background image

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

                   

 

 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

BRZYTWA OKAMGNIENIA 

 

Jacek Dehnel 

 
 
 
 

Wydawnictwo: Biuro Literackie 

 
 
 
 
 

2007 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 

 
Brzytwa okamgnienia 

Spójrz, właśnie tędy przeszła brzytwa okamgnienia,  
plamki zakrzepłej sepii świadczą o jej przejściu,  
z prawej zalane łąki i dachy obejścia  
ponad nadmiarem siwej, nieprzejrzystej wody,  
z lewej oni: tobołek, kufajka, patelnia,  
warstwy rozwilgłych spódnic i rozmyte brody  
 

pod kreskami kaszkietów. Łodzie ratunkowe  
dojdą albo nie dojdą z Brześcia lub Kamienia.  
Stan wody bez zmian. Zastój. Brzytwa okamgnienia  
odcina to, co zbędne: całą resztę świata  
za rozlewiskiem, jakieś sztaby kryzysowe  
w surdutach, z wąsem, z lśnieniem słuchawek na blatach  
 

szerokich, mahoniowych biurek. To, co płaskie  
zostało na płaszczyźnie, na lśniącej powierzchni  
cięcia: trafiają do nas te, nie inne, kreski  
deszczu, bez chwili przed i chwili po, i wielka  
woda i strach (na wróble) i ukryte paski  
na których wisi w pustce mała, czarna Leica. 

Warszawa, 7-13 IV 2005 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

background image

 
 
POWI
ŚLAŃSKA SZKOŁA FORTEPIANOWA CZERNEGO 
(pi
ęć łatwych utworów) 
 
 

 
 
 
I SEZON GRZEWCZY 
 
Zaczęli sezon grzewczy – na parterze wsi 
stosowna kartka. Dla nas to Ŝadna nowina; 
i tak jest – od niedawna – ciepło, miękko, czule, 
bezpiecznie i przytulnie. Codzienna obojniość 
wygładza kontur zdarzeń – a jeszcze nie mamy 
po siedemdziesiąt parę lat, gdy kaŜda sójka 
lecąca nad podwórkiem, kaŜda zmiana czasu 
z letniego na zimowy, kaŜde wyjście z domu 
urasta do rozmiarów WaŜnej Części śycia. 
Ta złość o zbitą szklankę! Przestawianie kubków 
na ich właściwe miejsce, z cichą, zwartą furią! 
Te kłótnie o kolejność czegokolwiek, troska, 
Ŝ

e spodnie się przetarły… My za lat pięćdziesiąt: 

czuwanie nad strukturą, która, nić za nicią, 
niepowstrzymanie pęka, pruje się zaciekle,  
aŜ w końcu wypłyniemy na nieopisane 
morze bez znanych portów. 
 
 

 

 

Na razie nie moŜemy 

pomijać rozpoczęcie sezonu grzewczego 
milczeniem, lekcewaŜyć porządek talerzy. 
Ś

mierć jest jak uŜyteczny, ale nie uŜyty 

przedmiot, który gdzieś leŜy w tekturze i folii 
na pawlaczu, pomiędzy pudłami z bombkami 
a nie noszonym płaszczem – pewna i gotowa; 
wystarczy po nią sięgnąć, gdy będzie potrzebna. 
 
Warszawa, 6-10 X 2003 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 

 
 
 
 
II FORTE. PIANO. 
 
Dobiegało to czasem z góry albo z dołu, 
głównie Chopin, w weekendy Mozart lub Beethoven, 
głośno, same szlagiery, lecz dopiero wczoraj 
wychodząc z domu, nagle, usłyszałem skąd – 
 
z okien tamtej z parteru, siwej i zniszczonej, 
z niebieskim na suficie co wieczór, z obrazem, 
z brakiem stabilności i z wetikalami. 
Więc słucha – ta kobieta z siatką pełną win, 
 
z jej widocznym problemem. Te nasze widoczne 
problemy – jej opary i wory, i moje 
okna bez Ŝadnych zasłon, przez które widziano 
tyle, Ŝe się burzono aŜ po słanie pism. 
 
Ale idziemy dalej i mijam dziewczynę 
z jej widocznym problemem i chłopaka obok, 
który ma ten sam problem, i dalej, za rogiem, 
męŜczyznę z drugiej klatki, który jest aŜ tak 
 
brzydki, Ŝe to z pewnością teŜ problem. Czternastka 
biegnie do ogrodzenia na chudych pęcinach 
po wykopaną piłkę – i w biegu zalotnie 
odgarnia włosy. Problem. Mijam ją. I wiem, 
 
Ŝ

e po mnie takŜe widać i oni udają, 

Ŝ

e nie widzą, bo wszyscy mijamy się wzajem, 

problemy nie mijają. Jest w tym jakaś litość 
i jakiś typ miłości. Czarne. Białe. Tryl. 
 
Warszawa, 18 IV 2005 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 
 

 
III KONCERT 
śYCZEŃ 
 
Panu A. hr. J. w ParyŜu, z podziękowaniem za zdjęcia 
 
Co mnie obchodzi, Ŝe gdzieś jest dzielnica, 
Ŝ

e w tej dzielnicy jest jakaś ulica, 

Ŝ

e na ulicy stoi kamienica? 

 
Co mnie obchodzą te cyfrowe zdjęcia: 
oliwa w woku i resztki z przyjęcia 
Ŝ

ółciutkie kartki z japońskim na sprzętach? 

 
Mam (mamy) własne – hiszpańskie i włoskie, 
teŜ na lodówce; resztki: szpinak z czosnkiem 
i bryndzą; stosy ksiąŜek (jego Tolkien 
 
i Hollinghursty, moje: Larkin, Auden 
Krall, Anatomia). Co płynęło spodem, 
dawno nie płynie. Ty poszedłeś przodem, 
 
ja tu zostałem. Są prognozy wyŜu, 
przelotnych deszczów. ParyŜ jest w ParyŜu. 
Zdjęć nie przysyłaj. To wygłos, nie wyrzut. 
 
Warszawa, 9 VI 2005 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 

 
 
 
IV MO
śLIWOŚCI 
 
Co zrobić z kimś, kto coraz częściej się pojawiał 
w snach, aŜ stał się najczęstszym w nich gościem? Obawiać 
się tej częstotliwości, tego przenikania 
przez dwa przylegające do siebie naskórkami ciała 
 
poruszane spokojnym oddechem? Bo toniesz. 
Fale się zamykają. Zamókł proch ze spłonek. 
Wszystkie mosty przejęte, miasta oblęŜone, 
 
drogami maszerują zwycięskie oddziały. 
Ś

pisz, a on wpływa w ciebie, i jest w tobie cały, 

 
z aparatem na zębach, owłosieniem łydek 
i kruchymi biodrami. Szukać alternatyw? 
Czy przyjąć, objąć, podjąć? Okryć eternitem? 
 
Obracasz się na drugi bok, ale zostajesz, 
choć wiesz, Ŝe jakieś zdanie albo partykuła 
zawsze zdoła się wślizgnąć nieznanym fortelem 
pomiędzy „Ŝyli długo” a „Ŝyli szczęśliwie”. 
 
 
Pociąg Warszawa-Kraków-Warszawa, 29 X 2005 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 

 
V II SOGNO 
 
Te codzienne, conocne, te Ŝmudne ćwiczenia, 
te pasaŜe pod górkę „bycia-dwojgiem-ludzi”, 
gdzie zmiana kaŜdej nuty bardzo wiele zmienia; 
 
to budzenie się rano ze ścierpłym ramieniem, 
bo całą noc się spało tak, by cię nie zbudzić. 
Te codzienne, conocne, te Ŝmudne ćwiczenia: 
 
gemmy francuskich kremów, pianek do golenia, 
by mniej drapać w policzki, by mniej je utrudzić 
w pocałunkach – a taka zmiana wiele zmienia 
 
w ulepszaniu techniki – jak szlifu kamienia 
bo kaŜdy blask się w końcu moŜe nieco znudzić. 
Te codzienne, conocne, Ŝmudne ćwiczenia 
 
w łagodzeniu – jak spory zręcznie pouziemiać, 
w jak najmniejszej ilości ruchów je obrócić 
na nice lub choć na nice ( ton tak wiele zmienia, 
 
dobór słów, ruchy ramion). Głaskać. Ukorzeniać 
to, co jeszcze kiełkuje, dopiero się budzi 
wśród dziennego, nocnego, Ŝmudnego ćwiczenia. 
 
I jeszcze ta świadomość, Ŝe coś się utlenia, 
bezpowrotnie rozpada, nieustannie studzi. 
Te codzienne, conocne, te Ŝmudne ćwiczenia 
by wszystko, odmienione, mogło się zmieniać. 
 
Warszawa, 9 VI – 10 VII 2005 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 
 
 

ODWILś 
 

dla P.T. 

 
Topnieje. Nieba widać więcej niŜ zazwyczaj, 
w górze tyle, co zwykle, na dole bonusy: 
ogromne składy ciekłych, niebieskawych luster. 
Dookoła, rozkuta z lodów, trwa strzępiasta, 
raz ubita, raz grząska, anarchia roztopów: 
czubki drzew ponad wodą, migracje gryzoni, 
bezładny pęd obłoków. W lasach resztki śniegu 
bieleją jak odpady z przetwórstwa pór roku. 
 
Dopiero most i rzeka kładą tamę temu 
bezhołowiu: jest północ i południe, upływ, 
cieki, akweny, dukty. Droga, która wiedzie, 
i miasta, które łączy, i ludzie po miastach. 
 
To, Ŝe jesteśmy razem, jest  częścią porządku – 
jak rytm drzew na poboczach, regularność ulic, 
kierunki, kwadry, pływy, mój sztywny kołnierzyk, 
twoje obcisłe swetry, moja lewa, twoja 
prawa poduszka. Związek: to, co trzyma razem 
dwa atomy wodoru, jeden atom tlenu. 
 
Pociąg Gdańsk-Warszawa, 30 III 2005 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 

 
 
 
 
 
 
 
 
DEMILITARYZACJA 
 
Oto leŜysz, rozległy, śniady, od poduszek 
od tamtych krańców łóŜka, jak stojące wody, 
które się połoŜy; jak zakotwiczony 
na mapie Sewastopol, rozbrojona, siwa 
pustynia Erytrei, pełna rudych muszek, 
szczerbinek, czołgów, haubic, które w krąg opływa 
 
delta zastygłej rudy z przetopionych armii: 
Ŝ

ołnierzyki z Ŝołnierzy, miecze na lemiesze, 

dzwoneczki z całej reszty; wywrócona kieszeń 
w której grzechoczą klucze do zamkniętej gerdy, 
łuski opadłe z oczu. Składnica metali 
kolorowych. Bezstronny, podbity, objęty w posiadanie. 
 
Pociąg Warszawa-Gdańsk, 28 I 2005 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 
 
 
 
 

OSTROŚĆ 
 

dla P.T. 

 
Miało być co innego: twoja głowa w jakimś 
konkretnym, ładnym świetle, skrawek swetra z zamkiem 
i tło z nieokreślonych kształtów i kolorów: 
szare romby, maziaje, przypadkowość kliszy 
- stamtąd te same chlorki, tlenki, antymony, 
kwasy, Ŝrące kąpiele wydobyły prawdę, 
która leŜy szeroko, szeroko i barwnie, 
piętnaście na dwadzieścia, jak wilgotna ziemia 
gdy wody juŜ opadły, a arka zaryła 
dziobem w miękki od mułu Ararat: giganci, 
wzdęte ciała antylop, potopione ryby. 
Półki w tamtym mieszkaniu. Tamto biurko. Kartki, 
na których rysowałeś genealogiczne 
lasy Palelogów, krzewy Merowingów. 
 
To, co teraz jest czułe – wzory na spodeczkach, 
widelec, etykietka, pokrywka od dŜemu, 
tytuły ksiąŜek, okno, topola za oknem – 
moŜe z czasem się zmienić w obojętne, gorzkie 
lub całkiem niebezpieczne. Wtedy na powierzchnię 
kliszy wyjdą cyjanki, jadowite tlenki 
i zielonym grynszpanem obrysują detal. 
 
Warszawa, 20 II 2005 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

ZESZYT ĆWICZEŃ 
 

dla P.T. 

 
Mieć cię na wyciągnięcie ekspresu i linii 
174, a mieć cię po drugiej 
stronie doby, w ciemnościach, za krzywizną ziemi 
kiedy tutaj godziny przyjęć i otwarcia – 
 
Wdech, wydech. Myśleć o tym zupełnie odwrotnie: 
Ŝ

e środek jest na zewnątrz, Ŝe wyjście na balkon 

jest jak wejście do sieni ogromnego domu, 
gdzie światło się zapala i gaśnie kolejno, 
przechodząc przez fasadę jak wysoka fala; 
Ŝ

e naleŜymy wcale nie do tych pudełek 

z gliny, Ŝwiru, z przewodów, do klatek ze zbrojeń, 
lecz do wysokiej Sali, w której je rozsiano – 
Ŝ

biki tam przekraczają marszruty oddziałów, 

miecznik przecina trasę białego liniowca. 
 
Warszawa, 5 IX 2005 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 
PATRZ
ĄC NA KARK CUDZEGO PRZELOTNEGO 
 
Patrząc na jego szorstki, świeŜo wygolony 
kark (lawowanie tuszem i sangwiną; brzegiem 
ciemniej, gdzie krawędź szyi i kropli na kartce 
ś

ciany; jak akwarelka panny na grandtourze, 

jak bicie pod gorsetem, jak duszność i oddech), 
myślałem: my jesteśmy ze sobą dość długo, 
by wiedzieć, czy nam ładnie jest w dłuŜszych czy krótszych, 
czy bardziej się nawzajem sobie podobamy 
w dłuŜszych czy w krótszych włosach. Oni nie wiedzieli. 
Dla nich włos to ten przedmiot, który się znajduje 
bez zdziwienia pomiędzy fałdami tej bluzy 
co wtedy; na golarce tej jedynej nocy 
u tamtego, u tamtych. To ta rzecz w odpływie. 
 
Poznań, 12 V 2005 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 

 
CUDZO
ŚĆ 
 
Przepisy mówią jasno: trzeba pójść gdzie indziej. 
Nigdzie nie jest u siebie, kto jest nieszczęśliwy. 
Opuszcza dom wysoki, przez okno zamieci 
przechodzi – z odprutymi dystynkcjami, z szyją 
odsłoniętą przez kołnierz odcięty niechlujnie. 
W ciszy. Nawet w kieszeniach nic mu nie podzwania: 
Ŝ

adnych ostrych przedmiotów, dziesięciogroszówek, 

buty bez sznurowadeł i szlufki bez paska. 
 
Wolno mu myśleć o sobie – bo wszystko mu wolno, 
nikogo nie obchodzi gdzie pójdzie i czemu – 
o Orlandzie, Tristanie, Medei i Łucji 
z Lamermoor, krynolinach. Lecz od razu: „jesteś 
histeryczną śpiewaczką, z terierem (w mieszkaniu 
zamkniętym wielokrotnie od góry do doły), 
z syfonem mineralnej, grubym makijaŜem 
przy pustej pustej sali. Pustej pustej sali.” 
 
I skrobie coś na boku. I nic to nie daje, 
i nic to dać nie moŜe, nigdy – ani jemu 
ani innym. Nikomu. Kto jest nieszczęśliwy, 
mówi innym językiem, złoŜonym z przeczących 
partykuł i wyrazów, których nie wypada 
wymawiać w towarzystwie. Tylko rzeczy mogą 
zrozumieć jego jamby – lecz twarde są rzeczy. 
I od jego dotyku zmieniają się w śnieg. 
 
Warszawa, 19 IX 2005 
 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 

 
PRZEZ MOST I DALEJ 
 
 
 
 

 
I ta podróŜ, jak kaŜda, jest złotą suwmiarką, 
przemyślnym aparatem siedemnastowiecznych 
okulistów: rozwiera szeroko powieki 
na tramwajowe szyny, krzewy, niedopałki 
i zamek (jego rdzawy kolor jest z pewnością 
znaczący – te powstania, i wojny, i szarpie). 
 
KaŜda dziesięciolatka to reprezentantka 
innej kultury. Ale ta reprezentuje 
całkiem inną kulturę, z drugiej strony rzeki: 
kurteczka z róŜowym futerkiem i dŜinsy 
o oczywistym kroju, obcisłe, tamtejsze. 
 
Widzisz jej siostry, matkę, szwagierkę, teściową, 
jej dzieci, w obfitości, i dzieci ich dzieci. 
I róŜowe futerka przyszłości, syntetyk 
w rozmaitości odmian. Sekwencję wydarzeń 
i pokoleń jak wykres w ksiąŜce od biologii: 
gonady, seks, ślub, ciąŜe, praca, renta, śmierć. 
 
 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 

II  
 
Jedzie się jak przez morze, bez pośrednich lądów, 
jakby ci, co wychodzą, skakali w odmęty, 
a innych zaś autobus podnosił łaskawie 
z morskich toni jak jakichś rozbitków w polarach, 
zagubionych wioślarzy, syreny lub kryl. 
 
Cerkiew, tłum, krzyki Janeeeek, ogolone głowy. 
Menelka z manelami, jej spuchnięte nogi 
jak kończyny denatki (cztery dni w wersalce). 
Pot. Perfumy za 8.99, 
człowiek z blizną idącą od kącika ust. 
 
Gdzieśmy zstąpili, listku, leszczynowa witko, 
oposku, królewiczu, myszko, pyszczku, słonko, 
w tych płaszczykach z Harrodsa i butach na miar
ę
zamszowych r
ękawiczkach, szalikach z okładki? 
Czy przecena w Ikei tłumaczy ten krok? 
 
Potem na krótko inny wymiar: chrom i drewno, 
przepierzone fantomy domów, gdzie szeregiem 
stoją kolejne kuchnie, łazienki, sypialnie, 
rozległe scenografie rodzinnego szczęścia, 
gdzie trwa, od wejść po kasy, dobór dobrych dóbr. 
 
I powrót: odwrócona kolejność neonów, 
znów ścisk, P. opowiada mi o Justynianie 
II Obciętonosym. I nikt nas nie słyszy, 
mówimy obcą gwarą, nieznanym dialektem, 
w pokrowcu z włókien szklanych, filcu, trudnych słów. 
 
Po drugiej stronie widać nasze miasto świateł, 
z laptopem, caffè latte i cywilizacją: 
tamci się nieco kulą, my się odgarbiamy, 
chiński i cyrylica się anglicyzują. 
Jak końcowe napisy thrillera ten most. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 
 
 

                 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 
 

[ Egzemplarz uszkodzony 

Brak części III utworu „Przez most” ] 

 
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 
 

 
 
IV  
 
JuŜ pod domem rozmowa o tej dziwnej wyspie 
zacnej lewobrzeŜności na przeciwnym brzegu 
(a w siatkach spieniacz mleka, koc, kieliszki w liczbie 
absurdalnej, narzuta, przedłuŜacz i przewód), 
 
Ŝ

e tamci robią swoje zakupy gdzie indziej 

i jeśli Michalinie F. spłonie mieszkanie 
w wyniku zaproszenia ognia przez Alicję 
G., zresztą dobrze znaną organom ścigania, 
 
to z pomocą rodziny (syn Sebastian, znany 
organom bezrobotny z BMW i córka 
AndŜelika) poleci z kredytem (spłacalnym 
lub nie) do sklepu MEBLE z neonami BIURA. 
 
MIESZKANIA. I tam kupi zestaw „Klitajmnestra” 
lub „Limpopo” (w lamparta, imitacja skóry), 
w zupełnie innych kształtach, w przeciwnych rejestrach 
smaku. Są meblościanki, firany, gipiury, 
 
frędzle. Sebastian weźmie z kumplami i wniesie. 
Córka zrobi kolację i wyjmie z lodówki 
piwo. A potem będzie noc. I w nowym lesie 
mebli swe miejsce znajdą kryształ i lokówki. 
 
 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 
 


 
I wtedy przypominasz sobie roziskrzone 
piętro z neonem LAMPY. OŚWIETLENIE. JakieŜ 
gwiazdozbiory foremne, dzikie konstelacje! 
Po pięć, po trzy, po dziewięć; róŜ, zieleń i złoto, 
roŜki, kule szczyty – na przeciągły moment 
mignęły z okna, ale trwają w powidoku 
 
długo, do następnego przystanku, i dalej, 
w domu, przez dwa dni, cztery i sześć. I rozumiesz, 
Ŝ

e umieć coś oznacza: innych spraw nie umieć. 

ś

e wiedzieć to nie wiedzieć o czym innym, tracić 

bez widoków na pełnię. śe jest ci zabrane 
zrozumienie tych ubrań, ludzi, tej połaci 
 
miasta po drugiej stronie Wisły. śe nie pojmiesz 
radości z chrzcin, videa z komunii, z pogrzebu, 
polewania wódeczki ze szwagrami, chlebów 
kupowanych po cztery, dla całej rodziny. 
Klipsów, futerek. Krzyków: „Kurwa mać, spokojnie”, 
notatek o sąsiadach „Zwłoki Michaliny 
 
F. znaleziono w czwartek w wersalce znanego 
policji konkubenta denatki, Zdzisława 
C”. Tylu innych rzeczy, których twa kulawa 
wyobraźnia nie zmyśli. Okna masz na zachód. 
Na wschód – mur. Za nim szare, trochę niebieskiego. 
I wędkarze w kufajkach, i ślady na piachu. 
 
Warszawa, 11 XI – 4 XII 2005 
 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Poddanie Bredy 
 
Na cztery kilometry przed Krakowem Głównym 
dopijam resztkę coli i zamykam ksiąŜkę. 
Z wysokiego nasypu wyrastają równe, 
długie Ŝerdzie  - las Lanzas - nad marcowym błotem; 
 
kilka rośnie poziomo - i na tych, rzędami 
wiszą spodnie, koszule i coś kraciastego, 
czyste w świetle odwilŜy. Gdzieś tam, za torami 
ktoś Ŝyje na swój sposób w topniejącym śniegu, 
 
za darmo. Myśl o czynszu, płatności i sumie 
jest śmieszna: właścicielka, koperta, banknoty. 
Potem myślę o Czynszu - tu wpadamy w tunel 
z jego domyślnym światłem, z siedzeń niewidocznym. 
 
Warszawa, 17. III 2005 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 
 

 
 
 
OWIECZKI 
 
„Fr.”, „Segret.”, „Offi.” – skromne, dawne abrewiacje 
jakichś zakonnych funkcji wyglądają obco 
na jaskrawobłękitnym plastiku ich teczki 
z nalepką „Medjugorie” i odręcznym „Adre… 
Powołaniówka. Lista…”, ginącym pod skrajem 
habitu tego z lewej. Brunatny splot płótna. 
Narady prowadzone suchym, szorstkim głosem 
z powróseł i włosiennic. A słońce przez okno 
przedziału pada ostrym, roztropnym promieniem, 
dzieląc kartkę na dwoje – ciemni z krzyŜykami 
i skreśleni w jasności (co powinno dać im 
do myślenia). Uwagi wymieniane szeptem: 
wiek, szkoła, wiara, wygląd. „Byłem zszokowany” 
„Ten po szkole muzycznej, z LeŜajska”, „RaŜące” 
„Wtedy, co byłem w Bochni”, „Technikum” i „Z tego 
trzeba jeszcze z dziesięciu…” A tymczasem nagła 
ś

nieŜna zamieć oddziela nas od reszty świata, 

gdzie trwają jakieś Ŝycia w LeŜajsku i Bochni. 
Są owieczki, to pewne. Kto jest z drugiej strony? 
 
Pociąg Warszawa-Kraków, 12 III 2005 
 
 
 
 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 
ROMANTYCY 
(C. D. Friedrich: Dwaj m
ęŜczyźni obserwujący księŜyc
 
Jak odwrócona koncha – w środku jasność, brzegi 
ciemne i zawinięte. Oni dwaj, w opończach 
myślą (a moŜe piszą), o zbójcach i końcach, 
obalonych posągach, strzygach po klasztorach. 
Ale grubość materii zdradza ich wybiegi: 
ciemny portwajn, wurst, tokaj, pasztety z zająca, 
częste wizyty w karczmach, częstsze – u dochtora. 
 
Warszawa, 12 VIII 2005 
 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

 
KOLEJNO
ŚĆ 

 

 
   Kolejność jest taka: 

najpierw z kierunkiem jazdy pod oknem, a potem 
naprzeciwko, i znowu, od przejścia, z kierunkiem 
i czwarte naprzeciwko. Lecz przecieŜ się zdarza, 
Ŝ

e ktoś siądzie inaczej, ktoś nie lubi okien, 

ktoś nie chce by ktoś inny zobaczył go w środku 
z przystanku. Reumatyzmy. Plama na obiciu. 
Miejsca są zajmowane, rzeczy się zdarzają. 
 
Nikt kto potem coś mówi o szczęściu czy pechu 
odkładając łyŜeczkę i dzwoniąc o spodek, 
nie dostrzega struktury, patrzy na wycinek 
jakby przypadek działał tylko w tym momencie, 
gdy stal o stal uderza, szyba w grubych groszkach 
sypie się na ubrania i do reklamówek 
z bagietkami. Huk jeszcze nie doleciał uszu, 
krew jeszcze płynie w Ŝyłach nieustannie węsząc 
ujścia; neuron wysyła sygnał do neuronu  
i gdzieś się rodzi zdanie: "A Iwona na to..." 
którego usta nigdy na głos nie wymówią 
bo będą niewymownie daleko.  
                                                 Przecięcie 
przypadku autobusu i przypadku ludzi, 
nie, przypadku kaŜdego z osobna - jej, jego, 
tej, tamtego i tamtej, potem jeszcze dalej: 
tych, co widzą i tamtych, co zaraz przejadą 
obok. 
              Stal wchodzi w ciało.  
                                                A wtedy się widzi 
wszystko, co się zapomni po wyjściu z narkozy: 
miasta, ludzi, ogrody, bardzo duŜy pokój 
i drugi, z fortepianem. Drobiazgi na biurku, 
spinkę z paciorków, dzwonek. Podniesiony w dłoni, 
odstawiony. Zamknięte drzwi i klucze do nich. 
 
Warszawa, 07. V 2005 
 

 

 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 
 
 

 
 

SZEROKIE OKNA 

W dole delta - kaniony w płaskowyŜach bieli  
odsłaniają czarnoziem asfaltu. I w górę,  
bystro po ogłowionym pniu topoli, w chmury  
pocięte w zmienne kliny pękami gałęzi.  
Cienka, zieleniejąca kora. Pękły tamy.  
Sroki, dłuŜsze i cieńsze niŜ w styczniu, fruwają  
z wyŜszej na niŜszą, z niŜszej na wyŜszą. Znów. Dalej  
jest ostry brzeg obrazu: ocienione ramy  
okien, sine framugi, kanty, kąty proste,  
piony płyt i albumów na poziomach półek  
o stałej wilgotności i temperaturze.  
Gips. Zakrzep. Masz dwadzieścia cztery lata. MoŜesz  
zmienić: soundtrack z „Chicago” na Trzecią lub Gotan,  
tarantelle na Ninę. Wziąć słownik, odszukać,  
i odłoŜyć. Poprawić jedną z dwóch poduszek  
albo obie. Zaczekać. Napisać o srokach. 

Warszawa, 28 II 2005 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 
 
 

PIERWSZE 5-8 MINUT 
 
Pierwsze 5 - 8. My wiemy, z opisu, 
Ŝ

e on zginie. W wypadku. I Ŝe osieroci 

troje dzieci. śe Ŝona pojedzie na północ, 
będzie chciała zamarznąć w pejzaŜach Laponii. 
Na razie widać tylko intro do kryzysu: 
złoty miód na śniadanie, czułość i bezchmurność, 
 
znaki: długie ujęcie samochodu, groźne 
piski w ścieŜce dźwiękowej. I obowiązkowy 
pośpiech przy poŜegnaniu. Wszystko jak na dłoni. 
Ale on, ślepy, wsiada. Więc telefon dzwoni 
w kwestii bezdyskusyjnej. Cisza, potem głośniej. 
Los się kolejno spełnia jak punkty umowy. 
 
Fabuła idzie dalej. A nas uspokaja 
banalność wątków, sztampa, płaskość charakterów. 
I dobrze. Jest nadzieja , Ŝe w świecie inaczej 
sprawy się mają: rytmy zdarzeń, lamp, szpalerów 
drzew, upuszczona szklanka nic moŜe nie znaczą, 
niczego nie tracimy w Ŝyciu nie zgłębiając 
 
ukrytej mowy rzeczy. MoŜe. Brak soundtracku 
jakoś usprawiedliwia parę naszych braków. 
 
Bo tamten stary chorał „Nie mów fałszywego...”, 
„Nie cudzołóŜ”, „Nie kradnij” brzmi jak podkład złego 
 
filmu o policjantach i gangach: donośne 
trąby, kotły, puzony, zero subtelności. 
 
Łódź, 29 XI 2005 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 
 
 
 

 
 
FOTO-FILM, A. Cechnowski,  
ŁÓD
Ź, Przejazd 24, tel. 457-23 
 
Jest jeszcze śyd z wełnistą brodą, pod kołpakiem 
przymocowaną zmyślnie na Ŝyłce, jest Turoń 
w futrze - resztce paradnej szuby z Petersburga, 
jest Ksiądz, zupełnie Ŝywy, chociaŜ juŜ na czarnym 
tle tablicy; Królowie, jak przez wszystkie wieki 
szkolnych przedstawień: karton z pozłotką i berła 
z toczonych nóg od krzeseł. Obok Pastuszkowie 
w wyszywanych kubrakach, jeden z kapeluszem 
zawadiacko spuszczonym na dziewięcioletnie 
oko. Jest góra bieli i szychu i pierza:  
krąŜki twarzy w kolczastym puchu anielskości, 
przepaski z promykami na lśniących, dokładnie 
wyszczotkowanych włosach - a im wyŜej w górę, 
tym więcej Gwiazd, pod sufit ich graniaste głowy 
(grać ogony w Jasełkach - choćby i komety -  
cóŜ, to moŜe naznaczyć raz na całe Ŝycie).  
 
Tylko ona, w zawoju, z plastikową lalką, 
patrzy dalej i głębiej i mocniej i straszniej 
nad pudłem aparatu, głową preceptora; 
jest rok trzydziesty siódmy. Brakuje w obsadzie 
Diabła i Śmierci. Idą przez skute jeziora. 
 
Warszawa, 2. IX 2005 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 

 
ANDY WARHOL,  
Robert Mapplethorpe
, polaroid print, 1973 
ROBERT MAPPLETHORPE, 
Self-portrait with Cane Skull
, gelatin silver print, 1988 
 
 

Panu Eugeniuszowi Tkaczyszyn-Dyckiemu 

 
 
 
Co ci się stało, dziecko, powiedz, co się stało? 
Którędy w ciebie weszło to straszne, którędy? 
Jakimi cieśninami wpłynęły nieszczelne 
tankowce z tym pigmentem? Z jakiej chmury spadły 
gorzkie deszcze? Czy owoc był szkodliwy? Czy ten 
arszenik był zatruty? Co łykałeś, dziecko, 
co zobaczyłeś, dziecko, jakie frakcje ropy, 
jakie złoŜa bazaltu, jakie hałdy ŜuŜlu? 
Czy ten pan cię dotykał, czy go dotykałeś, 
co tak ciebie dotknęło? Czy było dotkliwe 
to miasto i ci ludzie? Skąd ta zmiana, dziecko, 
kto ci dał ten cukierek, kto ci wsunął w rękę  
tę tabletkę? Kto wsączył ci ten jad, tę chudość, 
tę matowość, tę gorycz? Co dostałeś w zamian? 
Straciłeś czy zyskałeś? Co ci przetoczono? 
Przez jakie zadrapania, czyje ugryzienia 
weszło to w ciebie? Kiedy? I czemu nie chciało 
wyjść, i czemu nie zechce wyjść? Dlaczego czarno 
skoro było tak biało? Czy ktoś urodzony 
w Queens mógł skończyć inaczej? Czy weszło ze światłem, 
z migawką, przez przesłonę? I kto mu otworzył 
drogę, kto mu otworzył to, co się otwiera? 
Czy było inne wyjście? Inne, niŜ to wejście, 
którym weszło do środka? Co było pod spodem, 
kiedy szedłeś po wierzchu? I co jest pod spodem, 
kiedy tak jesteś w środku, gdy wszedłeś do środka? 
 
Cieszyn, 22-27. VII 2005 

 

 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 
 
 
 

 
śA JEST RÓśYCZKĄ JEST PĄCZKIEM 
 
W twoich Ŝyłach, Gertrudo, nie płynie juŜ rzeka 
wijów, grubych larw, chrząszczy ( i juŜ nie przecieka 
 
miedzy Ŝwir i korzenie przez świecące próchno 
trumny, resztki koronek i rozwite płótno), 
 
ani tamta, wcześniejsza - krwinki, leukocyty; 
porywczy szturm na ciasne, rude kanaliki, 
 
na powierzchni błękitne, nieruchome. Delta. 
Ukryty nurt nadgarstków. Zespolone drzewa. 
 
ParyŜ jest ziemią. Pablo i Ernest są ziemią. 
I Alicja jest ziemią. I ziemia. Nie zmienią 
 
tego kartki ni płótno. Teraz sama płyniesz 
przez unerwienie liści: mlecz, perz, rdest, barwinek. 
 
I co znaczyło mało, znaczy teraz duŜo: 
dopiero teraz róŜa jest róŜą jest róŜą. 
 
Kutno, pociąg Kutno-Warszawa, 12-13 VI 2005 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 
TRIESTE. TRISTA 
 
Stoi z wdziękiem (odnóŜe podane do przodu, 
fałdy szaty, fryzura z utrefionych loków, 
 
rozłoŜone ramiona) ponad literami 
z betonu: ASSICURAZIONI GENERALI. 
 
Tyle do pilnowania: tu lira i głowa 
posągu, portyk, pędzle, tam paleta, sowa 
 
i kapitel kolumny. Sztuki są po prawej, 
po lewej leŜą znacznie powaŜniejsze sprawy: 
 
kufry, paki, amfory i lokomotywa, 
kotwica, szczypce, koło zębate. Ogniwa 
 
ś

wiata jakim jest w gruncie rzeczy: sumą zysków 

i naleŜności, ciągle trapioną przez fiskus 
 
o korzeniach – jak mówią niektórzy – nadziemskich. 
Wszystko wokół to zapis wieloletniej klęski: 
 
nie uchroniłaś Ŝadnej z tych rzeczy. Upadły 
korporacje i cechy, sparszywiały sady, 
 
zatonęły okręty, oliwa zjełczała, 
przejadły się rozumy i uwiędły ciała. 
 
I nawet swoje składy i biura – Ŝenada 
całkowita – straciłaś. Została fasada 
 
z posągiem bezsilności. Assicurazioni! 
W kawiarni na parterze siedzi pasikonik 
 
i śmiejąc się, popija z małej koniakówki: 
„A to znasz? Rozmawiają ze sobą dwie mrówki…”. 
 
Warszawa, 6 VI 2006 
 

 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 
 

 

BAYEUX. WYLICZANKA 
 
Neelu, Nielsie, Nigelu, z którym przez stulecia 
wiąŜe mnie tylko nitka rozcieńczonej krwi, 
garstko wełny na lnianym płótnie, kłębku sierści, 
haftowana kolczugo, łątko, plamko rdzy - 
w dzieciach, wnukach, prawnukach i ich dzieci dzieciach 
rozmył się kształt powieki, nosa, ust i brwi, 
w moich Ŝyłach - chcąc nie chcąc - musisz się pomieścić 
z tłumem Polaków, Niemców, małp, psów, myszy, mszyc. 
 
Co wiem o tobie? Banał. śe na jakiejś górze 
stałeś, patrząc na Anglii zielonkawy brzeg, 
Ŝ

e odnosiłeś rany, jakbyś skądś je zabrał, 

Ŝ

e gdzieś poiłeś konie i ostrzyłeś miecz. 

Prawda się wije niŜej: na wąskiej bordiurze 
gdzie gryfy, lwy i harpie spętał gęsty ścieg. 
ś

adne gotyckie smoczki na dworackich labrach, 

tylko groza wyszyta jak osobna rzecz. 
 
Jesteśmy tutaj obaj. Ty Haralda bijesz,  
zostaje z ciebie imię, rzepka, sprzączka, Ŝwir, 
które widzę - być moŜe - w tej gablocie. Ze mnie 
zostanie równie mało. Albo jeszcze mniej. 
Będą dalsi. I dalsi. Linia krwi się wije 
i - z nami albo bez nas - będzie wciąŜ się wić. 
To bestie są niezmienne. Tym samym szeregiem 
idą pod nami, ciche. Czekają na Ŝer. 
 
 
Londyn, 19-21 III 2006 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 

 
BIG SPLASH 
 
Czternastosekundowy filmik w Wikipedii 
pokazuje zderzenie piłeczki zielonej 
z niebieską: spójrz, tak powstał księŜyc. Nie ma gorszej 
wiadomości dla bladych poetów. Więc zbitka 
„proto-Ziemia” ma jakieś znaczenie? Na Ziemi 
jest ktoś, kto jej uŜywa tak, jak słowa „nitka”, 
 
„kombinezon”, „miednica”, mając w głowie - właśnie: 
bryłę? planetę? koncept? Materiał na miejsce? 
Czytaj dalej. Jest groźnie: komety i deszcze 
meteorytów, mrozy, Ziemia kulą lodu, 
wypadnięcie z orbity, połknięcie przez gwiazdę, 
i entropia: Endlosung najwyŜszego sortu. 
 
Niewiele jest nadziei w cichym oceanie 
metanu na odległym księŜycu Saturna,  
w lodzie na Europie, w Cher. Wszechświat to trumna 
na wszystkie formy Ŝycia i nieŜycie całe. 
Nawet ten stół jest drobny, kruchy na nim talerz, 
i przy małych kieliszkach sztućce równie małe: 
 
wszystko to, od anteny aŜ po fundamenty,  
złoŜy się i zasklepi bez świadectwa kształtu 
pod galaktyczną burzą i naporem kwarków, 
Pomyśl: to co jest gruntem i rzeką i miastem 
zarośnie pozaziemską szadzią, pyłem gwiezdnym 
i elementarnymi cząstkami jak chwastem. 
 
Słuchaj. To opowiada: nie jesteście sami  
ze skazaną na klęskę próbą bycia wiernym, 
z waszym nikłym cięŜarem ułomnej materii. 
z waszą kruchością wiązań i bezbronną skórą. 
Przegra wszystko: noŜyce i papier i kamień. 
Coś gwiazdami obraca - lecz nie jest to czułość. 
 
 
Warszawa, 1-3 II 2006 

 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
ZEGAR, CZYLI MAŁA LITURGIA GODZIN DLA NIEPRAKTYKUJĄCYCH 
 

pamięci A. Z.  

 
 

One się trochę boją podchodzić, bo widzą nas inaczej: w klatkach z metalu, ze zbrojeń

z rur z gazem, z wodą; jednych nad drugimi, na kolejnych piętrach. 
 

Ich jest całe mnóstwo, cale tłumy, wszędzie, nas tylko garstka – nie zazdroszczą nam, 

Ŝ

e mamy ten szczególny gadŜet, który tyle ułatwia: ciało. 

 
 

 

 

 

 

B. M., w czasie seansu spirytystycznego 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

 
 
 
JUTRZNIA 
 
Zaczęły się dni słońca. O piątej jest jasno 
od dawna. To co szare – róŜowieje. Miasto 
 
jak wyremontowane na przyjazd: widzenie  
szczegółu precyzyjne; całe marudzenie, 
 
Ŝ

e facet w dwójce chrapał, za oknem tramwaje, 

portier cham, winda brudna – znika. Ranek „wstaje” 
 
i wstaje rzeczywiście, prostuje do pionu, 
kruchy z nadmiaru światła jak gałąź od szronu. 
 
Taksówka to okręcik w oceanie słońca, 
a taksiarz to kapitan: zostaje do końca, 
 
choć przez iluminatory wlewa się do środka 
gęsta serwatka blasku, dusząca i słodka. 
 
W takich chwilach się myśli: śmierć jest jak fregata, 
sterowiec, transatlantyk płynący przez lata, 
 
zabierający wszystkich na setkach pokładów 
do Entropii, królestwa nadrzędnego ładu. 
 
Ale dalej, po wyjściu z taksówki, jest dworzec 
i perony; cień idzie ze światłem na noŜe, 
 
za oknem się odprawia całkiem inna jutrznia: 
rozległe torowiska z rudawego tłucznia, 
 
przegniłe dachy składów, ugór, złomowiska. 
I wtedy myślisz: śmierć jest łupnięciem styliska 
 
o dno skrzyni na szpadle, kanonadą młotków 
resztką masa ze stypy na brudnawym spodku. 
 
 
 

 

 
 
 
 

 

background image

 
 

 

 
PRIMA 
 
Mam pisać „ty” czy „pani”? Gdybyś Ŝyła, pewnie 
mówiłbym „proszę pani”, bo od „mamo” przecieŜ 
 
dzieliłoby nas wszystko (o czym zresztą nie ma 
sensu pisać, bo po co? – oczywisty schemat). 
 
Czy tam, gdzie jesteś, znają formy grzecznościowe, 
wszystkie te „drogi ojcze”, „proszę z łaski swojej”, 
 
„wasza magnificencjo”, „panie mecenasie”? 
Czy jest jak na obrazach: punkt w cielistej masie 
 
zmartwychpowstałych tkanek, wszechświatowa łaźnia 
pod szczekaczką z trąb złotych, zatłoczony świat 
 
nudystów? Co zostaje? Zapach? Kolor skóry? 
Imię? Co się spopiela i trafia do urny, 
 
co zjadają bakterię i larwy i wije, 
a co trafia do rajskich depozytów? Czy jest 
 
jakiś rdzeń, nieprzerwanie istniejący? Cząstka, 
skrawek – jak drobny przedmiot zaciśnięty w piąstkach 
 
czterolatka, powiedzmy: dusza? I czy słyszysz 
ten głos, który próbuje przecisnąć pasma ciszy 
 
dosięgnąć cię, zapytać, przeprosić, opłakać? 
Czy wolno pytać matkę swojego chłopaka 
 
o sprawy tak intymne, własne, bliskie ciała, 
jak śmierć? Czy mogę sobie tak na to pozwalać 
 
tylko dlatego, Ŝe go widzę, jak po tobie 
płacze, kadrując tamto zdjęcie w Photoshopie? 

 

 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 

TERCJA 
 
Co widać z góry? Kreskę wagonów na kresce 
szyn (podwójnej, srebrzystej, wzdłuŜ innej – niebieskiej; 
 
tak rysują na mapach). Dookoła lasy, 
gdzieniegdzie kępki ulic plus czerwone dachy – 
 
jak przerzuty. Prócz tego tyle innych linii: 
powietrzne korytarze, trasy płazów – przy nich 
 
urwane trasy mrówek, w poprzek – drapieŜników 
(samotna ścieŜka lisa, równoległe – wilków), 
 
droga dziecka do szkoły i droga ze szkoły, 
i kurs soli idącej przez weselne stoły, 
 
z rąk do rąk. I w tym wszystkim, w plątaninie kresek, 
jestem, wierząc, Ŝe jesteś i Ŝe wiesz, Ŝe jestem. 
 
Zresztą – dlaczego „z góry”? Skąd to przekonanie, 
Ŝ

e bliscy bliskich Ŝyją stadnie na polanie 

 
niebieskiej, Ŝe się w lekkim wietrzyku południa 
przechadzają dostojnie, a w środku – jak studnia – 
 
wizjer w chmurach, nad którymi siadają, nogami 
majtając, pogryzając źdźbła niebieskiej trawki, 
 
i co rusz pozerkują w dół: na auta, stogi, 
kreski i kropki Ŝycia, na sploty, rozłogi – 
 
cóŜ za naiwność! Jesteś raczej bliŜej, głębiej: 
tym, co jest wodą w wodzie, co jest drzewem w drzewie, 
 
i odpowiedzią deski na pukanie, fletu – 
- na oddech, strun – na dotyk. Tropem sarny w śniegu. 

 
 
 
 
 
 
 
 

 

background image

 
 
 
SEKSTA 
 
Tutaj, którędy jadę, nie słyszę twojego 
zegara: wkoło miasto, wieŜowce z suchego 
 
szkła i rozkłady jazdy autobusów. Ale 
zaraz dom, chodna klatka wycięta w upale, 
 
potem drzwi z wizytówką (gdzie te dwa nazwiska: 
jego – wasze – moje). I wtedy jak kryształ 
 
to dun-dun-dun-dun-dun-dun dun-dun-dun-dun-dun-dun, 
Ś

mieszna rzecz: dziedziczenie. śe przy moim biurku 

 
Tyka i bije zegar jakichś obcych ludzi, 
którzy Ŝyli gdzie indziej, kiedy indziej; budzi 
 
się nocami i dzwoni: trzecia, wpół do czwartej, 
piąta piętnaście – kiedy śpimy, trzyma wartę 
 
przy przemijaniu; spryciarz, wiedział przy kim stanąć. 
Ś

mieszna rzecz: dziedziczenie. Permanentny chaos. 

 
Twój syn przeglądający ksiąŜki mojej babci 
i mówiący zwrotami moich byłych, Ŝabki 
 
do zasłon po poprzednich lokatorach, zegar 
jeszcze po twoim ojcu a wcześniej (tu trzeba 
 
zerknąć na monogramy) jakichś W.L., hrabiach. 
Wszystkie spadki, zapisy – co to się wyrabia! 
 
I on. Mam go po tobie. I on, na ostatku, 
jest jak rzeczownik „miłość” w kolejnym przypadku, 
 
jest jak czasownik „kochać” w innej koniugacji 
(jestem tylko osobą dłuŜszej recytacji). 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 

 
 
 
NONA 
 
Dun – dun – dun. Bije trzecia. Powietrze jest cięŜkie, 
zza wyciętej topoli widok na pękniecie 
 
w ścianie przeciwległego domu. A on siedzi 
nad pracą, słońce pada na kosmyki z miedzi, 
 
na jego lepszy profil. Widzisz? Czy go widzisz? 
Tutaj – na wyciągnięcie dłoni, w tym prześwicie 
 
między krawędzią biurka a światłem na szybie? 
Zresztą, moŜe cię więzi regulamin przyjęć, 
 
jakieś godziny wizyt – powiedzmy: te nocne. 
Wiadomo, Ŝe nie północ, szczękanie pod kocem 
 
z zimna i z przeraŜenia; wiadomo, Ŝadnego 
dzwonienia łańcuchami, krynolin, taniego 
 
efekciarstwa z horrorów. Obecność. I tyle. 
Miejsce bez prawa głosu, drugorzędny bilet 
 
na widownię ze sceną dla Ŝywych. Lecz w rzędzie 
z fantastycznym widokiem, tu, na wyciągnięcie 
 
dłoni której juŜ nie masz. Siedzi, pisze dalej. 
Kiedy na niego patrzysz? W dzień, nocą, nad ranem, 
 
w domu czy na ulicy? Kiedy robi kawę, 
podsypia na kanapie, goli się, zabawnie 
 
wydymając policzki? Kiedy się kochamy? 
Czy moŜe są granice prywatności, tamy, 
 
jak dawniej, jak za Ŝycia? Uśmiech, wzrok układny, 
spuszczony, drzwi zamknięte, przemilczane ślady. 
 

 

 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 
 

NIESZPORY 
 
Skoro jesteś, to zasiądź za stołem, wieczerzaj, 
masz miejsce podług tego lśniącego talerza. 
 
Jak mak i grzyby, kompot z suszu, i są ziarna 
ze sporyszem, bo czarna ta wieczerza, czarna. 
 
Czarne wino w kieliszki z czarnego kryształu 
z czarnej butelki płynie bezgłośnie, pomału. 
 
Czarny mak z czarnym miodem na talerzach czarnych, 
a dookoła stołu rozmowy umarłych. 
 
Poznaj tych z przestrzelonym płucem, tych z gruźlicą, 
tych co zmarli na serce, tych co na Bóg-wi-co, 
 
tamtą, ściętą przez Niemców w Breslau, i kuzyna 
babci, którego wcześnie wzięła szkarlatyna, 
 
wszystkie te blade dzieci, zmarszczone prababki, 
wuja-syfilityka i ciotki-wariatki, 
 
i tych całkiem zwyczajnych, co przeszli bez echa, 
nie mieli specjalnego szczęścia ani pecha, 
 
rośli, płodzili, marli, cisi jak rośliny – 
bo oni teŜ – chcąc nie chcąc – są częścią rodziny. 
 
Siądź z nimi i wieczerzaj. Jesteśmy na wieczność, 
trzeba sobie ułoŜyć naszą współobecność; 
 
siądź z nimi i wieczerzaj, i czekaj – jesteśmy 
tu, w sąsiednim pokoju. Przyszłaś tu za wcześnie. 
 
Obok są puste miejsca, dla niego i dla mnie. 
I tych, co odziedziczą: tacę, łóŜko, wannę. 
 
 

 

 
 
 
 
 

background image

 
 

 
 
KOMPLETA 
 
Dreszcz po plecach. Jak zimny cień krawca i noŜyc. 
Powiedz, czym są te chwile nagłej, ostrej grozy 
 
gdy w pociągu, za stołem, przy zmywaniu garnka, 
coś się zaplata w piersi w gęstą siatkę, targa, 
 
kupuje pracowity mięsień? Elementarz 
ból po stracie? Jakiś kurs, szkółka niedzielna 
 
cierpień? Z kajecikami w czerwonych okładkach 
i karą – gorzkim proszkiem w kapsułce z opłatka? 
 
I czy to wy dajecie na te zapowiedzi, 
drodzy umarli krewni, nieŜywi sąsiedzi? 
 
Z czułości? śeby uciec? śebyśmy nie byli 
zaskoczeni, Ŝe siostra nie wróci z Antyli, 
 
Ŝ

e lot AE60 z  Michigan to pole 

rudej spalonej ziemi, obsiane w krąg złomem, 
 
Ŝ

e guz u dziecka nie znaczy nie gulę na głowie, 

ale coś, co wyrosło w trzustce i wątrobie 
 
i wypuszcza rozłogi, jak podagryczniki? 
ś

e oparcia nie moŜna mieć w niczym i w nikim? 

 
Czy o tym mówi liścik, który przysyłacie 
gdy jesteśmy na wczasach, po wrzącej ceracie 
 
osa tak ślamazarnie wlecze się do jabłka, 
a w nas w prześwicie stuka ukryta zapadka 
 
i przez moment widzimy jak będzie wyglądał 
ś

wiat bez tej dłoni, która podaje nam miód? 

 
Łódź-Leszno-Warszawa, 9 V 2006 – 6 VI 2006 
 
 

 

 
 
 
 

background image

 
 
 
 
 
 

                     

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 

 
 
PRZYJ
ĘCIE 
 
 

Agnieszce Kuciak 

 

 
Stoją u okna strome ciemności, 
ciemność przychodzi do okien w gości. 
 
A za ciemnością idą zwierzęta, 
Ŝ

adne bestiarium ich nie spamięta. 

 
Za zwierzętami śmierć biała kroczy, 
ś

mierć sześcioskrzydła, na skrzydłach oczy. 

 
Stają u okien. Patrzą do środka. 
Bardzo się zmieni, kto je napotka. 
 
W środku tłum, meble, ksiąŜki i szklanki, 
czyli szkło, drewno, papier i tkanki. 
 
I śmierć, i bestia się rozpromienia,  
Ŝ

e się serwuje tyle jedzenia. 

 
Przez miłorzębu patrzą gałązki 
na nieświadome niczego kąski. 
 
Ty, jeśli czekasz jakichś morałów, 
nie czekaj dłuŜej. Czasu jest mało. 
 
Bądź dobry. Kochaj. Starzej się z wdziękiem. 
Zamki są słabe. Szyby są cienkie. 
 
 
Budmerice, 5 X 2005 
 
 

 

 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
SPIS WIERSZY 
 
 
 
Brzytwa okamgnienia 
 
POWIŚLAŃSKA SZKOŁA FORTEPIANOWA CZERNEGO 
 

I.

 

Sezon grzewczy 

II.

 

Forte. Piano 

III.

 

Koncert Ŝyczeń 

IV.

 

MoŜliwości 

V.

 

II sogno 

 
OdwilŜ 
Demilitaryzacja 
Ostrość 
Zeszyt ćwiczeń 
Patrząc na kark cudzego przelotnego 
Cudzość 
 
PRZEZ MOST I DALEJ 
 


II 
III 
IV 

 
Poddanie Bredy 
Owieczki 
Romantycy (C. D. Friedrich: Dwaj męŜczyźni obserwujący księŜyc
Kolejność 
Szerokie okna 
Pierwsze 5-8 minut 
Foto-film, A. Cechnowski, Łódź, Przejazd 24, tel. 457-23 
Andy Warhol, Robert Mapplethorpe, polaroid print, 1973 Robert Mapplethorpe, Self-portrait 
with Cane Skull
, gelatin silver print, 1988 
RóŜa jest róŜyczką jest pączkiem 
Trieste. Tristia 
Bayeux. Wyliczanka 
Big Splash 
 
 
 
 
 
 

background image

ZEGAR, CZYLI MAŁA LITURGIA GODZIN DLA NIEPRAKTYKUJĄCYCH 
 

Jutrznia 
Prima 
Tercja  
Seksta 
Nona  
Nieszpory 
Kompleta 

 
Przyjęcie 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
Objaśnienia 
 
 
 
 
Karl Czerny 
(1791-1857), austriacki pianista, kompozytor i nauczyciel muzyki. Autor wielu 
praktycznych  podręczników  gry  na  fortepianie,  np.  Szkoły  biegłości,  z  których  część 
stosowana jest do dzisiaj. 
 
Grand Tour 
– objazd po zabytkach i atrakcjach Europy, głównie Francji, Włoch i Niemiec, 
będący  w  XVIII  i  XIX  w.  stałym  elementem  wykształcenia  młodzieŜy  z  wyŜszych  klas, 
zwłaszcza w Wielkiej Brytanii. 
 
Justynian  II  (669-711),  ostatni  cesarz  Bizancjum  z  dynastii  Heraklidów,  rządzący  w  latach 
685-695 i 705-711 
 
Sakellarios  i  logoteta  –  wysocy  urzędnicy  bizantyjscy,  odpowiednio:  minister  skarbu  i 
sekretarz cesarski. 
 
Dwaj  męŜczyźni  obserwujący  księŜyc  –  obraz  Caspara  Davida  Friedricha  (1774-1840) 
zrealizowany w kilku wersjach (1819, 1834, 1830), przedstawiający prawdopodobnie artystę 
z przyjacielem, malarzem Augustem Heinrichem. 
 
Andy  Warhol  (1928-1987),  amerykański  malarz,  fotograf,  filmowiec,  twórca  słynnej 
„Fabryki”, w której – z armią podkomendnych – produkował dzieła sztuki na potęgę. 
 
Robert  Mapplethorpe  (1946-1989),  jeden  z  najbardziej  znaczących  fotografików 
amerykańskich XX wieku, zmarł w wyniku powikłań wywołanych przez AIDS. 
 
Gertruda  Stein  (1874-1946),  towarzyszka  Ŝycia  Alice  B.  Toklas.  Alice  B.  Toklas  (1877-
1967),  towarzyszka  Ŝycia  Gertrudy  Stein.  Pablo  Ruiz  y  Picasso  (1881-1973)  i  Ernest 
Hemingway
 (1899-1961), znajomi Gertrudy Stein i Alice B. Toklas. 
 
Tkanina  z  Bayeux  (ok.  1070),  przedstawia  podbój  Anglii  przez  Wilhelma  Zdobywcę, 
wyhaftowana  prawdopodobnie  na  zamówienie  przyrodniego  brata  króla,  Odona,  biskupa 
Kentu. 
 
Neel (Nigellus, Nigel, Niels, Njall) – imię kilku kolejnych baronów i wicehrabiów StSauveur, 
Contein  i  Nehou.  Wywodzili  się  ze  Skandynawii  (od  królów  Upplandu  i  Romerick)  i  dali 
początek m.in. rodzinom FitzNeel, Neale i de Neel, z których wywodzą się Dehnelowie, Neel 
I de St. Sauveur – w 1001 roku rozbił flotę króla Ethelreda II Gnuśnego, a potem jego wojska 
w  bitwie  pod  Val-de-Saire.  Neel  II  de  St.  Sauveur  –  w  1047  roku  przewodził  rebelii 
przeciwko Wilhelmowi Bastardowi (późniejszemu Wilhelmowi Zdobywcy) i został pokonany 
w bitwie pod Val-es-Dunes. Utracił tytuł wicehrabiego w bitwie pod Hastings. 
 
Big Splash – teoria (sformułowana w 1975 roku przez Williama K. Hartmanna i Donalda R. 
Davisa),  wg  której  księŜyc  powstał  w  wyniku  oderwania  fragmentu  Protoziemi  przez 
przelatujące ciało niebieskie. 

background image

 
Endlösung  –  „ostateczne  rozwiązanie  (kwestii  Ŝydowskiej)”  ukute  przez  Adolfa  Eichmanna 
określenie Holokaustu. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Nowe  wiersze  Jacka  Dehnela  nawiedza  kłopotliwe  „pod  spodem”  i  „na  zewnątrz”.  Wobec 
zdwojonego  naporu,  tym  bardziej  przejmują  elegancja  formy  i  biegłość  warsztatu.  Autor 
„czuwa nad strukturą, która nić za nicią, / niepowstrzymanie pęka, pruje się zaciekle”. Ironia? 
Nie, gdy autor czuwa. Wie, co począć z czułością. Czuje pointę, jak nic. 
 
 

 

 

 

 

 

Kuba Mikurda 

 
 
 
Jacek  Dehnel  wykorzystuje  tradycję  literacką  z  jej  kunsztownością,  zadomowieniem  w 
kulturze  wysokiej,  bagaŜem  toposów  i  efektów  formalnych  do  uzyskania  zupełnie  nowych 
rozwiązań. Nie naleŜy z tego tytułu formułować jakichkolwiek zarzutów, bo jest to poezja na 
wskroś  współczesna.  Warto  wspomnieć  o  szczególnej  sensualności  tych  tekstów,  o 
pokrewieństwie  słowa  i  obrazu,  o  śpiewności  frazy.  MoŜna  wskazać  tu  wielu  dostojnych 
poprzedników, ale nie jest to bynajmniej konieczne. Poezja Jacka Dehnela wybornie broni się 
sama. 
 
 

 

 

 

 

Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki