background image

 

~ 1 ~ 

 

 

 

 

 

background image

 

~ 2 ~ 

 

 

Anthony  wpatrywał  się  w  drzewko  pośrodku  swojego  salonu.  Ścięte  drzewo. 

Zwrócił uwagę na swojego partnera, Silvera, który stał dumnie przy swojej ofierze. 

- Zamordowałeś drzewo  i wniosłeś jego zwłoki do  naszego domu? Niczego się  nie 

nauczyłeś podczas naszego czasu razem?  

Mogli  nie  być  długo  razem,  ale  Silver  powinien  zasięgnąć  opinii  Anthony'ego  o 

wycinaniu drzew, by obchodzić święta. 

Silver zmarszczył brwi. 

- Nie zamordowałem tego! Dostałem z farmy drzewek. Rosło, żeby być ścięte! 

-  Drzewo  nie  jest  kurczakiem  ani  krową,  żeby  rosło,  a  potem  było  zjedzone  jak 

pożywienie, to jest niewinna roślina ścięta po to, żebyś mógł na niej powiesić świecące 
rzeczy  przez  kilka  tygodni!  –  Oburzenie  wypełniło  głos  Anthony'ego.  Zdusił  swój 
gniew. Magia ledwie mieściła się w jego ciele, trzaskając przez niego, skłonna do ujścia 
i zniszczenia tego paskudztwa w jego salonie. 

- Myślałem, że ci się spodoba. – Zranienie zabarwiło głos Silvera. 

Anthony westchnął, nie mogąc powstrzymać słów przed ucieczką z jego ust. 

- Myślałeś, że spodoba mi się martwe drzewo. Moja matka jest leśną czarownicą. – 

Co jego partner sobie myślał? 

-  Oh.  –  Ramiona  Silvera  opadły.  Anthony  westchnął.  Podszedł  do  swojego 

kochanka  i  zawinął  ramiona  wokół  pasa  Silvera.  –  Pomyślałem,  że  będziesz  chciał 
udekorować je razem ze mną. Nie mamy ostatnio zbyt wiele czasu dla siebie. 

Anthony pocałował delikatnie Silvera w usta. 

- W porządku. Dopóki jest świeżo ścięte mogę to naprawić. 

- Jak chcesz to zrobić? 

- O tak. – Anthony się obrócił, a potem wyciągnął ręce w kierunku drzewa. Zamknął 

oczy,  skupiając  się  w  sobie.  Mógł  to  naprawić.  Koncentrując  się  na  nici  życia,  wciąż 
pozostającej w lesie, Anthony pchnął swoją energię w stronę drzewa. 

Głośny  dźwięk  skrzypienia  odbił  się  echem  w  pokoju.  Drzewu  urosły  korzenie, 

które rozpełzły się po podłodze. 

background image

 

~ 3 ~ 

 

- Jak miło. A jak zamierzasz utrzymać je przy życiu? 

Anthony uśmiechnął się kpiąco. 

- Moja  magia będzie trzymać je zdrowe aż nie  minie  Boże Narodzenie. Moc  mojej 

matki płynie w moich żyłach. Po świętach teleportuję je do lasu. 

- Hm, myślałem, że odziedziczyłeś całą swoją moc po stronie swojego ojca. – Silver 

przechylił głowę przyglądając się Anthony’emu. 

- Moja matka  może nie być spokrewniona z bogiem, ale też posiada własną  magię. 

Nie umniejszaj jej. 

- Wiem, że nikogo nie wolno nie doceniać w twojej rodzinie. – Cierpki ton Silvera 

wywołał śmiech Anthony’ego. 

Ściągnął z siebie koszulę i odrzucił na bok. 

- Mam lepsze rzeczy do robienia niż rozmawianie o moich rodzicach. 

Silver oblizał swoje wargi. 

- Mmm, ja też. 

Anthony zrzucił buty zanim zdjął resztę swoich ciuchów. Nikt nie wyglądał równie 

ponętnie w skarpetach i niczym więcej. 

Niski  pomruk  Silvera  wywołał  u  Anthony'ego  uśmiech.  Uwielbiał,  kiedy  jego 

partner  tracił  trochę  swojej  kontroli.  Silver  skoczył,  przewracając  Anthony'ego  na 
podłogę. Ochronił czaszkę Anthony'ego przed uderzeniem w twardą podłogę jedną dużą 
ręką. 

-  Czy  wspominałem  jak  bardzo  cię  kocham?  –  Oczy  Silvera  świeciły  w 

przyćmionym  świetle.  Zazwyczaj  nie  martwił  się  podkręcaniem  blasku  świateł,  jeśli 
Anthony’ego nie było w domu, ponieważ zmienni mogli widzieć w ciemności. 

-  Nie  od  dzisiejszego  ranka.  –  Anthony  udawał,  że  zastanawia  się  nad  tym.  –  Oh, 

mogłeś zadzwonić do mnie dziś po południu i wspomnieć o tym. 

- Dobrze. Nie chciałbym, żebyś zapomniał. 

Silver  mógł  być  dużym  nieustępliwym  alfą  dla  watahy,  ale  przede  wszystkim  był 

partnerem Anthony'ego. 

background image

 

~ 4 ~ 

 

Anthony zagarnął usta swojego partnera, by powstrzymać dalsze gadanie. Nie chciał 

rozmawiać  z  twardym,  umięśnionym  facetem  przyszpilającym  go  do  podłogi  –  chciał 
seksu. Gorąco przelewało się przez ciało Anthony'ego jak roztopiona lawa, prawie paląc 
go od wewnątrz. Nigdy nie będzie miał dość miłości Silvera. 

Ich  języki  toczyły  pojedynek  o  dominację,  chociaż  wiedział,  że  to  będzie  krótka 

walka. Silver miał więcej cech alfy i Anthony nie mógł być bardziej szczęśliwy z tego 
faktu. Jego krótka zmiana w wilka alfę okazała się być zbyt trudna w ich związku. Był 
zadowolony, że miał to już za sobą. 

Silver  wstał  na  nogi,  a  potem  sięgnął  w  dół  i  podniósł  Anthony'ego.  Anthony 

szybko zawinął nogi wokół pasa Silvera i pozwolił swojemu kochankowi zanieść się do 
ich  sypialni.  Żadne  słowa  nie  były  potrzebne.  Obydwaj  łaknęli  więzi  pomiędzy  sobą. 
Dni, które spędzili osobno były trudne, ale niezbędne.  Anthony  nie po to pracował tak 
sumiennie  aby  zostać  architektem,  by  teraz  to  wszystko  odrzucić,  a  Silver  miał  całą 
watahę do utrzymania w ryzach. Dzień rozłąki zawsze sprawiał, że powrót do siebie był 
bardziej słodki. 

Roześmiał  się,  gdy  Silver  rzuciło  go  na  łóżko.  Duży  zmienny  zdjął  z  siebie  resztę 

swoich  ubrań  pod  rozpalonym  spojrzeniem  Anthony'ego.  Anthony  jęknął,  gdy  Silver 
zsunął  bieliznę  w  dół  swoich  mocnych  ud  i  odsłonił  swoją  erekcję.  Jego  usta 
zwilgotniały na myśl o degustacji lśniącej kropelki widocznej na czubku kutasa Silvera. 

- Chodź tu. – Głos Anthony'ego rozbrzmiał bardziej chropawo niż zwykle. 

Silver zbliżył się do łóżka. 

-  Uwielbiam,  kiedy  słyszę  potrzebę  w  twoim  głosie.  Wtedy  wiem,  że  naprawdę 

mnie pragniesz.  

-  Zawsze  cię  pragnę.  Nigdy  nie  myśl,  że  jest  sekunda  w  moim  życiu,  w  której  nie 

jesteś absolutnie potrzebny. 

Silver wspiął się na łóżko, wsunął kolana po obu stronach Anthony'ego i przycisnął 

go. Wisiał swoim ciałem nad Anthonym, jakby bał się, że go zmiażdży. 

- Martwię się czasami, że ty nie odczuwasz tak mocno naszej więzi jak ja. Wilki nie 

mają wyboru.  

Anthony się uśmiechnął i podniósł ręce, by zacisnąć palce wokół wezgłowia. 

-  Jestem  cały  twój.  Nigdy  nie  spojrzałem  na  innego  faceta  odkąd  jesteśmy  razem. 

Może  nie  jestem  zmiennym,  ale  z  pewnością  jestem  sparowany.  Żyję  dla  ciebie,  moja 

background image

 

~ 5 ~ 

 

miłości.  Nigdy  w  to  nie  wątp.  –  Miał  nadzieję,  że  szczerość  w  jego  oczach  rozwieje 
wszelkie  obawy,  jakie  miał  Silver,  raz  na  zawsze.  Potężny  alfa  nie  powinien  się 
martwić, że jego chłopak zamierza robić skoki w bok. 

Silver wsunął palce we włosy Anthony'ego, by ułożyć jego głowę. 

-  Wiem,  że  to  głupie  tak  się  martwić  po  tym  wszystkim,  przez  co  przeszliśmy,  ale 

uczucia nie zawsze mają sens. 

-  Pieprz  mnie.  Oznacz  mnie  twoim  zapachem.  –  Anthony  spróbował  wygiąć  się  w 

łuk  pod  uściskiem  Silvera,  ale  nie  miał  szczęścia.  Jego  partner  z  łatwością  trzymał  go 
nieruchomo. Chyba, że Anthony uwolniłby swoją magię, bo Silver mógł trzymać go tak 
w miejscu, dopóki sam nie zechce go puścić. 

Silver  warknął.  Niskie  dudnienie  zawibrowało  przy  skórze  Anthony'ego  i  zmusiło 

do jęknięcia od tego wrażenia. Zakołysał się, starając się zdobyć więcej kontaktu. Silver 
posłuchał go, pochylając się i przyciskając się do jego skóry. 

-  Więcej.  Potrzebuję  więcej.  –  Ból,  by  mieć  swojego  partnera  wewnątrz  siebie, 

ścisnął Anthony’ego. Jego ciało zaczęło nucić. 

- Uwielbiam, kiedy potrzebujesz mnie tak bardzo, że twoja skóra aż świeci. 

Czasami boskie  geny  Anthony'ego objawiały się silniej  niż w  innych przypadkach. 

Minęło kilka dni, kiedy to ich harmonogramy pozwoliły im w końcu wyrwać godzinkę 
tylko dla siebie. Anthony tęsknił za swoim partnerem. 

- Pieprz mnie, Silver, proszę. 

Nie dbał o to jak desperacko brzmiał. To nie mogło być gorsze od tego jak się czuł. 

Silver się uśmiechnął. 

- Zawsze dam ci to, czego potrzebujesz, partnerze. 

Anthony  zadrżał  na  słowa  i  sposób,  w  jaki  wilk  Silvera  patrzył  na  niego.  Bestia 

wewnątrz  jego  kochanka  cieszyła  się  uległością  Anthony'ego.  Silver  ugryzł  ramię 
Anthony'ego, łącząc przyjemność i ból w równych częściach. 

Więź  pomiędzy  nimi  zaskoczyła.  Anthony  zobaczył  siebie  oczami  swojego 

kochanka. Wydał stłumiony śmiech. 

- Nikt nie jest tak wspaniały. 

background image

 

~ 6 ~ 

 

-  Ty  jesteś  –  sprzeczał  się  Silver.  –  Szczególnie,  gdy  jesteś  wystawiony  i 

potrzebujący. Lubię to, gdy jesteś gotowy na pożarcie. 

-  W  takim  razie  weź  mnie.  –  Cierpliwość  Anthony'ego  pękła.  –  Potrzebuję  być 

pieprzonym teraz. 

Koncentrując się na bocznym stoliku, siłą woli uniósł nawilżacz do Silvera. 

Silver złapał go w powietrzu. 

- Dzięki, kochanie. Myślałem, że może chcesz zrobić to przyjemnie i wolno. 

-  Byłeś  w  błędzie.  Chcę  mocno  i  szybko.  Wolniej  możemy  to  zrobić  następnym 

razem. 

Silver otworzył tubkę nawilżacza i wycisnął na palce zanim się przesunął, by usiąść 

między udami Anthony'ego zamiast na zewnątrz nich. 

- Unieś się. 

Anthony złapał się za nogi i podciągnął je, by pokazać swoją dziurkę. 

- Czy tego chciałeś? 

- Zawsze. – Silver nie tracił czasu na długie przygotowanie Anthony'ego, ponieważ 

obaj byli zbyt zniecierpliwieni. Szybkie przesunięcia palców Silvera sprawiły, że biodra 
Anthony'ego się napięły pomimo jego skręconej pozycji. Wygiął się od inwazji swojego 
kochanka. 

-  Więcej.  Potrzebuję  twojego  kutasa.  –  Nie  przejmował  się  tym,  że  brzmiał  na 

zdesperowanego. Jeśli nie on mógł skamleć do swojego partnera duszy to, kto mógł go 
błagać? 

Patrzył  przez  zasnute  żądzą  oczy  jak  Silver  rozprowadza  nawilżacz  po  swojej 

erekcji. 

- Gotowy?  

- Tak.  

Silver  wcisnął  dużą  główkę  swojego  kutasa  do  tyłka  Anthony'ego  wolnym, 

ostrożnym  ruchem.  Anthony  puścił  swoje  nogi,  a  potem  zarzucił  je  wokół  swojego 
partnera i wepchnął resztę Silvera do swojego wnętrza. 

Sapnął i zacieśnił swój chwyt na wezgłowiu łóżka, próbując nie dojść. 

background image

 

~ 7 ~ 

 

- Następnym razem bądź ostrożniejszy – warknął Silver. – Mogłeś się skrzywdzić. 

- Nic mi nie jest. 

- To dobrze. W takim razie mogę przestać być taki ostrożny. 

Gorąco  buchało  z  Silvera.  Nawet  gdyby  mieszkali  gdzieś  na  Arktyce,  Anthony 

mógłby  chodzić  na  krótko  tak  długo  jak  trzymałby  się  blisko  swojego  kochanka.  W 
zimowe dni czasami śnił o cieple swojego partnera. 

W dobrze zsynchronizowanych ruchach, dobrze znanych sobie kochanków, nabijali 

się i wysuwali wspólnie w tańcu tak starym jak czas. Nie trzeba było wielkiego wysiłku, 
by obaj wyjęczeli swoje zakończenie. 

Silver opadł przy Anthonym, ostrożnie się z niego wysuwając, zanim przewrócił się 

przy jego boku. 

Anthony  pogłaskał  ramię  Silvera,  wciąż  potrzebując  stałego  kontaktu  ze  swoim 

partnerem. 

-  Przykro  mi,  że  nie  podobało  ci  się  drzewko  –  odezwał  się  Silver.  –  Chciałem, 

żebyś miał miłe Boże Narodzenie.  

- W takim razie zawiń kokardkę wokół swojej szyi, a ja rozpakuję cię w świąteczny 

ranek. Będziesz moim najlepszym prezentem, jaki kiedykolwiek dostałem. 

Silver  pocałował  Anthony'ego,  pocałunek  był  pełen  słodkich  obietnic  zamiast 

gwałtownej namiętności. 

- Ubiłeś interes. 

- Świetnie. Jutro pójdę zakupić dodatki dla mojego prezentu gwiazdkowego.  

Silver zwęził na niego swoje oczy. 

- Jakie dodatki? 

Anthony się uśmiechnął. 

- Nie cierpię rujnować niespodzianki. 

Na szczęście ich listonosz nie rumienił się tak łatwo. 

 

*** 

background image

 

~ 8 ~ 

 

 

Błyszczące. 

Dare leżał na plecach i trącał połyskliwe rzeczy błyszczące się nad nim. 

Śliczne. 

Połyskujące. 

Przygryzł jedną ze zwisających błyszczących rzeczy. 

Wypluł to. 

Fuj. 

Bez smaku. 

- Dare. 

Obrócił leniwie głowę w stronę ukochanego głosu. 

-  Do  cholery,  kocie,  mówiłem  ci,  żebyś  zostawił  te  świecidełka  w  spokoju.  – 

Ciężkie kroki się zbliżyły. Dare przewrócił się na brzuch, tak wygodniej było mu bawić 
się wiszącymi sznurowadłami przy butach mężczyzny. Jego ogon bił tam i z powrotem, 
i kołysał zadem, jakby szykował się trybu skakania. 

- Nie skacz na mnie! Co zrobiłeś z tymi prezentami? 

Dare wetknął swoją masywną głowę  między swoje łapy i zamrugał niewinnie. Czy 

to była jego wina, że papier wydawał taki cudowny dźwięk, gdy był darty? 

Znajome  ręce  chwyciły  tygrysią  głowę  Dare’a  i  znalazł  się  nos  w  nos  ze  złym 

zmiennym wilkiem. 

- Człowiek, teraz! 

Wydając  tygrysie  westchnienie,  żeby  jego  kochanek  wiedział,  jaki  był  irytujący, 

Dare zmienił się z tygrysa w człowieka. 

-  Były  takie  ładne  –  zaprotestował,  kiedy  jego  umysł  walczył  o  znalezienie  dobrej 

obrony.  Prezenty  z  pewnością  nie  wyglądały  już  tak  ładnie  ze  śladami  tygrysich 
pazurów na papierze i obgryzionymi wstążkami. 

- Tak, były – powiedział Steven, ale jego głos już nie był zły. 

background image

 

~ 9 ~ 

 

Dare  zerknął  w  górę,  widząc  jak  spojrzenie  Stevena  staje  się  gorące,  kiedy  tak 

wpatrywał  się  w  nagie  ciało  Dare’a  niczym  wygłodniały  wilk  pożerający  wzrokiem 
kawałek mięsa. 

Bingo

Dare posłał rozgrzane spojrzenie do swojego kochanka. 

- Widzisz coś, co ci się podoba? 

-  Uwiedzeniem  mnie  nie  wygrzebiesz  się  z  kłopotów.  Nawet  nie  wiesz  jak 

nienawidzę pakować prezentów. 

-  W  takim  razie  będę  musiał  ci  się  jakoś  odwdzięczyć  –  zamruczał  Dare.  Pozwolił 

temu  dźwiękowi  przetoczyć  się  w  górę  jego  piersi.  Steven  zawsze  kochał  odgłosy 
Dare’a. 

Steven ostentacyjnie odwrócił wzrok. 

- Nie wiem, czy ci się uda. 

Dare złapał szybko ukryty uśmiech Stevena. 

- Rozumiem. No cóż, skoro jesteś pewny, że nie mam niczego, czego byś chciał. – 

Powoli wstał, wiedząc, że jego kochanek obserwuje go przez lustro w przedpokoju. 

- Nie. – Usłyszał powstrzymywany śmiech w głosie Stevena. 

- Hmmm. W porządku, więc w takim razie sobie pójdę. 

- Nie zamierzasz założyć na siebie jakiś ubrań? 

Dare  zerknął  nad  swoim  ramieniem  i  zobaczył,  że  jego  kochanek  wpatruje  się  w 

jego tyłek. 

-  Hmm.  Nie  muszę  się  ubierać.  Zamierzam  odwiedzić  naszego  sąsiada.  Słyszałem, 

że wczoraj wprowadził się nowy wilk. 

Zrobił kolejny krok. 

Niskie  warczenie  wypełniło  pokój,  zatrzymując  go  w  miejscu.  Może  przeciągnął 

swoje  drażnienie  się  trochę  za  daleko.  Steven  uderzył  w  Dare’a,  posyłając  go  na 
podłogę pod muskularne ciało jego kochanka. 

background image

 

~ 10 ~ 

 

- To nie było zabawne, tygrysi chłopcze. – Steven obezwładnił go od ramion do ud i 

chwycił ręce Dare’a, więc nawet gdyby chciał nie mógł drgnąć. 

- Przepraszam? – zaproponował Dare. 

- Przepraszam nie jest dość dobre. 

-  Pomyślałem  sobie,  że  może  jesteś  już  mną  znudzony  odkąd  zamieszkaliśmy 

razem.  

Steven przerzucił Dare’a na plecy, jakby był dużym naleśnikiem. 

Dare się roześmiał, ale szybko stracił rozbawienie, gdy dostrzegł powagę w oczach 

swojego kochanka. 

- Nigdy nie musisz próbować wzbudzać mojej zazdrości, mój śliczny kocie. Ilekroć 

proponujesz  drinka  jakiemuś  dobrze  wyglądającemu  zmiennemu,  pragnę  oderwać  mu 
głowę.  Jak  sądzisz,  dlaczego  już  nie  czekam  na  ciebie  w  klubie?  Silver  zakazał  mi 
pokazywać się przy barze, kiedy pracujesz. Mówi, że nie sprzyjam interesom.  

Śmiech  Stevena  przetoczył  się  przez  brzuch  Dare’a,  czyniąc  go  twardym  i 

tęskniącym  za  swoim  kochankiem.  Musiał  skoncentrować  się  na  słowach  Stevena 
zamiast na jego ciele. 

-  Nigdy  się  tobą  nie  znudzę,  mój  partnerze  –  ciągnął  Steven.  Pochylając  się 

pocałował  Dare’a  w  usta  pocałunkiem,  który  wyrażał  nie  tylko  pożądanie,  ale  także 
prawdziwe  uczucia.  –  Ten  wilk  jest  wystarczająco  szczęśliwy  z  posiadania  kogoś  tak 
słodkiego jak ty, który również  może zmiażdżyć człowieka swoimi zębami. To jest tak 
cholernie seksowne. 

Dare się roześmiał. 

- Jesteś zaniepokojony. Wiesz o tym, prawda? 

-  Tak.  –  Uwielbienie  błyszczało  w  oczach  Stevena.  –  I  jestem  w  tobie  tak 

zakochany, że kiedy widzę cię każdego  ranka,  ledwie  mogę złapać oddech. – Przykrył 
dłońmi  twarz  Dare’a.  –  Więc  rozrywaj  każdy  prezent  w  domu,  zjadaj  świecidełka, 
niszcz  światełka,  ale  nigdy  mnie  nie  zostawiaj.  Bo  jeśli  to  zrobisz,  uprzejmiej  byłoby 
wyciąć moje serce tępym nożem.  

Wzdychając, Dare podniósł głowę i pocałował swojego kochanka. 

- Jesteś takim romantykiem. 

background image

 

~ 11 ~ 

 

-  Wesołych  Świąt!  –  powiedział  Steven.  –  I  tak,  żebyś  wiedział,  masz  brokat  na 

zębach. 

-  Jeśli  wyczyszczę  zęby,  zabierzesz  mnie  do  sypialni  i  wypieprzysz  mój  mózg?  – 

zapytał Dare, pokazując Stevenowi swoją najlepszą nadąsaną minkę. 

-  A  teraz,  kto  jest  romantyczny?  –  drażnił  się  Steven.  –  Chodź,  tygrysie,  możesz 

skończyć niszczenie swoich prezentów jutro. 

Dare podążył za swoim kochankiem korytarzem. 

- Tylko pamiętaj, że ty to powiedziałeś, dobra? 

 

*** 

 

Musiało  być  doskonałe.  Henry  dodał  niewielkie  srebrne  kulki  do  udekorowanego 

ciasta. To  była wielowarstwowa choinka  uzupełniona ozdobami  i  gwiazdą, owiniętą  w 
złotą jadalną folię aluminiową, i pokryta kremem z serka śmietankowego. Spędził dnie 
nad  tym  projektem.  Małe  cukrowe  główki  wilków  i  tygrysów  wyglądały  spomiędzy 
zielonych gałęzi sosny. Wiedział, że trochę przesadził, ale Dakota wygadał się, że nigdy 
przedtem nie obchodził Bożego Narodzenia. 

Oczywiście  wilki  na  wolności  nie  obchodzą  Bożego  Narodzenia,  ale  Henry  chciał 

podzielić się tą częścią bycia człowiekiem ze swoim wilczym partnerem. 

Drzwi do kuchni otworzyły się z rozmachem. 

Blond włosa głowa Dakoty złapała wzrok Henry'ego i odciągnęła od ciasta. 

- Cześć, kochanie. 

Niebieskie oczy wilka złapały i przykuły uwagę Henry'ego. Henry odłożył woreczek 

do dekorowania ciasta napełniony lukrem zanim doda niepotrzebną gałązkę do drzewa. 

- Wow, wygląda niesamowicie. – Dakota posłał Henry'emu ciepły uśmiech. 

Henry  się  odprężył.  Uśmiechy  jego  ukochanego  były  jak  cenne  skarby,  rzadko 

rozdzielane, ale jaśniejsze niż słońce, kiedy były posyłane. 

-  Dzięki.  Mam  nadzieję,  że  wszystkim  będzie  się  podobało.  Ciasto  to  dyniowy 

piernik. 

background image

 

~ 12 ~ 

 

-  Jestem  pewny,  że  będzie  wspaniałe,  ale  dlaczego  nie  pozwoliłeś  swojemu 

cukiernikowi  tego  zrobić.  –  Dakota  zwęził  błękitne  oczy  na  swojego  partnera,  jakby 
mógł wniknąć do umysłu Henry'ego. 

Henry wzruszył ramionami. Opuścił głowę, żeby uniknąć przenikającego spojrzenia 

Dakoty. 

- Zrobiłem to dla ciebie. 

Dakota podszedł bliżej, by mógł lepiej przyjrzeć się ciastu. 

-  Nikt  nigdy  nie  zrobił  dla  mnie  ciasta.  –  Jego  niebieskie  oczy  wypełniły  się 

zdumieniem. – Jesteś najlepszą rzeczą, jaka kiedykolwiek mi się przytrafiła. 

Henry pocałował Dakotę w czoło. 

- To dobrze, bo uczucie jest odwzajemnione. 

Był  tylko  połową  mężczyzny,  żyjącym  z  dnia  na  dzień  bez  większej  nadziei  na 

lepsze życie. Dakota zmieniał wszystko. 

- Co robisz podczas Bożego Narodzenia? – zapytał Dakota. 

-  Cóż,  ogólnie  spędzam  je  z  przyjaciółmi,  odkąd  nie  mam  żadnej  rodziny. 

Wymieniamy się prezentami i jemy tyle jedzenia, że zapychamy się nim na kilka dni. 

Dakota  wskoczył  na  stół  przy  Henrym,  ustawiając  się  na  doskonałej  wysokości  do 

całowania. 

- Brzmi świetnie. Ale nie wiem, co ci dać. Wciąż pracuję nad pieniędzmi. 

Henry objął Dakotę ręką w pasie. 

-  Nie  martw  się  o  prezent.  Mam  ciebie  i  jesteś  najlepszą  rzeczą,  na  jaką  mogłem 

kiedykolwiek mieć nadzieję. 

-  Ale  nadal  chcę  ci  coś  dać.  –  Dakota  zmarszczył  brwi.  –  Może  poproszę  kogoś, 

żeby wziął mnie na zakupy. 

Henry pocałował czoło Dakoty. 

-  Jestem  pewny,  że  ktokolwiek  z  watahy  będzie  więcej  niż  szczęśliwy,  by  pójść  z 

tobą. 

Większość z Watahy Moon była przyjazna i autentycznie lubili się nawzajem. 

background image

 

~ 13 ~ 

 

- Zapytam Dare’a. 

Henry uniósł brew na swojego partnera. 

- Dlaczego Dare’a? 

- Bo jest najbardziej przyjazny. Nie mam  w sobie tej walecznej połowy wilka alfy. 

Mój wilk wie, że Dare jest bardziej niebezpieczny, więc ogólnie jest cicho. 

-  Ma  sens.  –  Henry  próbował  nie  rozpieszczać  Dakoty;  zmienny  wilk  nie  chciał, 

żeby  Henry trząsł się  nad  nim. Jednak,  wiedział, że Dare  będzie chronił jego partnera, 
kiedy wyjdą. 

Dakota ponownie zawrócił swoją uwagę na ciasto. 

- Jak to smakuje? 

Henry podniósł woreczek do dekorowania ciasta i wycisnął trochę na swój palec. 

- Tak smakuje lukier. – Wysunął palec w jego stronę. 

Lodowato  niebieskie  oczy  Dakoty  pociemniały.  Ponętny  uśmiech  wykrzywił  na 

chwilę  jego  wargi;  a  potem  jego  język  się  wysunął,  by  zlizać  słodkie  przybranie.  Jak 
tylko wszystko zniknęło, zawinął usta wokół palca Henry'ego i possał. 

- O, cholera. – Wiedział, że igra z ogniem, ale nie zdawał sobie sprawy jak  mocno 

płonął. 

Jego  wilk  mógł  nie  urodzić  się  człowiekiem,  ale  szybko  pojął,  czym  jest 

uwiedzenie,  gdy  przyszło  do  związania  się  z  jego  partnerem.  Niezdolny  oprzeć  się 
urokowi  swojego  partnera,  Henry  uwięził  usta  Dakoty  swoimi  własnymi.  Jego  partner 
smakował cukrem i czymś dzikim. Dakota nigdy nie będzie w pełni człowiekiem. Wilk-
zmieniony-w-człowieka  wciąż  miał  skłonności  dzikiego  zwierzęcia,  nawet  w  swojej 
dwunożnej postaci. 

Dakota przysunął się do krawędzi stołu, by opleść nogi wokół ud Henry'ego. 

-  Smakuje  wyśmienicie.  –  Niski  głos  Dakoty  zabrzmiał  głębiej;  dźwięk  osiadł  w 

męskości Henry'ego i uczynił go twardszym niż wcześniej. 

- Cholera, jesteś seksowny – szepnął przy wargach Dakoty, niechętny rozdzielić się 

zbyt  daleko,  by  mówić  głośniej.  Myślał,  że  będzie  sam  przez  resztę  swojego  życia. 
Budzenie  się  i  znajdowanie  Dakoty  obok  siebie  każdego  dnia,  było  wystarczającym 

background image

 

~ 14 ~ 

 

prezentem.  Wątpił,  żeby  znalazł  dość  elokwentne  słowa,  by  przekonać  o  tym  swojego 
partnera. 

- Jestem pewny, że mogę pomyśleć o innych miejscach do smakowania lukru. 

Zanim  Henry  mógł  powiedzieć  coś  jeszcze,  Dakota  opadł  na  kolana  i  rozpiął 

spodnie Henry'ego w szokującym pokazie prędkości i zręczności. 

- Nie sądzę, żeby tam był jakiś lukier. 

Byłby  pierwszym  do  przyznania  się,  że  jest  niechlujnym  kucharzem,  ale  nawet  on 

nie upuszczał rzeczy do wnętrza spodni. 

- Daj mi lukier – zażądał Dakota podnosząc rękę. 

Rozbawiony Henry był posłuszny swojemu apodyktycznemu partnerowi. 

Dakota niedbale wycisnął lukier na odsłoniętego fiuta Henry'ego. 

-  No  zobacz,  jaki  jesteś  niechlujny.  –  Dakota  potrząsnął  smutno  głową  zanim 

odrzucił  woreczek  do  dekorowania  ciasta  na  blat.  Henry  zachłysnął  się  na  widok  tego 
jak blisko znalazł się jego ciasta, ale potem jęknął, gdy gorące usta Dakoty połknęły go. 

-  O,  cholera.  –  Przytrzymał  się  kurczowo  blatu  zanim  skłonił  głowę  do  swojego 

kulinarnego arcydzieła. 

-  Spokojnie,  dziecino.  Nie  zniszcz  tortu.  –  Dakota  wrócił  do  swojego  zadania 

obrabiania fiuta Henry'ego, jakby planował zrobić z tego swoją nową religię. 

-  Jesteś  w  tym  taki  dobry  –  wyjęczał  Henry.  Wsunął  palce  we  włosy  Dakoty, 

uważając, żeby nie chwycić je zbyt mocno. 

Dakota  zanucił  swoją  zgodę.  Wibracja  nic  nie  zrobiła,  by  ostudzić  silną  wolę 

Henry'ego. Trochę więcej ssania i Henry rozlał się w głębi gardła Dakoty. 

- Oh, jesteś taki  fantastyczny. – Henry pogłaskał  głowę Dakoty, kiedy  jego partner 

schował go z powrotem do spodni. 

Dakota się uśmiechnął. 

- Wszystkiego najlepszego. 

Henry zwrócił mu uśmiech, taki z kolekcji swoich nieśmiałych. 

- To będą bardzo szczęśliwe święta szczególnie z tobą. 

background image

 

~ 15 ~ 

 

*** 

 

-  Zwariowałeś?  To  nie  jest  dość  dobre!  –  Viell  spiorunował  wzrokiem  swojego 

brata. Diament migotał w słońcu, oślepiając pieszych przez duże wystawowe okno. 

- Co jest z nim nie tak? Ludzie lubią diamenty. – Vien zmarszczył brwi na swojego 

bliźniaka. 

- Gabe zasługuje na coś więcej niż zwykły diament.  

- Mamy też szmaragdy i szafiry – pani jubiler przerwała ich bitwę na spojrzenia. Na 

szczęście  byli  w  sklepie  z  kamieniami  szlachetnymi  prowadzonym  przez  gnoma,  więc 
nie dziwiła się, że robili zakupy dla ich partnera. 

-  Nie.  Gabe  jest  wyjątkowy.  Potrzebuje  wyjątkowego  klejnotu.  –  Viell  zabrał 

pierścień  od  brata  i  położył  z  powrotem  diament  na  poduszce  zostawionej  dla 
pierścienia. Diamenty były nudne i będzie trzymał się tego oświadczenia. Żaden czysty 
kamień  szlachetny  nie  mógł  błyszczeć  i  świecić  tak  jak  ich  partner.  Westchnął  z 
frustracją. 

- Spokojnie, bracie, znajdziemy coś. – Vien poklepał go po plecach. 

Frustracja  Viena  przepłynęła  przez  ich  połączenie,  dając  Viellowi  znać,  że  nie  był 

jedynym zmartwionym brakiem postępu w znalezieniu prezentu.  

- Szukamy już od lipca. Musi być coś w tym mieście, co będzie pasować do naszego 

Gabe’a. 

- Nosi jakąś biżuterię? – zapytała sprzedawczyni. 

Viell wymienił spojrzenie ze swoim bratem. 

-  Nie,  ale  Anthony  nosi  ogromniasty  pierścień,  a  Gabe  podziwia  Anthony'ego. 

Pomyśleliśmy, że może chcieć taki. 

-  Może  powinniście  zastanowić  się  nad  tym,  co  on  lubi,  zamiast  kopiować  to,  co 

mają inni – powiedziała pani jubiler z uprzejmym uśmiechem. 

Vien przeczesał palcami swoje włosy. 

- Przypatruje się też samochodom. 

- Zbyt niebezpieczne. Widziałeś statystykę wypadków? – zapytał Viell. 

background image

 

~ 16 ~ 

 

-  Racja.  Poza  tym,  tak  długo  jak  wspólnie  podróżuje  z  Anthonym,  może  zostać 

uratowany, jeśli weźmie udział w wypadku. 

Upewnienie  się,  że  nic  nie  zrani  ich  partnera  nie  było  łatwe.  Gabe  sprzeciwiał  się, 

kiedy próbowali za bardzo go rozpieszczać. Musieli być przebiegli w tej kwestii. 

- Co powiecie na urządzenie tropiące dla moich partnerów. 

Viell obrócił się błyskawicznie na dźwięk głosu swojego ukochanego. 

- Partnerze! Co ty tutaj robisz? 

- Zobaczyłem was przez okno, kiedy wracałem z powrotem ze spotkania. 

- Spacerowałeś sam po ulicach? – zapytał Vien twardym tonem. 

Gabe zbliżył się do Viena wolnym ostrożnym krokiem. 

-  Nie  przemierzałem  ulic,  żeby  złapać  randkę.  Dokańczałem  omawianie  projektu 

budynku w mieście. Byłem absolutnie bezpieczny. 

Viell podszedł do przodu, by ułagodzić sprawę. 

- Po prostu się martwiliśmy. 

- Wiem, ale nic mi nie jest. A co wy tutaj robicie? – Spoglądał od jednego bliźniaka 

do drugiego. – Nie kupujecie mi biżuterii, prawda? 

- Oczywiście, że nie. – Viell zarzucił ramię na barki Gabe’a. – Wiemy, że nie lubisz 

krzykliwych rzeczy. 

Gabe wzruszył ramionami. 

- Nie  miałbym nic przeciwko jakiejś prostej obrączce, by pokazać, że należymy do 

siebie, ale raczej nie jestem typem lubiącym błyszczące klejnoty. 

- Obrączce? – zapytał Vien. Wyrwał Gabe’a z uścisku Viella. – Potrzebujesz dwóch. 

Po jednej oznaczającej każdego z nas. Nie chcę obrączki, by oznaczyć mojego brata; to 
będzie zbyt bliskie poślubienia go.  

Bliźnięta zadrżały. 

Viell myślał o tym przez chwilę. 

- Może, gdyby były wąskie mógłbyś je złożyć razem. 

background image

 

~ 17 ~ 

 

Gabe kiwnął głową, jakby Vien skierował go na właściwe tory. 

-  Ślubne  obrączki  dla  trojga?  –  Pani  jubiler  postukała  się  w  brodę.  –  Czekajcie, 

chyba mam doskonały zestaw. Dajcie mi chwilę.  

Zostawiła  ladę  i  skierowała  się  na  tyły  do  magazynu.  Viell  czekał  niecierpliwie  na 

jej  powrót.  Zabawiał  się  głaszcząc  szyję  Gabe’a,  jego  barki  i  plecy  wolnymi, 
pociągłymi ruchami. 

- Przestań – zrugał go Gabe. 

Viell zabrał swoją rękę. Gabe złapał ją i splótł ich palce. 

-  Nie  przeszkadza  mi,  że  mnie  dotykasz,  ale  po  prostu  nie  chcę  dojść  na  środku 

sklepu jubilerskiego.  

Ciepły uśmiech Gabe’a usunął żądło odrzucenia. 

- Weźmiemy ślub – ogłosił Vien. 

-  Naprawdę?  –  Uniesiona  brew  Gabe’a  wywołała  ostrzegawcze  dzwonienie, 

brzękanie i co tam jeszcze, które ogłuszyło Viella w jego głowie. 

Viell opadł na kolana. 

-  Czy  ty,  Gabrielu,  miłości  mojego  życia,  uczynisz  mi  ten  honor  i  formalnie  mnie 

poślubisz? 

Podliż  się!  Kąśliwy  ton  Viena  w  jego  głowie  prawie  rozśmieszył  Viella.  Celowo 

zablokował swojego brata. 

Gabe  zamrugał,  powstrzymując  łzy  w  swoich  oczach.  Odchrząknął  zanim  kiwnął 

głową. 

- Tak. 

Viell pocałował rękę Gabe’a. 

- Dzięki. 

Wstał  i  wycisnął  następny  pocałunek  na  ustach  Gabe’a.  Kiedy  się  rozdzielili  obaj 

odwrócili się do Viena, który skrzyżował swoje ramiona i posłał im cierpkie spojrzenie. 

background image

 

~ 18 ~ 

 

- Nie zamierzam cię pytać. Możesz powiedzieć nie tylko po to, by robić trudności. 

Będziesz  moim  mężem  i  po  tym  jak  skopię  mu  tyłek,  będę  dzielił  się  tobą  z  moim 
bratem, ale nikim innym. 

- Czy przynajmniej dostanę całusa? - zapytał Gabe. 

Vien zmarszczył brwi. 

-  Po  tym  jak  dostaniemy  obrączki,  zabiorę  cię  do  domu,  rozbiorę  do  naga  i  całego 

wycałuję. Do tego czasu musisz się zachowywać. 

Gabe się roześmiał. 

- No nie wiem. Mam mojego drugiego męża, by dotrzymywał mi towarzystwa. 

Zmienny wilk posłał Viellowi słodki uśmiech. 

- Chcesz mnie zniewolić, mój przyszły mężu? 

Viell  prawie  dusił  się  od  śmiechu.  Wiedział,  że  Gabe  tylko  drażni  się  z  Vienem. 

Zmienny wilk był tak powściągliwy publicznie, że nikt nigdy nie powiedziałby, iż może 
być tak dziki między prześcieradłami. 

- Myślę, że musisz się zachowywać dopóki nie dotrzemy do domu. 

Gabe wzruszył ramionami. 

- Może. 

-  I  jesteśmy!  –  Pani  jubiler  wkroczyła  ponownie  do  pomieszczenia  machając 

zwycięsko pudełkiem. – Prawie zapomniałam o tym pierścieniu. Nasz projektant bawił 
się różnymi stylami i wymyślił ten jeden. Niestety nikomu nie podobał się, jako jeden.  

Kobieta  otworzyła  pudełko  i  pokazała  trzy  obrączki  z  trzema  kwadratowymi 

rubinami.  Każda  obrączka  miała  inny  kolor.  Jedna  została  utleniona  na  czarno,  druga 
była  w  kolorze  miedzi,  trzecia  była  platynowa.  Rozdzieliła  je  i  wręczyła  po  jednej 
każdemu mężczyźnie. 

Gabe obejrzał podaną mu miedzianą. 

- Podobają mi się. Co o tym sądzicie? 

Viell kiwnął głową i zobaczył, że jego bliźniak się zgadza. 

- Są doskonałe.  

background image

 

~ 19 ~ 

 

Vien chrząknął. 

-  Tak.  Są  na  tyle  różne,  że  nie  dostaniemy  kopii,  a  mimo  to  wyglądają,  jakby 

pasowały do siebie. 

- Weźmiemy je. – Gabe uśmiechnął się na zachwycony pisk jubilera. 

Vien zawinął ramię wokół pasa Gabe’a i przyciągnął go bliżej. 

- Poślubisz mnie, prawda? 

Serce Viella zabiło boleśnie na niepewność w głosie jego brata. Jego bliźniak często 

cierpiał  z  powodu  braku  pewności  siebie,  chociaż  wiedział,  że  ich  partner  go  kocha. 
Długotrwałe złe traktowanie zostawiło swój ślad. 

-  Poślubię  was  obu  i  może  wtedy  przestaniecie  traktować  mnie,  jakbym  był 

zrobiony z kryształu. 

Vien westchnął. 

- Jesteś słodki, moja miłości, ale wątpię, żeby nawet Święty Mikołaj mógł spełnić to 

świąteczne życzenie. 

Gabe potrząsnął głową, kiedy bliźnięta roześmiały się razem. 

 

*** 

 

- Co masz na myśli  mówiąc, że gruby  mężczyzna przekradnie się kominem w dół i 

zostawi ci zabawki? – Kylen wpatrywał się w Sammy’iego, kiedy dziecko perorowało o 
mało prawdopodobnej historii, która przeczyła prawom fizyki. 

-  On  zawsze  zostawia  coś  ekstra,  jeśli  dasz  mu  ciasteczka  i  mleko  –  Sammy 

podzielił się w zaufaniu. 

Kylen zmarszczył brwi. 

- Skoro ten facet ma problemy z wagą wątpię, żeby zostawianie mu ciasteczek przez 

miliony dzieci, było dobrym pomysłem. Nie wspominając o tym, że to tylko zachęci go 
do włamania się do naszego domu. Farro, słyszałeś tę okropną historię? Nie martw się, 
Sammy,  będę  pilnował  domu  przed  tym  intruzem.  Może  powinniśmy  zabarykadować 
kominek.  

background image

 

~ 20 ~ 

 

Farro spadł z krzesła i kontynuował swój napad śmiechu na podłodze. 

- Tatuś ci to wyjaśni. – Sammy poklepał nogę Kylena. – Ja idę spać. 

- Dobranoc. – Kylen z roztargnieniem umieścił pocałunek na policzku Sammy’iego. 

Patrzył  jak  mały  zmienny  wilk  maszeruje  korytarzem  zanim  przemówił  do  swojego 
partnera.  –  Przestań  się  śmiać.  To  jest  poważna  sprawa.  Jak  ludzie  mogą  uznawać 
kogoś, kto popełnia przestępstwo? I co on daje tym biednym reniferom, by mogły latać? 
Założę się, że to są jakieś nielegalne magiczne pigułki. 

- Oh, przestań! Proszę kochanie, mój brzuch już więcej nie zniesie. – Farro podniósł 

się  z  podłogi  i  opadł  obok  Kylena.  –  To  tylko  opowieść.  Reprezentuje  magię  Bożego 
Narodzenia.  By  dawać  prezenty  tym,  których  kochasz.  Nie  obchodziłeś  Bożego 
Narodzenia w swoim pałacu? 

- Nie. Mamy Yuletide

1

, kiedy to dekorujemy na zewnątrz drzewko, ale nie ścinamy 

go i nie przyciągamy jego padliny do swoich domów. 

-  Nasze  jest  sztuczne,  kochany.  Silver  zadzwonił  i  ostrzegł  mnie,  żebym  nie 

przynosił prawdziwego. 

Kylen kiwnął głową. 

- To dobrze. Wy ludzie macie dziwne tradycje. 

Farro wzruszył ramionami. 

- Nie odwołam Świętego Mikołaja, ponieważ boisz się intruzów.  

-  Nie  boję  się.  –  Kylen  rozprostował  swoje  ramiona.  –  Po  prostu  lubię  być 

przygotowany. 

-  Tak  trzymaj,  żołnierzu.  Największym  zmartwieniem  jest  to,  że  nie  ma  dość 

papieru do pakowania. 

- Dlaczego? Ten Święty-prześladowca go nie przyniesie? 

Farro potrząsnął głową. 

- Pozwól, że otulę Sammy’iego i upewnię się, że nas nie usłyszy. 

Kylen został tam, gdzie był, zastanawiając się, co do diabła się dzieje. Czyżby jego 

partner kompletnie oszalał? 

                                                             

1

 Yuletide to pogańskie święto religijne, które później zostało przyswojone i porównane do Bożego Narodzenia 

background image

 

~ 21 ~ 

 

Czekał  niecierpliwie  na  powrót  Farro. Zazwyczaj  Kylen  lubił czytać Sammy’iemu, 

ale był zbyt zapracowany, by skoncentrować się na książeczce Króliczek Fluffy Idzie do 
Szkoły
, czy  jakiejkolwiek  innej, którą  Sammy po raz  dwudziesty chciał  usłyszeć  przed 
snem. 

-  Cały  otulony.  Był  taki  podekscytowany,  że  zasnął  zanim  skończyłem  czytać 

książkę. 

Farro usiadł wygodnie przy swoim partnerze, Kylen uspokajał go przez samą swoją 

obecność. 

- Ten Święty Mikołaj to nonsens?  

Kylen  słuchał,  kiedy  Farro  opowiadał  mu  bajkę  o  Bożym  Narodzeniu,  która 

całkowicie  nie  miała  sensu.  Zaczekał  aż  Farro  skończy  zanim  się  odezwie,  by  przez 
przypadek  nie  przegapić  jakiegoś  istotnego  faktu.  W  końcu  musiał  wyrazić  swoją 
opinię. 

- Dlaczego okłamujesz dziecko? 

Farro przewrócił oczami. 

- Tak naprawdę to nie jest kłamstwo; to taka mała bujda. 

-  Naprawdę?  Mówienie  mu,  że  magiczny  pucołowaty  elf  przyniesie  mu  prezenty 

jest małą bujdą? Zatem, co uważasz za duże kłamstwo?  

-  Że  dasz  się  przelecieć  dziś  wieczorem  –  powiedział  sucho  Farro,  jego  oczy 

zwęziły się z irytacji. 

-  Lepiej będzie jak po prostu powiemy  Sammy’iemu prawdę. Możemy powiedzieć 

mu rano. 

Niski, groźny pomruk Farro nie zachęcał do szczerej komunikacji. Fakt, że Farro nie 

miał skłonności do bycia wilkiem alfa sprawiało, że było to bardziej jak ostrzeżenie. 

-  Jeśli  szepniesz  choć  słówko  naszemu  synowi,  że  Święty  Mikołaj  nie  jest 

prawdziwy, będziesz spał sam na kanapie aż do następnego Bożego Narodzenia.  

- Ale, Farro. To nie ma żadnego sensu. 

Farro założył ramiona na piersi. 

background image

 

~ 22 ~ 

 

- Nie musi mieć. To jest świąteczna tradycja, by okłamywać nasze dzieci i pozwalać 

im wierzyć w Świętego Mikołaja. Burzysz to na swoje własne ryzyko. 

Kylen westchnął. 

- To w ten sposób będziemy rozstrzygać nasze kłótnie? Będziesz odmawiał seksu? 

Kolejne warknięcie wydobyło się z Farro. Bez ostrzeżenia skoczył. Kylen opadł na 

poduszki pod ciałem swojego partnera. 

-  Nie  powiedziałem  niczego  o  odmawianiu  seksu.  Ja  po  prostu  nie  pozwolę  ci  się 

potem do mnie przytulać. 

- Nadal mi się to nie podoba. 

Farro błysnął kłami. 

- Świetnie. Jeśli jednak Sammy sam odkryje prawdę zamierzam powiedzieć mu, że 

to był twój pomysł, by skłamać.  

- Zgoda. – Farro uderzył, zatapiając swoje zęby w szyi Kylena. 

- O cholera, to takie dobre. – To powinno boleć, te spiczaste siekacze wbijające się 

w jego szyję, ale zamiast tego endorfiny przepłynęły przez jego organizm i Kylen wbił 
pięty w poduszki kanapy, by znaleźć oparcie i przycisnąć się do swojego partnera. 

-  Przenieśmy  to  do  sypialni  –  wyszeptał  Farro  do  ucha  Kylena,  jego  oddech  był 

gorący. 

-  O-kej.  –  Był  gotów  przysiąc  pod  przysięgą,  że  to  olbrzymi  różowy  króliczek 

dostarcza  prezenty,  gdyby  tym  przyciągnął  uwagę  Farro.  Był  łasy  na  dotyk  swojego 
partnera. 

Pozwolił  Farro  ściągać  się  z  kanapy  i  poprowadzić  korytarzem.  Ledwie  uniknął 

uderzenia w drzwi, gdy Farro wszedł do ich sypialni. 

Farro  puścił  nadgarstek  Kylena,  by  zdjąć  swoje  ubranie,  odsłaniając  dobrze 

umięśniony  tors  i  akry  gładkiej  skóry.  Kylen  był  zadowolony,  że  zgodził  się  spędzić 
Boże  Narodzenie  w  starym  domu  Farro.  Nie  odwiedzali  go  zbyt  często  z  tymi 
wszystkimi obowiązkami Kylena, jako króla, ale nie chciał, by Sammy przegapił swoje 
zwykłe  świąteczne  obchody.  Teraz  z  Farro  upuszczającym  swoje  ubrania  na  podłogę, 
mózg  Kylena się zamglił. Wszystkie jego  zmartwienia zniknęły wraz z ubraniami  jego 
partnera. 

background image

 

~ 23 ~ 

 

-  Jesteś  zbytnio  ubrany,  by  oczarować  mnie  jak  należy.  –  Oczy  Farro  stały  się 

wilcze w sposób, w jaki tylko zmienni mogli to zrobić. 

- Cholera, jesteś seksowny. – To musiało być powiedziane. Kylen wiedział, że kilka 

ostatnich  miesięcy  było  szaleńczo  pracowitych,  by  połączyć  dwa  królestwa  razem,  ale 
nigdy nie zrobiłby tego bez swojego partnera. 

- Cieszę się, że tak myślisz. – Farro rozłożył się na łóżku prezentując swoje ciało dla 

przyjemności Kylena. 

- O, zdecydowanie tak myślę. – Mając dość swoich ciuchów machnął ręką i pozbył 

się ich ze swojego ciała. 

- Krętacz, a gdzie mój striptiz?  

- Zrobię ci jeden później. W tej chwili chcę pokazać ci jak bardzo cię doceniam. 

Kylen  wspiął  się  na  łóżko  i  usadowił  przy  swoim  partnerze  na  tyle  blisko,  że 

dotykali się od piersi do palców u nóg, ale nie na tyle blisko, by ułożyć swój ciężar na 
Farro. 

- Możesz położyć się na mnie. Nie złamię się – drażnił się Farro. 

-  Nie,  bo  wolę  jak  mój  partner  oddycha.  Możesz  być  dużym  złym  zmiennym,  ale 

jesteśmy  mniej  więcej  tej  samej  wielkości.  –  Kylen  przeciągnął  językiem  przez  sutek 
Farro, w duchu uśmiechając się, kiedy Farro zassał oddech. 

- Rób tak dalej, a nie potrwa długo bym wystrzelił. 

-  Jestem  pewny,  że  będziesz  zdolny  pobudzić  się  ponownie.  –  Ta  zdolność 

zmiennych była zdumiewająca. 

- Hmm, prawda, ale mam kupę paczek do zawinięcia.  

-  Nie  przemęczaj  się,  Święty  Mikołaju.  Rozluźnię  cię  tylko  trochę,  a  potem 

przygotujemy  wszystko  razem.  Jeśli  naprawdę  nie  ma  żadnego  strasznego  elfa 
wchodzącego  przez  komin  przyjdę  i  pomogę,  w  innym  wypadku  zamierzam 
przygotować mój miecz.  

Pierś Farro zadrżała od śmiechu. 

- Przepędzisz Świętego Mikołaja? 

- Mhmm, by bronić mojej rodziny. 

background image

 

~ 24 ~ 

 

Farro  przestał  się  śmiać.  Przykrył  policzek  Kylena  i  przesunął  kciukiem  po  ustach 

Kylena. 

- Kocham cię, partnerze. Nawet, jeśli boisz się Świętego Mikołaja.  

Kylenowi  nawet  nie  chciało  się  go  poprawiać.  Bał  się  wielu  rzeczy.  Martwił  się 

mutantami opanowującymi oba światy, o Sammy’iego dorastającego samotnie i o Farro, 
który nie cierpiał życia wśród fae. 

-  Zrobię  wszystko,  żebyś  był  szczęśliwy,  nawet  mogę  kłamać  w  sprawie  tego 

grubego elfa. 

Uśmiech Farro rozjaśnił dzień Kylena. 

- To jest prawdziwa miłość. 

Kylen kiwnął głową. 

- Tak jest. 

Farro przewrócił ich, a potem pocałował Kylena. 

- Wesołych Świąt, partnerze. 

-  To  są  Wesołe  Święta.  –  Kylen  przyciągnął  Farro  blisko  do  swojego  serca  i 

wiedział, że miał szczęście zakończyć ten rok z osobami, które kochał. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tłumaczenie: panda68