background image

 
 
 
 
 
 
 
 

CAROLINE ANDERSON 

 
 
 
 
 
 

 

Nic nie mogę ci ofiarować

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

Przychodnia  była  nowoczesna,  zaprojektowana  z  sensem  i  pod  każdym  względem  przewyższała 

poprzednie  miejsce pracy Beth. Z wygodnego parkingu przed  budynkiem ścieżka wiodła przez zadbany 

ogród, pełen róż. W powietrzu unosił się ich ciężki zapach. 

Do uszu Beth dobiegł z oddali odgłos pracy jakiejś maszyny rolniczej. Czyżby sianokosy? Chyba nie, 

to przecież połowa września. Żniwa? Nie miała zielonego pojęcia 

0 życiu na wsi, a jednak znalazła się tu, w Barnham Market w, Suffolk, i za chwilę miała odbyć rozmowę w 
sprawie „czasowego zatrudnienia w niepełnym wymiarze godzin", jak to/było napisane w ofercie. Jednak 
wcale nie była pewna, czy ma ochotę tutaj pracować. 

Roześmiała się z niedowierzaniem. Nie miała pojęcia, co tutaj robi - pomijając fakt, że była właśnie bez 

pracy 

1 pojawiła się przed nią niepowtarzalna szansa sprawdzenia, czy odpowiada jej życie na wsi. 

Prawdę  mówiąc,  całe  doświadczenie  Beth  w  tym  zakresie  ograniczało  się  do  kilku  pikników  w 

towarzystwie takich samych mieszczuchów jak ona. 

Z westchnieniem zamknęła samochód. No dobrze, skoro już tu jest, może odbyć tę rozmowę. 

Jasne, przestronne wnętrze pełne  było roślin  i w  niczym  nie przypominało obskurnych pomieszczeń  i 

zdartego  linoleum  z  jej  dawnej  przychodni.  Miękki  niebiesko-zielony  dywan  wyściełał  poczekalnię,  a 
wygodne  krzesła  otaczały  duży  stół  zarzucony  kolorowymi  magazynami.  Siedziały  tam  dwie  kobiety  w 
ciąży, a pod stołem jakiś berbeć prowadził wesołą pogawędkę z żółtym kubkiem do herbaty. Podeszła do 
recepcji i uśmiechnęła się do przystojnej kobiety w średnim wieku. 

-  Dzień dobry, jestem Beth Turner. O trzeciej mam się spotkać z doktorem Pendragonem. 
-  Tak, oczywiście! Proszę usiąść. Doktor Pendragon zaraz wróci, został nagle wezwany na wizytę 

domową. 

Beth  posłusznie  zajęła  miejsce  pomiędzy  kobietami,  wśród  porozrzucanych  zabawek,  i  zaczęła 

rozważać swoją sytuację. 

Mogło być gorzej, pomyślała, spoglądając na dziecko. Zresztą nic, ale to nic, nie mogło być gorsze od 

mieszkania w Londynie. Nieustanny ruch, hałas i smród. Żyjąc tam przez tyle lat, nigdy tak naprawdę nie 
polubiła tego miasta. 

-  Pocytaj! 

Maluch-z buzią cherubinka wdrapał się na jej kolana, wetknął w rękę książeczkę i teraz wpatrywał się 

w nią wyczekująco. Poczuła dobrze znane bolesne ukłucie. 

Nie, kochanie... - zaprotestowała mama małego. 

-  Ależ nic nie szkodzi. 
-  Jest pani pewna? 

Beth skinęła głową, a chłopczyk znowu podsunął jej książeczkę. 

-  Cytaj! 
-  Powiedz: proszę - upomniała matka. 
-  Plosę! 
Beth z trudem opanowała śmiech i otworzyła książeczkę. 

-  Pewnego razu żył sobie chłopiec, który miał na imię Tom. 
-  Ja jestem Tom! 
-  Naprawdę? - Spojrzała na niego. - Czy to nie zabawne, że obydwaj nosicie to samo imię? 

Mały  włożył  palec  do  buzi  i  poważnie  skinął  głową.  Beth  zamierzała  czytać  dalej,  lecz  w  tym 

momencie pojawiła się pielęgniarka 

-  Pani Turner? Jestem Julia Rudd. Czy mogę panią poprosić do mego pokoju? 

Beth postawiła na podłodze opierającego się Toma, oddała mu książeczkę i ruszyła za Julią. 

-  Przykro mi, że wciąż nie ma doktora. Zazwyczaj można na nim polegać, ale nie zawsze wszystko 

układa się zgodnie z planem. 

Beth o mało się nie roześmiała. Gdyby wszystko układało się zgodnie z planem, nigdy nie znalazłaby 

się tutaj. 

-  Filiżankę herbaty? 

background image

-  Z przyjemnością. 
-  Przejdźmy od razu do biura Gideona. Jestem pewna, iż wróci lada moment. Myślę, że możemy 

zacząć rozmowę bez niego. Proszę chwilę poczekać, a ja nastawię wodę. 

Czekając na powrót Julii, Beth rozglądała się wkoło. Już dawno odkryła, jak wiele można powiedzieć o 

mężczyźnie  na  podstawie  jego  miejsca  pracy,  a  Gideon  Pendragon  nie  stanowił  żadnego  wyjątku.  No, 

może tylko pod tym względem, że nie usiłował ukryć swojej rodziny, pomyślała, i prawie zapomniany ból 

znów się odezwał. Na biurku stały zdjęcia - chłopca, uderzająco przystojnego nastolatka, dwunastoletniej 

dziewczynki,  tak  samo  ładnej,  oraz  małej  trzylatki  z  szopą  jasnych  loków  nad  błyszczącymi  błękitnymi 

oczami, 

- Cudowne dzieciaki. 

Beth  podskoczyła.  Była  myślami  daleko  stąd,  w  Londynie,  przy  Matthew  i  jego  rodzinie,  której 

próbował się wyprzeć. 

Tak... naprawdę cudowne. 

Wzięła filiżankę z herbatą i usiadła na krześle, szykując się na groźne przesłuchanie. Nic takiego jednak 

nie  nastąpiło.  Julia  zadała  kilka  ogólnikowych  pytań,  rzuciła  pobieżnie  okiem  na  jej  podanie  i 

uśmiechnęła się. 

Nie mam pojęcia, dlaczego chcesz tu pracować, ale to chyba niebo nam ciebie zesłało - powiedziała. – 

Odkąd Stephanie odeszła, dosłownie padam z nóg. Czy możesz zacząć od razu? 

- Tak. 

-  To  wspaniale.  Kiedy  przyjdzie  Gideon,  powiem  mu,  żeby  pozałatwiał  te  wszystkie  głupie 

formalności. - Roześmiała się. - Wybacz mi, ale muszę lecieć. O czwartej mam zajęcia z grupą pacjentów 

astmatycznych i muszę przygotować dla nich broszury. Poczęstuj się jeszcze herbatą. On na pewno zaraz 

wróci. 

Julia  wybiegła.  Beth  bez  wyraźnego  powodu  poczuła  się  zdenerwowana.  Jeszcze  raz  spojrzała  na 

zdjęcia i podniosła jedno z nich. Delikatnie pogładziła opuszkiem palca loki najmłodszej dziewczynki. 

Gideon. Cicho wypowiedziała imię, próbując, jak brzmi. Gideon Pendragon. Dziwnie się nazywa. Ktoś 

z Kornwalii? To imię budzi zaufanie, ale też wydaje się ekscytujące. 

Parsknęła śmiechem. Na pewno jest niski, gruby i łysy. A poza tym niepunktualny. 

Odstawiła  fotografię  na  biurko  i  z  irytacją  wyjrzała  przez  okno.  Czy  naprawdę  nikt  inny  nie  mógł 

pojechać  na  tę  wizytę?  Jest  już  prawie  czwarta!  Spójrz  na  to  z  jaśniejszej  strony,  pocieszała  się.  Kiedy 

wrócisz do Londynu, będzie już po godzinach szczytu. 

- Najmocniej przepraszam za spóźnienie - odezwał się niski, głęboki głos o uspokajającym brzmieniu. 

Wstała, aby się przywitać. Stał przed nią wysoki mężczyzna. Nie tyle wysoki, choć słusznego wzrostu, 

co solidny. Dotyczyło to nie tylko jego budowy fizycznej, ale także czegoś głębszego. Emanowała z niego 

niezależność, wewnętrzna siła i rzetelność. 

- Przykro mi, że musiała pani czekać. Jestem Gideon Pendragon. - Wyciągnął do niej rękę. Uścisk był 

background image

ciepły i budzący zaufanie. 

- Beth Turner. 

Spojrzała mu w twarz i zobaczyła starszą kopię chłopca z fotografii. Zaintrygowały ją zwłaszcza jego 

oczy.  Piękne,  szarozielone,  w  oprawie  długich  czarnych  rzęs,  jednocześnie  jednak  pełne  smutku  i 

znużenia. 

- Czy coś się stało? - zwróciła się do niego z mimowolnym współczuciem. 

-  Można  tak  powiedzieć.  -  Zaśmiał  się  krótko  i  przeciągnął  dłonią  po  ciemnych,  prostych  włosach. - 

Ludzie przeważnie umierają w najbardziej niedogodnym momencie. 

Gdyby  nie widziała  jego oczu, mogłaby pomyśleć, że  jest gruboskórny. Podsunęła  mu swoje papiery. 

Przerzucił je szybko i odłożył na biurko. Wyciągnął się na krześle z rękami za głową. 

- No i co mówiła Julia? Jest zwykle bardzo bezpośrednia. 

- Powiedziała, żeby pan pozałatwiał te wszystkie głupie formalności. 

Roześmiał się, a rysy jego twarzy zmiękły i w zmęczonych oczach pojawiło się więcej życia. 

- Dobrze. Mam tylko jedno pytanie. 

-  Dlaczego  interesuje  mnie  „czasowe  zatrudnienie  w  niepełnym  wymiarze  godzin"  w  przychodni  na 

takim odludziu? 

- Spodziewała się pani tego pytania! - Na jego ustach pojawił się szeroki uśmiech. 

- Trochę - odpowiedziała rozbawiona. - Po prostu potrzebuję pracy. Nie wiem jednak, czy chcę osiąść 

gdzieś  na stałe. Muszę  mieć chwilę  czasu, aby złapać oddech  i zastanowić  się nad przyszłością.  A poza 

tym byłam zmuszona dokonać zmian w swoim życiu i akurat nie spotkałam stałej, pełnoetatowej pracy z 

wielkim napisem: „Proszę, weź mnie". 

Przyjrzał się jej uważnie. 

 -Musi pani złapać oddech? Czy przydarzyło się pani coś złego? 

- Powiedzmy, że chodziło o konflikt interesów. 

- A więc mężczyzna? 

- Tak. - Nie zamierzała rozwodzić się na ten temat, zresztą szczegóły nie były istotne. 

- Ucieczka? 

- Nie - oświadczyła, patrząc mu prosto w oczy. – Nie mam zwyczaju uciekać, panie doktorze. Po prostu 

zdecydowałam, że pora się ruszyć. 

- A to mi się dostało - zachichotał. - Szuka więc  pani kryjówki, w której  będzie  mogła  lizać rany.  W 

porządku. Nie ukrywam, że  bardzo się cieszymy,  iż pani tu  jest. Stephanie, którą pani zastąpi, zaszła  w 

ciążę  i  musiała  przerwać  pracę  wcześniej,  niż  się  spodziewała.  Spada  nam  pani  z  nieba,  tak  więc  nie 

możemy  wybrzydzać.  Cokolwiek  skłoniło  pielęgniarkę  o  takich  kwalifikacjach  do  podjęcia  pracy  tutaj, 

witamy w zespole! 

I to wszystko. Dostała pracę. Oszołomiona uścisnęła mu rękę nad biurkiem, a on uśmiechnął się lekko. 

background image

- Kiedy może pani zacząć? Lekko wzruszyła ramionami. 

- W każdej chwili. Poniedziałek? 

 

- Jutro? 

-  Jutro?  -  Zawahała  się.  -  Może  mogłabym,  ale  nie  mam  gdzie  mieszkać  i  nie  przywiozłam  ze  sobą 

żadnych rzeczy. Musiałabym pojechać dziś do Londynu i zabrać coś, co by mi wystarczyło przynajmniej 

do weekendu. No i muszę znaleźć pokój, na razie chyba w jakimś hoteliku. 

- Mam mieszkanie. Co prawda to tylko pokój z łazienką nad starą wozownią, ale jest tam ogrzewanie i 

wszystko, czego może pani na początek potrzebować. To mieszkanie ma dostać William, mój syn, za rok 

kiedy pójdzie do college'u, nie mogę go zatem wynająć na dłużej. Ale pani pracuje tu tymczasowo, więc 

chyba się dogadamy. 

 

- Brzmi to bardzo zachęcająco-powiedziała, poddając się biegowi zdarzeń. 

- W takim razie, proszę. - Otworzył przed nią drzwi i sprowadził na dół do recepcji. 

Idę 

pokazać 

pani 

Turner 

mieszkanie 

– 

poinformował  

recepcjonistkę. - Niedługo wrócę. Wpisz ją na listę płac. Zaczyna od jutra. 

Beth, lekko oszołomiona, podążyła za nim. Wyszli bocznymi drzwiami i skręcili na ulicę. Przychodnia 

znajdowała  się  przy  rynku,  który  stanowił  centrum  tego  maleńkiego  miasteczka.  Przeszli  przez  plac  i 

skręcili  w  wąską  uliczkę,  minęli  kościół  i  dotarli  do  przestronnego  domostwa  w  stylu  gregoriańskim. 

Zbudowany z kremowo żółtych kamieni dom otoczony był porządnie utrzymanym trawnikiem. 

- Jaki cudowny! - zauważyła Beth. 

- Cieszę się, że ci się podoba - roześmiał się Gideon. - Czasami zapominam, jaki ze mnie szczęściarz. 

To twój? Myślałam, że to plebania. 

Tak 

było 

jeszcze 

dwadzieścia 

lat 

temu. 

Ale 

dziś 

pastor 

w dużo skromniejszych warunkach. - Wskazał bardzo ładny nowoczesny budynek, dużo skromniejszy niż 

imponująca  gregoriańska  siedziba,  podziwiana  przez  Beth.  Weszli  przez  wysoką  furtkę  i  zatrzymali  się 

przed stojącym z  boku budynkiem, również większym od obecnego domu pastora. Prowadziły do niego 

duże białe wrota, na piętrze zaś zdobiły go ostre łuki okiennych wykuszy. 

To  tutaj.  To  jest  właśnie  wozownia.  Dołu  używamy  jako  garażu.  Kiedy  dzieci  były  młodsze, 

czasem bawiły się na górze, ale teraz z tego wyrosły. 

W  jego  głosie  zabrzmiał  żal,  tak  jakby  tęsknił  do  czasów,  kiedy  dzieci  były  małe.  Beth  poczuła  do 

niego jeszcze większą sympatię. Jaki to uroczy, solidny i przywiązany do rodziny mężczyzna, pomyślała. 

Zupełnie inny niż zmienny, niewierny Matthew. 

Otworzył  drzwi  z  boku  wozowni  i  wprowadził  ją  do  wnętrza.  Z  podziwem  popatrzyła  na  wysokie, 

belkowane  sklepienie.  Czarne  kręcone  schody  z  kutego  żelaza  prowadziły  na  górę.  Zadzwoniły  pod  jej 

background image

stopami, kiedy lekko po nich wbiegała. 

Pokój był cudowny - wielki, jasny i przestronny. Miał z każdej strony okno. Dwa wychodziły na ogród, 

a z pozostałych roztaczał się widok na pola. Jeszcze nie zżęte zboża falowały poruszane lekkim wiatrem. 

Słychać  było  też,  jak  szepczą  liście  pobliskich  drzew.  Gdzieś  w  gałęziach  śpiewał  ptak.  Beth  zamknęła 

oczy i słuchała oniemiała z zachwytu. 

Meble są może trochę staroświeckie, ale porządne i czyste. Jeśli chcesz, możemy poszukać czegoś 

innego... 

Otworzyła oczy i rozejrzała się wokoło. 

Ściany  były  białe,  a  sufit  z  naturalnych  dębowych  belek.  Miękki  dywan  o  spłowiałych  kolorach 

przykrywał  podłogę.  Sosnowy  stół,  krzesła  i  rzeźbione  łóżko  świetnie  pasowały  do  całości.  Wygodna 

stara  sofa  przykryta  była  perkalową  narzutą  w  roślinne  wzory.  Na  końcu  pomieszczenia  znajdowała  się 

niewielka  wnęka  z  kuchenką,  zlewem  w  sosnowej  obudowie  i  małą  lodówką.  Po  drugiej  stronie  były 

drzwi prowadzące prawdopodobnie do łazienki. 

Wszystko jest idealne - powiedziała z zachwytem. - Absolutnie cudowne. Nie mogę uwierzyć we 

własne szczęście... 

Uśmiechnął  się,  a  w  jego  zatroskanych  oczach  pojawił  się  ciepły  blask.  Beth  poczuła,  jak  gdzieś 

głęboko w jej sercu coś zadrgało. 

Cieszę  się,  że  ci  się  podoba  -  powiedział  miękko.  Nagle  odniosła  wrażenie,  że  pokój  jest  zbyt 

mały, a ten mężczyzna zbyt wielki i znajduje się nazbyt blisko. Odwróciła się zawstydzona. 

Tu jest tak przytulnie. Twoja żona musi mieć szczególny dar - dodała specjalnie, by przypomnieć 

sobie, że on jest żonaty. 

Zapadła cisza. Odwróciła się  i  spojrzała  na  niego badawczo. Jego oczy znów były zmęczone, a twarz 

naznaczona smutkiem. 

Moja żona nie żyje. Umarła cztery lata temu. 

Sophie  odmawiała  współpracy  w  sposób,  w  jaki  tylko  czterolatki  to  potrafią.  Gideon  starał  się  nie 

stracić cierpliwości, zdecydowany wygrać przynajmniej tę bitwę, jeśli nie mógł wygrać wojny. 

W  końcu  mała  została  wykąpana  i  zapakowana  do  łóżka.  Claire  kończyła  właśnie  pracę  domową  z 

łaciny i zabierała się do biologii. Will był w swoim pokoju. Rozdzierająca muzyka Dire Straits sprawiała, 

że szyby drżały w oknach. Otworzył drzwi do jego pokoju. 

- William! - wrzasnął. 

Muzyka gwałtownie ucichła. 

- Cześć, tato! 

- Idę na chwilę do wozowni. Ta pielęgniarka zjawi się tu lada moment i chcę sprawdzić, czy wszystko 

jest gotowe. Możesz zwrócić uwagę na dziewczynki? 

Will  skinął  głową.  Gideon  zamknął  drzwi,  za  którymi  znów  rozległ  się  ogłuszający  hałas.  Ruszył  w 

background image

kierunku swego sanktuarium w wozowni. 

Ciągle nie mógł zrozumieć, dlaczego pozwolił jej się tam wprowadzić. To był jego azyl, oaza spokoju, 

do której uciekał, kiedy nie potrafił już wytrzymać natłoku życiowych problemów. 

Musiał oszaleć, pozbywając się tego miejsca. 

Wspiął się po schodach  i  skierował w stronę wnęki kuchennej. Sprawdził, czy gospodyni zaopatrzyła 

lodówkę w jedzenie, tak jak ją prosił, czy łóżko jest pościelone, a łazienka przygotowana. 

W  nagłym odruchu zszedł  na dół  i zerwał kilka róż. Próbował ułożyć  je w wazonie. Prawdę  mówiąc, 

umiejętność ta nie należała do jego mocnych stron, ale chciał się zdobyć na jakiś gest wobec dziewczyny. 

Może żeby wynagrodzić jej swoje zachowanie? 

Był  szorstki,  ale  naprawdę  nie  miał  ochoty  rozmawiać  o  śmierci  Denis  i  towarzyszących  jej 

wydarzeniach. 

Postawił kwiaty na stole i wyciągnął się na sofie. 

A niech to, ta dziewczyna jest śliczna! Miękka i ciepła, jak słońce w wiosenny poranek. 

Zebrało  ci  się  na  poezje,  żachnął  się.  Poczuł  głęboko  w  piersiach  ból  i  -  dużo  niżej  -  napięcie 

przypominające o uśpionych od lat pragnieniach. 

Nie, powiedział sobie. Jest zbyt słodka, miła i niewinna, by wykorzystać ją do zaspokojenia własnych 

potrzeb. Do diabła, przecież ona nawet nie zna reguł gry! 

Samochód zatrzymał się  na podjeździe. Gideon zszedł  na dół. Beth uginała  się pod ciężarem walizki. 

Uprzejmość nakazywała jej pomóc. 

Jeszcze coś? 

Owiał go jej słodki zapach i ból się wzmógł. 

Nie, na razie to wszystko. Po resztę rzeczy pojadę podczas weekendu. 

Odwrócił się bez słowa i wszedł do środka, niosąc przed sobą walizkę. Postawił ją przy łóżku i otrzepał 

ręce. 

Róże? Och, jak to ładnie z twojej strony - powiedziała miękko. 

Poleciłem gospodyni, aby przygotowała dla ciebie pokój - odparł. Ten drobny, romantyczny gest wydał 

mu się nagle idiotyczny, ale był zadowolony, że sprawił jej przyjemność. - Zostawiam cię, żebyś mogła 

się rozgościć. Gdybyś czegoś potrzebowała, to przyjdź. 

Odwróciła się w  jego stronę. Jej piękne, niebieskie oczy uśmiechały się do niego. Boleśnie zapragnął 

oswobodzić  jej  ściągnięte  w  kucyk  włosy  i  rozsypać  na  ramionach.  Prawie  czuł  ich  jedwabisty  dotyk 

między  palcami.  Wyglądałyby  jak  złoty  deszcz  na  poduszce,  kaskadą  opadałyby  na  jego  pierś,  kiedy 

uniosłaby się, by na niego popatrzeć z figlarnym uśmiechem igrającym na wargach... 

Stop, Gideonie! Nie wolno ci o tym nawet myśleć! 

Pospiesznie życzył jej dobrej nocy i zbiegł po schodach, chroniąc się w błogosławionej ciemności nocy. 

Gideon  -  nie  potrafiła  o  nim  myśleć  jako  o  doktorze  Pendragonie  -  odnalazł  ją  następnego  ranka  w 

background image

przychodni. 

- Wszystko w porządku? - spytał. 

- Tak, dziękuję - skinęła głową. - Na razie pomagam Julii uporać się z zaległościami, a od poniedziałku 

rozpocznę normalną pracę. 

- To dobrze. I od razu przygotuj się na nadgodziny. 

- Nic nie szkodzi. Myślę, że będę miała nadmiar wolnego czasu. 

-  A  co  byś  powiedziała  na  pracę  w  poradni  antynikotynowej?  Zapomniałem  ci  o  tym  wcześniej 

wspomnieć, bo prowadzimy zajęcia wtedy, gdy uzbiera się grupka chętnych. I właśnie rozpoczynamy w 

najbliższy poniedziałek. 

- Nie ma sprawy, robiłam to już wcześniej. Ty także bierzesz w tym udział? 

Tak. Uważam, że jest to bardzo potrzebne i opłacalne przedsięwzięcie, szczególnie jeśli pamięta się o 

tym,  ile  czasu  zajmują  nam  palacze  i  jakie  są  koszty  ich  leczenia.  Na  pewno  będę  w  ten  poniedziałek. 

Mam pacjenta, niepoprawnego palacza, któremu trzeba będzie zrobić bypass. Chirurg nie daje mu jednak 

wielkich szans, o ile nie zrezygnuje z nałogu. Będę chciał z nim porozmawiać. 

Przez  chwilę  myślała,  że  pragnie  jej  jeszcze  coś  powiedzieć,  ale  on  tylko  skinął  głową  i  szybko  się 

oddalił. 

Beth obserwowała jego długi krok i sprężyste ramiona. Poruszał się z gracją urodzonego atlety. 

Tego ranka, słysząc chrzęst żwiru koło wozowni, wyjrzała przez okno i zobaczyła, jak Gideon biegnie 

ścieżką  w  stronę  kościoła.  Po  pewnym  czasie  usłyszała  go  znowu,  ale  zmusiła  się,  aby  tym  razem  nie 

wyjrzeć,  choć  pokusa  była  wielka.  Wystarczy  jeden  raz,  mówiła  sobie.  W  końcu  musi  dbać  o  to,  by 

pozostać  przy  zdrowych  zmysłach,  a  napawanie  się  widokiem  mocnych  ramion,  wąskich  bioder  i 

poruszających się rytmicznie męskich nóg mogło się źle skończyć. 

Pracy  w  przychodni  nie  brakowało.  Beth  szczepiła  dzieci,  dokonywała  przeglądów  profilaktycznych, 

przygotowywała  broszury  informacyjne  dotyczące  samobadania  piersi  i  jąder,  prawidłowego  żywienia  i 

stylu życia. 

Pewna  starsza  kobieta,  Mabel  Robinson,  przyszła  do  niej  na  zmianę  opatrunku  owrzodzonej  nogi. 

Osunęła się z westchnieniem na krzesło i uśmiechnęła pogodnie. 

Dzień dobry, skarbie. Daj mi sekundkę odetchnąć i zaraz zdejmę pończochę. 

Beth odpowiedziała jej uśmiechem i uklękła. 

- Proszę się nie trudzić, ja to zrobię. Przyszła pani na zmianę opatrunku, prawda? 

- Tak. Piekielny wrzód! Nic się nie poprawia. 

-  Obejrzyjmy  go  sobie.  -  Beth  ostrożnie  zsunęła  pończochę,  wymyła  ręce  i  zdjęła  higroskopijny 

opatrunek z rany. - No tak, to musi być dokuczliwe. Przemyję nogę i poproszę doktora Pendragona, żeby 

ją obejrzał. 

Delikatnie oczyściła ranę i zadzwoniła do gabinetu Gideona, prosząc, żeby przyszedł. Po chwili stał już 

background image

w drzwiach. 

Witaj, Mabel, jak zdrowie? 

Sam  pan  wie,  doktorze.  Raz  gorzej,  raz  lepiej.  Przykucnął  na  podłodze  koło  Beth  i  zbadał 

dokładnie 

ropień. 

Wygląda chyba lepiej niż poprzednim razem, ale trzeba przyznać, że nie goi się zbyt szybko. Może 

powinniśmy spróbować innej maści. Miejmy nadzieję, że trochę go wysuszy. 

Podczas kiedy Beth zajęta była opatrywaniem rany, pani Robinson zaczęła ją wypytywać. 

- Jesteś tu nowa, prawda? Dziewczyna skinęła głową. 

- To mój pierwszy dzień. 

- Podobno zamieszkałaś u doktora Pendragona? 

-  Na  piętrze  wozowni  -  uściśliła  pospiesznie  Beth.  Nie  chciała,  żeby  krążyły  jakieś  plotki,  ale  jej 

pacjentka wyraźnie była dobrze poinformowana. 

- Tak, wiem, skarbie - powiedziała. - Czy spotkałaś już dzieci? 

- Nie, jeszcze nie. - Pokręciła głową. 

- Wspaniałe dzieciaki. To okropne, że nie mają matki. 

-  Uhm.  -  Beth  świadomie  unikała  rozmowy.  Nie  miała  ochoty  wdawać  się w  dyskusję  o  Gideonie,  a 

szczególnie  o  jego  żonie,  z  tą  uroczą,  ale  z  pewnością  zbyt  wścibską  starszą  panią.  Wiedziała  już,  że 

znajduje się w miejscu, gdzie nawet anioł musi uważać na każdy krok. - No, i jak pani się teraz czuje? - 

spytała. 

- Lepiej. Bardzo ci dziękuję, moja droga. 

Beth  otworzyła  przed  nią  drzwi  i  przytrzymała  je.  Patrząc,  z  jakim  trudem  starsza  pani  się  porusza, 

zastanowiła się, jak daleko ma do domu. 

-  Pani  Robinson!  -  zawołała,  doganiając  ją  na  korytarzu.  -  Czy  nie  byłoby  lepiej,  gdyby  siostra 

środowiskowa przychodziła zmieniać opatrunek u pani w domu? 

- Och, nie! - W oczach pani Robinson pojawiły się  figlarne ogniki. - Straciłabym wówczas wszystkie 

plotki. Poza tym mieszkam tuż obok. 

Beth  roześmiała  się  i  nie  zatrzymywała  jej  dłużej.  Zresztą  trochę  gimnastyki  i  zmiana  otoczenia  na 

pewno były dobre dla chorej. 

Chciała  już  wrócić  do  swego  pokoju,  gdy  na  korytarzu  pojawił  się  David  Hendry,  palący  pacjent 

Gideona oczekujący na bypass. Zatrzymał się, aby z nią porozmawiać, ale zanim zdążył coś powiedzieć, 

rozkaszlał się. 

- Paskudny kaszel - postanowiła sama zacząć rozmowę. 

- To przez te papierosy. 

-  Ale  zamierza  pan  rzucić  palenie,  prawda?  Sama  paliłam,  kiedy  byłam  w  szkole  pielęgniarskiej  i 

background image

musiałam przestać, gdy rozpoczynałam pracę. Pamiętam, jakie to było trudne. 

- Nie musi mi pani tego mówić - parsknął. - Próbowałem, Bóg mi świadkiem, że się starałem, ale tym 

razem na pewno się uda. Mam zbyt wiele do stracenia. - Spojrzał jej w oczy. - To pani będzie prowadziła 

naszą grupę w poradni antynikotynowej? 

Tak. 

- W takim razie życzę, aby się pani ze mną powiodło. - Wykrzywił usta w uśmiechu. 

Położyła mu dłoń na ramieniu. 

Proszę  się  nie  martwić.  Tym  razem  się  uda.  Nie  pozwolę,  żeby  było  inaczej.  Do  zobaczenia  w 

poniedziałek. 

W piątek, kończąc pracę, Beth oddała karty chorych w recepcji. 

- Skończyłaś już? - zagadnęła ją Molly. 

- Mam nadzieję. 

- To dobrze. - Dziewczyna popatrzyła na nią życzliwie. - Jak się urządziłaś na plebanii? 

Wspaniale - przyznała uczciwie Beth, istotnie zachwycona swoją kwaterą. 

Nie  była  jednak  pewna,  czy  jej  gospodarz  jest  w równym  stopniu  zadowolony.  Poza  sprawami  ściśle 

zawodowymi od początku utrzymywał wyraźny dystans  między  nimi.  W każdym razie od chwili,  kiedy 

pozwoliła sobie na uwagę o jego żonie. 

Skąd jednak mogła wiedzieć? Nie miał przecież na czole tabliczki, że jest wdowcem. Mimo to było jej 

przykro. 

Na  razie  pracowała  w  pełnym  wymiarze  godzin,  żeby  pomóc  Julii,  ale  od  poniedziałku  była  do 

dyspozycji, zgodnie z umową, tylko rano. Poza tym dodatkowo we wtorek po południu i w poniedziałek 

wieczorem - w poradni antynikotynowej. 

Dla kogoś, kto przywykł do pracy na pełnym etacie, nie było to dużo. Będzie musiała znaleźć sobie coś, 

co zapełni jej wolny czas. Może ktoś ze starszych pacjentów ma psa, którego należy wyprowadzać, albo 

trzeba będzie komuś robić zakupy? Pytała, ale na razie nikt nie potrzebował jej pomocy. Teraz zamierzała 

znaleźć sklep i kupić coś do jedzenia. Potem wróci do domu, przygotuje sobie posiłek i będzie się wylegi-

wać przed telewizorem na tej niewiarygodnie wygodnej sofie. 

Może zacznie szyć patchworki albo tkać gobeliny, aby  jakoś przetrwać długie zimowe wieczory? Był 

dopiero wrzesień, ale zmierzchało już wcześnie, a w powietrzu czuło się chłodny powiew. 

Pożegnała się z Molly i ruszyła w stronę drzwi. 

Spaghetti i może trochę tych wspaniałych serów ze specjalnego sklepu, który odkryła na rynku? 

Weszła  i  kupiła  trochę  dolcelatte  i  plaster  owczego  sera,  a  potem,  powodowana  nagłym  impulsem, 

wzięła także butelkę Chianti. 

- Czy szykuje się jakaś uroczystość? 

Nie  miał  zamiaru  z  nią  rozmawiać,  ale  trudno  było  wciąż  jej  unikać,  a  poza  tym  nie  chciał  być 

background image

podejrzanie niemiły. 

Odwróciła się do niego z uśmiechem, trzymając butelkę w ręku. 

Raczej nie. Po prostu Chianti wygląda tak zachęcająco... 

Nie powinnaś pić sama - wyrwało mu się. Wzruszyła ramionami. 

Mam taką zasadę. Ale pomyślałam, że dzisiaj mogę zrobić wyjątek. 

Wyglądała przez moment tak smutno, że sam nie wiedząc dlaczego, zaprosił ją na kolację. 

Nie  będzie  nic  specjalnego.  Chyba  spaghetti  bolognese.  Dziś  jest  kolej  Willa,  a  on  zawsze  to 

gotuje. 

Omal się nie roześmiała. 

- Miałam właśnie zamiar przyrządzić to samo! 

- A więc przyjdziesz? 

Przyłapał się na tym, że z niepokojem oczekuje na jej odpowiedź. 

Dziękuję, z przyjemnością. I przyniosę sery. Będzie my mogli je zjeść na deser. 

Gdy  uśmiechała  się,  jej  oczy  zalśniły.  Gideon  znów  poczuł  ból  w  dole  brzucha.  Cholera,  co  ja 

narobiłem, pomyślał. 

- To świetnie - powiedział krótko. - O siódmej. 

- Będzie mi bardzo miło, ale czy jesteś pewien? 

Absolutnie - skłamał. - Do zobaczenia. Zostawię zapalone światło przed domem. 

ROZDZIAŁ DRUGI

 

O siódmej już szarzało. Zapalone światła sprawiały, że wielki dom robił wrażenie przytulnej przystani. 

Beth  zadzwoniła  do  drzwi.  Czekała  przez  chwilę  i  ponownie  nacisnęła  dzwonek.  Z  trudem  usłyszała 

jego dźwięk wśród dobiegającego zza drzwi hałasu i krzyku dziecka. 

Uśmiechnęła  się.  Wygląda  na  to,  że  mała  dostała  ataku  wściekłości.  Nie  czekając  dłużej,  otworzyła 

drzwi i natknęła się na istne piekło. 

Dziewczynka  leżała  na podłodze  i wrzeszczała. Z kuchni wydobywały  się kłęby pary  i  jakieś  basowe 

dudnienie. Z drugiego pokoju dochodził ogłuszający ryk telewizora, a z góry dobiegała jeszcze jakaś inna 

muzyka. 

Beth zamknęła oczy  i z trudem powstrzymała  śmiech. Biedaczysko, nic dziwnego, że  nie usłyszał  jej 

dzwonienia. 

Weszła  do  kuchni,  lecz  nie  znalazła  tam  nikogo.  W  czajniku  gotowała  się  woda,  a  obok,  na  pełny 

regulator, grało radio. Jedno i drugie wymagało jej zdaniem wyłączenia. Zrobiła to, a następnie poszła do 

pokoju i wyłączyła telewizor. 

background image

Zapadła  niczym  nie  zmącona  cisza.  Nawet  dziecko  przestało  płakać,  zasłuchane  w  to  niecodzienne 

zjawisko. 

- Cześć - powiedziała Beth.  

Dziewczynka spojrzała na nią niepewnie. 

- ...ść. 

- Jestem Beth. 

Sophie. 

Beth usiadła na podłodze obok małej. 

- Czy coś się stało? 

- Nic - wymamrotała dziewczynka. - Nie mogę znaleźć tatusia. Wołam go. 

- Myślę, że on cię nie słyszy. Może poszukamy go razem? 

- Kto wyłączył wodę? - usłyszała jakiś podniesiony głos. Młody chłopak pędem zbiegł ze schodów. 

- Ja. 

Aha. - Z trudem wyhamował tuż koło niej. - Hmm... Czy z Sophie wszystko w porządku? 

Spojrzała na młodszą wersję Gideona. Chłopiec był szczuplejszy i trochę jeszcze niezgrabny, ale oczy 

miał takie jak ojciec. 

Chyba tak. Myślę, że chciała tylko, aby ktoś ją usłyszał - powiedziała z przekąsem. 

Zaczerwienił się. 

Pani jest na pewno tą nową pielęgniarką? – Skłonił się ź uśmiechem. - Jestem William. 

A ja Beth, i to ja wyłączyłam wodę. Obawiam się jednak, że niewiele jej zostało. 

Poczuła, jak ktoś ciągnie ją za rękę. 

Znajdź tatusia - domagała się Sophie. 

William wziął ją na ręce. 

-  Tatuś  bierze  prysznic.  -  Spojrzał  na  dziewczynę.  -  Prosił,  żeby  panią  przeprosić,  będzie  za  chwilę. 

Miał pewne kłopoty w łazience. Czy mogłaby pani pomóc mi zapakować Sophie do łóżka, a ja zająłbym 

się spaghetti? Sos jest już gotowy. 

- Ja chcę ghetti! 

- Ty już jadłaś, szkrabie, nie marudź. - Pocałował ją i wręczył Beth. - Jej pokój jest na piętrze po prawej 

stronie.  Nie  można  go  pomylić,  pełno  w  nim  kudłatych,  różowych  stworów  na  podłodze.  Sophie 

zachichotała. 

- Moje małe kucyki. Chcesz zobaczyć? 

- Serce Beth ścisnęło się. Mała była taka słodka! 

- Marzę o tym. Możesz mi pokazać? 

Postawiła dziewczynkę na ziemi i, trzymając się za ręce, weszły po schodach. Zaintrygowana, jakie to 

kłopoty miał Gideon w łazience, nie musiała długo czekać na zaspokojenie swej ciekawości. 

background image

- Kąpałam się w wannie - poważnie poinformowała ją Sophie, kiedy znalazły się na szczycie schodów. 

- To była bardzo duża kąpiel. 

- O! - odparła Beth z taką samą powagą. – Bardzo duża? 

- Za duża. Woda się wylała i wszystkie bąbelki wyleciały na podłogę. 

Beth w ostatniej  chwili powstrzymała się od śmiechu. Skręciły w prawo, akurat na czas, by zobaczyć 

Gideona wychodzącego z łazienki z ręcznikiem luźno owiniętym wokół bioder. 

Beth! 

Uśmiechnęła się niepewnie. 

- Sophie płakała i William poprosił, żebym ją położyła do łóżka... 

- Ach, ten chłopak. Szkrabie, chodź do mnie! - Wyciągnął do niej ramiona. 

Dziewczynka schowała ręce za plecami. 

- Beth mnie położy. 

- Nie, tatuś. 

- Nieee... - Małe usta wydęły się. 

- Naprawdę, chętnie to zrobię. 

- Proszę, tatusiu, proszę... 

Beth spojrzała na małą psotnicę i poczuła ukłucie w sercu. 

Mam ochotę to zrobić. Poczytam jej książeczkę, kiedy będziesz się ubierał. 

Spojrzał  w  dół,  jakby  dopiero  teraz  przypomniał  sobie,  że  nie  jest  odpowiednio  ubrany.  Smutny 

uśmiech z wolna zagościł na jego twarzy. 

- Czuj się jak u siebie w domu - burknął. - Ale tylko dziesięć minut - dodał, zwracając się do Sophie. 

- Dobrze - pisnęła i zaprowadziła Beth za rękę do swego pokoju. 

 

To był uroczy wieczór. Claire, środkowa z trójki rodzeństwa, początkowo milczała i obserwowała, ale 

kiedy  doszła  do  wniosku,  że  Beth  nie  stanowi  zagrożenia,  otworzyła  się  i  zachowywała  sympatycznie. 

Will był zabawny, mimo upodobania do rozdzierającej uszy muzyki, zdecydowała Beth, no a Sophie - w 

niej po prostu zakochała się i nic nie mogło tego zmienić. Tylko Gideon nadal stanowił dla niej zagadkę. 

Milczący i uważnie obserwujący, podobnie jak Claire, nie potrafił się jednak otworzyć tak jak ona. 

Może nigdy tego nie robi. Wydawało się, że dzieci nie dostrzegają nic niezwykłego w jego zachowaniu. 

Poza  tym  był  bardzo  uprzejmy.  Tak  jakby  cały  czas  wycofywał  się,  może  żałując  zbyt  pochopnego 

zaproszenia. Kiedy powiedziała, że musi już iść, natychmiast zerwał się na nogi. 

Odprowadzę cię - oświadczył. 

Pożegnała się więc z dziećmi, podziękowała Willowi za kolację i pozwoliła się odprowadzić. 

Kiedy szli do wozowni, towarzyszyło im tylko skrzypienie żwiru na ścieżce. 

Przepraszam za ten bałagan, który zastałaś – odezwał się w końcu, gdy dotarli do drzwi. 

background image

Wyobrażam sobie, że tak to wieczorem wygląda w większości rodzin z dziećmi - odpowiedziała, 

nie zda-jąć sobie sprawy z nuty zadumy, która pojawiła się w jej j głosie. 

Skinął głową i popatrzył na nią uważnie. 

- Czy masz braci albo siostry? 

- Nie. Jedno dziecko w zupełności wystarczyło moim rodzicom. Udało mi się zakłócić ich błogi spokój 

do tego stopnia, że nie mieli zamiaru powtarzać tego doświadczenia. 

- Mówisz to z goryczą. 

- Doprawdy? Przepraszam. Do tej chwili myślałam, że już sobie z tym poradziłam. I chyba tak jest, ale 

dzisiaj... Jesteś szczęśliwym człowiekiem, Gideonie. 

- Nie zawsze tak to wygląda - zaśmiał się nisko. 

- Na przykład, kiedy wycierasz podłogę w łazience? 

-  No  właśnie.  A  przy  okazji,  chciałem  ci  podziękować,  że  pomogłaś  mi  z  Sophie.  Jest  prawdziwym 

skarbem, kiedy się nie awanturuje. 

- Zauważyłam. 

Zapadła między nimi pełna napięcia cisza. Wreszcie Gideon sięgnął do klamki i otworzył drzwi. 

- Lepiej już idź, bo zmarzniesz - wymamrotał chrapliwie. 

- Dziękuję za przemiły wieczór. 

- Cała przyjemność po mojej stronie. Dobranoc. - Odwrócił się na pięcie i odszedł. 

Zamknęła za sobą drzwi. Czy tylko jej się wydawało, czy też chciał ją pocałować? Nie założyłaby się, 

ale... 

Nonsens! Weszła na górę, a potem nie była w stanie powstrzymać się, by nie wyjrzeć przez okno. Stał 

pod drzwiami domu i zamachał ręką, zanim wszedł do środka. 

Czyżby chciał sprawdzić, czy wyjrzy za nim? 

Bóg  raczy  wiedzieć,  pomyślała.  Opuściła  zasłonę.  Zwią-zek  z  kolejnym  obarczonym  rodziną 

mężczyzną  był  ostat-ijfa  rzeczą,  jakiej  by  potrzebowała.  Nawet  jeśli  jest  to  wdowiec,  a  jego  maleńka 

córeczka tak świetnie czuje się w jej boleśnie pustych ramionach. 

W  czasie  weekendu  przewoziła  swoje  rzeczy  z  Londynu  i  napisała  mnóstwo  listów  z  informacją  o 

zmianie  adresu.  O  szóstej  skończyła  się  rozpakowywać  i  poczuła,  że  jest  bardzo  głodna.  Właśnie 

zastanawiała się, co zrobi do jedzenia, kiedy Usłyszała kroki na ścieżce i dzwonek do drzwi. 

Na dole zastała Williama. Stał oparty o ścianę z leniwym uśmiechem na twarzy. 

- Tata pyta, czy  nie  miałaby pani ochoty przyjść  dziś do nas na kolację. Zapytałby osobiście, ale dziś 

miał pewne kłopoty z puddingiem i z Sophie, która wylała sos na stół. 

Starała się zapanować nad śmiechem, ale nie dość skutecznie. 

-  Nie  radzę  się  z  niego  śmiać.  W  tej  chwili  przypomina  królową  Wiktorię.  Jest  chodzącą  powagą  - 

uśmiechnął się szeroko Will. 

background image

- Biedny Gideon. Oczywiście, że chętnie przyjdę. Mogę iść tak jak teraz, czy powinnam się przebrać? 

Will obrzucił spojrzeniem jej dżinsy i sweterek. 

-  W  porządku.  Tata  pewnie  się  przebiera,  ale  to  dlatego,  że  jest  cały  wysmarowany  sosem  i  nie  ma 

innego wyjścia. 

Zabrała  wiec  klucze,  zgasiła  światło  i  ruszyła  za  chłopcem.  Kiedy  weszli  do  domu,  natknęli  się  na 

kolejną  piekielną  scenę.  Nie  była  ona  tak  głośna  jak  piątkowa,  ale  równie  szalona.  Warzywa  właśnie 

prawie się rozgotowały, a Sophie usiłowała wleźć na kredens. 

Ja chcę herbatnika! - wrzeszczało dziecko, ale nie zrobiło to na Beth specjalnego wrażenia. 

- Nie, zaraz będzie kolacja, a herbatnik zepsułby ci j apetyt. Chodź, poszukamy tatusia. 

- On nie chce mnie widzieć, dopóki zachowuję się jak wiatrak - powiedziała żałośnie dziewczynka. 

Usta wygięły się jej w podkówkę. 

Kochanie,  na  pewno  nie  będzie  miał  nic  przeciwko  temu,  żebyś  odwiedziła  go  ze  mną.  Jeśli 

będziesz trzymała rączki przy sobie, wszystko będzie dobrze. 

Wyszły na korytarz i zastały tam Claire przyklejoną do telefonu. 

W  takim  razie  nie  rób  tego!  To  nie  do  wiary,  jak  bardzo  pozwalasz  im  się  wtrącać.  Powiedz  po 

prostu: nie. Och, Annie, nie mów mi, że nie potrafisz tego zrobić! - perswadowała dziewczyna. 

Beth ominęła ją i wtedy pojawił się Gideon. 

- Odłóż tę cholerną słuchawkę! - krzyknął i nagle stanął twarzą w twarz z gościem. Przygładził włosy. - 

Cześć. Dobrze, że przyszłaś, muszę tu tylko zaprowadzić jakiś porządek. 

- Czy mogę ci w czymś pomóc? 

- Pokręcił głową. 

Chyba już lepiej nie będzie. Zjedzmy i zapomnijmy o wszystkim. 

Przynieśli z kuchni resztę jedzenia. Beth przyglądała się, jak Gideon zgrabnie kroi pieczeń. 

To  prawda,  miewa  trudności,  ale  w  końcu  nic  złego  się  nie  dzieje,  jeśli  nie  liczyć  braku  puddingu  i 

tego, że ocalało niewiele sosu. 

Kiedy  sprzątnęli  po  kolacji,  na  stół  wjechało  ogromne  czekoladowe  gdteau  z  miejscowej  piekarni. 

Potem Gideon poprosił Beth, żeby poczekała w pokoju i poszedł położyć Sophie, a William i Claire zmyli 

naczynia. 

Po pewnym czasie wrócił z dwoma kubkami kawy i zatrzasnął za sobą drzwi biodrem. 

Nareszcie  spokój  -  westchnął,  stawiając  kawę  na  stole.  Usiadł  na  przeciwległym  końcu  kanapy  i 

uśmiechnął się 

słabo. - Przepraszam. Zawsze, kiedy tu przychodzisz, natykasz się na taki bałagan! 

- Pewno niełatwo sobie z tym wszystkim poradzić - powiedziała szczerze. 

- Mój  Boże, ty  mówisz poważnie! To  jest właśnie  jeden z powodów, dla których chciałem  się z tobą 

zobaczyć. Moja gospodyni nie czuje się dobrze. Ma dusznicę i w ciągu ostatnich miesięcy jej stan wciąż 

background image

się  pogarsza.  Myślę,  ze  pora,  aby  przerwała  pracę.  A  to,  jak  się  domyślasz,  stawia  mnie  w  bardzo 

kłopotliwej sytuacji. 

- Mogę sobie wyobrazić! 

Jednak następne jego słowa wprawiły ją w kompletne osłupienie. 

Czy  nie  miałabyś  nic  przeciwko  temu,  żeby  mi  pomóc?  Tylko  kilka  godzin,  po  południu,  kiedy 

Sophie  wraca  z  przedszkola,  a  mnie  nie  ma  w  domu.  Może  jakieś  drobne  zakupy?  Większość  sam 

załatwię  w  czasie  weekendu  albo  wieczorem.  Nie  mogę  jednak  oczekiwać  od  Willa  i  Claire,  żeby  stale 

gotowali i zajmowali się Sophie, w czasie kiedy powinni się uczyć. Zapłacę ci według takich stawek jak 

w przychodni albo zrezygnuję z czynszu zamieszkanie, czy coś takiego. No i oczywiście będziesz z nami 

jadła. 

Zamilkł, a ona intensywnie wpatrywała się w czubki swoich butów, nie wiedząc, co odpowiedzieć. 

- Przepraszam - wymamrotał niepewnie. - Oczywiście, nie chcesz tego zrobić. Nie mam pojęcia, skąd 

przyszło mi do głowy, żeby ci to zaproponować. 

- Nie, nie... tylko czy mogę się zastanowić? Mówiąc szczerze, nie miałam zamiaru szukać dodatkowej 

pracy,  ale  jednocześnie  zastanawiałam  się,  co  począć  z  nadmiarem  wolnego  czasu.  Nienawidzę 

bezczynności. Jutro ci odpowiem. 

Wygląda,  jakby  mu  ulżyło,  pomyślała.  Cieszy  się,  że  nie  odmówiłam  natychmiast.  W  gruncie  rzeczy 

sama nie wiedziała, dlaczego tego nie zrobiła. Poczuła się trochę dotknięta tą propozycją. Kłopot w tym, 

co  uświadomiła  sobie  nieco  później,  leżąc  już  w  łóżku  i  rozmyślając,  że  miała  ogromną  ochotę  na  tę 

pracę. Sophie szybko zdobyła jej serce, a patrząc na Willa, Claire i Gideona, myślała o tym, ile ominęło ją 

w dzieciństwie. 

Praca u Pendragona miałaby więc gorzkosłodki posmak. 

A  może  to  nie  jest  dobry  pomysł?  To  śmieszne,  przecież  nie  ma  nic  innego  do  roboty.  Jeśli  tego nie 

zrobi, Sophie może dostać się w ręce jakiejś okropnej baby, która unie-szczęśliwi dziecko. 

Zdecydowała wreszcie, że się zgodzi i że nie ma żadnych ukrytych motywów. Przecież to oczywiste, że 

nie chodzi jej o to, by być blisko Gideona. W końcu są cały dzień razem w pracy! 

Ale w głębi serca doskonale wiedziała, że wspólna praca to nie to samo, co dom. 

W poniedziałek dzień wstał jasny i pogodny. Jeden z tych cudownych wrześniowych poranków, kiedy 

trudno pojąć, po co wieczorem paliło się w kominku. 

Beth  ubrała  się,  pościeliła  łóżko  i  wyszła  z  domu.  Ruszyła  szybkim  marszem,  ale  chrzęst  żwiru  za 

plecami  kazał  się  jej  odwrócić.  Spostrzegła  Gideona.  Zaczekała,  aby  od  razu  udzielić  mu  odpowiedzi. 

Wyglądał na roztargnionego. 

- Jakieś kłopoty? - zapytała. 

- Tym razem Claire. Powiedziała, że źle się czuje i odmówiła pójścia do szkoły. 

background image

Jeśli to w czymś może pomóc, to zaraz jak skończę pracę, zajrzę do niej i sprawdzę, co się dzieje. 

Rzucił jej zdziwione spojrzenie. 

Mam nadzieję, że nie zawracałaś już sobie dłużej głowy moją propozycją? 

-  Jeśli  mam  być  szczera,  to  owszem.  Zdecydowałam,  że  podejmę  się  tego,  ale  tylko  w  zamian  za 

czynsz.  Nie  chcę,  żebyś  mi  płacił,  szczególnie  jeśli  mam  z  wami  jeść.  Oczywiście,  jeżeli  nadal 

podtrzymujesz swoją propozycję. 

Zatrzymał  się  na  ścieżce  i  popatrzył  na  nią  swymi  szarozielonymi  oczami.  Malowała  się  w  nich 

ogromna ulga. 

- Och, Beth, sam nie wiem, jak mam ci dziękować! 

- Jeszcze nie próbowałeś mojej kuchni - zażartowała. 

- Na pewno nie jest gorsza od kuchni pani Archer - zachichotał w odpowiedzi. 

- Na twoim miejscu nie spieszyłabym się tak z ocenami. 

Resztę  drogi  przebyli  w  milczeniu.  Beth  zastanawiała  się,  gzy  spędzanie  z  tym  mężczyzną  więcej 

czasu, niż to konieczne, jest istotnie dobrym pomysłem. 

Pierwsze spotkanie w poradni antynikotynowej okazało się udane. Beth z całego serca zgadzała się ze 

wszystkim, co mówił Gideon, a poza tym było to zgodne ze znanymi jej wcześniej metodami pracy. 

Rozdała pacjentom dzienniczki, które mieli prowadzić. 

- Zapiszecie w nich dokładną datę rzucenia palenia -powiedziała. 

- Nie  myślcie o tym  jako o porzucaniu czegoś – dodał Gideon -  bo to sugeruje, że chodzi tu o jakieś 

poświecenie.  Myślcie  o  tym  jako  o  ponownym  przejęciu  kontroli  nad  własnym  życiem.  Kontroli,  którą 

straciliście, odkąd zaczął wami rządzić tytoń. Zapisujcie w dzienniczkach każdego zapalonego papierosa i 

w jakich to było okolicznościach. Sami zobaczycie, że z niektórych papierosów trudniej jest| zrezygnować 

niż z innych. 

Kiedy pacjenci wychodzili, widać było, że niektórzy z nich już tracą odwagę. 

Ludzie często oczekują cudów - zauważył Gideon, kiedy razem wracali do domu. - Wydaje im się, 

że machniemy różdżką i już! Zamienią się w niepalących. 

Gdy znaleźli się w domu, zastali w korytarzu Claire. Leżała na podłodze z nogami opartymi o ścianę, 

jak zawsze ze słuchawką przylepioną do ucha, i chichotała. Wyglądała jak okaz zdrowia. Gideon kazał jej 

skończyć rozmowę i zdjąć nogi z tapety. 

Beth ruszyła w stronę kuchni. 

Chodź,  zrobiłam  zapiekankę.  Dzieci  już  zjadły...  Wszedł  do  kuchni,  spojrzał  na  nią 

nieprzytomnym wzrokiem i westchnął. 

- Przepraszam, byłem daleko myślami. Ta dziewczyna... 

-... jest taka jak wszystkie nastolatki w jej wieku. 

- I ja tak sądzę - mruknął. -1 chyba nic jej nie dolega. Jestem okropnie głodny. 

background image

Beth uśmiechnęła się sztywno. 

Gdzie będziesz jadł? 

- Tutaj. - Otworzył kredens i wyciągnął kieliszki do wina. - Przyłączysz się? 

Dziękuję, chętnie. 

Kiedy  wyjmowała  zapiekankę  z  piecyka,  otworzył  wino  i  napełnił  kieliszki.  Podał  jej  jeden,  a  swój 

uniósł do góry. 

To na cześć mojej inteligencji, która pozwoliła mi znaleźć taki skarb. 

Zaczerwieniła się i uśmiechnęła z zażenowaniem. 

- Jeszcze nie spróbowałeś jedzenia. 

- Pachnie cudownie. 

Patrzył jej prosto w oczy. Poczuła, że traci oddech. Odwróciła szybko wzrok. 

Jedzmy więc. 

Świetny  pomysł  -  rzucił  lekko  i  odsunął  jej  krzesło.  Mał  staroświeckie,  dobre  maniery,  o  których 

sądziła, że już dawno przestały istnieć. 

Kiedy cofał się, jego dłoń otarła się o jej ramię. Przez ciało Beth przebiegła fala gorąca. 

Z  westchnieniem  opadła  na  sofę,  zsunęła  pantofle  i  podkuliła  nogi.  Pierwszy  tydzień  pracy  w 

przychodni i u Gideona miała już za sobą. Ku jej zaskoczeniu nie było to t wcale ciężkie doświadczenie. 

Raczej przyjemność. 

Wszyscy  w  przychodni  -  Andrew  Jones  i  Judith  Wight,  ;  lekarze;  Julia  Rudd,  pielęgniarka;  Molly, 

recepcjonistka; Jean Rivers, administratorka, a nawet pani Horrell, sprzątaczka - byli dla niej bardzo mili. 

Nie robili też żadnych uwag na temat jej dodatkowej pracy. 

Sophie  -  przeważnie  -  była  aniołkiem,  a  Claire  i  Will  pomagali  jej,  kiedy  to  było  potrzebne. 

Początkowo  prowadzenie  domu  Gideona  wydawało  się  Beth  dziwnie  intymną  czynnością,  ale  szybko 

przyzwyczaiła się do tego. 

Nie  zajmowała  się  sprzątaniem,  ponieważ  przychodziła  pani  Horrell.  Należało  do  niej  tylko  pranie, 

gotowanie i zajmowanie się Sophie. 

Gideon nigdy nie pozwalał jej zmywać po kolacji, starała się więc jak najwięcej posprzątać przed jego 

przyjściem. Były jednak też prawdziwe problemy, pomyślała, kuląc się na sofie. 

Gideon. 

Wysoki,  silny.  Bez  słowa  skargi  niosący  na  swych  barkach  odpowiedzialność  za  całą  rodzinę.  I  taki 

wdzięczny za jej pomoc. 

Ciekawe, czy byłby tak samo wdzięczny, gdyby mógł poznać jej myśli, kiedy prasowała jego koszule i 

-bieliznę. 

To tylko zabawa w dom, sposób na spędzenie wolnego czasu, powtarzała sobie. Wiedziała jednak, że 

gra jest duzi bardziej perfidna. 

background image

Udawała  jego  żonę  i  zdawała  sobie  z  tego  sprawę.  Za  każdym  razem,  kiedy  brała  Sophie  w  ramiona 

albo  wieszała  jego  koszule  w  szafie,  wyobrażała  sobie,  że  Gideoft:  właśnie  wpada  na  chwilę  do  domu, 

przytula ją i całuje. 

To właśnie było niebezpieczne. Nie miała bowiem mu nic do zarzucenia. Miała do siebie żal, że oddaje 

się takim mrzonkom. 

Tego wieczora Gideon skończył  wcześniej pracę  w przychodni  i zastał Beth w swojej sypialni, kiedy 

wieszała w szafie koszule. 

Prawdę mówiąc, wcale ich nie wieszała, tylko stała, trzymając je w ramionach i gapiąc się na ogromne 

mahoniowe  łoże.  Próbowała  właśnie  wyobrazić  sobie,  jakby  to  było,  gdyby  leżała  na  nim  w  objęciach 

Gideona. 

Gdy  wszedł,  spojrzała  na  niego  i  skamieniała.  Zdążył  już  zdjąć  krawat  i  rozpiąć  koszulę.  Jak 

zahipnotyzowana wpatrywała się w jego zarośniętą klatkę piersiową. 

Przepraszam, chowałam właśnie twoje rzeczy - usprawiedliwiła się słabym głosem i spojrzała mu 

w oczy. 

Jego wzrok dziwnie pociemniał. 

Czy  to  czysta  koszula?  -  Wyciągnął  do  niej  rękę.  Bez  słowa  podała  mu  koszulę.  Położył  ją  na 

łóżku, zdjął tę, którą miał na sobie i rzucił obok. Sięgnął do suwaka przy spodniach. Beth przełknęła ślinę. 

Daj  mi  pięć  minut.  Wezmę  prysznic  i  zejdę  na  kolację.  Wymamrotała  coś  nieskładnie  i 

wychodząc,  zabrała  brudną  koszulę.  To  był  błąd.  Tkanina  była  wciąż  ciepła  pachniała  jego  skórą.  Beth 

przytknęła ją do nosa. Aż zadrżała od przeszywającego ją pożądania. Wściekła na siebie za swoją głupotę 

zbiegła na dół i wepchnęła koszulę do pralki. 

Idiotka. Przecież on cię w ogóle nie dostrzega. Widzi w tobie co najwyżej gosposię. Nic dla niego nie 

znaczysz.  

Przy  kolacji  jak  zwykle  panował  ogólny  rozgardiasz  i  nikt  nie  zwrócił  uwagi  na  jej  milczenie. 

Obserwowała, jak Gideon radzi sobie z dziećmi i jej ból wzmagał się z każdą chwilą. Już dawno straciła 

wszelką  nadzieję  i:  i  wiarę  w  to,  że  kiedyś  będzie  szczęśliwa.  Od  dziecka  była  tylko  obserwatorem 

cudzego szczęścia i zawsze tak już będzie. Nikt nigdy jej nie chciał i nie zechce tylko dla niej samej. 

Kiedyś wydawało jej się, że jest szczerze kochana, ale to był tylko głupi sen... 

Gideon  leżał  i  wpatrywał  się  w  sufit.  W  żaden  sposób  nie  umiał  przestać  o  niej  myśleć.  Choćby  ta 

koszula, którą od niej wziął. Wcześniej trzymała ją przytuloną do swych małych, słodkich piersi. 

Jego ciało napięło się, poczuł palące pożądanie. Położył się na brzuchu i wtulił twarz w poduszkę. 

Niech  ją diabli wezmą! Nie. Niech  mnie diabli... Ona  nie  jest niczemu winna. Jest słodka  i  niewinna. 

Ma to wypisane  na twarzy. A poza tym  jest prawie w wieku  Willa. Czego mogłaby od niego chcieć?  A 

przecież w jej oczach dostrzegał ten sam głód. 

Zresztą to i tak nie ma żadnego sensu. Beth należy do kobiet, które zakochują się raz, i to na całe życie. 

background image

A  potem  żyli  długo  i  szczęśliwie  w  ogrodzie  pełnym  róż...  W  jego  życiu  nie  było  już  ani  czasu,  ani 

miejsca na taką miłość. 

Trudniej przekonać o tym własne ciało! 

Powoli nadszedł sen, a z nim pojawiły się marzenia. Widział Beth. Obejmowała go, jej miękkie wargi 

błądziły po jego ciele, a oczy promieniały miłością. 

Obudził się zlany potem i z walącym sercem. 

ROZDZIAŁ TRZECI

 

Mabel Robinson przyszła w poniedziałek na zmianę opatrunku. Zatelefonowała rano, żeby się umówić i 

poprosiła, aby to zrobiła Beth. 

Dziewczyna  poczuła  dumę  i  zadowolenie  nieproporcjonalne  do  tego  drobnego  faktu.  Wyszła  do 

poczekalni i uśmiechnęła się do swojej pacjentki. 

Czy mogę panią prosić, pani Robinson? 

Starsza  pani  podniosła  się  z  krzesła  i  szurając  nogami,  ruszyła  za  nią  do  gabinetu.  W  jej  małych 

oczkach widać było wesołe ogniki. 

- Witaj, kochanie. Śliczny mamy dzień. 

- To prawda. A jak tam noga? 

- Wiesz, myślę, że może trochę lepiej.  

Beth pomogła pani Robinson usiąść. 

- W takim razie obejrzyjmy to sobie. 

Zsunęła  pończochę,  umyła  ręce  i  przygotowała  roztwór  soli  fizjologicznej  do  przemycia  rany.  Kiedy 

wrzód był już oczyszczony, przyjrzała mu się uważnie. 

Wyglądał  zdecydowanie  lepiej.  Pod  wpływem  maści  martwica  przestała  się  rozrzeszać,  a  rana  była 

czystsza niż poprzednio. Beth ostrożnie założyła nowy opatrunek. 

To powinno wystarczyć do połowy przyszłego tygodnia. Proszę jednak obserwować, co się dzieje, 

i gdyby coś panią zaniepokoiło, proszę przyjść wcześniej. 

Pani Robinson skinęła głową i niepewnie stanęła na nogi.

 

Dziękuję, moja droga. Jest świetnie. - Skierowała i 

do drzwi. 

No,  to  udało  mi  się  uniknąć  wypytywania  o  moje  stosunki  z  Gideonem,  z  ulgą  pomyślała  Beth. 

Sprowadziła!  panią  Robinson  na  dół  i  właśnie  miała  otworzyć  drzwi  do  poczekalni,  gdy  kobieta  nagle 

odwróciła się i spojrzała na nią. 

Zdaje się, że zajęłaś miejsce Kay Archer? 

Beth uniosła pytająco brwi. Wydawało jej się, że poprzednia pielęgniarka miała na imię Stephanie. 

background image

W  domu  doktora  Pendragona  -  ciągnęła  pani  Robinson.  -  Uważaj,  żebyś  się  nie  przepracowała, 

kochanie. To ! wielki dom, a dzieci są dosyć trudne, choć oczywiście to bardzo kochane kruszynki. 

Wyobrażając  sobie  Willa  jako  „kochaną  kruszynkę",  Beth  o  mało  nie  parsknęła  śmiechem,  ale 

spróbowała udzielić pani Robinson jakiejś sensownej odpowiedzi. 

Proszę się o mnie nie martwić, to prawdziwa przyjemność u nich pracować. Dom jest cudowny, a 

dzieci urocze. 

Pani Robinson spojrzała na nią uważnie. Beth zadrżała na myśl, że starsza pani może się okazać dużo 

bardziej przebiegła, niż na to wygląda. 

Ciekawe, czy całe miasteczko mówi już o tym, że Beth Turner zakochała się w Gideonie Pendragonie? 

Zakochała się? Skąd jej to przyszło do głowy? To absurd! 

Zajęcia w przychodni  antynikotynowej w poniedziałkowy wieczór były pierwszą okazją do spotkania 

Gideona  po  piątkowej  kolacji.  Przygotowując  poczekalnię,  Beth  zastanawiała  się,  czy  nic  po  niej  nie 

widać.  Szybko  zerknęła  w  lustro,  ale  nie  dostrzegła  niczego  szczególnego.  W  niebieskich  oczach  nie 

pojawiły się błyskawice, a nad głową E świecił neon oznajmiający o stanie jej uczuć. 

 Kiedy wszyscy już się zebrali, rozpoczęli od czytania i omawiania zapisków w dzienniczkach. Okazało 

się, że piększości z nich najtrudniej zrezygnować z pierwszego |gapierosa rano oraz palenia po posiłkach i 

w  towarzystwie,  p»  przykład  w  pubie.  Najpierw  więc  postanowiono  poprajcować  nad  wydłużeniem 

przerw między kolejnymi papie-; rosami, tak aby palić mniej między posiłkami. 

- Dobrze mieć pod ręką jakąś sztuczkę, która na chwilę oderwie nas od myśli o papierosie. Coś, czym 

można by na chwilę zająć ręce, kiedy gwałtownie chcemy zapalić. Często wystarczą trzy-cztery minuty, 

aby zapomnieć - powiedział Gideon. - Czy ktoś z was ma jakieś pomysły? David Hendry zachichotał. 

Można pójść z żoną do łóżka. 

Rozległ się ogólny śmiech, ale jeden z mężczyzn oświadczył, że jemu to na pewno nie pomoże. 

Już Konfucjusz stwierdził, że najlepsze w życiu jest napić się przedtem i zaciągnąć potem. Muszę 

się z nim zgodzić. To z tego papierosa jest mi najtrudniej zrezygnować. 

Trzeba więc pomyśleć o innej taktyce - zaproponował Gideon. - Może guma do żucia? Odradzam 

jednak gumę z nikotyną, bo można się od niej uzależnić tak jak od palenia. 

Później  starano  się  ustalić  datę,  kiedy  wszyscy  razem  ostatecznie  przestaną  palić.  Zdecydowano,  że 

najlepszy  będzie piątek, pierwszego października. Tylko Paul Stone, ten, któremu Gideon radził  zmianę 

taktyki, oznajmił, że przesunie tę datę na niedzielę. Tego dnia miał się odbyć ślub jego córki i postanowił 

połączyć oba wydarzenia. 

Następnego dnia, kiedy Beth kończyła pracę w przychodni i wybierała się po zakupy, pojawił się jakiś 

mężczyzna.  Do  głowy  przyciskał  zakrwawiony  ręcznik.  Był  niewidomy,  a  prowadził  go,  także 

zakrwawiony, labrador. Co też mogło im się stać, pomyślała i podeszła bliżej. 

background image

- Czy mogę w czymś pomóc? Jestem pielęgniarką z przychodni. 

- Jak to dobrze. Mam rozbitą głowę. Czy mogłaby pani na to rzucić okiem? 

- Oczywiście. 

Wzięła go pod ramię i zaprowadziła do gabinetu. Suka przewodnik usiadła przed drzwiami. 

- Jak to się stało? - zapytała Beth. 

- Przez głupi przypadek. Przewróciłem się o Katie. Powinienem pamiętać, że lubi leżeć przy drzwiach, 

ale  nagle  zadzwonił  dzwonek  i  poszedłem  otworzyć.  No  i  trzask,  prosto  na  nią.  Upadając  musiałem 

rąbnąć głową w róg pianina. 

Beth zdjęła zakrwawiony ręcznik i spojrzała na ranę. 

- O, jakie brzydkie rozcięcie. Przemyję to, ale chyba nie obejdzie się bez szycia. 

- A niech to! Czy to znaczy, że będę musiał jechać na pogotowie? 

- Och, nie. - Beth założyła tampon. - Doktor Pendragon może to zrobić. Jest akurat w przychodni. Czy 

jest pan naszym pacjentem? 

- Tak, leczę się u doktora Pendragona, a także grywam z nim w szachy. 

Beth była zaskoczona. 

- Jak się panu udaje zapamiętać wszystkie ruchy, jeśli nie widzi pan szachownicy? 

Mężczyzna roześmiał się. 

Mam pod ręką dodatkowe małe szachy, których zawsze. mogę dotknąć, ale praktycznie nie jest mi 

to potrzebne. Wszystko pamiętam. To taki rodzaj umysłowej gimnastyki. 

Beth, która nie potrafiła grać w szachy nawet z otwartymi oczami, wyraziła swój podziw, zanim poszła 

po Gi-deona. 

- Twój pacjent. Wiesz, o kogo chodzi: niewidomy mężczyzna, z którym, grywasz w szachy. 

- A tak, Michael Roberts. Co mu się stało? 

Potknął  się  o  własnego  psa  i  rozciął  sobie  głowę.  '  Czy  mógłbyś  to  obejrzeć?  Moim  zdaniem 

potrzebne będzie szycie. 

-  Co  my  tu  mamy?  Stuknięty  w  głowę  miłośnik  psów  -  zażartował  Gideon  z  sympatią,  oglądając 

rozcięcie. - Paskudna rana. Przyda się jej kilka ładnych szwów. I to im prędzej, tym lepiej. Czy mogłabyś 

zostać jeszcze chwilę, Beth? 

- Oczywiście. 

Przygotowała  instrumenty.  W  tym  czasie  Gideon  umył  ręce  i  włożył  rękawiczki.  Znieczulił  pacjenta 

lignokainą i rozmawiał z nim przez chwilę, zanim środek zaczaj działać. 

Rozcięcie  było  bardzo  głębokie.  Gideon  zszył  je  niezwykle  uważnie  i  dokładnie.  Znacznie  lepiej,  niż 

zrobiłby  to  niejeden  chirurg,  pomyślała,  ale  zaraz  przyszło  jej  do  głowy,  że  nie  jest  chyba  zbyt 

obiektywna. 

Kiedy  skończył,  Beth  posprzątała  i  udała  się  do  sklepu.  Po  drodze  natknęła  się  niespodziewanie  na 

background image

Mabel Robinson. 

- No i co ten Michael sobie zrobił? - zaatakowała ją od razu starsza pani. 

- Potknął się o psa. Nic mu nie będzie. 

- Biedny chłopak. Pamiętam go jako nastolatka, jeszcze zanim stracił wzrok. Świetnie się zapowiadał. 

Miał!  zamiar  zostać  weterynarzem,  aż  tu  nagle  takie  nieszczęście!  Pewnego  dnia  zorientował  się,  że 

niewyraźnie  widzi.  Okazało  się,  że  to  nowotwór  uciska  nerw.  Był  operowany  i  udało  się  uratować  mu 

życie, ale od tego czasu jest niewidomy i nigdy już nie odzyska wzroku. Wycięli mu nerw razem z guzem. 

Tak powiedziała mi Winnic. 

- Winnie? 

- Pracowała u nich. Była tam przez wiele lat. No właśnie, a jak tobie idzie u doktora? 

Beth uśmiechnęła się w odpowiedzi na to mało delikatne pytanie. 

- Dziękuję, świetnie. Teraz muszę jednak panią przeprosić. Przypomniało mi się, że muszę kupić trochę 

szynki i szybko wrócić, żeby przygotować kolację. 

- Biegnij więc, kochana, i nie przejmuj się mną - powiedziała pani Robinson z uśmiechem i odwróciła 

się  w  stronę  kobiety,  która  właśnie  wchodziła  do  sklepu.  -  Winnie,  nigdy  nie  zgadniesz,  co  się  stało! 

Młody Michael Roberts potknął się o własnego psa, przewrócił i rozciął głowę... 

W niedzielę rano córka Paula Stone'a wychodziła za mąż. Beth obserwowała z okna swego mieszkania 

gości przybywających do kościoła. 

Niedzielny wieczór zamierzała spędzić w domu. Parę minut po szóstej rozległo się pukanie do drzwi. 

Beth otworzyła. Przed nią stał Gideon. Ubrany był jak zwykle w sztruksowe spodnie i sweter. 

Proszę, wejdź. - Cofnęła się. Wyglądał na zakłopotanego. 

Nie chciałbym ci zawracać głowy, ale Paul Stone pytał, czy nie wpadlibyśmy do pubu, aby wypić 

za zdrowie jego córki. 

Czemu nie? To bardzo miło z jego strony. Co powinna siebie włożyć? 

Wzruszył ramionami. 

- Będą tam chyba bardzo różni ludzie. Możesz ubrać jak chcesz, ja idę tak jak jestem. 

- W porządku, zatem o której?  

- Około siódmej. 

- Dobrze. Czy mam zajść po ciebie, kiedy już będę gotowa? 

- Tak. Do zobaczenia. 

Odwrócił się na pięcie i zatrzasnął za sobą drzwi tak szybko, że nie dostrzegł wyrazu zachwytu, który 

pojawił |ie na jej twarzy. 

Randka! Mój Boże, on naprawdę poprosił ją, aby z nim wyszła. Prawda, nie była to elegancka kolacja 

ani nic w tym rodzaju, ale zawsze! 

Och, nie, przecież nie mam co na siebie włożyć, pomyślała w panice i rzuciła się do szafy. 

background image

Wszystko,  co  tam  znalazła,  było  za  duże  albo  za  małe.  W  końcu  zdecydowała  się  na  legginsy  i 

moherową tunikę. Przejrzała się w lustrze. Wyglądała elegancko i eksponowała nogi. Była zadowolona z 

efektu. 

Związała włosy z tyłu, umalowała się i jeszcze raz spojrzała w lustro. W porządku! 

Niestety, okazało się, że Gideon jest innego zdania. 

- Czy coś jest nie tak? - spytała, kiedy zaczaj się jej uważnie przyglądać. 

W odpowiedzi sięgnął do jej końskiego ogona, uwolnił włosy i rozrzucił je na ramionach. 

- Teraz lepiej - burknął. - Możemy iść? 

- Uniosła brwi. 

- Tak, jeśli jesteś pewny, że skończyłeś już inspekcję. Spojrzał jej w oczy i westchnął. 

-  Przepraszam,  ale  mogłabyś  przynajmniej  raz  sprawi  mi  przyjemność.  Nie  podoba  mi  się,  że  je 

wiążesz, zamiast dać im nieco swobody... 

Uniósł jej włosy, przepuścił między palcami i rozsyp na ramionach. 

- Jak wodospad. Złoty deszcz. 

- To brzmi jak nazwa sztucznych ogni - wyjąkała, tracąc oddech. 

- Nie wiem, czy nie pasuje ona do ciebie – wymamrota i otworzył drzwi. - Idziemy? 

Zatłoczony  pub  tętnił  życiem.  Było  jasne,  że  wszyscy  się  tu  znają,  a  Beth  okazała  się  jedyną  obcą 

osobą. Mimo to szybko poczuła się jak w domu. 

W  kącie  dostrzegła  Michaela  Robertsa,  otoczonego  grupą  ludzi,  z  Katie  warującą  u  jego  stóp. 

Śnieżnobiały opatrunek na głowie pobłyskiwał w ciemnościach. 

Był tu też David Hendry. Bawił się znakomicie i, ku zdziwieniu Beth, ani razu nie sięgnął po papierosa. 

Na zapleczu grała muzyka. Po chwili David podszedł do Beth, zapraszając ją do tańca. 

- Jestem w nagłej potrzebie - powiedział ze śmiechem. - Czy możesz oderwać moje myśli od papierosa 

na cztery minuty? 

Poszła za nim na parkiet, szczęśliwa, że ma wokół siebie tak miłych i wesołych ludzi. 

Po pierwszym tańcu David wyznał, że  nadal odczuwa gwałtowną potrzebę zapalenia  i  namówił  ją na 

następny. 

Gdy tańcząc zbliżyli się do Gideona, przepchnął się przez tłum i odbił ją Davidowi. 

- Ja też jestem w nagłej potrzebie - powiedział niezwykle poważnie. - Musisz mi pomóc. 

W jego oczach błysnęły figlarne ogniki, ale także coś jeszcze. Coś, co mogło oznaczać samotność. 

Zagrała wolna, słodka muzyka. Beth bez słowa znalazła się w ramionach doktora. 

Gideon  nawet  nie  próbował  zachować  między  nimi  dystansu.  Położyła  mu  więc  głowę  na  piersi. 

Szorstki  sweter  drapał  ją  w  policzek.  Słyszała  mocne  uderzenia  jego  serca.  Objęła  go  w  pasie.  Pod 

palcami wyczuła silną linię kręgosłupa 

Tańcząc  czuła,  jak  jego  uda  ocierają  się  o  jej  nogi,  a  ręce  wędrują  w  dół,  do  bioder,  przyciągając  je 

background image

coraz bliżej.  

W  pierwszym  odruchu  zamarła  i  zesztywniała,  ale  po  chwili  rozluźniła  się,  przywarła  do  niego  i 

pozwoliła unosić  się  muzyce. I co z tego, że on  jej pragnie? Nie  jest w tym odosobniony. Przecież ona 

odwzajemnia  to  pragnienie,  tylko  lepiej  je  maskuje.  Gdy  muzyka  ucichła,  opuścił  ręce  i  zrobił  krok  do 

tyłu. 

- Dziękuję - wymruczał. 

Gdyby  tylko  mogła  być  pewna,  że  to  ona  jest  obiektem  pożądania  płonącego  w  jego  oczach,  a  nie 

pierwsza lepsza kobieta, która przypadkiem znalazła się w pobliżu. W końcu jego żona umarła wiele lat 

temu! 

- Chyba już pójdę do domu - oświadczyła, czując, że cały jej pogodny nastrój gdzieś uleciał. 

- Pójdę z tobą. Spełniliśmy już towarzyski obowiązek, pożegnajmy się więc tylko z Paulem i jego żoną.  

Wyszli. Pogoda się popsuła. Było ciemno i mżył lekki deszcz. 

Podnieśli  kołnierze  i  szybkim  marszem  ruszyli  do  domu.  Kiedy  stanęli  pod  drzwiami  wozowni,  Beth 

zdecydowała, że nie zaprosi go do środka. Byłoby to zbyt niebezpieczne. 

- Kawa? - zapytała jednak, nie potrafiąc się powstrzymać. 

- Dziękuję, z przyjemnością. 

Otworzyła  drzwi  i  wpuściła  go  do  środka.  Odwiesiła  płaszcz  i  poszła  nastawić  wodę.  Była  jednak 

nieustannie:  świadoma  jego  obecności.  Jego  wielka  postać  sprawiła;  że  pokój  stał  się  mniejszy,  ściany 

zbliżyły się do siebie, a sufit obniżył. Za to łóżko wydawało się większe niż zazwyczaj. 

Gideon przykucnął przy sprzęcie grającym i włączył odtwarzacz płyt kompaktowych. 

- Mogę coś puścić? - zapytał. 

- Oczywiście, może Clannad? 

- Właśnie miałem taki zamiar. 

Wymienili zdziwione, niepewne uśmiechy. Kiedy parzyła kawę, puścił muzykę i rozgościł się na sofie. 

Miała do wyboru: albo usiąść koło niego i być zdecydowanie; zbyt blisko, albo wybrać łóżko, co mogło 

wyglądać prowokacyjnie. 

W końcu podała mu filiżankę i wyciągnęła się na podłodze, opierając plecy o łóżko. 

Pili  kawę  w  milczeniu,  przerywanym  krótkimi  uwag;  dotyczącymi  ślubu  i  zabawy  w  pubie.  Szybko 

jednak został wyczerpany. Teraz wpatrywali się w siebie. 

- Chodź tu - powiedział miękko Gideon. 

Przez chwilę, która wydawała się jej nieskończonością wahała się. W końcu wstała, podeszła do sofy i 

usiadła jak najdalej od niego. 

Wyciągnął długie ramię wzdłuż oparcia, objął ją i przy ciągnął bliżej. Pochylił głowę, zamknął oczy i 

dotknął  je  ust  swoimi  wargami.  Poczuła  smak  whisky,  kawy  i  jeszcze  czegoś,  bardzo  intymnego  i 

należącego  tylko  do  niego  Przywarła  doń  całym  ciałem  i  zanurzyła  palce  w  jego  ciemnych,  miękkich 

background image

włosach. Jęknął głucho. 

- Otwórz usta - wyszeptał, a ona posłuchała go bez zastanowienia. 

Podczas  gdy  jedna  jego  dłoń  gładziła  jej  włosy,  druga  powędrowała  wzdłuż  ud,  pod  tunikę  i  wyżej, 

zamykając jej pierś w ciepłym, pewnym uścisku. 

 - Jakie  miękkie - wymruczał, odrywając usta. Całował  ją delikatnie w  szyję  i  za uchem,  aż w końcu 

jego  język  znalazł  się  we  wrażliwej  muszli.  Beth  z  trudem  łapała  powietrze.  Gideon  roześmiał  się 

gardłowym śmiechem, pełnym męskiej satysfakcji. 

- Och, Beth! - westchnął, opierając  się czołem o jej czoło. -. Jesteś taka cudowna, słodka  i  niewinna. 

Muszę już iść. 

Wiedziała, że ma rację, ale nieomal rozpłakała się z bólu. 

-  Tak,  chyba  powinieneś  -  rzekła  po  chwili,  zdziwiona,  jak  spokojnie  zabrzmiał  jej  głos.  l      Wstał  i 

delikatnie pocałował ją w czoło, przytrzymując lekko, gdy też chciała wstać.  

- Sam wyjdę, nie ruszaj się. ;   

Zamknęła oczy i odchyliła głowę. Słuchała, jak kręcone schody dudnią pod jego stopami i wyszeptała 

„dobranoc" dokładnie w momencie, kiedy trzasnęły za nim drzwi. 

Pozostała sama ze swymi myślami, które długo nie pozwalały jej zasnąć. 

Jestem idiotą. Dlaczego to zrobiłem? Czy nie dosyć cierpiałem, zanim jej dotknąłem? Teraz to będzie 

już zupełnie nie do wytrzymania. 

Gideon  nawet  nie  próbował  położyć  się  do  łóżka.  Nalał  sobie  whisky  i  puścił  tę  samą  płytę,  której 

słuchali z Beth. 

ROZDZIAŁ CZWARTY

 

Miała  wrażenie,  że  po  tym,  co  się  stało  tamtego  wieczoru,  Gideon  zaczął  jej  unikać.  Nie  była  tego 

jednak całkiem pewna, ponieważ sama starała się schodzić mu z drogi. 

Wszystko  to  razem  w  niczym  jednak  nie  zmieniało  faktu,  że  zajmował  jej  myśli  i  pojawiał  się  we 

wszystkich, najczęściej niecenzuralnych, snach. 

Pod  byle  pretekstem  jadała  z  dziećmi,  tak  że  trzy  dni  w  tygodniu  mogła  go  wcale  nie  spotykać,  z 

wyjątkiem krótkiego momentu, kiedy mijali się w drzwiach i żegnali zdawkowo. 

Pilnowała  też,  aby  nigdy  nie  znaleźć  się  w  jego  sypialni,  gdy  był  w  domu,  i  myśleć  o  czymś  nie 

związanym z nim podczas prasowania jego koszul. 

background image

Nadszedł jednak taki poranek, kiedy nie mogła dłużej go unikać. O wpół do ósmej obudziło ją stukanie 

do drzwi. 

- Beth? To ja, Gideon. Czy masz chwilę czasu?  

 Była wpółubrana, narzuciła więc podomkę, a potem zbiegła na dół, aby otworzyć drzwi.  

Gideon  był  w  dresie,  miał  rozwiane  włosy,  a  nad  górną  wargą  widać  było  krople  potu.  Wyglądał 

niesłychanie męsko, ale też jak ktoś, kto gwałtownie czegoś potrzebuje.  

Beth ciaśniej owinęła się podomką. 

O co chodzi? - zapytała. 

- Claire. Nie chce wyjść z pokoju, mówi, że musi się z tobą zobaczyć. Nie pozwala mi wejść do środka 

i wygląda na okropnie przejętą. 

Beth popatrzyła na niego,  

- Domyślasz się, o co może chodzić? 

Nie. Chyba że... Wiesz, ona dotąd nie miała jeszcze okresu. 

- Aha, w takim razie wszystko w porządku. Ubiorę się |iza chwilę przyjdę. 

 

- Wciąż  jest w swoim pokoju - poinformował  ją  Gideon.  Kręcił  się po kuchni  z ręcznikiem  na  szyi  i 

przygotowywał kanapki. Minęła go i poszła do sypialni Claire. Zapukała do drzwi. 

- Claire? To ja, Beth. 

Zamek  trzasnął  i  dziewczyna  pchnęła  drzwi.  Claire  stała  i  w  piżamie,  okropnie  nieszczęśliwa  i 

zawstydzona. 

- Chciałaś się ze mną zobaczyć? 

Przytaknęła. 

- Co się dzieje, kochanie? - delikatnie dopytywała się Beth. 

- Chciałabym, aby mamusia była tu ze mną – wyjąkała Claire.   

Okres? - zaryzykowała Beth. 

Claire skinęła głową. 

Cała pościel jest zniszczona i tatuś się na mnie wścieknie. O Boże, to jest takie upokarzające! 

Beth przytuliła nieszczęśliwą dziewczynkę. 

- Nie denerwuj się, kochanie. Każdej z nas to się zdarza, a twój tata na pewno nie będzie ani trochę zły. 

Czy masz podpaski? 

- Tak, dostałam je od taty wieki temu. 

background image

- To dobrze. Idź do łazienki i doprowadź się do porządku, a ja zajmę się twoją pościelą. 

Claire zawahała się przez chwilę. 

Powiesz o tym tacie? 

- Sam się domyślił. 

- Och! A co z Williamem? 

- A co ma być? To nie jego sprawa, chyba że chcesz mu o tym powiedzieć. 

- Może później - wymamrotała i poszła do łazienki, a Beth zeszła do kuchni. 

Gideon kończył przygotowywać kanapki na drugie śniadanie, a Willa nigdzie nie było widać. Spojrzał 

pytająco na Beth. 

- Wszystko w porządku. Jest teraz w łazience. 

- Zgadłem? 

- Tak, ale już opanowałam sytuację. Pierwszy raz jest zawsze nieco szokujący. 

- Mogę ją zwolnić dziś ze szkoły. 

-  Po co? Żeby wywołać  jeszcze więcej zamieszania?  Moim  zdaniem to nie  jest potrzebne. Nic  jej  nie 

będzie. 

Gideon odetchnął. 

Dzięki  Bogu,  że  przyszłaś.  Próbuję  być  dla  nich  ojcem  i  matką,  ale  są  takie  chwile,  kiedy 

dziewczynka potrzebuje kobiety... - Przełamał się i uścisnął ją serdecznie. - Dziękuję ci, Beth. 

Przytuliła się do jego przepoconej bluzy. Jak dobrze znów być blisko niego... 

Puścił ją i odwrócił się w stronę drzwi. 

Pośpiesz się, Will, spóźnisz się na autobus. Masz tu kanapkę. Co będziesz jadł na śniadanie? 

William przyglądał się im z zaciekawieniem., 

- Skąd wzięła się tutaj Beth? 

- Przyszła na śniadanie. Czy zrobić ci tosty? 

- Tak. Nie widziałeś mego kostiumu do rugby? 

- Jest w sportowej torbie, w składziku – odpowiedziała mu Beth. - A gdzie jest Sophie? 

W tym momencie obydwie dziewczynki wkroczyły do kuchni: Sophie w legginsach i sweterku, a Claire 

w szkolnym mundurku. Wyglądała na dumną, choć wciąż niepewną siebie. 

Gideon uśmiechnął się do niej serdecznie i podał jej tost. 

- Jedz, bo się spóźnisz. Chcesz płatki, szkrabie? - spytał Sophie. 

- Tost! 

-  Ach  tak?  -  Gideon  podał  jej  grzankę  i  spojrzał  na  zegarek.  -  Do  diabła!  Beth,  czy  możesz  zostać 

chwilę z Sophie, a ja bym wziął prysznic? Przypilnuj, żeby coś zjadła i wypiła. Będę gotowy za dziesięć 

minut. 

Po paru minutach Claire i William wyszli, a Beth została sama z małą. 

background image

Masz  strasznie potargane włosy, kochanie. Czy chcesz, żebym uczesała cię w koński ogon? 

Dziewczynka kiwnęła tylko głową, gdyż buzię miała zbyt zajętą jedzeniem. Beth, nie przerywając jej, 

wy szczotkowała złote loki i związała wysoko w koński ogon. 

Teraz wyglądasz wspaniale! 

Ucałowała ją w usmarowane dżemem usteczka, a mała zsunęła się z krzesła. Gideon wbiegł do kuchni i 

pośpiesznie nałożył jej płaszczyk. 

- Jesteś skarbem, Beth! - wykrzyknął i szybko ucałował ją w usta. - O, dżem! 

- To Sophie zostawiła swoją pieczątkę - roześmiała się. 

Do zobaczenia. - Wziął małą za rękę i wybiegli. 

Gdy tylko drzwi zamknęły się za nimi, dawne fantazje dopadły Beth ze zdwojoną siłą. 

Trudno, skoro już gra rolę mamusi, równie dobrze może posprzątać po śniadaniu. 

Od  tego  dnia  ona  i  Claire  stały  się  prawdziwymi  przyjaciółkami.  Dziewczynka  jakby  wydoroślała, 

chętniej pomagała Beth i wyraźnie szukała jej towarzystwa. Lubiła odrabiać lekcje przy kuchennym stole, 

podczas gdy Beth z Sophie przygotowywały kolację. W ich kontaktach pojawiło się coś nowego. Znalazły 

wspólny język, a Beth czuła się coraz bardziej odpowiedzialna za tę dorastającą panienkę. 

Nieoczekiwanie to zbliżenie z Claire wpłynęło na zmniejszenie napięcia pomiędzy nią a Gideonem. Był 

teraz w jej obecności dużo bardziej rozluźniony; tym jaśniej też widziała, jak cudownie byłoby być jego 

żoną. 

W gruncie rzeczy, myślała, niewiele różniłoby się to od jej obecnego życia. I tak robi większość rzeczy, 

które należałyby do jego żony. Brakuje w ich związku tylko jednego. Tego, co owładnęło wszystkimi jej 

snami. A może powinna się zdecydować i zachęcić Gideona? 

Ale,  z  drugiej  strony,  przecież  nigdy  więcej  już  jej  nie  pocałował,  nigdy  od  czasu  ślubu  córki  Paula, 

jeśli  nie  liczyć krótkiego pocałunku tego ranka, kiedy to Claire wkroczyła w dorosłość. Poza tym  miała 

wątpliwości, czy nie stało się to tylko dlatego, że akurat była pod ręką. 

I znów nadszedł poniedziałek. Odebrała Sophie z przedszkola, ugotowała coś i w deszczu pobiegła do 

wozowni, aby przebrać się i zdążyć na spotkanie w przychodni antynikotynowej. 

Pogoda  była  paskudna.  Beth  zastanawiałjuię,  jak  wielu  pacjentów  wymyśli  jakiś  pretekst,  żeby  nie 

i^jść. 

To było ich czwarte spotkanie i zaczynało im być coraz trudniej. Jedna osoba zrezygnowała, pozostali 

byli  teraz  świeżymi  niepalącymi,  ale  od  czasu  do  czasu  zdarzały  im  się  drobne  wpadki.  Gideon 

wielokrotnie podkreślał, że każdy ma prawo czasem zbłądzić, pod warunkiem, że nie przerodzi się to w 

zwyczaj. 

David Hendry  świetnie sobie radził  i od pierwszego października nie zapalił ani razu. Poza nim tylko 

jedna pacjentka, ciężarna Jan Driscoll, trzymała się tak dzielnie. 

background image

Paul,  niestety,  wciąż  nie  potrafił  zachować  abstynencji  i  dotyczyło  to  zawsze  tego  samego  papierosa. 

Pierwszego -rano. 

- Spróbuj joggingu - poradził mu Gideon, ale został wyśmiany. 

- To jest może dobre dla ciebie, chłopie. Ty wstajesz o cywilizowanej godzinie, a ja muszę się zerwać 

przed piątą, żeby wydoić krowy. A potem, po śniadaniu, od razu zabieram się do roboty na farmie. Kiedy 

mam biegać? 

- To jak znajdujesz czas na palenie? - roześmiał się Gideon. 

- Kiedy wracani od krów, Jill robi śniadanie, a ja piję herbatę i palę. Czy chcesz, żebym latał dookoła 

stołu? 

Wszyscy wybuchnęli śmiechem. 

- Jedz płatki błyskawiczne, to nie będziesz musiał czekać - poradziła mu Jan. 

Nie wyglądał na przekonanego, ale obiecał spróbować. 

-Żona nauczyła  mnie robić  na drutach – powiedział David Hendry. -  Kiedy  już nie  mogę wytrzymać, 

dziergam. 

No pewnie. - Paul pokładał się ze śmiechu. – Już widzę siebie, jak, siedząc na traktorze, robię na 

drutach. 

Wśród ogólnego śmiechu spotkanie dobiegło końca. Beth udzieliła im tylko jeszcze porad dotyczących 

diety i wszyscy ruszyli do wyjścia. 

Kiedy  David  otworzył  drzwi,  wichura  wyrwała  mu  klamkę  z  ręki,  a  strugi  deszczu  zmoczyły  ich  w 

jednej chwili. 

Dobry Boże - powiedział z niepokojem Paul. - Chyba pójdę po krowy i odprowadzę je do obory. 

Rzeka jest cholernie bliska wylania. 

Wszyscy przytaknęli ponuro. 

- Pewno nie masz samochodu? - zwrócił się Gideon do Beth. 

- Wyjątkowo mam. Strasznie padało, kiedy wychodziłam. 

- Dzięki Bogu. 

Beth  popędziła  do  samochodu,  a  Gideon  zamknął  przychodnię  i  po  chwili  zajął  miejsce  obok  niej. 

Odgarnął zmoczone włosy. 

- Woda leje się strumieniami! Jeśli to długo potrwa, będziemy mieli kłopoty. 

- Czy rzeka naprawdę może wylać? 

- Tak. W ciągu ostatnich piętnastu lat zdarzyło się to tylko raz, ale było bardzo niebezpiecznie. Zalało 

kilka domów i wszystkie drogi. 

Beth prowadziła samochód powoli. 

Podjedź kawałek w stronę rzeki. Chciałbym zobaczyć, jak to wygląda - poprosił ją. 

Po chwili znaleźli się przy małym mostku. 

background image

Poczekaj! - zawołał. Wyskoczył z samochodu i podbiegł do mostka. Po chwili był już z powrotem. 

– Poziom wody przekroczył stan alarmowy! Nawet jeżeli w tej chwili przestanie padać, rzeka wyleje. 

Po chwili minął ich wóz policyjny. 

-  To  Philip  Hom,  miejscowy  policjant.  Sprawdza  poziom  wody.  Jeśli  uzna,  że  jest  on  zbyt  wysoki, 

poleci ludziom aby spędzili tę noc w budynku kościoła.. 

- Będą zmoknięci i zmarzną - zauważyła Beth z troską. 

- I będą przerażeni. Powinienem się tam wybrać. Wracajmy do domu. Sprawdzę, jak czują się dzieci i 

pójdę do kościoła. 

Beth zaparkowała przed wozownią. 

 

- Czy mogę iść z tobą? Może przyda się pomoc?  

Zawahał się. 

- Naprawdę chcesz? 

 

-  Tak,  oczywiście.  Może  się  zdarzyć,  że  ktoś  zostanie  ranny,  opuszczając  w  pośpiechu  dom  lub 

próbując ratować swój dobytek. Przyniosę trochę środków opatrunkowych z przychodni. 

- Dobry pomysł. Ale musisz się przebrać. Czy masz kalosze i płaszcz przeciwdeszczowy? 

- Kalosze tak, gorzej z płaszczem. 

- Dam ci kurtkę Willa, z kapturem. Zaraz wracam.  

Ruszył w stronę swego domu, a Beth wzięła głęboki oddech i przebiegła króciutki odcinek dzielący ją 

od  wozowni.  Wystarczyła  jednak  tylko  ta  chwila  i  moment,  który  zajęło  jej  znalezienie  kluczy  i 

otworzenie  drzwi,  by  przemoknąć  do  suchej  nitki.  Jej  własny  płaszcz  nie  dawał  żadnej  ochrony  przed 

deszczem. 

Odwiesiła go i przebrała się w ciepłe spodnie i sweter. Wciągnęła też grube skarpety do kaloszy. Zanim 

przyszedł Gideon z kurtką Willa, była już gotowa. 

Dobra dziewczynka - powiedział z aprobatą i wręczył jej okrycie. - Przejrzałem kieszenie. Pełno w 

nich było pomiętych papierków i Bóg wie czego jeszcze. Ten chłopak to potwór! 

Zachichotała. 

- Dzwoniłeś może do kogoś? 

- Na policję. Rzeka już wylała. Pojedziemy do przychodni po leki i koce, a potem do kościoła. 

Kiedy  dotarli  na  miejsce,  było  już tam kilka osób. Pastor w kaloszach  i  nieprzemakalnej  kurtce, jego 

żona gotująca w kuchni wodę i Philip Horn, który organizował pomoc i zaopatrzenie. 

Potem powoli zaczęli napływać pierwsi uciekinierzy. Ich twarze mówiły wiele. Niektórzy, przeważnie 

ci  starsi,  którzy  stracili  wszystko,  siedzieli  z  cichą  rezygnacją.  Młodsi  łkali  i  wyrzekali  na  los.  Dzieci 

płakały przerażone szalejącym żywiołem. 

background image

Wyglądają jak uchodźcy pokazywani w dziennikach telewizyjnych, pomyślała Beth ze smutkiem. 

Wielu z nich miało zadrapania i skaleczenia. Dziewczyna opatrywała rany i starała się ich pocieszyć. 

Mężczyźni wyszli, aby budować umocnienia z worków z piaskiem i ratować tych, którzy znaleźli się w 

pułapce, gdy woda gwałtownie zaczęła przybierać. 

Jedna z kobiet miała uszkodzoną rękę. Kiedy otworzyła drzwi, by uciec z domu, została wepchnięta z 

powrotem i rzucona na ścianę siłą uderzenia wody. 

Beth unieruchomiła jej rękę. 

Po  chwili  pojawiła  się  w  kościele  Judith  Wight,  lekarka  z  przychodni,  żeby  sprawdzić,  czy  może  w 

czymś pomóc. 

- Judith, zobacz to, proszę! - zawołała ją Beth. 

-  Oczywiście.  Ojej,  nieładnie  wygląda.  Myślę,  że  to  złamanie.  Wie  pani  co,  pani  Griggs,  chyba 

zostawimy  to  tak,  jak  jest,  zrobię  pani  tylko  zastrzyk  przeciwbólowy.  A  jak  woda  trochę  opadnie, 

natychmiast odwieziemy panią do szpitala. 

Beth znalazła spokojne  miejsce w rogu  i posadziła tam kobietę z kubkiem  ciepłego napoju w ręku,  a 

potem  zajęła  się  innymi  ewakuowanymi.  Niespodziewanie  natknęła  się  wśród  nich  na  ubłoconą  Mabel 

Robinson. 

- Myślałam, że woda nie dotarła do pani domu - zagadnęła zdziwiona. 

- Nie dotarła,  moja droga. Przyszłam tylko sprawdzić, czy  nic  się  nie stało  moim znajomym.  Chętnie 

pomogę. Wiem, że dziś nie na wiele mogę się zdać, ale zawsze mogę  posiedzieć i porozmawiać z ludźmi, 

pozwolić im oderwać myśli... 

Beth była pod wrażeniem ducha tej  małej społeczności.  Wszyscy trzymali się razem  i pomagali  sobie 

nawzajem.  Bardzo  sprawnie  uwijali  się,  by  usunąć  meble  z  drogi  powodzi  i  poprzenpsić  je  na  wyższe 

piętra,  gdzie  nie  dotrze  już  woda.  Gideon  był  wśród  nich.  W  pewnym  momencie  wpadł  jednak  do 

kościoła,  żeby  napić  się  herbaty.  Powiedział  Beth,  że  choć  deszcz  przestał  padać,  woda  w  niektórych 

rejonach miasteczka sięga półtora metra. 

Metr i pół, pomyślała Beth, to połowa wysokości pokoju. Mabel Robinson woda sięgałaby do brody, a 

Sophie zakryła z głową. 

Spojrzała znów na dzieci i poczuła jeszcze większy przypływ współczucia dla nich. 

Poszła do kuchni zobaczyć, czy można przygotować im gorące kakao do picia, i wtedy, przypadkiem, 

podsłuchała Mabel Robinson, siedzącą nie opodal i rozprawiającą z grupą przyjaciółek. 

- ...to taki wspaniały mężczyzna, ten doktor Pendra-gon. Pracuje tak ciężko i nigdy nie myśli o sobie. 

- Dzieci też niczego się nie domagają... 

- ...potrzebują tylko dobrej matki. I to od dłuższego czasu! 

-  Może od  zawsze.  To  nie  była  dobra  kobieta.  Pamiętam  ją,  zanim  jeszcze  Claire  się  urodziła...  a  on 

przyjął to kukułcze jajo, jakby było jego... 

background image

- A co myślicie o tej nowej pielęgniarce? Wydaje się, że są w dobrej komitywie. 

-  Beth?  -  To  był  głos  pani  Robinson.  -  Byłaby  dla  niego  idealna.  Po  prostu  urocza  dziewczyna. 

Większość z nich właśnie tego potrzebuje. Obawiam się jednak, że on jest zbyt zajęty, aby zwrócić na nią 

uwagę. A poza tym ona pewno myśli, że jest dla niej za stary. 

Och, nie wiem. Jeszcze zostało mu trochę życia. A widziałaś, jak się zaczerwieniła, kiedy spytałaś 

ją o mieszkanie? 

Beth  usłyszała  już  dosyć.  Napełniła  kubki  i  wyszła  z  ku-chni  modląc  się,  aby  pani  Robinson  i  jej 

przyjaciółki  nie  zauważyły  rumieńców  na  jej  twarzy.  Zaniosła  dzieciom  kakao  i  po  chwili  wszystkie 

leżały już na prowizorycznych posłaniach. 

Krótko po północy  światło przez chwilę zamigotało  i  zgasło. Zapanowały kompletne ciemności.  Beth 

poczuła  narastającą panikę.  Żona pastora szybko  zintonowała  jakąś popularną piosenkę  i  napięcie  nieco 

opadło. Ktoś przyniósł świece, a później ktoś inny zorganizował lampę sztormową. Ciepłe ogniki świec i 

piosenki stworzyły atmosferę wzajemnego oparcia i solidarności. 

Znowu pojawił się Gideon i poprosił, żeby z nim na chwilę wyszła. 

Martwię  się  o  Michaela  -  powiedział.  -  Nie  widziałem  go  i  chociaż  woda  zwykle  nie  sięga  jego 

domu, to jednak jest on położony na tyle nisko, że nie można tego wykluczyć. Jeśli tak się stanie, Michael 

znajdzie się w poważnych kłopotach. 

Czy myślisz, że jest to prawdopodobne? 

Wzruszył ramionami. 

Nie wiem. Zamierzam tam pojechać. Czy chcesz jechać ze mną? 

Skinęła głową. 

Już biorę kurtkę. 

Po chwili dołączyła do niego, niosąc koc i apteczkę. 

Bardzo  rozsądnie  -  pochwalił  ją.  Beth  poczuła  się  z  siebie  dumna.  Głupio,  bo  przecież 

wykonywała tylko to, co do niej należy. 

Wdrapała się do szoferki terenowego samochodu i ruszyli, objeżdżając zalane fragmenty drogi. 

Musimy pojechać przez to pole, ale i tak możemy ugrzęznąć - powiedział Gideon, redukując bieg. 

Wóz zaczął się przebijać przez błotniste pole w stronę domu Michaela. 

Kiedy wreszcie udało im się zbliżyć, okazało się, że woda sięga przednich świateł samochodu. 

Gideon zaklął cicho. 

Jest gorzej, niż przypuszczałem. Spróbuję podjechać jak najbliżej, dalej jednak będę musiał pójść 

na piechotę. - Spróbuj wydostać się na ścieżkę, jest chyba ponad linią wody. 

Gideon przez chwilę wpatrywał się w ciemność. 

Będziemy musieli się trochę pokręcić. 

Cofnęli  się  na  sąsiednie  pole.  Udało  im  się  wjechać  na  drogę  prowadzącą  do  domu  Michaela. 

background image

Zaparkowali naprzeciwko, ale dopiero kiedy Gideon wysiadł, Beth zrozumiała, na czym polega problem. 

W tym miejscu droga nie była zalana, ale dom i otaczający go ogród znajdowały się niżej. W świetle 

latarki zobaczyli wokół domu spienioną wodę. Sięgała okien. Beth zastanawiała się, jakim cudem uda im 

się wyciągnąć Michaela ze środka. 

Frontowe  drzwi  są  otwarte.  Przypuszczam,  że  usiłował  wyjść  i  nie  mógł  ich  potem  zamknąć. 

Oczywiście to nie znaczy, że  coś  mu  się  stało. Ta, niedaleko,  mieszka  jego rodzina. Może przyjechali  i 

zabrali go. Zawołam. 

Gideon oparł się o furtkę, zwinął dłonie w trąbkę i krzyknął ze wszystkich sił: 

Michael! Jesteś tam? 

Natężyli słuch, ale w odpowiedzi usłyszeli tylko plusk i szum wody. 

Muszę się dostać do środka. Ty zostań w samochodzie. Jeśli okaże się to potrzebne, pojedziesz po 

pomoc. 

Zaczął iść w stronę domu, kiedy na drodze pojawiła się Katie, labrador Michaela. 

Cześć, piesku - powiedział Gideon z niepokojem w głosie. - Gdzie on jest? Gdzie jest Michael? 

Suka zaszczekała i ruszyła w dół, do wody. Chociaż była dobrym pływakiem, Beth widziała, jak prąd 

znosił ją kilkakrotnie, zanim w końcu dotarła do otwartych drzwi. Z trudem wdarła się do środka. 

Znowu zaszczekała. 

- Myślę, że on tam jest. Pewno wpuścił psa, żeby sprowadził pomoc. Idę. 

- Uważaj na siebie. Prąd jest silny. 

Skinął głową, zrzucił płaszcz, potem sweter i wskoczył do wody. Usłyszała jego ciężki oddech i już po 

chwili zobaczyła, jak przedziera się w stronę drzwi. 

Gdy był już blisko, ukazała się w nich Katie i zaszczekała. 

Wszystko  w  porządku,  piesku.  Już  idę  -  uspokoił  ją  i  dobrnął  do  wejścia.  Zniknął  w  środku, 

pozostawiając drżącą Beth samą na drodze. 

Wydawało się jej, że minęły całe wieki, zanim pojawił się w oknie na piętrze. 

Znalazłem  go.  Jest  ranny,  ale  żyje.  Myślę,  że  próbował  się  wydostać  i  został  zaskoczony  przez 

wodę. Chyba to Katie wciągnęła go na górę. Wyniosę go na zewnątrz, ale będziemy potrzebowali noszy i 

kogoś  do  pomocy.  Czy  mogłabyś  wyciągnąć  linę  z  tyłu  samochodu,  przywiązać  ją  do  przedniego 

zderzaka i rzucić mi drugi koniec? Muszę się jakoś ubezpieczyć. To będzie rodzaj poręczy. 

Trzęsącymi się z zimna rękami zrobiła to, o co ją prosił, i rzuciła mu linę. Za trzecim razem udało mu 

sieją złapać. 

W porządku. Teraz biegnij po pomoc. 

Beth szybko zebrała myśli. Miała składane nosze w samochodzie. Jeśli starczy jej odwagi na pokonanie 

wody, prawdopodobnie uda im się razem go wyciągnąć. Skoro jest nieprzytomny; to czas jest tu bardzo 

ważny. 

background image

- Poczekaj, idę do ciebie! - krzyknęła. 

- Beth, nie! 

- Tak! Nie ma czasu na nic innego. 

Nie zważając  na  jego protesty, pobiegła do samochodu  i wyciągnęła  nosze. Miała ułatwione zadanie, 

gdyż lina posłużyła jej za poręcz, mimo to lodowaty prąd o mało nie zwalił jej z nóg. 

Trzymając  się  Gideona,  przeszła  przez  pokój  i  zobaczyła  w  świetle  jego  latarki  Michaela.  Leżał  w 

połowie wysokości schodów. Woda sięgała mu do ud. 

Wspólnie rozłożyli nosze i położyli na nich mężczyznę. 

Nie  sądzę,  aby  miał  uszkodzony  kręgosłup,  ale  postaraj  się  trzymać  go  tak  płasko,  jak  to  jest 

możliwe – pouczał ją Gideon, gdy unosili go ze schodów. 

Kiedy  skierowali  się  do  drzwi,  Beth  usłyszała  głośny  plusk  i  nagle  znaleźli  się  w  kompletnych 

ciemnościach. Gideon zaklął soczyście. 

- Rozumiem, że upuściłeś latarkę - zauważyła z przekąsem. 

- Cholernie zabawne! Jesteś gotowa? 

- Tak. 

- Idziemy. 

Było to znacznie trudniejsze  niż dostanie się do środka. Musieli zmagać  się po ciemku z  noszami, w 

końcu jednak udało im się wydostać na ścieżkę. 

Potrzebna mu jest natychmiastowa pomoc. Zawieziemy go do przychodni, osuszymy, ogrzejemy i 

zobaczymy, co mu się stało. 

Katie  wskoczyła  do  samochodu  za  Michaelem,  a  Beth  usiadła  z  tyłu,  żeby  chronić  jego  głowę  przed 

wstrząsami na wertepach. 

Ostatecznie  udało  im  się  wnieść  Robertsa  do  gabinetu  Gideona.  Od  razu  włączyli  ogrzewanie, 

wspólnymi siłami rozebrali go i owinęli kocem. Katie usiadła obok, cicho skomląc i liżąc swego pana. Na 

jego  głowie  widać  było  wielkie,  purpurowe  stłuczenie,  blisko  miejsca,  gdzie  poprzednio  się  zranił.  Ten 

uraz był z całą pewnością poważniejszy, choć skóra nie została^ozcięta. 

Co z psem? Może go tak lizać? - spytała Beth. Gideon spojrzał na Katie i wzruszył ramionami. 

Prawdopodobnie bardziej mu to pomoże, niż zaszkodzi. Ja bym pozwolił jej zostać. 

Jeszcze  raz  dokładnie  obejrzał  Michaelas  Sprawdził,  czy  nie  ma  jakichś  zranień,  które  zostały 

przeoczone  podczas  pobieżnego  badania  w  domu.  Znalazł  kilka,  ale  wszystkie  wyglądały  na 

powierzchowne. 

- Dlaczego więc jest wciąż nieprzytomny? 

- Hipotermia? Jaką ma temperaturę? 

- Trzydzieści pięć stopni w ustach, ale wolałabym zmierzyć w odbycie. Czy możemy go przewrócić? 

- Oczywiście. - Gideon pomógł przekręcić nieprzytomnego mężczyznę. 

background image

Po trzydziestu sekundach Beth wyjęła termometr. 

- Prawie trzydzieści sześć. 

-  To  już  lepiej.  Teraz  powinien  znaleźć  się  jak  najprędzej  w  szpitalu.  Trzeba  zbadać  dokładnie  jego 

głowę... 

W tym momencie Michael jęknął. Katie polizała go po twarzy. 

Katie? - wyrzęził, a suka zamachała ogonem. 

Gideon wziął go za rękę i uścisnął uspokajająco. 

Michael, wszystko w porządku. Jesteś w przychodni. Michael, czy mnie słyszysz? 

Jego niewidome oczy były otwarte. Odwrócił głowę. 

- Gideon? 

- Tak. Wszystko skończyło się dobrze. Wydostaliśmy cię stamtąd. 

-  Wydostaliście?  -  Uniósł  brwi,  lecz  wkrótce  zaczął  sobie  przypominać.  -  O  Boże!  Powódź...  mój 

komputer... 

- Do diabła z komputerem! Mało nie umarłeś. Co się właściwie stało? 

Z trudem przełknął ślinę. 

Wszędzie była woda... Otworzyłem drzwi, a wtedy wlała się do wnętrza i przewróciła mnie. - Podniósł 

rękę i dotknął ogromnego guza na swojej głowie. - Auu. Czy długo tam leżałem? 

- Nie wiem. O której otworzyłeś drzwi? 

 

- Nie jestem pewien. O wpoi do dwunastej? 

Gideon rzucił okiem na swój zegarek. 

- Tb blisko dwie godziny. 

- W takim razie cały czas byłem  nieprzytomny. Pamiętam tylko, że starałem się wejść  na schody, ale 

Bóg wie, w jaki sposób udało mi się w końcu tam znaleźć. 

Gideon popatrzył na psa. 

- Myślę, że Katie miała z tym coś wspólnego. Była na zewnątrz, kiedy przyjechaliśmy i zaprowadziła 

nas do ciebie. Wyszła, żeby poszukać pomocy. 

- Dobra sunia, świetna robota - powiedział Michael drżącym głosem i w jego oczach pojawiły się łzy. 

Beth pogładziła go delikatnie po ramieniu. 

- Wszystko w porządku. Masz to już za sobą. 

- A teraz powiedz, czy masz czucie wszędzie? – spytał Gideon. 

- Tak. Wszystko mnie boli, czuję każdy cholerny guz. 

- Podejrzewam, że gdy woda wtargnęła do środka, musiała rzucić cię na meble. 

Michael roześmiał się głucho. 

Tak właśnie się czuję. 

background image

Gideon popatrzył na Beth. 

- Powinieneś trafić do szpitala na badania. Trzeba się upewnić, czy nic ci nie jest po tej przygodzie. 

- A jak się tam dostać? - btatowniczo spytał Michael. - Mam pofrunąć? 

Gideon westchnął. Co prawda urazy Robertsa były chyba mniej poważne, niż początkowo podejrzewał, 

ale z ranami głowy nigdy nie można być dosyć ostrożnym. 

- A co myślisz o tym, żebym wziął cię na dzisiejszą noc do siebie do domu? Będę miał cię na oku, a 

jutro, jeśli okaże się to niezbędne, postaramy się jakoś dostarczyć cię do szpitala. 

- Dziękuję, to chyba dobry pomysł - odparł zmęczonym głosem Michael. - Głowa mnie boli. 

- Wcale mnie to nie dziwi. Zrób coś dla mnie i spróbuj wstać. 

Ostrożnie i z wielkim trudem udało mu się podnieść. 

Boże, głowa mi pęka. 

Gideon owinął go kocem i podtrzymał. 

- Wiem. Chodźmy. 

- Znajdź mi jakieś łóżko - sapnął Michael. 

- I to ma być podziękowanie - rzucił Gideon, uśmiechając się do Beth. 

Wiedziała,  że  tak  naprawdę  wcale  nie  zależy  mu  na  wdzięczności.  Zrobił  to,  bo  nie  miał  innego 

wyboru. Po prostu taki już jest i nic nie może go zmienić. 

Wyszła razem z nimi z przychodni, z Katie nie odstępującą kolan Michaela, i pojechali do domu. 

Kiedy Roberts został już ułożony w łóżku, zeszli do kuchni. 

- Chyba pora umyć się i iść spać - powiedziała Beth. 

- Chyba tak. Odprowadzę cię. 

Deszcz od dawna już nie padał. Słychać było tylko szum drzew. Gideon popatrzył na nią ciepło. 

- Nic ci nie będzie? - zapytał miękko. 

- Nie. Wystarczy, że wezmę prysznic. A jak ty się czujesz? 

- Dobrze - uśmiechnął się. 

Przytulił ją i oparł głowę na jej ramieniu. 

- Dziękuję, że pomogłaś mi go stamtąd wyciągnąć. Miałaś rację, nie mogliśmy go tam zostawić. Jednak 

wejście do tej wody wymagało wielkiej odwagi. 

- Wiesz o tym lepiej ode mnie - odparła. – Przecież wszedłeś pierwszy. 

Roześmiał się i objął ją mocniej. 

Ale ja jestem większy od ciebie. Mnie było łatwiej. Idź teraz spać, jutro poczujesz się lepiej. 

Otworzył drzwi i delikatnie wepchnął ją do środka. 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Wtorkowy  ranek  był  pogodny,  ale  trochę  wietrzny.  Poza  kilkoma  zwalonymi  drzewami  nic  już  nie 

przypominało o spustoszeniach zeszłej nocy. 

background image

Beth zaraz po obudzeniu się wstała i poszła dowiedzieć się o zdrowie Michaela. 

Czuje  się  już  znacznie  lepiej  -  poinformował  ją  Gideon.  -  Jeszcze  wczoraj  w  nocy  udało  mi  się 

dodzwonić  przez  telefon  komórkowy  do  jego  ojca  i  uspokoić  go.  Okazało  się,  że  droga  była  zalana  i 

rodzice  nie  mogli  do  niego  dojechać.  Na  szczęście  nie  denerwowali  się  specjalnie,  gdyż  dotąd  jeszcze 

nigdy  nie zdarzyło  się, aby podczas powodzi woda dotarła do  jego domu. Przynajmniej za  ich pamięci. 

Michael  jeszcze  śpi,  a  ja  przed  wysłaniem  go  do  szpitala  chcę  sprawdzić,  jak  wygląda  sytuacja 

powodziowa. Masz ochotę wybrać się ze mną? 

Jasne, ale czy możemy sobie na to pozwolić?  

Skinął głową. 

Postanowiłem zatrzymać dziś dzieci w domu i poczekać, aż sytuacja się wyjaśni. Will i Claire i tak 

zresztą nie mogliby dojechać do szkoły. 

Wsiedli  do  samochodu  terenowego,  przykrywając  wilgotne  siedzenia  plastikowymi  torbami,  aby 

ochronić ubrania. Wyjechali na rynek, a potem w dół, tam gdzie droga mogła być najbardziej uszkodzona. 

Oglądali szkody spowodowane powodzią. 

Niektóre  ogrody  były  jeszcze  zalane,  ale  większość  pokrywał  muł  i  porzucone  przez  wodę  odpadki. 

Beth pociągnęła nosem. 

Trochę tu cuchnie - stwierdziła. 

Aha. Kanalizacja chyba ucierpiała. Zobaczysz, że w ciągu najbliższej doby będziemy mieli wiele 

przypadków zaburzeń gastrycznych. Ale przynajmniej droga jest już z grubsza przejezdna. 

Zrobili kółko i wrócili inną trasą, mijając farmę Paula Stone'a. 

Paul  stał  oparty  o  furtkę,  z  papierosem  zwisającym  między  wargami,  i  patrzył  na  pole.  Gideon 

zatrzymał się koło niego. 

Jakieś kłopoty? 

Można  tak  powiedzieć  -  prychnął  Paul.  -  Dwie  moje  najlepsze  mleczne  krowy  utonęły,  a  pięć 

innych poroniło w nocy. Woda zalała mi sześćdziesiąt akrów kartofli. To prawdziwa klęska, chłopie. 

Zaciągnął się głęboko papierosem, spojrzał na niego i wyrzucił. 

Ale to świństwo - skrzywił się. 

Przepraszam - spokojnie odezwał się Gideon. - A jak w domu? 

Wszystko w porządku. Nikomu z rodziny nic się nie stało, i to jest najważniejsze. 

Zostawili  go  w  filozoficznym  nastroju  i  pojechali  do  domu  Michaela.  Zgodnie  z  przypuszczeniami 

Gideona zastali tam jego rodziców. 

Byliśmy  tacy  wdzięczni,  kiedy  pan  zadzwonił  -  dziękowali  mu  wylewnie.  -  Próbowaliśmy 

wielokrotnie  do  niego  telefonować,  ale  linia  została  uszkodzona.  Szkoda,  że  Michael  nie  ma  telefonu 

komórkowego, wtedy zawsze moglibyśmy być w kontakcie. 

Gideon uśmiechnął się ponuro. 

background image

- Pewno nie przyszło mu do głowy, że to jest niezbędne. Muszą państwo przyznać, że ostatnia noc była 

dosyć wyjątkowa. 

- Mam taką nadzieję - burknął w odpowiedzi ojciec Michaela. - Nic takiego nie wydarzyło się, odkąd tu 

mieszkamy. 

- A jakie są zniszczenia? - spytała Beth. 

- Okropne. Tłusty muł na podłodze i wszystkich meblach. Cały parter jest zniszczony. 

- A jego komputer? - odezwał się Gideon. 

-  Nie  ma  co  gadać.  Proszę  mu  powiedzieć,  że  dyskietki  są  bezpieczne,  leżały  wysoko,  ale  reszta  to 

szmelc. 

- Przekażę mu. A teraz już czas na nas. 

Jechali wolno pokrytą mułem i częściowo jeszcze zalaną drogą. 

Dziś  nie  wygląda  to tak  źle  -  zauważyła  Beth  ze  zdziwieniem.  -  Kiedy  przypomnę  sobie,  co  się 

tutaj działo wczoraj... 

Gideon zostawił ją w przychodni, a sam wrócił do domu. Chciał zobaczyć, co się dzieje z Michaelem i 

wezwać karetkę, która odwiozłaby go do najbliższego szpitala na prześwietlenie. 

Beth poszła prosto do Molly. 

- Kogo mam dziś na liście? 

- Oczywiście panią Robinson. Zamoczyła wczoraj opatrunek i przyszła, żebyś go jej zmieniła. 

- Dobrze, przyślij ją do mnie. Kto jeszcze? 

Molly podała jej karty. Beth przejrzała je, weszła do poczekalni i wywołała pierwsze nazwisko. 

Jenny Sorrell przyszła na badania profilaktyczne. Beth najpierw zadała jej rutynowe pytania dotyczące 

palenia, picia, sposobu odżywiania się i badania piersi. 

Potem pobrała krew i wzięła próbkę moczu do analizy. Na koniec zapytała: 

- Czy coś panią niepokoi lub chciałaby pani o coś spytać? 

-  Nic  szczególnego,  ale...  Od  kiedy  weszłam  w  menopauzę,  mam  pewne  problemy  z  suchością  w 

pochwie. Normalnie w niczym mi to nie przeszkadza, ale ma wpływ na stosunki seksualne. Bardzo łatwo 

robią mi się tam otarcia. 

Beth  zapisała  w  karcie  „dyspareunia",  medyczną  nazwę  bolesnych  stosunków,  i  zapytała,  czy  nie 

próbowali używać jakichś żeli. 

Tak, ale to nie pomaga. Przyjaciółka poradziła mi, żebym zaczęła przyjmować hormony, bo mogę 

mieć  osteoporozę,  ale  w  mojej  rodzinie  nigdy  się to  nie  zdarzało.  Poza tym  nie  chcę  niczego  popsuć  w 

naturalnym rytmie organizmu. Szczerze mówiąc, brak nam jednak współżycia... 

Beth wpadła na pewien pomysł. 

Jest coś, czego mogłaby pani spróbować. Ten produkt znajduje, się na rynku od bardzo niedawna, 

ale  inne  pacjentki  bardzo  go  chwaliły.  To  taki  dopochwowy  krem  nawilżający,  działający  jednocześnie 

background image

przeciwzapalnie. - Zapisała  nazwę specyfiku  na karteczce. - Proszę tego spróbować, a jeśli  nie pomoże, 

proszę skontaktować się ze swoim lekarzem. Może istotnie bardzo niewielka dawka hormonów mogłaby 

pomóc. 

Pacjentka chwyciła karteczkę. 

Najpierw spróbuję tego. Bardzo dziękuję! 

Beth odprowadziła ją, potem zaszczepiła dziecko przeciwko odrze i wreszcie wezwała panią Robinson. 

Och, rozjątrzyła się pani ta rana. Chyba nie oszczędzała pani ostatnio nogi? 

Szczerze mówiąc, nie. Prawie nie spałam ostatniej nocy.  

Pielęgniarka uśmiechnęła się. 

- To tak jak ja. 

- Tak, słyszałam, że wyciągnęliście młodego Michaela dosłownie w ostatniej chwili. 

- Prawie. Woda już opadała, kiedy tam dotarliśmy, tak że pewno nic by mu się nie stało. Mógłby tylko 

przemarznąć i się przestraszyć. 

- Słyszałam, że uderzył się w głowę. 

Dobry Boże, oni chyba używają tutaj tam-tamów! 

- Tak, ale już wszystko jest w porządku. 

- Podobno idzie do szpitala. Mam nadzieję, że to tylko na wszelki wypadek? 

- Tak - przyznała Beth. 

Nie  miała  szansy  na  zachowanie  tajemnicy  lekarskiej,  gdyż  pani  Robinson  była  wyraźnie  lepiej 

poinformowana  od  niej.  Zmieniła  jej  opatrunek  i  zaleciła  kilkudniowy  wypoczynek  w  domu.  Potem 

sprowadziła ją na dół, a wracając do siebie, spotkała Gideona. 

- Co z Michaelem? 

- Pojechał do szpitala. 

- Słyszałam - zachichotała Beth. - Mówiła mi pani Robinson. 

- Ta kobieta przechodzi samą siebie! 

- Tak, wyraźnie się przemęcza. Jej noga wygląda znacznie gorzej. 

- To niedobrze. Ten ropień jest strasznie oporny. 

- Nie sadzisz, że ona specjalnie doprowadza go do takiego stanu, żeby móc tu przychodzić i zawracać 

nam głowę? 

Gideon roześmiał się. 

- O to bym jej nie podejrzewał, ale uważaj na nią. Jeśli nie nastąpi poprawa, spróbujemy czegoś innego. 

- Ciekawe czego. Czarów? 

- Czegoś w tym rodzaju. 

To  był  bardzo  dziwny  dzień.  Każdy  normalny  wywiad  z  pacjentem  przeradzał  się  w  rozmowę  o 

wczorajszych wydarzeniach. 

background image

Jedna z kobiet nie przyszła na kontrolę. Zadzwoniła tylko do Molly i powiedziała, że boli ją brzuch. To 

był początek serii zaburzeń gastrycznych, które dotknęły mieszkańców zalanej części wioski. 

Wszyscy zostali ostrzeżeni, by nie pili wody z kranu. Dostarczono im wodę w butelkach. Niestety, stało 

się to za późno i tej nocy Beth słyszała wielokrotnie, jak Gideon wyjeżdża na wizyty domowe. 

Rano postanowiła więc pomóc mu wyprawić dzieci do szkoły. Kiedy przyszła do nich, okazało się, że 

jeszcze śpi. 

Poczekała, aż Claire i Will wyjdą z domu i poszła na górę z filiżanką herbaty, aby go obudzić. Nie był 

jej za to specjalnie wdzięczny, ale uznała, że po takiej nocy wolno mu trochę pozrzędzić. 

Odprowadziła Sophie do przedszkola i wróciła sprawdzić, czy wstał. 

Nieprzytomny siedział przy kuchennym stole z kubkiem kawy w dłoni i przymkniętymi oczami. 

Usiadła naprzeciwko i przyjrzała mu się beznamiętnie. 

- Wyglądasz okropnie - oświadczyła. 

- Dziękuję - odparł ze śmiechem. 

- Dlaczego nie weźmiesz wolnego dnia? 

- Bo to jeszcze nie koniec. Jestem pewny, że dziś od rana będzie mnóstwo pacjentów z bólami brzucha. 

I na pewno będę musiał zacząć od naprawienia spłuczki w toalecie. Zawsze się psuje w takich sytuacjach. 

- Jadłeś coś chociaż? 

Popatrzył na nią spod zmarszczonych brwi. 

Nie  bądź  sadystką  -  jęknął.  -  Nic,  do  diabła,  nie  jadłem.  Nawet  nie  pamiętam,  kiedy  mi  się  to 

ostatnio zdarzyło. 

W porządku, w takim razie idź i weź prysznic, a ja ci coś przygotuję. Pośpiesz się, bo się spóźnisz. 

Powlókł się na górę, a ona zrobiła mu tosty i usmażyła jajecznicę. Potem zaparzyła świeżą herbatę. Już 

dosyć wypił kaw! 

Kiedy zmywała, pojawił się z powrotem. Umyty i ubrany wyglądał dużo przyjemniej. Podobało się jej, 

że jest jeszcze nie ogolony. Cień zarostu na policzkach nadawał mu wygląd zawadiackiego pirata. Bardzo 

atrakcyjny wygląd. 

- Przy okazji, Michaelowi nic nie jest. 

-  Ach,  tak.  To  dobrze.  -  Wypiła  ostatni  łyk  swojej  herbaty  i  wstała.  -  Muszę  już  iść.  Powiem  twoim 

pacjentom, że z powodu dużej liczby wizyt domowych przyjdziesz dziś nieco później. 

- Kłamstwa, cholerne kłamstwa i statystyka - mruknął. 

- Nie jest to absolutna nieprawda... 

- Prawda, ale poddana pewnej manipulacji. Powiedz im, co chcesz. Nie zależy mi na tym. 

- Nie szkodzi. Za to dziś będziesz mógł się wcześniej położyć. 

- To cudownie - wymamrotał. 

Niestety, tak się nie stało. 

background image

O drugiej po południu wiatr, który zerwał się już rano, nagle się wzmógł i w porywach osiągał prędkość 

stu osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. 

Centrum  Meteorologiczne  ostrzegało  przed  wychodzeniem  z  domu.  Beth  postanowiła  pojechać  po 

Sophie  do  przedszkola  samochodem,  aby  uchronić  się  przed  unoszącymi  się  w  powietrzu  kawałkami 

gałęzi i kamykami. 

Wchodziła  właśnie  do  budynku,  gdy  rozległ  się  potworny  huk  i  ogromny  fragment  zerwanego  dachu 

przeleciał obok niej. 

Usłyszała płacz i krzyk dzieci. Wbiegła do środka. 

Wychodźcie szybko, ściany mogą się zawalić! - zawołała do przerażonej przedszkolanki. 

Wspólnie zebrały dzieci i wyprowadziły na zewnątrz, gdzie czekały rozgorączkowane matki, by zabrać 

je do bezpiecznych domów. 

Nagle Beth zauważyła, że ściany zaczynają się chwiać. 

Uważajcie! - wrzasnęła. 

W tym momencie część ściany runęła na ostatnie wychodzące dzieci. 

Nie  zastanawiała  się  ani  przez  chwilę.  Tam  były  zasypane  dzieci  i  należało  je  jak  najszybciej 

wyciągnąć. 

Wezwijcie pomoc! - krzyknęła. 

Jedna  ze  znajomych  matek  wzięła  Sophie  i  obiecała  odprowadzić  ją  do  domu.  U  boku  Beth  stanęła 

natomiast Jan Driscoll, ciężarna pacjentka z poradni antynikotynowej. 

- Nie powinnaś tego robić! - huknęła na nią Beth. 

- Tam jest mój syn - odparła Jan z pobladłą twarzą. - Nie mów mi, co powinnam. 

Pielęgniarka położyła jej rękę na ramieniu. 

Postaraj się uważać - poprosiła. 

Nie usłyszała odpowiedzi. Gorączkowo zaczęły odrzucać gruz. 

Po  chwili  pojawiła  się  pomoc.  Silni  mężczyźni  wyposażeni  w  odpowiedni  sprzęt.  Gideon  oczywiście 

był wśród nich. 

Gdzie jest Sophie? - spytał z twarzą stężałą z przerażenia. 

-  Poszła do domu z panią Blundle. 

Rozluźnił się. 

W  porządku.  Spróbujmy  wyciągnąć  stąd  te  dzieci.  Troje  z  pięciorga  zostało  szybko 

oswobodzonych. Dwoje, w tym syn pani Driscoll, nadal było zasypanych. 

W  końcu  wyciągnięto  małą  dziewczynkę.  Żyła,  choć  była  nieprzytomna.  Ciągle  nie  mogli  jednak 

natrafić na ślad chłopca. 

- O Boże! Gdzie on jest? Jeremy! - krzyczała Jan.  

Beth chwyciła ją za ramię. 

background image

- Cicho. Chyba go słyszę. 

Gdzieś z oddali, poprzez wycie wiatru, dobiegł ich płacz dziecka. 

Gideon  przedarł  się  przez  rumowisko  i  wszedł  do  zrujnowanego  budynku.  Po  chwili  pojawił  się  z 

małym chłopcem w ramionach. 

Był  w  ubikacji.  Nic  mu  się  nie  stało,  ale  bał  się  wyjść.  Jan  Driscoll  chwyciła  trzęsącego  się 

chłopczyka w objęcia i pobiegła z nim do domu. 

Gideon zabrał Beth do przychodni i opatrzył jej dłonie. 

- Za parę dni wszystko będzie dobrze, ale musisz je teraz oszczędzać - powiedział. 

- A co z dziećmi? - zapytała. 

Przychodnia pełna była małych pacjentów. Dzieci miały guzy i zadrapania, u niektórych podejrzewano 

złamania, a inne były po prostu okropnie przerażone. 

Jeśli chcesz, to zostań i porozmawiaj z nimi, a my z Julią jakoś sobie poradzimy. 

Niestety, okazało się, że Julię także dotknęły kłopoty z żołądkiem, tak że w końcu Beth musiała włożyć 

rękawiczki na swoje poranione ręce i zabrać się do pracy. 

Gdy skończyła, miała tak sztywne i obolałe palce, że Gideon musiał odwieźć ją do domu. 

Usiedli przed telewizorem. Na miejscu wypadku zjawiła się ekipa lokalnej telewizji, mogli więc teraz 

obejrzeć się w akcji. 

Ciekawe, kto ich zawiadomił? - zastanawiała się Beth. 

Kto? Mabel Robinson - z poważną miną odpowiedział Gideon. 

Roześmiała się i wówczas on uśmiechnął się także. Wyciągnęła dłoń i dotknęła jego policzka. 

- Miałeś pójść wcześnie spać, już wpół do dziesiątej. 

-  Jestem  rozstrojony  -  powiedział  cicho.  -  Powinienem  spać,  a  jakoś  mi  się  nie  chce.  Sam  nie  wiem 

dlaczego. 

- Rozumiem. Czuję się tak samo. Może mnie odprowadzisz? Zrobię kakao... 

- Szczerze? - spytał. - Już późno i jesteś zmęczona. 

- I tak nie będę mogła zasnąć. 

Nie teraz, kiedy wciąż dręczy mnie pytanie, o co chodziło tym kobietom, które mówiły o podrzuceniu 

kukuł-czego jaja, pomyślała. Czy powiedziałby jej, gdyby zapytała? Zapewne nie, ale musiało im chodzić 

o Sophie. Pozostałe dzieci są do niego zbyt podobne. 

Sophie, z czupryną złotych loczków i jasnoniebieskimi oczami, wyglądała rzeczywiście na podrzutka. 

A może była podobną* do matki? Beth jakoś w to nie wierzyła. Nie miała jednak żadnych wątpliwości, że 

Gideon kocha dziewczynkę. Pamiętała wyraz jego oczu, kiedy zobaczył zawaloną ścianę przedszkola. 

Gdy weszli do mieszkania, nastawiła mleko. Gideon wyglądał na wyczerpanego. Wziął od niej kakao, a 

potem delikatnie przyciągnął do siebie, by usiadła obok niego na kanapie. 

- Dzięki za pomoc - zamruczał. 

background image

Zaśmiała się cicho. 

-  Za  co?  Nic  dla  ciebie  nie  zrobiłam,  a  w  każdym  razie  nic,  czego  nie zrobiłby  każdy  inny  na  moim 

miejscu. 

- Ale to nie są twoje dzieci. 

- Twoje też nie. Sophie tam nie było.  

Ujął jej rękę i pogłaskał bo bandażu. 

- Biedne ręce. Tak delikatne, zbyt delikatne, by nosić gruz. W poniedziałek też byłaś wspaniała. 

Roześmiała się, lekko zażenowana. 

- Wszyscy byli. Nawet Mabel Robinson pomagała. 

- Mabel nie przepuści żadnej okazji, by być między ludźmi - zauważył kostycznie. - Ale mnie chodziło 

o Michaela. 

- Gdzie on teraz jest? 

- Z rodzicami. Minie dużo czasu, nim będzie mógł znów zamieszkać w swoim domu. 

Ziewnął i odstawił kubek. 

Wiesz - zaczął z uśmiechem - tak naprawdę chciałem ci podziękować, że jesteś taka, jaka jesteś. 

Wyjął z jej dłoni kubek, odstawił na stolik i objął ją. 

Jego  wargi  były  jędrne  i  ciepłe,  a  pocałunek  niewinny,  przynajmniej  na  początku.  Potem  coś  się 

zmieniło i z głębokim westchnieniem wplótł palce w jej włosy. Podtrzymując głowę dziewczyny, zatopił 

się we wnętrzu jej ust. 

- Beth, jak ja cię straszliwie pragnę - wychrypiał.  

Przywarła do niego i instynktownie wsunęła dłonie pod 

jego  bluzę,  by  poczuć  jeszcze  większą  bliskość.  Jęknęła  z  rozczarowania,  gdy  uświadomiła  sobie,  że 

przez bandaż nie jest w stanie poczuć jego skóry. 

- Co się stało? - szepnął. 

- Chcę cię dotykać, a nic nie czuję - zirytowała się. -Przeklęte... 

Zadrżał pod dotknięciem jej rąk, a jego rozchylone usta i gorący oddech z wzrastającą gwałtownością 

obrysowy-wały linię jej twarzy, szyi i dalej, w dół... 

- Zdejmij to - wykrztusił, sięgając do jej swetra.  

Wyprostowała  się  i  ściągnęła  go  przez  głowę,  a  Gideon  natychmiast  wyciągnął  ręce,  o  mało  nie 

rozrywając z pośpiechu bluzki. 

- Och, tak... wiedziałem, że są różowe - wyjąkał, pochylając głowę. 

Wziął  w  usta  wrażliwy  koniuszek  piersi.  Ssał  go zapamiętale,  aż  wyprężyła  się  i  krzyknęła.  Oderwał 

głowę i spojrzał na nią płonącym wzrokiem. 

- O Boże, Beth, co my robimy? - wyszeptał.  

Ujęła jego twarz w dłonie. 

background image

- Nie wiem jak ty, ale ja sądziłam, że kocham się z tobą. 

Przebiegł go dreszcz. Prostując ramiona, wstał, podszedł do okna i wpatrzył się w ciemność. 

Powoli podniosła się, ściągając poły bluzki, zbliżyła się do niego i położyła mu rękę na plecach. 

- Gideonie? 

- To szaleństwo. Jest późno, rano musimy  być w pracy  i oboje  jesteśmy wyczerpani  brakiem  snu. To 

nie jest pora na podejmowanie takich decyzji, Beth. 

- Czy to oznacza „nie"? 

Z westchnieniem przeciągnął palcami po włosach. 

- Do diabła, kobieto, nie rób mi tego. 

- Dlaczego? 

- Dlaczego?! Bo to nie fair. 

- Wobec kogo? - spytała spokojnie. - Gideonie, ja chcę tego. 

Obrócił się do niej powoli i utkwił wzrok w jej oczach. 

- Jesteś pewna?  

Skinęła głową. 

- Jak najbardziej. 

- Nie w ten sposób - perswadował. - Nie teraz, kiedy jesteśmy zmęczeni i brudni. 

-  A więc kiedy? - nalegała. - Jutro? Pojutrze? 

Wziął głęboki oddech. 

-  W  weekend.  Dzieci  wyjeżdżają.  Will  na  wycieczkę,  a  dziewczynki  do  moich  rodziców.  W  piątek 

mam dyżur, ale w sobotę od południa jestem wolny. Uśmiechnęła się prowokacyjnie. 

- Czy jest to czas dany nam na ochłonięcie? Nie sądzę, żeby to w czymś pomogło. 

Westchnął z rezygnacją i wziął ją w ramiona. 

- Coś mi się wydaje, że masz rację. Tym niemniej, na wszelki wypadek, spróbujmy. A teraz wychodzę, 

zanim zrobię coś, czego mógłbym żałować. 

- Nie wypiłeś jeszcze kakao. 

Rzucił okiem na stół i parsknął śmiechem. 

- Lepiej zrezygnuję. Kto wie, może pozbawiłoby mnie snu. 

Zaśmiała się załomie. 

- Czyżbyś był śpiący? 

Z westchnieniem przytulił ją mocno do siebie i przywarł wargami w gorącym, ostatnim pocałunku. 

- Nie prowokuj mnie. 

- Wciąż to powtarzasz. 

Powoli  wyswobodził  ją  z  objęć,  nie  spuszczając  z  niej  oczu,  pełnych  rozbawienia,  a  jednocześnie 

pożądania. Potem odwrócił się i szybko przemierzywszy pokój, zbiegł po schodach. 

background image

- Dobranoc, Beth - rzucił miękko od drzwi. - Słodkich 

snów. 

Nie były słodkie. Daleko im było do tego. Ale wypełniał je mężczyzna o cudownych zielonych oczach. 

Do weekendu pozostało przerażająco dużo czasu. 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Wraz  ze  zbliżaniem  się  weekendu  Beth  zaczęła  mieć  wątpliwości.  Czy  w  istocie  pragnął  właśnie  jej, 

czy też po prostu była pod ręką? 

W  piątek  po  południu  odebrała  Sophie  z  kościoła,  w  którym  chwilowo  mieściło  się  przedszkole,  i 

zaczęła przygotowywać rzeczy potrzebne jej na wyjazd. 

Wkrótce  mała  była  już  prawie  spakowana.  Brakowało  tylko  jej  ukochanego  króliczka.-  Szukając  go, 

Beth usłyszała dzwonek do drzwi, a w chwilę potem głos Claire. 

- Cześć, babciu. Wejdź. Beth kończy pakować rzeczy Sophie. To nie potrwa długo. Will już wyjechał, a 

mała ogląda telewizję. Napijesz się herbaty? 

- Z przyjemnością, kochanie. 

Usłyszała, jak przechodzą do kuchni i zajrzała jeszcze do kosza z rzeczami do prania. To było ostatnie 

miejsce, którego dotąd nie sprawdziła. 

Doznała zawodu - tutaj też nie było zabawki. Wyszła z łazienki i wtedy dobiegł ją znowu głos Claire. 

- Och, ona jest świetna! Sophie ją uwielbia, a tata... Powinnaś zobaczyć, jak na nią patrzy, kiedy sądzi, 

że nikt tego nie widzi! Dziwi mnie, że jeszcze nie spalił jej wzrokiem! 

- Claire! 

-  To  prawda,  babciu!  Czy  nie  byłoby  kapitalnie,  gdyby  się  pobrali?  Ona  naprawdę  jest  super... 

Niedawno coś się stało i ona była wspaniała... Och, kocham ją nad życie! 

A twój ojciec? 

Beth, niezdolna do ruchu, z napięciem czekała na odpowiedź. 

- Nie wiem... Przecież musi, no nie? Jak mógłby się oprzeć? W każdym razie niewątpliwie ma na nią 

ochotę... 

- Claire, to nieprzyzwoite wyrażenie. 

- Tak samo jak wyraz jego twarzy, gdy na nią patrzy tak, jakby chciał ją zjeść. 

-  Dosyć tego! Nie wiesz, o czym mówisz. 

Po chwili ciszy Claire oświadczyła spokojnie: 

Mylisz się, babciu. Wiem. I co w tym złego? Tyle lat upłynęło już od śmierci mamy, a nikogo w 

tym czasie nie było. Nie sądzisz, że to najwyższy czas? 

Znowu zapadła chwilowa cisza, przerwana westchnieniem i słowami: 

-

 

Zapewne, kochanie, ale nie możesz za nich decydować. Proszę, napij się herbaty. 

Beth wycofała się cicho i poszła do pokoju Gideona. 

background image

Czy  rzeczywiście  patrzył  na  nią  głodnym  wzrokiem?  Rzuciła  okiem  na  łóżko  i  zadrżała.  Niedługo 

będzie  w  nim  leżała  -  prawdopodobnie  jutro  w  nocy.  Gideon  dał  do  zrozumienia,  że  dziś  zejdzie  jej  z 

oczu, ale od jutrzejszego lunchu... 

Zwilżyła językiem wyschnięte wargi i przymknęła powieki. 

Usłyszała odgłos kroków na schodach. Po chwili drzwi otworzyły się i cicho zamknęły. 

Beth? 

Lekko oszołomiona obróciła się ku niemu. 

Cześć. Sophie zapodziała gdzieś króliczka. 

Jest tutaj. Zostawiła go rano na moim łóżku. 

Rzeczywiście. Z opadniętym na oko uchem siedział na 

poduszce. Szybko nachyliła się i wzięła zabawkę. 

 

- Twoja matka jest w kuchni z Claire. 

- Wiem, widziałem ją. Chyba się śpieszy. 

-  Uhm.  -  Skierowała  się  do  drzwi,  przyciskając  do  piersi  zabawkę,  jakby  chciała  ukryć  pod  nią 

łomoczące serce. - Nie spodziewałam się, że przyjdziesz je pożegnać. 

- Za chwilę muszę wyjść. Czeka już na mnie lista wizyt domowych, a ponadto porady w przychodni. 

- Jak będzie z twoją kolacją? - Postanowiła trzymać się kwestii praktycznych. 

- Zostaw w piekarniku. Zjem po powrocie. – Podszedł do niej i wziął ją w ramiona. - Do jutra. Zjemy 

lunch i wyjdziemy gdzieś, dobrze? 

Ledwo skinęła głową. Pocałował ją z pasją. 

To będzie cholernie długa noc - szepnął. 

Z  uśmiechem  wziął  ją  pod  ramię  i  zeszli  po  schodach  do  holu.  W  tej  samej  chwili  z  kuchni  wyszły 

dziewczynki oraz matka Gideona. Badawczym wzrokiem przyglądała się Beth. 

Mamo, to jest Beth Turner. Pomaga nam tymczasem. Beth, moja matka. 

Ujęła wyciągniętą dłoń pani Pendragon i zmusiła się do spojrzenia prosto w przenikliwe szare oczy. 

- A więc to ty jesteś Beth. Claire dużo mi o tobie mówiła. 

-  Mam  nadzieję,  że  dobrego  -  odparła  gładko,  jednak  wiedząc  dokładnie,  co  zostało  powiedziane, 

zarumieniła się lekko. 

-  O  tak,  moja  droga.  Dużo  dobrego.  No  to,  dziewczynki,  w  drogę.  Odbierzesz  je  w  niedzielę 

wieczorem, Gideonie? 

- Tak. Około szóstej? 

- Umówmy się na pół do piątej. Zjemy razem podwieczorek. I przywieź Beth. Jestem pewna, że Rupert 

z przyjemnością ją pozna. 

Zaskoczona Beth bez słowa obserwowała ich odjazd. A więc pani Pendragon ma zamiar przyjrzeć się 

background image

jej bliżej. Ciekawe, co powiedziałby Gideon, gdyby słyszał rozmowę, którą podsłuchała? 

Następnego  dnia  nie  wszystko  szło  zgodnie  z  planem -  zwłaszcza  na  początku.  Kiedy  zajmowała  się 

przygotowaniem lunchu, zadzwonił Gideon z prośbą, by przyszła pomóc mu w gabinecie. 

- Chodzi o przyjaciółkę Claire, Annabel. Ma paskudnie skaleczoną rękę. Przejechała sobie nożem przez 

całą szerokość dłoni, wszystkie palce są przecięte. 

- Zaraz będę. 

Nie traciła czasu  na przebieranie. Umyła po prostu ręce, włożyła kurtkę i szybkim krokiem poszła do 

gabinetu. 

Molly skierowała ją do pokoju, w którym wykonywano drobne zabiegi chirurgiczne. Był tam Gideon, 

dziewczynka w wieku Claire oraz zdenerwowana kobieta, najwyraźniej jej matka. 

- Annie, nie mogę zrozumieć, jak mogłaś być tak nieostrożna - mówiła właśnie do dziecka. 

- Obsunęła mi się ręka. 

Beth  spojrzała  na  ściągniętą  bólem,  pełną  buntu  twarz  Annabel.  Ton  jej  głosu  wskazywał,  że 

dziewczynka  zamknęła  się  w  sobie  i  nie  ma  zamiaru  rozmawiać  z  nikim  o  wypadku,  a  szczególnie  z 

matką. 

Gideon  odprowadził  kobietę  do  drzwi  i  po  jej  wyjściu  zaczął  zszywać  ranę.  Beth  asystowała  mu  w 

ciszy i obserwowała dziecko. 

Przecięty był każdy palec, jakby położyła je na nożu, zacisnęła i przeciągnęła po nim szybkim ruchem. 

 

- Czy będą trwale uszkodzone? - spytała po chwili Annabel. 

- Nie sądzę, ale obawiam się, że nie wystąpisz na festiwalu, który odbędzie się w tym tygodniu. 

Beth wydało się, że na twarzy dziewczynki dostrzegła ulgę. 

- Kiedy się wygoją? 

-  Za  parę  tygodni.  Ścięgna  szczęśliwie  są  nienaruszone  i  uszkodzenie  nerwów  nie  jest  poważne,  ale 

mięśnie zostały niestety przecięte. Będziesz musiała mieć dużo cierpliwości i wytrwałości, żeby odzyskać 

pełną sprawność i grać na pianinie. 

Nieważne - powiedziała cicho dziewczynka. – Pod warunkiem, że będę mogła nimi ruszać. 

Gideon spojrzał ponad jej głową na Beth i bez słowa zawiązał ostatni szew. 

- W porządku. Siostro Tumer, proszę zabandażować. Pójdę porozmawiać z twoją mamą, Annie. 

-  Bardzo  będzie  bolało?  -  spytała  po  jego  wyjściu  Annabel,  przyglądając  się  szwom  podobnym  do 

rzędu pajączków wędrujących przez jej palce. 

- Przez dzień czy dwa palce będą dość wrażliwe. Lepiej ich nie mocz. Na wszelki wypadek pokryję je 

sztuczną skórą, a potem lekko zabandażuję, żeby utrzymać w czystości. 

Annabel westchnęła. Beth zdecydowała się podjąć ryzyko. 

Dlaczego to zrobiłaś, Annie? 

background image

Zaskoczona dziewczynka podniosła wzrok i napotkawszy spojrzenie Beth, spuściła oczy. 

- Kto tak powiedział? 

- Nie musisz mi mówić, jeśli nie chcesz, ale obiecuję, że jeśli mi powiesz, zachowam to w tajemnicy. 

Po  prostu,  kiedy  młodzi  ludzie  robią  sobie  coś  takiego,  zwykle  jest  to  wołanie  o  pomoc.  Jeśli  nie 

zdradzisz, o co ci chodzi, wszystko pójdzie na marne, prawda? 

Powoli oczy Armabel wypełniły się ogromnymi łzami, które spłynęły na policzki. 

Chciałam  po  prostu  mieć  dla  siebie  trochę  czasu...  w  którym  nie  musiałabym  grać  na  tym 

przeklętym  pianinie!  Uwielbiałam  grać  dla  przyjemności,  ale  moja  nowa  nauczycielka...  Ona  uważa,  że 

mogę zrobić karierę pianistki i zmusza mnie, bym coraz więcej ćwiczyła. Mamusia i tatuś też tego chcą i 

płacą fortunę za lekcje, a ja tego nienawidzę... - urwała, zbyt rozstrojona, by mówić dalej. 

Beth objęła ją i łagodnie kołysała. 

Już,  już,  kochanie,  wszystko  będzie  dobrze.  Nie  martw  się.  Chcesz,  żeby  doktor  Pendragon 

porozmawiał z twoją matką i spróbował pomóc jej zrozumieć, jak się czujesz? 

Annabel wyprostowała się i spojrzała na nią z przerażeniem w oczach. 

- Mama mnie zabije! - szepnęła. 

- Nie zrobi tego. Ona cię kocha. Daj jej szansę, by mogła ci to udowodnić. 

Po długim namyśle Annie skinęła głową. 

- Dobrze. 

- Mądra dziewczynka. Poczekaj tu, a ja pójdę porozmawiać z doktorem. 

Znalazła go w gabinecie. Cierpliwie wyjaśniał  zapłakanej kobiecie, że zbyt wielkie wymagania  mogą 

doprowadzić dziecko -zwłaszcza wrażliwe i utalentowane - na skraj rozpaczy. 

Czy mogę prosić na chwilę? - spytała miękko. Wyszedł z pokoju i dokładnie zamknął za sobą drzwi. 

O co chodzi? 

-  Zrobiła  to  specjalnie.  Wyznała  mi  to.  Ma  nową  nauczycielkę,  która  zmusza  ją  do  zbyt  dużego 

wysiłku.  Twierdzi,  że  teraz  nie  znosi  grania,  które  przedtem  było  dla  niej  przyjemnością.  Po  prostu 

chciałaby mieć trochę czasu dla siebie. 

- Pani Steel mi nie uwierzy - powiedział z westchnieniem. 

- Cóż, lepiej niech uwierzy, bo to biedne dziecko postawiło sprawę na ostrzu noża, i to dosłownie. 

Skinął głową. 

Wyjaśnię  jej  to.  Wracaj  i  zostaw  resztę  mnie.  Mam  jeszcze  dwie  wizyty,  a  potem  wracam  do 

domu. 

Dom.  To  cudownie  brzmiące  słowo,  pomyślała.  Ciekawe,  czy  kiedyś  będzie  to  ich  dom,  a  nie  tylko 

jego. 

Wrócił, kiedy kończyła przygotowywać lunch. 

Odwróciła  się  do  niego,  wytarła  ręce  i  napotkała  jego  spojrzenie.  Nieoczekiwanie  poczuła  się 

background image

straszliwie  niedojrzała  i  nie  przygotowana  do  związku  z  Gideonem.  Czy  w  jego  życiu  -  tak  bardzo 

wypełnionym obowiązkami wobec dzieci i pracą - znajdzie się miejsce i dla niej? Nagle 

.zaczęła w to wątpić. 

- Lunch jest gotowy-oznajmiła, unikając jego badawczego spojrzenia. 

- Chcesz jeść? - spytał cicho. 

Coś  w  jego  głosie  sprawiło,  że  podniosła  wzrok.  W  jego  oczach  zobaczyła  nie  skrywane  pożądanie. 

Potrząsnęła głową, próbując odzyskać oddech. 

- Nie... - wykrztusiła. - Nie jestem głodna. 

- To dobrze - mruknął. - Bo ja też nie. 

Bez słowa poprowadził ją schodami w górę do swego pokoju. Przełknęła ślinę. Stał za nią i choć jej nie 

dotykał, czuła jego wzrok na plecach. 

Zastyga jak posąg, niezdolna uczynić najmniejszego ruchu. Po chwili poczuła na karku dotyk jego rąk, 

rozplatających jej włosy i rozrzucających je na ramiona. 

Rozbierz się - powiedział. - Chcę cię zobaczyć. 

Ogarnęła ją panika. A jeśli mu się nie spodoba? Wiedziała, że jest za szczupła, a biust ma zbyt mały... 

Zamknęła oczy. 

Beth? 

Cichy, niewiele głośniejszy od szeptu głos sprawił, że odwróciła się do niego. 

W jego pełnych żaru oczach płonęło pożądanie, a mimo to zawahała się. 

- Proszę - szepnął. - Pozwól mi popatrzeć na siebie. W ruskim, prawie błagalnym głosie usłyszała ton 

desperacji. 

Boże, jak go pragnęła - nie tylko teraz, w tej sytuacji, ale na zawsze... móc spędzić z nim całe życie... 

Ale jak się dowiedzieć, czy on odwzajemnia jej uczucia, jeśli nie da mu szansy? 

Wróciła  jej  odwaga,  a  nie  uświadamiany  dotąd  instynkt  podpowiedział,  co  powinna  zrobić.  Musi 

sprawić, by pragnął jej, i to pragnął tak bardzo, by nie mógł bez niej żyć. Potrzebuje jej, tylko należy mu 

to uzmysłowić. 

Rozbierała się powoli. Niespiesznie rozpięła bluzkę, potem pochyliła się i rozwiązała buty, pozwalając, 

by luźno zwisające poły rozchyliły się szeroko. 

Usłyszała, jak głośno wciągnął powietrze. 

Nie spuszczając oczu z jego twarzy, sięgnęła do zamka dżinsów i przy akompaniamencie drażniącego 

nerwy dźwięku rozsunęła go centymetr po centymetrze. 

Zauważyła, jak klatka piersiowa mężczyzny zaczęła pospiesznie wznosić się i opadać, kiedy zsunąwszy 

spodnie z nóg, odrzuciła je stopą w bok. 

 Odwróciła się wówczas i zdjęła bluzkę, a następnie biustonosz. 

Zostawiła jedynie skrawek koronki na biodrach i wstrząsnąwszy lekko głową, by włosy rozsypały się i 

background image

przykryły jej piersi, odwróciła się na powrót ku niemu. 

- Twoja kolej - powiedziała stłumionym głosem. 

Był  zbyt  niecierpliwy,  by  jak ona dać pokaz striptizu. Gwałtownie rozluźnił węzeł krawata  i  ściągnął 

koszulę przez głowę. 

Straciła  oddech.  Był  piękny  -  szczupły,  silny,  zgrabny,  z  trójkątem  ciemnych  włosów  na  piersiach, 

zwężającym się ku dołowi... 

Tam  właśnie  były  teraz  jego  palce,  walczące  z  haftką,  a  po  chwili  rozpinające  zamek  i  zrzucające  w 

pośpiechu spodnie, kiedy stopy jednocześnie zmagały się z butami. 

Nieskończenie długo stali, hipnotyzując się wzrokiem, aż w końcu Gideon wyciągnął dłoń. Bez słowa 

podała mu rękę i podeszła bliżej. 

Objął  ją  ramionami  i  przytulił  do  piersi.  Sutki  otarły  się  delikatnie  o  zarośnięty  tors  mężczyzny. 

Westchnęła. Usłyszała swe imię szeptane we włosy i poczuła oddech drażniący jej skórę. 

Uniosła dłonie, tym razem bez bandaży, i położyła je na gorących atłasowych plecach. 

Zadrżał, napięty do granic wytrzymałości. 

Wiedziała o tym, bo reagowała tak samo na jego dotyk; nawet tak delikatny wystarczał, by napinała się 

jak struna. 

- Proszę - wydusiła. - Gideon, proszę... 

Bez  wysiłku  uniósł  ją  i  położył  na  środku  wielkiego  łóżka  z  baldachimem.  Wyciągnął  się  obok  niej, 

cały rozedrgany, i prawie z czcią ujął jej twarz drżącymi dłońmi. 

- Tak bardzo cię pragnę, aż boję się, że zrobię ci krzywdę. 

Dotknęła jego policzka. 

- Nie skrzywdzisz mnie. Ja też ciebie pragnę - wyszeptała i przyciągnęła jego twarz. 

Zetknięcie gorących warg pozbawiło ich resztek kontroli. Kochali się dziko, porywczo, z prymitywną 

namiętnością. A kiedy poczuła, że to już, był z nią - jej włosy tłumiły jego krzyk, a ręce czuły dreszcze 

wstrząsające jego ciałem. 

Minęły wieki, nim uniósł się i spojrzał jej w oczy. 

- Krzyczałaś - powiedział, gładząc palcami jej policzek. - Sprawiłem ci ból? 

Potrząsnęła głową. 

- Nie. Po prostu... - Wzruszyła ramionami, nie mogąc znaleźć odpowiednich słów. 

- Wiem. - Ułożył się u jej boku i przytulił ją do siebie. 

Zasnęli, lecz po przebudzeniu kochali się znowu. 

Łatwo  mi  wyobrazić  sobie  ciebie  z  włosami  spływającymi  na  ramiona  jak  szal,  trzymającą  przy 

piersi dziecko - zamruczał, obejmując jej pierś i pieszcząc kciukiem miękką różową brodawkę. 

Przeszył ją ból, zapierający dech. O Boże, myślała, że to już za nią... 

Musiał odczuć, że zesztywniała, bo odwrócił głowę i spojrzał na nią zaniepokojony. 

background image

- Beth... Wiem, że nie jest to odpowiednia chwila, by myśleć o antykoncepcji, ale... 

- Nie ma sprawy - oświadczyła stanowczo. - Biorę pigułki. 

- Dzięki Bogu - powiedział z ulgą w głosie. - Nie mogę uwierzyć, że byłem tak nieodpowiedzialny. 

Patrzyła  w  sufit,  nadal  odczuwając  ból,  jaki  wyzwoliły  jego  słowa.  Marzyła  o  dotyku  chciwych 

usteczek na piersi. 

- Czy dziecko byłoby czymś strasznym?-spytała drżącym głosem. 

- Żartujesz sobie? - parsknął. - Mam już troje, Beth. Całkowicie mi to wystarczy. 

Zignorowała dodatkowe cierpienie. Na razie ich przyszłość była niepewna. Jeśli w ogóle mieli wspólną 

przyszłość.  Myślenie  o  dziecku  byłoby  szczytem  nieodpowiedzialności,  a  mimo  to...  Nie,  nie  można 

cofnąć czasu, nie można odzyskać tego, co utracone. To tylko rozdrapywanie ran. 

Jej zachowanie musiało go zaniepokoić, bo oparł się na łokciu i z troską przyglądał jej twarzy. 

- Beth? O co chodzi? Powiedz mi. 

- Miałam poronienie. - Jej głos był spokojny i dziwnie bezbarwny. - Dwa lata temu. Znałam Matthew 

parę  miesięcy,  był  lekarzem  w  sąsiedniej  przychodni.  Kiedy  powiedziałam  mu,  że  jestem  w  ciąży, 

przeraził  się.  Okazało  się,  że  jest  żonaty  i  ma  dwoje  dzieci,  a  mój  stan  to  dla  niego  po  prostu  kłopot. 

Chciał,  żebym  zrobiła  aborcję,  a  kiedy  odmówiłam,  uderzył  mnie.  Straciłam  dziecko,  dziewczynkę,  w 

szesnastym tygodniu. - Zamknęła oczy, chcąc ukryć  ból,'jaki  nadal  budziło to wspomnieniei - Wyjechał 

do Australii, a dwa miesiące temu wrócił. 

Zaśmiała się nienaturalnie. 

- Miał nawet czelność przyjść do mnie. 

- To dlatego uciekłaś? 

Wreszcie spojrzała mu w oczy. 

-  Nie  uciekłam.  Odeszłam.  Nazwij  to  tchórzostwem,  samoobroną,  nazwij  to  zresztą  jak  chcesz.  Po 

prostu musiałam  być z dala od niego. Wystarczająco mnie zranił. Nie był  już w stanie sprawić  mi  bólu, 

ale robiło mi się niedobrze na jego widok. Dlatego biorę pigułki. Żeby to nigdy się nie powtórzyło. 

Przez chwilę milczał, potem pochyla się i złożył na jej wargach delikatny pocałunek. 

- Przykro mi.  

Przełknęła ślinę. 

- Jak mógł mi to zrobić? Jak mógł zdradzać żonę? Nie rozumiem tego. 

Położył się i wziął ją za rękę, splatając z nią palce. 

- Ja też. Denise, zanim odeszła, zdradzała mnie przez całe lata. Claire jest owocem próby pojednania, 

ale  kiedy  miała  cztery  lata,  Denise  spotkała  kogoś  i  odeszła,  nie  zostawiając  nawet  listu.  Cztery  lata 

później wróciła. W ciąży, głodna i bezdomna. Przyjąłem ją. Cóż innego mogłem zrobić? Nadal była moją 

żoną, matką moich dzieci. Zmarła przy porodzie.  To był krwotok poporodowy. Moja  matka stwierdziła, 

że  to  zwycięstwo  dobra  nad  złem.  Wstyd  mi  powiedzieć,  ale  poczułem  ulgę,  że  wszystko  się  wreszcie 

background image

skończyło. 

- Dzieci wiedzą? 

- O czym? 

- Że Sophie nie jest twoim dzieckiem. 

-  Ona  jest  moim  dzieckiem,  w  każdym  sensie,  oprócz  genetycznego.  Na  świadectwie  urodzenia  jest 

moje  nazwisko.  -  Westchnął.  -  Ale  tak,  wiedzą.  Wszyscy  wiedzą.  W  takiej  małej  miejscowości  jak 

Bamham Market nie można utrzymać tajemnicy, zwłaszcza w tak fascynującej kwestii. Poza tym Sophie 

jest tak niepodobna do mnie i Denise, że było to dość oczywiste. 

- Jest cudowną dziewczynką. 

- Uhm. Bardzo ją kocham. 

- Wiem o tym. Wszystkie je bardzo kochasz, prawda? Nie było ci z nimi łatwo. 

- Łatwo? Oj, nie, nie byk), ale ma to swoje dobre strony. 

- Możesz być z nich dumny, Gideonie.  

- Zwrócił ku niej twarz i uśmiechnął się. 

- Jesteś uroczą dziewczyną, wiesz o tym? 

Zaśmiała się cicho, uniosła na łokciu i spojrzała na niego. Jej włosy przykryły jego pierś jak jedwabna 

kurtyna. 

- Boże drogi, marzyłem, żebyś to zrobiła - westchnął, wplatając palce w jej włosy. - Jesteś taka śliczna. 

– Zatopił wzrok w jej oczach, przyciągnął ją do piersi i pocałował z czułością. 

Podniosła głowę i przez chwilę przyglądała się badawczo jego twarzy, głębokim zmarszczkom śmiechu 

wokół oczu i ust. 

-  Czego  byś  teraz  chciał?  -  wyszeptała  leniwie.  Przeciągnęła  palcem  po  jego  wargach,  a  on  otworzył 

usta i delikatnie go przygryzł. 

- Zgadnij. 

I wówczas głośno zaburczało mu w brzuchu. 

- Jeść? - spytała chichocząc. 

- Trafiłaś za pierwszym razem. Umieram z głodu. Możemy zjeść lunch? 

 

- Uhm. Jest sałatka. Czeka, aż będziemy gotowi. 

Roześmiał się. 

- Przewidziałaś, co będzie. 

- Dopuściłam jedynie różne możliwości - odpowiedziała, uśmiechając się z satysfakcją. 

Odrzuciwszy przykrycie, wyskoczył z łóżka i przyniósł jej swój płaszcz kąpielowy. 

- Proszę, okryj się. Ja włożę dżinsy. 

W  niedopiętych  spodniach,  bez  koszuli  i  z  gołymi  stopami  wyglądał  niezwykle  seksownie.  Miała 

background image

ogromną ochotę przesunąć dłonią po twardym brzuchu i zmierzwić włosy wyłaniające się spod zanika... 

- Przestań tak na mnie patrzeć, bo nie doczekasz się lunchu - zagroził burkliwie. 

- Przecież nie wystygnie. 

- Jesteś nienasycona. Muszę zjeść, by odzyskać siły. I ty też. Chodź. 

Podał jej dłoń. Spletli palce i zeszli do kuchni. 

Aż do popołudnia następnego dnia - kiedy musieli odebrać dzieci - nie wyszli z domu. 

- Naprawdę muszę jechać? - próbowała się wymigać Beth. 

- Tak. Rozkaz królowej. 

- Nie znoszę być badana jak preparat pod mikroskopem - protestowała. 

- Badana? - Popatrzył na nią zdziwiony. - Dlaczego, u licha, miałabyś być badana? 

-  Och,  nie  udawaj...  Praktycznie  mieszkam  z  tobą  i  oni  o  tym  wiedzą.  Chcą  się  upewnić,  czy  jestem 

wystarczająco dobra dla ich synalka. 

-  Beth  -  burknął  poirytowany.  -  Mam  czterdzieści  dwa  lata.  Już  dawno  przestali  się  wtrącać  w  moje 

prywatne życie. 

- Naprawdę? - spytała sceptycznie. - Przekonamy się. 

- Miałaś rację - przyznał. 

- Nie powiem, że uprzedzałam. 

Parsknął gniewnie. 

Idąc do wozowni, zachowywali bezpieczną odległość między sobą na wypadek, gdyby dzieci patrzyły 

za nimi przez okno. 

-  Nawiasem  mówiąc,  zdałaś  egzamin.  Matka  oznajmiła,  że  jesteś  urocza,  a  tata  udzielił  mi  zgody  na 

wprowadzenie cię do rodziny. - Parsknął znowu. - Chyba stracił rozum. 

Zesztywniała. 

- Dlaczego? 

- Zwariowałaś? Mam ponosić jeszcze większą odpowiedzialność? Dzieciaki wystarczyłyby z nawiązką 

każdemu... Ostatnie, czego potrzebuję, to kolejna żona. 

- Nawet gdybyś się zakochał? 

Spojrzał na nią i przymknął oczy. 

Och, nie, Beth. Na miłość boską, tylko nie wyobrażaj sobie, że jesteś we mnie zakochana. 

- Dlaczego? - spytała miękko. - Czy bycie kochanym jest dla ciebie rzeczywiście takie straszne? 

Opuścił ramiona i przytuliwszy ją do siebie, oparł czoło o jej głowę. 

- Och, Beth. Jak przyjemnie byłoby trzymać cię tak, powiedzieć, że cię kocham i udawać, że czeka 

nas szczęście i sama rozkosz. Ale życie to nie romans. Jestem już rozdarty na troje, Beth. Na więcej mnie 

nie stać. Po prostu nie mam już nic do ofiarowania. 

Ujęła jego twarz w dłonie i patrzyła na niego z bliska, chcąc, by zobaczył w jej oczach miłość. 

background image

- Zawsze mógłbyś brać. 

- Nie. - Uwolnił twarz. - Przykro mi, Beth. Wiem, iż jesteś z tych, co wierzą, że „miłość czyni cuda" i 

„żyli  długo  i  szczęśliwie".  Przepraszam,  jeśli  cię  uraziłem,  ale  nie  mogę  pozwolić  sobie  na 

zaangażowanie,  a  poza  tym  jestem  dla  ciebie  za  stary.  Do  cholery,  między  nami  jest  większa  różnica 

wieku niż między tobą a Williamem. 

- Podczas weekendu nie zauważyłam u ciebie szczególnych oznak starczej ospałości. 

Zarumienił się. 

- Przestań. To się nie powtórzy. 

- Dlaczego? 

- Bo jesteś tu tylko chwilowo, a kiedy wyjedziesz, będziesz bardziej cierpiała. 

Przyjrzała mu się z namysłem. 

-  Czy  tego  się  właśnie  boisz?  Skrzywdzenia  mnie?  A  może  obawiasz  się,  że  jeśli  zakochasz  się  we 

mnie, a ja wyjadę, będziesz cierpiał tak samo jak ja? 

Wpatrywał się w nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy. 

- Gideonie, nie musi tak być - powiedziała cicho. 

-  Musi.  Proszę  cię,  Beth,  nie  utrudniaj  nam  tego.  Nie  ma  dla  nas  przyszłości.  Nie  oczekuj  ode  mnie 

obietnic. 

- Dobrze, nie będę. Po prostu daj mi pół roku twego życia. 

- Nie! 

- Gideonie, za późno na skruchę. I tak będziemy cierpieć. Równie dobrze możemy najpierw nacieszyć 

się sobą. 

- Nie - powtórzył uparcie. - Nie możemy. Nie potrafimy tego ukryć, zaczną się plotki, dzieci wpadną na 

trop i będą chciały nas pożenić, a to nie wchodzi w grę. Skończy się na tym, że one też będą cierpiały. Nie 

dopuszczę do tego. 

Wzięła głęboki, uspokajający oddech i wyprostowała ramiona. 

- Masz rację. Ja też nie chciałabym skrzywdzić dzieci. Ale... 

W jej oczach pojawiły się łzy. Wyciągnął ku niej ręce. 

- O Boże - jęknął i objął ją, przyciskając do piersi. - Nie zamierzałem cię zranić - szepnął. - Nigdy nie 

chciałem sprawić ci bólu. Wybacz mi. 

Przesunęła ręce po jego plecach i przytuliła się mocniej. 

-  Nie  mam  czego  wybaczać.  Po  prostu  weź  ode mnie,  co  chcesz,  daj  mi,  co  możesz  i  żyjmy  chwilą. 

Jeśli nie możesz mi dać nic więcej, daj mi wspomnienia. 

- Nie, Beth, proszę. Nie mogę. 

Pocałował ją mocno, rozpaczliwie. Potem odwrócił się i szybko odszedł. 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

background image

Gideon czuł się okropnie. 

Tego  ranka  Claire  wybiegła  do  autobusu  we  łzach,  rzuciwszy  mu  w  twarz,  że  jej  nie  kocha  ani  nie 

rozumie. 

Takie  sceny  zawsze  przeżywał  niezwykle  boleśnie.  Wiedział,  że  dzieci  tylko  tak  mówią,  a  myślą 

inaczej, ale to bolało. I to mocno. 

Logicznie rzecz biorąc, musiały wiedzieć - oczywiście, że wiedziały - jak bardzo je kocha, ale dziś, na 

domiar złego, Claire wytknęła mu Beth. 

- Ona mnie rozumie. Dlaczego nie możesz się z nią ożenić, żeby w końcu w tej nieszczęsnej rodzinie 

znalazł się ktoś, komu na mnie zależy? 

Usiłował  nie  myśleć  o  Beth,  ale  okazało  się  to  niemożliwe.  Czuł  jej  zapach  w  swojej  pościeli,  a  ona 

sama wypełniała jego sny szalonymi, erotycznymi wizjami. 

Jednak  jego  ostatni  sen  był  inny  od  poprzednich.  Zamiast  scen  dzikiej  namiętności  -  dość  nikłej  w 

porównaniu z rzeczywistością - widział pobladłą twarz Beth. Wiedział, że nie może pozwolić jej odejść, 

musi ją zatrzymać. Próbował za nią biec i wtedy nogi odmówiły mu posłuszeństwa. 

Zerwał  się  zlany  potem  i  wstrząsany  dreszczami,  a  kiedy  senne  obrazy  się  rozwiały,  zakrył  twarz 

dłońmi i opadł na poduszkę. Owionął go jej zapach, torturując zmysły. 

Dużo  czasu  minęło  nim  usnął  ponownie.  A  ranek  okazał  się  ciężki:  Sophie  była  marudna,  zaś  Claire 

uparta i bezlitosna. 

Teraz, w swoim gabinecie, udawał, że wszystko jest w porządku. 

Nie  wiedział,  jak  ma  się  zachować  wobec  Beth.  Wczoraj  w  jej  oczach  widział  ból,  ale  przecież  nie 

mógł pozwolić sobie na poważne zaangażowanie się. 

Nawet w tej chwili na myśl o tym czuł ucisk w piersi i przyspieszony puls. Ledwo dawał sobie radę z 

dziećmi. Odpowiedzialność za szczęście Beth przepełniłaby miarę. 

Nacisnął brzęczyk, zapraszając następnego pacjenta. 

Wszedł Brian Hurley, któremu tydzień wcześniej usunął drzazgę z palca. Po zdjęciu opatrunku okazało 

się, że rana wciąż jest zaogniona, mimo zastosowania antybiotyków. Mężczyzna czuł się ogólnie dobrze. 

Gideon podejrzewał, że zbiera się ropień. Być może gdzieś głęboko w podusze-czce kciuka coś pozostało. 

- Przeprowadziliście się już? - spytał, badając ranę. 

- Nie. Czekamy na pieniądze z ubezpieczenia, żeby kupić nowe meble i dywany. Wszystko, co było z 

drewna, zniszczyło się podczas powodzi. Nawet szafki kuchenne, lak tylko poczuły wodę, zrobiły się jak 

gąbka. Auu! 

- Przepraszam. Zaraz poproszę siostrę Tumer, żeby wyjęła szew i założyła opatrunek. Przez jakiś czas 

zostawimy to otwarte. Sprawdzimy, czy zakażenie ustąpi. 

Zaprowadził mężczyznę do pokoju Beth. Właśnie wychodziła do poczekalni po kolejnego pacjenta. 

- Siostro Tumer, czy może mi pani poświęcić chwilę czasu? 

background image

Powoli  zwróciła  się  w  jego  stronę.  Serce  mu  się  ścisnęło.  Wyglądała  nie  tylko  na  zmęczoną. 

Emanowało z niej przygnębienie i starała się unikać jego wzroku. 

To bolało. Po tym, co razem przeżyli... 

-  Czy  mogłaby  pani  wyjąć  szew  i  rzucić  okiem  na  ranę?  Proszę  ją  oczyścić  i  tak  zostawić.  Trochę 

antybiotyku  w  sprayu  i  regularna  zmiana  opatrunku!..  Czy  może  pan  przychodzić  codziennie,  panie 

Hurley? 

- Raczej tak. Z czymś takim nie mogę pracować. 

-  Oczywiście.  Wypiszę  panu  zwolnienie  i  zostawię  w  recepcji.  Może  pan  je  zabrać,  wychodząc  stąd. 

Dziękuję, siostro. 

Beth skinęła głową. 

- Proszę bardzo - powiedziała spokojnie.  

Odwrócił się. To śmieszne. Ona chciała być z nim i on - uczciwie mówiąc - też tego pragnął. A więc 

dlaczego  nie?  Ponieważ  w  końcu  to  ona  będzie  cierpiała,  odpowiedział  sobie.  A  ja  nie?  Przecież  już 

cierpię,  przemknęła  mu  przez  głowę  irytująca  myśl.  Z  roztargnieniem  uśmiechnął  się  do  mijanego  na 

korytarzu  pacjenta  i  po  wejściu  do  gabinetu  zamknął  dokładnie  drzwi.  Do  diabła!  Nie  mógł  znieść  jej 

przygnębienia. Z westchnieniem zagłębił się w fotel i niewidzącym wzrokiem patrzył w okno. Jako lekarz 

wiedział, że ból jest czasem niezbędny do wyzdrowienia. Niekiedy trzeba go zadać. 

Dlaczego więc nie potrafi podejść filozoficznie do Beth? 

Jak  zwykle  odebrała  z  przedszkola  Sophie.  Will  wrócił  z  Claire  autobusem.  Po  wycieczce  miał  górę 

brudnych rzeczy do prania. 

- Jak było? - spytała Beth, odrywając się od zabawy z Sophie. 

-  Świetnie  -  odpowiedział  ze  zmęczonym  uśmiechem.  -  Tyle,  że  w  poprzednim  tygodniu  lało  na 

okrągło, więc wszędzie było błoto. Przepraszam za stan mego ubrania. 

Usiłowała się uśmiechnąć, ale po prostu nie potrafiła. Był tak podobny do ojca... 

- Beth? Dobrze się czujesz? 

Skinęła twierdząco głową i szybko się odwróciwszy, wyniosła jego walizkę do pralni. Poszedł za nią. 

- Beth! Co się stało? 

Wierzchem dłoni wytarła łzy z policzków i potrząsnęła głową. 

- Nic - wydusiła płaczliwym głosem. Nie zabrzmiało to przekonywająco. 

Delikatnie, z pewnym skrępowaniem, Will objął ją i przytulił. 

- Beth, nie płacz - poprosił. - Naprawdę, przykro mi. Wiem, że wszystko jest zabłocone. Sam to zrobię. 

Pociągnęła nosem i spojrzała mu w twarz. 

- Och, Will. Nie o to chodzi! - Skrzywiła  się do płaczu  i wysunęła z  jego ramion. Zauważyła, że  jest 

zażenowany  jej  łzami  i  w  końcu  wzięła  się  w  garść.  -  Przepraszam.  Czy  coś  z  tych  rzeczy  będzie  ci 

potrzebne na jutro do szkoły? 

background image

Wyraźnie zbity z tropu zaprzeczył ruchem głowy. 

- Mam inne ciuchy. 

- Świetnie. Na kolację jest kurczak. Pasuje? 

- Jasne. Hm, mam jeszcze przygotować sprawozdanie z tej wycieczki. Na pewno dobrze się czujesz? 

Skinęła  głową  i  zdobyła  się  na  uśmiech.  Musiał  być  przekonujący,  skoro  Will  przestał  mieć 

wątpliwości i poszedł na górę do swego pokoju. 

W chwilę później od muzyki „Guns and Roses" zadrżały szyby. 

Było  to  ostatnie  spotkanie  na  kursie  odwykowym  dla  palaczy.  Przewidziano  jeszcze  jedno 

uzupełniające  -  za  dwa  tygodnie.  Eks-palacze  mogli  też  liczyć  na  wsparcie  przy  okazji  innych  wizyt  w 

przychodni. 

Gideon zjawił się w chwilę po przyjściu pacjentów. Zaplanował swe wejście z zegarkiem w ręku, żeby 

uniknąć zbędnych rozmów, pomyślała Beth. Nieobecność Paul a S tonę'a rzucała się w oczy. 

-  Nie  spodziewajcie  się,  że  tu  przyjdzie  –  powiedziała  jedna  z  kobiet.  -  Znowu  kopci  jak  komin. 

Widziałam go wczoraj przed sklepem z paczką papierosów w ręku. 

- Powódź zniszczyła mu plony - wyjaśnił David Hendry. - Spotkałem go wczoraj wieczorem w pubie. 

Był przygnębiony. Powiedział mi, że poniósł ogromne straty. Większe niż sądził na początku. Ma zamiar 

wszystko zaorać i starać się o odszkodowanie. 

-  To  jeden  z  problemów  -  zauważył  Gideon.  -  Od  czasu  do  czasu  wszyscy  przeżywamy  stresy  i  jeśli 

mamy jakąś słabość, jak picie czy palenie, w trudnej sytuacji ulegamy jej. 

- Kiedy zawaliło się przedszkole, wypaliłam trzy papierosy, nim okazało się, że Jeremy żyje - zwierzyła 

się Jan Driscoll. - A potem pomyślałam: Skoro on żyje, jaki sens ma palenie, jeśli po prostu będę zabijać 

jego i dziecko dymem? No i znowu przestałam palić. 

Wszyscy  ją  pochwalili,  a  szczególnie  Gideon,  który  przeżył  ten  sam  paniczny  lęk,  a  potem  ulgę  w 

związku z Sophie. Minęła prawie połowa spotkania, kiedy pojawił się Paul Stone. 

-  Przepraszam,  że  przerywam  -  powiedział  -  ale  pomyślałem,  że  byłoby  niegrzecznie  z  mojej  strony 

odejść bez podziękowania i pożegnania. 

- Skoro już tu jesteś, może zostaniesz z nami? - zaproponował Gideon. - Beth właśnie zamierzała zrobić 

dla wszystkich kawę. 

- No... Dobrze, w takim razie zostanę. 

Zakończyli spotkanie przypomnieniem szkód, jakie palenie czyni zdrowiu oraz pomocy, z jakiej mogą 

korzystać w przyszłości, a w końcu złożyli uczestnikom serdeczne gratulacje za heroiczny wysiłek. 

Osiem  z  dziesięciu  osób  odniosło  sukces.  Tak  dobrego  wyniku  Beth  nigdy  nie  miała  w  Londynie  i 

musiała przypisać go zaraźliwemu entuzjazmowi oraz prawie religijnej gorliwości Gideona. 

Wychodzącym pacjentom dała do wypełnienia kwestionariusz, w którym  mieli ocenić,  na  ile ten  kurs 

im pomógł i czy poleciliby go innym osobom, a ponadto wymienić, co podobało im się szczególnie, a co 

background image

można by ulepszyć. Poprosiła, by go przynieśli za dwa tygodnie na uzupełniającą sesję. 

Paul przeczekał, aż wszyscy pacjenci wyszli i nonszalancko popukał w formularz. 

- Niewielki sens, żebym to wypełniał. To znaczy, tacy jak ja psują tylko statystykę, co? 

Bem uśmiechnęła się do niego uspokajająco. 

- Nie chodzi o liczby, Paul. 

- Taak, cóż... - Westchnął. - Nie ma chyba sensu przychodzić na tę uzupełniającą sesję. 

- Chyba że w międzyczasie podejmiesz kolejną próbę - zasugerował spokojnie Gideon. 

Paul spojrzał na niego ze zdziwieniem. 

- Przecież zawiodłem. 

Doktor potrząsnął głową. 

- Nie powiodło ci się, a to różnica. Nadal chcesz rzucić palenie? 

- O rany, tak. 

- No więc nie zawiodłeś, bo wciąż próbujesz albo zamierzasz to zrobić. I tylko to się liczy. 

Paul zacisnął wargi, przez chwilę wpatrywał się w podłogę i nagle podjął decyzję. 

- Jest tu pod ręką kosz do śmieci? 

Beth przesunęła kosz bliżej niego. 

Sięgnął  do  kieszeni,  wyciągnął  ledwo  napoczętą  paczkę  papierosów  oraz  jednorazową  zapalniczkę  i 

wyrzucił je ceremonialnie. 

- Dobra robota - powiedziała ciepło. 

- To się okaże - parsknął. - Nie mów hop... i tak dalej. 

- A więc zobaczymy się za dwa tygodnie – naciskał delikatnie Gideon. 

Paul odetchnął głęboko. 

- Tak, przyjdę. Wiem, że to ma sens. Brak mi po prostu siły woli. 

Pendragon poklepał go z sympatią po ramieniu. 

-  Kolejna  runda  może  być  łatwiejsza.  Jeśli  możemy  w  czymś  pomóc,  jesteśmy  zawsze  chętni  i  na 

miejscu. 

Po jego wyjściu zapanowała niezręczna cisza. 

Beth  zajęła  się  porządkowaniem  ulotek  i  zbieraniem  kubków  po  kawie.  Po  chwili  dołączył  do  niej 

Gideon. Powkładał papiery do szafy, ona zaś zaniosła kubki do kuchni. 

Poszedł za nią i w milczeniu obserwował, jak najpierw je myje, a potem ustawia na suszarce. 

- Beth? - zaczął miękko. 

Zesztywniała. 

- Słucham? 

Po długim, pełnym napięcia milczeniu westchnął. 

- Nic. Ja... Nieważne. 

background image

Obrócił się na pięcie i odszedł. 

Wytarła ręce, włożyła kurtkę i skierowała się do wyjścia. Idąc do domu, słyszała za sobą odgłos  jego 

kroków, ale udało jej się wyprzedzić go na tyle, że dotarła do siebie i zamknęła drzwi, zanim łzy zakręciły 

jej się w oczach. 

Nie  podda  się  im.  Raz  dziennie  to  dość.  Odwiesiwszy  kurtkę,  weszła  na  górę  i  na  swoim  łóżku 

dostrzegła  pudełko  czekoladek  z  dołączoną  karteczką:  „Przepraszam,  że  przeze  mnie  płakałaś  -  Will". 

Łzy, które postanowiła zignorować, popłynęły strumieniem. 

- Głupi chłopcze, nie przez ciebie - załkała i rzuciwszy się na łóżko, rozszlochała się na dobre. 

- Po południu Beth płakała przez Willa – oznajmiła ojcu Claire, gdy jadł samotnie kolację. 

- Co takiego? - Gideon odłożył sztućce i spojrzał na syna. - Coś ty, do cholery, zrobił? 

Chłopiec wzdrygnął się. 

- Nie wiem... Właściwie to ona zaczęła płakać wcześniej. Spytałem, czy dobrze się czuje i... No więc 

wzięła moje rzeczy do prania, a one były bardzo zabłocone. Pomyślałem, że to może dlatego. Wyjmowała 

je i wkładała do pralki, i nagle pojawiły się łzy. - Will był okropnie zmieszany. 

- Myślę, że to przez ciebie - powiedziała z niezachwianą pewnością w głosie Claire, zwracając się do 

ojca. - Płakała, bo zrobiłeś jej coś podczas weekendu. 

Gideon zarumienił się i wstał, odsuwając talerz. 

- Pójdę do niej - wymamrotał. 

- Zaniosłem jej trochę czekoladek – poinformował William. - Poszedłem do jej pokoju i położyłem na 

łóżku, kiedy była w pracy. 

- Poszedłeś do jej mieszkania?! - krzyknął z oburzeniem Gideon. 

- I co w tym złego?! - Will także podniósł głos. - Wiedziałem, że jej nie ma. Zaniosłem tylko prezent. 

Do diabła, tato, ona wchodzi do mego pokoju stale. Co to za różnica? 

Gideon  nie  wiedział.  Po  prostu  myśl,  że  jego  syn  zanosi  czekoladki  do  pokoju  Beth,  budziła  w  nim 

niesmak. 

-  Mimo  to  nie  rób  tego  więcej  -  burknął  i  wyszedłszy  z  kuchni,  otworzył  tylne  drzwi,  a  następnie 

zamknął je głośno za sobą. 

Niecierpliwe  pukanie  zdumiało  Beth,  Zerwała  się  na  nogi,  rozsypując  wokół  czekoladki  i  zbiegła  na 

dół, by otworzyć drzwi. 

- Gideon! Co za niespodzianka. 

Zacisnęła dokładniej poły szlafroka i zmusiła się do spojrzenia mu w twarz. Wyglądał okropnie. 

Powoli przesunął wzrokiem po całej jej sylwetce i w końcu zatrzymał go na twarzy. 

- Hrnm... Przepraszam, nie pomyślałem, że możesz już spać. 

- Nie spałam. Po prostu brałam kąpiel. 

background image

Nagle uświadomiła sobie, jak wygląda: rozczochrane włosy upięte nieudolnie na czubku głowy, twarz 

bez makijażu, ujawniająca ślady przeżytych emocji. 

- Will powiedział mi, że płakałaś - rzekł niskim głosem, badając jej twarz pełnym troski spojrzeniem. 

- Nic się nie stało. - Pod powiekami znów zapiekły łzy. 

- Przepraszam, że przyszedł do twego mieszkania. Powiedziałem mu, żeby tego więcej nie robił. 

-  Nie  powinieneś...  Gideonie,  nie  mam  żadnych  sekretów.  Przyniósł  czekoladki,  żeby  poprawić  mi 

humor. 

- I poprawił? 

Odwróciła się. 

- Nie. Znowu się rozpłakałam. 

Po długiej chwili ciszy jej imię zabrzmiało jak prośba. 

Ze ściśniętym sercem wolno odwróciła się ku niemu. Na umęczonej twarzy zobaczyła poczucie winy i 

coś jeszcze - pożądanie? Chciała objąć go i przytulić, ale nie mogła. To on musiał zrobić pierwszy krok; 

ona powiedziała już dość. 

Z wahaniem, powoli, podniósł rękę i starł łzy z jej policzków. 

- Och, Beth. 

I  nagle  znalazła  się  w  jego  ramionach,  czuła  we  włosach  pocałunki,  a  w  uszach  brzmiał  czuły  szept 

uspokajających  słów.,  Uniosła  twarz  i  ich  usta  spotkały  się  natychmiast  w  rozpaczliwym,  namiętnym 

pocałunku. 

- Chodźmy do łóżka - powiedziała cicho, kiedy w końcu oderwali się od.siebie. 

Nie  potrzebował  zachęty.  Z  łatwością  wziął  ją  na  ręce  i  wniósł  po  kręconych  schodach,  a  potem 

ostrożnie położył na środku łóżka. W mgnieniu oka pozbył się ubrania i znalazł obok niej. Rozsunął poły 

szlafroka i pełnym pożądania wzrokiem patrzył na jej nagość. 

- Chcę ciebie natychmiast - wydusił ochryple. 

Kiedy chętne ramiona przygarnęły jego ciężar, opadł na nią i delikatnie się do niej dopasował. 

- O Boże, nie mogę... - jęknął zdławionym głosem i już byli połączeni. Rękoma podtrzymywał jej 

głowę  przed  naporem  własnych  ust  i  zanurzał  się  w  niej  raz  po  raz,  doprowadzając  ich  oboje  do 

dojmującego spełnienia. 

Kiedy serce Beth zaczęło bić wolniej, a płuca zaczerpnęły więcej powietrza, uniosła prawie bezwładną 

rękę i czule pogłaskała go po plecach. 

- Kochani cię - powiedziała powoli i wyraźnie. Nie chciała żadnych nieporozumień. 

- Beth, nie mów tego -jęknął. 

- To prawda. Nie mam zamiaru kłamać, nawet poprzez niedopowiedzenia. 

Podniósł głowę i popatrzył na nią. Po chwili przymknął oczy i westchnął ciężko. 

- Przykro mi - wymruczał w jej włosy. - Nie powinno mnie tu być. To nie jest w porządku z mojej 

background image

strony. Cały dzień męczyło mnie twoje milczenie... To, że cię zraniłem. Bem, nie wiem, co powiedzieć... 

Ona wiedziała, co chciałaby usłyszeć, była jednak pewna, że się tego nie doczeka. 

-  Po  prostu  przytul  mnie  -  powiedziała  w  końcu,  a on  zsunął  się  na  bok  i  otulił  ją  ramionami.  Kiedy 

przysłuchiwała się mocnemu, równomiernemu biciu jego serca, wplótł palce w jej włosy i rozciągnął je na 

swej piersi jak złotą zasłonę. 

-  Chciałbym,  żeby  było  inaczej  -  zaczął  cicho.  -  Gdybym  nie  miał  dzieci...  Gdybyś  ty  nie  musiała 

odjechać... 

- Nie muszę - przypomniała mu. 

- Musisz. Wiesz o tym. Ja to wiem. 

- A dzieci wiedzą? 

-  Przestań  -  mruknął.  -  Claire  zrobiła  mi  rano  awanturę.  Chciała,  żebym  się  z  tobą  ożenił,  aby  w  tej 

nieszczęsnej rodzinie ktoś wreszcie kochał ją i rozumiał. 

Och, Gideonie... - Dotknęła jego twarzy, a on obrócił się i pocałował wnętrze jej dłoni. 

- Kocham ją. Nie zawsze ją rozumiem, ale wie, że ją kocham. 

- Na pewno, tak samo jak pozostali. To po prostu takie dziecinne gadanie. 

Z  jednym  zastrzeżeniem.  Kiedy  Beth  wykrzyczała  takie  samo  oskarżenie  swoim  rodzicom,  była  to 

prawda.  Dzieci  Gideona  były  przynajmniej  chciane  i  kochane.  Jak  cudownie  jest  stać  się  dla  kogoś 

najważniejszym w życiu. 

Znów pod powiekami pojawiły się łzy, jednak zamrugała, by je powstrzymać i podniosła głowę. 

- Kawy? 

- Uhm. Ale małą. Naprawdę muszę już iść. 

Wyszarpnęła rąbek szlafroka spod jego biodra i ześlizgnąwszy się z łóżka, poszła boso do kuchni. 

Wyciągnięty na narzucie, z rękoma pod głową, niepomny swej nagości obserwował, jak Beth zbiera z 

podłogi czekoladki i wkłada je do pudełka. 

- Proszę - zaproponowała z uśmiechem. – Poczęstuj się czekoladkami twego syna. 

Spojrzał na nią wilkiem, a ona, rozbawiona, podeszła i przysiadła na łóżku. 

- Czym się tak przejmujesz? Tym, że tu przyszedł, czy tym, że dał mi czekoladki? 

Wzruszył ramionami z udawaną obojętnością. 

- Nie przejmuję się. 

Roześmiała się. 

- Kłamczuch - powiedziała z czułością i wsunęła mu do ust pralinke. 

- Skąd wiedziałaś, że lubię orzechowe? - wymamrotał. 

- Nie wiedziałam - odparła z uśmiechem. - Ale nie ma wyboru. Wszystkie są orzechowe. 

Uważnie przyjrzał się opakowaniu. 

- To moje! W zeszłym tygodniu dostałem je od pacjenta. Bezczelny łotr! 

background image

Beth opadła na niego, chichocząc rozbrajająco. 

- Och... Nie bądź na niego zły, miał dobre intencje. To był miły gest i nie pozwolę ci się o to na niego 

złościć. 

Gideon parsknął, ale uciszyła go, wkładając mu do ust kolejną czekoladkę. Nim ją przełknął, przyniosła 

kawę i usiadła obok. Objął ją ramieniem i przytulił. 

Kiedy  wypili, pozmywała  naczynia, a on ubrał się  i po długim pożegnalnym pocałunku skierował  do 

drzwi. 

Zatrzymała go, gdy je otwierał. 

- Gideonie, co teraz będzie? - Nie chciała go o to pytać, ale dla własnego dobra musiała. 

- Bóg jeden wie - odparł ciężko. - Nic się nie zmieniło. 

Uśmiechnęła się lekko, ze smutkiem. 

- Tak, chyba nic, prawda? 

Will czekał na niego. 

- Jak ona się czuje? - zapytał bez wstępów. 

Gideon zaczerwienił się. 

- Hmm... Myślę, że dobrze. 

- Udało ci się poprawić jej humor? 

Westchnął i usiadł na krześle. 

- Nie wiem. Zjedliśmy trochę moich czekoladek.  

Tym razem zarumienił się William. 

- Przepraszam. Pomyślałem po prostu... 

- Wiem, co myślałeś, i był to bardzo miły gest z twojej strony. Prosiła, żebym ci podziękował. 

William wziął w rękę dłoń ojca i przyglądał się uważnie silnym, szczupłym palcom. 

- Wiesz, gdybyś się z nią ożenił, rozwiązałoby to wiele problemów... 

Gideon wyszarpnął dłoń, jakby ją ktoś ugryzł. 

- Nie zaczynaj! - warknął i nie zważając na zraniony wyraz twarzy syna, wyszedł, trzaskając drzwiami. 

Skonsternowany  William,  znużony  już  próbami  zrozumienia  uczuć  dorosłych,  nałożył  sobie  solidną 

porcję lodów i udał się do swego pokoju. 

Przed pójściem spać Beth stanęła w oknie i popatrzyła na dom. W gabinecie Gideona paliło się światło. 

Po  chwili  podszedł  do  okna  i  pomachał  jej  ręką.  Przesłała  mu  pocałunek  i  dotrzymawszy  odpowiedź,  z 

tęsknym spojrzeniem zasunęła zasłony. Położyła się do łóżka. 

Czy coś się zmieniło? Raczej nie. 

Wciąż  się  upierał,  że  nie  ma  dla  nich  przyszłości,  lecz  teraz  wstąpiła  w  nią  większa  nadzieja  niż 

poprzedniej nocy. 

background image

Wczoraj  była przekonana, że  jest mu po prostu przykro, bo ją wykorzystał. Dziś  jednak wyglądało to 

inaczej. Prawie żałował, że nie czeka ich wspólna przyszłość, jakby sam pomysł mu się podobał. 

Powstrzymywały go tylko dzieci i musiała go za to szanować. 

Czy  wielu  mężczyzn  w  jego  wieku,  mając  trójkę  dzieci  do  wychowania,  odwróciłoby  się  od  kobiety, 

która  sama  zaofiarowała  się  do  opieki  nad  nimi?  Zapewne  większość  chwyciłaby  taką  okazję  obiema 

rękami, ale nie Gideon. On nie chciał zranić jej ani dzieci. Ani też zwodzić dziewczyny, bo sądził, że nie 

może dać jej nic z siebie. 

Co za paradoks. Gdyby nie było to tak smutne, roześmiałaby się. Wszystko, o czym marzyła, a nawet 

więcej, było pod tym dachem. 

Jej  dzieciństwo  pozbawione  było  miłości,  a  w  dorosłym  życiu  poznała  już  rozczarowanie  i  tragizm 

mylnych ocen. 

Czuła,  że  Gideon  jest  jedynym  mężczyzną,  jakiego  zna,  który  byłby  w  stanie  odegnać  ponure 

wspomnienia i napełnić ją miłością oraz radością życia. 

Jeśli,  co  nie  daj  Boże,  nie  potrafi  go  przekonać,  nigdy  nie  odważy  się  zaryzykować  znowu.  Jest  jej 

jedyną szansą na szczęście i musi o niego walczyć. 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Niepostrzeżenie ich stosunki jakoś się ułożyły. Przestała świadomie go unikać, a kiedy spóźniał się na 

kolację, jadła ją razem z nim. 

Często siedzieli wspólnie aż do późnego wieczora, dyskutując o pacjentach oraz ich  leczeniu. Gideon 

traktował  ją  jak  „stymulującego"  słuchacza,  zwłaszcza  gdy  miał  do  czynienia  ze  szczególnie  trudnym 

przypadkiem. 

Pod koniec tego tygodnia, wracając z nocnego dyżuru, zapukał do jej drzwi. 

- Mabel Robinson miała wypadek - poinformował ją. 

- Och, nie! Wejdź i opowiedz mi o tym. 

Z błyskiem w oku spojrzał na jej szlafrok i potrząsnął głową. 

- Niestety. Muszę być pod telefonem. Była trochę zmartwiona, ponieważ umówiła się z tobą na jutro na 

zmianę opatrunku, a nie będzie mogła przyjść. 

- Wpadnę do niej - oznajmiła. - Przecież to dosłownie obok. 

Gideon zacisnął wargi i zmarszczył brwi. 

- Pielęgniarkom środowiskowym może się nie spodobać, że wkraczasz na ich terytorium. 

- To zależy, ile mają pracy - zauważyła filozoficznie. Roześmiał się. 

- Pewno masz rację. Zapytaj je. Mabel wolałaby ciebie, ale orB i tak muszą pomóc jej umyć się rano i 

położyć do łóżka wieczorem. 

- Co sobie zrobiła? 

Oparł się o ścianę i westchnął. 

background image

- Nic poważnego. Guzy i siniaki, ale skoro będzie unieruchomiona przez jakiś czas, muszę mieć ją pod 

stałą kontrolą z powodu możliwych zakrzepów. Chociaż - uśmiechnął się - jestem pewny, że wkrótce się 

znudzi  i nie wytrzyma w fotelu. Zbyt wielka z niej plotkara, by siedzieć w domu. Mogłaby o czymś się 

nie dowiedzieć. 

- Jesteś okropny - przerwała mu ze śmiechem. 

-  Nie  ja.  To  ona  sieje  postrach.  Tym  niemniej  przesyła  ci  pozdrowienia.  Powiedziała,  że  na  pewno 

spotkam się z tobą wieczorem. 

Śmiech Beth przerodził się w bezgraniczne zdumienie. 

- Co takiego? 

- Słyszałaś. Lepiej wiec pójdę już, żebyśmy się nie dostali na języki. Zobaczymy się jutro. 

- Nie dostanę całusa? - spytała miękko. 

Z jękiem odgrodził ich drzwiami przed ciekawskimi oczami i chwycił mocno w objęcia. 

- Pragnę cię, do cholery! 

- Mógłbyś się wymknąć, kiedy dzieci usną - powiedziała swawolnie. 

Prychnął. 

- Coś ty! Nakryłyby mnie. 

Wysunęła się z jego objęć i prowokacyjnie oparła o ścianę. 

- Niekoniecznie - mruknęła. 

-  Wiedźma  -  powiedział  miękko  i  przytuliwszy  ją  do  siebie,  pocałował  namiętnie.  -  Do  zobaczenia 

jutro. 

Po jego wyjściu zamknęła drzwi i oparłszy się o nie, odetchnęła z satysfakcją. Tym razem jego opór nie 

był zaciekły. Kto wie? Czas czyni cuda... 

Nazajutrz  dopiero  koło  dwunastej  znalazła  czas,  żeby  wpaść  do  pani  Robinson.  Zapukała  do  drzwi  i, 

usłyszawszy zaproszenie, weszła do środka. 

- Witaj, kochanie - dobiegł ją drżący głos. – Jestem w drugim pokoju. Proszę wejść. Betty zaraz poda 

pani herbatę. 

- Bardzo dziękuję, chętnie się napiję – powiedziała

 szczerze. Od rana miała urwanie głowy i marzyła o chwili 

odpoczynku. 

- Jak się pani udało to zrobić? - spytała pacjentkę. 

-  Och,  moja  droga,  z  własnej  głupoty.  Wyszłam  z  domu  po  zmroku,  bo  wydało  mi  się,  że  słyszę 

walczące  koty,  a  nie  chciałam,  żeby  mojej  Minnie  stało  się  coś  złego,  gdy  jeszcze  karmi  małe. 

Zapomniałam, że przed drzwiami stoi donica, którą miałam wnieść do środka, ale okazała się zbyt ciężka 

dla mnie, i oczywiście weszłam na nią. Wywaliłam się jak długa! 

- Co za pech! Choć miała pani szczęście, że nic sobie nie złamała! 

- Jakbym nie wiedziała! Mojej przyjaciółce Audrey przydarzyło się to ostatniej zimy i zmarła od tego! 

background image

Złamane  biodro.  Nie  wyszła  już  ze  szpitala.  Leżałam  po  tym  upadku  i  myślałam  sobie:  koniec  z  tobą, 

dziewczyno. To nauczka za plotkowanie. Tak sobie pomyślałam! 

- Nonsens, moja droga! - zawołała z kuchni Betty. - Bez ciebie życie nie byłoby tak zabawne, nie sądzi 

pani, Beth? 

- Z pewnością - przyznała ciepło dziewczyna i poklepała zdeformowaną starczą dłoń. 

Staruszka ujęła ją za rękę i przyciągnęła bliżej. 

- Betty jest gorsza ode mnie - wyszeptała i roześmiała się, dysząc astmatycznie. 

Betty Maston, żonę pastora, Beth znała jedynie z widzę- 

nią i zdziwiło ją, kiedy po przyniesieniu herbaty kobieta usiadła przy niej i położyła jej swoją rękę na 

kolanie. 

-  Nie  potrafię  wyrazić,  jaka  to  dla  nas  ulga,  że  doktor  Pendragon  i  pani  macie  zamiar  się  pobrać  - 

wyznała. – Ten  biedny człowiek przez tyle  musiał przejść. Najwyższy czas, żeby znalazł dobrą kobietę, 

która będzie dzielić z nim życie. 

Beth wyglądała chyba na szczerze zdziwioną. Pani Maston zakryła dłonią usta. 

- O, przepraszam, przypuszczałam... czy to nadal jest tajemnicą? 

-  Cóż...  -  Beth  starała  się  zyskać  na  czasie  -  nie  chciałabym,  żeby  pani  myślała...  To  jeszcze  nic 

pewnego. 

-  No  tak,  spodziewam  się,  że  niedługo  ustalicie  datę  -  usłyszała  zadowolony  głos.  -  Oczywiście,  wy 

młodzi śpieszycie się bardziej niż my. Pamiętam, jak Jeremy chodził ze mną przez całe lato, zanim mnie 

pocałował, ale on był w seminarium duchownym i być może stąd ta różnica. W każdym razie naprawdę 

bardzo się z tego cieszę. 

Beth rozważała możliwość powiedzenia jej, że trafiła kulą w płot, ale zdecydowała, że z dwojga złego 

prawdopodobnie lepiej będzie nic nie mówić. 

Zanim  herbata  lekko  przestygła,  zmieniła  opatrunek,  z  zadowoleniem  stwierdzając,  że  nastąpiła 

poprawa. Potem szybko opróżniła filiżankę i pod pretekstem braku czasu natychmiast uciekła. 

- Co z Mabel? - spytał Gideon, kiedy znalazła się znowu w przychodni. 

W pierwszej chwili  chciała powiedzieć  mu o pani  Maston, ale  zrezygnowała. Czułby  się przyciskany 

do muru, a była pewna, że i tak nikt nie odważy się mu tego powtórzyć. 

- Lepiej - odparła. - Jest zadowolona, że przeżyła. 

- Tak, jej przyjaciółka po upadku rok temu nie miała tego szczęścia. To smutne. 

- Mówiła mi o tym. 

- Biedna staruszka. Były sobie bardzo bliskie. 

- Lubisz ją, prawda? - Przyjrzała się mu badawczo. 

- Ja?' - Uśmiechnął się. - Coś ty! - Pochylił się i ściszył głos. - Jesteś zajęta wieczorem? 

Uniosła lekko jedną brew. 

background image

- Zajęta? Nie. 

- Muszę pograć w szachy z Michaelem Robertsem, ale pomyślałem, że później... 

Pozwoliła sobie na leciutki uśmieszek. 

- Doprawdy? 

- Nie dręcz mnie - mruknął cicho. - Romans z tobą w tym mieście chyba mnie dobije. Nie sposób się z 

tym ukryć. 

Mnie to mówisz, pomyślała. 

- Będę u siebie - powiedziała. 

- To dobrze. - Puścił oko. - Zobaczymy się później. O *wpół do jedenastej, o jedenastej? , Kątem oka 

dostrzegła podchodzącą do nich jedną z przyjaciółek pani Robinson. 

- Dobrze, panie doktorze. Przyłożę na to okład z gorczycy.  

Z ledwością powstrzymała śmiech, widząc, jak oczy rozszerzyły mu się z przerażenia. 

- Dzień dobry, pani Cripps - powiedziała słodko, a Gideon uśmiechnął się blado. 

- Przez moment myślałem... - wymamrotał. Beth parsknęła śmiechem. 

- Udało się! - rzuciła pod nosem i umknęła, nim zdążył machnąć ręką na ostrożność i pocałować ją na 

środku korytarza. 

Przyszedł do niej w nocy, ale ich spotkanie przebiegło niezgodnie z jej oczekiwaniami. 

-  Chcę  zamienić  z  tobą  słowo  -  powiedział  przez  zęby.  Wpuściła  go  do  środka  i  zdumiona  stała  bez 

ruchu. 

- Spotkałem pastora. Poinformował mnie, że z przyjemnością omówi z nami sprawę ślubu, kiedy tylko 

zdecydujemy  się  na  jakiś'  termin.  -  Przenikliwie  spojrzał  jej  w  oczy.  -  Powiedziałem  mu,  że  to  jakieś 

nieporozumienie, a on na to, że zdaje sobie sprawę, iż utrzymujemy to w sekrecie przed wszystkimi, ale 

zdradziłaś rano jego żonie, że uzgadniamy jeszcze pewne szczegóły. 

Przerwał i wyraźnie czekał na to, .co powie Beth. Niepewnie odchrząknęła. 

- No i co? Zaprzeczasz temu?  

Westchnęła. 

- Gideonie, to nie było tak. Z pewnością obserwowała nas wcześniej, a potem dodała dwa do dwóch  i 

wyszło jej pięć... 

- Raczej dwadzieścia pięć - warknął. 

- Och, przestań! Oznajmiła mi, jak się cieszy z tego, że w końcu masz zamiar się ze mną ożenić, a ja, na 

odczepnego, powiedziałam, że nic jeszcze nie jest pewne. Jak widać, to jej nie powstrzymało. 

- Dlaczego nie zaprotestowałaś*? 

-  Bo  wyglądałoby  to  niewiarygodnie  i  pomyślałam,  że  lepiej  pozwolić  jej  myśleć,  iż  jest  to 

poważniejsze niż w rzeczywistości... 

- A więc poddałaś jej ten pomysł? 

background image

- Nie! - zaprzeczyła gwałtownie. - Po prostu nie zdementowałam tego, bo zaraz usfyszałabym wykład 

na temat nocnych zwyczajów młodych kobiet, a szczerze mówiąc, nie miałam na to nastroju! 

- Och, doprawdy? 

 

- Tak. I gdyby ci choć odrobinę zależało na mojej reputacji, też byś nie oczekiwał innej reakcji z mojej 

strony! 

- Na litość boską! Oboje jesteśmy dorośli i nie musimy dbać o reputację. Znacznie bardziej martwię się 

o to, co będzie, jak ta plotka dotrze do dzieci - oznajmił. - Co masz zamiar wtedy zrobić? 

Zamknęła oczy. 

- Nie mam pojęcia. 

- Typowe. - Westchnął ciężko. - To miasto jest  jak  jakaś cholerna ośmiornica  z  mackami  Nie  można 

nawet wyjść do toalety, żeby wieść o tym natychmiast sienie rozniosła! Cóż, lepiej zniknę stąd, nim ktoś 

usłyszy te krzyki i zacznie planować nasz rozwód - dodał z goryczą i obrócił się do drzwi. 

Beth zatrzymała go, gdy naciskał klamkę. 

- Gideonie, przykro mi bardzo, ale to nie moja wina. Przyznaję, może powinnam była wszystkiemu 

zaprzeczyć, ale... stało się inaczej. Zrobiłam to, co wówczas wydawało mi 'się właściwe, a ona uznała mój 

brak entuzjazmu za nieśmiałą próbę zachowania dyskrecji. 

- To co mam powiedzieć dzieciom? 

- Nic. 

- Ale kiedy usłyszą o tym od kogoś... 

- Wtedy wyjaśnisz. Na razie nie martwiłabym się o to. 

-  Nie  doceniasz  plotkarzy  w  tym  mieście  -  parsknął.  -  Jeśli  nie  obudzę  ich  teraz,  rano  będą  już 

planowali Wielki Dzień! 

Przełknęła ślinę. 

- Chcesz, żebym z nimi o tym porozmawiała? W końcu byłam przy tym. 

Westchnął ciężko. 

- Nie, zostawmy to. Może niczego nie usłyszą i oszczędzą nam kłopotliwych wyjaśnień, które mogłyby 

podsunąć im niestosowne pomysły. 

Otworzył drzwi i zrobiwszy krok, znieruchomiał. 

- Uroczy wieczór! - zabrzmiał wesoło głos pastora. 

Beth  zamknęła  oczy.  W  świetle  lampy  jej  szlafrok  na  pewno  był  doskonale  widoczny.  Zbliżała  się 

północ, a Gideon właśnie wychodził z jej mieszkania. 

Wspaniale. To tyle, jeśli chodzi o wzmożoną ostrożność. 

Zgodnie z przewidywaniami, dzieci usłyszały wiadomość i, podekscytowane, biegiem wróciły do domu 

z zakupów. 

background image

- Dlaczego nam nie powiedzieliście? - spytały z wyrzutem. 

- Bo to nie jest prawda - odparł stanowczo Gideon. - Nie zamierzamy się pobrać, niezależnie od tego, 

jak  bardzo  wy,  pani  Robinson  czy  pastor  byście  tego  chcieli.  Wiec  możecie  o  tym  zapomnieć.  Mam 

zamiar wywiesić stosowne ogłoszenie na poczcie - dodał i wyszedł, głośno zamykając za sobą drzwi. 

Miał już tego dość. A wyraz twarzy dzieci, kiedy wyjaśnił, że to nieprawda... Czyżby rzeczywiście aż 

tak bardzo im na tym zależało? Możliwe, ale on nie byłby w stanie dać sobie rady... 

Ogarnęła go panika. Poczuł ucisk w gardle. Przebrał się w dres i wyszedł na pola. Będzie biegł aż do 

wyczerpania i może wtedy zniknie lęk. 

 

To nie chodziło o Beth, lecz o odpowiedzialność za kolejnego człowieka. O jeszcze większe obciążenie 

i  tak  będących  na  granicy  wytrzymałości  własnych  emocji.  Ona  wkrótce  wyjedzie  i  wszystko  wróci  do 

normy.  Wtedy  poczuję  się  lepiej,  uspokajał  się  w  duchu.  Kiedy  mijał  kolejne  pola,  w  równym  rytmie 

pokonując przestrzeń, panika zaczęła ustępować, pozostawiając po sobie pustkę... 

Zamieszanie powoli wygasało. Beth i Gideon wyjaśniali każdemu, kto wspomniał o ich „zaręczynach", 

że  jest  to  nieporozumienie  i  że  Beth  w  rzeczywistości  pracuje  jako  jego  gospodyni,  więc  siłą  rzeczy 

widują się często. 

Pani Robinson oczywiście nie w pełni w to uwierzyła, jednak pozwoliła Beth zachować sekret. 

Jej  wrzód  stopniowo  się  goił  i  sprawdziły  się  słowa  Gi-deona.  Wkrótce  stanęła  na  nogi  i  zaczęła 

wychodzić z domu. Beth często widywała ją spacerującą powoli od sklepu do sklepu i zatrzymującą się co 

parę kroków na krótką pogawędkę z kolejnymi przyjaciółkami. 

Po ucichnięciu wrzawy napięcie opuściło Gideona i w kontaktach z Beth stał się bardziej odprężony, co 

sprawiło, że życie zarówno w pracy, jak i w domu stało się znośniejsze. 

Annabel Steel przyszła na zdjęcie szwów z palców i wyznała, że rana była bardzo bolesna. 

-  Mimo  to  było  warto.  Wreszcie  zaczęli  naprawdę  słuchać,  co  do  nich  mówię,  i  obiecali  mnie  nie 

zmuszać. 

- To wspaniale - powiedziała Beth z uśmiechem. 

- Kłopot w tym - w głosie dziewczynki zabrzmiał smutek - że teraz tak bardzo tęsknię do grania. Czy to 

nie jest głupie? 

- Nie. Taka jest ludzka natura. Możesz nimi dobrze ruszać? 

- Nie najlepiej. - Sztywno poruszała palcami. - Ważniejsza jest oczywiście prawa ręka, jednak upłynie 

dużo czasu, nim będę mogła grać jak dawniej. 

Beth uważnie przyglądała się ruchom jej palców. 

-  Chyba  przydałaby  się  fizjoterapia.  Porozmawiam  z  doktorem  Pendragonem  i  coś  wymyślimy. 

Nie  chcesz  przecież  -  dodała  z  uśmiechem  -  żeby  okazało  się  to  zbyt  skuteczne,  prawda?  Annabel 

spojrzała na nią niepewnie. 

background image

- Sądzi pani, że zachowałam się bardzo głupio? 

-  Nie.  -  Beth  potrząsnęła  głową.  -  Zrobiłaś  to  z  rozpaczy.  Wszyscy  robimy  głupstwa,  kiedy  jesteśmy 

zrozpaczeni. 

Później  spytała  Gideona  o  możliwość  fizjoterapii.  Niestety,  według  jego  informacji,  ze  względu  na 

liczbę oczekujących na te zabiegi, trzeba by czekać trzy miesiące. 

- Nie stać ich na opłacenie prywatnego fizjoterapeuty? -spytała. 

- Z pieniędzy, które zaoszczędzają na lekcjach gry? - Roześmiał się. - Bardzo możliwe. Annabel chodzi 

do  tej  samej  szkoły  co  Claire  i  Wilham,  więc  jeśli  stać  ich  na  czesne,  to  zapewne  i  na  nieco  więcej. 

Zadzwonię  do  pani  Steel  i  pogadam  z  nią,  bo  rzeczywiście  w  miasteczku  jest  jedna  bardzo  dobra 

fizjoterapeutka, która ma prywatną praktykę. 

W  poniedziałek  po  lekcjach  Claire  wróciła  w  towarzystwie  Annabel,  zachwyconej  skutecznością 

zabiegów i pełnej nadziei, że za parę tygodni będzie już w stanie znowu grać. 

Beth  przekazała  tę  wiadomość  Gideonowi,  kiedy  wieczorem  udała  się  na  spotkanie  w  poradni 

antynikotynowej. 

-  Dzięki  Bogu.  Zastanawiałem  się,  czy  nie  powinienem  wtedy  wysłać  jej  jednak  do  szpitala  na 

założenie szwów. 

- Zrobiłeś to świetnie - rzuciła i została obdarzona uśmiechem. 

-  Dziękuję  -  mruknął.  Pogłaskał  ją  po  policzku.  -  Brakuje  mi  ciebie.  Chcę  pobyć  trochę  z  tobą  i  nie 

obchodzi mnie już, co o nas powiedzą. Może później? 

Zarumieniła  się  lekko.  Okres  zawsze  zaczynał  się  u  niej  wczesnym  popołudniem  w  poniedziałek.  Na 

razie jeszcze go nie miała, jednak wiedziała, że musi to się stać wkrótce. Od kiedy brała pastylki, pojawiał 

się regularnie jak w zegarku. 

- Hmm... To nie najlepsza pora – westchnęła nieśmiało. - Spróbuj za tydzień. 

Odpowiedział wymuszonym uśmiechem. 

-  Nie  musimy  się  kochać,  Beth,  chociaż  nie  zaprzeczam,  że  chciałbym.  Zostań  ze  mną  po  kolacji, 

napijemy się, pooglądamy telewizję. 

- Annabel ma nocować. 

- I co z tego? Przecież będzie bardzo przyzwoicie. 

Roześmiała się. 

- Zgoda. Dobra, gdzie są wszyscy? 

- Może znowu zaczęli palić - udał żałosny ton - i będziemy mieli najgorszy wskaźnik efektywności na 

świecie? 

- Co byłoby winą wiatru i powodzi, ale na pewno nie naszą -dodała żartobliwie. 

Prychnął śmiechem i w tej samej chwili otworzyły się drzwi. Weszli Jan i David, a za nimi niezwykle 

zadowolony z siebie Paul. 

background image

- Nie muszę pytać, jak się powiodło - przywitał go ze śmiechem Gideon. 

- Przecież powiedziałem, że to zrobię. 

- Nie, to ja powiedziałem, że dasz radę – sprostował Gideon. 

- Nieważne, jak było-zaśmiał się Paul.-Teraz jestem tu, a Jill jest w siódmym niebie. Twierdzi, że warto 

wyprać zasłony, bo wreszcie będą czyste dłużej niż przez pięć minut! 

Wszyscy się roześmiali, ale można też było usłyszeć pomruk akceptacji. 

- Umyłam obrazy. Powinniście zobaczyć różnicę! - oznajmiła Jan Driscoll. - Daje wyobrażenie o tym, 

co się dzieje w naszych płucach. 

Wymieniali  notatki,  wspierali  się  wzajemnie  na  duchu  i  uświadamiali  sobie,  że  pozostali  także 

przeżywali czasami trudne chwile. 

- W ogóle nie jestem w stanie zajść do pubu - żalił się Paul. 

- To Jill na pewno się cieszy - mruknęła jedna z kobiet. 

- Kiedy  mijam  na ulicy palacza, zwłaszcza z papierosem w ustach, odczuwam ogromną pokusę, żeby 

pójść za nim i powdychać trochę dymu! - wyznał David Hendry. - Mogę jeszcze wpaść w kłopoty! 

Rozległ się ogólny chichot. 

To spotkanie okazało się bardzo owocne. Wszyscy byli z siebie dumni i zdecydowani nie poddawać się. 

- Jak dotąd sukces dziewiećdziesięciopięcioprocento-wy - zauważyła Beth. 

- W  istocie  stuprocentowy - sprostował  Gideon - Ponieważ ta kobieta, która zrezygnowała  na samym 

początku,  nie  miała  po  prostu  motywacji.  Przyszła  tu,  bo  obiecała  mężowi,  a  bez  motywacji  rzucenie 

palenia  nie  jest  możliwe. A stuprocentowy  sukces wymaga uczczenia. Poskładajmy wszystko do szafy  i 

chodźmy. 

- A co z naczyniami? 

- Włóż do zlewu. Pani Horrell zajmie się nimi rano. 

W  świetnych  nastrojach  wrócili  do  domu  i  po  zjedzeniu  pysznej  zapiekanki  oraz  odrobiny  nieudanej 

szarlotki usadowili się przed telewizorem. Gideon z wyciągniętymi nogami i stopami opartymi na małym 

stoliku objął ramieniem Beth i przytulił do siebie. Oglądali program, zmieniając czasem kanał, i gawędzili 

o tym i owym, sącząc łagodne stare porto. 

Około  wpół  do  dziewiątej  Annabel  i  Claire  zeszły  da  nich  powiedzieć  dobranoc.  Na  twarzy  Annabel 

odmalowało się ogromne zdziwienie, a zaraz po ich wyjściu usłyszeli wyjaśnienia Claire. 

- Nie zwracaj na nich uwagi, zawsze się tak zachowują, kiedy nikt na nich nie patrzy. Wszyscy sądzą, 

że się niedługo pobiorą. To niesamowicie romantyczne. 

Beth  poczuła,  jak  Gideon  sztywnieje.  Wyciągnęła  dłoń  i  pogłaskała  go  po  twarzy,  czując  pod 

opuszkami palców krótką szczecinę i napięte mięśnie pod skórą. 

- Nie przejmuj się - uspokajała go. - To tylko takie gadanie. 

- Słyszałaś ją? - parsknął. - Niesamowicie romantyczne, też coś! 

background image

Westchnęła.  Dla  niej  ten  wieczór  był  dość  romantyczny  i,  nim  usłyszała  jego  słowa,  odczuwała 

ogromną przyjemność. Teraz zdała sobie sprawę, że zapewne większą niż Gideon. 

Zeszty wniała i odsunęła się. 

- Lepiej już pójdę. Nie chciałabym, żeby dziewczynki nabrały błędnego przekonania. 

- Beth, nie chciałem... - urwał. 

Odwróciła głowę i spojrzała na niego wyczekująco. 

- Czego nie chciałeś, Gideonie? 

Umknął spojrzeniem. 

- Do diabła... Masz rację, lepiej już idź. Zobaczymy się rano. 

Wstała, pochyliła się i lekko pocałowała go w usta. 

Nie wstawaj, sama wyjdę. 

Poszła  do  siebie,  wzięła  prysznic  i  leżąc  samotnie  w  łóżku  zastanawiała  się,  czy  on  kiedykolwiek 

pozwoli sobie na to, by się w niej zakochać. 

Z biegiem czasu zaczęła podejrzewać, że jej wcześniejszy umiarkowany optymizm był nieuzasadniony. 

Z  trudem  znajdowali  okazje,  żeby  pobyć  trochę  sam  na|  sam.  I  nie  powtórzyła  mu  już  więcej,  że  go 

kocha.  Gideon,  odrzuciwszy  jej  uczucia,  miał  wobec  niej  poczucie  winy,  co  sprawiało,  że  zapanowała 

między nimi atmosfera pełna skrępowania. Lepiej było nie zagęszczać jej wymawianiem głośno pewnych 

słów. 

Okazywała mu za to miłość wargami, dłońmi i całym ciałem, wkładając w kochanie się z nim całą swą 

duszę.  

Tak samo jak i on, choć nie zdawał sobie z tego sprawy. Nie mógłby przecież pragnąć jej tak mocno, 

obejmować i dotykać z taką czułością, gdyby jej wcale nie kochał. 

Nie zmieniało to, niestety, jego oficjalnej postawy. 

Oboje  byli  bardzo  zajęci  pracą.  Wybuchła  epidemia  grypy  i  w  noce,  kiedy  miał  dyżur,  kilkakrotnie 

słyszała jego samochód. 

Przychodnię  wypełniali  po  Brzegi  ludzie  z  powikłaniami  -  zapaleniem  ucha,  zatok,  gardła  -  a  każdy 

pacjent miał inne objawy. Cały personel był wyczerpany pracą. 

Przyspieszono realizację programu szczepień i Beth miała więcej zajęć niż zazwyczaj. 

Na  dodatek  zbliżały  się  święta.  Uszyła  kostium  aniołka  dla  Sophie  i  pomogła  w  przygotowaniu 

dziecięcego  przedstawienia  jasełek.  Przedszkole  nadal  znajdowało  się  w  swej  prowizorycznej  siedzibie. 

Dziwna  rzecz  lecz,  wrzawa  i  hałas  dzieci  w  kościelnym  pomieszczeniu  działały  na  Beth  uspokajająco. 

Wszystkie byty tak ożywione i szczęśliwe! 

A  najmocniej  ze  wszystkich  dzieci  poruszała  ją  Sophie.  Kochała  ją  całym  sercem  i  wiedziała,  że 

rozstanie z nią będzie najtrudniejszą chwilą w jej życiu. 

Nie, najtrudniejsze będzie rozstanie z Gideonem. Choć i na swój sposób jednak łatwiejsze. Przecież on 

background image

sam uparcie do tego dąży. 

W ostatni piątkowy wieczór listopada Gideon po powrocie z pracy wyglądał tak, jakby miał gorączkę - 

z rumieńcami na twarzy, zbyt błyszczącymi oczami i gorącą, suchą skórą. 

- Do łóżka! - poleciła stanowczo Beth i nie usłyszała protestu. 

Przykrywała wstrząsanego dreszczami Gideona kołdrą, kiedy wszedł William. 

- Co się dzieje? 

- Twój ojciec ma grypę. Wyjdź stąd lepiej, żebyś się nie zaraził. Nastaw czajnik. 

Przygotowała  napój  z  miodem  i  cytryną,  w  którym  rozpuściła  aspirynę.  Gideon  wypił  go  bez 

przekonania,  a  po  chwili  zerwał  się  z  łóżka  i  potykając  się,  pognał  do  łazienki.  Usłyszała  odgłosy 

wymiotów, potem płukania gardła. 

- Boże, jak ja się parszywie czuję - wychrypiał, kiedy po paru minutach wrócił do pokoju. 

- Właź z powrotem do łóżka. Zrobię ci okłady. 

- Jaką mam temperaturę? 

- Bóg jeden wie, ale pewno wysoką. Kładź się. Zaraz ci ją zmierzę. 

Znalazła termometr, włożyła go Gideonowi pod język i wykorzystała czas na poczynienie dodatkowych 

obserwacji. 

Puls  miał  przyspieszony,  powyżej  stu,  skórę  tak  gorącą,  że  nieomal  parzyła.  Oddychał  dwa  razy 

szybciej niż normalnie. Zauważyła, jak jego ciałem wstrząsnął dreszcz. 

Wyjęła termometr i wpatrywała się w niego z niedowierzaniem. 

- Ile? - zachrypiał. 

- Czterdzieści i jedna kreska. 

Brutalnie ściągnęła z niego kołdrę i zaczęła obmywać^ go letnią wodą. 

- Zimno mi - wycedził przez zaciśnięte zęby, kryjąc się pod kocem. 

- Nie marudź. Wiesz, że muszę to zrobić. 

Myła go delikatnie, przemawiając uspokajająco. Dreszcze stopniowo ustąpiły. 

Zmierzyła mu ponownie temperaturę. Trzydzieści dziewięć i sześć - lepiej, ale tylko nieznacznie. 

Wyszła, żeby przynieść coś do picia. Po powrocie zobaczyła, jak znowu wstrząsają nim dreszcze. 

To  była  długa  noc,  a  następny  dzień  wcale  nie  okazał  się  lepszy.  William  nalegał,  by  przyjęła  jego 

pomoc.  Zaczęli  obmywać  go  na  zmianę,  starając  się  obniżyć  w  ten  sposób  gorączkę-  W  niedzielę  po 

południu  stan  Gideona  się  poprawił.  Za  to  Beth  była  całkowicie  wyczerpana  i  wróciła  do  siebie, 

zostawiając go pod opieką Willa. 

Obudziła się w nocy z dreszczami i straszliwym bólem brzucha. 

Dygocząc,  zmusiła  się  do  wstania  i  pójścia  do  łazienki.  Usiadła  na  brzegu  wanny  i  zwilżyła  ramiona 

oraz nogi mokrym ręcznikiem. 

Czuła się okropnie i wkrótce dostała torsji. Miała wrażenie, że wymioty nigdy się nie skończą. 

background image

Osunęła się na podłogę. Trzęsła się z zimna, siedząc na zimnej posadzce w cieniutkiej koszuli nocnej i 

czując narastającą gorączkę. Powinna wrócić do łóżka, ale jakoś nie mogła znaleźć w sobie dość siły... 

Ciężkie,  gorące  łzy  spłynęły  po  jej  policzkach.  Zwróciwszy  głowę  do  ściany,  rozszlochała  się  jak 

dziecko. 

Gideon  poczuł  się  lepiej.  Temperaturę  miął  już  normalną  i  sądził,  że  przy  odrobinie  szczęścia  będzie 

mógł wrócić jutro do pracy. Nie chciał dodatkowo obciążać swoich kolegów; i tak mieli dość zajęć. 

Zszedł do kuchni i wstawił wodę na herbatę. Czekając, aż się zagotuje, spojrzał przez okno. 

Dziwne. W łazience Beth paliło się światło. To nie było normalne. Być może zapomniała je wyłączyć, 

a może po prostu musiała skorzystać z toalety. Do cholery, miała do tego prawo. 

Zrobił  herbatę  i wrócił do swego pokoju, zaglądając po drodze do Sophie. Spała spokojnie,  nie  miała 

gorączki. Znowu wyjrzał przez okno. 

W łazience świeciło się nadal. 

Wzruszył  ramionami.  I  co  z  tego!  Nie  może  przecież  pójść  do  niej  i  zbudzić  ją  tylko  po  to,  by 

poinformować, że zostawiła nie zgaszone światło. 

Ale jeśli jest chora? Nie ma żadnej możliwości wezwania pomocy. 

Odstawił herbatę, ubrał się i cicho wyszedł z domu. 

Otworzywszy drzwi, usłyszał przytłumione odgłosy płaczu j' serce mu się ścisnęło. 

Wbiegł  na  górę  i  szybko  przemierzywszy  pokój,  wpadł  do  łazienki.  Beth  siedziała  w  rogu,  skulona. 

Szczupłymi ramionami wstrząsało spazmatyczne, chrapliwe łkanie. 

Wziął ją w ramiona, podniósł ostrożnie i zaniósł do łóżka. 

- Już wszystko dobrze, kochanie. Jestem tu i zaopiekuję się tobą. Leż spokojnie, a ja zrobię ci okłady i 

wkrótce poczujesz się lepiej. 

Otworzyła oczy. 

- Gideon? - szepnęła. - Och, modliłam się, żebyś przyszedł... Czuję się taka chora... 

- Ciii.. - Odgarnął włosy z jej rozpalonej twarzy i lekko pocałował w policzek. - Już wszystko dobrze. 

Po prostu leż grzecznie i nie martw się. 

Przyniósł  miednicę z wodą  i postawił  ją  na  nocnym sto-1 liczku. Potem znalazł w  łazience  flanelową 

ściereczkę i przystąpił do obmywania. 

Podobnie  jak  on  protestowała  i  próbowała  schować  się  pod  kołdrę,  ale  Gideon,  powoli  i  cierpliwie 

ochładzając jej ciało, doprowadził do rozsądnego obniżenia temperatury. Znalazł rozpuszczalną aspirynę i 

zmusił ją do wypicia, a potem, wyczerpany i drżący - wcale nie czując się tak dobrze, jak sądził wcześniej 

- zrzucił z siebie ubranie, wyciągnął się na kanapie i zasnął. 

Tam właśnie zastał go William około siódmej rano. Obudził ojca, powiedział, że odprowadził Sophie 

do przedszkola i przygotował drugie śniadania. 

- Zobaczyłem palące się światła i domyśliłem się, co się stało - wyjaśnił. 

background image

Jakie to szczęście, uświadomił sobie Gideon, że nie wczołgał się do łóżka Beth. Nie miałby wtedy już 

zupełnie życia! 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Beth czuła się nadal słabo i była wyczerpana. Gideon został z nią przez cały dzień i wymógł obietnicę, 

że do końca tygodnia nie będzie pracowała. 

- Dotyczy to także domu - oznajmił stanowczo. 

- Ale jak dasz sobie radę? - spytała. 

- Nie zginę. A ty po prostu zajmij się swoim zdrowiem. 

Zważywszy  na  jego  bladość  i  wyraźne  oznaki  zmęczenia,  miała  co  do  tego  poważne  wątpliwości. 

Wiedziała  jednak, że w tej chwili dyskusja z nim nie  ma sensu  i, szczerze  mówiąc, była  mu wdzięczna. 

Czuła się wykończona. 

Dopiero  w  sobotę  uświadomiła  sobie,  że  w  dalszym  ciągu  nie  ma  okresu,  którego  spodziewała  się  w 

poniedziałek. Skoro jednak  nie  były to prawdziwe  miesiączki, a tylko okresowe krwawienia związane  z 

braniem  pigułki,  zapewne  opóźnienie  wywołane  jest  grypą.  Zaczęła  przecież  stosować  kolejną  serię 

pigułek  we  właściwym  dniu  cyklu  i  brała  je  systematycznie,  więc  niemożliwe,  by  zaszła  w  ciążę.  Nie, 

zdecydowała,  takie  podejrzenia  są  melodra-matyczne.  Jedynie  podczas  powodzi  i  sztormu  dwukrotnie 

zapomniała wziąć pastylki w porę, ale już po tym miała okres, więc nie może być w ciąży. 

Nie, to na pewno z powodu grypy. 

Do pracy wróciła w poniedziałek i, choć nadal była zmęczona i miała lekkie mdłości, czuła się znacznie 

silniejsza. Mijał właśnie drogi tydzień grudnia. Boże Narodzenie było coraz bliżej. Za blisko. 

Zaraz po świętach będzie Nowy Rok, w styczniu Stephanie urodzi dziecko, a w marcu wróci do pracy - 

zakładając, że z dzieckiem wszystko będzie w porządku i wówczas Beth wyjedzie. 

Na szczęście była zbyt zajęta, by nad tym rozmyślać, bowiem w pracy miała urwanie głowy. Molly też 

zachorowała na grypę i miała zwolnienie, a dziewczyna, którą zatrudnili na zastępstwo za pośrednictwem 

agencji, okazała się całkowicie nieprzydatna. 

Ostatnią jej pacjentką tego ranka była pani Robinson. Wrzód na nodze prawie się wygoił. 

- Myślę, że na Boże Narodzenie będzie pani zdrowa jak ryba - skomentowała Beth. 

- Co za ulga! To trwało strasznie długo. 

- Z wrzodami tak bywa. Ale teraz koniec kłopotu. A jak kocięta? 

- Rosną  jak  na drożdżach. Nie  zna pani przypadkiem kogoś, kto chciałby  wziąć kotka? Myślałam,  że 

znalazłam już domy dla wszystkich, ale Winnic, która chciała zatrzymać dwa, czuła się ostatnio tak źle, że 

uznała,  iż  nie  byłoby to w porządku, bo gdyby coś jej  się stało... no, rozumie pani, więc zastanawiałam 

się, czy nie przychodzi pani ktoś na myśl? Może mogłaby pani popytać? Będą do oddania koło Nowego 

Roku. 

Beth  naturalnie obiecała to zrobić  i  pożegnawszy  ją, udała się do domu. Miała wrócić do przychodni 

background image

dopiero o drugiej, na zabieg pana Hurleya. Postanowiła zrobić pranie. 

Zaczęła  sortować  rzeczy  na  podłodze  w  pralni  i  nagle  zobaczyła  przebiegającą  mysz.  Wrzasnęła  i 

rzuciła  się  do  tyłu,  przyciskając  rękę  do  serca.  Po  chwili  roześmiała  się  ze  swego  niedorzecznego 

zachowania. 

-  Ona  jest  znacznie  bardziej  przerażona  ode  mnie  -  powiedziała  głośno  tonem,  który  ją  samą  miał 

podtrzymać  na  duchu.  Ostrożnie,  zerkając  w  kąt,  gdzie  uciekła  mysz,  skończyła  sortować  ubrania, 

załadowała pralkę i uruchomiła ją. 

Po powrocie do przychodni wspomniała o myszy Gi-deonowi. 

- Och, nie - jęknął. - Dawniej mieliśmy kota, który tak świetnie sobie z nimi poradził, że nawet po jego 

śmierci  pojawiały  się  tylko  sporadycznie,  jedna  czy  dwie.  Teraz  boję  się,  że  z  nastaniem  chłodów 

zadomowi się ich więcej. 

- Uhm. Pani Robinson szuka domu dla dwóch kociąt. 

-  O,  nie,  Beth.  Nie,  nie  i  jeszcze  raz  nie!  Mam  dość  zmartwień  bez  zniszczonych  dywanów, 

podrapanych mebli i szukania zaginionych kociąt. Przeszedłem już przez to i mówię ci od razu: nawet o 

tym nie myśl. Uwierz mi, w porównaniu z tym myszy to żaden kłopot. 

- Nie są zbyt higieniczne. 

-  Koty  też  -  odparował.  -  Znałaś  kiedyś  kota,  który  trzymałby  się  z  dala  od  stołu?  Nie  można  nic 

zostawić na wierzchu. 

-  Ty  i  tak  nie  zostawiasz.  Poza tym  -  dodała,  bezlitośnie  mierząc  w  jego  słaby  punkt  -  dzieci  byłyby 

zachwycone.  Dzieciaki  powinny  mieć  w  domu  zwierzęta.  Uczą  się  opiekuńczości  i  poszanowania  dla 

innych gatunków, a to w obecnym świecie, zważywszy na stan, w jakim się znajduje, na pewno nie jest 

złe. 

Oparł się nonszalancko o biurko i skrzywił teatralnie. 

-  Czy to jest fakt naukowy? 

Usiłowała zachować powagę. 

- Wiesz, że to prawda. 

- Hm. Pan Hurley już jest? 

- Tak. Przyprowadzę go. 

W  parę  minut  po  znieczuleniu  lignokainą  wręczyła  Gi-deonowi  skalpel  i  obserwowała,  jak  ostrożnie 

otwiera ranę. Potem usunęła ropną wydzielinę, a Gideon użył elekrokau-tera do zatrzymania krwawienia z 

małych naczyń, 

-  Dobra,  widzę...  o,  tu  jest  ta  drzazga!  -  Pincetą  wyjął  kawałek  brudnego,  spróchniałego  drewna  i 

pokazał go panu Hurleyowi. - Mamy ją! 

- No proszę, taki duży kawałek, a zupełnie go nie czułem! 

- Teraz jest już miękki, ale to dlatego rana nie chciała się zagoić. Dłużej nie będzie przeszkadzał. 

background image

Gideon  wyciął  martwą  tkankę,  nasypał  antybiotyku  i  starannie  ściągnął  szwami  brzegi  skóry,  a  Beth 

nałożyła opatrunek. 

-  Proszę  przyjść  za  tydzień  na  zdjęcie  szwów  –  poradził  pacjentowi  doktor. -  Ale  jeśli  coś  pana 

zaniepokoi, proszę zjawić się wcześniej - dodał. 

Po wyjściu Hurleya Beth uśmiechnęła się zagadkowo. 

-  Mała drzazga - duży kłopot. 

Spojrzał na nią ciepło. 

- Jeśli zajdzie za skórę... 

Jednym susem pokonał przestrzeń do drzwi, zamknął je, a potem wziął ją w ramiona. 

- Boże, jak ja ciebie pragnę - wymamrotał. – Minęło już tyle czasu. 

- Niewiele ponad tydzień - sprostowała. 

- Prawie dwa. Będziesz wieczorem w domu? 

- Przecież wiesz, że będę. 

- Przyjdę do ciebie. 

-  Uśmiechnęła się uwodzicielsko. 

- Będę czekała. 

- Nie rób tego - ostrzegł. - Za tobą jest kozetka... 

- Tak. Wygląda na wygodną. 

- Nie kuś mnie. 

Roześmiała się. 

- Tchórz. Zobaczymy się później. 

- Na pewno. 

Koło północy w domu zapanowała wreszcie cisza. Gideon wyłączył telewizor i poszedł do kuchni, cały 

czas  myśląc  o  Beth.  Ułożenie  dzieci  do  snu  trwało  całe  wieki  i  z  minuty  na  minutę  był  coraz  bardziej 

sfrustrowany. Boże, jak jej pragnął. Miał wrażenie, że minęły miesiące od chwili, gdy czuł pod sobą jej 

ciepłe, miękkie ciało... 

- Cześć, tato. 

Z ręką na klamce tylnych drzwi wzdrygnął się jak człowiek złapany na gorącym uczynku. 

- William! Myślałem, że jesteś już w łóżku. 

- Nie mogłem zasnąć. Zszedłem po coś do picia. Dokąd idziesz? 

Patrzył na syna z pustką w głowie. 

- Hm... na spacer. Przewietrzyć się. 

- Teraz? 

- Uhm. - Otworzył drzwi i z zakłopotaniem wpatrywał się w strugi deszczu. - Och! - Zamknął drzwi. - 

Chyba nie będę sobie zawracał głowy. 

background image

- Tato... - William posłał mu zażenowany uśmiech. - Dlaczego po prostu do niej nie pójdziesz? 

Gideon poczuł wypływający na twarz rumieniec. 

- O co ci chodzi? - spytał, by zyskać na czasie. 

- O Beth - cierpliwie wyjaśnił chłopak. - Słuchaj, to jest w porządku, naprawdę. Przecież oboje jesteście 

dorośli, więc czemu nie? 

Wytrąciło go to zupełnie z równowagi. Jego własny syn przekonywał go, że powinien prowadzić życie 

seksualne! Jedyne, co mógł zrobić, to wszystkiemu zaprzeczyć. 

- Skąd ci przyszło do głowy, że... 

-  Oj,  tato!  -  Chłopiec  wzniósł  oczy  do  nieba.  -  Miej  do  mnie  trochę  zaufania.  Poza  tym  -  ciągnął  - 

podczas twojej choroby w ubiegłym tygodniu... no, mówiłeś różne rzeczy. 

Gideon głośno przełknął ślinę. 

- Jakie? - spytał słabo. 

-  No,  hm...  -  Tym  razem  zarumienił  się  William.  –  Nie  będę  ich  powtarzał,  w  każdym  razie...  no, 

czasami  myślałeś,  że  jestem  Beth...  -  urwał,  słysząc  jęk  ojca  i  z  trudem  podjął  dalszy  wywód.  -  A 

pewnego razu, kiedy wiedziałeś, że to ja, powiedziałeś mi... do diabła, to nieważne. 

To musiało być ważne, pomyślał Gideon. Bardzo ważne. Nie miał odwagi spytać. Ale musiał. 

- Co ci powiedziałem? 

- Och... o męskich sprawach. O tym, żebym znalazł sobie dziewczynę i dobrze ją traktował. Żebym był 

pewien, że nie zajdzie w ciążę. Powiedziałeś... - Umilkł. 

- Co?? Co ci powiedziałem? 

- Że ty i Beth... no, że jest w porządku, bo Beth bierze pigułki, ale że... 

- Powiedziałem ci coś takiego? 

Syn  skinął  głową,  wyraźnie  skrępowany.  Jednak  jego  skrępowanie  było  niczym  w  porównaniu  z 

zażenowaniem ojca. 

- Hm, słuchaj, hm... - Odchrząknął i znów spróbował głosu. - Ta rozmowa... 

- Nie martw się, tato, nikomu nie powiem. 

- Nie chciałbym, żeby wiedziała o tym Claire. 

William roześmiał się. 

- Stale mi powtarza, że ze sobą sypiacie. 

- Naprawdę? - spytał oszołomiony Gideon.  

Chłopiec westchną. 

-  Tato,  jesteśmy  starsi,  niż  ci  się  wydaje.  Zaraz  po  świętach  skończę  osiemnaście  lat  i  zgodnie  z 

prawem  stanę się dorosły.  A Claire, od czasu kiedy zaczęła  miesiączkować, też niezwykle wydoroślała. 

Uwierz mi, jeśli chcesz mieć z kimś romans, zaakceptujemy to. 

Gideon  wsunął  palce  we  włosy  i  zmierzwił  je,  zaskoczony.  To,  z  czym  sam  walczył,  jego  syn 

background image

przyjmował za coś naturalnego. 

- Nie  mam zamiaru  się z  nią ożenić – powiedział w końcu. -1 nie oczekuj  niczego. To jest po prostu 

romans. 

- Ona cię kocha. 

- Wiem - potwierdził, zaciskając szczęki. 

- I ty ją też kochasz. 

- Nie. 

-  Ależ  tak,  kochasz.  Dlaczego  nie  przyznasz  się  sam  przed  sobą  i  nie  ożenisz  się  z  nią?  Tato,  nie 

wszystkie kobiety są takie jak mama. 

Utkwił spojrzenie w oczach syna, tak podobnych do własnych. 

- Uwierz mi - zaczaj łagodnie - że lepiej nam będzie bez dodatkowych komplikacji. 

- Ona nie jest komplikacją, tato - zaoponował William. 

- Jest kobietą. Ciepłą, uroczą kobietą i przepada za tobą. 

Gideonowi zaschło nagle w gardle. Gdyby to Beth była matką Williama, jak inne byłoby jego życie. 

- Nie skrzywdź jej, tato - powiedział cicho chłopak. - Proszę. 

- Nie chciałem, synu - westchnął ojciec. - Ale obawiam się, że już to zrobiłem. 

- Tato? - zagadnął po chwili William. 

-Tak? 

- Na stole jest mysz. 

- Co takiego?! 

Obrócił się szybko i zdążył dojrzeć mysz umykającą za pojemnik na chleb. 

- Potrzebujemy kota - oświadczył spokojnie Will. - Pani Robinson ma do oddania dwa kociaki. 

Wbił wzrok w syna. 

- Beth ci to powiedziała? 

-  Nie.  Pani  Robinson,  w  sklepie.  Spytała,  czy  nie  znam  kogoś,  kto  chciałby  je  wziąć.  Obiecałem 

popytać. 

Gideon otworzył pojemnik na chleb i ujrzał przestraszone spojrzenie dwóch małych oczu, a w sekundę 

później mysz śmignęła po blacie i znikła za szafką. 

- Jasny gwint! Są wszędzie! 

- A więc możemy wziąć kota? 

- Chyba musimy - westchnął i wyrzucił chleb do śmieci. 

Will zaśmiał się. 

- Wspaniale. Sophie oszaleje z radości. I Beth też. Ona kocha koty. 

- Hm! 

- Żadne hm! Idę spać. Idź do niej, tato. Może seks poprawi ci charakter. 

background image

I zniknął z kuchni w ułamku sekundy. 

- Myślałam, że już nie przyjdziesz - powitała go z łagodnym wyrzutem. 

Uśmiechnął się z zakłopotaniem i zdjął bluzę. 

- Will nakrył mnie przy wyjściu. Jestem tu z jego błogosławieństwem. 

- Co takiego? 

Roześmiał się krótko. 

- Tak. Uważa, że seks poprawi mi charakter. Aha, i potrzebujemy kota - dodał, siadając na brzegu łóżka 

i zdejmując buty. 

Głodnym wzrokiem patrzyła, jak rozpina zamek i ściąga spodnie. 

- Chodź do mnie - szepnęła stłumionym głosem. - Chcę cię objąć. 

Dołączył do niej pod kołdrą, wziął w ramiona i połączyli usta w długim, namiętnym pocałunku. 

- Och, Beth, potrzebowałem tego - wyszeptał, chwytając oddech. 

- Czy Will dał ci do wiwatu? 

- Uhm - mruknął, zbliżając gorące wargi do różowego wzniesienia sutki. 

Beth  zadrżała  lekko  i  ująwszy  jego  głowę  w  dłonie,  przytuliła  ją  do  piersi.  Nabrzmiałe  i  wrażliwe 

tęskniły za dotykiem, którego im nie skąpił. 

Jednak  to  mu  nie  wystarczało.  Przesunął  dłońmi  wzdłuż  talii  aż  do  lekkiego  wzniesienia  bioder  i 

okrążając je, dotarł do wilgotnego trójkąta włosów. 

Z urywanym oddechem wyprężyła się pod pieszczotą dłoni, pragnąc więcej. Sięgnęła niżej i objęła na-

brzmiałą wypukłość, prowokując głębokie westchnienie Gideona. 

Delikatnie rozsunął jej uda, ułożył się między nimi, a potem z jękiem wsunął się w nią głęboko. ,3eth", 

wychrypiał  i  przylgnął  do  jej  ust.  Od  tej  chwili  nocnej  ciszy  nie  zakłóciło  już  żadne  słowo. 

Rozbrzmiewała w niej tylko symfonia dźwięków odwiecznie towarzysząca namiętności. 

-  A  więc  kiedy  chcesz  wziąć  kota?  -  spytała  później,  kiedy,  zaspokojeni,  leżeli,  trzymając  się  w 

objęciach. 

- Nie mam pojęcia. Zaczynam się zastanawiać, czy nie jest to głupi pomysł. 

- Nie. Uważam, że świetny. - Przez chwilę  bawiła się włosami  na  jego torsie. - Oczywiście dwa koty 

mogłyby dotrzymywać sobie towarzystwa... 

- Nie. 

Jej palce przesunęły się niżej. 

- Nie bądź taki. To brat i siostra. Świetnie by się razem bawiły. 

- Dostarczając kazirodczych potomków. Nie. 

- Mógłbyś je przed tym powstrzymać. 

- Astronomicznymi rachunkami od weterynarza. Nie. Kochanie, przestań! 

Jej ręka znieruchomiała. 

background image

- Naprawdę? 

Uśmiechnął się szelmowsko. 

- Nie, nie naprawdę. Rób tak dalej, to cudowne. 

- Dwa koty? 

- Nie. 

Cofnęła dłoń. 

- Szantażystka - zarzucił jej. 

- Uhm. 

Roześmiał się niskim, pełnym czułości i pożądania śmiechem, a potem przyciągnął ją do siebie. 

- Zobaczymy. 

Szybkim  ruchem  przykrył  ją  swoim  ciałem  i  zatopił  się  w  niej  głęboko.  Problem  kotów  zszedł  na 

odległy plan. 

Święta  zbliżały  się  z  zawrotną  szybkością.  Beth  wybrała  się  z  dziećmi  do  centrum  miasteczka,  żeby 

kupić prezenty gwiazdkowe dla Gideona. Spytały, co ma zamiar mu podarować. 

- Jeszcze nie wiem. Podsuniecie mi jakiś pomysł? 

- W antykwariacie  na placu  jest pozytywka, której się stałe przygląda - powiedział  Will. -  Ale  jej  nie 

kupi. 

- Dlaczego? - spytała, podejrzewając wygórowaną cenę. 

- Nie wiem. Dziwnie się zachowywał. Chciałabyś zobaczyć? Pokażę ci. 

Zostawili Sophie pod opieką Claire i poszli do sklepu. Will wskazał jej stojące na wystawie drewniane 

pudełko z inkrustowanym wieczkiem. Poprosiła sprzedawczynię o pokazanie pozytywki. Inkrustacja była 

wysokiej jakości, a po otwarciu pokrywki rozległy się czyste tony „Kołysanki" Brahmsa. 

- Jest tańsza niż inne tej klasy - wyjaśniła im kobieta. - Przez jakiś czas była w wilgotnym miejscu i jest 

trochę uszkodzona. O tu, z tyłu, odchodzi kawałek forniru, ale to można naprawić. 

Beth była zadowolona, że cena tylko trochę przekracza jej możliwości finansowe, choć i tak nie miało 

to większego znaczenia, skoro pozytywka podobała się Gideonowi. 

- Wezmę ją - oświadczyła. Podniosła do góry kryształową buteleczkę na perfumy ze srebrnym korkiem. 

- Jakie to śliczne. - Rzuciła okiem na etykietkę z ceną i z żalem odłożyła flakonik. 

- Prawda? To wczesnowiktoriańskie. 

- Może innym razem. 

Po wyjściu ze sklepu uśmiechnęła się do Willa. 

- Dzięki, to był wspaniały pomysł. 

- Cała przyjemność po mojej stronie. Mam ich mnóstwo i zawsze chętnie służę. 

Zaśmiała się radośnie, zadowolona z zakupu jak dziecko. 

background image

Gideon był zdumiony, kiedy dowiedział się, że Beth nie ma żadnych planów na święta. 

- A co z twoją rodziną? 

Wzruszyła ramionami. 

-  Rodzice  poszukują  na  Krecie  jakiegoś  mitycznego  bożka.  Przecież  święta  nie  mogą  z  tym 

konkurować, to jasne. 

Musiał usłyszeć  ból w  jej głosie,  bo objął  ją  i czułe przytulając, poprosił,  by spędziła święta razem  z 

nimi. 

-  Ale  masz  być  gościem  -  zastrzegł.  -  Zrobię  obiad,  a  ty  będziesz  siedzieć  i  dobrze  się  bawić, 

jasne? 

Wzruszyła się. Od wieków nie spędziła świąt w prawdziwie rodzinnej atmosferze. Od śmierci dziadka i 

przeprowadzki babci do domu opieki rodzina nigdy nie spotykała się podczas świąt, a jej brakowało tego 

coraz bardziej. 

W  połowie  tygodnia  zaczęły  się  ferie  szkolne  i  stary  dom  napełnił  się  gorączkową,  przedświąteczną 

atmosferą. 

William  i  Claire  wydobyli  z  szafy  na  strychu  świąteczne  dekoracje,  znaleźli  przepisy  na  tradycyjne 

potrawy i zarazili swym entuzjazmem Sophie, która i tak była niezwykle podniecona. 

Wigilijny poranek był zimny, ale pogodny. Gideon wrócił z przychodni dopiero w porze lunchu i zajął 

się oprawianiem kupionej wcześniej choinki. Postawił ją w rogu • salonu. Ubierali ją wszyscy razem, a w 

końcu ułożono pod nią prezenty. 

Razem też poszli na pasterkę do pobliskiego kościoła. Po mszy pani Maston zagadnęła Beth. 

Wesołych świąt, kochanie. -zniżając głos, dodała: - Wybraliście już jakąś datę? 

Beth z uśmiechem potrząsnęła głową. 

Tak naprawdę myślała o datach, i to nawet dużo. Ale zupełnie innych, niż sugerowała pani Maston. 

Sukienka, którą miała właśnie na sobie, zaczynała ją cisnąć. Nieznacznie, ale zważywszy, że dotąd była 

za luźna... 

No i ten spóźniający się okres. Beth była przekonana, że nie może być w ciąży, skoro miała okres już 

po... Z drugiej strony był on jednak krótszy niż zwykle i bardzo skąpy. 

W tej sytuacji mogłaby być w ciąży od wielu tygodni - dokładnie od prawie dwunastu. Czas powiedzieć 

o tym Gideonowi. 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Po  powrocie  z  kościoła  wysłali  dzieci  spać.  Gdy  Beth  już  miała  wyznać,  że  jest  w  ciąży,  Gideon 

zaprowadził ją do salonu. 

- Chcę dać ci prezent teraz, kiedy jesteśmy sami. - Wręczył jej małe pudełko i patrzył wyczekująco. – 

Mam nadzieję, że ci się spodoba. Miałem inny pomysł, ale niestety ktoś mnie uprzedził. 

Drżącymi palcami uchyliła wieko pudełeczka, zastanawiając się, czy powinna  je otworzyć, zanim  mu 

background image

powie. I w tym  momencie zobaczyła  mały  flakonik  ze  srebrnym  koreczkiem, którym  zachwycała  się w 

antykwariacie. 

- Och, Gideonie, dziękuję ci! Ale nie powinieneś, to kosztuje fortunę... 

Machnął ręką. 

- Podoba ci się? Naprawdę? Chciałem ci kupić pozytywkę, ale zanim się zdecydowałem, kupił ją ktoś 

inny. 

Roześmiała się cicho i przyklęknąwszy, znalazła swój prezent pod choinką. 

- Proszę, to dla ciebie - wręczyła mu. 

Zerwał papier i roześmiał się zaskoczony. Przesunął palcami po delikatnej inkrustacji i uśmiechnął się 

ciepło. 

- Jest piękna. Dziękuję ci. 

Podciągnął Beth w górę, by stanęła, i pocałował ją. Przełknęła ślinę. Teraz był właściwy moment. 

- W istocie może być bardziej przydatna, niż sądziłam, kupując ją... - Urwała i westchnęła. - Gideonie, 

chyba jestem w ciąży. 

- W ciąży??? Jak możesz być w ciąży? 

Oburzenie w jego głosie sprawiło, że odpowiedziała znacznie chłodniej, niż zamierzała. 

- Jeszcze o to pytasz? Byłeś przy tym. 

- Przecież bierzesz pigułki. A w każdym razie tak mi powiedziałaś. 

Poczuła się dotknięta. Spojrzała mu prosto w oczy. 

- Biorę pigułki. 

- A więc nie możesz być w ciąży. To niemożliwe. 

- Przestań, Gideonie, oczywiście, że jest to możliwe. 

- Tylko jeśli ktoś jest roztrzepany i bierze je garściami, zamiast regularnie. Ilu okresów nie miałaś? 

- Jednego, prawie miesiąc temu. 

- To nawet nie osiem tygodni. 

Nagle ogarnęło ją poczucie deja vu. 

- Nie waż się nawet powiedzieć, że mam zrobić skrobankę! - wyszeptała drżącym głosem. 

- Nigdy bym tego nie zrobił. - Wyraźnie był zaszokowany jej podejrzeniem. - Nie martw się. Ponoszę 

odpowiedzialność za swoje czyny, Beth. 

Chciała, by dziecko było radością, a nie obowiązkiem. W drodze z kościoła planowała, jak mu o tym 

powiedzieć i wyobraziła sobie - wiedząc, jak kocha swoje dzieci - jego radość. Co za bezmyślność z jej 

strony. Wiedziała przecież także, że ta odpowiedzialność mu ciąży; nie wzięła nawet pod uwagę, że może 

nie być zadowolony z narzucenia mu kolejnego dziecka. Powinna przewidzieć jego reakcję. 

Usiadł na kanapie i wpatrzył się w ogień. 

- Kiedy się urodzi? 

background image

Usiadła na drugim końcu. 

- W lipcu, koło jedenastego. 

Niemal słyszała jego myśli. 

- Ale... To znaczy, że zaszłaś w ciążę w październiku! 

- To musiało  stać się wtedy.  Wówczas dwa razy  wzięłam pastylki z opóźnieniem, podczas powodzi  i 

wichury. Poza tym zawsze brałam regularnie. 

- A w najbliższy weekend po nich... - Umilkł. Nie musiał niczego dodawać. Tamten weekend spędzili 

prawie cały w łóżku, z zafascynowaniem poznając swoje ciała i oddając się rozkoszy. 

- Długo się zastanawiałaś, zanim postanowiłaś mi o tym powiedzieć - zauważył gorzko. 

- Nie wiedziałam. Dopiero dziś wieczorem po włożeniu sukienki stwierdziłam, że  jest za ciasna. Inne 

ubrania  mam  luźne  i  nie  było  to  tak  widoczne.  Przedtem  myślałam,  że  po  prostu  lekko  przytyłam  na 

tutejszym wikcie i nie podejrzewałam... 

- Jesteś pewna? Może powinienem cię zbadać. 

Na  myśl, że dłonie, które doprowadzały  ją do ekstazy,  mogłyby  dotykać  jej  z kliniczną obojętnością, 

ścisnęło się jej gardło. 

- To nie jest konieczne - odmówiła spokojnie. - Przeżyłam już to, znam objawy. Nie wiem, jak mogłam 

nie  zauważyć ich wcześniej. 

- Objawy? 

- Mdłości, zmęczenie. Sądziłam, że to grypa, ale ona nie trwa tak długo, a poza tym nie traci się wagi i 

jednocześnie przybiera w obwodzie. 

Z westchnieniem przeciągnął dłonią po włosach. 

- Musiałaś jednak nie mieć już dwóch okresów. 

- Nie. Poprzedni miałam, może był mniej obfity, ale wystarczający, by nie wzbudzić moich podejrzeń. 

Przez chwilę panowało milczenie. 

- Cholera, dopust boży jako prezent świąteczny - powiedział w końcu. 

- Przypuszczam, że Józef też nie wpadł w ekstazę - odparła ostro. 

-  Tym  razem  nie  było  to  niepokalane  poczęcie  -  usłyszała  słowa  pełne  goryczy.  -  Jeśli  dobrze 

pamiętam... 

-  Przestań!  -  krzyknęła,  zasłaniając  uszy.  -  To  było  piękne  i  nie  chcę  słuchać,  jak  robisz  z  tego  coś 

tandetnego i pospolitego. 

Przez chwilę milczał, zagryzając wargi, a potem westchnął z rezygnacją. 

- Pobierzemy się tak szybko, jak będzie to możliwe. 

- Nie zapytałeś nawet, czy się zgodzę - wytknęła mu urażonym tonem. 

Spojrzał na nią zdziwiony. 

- Myślałem, że tego właśnie chciałaś. 

background image

- Ale nie w ten sposób - odparła ze smutkiem. 

- Cóż, przykro mi, ale tak to wygląda. Będziemy mieli dziecko i zachowamy się, jak należy. Nie martw 

się, Beth. Będę dobrym mężem i ojcem. 

Łzy napłynęły jej do oczu. Z westchnieniem przytulił ją do siebie i objął łagodnie. 

- Nie płacz, kochanie. Proszę, nie płacz. 

Niewiele pamiętała z tego, jak upłynęły święta. Dzieci były zachwycone nowiną o ich ślubie, mimo to 

istnienie dziecka zachowali w sekrecie. 

Dobry humor Gideona był nieco wymuszony, ale zauważyła to wyłącznie Beth. 

Drugi  dzień  Bożego  Narodzenia  Beth  spędziła  jedynie  z  dziećmi,  grając  w  monopol  i  scrabble, 

oglądając  telewizję  i  pałaszując  zbyt  wiele  czekoladek.  Miała  na  nie  ogromny  apetyt  i  zanim  Gideon 

wrócił z dyżuru, niewiele ich zostało. 

- Moje czekoladki! - zażartował gderliwie. 

- Znowu ci je zjadłam - uśmiechnęła się przepraszająco. 

Usiadł przy niej i ujął jej dłoń. 

- Jak się czujesz? - spytał cicho. 

Wzruszyła ramionami. Jak? Czuła dziwną pustkę, choć właśnie miały spełnić się jej marzenia. Gdyby 

dla Gideona ich przyszłe małżeństwo i dziecko mogły być szczęściem, a nie ciężkim obowiązkiem... 

- Dobrze - odparła obojętnie. 

-  Rozmawiałem  z  pastorem.  Jeśli  we  wtorek  załatwię  formalności,  możemy  się  pobrać  w  piątek. 

Szczęśliwie nie mam dyżuru. 

Skinęła  głową,  niezdolna  do  wykrzesania  z  siebie  żadnego  entuzjazmu  dla  jawnej  fikcji  tego 

małżeństwa. 

Gideon  dotrzyma,  oczywiście,  przysięgi  małżeńskiej,  ale  będzie  to  po  prostu  jeszcze  jeden  ciężar  na 

jego barkach, jeszcze jeden obowiązek do spełnienia. 

To smutne, zważywszy, że mogliby mieć tak wiele... 

Przygotowania  do  ślubu  toczyły  się  błyskawicznie.  Beth  udała  się  z  Claire  do  miasteczka,  by  kupić 

prosty, skromny kostiumik. Gideon uparł się i dał jej na zakupy jakąś astronomiczną sumę pieniędzy. 

- Nie wykpisz się byle czym - ostrzegła ją Claire 

Beth, nie chcąc nikogo urazić, uległa ich życzeniom. 

Wróciła  z  jasnokremową,  jedwabną  suknią  ślubną,  ozdobioną  drobniutkimi  perełkami  i  maleńkimi 

różyczkami, oraz ze  ślicznymi sukienkami  dla  Claire  i Sophie, które miały  być jej  druhnami. Pieniędzy 

zostało niewiele. Nie zrażony tym wcale Gideon zapytał ją, czy zamówiła już kwiaty. 

- Och. Nie pomyślałam o tym. 

-  Pójdę do kwiaciarni. Jaką chcesz wiązankę? 

background image

Wzruszyła ramionami. 

- Coś niewyszukanego. 

- Dobrze. Co z rodzicami? 

- A co ma być? - spytała zaskoczona. 

- To twój ślub, Beth. Nie chcesz, żeby przyjechali? 

- Nie, napiszę do nich. Nie będę im zawracać głowy. 

- A co z przyjaciółmi? 

- Tak, mam paru przyjaciół, około dziesięciu. Ale żadnych krewnych. 

- Chciałbym wiedzieć, na ile osób zamówić jedzenie - wyjaśnił jej. 

- Jedzenie? 

- Na przyjęcie - kontynuował cierpliwie. - Ślub  jest o dwunastej, więc pomyślałem o  lekkim posiłku, 

żeby wszyscy zdążyli wrócić do siebie przed zmrokiem. Przecież to sylwester. Spodziewam się jednak, że 

parę osób u nas przenocuje. 

Och. 

Ani  przez  moment  nie  pomyślała  dotąd  o  gościach.  Nie  potrafiła  zapomnieć,  że  zbliża  się 

najpiękniejsza chwila jej życia, a ona czuje tylko tę przerażającą pustkę... 

W ostatni wieczór przed ślubem poszła do domu  Gideona, żeby zapytać, czy dostarczono już kwiaty. 

Po wejściu do holu usłyszała jego rozmowę z rodzicami. 

-  Wiedziałam,  że  pasujecie  do  siebie  –  oświadczyła  matka.  -  Powiedz,  Rupercie,  czy  ci  tego  nie 

mówiłam? 

- Chyba tak, kochanie - odparł mąż wymijająco. 

- Urocza dziewczyna. Śliczna jak z obrazka i przepada za tobą. Muszę przyznać, że gdyby wokół mnie 

kręciło się takie zachwycające stworzenie, nie zwlekałbym długo. 

- Nie zwlekaliśmy zbyt długo, tato - zaoponował ironicznie Głdeon. - Znamy się dopiero od trzech i pół 

miesiąca. 

- I dość - zauważyła chłodno matka. - Jeśli jest miłość, nie może się nie udać. 

Beth miała już nacisnąć klamkę, kiedy zmroziły ją słowa Gideona. 

-  Nie  sądzę,  żeby  miłość  miała  tu  jakieś  znaczenie  powiedział  ciężko.  -  Ale  nikt  mi  nie  zarzuci,  że 

uchylam się od odpowiedzialności. 

Zapomniała,  po  co  przyszła.  Zapomniała  o  wszystkim  oprócz  bólu,  jaki  nią  zawładnął  i  z  którym 

musiała się sama uporać. Chciała uciec, spakować rzeczy i wyjechać. Nie potrafiła jednak. Nie mogła mu 

tego zrobić. 

Rano umyła i wysuszyła włosy, a kiedy robiła makijaż, zjawiła się Claire. 

- Pomóc ci w czymś? Babcia powiedziała, że powinnam przyjść i zapytać. 

Beth zmusiła się do lekkiego uśmiechu. 

background image

- Nie, Claire, dziękuję. Muszę tylko włożyć sukienkę i mogę zrobić to sama. A co z tobą i Sophie? 

- Babcia nam pomaga. Na pewno sobie poradzisz? 

To było zupełnie inne pytanie, ale Beth uśmiechnęła się raz jeszcze i wysłała Claire do własnych zajęć. 

O wpół do dwunastej zaczęły bić kościelne dzwony. Usłyszawszy chrzest żwiru pod stopami rodziców 

Gideona,  Beth  stanęła  przy  oknie.  Za  nimi  szedł  Gideon,  prowadząc  Claire  i  Sophie  wystrojone  w 

jedwabne, suto marszczone, różowe sukienki. Sophie  miała kwiaty we włosach, a Claire poruszała się z 

elegancją i gracją, jakiej nigdy jeszcze u niej nie widziała. 

Gideon  wyglądał  wspaniale  w  wypożyczonym  jasnym  smokingu,  podkreślającym  szerokość  jego 

ramion  -  przeznaczonych,  pomyślała  z  bólem,  do  dźwigania  zobowiązań.  Właśnie  odwrócił  głowę,  by 

powiedzieć coś Williamo-wi. Twarz miał jak wyciosaną z kamienia. 

Uniósł wzrok w górę i spojrzał prosto w jej oczy. Widok ponurej i zawziętej twarzy sprawił, że opuściła 

ją odwaga. Zrozumiała, że nie jest w stanie tego znieść. 

Nie  może  być  tylko  obowiązkiem  na  jego  barkach!  Przez  całe  dzieciństwo  była  ciężarem  dla  swoich 

rodziców  i,  do  jasnej  cholery,  nie  pozwoli,  by  teraz  znowu  ona  sama  lub  jej  dziecko  było  ciężarem  dla 

kogokolwiek. 

Wyprostowała ramiona, odwróciła się od okna i spojrzała na ślubną suknię, wciąż wiszącą na drzwiach 

szafy. 

Na  pewno  można  ją  oddać  do  sklepu,  jeśli  nie  była  używana.  A  jeśli  nie,  zapłaci  za  nią.  Za  kwiaty  i 

przyjęcie też. O Boże, przecież tylu ludzi tam czeka, a ona ich zawiedzie... 

Nie!  To  nie  może  jej  powstrzymać  od  zrobienia  tego,  co  powinna.  Gideon  jej  nie  chce.  Dawno  temu 

powiedział jej, że nie ma nic do zaofiarowania. Dlaczego mu wtedy nie uwierzyła? 

Rozległo się pukanie i w drzwiach ukazała się głowa Willa. 

- Beth? Mogę wejść? 

- Tak, proszę - powiedziała pozbawionym emocji głosem. 

Wbiegł lekko po schodach i stanął jak wryty. 

- Beth, nie jesteś gotowa! 

- To prawda. - Ścisnęła dłońmi skraj bluzki i przełknęła ślinę. - Will, chcę rozmawiać z twoim ojcem. 

- On już jest w kościele. 

- Proszę. 

Spojrzał na nią bezradnie. 

- Nie mogę przecież wejść i wyciągnąć go stamtąd. Czy mam mu coś przekazać? 

- Tak. Powiedz mu, że nie mogę za niego wyjść. 

- Co??? Beth, nie wygłupiaj się, co to znaczy? Dlaczego? 

- Wolałabym powiedzieć o tym jemu. 

Chłopak zaklął i szybko zbiegł po schodach. 

background image

W chwilę później usłyszała cięższe kroki na metalowych stopniach i pojawił się Gideon, 

Przyjrzał  się  jej  badawczo,  potem  przesunął  wzrokiem  po  wiszącej  na  szafie  sukni  i  znowu  utkwił  w 

niej oczy. 

- Beth? Myślałem... O co chodzi? 

-  Przez  całe  życie  byłam  ciężarem  -  powiedziała  spokojnie.  -  Ostrzegłeś  mnie  dawno temu,  że  się  ze 

mną nie ożenisz... 

- Ale to co innego. Jesteś... 

-  Nie.  Nie  ma  żadnej  różnicy.  Po  prostu  teraz  chodzi  o  dwie  osoby,  a  to  jeszcze  większy  ciężar  i 

większa odpowiedzialność. Nie mogę ci tego zrobić, ani naszemu dziecku. Nie pozwolę, by dorastało tak 

jak ja, przy rodzicach, którzy wpadli w pułapkę niechcianego dziecka i odpychają je od siebie. 

- Nie odepchnę dziecka. O czym ty mówisz? 

Roześmiała się smutno. 

- Dziecka może i nie, ale mnie... Muszę być chciana, a jeśli nie... - urwała, nie mogąc mówić dalej. 

- Beth! Oczywiście, że jesteś chciana! O czym ty mówisz? 

- Nie chcesz się ze mną ożenić... 

- Ależ chcę! 

Potrząsnęła przecząco głową. 

- Nie, nie chcesz. Ponosisz po prostu odpowiedzialność, a ja nie chcę od ciebie takiego poświęcenia. 

-  Ponoszę  odpowiedzialność...  Beth,  nie  rozumiesz.  Małżeństwo  to  zobowiązanie,  a  ja  traktuję  moje 

obowiązki poważnie. Boję się poślubić ciebie, boję się, że cię zawiodę, że nie zdołam dać ci tego, na co 

zasługujesz. Ale chcę tego, jeśli i ty tego chcesz, ponieważ cię kocham. Potrzebuję cię i nie starczy mi już 

siły na to, by rozstać się z tobą. Oczy zaszły mu łzami, ale zignorował je. 

-  Proszę,  zastanów  się.  Wiem,  że  mnie  nie  kochasz,  ale  kiedyś  sądziłaś,  że  tak,  i  może  z  czasem... 

Wiem,  że  dzieciaki  potrafią  być  straszne,  ale  kochają  cię,  Beth,  i  zrobią  wszystko  dla  ciebie...  O Boże, 

kochanie, daj nam szansę, proszę. Daj mi szansę... 

Stała jak skamieniała, zbyt zdumiona, by uczynić najmniejszy ruch. 

- Dlaczego nie powiedziałeś mi, że mnie kochasz? - wyszeptała. 

-  Bo  sam  nie  wiedziałem.  A  może  nie  chciałem  się  do  tego  przed  sobą  przyznać,  dopóki  Will  nie 

wszedł  do  kościoła  i  nie  powiedział  mi,  że  za  mnie  nie  wyjdziesz.  Wtedy  dostałem  obuchem  w  głowę. 

Uciekałem przed prawdą, chowałem się za odpowiedzialnością jak za tarczą, żeby nie narażać własnego 

serca, ale zdaje się, że i tak już mi je zabrałaś. 

Wyciągnął do niej dłoń. 

- Beth, proszę cię... 

Z przepełnionym miłością sercem rzuciła mu się w ramiona. 

-  Kocham  cię-  szepnęła.  -  Kochanie,  sądziłam,  że  starasz  się  zachować  przyzwoicie,  a  tak  bardzo 

background image

chciałam być kochana... 

- Czy w końcu wyjdziesz za mnie? - spytał po chwili. 

- Jasne, że tak. 

-  W  takim  razie...  Nie  chcę  cię  popędzać,  ale  kościół  jest  pełen  ludzi  i  jeśli  nie  chcesz  brać  ślubu w 

dżinsach i bluzie od dresu, lepiej się przebierz. 

Wytarła nos wierzchem dłoni, a Gideon podał jej wielką, staromodną chustkę. 

- Popraw makijaż. Zdejmę suknię z wieszaka. 

Z rozpromienioną twarzą, na ile pozwoliły jej trzęsące się ręce, przy pomocy Gideona włożyła suknię. 

- Moje włosy! - jęknęła. - Miałam je upiąć... 

- Nie ma czasu. A poza tym uwielbiam, kiedy są rozpuszczone. 

Sczesała je na plecy, przypięła welon i włożyła pantofle. 

- Jak wyglądam? - spytała nerwowo. 

- Jak panna młoda - odparł z dumą i ujmując jej dłoń, sprowadził ze schodów. 

- Gideonie, poczekaj, nie mogę iść po żwirze. Ouu! Wziął ją na ręce i niósł w ramionach aż do kościoła, 

mijając zgromadzony przed nim tłumek. Zarumieniła się, słysząc owację, a potem się roześmiała. 

- Postaw mnie! Nie pozwolę, żebyś niósł mnie przez kościół jak worek kartofli! 

Ku zdumieniu zebranych w kościele gości wniósł ją do środka i postawiwszy na ziemi, poprawił welon. 

- Dzięki Bogu - szepnął gorąco Will. - Idź teraz do ołtarza i czekaj na nią, tato. 

Jeszcze  jedno.  -  Gideon  obrócił  się  do  Beth.  -  Pamiętaj,  że  każde  słowo  mojej  przysięgi  powiem  ze 

szczerego serca. 

- Wzruszona dziewczyna rozpromieniła się. 

-  Ja też - odparła miękko. 

Stojąca z tyłu Claire westchnęła. 

- Czy słyszano kiedyś coś bardziej romantycznego? 

EPILOG 

- Tato! 

Na  schodach  rozległy  się  szybkie  kroki.  Kiedy  drzwi  głośno  zaskrzypiały,  mały  Nicholas  Pendragon 

zaczął krzyczeć z całych sił. 

- Nic, co dobre, nie może trwać długo - jęknął Gideon i otworzył oczy. - Dzień dobry, Williamie. 

Will, roześmiany od ucha do ucha, pomachał im przed nosem kawałkiem papieru. 

Gideon chwycił kartkę, przeczytał i opadł z powrotem na poduszkę. 

- Chwała Bogu, wreszcie się ciebie pozbędziemy. 

- I tak byście mieli mnie z głowy - uśmiechnął się jeszcze szerzej. - Gdybym miał za słabe stopnie na 

weterynarię, zostałbym lekarzem. 

- Jasne, mniej trzeba umieć - rzucił z przekąsem Gideon. 

background image

Beth zsunęła nogi z łóżka i podeszła do łóżeczka przy kominku. 

-  Czy  twój  okropny  starszy  brat  cię  zbudził,  kochanie?  -  spytała  z  czułością  i  wzięła  niemowlę  w 

ramiona. 

Dziecko  zaczęło  szukać  usteczkami  piersi.  Matka  pogłaskała  je  z  uśmiechem  po  pokrytej  ciemnymi 

włoskami główce. 

- Chodź i pochwal Willa, a potem dostaniesz śniadanie. 

Podeszła do pasierba i objęła go ramieniem. 

- Gratulacje. Wiedziałam, że ci się uda. Co dostałeś? 

- Cztery piątki, a z biologu i fizyki celująco. 

- Zdolna bestia. 

William pogłaskał  braciszka po policzku. Dziecko natychmiast chwyciło palec ustami. Nie znalazłszy 

sutka, rozczarowane, znowu zaczęło krzyczeć. 

- Jest głodny. Muszę go nakarmić. 

Gideon odsunął kołdrę i poprawił poduszki. Beth usadowiła się przy nim, zaś Will usiadł wygodnie w 

nogach łóżka. 

Po paru sekundach zapadła błoga cisza. 

-  A  więc  naprawdę  dopiąłeś  swego.  Dobra  robota  -  powiedział  cicho  Gideon  do  syna.  -  Jeden  już 

wyfruwa, a troje trzeba jeszcze nauczyć latać. 

Beth spojrzała na ssące jej pierś niemowlę. 

- No, synku, tatuś ma już plany co do ciebie. Na twoim miejscu na zawsze zostałabym dzieckiem. 

W pokoju pojawiła się Sophie z króliczkiem i trąca oczy Claire. 

- Co to za hałasy? - spytała sennie. 

Gideon podniósł Sophie i umieścił ją w łóżku pomiędzy sobą a Beth. 

-  Will zdał egzaminy. 

Claire spojrzała na brata. 

- Masz wystarczająco dobre stopnie na studia? 

William, pękając z dumy, skinął głową. 

- To wspaniale! - krzyknęła i rzuciła mu się na szyję. - Och, to cudownie... Czy mogę zająć twój pokój? 

Beth i Gideon zanieśli się śmiechem. 

- Co w tym śmiesznego, tatusiu? - spytała Sophie, ssąc kciuk. 

- Nic, szkrabie. Życie jest absolutnie doskonałe. 

-  A  w  każdym  razie  byłoby,  gdybyśmy  mieli  tu  trochę  spokoju  -  mruknęła  Beth  i  podała  Claire 

śpiącego Nicholasa. 

Dziewczynka bardzo ostrożnie włożyła braciszka z powrotem do łóżeczka i przykryła go. Potem Will 

zabrał z łóżka Sophie i obiecując wspaniałości na śniadanie, wyprowadził z pokoju. 

background image

Gdy tylko drzwi zamknęły się za nimi, Gideon objął Beth i przytulił ją mocno. 

- Kocham panią, pani Pendragon - powiedział czule.