background image

Furmaga Lesław

GWAŁT

Tower Press 2000

Copyright by Tower Press, Gdańsk 2000

Jeżeli Bóg żąda pomocy Wiadomo, że kłamią kapłani

Pustelnik z Carin

Dzień był pogodny,  słońce  jakby  znieruchomiało  w  środku nieba. Do krawędzi  kamiennej góry  przyklejone  były 

domy  i  ogrody.  Skalisty  krajobraz  i  huczące  morze  nie  przyciągały  na  to  uroczysko. Domki drzemały  na  zboczach,  w 

porcie  kołysały się  kutry, na  których ogorzali  mężczyźni w  rybackich kapeluszach  suszyli sieci, zwijali  liny, przetaczali 

beczki. Nawet zaraza religijnej wojny była tu niewidoczna.

Maria  Elwira  odnalazła domek Remis, weszła do ogrodu. W niewielkim salonie  trzaskał ogień na kominku. Remis 

ubrana była w skromną suknię, która podkreślała jej kobiecą urodę. Wnętrze domu robiło wrażenie zadbanej staroci. Meble 

i  bibeloty  dalekie  były  tu  od  nowoczesnej  tandety.  Wszystko, oprócz  telewizora  i  radia,  pamiętało  czasy  poprzednich 

pokoleń, Maria przypatrywała  się  młodej gospodyni. Czy ty nie doznałaś szoku? - zapytała po chwili bez wstępów. Remis 

zwróciła twarz ku Marii, rysy jej stężały.

- Co wiesz? - zapytała krótko.

- Wiem dużo - odparła równie krótko Maria. Remis siedziała teraz z głową wtuloną w ramiona.

- Zastanawiam się skąd wzięłam tyle siły - powiedziała patrząc w ogień na kominku.

- Miałaś dużo szczęścia, to byli przecież najemni mordercy - Maria Elwira nadal przyglądała się dziewczynie.

Remis uniosła głowę, jakby pozbywając się oporów i zaczęła mówić.

Uderzyli w tył roweru. Upadłam, wrzucili mnie do samochodu, skręcili w jar. Któryś zerwał mi bluzkę... Wywlekli 

mnie  z  auta,  zaczęli  podrzucać  jak  kukłę.  Upadłam  na  piach.  Pili  whisky. Zerwałam  się,  zaczęłam  krzyczeć,  uciekać, 

Dopadli mnie.

Stali, patrzyli, spierali się, który pierwszy. Dwóch chwyciło moje ręce, trzeci zaczął gwałcić, potem następny. Było 

ich  kilku, jednego nazywali Gass, drugiego Anioł... to  był zwyrod-nialec, zadawał ból. Nawet gdy traciłam przytomność 

czułam, że  to  znowu  on...  Gdy  już  nie  mogłam  nie  udało  mu  się, więc  mnie  deptał. -  Słyszałam  wybuchy  śmiechu.  - 

Przestałam  czuć.  Nie  wiem jak  długo  leżałam półprzytomna... Na  górze  było  źródełko,  strumyk szumiał  gdzieś  blisko. 

Weszłam do  lodowatej wody. Powoli przestawałam  krwawić. Trwałam  w  bezruchu  aż  zdrętwiałam. Zaczęłam krzyczeć. 

Nikt nie słyszał. Odnalazłam podartą spódnicę.

Na  przełaj, po  skale  zawlokłam  się  do  domu. Matka  była  w  Beldown. W mieszkaniu  wszystko  stało  na  swoich 

miejscach, jakby się nic nie wydarzyło, panował spokój, cisza.

Remis podeszła  do okna, patrzyła  na  kuter, wpływający do portu, unosiły się nad nim ptaki, szarpiąc  resztki ryb z 

sieci przy burtach. Słońce wyszło wysoko. W pokoju przygasł ogień na kominku, stary zegar uderzył na  kwadrans jakiejś 

godziny. Remis zwiesiła; głowę, zniżyła  głos. -  Czułam, że  jeszcze  ciągle  dzieje się coś złego. Nie mogłam umiejscowić, 

określić,  nazwać  co  to  było.  Nagle  zrozumiałam.  Pączkował  we  mnie  jad  tych  bestii.  Dostałam  torsji,  pobiegłam  do 

łazienki, zaczęłam się  bronić. Ta  obrona  dodała  mi  siły...  Nie  byłam już  zniewolona, mogłam  z  tym gwałtem  walczyć, 

przynajmniej teraz. Miałam wrażenie, że brak tej obrony byłby zwyrodnieniem.

Gorąca  woda krążyła  w moim brzuchu, przynosiło to ulgę, oczyszczało mnie jakoś... Nie poszłam na  policję  ani do 

lekarza, bałam się, że oni też mnie zniewolą. Siedziałam w domu aż znikła  opuchlizna i sińce. Miałam nadzieję, że gorąca 

woda pomogła, chciałam zapomnieć o wszystkim. Niestety... było inaczej. Myślałam, że oszaleję. Znikąd nie  było ratunku. 

Przyszło  mi do głowy, żeby oszukać Teda, chłopaka  z  którym byłam ostatnio. Powiedzieć  mu, że  to jego dziecko. Z  tym 

poszłam do spowiedzi... - Remis umilkła, patrzyła na płomienie w kominku.

- Tak postanowiłam - Powróciła do wątku. - Ksiądz wyjrzał z konfesjonału. - Nie! Nie! -zaprotestował. Dziecko z 

gwałtu, wychowane w oszustwie?! Co ty mówisz!... – powiedział przerażony. - Więc to dziecko ma  wiedzieć dlaczego jest 

na świecie? Mają to wiedzieć wszyscy? - zapytałam. Nie było odpowiedzi. Remis przerwała, znów patrzyła na dogasającą 

głownię, Maria Elwira na kamienny obraz fiordu.

Wysoko zawisł ptak, wielka mewa szybowała w bezruchu skrzydeł jak metalowy latawiec. Coś nieuchwytnego było 

w wysokich skałach nad miasteczkiem.

-  Jeżeli  dziecko  okaże  się  takie  jak Anioł, będziesz  mu matką, pokochasz  je  szczerze? -zapytała  łagodnie  Maria 

Elwira.  Remis  uniosła  głowę,  miała  dziwnie  pustą  twarz,  odwróciła  oczy  w  bok.  Milczała  chwilę.  Czy  będę  mogła 

pokochać to dziecko... - to jakiś upiorny sen -powiedziała jakby jedynie do siebie.

- Słyszałaś o Albakorze - zapytała Maria.

- Tak, kiedyś opowiadała mi matka.

-  To  ja  przed  laty  strzelałam w  Segers -  powiedziała  szybko  Maria  Elwira.  Zapanowała  cisza. W dole  falowało 

morze. Pieniło się  przy brzegach. Nie było słychać  jego szumu, waliło o  skałę szeroką falą  jak na  niemym filmie. Remis 

pobladła.

- Ty organizowałaś gwałty?! Ty!?

- Zostaw. To stare dzieje, chcę ci pomóc powiedziała Maria Elwira.

- Mnie napadli twoi ludzie! - krzyczała nagle wzburzona Remis.

Teraz Maria szukała słów, aby wyrazić to co musiała powiedzieć. - Anioł to był... to był... ja go kiedyś urodziłam... - 

wypowiedziała zmienionym głosem.

- Twój syn?!

- Syn? Czy mój?...- Twarz Marii Elwiry stała się też pusta.

-  Twój  syn?! - krzyczała ciągle przerażona Remis. Pochwyciła za ściany myśliwską strzelbę.

-  Idź  precz. Nie  chcę  twojej pomocy!  Precz!  Przepadnij szakalico, szakalowa  matko!... Maria  próbowała  uspokoić 

Remis, przekazać jej cząstkę prawdy o tamtym, ale to było niemożliwe... - A więc tak skończyła się jej misja... Nie musiała 

Furmaga Lesław - GWAŁT

1 / 40

background image

tu  przyjeżdżać...  Nie  musiała!  Na  pewno?  Nie  wiedziała  wówczas, że  życie  udzieli  jej  odpowiedzi także  na  to  pytanie. 

Otrząsnęła  się. Ruszyła  na  przełaj, stanęła  nad urwiskiem. Ścieżka  wita  się  między  zboczami skał w  jarach porośniętych 

trawą.  Maria  Elwira  zeszła  niżej,  wyjęta  kluczyki,  otworzyła  drzwi  starego  citroena,  ruszyła  kamienną  drogą  wzdłuż 

potoku.

W  Port  -  Loden  stało  przy  nabrzeżu  kilkanaście  kutrów.  Maria  zapytała  o  „Santa  Kingę".  Odnalazła  bez  trudu 

szypra.

Stary uśmiechnął się i wyciągnął ręce.

- Znalazłaś się, a myślałem już Bóg wie co. - Zaprowadził ją do malej mesy. Propozycja była krótka. - Zostaniesz na 

królestwie  w  kambuzie, jest  nas  pięciu,  jadamy  trzy razy  dziennie. Są  puszki, makarony... Zresztą  będziesz  także  robić 

zakupy. Kubryk po sieciach przerobimy ci na kabinę. OK? - zapylał.

-   OK  - odpowiedziała. I  tak zaczęła się  jej morska kwarantanna. Wieczorem byli już  w zatoce. Ze  wschodu wiało 

małą  trójką, kuter rył dziobem fale. Woda  piętrzyła  się na  grzbietach. Dookoła  była  nieograniczona  przestrzeń  morza, w 

górze przestrzeń do gwiazd. Patrzyła  na te gwiazdy przez szczelinę  w skajlajcie. Zapadła w sen, przespała pierwszy raz od 

wielu lat noc i pot dnia. Gdy obudziła się, kuter trałował, a ludzie przebierali ryby z poprzedniego zaciągu. W kambuzie był 

porządek, grzał  się  dla  niej  pudding  z  szynką,  stała  butelka  wina  i  kubek. Pobiegła  do  Grahama  wytłumaczyć  się, że 

zaspała.

- Dobrze, że w ogóle chodzisz, inna by rzygała dalej niż biegną fale; wieje piątka - roześmiał się szyper.

Następnej nocy wróciły  wspomnienia. Leżała w koi, patrzyła  przez  świetlik  na niski maszt z anteną, który uparcie 

kreślił zygzaki między gwiazdami.

...Kiedyś  zadawała  Bogu  pytanie,  dlaczego  to  spotkało  ją...  Dlaczego  właśnie  ją? Po  owej  spowiedzi, której  nie 

zapomni  nigdy,  przestała  wierzyć  w  Boga.  W  Boga?  To  nieprawda...  W  Boga  wierzyła  zawsze...  Ale  gdzie  był  Bóg 

wówczas?

Potrącili  ją  podobnie  jak  Remis,  samochodom,  skuter  upadł.  Związali,  zakleili  plastrem  usta.  Znalazła  się  w 

bagażówce. Czuła, że serce zamiera jej z przerażenia. Było ich pięciu.

...Między  karłowatymi drzewami  na  stoku  wzgórza  stal opuszczony dom.  Zawlekli  ją  do  sutereny  w  tym domu. 

Miejsce  było  przygotowane. W rogu leżał  materac  przykryty kocami. Z  boku stał koszyk  z  jedzeniem i butelka  whisky. 

Zauważyła, że w strasznych chwilach dostrzega się szczegóły, a  inne  nawet ważniejsze rzeczy uchodzą uwadze. Z koszyka 

wystawała laska salami, aa bulkach leżał wielki nóż z kompasem w rękojeści. Zdarli jej plaster z twarzy. Wtuliła  się w kąt. 

Patrzyła przerażona na pięciu bandytów.

Wysoki  drab  rozpinał  portki, inni  robili  to  samo.  Zerwała  się,  rzuciła  ku  wyłamanym  drzwiom. Dostała  po  raz 

pierwszy w twarz, upadla. Znów uciekła w kamienny kąt. Dwóch uniosło ją za ręce, ten, do którego pozostali mówili Hyde, 

przysunął  się. Tkwiła  nieprzytomna  przy  ścianie, zerwał  jej stanik,  przygniótł  za  głowę  do  ziemi, zbliżył  narząd  do  jej 

nagich piersi, ocierał go chwilę o nie. Któryś otworzył butelkę whisky i podał ją bestii.

- Wlej jej w ryj, będzie giętka - parsknął.

Hyde  wypił kilka łyków, potem chwycił ją  za  włosy, wlał sporo wódki do gardła. Taki z  rudą  brodą  zerwał z  niej 

spódnicę, chciał  zerwać  też  figi.  -  Zostaw!  -  warknął  szef  -  daj  chłopcom,  niech  się  pobawią.  Cały  czas  broniła  się. 

Trzymała te  figi. Rechotali. Została  całkiem naga. Położyli ją na  materacu, trzymali za  ręce. Z nogami walczył Hyde bez 

niczyjej pomocy. Rozchylił  je. Poczuła  jego  ciężar  na  sobie. Ciągle  spostrzegała  różne  szczegóły. Zauważyła, że  któryś 

popija z butelki  whisky i onanizuje  się  przy  pomocy fig, które  z niej zdarli. Ten wielki gryzł  dotkliwie  jej piersi. Potem 

wdarł się w nią nagle, boleśnie i gwałcił. Trzymał ją za włosy jak zwierzę.

Śmiał  się  chrapliwie.  Tamci  stali  dokoła,  mieli  spuszczone  portki,  czekali  na  swoją  kolej.  Usiłowała  przestać 

istnieć... Ale  po przerażeniu przychodziła jasność, strach powoli mijał, przypływała rozpacz. Jakby szeroką  od krańca  do 

krańca ziemi rzeką, wlewała się w nią świadomość.

Uczepiła się myśli, że to sen. Chciała przebudzenia, ale upiorny sen trwał.

Przebudziła  się  więc  z  marzeń  o  śnie.  Przestała  odczuwać  ciężar  ścierwa  na  sobie,  smród  wódki  i  papierosów. 

Szakal  przemocą  otworzył  jej  oczy,  zobaczyła  wykrzywiony  zwierzęcą  rozkoszą  pysk.  Miał  cienkie,  długie  jak 

dżdżownice, wargi, mordę szeroką, nos prosty, rozszerzony na dole  w bydlęce chrapy... Po szyi chodził mu robak skórek, 

czy szczypawa, brązowy, piwniczny robak ze szczypcami na  odwłoku. Kilka podobnych biegało po kamiennej Ścianie nad 

jej twarzą. Zemdlała, obudziło ją bicie. Poczuła znów rwący ból. - No, uważaj dziwko... teraz... - charczał zwyrodnialec. Z 

całej siły uniosła biodra i szarpnęła nimi, przewracając  się  na bok. Usłyszała zbiorowy rechot bandy i zły śmiech potwora, 

który jeszcze leżał na jej piersiach.

...Kilka  mocnych uderzeń w obolałą  twarz, słony smak krwi i chwilowe otępienie. Zbir, którego kompani nazywali 

Hyde, uniósł jej głowę  za  włosy, zajrzał w  oczy. Przygniótł ją  znów w  dół do fallusa, wytarł go o jej twarz. -  Liż, albo ci 

zrobimy terrorystę... Znów zemdlała.

Gdy wróciła  jej świadomość, Hyde lepki od potu leżał na  jej łonie, piersiach, twarzy. Zepchnął go drugi. Gwałcił, 

chichotał,  kąsał,  ślinił  ją  plwocinami,  wódką.  Gdy  następni  kładli  się  między  jej  szeroko  rozepchnięte  uda,  chwilami 

odzyskiwała  świadomość.  Chciała  się  modlić,  ale  nie  mogła.  Jakby  przez  sen  poczuła  w  ustach  włochatego  robaka. 

Zacisnęła  zęby, usłyszała  wycie. Coś  gorącego  kapało  jej  na  twarz. To  krew  broczyła  z  szakala,  przegryzła  wilkołaczą 

wargę. Wielkolud pochylił się  nad nią. W słoiku  mieli kreta. Przednie  łapy z zakrzywionymi pazurami i  pysk zwierzątka 

jak  pług, wystawał z  naczynia. Hyde położył jej obcas  na  ustach, przygniótł je. -  W moim kraju tak karano  zbuntowane 

kurwy. Podgrzejmy słoik, kretowi zrobi się gorąco, będzie chciał uciec, przystawimy ci go do dziury i kret w nią wejdzie... 

Widziałaś rozdarty brzuch dziwki, którym wyszedł kret? Chcesz pofikać z  bólu? Poczuła dotkliwy chłód. Któryś stał nad 

nią  z  opróżnionym  kubłem  wody. To  nie  byt sen. Hyde  podgrzewał  zapalniczką  słoik, kret  kłębił się  w  nim,  zwierał i 

rozwierał łapy z pazurami jak szpilki. Zerwała się. - Uciec! Ratunku! Ratunku! pochwycili ją... Chyba Bóg litościwy zabrał 

jej przytomność. Koszmar stracił realne  wymiary. Znów poczuła  chłód zimnej wody. Koszmar  wrócił. Stali wokół, Hyde 

trzymał  rozgrzany  stoik,  w  którym  wiło  się  i  skręcało  mordercze  zwierzątko.  Przystawili  do  słoika  owoc  kiwanoli. 

Ryjkonos zagłębił szpony w miąższu. - Chcesz kreta do dziury?

-Nie! Nie! Nie! słyszała swój krzyk wydzierający się gdzieś w mózgu. - To ruszaj się, jak cię kochamy, bierz do buzi 

i nie gryź suko...

Gdy  zapadała  w  omdlenie, bili i polewali wodą. Czuła, że  była  z  bestiami sama. Nagle  zabrakło Boga  na  niebie, 

zabrakło  światła i ciemności. Już  nie  mogła. Skończyła  się  jej wytrzymałość, jej kobieca możliwość  służenia oprawcom. 

Furmaga Lesław - GWAŁT

2 / 40

background image

Szykował się znowu Hyde...

Jej ręka trafiła  na grubą  ostrą drzazgę z rozbitej okiennicy. Nie myślała o niczym. Chwyciła  tę drzazgę  i z  całej siły 

pchnęła przed siebie.

Uderzyła w brzuch wilkołaka.

Chwilę  panowała cisza. Zaraz jednak poczuła  uderzenie, bolało, następne  też bolało... Kopnięcia oddalały się, miała 

wrażenie jakby katowano kogoś obok. Nie bolało już, słyszała tylko razy. Oprzytomniała. Ten z obandażowanym brzuchem 

stał w butach na jej biuście i sikał grubym strumieniem. But podniósł się, kopnął.

W dalszym  ciągu  nie  czuła  bólu.  -  Uciekałaś  z  dziurą, ale  ci  się  nie  udało,  bo  tego  świętość  zabrania  -  drwił. 

Chciałaś kurwo zepsuć poczęcie, zgrzeszyłaś... - Zapadła ciemność.

W szpitalu trwała w obłędzie. Opędzała łono przed kretem, na  twarzach pielęgniarek widziała piwnicznego robaka. 

Gdy zobaczyła na kolorowej okładce niemowlę, zaczęta krzyczeć, że to kret. - Kret! Ratunku!

Mijały dni, powoli przychodziła do siebie. Starała się zapanować nad obłędem.

Po szoku wracała świadomość. Jej chłopak przyniósł kwiaty, jakieś owoce, czekoladki. Był milczący. Ksiądz mówił 

o miłosierdziu  i powołaniu kobiety  do macierzyństwa. Pewnego dnia  powiedział, że  będzie  miała  dziecko. Dostała ataku 

epilepsji...

Dobry zmysł miał stary Graham. Łódź tańczyła  na falach, krótki maszt kreślił na  niebie  między gwiazdami list do 

Pana  Boga. Tu,  z  daleka  od  ziemi, był  inny  świat. Wspomnienia  przesuwały  się  tylko  gdzieś  na  starym  filmie.  Przez 

krajobraz  fal i wichury były odległe. Wiatr tężał, fale  rosły, ludzie  nie mieli apetytu. Morski świat inny od tego na brzegu. 

Myślała, że dobrze jest uciec daleko od ziemi.

Lato było wietrzne i burzliwe. Ryba uciekła z łowiska, zaciągi niewiele przynosiły połowu.

Gotowała  rybakom strawę, myła  garnki. Kutrowi  towarzyszyły  mewy  na  niebie  i fale  przy  burtach.  Zmienił  się 

krajobraz, ale rozliczenie dokonywało się ciągle. Chciała odpędzić tamte obrazy. Nie mogła.

...W szpitalu pewnego ranka dostała ciążowych mdłości. Pomyślała o samobójstwie.

Pamięta  wyraz  twarzy  Edgara,  swojego  chłopca,  gdy  powiedziała,  że  urodzi  to  dziecko.  On  wiedział,  że  jest 

osaczona i nie ma w tym kraju innego wyjścia. Pocałował ją, prosił o przebaczenie. Przysiągł, że ją kocha, ale nie czuje tyle 

siły, aby dzielić to straszne poświęcenie.

Wyjechał.

Nocami  budziła  się. W  ciemnościach  chodził po jej szyi piwniczny  robak  ze  szczypcami na  odwłoku. W słoiku 

kłębiło się czarne zwierzątko. Popadła w obsesję.

Powiedziała  o  tym  rodzicom,  zakonnicy,  księdzu.  Byli  wyrozumiali.  Kupowali,  jej  czekoladki,  owoce  mango, 

pomarańcze... - Na świat przyjdzie dziecko... bezbronna  istota, którą musisz kochać... - Musisz pokochać!? Nie ma takiego 

pojęcia - musisz pokochać! - Oni kłamią, krzyczał jej Bóg.

Zapytała lekarza, czy już zawsze  będzie  miała  padaczkę. Powiedziała o obsesji, o krecie, robaku, wąskich wargach, 

spłaszczonym nosie, że jeżeli zobaczy taką twarz dziecka to... to...

Bóg ci dopomoże córko - odpowiedział lekarz. Wykrzyczała, że znowu czuje się gwałcona.

Zwątpiła  w  ludzi.  Całą  wolę  skupiła  na  tym, żeby  nie  być  człowiekiem. -  Jesteś doniczką...  doniczką, doniczką, 

doniczką. Wrzucono w ciebie ziarno, doniczka nie czuje... Zostań doniczką... - powtarzała nocami. Pomogło.

Wyszła ze  szpitala. Sąsiedzi przynieśli słodycze i pluszową maskotkę. Pomyślała, że to dla  dziecka  i dostała ataku 

epilepsji. Przyjechali lekarz i ksiądz. Zaczęli mówić o powołaniu kobiety, miłosierdziu.

Znajomi unikali jej, przechodzili na drugą  stronę ulicy, patrzyli w bok. Ksiądz odprawił, w kościele nabożeństwo w 

intencji poczętego dziecka, córki Bożej Elwiry.

Kupiła  środki  nasenne...  Znów  znalazła  się  w  szpitalu.  Zamilkła.  Przestała  mówić.  Wywieziono  ją  do  Francji, 

umieszczono  w  klasztorze.  To  był  dobry  pomysł.  Leżała  w  łóżku,  patrzyła  w  sufit.  Ciąża  była  zaawansowana,  było 

oczywiste,  że  dziecko  przyjdzie  na  świat.  I  przyszło.  Był  to  chłopiec,  miał  wąziutkie  wargi  i  szerokie  chrapki  nosa. 

Pokazano jej go po kilku dniach.

Siostry  i rodzice, którzy przyjechali, mówili, że jest śliczne. Pamięta, że gdy  zobaczyła  te rysy poczuła uderzenie. 

Zamknęła oczy, po krecim ryjku biegał piwniczny robak. Zabrano  dziecko. Ciągle  milczała. Raz usłyszała, gdy francuski 

lekarz mówił, że ona  jest ofiarą podwójnego gwałtu. Przystanęła, podsłuchała rozmowę... Usłyszała, że  jej natura odrzuciła 

płód wymuszony wbrew całemu ustroi owi. Siłą z zewnątrz, chciano stłumić ten odruch odrzucenia, nie udało się.

Zauważyła, że  z  pokoju  usunięte  zostały szczegóły,  które  mogły przypomnieć  jej dziecko, ciążę, gwałt. Zabrano 

maskotki, książki  o  pielęgnowaniu  niemowląt,  sukienki.  Na  ich  miejscu  znajdowała  nowe  rzeczy,  nie  przypominające 

tamtych.

Rozmawiała już z siostrami, zaczęła  wychodzić do ogrodu. Pojechała z  zakonnicą Teodorą do miasteczka. Pamięta, 

że śmiały się. Koszmar jakby minął i ona wraca do zdrowia...

Po latach dowiedziała się, że gdy leżała w szpitalu, ojciec postanowił aby jego córka wychowała to dziecko.

Znów  znalazła  się  w  zakonie  na  wyspie. Znów  mówiono  do niej „córko"  i słyszała  o umiłowaniu  i miłosierdziu. 

Zaczęła wzywać na ratunek piekło i morowe powietrze.

- Powiłaś dziecię, musisz  otoczyć  je miłością - powiedział do niej nowy ksiądz katecheta. Znów w nocy zobaczyła 

tarantulę.  Budziła  się  z  krzykiem  na  ustach.  Wracały  wizje  zdarzeń  w  mrocznej  piwnicy.  Znów  zapadła  w  milczenie. 

Przywieziono  jej  dziecko. Kołyska  stała  w  rogu  klasztornej  celi,  nie  zbliżała  się  tam.  Zakonnice  karmiły  i  przewijały 

niemowlę. Znów podjęta walkę Z naturą... Bądź suką, kurą, wilczycą... Miłość, szczęście poczęcia, miłość macierzyńska to 

podszepty szatana. Rozwijające się w tobie życie jest świętością jedyną... Płód to człowiek... - Bzdura!... Kiełkujący żołądź 

nie jest dębem, podgrzane przez orlicę jajo, jest jajem, nie orłem. Oni kłamią!

Rozpaczliwa  walka  trwała... Podejdź  do  dziecka  matko... słyszała  w  snach  nie  snach  głos, który  też  był  nie  do 

pokonania... Matko, matko... Matko?... Mijały dni. Rozterka  i tortura  trwały. Przemogła  się, podeszła  do kołyski. Dziecko 

spało.  Ogarnęło  ją  przerażenie,  że  zobaczy  skorpiona. Uciekła  do  łóżka,  przykryta  twarz  kołdrą  i  żarliwie  zaczęta  się 

modlić.  Była  pewna,  że  pragnie  śmierci.  Ale  nazajutrz  znów  podeszła  do  kołyski.  Drżąc,  odwiązała  becik  i  wzięta 

niemowlę na ręce. Nie byt to kret ani piwniczny robak, nie czepiał się jej piersi chity-nowymi łapkami. Dziecko otworzyło 

oczy, były niebieskie i wesołe...

Zakonnice  uznały,  ze  stał  się  cud. Niepotrzebne  były  już  niańki w  habitach. Wzięła  niemowlę  na  ręce. To  było 

zwyczajne  dziecko.  Położyła  je  w  beciku  do  rana  stała  przy  oknie.  Wiedziała  już,  że  podejmie  heroiczną  próbę.  Jej 

Furmaga Lesław - GWAŁT

3 / 40

background image

osobowość była rozdarta. Razem z postanowieniem, że  będzie  dla  tego dziecka ofiarną, godną szacunku, zwierzęcą matką, 

jakby odzyskała spokój.

Ojciec wywiózł ją do Elberg, wynajął mieszkanie w zieleni nad potokiem. Promieniał szczęściem, Magnus, bo takie 

imię otrzymało dziecko, rozwijał się świetnie.

Raz postawiła  wózek na górce, ktoś trącił hamulec.. Wózek potoczył się po jezdni. Wyskoczyła  ze sklepu z paczką 

w  ręce. Wózek  jechał szybko  do skrzyżowania, gdzie  po  głównej ulicy  pędziły  samochody. Biegła  jak  oszalała, i rzuciła 

paczkę i portfel. Wózek wjechał ha skrzyżowanie.

Usłyszała  pisk  opon.  Pchnięty  ciężarówką  mikrobus  leciał  na  leżącego  przy  krawężniku  Magnusa.  Skoczyła  za 

dzieckiem.  Poczuła  uderzenie.  Straciła  przytomność,  Ocknęła  się  w  szpitalu.  Leżał  przy  niej  cały,  zdrowy  Magnus. 

Przyjechał ojciec, płakał ze szczęścia. Wokół pełno, było kwiatów i prezentów...

Miała złamany obojczyk i była ogólnie potłuczona. Leżąc w szpitalu pewnego dnia zobaczyła na okładce magazynu 

ilustrowanego swoją fotografię. W środku był wywiad z ojcem. Zaczęta czytać, pociemniało jej w oczach. Ojciec mówił, że 

jego córka pokochała dziecko gwałcicieli. Odłożyła gazetę, czuła pustkę. Zaraz potem runęli na nią innego rodzaju szakale, 

dziennikarskie  hieny.  Używając  różnych  sztuczek,  przerywali  szpitalne  kordony  i  wpełzali  do  niej,  migając  fleszami. 

Odwracała  twarz  i  milczała. Zdziwiła  się  jednak  któregoś  dnia  słysząc  swój  głos  i  to  co  mówi.  Zamiast  słów  buntu, 

wypowiadała, słowa  pokory. Czyżby miała teraz dwie natury? Właściwą, ukrytą, nieustępliwą i drugą w płaskiej aktorskiej 

masce?...  -  Proszę  pani,  kobieta  stworzona  jest żeby  dawać  życie, nie  ma  przecież  większego  dokonania  pod  słońcem, 

prawda?

- Niemal promieniała.

- A jak układa się pani życie osobiste? - pytała dziennikarka.

- Moje życie osobiste, to syn Magnus.

- A co pani czuje do zboczeńców, którzy panią brutalnie skrzywdzili?

-    Miłosierdzie  czuję.  Czyn  nieczysty  jakiego  dokonali  został,  uświęcony  moim  stanem  błogosławionym.  Bóg 

widocznie czuwał - odpowiedziała  wpatrując się  w aurolę Świętej Niepokalanej na  obrazie W rogu szpitalnej sali. Mijały 

dni, później miesiące. Ojciec został merem w miasteczku.

Ona  miała  wówczas dwadzieścia kilka lat była samotną  dziewczyną. Narzeczony odszedł, to prawda, ale po dwóch 

czy  trzech  latach  od  gwałtu,  mężczyźni  przestali  od  niej  stronić.  Nie  miała  jednak  żadnego  towarzystwa,  ba  nawet 

znajomych, nie spotykała się z nikim z domu wychodziła na spacer jedynie z dzieckiem.

W  rynku  Bwldown  szanowany  powszechnie  Wiktor  Adams  miał  sklep  z  urządzeniami  elektronicznymi.  Był  to 

elegancki magazyn hurtowo -  detaliczny. Przed dwoma  laty żona Wiktora, pani Sandra Adams, znana  aktorka, zginęła  w 

wypadku  samochodowym  wraz  z  dwojgiem  dzieci.  Młody  elektronik  długo  nie  mógł  otrząsnąć  się  z  ciosu,  który  go 

spotkał.  Sklep  ciągle  straszył  żaluzjami  na  witrynach.  Był  ciemną  plamą  w  kolorowym  rynku.  Wiktor  wybudował 

granitowy grobowiec na  cmentarzu, miał tam kamienną ławkę dla siebie. Spędzał na niej całe dnie. Chodził też do parku z 

książką, szukał ustronnych miejsc i czytał. Po pewnym czasie ukłonił się Elwirze. Gdy  spotkał ją ponownie  z  dzieckiem, 

dał Magnusowi elegancką zabawkę, monitorek wyświetlający kolorowe  postacie z bajek. Było to urządzenie drogie, Maria 

Elwira zaprotestowała, odmówiła przyjęcia zabawki. Tak zaczęła się ich znajomość...

Wiktor był przystojny, miał trzydzieści kilka lat, jeździł sportowym MG. Po pewnym czasie  złożył wizytę  w domu 

Tellierów. Przyniósł  Elwirze  kwiaty  i  słodycze.  Wydawało  się,  że  tych  dwoje  dopomoże  sobie  w  nieszczęściu.  Maria 

zaczęła chodzić na  spacery. Pojechała na piknik czerwonym kabrioletem, poszła z  Wiktorem do kina na nocny seans. Gdy 

jednak próbował ująć jej dłoń, cofnęła ją. Gdy Wiktor chciał pocałować ją odepchnęła go.

W nocy znów zjawili się szakale. Przeżywała gwałt na nowo. Wiktor przyniósł kwiaty, przeprosił ją, przyrzekał, że 

będzie czekać, aż ona powróci do równowagi. Jeździli dalej na wycieczki, chodzili do kina. Ona czuła, że Wiktor chciałby 

czegoś więcej i przerażało ją to. W snach widziała go razem z szakalami w piwnicy rozwalonego domu. Matka gładziła ją 

po  głowie  namawiała  aby  nie  zrywała  tej  znaj  mości... -  Ratuj  swoją  młodość  Elwiro...  Wiktor  to  dobry  człowiek, los 

skrzywdził go jak ciebie, dopomóż mu, on dopomoże tobie.... - mówiła swoim łagodnym głosem. Gdy przychodził, matka 

opuszczała samotnie na pięterku, parzyła herbatę, podawała ciastka.

Tylko senior Tellier nie był zadowolony, że córka przerwała życie pustelnicy.

Wiktor wymógł, żeby pojechała  do lekarzy angielskich, zbadała  się, leczyła. Zaczął uśmiechać  się, zdjął żaluzje z 

witryn sklepu w rynku, zatrudnił, ekspedientów, zorganizował kiermasz i akcję dobroczynną. Maria Elwira pozostawała na 

obserwacji w  klinice. Wyniki badań  nie  były pomyślne. Gwałt pozostawił wyrwę  w  psychice  młodej kobiety. Nie  czuła 

potrzeb erotycznych, nie była zdolna do uczuć macierzyńskich.

Tolerowała  mężczyzn, ale  gdy pojawiało się w ich zachowaniu coś związanego z seksem, przerażało ją to. Bała  się 

dotyku ich  rąk, widoku ciała. Doktor  na jej prośbę  powiedział o  tym Wiktorowi. Ona już  przedtem wiedziała, że została 

okaleczona na zawsze.

Wiktor przychodził jeszcze, potem widywano go z córką właściciela jachtowej przystani...

Mijały dni, tygodnie, miesiące. Magnus rósł, senior Tellier robił karierę w partii chrześci -jańskej, matka usunęła się 

w cień swojej niszy na pięterku...

Ona ubierała się na czarno i nosiła tylko białe kołnierzyki, dziecko chodziło w szatkach, które szyły siostry zakonne. 

Dowiedziała się, że ojciec postanowił, iż Magnus zostanie księdzem. Bunt w niej przygasł. Wiodła życie drzewa. Słyszała, 

że  matki cieszyły się  pierwszym zębem dziecka, wyraźnie wypowiedzianym słowem, uśmiechem oczu... Myśląc  kiedyś o 

przyszłej rodzinie i dziecku pewna była, że  będzie taką właśnie  matką, ale jej dziecko zamiast uśmiechu kurczyło długie 

wąskie usta i marszczyło rozszerzony na dole nos...

Ale było to także dziecko z jej ciała. Czuła  jakieś okruchy miłości, tkliwości, macierzyńskiego szczęścia, ale  czuła 

też żądzę zgniecenia gołymi rękami tej maseczki.

Gdy Magnus zaciskał piąstki i krzyczał, miała sucho w ustach i szum w skroniach... To był Hyde!...

Godzinami  siedziała  w  fotelu,  patrzyła  na  obraz  Matki  Boskiej  z  dzieciątkiem  na  ręku.  Twarz  świętej  była 

uduchowiona, wokół jej głowy promieniała aureola. Nad główką dziecka tez  byt święty blask. Ono poczęto było w sposób 

boski, jego matka  pozostała dziewicą. Wszystko było niepokalane, czyste... A ona? A Magnus? Widocznie, aby urodził się 

Bóg, poczęcie winno być boskie.

A jakie musi być poczęcie szatana?

Któregoś wieczora jak w transie podeszła blisko i przebiła płótno nożem. Potem ukryła obraz za kufrem w piwnicy. 

Furmaga Lesław - GWAŁT

4 / 40

background image

Na  ścianie  pozostała  jasna plama. Kazała zrobić portret Magnusa ze zmienionymi ustami i zmienionym nosem, powiesiła 

ten portret na miejscu obrazu Niepokalanej .

Mijały tygodnie, miesiące. W domu było cicho i  spokojnie. Matka  żyła w  izolacji na piętrze, ona z  dzieckiem  jak 

sosna i małe drzewko obok siebie. Czasami w tej ciszy czuła coś z nadchodzącej apokalipsy. Dni były jak spadające krople 

z rynny, kapały, kapały...

Na  stryszku  pod  dachem  jaskółki  miały  gniazdo.  Magnus  wybrał  młode  ptaki, ułożył na  desce  i  rozdeptał.  Gdy 

przyleciała jaskółka matka, złapał ją, oskubał z piór i źdźbłem słomy ranił skaczącego po trupach piskląt upiorka. Śmiał się 

przy  tym, bełkotał  jak  Hyde...  Zemdlała. Łoskot  na  schodach  przywołał  ojca.  Znów  znalazła  się  w  szpitalu.  Spadła  z 

kondygnacji.

Przebudzenie  przyniosło  refleksje...  -  Czyżby  szatańskie  poczęcie  rzeczywiście  przyniosło  narodziny  diabła?... 

Zaraz, zaraz, nieszczęsna matko, dzieci w pewnym wieku miewają  sadystyczne odruchy. Masz kompleks, ty powinnaś się 

leczyć... A  jednak  padła  mozolnie  stawiana  konstrukcja...  Magnus  to  szakal,  szakalowa  matko.  Ulga  przyszła  jednak 

szybko.  Nowe  odkrycie  bolało  jakoś  nie  po  ludzku,  jak  boli  brzozę,  gdy  drwal  w  jej  miąższ  wbija  klin.  Była  przecież 

drzewem. Wieczorem przyszedł ojciec. Postarzał się, przygarbił. Zrobił gest, jakby chciał wziąć ją za rękę. Cofnęła dłoń.

- Co się stało? - zapytała.

- Widziałem, co zrobił Magnus...

- Zwyczajnie dziedziczy - powiedziała jak o śniegu, który topnieje na wiosnę.

Po tym  wydarzeniu senior  Tellier  pojechał do  Londynu  zasięgnąć  opinii  wybitnych  specjalistów. Tym razem  nie 

poszedł  jedynie  do  „instytucji  miłosiernych",  nie  usłyszał  więc,  że  Bóg  nie  pozwoli  skrzywdzić  niewinnego  dziecka. 

Profesor akademii przedstawił mu liczne przykłady dziedziczenia jako oczywistego prawa natury.

Magnus  nadal rozwijał się  dobrze. Obserwowała  go, czytała  mu, uczyła miłości do  tego, co żyje. Kiedyś zapytał, 

gdzie jest jego tatuś. Często wracał do tego pytania.

Chciał mieć ojca. Mówiła, że jego tatuś zginął na morzu, kiedy on był mały. Nie wierzył. Raz powiedział, że on nie 

miał tatusia, a ksiądz mówi, że mamusie tych dzieci, których tatusiów nikt nie widział, powinny się wstydzić. Zaprzyjaźnił 

się  z  Olafem,  nieco  starszym  synem  znanej  aktorki  szanowanego  profesora  greki.  Rodzice  Olafa  byli  sąsiadami  z 

niedalekiej willi. Była  zadowolona z  tej przyjaźni. Olaf  pochodził z dobrego domu, był dobrze  wychowany. Spokój znów 

jednak został zakłócony. Znalazła  między  rzeczami syna  buteleczkę, w  której konały robaki i owady. Były tam pszczoły, 

trzmiele, muchy,  ćmy.  Znalazła  też  słoiki, w  których  robaki  i  owady  były  żywcem  poprzekłuwane  szpilkami.  Lekarze 

specjaliści uspokoili ją. Twierdzili, że  odrażające  zabawy nie świadczą jeszcze  o niczym, że chłopcy w  tym wieku bawią 

się w przemoc, i że wynika to z ich męskiej, kształtującej się dopiero natury.

Spostrzegła  także, iż  Magnus jest bardziej rozwinięty  niż  rówieśnicy. Kadłuby statków, które  wycinał z  drewna, 

rysunki  pałaców,  samolotów,  samochodów  miały  odpowiednie  proporcje.  Potem  zaczął  rysować  i  wycinać  pistolety, 

bomby, granaty. Zadziwiająco był w tym pojętny. Znów przeraziła się. Znów uspokoili ją psychoanalitycy. Kazali jej leczyć 

się  z  kompleksu,  który  uznali  za  groźny.  Leczyła  się. Pracowała  nad  testami,  studiowała  odpowiednią  literaturę,  brała 

przepisane środki. Magnus poszedł do szkoły i uczył się dobrze...

Pewnego  dnia  zastała  go  na  strychu,  gdy  przy  pomocy  specjalnie  skonstruowanego  urządzenia  rozdzierał  kotkę 

ogrodnika. Zwierzę miało  sześć  młodych kociąt. Rozdzierana  matka  miała zaklejony  plastrem  pyszczek, aby kaźń mogła 

odbywać się w ciszy.

Znowu  obudziła się  w szpitalnej separatce. Powoli, z  oporami, przypominała  sobie  zdarzenia, które  miały miejsce 

tamtego dnia. Początkowo  nie  pamiętała nic, prawda  spływała  na nią  falami, wypełniała świadomość nie  od razu, ale  jak 

przybój, którego poziom zwiększa się i zwiększa. Rozdarta kotka  jeszcze  krwawiła. Pełzał po niej kret. Po szyi Magnusa 

biegał piwniczny robak ze szczypcami na  odwłoku. Chwyciła upiora i zaczęła dusić, biła jego głową o krokiew, miażdżyła 

maskę rękami, przewróciła  go... Biła, aż u stóp miała zmasakrowanego potworka. Ocknęła się, popatrzyła  uważniej, to nie 

był skorpion, to był Magnus.

Leżała  w  sali  z  drzwiami  bez  klamek.  Okaleczyła  dziecko,  czekała  ją  rozprawa.  Znów  pojawiły  się  hieny  z 

aparatami fotograficznymi. Znów znalazła się na okładkach magazynów i pism.

Magnus miał uszkodzone  oko, wstrząs mózgu... Postanowiła umrzeć, ale w domu obłąkanych nie  miała  możliwości 

targnięcia się na życie.

Sprawa stała się publiczna, prysnął mit o świętej matce.

...Przygniatały  ją  wspomnienia  jak  lawa,  ciężkie,  brunatne,  pełne  palącego  wciąż  jeszcze  ognia.  Obcowanie  z 

morzem powoli jednak robiło swoje. Czuła, że ta  lawa  kruszeje, rozpada  się, stygnie. Chwilami zapominała o Albakorze. 

Był kiedyś czas, że była dziewczyną jak inne, śmiała się, pragnęła mieć męża, dzieci, dom...

Wicher uderzył w burtę, szarpał siecią, zagrał metalowymi pływakami podzwonne zachodzącemu słońcu.

Wiatr tężał, na szelfie często piętrzyły się wysokie  fale  i zacinał ostry deszcz. Kuter wędrował wówczas po górach 

wodnych, w dół i do góry. Praca w kambuzie była trudna.

Szyper  zadowolony mówił, że  gdyby  nie  smacznie  gotowana  strawa  i  czystość  wszędzie, nie  wiedziałby, że  jest 

kobieta  na  statku. Nowy  kierunek wichrów  zmienił  puste  sieci w  pełne. Ludzi  od pracy bolały  ręce. Szedł tłusty  piękny 

śledź. Zapełniały się beczki w ładowniach. Z niechęcią  myślała o powrocie  do portu. Tu, mimo sztormowej pogody, było 

inaczej.

Czas przemijał... A piętno? Piętno stawało się jak film o zupełnie kimś innym.

Proces o okaleczenie dziecka rzucał światło na sprawę psychiki zgwałconej i przymuszonej do rodzenia kobiety. Był 

cichy i bez wyroku okazującego. Ojciec stracił przywileje. Matka w pokoju na górce zapadła w cichy obłęd. Senior Tellier 

odwiózł  Magnusa  do  przyklasz-tornej  szkoły,  gdzieś na  drugim  końcu  wyspy. Wróciła  do  domu. W nocy  przychodziły 

sny...

...Czyjej losy nie potoczyłyby się inaczej, gdyby wówczas nie znalazła broni?

Uprawiając ogródek odkryta pod parkanem walizkę. Zabrała z niej pistolet maszynowy... W prasie wybuchła sprawa 

zgwałconej  dziewczyny,  której  zabroniono  wyjechać  za  granicę, żeby  nie  mogła  przerwać  ciąży.  Wydarzenie  stało  się 

przyczyną  społecznych  niepokojów.  Organizowano  wiece.  W  telewizji  wygłosiła  przemówienie  parlamentarzystka 

nawołując, aby społeczeństwo nie  pozwoliło na  zamordowanie  dziecka poczętego wzywała, aby dziewczynę  zniewolić  w 

klinice, aż do rozwiązania.

Ona napisała list do tej parlamentarzystki oraz kilku gazet i pierwszy raz podpisała się Al-bakora.

Furmaga Lesław - GWAŁT

5 / 40

background image

„...  Tylko  mali  szaleńcy  nie  mają  idei  -  pi  sała.  -  Ludzie,  którzy  niosą  wielki  obłęd  są  nawiedzeni,  a  ich  racja 

„święte". Tacy  tworzą dla swojej sprawy  specjalny  język... Nie ma płodu, tylko dziecko poczęte... dziecko  poczęte, które w 

stanie  embrionalaym  jest  już  człowiekiem,  a  przerywanie  ciąży  zabijaniem  ludzi,  bo  ludzie  są  dla  ciebie  rekwizytami, 

zarówno  ci  już  żyjący  i  broniący  się  przed  skutkami  gwałtów, jak  bezdomni,  bezrobotni,  chorzy  i  jeszcze  nie  urodzeni. 

Chodzi  o  nieograniczoną  władzę,  aby  można  było  zabronić  transfuzji,  transplantacji,  rozwoju  nauk  medycznych  w 

zależności od będącej u władzy sekty...

Sprawiedliwi  i  światli -  pisała  dalej  -  powiedzieli  już  na  ten  temat  wszystko, Dla  szaleńców, połączone  komórki 

męskie i żeńskie są człowiekiem, kobieta zaś czerepem, w którym taki płód może rozwijać się wberwjej woli...

...Skazałabyś człowieka, który spalił worek kiełkujących żołędzi, za spalenie dębowego lasu?

W sowietach przez trzy ćwierci wieku nie było przyjaciół, braci, kolegów, byli towarzysze. Nie było ludzi były masy, 

nie  było  przeciwników politycznych, byli wrogowie ludu. Zakłamany  język  skompromitowany został przez komunę. Jeżeli 

pojawia się znowu, stanowi dla społeczeństwa ostrzeżenie. Póki dogmaty  celebrowane  są w świątyniach, jest to modlitwa, 

jeżeli zaczynają obowiązywać  w parlamencie, biada narodowi, który  na to  pozwoli. Pomyśl, jaki przymus rodzenia  może 

mieć  wpływ na najwyższą wartość - miłość matki, I nich ci Bóg z ludzkich serc, a nią walczących o świecką władzę ambon, 

wybaczy".

Albakora

Usłyszała  w  radiu, że  na  ulicach  Segers  odbędzie  się  manifestacja, jako  sprzeciw  wobec  referendum w  sprawie 

wydania paszportu zgwałconej dziewczynie.

Jak lunatyczka  zapakowała  znalezioną broń do futerału po skrzypcach. Stanęła  na rogu. Nie czekała długo. Pochód 

posuwał się środkiem ulicy. Hasła były wypisane na płótnach i kartonach:

MACIERZYŃSTWO         JEST         BŁOGOSŁAWIEŃSTWEM!         POWSTRZYMAĆ

ZWYRODNIAŁĄ MATKĘ! ZBRODNIARCE MÓWIMY NIE!

Starsze  panie  krzyczały,  wygrażały  parasolkami.  Z  tych  okrzyków  nie  wynikało, że  młode  kobiety  mają  rodzić 

poczęte przez gwałt dzieci, że mają  je karmić, wychowywać i kochać. One po prostu miały, nie przeszkadzać, żeby im się 

te dzieci rodziły... Dzieci miały się  rodzić tak jak przedmioty rzucane  z góry spadają  na dół... Kto temu przeszkadzał, był 

wrogiem owego „ludu", który miała przed sobą...

Przez lata, mimo olbrzymiego wysiłku, nie może przypomnieć sobie co myślała tuż przed momentem zero...

Dlaczego nie załamała się nie odwróciła, nie odeszła...

Pistolet maszynowy w jej rękach szarpnął raz i drugi, potem zaczął drżeć, trzymała go mocno. Zobaczyła buchający 

z  lufy ogień. Nie  słyszała  nic. Upadły krzyże, strzelała już  w  pustą ulicę. Manifestanci  znikli, ukryli się  w  bramach i za 

parkującymi samochodami.

Na  asfalcie leżało kilka krwawiących ciał. Jedna  kobieta nie  upadła  i nie  ukryła się. Stała i patrzyła  na nią, zrobiła 

krok  do  przodu,  patrzyła  jej  w  oczy.  Robiła  wrażenie  osoby  istotnie  świętej.  Ona  nie  wytrzymała  spojrzenia  tamtej. 

Nacisnęła ponownie spust znów zobaczyła ogień. Potem stała z dymiącą bronią w rękach. Dookoła panowała cisza, taka że 

widziała  jej  głębię. Nikt  nie  podchodził,  nikt  jej  nie  aresztował. W tej  ciszy,  z  bocznej  ulicy  wyjechał  motocyklista, 

zatrzymał się. Ubrany był, w czarne, cętkowane metalem skóry. Na głowie miał czarny kask. Wciągnął ją na siodło za sobą. 

Motor ruszył, podskakiwał na krawężnikach, zjechał gdzieś ze schodów.

Nie  było  ważne  kto  ją  porwał  i  gdzie  wiezie.  Przychodząc  na  to  miejsce  liczyła, że  zginie. Nie  zginęła... Więc 

zrobiła  to, strzelała  do tłumu. Dlaczego? Motocykl pędził, pochylał się  na  zakrętach, znowu zjechał z  jakichś  schodów. 

Gdzieś dalej przerzucono ją do samochodu, który zatrzymał się wreszcie.

W niewielkim pokoju zdjęto jej  krepę  z  oczu. Wskazano  łazienkę  i łóżko. Wieczorem jacyś ludzie  poprosili ją na 

kolację.  Nie  mogła  jeść.  Młoda  kobieta  posłała  jej  łóżko. Nie  mogła  spać.  Senne  koszmary  zmieniały  się.  Robak  ze 

szczypcami na  odwłoku biegał między ciałami kobiet leżących na asfalcie, zmasakrowana twarz Magnusa  patrzyła  pustym 

oczodołem,  w  rękach  jej  szarpał  się  automatyczny  pistolet...  Rano  przyszła  do  pokoju  dziewczyna  i  przyniosła  nowe 

ubranie.  zabierając  jej  wszystko,  co  miała  dotychczas.  Przyniosła  też  gazety.  Na  czołówkach  były  zdjęcia  i  relacje  z 

masakry jakiej dokonała.

Nie miała już powrotu do dawnego życia. Wieczorem poproszono ją przed oblicze bossów.

...W fotelach siedziało dwóch mężczyzn i kobieta.

- Z kim działałaś? - pudło pierwsze pytanie.

- Sama - odpowiedziała zgodnie z prawdą.

- Jesteś Albakora? -Tak.

- Skąd miałaś broń? Odpowiedziała skąd.

- Zgadza się powiedziała dziewczyna. - Ten pistolet zginął z walizki pospiesznie ukrytej w krzakach.

- Dlaczego to zrobiłaś? -Za gwałt...

-  Tak... znamy twoją  historię. My  też  szykowaliśmy zamach na  te  staruchy. Chodzi o terror... rozgłos... Będziesz 

nam potrzebna. Znamy twój list do tej z parlamentu. Jesteś zdeterminowana, zdolna, ale głupia. Jaki miałaś plan odwrotu?

- Nie zamierzałam uciekać.

- Tu nie będziesz robić takich rzeczy. Inaczej powyrywamy ci palce z rąk. Pojedziesz na kurs, zrozumiałaś?

- Zrozumiałam - usłyszała swój głos.

Przez kilka dni leżała  w pokoju, patrzyła  w sufit. Bosowie  znikneli, została tylko Valkiria, dziewczyna młodsza  od 

niej, ładna, nic nie wskazywało, że jest terrorystką. Zapytała tę dziewczynę dlaczego? Valkiria wzruszyła ramionami.

- Tak się złożyło odpowiedziała. - Przedtem studiowałam muzykę w konserwatorium, Poczytaj prasę, często o mnie 

piszą.

Z  przyniesionych  gazet  dowiedziała  się,  że  poraniła  6  osób.  Nikt nie  zmarł. W telewizji  ciągle  pokazywano  jej 

fotografie... Albakora... - Elwira Tellier - terrorystka. Terrorystka z Segers... Elwira Tellier... poszukiwana listem gończym.

Któregoś dnia przysłano jej charakteryzatorkę. Została  mężczyzną w średnim wieku. Ele-gantem z  czarną bródką i 

przystrzyżonymi  wąsami. Dostała  dyplomatkę  z  dokumentami i  „transakcjami w  toku". Miała  godzinę  na  nauczenie  się 

wszystkiego, nazywała się John Wa-ren, była dealerem firmy produkującej lotnie.

Wyprowadzono  ją  z  kwatery i  szybko  znalazła  się  na  promie, potem u  „rodziny"  w  Londynie. Po  dwóch  dniach 

poleciała  dalej. Czasami  myślała,  że  to  znowu  koszmarny  sen.  Widziała  przed  sobą  skamieniałe  twarze  kobiet  i  czuła 

szarpiący się w dłoniach przedmiot. Widziała krwawiące  na asfalcie ciała... I to spojrzenie kobiety, która  do końca patrzyła 

Furmaga Lesław - GWAŁT

6 / 40

background image

jej  w  oczy.  Nie  chciała  już  zabijać...  strzelać,  detonować  bomb.  Jej  rachunek  został  wyrównany.  Nie  chciała  niczyjej 

śmierci, ran, bólu... Przekorny los zrządził inaczej...

W pustynnym jarze, w  cieniu kilku palm stały baraki. Dookoła  były  tory przeszkód, tarcze, rusztowania. Od świtu 

pluły  żelazem  z  jej  rąk  karabiny,  pistolety,  granatniki,  automaty  ukryte  w  gitarze,  kulach  dla  kaleki,  lewarku  do 

podnoszenia samochodu. Oko, luneta, muszka, cel... Oko, luneta, muszka, cel... Zawsze sylwetka człowieka... Strzelanie, 

bieg  przez  przeszkody,  prowadzenie  samochodu  po  wertepach,  szaleńcza  jazda  motocyklem  i  znowu  plujące  ogniem 

maszyny do uśmiercania. Znów była rozdarta, znów narastał w niej bunt. Po co jej taka szkoła. Ale tym ludziom nie mogła 

powiedzieć prawdy... Jeżeli będziesz nieposłuszna  wyrwiemy ci palce  z rąk...Po miesiącu szkolenia obudzono ją w nocy. I 

przed żwirowy placyk zajechała furgonetka. Wyprowadzono z niej dwóch mężczyzn i kobietę.

- To zdrajcy - powiedział Indianin, jeden z dowódców obozu.

-  Sprzedali  się  władzy...  -Rozebrano  nieszczęsnych  do  naga, przywiązano  do palm. Indianin  położył  kańczug  na 

piasku,  pleciony  rzemienny  bat  z  ołowianą  kulką  na  końcu. Potem  ujął  bykowiec  i  uderzył  wszystkich  troje  po  kolei 

pierwszy raz.

Na plecach mężczyzn i kobiety pojawiły się broczące krwią pręgi. Półmrok nocy w świetle księżyca rozdarły krzyki, 

potem jęk. Każdy po kolei musiał ująć bicz  i zrobić to samo. Ona biła już w zwisające  na więzach, krwawe  korpusy, które 

nie krzyczały. Potem wykopali dół i wrzucili weń żywych jeszcze ludzi. Po ofiarach zginął ślad na pustyni.

Na rannym apelu Indianin powiedział, że taki los spotka  każdego za najmniejszą próbę  zdrady. Od tej pory chodzili 

po grobie, który chociaż nie zaznaczony, krył trupy w środku żwirowego placu...

I  znów  strzelanie,  bieg  przez  przeszkody,  zawrotna  jazda  samochodem  między  rozstawionymi  beczkami,  pot 

zalewający  twarz, piasek  w  ustach, uszach, włosach...  Potem  -  bieg  przez  pustynię. Bieg  do  utraty  tchu  przytomności, 

rozumu. Gdy  zdawało  się,  że  nie  zrobi  już  kroku, podrywana  serią  kul  tuż  pod  stopami  biegła  przez  wydmy, wyrwy, 

padając dopiero na wyznaczonej mecie.

Znów  podróż  przez  pustynię,  lot  samolotem,  mistyfikacje  z  przebraniem  i  powrót  do  kraju...  Nowa  postać, 

oczekiwanie na pierwsze zadania. Zupełnie nowi - wodzowie, żadnych kontaktów.

Wreszcie nadszedł następny dzień zero.

Eleonora Zadz prowadziła sklep z tytoniem.

Ostatnio  występowała  jako  świadek  oskarżenia  w  procesie  przeciwko  zgwałconej  dziewczynie, ofiara  gwałtu, za 

wyzwolenie się od jego skutków, została skazana.

Otrzymała fotografię karty lekarskiej Eleonory, informację o jej mężu, dzieciach, życiu towarzyskim.

Ofiarę  porwano,  gdy  wracała  z  mityngu.  Przywieziono  ją  na  peryferie  do  z  góry  przygotowanej  piwnicy.  Była 

nieprzytomna  z  przerażenia.  Uklękła  i  zaczęła  się  modlić.  Przerwali  jej  tę  modlitwę  kopniakiem.  Upadła...  Ona 

przygotowując  ten spektakl chciała być  bezwzględna jak szakale. Pozostało w  niej jednak coś z człowieka. Wiedziała, że 

wystarczy jeżeli wszystko zorganizuje  według wzoru jaki sama  przeżyła. Makabryczny szantaż  kretem był jednak dla niej 

poza  wymiarem  ludzkiego  czynu. Poprzestała  na  trzech  osiłkach  ucharakteryzowanych  na  rzezimieszków,  robactwie  i 

stosie brudnych szmat w rogu piwnicy.

Eleonora rozpoznała ją - Albakora... - wyszeptała przerażona. Ona Stała nad ofiarą z batem w ręce.

Eleonora zasłaniała rozpaczliwie piersi.

-Nie! Nie!.., Błagam! - charczała.

-Nie  chcesz  stanu  błogosławionego? - Albakora  drwiła  strzelając  batem. Eleonora  straciła  przytomność. Jeden  z 

osiłków  wylał na  nią kubeł wody. Ocknęła się, znów  próbowała uklęknąć, znów  została zwalona  kopniakiem. Zaczęła się 

orgia uwłaczająca godności nie tylko ludzkiej.

Gdy trzech zbirów zrobiło swoje, ona wylała na półprzytomną następny kubeł wody. Tamta odzyskała przytomność.

- Słuchaj - warknęła Albakora to są psychopaci, półkretyni i mordercy. Będziesz miała takie dziecko...

Eleonora zerwała się ostatkiem sił jak kiedyś ona.

- Nie!... Nie! - bełkotała niczym nawiedzona.

Jeden z gwałcicieli podszedł do niej z obleśnym uśmiechem, jakby chciał ją pocałować.

-  Musisz  pokochać  to  dziecko  -  powiedziała  nakazującym  tonem  Albakora.  -  Ono  będzie  z  woli  Boga.  Już  je 

kochasz, prawda? Czujesz tę miłość? - dręczyła Eleonorę.

Tamta jakby ocknęła się z otępienia. Spojrzała na Marię Elwirę półprzytomnie.

Maria  przypomniała sobie, że w  czasie swej kaźni po wysiłku walki z  oprawcami i godzinach gwałtu, poza  bólem 

fizycznym i rozpaczą, wielkim cierpieniem było pragnienie. Dusiła  się  z tego pragnienia  Eleonora  miała suche  krwawiące 

usta.  Maria  Elwira  podeszła  do  koszyka,  wyjęła  puszkę  pepsi,  zerwała  kapselek  i  podała  napój  nieszczęsnej.  Tamta 

chwyciła puszkę piła łapczywie. Była całkiem obnażona i nie zasłaniała się. Wypiła płyn i dyszała jak zwierzę.

- Chcesz jeszcze? - zapytała Albakora. Tamta skinęła głową. Wypiła drugą puszkę. Marii Elwirze przyszło do głowy, 

że stwórca zrobił błąd. Nie powinno być możliwe takie upodlenie człowieka przez innych ludzi.

W mrocznym pomieszczeniu zapanowała ponura cisza. Po piersiach Eleonory chodził duży czarny robak, inne dwa 

biegały  jej  po udach. -  Nieszczęsna  nie  reagowała. Patrzyła  na  Marię  Elwirę. Maria  wytrzymała  to  spojrzenie. Eleonora 

odwróciła wzrok.

- Ciebie też tak zgwałcili? - zapytała niespodziewanie głosem niemal normalnym. Maria wzdrygnęła się.

- Nie poznałaś prawdziwych szakali... ja byłam zmasakrowana...- odpowiedziała też jakoś dziwnie.

- Mścisz się?

- Nie. Walczę. Nakaz  rodzenia  po gwałcie to zbrodnia. Uwierz doświadczonej, skazana jesteś na koszmar, dziecko 

na  pogardę. Czarny robak z szyi Eleonory wszedł, jej na twarz, ocknęła  się, zrzuciła go. Przymknęła  oczy, osunęła się  na 

odrażające posłanie. Któryś z gwałcicieli chwycił kubeł wody. Maria Elwira powstrzymała go.

Z pierwszej budki zadzwoniła  na pogotowie  i policję... Przestawiła  się, zapowiedziała, że  to był gwałt pierwszy  w 

zaplanowanej serii, podała adres piwnicy, gdzie  pozostawili Eleonorę. Zadzwoniła do kilku redakcji, powiedziała  to samo. 

Rzuciła słuchawkę, wróciła do lokalu konspiracyjnego.

Następnego dnia zaczęła się wrzawa. Gazety krzyczały: Bestialskie gwałty nowym aktem terroru!. Albakora wyszła 

z ukrycia! Ofiarą zbrodni znana działaczka katolicka...

Hieny dziennikarskie grzebały teraz w tragedii Eleonory. Za Albakorą znów rozesłano listy gończe. Policjanci mieli 

jej  fotografie  w  samochodach,  pokazywano  ją  w  dziennikach  telewizyjnych...  Krwawa  Albakora!...  Boss  terroru  - 

Furmaga Lesław - GWAŁT

7 / 40

background image

Albakora!... Albakora  gwałci  ci  elka!...  Tymczasem  było  inaczej.  Ona  już  nie  chciała  napadać,  strzelać,  organizować 

przemocy. To się w niej wypaliło. Zapragnęła: spokoju. Chciała w pierwszej akcji zginąć, myślała o truciź-nie. Coś jednak 

trzymało ją na tym świecie. Nie przypuszczała wówczas, ile było jeszcze przed nią buntu, walki i cierpienia.

Zamieszkała  z  nią  Dalida,  dziewczyna, z  którą  dzieliła  kwaterę  w  Libanie.  Było  to  ich  pierwsze  spotkanie  od 

tamtego czasu. Piły whisky, paliły marihuanę. Dalida zapytała, co stało się z jej gwałcicielami. - Nie wiedziała.

Kiedyś,  gdy  oczekiwała  na  urodzenie  Magnusa,  budziła  się  w  nocy  i  wydłubywała  oczy  szakalom.  Wówczas 

przynosiło jej to ulgę. Wymyślała tysiące okrucieństw, które zadawała gwałcicielom.

Od czasu jednak, gdy porzuciła dziecko, zgniotła w sobie takie uczucia. Jej Bóg wysłuchał ją, stała się drzewem

- To nie byli bojownicy, to byli bandyci - powiedziała  wtedy Dalida. - W organizacji za taką samowolę czekałoby 

ich to, co tych na pustynnym poligonie, pamiętasz?... Hyde był uciekinierem z sowieckiego statku. Dostał azyl we Francji, 

potem działał w brygadach Orga-nisation de I Arme Secete. Strzelał do chorych w szpitalach, wysadzał autokary z dziećmi. 

OAS nie przebierała w środkach.

Hyde  początkowo  był  poszukiwany  pod  przezwiskiem  Czarny  Iwan. Gdy  Francuzom  udało  się  rozpędzić  OAS, 

przyjechał tu. Początkowo udawał bojownika  walczącego po jednej stronie. Wkrótce jednak zaczął wynajmować się także 

przeciwnikom... - Tyle dowiedziała się o ojcu Magnusa od Dalidy.

... Czarno - biały film urwał się znowu. Rybacy byli głodni.

Graham Barents przyniósł kubeł świeżego dorsza. Pomyślała, że usmaży go w oleju i poda z czipsami.

Ryba... Tu wszystkim była ryba. Jedynie  ludzie spięci linami i zmierzający na  szczyt zapatrzeni są  w swój cel tak, 

jak  rybacy  w  rybę.  Przerywający  motor, przeciwny  wiatr, porwana  sieć,  nadchodzący  sztorm,  wszystko  to nie  godzi  w 

ludzi, godzi w ilość złowionej ryby.

Przy krótkich posiłkach nie mówiono o szansach partii w wyborach, o kobietach, porwanym dyplomacie, rozbitym 

odrzutowcu. Mówiono o tym, że  śledź idzie  mały i przypływ  jest zbyt wielki... A jeżeli mówiono o słońcu, powietrzu, też 

sensem tego była  ryba. Graham Barents i pozostali mężczyźni nie  tylko  mówili o rybie, ale  też  wyłącznie  o niej myśleli. 

Ryba, zaciągi, beczki, tony złowionej ryby, to był jedyny świat.

I właśnie rybą zaczęła wypierać z myśli Marii - Elwiry wspomnienia zacierać piętno. Dopiero ryba przytłoczyła dni, 

miesiące, lata spędzone  w „Armii". Tu zacierały się  twarze Dalidy, Valkirii, Terrego, Presili, zdarzenia w akcji na bank i w 

porwanym samolocie, a dni w „Armii", na akcjach i w lokalu konspiracyjnym wydały się podobne, jak ziarnka pustynnego 

piasku  w  Libanie. Spędzała  tam wówczas  samotne  godziny  przed  telewizorem,  przerzucała  stosy  gazet  lub patrzyła  na 

płaską ścianę tuż przed sobą. Sięgała i po słomkę i stawało się jakby lepiej. Siadając daleko od okna patrzyła na ulicę. Tam 

był wrogi świat. Ona  była w inkubatorze, opuszczenie  tej  klatki groziło  śmiercią. Do Albakory można  było strzelać  bez 

ostrzeżenia. Świat za  oknem  był duży, inkubator  mały... Dziwne, ale  ciągle  wracała  do  niej sprawa  Eleonory. Sprawa  ta 

przerosła  strzały  w  Segers...  Było  dla  niej  niezwykle  ważne,  co  tamta  zrobi. Urodzi  i  wychowa  dziecko,  czy  też  nie. 

Pragnęła zwycięstwa Eleonory. Żywiła  nadzieję, że wiara tamtej jest słuszna, a ona  Maria Elwira znajdzie jeszcze siłę, aby 

trafić na Magnusa i też jakoś zwyciężyć.

Zbrodnia,  którą  kierowała,  nie  mogła  równać  się  z  tą,  którą  przeżyła  sama.  Eleonora  nie  była  katowana,  nie 

bezczeszczono  jej  wszelkimi innymi  sposobami, zaniechano potworności z  kretem... Potem  ona, Maria  Elwira  pragnęła, 

aby  Eleonora okazała się  istotnie  matką  heroiczną. Byłoby  to  zwycięstwem czegoś bardziej wielkiego niż  tylko  godność 

ludzka. Zaczęła  pisać do Eleonory list. Wyjawiła, że gwałciciele  nie byli zwyrodnialcami ani debilami, bo istotnie  byli to 

młodzi, wykształceni ludzie, tylko tacy, których zawiłe ścieżki zaprowadziły na drogę terroru. Podarła ten list, bo wysłanie 

go byłoby niesubordynacją, za którą groziła śmierć. Pragnęła; aby zwyciężyły racje wyższe, pragnęła, żeby te racje nie były 

pustymi hasłami. Nie wiedziała co zrobi tamta... Czekała.

... Hyde, gwałt, kret, ojciec w  pierwszej ławce  przed kościelnym ołtarze, Magnus... to był pożółkły stary film. Nie 

była już przecież nawet drzewem. Była szakalem, cóż ją więc mogły obchodzić losy wilkołaków?

Zatarł  się,  zmalał, oddalił  obraz  dni, miesięcy,  lat  spędzonych  w  „Armii"; tylko  gwałt  Eleonory  i  jeszcze  kilka 

zaledwie  epizodów  pozostawały  ciągle  jak  żywe. Presila, co  się  stało  z  Presilą?  Właśnie  Presila  pozostała  dziwnie  jej 

bliska...

...Różaniec Albakory... Twarz porwanego dyplomaty, gdy zakomunikowano mu, że władze  odmówiły  okupu... I  to 

spotkanie  w porwanym samolocie... Monotonny, metaliczny  brzęk silników i  cichy  szum powietrza. Zastygłe  w niemym 

oczekiwaniu twarze ludzi. Widok strachu jakby zmaterializowanego w oczach i kącikach ust mężczyzn, kobiet, dzieci. I on, 

o  którym  często  myślała.  Spostrzegła  go,  gdy  wodziła  lufą  pistoletu  po  rzędach  zamienionych  w  woskowe  figury 

pasażerów.

On teraz siedział z żoną i kilkuletnią córką. Byli bladzi podobnie jak inni. Patrzył w bok, udawał, że jej nie poznaje. 

Pomyślała,  że  powinna  uczynić  podobnie.  Instrukcja  mówiła  wyraźnie...  Wszyscy  pasażerowie  są  jednakowymi 

zakładnikami. A jednak coś chwyciło ją  za gardło. Zapragnęła, aby on jak najszybciej opuścił ten samolot, aby mu się  nie 

przydarzyło nic złego, aby rzeczywiście jej nie poznał. Jego żona, córka właściciela przystani w Beldown, także ją poznała. 

Patrzyła w bok. Bała się rozpoznania przez krwawą Albakorę, podobnie jak Wiktor.

Tymczasem  sprawy  komplikowały  się.  Teheran  nie  był  pewnym  portem.  Istniała  możliwość,  że  lotnisko  nie 

przyjmie maszyny. Tak też się stało.

Boss dał jej znak, żeby przemówiła. Stała  z granatem zaczepionym do ramienia i półki nad fotelami, automatem w 

rękach,  ładownicami  za  pasem.  Taką  widywano  ją  na  okładkach  pism  i  ekranie  telewizorów,  w  listach  i  audycjach 

gończych... Albakora...

- Walczymy o słuszną sprawę - powiedziała. Gotowi jesteśmy na śmierć. Krótko przedstawiła żądania.

W monotonnym brzęku silników i cichym szumie powietrza  jej spokojne, jakby metaliczne słowa zrobiły wrażenie. 

Coś nieuchwytnie zniewalającego było w akcjach Albakory. Bos-sowie zauważyli to już, gdy stała z dymiącym automatem 

nad  ofiarami masakry w  Segers. W samolocie nagle zapłakało dziecko  i rozległ się histeryczny  krzyk kobiety. Zaterkotał 

pistolet  maszynowy,  zapadła  cisza.  Była  pewna  wówczas,  że  to  koniec.  Zamknęła  na  ułamek  sekundy  oczy,  gdy  je 

otworzyła, woskowe figury w fotelach znów siedziały bez ruchu. Porządek akcji został przywrócony.

-    Stewardesy  mogą  podawać  posiłek  -  powiedziała  do  mikrofonu,  zrównoważonym  tonem. Można  korzystać  z 

toalet. W razie zagrożenia szarpiemy łańcuszki - wskazała na granat u ramienia - zginiemy ułamek sekundy przed wami.

Na  lotnisku w  Casablance  rozerwała  opaskę  banknotów, sięgnęła  gdzieś  do  dna, wyjęła  inny plik, potem  jeszcze 

inny. Pieniądze  były używane, miały  różne numery z  różnych serii. Pobieżnie przeliczyła paczki. Zgadzało się wszystko. 

Furmaga Lesław - GWAŁT

8 / 40

background image

W tej chwili od maszyny odjechała cysterna. Pokwitowała pieniądze na bankowym druku.

-  Jest pan  wolny - powiedziała  do kasjera. - Kobiety  i dzieci do wyjścia  -  zwróciła się  do pasażerów. Podniósł się 

krzyk, powstały zatory w rzędach, tumult.

- Stać! Na miejsca! - podniosła lufę. Trzasnął zamek. Zapanowała cisza. Kobiety i dzieci usiadły. Skierowała lufę na 

żonę Wiktora Adamsa.

-   Ta kobieta  z dzieckiem do wyjścia, ty też  - wskazała  Wiktora. Tamci poderwali się  z  miejsc, nie  patrzyli na nią. 

Gdy  znikli w  otwartym włazie  ponownie  zezwoliła  na  opuszczenie  maszyny kobietom i dzieciom. Jakaś dziewczyna  nie 

chciała wyjść bez chłopca, ktoś z kimś rozpaczliwie się żegnał...

Jako zakładników na dalszą drogę miała zostawić niewielką grupę mężczyzn, aż do momentu upewnienia się, że nie 

są ścigani po opuszczeniu samolotu.

Dziś Maria Elwira wspomina tę akcję z gorzkim uśmiechem. Wówczas wszystko skończyło się nadzwyczaj dobrze. 

Karkołomne  wprost,  nierealne  przedsięwzięcie  powiodło  się  w  pełni,  nie  ponieśli  najmniejszych  strat...  Nie  wiedziała 

wówczas dlaczego...

...A Prosiła? Czy los Presili był podobny do jej losu? Gwałt tamtej polegał na oszustwie. Ją Marię Elwirę zgwałcono 

brutalnie. Jedni i drudzy jej oprawcy nie usiłowali zachować jakichkolwiek pozorów.

- Ty się nie liczysz, liczy się jedynie nasza żądza i „przekonania". - Powiedziano to jej innymi słowami, ale przecież 

wprost.

Presilę  potraktowano  inaczej,  jakby  mimo  wszystko  z  większą  godnością.  Zresztą  Presili  nie  zgwałcono.  Ją 

oszukano. Dziewczyna  była  gadatliwa,  czytała  kiepskie  romanse,  potem  usiłowała  je  opowiadać, coś  w  nich  zmieniać, 

przerabiać. Jej gadaniny pełno było w lokalu, gdy były tam tylko kobiety. Mężczyzn unikała, nienawidziła ich bardziej niż 

ona -  Maria  Elwira. Historię swoją opowiadała Marii przed ową pamiętną akcją na  samolot. Porwanie  to było ryzykowne. 

Zdawały sobie sprawę, że idą raczej na śmierć niż po sukces. Presila była dzieckiem gwałtu i kazirodztwa. Urodziła  ją 14-

letnia dziewczyna, zgwałcona  przez  bogatego, obleśnego brata ojca. Matka  zgwałconej zabrała  córce  dziecko i stworzyła 

pozory,  że  ono  jest  jej.  Miała  wówczas  córkę.  Potem  urodził  się  jeszcze  syn.  Było  ich  razem  troje  chłopak  i  dwie 

dziewczyny.

Inne  życie było tych dwojga  a inne Presili. Dziewczyna była służącą, popychadłem. Długo nie wiedziała  dlaczego, 

potem dobrzy ludzie powiedzieli jej wszystko. Widywała  też Marge-ritę... Autentyczną swoją matkę... Znała jej spojrzenie 

pełne strachu i niechęci. Unikała Mar-gerity tak, j ak Margerita unikała j ej.

Piter  i  Abigaja,  „brat"  i  „siostra"  Presili  kończyli  college,  chodzili  na  bale,  mieli  towarzystwo.  Presila  była 

kopciuszkiem.  „Matka"  i  „ojciec"  przestali  ukrywać,  że  traktują  ją  jak  dopust  Boży,  bękarta  i  ofiarę  zwyrodniałego 

poczęcia.

Nikt  lepiej  nie  mógł  zrozumieć  Presili  niż  Maria  Elwira.  Sprawa  tamtej  wydawała  się  dramatem  jej  i  Magnusa 

jednocześnie.

Nagle  zmienił  się  los  Presili. Zawieziono  ją  do  kliniki,  zrobiono  szczegółowe  badania. Dostała  nowe  sukienki, 

buciki... Miała  wówczas 20 lat. Bardzo zależało jej na pięknych strojach, bo Filip był z dobrego domu i bogaty. Jeździł na 

wielkim  motocyklu,  z  wysuniętym  daleko  przednim  kołem,  należał  do  klubu.  Gdzie  było  jej  popychadłu  w  domu 

Londyleyów, do  Filipa  Thalbott. Ale  Filip  kłaniał się  z  daleka  Presili  i  proponował  randki.  Presila  pojechała  z  nim  na 

piknik, potem na  dwudniowy weekend. Nie  opierała  się  w  ogóle. Pierwszy  raz  w  życiu  doznała  szczęścia. Filip  też  był 

szczęśliwy. Wynajął pokój w starej willi na  poddaszu i spotykali się tam codziennie. Dziwili się „matce" i „ojcu", którzy 

przymykali oko, gdy ona nie wracała na noce.

Tymczasem Abigaja  ciężko zachorowała. Lekarze  nie wiedzieli co było powodem zwyrodnienia  jej obydwu nerek. 

Dziewczyna marniała w oczach, była na ścisłej diecie, potem zaczęła jeździć do Beldown na dializy, groziła jej śmierć.

Tymczasem Filip  zdecydował się  na  małżeństwo z  Presilą. Początkowo dziewczyna  nie  dowierzała  szczęściu, ale 

Filip z  całą  powagą  poprosił o  jej rękę  rodziców. Wyznaczono  datę  ślubu. Filip stał  się  oficjalnym narzeczonym Presili. 

Wszystkie szczęścia tego świata spadły na nią w jednej chwili. Filip był wspaniały, matka i ojciec też zgadywali myśli, nie 

lubianej  dotychczas  córki.  Tylko  rodzice  Filipa  pozostali  jacyś  dalecy  i  niedostępni.  A Abigaja?  Pre-sila  nienawidziła 

Abigai. Nie  była  to  wzajemna  nienawiść  nieuzasadniona. W domu  wiadomo  było przez  wiele  lat, że  rację  zawsze  musi 

mieć Abigaja. Ale dziewczyny bywały przecież także poza domem rzadko co prawda, ale zdarzało się, że też razem, Presilą 

chociaż  nie  tak  ładna  jak  Abigaja, nie  była  wówczas kopciuszkiem  i  sympatie  częściej  kierowały  się  w  jej  stronę,  niż 

pewnej siebie i władczej wobec młodszej dziewczyny Abi. Najstarszy syn Cole-sów Tom okazywał jej wyraźne względy, a 

jego  rodzice  częściej  rozmawiali  i  żartowali  z  nią  niż  wyniosłą  i  zarozumiałą,  zawsze  wystrojoną  „siostrą".  Presila 

wówczas, dzięki Colesom, jakby pozbyła  się  kompleksów... Było tak do czasu, gdy pani Isadorze  Coles zginęła broszka  z 

szafirami. Zabawa została zepsuta. Państwo Coles nie zawiadomili policji, nie zarządzili przeszukiwania gości... Po prostu 

wszyscy  rozeszli  się  do  domów  ze  spuszczonymi  głowami. Kto  pozbawił  młodzież  z  okolicy  wspanialej rodziny,  która 

organizowała  pikniki,  weekendy,  zabawy,  kto  rozbił  świetnie  zapowiadające  się  towarzystwo?  To  pytanie  niedługo 

pozostało bez odpowiedzi. Po cichu, pocztą pantoflową, dziewczyna  od dziewczyny, chłopak od chłopaka dowiedzieli się, 

że broszka wróciła do właścicielki... Że faktycznie miała miejsce kradzież, że była złodziejka i była też uczciwa, szlachetna 

dziewczyna. Abi  na  drugi  dzień odniosła  klejnot  pani Coles.  Błagała  o  dyskrecję. Powiedziała,  że  precjozo  znalazła  w 

torebce Prosili. Presila faktycznie przy wszystkich kiedyś zachwycała się tym klejnotem.

Pani Colea dotrzymała słowa, nikt nie usłyszał od niej imienia złodziejki... Ale od Presili odsunęli się wszyscy... Zła 

opinia przebija  podobno przysięgi o milczeniu, przebija  mury tajemnic, nie  łamiąc  ich i nie  niszcząc. Presila  dowiedziała 

się o  swym czynie  ostatnia. Poszła do Toma, poszła  do pani Isodory Coles, przysięgała, że to oszczerstwo. Wysłuchali ją 

oboje, pokiwali głowami. Czy uwierzyli? Nie wiadomo. W otwartym dla młodzieży domu zabrakło jednak już miejsca dla 

Presili. Potem przestała  też tam bywać Abigaja. Rodzice postarali się  jednak szybko, by starsza dziewczyna znalazła nowe 

towarzystwo...

Gdy Abi dostała piękną  suknię i wybierała się na bal. Presila wylała jej na głowę i tę suknię zawartość nocnika. Nie 

powiedziała przy tym jednego słowa. Potem, kiedy  straszono  ją  domem poprawczym zabrała  wszystkie  suknie  i pantofle, 

oprócz tych, w których sprzątała, powiedziała, że Abi wie za co ją to spotkało.

Jeżeli  można  mówić  o  głębokiej  nienawiści  w  rodzinie, to  właśnie  taką  nienawiścią  darzyły  się  Presila  i Abi... 

Nienawiść Abi poparta wpływem rodziców, objawiała się codziennie w upokorzeniach jakich doznawała Presila. Nienawiść 

Presila była cicha i bezowocna. Jedynie chyba coraz głębsza.

Furmaga Lesław - GWAŁT

9 / 40

background image

I  oto  kapryśny  los  odmienił  wiele.  Ukochana  i  hołubiona  przez  rodziców  Abi  wraz  z  utratą  zdrowia  straciła 

wszystko. Była  unieruchomiona, cierpiała, czekała na  śmierć. Odrzucona i  poniewierana  Presila  tymczasem kwitła. Była 

zdrowa, kochała i była kochana, „rodzice" dostrzegli w niej dobrą córkę i obsypywali ją i wszystkimi łaskami.

Filip był szlachetnym człowiekiem, bardzo przejął się losem Abi. Pod jego wpływem jej nienawiść do przyrodniej 

siostry straciła  ostrze. Podczas odwiedzin w szpitalu widziała  z  dnia  na  dzień  coraz  większe  cierpienia  tamtej  -  było jej 

wręcz  żal do  niedawna  znienawidzonej  dziewczyny... No  i okazało  się, że  doskonałym  dawcą  nerki  dla  Abi  może  być 

Presila.  Jej  grupa  krwi  i  wszystkie  inne  cechy  były  wyjątkowo  korzystne  dla  przeszczepu. „Rodzice"  nie  śmieli  nawet 

prosić krzywdzoną do niedawna córkę - nie córkę  o taki dar i poświęcenie. Filip kupił jej pierścionek z brylantem i okazał 

się  człowiekiem wielkiego  serca.  Przysiągł,  że  poczeka  ze  ślubem,  że  będzie  kochał  ją  do  śmierci. Uznał,  że  powinna 

ratować siostrę, gdyż życie tamtej los złożył w jej ręce. Nikt inny nigdy nie namówiłby Presili do takiego poświęcenia dla 

znienawidzonej Abi. Czegóż jednak nie dokona miłość. Tym bardziej, że Filip w tej sprawie był nieustępliwy.

Dziwne, ale  Presila  jakby wyczuwając  coś  złego, długo  pomijała  początkowo  dyskretne,  a  potem  coraz  bardziej 

natarczywe  nagabywania  Filipa.  Po  jakimś  czasie  do  sprawy  włączyli  się  „rodzice", znajomi i  ksiądz  przyjaciel  bardzo 

religijnego  domu  Colesów. Mówiono o poświęceniu  i miłosierdziu, potem zaczęto mówić  o świętym obowiązku ochrony 

życia,  nie  tylko  poczętego, ale  także  zagrożonego. Wyprawiono Presili  i  Filipowi  uroczyste  zaręczyny,  przedtem  oboje 

młodzi udali się do spowiedzi świętej i przyjęli sakramenty. Presila promieniała szczęściem. Ksiądz zaprosił dziewczynę na 

długą  rozmowę. Mówił  o  grzechu zbrodni  na  życiu poczętym,  potem przeszedł do  sprawy  ratowania  życia  bliźniego  w 

ogóle...  Później  Presilę  zaprosił  doktor,  także  dobry  znajomy  pani  Coles.  Zapewnił,  że  zabieg  będzie  wykonany  w 

znakomitym szpitalu, że faktycznie  niesie  on minimalne  ryzyko i niebezpieczeństwo, że żyć z  jedną  nerką można równie 

dobrze  jak  z  dwoma... Rozmowa  dotyczyła  jednak  przede  wszystkim  wartości  moralnych  czynu  do  jakiego  namawiano 

dziewczynę.  Sprawa  wywodziła  się  od  świętości  życia  poczętego,  bo  jaka  jest  różnica  między  zabiciem  embrionu  a 

pozwoleniem na śmierć przez zaniechanie pomocy człowiekowi już żyjącemu? Czy płód w embrionalnym stadium rozwoju 

bardziej  czuje, bardziej ma  świadomość  zagrożenia  i bardziej cierpi od  dorosłej dziewczyny? -  stawiał  zdezorientowanej 

Presili logiczne pytania doktor.

- Nie masz chyba wątpliwości, że zachowanie życia poczętego jest nakazem świętym -pytał światły przyjaciel domu 

Colesów,  wychowaną  w  tym  przekonaniu  Presilę, która  istotnie  nie  miała  co  do  tego  wątpliwości.  Doktor  zniżył  glos. 

Znasz  przecież córko historię swego poczęcia. Bóg zrządził, że możesz z własnej woli odpłacić  dobrem za  dobro... życiem 

za życie...

Presili nie  w głowie była ta filozofia. Kochała Filipa, przestała już  nienawidzieć Abigaję myśląc  o rychłym ślubie i 

szczęśliwym życiu z ukochanym. To pochłaniało ją całą.

Dziwiła się, więc swoim oporom, przed spełnieniem woli teraz już całego otoczenia. Była osaczona, a jednak ciągła 

odkładała  wyrażenie zgody na dokonanie przeszczepu. W końcu Filip postawił warunek. Albo ona odda nerkę Abigai, albo 

on z  nią zrywa. Przeraziło to Presilę, obudziło  jej niepokój, ale  wyboru nie  miała. Operacja istotnie  udała  się. W szpitalu 

była  obsypywana  kwiatami  i  drogimi  prezentami.  Promienieli  radością  „matka"  i  „ojciec",  promieniał  Filip  i  pełne 

szczęście odzyskała Abigaja. Filip zaczął przyjeżdżać  do szpitala pięknym sportowym samochodem, którego pochodzenie 

wydało się Presili niejasne. Szczęście trwało do momentu, gdy dziewczyna opuściła szpital. Życie jej zmieniło się, musiała 

przynajmniej  przez  pewien  czas  uważać  na  zdrowie, przejść  na  dietę, zaniechać  wielu  przyjemności. Tymczasem  Filip 

rozkręcał jakiś interes. Wyjeżdżał z  wyspy na  cale  dnie, potem tygodnie. Zmienił się, przestał mówić  o ślubie. „Rodzice" 

uśmiechali się do niej jakoś sztucznie...

Abigaja wyjechała na rekonwalescencję do Szwajcarii... Życie Presili straciło swój blask, stawało się z dnia na dzień 

bardziej  podobne  do  tamtego sprzed roku, z  tym,  że  bez  jednej nerki. Mimo  niepokoju, który  narastał,  grom  uderzył  z 

jasnego nieba. Filip  postanowił  wyjaśnić  sprawę  bez  wybiegów. Poradzono  mu podobno, że  inaczej  nie  odczepi  się  od 

Presili. Stał się  bezwzględny także  dlatego, że Colesowie  urwali mu pół „honorarium". Powiedział więc Presili wprost, że 

niebawem  ożeni  się,  ale  z  inną  dziewczyną. Jego  po  prostu  jej „rodzice"  wynajęli,  aby  przekonał  ją  do  tego, co  i  tak 

powinna zrobić. Ratowanie życia rozwiniętego nie  jest mniejszym obowiązkiem chrześcijanki jak ochrona życia  poczętego 

- pouczał Presilę Filip podobnie jak ksiądz i lekarz. Gdy tamta opowiadała to Marii Elwirze, Maria czuła jej ból, bezsilność 

i bunt tak jak kiedyś swój.

-  Nic  ci  nie  jestem winny  i nie  mam  żadnych  wyrzutów niemal krzyczał  Filip do  oniemiałej  Presili... Obudziłem 

jedynie  twoje  sumienie. Najlepiej nie  przyznawaj  się do tego, że  nerkę  oddałaś  z  wyrachowania, a  nie  miłosierdzia. Jak 

tylko dostaniesz od Colesów trochę szmalu, uciekaj stąd, bo oni cię nie kochają, to ci mówię szczerze... - powiedział Filip i 

wsiadł  do  sportowego  samochodu, który  dostał  od  Colesów  w  rozliczeniu  za  swoje  pośrednictwo.  Pozostała  w  altanie 

sama. Ruszyła  ścieżką, stanęła  nad przepaścią. W dole  huczało morze. Pomyślała, że skoczy do tego morza i skończy się 

wszystko.

Presila przed akcją na samolot powiedziała Marii Elwirze, iż ona wtedy jednak skoczyła w tę przepaść. Skoczyła, bo 

cierpliwy  bękart przestał istnieć... Ale  nastąpiła  reinkarnacja, odrodziła  się  inna  Presila. To  wszystko  stało  się  w  jednej 

chwili nad urwiskiem, w głębi którego huczało morze. Nowo narodzona nie kochała już Filipa, nie żywiła starej nienawiści 

do Abi-gai, nie znajdywała żadnych uczuć dla  Colesów. Umarła i urodziła się  ponownie. Ze  starego życia zabrała jednak 

obraz  społeczeństwa  w  jakim  żyła.  Społeczeństwem  tym  byli  Colesowie,  ksiądz,  lekarz,  Filip...  Abigaja...  Poczuła 

powołanie, aby zmienić to społeczeństwo, aby je uczynić innym. Wróciła do domu, wyjęła z szafy dumę pani Coles, futro z 

norek kupione  niedawno  za  wielką  sumę  pieniędzy. Zapakowała  je, wsiadła  do  pociągu, pojechała  do miasta  na  drugim 

krańcu  wyspy.  Rzuciła  futro  na  ladę  w  lombardzie,  wzięła  bez  targów  śmiesznie  niską  sumę  jaką  jej  zaproponowano. 

Poszła w portowy zaułek, gdzie można  było kupić  wszystko, wybrała  rewolwer, dużego kalibru; jeszcze  z wielkiej wojny, 

magazynek pełen  naboi. Wróciła  do  Elber, zadzwoniła  do  Filipa, powiedziała, że  faktycznie  wyjeżdża  do Anglii  już  na 

zawsze. Chciała oddać mu jego skórzaną kurtkę i prosiła o zwrot kilku drobiazgów. Przyjechał do altany swym czerwonym 

samochodem. Wszedł  do  środka, zaczął mówić, że  od  początku  wierzył  w  jej rozwagę  i  inteligencję. Zobaczył broń, i 

zamilkł. Ona też milczała. Trwało to długą chwilę.

-  Co się wygłupiasz? - powiedział wreszcie zdławionym głosem - odłóż ten pistolet, odłóż proszę...

- Pokaż, gdzie masz nerkę, skurwysynu - powiedziała głucho. - Pokaż bo rozwalę ci łeb!

- Co ty Presila, co mówisz?

- Czy ksiądz i lekarz wiedzieli o tym oszustwie? - pytała głosem też już całkiem zmienionym.

Filip jąkał się, zrobił krok do przodu, bełkotał coś bez związku. Patrzyła mu w oczy, widziała jak drży i blednie. Był 

Furmaga Lesław - GWAŁT

10 / 40

background image

przerażony, cierpiał. Pociągnęła spust, błysnął ogień. Filip  stał przez  chwilę w  miejscu, chwycił się  za  brzuch i osunął na 

ławkę. Presila  wyszła  przed  altanę, otworzyła  samochód, zwolniła  go  z  hamulca  i  popchnęła  w  dół. Toczył  się  powoli, 

spadł jednym kołem z traktu, potem drugim i ruszył już szybko przez łąkę  ku przepaści. Na krawędzi jakby zatrzymał się, 

ale znów ruszył i znikł za skalnym progiem. Nie było słychać łoskotu, gdy się rozbijał o głazy ani plusku wody, gdy tonął.

Wróciła  do altany. Filip patrzył w miejsce, gdzie  znikł jego samochód, tamował dłońmi krew na brzuchu. Podeszła 

do ukochanego, przyłożyła mu zimny krążek lufy do ust, które tyle razy całowała.

- Jeżeli przeżyjesz i będzie ci potrzebna do przeszczepu nerka  lub wątroba, niech lekarz, ksiądz  i Colesowie  złapią 

kogoś na ulicy i nakażą mu oddanie ciała, bo ratowanie życia jest zawsze świętością, a  ofiara taka prawem... - powiedziała 

pełna gorzkiego śmiechu. Odwróciła się i wyszła z altany.

Tak zrodziła  się  terrorystka  Presila Coles. I  chociaż  Presilę  jedynie  oszukano i zabrano jej tylko nerkę, a ją  Marię 

dwukrotnie  ubezwłasnowolniono, zbeszczeszczono  i  obrabowano  na  zawsze  z  doznań  kobiety  i  uczuć  macierzyńskich, 

zniszczono jej życie, do jakiego miała prawo i pragnęła sobie stworzyć - nawet dzisiaj czuła, że zwyrodniałe - nieludzkimi 

nakazami społeczeństwo, zarówno od Presili jak też jej, Marii Elwiry zasłużyło na rewolucję i terror.

Po porwaniu samolotu i uwolnieniu członków „Armii" oraz  zainkasowaniu znacznej sumy pieniędzy, znalazły się z 

Presilą w nowej kwaterze. Albakora  jeszcze raz  znikła na dłużej w ukryciu. Charakteryzatorzy mieli zrobić z niej zupełnie 

inną kobietę.

Misternie przygotowana akcja przy zaangażowaniu olbrzymich środków oraz ludzi w Europie i Afryce, miała  jakby 

dwa zakończenia. Była to najbardziej udana operacja w ostatnich latach. Bosowie określili ją jako mistrzowską. A czy było 

tak  naprawdę? Od tegoż  czasu  posypały się  na  nich  klęski jak  z  puszki Pandory. Terry  rozpoznany  na  ulicy w  Londynie 

zginął podczas  strzelaniny,  Jess  został osaczony  w  kwaterze,  bronił  się,  zmarł  w  szpitalu  od  ran.  Czterech  z  pięciorga 

bojowników uwolnionych z więzienia w tej akcji wpadło w zasadzkę, dwóch zginęło, dwoje wpadło w ręce policji. Zginął 

także strzelec Y, na wolności pozostała tylko ona, Dalida, Presila i strzelec X.

Któregoś dnia zjawił się łącznik. Wywiózł je do niewielkiego klasztoru, dostały czarne habity, stały się zakonnicami. 

W klasztorze  nikt  nie  wiedział, kim  były naprawdę.  Spędzała  czas  na  modlitwach  wraz  z  siostrami i  jeszcze  raz  robiła 

ponury bilans ostatnich lat życia. Chodziła z  Presilą na  spacery, prowadziły długie  rozmowy... Dowiedziały się, że  gdzieś 

niedaleko  w  jarze  koło  osady  Carin,  nad  suchym  kanionem  żyje  pustelnik,  duchowny,  który  porzucił  purpurę  i 

dostojeństwa, pozostawił kościelny przepych i kościelne bogactwa, wstąpił do zakonu jako mnich chodzący w sandałach na 

bosych stopach. Wkrótce porzucił także klasztor, zamieszkał w szałasie nad brzegiem wody, tuż przy skale na zielonej łące. 

Pustelnik, jak mówili ludzie, był prorokiem. Uprosiła u sióstr samochód i pojechała nad kanion. Pustelnik przyglądał jej się 

chwilę.

- Jesteś w zakonnych szatach, ale w sercu masz bunt powiedział bez wyrzutu.

- Tak. To ja  byłam Albakorą  -  odparła niepomna już  na  zasady  konspiracji. Opowiedziała  jak  została  zgwałcona  i 

myślała, że urodzi potwora. Jak osaczona w szpitalu

walczyła, by pozbyć się  ludzkiego czucia  i urodzić  dziecko, tak jak roślina  rodzi odnogę. Opowiedziała o tym, jak 

niby wilczyca skoczyła po szczenię  w niedźwiedzie łapy i o tym jak w szale okaleczyła dziecko, a potem podniosła broń i 

liczyła padające krzyże.

- Oczekuję od ciebie prawdy, proroku - mówiła żarliwie. - Nie chcę już uciekać. Pragnę wiecznego spokoju. Czy jest 

Bóg? Czy ja jestem szatanem? Pomóż, bo mi ciężko. Wokół mnie ludzie, którzy ciągle strzelają.

W szałasie  z głazów panowała  wielka  czystość. Gliniane  naczynia, kamienne noże, zgrzebne płótna. Brakowało tu 

jednej ściany, stanowiła ją przestrzeń łąki, brzeg skały i woda jak kryształ. Mnich nosił zielony płaszcz spięty drewnianymi 

drzazgami.

- Mario Elwiro - zwrócił się do niej - nie pytaj innego człowieka co jest dobrem lub złem, pytaj siebie. Głos, który ci 

odpowie,  jest Bogiem. Pytasz, czy jest Bóg  materialny  lub  Bóg Duch. Jeżeli  jest, jest  on  w  tobie. Dowody  są  tylko  na 

istnienie  szatana.  Spójrz  na  wiek, który  dobiega  końca. Ogromu  zła,  jakie  stało  się  w  tym  stuleciu  nie  mogła  dokonać 

jedynie  istota  ludzka... Świat  stwórcy  był zielony, człowiek na  nim mógł zabić  w  jednej chwili tylko jednego człowieka. 

Nie  mógł zniszczyć  ziemi, powietrza, wody  i ognia. Długo  więc  planeta pozostawała zielona, wody i powietrze  czyste  - 

mówił  pustelnik. -  Aż  pojawił  się  tygiel  z  metalem,  z  którego  można  było  kuć  w  ogniu  i  nadawać  kształt  materialny 

wymysłom istot ludzkich. Pytasz, czy jest Bóg?... Patrz na różnorodność kwiatów na łące, ryb w oceanie, ptaków na niebie. 

Mogło to bogactwo życia  powstać jedynie z materii?... Siła, która stworzyła istotę żywą jest Bogiem, siła ta  czuwa, skoro 

życie trwa. Ale jeżeli jest wzgórze, musi być dolina. Przyszedł wiek zły. Stal, dynamit, lotne aparaty i lotne trucizny, to już 

nie  topór  i naczynie  z  brązu. Siła  materialna  choćby  najpotężniejsza,  nie  mogła  jednak, zniszczyć  porządku, który  był 

czymś więcej niż tylko materią... Wówczas, na fali wielkiego zgiełku, w wielkim kraju, pojawiła się istota pozornie ludzka, 

siejąc jad, który rozprzestrzenił się w umysłach. Porażeni nim ludzie ruszyli na dostatnie domy, przewracali góry, zatruwali 

powietrze. Wyciągali z  domów  tych, którzy  mieli zagon ziemi, manufakturę  lub  zdobytą  w  szkołach wiedzę  i pędzili do 

kopania  bezsensownych  kanałów,  osuszania  życiodajnych  wód,  zawracania  nawadniających  ziemię  rzek...  Łańcuchy... 

mogiły, mogiły... mogiły. Zło bez sensu, zbrodnia dla zbrodni. Na prochach milionów istnień budowano gmach, którego nie 

było. Zbrodnia stała się obyczajem i prawem, a zniewoleni śpiewali pieśń dziękczynną swojemu katowi, Diabelski plan był 

jednak prymitywny. Plujący śmiercią przedmiot nie mógł przysporzyć  chleba. Głód, choroby i brud wypełzły na dostatnią 

ziemię. Ubezwłasnowolnieni w łachmanach i głodni śpiewali pieśń o promiennych blaskach...

Drugie  wcielenie  szatana  zmaterializowało  się  w  innym  kraju. Budowano  tam  piece  do  palenia  ludzi. Wkrótce 

ruszyły na  siebie dwie zbrodnicze bestie. W tej pożodze nieważne były terytoria, chodziło o mord, bo czym jest wojna dla 

wodzów, którzy stworzyli wielkie idee?... - pustelnik umilkł, chwilę trwała cisza.

-  Zło  to wiara  nie  dopuszczająca  innej  wiary. Tylko  taki  szatan  może  zniszczyć  planetę  -powiedział prorok. -  W 

leżącym na tysiącu wysp kraju rozbłysły rzucone tam zwiastuny już realnej apokalipsy. Zaklęta w materii energia sprawiła, 

że  wyparowały  miasta.  Ta  siła  niszczenia  nie  była  dziełem  samego  człowieka.  Stwórca  nie  dał  nikomu  możliwości 

zniszczenia  wody, ziemi, i ognia... Ludzkości nie  była  dana  możliwość  zniszczenia  własnego  gatunku  jak nie  była  dana 

wiedza, skąd pochodzi życie. To  były tajemnice  Stwórcy. Nie  ma  materialnych dowodów, że  Bóg, który stworzył ciebie i 

mnie, pozostał na ziemi. Ale szatan ciągle przegrywa, istnieje zieleń i matki z własnej woli rodzą dzieci. To jest prawda, o 

którą  pytasz.  Bóg  jest  w  nas,  a  jego  świątynią  świat,  w  którym  żyjemy.  Ołtarze  zbudowane  przez  kapłanów  i  idee 

stworzone przez wodzów, to narzędzia  władania  i źródła bogactwa  - pustelnik przerwał, słońce  chyliło się  ku zachodowi, 

jego blask pełzał po wodzie. - Nie  pytaj starca  o dziecko. Pytaj siebie, matkę pytaj, bo ją  powołał Stwórca, jej dał prawa 

Furmaga Lesław - GWAŁT

11 / 40

background image

matczyne. W tym kanionie ludzie zbudowali tamę, by zatrzymać strumień. Spiętrzyli wodę. Tama była mocna. Woda nie da 

się jednak okiełznać zaporą w poprzek biegu, przerwała więc kanion.

Ułomnością ludzi jest pycha. Może pochodzi ona od tego Boga na wzór którego ukształtowany jest człowiek, Boga, 

który nigdy nie ma dość pokłonów... Ale to nieprawda, Bóg uczący pokory nie może pragnąć takiej modlitwy, tworzą więc 

ją ludzie  mieniący się jego namiestnikami dla własnych celów doczesnych. Narodziny Istoty mającej ducha  to tajemnica, 

bo czym jest poczęcie? Chrystus został poczęty z woli, bez udziału ciała. Poczęcie wbrew woli nie jest poczęciem Stwórcy. 

Aby urodził się  kłos pszenicy potrzeba nasienia, ziemi, wody i... słońca. Tak nakazał Stwórca. Do poczęcia istoty w pełni 

ludzkiej nie  wystarczy nasienie  i łono, potrzebne  jest słońce, wola  i miłość. Przymus narodzin wbrew woli rodzicielki to 

sprzeniewierzenie się Stwórcy, bo dlaczego Bóg stworzył miłość? Rozwijający się płód na przekór istocie dającej mu życie, 

wyzwala reakcję jak owa woda tutaj. Cóż zniszczyło w tobie człowieczeństwo? Przez wieki istota ludzka tworzyła obyczaj. 

Obyczaj  porozumiewania  się,  poczęcia  w  rozkoszy  i  miłości,  wychowania  w  rodzinie.  Pycha  starców  układających 

modlitwy  i prawa  -  stawia  tamy  w  wyborze  symbolu  Boga, rozwijania  prawd, tłumaczeniu  zjawisk natury, nakazuje  im 

decydowanie za przyszłą rodzicielkę. Nie mają takiego prawa. Ciebie  zniewolono. Twój odruch odrzucenia płodu napotkał 

tamę z zewnątrz, zerwały się więc w tobie wszystkie brzegi. - Słuchała, pustelnik mówił dalej. - Sarna i wilczyca porzucają 

lub niszczą miot niezgodny z ich naturą, bo natura nie tylko rodzi, ale też nie rodzi. Kiedy krzywdzi się lub zabija dziecko, 

najlepiej wie matka. Mylisz się nazywając mnie mędrcom, ja myślę i czuję, ale jeszcze nie wiem - pustelnik umilkł.

- A czy jasno oświeceni lekarze i księża są świadomi tego, że także nie wiedzą? zapytała jakby sama siebie.

-  Wiedza  nie  ma  tu  znaczenia.  Dogmat  dla  chrześcijan,  to  zasada  wiary  zdefiniowana  na  soborze  przez  ludzi  i 

podana do wierzenia jako nakaz boży - powiedział głucho pustelnik.

- A jeżeli nowe odkrycia przeczą dogmatowi?

-  To  grzeszne  są  odkrycia.  Dogmat  z  góry  uznany  jest  za  prawdę  ostateczną  bez  możliwości  konfrontacji  z 

oczywistymi prawdami praktyki. Dogmat w świątyni to modlitwa, dogmat w społeczności, to obłęd.

- Więc, czy sprawiedliwy jest Bóg, który kreuje takie prawo?

-  Bóg stworzył ziemię, wodę, powietrze  i ogień, zesłał pierwsze  istoty żywe  i tylko to co  stworzył, chroni. Resztę 

kreują  obłudni  ludzie  i gdyby  stwórca  przestał  czuwać  nad  swym  dziełem, ludzie  zniszczyliby  planetę.  Nieprawda, za 

można  u  Boga  Stwórcy  wymodlić  deszcz  na  jednym  poletku,  czy  cudowne  uzdrowienie  jednego  człowieka...  On  nie 

pozwoli unicestwić ludzkiego gatunku, zniszczyć ziemi, wody, w tym niezwykła j ego wielkość.

I  niepotrzebne  mu  pełzanie  na  kolanach  pokornych, niepokornych. Dla  niego  bluźnier-stwem jest,  zmienianie  w 

popiół miast polnych ludzi, niszczenie powietrza i wody, zasłanianie dymami słońca. Kończy się właśnie wiek bluźnierstw. 

Dlatego  stwórca  znów  się  objawi...  Ześle  anty  energię  lub  antymaterię,  uczyni  na  powrót  planetę  zieloną. Znów  jeden 

człowiek w jednej chwili będzie mógł zabić tylko jednego człowieka... - mówił dalej pustelnik.

- Bóg to tajemnica wszystkich tajemnic... Czy słyszałaś o odrodzeniu po śmierci?

- Tak, któżby nie słyszał, proroku.

-  Chrześcijaństwo,  buddyzm.  Islam  to  zasady,  w  które  trzeba  wierzyć, nie  pytając  o  szczegóły. Pominąwszy  nie 

potwierdzone przez ziemskie nauki objawienia i cudy - to teorie bez dowodu. Jest też coś, na co dowodów wiele... Zdarzają 

się ludzie, których narodziny są  jedynie  powrotem tam, gdzie  już  byli... Odnajdują  miejsca, które  są  im znane, mimo że 

przybyli do nich po raz  pierwszy... Opisy takich zdarzeń są powszechne. Schroniłem się tu, aby myśleć  w ciszy. Wiara  w 

reinkarnację nie jest tylko wiarą, jest przede wszystkim uznaniem faktów.

- A gdzie Bóg wówczas? - zapytała proroka.

Twarz  pustelnika rozjaśniła się. - A któż kieruje ciągłym ruchem istot niematerialnych, które  opuszczają  i oblekają 

się ponownie w ciała z popiołu i wosku? Kto ożywia ten popiół? -Bóg?

-  Tak, Bóg Stwórca, który wiecznie  czuwa  i nie  może  pozwolić  na  zniszczenie  świata, bo  gdzie  odradzałyby  się 

duchy, które z materii czynią człowieka?

- Jaka w tym rola matki, proroku? - pytała jak w transie.

-  Wielka. Matka  jest miejscem, gdzie  z  woli Boga  następuje  połączenia  istoty ziemskiej z  nieziemską. Matka  jest 

więc świętością.

- Więc matka ma prawo decydowania o urodzeniu lub nie urodzeniu dziecka?

- Tylko ona, nikt więcej - odparł prorok i zapadła cisza. W górze szybował ptak. Na niebie pokazało się kilka chmur, 

które jakby podkreślały przedziwny w tej chwili jego błękit.

Stary pustelnik patrzył na nią wyblakłymi, a jednak pełnymi głębokiego wyrazu oczami.

-   A ty Mario Elwiro?.. Widzę  przed tobą  długi czas pokuty  i jeszcze  czyn... straszny  zbrodnię, niezbrodnię. Twój 

powrót dopiero na początku drogi. Teraz odejdź i zabierz spokój, woda niech ci będzie przejrzysta.

Odeszła. To  prawda, że zerwały się  w  niej wszystkie  brzegi, została  jedynie  tama. Ale nie  była  już wilczycą i  nie 

była  także  drzewem. Nie  ona  strzelała do kobiet w  Segers, nie ona była  szakalicą  Eleonory nie  jej imię  było Albakora... 

Tamto  nie  miało ludzkiego wymiaru. To  była  spiętrzona  woda, która  ruszyła  przez  wyrwę  zgodnie  z  prawem gwałconej 

natury.  Czyżby  pustelnik  dokonał  cudu?  Ptak,  który  w  bezruchu  skrzydeł  szybował  nad  skałami  nie  był  metalowym 

latawcem, niebo straciło szary połysk i było błękitne, na zboczu góry skubała zieloną trawę sama...

A to co? Jadący  z  przeciwka  samochód stanął tarasując  drogę. Spostrzegła  lufy  broni maszynowej wystające, zza 

głazów. Gdzieś, jakby zza  gór; usłyszała  głos wzmocniony  elektroniczną  tubą. - Albakora!  Jesteś  otoczona!... Nie  masz 

szans, poddaj się!... - A więc taki będzie koniec, tu przerwie się ten jej film, nie  film, życie nie życie? W jednej sekundzie 

migały przed nią obrazy... Zabawy w szczęśliwym dzieciństwie, dostojna twarz ojca. Chłopak, z  którym kochała się po raz 

pierwszy... Szakale, szakale, szakale... Krety, kobiety na asfalcie w Segers...Magnus. Pędzący pod samochody wózek.

...Przerażona twarz Eleonory... Smutne, a jednak pogodne oblicze jej matki, prawdziwej ludzkiej matki... Koniec!

Chwyciła z koszyka owoc kiwi i pozorując odbezpieczenie granatu wyskoczyła z samochodu.

Zrobiło się jasno i zapadła ciemność. Słońce wschodziło powoli. Była w wielkiej przestrzeni...

Otworzyła  oczy, zobaczyła  okno  wypełnione  kratą.  Sen  to  był?  Czy  naprawdę  rozmawiała  z  prorokiem? Czuła 

wielki  spokój.  Ktoś  otworzył  drzwi,  zobaczyła  przed  nimi  strażnika.  Ruszył  jednostajny  ciąg  dni,  tygodni,  miesięcy, 

Ciężkie  rany zabliźniały się  powoli. Szpital był osobliwą, białą  klatką  ucieczki i spokoju. Przeliczyła  się, pozorując atak 

granatem, nie  zabili jej policjanci seriami, na  kamiennej drodze. Lekarze  w więziennym szpitalu, siostry zakonne, nawet 

salowe, wszyscy jakby solidarnie demonstrowali dystans do krwawej terrorystki. - To manekiny - myślała  - cóż oni wiedzą 

o rozterce matki nie matki. Teraz były dwie Marie Elwiry, ta która leżała ranna  i będzie sądzona i ta, która na to patrzyła  z 

Furmaga Lesław - GWAŁT

12 / 40

background image

zielonej łąki. Ona była tą drugą.

Opuściła  szpital. W więzieniu  traktowano ją  jakby była  uzbrojona  i miała  do  pomocy  oddział  zdeterminowanych 

bojowników, A  jej  ani śniło  się  uciekać  lub  podejmować  walkę.  Drzemała, na  zielonej łące, piła  wodę  z  przejrzystego 

źródła i cieszyło ją, że  mija  życie. Wreszcie  nadszedł proces. W śledztwie odpowiadała  na  wszelkie  pytania  twierdząco. 

Potwierdziła  zbrodnie,  które  dokonała  i  których  nie  dokonała.  Mówiła  tylko  o  sobie,  wszystkiemu  była  winna  ona  - 

Albakora i tylko Albakora. Ona stworzyła oddział, ona nim kierowała, ona była jego wodzem i wojskiem. Tylko ona jednak 

wiedziała, że naprawdę strzelała do ludzi jeden raz... w Segers.

... Nie liczyła  dni, tygodni, miesięcy. Przemijający czas stał się abstrakcją. Mijał jakby stał w miejscu, jakby mijał. 

To nie był czas jej, to był czas jakiś inny.

Przez salę sądową  przewijały się  widma. Były kobiety z  manifestacji. Był adwokat Eleonory Zadz. Rozpoznała  ją 

kasjerka z banku. Byli piloci i ochroniarz z samolotu. Potwierdziła wszystkie  zarzuty. Prokurator przedstawił ją jako winną 

zabójstw i okaleczeń, tą która targnęła się na państwo i prawo.

...Wyrok brzmiał 25 lat wiezienia. Ale to nie były jej lata, to były lata jakieś inne.

Od  czasu  wizyty  u  pustelnika  odczuwała  dziwny  dystans  do  świata  zewnętrznego.  Nie  była  już  drzewem  ani 

wilczycą, ale nie  była  jeszcze  pragnącym swojego  szczęścia  człowiekiem. W więziennym odosobnieniu doznała  łaski od 

Boga Stwórcy, który przecież nie mógł pomóc jednemu człowiekowi, bo jego dziełem był cały gatunek ludzki. A jednak w 

celi tkwiła jedynie  ciałem. Mijały dni, tygodnie, miesiące, lata... Od początku zgłaszała  to ciało do wszelkich więziennych 

robót, zmusiła  je, aby było  posłuszne  i pokorne. Sama  żyła  zupełnie  gdzie  indziej. Nawet ból  zęba  wydał jej się  obcy i 

niedotkliwy.  W  ten  sposób,  powoli  z  oporami,  ale  zyskiwała  sobie  sympatię  strażniczek,  lekarek,  kuratorek,  chyba 

wszystkich, z  którymi miała do  czynienia. Szczególne  miejsce zajęta  wśród współtowarzyszek skazanych. Załamane  dłu-

gorocznymi  wyrokami kobiety  znajdowały  u  niej, byłej krwawej Albakory,  pomoc  i  pociechę. Jakby  pustelnik  z  Carin 

przekazał  jej  nieco  swej  mocy.  Przez  pierwsze  lata  więziennej  pustki  nie  opuszczały  jej  wizje  rozbudzone  przez 

niezwykłego  proroka.  Do  czasu  spotkania  z  nim  budziła  się  w  nocy  zlana  potem. W  rękach  jej  pluł  śmiercią  stalowy 

przedmiot.

Strzelała  do  kobiet  w  Segers,  do  ruchomych  celów  na  pustyni  w  Libanie. Teraz  w  wizjach,  broń,  zanim  zadała 

śmierć, rozpadła się w pył... Śniła o rozwiewanych wiatrem czołgach i działach, pękających lotniskowcach, rozpadających 

się  fortecach...  zielonych  łąkach,  bardziej  i  bardziej  czystej  wodzie.  Owa  kojąca  wizja  towarzyszyła  jej  zamiast 

poprzednich snów upiornych. Znów uwierzyła w Boga, który naprawdę czuwa, a tylko jego obraz na swoje podobieństwo i 

na swój pożytek wykrzywili kapłani. Mijały dni, tygodnie, więzienne lata... Zerwała mosty wiodące  w przeszłość. Wydarta 

ze  swoich  instynktów,  bo  nie  można  powiedzieć  z  serca,  Magnusa,  zapomniała  o  miłości  i  nienawiści  do  ojca,  nie 

wspominała już matki. Napisała oświadczenie, że  w razie akcji terrorystycznej zmierzającej do uwolnienia jej w zamian za 

zakładników, nie opuści więzienia i nie powróci do „Armii". Przez całe lata jednak w więzieniu była jedynie Albakorą.

Kiedyś  w tamtym okresie  zgłosiła się  na  apel rodziców  dziecka  rannego w  zamachu terrorystycznym. Chodziło  o 

krew rzadkiej grupy. Ona właśnie miała taką. Rodzicie dziecka odmówili.

Kilka  lat  później  lekarz  przypomniał  jej  zdarzenie  z  odrzuconą  krwią  Albakory... Powiedział,  że  po  katastrofie 

potrzebna  jest  krew  jej  właśnie  grupy,  dla  małych  bliźniaczek.  Rodzice  dziewczynek  nic  nie  mają  przeciw  temu,  aby 

ratunek pochodził od niej, skoro  ona  chce  ten  ratunek przynieść. Jakiś bardziej dociekliwy  dziennikarz  zaczął  ponownie 

rozgrzebywać  sprawę  Albakory. Jego  artykuły  rzuciły nieco inne  światło na przebrzmiały  już postrach  lotnisk, banków i 

przechodniów z ulicy. Swego czasu prasa zachłystywała się sukcesem policji.

-   Albakora osaczona! Albakora schwytana! Największe  zwycięstwo oddziałów specjalnych!  Ząb  trzonowy  terroru 

wyrwany!

Istotnie, po rozbiciu ich grupy ustały brawurowe akcje, ale gdzie i do kogo strzelała osobiście Albakorą?.. Na  łamy 

prasy  powróciła  sprawa  jej  gwałtu,  uratowania  dziecka  na  ulicy, listu do parlamentarzystki.  Czytając  o  tym wszystkim 

miała wrażenie, że ktoś inspiruje  te artykuły, że  ktoś odkrył prawdę  i nie chce  zatrzymać jej wyłącznie dla  siebie. Kto to 

mógł być?

Pewnego  dnia  zapytano  ją,  czy  przyjmie  gościa  w  celi.  Jakaś  starsza  pani  zgłosiła  się  na  wizytę.  Strażniczka 

otworzyła drzwi i wtoczyła kobietę na wózku. Poznała przybyłą. Przeszłość uparcie wracała.

Ona nigdy nie chciała już, zobaczyć tej kobiety. Starsza pani uśmiechnęła się na swym wózku inwalidzkim.

-  Poznajesz  mnie.  Nazywam  się  Flora  Tokarsky.  Nie  mam  misji Armii  Zbawienia  ani  chęci  nawracania  cię  z 

jakiejkolwiek drogi. Przychodzę jak ktoś, kto zrozumiał więcej niż swoje nieszczęście.

- Pani tu? Pani do mnie ze słowami otuchy? Ten wózek... ten wózek, od tamtej pory?

- Tak, ale to nie ma znaczenia. Myślałam o tobie, musiałam przyjechać.

Ona  pomyślała  wtedy,  że  jest  coś  mocarnego  w  człowieku. Czy  bez  ducha  mogłaby  być  tak  wspaniała  jedynie 

ożywiona  materia? To była  kobieta z  krzyżykiem w ręce, na  pochodzie  w Segere, do której ona  strzelała. Cóż  mogło ją tu 

sprowadzić?

W celi zapanowała cisza. Pani uśmiechnęła się znowu.

-  Nie  zrezygnowałam z  walki o zahamowanie  zabójczych zabiegów, ale  przebywając  w wózku ciągle  rozmyślam. 

Dlaczego do mnie  strzelałaś? Byłam w  twoim  domu, rozmawiałam z  twoim ojcem i matką. Zrozumiałam, że  sprawa  ma 

kilka wymiarów. Wstrząsnął mną gwałt zorganizowany przez  was na  naszej działaczce, która potem też zwątpiła. Ludzkie 

macierzyństwo po  tym gwałcie  przerosło jej siły. Czuła  jedynie  odrazę  i  rozpacz. Pojechała  do Anglii, przerwała  ciążę. 

Nigdy już nie wróciła do równowagi - Flora umilkła.

-   Wybacz  mi -  powiedziała  Maria  Elwira. To czego doznała  Eleonora, nie  równało  się  nawet  z  potwornościami, 

które  ja  przeżyłam.  Potem  wszystko  co  miało  związek  z  płodem,  odczuwałam  jako  wdzieranie  się  we  mnie  kreta. 

Pozostawałam  w  szoku, z  którego  nikt mnie  nie  leczył.  Byłam osaczona,  zmuszono  mnie  do  urodzenia  i  wychowania 

Mangusa, ale to działo się w strefie katastrofy, która później nastąpiła - powiedziała Maria Elwira i umilkła.

Starsza pani ujęła obydwiema rękami jej dłoń, uścisnęła ją.

- Nazywam się Flora Tokarsky - powtórzyła. - Mów mi po prostu Flora. Wiem o tobie dużo - powiedziała z ciepłym 

uśmiechem. Maria  milczała. To  był  powrót  do  innego,  gorszego  niż  więzienny  świata,  nie  chciała  tam  wracać.  Flora 

patrzyła jej w oczy.

- Nie wolno wydzierać siłą i zabijać istot, które zaczęły już żyć. Ale uproszczenia prawd są gorsze od kłamstw. Kraj, 

z którego pochodzę przeżywa ciągle najazdy i niewole. Ojciec mój zginął w wojnie obronnej z sąsiadami z Zachodu, matkę 

Furmaga Lesław - GWAŁT

13 / 40

background image

zamordowali  ci ze  Wschodu. Siostrę  uprowadzono  gdzież  w  lodowe  tajgi. Zobaczyłyśmy  się  po  czterdziestu  latach, po 

moim wypadku, gdy  przyjechała  tutaj  zaopiekować  się  mną. Opowiadała  mi o  niewoli... sowieckiej. Prowadzili kobiety 

przez  zamarznięte  stepy do  syberyjskiego obozu. Po drodze  gwałcili je. Mieli szałasy, chleb, było u nich cieplej  niż  na 

mroźnym powietrzu. Wielka  jest wola  ratowania  życia. Młode  więźniarki  nie zawsze  stawiały  opór. Ale  jedna  nawet, za 

cenę  przetrwania,  broniła  się  przed  gwałtem.  Była  silna,  pogodna,  zdrowa  miała  szansę  przeżycia  katorgi.  Wreszcie 

dopadło  ją  kilku.  Na  drugi  dzień  droga  konwoju  wiodła  przez  jezioro.  Dziewczyna  skoczyła  do  przerębla  w  lodowatą 

wodę...

W tej chwili coś zachrobotało na więziennym korytarzu. Do celi zajrzała strażniczka.

- Wszystko w porządku? - zapytała wdzierając się w tę rozmowę obcym, ciałem. - Pora kończyć wizytę - dorzuciła i 

rygiel w drzwiach przesunął się znowu.

Flora  po  chwili  podjęła  przerwany  wątek.  -  Rodziców  straciłam  w  dzieciństwie,  syn  mój  i  córka  zginęli  w 

katastrofie lotniczej, mąż zginał od bomby podłożonej na ulicy w Beldown...

- A ciebie  okaleczyła  nawiedzona  terrorystka  -  powiedziała  głucho  Maria  Elwira.  Tamta  uśmiechnęła  się  w  swój 

ciepły sposób.

-  Przez  wiele  lat byłam pielęgniarką  w  prywatnej  klinice  -  mówiła  dalej Flora. - Asystowałam przy  przerywaniu 

ciąży. Było to w kraju, gdzie mimo wysokiej cywilizacji zabiegi traktowane  są jak higiena osobista. Codziennie widziałam 

różową krew.

Patrzyłam na  to  i narastał we  mnie  bunt. Widziałam te  dzieci  coraz  większe,  wpadłam w  obsesję,  kompleks mój 

narastał.  Czułam  się  katem.  -  W  czym  uczestniczysz?  -  pytałam  sama  siebie.  Zaczęły  nawiedzać  mnie  koszmary...  I 

przyszedł cios, moje  dzieci zginęły w rozbitym samolocie. Potraktowałam to  jako karę  bożą. Porzuciłam upiorną  klinikę. 

Uciekłam  do  kraju, w  którym  patrząc  na  lekarzy  i  szpital  nie  musiałam  utożsamiać  ich  z  zabójstwami,  przy  których 

asystowałam. Osiedliłam się  tu na  stałe. Kupiłam dom. Zaczęłam  nowe  życie. Ale  ten kraj ugościł mnie  bombą na ulicy, 

zabierając  mi  męża...  Wierzyłam  w  swoją  misję,  chciałam  odkupić  grzeszne  lata.  Twoje  strzały  przerwały  tę  wiarę. 

Pojechałam do proroka z Carin...

Powiedział, że byłaś u niego, że nie jesteś i nigdy nie byłaś Albakorą o jakiej pisano w gazetach. To przemieniona w 

przeciwną  energię,  zniewolona  natura  strzelała  w  Segers,  spiętrzona  woda, zrywająca  brzegi... Więc  gdzie  jest  racja?... 

Można pozwolić na wydzieranie z łona matki żyjące już istoty ludzkie? Nie czujesz Mario Elwiro? Tu jest dramat!

-  Ten  dramat,  to  mój  dramat  -  powiedziała  Maria.  -  Poznałam  go  jak  nic  na  świecie.  Floro.  Ludzie  tworzący 

modlitwy i prawa w imieniu Boga są butni.

Zapomnieli,  że  są  omylni.  Sami  ustanowili  dogmaty,  podpisali  pod  nim  Boga.  Skoro  mieli  już  prawdę  boską, 

zostawili w spokoju szczegóły. W tym co zrobił Bóg nie ma  takich pomyłek. Bóg nie nakazuje oceanom, by mieściły się w 

korytach  strumieni,  głazom,  żeby  rodziły  drzewa,  człowieczej  matce  z  sercem  do  miłowania  dzieci,  żeby  rodziła 

potomstwo szakali... Więc jeżeli Bóg wydaje się złoczyńcą, wiadomo, że kłamią kapłani.

Na lampie usiadła ćma. Była brunatno - aksamitna. Miała wielkie oczy.

- Masz towarzyszkę... - powiedziała Flora.

- Tak, to Liwia. Jest ze mnąjuż kilka dni.

- Liwia?

-Liwia, Tak ją nazwałam. Godzinami patrzymy na  siebie. Ona  podobna jest do mnie. Była gąsienicą, potem larwą, 

rozerwała kokon i wyrosły jej skrzydła w ostatnim przeobrażeniu.

Nie pobiera pokarmu. Żyje przeszłością. Flora  podjechała bliżej na  inwalidzkim wózku. Pocałowała  Marię Elwirę i 

uścisnęła jej rękę... A co powiedział pustelnik z Carin?

- Ołtarze to narzędzia władania. Bóg jeżeli jest, mieszka w człowieku, czuje się to wówczas sercem.

Strażniczka  wytoczyła  wózek  za  drzwi obite  blachą.  Flora  odjechała. Prawdziwy  Bóg pozostał. I  patrzyła  na  nią 

wielkimi oczami Liwia, ćma, która była larwą i kokonem, a umrze skrzydlata.

Morze  tej  jesieni było  płaskie.  O  świcie  mgła  leżała  przy burtach,  nieraz  unosiła  się  obłokiem, aż  do  horyzontu. 

Dzień przyniósł pracę. Rybacy twierdzą, że im mniejszy statek tym więcej na nim roboty. Prawda to szczera. Kuk na kutrze 

nie  powinien  mieć  czasu  na  nic  poza  garami  i  szczotką  -  to  także  stara  rybacka  prawda. Tak  było  też  z  Marią  Elwirą. 

Gotowała  zupę ze świeżego dorsza, prażyła  płatki ze śliwkami, myła  gary, szorowała podłogę w kam-buzie. Rozmyślała ta 

druga...

Tej nocy  był u  niej  Magnus. Miał  trzy lata. Kupiła  mu  latawiec  na  bardzo  długiej  żyłce. Unosił się  wysoko nad 

drzewami w zielonym parku, do którego chodzili jak dobra  matka  z miłym sercu dzieckiem. Biegała szybko po alejkach, 

żeby  latawiec  poszybował wraz  z  ptakami,  które  bały  się  go  jak  jastrzębia...  Nic  nie  działo  się  złego  tej  nocy.  Matka 

jaskółka  nie  była  przebita  drzazgą, a  jej pisklęta  rozdeptane  w krwawe plamy  z jasnożółtymi dziobami, Ale dlaczego oni 

wszyscy, po owym majstersztyku operacyjnym, jakim było porwanie  samolotu i uwolnienie więźniów, zostali wytropieni? 

Dalidę  zatrzymano w klasztornej celi, Otrzymała wyrok wieloletni. Nie  miała  w  tym więzieniu  swojego Boga, Nie  miała 

wizji rozpadającego się świata przemocy ze stali. Nie umiała być drzewem. Targnęła się tym razem na własne życie.

Presilę  schwytano  w  parku,  gdzie  ukryła  się  podczas  inwazji  policji  na  klasztor.  Też  była  ranna.  Otrzymała 

kilkanaście lat więzienia. Maria Elwira nie znała jej dalszego losu.

Sprawa  ich  klęski,  po  największym  sukcesie  została  wyjaśniona  dopiero  po  kilku  latach.  Czytając  w  więzieniu 

gazety, prawdę i nieprawdę o akcjach, którymi „kierowała", przeczytała  między wierszami także to, co nie było napisane... 

Bank dostarczył pieniądze jakich żądała. Były to używane  banknoty 20 - i 50 - dolarowe, ale ktoś z tamtej strony pomyślał 

o tych pieniądzach zanim stały się pilnie potrzebne. Spodziewając się kolejnej akcji z zakładnikami, w zamian za wysoki 

okup przygotowano pieniądze napromieniowane. Wystarczyło później poddać specjalnemu podświetleniu stosy banknotów 

z dziennych utargów, aby odnaleźć fosforyzujące papiery trefne, które w owym samolocie otrzymała.

Zainkasowała 2 mln dolarów, przeszło 2 tys. banknotów, przeszło 28 tys. nitek do kłębka ich kryjówek.

Policja  przy pomocy banku zaczęła  szybko wyłapywać  fosforyzujące 20 - i 50-dolarówki. Najpierw zlokalizowano 

wydającego je Terry'ego, potem któregoś ze strzelców. Pieniądze  pojawiły się  też  w malej osadzie u  wzgórza, na którym 

mieścił  się  klasztor. Szybko  ustalono,  że  pochodzą  one  od  sióstr  w  brązowych  habitach... Skok  na  samolot  okazał  się 

majstersztykiem szefa brygady antyterrorystycznej z Beldown, a nie Jassa i jej, Albakory... To były jednak już wydarzenia 

obce, jakby nie z jej życiorysu.

Otworzyła oczy, nie było gwiazd w skajlajcie, po metalowych prętach nad grubymi szybami hulał wiatr i przelewała 

Furmaga Lesław - GWAŁT

14 / 40

background image

się  woda.  W  kubryku  coś  uparcie  przewalało  się  z  burty  na  burtę.  Z  pokładu  dobiegały  pokrzykiwania  mężczyzn. 

Przypomniała  sobie, że  wieczorem radio  nadawało  komunikat o  sztormie.  Ubierała  się  powoli,  czując  w  swojej  klatce 

wzmagające się  szaleństwo morza. Maszyna chrapała, gdy kadłub ze  sterczącą  do góry rufą przepadał w rozpadlinach fal. 

Ruszyła do kambuza. Garnki i talerze  tkwiły w swoich przegrodach, grze-chocząc i podzwaniając w miejscu. Coś urwało 

się  z  uwięzi i turlało po  podłodze, szuflada  wypadła  do  połowy i  tak  sterczała. Maszyna  znów  zagdakała, jakby  chciała 

przerwać, dziób poszybował do góry i stał chwilę w miejscu. Na górze ktoś otworzył właz. Ryk sztormu wdarł się do kutra. 

Z góry chlusnęła woda. Graham zajrzał do kambuza.

-  Sztorm tężeje, trzymaj wszystko w kupie, bo się rozpełznie i będzie wojować w przechyłach.

Graham poszedł do swojej roboty. Ona  przysiadła  na jakiejś krawędzi, bo podłoga  uciekała, a potem uderzała  całą 

mocą w stopy, gdy zaczynała szybować do góry. Za  okrągłym bula-jem świt wstał mroczny jak na podbiegunowym kręgu. 

Światło w żarówce też było ciemne i mętne, chociaż maszyna wyła na wysokich obrotach.

Maria  Elwira  zapaliła gaz  pod kuchenką. Kardan  z czajnikiem na wahadłowym zawieszeniu latał niczem oszalały. 

Wiedziała, że ludzie muszą dostać gorącą kawę, herbatę, a później gęstą owsiankę.

-  Póki  normalnie  działa  kuchnia,  żegluga  jest  normalna  -  powiedział  Graham,  gdy  ostatnio  powiało  większym 

wiatrem.

Wzięła  czajnik  i  pobielałe  kubki.  Graham  stał  w  sterówce  za  kółkiem,  ludzie  przywiązani  linami  do  masztu  i 

relingów  walczyli ze  skrzynkami  na  rybę. Trzeba  było je  powiązać, przykryć  plandeką  i znowu  powiązać. Zerwane  ze 

sztapli  pudła, wiatr  porywał  i  unosił  za  burtę.  Głębokie  przechyły  rozwalały  z  trudem  ustawione  stosy.  Podała  kubek 

szyprowi. Na pokładzie duża skrzynka wyrwała się z rąk rybaka. Poszybowała do góry i wyrżnęła w szybę sterówki, która 

pękła  gwiaździstymi rysami. Graham zaklnął. Dziób zapadł w  rozpadlinę. Kawa wylała się na sterowe koło. Teraz morze 

przed dziobem było płaskie, bo fala  szła długa. Statek wspiął się  na nią powoli w  jednostajnym pomruku maszyny. Nagle 

urwała  się  woda  przed  dziobem. Śruba  wyszła  z  toni, zwolnione z oporu łopaty wirowały  ze  świstem. Coś  złego  było w 

tym łoskocie.

Kuter  zarył się, woda  poszła  wysoko  po pokładzie,  rozwalając  pryzmę  skrzyń,  którą  ludzie  kończyli już  wiązać. 

Teraz ciężkie, drewniane pudła sztormowały bez przeszkód po deku.

-    Skrzynki  za  burtę!  -  krzyczał  Graham  ze  sterówki.  Ktoś  miał  rozbitą  twarz,  krew  ciekła  mu  strugą  na 

pomarańczowy  kombinezon, inny  utykał na  nogę. Wyrzucali pudła  do  spienionego  morza. Nie  dało  się  ich powiązać  na 

takiej fali. Stanowiły groźną płaszczyznę, jak źle ustawiony żagiel... Maszyna znowu krztusiła się i przerywała. Kuter zarył 

się,  a  polem  wynurzył  wysoko.  Sztormowy  taniec  trwał,  godziny  mijały,  zaczął  zacinać  deszcz  i  zrobiło  się  ciemno. 

Zapadła noc. Prognozy zapowiadały tężenie wichury i porwiste szkwały...

Maria  walczyła  z  naczyniami, - ugotowała owsiankę, która  wylewała  się  z  kubków, gdy  sięgali po  nią  rybacy. Do 

wieczora  nic  się  jednak nie  stało  statkowi i  ludziom. Graham, wyznaczył sztormowe  wachty. Marii kazał  iść  spać, żeby 

wypoczęła, bo  nazajutrz  mogło być  gorzej. Poszła  do swojej dziury, gdzie  oprócz  koi i szafki były  tylko  stalowe  szoty, 

wibrujące teraz  aż  do bólu zębów, Trudno było spać w takim huku. Po skajlajcie  coraz częściej przelewała się  woda. Fala 

widocznie stale gościła na pokładzie. Maria Elwira zapadła w bezruch, tkwiła półleżąc w wąskiej koi. Usnęła, ale nie był to 

sen...  Mary, widziadła, powroty... Szczęśliwe  dzieciństwo, dom  nabożny, w  którym nie  można  było śmiać  się  w  piątki, 

krzyczeć  i po prostu jeść, tylko spożywać  dary boże, był jednak najlepszym miejscem na  świecie, Pewnie  był taki przez 

ciepły  uśmiech  matki i jej zawsze  życzliwe  milczenie. Młodość, szkoła, teatr  amatorski, żaglówka  klubowa  w  przystani; 

Edgar i pierwsza miłość... To był świat, który trwał krótki, ale był. Był kiedyś. I pojawili się szakale. Kret! Ból, niepojęty w 

swym  rozmiarze  wstręt,  przerażenie,  rozpacz,  epileptyczne  zaćmienie  mózgu. A  Magnus!  Magnus  zwyczajne  dziecko. 

Tylko  wargi...  i oczy... Oczy takie  same  jak... jak...  Przebudziła  się  ze  snu nie  snu, mary  nie  mary. Kuter.. zlatywał.. ze 

szczytów  w  przepaścike. Maszyna  wyła,  to  znów  niemal  milkła  w  zależności  od  ataku  morza. Z  pokładu  dochodziły 

nawoływania ciągle walczących z żywiołem mężczyzn, Nagły głębszy niż inne przechył omal nie wyrzucił jej z koi. Leżała 

za  wysoką deską, która nie pozwoliła na wypadnięcie. Ci w sztormiarkach na górze nie mieli czasu na przeszłość, walczyli 

o przetrwanie teraz. Do niej wracały upiory... Magnus... czy musiało tak potoczyć się jego życie. Będąc w więzieniu czytała 

w  gazetach  o  najemnej  bandzie,  która  stawała  się  coraz  bardziej  głośna.  Przewodził  jej  młody  człowiek,  ciągle  nie 

rozpoznany przez policję. Nie znane było nazwisko ni pochodzenie bandyty.

W Beldown uprowadzono  dwoje dzieci, brata i siostrę. Rodzice zawiadomili policję. Dzieci znaleziono rozerwane 

granatem. Podobny przypadek zdarzył się w Danii. Okoliczności zabójstwa dwóch dziesięcioletnich bliźniaczek były takie 

same.  Bandyci  czekali  na  okup  dokładnie  tak  długo  jak  zapowiedzieli  przez  telefon,  potem  w  ziemiance,  gdzie 

przetrzymywali dziewczynki zdetonowali plastik. W Anglii, w podobny sposób zostało, zamordowanych dwóch chłopców, 

chociaż  ich  rodzice  przygotowali  okup.  Następnie  ucichły  wieści  o  działalności  strasznej  grupy,  ale  nie  dlatego,  że 

zaprzestała  ona  swojego  procederu. Po  prostu  wszystko  odbywało  się  już  bardzo  po  cichu.  Przerażeni  rodzice  spełniali 

dyskretnie  polecenia  porywaczy,  które  przeważnie  przekraczały  ich  możliwości. Pod  bandę  poczęli  podszywać  się  inni 

porywacze.  Rozpoczął  się  kidnapingowy horror. Potem  zaczęły ginąć  młode  kobiety. Kilka  dni po  ślubie  lub  urodzeniu 

dziecka... „Szczur" - szef  grupy po każdej akcji zostawiał trupy. Zabijał kasjerki i jubilerów, polityków i przedsiębiorców. 

Wiele  wskazywało,  że  w  morderstwach  tych  nie  chodzi  nawet  o  terror.  „Szczur"  prawdopodobnie  był  psychopatą, 

niezwykłym  zboczeńcem,  mordercą.  Napady,  które  organizował,  były  j  ednak  przeprowadzane  bezbłędnie.  Po  jakimś 

czasie  banda  wymyśliła  nową okropność. Porywano  znane osoby. Do  czasu wykupienia  ofiar, torturowano je, przesyłając 

taśmy magnetowidowe z nagraniami tych zbrodni rodzinom, z żądaniami ciągle podwyższonego okupu. Chwilami myślała, 

że  gdy  wyjdzie  z  więzienia  nawiąże  kontakt  z  organizacją,  aby  rozszyfrować  tę  bandę  i  rozbić  ją  od  wewnątrz. 

Wspomnienia jednak z okresu, gdy była Albakorą należały do tych, które starannie odpędzała.

A  Magnus? No  właśnie. Wiadomość  o  jego  śmierci  przeżyta  nadspodziewanie  głęboko. Od chwili  gdy  się  o  tej 

śmierci dowiedziała, z  dnia  na  dzień,  z  roku  na  rok  pomniejszały  się  złe  wspomnienia  związane  z  chłopcem.  Narastał 

wyrzut, że była  złą matką, bolała ją świadomość, że już  nie da  się  nic zrobić, że  wszystko co związane było z  dzieckiem, 

skończyło  się  na  zawsze.  Okaleczyła  Magnusa  najpierw  strasznymi  myślami...  Czy  mogło  prawidłowo  rozwijać  się 

dziecko, w  którym ciągle widziała  upiora? Okaleczyła  go później fizycznie, tracąc  panowanie  nad  sobą, gdy jej walka  o 

normalne  macierzyństwo  została  przegrana... Byt czas, gdy przestały ją  dręczyć  wspomnienia  szakali  i gwałtu. Był taki 

czas... Śmierć Magnusa stała się dla niej końcem przeszłości, ale przeszłość nie chciała umierać.

Los  zakpił  z  niej  jeszcze  raz.  Z  więzienia  powróciła  do  domu  rodzinnego,  który  od  śmierci  rodziców  był  nie 

zamieszkany.

Furmaga Lesław - GWAŁT

15 / 40

background image

...Wówczas  w  nocy  zobaczyła  Hydego,  który - mimo iż  dosięgła  go ręka  sprawiedliwości  stanął  przed  nią  cały  i 

zdrowy jak wilkołak, którego zabito, ale nie rozerwano mu serca, więc zmartwychwstał.

Potwór śmiał się wąskimi jak dżdżownice wargami, i był olbrzymi jak wówczas... Za nim przy drzwiach majaczył 

inny upiór. Nie była już Albakorą, nie rzuciła się na bandytów.

- Poznajesz mnie, mamuśka? - zaśmiał się Hyde, - Magnus jestem, twój syn. Myślałam, że Albakora jest dzielna, a 

ty mdlejesz na widok dziecka, które wstało z grobu, żeby powitać rodzicielkę?

- Magnus?!... Ty żyjesz? - usłyszała swój zdławiony głos. Nie wie jaki skurcz chwycił ją wówczas. Radość to była?

- Witamy panią  w domu -powiedział, ten przy drzwiach. - Droga do nas otwarta. On -wskazał na  Magnusa  - udaje 

trupa, bo tak mu łatwiej żyć.

-  Poznajcie  się,  to  Gass,  żołnierz  wolności,  a  ty  -  Magnus  podszedł  bliżej  -  podobno  jesteś  już  zdarta,  ale 

przyjmujemy cię. Mamy tu magazyn z zabawkami. Piśniesz, - wiesz co cię czeka.

Następnego dnia przyszedł do jej pokoju sam.

- Chcę, żebyś tu mieszkała. Będziesz kryć arsenał.

Robotę też jakąś dostaniesz, ale jak mi się coś nie spodoba, zginiesz w przeręblu, wściekła suko...

Uniósł rękę, zacisnął pięść i zdzielił ją jak boksera w ringu. Upadła. Kopnął ją. Patrzyła do góry. Coś musiało być w 

jej spojrzeniu, bo zatrzymał nogę w rozmachu do następnego ciosu. Twarz miał wydłużoną jak hiena. To nie był Hyde, to 

był jej syn, pomiot szakali, Magnus.

Zerwała  się  susem opanowanym w Libanie. Chwyciła  oburącz  ciężkie  dębowe  krzesło. Wywinęła  nim nad głową 

szakala i zdzieliła go w nogi. Bandyta z rozmachem zwalił się na  ziemię. Oparła nogę krzesła  o jego szyję. Nie spodziewał 

się takiego ataku. - Albakora?! No, jeszcze umiesz się ruszać jak trzeba. Musisz trenować. Przyjmę cię na próbę - bełkotał z 

podłogi. Odstawiła krzesło na bok.

Poszedł, utykając na nogę, w którą oberwał. Ale  ona wiedziała, że ma do wyboru walkę lub katorgę. Jej niepokorna 

natura wybrała to pierwsze. Drugiego dnia rano zeszła do sutereny i piwnicy. Na dole w starym mieszkaniu nocnego stróża 

były stalowe  drzwi. Pamiętała, że  pod krokwią  dachu dziadek, a później ojciec, trzymał pęk zapasowych kluczy. Minęły 

lata, pomarli ludzie, ale  klucze tam zostały Otworzyła  metalowe  wrota. Był to arsenał i skład zrabowanych kosztowności. 

Wzięła  kilka  granatów  i  pistolet  maszynowy,  broń  z  którą  dobrze  zapoznała  się  w  Libanie.  Zatarła  ślady  pobytu. 

Przypomniało  jej  się, że  dziadek  marynarz  w  kilku pomieszczeniach  dla  służby miał zainstalowane  tuby  głosowe,  jakie 

były powszechne wówczas na statkach. Jeden z przewodów „telefonicznych" biegł właśnie z pomieszczenia nocnego stróża 

do  gabinetu  dziadka, a  później ojca. Znalazła  za  starą  kanapą  głosowe  wejścia. Przewody rurowe  zatkane  byty  korkami 

oprawionymi w  mosiężne  uchwyty. Wyjęła  je  i  zabrała  wraz  z  bronią. W pokoju  skonstruowała  urządzenie  takie  jak  w 

porywanych samolotach i czekała.

Prymitywny, ale doskonale działający przewód głosowy w apartamencie  ojca przemówił. Pobiegł nim do góry hałas 

układanych skrzyń, szczęk metalu i strzępy rozmowy.

- Jeżeli nie rozbijemy Sycylijczyka, przegramy.

- Trzeba najpierw załatwić tę sukę na górze, - To był głos Magnusa.

- Wybiła ci oko, chcesz zemsty? - pytał drugi bandyta.

- Tacy, załatwili ją raz. Gryzła i oberwała. Z tego ja się urodziłem. Dziadek i ksiądz kazali, żeby mnie kochała, więc 

dostała pierdolca. Jeździła ze mną do parku, kupowała zabawki, ale zawsze od niej wiało trupim jadem.

- Patrzcie, „Szczur" boi się mamy - zaśmiał się tamten.

Zdrętwiała. Więc  nie  rozpoznanym kidnaperem i mordercą  był Magnus?!... Doznała  zaćmienia  jak wówczas, gdy 

zobaczyła na strychu rozdartą kotkę. W tubach chwilę panowała cisza.

- A ty pamiętasz swoich? - zapytał Magnus.

- Ja? - roześmiał się Gass. - Mój stary jest inżynierem.

Budował  mosty. Wie, że  strzelam i  podkładam  plastik. Jak  miał  pięćdziesiąt  lat,  upatrzył  sobie  dwudziestolenią 

kurwę w kabarecie. Ożenił się  z nią. Ja urodziłem się  i byłem dzieckiem miłości. Tyle, że ta dziwka  rypała się z iluzjonistą 

w  cyrku. No i ja  byłem, dzieckiem miłości, ale  tego cyrkowca  i mamy  tancerki. Ona  spała  też  z  innymi  ale  stary  kiedy 

przyleciał z Kalifornii złapał w kojce na łodzi maga. Masz trochę whisky? - przerwał opowieść Gass.

Po chwili rozmowa  potoczyła  się  dalej. Wydało  się, że  jestem  skurwysynkiem.  Przyszywany  tatuś  przestał  mnie 

kąpać w mleku. Z kurwą, dogadał się w łóżku. A cały jad przelał na mnie. Słyszałem ich rozmowy o cyrkowym bękarcie. 

Zabrałem świecidła z  sejfu, forsę  i ruszyłem w mgłę. Nie  szukali mnie, byli zadowoleni, że prysnąłem. Ja  nie mam matki 

Albakory i ojca sławnego strzelca najemnego.

- Wszystko gnój... - skomentował Magnus. Chlupnęła whisky, któryś z bandytów się zakrztusił.

- Po co one nas rodziły... - powiedział Gass.

- Musiały. Zauważyłeś, jak te, których dopadniemy, boją się brzucha.

- Najlepszy bajer, że zrobimy im dzidziusia, wtedy dają  dobrze, podziękować  Bogu jak zrobimy swoje, dalej ksiądz 

i  policjant  dopilnują, żeby  urodziły. Ratunek  widzą  w  nas, że  jak  będą  dobre, to  im  nie  zrobimy  terrorysty  -  śmiał  się 

Magnus.

Przymknęła  oczy,  przygryzła  usta,  minęło  ćwierć  wieku,  ale  pamiętała  ten  ton  jakby  zdarzenia  w  piwnicy 

rozwalonego domu działy się dzisiaj. Głos Magnusa, bełkotliwy, z domieszką  cynicznej maniery, dudniący w przewodach 

akustycznych, był głosem Hydego.

- Mam pomysł - powiedział - pogawędzimy z Albakorą na górze.

Chwilę  trwała cisza. Tuby starego urządzenia zamilkły. W ową pustkę wdarł się śmiech Hydego - taki jak wówczas. 

Odgłosy dobiegające ze stróżówki wskazywały, że bandyci szykują się do wyjścia. Odbezpieczyła granaty i powiesiła je na 

haczykach. Przebrała  się w  panterkę. Odbezpieczyła  pistolet, stanęła  przy ścianie. Zgasiła światło. Do  mrocznego pokoju 

weszło dwóch ludzi.

- Zapal lampę - warknął Magnus.

- Ja widzę po ciemku - powiedziała spokojnie.

Któryś ze zbirów odnalazł i przycisnął włącznik. Jasny blask oślepił bandytów. Zaraz jednak zauważyli wiszące na 

bloczkach granaty. Ten drugi wodził lufą pistoletu po pokoju.

-  Wejdźcie  dalej chłopcy... -  powiedziała  niemal  ciepło.  Obaj jak  na  komendę  zwrócili  się  do  niej. Natychmiast 

zrozumieli  sens  urządzenia  połączonego  z  jej  ramieniem.  Stała  na  szeroko  rozstawionych  nogach.  Trzymała  broń 

Furmaga Lesław - GWAŁT

16 / 40

background image

skierowaną na szakali.

- Nie  zgłosiłam w „Armii", że  tu jest Szczur, bo jutro zjadłyby was ryby. Ty gówniarzu, odłóż  pistolet, a ty bat, bo 

wam podziurawię kolana.

- Albakora...? - wyseplenił ten niższy.

Magnus  zrobił  krok  w jej kierunku, był blisko. Rzuciła  okiem na  muszkę  automatu, i bat w  jego ręku. Nacisnęła 

spust. Huk trzech wystrzałów wypełnił cichy dom. Gruby nahaj ułamał się  tuż przy dłoniach bandyty i zwisał na włóknach 

ku ziemi. Odłóż to - warknęła do drugiego szakala, kierując lufę na pistolet w jego ręce. Bandyta położył broń na stole.

-   Kompromitujecie  ideę walki terrorystycznej, dlatego zginiecie  pod knutem. I  jeszcze  jedno, gdybym  o zwykłej 

godzinie  nie  zgłosiła hasła, mój list z  danymi, kim jest Szczur  i gdzie  was szukać  zostanie  doręczony do bojówki. Lepiej 

więc, żebym żyła, prawda?

- Suka - warknął Magnus. - Z policją sobie poradzicie, z „Armią" na pewno nie - dodała Albakora.

Jej aktorstwo znów odniosło sukces. Jadowity grymas wykrzywił twarz młodego Hyde'a,

- Wygrałaś - bandyta uniósł ręce do góry. Drugi zbir uczynił ten sam gest.

- Gratuluję pani, Magnus powinien być dumny...

- Śmierdzi od was wódką- powiedziała z obrzydzeniem. Bandyci powoli ruszyli ku drzwiom.

...Sen nie  sen, mara nie mara, przeszłość  zmieszała się  w niej z  kutrową  ciszą  i sztormem. Tkwiła  w ciemnościach 

daleka i bliska sprawom sprzed lat i ostatnim wydarzeniom. Była daleko od  korabia  podrzucanego coraz  wyżej i mocniej 

falami  lecącymi  z  czarnej  otchłani...  Magnus  z  latawcem  na  kolorowym  sznureczku...  Mamo,  ja  chce  oranżady,  chcę 

galaretkę  z  pomarańczami... Masz, synku, ta  jest ananasowa, jeszcze  lepsza... Chodź  do mnie, mama  włoży  ci płaszczyk, 

zrobiło  się  zimno... Dziecko  jak dziecko, matka  jak matka... Gdzie jest więc ciemność, gdzie  jasność, gdzie  Bóg  w  tym 

wszystkim?...  Bóg  jest  dla  całej  ludzkości,  nie  dla  jednego  Magnusa,  czy  jednej Marii  Elwiry... A prawda  o  gwałcie  i 

macierzyństwie? Może być  większa  zbrodnia  i tortura, bardziej makabryczny horror niż  nakaz trwania w  oczekiwaniu na 

narodziny bestii z własnego ciała?... Jeżeli Bóg wydaje się głupcem i złoczyńcą wiadomo, że kłamią kapłani...

Ale co to? Stała się dziwna cisza. Ryk morza i huk fal zdawały się też być ciszą. Wyrwana ze świata rzeczywistości, 

dalekiej od morza  i ziemi zrozumiała, że  na miotanym sztormem statku zamilkła maszyna. Rybacy mówili, że  gdy tak się 

stanie, łoskot sztormu pogłębia jedynie  ciszę, która  niebawem przyjdzie. Teraz  statek stawał dęba  i walił się w rozpadliny 

morza jakoś bardziej gwałtownie. To fale obróciły korab burtą i bijąc  w bok, robiły sobie z niego igraszkę. Pokrzykiwania 

mężczyzn umilkły. Cisza  była groźna. Coś zastukało na  wąskim korytarzu. Ktoś otworzył drzwi. W świetle mdłej lampki 

stal Graham Barents, w ręku trzymał pomarańczowy kombinezon, sam był w kufajce i filcowych butach.

- Ubieraj to Maria, łożysko poszło na wale. Robimy, ale sztorm wieje na rafy, może trzeba będzie opuścić pudło.

- To jest twoje ubranie powiedziała usiłując stanąć na uciekającej w bok podłodze. -Nie dyskutuj Maria!

- Ja mam kapok - nie ustępowała.

-  Wkładaj kombinezon i  wychodź  do sterówki! - podniósł  głos  szyper, rzucił ubranie  na  koję  i wyszedł. Lampka 

elektryczna  nie  dawała  światła, usiłowała  zapalić  nietoperza, udało się  wreszcie. Czerwonawe  refleksy  rozpełzły  się  po 

ciemnych  kątach.  Zauważyła,  że  z  pootwieranych  szafek  rzeczy  wypadły  na  podłogę  i  tańczyły,  wraz  z  przechyłami 

kadłuba. Siedziała  na koi zaparta nogami w podłogę. Powoli powracała do czasu teraźniejszego i kutrowej rzeczywistości. 

Rybacy  mieli  ubrania  specjalne, które  w  razie  zmycia  za  burtę  zabezpieczały ich  przed  utonięciem. Szyper  nie  powinien 

zabrać jej w morze bez podobnego sprzętu. Awaria maszyny w sztormie to złamane skrzydło ptaka w locie.

...Graham Barents oddał jej swój kombinezon. Miał żonę i troje dzieci... Utrzymywał tę  rodzinę. Ona była  Liwią, 

ćmą w ostatnim przeobrażeniu, która żyła jedynie przeszłością.

Może  prawdziwy  Bóg  wysłuchał  modlitwy,  zesłał  ten  sztorm  i  zatrzymał  bieg  maszyny.  Ale  Bóg  pobudził  też 

poczucie obowiązku Barentsa Grahama...

-  Włóż  kombinezon  Mario -  to polecenie  szypra. Graham nie  ustąpi. O  ile  trzeba  będzie  opuścić  kuter,  Graham 

zamarznie w kufajce, jak dziesiątki innych rybaków w takiej sytuacji. Ona spotka w porcie  jego żonę, spojrzy w oczy jego 

dzieciom... Co w nich zobaczy?... Nie. Tak się nie  stanie! Myśl jej była  chłodna. Włożyła  ubranie, nie  zapinając zamków. 

Wyszła  do sterówki. Młody Albert Wadlelgh stał przy sterze, obracał kółkiem jak dziecinną zabawką. Statek pozbawiony 

zdolności manewrowej nie reagował na sterowanie. Rybak był w szczelnie zapiętym kombinezonie.

-  Zaciągnij zamki i  przyklep rzepy -  powiedział  patrząc  na  nią. -  Widzisz  co  się  robi, w  każdej chwili może  być 

wywrotka... Kuter sztormował burtą. Olbrzymie fala obracały go rufą do swych taranów i wówczas tony wody zwalały się 

na  pokład. Kadłub niemal wyginał się pod ich ciężarem. Pawęż  znikała  pod kipielą, a dziób wędrował do  góry, by potem 

runąć w przepaść między nagle ustępującymi górami wodnymi.

-  Czy  szyper ma  drugi kombinezon? -  zapytała  przekrzykując  łoskot morza. Rybak  za  sterem  milczał. W słabym 

blasku lampki widziała jego twarz. Nie  było odpowiedzi na je pytanie. Zrozumiała. Ruszyła w dół po metalowej drabince, 

gdzie trzej ludzie usiłowali uruchomić mechanizm.

W czeluści kutra  widać  było nieruchomy kadłub maszyny  i przyssane  do niego sylwetki. Panowała cisza. Czasem 

brzęknął klucz  lub  padło  słowo,  też  jakby  z  metalu. Stała,  patrzyła.  Zdawało  się, że  ci  ludzie  nie  czują, chwiejby,  nie 

podlegają prawom grawitacji, bo wyzwolili się z ludzkiego ciężaru.

Graham zauważył ją.

- Maria, przywołaj Irwina!

Ruszyła do  góry. Oni robili tę  maszynę, padali, wstawali i robili... Pomieszczenie  było zbyt małe  dla czterech, nie 

mieściło się osiem rąk na bloku. Graham kolejno wysyłał rybaków, żeby pospali dwie godziny od razu... Drzwi do kubryka 

byty otwarte. Opierając się rękami o szoty w korytarzu, dotarła do nich. Irwin Hudson klęczał. Oburącz obejmował pilers, 

aby nie zjeżdżać w nurkujące  kąty. Nie zauważył jej. Jego usta  poruszały się, patrzył daleko, rozmawiał z. Bogiem. Modlił 

się  żarliwie.  Wierzył  w  tę  modlitwę,  była  jego  nadzieją. Podeszła,  dotknęła  ramienia  rybaka. Spojrzał  na  nią. Na  jego 

twarzy nie było przerażenia, była modlitwa.

- Irwin, szyper woła.

- Yes, Maria. Módl się do Boga, w nim nadzieja.

Poszedł  Irwin. Uklękła, objęła  oburącz  pilers, gdyż  tylko  tak  można  było utrzymać  równowagę. Oparła  głowę  o 

mocne  drzewce...  Bóg  jest  stwórcą  całej ludzkości, nie  kilku  ludzi  na  okaleczonym  statku  w  sztormie...Ale, oni  widzą 

swojego  Pana, gdy pochyla  się w wielkiej przestrzeni i trzyma  zbawczą rękę  nad  oceanem. Bóg jest w  tobie. W nich był 

Bóg, a więc był w ogóle.

Furmaga Lesław - GWAŁT

17 / 40

background image

...Panie uratuj ten statek, uratuj ludzi, niech wrócą do domów nad laguną, zasiądą do wieczerzy z żonami i dziećmi... 

Spraw, aby znowu nie pojawiły się w osadzie kobiety ubrane na czarno... Usta jej poruszały się, słowa były głośne. Umilkła 

nagle. Ocknęła  się  z  modlitwy  i  wiary. Wstała, ruszyła  do  sterówki, w  której  wiatr  huczał i  kłębiły  się  kropelki  wody. 

Rybak stał przy sterze, chociaż statek steru nie słuchał. Dniało, ciemność ustępowała jasności.

Świt wstawał mroczny, słońce  zasłaniały  fale,  woda  mieszała  się  z  powietrzem.  Rybak  patrzył  przez  lornetę  na 

zachód, tam były skały. Stanęła znów na drabince. W metalowym łuku wyścig, trwał. Kilkudziesięciokilogramowa głowica 

wahała się na  łańcuchach nad ludźmi. Rozbebeszona maszyna, jak rozkrajany brzuch wieloryba, pokazywała wnętrzności. 

Rybacy  z  kluczami w  rękach  tańczyli nad mechanicznym tworem, który  należało  wyrwać  z  martwoty... Czy realne  było 

naprawienie  tego mechanizmu  w takich  warunkach. Może, ale najpierw potrzebna była wiara. Graham i jego ludzie  mieli 

ją.  Sztorm  szalał,  łożysko  było  już;  zmienione,  należało  teraz  zmontować  rozebraną  maszynę,  na  wyścigi  z  wichurą  i 

śmiercią. Gdy ukażą się kamienne  kły, w mechanizmie musi tętnić życie. Pierwsze uderzenie kutra o kamień przerwie jego 

istnienie. Morze nie uznaje kompromisów, jego terminy są święte.

Graham wygrzebał się z czeluści, wtoczył zmęczony i brudny do sterówki. Popatrzył na niebo zasnute chmurami.

- W Bogu nadzieja, zdążymy, a jeżeli nie  zapniesz  kombinezonu  i skoczysz do  wody jak wszyscy. Mamy ponton, 

poczekamy na ratunek.

Milczała. Graham popatrzył na nią uważnie.

- Ty coś kombinujesz, Maria.

-    Słuchaj, Graham  -  powiedziała  żarliwie  -  masz  rodzinę, ja  nie  mam  do  kogo  wracać.  Moje  życie  już  dawno 

skończone. Nie skorzystam z twojego ubrania...

Szyper postąpił do przodu, krew nabiegła mu do twarzy.

-  Zamilcz!  -  powiedział przez  zęby.  -  Nie  wiesz  co  mówisz, kobieto!  Będę  ratować  się  do  końca, ale  w  sposób 

godny.  Gdybym  przeżył utratę  statku,  a  jeden  człowiek  zginąłby  z  braku  ubrania, byłbym  trupem  bardziej niż  ten, kto 

utonął. Ja  tego  ubrania  nie  dotknę, chociażby puste  poszło  ze  statkiem  na  dno. Szyprowi nie  wystarczy uratować  życia, 

musi uratować jeszcze coś ważniejszego... Od tego nie ma ucieczki.

Spuściła głowę. Wiedziała, że od praw jakimi kierował się Graham nie było odwołania.

...A kim był Graham Barents, dla Marii Elwiry? Ojcem chrzestnym? Nie, właśnie ojcem chrzestnym nie był.

Urodziła się w  dniu, gdy Graham Barents kupił pierwszą  łódź rybacką, wypłynął na  morze  i przywiózł pełne  lasty 

połowu. Przedtem był w ich domu i przyniósł kwiaty dla  matki. Długo  patrzył na nowo urodzoną, dotknął jej czoła. Coś 

mruczał. Potem twierdził, że, ta malutka przyniosła mu szczęście... Graham był dalekim krewnym matki. Podobno pomagał 

jej, gdy się  uczyła, dał jakieś  pieniądze  na  szkolę. No i matka, chciała, żeby został chrzestnym Marii  Elwiry. Ojciec  nie 

bardzo  był  z  tego  zadowolony.  Rybak?  Cóż  to  za  splendor  dla  urzędnika  bankowego. Graham  szczerze  radował  się  z 

zaszczytu, ale  chyba  więcej z  dziwnej  miłości do  maleństwa.  Nie  miał wówczas  jeszcze  własnych  dzieci.  Uszył  sobie 

garnitur, kupił  prezent z  litego  złota... Ale  szef  ojca  w  banku  powiedział, że  takie  piękne  dziecko  trzymać  do  chrztu to 

wielka przyjemność... Wbrew woli matki, ojciec przeprosił Grahama Barentsa. Coś wymyślił śmiesznego. Nie musiało być 

mądre dla rybaka bez szkół prawie, takiego, który chodzi swoimi ścieżkami.

W dniu jej chrztu Graham Barents wypłynął na morze, chociaż  dostąpił zaszczytu i był zaproszony na  uroczystość 

kościelną i przyjęcie w domu. Złoty łańcuszek przysłał przez brata i długo nie  pokazywał się u Tellierów. Potem kilka razy 

odwiedził matkę. Na weselu rybaka też była tylko matka.

Gdy  ją,  Elwirę,  spotkało  nieszczęście,  przyszedł  kilka  razy  do  szpitala.  Później  podobno  wyzwał  ojca  od 

szubrawców za to, że  godzi się  na przymus rodzenia  przez  Marię  dziecka wbrew jej woli. Następnie  pojawił się u niej w 

więzieniu...

Teraz poszła do kambuza, usiłowała ustawić czajnik na  rozbieganym kardanie. Trzeba  było podać coś ciepłego tym 

przy rozgrzebanej maszynie. Naczynia, zapałki, nóż, wszystko uciekało jej z rąk.

W tym huku i ciszy rozległ się głos dzwonu, przenikliwy, nagły, chociaż spodziewany, to jednak zaskakujący.

Ruszyła do sterówki. Graham patrzył na zachód, spojrzała tam także. Daleko za kipielą szczerzyły się smocze zęby. 

Skaliste wybrzeże ni to rafy, ni wyspy, było o milę, może dwie, prosto na kursie dryfu, niesionego sztormem statku.

Przedłużyć  łańcuchy  w  obydwu  kotwicach!  krzyknął  Graham  do  ludzi  dokręcających  śruby  na  głowicy  silnika. 

Teraz liczyła się każda sekunda. Graham stanął przy niewładnym sterze. Dwaj rybacy zostali w maszynowni, dwaj czołgali 

się do kotwicznego luku, zaraz potem przywiązani do masztu i relingów, zataczając się i przewracając na chwiejbie ciągnęli 

ciężkie łańcuchy. Ktoś przyniósł potężne szekle... Każdy dodatkowy metr uwięzi zwiększał szansę statku i ludzi. Rozumieli 

to. Robota przy maszynie i kotwicy była czepianiem się pazurami krawędzi, gdy nogi zgubiły oparcie.

Skały rosły, było widać ich stopnie. Woda biła o granitowe kły. Zderzenie wydawało się nieuniknione.

-  Obydwie kotwice przygotowane! - zameldował rybak z pokładu, łańcuch musiał przygnieść mu rękę, krew kapała 

z niej obficie. Maria Elwira pociągnęła go do kubryka, obmyła ranę, sięgnęła do apteczki, założyła opatrunek.

Skały zbliżyły się bardzo Kuter wzlatywał ponad ich taras i przepadał w toń, niżej niż leżały głazy.

-  Prawa  kotwica  do  morza!  -  krzyknął  szyper.  Przez  łoskot  wody  na  kamieniach  i  huk  wichury,  przedarł  się 

metaliczny zgrzyt i głośny grzechot łańcucha. Zdawało się, że nastała cisza. Każdy, kto był niesiony niewładnym statkiem, 

widział jak marynarze rzucają w toń stalowe haki, doznał nadziei. Nadziei, niczego więcej. Bo czym jest nadzieja? Kotwica 

jak  modlitwa...  Czy  będzie  wysłuchana?  Czy  Bóg  zechce  wysłuchać  żarliwych  próśb  jednego  człowieka, jednej  załogi 

ginącego korabia, jednej matki o  zdrowie dziecka? ...Czy  łańcuchy sięgną  dna, czy może  toń jest zbyt głęboka, czy haki 

znajdą opór o który będą mogły zaczepić swe zęby, by przytrzymać statek przed rozbiciem? Czy wreszcie uwięź wytrzyma 

pierwsze szarpnięcie?... Kotwica to tylko nadzieja.

Na  kutrze  miotanym sztormem, gdy  tuż  było  do granitu, zostały  rzucona  kotwice,  jak  słowa  żarliwej  modlitwy. 

Zdawało  się,  że  nastała  cisza,  ludzie  zamarli  w  oczekiwaniu.  Nastąpi  szarpnięcie?  Stalowy  hak  znajdzie  szczelinę  w 

kamiennym  dnie,  przytrzyma  w  bezpiecznym  miejscu  zagrożonego  śmiertelnie  korabia,  czy  zawiedzie  ta  ostatnia... 

nadzieja?

- Bóg może was wysłuchać tylko wówczas, gdy wyczerpiecie wszystkie możliwości ratunku - powiedział Graham.

Oni  walczyli  nie  czekając  na  cud  boży. Wichura  była  szybsza.  Sztorm  przygnał  bezwładny  statek  do  smoczych 

zębów z kamienia zanim tchnęli obroty w martwy mechanizm. Teraz rzucili kotwicę. Żelazo, na którym nie mogli odpłynąć 

od niebezpieczeństwa. Mogli mieć tylko nadzieję...

Była  cisza.  Statek  wciąż  dryfował  na  skały.  Jeszcze  kwadrans,  jeszcze  pięć  minut...  Szyper  nie  dawał  rozkazu 

Furmaga Lesław - GWAŁT

18 / 40

background image

opuszczenia kutra. Kotwice były na dnie.

Obezwładniony  statek rzadko dryfuje  dziobem. Gdy nie  przypięty żaglem do  powietrza lub  śrubą  do oporu  wody, 

jest igraszką wichury i fali. Kręci się, przechyla, płynie bokiem, obraca rufą. Kiedy spadną z jego dziobu do wody ciężkie 

żelaza, jakby przystaje  w chwili namysłu. Długie i szerokie łańcuchy stawiają opór, dziób płynie wolniej niż rufa. Ale  nic 

się jeszcze  nie  dzieje ważnego, kadłub wykręca się powoli dziobem do fali, dryfuje nadal, niesiony ku zagładzie... „Święta 

Kinga"  obróciła  się  pawężą  ku  zębom  rafy,  wystawiając  na  starcie  mechanizm  szczególny,  śrubę,  która  nadaje  ruch. 

Wiedzieli wszyscy, że teraz, gdy nastąpi najmniejszy nawet zgrzyt metalu o kamień, statek pozostanie tu na zawsze.

Oczekiwanie trwało, w  ciemnościach ktoś powtarzał... I  odpuść nam nasze  - winy, jako my odpuszczamy naszym 

winowajcom. Uratuj nas, Panie. Uratuj nas, Panie! - powtórzyli inni. Maria Elwira trwała w mroku, trzymając się masztu.

Teraz rufa „Świętej Kingi" zdawała się już ocierać o granitowy obelisk sterczący z wody jak palec wskazujący niebo 

utrudzonym wędrowcom. Maria  przymknęła oczy, zdawało się jej, że już  słyszy zgrzyt, którego jeszcze  nie  było... Mimo 

nieustającego  łoskotu  panowała przeraźliwa  cisza. Ale  co  to? Maszt w  jej rękach zachwiał się  nagle. Kuter  poderwany  z 

dziobu siłą kilkuset ton swej masy drżał w przedziwnej febrze. Maria  Elwira otworzyła oczy. Nie było już przed nią skał i 

jak palec boży obeliska. Zwrócona była do dziobu, przed którym rozpościerało się  wściekle  jak rój szerszeni, zmieszane  z 

powietrzem, ale pozbawione  skalnej palisady morze... A więc łańcuchy sięgnęły dna i hak znalazł opór. Spojrzała do tyłu. 

Rufa „Świętej Kingi" zdawała  się tańczyć  po skalnym tarasie. Statek uniknął zagłady. Zatrzymał się  o rzut kamieniem od 

śmierci. Czy tak wytrwa? Nadzieja była w kotwicy.

Graham ukląkł. Za nim uklękli rybacy, ona też uklękła. Przeżegnali się, pokłonili Bogu. Ludzie wrócili do maszyny. 

Niewiele zostało tam roboty.

Graham potrząsnął jej ramieniem.

- Idź stąd, fala wysoka, zejdź pod dek.

Ruszyła do włazu, on do dziobu. Gdy wrócił, twarz miał szarą. Zajrzał do maszynowego luku.

- Kończyć! - powiedział. - Trzyma tylko jedna kotwica.

Niezwykłe  uczucie  mają  ludzie  w  czerepie  bezwładnego  statku, którym  ciska  fala  tuż  przy skałach. Ratunek  był 

blisko. Rybacy, mocowali przewody  paliwowe  i  elektryczne. Do  rozruchu  pozostawały minuty... Ten i  ów wziął  głębszy 

oddech, zaciągnął się powietrzem. Było to westchnienie serdecznej ulgi więc wysłuchał Bóg ich modlitwy?

W tę ciszę na szalejącym morzu wdarł się krzyk Irwina.

-Kotwica puściła!

Statek  przesuwał  się  wolno  do  tyłu.  Stalowy  łańcuch  drżał  w  kluzie, aż  wibracje  biegły  po  burtach. A  na  dole 

zakręcili  już  pierwszy  raz  maszynę... Zabrakło  kwadransa,  chyba  mniej,  aby  można  przeciwstawić  mechanizm  atakom 

morza. Czyżby zakpiła nadzieja? Ludzie  mieli zastygłe  twarze. I nagle łańcuch uderzył w  otwór kluzy, wyprężył się. Hak 

kotwiczny jeszcze raz  złapał kamień. I oto statkiem wstrząsnęły inne wibracje, były silne. Dochodziły z dołu. Przybywało 

ich. Narastały, łączyły się w jednolity pomruk...Owo drżenie było muzyką jedyną. To martwy mechanizm ożył, zbierał siłę, 

aby stawić czoła żywiołowi. Jeszcze kilka minut... Kotwice muszą wytrzymać...

Graham  przesunął  manetkę,  śruba  poruszyła  się  w  wodzie. Napięty  łańcuch, przestał  grać.  Dziób  kutra  powoli 

wjeżdżał na górę, którą nie. podrzucała już nim, jak bezwładnym czerepem. Palisada smoczych zębów ruszyła do tyłu, było 

jeszcze  blisko,  rufa  niemal  opierała  się  o  skały, ale  szczeliny  w  kamieniach  jak  by  zaczęły  zachodzić  mgłą.  Graham 

uruchomił windy. Kotwice podniosły się  z  dna. Poszły do  góry, ciągle  jeszcze  niewidoczne w tom. Wreszcie  pokazały się 

jedna  potem  druga, między  falami  wysokimi  jak szczyty gór  oszronione  pianą  na  krawędziach... Graham stał za  sterem, 

powoli  obracał  kołem.  Tarcza  kompasu  biegła  w  prawo.  Pod  kreską  obracały  się  trójkąty  rumbów  zgodnie  zawoła 

człowieka. Szyper brał kurs na każdej szerokości, jedyny...do życia... Świt wstał pogodny. Wichura uciekła do przepastnych 

bukłaków, które  pan zawiązał na  mocny  supeł. Nastała  cisza. Kutrem jeszcze  rzucała  martwica, tale  morze  od  wschodu 

płaszczyło się i fale traciły spienione grzbiety. W południe słoneczny blask objął widnokrąg. Ciemna woda pojaśniała. Nad 

masztem pojawiły się mewy... Maria robiła porządki w kambuzie. Ludzie cieszyli się rychłym powrotem do domu... A ona? 

Ona  wiedziała, że  spotkanie  z  szakalami  jest nieuniknione. Tuż  przed  wyjazdem z  domu  usłyszała  rozmowę  o  gwałcie 

Remis.

- Jak lala zła, trzeba straszyć ją brzuchem... Jeżeli trafisz na właściwy dzień, zawsze dostaniesz jak trzeba - śmiał się 

Gass.

-  Heca? Czym  byś straszył  inaczej? Jak lejesz  w  mordę  albo szczujesz  kretom, drętwieje  i jest  tak, jakbyś rypał 

kukiełkę. Kiedy postraszysz maluszkiem, powiesz, że zawiadomisz parafię i sędziego, od razu masz ze  świętoszki kurwę... 

- Magnus chlupał whisky w butelce.

- Prawo z nami, Gass. Mam tu blisko upatrzoną taką. Zrobimy bal. Z facetem jest sprawa do załatwienia. Zaciukamy 

go. Jej zrobimy poczęcie. Będzie musiała urodzić małego krecika i dostanie kuku.

- Biskup pomoże, zrobi znak krzyża i mama pokocha synka śmiał się Gass.

-  Moja  chodziła  ze  mną  na  spacery  do  parku,  kupowała  mi  cukierki, okrywała  kołderką...  -I  wybiła  ci  oko!? - 

parsknął Gass.

- Bo jej odbiło za porozrywane koty.

- Ty jesteś przedszkolak, Magnus. W Jugosławii, tam byli faceci... Kuku było elementem spontagonicznym. Palili, 

strzelali, gwałcili. Był rozkaz, żeby wykurzyć  osadników. To nasi zgonili młode baby do szopy, rzucili na  klepisko słomę. 

Ludzi posadzili dokoła, jak w cyrku. Rypali te baby od przodu i tyłu. Która źle fikała, strzelali do jej bachora

-  Nie  skomlij, zrobimy  ci drugiego  -  takie  było  hasło.  Jednej mąż  wyłazi z  dziury, bo  już  nie  mógł  wytrzymać. 

Startował na  nas  z  drągiem. Przebiliśmy  go widłami i  wrzucili do  gnoju. Ona  chciała  wyrwać  automat  oficerowi, więc 

załatwiliśmy drugiego jej dzieciaka, a ją zrypali na, tym klepisku wszyscy.

Zrobili jej brzuch. No i jak jeszcze  tam byłem, czytam w  gazecie, że  przyjechał ksiądz biskup i powołując, się na 

apel Świętego Ojca, nakazywał brzuchatym, aby rodziły nasze boba-ski... Hii, hii, hii...- zaśmiał się szakal... No i ta nasza 

dostała pierdolca. Skoczyła do studni...

-  Ma  fantazję  taki  biskup.  On  myśli,  że  dzieciak, którego  zrobimy,  będzie  siedział  przy  stole  z  dzieckiem  taty, 

którego zaciukaliśmy  przy robieniu  kuku mamusi. Myśli, że  takie  bra-ciszki będą  się  kochać  nawet  jak  już  dorosną... - 

zaniósł się śmiechem Magnus.

- Daj whisky, bo sam wypijesz. A ta nad morzem była dobra. Chciała żyć suka. Ja bym tam jeszcze pojechał.

- To nie pojedziesz, zabawimy się  tutaj. Zapłacą oboje. On mnie  chyba  poznał. ...Ucichła  wichura. Spłaszczyły się 

Furmaga Lesław - GWAŁT

19 / 40

background image

fale. Unieśli zagrożone życie rybacy i Maria Elwira.

Graham  kazał  wydać  sieci, wrócił na  łowisko. Znowu ciągnął  wór  za  kutrem. Stracił rybę  w sztormie. Skrzynki, 

sprzęt zmyło z pokładu. Jego przekorna natura nie przyjęła przegranej. Musiał wpłynąć zwycięski do portu.

Wróciły  dni  podobne  jak  krople  wody  niesione  wiatrem  po skajlajcie.  Rano  robiła  śniadanie, było  mycie  garów, 

później  obiad  i  znowu  mycie,  kolacja,  mycie  podłogi,  szafek,  zakamarków...Żadnego  światła,  tylko  ciemność  w 

przyszłości. Brakowało jej wiary. Zazdrościła zakonnicom, dewotkom, dziewczynkom idącym do pierwszej komunii.

Przez  opory  i  ból,  wśród  wspomnień  wracało  to  najbardziej  smutne,  gdy  rozmyślała,  czym  naprawdę  jest  los 

człowieczy...

Po  dziesięciu  latach  przebywania  w  celi,  gdy  Flora  zaczęta  odgrzebywać  jej  sprawę  i  na  łamy  gazet  powróciła 

Albakora, odwiedził ją... ojciec.

Wszedł  do  celu  zgarbiony  starzec.  Cóż  jej  mógł powiedzieć  albo  ona  jemu? Stał  przy obitych blachą  drzwiach. 

Patrzył na matkę swego wymarzonego księdza, kratę w oknie, twarz córki bez wyrazu.

-Elwira...

- Tato... - powiedziała jak kiedyś przed laty.

Usiadł na  więziennym zydlu, wykrzywił twarz, zdjął okulary. Wytarł oczy, w których błyszczały łzy, jakieś duże  i 

szerokie  rozmazane. Czy  to  był człowiek  dumnie  zasiadający  w  pierwszej  ławce  tuż  przed  ołtarzem?  Długo  panowała 

cisza. - Córko... dlaczego?

Milczała, mogła powiedzieć, że Bóg tak chciał, nie powiedziała.

- Twoja matka przed śmiercią kazała mi prosić cię o wybaczenie.

- Wybaczenie dla matki? Za co?

- Wybaczenie dla mnie... - powiedział ze spuszczoną głową.

- Przecież ty spełniałeś wolę Boga.

- Wierzysz, że tak było?

Milczała. On rozglądał się po celu, jakby szukał czegoś zupełnie nieokreślonego.

-  Dlaczego  strzelałaś  do  ludzi?  -  zapytał  znienacka.  -  Bo  zabrakło  mi  siły  do  tłumienia  buntu.  Bałam  się. 

Wiedziałam, że nastąpi katastrofa... I jest Bóg, bo on mi to mówił.

- A ja wiedziałem, że nie można zabić życia.

-  Nie zwątpiłeś? Nigdy? Nawet, gdy ci mówili, że nie dam rady nosić tego płodu bez obłędu?

- Wiara nie uznaje odstępstwa i dlatego nie wierzę w nic już chyba...

- Bluźnisz. Bóg był i będzie.

- Ty to mówisz córko?

- Ja, bo wierzyłam w Boga, który nie może dawać ludziom nieludzkich nakazów.

- Bóg to modlitwa!

- Bóg to myśl i uczynki. Szakale  zgwałcili ci córkę, nie  ratowałeś jej. Kupowałeś zbawienie... Nie dbałeś o koszty, 

bo płaciła  córka... To  nie  Bóg  nazwał  kobiety czarownicami, nie  on  mordował je, paląc  żywcem  na  stosach. Nie  Bóg!  - 

Maria  mówiła  spokojnie, ale w jej słowach była siła niezwykła. - Człowiek jest omylny, to wiadomo, ale kim jest ten, kto 

mówi, że Bóg sądzi, a sam sądzi... Ty już nie wierzysz, bo dałeś się zwieść. On ciągle patrzył w więzienną posadzkę.

-  Wszystko sczezło - powiedział. - Magnus ogłuszył furtiana, okradł klasztor, uciekł, matka umarła, ty jesteś tu...

Umilkł. Jego  poorana zgryzotą  twarz była  ani z  waty, ani z  kamienia. O  czym myślał? Ona myślała  o ćmie  Liwii, 

którą  pewnego  ranka  znalazła  na  stoliku  obok lampki martwą, a  jednak zupełnie  jak  żywą, mimo  że  w  bezruchu. Liwia 

miała  aksamitne  skrzydła  i  duże  oczy  jak  przedtem.  Nic  w  niej  nie  zniszczyły  zmiany  pośmiertne.  Widocznie 

nieodgadniona  naturą, może  nadawać  skrzydła  także, kiedy zgon zabiera ulotne życie. Wyciągnęła  rękę, położyła na  jego 

dłoniach, uścisnęła je.

- Żyj spokojnie, tato, mnie  tu dobrze. Często „wracam" do domu, do mamy. Pamiętam osiołka  i wózek, na  którym 

jeździłam po trawie, kocura Bufallo, pikniki pod skałą, którą potem przewróciły fale... Miałam dobre dzieciństwo, tato...

Ojciec  uniósł głowę,  usta  drżały mu  drobnymi skurczami, starcza  maska  wypłaszczyła  się, oczy  nabrały  wyrazu. 

Uniósł rękę, dotknął jej twarzy jak relikwi.

- Pozwól odejść w pokoju... Elwira...

Pocałowała go. Uniósł się chwycił, ją, wychudłymi piszczelami i znów opadł na więzienny zydel.

- Kończył się rejs. Nadchodził czas powrotu. Morski wiatr rozwiał ciężar spoczywający na dnie  jej serca, rozpędził 

noc wewnątrzną. Fale rozmyty czerń, z którą tu przyszła. Co jednak dalej? - pytała sama siebie. Bała się ziemi bardziej niż 

morza, nawet takiego jak wówczas przy skałach i kamiennym, jak palec boży, obelisku. Tylko właśnie wtedy postanowiła, 

że  jeżeli  statek  uratuje  się  od  zagłady  ona  podejmie  walkę...  Nieprawda,  że  wszystko  stracone.  Przekreśli  przeszłość 

Magnusa, jak przekreśliła swoją. Odwróci bieg wypadków, zatrzyma  rzekę, woda  odda  jej co niesie... W szczeline  chmur 

odnalazła gwiazdę prowadzącą  do portu... Dlaczego Magnus stał się potworem? - pytała sama siebie. - W nim też rozpadły 

się  brzegi. Ona  jest  także  temu  winna,  należało  okiełznać  chęć  zemsty  i  złe  myśli,  gdy  nosiła  dziecko.  Teraz  uratuje 

Magnusa.

Kiedyś przed muzeum przyglądała się wartownikowi w średniowiecznym stroju z halabardą. Później przyśnił jej się 

ten  strażnik  z  takim właśnie  toporem. W zamczysku, w  lochach była  pieczara  z  płaskim  piecem i  uchwytami z  żelaza. 

Przykuwano skazańca  do łoża, pod którym palono  ogień. Kamień  rozgrzewał się, aż piekł żywcem. Dalej stała  maszyna, 

tryby, korby, łańcuchy... czarne  haki. Przewodnik tłumaczył, w jaki sposób kaci kręcąc  koła  rozszarpywali  centymetr  po 

centymetrze złoczyńców, król obój ców, a także czarownice, które nie chciały przyznać się do siły nieczystej.

Zapomniała  później  o  tej  maszynie.  Wrócił  do  niej  obraz  pieczary  w  zamczysku  po  gwałcie.  Zamykała  oczy. 

Machina stawała przed nią. Był na niej Hyde  i pozostałe  bestie z piwnicy w rozwalonym domu. Wbijała  im halabardę  w 

brzuchy. To nie była drzazga z rozbitej futryny, to była halabarda...

Dziwne, ale maszyna, którą  Magnus rozdzierał kotkę, przypominała tę, jaką  ona widziała w  starym zamczysku. Ta 

myśl nie  dawała  jej  spokoju. W miarę  mijania  czasu  zmieniał się  jej pogląd  na  przyczyny  instynktów  chłopca.  Kiedyś 

zauważyła, że Magnus miał zdolności plastyczne. Zwróciła uwagę, że malowane przez niego portrety mają maski. Maski te 

były  coraz  bardziej  czytelne  i  coraz  bardziej  przerażające.  Gdy  miał  9  lat,  jego  obrazki  zachowywały  już  właściwe 

proporcje, ale przede wszystkim miały swój określony wyraz kupowała mu farby, mazaki, kredki. Pewnego razu uwagę jej 

zwrócił obrazek przedstawiający postać ludzką z twarzą upiora. Była to maska z wąskimi wargami, kłami wilkołaka, oczy 

Furmaga Lesław - GWAŁT

20 / 40

background image

były w niej rybie, potwór zamiast włosów miał na głowie kosmate łapy tarantuli.

- Kto to jest? - zapytała przerażona.

-  To  mój  tatuś...  -  powiedział  Magnus  i  zaczął  się  śmiać  w  taki  sposób,  że  cierpła.  Przyjrzała  się  uważniej 

obrazkowi.  Był  to  portret  Hydego,  jaki  widywała  nocami.  Jeszcze  w  szpitalu,  po  rozmowie  z  księdzem  i  lekarzem, 

zobaczyła we śnie potwora z kosmatymi łapami skorpiona na głowie. Nigdy nie mówiła o tym nikomu... Dlaczego Magnus 

narysował taki portret ojca? Skąd znał tę maskę?

Odrzucała z  pasją  wszystkie  broszury i książki o ciąży i wychowywaniu  dziecka  jakie jej podsuwano. Raz  jednak 

przypadkowo  spojrzała  na  otwartą  stronę  i  przeczytała  kilka zdań. Autorka  apelowała  do przyszłych  matek  o  ich spokój 

wewnętrzny. Pisała, że stresy kobiety w ciąży mogą  przenieść  się  na dziecko. Były tam przykłady zapatrzenia  się  matki... 

Dziecko miało rysy aktorki, którą  zafascynowana  była matka. Później dziewczynka zdradzała talenty tej aktorki... A czym 

zafascynowana była ona?

Przeczytała kilka zdań, rzuciła  książkę. To nie jej dziecko, to dziecko Hydego, seniora  Telliera, księdza  katechety i 

lekarzy  w białych kitlach. Przeraziła  się, czuła  że  komuś przekazuje swoje  obrazy i myśli. Cierpienie było mniejsze, ktoś 

przejmował  z  jej umęczonej  świadomości  upiorne  wizje. Całą  siłą  woli  odpędzała  omamy, nie  chciała  porazić  dziecka. 

Wykrzyczała to księdzu i lekarzom. Dali jej jakieś zastrzyki.

- Módl się, córko. Bóg cię  wysłucha. Cierpisz, to prawda. Oddal nieczyste  myśli. Dziecko nie  jest winne, ono musi 

się urodzić.

- A ja?!  Czemu ja jestem winna?! - krzyczała  w niej rozpacz ptaka zapładnianego jasz-czurczym nasieniem. Krzyk 

biegł w  pustkę, ksiądz miał natchnione oblicze i czynił znak krzyża. Znak ten stal się dla  niej znakiem gwałtu. Ale  miała 

widocznie  prawdziwego Boga  w sercu. Miała  wiarę,  której  nie  mogli  zniszczyć  nawet szakale  zabraniający  suce  walki, 

przed uczynieniem jej matką jaszczurczą.

Gdy po raz  pierwszy odkryła, że jej upiory przeniknęły do jaźni dziecka, pojechała do Anglii. Szukała prawdy. Była 

w  uniwersyteckich  katedrach  i u  wiejskich  wróżbitów. Nikt nie  miał  wątpliwości, że  syn po  rodzicu  może  odziedziczyć 

zdolności lub instynkty zbrodnicze. A jak było z  owym przekazaniem impulsów przez  matkę  rozwijającemu się  płodowi? 

Specjaliści  w  tej  sprawie  byli  powściągliwi.  Zauważyła  jednak,  że  opowiadając  szczegóły  o  wizjach  w  czasie  ciąży  i 

późniejszych rysunkach Magnusa, wzbudzała niezwykle  zainteresowanie psychoanalityków. Specjaliści kopiowali rysunki 

chłopca i powiększali ich fragmenty. Zestawiali je z relacjami o stanie matki po gwałcie.

Wyniki  badań  zdawały  się  potwierdzać  przypuszczenia.  Zaprzestała  konsultacji.  Nie  chciała  wysłuchiwać 

domniemań i diagnoz. Starała  się wydrzeć z  rzeczywistości swojej i dziecka nieludzkie poczęcie. Nie  udało się. Nie  była 

jednak tylko drzewem.

Graham  kazał  wybierać  sieci.  Ludzie  szorowali  statek.  Rejs  kończył  się  nieubłaganie.  Gdy  do  portu  było  już 

niedaleko, szyper poprosił Marię Elwirę do kubryka. Na stole leżała zapisana kartka, długopis i czek.

- Nieprawda, że  kobieta  musi przynieść  nieszczęście na  morzu. Kuter mamy pełen ryby. Oparliśmy się sztormowi. 

Wracamy szczęśliwie. Pracowałaś dobrze. Obliczyłem twój part... Co będziesz robić na lądzie? - zapytał.

Spojrzała  staremu przyjacielowi w oczy. Mam jeszcze  sprawy do  załatwienia. Graham -Czy ja  mogłam normalnie 

wychować  to  dziecko? Zapytała  niespodziewanie. Graham  skupił się, zmarszczył brwi. Zdawał sobie  sprawę, że jest dla 

niej zwyczajnym, sprawiedliwym człowiekiem i jego słowo będzie ważniejsze niż nauki całej wielkiej instytucji kościelnej.

Znam podobny przypadek. Zgwałcona i przebita nożem kobieta, przeżyła i wychowała dwoje bliźniąt pochodzących 

z  tego  gwałtu.  Dzieci  są  już  dorosłe. Założyły  rodziny. Wszyscy  są  uczciwymi  ludźmi... -  Powiedział  z  rozwagą  stary 

rybak.

- Słyszałam o tym. Jak to się stało, Graham?

- Jedź do tej kobiety, porozmawiaj. Znajdziesz ją  w Elbertg. Ma księgarnię na rogu ulicy, tuż  przy radzie  miejskiej. 

A w stare strony nie wracaj. Zostań tu. Co minęło, zostaw przeszłości.

Nie  usłuchała Grahama Barentsa. Nie  wiedział on, że Magnus żyje, bo nikt oprócz  niej tego nie  wiedział. Nikt też 

nie  wiedział kim jest Szczur, poszukiwany listami gończymi. Nie  usłuchała  Grahama, postanowiła  j eszcze  raz wrócić  w 

tamte strony. Los szakalowej matki musiał wypełnić się do końca.

Maria  Elwira  znów  siedziała  za  kierownicą  swojego pokracznego  samochodu. Z lewej  strony szumiało  rozeźlone 

morze. Z  prawej  piętrzyły  się  wzgórza. Kamienna  przestrzeń i hucząca  woda  były  jedynymi barwami krajobrazu  w  tej 

części wyspy. Gdzieś  wyżej zieleniła się  uboga  łąka  z  kilkoma  owcami pasącymi się  jakby w chmurach. Kuter  został w 

porcie,  na  nim  Graham  i  wszyscy  przyjaźni  jej  ludzie.  Znów  była  sama.  Jechała  tą  drogą  kilka  miesięcy  temu,  gdy 

odrzuciła jej pomoc przerażona Remis. Morski wiatr zrobił swoje. Maria Elwira nie była już rozbitkiem. Wróciła na ziemię, 

odnalazła przyjaciół, którzy radzili by zatrzymać ją jeszcze. Kto był już  zupełnie niepotrzebny, wie  co znaczy taka zmiana 

losu... Ale  ona zawsze  była  komuś potrzebna. Miała  dziecko, które  wymagało  szczególnej opieki... Statek  nie roztrzaskał 

się o rafy, ona wraca żywa do żywych. Musi, musi zawrócić rzekę, żeby oddała co porwała i niesie.

Maria Elvira przystanęła przy małym rynku. Odnalazła niewielką księgarnię na rogu. W sklepie, przy kasie siedziała 

kobieta  w  wieku  lat  około  pięćdziesięciu,  a  przy  monitorze  niewielkiego  komputera  -  człowiek  może  trzydziestoletni. 

Podeszła  do  pani  przy  kasie,  przedstawiła  się.  Przywykła  do  tego,  że  jej  imię  i  nazwisko  robiły  wrażenie,  gdy  je 

wypowiadała. Mimo, iż minęły lata, proces Albakory utkwił w pamięci tutejszych.

Dwie  kobiety  porozumiały  się  jednak  szybko. Beryl  Row, bo  tak  nazywała  się  właścicielka  księgarni,  poprosiła 

Marię Elwirę do saloniku za sklepem.

-Nie sądziłam, że panią poznam - powiedziała szczerze.

Nie  zdziwiło  ją, że  -  mimo iż  chodzi tylko o rozmowę  -  sprawa  dla  Elwiry jest niezwykle  ważna. Beryl zaprosiła 

Marię  do altany na wysokiej skale, gdzie  mogły być  całkiem nieskrępowane. Gospodyni była  zadbaną, dobrze  mającą  się 

panią, pogodną i wesołą. Słuchała uważnie Marii Elwiry.

-  Kto  by pomyślał, że kobieta  o takiej sławie  może  mieć  podobne  problemy... Przecież  to wszystko przeminęło  i 

jesteśmy już zupełnie inne... Zwłaszcza ty, Mario Elwiro, przeżyłaś tyle, odkupiłaś złe... - mówiła przyjaźnie Beryl. - A ty 

co czułaś, nie prześladowała cię myśl 0 gwałcicielach? Nie miałaś wizji, upiornych snów... mar? - pytała tamtej.

-   Nie. Moi oprawcy, gdy ich  rozpoznałam, chcieli mnie  zabić. Przeżyłam okaleczenie. Spotkałam ich  w sądzie... 

Wyrok zależał w dużym stopniu od moich zeznań. Posypały się pieniądze, błagania rodziców tych gówniarzy. Sprawa była 

poważna. Chodziło o zamach na życie, poderżnęli mi przecież gardło...

Maria Elwira wzdrygnęła się.

Furmaga Lesław - GWAŁT

21 / 40

background image

-  Nie  patrz  tak. Dzisiaj już  nic  nie  widać. To byli bardziej chuligani niż  mordercy. Kilka  operacji zrobiło  swoje - 

uśmiechnęła się Beryl.

- I naprawdę mogłaś pokochać ich dzieci?

- Nie tylko ich, ale także moje...

- Imponujesz mi - powiedziała ze smutkiem Maria Elwira.

- Myślisz? To byli synowie, jeździli na  tych wielkich motocyklach. Ja  do domu na  motorowerze. Zatrzymałam się 

na  chwilę  w krzakach. Oni tam byli, zobaczyli mnie. Wsiedli na  te  straszne  motory i jeździli wokół  rycząc  silnikami, aż 

ogłuchłam. Potem urządzili sobie rodeo. Podjeżdżali i zrywali ze mnie wszystko. Potrącali mnie raz i drugi. Upadłam. Byli 

rozbawieni 1  rozjuszeni. Dwaj zawlekli mnie głębiej w krzaki. Poderwałam się, próbowałam uciekać. Zdarli mi stanik.

-    Pobawimy  się  -  szydzili.  Prosiłam,  groziłam.  Szarpali  moje  figi,  porwali  je.  Któregoś  kopnęłam,  któregoś 

ugryzłam.  Broniłam  się,  aż  opadłam  z  sił.  Rozciągnęli  mnie  na  jakiejś  szmacie,  zaczęli  gwałcić  jeden  po  drugim... 

Widziałam koła  na mocno rzeźbionych gumach, buty na pedałach i tych nad sobą... Straciłam przytomność z  przerażenia, 

bólu, rozpaczy... Leżałam w trzcinach naga, oni stali dokoła, popijali whisky i piwo z butelek. Zapadł zmrok.

Powoli odzyskiwałam świadomość. Wtedy rozpoznałam dwóch. Pływali na żaglówce, która nazywała się „Toronto", 

pamiętam, bo mi się  podobała. Byli gdzieś ze wschodu wyspy. Któryś znowu do mnie podszedł. Chciałam tylko odwetu. 

Rozpoznałam ich. Poczułam się silna.

- No chodź, chodź!  Sk... synu - krzyczałam. Zgnijecie  w więzieniu. Ci dwaj mają jacht „Toronto". Nie uciekniecie 

od wyroku! - atakowałam.

Oni jakby zdrętwieli. Dotychczas byli w chuligańskim amoku. Teraz otrzeźwieli. Dwóch podeszło blisko. Będziesz 

milczeć, albo poderżniemy ci gardło - syczeli. Byłam żądna zemsty za poniżenie. Chciałam zobaczyć jak żebrzą.

-   Zapamiętam was i wasze  motory bandyci! Śmierdzące świnie!  - brałam swój odwet. Zrobiło się  cicho. Wstałam, 

zaczęłam szukać  podartej sukienki. Stali przy motorach  i naradzali się. Dwóch podeszło do mnie, wyciągnęli noże. Jeden 

zamierzył się. Uderzył. Odskoczyłam, zranił mnie w ramię. Zaczęłam uciekać. Złapali mnie.

- Zabij ją... To ty zabij - zaczęli się kłócić.

- Ty wylosowałeś, to zabij. Nagle przestałam się bać. Była we mnie tylko wola odwetu.

- No, tchórze! - krzyczałam - który chce iść na dwadzieścia lat... Zabijcie, daleko nie uciekniecie. Za duża banda. Za 

dużo śladów!

- Zabij ją, bo nas wsypie!

- To ty zabij! - warczał jeden na drugiego.

Wtedy  dostałam  w  szyję.  Straciłam  przytomność.  Ocknęłam  się,  gdy  ryczały  motory.  Zobaczyłam  nad  sobą 

policjantów, usłyszałam strzały. Potem pamiętam sufit w sanitarce  i lekarzy w  operacyjnej sali... Drogą przejeżdżał patrol 

policyjny.  Ci  dranie  zostali  złapani  na  gorącym uczynku.  Nie  wiedziałam,  czy  będę  w  ciąży,  nie  było  takiej  pewności. 

Rodzice  zbirów  na  wyścigi  płacili  rachunki,  obiecywali  odszkodowania,  gwarantowali  małżeństwo  z  wybranym.  Gdy 

dowiedzieli się, że będę miała  dziecko, stałam się niemal królową na  wyspie. Już miałam brzuch, gdy zaczął się  proces o 

zbiorowy gwałt. Trwałe okalecznie z zamiarem zabójstwa... Chłopcom groziło po kilka i kilkanaście lat więzienia. Zaczęły 

się zabiegi, próby przekupienia  mnie  lub zastraszenia. Gdybym  chciała, mogła  przerwać tę  ciążę. Z opatrunkiem na  szyi 

mogłam wyjechać do Anglii czy Francji. Chłopak, z którym chodziłam, zostawił mnie chociaż był bardziej pobożny niż ja. 

Świadomie  podjęłam  decyzję,  że  urodzę  to  dziecko.  Potem  okazało  się,  że  były  to  bliźniaki...  -  Beryl  przerwała 

opowiadanie. Postawiła  koszyk na  stole  w altanie. Wyjęła kolorową serwetkę, termos, filiżanki. -  Często tu przyjeżdżamy 

na  kawę  -powiedziała  uśmiechając  się  ciepło. Maria  Elwira patrzyła  w  przestrzeń  na  morze. - Czy ona  mogła  zachować 

taką pogodę, po tym co ją spotkało w rozwalonej piwnicy?

- Pytasz, czy miałam widziadła, mary, czy ojciec dziecka jawił się jak bestia? Ojciec moich dzieci siedział w sądzie 

na  ławie  oskarżonych  i płakał, skomlał  jak  szczenię,  gdy mu  przywiązują  kamień  do  szyi... To  nie  byli szakale, to  byli 

gówniarze. Ten proces był pokazem małości. Od przekupstwa do szantażu... I adwokaci... Specjalny gatunek ludzi. Dwóch 

najbogatszych  motocyklistów  broniła  mecenas,  żarliwa  katoliczka.  Jej  teza  polegała  na  tym,  że  ja  ich  świadomie 

sprowokowałam  zatrzymując  się  w  krzakach. Usiłowała  to udowodnić. Zadawala  mi  podchwytliwe  pytania. Czułam, że 

ona  w to nie  wierzy i upadla mnie  jeszcze  bardziej, za  to swoje  honorarium. Gwałt zszedł jakby na  drugi plan rozprawy, 

chodziło o podcięcie gardła...

Baryl nalała kawy do filiżanek, Wyjęta ciastka z kartonika.

- A może  trochę  koniaku? -  zapytała  z  przemiłym uśmiechem. Wyjęła  elegancką  piersió-weczkę,  postawiła  obok 

filiżanek.

- Myślę, że inna była w tobie, inna we mnie siła - zwróciła się do Marii Elwiry. - Nie każdy po doznanej krzywdzie 

chwyta  za  broń  i  bierze  odwet...  Ja  wytłumaczyłam  sobie, że  będzie  lepiej, gdy  urodzę. W mojej naturze  też  był  bunt. 

Czegoś  podstawowego  nie  rozumieją  prawodawcy,  pomijając  odczucia  kobiety  w  tej  sprawie...  Okropna  jest  ta 

nieodpowiedzialność... Ale  mój bunt złagodziły okoliczności. Miałam wspaniałego oskarżyciela posiłkowego. Starszy pan 

rozumiał mnie, rozumiał wybryk młodych gwałcicieli, ich zrozpaczonych rodziców. Rozumiał, że dziecko, które przyjdzie 

na  świat, może  żyć  z  piętnem bękarta  zgwałconej lub  bez  tego  piętna. Wiedział, że  nakaz  urodzenia  nie  załatwi niczego 

więcej ponad to, że dziecko się urodzi. On twierdził, że obowiązek ratowania życia jest w każdym przypadku ograniczony. 

Nakaz, by ktoś, kto widzi człowieka w ogniu, musiał za  nim w ten ogień skakać, byłby terrorem. Jeżeli poczęcie nastąpiło 

wbrew woli matki i noszenie  takiego  płodu naraża  ją  na chorobę  lub jakiekolwiek straty, gdy  wywołuje jej sprzeciw, jest 

gwałtem. Tak uważał mój mecenas, doradzając  mi, abym jednak  urodziła  to  dziecko - Beryl znowu przerwała i zajęła  się 

talerzykami. Nalała do kieliszków koniaku. Opowiadała ze swadą.

- Mój doświadczony mecenas zauważył, że moja  natura  świadomie i podświadomie  nie  odrzuciła  tego płodu, bo go 

nie odrzuciła. I to jest tajemnica, o którą pytasz.

- Beryl zwróciła się do Marii Elwiry.

Maria  zamyśliła się. Nie rozumiała czegoś aż do bólu. Co sprawiło, że  Beryl nie zatruła strasznymi myślami dzieci 

w łonie? Że zachowała spokój... Miłosierdzie to było? Poświęcenia? Ofiara?

-  Myślisz,  że  byłam  taka  szlachetna  -  mówiła  dalej  niezwykła  gospodyni.  To  nie  zależało  od  mojej  woli.  Nie 

poznałam szoku.

Bałam  się,  czułam  wstręt  i  to  wszystko.  Potem  nie  myślałam  o  tych  gówniarzach.  Rozważałam  z  rodzicami  i 

mecenasem  sytuację.  Niewątpliwie  olbrzymią  rolę  odegrało  to,  że  nie  czułam  przymusu  urodzenia  tych  dzieci. 

Furmaga Lesław - GWAŁT

22 / 40

background image

Rozumieliśmy  wszyscy,  że  nikt  nie  może  narzucić  drugiemu  poświęcenia  życia  dla  istoty  innej,  zwłaszcza  mogącej 

wzbudzić  najgorsze  skojarzenia, wstręt  i  nienawiść. Ci gówniarze  uczyli się  w  szkołach. Odbiło  im w  pierwszym dniu 

wakacji. Potem chcieli  posunąć  się  aż  do  zbrodni, później skomleli o łaskę. W sumie  poszliśmy na  daleko idącą  ugodę. 

Pieniądze złożyłam w banku. Dzieci utrzymywałam z własnej pracy, a potem - mojej i męża, który nie tylko rozumiał, ale i 

czuł zwyczajnie po  ludzku... Nie dało się utrzymać  w  tajemnicy gwałtu przed dziećmi. Życzliwi donieśli. To była  trudna 

sprawa. Długo  mogłabym opowiadać o ich  dorastaniu, aluzjach W szkołach, wyzwiskach na  podwórku. Bezinteresownej 

podłości ludzi spłodzonych w bogobojnych stadiach małżeńskich... Dziś dzieci dorosły, założyły rodziny...

- Jesteś wspaniała Beryl! - Maria Elwira zazdrościła szczerze pogodnej kobiecie. Beryl oddaliła się, jakby zapadła w 

krótką zadumę.

- Myślisz, że we mnie nie ma buntu? - zapytała nieco innym tonem.

- Myślę, że nie, ty przyjęłaś los z uśmiechem - odparła Maria Elwira. Beryl spojrzała na nią uważnie, coś chłodnego 

pojawiło się w tym spojrzeniu.

-  Wiesz,  że  ja  czasem  czuję  do  siebie  wstręt,  czuję  obrzydzenie?...  Gwałt  zbiorowy  nie  znajduje  podobnego 

upokorzenia. Jest aktem obezwładnienia i upodlenia... upodlenia fizycznego, moralnego, duchowego, odebrania godności i 

wolności,  jest  dowodem,  że  kobieta  to  pół  człowiek  jedynie...  Mężczyznę  można  zabić,  kobietę  także  zgwałcić... 

Udowodnić  jej, że można  z  nią  zrobić  wszystko, że ona  jest tylko  naczyniem, czerepem... biologicznym workiem, jeżeli 

takie życzenie ma  kilku zwyrodniałych mężczyzn. Gwałt dowodzi, że istota  ludzka nie  musi być  poczęta po ludzku, że to 

może  odbyć  się  w  sposób  zwyrodniały,  bestialski  i  wszystko  jest  w  porządku,  wszystko  pozostanie  w  porządku 

fizjologicznie  i  moralnie,  moralnie!  Bo  rozwoju  takiego  płodu  ze  względów  moralnych,  negować  nie  można...  Ja  to 

wszystko  czułam  i  czuję  nadal. Wydarzenia  sprzed  lat  tam,  w  krzakach  nad  jarem,  uczyniły  ze  mnie  istotę  gorszą  od 

innych, a moje dzieci - dziećmi ze skazą... To tkwi w mojej podświadomości i tkwić będzie zawsze... Obrzydzenie czuję nie 

dlatego, że zostałam zgwałcona, bo to była przemoc, ale dlatego, że ten gwałt przyjęłam, pogodziłam się z nim, że zostałam 

biologicznym worem... To tkwi we mnie w którejś warstwie, pod miłością do tych dzieci, która w moim przypadku jednak 

przyszła, bo...

- Jesteś matką heroiczną, matką wspaniałą- przerwała jej jeszcze raz Maria Elwira.

-   Tak  wiem. Jestem  matką  heroiczną, ale  kobietą  upodloną, której udowodniono, że  jest  przede  wszystkim tylko 

reproduktorką gatunku, niezależnie od swojej woli... Podobno Bóg jest sprawiedliwy, a diabeł perfidny... I nasi prawnicy... 

Parlamentarny akt o ochronie życia  poczętego... A gdzie owo poczęte życie się znajduje? W państwowych gruntach, czy w 

wolnych  istotach  ludzkich,  które  mają  prawo  przede  wszystkim  do  życia  własnego.  W  istotach  ludzkich  czy  w 

mechanicznych tyglach, których wnętrzami mają prawo zarządzać inni?! Prawnicy nie krzyczą, że tu się dzieje także gwałt 

prawny... To jest ustawa  o ubezwłasnowolnieniu matki  w  kwestiach  macierzyństwa, i tylko  tak  powinna  się  nazywać!  -

Spokojna Beryl wzburzyła się wyraźnie.

Prawda... -  przyznała głucho Maria Elwira. - Ja  nie czułam, że coś jest chronione. Czułam, że odbiera mi się prawo 

do decydowania  względom własnego ciała, gdy chciałam zetrzeć  piętno... - Chwilę panowała cisza. Beryl uśmiechnęła się 

wreszcie. -  Nie  zrozum  mnie  źle,  ja  kocham  moje  dzieci,  ale  świadomość  naszego  upodlenia  przez  tych  na  ryczących 

motocyklach i tych w parlamentach, sutannach i togach jest od tego niezależna...

Gdy obydwie schodziły ścieżką między skałami, Maria zatrzymała się nagle.

- Co byś zrobiła, gdybyś wiedziała, że bez obłędu nie  urodzisz  dzieci, na  których widok powróci twoja  epilepsja, i 

gdyby trzymano cię w szpitalu z nakazem ich urodzenia?

Beryl przystanęła zdziwiona spóźnionym wybuchem Marii Elwiry.

- Nie wiem, może  podpaliłabym szpital, a może tylko cicho płakała. Ale  widzę, że nie  zadowoliła  cię rozmowa  ze 

mną. Jeżeli chcesz dowiedzieć się więcej o dzieciach takich jak moje, przypomniało mi się  coś... W naszym domu już od 

dawna nie żyjemy tym problemem. Zapomnieliśmy o wszystkim, jesteśmy normalną rodziną...

- Co sobie przypomniałaś, Beryl?!

-  Gdy  okazało  się,  że  jestem  w  ciąży  i  rodzice  moich  gwałcicieli  starali  się  o  ugodę,  poznałam  niezwykłego 

człowieka, który opowiedział mi swoją historię. Ciebie nie uspokoi jego opowieść, ale wysłuchaj jej jeżeli go odnajdziesz. 

Około stu kilometrów  na  południe  w  głąb wyspy leży miasteczko New  Borg  i nad  wielką  skałą  jest cygański obóz. Jedź 

tam, zapytaj o starego Lucasa Luca. Weź butelkę whisky, przeżyjesz intelektualną przygodę.

Maria  Elwira  pojechała  na  południe.  Odnalazła  Cygana.  Wskazała  go  jej  dziewczynka  w  długiej  aż  do  kostek 

spódnicy.  To  był rzeczywiście  stary  już  człowiek,  pamiętał  jednak  kim  była  Albakora.  W obozie  mówili,  że  to  Cygan 

samotnik. Obejrzał butelkę, przeczytał etykietę, schował szkło.

- Pytasz co mogę powiedzieć o cygańskim, bękarcie?...

Dawno  już  mnie  nikt  nie  pytał  o  to,  czyim  jestem  potomkiem.  Nazywam  się  Imre  Kossuth.  Jestem  synem 

zgwałconej baronowej Blanki. Dobra Kossuthów leżą w okolicach Calocsy nad rzeką Dunaj, to daleko stąd... Aleja byłem i 

nie byłem synem baronowej...

- Wiem, że twoje losy są ciekawe, Imre - zachęcała, by mówił.

-    Moje  losy ciekawe? - roześmiał się  Lucas. -  Od  początku byłem nieporozumieniem. Między baronami liczy  się 

ojciec, a  ja  byłem z ojca  Cygana... Dziewczyna jeszcze  z ciebie, a  ja  kończę czytać swoją  księgę: Moje dramaty działy się 

na  początku  stulecia, które  teraz  dobiega  końca.  Były  to  czasy  nie  takie  jak  dzisiaj,  choć  draństwo  niezależne  jest  od 

stulecia.

- Więc ciebie nie bolszewicy wypędzili z majątku?

- Nie. Baronowie - bracia. -A matka?

- Matka umarła i wtedy, skończyło się wszystko. W rodzinie był biskup katolicki, sprawa porwania  i gwałtu matki 

stała  się  głośna, ona  nie  mogła  już  pozbyć  się dziecka. Polała się  krew, szlachcice skrzyknęli  ludzi, ruszyli na  Cyganów, 

ojca zabili z armaty... Palili wozy, niszczyli namioty, zabijali, kaleczyli. Biskup, wuj matki, zadecydował, żeby cygańskiego 

bękarta  przyjąć  do  rodziny i zapomnieć  o  gwałcie. Różnie  ludzie  mówili  o matce  i  ojcu... Podobno  ona  z  własnej woli 

uciekła  z  Cyganem, który lewe  kopyto swojego konia  podkuwał złotem i miał perłę  w chuście  jaśniejszą  niż w krawacie 

baron,  mąż  matki...  Zaczęły  się  pogromy.  Krwawa  była  to  historia.  Ginęli  Cyganie,  ale  i  baron  zginął  od  noża.  Ja 

dorastałem wśród  braci, szlachciców z  ojca  i  matki.  Czy możesz  wyobrazić  sobie  taką  młodość? Wszyscy wiedzieli, że 

jestem cygańskim bękartem, ale na koszulach miałem herb Kossuthów i guwernantkę jak prawdziwi baronowie...

Luca wziął się do parzenia herbaty w miedzianym tyglu nad ogniskiem, podał jej filiżankę z miśnieńskiej porcelany.

Furmaga Lesław - GWAŁT

23 / 40

background image

-  Wiesz, jak  nie  potrafi  pływać  ryba?... Tak  jak  pływa  zupełnie  inna  ryba. Trudno  mi  było zostać  baronem,  gdy 

wytykali mnie palcami, że  jestem pomiotem cygańskiego gwałtu. Zabrali mi honor  cygański, nie  dali szlacheckiego mimo 

herbów na koszulach i chustkach. Dokąd żyli ksiądz biskup, świeć panie nad jego wielką  duszą, i matka, która jeżeli nawet 

uciekła  z  Cyganem,  powinna  teraz  być  w  niebie,  chodziłem  na  uniwersytety  i  bywałem  w  najprzedniejszych 

towarzystwach. Tam też  byłem baronem, ale  gdybym  nie  umiał posługiwać  się  pięścią, chodziłbym  opluty  od głowy do 

stóp razem ze swoimi herbami na śnieżnobiałych kołnierzykach. Kobiety z szanujących się  domów nie tańczyły ze mną na 

balach,  młodzieńcy  nie  podawali  ręki,  dopóki  jednego  nie  ukłułem  szpadą,  a  drugiemu  nie  odstrzeliłem  ucha  w 

pojedynku...  Gdy  odmawiali  mi  satysfakcji,  waliłem  w  mordę  i  pokazywałem  herby...  Zaczęły  więc  sypiać  ze  mną 

największe  damy.  W  końcu  bardziej  dzięki  szabli  i  pistoletom  niż  urodzeniu,  zostałem  powszechnie  szanowanym 

baronem... Najpierw umarł ksiądz biskup, potem matka. Zaczął się proces o podział majątku z braćmi. Mieli pieniądze, byli 

lepsi w sądach. Udowodnili, że jestem podrzutkiem i oszustem, zabrali mi sygnet od matki i koszule z herbami... Znalazłem 

się  z  tobołkiem  na  ulicy.  Nowy  biskup  powiedział, że  kojot  nie  może  zostać  ogarem,  a  Cygan  węgierskim  baronem. 

Zabrałem  swoje  uniwersytety  do  wózka,  na  dwóch  kółkach  z  jedną  szkapą  u  dyszla, bo  na  inny  trudno  było  zarobić 

ostrzeniem noży na podwórkach...

- No, jak ci się podoba moje ciekawe życie, młoda pani? Staruszek, do którego przyjechała istotnie byt pełen uroku.

- Mojemu Magnusowi nikt nie wypominał kim był... - powiedziała głucho.

- Pewna jesteś? Złap wronę, pomaluj ją w  paski i puść z  powrotem do stada... Zadziobią, gdy będzie  inna. Jeszcze 

gorzej ludzie.. młodzieńcy i panienki w  szkołach... jeżeli tylko wiedzieli, kim jest, jego droga  była  krzyżowa. To nie  ten 

świat,  gdzie  można  bezkarnie  nie  czynić  zła,  niezależnie  od  wiary.  Ale  to  nie  koniec  przygód  cygańskiego  bękarta. 

Wyjechałem daleko z „ojczyzny", w której miałem posiadłości. Kiedy na Węgry przyszli ze Wschodu bolszewicy i, zaczęli 

niszczyć  majątki  wróciłem  nad  Dunaj  w  okolice  Calocsy.  Nowa  władza  szukała  ludzi  na  wysokie  stanowiska. Byłem 

wykształcony,  pochodzenie  miałem  cygańskie,  skrzywdzili  mnie  obszarnicy.  Zostałem  komisarzem,  przewodniczącym, 

sekretarzem. Byłem towarzyszem  mas. Przepędzeni z  majątku  z  tobołkami moi bracia  Szukali dziury w  ziemi, do  której 

mogli schować się przede mną. Odnalazłem ich... I co myślisz zrobiłem?

Imre  zwrócił  się  do  Marii  Elwiry  z  uśmiechem  takim,  że  można  by  przypuszczać,  iż  kazał  ich  oskalpować  i 

porozrywać w strzępy.

- Dopomogłeś im w potrzebie - powiedziała spokojnie Maria. - Dobrą musisz być kobietą Albakora - uśmiechnął się 

Cygan. Taką pewnie byłaś terrorystką jak ja krwiopijcą  w czerwonym reżimie. Dałem im dach nad głową i piękną pracę w 

leśnictwie na byłych włościach... Przez pamięć dla matki i księdza biskupa, a może po prostu z cygańskiego serca.

Ale to nie koniec jeszcze. Komuna, która przyszła istotnie - zadbała o chleb dla najbiedniejszych tyle, że rządzili nią 

nowi baronowie tacy bez szkół prawie. Byli od razu sędziami, prawodawcami i kapłanami. Prawo i bezprawie też przyszło 

ze  Wschodu od niezapomnianego batiuszki Stalina. Zbrodnia  ścigała  się  ze  zbrodnią, gwałt poganiany był gwałtem. Więc 

zbuntował  się  naród  i  zaczął  strzelać  do  zaprzedanej  obcemu  cesarzowi  władzy.  Przyszedł  krwawy,  w  mojej  starej 

ojczyźnie  rok  1956. We  mnie  znów  odezwała się  krew  szlachecka  matki, poszedłem z  nowym. przeciwko komunie. Ale 

przyjechali Sowieci na czołgach, przywieźli karabiny maszynowe i armaty, utopili we krwi powstanie.

Zabrałem braciszków z  leśniczówki i uciekliśmy z milionem innych Węgrów, Słowaków. Cyganów na Zachód, do 

wolnego świata. Wyzbyłem się złudzeń; postanowiłem zostać Cyganem na zawsze.

- Więc byłeś Cyganem bardziej niż baronem?

-  Zapewne  młoda  pani. Bracia  mieli rację. Byłem Cyganem, nie  baronem ani towarzyszem komisarzem. Ciągnęło 

mnie do wozów  i lasu. Wspaniała  baronowa  matka i autentycznie wielebny ksiądz  biskup nie  zmieniliby  mnie  w innego, 

mimo ksiąg i uniwersytetów. Natura moja była wędrowna. Maria Elwira spędziła tę noc przy ognisku starego Imre. Cygan 

okrył ją futrem i poszedł spać do wozu, wcale już  nie na dwóch kółkach z jedną szkapą u dyszla. Zapraszał do oddzielnego 

saloniku w tym wozie, ale ona wolała zostać przy ognisku. Natura Imre była po ojcu cygańska, a Magnus?... Czy też został 

już na zawsze zaprogramowany przez geny ojca?... I nic nie da się zrobić, żeby go z tego wyzwolić? Nie!. Ona nikogo już 

pytać nie  będzie. Dość  ma  zdań mędrców, dość  opowiadań i przykładów... Magnus mimo wszystko jest jej dzieckiem. Nie 

tylko cechy odziedziczone  po  zwyrodnialcach, ale  także  jej myśli, gdy  była  w  ciąży, spadły na  chłopca. Tamci  nakazali 

rodzić i znikli. Pozostała ona... Teraz była  jeszcze ciągle pod wpływem Beryl. Coś mocarnie  zwierzęcego jest w kobiecie, 

która  potrafi  odrzucić  ludzki  wstrząs  i  zawsze  rodzi  dziecko...  Beryl  powiedziała,  że  nie  myślała  już  o  „tych 

gówniarzach"... A Eleonora Zadz? A ona Maria Elwira?!...

Beryl  być  może  nie  dostrzegłaby  robaka  na  masce  Hydego. Ta  pogodna  kobieta  nie  wzięła  do rąk  broni,  wzięła 

pieniądze. A  czy  można  porównać  owe  dwa  gwałty? Można. Ją  szantażowali kretem.  Beryl  podcięli  gardło... Po  co  tu 

jednak  porównania.  Wiara  i  prawo  nie  dopuszczą  w  ogóle  uwolnienia  kobiety  od  płodu.  W  obozach,  gdzie  rasiści 

zapładniali więźniarki przez gwałt skażonym nasieniem, nieszczęsne nie  tylko z woli oprawców  musiały rodzić potworki, 

ale także z woli kapłanów...

W czasie powrotu Maria  Elwira  siedziała  za kierownicą  i była  drzewem tyle, że reagowała  na znaki przy drodze  i 

płynnie pokonywała, zakręty. Niedaleko domu, gdzie, powracała  z zamiarem zawrócenia  rzeki i zatrzymania  kamienia  w 

locie,  zaczęła  modlić  się  o plon  na  jednym poletku.  Urodziła, ale  dlaczego  do  końca  nie  została  matką? Nie  otrzymała 

odpowiedzi, chyba jedynie tę, że Bóg to tajemnica i że Bogiem jest także Matka...

Teraz polna droga wiła się między wzgórzami, kilkakrotnie przecinając strumień, który też kręcił się meandrami, tu i 

tam jakby uciekając od drogi. Pokraczny citroen 2CV Marii Elwiry zjeżdżał w dół po piaszczystej ścieżce. Dalej była góra i 

jar,  na  zboczach  którego  pasły  się  owce  bez  pasterza. W  połowie  owej  góry  Maria  Elwira  spotkała  księdza  mozolnie 

pchającego skuter. Zatrzymała samochód.

- Niech będzie  pochwalony, szczęść Boże - powiedziała wychodząc z blaszanki. Niemłody już kapłan był zasapany, 

pot zalewał mu twarz pod czarnym kapeluszem.

-Niech będzie pochwalony - odpowiedział dysząc i przystając na chwilę.

- Cóż to, skuter jedzie na motocykliście? - uśmiechnęła się Maria.

- Nie zbadane są wyroki nieba - odparł ksiądz, w tej sytuacji bardzo pogodnie.

- A cóż stało się temu rumakowi - zainteresowała się Maria wskazują skuter.

- Zmęczył upał, zasapał się i stanął.

- Benzyny zapomniał ksiądz nalać do baku?

- Nie, paliwo jest i motor jest, tylko ducha nie ma w tym aparacie... Życie zamarło gdzieś na zębatych kołach...

Furmaga Lesław - GWAŁT

24 / 40

background image

Marią Elwira wjechała swoim samochodem na spadzisty brzeg jaru.

-  Niech  ksiądz  usiądzie  w cieniu. -  Maria  włożyła  skórzane  rękawice, które  zawsze  woziła  w  bagażniku. Wzięła 

skuter  i  usiłowała  go  uruchomić.  Zagdakał  raz  i  drugi,  gasnąc  po  kilkunastu  obrotach.  Maria  wydobyła  ze  swojego 

samochodu woreczek z  narzędziami. Wykręciła świecie, sprawdziła iskrę, która była widoczna nawet w słońcu. Bak też do 

połowy  wypełniony  był  paliwem.  Maria  obejrzała  silnik,  odnalazła  filtr  i  pompę  paliwa. Odkręciła  odstojnik, oczyściła 

miseczkę  z  piachu  i  owczej  sierści.  Odkręciła  kranik, paliwo  polało  się  na  drogę.  Zakręciła  odstojnik, przelała  gaźnik, 

nacisnęła starter. Silnik zapalił, zakaszlał dwa razy i pracował równo, jak na pokazie. Ksiądz cały czas przyglądał się Marii.

-Bóg ci wynagrodzi kobieto, zdjęłaś krzyż z ramion starego człowieka. Padłbym pod jego ciężarem, do miasteczka 

trzy mile  z  hakiem...  Zawsze  -  jeżdżę  na  rowerze, nie  znam  się  na  tym  benzynowym  mechanizmie. Cóż  było  mojemu 

rumakowi?

-Zadławił się piachem. Trzeba częściej czyścić odstojniki i zmieniać filtr...

- Kobieta, a taki mechanik. Gdzie nauczyłaś się tej sztuki?

Maria przysiadła obok księdza na powalonym pniu drzewa. Owce były dookoła i cisza panowała w jarze.

- Pytasz gdzie? Odpowiem ci szczerze, ojcze duchowny, nauczyłam się tego -w piekle.

- Co mówisz, kobieto?

-  W piekle, proszę księdza, nauczyłam się mechaniki jedynie przy okazji, bo naprawdę uczyłam się tylko zabijać... - 

Maria  Elwira poczuła dziwną siłę uzdrawiania duszy jaka  emanowała od tego zakurzonego wędrowca. Obudzili się w niej 

nieprzeparta chęć zapytania go o...? Nie wiedziała jeszcze o co.

- Co mówisz? - ksiądz  poruszył się  na kamieniu Przyglądał jej się  z uwagą. Czy to możliwe? -  zapytał zmarszczył 

brwi, myślał nad  czymś intensywnie. Uniósł głowę. - Poznaję cię  z  fotografii w gazetach - powiedział po chwili. -  Jesteś 

Marią Elwirą Telier...

-  Jestem -  skinęła  głową. -  Bóg  niech  cię  ma  w  opiece  w  dalszej  drodze  życia...  -  Nie  boi się  ksiądz  wściekłej 

terrorystki?

-  Żartujesz  Tereso,  ja  mogę  bać  się  tylko  własnych  słabości. Jechałem  z  ostatnią  posługą  do  kobiety  z  wioski 

rybackiej na  cyplu, ale  biała pani miała lepszy pojazd. Przybyła  przede  mną... A ty zatrzymałaś się, aby przynieść  pomoc 

człowiekowi w potrzebie. Innym jesteś chyba już człowiekiem.

- Nigdy nie byłam inna. - Nawet wówczas, gdy - strzelałaś do kobiet niosących krzyże, -gdy organizowałaś gwałty? 

Nie byłaś inna? Nigdy.

-   To nie  ja  strzelałam, gryzła  wilczyca w obronie przed zapłodnieniem jej jaszczurczym nasieniem, tak broniła  się 

moja  natura... Kościół  dokonał  na  mnie  zbrodni, więc  strzelałam do procesji. Ale  to  nie  ja  strzelałam...  Ksiądz  spuścił 

głowę, myślał w skupieniu, spojrzał Marii w oczy.

Kościół, powiadasz? Kościół dokonał na  tobie gwałtu. Cóż wiesz o kościele, skoro tak mówisz? Kościół, jeżeli jest 

jeszcze  opoką, to  obecnie  bardzo  popękaną. Istnieją  jakby dwa kościoły... Kościół tak olbrzymiej w  Bogu  jak ubogiej na 

ziemi Matki Teresy z Kalkuty i kościół dostojnych docześnie. W jednym z  tych kościołów kapłani służą Bogu, w drugim. 

Bóg służy kapłanom. Prawdziwy kościół ugina się pod tym ciężarem. Księża, którzy służą Bogu; obserwują zmniejszającą 

się; ilość wiernych, bo wierni widząc pysznych utożsamiają obydwa te kościoły i tracą to co wspaniałego mieli ich ojcowie 

i  matki... Boga  w  sercach. Ale  nie  można  oszukać  wschodu  słońca,  przypływu  morza,  ani  prawdziwego  Boga.  Pamięć 

Matki  Teresy  z  Kalkuty  będzie  ogromniała  i  stanie  się  cząstką  świata,  imiona  zaś  przemożnych  szybko  zostaną 

zapomniane. Ludzie zwyczajni swoje  upodobania  próbują  narzucić  Bogu, jakby Bóg nie  był ponad zaszczyty i  złoto... A 

przecież ani Bóg, ani Matka Teresa nie czują blasku złota.

Maria Elwira uśmiechnęła się przyjaźnie.

-  A  więc  kościół  prawdziwy  to  Bóg  w  sercach  wiernych  i  kapłan  j  eżdżący  zakurzoną  drogą,  na  rowerze  do 

potrzebujących posługi?

- Święty Józef  - jeździł na osiołku, nie w lektyce, Matka Boża powiła w żłobku, udziałem prawdziwych chrześcijan 

było cierpienie i ubóstwo, pokora  i modlitwa...Przepych i doczesna władczość  możnych to atak szatana  na kośćiół. Ksiądz 

w  zakurzonej  sutannie  przetartym  kapeluszu  mówił  te  słowa  bez  złości  a  z  głębokiem  żalem.  Maria  słuchała  i  jakby 

rozumiała, że  życie swoje  złożyła na  ołtarzu walki zła  z  dobrem i dobra  ze  złem, szatana  z  Bogiem i Boga  z szatanem... 

Ksiądz  mówił dalej. Kapłani Boga  to ci, którzy służą grzesznym, dbając  o ich zbawienie, modlą się, aby sztorm nie  zabrał 

rybakom sieci, nie  przewrócił łodzi, aby olej z  zatopionego okrętu nie  zalał  zatoki, aby mąż  Olaf  powrócił  z  połowu do 

małżonki Sandry...

-  Słońce  weszło wysoko na  niebo, skarpa jaru rzucała cień na księdza  w zakurzonej sutannie, Marię  Elwirę  i dwa 

stare, pokraczne pojazdy, stojące  tuż obok siebie. Owce pasły się dookoła  na wyschniętej niczym ściernisko trawie. Maria 

pomyślała, że tak powinien wyglądać  raj, gdzie mimo surowości krajobrazu panował wielki spokój i nikomu nie spieszyło 

się nigdzie.

Ksiądz położył dłoń na jej ręce.

- Czujesz zbyt wiele i rozumiesz zbyt wiele bym cię pouczał. Niech twoim kapłanem. będzie  sumienie, od czasu do 

czasu  zajrzyj  tylko  do  małego  kościółka  lub  uklęknij  przed  krzyżem  na  rozstajnych  drogach.  Pomóż  Bogu  w  walce  z 

szatanem, bo  walka  dobrego i  zła  toczyć  się  będzie  wiecznie... Dzięki  za  naprawienie  pojazdu, niech  cię  Bóg  prowadzi 

przez resztę życia. - Ksiądz powstał z kamienia.

Maria Elwira pochwyciła kapłana za rękę. Spojrzał na nią, była blada, z dziwnym grymasem na twarzy.

- Co się stało, Mario?

-  Spotkałam  pasterza  od  tego  Boga,  w  którego  wierzę.  Mam  Straszną  tajemnicę...  Ksiądz  usiadł  ponownie  na 

kamieniu. Patrzył na czubki szarych butów, które wystawały spod sutanny.

- Nie  wiem, czy twój ciężar nie  będzie  zbyt wielki dla mnie, czy poradzę  tej spowiedzi. Myślę, że chodzi o grzech 

ciężki...

- Nie, nie o grzech chodzi, a o dramat matki... - Mów, Mario Elwiro.

Słońce wyszło jeszcze wyżej, już  nie  było cienia w jarze. Spowiednik i grzeszna  siedzieli w gorącym blasku, przed 

którym nie było tu ucieczki. Owce odeszły dalej, tylko cisza pozostała j ak przedtem.

- Mój syn Magnus żyje... - powiedziała Maria Elwira gdzieś z głębi siebie.

- Pamiętam, że twój syn zszedł na złą drogę. Później utonął w zatoce. Pisano o tym wiele w gazetach na wyspie.

-  Mój  syn  Magnus  żyje... To  „Szczur",  popełnia  ciągle  nowe  zbrodnie, a  ja  milczę. Nie  mogę  oddać  go  w  ręce 

Furmaga Lesław - GWAŁT

25 / 40

background image

sprawiedliwości,  bo  to  zadanie  mu  śmierci. Postanowiłam  go  uratować,  wywieźć  z  tego  kraju,  cofnąć  czas  zatrzymać 

rzekę...

- A on? - zapytał ksiądz głucho.

-  On?!  Podniósł  na  mnie  broń.  Nakazał  mi,  abym  pomagała  mu  w  zbrodni,  ja  jemu  nakazałam,  aby  zbrodnię 

porzucił, walka trwa.

- „Szczur", powiadasz, to twój syn?! Straszne jest twoje brzemię.

- Czy to mój syn? - zapytała Maria.

- Ty to, czujesz, ja ciebie powinienem zapytać - odparł ksiądz. - Czy to mój syn? - powtórzyła Maria Elwira.

Ksiądz  patrzył w  głąb jaru. Prawdy nie zawsze są proste. Poczęcie ludzkie to nie tylko akt fizyczny. Ale sumienie i 

mądrość  kościoła  płynące  z  Rzymu  mówią,  że  w  żadnym  przypadku  nie  wolno  przerywać  nowego  życia  w  łonie 

rodzicielki.

- A cóż owo sumienie i ta mądrość mówią o splugawieniu rodzicielki, spostrzegają rodzicielkę w ogóle?

Ksiądz milczał, może modlił się o jasność w tej ciemności.

- Bóg z tobą; Mario Elwiro - powiedział wreszcie bardzo po ludzku.

Patrzyła  na  pnący się  pod wysoką; piaszczystą  górę  ułomny mechanizm wiozący człowieka. Ksiądz znikł, smużka 

pyłu pozostała nad drogą.

...Dom był zamknięty. Jego pokoje nie były splądrowane, tylko kurz osiadł na meblach i płótnach.

Wzięła  klucze  ze  skrytki, zeszła  w, dół, otworzyła  metalowe drzwi. W konspiracyjnym  lokalu przybyło skrzynek. 

Telefon akustyczny nie został odkryty. Kanapa  stała na miejscu. Tuby głosowe nie były zaślepione. Wyjęła broń ze skrytki 

w ogrodzie. Wróciła na górę, czekała. Pragnęła  pojednania. Zabierze Magnusa do Francji, może dalej, na wyspy... Karaiby, 

Seszele, Bahama... Daleko od ludzi, przeszłości, poszukiwań, wyroków; On pewnie jest zmęczony, tak jak ona była kiedyś. 

Niechby  Magnus  założył  przedsiębiorstwo,  może  antykwariat, zawsze  interesowały  go  obrazy,  sztuka  -  Niechby  uszedł 

sprawiedliwości... Uszedł  sprawiedliwości? A cóż  on  jest  winny? Czy  tak  obciążony  jeszcze  przed  przyjściem  na  świat 

człowiek może być normalny? Magnus nie jest winny, że zaistniał takim, jakim go stworzono.

Ona teraz zatrzyma kamień w locie, zawróci rzekę.

Mijał czas, oni  nie  zjawiali się  w  arsenale. Któregoś  dnia  przeczytała  o  akcji dobroczynnej  organizowanej przez 

spikerkę  lokalnej  telewizji  i  jej męża. Kilka  dni  po tym, przed jej domem zatrzymał się  samochód, z  którego  wysiadło 

właśnie  tych dwoje. Otworzyła  drzwi goście  weszli do  salonu. Ingrid podała  jej  skromny bukiecik  Była  to  więc  wizyta 

przyjazna.

- Od dawna chcieliśmy panią poznać, możliwe jednak, że nie życzy pani sobie wizyt ani rozgłosu. Moim marzeniem 

jest wywiad z kimś tak niezwykłym - powiedziała Ingrid.

Maria  Elwira  istotnie  nie życzyła  sobie rozgłosu, odmówiła  więc  wywiadu, ale grzecznie, bo  Ingrid wydała się  jej 

inną reporterka niż hieny, z którymi miała wielokroć do czynienia. Miły sposób bycia  gości sprawił, że  rozmowa, chociaż 

nie do mikrofonu, potoczyła się na tematy, o których Maria mówić nie chciała.

-  Pani  wie, że  jest  osobą  ciągle  nie  zapomnianą  i  nadal kontrowersyjną.  Nie, jako publicystów, ale  zwyczajnych 

ludzi, interesuje nas pani bogate życie... - mówiła serdecznie Ingrid.

-  Bogate życie?... - przerwała jej gorzko Maria Elwira. - Gwałt, terror... Więzienie... Pustka... Bogate życie?!

- Tak, niezwykle bogate. Chciałabym mieć część przemyśleń jakie posiada pani.

- Ale nie chciałaby pani mieć moich przeżyć - Maria znów uśmiechnęła się gorzko.

Nie  mów  mi  pani  Mario, jestem  Ingrid, a  to  mój  mąż  Edgar. Przysięgamy,  że  koniec  z  propozycjami  wywiadu. 

Właściwie przyjechaliśmy zaprosić cię na weekend. Pożeglujemy? Co ty na to? - mówiła serdecznie Ingrid.

Maria Elwira od dawna nie czuła tak szczerego uśmiechu na swojej twarzy.

Za kilka  dni spotkali się nad morzem. W przystani stał duży słup, wysłużony, ale zadbany i czysty, jak przyszło na 

jacht ludzi  zakochanych  w  wietrze  i wodzie. Północny  podmuch  wiał  rześka  szóstką  w  kierunku  wyspy. Pogodę  można 

było  uznać  za  sztormową.  Tuż  za  główkami  przystani  wysokie  fale  przewalały  się  i  pieniły  na  grzbietach,  wichura 

pohukiwała w sal-mgach i wantach, uderzała falami w maszt, gwizdała w niskim osprzęcie.

Żeglarska pogoda - uśmiechnął się Edgar.

- Widzisz, on jest bezwzględny. Popłynąłby w sztorm, nie pytając o zdanie pań. Urządzimy bunt, ty pewnie cierpisz 

na  morską  chorobę.  Zrobimy  drinka,  poczekamy  do  jutra,  kapitana  zapędzimy  do  kambuza,  niech  zademonstruje 

kucharskie talenty...

Maria  Elwira  miała  jednak ochotę na żeglowanie  właśnie  w taką pogodę: Edgar  i Ingrid szybko sklarowali sprzęt. 

Pod pokładem zadudnił mały  diesel. Wyjście  na  zatokę usiane  było sterczącymi z  dna  skałami. Jedne  wystawały wysoko 

nad wodę, inne kryły się toż pod jej powierzchnią, pokazując granitowe  kły w przewalających się falach. Zaraz po wyjściu 

z przystani, Edgar postawił żagle, jacht przechylił, się i ostrym bajdewindem począł piąć się w górę wichury. Maria Elwira 

siedząc  w  kokpicie  obok  Ingrid,  która  trzymała  ster  i szoty, wystawiła  twarz  do  szkwałów  i biczów  wodnych, którymi 

wichura smagała od nawietrznej. Było jej dziwnie dobrze, tamto wszystko znowu zostało na brzegu.

Znów była w obliczu morza. Jacht, doskonały instrument na granicy wody i wiatru, wczepiony kilem i płetwą steru 

w toń, żaglem zaś w siłę wichru, zdawał się być ich owocem. Był przedłużeniem natury, jej potomkiem w najprostszej linii. 

Każdy szczegół był  tu stworzony w  odpowiedzi na  zew wiatru i wody, odpowiadał im i sprawiał; że  wola  żeglarza  była 

nakazem dla żywiołu... Przechylony maszt muskał żaglem ruchome morze. Jacht precyzyjnie zbliżał się do skalnych zębów 

i przechodził obok nich, niemal bez  dryfu, zgodnie  z wolą sternika. Silnik drzemał, kotwice tkwiły w  kluzach. Radowało 

się  coś  w  sercu  Marii  Elwiry,  czuła, że  przyszedł  czas  ona  właśnie  odchodzi  od  starego.  Jej  pełna  buntu  natura  jakby 

odnalazła coś dla siebie. Kto doświadczył żeglugi między skałami, gdy na masztach mocne płótna  i pewna  ręka na  sterze 

wie, że jest to zawsze uczucie zwycięstwa.

Potem  wichura  straciła  moc, szkwały  były  coraz  słabsze,  a  fala  mniejsza. W  nocy  Edgar  i Ingrid  zmieniali  się 

kilkakrotnie  w  kokpicie. Ruchome  płaszczyzny  morza  usiane  były  gwiazdami.  Niebo  pojaśniało,  chmury  zabrał  wiatr, 

kryjąc  się  wraz  z  nimi  gdzieś  za  horyzontem.  Jacht  leciał  jak  na  skrzydłach.  Daleko  od  lądu  nie  było  skał,  otwarta 

przestrzeń zapraszała w głąb... Ale nic tu nie było nieziemskiego. Skąd więc takie jej szczęście? Czasem trzeba niewiele, by 

człowiek  pozbył  się  udręki...  Potrzebny  promień  słońca,  który  wpadnie  w  ciemną  czeluść  i  osuszy  nawarstwioną  tam 

stęchliznę.

Ingrid  dotrzymała  słowa  Nie  padło  pytanie  o  jej  lżycie, o  gwałt,  miłość  lub  nienawiść  do  Magnusa, terroryzm... 

Furmaga Lesław - GWAŁT

26 / 40

background image

więzienie.

Ta  kobieta  w  żeglarskiej  kurtce  była  uosobieniem  radości  i optymizmu.  Jej  towarzystwo  działało  jak  balsam na 

duszę  Marii Elwiry... Maria zauważyła jednak, że  w wesołości Ingrid jest jakiś fałsz. Roześmiana  kobieta często zapadała 

w zadumę, jakby znikając  z jachtu, morza, ziemi... Bywało, że  jej wesoły śmiech urywał się  i oczy traciły blask. Patrzyła 

tępo  nie  wiadomo gdzie. Były  to  ucieczki  na  bardzo  krótko,  być  może  nie  każdy  by  je  zauważył nawet przy  bliższym 

poznaniu  Ingrid.  Maria  Elwira  obserwowała  ją  podświadomie,  nie  chciała,  tego,  ale  stała  się  jakby  czujna  na  owe 

odpłynięcia gdzieś w przestrzeń przyjaciółki. Przyjaciółki? Tak. Mimo krótkiej znajomości coś nieuchwytnego połączyło te 

kobiety. Jakby tajemnica, jakby dramat Ingrid, były  Marii bliskie, pragnęła  aby tamta  poradziła  sobie, aby to co ją  gnębi 

przeminęło, znikło przepadło, okazało się niczym.

Któregoś wieczora  Maria  towarzyszyła  żeglarce  przy sterze. Edgar  spał w  kabinie  po  wielogodzinnej wachcie  na 

sztormowej fali.

- Ja też mam swój dramat powiedziała Ingrid - łamiąc tabu, które panowało na łodzi już niemal nieznośnie.

Silna, wspaniała, żeglarka  nie  mogła  sięgnąć  po  chusteczkę, zakryć  twarzy rękami, wykonać  jakiegoś  kobiecego 

gestu. Trzymała  drzewce  steru. Jacht  szedł ostrym półwiatrem, siła  pędu wody  działała  na  płetwę  steru  bardzo mocno. 

Ingrid  trzymała  mahoniowy  pałąk  oburącz.  Spuściła  głowę, zamknęła  powieki.  Nie  mogła  poradzić  sobie  z  płaczem  i 

sterem jednocześnie. Maria  Elwira  położyła  ręce  na  rumplu, przesunęła  drzewce  lekko  na  nawietrzną, bo  łódź  wyraźnie 

zaczęła odpadać. Ingrid otworzyła oczy.

Płacz i grymas bólu znikły z jej twarzy jakby zdmuchnął je szkwał, który uderzył w trójkątne płótna i zalopotał nimi 

przez  kilka  mgnień  oka. Ingrid przejęła  ster, wyluzowała  szoty  odpadając  bardziej  od  wiatru. Teraz  łódź  płynęła  bardzo 

szybko, uderzając dziobem w skośnie biegnące fale. Bryzgi wody, strzelały gejzerami po prawej i lewej burcie.

- Ja  nie mogę  mieć dzieci powiedziała  już zupełnie inna  Ingrid. Przesiedziałam rok w klinikach, byłam, w Paryżu, 

Londynie, Amsterdamie... Nie mogę być matką, a oni profesorowie, docenci, doktorzy... nic. Mówią, że nadzieja w Bogu...

A jest nadzieja? - odezwała się wreszcie Maria Elwira

- W Bogu - powtórzyła Ingrid

- Ty wierzysz w Boga?

- Wierzę - kiwnęła głową Ingrid.

- Więc j est nadziej a... -Podobno jest...

-  U  Boga  nie  można  wymodlić  deszczu  na  jednym poletku.  -  Maria  Elwira  spojrzała  w  oczy  przyjaciółce. -  W 

jakiego Boga wierzysz Ingrid?

Ingrid milczała długą chwilę.

- Po prostu mam Boga, o którym nie można uczyć w szkołach, tak jak uczy się anatomii ssaków, bo ten Bóg nigdy 

nie będzie zważony, zmierzony i opisany niczym odkrycie geograficzne... Czy mnie rozumiesz?

- Rozumiem, uważasz, że ludziom potrzebny jest teatr - tyś król wszelkiego świata, a jam jest marny pył - korzą się 

w tym teatrze i wychodzą takimi draniami, jakimi przyszli...

-Zawziętość przez ciebie przemawia, Mario... Jesteś porażona jeszcze, prawda?

- Za gwałt.

Na jachcie znów zapanowało milczenie

-Nie wyobrażasz sobie co przeżywa kobieta oczekując potomstwa takich szakali - powiedziała Maria.

- Wielkie  idee  zawsze  były okrutne  -  przyznała  Ingrid. Maria Elwira uniosła  nagle głowę, w jej oczach  zapalił się 

dawno tam nie goszczący bunt.

- To spisek szatana!  - powiedziała gniewnie... Kto pyta o zdanie  zgwałconą... Idea to ręka tysiącopalca... jednostka 

bzdurą! Kobieta bzdurą...

-Widzę, że znasz poezję sowieckiej rewolucji...

- Dwadzieścia lat miałam na książki... filozofię, historię, teologię, marksizm, opowieści o męce Chrystusa i o męce 

Giordana  Bruna,  czytanie  Biblii  Świętej  i  dokumentów  o  tym  jak  z  tą  Biblią  ogniem  i  mieczem  Francisco  Pizarro 

wymordował naród  Inków. Gigantyczni zbrodniarze  zawsze  walczyli  o wielkie  idee, zawsze  zdobywając  nowe  terytoria, 

złoto i władzę. Przymus dojrzewania w ludzkiej istocie substancji wytworzonej w probówkach przez rasi-stów lub nasienia 

odczłowieczonych  bestii  to  ostatnie  osiągnięcia  nawiedzonych  wielką  wiarą  szaleńców...  jesteś  publicystką  Ingrid, 

powiedz,  dlaczego  ktoś  nie  nakręci  filmu, nie  napisze  książki  ukazującej  prawdę  o  losie  gwałconych  do  rodzenia  po 

gwałcie, o losach synów i córek gwałtu?

- Ty o tym napisz Mario

-Nie Ingrid, musiałabym tam wrócić, nie dam rady...

- Szkoda, bo są prawdy, których świat nie lubi, po co one, skoro ich zaniechanie jest bardziej święte.

Maria  Elwira patrzyła na płaszczyzny wody, które  wpełzały do góry, łamały się na  krawędziach i przepadały w dół, 

piętrząc się i znowu wędrując wyżej i wyżej... Maria Elwira położyła rękę na drzewcu, gdyż Ingrid mozolnie ostrzyła kurs 

do wiatru, pomogła jej w zmaganiu.

- Nie pozwoliłam ci pytać mnie o nic - powiedziała Maria,

- Czy pozwolisz, że ja zapytam o coś ciebie?

- Oczywiście Mario... - Ingrid zainteresowała się szczerze.

- Czego ty w życiu pragniesz najbardziej?

- Ja? Mówiłam ci, ja pragnę urodzić dziecko, chcę macierzyństwa!

-    A  gdyby  tobie  zdarzyło  się,  to  co  mnie,  wszystko  tak  samo  w  ten  sam  sposób...  Czy  chciałabyś  dziecko 

zwyrodnialców.

Ingrid jakby przestała sterować, jakby zamarła. Jacht tym razem zaczął gwałtownie ostrzyć, żagle  wpadły w  łopot, 

metalowy osprzęt dzwonił niepokojąco.

- Babskie sterowanie! - odezwał się z kabiny Edgar. Co wy wyprawiacie z jachtem?!

-  Yess,  odpadamy  i  jedziemy  dalej  -  odkrzyknęła  Ingrid.  Wiatr  znów  zdmuchnął  z  jej  twarzy  wyraz  zadumy  i 

smutku.

- Czy chciałabyś takie dziecko? - powtórzyła Maria  Elwira. Ingrid teraz skupiona była na  sterze. Kilkanaście stopni 

w lewo o milę przed dziobem jachtu woda pieniła się w skałach. Sytuacja wymagała zdecydowanego manewru.

-  Zwrot!  -  Powiedziała  Ingrid  energicznie  wybierając  szoty.  Jacht  przeszedł  do  przeciwnego  halsu. Teraz  przed 

Furmaga Lesław - GWAŁT

27 / 40

background image

dziobem leżała jedynie olbrzymia przestrzeń morza z pianą jak śnieg na skośnie biegnących falach.

- Zadałaś mi okrutne pytanie... - wróciła do rozmowy Ingrid.

-  Musisz  na  nie  odę  powiedzieć!  Musisz!  -  Nie  ustępowała  Maria.  Nie  myślałam  nigdy  o  zwyrodniałym 

macierzyństwie...

- A wiesz co to jest macierzyństwo? Co to jest ludzkie macierzyństwo? Proces fizjologiczny tylko, rozmnażanie  się 

ssaków?

Czy coś znacznie więcej... Odpowiedz Ingrid, kochałabyś takie dziecko?

Ingrid  przez  długą  chwilę  zajmowała  się  wyłącznie  sterem.  Ostrzyła  precyzyjnie  kurs.  Biegnące  z  wielkiej 

przestrzeni  fale  rozbijały  się  o  dziób  z  pasją,  szkwały  byty  świeże  i  rześkie. Ingrid  uniosła  twarz.  Jakby  z  wyrzutem 

spojrzała na Marię Elwirę.

- Marzyłam o takiej rozmowie z tobą - powiedziała z błyskiem w oczach

-   A  teraz  nie  chcesz  takiej  rozmowy  -  przerwała  jej  Maria  Elwira.  -  Żadna  kobieta  nie  może  pragnąć  owocu 

bestialskiego gwałtu. Może zmusić się, wykarmić, wychować dziecko, ale pozostanie w niej bunt albo pustka...

Tragiczne są pomyłki „nieomylnych" wiesz, Hitler zagłada Żydów w imię doskonałości rasy, półbóg Stalin, zagłada 

opornych  w  imię  „blasków  promiennych"  przyszłości...  I  wcześniej  Pizarro,  zagłada  cywilizacji  Inków  w  imię 

chrześcijaństwa... Nieomylni są obrońcy embrionu, którzy już niemal ogłosili człowiekiem, a kobietę, matkę  niczym... To 

groźny eksperyment dla poczynania i rozwoju ludzkiego życia.

Ingrid  ujęła  oburącz  wolną  dłoń  Marii  Elwiry  -  Bunt  i  rozpacz  goreją  jeszcze  w  tobie,  jeżeli  chcesz  być 

sprawiedliwa, musisz być wyrozumiała, Mario.

-  Bzdura, biskupi  opornych sobie świeckich parlamentarzystów nazywają publicznie zbrodniarzami...

- Właśnie, dlatego pustoszeją kościoły. - Powiedziała Ingrid i znów pochyliła się nad sterem.

Choć wiatr  tężał, cisza zapanowała  w kokpicie. Skały z  lewej burty zostały daleko za rufą. Tuż nad topem zawisła 

biała  mewa. Zdawało  się, że  patrzy z  góry bystrymi oczkami na  kobiety przy sterze. Daleko przed dziobem rysowało się 

pasmo gór, rejs dobiegał końca.

Z kabiny wyszedł Edgar. Popatrzył przez lornetę tam, gdzie majaczył ląd, zwolnił panie, usiadł przy rumplu.

- Jak ci się podobała wycieczka? - zagadnął Marię Elwirę.

Potem  rozmowa  potoczyła  się  o  ostatnich  wydarzeniach  w  Elberg.  Maria  wywnioskowała,  że  Ingrid  jest  w 

niebezpieczeństwie.  Nie  uległa  szantażowi  terrorystów.  Otrzymała  ostrzeżenie,  potem  groźby.  Maria  przeczuwała  coś 

złego, czuła też, że pragnie za wszelką cenę ochronić tę wspaniałą kobietę, ale jak miała to uczynić? Jeszcze nie wiedziała.

Z  rejsu  wróciła  innym  człowiekiem.  Niepokoiła  ją  jednak  sytuacja  Ingrid.  Ona  wiedziała,  co  oznaczają  takie 

groźby...

Pewnego wieczora Maria wracając z Beldown spostrzegła, że coś żywego porusza cię przy drodze. Przystanęła. Był 

to sokół ze złamanym skrzydłem. Bronił się ostrym dziobem, gdy chciała obejrzeć jego ranę. Zabrała  ptaka do domu. Był 

postrzelony przez  człowieka. Opatrzyła go  i założyła  mu bandaże. Potem stał na  żerdzi i patrzył. Czasami spostrzegał w 

ogrodzie mysz lub żabę, machał wówczas zdrowym skrzydłem, jakby chciał wzbić się wysoko, by spaść na zdobycz swoim 

sokolim skokiem. Maria zaprzyjaźniła się z okaleczonym ptakiem.

Któregoś dnia  przed jej domem zatrzymał się szary mikrobus, otworzyły się jego szerokie drzwi i wyjechała z  nich 

staruszka  na  inwalidzkim  wózku. Marię  znów  chwycił  za  gardło  skurcz. Poznała. To  była  Flora  Tokarsky. Wybiegła  z 

domu, otworzyła  furtkę  do  ogrodu.  Flora  uśmiechała  się  z  daleka.  Maria  ucałowała  jej  rękę...  Sędziwa  pani  pozostała 

wierna swojej sprawie. Okazały dom zamieniła na pensjonat dla samotnych matek.

- Ty odmieniłaś moje życie wewnętrzne - powiedziała później w rozmowie do Marii Elwiry.

- Ja?! - zdziwiła sio gospodyni. - Ja cię okaleczyłam, ja zniszczyłam twoje życie, Floro.

- To pozory -  uśmiechnęła się  staruszka. - Tam w Segers był moment, którego  nie zapomnę, patrzyłyśmy sobie  w 

oczy. Wiedziałam, że  strzelisz, myślałam, że  zginę, ale  byłam zafascynowana. Nigdy  w  oczach  człowieka  nie widziałam 

podobnej  rozpaczy.  Nie  było  w  nich  nienawiści, była  udręka.  Długo  widziałam  twoje  oczy  w  szpitalu  i  później,  gdy 

wracałam  do  zdrowia...  Były  to  oczy  ciągle  gwałconej...  Czytając  o  tobie  te  straszne  rzeczy,  pragnęłam  cię  spotkać  i 

wyrwać  z  tego  splotu, ty  nie  byłaś  terrorystką... Wiele  upokorzonych  przez  los  nakłoniłam,  żeby nie  przerywały życia, 

któremu ze swojej istoty dały początek. Nigdy jednak nie udało mi się przekonać takiej, która została zmuszona... Nakaz to 

często obezwładnienie sumienia  i sprowokowanie buntu... Ciebie  można było przekonać dając ci wolną wolę - powtórzyła 

Flora. - Ale  kto tego miał dokonać, skoro sędziowie  na ziemi i Bóg na niebiosach posługiwali się  jedynie policją... Myślę, 

że  gdy  wówczas  odzyskałaś  przytomność, najstrasz-niejsze  było  dla  ciebie  to,  że  skutki  czynu  zwyrodnialców  stały  się 

prawem  ludzkim, a  ty  -jedynie  przedmiotem. Potem  przyszło ci do głowy, że  to niemożliwe, bo jeżeli Bóg  jest Bogiem, 

musi być sprawiedliwy.

- Dokładnie tak... - skinęła głową Maria.

-  Myślałam  o  tym,  aż  ocknęłam  się  z  fanatyzmu  i  stało  się,  jakbym  wyszła  z  mroku.  Podjęłam  rozmowy...  - 

zostawmy  ustawy  władzom  ziemskim,  szukajmy  miłości  dla  jeszcze  nie  narodzonych  w  dobrej  woli,  starałam  się 

przekonać możnych - ciągnęła spokojnie Flora.

Na  żerdź  tuż  obok altany skoczył sokół, machnął zdrowym skrzydłem i spadł jak kamień na ziemię. Maria  wstała, 

uniosła ptaka i posadziła na tyczce. Twarz Flory wypogodziła się.

-    To  ty Mario powiedziałaś, że  największym  darem Boga  jest  miłość  matki. Wielu duchownych przyznaje  temu 

rację. Ale kościół to urząd. Pół - Bóg, półczłowiek, który kieruje obecnie tym urzędem ustanowił, że liczy się tylko ziarno i 

ziemia, jakby  zapominając  o  słońcu,  którym  jest  miłość  matki.  Jeżeli  świat  zlekceważy  światło  tego  jedynego  słońca, 

miłujące matki przestaną być  potrzebne. Wystarczą wymyślne inkubatory i policyjny nadzór nad powielaniem takich istot 

ludzkich - nieludzkich. Namiestnicy niebios uwierzyli w policję i stracili wiarę.

- Więc odeszłaś od kościoła, Floro? - zapytała Maria Elwira. Flora przyglądała się uważnie sokołowi. Chwilę trwała 

cisza.

- Nie. Nie odeszłam od  kościoła -  powiedziała wreszcie  Flora. - Kościół to nie  tylko kapłani, kościół to wierni. Ja 

pozostałam wierna. Jeżeli intencją Boga jest, aby nie zabijać życia, które już zaczęto tętnić, ja o to się staram w duszach, a 

nie  w  parlamencie  i na  policji...  Przed  twoimi  strzałami  w  Segers  walczyłam o przymus.  Niech  matka  nienawidzi, ale 

urodzić  musi!... To  ja  byłam terrorystką. Ludzka  matka  rodzi  z  miłości, więc  w  ciemności popełniałam  gwałt.  Gdy  to 

zrozumiałam, twoje strzały przyjęłam z pokorą...

Furmaga Lesław - GWAŁT

28 / 40

background image

-   Ty  jesteś święta... - powiedziała  Maria  Elwira  patrząc  w  zachodzące  słońce, którego czerwona  bryła  rozrzucała 

tysiące refleksów po strzępach chmur za kamienną górą.

-Nie, Mario, nie ma pewności, że istnieją święci, jest pewność, że istnieją ofiarni bez pychy. Maria wstała, poszła do 

salonu, przyniosła starą, mauretańską szkatułkę bogato inkrustowaną.

-   To klejnoty trzech pokoleń mojej rodziny. Nie mają  już godnego spadkobiercy. Ojciec  przechował je dla mnie  w 

banku. Wzięłam, żeby przejrzeć precjoza i odnieść tam, gdzie  zawsze  pozostaną  martwe. Spraw, żeby ożyły, Floro. Niech 

przyniosą pomoc matkom, które dzięki tobie nie będą jedynie ziemią i ziarnem, ale też słońcem dla swych dzieci...

Sokół ze złamanych skrzydłem znowu patrzył na Florę. Ona milczała jakby nie znajdując już słów w tej rozmowie.

- Pamiętam ćmę w twojej celi - powiedziała po chwili. - Na imię miała Liwia...

- Tak, po śmierci wyglądała jak żywa.

- Teraz masz sokoła...

- Ze złamanych skrzydłem - uśmiechnęła się Maria. - Jak myślisz Floro, czy on jeszcze wzbije się wysoko?

- Tak, ma tylko złamane skrzydło, ale widzi i czuje. - Flora spojrzała na  szkatułkę. - A w tobie Mario Elwiro słońca 

nie zniszczył szatan, ani błąd nieomylnych... - powiedziała lub tylko pomyślała sędziwa pani.

Czerwona  kula  słońca  pochyliła  się  nisko.  Maria  patrzyła  jak  szary  wóz  pnie  się  w  niezwykłym  blasku  ponad 

poziom, miała  wrażenie, że  Flora  na  swym  inwalidzkim  wózku  oderwała  się  od  ziemi i  wzlatuje, bo ma  tylko  złamane 

skrzydło...

Wreszcie  tamci  dwaj  wrócili.  Telefon  akustyczny  przemówił.  Rozmowa  znów  toczyła  się  na  tematy  zawodowe. 

Chodziło o zamach na przemysłowca w Portugalii. Zabójstwo zlecone  przez handlową konkurencję. W działaniu tej bandy 

nie było idei. „Szczur" przyjmował zamówienia z całej Europy. Teraz szajka znów szykowała się do wyjazdu.

Wieczorem przypilnowała ich gdy wychodzili. Kazała  Magnusowi przyjść następnego dnia rano. Przyjął wezwanie, 

był nawet zadowolony. Pogłębiło to jej nadzieje. Istotnie, rano Magnus przybył do willi zgodnie z umową. Usiadł w fotelu, 

bawił się długim nożem, pod bluzą miał pistolet.

- Granaty nie wiszą tu nigdzie na różańcu Albakory? - zapytał rozglądając się po pokoju.

- Ratuj się, jesteś osaczony - powiedziała wprost.

- A tobie co do tego, Albakora? Po starej znajomości mnie ostrzegasz?

-  Tak jakoś odpowiadam za twój los. Zabatożą cię posypując solą, taki masz wyrok w „Armii". Uciekaj -blefowała.

-  A tak naprawdę,  czego  chcesz? -  patrzył  na  nią  stalowymi  oczami  bez  wyrazu. Nie  był  w  tej  chwili  idealnym 

odbiciem Hydego, wargi miał pełniejsze, nos bardziej wąski, po jego karku nie biegał robak ze szczypcami na odwłoku.

-  Czego chcę? Przeklęłam cię, zanim ujrzałeś świat, to prawda, teraz daję ci szansę  ratunku. Czy rozumiesz, że  to 

możliwe?

-  Ty  jesteś  wariatka,  więc  wszystko  możliwe.  Po  co  wróciłaś  do  roboty,  skoro  ci  miłosierdzie  w  głowie?  Nie 

blefujesz aby?

- Odwołaj robotę w Lizbonie. To wygląda jak zasadzka...

Strzał był celny. Magnus przestał bawić się sprężynowcem, jego dłoń zamarła na ostrzu. Chwilę trwał w bezruchu.

- O jakiej Lizbonie... O jakiej robocie mówisz?

- O łapaniu motyli w siatkę, głupcze! Zanim zabijesz Portugalczyka zginiesz.

- Co ty o tym wiesz, Albakora? Też w tym jesteś? Ta robota jest spalona?

- Ta i inne, bo ty jesteś spalony, masz bojówkę na karku. Wycofaj się, to ostatnia chwila.

- Myślisz... Tacy jak my nie mają odwrotu, to niemożliwe.

- Możliwe j est j eszcze wszystko.

-  Nawet, żebym miał matkę taką  jak  inni, a  ty syna z  żoneczką  i bachorami, które prosiłyby  babcię  na  święta?... - 

zaśmiał się  szczerze. Ten  śmiech dochodził z oddali, dudnił jak w  murach rozwalonej piwnicy. To  nie nóż był w rękach 

szakala a kret, który wypełzł z  podgrzanego słoika  i czepiał się palców Hydego ostrymi pazurkami. Pomyślała, że te dwa 

zwierzęta  są  zrodzone  z  siebie. Opanowała  się, przed  nią  siedział jej mimo wszystko syn  Magnus, którego  postanowiła 

ratować.

- Wycofaj się albo zginiesz! - powiedziała stanowczo.

- To nakaz? Ultimatum?

-Nakaz! Powiedz, kiedy stałeś się  szakalem? -jej władczy ton załamał się. Chwilę trwała  cisza. Obserwowała  jego 

twarz. On nie szukał przyjaciela, nawet sojusznika. On szukał tylko kogoś, kogo mógłby zabić.

- Nie  musisz odpowiedzieć zaraz, poczekam - ustępowała bojąc  się  stracić szansę. Jego maska jakby wyłagodniała, 

pojawił się na  niej zbliżony do ludzkiego wyraz. Czepiała się  tego, może stanie się cud, może spadnie  wymodlony deszcz 

na jego poletko. Bóg wysłucha błagań jednej matki o ratunek dla tylko jednego dziecka.

Skulił się jakoś, przyczaił. Spojrzał na nią. Nienawiść była w tym spojrzeniu.

- Ty mnie pytasz?! Nie wiesz kiedy?!

- Leczyłam cię...

- Bzdura, nie byłem chory. Nie miałem guza na mózgu. Twoja wina, że taki jestem.

To  była  prawda,  ona  wiedziała  dlaczego  jest  taki... Teraz  bawił  się  nożem,  mówił  powoli, wydawało  się,  że  z 

rozwagą.

- Ten gwałt i moje urodzenie  zrobiły  z ciebie poparzoną sukę. Jako dzieciak  przypominałem sobie  rzeczy, których 

nigdy nie  widziałem. Były to nieładne  historyjki, nieładne  zabawki. Nie domyślasz  się skąd je  znałem?... Raz  spotkałem 

panienkę, była  inna niż  te, którym robimy kuku, gdy mamy ochotę. Chciała ze mnie zrobić męża  i żebym prowadził dom 

towarowy na Kanarach. Jej ojciec  był bogaty. Dałem się  nabrać na  pieszczoty. Też byłem u psychiatrów i psychologów... I 

wiesz... ja powinienem uciekać  z  twojego brzucha  zanim  zawiązał mi się  mózg. Ale  byłem za  mały, nie  uciekałem... Ty 

karmiłaś mnie takim jadem, że przechodził mi aż w pięty. Było nie rodzić jak nie potrafiłaś.

- To było niezależne od mojej woli. Znienawidziłam oprawców, bo... bo... - miotała się, czuła, że przegrywa.

- Złorzeczyłaś i co? Nie czytałaś książek? Nie mówili ci, jakie może być dziecko?

- Mówili, ale co miałam robić? - nadal broniła się po desperacku.

- Aleja co miałem robić? - zaśmiał się Magnus.

- Byłam osaczona. To kraj dogmatów, klechów, terroru i zbrodni. Przeklęty kraj!

- Jakie wnioski? - Magnus drwił, jego twarz ciągle wykrzywiona była uśmiechem Hydego.

Furmaga Lesław - GWAŁT

29 / 40

background image

-  Ty  też  odkryłaś co  trzeba  robić... Bum,  bum, bum!...  Strzelać  trzeba, strzelać... Albakora  -  Hyde  roześmiał  się 

gdzieś z głębi.

- Odziedziczyłeś zbrodnicze cechy po ojcu! - niemal krzyknęła.

- Źle zrobiłem? Miałem nie dziedziczyć?... - kpił „Szczur". - Mądraś ty mamuśka? -Nie nazywaj mnie mamuśka!

- Już się zniechęciłaś, nie chcesz  ratować syna? Ta panienka była  lepsza. Ale skoro rozmawiamy, to ci powiem. nie 

kaperuj mnie. Nie będzie ze mnie ksiądz ani mieszczanin. Zostaję kim jestem.

-Nie zostaniesz! Ja też myślałam, że... Magnus parsknął śmiechem.

-  Ty  porównujesz  siebie  i  mnie?!  Durna!  Ty  byłaś  aktorką,  wasze  akcje  to  był cyrk.  Twoje  miejsce  w  teatrze  - 

popatrzył na nią uważnie, poprawił się w fotelu, schował klingę do rękojeści sprężynowca.

-  Zróbmy  umowę Albakora... Albo  ty  mnie, albo  ja  ciebie.. Póki żyjesz, czuję  twoje  przekleństwo, ciąży mi ono. 

Póki ja żyję, nie  odzyskasz  spokoju po tym gwałcie. Albo ty, albo ja, pamiętaj! - trzasnął sprężynowcem, ważył go chwilę 

w dłoni. Wstał i wyszedł.

To  co usłyszała i co wiedziała  przedtem ułożyło się  w logiczny ciąg. -  Średniowieczny  zamek w Anglii zwiedzała 

mając  17 lat. W lochach  widziała  pieczarę  i  łoże  z  kołem  do łamania  kości. Po  gwałcie, to  zapomniane  już  urządzenie 

wróciło do niej, powiększone  i bardziej upiorne. Ciągle  miała przed  oczami haki, noże, tryby i porozrywane  ciała  swoich 

oprawców z piwnicy w rozwalonym domu. Zabijała ich halabardą, rozrywała żywcem w tej maszynie. Magnus kształtował 

się wtedy. Chwilami czuła, że nie jest sama, że ktoś wraz z nią uczestniczy w tych snach i seansach. Znalazła wówczas tę 

książkę o wpływie  doznań kobiety ciężarnej na  kształtowanie się płodu i późniejsze  cechy człowiecze  dziecka. Przeraziła 

się, odrzuciła książkę. Mimo nieprzepartej żądzy odwetu, nie chciała razić trądem. Nie chciała! Ale to było silniejsze od jej 

woli.

Widziała, słyszała, czuła  krzywdę, wstręt, przerażenie... Kret! Bóg  ci dopomoże, córko... Bóg  nie  dopomagał. Ich 

też  torturował  halabardą. Nie  było pomocy, był bunt, chęć  wyzwolenia, ucieczki, chęć  czegokolwiek poza  tkwieniem w 

tym, co uczyniły z nią bestie.

Zauważyła, że gdzieś spływa ten jad, kumuluje się, nie wiedziała  w czym, ale  przynosiło to jej ulgę,. Gdy Magnus 

miał osiem lat, narysował człowieka rozrywanego halabardą, potem maszynę jaką widziała  w Castle  Ostrich Feather  nad 

Tamizą... Te same były tryby i dźwignie. Torturowany miał kreci ryj...

Więc  to ona  przekazała w  niewytłumaczony sposób dziecku udrękę. Ona?! Ona jest odpowiedzialna za bunt swojej 

natury  przeciwko  temu,  czego  doznała?  A  gdzie  ci  z  maskami  mimów,  gdy  krzyczała,  że  nie  poradzi  takiemu 

macierzyństwu...  W  obozach  śmierci  „ludzie"  z  trupimi  czaszkami  na  mundurach,  zapładniali  zniewolone  kobiety 

zwyrodniałym nasieniem. Cywilizowany świat postawił ich przed sądem i zapłacił szubienicą. A jej oprawcy?...

Następnego dnia  znów  spotkała się  z O'Nell'ami. Proponowali jej pracę w jakiejś społecznej organizacji. Wyjazdy, 

dobroczynne  akcje. Pierwszy raz od lat śmiała  się  szczerze, słuchała  dowcipów, piła  szampana. Gościła w  ich domu  trzy 

dni. Spostrzegła, że oni postanowili uratować w jakiś sposób resztę jej lat. Postanowili przerwać tę jej ciągle złą samotność, 

która nie była spokojem. Uwierzyła, że ci ludzie, to właśnie jej światło w ciemności.

Pożegnali ją  serdecznie. Potem wyjechali do Francji. Ingrid robiła  wszystko, aby zostać matką. Po miesiącu Maria 

Elwira  dostała  depeszę. Ingrid telegrafowała, że  wymodliła  u  swojego  Boga  deszcz  na  jednym  poletku, spodziewała  się 

dziecka, była bardzo szczęśliwa.

Maria  Elwira powoli wracała do normalnego życia. Opiekowała  się  trzema  starszymi osobami wskazanymi jej za 

pośrednictwem  Ingrid  przez  organizację  dobroczynną,  brała  udział  w  zebraniach, czytała. O'Nilowie  powrócili  i  Maria 

dzieliła z Ingrid jej szczęście oczekiwania na dziecko.

Któregoś dnia w domu znowu zastała szakali. W tubach głosowych usłyszała śmiech Ma-gnusa...

- ...Podaj się do dymisji, Gass. Jesteś gówniarz, a nie żołnierz wolności. Zaczynasz srać w portki?

-  Głupiś, szefie, rzecz  w  tym, żeby  wycofać  się  w  porę. Swąd  jest  blisko... Nie  czujesz? -drugi głos  był płaski i 

uległy. Magnus mówił władczo.

- Czuję, dlatego jeszcze  dzisiaj rozwalimy O'Nell'ów. Zbieraj się  jest wyliczony... Maria Elwira zdrętwiała. Upiory 

chwyciły  ją  za  gardło,  pot  zalał  jej  czoło.  Owa  niemoc  trwała  może  chwilę,  może  znacznie  dłużej.  Nagle  poczuła 

przenikliwy chłód. Zerwała się  z  miejsca. Tamci mówili jeszcze  o  szczegółach zamachu. Potem rozległ się szczęk broni. 

Sza-kale szykowali się do wyjścia. Przed Marią Elwirą przesuwały się obrazy jak na przyspieszonym filmie, czarno - białe 

klatki  zatrzymały  cię,  podskakiwały  w  miejscu,  nabierały  ostrości...  Wykrzywiony  zwierzęcymi  doznaniami  pysk 

Hydego...wąskie  wargi, rozdęte  bydlęce  chrapy  szerokiego  nosa...Mamo  kup mi  ciężarówkę  na  cztery  baterie... Mamo, 

chcę  pić  i pobiegnę na  boisko. Mamo... Mamo?!  -  Zacisnęła powieki, drgające  klatki czarno  - białego filmu zatrzepotały 

jeszcze  bardziej i  gdzieś  przepadły. Zobaczyła  szczęśliwą  matkę, Ingrid  pochyloną  nad kołyską, staroświecką drewnianą 

kołyską. A to co? świętość, najwspanialsza  świętość  w jej życiu... Zatroskana, pełna  ciepła  twarz  kobiety młodej, w pełni 

dojrzalej i już starej w miarę mijania czasu, Oblicze jej matki, która tak bardzo pragnęła, ale  nie  potrafiła uratować Marii z 

mocy szaleńców. Po śmierci pani Teresy Izabeli Telier, kiedy Maria przebywała jeszcze ciągle za drzwiami obitymi blachą, 

ojciec  wybudował na świeżej mogile  posąg matki z białego granitu. Matka była  na nim piękna, ale  już  tylko z kamienia... 

A Ingrid? Maria Elwira czuła, że  coś rozrywa się  w  niej na  strzępy. Czuła sercem całym i już  rozerwanym, że  dzieje  się 

rzecz  straszna. Ingrid  była  świętością,  która  niesie  miłość  matczyną.  Jej  dziecko  nie  będzie  tworem  zatrutego  ziarna  i 

splugawionej ziemi.  Tętniące  w  Ingrid  nowe  życie  jest  darem głęboko pojętego  nieba... spełnieniem  pragnień  kobiety  - 

matki. Czy  szakale  mogą  zabić  taką  świętość? Bóg  na  to pozwoli? A  gdzie  jest  Bóg w  ogóle... Ale  cóż  to? Rozhukane 

morze  i  bezwładny  na  nim  kształt  korabia  jak  piórko.  Dalej  skały, smocze  zęby  czyhające  na  żer  i  ofiarę.  Ludzie  na 

klęczkach przywołują w pokorze Boga. Bóg pochyla się nad nimi w wielkiej przestrzeni... Nadzieja w kotwicy - mówi jego 

duch wszechmogący. Więc może Bóg to tylko nadzieja?

Twarz  matki jak z  kamienia, w kącikach granitowych ust przerażenie. I  staje się cud, kamień zamienia się w ciało, 

przerażenie w uśmiech pełen nostalgii, jak przed laty na brzegu morza pod skałą, którą potem przewróciły sztormy. - Bóg 

jest w tobie, Mario Elwiro, szepczą  usta w  świecie  jedyne. -  Bóg  jest we  mnie, myśli Maria  Elwira  i pyta  swojego Boga, 

czy pozwoli, aby  jej syn Magnus zgasił słońce  jednej miłości matczynej. Ale  Bóg jest zbyt wielki, żeby odpowiedzieć  na 

takie małe pytanie.

- Co robić, mamo? - pyta Maria Elwira. Twarz matki nie jest już obliczem z kamienia. -Jeżeli możesz, nie zaniechaj 

ratunku - odpowiada Bóg, który ciągle żyje w pani z kamienia i serca.

-  W tobie  nadzieja, Mario -  krzyczy  głos gdzieś z  bliska  i  daleka. -  Kotwice  sięgnęły  dna, wyprężyły się  mocne 

Furmaga Lesław - GWAŁT

30 / 40

background image

łańcuchy.  Korab  powoli obraca  się  dziobem do  fal, które  niosły  go  burtą  ku  zagładzie. Gdzieś  w  wielkiej  przestrzeni  - 

zrodziła się nadzieja ratunku, dla nie splugawionej matki i słońca jej matczynej miłości.

Maria  Elwira poczuła myśl jasną jak błysk, przejrzysta  jak źródlany potok i siłę  nie skażoną lękiem. Wskazówki na 

zegarze ruszyły szybciej, jak kiedyś, gdy sekundy decydowały o wszystkim.

Oni odjechali, dom był pusty. Sięgnęła po klucze. Zbiegła po schodach, otworzyła stróżówkę.

Na  ścianie  wisiało  kilka  pistoletów  maszynowych,  dalej  były  składane  karabiny  z  celownikami optycznymi. Tą 

bronią Magnus dokonywał zabójstw na  zlecenia. Precyzyjność jej rażenia była niezwykła. Pod ścianą stały ręczne karabiny 

maszynowe. Sięgnęła po broń specjalną. Zawahała  się; W rogu wisiał włoski karabin carcano. Był seryjny, tani, ale  wśród 

terrorystów  cieszył  się  powodzeniem.  Z  takiego  karabinu  Le  Oswald  strzelał  w  Dallas  do  prezydenta  Stanów 

Zjednoczonych  Ameryki  Johna  Fitzgeralda  Kennedy'ego.  Karabin  wyposażony  był  w  celownik  optyczny.  Ostatecznie 

wzięła carcano. Sprawdziła amunicję. Magazynek był pełny. Przełożyła zamek. Charakterystyczny trzask przypomniał jej 

kurs  w Libanie. Strzelała  tam często, właśnie  z  tej broni. Pasował do jej ręki jak  żaden  inny. Strzelała  z  każdej pozycji, 

zerkając jedynie na muszkę i cel. Niepotrzebna była luneta.

Chwyciła  karabin. Pobiegła  schodami  do  góry.  Zmieniła  buty.  Narzuciła  płaszcz. Wyszła  z  domu.  Jej  śmieszny 

citroen 2CV stał na trawniku. Wiatr huczał w drzewach. Było już ciemno. Z ciężkich chmur spadło kilka kropli deszczu.

-  Rzuciła  karabin  na  siedzenie  z  tyłu.  Usiadła  za  kierownicą,  przekręciła  kluczyk  w  stacyjce.  Chwilę  rzęził 

rozrusznik aż odezwały się odgłosy nierównej, pełnej wibracji pracy silnika. Spojrzała na karabin leżący z  tyłu. ...Mamo, 

daj mi soku z  malin, pomarańczowego nie  lubię... mamo, chcę  latawiec  - duży, taki, który ma  ogon jak kometa. Mamo... 

mamo...  Zdrętwiała.  -  Cóż  chcesz  zrobić,  po  co  ci  broń,  nieszczęsna?  -  zapytała  sama  siebie.  Nie  było  odpowiedzi. 

Samochód ruszył sam, jakby bez jej woli. W szybę uderzyły duże krople deszczu.

Wyjechała  z  ogrodzenia.  Skręciła  w  kierunku  morza.  Jechała  bulwarem,  okrężną  drogą  do  starego  cmentarza. 

Minęła karłowaty lasek na kamiennym wzgórzu. Zaparkowała samochód za  ocalałym murem. Wzięła broń, ruszyła przez 

cmentarz.

Wicher huczał w wysokich krzyżach i poprzewracanych mogiłach.

Tuż  przed  zakrętem  szosy  sterczały  ku  niebu  mury  kaplicy.  Maria  Elwira  przylgnęła  do  płyty  grobowca. 

Obserwowała okolicę. Rzuciła okiem na zegarek. Sekundnik pędził wokół tarczy pospiesznie.

Około  23.30  Edgar  i  Ingrid  powinni pojawić  się  na  zakręcie. Prom  przypływał o  22.50.  Bandyci  obliczyli, że  na 

opuszczenie  statku i dojazd do zakrętu potrzebne  będzie  nieszczęsnym około  40 minut... Zegarek w tej chwili pokazywał 

22.55. Maria  Elwira  ruszyła  w  kierunku  cmentarnej  kaplicy. Jeżeli  „Szczur"  był  już  na  stanowisku, nie  musiał  jeszcze 

obserwować szosy. Mógł patrzeć na cmentarz. Gdyby ją spostrzegł, strzeliłby niechybnie. Nie uratowałaby wówczas Ingrid 

i Edgara. Zginęliby  jej przyjaciele. Nie!  Tak stać  się  nie  może. Dokoło  panowały nieprzeniknione  ciemności. Na  niebie 

wisiały  ciężkie  chmury, przez  które  nie  przebijał  blask  księżyca, ani też  nie  świeciła  żadna  gwiazda. Spostrzegła  już  w 

Libanie, że w takim mroku widzi jakimś dodatkowym zmysłem. Właściwie nie widzi, czuje...

Podeszła  dalej.  Teraz  mur  kaplicy  sterczał  zaledwie  kilka  metrów  przed  nią.  Odwróciła  się  i  nisko  pochylona 

pobiegła w przeciwnym kierunku.

Pospiesznie wspięła  się na niewielką górkę, gdzie głośno szumiały i chyliły się na  wietrze rozczapierzone  sylwetki 

karłowatych  sosen.  Przywarła  do  jednej  z  nich.  Patrzyła  dokoła...  Tak,  tam...  W wyrwie  muru  coś  wyczuła,  wytężyła 

wzrok... Jest... Na asfalcie stal luksusowy mercedes Magnusa.

...Więc  „Szczur"  był  w  kaplicy.  Czekał  już  na  swoje  ofiary.  Znów  spojrzała  na  zegarek.  Duża  wskazówka  na 

podświetlonej  tarczy  dochodziła  dwójki, mała  minęła  jedenastkę... A  więc  odliczanie  do  minuty  „zero"  rozpoczęło  się. 

Ingrid i Edgar opuścili prom. Minęli miasteczko Elberg i w tej chwili wjechali pewnie na drogę prowadzącą do Beldown.

Maria  Elwira  ruszyła  w  stronę  kaplicy. Teraz  „Szczur"  już  zapewne  obserwował  szosę. Z góry padł nieuchwytny 

blask  księżyca. Wydłużony cień  drobnej postaci, przekreślony  niczym krzyż  poprzecznym cieniem  karabinu, przemknął 

przez  zarośniętą  drogę  między cmentarzem a  ruinami z  czerwonej cegły. Przykleił się  do  poszczerbionego  muru. Maria 

Elwira  zmrużyła  powieki, patrzyła  z  góry  w  głąb  ruin. Panowała  tam  cisza, w  ciemnościach  nie  było  śladu  człowieka. 

Maria  Elwira  znów  spojrzała  na  zegarek. Duża  wskazówka dochodziła do cyferki cztery... Samochód mógł pojawić  się  w 

każdej chwili.

Maria  weszła do ruin. „Szczur" musiał zająć  stanowisko z otwartym widokiem na zakręt. Takie miejsce  mogło być 

w sąsiednim pomieszczeniu z  lewej albo prawej strony... Tu albo tam. Pomyłka byłaby końcem wszystkiego. Przyniosłaby 

śmierć  Ingrid, Edgarowi i jej. Wycofała się, ukryła  znów  za  murem na  zewnątrz. Podniosła kamień. Rzuciła  go na środek 

kaplicy. Zadudnił w ciemnej ciszy. Przywarta do ściany. Słuchała. Patrzyła w czerń między kikutami murów. Z lewej strony 

wyczuła ruch. Z niszy pomieszczenia sanitarnego starej kaplicy wysunęło się coś bardziej ciemnego od mroku. W tej chwili 

z  gruzów  zerwał się  nocny  ptak. Cień  cofnął się, ale  zaraz  wrócił na  miejsce. Postąpił  do przodu. Nasłuchiwał chwilę  i 

znów cofnął się do ruin. Maria Elwira ruszyła za nim. Spojrzała przez wyrwę. „Szczur" stał z karabinem w ręce i patrzył na 

zakręt. Przed nim leżała lorneta i pistolet. Maria Elwira miała wrażenie, że zrobiło się jaśniej. Była od szakala nie dalej niż 

10  metrów. Długotrwałe  przyzwyczajenie  wzroku  do  ciemności dało  efekt. Zastanawiała  się,  czy  „Szczur"  widzi  w  tej 

chwili  tak  dobrze  jak  ona.  Trzymał  składany  karabinek  w  gotowości.  Zapewne  broń  naładowana  była  amunicją  z 

rozpryskowymi pociskami. Bandyta położył karabinek na kamiennym parapecie. Sięgnął do kieszeni po papierosy, śledząc 

ciągle  szosę  przed zakrętem. Postąpiła  krok jeden, drugi, trzeci. Stanęła w  rozbitej futrynie. Była nie  osłonięta. Trzymałaś 

carcano w obydwu rękach nad biodrem.

-  Nie  zabijesz  Ingrid  i  Edgara  -  usłyszała  swój  metaliczny  głos  w  mrocznej  ciszy.  „Szczur"  zapalił  właśnie 

zapalniczkę. Czerwony płomień oświetlił jego twarz... To nie był

Magnus, to był Hyde... Hyde  zapalający papierosa, gdy leżała na  kamieniach w piwnicy zakrwawiona i zbita, a  on 

szykował  się  do  jeszcze  jednego  gwałtu.  Miał  wargi  wąskie  i  wydłużone  jak  dżdżownice,  tak  samo  spiętą  w 

nieokiełznanym wyrazie twarz i rozdęte chrapy szerokiego nosa.

Zapalił  papierosa.  Zgasił  zapalniczkę.  Zaciągnął  się  dymem.  Maria  Elwira  widziała,  że  skupił  całą  uwagę  na 

pistolecie, który leżał obok lornety. Karabinek był dalej.

- Nie zabijesz Edgara i Ingrid - powtórzyła jak echo. -Ty tutaj?

-Ja!

- Czego chcesz? Odejdź! Postąpiła jeszcze jeden krok do przodu. -Nie chciałeś być człowiekiem...

- Suka - warknął. - Nie Strzelisz. Pamiętasz, co mówiłaś?

Furmaga Lesław - GWAŁT

31 / 40

background image

- Przygotuj się, to mój wyrok, matki, niematki.

- Skąd wiedziałaś, że tu jestem? Zdrada? „Armia" wyszperała?

- To mój wyrok, nie organizacji.

- Albakora?

- Nie, Maria Elwira, Teresa Tellier.

W  tej  chwili  daleko  na  drodze  ukazały  się  światła  reflektorów,  zmieniły  kąt  i  zaczęły  zbliżać  się  do  zakrętu. 

Sekundy nabrały innego rytmu.

Nie przeszkadzaj Albakora, wykonamy robotę i odejdziemy... - Głos szakala zdradzał niepokój .

W tej chwili  na  drodze  zapaliły  się  inne  światła,  błysnęły  trzykrotnie  i  zgasły. To  Gass  dawał umówiony  znak. 

Zidentyfikował samochód  jadący  z  promu. Do zakrętu  zbliżały  się  właściwie  ofiary. „Szczur"  miał strzelać. Był jednak 

osaczony, czuła, że po desperacku szuka fortelu...

-  Jak  chcesz  Albakora, możemy  zrezygnować  z  tej  roboty.  Przerywam akcję  -  powiedział  i uniósł  ręce  do  góry. 

Odwrócił się tyłem do broni ułożonej na kamiennej płycie. - Poddaję się dodał pokornie.

Albakora  uczyła  się  tej  sztuczki  w  Libanie. Aż  do  bólu  ręki  ćwiczyła  ruchy  związane  z  trickiem,  przy  pomocy 

którego  on  chciał  teraz  ratować  swoją  sytuację.  Widziała,  że  to  nie  była  kapitulacja.  Niesamowity  pojedynek  w 

ciemnościach dopiero się rozpoczął...

Maria  Elwira  wykonała  gest, jakby uwierzyła. Natychmiast jednak lewa  ręka bandyty opadła, ruch  ten był  niemal 

niewidoczny  w  ciemnościach.  Dokoła  panowała  cisza, pełno  jej  było  w  mózgu,  oczach,  dzwoniła  w  uszach.  Magnus 

podnosił wyciągnięty nagle zapasowy rewolwer. Obracał się  ku niej, unosił broń wyżej i wyżej... Światła  samochodu były 

tuż. Maria  spojrzała  na  muszkę  carcano i cel. Nacisnęła  spust. Huk  był krótki, nie  słyszała  go prawie, jedynie  w błysku 

wystrzału  zobaczyła  wielką  jak  kiedyś  sylwetkę  Haydego, a  ona  trzymała  w  ręce  drzazgę  z  rozbitej  futryny.  Nie!  Nie 

zabijesz Ingrid...

...Błysk zgasł, uzbrojone  ramię  opadło. „Szczur" trzymał  jeszcze  broń w  zaciśniętych palcach... Maria  dostrzegła 

ruch, który też znała. Szakal usiłował przerzucić broń z lewej do prawej ręki. Nie poradził jednak, jego palce rozluźniły się, 

pistolet upadł z  metalicznym trzaskiem w  ciemność. Cień  przed nią  zachwiał się, ale  nie  upadł. Wykonał nagły zwrot ku 

kamiennej  płycie  i  pochwycił  kocim  ruchem  karabin,  w  którym  były  rozpryskowe  pociski.  Samochód  Ingrid  był  już 

zaledwie  kilkanaście  metrów  od zakrętu. „Szczur" trzymał w ręce  broń  specjalną, skierował ją  najpierw na  Marię  Elwirę, 

ale ona działała jak zaprogramowany w Libanie  automat... Huk wystrzału niósł się długo po zdewastowanych grobowcach, 

ruinach murów, połamanych krzyżach... Wielki cień wyprężył się i zwalił na gruz w starej kaplicy.

Samochód  Edgara  zwolnił,  drugi  za  nim  zapalił  reflektory,  teraz  jak  tarcze  na  strzelnicy  widać  było  dwie 

podświetlono z  tyłu  ludzkie  sylwetki. Spostrzegła, że  Ingrid poprawia  lusterko, by blask  nie  oślepiał Edgara. Samochód 

wszedł  w  zakręt,  obrócił  się  i począł  oddalać.  Oślepiona,  niczego  znowu  nie  widziała.  Nie  czuła  też  zwykłej  jasności 

umysłu...  Hyde, kret... piwnica, Magnus w  pędzącym na  jezdnię  wózku... Nie  wiedziała, kogo  zabita.  Chciała  zobaczyć 

twarz  dziecka albo maskę  bestii... Ciemno  było jednak. Cofnęła się  za mur. Gass  pewnie  dostrzegł, że  robota  nie została 

wykonana. Samochód Edgara nie wpadł do rowu, a  odjechał. Szakal zatrzymał wóz. Pochylony z pistoletem maszynowym 

w rękach przeskoczył skarpę. Stanęła za węglem. Czekała. Jego cień ostrożnie wślizgnął się w głąb starych murów.

-  Szczur?... Jesteś tam? -Dziwnie wyświstał złowieszcze przezwisko. Odpowiedziała mu cisza.

-    Szczur...  Anioł...,  jesteś  tu?  -  powtórzył.  Nie  było  odpowiedzi.  Prześlizgnął  się  przy  ścianie,  zajrzał  do 

zdewastowanej pakamery, zobaczył broń na kamiennej płycie. Zamarł w bezruchu.

Maria  Elwira  patrzyła  przez  wyrwę.  Gass  zauważył  trupa.  Pochylił  się  nad  nim.  Odskoczył.  Stał  przy  ścianie 

naprzeciw muszki jej carcano. Dyszał, wodził lufą automatu dokoła. Maria Elwira stanęła w rozbitej futrynie jak przedtem.

- Rzuć broń, Gass! - powiedziała spokojnie. -Albakora?!

-Nie, Maria Tellier. Rzuć broń!

Stała  blisko, lufa  jej  carcano  mierzyła  w  pierś  bandyty, jego  automat  skierowany  był  kilkanaście  stopni  w  bok. 

Szakal wiedział, że jeżeli drgnie, zginie na miejscu. Rzucił automat.

-  Nie strzelaj Albakora, to był ostatni skok... Nie strzelaj!... - Bandyta zrobił krok do przodu. Czekała na trick, który 

nie  udał  się  „Szczurowi".  Sekundy  zatrzymały  się  w  miejscu.  Szakal  stal  z  podniesionymi  rękami,  nic  się  nie  działo. 

Uniosła karabin.

- Za kobiety w Jugosławii... bestio! - Coś jej nie pozwalało przycisnąć spustu. Gass ukląkł z podniesionymi rękami.

- Matko, panno, jeżeli jesteś wybacz. - Powiedział to jakby istotnie  do Boga albo do siebie, nie było w  tym nic  ze 

skomlenia o życie. Jego atak nie następował.

- Broń się! - warknęła.

-Z tobą nie mam szans, Albakora... Strzelaj, zabiłaś syna, zabij mnie. - Syna?!

- Tak, on był pewny, że go zabijesz. Nie bał się kul, nie bał się nikogo, mówił, że go zagryzie wilczyca, w której się 

ulągł. Tak mówił.

- Dlaczego?

- Bo go przeklęłaś i przekleństwo było silne...

- Oddaj zapasową broń.

- Po co mi ją zabierasz, kiedy mnie  rozwalisz... Chcesz mnie  sprowokować? To był mój ostatni skok. Moja  matka, 

przypomniała sobie, że ma syna... W kieszeni mam bilet do Colo-rado. Rano odlot. Ja bytem taki jak ty. Mówią, że umiałaś 

straszyć i strzelać, ale nigdy nie zabijałaś...

- Zabiłam Magnusa.

- On miał źle w głowie. Stale widział koszmary.

W  tej  chwili  dotarta  gdzieś  do  jej  głębi  ta  prawda.  Zerwała  kotwicę  i  skończyły  się  nadzieje...  Podeszła  do 

klęczącego,  kopnęła  pod  ścianę  broń  zapasową, którą  położył  przed  sobą. Odstąpiła  na  bok,  przestała  mierzyć  w  pierś 

bandyty.  Była  pewna,  że  Gass  ma  jeszcze  jeden  pistolet.  Odwróciła  się.  Jej  misja  była  skończona,  zabiła  kidnapra 

zbrodniarza, uratowała tamtych... Niech skończy się wszystko. Czekała, Szakal już dawno powinien strzelić.

- Nie wystawiaj się Albakora, ja nie chcę ciebie zabić - powiedział niemal spokojnie Gass.

- Dlaczego?

-  Bo nie... To  był ostatni  skok, strzelaj albo jadę  do  Colorado, nie  wrócę  tu. Mam bilet  do Stanów. -  Sięgnął  do 

kieszeni, wyjął błękitny kartonik. Coś dziwnego działo się w sercu Marii Elwiry. - ... Nie jej syn zginał przed chwilą od kuł 

Furmaga Lesław - GWAŁT

32 / 40

background image

matki nie  matki. Ona zabiła tylko Sza-kala. I można zawrócić kamień w locie, zatrzymać  bieg rzeki, zabrać dziecko, które 

porwała woda i niesie... A Magnus? - Mamo dlaczego króliki, tak dziwnie ruszają noskami, mamo, ja  chcę  piłkę taką dużą, 

dużą, dużą. Mamo... Mamo?! To nie on leży w ciemnościach z przebitym już na zawsze ramieniem i sercem. W człowieku 

na dnie  jest odrobina miłości prawdziwej. To Magnus klęczy, modli się  do świętości wielkiego i małego świata... BOGA i 

MATKI.  Nawrócił  się,  rzuci  straszne  rzemiosło,  wyjedzie,  otworzy  piękny  sklep  na  Karaibach,  Seszelach,  Bahama... 

Zaprosi ją  do swojej żony i wnuka  na święta... Matka  nie  może zabić syna... Nie  może!  - Znów usłyszała swój głos, który 

jakby wyrwał się spod jej kontroli.

- Wstań, jedź do Colorado... - powiedziała jakby z daleka. Nie  podejmowała  decyzji, że  puści Szakala, to  się  stało 

gdzieś obok, a może wysoko. Chłopak powstał, trzymał ręce nad głową. W mroku dojrzała jego oczy, nie były puste.

- Jeżeli jest świętość, jesteś święta Albakora - wyświstał jakoś przez zaciśnięte zęby bestii, a może zagubionej istoty 

ludzkiej jedynie.

Znów  widziała  w  mroku.  Przed  nią  majaczyła  twarz  bez  kłów  w  paszczy  i  pajęczych  łap  na  skroniach.  Obcy 

złoczyńca, albo Magnus, jej syn, nie syn wyszedł z ruin z rękami wzniesionymi do czarnego, bez księżyca i gwiazd nieba. 

Po  chwili  na  poboczu  rozbłysły  światła  reflektorów. Samochód  odjechał  w  kierunku  Beldown.  W gruzach  znów  było 

ciemno, a ona  była oślepiona światłem na drodze. Nie mogła zobaczyć  trupa... upiora ni dziecka... Mamo, dlaczego nigdy 

nie opowiadasz mi o tatusiu?... Inne dzieci mają ojców, a ja mam tylko ciebie... mamo...

Nacisnęła metalową gałkę, przesunęła, zamek karabinu do tyłu, wyjęła go i wrzuciła do torby. Karabin, powiesiła na 

haku wystającym z muru. Ruszyła przez cmentarz, ku zaparkowanemu samochodowi. Dokoła była pustka, nie było gwiazd 

ani księżyca, nie było światła dnia i ciemności nocy. Nie było nic.

Wróciła  do domu.  Dom też  był  pusty, nie  była  w  nim  już  nawet Szakali. Usiadła, patrzyła  w  tę  pustkę.  Siedząc 

zasnęła. Zbudził ją sen. Na szarej ulicy spotkała Presilę.

- Uciekaj z tego kraju! - krzyczała do niej tamta. Miała  skute ręce  i była  w złotej obroży z serduszek i krzyżyków. 

Na czole miała znak czerwonej pieczęci.

- Co to za kraj?

- Kraj miłosierdzia i pokory... - odpowiedziała Presila.

- Jakiej pokory?

- Pokory przed życiem zagrożonym.

- Co tobie, co ty mówisz... Presila?

Tamta zrobiła gest jakby chciała wyswobodzić się z obroży, ale serduszka zacisnęły się jeszcze mocniej na jej szyi.

- Patrz - zniewolona dziewczyna wskazała znak pieczęci. - Muszę oddać serce osobie, która jest chora. Wyrwą mi je 

żywcem, aby było świeże, tak jak tobie wyrwali kiedyś. Ty żyjesz, ale serca nie masz, prawda?

- Dlaczego tu tak szaro, skąd ten dym?

- To biskupi palą na stosach czarownice, podobno nie ukorzą się za to nigdy.

Przed nią stał Magnus. Trzymał ją  na muszce  carkano. Wiedziała, że  on nie  może  strzelić, gdyż  twarz i mózg, jak 

wtedy serce matki muszą jej wydrzeć żywcem, bo to był kraj takich właśnie wartości.

Powstała z fotela, wiedziona jakby siłą z  zewnątrz  zeszła do arsenału. Unosił się tam jeszcze duch szakali. Na stole 

stał  kryształowy  flakon  najdroższej  whisky  i  kilka  złoconych  szklanek.  Broni  na  półkach  było  mniej  niż  poprzednio, 

widocznie wściekli zaczęli już przeprowadzkę... Gdzie Magnus mieszkał? Nigdy tego nie chciała wiedzieć. Być może miał 

luksusową  willę  w  skatach  na  brzegu,  tak  sądziła  z  urywków  rozmowy,  którą  raz  usłyszała  przez  miedziany  telefon 

akustyczny. Stała  pośród  nory  morderczych  kretów  i patrzyła. Na  starym skórzanym fotelu spostrzegła  płaską  metalową 

walizeczkę  z  cyfrowymi  zamkami.  Wzięła  ją  do  rąk,  pokrywa  nie  była  zamknięta.  Szakale  czuli  się  tu  bezpiecznie. 

Podniosła wieko. Na wierzchu leżał pistolet najnowszej konstrukcji i dwa  magazynki amunicji. Pod bronią był luksusowy 

kalendarz  w  grubych  okładkach  wypełnionych  elektroniką.  Przerzuciła  strony  kredowego  papieru.  Pod  datą  aktualnego 

dnia, widniał zygzak w kształcie błyskawicy i napis Onillowie, obok rząd znaków i cyfr... Godzina przybycia promu, czas 

na dojazd do starej kaplicy, inne notatki. Kilka dni wcześniej taki sam znak i napis - Albakora... godz. 03. Napis i godzina 

były przekreślone na krzyż czarnym, grubym mazakiem. Na kartkach kalendarza znalazła jeszcze kilka podobnych znaków, 

ale żaden nie byt podobnie przekreślony. Pod datą sprzed miesiąca widniał także znak błyskawicy i nazwisko powszechnie 

znanego księdza, który w tym właśnie czasie  zaginął w tajemniczych okolicznościach i do dziś brakowało jakiegokolwiek 

po  nim śladu. Maria  Elwira  wzdrygnęła  się.  Ksiądz  Gustaw, skromny  i  zacny,  na  każdym nabożeństwie  przemawiał do 

sumień,  tych,  którzy  strzelali  do  tłumu  i  detonowali  plastik.  Ludzie  słuchali  jego  kazań  w  skupieniu,  bo  trafiał  do 

człowieczego czucia. Wielu sprzyjających terrorowi odwróciło się  od brygad zbrojnych. Słowa  płynące  do wiernych spod 

sklepienia  w małym kamiennym kościółku miały moc ojca, który nie wzywa  policji przeciwko dzieciom, gdy zrobiły źle, 

lecz po prostuje wychowuje.

W rogu  walizeczki  leżał gruby  plik  pieniędzy spięty  czerwoną  apteczną  gumką.  Były  też  jakieś pisma,  papiery, 

drobne  przedmioty.  Uwagę  Marii  zwrócił  czarny  aksamitny  woreczek  przytroczony  do  wnętrza  neseseru  plecionką  z 

wężowej skóry. Otworzyła  juczek i oniemiała. Wewnątrz  była klepsydra, którą  przed laty Magnus przyniósł do domu nie 

wiadomo  skąd.  Piasek  przesypywał  się  w  niej  z  miarki  do  miarki  w  czasie  trzech  minut  i  jednej  sekundy...  Kiedyś  - 

opowiedziała  mu  bajkę  o złym człowieku, złym Bogu i czarnym słońcu... O  świecie, w którym nie  było dnia, woda  była 

ciemna  i szary  kolor miały łąki. Ludzie nie  mieli oczu, tylko macki, przy  pomocy których poruszali się  w ciemnościach. 

Opowiadała  Magnusowi różne  bajki, wszystkie były o  dobrych ludziach, dobrym Bogu i pełnym blasków słońcu. Ale  on 

później zawsze prosił, aby opowiadała mu właśnie tę złą bajkę. Gdy zmieniała ją, przekręcała  i starała się uczynić bardziej 

jasną, bił pięściami w stół i krzyczał, że chce prawdziwą czarną bajkę.

Bajka była o czarowniku, który mógł wszystko, z wyjątkiem zatrzymania czasu. Mijały lata i tamten świat był ciągle 

czarny. Starzy ludzie  z zamkniętymi oczami wiedzieli jednak, że pewnego czarnego dnia pojaśnieje  woda i wynurzy się  z 

niej słońce  pełne blasku. Nocne poczwary zejdą wówczas do nor, zazielenią  się  łąki i ludzie otworzą  oczy. Rządził owym 

krajem zły człowiek, który modlił się do złego Boga, żeby nigdy nie było światła.

Wreszcie  przyszedł czas i pojaśniały zorze  na  wschodzie. Był to znak, że  zamiast czarnego, zaświeci jasne  słońce. 

Czarownik, który wolał ciemność  wiedział, że  może  swoja mocą zagasić  owo  słońce, jeżeli dostanie  się  na  jego brzeg w 

czasie,  którego nie  można  przekroczyć.  Wzleciał  więc  wysoko  na  skrzydłach  nietoperza  i  czekał  na  codziennej  drodze 

słońca  czarnego, na  słońce  jasne. Światła  jednak nie  mógł wyczuć  mackami i musiał otworzyć  oczy. Otworzył więc  je  i 

natychmiast zamknął,  bo  oślepił  go  blask... Ale  czarownik  mógł  wszystko, nakazał  więc,  aby  nie  oślepiało  go  światło 

Furmaga Lesław - GWAŁT

33 / 40

background image

słońca. I  tak  się  stało. Zły  Bóg był  z  nim. Czarownik poszybował  w kierunku  złotej  kuli  już  bez  przeszkód... Lecz  gdy 

przedtem otworzył oczy i zobaczył blask słońca, oślepiony zasłonił oczy nietoperzym skrzydłem, zwolnił lot i stracił jedną 

sekundę. Dogonił słońce, ale do jego brzegu pozostała mu jedna miarka odległości. Spóźnił się  o jedną sekundę. Nie  mógł 

zatrzymać ani wrócić czasu, szybował więc  za jasnym słońcem aż spłonął i szczezł w jego cudownym świetle. W czarnym 

kraju zazieleniły się łąki i woda stała się przejrzysta... Magnus kazał jej opowiadać tę bajkę inaczej. Chciał żeby czarownik 

zdążył zagasić słońce. Dlaczego? Miotała się wówczas z tą bajką i złymi refleksjami matki nie- matki.

Inne dzieci cieszyły się, gdy w bajce zwyciężał szlachetny rycerz i dobra  księżniczka, a on na takie bajki się złościł. 

Cztero - i pięcioletni Magnus radował się wtedy, gdy zwyciężała przemoc i gdy działo się zło. Czarna bajka zapadła w jego 

pamięć  jak  żadna. Rozwinęło  się  też  w  nim, jak  na  jego  wiek  wręcz  niezwykle,  pojęcie  przemijającego  czasu...  jakby 

kompleks owej jednej sekundy, której może zabraknąć. Gdy  już  chodził do  szkoły przyniósł tę klepsydrę. Na pozłacanej 

plakietce antycznego przedmiotu wygrawerowane były słowa: „Manę the-kęl faręs. Minuta, godzina, wiek i jedna sekunda, 

żeby nie było za  późno". Istotnie  piasek W klepsydrze  przesypywał się  z miarki do miarki w  czasie trzech minut i jednej 

sekundy.

Przeraziła się wówczas, pytała, prosiła, groziła, żeby powiedział, gdzie kupił, skąd wziął ten niezwykły przedmiot.

On milczał... Tylko raz z swoim zimnym jak lód uśmiechem powiedział, że klepsydrę ma od... ojca.

Ona  pamięta, że  czarna bajka uparcie  wracała  do niej, gdy po  gwałcie  leżała  w szpitalu bez ruchu z połamanymi, 

żebrami i uszkodzonym kręgosłupem, w pierwszych miesiącach ciąży.

Maria  Elwira  stała pośrodku nory zbrodniczych kretów i trzymała w  rękach niezwykłą  zabawkę. Magnus zabrał ją 

do domu do klasztoru, zabrał ją  też pewnie, gdy uciekł od misjonarzy i uczynił z  niej relikwię  zbrodni. Być może  dlatego 

jego akcje  były  tak precyzyjne. Nie zabrakło mu nigdy tej jednej sekundy. Zgubiły go archaiczne  tuby głosowe w starym 

rodzinnym budynku, jakby pierwszy senior Telier przewidział szatana w najprostrzej linii swojego rodu.

Włożyła  klepsydrę  do  skórzanego juczka, zamknęła  wieko nesesera. Usiadła  w  fotelu. Film urwał  się  na  jeszcze 

jednej  ponurej  retrospekcji.  Czyżby  z  woli  namiestników  Boga  dane  jej  było  urodzić  i  zabić  szatana  na  słonecznej 

planecie? Dlaczego Bóg do tego dopuścił, dlaczego nie  przepędził swoich urzędników?... Zostaw Mario Elwiro, Bóg jest 

panem  całej  ludzkości  nie  jednej  zgwałconej  kobiety.  Epizodem  powinni  zająć  się  kapłani,  mniejsi  niż  Bóg  są  od 

szczegółów... Ale jeżeli mali też chcą być Bogiem?... - Co robić mamo? - Szuka gdzieś oparcia, zagubiona. - Zapytaj siebie 

córko - Niech twój Bóg odpowie ci z głębi sumienia.

Maria Elwira wstała z fotela, poszła powoli na górę, przebrała się, wyszła z domu. Wysoko na niebie kołował sokół, 

który jeszcze niedawno miał złamane skrzydło Obniżył lot i usiadł na gałęzi wysokiego drzewa. Powracający ptak to dobry 

znak z wyżyny jeżeli istniało jeszcze coś dobrego na tym świecie.

Było  jasno, dzień wstał słoneczny. Kościół na  wzgórzu wydał się  jej mały wobec  tego, który odwiedziła kiedyś, a 

przecież  był to ten sam kościół. Stanęła  na jego środku... Na  chwilę  straciła orientację, czy działo  się  to teraz, czy przed 

dwudziestu siedmiu laty...

Wówczas ksiądz zobaczył ją i cofnął się jakby spostrzegł upiora...

- Ty tutaj? Czego chcesz Elwiro?

- Wyspowiadać się...

- Bóg ulitował się nad tobą? Wrócił ci wiarę? - zapytał z nutą niedowierzania.

- Zawsze wierzyłam w Boga.

-Naprawdę pragniesz spowiedzi? - Ksiądz ciągle nie dowierzał.

- Czuję potrzebę Boga...

-  Chodź  za  mną  -  ksiądz  uczynił znak krzyża  i szeptał modlitwę. Wówczas ruszyła  w  kierunku  konfesjonału. On 

usiadł, wyłożył stulę. Sakrament miał odbyć się z pełnym obrzędem. Ucałowała złocony krzyż, wypowiedziała formułę.

-  Wyspowiadaj się  z  grzechów ciężkich. Wiara  twoja  jest chwiejna, nie  uznajesz  łaski  macierzyństwa, ukorz  się - 

usiłował jej pomóc.

- Prawda, grzechy moje są ciężkie. Czuję bunt i brak pokory... - Uklękła, ksiądz znowu szeptał modlitwę.

- Jeżeli zrozumiałaś grzech to znaczy, że szatan przegrywa w tobie. Módl się o dar łaski -powtórzył po chwili.

-Nie zrozumiałam grzechu, ojcze.

- Co mówisz?

- Zwątpiłam w wartość najwyższą. -W Boga?

-Nie. W miłość matki. Nie czuję tej miłości.

- Módl się, wiara czyni cuda, tylko modlitwa może cię zbawić.

- Mnie zbawić?

- Tak. Będziesz matką, żyjesz w grzechu, brak ci miłości do własnego dziecka.

- Własnego dziecka?... - Minęło 27 lat a ona pamięta, że pot wstąpił jej na czoło, chociaż w kościele panował chłód. 

Jej rozpacz była też jakaś chłodna.

-  Ojcze, do  ciała  ludzkiego  można  wbić  żelazo, można  wprowadzić  zgorzel... Do  ciała  kobiety  można  gwałtem 

wprowadzić  nasienie. Czy istnieje bardziej perfidna przemoc niż  zmuszenie zniewolonej, aby  urodziła  wbrew swej woli? 

Ojcze duchowny, czy chcesz zniszczyć najwspanialszy dar Boga... miłość matki?!

-  Bluźnisz, grzeszna. Ufam, że dostąpisz łaski. - Ksiądz znów uczynił znak i krzyża, szeptał swoje egzorcyzmy.

Jej głęboka rozpacz przemieniła się w lodowaty spokój. Wstała, ruszyła ku otwartym drzwiom do światła. Wówczas 

zrozumiała, że jeżeli chce rozmawiać z Bogiem, musi unikać kapłanów...

Minęło ćwierć wieku. Przemogła  się, była znowu w tym samym kościele. Panował tu podobny chłód. Maria Elwira 

podeszła do konfesjonału, uklękła.

- Szukam pocieszenia - powiedziała w głąb drewnianej kraty.

- Bądź pocieszona - odpowiedział kapłan - niech ci Bóg na niebiosach dopomoże.

- Ja nie wierzę w Boga na niebiosach, ja wierzę w Boga w ludzkich czynach.

- Niech ci twój Bóg dopomoże.

- Czy mogę mieć swojego Boga?

- Możesz, ale ja w Imieniu twojego Boga nie mogę odpuszczać grzechów.

- Nazywam się Maria Elwira Teresa Tellier... Albakora - powiedziała jak echo.

Kapłan pochylił głowę, wziął ją w dłonie, oparł się i tak trwał. Spowiedź  była przerwana. Maria czekała. Po chwili 

Furmaga Lesław - GWAŁT

34 / 40

background image

starzec wyszedł z konfesjonału, zrobił gest jakby chciał unieść z klęczek Marię Elwirę.

-  Porozmawiajmy  tam  -  wskazał  cmentarz  przed  kościołem. Prowadził  ją  w  milczeniu, ku  kamiennej ławce  pod 

wielkim dębem. Pożółkłe  liście spadały  na  ziemię,  mieniły  się  w słońcu, pochylonym już  głęboko  do  fiordu, jego  blask 

odbijał się czerwienią jak płomień. Usiedli obok siebie na głazie.

- Poznajesz mnie? - zapytała.

Ksiądz przyjrzał jej się uważnie, pochylił głowę.

- Teraz poznaję, chociaż przez lata miałem inny twój obraz pod powiekami. Twoja  twarz jest dojrzała, nie  widzę  w 

niej buntu...

- Bo nie chcę już zemsty.

- Dlaczego przyszłaś do mnie?

-  Bo... mój  Bóg  nie  ma  kapłanów... a  ja  zabiłam to  dziecko... -  powiedziała  Maria  Elwira  i  zapadła  cisza.  Stary 

kapłan patrzył w przestrzeń, jakby szukając pomocy u Boga Marii Elwiry.

- Jakie dziecko?

- Zabiłam Magnusa Tellier...

- Magnus zginął, gdy byłaś w odosobnieniu.

-  Twój  ojciec  szukając  pocieszenia,  zawiózł  mnie  przed  laty  do  klasztoru,  gdzie  umieścił  twojego  syna. 

Rozmawiałem z nim...

Starzec  w  sutannie  patrzył  na  fiord  i słońce, którego  tarcza  dotknęła  wielkiej wody.  Pożółkły  liść  spadł  na  jego 

pomarszczone ręce. Ksiądz uniósł twarz, spojrzał na Marię Elwirę.

- Po tym, jak strzelałaś w Segers, przez 15 lat byłem misjonarzem, dotarłem do sowieckich łagrów na Syberii, byłem 

w Kambodży, starałem się nieść pomoc ofiarom Polpota, byłem w Jugosławii, gdy zaczęła się tam okrutna wojna... Każdej 

z tych zbrodni towarzyszyło zniewolenie i gwałty kobiet. Chyba  zacząłem czuć jak one  i gdyby był tam Bóg, nie ważyłby 

się powiększać ogromu cierpień nieszczęsnych... Mówią, że najmniej świętości jest w świątyniach...

- Zabiłam to dziecko! - przerwała księdzu Maria Elwira.

-  Pozostaw  urojenia!  -  kapłan  podniósł  głos.  -  Rozmawiałem  z  nim.  Zaskoczyła  mnie  jego  wiedza,  o  życiu, 

reinkarnacji, o problemach moralności, czytał, malował... Wszystko w nim porażone było zbrodnią, ale żył.

- Zabiłam Magnusa! - powtórzyła raz jeszcze.

- Co ty mówisz?

- Prawdę mówię. Ksiądz przeżegnał się.

- Kiedy zabiłaś? -Dzisiaj...

- Magnus zginął dawno... -Dzisiaj zabiłam „Szczura".

- Kidnapera sadystę „Szczura", czy Magnusa?

- „Szczur" to Magnus, on nie zginął przed laty. - Ksiądz przeżegnał się. Maria Elwira patrzyła na pożółkłe liście pod 

nogami.

- Dlaczego zmusiliście mnie, abym urodziła nie swoje dziecko.

Ksiądz zamyślił się, widać było, że usilnie szuka odpowiedzi, której nie znajdował.

- Nie  rozdrapuj -  powiedział wreszcie  stary kapłan. - Teraz też  jest na Piotrowej Stolicy człowiek, który w imieniu 

Boga  głosi, że  każde  życie  poczęte  to  nienaruszalna  świętość. Może  to  okrutne  dla  doświadczonych przez  przemoc, ale 

Ojciec Święty ma swoje  głębokie racje. Nie miłość, a seks króluje na  świecie, zboczeńcy legalizują  związki małżeńskie, w 

których  pogłębia  się  zwyrodnienie.  Nawiedzeni  organizują  samobójcze  sekty...  Z  telewizorów  zieje  przemoc  i 

pornografia... prawda więc, że ochrona życia wydaje się sprawą świętą.

- A co w sprawie zgwałconej kobiety czujesz sercem doświadczony ojcze?

- Czuję, że  istota  ludzka  powinna rodzić  się  z  woli matki, ojca i świętej miłości matczynej. Jeżeli zginie ta  wola - 

nastąpi koniec ludzkości - nic nie pomogą nakazy...

-  Niespełna  przed  rokiem  była  u  ciebie  zgwałcona  przez  szakali  Remis, dziewczyna  z  tego  miasteczka.  Co  jej 

powiedziałeś? Ksiądz milczał.

- Pytam, bo poznałam kobietę, zgwałconą, która urodziła i wychowała. Ja nie mogłam. -Też urodziłaś...

-  To  nie  było  ludzkie  macierzyństwo.  Samicę  zapłodniono  przemocą  zwyrodniałym  nasieniem  i  zgwałcono  do 

porodu. Próbowałam być matką... - Opowiedziała  o spotkaniu z  Magnu-sem, o postanowieniu ratowania go, o zamachu na 

O'Neillów i niesamowitym pojedynku w starej kaplicy. Misjonarz milczał, szukając pomocy u Boga, który czuje po ludzku. 

Jego twarz poorana była bruzdami.

-   Straszne to, co opowiadasz... rzekł wreszcie nie znajdując  słów pocieszenia. Przeżyłaś piekło, Mario Elwiro... Tu 

osądzą cię jeszcze  raz  ludzie, Bóg osądzi cię później... Topór zakopany, kup suknię w kwiaty, uratuj resztę  człowieczego 

życia. Ścisnął jej rękę, uśmiechnął się smutno.

-  To  niemożliwe. Ale  ty  nawróciłeś  się  księże;  wstąpił  w  ciebie  Bóg  z  głębi ludzkich  serc, na  którym nie  mogą 

żerować kapłani.

Ksiądz spojrzał w oczy matce - nie - matce. Ona też patrzyła na niego. Zmagali się tak chwilę.

- Dokonałeś gwałtu... dlaczego? - Nie ustępowała Maria.

Ksiądz uniósł twarz, patrzył gdzieś wyżej na ptaka szybującego w bezruchu.

- Dogmaty muszą pozostać. dogmatami - powiedział wreszcie.

- Więc dlaczego już myślisz czujesz?

- Bo tak trzeba, aby rozumieć dogmaty.

-Nie wszystko wolno ci rozumieć, duchowny ojcze...

-  Chęć  zrozumienia  tego  co  ludzkie  jest  moim  nawróceniem...  -  ksiądz  odparł.  -  Żądasz  spowiedzi,  więc 

wyspowiadam się przed tobą, Mario. Nagła przemiana  to zdrada, głęboka  przemiana dojrzewa długo. Prawdę  ujrzałem na 

końcu - mojej drogi, chociaż często czułem, że jest ona  blisko... Ostatnio uczestniczyłem w misji na Bałkanach, Byłem w 

gorejącym domu. Żywi stłoczyli się w betonowym korytarzu. Ratunkiem były stalowe drzwi zaryglowane od zewnątrz. W 

ścianie  był kanał wentylacyjny. Uzbrojony Serb wyciągnął z grupy cywilów  małą, chudą  kobietę. - Ty się tam zmieścisz, 

przejdziesz, krzykniesz na ludzi, otworzą rygle! - Przerażoną przywartą do muru.

-   Tam jest - ogień! - Ale ręce zbrojnych pochwyciły, ofiarę, uniosły, postawiły przed otworem, w którym kłębił się 

dym. Osaczona pochwyciła moją  sułtannę. Serb też podszedł do mnie. - To katoliczka, przekonaj ją, że musi poświecić się 

Furmaga Lesław - GWAŁT

35 / 40

background image

dla życia innych.

- Człowiek nie ma obowiązku takiej ofiary - usiłowałem wstrzymać przemoc.

-  Nie  ma  obowiązku?!  Człowiek?!  A zgwałcone,  klecho?  Pamiętasz,  co mówiłeś w  obozie? Przekonaj  ją,  bo  tu 

będzie zaraz przerwane nie jedno życie! -  Olbrzym kopnął mnie  w, piszczel. Ból wibrował w mojej nodze. Spostrzegłem, 

że  dogmaty, nie są doskonałe, więc nie mogą być dziełem Boga... Kiedy przyszła do konfesjonału Remis, poczułem ludzki 

ból w kopniętym piszczelu. Ona  zapytała mnie, jak ty kiedyś, o miłość matki. Nie odpowiedziałem, zostawiłem szatanowi 

pychę  wszystkowiedzącego. Zapytałem tę, która czuła... Powiedziała, że  jest człowiekiem, a poczęcie było nieludzkie. Nie 

urodziła, wziąłem grzech na siebie.

- A co stało się z  tą, która nie chciała  poświęcić  się tam, gdzie byłeś misjonarzem, ojcze? Ksiądz znów spojrzał do 

góry.

- Prawdę  powiedziałaś, Mario, że  Bóg nie może nakazywać  przemocy, to  nie  on palił kobiety  żywcem na  stosach, 

nie  on  ogniem  i  mieczem  przysparzał  sobie  poddanych. Tam  w  gorejącym  mieście  silni wepchnęli słabą  do  płonącego 

otworu. Była to przemoc, czy nakaz błogosławiony?

- Mnie pytasz, ojcze?

- Ciebie, bo każdego pytam, gdy szukam prawdy.

- Kościół nie wymaga prawdy, kościół żąda wiary - powiedziała Maria Elwira..

- A czym jest wiara, jeżeli nie prawdą? Tylko ci, którzy nie wierzą w prawdę wiary, tworzą  jej nakazy, bo nie czują, 

że wiarę można zniszczyć tylko nakazem wiary...

- A rzecz najbardziej świętą... macierzyństwo?

-  Macierzyństwo jest częścią Boga, pozostanie mimo przeciwności. Przeciw macierzyństwu można jedynie bluźnić 

przymusem macierzyństwa, tak jak przeciw miłości bluźnier-stwem jest przymus miłości.

- To prawda, ojcze  nawrócony... Aby bestialsko zgwałcona  nie  czuła jedynie odrazy, potrzebny jest cud przez  wzór 

matki Teresy z Kalkuty. Krzyk butnych o pokorę budzi jedynie bunt. Ojcze, ratuj Kościół, któremu można wierzyć! - Maria 

pochwyciła  dłonie  misjonarza  i  uścisnęła  je.  Ksiądz  uniósł  głowę, ona  zobaczyła  oczy  pełne  prawdy.  Kapłan  skończył 

spowiedź przed grzesznicą.

-  Zostań ze  swym Bogiem, Mario  Elwiro,  niech  ci  on  błogosławi -  powiedział  starzec  z  głęboką  pokorą.  Maria 

spostrzegła, że nad wysokim drzewem kołuje sokół, być może był to ptak; któremu przywróciła życie.

Maria  Elwira  schodziła  z  kościelnego  wzgórza.  Nisko  na  dole  kręciły  się  rybackie  kutry.  Zatoka  szumiała  w 

skalistym fiordzie, słońce utonęło w morzu, pozostał jego ślad na ciągle gdzieś biegnących falach.

Ruszyła na przełaj. Ścieżka była kręta. Przed nią przesuwały się klatki okrutnego filmu. Przemocą zabrano jej życie. 

Była dziewczyna jak inne... Marzenia, plany, zamiary... miłość. Gwałt... Upodlenie. Szakale i kapłani... Nieokiełznany bunt. 

Strzały, zastygła  twarz Flory, splugawione  ciało i dusza Eleonory. Ćma  Liwia w  więziennej celi, już  na zawsze, tortura i 

udręka. Dlaczego?

Odnalazła  za  zieloną  kępą  swój  pokraczny  samochód,  ruszyła  dalej  kamienistą  drogą  między  urwiskiem  i górą. 

Pojechała do miasta.

Zaparkowała wóz pod  szarym gmachem. Weszła  do środka, ominęła windę, szła szybko po schodach... Sekretarka 

powiedziała  jej,  że  sędzia  otrzymał  wiadomość  i  czeka.  Weszła  do  gabinetu.  Przyjął  ją  człowiek  w  wieku  lat  około 

pięćdziesięciu. Padły rutynowe pytania i Maria przystąpiła do rzeczy. Sędzia słuchał uważnie.

-    Mamy  inne  informacje  -  powiedział,  gdy  skończyła.  -  „Szczura"  zastrzelił  dzisiaj  wspólnik,  także  kidnaper 

zabójca. Magnus Celestyn Tellier zginął przed 8 laty, tonąc pod lodem w Segers. Pozostawił w jarze samochód, dokumenty 

i broń, zidentyfikowaliśmy ślady jego butów na załamanym lodzie. Maria Elwira otworzyła podróżną torbę.

-  Oto  taśma  magnetofonowa  z  nagraniami,  a  to  zamek  z  karabinu  carcano,  z  którego  zastrzeliłam  „Szczura", 

Magnusa  Celestyna  Tellier.  -  Stuk  maszyny  był  ciągły,  sekretarka  protokołowała  pilnie.  Maria  spostrzegła  też  dwa 

mikrofony na biurku. Sędzia włożył taśmę do wielofunkcyjnej wieży. Rozległy się trzaski, głos Ingrid z jakiegoś wywiadu, 

znów trzaski i przytłumione słowa Gassa Wellmana.

- To się nie zabawisz z tą blond ślicznotką?

- Nie, mamy ich tylko rozwalić.

- Ty jej nienawidzisz? Dlaczego?

- Głupiś Gass, one wściekłe suki, nie pamiętasz, co twoja z tobą zrobiła?

- Pamiętam, ale odezwała się, zaprasza mnie do Colorado. Umarł jej mąż staruszek i mama w pokorę do syna.

- Pojedziesz, albo nie  pojedziesz, zależy jak robota wyjdzie -  to był znowu głos Magnusa. - Forsę  wziąłem. Twoja 

działka,  trzymaj.  -  Coś  zaszeleściło.  Po  chwili  znów  odezwał  się  Magnus.  -  Oni  przypłyną  promem.  Wszystko  jest 

obliczone. Na drodze do zakrętu przy cmentarzu będą  o 23.30. Poznać światłami, że to oni... Żebyśmy nie rozwalili kogo 

innego. Rozumiesz? Potem podświetlisz ich z tyłu, żebym miał dobry cel... Kapujesz?

W  tej  chwili  zadzwonił  na  biurku  telefon,  sędzia  podniósł  słuchawkę.  Jego  twarz  zmieniła  wyraz.  -  Tak... 

popołudniowe  dzienniki?...  Zastrzeliła  syna  w  zasadzie  na  O'Neillów...  To  chyba  prawda,  Elwira  Tellier  jest  u  mnie, 

zgłosiła się... Dziękuję za wiadomość.

- Więc wystała pani listy do prasy?

-  Wysłałam, chcę  zapytać, dlaczego  musiałam urodzić  i  zabić... Wierzę  w  reinkarnację... Chcę  zapytać, dlaczego 

duch  Magnusa  nie mógł odrodzić  się  w  matce, która tego pragnęła, bez  piętna gwałtu? Chcę zapytać, czy są  dowody, że 

odrodzenie po śmierci jest mniej prawdopodobne niż dobry, wysoko na niebie Bóg i rogaty szatan w pełnym smoły piekle?

Sędzia poruszył się.

- Pani bluźni! - podniósł głos. Ona zachowała spokój.

- Nie, ja  bronię  swojej wiary - Maria wstała. - Możecie  zniewolić  kobietę, ale  macierzyństwo  to  miłość. Potraficie 

zniewolić do miłości? Szaleńcy! Maszynistka przestała pisać. W gabinecie zapanowała cisza.

Spadł śnieg. Morze w zatoce wzdymało się  i pieniło. Elwira Tellier stała nad urwiskiem w kamiennym fiordzie. Jej 

pradziadowie zawsze byli rybakami, tylko ojciec wyłamał się w południe.

Maria spojrzała na zegarek. Proces miał rozpocząć się w południe.

Przed  budynkiem  sądu  zgromadził  się  tłum.  Stare  kobiety  niosły  transparenty  i  krzyczały:  „Dzieciobójczyni  na 

szubienicę", „Terrorystka za kraty". „Piekło heretyczce!"...

Dziennikarze byli przed parlamentem. Tu tłum był większy, okrzyki gromkie, młode: „Rozpędzić władzę!", „Więcej 

Furmaga Lesław - GWAŁT

36 / 40

background image

światła!"... - Na obrzeżach przybywało policjantów. Dziewczyna  w skórzanej kurtce krzyczała: Niech żyje Maria Tellier! - 

tłum narastał, falował. -Elwira Tellier do parlamentu! - powtarzano z drugiej strony placu.

Tę właśnie młodą  osobę, Maria spotkała niedawno na ogarniętej niepokojem ulicy. Dziewczyna podbiegła  do niej z 

plakatem poznaczonym podpisami.

- Hej, Elwira! Jesteśmy z tobą! - Maria poznała ją.

- Remis?! Ty walczysz?

-    Tak. Wtedy  dostałam  szoku. Przepraszam, ale  wychowałam  się,  gdy  matki Albakorą  straszyły  dzieci.  Teraz 

jesteśmy razem!

Maria  Elwira  stała  nad urwiskiem. Przed nią  było morze, sól ziemi tej wyspy. Nie  chciała  rozruchów, ale przecież 

rzuciła kamień, który był już w locie. Nie mogła zawrócić wzburzonej rzeki.

Czasem przebudzenie bywa nagłe. Padały właśnie gabinety. W ostatnich wyborach wielu posłów obiecywało postęp. 

Po  otrzymaniu  mandatów  stchórzyli,  ogarnęła  ich  inercja.  Ludzie  czekali.  Kraj  ubożał.  Miasta  i  miasteczka  ogarnęło 

bezrobocie.  Niedostatek  gościł  w  domach  robotników,  rolników,  nauczycieli.  Coraz  liczniej  biedę  cierpiały  rodziny 

wielodzietne, wybuchały protesty. Tu i tam rosły  jednak  fortuny i powstawały latyfundia. Kościół wszczynał wciąż nowe 

procesy o dobra doczesne, a jego pryncypatowie głosząc hasła pokory prześcigali biznesmenów luksusem pałaców, domów, 

pojazdów...

Tłum falował. Maria  nie  brała  udziału  w  manifestacji. Patrzyła  na  morze. Przymknęła  powieki, była  zmęczona  a 

jednak silna... Więc to jeszcze nie koniec jej zmagań... A gdzie jest Stwórca?... Światły polski ksiądz  powiedział, że  Matka 

Teresa z Kalkuty zobaczyła Boga w twarzach - ludzi potrzebujących pomocy... Maria Elwira  wierzyła w tego Boga. Miała 

krew i serce pradziadów, którzy sprzeciwili się zachłanności wielkiej wody.

A ona? - Pustelnik z Carin powiedział, że przed nią zakręty na urwiskach, i życie, już tylko dla innych.

... „Maria nie zdradzi!"... „Maria Elwira Tellier z nami!"...

- W Beldown i Segers, sprajem na murach znaczyły się takie napisy.

Czas było wracać, zbliżał się proces przeciwko zwyrodnieniu ludzkiego macierzyństwa...

Wicher huczał, morze odpowiadało łoskotem, niepokój panował nad fiordem. Z niskich chmur zaczęty sypać płatki 

śniegu, jak ćmy, miały aksamitne skrzydła. Będą istnieć  tylko do wiosny. Wszystko przemija. A Bóg? - Bóg to tajemnica... 

Czy można wątpić w istnienie tajemnicy?

Przez szarość przebił się promień słońca, zaigrał w zatoce, oświetlił skały, przepadł w wielkiej przestrzeni.

KONIEC

Dlaczego napisałem „Gwałt" - mówi LESŁAW FURMAGA

Równa  jak  stół  żuławska  szosa  przechodzi  w  polną  drogę.  Skręt  w  prawo,  na  jeszcze  wyższej  drożynie  koła 

samochodu do połowy osi pogrążają się w tłustym błocie. Po obu stronach horyzontu we mgle nikną żółtobrązowe wierzby. 

Znad pustych tak, krzycząc, wzlatują co chwila ku niebu wielkie klucze kormoranów. Stareńkie podcieniowe domki. Ludzi 

prawie nie widać. Krajobraz jak ze snu.

Zatrzymujemy  się  przed  maleńkim  drewnianym  domkiem.  Zima  wilgoć  przenika  do  szpiku  kości.  Dopiero teraz 

dostrzegamy w tle maszt i zarys kadłuba niewielkiego jachtu.

Wieś  Łaszka niedaleko  Sztutowa. Od  Zalewu Wiślanego  dzieli nas zaledwie  pół mili. Do Gdańska  jedzie  się  stąd 

samochodem 45 minut.

W drzwiach czeka gospodarz.

- Witam w Domu pod Starą  Kotwicą  -  słyszymy. Wizyta  ma  szczególny cel. Oto spotykamy się  z  pisarzem, który 

przez kitka tygodni publikował na łamach naszej gazety powieść pt. „Gwałt". Zaś Cari Yesler Desmonttto jego pseudonim,

-  Doszedłem do  wniosku - mówi, iż  przyszedł moment, by ujawnić  się. Chcę  powiedzieć  czytelnikom, jak brzmi 

moje prawdziwe nazwisko.

My  już  wiemy. Oto  spotykamy  się  w  jego  pisarskiej  samotni  z...  Lesławem  Furmagą. Autor  znany  jest  z  wielu 

poczytnych książek, takich jak „Rzeka bez brzegu". „Krab i Joanna", „Lot pingwina", „Żagle w tarczy" czy „Kawał nieba".

Wtapiamy się w tutejszy klimat. Słuchamy opowieści jak wygląda wschodzące słońce. Jak głośno świergoczą ptaki. 

Juk  w  sierpniu  całe  noce  rechoczą  żaby.  Na  górze  pokoik  z  maszyną  do  pisania.  To  tutaj  oraz  w  kabinie  żaglówki 

powstawał „Gwałt". Ale wypytajmy autora o wszystko od początku.

-    Skąd  wziął  się  pomysł  napisania  „Gwałtu"?  Temat  jest  drastyczny.  Czy  nie  lepiej  było  dalej  tkwić  w 

tematyce morskiej?

- Uważam, iż wszystko ma swój czas. Powieści, które  pisałem, czytane  byty w latach 60., 70., nawet 80. Przyszedł 

czas  komercji. Polski rynek  wydawniczy  zaczęła  zalewać  popularna  literatura  zachodnia.  Ostatnio utrzymywałem  się  z 

pisania  słowników  dla  dzieci  i  poradników.  Wciąż  jednak  szukałem  tematu,  który  w  obecnych  trudnych  czasach 

interesowałby ludzi, poruszył, po  prostu „chwycił". Utwierdziłem się  w przekonaniu, iż  jeżeli dziś chce  się być  pisarzem 

współczesnym, sama marynistyka nie wystarczy.

Czy bohaterki „Gwałtu" mają swoje pierwowzory w rzeczywistości?

- Tak. Materiałów  do tej książki szukałem pełne trzy lata. Teraz  bez przesady mogę  powiedzieć, iż  jestem niemili 

ekspertem w tej dziedzinie.

Najpierw przypadkowo dotarłem do dokumentów z procesów zbrodniarzy wojennych, którzy w obozach zapładniali 

kobiety  skażonym  nasieniem  i  przymuszali  je  do  rodzenia  po  takim  gwałcie.  Cywilizowany  świat  prawomocnymi 

wyrokami  międzynarodowych  trybunałów  uznał  później  zarówno  tych,  którzy  przymuszali  do  rodzenia  po  gwałcie, za 

zbrodnarzy.

Co  dzieje  się  dziś  w  Polsce?  Powszechnie  znane  stały  się  zabiegi  określonych  autorytetów  moralnych  o 

przymuszenie  ustawą  kobiet do rodzenia  także  po gwałcie. Rozgorzał na  ten  temat głęboki społeczny spór. Problem, jak 

dotąd, znajdował się poza zasięgiem zainteresowań pisarzy. Postanowiłem zgłębić jego tajemnice i napisać powieść.

Przypuszczam, że nie było panu łatwo dotrzeć do osób, które osobiście przeżyły togo typu tragedie.

- I tak, i nie. Na przestrzeni lat ukazało się przeszło 600 tysięcy egzemplarzy moich książek. Wciąż są one  czytane. 

Na  spotkaniach  prywatnych  i  w  bibliotekach  wspominałem  czytelnikom o  moich  planach  pisarskich.  Mówiłem, iż  chcę 

rozmawiać  z  kobietami,  które  zostały  zgwałcone.  Ludzie  odnajdywali  mnie  sami.  Mówili:  jest  u  nas  taka  kobieta. 

Przekazywali adresy. Doszło do wielu spotkań. Ton temat zafascynował mnie jak drugie morze.

Furmaga Lesław - GWAŁT

37 / 40

background image

-  A  więc  kobiety  niegdyś  zgwałcone  otwierały  się  przed  panem  i dzieliły  się  swoimi  myślami,  przeżyciami, 

cierpieniami?

-  Nie było to łatwe, ale  uparta praca dała  efekty. Początek  takich rozmów bywa bardzo trudny. Po przebiciu  muru 

milczenia zaczyna wylewać się prawda.

Jest takich nieszczęsnych więcej niż nam się wydaje. Jedna  zgwałcona została w czasie ostatniej wojny na Ukrainie 

w okresie słynnych rzezi polskich rodzin osadniczych. Stało się  to podczas jej wesela. N

jej oczach męża, rodziców oraz 

gości  zakatowano  na  śmierć.  Po  gwałcie  pozostała  w  ciąży.  Ponieważ  tworzyłem  postać  fikcyjną,  pomyślałem  po 

rozmownie  z  nią,  iż  rzeczywistość  przekracza  czasem  wyobraźnię.  Po  licznych  konsultacjach  z  osobami,  na  których 

dokonano przemocy, wyrobiłem sobie pogląd na sprawę przymuszania kobiet do rodzenia po gwałcie.

A wiec bohaterki pana powieści nie są replikami kobiet, z którymi przeprowadził pan rozmowy?

-   Dokonałem literackich syntez  autentycznych postaci. Uznałem, iż  główna bohaterka, Elwira, nie może  do końca 

zostać matką heroiczną. Ale Beryl Roow urodziła i przykładnie wychowała bliźnięta poczęte w gwałcie.

Autentyczna i serdeczna obrończyni życia nie narodzonego, Flora Tokarsky, chyba najbardziej krystaliczna postać w 

powieści, znajduje okazje, by wykrzyczeć swoje uzasadnione racje.

-   Czego dowiedział się  pan w trakcie rozmów  z  kobietami zgwałconymi o tym, co działo się z  nimi po takim 

zdarzeniu?

-  Nie  spotkałam  ani  jednej  kobiety,  która  po  brutalnym  gwałcie  chciała  urodzić  dziecko.  Gwałt  był  dla  nich 

zbezczeszczeniem moralnym i fizycznym. A największą torturą psychiczną. Jaką można sobie wyobrazić, było dla tych, co 

zdecydowały się z  takich, czy innych względów urodzić, czekanie. Dziewięć miesięcy upokorzeń i pytań, kto się urodzi? 

Jakie cechy dziecko odziedziczy?

-  Nie zajmuje pan w powieści jednoznacznego stanowiska  na  temat, czy kobieta po gwałcie ma urodzić, czy 

nie?

-  Na  podstawie moich obserwacji stwierdzam, iż  matka, stworzona  do miłości, nie  może  pragnąć  takiego  dziecka. 

Przecież  kobieta  stworzona  jest,  aby  poczynać  w  rozkoszy,  aby  kochać  dziecko.  Jeżeli  wszystko  to  jest  odwrócone, 

zniweczone, zbezczeszczone, nie można kazać jej rodzić takiego dziecka. Może natomiast podjąć taką decyzję sama, ale w 

wolności, nie pod przymusem. Osobiście odnoszę się z wielkim szacunkiem do kobiet, które urodziły po gwałcie. Uważam 

je  za  matki  heroiczne. Ale  zdecydowanie  pozostaję  na  stanowisku,  iż  w  społeczeństwie  cywilizowanym  bohaterstwa  i 

niezwykłości  nie  można  żądać  ustawą  i  wymuszać  więzieniem.  Bo  to  przemoc  i  chociaż  być  może  moralne  w  pojęciu 

jakiejś moralności, to przecież niemoralne.

Pana stanowisko jest głosem w dyskusji nad ustawą o przerywaniu ciąży.

-  Pisząc książkę, staram się  spełnić obowiązek wobec  czasów, w  których  żyję. Nie  mogę  zgodzić  się, aby kobiety 

zostały  ubezwłasnowolnione  w  kwestii  macierzyństwa.  Mój  „Gwałt"  jest  swojego  rodzaju  krzykiem  o  ratunek  dla 

wiedzionych na  stos „czarownic". Po poznaniu krzywdy kobiet bestialsko  zgwałconych  j estem pewien, że  cywilizowany 

świat przymuszenie  do rodzenia  po gwałcie  oceni w przyszłości tak  jednoznacznie, jak ocenia  się dziś palenie niegdyś na 

stosach „czarownic" i mędrców, których prawdy są dzisiaj oczywiste.

Dlaczego nie wydał pan od razu swojej książki w którejś z oficyn?

-  Moje pierwsze próby wydania „Gwałtu" nie powiodły się z przyczyn pozaliterackich. Nie ma obecnie cenzury i to 

czy  książka  ukaże  się,  czy  nie,  zależy  od  umowy  między  pisarzem  a  wydawcą,  jest  jednak  określona  presja.  Po 

wydrukowaniu kilkudziesięciu odcinków na łamach „Głosu Wybrzeża" zaczęły nadchodzić  listy świadczące, iż  temat jest 

„trafiony". Ludzie dzielą się swoimi przemyśleniami na temat tego ważnego problemu społecznego.

Dlaczego posłużył się pan anielsko brzmiącym pseudonimem?

- Sprawa pseudonimu jest nieco groteskowa. Na początku lat 90. zorientowałem się, iż dla naszych licznych nowych 

wydawców liczy się właśnie; angielskie brzmienie nazwiska. Mogę przytoczyć  przykład. Podczas wizyty w jednej z takich 

nowych oficyn zaoferowałem wznowienie  „Lotu Pingwina". Moje nazwisko jednak nie było tam znane. Wymyśliłem więc 

na poczekaniu nazwisko Carl Yesler  Desmontt i ku mojemu zdumieniu wydało się  ono wydawcy znajome. Przy pierwszej 

okazji postanowiłem więc zmienić nazwisko Ale ostatnio dostąpiłem satysfakcji, bo zarówno redakcia „Głosu Wybrzeża", 

jak  i dwaj polscy edytorzy, z  którymi prowadzę  wstępne  rozmowy na  temat wydania  „Gwałtu", zażądali jednoznacznie, 

abym książkę podpisał swoim nazwiskiem.

Dziękuję panu za rozmowę.

Rozmawiała:

Katarzyna Korczak

Lesław  Furmaga  urodził  się  w  1933  r.  Ukończył  Wydział  Rybactwa  Morskiego  Wyższej  Szkoły  Rolniczej  w 

Szczecinie. Pracował  na  przemysłowych statkach  rybackich,  które  poławiały w  rejonach Afryki i Antarktydy. Był także 

wykładowcę  w  Wyższej  Szkole  Morskiej  w  Gdyni.  Jest  nadal  czynnie  związany  z  żeglarstwem,  gospodarką  morska  i 

żegluga.

Debiutował  jako  prozaik  w  1966  roku.  Jest  autorem  powieści  dla  dorosłych  i  dzieci,  scenariuszy  filmowych  i 

słuchowisk radiowych.

Wydał  między  innymi  „Rzeka  bez  brzegu"  (1974).  „Skarb  z  piaszczystego  półwyspu"  (1975),  „Krab  i 

Joanna" (1977), „Między strugami deszczu" (1980), trylogię „Lot pingwina" - t. I. „Zaokrętowany"(1981), t. II: „Słońcem i 

lodem"  (1983),  t.  III  „Burza  i  powrót"  (1986).  „Żagle  w  tarczy"  (1987).  Wydał  także:  „Między  Cape  Town  i 

Casablanca"  (1989)  „Kawał  nieba"  jako  II  tom  „Żagli  w  tarczy",  wraz  ze  wznowieniem  t.  I  (1991),  „Mały  słownik 

morski"  (1993),  „Mały  leksykon  krzyżówki"  (1993).  „Uniwersalny  leksykon  haseł..."  (1994),  „Kolorowa  ortografia  - 

słownik" (1995), „Kolorowa ortografia" (1996).

Jest laureatem Nagrody Literackiej im. Conrada Korzeniowskiego (1974), nagrody i wyróżnienia przewodniczącego 

Komitetu  ds. Radia  i Telewizji  (1985), Nagrody  Literackiej  im.  Marcina  Borzymowskiego  (1986).  Nagrody  Literackiej 

Wydawnictwa Glob - Złoty Delfin (1986).

Przedkładali uprzejmie  Panu Redaktorowi do ewentualnej publikacji pierwszą  cześć materiału literackiego, który w 

latach 1981 - 1985 został usunięty przez cenzurę z drukowanej w tym czasie mojej trylogii „Lot pingwina"

Będąc  swego  czasu  pracownikiem  Świnoujskiej  „Odry"  i  Szczecińskiego  „Transoceanu"  tomy  „Lotu..." 

nawiązywały do ówczesnej sytuacji w tych przedsiębiorstwach. Rękopis „Lotu pingwina" zakupiła Biblioteka Wojewódzka 

Furmaga Lesław - GWAŁT

38 / 40

background image

w Szczecinie, także  znaczna  część  nakładu tego  tryptyku trafiła  do bibliotek w  Szczecinie  i województwie, dokąd byłem 

proszony na liczne spotkania autorskie.

W powieści poza  wątkami osobistymi bohaterów  dominował  wątek  polityczny, będący  literacką  relacją  z  kraju  i 

licznie  rozsianych po świecie statków gdzie  szereg zdarzeń zapowiadał rychły już upadek realnego socjalizmu. Trzy tomy 

„Lotu..." wydane łącznie w przeszło stu tysiącach egzemplarzy/rozeszły się natychmiast i szybko doczekały wielu recenzji i 

rozpraw. M.in Przewodnik po współczesnej polskiej literaturze marynistycznej, „WYCHOWANIE" (praca zbiorowa) wyd. 

Glob Szczecin 1989 -  pisał „Ma też książka  Fur-magi swój drugi wymiar - publiczny. W tym przypadku kształtowany jest 

on  przez  burzę  lat osiemdziesiątych. A  zatem  polityka  wkracza  na  pokład..  Gdy  na  statek  dociera  wieść  o  Sierpniu  w 

trybach maszynki zazgrzytało na nowo. Wychodzą na jaw nowe garby nowe pokrętno-ści ludzkich losów...

albo:  PROZA  POLSKA od  1996  -  Piotr  Kuncewicz:  „Mocne  miejsce  w  marynistyce  ostatnich  lat  zyskał  sobie 

Lesław  Furmaga...  jak  dotychczas  główne  jego  dzieło  „Lot  pingwina"  to  trylogia  złożona  z  trzech  części...  Tytułowy 

Pingwin, poza sensem metaforycznym, to przezwisko Karola Poręby eks - dziennikarza, który uchodząc nieprawidłowością 

politycznym i rozdźwiękom domowym... krzepnie wewnętrznie..."

Ale  niestety,  wrażenia  czytelników  i  recenzentów  w  odniesieniu  do  nurtu  politycznego  książki,  mogą  dotyczyć 

jedynie śladu tego, co autor napisał, bo jedynie ślad pozostał po tekście autorskim w ocenzurowanej książce.

Ta  powieść  mimo, iż  ma już swoją  historię, mimo, że była przedmiotem wielu spotka autorskich, że  pełny jej tekst 

opublikował  jeden  z  bardzo  popularnych  dzienników,  mimo,  że  była  i jest tematem  bulwersujących  listów,  które  nadal 

przychodzą  do  autora  jako  pozycja  książkowa  wydana  została  przez  przedsiębiorców  gdańskich,  z  przesłaniem 

szczególnym.

Znany nie tylko na Wybrzeżu pisarz, którego  książki wydano łącznie  w  blisko  milionowym nakładzie, tym razem 

wystąpił  pod  swoim  zagranicznym  pseudonimem.  Nie  trudno  jednak  odgadnąć  jego  prawdziwe  nazwisko  z  uwagi  na 

jedyne i niepowtarzalne opisy związku człowieka i morza oraz udzielone już wywiady. Książka wbrew pozorom nie została 

napisana  w  kraju  mogącym  być  Irlandią  Północną,  a  podobny  dramat  jest  możliwy  także  w  Polsce...  Rzecz  dotyczy 

przecież  bardziej kobiety niż  morza, bardziej ludzkiej tragedii niż oeanicznego huraganu, bardziej natury człowieczej niż 

żywiołu  ziemi  i  morza...  Dziwne,  ale  dotychczas  nikt  z  twórców  nawet  wielkiej  literatury  światowej  nie  podlał  tak 

drastycznego tematu moralnego jak „Cari Yesler Desmontt" w swoim „Gwałcie".

Wydawcy, znani Gdańscy Obywatele zastrzegli sobie, że przynajmniej pierwsza edycja „Gwałtu" nie może trafić do 

sieci handlu książką. Jest to bowiem pozycja szczególna i otrzymać  ją można jedynie  w upominku od znanych osób, które 

nabyły  prawo  do  jej  przekazania  Państwu. Autor  oczekuje  jednak  na  dalsze  listy,  które  zamierzamy  wydać  w  ślad  za 

książką, jako głosy w dyskusji na  temat najbardziej bulwersującego obecnie  problemu moralno - społecznego a  być może 

także politycznego... Życzymy interesującej lektury.

Banki,  wielkie  zakłady  produkcyjne  i  usługowe,  luksusowe  restauracje,  towarzystwa  ubezpieczeniowe  i  inne 

instytucje, -  między  innymi materiałami reklamowymi  wydają  liczne  foldery. Foldery  te  mimo  często  znakomitej  formy 

graficznej nie mają innej wartości poza reklamową i nie są przechowywane przez klientów.

Sensacyjna  powieść  znanego  autora,  wylansowana  już  przez  czasopismo  a  jeszcze  nie  wydana  jako  pozycja 

książkowa, może  stać się  znakomitym  nośnikiem reklamy na  wysokim poziomie. Z uwagi na  bulwersującą  treść  książki 

(liczne  listy  czytelników  po  publikacji  prasowej)  i  uznany  już  wysoki  poziom  literacki, w  przypadku  połączenia  jej  z 

folderem, pozyj a taka  pozostanie w bibliotece domowej i będzie  wypożyczana osobom innym. Część  nakładu przekazana 

odpowiednim wypożyczalniom także będzie funkcjonować na rzecz reklamy.

Prawo do wydania książki w połączeniu ze swoim folderem winno być udostępnione zaledwie  kilku lub kilkunastu 

przedsiębiorstwom.  Powieść  z  ewentualną  dedykacją  imienną  autora  wręczana  byłaby  przez  przedsiębiorców  na 

bankietach, promujących zakład spotkaniach oraz w innych okolicznościach godnym tego klientom. Stanowiłoby to nową 

atrakcyjną  i wspierającą kulturę  form popularyzowania przedsiębiorstwa. Należy zaznaczyć, że  koszty wydania książki w 

taki sposób, nie byłyby wyższe od kosztów związanego z nią folderu.

DO REDAKCJI GŁOSU WYBRZEŻA I AUTORA POWIEŚCI „GWAŁT"

Nawiązując do prośby Redakcji o listy na  temat przeżyć i postawy Marii Elwiry bohaterki „Gwałtu"  piszę chociaż 

nie znam jeszcze zakończenia książki.

Kilka lat temu moją siostrę  w małym miasteczku na Śląsku zgwałcili skini czy inni zwyrodnial cy. Dziewczyna  po 

gwałcie została  w ciąży. Nie był to  może  tak straszny gwałt jak  Marii Elwiry  ale  skutki jego były podobne. Dziewczyna 

przez długi czas unikała chłopców i w ogóle stała się jakaś dziwna. To już nie była dawna Bożenka. Ojciec i Matka w ogóle 

rozmawiali  z  nią  o tym, że  ona  jest w ciąży, bo  bali się, że  dostanie  obłędu. Bożenka  domyślała  się  tej  okropności, ale 

rodzice i ja uspakajaliśmy ją, że wszystko będzie w porządku. Byłam u niej wtedy. Wszyscy czuli i potwierdzali to lekarze, 

że  aby  powrócić  ją  do normalnego  życia, musi  o tym  strasznym wydarzeniu zpomnieć.  Nawet powinna  omijać  miejsce 

gdzie  to  się  stało,  chociaż  był  ono  na  drodze  do z  domu  do  pracy.  Bożena  chodzi do  dziś  drogą  dalszą. Minęły  lata  a 

Bożenka ciągle  nie jest tą wesołą lubiącą zabawę dziewczyną. Mamy jedna nadzieję, że  ona wyjdzie za mąż  będzie  miała 

dzieci i ułoży sobie  normalne  życie. Nie wyobrażam sobie jednak jej życia  w tym miasteczku gdyby przymuszono j ą do 

urodzenia  tego  dziecka.  Jako  katoliczki  pytałyśmy  o  to  z  mamą  zaprzyjaźnionego  księdza.  Nieprawda,  że  księża  są 

bezmyślni. On powiedział, że o ofiarę poświęcenia  swojego życia dla kogoś innego można człowieka  tylko prosić, ale nie 

można mu takiej ofiary nakazać. On powiedział, że dałby rozgrzeszenie mojej siostrze za to, że nie urodziła, jeżeli czuła, że 

nie ma powołania do macierzyństwa, dziecka po zwyrodnialcach.

„Gwałt" będę czytała  do końca  w  gazecie, a  gdy wyjdzie  w wydaniu książkowym, kupię  ją, ale  siostrze swojej jej 

nigdy nie polecę, bo ona za  wiele przeżyła sama. Ze wszystkich stron słyszy się tylko o tym, że najważniejsze jest dziecko 

poczęte.  Nikt  nie  mówi  i  nie  pisze  o  tym,  że  istnieje  jeszcze  dziewczyna  -  kobieta,  tak  jakby  ta  kobieta  nie  była 

człowiekiem. Tak nie jest. Są różne sytuacje. Nie każda ciąża jest z woli urodzenia jeszcze jednego dziecka. Wasza powieść 

każe  pomyśleć  czy  zmuszenie  kobiety  do  urodzenia  dziecka  jest  sprawiedliwe, czy  często  nie  jest to,  jak  pisze  autor, 

jeszcze jeden gwałt i wielka krzywda.

Piszę ten list bo byłam blisko podobnego nieszczęścia.

Pozdrawiam autora książki i Redaktorów „Głosu Wybrzeża"

Barbara Z. z Gdańska

Furmaga Lesław - GWAŁT

39 / 40

background image

GŁOS CZYTELNIKÓW

„Gwałt" a polityka

Drukowany na Waszych łamach „Gwałt" wzbudził moje duże zainteresowanie. Gdyby druk tej książki rozpoczął się 

po wyborach parlamentarnych można by sądzić, że to Unia Pracy, odrabia zaległości w ideologicznych staraniach o kształt 

naszego państwa.

Długo  byłem  sympatykiem  tego  ugrupowania. W poprzednich  wyborach  oddałem  głos  właśnie  na  tę  partię. W 

ostatnich  wyborach  głosowałem  jednak  na  inne  ugrupowanie. Owszem,  nadal jestem  za  państwem  świeckim  i przeciw 

jakimkolwiek  przymusom  wyznaniowym,  także  przymusowi  rodzenia  oraz  wikłania  się  Polski  w  poddańcze  układy  z 

kimkolwiek... Ale  potrzebny  jest  ruch  społeczny  przeciwstawiający  się  przenoszeniu  totalitarnego  ustroju  Kościoła,  do 

ustroju państwa. Konieczne staje  się publiczne demaskowanie  tego co zakłamane  płynie  z  tysięcy ambon  oraz  rozgłośni i 

gazet polityczno - chrześcijańskich. Unia Pracy całkowicie  zawaliła szeroko pojętą pracę ideologiczną ze społeczeństwem, 

albo nawet takiej pracy w ogóle nie podjęła. Zresztą inne partie pozaklerykalne podobnie.

Przegrana  unii  w  ostatnich  wyborach  wydaje  się  logiczna.  Gdyby  to  świeckie  ugrupowanie  zgromadziło  wokół 

siebie tylko część twórców o poglądach tożsamych z jej programem ideowym, gdyby inspirowało na szerszą skalę dyskusje 

światopoglądowe, gdyby wypromowało  kilka  takich książek jak „Gwałt" i zdemaskowało obłudę, wypełniłaby się  obecna 

próżnia  w  popularyzowaniu  ideologii  pozaklerykalnej, a  organizacja  prowadząca  taką  działalność,  lub  ją  przynajmniej 

popierająca zdobyłaby popularność nie tylko za przemówienia w Sejmie.

Czy  jakaś  partia  niekościelna  lub  jej  kulturalne  agendy  ogłosiły  konkurs  np.  na  plakat  przeciwstawiający  się 

zniewoleniu  kobiet  do  rodzenia,  konkurs  literacki  na  powieść  w  rodzaju  „Gwałtu",  scenariusz  filmowy  preferujący 

ogólnoludzkie  wartości moralne  ponad zawężonymi wartościami chrześcijańskimi? Owszem, organizacje  te zadrukowały 

tony papieru, ale jedynie hasłami wyborczymi, a  przecież jeden spektakl telewizyjny kabaretu Olgi Lipińskiej więcej czyni 

przeciw zakłamaniu, niż tysiące takich plakatów.

Należy  za  autorem „Gwałtu"  demaskować  zakłamany j  ęzyk kleru  i podporządkowanych mu  partii  politycznych. 

Owo  „zabijanie  dzieci",  nazywanie  posłów  lewicy  zbrodniarzami,  a  równych  praw  z  innymi  wyznaniami  - 

prześladowaniem.

Myślę, że  po  przegranych  wyborach  lewica  powinna  w swej czteroletniej kampanii na  rzecz  powrotu w państwie 

rządów  świeckich  i  światłych  zdemaskować,  także  środkami  kultury  i  sztuki,  zacofanie  i  promować  demokrację  oraz 

ogólnoludzkie  wartości  moralne. Jest w  tej  chwili  puste  miejsce  na  głęboko  umocowaną  w  społeczeństwie  partię  ludzi 

przeciwnych  panoszącemu  się  ogłupianiu  społeczeństwa. Potrzeba  jednak  nowej  literatury,  filmu,  sztuki, w  których  nie 

podporządkowani temu ogłupianiu znajdą swoje odbicia i wzorce.

Krzysztof Kilijanek Gdańsk

Furmaga Lesław - GWAŁT

40 / 40