background image

ANDRZEJ PEREPECZKO

DZIKA MRÓWKA POD ŻAGLAMI

Cypniew

1996

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

O TYM, JAK DZIKA MRÓWKA WSPINA SIĘ NIEOMAL NA SAM 

WIERZCHOŁEK SZKOLNEJ SŁAWY, SKĄD ŚCIĄGA GO W 

NIESPODZIEWANY SPOSÓB PAN OD PRZYRODY

- Chłopcy! Wstawać! Już siódma! - głos mamy wdarł się brutalnie w senne marzenia 

obu   braci   -   bliźniaków,   a   szczególnie   Dzikiej   Mrówki,   który   zawsze   twierdził,   że   ma 

najwspanialsze  sny zawsze tuż, tuż przed obudzeniem i że właśnie wtedy „wchodzą one 

dopiero w kolor” co miało oznaczać, że ma sny kolorowe.

Tym razem śniło mu się, że jest kapitanem dużego żaglowca, który po wielu, bardzo 

wielu dniach i tygodniach pływania dotarł wreszcie do jakiegoś nieznanego lądu i właśnie w 

tej chwili on, dowódca odkrywczej wyprawy, ma wylądować na piaszczystej plaży rozłożonej 

u stóp gęstego palmowego lasu. A wszystko  we wspaniałych  kolorach! Piasek plaży był 

jasnozielonkawy,   woda   w   morzu   żółtoróżowawa,   palmy   za   to   miały   liście 

jaskrawopomarańczowe, a nad wszystkim wisiało olbrzymie błękitne słońce zawieszone na 

jasnozłotym niebie.

- Ale fajnie! - dzielny kapitan Dzika Mrówka spoglądał na nieodległy brzeg przez 

szkło długiej prawdziwie morskiej lunety i już miał wydać rozkaz do opuszczenia łodzi, na 

różową   wodę,   gdy   wtem   usłyszał   dobiegający   go   z   dala,   spośród   pomarańczowych   liści 

palmowych, tubalny głos:

CHŁOPCY! WSTAWAĆ!!

JUŻ SIÓDMA!!!

Dzika Mrówka otworzył oczy. Z przyzwyczajenia spojrzał w prawo, tam, gdzie przez 

ostatnie dwa miesiące widział okrągły iluminator okrętowej kabiny, w której odbywał wraz z 

bratem bliźniakiem podróż „do serca czarnej Afryki” - jak w myślach nazywał swój rejs na 

statku.

Okrągły iluminator jednak, zwany na statku „bulajem”, znikł gdzieś, a na jego miejscu 

znalazł się pęknięty kij hokejowy z wypisanym czarnym tuszem wynikiem jakiegoś sławnego 

meczu i datą tego epokowego wydarzenia.

- Ojej... - wyrwało się na pół śpiącemu Markowi.

- Skończyły się wakacje - jęknął z niekłamanym żalem. - Tak było fajnie, a teraz... 

Prawda, Jarek?

Jego Brat nie potwierdził jednak smutnych rozważań Dzikiej Mrówki, spał bowiem 

background image

smacznie dalej, a jedynym widomym efektem maminego budzenia było szczelne przykrycie 

głowy kołdrą.

- Dlaczego nie wstajecie? Przecież idziecie obaj do szkoły. - Mama spojrzała znowu 

na   chłopców.   Włączyła   radio   i   z   głośnika   doleciał   głos   jednego   z   braci   Damięckich 

śpiewającego na raźną melodię: „Żeby do szkoły nareszcie można było iść, żeby do szkoły...”

- Mamo - jęknął Dzika Mrówka nurkując pod kołdrę - miej litość. Od samego rana tak 

nas   torturować...   A   może   by   jeszcze   dzisiaj   nie   iść   do   szkoły?   Przypłynęliśmy   dopiero 

wczoraj, to chyba należy się nam choć z jeden dzień na rozpakowanie rzeczy.

-   Jakie   znów   rozpakowanie?   -   zdziwiła   się   mama.   -   Przecież   wczoraj   sama 

rozpakowałam wasze rzeczy. I już namoczyłam, bo wszystko takie brudne i zapuszczone. Czy 

na statku w ogóle nie prali bielizny?

- Praliśmy. Sami - z dumą odezwał się Dzika Mrówka.

- Widać, że sami... Teraz nie wiem, czy dopiorę. Wstawajcie, bo i tak spóźniliście się 

przez ten rejs na rozpoczęcie roku szkolnego. Prawie cały tydzień.

- Eee... To tym bardziej. Dzień mniej, dzień więcej... A chyba należy nam się, mamo, 

choć jeden dzień na aklimatyzację.

- Niby dlaczego?

- Bo zmiana klimatu, zmiana otoczenia. I wszystko inne. O, na przykład: ja całą noc 

nie mogłem spać, bo nie kiwało.

- Nie udawaj, spałeś jak suseł, a Jarek jeszcze śpi, że nie mogę go obudzić...

- Jaro zawsze był bardziej prymitywny ode mnie...

Dzika Mrówka nie dokończył tego zdania, gdyż nagle śpiący dotąd głęboko, ukryty 

całkowicie pod kołdrą, Jego Brat poderwał się, złapał stojący przy tapczaniku drewniak i 

cisnął nim w brata - bliźniaka. Marek w ostatniej chwili wykazał refleks godny hokeisty i 

uchylił  się przed nadlatującym  pociskiem, który wyrżnął w ścianę z taką mocą, aż spadł 

zawieszony na niej obrazek.

- O, widzi mama, że Jarek jest bardziej prymitywny. Ma mama najlepszy dowód! - 

krzyknął Dzika Mrówka, chwytając za poduszkę z zamiarem ciśnięcia jej w brata - bliźniaka. 

Mama jednakże nie dosłyszała zapewne tych słów, uznała bowiem, że obaj synowie nareszcie 

się obudzili i wycofała się czym prędzej do już, już mającego wykipieć mleka.

W   przytulnym   trzypokojowym   mieszkaniu   na   pierwszym   piętrze   zapanował 

zwyczajny, coporanny harmider. Najpierw bracia - bliźniacy kłócili się w pokoju, podczas 

ubierania się, po chwili kłótnia przeniosła się do łazienki, z której oczywiście obaj chcieli 

jednocześnie korzystać. Mama miotała się między kipiącym mlekiem a mającą się przypalić 

background image

jajecznicą dla synów, tata zaś, który tego dnia miał dzień wolny i udawał że śpi czekając, aż 

chłopcy   wyjdą   z   domu,   aby   wreszcie   w   spokoju   zjeść   wraz   z   żoną   śniadanie   osłodzone 

resztkami wspaniałej wczorajszej szarlotki, słysząc synowskie krzyki z łazienki mruczał pod 

nosem: „trzeba chyba dobudować drugą łazienkę z części kuchni”.

Postanowienie takie robił tata zawsze, gdy zdarzyło mu się być rankiem w domu, 

jednak   kończyło   się   to   wyłącznie   na   pobożnych   zamiarach,   głównie   wskutek   wrodzonej 

niechęci taty do wszelkich prac domowych, a po części i dlatego, że w trakcie synowskich 

łazienkowych kłótni tata zwykł być zapadać w ponowną, krótką co prawda, ale jakże słodką 

drzemkę.

Wreszcie synowie, połknąwszy naprędce śniadanie, wypadli jeden przez drugiego z 

domu, zostawiając - jak zwykle - otwarte na roścież wejściowe drzwi. W domu zapanowała 

błoga cisza...

- Mrówka - powiedział Jego Brat do Marka, biegnącego tuż obok, gdyż  - też jak 

zwykle - wypadli z domu na ostatnią chwilę i bardzo już niewiele czasu zostało im na drogę 

do szkoły.

- No?

- Myśmy rzeczywiście spóźnili się na rozpoczęcie roku.

- W rzeczy samej - przytwierdził lekko zdyszany Marek. - I co z tego?

- Może oni coś już przerobili. I teraz trzeba będzie nadgonić.

- Martwisz się? Daliśmy sobie radę z przemytnikami?

- No, niby tak, ale... - zaczął Jarek.

- Nie ma żadnego „ale” - przerwał Dzika Mrówka. - Pomogliśmy policji złapać szajkę 

groźnych przestępców?

- No, właściwie...

- A widzisz. Uratowaliśmy pełnomorską jednostkę?

- Niby tak. Ale to była tylko łódź rybacka...

- Rybacka - prychnął Marek - ale łowiła na pełnym morzu?

- Fakt.

- Widzisz. Więc uratowaliśmy pełnomorską jednostkę pełną rozbitków?

- Było ich tam tylko dwóch...

- A ilu mogło być na takiej małej łodzi? Stu?

- No, tyle to nie...

- A widzisz. Więc jak myślisz, nie damy sobie rady w szkole?

- No, niby fakt.

background image

Przez chwilę biegli obaj w milczeniu.

- Jaro - odezwał się znowu Dzika Mrówka.

- O co chodzi?

- Dzisiaj powinien być „nasz dzień” w szkole.

- Fakt...

- I ja już mam plan...

- Jaki plan?

- Plan działania na dzisiaj w szkole...

- Niby czego?

-  Eee,   nie  mam  czasu   ci  tłumaczyć.  Już  za   późno.  Tylko  pamiętaj,   żebyś   mi  nie 

przeszkadzał. Twoje zadanie to tylko potakiwać.

- Potakiwać? Ale jak ty zmyślasz...

-   Zmyślasz,   zmyślasz...   Co   za   gadanie.   Najwyżej   czasami   trochę   uzupełniam 

rzeczywistość. A to nic złego przecież. Na świecie wszystko trzeba upiększać, no nie, mama 

zawsze to powtarza, kiedy każe nam czyścić buty albo sprzątać stale w pokoju, albo jak 

kupuje kwiaty do wazonu...

- Fakt. Ale to chyba nie to samo.

Tak pogadując i podbiegając dopadli do szkoły niemal tuż, tuż przed dzwonkiem. 

Wbiegli obaj równocześnie do swojej klasy, gdzie powitał ich zgodny, chóralny okrzyk:

-   Aaaaaaaaaaaaaa!!!   -   wrzasnęło   naraz   ze   czterdziestu   młodych   przedstawicieli 

żeńskiej i męskiej części rodzaju ludzkiego.

Jarek zatrzymał się, nieco zaskoczony, w drzwiach klasy, Dzika Mrówka natomiast 

nie stracił ani na moment animuszu. Rzucił w kąt stary chlebak ojca, w którym Markowi 

najlepiej nosiło się książki, i zeszyty, i drugie śniadanie, i pantofle gimnastyczne, i całą masę 

jeszcze innych najdziwniejszych rzeczy, i wskoczył z rozpędu na jeden ze stolików.

- BWANA KUBWA!!! - wrzasnął, takie bowiem słowa udało mu się zapamiętać z „W 

pustyni i w puszczy”.

Po tym okrzyku w klasie zapanował jeszcze większy tumult i wrzask.

- CIIIISZAAA! - głos Dzikiej Mrówki zapanował przez sekundę nad wrzeszczącą 

klasą.

Gdy hałas doszedł do normalnego poziomu, to znaczy - szyby przestały już brzęczeć 

w oknach, a przerażone ptaki za oknami nie uciekały już w popłochu do pobliskiego lasu - 

Dzika   Mrówka,   podrygując   na   stoliku   i   bębniąc   dłońmi   po   uniesionym   do   góry   krześle, 

zawołał:

background image

- Dzika Mrówka i Jego Brat witają klasę po odkryciu Czarnego Lądu!

- AAAAAA! - zawyła znów klasa.

- Nie AAAAAA - odkrzyknął z dezaprobatą Marek. - Od teraz klasa będzie wołała 

inaczej: HOO - HO! W takt tamtamu - zabębnił dłońmi w krzesło.

- HOO - HO! - posłusznie odwrzasnęła klasa.

- Teraz lepiej - zawyrokował Dzika Mrówka.

- A więc, na konto naszego powrotu, ogłaszam w klasie Wielki Dzień!

- HOO - HOO!

- W czasie podróży wykryliśmy statek prawdziwych piratów!

- HOOO - HO!

- Potem uratowaliśmy tonący okręt na pełnym morzu!

- HOOO - HO! - zawyła radośnie klasa, ale Dzika Mrówka dostrzegł, że Jego Brat 

patrzy na niego z wyraźną dezaprobatą, więc czym prędzej zabębnił jeszcze energiczniej w 

krzesło i odwrócił się w drugą stronę.

- Na pełnym morzu i pełny rozbitków!

- HOOO - HO!

- Pełny rozbitków ledwo żywych!

- HOOO - HO!

- Ujęliśmy bandę niebezpiecznych portowych opryszków!

- HOOO - HO! - okrzyk klasy zabrzmiał nieco ciszej, a część młodych słuchaczy 

spojrzała jakby z lekkim niedowierzaniem na wciąż podrygującego na stoliku w tanecznym 

rytmie   Marka.   Ten   odwrócił   się   i   spojrzał   ostro   na   swego   brata,   a   Jarek   jakby   pod 

hipnotycznym wpływem owego ostrego spojrzenia kiwnął potakująco głową i mruknął:

- Fakt!

- HOOO - HO! - krzyknęła teraz zgodnym chórem klasa.

-   Dalsze   szczegóły   naszej   wielkiej   wyprawy   na   dużej   przerwie   -   oznajmił   Dzika 

Mrówka. - Tymczasem ogłaszam założenie Klubu!

- HOOO - HO!

- Będzie to Klub Podróżników i Odkrywców!

- HOOO - HO!

- Taki jak Klub Sześciu Kontynentów w telewizji!

- HOOO - HO!

- Co tam sześciu - zadecydował momentalnie Dzika Mrówka. - My założymy Klub 

Siedmiu Kontynentów!

background image

- HOOO - HO! - wrzasnęła połowa klasy.

- Ale kiedy kontynentów jest tylko sześć - odezwało się kilkoro co światlejszych z 

drugiej połowy.

- To nic - odkrzyknął Dzika Mrówka w zapale - odkryjemy siódmy!

- HOOO - HO! - zabrzmiało entuzjastycznie.

Dźwięk dzwonka ledwo przedarł się przez tumult i hałas panujący w klasie.

- Ojejej - odezwał się głos w kącie - dziś mieli już pytać. Zapowiedzieli powtórkę 

materiału z poprzedniego roku.

Dzika Mrówka spojrzał w tym kierunku z wyraźną pogardą we wzroku.

- Dziś nie będą pytać! - ogłosił złażąc ze stolika i podnosząc z kąta rzucony niedbale 

stary chlebak.

- Skąd wiesz? - odezwał się ten z kąta z niedowierzaniem, ale jednocześnie z nadzieją 

w głosie.

- Bez strachu. Dzisiejsze lekcje biorę na siebie - w głosie Dzikiej Mrówki zabrzmiała 

taka pewność, że ten z kąta odłożył nawet na bok książkę, do której miał właśnie zajrzeć.

W tym momencie otworzyły się drzwi i do klasy weszła Pani Od Polskiego. Była to 

dość   korpulentna   osoba   w   średnim   wieku,   o   której   jej   koleżanki   i   koledzy   z   pokoju 

nauczycielskiego mówili, że składa się w dziewięćdziesięciu procentach z serca, a pozostałe 

dziesięć procent zajmują oczy. Pani Od Polskiego miała opinię najlepszej w całej szkole, do 

niej też udawali się ci wszyscy, którzy mieli jakiekolwiek kłopoty z jakiegokolwiek powodu i 

Pani zawsze znajdowała jakąś życzliwą i pomocną radę, a oczy rzeczywiście miała ogromne. 

Bardzo duże i bardzo niebieskie.

Pani Od Polskiego była wychowawczynią klasy, do której chodzili Dzika Mrówka i 

Jego Brat.

Przy sprawdzaniu obecności, czytając nazwiska Marka i Jarka, Pani Od Polskiego 

zauważyła z uśmiechem.

- O, wróciliście już chłopcy. I jak tam było?

-   Proszę   pani,   oni   uratowali   rozbitków!   -   odezwała   się   Jola,   która   siedziała   w 

pierwszej ławce, tuż koło stolika pani.

- Proszę pani, a oni byli w Afryce! - Zosia spod okna nie chciała być gorsza od swej 

koleżanki.

- I oni widzieli prawdziwą corridę - wyrwał się Zenek, którego w czasie sprawdzania 

obecności zdołał już powiadomić o tym fakcie Marek.

- Zaraz, zaraz - powiedziała Pani podnosząc swe bardzo duże oczy znad dziennika - 

background image

nie wszyscy od razu, bo nic nie rozumiem. Najlepiej niech chłopcy sami powiedzą coś o 

sobie.

Obaj bracia - bliźniacy wstali.

- Gdzieście byli,  chłopcy?  - zapytała  Pani, ale zanim Jarek zdążył  otworzyć  usta, 

Dzika Mrówka wystartowała jak karabin maszynowy.

- Bo my, proszę pani, najpierw  odpłynęliśmy z Gdańska, a potem, jak się Bałtyk 

skończył to był Kanał Kiloński, a za Kanałem to już Morze Północne, ale tam był sztorm. I w 

Londynie   widzieliśmy   pałac   królewski   i   zmianę   gwardii   królewskiej,   a   ja   nawet   brałem 

czynny udział w tej paradzie, i potem zwiedzaliśmy Muzeum Techniki, i tam poznaliśmy 

takiego   pana,   Anglika,   który   nam   pozwolił   wszystkim   kręcić.   I   jeszcze   gabinet   figur 

woskowych, gdzie są kosmonauci i aktorzy filmowi, i w ogóle wszyscy...

-   Dobrze,   dobrze,   Marku   -   roześmiała   się   Pani   -   nie   tak   szybko,   bo   nic   nie 

zrozumiemy. A poza tym nie powinieneś zaczynać swego opowiadania od „bo my”, przecież 

wiesz, że tak się nie powinno ani pisać, ani mówić. Tyle razy wam powtarzałam.

Dzika   Mrówka   przytaknął   i   zaczął   jeszcze   raz,   pilnie   tym   razem   bacząc,   aby  nie 

zacząć zdania ani od „bo my”, ani od „więc”, ani w inny sposób, o którym Pani Od Polskiego 

mówiła, że jest niepoprawny. Zwolnił też nieco tempo opowiadania.

Gdy doszedł do Morza Północnego i gdy stwierdził, że „wtedy właśnie zerwał się taki 

sztorm, że nie można było ani stać, ani siedzieć, ani leżeć, a ze stołu wszystko spadało”, Pani 

spytała z wyraźnym niepokojem w głosie.

- A jak wyście się czuli w takim sztormie?

Dzika Mrówka machnął lekceważąco ręką.

- My to bezproblemowo, ale pasażerowie... - tu zrobił znaczącą przerwę. - I proszę 

Pani, ja mam pomysł na kiwanie na statku.

- Pomysł? - zdziwiła się Pani Od Polskiego. - Na kiwanie?

- No właśnie - przytaknął Dzika Mrówka z dumą.

- A jaki to pomysł?

- To trzeba narysować - stwierdził Marek. - Czy mogę?

Nie czekając na zezwolenie podszedł do czarnej tablicy i białą kredą narysował na niej 

taki obrazek.

background image

- To jest wzburzone morze - objaśnił. - Fale się robią wtedy, gdy nad wodą wieje 

wiatr.

Pani i cała klasa patrzyła na Dziką Mrówkę stojącego przy tablicy. On tymczasem 

narysował drugi rysunek.

- Tutaj nie ma fal, bo na wodzie jest lód - stwierdził.

- No, dobrze - powiedziała Pani - ale gdzież ten twój sposób na kiwanie?

- A właśnie - podchwycił z dumą w głosie Marek - zaraz to wyjaśnię. I narysował 

trzeci rysunek.

- Na Grenlandii przez cały rok jest mróz. I wystarczy tam ustawić duże wentylatory, 

które by przez specjalne kanały dmuchały mroźne powietrze na morze. A kiedy zamarznie 

taki pas wody, żeby się na nim zmieścił statek, to nie będzie tam kiwać, bo nie będzie fali, no 

nie? Lód nie musi być gruby, żeby statek mógł spokojnie po nim pływać i wtedy wszystko 

będzie O.K.

- No, no - roześmiała się Pani Od Polskiego - obawiam się, że nikt nie zatwierdzi ci 

patentu ani nie zrealizuje twego pomysłu.

- Z Edisona też się śmieli na początku - mruknął Dzika Mrówka pod nosem.

W tym momencie zabrzmiał dzwonek.

-   Ojej,   już   koniec   lekcji   -   zawołała   Pani   Od   Polskiego.   -   A   miałam   wam   zrobić 

powtórkę z poprzedniego roku. Musimy to odłożyć na jutro.

background image

Odchodząc od tablicy Dzika Mrówka mrugnął porozumiewawczo do klasy i zrobił 

minę na temat: „widzicie, nie mówiłem!”

Następną lekcją była matematyka. I na tej lekcji Dzika Mrówka był bohaterem dnia. 

Okazało   się,   że   Pitagoras   -   jak   Pana   Od   Matematyki   nazywały   od   niepamięci   kolejne 

uczniowskie pokolenia - jest przeciwnikiem walki byków.

-   Ależ   oczywiście,   panie   profesorze   -   zgodził   się   natychmiast   Dzika   Mrówka.   - 

Myśmy z bratem też uważali, że taki byk nie ma żadnych szans. On jeden, a przeciwko niemu 

tylu ludzi z rozmaitymi ostrymi narzędziami.

Na namiętnej  dyskusji  o walce  byków,  która  wkrótce  przemieniła  się w  monolog 

Pitagorasa   z   rzadka   jedynie   przerywany   potakiwaniem   Dzikiej   Mrówki,   minęła 

niepostrzeżenie   druga   lekcyjna   godzina.   I   tym   razem   obeszło   się   bez   pytań   z   powtórki 

materiału.

Dzika Mrówka i Jego Brat pławili się w promieniach coraz większej sławy, która 

błyskawicznie przeniknęła ściany klasy i poczęła się rozszerzać na całą szkołę. Ich przygody, 

przenoszone pantoflową pocztą znaną metodą „usta - uszy”,  olbrzymiały  coraz bardziej i 

nabierały coraz większej atrakcyjności w miarę upływu czasu i oddalenia od macierzystej 

klasy.

Gdy rozpoczynała się trzecia lekcja, nawet Jarek począł wierzyć prawie we wszystko, 

o czym z niezmordowanym zapałem opowiadał Dzika Mrówka. Na trzeciej lekcji była tego 

dnia przyroda. Przedmiotu tego uczył młody pan, który zaledwie parę lat temu był jeszcze 

studentem Uniwersytetu Warszawskiego.

- O, jesteście chłopcy - zauważył pan od przyrody przy sprawdzaniu obecności.

Dzika   Mrówka,   rozzuchwalony   dotychczasowym   powodzeniem,   podniósł   się 

natychmiast i mrugnął porozumiewawczo do klasy, co miało oznaczać: „patrzcie na swego 

kolegę w akcji, trzecią lekcję też macie z głowy”. I zaczął opowiadać o podróży. Jednakże 

gdy dotarł  w swej  opowieści  zaledwie do Londynu,  zorientował  się, że  jego koleżanki  i 

koledzy słuchają tego samego już po raz trzeci.

Może ich to znudzić - pomyślał - trzeba dodać coś nowego.

Myśl tę błyskawicznie wcielił w czyn. Zresztą na zastanawianie się nie była absolutnie 

czasu, bowiem pan od przyrody począł wykazywać pewne zniecierpliwienie i Dzika Mrówka 

zdał sobie sprawę, że nie może ani na sekundę przerwać swojej opowieści.

Zatem podczas wyjścia z Londynu dodał mgłę, w czasie której o mały włos nie doszło 

do tragicznego zderzenia z dużym statkiem pasażerskim płynącym w górę Tamizy, na Zatoce 

Biskajskiej   uzupełnił   podróż   gwałtownym   sztormem,   w   czasie   którego   radiotelegrafista 

background image

odebrał   kilka   wezwań   o   ratunek,   wreszcie   po   Sewilii   zdecydował,   że   wypada   uzupełnić 

odwiedzane porty o Casablankę.

-   Casablanca?   -   Pan   Od   Przyrody   przerwał   Dzikiej   Mrówce   z   wyraźnym 

zainteresowaniem. - A więc byliście w Casablance?

- Oczywiście - Dzika Mrówka trochę się zmieszał i spojrzał na brata, jakby szukając u 

niego pomocy w trudnej sytuacji, Jarek jednak uparcie patrzył cały czas w okno, dostrzegając 

widać coś niezmiernie ciekawego w widocznym z jego miejsca wierzchołku drzewa.

- No i jak, podobała się wam? - pytał dalej Pan Od Przyrody.

- Bardzo nam się podobała. Takie arabskie miasto... Ale potem popłynęliśmy do Safi - 

Dzika Mrówka poczuł nagle gwałtowną potrzebę przeskoczenia w swym opowiadaniu do 

następnego portu, ucieczki z Casablanki, w której przecież ani on, ani Jego Brat nigdy w 

życiu nie byli.

- Zaraz, zaraz - Pan był nieubłagany. - Zostańmy jeszcze przez chwilę w Casablance. 

Mówiłeś, że zwiedzaliście wszędzie muzea?

- No właśnie - podchwycił Marek. - I w Londynie w Muzeum Techniki...

- A w Casablance byliście w muzeum?

- W Casablance... w muzeum... to... właściwie... bardzo przelotnie - Dzika Mrówka 

zaczął się nagle podejrzanie jąkać, zacinać i zupełnie wypadł z dotychczasowego rytmu.

- A wielki meczet oglądaliście?

- Wielki meczet?

- A pałac królewski?

- Pałac... - powtórzył niepewnie Marek coraz bardziej zmieszany i cały czerwony. - 

Pałacu tośmy nie widzieli...

- To może pamiętasz jak wyglądała droga z portu do miasta?

- No właściwie... - zaczął Dzika Mrówka. Spojrzał raz jeszcze na swego brata, ale ten 

uparcie gapił się w okno, chciał więc rozejrzeć się w rozpaczliwej próbie szukania pomocy po 

klasie. Był przyzwyczajony, ze w takich sytuacjach podbramkowych, gdy nie było wiadomo 

jaką dać odpowiedź, zawsze w klasie znalazła się jakaś pomocna dusza i zawsze ktoś coś tam 

podpowiedział.   Ale   teraz   -   o   zgrozo   -   Dzika   Mrówka   usłyszał   tu   i   ówdzie   najwyraźniej 

ironicznie śmieszki swych koleżanek i kolegów i uświadomił sobie w tej chwili, że w całej 

klasie nikt przecież nie był w Casablance i że nikt mu pomóc - choćby nawet chciał - nie 

może.

Muszę ratować się sam - pomyślał i poczuł nagle pot za kołnierzem.

- Droga z portu... - zaczął - no, jak droga - przypomniał sobie nagle drogę z portu do 

background image

miasta w Safi. - Chyba w Casablance będzie podobnie - pomyślał i wypalił.

- No, droga to taka ulica wzdłuż portowego muru z jednej strony a z drugiej to były 

bazary.

- I nic więcej? Żadnej zieleni? Żadnych drzew?

Pan Od Przyrody najwyraźniej się zdziwił.

- Nie, tam w ogóle prawie nic nie rośnie. Piach i pustynia - Dzika Mrówka miał wciąż 

przed oczyma arabskie, marokańskie miasteczko Safi.

- Ejże - powiedział Pan. - A ty naprawdę byłeś w Casablance?

Dzika Mrówka zamilkł i stał ze spuszczonymi oczyma. Śmieszki w klasie rozlegały 

się coraz głośniejsze.

- A ty, Jarku, co powiesz na ten temat? - Pan Od Przyrody podszedł do stolika, przy 

którym siedzieli Dzika Mrówka i Jego Brat. - Byliście w Casablance czy nie?

Jarek wstał i patrząc wciąż w okno powiedział.

- W Casablance tośmy wcale nie byli - i głośno odetchnął. A po chwili dodał jeszcze 

jedno słowo. - Fakt! - i usiadł z rozmachem na krześle, wciąż nie odrywając oczu od okna.

- No to jak, mój panie? - Pan Od przyrody zwrócił się teraz znów do Dzikiej Mrówki. 

-   Miałeś   pecha,   bo   akurat   ja   w   Casablance   byłem.   Jeszcze   jako   student   Uniwersytetu 

wyjechałem na praktykę do Maroka. Byłem w Casablance i w Rabacie, i w Marakeszu, i w 

Safi.

- W Safi tośmy byli naprawdę - wyrwał się Marek.

-   Safi   już   nieważne,   Marku   -   powiedział   Pan   -   znacznie   ważniejsze   jest   to,   że, 

delikatnie mówiąc, minąłeś się z prawdą.

Dzika Mrówka stał w dalszym ciągu bez ruchu ze spuszczoną głową cały czerwony i 

żadne rozsądne słowo nie przychodziło mu do głowy, co zdarzało się - jak dotychczas - 

niezwykle rzadko.

- Przepraszam - zdołał jedynie bąknąć pod nosem.

- Nie masz co przepraszać, bo ja się nie gniewam - uśmiechnął się Pan Od Przyrody - 

ale po co to zrobiłeś?

- On ma taką bujną fantazję - odezwała się Ulka, siedząca pod oknem razem z Zosią. 

Była   to   drobna  dziewczynka   o   dwóch   grubych   jasnych   warkoczach,   które   zawsze   nosiła 

przerzucone do przodu, bowiem gdy nosiła je z tyłu, chłopcy z całej klasy znajdowali jakąś 

nadzwyczajną przyjemność w ciągłym ich pociąganiu. W tej męczącej Ule zabawie celował w 

poprzedniej klasie, zwłaszcza przez kilka zimowych miesięcy, właśnie Dzika Mrówka.

Ula była  drobniutka  i zazwyczaj  bardzo  nieśmiała.  Odzywała  się bardzo  rzadko i 

background image

przeważnie tylko wtedy, gdy ją ktoś o coś zapytał. Od dokuczających jej chłopców opędzała 

się bez większej energii i parę razy zdarzyło się, że gdy nie dawali jej spokoju, zaczynała 

cichutko płakać.

A   teraz   nagle   odezwała   się.   Nie   pytana   i   w   dodatku   w   mocno   napiętej   sytuacji 

klasowej,   gdy   ulubieniec   wszystkich,   Dzika   Mrówka,   bohater   hokejowych   rozgrywek 

międzyszkolnych   i   pomysłodawca   wszystkich   udanych   klasowych   kawałów,   stał   ze 

spuszczoną   głową,   zakłopotany   i   zawstydzony.   Fakt   ten   był   tak   niesłychany   i 

niespodziewany, że w klasie umilkły wszelkie chichoty i szepty, a wszyscy - jak na komendę 

-   odwrócili   się   w   kierunku   Uli.   Nawet   Dzika   Mrówka   na   moment   zapomniał   o   swoim 

kłopotliwym   położeniu   i   gapił   się   z   niezbyt   mądrze   otwartą   buzią   na   cichutką   i   zawsze 

milczącą Ulę. Spojrzał też ze zdziwieniem i Pan Od Przyrody, zaraz jednak uśmiechnął się do 

Uli.

A Ula, przerażona widocznie nadzwyczajnie swoją odwagą, siedziała czerwona na 

buzi jak piwonia i czuła, że jeszcze chwila, a rozpłacze się nagle żałośnie. I wtedy dopiero 

będzie wstyd! A w klasie zapanowała na moment pełna prawdziwego zdumienia cisza, którą 

przerwał nagle poważny, spokojny głos Jego Brata.

- Fakt!

Wszyscy ryknęli na cały głos śmiechem. Roześmiał się nawet Pan od Przyrody. Nie 

śmiał się tylko Dzika Mrówka ani Jego Brat.

- To bardzo ładnie, że próbujesz go tłumaczyć - powiedział w końcu, gdy w klasie 

ucichło co nieco. Pan do Uli - ale co innego bujna fantazja, a co innego... no mniejsza o to, 

wiecie wszyscy doskonale, o co mi chodzi.

- A ty Marku, chyba też wyciągniesz jakieś wnioski z tego pechowego dla ciebie 

zdarzenia. Bo ja osobiście uważam, że najlepiej jest trzymać się prawdy. No, ale dosyć tych 

dalekich podróży do Londynu i Casablanki - Pan spojrzał z uśmiechem na stojącego wciąż 

Marka.   -   Siadaj.   A   my   wróćmy   do   rzeczywistości.   Na   dzisiaj   zapowiadałem   powtórkę. 

Zostało  nam jeszcze  sporo czasu.  Więc może  ktoś na ochotnika. Co?  Nie ma  chętnych? 

Wobec tego będę musiał sam zdecydować, kto ma odpowiadać, trudno.

Na innych lekcjach Marek już nie próbował „brać na siebie” całej godziny. A na dużej 

przerwie podszedł do Uli, która stała w grupie dziewczynek w rogu szerokiego korytarza i 

powiedział przy wszystkich.

- Dziękuję ci, Ulka. I przepraszam, że ci dokuczałem ostatniej zimy. Nie wiedziałem, 

że jesteś taką fajną dziewczyną. Ale za mało się odzywałaś.

- Za to ty zbyt dużo - roześmiała się Wirginia, na którą wszyscy wołali Winia. Była to 

background image

najodważniejsza   ze   wszystkich   dziewczyn   i   zawsze   powtarzała,   że   na   pewno   miała   być 

chłopcem, ale coś tam musiało się pomylić. Albo bocianowi, albo jej rodzicom. Ale ona i tak 

na swoim postawi, mówiła, i wybierze jakiś naprawdę męski zawód. Albo marynarza, albo 

lotnika, albo  jeszcze  nie wiadomo co, ale  na pewno coś bardzo  ciekawego  i takiego, że 

wszystkim naokoło odbierze oddech ze zdumienia. - Gdybyś nie gadał za dużo - mówiła dalej 

Winia - to by może dotarło dc ciebie, że Ulka odzywa się. Rzadko, bo rzadko, to prawda, ale 

jak coś powie, to ho, ho!

- Fakt! - wtrącił na to Jego Brat.

I wszyscy znowu roześmieli się tak głośno, że aż Pani Woźna spojrzała w ich kierunku 

bardzo podejrzliwie i mruknęła pod nosem:

- Oho, już wrócił ten piegowaty obwieś ze swoim bratem. Tylko patrzeć, a znów 

zaczną się jakieś kłopoty.

Gdy obaj bracia wracali do domu, Dzika Mrówka początkowo nie odzywał się ani 

słowem. Dopiero gdy wbiegli na drewniane schody wiodące na pierwsze piętro ich domu, 

Marek zatrzymał się nagle i powiedział do brata:

- Jaro, ale to wszystko wyszło niefajnie.

- Fakt - potwierdził Jego Brat.

- Mamie to lepiej nic nie mówić, bo się zmartwi, co?

- Fakt - znowu przytaknął zgodnie Jarek.

Oczywiście pierwszym pytaniem mamy, gdy otworzyła drzwi swym synom, było:

- No i jak tam, chłopcy, w szkole?

- Eee, w szkole jak w szkole. Nic ciekawego - mruknął Dzika Mrówka. - Prawda Jaro? 

- spojrzał na brata.

- Fakt - Jarek skrzywił usta i kiwnął potakująco głową.

- Chłopcy, umyjcie ręce i siadajcie do stołu. Obiad gotowy.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

W KTÓRYM PRZED DZIKĄ MRÓWKĄ ODKRYWAJĄ SIĘ NAGLE 

NICZYM NIE OGRANICZONE HORYZONTY

Tegoroczne święta Bożego Narodzenia były dla marynarskiej rodziny Dzikiej Mrówki 

i  Jego  Brata   świętami  szczególnymi,   bo  po  raz  pierwszy od  kilku  lat   tata  spędzał   okres 

świąteczno - noworoczny w domu, w rodzinnym gronie. Tak się bowiem układały dotychczas 

rejsy taty,  że wieczerzę wigilijną spożywał  na kolejnych  statkach  i mama  Marka i Jarka 

zapraszała na Wigilię swoją samotnie mieszkającą przyjaciółkę, po pierwsze dlatego, żeby nie 

spędzała ona świąt samotnie, a po drugie, żeby przy wigilijnym stole zasiadała, jak jakiś tam 

zwyczaj każe, koniecznie parzysta liczba biesiadników.

Przyjaciółkę   mamy   obaj   bracia   bliźniacy   nazywali   ciocią   Irenką,   mimo   że 

pokrewieństwa między obu paniami nie było żadnego. Bardzo ją lubili. Nie tylko dlatego, że 

przychodząc zawsze przynosiła im jakieś bardzo fajne i pomysłowe upominki, ale przede 

wszystkim  dlatego,  że   była  bardzo   wesoła.   Lubili  też  jeździć   do  cioci  Irenki,   która  była 

profesorką   bardzo   oryginalnego   i   rzadko   spotykanego   przedmiotu.   Uczyła   mianowicie 

kwiaciarstwa   w   podgdańskim   Technikum   Ogrodniczym   i   obaj   chłopcy   przepadali   za 

buszowaniem   w   cieplarniach   i   szklarniach   przyszkolnego   gospodarstwa   kwiatowego,   w 

których było zawsze bardzo ciepło i wilgotnie i gdzie można było sobie wyobrażać z dużą 

dozą prawdopodobieństwa, że jest się w podzwrotnikowej dżungli intensywnie  pachnącej 

najrozmaitszymi  egzotycznymi  kwiatami. Poza tym  ciocia Irenką grała zawsze kolędy na 

pianinie i była  głównym filarem wigilijnego kwartetu. Teraz jednak był w domu tata, co 

automatycznie zapewniało parzystą liczbę wigilijnych biesiadników i chłopcy nie wiedzieli 

czy bardziej cieszyć się z obecności taty na Wigilii, czy bardziej smucić z nieobecności cioci 

Irenki.

- Fatalna sprawa - powiedział nawet kiedyś Dzika Mrówka do Jego Brata - jeżeli cioci 

Ireny nie będzie na Wigilii, to i kolęd nie będzie i w ogóle tak jakoś inaczej, a i bilans 

prezentowy wypadnie raczej minusowo.

- Jak to? - zdziwił się Jarek. - Za to będzie tata.

- Oj, ty frajerze - obruszył się Dzika Mrówka - od taty i tak zawsze prezenty leżały 

pod choinką. Od taty, od mamy, od jednej babci i od drugiej, a osobno od cioci Irenki. A jak 

ciocia Irenka nie przyjdzie, coroczny bilans nie będzie się zgadzał.

- Fakt - przytaknął z wyraźnym smutkiem Jego Brat.

background image

- A widzisz! Skomplikowana sytuacja.

Jak się okazało, mama też była w pewnej rozterce, bo z jednej strony tradycja - rzecz 

święta, z drugiej zaś żal jej było samotnej przyjaciółki. Na szczęście sprawa nadzwyczaj się 

uprościła. Tuż, tuż przed samymi świętami doszły bowiem do mamy bardzo pomyśle wieści, 

że   ciocia   Irenka   poznała   nadzwyczaj   miłego   pana   w   średnim   wieku,   który   wyrażał 

niedwuznaczną chęć zostania w najbliższym czasie przyszywanym wujkiem obu bliźniaków. 

Tak więc był i wilk syty i owca cała. Na Wigilii mogła być ciocia Irenka i ilość biesiadników 

pozostawała parzysta.

Tego co się zaczęło dziać w domu Marka i Jarka w ciągu ostatnich kilku dni przed 

świętami - nie da się opisać. Mama wpadła w istny szał przygotowań i poczęła spędzać całe 

dnie i większość nocy w kuchni. Ucierała, dodawała, mieszała, ubijała, przepuszczała przez 

maszynkę,   siekała,   kroiła,   soliła,   słodziła,   rozpaczała,   że   nie   urośnie,   biadała,   że   wykipi, 

piekła, smażyła,  dusiła, przypalała, a cały dom był postawiony do góry nogami. Chłopcy 

chodzili na palcach i starali się jak najdłużej przebywać na rozmaitych treningach i meczach 

sparingowych,   tata   zaś   został   całkowicie   wprzęgnięty   w   kołowrotek   przedświątecznych 

przygotowań.

Skrobał, obierał, utłukiwał w starym moździerzu, ukręcał drewnianą pałką w glinianej 

misie, którą mama wniosła do wspólnego gospodarstwa w ramach skromnego wiana, a ileś 

tam lat temu ta sama gliniana misa wchodziła z kolei w skład znacznie większego posagu 

mamy mamy, czyli babci Basi. I - o dziwo! - tata wcale, ale to wcale, nie narzekał. Wydawał 

się nawet zupełnie szczęśliwy z tej racji, że może nareszcie okres Świąt Bożego Narodzenia 

spędzić   w   zaciszu   domowego   ogniska.   Chociaż   w   rzeczywistości   może   i   było   troszkę 

inaczej... Dzika Mrówka usłyszał bowiem raz, jak tata powiedział do słuchawki w czasie 

rozmowy telefonicznej te swym kolegą, też marynarzem.

- Wiesz stary, zastanawiam się czy urlop w zimie to najlepszy pomysł. Pogoda nie za 

bardzo, zimno, deszcz, a na Morzu Śródziemnym tymczasem słońce świeci, stary. Albo w 

takim Rio de Janeiro.

Chłopcom,   jak   zwykle,   zostało   przydzielone   zrobienie   dokładnych   porządków   w 

całym domu, a jako nagroda wylizanie glinianej miski o bogatej rodzinnej tradycji.

Największy   jednak   bałagan   i   galimatias   ma,   na   szczęście,   swój   koniec.   I   chociaż 

wydawało się to zupełnie niemożliwe, jednak w wigilijne popołudnie znikły z kuchni garnki, 

misy   i   brytfanny,   z   całego   mieszkania   intensywny   zapach   gotowanych,   pieczonych   i 

smażonych potraw, a reprezentacyjny róg w głównym pokoju niewielkiego mieszkania zajęła 

wysoka choinka ustrojona w ręcznie robione przed wielu laty zabawki, bibułkowe łańcuchy, 

background image

złocone orzechy i malutkie czerwoniutkie rajskie jabłuszka. Mama bowiem miała nad wyraz 

tradycyjne obyczaje i gusty i uważała, że choinkę właśnie w ten sposób należy ubierać. Żadne 

tam bombki, żadne migające japońskie lampki, żadne sztuczne szklane sople.

A   gdy   wreszcie   na   niebie   zabłysła   pierwsza   gwiazdka,   wszyscy   zasiedli   przy 

rozsuniętym   na   tę   okazję   stole   zasłanym   bielutkim   obrusem,   pod   którym   chrzęściło   tu   i 

ówdzie siano. Zasiedli mama i tata, ciocia Irenka z prawie że wujkiem, i wreszcie Dzika 

Mrówka z Jego Bratem. Obaj chłopcy zajęli taktycznie miejsca tuż koło choinki, pod którą 

piętrzyły się przygotowane paczki, ale do nich za wcześnie zaglądać nie było można.

Na Wigilię mama przygotowała przepisane tradycją dwadzieścia cztery potrawy. A 

więc obowiązkowy barszcz z przepysznymi grzybowymi uszkami, a więc karp, a więc kluski 

z makiem, a więc słodka kutia i tyle jeszcze innych wspaniałych potraw.

Gdy   po   przełamaniu   się   opłatkiem   i   złożeniu   życzeń,   podczas   których   mama 

obowiązkowo się popłakała, jako że oczy miała umieszczone w wybitnie mokrym miejscu (co 

wielokrotnie podkreślał tata), zasiedli wreszcie do pierwszego dania, do barszczu z uszkami, 

Dzika Mrówka zapytał mamy:

- Mamo, a dlaczego nigdy nie robisz takiego wspaniałego barszczu jak na Wigilię? Ja 

to bym jadł taki codziennie.

- Gdybyś miał taki codziennie - odpowiedziała na to mama - to by nie wydawał ci się 

taki smaczny.

Przy następnych daniach Dzika Mrówka już nie zadawał takich pytań, tylko jadł, aż 

mu się uszy trzęsły.

Po   którymś   tam   daniu   tata,   bawiąc   się   kryształowym   kieliszkiem   o   rubinowym 

zabarwieniu, któremu intensywności dodawało jeszcze czerwone wytrawne wino, odezwał 

się:

- A wiesz, Miciu (bo tata mówił - podobnie jak i czasem obaj chłopcy - do mamy 

„Miciu”), że to jest najwspanialsza wieczerza wigilijna, jaką jadłem od wielu lat - i ucałował 

rękę mamy.

Mama w odpowiedzi tylko uśmiechnęła się, odgarniając rudy kosmyk włosów, który 

uparcie spadał jej na czoło i pocałowała tatę w policzek.

-   Przesadzasz   -   powiedziała   po   chwili   -   przecież   na   statkach   macie   doskonałych 

kucharzy.

- No, Miciu, nastrój wigilijny zależy nie tylko od kucharzy i od najlepszych potraw. 

To raz. A po drugie, nie każdy okrętowy kucharz umie gotować „po domowemu”. Zresztą 

warunki na statku zupełnie inne. - Tu tata odchylił się w krześle, rozpiął dyskretnie kamizelkę 

background image

opinającą jego, jak mawiał, „pierś marynarza” (choć mama była zdania, że ta „pierś” jest 

stanowczo   za   nisko)  i   w   dalszym   ciągu   okręcał   w   palcach  kieliszek   wina.   -   Ot,  weźmy 

chociażby Wigilię sprzed dwóch lat - zaczął. - Pływałem wtedy na „Stefanie Batorym”. To 

była taka świąteczna podróż z Gdyni do Nowego Jorku i z powrotem. Z Polski wyszliśmy 

dzień przed Wigilią, pora wieczerzy wypadła zatem na Morzu Północnym. A tego dnia akurat 

Północne   nie   było   w   nadzwyczajnym   humorze.   Zresztą,   co   tu   ukrywać,   wiało   nielicho   i 

statkiem - mimo stabilizatorów - kołysało wcale nieźle.

Wigilię kucharze przygotowali dla wszystkich jednakową. I dla pasażerów i dla całej 

załogi, choć na co dzień menu jest zdecydowanie odmienne. Czego tam nie było? Samych ryb 

na zimno ze sześć rodzajów. Pstrągi, faszerowane szczupaki i karp po żydowsku, łosoś i 

węgorze. Barszcz z uszkami też był oczywiście, ale uszka z paczki. To chyba zrozumiałe, bo 

gdyby dla półtora tysiąca ludzi chcieli tak się bawić i tak celebrować te uszka jak ty, Miciu - 

tu znowu pocałował mamę w rękę - to Wigilia byłaby tak całkowicie gotowa na Wielkanoc. A 

i   tak   musieli   uwijać   się   przez   cały   dzień   i   chyba   poprzednią   noc   też,   żeby   wszystko 

przygotować na czas; nic więc dziwnego, że żadna z potraw nie była taka dopieszczona jak te 

tutaj, Miciu.

A że - jak mówiłem - akurat Morze Północne nie żartowało, więc z pasażerów bardzo 

tylko niewielu było obecnych na wieczerzy i prawie wszystko z pasażerskich jadalni poszło 

do mesy oficerskiej i załogowej. W efekcie Wigilię jedliśmy przez trzy dni, od śniadania 

przez obiad do kolacji. I wiecie co, chłopcy,  obrzydł  mi wtedy barszczyk  z grzybowymi 

uszkami, obrzydły łososie, kurczaki w galarecie z pomarańczami i inne równie wytworne 

dania. Była to chyba najdłuższa Wigilia w moim życiu.

Tato upił łyk wina, zjadł - niby przez pomyłkę - kolejny kawałek olbrzymiego sernika 

i dalej snuł wigilijno - marynarskie wspomnienia.

-   W   czasie   ostatniej   Wigilii   znowu   dla   odmiany   staliśmy   w   jednym   z 

zachodnioafrykańskich portów. Akurat po przeszło trzytygodniowym oczekiwaniu na redzie 

podeszliśmy nareszcie  poprzedniego dnia  do nabrzeża. Na dworze upał. Lepki, wilgotny, 

tropikalny upał. Nawet w nocy temperatura nie spadała chyba poniżej trzydziestu stopni. A 

przy tym ta przerażająca wilgotność. Zdawało się, że człowiek oddycha samą wodą, że w 

ogóle zabrakło powietrza.

Niebo czarne jak smoła, a gwiazdy na nim jakby kto ponabijał złotych gwoździ jeden 

koło   drugiego.   Tam   daleko   na   południu,   chociaż   jeszcze   przed   równikiem,   jeszcze   na 

północnej półkuli, jak zresztą pamiętacie chłopcy - zwrócił się do synów, którzy jednocześnie 

przytaknęli ochoczo - widać już całkiem inne konstelacje. Nasza Wielka Niedźwiedzica wisi 

background image

nad   samym   horyzontem,   a   z   drugiej   strony   wyłazi   już   wspaniały   Krzyż   Południa.   Gdy 

wyjrzysz  przez bulaj, to zamiast pokrytych  śniegiem świerków, jak przystało  na uczciwe 

Boże Narodzenie... - tu tata przerwał na chwilę, wspomniał widocznie swoje dziecinne czasy, 

gdy mieszkał w podgórskiej, daleko na południu Polski położonej miejscowości, gdzie na 

Boże Narodzenie był i przyzwoity śnieg, i mróz, i gdzie za oknami rosły świerki, a nie było 

takiej  deszczowo   -  brzydkiej   pogody,   jak  zimą   na  Wybrzeżu...   -  to  zamiast   ośnieżonych 

świerków - dokończył tata po chwili - widzisz same palmy. I gdzie tu może być mowa o 

bożonarodzeniowym nastroju!

Wigilia niby była taka, jak należy. I barszcz, i ryba, i inne potrawy, ale my wszyscy w 

białych koszulach z krótkimi rękawami. Nie pasowało to do Wigilii ani trochę. W mesie 

zrobiło się gorąco mimo klimatyzacji, bo jak tylu chłopa na raz przez dłuższy czas posiedzi w 

zamkniętym pomieszczeniu, to i klimatyzacja nie pomaga.

A   po   wieczerzy,   gdy   wyszedłem   na   pokład,   to   zamiast   kolęd   od   portu   niosło 

tamtamami. Nie powiem, nawet lubię tam - tamy - tu tata uśmiechnął się porozumiewawczo 

do obu synów, którzy jęk na komendę opuścili oczy i zaczerwienili się obaj jednocześnie - ale 

na Wigilię i od tam - tamów wolałbym kolędy. Ale kto tam miał kolędować, ja się pytam. 

Miejscowe chłopaki najwyżej mogliby występować w jasełkach w charakterze diabłów. Nie 

potrzebowaliśmy smarować twarzy na czarno.

I powiem wam, że wtedy wcale  mi się nie wydawało,  że dopiero co wstałem od 

Wigilii. Choć, powtarzam, niby wszystko było jak należy. Bo i potrawy, i choinka w kącie 

mesy z bombkami  i takimi  mrugającymi  lampeczkami...  Ale zupełnie nie ten nastrój,  co 

trzeba.

Albo dla odmiany - powiedział tata po chwili, odstawiwszy kryształowy kieliszek o 

rubinowym  zabarwieniu i nabijając fajkę tytoniem - Wigilia parę lat temu na Północnym 

Atlantyku. Sztormowaliśmy wtedy już trzeci dzień bez przerwy, ładunek przesunął się dość 

niebezpiecznie w ładowni, fale poniosły nam za burtę jedną z szalup. Po prostu zerwało ją z 

żurawików i zniknęła w nocnych ciemnościach. Nawet nie bardzo było wiadomo, kiedy to się 

stało. Radio łapał raz po raz wołania o ratunek, ale nikomu nie mogliśmy pomóc; sami ledwo 

telepaliśmy się po oceanie.

O wieczerzy wigilijnej nikt nawet nie myślał, a przyznam się wam teraz, tylko kilku z 

nas pamiętało, że to właśnie tego dnia jest akurat 24 grudnia. Przez cały czas, od wczesnego 

ranka, wszyscy pracowaliśmy w ładowni, żeby jakoś przesunąć ładunek z powrotem na swoje 

miejsce. Kilku pasażerów, których wieźliśmy, leżało na pół przytomnych w swoich kabinach i 

żegnało się z życiem albo przysięgało, że już nikt nigdy więcej nie namówi ich na morską 

background image

podróż.

I kiedy wreszcie wyleźliśmy pod wieczór z ładowni, brudni i nieludzko zmordowani, i 

kiedy dowlekliśmy się resztami sił do mesy, przyszedł kucharz, mocno już starszy człowiek, 

tuż, tuż przed emeryturą, który całe życie spędził na statkach, a ściślej mówiąc przy garnkach 

w statkowych kambuzach. I ten starszy marynarz przyniósł w bańce, takiej w jakich się wozi 

mleko,   wspaniały,   gorący,   aromatyczny   barszcz   z   uszkami.   Z   prawdziwymi,   wigilijnymi 

uszkami z grzybami. I rozlewał ten barszcz do kubków, bo w talerzu nic by się nie utrzymało, 

tak nami wtedy jeszcze rzucało, mimo, że sztorm już skręcał kark. W jaki sposób zdołał on te 

uszka zrobić, jak udało mu się w takiej chwiejbie ugotować taki wspaniały barszcz, on sam 

tylko wiedział. A gdy na domiar stary kucharz wyciągnął z kieszeni swego białego fartucha 

(bo   muszę   wam   powiedzieć,   że   kucharz   objawił   się   nam   wtedy   w   czyściutkim,   białym, 

odświętnym - rzec można - fartuchu i w olbrzymiej ukrochmalonej, kucharskiej czapie, co 

wspaniale kontrastowało z naszymi brudnymi ciuchami), a więc kiedy kucharz wyciągnął z 

kieszeni paczkę kruchych opłatków i podzielił się z nami wszystkimi, kapitan kazał mi wydać 

z magazynu na swój rachunek parę butelek whisky dla całej załogi, a jedną, największą, dla 

kucharza. I powiedział wtedy tak ładnie i ciepło, że z takimi marynarzami jak kucharz można 

pływać w najgorszą pogodę i na najbardziej sakramenckim oceanie.

Tata  skończył  i   zapadła   cisza   w   pokoju   przy  świątecznie   zastawionym   stole,   pod 

pięknie ubraną choinką, ale obu chłopcom zdawało się, że wyraźnie słyszą głuchy grzmot 

rozbijającej się o pokład sztormowej fali i zawodzące, ponure i groźne wycie sztormowego 

wiatru.

- Eech, Miciu, prawdę mówi przysłowie, że w domu najlepiej - powiedział wreszcie 

tata.

A potem - po tym  wspaniałym  monologu - było niecierpliwe otwieranie paczek z 

podchoinkowymi prezentami, a jeszcze potem ciocia Irenka siadła do pianina i zaczęła grać 

kolędy.

Tata - teraz już całkiem otwarcie rozpiąwszy przyciasną nagle kamizelkę - rozsiadł się 

wygodnie w głębokim fotelu, zapalił aromatycznie pachnącą fajkę i zamyślił się głęboko, 

machinalnie nucąc kolędy. Może wspominał inne swoje Wigilie, i te na morzu, i te w czasie 

wojny jeszcze, a może myślał o tych wszystkich marynarzach, co w ten wieczór, najbardziej 

rodzinny   ze   wszystkich   wieczorów   w   roku,   płynęli   daleko   przez   morza   i   oceany   całego 

świata...

Przez cały świąteczny okres, przez Sylwestra i Nowy Rok, jak również przez cały 

styczeń tata był w domu. Początkowo na urlopie, a potem na tak zwanych „dniach wolnych”, 

background image

które mu - jako pływającemu marynarzowi - należały się w zamian za niedziele i rozmaite 

święta spędzone w rejsach.

Trochę z tego powodu było nawet nieporozumień w domu. Tata bowiem uważał - nie 

bez pewnej słuszności - że owe „dni wolne” są dla niego dniami świątecznymi. Chciał więc te 

dni spędzać jak na święto przystało. Wstawał z łóżka trochę później niż na przykład w zwykły 

dzień urlopowy, dłużej nieco golił się w łazience i bardziej skrapiał wodą kolońską, ubierał 

się staranniej i był  najwyraźniej  mocno zdziwiony faktem, że obaj synowie poszli w ten 

„świąteczny” dzień do szkoły, i że żona musi coś tam znowu w sklepie kupić, że musi iść do 

krawcowej   i   że   w   ogóle   cała   rodzina   nie   jest   odpowiednio   ubrana   i   w   odświętnym, 

uroczystym nastroju.

Obaj   bracia   -   bliźniacy   podchwycili   nawet   punkt   widzenia   taty   i   poczęli   sobie 

skrzętnie przypominać, które to niedziele i świąteczne dni spędzili na statku w morzu, aby 

sobie udzielić „dni wolnych” w tych dniach tygodnia, kiedy rozkład lekcji był wyjątkowo 

nieprzychylny, jednakże mama stanowczo sprzeciwiła się takim nowatorskim pomysłom. W 

tym stanowisku utwierdził mamę tata, po dłuższej bowiem z mamą dyskusji prowadzonej 

przyciszonymi  głosami za zamkniętymi  drzwiami kuchni, wyraził  swoje wątpliwości, czy 

Jarkowo   -   Markowe   władze   szkolne   będą   respektować   obyczaje   i   przepisy   panujące   w 

marynarce handlowej.

- Żeby to była chociaż Szkoła Morska - powiedział na koniec tata i tym stwierdzeniem 

zakończył dyskusję, burząc nadzieje obu swoich synów.

Gdzieś tam na przełomie stycznia i lutego, siedząc przy kolacji tata powiedział do 

mamy:

- Miciu, dostałem zaproszenie na dwie osoby na sobotę. Nie poszłabyś ze mną?

- Zaproszenie? - zapytała mama. - Dokąd?

- Na takie żeglarskie spotkanie.

- Żeglarskie? - zdziwiła się mama. - A co ty masz wspólnego z żeglarstwem?

- Tata przecież pływa - wtrącił się Jarek.

-   No,   pływa   -   przytaknęła   mama   -   oczywiście,   że   pływa,   ale   przecież   tata   jest 

marynarzem, a nie żeglarzem.

- Teraz to rzeczywiście nie jestem - westchnął jakby z ukrytym żalem tata - ale kiedyś 

byłem, w HOMIE w Gdyni.

- W czym? - Dzika Mrówka przeniósł swe aktualne zainteresowania z telewizora na 

to, co mówił tata.

-   W   HOMIE   -   powtórzył   tata   -   w   Harcerskim   Ośrodku   Morskim.   Było   nas   tam 

background image

kilkudziesięciu zapaleńców. I żeglarstwa i harcerstwa. Wydobywaliśmy zatopione w czasie 

wojny   jachty,   łataliśmy   je   jak   i   czym   się   dało,   remontowaliśmy.   Sami   pletliśmy   liny   i 

samiśmy szyli żagle. Co prawda na pływanie pod tymi żaglami to już nie za wiele czasu 

zostało, ale mimo to frajdy i uciechy mieliśmy co niemiara. Stare czasy, dawne dzieje - tata 

znowu westchnął z dość żałosną nutą w głosie.

- Co tak ciężko wzdychasz? - zapytała mama, sprzątając ze stołu po kolacji.

- A bo to były piękne czasy. Żagle na maszcie, szum rozcinanej dziobem wody, słone 

bryzgi fal... Coś pięknego.

- No wiesz - mama wzruszyła ramionami - teraz też masz szum rozcinanej dziobem 

wody, a bryzgów słonych fal też nie brakuje. Więc za czym tu tęsknić?

Tata zamyślił się, jakby coś sobie przypominając.

- Oj, Miciu, Miciu - powiedział wreszcie po dobrej chwili milczenia - może ja ci tego 

nie umiem wytłumaczyć, ale pływanie na statku i pływanie pod żaglami to dwie zupełnie 

różne sprawy. Najzupełniej różne. I musisz mi uwierzyć na słowo, że jest naprawdę tak, jak 

mówię.

-   Ale   co   z   tym   zaproszeniem?   -   przypomniała   sobie   mama.   -   Co   to   za   okazja   i 

dlaczego ciebie akurat zaprosili?

- A właśnie, właśnie. Widzisz, starzy koledzy sobie o mnie przypomnieli. Właściwie 

to spotkałem przedwczoraj  jednego. A  okazja  jest specjalna, bo nie będzie to zwyczajne 

żeglarskie czy klubowe zebranie, narada czy nawet żeglarski sejmik. To doroczne spotkanie 

polskich kaphornowców.

- Kogo? - zapytali równocześnie i mama, i Dzika Mrówka, i Jego Brat.

-   Kaphornowców   -   powtórzył   tata   -   czyli   inaczej   mówiąc   zebranie   żeglarskiego 

bractwa,   do   którego   może   należeć   tylko   taki   żeglarz,   który   opłynął   Przylądek   Horn   pod 

żaglami.

- A dlaczego akurat ten Przylądek, a nie inny? - zaciekawił się Dzika Mrówka.

- Ba... - powiedział tata i wyciągnął fajkę z jednej kieszeni, a skórzany kapciuch z 

tytoniem z drugiej, co było sygnałem, że zaraz rozpocznie się jeden z dłuższych tatowych 

monologów.

- Widzicie - rozpoczął tata, gdy uporał się już z fajką, tytoniem i zapałkami i gdy 

osłonił   się   mgiełką   aromatycznego   dymu   -   Przylądek   Horn,   jak   zapewne   wiecie,   jest   to 

najbardziej na południe wysunięty skrawek kontynentu amerykańskiego. Leży on zresztą na 

wysepce, a nie na stałym lądzie, ale to nie ma większego znaczenia, bo droga morska z 

Oceanu   Atlantyckiego   na   Pacyfik   i   odwrotnie   prowadziła   w   dawnych   latach,   przed 

background image

zbudowaniem Kanału Panamskiego, właśnie wokół Przylądka  Horn. Leży on poniżej 55° 

szerokości   południowej,   czyli,   żeby   tam   dopłynąć,   trzeba   najpierw   pokonać   ryczące 

czterdziestki i wyjące pięćdziesiątki.

- Co trzeba pokonać? - Dzika Mrówka przerwał ojcu. - Co to takiego te „ryczące” i 

„wyjące”?

- Wzdłuż czterdziestego stopnia szerokości południowej rozciągają się wokół naszej 

ziemi niemal nieprzerwanie olbrzymie przestrzenie wodne. Mówię „niemal nieprzerwanie”, 

bo gdybyście spojrzeli na globus i przejechali palcem wzdłuż tegoż właśnie czterdziestego 

stopnia, to na drodze napotkalibyście  jedynie  stosunkowo wąski pas lądu w  Południowej 

Ameryce no i jeszcze Nową Zelandię. A poza tym wokół całej kuli ziemskiej nic tylko woda i 

woda. Same oceany: Atlantycki, Indyjski i olbrzymi Pacyfik. I właśnie na tych szerokościach 

przez okrągły niemal rok wieją niezwykle silne zachodnie wiatry sztormowe, a rozhuśtane 

wichrem fale są tam najdłuższe i najwyższe.

Po wodach tych - mimo sztormów - żeglowały od dawna statki. Oczywiście były to 

żaglowce, pływające na przykład z Europy do Australii po wełnę, do Azji po herbatę i tak 

dalej. Angielscy marynarze, którym nieraz przyszło pokonywać te burzliwe obszary, nazwali 

je „Roaring Forties”, co po polsku znaczy właśnie „ryczące czterdziestki”.

Później ochrzczono jeszcze bardziej burzliwe obszary wzdłuż pięćdziesiątego stopnia 

szerokości południowej nazwą „wyjące pięćdziesiątki”.

- A tata tam pływał? - Dzika Mrówka znowu przerwał ojcu.

- Owszem - powiedział tata.

- Ojej - Marek zdołał tylko jęknąć z wyraźnym podziwem, ale i zazdrością w głosie.

- No, no - roześmiał się tata - ja pływałem na dużym statku i to samym skrajem 

ryczących   czterdziestek.   W   rejsie   do   Australii,   w   czasach,   gdy   Kanał   Sueski   był 

zablokowany. Owszem,  było  burzliwie   i  sztormowe,  ale  to  nic  w  porównaniu  z  tym,   co 

musieli przeżywać żeglarze. Myśmy mieli do dyspozycji kilka lub kilkanaście tysięcy koni 

mechanicznych, oni tylko płótno żagli i własne ręce.

- To musi być straszne - westchnęła mama, która zdążyła już posprzątać ze stołu i 

siadła w głębokim fotelu z włóczkową robótką w pracowitych rękach.

-   Straszne   i   bardzo   fajne   jednocześnie   -   powiedział   tata   w   nagłej   zadumie.   -   A 

wracając do Hornu, to starzy znajomi spod żagli nazywali te wody: „kocioł szatana”.

-   Ho,   ho   -   wtrącił   z   podziwem   Dzika   Mrówka,   któremu   bardzo   spodobała   się   ta 

oryginalna nazwa.

- Ponieważ wokół Hornu wieją przeważnie silne sztormowe wiatry zachodnie - mówił 

background image

dalej tata - więc droga statku żaglowego ze wschodu na zachód była niezwykle uciążliwa. 

Ciągłe zwroty, ciągłe halsowanie pod wiatr...

- Halsowanie? - znowu przerwał Marek. - A co to znaczy?

Tata   spojrzał   na   syna   z   lekkim   zniecierpliwieniem   i   zdziwieniem,   że   można   nie 

wiedzieć co to halsowanie, ale po chwili wyjaśnił.

- Halsowanie to jest prowadzenie żaglowego statku pod wiatr według zmienianych 

kursów. Ale już mi tak ciągle nie przerywaj, bo nigdy nie dopłyniemy do tego Przylądka 

Horn.

Otóż w  dawnych  latach, gdy po morzach  pływały  tylko  żaglowce  i gdy nie  było 

jeszcze Kanału Panamskiego, kapitanowie tych statków nigdy nie wiedzieli, ile czasu zabierze 

im pokonanie Hornu ze wschodu na zachód. Czasem trwało to kilka dni, ale na przykład 

fregata   „Suzanne”   w   1909   roku   walczyła   z   wiatrem   i   falami   koło   Przylądka   Horn   aż 

dziewięćdziesiąt dziewięć dni, czyli przeszło trzy miesiące!

- Ojej, aż trzy miesiące - zdziwił się Jarek - to dłużej niż nasz afrykański rejs.

- Znacznie dłużej - przytwierdził tata. - A było i tak, że kapitan po kilkunastu dniach 

nieudanych  prób przejścia wokół Hornu pod wiatr zawracał  i gnał z wiatrem wokół kuli 

ziemskiej, żeby z drugiej strony podejść do zachodnich wybrzeży Południowej czy Północnej 

Ameryki.

- Naokoło świata? - zdziwili się obaj chłopcy, nawet mama podniosła głowę znad 

robótki.

- Zdarzało się - mruknął tata i wypuścił kłąb dymu z fajki. - I właśnie dlatego, że na 

tych   wodach   jest   aż   tak   trudno   pływać,   marynarze   postanowili   założyć   związek 

kaphornowców.   Najpierw   -   jeszcze   przed   wojną   w   1937   roku   we   Francji   -   utworzono 

„Związek żeglarzy Cape Hornu”. Do klubu tego należeli początkowo marynarze z żaglowych 

statków   towarowych,   którzy   pod   żaglami   przeszli   Horn.   Kapitanów   tamtych   statków 

nazywano „albatrosami Hornu”, a oficerów i marynarzy „malamokami”.

Ale   mijały   lata.   Po   wykopaniu   Kanału   Panamskiego   statki   opuściły   trudny   szlak 

dookoła Hornu, a i żaglowych statków handlowych zabrakło na świecie. Tych, co na żaglach 

opłynęli Horn, było coraz mniej i dopiero kiedy szlakiem tym zaczęli pływać żeglarze na 

jachtach, można było myśleć o kontynuowaniu stowarzyszeń zrzeszających ludzi, którzy pod 

żaglami pokonali Przylądek Horn.

- A Polacy też tam pływali?

- Owszem. Już przed wojną, w 1937 roku, opłynął Horn „DAR MORZA”. Oczywiście 

pod żaglami. A na jachcie pod polską banderą po raz pierwszy Krzysztof Baranowski. W 

background image

1973 roku na jachcie „POLONEZ”, w drodze z zachodu na wschód. Po nim opłynęli Horn 

inni. Jacht „EUROS”, „KONSTANTY MACIEJEWICZ”, „OTAGO”, „COPERNICUS”.

- To dużo! - wtrącił Dzika Mrówka z błyszczącymi oczyma.

- Ano, dużo - przytaknął tata pykając fajkę - szczególnie, jeżeli weźmie się pod uwagę 

fakt,   że   z   Polski   jest   na   Przylądek   Horn   bardzo,   ale   to   bardzo   daleko.   No   i   dlatego 

zdecydowano się założyć i w Polsce Bractwo Kaphornowców, na którego doroczne spotkania 

- jako dawny żeglarz - dostałem zaproszenie w charakterze gościa.

- No więc jak, Miciu - tata zwrócił się do mamy - pójdziesz ze mną w sobotę?

- Bo ja wiem - zastanawiała się mama, licząc jednocześnie bardzo uważnie oczka w 

robótce - nie bardzo mam się w co ubrać...

- Eee, Miciu - odezwał się tata.

- Dla ciebie to nieważne - oburzyła się mama - tobie się pewnie wydaje, że to takie 

moje widzimisię. A poza tym ja się na żeglarstwie nie znam i zresztą., w domu tyle roboty. 

Idź lepiej sam.

- Tato - zawołał Dzika Mrówka - to może ja pójdę z tobą.

- Możesz iść - przystał tata - ale może by Jarek chciał iść - zwrócił się do swego 

drugiego syna.

- Eee - wtrącił Dzika Mrówka - on się nie interesuje żeglarstwem.

- A ty się interesujesz? - tata zdziwiony spojrzał na Dziką Mrówkę.

- Oczywiście, że tak - przytwierdził chłopak z zapałem.

- Od kiedy?

- Od dzisiaj, tato - w głosie Marka brzmiało tak silne przekonanie, że tata nawet się 

nie roześmiał, choć miał na to bardzo wielką ochotę.

- No to jak z wami, chłopcy - zapytał po chwili - który idzie ze mną w sobotę?

- To już niech Piksówa idzie - wspaniałomyślnie zgodził się Jego Brat.

- To bardzo ładnie z twojej strony - mama pochwaliła Jarka, a zwracając się do Marka 

dorzuciła. - A ty mógłbyś podziękować bratu.

Dzika Mrówka już miał lekceważąco machnąć ręką, ale przerwał w połowie ten gest i 

wyciągnął dłoń do brata - bliźniaka.

- Dziękuję - mruknął.

- Nic wielkiego - odparł Jego Brat. - Mam ciekawą książkę do czytania. Fakt.

Wnętrze stylowej kawiarni powoli wypełniało się schodzącymi się gośćmi. Połowa 

sali zastawiona była ciężkimi ławami i stołami z ciemnego drzewa. Pod gotycko sklepionym 

niskim sufitem wisiały różnokolorowe flagi marynarskiego kodu sygnałowego, a na jednej ze 

background image

ścian postrzępiona biało - czerwona bandera z białym orłem. W głębokich wnękach wysokich 

okien ustawiono modele sławnych jachtów. Był tu „Polonez”, był „Euros”, były też i inne. 

Goście z wolna zajmowali miejsca. Tata wraz z Markiem siedli na ławie pod ścianą.

- Tato - szepnął przejęty Dzika Mrówka - a dlaczego przy tym dużym stole nikt nie 

siada?

- To jest miejsce dla kaphornowców. Ale oni wejdą wszyscy razem z Grotmasztem.

- Z kim, tato?

- No, z przewodniczącym Bractwa, wybieranym raz na trzy lata spośród kapitanów 

jachtów, które opłynęły Przylądek Horn. Nosi on właśnie tytuł Grotmaszta, co symbolizuje 

główny maszt na statku żaglowym.

- A kto jest teraz tym Grotmasztem?

- Krzysztof Baranowski. Już ci mówiłem, że on pierwszy opłynął Przylądek Horn na 

polskim jachcie i do tego w samotnej żegludze, co - moim zdaniem - liczyć się powinno 

podwójnie.

- A ci dwaj panowie, tato? - szepnął znów Marek wskazując na dwóch zaaferowanych 

mężczyzn, kręcących się koło głównego stołu. Jeden z nich drobny, szczupły i niezwykle 

ruchliwy,  nosił granatową żeglarską marynarkę z błyszczącymi  guzikami, drugi, wysoki i 

raczej   tęgawy   z   długimi   sumiastymi   wąsami   i   niewielką   bródką,   miał   na   sobie   ciemny 

marynarski mundur ze złotymi dystynkcjami na rękawach.

-   Ci   dwaj?   -   powtórzył   tata.   -   Jeden   z   nich   jest   sekretarzem   redakcji   „Głosu 

Wybrzeża”, pod którego protektoratem i opieką to całe zebranie się odbywa. Zresztą to też 

zawołany żeglarz.

- Opłynął Przylądek Horn? - pytał dalej chłopak.

- Nie, Hornu nie opłynął, ale nie tylko Horn się liczy w żeglarskich wyczynach. Taki 

Teliga nie opłynął Hornu, a był przecież znakomitym  żeglarzem. Albo taki Jaworski czy 

Remiszewska. Na przykład ten pan opłynął na maleńkim jachcie całą Islandię. To też był 

nielada wyczyn żeglarski.

- A ten drugi to też żeglarz?

- Ten drugi to tak zwany Mistrz Ceremonii. O ile wiem, teraz już nie jest żeglarzem. 

Kiedyś, dawno temu, byliśmy razem w harcerskiej morskiej drużynie, ale on poszedł potem 

do Szkoły Morskiej. Pływał przez ileś tam lat, a teraz jest wykładowcą w tej samej szkole, 

którą ukończył i pisze książki o morzu, a raz na rok pomaga prowadzić zebranie Bractwa 

Kaphornwców.

- A dlaczego właśnie on, jeżeli to nie żeglarz?

background image

-   Tego   to   już   nie   wiem.   Nie   zawracaj   głowy,   gdybym   wiedział,   że   będziesz   tak 

marudził, to bym cię nie zabrał ze sobą.

Nagle   od   wejścia   dał   się   słyszeć   przenikliwy,   długi,   jednostajny   świst.   Wszyscy 

obecni   odwrócili   głowy.   Przy   drzwiach   ustawił   się   szpaler   żeglarzy   z   żółtymi   chustami 

zawiązanymi   na   lewym   ramieniu,   a   środkiem   wszedł   młody   wysoki   mężczyzna.   Trzech 

pierwszych żeglarzy gwizdało przeciągle na cienkich długich gwizdkach.

- Tato - Dzika Mrówka pociągnął ojca za rękaw.

- Ten wchodzący to właśnie Grotmaszt - szepnął ojciec. - Ci z żółtymi chustami to 

kaphornowcy,   którzy   świstem   bosmańskim   i   honorowym   szpalerem   witają   swego 

Grotmaszta.

Grotmaszt   i   bracia   kaphornowcy   weszli   do   kawiarnianej   sali   i   przy   oklaskach 

zebranych gości zajęli miejsca przy honorowym stole.

Grotmaszt w kilku słowach powitał przybyłych na spotkanie braci z Kaphornowego 

Bractwa Żeglarskiego oraz zaproszonych gości.

- To o mnie - pomyślał w tym momencie z wewnętrzną dumą Dzika Mrówka.

- A teraz przypomnimy wspólnie kaphornowską rotę ślubowania.

Wszyscy obecni na sali wstali. Wąsaty Mistrz Ceremonii zaczął czytać silnym głosem 

tekst roty, a po nim zebrani kaphornowcy powtarzali głośnym chórem.

„Członkowie   Bractwa   Kaphornowców,   przywołując   pamięć   wszystkich   żeglarzy, 

którzy kiedykolwiek opłynęli Przylądek Horn i wszystkich żeglarzy, którzy ulegli przemocy 

jego groźnych wód, przywołując pamięć wszystkich zwycięskich jachtów i pamięć jachtów, 

które znalazły grób w głębinach Cieśniny Drake’a, zrzeszają się dobrowolnie, przyjmują za 

obowiązujący   Regulamin   Bractwa   Kaphornowców   i   oświadczają,   ze   będą   czujnie   strzec 

honoru polskiego żeglarza, wiernie strzec sławy biało - czerwonej bandery, służyć pomocą, 

radą i doświadczeniem wszystkim żeglarzom, którzy jej kiedykolwiek i gdziekolwiek będą 

potrzebowali”.

A potem do przewodniczącego podszedł starszy, całkiem siwy mężczyzna, Grotmaszt 

osobiście zawiązał mu na lewym ramieniu żółtą chustę i założył ciężki, odlany w metalu, 

medal na szyję. Następnie Mistrz Ceremonii odczytał treść dużego dyplomu, który wręczył 

nowo przyjętemu bratu.

Uroczystości  dopełniło  wypicie  toastu   dużym,  ciężkim,  ozdobnym   kuflem   pełnym 

piwa.

- Tato, tato - szepnął znów Dzika Mrówka do ojca cichutko, żeby nie przeszkadzać w 

uroczystej ceremonii.

background image

- O co chodzi? - tata nachylił się do syna.

- A ten starszy pan to też żeglarz? - zapytał Marek.

-   I   tak   i   nie.   To   sławny   marynarz,   Alojzy   Kwiatkowski.   Był   radiotelegrafistą   na 

polskich   szkolnych   statkach.   Jeszcze   na   starym   „Lwowie”   i   potem   wiele   lat   na   „Darze 

Pomorza”. To on przepłynął po raz pierwszy równik na statku pod polską banderą, a było to 

w roku 1923, on też był radiooficerem na „Darze Pomorza”, kiedy ten piękny statek opłynął 

Przylądek   Horn.   I   właśnie   dlatego   dziś   go   przyjęto   do   Bractwa   Kaphornowców   jako 

honorowego członka.

- Aha - szepnął Marek patrząc z podziwem na człowieka, który tyle lat spędził na 

morzu.

Potem były przemówienia i śpiewy żeglarskie, potem jedzono gorące parówki i pito 

obowiązkowy   marynarski   rum   w   glinianych   kieliszkach.   Na   koniec   Mistrz   Ceremonii 

oznajmił, że mistrz ludwisarski z dalekiego Przemyśla, jeden z ostatnich już specjalistów w 

tej zanikającej dziedzinie, ofiarował Bractwu Kaphornowców piękny okrętowy dzwon, który 

uroczyście   zawieszono   nad   biesiadującymi   braćmi   i   na   którym   Grotmaszt   wydzwonił 

pierwsze cztery podwójne uderzenia zwane po żeglarsku „szklankami”.

A potem - po części oficjalnej - zebrani goście i bracia kaphornowcy toczyli długo w 

noc   rozmowy.   Były   to   wspominki   dalekich   rejsów,   były   też   plany   przyszłych,   coraz 

śmielszych i trudniejszych, morskich, żeglarskich podróży.

A   Dzika   Mrówka   chłonął   wszystko   szeroko   otwartymi   uszami   i   jeszcze   szerzej 

otwartymi oczyma. Kręcił się koło taty, który - jak się okazało - znał tu prawie wszystkich, a 

w każdym bądź razie wszystkich najważniejszych.

- Tato, tato, a ta pani to Remiszewska?

- Tak, synku, chodź, to cię z nią zapoznam.

- A dlaczego na tamtego pana wszyscy wołają „Kuba”?

- To, widzisz synku, takie przezwisko. I wszyscy go znają jako „Kubę”, a jest to nasz 

doskonały żeglarz, specjalista regatowiec, Kazimierz Jaworski.

- To każdy wielki żeglarz musi mieć jakieś przezwisko? - zainteresował się nagle 

Marek.

- No, musieć to nie każdy musi. Ale wielu je posiada. Ot, na przykład taki „Kuba” 

Jaworski, „Zyga” Perlicki i jeszcze wielu innych. Apana Kwiatkowskiego z „Daru Pomorza” 

wszyscy marynarze przezywają „Dziadzia”. I od razu każdy wie, o kogo chodzi.

- Aha! - mruknął Dzika Mrówka wyraźnie zadowolony. Bo ja też mam przezwisko - 

pomyślał z dumą. - Jak wielcy żeglarze i sławni marynarze.

background image

Pod koniec interesującego spotkania uwagę chłopca zwrócił młody jeszcze człowiek z 

dużą brodą zdobiącą pełną, bez przerwy uśmiechniętą twarz. Mówił on po polsku, jednak z 

wyraźnie obcym akcentem.

Okazało   się,   że   jest   to   sławny   żeglarz   czechosłowacki   Richard   Konkolski,   który 

opłynął samotnie świat na maleńkim jachcie „NIKE”.

Do   domu   wracał   Dzika   Mrówka   z   tatą   bardzo   zamyślony.   Tata   natomiast   był 

niezwykle ożywiony i gadatliwy i przez całą drogę opowiadał synowi o swych dawnych już 

przygodach pod białymi żaglami.

-   Tato   -   Markowi   w   pewnym   momencie   udało   się   przerwać   potok   ojcowskiej 

wymowy - a dlaczego członek Bractwa ma prawo spluwania na nawietrzną i gwizdania na 

pokładzie?

- Skąd ci to przyszło do głowy? - szczerze zdziwił się tata.

-   Przeczytałem   w   Regulaminie,   który   był   wydrukowany   na   ostatniej   stronie 

zaproszenia - wyjaśnił Dzika Mrówka.

- Ach, tak. Nawet o tym nie wiedziałem - uśmiechnął się tata. - Otóż widzisz, po 

pierwsze każdy klub chce mieć jakieś przywileje, a więc kaphornowcy też. A po drugie wiedz 

o tym, że na jachcie nie wolno pod żadnym pozorem gwizdać ani pluć na nawietrzną. I stąd 

takie wyróżnienie dla tych, co pokonali Horn na żaglach.

- Ale dlaczego nie wolno, tato?

- Dowiesz się, jak może kiedyś zostaniesz żeglarzem. A zresztą - dodał tata po chwili - 

spróbuj splunąć pod wiatr. Szczególnie pod silny wiatr. Wtedy sam się przekonasz, dlaczego 

nie można - tata roześmiał się głośno, widocznie do własnych wspomnień.

Trzeba będzie spróbować - postanowił w myślach Dzika Mrówka. I przyszło mu też 

nagle   na   myśl,   że   ocean   jest   znacznie,   ale   to   bardzo   znacznie   większy   od   hokejowego 

lodowiska...

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

W KTÓRYM DZIKA MRÓWKA PODEJMUJE NIEZWYKLE WAŻNĄ 

DECYZJĘ ZMIANY HOKEJOWEGO KIJA NA RUMPEL STEROWY, A 

SZTUCZNEGO LODOWISKA NA SZEROKIE WODY MÓRZ I 

OCEANÓW I STAWIA PO RAZ PIERWSZY BIAŁY ŻAGIEL

Już   w   najbliższy   poniedziałek   po   pamiętnym   spotkaniu   Bractwa   Kaphornowców 

Dzika Mrówka wybrał się zaraz po szkole do pobliskiej czytelni.

- Poproszę jakąś książkę o żeglarstwie - powiedział miłej pani bibliotekarce.

-   O   żeglarstwie   mamy   bardzo   dużo   książek   -   roześmiała   się   pani   -   ale   o   co   ci 

konkretnie chodzi?

- Dużo? - zdziwił się Marek. - No to będę czytał po kolei.

- Według alfabetu? - znowu roześmiała się. - A może jednak lepiej powiesz mi, co cię 

głównie interesuje.

- Chciałbym poznać duże wyprawy żeglarskie.

- Polskie?

- Polskie i w ogóle. Takie wie pani - zaczął tłumaczyć Marek - co i dookoła świata, i 

przez ryczące czterdziestki.

- Przez co? - pani bibliotekarka zapytała zdziwiona.

-   No,   wie   pani,   wyprawy   żeglarskie   wzdłuż   czterdziestego   stopnia   szerokości 

południowej.   Tam   są   bardzo   burzliwe   wody   i   dlatego   angielscy   marynarze   nazwali   je 

„Roaring Forties” - wyjaśnił z wcale nie ukrywaną dumą Dzika Mrówka.

- Oho, ho, to widzę, że doskonale się orientujesz - zdziwiła się pani - a skąd ty to 

wiesz?

- Bo ja, proszę pani, znam kilku naszych żeglarzy. I pana Baranowskiego znam, i 

panią Remiszewską znam, i pana „Kubę” Jaworskiego też...

- Znasz ich? - zainteresowała się pani bibliotekarka - naprawdę? A dobrze ich znasz? 

Bo może byś kogoś z nich w moim imieniu poprosił do nas do biblioteki na spotkanie z 

młodzieżą. Sporo moich czytelników interesuje się żeglarstwem.

- No, tak za dobrze to ja ich nie znam... - Dzika Mrówka zająknął się i zaczerwienił. - 

To raczej mój tata - dodał po chwili.

- Tak też i myślałam - roześmiała się pani bibliotekarka. - Ale wróćmy do książek. 

background image

Widzę,   że   liznąłeś   co   nieco   z   żeglarskich   wyrażeń,   ale   trzeba   by   tę   twoją   wiedzę   jakoś 

uporządkować. Trzeba zatem zacząć chyba od początku.

- No, właśnie i ja tak bym chciał - podchwycił Dzika Mrówka szczęśliwy, że pani 

bibliotekarka zmieniła temat rozmowy na mniej kłopotliwy - ale tak prawdę mówiąc zupełnie 

nie wiem, gdzie jest ten początek.

- Trzeba było  od razu tak mówić - pani bibliotekarka  odwróciła się, wzięła jakąś 

książkę z półki i podała ją Markowi.

- Masz tutaj książkę, która najlepiej wprowadzi cię w żeglarski temat. Zresztą tytuł 

mówi sam za siebie. Napisał ją znany żeglarz, może też twój „znajomy” - uśmiechnęła się 

pani   bibliotekarka   -   pan   Włodzimierz   Głowacki,   a   zatytułował   pięknie:  Wspaniały   świat 

żeglarstwa.

- Dziękuję pani - powiedział Marek udając, że nie dosłyszał uwagi pani bibliotekarki.

-   A   jak   przeczytasz   tę   książkę,   dam   ci   inne.   Pisane   przez   rozmaitych   sławnych 

żeglarzy   o   ich   równie   sławnych   rejsach.   Ot,   choćby   książki   twojego   znajomego   -   pani 

bibliotekarka   zmrużyła   figlarnie   jedno   oko   -   Krzysztofa   Baranowskiego:  Kapitan   Kuk  i 

Droga na Horn. Albo też twojej znajomej, pani Teresy Remiszewskiej, pod pięknym tytułem: 

Z  goryczy   soli   moja   radość.   I   jeszcze   Leonida   Teligi:  Samotny   rejs   Opty  i   Dariusza 

Boguckiego: Islandzki rejs i Do brzegów Grenlandii, i cały szereg innych. A na tamtej półce 

masz książki obcych żeglarzy: Anglików, Francuzów, Włochów i innych.

- Ojejej - zatroskał się Dzika Mrówka - to ja mam czytania na cały miesiąc.

- Chyba przez miesiąc nie dasz rady - powiedziała pani bibliotekarka - przecież musisz 

się uczyć.

Dzika Mrówka machnął tylko ręką, co miało oznaczać, że teraz NAJWAŻNIEJSZE są 

sprawy żeglarskie i zasiadł przy stole nad Wspaniałym światem żeglarstwa.

Czytał aż do zamknięcia czytelni, a wychodząc uprosił panią bibliotekarkę, żeby mu 

wypożyczyła książkę do domu.

Następnego dnia wypadał - jak zwykle we wtorek - trening hokejowy i mama była już 

przyzwyczajona, że obaj jej synowie natychmiast po zjedzeniu obiadu znikali z domu. W 

każdym   bądź   razie   nigdy   nie   trzeba   ich   było   ani   poganiać,   ani   nawet   przypominać,   co 

częstokroć  okazywało  się konieczne w  przypadku  innych  - zarówno pozaszkolnych  jak  i 

nawet szkolnych obowiązków.

Tym   razem   jednak   Marek,   zamiast   szykować   się   do   treningu,   zaraz   po   obiedzie 

położył się na swym tapczaniku z książką w ręku i pogrążył w lekturze.

Zdziwiona tym mama zajrzała raz i drugi do pokoju synów i wreszcie, zerknąwszy na 

background image

zegar wiszący w kuchni na ścianie, nie wytrzymała.

- Chłopcy, macie dziś trening? - zapytała.

- Oczywiście, zaraz wychodzę - odezwał się Jarek, Marek natomiast wydawało się, że 

zupełnie   nie   usłyszał   pytania;   w   dalszym   bowiem   ciągu   leżał   nieporuszony   na   swym 

tapczaniku i był cały pochłonięty treścią czytanej książki.

-   Marku   -   mama   zwróciła   się   do   drugiego   z   synów.   Chłopak   znowu   nic   nie 

odpowiedział.

- Marku - powtórzyła mama nieco już głośniej.

- O co chodzi, mamo? - Dzika Mrówka oderwał wreszcie wzrok od stronic książki.

- Masz dzisiaj trening - przypomniała mama.

- Ojej - skrzywił się Dzika Mrówka - no to co z tego? Czy ja muszę chodzić na 

wszystkie treningi? - I znów wrócił do czytania książki.

Mamę   aż   zamurowało   ze   zdziwienia.   Jej   syn,   taki   entuzjasta   hokeja,   czołowy 

napastnik drużyny, który nawet w afrykański rejs chciał brać hokejowe wyposażenie, żeby - 

jak mówił - „nie wyjść z wprawy”, który wybił w domu niejedną szybę hokejowym krążkiem 

w czasie swoich słynnych „suchych zapraw”, nagle nie chce iść na trening.

- Co ci się stało? - zapytała.

- A co mi się miało stać? - Marek podniósł głowę znad książki. - Po prostu nie mam 

ochoty.

- Czyś ty nie chory? - zaniepokoiła się mama i przytknęła dłoń do czoła chłopca.

- Ojej, mama to od razu ze wszystkim przesadza. Nic mi nie jest.

- A co ty tam tak pilnie studiujesz? - mama zwróciła uwagę na czytaną przez Marka 

książkę.

- No, widzi mama - ożywił się Dzika Mrówka - taki Vito Dumas opłynął samotnie 

cały świat na jachcie w czasie  wojny, a Zaruski, gdy pierwszy raz wypłynął  jachtem na 

morze, miał już 59 lat.

- O czym ty mówisz? - zdziwiła się mama.

- O żeglarstwie - odparł syn. - Bo niech mama weźmie pod uwagę taki fakt. - Dzika 

Mrówka usiadł na swym tapczaniku. - Ile metrów ma boisko hokejowe? No ile?

- Nie wiem. - Mama była wyraźnie zaskoczona niespodziewanym pytaniem syna. - I 

po co mi to wiedzieć?

- To ja mamie powiem. Lodowisko ma 30 metrów szerokości i 61 metrów długości. 

To dużo?

- No, dużo - mama nie bardzo wiedziała, o co synowi chodzi.

background image

- Wcale że nie dużo! - zaperzył się syn.

- A co - wtrącił się Jego Brat - chciałbyś powiększyć?

- Ty to jak rąbniesz - oburzył się Dzika Mrówka - a po co powiększać?

- Nie kłóćcie się, chłopcy - mama patrzyła z niepokojem na Marka. - A ty powiedz, o 

co ci chodzi.

- O to, że takie hokejowe lodowisko jest małe, a morze bardzo duże - wypalił Marek.

- Ale wymyślił - roześmiał się Jego Brat lekceważąco. - Ruszyło ciele ogonem i udaje 

filozofa.

- Ty nic nie rozumiesz - Marek był tak zaaferowany, że nawet nie zareagował na 

braterską wyraźną obelgę. - No bo zrozum. Na łyżwach jak się trochę tylko na lodowisku 

rozpędzisz, to musisz od razu skręcać albo hamować, żeby nie wlecieć na bandę.

- Fakt - przytwierdził Jego Brat.

- Zresztą co ty tam wiesz. Zapomniałem, że przez cały mecz sterczysz w bramce, jak 

kołek w płocie, i nigdzie się nie rozpędzasz.

- No, no, nie pozwalaj sobie. Myślisz, że to łatwo wyłapać taki mały krążek?

-   Chłopcy,   nie   kłóćcie   się   -   mama   znowu   uznała   za   konieczne   interweniować   w 

rozmowę synów, bo wyraźnie już pachniało awanturą. - Spóźnicie się na trening.

Marek wstał ze swego tapczanika i zaczął się ubierać, nie przestając jednocześnie 

mówić.

- A bo widzi mama, przyszło mi tak do głowy, że na lodowisku człowiek jest za 

bardzo   ograniczony,   a   za   to   żeglarz   jest   zupełnie   nie   ograniczony.   Jakby   tak   wypłynąć 

jachtem na przykład z Gdańska, to można by przepłynąć cały Bałtyk, a potem przez Kattegat i 

Skagerrak na Morze Północne. A stąd już tylko kawałek na Ocean Atlantycki. Przez Kanał La 

Manche i Zatokę Biskajską, no nie? I wtedy prosto na dół. Albo do Kanału Panamskiego, albo 

jeszcze niżej, aż na koniec Ameryki Południowej. A dalej już Pacyfik i jeszcze dalej Ocean 

Indyjski... I tak można wciąż dalej i dalej, i nie ma nigdzie żadnej bandy, przed którą trzeba 

by było zawracać.

- O czym ty mówisz, synku? - mama patrzyła na Dziką Mrówkę z coraz wyraźniejszą 

troską.

-   Jak   to   o   czym?   -   oburzył   się   Marek,   podsuwając   mannie   czytaną   przed   chwilą 

książkę. - O żeglarstwie. Niech mama przeczyta tytuł: Wspaniały świat żeglarstwa.

- Dzisiaj jeszcze pójdę na hokejowy trening, ale chyba zrezygnuję  z tego sportu i 

przerzucę się na żeglarstwo. To dopiero jest frajda! No, nie? - zwrócił się do swego brata.

- Fakt - Jarek przytaknął machinalnie, ale po sekundzie zorientował się i zreflektował.

background image

- Coś ty? - powiedział zdziwiony. - Rzucić hokej?

- A co wielkiego? Są już nowi, to niech oni biegają w kółko po maleńkim lodowisku. 

A my - wypiął dumnie pierś - na szerokie wody!

Jarek miał wyraźnie niezdecydowaną minę, ale nim zdążył  cokolwiek powiedzieć, 

odezwała się mama.

- Żeglarstwo? Bój się Boga, synku, to niebezpieczne. Tyle wody dookoła!

- A tata przecież pływał na jachtach i nic mu się nie stało.

- Wtedy, kiedy pływał na jachtach, jeszcze go nie znałam. Na pewno bym mu nie 

pozwoliła - broniła się mama.

- A teraz mu pozwalasz pływać - triumfował Marek.

- Teraz to tata pływa na dużych statkach, a nie na takich łupinach.

- Ale statki też toną... - zaczął Marek, ale mama przerwała mu gwałtownie.

- Żebyś w złą godzinę nie powiedział. I ani mi się waż myśleć o żeglarstwie. Zająłeś 

się hokejem i wystarczy. To bardzo ładny sport, wyrabiający energię i spostrzegawczość. No i 

bezpieczny.

- Oj, mamo, mamo. A zapomniała mama, co dawniej wciąż mówiła, że na lodowisku 

można zostać kaleką. Nie pamięta mama?

- Może i tak mówiłam - wykręcała się mama - ale co hokej to nie żeglarstwo. Tam się 

można łatwo utopić.

- A w hokeju można dostać krążkiem w głowę. Wie mama, z jaką szybkością leci taki 

twardy krążek. Rumplem sterowym w głowę trudniej dostać niż kijem hokejowym, no nie? 

Poza tym na lodzie można złamać nogę albo rękę. Mało to było wypadków na rozmaitych 

meczach albo i na treningach nawet. Prawda, Jaro? - zwrócił się do brata.

- Fakt - mruknął Jarek. - Co fakt to fakt - przytwierdził.

- Nic mi nigdy o tym nie mówiliście - mama patrzyła z niepokojem to na jednego, to 

na drugiego syna. - Gdybym  wiedziała... No, to może rzeczywiście nie idźcie dziś na ten 

trening - dorzuciła z niepokojem w głosie.

- Niech się mama tak znowu nie przejmuje - zawołał Marek już z przedpokoju - nasz 

trener przez tyle lat grał w hokeja. W ligowej drużynie, a nawet w reprezentacji Polski. I nic 

mu się nigdy nie stało. Zdrów jak rydz. Nawet nogi sobie nigdy nie skręcił. To i nam nic nie 

będzie. No, ale czas na nas. Lecimy, Jaro - zawołał do brata - już późno. Będziemy musieli 

biec przez całą drogę, bo się spóźnimy, a wiesz jak trener tego nie lubi.

- Fakt - Jarek mocował się z oporną kurtką.

- Nie guzdraj się - poganiał go Marek. - Zawsze muszę czekać na ciebie.

background image

- Ale toś ty czytał, a nie ja - odciął się Jarek.

-   Czytałem,   czytałem.   Za   to   teraz   nie   czytam,   tylko   czekam   na   ciebie.   Fakt?   - 

przedrzeźniał brata - bliźniaka.

- No niby fakt - zgodził się Jego Brat.

Obaj   wypadli   z   hałasem   na   schody.   Ledwo   mama   zdążyła   ta   nimi   zawołać   „a 

uważajcie na siebie”, gdy bracia - bliźniacy wybiegli na ulicę, zapewne wcale nie słysząc 

maminego ostrzeżenia.

- Tego jeszcze brakowało - powiedziała mama do siebie zamykając wejściowe drzwi 

za synami. - Żeglarstwo! Także coś - wzruszyła ramionami.

Weszła   do   pokoju   chłopców,   aby   -   jak   zwykle   -   pochować   do   szaf   rozrzucone 

elementy garderoby obu, a szczególnie Marka, który cały pokój, ba, całe mieszkanie uważał 

za jedną wielką szafę. W trakcie sprzątania spostrzegła leżącą na tapczaniku Dzikiej Mrówki 

otwartą książkę. Przeczytała tytuł rozdziału. - „Rozkwitające żagle” - powiedziała do siebie. - 

Piękny tytuł. Naprawdę piękny.

Obaj bracia długo czekali pod drzwiami swego mieszkania.

- Zadzwoń jeszcze raz - powiedział Jarek. - Może mama wyszła?

-   Eee,   mówiła,   że   będzie   przez   cały   czas   -   Dzika   Mrówka   nacisnął   raz   jeszcze 

dzwonek.

Drzwi się otworzyły i stanęła w nich mama w okularach na nosie. W ręku trzymała 

otwartą książkę.

- Ach, to wy? - spojrzała jakby półprzytomnie na synów. - Dlaczego tak wcześnie? Już 

po treningu?

- Treningu nie było - odezwał się Jarek.

- Nie było? Dlaczego?

- Bo pan trener ma pękniętą kość w lewej nodze - oznajmił Dzika Mrówka. W jego 

głosie zabrzmiał jakiś dziwny ton.

- Trener? Pękniętą kość? A co się stało? - zawołała mama.

- Na łyżwach. Upadł tak nieszczęśliwie - wyjaśnił Jarek.

- A widzisz, mówiłeś, że tyle lat gra w hokeja ten wasz trener i nic. - Mama miała 

wyraźną pretensję do Marka.

- Oj, mówiłem, mówiłem. Bo tyle lat grał i rzeczywiście nic mu nie było. Widocznie 

powiedziałem w złą godzinę. No i widzi mama, że hokej wcale nie jest taki bezpieczny...

-   Ale   żeglarstwo   też   nie.   Właśnie   czytałam   o   rozmaitych   katastrofach   jachtów.   - 

Mama potrząsnęła trzymaną w ręku książką - Jachty potonęły i ludzie też.

background image

- No, zdarza się - mruknął Dzika Mrówka - ale niechby mama policzyła, ile jachtów 

utonęło, a ile przepłynęło szczęśliwie. I morza, i oceany różne, i dookoła świata nawet.

Po   kilku   dniach   przed   południem   mama   odebrała   telefon   ze   szkoły,   do   której 

uczęszczali obaj synowie. Dzwoniła wychowawczyni klasy.

- Jeżeli pani ma czas, to prosiłabym bardzo o przyjście do szkoły - powiedziała pani 

wychowawczyni.

- Co się stało? - zapytała mama bardzo przestraszona.

- Nic takiego - uspokoiła ją pani - naprawdę nic groźnego. Po prostu chciałam z panią 

porozmawiać.

- Proszę pani - usłyszała mama w pokoju nauczycielskim od pani wychowawczyni - 

pani syn...

- Który? - spytała mama.

- Młodszy - powiedziała pani - to jest, przepraszam, chciałam powiedzieć mniejszy.

- Marek - westchnęła Mama. - Co on znowu przeskrobał?

- Może i nic takiego poważnego - uśmiechnęła się pani - ale ostatnio pani syn wcale 

nie uważa na lekcjach. Ciągle zajmuje się czymś innym. Sama przyłapałam go już trzykrotnie 

na czytaniu książek. Odebrałam mu je nawet, ale po lekcjach oddałam, bo były z biblioteki. 

To samo mówią mi koleżanki i koledzy.

- A jakie to były książki? - zapytała mama.

Pani   wychowawczyni   spojrzała   na   mamę   z   wyraźnym   zdziwieniem   w   oczach 

osłoniętych grubymi szkłami okularów.

- Jakie książki? - powtórzyła pytanie. - A czy to takie istotne?

- Wie pani - mama zmieszała się trochę - wydaje mi się... - przerwała.

- Dokładnie tytułów nie pamiętam - powiedziała po chwili pani wychowawczyni - ale 

wydaje mi się, że były to książki o jakichś rejsach, jachtach...

- Ach, tak - westchnęła mama - obawiałam się tego...

- Czego się pani obawiała? - zdziwiła się pani.

-   Miałam   ostatnio   dość   długą   dyskusję   z   synem.   Właśnie   na   temat   żeglarstwa.   I 

oczywiście mieliśmy z synem zdecydowanie różne zdania. Myślałam, że udało mi się go 

przekonać, bo przestał w domu czytać książki żeglarskie, ale widzę, że on...

- To pani mu odradzała? - Wychowawczyni jakby się zdziwiła i popatrzyła trochę 

niedowierzająco na mamę.

- Oczywiście - zaczęła mama, ale jakoś niezbyt pewnie.

- Mniejsza  o to. Ostatecznie  zainteresowania  pani  syna  są wysoce  pozytywne,  bo 

background image

przecież żeglarstwo jest chyba bardzo odpowiednie dla młodych ludzi. Oni przecież muszą się 

jakoś wyżyć.

- Ale ja wolałabym, żeby nie akurat w ten sposób - przerwała gwałtownie mama.

- To już sprawa między panią a pani synem. Ja ze swej strony wolałabym na przykład, 

żeby Marek czytał raczej w domu.

- Oczywiście, oczywiście, bardzo panią przepraszam za mojego syna. Powiem mu, 

oczywiście - mama wstała i szykowała się już do wyjścia.

- Jeszcze chwileczkę - pani wychowawczyni wstała i podeszła do szafki stojącej w 

rogu nauczycielskiego pokoju. Wyjęła stamtąd małe zawiniątko i odwróciła się do mamy.

- To pani? - zapytała rozwijając duże, białe... prześcieradło.

- Jak to? - mama patrzyła całkowicie zaskoczona. - Dlaczego pani o to pyta? Nie 

rozumiem...

- Ja też nie bardzo, ale zaręczam pani, że to nie mój pomysł Więc... - wychowawczyni 

położyła prześcieradło na stole - czy to pani?

Mama   podeszła   do   białego   płótna.   W   jego   rogu   zauważyła   wyhaftowany 

pomarańczową nitką ozdobny monogram M. K.

- Tak - powiedziała z niewymownym zdziwieniem - tak, to moje. Sama haftowałam 

ten monogram dla Marka. Bo widzi pani - wyjaśniła - ja mam na wszystkim wyhaftowane 

monogramy. Taki już rodzinny obyczaj. Moja mama też haftowała. Ale skąd się wzięło tu, w 

szkole?

- Ba, o to niech pani już spyta swego syna. Tego mniejszego. Marka.

- Znowu on - westchnęła mama - co ja mam z tym chłopakiem...

- No, wcale nie jest tak źle, może on trochę zbyt żywy, ale to dobry chłopak. I nie 

uczy się źle...

- Ja to wiem - mama spojrzała z wdzięcznością na panią - to bardzo dobry chłopak. 

Tylko te zwariowane pomysły...

- Może mu to przejdzie z wiekiem - powiedziała na pożegnanie pani wychowawczyni.

- Wątpię - cichutko szepnęła mama, ale było to powiedziane bardziej do siebie niż do 

pani.

W domu, po powrocie chłopców ze szkoły, odbyła się wielce burzliwa rozmowa.

-   Co   to   jest?   -   zapytała   mama   Marka,   pokazując   mu   przyniesione   ze   szkoły 

prześcieradło.

- Jak to co - Dzika Mrówka doskonale udał zdziwienie. - Chyba prześcieradło.

- Nie pajacuj - rozgniewała się mama - po co zabrałeś je do szkoły? I co to wszystko 

background image

ma znaczyć? To czytanie książek na lekcjach, to prześcieradło... Że też ja nigdy nie mam ani 

chwil spokojnej. Ciągle się boję, że ty znowu coś wymyślisz.

- Ojej - zajęczał Marek - zaraz to mamie wszystko dokładnie wytłumaczę. Bo to było 

tak. Ja założyłem w naszej klasie KŻK.

- A to co znowu?

- No, Klub Żeglarskich Kibiców. I ja zostałem Prezesem albo inaczej GKBŻNM.

- Czym?! Co to znaczy?

- Główny Kibic Białych Żagli Na Maszcie - wyjaśnił z dumą Dzika Mrówka. - I ja im 

wszystkim przynosiłem materiały, no, niby książki. Ale pani mi zabrała i był problem, bo 

zabrakło podstaw teoretycznych dla KŻK. Potem przyszły bardzo ładne słoneczne dni i przy 

oknie trudno było wysiedzieć. Bo i kaloryfery i słońce...

- A co to ma wspólnego z prześcieradłem? - przerwała mama.

- Zaraz, zaraz, po kolei. No i wtedy ja przyniosłem prześcieradło, żeby zasłonić się od 

słońca. Ale ktoś otworzył lufcik, aby przewietrzyć klasę i wtedy prześcieradło... no, wydęło 

się. Zupełnie jak żagiel. Przywiązałem wtedy dwa szoty na dolnych rogach...

- Coś przywiązał?

-   Szoty.   To   takie   linki   do   naciągania   żagli.   Wtedy   można   było   regulować,   żeby 

prześcieradło nie wydymało się za bardzo. I się z tego zrobił żagiel i było bardzo fajnie. Ale 

pani wychowawczyni to się nie podobało, no i zabrała i spytała czyje jest to prześcieradło. 

Wtedy ja powiedziałem, że moje, a pani, że porozmawia z rodzicami. Na to ja, że najlepiej z 

mamą, a nie z rodzicami.

- A dlaczego ze mną?

- Bo ja powiedziałem pani wychowawczyni... ale niech się mama nie złości...

- Coś takiego powiedział?

-   Ojej,   mamo,   no   zrozum,   sytuacja   była   dramatyczna,   można   powiedzieć 

podbramkowa, musiałem się ratować - Dzika Mrówka mówił coraz szybciej.

- Ale coś w końcu o mnie powiedział, na litość boską - mama przerwała chaotyczny 

potok synowskiej wymowy.

- No powiedziałem, że mama nie będzie się gniewać o prześcieradło, jeżeli się dowie, 

że to w dobrej sprawie...

- Niby w jakiej dobrej sprawie? - mama wciąż nie rozumiała.

- Jak to w jakiej? Wiadomo, że w żeglarskiej. Bo ja powiedziałem, ze mama też jest 

entuzjastką żeglarstwa.

- Ja? - zdumiała się mama. - Jak mogłeś?

background image

- A kto się zaczytywał we  Wspaniałym świecie żeglarstwa? No kto? Przez dwa dni 

obiadu nie było na czas przez tę książkę. Ale tata nic nie mówił i wcale nie narzekał, jak się 

dowiedział, że to przez TĘ książkę. Więc jeżeli tata się nie złościł, to pomyślałem sobie, że i 

mama też się na mnie nie będzie gniewać. Prawda? - tu Dzika Mrówka popatrzył przymilnie 

na mamę.

-   I   co   ja   mam   z   tobą   zrobić,   mój   ty   urwipołciu   zwariowany,   mój   ty   żeglarzu   - 

roześmiała się mama.

- No i bardzo dobrze - podsumował Dzika Mrówka.

- Fakt - odezwał się milczący dotąd Jego Brat. - Ale ja ci mówiłem w szkole... - zaczął 

znowu po chwili.

-   A   tam,   mówiłeś,   mówiłeś   -   Dzika   Mrówka   niecierpliwie   machnął   ręką   - 

najważniejsze, że się wszystko dobrze skończyło. I że postawiliśmy już pierwszy żagiel - 

dodał z dumą.

- Ale prześcieradła to mi zostaw w spokoju - zaznaczyła z nutką groźby w głosie 

mama, zabierając się do zmywania naczyń po obiedzie.

- Ojej, mama to musi zawsze tak spłycić zagadnienie - jęknął z żalem Dzika Mrówka - 

my tu o białych żaglach na maszcie, a mama o przyziemnych prześcieradłach...

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

TU KTÓRYM OKAZUJE SIĘ, ŻE ŻADNA PRZYJEMNOŚĆ NIE 

PRZYCHODZI ŁATWO

- A wiesz, kochana Bożenko, że Marek ma jednak bardzo dobre serce. Od czasu tej 

szkolnej afery żaglowo - prześcieradłowej, no wiesz, mówiłam ci przecież, nawet do szkoły 

mnie wzywali, dobrze, że męża nie ma w domu, bo znowu by się zdenerwował... A więc od 

tego czasu  Marek jest  jakby przemieniony,  zupełnie inny. Wynosi  mi  śmieci za każdym 

razem, kiedy go tylko o to poproszę, bez żadnego gadania, bez żadnego „a dlaczego akurat 

ja”, nawet z Jarkiem jakby trochę mniej się kłócił i bił. No, jednym słowem wyraźna poprawa. 

W   szkole   też   się   na   niego   nie   skarżą,   a   na   wywiadówce   wychowawczyni   nawet   go 

pochwaliła. Że się udziela na lekcjach. I zapisał się do kółka geograficznego...

Mama   już   od   kilkunastu   minut   blokowała   kabel   telefoniczny   na   linii   Oliwa   - 

Wrzeszcz, gdzie mieszkała jej dawna, serdeczna przyjaciółka, z którą co najmniej trzy razy 

tygodniowo, nie licząc niedziel, przeprowadzała telefoniczne konferencje. Głównym tematem 

tych rozmów były - oprócz zagadnień podstawowych, jakimi są wzory i fasony sukienek oraz 

aktualne   wymagania   i   tendencja   światowej   mody   damskiej   -   sprawy   związane   z 

wychowaniem dzieci. Przyjaciółka mamy, pani Bożenka, też zresztą żona marynarza, była 

także matką dwóch chłopców, tyle tylko, że nie bliźniaków. Starszy miał nawet na imię Jarek 

i wybierał się nieodmiennie, od wielu już lat, do Szkoły Morskiej, młodszy zaś, Wiesiek, 

mniej więcej w wieku Dzikiej Mrówki i Jego Brata, grał nawet w tej samej co Marek drużynie 

hokejowej, na razie jednak nie zdradzając żadnych dodatkowych konkretnych zainteresowań.

.... tak, tak, do geograficznego - potwierdziła mama do słuchawki - ja też się trochę 

zdziwiłam. Nie tym, że akurat do geograficznego, ale że w ogóle gdzieś się chciał zapisać. Bo 

dotychczas to tylko hokej i hokej.

...

- Właśnie, właśnie, zupełnie jak twój Wiesiek. Ale teraz chyba już mu trochę przeszło. 

W domu już dawno nic nie potłukł odprawiając te swoje suche treningi. Na lodowisko chodzi 

bez zapału i coraz bardziej narzeka na hokej. Nawet zaczęłam się martwić. Że niebezpieczny, 

że wypadki na lodowisku i takie różne rzeczy.

...

- No, w sumie to chyba jednak lepiej. Więcej siedzi w domu. A jak nie w domu, to w 

czytelni czy bibliotece. Wciąż czyta jakieś książki. Dużo geograficznych i żeglarskich.

background image

...

- Skąd wiem? Przyznam ci się, że jak wieczorem Marek zasypia, to mu podbieram 

książkę i nieraz czytam do późna w nocy. Bardzo ciekawe sprawy. Ale potem muszę rano 

dosypiać, kiedy już chłopcy pójdą do szkoły. Wracając do Marka, to mam nadzieję, że po 

prostu nareszcie zmądrzał.

...

-   Poważnie   tak   myślisz?   Eeee...   Chyba   nie   masz   racji.   Znam   przecież   Marka 

doskonale i nie wydaje mi się, żeby mógł coś knuć albo, jak ty to, Bożenko, mówisz, żeby się 

„przyczaił”.... O, Boże, gadam tu z tobą i gadam, a tymczasem już późno. Muszę na gwałt 

szykować obiad, bo chłopcy niedługo przyjdą ze szkoły, a oni zawsze głodni jak wilki. Już 

nastarczyć nie mogę z tym wiecznym szykowaniem jedzenia. Ręce mi dosłownie opadają. No 

to, pa, pa, moja kochana.

...

- Ja też żałuję, że tak krótko. Zadzwoń do mnie jutro, to sobie pogadamy. Pa, pa...

Mama   odłożyła   słuchawkę   telefonu   i   westchnąwszy   ciężko   pobiegła   do   kuchni 

nastawić zupę i obierać kartofle na obiad.

Po drodze rzuciła okiem do pokoju chłopców i - jak zwykle - skrzywiła się na widok 

leżących   na   środku   pokoju   pantofli   domowych   obu   braci.   Już,   już   miała   podnieść   je   i 

postawić  na miejsce, w  ostatniej  jednak chwili przypomniała  sobie niedawną  rozmowę z 

mężem o środkach wychowawczych, jakie należało stosować w stosunku do dorastających 

synów.

-   Miciu   -   powiedział   tata   niezwykle   stanowczo   i   zdecydowanym   tonem,   którego 

dotychczas używał  w domu nader rzadko - proszę cię o jedno. Od dziś nie ma żadnego 

wyręczania chłopców w ich codziennych domowych obowiązkach. Żadnego sprzątania za 

nich,   żadnego   ścielenia   łóżek,   żadnego   chowania   do   szaf   pozostawionych   na   krzesłach 

rzeczy. Nie zdążyli rano, muszą zrobić porządek, kiedy wrócą ze szkoły. Inaczej nie będzie 

obiadu. Na statku - mówił dalej tata - nikt za nich nic nie robił i dawali sobie doskonale radę...

-   Aż   za   bardzo   -   w   tym   miejscu   mama   nie   wytrzymała   i   musiała   się   wtrącić, 

przypomniały się jej bowiem wszystkie przygody chłopców w rejsie z tatą do Afryki, które 

opłaciła kilku co najmniej nieprzespanymi nocami po ich powrocie, gdy uświadomiła sobie, 

jakie to niebezpieczeństwa czyhały na jej synów wypuszczonych lekkomyślnie spod skrzydeł 

matczynej, najlepszej opieki.

Tata jednak nie zwrócił wcale - o dziwo! - uwagi na maminą wstawkę i wygłaszał 

dalej swoje poglądy na temat metod wychowawczych, które - jak zdecydowanie podkreślił - 

background image

należy zacząć stosować od razu w stosunku do obu synów, a w szczególności do Marka, czyli 

Dzikiej Mrówki, on to bowiem przysparza swymi pomysłami szczególnie dużo kłopotów.

-   Przestańmy   ich   wreszcie,   Miciu,   traktować   jak   maleńkie,   niezaradne   dzieci   - 

powiedział tata na koniec.

Mama   chciała   w   tym   miejscu   zaoponować,   mając   w   zanadrzu   setki   gotowych 

argumentów potwierdzających jej racje, jednakże dalszy ciąg tamtej pamiętnej rodzicielskiej 

dyskusji został przerwany wpadnięciem do mieszkania obu braci, sprzeczających się zajadle 

na tematy żeglarsko - hokejowe. Dzika Mrówka - jak to się zdarzało ostatnio coraz częściej - 

wychwalał „błękitny sport” (jak zaczął nazywać żeglarstwo) i coraz też częściej krytykował 

„biały sport”, czyli hokej. Jego Brat, czyli Jarek, bronił natomiast ze zwykłym mu spokojem i 

flegmą hokejowego lodowiska i czaru czarnego krążka.

Pokój   obu   braci   począł   też   stopniowo   zmieniać   swój   wystrój.   O   ile   dawniej 

dominowały   w   nim   symbole   „białego   sportu”,   a   więc   afisze   z   hokejowych   rozgrywek, 

złamany kij, pięć czarnych krążków złożonych w olimpijski symbol i tym podobne motywy 

dekoracyjne,   o   tyle   teraz   w   części   pokoju   zajmowanej   przez   Dziką   Mrówkę   zaczęły 

stopniowo pojawiać się jakieś na pół zardzewiałe szekle, kausze, wytrawione wodą morską 

drewniane bloki do lin, a nawet jakaś stara, postrzępiona i brudna biało - czerwona banderka. 

Gdy mama zaproponowała kiedyś swemu synowi, że ją upierze, poceruje i podszyje, Dzika 

Mrówka spojrzał z nie ukrywanym oburzeniem.

- No wie mama - zawołał - tego to ja się po mamie nie spodziewałem.

- O co ci chodzi, synku? - spytała mama, nie rozumiejąc powodu oburzenia.

- Przecież właśnie taka banderka ma wartość.

- Ale jakby ją uprać i podcerować... Przecież brudna i cała postrzępiona.

- A mama wie, gdzie ona się ubrudziła i co ją postrzępiło? - Dzika Mrówka powiedział 

to takim tonem, jak by to najmniej banderka powróciła tylko co z kosmosu albo nawet z 

samego księżyca.

- Nie wiem - przyznała szczerze mama. - A ty wiesz?

- No... właściwie... - zaczął niepewnie Marek, po chwili jednak dodał.

- Ale na pewno ubrudziła się na jachcie, prawdziwym, morskim jachcie. A wystrzępił 

ją prawdziwy, najprawdziwszy morski wiatr. Bo dostałem ją od jednego takiego, który należy 

do klubu.

- To mówisz, że morski wiatr - zastanowiła się mama - a niby czym to się taki morski 

wiatr różni od innych wiatrów? Tyle razy byłam na plaży, gdy wiał wiatr od morza. No i wiatr 

jak wiatr. Dmuchał i tyle. Wszystko jedno z której strony. Taki sam na morzu, jak i na lądzie.

background image

- Oj, mamo, mamo - zajęczał Marek. - Jak mama może mówić takie herezje! Morski 

wiatr to zupełnie coś innego. Widzi mama - Marek szukał odpowiedniego przykładu przez 

moment - to tak, jakby mama porównała marynarza i górala. Niby i to człowiek i to człowiek, 

a jednak coś innego, prawda? - zawołał uradowany, że znalazł tak proste wyjaśnienie.

- No, niby prawda... - zaczęła mama, ale Marek nie dał jej dokończyć.

-   Niech   mama   zaczeka   -   zawołał.   Podbiegł   do   biblioteki,   wyciągnął   opasły   tom 

encyklopedii na litery „Frang - Im” i zaczął wertować kartki.

- O, jest - ucieszył się - niech mama słucha. „Halny wiatr - polska nazwa wiatru typu 

fen; występuje w Karpatach i Sudetach, po ich stronie zawietrznej, przy przechodzeniu mas 

powietrza przez grzbiety górskie; wieje od szczytów ku dolinom, silny, porywisty, powoduje 

ocieplenie i spadek wilgotności względnej”. A więc widzi mama - triumfował Marek - jest 

„górski wiatr”?

- Pewno, że jest - mama wzruszyła lekko ramionami - każdy o tym wie, nie trzeba aż 

szukać w encyklopedii. Ale ty mówiłeś o morskim wietrze.

- Niech mama zaczeka - Dzika Mrówka wyciągnął inny tom, tym razem na litery „Bli 

- Deo”.

- „Bryza” - zaczął czytać, ale po chwili zamilkł mamrocząc jedynie cicho pod nosem. 

- Jest... - ucieszył się znów. - Jest. „Najsilniej rozwinięte są bryzy mórz i oceanów. Bryzy 

morskie wieją w dzień z morza na ląd, począwszy od godzin przedpołudniowych do zachodu 

słońca”... Albo „sztorm” - Dzika Mrówka wyciągnął już następną książkę - „Bardzo silny, 

porywisty wiatr o prędkości 90 - 102 kilometrów na godzinę i więcej, wiejący nad obszarami 

mórz i oceanów”.

- No widzi mama - triumfował Marek - że są morskie wiatry.

- Widzę, widzę - roześmiała się mama - ale w dalszym ciągu wydaje mi się, że jak 

zwał, tak zwał, ale w końcu i tak, i tak, na jedno wychodzi. Wiatr to wiatr, wszystko jedno 

jaki. Czy lądowy, czy morski. A mnie zawsze jednakowo głowa boli, jak wiatr wieje. I jak tu 

odróżnić jeden od drugiego?

- Mama to jest jednak uparta - skrzywił się Marek. Żeby prawidłowo odróżniać wiatry, 

trzeba być prawdziwym żeglarzem - tu Marek wypiął lekko pierś i podniósł nieco swą drobną 

twarzyczkę do góry.

- To niby o sobie mówisz? - włączył się Jego Brat, który wszedł do pokoju pod koniec 

dyskusji. - Taki z ciebie żeglarz, jak, nie przymierzając, z naszego Pitagorasa baletnica.

Dzika Mrówka już, już miał się obrazić na brata wątpiącego w jego żeglarskie talenty, 

gdy jednak usłyszał porównanie, roześmiał się nagle na cały głos. Pitagoras bowiem, czyli 

background image

inaczej   Profesor   Od   Matematyki,   był   -   przy   doskonałej   znajomości   swego   przedmiotu   - 

człowiekiem, którego nawet przy bardzo wybujałej wyobraźni niemożliwe było porównać do 

baletnicy.   Przy   niewielkim   wzroście   ważył   chyba   ze   120   kilogramów   i   wyglądał,   jak 

chodzący wzór na objętość kuli V = 4/3

Π

R

3

. Dzika Mrówka wyobraził sobie Pitagorasa z 

gracją wbiegającego na scenę w takt melodii na swych króciutkich, grubiutkich nóżkach, 

ubranego w krótką, sztywno sterczącą baletową spódniczkę.

Mama, która znała dobrze Pana Od Matematyki, też nie mogła powstrzymać się od 

śmiechu, mimo że zdawała sobie sprawę, iż jest to wybitnie niepedagogiczny śmiech... I tak 

zakończyła się dyskusja na temat morskich wiatrów, a mama zapomniała nawet przypomnieć 

Markowi,   żeby   schował   do   biblioteki   wyciągnięte   książki.   W   efekcie   biało   -   czerwona 

banderka   wisiała   nadal   nad   łóżkiem   Dzikiej   Mrówki   taka,   jak   była:   brudna   i   mocno 

wystrzępiona.

Znowu minęło parę tygodni, tata powrócił z kolejnego rejsu do rodzinnego domu w 

Gdańsku - Oliwie, a mama - jak zwykle w takim wypadku - wpadła w trans ekstra porządków 

i Wielkiego Pieczenia Ciast i SERNIKA na cześć POWRACAJĄCEGO Z MORZA. Pod 

koniec uroczystego powitalnego obiadu, gdy na stole pojawiła się kawa dla mamy i taty, a dla 

obu   braci   ulubiony   przez   nich   koktajl   złożony   w   połowie   z   soku   pomarańczowego   a   w 

połowie z grejpfrutowego, Dzika Mrówka z pełną buzią smakowitego ciasta powiedział:

- Ja mam taki problem...

- Kiedy masz pełną buzię, to nie mów - zwróciła uwagę mama.

Marek z trudem przełknął olbrzymi kęs sernika, aż mu oczy wyszły na wierzch i cały 

poczerwieniał   na   twarzy.   Mama   już,   już   chciała   uderzyć   syna   dłonią   w   plecy   metodą 

wypróbowaną   przez   wiele   pokoleń   mam,   jako   najbardziej   skuteczną   przy   wszelkich 

dławieniach się, ale Marek wypił parę łyków wspaniałego koktajlu, otarł łzy, które napłynęły 

mu do oczu, zaczerpnął głęboko powietrza i powtórzył:

- Ja mam taki problem...

- Jaki znowu problem? - zapytał tata, a mama spojrzała z wyraźnym niepokojem na 

swego syna, Dzika Mrówka bowiem powiedział te słowa nader poważnym tonem.

- Coś ty znowu nabroił? - zapytała wyraźnie przestraszona.

- Niech się mama nie boi - pośpieszył z wyjaśnieniem Dzika Mrówka - absolutnie nic 

z tych rzeczy...

- Fakt - przytwierdził Jarek pochłaniający powoli, ale z niezwykłą systematycznością, 

już trzeci kawałek sernika.

-   Jak   wiedziałeś,   to   dlaczego   nic   nie   mówiłeś   -   zwróciła   się   mama   do   Jarka   z 

background image

wymówką.

- Kiedy ja nic nie wiem.

- To dlaczego mówisz „fakt”? - indagowała uparcie mama.

- Dlatego, że Mrówka nic nie zbroił. Ani w szkole, ani na treningu, ani nigdzie. I 

dlatego powiedziałem: „fakt”.

Mama   odetchnęła   głęboko   i   z   roztargnienia   wzięła   drugi   kawałek   sernika   mimo 

niezwykle sumiennego i konsekwentnego dbania o linię, jak to określała, a „głodzenia się”, 

jak określali to obaj jej synowie.

- Mamo, czy mama da mi dojść do głosu? - jęknął zrozpaczony Dzika Mrówka.

- Mów, mów, synku, nikt ci przecież nie przeszkadza - powiedziała mama, a Marek 

tylko spojrzał na tatę, jakby w nim szukał współczucia i zrozumienia, tata jednakże zajęty był 

niezwykle pilnym mieszaniem cukru w filiżance aromatycznej kawy.

- No więc mam taki problem, że chcę się zapisać do klubu żeglarskiego - wypalił 

Dzika Mrówka.

- Bój się Boga! - wykrzyknęła mama.

- No i bardzo dobrze! - powiedział tata.

Oboje rodzice powiedzieli to jednocześnie, jednocześnie też spojrzeli na siebie. A na 

oboje patrzył z niepokojem Marek.

- Hm, hm - mruknął po chwili tata - a do jakiego klubu?

Zanim jednak chłopak zdążył odpowiedzieć, znowu włączyła się mama.

- Przecież masz tyle zajęć z hokejem. I treningi i mecze. I suche zaprawy - zaczęła 

wyliczać.

- Z hokejem koniec! - oznajmił Dzika Mrówka stanowczo.

Po tym oświadczeniu tata spojrzał na Micie, a Micia na tatę, oboje jednak nic nie 

powiedzieli. Odezwał się za to Jarek.

- Poważnie? - zapytał.

- Jak najpoważniej - przyświadczył Dzika Mrówka.

- Frajerze - powiedział flegmatycznie Jarek.

- Dlaczego zaraz „frajerze” - zaperzył się Marek: - I co ciebie to w ogóle obchodzi? I 

tak grasz przecież w innej drużynie.

- Fakt - stwierdził Jego Brat. - Ale jak ty zrezygnujesz, to kto mi będzie strzelał na 

bramkę? Zanudzę się na meczu, zamarznę na kość, jak nie będę miał ruchu...

-   No...   są   przecież   inni   strzelcy   -   powiedział   Dzika   Mrówka,   ale   tak   jakoś   bez 

przekonania. Wyraźnie było widać, że tych innych strzelców nie bierze bardzo poważnie.

background image

- Eee... inni - Jego Brat wydął lekceważąco wargi - inni tylko próbują, a ty Mrówa 

strzelasz. Zawsze, kiedy ty jesteś na boisku, mam najwięcej roboty w bramce. Fakt.

- Poważnie, Jaro? - Dzika Mrówka był najwyraźniej zdziwiony pochwalnymi opiniami 

Jego Brata.

- Jak mówię, to mówię. Fakt - potwierdził raz jeszcze Jego Brat.

Dzika Mrówka nic na to nie odrzekł, nie omieszkał jednakże spojrzeć na tatę i mamę z 

miną na temat: „widzicie sami, jakiego macie syna”. Przez moment zapadła cisza przy stole, 

Dzika Mrówka bowiem pod wpływem niespodziewanych braterskich pochwał zapomniał o 

czym zaczął mówić, a nawet wyglądał tak, jakby w ogóle zapomniał języka w buzi.

- No więc jak? - tata przerwał wreszcie przedłużającą się ciszę. - Czy w takiej sytuacji 

zrezygnujesz z hokeja?

- No... - zaczął niezbyt pewnie Dzika Mrówka, po chwili jednak dodał - jednak chyba 

żeglarstwo lepsze. Ja już mamie mówiłem, że na lodowisku to tylko tam i z powrotem, a na 

morzu, ho, ho, na morzu to można wszędzie...

- Ano, masz rację synu - powiedział tata i zapalił fajkę. Mama spojrzała na tatę, w jej 

spojrzeniu wyraźnie było widać dezaprobatę, ale nic nie powiedziała i zaczęła sprzątać ze 

stołu.

- Widzisz, synu - tata wstał od stołu i rozsiadł się wygodnie w obitym skórą fotelu, 

puszczając   od   czasu   do   czasu   kłęby   aromatycznego   dymu   z   fajki   -   ja   też   sobie   tak 

pomyślałem, gdy miałem mniej więcej tyle lat, ile ty teraz.

Jak wam już mówiłem, byłem wtedy harcerzem. Wodnym harcerzem, jak się wtedy 

mówiło. W harcerskiej drużynie żeglarskiej. Na początku, na samym początku, tuż po wojnie, 

było znacznie więcej dobrych chęci niż możliwości. Nie było ani na czym pływać, ani gdzie. 

Prawie wszystko, co nadawało się do pływania w portach Gdańska i Gdyni, leżało zatopione 

na dnie basenów i wód przybrzeżnych. W ostatnich tygodniach i dniach przed wyzwoleniem 

Wybrzeża, gdy hitlerowcom robiło się coraz ciaśniej, pozostała jedyna droga ucieczki dla 

tych wszystkich, którzy jak ognia bali się spotkania z żołnierzami nacierających armii. Tą 

drogą było morze. Niemcy, a szczególnie ci, którzy specjalnie „zasłużyli się” w czasie wojny 

na   Wybrzeżu,   teraz   opuszczali   w   pośpiechu   nadmorskie   miasta.   Ładowali   się   całymi 

tysiącami  na statki stojące w Gdyni. Razem z rodzinami i całym  swoim mieniem.  Statki 

wychodziły potwornie przeładowane  i starały się uciec na zachód, na tereny,  do których 

jeszcze nie dotarły wojska zwycięskiej ofensywy.

Początkowo   uciekano   na   dużych   statkach   pasażerskich   i   transportowcach.   Nie 

wszystkim udało się przedrzeć przez Bałtyk. Wiele z tych statków zostało zatopionych wraz z 

background image

uciekinierami. Potem było coraz trudniej. Pod koniec, gdy zabrakło już statków w portach 

Wybrzeża, niektórzy Niemcy próbowali uciekać na jachtach. Większość tych jachtów została 

zatopiona w morzu i zginęła bezpowrotnie dla żeglarstwa. Ale i te, które pozostały aż do 

zdobycia   Gdańska   i   Gdyni   w   portach,   nie   nadawały   się   do  użytku.   Hitlerowcy   topili  je, 

wrzucając   do   wnętrza   kadłubów   granaty   i   ładunki   wybuchowe,   drewniane   jachty   palili. 

Zniszczyli też baseny jachtowe. Na przykład w Gdyni cały falochron basenu, w którym przed 

wojną stały polskie jachty, był całkowicie zniszczony.

Naprawdę zupełnie nie wiadomo, po co Niemcy tak dokładnie to wszystko zniszczyli. 

Przecież basen jachtowy nie przedstawiał żadnej wartości jako obiekt wojskowy. Tak samo 

jachty. Ale niszczono wszystko niezwykle starannie, żeby nic, co wpadnie w nasze ręce, nie 

nadawało się do użytku.

Dlatego my musieliśmy zaczynać zupełnie od początku. A nawet jeszcze gorzej niż od 

początku, bo żeby w ogóle cokolwiek zacząć, trzeba było oczyścić ten olbrzymi śmietnik. A 

w   śmietniku   -   oprócz   zniszczonych   jachtów,   hangarów   i   wyciągów   -   były   też   miny. 

Rozbrajali je saperzy. Dopiero potem my mogliśmy tam wejść.

Chłopcy, co to była za radość, kiedy udało nam się podnieść pierwszy drewniany jacht 

z   wody!   Załataliśmy   go   jako   tako   klepkami,   wymyliśmy,   wyszorowali   dokładnie, 

skombinowaliśmy   gdzieś   cudem   trochę   białej   farby   i   pomalowali   go,   wreszcie   z   kilku 

ocalałych na pół sparciałych żagli zszyliśmy jeden lichy komplet. Ożaglowanie było gaflowe i 

jacht nosił dwa tylko żagle: grota i foka. Biedniusieńkie to było, bloczki zacinały się raz po 

raz, szoty i fały pękały ustawicznie i co chwila trzeba było stawać w dryfie i szplajsować je 

czyli splatać. Gdy po raz pierwszy udało nam się wypłynąć za poszczerbiony w czasie wojny 

falochron, dumni byliśmy na pewno bardziej niż teraz ktokolwiek ze sławnych żeglarzy po 

opłynięciu dokoła świata czy po pokonaniu Przylądka Horn.

Daleko   to   wtedy   nie   pływaliśmy.   Dużo   jeszcze   było   obszarów   zaminowanych   i 

niebezpiecznie było wypuszczać się „w nieznane”, a ponadto Wojsko Ochrony Pogranicza nie 

pozwalało absolutnie przebywać na morzu po zapadnięciu zmroku. Takie wtedy były jeszcze 

niespokojne czasy. Ale dobre było i to, co było.

Pamiętam też swój kurs żeglarski latem 46 roku w Postominie, tak bowiem wtedy 

nazywała   się   Ustka.   I   zgadnijcie,   kto   był   jednym   z   moich   ówczesnych   instruktorów   - 

wykładowców, kto mnie w Postominie uczył żeglarstwa? Nigdy byście nie zgadli. A to wasz 

dobry znajomy.

- Znajomy? - zdziwili się chłopcy.

- No, można go tak nazwać. Co prawda on was nie zna, ale za to wy znacie go bardzo 

background image

dobrze. I spotykacie się z nim nawet bardzo często. Chyba co tydzień.

- On nas nie zna, a my się z nim spotykamy? - zdziwił się Dzika Mrówka. - Tata nas 

puszcza w maliny. Przecież to niemożliwe.

- A właśnie, że możliwe. Bo wtedy, w 46 roku, w Postominie jednym z instruktorów 

był pan Michał Sumiński.

- Pan Sumiński! - krzyknęli chłopcy. - Ten ze Zwierzyńca? Ten z wąsami?

- Ten samiuteńki - roześmiał się tata - ale wtedy, o ile sobie przypominam, chyba nie 

miał wąsów, no a o Zwierzyńcu ani w ogóle o telewizji nikt nawet i nie myślał.

Wracając do naszej historii, przypłynął potem ze Szwecji zamówiony jeszcze przed 

wojną   duży   jacht,   który   nazwano   „Generał   Zaruski”.   Właśnie   na   nim   przez   kilka   lat 

kapitanował Michał Sumiński. Wyciągano też z wody coraz więcej jachtów, zaczęto szyć 

nowe żagle i pleść nowe liny. I tak to się wszystko zaczęło...

- A tata długo żeglował? - zapytał zasłuchany w ojcowską opowieść Dzika Mrówka.

- Zaledwie parę lat, bo potem była matura i zacząłem pracować na statkach. Wtedy już 

nie miałem ani czasu, ani możliwości.

- A w regatach tata brał udział?

- Brałem. Chyba w 48 roku. Start i meta były obok zakończenia mola w Sopocie.

- No i co? Wygraliście?

- Nie za bardzo. Prawdę mówiąc musieliśmy przerwać wyścig i wycofać się z regat.

- Dlaczego?

- Długo by mówić. Tak pokrótce sprawa wyglądała w ten sposób: w czasie drugiego 

okrążenia (okrążeń było trzy) przy boi, gdzie musieliśmy wykonać zwrot, wpakował nam się 

przed dziób taki duży, piękny jacht. Jak się potem okazało, na jego pokładzie był Ktoś Bardzo 

Ważny i tego Kogoś nasz kapitan zobaczył  w ostatniej chwili. Miał dwie możliwości do 

wyboru: albo wpakować się prosto na tamten jacht i zniszczyć (a przynajmniej uszkodzić) 

oba, albo zrobić gwałtowny zwrot przez rufę na silnym wietrze i zderzyć się z boją. My 

mieliśmy absolutnie prawo pierwszeństwa, ale co z tego. Po pierwsze szkoda byłoby takiego 

pięknego jachtu, a po drugie nie wiadomo, jak by to było z naszym prawem drogi ze względu 

na tego Kogoś Bardzo Ważnego. Dlatego nasz kapitan, zresztą mój kolega - obecnie jest 

kapitanem na jednym z polskich statków i to on właśnie spotkał przypadkowo na pełnym 

morzu Leonida Teligę wtedy, kiedy już wszyscy w Polsce martwili się brakiem wiadomości o 

Wielkim Samotniku - otóż nasz kapitan zdecydował się na ryzykowny przy takiej pogodzie 

zwrot.   Przy   zwrocie   porwał   się   nam   grot,   wpadliśmy   na   boję,   a   potem,   tylko   na   foku, 

podchodziliśmy chyba z pięć razy do mola w Sopocie, zanim nam się to udało.

background image

Potem zresztą przestaliśmy przy molo prawie dwa dni i dwie noce, bo sztorm się taki 

rozhulał, że nie można było ryzykować sztormowania do Gdyni, gdzie był nasz port. Narwało 

wtedy żagli co nie miara, a jeden z jachtów, chyba „Janek”, został nawet wyrzucony na plażę. 

Ratowaliśmy wtedy tamtą załogę, zimno było diabelnie, a oni przemoczeni do suchej nitki i 

osłabieni tak, że zębem na ząb nie trafiali.

My też mieliśmy już dość, bo spaliśmy na jachcie, a że molo nie dawało żadnej osłony 

od wiatru, szarpało nami w dół i w górę przez cały ten czas.

Pamiętam, że tuż przy molo zatonął wtedy taki mały stateczek przybrzeżnej żeglugi. 

Wiatr   wepchnął   go   pod   pomost,   przyszła   fala,   zalała   całego   i   poszedł   na   dno,   ledwo 

konduktor zdążył z niego wyskoczyć z torbą z biletami i pieniędzmi.

- Konduktor? - zdziwili się chłopcy patrząc z niedowierzaniem na tatę.

-   A   tak,   konduktor,   bo   ten   stateczek   należał   bodajże   do   Miejskich   Zakładów 

Komunikacyjnych. Tak jak tramwaje, autobusy i trolejbusy. Dokładnie pamiętam, że ten facet 

miał tramwajarską czapkę na głowie.

-   A   mówiłam,   że   to   całe   żeglarstwo   jest   niebezpieczne   -   wtrąciła   mama,   która 

pozmywała już naczynia po obiedzie i wróciła do pokoju.

-   Oj,   Miciu   -   żachnął   się   tata   -   tamten   stateczek   zupełnie   niepotrzebnie   stał   po 

nawietrznej sopockiego mola. My staliśmy po zawietrznej, więc nic nam się nie stało.

- Po zawietrznej czy po nawietrznej,  wszystko  jedno. Najważniejsze,  że zatonął - 

stwierdziła mama, wyraźnie dążąc do zakończenia żeglarskiej dyskusji.

- No, Mrówa - powiedział tata wstając z fotela i ponownie nabijając wygasłą już fajkę 

- skończymy wieczorem naszą rozmowę o twoim klubie. A teraz, chłopcy, do lekcji.

- Oj, tato - zawołali obaj chłopcy chórem - tak fajno tata opowiadał. Lekcji nie mamy 

prawie wcale. Zrobimy raz, dwa.

- Jak zrobicie to „prawie wcale”, to pogadamy - uciął krótko tata, a chłopcy wiedzieli, 

że kiedy tata powie coś takim właśnie tonem, nie ma co liczyć na odwołanie.

Efekt   wieczornej   rozmowy   byt   taki,   że   Dzika   Mrówka   zapisał   się   do   klubu 

żeglarskiego   składając   jednocześnie   rezygnację   w   klubie   hokejowym.   Trener   Marka,   pan 

Staszek, był niepocieszony.

- Same nieszczęścia na mnie spadają tego roku - narzekał. Tyle lat jeżdżę na łyżwach i 

musiałem złamać nogę w taki głupi sposób. Ledwo mi się zrosła, teraz znów ty zwalniasz się 

z klubu ni z tego, ni z owego. Rozbija mi to koncepcję szkolenia ataku, Cały rok roboty na 

nic.

Dzika Mrówka już, już miał się zapytać pana trenera, jaki jest - w przeciwieństwie do 

background image

głupiego   -   mądry   sposób   łamania   nóg   na   łyżwach,   zrezygnował   jednakże,   czuł   bowiem 

podświadomie, że pytaniem tym nie wprowadzi pana Staszka w lepszy humor zmilczał więc i 

postanowił to zagadnienie przemyśleć samodzielnie.

Mimo że pan Staszek przytoczył wiele argumentów przemawiających za pozostaniem 

Marka w drużynie. Dzika Mrówka był twardy w swoim postanowieniu i nie chciał zostać w 

klubie nawet do zakończenia sezonu. Już za niecałe dwa tygodnie rozpoczynał się bowiem 

KURS ŻEGLARSKI.

Szykując się do tego KURSU widział już oczyma wyobraźni białe łopoczące żagle na 

wysokich   masztach,   przed   dziobem   bezkres   błękitnej   rozjaśnionej   słońcem   wody,   a   przy 

rumplu sterowym siebie. Dziką Mrówkę, kapitana morskiej żeglugi jachtowej.

Tymczasem... ale nie ubiegajmy faktów.

Kurs żeglarski w klubie, do którego zapisał się Marek - Dzika Mrówka, rozpoczął się 

bardzo   wczesną   wiosną.   Już   na   kilka   dni   przedtem   chłopak   chodził   niezwykle 

podekscytowany, a nawet zaczął szykować „komplet wyposażenia żeglarskiego”, jak określił 

przygotowywany zestaw.

Przede wszystkim rozpoczął od dokładnej penetracji miejskiego targowiska, które w 

środy i soboty wypełniał różnoraki tłum handlujących. Oprócz sprzedawczyń serów, jajek, 

grzybów, marchwi i innych jarzyn czy owoców, w rogu targawiska zgromadzili się ludzie 

sprzedający najrozmaitsze, często niezwykle dziwaczne, przedmioty. Można tam było znaleźć 

stare monety, dawno wycofane  z obiegu banknoty, które  niegdyś  przedstawiały poważną 

wartość, a dziś warte były niewiele więcej niż zadrukowany papier; można było zobaczyć 

fragmenty   jakichś   mechanizmów   niewiadomego   przeznaczenia,   dalej   -   posegregowane 

według   wielkości   -   znajdowały   się   klamki   najrozmaitszych   typów,   zardzewiałe   klucze   o 

dziwnych   kształtach,   zamki   do   drzwi,   krany,   resztki   starych   zegarów   i   tym   podobnych 

rupieci, zdolnych zafascynować niejednego młodego człowieka o nawet średnio rozwiniętej 

wyobraźni,   a   co   dopiero   Dziką   Mrówkę,   którego   wyobraźnia   pracowała   -   jak   twierdzili 

niektórzy z kolegów - na najwyższych obrotach. Tam też, po kilkudniowych poszukiwaniach, 

Marek odnalazł, ukryty wśród innych rupieci, a następnie kupił - po długim i pełnym napięcia 

targu   -   wspaniały,   choć   z   wyraźnymi   śladami   wieloletniego   używania,   prawdziwy   nóż 

żeglarski.   Krótki,   gruby,   pękaty,   oprócz   solidnego   ostrza   z   doskonałej   stali   posiadał 

prawdziwy marspikiel, bez którego - co już Markowi było wiadome - nie można było sobie 

wyobrazić żadnych poważnych żeglarskich robót linowych.

Tam też znalazł małą zgrabną szeklę, która po wielogodzinnym odczyszczaniu z rdzy i 

słonych nalotów okazała się doskonała do zawieszenia właśnie owego żeglarskiego noża na 

background image

pasku.

Udało mu się także przehandlować z byłym  kolegą z hokejowej drużyny zupełnie 

jeszcze dobry kask z ochroną na podbródek na sztormową kurteczkę z kapturem o wspaniale 

krzykliwym,   jaskrawożółtym   kolorze.   Trochę   żal   było   Dzikiej   Mrówce   pozbywać   się 

pamiątkowego  dlań   hokejowego  kasku,  z  drugiej  jednak  strony kurteczka   była  naprawdę 

wspaniała.  Powiedział  sobie tedy,  Marek „nic  to” i zdecydował,  że dla żeglarstwa  warto 

ponosić największe choćby ofiary, no i dokonał zamiany.

Gdy mama zobaczyła ten ostatni nabytek syna, załamała się i krzyknęła.

- A gdzieżeś ty znalazł takie paskudztwo?

-   Co   też   mama   mówi   -   oburzył   się   Dzika   Mrówka   -   żadne   paskudztwo,   tylko 

prawdziwa, żeglarska, pełnomorska sztormanka. Niech mama obejrzy dokładnie.

Mama obejrzała, a nawet przymierzyła i stanęła przed lustrem. Sztormanka pasowała 

na nią jak ulał, może była tylko ciut, ciut przyciasna tu i ówdzie.

- No wiesz, może rzeczywiście nie jest to aż takie paskudztwo - powiedziała po chwili 

do syna, okręcając się przy tym przed lustrem i bezskutecznie usiłując zobaczyć, jak też leży z 

tyłu. - Żeby nie ten przeraźliwy kolor.

- Kolor jest klasa. Z daleka widać go będzie na wodzie. Aż w oczy kłuje - dowodził 

Marek.

- Na wodzie? - podchwyciła mama. - A niby dlaczego na wodzie?

- No, jak na przykład wypadnie się za burtę - powiedział Marek, ale już w tym samym 

momencie   pożałował   tego,   mama   bowiem   zbladła   gwałtownie   i   szybko   zdjęła   z   siebie 

jajecznicowatą kurteczkę.

- Coś ty powiedział? - popatrzyła na syna, a oczy jej wyraźnie się przy tym zapociły. - 

Że jak wypadnie się za burtę? Dobrze wiedziałam, dlaczego nie chciałam zgodzić się na ten 

twój klub żeglarski. Jak ty masz zamiar na morzu WYPADAĆ ZA BURTĘ...

-   Ale   nie   mam   zamiaru,   mamo   -   jął   zapewniać   Marek   -   tak   mi   się   tylko   głupio 

powiedziało.  Zresztą  gdyby  nawet, to jeszcze  nie tragedia, przecież każdy na jachcie ma 

kapok.

- Co ma? - zapytała mama.

- Kapok - powtórzył Marek - no taki pas ratunkowy - wyjaśnił.

W dniu kiedy Dzika Mrówka po raz pierwszy poszedł po południu na kurs żeglarski 

starannie zapakowawszy do torby jajecznicowatą szturmankę, a do pasa przytroczywszy na 

szekli żeglarski nóż, pogoda była zupełnie nijaka. Ot, takie sobie zwykłe wczesnowiosenne, 

niezdecydowane, szare popołudnie. Ani słońce, ani deszcz i Marek miał nawet o to do natury 

background image

pretensję.   Bo   w   taki   dzień,   kiedy   ON   rozpoczynał   KURS   ŻEGLARSKI,   powinno   albo 

świecić  słońce „na cały regulator”, takie od ucha do ucha, od którego wszystkim dokoła 

byłoby i radośniej i uroczyściej, albo - co też nie byłoby najgorsze - w TAKI dzień powinien 

być prawdziwy, silny, sztormowy wiatr, który by niósł ostry, zacinający deszcz. Wtedy Dzika 

Mrówka mógłby ubrać się w swój jaskrawożółty sztormiak, wtedy mógłby przedzierać się 

przez sztorm i deszcz, wtedy musiałby pokonać na swej DRODZE NA MORZE pierwsze 

duże trudności.

Kiedy Marek wrócił do domu, dawno zapadł wieczór i Jarek był już po kolacji. Mama 

jednak   czekała  cierpliwie   na  swego   drugiego  syna,  odgrzewając   raz  po  raz   jedną  z   jego 

ulubionych   potraw:   leniwe   pierożki.   Inna   rzecz,   że   Dzika   Mrówka   miał   dość   tych 

„ulubionych potraw” i zawsze powtarzał zasłyszane gdzieś powiedzonko, że „jedzenie może 

być dobre, byleby go było dużo”.

Teraz było i dobre, i dużo, Marek jednak siadł do kolacji bez zwykłego entuzjazmu.

- Jak było? - zapytał Jego Brat, tkwiący już w fotelu przed telewizorem, bo właśnie 

leciał jakiś western, w dodatku z Jamesem Stewartem w roli głównej.

- Zwyczajnie - mruknął Dzika Mrówka i udał, że jest bardzo zajęty jedzeniem.

Jego Brat więcej nie pytał, szczególnie że akurat James Stewart wpadł był w jakieś 

bardzo groźne tarapaty, z których właściwie nie było już żadnego wyjścia.

W kuchni była jednak mama i od razu wyczuła z zachowania Dzikiej Mrówki, że coś 

było nie tak, jak jej syn się spodziewał.

-   Nie   masz   żadnych   kłopotów?   -   spytała   wreszcie   bezpośrednio,   nic   jej   bowiem 

lepszego   nie   przychodziło   do   głowy,   żaden   obojętny   temat,   od   którego   można   by   było 

zgrabnie przejść do tego właśnie pytania.

- Nie, dlaczego? - Dzika Mrówka podniósł głowę znad na pół już opróżnionego talerza 

leniwych pierogów.

- Tak sobie pomyślałam - powiedziała mama i udała, że pilnie zmywa jakieś garnki.

- A jak ci poszło na kursie? - zapytała znowu po chwili.

- Dobrze - odparł chłopak z wyraźną niechęcią.

- Interesujący ten kurs? - mama nie dawała za wygraną. Marek nic nie odpowiedział, 

co zresztą nie wynikało ze złego wychowania, tylko z tego, że miał usta całkowicie wypchane 

pierożkami.

Dopiero   gdy   zjadł   pierożki,   gdy   przełknął   już   ostatniego   i   popił   gorącą   herbatą, 

powiedział nagle:

- Bo wie mama, co ja mamie pawiem? - i nie czekając odpowiedzi na to retoryczne 

background image

niby - pytanie, kontynuował: - Z tym kursem to lepsza lipa. Ja myślałem, że kurs żeglarski to 

kurs żeglarski. Że zaczniemy pływać na jachtach, że będą nas uczyli, jak stawiać żagle, jak 

splatać liny, jak sterować, jak robić zwroty i takie tam różne inne rzeczy. A tymczasem...

- Co tymczasem? - podchwyciła mama.

- Tymczasem to taka sama szkoła jak w szkole, tyle że jeszcze gorsza, bo po południu 

i ciasno tam i nawet nie ma porządnej tablicy. Ten pan maluje wciąż kredą na tej małej tablicy 

i dyktuje. Jakieś wektory, jakieś rozkłady sił, jakieś kąty natarcia i same takie rzeczy.

Jak bym  chciał się uczyć  matematyki,  to bym  się zgłosił do Pitagorasa, do kółka 

matematycznego, a nie na kurs żeglarski. Tam każą wciąż tylko pisać, rysować, notować. I 

jeszcze każą nam się tego nauczyć  na drugi wykład, bo pan powiedział, że będzie pytał. 

Jeszcze tylko brakuje klasówki albo i dziennika ze stopniami! Chociaż dziennik to nawet i 

jest.  Sprawdzają  obecność   na  każdej  godzinie.  Zupełnie   jak  w   szkole  -  powtórzył  Dzika 

Mrówka i skrzywił się z niesmakiem.

- A to źle czy dobrze? - rozległ się nagle głos taty, który tymczasem przyszedł do 

domu i od dłuższej chwili stał, nie zauważony przez mamę i Marka, w drzwiach wiodących z 

korytarza do kuchni i słyszał całą synowską wypowiedź.

- Pewno, że źle - stwierdził chłopak.

- To ty byś chciał od razu na jachty, pod żagle, pływać w dalekie rejsy?

- Pewno, że tak. Każdy by chciał...

- No tak, rozumiem. To jasne. Ale widzisz, na świecie już tak jest, że po pierwsze, nie 

od razu Kraków zbudowano i trzeba wszystko powolutku, krok po kroku, a po drugie... Po 

drugie każda przyjemność kosztuje i za wszystko trzeba płacić. Pieczone gołąbki nie lecą 

same do gąbki - zakończył tata sentencjonalnie i pogłaskał syna po głowie.

- Ale nie martw się - dodał. - Wszystkie  początki zawsze są trudne, za to potem 

przyjemność będzie tym większa, im trudniej przyszło ją zdobyć.

Mama spojrzała w tym momencie na tatę z wyraźnym podziwem i widocznym na 

pierwszy   rzut   oka   zdziwieniem,   a   nawet   wydawało   się   przez   moment,   że   chciała   coś 

powiedzieć, ale ostatecznie zabrała się z wielką energią do wycierania pomytych talerzy.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

W KTÓRYM PEŁNO JEST SKROBAKÓW, SZCZOTEK, PĘDZLI, 

PUSZEK Z FARBĄ I BĄBLI NA RĘKACH ORAZ POWSTAJĄ 

WIELKIE PLANY, A DZIKĄ MRÓWKĘ PRZEŚLADUJĄ ROZMAITE 

PRZECIWNOŚCI LOSU

Po kolejnej szkolnej wywiadówce, na której okazało się, że Marek uczy się zupełnie 

nieźle i na której mama uspokoiła się trochę co do przyszłych losów jednego ze swych synów 

- bliźniaków, Dzika Mrówka uzyskał cichą akceptację swoich żeglarskich namiętności. A że i 

na   kursie   teoretycznym   sytuacja   jakoś   się   zaczęła   klarować,   wykłady   stały   się   znacznie 

bardziej   zrozumiałe   i   jaśniejsze,   żeglarsko   -   astronomiczno   -   meteorologiczne 

zainteresowania Marka nie tylko nie słabły, ale nawet rozwijały się coraz bujniej.

Jakoś  tak wraz z nadejściem  pierwszych  cieplejszych  dni rozpoczęły się pierwsze 

„zajęcia praktyczne”, jak poinformowano na kursie adeptów żeglarskiej sztuki i przyszłych 

„jachtowych   wilków   morskich   żeglugi   wspaniałej”   (tak   dobrotliwo   -   złośliwie   nazywał 

młodych kursantów szef szkoleniowy klubu, stary żeglarski doświadczony wyjadacz, który z 

niejednego morza wodę pijał).

Przystań   klubowa   leżała   oczywiście   nad   wodą.   Co   prawda   -   ku   pewnemu 

rozczarowaniu Marka - nie bezpośrednio nad brzegiem morza, tylko nad jedną z wiślanych 

odnóg przecinających Gdańsk. Sytuację - w opinii Dzikiej Mrówki - ratował nieco fakt, że 

tuż, tuż obok klubowej przystani znajdowały się miejsca o wspaniale brzmiących nazwach, 

jak na przykład: „Nabrzeże Szyprów”, „Nabrzeże Retmanów”, a dalej, za mostem, „Nabrzeże 

Flisaków” i dzielnica Sienna Grobla czy wreszcie Polski Hak, tak bardzo z historią Gdańska i 

morską historią Polski związany. A jeszcze dalej, wraz z biegiem Martwej Wisły do morza, 

rozciągał   się   wspaniały,   długi   na   wiele   kilometrów   gdański   port,   błyskała   ognikami 

spawanych konstrukcji Stocznia Gdańska i Remontowa, gdzie szykowały się do kolejnych, 

bardzo dalekich rejsów, najróżniejsze statki. I tą Martwą Wisłą można było wypłynąć - obok 

pięknego pomnika Bohaterów Westerplatte - na szerokie wody Gdańskiej Zatoki.

Mogłoby być lepiej - myślał Marek, dochodząc wraz z nowymi kolegami do klubowej 

przystani jachtowej - przystań mogłaby leżeć bezpośrednio nad pełnym morzem, żeby od razu 

za   falochronem   widać   było   szeroko   i   daleko,   tak   jak   na   przykład   w   Gdyni,   w   basenie 

jachtowym; ale i tak też nie jest źle. W końcu co port, to port. I do tego bardzo stary, z 

background image

historią jak należy. Prawdziwie pełnomorski.

Dzika Mrówka z kolegami dotarł wreszcie do przystani. Na dużym placu tkwiły na 

specjalnych drewnianych stojakach jachty powyciągane z wody na zimowy sen. Przykryte 

brezentami,   pozbawione   smukłych   masztów,   nie   wyglądały   ani   zgrabnie,   ani   elegancko. 

Trudno   było   przypuścić,   że   właśnie   te   oto   -   mniej   lub   bardziej   bezkształtne   -   bryły   w 

połatanych pokrowcach, z zaciekami brudu i rdzy na burtach, z odłupanymi płatami lakieru, 

potrafią   zgrabnie   lawirować   po   nie   ograniczonych   niczym   wodach   mórz   i   oceanów,   że 

potrafią rozcinać dziobami atakujące fale, że w ogóle potrafią pływać.

Zimujących jachtów było sporo, jako że klub, do którego wstąpił Marek, był klubem 

zamożnym i z wieloletnią już tradycją.

Chłopcy weszli na teren przystani i stanęli między jachtami rozglądając się ciekawie.

- Mieliśmy się zgłosić do klubowego bosmana - Dzika Mrówka przypomniał kolegom.

- Ale gdzie on? I jak wygląda? - zapytał Janek, zwany dla swej niepośledniej tuszy 

Baleronem.

- Trzeba poszukać - zdecydował Marek i ruszył w kierunku drewnianego baraku.

- A cóż to, ROBASZKOWIE ŚWIĘTOJAŃSCY!!?? - tubalny głos doleciał nagle od 

strony jednego z jachtowych kadłubów, z którego ściągnięto już szary brezentowy kokon.

Dzika   Mrówka   drgnął   gwałtownie.   Zaskoczyła   go   nie   tyle   tubalność   i   nagłość 

okrzyku, ile słowa, dość oryginalnie sformułowane.

„Robaszkowie świętojańscy!” - powtórzył w myśli i nagle stanął mu w pamięci, jak 

żywy, pan Wacek, magazynier ze statku, na którym wraz ze swym bratem - bliźniakiem odbył 

- pod opieką taty - wspaniałą wyprawę do afrykańskich brzegów. On też mówił podobnie: 

„Robaczek świętojański”.

I przypomniały się Markowi od razu i brudne talerze z wirówki, i jeszcze brudniejsze 

filtry,   i   gorący   zaduch   okrętowej   maszynowni,   w   której   przepracował   tyle   godzin   w 

powrotnym rejsie z afrykańskiego Kaolacku do polskiego Gdańska.

Wszyscy   chłopcy,   jak   jeden,   spojrzeli   w   kierunku,   skąd   dochodził   tubalny   głos, 

dudniący   echem   jak   w   głębi   cembrowanej   studni,   nikogo   jednak   w   pobliżu   jachtu   nie 

zauważyli.

- No i co tak stoicie, robaszkowie? Nie słyszycie, że do was mówię? Co was tak 

zamurowało, że wyglądacie jak sople lodowe na sopockim molo w czasie najgorszej zimy 

stulecia, robaszkowie świętojańscy? HĘ? - zahuczało znów od strony jachtu.

- Kiedy nie  widzimy,  kto nas woła!  - jako  pierwszy odważył się  odezwać Dzika 

Mrówka.

background image

- Nie widzicie, HE, HE! - zadudniło znów głębokim basem. - Bo nie umiecie patrzeć, 

robaszkowie mili!

Nad   pokład   odsłoniętego   spod   brezentowej   powłoki   jachtu   wypłynęła   najpierw 

olbrzymia,   zmierzwiona,   jasno   -   blond   grzywa   włosów,   potem   szeroka,   mocno   ogorzała 

twarz, ozdobiona rozwichrzoną brodą i sumiastymi wąsami. Dalej ukazały się dwie ogromne, 

jak bochenki, dłonie, z paluchami jak wcale niemałe kiełbaski - parówki, szeroka i okrągła, 

jak pokrywa od dużej beczki, pierś, okryta poplamionymi farbami starym swetrem.

- Dzień dobry panu! - Dzika Mrówka powiedział grzecznie do olbrzyma na jachcie. - 

Czy pan jest klubowym bosmanem?

-   A   co,   robaszkowie   świętojańscy,   czy   wyglądam   na   kogoś   innego?   Może 

pomyśleliście, że jestem baletnicą albo sekretarką pana dyrektora?

Dzika   Mrówka   i   jego   koledzy   wyobrazili   sobie   olbrzyma   na   pokładzie   jachtu   w 

charakterze baletnicy i wybuchnęli zgodnym śmiechem.

-   No,   no   -   zahuczał   znów   olbrzym   -   tylko   bez   zbytniej   poufałości,   robaszkowie 

świętojańscy! Otóż wiedzcie, że JA tu jestem BOSMANEM. I nikt inny nie ma tu nic do 

rządzenia. ZROZUMIALE ROBASZKOWIE ŚWIĘTOJAŃSCY?

- Zrozumiałe! - odkrzyknęli chłopcy chórem.

-   Mówi   się:   zrozumiałe,   panie   bos   -   pouczył   ich   Bosman   -   ale   na   pierwszy   raz 

wybaczam.

Wynurzył   się   już   teraz   całkowicie   z   wnętrza   jachtu,   wylazł   na   pokład   w   całej 

okazałości   swej   pokaźnej   tuszy,   ukazując   chłopcom   równie   poplamione   jak   sweter   stare 

dżinsowe   spodnie,   z   trudem   opinające   obfite   bosmanowe   kształty,   po   czym   zeskoczył   z 

pokaźnej wysokości tkwiącego na stojaku jachtu z wdziękiem i lekkością prawie dorosłego 

hipopotama.

Chłopcom wydało się, że są świadkami lekkiego trzęsienia ziemi, a Dzika Mrówka 

gotów   był   nawet   przysiąc,   że   wyraźnie   usłyszał   głębokie   westchnienie   ulgi,   jakie   wydał 

uwolniony od nadmiernego ciężaru jacht.

- Wy - tu, chłopcy, do roboty - ni to zapytał, ni to stwierdził Bosman.

- My na kursie... żeglarskim kursie - powiedział dość nieśmiało Baleron.

- Na kursie! - zahuczał Bosman. - To zrozumiałe, że na kursie, bo inaczej by was tu 

nie było. Ale co innego wykłady na kursie, a co innego tu, w moim królestwie. Zrozumiałe, 

robaszkowie?

- Zrozumiałe - powtórzył ten i ów.

- Nie bardzo dosłyszałem - Bosman osłonił potężne ucho, z którego wyłaziły kępki 

background image

włosów, jeszcze bardziej potężną dłonią. - Zrozumiałe czy nie, hę?

- Zrozumiałe - odkrzyknęli chłopcy chórem.

- No, to już lepiej - mruknął basem Bosman - ale, o ile sobie przypominam, zostaliście 

już poinstruowani, jak macie odpowiadać mili robaszkowie świętojańscy, hę?

-   Zrozumiałe,   panie   bos!   -   wrzasnęli   wszyscy,   a   najgłośniej   wrzasnął   oczywiście 

Dzika Mrówka.

-   No,   prawie   zupełnie   dobrze   -   Bosman   zmrużył   porozumiewawczo   jedno   oko.   - 

Chyba będą z was żeglarze, robaszkowie. Teraz przydzielimy robotę. Widzicie tę krypę? - 

wskazał grubym paluchem na odsłonięty spod brezentu odrapany jacht.

-  Widzimy!  -  wrzasnęli  chłopcy,  a  widząc   oczekiwanie  malujące  się   wyraźnie  na 

bosmanowej twarzy, dodali pośpiesznie - panie bos!

- Teraz dobrze, robaszkowie - twarz Bosmana rozciągnęła się w uśmiechu. - To będzie 

wasz jacht. Ty, ty, ty, i ty - wskazał paluchem na Dziką Mrówkę, Balerona, Chudego Mańka i 

Ryżego, którego tak nazywali, choć wcale nie był ani rudy, ani piegowaty. - W tamtej szopie 

dostaniecie   narzędzia   od   magazyniera,   a   ty   -   wskazał   na   Marka   -   będziesz   brygadzistą, 

robaszku, i zgłosisz się do mnie po szczegółowe instrukcje. Jak się nazywasz, robaszku?

- Dzika Mrówka - podpowiedział Baleron, zanim Marek zdążył otworzyć usta.

- Niby jak robaszku, hę! - zdziwił się Bosman. - Dzika co?

- Dzika Mrówka - powtórzył Baleron.

- Które imię, a które nazwisko, hę, robaszku? - zapytał Bosman Marka, który stał teraz 

cały czerwony i zły na Balerona, jak wszyscy diabli.

- Ja się nazywam Marek - powiedział, ale Bosman mu przerwał.

- Dla mnie możesz być Mrówką. Też przyjemne zwierzę, robaszku świętojański. Ale u 

mnie   będziesz   nie   „Dzika   Mrówka”,   tylko   „Dziki   Mrówka”   albo   jeszcze   lepiej   „Dziki 

Mrówek”, bo nie jesteś dziewczyną,  robaszku, tylko  chłopakiem jak się patrzy.  Na razie 

trochę za mało masz ciała, robaszku świętojański - tu poklepał się po potężnym brzuchu - ale 

z wiekiem przybierzesz nieco na wadze i będziesz wyglądał jak prawdziwy mężczyzna.

Marek   spojrzał   na   bosmański   brzuch   i   spróbował   w   wyobraźni   przyczepić   go   do 

swojej niepokaźnej postaci, ale w żaden sposób mu się to nie udawało. Albo ten brzuch był za 

wielki, albo on zdecydowanie za mały, albo wreszcie wyobraźnia za słaba.

- A skrótowo, żeby języka nie męczyć, będę na ciebie wołał Dziki. O.K.? Zrozumiałe?

- Zrozumiałe, panie bos - odrzekł Marek, w jego głosie jednak daremnie było szukać 

entuzjazmu.

- No to O.K., robaszku - ucieszył się hałaśliwie Bosman. - A wy - zwrócił się do 

background image

pozostałych - zdejmijcie brezent z tamtej łajby. To będzie wasz statek. Są jakieś pytania, 

robaszkowie świętojańscy?

- Panie bos - odważył się Marek.

- Hę? - obrócił głowę bos. - O co chodzi, Dziki?

- Ja chciałem się zapytać, panie bos - powiedział Marek żałujący już swojej śmiałości 

- czy pan kiedyś pływał na statkach?

-   HĘ?   -   zdziwił   się   Bosman   -   że   jak,   robaszku?   Czy   pływałem   na   statkach?   A 

dlaczego, robaszku, pytasz nagle o to?

- Bo ja, panie bos, poznałem marynarza, który mówił tak jak pan, panie bos.

- Niby jak mówił, hę?

-   Tamten   marynarz   mówił   też   „robaszku   świętojański”   panie   bos.   On   mówił 

„robaczku” a nie „robaszku”, ale...

- Tak mówił, robaszku, HĘ? - zahuczał Bosman - a gdzieś ty go poznał, Dziki?

- Na statku, panie bos. W czasie rejsu do Afryki Zachodniej.

- To ty, robaszku, znasz Wacka? - ryknął uradowany Bosman. - To mój brat, robaszku. 

Rodzony brat!

-  Ale  on  niepodobny  do  pana,  panie   bos   -  wyrwało   się  Markowi,   który  pamiętał 

doskonale Magazyniera ze statku, chudego, choć żylastego człowieka.

- Niepodobny, robaszku - roześmiał się Bosman. - Pewno, że niepodobny. On waży ze 

trzy razy mniej ode mnie. I zawsze tak było. Jeszcze w domu nasza mama mówiła, że gdyby 

nas dwóch dodać i podzielić na pół, to by miała dopiero dwóch chłopaków o przyzwoitej 

wadze. Wackowi to trzeba było do kieszeni wkładać różne ciężary, odważniki, ciężkie śruby, 

klucze, łożyska kulkowe, żeby go nie porwał wiatr. Teraz trochę się poprawił, ale jeszcze jak 

szyjemy ubranie u krawca, to bierzemy razem sześć metrów, jak na dwa normalne garnitury, i 

krawiec z tego szyje dwa eleganckie ubranka, jedno dla mnie z czterech i pół metra, a drugie 

dla Wacka z półtora. Ale, ale, coś ty robił na tym statku, Dziki?

- Pracowałem z panem Wackiem, panie bos - odparł Marek.

- Pracowałeś, robaszku świętojański? - zdziwił się Bosman.

-   Tak,   bo   nam   tata   kazał.   To   znaczy   mnie   i   mojemu   bratu.   Ale   on   pracował   na 

pokładzie, a ja w maszynie.

- Ho, ho, Dziki, to widzę, że z ciebie też marynarz. A ja pływałem. Dosyć długo, 

pływałem, robaszku, ale teraz, robaszku świętojański, już nie pływam - Bosman powiedział to 

jakoś mało radośnie i przez chwilę było cicho.

-   No,   dosyć   gadania,   robaszkowie   -   Bosman   jakby   strzepnął   z   szerokich   barków 

background image

niewidzialny ciężar i krzyknął tak tubalnym głosem, aż wygrzewający się na stercie desek 

czarny kot wyskoczył wysoko w górę ze zjeżoną groźnie sierścią.

Magazynier wydał grupie Marka druciane szczotki i stalowe skrobaczki.

- Myśmy mieli dostać narzędzia - powiedział Dzika Mrówka.

- Narzędzia? - powtórzył magazynier i popatrzył na chłopca znad okularów, które miał 

opuszczone nisko na wydatny nos.

- Pan bosman powiedział, że mamy dostać narzędzia...

- To i dostaliście - Magazynier wzruszył ramionami i wrócił do swojej roboty.

-   To   są   narzędzia?   -   Dzika   Mrówka   popatrzył   na   prawie   zużyte,   mocno   zdarte 

druciane   szczotki   i   zardzewiałe   nieco   skrobaczki.   Potem   popatrzył   na   swych   kolegów   i 

dostrzegł w ich oczach pytanie.

- Brać narzędzia i idziemy na jacht - zakomenderował.

Mógł bosman nazwać ten szmelc narzędziami, mogę i ja - pomyślał. Chłopcy - o 

dziwo  -  posłuchali  Marka  bez   słowa  sprzeciwu  i   powędrowali  czteroosobową   grupką  do 

odrapanego jachtu.

Przed kozłem stał Bosman w całej krasie swej potężnej postaci.

- Co mamy robić, panie bos? - zapytał Dzika Mrówka.

- Sprawa prosta jak drut, robaszku, i jasna jak słońce - zahuczał bosmański bas. - 

Widzicie, robaszki, że ta łajba ma drewniane poszycie, no nie?

Chłopcy przytaknęli zgodnie.

- Na drewnianej łajbie trzeba, robaszkowie świętojańscy - Bosman zaczął mentorskim 

tonem - przed każdym sezonem zedrzeć starą farbę do żywego, potem oskrobać, wygładzić, 

sprawdzić, utkać, udychtować, zaszpachlować, zeszlifować, pociągnąć podkładem raz, drugi, 

trzeci,   potem   parę   razy   lakier...   I   święto   lasu,   robaszki   świętojańskie,   z   zewnętrzną 

konserwacją kadłuba i można rzucać na wodę. Potem tylko to samo od środka, potem osadzi 

się maszt, splecie nowe olinowanie, założy kausze i szakle, naciągnie sztagi i wanty...

Bosman przerwał na moment wyliczankę i spojrzał na Marka.

- Cóżeś to. Dziki, tak pomarkotniał?

- Czy to już wszystkie prace, panie bos, przed sezonem? - zapytał Marek nieśmiało.

- Ano prawie że, robaszku - roześmiał się Bosman - tylko jeszcze trzeba obszyć żagle, 

uszyć   parę   nowych,   sprawdzić   ruchomy   takielunek   i   można   łapać   wiatr,   robaszki 

świętojańskie. Zrozumiałe, hę?

- Zrozumiałe, panie bos - w głosach chłopców nie było ani śladu pierwotnego zapału.

- No to i bardzo dobrze - huknął Bosman. - A teraz do ROBOTY!!

background image

W pierwszej godzinie praca szła jeszcze jako tako i trochę tylko wierciło w nosie od 

drobnych odprysków starej farby i zeskrobywanego lakieru. Najgorzej szło skrobanie tych 

miejsc kadłuba, w których  trzeba było pracować rękoma wyciągniętymi  nad głową. Ręce 

mdlały niezwykle szybko w mało wygodnej pozycji, resztki farby i rozmaite śmiecie wpadały 

do oczu, a gdy się je zamykało lub opuszczało głowę, nie było widać co się czyści czy skrobie 

i zostawały głębokie ślady od skrobaczki na żywym drewnie. W drugiej godzinie na dłoniach 

wyskoczyły pierwsze bąble i coraz trudniej było utrzymać „narzędzia” w obolałych rękach.

Chłopcy pracowali w coraz głębszym milczeniu. Chyba jednak myśli mieli bardzo 

podobne   do   siebie,   gdy   bowiem   pod   koniec   drugiej   godziny   Baleron   odezwał   się   mało 

radosnym głosem, że nie myślał, iż pływanie pod żaglami jest takie męczące nikt się nie 

roześmiał i nikt nie zaprzeczył.

Dzika Mrówka też był już bardzo zmęczony. I na jego dłoniach wyskoczyły bąble, a 

jeden   nawet   pękł   i   ze   środka   wylał   się   przeźroczysty   płyn,   ale   poczuł   się   nagle 

odpowiedzialny za swoich kolegów. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że wyznaczono go na 

szefa tego małego zespołu.

- Nie jest tak źle - mruknął bez specjalnego co prawda przekonania. Odpowiedziała 

mu cisza i słychać było tylko nieprzyjemny, drażniący zgrzyt skrobaczek po drewnie.

- Oskrobiemy kadłub, pomaluje się, postawi jacht, a potem już przez całe lato będzie 

pływanie, chłopaki - powiedział znowu Dzika Mrówka trąc prawe oko, w które wpadł mu 

okruch oskrobanej dopiero co farby.

- To my na tym jachcie? - zapytał po długiej chwili Baleron.

- Ja myślę - przytaknął Marek. - I wiecie co? Jacht nie jest, co prawda nowy, ale 

popatrzcie jakie to zdrowe drewno. I kształty też w porządku. Musi mieć dobrą szybkość na 

silnym wietrze...

- Myślisz? - z powątpiewaniem odezwał się Ryży.

-  Jestem   pewny  -  Dzika   Mrówka   zaczął   się   coraz   bardziej   zapalać   -   sam   zresztą 

zobacz. Tam, od środka, gdzie ty skrobiesz, tego nie widać, ale chodź tutaj...

Ryży oderwał się z wyraźną ulgą od roboty i podszedł ciężko do rufy jachtu, gdzie 

pracował Marek. Spojrzał i podrapał się w głowę.

- No i jak? - zapytał Dzika Mrówka.

- Bo ja wiem... - zawahał się Ryży.

- Eee, nie znasz się na tym - osądził Marek.

- A ty może się znasz...

- No jak tam, robaszkowie - zahuczało w pobliżu. - Macie już klar z kadłubem?

background image

- Jeszcze nie całkiem - odpowiedział Dzika Mrówka, skrobiąc zawzięcie nad głową 

mocno wygięty kształt rufy.

- Eee - zahuczało znowu - coś wam to słabo idzie, robaszkowie świętojańscy. Jeszcze 

połowy   jednej   burty   nie   oskrobaliście.   I   to   byle   jak.   Kto   to   ma   po   was   poprawiać, 

robaszkowie?

- Myśleliśmy... - zaczął Dzika Mrówka.

- Tu nie trzeba myśleć, robaszku, tu trzeba pracować.

Bosman wziął z rąk Marka skrobaczkę, spojrzał na nią krytycznie. - I ty, robaszku, 

chcesz taką skrobaczką coś zrobić?

- Takie narzędzia dostaliśmy...

- Takie dostaliśmy, takie dostaliśmy - w głosie Bosmana zabrzmiała nuta ironii. - I co 

z tego, robaszkowie. Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz, robaszku, nieprawdaż? Tak samo z 

narzędziami. Jak sobie przygotujesz, tak popracujesz. I co z tego, że dostaliście skrobaczki 

tępe jak - nie przymierzając - żółtodziobi żeglarze. Trzeba je było sobie naostrzyć. Ot tak... - 

robaszkowie świętojańscy.

W tym momencie Bosman wyciągnął zza cholewy skórzanego kozaczka swoją własną 

skrobaczkę, przesunął z lubością palcem po ostrzu, podszedł do jachtu i przejechał zgrabnym 

ruchem wzdłuż burty. Pod bosmańską ręką pozostał szeroki równy ślad czystego drewna.

- Ot, tak robaszkowie - powtórzył Bosman i spojrzał spod oka na swoje dzieło.

- Panie bos - odezwał się Marek.

- O co chodzi. Dziki?

- Chciałem się zapytać...

- HĘ? - Bosman mruknął prawie zachęcającym tonem.

- Chciałem się zapytać, czy my - zrobił ręką gest obejmujący siebie i swych kolegów - 

będziemy załogą tego jachtu, co go skrobiemy?

- HĘ? - powtórzył Bosman, ale tym razem w jego tonie nie było ani śladu zachęty. - 

Niby wy, robaszkowie świętojańscy, załogą TEGO jachtu?

I Bosman roześmiał się na cały głos, aż czarny kot, który ułożył się do snu na stercie 

desek, skoczył znów na cztery nogi ze zjeżonym ze strachu włosem.

- A skąd ci to przyszło do głowy, Dziki? Przecież wy jeszcze nic nie umiecie, nawet 

chodzić po pokładzie nie potraficie, a to jacht regatowy. Regatowy - powtórzył z naciskiem. - 

Za parę lat to może i owszem, ale teraz, od razu...

- A na czyim my będziemy pływać, panie bos?

- Wy, robaszkowie? Jak wam dobrze pójdą egzaminy teoretyczne i praktyka tu, u 

background image

mnie, to spróbujecie swych sił najpierw na „Optymistach”, a potem może na „Cadetach”.

- Które to, panie bos?

- Na razie leżą w hangarze... - bosman niedbałym i wyraźnie lekceważącym ruchem 

ręki ukazał kierunek.

-   A   to   my   je   będziemy   skrobać   potem?   -   zapytał   domyślnie   Dzika   Mrówka   bez 

specjalnego entuzjazmu zresztą.

-   Skrobać,   eee,   tamtych   nie   trzeba,   tamte   plastikowe   -   Bosman   machnął   ręką   co 

najwyraźniej oznaczało, że plastik to coś znacznie, ale to znacznie gorszego niż prawdziwe 

drewno.

Po  naostrzeniu   skrobaczek   praca   rzeczywiście   poszła   znacznie   lepiej   i   ostatecznie 

czterej chłopcy uporali się jakoś z opornym kadłubem. Wyglądał teraz znacznie lepiej niż na 

początku,   choć   bez   pokrycia   farbą   był   jakiś   taki   trochę   „goły”   -   jak   słusznie   zauważył 

Baleron.

Eeech, popłynąć na takim - myślał Dzika Mrówka wracając tramwajem do domu... I 

już w jego myślach poczęła się budzić wizja dalekiego, ciekawego, samotnego rejsu.

To by było zupełnie coś ekstra - Marek puścił wodze swej bujnej fantazji. - Taki jacht, 

jak ten cośmy skrobali. Zdrowe drewno, piękne kształty. I wewnątrz dużo miejsca. Akurat w 

sam raz na zapasy. Bo trzeba wziąć sporo. Wodę przede wszystkim i konserwy, i zapasowe 

żagle, i liny. I jakieś dobre radio, żeby można było wszędzie złapać muzykę. Tylko którędy i 

dokąd płynąć, żeby było naprawdę fajnie i żeby zadziwić innych? - zastanawiał się Marek 

biegnąc od tramwaju do domu.

Wpadł, nie zrzucił nawet kurtki ani nie zmienił butów, czego zawsze wymagała Micia 

i o co wiecznie były między mamą i synami regularne utarczki i wpadł do swego pokoju. 

Wyciągnął duży Atlas Świata i na kawałku papieru zaczął szkicować trasę przyszłej samotnej 

żeglugi.

Najlepiej będzie od razu nanieść trasę na mapę - pomyślał Dzika Mrówka, a że u 

niego   od   pomysłu   do   czynu   droga   była   bardzo   krótka,   wyciągnął   spod   sterty   książek, 

zeszytów i sportowych czasopism kawałek kalki i szybko naszkicował na niej kontury lądów i 

oceanów.

Tu   mamy   RÓWNIK   -   narysował   kreskę   rozcinającą   mapę   świata   na   północną   i 

południową   półkulę.   Tu   niżej   RYCZĄCE   CZTERDZIESTKI,   a   obok   WYJĄCE 

PIĘĆDZIESIĄTKI - znowu dwie kreski odcięły dolne obszary ziemskiego globu.

- No to możemy startować - powiedział głośno i wyjechał mazakiem z kółka, koło 

którego było napisane „Gdańsk”.

background image

-   Przez   Bałtyk,   Morze   Północne   i   Kanał   La   Manche,   a   dalej   przez   Atlantyk   do 

Nowego Jorku. Tam oczywiście odpowiednie powitania, no i zresztą nic dziwnego, po raz 

pierwszy taki młody żeglarz przepłynął samotnie Atlantyk. Z Nowego Jorku duży skok aż do 

Przylądka Dobrej Nadziei w Afryce, potem ostry zwrot aż pod Przylądek Horn w Ameryce 

Południowej i stamtąd skosem przez Atlantyk do Europy i do Gdyni czy Gdańska.

Podniósł głowę znad mapy.

- Wcale to nieźle wygląda  - powiedział. - Już nawet wiem, jak nazwać  taki rejs. 

WIELKIE „X” PO ATLANTYKU albo ATLANTYCKIE WIELKIE „X”.

- Doskonała nazwa - ucieszył się i podpisał pierwszą mapkę.

- Ale w ten sposób za mato będzie zwiedzania - zreflektował się po chwili. - Dwa, 

góra  trzy  porty.  Może  lepiej  wykombinować  inny  rejs.   Na przykład:   WOKÓŁ   TRZECH 

OCEANÓW.

Marek naszkicował szybko drugą mapkę. Kropkami zaznaczył na niej kolejną samotną 

trasę.

Objeżdżamy   wokoło   cały   Atlantyk.   Grenlandia,   Kanada;   Stany   Zjednoczone,   do 

Zatoki   Meksykańskiej,   na   Kubę,   wokół   Południowej   Ameryki,   brzegami   Brazylii   i 

Argentyny, potem wzdłuż Chile i Kalifornii aż po Alaskę. Dalej wzdłuż Kamczatki i brzegów 

Chin   do   Australii.   I   to   byłby   drugi   Ocean.   Pozostaje   już   tylko   Indyjski.   Przy   brzegach 

Indonezji,   Birmy,   Bangladeszu,   Indii,   Cejlonu   i   znów   Indii   i   Pakistanu   aż   po   Morze 

Czerwone, naokoło Afryki no i do Europy.

background image

W ten sposób zaliczam wszystkie kontynenty. I oczywiście porty. Można by ułożyć 

trasę tak, żeby tych portów była równa liczba. Na przykład pięćdziesiąt albo jeszcze lepiej sto.

I   wtedy   znowu   gotowy   piękny   tytuł   na   reportaże   z   podróży:   „Sto   portów   i   trzy 

oceany.”

Dzika Mrówka wysunął z przejęciem język i zapatrzył się na narysowane przed chwilą 

mapki.

-  Nie,  to  chyba   nie  TO.  W   żeglarstwie  turystyka   nie  jest   najważniejszą   sprawą  - 

zdecydował.

I narysował trzecią mapkę.

SOLO DOOKOŁA ŚWIATA - napisał i zamyślił się głęboko.

- Właściwie to już było - mruknął pod nosem. - Nic nowego. Bo i Teliga i Baranowski 

i tylu innych. Nie, to nie jest BOMBA.

SOLO NON STOP DOOKOŁA ŚWIATA - napisał drugi tytuł.

- To już wygląda znacznie lepiej. - Przekrzywił głowę i skreślił słowo „świata”.

- Przecież jak się płynie „dookoła”, to wiadomo od razu dookoła czego - stwierdził.

Szybko rzucił trasę na mapkę. Zdecydowana gruba linia wiodła wokół Przylądka Horn 

i Przylądka Dobrej Nadziei. Cały prawie czas wzdłuż wyjących pięćdziesiątek.

- Trasa zupełnie niezła - Dzika Mrów podrapał się w głowę. Teraz tylko pomyśleć, w 

którą stronę; czy ze wschodu na zachód, czy odwrotnie? - Baranowski płynął z zachodu na 

wschód, to ja przeciwnie - zdecydował i odważnie postawił odpowiednie strzałki.

background image

- Marek! Obiad na stole! - usłyszał głos Mici. Poderwał się, bo przypomniał sobie 

nagle, że jest bardzo, ale to bardzo głodny, gdy wtem przyszła mu do głowy genialna myśl i 

powstrzymała wpół ruchu.

Przecież  dookoła  świata   non stop  i  samotnie  płynęło   już  dwóch  żeglarzy,   a  teraz 

szykuje się trzeci. Ale ja wytnę nielichy numer!

Machnął szybko jeszcze jedną mapkę. Obleciał grubą kreską wokół świata przez trzy 

oceany, podciągnął ją aż pod Nowy Jork i nagle zawrócił ostrą pętlą z powrotem na Atlantyk.

- Ale się zdziwią dziennikarze - cieszył się. - Taki młody żeglarz wraca z olbrzymiego 

rejsu samotnie non stop dookoła świata, wszyscy szykują się na entuzjastyczne powitania, ja 

tymczasem robię zwrot i jakby nigdy nic odchodzę na ocean!

- Marku! - dobiegło z kuchni.

- Ojej, Miciu, zaraz przyjdę. Teraz wpadł mi nagle genialny pomysł do głowy.

- Pomysł pomysłem, a zupa stygnie.

- Ojej, Miciu...

- A więc ja robię zwrot, dziennikarze pytają mnie przez radio co się stało, a ja niby nic 

mówię:

- ZAWRACAM I LECĘ JESZCZE RAZ DOOKOŁA NON STOP!

- Ale bomba! I jeszcze podaję im tytuł na pierwsze strony dzienników!

- DUBLET SOLO NON STOP!

- W tej drodze podchodzę tylko pod większe porty jak Melbourne, Buenos Aires, Rio 

de Janerio, potem okrążam Wielką Brytanię i lecę prosto do Gdańska.

background image

-   Marku!   Przychodź   w   tej   chwili!   Nie   dość,   że   czekam   na   ciebie   z   obiadem, 

odgrzewam raz po raz, to jeszcze teraz się grzebiesz i grzebiesz.

Marek spojrzał pełnym entuzjazmu wzrokiem na ostatnią mapkę i pobiegł do kuchni.

- Miciu, TO JEST TO! - krzyknął uradowany.

- Marku, bój się Boga! - w oczach widać było wyraźne przerażenie.

- Co się stało?

- Ręce - wyjąkała mama - popatrz na swoje ręce.

Marek spojrzał i wzruszył ramionami.

- Ręce jak ręce - mruknął - no to już umyję... Niech mama nie narzeka.

- Nie, o to chodzi - jęknęła mama takim zbolałym głosem, że aż Marek się zatrzymał 

w drodze do łazienki.

- No to o co, mamo?

- Jakie ty masz ręce, synku... - Mama miała łzy w oczach. Podeszła, wzięła rękę syna i 

odwróciła dłonią do góry.

Ręka   Dzikiej   Mrówki   rzeczywiście   nie   wyglądała   zbyt   pięknie.   Cała   pokryta 

świeżymi,   podeszłymi   płynem   bąblami,   zadrapaniami,   jakimiś   brunatno   -   czarnymi 

wżerkami... Wszystkie paznokcie były połamane, a na kciuku widniało świeże rozcięcie.

- Coś ty robił, synku? - jęknęła mama.

- No... - zaczął Marek - przygotowywaliśmy jacht do sezonu.

- Jacht... - powtórzyła mama - do sezonu... Daj, zajodynuję ci, zabandażuję, żeby nie 

było infekcji.

background image

- Ale co też mama - żachnął się Marek - nie trzeba.

Wyszarpnął rękę z matczynej dłoni, poszedł do łazienki i zaczął szorować obie ręce 

mydłem   i   szczotką.   Szorował   długo   i   zajadle,   choć   bolało   go   wściekle,   aż   musiał   zęby 

zaciskać. Przecież jeżeli ma być żeglarzem...

Z prawie domytymi  rękoma zasiadł do stołu i pochłonął w błyskawicznym tempie 

niewiarygodne masy jedzenia, bo po prawie całodziennej pracy głodny był naprawdę solidnie.

-   Mamo,   ile   potrzeba   jedzenia   na   jednego   człowieka   na   jeden   rok?   -   zapytał 

pochłaniając drugi kotlet i trzecią porcję smakowitych frytek.

- Zależy dla jakiego człowieka - odparła zaskoczona Mama.

- No... - Dzika Mrówka nagarnął na talerz czwartą porcję frytek - na przykład dla 

takiego człowieka, jak ja.

- Dla takiego jak ty - roześmiała się mama - to trzeba bardzo dużo jedzenia. Pojęcia 

nawet nie mam ile. Ale co ci nagle do głowy przyszło?

- Nic, nic, mamo, spytać się nawet nie można? - Dzika Mrówka wrócił do jedzenia z 

nowym zapałem.

To musi być duży jacht - myślał. - Nawet bardzo duży, żeby pomieścić wszystkie 

zapasy. I wody dużo. I mąkę, i cukier; i konserwy, i dużo innych rzeczy. Ale z wodą to można 

chyba inaczej - zastanowił się przez chwilę. - Przecież na statku, jak byliśmy z tatą w rejsie, 

to w maszynowni produkowali wodę słodką z wody słonej, z morskiej wody. A tej to przecież 

na pewno nie zabraknie.

Tak rozmyślając nad poważnymi problemami Dzika Mrówka zjadł machinalnie trzeci 

kotlet, cztery kawałki babki i popił dwiema salaterkami kompotu.

Mama przez cały czas obiadu patrzyła ze współczuciem na Markowe ręce, ale nic już 

nie mówiła i nie zaproponowała synowi ani jodyny, ani białych bandaży. Zdała sobie nagle 

sprawę, że Marek to już nie jest taka sama Dzika Mrówka, jej ukochany mały urwipołeć. 

Wydał jej się nagle znacznie większy niż był w rzeczywistości i jakby jednocześnie znacznie 

starszy.

Następne zajęcia praktyczne w jachtowej przystani  pod niezwykle  czujnym  okiem 

klubowego   Bosmana   nie   były   już   tak   bardzo   męczące,   jak   pierwsze   zetknięcie   Dzikiej 

Mrówki ze skrobaniem, drucianą szczotką i oporną farbą. Już chłopcy nauczyli się właściwie 

przygotowywać narzędzia, już ręce ich stwardniały nieco, a po pierwszych bolesnych bąblach 

pozostały tylko twarde zgrubienia na dłoniach.

Roboty   jednak   było   bardzo   dużo   i   wydawało   się,   że   nigdy   jej   nie   zabraknie.   Po 

czyszczeniu   i   konserwacji   kadłuba   przyszła   kolej   na   przegląd   i   uzupełnienie   takielunku, 

background image

potem „na warsztat” weszły żagle i Dzika Mrówka, który dotychczas raczej niewiele miał do 

czynienia z igłą i nitką, innym nieco okiem spojrzał na rozmaite mamine dłubaniny w celu 

doprowadzenia do stanu używalności poszczególnych części garderoby obu synów.

Najrozmaitsze prace przeciągały się w godziny i dnie, a końca wcale nie było widać. 

Nic też dziwnego, że Dzika Mrówka zaczął się coraz poważniej zastanawiać, czy pomysł 

samotnego „rejsu nie wiadomo dokąd” (jak określił to krótko i dobitnie, choć bez należytego 

szacunku, Jego Brat czyli Jarek, gdy Marek zapoznał go z naniesionymi na mapki trasami) 

był najszczęśliwszym z pomysłów.

Do   licha   -   myślał   patrząc   na   jacht,   co   prawda   już   pięknie   wygładzony   i   pokryty 

wielokrotnie odpowiednimi warstwami zabezpieczających farb, ale jeszcze wcale nie gotowy 

do najkrótszego choćby rejsu, a co dopiero do dalekich podróży - przecież gdy będę pływał 

sam, to i sam będę musiał to wszystko zrobić. Sam będę musiał przygotować jacht do rejsu. A 

jeżeli nawet zrobiliby to moi klubowi koledzy, nawet gdyby mi pomogli, to i tak trzeba się 

liczyć z tym, że w drodze może to i owo nawalić.

Weźmy   choćby   taki   takielunek   ruchomy.   Przecież   wszyscy   żeglarze   w   swoich 

pamiętnikach z dalekich rejsów piszą o tym, że coś pękło, coś nawaliło, coś się rozerwało. I 

Remiszewska, i Baranowski, i Teliga, i wszyscy Wielcy Samotnicy.

- No i wtedy co? - zapytał głośno Marek sam siebie, aż przechodzący właśnie obok 

Bosman spojrzał nieco zdziwiony na chłopca.

-   Mówiłeś   coś,   Dziki?   -   zahuczał   swoim   basem,   który   jednak   brzmiał   teraz   już 

znacznie łagodniej niż pierwszego dnia, a nawet wydawało się, że dźwięczą w nim wyraźne 

nutki sympatii.

- Nie, panie bos, ja tylko tak głośno myślałem - powiedział speszony nieco chłopak.

-   HO,   HO?   -   roześmiał   się   hukliwie   Bosman   -   ostro   zaczynasz.   Będzie   z   ciebie 

doskonały materiał na samotnego żeglarza.

- Na samotnego żeglarza? - powtórzył Dzika Mrówka wielce zdziwiony, że Bosman 

tak dobrze czyta w jego myślach. Zdziwił się i zaczerwienił jednocześnie, bo mu się nagle 

zrobiło jakoś wstyd tych bardzo osobistych przecież marzeń.

- No pewno, Dziki. Widziałem paru takich po powrocie z długiego rejsu. Mówili sami 

do siebie  na głos. Zostało  im to  z rejsu,  kiedy rozmawiali  ze sobą, żeby nie zapomnieć 

gadania i ludzkiego głosu. Ale ty jesteś lepszy. Oni gadali ze sobą po rejsie - Bosman znowu 

roześmiał się na całe gardło.

- Pan ze mnie żartuje, panie bos - Marek był zły na siebie, że to akurat Bosman był 

tego świadkiem i teraz będzie wiedziała już cała przystań, że Dzika Mrówka gada sam ze 

background image

sobą.

- Żarty, żartami, Dziki, a nigdy nic nie wiadomo - Bosman powiedział to już wcale 

bez śmiechu, serio, i zabrał się do swojej roboty.

Mimo jednak tak nieoczekiwanej zmiany stanowiska Bosmana, Dzika Mrówka zaczął 

się zastanawiać, czyby nie zmienić swych planów.

No bo samemu to jednak nie za fajnie - rozmyślał. - Na taką dużą podróż jacht musi 

być niemały. Zapasy jedzenia, wody, żagli, lin i innych rzeczy. Samemu trzeba będzie jacht 

oskrobać, samemu zaszpachlować po parę razy. Sam będę musiał spleść wszystkie sploty i 

zakonserwować.   Samemu   trzeba   będzie   gotować,   samemu   podawać   do   stołu   i   samemu 

sprzątać   i   zmywać   naczynia.   Brrr....   Nie   ma   komu   wydać   polecenia,   nie   ma   komu 

rozkazywać. I co to za kapitan, kiedy nie ma załogi i nie ma komu kapitanować? Eee, to już 

chyba lepiej być kapitanem jachtu z załogą. Wtedy przynajmniej można wydać rozkaz, a 

potem przypilnować, żeby robota była dobrze wykonana.

Wezmę   brata   na   załoganta   -   postanowił   w   końcu.   Dwóch   braci   i   w   dodatku 

bliźniaków, to też nie brzmi źle - myślał wracając do domu. Prawie tak samo jak SOLO. I 

można by nazwać rejs GEMINI, co - jak wiadomo - oznacza konstelację Bliźniąt. Zresztą 

jacht też można by nazwać GEMINI.

Jego Brat jednakże odniósł się do entuzjastycznego projektu Dzikiej Mrówki znacznie 

bardziej   sceptycznie.   Zaczytany   akurat   w   jakiejś   pasjonującej   go   książce   udał,   że   słucha 

projektów Marka, na pytanie jednak, czy się zgadza, odmruknął mało grzecznie.

- Daj mi święty spokój, Mrówa. I nie zawracaj mi głowy.

- Jaro - zdenerwował się Marek - czyś ty słyszał co ci mówiłem? - Nabrał podejrzenia, 

że Jego Brat wcale nie uważał.

- A co takiego mówiłeś? - Jarek podniósł wreszcie głowę znad książki.

- O rany, Jaro, ja już z tobą tracę cierpliwość - krzyknął Dzika Mrówka.

- Eee - skrzywił się Jarek. - Powtarzasz po Mici. Mógłbyś sam coś wymyślić. Fakt!

- Kiedy właśnie wymyśliłem - Marek podniósł jeszcze bardziej głos. Złapał kartki z 

mapkami rejsu i podsunął je Jarkowi pod oczy.

- A coś ty takiego wymyślił? I dlaczego aż tak krzyczysz? - do pokoju wszedł tata, 

który właśnie przed dwoma dniami wrócił z rejsu, a że statek poszedł do stoczni na okresowy 

remont, miał w perspektywie kilka tygodni pobytu w domowych pieleszach.

- Nic takiego - Marek usiłował wsunąć mapki pod książkę.

- Pokaż coś tam wymalował? - tata wziął mapki do ręki.

- Atlantyckie Wielkie X, Wokół Trzech Oceanów, Solo non stop dookoła. Dublet solo 

background image

non stop! - przeczytał głośno. - Co to za rejsy? Przyznam się, że o takich nie słyszałem. 

Skądeś to wygrzebał?

- Kiedy to ja... - zaczął Marek i nie bardzo wiedział, jak skończyć.

- No mów, przecież nic złego chyba się nie stało - zachęcał tata.

- Pewno, że nie. Ja te trasy wymyśliłem - wypalił chłopak nagle i zaczerwienił się.

- Wymyśliłeś? - zdziwił się tata. - A po co?

- A bo bym chciał popłynąć!

- Sam? - zapytał tata patrząc na mapki.

- Właściwie to chciałem sam. Ale chyba będzie lepiej z Jarkiem. We dwóch. Mam już 

nawet nazwę. „GEMINI DUBLET NON STOP”.

- No, no - tata pokiwał głową - a kiedy ty byś chciał płynąć?

- Choćby na drugi rok. Póki jesteśmy młodzi.

- Oj, Mrówka, chyba nieco przesadzasz. Boję się, że jesteście raczej za młodzi. No i 

widzisz, taki rejs to nie przelewki. Chyba za wcześnie na takie wielkie plany. Jeszcze nawet 

nie przepłynąłeś jednej mili pod żaglem, a już roją ci się rejsy dokoła świata.

-   Kiedyś   trzeba   zacząć   -   Dzika   Mrówka   z   żalem   patrzył   na   swoje   tak   pięknie 

zaplanowane i tak ładnie wyrysowane trasy.

- Pewno, że tak. Ja w twoim wieku też wędrowałem palcem po mapie. No i część z 

tych moich podróży się sprawdziła. Ale minęło sporo, sporo lat. Nic nie przychodzi tak od 

razu. Na wszystko przyjdzie czas, ale też na wszystko trzeba sobie zapracować.

- Ja już zapracowuję - powiedział Marek i wyciągnął do taty swoje mocno spracowane 

dłonie.

Tata wziął je do ręki, pomacał palcem zgrubienia wyrosłe na miejscu dawnych bąbli i 

pogłaskał nagle syna po głowie.

- Bardzo dobrze, Mrówka, bardzo dobrze - powiedział.

- Nie przesadzaj - wtrąciła się mama, która akurat w tym momencie weszła do pokoju 

chłopców. - Żebyś ty widział jego ręce pierwszego dnia! Jedna rana. I nawet nie dał sobie 

opatrzyć. Dobrze, że żadne zakażenie się nie wdało.

- Ależ, Miciu - tata uśmiechnął się do syna porozumiewawczo - każdy początek jest 

trudny. A chłopakowi nic się nie stanie, jak trochę popracuje.

Marek przypomniał sobie w tej chwili o nodze skaleczonej właśnie dzisiaj starym 

gwoździem, który przebił złośliwie gumową zelówkę w prawym trampku i utkwił jeszcze 

bardziej złośliwie w stopie. Oczywiście nie powiedział nic Bosmanowi, a tylko wytarł stopę 

chusteczką o mocno podejrzanym stopniu czystości.

background image

Może by teraz zajodynować... - pomyślał, ale zrezygnował z tego zamiaru. Na pewno 

mama zaczęłaby od razu rozpaczać i lamentować, a tak to się zagoi same.

Niestety, stopa nie chciała się sama zagoić, a wprost przeciwnie, już następnego dnia 

rano   zaczęła   pobolewać.   Widocznie   albo   gwóźdź   był   za   bardzo   zardzewiały,   albo   też 

chusteczka nie miała własności dezynfekcyjnych, na co zapewne liczył Dzika Mrówka.

Po południu chłopak już zaczął kuleć, a noga bolała coraz bardziej.

- Co ci jest? - Micia oczywiście dojrzała, że syn utyka. Co ci się stało w nogę?

- Eee, nic takiego mamo - Marek w dalszym ciągu starał się zbagatelizować sprawę i 

nawet przez godzinę udało mu się przy mamie nie kuleć, dłużej jednak nie mógł wytrzymać.

Gdy zdjął but i skarpetkę okazało się, że prawa stopa jest zaczerwieniona i spuchnięta.

Mama   zaczęła   lamentować   i   biadolić,   umyła   dokładnie   Markowi   nogę,   kazała   w 

czymś wymoczyć i przyłożyła kompres, zawinęła bandażem i kazała się położyć, przez cały 

czas narzekając, że z tego żeglarstwa nic dobrego nie wyjdzie. Na nic bowiem nie zdały się 

początkowe wykręty Dzikiej Mrówki, że nogę skaleczył ot, tak sobie, w szkole czy w domu. 

Mama przyparła go do muru i w ogniu krzyżowych pytań wszystko się wydało. I to, że stało 

się to wczoraj rano i to, że na przystani, i nawet to, że gwóźdź był zardzewiały. Prawdziwym 

jednak „gwoździem do trumny” był moment, gdy mama na własne oczy ujrzała synowską 

chusteczkę do nosa, którą tenże „zdezynfekował” ranę od gwoździa.

- No tak - mama pokiwała głową - wiedziałam, że z tego nic dobrego nie wyniknie. 

Już lepszy był hokej.

- Ale instruktor złamał nogę - wtrącił Marek - a krążkiem można nawet zabić...

-   Teraz   to   mówisz.   A   jak   grałeś   w   hokeja   to   twierdziłeś,   że   hokej   jest 

najbezpieczniejszym sportem.

- Ależ mamo...

-   Nie   ma   żadnych   ależ.   Marsz   do   łóżka.   I   co   dwie   godziny   zmiana   kompresu   i 

moczenie nogi. Może to pomoże.

Niestety nie pomogło. Na drugi ranek stopa była czerwonosina i spuchnięta tak, że o 

włożeniu buta nie było nawet mowy.

Lekarz,   do   którego   mama   zawiozła   Marka   po   obiedzie,   popatrzył   tylko,   pomacał 

ostrożnie nogę, ucisnął tu i tam i powiedział:

- To trzeba przeciąć. Koniecznie. Ale ja tu nie mam warunków na taki zabieg. Dam 

pani skierowanie do szpitala. Na ostry dyżur.

- NA OSTRY DYŻUR??? - twarz mamy wydłużyła się gwałtownie, a Dzika Mrówka 

poczuł nagle, że coś go bardzo mocno ścisnęło w okolicach serca albo żołądka.

background image

- Tak, proszę pani, do szpitala - doktor powiedział to zupełnie obojętnym tonem, jakby 

wcale nic się nie stało. - O której godzinie syn jadł ostatnio?

- O trzeciej... nie, chyba koło pół do czwartej. Ale dlaczego pan pyta? - mama patrzyła 

wyraźnie zdziwiona na lekarza.

-   Bo   znieczulenie   całkowite   można   aplikować   dopiero   po   sześciu   godzinach   od 

ostatniego posiłku i po pięciu od ostatniego napoju. Wobec tego pani zgłosi się z synem około 

dziesiątej wieczorem.

- Znieczulenie całkowite? - mama wyraźnie nie rozumiała lekarza.

- No - doktor zawahał się - znieczulenie całkowite albo inaczej uśpienie.

Teraz mama już nic nie powiedziała, Dzika Mrówka zaś poczuł jak to coś, co ściskało 

go za serce i żołądek, ścisnęło jeszcze mocniej.

Mama machinalnie wzięła skierowanie i pomogła synowi naciągnąć na spuchniętą 

nogę skarpetkę i domowy pantofel taty.

- Panie doktorze - odezwała się mama wychodząc - a nie można by poczekać z tym do 

jutra rana, bo to zawsze lepiej w dzień...

- Osobiście nie radziłbym czekać - doktor powiedział to takim tonem, że mama o nic 

już nie pytała.

W domu nastąpiła drobna namiastka sądnego dnia.

Po   pierwsze   mama   zażyła   dość   dużą   porcję   uspokajających   kropli,   po   drugie 

zmobilizowała tatę z samochodem do „całkowitej dyspozycji” - jak powiedziała, po trzecie 

napuściła do wanny ciepłej wody i wyszorowała dokładnie całego syna z wyjątkiem nogi 

wysuniętej w górę, ponad brzeg wanny.

- Żebyś mi wstydu nie przyniósł, jak cię rozbiorą do zabiegu - powiedziała.

Po czwarte zaś przygotowała dla syna małą wyprawkę złożoną z czystej piżamy, kilku 

chustek do nosa, dwóch książek do czytania, czterech pomarańczy i tabliczki czekolady.

- To na wypadek, jeżeli cię zostawią w szpitalu po zabiegu - wyjaśniła.

Kilka minut po godzinie dziewiątej tata, mama i kulejący Dzika Mrówka wsiedli do 

samochodu i tata pojechał do Akademii Medycznej, która akurat tego dnia pełniła ostry dyżur 

chirurgiczny.

Do izby przyjęć dokuśtykał  mocno przejęty zaistniałą sytuacją Marek, wsparty na 

ramieniu chyba jeszcze bardziej przejętej mamy. Tata zajął taktycznie - wyczekujące miejsce 

w samochodzie, „żeby być na wszelki wypadek w pogotowiu, Miciu” - jak powiedział.

O jakiego rodzaju pogotowie chodziło, nikt nie miał pojęcia, a już chyba najmniej sam 

tata, który uważał, że jego wrodzona niechęć do lekarzy, szpitala, krwi i wszelkiego rodzaju 

background image

chorób jest wystarczającym usprawiedliwieniem dla przyjętego stanowiska.

Mama   trzęsącą   się   z   wrażenia   ręką   podała   siostrze   po   drugiej   stronie   okienka 

skierowanie i nie omieszkała przy tym opowiedzieć całej historii związanej ze skaleczeniem 

nogi, ze szczególnym uwzględnieniem zgubnego - jej zdaniem - wpływu prac żeglarskich na 

stan zdrowia dolnych kończyn syna.

Po chwili zjawił się młody lekarz, spojrzał na skierowanie i zapytał mamę.

- A gdzie ten pacjent?

- Tutaj - mama wskazała na syna siedzącego potulnie na krzesełku w poczekalni.

- Niech wejdzie - zarządził lekarz.

Marek pokuśtykał do drzwi wiodących do ambulatorium, a mama oczywiście za nim.

- Pani będzie uprzejma poczekać - powiedział grzecznie, ale stanowczo lekarz.

- Kiedy ja z dzieckiem zaczęła mama, ale lekarz przerwał jej może odrobinę mniej 

grzecznie, za to odrobinę bardziej stanowczo.

- Dziecko? Chyba nieco wyższe od pani... Chłopak sam sobie da radę. Niech pani z 

syna nie robi niedorajdy.

- Siadaj no, synu - zwrócił się do Dzikiej Mrówki - i pokaż nogę.

Marek,   zaciskając   nieco   zęby   z   bólu,   ściągnął   skarpetkę   z   opuchniętej 

fioletowawosinej stopy. Lekarz spojrzał tylko i nawet nie schylił  się ani nie pofatygował 

dotknąć.

- W porządku - zatarł ręce, jakby nagle bardzo się ucieszył. - Typowa, klasyczna 

ropowica śródstopia nogi prawej, pani Zosiu - zwrócił się do pielęgniarki, która zapisała to w 

jakiejś książce.

- Kiedy jadłeś, synu? - lekarz zapytał Marka...

- Około trzeciej po południu.

- A nie piłeś nic potem?

- Nie, nic nie piłem od obiadu..

-   W   porządeczku   -   lekarz   ponownie   zatarł   ręce.   -   Zaczekamy   parę   minut   na 

anestezjologa i załatwimy to raz, dwa.

Marek, mimo że był dosyć przestraszony, nie mógł powstrzymać ciekawości i zapytał.

- A kto to ten anestezjo... jakoś tam, panie doktorze?

- To taki pan od usypiania pacjentów, synu.

- Od usypiania? Gazem?

-   Nie,   skąd,   dostaniesz   tylko   zastrzyk.   Niczego   nie   poczujesz.   Tylko   drobniutkie 

ukłucie... Nie ma się czego bać.

background image

- Ja się nie boję, panie doktorze...

- No to i dobrze, bo już myślałem, że to ze strachu tak zbladłeś. Ale jeżeli nie, nie ma 

o czym mówić.

Po paru minutach pielęgniarka wyszła z pokoju zabiegowego i zawołała Marka.

- Połóż się - pokazała mu coś niby rozkładany fotel, coś niby wysoki stół na kółkach 

przykryty białym prześcieradłem. W pokoju ostro pachniało lekarstwami i specyficzną wonią 

szpitala. Było chłodno, a ściany wykładane błękitnymi kafelkami wcale nie były przytulne ani 

miłe.

- Mam się rozebrać? - zapytał Marek przyzwyczajony do tego, że u lekarza zawsze 

trzeba się rozebrać co najmniej do pasa.

- Nie, po co? - odparła pielęgniarka. - Wystarczy tylko podwinąć prawą nogawkę.

Marek   położył   się   i   w   tym   momencie   do   pokoju   wszedł   lekarz   w   towarzystwie 

mężczyzny i kobiety. Oboje - w przeciwieństwie do lekarza, który miał na sobie biały fartuch 

- ubrani byli w jaskrawozielone fartuchy i takież same czepki na włosach oraz maseczki na 

twarzach.

- Dlaczego zielone? - pomyślał Dzika Mrówka i jakoś mu się to dziwnie skojarzyło z 

„zielonymi stworami z niezidentyfikowanych latających obiektów”.

Zielona kobieta wzięła w ręce jego lewą rękę i podwinęła rękaw koszuli.

- To nie będzie bolało, poczujesz tylko lekkie ukłucie.

Jednocześnie odezwał się lekarz.

- Teraz będę ci myć nogę spirytusem. Jeszcze ci nic nie robię. Poczujesz tylko zimno.

- A jak będę zasypiał, to mi pani powie? - zapytał Dzika Mrówka.

- Powiem ci, powiem - pielęgniarka uśmiechnęła się do Marka.

Chłopak uspokojony popatrzył prosto w sufit, gdzie świeciła się duża i jasna, ale nie 

rażąca oczu lampa. Poczuł lekkie ukłucie w rękę i przyjemne ciepło rozchodzące się od dłoni 

w stronę łokcia.

Powiedzą mi, kiedy będę zasypiał - pomyślał jeszcze - to na pewno jakaś próba.

Zwidziały mu się nagle bardzo kolorowe wyspy koralowe. Jasnobłękitny ocean, białe 

piany przybojowej fali rozbijające się o niewidoczną rafę, a dalej jaskrawozłocisty piasek 

niewysokiego   atolu   i   zielone   pióropusze   wspaniałych   palm.   I   on   na   pokładzie   jachtu 

zdążającego z szumem rozcinanej wody prosto w wąski kanał, wiodący do okrągłego atolu.

Wtem usłyszał jakiś kobiecy głos.

- Marku! Marku!

- Too doo mnieee? - chciał zapytać, ale poczuł, że język odmawia mu posłuszeństwa.

background image

Zasypiam, pewno zasypiam - pomyślał - i wołają mnie, żeby sprawdzić czy już śpię.

Nagle poczuł, że ktoś z lekka puka go w czoło.

- Kto mnie puuuka? - wybełkotał z trudem. I nagle przyszła mu do głowy przerażająca 

myśl, że nie zasnął i że zaraz go będą krajali na żywca!

Otworzył   czym   prędzej   zamknięte   oczy   i   pierwszą   rzeczą,   na   którą   natrafił   jego 

wzrok,   była   uniesiona   nieco   w   górę   jego   prawa   noga.   Pielęgniarka   właśnie   kończyła   ją 

bandażować.

- To już po wszystkim? - zdziwił się Marek.

-   Ano   po   wszystkim   -   uśmiechnęła   się   siostra.   -   Doktor   wyskrobał   ci   wszystko 

dokumentnie. A był już najwyższy czas. Dłużej nie można było czekać.

- To ja spałem?

- Spałeś. Oczywiście. - A jak długo? - Trzy minuty!

- Trzy minuty? Niemożliwe.

- No, to może trzy i pół. Ale nie więcej. Na pewno.

- A mówiłem coś przez sen? - zapytał Marek po chwili.

- Nie, nic. Dlaczego pytasz? Śniło ci się coś?

- Tak - Marek przypomniał sobie jaskrawozłocisty atol na błękitno - białym oceanie.

- A co takiego? - zainteresował się lekarz, który nie opodal mył ręce.

- Wyspy Południowego Pacyfiku - odpowiedział bez namysłu Marek.

-   Ho,   ho,   ho   -   zdziwił   się   lekarz.   -   Wyspy,   powiadasz,   Południowego   Pacyfiku? 

Dlaczego?

- Bo ja tam popłynę!

- Popłyniesz? To ty będziesz marynarzem?

- Marynarzem to jeszcze nie wiem, ale będę żeglarzem!

- Ho, ho - powiedział znów lekarz - nawet nie wiedziałem, że miałem na stole może 

przyszłego Baranowskiego. No dobra, synu. Teraz tylko usztywniający bandaż gipsowy i za 

dwa dni do kontroli do chirurga.

Po powrocie ze szpitala Dzika Mrówka był przez kilka najbliższych dni, w czasie 

których   zresztą   chora   noga   zaczęła   się   bardzo   szybko   goić,   bohaterem   w   oczach   licznie 

odwiedzających go kolegów i koleżanek ze szkoły. Wszystkim bowiem po trosze imponował 

kolega z klasy,  który był „całkowicie znieczulony”,  którego „uśpili na ostrym dyżurze” i 

któremu podczas uśpienia śniły się w kolorze, jak żywe, Wyspy Południowego Pacyfiku!

Jednego popołudnia, gdy Marek leżał jeszcze w łóżku z gipsowym opatrunkiem na 

nodze   i   -   co   tu   ukrywać   -   nudził   się   trochę   bo   na   telewizję   było   nieco   za   wcześnie,   a 

background image

czytaniem  książek  już się zmęczył,  zadźwięczał dzwonek i mama,  która poszła otworzyć 

drzwi, powiedziała:

-  Ależ  proszę  bardzo...   Marek  na  pewno  się   ucieszy.  -  I  po  chwili,  stanąwszy w 

drzwiach pokoju chłopców, oznajmiła: - Marku, masz bardzo miłego gościa.

Za   mamą   wsunęła   się   do   pokoju   Ulka.   W   ręku   trzymała   kwiatek,   do   którego 

przywiązana była mała laleczka - maskotka.

- To dla ciebie z życzeniami, żebyś szybko wyzdrowiał - powiedziała i zaczerwieniła 

się przy tym aż po czubki jasnych włosów splecionych jak zwykle, w gruby warkocz.

- Dziękuję... - Marek, niezwykle zaskoczony i zmieszany, zapomniał, jak się to mówi, 

języka w buzi.

Laleczka - maskotka ubrana była w mundur marynarski i białą marynarską czapkę. 

Gęsta siwa broda okalała twarz, której marynarskiego uroku dodawała obowiązkowa fajka.

-   Bardzo   ładna   maskotka   -   mama   w   tym   momencie   zdecydowała   się   przerwać 

panującą w pokoju nieco niezręczną ciszę - wstawię kwiatek do wody - dodała i wyszła do 

kuchni.

- Co w szkole? - zapytał niezbyt oryginalnie Marek.

- Po staremu - odrzekła Ulka i znowu zapadła cisza.

- A wiesz - powiedziała po chwili Ulka - zaczęłam chodzić na kurs...

- Na żeglarski?... - podchwycił żywo Dzika Mrówka. - Nie...

- No to na jaki? - spytał zawiedziony, a w jego głosie można było dodatkowo wyczuć 

zdziwienie,   że   może   istnieć   na   świecie   jeszcze   jakikolwiek   inny   rodzaj   kursów   poza 

żeglarskimi.

- Na basen pływacki - wyjaśniła Ulka. - Uczę się pływać...

- To fajnie - ucieszył się jednak Marek, oceniając błyskawicznie, że pływanie ma w 

końcu coś wspólnego z żeglarstwem. - Ale co ci nagle przyszło do głowy?

- A bo chciałam się zapisać do żeglarskiego klubu, tak jak ty i inni chłopcy. Ale mi 

powiedzieli, że muszę mieć obowiązkowo kartę pływacką...

- Wiadomo... - wtrącił Marek.

- No i dlatego zapisałam się na naukę pływania. I już trochę umiem, ale jeszcze jakoś 

mi nie wychodzi skakanie na głowę. A instruktor mówi, że bez tego nie da rady...

- No pewno...

- Jeżeli się nauczę, to na drugi rok może się zapiszę do klubu żeglarskiego...

- Fajno. Może ja cię będę instruował - powiedział Marek. - I może cię wezmę do 

swojej załogi - dorzucił po chwili protekcjonalnie, bo przyszło mu nagle do głowy, że gdyby 

background image

miał takiego załoganta w planowanych rejsach, to jemu samemu, jako KAPITANOWI, już na 

pewno odpadłoby gotowanie i (co ważniejsze!) zmywanie. Szczególnie rozmaitych garów, 

tych najbardziej tłustych, bo ostatecznie z talerzami to jeszcze, jeszcze...

Mama w ciągu tych kilku dni Markowej rekonwalescencji bez przerwy powracała do 

tematu,   którego   myślą   przewodnią   było   stwierdzenie,   że   „z   tego   twojego   żeglarstwa   to 

naprawdę nic dobrego nie wyjdzie”  i ubolewanie nad przypadkiem,  jaki wydarzył  się jej 

synowi. Jednak mamine biadolenia zlikwidował dość zdecydowanie tata, który stwierdził ze 

stoickim spokojem i pewnością siebie :

- Nie narzekaj, Miciu. Zawsze gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą.

I   tym   zakończył   wszelkie   domowe   dyskusje   na   temat   kolejnej   przygody   Dzikiej 

Mrówki i kolejnej przeszkody na drodze do żeglarskich rejsów, przygód i laurów.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

W KTÓRYM SŁOŃCE ZNAJDUJE SIĘ PO NIEWŁAŚCIWEJ 

STRONIE, ALE MIMO TO DZIKA MRÓWKA WYRUSZA W SWÓJ 

PIERWSZY, SAMODZIELNY REJS

Nieszczęsna   noga,   która   Dzikiej   Mrówce   sprawiła   tyle   bólu,   a   mamie   mnóstwo 

niepokoju i obaw, na szczęście bardzo szybko się zagoiła i po kilku dniach chłopcu pozostały 

tylko   kolorowe   wspomnienia   Wysp   Południowego   Pacyfiku,   a   na   stopie   lekko   fioletowa 

blizna. Pogoda też była coraz lepsza i coraz wyraźniej rozwijała się wiosna. A że w dodatku 

przygotowanie   regatowego   jachtu   do  żeglarskiego  sezonu  zostało  szczęśliwie  zakończone 

podczas operacji i okresu rekonwalescencji Marka, cały świat przedstawiał mu się w coraz 

bardziej pociągających różowych barwach.

Jedyną ciemniejszą chmurką na błękitnym niebie najbliższej przyszłości był egzamin 

z   teoretycznej   wiedzy   żeglarskiej,   który   miał   być  ukoronowaniem   kończącego   się   kursu. 

Dzika Mrówka spędzał więc całe popołudnia między sztagami, halsami, kilwaterami, grotami, 

bezanami, kliwrami i całą masą innych równie tajemniczo i egzotycznie brzmiących nazw.

-   Żebyś   ty   choć   połowę   tego   czasu,   który   poświęcasz   na   naukę   żeglarstwa, 

przeznaczył na wiadomości konieczne w szkole, to by chyba zabrakło dla ciebie piątek u 

profesorów - zauważył kiedyś może odrobinę ironicznie tata, gdy dostrzegł syna siedzącego 

ni mniej, ni więcej, tylko nad podręcznikiem astronawigacji przeznaczonym dla studentów 

wyższych  szkół morskich. - Czyżby na waszym kursie był  aż tak wysoki poziom? - tata 

przerzucił kilkoma ruchami studiowaną przez syna książkę.

- Nie całkiem - odrzekł chłopak.

- Jak to nie całkiem? Co znaczy nie całkiem? - tata był wyraźnie zaskoczony.

- Nasz wykładowca powiedział, że jeżeli będzie się znało coś nadobowiązkowo, to 

będzie zapisane na plus - wyjaśnił niezbyt chętnie Marek.

- Ale kujon! - odezwał się z kąta pokoju Jego Brat.

- Ho, ho, ho, toś ty taki pilny? - tata najwyraźniej zdziwił się nadzwyczajną pilnością 

swego syna. - A dlaczego akurat wybrałeś astronawigację?

- Bo mi się to bardzo podoba, tato - wyznał Dzika Mrówka. - Tam bardzo daleko, o 

miliony kilometrów, gwiazdy, a my tu, na ziemi, mierzymy ich położenie i już wiemy, gdzie 

jesteśmy na morzu. I nie trzeba żadnych drogowskazów ani tabliczek takich, jak z nazwami 

ulic czy nazwami miast na stacjach. Wystarczą tylko gwiazdy i hokus, pokus, raz, dwa i 

background image

mamy dokładną pozycję.

- No, no, no. Nie tak raz dwa, nie tak hokus pokus - roześmiał się tata.

- Tata nie wierzy we własnego syna - zaperzył się Marek. - Możemy zrobić próbę!

- Próbę? Jaką znów próbę?

- Ano taką, że ja zdejmę pozycję. Ze słońca i z gwiazd.

- A czego pozycję chcesz niby zdjąć? - zapytał rozbawiony tata.

- No, na przykład naszego domu. Zgoda, tato?

-   Zgoda.   Ale   może   zagramy.   Jeżeli   zrobisz   dobrą   pozycję,   to   wygrywasz,   jeżeli 

pomylisz się w granicach większych niż, powiedzmy - dajmy sporą tolerancję - dziesięć mil, 

wtedy przegrywasz. No to jak? Teraz zgoda?

- Zgoda, ale jaka stawka, tato?

- Stawka? - zastanowił się tato. - Jeżeli wygrasz, przez trzy dni zapraszam cię na duże 

lody.

- Brawo, tato, już czuję ich niebiański smak.

- Stop, stop, nie tak prędko. Nie mów hop, dopóki nie przeskoczysz - tata poklepał 

syna   protekcjonalnie   po   ramieniu   -   ale   jeżeli   przegrasz...   -   tu   tata   zawiesił   głos   -   jeżeli 

przegrasz, to będziesz mi przez dziesięć dni czyścił codziennie buty.

- Eee, to niesprawiedliwe - skrzywił się Dzika Mrówka. - Z jednej strony trzy porcje 

lodów, a z drugiej dziesięć dni czyszczenia butów.

-   Nie   dziesięć   dni   tylko   dziesięć   razy,   przecież   wystarczy   czyścić   raz   dziennie   - 

sprostował tata.

- Na jedno wychodzi - nie darował Marek - może być najwyżej łeb za łeb. Sztuka za 

sztukę.

- Wtedy czyszczenie butów za drogo by mnie kosztowało - roześmiał się tata. - O ile 

znam ciebie; to dwie kulki lodów cię nie zaspokoją.

- Ależ tato, przecież jak przegram, to JA będę ci musiał czyścić buty. ZA DARMO. A 

tata mówi, że to za drogo!

- A rzeczywiście - roześmiał się tata - przekonałeś mnie. To niech już będzie pięć do 

pięciu. O.K.?

- O.K. - zgodził się Dzika Mrówka z entuzjazmem, jako że bardzo lubił lody. A już 

szczególnie waniliowe z bakaliami, jakie sprzedawali u „Eskimosa” w starym Gdańsku, nie 

opodal przystani na Motławie. - Ale u „Eskimosa” - zastrzegł więc sobie.

- Niech będzie u „Eskimosa” - zgodził się tata.

Za dwa dni wypadała niedziela i Marek wraz ze swym bratem już wczesnym rankiem 

background image

ruszyli w niedaleką podróż. Ponieważ chłopak chciał zrobić jedną z linii pozycji ze słońca 

podczas kulminacji, potrzebny był mu pomiar wysokości jego położenia nad horyzontem w 

ściśle określonym momencie. Niestety jednak słońce znajdowało się w stronie południowej, a 

morze i linia horyzontu po stronie wprost przeciwnej od ich domu, czyli na północ.

Jedyną więc radą było udać się na Hel, gdzie sytuacja była zdecydowanie korzystna.

Dzika Mrówka wziął pożyczony z klubu sekstant do chlebaka, w którym znajdowało 

się już obfite drugie śniadanie przygotowane troskliwymi rękoma Mici.

- Niech mama da mi jakąś plastikową torebkę - marudził Marek - bo mi jeszcze ten 

tłuszcz z kanapek zapaskudzi lustra i szkła w sekstancie.

- Nic ci nie może zapaskudzić. Dałam ci samą chudziutką szyneczkę - odrzekła mama, 

zapakowała jednakże synowskie kanapki najpierw w serwetkę, potem w pergamin i w końcu 

włożyła wszystko do plastikowej torebki, do której dołożyła jeszcze dwa jajka na twardo i po 

wczesnym pomidorze dla każdego.

- Ojej mamo - bronił się Marek - tyle mam nosić? Przecież na obiad wrócimy do 

domu.

- Po pierwsze znam wasze apetyty - mama uparcie obstawała przy swoim - po drugie 

na morzu nigdy nic nie wiadomo. Zapytajcie ojca.

Ten prawdziwie marynarski argument przeważył ostatecznie sprawę i chłopcy wyszli 

z   mocno   wyładowanym   dużym   chlebakiem,   w   którym   normalnie   mieściły   się   przecież 

wszystkie  książki i zeszyty Dzikiej Mrówki wraz z wcale pokaźnym  drugim śniadaniem, 

zabieranym normalnie do szkoły.

- Jaro - powiedział Dzika Mrówka do Brata, skoro tylko zniknęli za zakrętem, z pola 

maminego widzenia - coś mi się wydaje, że najlepiej będzie cały ten „suchy prowiant” zjeść 

zaraz. Znacznie łatwiej nosić w brzuchu, niż w plecaku.

Jarek początkowo oponował pamiętając mamine przykazania, żeby zjedli jak już będą 

na miejscu, na Helu, ale ostatecznie uległ bratu. Doszedł bowiem do słusznego wniosku, że 

Dzika  Mrówka  nie  będzie  się zbyt długo  wahał  i  zdecyduje   się  na całkiem   samodzielne 

zlikwidowanie zbędnego ładunku w chlebaku.

Pokaźna   zawartość   plastikowego   worka   znikła   w   oka   mgnieniu,   a   nieliczni 

przechodnie   niedzielni   spoglądali   z   jawnym   zdumieniem   na   dwóch   młodych   chłopaków, 

wcale nie wyglądających  na niedożywionych,  pożerających  z wilczym  apetytem  ogromne 

pajdy chleba. Wszelkie ślady zostały natychmiast zatarte przez wrzucenie łupek od jaj do 

ulicznego   kosza,   torebka   plastikowa   natomiast   została   starannie   zwinięta   i   schowana   do 

chlebaka, Micia bowiem zawsze nakazywała obu synom przynoszenie torebek ze szkoły.

background image

Ponieważ do początku turystycznego sezonu na Wybrzeżu było jeszcze ładnych parę 

tygodni, na przystani w Sopocie nie było tłoku i po niedługim czasie wodolot „Poświst” niósł 

obu braci ponad wodami Gdańskiej Zatoki na Hel.

Warunki do obserwacji na Helu były doskonałe i w momencie, gdy słońce znalazło się 

w   kulminacji,   wielce   przejęty   Marek   odczytał   na   sekstancie   jego   wysokość   nad   linią 

horyzontu.

Tak   się   mu   to   podobało   i   tak   się   zapalił   do   „łapania   słońca”,   że   w   czasie   drogi 

powrotnej,   którą   odbywał   z   bratem   już   nie   na   wodolocie,   a   na   małym   starym   stateczku 

przybrzeżnej  żeglugi,   postanowił  wypróbować  swoje   zdolności   „na  pełnym  morzu”   -  jak 

oznajmił Bratu.

Kiedy więc mały biały stateczek opuścił helski porcik i wyszedł na lekko sfalowaną 

wodę Gdańskiej Zatoki, Dzika Mrówka wyszedł wraz z Bratem na górny pokład. Pasażerów 

było niewielu, a ci nieliczni, którzy wybrali się na wiosenną morską wycieczkę, chronili się 

przed chłodnym wiatrem do osłoniętych pomieszczeń.

Dzika   Mrówka   wyciągnął   ze   sfatygowanego   chlebaka   sekstant   i   wycelował   na 

horyzont, w kierunku, gdzie świeciło jaskrawe słońce.

- Uważasz - mówił do Jarka - teraz, jak będę obracał alidadą...

- Czym? - wtrącił Jego Brat.

- No przecież wyraźnie mówię, alidadą - zniecierpliwił się Marek - i nie przeszkadzaj, 

bo muszę złapać słońce.

- Ale jak chcesz złapać słońce, jeżeli patrzysz na morze? - zdziwił się Jarek.

- Po pierwsze nie na morze, a na linię horyzontu, a po drugie chcę złapać odbicie 

słońca   w   tym   tutaj   lusterku,   które   jest   przymocowane   do   alidady   i   wtedy   odczytam   na 

limbusie kąt.

- Na jakim znowu limbusie?

-  Gdybyś   chodził   na   kurs,   to   byś   się  tak   głupio   nie   pytał   -   burknął   zaaferowany 

pomiarami Marek.

Jarek   już,   już   miał   odpowiedzieć   swemu   bliźniaczemu   bratu   w   sposób,   na   jaki 

zasługiwało jego niegrzeczne zachowanie, gdy wtem dojrzał tuż za plecami Marka pilnie 

obserwującego   horyzont   i   usilnie   manipulującego   małą   śrubką   przy   tym,   jak   mu   tam, 

limbusie, masywnego mężczyznę w marynarskiej czapce i takimże mundurze.

- I coś tam zobaczył, chłopcze? - odezwał się Marynarz.

Marek   odwrócił   się   gwałtownie,   zmieszał,   zaczerwienił   i   bąknął   niepewnie,   bez 

specjalnego związku z pytaniem.

background image

- Ja... proszę pana... właśnie... sekstant...

- To, że sekstant, sam widzę - roześmiał się Marynarz. - W końcu coś niecoś na ten 

temat wiem. Bo tak się akurat składa - zwrócił się do obu braci - że jestem kapitanem na tej 

jednostce.

- My przepraszamy, panie kapitanie! - Jego Brat uważał, że w tym momencie właśnie 

tak trzeba było powiedzieć.

- Nie ma za co - roześmiał się znów Pan Kapitan. - Wcale się nie gniewam. A skąd 

masz ten sekstant?

-   Z   klubu.   Z   żeglarskiego   klubu   -   ośmielił   się   Dzika   Mrówka.   -   I   chciałem 

poćwiczyć... chciałem złapać wysokość słońca w czasie kulminacji, a z naszego domu w 

Oliwie nie widać horyzontu, bo słońce jest nie z tej strony co potrzeba.

- Słońce nie z tej strony! - Pan Kapitan roześmiał się jeszcze głośniej. - Ha, ha, ha, to 

jest   dobrze   powiedziane,   chłopcze.   Słońce   nie   z   tej   strony   co   potrzeba!   Trzeba   było   je 

przesunąć.   Nic   prostszego,   chłopcze.   O   Koperniku   mówią,   że   „wstrzymał   słońce,   ruszył 

ziemię”, a teraz ty przesunąłbyś słońce na tę stronę co potrzeba i o tobie też mówiliby, jak o 

Koperniku. A tobie jak na imię?

- Marek - odparł Dzika Mrówka, który nie bardzo wiedział czy Pan Kapitan z niego 

kpi, czy tylko żartuje.

- Bardzo ładnie. Mój syn też ma na imię Marek. Mniej więcej w twoim wieku. Pewno 

wtedy była moda na to imię. A twój kolega jak ma na imię?

- To brat - powiedział Dzika Mrówka - a na imię ma Jarek.

- Też ładnie - pochwalił Pan Kapitan. - Pewno rok czy dwa lata wcześniej, w tym 

roku, w którym on się urodził, inne imiona były modne.

- Kiedy on się urodził w tym samym roku co ja i ja jestem starszy - zawołał Marek, dla 

którego sprawa starszeństwa była zawsze bardzo ważnym problemem.

- Jak to w tym samym roku? - nie rozumiał Pan Kapitan.

- My jesteśmy bliźniakami.

- Bliźniacy? - zdziwił się Pan Kapitan - zupełnie nie jesteście podobni.

- Tak też bywa - stwierdził z całą powagą Dzika Mrówka.

- Ale jak jesteście bliźniakami, to dlaczego ty jesteś starszy?

- Bo mama mi tak mówiła - powiedział Marek.

- Nieprawda, mama mówiła tak o mnie. Fakt - wtrącił Jarek.

- Może wasza mama sama dobrze nie wie? - Pan Kapitan roześmiał się znowu. - 

Podobacie mi się chłopaki - powiedział. - A może byście tak zaczęli u mnie pracować? Na 

background image

statku.   Przydałby   mi   się   na   pokładzie   taki   jeden   fachowiec   z   sekstantem   do   oznaczania 

pozycji. Szczególnie w sezonie.

- Z sekstantem? - zdziwił się Marek, który wziął na poważnie słowa Pana Kapitana. - 

Do oznaczania pozycji? Tu, na Zatoce?

- Ha, ha, ha - roześmiał się Pan Kapitan. - Jasne, że nie potrzeba. Przecież ja Zatokę 

znam jak własny pokój. A na dodatek mam radar i zawsze jesteśmy w zasięgu brzegu. Ale 

pomyślcie, chłopaki, jaka to by była uciecha dla wczasowiczów z głębi kraju. Rejs statkiem 

na Hel, a tu taki młody marynarz łapie słońce sekstantem. Ha, ha, ha. Miałbym najlepsze 

wycieczki zapewnione na cały sezon.

Tak rozmawiając i żartując ani się chłopcy spostrzegli, jak zbliżyli się do wejścia do 

gdańskiego portu.

- No, chłopaki, ja teraz już muszę do sterówki. Szerokie morze się skończyło, trzeba 

uważać. No to cześć! A pamiętajcie, jak będziecie latem na przystani, to was zabiorę bez 

biletu.   Obu   Tylko   przywieźcie   koniecznie   sekstant!   -   mrugnął   do   braci   okiem 

porozumiewawczo, trochę po łobuzersku.

- Fajny jest ten kapitan - powiedział Dzika Mrówka, gdy Pan Kapitan  zniknął w 

sterówce.   Wydawało   się   wprost   nieprawdopodobieństwem,   że   taki   olbrzymi   mężczyzna 

zmieścić się może w takiej małej i ciasnej sterówce...

- Fakt - przytwierdził Jego Brat.

Statek wchodził już do portu.

Obaj   bracia   prawie   zdążyli   na   obiad.   „Prawie”,   bo   właściwie   zwykła   godzina 

obiadowa dawno już minęła, ale mama tak przeciągała w tym dniu gotowanie, smażenie i 

odsmażanie, że gdy chłopcy wpadli zziajani do domu, mama akurat wnosiła do pokoju wazę z 

dymiącą zupą. Tata coś tam podjadał w kuchni, „małe Conieco” - jak zwykł był mówić, a 

konkretnie śledziki marynowane osobiście przez Micię. Oczywiście tata jadł nie dlatego, że 

był już bardzo głodny i że nie mógł doczekać się na spóźniający się obiad. O, nie. Podkurek, 

czyli   owo   „małe   Conieco”   służyć   miało   -   jak   twierdził   uparcie   tata   -   jedynie   w   celu 

zaostrzenia apetytu.

- W celu zaostrzenia czego? - dziwiła się w takich momentach mama. - Apetytu? 

Przecież nie można ostrzyć czegoś już tak ostrego, jak twój apetyt. Co jak co, ale na brak 

apetytu i na bezsenność to już narzekać nie możesz.

- Ależ Miciu - zwykł był mawiać w takich razach tata i, korzystając z zamieszania 

wywołanego   dyskusją,   dokładał   sobie   drugą   porcję   doskonałych,   aromatycznych, 

marynowanych śledzi na talerz.

background image

- I jak się udała wyprawa po słońce! - zapytał tata przy deserze.

- W dechę, tato - zaczął Jarek, ale Marek (jak  zwykle!)  nie dał skończyć  bratu i 

włączył się natychmiast.

- Złapało się słońce... obojętnie - powiedział z wysoce nonszalancką miną. - I na 

lądzie,   to   znaczy  na   Helu,   i  na   morzu.   Parę   razy   nawet.   W   czasie   powrotnego   rejsu   do 

Gdańska.

- Ho, ho, - skwitował tata.

- I pan kapitan... - znów zaczął Jarek, ale tym razem przerwała mu mama.

- Kapitan, jaki kapitan? - zapytała.

- Normalny, na tym statku, którym wracaliśmy - włączył się Dzika Mrówka. - Bardzo 

fajny. Chciał mnie zamustrować. Na pomocnika.

- Nie ciebie, tylko  nas - zawołał  Jarek. - Nie przesadzaj. Mówił, żebyśmy  razem 

przyszli w sezonie.

-   Niby   i   mówił   -   lekceważąco   skrzywił   się   Marek   -   bo   nie   chciał   tobie   zrobić 

przykrości. Dobrze wychowany. Ale przecież wiadomo, że głównie chodziło o sekstant i o 

mnie. Może nie?

- Niby fakt - przytaknął zgodny Jarek - ale mówił o nas obu.

- Nie kłóćcie się, chłopaki - przerwał tata - po pierwsze do lata daleko, po drugie 

trzeba znać się na żartach. A marynarze lubią żartować. Sam pamiętam, jak mojego kolegę, 

było   to   w   czasie   jednego   z   pierwszych   naszych   rejsów,   posłali   z   maszyny   na   mostek   z 

olbrzymim kluczem i młotem. Do podregulowania kompasu, jak mu powiedzieli, bo kapitan 

pilnie wzywa kogoś z marynarzy z narzędziami. I polazł mój kolega usmarowany jak wielkie 

nieszczęście,   bo   pracował   akurat   w   kotłowni   i   był   czarny   jak   diabeł,   polazł   do   góry   na 

czyściuteńki   mostek,   z   olbrzymim   kluczem   i   jeszcze   większym   młotem   do   regulacji 

delikatnego   kompasu.   A   jak   go   Stary   zobaczył   na   mostku,   a   Stary   był   pedant   i   wielki 

zwolennik   czystości,   wpadł   nieomal   w   szał.   Zadzwonił   do   pierwszego   mechanika,   żeby 

przysłał ludzi do szorowania czarnych śladów na drewnianej bielutkiej podłodze na mostku i 

na skrzydle. Cała awantura była z tego i oba działy nieomal pobiły się ze sobą w morzu. 

Pewno tak samo wyglądała sprawa z waszym mustrowaniem i z waszym kapitanem.

- Kapitan był naprawdę - zaperzyli się obaj bracia, tym razem (o dziwo!) zgodnie i 

jednogłośnie.

- Wielki mi tam kapitan - tata wzruszył trochę lekceważąco ramionami. - Raz bierze 

namiar na komin swego domu w Brzeźnie, a drugi raz na trzecie drzewo na lewo od starej 

chałupy na Helu czy na budkę ratownika na plaży w Sopocie. Ot i cała nawigacja.

background image

- Ale byle kto nie może być kapitanem, choćby i na takim stateczku - powiedziała 

mama. - W końcu trzeba coś umieć. W każdej pracy i na każdym stanowisku.

- No niby racja, Miciu - zreflektował się tata i pocałował mamę w rękę, za co mama 

natychmiast   odwdzięczyła   mu   się   promiennym   uśmiechem   i   dodatkowym   kawałkiem 

szarlotki, z wyjątkowo dużą porcją bitej śmietany na wierzchu.

- Ale, ale - przypomniał sobie tata - a jakie są wyniki owych słonecznych pomiarów?

- Jeszcze nie zdążyłem policzyć. Wziąłem tylko pomiar wysokości słońca podczas 

kulminacji.

- No to policz i zobaczymy. Czy lody, czy czyszczenie butów.

- Z samej kulminacji nie da rady - bronił się Dzika Mrówka. - Jeszcze wieczorem, 

przed zmierzchem, złapię gwiazdy. Wtedy dopiero...

- Dobrze - zgodził się tata - zaczekamy zatem do kolacji.

Prawie całe popołudnie Dzika Mrówka zajęty był jakimiś żmudnymi  obliczeniami. 

Wertował liczne, i grube książki, mierzył coś na mapie, dodawał, odejmował, dzielił, mnożył. 

Minę przy tym miał coraz mniej wyraźną.

- Co ci tam wyszło? - zapytał tata, gdy zbudził się z popołudniowego przeglądania 

tygodników i wszedł do pokoju chłopców.

- Jeszcze właściwie... - zaczął niepewnym głosem Marek. - Chyba coś... - starał się 

przykryć ręką zapisaną kartkę.

- Pokaż, pokaż - roześmiał się tata.

-   To   niby   ma   być   szerokość   geograficzna?   -   zapytał   popatrzywszy   na   starannie 

podkreślone literki i cyfry.

- Bo widzi tata... - bąknął czerwony jak burak Marek.

- Właśnie widzę - tata otworzył atlas leżący obok. - Ta szerokość wyszła ci jakoś nie 

za bardzo. 41°05’ szerokości północnej - przeczytał z kartki. - To znaczy, że my jesteśmy 

mniej więcej gdzieś między Neapolem i Rzymem.

- Ale tato - Dzika Mrówka starał się odebrać ojcu kompromitującą jego nawigacyjne 

umiejętności kartkę.

- To mi przypomina słyszaną kiedyś anegdotę - roześmiał się tata. - Mianowicie syn 

któregoś   tam   króla   angielskiego,   czyli   następca   tronu,   służył   angielskim   zwyczajem   w 

marynarce   wojennej.   I  kiedyś   miał   obliczyć   pozycję   okrętu.   Mierzył   tak   jak   i   ty,   liczył, 

rachował i wreszcie przyniósł wyniki oficerowi wachtowemu, który miał je sprawdzić. A ten 

oficer, starszy już człowiek, całe życie pływał po morzach i choć nie dochrapał się wysokiego 

stopnia, zawód swój znał doskonale. Ale też czuł przed członkiem rodziny królewskiej, a tym 

background image

bardziej następcą tronu, należyty respekt. Spojrzał więc na wyniki księcia, stanął na baczność 

i zdjął czapkę z głowy.

- Dlaczego pan to robi, sir? - zdziwił się młody następca tronu.

- Bo, Wasza Książęca Mość - odpowiedział oficer - według obliczonej przez Waszą 

Książęcą Mość pozycji znajdujemy się teraz dokładnie w środku Katedry Westminsterskiej w 

Londynie.

- Ale, tato - Dzika Mrówka rzucił zabójcze spojrzenie w stronę śmiejącego się Jego 

Brata - ja jeszcze sprawdzę. Złapię gwiazdy i policzę dokładnie...

- Chcesz sprawdzić, czy nasz dom nie stoi w okolicach Neapolu - roześmiał się tata. - 

Oho, Miciu, czuję, że przez najbliższy czas będę miał naprawdę czyste buty!

- Tata mówił, że poczeka do kolacji - bronił się Marek.

- Mówiłem, to i zaczekam - zgodził się tata.

Przed zmierzchem Marek i Jarek wybrali się razem na dach. Pokłócili się przy tym 

oczywiście   i   o   mało   co   nie   wypuścili   z   rąk   wypożyczonego   z   wielkim   trudem   z   klubu 

sekstantu.   Precyzyjnemu,   wyposażonemu   w   liczne   szkiełka   i   lusterka   przyrządowi 

nawigacyjnemu na pewno nie wyszedłby na zdrowie upadek z niewysokiego co prawda, ale 

bądź co bądź trzypiętrowego domu...

Ostatecznie jednak doczekali się pięknych gwiazd na niebie. Dzika Mrówka rozpoznał 

je i określił, a następnie zmierzyli wysokość nad widocznym z dachu morskim horyzontem.

A potem, do samej kolacji, Dzika Mrówka prowadził żmudne obliczenia, aby znaleźć 

trzy linie pozycyjne, które - zgodnie z teoretycznymi wiadomościami, przeczytanymi przez 

chłopca w niezwykle mądrych podręcznikach - powinny się były przeciąć w jednym punkcie. 

No, może nie tak bardzo dokładnie w jednym - myślał chłopak, rysując na mapie pierwszą 

linię wynikającą z obliczeń pracowicie spisanych na całym stosie kartek.

Dzika Mrówka długo przykładał do mapy nawigacyjne ekierki, które też pożyczył w 

klubie. Starannie odmierzył kąt. Wreszcie pociągnął ołówkiem. Podniósł głowę i uważnie 

spojrzał na efekt swojej pracy. Skrzywił się. Pociągnięta bowiem ołówkiem linia przebiegała 

dość daleko od punktu na mapie, w którym umiejscowił bez zbytnich trudności ich dom.

Może z drugą będzie lepiej - pocieszał się Marek w myślach i energicznie zabrał się 

do dalszych obliczeń.

Druga   jednak   linia   pozycyjna   jeszcze   bardziej   odsunęła   się   od   punktu   w   którym 

według wszelkich danych powinien znajdować się ich rodzinny dom.

Cała nadzieja w trzeciej - łudził się jeszcze Marek, choć początkowy optymizm uleciał 

już, jak powietrze z przekłutego balonika.

background image

Trzecia linia pozycyjna zachowała się podobnie jak dwie poprzednie i ostatecznie na 

mapie wszystkie  trzy stworzyły dość duży trójkąt, obejmujący nie tylko  Oliwę, dzielnicę 

Gdańska, gdzie mieszkał Dzika Mrówka z Jego Bratem i Rodzicami, ale sięgający jednym 

wierzchołkiem pod Elbląg, drugim poza Wejherowo, trzecim zaś wyskakujący głęboko w 

Morze Bałtyckie.

Na nic - pomyślał ze wstydem Dzika Mrówka. Chciałbym w tej chwili, żeby mapa z 

kompromitującym   jego   astronawigacyjne   umiejętności   trójkątem   zapadła   się   głęboko   pod 

ziemię albo spłonęła i znikła bez śladu. A w każdym razie, żeby nie wpadła w ręce taty.

Niestety, w tym właśnie momencie rozległo się wołanie Mici, że kolacja na stole, o 

czym zresztą donosiły już od kilkunastu minut smakowite zapachy dochodzące z kuchni i tata 

wszedł do pokoju chłopców.

- No i jak tam, Mrówa? - zapytał spoglądając na mapę. - O ile znam się na nawigacji, 

to ten trójkącik jakby trochę za duży - roześmiał się, ale spojrzawszy na wyraźnie zmartwioną 

twarz syna dorzucił. - Ostatecznie, jak na pierwszy raz, nie jest wcale tak źle - pogładził 

chłopca po włosach. - W końcu nasz dom znajduje się WEWNĄTRZ trójkąta.

Dzika  Mrówka  spojrzał  na  tatę  i nie   bardzo  wiedział, czy tata  żartuje,  czy mówi 

poważnie, z miny ojca bowiem nie można było niczego wywnioskować. W każdym bądź 

razie Jarek też nie roześmiał się, choć miał na to jeszcze przed chwilką dużą ochotę. Bo 

rzeczywiście, ich dom był WEWNĄTRZ trójkąta utworzonego przez trzy linie pozycyjne, a 

że trójkąt liczył sobie rozpiętość kilkudziesięciu mil? No, trudno...

W stosunku do powierzchni oceanu kilkadziesiąt mil to nie jest tak wiele - pocieszył 

się   w   myślach   Dzika   Mrówka   i   był   naprawdę   wdzięczny   tacie,   który   w   tym   momencie 

powiedział, jak gdyby nic zupełnie się nie stało.

- Chłopcy, czas na kolację. Micia już nas wołała. A czuję, że warto się pośpieszyć - 

dodał, wciągając nosem smakowite i podniecające apetyt zapachy.

Tylko przy kolacji tata, na pozór bez żadnego związku z gwiezdnymi  pomiarami, 

opowiedział Mici i chłopcom historyjkę o Pierwszym Oficerze na jakimś statku Ten Oficer 

bez   przerwy   kłócił   się   z   Kapitanem   i   wciąż   mu   robił   jakieś   kawały.   A   że   Kapitan   był 

wyjątkowo czuły na temat swych nawigacyjnych umiejętności, ów Pierwszy Oficer zapytał 

pewnego razu przez tubę podpływającego pod burtę statku pilota, kiedy stali już na redzie 

Bombaju: „Czy to naprawdę Bombaj?” A że spytał na cały głos, tak że było słychać i na 

innych statkach, a w dodatku ubrał się w galowy mundur z dystynkcjami Pierwszego Oficera, 

więc wściekłość kapitana po takiej odżywce swego zastępcy, jako też niepomierne zdziwienie 

Pilota   na   motorówce   były   zupełnie   zrozumiałe.   Co   kapitan   powiedział   wtedy   swemu 

background image

Pierwszemu Oficerowi, kroniki na szczęście nie zanotowały.

Mimo niezbyt  precyzyjnych  wyników pomiarów gwiazd i słońca, egzamin Dzikiej 

Mrówki   na   kursie   żeglarskim   wypadł   pomyślnie.   Nawet   bardzo   dobrze.   Niewątpliwie   na 

wynik   wpłynął   fakt,   że   w   zakres   wymaganej   na   stopień   żeglarza   wiedzy   nie   wchodziły 

wiadomości z zakresu astronawigacji.

A   w   kilka   dni   później,   już   po   egzaminie,   Dzika   Mrówka,   ubrany   w 

jaskrawopomarańczowy,   widoczny   już   z   daleka   kapok,   zajął   miejsce   w   dwuosobowej 

pomalowanej   na   czerwono   łodzi   żaglowej   typu   „Cadet”,   zwanej   „żeglarską   szkółką 

podstawową”. Chłopak był niezwykle przejęty, choć starał się usilnie robić minę na temat: 

„co mi tam, w końcu to nic wielkiego”.

Wraz z Dziką Mrówką wsiadł do łodzi instruktor, pan Janek.

- No to zaczynamy, Dziki! - zawołał wesoło, gdyż i on przejął od Bosmana Klubu 

sposób zwracania się do Marka.

Dzika Mrówka zaczynał oto swoje żeglowanie, tego dnia miał po raz pierwszy - co 

prawda pod czujnym okiem instruktora - ująć własną ręką rumpel sterowy.

- Stawiać grot! - zakomenderował Pan Janek.

Marek szybko zaczął wybierać odpowiednią linkę. Wiedział już doskonale, że linka ta 

nazywa się fałgrota i że podnosi ona duży biały żagiel na maszcie. Tak samo jak - znał na 

pamięć nazwy wszystkich lin i linek na tej łodzi i na wielu innych typach łodzi i jachtów. 

Podobnie   jak   nazwy   żagli,   od   najprostszych:   grota   i   foka   maleńkich   jednostek,   aż   go 

niezwykle fachowo brzmiące marsle dolne i górne, bramy i bombramy. Ale co innego znać 

wszystko na pamięć i umieć pokazać na obrazku, a zupełnie co innego samemu stawiać żagle. 

Choćby na tak maleńkiej jednostce, jak czerwony „Cadet”.

Nad głową Dzikiej Mrówki począł wspinać się biały płat grota, łopocąc na lekkim 

wietrze. Jeszcze kilka ruchów, jeszcze sprawne obłożenie liny na knadze i JUŻ!!

BIAŁE ŻAGLE NA MASZCIE! - zdołał pomyśleć z dumą Dzika Mrówka, ale Pan 

Janek wydawał już kolejny rozkaz i nie było czasu na zachwyty.

Rozkazy goniły jedne za drugim. Dzika Mrówka zwijał się jak w ukropie, jedne liny 

wybierał,  drugie luzował, a „Cadet” tymczasem odsunął się od nabrzeża, białe żagle nad 

głowami Pana Janka i Marka naprężyły się, złapały wiatr, i łódź poczęła nabierać prędkości.

- A ster - przypomniał Pan Janek - łap się za rumpel, Dziki. Steruj na tamtą bojkę i 

wybierz mocniej grota, bo łopocze. Nie słyszysz?

Dzika Mrówka rzeczywiście niewiele słyszał. I niewiele też widział z wrażenia: Bo 

oto jego łódź płynie!

background image

PŁYNIE!   Posłuszna   każdemu   drgnięciu   ręki   jego,   Dzikiej   Mrówki,   zaciśniętej 

kurczowo na drzewcu rumpla. A żagiel łapie wiatr, łapie też coś nieuchwytnego, coś, czego 

przecież, nie można zobaczyć  przez najsilniejszą  nawet i najdoskonalszą  lornetkę, ale co 

JEST, co wypełnia białe płótno grota z czarną literą „C” w górnym rogu i numerem naszytym 

poniżej, co wypełnia trójkątny niewielki fok. I co pcha łódź coraz szybciej, coraz szybciej 

prosto na główny nurt wodny.

Nad   głową   „białe   żagle   na   maszcie”,   pełne   świeżego   wiatru,   przy   sterze   DZIKA 

MRÓWKA,   na   niebie   słońce,   a   przed   dziobem   otwierająca   się   szeroko,   coraz   szerzej 

przestrzeń wodna.

Droga na Bałtyk. NA ATLANTYK.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

KTÓRY MIAŁ ZAKOŃCZYĆ SIĘ WSPANIAŁYM ZWYCIĘSTWEM 

REGATOWYM, ALE OKAZAŁO SIĘ, ŻE ŚRODEK CIĘŻKOŚCI 

ZAŁOGI ZNAJDUJE SIĘ STANOWCZO ZA WYSOKO

Od symbolicznego dla Dzikiej Mrówki momentu podniesienia po raz pierwszy żagla 

na maszcie i pierwszego, w miarę samodzielnego, wyjścia na niezbyt na razie szerokie wody, 

upłynęło sporo czasu. Marek spędzał w tym okresie każdą nieomal wolną chwilę pod żaglami. 

Pływał na łodziach klasy „Cadet” - początkowo, z instruktorem, a po kilku, coraz bardziej 

udanych próbach, już tylko z kolegą, takim samym jak Dzika Mrówka nowicjuszem. Potem 

upodobał   sobie   przez   pewien   czas   maleńkie,   zwrotne,   jednoosobowe   „Optymisty”   o 

śmiesznym trochę kształcie dziobu i charakterystycznym, nie spotykanym na żadnym innym 

typie łodzi, trapezowym kształcie jednego żagla.

Na   tychże   żaglowych   łodziach,   zwanych   popularnie   „żeglarskim   przedszkolem”, 

nabierał coraz większej sprawności i biegłości w manewrowaniu, ku zadowoleniu, a nawet 

pewnemu zdziwieniu  żeglarskiego instruktora  klubu, który nieraz  z nabrzeża obserwował 

postępy i żeglarskie wyczyny Dzikiej Mrówki. W miarę upływu czasu miał on coraz mniej 

krytycznych uwag, wykrzykiwanych przez trzymany w ręku przenośny głośnik wzmacniający 

wielokrotnie głos tak, że instruktorskie słowa niosło głośnym echem nad całym akwenem 

przeznaczonym na żeglarską szkółkę dla początkujących zdobywców oceanów.

- Brawo, brawo, Dziki - powiedział wreszcie kiedyś do Marka, a pochwała w ustach 

instruktora miała podwójną wartość; był to bowiem człowiek nader skąpy w ich udzielaniu.

Po   egzaminie   praktycznym   Marek   mógł   już   zupełnie   samodzielnie   pływać   na 

maleńkim  żaglowym  stateczku, choć jeszcze na bardzo ograniczonym  obszarze. Któregoś 

dnia   instruktor,   zawoławszy   Marka   do   swej   maleńkiej   komóreczki,   ciasnego   pokoiku   w 

klubowym baraczku, zapytał:

- Chciałbyś startować w regatach?

Dzika  Mrówka,   który  nie   należał  przecież  do  zbyt  małomównych,   zaniemówił   na 

moment.

- Co to, mowę ci odjęło? - zaśmiał się instruktor.

- Ja... w regatach? - wyjąkał wreszcie Marek.

- Wyobraź sobie, że ty. W regatach „Optymistów”.

- Ale przecież słyszałem, że tam startują sami starsi. Ci co w tym sezonie skończyli 

background image

kurs.

- No to co? Nie dasz rady? Myślałem, że już dobrze wyczuwasz łódź. Zwroty masz 

opanowane wcale, wcale... No to jak?

- Ja bardzo chętnie - Dzika Mrówka odzyskał swoją zwyczajną śmiałość. Poczuł, że 

duma i zadowolenie zaczyna go rozpierać. - Ja oczywiście...

- Tak  też   myślałem.   A  więc  musimy  się  przygotować.  Bo,  chłopie, regaty  to nie 

przelewki. W regatach trzeba czuć wiatr, jego siłę, kierunek i każdziutką, najlżejszą choćby 

zmianę. W regatach wszystko się liczy, Dziki. Najważniejsze, żeby dokładnie przewidzieć, co 

zrobi twój konkurent, a nawet co dopiero MA ZAMIAR zrobić. I uprzedzić go. Zrobić to 

samo o ułamek sekundy wcześniej albo zrobić zupełnie coś innego, co będzie lepsze od tego, 

co on ma zamiar zrobić. Kapujesz?

-   Kapuję,   panie   instruktorze!   -   odpowiedział   Dzika   Mrówka   z   takim   zapałem,   że 

instruktor roześmiał się na cały głos.

-   No   dobra,   dobra,   na   razie   to   chyba   kapujesz   niewiele   -   instruktor   wyciągnął   z 

szuflady kawałek papieru.

- Uważaj - powiedział. - Jesteś w punkcie A i chcesz jak najszybciej dostać się do 

punktu B, w którym jest zakotwiczona boja - narysował sytuację na kartce. - A wiatr wieje tak 

jak ta strzałka. Kapujesz?

- Kapuję - powiedział Marek patrząc na rysunek. - To znaczy, że mam płynąć prosto 

pod wiatr.

- Oczywiście - potwierdził instruktor.

- No to trzeba halsować - Dzika Mrówka już wyobrażał sobie siebie na łodzi i czuł 

niemal wiatr wiejący prosto w dziób.

-   Bardzo   dobrze   -   pochwalił   instruktor   -   ale   to   też   oczywiste.   Teraz   pytam,   jak 

halsować? Spróbuj narysować.

Marek wziął  flamaster,  narysował  dwie  linie łączące  jacht  z bójką  i oznaczył  kąt 

między kursem jachtu i linią wiatru.

background image

- A pod jakim kątem będziesz halsował? - zapytał instruktor.

- Jak najostrzej do wiatru - odparł Marek - bo wtedy będziemy mieli najkrótszą drogę - 

dodał dumny troszeczkę, że może wykazać swe wiadomości.

- Droga najkrótsza, zgoda, ale w ten sposób nie wygrasz, bo przy kursie bardzo ostro 

na wiatr będziesz miał najmniejszą prędkość. Kapujesz?

Marek nic nie odpowiedział, ale w tej chwili pożałował, że był przez moment z siebie 

dumny.

- Nic się nie martw - pocieszył go instruktor - do regat jeszcze dość daleko. Jest trochę 

czasu na naukę. No, kombinuj dalej.

Marek pomyślał chwilę, popatrzył na rysunek i wyrysował drugi kurs łączący punkty 

A i B. Tym razem kąty były znacznie większe.

Instruktor popatrzył na rysunek i powiedział.

- Teraz to przesadziłeś w drugą stronę.

- Ale prędkość... zaczął Marek.

-   Owszem,   szybkość   będziesz   miał   dużą,   ale   zysk   na   szybkości   nie   wyrówna   ci, 

chłopie, straty na długości drogi. W tym wypadku prawda leży - jak zresztą najczęściej bywa 

- pośrodku. O w ten sposób:

background image

I szybkość będzie dość dobra i droga nie za długa.

- Rzeczywiście - mruknął Dzika Mrówka wyraźnie zmartwiony. Oczyma wyobraźni 

widział już inne łodzie przechodzące przed nim linię bojki.

- Ale to trudno tak wyznaczyć najlepszy kąt - zauważył. - W czasie regat...

- A pewnie, że trudno. I nikt go też nie wyznacza.

Marek   spojrzał   na   instruktora   nie   bardzo   rozumiejąc   o   co   chodzi.   Przecież   przed 

chwilą rysowali kursy i oznaczali kąty, a teraz instruktor mówi, że kątów nikt nie wyznacza. 

Więc jak?

- Gdybyś chciał, Dziki, rysować kąty albo je obliczać, to na pewno wszystkie łodzie 

byłyby już dawno na mecie, a ty malowałbyś i malował te swoje obrazki przed linią startu. To 

muszą być  odruchy.  Ty musisz CZUĆ, jaki  kąt NAJLEPSZY  w danym  momencie;  przy 

danym kursie i przy takim akurat wietrze i fali, to wszystko trzeba brać pod uwagę. I to, że 

inna łódź może ci zabrać wiatr i to, że po zwrocie za boją możesz znaleźć się w niewygodnej 

pozycji i nic ci z tego nie przyjdzie, że minąłeś ją jako pierwszy. Trzeba umieć atakować, 

trzeba też umieć odpierać ataki.

- Ojej - jęknął Dzika Mrówka.

- A właśnie - podchwycił instruktor. - Nic za darmo. Najpierw będziesz się musiał 

jeszcze   sporo   poduczyć   teoretycznie,   żeby   rozważyć   poszczególne   możliwości,   a   potem 

przerabiać je praktycznie. Ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. BEZ TRENINGÓW NIE 

MA WYNIKÓW - podkreślił głosem i spojrzał na Dziką Mrówkę.

- No to jak? Zaczynamy? - zapytał.

- Zaczynamy - zdecydował Marek.

-   Tak   też   i   myślałem   -   ucieszył   się   instruktor.   -   Daj   rękę.   Na   przypieczętowanie 

umowy.

Podali sobie dłonie. Dzikiej Mrówki była mała, a instruktora duża, mocna, opalona.

background image

Jeszcze   tego   samego   popołudnia   po   rozmowie   z   instruktorem   Dzika   Mrówka   z 

wielkim zapałem zabrał się do studiowania problemów związanych z olbrzymią dziedziną 

żeglarskiej wiedzy, jaką okazała się teoria regat.

- Coś tam znowu przytargał? - spytał Marka Jego Brat, gdy Dzika Mrówka wrócił z 

torbą pełną książek, które natychmiast zaczął niezwykle pilnie studiować.

- Grunt to naukowe podejście do zagadnienia - stwierdził tonem wyższości Marek.

- A jakie to znowu zagadnienie? - zapytała mama, zaniepokojona poważnie faktem, że 

jej syn po powrocie z żeglarskiego treningu nie rzucił się, jak zazwyczaj, na jedzenie; tylko 

poszedł do swego pokoju i nawet nie zaczął się kłócić ze swym bratem - bliźniakiem.

- Drobiazg, mamo - Marek dość przekonywająco udawał lekceważący stosunek do 

poruszanego tematu - mam startować w regatach, więc trzeba trochę na ten temat poczytać - 

tu niedbałym  ruchem ręki wskazał na leżące książki  o wymownych  tytułach:  Żeglarstwo 

regatowe, Regaty, Żeglarstwo regatowe prawie bez tajemnic.

- W regatach? - powtórzyła zdziwiona mama. - W jakich znowu regatach?

- Po pierwsze nie „znowu”, a po drugie w klasie „Optymist” - zakomunikował dumnie 

Marek i wyciągnął czystą kartkę.

- Miciu - powiedział - niech tylko mama spojrzy...

- Ale kolacja... - mama była wyraźnie zaniepokojona tym, co się w kuchni mogło 

przypalić, wykipieć czy zesmażyć na węgiel.

-   Dobrze,   dobrze   -   Dzika   Mrówka   machnął   lekceważąco   ręką,   że   niby   kolacja 

nieważna, co mama skwitowała jedynie uniesieniem brwi - kolacja nie zając, nie ucieknie. 

Lepiej niech mama zapozna się z taką sytuacją.

Chłopak kilkoma szybkimi ruchami nakreślił parę kresek na kartce papieru.

- Tu mama widzi pięć jachtów. Wszystkie płyną na kursie wolnym, w tym wypadku 

fordewindem. Kapuje mama?

background image

- Jak proszę? - zapytała machinalnie mama.

- Przepraszam, Miciu - zreflektował się Marek. - Chciałem spytać, czy mama rozumie 

sytuację.

- No... - powiedziała mama dość niepewnie - a właściwie co to znaczy fordewind, bo 

właśnie zapomniałam.

- Oj, mamo, mamo - jęknął Dzika Mrówka - tyle razy mówiłem. Fordewing to po 

prostu pełny wiatr.

- Aha - mruknęła mama, ale nie za bardzo pewnym głosem.

- No, wiatr wiejący prosto z tyłu jachtu - dorzucił Marek.

- Teraz to jasne - ucieszyła się mama.

- No więc widzi mama - Marek wrócił do rysunku. - Cztery jachty A, B, C i D są w 

przedzie i idą „łeb w łeb”. A ja tymczasem - tu Marek wskazał na jacht narysowany grubą, 

czerwoną krechą z napisem „Dzika Mrówka” - z tyłu, za prowadzącymi jachtami i najdalej od 

boi, przy której trzeba zrobić zwrot w lewo. I co ja mam teraz zrobić??

- Przede wszystkim umyć ręce, a potem zjeść kolację, bo już gotowa - zdecydowanym 

głosem oznajmiła mama.

- Ojej, mama stale o jednym. W tej sytuacji to ja, mamo, prowadzę takie zagranie 

taktyczne: zwalniam szybkość - to raz. Jachty A, B, C i D zejdą się do kupy i w czasie zwrotu 

będą   przeszkadzały   jeden   drugiemu.   A   wtedy   między   jachtami   i   znakiem   kursowym 

wytworzy się luka i ja pcham się prosto w te lukę. Wychodzę zaraz po zwrocie na pierwszą, 

no może na drugą pozycję.

Marek triumfalnie przeciągnął na rysunku grubą czerwoną krechę przecinającą kursy 

konkurencyjnych jachtów.

- Teraz wystarczy tylko wykorzystać pozycję nawietrzną, złapać jachty A, B, C i D w 

background image

„stożek”, wykorzystać właściwie halsowanie, potem ustawić się tak, żeby jacht A znalazł się 

w sytuacji beznadziejnie nawietrznej, dojść do mety, w ostatniej chwili rzucić się na taśmę i 

wygrać wyścig. I co mama na to?

- Ja na to, mój ty mały komputerku, mój ty zwycięzco regatowy, że ołówkiem na 

papierze   bardzo   łatwo   wszystko   narysować   i   wyliczyć.   Ja   też   każdego   pierwszego,   gdy 

dostaję pensję taty, robię plany wydatków na cały miesiąc. I wszystko niby się zgadza, a jak 

minie   dwa;   trzy   tygodnie   okazuje   się,   że   jest   zupełnie   inaczej   -   mama   odgarnęła   włosy 

spadające na oczy, machnęła ręką z rezygnacją i pobiegła do kuchni, skąd dotarł do pokoju 

przykry raczej zapach przypalonego mleka.

- Z mamą to w żaden sposób nie można porozmawiać na poważne tematy - mruknął 

Dzika Mrówka do Jarka, ale Jarek nawet nie podniósł głowy znad książki, opisującej kolejne 

przygody Pana Samochodzika.

- Z tobą też nie można. Człowiek może liczyć tylko  na WŁASNE SIŁY - Dzika 

Mrówka   westchnął   głęboko   z   wyraźnym   żalem   i   pretensją   do   całego   otaczającego   go, 

obojętnego świata.

Dni   wypełnione   w   przeważającej   części   żeglarskimi   treningami   i   taktycznymi 

rozważaniami  teoretycznej  natury, a w znacznie  mniejszym  stopniu szkołą i  odrabianiem 

lekcji, mijały bardzo szybko i ani się Dzika Mrówka obejrzał, gdy nadszedł DZIEŃ REGAT.

Marek od samego ranka był niezwykle podekscytowany i z niecierpliwością czekał na 

moment   startu.   Po   raz   nie   wiadomo   który   przeglądał   swą   łódź,   na   której   miał   wystąpić 

pierwszy raz w wyścigach. Badał wszystkie linki i śrubki, oglądał żagiel.

- Cześć, Marku - usłyszał nagle dziewczęcy głos, gdy pochylony w łodzi sprawdzał, 

czy ster chodzi wystarczająco lekko.

Zdziwiony podniósł głowę. Nad nim, na nabrzeżu, stała Ulka ubrana w jasnoczerwoną 

sukienkę w duże białe grochy.

-   Cześć!   Wyglądasz   jak   biedronka   -   powiedział   i   uradowany,   i   zmieszany 

jednocześnie.

- Biedronka? - zdziwiła się Ulka - przecież biedronka ma czarne kropki. A moje są 

białe.

- Rzeczywiście - mruknął nieco skonfundowany Dzika Mrówka - ale ty możesz być 

taka   inna,   SPECJALNA   BIEDRONKA.   Po   prostu   lepszego   gatunku.   Bardzo   zresztą 

rzadkiego - dorzucił.

- Niech będzie - zgodziła się śmiejąc dziewczynka. - Jak się czujesz?

- Po japońsku - odrzekł Marek.

background image

- Po japońsku? - zdziwiła się. - To niby JAK?

- JAKÓ - TAKO? - roześmiał się Dzika Mrówka. Roześmiała się znowu.

- Przyszłam, żeby popatrzeć - dodała.

- Aha - przytaknął.

Na dłuższą rozmowę nie było jednak czasu, bo trzeba było odbijać od nabrzeża.

Dzika Mrówka sprawnie podniósł żagiel i ruszył na wody basenu. Uważnie lustrował 

przeciwników,   którzy   w   olbrzymiej   większości   byli   znacznie   od   niego   starsi,   zarówno 

wiekiem jak i żeglarskim stażem. Dla wielu zawodników nie były to już pierwsze regaty, a 

kilku z nich miało już za sobą zwycięstwa odniesione na różnych akwenach i przy rozmaitych 

pogodach.

-  No,   zobaczymy   co   ONI   pokażą   -   myślał   w   duchu   i   na   zapas  już   przeżywał   w 

wyobraźni wszystkie możliwe i niemożliwe warianty rozpoczynającego się wyścigu.

Na   dziesięć   minut   przed   godziną   startu,   gdy   podano   już   pierwszy   sygnał   zwany 

sygnałem  ostrzeżenia, tuż przed metą zgromadziło  się kilkadziesiąt łodzi z postawionymi 

żaglami.   Zrobił   się   niesamowity   tłok   i   ścisk,   każdy   bowiem   z   zawodników   chciał 

wystartować z jak najlepszej pozycji. Ale o tę NAJLEPSZĄ pozycję było niezmiernie trudno.

Pogoda była słoneczna i w miarę wietrzna. Akurat taka w sam raz na małe regaty - jak 

powiedział instruktor żeglarski, który wchodził w skład sędziowskiego kompletu.

Po pięciu minutach padł drugi strzał z rakietnicy, tak zwany sygnał przygotowania, i 

od tego momentu  zaczęły obowiązywać  przepisy regatowe. Nie wolno już było  pomagać 

sobie   wiosłem;   wszystko   teraz   zależało   od   wiatru   i   żagli,   a   właściwie   od   żeglarskich 

umiejętności zawodników.

Dzika Mrówka, napięty i podekscytowany, z wielkim trudem ustawił swą łódź blisko 

prawej   boi,   ograniczającej   linię   startu.   Co   prawda   większość   pozostałych   zawodników 

zgromadziła   się   przy   lewej   boi,   gdzie   były   nieco   lepsze   warunki,   Marek   jednak   nie 

przejmował się tym zbytnio.

Jest ich tam więcej - myślał starając się tak ustawić swoją łódź w stosunku do wiatru, 

aby w momencie startu posiadać dużą szybkość i był niedaleko linii startowej - w takim tłoku 

trudniej  zyskać  przewagę.   Jeden drugiemu  będzie przeszkadzać,  jeden   drugiemu  zabierze 

wiatr, może ktoś się z kimś zderzyć i w rezultacie dwie, trzy łodzie wyskoczą do przodu, a 

reszta zostanie z tyłu. Ja będę miał dłuższą drogę, ale za to pewniejsze szansę.

Łódź Dzikiej Mrówki nabierała szybkości. Linia mety była coraz bliżej. Teraz ważne 

było, żeby nie przejść przez nią przed sygnałem startu, żeby nie popełnić falstartu, bo wtedy 

szanse na dobre miejsce spadają do zera.

background image

Oj,   chyba   za   szybko   -   przestraszył   się   Dzika   Mrówka,   patrząc   na   wskazówki 

sekundnika na swoim zegarku i jednocześnie wzrokiem mierząc odległość, jaka mu pozostała 

do linii startu - trzeba trochę zwolnić.

Wyostrzył bieg łodzi bardziej na wiatr. Łódź zwolniła wyraźnie; teraz z kolei młody 

sternik zaczął się obawiać, że nie zdąży punktualnie na linię startu.

Na   szczęście   w   tym   momencie   rozległ   się   sygnał   startowy:   ponowny   strzał   z 

rakietnicy. Jednocześnie flagi na maszcie sygnałowym na przystani zostały ściągnięte w dół.

Rozpoczęły się REGATY.

Dzika   Mrówka   pchnął   nieco   rumpel   sterowy,   aby   nabrać   prędkości,   balastując 

jednocześnie   swoim   ciałem.   Łódź   była   tuż   tuż   przed   linią   startu.   Po   obu   stronach 

kilkudziesięciu młodych chłopców starało się teraz nabrać szybkości, starało się wyskoczyć 

do przodu, starało się zająć dogodne pozycje w stosunku do wiejącego wiatru.

Na białym żaglu łodzi Dzikiej Mrówki widniały naszyte litery OPP i numer 101. Z 

przodu płynęła łódź z numerem 402, a tuż za rufą znajdował się numer 18.

Marek zmierzył wzrokiem odległość dzielącą go od numeru 402. Wynosiła ona około 

5 - 6 metrów.

Dużo! - zmartwił się.

Jednak   tamta   łódź,   mimo   wyraźnych   wysiłków   jej   sternika,   nie   przyśpieszała   tak 

znacznie jak „ 101” Dzikiej Mrówki.

Widocznie musiał zbytnio wyhamować przed linia startu, żeby nie zrobić falstartu - 

ocenił Marek czując jednocześnie, że jego łódź nabiera coraz większego pędu.

Wszystkie trzy łodzie szły prawym halsem.

Po kilkunastu sekundach odległość od 402 zmalała do 2 - 3 metrów.

Teraz zwrot - zdecydował Dzika Mrówka.

Błyskawicznie  zmienił  położenie steru,  wybierając  jednocześnie  szoty żagla. Łódź 

skręciła ostro, żagiel przez moment załopotał i już OPP 101 pochylał się na przeciwnym 

halsie nabierając szybkości. W chwilę potem taki sam zwrot zrobił „402”. Szli teraz obaj 

lewym halsem z tym, że łódź Dzikiej Mrówki wysforowała się nieco do przodu, lecz była 

znacznie niżej od boi, przy której należało dokonać zwrotu.

Ten hals jest mniej korzystny - zorientował się Dzika Mrówka już po kilkudziesięciu 

sekundach i postanowił wrócić na poprzedni, prawy hals.

Znowu szybkie, zgrane ruchy steru i wybranie linek szotowych. Gwałtowny zwrot tuż, 

tuż przed dziobem idącego nie opodal „402”.

Jako zawietrzny mam prawo drogi - Dzika Mrówka usprawiedliwiał sam siebie, bo 

background image

zwrot był nieco ryzykowny.

Teraz wyraźnie odbił od „402”, który jeszcze przez kilkanaście co najmniej metrów 

szedł lewym, niekorzystnym halsem.

Jednego mam z głowy - pomyślał  Marek i spojrzał w lewo, gdzie znajdowała się 

większa część zawodników, którzy ruszyli do wyścigu bliżej lewego ograniczającego linię 

startu znaku.

Z zamętu startowego na czoło wydostały się trzy jachty i wszystkie były teraz w nieco 

lepszej pozycji niż „101” Dzikiej Mrówki.

Nie jest źle - pomyślał Marek z dumą. - Jestem już CZWARTY.

Zbliżali się do znaku kursowego. „101” Dzikiej Mrówki szedł prawym halsem, trzy 

pozostałe łodzie lewym.

Tamtym   dwóm   nie   dam   rady   -   ocenił   Marek   swoje   szansę   -   ale   spróbuję   z   tym 

trzecim.

Trzecia łódź nosiła numer „100” i zbliżała się coraz bardziej do miejsca, w którym 

sternik musiał zdecydować się na zwrot, jeżeli chciał przed Dziką Mrówką minąć lewą burtą 

znak kursowy.

Marek wyostrzył nagle kurs swej „101” tak, że dziób łodzi patrzył teraz PONIŻEJ 

znaku   i   wydawało   się,   że   płynąc   tym   kursem   Dzika   Mrówka   nie   zdoła   ominąć   znaku 

kursowego   lewą   burtą,   a   tym   samym   będzie   musiał   wykonać   rozmaite   skomplikowane 

manewry.

W tej sytuacji sternik nadpływającej „Setki” nie zaryzykował zwrotu na prawy hals, 

nie mógłby bowiem zmieścić się w żaden sposób między znakiem a łodzią Dzikiej Mrówki. 

Nie pozostawało mu nic innego, jak odpaść od wiatru, przejść za rufę „101” i dopiero potem 

zmienić hals.

Marek na to tylko czekał. Natychmiast wyostrzył, jak mógł najbardziej, swój kurs na 

wiatr i choć stracił przy tym nieco na szybkości, udało mu się minąć znak kursowy lewą 

burtą, nie dotykając go na szczęście, bo równałoby się to dyskwalifikacji. Zawiedziony i 

zdezorientowany nieco sternik „100” dopiero teraz wykonywał zwrot za rufą łodzi Dzikiej 

Mrówki.

Załatwiłem jeszcze jednego. Teraz jestem już TRZECI! - triumfował Marek.

Miał przed sobą tylko dwie łodzie. Z tej odległości widział wyraźnie ich numery. Na 

czele szedł numer „12”, a kilka metrów za nim „64”. Wszyscy trzej płynęli teraz kursem 

wolnym, mając wiatr z prawej burty, czyli inaczej mówiąc płynęli prawym baksztagiem.

Przez   dłuższy   czas   nic   się   nie   zmieniało   i   trzy   łodzie   płynęły   z   różnymi   zresztą 

background image

szybkościami.

Trzeba zaatakować - pomyślał Dzika Mrówka widząc, że zbliżają się do drugiego 

znaku kursowego.

Zmienił   dość   nagle   kurs,   tak   że   swym   żaglem   zasłonił   wiatr   „64”,   a   gdy   tamten 

wyraźnie zwolnił, Marek gwałtownie odpadł od wiatru i idąc prawie pełnym wiatrem nabrał 

szybkości. Tym sposobem przeszedł tuż za rufą „64” na korzystną przed zwrotem pozycję 

wewnętrzną.

- Zaraz go będę miał - powiedział głośno sam do siebie, wciskając się swoją łodzią 

między „64” i znak kursowy, wokół którego właśnie w tym  momencie prowadząca „12” 

dokonywała zwrotu. Za znakiem Dzika Mrówka i jego „OPP 101” znaleźli się już na drugiej 

pozycji.

- Jestem DRUGI! - nieomal krzyknął Marek radośnie. - Został jeszcze tylko JEDEN! 

Dobrze,   że   Ulka   przyszła   -   pomyślał.   -   Niech   zobaczy,   jak   się   ATAKUJE!   jak   się 

WYGRYWA!!!

Postanowił   atakować   przy   następnym   zwrocie.   Dochodząc   do   znaku   ostro   pchnął 

sterem i jednocześnie podniósł się nieco, ponieważ żagiel zasłonił mu widoczność i Marek 

stracił z oczu zarówno prowadzącą „12”, jak i znak kursowy. Wychylił się zatem w bok. 

Nagle poczuł silne uderzenie w ramię. Zachwiał się i chwycił instynktownie przelatującego na 

drugą stronę bomu. W tym momencie stracił grunt pod nogami.

Wszystko odbyło się tak błyskawicznie, że właściwie Marek nigdy potem nie mógł 

odtworzyć   tych   ułamków   sekund,   które   definitywnie   odebrały   mu   wspaniałe   regatowe 

ZWYCIĘSTWO. A było ono - zdawało się - w zasięgu wyciągniętej ręki! Wtedy poczuł 

jedynie przenikliwy chłód wody, która nagle otoczyła go ze wszystkich stron, a gdy bijąc na 

oślep rękoma wydostawał się na powierzchnię, uderzył głową o coś miękkiego i mokrego, 

coś, co mu nie pozwalało zaczerpnąć powietrza w płuca.

Żagiel   -   pomyślał   i   resztką   rozsądku   zmusił   się   do   zanurkowania   pod   wodę. 

Odepchnął się silnie nogami oblepionymi dresem i obciążonymi gumowymi tenisówkami, 

machnął parę razy rękoma i ponownie spróbował wysadzić głowę nad powierzchnię wody.

Tym razem - na szczęście - udało mu się to. Szeroko otwartymi ustami zaczerpnął 

łapczywie powietrza. Rozejrzał się dokoła i pierwszą rzeczą, jaką zobaczył, był przyklejony 

do wody biały mokry żagiel z czarnymi literami OPP i liczbą „101”.

Nie opodal bieliły się żagle innych łodzi. Miejsce niefortunnej wywrotki mijał właśnie 

numer „64”, a tuż za nim płynął numer „100” doganiany przez „402”. A na nieodległym 

nabrzeżu, wśród tłumu kibiców, z daleka widoczna była czerwona sukienka w duże białe 

background image

grochy.

Gdy już całkowicie wysuszony Marek zjawił się w swym rodzinnym domu, mama i 

tata od razu poznali po minie swego syna, że regaty, do których się dość długo i niezwykle 

starannie przygotowywał, nie zakończyły się nadzwyczajnym sukcesem.

Dzika Mrówka nic jednak nie mówił i rodzice początkowo o nic nie pytali. Dopiero 

przy kolacji tata zagadnął.

- No i jak tam regaty?

Dzika Mrówka tylko machnął ręką z wyraźną niechęcią.

- Szkoda gadać - mruknął.

- Co się stało? - zainteresowała się mama.

-   Nic   wielkiego   -   powiedział   Marek   spuszczając   twarz   nad   talerzem.   -   Miałem 

wywrotkę.

- Co takiego??? - zawołała przerażona Micia.

- Nic wielkiego - powtórzył Marek. - Wywrotka.

- Przecież mogłeś się utopić - krzyknęła mama.

- Ilii tam, mama zawsze panikuje. Przecież miałem kapok. Tyll... tylko że woda trochę 

chłodna, no i regaty... A byłem już DRUGI. Tylko jeszcze jeden zwrot, jeden atak, rzut na 

taśmę i miałbym jak nic PIERWSZE MIEJSCE.

Tata roześmiał się i powiedział.

- Miałeś wywrotkę? A co się stało?

- Eee... szkoda gadać. Środek ciężkości załoganta okazał się być za wysoko, no i łódź 

majtnęła do góry nogami.

- Środek ciężkości? - zapytał tata.

- Uhmm - przytaknął Marek zajęty pilnie jedzeniem.

- Załoganta? - pytał dalej tata już nieco bardziej podejrzliwie.

- Uhmm - mruknął znowu Marek.

- A na czym startowałeś?

- Jak to na czym. Oczywiście, że na „Optymiście” - odrzekł chłopak.

- Na „Optymiście” - powtórzył tata. - A ja myślałem, że „Optymist” to jednoosobowa 

łódź.

- Tata dobrze myślał - przyświadczył niewyraźnie Dzika Mrówka.

- No to kto w takim razie był tym twoim załogantem? - zdziwiła się mama.

- Jak to kto? - Marek spojrzał na mamę z niemym wyrzutem w oczach. - Oczywiście 

że JA.

background image

Mama, tata i Jego Brat roześmieli się jak na komendę. Po chwili roześmiał się też i 

Dzika Mrówka.

- Tak to rozumiem, synu - powiedział nagle całkiem poważnie i już bez śmiechu tata. - 

PRZEGRYWAĆ też trzeba umieć. A najlepiej na wesoło. I powiem ci, że to chyba jeszcze 

większa sztuka niż wygrywanie. Zapamiętajcie to sobie, chłopcy. Obaj i na całe życie.

Chwilę trwało milczenie. A potem tata powiedział już innym głosem.

-   Stawiam   nagrodę   pocieszenia   dla   Mrówy,   chłopaki.   Idziemy   jutro   do   kina   na 

wojenny film, a przedtem na BARDZO DUŻĄ PORCJĘ LODÓW.

- Niech żyje tata! - wrzasnęli obaj chłopcy. O dziwo, tym razem zupełnie zgodnie. I 

odtańczyli   -   także   zgodnie   -   dawno   już   nie   tańczony   w   marynarskiej   rodzinie   taniec 

Radosnego Ptaka Dziwaka; był on zarezerwowany na bardzo radosne rodzinne okazje.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

W KTÓRYM DECYDUJĄ SIĘ LOSY BAŁTYCKIEGO REJSU DZIKIEJ 

MRÓWKI

Dni bardzo szybko układały się w tygodnie, tygodnie tworzyły miesiące, a przez cały 

ten okres Dzika Mrówka spędzał większość czasu pod żaglami i na wodzie. Opalił się - bo 

rzecz dziwna, ale okazało się, że nie trzeba nawet dużego słońca; wystarczy wiatr do opalania 

(Micia mówiła, że go „wiatr osmagał”; tym tłumaczyła zmianę koloru twarzy syna), zmężniał, 

a przede wszystkim nabierał coraz więcej żeglarskiego doświadczenia.

O   swym   niepowodzeniu   w   pierwszych   regatach   Marek   już   zapomniał,   ale   -   co 

ważniejsze  -  zapomnieli  też   o  tym   i  jego   klubowi  koledzy,  i  instruktorzy,  i  kapitanowie 

poszczególnych klubowych jachtów.

Przezwisko „Dziki” zaczęło już nabierać pochlebnego znaczenia. Dzika Mrówka dał 

się bowiem poznać wszystkim jako najbardziej obiecujący z najmłodszych żeglarzy. Wygrał 

dwa kolejne wyścigi na „Optymistach”, wchodził w skład załogi dwuosobowego „Cadeta”, 

który   zajął   drugie   miejsce   w   międzyokręgowych   regatach   i   władze   klubu   zaczęły   się 

poważnie zastanawiać, czy nie wziąć pod uwagę jego kandydatury na zbliżające się regaty 

juniorów na „Cadetach” w międzynarodowej obsadzie.

Ostatecznie - po przeprowadzeniu jeszcze kilku eliminacji - kierownictwo klubu z 

czterech ewentualnych kandydatów do reprezentacji wybrało Dziką Mrówkę i jego kolegę, a 

jednocześnie   rywala   w   wielu   wyścigach,   Staszka,   bardziej   znanego   pod   przezwiskiem 

„Baleron” z racji swych wcale pokaźnych jak na swój wiek rozmiarów, a szczególnie obwodu 

w pasie.

W   eliminacjach   odpadli   Chudy   Maniek   i   Ryży,   ale   taka   już   jest   kolej   rzeczy   w 

sporcie, że wygrywają albo lepsi, albo - co zdarza się równie często - ci, którzy mają odrobinę 

więcej szczęścia.

W   międzynarodowych   regatach   „Cadetów”   ani   Dzika   Mrówka,   ani   Baleron   nie 

osiągnęli co prawda znacznych sukcesów, uplasowali się bowiem obaj w trzeciej dziesiątce na 

trzydzieści dwie startujące jednostki, obaj jednak pocieszali się wzajemnie, że „nie wynik się 

liczy, ale sam fakt startu w kadrze”.

Widocznie   kierownictwo   klubu   również   nie   miało   do   obu   chłopców   zbytnich 

pretensji,   bowiem   pewnego   popołudnia,   gdy   obaj   skrobali   zgodnie   burtę   dużego 

pełnomorskiego jachtu wyciągniętego na brzeg, w pobliżu zahuczał znajomy bas.

background image

- A chodźcie no, robaszkowie świętojańscy, do Prezesa.

- Obaj? - zapytali równocześnie Dzika Mrówka i Baleron.

- Jak mówię „robaszkowie”, to chyba obaj - zagrzmiało w odpowiedzi.

-   To   my   może   trochę...   -   zaczął   Marek,   patrząc   niepewnym   wzrokiem   na   ongiś 

błękitne dżinsy przyprószone rudym nalotem rdzy i popstrzone mozaiką kolorowych plam 

farb i lakierów - tak nie wypada do Prezesa.

- Iii tam, robaszkowie świętojańscy... - powiedział Bosman - nasz Prezes to przecież 

także żeglarz, a nie żaden urzędas. Wystarczy aby trochę umyć ręce i to wszystko.

Tak też obaj zrobili i po chwili stanęli przed obliczem prezesa, który rzeczywiście nie 

był urzędasem tylko żeglarzem i to w dodatku zawołanym i bardzo znanym. Któregoś roku 

dostał nawet z rąk ówczesnego Ministra Żeglugi Srebrny Sekstant za żeglarski wyczyn.

- Już są, robaszkowie świętojańscy - zahuczał od progu Bosman.

- Chłopaki - powiedział Prezes - obserwuję was już dość długo i podobacie mi się. Jak 

tak   dalej   pójdzie,   będą   z   was   dobrzy   żeglarze.   A   wiecie   przecież,   że   być   DOBRYM 

żeglarzem to trochę więcej, niż być dobrym  człowiekiem; choćby z tego powodu, że nie 

każdy dobry człowiek może być DOBRYM ŻEGLARZEM. Otóż to...

W tym momencie Prezes zawiesił głos i spojrzał na obu chłopców; zarówno Dzika 

Mrówka   jak   i   Baleron   wstrzymali   oddech   i   pokraśnieli   obaj   na   twarzy   z   zadowolenia   i 

ciekawości,   co   też   Prezes   chce   im   jeszcze   powiedzieć,   bo   że   to   nie   koniec   prezesowej 

wypowiedzi było dla wszystkich obecnych oczywiste.

- A jak tam u was z nauką w szkole, chłopaki? - zapytał po chwili Prezes.

Dzika Mrówka spojrzał na Balerona, Baleron na Dziką Mrówkę.

- Z nauką - powtórzył Dzika Mrówka - z nauką, panie Prezesie, to u nas w porządku.

Baleron tylko przytaknął ruchem głowy, wysuwając koniuszek języka z ust.

- A stopnie? - pytał dalej Prezes.

- No... różne - Dzika Mrówka powiedział to już znacznie mniej pewnym głosem. - I 

lepsze i gorsze, jak to w życiu - zakończył filozoficznie. A Baleron znowu tylko przytaknął 

koledze.

- Państwowe? - badał Prezes.

- I państwowe - odrzekł Marek - i lepsze też się trafiają.

- Zresztą sprawdzimy, chłopcy - zakończył niezbyt przyjemny temat Prezes. - Sprawa 

jest taka. Otóż, jak wiecie, co roku nasze większe jachty wychodzą na szkoleń owe rejsy 

pełnomorskie. I zdecydowaliśmy,  że w najbliższym  rejsie  „Stella Polaris”  możecie  wziąć 

udział wy obaj. W charakterze załogi.

background image

Dzika Mrówka spojrzał najpierw  na Balerona, a potem na Prezesa i poczuł nagle 

przemożną   chęć   odtańczenia   tańca   Radosnego   Ptaka   Dziwaka,   przypominającego   bojowe 

tańce plemion indiańsko - murzyńskich.  Powstrzymał  się w ostatniej chwili. Po pierwsze 

zorientował się, że Baleron nie zna tego tańca, a taniec Radosnego Ptaka Dziwaka tańczyło 

się we dwóch, po drugie zaś wyobraził sobie zdziwienie na twarzy Prezesa, gdyby zaczął 

nagle przytupywać i wydawać bojowo radosne okrzyki. I w tym momencie żal mu się zrobiło, 

że obok niego nie stoi - zamiast Balerona Jego Brat, Jarek. Baleron fajny kolega - pomyślał z 

nutką żalu - ale co Brat, to Brat.

- Dziękujemy, panie Prezesie - zawołali obaj chłopcy równocześnie.

- O.K. chłopaki. Ale pamiętajcie, pod warunkiem, że nie będzie ani jednego gola w 

szkole - uśmiechnął się Prezes.

- A kto będzie kapitanem? - zapytał po chwili Dzika Mrówka.

-   Tego   na   razie   nie   mogę   wam   z   całą   pewnością   powiedzieć,   chłopaki   -   Prezes 

uśmiechnął się ponownie - bo to zależy od kilku rzeczy.

- Ale ktoś fajny, panie Prezesie? - dopytywał się Baleron który nagle odnalazł język w 

buzi i przestał ograniczać się do potakiwania koledze.

- No... - roześmiał się Prezes - chyba fajny, chłopaki.

- A znamy go? - zapytali chłopcy.

- Znacie, znacie, ale nie ciągnijcie mnie za język, chłopaki.

- A dokąd „Stella” popłynie?

- To rejs szkoleniowy, nie turystyczny. W planie jest północno - wschodni Bałtyk z 

zajściem do Rygi i Petersburga, obejście Wysp Alandzkich i, być może, odwiedzenie któregoś 

z fińskich portów.

- Hurra! - Dzika Mrówka i Baleron, mimo że nie umawiali się, krzyknęli razem i 

równie głośno.

- No, dobrze, chłopaki - Prezes podniósł rękę w uspokajającym  geście  - na razie 

weźcie się do pracy. I pamiętajcie, że wasz wyjazd zależy od wyników w szkole.

- Będziemy pamiętać - powiedział Dzika Mrówka, a Baleron widocznie zmęczył się 

nadmierną gadatliwością, bo ograniczył się znowu do przytaknięcia.

Gdy obaj chłopcy wyszli od Prezesa, spojrzeli jeden na drugiego, i Dzika Mrówka z 

całych sił klepnął w plecy Balerona; tym samym odpłacił się Baleron Dzikiej Mrówce.

- Ale bomba! - zawołał Marek.

- Najbardziej bombowa bomba! - przytaknął jego kolega.

- „Stella Polaris”... Chłopie, to jest łajba! - stwierdził Marek.

background image

- Najlepsza w naszym klubie - dorzucił Baleron.

- A jakie ma kształty. Prawie regatowa - zachwycał się Dzika Mrówka.

- I sławna. Przecież to za rejs na niej Prezes dostał Srebrny Sekstant.

- I zawsze miała fart. We wszystkich rejsach.

- I ostro chodzi na wiatr.

- I koje są wygodne.

- I w ogóle łódka jak należy.

Obaj koledzy stali na klubowym podwórku między baraczkiem zarządu, hangarem 

małych łodzi i magazynem, a każdemu kolejnemu zdaniu na temat jachtu i rejsu towarzyszyło 

rozgłośne   klepnięcie   otwartą   dłonią   w   plecy   kolegi.   I   nie   wiadomo,   jak   długo   trwałyby 

zachwyty nad walorami „Stella Polaris” i wzajemne poklepywanie, od którego już na pewno 

zaczerwieniły się plecy i Dzikiej Mrówki i Balerona, gdyby nie zahuczało za nimi znajomym 

basem:

-   ROBASZKOWIE   ŚWIĘTOJAŃSCY!!   A   KTO   oskrobie   do   końca   tamtą   łajbę? 

Może poprosić Prezesa?

Chłopcy oprzytomnieli i błyskawicznie wrócili z dalekich portów i wód północno - 

wschodniego Bałtyku do skrobaczki i prozaicznej rzeczywistości.

Na razie prozaicznej - pomyśleli obaj równocześnie - ale za to co będzie POTEM!!!

Od momentu gdy Prezes oznajmił Dzikiej Mrówce i Baleronowi, że mają szansę na 

wzięcie udziału w bałtyckim rejsie, Marek nie myślał o niczym innym. Wszystkie pozostałe 

sprawy   poszły   w   kąt,   w   którym   już   dawno   znalazły   się   i   kij   hokejowy,   i   cały   strój   z 

ochronnym kaskiem, nakolannikami, bodiczkami i tym wszystkim, z czego jeszcze niedawno 

był tak dumny. Zapomniał już, jak planował fantastyczne rejsy palcem po mapie. Tamto to 

były rojenia i marzenia, a ten rejs JEST NAPRAWDĘ!

Prezes - jak się okazało - dotrzymał słowa. Po pierwsze sprawdził jak obaj chłopcy 

uczą się w szkole, a że widocznie szkolna inspekcja wypadła pomyślnie, ponownie zawezwał 

Dziką Mrówkę i Balerona i oznajmił im, żeby przygotowywali się do szkoleniowego rejsu.

-   Pytaliście   mnie   o   kapitana   -   dorzucił   na   koniec.   -   Otóż   pewne   sprawy   już   się 

wyjaśniły, a mianowicie dostałem urlop w odpowiednim terminie i ja popłynę jako kapitan.

- Pan, panie Prezesie? - zapytał Dzika Mrówka.

- A ja. No i co, jak myślisz, fajny będzie kapitan czy nie?

- Bardzo fajny! - krzyknął porywczo Marek, ale w tym samym momencie zorientował 

się,   że   chyba   palnął   gafę   i   zaczerwienił   się   aż   po   korzonki   jak   zwykle   nie   uczesanych, 

zmierzwionych włosów.

background image

- No, no, nie przesadzaj - roześmiał się Prezes i poklepał Dziką Mrówkę po ramieniu. 

- Ale powiedz no, chłopcze, dlaczego ciebie nazywają Dziką Mrówką?

- A... bo to, proszę pana... - zaczął Marek - to tak jeszcze w domu... to mój tata... Ale 

ja chciałbym... bo ja mam na imię Marek.

- W porządku, Marku - Prezes znowu się roześmiał - jeżeli chcesz, to mogę cię tak 

nazywać.   Ale   powiem   ci   zupełnie   szczerze,   że   mnie   osobiście   bardzo   podoba   się   Dzika 

Mrówka. To jest bardzo fajne przezwisko i nie masz się czego wstydzić. A w żeglarskim, 

małym, ale zgranym światku tylko najlepsi, najfajniejsi, mają swoje przezwiska.

- Ja wiem, proszę pana. Bo jest i „Kuba” Jaworski i „Zyga” Perlicki - wtrącił Dzika 

Mrówka.

- No, sam widzisz. I może być Marek - Dzika Mrówka. Prawda?

- Prawda - przytwierdził Marek i spojrzał na kolegę. - A on, proszę pana, nazywa się 

Baleron.

- Też pięknie - roześmiał się Prezes, podczas gdy Baleron rzucił mordercze spojrzenie 

na Marka - i bardzo smakowicie - dodał Prezes. - A wiecie, jak mnie przezywają? - zapytał 

chłopców?

- Nie wiemy, panie Prezesie.

- No, właśnie. Teraz to „prezes”, a kiedyś „Filip” - powiedział Prezes.

- Kiedy pan ma inaczej na imię - zauważył Marek.

- Masz rację, ale tak mnie kiedyś nazwali i zostało. Choć prawdę mówiąc, wolałbym 

Dzika Mrówka albo chociaż Baleron bo Filip kojarzy się z tym z konopi. No, ale my tu gadu, 

gadu,   a   i   ja,   i   wy   mamy   jeszcze   kupę   roboty   przed   wyjazdem.   Do   was   należy   przede 

wszystkim uzyskanie zezwolenia od rodziców.

- Od rodziców? - twarz Dzikiej Mrówki wydłużyła się i błyskawicznie znikł z niej 

wyraz radości.

- Oczywiście. Przecież obaj jesteście niepełnoletni.

- Kiedy, proszę pana, mój tata jest w rejsie.

- A to tata pływa? Jest marynarzem?

- Tak, proszę pana. Ochmistrzem na statku. Teraz płynie do Południowej Ameryki.

- No - powiedział Prezes - w takim razie wystarczy tylko oświadczenie twojej mamy.

- Ba - mruknął Dzika Mrówka.

- Coś powiedział? - nie dosłyszał Prezes.

- Powiedziałem „ba”, panie Prezesie - Marek opuścił głowę.

- Coś tak posmutniał? Są jakieś problemy? - zainteresował się Prezes.

background image

- Na razie jeszcze nie - odparł chłopak. - Ale chyba będą...

Przeczucia   nie   omyliły   Dzikiej   Mrówki.   Przez   całe   popołudnie   Marek,   chodził 

nieswój i nie mógł się na niczym skupić.

- Coś taki zamyślony? - zapytała wreszcie mama przy kolacji.

- Dlaczego? - oburzył się Marek.

- Nie odpowiada się pytaniem  na pytanie  - powiedziała  mama  i spojrzała jeszcze 

bardziej badawczo na syna.

- Może coś znowu w szkole? - zapytała po chwili.

- Dlaczego znowu? - Dzika Mrówka podniósł głowę znad talerza.

- Już raz ci mówiłam... - zaczęła mama, ale przerwała i machnęła ręką.

- A więc masz jakieś kłopoty w szkole, synku?

-   Nie   mam   żadnych   kłopotów   w   szkole,   Miciu   -   wolno   i   wyraźnie   odpowiedział 

Marek.

- Dlaczego mówisz takim tonem?

- Oj, Miciu, Miciu, mamie to zawsze źle. Albo że nie odpowiada się pytaniem na 

pytanie, albo że nie tym tonem - Marek odsunął talerz z nie dojedzoną kolacją.

- Dlaczego nie jesz? - zdziwiła się mama.

- Bo nie mam apetytu - odparł chłopak.

Teraz   mama   spojrzała   na   syna   z   wyraźnym   niepokojem.   Bo   o   ile   mogła   jeszcze 

przejść do porządku dziennego nad nieco dziwnym zachowaniem Dzikiej Mrówki, o tyle brak 

apetytu był tak niezwykły, że natychmiast w umyśle mamy zapaliły się lampki alarmowe.

-   A   możeś   ty   chory?   -   przestraszyła   się   i   położyła   rękę   na   czole   Marka.   Był   to 

niezawodny   sposób   rozpoznawania   wszelkich   synowskich   dolegliwości,   od   bólu   zęba 

począwszy,   a   na   niedomaganiach   żołądkowych   kończąc.   Mamina   ręka   wyczuwała   to 

wszystko bezbłędnie i pomagała stawiać nieomylną diagnozę.

Ale   tym   razem   dłoń   położona   na   czole   syna   nic   mamie   nie   podpowiedziała,   co 

zaniepokoiło ją jeszcze bardziej:

Sprzątnęła ze stołu talerze razem z nie dojedzoną przez Dziką Mrówkę kolacją, a gdy 

już pozmywała naczynia, a Marek udał, że się umył, weszła do pokoju chłopców i siadła przy 

łóżku syna. Byli sami w pokoju, bo Jarek akurat szorował się zawzięcie w łazience.

- No i co masz mi do powiedzenia, Marku? - zapytała łagodnym głosem.

- Bo widzi mama, ja mam do mamy sprawę... - zaczął Marek.

- Jaką sprawę?

- A bo Prezes powiedział, że mama musi podpisać zgodę.

background image

- Jaką zgodę? - w głosie mamy można było wyłowić pierwsze oznaki lekkiego na 

razie przestrachu.

- Normalną zgodę. Rodzice Balerona już się zgodzili...

- Jakiego Balerona? - zdziwiła się mama. - I na co się zgodzili? O czym ty w ogóle 

mówisz? - mama raz jeszcze dotknęła ręką synowskiego czoła.

- Zwykłego Balerona. Z klubu żeglarskiego - wyjaśnił Marek. - No to ja już mamie 

wszystko powiem... - zadecydował.

- Właśnie o to mi tylko chodzi, synku - powiedziała mama i pogłaskała Marka po 

włosach.

- Bo widzi mama, ja mam płynąć na jachcie w rejs i Prezes powiedział, że mama musi 

podpisać zgodę - wypalił jednym tchem Dzika Mrówka.

- W jaki rejs? - przestraszyła się mama.

- W normalny, szkoleniowy. Niedaleko, tylko na Bałtyk...

- Bagatela. Tylko na Bałtyk. Przecież to morze.

- No jasne, że morze... - wtrącił Dzika Mrówka.

- Głębokie... - dorzuciła mama.

- A co to za różnica czy trzy metry, czy trzysta, mamo? - zdziwił się Marek.

- No... zawsze to różnica - powiedziała niepewnie mama.

- I jak? podpisze mama?

- Sama nie wiem. Jesteś jeszcze taki młody.

- Ale już pływałem. I daleko. Aż do Afryki...

- To było co innego. Tam byłeś z tatą. I nie na takiej małej łupince, a na dużym 

statku...

- Wcale nie taki duży - przerwał porywczo Dzika Mrówka - w Londynie staliśmy 

obok takiego dużego, że naszego statku w ogóle nie było widać...

- Ale tam był tata...

- A tu kapitanem będzie sam Prezes, mamo...

- Jaki znów Prezes?

- No Prezes, „Filip”... Mama go nie zna?...

- Nie znam.

- To bardzo sławny żeglarz. I on ma Srebrny Sekstant i w ogóle jest bardzo fajny. A 

jak mnie mama nie puści, to będzie plama.

- Co będzie?

- Plama, normalna plama. I co powiedzą koledzy w klubie? I w szkole... I Ulka też... I 

background image

ja już nigdzie nie będę się mógł pokazać ze wstydu. Mama tego nie zrobi...

- No wiesz - mamie żal się zrobiło syna i przez moment walczył w niej ten żal z 

obawą o to, że jej syn ma wypłynąć daleko na morze. Wreszcie przyszło jej na myśl genialne, 

jej zdaniem, rozwiązanie. - Ale ja sama nie mogę decydować. Jak tata wróci, porozmawiamy.

- Mamo, tata dopiero płynie do Rio de Janeiro. Wrócą za dwa miesiące, a ja muszę 

mieć zgodę najpóźniej za tydzień.

- Za tydzień - powtórzyła mama - no to w takim razie zatelefonujemy do taty. Na 

statek.

I na tym stanęło tego dnia. A Dzika Mrówka śnił przez całą noc o białych żaglach na 

masztach.

Na telefoniczne połączenie ze statkiem, na którym aktualnie pływał tata do portów 

południowoamerykańskich,   czekała   mama   z   Dziką   Mrówką   przez   prawie   dwa   dni.   A   to 

słyszalność była słabła, a to za dużo statków czekało w swojej kolejce na połączenie z lądem, 

a to znowu jakieś wyładowania atmosferyczne czy coś takiego. Mama siedziała kamieniem w 

domu i nie mogła nawet wyjść do sklepu po bułki czy owoce, stąd też całe zaopatrzenie 

spadło na obu synów, którzy dopiero teraz przekonali się, ile rzeczy trzeba  przynieść do 

domu.

- To by się musiało dać jakoś uprościć - powiedział Dzika Mrówka do Jego Brata, gdy 

obaj czekali w kolejce w sklepie spożywczym.  Jeden przed stoiskiem nabiałowym,  drugi 

przed jarzynowym.

- Fakt - przyświadczył wyjątkowo zgodnie Jego Brat. - Ale jak?

- Bardzo prosto - powiedział Marek - po prostu w klatkach schodowych by były takie 

skrzynki jak na listy. I jednego dnia by się wrzuciło kartkę z zamówieniem a drugiego dnia 

rano wrzucono by, co potrzeba. I bułki, i masło, i ziemniak, i co tam jeszcze trzeba.

- A jak by się płaciło? - zaciekawił się Jego Brat.

- O tym to jeszcze nie pomyślałem. Ale jakiś sposób chyba musi być. Dalszy ciąg 

twórczej dyskusji został jednak przerwany brutalnie przez ekspedientkę, która spytała: „co 

kawaler sobie życzy?”

Wreszcie drugiego dnia wieczorem zadzwonił telefon i odezwała się Gdynia - Radio:

- Zamówiona rozmowa ze statkiem. Tylko proszę mówić wyraźnie i głośno, bo trochę 

słaba słyszalność.

- HALLO, HALLO! - zawołała mama, a Dzika Mrówka przycupnął tuż, tuż koło 

mamy i przytknął ucho do słuchawki.

W słuchawce coś zabrzęczało, coś zaszumiało, rozległy się jakieś piski i trzaski.

background image

- HALLO, HALLO! - znowu zawołała mama - jak mnie słyszysz?

Znowu zachrobotało coś, zaskrzeczało i nagle z tych trzasków wydobyło się jedno 

słowo:

- Miciu!

- Tata! - zawołała mama do Marka, a potem znowu do słuchawki: Hallo, hallo jak 

mnie słyszysz?

Tym razem przez odległe trzaski i gwizdy dobiegło wyraźniejsze zdanie.

Słyszę cię dobrze, Miciu, słyszę cię dobrze. Co u was? Jak się czujecie? Jak chłopcy? 

Odbiór...

- Czuję się dobrze, wszyscy zdrowi, chłopcy dobrze się uczą, ale Marek.

- Co z Markiem, Miciu, co z Markiem? Odbiór - w głosie taty było wyraźnie słychać 

zdenerwowanie.

- Wszystko w porządku. Marek zdrowy. Tylko że chce wypłynąć na jachcie na morze.

- Na jakim jachcie, Miciu? - dobiegło do słuchawki.

- A czy to nie wszystko jedno na jakim jachcie? Zresztą nie wiem, na jakim.

W   tym   momencie   Dzika   Mrówka   podpowiedział   mamie   głośnym   szeptem   nazwę 

jachtu.

- „Stella Polaris”, mamo, „Stella Polaris”.

- Ten jacht się nazywa „Stella Polaris” - popłynęło w eter. - „STELLA POLARIS”.

- To bardzo dobry jacht, Miciu - zatrzeszczało w słuchawce - bardzo dobry. Mocnej 

budowy. Dzielny jacht, Miciu i sławny. Odbiór..

- Ale cóż to ma do rzeczy? - zaoponowała gwałtownie mama. - Ja uważam, że Marek 

jest za mały na taką podróż.

- A kto ma być kapitanem, Miciu? - znowu zapytał tata.

- Wszystko jedno kto. Tu chodzi o naszego syna.

- Właśnie dlatego, Miciu, właśnie dlatego. Odbiór...

- Niech mama powie, że „Filip” - podpowiedział Marek.

- HALLO,  HALLO,  jak mnie słyszysz?  - zawołała mama  do słuchawki, w której 

brzmiały znowu tylko jakieś trzaski i szumy; dopiero po dobrej chwili dobiegło dalekie i słabe 

„Miciu”.

- Marek mówi, że Filip. Jakiś Filip. Czy coś rozumiesz z tego?

- Rozumiem, Miciu. Filip. To bardzo dobrze. Znam go. Wspaniały żeglarz.

- Ależ zrozum, że Marek jest jeszcze dzieckiem i nie może przecież sam...

- Po pierwsze, Miciu, nie będzie sam, po drugie, będzie pod opieką Filipa, po trzecie, 

background image

Miciu, będzie na „Stella Polaris”, a po czwarte, Miciu, kiedy ja miałem tyle lat, co teraz 

Marek, to zgubiłem się mojej mamie w warszawskim powstaniu i potem cały rok musiałem 

żyć   na   własną   rękę   i   na   własny   rachunek.   A   możesz   mi   wierzyć,   że   wtedy   czasy   były 

znacznie trudniejsze niż dzisiejsze, Miciu.

- Wiem, wiem, nie musisz mi mówić, sama dobrze pamiętam.

- Niemożliwe, Miciu - zabrzmiało ze słuchawki - zupełnie niemożliwe. W tamtych 

czasach nie było cię chyba jeszcze przecież na świecie.

- Jesteś bardzo miły - powiedziała mama, ale jednocześnie zaczerwieniła się aż po 

czubki włosów, które stały się jeszcze bardziej rude niż zazwyczaj i spojrzała ukradkiem na 

nadsłuchującego z drugiej strony słuchawki Marka - ale co z Markiem?

-   Jak   to   co?   -   głos   taty   był   wyraźnie   zdziwiony.   -   Niech   płynie.   Daj   mi   go   do 

słuchawki.

- No wiesz... - zdołała powiedzieć jeszcze mama i oddała słuchawkę synowi.

- Cześć, tata - zaczął Dzika Mrówka.

- Cześć, synku. Cieszę się, że u ciebie wszystko O.K. I cieszę się, że popłyniesz z 

Filipem. To mój kolega z bardzo dawnych czasów.

- Nic mi o tym nie mówiłeś, tato.

- Bo i po co. Pozdrów go ode mnie. Odbiór...

- Pozdrowię, tato. Na pewno. A jak się czujesz?

- Ja? Doskonale. Tylko tęsknię za wami. No to pomyślnych wiatrów, synku.

- Dziękuję tato, że przekonałeś mamę - powiedział Dzika Mrówka i oddał mamie 

słuchawkę.

- Kto kogo przekonał - powiedziała mama do słuchawki. - Przecież mówiłam od razu, 

że jak płynie Filip i jak „Stella Polaris”, to sprawa jest zupełnie jasna.

- Ależ Miciu! - dobiegł zdziwiony głos ze słuchawki.

- Nie żadne „ależ Miciu, ależ Miciu”. Kończymy tę rozmowę, bo i tak majątek płacę 

co miesiąc za telefony. Całujemy cię mocno wszyscy. Bądź zdrów. List czeka na ciebie w Rio 

i potem w Buenos Aires. Pa, do widzenia.

- Pa, Miciu, do widzenia. Ucałuj chłopaków. Over.

Po decydującej telefonicznej rozmowie „dalekomorskiej”, Dzika Mrówka rozpoczął 

przygotowania do bałtyckiego rejsu. A trzeba było przygotować bardzo dużo. Po pierwsze 

Filip kazał wyciągnąć jacht na brzeg i dokładnie, centymetr po centymetrze, obejrzał cały 

drewniany kadłub.

-   Jeszcze   zupełnie   w   porządku   -   stwierdził   z   zadowoleniem,   gdy   tylko   w   paru 

background image

miejscach wykrył drobne i łatwe do usunięcia uszkodzenia.

-   Jasna   sprawa,   robaszku...   -   zaczął   Bosman,   ale   połapał   się,   że   nie   mówi   do 

chłopaków i zamilkł wpół słowa.

Potem przyszła  kolej na całe olinowanie. Zarówno stałe, jak i ruchome. Obejrzeli 

wspólnie, cała przyszła załoga z kapitanem na czele, wszystkie linki, szakle i kausze. Na 

koniec przyszła kolej na żagle, w których sprawdzono niemal każdą nitkę szwu, a wszystkie 

miejsca wyglądające niezbyt pewnie przeszyto ponownie, połatano, uzupełniono.

-   Pamiętajcie,   chłopaki,   że   na   morzu   nie   ma   żartów.   I   wszystko   jest   BARDZO 

WAŻNE. Każda śrubka i każdy nit. Nigdy nie wolno powiedzieć: „jakoś tam będzie”. Morza 

nie trzeba się bać, ale trzeba je szanować, traktować poważnie i liczyć się z nim. Pamiętajcie, 

chłopaki - powtórzył z naciskiem - bo potem może być za późno na poprawki.

Trzeba   było   jeszcze   przygotować   zapasy   na   drogę.   Żywność   w   puszkach 

nasmarowanych tłuszczem, żeby je rdza nie chwyciła, wodę w zbiornikach, zapasowe żagle, 

liny, narzędzia. Także koce, pościel, sztormiaki, wreszcie pasy ratunkowe i nadmuchiwaną 

gumową tratwę ratunkową i mały, również nadmuchiwany pontonik z wiosłami. Na koniec 

mapy, dokumenty jachtu i załogi, przyrządy nawigacyjne, lornetki, sekstanty, cyrkle i ołówki, 

roczniki   astronomiczne   i   locję   Bałtyku,   czyli   opis   dokładny   morza,   brzegów   i   portów, 

rakietnice z zapasem rakiet, koła ratunkowe z wymalowaną pięknie nazwą jachtu i portem 

macierzystym i doczepioną doń małą awaryjną lampką.

Wreszcie przyszła załoga z żeglarskimi workami na ramionach, które kryły zapasowe 

zmiany bielizny, swetry i kto tam co ze sobą zabrał.

Dzika Mrówka musiał właśnie w związku z żeglarskim workiem stoczyć całą batalię z 

mamą.   Ta   bowiem   przygotowała   mu   tyle   rozmaitych   rzeczy   na   drogę,   że   gdyby   chciał 

wszystko zabrać, nie starczyłoby nawet pięciu takich worków.

- Mamo, po co mi trzy swetry?

-   Nigdy   nic   nie   wiadomo   -   powiedziała   mama   -   przecież   zawsze   jeden   może   ci 

zamoknąć.

- Ojej, no to będę miał drugi.

- A jeżeli i drugi zamoknie?

- Oj, mamo, mamo, przecież ja tego wszystkiego nie mogę wziąć. I trzy swetry, i 

szaliki, i ciepłe rękawice, i skarpety. Przecież nie płyniemy na Biegun Północny.

- Ale sam mówiłeś, że Północ - oponowała mama.

- Mamo, ale teraz lato. I jeden sweter mi wystarczy. Na pewno. Dwa swetry wróciły 

do szafy syna.

background image

- Mamo, po co mi tyle koszul?

- Przecież musisz je zmieniać. A sam mówiłeś, że na jachcie nie ma pralni.

- To nie będę prał. Wystarczą mi te dwie dżinsowe koszule.

- Ależ synku. Dwie koszule na prawie cały miesiąc? Przecież zarośniesz brudem.

- Ja tam jestem odporny na mycie, mamo.

- Oj, tak, tak - przytaknęła tym razem skwapliwie mama.

Podobne   dyskusje   toczyły   się   i   przy   innych   częściach   Markowego   wyposażenia, 

chłopiec bowiem nie godził się zabrać ani pantofli domowych, ani czterech ręczników do rąk 

i takiejże samej ilości do mniej szlachetnych części ciała, ani wreszcie dwóch wcale nawet 

apetycznie wyglądających babek, świeżo i specjalnie na konto wyjazdu upieczonych przez 

mamę, ani też pęta podsuszonej kiełbasy i czterech tabliczek czekolady.

- Przecież na jachcie mamy pełno prowiantu!

- I czekoladę też? - zapytała mama z troską w głosie.

- I czekoladę też - potwierdził Marek, choć, prawdę mówiąc, wcale nie był pewien, 

czy w jachtowych zapasach znajduje się również czekolada.

Kiedy wreszcie mama wraz z Jarkiem odprowadzali go do przystani jachtowej, worek 

żeglarski co prawda z trudem dał się zasznurować, ale koniec końców był tylko jeden.

Gdy Dzika Mrówka z Bratem i mamą wysiedli z samochodu i wyładowali z bagażnika 

pokaźny   worek   żeglarski,   minął   ich   kolega   Marka   -   Baleron.   I   on   również   dźwigał   na 

ramieniu podróżny worek z białego żaglowego płótna, a oprócz tego niósł w drugim ręku 

dużą wiśniową torbę.

- Nie zmieściło ci się wszystko w worku? - zapytał Dzika Mrówka.

- Eee... nie. To nie to - odrzekł Baleron, ale powiedział to jakoś niezbyt wyraźnie i bez 

specjalnego entuzjazmu.

- Więc co tam niesiesz? - zainteresował się Jarek.

- Nic takiego - Baleron wyraźnie nie chciał kontynuować tego tematu i maszerował 

dalej dość szybkim krokiem.

Dzika Mrówka i Jego Brat dostrzegli w wiśniowej torbie jakieś tekturowe pudełko 

związane dość grubą linką. Pudełko było podziurawione i miało dodatkowo wycięte parę 

małych okrągłych otworów.

Co też takiego Baleron może nieść na jacht? - zastanawiał się Dzika Mrówka. - I 

dlaczego tak starannie ukrywa przed nami zawartość swojej torby?

W tej chwili od strony wychodzącego w morze jachtu nadszedł wolnym, spacerowym 

krokiem urzędnik celny w ciemnozielonym mundurze. Spojrzał znudzonym do ostateczności 

background image

wzrokiem na spieszącego w stronę przystani Balerona, przesunął wzrokiem po żeglarskim 

worku i po wiśniowej wypchanej torbie.

W tym momencie Dzika Mrówka zauważył, że Baleron wyraźnie przyspieszył kroku.

- Widziałeś? - mruknął kątem ust do stojącego obok Jarka.

- Widziałem. Fakt - przytwierdził tamten.

I na raz obu przypomniał się rejs z tatą do brzegów Afryki, tajemniczy statek „Torro”, 

podejrzany typ i Biuro Detektywów. Spojrzeli równocześnie jeden na drugiego i uśmiechnęli 

się porozumiewawczo.

Czyżby?   -   przez   moment   przemknęła   Dzikiej   Mrówce   przez   głowę   zupełnie 

fantastyczna i nieprawdopodobna myśl. - Nie, to zupełnie niemożliwe - uspokoił sam siebie. - 

No, ale w końcu nic nigdy nie wiadomo - gdzieś w głębi Markowej duszy odezwał się głos 

przekornego chochlika.

Na przystaniowym pomoście czekała Ulka. Była znowu ubrana w czerwoną sukienkę 

z białymi grochami.

-   To   na   drogę   -   powiedziała   dając   Markowi   plastikową   torebkę   pełną   małych 

lukrowanych   rożków   -   ciasteczek.   Torebka   była   zapięta   metalową   klamerką   ozdobioną 

stylizowaną kotwiczką. - Sama upiekłam - dorzuciła, jakby się usprawiedliwiając.

- Sama? - ucieszyła się mama, właściwie zupełnie nie wiadomo dlaczego, jak świat 

bowiem światem wiadomo było, że pieczenie małych  lukrowanych  ciasteczek jest prawie 

wyłączną domeną młodych  panienek w wieku Ulki. - Podziękuj, synku - zwróciła się do 

Marka.

- Dziękuję - burknął zaczerwieniony Dzika Mrówka. Przez ten czas Baleron wszedł 

już na jacht, ostrożnie unosząc w górę tajemniczą torbę na wąskim trapie „Stella Polaris”.

Kiedy we czwórkę już teraz podeszli bliżej i mama naocznie stwierdziła, że „Stella 

Polaris” jest jednak znacznie mniejsza od „Stefana Batorego”, a nawet od tego statku, na 

którym obaj chłopcy popłynęli do Afryki, zatroskała się mocno i zaczęła się zastanawiać, czy 

jednak nie dała się zbyt pochopnie przekonać mężowi co do zezwolenia na rejs.

- Ojej, synku - powiedziała zatroskanym głosem - ten twój jacht taki maleńki. Toż to 

łupina od orzecha.

- Ale bardzo twardego i bardzo zdrowego orzecha - odpowiedział buńczucznie Dzika 

Mrówka, Choć, prawdę mówiąc, i jemu nagle jacht wydał się niezbyt wielki, szczególnie że 

za falochronem gdyńskiego basenu jachtowego, w którym stała „Stella Polaris”, widać było 

morze aż po bardzo odległy horyzont. A przecież na tym horyzoncie morze się nie kończy. 

Nie zdradzając się jednak, jakie myśli przychodzą mu do głowy, dokończył pouczająco: - 

background image

Miciu, na niewiele większym statku Kolumb odkrył Amerykę, a Magellan opłynął świat.

-   Przecież   Magellan   nie   opłynął   świata   -   oburzyła   się   na   to   mama,   która   czytała 

nocami wszystkie książki przynoszone przez Marka do domu.

- Magellan nie opłynął, ale jego statek opłynął - powiedział Marek może odrobinę już 

mniej pewnym głosem. - A Kolumb popłynął, i odkrył Amerykę, i wrócił.

- Fakt - przyświadczył małomówny Jego Brat.

- Mój ty kochany Kolumbie - powiedziała mama przez łzy i mocno przytuliła swego 

niesfornego bliźniaka do piersi.

- Niech się mama trzyma - Marek chciał powiedzieć te słowa absolutnie takim samym 

tonem, jakim mówił tata do Mici, ale w tym momencie poczuł, że coś mu zatyka gardło i że 

oczy stają się dziwnie wilgotne.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

KTÓRYM KURS PROWADZI DOKŁADNIE NA NORD, NA JACHT 

PRZYBYWA JESZCZE JEDEN CZŁONEK ZAŁOGI, A DZIKA 

MRÓWKA WALCZY ZE ZŁOŚLIWOŚCIAMI MORZA I LOSU W 

JACHTOWYM KAMBUZIE

- Kurs dokładnie Nord! - powiedział Kapitan Filip do Dzikiej Mrówki. - Pilnuj żagli i 

kursu, a ja tymczasem wypełnię dziennik.

-   Aye,   aye,   sir,   kurs   dokładnie   NORD   -   głos   chłopca   był   wyraźnie   przejęty.   A 

powiedział „Aye, aye, sir”, bo tuż przed wyjazdem oglądał w kinie morski wojenny film 

angielski. Na tym filmie marynarz przy sterze zawsze powtarzał rozkazy oficera z dodatkiem 

tego właśnie „aye, aye, sir”, co Markowi wydało się bardzo „morskie” i dlatego spodobało.

Kapitan Filip roześmiał się, słysząc tę bardzo morską odpowiedź, rozejrzał się raz 

jeszcze wokół i znikł w kabinie nawigacyjnej, do której wejście umieszczone było tuż za 

tylnym masztem, zwanym bezanmasztem.

Dzika Mrówka został sam na pokładzie jachtu. Spojrzał w górę na napięte lekkim 

wiatrem żagle. Postawiono wszystkie, a więc na przednim maszcie (czyli na grotmaszcie) 

bielały: grotżagiel, trójkątny kliwer i podobny fokżagiel, zaś na tylnym maszcie bezan.

Cała masa płótna - pomyślał z dumą Dzika Mrówka - 144 metry kwadratowe żagli.

Spojrzał na kompas umieszczony na kolumience sterowej.

- Kurs dokładnie NORD - stwierdził.

Ruszył lekko szprychami niewielkiego koła sterowego. Jacht posłuszny jego dłoniom 

odpadł o parę stopni w prawo. Mały ruch ręki w odwrotną stronę i jacht natychmiast wrócił na 

dokładnie północny kurs.

Obie   odchyłki   były   bardzo   nieznaczne   i   zdaniem   Dzikiej   Mrówki   zupełnie 

niezauważalne, a jednak z zejściówki do kabiny nawigacyjnej wyjrzała głowa Kapitana, który 

zapytał:

- Czy coś się stało, Marku? Dlaczego zmieniłeś kurs?

- Nie, nic kapitanie - Dzika Mrówka zmieszał się, a jednocześnie poczuł podziw dla 

kapitana - ja tylko sprawdzałem ster.

- W porządku - mruknął Kapitan i jego twarz, ozdobiona świeżo zapuszczaną brodą, 

zniknęła znowu w głębi kabiny nawigacyjnej.

background image

Płyniemy dokładnie na PÓŁNOC - rozmyślał Dzika Mrówka wpatrzony w kompas - 

tak jak wielcy żeglarze, jak choćby nasz Bogucki, jak Nansen na „Framie”, jak tylu innych. 

No, może trochę inaczej - skorygował się w myślach przypomniawszy sobie, że przecież ich 

jacht miał pływać tylko po Bałtyku - ale na początek i to wystarczy.

W każdym bądź razie w tej chwili ON, Dzika Mrówka we własnej osobie, prowadzi 

SAMODZIELNIE duży pełnomorski jacht. No, niezupełnie samodzielnie, bo przecież płynie 

na jednej wachcie z Kapitanem Filipem i jeszcze jednym żeglarzem, który ma go za godzinę 

zmienić   przy   sterze,   a   tymczasem   robi   porządek   w   forpiku.   Ale   stoi   na   najbardziej 

odpowiedzialnym stanowisku. Przecież od NIEGO tyle teraz zależy!

Przed   oczyma   chłopca   przesunął   się   barwny   film   ostatnich   kilku   godzin.   Kiedy 

wreszcie zakończyły się przygotowania do bałtyckiego rejsu i nadeszła chwila wyjścia w 

morze, wszyscy, cała załoga „Stella Polaris”, byli już tak bardzo znużeni, że chcieli się jak 

najprędzej znaleźć na morzu.

Odejście od nabrzeża odbyło się bardzo sprawnie, ale też i bardzo prozaicznie. Młody 

oficer   Wojsk   Ochrony   Pogranicza   postawił   odpowiednie   pieczątki   na   odpowiednich 

papierach, celnik podobnie i kapitan Filip rzucił pierwsze komendy.

Zrzucono cumy z pachołków, ktoś z załogi odepchnął bosakiem jacht od drewnianego 

pomostu, kadłub obrócił się łagodnie w kierunku wyjścia z basenu.

- Fok staw! - rozkazał kapitan.

Biały trójkątny żagiel wspiął się po sztagu w górę, załopotał po chwili złapał wiatr, 

wydął się i pociągnął jacht. Za burtą zaszemrała woda basenu, omywając łagodnie kadłub 

jachtu.

Wbrew cichym nadziejom Dzikiej Mrówki nikt nie żegnał odpływających żeglarzy. W 

skrytości   ducha   oczekiwał   on   jakiejś   efektownej   uroczystości   towarzyszącej   wyjściu   w 

morze. Jego PIERWSZEMU WYJŚCIU W PEŁNOMORSKI REJS POD ŻAGLAMI!

Niestety, rzeczywistość  była  całkiem inna. Mama i Ulka nawet  chciały czekać na 

odejście jachtu, ale kapitan Filip powiedział, że nie wiadomo kredy odpłyną i że w ogóle 

szkoda maminego czasu na czekanie.

- A zresztą syn pani ma tu jeszcze dość roboty razem z nami wszystkimi - dodał - i nie 

mógłby poświęcić paniom wystarczająco dużo czasu.

Na kapitańskie „paniom” mama się uśmiechnęła, a Ulka poczerwieniała jak piwonia.

Marek nie dał po sobie poznać, że wolałby, aby mama - Micia została razem z Ulką 

jeszcze trochę na nabrzeżu, ale pomyślał jednak, że PRAWDZIWEMU ŻEGLARZOWI nie 

przystoją takie zupełnie dziecinne ciągoty. Zatem zabrał się do roboty i spisywał się bardzo 

background image

dzielnie, przygotowując jacht do wyjścia w morze.

Kapitan   Filip   podzielił   całą   załogę   na   trzy   wachty   i   każdej   z   nich   przydzielił 

odpowiednie   zadania.   Dziesiąty   członek   załogi   miał   pełnić   obowiązki   kuka,   czyli 

pokładowego kucharza. Dyżury w kambuzie wypadały na zmianę i trwały przez cały dzień. 

Ponieważ od kuchennych dyżurów zwolnieni byli kapitan i dwóch oficerów wachtowych, 

przeto na pozostałych członków załogi wypadały one co siedem dni.

Zaraz za falochronem, na redzie portu, załoga sprawnie postawiła wszystkie żagle. 

Jacht przechylił  się lekko na burtę pod wpływem świeżego wiatru wiejącego od pełnego 

morza i ruszył przed siebie, z każdą chwilą nabierając prędkości.

Rozpoczął się REJS!

„Stella   Polaris”   płynęła   dostojnie   pod   wszystkimi   żaglami   przez   wody   Gdańskiej 

Zatoki. Przed Gdynią i nieodległym Gdańskiem stało na kotwicy kilkanaście dużych statków, 

czekających  na wejście  do portów. Mieniły się kolorami  bander  całego świata  na  rufach 

nazwy macierzystych portów układały się w obrazy dalekich lądów, a między nimi płynęła 

pod biało - czerwoną banderą „Stella Polaris”. Płynęła po swoją PRZYGODĘ z Kapitanem 

Filipem i dziewięcioma członkami załogi.

Dziewięcioma?

STOP! Bo oto z pomieszczeń załogowych wychynęła brodata twarz Drugiego Oficera, 

który powiedział do kapitana.

- Kapitanie, mamy BLINDĘ na pokładzie!

- BLINDĘ? - zdziwił się nie na żarty Kapitan Filip. Spojrzał na nieodległy jeszcze 

port,   spojrzał   na   ciągnące   równo   żagle   i   najwyraźniej   żal   mu   się   zrobiło   konieczności 

przerwania   tak   dobrze   zaczętego   rejsu,   boć   przecie   trzeba   było   zawrócić,   zdać   ślepego 

pasażera   odpowiednim   władzom.   A   ile   przy   tym   kłopotów,   ile   pisania   protokołów,   ile 

tłumaczenia się!

- A kogo tam diabeł podkusił? - zapytał wreszcie z wyraźną złością w głosie.

- A tego oto pasażera - Drugi Oficer podniósł do góry rękę, którą dotychczas chował 

za plecami. W oficerskiej dłoni wisiał wyraźnie przerażony, z szeroko otwartymi oczyma i 

otwartym różowym pyszczkiem... mały rudy kotek.

- KOT??? - zdziwił się Kapitan, a wraz z nim zdziwili się wszyscy, którzy byli akurat 

na pokładzie jachtu i robili morski porządek czyli tak zwany „zejklar”.

Prawie wszyscy, bo jeden z młodych żeglarzy spurpurowiał nagle na twarzy i opuścił 

nisko głowę, udając całkowicie pochłoniętego pasjonującą pracą przy układaniu niesfornej 

linki w zgrabne „słoneczko” na mokrym pokładzie.

background image

- Czyj to kot? - zapytał po chwili Kapitan i spojrzał po obecnych. A że byli prawie 

wszyscy, nietrudno więc Kapitanowi było wyłowić z załogi czerwonego na twarzy Balerona.

- To twój - raczej stwierdził niż zapytał Kapitan.

Na nic by się zdało zaprzeczenie, bo kociak wypuszczony z potężnej łapy Drugiego 

Oficera podturlał się do nóg Balerona i zaczął się do niego łasić postawiwszy swój ogonek jak 

rudy wykrzyknik.

Baleron z wielce niewyraźną miną skinął tylko głową. No bo faktycznie, co można 

było powiedzieć w takiej sytuacji?

- Chodźmy do kabiny - zdecydował Kapitan.

Zeszli na dół. Kapitan, Drugi Oficer i Baleron z małym rudzielcem, sprawcą całego 

zamieszania. Za nimi wsunął się Dzika Mrówka, który dopiero za pół godziny miał objąć 

wachtę na sterze.

- No i co zrobimy z tym fantem? - Kapitan spojrzał na Balerona i na Dziką Mrówkę, 

który pod wpływem kapitańskiego spojrzenia poczuł się nagle współwinnym zamelinowania 

kota   na   statku.   I   w   niczym   nie   zmieniał   sytuacji   fakt,   że   przecież   chłopak   nic   o   tym 

dotychczas nie wiedział.

To   ten   rudzielec   był   w   wiśniowej   torbie!   -   olśniło   nagle   Dziką   Mrówkę,   ale   to 

olśnienie nie miało żadnego wpływu na napiętą sytuację w mesie.

- Co zrobimy z tym fantem? - zapytał ponownie Kapitan, tymczasem rudy fant ruszył 

nieśmiało w zakamarek półki, na której ktoś rozsypał trochę cukru i nie posprzątał po sobie.

- Zawrócić do portu nie zawrócimy - odezwał się znów Kapitan - utopić nie utopimy - 

tu mrugnął porozumiewawczo do Dzikiej Mrówki, ale tak, aby Baleron tego nie widział. - No 

więc co nam pozostaje, chłopaki?

Baleron podniósł głowę i oczy błysnęły mu radosną nadzieją.

-   Tylko   jak   on   się   nazywa,   bo   muszę   go   wciągnąć   oficjalnie   na   listę   załogi   - 

uśmiechnął się Kapitan Filip.

- Mruczuś - wymamrotał niezbyt wyraźnie Baleron.

- Eee - skrzywił się Kapitan - jakoś mi to brzmi za mało żeglarsko, za bardzo po 

domowemu. A to ma być przecież jachtowy kot. Kot morski! Pełnomorski! Moi znajomi 

nazwali swego kota Punt. Też był taki rudy, jak ten mały tutaj. To przynajmniej żeglarskie 

imię.

- Może by go nazwać Salceson - wtrącił nagle Dzika Mrówka - bo taki tłuściutki i 

Baleron go przyniósł na jacht.

Wszyscy się roześmieli. Nawet i Baleron, choć wcale tak bardzo mu do śmiechu nie 

background image

było.

- No to niech będzie Salceson Punt - zdecydował Kapitan Filip. - Niech ma imię, i 

nazwisko. Może wyrośnie z niego KOT MORSKI CAŁĄ GĘBĄ, to jest - poprawił się - 

chciałem powiedzieć całym pyszczkiem.

W tym momencie świeżo ochrzczony Salceson Punt, jakby nie zdając sobie sprawy z 

ważności chwili, zamachnął się małą łapką i przydusił karalucha, który niebacznie wylazł z 

jakiejś szpary i skradał się do rozsypanego cukru. Salceson Punt przytrzymywał go przez 

chwilę, potem puścił, a gdy karaluch zaczął uciekać, błyskawicznie przydusił go drugą łapką, 

zagarnął do siebie i... schrupał w mgnieniu oka. A potem oblizał się smakowicie, jak po 

najlepszym z deserów.

- No to widzę, że dla Salcesona Punta znajdzie się dużo roboty na jachcie - roześmiał 

się Kapitan Filip i w ten sposób na „Stella Polaris” znalazł się dziesiąty załogant:

ŻEGLARSKI PRAKTYKANT - SALCESON  PUNT jak zapisał  Kapitan  na liście 

załogi. A potem dorysował jeszcze obrazek.

- Zamiast fotografii - wyjaśnił - dla Władz Granicznych.

Gdy jacht znalazł się na trawersie morskiej latarni na Helu wachtę przejął Kapitan 

Filip, a wraz z nim Dzika Mrówka, na którego wypadała kolejna zmiana przy sterze.

I wtedy to właśnie kapitan powiedział do przejętego swoją rolą i odpowiedzialnością 

chłopca:

- Kurs dokładnie NORD!

Przed   dziobem   jachtu   rozpościerała   się   szeroka   przestrzeń   Morza   Bałtyckiego. 

Kapitan   postanowił  bowiem   odejść  początkowo  głęboko   w  morze  i  dopiero  w   okolicach 

szwedzkiej wyspy Gotlarid skręcić na wschód, na wody Zatoki Ryskiej.

Pierwsza noc na jachcie w bałtyckim  rejsie minęła spokojnie.  Pogoda była  dobra, 

morze   spokojne,   a   łagodny   lecz   stały   wiatr   wydymał   białe   żagle   i   pędził   „Stellę”   z 

umiarkowaną prędkością taką „w sam raz”, jak stwierdził Dzika Mrówka do Balerona w 

czasie zmiany wacht.

W   ogóle   obaj   chłopcy   byli   niezwykle   podekscytowani   i   mocno   przeżywali   swój 

pierwszy prawdziwy żeglarski rejs pełnomorski. Bo co innego pływanie - nawet regatowe - na 

„Optymistach” czy „Kadetach”, a zupełnie co innego udział w takim rejsie, jaki się teraz 

zaczynał.   Co   innego   być   pełnoprawnym   członkiem   załogi   razem   z   doświadczonymi 

żeglarzami, których moczyły już bryzgi z niejednego morza i którzy na niejednym jachcie 

czerstwy  chleb  jedli.  A  do tego   jeszcze  pod  takim  kapitanem,   jakim  był  Kapitan   Filip  - 

Prezes!

background image

I obu chłopcom wydawało się - gdy tak siedzieli obok siebie na pokładzie „Stella 

Polaris” i patrzyli na srebrzystą poświatę księżyca kładącą się na morzu - że nie może być nic 

piękniejszego i przyjemniejszego na świecie.

- Ale fajnie! - powiedział Baleron do Dzikiej Mrówki.

- Fajnie - potwierdził Marek. - Jeszcze nigdy tak fajnie nie było.

- Chociaż przecież ty już byłeś w rejsie - odezwał się po chwili milczenia Baleron - 

dla ciebie to nie nowina.

- Eee, wiesz, tamto to było zupełnie co innego. Tam byłem po prostu pasażerem jak 

inni. Tam płynąłem dokąd mnie wieźli, a tutaj... tutaj to zupełnie co innego. Tutaj... no co ci 

będę klarował. Sam widzisz, no nie? Kojarzysz?

- Jasne jak księżyc. Kojarzę.

Obaj chłopcy zamilkli i bez słowa spoglądali na srebrną drogę księżycowej poświaty, 

prowadzącej  od lekko kołyszącego  się jachtu aż hen, daleko, po skraj widnokręgu, gdzie 

czerń wody zlewała się z granatowym niebem ozdobionym złotymi cekinami gwiazd.

Następny dzień też zapowiadał się spokojnie. Była słoneczna, bezchmurna pogoda, a 

kurs jachtu prowadził bez przerwy na północ. Z każdą godziną oddalali się od kraju, od 

ojczystych brzegów, które już dawno znikły za rufą. Szli teraz nieuczęszczanym przez statki 

szlakiem i dookoła nich było widać tylko morze i morze. Jak okiem sięgnąć widnokręgu nie 

mąciła sylwetka żadnego innego statku, kutra czy jachtu. Wydawało się, że są zupełnie sami 

wśród bezmiaru wód.

Ten błogi spokój zakłócił jednak Salceson Punt. Bowiem tak gdzieś koło południa, 

gdy czas już było wstawać na obiad wachcie Drugiego Oficera, z kabiny dobiegły nagle 

głośne krzyki i przekleństwa.

Na rozsłoneczniony pokład wyskoczył jak rudy ognik Punt, a za nim czerwony ze 

złości Drugi Oficer.

- Utopię drania! - krzyczał rozwścieczony brodacz. - Wyrzucę za burtę świntucha!

- Co się stało? - Kapitan wyjrzał z nawigacyjnej - co się tak pieklisz na małego kotka?

- Na małego kotka - powtórzył z przekąsem Drugi - na maleńkiego koteczka... Ty byś 

się też wściekł, gdyby ci nasikał do buta...

Tu Drugi Oficer  potrząsnął  swym lewym  butem,  z którego  istotnie wylało  się na 

pokład parę kropel. Gromki śmiech buchnął na pokładzie.

-   Masz   i   tak   szczęście,   że   po   pierwsze   Salceson   miał   akurat   cienką   potrzebę   - 

stwierdził ze śmiechem Kapitan Filip - a po drugie, że na jacht nie zablindowała się krowa.

Drugiego aż zatkało z oburzenia.

background image

- Wtedy  byś   mógł  w  ogóle  butów  się nie   dogrzebać  -  dorzucił jeden   z żeglarzy, 

serdeczny zresztą kolega Drugiego Oficera.

Drugi dał w końcu spokój Salcesonowi, którego Baleron schował za pazuchę, ale 

wieczorem przy kolacji mruczał pod nosem niby bez żadnego związku z rudzielcem - że na 

reumatyczne bóle krzyża najlepsza jest kocia skórka.

- A mnie właśnie boli krzyż - dorzucił po chwili, patrząc niby to przypadkiem na 

siedzącego naprzeciw Balerona.

Wieczorem pogoda zaczęła się psuć. Pojawiły się skądeś chmurki, które - z początku 

nieliczne i niegroźne - zaczęły się łączyć w skłębione szare zwały i wkrótce zasłoniły znaczną 

część nieboskłonu.

Słońce - dotychczas wesołe, złote i roześmiane - zmieniło też swój kolor i wieczorem 

na zachodniej stronie nieba rozpaliły się niepokojące, ostre, czerwone łuny zachodu.

Idzie wiatr - stwierdził obserwujący barometr Kapitan i kazał przejrzeć ponownie cały 

takielunek. I stały i ruchomy. Sprawdził też żagle, a wolnym od wachty polecił zamocować w 

kabinie i poutykać w rozmaite kąty wszystkie luźne przedmioty.

Idzie wiatr - rozmyślał Dzika Mrówka kładąc się w wąziutkiej koi po wachcie. Jacht 

już ostrzej kołysał się na bałtyckiej fali, choć jeszcze nie było to męczące ani nieprzyjemne. 

Chłopak obrócił się na lewy bok, twarzą do burty i naciągnął koc po samą szyję, bo pod 

wieczór znacznie pochłodniało. Starał się zasnąć, ale sen nie przychodził. Za burtą tuż, tuż, w 

odległości   zaledwie   kilku   centymetrów   od   twarzy   leżącego   w   żeglarskiej   koi   Marka, 

chlupotało morze, odbijało się klaśnięciami od burty jachtu, chlapało bryzgami na pokład tuż 

nad głową.

To nie to, co na statku z tatą - myślał.  Tam woda była  gdzieś bardzo daleko od 

szerokiej koi w kabinie pasażerskiej, którą zajmowali wspólnie z bratem, tam nie byli tak 

blisko morza, tam nie było słychać klaskania fal o burtę. No i tam przede wszystkim był tata, 

przy którym obaj bracia - bliźniacy czuli się bezpiecznie i pewnie.

Skulonemu pod kocem Markowi, wsłuchującemu się w rosnący wciąż łomot wody o 

burty,  przypomniały   się  własne  słowa  powiedziane  nie   tak  dawno  do  mamy:   „Miciu,  na 

niewiele   większym   statku   Kolumb   odkrył   Amerykę,   a   Magellan   opłynął   świat”.   Tak 

powiedział wtedy, ale teraz, w ciemnościach, pomyślał sobie, że jednak i Kolumb i Magellan 

to byli naprawdę wielcy żeglarze i niezwykle odważni ludzie. Bo przecież oni nie wiedzieli w 

ogóle  ani  dokąd  płyną,   ani  jak  długo  będą  w  podróży,   ani  co  ich  czeka.  Płynęli   prawie 

zupełnie   w   ciemno,   bez   map,   bez   sekstantów,   bez   radia,   bez   konserw   w   puszkach.   I 

rzeczywiście płynęli na bardzo małych stateczkach. Bo przecież najmniejszy statek Kolumba, 

background image

karawela   „Nina”,   był   krótszy   od   naszego   jachtu,   tyle   że   trochę   szerszy,   a   wytrzymał 

wszystkie trzy podróże przez Atlantyk. Załoga liczyła zaś podobno aż czterdzieści osób. Tam 

to dopiero musiało być ciasno...

Tak   rozmyślając   Dzika   Mrówka   usnął   w   końcu   kołysany   coraz   silniejszymi 

przechyłami zapowiadającymi zbliżającą się sztormową pogodę.

Rankiem wachtowy zbudził Dziką Mrówkę wcześniej niż zazwyczaj.

- Wstawaj - usłyszał chłopak - dziś twój dyżur w kambuzie!

Rzeczywiście. Dziś wypadała kolejka jego kucharzowania. Pierwszego samodzielnego 

kucharzowania   w   tym   rejsie,   pierwszego   kucharzowania   na   jachcie   i   pierwszego 

kucharzowania również w życiu.

Marek wyczołgał się z trudem z ciasnego pomieszczenia, w którym mieściła się jego 

wąziutka koja.

Czuł   się   rozbity   i   niewyspany,   w   nocy   budził   się   co   chwila   w   momentach,   gdy 

gwałtowniejsze przechyły jachtu obracały go nagle z boku na bok.

Jachtem kiwało w dalszym ciągu silnie. Gdy Dzika Mrówka wysunął rozczochraną 

głowę i spojrzał zaspanymi jeszcze oczami na otaczające ich morze, zobaczył białe grzebienie 

fal   gnanych   silnym   wiatrem.   Szare,   groźne,   nieprzyjemne   chmury   wisiały   nisko   nad 

wzburzoną powierzchnią wody. Wiatr przejmująco zawodził na stalowych linkach takielunku. 

Wodny pył mknął raz po raz z wiatrem, było zimno, mokro, nieprzyjemnie.

- Brrr - wzdrygnął się Dzika Mrówka.

-   Marku,   nie   przeciągaj   się,   tylko   szykuj   śniadanie.   Niedługo   budzimy   następną 

wachtę razem z kapitanem - przypomniał mu wachtowy oficer.

Prawda. Trzeba było  zabrać się do roboty. Marek ochlapał twarz bryzgiem słonej 

wody zza burty, co go nieco rozbudziło i wsunął się do ciasnego pomieszczenia kambuza.

Po pierwsze trzeba było uruchomić maszynkę, czyli tak zwany prymus opalany naftą. 

Działała ona nawet wcale nieźle pod warunkiem, że się dobrze rozgrzała, co z kolei wcale nie 

było takie proste, jak się na pozór wydawało...

Był   na   to   jeden   sposób:   mianowicie   trzeba   było   rozgrzać   na   początku   maszynkę 

denaturatem. I od tego też zaczął Dzika Mrówka. Ba, ale łatwo powiedzieć, a trudniej to 

wykonać. Jachtem kiwało i rzucało na wszystkie strony i w tej sytuacji denaturat absolutnie 

nie   chciał   trafiać   tam,   gdzie   chciał   Dzika   Mrówka.   Po   chwili   w   kambuzie   śmierdziało 

denaturatem   i   na   ten   smród   niewiele   pomogło   wytarcie   szmatą   stołu   pokrytego   blachą   i 

podłogi. Teraz po prostu śmierdziała szmata.

W końcu udało się Dzikiej Mrówce nalać odrobinę spirytusu tam gdzie trzeba, ale 

background image

wtedy   okazało   się,   że   zapałki   nieco   zwilgotniały   i   kolejne   próby  zapalenia   kończyły   się 

fiaskiem. Dopiero potarcie sześciu zapałek naraz, w pęczku, udało się chłopcu, ale jedna z 

zapałek pękła i już płonąc odskoczyła w bok.

Oczywiście, zgodnie z zasadą złośliwości przedmiotów martwych, płonąca zapałka 

upadła na nasyconą denaturatem szmatę, która buchnęła od razu błękitnawym płomieniem. W 

kambuzie   zrobiło   się   jasno,   a   Dzikiej   Mrówce   stanęły   na   głowie   dęba   wszystkie   jego 

rozczochrane włosy.

O RANY!  - krzyknął  w  duchu, pamiętając  mimo  dramatycznej  sytuacji,  żeby nie 

obudzić za wcześnie Kapitana i reszty załogi - pali się !

Oczyma wyobraźni ujrzał na wzburzonym morzu olbrzymią płonącą pochodnię pod 

tytułem „Stella Polaris”, a ich samych skaczących prosto w zimne, nieprzyjazne fale. Rzucił 

się błyskawicznie na palącą się szmatę i zaczął po niej deptać zapominając, że na nogach ma 

tylko   skarpetki.   Kątem   oka  dostrzegł   leżący   obok  swój   własny  pomarańczowy   ręcznik   z 

wyhaftowanym starannie przez Micie monogramem, złapał go więc i nakrył płonącą szmatę. 

Zdusił   ogień   na   moment,   chwycił   szmatę   przez   ręcznik,   otworzył   błyskawicznie   właz   z 

kambuza na pokład i wyrzucił płonącą znów żagiew na zewnątrz. Spadła za burtę z sykiem 

gaszonych płomieni i dopaliła się na wodzie.

- Coś ty, zwariowałeś? - zawołał wachtowy od steru. Chcesz podpalić naszą łajbę?

- Ciii... - Marek położył oparzony palec na ustach błagalnym gestem - nie mówcie nic 

kapitanowi - i znikł w czeluściach kambuza.

Dobrze, że tak się skończyło - pomyślał, ale chyba w złą godzinę. Bowiem w tej samej 

chwili maszynka  prychnęła,  buchnęła i zaczęła potężnie kopcić, rozsiewając płatki tłustej 

lepkiej sadzy po całym kambuzie.

Dzika Mrówka rozkaszlał się gwałtownie, oczy zaczęły go piec od dymu. Rzucił się 

do świetlika, aby go otworzyć i wypuścić dym z kambuza. Na szczęście w ostatniej chwili 

silniejsza   fala   chlapnęła   na   świetlik   i   Marek   cofnął   się.   Gdyby   otworzył   świetlik,   woda 

wdarłaby się do wnętrza!

O rany, już tak późno - Dzika Mrówka spojrzał na zegarek. Od chwili gdy wszedł 

zaspany do ciasnego kambuza, minęło już przeszło dwadzieścia minut, a do śniadania nic 

jeszcze nie było nawet przygotowane.

Nastawił czajnik z wodą na wciąż prychający i kopcący prymus. W garnku rozrobił 

zimną wodą mleko w proszku, bo Kapitan Filip uznawał rano obowiązkowo mleczną zupę. 

Na dziś menu przewidywało na śniadanie owsiankę, kawę i jajecznicę na boczku.

„Do gorącego mleka nasypać płatków i gotować mieszając” - powtarzał sobie Marek 

background image

w myślach przeczytany przed chwilą nieskomplikowany przepis.

Nasypał parę łyżek płatków do garnka z mlekiem.

Eee... chyba będzie za mało - skonstatował i dodał jeszcze dwie łyżki.

Teraz pokrajał cebulę i rzucił ją na patelnię z rozgrzanym uprzednio tłuszczem. Zajęty 

szykowaniem jajecznicy zapomniał o zupie, która nagle wykipiała, a jednocześnie w kabinie 

rozszedł się charakterystyczny zapach spalenizny.

Dzika Mrówka zostawił więc smażącą się cebulkę i zaczął gwałtownie mieszać płatki 

owsiane. Zupa jednak nie chciała w żaden sposób pozbyć się przykrego zapachu, a przy tym 

gęstniała coraz bardziej tak, że zawartość garnka zaczęła przypominać kaszę na gęsto. Nie 

była ani trochę podobna do zupy, którą mama czasami robiła w domu na śniadanie dla taty.

To wcale nie jest takie proste - pomyślał Dzika Mrówka w popłochu, wspominając 

doskonałe wytwory maminej kuchni. Nie mógł sobie natomiast przypomnieć, aby u nich w 

kuchni, kiedy mama gospodarzyła, mleko kiedykolwiek się przypaliło; chyba że do gotowania 

zabierał się uroczyście tata...

Widocznie MĘŻCZYZNOM zawsze się mleko przypala - skonstatował w końcu z 

nikłą odrobiną pewnej satysfakcji.

W   tym   momencie   do   rzeczywistości   przywołał   go   widok   spalonych   na   czarne 

węgielki kawałków cebuli.

Chciał je wyrzucić i pokrajać nowe, aby przyrumienić na śliczny złocisty kolor, tak 

jak to bez żadnego trudu robiła zazwyczaj Micia, gdy do kambuza wsunął głowę sam Kapitan 

Filip.

-   No,   Dziki,   jak   tam   ze   śniadaniem?   -   zapytał   i   pociągnął   nosem   z   wyraźną 

dezaprobatą.

- Aye, aye, sir - krzyknął ochoczo Marek, ale ten jego prawdziwie żeglarski okrzyk 

wcale nie zabrzmiał radośnie. Już zresztą sam fakt, że Kapitan powiedział do niego „Dziki” - 

tak samo jak mówił Bosman w klubie - świadczył o jego nienadzwyczajnym humorze, po 

drugie pociągnięcie nosem też nie oznaczało nic dobrego dla młodego kucharza. Na domiar 

złego zupa zgęstniała jeszcze bardziej, tak że łyżka stawała sztorcem w gęstej masie.

Dzika Mrówka z rozpaczą chlusnął nieco wody do zupy, co doraźnie zmniejszyło jej 

gęstość, na patelnię z przypaloną cebulką rzucił kilka płatków boczku i rozbił sześć jajek, z 

czego jedno wylądowało na i tak już śliskiej i brudnej podłodze kambuza.

Teraz szybko nalać owsiankę do trzech głębokich talerzy i podać na stół do mesy, 

gdzie już czekała cała kolejna wachta. Szybko z powrotem do kambuza, zalać wrzątkiem trzy 

kubki kawy i jeszcze szybciej zdjąć z ognia jajecznicę z pięciu już tylko jajek, bo szóste 

background image

rozlało się przecież po całej podłodze kambuza i Dzika Mrówka tylko z największym trudem 

utrzymywał   jako   tako   równowagę   w   ciasnym,   śliskim,   śmierdzącym   spaloną   cebulą   i 

przypalonym mlekiem kambuzie.

- Kuk, kawy! - dobiegło go z mesy.

- Kuk, a gdzie chleb?

- Kuk, co z cukrem?

- Kuk, masło, sól pieprz!

- Dziki, co u licha stało się z tą owsianką?

Te   ostatnie   słowa   powiedział   sam   Kapitan   Filip;   ton   wypowiedzi   nie   wróżył   nic 

dobrego.

- Przypaliła mi się... - wyjąkał Dzika Mrówka cały czerwony na twarzy.

- Przypaliła? - wycedził kapitan patrząc z dezaprobatą na stojący przed nim talerz. - A 

co się przypaliło, kiedy w tej zupie prawie wcale nie czuję mleka. Sama woda.

- A bo... - zaczął znowu Dzika Mrówka - a bo... a bo...

- No, skończże wreszcie - zniecierpliwił się Kapitan.

- A bo zupa była za gęsta, dolałem wody.

- A ta jajecznica?

- Co jajecznica?

- Dlaczego usmażyłeś  ją na węgielkach? - tu Kapitan Filip wyciągnął  na widelcu 

istotnie coś małego i całkiem czarnego.

- To... to jest cebulka - odparł Dzika Mrówka i chciał coś jeszcze dodać, ale przerwał 

mu wybuch chóralnego śmiechu.

Sytuację ratowała kawa (choć kapitan stwierdził z przekąsem: „dobrze, ze udało ci się 

wody nie przypalić”) oraz chleb - na szczęście jeszcze świeży - masło, żółty ser i dżem 

truskawkowy. Bo kapitan Filip lubił na żółty ser nałożyć trochę dżemu. Podobnie jak tata w 

domu, czemu zawsze dziwiła się Micia, nie mogąc zrozumieć, jak można jeść taką właśnie 

kompozycję.

- Miciu, na wszystkich statkach tak się właśnie jada - tłumaczył cierpliwie tata i z tej 

wypowiedzi wynikało, że PRAWDZIWEGO MARYNARZA poznać najłatwiej i bezbłędnie 

właśnie po tym, że je chleb z masłem, żółtym serem i dżemem.

Ledwo Kapitan Filip ze swoją wachtą wyszli na pokład, do mesy wtargnęli zmarznięci 

i przemoczeni wachtowi, a wśród nich Baleron, który już od progu wołał o śniadanie.

A Dzikiej Mrówce akurat w tym momencie żołądek podszedł do samego gardła i na 

samą myśl  o jedzeniu zrobiło mu się mdło. Panujący  wszechwładnie w kambuzie  smród 

background image

wciąż   kopcącego   prymusa,   zapach   denaturatu,   przypalonego   mleka   i   zwęglonej   na   amen 

cebulki stworzyły swoisty koktajl zapachowy trudny do zniesienia nawet w znacznie lepszych 

warunkach pogodowych, a tu tymczasem na zewnątrz sztorm wcale nie żartował.

Na   szczęście   w   kambuzie   stał   kubełek   na   odpadki   i   Dzika   Mrówka   nie   musiał 

wyskakiwać na pokład przy każdym ataku morskiej choroby; ale sytuacja nie należała do 

najprzyjemniejszych...

Żeby   można   było   choć   przez   chwilę   pooddychać   świeżym   powietrzem   -   marzył 

nadaremno   Marek   w   zaduchu   kambuza.   Czekająca   robota   nie   pozwalała   jednak   na 

odpoczynek. Ledwo bowiem udało się mu pozmywać po śniadaniu i wyszorować solidnie 

zasmolone i okopcone garnki, gdy już trzeba było myśleć o obiedzie.

Na obiad miała być zupa grzybowa oraz makaron z gulaszem wołowym z puszki. 

Zupa z paczki prawie by się udała, gdyby nie to, że Marek zupełnie niepotrzebnie ją posolił. 

Nie   przeczytał   bowiem   dokładnie   przepisu   zamieszczonego   na   opakowaniu.   Nic   też 

dziwnego,  że   później,  w   czasie   obiadu,  Kapitan  Filip   zapytał  z  przekąsem,  czemu   Dziki 

zaczerpnął wody na zupę prosto z morza?

Makaron za to udał się nie najgorzej, choć właśnie z makaronem Dzika Mrówka miał 

najwięcej kłopotu.

No bo jak tu się zorientować, ile tego makaronu będzie potrzeba? Na dziewięciu ludzi 

(Marek siebie nie liczył, bo w dalszym ciągu targały nim od czasu do czasu ataki morskiej 

choroby i o jedzeniu nie mogło być ani mowy, ani nawet myśli) trzeba makaronu chyba dużo, 

szczególnie, że po kilkugodzinnej wachcie na świeżym morskim powietrzu apetyt wszystkim 

dopisywał znakomicie.

Rozmyślając   z   niejakim   obrzydzeniem   o   apetycie   kolegów   Marek   sypał   suchy 

makaron do sporego kilkulitrowego garnka z wodą. Sypał i sypał i wciąż mu się wydawało, że 

będzie za mało. Dopiero wtedy, gdy nad makaronem pozostała ledwo cieniutka warstewka 

wody, uznał że już dosyć.

Jak się jednak wkrótce okazało, kucharski instynkt, w który chłopak wierzył mimo 

dotychczasowych   niepowodzeń   kulinarnych,   zawiódł   go   tym   razem   zdecydowanie   i 

całkowicie. Otóż bowiem makaron, w miarę gotowania, ożył nagle i ani rusz nie chciał się w 

tym garnku zmieścić. Rósł i rósł, było go w garnku coraz więcej i więcej. Gorzej; wraz z 

przechyłami jachtu z garnka zaczęły wypełzać wciąż nowe i nowe masy białych, poplątanych 

kłębów. Ożywione jakąś tajemniczą Siłą gasiły i tak prychający i kaszlący płomień prymusa i 

rozpełzały się po calutkim kambuzie.

Marek zbaraniał całkowicie. Miotając się i obijając po rozkołysanym kambuzie, starał 

background image

się bezskutecznie opanować szalejący biały żywioł.

Wbrew   jego   wysiłkom   po   chwili   wszędzie   było   pełno   białych   śliskich   nitek.   A 

przeklęty makaron rósł i rósł i nie było temu końca.

Jak   to   jest,   u   licha?   -   przelatywało   przez   skołataną   głowę   Dzikiej   Mrówki, 

zmęczonego   trwającą   wciąż   chorobą   morską   i   bezskutecznym   zmaganiem   się   z 

niesamowitym makaronem - przecież na początku było w garnku ileś tam wody i ileś tam 

tego całego makaronu i nic się wtedy nie wylewało. A teraz nagle tego białego świństwa jest 

tyle, że można by nim chyba z pięć takich garnków zapełnić. Cudowne rozmnożenie czy co?

Na domiar złego podczas otwierania puszki z gulaszem wołowym chłopak skaleczył 

się w palec. Owinął go brudną szmatką, która po chwili zmieniła dotychczasowy brudnoszary 

kolor na znacznie żywszy i zdecydowany jasnoczerwony.

Obiad jednakże został podany na czas. A że Dzika Mrówka zdawał sobie sprawę ze 

swych kulinarnych niedoskonałości i niepowodzeń, postarał się choćby deserem wynagrodzić 

załodze dotychczasowe swoje nietęgie kucharzowanie. Na deser zdecydował się więc podać 

wspaniały - jak zwykle - keks maminego wypieku, który Micia, mimo stanowczego oporu 

syna, wpakowała najpierw do tekturowego pudełka, żeby keks się nie pokruszył, a następnie 

do żeglarskiego worka Dzikiej Mrówki.

I teraz ten maminy keks miał uratować jego pozycję jako jachtowego kuka. Dzika 

Mrówka wyciągnął zatem ze swego worka tekturowe pudełko. Przeżył moment strachu, czy 

keks jednak nie pokruszył się na drobne kawałeczki, ale okazało się, że mama przewidziała 

wszystko  i tak usztywniła  swój wypiek,  że można było  chyba  żeglarski  worek zrzucić z 

samolotu bez spadochronu na ziemię i też nic by się keksowi nie stało.

Ciasto było - jak zwykle - wspaniałe i Dzika Mrówka już z góry cieszył się efektem, 

jaki nastąpi po uroczystej degustacji przez załogę takich delicji. Wziął tedy szybko pierwszy z 

brzegu nóż, który znalazł się na kambuzowym stole i pokroił keks na kawałki, które następnie 

ułożył elegancko na tacce i tackę postawił na stół w mesie.

Chóralne „aaaaa” z wyraźną aprobatą przywitało Markowy deser.

- Komu kawę, komu herbatę? - zapytał Dzika Mrówka z całą elegancją, na jaką było 

go stać. A że miał na tę okazję przerzuconą przez lewą rękę prawie czystą białą ściereczkę, 

można było - przy dużej co prawda dozie fantazji - wyobrazić sobie, że jest się w eleganckiej 

kawiarni, na domiar z grzeczną obsługą.

Więc gdy postawił na stole kawę i herbatę, stanął w ciasnych drzwiczkach wiodących 

do kambuza w wyczekującej pozie i czekał już tylko na oklaski.

Jakież   zatem   było   jego   zdziwienie   i   zaskoczenie   -   niemiłe   zaskoczenie!   -   gdy 

background image

zobaczył, jak Kapitan Filip, popróbowawszy maminego keksu, skrzywił się z niesmakiem. Po 

chwili podniósł kawałek ciasta do nosa, starannie go obwąchał i ponownie skrzywił się.

- Kto to piekł? - zapytał Marka.

- Moja mama - odparł Dzika Mrówka, zupełnie nie rozumiejąc o co może chodzić 

Kapitanowi.

-   Twoooja   maaaamaaa?   -   Kapitan   dziwnie   przeciągał   sylaby.   W   tym   samym 

momencie Marek zobaczył,  że wszyscy odkładają keks na stół. Jeden tylko Drugi Oficer 

zajadał dalej ze smakiem.

- Co się stało? - zapytał wreszcie chłopak.

- Co się stało? - powtórzył Kapitan. - Ano, właściwie niby nic. Tylko, że twoja mama 

ma zapewne jakiś bardzo dziwny przepis na ten keks.

- Bardzo dziwny przepis? - nie rozumiał w dalszym ciągu Marek.

-   Ano   -   potwierdził   Kapitan.   -   Już   trochę   żyję   na   tym   świecie   i   niejedno   ciasto 

zdarzało mi się jeść, ale po raz pierwszy trafiłem na keks z... czosnkiem.

- Z CZOSNKIEM??? - wyjąkał Dzika Mrówka. Spojrzał przerażony po obecnych i 

dłużej zatrzymał wzrok na Drugim Oficerze, w dalszym ciągu konsumującym keks z błogim 

wyrazem zadowolenia na twarzy.

- Panie Drugi!!! - wrzasnął Dzika Mrówka. Wpadł do kambuza, porwał nóż, którym 

przed chwilą pokrajał keks i przysunął go do nosa. Od noża zaleciał intensywny, drażniący 

powonienie zapach czosnku.

Teraz   WSZYSTKO   STAŁO   SIĘ   JASNE!   Otóż   Drugi   Oficer   wierzył   święcie   w 

uzdrawiające wszelkie choroby działanie czosnku i - co gorsza - wiarę tę konsekwentnie 

potwierdzał, pojadając raz po raz smakowicie woniejące ząbki czosnku, które z lubością i 

błogim wyrazem twarzy rozsmarowywał nożem na kawałku chleba z masłem.

I to był właśnie AKURAT TEN SAM NÓŻ!

Wyjaśnienie na nic się jednak nie zdało, bo ostatecznie cały obiad i tak zakończył się 

klapą. Okazało się bowiem jeszcze na domiar, że walcząc z rosnącym makaronem Dzika 

Mrówka całkowicie ZAPOMNIAŁ GO POSOLIĆ.

Mocno   nadszarpniętej   reputacji   nie   uratowała   względnie   udana   kolacja,   złożona   z 

kubka   herbaty,   chleba   i   puszki   sardynek   na   głowę.   Puszkę   na   wszelki   wypadek   Dzika 

Mrówka dał każdemu nie otwartą, choć z załączonym kluczykiem.

I gdy późnym wieczorem - po przygotowaniu dla nocnej wachty tak zwanej „nocnej 

porcji” czyli „podkurka”, na który składało się jajko na twardo i herbata z termosu - Dzika 

Mrówka uporał się wreszcie z kambuzowym brudnym i zasmolonym królestwem i siadł, żeby 

background image

odetchnąć, w kokpicie koło sternika poczuł się:

zmęczony jak PIES,

poobijany jak dorodna ULĘGAŁKA,

głodny jak WILK, bo przez cały ten dzień nie tknął nawet najmniejszej okruszyny 

jedzenia,

wreszcie śpiący jak BORSUK wczesną zimą.

I doszedł do wniosku, że gotowanie wcale nie jest takie proste, jakby to mogło się 

wydawać obserwując krzątającą się całymi dniami po kuchni Micię, która mimo to miała 

jeszcze czas na to i na owo. A nawet wydawała się być zupełnie zadowolona ze swego losu!

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

W KTÓRYM „STELLA POLARIS” ODWIEDZA WRAZ Z ZAŁOGĄ 

PORT NAD DAUGAWĄ I MIASTO ZBUDOWANE CAŁKOWICIE NA 

PALACH

Na   drugi   dzień   pod   wieczór,   po   zmianie   kursu   i   uporczywym   halsowaniu   pod 

malejący na szczęście wiatr, „Stella Polaris” weszła poprzez cieśninę między stałym lądem i 

wyspą o obco brzmiącej nazwie Saaremaa - na całkiem już prawie spokojne wody Zatoki 

Ryskiej.   Nocą  przepłynęli   przez  zatokę  i wachtowi  musieli  bacznie  rozglądać  się  wokół, 

ponieważ jacht płynął teraz bardzo uczęszczanym szlakiem i raz po raz mijały ich idące w 

różnych kierunkach statki.

Wczesnym  rankiem przed dziobem ukazały się płaskie brzegi łotewskie i wkrótce 

trzeba było uruchomić silnik i zrzucić żagle, bo wpłynęli na szeroki co prawda, ale o silnym 

prądzie nurt rzeki Daugawy czyli Dźwiny. Jeszcze kilka kilometrów w górę rzeki, nad którą 

rozłożył się ruchliwy i pełen życia  port handlowy i oczom naszych  żeglarzy ukazała się 

panorama starego miasta. Nad kryte czerwoną dachówką dachy domów wystrzelały wysoko 

w niebo iglice wież starych kościołów, nad którymi  górowały pokryte zielonkawą blachą 

wieże katedry i najwyższa w mieście wielokondygnacyjna dzwonnica kościoła św. Piotra.

Bliżej   rzucał   się   w   oczy   masywny   czworobok   zamku   z   narożnymi   basztami   i 

wieżycami,   a   dalej,   za   domami   starego   miasta,   rosły   w   górę   kształty   nowoczesnych 

wieżowców.

Postój   w   tym   starym   porcie,   założonym   w   1201   roku   (data   widnieje   na   herbie 

miejskim,   na   którym   widoczny   jest   fragment   warownych   murów   nad   błękitnym   polem 

obrazującym  Dźwinę  oraz dwa skrzyżowane  złote  klucze i takaż gwiazda)  trwał niestety 

bardzo krótko. Tyle tylko, że Dzika Mrówka, Baleron i inni członkowie załogi, którzy po raz 

pierwszy znaleźli się w łotewskiej stolicy, zdążyli parę razy przejść przez ciasne, urokliwe 

uliczki starego miasta o nazwach świadczących  o ich przeszłości,  takich na przykład  jak 

Kaleju czyli Kowalska, Mucenijeku czyli Bednarska, Andeju czyli Tkacka czy Mijesnijeku 

czyli Rzeźnicza.

Wędrując   tak   uliczkami   starej   Rygi,   chłopcy   natknęli   się   na   ulicy   Vesturas   na 

niewielki dom. Umieszczona na nim tablica głosiła, że właśnie w tym budyneczku szwedzki 

król Karol XI założył w 1675 roku szkołę urzędniczą, a car rosyjski, Piotr I, w kilkanaście lat 

po   zdobyciu   miasta   ufundował   pierwszą   szkołę   morską   i   że   działo   się   to   w   roku 

background image

MDCCXXXIII czyli w roku 1733.

- Wcześnie - stwierdził Baleron.

- Faktycznie. Dość dawno - przytaknął Dzika Mrówka. - A my w Polsce parę lat temu 

obchodziliśmy pięćdziesiątą rocznicę Szkoły Morskiej.

- To też dawno - powiedział Baleron. - Mojego taty jeszcze wtedy nie było na świecie.

-   Niby   racja.   Ale   to   prawie   dwieście   pięćdziesiąt   lat,   a   nie   pięćdziesiąt   czy 

sześćdziesiąt.

- Dobre i to - stwierdził pojednawczo Baleron. - Ktoś tam kiedyś w dawnej Polsce 

powiedział, że może Polak nie wiedzieć co morze, gdy pilnie orze.

- Ano, pani od polskiego nam mówiła. Ale chyba ten ktoś nie miał racji.

- Chyba nie miał, bo morze to morze.

I tym niezbyt oryginalnym stwierdzeniem obaj chłopcy zakończyli dyskusję na temat 

morskiej przeszłości i dalej zwiedzali piękne i pełne zieleni miasto.

Trochę   czasu   spędzili   obaj   w   dużym   sklepie   z   rozmaitymi   pamiątkami   o   nazwie 

„Sakta”. Kupili tam małe laleczki w malowniczych, biało - czerwonych, łotewskich strojach 

ludowych.

- Po co ci taka laleczka? - zapytał Dzika Mrówka kolegę, gdy zmęczeni i pełni wrażeń 

wracali na jacht.

- Laleczka? Dla siostry - odpowiedział Baleron, który rzeczywiście miał o parę lat 

młodszą od siebie siostrzyczkę. Bardzo ją kochał i zawsze się nią opiekował. - A tobie lalka 

po co?

-   Też   dla   siostry   -   burknął   Dzika   Mrówka   i   zaczerwienił   się   nagle   bez   żadnego 

powodu.

- Dla siostry? - zdziwił się Baleron. - Przecież ty masz brata. I do tego bliźniaka.

- No to co? - obruszył  się ni stąd, ni zowąd Dzika Mrówka. - Jak się ma brata - 

bliźniaka, to już nie można mieć siostry?

- Mieć to można, ale ty nie masz - nastawał Baleron. - A może to nie dla siostry? - 

spojrzał podejrzliwie na jeszcze bardziej czerwonego kolegi; żeglarza.

- Może nie dla siostry - burknął Dzika Mrówka. - A w ogóle guzik cię to obchodzi...

- O, wa, coś taki obraźliwy? - skrzywił się Baleron. - Uderz w stół, a nożyce same się 

odezwą. Pewno kupiłeś to dla jakiejś dziewczyny?

Dzika Mrówka nic nie odpowiedział. Zresztą być może w ogóle nie słyszał pytania 

Balerona,   bo   właśnie   w   tej   chwili   przypomniała   mu   się   drobna   dziewczynka   o   dwóch 

grubych, jasnych warkoczach, które zawsze nosiła przerzucone do przodu. I przypomniała mu 

background image

się czerwona sukienka w duże, białe grochy i maskotka, i kwiatek, który zasuszył na jachcie, 

jednym słowem: Ulka...

Przez chwilę szli w milczeniu, gdy nagle Baleron palnął się w czoło.

- O rany - zawołał - byłbym zapomniał! - Wyciągnął z wiśniowej torby, tej samej, w 

której przyniósł na jacht Salcesona Punta, duży worek z czarnej folii. - Gdzie tu może być 

piasek?

- Piasek? - zdziwił się Dzika Mrówka. - A po co ci piasek?

- Mnie to niepotrzebny, ale Puntowi. Bo Drugi naprawdę może obedrzeć go ze skóry. I 

trzeba kota nauczyć siusiać do piasku, bo inaczej będzie draka.

Istotnie. Mimo że Drugi wieszał teraz buty pod pokładem, Punt z uporem godnym 

lepszej   sprawy   wdrapał   się   raz   do   góry,   wlazł   do   wiszącego   buta   i   w   tej   niezwykle 

niewygodnej   pozycji   dopełnił   znowu   fizjologicznej   potrzeby.   Na   całe   szczęście   Baleron 

zajrzał do kabiny akurat w tym momencie, kiedy Punt wyłaził ze swej wiszącej ubikacji i 

wylał zawartość buta Drugiego Oficera, który słodko spał po wachcie. Inaczej ruda skórka 

Punta nie wiadomo gdzie by się znalazła...

Chłopcy   nabrali   piasku   do   worka   nad   brzegiem   Dźwiny.   Później,   gdy   dźwigali 

wspólnie ciężką wiśniową torbę, zainteresował się nimi drzemiący na słońcu celnik i kazał 

otworzyć torbę. Jakież było jego zdziwienie, gdy zobaczył, że w torbie jest... piasek. Kazał im 

nawet wysypać  go, wiedząc  z wieloletniego  doświadczenia,  że przemytnicy mają czasem 

oryginalne pomysły. Kiedy okazało się, że w czarnym worku z folii jest rzeczywiście tylko 

piasek, celnik przepuścił ich, ale jeszcze przez długi czas patrzył za młodymi żeglarzami i 

kiwał głową w zadziwieniu.

Postój w Rydze był, jako się rzekło, krótki. Zbyt krótki - jak ocenili obaj chłopcy i 

większość załogi; czas jednak naglił.

- W Petersburgu mamy przewidziany nieco dłuższy postój - powiedział Kapitan Filip, 

gdy opuszczali zieloną od parków i ogrodów i czerwoną od dachów starego miasta, pełną 

kwiatów Rygę.

Przeszli wąskimi cieśninami nad Zatokę Fińską i przy pomyślnym wietrze skręcili na 

wschód, prosto w głąb zatoki, gdzie czekał na nich następny port. Petersburg.

- Miasto Petersburg zbudowane zostało na terytorium odebranym Szwedom w 1703 

roku, na początku tak zwanej wojny północnej. Car Piotr I postanowił tu, na grzęzawiskach u 

ujścia Newy, zbudować twierdzę, port i miasto. Już w kilka lat później, w 1712 roku, został 

Petersburg,   stolicą   Rosji   -   głos   doskonale   władającej   językiem   polskim   przewodniczki 

dochodził z głośników zradiofonizowanego autokaru turystycznego, którym Dzika Mrówka i 

background image

jego koledzy z załogi „Stella Polaris” wybrali się na zwiedzanie miasta nad Newą. Ponieważ 

było ich tylko dziewięciu (jeden wachtowy został do pilnowania jachtu i Salcesona Punta), 

grupkę polskich żeglarzy dołączono do wycieczki polskich inżynierów architektów.

Autokar   ruszył   spod   głównej   siedziby   „Inturistu”,   z   placu,   nad   którym   górował 

potężny masyw soboru św. Izaaka, zwieńczony kopułą widoczną ze wszystkich niemal miejsc 

w Petersburgu. Minęli gmach Admiralicji ze szpiczastą, złotą, błyszczącą w słońcu iglicą 

wieży,   objechali   wokoło   wysoką   kolumnę   cara   Aleksandra,   ustawioną   na   pamiątkę 

zwycięstwa nad Napoleonem na placu przed wspaniałym pałacem Ermitaż, a następnie przez 

Most Pałacowy dostali się na drugą stronę szerokiej szarej rzeki Newy. Tu zatrzymali się na 

moment u stóp granitowych  kolumn ozdobionych  dziobami starożytnych  okrętów i dalej, 

wokół twierdzy pietropawłowskiej, dotarli do słynnego krążownika „Aurora”, który zwiedzili 

wraz z całą wycieczką. Potem zajechali jeszcze do Instytutu Smolnego, przejechali długi, 

wielokilometrowy Newski Prospekt - główną i reprezentacyjną ulicę miasta, składali kwiaty 

we wspaniałym mauzoleum - pomniku, poświęconym bohaterskim obrońcom Petersburga w 

czasie słynnej blokady.

Tyle wrażeń naraz wtłoczyło się do głowy Dzikiej Mrówki, że czuł w niej zamęt i 

chaos.   A   kiedy   jeszcze   pani   przewodniczka   powiedziała,   że   Petersburg   liczy   przeszło   4 

miliony mieszkańców i zbudowany jest na 101 wyspach u ujścia Newy, że ma tyle to a tyle 

mostów, Dzika Mrówka poddał się zupełnie.

-  Toż   tu   gdyby   na  każdą   wyspę   poświęcić   dwie   godziny,   trzeba   by  cały  miesiąc 

siedzieć i nic nie robić, tylko zwiedzać.

Na   koniec   objazdu   miasta   grupa   inżynierów   -   architektów,   a   wraz   z   nimi   i   nasi 

żeglarze, weszli do olbrzymiego, przestronnego wnętrza soboru św. Izaaka.

- O rany! - powiedział Dzika Mrówka z podziwem do Balerona.

- O RANY! - powtórzył jak echo Baleron.

Bo było się też czemu dziwować. Olbrzymia kopuła wypiętrzała się nad przestronnym 

wnętrzem, cała pokryta wspaniałymi mozaikami. Ze szczytu kopuły zwieszała się w dół kopia 

wahadła Foucaulta, przy pomocy której można było w dość prosty i przekonywający sposób 

dowieść, że ziemia JEDNAK się kręci.

Inżynierów - architektów z wycieczki zainteresowały techniczne szczegóły budowy 

olbrzymiego soboru.

- Fundamentem tej wspaniałej budowli - objaśniała przewodniczka - jest dwadzieścia 

cztery   tysiące   drewnianych   pali   o   długości   6,5   metra,   wbitych   w   niezbyt   mocny   w   tym 

miejscu grunt. Na to nawieziono dziesiątki, a może i setki tysięcy granitowych płyt i ułożono 

background image

je na wysokość aż 7,5 metra. I dopiero na tej granitowo - drewnianej podstawie zbudowano 

sobór. Zresztą - dodała - na podobnych palach stoją tu prawie wszystkie pałace i większe 

budowle.

- Na palach? CAŁE MIASTO NA PALACH? - zdziwił się Dzika Mrówka, ale nic nie 

powiedział.

- Każda z tych granitowych kolumn, które państwo widzieli na zewnątrz soboru, waży 

aż   114   ton.   Wszystkie   były   wyciosane   i   obrobione   ręcznie   przez   tysiące   kamieniarzy   i 

dowiezione do ówczesnego Petersburga morzem i Newą z Finlandii. Ustawiano je ręcznie za 

pomocą prostych maszyn, zwanych kabestanami.

- To taka maszyna jak u nas na jachcie do podnoszenia kotwicy - wyrwał się nagle 

Dzika Mrówka, któremu zaimponowały te liczby i te techniczne osiągnięcia dokonane, bądź 

co bądź, już dosyć dawno.

Pani   przewodniczka   przerwała   na   chwilę   swoje   wyjaśnienia   i   spojrzała   na   Dziką 

Mrówkę, a gdy ten nic więcej nie powiedział, tylko zaczerwienił się, kontynuowała.

- Te rzeźbione drzwi dębowe, które państwo widzą, ważą po 10 ton każde...

I tak dalej... i tak dalej...

O   solidności   budowy   przekonali   się   chłopcy   naocznie,   gdy   wyszli   i   zobaczyli   na 

jednej z granitowych kolumn drobne, w porównaniu z ogromem budowli, odpryski. Był to 

ślad   ciężkiego   pocisku   niemieckiej   artylerii   z   czasów   wojny,   a   wyglądał   jak   niewielkie 

zadraśnięcie na gładkiej powierzchni kolumny wypolerowanej ręcznie przed wielu laty.

Pani przewodniczka, widząc zainteresowanie chłopców, dodała:

-  Kolumny   nie   są   niczym   mocowane   do  fundamentu.   Po   prostu  są   tak   dokładnie 

obrobione w swojej podstawie, że stoją własnym ciężarem.

- Wtedy to budowali! - westchnął nagle Baleron. - A u nas na osiedlu to całą rękę 

można włożyć między płyty naszego domu.

Wszyscy   się   zaśmiali,   ale   inżynierowie   -   architekci   śmiali   się   może   trochę   mniej 

szczerze niż żeglarze ze „Stella Polaris” i pani przewodniczka.

Następnego dnia było zwiedzanie muzeum w Ermitażu ze słynną Złotą Komnatą, w 

której zebrano całe kilogramy złotych ozdób i wyrobów. A kiedy poszli do galerii obrazów 

malarstwa   rosyjskiego,   a   kiedy   jeszcze   pojechali   do   dawnych   carskich   posiadłości,   jak 

Puszkino, Pietrodworec i Pawłowsk Dzika Mrówka i Baleron postanowili, że muszą wrócić 

do tego miasta  nad Newą,  żeby je  lepiej poznać  i żeby obejrzeć  jeszcze  tyle  rzeczy,  na 

których zobaczenie nie starczyło ani czasu, ani sił.

-   Nie   martwcie   się,   chłopaki   -   powiedział   im   ze   śmiechem   łamanym   rosyjsko   - 

background image

polskim językiem bosman w jachtowej przystani, gdy dowiedział Mię o ich problemach. - Ja 

mieszkam w Petersburgu od urodzenia i jeszcze nie udało mi się w całości go poznać. A za 

rok stuknie mi sześćdziesiątka.

- Faktycznie, dużo tu do oglądania - stwierdził filozoficznie Dzika Mrówka.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

CAŁY WYPEŁNIONY BAŁTYCKIM SZTORMEM, PODCZAS 

KTÓREGO OKAZUJE SIĘ, ŻE CUDZY STRACH PODNOSI WŁASNĄ 

ODWAGĘ

Gdzieś  tak  w połowie  drogi między trawersem Tallinu  a Sztokholmem  złapał  ich 

gwałtowny, tężejący z godziny na godzinę sztorm. Początkowo nic na pozór nie zapowiadało 

nagłego załamania pogody. Słońce świeciło zupełnie normalnie, jak przystało na tę porę roku, 

lekki wiatr napinał białe płótniska żagli, a „Stella Polaris” przechylona z gracją na prawą 

burtę rozcinała swym dziobem niewielką falę. Jedynie barometr i Salceson Punt zachowywali 

się niecodziennie.  Temu pierwszemu  zaczęła  wskazówka  przesuwać  się coraz  bardziej w 

strefę   niżu,   ten   drugi   począł   się   niespokojnie   wiercić   po   pokładzie,   stracił   zupełnie 

zainteresowanie karaluchami, na które dotąd wytrwale polował ku zadowoleniu całej załogi, a 

nawet przestały go pociągać buty Drugiego Oficera, do których zazwyczaj czuł nieprzeparty 

pociąg mimo ustronnego pudełka wypełnionego piaskiem. Na koniec zaczął szukać jakiejś 

kryjówki,   próbował   się   wcisnąć   to   pod   zwinięte   żagle,   to   pod   koc   Baleronowej   koi,   to 

wreszcie między zwój zapasowych linek.

- Idzie sztorm - zawyrokował Kapitan Filip i kazał wszystko mocować Wyciągnięto 

zapasowe sztormowe żagle o znacznie mniejszej powierzchni, z grubszego płótna i mocniej 

szyte.

- Najeść się chłopaki dobrze przed wieczorem - polecił Kapitan załodze - i wyspać się 

na zapas, bo w nocy chyba nie będzie na to czasu.

Rozglądał się wokół uważnie, jakby chciał z koloru pustej wody i równie pustego 

nieba wyczytać prognozę na najbliższą przyszłość.

Otrzymał  równocześnie trzy wodne prysznice: uderzyła  go podbita kadłubem fala, 

zmoczył słony prysznic niesionych wichrem bryzgów i uderzyły boleśnie strugi zanikającego 

deszczu.

Krótka stroma fala rosła z minuty na minutę.

Taka właśnie fala jest typowa dla bałtyckich sztormów - Marek przypomniał sobie 

nagle jakiś wykład z żeglarskiego kursu. Wtedy wyglądało to jednak znacznie mniej groźnie, 

a kolorowe slajdy i film specjalnie nakręcony dla celów szkoleniowych nie oddały całej grozy 

sytuacji.   Tam,   na   sali   wykładowej,   było   sucho   i   zacisznie,   usypiająco   terkotał   aparat 

projekcyjny i monotonnie brzmiał głos wykładowcy, a tu jest mokro, zimno, jachtem rzuca i 

background image

szarpie, a wokoło jest szaro, groźnie i nieprzyjemnie.

Na domiar złego zbliżał się wieczór. I mimo że płynęli na wysokości Petersburga czy 

Helsinek, gdzie o tej porze roku jasno jest przez większą część dnia, a noc trwa bardzo 

króciutko, robiło się coraz ciemniej, coraz hardziej szaro i ponuro.

- W dzień w czasie sztormu na morzu jest niewesoło, ale w nocy chyba jeszcze gorzej 

- zwierzył się Dzika Mrówka Baleronowi w pewnym momencie, gdy obaj siedzieli skuleni i 

zmoknięci obok siebie.

- Uhumm - mruknął Baleron, równie jak Dzika Mrówka blady i osowiały.

Obu gnębiły niezbyt wesołe myśli. Pływanie pod białymi żaglami jakby zszarzało i 

straciło w sztormowym wietrze część swego uroku. A Dzika Mrówka znowu przekonał się - 

tym  razem  bardzo namacalnie  i dosłownie na własnej  raz po raz moczonej  dokumentnie 

skórze - że pływanie pływaniu nierówne.

Co innego - myślał, bo w tej chwili nic nie mieli na całym jachcie do roboty prócz 

myślenia - pływać na dużym statku handlowym, z pokładu którego patrzy się na morze W 

DÓŁ, a zupełnie co innego na jachcie, z którego na morze patrzy się DO GÓRY. Tak, właśnie 

do   góry   -   w   tym   momencie   Dzika   Mrówka   dojrzał   przez   szkło   maleńkiego   iluminatora 

wysoką ścianę wodną, ozdobioną na szczycie białą grzywą piany jak siwą brodą. Siwa broda 

wisiała  gdzieś ponad pokładem  jachtu,  jakże  teraz  maleńkiego  nagle, słabego  i kruchego 

wobec ogromu i potęgi morza.

Nieco później cała załoga - poza sternikiem i wachtowym oficerem - siedziała skulona 

w mesie i popijała wieczorną herbatę, którą jakimś cudem udało się zagotować aktualnemu 

kucharzowi.   Niemrawo   gryźli   suchary   „wzmocnione”   kawałkami   podwędzonej   kiełbasy, 

kiedy wszystkich poderwał głośny okrzyk sternika: „Fok poszedł, kapitanie!”

Kapitan Filip poderwał się od stołu, przełknął ostatni łyk herbaty parząc sobie przy 

okazji gardło, dopiął mokrą sztormankę i wysunął się na zmywany raz po raz falą pokład 

jachtu.

Wysadziwszy głowę na szalejący wiatr i osłaniając twarz przed słoną i słodką wodą, 

spojrzał w kierunku dziobu.

- Podwachta na pokład! - rozkazał.

Dzika   Mrówka   i   kolega   z   tej   samej   wachty   imieniem   Staszek   poderwali   się 

natychmiast. Wciągnęli sztormanki i zapięli szerokie pasy. Wyleźli obaj na pokład.

- Ty, Marku, zamocuj się do linki asekuracyjnej, wciągnij na siebie kapok i chodź ze 

mną na dziób, a ty, Staszku, wyciągnij z magazynku zapasowy fok sztormowy i przynieś go 

na dziób. Będziemy zmieniać żagiel.

background image

Dzika Mrówka spojrzał w stronę dziobu, który raz po raz znikał w masach wody i 

białej piany, by po dobrej chwili wynurzyć się wysoko w górze. Tam właśnie, w tej wodnej 

kipieli,   szamotał   się   bezładnie   trójkątny   żagiel   z   wydartym   jednym   rogiem,   do   którego 

mocowane   były   linki,   tak   zwane   halsy.   Małe   drzewce,   czyli   bom,   zwolniony   teraz   z 

mocujących go zazwyczaj lin, latał jak oszalały z jednej burty na drugą, płótno szamoczącego 

się na wichurze żagla strzelało raz po raz z głośnym hukiem. Właśnie tam trzeba było za 

chwilę pójść...

- Idziemy - powiedział Kapitan, sprawdziwszy zamocowanie do pasa sztormowej linki 

ratowniczej. Gdyby bowiem wypaść tak za burtę przy tej pogodzie i tak słabej widoczności... 

to nawet z pasem ratunkowym na sobie szanse na ratunek byłyby bliskie zeru. Brr... aż strach 

pomyśleć.

Dzika   Mrówka   posuwał   się   ostrożnie   za   Kapitanem,   przez   cały   czas   kurczowo 

trzymając się obiema rękoma to masztu, to lin stałego takielunku.

Co to będzie, kiedy trzeba będzie się puścić choćby jedną ręką, kiedy trzeba będzie 

ujarzmić szamoczący się żagiel?

Wreszcie dotarli obaj do dziobu, gdzie miotał się uszkodzony fok. Dzika Mrówka 

jedną ręką uchwycił się kurczowo liny biegnącej wzdłuż masztu, a drugą usiłował złapać 

uszkodzony żagiel. Niestety, mokre, sztywne, szamotane wichrem płótno wyrywało się ze 

zmarzniętych, zgrabiałych palców. Jednocześnie trzeba było uważać na przewalający się z 

burty na burtę bom, który jakby tylko czekał na to, aby strącić Kapitana Filipa lub Dziką 

Mrówkę, a najpewniej ich obu, za burtę, prosto w rozszalałe morze.

Wiatr wył tak przeraźliwie, że Marek nie słyszał żadnego słowa, choć widział, że 

Kapitan Filip coś woła do niego. Kapitan przekazał więc rozkaz zdecydowanym  gestem; 

Dzika Mrówka zrozumiał wtedy, że ma uklęknąć na pokładzie, zaprzeć się jakoś między 

barierkami i włazem do pomieszczenia na dziobie, teraz zresztą zamkniętego na głucho, i 

starać   się   przydusić   swoim   ciałem,   rękoma,   zresztą   czym   tam   chce,   mokre,   ciężkie, 

trzepocące płótno żagla.

- UDAŁO SIĘ!!! - ryknął w pewnym momencie Dzika Mrówka; przez huk sztormu 

ledwo dosłyszał własny głos. W tym samym momencie dziób jachtu zarył w nadbiegającą 

falę.

Kapitan Filip, Dzika Mrówka i z takim trudem dopiero częściowo ujarzmiony żagiel 

znaleźli się nagle pod wodą. Nie żeby ich oblało czy spryskali i, po prostu fala przykryła ich 

całkowicie.

Dzika   Mrówka   zakrztusił   się   gorzkosłoną   wodą   i   odruchowo,   leżąc   na   podartym 

background image

żaglu, złapał się kurczowo wystającego tuż obok kabestanu kotwicznego. Poczuł jak zimna 

woda spływa mu za kołnierz, jak mokry sweter i koszula oblepiają mu całe ciało. Poczuł też 

na sobie przytłaczający go ciężar. To zwalił się na niego wcale nielekki Kapitan Filip.

Gdy   dziób   „Stelli”   wynurzył   się   spod   fali   i   gdy   woda   gwałtownymi   kaskadami 

spłynęła za burtę, Dzika Mrówka posłyszał głos Kapitana Filipa, który krzyczał mu wprost do 

ucha:

- NIC CI SIĘ NIE STAŁO?!

- NIC! - odwrzasnął co sił w na wpół utopionych płucach Dzika Mrówka - tylko chyba 

cały Bałtyk wlał mi się pod sztormankę.

Podnieśli się obaj i pociągnęli rozdarty fok w stronę rufy, zwalili go do kokpitu, a 

stamtąd reszta załogi wciągnęła go do kabiny.

Mokre płótnisko zdewastowało natychmiast jako tako dotychczas przytulne wnętrze. 

Na pokładzie utworzyła się kałuża z wody cieknącej z żagla i poczęła rozgłośnie chlupotać 

przewalając się od burty do burty.

Kapitan Filip z drugim członkiem ich wachty wyruszył raz jeszcze na dziób i tam, 

nurzając   się   raz   po   raz   w   wodzie,   postawili   nowy   żagiel,   który   od   razu   naprężył   się, 

zesztywniał na wietrze jak blacha i wyprowadził „Stella Polaris” na korzystniejszy kurs.

Dzika Mrówka ściągnął z siebie mokrą sztormankę, mokry sweter, koszulę i inne 

części   garderoby.   Wytarł   do   sucha   zziębnięte,   zsiniałe   ciało   i   wciągnął   suchą   bieliznę   i 

względnie suchy sweter. W worku żeglarskim bowiem przewidująca mama schowała - mimo 

protestów Marka - dwa swetry „na wszelki wypadek”. Ten „wszelki wypadek” akurat nastał i 

w duchu chłopak błogosławił przesadną - jak poprzednio sądził - przezorność Mici.

- No, Marku, przeżyłeś pierwszą poważniejszą żeglarską przygodę, I jak się czujesz? - 

zapytał dokumentnie przemoczony Kapitan Filip, gdy wreszcie i on zszedł do kabiny.

- Tak mnie... mniej... mniej więcej - odparł Marek szczękając zębami z zimna.

- Mniej więcej? - zdziwił się Kapitan Filip.

- Mnie... mniej jak czło... człowiek, a wie... więcej jak ryba  - wyszczekał Marek, 

którego rozgrzał dopiero drugi kubek wrzącej herbaty.

Ugotowanie jaj w tych warunkach świadczyło bardzo dobrze o kucharskim kunszcie 

dzisiejszego kuka, ba, o jego cyrkowej nieomal zręczności.

Tymczasem nadeszła noc. Mimo letniej pory i geograficznej szerokości, na jakiej się 

obecnie znajdowali, ciężkie chmury spowodowały, że nad sztormowym morzem wcześnie 

zapadła ciemność.

Gdy nadeszła pora Markowej wachty, wstał z wilgotnej, przemoczonej do cna koi, na 

background image

której udawał, że odpoczywa i udawał, że śpi, a w istocie nie mógł nawet oka zmrużyć. Leżał 

skulony, zmarznięty i... ciężko przestraszony. Tak, nie ma co ukrywać, Dzika Mrówka po 

prostu się bał! I na nic mu się zdało powtarzanie samemu sobie w kółko, że przecież jest 

ŻEGLARZEM, PEŁNOMORSKIM ŻEGLARZEM, a żeglarze wcale nie powinni się bać, bo 

gdyby się bali, to przecież nie mogliby w ogóle pływać. I gdy tak kulił się na swej wąziutkiej 

koi, ogarniał go coraz większy strach. Przypominały mu się natrętnie wszystkie zasłyszane 

opowieści o rozmaitych morskich katastrofach jachtów i statków. Przypominało mu się, co 

słyszał od starszych kolegów - żeglarzy o jachtach w sztormach na morzach i oceanach. O 

wywrotkach  Baranowskiego  w   czasie  jego  samotnego  rejsu  wokół  świata,   o wywrotkach 

Boguckiego na „Gedanu”, o złamanych masztach i o zaginionych jachtach, o wyrzucanych na 

skaliste brzegi kołach ratunkowych czy pustych pasach. Bujna wyobraźnia Dzikiej Mrówki 

podpowiadała   mu   coraz   groźniejsze   obrazy,   a   wraz   z   nimi   ogarniał   go   coraz   większy 

STRACH.

I nagle poczuł, że bardzo, ale to BARDZO chciałby się znaleźć w swoim łóżku, w 

niewielkim mieszkaniu przy spokojnej ulicy w Oliwie. I żeby na drugim łóżku w tym samym 

pokoju spał Jego Brat, a w drugim pokoju lub w kuchni żeby była Micia.

Tymczasem   jednak   bardzo   daleko   było   do   Mici   i   do   przytulnego   mieszkanka   w 

Oliwie. Wokoło grzmiało nieprzyjazne, groźne, wrogie morze i właśnie trzeba było opuścić 

koję i wyjść na zewnątrz, na wiatr, na deszcz i na smagające twarz bryzgi słonej wody. Trzeba 

było tak sterować, aby odpierać zdradliwe uderzenia fal, aby utrzymać jacht na właściwym 

kursie.

Na pokładzie było znacznie gorzej niż w wilgotnym, ale bądź co bądź odizolowanym 

od morza wnętrzu kabiny. W groźnej ciemności huczało morze, wdzierając się raz po raz na 

niewielki pokład „Stella Polaris”.

-   Jak   tam,   Marku   -   powitał   chłopca   Kapitan   Filip,   który   od   chwili   zerwania   się 

sztormu prawie bez przerwy tkwił na pokładzie.

- Nie za bardzo - przyznał się Dzika Mrówka.

- A co? - Kapitan spojrzał badawczo na ledwie bielejącą w mroku twarz Marka - masz 

stracha?

Dzika Mrówka zawahał się przez moment,  ale ostatecznie wymruczał,  że istotnie, 

trudno zaprzeczyć...

- No, no, nie masz co się tak załamywać. To żaden wstyd, że się boisz. Każdemu 

wolno się bać. Tak, tak - powiedział Kapitan - i nikomu to nie ubliża. Bo być odważnym, to 

znaczy bać się i ten swój strach pokonywać. A jeżeli ktoś ci powie, że się nie boi i nigdy nie 

background image

bał, to, chłopie, są tylko trzy możliwości: albo ten ktoś nigdy niczego jeszcze w życiu nie 

przeżył, albo zupełnie brak mu wyobraźni, albo po prostu najzwyczajniej kłamie.

Kapitan umilkł i zapadła cisza. Słychać było tylko wycie wiatru i szum fal.

- No i jak teraz? - Kapitan ponownie zapytał Marka po chwili.

- Może troszeczkę lepiej - Dzika Mrówka uśmiechnął się bardzo blado - choć boję się 

dalej.

- To ci wolno - roześmiał się Kapitan Filip. - Więc stawaj teraz na sterze i pilnie 

uważaj, żebyśmy jak najmniej wody brali na pokład. W tej chwili już lepiej i łatwiej sterować, 

bo wiatr się ustalił, a i fala jakby równiejsza. Nie tłucze już nami tak, jak przed wieczorem.

Dzika Mrówka machinalnie przytaknął Kapitanowi, ale w głębi ducha wcale nie był 

tak bardzo przekonany o słuszności jego ostatnich słów. Według jego osobistej oceny wiatr 

był   teraz   jeszcze   silniejszy,   fale   większe,   a   w   ogóle   było   znacznie   gorzej   niż   przed 

wieczorem. Nic jednak nie powiedział i w milczeniu przejął koło sterowe od poprzednika.

Całą swą uwagę zwrócił teraz na sterowanie. Po kilku uderzeniach fali udało mu się 

złapać rytm, wczuć się w reakcję kadłuba na uderzenia i udało mu się parę razy tak ustawić 

jacht, że te uderzenia istotnie stały się słabsze.

- W porządku, Marku. Wcale nieźle - posłyszał kapitański głos za sobą. - Będę na 

razie stał przy tobie. Będziemy we dwóch. O. K?

- Aye, aye, sir - Dzika Mrówka chciał nadać swemu głosowi niefrasobliwy ton, ale nie 

bardzo mu się to udało, bo jego bujna wyobraźnia znowu spłatała mu figla; wydało mu się 

nagle, że przy sterze nie stoją teraz we dwóch, a w trzech: Kapitan, on - czyli Dzika Mrówka - 

i jako trzeci jego własny STRACH.

Gdy oczy chłopaka przyzwyczaiły się już do otaczających wokół ciemności, odważył 

się zajrzeć w głąb czerni, czającej się za burtą. Nic tam jednak nie zauważył, jeżeli nie liczyć 

szarzejących   nieco   jaśniejszych   od   czerni   wody   i   powietrza,   grzyw   niesionych   na 

wierzchołkach fal i piany rozbijanej o kadłub „Stelli” wody.

Powoli mijały dłużące się minuty nocnej wachty na sterze. Po godzinie Marka zmienił 

kolega, a Dzika Mrówka na ten czas schował się w kabinie, żeby się chociaż trochę rozgrzać i 

odpocząć. Kapitan natomiast tkwił na pokładzie bez przerwy.

Gdy znowu przyszła Markowa godzina na sterze, wiatr jakby istotnie nieco zmalał. 

Albo jeżeli nie zmalał, to przynajmniej już się nie wzmagał. Być może było to złudzenie, być 

może również, że chłopak po prostu przyzwyczaił się do sztormu.

- Zejdę na moment do kabiny - powiedział w pewnej chwili Kapitan Filip. - Tu na 

pokładzie nie mogę w żaden sposób zapalić fajki - dorzucił w formie wyjaśnienia.

background image

- Aye, aye, sir - powiedział Dzika Mrówka.

Został teraz sam na pokładzie. Podniósł głowę do góry i spojrzał dookoła. Noc była 

jeszcze ciemna i - jak na razie - nic nie zapowiadało poranka, który powinien przecież już 

niebawem nadejść.

Nagle - gdy Marek miał twarz zwróconą dokładnie w kierunku, skąd wiał wiatr - czerń 

nory rozdarł czerwony, ostry blask. Wysoko nad wodą zabłysnął na krótką chwilę, mignął 

parę razy, by po momencie zostać pochłonięty przez jeszcze bardziej dokładną czerń.

Dzika Mrówka dopiero teraz ocknął się z zaskoczenia.

- Panie kapitanie - wrzasnął - kapitanie!!!

- Co się stało? - głowa Kapitana Filipa wychynęła z zejściówki. Zapachniało dobrym, 

aromatycznym dymem z palącej się fajki.

- Rakieta! - wołał przejęty chłopak - czerwona RAKIETA!!!

- Gdzie? - Kapitan jednym susem wyskoczył na chwiejny pokład.

- Tam! Tam! - Dzika Mrówka niezwykle podniecony wskazywał ręką kierunek, gdzie 

przed chwilą błysnęło czerwienią.

- Po pierwsze żeglarz nie powinien mówić „tam, tam”, tylko podać kierunek, a po 

drugie, czyś widział rakietę na pewno? - powiedział bardzo spokojnie Kapitan, patrząc nieco 

podejrzliwie na Dziką Mrówkę.

- Na pewno widziałem! - zaperzył się Marek.

- Jeżeli to rakieta wołająca o ratunek, to chyba strzelą jeszcze raz. Zresztą byłoby 

dziwne, żeby wystrzelili tylko jedną. I to akurat w tym momencie, gdy ja chciałem zapalić 

fajkę - zżymał się Kapitan, któremu na domiar złego zgasła zapalona z takim trudem fajka i, 

zniecierpliwiony, ssał ją tylko.

Wywołał jednak z kabiny drugiego wachtowego i teraz we trójkę wpatrywali się w 

ciemność   otaczającej   nocy,   która   po   wschodniej   stronie   zaczęła   powolutku   ustępować 

szarości nowego dnia.

- Mówisz, że w tamtym kierunku? - zapytał po chwili zamyślony Kapitan Filip.

- W tamtym - przytaknął z mocą Dzika Mrówka.

- Akurat najmniej dla nas odpowiedni kierunek - zasępił się Kapitan - prosto na wiatr. 

Trzeba halsować... - mruczał pod nosem, wciąż patrząc podejrzliwie na skulonego przy sterze 

chłopca.

Pod wpływem  kapitańskiego wzroku Dzikiej  Mrowie  zaczęły rodzić się w głowie 

rozmaite myśli. „A jeżeli naprawdę mi się tylko przywidziało i nie było żadnej czerwonej 

rakiety? Jeżeli na moment, na króciutki moment zasnąłem i miałem kolorowy sen, taki sam 

background image

jak wtedy w szpitalu, kiedy mnie uśpili?”

Tu przypomniał sobie wyraźny obraz piaszczystej plaży i zielonych palm kołysanych 

wiatrem. Wtedy obraz TEŻ był bardzo wyraźny i zupełnie PRAWDZIWY.

JAK TERAZ !!!

Kapitan Filip wszedł na moment do nawigacyjnej i spojrzał na rozłożoną mapę, na 

której oznaczono ostatnią pozycję, jeszcze sprzed nadejścia sztormu. Podrapał się w głowę, 

possał fajkę.

-   A   jeżeli   chłopak   NAPRAWDĘ   widział   czerwoną   rakietę?   -   powiedział   sam   do 

siebie. - Jeżeli NAPRAWDĘ ktoś wzywa pomocy?

Zdecydował się. Zbudził pozostałych członków załogi.

- Alarm dla wszystkich! Ubrać sztormanki i być w pogotowiu. Zmieniamy kurs! - 

oznajmił załodze.

- Co się stało, Filipie? - zapytał Pierwszy Oficer, który - o dziwo! - potrafił zasnąć na 

tej chwiejbie.

- Marek widział czerwoną rakietę. Może ktoś potrzebuje pomocy. Idziemy na ratunek!

IDZIEMY NA RATUNEK!!! - zahuczało w głowie Dzikiej Mrówki, wciąż stojącego 

na sterze.

O rany! - pomyślał o czerwonej rakiecie - żeby to była prawda. NAJPRAWDZIWSZA 

PRAWDA. Bo inaczej... - Dzika Mrówka zdawał sobie sprawę, że zmiana kursu w czasie 

takiej pogody nie jest dla ich jachtu bezpieczna, że Kapitan zanim podjął taką decyzję, musiał 

się dobrze zastanowić; w końcu narażał jacht, całą załogę i siebie na niebezpieczeństwo. I to 

wszystko przez niego, przez Dziką Mrówkę, najmłodszego członka załogi „Stella Polaris”.

- Przygotować się do zwrotu - rozkazał Kapitan i sam stanął na sterze.

- Zwrot!

Załopotały gwałtownie żagle. Drzewce bomu przeleciało na przeciwną burtę. Żeglarze 

szybko wybierali szoty, ściągali niesforne żagle. Jacht pochylił się głęboko na przeciwną niż 

dotychczas burtę i zaczął mocniej tłuc kadłubem o nadbiegające teraz z innego kierunku fale.

-   Przygotować   tratwę   pneumatyczną,   linki,   koła   ratunkowe   -   rozkazywał   Kapitan 

chłopcom wolnym na razie od wachty. - Marek i Staszek! Wypatrujcie oczy, czy czegoś nie 

zobaczycie. I to nie tylko tam, gdzie rzekomo widać było rakietę - Słowo „rzekomo” Kapitan 

powiedział   ze   specjalnym   naciskiem,   przynajmniej   tak   wydawało   się   Dzikiej   Mrówce.   - 

Musicie teraz mieć oczy naokoło głowy.

- Aye, aye, sir - zawołał Marek i natychmiast wytrzeszczył oczy w ciemność, która 

coraz wyraźniej ustępowała szarości.

background image

Płynęli czas jakiś w milczeniu, przerywanymi tylko głośnymi uderzeniami kadłuba o 

fale, które w dalszym ciągu wściekle atakowały sztormujący jacht.

- Przygotować się do zwrotu!

- Zwrot!

Znowu tupot nóg na zalewanym wodą pokładzie, znowu łomot żagli przerzucanych na 

przeciwny ciąg, znowu uderzenie nadbiegającej akurat fali, znowu pochylenie kadłuba na 

drugą burtę.

- Przygotować się do zwrotu!

- Zwrot!

- Przygotować się do zwrotu!

- Zwrot!

Nad morzem wstał już szary, brudnomroczny, sztormowy poranek. Od momentu, gdy 

Dzika Mrówka zobaczył czerwony blask w ciemności, minęło prawie trzy godziny. Obaj 

chłopcy nadaremno wytrzeszczali wzrok, nadaremno lustrowali widoczne już teraz dobrze 

morze   przez   szkła   lornetek.   Wokoło   widać   było   jedynie   szare   fale   ozdobione   białymi 

grzywami piań.

Fale i grzywy! A nisko nad nimi ołowiane, ponure chmury. Nic więcej.

- Halsujemy jeszcze jedną godzinę w tym samym kierunku! - powiedział w pewnym 

momencie Kapitan do Pierwszego Oficera. - Jeżeli niczego nie znajdziemy, kładziemy się na 

poprzedni kurs - zdecydował.

Dzika Mrówka słyszał oczywiście kapitańską decyzję i poczuł, że robi mu się gorąco, 

mimo że znowu wszystko na sobie miał przemoczone.

Teraz dopiero zaczną się ze mnie śmiać! - pomyślał. - Już nie będę miał życia w 

klubie.

Zdesperowany przyłożył lornetkę do oczu. Machinalnie przesunął ją, śledząc wzdłuż 

linii szarego horyzontu.

- Nic - pomyślał - znowu nic! Prawie zrezygnowany przejechał znowu lornetką po 

horyzoncie. W szkle okularu widniała tylko monotonnie ołowiana szarość fal i biel pienistych 

grzyw.

Lecz co to? Gdy Dzika Mrówka odejmował od oczu ciężką lornetkę, nagle wydało mu 

się, że wśród monotonnej szarości błysnęło nagle jakimś innym, żywszym kolorem. Jakaś 

żółtopomarańczowa plamka!

Nerwowym   ruchem   przyłożył   na   powrót   lornetkę   do   oczu.   Uważnie,   z   bijącym 

sercem,   zlustrował   wycinek   horyzontu,   gdzie   wydawało   mu   się,   że   coś   zauważył.   Teraz 

background image

jednak nic, absolutnie nic nie zakłócało jednostajnie szarego tła.

Znowu mam przywidzenia - pomyślał zrozpaczony. - Pewno tak samo było z rakietą. - 

Pomny rozkazu Kapitana, nie przestał jednak omiatać lornetką morskiego koliska wzdłuż 

prawej burty.

I po paru minutach znowu mignął mu w tym samym miejscu żółtopomarańczowy, 

jaskrawy na tle szarzyzny fal, punkcik.

- Kapitanie! - zdecydował się w jednej chwili.

- O co chodzi! - Kapitan od steru starał się przekrzyczeć ryk wiatru.

- Chyba coś widzę!

- Gdzie? - poderwał się Kapitan, oddając koło sterowe w ręce Pierwszego Oficera.

- Dokładnie na trawersie, Kapitanie.

Kapitan, mimo podekscytowania, spojrzał na Dziką Mrówkę i wyraźnie powiedział:

- NA TRAWERSIE, mówisz. A nie: „tam, tam”. Będą jeszcze z ciebie LUDZIE - 

uśmiechnął się, wziął z rąk Dzikiej Mrówki lornetkę i przyłożył ją do oczu. Po chwili wszedł 

na dach nadbudówki, a następnie wdrapał się na bom głównego żagla, trzymając się jedną 

ręką olinowania.

- Zwrot! - krzyknął po chwili i zeskoczył zgrabnie na pokład.

- Chłopcy. Tam coś jest!!! Jeszcze nie wiem dokładnie co, jeszcze za wcześnie, ale 

jest tam NAPRAWDĘ!

Wyraźne podniecenie Kapitana udzieliło się całej załodze. Dzika Mrówki i Staszek w 

dalszym ciągu obserwowali horyzont, reszta szykowała ponton, koła ratunkowe, linki, zwijała 

rzutkę.

-   Jest,   jest!   -   krzyknął   w   pewnej   chwili   Staszek.   -   Chyba   przewrócony   jacht   z 

pomarańczowym żaglem!

- Zwrot! - rozkazał znowu Kapitan. - Alarm „człowiek za burtą” dla całej załogi. 

Baleron niech stara się zagotować wodę na awaryjnym palniku. Może być potrzebna gorąca 

woda. Drugi oficer przygotuje apteczkę.

Na jachcie zaczął się ruch. Po kilku jeszcze zwrotach już zupełnie wyraźnie, gołym 

okiem, można było dostrzec leżący na wodzie, przewalający się bezwładnie między falami 

jacht.   Pomarańczowożółty   żagiel,   przyklejony   do   wody,   to   znikał   w   dolinie,   to   znów 

ukazywał się na grzbiecie kolejnej fali.

- Czy widać ludzi? - zapytał Kapitan, który znów wrócił do steru.

- Na razie nie, Kapitanie! - odkrzyknął Dzika Mrówka. Przyłożył znów lornetkę do 

oczu i nagle - w  momencie  gdy „Stella Polaris” znalazła się na grzbiecie  kolejnej fali - 

background image

wydało   mu się,  że  nad  burtą  wywróconego  jachtu  mignęła   mu  niewyraźnie   czyjaś   blada 

twarz. W tym samym momencie bryzgi słonej wody zasłoniły mu całkowicie widoczność.

- Do licha! - mruknął Dzika Mrówka, przetarł szkła lornetki i oczekiwał z biciem serca 

na taką chwilę, kiedy znowu oba jachty, i „Stella Polaris”, i tamten wywrócony, znajdą się 

równocześnie na grzbietach fal. Tymczasem odległość między obu jednostkami wciąż malała.

- Jest - w szkłach lornetki znowu mignęła mu twarz. Tym razem dojrzał wyraźnie 

ognistorudy kolor długich włosów, kredowobiałą twarz i ręce kurczowo zaciśnięte na relingu.

- Kapitanie? - zawołał. - Kapitanie! Widzę jednego rozbitka przyczepionego do jachtu. 

A właściwie jedną rozbitkę - poprawił się po chwili, bo wydało mu się, że blada twarz i długie 

rude włosy należą jednak do dziewczyny.

- Podchodzimy do wywróconego jachtu! - rozkazał Kapitan Filip. - Cała załoga na 

pokład! Przygotować odbijacze i bosaki! Koła ratunkowe i rzutki!

- Uwaga! ZWROT!

- Kapitanie! - krzyknął tym razem Staszek. - Widzę jeszcze dwóch innych rozbitków. 

Wszyscy trzymają się jachtu.

- I bardzo dobrze! - odkrzyknął Kapitan. - Od razu widać, że dobrzy żeglarze. Bo 

dopóki jacht nie tonie, trzeba się go trzymać!

Kapitan nawet w takiej sytuacji nie tracił równowagi ducha i nie ominął okazji do 

przekazania szkolnej załodze pedagogicznej uwagi. Bo trzeba wiedzieć, że Kapitan Filip, 

czyli Prezes, był „w cywilu” profesorem jednego z wybrzeżowych liceów. A uczył - kto by to 

pomyślał - fizyki!

Podchodzili   teraz   ostrożnie   do   wywróconego   jachtu.   Kapitan   stał   przy   sterze   i 

wydawał komendy, a wszyscy na pokładzie zwijali się jak w ukropie. „Stella Polaris” jakby 

też   zrozumiała   powagę   sytuacji   i   posłusznie   wykonywała   wszystkie   zwroty,   by   zająć 

najdogodniejszą pozycję.

Wywrócony jacht był już teraz zupełnie blisko. Wyraźnie widać było malowany na 

biało kadłub oraz dwa kolorowe żagle: mniejszy żółty fok i większy jaskrawopomarańczowy 

grotżagiel. Widać też było maszt złamany tuż nad pokładem, pływający teraz w plątaninie 

linek i tłukący raz po raz o kadłub jachtu. I - nawet gołym okiem - widać było rozbitków, 

kurczowo trzymających się relingu i zalewanych raz po raz przez fale. Było ich troje, dwóch 

chłopców i jedna dziewczyna. Wszyscy mieli na sobie pasy ratunkowe, a dziewczyna była 

nawet   cienką   linką   przymocowana   do   leżącego   jachtu.   Wszyscy   wyglądali   na   bardzo 

zmarzniętych, bardzo wyczerpanych i bardzo przestraszonych.

Gdy tylko dostrzegli zbliżający się jacht, obaj chłopcy zaczęli coś wołać i machać 

background image

rękoma, a jeden - jak można było wnioskować z jego gestów - miał zamiar rzucić się nawet 

do wody, by wpław dopłynąć do „Stelli”.

- Zostań na miejscu! - krzyknął po angielsku przez tubę Kapitan Filip - trzymaj się 

łodzi!

Powtórzył raz jeszcze swój rozkaz, a chłopak kiwnął głową na znak, że zrozumiał i 

uczepił się mocniej relingu.

- Rzuć im koła ratunkowe na mocnej lince - rozkazał teraz Kapitan.

Ponieważ   „Stella”   znajdowała   się   po   nawietrznej   wywróconego   jachtu,   koło 

ratunkowe, rzucone silną ręką Drugiego Oficera, spadło niedaleko rozbitków i szybko do nich 

zdryfowało.

Obaj chłopcy uczepili się koła i chcieli zaczepić jeszcze dziewczynę.

- Wystarczy was dwóch! - krzyknął im Kapitan, obawiając się o wytrzymałość linki.

Jednocześnie rzucono drugie koło, które dryfowało wprost na dziewczynę.

- WYBIERAĆ! ! ! - rozkazał gromkim głosem Kapitan. Zaparli się nogami o pokład, 

ciągnęli za linkę z kołem ratunkowym i uczepionymi na nim obu rozbitkami.

Tymczasem drugie koło dopłynęło do dziewczyny,  ale ta nie chwytała się go i w 

dalszym ciągu kurczowo zaciskała sine z zimna ręce na relingu jachtu.

- ZŁAP  KOŁO!   ! !  - krzyknął   znowu   przez  tubę  Kapitan   Filip,  lecz dziewczyna 

zupełnie nie reagowała.

- Albo nie rozumie, albo nie słyszy, albo nie ma sił - powiedział Kapitan do Drugiego 

Oficera. „Stella” tymczasem odsunęła się nieco od wywróconego jachtu, a Pierwszy Oficer 

wraz z trzema żeglarzami wciągnął już na pokład obu przemarzniętych, wyczerpanych do cna 

rozbitków.

- Zwrot! - rozkazał Kapitan, aby zbliżyć się ponownie do jachtu i do dziewczyny.

- Ona  jest bardzo  słaba - powiedział  w tym  momencie  jeden  z wyciągniętych  na 

pokład chłopców - to jest moja siostra - dodał i... zemdlał.

Drugi Oficer ściągnął go na dół do kabiny i zabrał się do ratowania, a tymczasem 

„Stella” zaczęła po raz drugi podchodzić do wywróconego jachtu.

- Nic z tego nie będzie - odezwał się Staszek, trzymający w pogotowiu koło ratunkowe 

na lince - ona jest za słaba albo za bardzo się boi. Nie puści się jachtu. A ty co? Zwariowałeś?

Te ostatnie słowa skierowane były do Dzikiej Mrówki, który nagle jednym ruchem, 

zrzucił z siebie sztormankę, ściągnął przez głowę sweter, a z nóg gumiaki. I tak jak stał, na 

pół ubrany, chwycił koło ratunkowe z rąk Staszka i skoczył za burtę.

- Marek! - krzyknął Kapitan Filip - Wracaj natychmiast! - Ani się waż!

background image

Kapitan zrzucił też sztormankę i już zaczął ściągać sweter, gdy tymczasem Dzika 

Mrówka,   jakby   nie   słyszał   kapitańskiego   wołania,   silnymi   wyrzutami   ramion   płynął   do 

wywróconego jachtu, holując za sobą koło ratunkowe z napisem „Stella Polaris”.

Kapitan Filip zorientował się, że chłopak doskonale daje sobie radę w wodzie, przestał 

więc rozbierać się i wrócił do steru, który przed chwilą przekazał Pierwszemu Oficerowi. 

Ustawił jacht w dryfie.

Tymczasem Dzika Mrówka dopłynął do przewróconego jachtu i złapał się relingu tuż 

obok kurczowo uczepionej doń dziewczyny.

- Nie bój się! - krzyknął po polsku, ale w tym samym momencie zorientował się, że 

przecież dziewczyna na pewno nie rozumie ani słowa w tym języku.

- Don’t be afraid. All is O.K.! - zawołał. - I will help you - dorzucił po chwili, bo tyle 

zdołał sobie przypomnieć ze swojej niezbyt mocnej angielszczyzny.

Podciągnął się na relingu, jedną ręką podniósł do góry koło ratunkowe i przełożył 

przez   oblepioną   ognistorudymi   włosami   głowę   dziewczyny.   Na   migi   pokazał,   żeby 

dziewczyna przełożyła ręce przez koło, ale ta nie zareagowała. Nie słyszała? A może nie 

rozumiała? Patrzyła na Dziką Mrówkę dużymi, zielonymi, ale nic nie widzącymi oczyma, z 

których   wyzierał   strach.   Potworny,  zwierzęcy  niemal   strach.   Obie   ręce   w   dalszym   ciągu 

kurczowo zaciskała na relingu.

Dzika   Mrówka   puścił   się   na   moment   zbawczego   relingu   i   złapał   obiema   swymi 

rękami prawą rękę dziewczyny. Siłą odgiął jej zaciśnięte palce i przełożył rękę przez koło 

ratunkowe.

Dziewczyna   jakby   nagle   przebudzona   z   letargu,   złapała   się   prawą   dłonią   linki 

otaczającej koło ratunkowe. Z drugą ręką poszło już łatwo. W tym momencie Dzika Mrówka 

zauważył, że dziewczyna jest przywiązana linką do słupka relingu. Węzeł, który miał być 

możliwy do rozwiązania za jednym pociągnięciem, zaciągnął się niestety tak silnie, że nie 

pomagały żadne wysiłki chłopca.

- Do licha - mruknął przez zaciśnięte zęby chłopak - przecież gdyby jacht zatonął, 

pociągnąłby dziewczynę za sobą. Ale co tu zrobić? - zastanowił się. - Żeby jakiś nóż, choćby 

kawałek czegoś ostrego!

Ale niczego takiego nie było. Rozglądał się wokół zrozpaczony, gdy nagle przyszła 

mu do głowy pewna myśl. Dzika Mrówka zdecydował się błyskawicznie. Złapał linkę w zęby 

i zaczął ją przegryzać. Linka była mocna, nylonowa, ale Dzika Mrówka miał zdrowe i silne 

zęby i linka w końcu ustąpiła.

- Ciągnąć! - krzyknął ile miał sił w płucach, jednak jego głos nie przebił szumu fal i 

background image

wycia wichru. Machnął więc ręką w kierunku „Stelli”.

Tamci zaczęli ciągnąć. Dziewczyna znów patrzyła wokoło niewidzącym wzrokiem, 

lecz teraz dłonie miała już zaciśnięte na kole ratunkowym. Dzika Mrówka, zmęczony walką z 

żywiołem   i   dziewczyną,   też   złapał   się   koła.   I   tak   ciągnięto   ich   razem   przez   kilkanaście 

metrów wzburzonej wody rozdzielającej oba jachty.

Już byli pod burtą „Stelli”. Już złapały ich mocne ramiona załogi. Teraz błyskawicznie 

znaleźli   się   oboje   na   pokładzie.   Dziewczyna   leżała   bez   ruchu   z   szeroko   otwartymi, 

niewidzącymi  oczyma,  Dzika Mrówka trząsł się z zimna w samej tylko, zupełnie mokrej 

bieliźnie. Wiatr przenikał go na wylot.

- Dziewczynę na dół, do kabiny! - krzyknął Kapitan do Drugiego. - A ty zwrócił się do 

Marka - też marsz na dół. Przebierz się w coś suchego, a potem pogadamy.

Marek zsunął się do wilgotnego, lecz jakże przytulnego w porównaniu do otwartego 

pokładu, wnętrza. Na obu bocznych kojach leżeli już poprzykrywani wieloma kocami dwaj 

chłopcy. Dziewczynę nacierano teraz spirytusem i pojono gorącą herbatą. Ale ona w dalszym 

ciągu nic i nikogo nie widziała.

Tymczasem gdzieś z jakiegoś zakamarka wylazł zupełnie niespodziewanie Salceson 

Punt.   Z   nastroszoną   rudą   sierścią   wyglądał   jak   ognista   kuleczka.   Szedł   ostrożnie,   na 

sztywnych nieco łapkach. Wskoczył na koję na której leżała teraz dziewczyna i zbliżył się do 

jej bladej twarzy. Kolor jej włosów był akurat taki sam, jak sierść Salcesona Punta. Nagle 

Salceson Punt miauknął głośno, wysunął różowy języczek z rudej mordki i przejechał tym 

języczkiem po bladej twarzy dziewczyny.

I stała się rzecz dziwna. Dziewczyna uśmiechnęła się do małego rudzielca, wyciągnęła 

rękę, przygarnęła miękką futrzaną kulkę do policzka i w ciągu dosłownie sekundy zamknęła 

oczy i... zasnęła.

- Śpi - szepnął Drugi Oficer cicho, choć wokół szalał Bałtyk, fale z przerażającym 

rykiem waliły o burty jachtu.

- Śpi - powtórzył Dzika Mrówka, który zapomniał, że stał w zupełnie mokrej bieliźnie 

i że u jego nóg utworzyła się, już spora kałuża.

I gdy tak stał i patrzył na dziewczynę, przypomniały mu się jej jeszcze przed chwilą 

pełne strachu oczy. I zorientował się nagle, że sam zupełnie PRZESTAŁ SIĘ BAĆ. Że w 

ogóle nie myślał o własnym strachu, gdy skakał do zimnej, wzburzonej wody, gdy płynął do 

przewróconego jachtu, gdy ratował dziewczynę. Że zapomniał o swoim strachu, widząc ten 

dziewczęcy CUDZY strach, który wyzwolił jego WŁASNĄ odwagę.

Dziewczyna   spała   kamiennym   snem   z   przytulonym   do   policzka   rudym,   ciepłym 

background image

kłębuszkiem.   A   Salceson   Punt   mruczał   wielce   zadowolony,   tak   jakby   był   zupełnie 

zwyczajnym małym kociakiem, a nie prawdziwym żeglarskim kotem, który posiadał imię i 

nazwisko. I to nie byle jakie, bo też i na niebylejakim jachcie przyszło mu pływać.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY I OSTATNI

POŚWIĘCONY ZWIEDZANIU WENECJI PÓŁNOCY, W KTÓRYM 

HISTORIA WYŁANIA SIĘ Z MORSKICH GŁĘBIN, A W DZIKIEJ 

MRÓWCE KIEŁKUJĄ NOWE ZAINTERESOWANIA

Gdy rozbitkowie doszli trochę do siebie, okazało się, że ich troje stanowiło całą załogę 

wywróconego jachtu. Byli to młodzi Szwedzi, rodzeństwo, i kolega chłopaka. Wszyscy byli 

ze Sztokholmu i poprzedniego dnia rankiem wybrali się na małą przejażdżkę po szkierach, ale 

po południu zachciało im się wyjść nieco dalej w morze, ponieważ pogoda była bardzo dobra. 

Tymczasem   -   gdy   byli   już   dość   daleko   od   brzegu   i   mieli   zamiar   wracać   -   zupełnie 

niespodziewanie   nadleciał   gwałtowny   szkwał,   pod   którego   uderzeniem   złamał   się   maszt, 

przewrócił jacht i wszyscy znaleźli się w wodzie. Na szczęście nic się nikomu w czasie 

wywrotki nie stało i na szczęście wszyscy mieli na sobie kapoki, no i dodatkowo wszyscy 

nieźle pływali, zatem wody też za bardzo się nie bali. Trzymali się więc wciąż pływającego, 

choć przewróconego jachtu i czekali na pomoc. Po pewnym czasie jednemu z chłopców udało 

się znaleźć w na pół zalanym wnętrzu kadłuba parę rakiet. Wystrzelali je co pół godziny, ale 

niestety   żadnej   nikt   nie   zauważył.   W   końcu   została   im   już   tylko   jedna.   OSTATNIA. 

Przeczekali całą godzinę, zanim zdecydowali się wystrzelić tę ostatnią - tę właśnie, którą 

zobaczył Dzika Mrówka.

Rodzeństwo nazywało się Sven i Ulla, kolega chłopca miał na imię Karol.

- Jak daleko wypłynęliście z portu? - zapytał Svena Kapitan Filip.

- Niedaleko - odparł młody Szwed - najwyżej dwadzieścia, może trzydzieści mil.

- No to ładnie was zdryfowało przez noc, bo teraz do Sztokholmu mamy przeszło 

pięćdziesiąt.

- Niemożliwe - zdziwił się chłopak.

- Wiatr był bardzo silny, ale na szczęście już sztorm się kończy - powiedział Kapitan i 

rozkazał załodze stawiać normalne żagle. - Idziemy do Sztokholmu! - zdecydował. - Trzeba 

jak najszybciej odstawić rozbitków na ląd, a dziewczynę chyba do szpitala.

Rzeczywiście. O ile chłopcy czuli się już względnie dobrze i nawet chcieli pomagać 

przy manewrach, o tyle stan zdrowia Ulli budził poważne obawy Drugiego Oficera, który 

pełnił na jachcie obowiązki lekarza. Co prawda jego medyczne  umiejętności można było 

porównać do kucharskich talentów Dzikiej Mrówki, jako że Drugi Oficer był z zawodu... 

plastykiem. Niemniej jednak Ulla rzeczywiście była bardzo słabiutka. Spała nieprzerwanie 

background image

mimo gwałtownych przechyłów jachtu na zamierających już co prawda, ale wcale jeszcze 

dużych falach, przytulona do rudego, ciepłego kłębuszka. A Salceson Punt wydawał się być 

bardzo zadowolony z zaistniałej sytuacji, mruczał bowiem bez przerwy. Tylko od czasu do 

czasu otwierał swoje małe ślepka, jakby chciał sprawdzić, czy Ulla jest tuż obok i czy śpi. 

Przekonawszy się, że tak - zamykał oczka i oboje spali dalej.

Na jachcie zapanowała RADOŚĆ i PODNIECENIE. RADOŚĆ z powodu uratowania 

rozbitków,   boć   przecie   niesienie   pomocy   na   morzu   jest   pierwszym   i   najważniejszym 

przykazaniem   wszystkich   marynarzy,   rybaków   i   żeglarzy,   wszystkich,   którzy   po   morzu 

pływają,   którzy   na   morzu   pracują,   którzy   czują   się   naprawdę   LUDŹMI   MORZA.   A 

PODNIECENIE, bo przecież całą załogę czekał nowy port, nie zaplanowany w tej podróży, a 

na pewno bardzo ciekawy i atrakcyjny.

Kapitan Filip, po podjęciu decyzji i wyznaczeniu kursu prosto na Sztokholm, zawołał 

do siebie Dziką Mrówkę.

- Marku - powiedział surowym tonem - my chyba mamy coś ze sobą do pogadania.

- O czym,  panie Kapitanie - Dzika Mrówka spojrzał tak niewinnym wzrokiem na 

Kapitana, że ten uśmiechnął się mimo woli.

- Nie udawaj, że nie wiesz, o co mi chodzi. Muszę ci udzielić surowej nagany.

- Nagany? - zdziwił się szczerze Dzika Mrówa.

-   A   tak.   Nagany.   Skoczyłeś   do   wody   bez   rozkazu,   bez   pozwolenia,   bez   MOJEJ 

wiedzy.   Zapomniałeś,   że   jesteś   członkiem   załogi   i   że   za   całą   załogę,   za   jacht,   ZA 

WSZYSTKO jestem JA odpowiedzialny?

- Panie Kapitanie, ależ... - zaczął chłopak, Kapitan jednak nie dał mu dokończyć.

- Nie masz nic do gadania. Znam przecież doskonale wszystkie okoliczności i motywy 

twego czynu. I muszę ci powiedzieć, ale to już prywatnie, nie jako kapitan ci to mówię, że ja 

sam   na   twoim   miejscu   postąpiłbym   identycznie.   I   właśnie   dlatego   -   Kapitan   na   chwilę 

zawiesił głos - udzielam ci pochwały i gratuluję uratowania człowieka.

Nie   człowieka,   tylko   dziewczyny   -   pomyślał   w   tym   momencie   przekornie   Dzika 

Mrówka,   ale   nic   na   szczęście   nie   powiedział,   zdał   sobie   bowiem   sprawę,   że   chwila   jest 

wysoce uroczysta i poważna.

- I oznajmiam ci jeszcze - kończył Kapitan - że po powrocie do kraju wystąpię z 

wnioskiem o nadanie ci medalu za uratowanie życia ludzkiego.

- Medal? Dla mnie? - wyjąkał szczerze zdziwiony i całkowicie zaskoczony Marek.

- Dla ciebie - odpowiedział Kapitan, śmiejąc się ze zdziwionej miny chłopaka - w 

końcu KTO skakał do wody, żeby ratować Ullę? TY czy ja? KTO jej założył koło ratunkowe? 

background image

TY czy ja? KTO ją podtrzymywał w czasie holowania na nasz jacht? TY czy ja? No, ale teraz 

czas na naszą wachtę. Idziemy na pokład - powiedział Kapitan i na tym zakończyła się dla 

Dzikiej Mrówki sprawa równoczesnej nagany i pochwały. Choć właściwie nie całkiem, bo w 

końcu okazało się, że Kapitan Filip wpisał to wszystko do dziennika pokładowego. I naganę, i 

pochwałę, i wniosek na medal. Wszystko RÓWNOCZEŚNIE.

A dobrowolna kąpiel w sztormowym morzu skończyła się dla Marka na szczęście 

tylko katarem, który zresztą szybko minął.

Sztorm tymczasem jak szybko i gwałtownie się zaczął, tak też szybko się skończył. 

Jednakże, chociaż wiatr nieco słabł, na morzu martwa posztormowa fala pozostała dość spora. 

Kołysała jachtem całkiem mocno.

„Stella Polaris” zbliżała się do Sztokholmu, Marek siedział przy sterze. Kapitan Filip 

wyciągnął nową mapę, na której przedstawione było podejście do tego poru i przeglądał locję. 

Podane w niej były opisy wszelkich znaków nawigacyjnych i uwagi dla żeglarzy płynących 

przez te wody.

„Stella Polaris” weszła wreszcie na spokojne wody przybrzeżne między skalistymi 

wysepkami - szkierami. Stąd już zupełnie blisko było do stolicy Szwecji - Sztokholmu, na co 

wskazywał także duży ruch na tych wodach. Raz po raz niewielki polski jacht mijały duże, 

oceaniczne statki, żaglowe jachty, rybackie czyściutkie kutry i stateczki wycieczkowe. Z tych 

ostatnich machali przyjaźnie do polskich żeglarzy, pokrzykiwano coś wesoło na widok biało - 

czerwonej bandery,  którą kazał wywiesić Kapitan Filip. Zrzucili też żagle i przez kanały 

wiodące do portu szli wyłącznie pod silnikiem.

Początkowo Kapitan Filip chciał zatrzymać się przy pierwszej przystani, aby oddać 

chłopców   na   ląd,   a   Ulli   zapewnić   jak   najszybciej   fachową   pomoc   lekarską.   Jednakże 

dziewczyna spała tak spokojnie i tak słodko, że, po pierwsze, obawy co do złego stanu jej 

zdrowia   prawie   zupełnie   znikły,   a   po   drugie   obaj   wyratowani   chłopcy   gorąco   zapraszali 

załogę „Stella Polaris” do zawinięcia do przystani swego klubu.

Gdy wreszcie przybili do pomostu i zacumowali zmęczony solidnie sztormem jacht, 

zjawił się młody Szwed, który okazał się być pracownikiem urzędu imigracyjnego.

- Serdecznie witam na szwedzkiej ziemi - powiedział i przywitał się z Kapitanem 

Filipem. - Poproszę paszporty załogi i dokumenty jachtu - dodał po chwili.

- Nie mamy paszportów, bo widzi pan.... - zaczął Kapitan.

- Nie macie  paszportów?  - twarz młodego  urzędnika,  tak  dotychczas  przyjemna  i 

serdeczna, przybrała znacznie bardziej urzędowy wygląd. - Wobec tego proszę o zezwolenie 

na wejście jachtu do portu szwedzkiego - dorzucił już znacznie bardziej oficjalnym tonem.

background image

- Tegoż też nie mamy - powiedział Kapitan. - Ale...

- Tegoż też nie macie - głos szwedzkiego urzędnika stał się zupełnie lodowaty. - Czy 

pan sobie zdaje sprawę kapitanie...

- Zdaję - tym razem przerwał Kapitan Filip - ale sytuacja jest dosyć wyjątkowa....

W tym  momencie do urzędnika  podszedł jeden z młodych  Szwedów i powiedział 

szybko kilka zdań, oczywiście po szwedzku.

W trakcie rozmowy widać było wyraźnie, jak zmienia się wyraz twarzy szwedzkiego 

urzędnika. Wyglądało to tak, jakby nagle na lodowy posąg zaczęło dmuchać ciepłe powietrze. 

Po kilku minutach  twarz urzędnika odtajała całkowicie i znów wrócił na nią przyjazny i 

gościnny uśmiech.

- Dlaczego pan nie mówił od razu, jak wygląda sytuacja - powiedział do Kapitana.

-   Sorry,   ale   pan   nie   dopuścił   mnie   do   głosu   -   odparował   Kapitan   i   obaj   w   tym 

momencie roześmiali się.

- Moment. Proszę chwilę zaczekać, a ja skoczę do telefonu. Zadzwonię po pogotowie 

dla dziewczyny i do moich władz o zezwolenie na wasz pobyt w Sztokholmie. Serdecznie 

zapraszamy! - dorzucił.

Razem z nim pobiegli też Karol i Sven. Ulla w dalszym ciągu spała tak mocno, że w 

ogóle nie wiedziała, co się dookoła niej dzieje.

Zanim   jeszcze   zjawiło   się   pogotowie   ratunkowe,   na   teren   klubu   wpadły   dwa 

samochody. W jednym z nich przybyli rodzice Ulli i Svena, drugi przywiózł matkę Karola, 

którego ojciec - jak się później okazało - był marynarzem i w tej chwili znajdował się gdzieś 

koło Singapuru.

Z pierwszego samochodu wyskoczyli państwo w średnim wieku i Sven rzucił im się 

na szyję.

- Ulla! Co z Ullą? - to były pierwsze słowa matki dziewczyny.

Sven rozłożył ręce w uspokajającym geście.

- Wszystko w porządku, mamo - przyłożył palec do ust - Ulla śpi jak małe dziecko. 

Może lepiej jej teraz nie budzić. Była bardzo słaba, kiedy wyciągnął ją z wody ten oto młody 

Polak - wskazał ręką na stojącego obok Marka. - On nazywa się bardzo dziwnie: „dzyka 

mrówka” - powiedział to po polsku z bardzo obcym akcentem i po chwili przetłumaczył te 

słowa na szwedzki.

Mama Ulli nie słuchała chyba jednak synowskich wyjaśnień co do dziwnego imienia 

Marka, tylko złapała Dziką Mrówkę w objęcia i ucałowała go serdecznie, mocząc mu policzki 

łzami, które lały jej się obficie z oczu.

background image

W tym momencie nadjechała na sygnale karetka pogotowia i z samochodu wybiegli 

dwaj pielęgniarze z noszami i lekarka.

Wszyscy   razem,   a   wraz   z   nimi   rodzice   Ulli,   pobiegli   na   jacht.   Ulla   spała   dalej 

kamiennym  snem, ale jej skóra nie była już tak pergaminowa, jak przed kilkoma jeszcze 

godzinami. Oddychała równo i nadal przytulał się do jej policzka Salceson Punt.

- Nie budzić dziewczyny - powiedziała lekarka. - Zabieramy ją do szpitala - zwróciła 

się do matki Ulli. - A czyj to jest kot? - spytała Kapitana.

- To nasz - odparł Kapitan - statkowy.

- Proszę go zabrać - uśmiechnęła się lekarka, ale w tym samym momencie Ulla przez 

sen   objęła   ręką   Salcesona   Punta,   który   nawet   nie   otworzył   oczu,   tylko   przeciągnął   się 

rozkosznie przez sen i zaczął jeszcze głośniej mruczeć.

- A zresztą - zawahała się lekarka - jeżeli wam to nie przeszkadza, to zabierzemy i 

kota. Na razie - dodała - potem będziecie go mogli odebrać.

- Ale kiedy - spytał Kapitan - my zaraz wychodzimy z powrotem w morze.

- Nie ma nawet o tym mowy - zaoponowała żywo mama Ulli i Svena. - Jesteście tu 

naszymi gośćmi. Cała załoga jachtu. Chociaż przez kilka dni. Zapraszamy was wszystkich do 

siebie, pokażemy Sztokholm, odpoczniecie...

-   Kiedy   my   nawet   nie   mamy   zezwolenia   na   wejście   jachtu   do   Sztokholmu.   Ani 

odpowiednich paszportów - zaczął Kapitan, ale mama Ulli nie pozwoliła mu dokończyć.

- To drobiazg. Mój mąż załatwi wam to wszystko. Znamy tu wystarczająco dużo osób, 

a poza tym stanowisko mego męża...

Nie   skończyła,   widocznie   jednak   nie   potrzebowała   kończyć,   gdyż   obecny   przy 

rozmowie urzędnik z urzędu imigracyjnego skwapliwie jej przytaknął.

- Sądzę, że nie będzie najmniejszych problemów - powiedział. - A jeśli jeszcze załoga 

będzie gośćmi pana dyrektora...

Dzika Mrówka spojrzał na ojca Ulli i Svena. Ten szczupły pan w wytartych dżinsach i 

wyblakłej   bawełnianej   koszuli   wcale   mu   się   nie   kojarzył   z   jakimkolwiek   dyrektorskim 

urzędem.

Mama Ulli i Svena zauważyła  widocznie zdziwiony wzrok Dzikiej Mrówki, gdyż 

powiedziała po angielsku:

-   Mój   mąż   jest   dyrektorem   dużego   banku   w   Sztokholmie.   A   oprócz   tego   jest 

honorowym   prezesem   tego   klubu   żeglarskiego,   a   także   posłem   do   Riksdagu,   naszego 

parlamentu.

Dzika Mrówka raz jeszcze spojrzał na szczupłego wysportowanego pana w wytartych 

background image

dżinsach i wyblakłej koszuli. Dyrektor banku, prezes klubu i poseł do parlamentu! - pomyślał. 

- Ale heca!

Tymczasem   karetka   pogotowia   zabrała   wciąż   śpiącą   Ullę   razem   z   Salcesonem 

Puntem. Za karetką pojechali rodzice Ulli i Svena. Odjechała też matka Karola zabierając 

swego syna.

-   Spotkamy   się   jutro   rano   -   powiedzieli   rodzice   rodzeństwa   i   matka   Karola   na 

pożegnanie. - Czekajcie na nas na jachcie.

Ojciec Ulli i Svena rzeczywiście musiał mieć duże znajomości i możliwości, w kilka 

godzin bowiem zaledwie po obietnicy mamy rodzeństwa, że mąż wszystko załatwi, przyszedł 

na „Stellę” życzliwie uśmiechnięty urzędnik, ten sam, który zażądał od żeglarzy paszportów i 

zezwoleń. Okazało się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i że załoga polskiego 

jachtu może pozostać w porcie jak długo sobie tego życzy.

Wobec takiego obrotu spraw Kapitan udał się do polskiej ambasady, aby złożyć tam 

odpowiednie   oświadczenie,   a   załoga  „Stelli”   -  po   doprowadzeniu   jachtu   do   porządku   po 

sztormowych   perypetiach   -   miała   czas   absolutnie   wolny.   Kilku   żeglarzy   wybrało   się   do 

miasta, a obaj chłopcy - Dzika Mrówka i Baleron - postanowili najpierw „troszeczkę się 

zdrzemnąć”, jako że żaden z nich od trzydziestu kilku godzin nie zmrużył oka. Gdy tylko 

przyłożyli się do jeszcze trochę wilgotnych koi i przykryli niezbyt wysuszonymi kocami, obaj 

natychmiast zasnęli kamiennym snem i żaden z nich nie słyszał ani kiedy wrócił kapitan, ani 

kiedy pozostali członkowie załogi kładli się spać.

Nazajutrz rano - zgodnie z obietnicą - na jachcie pojawili się rodzice Ulli ze Svenem. 

Przyjechała też mama Karola z synem.

Tata uratowanego rodzeństwa wystąpił z dłuższą przemową w języku angielskim, z 

której  wynikało,  że  wszyscy  są  im  bardzo  wdzięczni  i  to nie  tylko   rodzice  uratowanych 

młodych żeglarzy, ale również wszyscy członkowie klubu, któremu właśnie on prezesuje, a 

także, jak sądzi, większość czytelników tej właśnie gazety.

Tu tata Ulli  i Svena  rozłożył  trzymaną  w  ręku gazetę i  pokazał artykuł  na temat 

uratowania   załogi   szwedzkiego   jachtu   przez   „dzielnych   polskich   żeglarzy”.   W   gazecie 

widniały zdjęcia „Stelli Polaris”, uratowanych Szwedów z rodzicami, a także Kapitana Filipa 

i... Dzikiej Mrówki oraz Balerona, śpiących w swych kojach.

- A skąd te zdjęcia? - zdziwili się obaj chłopcy i zdziwił się też Kapitan Filip, którego 

co prawda reporterzy dopadli, gdy wracał na jacht, ale którzy nic mu nie powiedzieli, że byli 

przedtem na pokładzie i zrobili zdjęcia obu śpiącym kamiennym snem chłopcom.

- Nasza prasa jest bardzo... operatywna powiedzmy - uśmiechnął się tata Ulli i Svena.

background image

Z dalszej wypowiedzi prezesa szwedzkiego klubu wynikało, że Klub postanowił - w 

dowód uznania i wdzięczności - ofiarować jachtowi polskiemu nowiutki komplet żagli, a dla 

każdego   z   członków   załogi   żółte   sztormanki   z   kapuzami   i   takiego   koloru   wysokie   buty 

gumowe ściągane pod kolanami tasiemką, co zabezpieczało przed wdarciem się wody do ich 

wnętrza.

-   Poproszę   tylko   całą   załogę   o   podanie   swoich   rozmiarów   lub   o   udanie   się   do 

najbliższego magazynu w celu przymierzenia i dopasowania kurtek i butów.

A mama Ulli i Svena dodała od siebie, że ona co prawda dokładnie wie, że życie 

ludzkie nie ma żadnej ceny i że nie chce w żaden sposób nikogo urazić, ale chciała bardzo 

prosić Dziką Mrówkę, żeby zechciał przyjąć na pamiątkę ten oto drobiazg. W tym momencie 

podała zaczerwienionemu po same uszy Markowi małe pudełeczko i ucałowała serdecznie 

chłopaka.

- Thank you, madam, thank you very much! - zdołał wyjąkać Dzika Mrówka.

A kiedy odwinął pakuneczek z papieru, ukazało się podłużne czerwone pudełeczko, 

wewnątrz którego leżał piękny zegarek marki „Omega Seamaster” - prawdziwy MORSKI 

MARYNARSKI zegarek. Na kopercie było wygrawerowane... po polsku:

„SWOJEMU RATOWNIKOWI

WDZIĘCZNA ULLA”

A pod spodem było „Sztokholm” i wczorajsza data.

- Thank you - powtórzył Marek - thank you very much!

Po tej miłej uroczystości rodzice Ulli i Svena, matka Karola i kilku jeszcze innych 

przyjaciół   klubowych   zabrali   całą   załogę   „Stella   Polaris”   na   zwiedzanie   miasta.   Dzika 

Mrówka   i   Baleron   pojechali   jednak   najpierw   z   rodzicami   Ulli   do   szpitala,   żeby   zabrać 

dziewczynkę do domu.

Szpital był duży, nowoczesny, cały przeszklony i sterylnie czysty, a gdy na tle białych 

błyszczących drzwi ukazała się płomiennoruda drobna dziewczyna z rudym kłębuszkiem na 

ręku, wcale, ale to wcale nie była podobna do zmokniętego stworzonka sprzed dwóch dni. 

Dzika Mrówka by jej chyba nie poznał, gdyby nie Salceson Punt, który wyglądał na wielce 

zadowolonego z tego, że jest na rękach Ulli.

Dziewczynkę rzuciła się w ramiona mamy, taty i brata, a potem podbiegła do Dzikiej 

Mrówki i mocno go ucałowała. I powiedziała po angielsku, że jest bardzo wdzięczna, że 

bardzo, bardzo dziękuje i że dopiero teraz zdaje sobie sprawę, na jakie niebezpieczeństwo 

narażał się bohaterski polski żeglarz, który skoczył do wody, żeby ją uratować.

A bohaterski polski żeglarz, cały czerwony jak piwonia, zapomniał języka w gębie i 

background image

nie mógł sobie w tej chwili przypomnieć żadnego sensownego angielskiego słowa, bąkał coś 

tylko niewyraźnie pod nosem.

Ulla zwróciła się teraz do stojącego obok Balerona i podała mu kotka.

- Dziękuję ci bardzo za takie miłe stworzonko - powiedziała. - On mnie też trochę 

uratował - roześmiała się.

Okazało   się   jednak,   że   kot   wcale   nie   ma   wielkiej   ochoty   wracać   do   swojego 

poprzedniego właściciela, wczepił się bowiem pazurkami w sukienkę Ulli i miauknął głośno, 

co można było  przetłumaczyć  z kociego na ludzki język:  „Czego wy ode mnie chcecie? 

Zostawcie mnie tam, gdzie jest mi dobrze. Czy nie widzicie, że pasujemy do siebie, i że 

mamy taki sam kolor włosów?”

Baleron, który najwidoczniej rozumiał kocią mowę, ulokował wciąż trzymającego się 

pazurkami sukienki Salcesona Punta w ramionach Ulli i powiedział prawie po angielsku:

- Jak chcesz, to możesz go sobie zostawić na pamiątkę.

-   Naprawdę?   -   roześmiała   się   Ulla   i   pocałowała   teraz   Balerona,   który   z   kolei 

zaczerwienił się jak burak.

- A jak on się nazywa? - zapytała Ulla.

- Salceson Punt - odrzekł Baleron.

- Jak, jak? - zdziwiła się Ulla - Szal - se so - punt? Co to znaczy? Przecież na takim 

imieniu można sobie całkiem język połamać!

- Co to znaczy? - powtórzył Baleron i spojrzał błagalnie na Dziką Mrówkę, tak daleko 

bowiem nie sięgała jego znajomość języka angielskiego.

Niestety,   nawet   wspólnymi   siłami   nie   zdołali   przetłumaczyć   imienia   i   nazwiska 

jachtowego kota na angielski i ostatecznie stanęło na tym, że po powrocie do kraju napiszą do 

Ulli i przekażą jej dokładne tłumaczenie na język szwedzki.

Ponieważ   Ulla   czuła   się   już   zupełnie   dobrze,   wszyscy   razem   wybrali   się   na 

zwiedzanie Sztokholmu.

Samochód   raz   po   raz   przelatywał   mostami   nad   licznymi   kanałami   i   śluzami, 

Sztokholm bowiem, jak powiedziała chłopcom Ulla, położony jest na trzynastu wyspach i w 

związku z tym bardzo często nazywany „Wenecją Północy”.

Ulla powiedziała też chłopcom, że Sztokholm założony został w 1255 roku przez 

możnowładcę Jarla Birgera i że najstarsza część miasta powstała na wyspie Stadsholmen.

- Tam teraz właśnie jedziemy - dodała Ulla i jej tata podjechał na obszerny parking tuż 

nad kanałem, naprzeciw wysokiego budynku zbudowanego w kwadrat.

- To zamek królewski - wyjaśniła Ulla.

background image

Obeszli boczne skrzydło zamku i przez wysokie wrota weszli najpierw na obszerny 

kwadratowy plac, a następnie - przez drugą bramę - na mniejszy placyk zamknięty łukiem 

arkad. Pod ścianami gromadzili się ludzie.

- Co tu będzie? - zapytał Dzika Mrówka Ullę, ale ta tylko uśmiechnęła się tajemniczo i 

powiedziała, że za chwilę sam zobaczy.

W   momencie,   gdy   na   zegarze   wybiła   godzina   dwunasta,   na   placyku   rozległ   się 

przeraźliwy krzyk, przypominający bojowe zawołanie najdzikszego z indiańskich plemion. 

Dzika Mrówka wzdrygnął się, a Salceson Punt, którego bez przerwy nosiła na rękach Ulla, 

miauknął przeraźliwie i wtulił swój różowy pyszczek w fałdy jej sukienki.

Spod arkad wypadli żołnierze królewskiej gwardii, krzycząc przeraźliwie i potrząsając 

groźnie karabinami. Ustawili się błyskawicznie w dwuszeregu i stanęli na baczność.

Tymczasem   od   strony  nieodległego   mostu   Norrbro   dobiegły   dźwięki   wojskowego 

marsza   i   po   chwili   na   dziedziniec   zamkowy   weszła   orkiestra   cała   w   złocie   i   blaskach 

mosiężnych trąb. Za nią defilował w karnych szeregach malowniczo umundurowany oddział 

gwardzistów na koniach.

Przed oczyma Dzikiej Mrówki, Balerona, całej rodziny Ulli i licznie zgromadzonych 

turystów   rozpoczęła   się   malownicza   parada   i   zmiana   gwardii   na   przedzamkowym   placu. 

Muzykanci z orkiestry zmieniali szyki, dyrygujący tambur major wywijał olbrzymią buławą 

ze zręcznością cyrkowca, konie stały jak posągi wykute z bazaltu, gwardziści wykrzykiwali 

chrapliwymi   głosami   jakieś   skomplikowane   komendy,   szeregi   prezentowały   broń,   tupano 

podkutymi butami, machano rozmaitymi sztandarami i proporczykami, jednym słowem, było 

na co patrzeć.

Z   tłumu   turystów   dobiegały   oklaski   i   okrzyki,   terkotały   aparaty   fotograficzne, 

błyskały   flesze,   a   wśród   tego   tłumu   klaskał   też   Dzika   Mrówka,   pokrzykiwał   Baleron   i 

miauczał Salceson Punt.

- Wiesz co - powiedział Marek do Ulli, gdy wreszcie skończyła się kolorowa parada - 

wasza   zmiana   gwardii   jest   chyba   nawet   ciekawsza   niż   zmiana   gwardii   królewskiej   w 

Londynie.

- A ty byłeś w Londynie? - spytała Ulla.

Mowa   -   chciał   powiedzieć   Dzika   Mrówka,   ale   nie   wiedział,   jak   to   będzie   po 

angielsku,   wiec   tylko   przytaknął   „Yes   of   course”   z   taką   miną,   jakby   Londyn   był   mu 

doskonale znany i zgoła spowszedniały.

Po obejrzeniu zmiany gwardii Ulla zaprowadziła chłopców do Armemuseum, czyli 

muzeum wojska, i do muzeum morskiego czyli Statens Sjohistoriska Museum.

background image

W   muzeum   wojskowym   Dzikiej   Mrówce   przypomniał   się...   sienkiewiczowski 

„Potop”. Oto bowiem wśród licznych eksponatów dojrzał polską - chorągiew królewską z 

1636 roku z napisem „Wladislaus IV Rex Polonice ul Sveciae” z herbami Polski, Litwy, 

Szwecji i królewskimi dynastii Wazów. Obok wisiał wyblakły już mocno sztandar z napisem 

„Vivat Casimirus Rex Polonice.

Dzika Mrówka spojrzał na idących obok niego przez sale Armemuseum Ullę i Svena, 

spojrzał na innych Szwedów stojących przed obrazami dawnych bitew, oglądających starą 

broń   i   wyblakłe   sztandary.   I   nagle   wyobraził   sobie   młodziutkiego   Svena   z   krótką   blond 

bródką, w stalowym, błyszczącym hełmie na głowie i w rajtarskim mundurze, takim, jakie 

widział na filmie, w którym Olbrychski grał Andrzeja Kmicica. A drobną Ullę wyobraził 

sobie   jako   córkę   drapieżnego   generała   szwedzkiego,   który   kazał   zagarnięte   w   polskich 

zamkach i pałacach łupy przewozić galerami Wisłą do Gdańska, a stamtąd statkami przez 

Bałtyk do Sztokholmu i innych szwedzkich portów.

Jak bardzo może się naród zmienić przez kilkaset lat - pomyślał, ale nic nie powiedział 

tylko   mrugnął   porozumiewawczo   do   Balerona,   któremu   pewno   podobne   myśli   przyszły 

akurat w tym samym momencie do głowy.

- A teraz pojedziemy do Wasa Museum - powiedziała niezmordowana Ulla.

Po drodze rodzice Ulli powiedzieli obu chłopcom, że będzie im bardzo miło, gdyby 

zechcieli   na  przykład   przyjechać   do  nich,   do   Sztokholmu,   na   drugi   rok,  na   wakacje.   Że 

chętnie zabraliby ich na dłuższą wycieczkę po Skandynawii, zarówno bowiem tata jak mama 

Ulli są zapalonymi turystami i wszelkie urlopy starają się spędzać na wolnym powietrzu, na 

łonie natury.

- A świeżego powietrza, jak na razie, w Skandynawii można jeszcze trochę znaleźć - 

roześmiał się tata Ulli.

- To by było bardzo fajnie - ucieszyła się Ulla. - Pojedziemy na Nordkap, tato! - 

zawołała.

- Dlaczego by nie - odparł tata.

Tak   rozmawiając   dojechali   na   wyspę   Djurgarden,   na   której   wybudowano   Wasa 

Museum. Było  to chyba jedno z nielicznych  na świecie muzeum stworzone i zbudowane 

właściwie dla jednego tylko eksponatu.

JEDNEGO, ale za to JAKIEGO!

Spoza   pawilonów,   kryjących   sale   z   mniejszymi   fragmentami   tego   niezwykłego 

eksponatu muzealnego, wystawała wysoka konstrukcja w kształcie mocno przeszklonej hali. 

Gdy Dzika Mrówka z Ullą i Baleronem weszli do środka, uderzyła ich specyficzna atmosfera. 

background image

Powietrze  w budynku było  wilgotne i pachniało mokrym  drewnem i jakimiś specjalnymi 

środkami chemicznymi.

Wewnątrz   budynku   prawie   całą   jego   objętość   zajmował   kadłub   starego, 

siedemnastowiecznego statku. Drewniane burty były bez przerwy spryskiwane jakimiś mocno 

pachnącymi   płynami.   Wkoło,   pod   ścianami,   ciągnęły   się   piętrami   galeryjki   pełne 

zwiedzających.

- To królewski okręt „Wąsa” - powiedziała z wyraźnym nabożeństwem w głosie Ulla - 

największy okręt wojenny w owym czasie w Szwecji. - I jak dotychczas - dodała jeszcze - jest 

to JEDYNY na całym świecie statek sprzed przeszło trzystu lat zachowany w całej okazałości 

i takim stanie.

- A po co go tak prysznicują? - zdziwił się Dzika Mrówka.

- To jeden ze sposobów konserwacji - wyjaśniła Ulla. - Bo przecież po tylu latach 

leżenia w morskiej wodzie i w różnych mułach drewno nieco się postarzało i gdyby teraz tak 

sobie nagle wyschło, to mogłoby się zupełnie zniszczyć, rozlecieć na kawałki, czy ja wiem 

zresztą w końcu, co by się z tym stało. I dlatego cały statek jest w specjalnym pomieszczeniu, 

gdzie musi być specjalna wilgotność, a drewno kadłuba musi być dodatkowo spryskiwane 

rozmaitymi środkami chemicznymi.

- Aha - powiedział Dzika Mrówka po polsku, ale Ulla doskonale go zrozumiała.

Marek wziął teraz do ręki mały przenośny magnetofonik z nagranymi informacjami na 

temat  okrętu „Wasa”, który Ulla wypożyczyła  przy wejściu do muzeum.  Było  tam kilka 

rodzajów nagrań w różnych językach, niestety jednak nagrania po polsku nie było, więc Ulla 

wzięła to z angielskim tekstem.

Dzika Mrówka włożył do ucha maleńką słuchawkę i włączył magnetofon.

-   Dzień   dobry   -   usłyszał   w   słuchawce   miły   kobiecy   głos   -   jesteś   w   muzeum 

poświęconym w całości królewskiemu okrętowi „Wasa”. „Wasa” był jednym z największych 

okrętów wojennych swojej epoki. Jego wyporność wynosiła około 1300 ton, długość - 57 

metrów, wysokość od szczytu nadbudowy rufowej do stępki 17 metrów. Grotmaszt wznosił 

się na około 52 metry nad stępką, powierzchnia łączna żagli wynosiła około 1150 metrów 

kwadratowych.

Kadłub   i   pokłady   działowe   okrętu   wykonane   zostały   z   dębu,   pozostałe   pokłady   i 

maszty - z sosny, rzeźby ozdobne - z dębu, sosny i lipy.  Na uzbrojenie statku - według 

zachowanych   dokumentów   -   składało   się   48   dział   dwudziestoczterofuntowych,   osiem 

trzyfuntowych, dwa jednofuntowe i 6 moździerzy. Łączna waga uzbrojenia wynosiła około 

osiemdziesięciu ton.

background image

Okręt królewski „Wasa” został zbudowany na polecenie króla Gustawa II Adolfa, 

który uwikłany w wojnę trzydziestoletnią w Niemczech oraz walczący z Polską na terenach 

Prus Książęcych i Inflant musiał rozporządzać silną flotą. O znaczeniu floty wojennej dla 

ówczesnej   Szwecji   świadczą   najlepiej   własne   słowa   króla   Gustawa   II   Adolfa,   który 

powiedział: „Losy Szwecji zależą od Boga, a po Nim - od jej floty.”

Budowę „Wasy” rozpoczęto w 1625 roku. W niespełna trzy lata później, w dniu 10 

sierpnia  1628 roku, w niedzielę,  gdy nowo  zbudowany okręt  wyruszył  w swą  dziewiczą 

podróż i opuścił nabrzeże przy pałacu królewskim, okazało się, że posiada on bardzo złą 

stateczność.

Pod uderzeniem dość silnego szkwału, na oczach tysięcy ludzi obserwujących wyjście 

w   morze   największego   okrętu   szwedzkiej   floty   wojennej,   „Wasa”   idący   pod   czterema 

żaglami, z powiewającymi na masztach niebieskimi banderami z żółtym krzyżem, przechylił 

się gwałtownie na lewą burtę i mimo dramatycznych wysiłków załogi przewrócił się i zatonął.

Dzika Mrówka wyłączył magnetofon. Teraz innymi już zupełnie oczyma spojrzał na 

widoczny   przed   nim,   ukryty   w   oszklonej   hali,   kadłub   statku.   Usłyszane   przed   chwilą 

wiadomości pobudziły i tak już bujną wyobraźnię chłopca.

Przymknął oczy.

Na nabrzeżach starego portu w Sztokholmie zbiera się coraz większy tłum. Wszyscy 

są odświętnie ubrani, przecież to niedziela, a i nie lada atrakcja, kiedy nowy, największy okręt 

królewski wypływa w swoją pierwszą morską podróż. Na wodach kanałów portowych kręcą 

się łodzie spacerowe, stoją na kotwicach statki handlowe i liczne okręty wojenne.

„Wasa” powoli sunie wzdłuż wyspy Skepsbron, na której rozłożyło się stare miasto w 

Sztokholmie.   Wszystkie   okna   mieszczańskich   kamieniczek   stojących   nad   brzegiem 

portowego kanału są zapełnione głowami ludzi ciekawych widoku królewskiego okrętu.

A „Wasa” majestatycznie, powoli, jak na paradzie, przesuwa się wzdłuż nabrzeża. Na 

pokładzie   uwijają   się   marynarze.   Jedni   na   łodziach   wywożą   kotwicę   daleko   przed   dziób 

okrętu ozdobiony wspaniałym lwem czającym się do skoku, inni na pokładzie kręcą się wokół 

kabestanu,   nawijając   linę   kotwiczną   i   w   ten   sposób   podciągając   okręt   do   miejsca,   gdzie 

będzie już można postawić żagle.

Wreszcie są u skraju Sodermalm. Przy pomocy kotwicy i liny podanej na ląd duży 

okręt obraca się dziobem ku wyjściu. Marynarze wspinają się po sznurowych drabinkach na 

maszty, włażą na reje, odwiązują zwinięte dotychczas żagle. Spadają w dół duże płótna, które 

powoli wypełnia wiatr.

Okręt  z  wolna   rusza.   Po  raz   pierwszy  o  własnych  siłach,  pod  własnymi   żaglami. 

background image

Stopniowo   nabiera   coraz   większej   szybkości.   Jest   już   na   wysokości   małej   wysepki 

Kastelholmen, na której też - jak i na innych - stoją tłumy wiwatujących ludzi.

Tymczasem   zza   wzgórz   Sodermalmu   nadchodzi   uderzenie   wiatru.   Wielki   okręt 

gwałtownie przechyla się na lewą burtę. Marynarze biegiem wykonują komendy mające na 

celu wyprostowanie okrętu. Nadlatuje jednak drugie, znacznie silniejsze, uderzenie wiatru i 

„Wasa”   przechyla   się   jeszcze   bardziej.   Marynarze   rzucają   się   do   przeciągania   dział 

okrętowych na wietrzną burtę. Pokład jest już jednak tak stromo nachylony, że wykonanie 

tego rozkazu okazuje się niemożliwe. Działa stojące na burcie nawietrznej, wysoko teraz 

wzniesionej w górę, zrywają się ze swych umocnień i spadają na lewą burtę. Przez wybite 

otwory wlewa się do wnętrza okrętu woda.

Nic już teraz nie może uratować nowo zbudowanego, największego w szwedzkiej 

flocie, królewskiego okrętu  o symbolicznej  nazwie  „Wasa”. Przechyla  się coraz  bardziej, 

kładzie się na wodzie. Z pokładu skaczą do wody marynarze, oficerowie, rozpaczliwie starają 

się odpłynąć od tonącego kadłuba.

I tak na oczach tysięcy ludzi, w pogodną sierpniową niedzielę, zatonął okręt wojenny 

„Wasa”‘.

Dzika Mrówka ocknął się z zamyślenia. Przed oczyma  miał znowu mokry kadłub 

wydobytego z dna morskiego po przeszło trzystu latach okrętu. Obok w salach wystawowych 

znajdują się części wyposażenia okrętu, leżą wspaniałe działa, które nie oddały ani jednego 

strzału, działa z pięknie rzeźbionymi lufami i królewskimi inicjałami G (ustavus) A (dolphus) 

R (ex) S (ueciae). Są tam także odnalezione we wraku statku lub tuż koło niego doskonale 

zachowane   części   wyposażenia   statku,   naczynia,   zapasy   żywności   i   napitków,   a   nawet 

fragmenty osobistej odzieży: buty, rękawice, kapelusze skórzane i lniane szyte pończochy. Są 

też liczne monety.  Marek znowu włączył magnetofon.  Głos elektronicznej  przewodniczki 

informował   teraz   o   kolejnych   próbach   podnoszenia   statku,   o   wydobyciu   uzbrojenia   i 

wartościowszych części wyposażenia.

Próby takie podejmowano wielokrotnie. Pierwszą już w roku 1628, kiedy to niejaki 

John Bulmer usiłował wydobyć leżący na trzydziestometrowej głębokości okręt. Zadanie to 

co prawda mu się nie udało, jednakże jego ekipa nurków dokonała niezwykle ważnej rzeczy: 

udało   im   się   mianowicie   postawić   zatopiony   okręt   na   dnie,   podparty   stępką.   Po 

kilkudziesięciu   latach,   w   1664   i   1665   roku,   następny   ratownik   podwodny,   niejaki   Hans 

Albrecht von Treileben, zdołał wydobyć na powierzchnię  53 działa, a w dwadzieścia  lat 

później podniesiono jeszcze jedno dwudziestoczterofuntowe działo.

Na tym zakończyły się na bardzo długie lata próby ratowania królewskiego okrętu 

background image

„Wasa”.

Ostatnią, tym  razem udaną, choć niezwykle  kosztowną i trudną technicznie  próbę 

podniesienia   wraku   siedemnastowiecznego   okrętu   z   morskiego   dna   podjęto   wskutek 

inicjatywy inżyniera Andersa Franzena ze szwedzkiej marynarki wojennej, który odnalazł 

wrak zatopionego statku i spowodował utworzenie specjalnego Komitetu do spraw „Wasy”.

Prace nad wydobyciem wraka trwały kilka lat i ostatecznie w dniu 24 kwietnia 1961 

roku okręt królewski „Wasa” wynurzył się na powierzchnię wody po 333 latach od chwili 

zatopienia.

Marek - Dzika Mrówka od kilku już minut nie słuchał tego, o czym informował go 

miły głos z magnetofonu. Znowu jego bujna wyobraźnia podpowiadała mu nowe, fascynujące 

obrazy. Tym razem widział siebie, Dziką Mrówkę, ubranego w kompletny strój płetwonurka. 

Wyraźnie czuje na plecach ciężar butli. Płynie pod wodą, a obok niego migają zwinne ciała 

ryb. Z góry dochodzi słabe, zielonkawe światło. I nagle Marek widzi przed sobą, na dnie 

morskim,   obrośnięty   wodorostami,   na   pół   zagrzebany   w   mule.   KADŁUB   BARDZO 

STAREGO STATKU!!!

- To jest NAPRAWDĘ HISTORIA, która pojawiła się z morskiego dna - powiedział 

w pewnym momencie Dzika Mrówka do Ulli.

- Aha - odparła młoda Szwedka po polsku.

A po chwili Dzika Mrówka powiedział głośno ni to do siebie ni to do stojącego obok 

Balerona:

- Pływanie pod żaglami to na pewno bardzo fajna sprawa, ale

PODWODNE POSZUKIWANIA ARCHEOLOGICZNE

TO JEST WŁAŚNIE

TO!


Document Outline