - Jak dotąd wszystko idzie dobrze. On trzymał swoje 

schludne, posegregowane pliki papierów tutaj, ona swoje, choć może niekoniecznie równie schludne tam, 
a kolacja była już tuż tuż. Dzięki Bogu. 

Jak  ktoś,  na  tyle  swobodny,  by  nosić  warkocz  i  więcej  złota  na  sobie  niż  Król  Tut,  mógł  być 

jednocześnie tak zorganizowany?  Zupełnie nie mieściło się jej to w głowie. Wyglądał na odprężonego i 
swobodnego  od  samych  obcasów  aż  po  swoje  krótkie,  szerokie  uśmiechy.  Ale  w  tych  uśmiechach, 
widziała to, więcej było ostrych brzegów niż łagodnych łuków i dostrzegała niebezpieczeństwo, że nie-
długo jego cierpliwość może się skończyć. 

-  Potrzebuję  zrobić  interreferencje  pomiędzy  dziennikami  z  lutego  i  marca  a  katalogami  świątyni 

Lamaist  -  powiedział.  Przeszedł  na  jej  stronę  pokoju,  siadając  obok  urządzonego  przez  nią  na  podłodze 
straganu. 

-  Sprawdzać  i  sprawdzać.  -  Wydobyła  z  głębi  swego  stosu  różnych  materiałów  odpowiednie  tomy  i 

podała mu z westchnieniem ulgi. Nie pierwszy już raz musiała przedzierać się przez górę papierów, by 
spełnić jego żądania. 

-  Dziękuję,  Kreestine.  -  Najbardziej  cierpliwy  z  jego  uśmiechów  zarysował  się  w  kącikach  ust, 

zauroczając ją. 

- Czy masz także katalog świątyni? 
-  Tak,  jest...  -  Oderwała  od  niego  spojrzenie,  rozpoczynając  przeszukiwanie  pliku  folderów.  Był  zbyt 

blisko, barkiem ocierając się o jej bark, udem o jej ramię. Jak mogła skoncentrować się, gdy ich oddechy 
prawie się mieszały?  - Skończyłam już porządkowanie danych z kwietnia i przechodziłam do maja, ale 
ponieważ nie mogłam znaleźć dzienników z tego miesiąca odłożyłam katalog na bok. 

Przysunął się jeszcze odrobinę bliżej, pochylając nad nią, by sięgnąć po katalog. 
- Dziękuję, Kreestine, nie kłopocz się o maj. Nie ma dzienników z maja. 

background image

Wstał  wolno  i  wrócił  do  swojej  części  pokoju,  natychmiast  zagłębiając  się  w  katalogu.  Nie  mogła 

uświadomić sobie, co tak bardzo ją w nim fascynowało. 

Znała wielu mężczyzn, różnych. Pracowała z nimi, uczyła ich, a czasem i oblewała na egzaminach bez 

mrugnięcia  okiem.  Ale  nigdy  nie  spotkała  kogoś  takiego  jak  Kit  Carson.  Jego  tajemniczość  była  czymś 
więcej niż tylko sprawą jego przeszłości, ukryta była głęboko pod samym tylko widocznym naskórkiem. 
Było to coś więcej niż pocałunek, choć i on stanowił dla niej zupełnie nowe przeżycie. Nikomu jeszcze 
nie udało się zmiękczyć jej pocałunkiem, ani też w żaden inny sposób. 

Z lekkim westchnieniem wróciła do pracy, poświęcając najpierw parę minut uprzątnięciu swego terenu i 

wypiciu  kilku  łyków  zimnej  kawy.  Postanowiła  ją  podgrzać,  podeszła  więc  do  stolika,  gdzie  trzymała 
grzałkę.  Zatemperowała  przy  okazji  ołówki  i  otworzyła  kopertę,  która  przyszła  z  poranną  pocztą, 
odkładając rachunek do koszyka z napisem pilne. 

Czym  też  zajmowała  się,  zanim  jej  przerwał,  próbowała  sobie  przypomnieć.  A  tak,  maj.  Szukała 

dzienników z maja, których, jak powiedział, nie było. 

-  Dlaczego  nie?  -  mruknęła  na  głos.  Było  to  pytanie  bardziej  do  niej  samej  niż  do  niego,  ale 

odpowiedział natychmiast. 

- Robienie sprawozdań z tego, co wtedy robiłem i gdzie byłem, nie wydawało się zbyt rozsądne, ale nie 

musisz się martwić. Mam informacje, które ci obiecałem i brak dziennika nie wpłynie na opublikowaną 
relację z historycznych miejsc. 

- Aha. - To było wszystko, na co potrafiła się zdobyć w odpowiedzi. Ten mężczyzna miał pamięć słonia. 

Albo miał zdolności telepatyczne, co z minuty na minutę wydawało się mniej śmieszne. 

W  maju  był  oczywiście  w  Chatren-Ma  i  w  tych  okolicznościach  ona  także  nie  zdecydowałaby  się 

zanotować ani słowa w obawie, że dzienniki mogłyby wpaść w niepowołane ręce. Wciąż jednak czuła się 
oszukana, pozbawiono jej najlepszej części całej historii. W czasie studiów napotkała tu i ówdzie pewne 
mgliste  informacje  dotyczące  klasztoru,  a  także  zapisy  krążących  pogłosek  w  rodzaju:  jeden  stary 
człowiek  opowiadał  o  swoim  kuzynie,  którego  szwagier,  i  tak  dalej.  Czysta  fikcja,  z  której  zrobiono 
niezwykle  praktyczny  użytek,  ale  teraz  relacja  z  pierwszej  ręki  od  kogoś  z  taką  pamięcią  do 
najdrobniejszych szczegółów, jaką miał Kit, wydawała się wprost niewiarygodna. 

To właśnie obiecał jej, relacje z pierwszej ręki, z którą mogła zrobić, co chciała, w zamian za trzy posiłki 

dziennie  i  miejsce  do  spania.  Zresztą  nawet  nie  tyle.  Nalegał  na  zwrócenie  jej  kosztów  posiłków,  gdy 
tylko poprawi się stan jego finansów. Nie był to najgorszy targ, jakiego dobita w życiu. 

 
Po  obiedzie  Kit  znowu  przestraszył  ją,  ale  w  zupełnie  inny  sposób.  Słońce  zdążyło  ledwie  zajść,  gdy 

poderwał  się  gwałtownie  ze  swego  miejsca,  przeszedł  przez  pokój  do  drzwi  prowadzących  na  balkon  i 
wymknął  się  na  zewnątrz.  Gdyby  go  nie  widziała,  na  pewno  nie  udałoby  się  jej  go  usłyszeć.  Nie 
zadzwoniły nawet srebrne klamry butów, może zresztą przyzwyczaiła się już do ich lekkiego brzęku. Nie 
było innego rozsądnego wyjaśnienia. 

Inaczej  nie  można  by  też  wyjaśnić  sposobu,  w  jaki  zniknął  po  drugiej  stronie  szklanych  drzwi.  Przez 

jakieś trzydzieści sekund udało jej się powstrzymać ciekawość, po czym pospieszyła jego śladem. Była 
ciemna noc przed wzejściem księżyca, ale światło z salonu oblewało łagodnym blaskiem drewniany taras. 
Obeszła  go  wokół,  obcierając  sobie  kolano  o  ławkę,  czemu  towarzyszyło  lekkie  przekleństwo,  potem 
przeszła na tę stronę domu, gdzie znajdował się pokój słoneczny. 

- Czy ty też czujesz? - usłyszała pytanie Kita. 
Zatrzymując się na dźwięk jego głosu, już miała mu odpowiedzieć - choćby po to, żeby przekonać się, 

gdzie jest - gdy zdała sobie sprawę, że nie mówi do niej. 

Mancos  stał  wyciągnięty  w  stronę  obejmujących  podjazd  osikowych  drzew,  jego  niski  warkot 

przechodził w jęk. 

„Czujesz?  Co?”  -  zastanawiała  się  Kristine.  Nie  czuła  nic  poza  zadrapaniem  na  kolanie  i  lekkim 

zażenowaniem w związku z jego nagłym zniknięciem. 

- Musimy być ostrożni, hm? - Głos doszedł do miejsca, gdzie stała, zwiększając jeszcze jej zażenowanie. 
Ten  mężczyzna  nie  był  głupcem.  Dawał  jej  tego  dowody  przez  cały  dzisiejszy  dzień  i  jeśli  on  miał 

zamiar  mieć  się  na  baczności,  to  może  i  ona  powinna.  Ale  mieć  się  na  baczności  przed  czym?  Przed 

background image

wiatrem? 

-  Turek  jest  szybki  -  powiedział,  jakby  w  odpowiedzi  -  zwłaszcza  kiedy  jedzie  sam.  Jeśli  przyjdzie, 

musimy być od niego szybsi, Mancos. - Słowa były wypowiedziane jak lekcja, cierpliwie, ale z powagą, 
na którą Kristine trudno było się jakoś zdobyć. 

Gdyby opowiadał o międzynarodowych gangach złodziei zabytków lub o kimś w garniturze i krawacie, 

kto  zajmował  się  kontrabandą,  może  umiałaby  wzbudzić  w  sobie  pewną  szczególną  czujność.  Ale 
opowiadał o bandytach, i to w dodatku bandytach z trzeciego świata. We wszystkich publikacjach na ich 
temat,  począwszy  od  „National  Geographic”,  a  skończywszy  na  specjalistycznych  czasopismach 
historycznych,  przedstawiani  byli  jako  ludzie  biedni  i  niewykształceni,  mający  do  czynienia  tylko  ze 
swoim bezpośrednim zleceniodawcą. 

Zdawała  sobie  sprawę,  że  mogła  źle  interpretować  słowa  Kita,  albo  też  ktoś  nazywany  Turkiem  był 

właśnie czyimś zleceniodawcą, jednak doszła do wniosku, że jeśli Kit ma zamiar podrywać się za każdym 
powiewem wiatru, to lepiej, żeby ich projektem zajął się ktoś mocniej stąpający po ziemi. Może i nie był 
to jej  najsilniejszy  atut, ale  nikt  nie  mógłby  powiedzieć,  że Kristine  Richards  nie  umiała radzić  sobie w 
trudnych sytuacjach. 

Wślizgnęła się do środka, zanim zdążył przyłapać ją na podsłuchiwaniu jego rozmowy z Mancosem. Jej 

także zdarzało się przemawiać do Mancosa, ale te rozmowy obracały się głównie wokół jedzenia, lub też 
jego braku. Nigdy nie powierzała mu swoich sekretów i trochę za bardzo się ślinił, by lubiła się do niego 
przytulać. 

„O, Kristine, czas już wydorośleć” - strofowała się. Była zła na siebie. Kit Carson jednym pocałunkiem 

sprawił, że jej myśli od kilkudziesięciu godzin biegły tylko w jednym kierunku. 

Kit poczekał, aż Kristine odejdzie, i dopiero wtedy dał psu ostatnie ostrzeżenie. Wiedział, że pójdzie za 

nim,  i  byłby  rozczarowany,  gdyby  tego  nie  zrobiła.  Znaczyłoby  to,  że  źle  ją  osądził,  a  na  tego  rodzaju 
pomyłki nie mógł sobie pozwolić jeszcze przez najbliższych parę dni. 

Nie chciał, aby wystraszyła się czy nie mogła zasnąć. Chciał, żeby dalej była tak świeża i podniecona jak 

przez  cały  ostatni  dzień.  Było  w  niej  niezwykle  intrygujące  połączenie  ufności  i  powątpiewania.  Kilka 
razy  wpędził  ją  w  panikę,  prosząc  o  folder,  którego  nie  położyła  we  właściwym  miejscu,  ale  szybko 
zauważył,  że  postępowała  tak  ze  wszystkim.  Wprawiał  ją  także  w  zdenerwowanie,  podchodząc  zbyt 
blisko.  Czuł,  jak  rosło  w  niej  wtedy  napięcie  i  natężały  się  wszystkie  zmysły,  ale  było  to  dobre 
zdenerwowanie. Chociaż niewystarczająco dobre; jeszcze nie, ale już niedługo. 

Dla niego, przyzwyczajonego do nieugiętej dyscypliny klasztoru i posiadania niewielu rzeczy, zaakcep-

towanie jej cygańskiego stylu życia stanowiło niezwykłe, fascynujące wyzwanie. Cały czas zastanawiał 
się, kiedy w końcu zgubi choć jeden z dzienników, dla których napisania ryzykował życiem. 

Lubił  patrzeć  na  nią,  jak  pracuje,  myśli,  zaczepia  za  ucho  wciąż  rozsypujące  się  kosmyki  włosów. 

Niejeden raz musiał oprzeć się pokusie, by zrobić to za nią. Nie dlatego, żeby te kosmyki przeszkadzały 
mu, ale po to tylko, żeby mieć okazję jej dotknąć. 

Pragnął tego. Prawdę mówiąc, nie myślał o niczym innym od momentu, kiedy ją pocałował. Kremowa 

skóra  była  jak  magnes  dla  jego  palców,  a  miękki  plusz  rzęs  przyciągał  usta.  Ciemna  grzywa  włosów 
wydawała się być stworzona dla jego rąk, które miały rozsypać je na poduszce lub owinąć wokół pięści, 
przyciągając bliżej. 

Wiedział,  że  niektórzy  mówili  o  nim  barbarzyńca,  ale  dopiero  przy  tej  kobiecie  z  fiołkowymi  oczami 

czuł, jakby nim rzeczywiście był. Zawsze uważał się za najbardziej cywilizowanego człowieka, bardziej 
cywilizowanego niż ci, którzy nazywali go barbarzyńcą czy wygnańcem. To był spadek po wielu latach 
kontemplacji, godzinach, a często i dniach medytacji na tematy, które nie były tak od razu oczywiste. 

Ale  dziś  wieczór...  dziś  wieczór  pragnąłby,  aby  stała  się  jego.  Wydawała  się  nietknięta,  choć  zdawał 

sobie sprawę, że w warunkach kultury zachodniej przypuszczenie to było nader wątpliwe. Wiedział też, że 
nie będzie miał jej dzisiejszej nocy. Jego instynkt mówił mu o tym nieomylnie. 

Powrócił myślą do psa, drapiąc go za uchem. 
- Bądź blisko niej, Mancos. Dobrze jej strzeż, a jeśli będzie potrzeba, wzywaj mnie. Możesz to zrobić? 
Pies odpowiedział na to serią głuchych szczęknięć wywołując uśmiech na twarzy Kita. 
- Dobry pies. 

background image

W domu Kristine zerwała się na równe nogi. Co też oni tam wyprawiali? Próbowali zbudzić pół góry? 
W pośpiechu przewróciła filiżankę z kawą i ledwie udało jej się uratować jeden z manuskryptów przed 

zalaniem.  Rzuciła  na  podłogę  z  pół  tuzina  chusteczek  higienicznych  i  ruszyła  w  stronę  drzwi.  Nagle 
zadzwonił telefon. 

Przez moment wahała się, zanim w końcu przeważyła w niej ciekawość. 
- Halo - odezwała się do słuchawki. 
- Kris, mówi John.  - Głos rozbrzmiewał po całym pokoju, gdy przyglądała się aparatowi, nie wiedząc, 

który guzik przycisnąć, by wyłączyć głośnik. 

Nieuprzejmość, a nie niewiedza była powodem pytania. 
- John jak? 
- Garraty. 
Do  wyboru  miała  całe  mnóstwo  klawiszy:  klawisz  z  zakodowanymi  numerami,  klawisze  włączające  i 

wyłączające,  klawisz  sygnalizujący  wyczerpanie  się  baterii  i  parę  jeszcze  innych  różnorodnych 
przycisków i guzików. Przycisnęła jeden z nich, rozłączając się zupełnie. Było to na pewno jakieś wyjście, 
ale nie na długo. 

Telefon zadzwonił znowu. 
- Halo? 
- Okay, okay, wiem, co chciałaś powiedzieć. 
- Nie chciałam nic powiedzieć, doktorze Garraty. Próbuję... - Przycisnęła kolejny guzik i raz jeszcze na-

grodzona została błogosławioną ciszą. 

Znów zadzwonił telefon. Wiedziała, że to on. To musiał być on. Ale może jednak ktoś inny, na przykład 

jej matka. Mogłaby to być nawet jej siostra. Już od tygodnia nie rozmawiała z Sarą. 

- Halo? 
- Do licha, Kris. Jeśli jeszcze raz odłożysz słuchawkę, to po prostu przyjadę. 
To był on. 
- Nie odłożyłam słuchawki - powiedziała. - Mam problem z głośnikiem. - Problem, rozwiązania którego 

nie śmiała ryzykować raz jeszcze. Nie teraz, kiedy on mógł się jej zwalić na głowę. 

- Po prostu bawisz się telefonem i założę się, że wszystko z nim jest w porządku. 
„Był  taki  sprytny”  -  pomyślała  kwaśno.  Wystarczająco  sprytny,  by  rzucić  ją,  wywołując  przy  tym 

skandal, który omal nie rozbił na dobre jej rodziny. Nie tylko że ją rzucił, ale zrobił to dla jej kuzynki i co 
gorsza,  najpierw  zrobił  owej  kuzynce  dziecko,  wciąż  jeszcze  będąc  zaręczonym  z  Kristine.  Jej  krewni 
spędzili ten rok pracowicie przeliczając na palcach minione miesiące. Musiała znosić jego i jej potomstwo 
w każde Boże Narodzenie i Święto Niepodległości. Zdecydowanie nie pragnęła tolerować go jeszcze i we 
własnym domu, nawet tylko przez telefon. 

-  Czego  chcesz?  -  spytała.  Powiedziała  to  dosyć  niewyraźnie  i  nawet  bez  cienia  silenia  się  na 

uprzejmość. 

- Dzwonię, żeby się dowiedzieć, jak się miewasz. 
„Był taki troskliwy” - skwitowała tę uwagę w duchu, przyglądając się telefonowi. Na tyle troskliwy, by 

zmusić  ją  do  zrezygnowania  z  asystentury  u  profesora  na  uniwersytecie  w  Kolorado.  Powodowana 
urażoną ambicją złożyła rezygnację w chwili słabości i od tamtej pory nieustannie walczy o odzyskanie 
utraconej wtedy pozycji. 

- Dobrze - powiedziała. - A Liza? - „Cios poniżej pasa - stwierdziła w duchu. - Naprawdę niesmaczne.” 

Przysięgła sobie, że nie zrobi tego więcej. 

-  Wszyscy  mają  się  dobrze.  Liza  i  dzieciaki  nie  mogą  się  już  doczekać  pikniku  czwartego  lipca.  Ma 

nową sałatkę ziemniaczaną, za którą wszyscy szaleją. 

-  Na  pewno  -  powiedziała Kristine,  szczerze  starając się,  by  nie  zabrzmiało  to  zbyt  sarkastycznie.  Był 

taki dumny z sałatek Lizy. Mógł mieć prawdziwy brylant, ale zadowolił się ziemniaczanymi sałatkami i 
świetnym seksem, czego dowodem mogło być dwoje dzieci w ciągu czterech lat i następne w drodze. 

- Ale nie dzwonię, żeby rozmawiać o sałatkach - powiedział. 
- Dziękuję. - Wkradła się w tę odpowiedź nuta sarkazmu. 
- Dzwonię, by porozmawiać o Carsonie. 

background image

Udawanie głupka nie przychodziło jej łatwo, ale zadała sobie trochę trudu. 
- Carson, kto? 
- Kit Carson. Wiem, że jest tutaj, w Kolorado i sądzę, że nie powinnaś się w to mieszać. 
„No, no - pomyślała - proszę bardzo. John Garraty, o dzień spóźniony i o dolara biedniejszy. A nawet o 

dwa dni.” 

-  Najmądrzejsza  rzecz,  jaką  mogłabyś  teraz  zrobić,  to  rzucić  cały  ten  projekt  -  ciągnął.  -  Chętnie 

porozmawiam  z  dziekanem,  aby  przekazał  tę  sprawę  do  Boulder.  Jesteśmy  lepiej  przygotowani,  by 
poradzić sobie z czymś, na czym można się nieźle sparzyć. Nie oszukuj się co do Carsona, Kristine. Nie 
bez powodu nazywają go wyjętym spod prawa wygnańcem. 

- Hmmm - mruknęła, jako że nic innego nie przyszło jej akurat do głowy. John nie wiedział nawet, jak 

bliski był prawdy. 

- Ten facet tak długo balansuje na linie między badaniami naukowymi i poszukiwaniem skarbów, że ma 

już pewnie głębokie wyżłobienia w podeszwach butów. Kto może wiedzieć, co on naprawdę zamierza? 
Kto wie, co takiego odnalazł w Tybecie? 

- Ostrożnie, doktorze Garraty. Pańskie aspiracje zaczynają przebijać przez pańską troskę. 
- Chińczycy mają powody, aby się wściekać. 
- Słyszałam plotki - przyznała, opadając na kręcony fotel. 
- Wszyscy słyszeli plotki. - Głos Johna brzmiał teraz bardziej twardo i mniej ugodowo. - Mnie interesują 

fakty. 

- Jakie to fakty, Kreestine? 
Aż podskoczyła na krześle. Jak długo już Kit stał w progu, zastanawiała się, patrząc na niego. 
- Kris? - usłyszała w słuchawce zaniepokojony głos Johna. 
- Co? - powiedziała patrząc na Kita i nie wiedząc, ile ma mu wyjaśnić z tego, co być może usłyszał, a 

może nie. 

- Czy jest tam jeszcze ktoś? - spytał John. 
Etykieta  dyktowała  jedyną  możliwą  w  tej  sytuacji  odpowiedź.  Kristine  wzięła  głęboki  oddech  i 

powiedziała. 

- Chciałabym, abyś poznał Kita Carsona. 
Z właściwą sobie arogancją, John bynajmniej już nie wydawał się być zażenowany. Wręcz przeciwnie. 

Zaczął od razu od samoreklamy. 

-  John  Garraty,  Kit,  specjalista  od  Środkowego  Wschodu  na  uniwersytecie  w  Kolorado.  Dużo  o  tobie 

słyszeliśmy ostatnio. 

- Na to wygląda - odparł Kit, nie całkiem pewny, czy spodobało mu się to, co przypadkiem podsłuchał. 

Nie przeszkadzały mu aluzje do jego własnej osoby, słyszał już na swój temat gorsze rzeczy. Ale jakaś 
nutka w głosie Kristine mówiła mu, że łączyło ją ze specjalistą od Środkowego Wschodu coś więcej niż 
tylko kontakty czysto zawodowe. Nie brał pod uwagę takiej możliwości. 

- Jak wiesz  - John kontynuował streszczenie swojego życiorysu  - wiele podróżowałem w twojej części 

świata, na Wschodzie. Prowadziłem ekspedycję do Petra, pracując z parą ludzi z Karaczi, doktor Singh i 
doktor Alexander. - Swobodnie wyrzucił z siebie dwa stawne nazwiska bez żadnego jednak widocznego 
efektu. 

- Nie, nie wiedziałem o tym - powiedział Kit, obserwując, jak rumieniec pokrywał policzki Kristine. 
John zignorował dosłowną interpretację swoich słów. 
-  Prawdę  mówiąc,  planowaliśmy  z  Kristine  podróż  do  Nepalu,  ale  sam  wiesz,  jakie  to  może  być 

niebezpieczne. 

-  Tak,  to  wiem  -  przytaknął  i  Kristine  widziała,  jak  jego  oczy  zwęziły  się,  gdy  zwrócił  się  do  niej.  - 

Kiedy planowaliście tę podróż, bahini? 

Nie  zrozumiała  słowa,  ale  zabrzmiało  niepokojąco,  jak  pieszczota,  gdy  wypowiedział  je  swoim 

głębokim, melodyjnym głosem. Nie pomogło jej to w odzyskaniu wzburzonej przed chwilą przez Johna 
zimnej krwi. W Nepalu mieli spędzić miodowy miesiąc - on z Lizą pojechał na Hawaje, wykazując się 
niezbyt wielką wyobraźnią - i nie mogła uwierzyć, że był na tyle bezczelny, by o tym wspomnieć. 

Kit czuł rosnące w pokoju napięcie i nagle uświadomił sobie jeszcze coś o Kristine: John Garraty zranił 

background image

ją.  Nie  był  na  tę  wiadomość  przygotowany  i  miał  wrażenie,  jakby  nagle  potknął  się  o  nieoczekiwaną 
przeszkodę. 

Wiedział,  jak  radzić  sobie  ze  złością.  W  klasztorze  nauczył  się  odrzucać  ją  jako  błędną  drogę,  a  w 

świecie  zewnętrznym  używał  jej  tylko  wtedy,  gdy  była  konieczna,  by  przetrwać.  Zazdrość  była 
niepokojącą niewiadomą. Godzinę czy dwie temu nie zdawał sobie nawet sprawy, że był zdolny do tego 
tak bezwartościowego uczucia. 

- To było dawno temu - powiedziała Kristine. Przerwała nie kończącą się ciszę, zastanawiając się, czym 

był ten dziwny mrok, który nagle ujrzała w jego oczach. 

-  Wygląda  na  to,  że  nie  dość  dawno,  bahini  -  powiedział  niezwykle  jak  na  niego  zmęczonym  głosem. 

Złożywszy razem ręce, skłonił głową w jej stronę i z cichym brzękiem bransolet opuścił pokój. 

- Wszyscy tutaj w Boulder jesteśmy bardzo zainteresowani twoim os tanim projektem - powiedział John 

nieświadomy nieobecności swojego wybranego słuchacza - i możemy zaoferować ci... 

- On już poszedł, John - przerwała mu Kristine. 
- Poszedł, dokąd? 
- Chyba do łóżka - odpowiedziała bez zastanowienia, ale jej słowa nie umknęły uwadze Johna. 
- Do czorta, Kristine. Co ty knujesz... 
Przycisnęła jeden klawisz, potem drugi, a potem wyciągnęła sznur z gniazdka. 
Opadając  miękko  na  krzesło,  dopiła  resztkę  zimnej  kawy.  Dostała  już  trzy  ostrzeżenia:  od  dziekana 

Chambersa, od Jenny, a teraz od Johna. 

Ale nie miała zamiaru cofnąć się. Żadna siła nie zmusi jej do tego. 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Kristine  zadała  kolejny  cios  pieczonemu  kurczęciu  spoczywającemu  dumnie  na  półmisku  pośrodku 

kuchni. Nie powinna była zadawać sobie tyle trudu. Kit nie pokazał się ani na śniadaniu, ani na lunchu i 
nie wyglądało na to, żeby miał zamiar pojawić się na kolacji. Kurczak był zimny, groszek wysuszony, a 
herbatniki  stwardniały  na  kamień.  Naprawdę  nie  powinna  była  się  trudzić.  Jej  kulinarne  umiejętności 
jeszcze nigdy nie zrobiły na nikim wielkiego wrażenia. 

Co on robił w swoim pokoju? Rozpoczął post religijny? Wyjrzała przez okno na stojący osobno garaż. 

Wieczorny  wiatr  szumiał  łagodnie  w  wierzchołkach  drzew,  a  w  zachodzącym  słońcu  tańczyły  złociste 
tumany kurzu. 

Stwierdzając, że równie dobrze może poddać się teraz jak i później, wyszła przez tylne drzwi. On musiał 

jeść, a razem musieli zabierać się do pracy. 

Dłonie  pociły  się jej,  gdy  wspinała  się  do  mieszkania  na  piętrze.  Stanęła  przed  drzwiami,  serce  zabiło 

szybciej. Już miała zapukać, ale zawahała się. 

Może tylko zdawało jej się, że usłyszała słowo proszę, lecz już po chwili przeszła z gasnącego światła 

do ciepłego mroku pokoju. 

Oczy wolno przywykły do ciemności, za to serce nie chciało się uspokoić. Siedział naprzeciw drzwi na 

lekko  wytartej  skórze,  ubrany  tylko  w  czarne  szorty.  Kropelki  potu  błyszczały  na  czole  i  zamkniętych 
powiekach. Wilgoć zdobiła rzeźbę ramion, szeroki tors, długie, mocne nogi. Nagie stopy spoczywały na 
kolanach. 

Jego  ciche,  spokojne  piękno  zaparło  jej  dech  i  upłynęło  kilka  sekund,  zanim  przypomniała  sobie,  by 

znów nabrać powietrza. Nie powinna była przychodzić, ale nie potrafiła też zmusić się, by wyjść. 

Wiatr  wpadł  do  pokoju  przez  otwarte  okno  lekko  mierzwiąc  luźne,  krótkie  włosy  wokół  jego  twarzy. 

Kosmyki  rozsypały  się  po  policzkach  jak  pióra,  przyciągając  jej  wzrok.  Jego  oczy,  choć  teraz  szeroko 
otwarte, były równie niewidzące jak przed chwilą. 

Automatycznie cofnęła się o krok i stanęła, zatrzymana przez swoje własne nieposkromione instynkty. 

Nie chciał, żeby wyszła. A może? Nie była pewna... niczego. 

Oderwała od niego, wzrok otrząsając się lekko z czaru, ale nie niszcząc go zupełnie. Ocierając dłonie o 

dżinsy,  rozejrzała  się  po  jego  pokoju,  jego,  bo  zdecydowanie  się  w  nim  zadomowił.  Skrzynie  i  łóżko 
wypełniały większość przestrzeni, na nich ustawionych było mnóstwo przedmiotów. Mosiężne dzwonki, 
tybetańskie  modlitewne  kółko,  tkaniny  i  dywaniki,  miedziana  miska,  garnek  wypełniony  samorodkami 

background image

złota i drugi z turmalinami. Dziwnie znajoma złota maska, kawałek górskiego kryształu większy niż obie 
jej pięści. Rozmaite skarby zdobyte wśród licznych przygód. 

Pośród  nich  porozrzucane  były  przedmioty  znamionujące  nowoczesnego  człowieka:  brzytwa  i 

szczoteczki do zębów, butla gazowa, worek herbaty i maszyna do pisania. 

Zerknęła  na  niego  i  widząc,  że  znów  zamknął  oczy,  podeszła  do  jednego  z  kufrów.  Wkręcona  w 

maszynę kartka papieru była czysta. Westchnęła z ulgą, nie przyszła tu, by wścibiać nos w jego sprawy. 
Postąpiła  krok  do  przodu,  potem  drugi,  zagłębiając  się  coraz  bardziej  w  prywatne  sanktuarium,  w  jakie 
zamienił jej pokój gościnny. Powiodła palcami po półszlachetnych kamieniach. Dotknęła modlitewnego 
kółka i powstrzymała się, by nie postąpić tak samo z wytartymi dżinsami i czarną tuniką porzuconymi na 
jednym  z  kufrów.  Ręką  musnęła  złotą  maskę  i  silniej  niż  przedtem  powróciło  do  niej  wrażenie  czegoś 
znajomego.  Pozłacany  kształt  prostego  nosa,  metaliczne  ciepło  kości  policzkowych  i  wykrój  ust  znała 
lepiej niż powinna. Palce zatrzymały się, a usta rozchyliły się w nagłym olśnieniu....  Kautilya. Jego imię 
zadźwięczało w jej myślach i rozeszło się echem w powietrzu. 

Kreestine. 
Obróciła się z walącym sercem, ściskając w rękach maskę. Chciała biec, ale było już za późno. Stopy 

wrosły  w  podłogę  obezwładnione  siłą  jego  wiekowego  spojrzenia.  Popełniła  błąd,  przychodząc  tutaj,  i 
gdyby miała jeszcze możliwość odwrotu, pozwoliłaby raczej, by spędził noc głodny. 

Ale Kit nie był w nastroju, by dać jej tę szansę. Długie godziny  medytacji nie zmniejszyły wcale jego 

złości ani nie pomogły mu zrozumieć innych uczuć, jakie w nim wzbudzała. Miesiąc z dala od domu nie 
zmienił go tak bardzo, jak te dwa dni spędzone w jej towarzystwie. Pragnął jej, od pierwszego pocałunku 
postanowił, że ją posiądzie, ale nie spodziewał się, że w czasie targów może zatracić siebie. Nie oczekiwał 
zmian, jakie przyniosło pożądanie. 

Co takiego było w niej? Piękno, tak, ale wiele kobiet było pięknych, a ona zdawała się być nieświadoma 

własnej urody. Nie było w niej subtelnej kokieterii, jaką spotykał u innych. A jednak w jej nieśmiałych 
spojrzeniach dostrzegał zmysłową ciekawość. Ubrania nosiła proste, niedobrane w stylu i kolorze tak, by 
potęgować  wdzięk.  Pewien  był,  że  było  to  zamierzone.  Wzbudzało  w  nim  jeszcze  większą  fascynację, 
dopóki nie usłyszał Johna Garraty’ego i nie odgadł przyczyny jej postępowania. 

Miała jasny, bystry umysł, tak różny od stałej, głębokiej mądrości mnichów i Sang Phala, o tyle szerszy 

niż innych znanych mu kobiet, z wyjątkiem Lois. Ale z Lois łączył go jedynie czysty, twardy interes, nie 
mający w sobie nic z owej miękkości, jaką czuł od momentu, gdy zobaczył Kristine. Jej słabości, które tak 
usilnie starała się ukryć, pociągały go tak samo jak jej mocne strony. A może nawet bardziej. 

Wszystko to zdołał sobie uświadomić, a jednak wciąż nie odzyskiwał spokoju ducha. 
Dlaczego przyszłaś do mnie? 
Kristine usłyszała to pytanie wyraźnie, wyraźniej, niż gdyby wypowiedział je na głos, w nagłym błysku 

olśnienia uświadamiając sobie prawdziwy wymiar jego siły, jego energii. 

Niezdarnie  cofnęła  się,  natrafiając  na  jedną  ze  skrzyń.  Przeczytała  tomy  teorii  i  pogłosek,  od  Polo  do 

Maraini, o metafizycznych tajemnicach tybetańskiego lamaizmu i jeśli on teraz lewitował, miała zamiar 
uciekać stąd natychmiast, niezależnie od tego, czy nogi odmawiały jej posłuszeństwa, czy też nie. 

- To niemożliwe dla kogoś o tak ograniczonej wiedzy i zaangażowaniu jak moje, Kreestine - zapewnił ją 

swoim głębokim, miękkim głosem. - Nie masz powodu do obaw. 

-  N-nie  rób  tego  -  wyjąkała,  potwierdzając  to,  o  czym  już  oboje  wiedzieli.  Coś  się  stało,  coś  bardzo 

niezwykłego. 

-  Nie  mogę  zrobić  nic,  na  co  ty  sama  nie  pozwolisz.  Jesteś  bardzo...  otwarta.  -  Ostatnie  słowo 

wypowiedział  cichym,  chrypliwym  szeptem  pełnym  ukrytych  znaczeń.  -  Zawołałaś  moje  imię,  więc 
odpowiedziałem, nic więcej. 

Uwierzyła  mu.  Zawsze  mu  wierzyła,  ale  jej  serce  nie  chciało  się  uspokoić.  W  rzeczywistości,  kiedy 

wstał  z  podłogi  ze  swoim  szczególnie  płynnym  wdziękiem  i  zaczął  iść  w  jej  stronę,  zabiło  jeszcze 
szybciej. 

-  Dlaczego  przyszłaś  do  mnie  -  spytał,  wciąż  przybliżając  się  i  zmniejszając  dzielący  ich  dystans.  Jej 

pole  widzenia  wypełnił  gładki,  muskularny  tors  i  ramiona.  Złoto  bransolet  iskrzyło  się  w  ostatnich 
promieniach zachodzącego słońca, kontrastując z ciemną satyną i miękką strugą włosów opadającą aż do 

background image

szortów. 

-  Twój  obiad  wystygł  -  powiedziała,  starając  się,  żeby  zabrzmiało  to  bardzo  realnie.  Jednak  umysł 

pochłonięty był zdumiewającym uświadomieniem sobie jego wtargnięcia w jej myśli. „Właściwie ile lat 
spędził w tym klasztorze” - zastanawiała się. 

- Zbyt wiele. - Zrobił w jej kierunku jeszcze jeden cichy krok, cały czas nie spuszczając z niej wzroku. - 

Dlaczego przyszłaś do mnie? 

- Przestań - krzyknęła, bardziej zła niż przestraszona. Miała wystarczająco dużo kłopotu z utrzymaniem 

myśli w jako takim porządku, żeby mogła pozwolić mu na potęgowanie tego chaosu. Ale wciąż przysuwał 
się  bliżej,  a  pytanie  w  jego  oczach  domagało  się  odpowiedzi.  -  Musimy  pracować  -  powiedziała.  - 
Straciliśmy już większość dnia. - Jej głos stawał się coraz łagodniejszy, słowa wolniejsze i czuła wpijający 
się w udo zamek jednej ze skrzyń. 

- Więc koniec z tym, jak sobie życzysz.  - Ujął jej twarz w obie dłonie, odgarniając włosy za uszy. Nie 

zwinęła  czarnego  żywiołu  w  ciasny  węzeł.  Lekko  figlarny  uśmiech  zadowolenia  zarysował  się  na  jego 
ustach, a jej serce stopniało razem z ostatnim gramem złości; zatraciła się w przepastnej głębi jego oczu. 

Mięśnie jego ramion napięły się, gdy jej twarz spoczęła w jego dłoniach. Miał zamiar pocałować ją, ale 

ona nie wyszła temu pocałunkowi naprzeciw. A może? 

Pytanie  okazało  się  zbędne.  Nie  uciekła,  gdy  ustami  rzeźbił jej  policzek.  Oczy  zamknęły  się,  a  kolana 

osłabły.  Nie  uciekła,  gdy  pieszczota  powędrowała  wzdłuż  krawędzi  nosa  do  ust.  Rozchyliła  je  w 
oczekiwaniu pocałunku, zadziwiona magią jego dotyku. 

Bijące  od  niego  gorąco  owinęło ją  kokonem  męskich  zapachów,  zwodząc  obietnicą,  której  nie  spełnił. 

Zawisł nad nią ustami, pieszcząc ją jedynie miękkością oddechu i namacalnym wręcz pożądaniem, które 
czuła, jak płynie od niej i do niej. 

To oczekiwanie doprowadzało ją do szału. Ciało błagało, by ruszyła się, unicestwiając ostatni centymetr 

dzielącej ich przestrzeni. Zwilżyła wargi, poczuła jego usta niezwykle delikatnie dotykające koniuszka jej 
języka  i  niezauważalne  prawie  napięcie  dłoni  na  twarzy.  Był  tak  blisko,  trzymając  ją  w  ramionach,  a 
jednak nie biorąc; czuła ogarniający ją powoli spokój. 

Zacisnęła pięści na masce, cały czas zdając sobie sprawę, że to jego chciała trzymać: czuć pod dłońmi 

szerokie  barki,  zaplątać  palce  w  miękkim  przepychu  włosów  i  czuć  sznur  kasztanowego  jedwabiu 
opadający w dół szyi. On nie był wygnańcem, był czarodziejem. Nie był pobożnym mnichem, ale biegłym 
w sztuce uwodzenia szamanem. Bez jednego nawet pocałunku pobudził ją, zdyszaną, topniejącą w środku. 

Ręce zagubiły się w jej włosach, przyciągając ją bliżej. Dotykając wargami ust, szepnął: 
- Czy będziesz spała dzisiaj w moim łóżku, Kreestine? 
Poprzez  zamknięte  powieki  nie  mogła  zobaczyć  uśmiechu,  ale  wyczuwała  go  w  całej  jego 

barbarzyńskiej arogancji. Bawił się nią. Nie miał zamiaru jej pocałować. Chciał się jedynie przekonać, jak 
daleko była gotowa się posunąć. 

Nawet  gdy  wiedziała  już,  na  czym  polega  gra,  czuła  głos  nakazujący  jej  odsunąć  się.  Gdyby  uległa 

swym nieokiełznanym impulsom, dostałby swoją odpowiedź i wiedziała, że nie dotrwałaby do końca. Był 
tak blisko, tak urzekająco blisko. Pragnęła jedynie pocałunku, takiego jak tamten na ganku, pocałunek, za 
który nie mogła zapłacić w walucie, o jaką poprosił. Czy pragnęła zbyt wiele? 

- Nie za wiek, bahini, za mało - zamruczał, dręcząc wargami jej usta. 
Wolno otworzyła oczy, przechylając na bok głowę. 
- Powiedziałeś, że... że nie zrobisz tego. 
- I nie zrobiłem. 
- Więc skąd? 
Musnął ustami jej wargi, ledwie, nie dość blisko. 
- Moje serce jest także otwarte, Kreestine, i słyszy każde uderzenie twojego serca. 
To był ostatni moment, kiedy mogła jeszcze uciec, zanim zupełnie nie uległa jego zmysłowemu czarowi, 

póki nie zrobiła z siebie kompletnie naiwnej. 

Nikt w takich sytuacjach nie radził sobie lepiej niż ona. Siłę dały jej wspomnienia własnej niezdarności i 

zgrabnie podsumowanej mowy pożegnalnej Johna. Pocałunek Kita w zamian za kochanie się z nią? Nawet 
barbarzyńcy z trzeciego świata nie mógłby sprawić przyjemności tak kiepski interes. 

background image

Wyślizgnęła się z jego rąk. Łatwo, ponieważ pozwolił jej odejść; trudno, ponieważ wierzchem palców 

musnęła jego napięte podbrzusze. Zamarudziła tam ułamek sekundy, zabłądziwszy w przepychu miękkich 
włosów okalających jego pępek i niknących w głębi szortów. 

Kit  pozwolił  jej  odejść,  ale  nie  tak  łatwo.  Wyczuwał,  że  tęsknota  i  odmowa  całkowicie  poplątały  jej 

myśli,  ale  bez  dotyku,  bez  chęci  z  jej  strony  czy  laski  otrzymywanej  w  stanie  medytacji,  nie  potrafił 
zobaczyć nic więcej. Rzadko żałował, że zbyt krótko był uczniem Sang Phala, ale nigdy też przedtem nie 
dręczyło go uczucie zazdrości. 

Przeszła  przez  pokój,  zatrzymując  się  przed  jego  łóżkiem.  Przez  chwilę  kusiło  go,  by  stanąć  za  nią  i 

pieszcząc  kobiece  łuki  jej  bioder,  sprowadzać  ją  swymi  myślami  i  rękami  na  łóżko.  Ale  sumienie  nie 
pozwalało mu zawieść pokładanej w nim wiary. Sztuka perswazji nie miała służyć takim celom. 

Sięgnął po dżinsy i wbił się w nie, nie zwracając uwagi na ich niezwykłą ciasność. „To także minie” - 

pomyślał, uśmiechając się krzywo do samego siebie. W najlepszym razie był to bardzo bolesny uśmiech. 

Dźwięk  suwaka,  uspokajający  i  zgrzytliwy  zarazem,  wywołał  drżenie  i  falę  ciepła  ogarniającą  całe  jej 

ciało. Nieświadomie uniosła złotą maskę, wachlując się nią i starając, by wzrok cały czas spoczywał na 
jego  łóżku.  Szybko  uświadomiła  kolejny  zły  wybór,  sobie.  Dała  mu  prześcieradła,  kilka  poduszek,  ale 
przecież to dodane przez niego przedmioty urzekły ją swymi zakazanymi fantazjami. 

Nieregularnych  kształtów  narzuta  ze  zszytych  razem  owczych  skór  leżała  na  brzegu  łóżka;  słomiana 

soczystość wełny, prymitywna i zmysłowa. Bez najmniejszego wysiłku wyobraziła sobie, że on tam leży, 
ciemna skóra kontrastuje z bladością wełny, rozluźnione mięśnie szykują się do odpoczynku i kochania, 
na  ramię  opada  warkocz,  gdy  sięga  po jedną  z  bogato  haftowanych  poduszek,  by  umieścić ją  pod jego 
głową, usta zbliżają się do ust kiedy swoim ciałem nakrywa jej ciało. 

Złota maska wachlowała ją coraz szybciej, a mimo to wciąż czuła, jak topnieje w miejscach, o których 

John  powiedział  kiedyś,  że  były  suchsze  niż  Sahara  w  lecie.  Będąc  swego  czasu  w  lipcu  w  Afryce 
Północnej,  wiedział,  co  mówi,  i  przez  wszystkie  te  lata  wierzyła  jego  słowom,  dopóki  nie  spojrzała  na 
łóżko Kita Carsona. 

Słyszała, jak wślizgiwał się w czarną tunikę i mogłaby przysiąc, że słyszała też, jak przesuwał każdy z 

guzików  w  pokrytych  odciskami  palcach.  Była  przepełniona  uczuciami,  zmysłami  wychwytywała 
najdrobniejsze wrażenia, a on nawet jej nie pocałował. 

Bransolety  brzęczały  mocniej  i  wiedziała,  że  podwija  właśnie  rękawy,  odsłaniając  pokreślone  żyłami 

ręce. Jak to się stało, że wpakowała się w coś takiego? I jak ma się teraz wycofać? Po prostu powiedzieć 
do widzenia i wybiec z pokoju? 

Nie,  to  na  nic.  Musiała  uratować  sytuację,  sprawić,  żeby  znów  rozmawiali  z  sobą  jak  para 

profesjonalistów. Odwróciła się i nawet jeśli zrodziła się w jej umyśle jakaś inteligentna myśl, w tej chwili 
pierzchła bezpowrotnie. Opasywał właśnie biodra ciężkim pasem i jej uwaga skupiła się niepodzielnie na 
jego rękach. 

Kit,  zapinając  już  pas,  zatrzymał  się  nagle,  zaskoczony  i  dziwnie  zraniony  malującą  się  w  jej  twarzy 

bezbrzeżną  tęsknotą.  Czuł  ból  i  chaos  jej  pragnień  i  poczuł  jeszcze  większą  niechęć  do  doktora  Johna 
Garraty’ego,  specjalisty  od  Środkowego  Wschodu.  Miał  ochotę  rzucić  swój  pas  na  ziemię  i  wziąć  ją, 
zamieniając ból w przyjemność i unicestwiając wszelki chaos, jaki mógł powstać w jej sercu w związku z 
kochaniem się. 

Mógł też dać jej trochę czasu. Niewiele decyzji w jego życiu było tak trudnych, a Sang Phala nie mówił 

mu  nic  o  zdobywaniu  kobiet.  Wszystkiego  nauczył  się  sam.  Do  tej  pory  ta  wiedza  w  zupełności  mu 
wystarczała, ale Kristine była całkiem inna niż kobiety, które znał. Konkubina, kochanka... Nie mógłby 
się bardziej mylić. 

Zaakceptowanie swojego pierwszego błędu pomogło mu wycofać się emocjonalnie. Dopiął klamrę pasa. 
- Przykro mi, że zrujnowałem twój obiad. Pozwól, że cię gdzieś zabiorę na kolację. 
Kiwnęła głową. Zrobiłaby wszystko, żeby tylko się stąd wydostać. 
- Dobrze. Wrócimy do pracy jutro z samego rana. Mamy przed sobą jeszcze całe dwa dni. 
„Dwa dni, a potem co”  -  pomyślała, przestępując niepewnym krokiem próg.  Nie był jej potrzebny do 

zapisania  wyników  badań.  Kopiowała  jego  dzienniki,  wszystkie  zdjęcia  i  negatywy  miał  w  trzech 
egzemplarzach, więc jakiekolwiek konieczne konsultacje można będzie przeprowadzić przez telefon, ona 

background image

samotna w swoim górskim domu, a on - gdzie? W którą stronę świata pójdzie, kiedy ją opuści? 

 
„Mogę  winić  tylko  samą  siebie”  -  pomyślała  Kristine.  Stała  w  progu  baru,  żałując,  że  nie  dokonała 

mądrzejszego wyboru. Neonowa obietnica hamburgerów i piwa zwabiła do środka Kita, a ona bezwiednie 
poszła  za  nim.  Pełen  czerwononosych  kowbojów  bar  po  drugiej  stronie  jeziora  nie  był  najlepszym 
miejscem,  do  którego  można  było  przyprowadzić  mężczyznę  ozdobionego  warkoczem  i  bransoletami. 
Otwarcie agresywne spojrzenia, jakie odprowadziły ich do stolika, potwierdziły, że miała rację. 

Każdy  wytwórca  sprzętu  rolniczego  oraz  dostawca  żywności  z  całych  Stanów  był  doskonale 

reklamowany na ponad tuzinie nasuniętych na czoło baseballowych czapek. Czuła się bardzo nieswojo, 
chociaż kiedyś zdarzyło się już jej ten bar odwiedzić. Byli tutaj z Grantem na ostatniej randce i nikt wtedy 
nie  zwrócił  na  nich  uwagi.  Ale  Kit  budził  wrogość  swoim  egzotycznym  wyglądem  i  cudzoziemskim 
strojem. Jeśli ona to wyczuwała, jego instynkty musiały już o tym krzyczeć. 

- Interesujące miejsce - powiedział bardzo spokojnym głosem, odsuwając dla niej krzesło. 
Usiadła, chwytając od razu menu. 
-  Hamburgery  są  dobre.  Meksykańskie  jedzenie  prawdopodobnie  zabije  cię.  -  Czy  nie  zdawał  sobie 

sprawy, że wszystkie spojrzenia błyszczących jak koraliki oczu skupiały się na nim? 

Zaśmiał się. 
- A więc weźmiemy hamburgery. Jesteśmy za młodzi, aby umierać dziś wieczór, Kreestine. 
„Zdaje się, że ma rację” - pomyślała Kristine, kryjąc twarz za kartą dań. 
Kelnerka nie spieszyła się, by do nich podejść i przyjąć - zamówienie na hamburgery i piwo, ale kiedy 

już się zjawiła nie bardzo miała ochotę odejść. Kristine nie sprawiło kłopotu odgadnięcie dlaczego. 

- Nie jesteś stąd, kotku, prawda? - spytała Kita. 
-  Nie,  pochodzę  z  Nepalu  -  powiedział  kotek,  posyłając  jej  jeden  ze  swoich  najbardziej  przyjaznych 

uśmieszków.  Miał  takich  z  tysiąc  i  według  obserwacji  Kristine  posłał  ich  tej  blond  rusałce  o  wąskich 
biodrach i dużym biuście już co najmniej tuzin. Obciskała ją czarno-zielona bluzeczka z lycry - bardziej 
odpowiednia do sali gimnastycznej niż do publicznej restauracji. Prawie całe ciało miała obciśnięte lycrą, 
choć  jego  dość  pokaźna  część  po  prostu  się  w  niej  nie  mieściła.  „Niektóre  kobiety  mają  szczęście”  - 
pomyślała Kristine, czując się źle w swojej musztardowo-zielonej bluzce. To nie była tania bluzka, ale w 
porównaniu z seksownymi limanu lycry wydawała się jedynie dużą szmatą. 

- Miałam kiedyś chłopaka alpinistę - powiedziała kelnerka. - Pojechał do Nepalu, ale nie wrócił stamtąd. 

- Opierając jedną obutą stopę na drugiej, dziewczyna pochyliła się nad stołem, uniemożliwiając Kristine 
jakąkolwiek  rozmowę,  a  tym  samym  niwelując  też  swoje  szanse  na  napiwek.  Było  to  niewielkie 
pocieszenie dla Kristine, bardzo niewielkie. 

- Wielu mężczyzn nigdy nie wraca z gór - powiedział Kit. - Przykro mi. 
- O, on nie zginął, kotku. Po prostu nie wrócił. Ale, hej, dopóki Nepal zsyła nam takich facetów jak ty, 

czego tu żałować? 

- W Nepalu nie ma innych takich jak ja. 
Niski, gardłowy chichot poprzedził odpowiedź kelnerki; szczupłym biodrem odepchnęła się od stołu. 
- Słonko, nigdzie nie ma wielu takich jak ty. 
Kristine doceniła to, że nie odprowadził wzrokiem zgrabnie kołyszącej biodrami dziewczyny, ale kiedy 

odezwał się, pożałowała niemal, że tego nie zrobił. 

- Kim jest John Garraty? 
- John Garraty? - powtórzyła. 
- Czy źle wymówiłem imię? - spytał, unosząc lekko brwi. 
-  Nie.  -  Chcąc  wymyślić  jakąś  odpowiedź,  zajęła  się  poszukiwaniem  portmonetki.  Po  raz  pierwszy 

zrozumiała, dlaczego tak wiele kobiet nosiło puderniczki i szminki. Bardzo wygodnie można było się za 
nimi skryć. 

- Kim on jest? 
- Profesorem na uniwersytecie w Boulder, dokładnie tak, jak to powiedział. 
Kelnerka  przyniosła  piwa, dając jej  chwilę oddechu, ale tylko  chwilę.  Po  kilku kotku  to  i  kotku  tamto 

odpłynęła w stronę baru. 

background image

- To twój przyjaciel? 
- Niezupełnie. - Mogłaby założyć się, że kelnerka miała w swojej torebce co najmniej dwie puderniczki i 

ze trzy szminki. Jej musiała wystarczyć stara tubka balsamu do ust. 

- Więc dlaczego planowaliście wspólną długą podróż? 
Podniosła na niego wzrok. 
- To była pomyłka. 
- W porządku - powiedział i uśmiech zadowolenia opromienił mu twarz. 
Kristine włożyła z powrotem do torebki nie użyty wcale balsam do ust i westchnęła. Szaleństwem było 

łączenie  się  z  nim,  Kah-gyur,  Chatren-Ma,  całowanie,  niecałowanie  i  wszystko  razem.  Przy  następnym 
kotku  pewnie  rzuciłaby  się  na  kelnerkę.  Straciła  apetyt  i  nie  mogła  się  doczekać,  kiedy  będzie  już  w 
domu.  Kit  wprowadzał  tylko  dodatkowe  zamieszanie  do  jej  życia,  które  i  bez  niego  było  dostatecznie 
skomplikowane. 

A jakby było tego mało, potrafił jeszcze czytać w jej myślach. Jeżeli sprawy miały przyjąć gorszy obrót, 

nie chciałaby być przy tym, kiedy to się stanie. 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Hamburgery były gorące, tłuste i ociekające serem, dokładnie takie, jakie lubiła. „Szkoda, że nie mogę 

ich  zjeść”  -  pomyślała  Kristine.  Przebierała  widelcem  we  frytkach,  zbierając  w  sobie  siły  do  zadania 
pytania. 

- Co miałeś na myśli, mówiąc, że byłeś zabrany? - Nareszcie, powiedziała to. Podniosła głowę, czekając 

na odpowiedź Kita. Kiedy nie odpowiadał od razu, spróbowała pomóc jego pamięci. - Przez Sang Phalę? 
Twojego drugiego ojca? 

Kit  spotkał  kilka  osób  z  niebieskimi  oczami,  niewiele,  ale  wystarczająco  dużo,  by  wiedzieć,  że  w  jej 

oczach niezwykły był nie tylko ich fiołkowy odcień, lecz także ciepło. Poruszały w nim tę samą ukrytą 
strunę co zazdrość, prosząc o prawdę, którą rzadko ujawniał. 

Tym razem jednak ledwie zdążyła zapytać, a już poczuł w sobie potrzebę dania jej odpowiedzi. 
-  Sang  Phala  przyszedł  po  mnie,  kiedy  miałem  dziewięć  lat  -  powiedział,  patrząc  na  jej  w  oczy.  - 

Zapłacił  drogo  Khampasom,  wojującym  bandytom,  ofiarowując  życie  swojego  bratanka  za  moje.  - 
Kryjącą się za tymi słowami rzeczywistość próbował złagodzić posyłając jej uśmiech znad szklanki piwa. 
- Jeszcze kiedy byłem chłopcem wiele razy żałował, że tak postąpił. Nie byłem dobrym nowicjuszem. 

Widząc,  jak  pochyla  się  do  przodu,  trzymając  ciasno  splecione  ręce  na  kolanach  i  starając  się  ukryć 

wywołane  jego  słowami  oszołomienie,  uśmiechnął  się  do  niej  ponownie.  Na  pewno  byłaby  przerażona, 
gdyby odkryła, że jej wysiłki poszły na marne. 

- Ofiarowując swojego bratanka? Dlaczego? - Gdy mówiła tak niemal bez tchu, urywanym głosem, nie 

mógł  oprzeć  się  wrażeniu,  jak  bardzo  było  to  kobiece,  słodkie  i...  pełne  erotyki.  Całą  noc  marzył  o  jej 
szepcie  blisko  niego  w  ciemności,  przerywanym  rozkoszą  za  każdym  razem,  gdy  poruszył  się  w  niej. 
Niespokojnie poprawił się na krześle, raz jeszcze zdumiony swobodą, z jaką odpowiadał na jej pytania. 

- Dawna obietnica złożona staremu człowiekowi, jakim stał się mój ojciec, gdy matka umarła przy moim 

urodzeniu  -  wyjaśnił,  z  trudem  skupiając  uwagę  na  rozmowie  i  faktach,  które  zaakceptował  już  dawno 
temu. - W czasie, który spędziliśmy razem, do momentu aż skończyłem dziewięć lat, nie wiem, czy ojciec 
kiedykolwiek  przebaczył  mi  to,  że  tak  wiele  stracił  przeze  mnie.  Pod  tym  względem  Sang  Phala  był 
bardziej szczodry, ale tylko pod tym. Ostatecznie wybił ze mnie dzikość, aż w końcu nauczyłem się. 

- A potem uciekłeś? 
- A potem uciekłem - zgodził się, zanim pociągnął kolejny, długi łyk piwa. 
- Co stało się z twoim pierwszym ojcem? 
- Zastrzelono go na Thorong La. - Wzruszył ramionami, unosząc jedno z nich odrobinę wyżej. - Wiele 

tego typu nieporozumień zdarzyło się na górskich przełęczach po inwazji Chińczyków. 

- Nazywasz morderstwo nieporozumieniem? - powiedziała niewiarygodnie mocnym głosem. 
- To grzech, ale zapłacą za niego inni. - Wiedział, jak twardo zabrzmiały te słowa, ale była to prawda. 
- Kto? Kto zapłaci? 
- Nigdy się tego nie dowiem. Nie został zabity w naszym obozie. Khampasi zaprzeczali,  by byli za to 

odpowiedzialni, chociaż  to  właśnie  oni  przyszli  po  mnie.  Sang  Phala  odnalazł mnie  dwa  lata później.  - 

background image

Aby  rozproszyć  trochę  jej  przygnębienie,  dodał:  -  Mój  ojciec  sam  wybrał  swoją  drogę  życiową.  Sam 
zdecydował  się,  zabrać  matkę  do  tej  dzikiej  ziemi.  Wybrał  miejsce  moich  narodzin.  Sam  postanowił 
złożyć  siebie  w  ofierze  na  ołtarzu  nauki.  Nie  dokonałem  tych  wyborów  za  niego,  Kreestine.  Nie  mogę 
żyć, żałując jego błędów. 

„Badania  naukowe  w  Tybecie  -  rozważała  Kristine.  -  Amerykanin  zamordowany  w  Nepalu...”  W 

myślach  złożyła  te  informacje  razem,  spróbowała  też  odgadnąć  jego  wiek.  Wolno  opadła  na  oparcie 
krzesła.  Wszystkie  kawałki  pasowały  do  siebie  i  czuła  się  jak  idiotka,  żałując,  że  nie  dopasowała  ich 
wcześniej. 

- Twoim ojcem był Dwayne Carson - powiedziała. 
Uniósł brwi. 
- Nigdy nie opublikował swojej pracy, a wyniki jego badań zaginęły. Skąd znasz jego imię? 
- Bertolli wspomina o nim w „Ziemi Śniegów”, przypisując mu zasługę odkrycia grobu Nachukha. - Na-

gle Kit Carson przestał być już tajemnicą.  Czuła ulgę, niewielkie rozczarowanie i nieokreślony smutek. 
Nie  dostrzegła  w  nim  żadnych  blizn  emocjonalnych,  ale  swego  czasu  musiał  wiele  cierpieć,  zwłaszcza 
jako dziecko, gdy życie zadawało rany znacznie głębsze. 

Pochylając się nad stołem, Kit ujął jej ręce w swoje dłonie. 
- Sang Phala dobrze mnie wyleczył, Kreestine. Nie ma powodu do smutku. A jeśli chodzi o to drugie... - 

Nieznaczny uśmiech zarysował mu się w kąciku ust. - Wciąż jest jeszcze wiele do odkrycia. 

-  Nie...  nie  rób  tego,  proszę.  -  Wyrwała  ręce  z  uścisku,  zdumiona,  że  tak  dobrzeją  rozumiał.  W  jego 

obecności będzie musiała bardzo uważać na to, co robi i mówi, a przecież nigdy nie potrafiła być zbyt 
uważna. Najczęściej wypowiadała swoje myśli w tym samym momencie, w którym przyszły jej do głowy. 
Tak czy inaczej nie była przy nim bezpieczna. 

Kit  raz  jeszcze  nachylił  się  ku  niej,  po  to  tylko,  by  móc  jej  dotknąć,  poczuć  pulsujące  w  niej  życie  i 

satynową  gładkość  skóry.  Gęste  rzęsy  przysłaniały  oczy,  ale  i  tak  wyczuwał  w  nich  współczucie  dla 
nieznajomego,  który  pragnął  stać  się  dla  niej  kimś  więcej.  Miała  miękkie  serce  i  silny  umysł,  zaś 
namiętności ukryła gdzieś tak głęboko, że wątpił, czy zdawał sobie w ogóle sprawę, że wciąż jeszcze w 
niej są. Właśnie taka pociągała go coraz mocniej, coraz bliżej. 

- Zdaje mi się, kolego, że dama powiedziała „nie”. - Mięsista ręka wylądowała na stole między nimi, po-

trącając butelki. - A może koleżanko? 

Oboje, Kit i Kristine, podnieśli wzrok na intruza, ale tylko jej oczy były szeroko otwarte ze zdumienia. 

Kit zachował spokój, gdy oceniał posturę - dość potężną - i wrażliwość - dość prymitywną - mężczyzny, 
którego zbliżanie się wyczuł intuicyjnie. 

Miał  na  sobie  zmiętoszoną  flanelową  koszulę  z  zawiniętymi  do  łokci  rękawami  obnażającymi  w  ten 

sposób  owłosione  ręce  oraz  parę  brudnych  dżinsów  zwisających  poniżej  potężnego  brzucha.  Szczotka 
brązowych włosów sterczała pod daszkiem baseballowej czapki. 

- Źle pan zrozumiał - powiedział Kit. - Proszę nas zostawić. - Jego uwaga wróciła do Kristine. 
- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie, panienko - wycedził, swoją obrazę przeciągłym barytonem kładąc 

na stole także drugą rękę. Potrząsnął włosami Kita. 

- Gdzie wyhodowałeś sobie taki warkocz, synu? A może powinienem nazywać de dziewuszką? 
- Możesz nazywać mnie Kautilya - powiedział Kit głosem, w którym nie było słychać zwykłej dla niego 

śpiewnej nuty. - A warkocz noszę z własnego wyboru. 

- Jest strasznie śliczny, dziewuszko. Co by się stało, gdybym tak wziął go sobie na pamiątkę? Mógłbym 

powiesić  go  na  ścianie  razem  z  moimi  trofeami  myśliwskimi.  -  Potężny  mężczyzna  zaśmiał  się  głośno, 
rozbawiony własnym dowcipem. 

-  Nie  byłbyś  pierwszym,  który  tego  próbował  -  powiedział  miękko  Kit.  Kristine  natychmiast 

przypomniała sobie długi sznur kasztanowych włosów wpleciony między rzemień i jedwab uchwytu jego 
skórzanej torby. Ktoś nawet więcej niż tylko próbował. Udało mu się. 

- Hm - odezwał się intruz. - Im dłużej o tym myślę, tym bardziej mi się ten pomysł podoba, dziewuszko. 

-  Głos  mężczyzny  zabrzmiał  teraz  tak  nisko  jak  głos  Kita,  przy  czym  wyciągnął  z  kieszeni  nóż 
kieszonkowy.  Jego  ręka  była  niepewna. Kristine  nie  wiedziała, co  przeraziło ją  bardziej,  niewielki  nóż, 
czy też trzymająca go drżąca dłoń. - Teraz siedź tylko spokojnie, a ja będą się starał nie zrobić ci krzywdy. 

background image

„Mężczyzna  jest  pijany,  ma  przekrwione  oczy,  a  do  tego  jeszcze  jest  pewnie  szalony”  -  pomyślała 

Kristine.  Kit  nie  wyglądał  na  kogoś,  kogo  możnaby  łatwo  zastraszyć.  Wręcz  przeciwnie.  Wojownicze 
spojrzenia to inna sprawa, ale każdy głupiec widział, że lepiej trzymać się od niego z daleka. Że też nie 
zastanowiła się, zanim go tutaj przyprowadziła. Takie zderzenie kultur stanowiło szok zdecydowanie za 
silny dla tych kreatur. 

-  Chodźmy  -  powiedziała,  wyciągając  z  portmonetki  i  rzucając  na  stół  dwudziestodolarowy  banknot. 

Mimo  wszystko  kelnerce  należał  się  dobry  napiwek.  Odepchnęła  krzesło,  prawie  przewracając  je, 
ogarnięta jednym tylko pragnieniem, by już wyjść. 

Wstawała,  gdy  mężczyzna  wyciągnął  rękę  w jej  kierunku.  W  następnej  sekundzie  zamarł  w  bezruchu, 

gdy  dłoń  Kita  spoczęła  na  jego  gardle.  Opadała  z  powrotem  na  krzesło,  nogi  miała  bezsilne,  serce 
przestało bić. 

- Zabierz swoje łapy od Kreestine i schowaj nóż. - Głos Kita wciąż brzmiał miękko, dziwnie łagodnie. - 

Nie chcę zrobić ci krzywdy. 

Mężczyzna zamrugał oczami, wciąż niezdolny do jakiegokolwiek ruchu. Kit uwolnił go z uśmiechem. 
- Dobrze. 
Gromki  śmiech  towarzyszył  mu,  gdy  jedną  ręką  trzymając  się  za  gardło,  na  chwiejnych  nogach 

skierował się ku wyjściu. 

- Nieźle ci poszło, Luke. 
-  Musisz  tracić  wyczucie,  chłopcze,  albo  nerwy.  Przyjdź  do  nas,  niech  ci  powie  stary  Buck,  jak  to  się 

robi. 

- Utop to w piwie, Luke. Następną kolejkę ty stawiasz. 
Poprzez  niespokojny  szum  w  głowie,  Kristine  ledwie  słyszała  te  drwiny.  Kit  coś  zrobił  temu 

człowiekowi, dotykając go lekko i nie była do końca pewna, czy chciała wiedzieć, co to było. 

- Chodźmy stąd. 
- Nie zjadłaś jeszcze kolacji. 
- Nie jestem głodna. 
Kit zauważył drżenie jej rąk i przykrył je swoją dłonią. 
- Przysięgłem bronić cię, Kreestine. Nic ci nie grozi. 
-  Nie  martwię  się  o  siebie  -  szepnęła,  starając  się  nie  zwracać  już  więcej  niczyjej  uwagi.  -  Po  prostu 

chodźmy, zanim jeszcze ktoś postanowi cię ostrzyc. 

Zaśmiał się. W obecnych okolicznościach nie mogłaby wyobrazić sobie bardziej niestosownej reakcji. 
- Nikt nie zetnie mojego warkocza, bahini. Nawet Sang Phala w późniejszych latach nie poważyłby się 

na coś takiego, a do użycia brzytwy zmuszały go przekonania silniejsze niż tylko zwykłe uprzedzenie. 

-  Hm,  ktoś  jednak  odważył  się,  przynajmniej  raz  -  odparowała,  zerkając  nerwowo  w  stronę  baru  i 

pragnąc, by nie sprzeczał się dłużej. Obserwowano ich i według jej oceny niezbyt przychylnie. 

-  Tak  -  powiedział  uśmiechając  się.  -  Turek  odważył  się,  ale  przez  pomyłkę  dostał  mu  się  warkocz. 

Czasami bogowie sprzyjają nam, hę? 

Ten mężczyzna zdecydowanie przesadzał i Kristine była właściwą osobą, by mu o tym powiedzieć. 
- Jesteś teraz w Ameryce, Kicie Carsonie, i nie mamy tutaj nawet w przybliżeniu takiej liczby bogów, do 

jakiej jest przyzwyczajony - poinformowała go jednym tchem. - Mamy tylko jednego, a że wiele dzieje się 
na świecie, dzisiejszej nocy może być trochę zbyt zajęty, by czuwać nad twoim bezpieczeństwem w tej 
spelunce. Więc dlaczego nie mielibyśmy zachować się rozsądnie i opuścić to miejsce o własnych siłach, 
póki  jeszcze  możemy?  A  skoro  już  przy  tym  jesteśmy,  jeśli  ta  przeklęta  rzecz  sprawia  ci  tyle  kłopotu, 
dlaczego po prostu nie obetniesz jej sam? 

Drobna  iskierka  gniewu  zapłonęła  w  głębi  jego  cynamonowych  oczu,  sprawiając,  że  zaczęła  żałować 

swoich niepohamowanych słów. 

- Czy rozumiesz, czym jest wybór, Kreestine? 
- Tak, przepraszam - powiedziała, potrząsając głową. Długość jego włosów nie była jej zmartwieniem, a 

nawet gdyby była, nie pragnęłaby żadnych zmian. Wyobrażenie rąk zaplątanych w gęstym, kasztanowym 
jedwabiu,  wypełniło  jej  marzenia  słodkim  bólem.  Kiedy  niedawno  trzymał  ją  w  ramionach,  ta  wizja 
odezwała się w niej z niezwykłą siłą, kusząc, by zerwała rzemienny węzeł, i zanurzając palce we włosach 

background image

przyciągnęła jego twarz do swojej. 

- Wychodzę - powiedziała nagle. - Ty możesz zrobić... 
-  Więc  zrozum  mój  wybór  -  przerwał,  ogarniając  dłonią  jej  nadgarstek.  -  Przez  sześć  lat  mnisi  golili 

moją głowę. Przez sześć lat było to symbolem niewoli. Bili tam nas wszystkich, ale mnie bili mocniej. W 
mojej  misce  było  ciągle  mniej  ryżu,  moje  dnie  były  dłuższe,  moje  medytacje  ciągnęły  się  bez  końca, 
ponieważ ja nie byłem mnichem. - Wstał wolno, pociągając i ją za sobą, cały czas nie spuszczając z niej 
oczu. - Nigdy więcej, Kreestine. 

Chciał odejść, gdy zatrzymała go, przytrzymując ramię ciasno przy sobie. 
- Przepraszam. 
Puścił jej rękę, ale w twarzy nie można było wyczytać żadnego uczucia. 
- Nie ma powodu do żalu. W ciągu tych lat wiele zyskałem z tego, czego inni szukają całe życie i nigdy 

nie znajdują. Chodź. - Położywszy rękę w zagłębieniu jej pleców wyprowadził z baru. Raz jeszcze jego 
dotyk dodał jej otuchy. 

Na zewnątrz zrobiło się chłodniej, gwiazdy świeciły jaśniej, księżyc lśnił wysoko. Miękka muzyka jego 

kroków,  stanowiła  kontrapunkt  dla  chrzęstu  żwiru  pod  stopami,  ale  wciąż  jeszcze  wyczuwała  w  nim 
napięcie. „Nie mam żadnego prawa, by się na niego złościć - powtarzała sobie Kristine. - Mamy być parą 
współpracujących  profesjonalistów,  a  nie  parą  ludzi  połączonych  związkiem,  nad  którym  nie  potrafię 
zapanować.” 

Ale wszystko w nim dotykało jej osobiście, tak bardzo osobiście. Od chwili, gdy ją pocałował, nie była 

w stanie myśleć jasno, a brak jego pocałunku dziś wieczorem jedynie pogorszył tę sytuację. Powinna była 
po prostu pocałować go, by nie dręczyło jej to więcej. 

„O,  na  pewno  tak,  Kristine”  -  usłyszała  w  duchu  upominający  ją  głos.  Choć  przecież  Granta  Thorpa 

pocałowała  tylko  raz  i  natychmiast  zdecydowała,  że  nie  będzie  narażać  więcej  ani  siebie,  ani  jego  na 
kolejne nudne randki. 

Kita też pocałowała tylko raz, jego pocałunek okazał się tak ciepły, tak słodki. Było w nim coś, sposób, 

w  jaki  dzielił  się  swoim  ciepłem,  nawet  wtedy,  kiedy  brał.  Nigdy  nie  czuła  nic  tak  magicznie 
uwodzicielskiego jak jego usta na jej ustach, jego język zarysowujący kształt jej warg, szukający wejścia. 
Gdy dotykał jej, nie zamieniała się w bryłę lodu. Wręcz odwrotnie, wszystko w niej topniało. 

„Jak by to było - zastanawiała się - kochać się z mężczyzną, który umie czytać w twoich myślach?” 
Zawstydzające? Prawdopodobnie, a dosyć już było wstydu w jej życiu seksualnym. 
Niebezpieczne? Być może, a nigdy w ciągu tych dwudziestu dziewięciu spędzonych na planecie Ziemia 

łat nie przepadała specjalnie za niebezpieczeństwem. Wiele było w jej życiu pochopnych osądów i równie 
nierozważnych decyzji, ale zawsze trzymała się z daleka od prawdziwego niebezpieczeństwa, nawet kiedy 
chodziło o Kita. 

„Niewiarygodne.” 
To słowo uformowało się w jej umyśle jak fakt, nie pozostawiając cienia wątpliwości; drażniące ciepło 

rozeszło się od koniuszków nerwów po całym ciele. 

- Zaczekaj - powiedział Kit, zatrzymując ją i naciskając mocniej na jej plecy. 
Spojrzała  przerażona  kierunkiem,  jaki  przybrały  jej  myśli,  zwłaszcza,  że  wciąż  czuła  na  sobie  jego 

dotyk. 

- To nic - powiedziała szybko, rozglądając się za samochodem.  - Naprawdę nic. Po prostu zastanawia-

łam się, jak ciepło było w barze i jak... 

-  Cii,  bahini.  -  Wolno  obrócił  się  na  piętach,  ogarniając  wzrokiem  parking,  i  Kristine  wyczuła  w  po-

wietrzu coś nieprzyjemnego. 

- Co... - zaczęła, ale pytanie rozpłynęło się w wahaniu. Nie zwróciła wcześniej uwagi, kiedy tamci męż-

czyźni wyszli z baru, a teraz było już za późno. Zablokowali drogę odwrotu do budynku, okrążając ich. Jej 
pierwszym  odruchem  było  cofnąć się  gdzieś  i  zrobiła  to, natrafiając  na  Kita.  Potem  chciała  uciekać,  ale 
powstrzymał ją rozkazem, jaki wyczuwała w jego dotyku. 

Mgliste  sylwetki  wyłaniały  się  z  zaparkowanych  pojazdów  i  po  chwili  zaschło  jej  w  ustach  do  tego 

stopnia, że mogła jedynie szepnąć: 

- Może powinniśmy pobiec do samochodu. 

background image

- Nie, Kreestine. - Obrócił ją w ramionach, całując uspokajająco w czoło. - Nie biegnij. 
„Tak,  teraz  dopiero  zawstydził  mnie, i to  na  dobre”  -  pomyślała Kristine. Pocałował ją  w  chwili,  gdy 

całkowicie ogarnięta była paniką. Jej wzrok wędrował od jednej niewyraźnej sylwetki do drugiej. Było ich 
o pięciu, o czterech za dużo, by mogli mieć uczciwą szansę i o pięciu za dużo jak na jej gust. Sama myśl o 
gangu  ćwierćinteligentnych  kretynów  ze  speluny,  podążających  za  nimi  na  parking,  by  szukać  guza, 
napawała ją złością. Kit nie da rady im wszystkim. 

- Nie dasz im wszystkim rady.  - „A ja nie dam rady nawet jednemu.”- Myślę, że powinniśmy uciekać. 

Ja... ja nigdy nie uczyłam się samoobrony, a ostatnia osoba, którą uderzyłam, była dużo mniejsza niż ja. 
Prawdę mówiąc, była to moja młodsza siostra, jakieś dwadzieścia pięć lat temu i, oczywiście, oddała mi, i 
miałam potem niezłe siniaki, i... 

- Cii, Kreestine, nie będzie żadnej bójki. 
Zdecydowanie musiał widzieć coś więcej niż ona, bo dla niej ci mężczyźni wyglądali, jakby przyszli tu 

w  ściśle  określonym  celu.  Pięciu  stanęło  za  ostatnim  rzędem  oddzielających  ich  samochodów.  Kit  i 
Kristine znaleźli się teraz w pułapce, mając dwa samochody przed sobą, dwa z tyłu, po bokach ciężarówkę 
i samochód z odkrytym dachem. 

- Wsiądź do niego - powiedział Kit. 
- To nie mój samochód. 
- Nie chcę, żeby ci się coś stało. 
- Wydawało mi się, że miało nie być bójki - syknęła. Z jakiegoś powodu była wściekła nie tylko na tę 

bandę idiotów, ale także na niego. „Mężczyźni - pomyślała z niesmakiem. - Zawsze tacy sami.” Nigdy nie 
słyszała o grupie kobiet wysypujących się z baru, by załatwić sprawę na parkingu. Ani razu. 

- Posłuszeństwo jest cnotą, Kreestine, i to taką, której powinnaś się szybko nauczyć. 
- Jeśli ty i twoja dziewczyna przestalibyście ćwierkać - zawołał jeden z mężczyzn - moglibyśmy zabrać 

się do rzeczy, synu. Cały czas mam ochotę na mały prezent.  - Mężczyzna, nazywany Luke’m, stanął na 
czele znajdującego się po ich prawej stronie trio. Obecność kolegów wyraźnie dodawała mu odwagi. 

Kristine miała już dość. 
- Wezwę policję. 
- Policja to nie jest dobry pomysł, Kreestine - ostrzegł ją Kit. 
-  Masz  tutaj  rację,  synu  -  powiedział  Luke.  -  Pilnuj  jej,  Buck.  Później  pokażemy  jej  kilka  rzeczy,  do 

których może służyć taka buzia poza wzywaniem policji. - Brutalność jego słów wywołała falę śmiechy i 
kilka głosów „daj spokój. Luke”, a Kristine przejęła dreszczem grozy. Krzyk, któremu nie chciała ulec, 
dusił ją  w  gardle jak  twardy  knebel,  uniemożliwiając  niemal  oddychanie.  Rzuciłaby  się  natychmiast do 
ucieczki, gdyby nie łagodny głos Kita, docierający do niej ponad rubasznym śmiechem napastników. 

- Pierwszy, który jej dotknie, umrze. - Przenosił wzrok od jednego mężczyzny do drugiego, jedna brew 

uniesiona była pytająco. - Który z was jest już gotów przenieść się do krainy wieczności? - Jego pewny 
siebie ton zatrzymał ich na chwilę, ale tylko na chwilę. 

- Łap ją, Buck. 
- Do cholery, Luke, łap ją sam, jeśli jesteś taki napalony. 
Nawet  Kristine  wyczuła  napięcie  w  tym  wyzwaniu.  Jeden  z  kowbojów  odszedł,  mrucząc  coś  o 

przechodzącej im koło nosa zabawie. 

Z własnej woli zapędzony w kozi róg Luke, postąpił krok do przodu, ale tylko jeden. Kit chwycił dłonią 

jego pięść, po czym owinął go dookoła, ciskając ostatecznie na drzwi ciężarówki. 

To było to. 
Jeden z mężczyzn ukląkł przy Luke’u. 
- Całkiem nieprzytomny - odezwał się po chwili. 
Kit  potwierdził  to,  przyklękając  sam,  by  sprawdzić puls  Luke’a.  Pobieżnie  zbadał  go,  szukając innych 

uszkodzeń,  jego  ręce  i  zachowanie  były  cały  czas  tak  łagodne,  jak  ton  głosu.  Pozostałych  dwóch 
czmychnęło pospiesznie, a czwarty pomógł pierwszemu dźwignąć Luke’a na nogi. 

„Dobry  Boże  -  pomyślała  Kristine,  cała  drżąca  -  Ci  ludzie  muszę  się  śmiertelnie  nudzić!”  Nigdy  nie 

uważała,  że  jej  rodzice  przesadnie  chronili  ją  przed  życiem,  ale  najwyraźniej  były  w  jej  wychowaniu 
poważne luki, których ośmioletnia edukacja nie zdołała wypełnić. Była zszokowana własną naiwnością i 

background image

zaskoczona tym, jak rozważnie Kit potraktował mężczyznę, który go obraził i próbował napaść. 

- Chodź, Kreestine - Kit odwrócił się do niej i ujął za ramię. 
Wyrwała mu się, nie ufając własnemu głosowi. 
Zabrał  rękę  i  wskazał  samochód,  pozwalając,  by  poprowadziła  go  idąc  przodem  swoim  długim, 

sprężystym krokiem. 

 
Zmieniając kolejne biegi na górzystej drodze, Kristine walczyła z wzbierającymi łzami i złością. Nigdy 

jeszcze nie wydawała się sobie tak bezbronna i nienawidziła tego uczucia. Musiało istnieć, coś, co mogła 
zrobić lub powiedzieć, by rozproszyć kryjącą się za tym wszystkim wrogość i głupotę. Ale nie, stała tam 
jak wystraszona kobiecinka, czekając, by ocalił ją mężczyzna. 

Zahamowała  z  piskiem  opon,  wysiadła,  trzaskając  drzwiami,  i  z  takim  samym  impetem  zamknęła  za 

sobą drzwi domu. Przy każdej kolejnej eksplozji hałasu przypominała sobie głuchy łoskot uderzającego o 
metal ciała, wszystko po to, żeby móc się trochę zabawić. John Garraty zaczynał wyglądać na tym tle jak 
dobrze wychowany święty. 

- Najlepiej jest dać sobie spokój z własną złością, Kreestine. 
Odwróciła się. Nie wiedziała, że wszedł za nią do domu. 
- Powiedziałeś, że nie będzie bójki! 
- To nie była bójka. 
- Jak wobec tego nazwiesz uderzenie człowieka, po którym traci on przytomność. 
- Praktycznym. 
- Praktycznym - wybuchnęła. - Sądziłam, że ktoś z twoją przeszłością wymyśli coś w lepszym stylu niż 

rozwalenie człowiekowi czaszki o drzwi ciężarówki! 

- Sytuacja nie wymagała stylu, i ledwie go tknąłem, Kreestine. Myślę, że on za dużo wypił. 
Patrzyła na niego z ustami otwartymi ze zdumienia. 
- Za dużo wypił? 
Kiwnął głową z powagą. 
-  Za  dużo  wypił  i  doszedł  w  nim  do  głosu  instynkt  terytorialny.  Najwyraźniej  dostrzegł  we  mnie 

zagrożenie  dla  całego  żeńskiego  rodu  Amerykanów  i  zdecydował,  że  przemoc  będzie  najlepszą 
odpowiedzią. Kiepski wybór, jak zawsze. 

- Przemoc to kiepski wybór? - mówiła wysokim przenikliwym tonem.  - I to w ustach człowieka, który 

obiecał zabić jednego z tych przerośniętych idiotów? 

-  Nie  zabiłbym  żadnego  z  nich  -  powiedział,  idąc  za  nią  do  kuchni.  -  Ale  zważywszy  okoliczności, 

uważałem za rozsądne przedstawić im taką możliwość. 

Patrzyła, jak otwiera lodówkę, wyjmując z niej butelkę piwa i budząc przy okazji Mancosa z błogiego 

snu  przed  kominkiem.  Dog  przyczłapał  do  Kita  i  ocierając  łeb  o  obciśniętą  dżinsami  nogę  czekał  na 
pieszczotę. 

- Sha-sha, Mancos, sha-sha. 
Mancos jęknął żałośnie, ale postąpił, jak mu  kazano i przechodząc obojętnie obok swojej pani położył 

się  z  powrotem  w  salonie.  Kristine  nie  zauważyła  nawet  tej  zdrady.  Zbyt  pochłonięta  była 
opanowywaniem własnych nerwów. W końcu nie mogła się już dłużej powstrzymać. 

- Pozwoliłbyś im mnie wziąć? 
Kit oparł głowę o drzwi lodówki i westchnął długo i ciężko. Dokonała rzeczy niemożliwej. Zaszła mu za 

skórę, wytrącając z ręki wypracowywaną latami tarczę cierpliwości. Rozzłościła go. 

Wolno zwrócił ku niej głowę, starając się, by głos brzmiał spokojnie, ale to mu się nie udało. 
- Nie, Kreestine. Nie pozwoliłbym im cię wziąć. Nie pozwolę nikomu cię wziąć, nie w sposób, w jaki 

oni chcieli to zrobić. - Pociągnął długi łyk piwa, po czym odstawił butelkę i zaczął zbliżać się do niej. - 
Ani teraz, ani nigdy, ponieważ, patni - zatrzymał się przed nią, obejmując dłońmi jej twarz - jesteś moja. 

Zanim  zdążyła  pomyśleć,  jego  usta  znalazły  się  na  jej  ustach,  potem  nie  potrzebowała  już  myśleć. 

Pragnęła jedynie, by całował ją jak najdłużej. Zacisnęła dłonie w pięści, walcząc z pokusą objęcia go, ale 
ostatecznie  pokusa  zwyciężyła.  Dłonie  jej  drżały,  gdy  go  obejmowała,  gdy  zbliżył  usta  do  jej  ust, 
przyciągając ją bliżej. Zacisnęła mocniej palce na czarnej tunice, czując przenikające ją ciepło. Ośmielając 

background image

się,  uniosła  dłonie.  Mając  pod  palcami  twarde  mięśnie  jego  ramion  poczuła  słabość  i  pożądanie,  nie 
bezbronność, lecz wyczekiwanie. 

Ich  westchnienia  zlały  się  z  sobą,  gdy  unosząc  ją  jednym  silnym  ruchem,  posadził  na  blacie  stołu. 

Przygarnął ją do siebie, trzymając mocno rękami w talii, udami obejmowała jego biodra. Zupełnie poddała 
się  emanującemu  od  niego  pożądaniu.  Usta  błądziły  między  wargami  a  czułym  punktem  w  miejscu 
spotkania brody i ucha. Zamienił jej ciało w jedną erogenną sferę. 

Nachyliła głowę, by skosztować jego szyi, ale powstrzymał ją, ujmując dłonią jej brodę. 
-  Nie  -  szepnął,  całując  delikatnie  ucho.  -  Chyba  że  zgodzisz  się  dzielić  ze  mną  moje  łoże.  -  Kolejny 

pocałunek zsunął się w dół po jej karku aż do kości obojczyka. Warkocz opadł mu na pierś, tuż obok jej 
ręki. - Pójdziesz, Kreestine? 

Tak... 
- Dobrze. - Już brał ją w ramiona, gdy twarda rzeczywistość wdarła się w jej marzenia. 
- Nie! To znaczy... nie. Ledwie się znamy. Dopiero co spotkaliśmy się. Nie mogę tak po prostu iść do 

łóżka... z tobą. - Jej głos załamał się w przerażeniu. W myślach panował zupełny chaos. 

-  Ach,  więc  chcesz  tylko  grać  w  miłość.  -  Ucałował  kąciki  jej  ust,  drażniąc  leciutko  językiem,  śmiała 

ręka wsunęła się pod bluzkę, by objąć pierś.  - Ja też lubię grać, Kreestine, ale...  - Urwał, by przygryźć 
delikatnie jej dolną wargę. - Ale w grze szybko tracę cierpliwość. Przyjdź do mnie, gdy będziesz gotowa. 

Pocałował ją raz jeszcze, językiem penetrując głębię ust. Gdy się odsunął, warkocz pozostał jej w dłoni. 

Owinęła go wokół chcąc zatrzymać go dłużej i bliżej. 

Zawstydzona  tym  ujawnieniem  własnych  emocji  wypuściła  z  ręki  jego  włosy,  opuszczając  wzrok  i 

pokrywając  się  jasnym  rumieńcem.  Patrzyła,  jak  duża,  mocna  ręka  przesuwa  się  wzdłuż  jej  ciała, 
zostawiając  za  sobą  smugę  ciepła,  przechodzącą  od  uda,  poprzez  brzuch,  piersi  aż  do  szyi.  Czubkami 
palców przechylił jej głowę, aż spojrzała na niego. 

Uśmiechał się, w jego oczach był ten sam spokój co w tonie głosu. 
- Chociaż to dobra gra, Kreestine. Bardzo dobra gra. 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

On był szalony. Ona była szalona. Cały świat oszalał. 
Mrucząc  cicho  pod  nosem,  Kristine  wyciągała  kolejne  papiery  z  kosza  na  śmieci.  Grafitowe  odpadki 

umazały jej kolana, pozostawiając ciemnoołowiane plamy na dżinsach w biało-niebieskie prążki. Zdążyła 
już także wylać kawę na koszulkę o podobnym wzorze, a słońce wciąż jeszcze nie wzeszło. 

Poza  jej  miejscem  pracy  w  całym  gabinecie  panował  dzięki  Kitowi  nienaganny  porządek,  jednak  ten 

jeden wybitnie zagracony kącik więcej niż zakłócał wrażenie ładu. Porządek był jego obsesją. Mogłaby 
założyć się, że przez całe życie nigdy mu nic nie zginęło, dopóki nie spotkał jej. 

- A niech to. - Odwróciła kosz do góry nogami i mocno nim potrząsnęła. Powierzył jej listy rozpakowa-

nych w sobotę kufrów, ale poza tym nic więcej, co dotyczyłoby Kah-gyur. Wprowadziła już do komputera 
trzy z napisanych ręcznie list, ale czwarta zniknęła. 

Musztardowożółta  bluzka  wyfrunęła  z  kosza  na  samym  końcu.  Przykucnęła  na  piętach,  zakrywając 

twarz rękami. Żałowała, że nie spaliła tej przeklętej rzeczy. Nie będzie płakać. Nigdy nie płakała. Płacz 
nic by tu nie pomógł. 

Przez cały wczorajszy dzień starała się nie wchodzić mu w drogę, odzywała się jedynie odpowiadając na 

pytania,  kosztem  snu  i  nerwów  zachowując  maskę  poważnego  naukowca.  Pracował  w  garażu, 
rozmontowywując kufry, identyfikując każdy z pokrytych drukiem bloków, numerując je, zabezpieczając 
i sporządzając listy, które przekazał następnie w jej ręce. Nie poprosił o pomoc, a ona nie znalazła w sobie 
dość odwagi i pewności siebie, by pójść do niego i zaoferować mu ją. 

Co się z nią działo? Prestiż, o jakim nigdy nie śmiała nawet marzyć, był w zasięgu ręki, a. ona potrafiła 

myśleć  jedynie  o  mężczyźnie,  który  stworzył  jej  tę  możliwość.  Był  więcej  niż  nieortodoksyjny.  Sam 
ustanawiał własne prawa. Kogokolwiek innego przytłoczyłby ogrom odpowiedzialności, jaką Kit wziął na 
siebie, podejmując tę śmiałą eskapadę i decydując się na wygnanie. Sama budziła się dwukrotnie tej nocy, 
zlana  zimnym  potem,  wyobrażając  sobie,  że  w  garażu  wybucha  pożar  albo  że  zrywa  się  tornado 
porywające  Kah-gyur.  Robiła  sobie  wyrzuty,  za  to  że  zgodziła  się  mieć  do  czynienia  z  tym  jego 

background image

zakazanym  skarbem.  Kiedy  obudziła  się  po  raz  drugi,  doszła  do  wniosku,  że  jedynym  pasującym 
określeniem byłoby nazwanie jej rozegzaltowaną i sfrustrowaną panną o wybujałej wyobraźni. 

Czyżby rzucił na nią urok? Każdą myślą wracała do niego. Kit Carson był jej zgubą. Nigdy nie spotkała 

nikogo,  kto  by  choć  trochę  przypominał  go  wyglądem  albo  temperamentem.  Jego  umysł  działał  w jakiś 
tajemniczy  sposób  i  działał  także  na  nią.  Była  nim  zafascynowana,  po  prostu  i  najzwyczajniej 
zafascynowana.  Mogła  jeszcze  zrozumieć  swoje  zadurzenie  w  Johnie  Garratym.  Był  wszystkim  tym, 
czym sama chciała być: cieszącym się uznaniem, szanowanym intelektualistą z tytułem naukowym. 

Kit  Carson  był  dobrze  znany,  ale  reszta  była  zdecydowanie  pod  znakiem  zapytania.  Nie  był  typem 

mężczyzny,  jakiego  wybrałaby  dla  siebie.  Był  ucywilizowany  tylko  do  pewnego  poziomu  i  to  poziomu 
odnoszącego  się  do  zupełnie  innej  kultury;  bardziej  zmysłowy  niż  intelektualny,  a  jednak  niezwykle 
inteligentny w sposób, którego nie potrafiła pojąć. 

Jednak z drugiej strony, Johna Garraty’ego wybrała z wszystkimi jego tytułami i szacownością, aby od 

tamtego  momentu jedynie żałować  podjętej  wtedy  decyzji.  Może  nie  wiedziała,  co  było  dla  niej  dobre. 
Przez  moment,  ale  tylko  przez  moment,  kiedy  obudziła  się  po  raz  drugi,  zdawało  jej  się,  że  jedynym 
ocaleniem  mogłoby  być  wspięcie  się  po  schodach  do  pokoju  Kita;  by  powtórnie  odkryć  słodycz  jego 
pocałunków. 

Zdusiła w sobie głuchy jęk i opuściła ręce wzdłuż ciała. Niech go diabli. Kiedy natchnął człowieka jakąś 

myślą, wiedział, co zrobić, żeby nie została ona zbyt szybko zapomniana. 

„Przyjdź do mnie.” kiedy będziesz gotowa. Już sama zawarta w tych słowach arogancja powinna była 

zniechęcić ją do tego człowieka. Tymczasem zdawała się przynieść efekt całkiem przeciwny. 

Rozejrzała  się  po  rozrzuconych  wokół  szpargałach.  Wśród  nich  była  lista.  Sama  Lois  Shepherd  oraz 

Thomas  Stein  mieli  jutro  pojawić  się  w  jej  domu,  a  ona  i  Kit  musieli  być  do  tego  przygotowani.  Jeśli 
zawaliłaby sprawę, mógłby nigdy już się stąd nie wynieść. 

„Zwariowałam  -  pomyślała  raz  jeszcze,  uderzając  się  ręką  w  policzek.  -  Zupełnie  zwariowałam.” 

Trzynastowieczny zabytek był właśnie powoli rozmontowywany w garażu, a jedyną rzeczą, z którą jej się 
kojarzył,  był  mężczyzna,  który  go  tutaj  sprowadził.  Co  stało  się  z  jej  zmysłem  historycznym?  Jej 
marzeniami o karierze? Jej życiem? 

Wolno  przesunęła  rękę  od  oczu  w  dół  twarzy,  by  zakryć  nią  usta,  gdy  w  końcu  zauważyła  to. 

Bladozielona kartka z dzienników Kita leżała na jej biurku. 

 
Kit  przyłożył  kartkę  papieru  do  osiemdziesiątego  ósmego  drewnianego  bloku,  wcierając  w  niego 

jednocześnie kawałek węgla drzewnego. Cienkim flamastrem wypisał numery z jednej strony papieru, po 
czym pędzelkiem wyrysował po drugiej stronie kilka liter mongolskiego pisma. 

Pracował przez całą zimną noc. Sen okazał się być bardziej trudem niż odpoczynkiem. Podobnie jak i 

poprzedniej nocy czekał na Kristine. I nie przestanie czekać, dopóki nie wypełni się ich czas. 

Odłożył  na  bok  wiązany  bawełną  papier,  biorąc  do  ręki  kartkę  papieru  ryżowego.  Z  dużo  większą 

starannością wykonywał drugą odbitkę. Miał ją zatrzymać dla siebie, by następnie odszyfrować i zbadać. 
Słowa  były  o  wiele  ważniejsze  niż  drewniane  bloki,  na  których  je  wydrukowano.  Gdy  wysechł  już 
atrament  na  pierwszej  kartce,  odłożył  ją  na  stos  przeznaczony  dla  przyjeżdżających  jutro  kustoszy,  po 
czym przesunął kolejny paciorek na liczydle. 

Czego ona chciała? Czego od niego potrzebowała? Dzień spędzony z nią pełen był światła, ale innego 

niż to, które pamiętał z młodości. 

Czego  on  chciał  od  niej?  Nazwał  ją  patni,  żona,  nie  zastanawiając  się  nad  tym.  Rozważał  teraz,  czy 

mogło  mieć  to  jakieś  znaczenie?  Sang  Phala  powiedziałby,  że  tak,  ale  jego  drugi  ojciec,  odchodząc  w 
nicość Nirwany, już dawno stał się dla niego nieosiągalny. 

Poczuł  nagle  osamotnienie.  Zazdrość  i  osamotnienie.  Jakie  inne  niespodzianki  miała  mu  jeszcze 

zgotować? Klasztor  stanowił  schronienie  przed  bardziej  okrutnymi  emocjami,  dając  poczucie  duchowej 
jedności i broniąc przed pustką, której doświadczał teraz będąc tak daleko od domu. 

Patni. Połowa całości, yin dla yang. Opuścił mnichów w poszukiwaniu swojej dojrzałej męskości i życia, 

do którego był zrodzony, buntując się przeciw egzystencji, do jakiej zmusiła go śmierć ojca i obietnica 
złożona  przez  Sang  Phalę.  Przez  piętnaście  lat  odkąd  uciekł  z  klasztoru,  sumienie  wyciszało  jego 

background image

wyobrażenia o wolności, aż znalazł się tutaj, w tym miejscu i czasie, gdzie stał się nagle połową całości. 
Działała na niego jakąś tajemniczą magią. 

Odłożył na bok pędzelek, wzdychając głęboko. Praca nie przynosiła ukojenia. Pożądanie stało się czymś 

więcej  niż  tylko  chęcią.  Potrzebował  Kristine  Richards,  bardzo  upartej,  twórczo  roztargnionej 
Amerykanki, która miała więcej ambicji niż rozsądku. Pragnienie kochania się z nią nie zaskoczyło go. 
Ale zaskoczyło go pragnienie złączenia z nią swojego życia. Miał przecież plany, w których nie było dla 
niej miejsca. 

Wymknął  się  z  Azji  jak  nocny  złodziej,  o  dwa  jedynie  małe  kroki  wymijając  powszechnie  uznawane 

chińskie  prawo  i  o  jeden  zaledwie  krok  wyprzedzając  Turka.  Uciekał,  unosząc  z  sobą  z  pięćdziesiąt 
kilogramów antycznego drewna, w którym wyryte były przetłumaczone słowa Buddy. Było to dla niego 
gestem wiary, którego dokonał, jak sam się przed sobą przyznawał, w dużej mierze dlatego, że nikt nie 
wierzył,  iż  w  ogóle  odnajdzie  skarb,  nie  mówiąc już o  wywiezieniu  go.  Resztki  reputacji  poświęcił  dla 
własnej  dumy  i  przybranego  narodu.  Nie  żałował  tego,  ale  nie  planował  też  pozostać  na  wygnaniu  do 
końca życia. 

Pragnął umieścić Kah-gyur w bezpiecznym miejscu, by już na zawsze pozostał niedostępny dla Turka. 

Chciał też opublikować wyniki badań, by odzyskać dobre imię. Musiał cierpliwie czekać na odpowiednią 
chwilę, gdy ucichnie już burza gróźb i oskarżeń. Wróci wtedy do Chińczyków, obiecując im wszystko, 
żeby tylko wpuścili go znów do Tybetu. 

Było wiele powodów, dla których pragnął powrócić. Urodził się w tych mroźnych bezbrzeżach „dachu 

świata”  i  surowa  czystość  jego  światła  oraz  odnajdywana  tam  samotność  były  głęboko  wyryte  w  jego 
duszy. 

Ale czym było osamotnienie dla samotnego mężczyzny? I czy blask słońca w wysokich Himalajach był 

czystszy od blasku, który dojrzał w oczach Kristine? 

„Pytania - pomyślał, wolno podnosząc się z podłogi. - Tak łatwo można na nie natrafić. Doczesny świat 

wiruje  wokół  swej  osi  w  powodzi  pytań,  pociągając  za  sobą  głupców  i  śmiertelników.”  Obydwa  te 
określenia pasowały do niego, ponieważ odpowiedzi szukał nie we własnym sercu, ale w sercu Kristine. 

Przysiągł  bronić  jej  przed  wszystkim  i  wszystkimi  poza  sobą  i  tą  nieoczekiwaną  miłością,  którą  czuł 

budzącą się w głębi duszy. Dlaczego nie mogła być po prostu konkubiną? Samo pożądanie było łatwe do 
okiełznania. Miłości, wydawało się, można było jedynie ulec. 

Pierwsze promienie słońca zaiskrzyły się na parapecie, po czym wdarły do środka, zalewając cały pokój. 

Posuwając  się  wzdłuż  smugi  światła,  podszedł  do  okna,  by  spojrzeć  na  dom,  w  którym  mieszkała.  Czy 
spała? Czy jej sny były równie niespokojne jak jego? Czy lepiej niż on rozumiała siły, które pociągały ich 
ku sobie? 

Pytania. Coraz więcej pytań. Zmęczenie pochyliło mu głowę, czuł się bardzo samotny. 
 
Kristine  umieściła  właśnie  kolejny  plasterek  sera  na  maleńkim  krakersie.  Nawet  jej  własna  matka 

pochwaliłaby  ją  dzisiaj  za  panujący  w  domu  porządek.  Dla  spokoju  ducha  wszystkich,  Mancos  został 
uwiązany  łańcuchem  z  tyłu  domu.  Trzecia  taca  kanapek  wyglądała  zdecydowanie  lepiej  niż  pierwsza, 
którą dawno spisała już na straty. Białe wino chłodziło się w lodówce. W ekspresie patrzyła się świeża 
kawa. Rozstawiła już talerzyki, serwetki, popielniczki, srebrne tacki oraz miseczki z orzeszkami. 

Szybki  rzut  oka  na  zegar  kuchenny  potwierdził  najgorszą  z  jej  obaw.  Stein  i  Shepherd  będą  tu  lada 

moment,  a  Kit  równie  niedługo  odejdzie  już  na  zawsze  z  jej  życia.  Te  dwa  wydarzenia  były  z  sobą 
nierozłącznie splecione. 

Lekko drżącą ręką umieściła oliwkę na szczycie każdej kanapki, wpychając ją odrobinę w ser. Najmniej 

potrzebne były w tej chwili te samounicestwiające się kanapki. Nigdy dotąd w jej domu nie odbywało się 
coś  tak  niezwykłego  jak  aukcja  unikalnego  zabytku.  Serce  waliło,  jakby  kończyła  właśnie  bieg 
ustanawiający nowy rekord świata na dystansie tysiąca metrów. Sen był już tylko wspomnieniem. 

Wiedziała, że każda godzina, gdy niespokojnie przewracała się z boku na bok, była wypisana w sińcach 

pod jej oczami. Próbowała już kremu, pudru, fluidów, tuszu do rzęs i konturówki, dwukrotnie ścierając to 
wszystko  z  twarzy  i  decydując  się  zamiast  tego  na  ogromne  kolczyki,  które  miały  skupiać  na  sobie 
wszystkie spojrzenia. 

background image

- Kreestine? 
Podskoczyła,  słysząc  jego  głos,  i  uderzyła  głową  o  otwarte  drzwi  szafki.  Udając,  że  nic  się  nie  stało, 

wepchnęła w ser kolejną oliwkę. 

- Co? 
Ostrość  tego  pytania  wzbudziła  w  Kicie  natychmiastowy  płomień  złości.  Stłumił  go  siłą  woli, 

zaskoczony  jednocześnie  tym,  ile siły  i ile  woli  potrzebował,  by  osiągnąć  to,  co  zawsze  było  dla niego 
najbardziej naturalnym aktem. Nie był też zadowolony z takiego pogorszenia się stosunków między nimi. 
Pozostawił  ją  samą  zdecydowanie  za  długo,  by  mogła  być  zadowolona,  i  zdecydowanie  za  długo,  by  i 
jemu sprawiło to przyjemność. 

Jej  włosy  upięte  były  w  sposób,  którego  wcześniej  nie  widział.  Złota  spinka  wieńczyła  kaskadę 

hebanowych loków. Duże, delikatne złote kolczyki ozdobione czerwonymi klejnotami migotały w uszach. 
Pierwszy  raz  widział  na  niej  jakąkolwiek  biżuterię.  Podobała  mu  się  ich  egzotyka  i  dźwięk,  jaki 
wydawały, gdy potrząsała głową. Podobała mu się miękka, bawełniana, czerwona bluzka, którą miała na 
sobie.  Tkanina  opadała  prosto,  do  połowy  ud,  stanowiąc  całość  z  opinającymi  nogi  aż  do  kostek 
spodniami o tym samym kolorze. W takich spodniach nie mogłaby się pokazać w jego kraju. Podobała mu 
się nagość jej stóp. Zdecydowanie niepokoiły go widoczne pod oczami ślady zmęczenia. 

- To wszystko jest niepotrzebne - powiedział, wskazując na tace kanapek i błyszczącą zastawę. 
„Typowe” - pomyślała Kristine, zaciskając usta. W niewolniczym niemalże trudzie spędziła ranek, do-

prowadzając wszystko do perfekcji na przyjazd jego gości, a on ma teraz czelność powiedzieć jej, że to 
wszystko jest niepotrzebne. Jak niby miała postąpić? Zaprosić Lois Shepherd i Thomasa Steina do domu, 
po czym postawić kilka butelek piwa? Mężczyźni nie byli w stanie niczego zrozumieć. 

- Ale jest to bardzo wdzięczne - dodał. - Loe-eese i Thomas będą się czuli mile widziani. 
- Dziękuję - powiedziała, upychając na krakersach kolejne oliwki, nieugłaskana jego odpowiedzią. 
- Jestem wdzięczny - powiedział. 
- Proszę bardzo. - Trochę zbyt silny nacisk zgniótł ostatnią oliwkę, łamiąc też znajdującego się pod nią 

krakersa. 

- Niech to diabli. - Wrzuciła zniszczoną kanapkę do zlewu, starając się uratować wygląd półmiska. I tak 

nie będzie pasował do kompozycji, która bezpiecznie czekała w lodówce. - Niech to licho - powtórzyła. 
Chciała, aby wszystko było perfekcyjne aż do najdrobniejszego krakersa. W ten sposób pragnęła dowieść 
swej wartości. 

- To tylko krakers, Kreestine - zapewnił ją. 
- Nie. Mylisz się - powiedziała łamiącym się głosem. 
-  To  było  coś  więcej  niż  tylko  krakers.  -  Jedną  ręką  wciąż  manewrując  przy  ostatnim  półmisku, 

otworzyła  drzwi  lodówki,  by  wyjąć  drugi.  Będzie  musiała  wyrzucić  jedną  z  tamtych  kanapek,  aby 
wszystko  znów  było  w  porządku.  Wystarczyła  sekunda  nieuwagi,  by  usłyszała  niezwykle 
charakterystyczne chrupanie. 

Odwróciwszy się natychmiast, przyłapała go jeszcze na oblizywaniu palców. 
- Dobre - powiedział, uśmiechając się do niej. 
Tego  było już  za  wiele.  Zakochała się  w  bezdusznym  barbarzyńcy,  który  nie  miał  zielonego  pojęcia  o 

protokole  związanym  z  podejmowaniem  ważnych  dygnitarzy,  ani  też  o  istotnej  roli  symetrycznych 
półmisków  z  kanapkami.  Łzy,  które  z  takim  trudem  powstrzymywała  błyszczały  w  zmęczonych, 
zaczerwienionych oczach obrzeżonych ciemnymi obwódkami. 

Podniósł rękę, by pogłaskać ją po policzku, w jego głosie brzmiała skrucha. 
- Co się dzieje, patni? 
-  Nie  nazywaj  mnie  tak,  proszę.  -  Sprawdziła  to  słowo  w  słowniku  i  wiedziała,  co  znaczy.  Żona.  Nie 

była jego żoną. Nigdy nie będzie. Było w nim za wiele energii, za wiele seksualnej, męskiej siły, za wiele 
dzikości, za wiele wszystkiego, a w niej znowu wszystkiego za mało, a zwłaszcza kobiecości, by mogła 
mu się podobać. Próbowała odsunąć jego rękę, ale schwycił jej palce. 

- Tu się mylisz, Kreestine. 
Boże, pomóż, błagała w duchu, pragnęła zapaść się pod ziemię. 
- I na to nie pozwolę. 

background image

-  Przestań  -  jęknęła  przerażona.  Próbowała  wyrwać  się,  ale  to  było  następną  rzeczą,  na  którą  nie  miał 

zamiaru  pozwolić.  Ręka  powoli  powędrowała  na  tył  jej  szyi,  łagodnie  chwytając  włosy  i  przechylając 
głowę  tak,  że  musiała  napotkać  jego  spojrzenie.  W  płonących  ciemnym  ogniem  oczach  przeświecało 
złoto, rdza i bujna, tajemnicza zmysłowość. 

Przełożył  jej ręce  do tyłu, przyciągając ją jednocześnie  bliżej.  Splótłszy  swoje dłonie  z jej,  całkowicie 

nad nią zapanował. Była zupełnie bezbronna, bez najmniejszej możliwości jakiegokolwiek sprzeciwu. 

-  Kiedy  się  połączymy,  patni,  oboje  będziemy  znali  prawdę,  o  której  teraz  mówię.  -  Jego  głos  był 

chrapliwy,  zwykle  melodyjny  ton  przytłumiony  emocjami.  -  Już  teraz  czuję  ciepło  twego  pożądania, 
równie intensywne jak moje. 

Ona także czuła ciepło, jego fale ogarniały ją, jak niesione wiatrem płomienie. Gdyby jej nie pocałował, 

chyba umarłaby. 

Ocalił  ją,  ledwie  muskając  ustami  jej  wargi,  drażniąc  i  zmuszając,  by  przekroczyła  granicę  swego 

niedawnego upokorzenia. Wspięła się na palce, pragnąc go, gryząc jego wargi. Wziął ją, wsuwając język 
głęboko w usta i przepełniając ją palącymi płomieniami żądzy. 

Jęknęła i przytulił ją mocniej odurzoną tym miłosnym pojedynkiem. Całkiem zapomniała o kanapkach, 

kuchni,  podłodze,  na  której  stała,  a  nawet  i  powietrzu  potrzebnym  do  każdego  oddechu.  Całą 
świadomością skoncentrowała się na wywoływanych przez niego wrażeniach, psychicznych i fizycznych. 
Czuła  przy  sobie  twarde  ciało,  napięte  ramiona  pulsujące  siłą  i  mocą,  nawet  wtedy  gdy  uwolnił już jej 
uwięzioną rękę. 

Od  razu  wsunęła  palce  w  kasztanowe  włosy  okalające  jego  twarz.  Kciukami  wędrowała  wzdłuż 

policzków, odkrywając rozkosz dotyku jego ust, gdy ją pocałował. Łagodnie ścisnąwszy zębami jej język 
potwierdził, że jej ręce nie błądziły, a gdy przesunęła je dalej, w dół torsu, cichy jęk przekonał Kristine, że 
dopóki wędrują po nim, jej ręce nigdy nie zabłądzą. 

Och,  kobieto,  -  powtarzał  w  duchu,  pragnąc,  by  mogła  czuć  jego  myśli  tak,  jak  on  czuł  jej,  -  jesteś 

błogosławioną  miękkością  w  moich  ramionach.  Twoje  ciało  smakuje  słodko,  twój  oddech  przepełniony 
jest rozbudzającymi perfumami. Pozwól mi... pozwól mi...
 

Tak. 
Jego odpowiedzią był głuchy brzęk opadającego na podłogę pasa. Wziął ją w ramiona i tym razem nie 

protestowała. 

-  Zgodziłaś  się?  -  spytał,  niosąc  ją  przez  pokój.  Gdy  nie  odpowiedziała,  zatrzymał  się,  jedną  stopę 

postawiwszy już na najniższym schodku, i pocałował ją, zębami gryząc wargi, językiem penetrując usta, 
kusząc, by mu się poddała. Długie, głębokie poszukiwania nie były konieczne, ale zbyt przyjemne, by je 
przerwać.  Odpowiedziała  na  nie  przeciągłymi  westchnieniami,  w  których  każde  unosiło  jakby  jego 
lędźwia. 

-  Zgodziła  się  -  zamruczał,  przerywając  pocałunek,  wspinając  się  po  prowadzących  do  sypialni 

schodach. Weźmie ją tam pośród białych koronek i poduszek, całego przepychu kobiecych drobiazgów. 
Tej nocy będzie spała otulona ciepłem jego ramion, koców i szat, posiądzie ją wtedy ponownie. 

Położył  ją  na  łóżku,  zanurzając  się  razem  z  nią  w  bogactwo  bawełnianych  prześcieradeł  i satynowych 

kołder przepoconych zapachem Kristine, po czym odnalazł ustami zagłębienie na szyi, rozkoszując się już 
teraz samą kobietą. 

Wargami  błądził  po  skórze,  zostawiając  ścieżkę  przejmującego,  wilgotnego  ciepła.  Pragnęła  znów 

poczuć jego usta na swoich. 

Zaledwie to pragnienie zdążyło zakwitnąć w jej myśli, a już zostało spełnione z gwałtownością i pasją; 

jego wargi wyprzedzały pragnienie i odpowiadały tęsknocie, sprawiając, że pragnęła go jeszcze goręcej. 
Ciężar  ciała  na  jej  ciele,  udo  wsuwające  się  między  jej  nogi,  miały  na  nią  jakiś  szaleńczy  wpływ. 
Instynktownie uniosła wyżej biodra. 

Kit wsunął pod nie rękę, podtrzymując ją w ten sposób, i wolno uniósł głowę. 
Na twarzy pojawił się nieznaczny uśmiech, gdy delikatnie zwiększając nacisk przesuwał się po jej ciele. 
- To bardzo dobra gra, hm? - Jej zdyszany oddech był całą odpowiedzią. W pełnym ubraniu sprawił, że 

poczuła to, o czym dotąd czytała jedynie w książkach - i wtedy dopiero zaczął rozbierać się. 

Wciąż ogarniając nogami jej biodra, rozpiął kilka guzików czarnej tuniki, po czym zdjął koszulę przez 

background image

głowę.  Mięśnie  poruszały  się  pod  smagłą  skórą,  gładką  i  pełną  czaru,  pulsując  w  rytm  jego  ruchów  i 
sprawiając, że pragnęła go dotknąć. 

- To, patni, powinnaś robić na wiele różnych sposobów - powiedział, pociągając ją do góry. 
Jednym płynnym ruchem wyślizgnął się z długiej tuniki, tym samym gestem wyjmując także spinkę z jej 

włosów. To były czary, to musiały być czary, ale nie bardziej magiczne niż wyraz jego oczu, gdy zobaczył 
jej bieliznę. 

Ciemne włosy opadły na kremowe ramiona i miękkie,  ciężkie łuki piersi zakrytych czerwoną koronką. 

Czuł,  jak  węzeł  pożądania  napina  się  w  podbrzuszu.  Nie  spodziewał  się  czerwonej  koronki,  nie  na 
Kristine. 

Spojrzał jej w oczy, wiedząc, że ośmieli się drażnić ją najwyżej ustami. Pragnęła go, ale nie była pewna 

jak. Ta niepewność wiązała ją z nim w inny jeszcze sposób. Pragnął jej także, ale najpierw chciał rozwiać 
wszelkie  jej  wątpliwości.  Kiedy  ją  posiądzie,  stanie  się  to  tak,  jak  obiecywał,  płomień  będzie  płonął 
jednakowo w nich obojgu, a jej pragnienie będzie pociągało go dalej, niż kiedykolwiek była przedtem. 

Delikatnie obrysował palcami brzeg koronki, zachwyt przepełnił jego głos czułością. 
-  W  moim  sercu  jest  wiele  miłości  dla  ciebie,  Kreestine  -  zamruczał,  opuszczając  ją  z  powrotem  na 

łóżko. Ustami przylgnął do jej piersi, zatracając się w erotycznym doznaniu smakowania miękkości ciała 
poprzez warstwę czerwonej koronki. 

Ale szybko ta bariera stała się nie do zniesienia i kolejnym zgrabnym ruchem wprawił ją w zadumę nad 

tym, jak to barbarzyńcy z Dalekiego Wschodu znakomicie radzą sobie z zachodnią damską bielizną, gdyż 
staniczek  znalazł  się  na  samym  szczycie  piętrzącego  się  coraz  wyżej  na  podłodze  stosu  ubrań.  Ustami 
wędrował  po  jej  ciele,  pozostawiając  wszędzie  miłosne  ukąszenia.  Również  jego  palce  dręczyły  ją 
pieszczotami, aż nie pozostało jej nic innego, jak tylko odpowiedzieć mu podobnie. 

Jego ciało było jak stal i satyna, twarde i tak niewiarygodnie pełne życia, miękkie i cieple pod czubkami 

jej  palców.  Emanujące  z  niego  gorąco  przepełniło  ją  bez  reszty,  od  najwrażliwszej  warstwy  skóry  po 
najbardziej skryte zakątki umysłu. Przeniknął zimną ciemność jej wątpliwości, wypełniając ją światłem i 
odurzającymi wrażeniami. Jej zmysły budziły się wszędzie tam, gdzie tylko docierały jego usta i zdawało 
się, że w każdym z tych miejsc po kolei pragnęła go najmocniej, dopóki nie poszedł dalej. 

Tym  razem,  gdy  przechyliła  głowę,  przyciskając  usta  do  jego  skóry,  pozwolił  jej  skosztować.  Zębami 

gryzła leciutko jego wargę, naciskając tylko tyle, by wiedział, że tam była. Gdy zdejmował jej pończochy, 
przekręciła  się  razem  z  nim,  myśląc  tylko  o  tym,  by  odnaleźć  językiem  ścieżkę  i  wrócić  do  gorącej, 
słodkiej magii jego ust. Pocałunki dawały jej więcej rozkoszy, niż kiedykolwiek zaznała, bo całując żądał 
od niej wszystkiego i oddawał to w dwójnasób. 

Z  chęcią  poddawała  się  coraz  bardziej  roztaczanemu  przez  niego  urokowi,  poruszając  się  zgodnie  z 

wyczuwanym przez siebie łagodnym rozkazem, zachwycona odpowiedzią jego ciała. Każda jej pieszczota 
wzmagała  jego  podniecenie,  przekazując  w  jej  ręce  silę,  której  się  zrzekał  i  unosząc  ją  wciąż  wyżej. 
Językiem zrosił satynową miękkość jej uda, po czym poszedł dalej, ucząc ją tego, o czym nigdy nie śnił 
żaden z mnichów. Dyszała szybko, pozwolił jej więc na chwilę wytchnienia dostatecznie długą, by zdążył 
dotrzeć do nagich piersi, rozpoczynając ponownie spiralę pożądania. 

Był  uosobieniem  męskości,  stanowiąc  najłagodniejsze,  najbardziej  nieodparte  i  erotycznie  fascynujące 

połączenie siły fizycznej i nieokiełznanych emocji. Dawał jej to co najlepsze w obydwu, wzbudzając w jej 
wyobraźni  klarowne  wizje  swoich  najbardziej  zmysłowych  myśli  i  wzniecając  w  jej  ciele  gorączkę 
pożądania. 

Dotykał  w  takich  miejscach  i  w  taki  sposób,  o  jakim  nigdy  nie  marzyła,  dopóki  nie  poddał  jej  tego 

marzenia. 

Cichym  naleganiem  myśli  mówił  jej,  czego  pragnął.  Prowadząc  ją  rękami,  nauczył  poruszać  się.  Gdy 

wahała się, ponaglał ją. Gdy była mu posłuszna, szeptał do ucha, głosem chrapliwym z rozkoszy o swoim 
zadowoleniu. 

Och,  Kreestine...  Kreestine...  Oddychając  nierówno,  znieruchomiał  nad  nią.  Grał  już  zbyt  długo;  ona 

nauczyła  się  za  szybko.  Ponowiła  pieszczotę,  wślizgując  rękę  do  środka  slipek  i  robiąc  tylko  to,  o  co 
prosił,  ale  i  to  było  za  dużo.  Zauważył,  że  podświadomie  naciska  na  jej  dłoń,  jego  myśli  chaotycznie 
krążyły wokół jednego, palącego pragnienia, by znaleźć się w niej. 

background image

Obraz tego pragnienia był wyraźny w jej wyobraźni, iskrząc się obiecywanymi przez niego wrażeniami i 

gorącem. Przepalając ją niemal spojrzeniem, zmusił, by nie odtrącała tej myśli, razem z nim przeżywając 
spełnienie ich miłości. Podniósł się i szybkimi, pewnymi ruchami zdjął dżinsy, cały czas nie pozwalając, 
by choć na chwilę zapomniała o tym, czego pragnął i co miał posiąść - ją roztapiającą się pod jego ciałem, 
zaciskającą się wokół niego. Ogień wzmagał się w niej coraz bardziej, podsycany jego pragnieniami, które 
tak doskonale rozumiała. Wreszcie zamknęła oczy i westchnęła. 

Przykrył ją wtedy, opuszczając się na nią powoli, wgniatając ją głębiej w szeleszczącą pościel, i wolno 

wniknął w biały płomień jej dała. Chwila po chwili fantazję zastępowała rzeczywistość jego pieszczot, jej 
każdy  jęk  rozkoszy  ginął  natychmiast  w  jego  ustach.  Gra  była  skończona,  wygnana  przez  ból,  któremu 
starał się zaradzić. 

Kristine  zanurzyła  ręce  w  jego  włosach,  rozplątując  i  przeczesując  palcami  długie  kasztanowe  pasma 

jedwabiu.  Pocałowała  go.  Pocałowała  go  z  samej  głębi  duszy.  Skóra  pod  jej  dłońmi  stała  się  śliska, 
zwilżona wysiłkiem pulsujących mięśni. Z radością powitała ciężar jego ciała na swoim, a potem każdy 
kolejny ruch, tarcie skóry, jego zapach i siłę. 

Kit  wypełniał  ją  bez  końca,  wciąż  na  nowo,  fizycznie  zatracając  się  wewnątrz  niej,  a  psychicznie 

czekając, aż wyjdzie mu naprzeciw, aby przywieźć ją bliżej do tej wymykającej się fontanny całkowitego 
spełnienia.  Pchnął  głęboko  i  rozkosz  rozlała  się  po jego  ciele.  Oczekiwanie  nie  mogło  trwać już  dłużej. 
Wessał jej język, a rękę wsunął pomiędzy ich ciała, dając jej to, czego pragnęła. 

Och. kobieto, kobieto, co ty ze mną robisz, co dajesz... Nigdy nie zaznałem niepodobnego. Bierz ze mnie 

Kreestine. Weź wszystko, a ja znajdę więcej jeszcze do ofiarowania, bo ty jesteś... jesteś jedyna... 

Otworzyła  usta,  jej  oddech  zatrzymał  się,  ciało  zamarło,  gdy  wypełniły  je  niezwykle  intensywne 

doznania, i nagle to on był tym, który brał, brał i wykorzystywał dla siebie wstrząsającą siłę jej szczytu. 
Wniknął w nią po raz ostatni i uwolnił się w całkowitej harmonii z ogarniającą jej ciało ekstazą. 

Potem  leżeli  wtuleni  w  siebie.  Kristine  obrysowywała  łuki  mięśni  jego  torsu  i  napiętą  przestrzeń 

podbrzusza,  aż  do  miejsca,  gdzie  jej  dłoń  zatrzymała  się,  drobna  i  blada  na  tle  ciemniejszej  skóry  i 
miękkich  kasztanowych  włosów  zagubionych  pod  prześcieradłami.  Delikatnie  przejechała  paznokciami 
po kuszącej skórze i poczuła, że otaczające ją ramię napina się, przyciągając ją bliżej. 

Spojrzała  w  górą  i  ujrzała  igrający  mu  na  ustach  uśmiech.  Wolno  otworzył  oczy,  napotykając  jej 

spojrzenie. Podniósł głowę z poduszki, poszukując ustami łuku jej piersi. 

-  Nigdy  nie  widziałem  takiej  skóry,  Kreestine,  jest  jak  śmietanka  dla  moich  warg  a  miód  dla  języka. 

Jesteś bardzo piękna... bardzo piękna. I jesteś moja. - Jego ręka włączyła się do pieszczot, wsuwając się 
pod  jej  udo  i  podciągając  je  wyżej.  Bransolety  dzwoniły  jedna  o  drugą,  wygrywając  muzykę,  którą 
słyszała w sercu. Długi kosmyk włosów opadł mu w dół ramienia. 

Boże,  co  też  ona  zrobiła?  Zdumiewał  ją  spokój,  jaki  czuła  w  jego  ramionach,  i  budzące  się  w  niej 

pragnienie, by go dotknąć, by zagubić dłonie w gęstych włosach i odsłonić kolumnę szyi do pocałunku. 
Żaden z niego mnich. Kautilya Carson był stworzony do miłości, do kochania kobiety bez opamiętania. 
Każda  piękna  linia  jego  ciała  błagała  o  jej  dotyk,  a  ona  tęskniła  za  jego  siłą.  Sprawił,  że  wyszła  poza 
siebie, a czyniąc to, związał ją z sobą. 

Zacisnęła palce na jego nadgarstku, gdy objął dłonią jej pierś, ale zacisnęła uchwyt, by go zatrzymać, a 

nie odtrącić. Wiedza, którą posiadała dzięki niemu, sprawiła, że nie mogłaby go odepchnąć. Ofiarowywał 
jej  zbyt  wiele  rozkoszy.  Pochyliła  głowę,  przyciskając  usta  do  jego  skroni  i  zastanawiając  się,  dlaczego 
tak krótko mogła wytrzymać, nie czując smaku i ciepła jego ciała. To był mężczyzna, o którym nigdy nie 
marzyła,  którego  nie  mogła  sobie  wyobrazić,  a  który  teraz  leżał  w  jej  ramionach,  raz  jeszcze  ucząc  ją 
swoich zwyczajów. 

Poddała mu się i w tym drugim spotkaniu, wiedząc, że dawał więcej niż tylko przyjemność i więcej też 

brał. Wśród jego pieszczot niezgrabność zdawała się wdziękiem, nieśmiałość śmiałością, zaś wygnaniec 
powoli stawał się ukochanym. 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Nie  mogła  oderwać  od  niego  oczu.  Nie  chciała  oderwać  od  niego  oczu.  Shepherd  i  Stein  szczęśliwie 

spóźnili  się,  błądząc  przez  dwie  godziny  wśród  nie  oznaczonych  i  nie  brukowanych  ścieżek.  Dwie 

background image

godziny, które wryły się w pamięć Kristine z całą pasją, będącą udziałem jej i Kita. 

Obserwowała  jak  urzeczona,  gdy  wysypywał  tytoń  na  zwijaną  w  palcach  bibułkę.  Pamiętała  każde 

dotknięcie  jego  rąk.  Podniósł  bibułkę  do  ust,  zwilżając  papier  językiem,  i  poprzez  stół  odnalazł  jej 
spojrzenie.  Spłoniła  się,  ale  nie  spuściła  wzroku.  Wspomnienia  błyszczące  w  jego  oczach  na  moment 
ożyły w jej pamięci. 

-  Niesłychane  -  mruknął  Thomas  Stein  sponad  szkła  powiększającego,  przez  które  badał  jeden  z  od-

danych mu przez Kita do oceny drewnianych bloków. Thomas Stein był starszym z dwu kustoszy, srebrne 
włosy okalały niewielką łysinę, której nie próbował ukryć. Szary, prążkowany  garnitur był nienagannie 
skrojony. - Zupełnie niesłychane - powtórzył. 

Kit uśmiechnął się, a Kristine zarumieniła jeszcze mocniej, wciąż jednak nie mogąc oderwać od niego 

oczu. Nawet gdy obok znajdowali się inni ludzie, nie potrafiła zapomnieć o tym, kim stał się dla niej. 

- Niewiarygodne  - zgodziła się Lois Shepherd. Nachylała się, naklejając etykietki na starannie zapako-

wanych  pudełkach  przyniesionych  przez  Kita  z  garażu.  Wyglądała  świeżo  i  schludnie  w  granatowym 
gabardynowym kostiumie, białej bluzce i podobnych pantoflach, uosobienie czystego profesjonalizmu. 

Od  tego  momentu  Kah-gyur  będzie  traktowany  z  należną  mu  czcią  i  szacunkiem,  a  zajmie  się  tym 

Kristine.  W  tym  punkcie  życzenie  Kita  było  jasno  sformułowane,  wszelkie  wyniki  badań  i  opinie 
specjalistów miały przed wszystkimi trafiać do rąk Kristine. Kustosze próbowali się temu sprzeciwić, ale 
wobec nalegań Kita musieli ustąpić, jako że w tym rozdaniu on trzymał wszystkie asy. 

Kit  zwinął  w  palcach  papierosa  i  przypalił  go.  Zadowoleniem  przepełniał  go  nie  tylko  sposób,  w  jaki 

rozpoczął dzisiejszy dzień, ale także to, co odnalazł ukryte głęboko w Kristine. Była dla niego źródłem 
nieustannego  zachwytu.  Dzięki  niej  wszystkie  wybrane  przez  niego  dotąd  w  życiu  drogi  wydawały  się 
właściwymi, ponieważ przywiodły go do niej. 

Zaciągnął  się  mocno  papierosem,  pochylając  do  przodu  i  opierając  łokcie  na  udach.  Z  uśmiechem  nie 

schodzącym mu z ust, wypuścił kółeczko dymu i podążył za nim wzrokiem przez cały pokój, patrząc, jak 
zatrzymuje się ostatecznie na nadgarstku Kristine, która zdumiona znów powróciła wzrokiem do niego. 

-  Czy  zakonserwowałeś  je?  -  spytał  Thomas,  wciąż  jeszcze  przyglądając  się  blokom  przez  szkło 

powiększające. 

- Spędziliśmy trzy dni w Narthang, błogosławiąc je i pakując na podróż - powiedział Kit, jakby to miało 

wyjaśnić dobry stan Kah-gyur. 

- Nic więcej? - spytał Thomas, przyglądając się Kitowi z powątpiewaniem. 
Kit uśmiechnął się jeszcze szerzej. 
-  I  odrobina  pierwszej  pomocy.  PVA  z  wierzchu,  tam,  gdzie  było  to  konieczne,  PEG  4000,  substancja 

grzybobójcza  i  etanol  od  spodu.  W  twoim  laboratorium  nie  powinni  mieć  najmniejszych  problemów  z 
usunięciem tych substancji. 

- Zniosły podróż niesłychanie dobrze - powiedział Thomas, poddając badaniu kolejny kawałek drewna. 
- Czy przetłumaczyłeś je? - spytała Lois. - Jaką część Tripitaka mamy tutaj? 
- Bez zachowania kolejności, są tutaj sto czterdzieści dwie strony Dyscypliny, mistycznego antidotum na 

pierwotny  grzech  pożądania,  Raga  -  odpowiedział  Kit,  ale  jego  spojrzenie  cały  czas  spoczywało  na 
Kristine. 

Nawet jeśli w tonie jego głosu była zamierzona jakaś nutka ironii, Kristine postanowiła nie zwrócić na 

nią uwagi. Nie wiedziała nawet, czym jest namiętność, dopóki nie nauczył jej pożądać. Skóra płonęła pod 
jego spojrzeniem, burząc jej z takim trudem osiągniętą zimną krew. Modliła się tylko, by Lois i Thomas 
nie poczuli przepełniającego pokój gorąca. Sang Phala rzeczywiście musiał mieć pełne ręce roboty, gdy 
na  jego  głowie  spoczywała  opieka  nad  tym  wytargowanym  renegatem.  Wielka  część  siły,  którą  czuła 
emanującą  z  niego  od  momentu  ich  pierwszego  spotkania,  była  po  prostu,  jak  sobie  teraz  zdała  z  tego 
sprawę, czysto seksualną energią. 

- Hm, to zdumiewające - powiedziała Lois. 
„Tak” - pomyślała Kristine, wzdychając podświadomie. 
O  tak,  Kristine,  jesteś  wcieleniem  samej  słodyczy  w  moich  ramionach.  Jego  uśmiech  zbladł,  oczy 

pociemniały i wolno potrząsnął głową, wyrażając ten sam zachwyt, który i ona czuła. 

- Nie? - Głos Lois przerwał ich milczące porozumienie. - Więc jest to poważny problem. Powinieneś był 

background image

powiedzieć mi to przez telefon i oszczędzić podróży. 

-  Powiedzieć  ci  co,  Loe-eese?  -  Zwrócił  na  nią  wzrok,  uprzytamniając  sobie,  że  przegapił  jakąś  część 

toczącej się cały czas wokół nich rozmowy. 

Lois odstąpiła parę kroków od skrzyń. 
- Nie mogę tego nawet dotknąć bez jakiegoś upoważnienia. - Odeszła jeszcze o krok. - Obiecałeś... 
-  I  nigdy  nie  łamię  swoich  obietnic  -  przerwał jej Kit,  sięgając  do  kieszeni  i  wyjmując  opieczętowaną 

kopertę. Wstał z kanapy i podał ją Lois. 

Thomas  wstał  również,  podszedł  do  swojej  towarzyszki  i  czekał,  aż  złamie  pieczęć.  Razem  odczytali 

dokument i oboje unieśli brwi w zdziwieniu. 

- Czy rzeczywiście spotkałeś się z nim? - spytała Lois, raz jeszcze przebiegając papier wzrokiem. 
-  Odebrałem  go  z  rąk  samego  króla-boga  -  odpowiedział  Kit.  -  Dalajlama  nie  bardzo  może  przeciw-

stawić  się  imperialistycznym  zapędom  swojego  północnego  sąsiada,  ale  wciąż  jest  przecież  duchowym 
przywódcą ludu. Obaj zgodziliśmy się co do tego, że Kah-gyur jest wartością zdecydowanie duchową. 

Lois skinęła głową. 
- Jestem usatysfakcjonowana. 
Thomas wciąż jeszcze się wahał. 
- To jednak jest kontrabanda. 
-  Wycofaj  się,  jeśli  chcesz,  Stein  -  powiedziała  Lois.  -  Los  Angeles  przejmie  całą  odpowiedzialność  i 

wszystkie  sto  czterdzieści  dwa  bloki.  Od  samego  początku  zajmuje  się  tym  grupa  międzynarodowych 
specjalistów. Szukają jakiejś luki w prawie dotyczącym zabytków sztuki  - zerknęła na Kita - i sądzę, że 
nasz przyjaciel dostarczył nam gotowe rozwiązanie. 

Thomas wciąż jeszcze nie był do końca przekonany. 
- To trudne przedsięwzięcie. 
Lois przyjrzała mu się sponad drucianych okularów. 
- A więc wycofaj się, zanim przystąpimy do omawiania interesu. 
Starszy mężczyzna wciąż bronił jeszcze swojej pozycji, choć teraz z dużo już mniejszym przekonaniem. 
- W Chicago także są prawnicy. 
- Słyszałam takie pogłoski - wycedziła Lois szyderczo. 
-  Wchodzę,  Shepherd  -  burknął  Thomas,  wyciągając  z  kieszeni  białą  chusteczkę  i  przykładając  ją  do 

czoła. - Wchodzę. 

- Dobrze - powiedziała Lois, zwracając się znów do Kita i skinąwszy głową Kristine. - Sądzę, że każdy z 

nas  zdaje  sobie  sprawę,  że  to,  z  czym  mamy  do  czynienia,  jest  bezcenne.  Ci  z  nas,  którzy  mieli  już 
wcześniej do czynienia z panem Carsonem, wiedzą także, że nigdy jeszcze nie zapomniał wyznaczyć ceny 
za  swoje  usługi.  -  Opuściła  okulary  odrobinę  niżej,  zwracając  wzrok  na  Kita.  -  Zwykle  była  to  suma 
horrendalna. 

-  Już  do  tej  pory  wiele  straciłem,  Loe-eese.  -  Kit  zaciągnął  się  głęboko  papierosem,  po  czym  zgniótł 

niedopałek w popielniczce. 

- Na przykład? - spytała Lois przezornie. 
- Ojczyznę, dom, większość z tego, co posiadałem, jaka, muła i ogromną część mojej wolności. 
- Jesteś buddystą. Kit - przypomniała mu Lois. - Wiesz, że wolność jest kondycją psychiczną. Nepal nie 

jest  na  sprzedaż,  nie  wiem  więc,  jak  to  mogłoby  zaważyć  na  naszym  targu,  ale  mam  pewne  układy  w 
Kathmandu. Mogłabym zorganizować sprzedaż twojego domu i przesłanie twojego dobytku tutaj, gotowa 
jestem opłacić straty poniesione przy sprzedaży inwentarza. 

-  Nie.  -  Wstał  i  z  charakterystycznym  dla  siebie  tanecznym  wdziękiem  podszedł  do  wychodzącego  na 

jezioro okna. Trzy pary oczu śledziły każdy jego krok, dwie z uwagę, a trzecia, barwy górskich fiołków, 
całkowicie  oczarowana  pięknem  jego  ruchów.  Kristine  wiedziała,  że  urok,  który  rzucił  na  nią  przy 
pierwszym pocałunku, unosił się wciąż jeszcze w powietrzu, którym oddychali. 

Oparł ręce na parapecie okna i kaskada złota spłynęła po jego ramieniu. Czekali. W końcu odezwał się i 

wtedy we wszystkich oczach odmalowała się ta sama reakcja - niedowierzanie. 

- Chcę wrócić do domu. - Melodię jego głosu zmiękczyła autentyczność zawartego w tych słowach prag-

nienia. 

background image

- To niemożliwe - powiedział Thomas. 
- W końcu to twoja głowa - powiedziała Lois, wzruszając ramionami. - Zrobię, co będę mogła. 
Kristine nie stać było na tego typu komentarz. Do domu? Z dala od niej? Po tym jak wykradł jej serce? I 

to w rekordowym czasie. Sięgnęła po kieliszek i stwierdziła, że nie jest w stanie utrzymać go w drżących 
palcach. Położyła rękę z powrotem na kolanach. 

- Jaka jest twoja cena za Kah-gyur? - spytała Lois. 
- Czterysta tysięcy. 
- Czterysta tysięcy czego? Rupii? - Kobieta nie próbowała nawet ukryć szoku. 
- Nie, Loe-eese. - Zwrócił twarz w jej stronę. - W twardej walucie, w dolarach amerykańskich. 
Thomas opadł na kanapę, ale Lois szybko przyszła do siebie. 
- Sto tysięcy i zapłacę także za jaka i muła - powiedziała. 
-  Jeden  z  moich  przewoźników  został  raniony.  Muszę  wypłacić  rodzinie  odszkodowanie  za  jego 

utracone zdrowie i siły do pracy. Trzysta pięćdziesiąt tysięcy i po dwieście dolarów za każde ze zwierząt. 

- Ten muł wypada dosyć drogo. Kit. Dam ci pięćdziesiąt za muła, zdając sobie sprawę, że słono prze-

płaciłam, i sto za jaka, ale ani grosza więcej. Sto siedemdziesiąt pięć tysięcy. 

- Trzysta. 
- Dwieście. To górna granica. 
- Ty załatwisz przekazanie? 
Skinęła głową. 
- Jaka jest twoja prowizja? 
- Pięćdziesiąt procent. 
- Twoja szyja ma ostatnio niezwykle wysoką cenę nieprawdaż? 
Łobuzerski uśmiech bawił na jego twarzy, gdy w nonszalanckim geście uniósł w górę szerokie barki. 
- Taka jest cena ryzyka. 
„Cena  ryzyka  -  powtórzyła  w  duchu  Kristine,  splatając  ciaśniej  ręce  -  Dlaczego,  u  diabła,  nie 

pomyślałam o tym, zanim zdążyłam się w nim zakochać?” Ten wygnaniec miał zamiar złamać jej serce. 

-  Odlatuję  natychmiast  z  powrotem  do  Los  Angeles.  W  Denver  czekają  ludzie,  którzy  mają  zająć  się 

właściwym  zapakowaniem  Kah-gyur.  Chyba  że  zdecydowałbyś  się  odmówić  nad  nim  kilka  swoich 
modlitw, oszczędzając mi w ten sposób kłopotu? 

Kit zaśmiał się i przytulił starszą kobietę w serdecznym uścisku. 
- Dla ciebie, Loe-eese, zrobię to. 
„A co jest gotów zrobić dla mnie? - zastanawiała się Kristine - Kochać mnie, a potem porzucić?” 
Popołudnie przerodziło się w zmierzch, a każda minuta wydawała się Kristine ostatnią. 
Ślęczała  nad  komputerową  wersją  jego  dzienników  i  katalogów  zabytków,  wyjaśniając  Lois  i 

Thomasowi  użyty  przez  Kita  system.  Dla  każdego  z  nich  przygotowane  miała  grube  pakiety  i  oboje 
wyrazili  zainteresowanie  projektem  uniwersyteckim.  Lois  zaofiarowała  się  nawet  napisać  wstęp  do  jej 
książki  o  tybetańskich  świątyniach  i  miejscach  kultu.  Kristine  wiedziała,  że  zrobi  to  odpowiednie 
wrażenie na dziekanie Chambersie, a Harry nie daruje sobie tego do końca życia. 

Nigdy  jeszcze  powszechne  uznanie  nie  było  tak  blisko  niej.  Doceniała  to,  zdając  sobie  jednocześnie 

sprawę, że może tylko to pozostanie jej po nim - opublikowana praca o historycznym znaczeniu i słowa 
płynące z faktu, że to przez nią świat dowiedział się o Chatren-Ma, słowa o dość przytłumionym blasku. 

Do  czorta  z  nim.  Co  też  on  sobie  myślał,  żeby  tak  po  prostu  wedrzeć  się  nagle  w  jej  życie,  po  czym 

równie nagle je opuścić? Dobry Boże, czy ona rzeczywiście się z nim kochała? Spojrzała na niego ponad 
ramieniem Lois, gdy podchodził razem z Thomasem do katalogu zbiorów sprawdzić jeszcze raz wszystkie 
pozycje. 

Czy  rzeczywiście  trzymała  go  w  ramionach  i  czuła,  jak  otacza  ją  jego  energia  i  przepełnia  najsłodszą 

miłością, jakiej kiedykolwiek zaznała? Czy rzeczywiście trzymała go w ramionach i czuła, jak otacza ją 
jego energia i przepełnia najsłodszą miłością, jakiej kiedykolwiek zaznała? Czy rzeczywiście całowała go 
z bezbrzeżnym pożądaniem, pragnąc jedynie, by na zawsze pozostało w niej jego ciepło? Czy zanurzała 
palce  w  jego  włosach,  przyciągając  do  siebie,  gdy  każdy  dotyk  jego  ust  rozpalał  w  niej  coraz  dzikszą 
namiętność? 

background image

Tak, odpowiedziały jej wspomnienia, gdy wędrowała wzrokiem po okrytych dżinsami nogach, szerokich 

plecach i barkach aż do mocno zarysowanej szczęki. Jego bransolety, te szerokie pasma złota, na których 
wyryta była cała fauna płaskowyżu: śnieżny leopard i baran, wygięta w łuk pantera powalająca potężnego 
jelenia,  symbolizm  ptaków  zakładających  gniazda  w  wysokich  gałęziach  drzew,  zadzwoniły,  gdy 
przyklęknął  na  podłodze,  podnosząc  wieko  jednej  ze  skrzyń,  by  Thomas  mógł  zanotować  jej  numer. 
Powędrowała  wzrokiem  w  dół  kołyszącego  się  między  szerokimi  barkami  warkocza,  po  czym  znów 
powróciła spojrzeniem na czytany przez Lois folder. 

Tak, kochała się z nim i wiedziała, że zawsze już będzie słyszeć w sobie jego szept i czuć na ciele jego 

dotyk. 

Starsza kobieta, zmarszczywszy brwi, przerzucała papiery i przeglądała pozostałe notatniki. 
- Czy coś się nie zgadza? - spytała Kristine, z trudem skupiając uwagę ponownie na pracy. 
-  Znam  go  od  dawna,  Kristine  -  powiedziała  Lois  nieobecnym  głosem,  nie  przerywając  swoich 

poszukiwań. - On, podobnie jak jego ojciec, nie jest taki jak większość mężczyzn. 

Zaskoczyło ją, że rozmowa przybrała tak osobisty ton, ale nie miała innego wyboru, jak tylko podążyć 

za wątkiem Lois. 

- Którego ojca masz na myśli? 
Spojrzała  na  nią  z  zaciekawieniem  sponad  oprawek  okularów i Kristine  wydawało się,  że  dostrzega  w 

twarzy Lois zdziwienie. 

- Powiedział ci o Sang Phali? 
Jej własna ciekawość była rozpalona w najwyższym stopniu, gdy przysiadała na jednym z kuchennych 

stołków. 

- Tyle tylko, że to Sang Phala zabrał go do klasztoru. 
- Krzyczącego i wierzgającego nogami na znak protestu - powiedziała Lois, zdejmując okulary. Kristine 

czuła się lustrowana od stóp do głów przez prawdziwego eksperta. - Miał dziewięć lat, gdy Sang Phala 
znalazł go u Khampasów. Do tego czasu Kit zdziczał już jak miody wilczek, pełen żalu i złości, i wciąż 
nie mogący zrozumieć, dlaczego został porzucony przez rodziców. 

- Porzucony? - Kristine wsłuchiwała się uważnie w każde słowo, każdy okruch informacji o mężczyźnie, 

wobec którego była zupełnie bezbronna, i to słowo zaskoczyło ją. 

-  Zmarli,  ale  dla  dziecka  to  wszystko  jedno  -  wyjaśniła  Lois.  -  Pozostał  całkiem  sam.  Wyruszyłam  na 

poszukiwanie go. Melanie i Dwayne byli moimi dobrymi przyjaciółmi. 

„Melanie - pomyślała Kristine, powtarzając imię w myśli. - Jego matka miała na imię Melanie.” 
- Ale nie udało ci się go odnaleźć? - spytała Kristine, nie chcąc, aby dyskusja urwała się w tym miejscu. 

Żadne inne rozwiązanie nie wydawało się sensowne, ale Lois szybko przekonała ją, że się myli. 

- O tak, znalazłam go bez kłopotów. - Lois przełożyła jeden z folderów na sąsiedni stosik. - I miałam z 

sobą  dokumenty  uprawniające  mnie,  by  przywieźć  go  z  powrotem  do  Stanów.  Był  i  jest  cały  czas 
obywatelem amerykańskim. 

Kristine  wyczuła  żal  w  jej  głosie  i  zastanawiała  się,  co  mogło  zmusić  ją  do  pozostawienia  syna 

przyjaciół w tak dzikim kraju. 

Lois spojrzała na Kita. 
-  Zdecydowałam  się  pozostawić  go  w  klasztorze.  -  Jakby  szukając  potwierdzenia  słuszności  swojej 

decyzji, dodała: - Spójrz na niego, Kristine. Czy możesz wyobrazić go sobie innym, niż jest? W garniturze 
od Braci Brooks? 

Nie. Mimo, że starała się bardzo, szerokie barki w żaden sposób nie chciały poddać się prążkom. Także i 

dla jego uśmiechu nie byłoby miejsca pod maską cywilizacji. Jego żywiołem były ziemia i niebo i żadne 
zewnętrzne ozdoby nie mogłyby wzbogacić mężczyzny, którym się stał. 

-  Wciąż  jeszcze  bardzo  cierpiał,  kiedy  go  odnalazłam  -  ciągnęła  Lois,  zagubiona  jakby  we  własnych 

myślach. - Mały chłopiec, którego po latach niezwykłej swobody poddano nagle krańcowej dyscyplinie. 
Nie mogłam znów wywracać jego świata do góry nogami. Nie byłam pewna, czy mogłabym zaoferować 
mu spokój ducha, który obiecywał Sang Phala. - Przelotny uśmiech pojawił się na twarzy pani kustosz. - 
Chciałam skręcić kark temu starcowi, kiedy dowiedziałam się o ucieczce Kita. To były złe lata, bez żadnej 
informacji  o  nim,  nie  wiedziałam  nawet,  czy  jeszcze  żyje,  zastanawiałam  się,  jak  mógłby  przeżyć  o 

background image

własnych  siłach.  A  potem  dzieciak  pojawia  się  nagle  w  Lishan.  Reszta,  jak  to  mówią,  należy  już  do 
historii.  Westchnęła,  spoglądając  na  stos  folderów  piętrzący  się  przed  nimi.  -  Przez  moment,  kiedy  już 
odnalazłam go w klasztorze i stojąc w zimnym holu, obserwowałam pochyloną w modlitwie głowę, ten 
blask  rdzawych  włosów  wśród  panujących  wokół  ciemności,  pomyślałam,  że  mógłby  być  mój,  że 
mogłabym  przywieźć  go  do  domu  i  wychować  jak  własnego  syna.  -  Lois  podniosła  głowę,  obdarzając 
Kristine  długim,  uważnym  spojrzeniem  i  głos jej  zmiękł.  -  Ale  on  nigdy  nie  należał  do  mnie,  Kristine. 
Nigdy nie należał do żadnej kobiety, matki, siostry czy kochanki. 

Kristine  zawstydziło  to  delikatne  ostrzeżenie  ze  strony  starszej  koleżanki,  wywołując  na  twarzy  silny 

rumieniec. Postąpiła głupio, ulegając tęsknocie i pożądaniu. Miał inne kochanki. Ta prosta prawda była 
znana jej od pierwszego pocałunku. Zostawił je wszystkie, a niespełna godzinę temu zadeklarował chęć 
opuszczenia także i jej. Lois nie przywiozła chłopca do domu, jak to właśnie wyznała Kristine, i wątpiła, 
czy młoda kobieta zdoła zatrzymać przy sobie mężczyznę. 

-  Czy  coś  nie  zgadzało  się  z  danymi?  -  spytała  Kristine,  gwałtownie  przerywając  ten  osobisty  wątek 

rozmowy. 

-  Mapa.  -  Lois  wzięła  do  ręki  leżący  na  górze  folder  i  przerzuciła  kilka  kartek,  aż  znalazła  to,  czego 

szukała. - Brakuje tu bardzo istotnej informacji. 

Kristine  przestudiowała  dokładnie  wszystkie  szczegóły  dostarczonych  przez  Kita  informacji  i  nie 

zauważyła, żeby czegokolwiek brakowało. Prawdę mówiąc, było to najbardziej kompletne sprawozdanie, 
jakie kiedykolwiek widziała. 

- Czego brakuje? - Spojrzała i wciąż nie wiedziała, o co chodzi. 
- Lokalizacji Chatren-Ma. 
Kristine obrzuciła Lois pytającym spojrzeniem. Może ta kobieta nie była aż tak błyskotliwa, jak jej się 

zdawało. „Nie - szybko poprawiła się. - Lois Shepherd była niezwykle inteligentna. Może tylko podróż za 
bardzo ją zmęczyła.” 

-  Mapy  złożył  razem  poprzez  serię  kolejnych  powiększeń.  -  wyjaśniła  szybko,  zachowując  własne 

wątpliwości dla siebie. - Pierwsza mapa, z której wyciął kawałek, odnosi się do drugiej mapy, w której ten 
kawałek jest powiększony. Ta serią ciągnie się przez następnych pięć map, aż dochodzimy w końcu do 
ilustracji i zdjęć z klasztoru. - Kristine nie mogła sobie nawet wyobrazić, by ktokolwiek mógł wykonać tę 
pracę dokładniej. 

Lois miała jednak inne zdanie na ten temat. 
- Po drodze zmienił nieznacznie szerokość i długość geograficzną i nigdy już do tego nie powrócił. 
-  Hm,  tak  -  zgodziła  się  Kristine.  To  była  prawda.  Nie  zaznaczył  stopni  na  każdej  z  map,  ale  przy 

odrobinie wysiłku można by odnaleźć nawet muchę na którejś ze ścian. 

A może nie? Przewróciła kilka stron, zachowując w pamięci namiary, aż dotarła do mapy, przy której się 

zatrzymały. „Okay  - pomyślała, wracając do poprzedniej strony  - teraz wystarczyło tylko... ciekawe, co 
też takiego zaplanował sobie Kit.” 

Sprawdziła  raz  jeszcze,  porównując  obydwie  mapy.  Kolejne  powiększenia  były  niedokładne, 

niedokładne na tyle, by stały się zupełnie bezużyteczne. 

Lois wprowadziła serię cyfr do swego komputera, po czym zakomunikowała sucho. 
- Zdaje mi się, że nie życzy sobie nikogo w promieniu pięćdziesięciu kilometrów od Chatren-Ma albo... 

Momencik, a raczej w promieniu pięćdziesięciu dwu kilometrów. To spory kawał świata, jeśli ktoś miałby 
go dokładnie przeszukać. 

- To przeoczenie - powiedziała Kristine, broniąc go zapalczywie. 
Ale Lois nie dała się przekonać. 
- Kit nigdy jeszcze niczego przypadkiem nie przeoczył. Ten chłopak zastawił na mnie pułapkę. 
„I  na  mnie  -  dodała  w  duchu  Kristine,  ogarniając  wzrokiem  jego  szerokie  plecy.  -  Co  on,  u  diabła, 

takiego knuł?” Z czasem sama odkryłaby to oszustwo, kiedy on zdążyłby już odjechać, i nie miałaby na 
kim  wyładować  złości.  Obiecał  podzielić  się  z  nią  swoją  wiedzą  na  temat  Chatren-Ma  i  podał  jej 
wszystko, poza tą przeklętą lokalizacją. Ciekawe, za kogo też on ją uważał? 

Za kogoś, kto zakochał się i kochał z ledwie znanym sobie barbarzyńcą, sama udzieliła odpowiedzi na to 

pytanie.  Rodzaj  wygłodniałej  seksualnie  kobiety,  która  rzuca  się  w  ramiona  pierwszego  mężczyzny, 

background image

wystarczająco  czarującego  i  sprytnego,  by  wzbudzić  w  niej  uczucia,  o  których  sądziła,  że  nie  będą  jej 
udziałem. 

Nie  miała  zamiaru  ani  umrzeć,  ani  zniknąć.  Czar  zaczynał  pomału  pryskać  i  nawet  jeśli  wiedziała,  że 

będzie  za  nim  tęsknić  przez  kilka  miesięcy  po  jego  wyjeździe,  postanowiła  nie  poddawać  się  słabości. 
Jeszcze nie teraz. 

- Gdzie to jest. Kit? - odezwała się wystarczająco głośno, by zwrócić uwagę obu mężczyzn. 
- Bezpośrednia i konkretna - skomentowała po cichu Lois. - Podoba mi się. 
- Gdzie jest co? - spytał Thomas. 
Kit nie potrzebował dalszych wyjaśnień. Widział rozłożone na stole mapy. 
- Zdaje mi się, że nasze damy odkryły drobną niezgodność. Loe-eese wierzę, że rozumie, Kreestine pew-

nie trochę mniej. 

-  Nie  uda  ci  się  ukryć  tego  na  zawsze.  Kit  -  odezwała  się  Lois.  uprzedzając  kolejny  atak  Kristine.  - 

Rozeszły się już pogłoski, że dokonałeś ważnego odkrycia i kiedy te bloki znajdą się na wystawie, każdy 
dowie się, gdzie byłeś. 

- Nie wiedząc jednak, gdzie byłem dokładnie - dodał, podkreślając swoją rację. 
Kristine  milczała,  pozwalając,  by  Lois  rozegrała  bitwę.  Starsza  kobieta  miała  dużo  większe  szanse  na 

wygranie,  i  Kristine  zdała  sobie  nagle  sprawę,  że  nie  było  dla  niej  miejsca  w  tym  sławnym  trio.  Kit 
zaprosił  ją  do  gry,  ale  od  momentu  gdy  powiedział,  że  chce  wracać  do  domu,  coraz  bardziej  czuła  się 
intruzem. A pomyłka Kita tylko jasno jej to uświadomiła. 

Nie  rozumiała,  na  jakiej  zasadzie  mogłaby  zasługiwać  na  jego  miłość,  a  nie  zasługiwać  na  zaufanie, 

chyba że to, co ich łączyło, nie było miłością. Może kierowana potrzebą własnego serca, wyobraziła sobie 
jedynie,  że  odwzajemniał  jej  uczucie.  Nie  była  ekspertem.  Niewielkie  miała  pojęcie  o  różnicy  między 
seksem a miłością. Ludzie znacznie bardziej obyci niż ona od wieków mylili te dwie rzeczy. A może to 
tylko kobiety popełniały błąd, zaś mężczyźni dostawali to, czego chcieli? W każdym razie ona z każdą 
minutą czuła w sobie coraz większy chaos. 

-  Może  jesteś  najlepszy,  a  może  i  nie.  Kit  -  powiedziała  Lois  po  pełnej  napięcia  przerwie.  -  Ale  z 

pewnością  nie  jesteś  jedynym  dysponującym  odpowiednimi  środkami,  by  odnaleźć  Chatren-Ma.  Gdy 
dowiemy się, gdzie to jest, będziemy mogli zorganizować jakąś ochronę, by świat dowiedział się, że jest 
tam coś, co warto chronić. 

Kit  zaśmiał  się,  ale  śmiech  zabrzmiał  cynicznie.  Zdenerwowało  to  Kristine  bardziej  niż  jego  odejście, 

bardziej niż jego postęp zwątpiła we wszystko, co do niego czuła. 

-  Świat  okazał  się  niespecjalnie  zainteresowany  chronieniem  tego,  co  jest  mi  drogie.  Wiesz  o  tym 

dobrze, Loe-eese. 

- Ktoś odnajdzie to. Kit. Nie sądzisz, że dobrze byłoby poinformować Chińczyków, zanim Turek... 
- On nigdy tam nie dotrze. - Kit przerwał jej ostro. 
- Ma poparcie. 
-  Pieniądze  nie  zapewnią  wstępu  do  Chatren-Ma,  ani  też  spryt  czy  przebiegłość.  Jego  wiara  nigdy  nie 

pozwoli mu wejść do Chatren-Ma. 

Po raz pierwszy coś na kształt zmarszczki zakłóciło dotychczas bardzo opanowane oblicze Lois. 
- Kit, daruj sobie ten mistycyzm. Mówię o faktach. 
- A ja o prawdzie i w tym cała różnica. 
Lois spoglądała na niego przez chwilę tak jak matka na niesforne dziecko, które wymknęło się spod jej 

kontroli. Potem zaczęła zgarniać wszystkie foldery, papiery i mapy do teczki. 

-  Kiedy  uda  ci  się  pogodzić  te  dwie  rzeczy,  zadzwoń  do  mnie.  To  ja  wystawiam  czek.  Thomas, 

załadujmy wszystko do tej wynajętej łajby, którą nazywasz kadilakiem. 

Gdy już wszystkie kufry zostały zapakowane, Kristine odprowadziła ich do samochodu. Nie czekała na 

rozstrzygnięcie sporu na temat, jak zabezpieczać miejsca archeologicznych odkryć. Była zła i nie chciała 
dać się zranić. Dobrze wiedziała, że wszyscy naokoło zmieniali często łóżka i towarzyszy snu. Wiedziała 
też, że gdyby ta okazja powtórzyła się, postąpiłaby tak samo. 

Musiała to wszystko przemyśleć, spojrzeć z trochę bardziej współczesnego punktu widzenia i zobaczyć 

seks  we  właściwej  perspektywie.  Jej  praca  będzie  opublikowana  mimo  wszystko,  przyrzekł  jej  to 

background image

uniwersytet, a nie Kit. Wciąż miała jeszcze mnóstwo informacji dotyczących samego Kah-gyur, choć nie 
to jej obiecał. Przyrzekł jej legendę Chatren-Ma i tego pragnęła. Nie była naukowcem, była historykiem. 
Zajmowała się czasem oraz rozwojem kultury i człowieka. Zabytki sztuki musiały być poparte faktami, by 
móc  służyć  jako  potwierdzenie  jej  tez.  Musiała  znać  lokalizację  Chatren-Ma,  by  udowodnić,  że  on 
istnieje. A przede wszystkim potrzebowała jego. Choćby udało jej się być najbardziej nawet nowoczesną i 
tak nie mogłaby zmienić tego, co czuła. Choćby wszelkie pojęcia pomieszały się, nie uśmierzy to jej bólu. 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

„Porozmawiam  z  nim  -  zadecydowała  Kristine.  -  Właśnie  tak  zrobię.  Porozmawiam  z  nim  o  tym,  co 

czuję... Nie, nie zrobię tego. Tylko głupiec mógłby się tak obnażyć.” 

Wrzuciła  do  kosza  kolejną  garść  zebranych  po  przyjęciu  śmieci  i  schyliła  się,  by  podnieść  z  podłogi 

serwetkę.  Jeśli ją  kochał, jeśli  był  takim,  jakim  chciał,  by  wierzyła,  że  jest,  nie  zniknąłby  w  garażu  po 
odjeździe Shepherd i Steina. Odgadłby jej myśli i wrócił tutaj ze słowami zapewnienia i pociechy. 

„Będę  chłodna.  Właśnie  tak.  Chłodna,  spokojna  i  opanowana.  Dojrzała.  Wyrafinowana.  -  Uklękła,  by 

wydobyć  zabłąkany  pod  stołem  orzeszek.  -  Będę  tak  zimna,  że  przydałaby  mu  się  puchowa  kurtka,  by 
uchronić krew przed zamarznięciem... Nie, nie będę. Zbyt dużo chłodu  - to przesada, zdradziłabym się, 
nawet jeśli udałoby mi się nad sobą zapanować.” 

„Będę rozsądna” - przekonywała samą siebie, wczołgując się głębiej pod stół, by dotrzeć do połamanego 

krakersa.  Ten  mężczyzna  był  idealnie  spokojny,  ona  zaś  była  jednym  wielkim  kłębkiem  wątpliwości  i 
sprzecznych uczuć, bez żadnych widoków na choćby odrobinę spokoju ducha. 

Nie  był  spokojny,  kiedy  kochali  się.  Był  ciepły  i  dziki,  tak  samo  jak  i  ona  zgłodniały  rozkoszy. 

Oczywiście,  pójście  z  nim  do  łóżka  po  raz  drugi  przez  nikogo  nie  mogłoby  być  uznane  za  posunięcie 
taktyczne, nawet przez kogoś o tak skomplikowanej logice postępowania jak jej. 

Szkoda. Poczuła żal. Natychmiast zdławiła w sobie te myśli. Kochać się z nim jeszcze raz, rzeczywiście. 

Z czego wydawało jej się, że była stworzona? Ze stali? Ile mogłoby znieść jej serce? Już i tak było lekko 
nadkruszone na brzegach. 

A jednak miała mu coś do zawdzięczenia. Dowiódł, że John Garraty grubo się mylił. Boże, jak bolesną 

mogła okazać się ta lekcja. 

Kątem oka zauważyła przesuwający się po tarasie cień i czym prędzej wycofała się spod stołu. Ostatnią 

rzeczą, przy której życzyłabym sobie, żeby ją zastał, było czołganie się po podłodze. Tak długo, jak tylko 
uda się jej wytrzymać, musi unikać jawnego manifestowania swych uczuć. 

Złość była tym, czego potrzebowała, niczym nie pohamowana złość, podsycana jeszcze przekonaniem o 

słuszności. Obiecał jej. 

„Gdzie też była teraz jego obietnica”  - pomyślała z niesmakiem, czekając na choćby iskierkę gniewu, 

która rozjaśniłaby jej niedolę. Ale nie znajdywała w sobie żadnej złości, był w niej tylko ból wywołany 
myślą o jego odejściu. Jak też mogła zrobić coś tak nierozsądnego i zakochać się w nim? 

Och,  nareszcie pojawił się,  pierwszy  płomień  wściekłości, i  to  w  okamgnieniu. Słyszała, jak  otwierają 

się zewnętrzne drzwi do jej pracowni i przez moment zastanawiała się, dlaczego nie wszedł głównymi lub 
tylnymi drzwiami. I do jednych, i do drugich było bliżej z garażu niż do drzwi pracowni. 

Umyślnie  nie  zwracała  na  niego  uwagi  zajęta  porządkowaniem  pokoju.  Choć  kroki  wydawały  się 

odrobinę cięższe niż zwykle, a jego obecność za nią o ton ciemniejsza, zlekceważyła to. 

Już przy pierwszym dotknięciu ręki wiedziała, że to nie Kit, ale ponieważ ta ręka ciasno przylegała do 

jej ust, a żelazne ramię ściskało ją za gardło, mogła jedynie walczyć w  milczeniu i modlić się, aby nie 
zemdleć. 

 
Ostatecznie Kit  doszedł do  kompromisu  z  Shepherd i  Steinem.  Obiecał  podać im  dokładną  lokalizację 

Chatren-Ma,  zanim  bloki  znajdą  się  na  wystawie.  W  ten  sposób  zyskiwał  rok,  może  dwa,  by  uspokoić 
trochę  wzburzone  władze  chińskie,  znaleźć  sposób  na  przedostanie  się  do  Tybetu  i  dotarcie  do 
Chatren-Ma.. Jedno spojrzenie na święte miejsce zdecydowanie mu nie wystarczał. Coś więcej niż tylko 
Kah-gyur spoczywało pod tymi głazami. Czuł tam coś wantycznego i silnego. 

Z  Kristine  jednak  nie  mogło  być  mowy  o  żadnym  kompromisie.  Złożył  jej  obietnicę,  i  miał  zamiar 

background image

złożyć jeszcze wiele innych, wszystkie obietnice dzielonego wspólnie życia. 

Łagodny  uśmiech  rozpogodził  mu  twarz.  Czekał  cały  dzień  na  nadejście  nocy,  na  księżyc,  który 

wygnałby już z nieba słońce. Wtedy znowu będzie jego. 

Podniósł  wieko  jednego  ze  stojących  przy  łóżku  kufrów  i  wyjął  nóż.  Ostrożnie  podważył  nim  blok 

drewna w jednej z bocznych ścian i równie uważnie podniósł ostrzem kawałek pergaminu, kierując go ku 
światłu.  Pierwszy  podarowany  jej prezent  spełni  pierwszą  złożoną  przez  niego  obietnicę  -  jedyna  mapa 
będąca w posiadaniu człowieka, który znał lokalizację Chatren-Ma. Jej zmartwienie po dokonanym przez 
Lois  odkryciu  dotknęło  go  poprzez  całą  szerokość  pokoju.  Nie  docenił  umiejętności  Shepherd,  gdyż 
inaczej porozmawiałby z Kristine wcześniej. 

Opuścił  wieko  i  rozłożył  na  nim  mapę,  wygładzając  rękami  zmarszczki,  gdy  nagle  strach,  ogromny, 

chaotyczny i zdecydowanie o Kristine, ogarnął go ze wszystkich stron. 

Za późno. Ta surowa prawda dotarła do niego, kiedy już wybiegł z pokoju. Chwycił swój wiszący przy 

drzwiach  khukri,  po  czym  przeskakując  przez  ogrodzenie,  miękko  wylądował  na  ziemi,  by  natychmiast 
ruszyć w dalszą drogę. 

Przechodząc obok tylnych drzwi, krótkim ruchem palców zwolnił z uwięzi Mancosa. 
- Idź! - rozkazał. 
Ale  ani  on,  ani  pies  nie  byli  wystarczająco  szybcy.  Dom  był  pusty,  i  tak  samo  puste  byłoby  zapewne 

jego  serce,  gdyby  nie  burzący  się  w  nim  gniew.  Gniew,  tak  długo  nie  dopuszczany  do  głosu,  teraz 
wypełniał wszystkie jego pory, ogarniając go bez reszty. Zaślepił go zupełnie, zbijając także mięśnie w 
twarde, twarde węzły. 

Nieostrożność!  To  słowo  paliło  go  jak  ogromny  wyrzut  sumienia.  Rozkoszując  się  towarzystwem, 

zapomniał się, zapomniał się bardzo niebezpiecznie. 

Nakazując  myślom  milczenie,  przeszukał  dom,  przy  każdym  kroku,  przysięgając  zemstę.  Przysiągł 

zemstę za zakłócenie spokoju jej domu, a gdyby miało się tak stać, przysiągł też śmierć za jej życie. 

Szeroko otwarte drzwi pracowni wyrwał z zawiasów pełnym złości kopnięciem. Wciąż nie zaprzestając 

poszukiwań wypadł z pokoju. 

W  salonie,  pośród  porozrzucanych  szpargałów,  szklanek  i  serwetek  znalazł  to,  czego  szukał.  Zwinięta 

pantera  wyrzeźbiona  na  pięciocentymetrowym  brązowym  dysku,  wizytówka  Turka,  a  pod  metalowym 
krążkiem jego własna podobizna naszkicowana na liście gończym z Xizang, niegdyś Tybetu. 

Wypisana pod twarzą cena nie pozostawiała żadnych wątpliwości co do motywów działania Turka, ani 

też co do celu jego podróży. Chińczycy pragnęli bardziej jego niż Kah-gyur. Dużo bardziej. 

-  I  będą  mnie  mieli  -  poprzysiągł  niskim  głosem,  przeszywając  plakat  czubkiem  trzymanego  w  ręku 

ostrza. - I drogo zapłacą za przywilej cieszenia się moim towarzystwem. 

Niczym błyskawica okręcił się na piętach, wyrzucając jednocześnie przed siebie nóż. Ostrze zatrzymało 

się, z głuchym odgłosem przyszpilając plakat do solidnych dębowych drzwi. 

Turek będzie poruszał się szybko, obcy w nieprzyjaznym kraju. Będzie unikał ambasad. Chińczykom nie 

chodziło o zakładnika, chodziło o Kautilya Carsona. Turek będzie uciekał do domu, ale nie znajdzie tam 
schronienia. Nie będzie na całym świecie żadnego miejsca, do którego mógłby uciec. 

Kit  zapakował  niewiele  rzeczy,,  biorąc  z  sobą  jedynie  swój  irchowy  worek.  W  domu  zatrzymał  się 

jeszcze  na  chwilę,  by  zabrać  nóż,  wpychając  do  kieszeni  także  i  list  gończy.  W  pralni  otworzył  nożem 
dwudziestopięciokilogramową puszkę z jedzeniem dla psa. 

- Rządź się tym rozsądnie, Mancos - poradził nie odstępującemu go ani na krok psu. - Kreestine wróci za 

dwa tygodnie. Znasz drogę do jeziora. Tylko tam i z powrotem bez żadnego szwędania się po okolicy. 

Przyklęknął  przy  drzwiach  wejściowych,  otwierając  klapę  dla  psa,  potem  obrócił  się  i  kładąc  rękę  na 

ogromnej  głowie  Mancosa,  podrapał  go  za  uchem.  -  Leż  spokojnie  w  ciągu  dnia.  Pij  w  nocy.  Śpji  we 
własnym łóżku, a jeśli zaczniesz obgryzać meble, trzeba będzie za to słono zapłacić. Zrozumiałeś? 

Pies zawył długo i przeciągle. 
- Nie martw się, Mancos. Wyprawię ją do domu. W ten czy inny sposób. Wróci do miejsca, do którego 

należy. - Powoli podniósł się i schował nóż do pochwy. 

A jeśli Turek odmówi mi tego, słowa odmowy będą jego ostatnimi. „Obiecuję to” - dodał w duchu. 
 

background image

„Zatem rozejrzyjmy się - pomyślała Kristine, próbując uporać się z mgłą dezorientacji. - Najpierw byłam 

w salonie, potem zarzucono mnie na ramię, potem nic, potem hałas samolotowego silnika, potem znowu 
nic, a potem jeszcze większy szum silników.” 

A  teraz  to  miejsce.  Gdyby  nie  była  śmiertelnie  przerażona,  zdecydowanie  uznałaby  te  zapachy  za 

uwłaczające  jej  godności.  W  ciemnym  pokoju  bez  żadnego  okna  śmierdziało  rybą,  mnóstwem  starej 
rozkładającej się ryby. Na betonowej podłodze rozmazane było coś, czemu nie miała ochoty przyjrzeć się 
bliżej. Była prawie zadowolona z faktu, że w panujących wokół niej ciemnościach niewiele można było 
zobaczyć. 

Dochodzące z zewnątrz głosy przebijały się przez mgłę dużo skutecznej niż jej własne niepewne myśli. 

Skupi na nich uwagę, by zacząć tego żałować już po kilku minutach. Potrafiła pisać i czytać po chińsku, 
znała  trochę  tybetański,  mniej  nepalski  i  niewiele  rozumiała  z  tego,  co  teraz  było  mówione  w  tych 
językach. 

Ale  mimo  to  te  głosy  powiedziały  jej,  że  była  gdzieś  w  Azji,  gdzieś  na  wybrzeżu,  jak  można  by 

wnioskować z dużej ilości ryb, co całkowicie wykluczało Tybet i Nepal. 

Wspaniale.  Uwielbiała  podróże,  choć  zwykle  po  drodze  udawało  jej  się  zobaczyć  trochę  więcej 

ciekawych widoków. 

Podnosząc  się  na  niepewnych  nogach,  próbowała  ocenić  sytuację  i  miejsce,  w  którym  się  znalazła.  Z 

miejscem było łatwo - ten smród. Z sytuacją sprawa była trochę bardziej skomplikowana. 

Nikt przy zdrowych zmysłach nie ciągnąłby jej przez pół świata, po to tylko, żeby ją zabić. Oczywiście 

nie  miała  żadnych  powodów,  by  sądzić,  że  jej  napastnicy  byli  przy  zdrowych  zmysłach,  ale  z 
konieczności przyjęła takie założenie. Miała do wyboru - to albo wpaść w panikę. 

Dostała  środki  odurzające.  Inaczej  nie  można  było  wyjaśnić  luk  w  jej  pamięci,  i  ten  fakt  popychał  ją 

raczej ku panice, której starała się nie ulec. W domu chętnie sięgała od czasu do czasu po szklankę piwa 
czy kieliszek wina, ale były to jedyne używki na jakie sobie pozwalała. 

Wszystkiemu  winien  był  Kit  Carson,  co  do  tego  nie  miała  żadnych  wątpliwości.  To  on  i  ten  jego 

Kah-gyur  wpakowali  ją  w  tę  aferę.  Nie  wiedziała,  co  prawda,  dlaczego.  Przecież  Shepherd  i  Stein 
wywieźli zabytki, a chyba o nie wszystkim chodziło? 

- Dobrze - szepnęła, stwierdzając, że podoba jej się dźwięk własnego głosu. - Chcą Kah-gyur, nie mnie. 

Wystarczy  w  takim  razie,  żeby  ten  facet  o  szerokich  barach  zapytał  tylko,  a  powiem  mu  wszystko,  co 
wiem. Załatwię mu specjalnie grawerowane zaproszenie do Muzeum Historii Naturalnej w Los Angeles w 
Kalifornii. - Zacisnęła mocno powieki, próbując przypomnieć sobie kod, który wypisywała przynajmniej 
ze sto razy w ciągu ostatnich kilku dni. 

-  Dziewięć,  zero,  zero,  zero,  siedem.  Osobiście  zadzwonię  do  Lois  i  połączę  go  z  nią,  żeby  mógł 

porozumieć  się  z  ekspertem,  a  nie  z  jakimś  nieznanym  profesorem  z  podrzędnego  uniwersytetu 
stanowego. - Przerwała na chwilę poprawiając się. - Okay, okay, może niekoniecznie podrzędnego, ale też 
i  nie  wyróżniającego  się  specjalnie.  Niech  cię  licho.  Kit.  -  Dokładnie  badała  ściany,  mając  nadzieję 
natrafić na drzwi, najlepiej otwarte, a może i czekający na zewnątrz samochód. Samochód z kluczykami w 
stacyjce i mapą rozłożoną na przednim siedzeniu. 

- I bilet samolotowy w Business Class dokądkolwiek, oraz jedzenie, coś lekkiego i nietłustego. - Jej lista 

życzeń pęczniała coraz bardziej, aż znalazła się w hotelu Ritz Carlton, w apartamencie z ogromną wanną, 
luksusowym  mydłem  i  mówiącą  po  angielsku  obsługą,  najlepiej  posługującą  się  amerykańskim 
angielskim. 

Głośny  hurkot  z  prawej  strony  gwałtownie  przerwał  jej  mrzonki.  Drzwi,  których  nie  mogła  nigdzie 

znaleźć, otworzyły się nagle i jasne aż do bólu światło słoneczne zalało rybny składzik. 

Przytulając  się  do  ściany,  wyjrzała przez  wydrapane paznokciami  szparki  i  nie bardzo  kobiecy  okrzyk 

uwiązł jej w gardle. 

Mężczyzna,  który  włamał  się  do  jej  domu,  mężczyzna,  którego  udało  się  jej  podejrzeć  w  krótkich 

chwilach świadomości, to było coś więcej niż tylko ramiona. To były ramiona, ogromne ramiona, długie 
muskularne nogi, potężny tors, i za nic nie mogła zrozumieć, dlaczego zależało mu tak na warkoczu Kita, 
skoro jego własne hebanowe włosy opadały do pasa ściśnięte sznurem. 

-  Jestem  Turkiem.  -  Uśmiechnął  się,  wolnym,  barbarzyńskim  uśmiechem,  który  rozświetlił  twarz 

background image

nieokreślonego  pochodzenia,  budząc  w  Kristine  refleksję  na  temat  tego,  ile  też  różnych  kombinacji 
rasowych można było spotkać na Tybetańskiej Równinie. - I ty jesteś moja. 

„Doskonale - pomyślała. - Znakomicie. Niech cię diabli, panie Kit Carson. Nie wiem dokładnie, kiedy 

wyruszyłam  w  podróż,  ale  jeśli  nie  jesteś  już  co  najmniej  w  połowie  drogi  przez  Pacyfik,  ktoś  może 
znaleźć się w poważnych kłopotach... najprawdopodobniej ja.” 

 
Kit zsunął się z konia, pozwalając, by uprząż opadła na ziemię. Przemierzył już ocean i prawie taki sam 

dystans  na  lądzie  w  ciągu  czterech  dni,  zapuszczając  się  coraz  bardziej  w  głąb  zakazanego  kraju  i 
podchodząc bliżej do twierdzy Turka niż kiedykolwiek miałby na to ochotę. Jego własny dom znajdował 
się ponad dwieście kilometrów na południe, za rzeką Tsangpo i szczytami Himalajów. 

Nie  przyjechał  tutaj,  aby  wracać  do  domu.  Przyjechał  po  Kristine  i  głowę  Turka.  Umknęli  mu  w 

Szanghaju.  Od  momentu  ponownego  pojawienia  się  na  chińskiej  ziemi,  skutecznie  prześlizgiwał  się 
między  różnymi  organami  władzy.  Teraz,  w  Tybecie,  od  dawna  był  już  poza  ich  zasięgiem,  chroniony 
cieniem  gór,  gdzie  wielkie  obszary  rozciągały  się  przez  wiele  kilometrów  dotknięte  lecz  nie  zmienione 
ręką człowieka. 

Światło igrało po szerokiej przestrzeni różnymi odcieniami błękitu i różu, przechodząc w purpurę i czerń 

tam,  gdzie  rozciągały  się  przed  nim  kaniony.  Ziemia  mieniła  się  różnymi  tonami  czerwieni,  szarości, 
rdzawego brązu aż po brunatną barwę wąwozów. 

Przysiadł na brzegu urwiska, czekając i pozwalając, by niestrudzony wiatr obmył jego twarz światłem, 

mrokiem  i  kolorami.  Tuż za  sobą  słyszał  rżenie  konia  i  brzęk  uprzęży.  Poza  tym  od  samych  gór  aż  do 
niknącego daleko na pomocy horyzontu panowała cisza. 

Sekundy  zamieniły  się  w  minuty,  minuty  w  godziny,  księżyc  był  już  wysoko.  On  wciąż  siedział  i 

obserwował, cierpliwy i gniewny. 

Tuż  przed  świtem  oczekiwanie  skończyło  się.  Przyklękając  rozprostował  skrzyżowane  dotąd  nogi  i 

odłożył  na  bok  metalową  czarkę  z  herbatą.  Pod  stopami  w  głębi  kanionu  zamigotały  światła  latarni. 
Karawana wolno posuwała się na zachód w kierunku położonej tam twierdzy. 

Gwizdnął miękko i koń zbliżył się ostrożnie do spadzistej krawędzi wzbijając kopytami puszyste kłęby 

kurzu.  Kit  wstał,  wyciągnął  z  umocowanej  przy  siodle  pochwy  strzelbę  i  załadował  ją  pojedynczym 
nabojem. 

Kładąc  się  płasko  na  ziemi,  położył  broń  na  ramieniu,  uważnie  namierzając  cel.  Chwilę  później  strzał 

odbił  się  echem  o  ściany  kanionu,  a  jedna  z  latarń  zgasła  wybuchając  na  moment  jasnym  płomieniem. 
Także  pozostałe  latarnie  szybko  rozpłynęły  się  w  ciemności,  zdmuchnięte  przez  trzymających  je 
jeźdźców. 

Turek  zrozumiał  ostrzeżenie:  wiedział,  że  ktoś  podąża  jego  tropem.  Kiedy  dotrze  do  domu,  będzie 

wiedział kto, a potem nie będzie już więcej żadnych ostrzeżeń. 

Kit  podniósł  się,  wsunął  strzelbę  z  powrotem  pod  siodło  i  przymocował  przy  nim  herbacianą  czarkę. 

Potem dosiadł konia, kierując go ku górze i Chatren-Ma. 

 
Określenie  barbarzyńca,  jak  wkrótce  zdała  sobie  z  tego  sprawę  Kristine,  było  pojęciem  względnym. 

Jakikolwiek  historyk  czy  archeolog  mający  okazję  spożywać  wspólny  posiłek  z  Turkiem,  z  pewnymi 
oporami nazwałby później tak Kita Carsona. 

Mężczyzna  jadł  rękami,  palcami  i  zębami,  w  sposób,  który  prawie  całkowicie  zabijał  w  niej  uczucie 

głodu. Ostatecznie jednak pozbawiło ją apetytu złe spojrzenie małych, czarnych oczu. Śledził każdy jej 
ruch,  nawet  najdrobniejszy,  z  tak  wielką  intensywnością,  że  Kristine  była  przekonana,  iż  odczytuje  jej 
najskrytsze myśli. 

Co  prawda  nie  była  przeciwna  temu,  żeby  poznał  kilka  z  nich,  zwłaszcza  te,  których  nie  śmiała 

wypowiedzieć  głośno.  Były  jednak  i  takie,  które  wolałaby  zachować  dla  siebie:  strach  przed  pożądliwą 
ciekawością jego oczu albo panika odczuwana za każdym niemal razem, gdy wyciągał miedzianą rękę, by 
pogładzić jej skórę. Gdy Kit był męskością w jej najdelikatniejszej i najbardziej nieodpartej formie, Turek 
reprezentował najbardziej arogancką i brutalną jej wersję, przystojny w sposób nigdy nie będący udziałem 
kogoś pochodzącego z jednej rasy. 

background image

Dwa dni temu, kiedy zabierał ją z brudnego składziku ryb w Szanghaju, jego arogancja była wręcz nie 

do zniesienia. 

Z szyderstwem bawił się jej włosami, po czym rzucił kolorową wełnianą spódnicę, bawełnianą koszulkę, 

czarną kamizelkę i kazał się ubrać. Za pięć minut mieli wyruszyć. 

Niewiele usłyszała od niego, gdy małym samolotem przelatywali nad Chinami i Tybetem. Spytała, jak 

udało  mu  się  wykraść  ją  ze  Stanów.  Wydawało  jej  się,  że  odurzona  i  nieprzytomna  kobieta,  nawet  tak 
drobna jak ona, nie była zbyt łatwa do ukrycia. Zaśmiał się tylko, pozwalając sobie na jakieś komentarze 
pod adresem chciwych Amerykanów. Potem powiedział, że musiał jedynie przekupić kilku antykwariuszy 
jakimiś  religijnymi  przedmiotami  i  tkaninami  skradzionymi  z  buddyjskich  świątyń,  by  załatwili  mu 
samolot, który dowiózł ich bez żadnych zbędnych kontroli celnych do samego Szanghaju. 

Teraz  po  arogancji  Turka  nie  było  już  ani  śladu.  Był  zdenerwowany.  Strzał  o  świcie  zamienił  jego 

brawurę  w  czujność.  Gdy  pół  godziny  później  znalazł  wbity  we  framugę  po  rękojeść  khukri, 
przyszpilający  przecięty  w  pół  list  gończy,  kawałek  mapy  i  z  metr  zaplecionego  końskiego  ogona  - 
czujność przerodziła się w strach. Byle komu nie udałoby się zatopić trzydziestu centymetrów w twarde 
drewno. 

- Kautilya chce cię odzyskać. - Przestraszona ponurym tonem jego głosu uniosła wzrok w  górę, czego 

starała się do tej pory nie robić. - Bardziej niż sądziłem, że jest to możliwe. 

Kristine zachowała milczenie, nie spuszczając z niego oczu, w których malował się jej własny  strach i 

czujność. Kit był gdzieś w pobliżu, gdzieś w otaczających ich ciemnościach. Wystarczy, by do momentu 
jego przybycia nie poddała się rozpaczy. 

Turek pochylił się, dorzucając kolejne polano do ognia pośrodku brudnej, kuchennej podłogi. Byli sami 

w  pokoju.  Strażnicy  odeszli  na  posterunki,  a  pozostali  bandyci  zasnęli  w  sypialniach  położonych  na 
drugim piętrze oraz w innych budynkach przytulonych razem do ściany kanionu. 

Kozły, świnie, kurczaki przechadzały się po ogrodzonym kamiennymi ścianami dziedzińcu, nadając tej 

kryjówce  przedziwnie  znajomy  urok  domostwa.  Jednak  dwa  ogromne,  czarne  jak  sam  diabeł,  dogi 
uwiązane przy drzwiach, nie dawały usnąć jej czujności. 

Wełniane  worki  pełne  soli  i  zboża  ułożone  wysoko  wzdłuż  trzech  kuchennych  ścian,  sprawiały,  że 

wyglądała  ona  jak  ocieplany  namiot.  Po  przeciwnej  stronie  znajdowało  się  kilka  skrzyń  ze  strzelbami, 
które były zapewne przeznaczone na handel. Tyle broni nie mogło służyć zaspokojeniu niczyich potrzeb 
własnych. 

-  Tak,  spodziewałem  się,  że  przybędzie,  ale  z  poczucia  obowiązku  -  ciągnął  Turek.  -  On  ma  duże 

poczucie obowiązku. Ale jego... - Ujął w rękę koński ogon i pozwolił, by ześlizgnął się z palców na stół. - 
To więcej niż obowiązek. - Zmarszczenie czoła podkreśliło wyryte w policzkach bruzdy. - Zastanawiam 
się, kim jesteś dla niego, Kristine Richards. 

Obserwowała, jak rozkładał się leniwie na krześle, po czym poczuła dotknięcie jego obutych stóp. 
- Może jesteś dla niego warta więcej niż on sam dla Chińczyków? - Zamiast bruzd w twarzy pojawił się 

wilczy uśmiech obnażający błysk krzywych, brązowych zębów. 

Gwałtownie  przesunęła  nogi  głęboko  pod  własne  krzesło.  Gdyby  w  uśmiechu  Kita  było  tyle  dzikości, 

kazałaby mu zbierać swoje manatki, na długo zanim miał jeszcze okazję wślizgnąć się do jej serca. 

Widziała  list  gończy  i  uważała,  że  oferowana  przez  Chińczyków  suma  była  wręcz  niewiarygodna,  ale 

nie  czuła  żadnego  współczucia  i  nie  miała  zamiaru  rozstrzygać  dylematu  Turka.  Nie  wiedziała,  gdzie 
ukryty  był  większy  zysk.  Sama  nie  umiałaby  powiedzieć,  jaką  cenę  miało  jej  życie,  a  co  dopiero 
odgadnąć, jak cenne było ono dla Kita. Ale już do tej pory dał Turkowi więcej, niż jej ofiarował. Ćwiartkę 
mapy Chatren-Ma. 

Rozplatanie tych wszystkich zagadek było niezwykle ciężkim zadaniem. Czy jeśli w celu ratowania jej 

życia, dał Turkowi to, co przedtem obiecał jej, to czy znaczyło to, że złamał w ten sposób dane słowo, czy 
też nie? Szczerze mówiąc, w tym momencie obchodziło ją Chatren-Ma, ale wolała skoncentrować uwagę 
na rozważaniu skomplikowanych problemów etycznych niż na złowieszczym błysku w oku Turka. 

- Miał wiele kobiet - powiedział. - Ale tylko raz zaryzykował życie dla jednej z nich. Było to tej nocy, 

gdy ja wziąłem jego kobietę, a on moją. - Turek raz jeszcze sięgnął po pleciony ogon. 

- To, że nie wiedział, iż była mi zaślubioną, niewielkie miało dla mnie wtedy znaczenie, ale zastanawiam 

background image

się, Kristine, czy ty jesteś mu zaślubioną? 

Nie  miała  zamiaru  porywać  się  na  siedzącego  przed nią człowieka  z  trzymetrowym  drągiem.  Pragnęła 

jedynie wrócić do domu. Na co czekał Kit? Dlaczego nie uratował jej jeszcze? Miał cały dzień na to, by 
coś wymyślić. 

Dobry Boże! Co też chodziło jej po głowie? Uprzytomniła sobie nagle niespotykany u siebie wcześniej 

egoizm. To ją zaniepokoiło. 

Pochylając się nad stołem, oparła głowę na rękach. Życie Kita było stawką w tym targu. Była  gotowa 

zaryzykować  jego  życie  w  zamian  za  jedynie  niewielką  nadzieję  na  własne  uwolnienie.  Nie  mogła  tego 
zrobić. Nie mogła dać Turkowi do ręki dodatkowej broni. 

- Nie - mruknęła, potrząsając głową i przerywając ostatecznie ciszę służącą jej za azyl. Nawet kiedy je 

już wymawiała, modliła się jeszcze, by te słowa nie były prawdziwe. - Nie jestem zaślubiona Carsonowi. 
Jestem niczym dla niego. Niczym. 

Gardłowy chichot Turka wypełnił pokój, odsunął swoje krzesło. 
- Kłamiesz, Kristine, ale to takie słodkie kłamstwo. - Okrążył stół i ujmując jej nadgarstki silną, brutalną 

ręką,  pociągnął  ją  do  góry.  Przechyliła  głowę  na  bok,  ukrywając  twarz  we  wgłębieniu  ramienia,  ale 
chwycił mocno jej brodę i zmusił, by spojrzała mu w oczy. 

- Sang Phala, zdaje się, wybrał nie lepszego kandydata na mnicha niż ten, którym ja bym był. - Głęboki 

głos, tak miękki i tak blisko niej, znowu obudził jej obawy, a nacisk twardego jak skała ciała na jej ciało 
zamienił te obawy w przerażenie. 

Podobnie podziałały jego słowa. 
-  Ty!  -  wykrztusiła.  Turek  był  bratankiem  Sang  Phali,  sprzedanym  bandytom...  w  zamian  za  Kita. 

Ostatnia iskierka nadziei zgasła w sercu Kristine. 

- Już zbyt długo byłem zawsze gorszy od Kautilya. Dzisiaj jeszcze nie posiądę łupów po nim. - Uwolnił 

ją,  i  powietrze  znów  wypełniło  jej  płuca.  -  Ale  jeśli  przegra  jutro...  -  W  głosie  zabrzmiała 
niewypowiedziana groźba. 

„Przegra co? - zastanawiała się Kristine, opierając się jedną ręką o stół. - Z pewnością nie swoje życie.” 

Przeczytała wypisane na plakacie chińskie słowa. Chińczycy pragnęli Carsona żywego. 

A co z nią? Co stanie się z nią, jeśli Kit nie uratuje jej? Czy na zawsze pozostanie już zagubiona w tym 

kraju,  w  norze  jakiegoś  barbarzyńskiego  bandyty?  Nie  chlała  dopuszczać  do  głosu  swoich  najgorszych 
obaw,  ale  też  i  nie  dawały  jej  one  spokoju.  Pojawiały  się  ogromne  i  niewzruszone  w  myślach,  równie 
przerażające jak szerokie plecy Turka, którymi odwrócił się do niej, zasypiając na sienniku. 

Ogień  przyciągał  wzrok  do  żarzących  się  polan,  a  w  każdym  błysku  energii,  każdym  drgnięciu 

płomienia, widziała oczy koloru egzotycznych przypraw, czułe i tajemnicze, zapraszające ją do snu... i do 
marzeń o nim. 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Wyruszyli o świcie. Dziesięciu bandytów galopowało przed siebie, zaś Kristine wczepiła się mocno w 

hebanową grzywę konia w obawie o własne życie. Nie dlatego, żeby groził jej jakiś upadek, o nie. Turek 
trzymał  ją  bezpiecznie  w  żelaznym  uścisku  na  wyłożonym  kocami  grzbiecie  konia.  Silne  muskuły 
napinały  i  rozluźniały  się  pod  nią,  gdy  rozpędzone  kopyta  końskie  uderzały  o  ziemię.  Ale  nie  były 
silniejsze niż ogarniające ją w talii ramię, czy obejmujące jej nogi uda. 

Lodowaty wiatr smagał policzki, ostro kontrastując z gorącem przytulonego do niej męskiego ciała. Dał 

jej długi kożuch wyszywany jasnymi nitkami złota i błękitu, którego wywinięta do środka wełna pieściła 
skórę. 

Pozostawiona przez Kita na bramie część mapy wywiodła ich z wąwozu na skalistą równinę, a potem do 

kolejnych  kanionów.  Słońce  nie  rozświetliło  jeszcze  rozciągającej  się  pod  nimi  otchłani  i  po  wielu 
godzinach morderczego galopu, bandyci powstrzymali swoje rumaki, ostrożnie wybierając teraz drogę w 
labiryncie strzelistych skał. 

Turek  wciąż  zerkał  na  mapę,  głębiej  zapuszczając  się  w  skalne  korytarze.  Coraz  częściej  któryś  ze 

zbójów  z  niepokojem  spoglądał  za  siebie,  gdy  kolejne  kaniony  wciąż  przeplatały  się  z  sobą.  Po  pół 
godzinie woda zaczęła zbierać się w małych kałużach płynących w dół po poprzecinanej strużkami ziemi, 

background image

rozpryskując  się  melodyjnie  pod  kopytami  wierzchowców.  Wkrótce  strużki  połączyły  się  w  łagodnie 
płynący  strumień  i  podniosła  się  mgła.  Najpierw  powoli,  zaledwie  tu  i  ówdzie  ukazywała  się  między 
skałami smuga światła. Ale im dalej jechali, tym gęstsze stawały się mgły wokół nich, odgłosu końskich 
kopyt nie było już przed nią ani widać, ani słychać. 

Siedząc przed Turkiem na otwierającym pochód wierzchowcu, Kristine czuła się jak dowódca przedniej 

straży prowadzący żołnierzy. Niska, biała, postrzępiona chmura przesunęła się przed nimi w dół kanionu. 
Ze  wszystkich  stron  oplątywała  ich  cienka,  biała  pajęczyna.  Podświadomie  przytuliła  się  mocniej  do 
Turka. Jego ramię zacisnęło się wokół niej, jakby i on potrzebował wsparcia w tej dziwnej ziemi, w której 
znaleźli się za sprawą Kautilya. 

Zduszony jęk gdzieś daleko w tyle sprawił, że oboje jednocześnie odwrócili gwałtownie głowy. Kristine 

nie zdołała powstrzymać okrzyku przerażenia, Turek również wzdrygnął się zaskoczony. Byli otoczeni, 
owinięci mgłą, która nie tylko rosła przed nimi, ale zamknęła im także drogę odwrotu. 

Trzech jeźdźców o oczach tak dzikich jak oczy ich wierzchowców co pewien czas wyłaniało się z bieli, 

tylko trzech z dziesięciu, którzy wyruszyli razem z nimi o świcie. 

Turek  potrząsnął  mocno  uzdą,  okręcając  konia  w  kółko,  ale  zwierzę  nie  chciało  zrobić  ani  kroku  do 

przodu zatrzymane w miejscu miękkim, przeszywającym powietrze gwizdem. 

Serce podeszło jej do gardła, bijąc szaleńczym rytmem. 
Kit! 
Ale gdzie? 
Wpatrywała  się  w  otaczającą  pustkę,  starając  się  przebić  wzrokiem  mgłę,  jednak  bezskutecznie.  Świat 

wokół był zupełnie niewidzialny. Spojrzała na Turka, ale wyryty w jego twarzy ledwie maskowany strach 
zmusił  ją,  by  skierowała  wzrok  na  pozostałych  jeźdźców.  W  rosnącym  oszołomieniu  obserwowała,  jak 
jeden po drugim rozpływają się we mgle. 

- Ty głupcze! - powiedziała ze złością do mężczyzny, który ją trzymał, ściskając go jednocześnie mocno 

za ramię. Jego oczy szybko straciły swój błysk, a gdy patrzył na nią, malował się w nich ten sam gniew i 
strach, które odczuwała i ona. - Czy chcesz... 

- Cicho, kobieto! - rozkazał. 
- ...chcesz pozwolić, żeby wróg dokonał za ciebie wyboru? - dokończyła ogarnięta paniką. Nie wiedziała 

już, komu może zaufać. Kit ją w to wpakował i nie mogłaby powiedzieć, że podobały jej się jego metody 
ratowania jej. 

Ogier pod nimi przestępował niespokojnie z nogi na nogę, przenosząc swój niepokój na dosiadających 

go  ludzi.  Kristine  mocniej  schwyciła  grzywę.  Na  Boga,  jeśli  miałaby  teraz  zniknąć,  nie  miała  zamiaru 
rozstawać  się  z  koniem.  Delikatny  gwizd  przeciął  powietrze,  koń  uniósł  najpierw  jedno  kopyto,  potem 
drugie, podążając tylko dla niego widoczną ścieżką. Kristine poczuła tuż koło szyi zimną lufę strzelby. 

- Wydaje mi się, że trochę na to za późno, kowboju - wycedziła przez zęby. Nie martwiła się o Kita. Naj-

wyraźniej panował nad wszystkim. Wszystkim. Począwszy od konia, poprzez nią i Turka, a skończywszy 
na samych żywiołach natury. 

No tak, ale ile mógł dokonać jeden człowiek, gdy skierował swoją siłę na elementy przyrody, labirynt 

skalnych korytarzy i rozgniewane niebo nad nimi? 

Rzeczy obdarzone siłą... Te słowa powróciły do niej z całą mocą, i w całej prawdzie swego znaczenia. 

Zakochała się w mężczyźnie o tyle wyżej stojącym od niej na drabinie ewolucji, że nie mogło być dla niej 
żadnej nadziei. Gdyby miała choć kilka gram adrenaliny na zbyciu, może uratowałaby nią swoją łamiące 
się  serce.  Nie  mniej  instynkt  przeżycia  w  zabawny  sposób  umiał  zawsze  zapanować  nad  innymi 
uczuciami, zaś jej własne przeżycie było teraz zdecydowanie pod znakiem zapytania. 

Czy widział ją chociaż, czy czuł jej obecność? W świecie zewnętrznym, gdzie wszystko było wyraźniej 

zarysowane,  bardziej  kryształowo  czyste,  nie  pozostawiła  po  sobie  żadnych  istotnych  śladów.  Jak 
mogłaby wysłać jakikolwiek sygnał, jeśli miał on biec od dna kanionu donikąd? 

Ogier  przeszedł  nagle  w  kłus,  rżąc  i  potrząsając  łbem.  Przez  kilka  metrów  Kristine  podskakiwała  na 

grzbiecie, dopóki kłus nie przeszedł w galop. 

-  Niech  go  diabli!  -  Usłyszała  tuż  nad  sobą  przekleństwo  Turka,  który  przytuliwszy  się  mocno  do  jej 

pleców, przyciskał ją do końskiej szyi. 

background image

Galop  na  złamanie  karku,  wśród  oślepiających  mgieł,’  nie  wydawał  się  najwłaściwszym  końcem  dla 

kobiety, która prowadziła dość spokojne życie aż do momentu, gdy zawitał w progi jej domu nieznajomy 
mężczyzna o kasztanowych włosach. Od tego dnia jej życie zmieniło się na gorsze, na lepsze też, ale na 
chwilę zdecydowanie zbyt krótką. 

Ściany  kanionu  ścieśniły  się,  strumień  był  coraz  głębszy,  koń  zaś  mknął  wciąż  dalej,  wiedziony  siłą, 

której Kristine nie mogła zrozumieć, a Turek opanować. 

Nagle tuż przed nimi wyrosła ogromna skalna ściana, do zderzenia z którą Kristine już się instynktownie 

przygotowała, ale Turek pociągnął mocno za uzdę, miażdżąc ją prawie w żelaznym uścisku ramion. Rżąc 
rozpaczliwie koń cofnął się parę kroków, a echo tego rżenia długo odbijało się od ścian wąwozu. 

Zanim  koń  zdołał  odzyskać  równowagę,  Turek  zeskoczył,  pociągając  ją  za  sobą  dalej  od  rozszalałej 

bestii. 

„Boże, dopomóż  mi  -  pomyślała Kristine przewieszona przez ramię Turka.  - Jeśli on nie dopadnie go 

pierwszy, sama będę gotowa zamordować Kita.” 

Jako jedyny ratunek zawiódł na wszystkich frontach. Zastraszając ją śmiertelnie, wykazał dużo więcej 

pomysłowości, niż kiedykolwiek mogłoby udać się to Turkowi. Prawie nie była już w stanie oddychać, a 
mięśnie odmawiały jej posłuszeństwa. 

- Czy jesteś gotów zginąć dla niej, Turku? 
Głos dochodził z góry, zniekształcony przez gęste mgły. Słowa brzmiały zdecydowanie, poparte dobrze 

wycelowanym strzałem, Turek uchylił się, prawie upuszczając ją na ziemię. Jedną ręką ustawił strzelbę i 
również wypalił. 

-  Pytam  raz  jeszcze.  Czy  chcesz  zginąć  za  nią,  Turku?  -  Tym  razem  głos  dochodził  z  zupełnie  innej 

strony. 

Turek  okręcił  nią  i  wypalił  ponownie.  Kristine  wiedziała,  że  gdyby  chociaż  w  połowie  panowała  nad 

własnymi  mięśniami,  z  łatwością  zdołałaby  mu  się  wyrwać.  Prawdę  mówiąc,  znalezienie  się  między 
dwoma  strzelającymi  do  siebie  mężczyznami  wydawało  się  najbardziej  niebezpiecznym  położeniem.  A 
jednak roztaczająca się wokół pustka trzymała ją mocno przy boku Turka, a raczej, mocno tuż przed nim. 
Wolałaby umrzeć tam, gdzie stała, niż dać się wchłonąć ciemnościom. 

Ach, Kreestine... gdzie twoja wiara? 
- O nie - szepnęła drżącym głosem. - O nie, ty nie. 
- Cisza! - syknął Turek, przytrzymując ją mocniej. 
Kristine odpowiedziała mu tym samym, chwytając go, gdzie tylko się dało. 
I twoja odwaga, ukochana? 
- Szukaj jej jakieś dwadzieścia tysięcy kilometrów stąd! - zakpiła. 
- Milczeć, mówię! 
Dostał to, czego chciał, mniej więcej z półtorej tony ogłuszającej ciszy. Groza tak wielkiej ciszy działała 

na nerwy i jemu, i jej. 

Kit  uśmiechnął  się,  patrząc  na  nich  ze  swego  stanowiska  wysoko  ponad  ich  głowami,  zadowolony  ze 

stanu  jej  umysłu  i  odwagi,  której  zaprzeczała.  Poświęcił  chwilę,  i  tylko  chwilę,  by  pochylić  głowę, 
dziękując  bogom  za  zesłanie  mu  jej.  Meteorologicznie  wywołane  mgły  Chatren-Ma  podniosą  się  koło 
południa, gdy smugi światła ogarną kanion, ocieplając powietrze. Chciał ją odzyskać, zanim to nastąpi. 

Bandyta  był  Bonpo,  wierzącym  w  szamanów  i  demony.  Kit  zwabił  go  do  tego  miejsca,  gdzie  można 

było spotkać i jednych, i drugich, powstrzymując w sobie impuls natychmiastowego odwetu w twierdzy, 
gdzie  śmierć  mogła  być  jedyną  odpowiedzią.  Kit  znał  dokładnie  granice  własnych  sił  i  znał  też 
możliwości Turka. Ich pojedynek tam mógłby narazić Kristine na zbyt wielkie niebezpieczeństwo. 

Ale  w  Chatren-Ma  w  jego  ręku  spoczywał  główny  atut  -  strach.  Turek  nie  mógł  go  uniknąć,  a  Kit 

doświadczył już strachu w tym samym miejscu. Zgubił się w porannych mgłach podczas swojej wyprawy 
po Kah-gyur. Dopadły go nagle, ogarniając najpierw stopy, a potem nazbyt szybko kostki i kolana. 

Teraz  Turek  doświadczał  potęgi  gór.  Kit  wyczuwał  strach  jego  i  Kristine.  Tego  ostatniego  wcale  nie 

pragnął. 

By szybciej dopiąć celu. Kit raz jeszcze strzelił do Turka. 
Turek podskoczył, przeklął i odepchnął Kristine od siebie, ale zdążyła jeszcze zobaczyć rozdarty szew 

background image

jego kurtki. Była to ostatnia rzecz, jaką widziała, bo przy następnym oddechu pochłonęły ją już mgły. 

Cienie przesuwały się wokół niej, pieszcząc mokrymi palcami unoszącej się w powietrzu wilgoci. 
-  Kit?  -  szepnęła.  Nie  słysząc  żadnej  odpowiedzi, spróbowała  wypowiedzieć inne  imię,  imię  tak  pełne 

tajemnicy jak i to miejsce. - Kautilya? 

Wciąż nic. 
Z wyciągniętymi przed siebie rękami próbowała postąpić krok naprzód, szukając ściany kanionu. Wciąż 

nic. Czy poruszył także ziemię? 

Kit Zeskoczył ze skalnej półki i lądując na podłożu z ugiętymi kolanami złożył się do kolejnego strzału. 

Tak łatwo byłoby zabić Turka, ale miłosierdzie, które poprzysiągł pięć dni temu powstrzymało jego rękę. 
Sang Phala nie opuścił go, a stary mędrzec nie uczył go przecież mordowania. 

Jednak weźmie sobie pamiątkę po całym tygodniu starań i odzyska khukri. Sprawdził, czy Kristine jest 

bezpieczna i wypalił raz jeszcze w  kierunku Turka, zmuszając go, by cofnął się bardziej, aż do skalnej 
szczeliny, wydzierając kolejny strzęp z kurtki tylko po to, by później nie pomylił kierunku. 

Kristine starała się oddalić od odgłosu strzałów, stawiając jeden niepewny krok za drugim, kierując się 

na to, co wydawało jej się niewielkim prześwitem we mgle. Wkrótce mogła już zobaczyć trzymaną przed 
sobą rękę. Później ujrzała też ścianę kanionu. 

A potem Chatren-Ma. 
 
Kit  przykucnął  na  ziemi,  przeklinając  pod  nosem.  Powinien  być  mądrzejszy  i  nie  zostawiać jej  samej. 

Fizycznie  odeszła  gdzieś  tak,  jak  często  odchodziły  jej  myśli,  w  kierunku,  którego  nie  przewidział.  Ale 
zaciskał pięści i zęby na myśl o rzeczach, których ona nie potrafiła przewidzieć. 

W  Chatren-Ma  nie  było  miejsca  ani  na  wątpliwości  czy  słabość  serca,  ani  dla  kogoś,  kto  nie  był 

wyznawcą samej prawdy. Kochał ją, tak, ale tylko ona sama mogła znać wartość kruszcu, z jakiego była 
zrobiona. Jeśli tej wartości nie była jeszcze świadoma, na pewno wkrótce ją pozna. Musiał być wtedy przy 
niej, na wypadek gdyby to, co znajdzie, okazało się niewystarczające. 

Podążył  za  odciśniętymi  w  kurzu  śladami jej  stóp,  powoli  podnosząc  wzrok  na wyrastającą przed  nim 

skalną ścianę, której krawędzie podkreślone były czarnym błotem. Przeszła przez cień. Nie miał innego 
wyboru, tylko pójść za nią tam, gdzie planował udać się sam. 

Trudne,  ale  możliwe,  pomyślała Kristine,  oceniając wzrokiem  wąską  przerwę w  pozostawionym  przez 

siebie śladzie. Gdyby to było możliwe, zawróciłaby już wiele godzin temu, zaszła  jednak, za daleko, za 
wysoko i zgubiła drogę. Do licha, rzeczywiście wysoko. Ustęp skalny, na którym stała, obłamał się, długo 
opadając tysiące metrów w dół. Na szczęście zawroty głowy nie były dla niej problemem. Za to przepaść 
zdecydowanie  tak.  Może  nawet  problemem  ponad  siły,  a  wiąż  jeszcze  nie  zbliżyła  się  nawet  do 
wyrzeźbionego w skale klasztoru. Musiał być na to jakiś sposób. 

- Więcej niż jeden, Kreestine - dobiegł z wysoka głos Kita. 
Przestraszył ją, ale miała na tyle rozsądku, by nie podskoczyć, ani nawet nie drgnąć zbyt gwałtownie. 
- Część. - Jej głos wydał się przytłumiony i nieistotny na tle rozciągającej się przed nią spalonej słońcem 

równiny.  Dolina  wdzierała  się  między  ściany  kanionu,  tworząc  miejsce  dla  rozszerzającego  się  koryta 
rzeki płynącej ponad masami ukruszonych skalnych bloków. 

Nie zastanawiała się nad tym, skąd się tu znalazł. Już dostatecznie długo błądziła w labiryncie skalnych 

korytarzy, by wiedzieć, że kryły one w sobie więcej sekretów niż CIA. Sama już kilka razy wypadła nagle 
niewiadome skąd, po to tylko, by stwierdzić, że balansuje na wąskiej krawędzi nad przepastną pustką. 

- Podaj mi rękę - powiedział - wciągnę cię na górę. 
Dość sensowna prośba, ale nie spełniła jej. 
- Co stało się z bandami we mgle? - spytała, nie mając odwagi spojrzeć w górę, co, jak stwierdziła, było 

dużo bardziej przerażające niż patrzenie w dół. 

- O tej porze są już pewnie w domu. 
- A Turek? 
- Przed nim jeszcze daleka droga, ale jest młody, silny a może nawet jego koń czeka gdzieś na niego. - 

Po chwili dodał: - Może i nie. Ogier pomknął dosyć szybko, kiedy go uwolniłem. Moja klacz chyba nie do 
końca odpowiadała jego oczekiwaniom. 

background image

- Och - odezwała się, rozumiejąc w końcu, dlaczego to niekoniecznie może łagodne zwierzę zmieniło się 

nagle w rozjuszoną i wierzgającą nogami bestię. - Byłeś przygotowany na wszystko, prawda? 

- Prawie. - Usłyszała ciężkie westchnienie. - Podaj mi rękę, Kreestine, proszę. 
Wciąż miała jeszcze do zadania co najmniej z setkę pytań, na które tym razem dostawała odpowiedzi. - 

A co z mgłą, czy to też ty? 

- Przeceniasz moje możliwości. To tylko zjawisko powtarzające się tutaj każdego ranka o tej porze roku. 

Nic więcej niż zimne powietrze ścinające wodne opary. Teraz kanion jest już pusty. 

- Widywałam już rzeczne mgły - powiedziała sceptycznym tonem - i to nie było to. 
- Jesteśmy w Chatren-Ma. Mogło to być coś więcej, ale nie z mojej przyczyny, ani też nic, co mógłbym 

sam wyjaśnić. 

Nie wiedziała, czy ma się czuć lepiej, czy też nie, bezpieczniej czy nie. Wiedziała tylko, że nie może bez 

końca stać na tym skalnym występie. Jej ścieżka była ślepa... a Chatren-Ma wciąż kusił, jak obietnica tuż 
poza jej zasięgiem. 

Chciała  zadać  jeszcze  inne  pytania  w  stylu:  Dlaczego  nie  przyszedłeś  po  mnie  wczoraj?  Skąd  byłeś 

pewien, że Turek mnie nie skrzywdzi? Albo wręcz: Czy nie przeszkadzało ci, że byłam zdana na łaskę lub 
niełaskę Turka? Ale niezależnie od tego, jak próbowała ująć to w słowa, pytania wciąż wydawały się zbyt 
osobiste, a wątpliwości zbyt prawdziwe, by ujawniać je wobec mężczyzny, którym jedynie przespała się. 
Mężczyzny, który najpierw zadeklarował chęć opuszczenia jej, by później przez dziwne zrządzenie losu 
odkryć, że to ona zostawiła go pierwsza, po czym objawić się dokładnie w miejscu, do którego planował 
się udać. Bardzo skomplikowane problemy do rozważania na skalnej półce szerokości jej stopy. 

Przyklękła,  zanurzając  ręce  w  kurzu,  by  zwiększyć  tarcie.  Miał  przed  sobą  wiele  pracy.  Kristine 

Richards była na drodze do sławy, piekielnie wąskiej, lecz pewnej. Podczas gdy miłość, jak się wydawało, 
wcale nie była taka pewna. 

Przytuliła  się  do  skały  wyciągając  w  górę  rękę.  Silne,  ciepłe  palce  ujęły  jej  nadgarstek.  Drugą  ręką 

chwyciła  jego  ramię,  modląc  się,  by  zdołał  udźwignąć  ciężar  sześćdziesięciu  trzech  kilogramów. 
Pomagała mu, jak tylko mogła, wciskając palce w każdą najmniejszą szczelinkę ściany urwiska i starając 
się, by jej myśli były lekkie i by ona sama była lekka. 

„Jestem chmurą, kłębkiem bawełny unoszonym na wietrze jestem bardziej nierzeczywista niż marzenie” 

- wmawiała sobie. 

Słyszała jego ciężki oddech, tymczasem drugą ręką chwycił kołnierz jej płaszcza. Z trudem udało mu się 

wciągnąć  ją  na  górną  ścieżkę.  Leżała  odpoczywając,  jej  nogi  wciąż  jeszcze  zawieszone  były  w 
przestrzeni. 

Wziął głęboki oddech, pociągnął ją jeszcze raz i po chwili znalazła się już na leżącym na plecach Kicie. 
- Nie jesteś chmurą, Kreestine - powiedział, dysząc ciężko - ale to była dobra myśl. 
Leżeli tak jakiś czas z trudem łapiąc oddech i to, bardziej niż cokolwiek innego, przekonało ją, że był 

tylko zwykłym śmiertelnikiem. 

- Następnym razem... - powiedziała bez tchu. - Następnym razem najpierw podam ci płaszcz. 
- Dobrze. 
Wciąż  żadne  z  nich  nie  poruszało  się.  Oparła  głowę  na  jego  piersi,  badając  wzrokiem  swoje  nowe 

stanowisko. Było zdecydowanie lepsze od tego, które przed chwilą opuściła. Ten skalny ustęp miał trzy 
metry  szerokości  i  z  obu  stron  odchodziły  od  niego  solidne,  wyżłobione  w  skale  ścieżki.  Na  takiej 
przestrzeni mogłaby nawet założyć gospodarstwo. 

Zwróciła  głowę  w  drugim  kierunku,  w  stronę  klasztoru  i  poczuła,  że  jego  ręka  gładzi  ją  po  plecach 

uspokajającym gestem. 

- Czy stąd możemy tam dotrzeć? - spytała nieświadoma brzmiącej w głosie tęsknoty. 
Uśmiechem przekomarzał się z nią. 
- Tylko jeśli zejdziesz ze mnie. Ale wybór należy od ciebie, bahini. Ja nie narzekam. 
„Rycerski do samego końca” - pomyślała, zdając sobie sprawę z tego, jak wyglądała. On też musiał to 

zauważyć, ponieważ nazwał ją bahini. Sprawdziła i to słowo. Mała siostra, to nie to samo co żona, a już 
zdecydowanie nic pasowałoby to nazwanie do tego, co stało się ich udziałem w jej sypialni. Wzdychając, 
miękko zsunęła się z niego. Wstałaby, tylko że on także obrócił się, przyciskając ją mocno do ziemi. 

background image

- A więc nic ci nie jest? - spytał. 
- Zupełnie nic - powiedziała oschle. Fizycznie czuła się dobrze, pobudzona jeszcze górskim powietrzem. 

Cała  poprzednia  złość  i  niepokój  opadły  z  niej,  zupełnie  pokonane  pięknem  miejsca,  w  którym  się 
znalazła i możliwościami, jakie otwierało ono przed nią. Emocjonalnie nie czuła się najlepiej, ale powód 
jej strapień spoglądał na nią z góry z tak wielką troską, że zaczęła zastanawiać się, czy przypadkiem nie 
wyolbrzymia własnych problemów. 

- Za długo pozostawałaś na słońcu. - Pogładził krawędź jej nosa i policzek. 
-  Zapomniałam  zabrać  parawan  przeciwsłoneczny  -  powiedziała,  czując,  że  znów  na  nowo  ulega  jego 

urokowi i pragnąc, by tak się nie stało. 

- Jesteś głodna? 
- Może. - Jej wzrok spoczął na ustach, które oddalone zaledwie kilka centymetrów od jej twarzy wygięły 

się w uśmiechu. 

-  Mamy  przed  sobą  dużo  pracy,  Kreestine,  i  mało  czasu.  Nie  chciałbym  w  nocy  przemierzać  tych 

ścieżek. 

-  Pracy?  -  spytała,  przeklinając  się  w  duchu.  Oczywiście,  że  pracy.  Przecież  właśnie  to  mówiła  sobie 

przed chwilą. 

Uśmiechnął się jeszcze szerzej. 
-  Jesteś  w  Chatren-Ma,  bahini.  Nie  chciałbym  odejść  stąd  z  pustymi  rękami,  ale  wiem  też,  że 

powinniśmy odejść przed zmrokiem. 

Wygnaniec, te słowa potwierdziły jej przekonanie. Żaden mnich czy mistyk, ale prawdziwy wygnaniec. 
- Możesz pójść ze mną - powiedział. - Nie będę nalegał, żebyś została, ale wolałbym, żeby się tak stało. 

Ja... - Przerwał na moment, uważnie ważąc słowa. - Wolałbym, żebyś została. 

- Nie ma mowy - powiedziała, patrząc mu prosto w oczy. 

 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

-  Zaskoczyłaś  mnie  -  powiedział  Kit,  pokonując  zakręt  na  bardzo  zwężonym  w  tym  miejscu  szlaku  i 

wyciągając za siebie rękę, by pomóc Kristine. - Nie sądziłem, że uda ci się dotrzeć samej tak daleko. 

„Co mam odpowiedzieć” - zastanawiała się Kristine. Sama również była nawet więcej niż zaskoczona. 
- Jak pokonałaś pierwszą przepaść - spytał. 
- Cóż, to nie była prawdziwa przepaść. - Chwyciła jego rękę, pokonując zakręt i przytulając się mocno 

do ściany kolejnego urwiska. - Sądziłam tak w pierwszej chwili, ale potem zauważyłam, że głazy układają 
się w pewien wzór, jakby ktoś umieścił je tam specjalnie, by zablokować szlak lub przynajmniej stworzyć 
takie  wrażenie.  Doszłam  do  wniosku,  że  jeśli  ktoś  zadał  sobie  tyle  trudu,  by  stworzyć  tę  iluzję,  to  tak 
naprawdę  szlak  wcale  nie  był  zablokowany.  Chociaż  odnalezienie  wejścia  zajęło  mi  pewnie  kolejne 
piętnaście  minut.  Chciałabym  określić  datę  jego  powstania  i  może  wysnuć  jakieś  wnioski  na  temat 
wczesnych osiągnięć technicznych ludzi, których wciąż uważamy za zacofanych. 

- Tak, niezwykły wyczyn - powiedział Kit, zdumiony jeszcze bardziej. Poprzednim razem odnalezienie 

wejścia zajęło mu przeszło godzinę. - A Schody do Nieba? 

- Trudniej po nich zejść niż wejść - powiedziała z nonszalancją, którą by chętnie naśladował. - Dlaczego 

sądzisz, że były nazwane Schodami do Nieba? - Około dwudziestu metrów od skrzyżowania ze szlakiem 
wyryta  jest  w  skale  inskrypcja.  -  Pokonał  sprawnie  kolejną  rozpadlinę.  -  Nie  można  jej  dokładnie 
przetłumaczyć na angielski, ale słowa są wystarczająco niebiańskie. 

-  Nie pamiętam żadnego skrzyżowania dwadzieścia metrów przed schodami.  -  „Rozmawiając idzie się 

łatwiej” - pomyślała, bojąc się spojrzeć zarówno w górę jak i w dół. Także świadomość siły jego ramienia 
dodawała jej otuchy. 

Uścisnął ją mocniej, spojrzała na niego. 
- Poszłaś tunelem? - spytał. 
Kiwnęła głową. 
- Doszłam do wniosku, że wypaść z tunelu byłoby dosyć ciężko. 
Zadziwiała  go.  Miała  więcej  odwagi,  niż  się  tego  po  niej  spodziewał,  dużo  więcej.  Będąc  tu  po  raz 

pierwszy ominął tunel, i choć od tego czasu zmuszony był już pokonać wiele innych, za każdym razem 

background image

było  to  trudne  przeżycie.  Inaczej  nie  można  było  dostać  się  do  Chatren-Ma.  Z  dna  doliny  nie  było 
przejścia do klasztoru. Jedyna droga prowadziła podziemne korytarze schowane w głębi urwistych gór. 

- Kreestine. - W jego głosie brzmiała duma i łagodne ostrzeżenie. - Przed nami jest jeszcze dużo tuneli, a 

w  wielu  z  nich  bardzo  łatwo  będzie  spaść.  W  jaskiniach  znajdują  się  liczne  pułapki  na  nieostrożnych, 
pochłania cię absolutna pustka. 

Pułapki na nieostrożnych ziejące nicością, powtórzyła wolno w duchu, po czym spojrzała mu w oczy. 
- Masz ma myśli dziury? 
- Dziury - potwierdził, resztę informacji zachowując dla siebie niepewny jej reakcji. - Ogromne dziury. 
 
„Miał  rację  -  pomyślała  Kristine,  okrążając  kolejną  pułapkę  nicości.”  Gdyby  nie  był  moim 

przewodnikiem, zniknęłabym prawdopodobnie już kilkaset metrów wcześniej. Nie bała się ciemności, ale 
żywiła  do  Kita  głęboką  wdzięczność  za  to,  że  był  przy  niej.  Podążała  za  nim.  Nie  wiedziała,  za  czym 
podążał on, ale na razie nie popełnił jeszcze żadnego błędu. 

- Jeśli wiedziałeś o tunelach, dlaczego nie zabrałeś z sobą latarki? - spytała. Gdyby ona wiedziała w co 

się  pakuje,  poprosiłaby  Turka,  by  zatrzymał  się  przy  jakimś  sklepie,  w  którym  mogłaby  kupić  lampę 
kwarcową, albo nawet ze dwie lub trzy. 

-  Oczy  mogą  oszukać  tam,  gdzie  nie  zawiedzie  cię  intuicja.  Spędziłem  wiele  lat,  Kreestine,  wiele  lat 

ucząc się widzieć wśród mroku myśli, ucząc się stąpać po ścieżce światła. 

„Lois nie spodobałoby się to wyjaśnienie” - skonstatowała w duchu. Było trochę zbyt mistyczne, jak na 

bardzo  pragmatyczny  gust pani  kustosz. Kristine  nie miała  innego  wyboru, jak tylko  uwierzyć  mu.  Nie 
podobało jej się za to słyszalne w jego głosie napięcie i jego dłoń coraz gorętsza w jego dłoni. Czuła w 
sobie śmieszny impuls, by przyłożyć rękę do jego czoła, sprawdzając, czy nie jest chory. 

- Więc nie zastrzeliłbyś mnie przez przypadek? - spytała. 
- Byłaś bezpieczna od momentu, gdy Turek odnalazł mój nóż wbity we framugę drzwi. Wiadomość była 

jasna. Jego  życie  zależało od  twojego  bezpieczeństwa.  A... a  mężczyzna,  którego  pytałem  w  Szanghaju, 
zapewnił mnie, że nie byłaś zraniona, kiedy widział cię ostatni raz. 

Dziwne wahanie w jego głosie i sposób, w jaki wypowiedział słowo pytałem, wzbudziło jej niepokój. 
- Zraniłeś go? - spytała cicho. 
- Dotknąłem go zaledwie, nic więcej. 
Dotknął go tylko, tak jak dotknął tylko starego Luke’a w barze. 
- W jaki sposób twój nóż znalazł się w bramie twierdzy Turka? Znów zawahał się, jakby dla nabrania 

oddechu, po czym powiedział bardzo miękko: 

- Przez wielką złość, Kreestine i wielki gniew. 
Zabrzmiało to prawie jak wyznanie miłości, ale nie chciała kusić losu. Najpierw sama musi oswoić się z 

tą myślą, nacieszyć się jego słowami. Wiedziała dobrze, jakim był człowiekiem i wiedziała też, że jedynie 
w niezwykłym  wzburzeniu mógł pozwolić, by jego postępowaniem pokierowały nieracjonalne impulsy. 
W gniewie, o którym mówił nie było miejsca dla racjonalnych rozważań. To musiała być miłość. Ale nic 
będzie ponaglać losu. 

- Podejdź do mnie i obejmij mnie w talii - powiedział niezwykle skupionym głosem. 
Zrobiła, jak prosił, cały czas zachowując między nimi kilkucentymetrowy dystans, na wypadek, gdyby 

miało okazać się, że jednak jest w błędzie. 

- Bliżej - zażądał, oplatając jej ramiona ciaśniej wokół siebie.  - Idź za mną krok w krok. Zaczynamy... 

prawą nogą. 

Skazany był  z  góry na pewną przegraną i z każdą chwilą coraz bardziej przeklinał siebie za głupstwo, 

jakie  popełnił.  Spiesząc  za  nią,  nie  miał  już  jak  przedtem  czasu,  by  medytować,  koncentrując  swoją 
energię w taki sposób, by to wszystko co niewidzialne czaiło się w tunelu, nie odwracało jego uwagi od 
ścieżki.  Nie  mogli  się  już  jednak  cofnąć.  Tysiące  zagubionych,  miękkich  kroków  wypełniało  grotę. 
Marzenia, ucieleśnione myśli odbijały się echem od ścian, rozpraszając jego uwagę, po to by zmylił drogę. 
Nie było w tym zła, lecz jedynie ostrzeżenie i pewna śmierć za chybiony krok. 

Obecność  Kristine  również  odróżniała  te  odwiedziny  w  Chatren-Ma  od  poprzednich.  Jej  silna  wola 

błyszczała za nim jak latarnia morska, przyciągając ku sobie zabłąkane w podziemnym labiryncie dusze i 

background image

odmawiane  przez  nie  wśród  skał  modlitwy.  Jego  nadzwyczajna  wrażliwość  była  zarówno 
błogosławieństwem, jak i przekleństwem. Nie był ślepy w ciemnościach. Wręcz przeciwnie, widział zbyt 
wiele i nie był pewien, jak długo jeszcze zdoła to wytrzymać. 

Przez, jak się wydawało, całe wieki, posuwali się krok po kroku wzdłuż ścieżki, której istnienia Kristine 

mogła  się  jedynie  domyślać.  Wiedziała,  że  minęło  zaledwie  kilka  minut,  ale  mrok  zmieniał  czas, 
wydłużając  go,  a  momentami  nawet  całkiem  zatrzymując.  Wszystko  wokół  niej  wydawało  się  jakby  z 
innego świata. Nie widziała nic, ale czuła... coś. 

Kit zatrzymał się raz, drugi, trzeci, przeklinając miękko przy piątym przystanku. 
- Nie ruszaj się. - W ciemnej pustce jego głos zabrzmiał czystym echem. Nie ruszaj się... nie ruszaj się, -

nie... 

Poczuła, że jedną rękę włożył do kieszeni, po czym nastąpił dziwny trzask i zapłonęła zapałka. Kristine 

spojrzała i zamarła. 

Chciała  wracać  do  domu.  Nic  jej  tu  nie  trzymało  ani  historia,  ani  interesy,  ani  miłość,  ani  żaden  inny 

rozsądny powód. Nagły podmuch wiatru zgasił zapałkę. 

Kit zapalił następną i Kristine spojrzała jeszcze raz. Wciąż chciała wracać. 
Balansowali na wąskim cyplu wrzynającym się w niezgłębioną, bezdenną jamę, choć może słowo cypel 

nie  wydawało  się  najbardziej  adekwatnym  określeniem  dla  tego  skrawka  ziemi  i  skał,  na  którym  stali. 
Jakby na potwierdzenie jej słów odrobina skalnego gruzu oberwała się, opadając w ciemność z głuchym 
świstem. Raz jeszcze zapłonęła zapałka, rozjaśniając ziejącą pod nimi przepaść. 

-  Jesteśmy  prawie  na  miejscu  -  powiedział Kit.  Starała  się  skoncentrować  na jego  głosie,  a  nie  na  od-

powiadającym mu echu. - Puść mnie, ale nie ruszaj się, dopóki nie poczujesz na kostce mojej dłoni. 

- Dokąd idziesz? - szepnęła nie chcąc znów budzić echa. 
- Na drugi brzeg. 
-  Drugi  brzeg?  -  Nic  podobało  jej  się  brzmienie  tych  słów,  ale  zniknął,  zanim  zdążyła  wyrazić  swoje 

zdanie,  czy  zaproponować  jakąś  alternatywę.  Co  gorsza,  słyszała,  że  potknął  się,  on,  mężczyzna,  który 
potrafił biec po dziesięciocentymetrowej poręczy mężczyzna, który poruszał się z większym wdziękiem 
niż gwiazdy na niebie. Poczuła ogarniające ją zdenerwowanie. 

Stojąc  tak  na  wąskim  cyplu,  otoczona  jedynie  własnymi  płytkimi  oddechami  i  bezkresną  czernią, 

uświadomiła sobie nagle wiele nowych rzeczy na swój temat. Po pierwsze, bała się jednak ciemności; po 
drugie,  jej  poczucie  równowagi,  podobnie  jak  i  jego,  nie  wydawało  się  być  tym  samym,  co  kiedyś  - 
mogłaby przysiąc, że kołysze się wręcz z boku na bok; po trzecie, wybrała niezwykle interesujące miejsce 
na pożegnanie się z życiem. 

- Kreestine, podaj mi rękę. 
Tym razem, mówiąc obrazowo, rzuciła się niemal ku szansie ocalenia. 
Była  już  na  drugim  brzegu,  ciałem  przesuwając  się  po  jego  ciele.  Nagle  ciemności  wypełniło  ich 

napięcie. Przyciskał ją mocniej, mocniej, niż było to konieczne, była tego pewna. 

Nie miała nic przeciw tej bliskości, ale czuła słabość jego ramion tam, gdzie przedtem była jedynie siła. 

Przytulał się do niej w milczeniu i z powagą. 

-  Nic  ci  nie  jest?  -  spytała,  odgarniając  za  uszy  opadające  mu  na  czoło  kosmyki  włosów  i  ukradkiem 

sprawdzając temperaturę. Był rozpalony. 

- Tęskniłem za tobą. - Ujął w dłonie jej twarz, głos stał się chrypiący. - Nikomu nie pozwolę już zabrać 

cię ode mnie. 

Nachylił twarz i znalazł to, czego szukał, gdy cicho mówiła „dobrze”. 
W  jego  pocałunku  była  słodycz,  ale  i  erotyzm.  Językiem  obrysował  jej  wargi,  zwilżając  ich  delikatną 

powierzchnię, zanim jeszcze ogarnęło go życzliwe ciepło jej ust. 

Echo  jego  westchnień  ogarniało  ją  ze  wszystkich  stron  wyostrzając  zmysły  i  popychając  coraz  bliżej 

krawędzi, z której pragnęła spaść raz jeszcze, tam gdzie zabrał ją Kit, gdy kochali się. 

Dziś  wieczór,  Kreestine,  będziesz  moja.  Pogłębił  pocałunek,  napięcie  ramion  mówiło  jej  o  sile  jego 

pożądania. 

Poddała  się  zupełnie  temu  szturmowi  ust,  zdając  sobie  w  głębi  serca  sprawę,  że  jego  barbarzyńskie 

maniery działały na nią jak narkotyk. 

background image

- Musimy iść - zamruczał cicho, unosząc lekko głowę, po czym powrócił po jeszcze jeden pocałunek, a 

potem następny. - Stąd już nie jest daleko. 

Bezdenna  grota  okazała  się  w  rzeczywistości  mieć  około  siedemnastu  metrów  głębokości,  sądząc  po 

różnicy  poziomów  między  kolejnymi  stopniami  skalnymi.  Wątpiła,  czy  umiałaby  teraz  wrócić,  a 
zdecydowanie nie dokonałaby tego bez Kita. Z drugiej strony, nawet przy jego fenomenalnej pamięci, co 
dwie  głowy  pełne  przeróżnych  szczegółów,  to  nie  to  samo  co  jedna.  Zwłaszcza  że  wydawał  się  coraz 
bardziej zmęczony. 

Ostatni  tunel  z  każdym  krokiem  stawał  się  węższy,  sprawiając,  że  Kristine  po  raz  pierwszy  w  życiu 

zmuszona  była  stawić  czoła  klaustrofobicznym  lękom.  Płaszcz  zaczepiał  się  o  chropowate  kamienne 
ściany, potykała się na nierównej podłodze. Bezustannie wpadała na niego, a on za każdym razem chwytał 
ją, pomagając odzyskać równowagę. Wyczuwając, że jego siły odpływają gdzieś w ciemności, zaczęła się 
naprawdę bać tego miejsca. 

- Co się z tobą dzieje. Kit? - spytała, starając się bez powodzenia opanować drżenia głosu. 
Z głuchym jękiem przywarł do ściany tunelu. Objęła go, ale pod ciężarem jego dała oboje osunęli się w 

ciasnej przestrzeni. 

-  Kit?  -  powiedziała  cicho,  potem  potrząsnęła  nim  lekko,  cały  czas  nie  uzyskując  żadnej  odpowiedzi. 

Panika rozsnuła się w ciemności wokół niej, pulsując w powietrzu, aż zaczęła dostrzegać rzeczy, które nie 
istniały, słyszeć głosy tam, gdzie panowała cisza i wyczuwać obecność jeszcze kogoś oprócz nich dwojga. 

- Nie - powiedziała, zaciskając usta i walcząc z czającym się w mroku koszmarem; poczuła, że wstępują 

w nią nowe siły. - Nie. - Nie podda się panice i towarzyszącej jej nieodłącznie grozie. 

Czując jakby delikatne szarpnięcie za rękaw, odwróciła się gwałtownie. „Wynoś się Jack  - warknęła w 

duchu. - On jest mój, nie dostaniesz go.” 

Odwróciła się znów do Kita. Zbierając razem każdą drobinę siły i każdy okruch woli, jaki w niej jeszcze 

pozostał, spróbowała podnieść go na równe nogi, ale szybko miała przekonać się, że jej własne siły były 
zbyt wątłe. Z powrotem osunął się na ścianę. 

Oddychając ciężko, oparła swoje czoło o jego modląc się i przeklinając słowami, jakie podpowiadała jej 

rozpacz. 

- Dobry Boże... pomóż mi... pomóż mi postawić tego głupiego sukinsyna na równe nogi... Przepraszam, 

Melanie,  nie  chciałam  nikogo  obrazić.  -  Podciągnęła  go  wysoko,  przywierając  do  niego  własną  klatką 
piersiową  i  w  ten  sposób  zabezpieczając  go  przed  ponownym  upadkiem.  -  Niech  cię  diabli,  panie  Kit 
Carson, lepiej znajdź szybko to, co straciłeś, na przykład własną świadomość, albo wywlekę cię stąd za 
nogi.  Słyszysz  mnie?  Za  nogi.  A  przy  tej  nawierzchni  nie  zapowiada  ci  się  przyjemna  podróż.  - 
Wepchnęła ramię pod jego ramię. Zablokowała je, uniemożliwiając sobie tym samym jakiekolwiek poru-
szanie. - Twoja ostatnia szansa, wyrzutku - syknęła przez zęby. - Wracaj do przytomności albo poniesiesz 
konsekwencje swego uporu. 

Kolanem stuknął o jej kolano, próbując postawić pierwszy, niepewny krok, ale to wystarczyło. 

 

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Kristine  wirowała  na  parkiecie  w  ramionach  ojca  spowita  w  zwoje  białej  koronki  i  satyny.  Była 

wystrojona, wyfiokowana, wypudrowana, wyszminkowana. Róż okazał się niepotrzebny; błyszczała jak 
świeżo rozkwitła róża. 

W drugim krańcu pokoju jej mąż tańczył walca z jej matką. Muriel również błyszczała lekko, nawet jeśli 

mężczyzna, z którym tańczyła niekoniecznie był człowiekiem, o jakim marzyła dla swojej córki. Miał na 
sobie  białą,  haftowaną  złotem  tunikę,  na  ręku  dzwoniły  złote  bransolety,  a  poniżej  łopatek  opadał 
warkocz. Było to największe przyjęcie weselne, na jakie kiedykolwiek zdobyła się ich rodzina. 

Golden  Plum,  najlepszy  restaurator  w  północnym  Kolorado  podejmował  gości  szampanem, 

truskawkami,  kosztownymi  przekąskami  z  krewetek  i  homara  oraz  najmniejszymi  kanapeczkami,  jakie 
kiedykolwiek  zdarzyło  się Kristine  widzieć.  Na  żadnym  ze  stołów  nie  było  kurczaków  czy  szwedzkich 
pulpetów.  Tort  składał  się  z  czterech  czekoladowych  warstw  ozdobionych  białym  lukrem  i 
kandyzowanymi  fiolkami  w  kolorze  jej  oczu.  Kristine  i  Kit  poprzysięgli  sobie  pofolgować  bez  umiaru 
własnym apetytom, objadając się pozostałymi po przyjęciu smakołykami. 

background image

Grała  orkiestra.  Wynajęli  salę  klubu  ziemiańskiego,  po  czym  zasypali  ją  praktycznie  kaskadami 

goździków  i  lawendy  w  kolorze  jej  oczu.  W  górze  nad  stanowiskiem  orkiestry  spojrzenia  wszystkich 
przyciągały ich inicjały wypisane pączkami jasnych róż w środku uplecionego z irysów serca - w kolorze 
jej oczu. 

To był jej ślub, a Kristine wiedziała, że może mieć tylko dwa. Chciała, by ten odbył się uroczyście, a jej 

ojca nie zniechęciła cena. 

Kit  nalegał  na  zakup  wszystkich  kwiatów  w  kolorze  jej  oczu,  i  to  jej  się  bardzo  podobało.  Zapłaciła 

restauratorowi  w  sekrecie,  za  kwiaty,  ale  wynajęcie  dwudziestoosobowej  orkiestry  było  już  zasługą  jej 
ojca. 

Jenny i matka Kristine z wielkim zapałem zabrały się do kompletowania stroju jej i druhen. W Denver 

nigdy jeszcze nie widziano osób tak bez reszty oddanych sprawie zakupów. Dwie starsze panie straciły po 
pięć funtów, choć Jenny zaklinała się nawet, że jej ubyło sześć. 

- Pani Carson? 
Ojciec okręcił nią wokoło tak, że wpadła prosto w objęcia męża. 
- Tak, panie Carson? - Uśmiechnęła się do niego. 
-  Poślubiłem  cię  dwukrotnie,  patni,  raz  pod  Oczami  Buddy  i  raz  w  obrządku  pisanym  twoją 

chrześcijańską biblią, choć wątpię, by Bóg myślał o dodatkach w postaci setki gości i czteropiętrowego 
tortu, a ty wciąż jeszcze nie chcesz wyjawić mi swojego sekretu. Tak nie postępuje dobra żona. - Uniósł w 
górę jedną brew, patrząc na nią. 

Poślubił ją pod Oczami Buddy, dosłownie, w klasztorze ukrytym w  Zakazanym  Królestwie Mustanga, 

obecnie prowincji Nepalu, a niegdyś jego ziemi rodzinnej. Pobłogosławił ich uczony lama, gdy Kit leżał 
jeszcze na, jak obawiała się Kristine, śmiertelnym łożu. 

Wydostała go z Chatren-Ma, ale nigdy nie powiedziała mu jak. Patrząc teraz na niego, gdy jego skóra 

odzyskała  już  swój  normalny,  zdrowy  kolor,  a  energia  jego  sił  witalnych  otaczała  ją  jak  dawniej, 
wiedziała,  że  nigdy  mu  tego  nie  wyjawi,  gdyż  byłoby  to  zapraszaniem  nieszczęścia.  On  chciałby  tam 
wrócić. 

-  Nigdy  tego  ze  mnie  nie  wydobędziesz  -  powiedziała,  posyłając  mu  kolejny  uśmiech.  Sekret  był 

zamknięty w jej sercu, a nauczyła się już zachowywać własne myśli dla siebie. - 

W odpowiedzi wziął ją w ramiona patrząc w oczy z łobuzerskim uśmiechem. 
- Ja także mam swój sekret, Kreestine. I to taki, który warto by ci było poznać. Może moglibyśmy dobić 

targu, co? 

On miał jakąś tajemnicę? Przed nią? Nie bardzo chciało jej się w to wierzyć. Spędziła w klasztorze dwa 

tygodnie,  ocierając  jego  rozpalone  czoło  i  rozmawiając  ze  wszystkimi  mnichami  nie  związanymi 
przysięgą milczenia. Dowiedziała się o nim wiele, a może nawet i trochę za dużo jak na jej gust. 

Złota maska, na przykład, była prezentem od azjatyckiej księżniczki, wyrazem  jej nie odwzajemnionej 

miłości.  Półszlachetne  kamienie  i  przepyszna  owcza  skóra  zdobiąca  jego  łoże  były  niekoniecznie  zbyt 
subtelnym  darem  dla  klasztoru  od  pewnej  zamożnej  Indianki.  Chciała  kupić  sobie  chłopca  do  posług  i 
wybrała  Kita  spośród  innych  nowicjuszy  nie  przeznaczonych  do  życia  jedynie  w  czystości  wiary.  Miał 
wtedy piętnaście lat. Reszty Kristine mogła się już domyślić sama i doszła do wniosku, że też by uciekła. 

Na kolejny z jego sekretów natrafiła w jednej z przymocowanych do siodła toreb, po czym popłakała się 

niemal ze śmiechu. Skulona na ziemi długo nie mogła opanować śmiechu, za to znakomicie udało jej się 
odreagować stres. Tak bardzo bała się wtedy o jego życie. 

Kilka dni później, kiedy nie miał już gorączki, powrócił jej dobry humor i spytała go, jak spodobała się 

Turkowi jego nowa fryzura. 

- Jaki sekret? - spytała teraz obejmując go za szyję. 
- Interesuje mnie jedynie zamiana. - Postawił ją na ziemi przy ich nowym kadilaku. Obszedł wszystkie 

salony samochodowe, po czym zaskoczył ją wybierając coś, co dla niej stanowiło zupełną  kwintesencję 
Ameryki. „Barbarzyńca, rzeczywiście” - pomyślała w duchu. Ten mężczyzna miał niezwykle wykwintny 
gust.  Upłynęły  co  najmniej  dwie  minuty,  zanim  przyzwyczaiła  się  do  podróżowania  w  odpowiednim 
stylu. 

Rozejrzała się po parkingu. 

background image

- Nie możemy odjechać. Kit, to nasze przyjęcie. 
- Sekret, patni. - Przytulił ją mocno, zwilżając usta pocałunkiem. „Niech go licho porwie  - pomyślała - 

zna wszystkie moje słabe punkty, siłę swych pocałunków i moją ciekawość.” 

- Ty pierwszy. - Wypowiadając te słowa tuż przy jego ustach zdążyła skraść jeszcze kilka całusów. 
- Będziesz miała nasze dziecko. 
Po czym wrócił do swoich pieszczot, na chwilę zupełnie zamykając jej usta. 
- Hm, tak - wyjąkała, gdy doszła już do siebie. - Kiedyś bez wątpienia będziemy mieli dzieci i... 
-  Dziewięć  miesięcy,  Kreestine.  -  Położył  dłoń  na  jej  brzuchu.  -  To  dziecko  urodzi  się  za  dziewięć 

miesięcy. 

-  To  niemożliwe  -  próbowała  protestować  wciąż  jeszcze  nie  mogąc  otrząsnąć  się  z  zaskoczenia.  -  Nie 

możesz tego wiedzieć. 

- To wiem i nawet więcej. - Pocałował jej policzek. 
-  Więcej?  -  Przechyliła  głowę,  by  spojrzeć  w  błyszczące tajemnicą  oczy  i jej  głos  zmienił się  w  pełen 

niedowierzania szept. - Wiesz, czy to będzie chłopiec czy dziewczynka? 

- Tak. - Uśmiech prawdziwego łotra opromieniał mu twarz. - Ale ta wiadomość ma swoją cenę. 
-  Nie.  -  Zmusiła  się,  by  powiedzieć  „nie”.  Nie  mogłaby,  nie...  W  ciąży?  Jego  dziecko?  Zupełnie  nie-

świadomie przykryła dłonią jego rękę. - Obiecaj mi. - Musiała to wiedzieć. 

-  Nie  wrócę  tam  bez  ciebie,  obiecuję.  Przygotuję  się  do  wyprawy.  I  obiecuję  także,  że  nasz...  nasze 

dziecko uczył będzie życia tylko jeden ojciec. To wszystko ci obiecuję. 

Wzięła głęboki oddech. Nigdy nie łamał danego słowa. 
- Na pewno domyśliłeś się już, że musiałam znaleźć inną drogę z, a więc i do Chatren-Ma. 
- Tak. 
-  Jedynie  grupa  speleologów  mogłaby  być  zainteresowana  odwiedzeniem  kiedyś  jaskini,  miejmy 

nadzieję, że pod patronatem poważnej grupy historyków i archeologów. 

- Tak - przytaknął jej cierpliwie. Gdy wciąż nie przerywała milczenia, ponaglił ją. - Droga, Kreestine? 
- Czy wiesz ile w klasztorze jest cel? - Około setki, nie licząc świątyń, pokojów spotkań, miejsc do pracy 

i kuchni - odpowiedział lekko rozbawiony. 

-  To  tylko  zdrowy  rozsądek.  Kit  -  powiedziała.  -  Stu  mężczyzn,  mnichów,  bez  żadnej  kobiety,  która 

krzątałaby się wokół nich, nie dałoby rady ciągnąć dzień po dniu wody przez ten labirynt ścieżek, tuneli i 
pułapek nicości. Zbudowaliby jakąś sieć wodociągową, wiadukt, a przynajmniej jakiś skrót nad rzekę. 

Jego oczy otworzyły się szerzej. 
- Znalazłaś drogę do rzeki? 
- To była kiedyś droga, teraz jest niemal zupełnie zasypana kamieniami. 
- Zburzyłaś drogę prowadzącą do rzeki? 
- Byłam zdesperowana, a wtedy byłam też i jestem aż po dziś dzień wdzięczna, że nie obsunęliśmy  się 

razem  ze  skałami,  choć  może  byłoby  to  szybsze  niż  przechodzenie  po  nich.  Teraz  twoja  kolej.  -  Pełen 
wyczekiwania uśmiech rozświetlał jej twarz. Uważała, że już skończyła. On był innego zdania. 

- Gdzie jest położona ta droga wewnątrzklasztorna? 
- Kit - ostrzegła go. 
- Nasze dziecko prawdopodobnie poprowadzi taką ekspedycję. Powinien znać takie szczegóły. 
- On? 
- Syn - potwierdził z uśmiechem, biorąc ją znów w swoje ramiona. - Nasz syn. 
Ściskała  go  ze  wszystkich  sił,  promieniejąc  szczęściem.  Potem  wspięła się  na  palce  i  szepnęła  mu  do 

ucha. 

- Dziewiąta cela na wschód od spichlerza po stronie północnej. 
Wyglądało na to, że przygoda życia z wygnańcom Kitem Carsonem nigdy się nie skończy.