background image

 

 

Anne Marie Winston 

Marzenia Allison 

Tytuł oryginału 

A Most Desirable M.D.   

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 
Doktor Kane Fortune trzasnął drzwiami miejskiego 

szpitala w San Antonio. Czuł frustrację i gniew. Nie 
mógł pogodzić się z faktem, że nie udało się uratować 
pacjenta. 

Tak jest przecież ze wszystkimi lekarzami. Najgo- 

rzej, kiedy chodzi o niemowlęta. A ten przypadek był 
wyjątkowo ciężki. Ojciec maleństwa załamał się i pła- 
kał, dopóki jego lekarz domowy nie podał mu środka 
uspokajającego. Ten młody mężczyzna tak bardzo pra- 
gnął tego dziecka. Szkoda, że nie wszyscy ojcowie 
czują podobnie. Jeśli kiedykolwiek będzie miał własne 
dzieci, nigdy ich nie opuści. Skręcił w lewo na parking. 
Ze spuszczoną głową i rękami w kieszeniach szedł 
szybko w kierunku swojego forda. 

Wpadł na stojącą na ścieżce kobietę. 
- Przepraszam - przytrzymał ją odruchowo, żeby 

nie straciła równowagi. Wtedy dopiero zauważył, kto to 
jest. - Allison - powiedział zdziwiony. 

Allison Preston była pielęgniarką na oddziale pedia- 

trycznym. Była poważna, rozsądna i można było na niej 
polegać. Bardzo ją lubił. Dwa razy w tygodniu spoty- 

R

 S

background image

kali się na kawie w szpitalnej stołówce. Sam się temu 
dziwił, ale była jedyną osobą, której się zwierzał ze 
stresów, jakie przynosiła mu praca. Ostatnio starał się, 
żeby jego przerwy w pracy wypadały w tych samych 
porach, kiedy i ona była wolna. 

Jednak Allison, która teraz przed nim stała, nie była 

tą samą co zwykle bladą pielęgniarką, uczesaną w su- 
rowy kok. Ta Allison miała burzę gęstych, kręconych, 
połyskujących włosów. Pukle rozsypały jej się na ra- 
miona, błyszcząc w porannym słońcu. Patrzył zauro- 
czony, jak odgarniała je z czoła. 

-  Panie doktorze... Kane - dodała, kiedy pogroził 

jej palcem, przypominając milcząco, że poza pracą ma 
się do niego zwracać po imieniu. - Ja też przepraszam, 
powinnam bardziej uważać. 

-  Byłem roztargniony. Nigdy nie widziałem cię 

z rozpuszczonymi włosami - powiedział powoli. - 
Masz ogromną czuprynę. 

Lekki rumieniec zabarwił jej policzki. Pochyliła gło- 

wę w charakterystyczny dla siebie sposób. 

-  Właśnie. O wiele za dużą - stwierdziła. - Zastana- 

wiałam się, czy jej nie skrócić, ale w końcu się nie 
zdecydowałam. 

Nic nie powiedział. Chciał ją błagać, żeby tego nie 

robiła, powiedzieć, że o takich włosach marzy każdy 
mężczyzna. Wyobrażał sobie, jak te wspaniałe włosy 
spływają na niego, gdy... 

R

 S

background image

O czym myśli, u diabła? To przecież Allison. Jego 

przyjaciółka i powiernik. 

-  Kane? - patrzyła na niego z zaciekawieniem. Jej 

piękne szmaragdowe oczy były szeroko otwarte. - Do- 
brze się czujesz? - położyła mu rękę na ramieniu i po- 
głaskała go, delikatnie i pocieszająco. - Dziecko Si- 
mondów nie przeżyło, prawda? 

Pokręcił smutno głową. Znów powróciły wszystkie 

wątpliwości. 

-  Zrobiłeś, co mogłeś. Wiedziałam, że to będzie cud, 

jeśli dziecko przeżyje ten tydzień. A jak ma się do czy- 
nienia z taką liczbą wcześniaków z poważnymi wadami 
wrodzonymi, nie można zbyt często liczyć na cuda. 

-  Jestem zupełnie rozbity - przyznał cicho. 

Uniosła głowę i uśmiechnęła się ze współczuciem. 

-  To jeden z powodów, dla których jesteś naj- 

lepszym lekarzem na oddziale. Tobie zależy na pacjen- 
tach. 

-  Czasem za bardzo. Jestem wykończony. Prawie 

całą noc zajmowałem się tym przypadkiem, a za kilka 
godzin mam obchód. Postaram się trochę przespać. 

-  Mój dyżur skończył się o siódmej. Też jadę do 

domu - zawahała się, ale potem uścisnęła go, dodając 
mu otuchy. - Odpocznij. Nie przejmuj się tak bardzo. 
Miała szczęście, że to ty byłeś jej lekarzem. 

Uśmiechnęła się po raz ostatni, wsiadając do małej 

czerwonej mazdy. Pomachała mu i odjechała. Kane pa- 
trzył za nią, póki nie znikła mu z oczu. Czerwony spor- 

R

 S

background image

towy samochód? To było dla niego szokiem, chociaż 
nie wiedział dlaczego. Tak jak i jej włosy. Może Allison 
nie jest tak rozsądna i zrównoważona, jak się wydaje? 

Kiedy się zorientował, że nadal pociera miejsce na 

ramieniu, gdzie go pogłaskała, skrzywił się. Chyba na- 
prawdę jest przemęczony. Nigdy nie uganiał się za spód- 
niczkami. Nie snuł też fantazji na temat pielęgniarek. 
Jednak teraz zastanawiał się, jaka naprawdę jest Allison. 

Na pewno jest wspaniała. W końcu był przecież męż- 

czyzną i od czasu do czasu przyglądał się jej zgrabnej 
sylwetce, ukrytej pod mundurkiem. Zawsze jednak opa- 
miętywał się. Allison należała do nielicznych kobiet, 
które niczego od niego nie oczekiwały. Większość ko- 
biet, nawet nie znając jego powiązań rodzinnych, liczyła 
na seks albo małżeństwo. 

Lecz Allison najwyraźniej nie oczekiwała niczego. 

Poczuł, jak rośnie jego zainteresowanie. Była delikatna 
i łagodna. Zastanawiał się, jaka byłaby w łóżku. Łagod- 
na czy namiętna? 

Przestań, powiedział sobie, Allison czułaby się za- 

wstydzona, gdyby wiedziała, o czym myślisz. 

Wyrzucając z myśli niepokojące obrazy, wsiadł do 

samochodu i pojechał do domu matki, który był nieda- 
leko od szpitala. Dom był zbudowany na nowym osied- 
lu w San Antonio. Widok rozłożystej willi w stylu śród- 
ziemnomorskim zawsze zapierał mu dech w piersiach. 

Wychował się w skromnych warunkach. Matka 

z  trudem  zapewniała dzieciom  dach  nad  głową. 

R

 S

background image

W szkole ciężko pracował, żeby mieć dobre stopnie. 

Wiedział, że jedyną szansą na studia medyczne będzie 
stypendium i pożyczki. Sześć lat temu jego siostra od- 
kryła, że matka nie powiedziała im całej prawdy. 

On i Gabriela zawsze uważali, że matka nie ma ro- 

dziny... co teraz, kiedy znali prawdę, wydawało się 
wręcz śmieszne. Miranda miała ogromną rodzinę, ale 
odeszła z domu po kłótni z ojcem, wiele lat przed uro- 
dzeniem Kane'a. 

Matka z początku odrzucała myśl o pojednaniu, Ga- 

briela jednak tak długo naciskała, że w końcu uległa. 
Ojciec, z którym zawsze była w konflikcie, już nie żył, 
a brat chętnie przyjął ją na łono rodziny, która okazała 
się jedną z najbogatszych w Teksasie. 

Kiedy matka Kane'a zdecydowała się wrócić do pa- 

nieńskiego nazwiska - Fortune, wszystko się zmieniło. 
Przestali być trzyosobową rodziną, a stali się członkami 
ogromnego klanu. 

Ku zaskoczeniu i zdziwieniu Kane'a to członkostwo 

obejmowało również udział w rozległej posiadłości 
dziadka. Jego matka, która stała się mistrzynią w o- 
szczędzaniu, teraz była jedną z najbogatszych kobiet 
w kraju. 

Kane nadal nie wiedział, jaki jest jego stosunek do 

pieniędzy Fortune'ow. Nie zazdrościł matce powrotu do 
życia, do którego była kiedyś przyzwyczajona. Po tylu 
latach wyrzeczeń zasługiwała na dobrobyt. 

Jednego był pewien — on nie potrzebował tych pie- 

R

 S

background image

niędzy. Przyzwyczaił się do decydowania o sobie i nie 
zamierzał pozwolić, by teraz robił to za niego ktoś inny. 
Zarabiał na własne potrzeby i nie zamierzał tego zmie- 
niać. Był jeszcze jeden powód, dla którego wzbraniał 
się przed tym dziedzictwem. Wiązało się ono z licznymi 
zobowiązaniami w stosunku do krewnych matki. 
Wcześnie nauczył się, że ludzie, dając coś, oczekują 
czegoś w zamian. Podejrzewał, że Fortune'owie nie sta- 
nowili wyjątku, chociaż jak na razie żadne z nich nie 
potwierdziło jego teorii. 

Na razie przyjął jedynie ich nazwisko. A to dlatego, 

że jeszcze mniej lubił nosić nazwisko drania, który po- 
rzucił jego matkę wiele lat temu. 

Kiedy zatrzymał samochód na okrągłym podjeździe, 

melancholia, którą tak dotkliwie odczuwał, ogarnęła go 
na nowo. Wszedł do chłodnego domu i skierował się 
w stronę kuchni. 

-  Kane! - Kiedy przechodził koło jadalni, matka 

uniosła głowę. Jej niebieskie oczy rozbłysły i uśmiech- 
nęła się ciepło. - Nie spodziewałam się ciebie. 

-  Za kilka godzin mam obchód, a do domu dość 

daleko. 
Nawet tak wcześnie rano i bez makijażu, z luźno 

związanymi jasnymi włosami, Miranda Fortune była 

bardzo piękna. 

Uzmysłowił sobie, jak strasznie jest zmęczony. 
-  Mogę zostać? 
-  Oczywiście - pocałowała go. - Idź, poszukaj ja- 

R

 S

background image

kiegoś łóżka. Wyglądasz na wykończonego. 

R

 S

background image

Nałożył sobie na talerz kawałek pieczonego kurczaka 

i sałatkę z ogórków. Wdychał przyjemne zapachy, pod- 
czas gdy meksykańska kucharka ostrzegała go po hisz- 
pańsku przed konsekwencjami zbyt szybkiego jedzenia. 
Pięć minut później ściągnął buty i rzucił się na miękkie, 
olbrzymie łóżko. 

Spał głęboko, kiedy obudził go dzwonek telefonu. 

Zaskoczony i rozespany, nie zastanawiając się, podniósł 
słuchawkę. Przez chwilę zbierał myśli. To na pewno ze 
szpitala. 

Lecz zanim się odezwał, usłyszał męski głos. 
-  Sądziłem, że się ucieszysz, kochanie. W końcu je- 

stem ojcem twoich dzieci. Przynajmniej niektórych. 

-  Dopiero jest ósma trzydzieści. Gzego chcesz? - 

Głos matki brzmiał piskliwie i niepewnie. 

-  Chciałem cię złapać, zanim wyruszysz na te swoje 

spotkania towarzyskie. 

Doszedł do wniosku, że mężczyzna będzie próbował 

coś wyłudzić. 

-  Chcę tylko trochę tego, czego masz w nadmiarze. 
-  Pieniędzy. - Teraz głos Mirandy brzmiał pewniej 

i był przepełniony obrzydzeniem. - Powinnam była 
wiedzieć, że tylko pieniądze mogą cię wykurzyć, Lloyd. 

Lloyd! To był jego ojciec. Lloyd Wayne Carter. Męż- 

czyzna, którego nazwisko nosił przez większą część 
swojego życia, chociaż facet wyniósł się, jeszcze zanim 
urodziło się jego drugie dziecko. 

-  Dostałem list od naszej córeczki, Gabrieli. Odszu- 

R

 S

background image

kała mnie i powiedziała, że zostałem dziadkiem. Byłem 
zaskoczony, że moja mała Randi tarza się w forsie. Dla- 
czego nie podzieliłaś się tą forsą, kiedy byliśmy małżeń- 
stwem? 

-  To nie twój interes. - Miranda starała się mówić 

stanowczo. - Wyniosłeś się z mojego życia prawie trzy- 
dzieści lat temu. Teraz nie przyjmę cię z powrotem. 

-  To wielka szkoda, bo nasza mała dziewczynka 

mnie potrzebuje. Zaprosiła mnie, żebym zobaczył swoją 
wnuczkę. Czy to nie miłe? - Carter powiedział to tak 
przesłodzonym tonem, że Kane aż zacisnął zęby. Od- 
głos w tle zwrócił jego uwagę. To brzmiało jak głos 
kobiety, ale nie mógł rozróżnić słów. 

-  Nie ośmielaj się tu przychodzić! Trzymaj się z dala 

ode mnie i moich dzieci! Nie wychowywałeś ich, nie 
możesz... 

-  Uspokój się, Randi. 
-  Nie ma mowy. 
-  To pójdę do... 
-  Proszę, nie mów mu. 
-  To się uspokój, kochanie. On mieszka w San Anto- 

nio. - Tym razem Kane usłyszał wyraźnie głos kobiety, 
ale zagłuszył go przez przyśpieszony oddech jego matki. 

-  Bardzo długo trzymałem twoją tajemnicę w sekre- 

cie. Coś mi się za to należy. 

-  Ile? - Kane nigdy nie słyszał, żeby głos matki 

brzmiał tak ponuro. - Ile chcesz, żeby odejść na dobre 
z życia mojej rodziny? 

R

 S

background image

-  Nie jestem pazerny. Co powiesz na dwadzieścia 

pięć tysięcy za każdego bliźniaka? To mi umożliwi wyj- 
ście z kłopotów. 

-  Pięćdziesiąt tysięcy? - Miranda wydawała się na- 

prawdę zaszokowana. - Chyba nie mówisz poważnie? 

-  Jak najbardziej, kochanie - Carter uśmiał się 

z własnego dowcipu. - Nawet nie odczujesz braku tych 
pięćdziesięciu tysięcy, bo teraz, kiedy po śmierci ojca 
powróciłaś na łono kochającej rodziny, masz kupę forsy. 

-  Nie wymawiaj imienia mojego ojca, ty draniu. 

- Głos Mirandy drżał. - Mój ojciec był... 

-  Wiem, że to szok dla ciebie - przerwał jej Carter. 
-  Dam ci trochę czasu do namysłu. Za kilka tygodni 

przyjadę do San Antonio zobaczyć się z córką i wnucz- 
ką. Może odwiedzę też swojego wspaniałego syna. Wte- 
dy się spotkamy i sfinalizujemy umowę. 

-  Nie ma żadnej umowy - powiedziała bez przeko- 

nania. 

-  Na pewno dojdziemy do porozumienia - obiecał. 

- Albo odwiedzę pewnego nafciarza i zapytam, jak się 
czują jego bliźniaki. 

Miranda wydała dziwny dźwięk. 
-  Wkrótce się zobaczymy, Randi. Będziemy mieli 

prawdziwy zjazd rodzinny - rozłączył się. 

-  Mój Boże. 
Kane zorientował się, że matka nie odłożyła słucha- 

wki. Pobiegł na górę, przeskakując po dwa schody na 
raz, ciężko oddychał i mocno zaciskał pięści. Gwałtów- 

R

 S

background image

nie wpadł do jadalni, gdzie matka ciągle jeszcze siedzia- 
ła Trzymała w dłoni słuchawkę i miała zaszokowany, 
nieobecny wyraz twarzy. 

-  Podsłuchiwałem. Czego chciał ten łobuz? Co za 

bliźniaki, do diabła? 

-  Nie przeklinaj, kochanie - powiedziała matka. Na- 

gle załamał się jej głos i rozpłakała się. 

 
Allison Preston weszła do pokoju dla personelu 

o dziewiętnastej trzydzieści. Poszła prosto do swojej 
szafki. Na szczęście jej czterodniowy tydzień pracy 
kończył się jutro. Dwunastogodzinne dyżury były wy- 
starczająco trudne, ale ledwo zdążyła wrócić do domu, 
kiedy otrzymała gorączkowy telefon od przełożonej. 
Jedna z pielęgniarek zachorowała na grypę. 

Ponieważ Allison mieszkała niedaleko szpitala, zwy- 

kle do niej jako pierwszej zwracano się w nagłych przy- 
padkach. Zazwyczaj jej to nie przeszkadzało. Nie pro- 
wadziła bujnego życia towarzyskiego. 

Więc kiedy zadzwonił telefon, szybko wróciła do 

szpi- 
tala i odbyła kolejny dwunastogodzinny dyżur. Praca 
przez całą dobę zawsze siała spustoszenie w jej organi- 
zmie. Teraz chciała tylko wrócić do domu i paść na łóżko. 

Zdała sobie nagle sprawę, że nie jest sama. Kane 

Fortune siedział na krześle i patrzył w przestrzeń, a je- 
go przystojna twarz była mizerna i blada. Wyglądał jak 
człowiek głęboko czymś poruszony. Allison nie była 

R

 S

background image

pewna, czy zdawał sobie sprawę z jej obecności. 

R

 S

background image

Cicho podeszła i usiadła obok, 
-  Dobrze się czujesz? 
Zamrugał oczami i zauważyła, że stara się wrócić do 

teraźniejszości. Przez chwilę zastanawiał się, a potem 
wzruszył ramionami. 

-  Nie za bardzo. 
-  Ciągle przejmujesz się dzieckiem Simondów? 
-  To coś więcej - powiedział. 
-  Chcesz porozmawiać? 
Kane odwrócił głowę i spojrzał na nią. Za każdym 

razem, kiedy patrzył na nią zielono-orzechowymi oczy- 
ma, czuła przypływ podniecenia. Ależ był piękny. Wie- 
działa, że nie zdawał sobie z tego sprawy. 

Pierwszy raz zobaczyła go cztery lata temu, kiedy 

rozpoczęła pracę w tym szpitalu. Przyszedł na obchód 
i przełożona pielęgniarek przedstawiła ich sobie. Popa- 
trzył na nią tymi swoimi oczyma, uśmiechnął się i podał 
jej rękę. Była szczęśliwa, że udało jej się wyjąkać po- 
witanie. 

Miał na nią taki silny wpływ. Pomyślała smutno, 

że zawsze będzie miał. Przez pierwszy rok tłumaczyła 
sobie, że to tylko zadurzenie. Młoda, niedoświadczo- 
na pielęgniarka i przystojny, zamożny lekarz. Typo- 
wy przypadek. Ale pod koniec drugiego roku, kiedy 
zauważyła, że kocha go bez względu na to, czy jest 
przemęczony, czy też złości się na niekompetentny 
personel, zaczęła martwić się o siebie. Pod koniec 
trzeciego, kiedy stwierdziła, że mógłby być bez pie- 

R

 S

background image

niędzy i bez pracy, zaakceptowała swoje uczucie do 
niego. 

Kane Fortune był jedynym mężczyzną, któremu od- 

dałaby serce. A szansa na to była taka jak zdobycie 
Oscara. 

To się nie wydarzy. Ani teraz, ani nigdy. Mężczyźni 

tacy jak Kane nie interesowali się dziewczynami, które 
źle się czuły w bluzkach z głębokimi dekoltami i w ma- 
kijażu. 

-  Opowiadanie zajęłoby pół nocy - powiedział. 

     Chociaż była zmęczona, natychmiast wyparowały 
wszelkie myśli o łóżku i śnie. Wyglądało na to, że Kane 
potrzebuje przyjaciela, i nie zamierzała go zawieść. 

-  Następne dwanaście godzin mam wolne i jestem 

dobrym słuchaczem - powiedziała. Nie naciskała, ale 
dała mu do zrozumienia, że będzie przy nim, jeśli jej 
potrzebuje. 

Uśmiechnął się delikatnie, pocierając ręką zarost. 
-  To prawda, jesteś. - Raptem podjął decyzję. - 

Chcesz coś zjeść? 

-  Jasne. - Była uszczęśliwiona. Starała się, żeby nie 

usłyszał w jej głosie tej oszałamiającej radości. Nieraz 
rozmawiali, popijając kawę. Wyglądało na to, że Kane 
przy niej czuł się swobodnie, a Allison zawsze chętnie 
go słuchała. Ale kolacja po pracy to coś zupełnie innego. 

-  Chodźmy na kolację do Diner - powiedział. 
-  Zgoda. - Była to restauracja niedaleko szpitala, 

czynna przez całą noc. 

R

 S

background image

Wstała i zaczęła podnosić ciężką torbę, w której no- 

siła zapasowe ubranie, ale Kane jej ją odebrał i prze- 
wiesił przez ramię razem ze swoim workiem marynar- 
skim. 

-  Dziękuję - powiedziała trochę zdziwiona. Ilu męż- 

czyzn w dzisiejszych czasach było tak dobrze wycho- 
wanych? 

-  Cała przyjemność po mojej stronie. 
-  Twoja mama wychowała dżentelmena. 
-  To prawda. Była samotną matką, ale starała się, 

żeby jej dzieci były dobrze wychowane i obdarzone 
rozsądkiem. 

-  Nie miałeś ojca? - to było bardzo osobiste pytanie. 
-  Nie. Porzucił nas, kiedy mama była w ciąży z mo- 

ją siostrą. Ja miałem rok. 

-  To przykre. Tyle stracił. Całe szczęście, że twoja 

mama miała pieniądze, inaczej byłoby wam bardzo 
ciężko. 

Uśmiechnął się gorzko. 
-  Wtedy nie mieliśmy pieniędzy. Dopiero sześć lat 

temu dowiedziałem się, że pochodzi z rodziny Fortu- 
ne'ów. 

-  Ale twoje nazwisko... 
-  Przybrałem je dobrowolnie, kiedy się zorientowa- 

łem, że nie mam ochoty nosić nazwiska mężczyzny, 
który porzucił swoją rodzinę. 

Zastanowiła się, czy zdawał sobie sprawę, ile smutku 

zawierało to stwierdzenie. 

R

 S

background image

-  Mój ojciec też porzucił moją matkę - powiedziała 

miękko, chcąc, by dowiedział się, że ona rozumie jego 
ból. - Aleja go pamiętam, miałam dwanaście lat, kiedy 
odszedł. 

-  Ty przynajmniej znałaś swojego ojca. 
-  Tak. - Chociaż nie była pewna, czy to coś zmienia, 

bo tak naprawdę wcale nie znała ojca. Ogarnął ją dobrze 
znany ból i żal. Nie żył już i nie miała szans, żeby 
znowu z nim porozmawiać. Przepaść, która ich rozdzie- 
liła, nigdy nie zostanie zmniejszona. Straciła szansę, 
a raczej sama z niej zrezygnowała. Teraz było za późno. 

Kiedy dotarli do restauracji, Kane zajrzał do środka. 
-  Dzisiaj jest tu tłum - powiedział, marszcząc brwi. 
-  Przyjęcie urodzinowe - stwierdziła. - Jeden 

z techników z radiologii skończył czterdziestkę. 

Zauważyła ich szczupła, ciemnowłosa pielęgniarka 

z onkologii. Wirowała na parkiecie z grupą osób. Po- 
machała, nie spuszczając wzroku z Kane'a. 

Allison patrzyła na rozbawiony, hałaśliwy tłum, któ- 

ry słychać było na ulicy. Dziewczyna była energiczna 
i pewna siebie. Poczuła, jak jej serce zamiera. Ale kiedy 
zerknęła na Kane'a, zobaczyła, że nie miał ochoty 
wchodzić, pomimo ewidentnego zaproszenia. 

Ucieszyła się, że nie był w nastroju do zabawy. Nie 

chciała się nim z nikim dzielić. 

-  Jeśli nie jesteś zachwycony przebywaniem w tłu- 

mie - powiedziała wolno - możemy pójść do mnie, 
a po drodze kupimy chińskie jedzenie na wynos. 

R

 S

background image

Kane nadal przyglądał się bawiącemu się tłumowi. 
-  Ale może cię to nie interesuje - powiedziała szyb- 

ko, czując, jak się rumieni ze wstydu. Oczywiście Kane 
Fortune nie był zainteresowany spędzeniem cichego 
wieczoru w towarzystwie nieładnej Allison Preston. 

Potem Kane odwrócił się i zauważyła w jego oczach 

aprobatę. 

-  Świetny pomysł - powiedział z zadowoleniem. - 

Doceniam twoją propozycję. Może pojadę za tobą swo- 
im samochodem? 

 
Ciągle nie mogła uwierzyć, że Kane tu jest. Kane 

Fortune zjadł z nią kolację. W tej chwili bawił się jej 
włosami. 

-  Lubię, kiedy są rozpuszczone - powiedział i to jej 

wystarczyło. 

Podniósł butelkę wina i wskazał na jej kieliszek, ale 

ona zasłoniła go dłonią. 

-  Nie mogę za dużo pić. 

Uśmiechnął się szelmowsko. 

-  To wspaniale. Napij się jeszcze. 

Roześmiała się, odwracając się w jego stronę. 

-  Chyba jednak nie. - To było cudowne uczucie, móc 

tak sobie z nim siedzieć, żartować i flirtować. 
Ale teraz powinna mu pomóc. Nie zapomniała o pod- 
stawowym celu jego wizyty. To w końcu nie była randka. 

-  Może popsuję atmosferę, ale naprawdę chciałabym 

R

 S

background image

się dowiedzieć, co cię gnębi. Oczywiście, jeśli chcesz 
o tym rozmawiać. 

Natychmiast spoważniał, złociste błyski w jego 

oczach zgasły i zniknął uśmiech. 

-  Nie będę zaczynał. To długa i paskudna historia. 
-  Potrafię słuchać, pamiętasz? Po to właśnie są przy- 

jaciele, żeby dzielić się kłopotami. 

-  Jesteś skarbem, Allison. Cenię sobie naszą 

przyjaźń. 
    Te słowa były balsamem dla jej spragnionego serca, 
najsłodsze słowa, jakie kiedykolwiek słyszała i jakich 
nie spodziewała się usłyszeć od niego. Niczego nie 
oczekiwała. Nigdy nie marzyła o miłości Kane'a, ale 
była wdzięczna, że ma jego przyjaźń. 

-  Dzisiaj rano zapytałaś mnie o dziecko Simondów. 

Miałaś rację, byłem zdenerwowany i zły. Przez wiele lat 
uczyłem się ratować wcześniaki i jeśli mi się to nie 
udaje, załamuję się - próbował się uśmiechnąć. - Chyba 
chciałem być Panem Bogiem. 

Nie skomentowała tego, ale nadal gładziła go deli- 

katnie po ramieniu, wyczuwając w nim napięcie. 

-  W każdym razie - kontynuował. - Zdecydowałem 

się zdrzemnąć w domu mojej mamy. Obudził mnie te- 
lefon. - W jego głosie słychać było gniew. 

-  Ten ktoś cię zdenerwował - zasugerowała. 
-  Ten ktoś mnie wkurzył - poprawił. - Nie wiedział, 

że słyszałem rozmowę. Rozmawiał z matką. To był mój 
ojciec. Raptem ten łobuz, którego nie było przez trzy 

R

 S

background image

dekady, nie może się doczekać, żeby nas zobaczyć. 

R

 S

background image

-  Czemu? 
-  To przez moją siostrę. - Odwrócił głowę i spotka- 

ły się ich oczy. Rysy jego twarzy złagodniały, a ton 
głosu stał się odrobinę drwiący. - Gabriela zawsze była 
wrażliwa. A teraz kiedy ma własną córkę, postanowiła 
powiadomić ojca. Nie wiem, jak go znalazła, ale zapro- 
siła go tutaj. Udusiłbym ją gołymi rękoma, gdybym 
wiedział, że zdaje sobie sprawę, co rozpętała. Ale wiem, 
że poszła za głosem serca. 

-  Więc twój ojciec przyjedzie do San Antonio? - 

Rozumiała, dlaczego jest zdenerwowany. Jednak Kane 
nigdy nie reagował tak mocno. Wiedziała o tym, bo 
pracowali razem. 

-  To nie było najgorsze. - Kane zaczął nerwowo prze- 

mierzać pokój, jakby był tygrysem zamkniętym w klatce. 
- Groził mojej matce. W zasadzie to ją szantażował. 

-  Szantażował? Jaką tajemnicę ma twoja matka, że 

można ją szantażować? 

Okręcił się i popatrzył na nią dzikim wzrokiem. 
-  Moja matka - powiedział wolno, starannie wyma- 

wiając każdą sylabę - uciekła z domu, kiedy miała sie- 
demnaście lat. Powiedziała nam, że nie mogła dogadać 
się 
z ojcem, ale okazało się, że była w ciąży. Zmierzała do 
Kalifornii, ale zatrzymała się w Nevadzie, gdzie urodziła 
bliźniaki - dziewczynkę i chłopca - i oddała je do adopcji. 
W zasadzie to zostawiła je na schodach biura szeryfa 
z przyczepionymi do kocyków karteczkami. 

R

 S

background image

-  Biedactwo... - Allison miała miękkie serce. Ła- 

R

 S

background image

two mogła sobie wyobrazić rozpacz młodej kobiety 
w ciąży. 

-  Tak. Była młoda, nie skończyła jeszcze dwudzie- 

stu lat i przypuszczam, że nie miała pieniędzy. A była 
za dumna, by wrócić do domu. 

-  Na pewno jej poczucie własnej wartości było bar- 

dzo niskie - wtrąciła Allison łagodnie. 

-  Prawdopodobnie - zgodził się. - Wkrótce potem 

spotkała mojego ojca. Lloyd Carter jeździł na rodeo. 
Pobrali się, urodziłem się dziewięć miesięcy później. 
Zanim ukończyłem rok, była znowu w ciąży. Mój nic- 
poń ojciec, jak się tylko o tym dowiedział, wyruszył 
w siną dal. 

Myśl o młodej kobiecie, zaledwie dwudziestoletniej, 

w kolejnej ciąży, rozpaczającej po stracie swoich dzieci, 
zasmuciła Allison. Instynktownie wyciągnęła rękę do 
Kane'a. Chwycił ją na moment, ale potem opadł na 
kanapę i złapał się za głowę. 

-  Carter zagroził, że jeśli moja matka mu nie zapłaci, 

powie o bliźniakach ich biologicznemu ojcu. 

-  Skąd ona weźmie... - potem przypomniała sobie, 

do kogo mówi. - Ma pieniądze? 

Kane skinął głową. 
-  Ale oboje sądzimy, że to nie zakończy tej sprawy. 

- Jego głos drżał od powstrzymywanego gniewu. - Je- 
stem wściekły, że nic nie mogę poradzić! Przez całe 
życie starałem się ułatwić matce życie. Tym razem nic 
nie mogę zrobić. 

R

 S

background image

-  Sama twoja obecność pomaga matce. - Allison 

objęła go i oparła czoło o jego plecy. Gdyby tylko mog- 
ła zrobić coś, co zmniejszyłoby jego cierpienie! 

-  Nie potrafię ci wyjaśnić, jak dziwnie się czuję, 

wiedząc, że gdzieś mam brata i siostrę, których nie 
znam. Nigdy nie będziemy dzielili się wspomnieniami 
z dzieciństwa. Dla mojej matki to tak, jakby to wszystko 
wydarzyło się wczoraj. Musiałem jej podać środki uspo- 
kajające. To było okropne. 

Allison przytuliła go mocno i kołysała w ramionach. 

Wtulił twarz w zagłębienie jej szyi i objął ją tak mocno, 
że nie mogła złapać tchu. Przez dłuższą chwilę po prostu 
go przytulała, rozkoszując się jego ciepłym oddechem 
na szyi i mocnym uściskiem ramion. Zapamięta tę chwi- 
lę do końca życia, będzie osłodą jej samotnych chwil. 

Wtedy Kane się poruszył i Allison zaczęła się od 

niego odsuwać. Miała świadomość, że dała mu więcej 
ukojenia, niżby sobie życzył. Lecz zanim się poruszyła, 
odwrócił się do niej i objął jej twarz swoją dużą ręką. 

-  Dziękuję - wyszeptał - że mnie wysłuchałaś. 
-  Zrobiłam to z przyjemnością. - Jej głos także zni- 

żył się do szeptu. Kane przyglądał się jej ustom. Nie 
poruszyła się, kiedy przesunął kciukiem po jej dolnej 
wardze. Kiedy zaczął pochylać głowę, zorientowała się, 
że zamierza ją pocałować. 

R

 S

background image

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 
Allison znieruchomiała jak przerażona łania. Jej usta 

drżały pod jego wargami. Kane pragnął pożreć każdy 
centymetr jej ponętnego ciała. Musiał się powstrzymy- 
wać, żeby nie poddać się dzikiej fali namiętności, jaka 
go ogarnęła. 

Wiedział, że źle postępuje, wykorzystując jej 

przyjaźń. Ale wiedział też, że jeśli teraz zrezygnuje, 
będzie tego żałował przez całe życie. Nie potrafił się 
powstrzymać od całowania jej. 

Była słodka i pełna ciepła, którego on tak bardzo 

potrzebował, żeby zmniejszyć trawiący go ból. Pocało- 
wał ją delikatnie i ku jego zachwytowi rozchyliła zapra- 
szająco usta. 

Była niepewna i nieśmiała. Nadal nie rozumiał, co 

go skłoniło do wyciągania przed nią rodzinnych taje- 
mnic, ale czuł, że powinien zwierzyć się jej ze swoich 
wątpliwości i lęków. Pozwolić, żeby otuliła go tak 
charakterystycznym dla siebie ciepłem. Nie kwestiono- 
wał tego impulsu. Nie zastanawiał się również, dokąd 
to wszystko zmierza. 

- Allison - wymruczał. - Potrzebuję ciebie. - Objął ją 

R

 S

background image

i trzymał w mocnym uścisku, nie przestając całować. Po- 
czuł, jak go obejmuje i zanurza palce w jego włosach i to 
sprawiło mu rozkosz. Wtedy pocałował ją namiętniej. 

-  Jesteś taka piękna - wyszeptał ochryple. Rzeczy- 

wistość przerosła jego najśmielsze marzenia. Była do- 
skonała. Oddychała głęboko i zaczęła odpowiadać na 
jego pieszczoty. 

Kiedy zaczął ją rozbierać, miał wrażenie, że 

delikatnie 
się wycofuje. Inni mężczyźni nie dostrzegliby tego, ale on 
pragnął i potrzebował Allison w każdy możliwy sposób. 
Chciał jej szczodrości i namiętności, które w niej wyczu- 
wał. Zaczaj ją nękać i kusić leciutkimi pocałunkami. 
Przy- 
tulił ją mocno i zaczął pieścić coraz śmielej. 

Kiedy poczuła go w sobie, zadrżała mimo woli, a 

z jej ust wyrwał się zduszony jęk, ale go nie odepchnęła. 

Zamarł. Czy była dziewicą? Nigdy nie uwzględniał 

takiej możliwości. 

-  Czy zadałem ci ból? - zapytał. 
Co za głupie pytanie. Oczywiście, że musiało ją 

boleć. 
Ale wtedy poruszyła się pod nim. Jej ręce zaczęły go 
delikatnie pieścić. 

-  Wszystko w porządku, nie chcę, żebyś przerywał 

- Te słowa były zaledwie szeptem. Zauważył, że nie 
odpowiedziała na jego pytanie. Jego samokontrola, 
z której był taki dumny, gdzieś znikła. Czuł, że nad sobą 

R

 S

background image

nie panuje. Chciał ją przeprosić, ale nagle ogarnęła ich 
gwałtowna burza namiętności. 

R

 S

background image

-  Allison. - Kane był oszołomiony. Leżał ociężały, 

a ona mocno i czule obejmowała go ramionami. Miała 
zamknięte oczy i przytulała się do jego ciepłego ciała, 
rozkoszując się przeżytą chwilą. Nagle się od niej od- 
sunął i wstał, a ona, mimo że bardzo chciała, nie potra- 
fiła go zatrzymać. Stał, trzymając ręce na biodrach, 
i przyglądał się jej. Jedyne, co mogła zrobić, to leżeć 
w ciszy i podziwiać jego pięknie ukształtowane ciało. 

-  Dlaczego nie powiedziałaś mi, że jesteś dziewicą? 

- warknął. Spojrzała na niego i skuliła się na widok 
ciemnych błysków w jego złocistych oczach. 

-  Nie pomyślałam o tym - odparła cicho. - Dałam 

się ponieść emocjom. 

Parsknął, ale srogi wyraz jego twarzy nieco 

złagodniał. 

-  Wiem, o czym mówisz. - Wierzchem dłoni pogła- 

skał ją po policzku. - Gdybym wiedział o tym, byłbym 
bardziej delikatny. 

-  Byłeś doskonały - powiedziała gwałtownie. - 

Przestań się tym martwić, dobrze? 

- Nie. - Ku jej zdziwieniu pochylił się i uniósł ją 

w ramionach, pozwalając, by jej włosy spłynęły mu po 
ramieniu. Był rozgrzany, spocony i tak podniecający, że 
poczuła mrowienie w całym ciele. 

Trzymał ją tak przez chwilę, dokładnie przyglądając 

się jej twarzy, potem pochylił głowę i znowu ją po- 
całował. 

-  Następnym razem pokażę ci, jak powinno być. 

R

 S

background image

Nie mogła powstrzymać uśmiechu, kiedy wyciągnęła 

R

 S

background image

ramiona i objęła go za szyję. Kiedy wreszcie pozwolił 
jej złapać oddech, zapytała: 

-  Teraz? 
Kane głośno się roześmiał i zaczął iść w kierunku 

holu. 

-  Jak na kogoś, kto nigdy nie pozwolił mężczyźnie... 
-  Przestań! - Zakryła mu usta. - Jeszcze kilka minut 

temu byłam dziewicą, pamiętasz? 

Przestał się śmiać, a jego głos zabrzmiał prawie su- 

rowo. 

-  Nigdy tego nie zapomnę. 
Zaniósł ją do sypialni, którą mu wskazała. Był za- 

skoczony, że jest urządzona tak bardzo po kobiecemu. 
Nie wiedział, dlaczego go to zdziwiło. Przypomniał 
sobie, że kiedy ją zobaczył z rozpuszczonymi włosami, 
poczuł się zawstydzony, że ją źle rozumiał. W pracy 
była opanowana, cicha, ale zawsze kompetentna. Są- 
dził, że w życiu jest taka sama. Podczas ich nielicznych 
spotkań zauważył, że rzadko rozmawia o sobie. Zawsze 
zachęcała go, by to on opowiadał. A on skwapliwie 
korzystał z jej wspaniałomyślności. 

Teraz rozglądał się z zainteresowaniem, chłonąc at- 

mosferę. Starał się dowiedzieć czegoś o kobiecie, którą 
trzymał w ramionach. Leżała potulnie, opierając mu 
głowę na ramieniu. Kiedy patrzył na jej szczupłe ciało, 
chciał, by ta noc nigdy się nie skończyła. Nie chciał 
myśleć o niczym innym. 

Ale powinien pomyśleć o czymś jeszcze. Była dzie- 

R

 S

background image

wicą. Wiedział, że się nie zabezpieczyła. A on sobie 
o tym przypomniał, kiedy było już za późno. Mogli dać 
początek nowemu życiu. 

Dziecko. Nie wiedział, co o tym myśleć. Zdawał so- 

bie sprawę, że chce mieć dzieci, którym zapewniłby 
takie dzieciństwo, jakiego sam nie miał. Był człowie- 
kiem honoru. A odkąd poznał pozostałych członków 
rodziny Fortune'ów, wiedział, skąd się bierze to silnie 
rozwinięte poczucie obowiązku. Rzadko się zdarzało, 
by któryś Fortune odwracał się od odpowiedzialności. 

Pomyślał o swojej matce, nastolatce z bliźniakami, 

zagubionej i samotnej w obcym mieście. Uważała, że 
ojciec nie przyjmie jej z powrotem, skoro jest w ciąży. 
Może ktoś mógłby potraktować to jako brak odpowie- 
dzialności, ale on uważał, że matka postąpiła bardzo 
honorowo, rezygnując z dzieci. Nie była w stanie ich 
utrzymać i miała nadzieję, że zostaną zaadoptowane 
przez kochające, dobrze sytuowane rodziny. 

On miał odpowiednie środki. Żadne z jego dzieci 

nigdy nie zostanie oddane. Może kobieta, którą trzymał 
w ramionach, nosi jego dziecko, więc się z nią ożeni. 
Ożeni się z nią! 

Rozwiązanie było takie proste! Pobiorą się, jak tylko 

załatwi formalności. 

Nie pozwoli, by ludzie liczyli wstecz i żeby im się 

nie zgadzały rachunki. Przez większość swojego życia 
był obiektem plotek. Żadne z jego dzieci nie będzie tak 
cierpiało. 

R

 S

background image

Ty naprawdę nie masz taty? Twoja matka pewnie 

nigdy 
nie wyszła za mąż. Odsunął od siebie te przykre myśli. 
Jego dziecko nie będzie musiało czegoś takiego znosić. 

Doszedł do wniosku, że to było dobre rozwiązanie 

z wielu powodów. Nie zamierzał zastanawiać się, dla- 
czego tak długo pozostała dziewicą. Na pewno on nie 
był przypadkowym wyborem. Jeśli Allison po tylu la- 
tach życia w cnocie oddała mu się, miał obowiązek 
traktować jej dar jako skarb. 

Poza tym miał już trzydzieści lat. Nic tak nie uszczę- 

śliwi jego matki jak obdarowanie jej wnukami, które 
będzie rozpieszczała. 

Polubi Allison. Nie, na pewno ją pokocha. Spojrzy 

raz i zauważy jej delikatność, bezinteresowność, uczci- 
wość, prawość i życzliwość. Dostrzeże to, co on wi- 
dział. Idealną towarzyszkę życia. Już teraz mógł wyob- 
razić sobie jej kojącą obecność w swoim domu. Ten 
obraz bardzo mu się spodobał. 

Allison będzie wspaniałą matką. Widział, jak świet- 

nie opiekuje się noworodkami. Była delikatna i miła, 
opanowana, kompetentna. Nie mógł znaleźć lepszej 
kandydatki. 

Przesunęła się w jego ramionach. Powrócił myślami 

do teraźniejszości, widząc niepokój w jej spojrzeniu. 

- Dziękuję- powiedziała, unosząc rękę i delikatnie 

gładząc go po policzku. - Niczego nie oczekuję. Nie 
chcę, żebyś czuł się do czegoś zobowiązany. 

R

 S

background image

Uniósł brwi. 

R

 S

background image

-  Naprawdę? 
-  Tak - powiedziała pośpiesznie. - Nie chcę, żebyś... 
-  Allison. 
Zamilkła i spojrzała mu w oczy. 
-  To niedobrze, że nie chcesz, żebym czuł się zobo- 

wiązany. 

-  To znaczy? 
-  Wyjdź za mnie. 
-  Co? 
-  Wyjdź za mnie. 
Zaczęła wyrywać się z jego objęć, więc obrócił się 

dookoła, usiadł na brzegu łóżka i tulił ją w ramionach. 
W końcu udało mu się ją uspokoić. Teraz leżała spokoj- 
nie, patrzyła na niego zdezorientowana i czekała, co 
powie. 

-  Nie traktujesz seksu przygodnie. Nie korzystali- 

śmy z żadnego zabezpieczenia. Może będziesz w cią- 
ży. 

-  Ale ty nie musisz się ze mną żenić! - Wyglądała 

na kompletnie przerażoną. 

-  Wiem, że nie muszę, ale chcę. - Pochylił się i ca- 

łował ją, póki nie objęła go ramionami. Wtedy uniósł 
głowę. - Zgódź się. 

Przyglądała mu się przez długą chwilę, zanim za- 

mknęła oczy. 

-  Zwariowałeś. Będziesz tego żałował. 

Stanowczość w jej głosie całkowicie go zaskoczyła, 

R

 S

background image

ale zauważył, że nie powiedziała, że ona żałowałaby, że 
została jego żoną. 

-  Przemyślałem to - powiedział. - Pasujemy do sie- 

bie. Dobrze było nam w łóżku i dogadujemy się poza 
nim. 

Zaczerwieniła się. 
-  To nie są solidne podstawy dla małżeństwa. 
-  Są lepsze od niejednych. Zastanów się - nalegał. 

- Przekonasz się, że mam rację. Z iloma mężczyznami 
rozmawia ci się tak dobrze jak ze mną? 

Przyszedł mu do głowy nowy pomysł. Czy byli jacyś 

mężczyźni, których traktowała tak miło i delikatnie jak 
jego w czasie trwania ich przyjaźni? Ta myśl nie spo- 
dobała mu się. 

-  Ilu innych mężczyzn...? - zaczął, ale przerwała 

mu. 

-  Żadnych - powiedziała. - Nie uważasz, że powin- 

niśmy to przemyśleć? Należysz do rodziny Fortune'ów. 

-  Kogo interesuje moje nazwisko? - O co jej cho- 

dzi? Musi wyjść za niego. - Zgódź się. Będzie nam 
dobrze razem. Jeśli zaszłaś w ciążę, będę zachwycony. 

Zamknęła oczy. Zawahała się, a potem, biorąc głę- 

boki oddech, odpowiedziała: 

-  Dobrze. 
Pomyślał, że powiedziała to tak, jakby zgadzała się 

nie na ślub, tylko na egzekucję. Ale fala ulgi, jaka go 
zalała, była tak silna i niespodziewana, że nie skomen- 
tował jej odpowiedzi. Co się dzieje? Poprosił o jej rękę 

R

 S

background image

dlatego, że była idealną kandydatką. Musiałby długo 
szukać, żeby znaleźć inną kobietę, która pasowałaby tak 
bardzo do jego życia. 

Rozbawiło go, że przykryła się szczelnie prześcierad- 

łem. 

-  Już niedługo będę patrzył na ciebie każdego dnia. 

Pora zapomnieć o skromności. 

-  Nie potrafię - powiedziała, zakrywając twarz 

dłońmi, a on zachichotał. 

-  Te włosy - wymruczał, kładąc się obok niej na 

łóżku i zatapiając twarz w pachnących włosach. - Nie 
mogę uwierzyć, że przez całe cztery lata ukrywałaś je 
przede mną. 

Allison nie odezwała się, chociaż wyczuł, że się 

uśmiecha. Mówiła niewiele od czasu, kiedy wstali z ka- 
napy. Przez chwilę ogarnął go strach, że zrobił jej 
krzywdę. 

-  Na pewno dobrze się czujesz? Nie uważałem do- 

statecznie. 

-  Nic mi nie jest - powiedziała, czerwieniąc się. 
-  Jak możesz nadal się wstydzić? 
-  Nie wiem - powiedziała bezradnie, unikając jego 

wzroku. 

-  Możemy zrobić jeszcze wiele innych rzeczy, wte- 

dy będziesz miała powód, żeby się rumienić. 

Spodziewał się, że ukryje twarz na jego ramieniu, 

zamiast tego patrzyła na niego z zainteresowaniem 
i rosnącą namiętnością. 

R

 S

background image

-  Pokaż mi. 
Natychmiast całe jego ciało zareagowało na jej sło- 

wa. Poczuł ulgę, kiedy uświadomił sobie, że naprawdę 
nie zrobił jej krzywdy. Tym razem postara się, żeby było 
inaczej. Wszystko zrobi z myślą o niej. 

Pocałował ją bez pośpiechu, a potem kochał długo, 

powoli i namiętnie. 

Kiedy się wreszcie uspokoiła, wziął ją w ramiona 

i mocno przytulił. 

-  Tak powinno być za pierwszym razem - żałował, 

że nie mógł tego zmienić. Ale do jego umysłu zakradła 
się pewność, że po ślubie ta słodka, namiętna kobieta 
będzie w jego łóżku co noc. Ta myśl sprawiła mu wielką 
przyjemność. 

-  Było wspaniale - wyszeptała. - Ale ty nie miałeś... 
-  Mężczyzna, który twierdzi, że zawsze musi, jest 

kłamcą. 

Rozbawił ją, tak jak zamierzał. Ale potem spoważ- 

niała i powiedziała: 

-  Teraz twoja kolej. 

Głęboko odetchnął. 

-  Nie mogę - powiedział. - Nie należę do męż- 

czyzn, którzy noszą przy sobie zabezpieczenie. Już 
zaryzykowaliśmy raz... 

-  Teraz jest bezpieczny okres. Poza tym jeśli będę 

w ciąży, to dobrze. 

-  Naprawdę nie muszę. 
-  A jeśli ja chcę? - Jej głos brzmiał nieśmiało. 

R

 S

background image

-  Moja matka wychowała dżentelmena - przypo- 

mniał jej. - Nie mogę odmówić damie. 

Powstrzymała chichot. Zaczęła go pieścić. 

Tym razem to on poczuł się jak w raju. 

 
Budzik zadzwonił o świcie. Przez całą noc spała 

w jego ramionach i za każdym razem, kiedy się budził, 
rozkoszował się tym. Było zadziwiająco przyjemnie, 
chociaż nie był do tego przyzwyczajony. Jako prakty- 
kujący lekarz nie miał czasu na zbyt wiele snu, a co 
dopiero powiedzieć o seksie. 

Ale w tej chwili właśnie o tym myślał. 
Allison poruszyła się, kiedy zadzwonił budzik. Na 

wpół uśpiony przyciągnął ją do siebie, a ona z przyje- 
mnością wtuliła się w jego ramiona. 

-  Dzień dobry - szepnął jej do ucha. 
-  Dzień dobry - jej głos brzmiał melodyjnie. 
-  Od dzisiaj zacznę używać zabezpieczenia - po- 

wiedział surowo, kiedy wystarczająco się rozbudził, by 
przypomnieć sobie, o czym wczoraj zapomniał. 

Uśmiechnęła się do niego, jej oczy błyszczały, kiedy 

masowała mu napięte mięśnie szyi. 

-  Musztarda po obiedzie. - Odwróciła głowę, zerk- 

nęła na budzik i natychmiast zaczęła go odpychać. - 
Wstawaj! Muszę się ruszyć, inaczej się spóźnię. Dzisiaj 
rano mam dyżur. 

Przesunął się na drugą stronę łóżka. Poczekał, aż 

wyjdzie spod prysznica. Szybko się umył, a kiedy wró- 

R

 S

background image

cił do sypialni, była już ubrana i szczotkowała włosy 
szybkimi i mocnymi pociągnięciami. Zaczesała je do 
tyłu i zaczęła upinać w kok. Podszedł i stanął za nią, 
kładąc ręce na jej ramionach. 

-  Gotowa do wyjścia? 
Przytaknęła i wpięła jeszcze kilka szpilek w kok. 
-  Prawie. 
Rozproszył go ten drobny kobiecy rytuał. 
-  Cieszę się, że masz je spięte w pracy. Nie 

chciałbym, 
żeby ktoś inny na nie patrzył i coś sobie wyobrażał. 

Jej dłonie znieruchomiały i odwróciła się, patrząc na 

niego z wyrazem niedowierzania na twarzy. Dokładnie 
wiedział, jak ona się teraz czuje. Powiedział coś, czego 
wcale nie zamierzał. 

-  Chodźmy. 
 
Allison przedryfowała przez swój dyżur jak we śnie, 

wykonywała sprawnie codzienne obowiązki, ale myśla- 
mi była w swojej sypialni. 

Wyjdź za mnie. 
Kiedy poszła po coś do magazynu, uszczypnęła się. 

To zdarzyło się naprawdę. 

Wczoraj była nieładną samotną pielęgniarką zadu- 

rzoną w najprzystojniejszym lekarzu w szpitalu. Dzisiaj 
wychodziła za niego za mąż. I nie była już dziewicą. 

Przez wiele lat żyła w cnocie ze świadomego wybo- 

ru. Lecz mijały lata i miłość jej nie znalazła. Aż pojawił 

R

 S

background image

się Kane. I chociaż nie wiedziała, że będzie chciał się 

R

 S

background image

z nią ożenić, kiedy tylko jej dotknie, zdała sobie sprawę, 
że czekała przez wszystkie te lata na tego mężczyznę 
i na tę chwilę. Kane kochał się z nią. Sprawił jej tyle 
rozkoszy, że zapamięta to do końca życia. 

Świat był zwariowanym miejscem. A ona była równie 

szalona, skoro marzyła o ślubie i życiu z takim mężczy- 
zną jak Kane Fortune. Członek tak znamienitej rodziny. 

Kane na pewno się z nią nie ożeni. Kiedy dojechali 

do szpitala, stał się oschły i oficjalny. Prawdopodobnie 
już żałował swojej propozycji. 

Będzie łaskawa. Uzna, że tylko żartował. Wtedy mo- 

że nie straci go jako przyjaciela. Nie zniosłaby, gdyby 
odrzucił jej przyjaźń. Nie po tym, kiedy byli tak blisko. 

Była w kuchni. Sprawdzała właśnie, czy w lodówce 

nie ma jakichś starych produktów, kiedy wszedł Kane. 
Zmęczony i udręczony. Nie wyspał się i to była jej wina. 

-  Kończysz o dziewiętnastej? - Krzątał się, nalewa- 

jąc sobie kawę. 

-  Tak. - Zebrała siły. Teraz to się stanie, pomyślała. 

Z jego zachowania wywnioskowała, że czuje się nie- 
zręcznie. Poczuła w sercu ukłucie bólu. 

-  Dzisiaj będzie za późno, ale jutro wybierzemy 

pierścionki. - Powiedział to swobodnie, ale przyglądał 
się jej bacznie znad brzegu filiżanki. 

-  Mam wolny weekend - zaczęła mówić. Nagle do- 

tarły do niej jego słowa. - Pierścionki? Jesteś pewien, 
że chcesz to zrobić? Nie chcę, żebyś żenił się ze mną 
tylko dlatego, że mogłam zajść w ciążę. Może pocze- 

R

 S

background image

kamy kilka tygodni i zobaczymy? Może nie będzie po- 
wodu, żeby się pobierać. 

-  Istnieje powód. - Odstawił filiżankę i podszedł do 

niej. Położył ręce na jej biodrach i przyciągnął do sie- 
bie. - Dobrze cię znam, jeśli byłaś dziewicą do... wła- 
ściwie to ile masz lat? 

-  Dwadzieścia sześć - powiedziała. 
-  Dwadzieścia sześć, więc miałaś powód. Nie oddałaś 

mi się przypadkowo. - Przytulił ją mocniej, a jego głos 
nabrał głębi. - Przypieczętowałaś swój los. Teraz możesz 
jedynie zdecydować, czy chcesz od razu mieć dzieci. 

Był bardzo poważny. I chociaż wiedziała, że sam 

wychowywał się bez ojca i był zdecydowany nie nara- 
żać na taki los własnego dziecka, i tak nie mogła złapać 
tchu. To ją wzruszyło. Naprawdę chciał się z nią ożenić. 
Właśnie z nią! 

Popatrzyła w jego piękne, złociste oczy i odważyła 

się pieszczotliwie położyć dłonie na jego szerokiej klat- 
ce piersiowej. 

-  Zgoda. - Wzięła głęboki oddech. - Może na począt- 

ku powinniśmy używać zabezpieczenia. Później zdecydu- 
jemy, kiedy chcemy mieć dzieci. Jeśli ta decyzja nie zo- 
stała już podjęta za nas przez bogów płodności. 

-  Zgadzam się - pochylił głowę, żeby ją pocałować. 

     Właśnie w tym momencie otworzyły się drzwi i do 
kuchni weszły dwie pielęgniarki. 

-  O mój Boże! - zawołała jedna z nich, zbyt zaszo- 

kowana, żeby okazać takt. 

R

 S

background image

Wyższa z kobiet po prostu szeroko się uśmiechnęła. 
-  Doktorze Fortune, czy mamy ustawić się w kolejce? 
-  Przykro mi - odpowiedział Kane, uśmiechając się 

do nich. Przytulił mocno Allison, kiedy próbowała dys- 
kretnie się od niego odsunąć. - Ale możecie jako pierw- 
sze pogratulować nam - pobieramy się. 

Gdyby Allison nie była tak zażenowana, roześmiała- 

by się na widok osłupienia na twarzach kobiet. 

-  Kane! 
-  Słucham? - Miał wygląd niewiniątka. - Kiedy 

przyjdziesz z pierścionkiem, da to ludziom do myślenia. 

Obie kobiety były zaskoczone. Allison wiedziała, 

o czym myślą. Bo ona też się nad tym zastanawiała. Co 
taki przystojniak, jak doktor Fortune, robi z taką szarą 
myszką? 

Zanim wyszły, złożyły im gratulacje. Kane poczekał, 

aż zamkną się drzwi, i dopiero ją uwolnił. 

-  Sądzę, że to nie czas i nie miejsce na romans - po- 

wiedział, biorąc swoją kawę. 

-  Przyjdę po ciebie po dyżurze i pojedziemy do 

mnie. Chcę, żebyś zobaczyła, czy ci odpowiada dom, 
czy mamy poszukać czegoś innego. 

Zanim zdołała cokolwiek powiedzieć, podszedł do 

niej 
i swobodnie pocałował ją w nos. Patrzyła za nim, bez- 
wiednie dotykając nosa. Czy ona zwariowała, czy on? 

R

 S

background image

 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 
-  Co zamierzasz? - brwi jego matki uniosły się ze 

zdziwienia. 

Kane uśmiechnął się lekko. 
-  Żenię się. Jesteś zdziwiona? 
Miranda uśmiechnęła się drwiąco i pokręciła głową. 
-  Niezupełnie. Zawsze zachowywałeś w tajemnicy 

najważniejsze sprawy swojego życia, póki wszystkiego 
dokładnie nie zaplanowałeś. 

-  Czy to prawda? Co na przykład? 

Jego matka uniosła palec. 

-  Mając czternaście lat, kosiłeś trawniki, żeby odło- 

żyć pieniądze na studia. Zdecydowałeś, że zostamesz 
lekarzem. Dowiedziałam się, kiedy bank zwrócił się do 
mnie o dane twojego opiekuna - uniosła drugi palec. 
- Kiedy miałeś szesnaście lat, zgłosiłeś się jako wolon- 
tariusz do szpitala, bo było ci to potrzebne do życiorysu. 
Powiedziałeś mi o tym, kiedy zostałeś przyjęty. - Do 
dwóch wyciągniętych palców dołączył trzeci. - Kiedy 
zdawałeś na medycynę, nikt o tym nie wiedział, póki 
się nie dostałeś. 

-  Zrozumiałem. - Kane uniósł rękę. Poczuł niespo- 

R

 S

background image

dziewane poczucie winy. Nigdy nie patrzył na to z pun- 
ktu widzenia matki. Po prostu nie znosił porażek, więc 
wolał nie opowiadać o swoich marzeniach i planach. 

Nigdy nie przyszło mu do głowy, żeby się komuś 

zwierzać. Z wyjątkiem Allison. Nadal był zdziwiony, że 
tak doskonale wpasowała się w jego życie. Nie mógł się 
doczekać, aż się pobiorą. 

-  Opowiedz mi o niej - zachęcała matka. 
-  Jest blondynką i ma zielone oczy. 

Matka wzniosła oczy do nieba. 

-  Czasami zastanawiam się, czy to ja cię wychowa- 

łam! Gdzie się spotkaliście? Jak długo się znacie? 

-  Nazywa się Allison Preston. Jest pielęgniarką. 

Spotkałem ją cztery lata temu, kiedy zaczęła pracować 
na oddziale pediatrycznym. Od tego czasu jesteśmy 
przyjaciółmi, ale dopiero niedawno zmądrzałem i się 
oświadczyłem. Jest spokojna, bardzo miła, trochę nie- 
śmiała. Będziesz chciała jej matkować. 

-  Pochodzi z San Antonio? 
-  Chyba tak. 
-  Ma tu rodzinę? 
-  Nie - przynajmniej tak mu się wydawało. Tak na- 

prawdę to nigdy nie opowiadała o swojej rodzinie. Mo- 
że dlatego, że wiecznie opowiadałeś o sobie? - Posłu- 
chaj, Allison kończy pracę o dziewiętnastej i zjemy ko- 
lację u mnie. Może przywiozę ją tu na chwilę, żebyś ją 
poznała? 

R

 S

background image

Kane stał we własnej kuchni, trzymając kieliszek 

wina. Po wizycie u matki pojechał po Allison i przy- 
wiózł ją od razu do siebie. Teraz się przebierała. Zasta- 
nawiał się, czy rozpuści włosy. 

Jeśli tego nie zrobi, on sam się tym zajmie. 
Pokręcił głową. Jak do tego doszło, że w ciągu zale- 

dwie dwóch dni ogarnęła go obsesja na punkcie tej 
kobiety i jej seksownych włosów? Przez cały dzień miał 
trudności z koncentracją. 

Kuchnia zdecydowanie nie była odpowiednim miej- 

scem, żeby snuć takie fantazje. 

To na pewno wkrótce się skończy. Kiedy tylko zbled- 

nie zauroczenie. 

Dlaczego miała na niego tak duży wpływ? Nie była 

przecież olśniewającą pięknością. Jednak roztaczała 
wokół siebie spokojną słodycz, delikatny powiew ciepła 
i poczucie humoru, które ujawniało się dopiero przy 
bliższym poznaniu. Myśląc o niej, doszedł do wniosku, 
że miała ten typ urody, którego nie doceniał w prze- 
szłości. 

Ale przez cały dzień myślał nie tylko o jej wspania- 

łych włosach i o seksie. Miała delikatny profil, jej nosek 
był taki śliczny, że nie mógł się powstrzymać od cało- 
wania go. Miała piękną aksamitną cerę, brwi zadziwia- 
jąco czarne i ładnie ukształtowane, równie czarne rzęsy 
były kokieteryjnie zawinięte i często skrywały jej my- 
śli. Nie była kokietką i chyba umarłaby, gdyby się przy- 
znał, jaki wywiera na niego wpływ. Oprócz pięknych 

R

 S

background image

włosów, także jej oczy zwracały uwagę. Duże, zielone, 
wokół tęczówek miały obwódkę, która podkreślała ich 
niezwykły kolor. A kiedy się uśmiechała... 

Naprawdę nie wiedział, dlaczego wcześniej nie zwró- 

cił na nią uwagi. 

Wtedy weszła do pokoju i już wiedział. 
Starała się być niewidoczna. Cicha, usuwająca się 

w cień, skromna, takie słowa przyszły mu do głowy. 
Najpierw to właśnie te cechy przyciągnęły go do niej, 
bo sama jej obecność wywierała na niego kojący wpływ. 
Nawet po krótkim spotkaniu w kawiarence czuł się 
mniej spięty i był w lepszym nastroju. 

Do diabła, nadal miał na jej punkcie obsesję! 
- Ładnie wyglądasz - powiedział, zachwycając się 

jej zgrabnymi nogami, widocznymi spod krótkiej spód- 
niczki. - Pomyślałem, że najpierw zjemy kolację, a po- 
tem chciałbym cię przedstawić matce. 

-  Matce! - Już się nie chowała. Jego słowa ją zasko- 

czyły. Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczyma. 
- Nie jestem odpowiednio ubrana. Czy to konieczne? 

-  Tak. Przestań się martwić, wyglądasz świetnie. 

Wpadłem do niej dzisiaj i powiedziałem, że zamierza- 
my się pobrać. Nie da mi spokoju, jeśli natychmiast cię 
nie przestawię. 

-  A na pewno tego nie chcemy - rozejrzała się po 

kuchni, nie wiedząc, co powiedzieć. 

-  Co sądzisz o moim domu? Jest mało mebli, ale to 

tylko kwestia czasu. Wreszcie spłaciłem kredyt zaciąg- 

R

 S

background image

nięty na studiach. Teraz mam jedynie pożyczkę hipo- 
teczną. - Czekał, nie pokazując po sobie, jak bardzo jest 
zainteresowany jej reakcją. 

Może nie będzie się jej podobało. Panowały tu spar- 

tańskie warunki i to nie tylko z powodu braku funduszy, 
po prostu nigdy nie przyszło mu do głowy, żeby zmiemć 
wystrój. W końcu tylko on tu mieszkał. 

Allison rozejrzała się po kuchni. Podeszła do oszklo- 

nych drzwi, które wychodziły na patio. W oddali poły- 
skiwał w słońcu błękitny basen. Potem odwróciła się do 
niego, a jej oczy błyszczały. 

-  Uwielbiam go. Twój dom jest piękny z meblami 

czy bez. 

-  To dobrze - zignorował falę ulgi, jaka go zalała po 

usłyszeniu jej słów. - Współpracowałem z architektem 
i jestem zadowolony z efektu. Oprócz mojej sypialni 
jest tu pięć dodatkowych pokoi, więc będzie dużo miej- 
sca dla dzieci. 

Na wzmiankę o dzieciach jej policzki znowu delikat- 

nie się zaróżowiły. Pomyślał, że to było wyjątkowo 
urocze i wzruszające. 

-  Dzieci - powiedziała, a on zastanowił się, czy zda- 

je sobie sprawę, że jej głos przepełniony jest tęsknotą. 
- Nadal nie mogę w to uwierzyć. 

-  Może będzie ci łatwiej za dziewięć miesięcy. 
-  Dziwnie byłoby trzymać w ramionach zdrowe 

i donoszone niemowlę - powiedziała. - Jestem przy- 
zwyczajona do wcześniaków. 

R

 S

background image

-  Wiem - powiedział i żeby odciągnąć ją od poważ- 

nych myśli, zapytał: - Zastanawiałaś się, ile chciałabyś 
mieć dzieci? 

W odpowiedzi uśmiechnęła się łagodnie i marzyciel- 

sko. Oczyma wyobraźni dostrzegła coś, czego on nie 
mógł zobaczyć. 

-  Przynajmniej po jednym do każdego pokoju. 

Jego ciało zareagowało natychmiast na myśl o tym, 

ile przyjemności będą mieli. Podszedł do niej i 

odebrał 
jej kieliszek. Potem wplótł palce we wspaniałe włosy 
i pociągnął delikatnie, unosząc jej twarz. 

-  To dużo dzieci. 
Zmarszczyła czoło i popatrzyła mu w oczy. 
-  Za dużo? - zmartwiła się. - Masz rację. Ja... 
Pocałunkiem zatrzymał potok słów. Oparła się o nie- 

go bezwładnie i objęła go ramionami. Natychmiast 
przygarnął ją do siebie, obrysowując dłońmi jej ponętne 
ciało. Oboje jęknęli, czując intymność tej chwili. 

-  Nie powiedziałem, że nie chcę mieć dużo dzieci 

- uściślił. - Uważam, że dom pełen dzieci to wspaniała 
rzecz. 

Oczy jej rozbłysły, świeciły ze szczęścia jak szma- 

ragdy. 

-  Jutro nie idziesz do pracy? 
Z uśmiechem pokręciła głową, patrząc na niego 

z uwagą. 

-  Mam wolne przez następne trzy dni. 

R

 S

background image

-  Wspaniale - pocałował ją jeszcze raz, a potem 

R

 S

background image

wypuścił z objęć. - Przenocujesz tu, a jutro zaczniemy 
przewozić twoje rzeczy i będziesz mogła zrezygnować 
z wynajmu mieszkania. 

-  Po co ten pośpiech? 
-  Nie ma powodu, żeby czekać. 
-  Nie potrafisz też prosić. - Mimo to się uśmie- 

chała. 

-  Przepraszam. Przyzwyczaiłem się do wydawania 

poleceń. 

-  Mnie nie oszukasz. Urodziłeś się z tym. 
-  Dogadasz się z moją siostrą. 

Znów wyglądała na przerażoną. 

-  Czy ona też tam będzie? 
-  Nie, tylko moja matka. Siostrę zostawimy na inny 

dzień. 

Jednak nadal wyglądała na zmartwioną. 
-  Jak to wytłumaczysz? 
-  Co? - przyglądała mu się tak smutnym wzrokiem, 

że zapragnął ją przytulić 

-  Wiesz, o co mi chodzi - mówiła powoli, jakby 

tłumaczyła dziecku. - To... nas. 

Nie wiedział, o co jej chodzi. 
-  O czym ty mówisz? 

Nagle jej twarz spoważniała. 

-  Naprawdę jesteś taki niepojętny? - westchnęła. 

- Jesteś przystojnym, czarującym mężczyzną, a do te- 
go lekarzem. Należysz do rodziny Fortune'ow. Nikt 
nie uwierzy, że jestem typem kobiety, z którą chcesz 

R

 S

background image

się ożenić. Jestem... - bezradnie machnęła ręką. - Nie 
jestem ani modelką, ani aktorką czy osobą z towa- 
rzystwa. Nikim szczególnym - próbowała odwró- 
cić się, ale objął ją w pasie i przytrzymał. Unikała 
jego wzroku. 

Przez chwilę nie wiedział, co powiedzieć. 
-  Sądzisz, że skoro nazywam się Fortune, to muszę 

ożenić się z jakąś znaną kobietą? 

-  Wiesz, o co mi chodzi. 
-  Nie wiem. - Ton jego głosu nie zachęcał do prze- 

rwania mu. - Moja matka chciała zostać aktorką, ale 
przez dwadzieścia lat była kelnerką. Mój kuzyn ożenił 
się z córką gospodyni. Moja siostra wyszła za gliniarza. 
To znaczy za szeryfa, ale to prawie to samo. Wydaje mi 
się, że jesteś snobką. 

-  Nie jestem! 
Zachichotał, słysząc w jej głosie złość. 
-  To prawda. Widzę kobietę, w której pali się we- 

wnętrzne światło. Kobietę z pięknymi oczyma i uśmie- 
chem, który sprawia, że mężczyzna uważa, że jest dla 
niej najważniejszy na świecie. 

-  Przez cztery lata prawie mnie nie zauważałeś. 
-  To prawda, ale teraz uważam, że byłem ślepy - 

mruknął, czując frustrację, bo miał wrażenie, że trudno 
będzie ją przekonać. 

Ale na ten pośredni komplement jej oczy rozbłysły 

i uśmiechnęła się z wahaniem. 

R

 S

background image

-  To jest Melrose Manor - oznajmił Kane. 
-  Melrose Manor? Chyba żartujesz. Tak jak w tym 

serialu telewizyjnym? 

-  Moja mama ma specyficzne poczucie humoru. 

Poszli w kierunku domu żwirowaną alejką. Zanim 

Kane'owi udało się sięgnąć do klamki, podwójne 

drzwi 
otworzyły się szeroko. 

-  Nie mogłam się już doczekać! 
Powiedziała to szczupła, zgrabna blondynka, która 

wyglądała zbyt młodo na matkę Kane'a. Ale rodzinne 
podobieństwo było bardzo widoczne, pomimo odmien- 
nej karnacji. 

-  To jest Allison Preston, moja narzeczona, mamo. 
-  Witaj, Allison. Miło cię poznać. Jestem Miranda. 

Wchodźcie. 

Poprowadziła ich do elegancko umeblowanego salo- 

nu i odwracając się, uścisnęła Kane'a. 

-  Dziękuję, że ją przyprowadziłeś. Teraz odejdź, że- 

byśmy mogły porozmawiać. 

-  Żebyś mogła ją przesłuchać - uśmiechnął się 

z wdziękiem. - Nie ma mowy. - Chwycił Allison za 
rękę. - Ma dwadzieścia sześć lat i własne zęby. Ożenię 
się z nią, zanim zdołasz ją wystraszyć. Nic więcej nie 
musisz wiedzieć. 

Roześmieli się i usiedli. Miranda zaproponowała im 

coś do picia. Była czarująca i bezpretensjonalna. Allison 
nie mogła uwierzyć, że jest jedną z najzamożniejszych 

R

 S

background image

kobiet w kraju. 

R

 S

background image

Po kilku minutach niezobowiązującej rozmowy Kane 

odchrząknął. Kiedy obie kobiety przestały mówić i popa- 
trzyły się na niego, zwrócił się do matki. 

-  Czy Carter ponownie się odzywał? 
-  Ja... nie - Miranda wyglądała na zaskoczoną. Al- 

lison zrozumiała, że to dlatego, że Kane omawia tak 
osobistą sprawę w obecności kogoś obcego. 

-  Pokaż mi, gdzie jest toaleta - zaczęła się podnosić, 

ale 
Kane chwycił ją za rękę i ponownie posadził na kanapie. 

-  Mamo, ona wie o twoim... o telefonie. 

Miranda była zaskoczona, potem zwróciła się do Al- 
lison. 

-  Musisz zrozumieć, jakie to jest istotne, żeby niko- 

mu tego nie mówić. 

-  Gdyby była plotkarką, nie opowiedziałbym jej - 

Kane wstał i położył rękę na ramieniu Allison. - Mię- 
dzy nami nie ma żadnych tajemnic. A ty nie musisz się 
obawiać, że ktoś pozna twoją tajemnicę. 

Allison spuściła oczy. To prawda, nie mieli przed 

sobą żadnych sekretów. 

-  Musicie być sobie bliscy - Miranda pogroziła mu 

palcem. - Nie mogę uwierzyć, że ukrywałeś tę dziew- 
czynę! Mogłyśmy się lepiej poznać. 

Allison poczuła się niezręcznie. Lecz zanim się ode- 

zwała, Kane powiedział. 

-  Wiesz, że nie potrafię się zwierzać. Mamy mało 

wolnego czasu. A kiedy zdarza się nam wolny dzień, 

R

 S

background image

chcę być tylko z nią. 

R

 S

background image

Zanim rozkręcił się na dobre, Allison położyła mu 

rękę na ramieniu, żeby go powstrzymać. Zwróciła się 
do Mirandy Fortune. 

-  Współczuję ci z powodu kłopotów. Zdecydowałaś 

już, co zrobisz? 

Twarz Mirandy zachmurzyła się. Westchnęła, splata- 

jąc wypielęgnowane dłonie. 

-  Ciągle mam nadzieję, że jeśli nie będę o tym my- 

ślała, sprawa przestanie istnieć - przerwała i popatrzyła 
Allison prosto w oczy. - Czy Kane opowiedział ci- 
o wszystkim? 

Przytaknął, zanim zdołała odpowiedzieć. 

Pojedyncza łza spłynęła po policzku Mirandy. 

-  Nie chciałam, żeby ktokolwiek dowiedział się 

o tym. 

-  Wątpię, czy ignorowanie tego problemu spowodu- 

je, że przestanie on istnieć. - Mówiąc to surowym to- 
nem, Kane mocno zacisnął rękę na dłoni Allison. - Po- 
wiedziałaś już o tym wujkowi Ryanowi? 

-  Nie. - Miranda zaczęła cicho płakać. - Nie mogę 

o tym nawet myśleć, a co dopiero mówić. Jestem pew- 
na, że Ryan spotyka się towarzysko z ojcem bliźniaków. 
Będzie zaszokowany. 

-  Będziesz musiała mu powiedzieć - powiedział 

Kane stanowczo, chociaż również był zaniepokojony. 
- Potem musisz zawiadomić policję. Szantaż jest niele- 
galny. 

-  Nie! Nie możemy mieszać w to policji. W swoim 

R

 S

background image

życiu zrobiłam już wystarczająco dużo, żeby splamić 
nazwisko Fortune'ow. Nie mogę dopuścić, żebyście zo- 
stali w to wmieszani. - Uniosła ręce w bezradnym ge- 
ście. - Będę musiała zapłacić Lloydowi. Jeśli odmówię, 
pójdzie prosto do... - jej głos zadrżał i Allison odru- 
chowo ją objęła. - Poza tym nie mogę stawić mu czoła. 
Nigdy mi nie wybaczył. 

 
Chwilę później, kiedy jechali do domu, Kane powie- 

dział: 

-  Jeśli nie chcesz, żeby moja matka mieszała się do 

planów dotyczących ślubu, to powiedz teraz. 

-  Nie.- odparła szybko. - Chcę, żeby twoja matka 

mi pomogła. 

-  Czy twoja matka też pomoże? 

To pytanie ją zaskoczyło. 

-  Moja matka nie żyje - powiedziała w końcu. 
-  Przykro mi -powiedział po chwili.-Nie wiedziałem. 
-  Nie szkodzi. - Starała się opanować drżenie głosu. 

- Miała kłopoty ze zdrowiem. Będąc w szpitalu, zacho- 
rowała na zapalenie płuc. 

Skrzywił się. 
-  Ludzie idą do szpitala, żeby wyzdrowieć, a łapią 

zapalenie płuc. 

Przytaknęła. 
-  Właśnie. - Nastąpiła chwila ciszy, ale zanim zdołał 

zapytać o jej rodzinę, powiedziała. - Chętnie przyjmę 
pomoc twojej mamy. 

R

 S

background image

-  Pomoc - powiedział sarkastycznie. - To tak jak- 

byśmy byli asfaltem, a ona walcem. Wypowiemy sakra- 
mentalne „tak", zanim się zorientujemy. 

-  Wypowiemy „tak"... - Allison wciąż nie mogła 

uwierzyć, że Kane chce, żeby się pobrali. To nie działo 
się naprawdę. 

Ale się działo. Jak tylko dowiózł ją do domu, zade- 

monstrował jej to, zabierając ją prosto do łóżka. Wy- 
ciągnął spinki z jej włosów i zanurzył dłonie w schlud- 
nym koku, uwalniając ciężkie pukle. Najpierw rozebrał 
ją, a potem siebie. Odrzucił narzutę i szczelnie przykrył 
ją swoim ciałem. 

Allison objęła go mocno. Zdumienie szybko prze- 

mieniło się w uniesienie. Jego namiętność w niej także 
rozpaliła ogień. W ciągu kilku wspaniałych chwil 
znaleźli zaspokojenie. Ale potem, w odróżnieniu od 
pierwszej nocy, Kane natychmiast się od niej odsunął. 
Położył się na wznak i zasłonił ręką oczy. 

Jego zachowanie zaskoczyło ją i napełniło 

niepokojem. 
Wydawało jej się, że wysyła sygnał: „Nie przeszkadzać". 
Poczuła się nagle obnażona, więc przykryła się przeście- 
radłem. Leżała cichutko przy nim, zastanawiając się, jak 
się zachować, co powiedzieć. Czy zrobiła coś złego? 
Może 
już się nią znudził? Chciała zapytać, co się stało, ale było 
jasne, że on nie chce rozmawiać. Jej niepokój narastał. 
Jeśli cisza nie zostanie przerwana, zacznie krzyczeć. 

R

 S

background image

W końcu Kane z ciężkim westchnieniem odsłonił 

oczy i wziął ją w ramiona. 

R

 S

background image

- Idź spać - powiedział szorstko. 
Nadal coś było nie w porządku, lecz obejmował ją 

i przytulał, więc od razu poczuła się lepiej. Była zmę- 
czona, więc po chwili już spała. 

 
Kane leżał w ciemności. Ogarnął go rodzaj despera- 

cji. Ta drobna kobieta w jego ramionach doprowadzała 
go do szaleństwa. Co w niej było takiego, że nie mógł 
przestać o niej myśleć? Zabrał ją w pośpiechu z domu 
matki, bo nie mógł doczekać się chwili, kiedy znajdą 
się w łóżku, żeby znów się kochać. Jak tylko przekro- 
czyli próg, rzucił się na nią jak wygłodzony wilk. Nigdy 
przedtem nie doświadczył takiego niezaspokojonego 
głodu i potrzeby bliskości. To nie było wygodne uczu- 
cie i nie podobało mu się. Wcale. Gdyby byli w jej 
domu, po prostu by wyszedł. Odzyskałby część wolno- 
ści, którą utracił ubiegłej nocy, kiedy zaskoczyła go 
w chwili słabości. 

Popatrzył na nią, śpiącą w jego ramionach z rozrzu- 

conymi włosami. Wokół rozchodziła się delikatna woń 
jej mydła, zmieszana z charakterystycznym dla niej lek- 
kim zapachem piżmowym. Znowu poczuł się pobu- 
dzony. 

Ale nie poruszył się i nie pieścił jej, tak jak pragnął. 

Mówiono, że wyrzeczenie wzbogaca duszę, więc on 
może już teraz zacząć ulepszać własną. Nie pozwoli, by 
rządziły nim hormony. Od dzieciństwa był silny. Pozo- 
stali członkowie rodziny zawsze mogli na nim polegać. 

R

 S

background image

Opiekował się Gabrielą. Znalazł sobie pracę, żeby 

matka nie musiała się martwić, kiedy będzie szedł na 
studia. Nawet kiedy matka zdecydowała się wrócić do 
San Antonio, żeby być bliżej Gabrieli, jej męża i nowo 
narodzonej córeczki, nie chciała podjąć tej decyzji 
bez niego. I nie dlatego, że nie potrafiła się o siebie 
troszczyć, ale dlatego, że była przyzwyczajona radzić 
się Kane'a przed podjęciem każdej ważnej decyzji. Zna- 
lazł więc pracę w miejscowym szpitalu i dołączył do 
niej. 

Nigdy nie potrzebował, żeby ktoś go niańczył. I cho- 

ciaż łatwo mógłby się przyzwyczaić do opieki Allison, 
nie dopuści do tego. Gardził sobą za okazaną słabość, 
kiedy opowiadał jej o kłopotach rodzinnych. Był zde- 
cydowany nigdy więcej tego nie robić. 

Rano poszedł na obchód i pozwolił jej spać. 
To było dziwne uczucie - wychodzić z domu, wie- 

dząc, że ona tam śpi. Wszedł do sypialni, żeby się z nią 
pożegnać. Ale kiedy usiadł na brzegu łóżka, wyciągnęła 
do niego ręce. Zanim się zorientował, leżał obok niej 
i całował ją czule. 

Przez chwilę walczył ze sobą, czy kochać się z nią, 

czy iść do pracy. Ale przypomniał sobie swoje postano- 
wienie. Wstał i szybko się wyniósł. Nie będzie się 
ośmieszał. 

W szpitalu nic się tego dnia nie wydarzyło. Skończył 

wczesnym popołudniem i wrócił do domu. Allison 
przygotowała mu lunch, a potem zabrał ją do jubilera. 

R

 S

background image

Wahała się przy wyborze pierścionka, ale kiedy on 

położył przed nią kilka, zdecydowała się na nowoczesny 
komplet, składający się ze skromnej obrączki i pier- 
ścionka z brylantem. Wyglądał elegancko na jej długim, 
szczupłym palcu. 

Kupiła mu prostą złotą obrączkę. Potem pojechali do 

jej mieszkania i zaczęli pakować rzeczy. Z początku 
niechętnie patrzyła na jego pomoc, ale kiedy jej uświa- 
domił, że nie zamierza wyjść, powiedziała, żeby zaczął 
od salonu, podczas gdy ona zajmie się ubraniami. 

Kane zapakował płyty i wieżę hi-fi, uśmiechając się 

na widok klasyki muzyki rockandrollowej. Potem prze- 
niósł się do półki z książkami. Był zdziwiony jej wybo- 
rem. Okazało się, że lubi fantastykę. Miała pokaźny 
zbiór książek z dziedziny pielęgniarstwa oraz sporo 
książek historycznych, w większości dotyczących woj- 
ny secesyjnej. 

Dlaczego tak się starała nie ujawniać swojej prawdzi- 

wej osobowości? Grzeczny pielęgniarski mundurek ma- 
skował kobietę, która uwielbiała mieć rozpuszczone 
włosy, jeździła jaskrawoczerwonym samochodem, ko- 
chała muzykę rockową i fantastykę. Kobietę, która re- 
agowała tak namiętnie na jego dotyk, że nie mógł sobie 
wyobrazić, jak udało jej się ukryć przed nim swoją 
zmysłowość. 

Ostrożnie pakował piękną kolekcję miniaturowych 

kryształowych figurek kotów, wykonanych przez zna- 
nego jubilera. 

R

 S

background image

Kiedy przyszła po picie, uniósł jedną figurkę i po- 

wiedział: 

-  Niezła kolekcja. Zbierasz je od dawna? 
-  Tak. Po jednym kotku na każdy rok mojego życia. 
-  Prezenty? 
Przytaknęła, koncentrując się na nalewaniu wody. 

Potem podeszła do niego i podała mu szklankę. 

-  Mój ojciec zapoczątkował to, kiedy kupił pierwszą 

figurkę w dniu moich narodzin. Potem każdego roku 
dawał mi jedną na urodziny. 

Wróciła do pakowania. 
Mówiła, że jej rodzice byli rozwiedzeni, i miał wra- 

żenie, że ojciec zniknął z jej życia. Ale chyba się mylił. 
Jej ojcu musiało bardzo na niej zależeć, skoro konty- 
nuował ten zwyczaj przez tyle lat. 

Nagle znalazł fotografie. W kredensie, za kompletem 

zabytkowych kieliszków do wina, stało pudełko po bu- 
tach. Wyciągnął je, żeby zapakować do skrzyni. Otwo- 
rzył, żeby sprawdzić, co jest w środku. 

Zdjęcia. Były schludnie poukładane i ułożone chro- 

nologicznie. Zbiór rozpoczynał się od jej narodzin. Nie 
mógł się powstrzymać od wyciągnięcia i obejrzenia 
chociaż kilku. 

Była pucołowatym niemowlakiem. Siedziała w ko- 

szyku, ze zmrużonymi od śmiechu oczkami. Czy tak 
będą wyglądały ich dzieci? 

Na następnym zdjęciu trzymała ją na ręku uśmiech- 

nięta kobieta, wyglądająca na jej matkę. Podobieństwo 

R

 S

background image

było zadziwiające. Sprawiała wrażenie osoby beztro- 
skiej i pociągającej. Odwrócił zdjęcie i przeczytał opis: 
Nesta z Allison. 

Na innej fotografii jej matka stała z przystojnym 

kowbojem w jasnym kapeluszu. Spoglądała na niego 
z uwielbieniem. Mężczyzna patrzył w obiektyw z pew- 
nym siebie uśmiechem. Kane zastanawiał się, czy ten 
kowboj był ojcem Allison. 

Kolejne zdjęcia ukazywały okres dorastania Allison. 

Pokazywały, jak piękne dziecko przemienia się w ładną 
młodą kobietę. Raptem zdjęcia amatorskie się skończy- 
ły. Były tam już tylko fotografie szkolne oraz kilka 
pożółkłych wycinków z gazet, dowód na to, że znalazła 
się na honorowej liście w szkole. 

Nawet wtedy nosiła spięte włosy. Stała w drugim 

rzędzie, częściowo zasłonięta przez innych uczniów. 
Podczas gdy inne dzieci patrzyły prosto w obiektyw, 
Allison miała pochyloną głowę. Starała się być niewi- 
doczna. 

Co wydarzyło się pomiędzy jej rodzicami, że zmie- 

niła się ze szczęśliwej, roześmianej dziewczynki w po- 
ważną, usuwającą się w cień kobietę? 

Był tak pochłonięty zdjęciami, że nie usłyszał, kiedy 

weszła do pokoju, póki się nie odezwała. 

-  Ale dużo... 
Zdanie raptem się urwało, kiedy zauważyła, czemu 

się przygląda. Usiłowała się uśmiechnąć. 

-  Odkryłeś moją burzliwą przeszłość? - Uśmiech 

R

 S

background image

nie sięgnął jej oczu, a głos był nienaturalny. Podeszła 
szybko i zaczęła upychać na chybił trafił zdjęcia z po- 
wrotem do pudełka. 

-  Czy to twoi rodzice? - pokazał jej zdjęcie mężczy- 

zny i kobiety. 

-  Tak - nawet nie spojrzała. 
-  Więc coś nas łączy - powiedział. - Mój ojciec tak- 

że był kowbojem. 

-  Mój ojciec był robotnikiem na dużej farmie nieda- 

leko Abilene. 

-  Gdzie jest teraz? - zapytał. 

Wzruszyła ramionami, nie patrząc na niego. 

-  Zmarł osiem miesięcy temu. 
Osiem miesięcy temu. A jej matka zmarła kilka lat 

temu... prawdopodobnie w czasie, kiedy oni już się 
znali. A jednak nawet nie wspomniała, że straciła ich 
oboje. 

Odebrał jej pudełko, dołączył do innych zapakowa- 

nych rzeczy i starając się, by jego głos zabrzmiał swo- 
bodnie, zapytał: 

-  Powiedziałaś, że rozwiedli się, kiedy miałaś dwa- 

naście lat? 

-  Coś koło tego. To było bardzo dawno. - Teraz jej 

głos drżał. Miał chęć ją przytulić. 

-  Musiało ci być ciężko - powiedział cicho. Tu le- 

żało rozwiązanie zagadki. Nie chciał jej niepokoić, żeby 
się od niego nie odsunęła. Jeśli będzie za bardzo nacis- 
kał, mogłaby nawet odwołać ich ślub. 

R

 S

background image

Szybko zapieczętował skrzynię i ustawił ją z pozo- 

stałymi paczkami. 

Allison stała odwrócona do niego plecami. Podszedł 

do niej i pocałował w szyję. 

-  Jesteś gotowa do przewiezienia tych rzeczy do 

swojego nowego domu? 

-  Chyba tak... 

R

 S

background image

 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 
Kolejne dni minęły bardzo szybko. Gdy tylko Ka- 

ne'owi udało się wytłumaczyć matce, że chcieliby wziąć 
cichy ślub, Allison była zdziwiona, jak szybko wszystko 
się toczy. Ceremonia miała się odbyć za tydzień, w nie- 
dzielne popołudnie. 

Podczas kilku lunchów, w których uczestniczył rów- 

nież Kane, Miranda starała się dowiedzieć, jakie Allison 
ma upodobania i życzenia. 

-  Cokolwiek uznasz za właściwe, będzie mi odpo- 

wiadało - powtarzała kilkakrotnie Allison. 

-  To twój ślub - powiedziała Miranda. - Chcę, że- 

byś się dobrze czuła i była zadowolona. 

-  Poza tym - dodał Kane - jeśli dasz jej wolną rękę, 

to okaże się, że jest orkiestra i lodowe rzeźby. 

Chciał, żeby się uśmiechnęła, i to mu się udało. Ale 

ona naprawdę uważała, że Miranda wie lepiej. Czuła się 
tak szczęśliwa, że ceremonia i suknia nie były ważne. 

Kane powiedział matce, że uroczystość ma być ka- 

meralna, wyłącznie w obecności rodziny. Mimo to Al- 
lison była podekscytowana i zdumiona, kiedy Miranda 
oświadczyła, że ceremonia odbędzie się w małym ko- 

R

 S

background image

ściółku La Villita. Właściwie to podejrzewała nawet, że 
Miranda kogoś przekupiła. Ślub w małym kościółku 
w zabytkowej części miasta, niedaleko rzeki, był jedy- 
nym marzeniem, o którym odważyła się powiedzieć. 
Teraz miało się spełnić. 

Skończyła przeprowadzkę do domu Kane'a. Wyna- 

jęli firmę przewozową do przetransportowania jej meb- 
li, z których zamierzali korzystać, zanim zabiorą się 
poważnie do urządzenia domu. Meble należały do jej 
matki i chociaż miały już swoje lata, były ładne i za- 
dbane, a poza tym Allison je lubiła. 

Przez kolejne cztery dni miała dyżury i była zasko- 

czona, kiedy koleżanki z pracy wyprawiły jej wieczór 
panieński. Chociaż Kane nie został zaproszony, to jed- 
nak pojawił się, kiedy podawano tort. 

-  Mam doskonałe wyczucie czasu - powiedział, kie- 

dy ktoś wręczył mu duży kawałek. 

-  Dziewczyno - zaszczebiotała jedna z pielęgnia- 

rek, siadając na oparciu krzesła Allison -jeśli będziesz 
chciała się dowiedzieć, jak radzić sobie z tym facetem, 
to zadzwoń. 

Allison musiała się roześmiać. 
-  Będę o tym pamiętała - odparła nieco cierpkim 

tonem. 

-  Niech pan popatrzy, doktorze Kane! - zawołała 

inna pielęgniarka. Pokazała czarną halkę, podwiązki 
i koronkowe pończochy. - My też kupiłyśmy panu pre- 
zent! 

R

 S

background image

      Kane uśmiechnął się szeroko, obrzucił Allison czu- 
łym spojrzeniem. 

-  Sprawi mi wielką przyjemność rozpakowanie go. 

     Sytuacja na chwilę zrobiła się niezręczna. Allison 
poczuła, jak się czerwieni z zażenowania. Któraś z pań 
powiedziała: 

-  Gdzie on był, kiedy szukałam męża? - Wszyscy 

się roześmiali i konsternacja minęła. 

Ale ja nie szukałam męża, pomyślała Allison. To 

wszystko było jak fantastyczny sen... żyła w strachu, 
że się obudzi. 

 
Zanim Allison się obejrzała, nadeszła wigilia jej ślu- 

bu. Nie odbywali żadnych prób, ponieważ miał to być 
ślub skromny. Zaproszeni byli jedynie członkowie naj- 
bliższej rodziny: matka Kane'a, jego wuj Ryan z żoną, 
jego siostra z mężem i córeczką. Miranda jednak nale- 
gała, żeby w wieczór poprzedzający ceremonię wydać 
przyjęcie. Namawiała Allison do zaproszenia swoich 
przyjaciół, ona jednak grzecznie odmówiła. Po rozwo- 
dzie rodziców tak bardzo zżyła się z matką, że nie od- 
czuwała potrzeby posiadania bliskich przyjaciółek. Po 
śmierci matki wolała zachować lekki dystans wobec 
znajomych. 

Oprócz siostry Kane'a i jej męża, których poznała 

w ubiegłym tygodniu, na przyjęciu miał jeszcze być wuj 
Ryan z żoną Lily. Allison robiło się niedobrze na samą 
myśl, że pozna kolejnych członków rodziny Kane'a. 

R

 S

background image

W szczególności Ryana, patriarchę rodziny. Czuła się 

winna wobec Mirandy, która była w stosunku do niej 
urocza. Jeśli nawet uważała, że narzeczona syna ma 
jakieś braki, nie zdradzała się z tym zupełnie. Allison 
miała uczucie, że ją oszukuje. 

Miranda najwyraźniej sądziła, że oboje z Kane'em 

są w sobie wzajemnie bardzo zakochani. Allison podej- 
rzewała, że dla doświadczonego oka matki jej uczucia 
są oczywiste, ale zastanawiała się, dlaczego Miranda nie 
zauważyła, że w tym, co Kane do niej czuł, nie było 
miłości. 

Zachowywał się dziwnie od czasu, gdy pomagał jej 

przeprowadzić się do siebie. Czasem wydawał się 
chłodny i roztargniony. Chciała wmówić sobie, że to 
chodzi o pracę, ale była zbyt uczciwa, żeby się oszuki- 
wać. Miała pewność, iż Kane żałuje, że rozpętał całe to 
zamieszanie. Żałowała, że nie chciał poczekać i spraw- 
dzić, czy zaszła w ciążę. Ale był nieugięty w tej spra- 
wie, ona zaś, ponieważ tak bardzo go kochała, nie spie- 
rała się. Marzyła o tym, żeby być z Kane'em, więc nie 
chciała zaprzepaścić jedynej szansy. Nie kochał jej, ale 
bardzo pragnął, więc będzie musiała tym się zadowolić. 

W wieczór przyjęcia Kane zadzwonił około czwartej 

i powiedział, że się spóźni. Mieli się spotkać dopiero 
u jego matki. Stremowana Allison pojechała więc do 
Mirandy sama. 

Nigdzie nie było widać sportowego samochodu Ka- 

ne'a. Westchnęła ciężko, wysiadając ze swojego auta. 

R

 S

background image

Zauważyła na podjeździe zaparkowane eleganckie 

gra- 
natowe ferrari i złotego lexusa, który należał do siostry 
Kane'a. Niech już rozpocznie się ta gehenna, pomyślała 
ponuro. Właśnie w tej chwili pojawiła się w drzwiach 
Miranda. W długiej szyfonowej tunice i wąskich spod- 
niach wyglądała jak egzotyczny ptak. 

-  Witaj, kochanie - powiedziała. - Kane zadzwonił 

i powiedział, że się spóźni, a ja nie chciałam, żebyś 
musiała wchodzić sama. 

Allison poczuła przypływ ogromnego uczucia do 

swojej przyszłej teściowej. 

-  Dziękuję - powiedziała. - Jestem trochę zdener- 

wowana. 

-  Bez powodu. Wyglądasz ślicznie. 
Allison miała na sobie jedwabny seledynowy żakiet, 

który włożyła na wąską sukienkę w identycznym kolo- 
rze. Kane przywiózł jej ten komplet dwa dni temu i po- 
prosił, żeby się w niego ubrała na przyjęcie. 

-  To Kane wybierał. Normalnie nie noszę takich ja- 

skrawych kolorów. 

-  Ale na tobie wygląda to oszałamiająco. Powinnaś 

częściej nosić ten odcień. - Miranda otworzyła drzwi 
i wprowadziła Allison do dużego holu, ale zamiast 
wejść do niewielkiego saloniku, gdzie zawsze siedzieli 
podczas swoich wizyt, zaprowadziła ją do kremowobia- 
łej jadalni z marmurowym kominkiem, pięknymi orien- 
talnymi dywanami w pastelowych kolorach i eleganc- 

R

 S

background image

kimi krzesłami obitymi grubym jedwabiem. 

R

 S

background image

Wysoki ciemnowłosy mężczyzna w lnianym garni- 

turze stał obok kominka. Był pogrążony w rozmowie 
z Wyattem Grayhawkiem, szwagrem Kane'a. Nieopo- 
dal na kanapie siedziała elegancka, wytworna kobieta. 
Rozmawiała z Gabrielą. 

Wszyscy odwrócili się, kiedy weszły do pokoju. Star- 

szy mężczyzna pochwycił spojrzenie Allison. Przez 
chwilę była wstrząśnięta jego niezwykłym podobień- 
stwem do Kane'a. Pomimo ciemniejszych włosów 
i równie ciemnych oczu był, podobnie jak Kane, ude- 
rzająco przystojny. 

-  Przyszła Allison - powiedziała Miranda. Podeszła 

z Allison do mężczyzn. Zwróciła się do starszego. 

-  To mój brat, Ryan Fortune. Wyatta już znasz. To 

narzeczona Kane'a, Allison Preston. 

Wyatt kiwnął głową, a na jego zazwyczaj surowo 

zaciśniętych wargach pojawił się uśmiech. Ryan For- 
tune, podając jej rękę, uśmiechnął się. Jego ciemne oczy 
patrzyły ciepło. 

-  Miło cię poznać, Allison. Od tygodnia Miranda wy- 

chwala cię pod niebiosa. Teraz widzę, że nie przesadzała. 

Uśmiechnęła się, ale poczuła się speszona. Ten przy- 

stojny mężczyzna był spadkobiercą jednego z najwię- 
kszych majątków w Teksasie. Przez prawie całe swoje 
życie czytywała o tych ludziach i oglądała ich w telewizji. 

Miranda odciągnęła Allison od mężczyzn i zaprowa- 

dziła ją do Gabrieli i żony Ryana. 

-  To jest Allison, Lily. 

R

 S

background image

Obie kobiety wstały. Lily podeszła do Allison i przy- 

tuliła swój gładki policzek do policzka dziewczyny. 

-  Witaj w rodzinie, kochanie - powiedziała. 
-  Dziękuję. 
-  Miranda nam mówiła, że Kane został zatrzymany 

w pracy. - Lily patrzyła bacznym wzrokiem. - To chy- 
ba częste w pracy lekarza. 

Allison uśmiechnęła się. 
-  Takie jest życie lekarza. 

Trzasnęły drzwi w samochodzie. 

-  To na pewno on - ucieszyła się Allison. - Przepra- 

szam. - Szybkim krokiem przemierzyła pokój. Akurat 
podchodziła do drzwi, kiedy wszedł Kane. Wiązał kra- 
wat i wyglądał na bardzo zmęczonego. Wtedy podniósł 
wzrok. 

Zamurowało go, kiedy ją zobaczył. Szybko zlustro- 

wał jej sukienkę. 

-  Wyglądasz tak świetnie, jak przypuszczałem - po- 

wiedział głębokim, niskim głosem. - Jedna rzecz tylko 
nie pasuje. 

-  Co takiego? - Przyjemność, jaką poczuła na jego 

widok, szybko ustąpiła miejsca niepewności. 

Przebył hol trzema krokami. 
-  To - odparł i szybkim ruchem zaczaj wyciągać 

z jej włosów spinki. 

-  Przestań! - Chwyciła go za nadgarstki, ale był dla 

niej za silny. Nie przestał, póki nie wyswobodził jej 
włosów ze sztywnego węzła. 

R

 S

background image

Kiedy włosy opadały kaskadami, zagłębił w nich 

dłonie, pieszcząc jej głowę. 

-  Teraz jest dużo lepiej - powiedział. 
Jego usta szukały jej warg. Zapomniała o wszystkim 

oprócz mężczyzny, który ją trzymał w ramionach. Ko- 
chała go tak bardzo, aż do bólu. Objęła go w pasie 
i mocno się przytuliła. Pogłębił pocałunek, w końcu od- 
sunął się na odległość ramienia i przyglądał się jej bły- 
szczącymi, rozradowanymi oczyma. 

-  Musimy odłożyć to na później — powiedział pół- 

głosem. 

Wtedy zorientowała się, że wszyscy stoją w drzwiach 

i przyglądają się im rozbawionym wzrokiem. 

Wyatt nie mógł oderwać oczu od falujących włosów 

Allison. 

-  To... niebywałe - bąknął zaskoczony. Dostał od 

żony lekkiego kuksańca. 

-  Przestań się jąkać, kochanie - powiedziała. Ryan 

zaczął głośno chichotać, podczas gdy Allison oblała się 
rumieńcem. 

 
Kane popatrzył na swoją rodzinę. Ponad głową 

Allison 
zauważył, jak jego siostra wymienia zadowolone spojrze- 
nie z mężem. Patrzył na nią przez zmrużone powieki, 
dopóki nie odwróciła się ponownie w jego stronę. Kiedy 
zauważyła wyraz jego twarzy, głośno się roześmiała. 

-  Witaj, Kane! Teraz, kiedy skończyłeś witać się z 

R

 S

background image

Al- 
lison, może poświęcisz trochę czasu reszcie rodziny? 

R

 S

background image

Kane zrobił zabawną minę. Objął Allison i podszedł 

do siostry. 

-  Cześć, szkrabie. Bądź grzeczna, bo cofnę ci zapro- 

szenie na ślub. 

-  Jeśli mnie nie zaprosisz, to nie zobaczysz Patience 

- powiedziała zadowolona z siebie. Mówiła o swojej 
córeczce. 

Słowa Gabrieli nie dotarły do Kane'a, bo patrzył na 

śmiejącą się Allison. Czy przedtem widział ją taką roze- 
śmianą? Była piękna, kiedy zapominała ukryć swoją 
niezwykłą osobowość pod pancerzem. Boże, nie może 
doczekać się końca przyjęcia. Przede wszystkim nie 
może doczekać się jutra, kiedy to będzie oficjalnie z nim 
związana i nikt mu jej nie odbierze. 

Kiedy zdał sobie sprawę, o czym myśli, odruchowo 

cofnął się o krok. W żadnym wypadku nie wolno mu 
dopuścić do tego, żeby nie mógł żyć bez Allison. Nie 
potrzebował nikogo i życie z pewnością okaże się pro- 
stsze, jeśli dalej tak będzie. 

-  Co się stało? - Allison podeszła do niego i pogła- 

dziła po dłoni. - Czy poród był bardzo trudny? 

-  Nie, był w porządku. - Czuł, jak opuszcza go na- 

pięcie i zły nastrój. 

Trudno mu było odsunąć się od jej magicznego do- 

tyku. Ponieważ to wymagało tak dużego wysiłku, po- 
czuł, jak powraca zły nastrój. Po ślubie wyjaśni jej, że 
do życia potrzebna mu jest przestrzeń. 
      Allison rzuciła mu zdziwione spojrzenie, ale nie pró- 

R

 S

background image

bowala go dotknąć ponownie. Poczuł, jak się wycofuje. 
Jej reakcja zdenerwowała go, więc chwycił ją za rękę. 
Co tam. Później będzie się martwił o przestrzeń życio- 
wą. Miał okropny dzień, a skoro samo trzymanie ją za 
rękę mu pomagało... Cóż było w tym złego? 

Matka poprosiła ich na kolację i całe towarzystwo 

przeszło do jadalni. Miranda popatrzyła na ich złączone 
ręce i uśmiechnęła się. 

-  Sama bym jej poszukała już wiele lat temu, gdy- 

bym wiedziała, że istnieje ktoś, kto ma na ciebie taki 
wpływ - oświadczyła. 

Odruchowo skrzywił się na stwierdzenie o wpływie 

Allison na niego, ale zanim zdołał zaprzeczyć, Miranda 
zajęła się kieliszkami z szampanem. 

- Wzniesiesz toast, Ryanie? 
Podczas kolacji Allison odprężyła się i wyglądało na 

to, że rodzina jest nią oczarowana. Na końcu stołu jego 
matka prowadziła ożywioną rozmowę z Lily na temat 
ostatnich planów dotyczących wesela. Żywo gestykulo- 
wała. Poczuł powracające napięcie, kiedy zauważył, że 
jej ożywienie zawiera element histerii. 

Miranda rzuciła się wir organizowania ślubu ze 

swoją zwykłą energią. Zdawał sobie sprawę, że w tym 
czasie musi się czymś zająć. A jeśli Allison jest w cią- 
ży, odciągnie to myśli matki od jej własnych proble- 
mów. 

Poczuł delikatny dreszcz podniecenia. Jakie to uczu- 

cie trzymać własne dziecko w ramionach? Przysiągł so- 

R

 S

background image

bie, że jego dziecko nigdy nie będzie musiało wycho- 
wywać się bez ojca. 

Jeśli Allison będzie w ciąży, to nie odejdzie od niego. 

Znał ją wystarczająco dobrze, żeby być pewnym, że 
jeśli urodzi dziecko, to nigdy nie odejdzie. 

To nie znaczyło wcale, że jej potrzebował, przypo- 

mniał sobie, gładząc ją po włosach. Po prostu polubił 
to, że jego dom stał się taki przytulny, odkąd w nim 
zamieszkała. Podobało mu się, jak swoją kojącą obe- 
cnością i spokojną rozmową odpędzała jego troski. Lu- 
bił sposób, w jaki unosiła twarz do pocałunku i jak się 
do niego przytulała. 

W tym momencie odwróciła twarz i uśmiechnęła się 

do niego. Delikatnie powędrowała dłonią po jego udzie, 
a on ją pociągnął za włosy. 

-  Nie zaczynaj niczego, czego nie jesteś gotowa 

skończyć - szepnął jej do ucha. 

Jej policzki gwałtownie się zaczerwieniły, ale oczy 

patrzyły na niego figlarnie. 

-  Nie zamierzam niczego zaczynać. Już wystarcza- 

jąco mnie zawstydziłeś przed swoją rodziną. 

Poczuł, że się idiotycznie uśmiecha, więc szybko się 

rozejrzał. Przybrał nonszalancki wyraz twarzy. Oczywi- 
ście, że nie potrzebował Allison. Ale przecież nie było 
nic złego w tym, że podobał mu się sposób, w jaki 
wprowadziła czar do jego życia. 

Kolacja okazała się wielkim sukcesem. Jego siostra, 

matka i ciotka wciągnęły Allison do rozmowy. Pytały 

R

 S

background image

o pracę i szpital. Zauważył, że wyszła ze swojej skoru- 
py i rozkwitła. Wyatt znowu patrzył się na jej włosy, 
więc posłał mu ostre jak brzytwa spojrzenie. 

-  Przyglądaj się pożądliwie własnej żonie, szeryfie. 

Ta należy do mnie. 

Kiedy Ryan zachichotał, Wyatt tylko się uśmiechnął. 
-  Uwielbiam własną żonę, ale nie jestem ślepy - 

uniósł brwi. - Ale ty chyba jesteś. Czy dobrze mi się 
wydawało, że powiedziałeś, że znasz ją od czterech lat? 

-  Nie wszyscy są tacy szybcy jak ty i Gabriela - po- 

wiedział Ryan. - Mnie zajęło sporo czasu, zanim zorien- 
towałem się, że to właśnie Lily brakuje w moim życiu. 

Rozmowa toczyła się dalej, ale Kane milczał. Rze- 

czywiście, znał Allison długo, zanim zdecydował się 
oświadczyć. A zrobił to, ponieważ w chwili słabości nie 
mógł zapanować nad namiętnością. Ale teraz, kiedy się 
nad tym zastanawiał, doszedł do wniosku, że cenił ją 
już od bardzo dawna. Wmawiał sobie, że to tylko luźna 
znajomość z pracy, ale coraz częściej szukał jej towa- 
rzystwa. Wiedział, że nigdy nie odmówi mu spotkań. 
Wykorzystał to i uniemożliwił jej zawieranie innych 
przyjaźni i związków. 

 
Poranek w dniu ślubu Allison był pogodny i słone- 

czny, wkrótce zrobiło się zadziwiająco ciepło jak na 
styczeń. Idealny dzień na ślub. 

Tuż przed jedenastą wyruszyli do historycznej 

dzielnicy 

R

 S

background image

La Villitia. Mały kościółek był usytuowany tuż nad rzeką. 

R

 S

background image

Kiedy dotarli, Miranda, Ryan i Lily już tam byli. 

Miranda i Lily dołączyły do Allison na zewnątrz, pod- 
czas gdy Kane przemierzył schody prowadzące do wą- 
skiego, sklepionego wejścia. Witraż nad ołtarzem lśnił 
bogatymi barwami w promieniach słońca. 

-  Proszę, kochanie. - Lily podała jej wiązankę z lilii 

i bladoróżowych róż, umoszczonych w delikatnych 
listkach paproci. Do sukni Mirandy przypięła podobny 
miniaturowy bukiecik i wyruszyła w poszukiwaniu 
mężczyzn, żeby zatknąć im róże w butonierkach. 

-  Wyglądasz przepięknie. - Do oczu Mirandy na- 

płynęły łzy. 

-  To zasługa tej ślicznej sukni. - Allison pogładziła 

prostą, jedwabną suknię. - Bez twojej pomocy nigdy 
nie znalazłabym czegoś tak wspaniałego. - Miranda za- 
brała ją na zakupy, ignorując jej protesty i twierdzenie, 
że kostium w zupełności wystarczy. Oświadczyła, że 
Kane chce zobaczyć Allison w bieli, i to przesądziło 
sprawę. 

-  To nie suknia. - Miranda uśmiechnęła się. - Chociaż 

to wspaniała kreacja. To ty, kochanie. Ty błyszczysz. - 
Spojrzała w kierunku ołtarza. Na tle gładkiej powierzchni 
stały wazony z pięknymi różowymi i białymi gladiolami, 
różami i liliami. Smukłe świece w świecznikach były 
przystrojone bluszczem i maleńkimi różyczkami. Ten 
sam 
motyw był widoczny na balustradzie otaczającej ołtarz. 
- Czy ten kościół nie jest przepiękny? 

R

 S

background image

-  Jest - powiedziała z czcią Allison. - Nadal nie 

R

 S

background image

mogę uwierzyć, że bierzemy tu ślub - roześmiała się 
skrępowana. - Nie mogę uwierzyć, że się pobieramy. 

-  To uwierz - odpowiedziała Miranda stanowczo. 

- Kane nie może sobie pozwolić na to, żebyś od niego 
odeszła. - Jej wzrok złagodniał. - Zawsze się o niego 
martwiłam. Te nieliczne dziewczyny, które poznałam, 
były płytkie i egocentryczne. Zaczynałam się martwić, 
że celowo zwiąże się z taką kobietą. Mój syn jest samot- 
nikiem, a ten typ kobiety nie zagroziłby jego samotno- 
ści - zawahała się. - Ale ty jesteś zupełnie inna. Kane 
stał się bardziej otwarty. Dziękuję, że go kochasz. 

-  Kocham go, odkąd się poznaliśmy - uśmiechnęła 

się. - Ale nie wydawało mi się, że mnie zauważy. 

-  Dzięki Bogu, że to zrobił! 
Miranda odwróciła się i wyciągnęła z torby zwój hi- 

szpańskiej koronki. 

-  Oto welon, który ci obiecałam. - Uniosła delikat- 

ny materiał. - Należał do Rosity Perez, gospodyni, któ- 
ra mnie wychowała. Kilka panien młodych z rodziny 
Fortune'ów i Perezów go nosiło. To będzie wiele zna- 
czyło dla Ryana. 

-  Jest przepiękny. - Allison stała bez ruchu, podczas 

gdy Miranda go upinała i rozkładała na jej rozpuszczo- 
nych włosach. - Dziękuję, że mi go pożyczyłaś. 

-  Cała przyjemność po mojej stronie. Ja go nigdy 

nie nosiłam - powiedziała Miranda ze smutkiem. 

-  Masz jeszcze czas - powiedziała Allison. - Może 

twój książę z bajki stoi tuż za rogiem. 

R

 S

background image

Lecz Miranda nie uśmiechnęła się. 
-  Spotkałam swojego księcia z bajki wiele lat temu 

i zmarnowałam okazję. Od tej pory nie mam złudzeń. 
Jeśli uda mi się przeżyć resztę życia, nie marnując go 
bardziej, niż robiłam to do tej pory, będę zadowolona. 

-  Zadowolona to nie to samo co szczęśliwa. - Alli- 

son objęła Mirandę i taktownie zmieniła temat. - Chcę 
ci podziękować za wszystko, co zrobiłaś, by uczynić ten 
dzień wyjątkowym. Szkoda, że nie ma mojej mamy. 

-  Ja też bym tego chciała. Kane mnie zabije, jeśli 

przeze mnie się rozpłaczesz. 

-  Wszystko gotowe! - Lily podeszła pośpiesznie do 

bocznej nawy. - Właśnie przyszli Gabriela i Wyatt. - 
Zatrzymała się kilka kroków przed Allison. - Wyglą- 
dasz pięknie, kochanie. Twoje włosy i ten welon... 
i twoja suknia... - Jej ciemne oczy błyszczały. - Rzu- 
cisz Kane'a na kolana! - podeszła i delikatnie uścisnęła 
Allison, całując ją w policzek. - Powodzenia. 

Ryan podszedł do nich, szeroko się uśmiechając. 
-  Jesteś gotowa, Allison? Kane powiedział, że pora 

zaczynać to przedstawienie. - Przerwał, w jego oczach 
pojawił się błysk męskiego uznania. - Wyglądasz bar- 
dzo ponętnie. - Potem zwrócił się do siostry: - Chodź, 
Mirando, pora zająć miejsca w pierwszym rzędzie. 

Wrócił za chwilę i podał Allison ramię. 
-  Dziękuję, że mnie poprowadzisz - powiedziała 

z szacunkiem. Jak to możliwe, że Ryan Fortune prowa- 
dzi ją do ołtarza? Potem ogarnął ją smutek i żal. Pra- 

R

 S

background image

wdopodobnie jej ojca nie byłoby tu nawet, gdyby żył. 
Nie była gotowa, żeby mu przebaczyć osiem miesięcy 
temu. Na tę myśl poczuła wzbierające łzy. 

-  Cała przyjemność po mojej stronie. 
Odwrócił się i skinął na organistę, który przez cały 

czas cicho grał, tworząc nastrój. Przy pierwszych ta- 
ktach marsza weselnego pochylił się i delikatnie poca- 
łował Allison w czoło. 

-  Witaj w rodzinie, kochanie. 
Ceremonia była krótka i konwencjonalna, ale dzięki 

Mirandzie miała piękną oprawę. Kiedy szła w kierunku 
ołtarza u boku Ryana, całkowicie skupiła się na Kanie. 
Jego twarz była poważna, ale błysk uznania, który po- 
jawił się w jego oczach, upewnił ją, że podoba mu się 
jej strój. Poczuła gwałtowny przypływ szczęścia, kiedy 
Kane przejął jej dłoń od Ryana. Gabriela i Wyatt razem 
z Patience stali po drugiej stronie ołtarza. 

Zanim się zorientowała, powtarzała słowa przysięgi 

małżeńskiej pewnym i cichym głosem. Potem on wy- 
powiedział sakramentalne słowa, patrząc jej cały czas 
w oczy. Mgliście uświadomiła sobie, że Miranda płacze. 
Wymienili się obrączkami i po krótkim błogosławień- 
stwie ksiądz oznajmił, że została panią Fortune. 

Po uroczystości Miranda poprowadziła ich dookoła 

niskiego, kamiennego muru na dziedziniec, gdzie cze- 
kał fotograf. Allison zastanawiała się, czy po wywołaniu 
zdjęć na jej twarzy będzie widoczna miłość, którą darzy 
tego wysokiego, ciemnowłosego mężczyznę. 

R

 S

background image

 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 
Obiad weselny w pobliskim hotelu, przygotowany 

przez jego matkę, wydawał się ciągnąć w nieskończo- 
ność. Kane ledwo powstrzymywał niecierpliwość. Ma- 
rzył, żeby to wszystko wreszcie się skończyło. Chciał 
zacząć normalne życie ze swoją żoną. 

Jego żona. Nie spodziewał się, że tak będzie mu się 

podobało brzmienie tych słów. Kiedy podszedł kelner, 
żeby zaproponować kawę, doszedł do wniosku, że ma 
dość wesela. Pora na tę dobrą część. 

Podniósł się, wyciągając rękę do Allison. Wstała i po- 

dała mu dłoń z wyrazem zdziwienia na ślicznej twarzy. 

-  Musimy już iść - poinformował ją. 

Wydawała się trochę zaniepokojona. 

-  Mamy gości... 
-  Zabawią się sami - oświadczył. - Czeka na nas 

apartament dla nowożeńców. 

-  Apartament? - Wyglądała na oszołomioną. Potem 

jej twarz rozświetlił spontaniczny uśmiech. - Powie- 
działeś, że nie mamy czasu na miesiąc miodowy. 

Uśmiechnął się, zadowolony, że udało mu sieją za- 

skoczyć. 

R

 S

background image

-  Bo nie mamy. Ale pomyślałem sobie, że w naszą 

noc poślubną zrobimy coś wyjątkowego. Zarezerwowa- 
łem apartament w La Mansion del Rio. 

-  La Mansion! - Głos Allison odzwierciedlał szok, 

jakiego doznała. 

La Mansion był jednym z najlepszych hoteli w San 

Antonio, mieścił się w dawnej szkole i szczycił się naj- 
piękniejszym widokiem na rzekę. Kane nie mógł sobie 
wyobrazić lepszego miejsca na ich noc poślubną. A ze 
sposobu, w jaki zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowa- 
ła, wywnioskował, że jego żona też tak uważa. 

-  Jesteś pewny? - zapytała. - Wiem, że masz dyżur. 
-  Tak - powiedział swobodnie, obejmując ją wpół. 

- Zadzwoniłem do doktor Ankary, obiecała mnie dzisiaj 
zastąpić. Była zachwycona, że może pomóc. 

-  Musimy najpierw pojechać do domu, żebym mog- 

ła się spakować. 

-  To już załatwione - powiedział. - Dzisiaj rano da- 

łem listę gospodyni. Torba jest w bagażniku. Idziemy, 
moja żono. Czeka nas noc poślubna. 

 
Podróż minęła bardzo szybko. Wkrótce zameldowali 

się w luksusowym hotelu. Ponieważ Allison nadał była 
w sukni ślubnej, wszyscy wiedzieli, że są nowożeń- 
cami. 

Apartament urządzony w stylu kolonialnym był cza- 

rujący. Przyniesiono ich bagaże i wreszcie zostali sami. 
Doktor i pani Kane Fortune. To mu się bardzo podobało. 

R

 S

background image

Lubił sobie wyobrażać, że Allison będzie z nim już na 

zawsze. 

Wyszła na balkon, z którego rozciągał się widok na 

rzekę. Wkrótce do niej dołączył. Oparł się o balustradę, 
przyglądając się wspaniałemu krajobrazowi. 

-  Dziękuję - powiedziała. 
-  Proszę bardzo. - Samo stanie przy niej spowodowa- 

ło, że jej zapragnął. Chwycił ją za rękę i wciągnął do 
pokoju, obejmując ramionami. - Co muszę zrobić, żebyś 
zdjęła suknię? - zapytał, zamykając drzwi balkonowe. 

Uśmiechnęła się. 
-  To proste. Z tyłu jest zamek błyskawiczny. Twoja 

matka chciała go zastąpić setką małych guziczków. To 
był jedyny raz, kiedy się z nią nie zgodziłam. 

Już rozpinał zamek, sukienka opadła jak biały obłok. 

Kiedy na nią popatrzył, szeroko otworzył usta ze zdzi- 
wienia. 

-  Skąd to masz? 
Miała na sobie jaskrawoczerwone body, które ledwie 

osłaniało jej piersi, koronka szczelnie opinała wąską 
talię i rozszerzała się ku dołowi, sięgając do bioder. Jego 
oczom ukazał się mały trójkącik majteczek. Do body 
przyczepione były koronkowe podwiązki, które pod- 
trzymywały beżowe jedwabne pończochy. Nadal miała 
na nogach białe sandałki na wysokich obcasach. Nie 
mógł się powstrzymać od klęknięcia przed nią i ucało- 
wania aksamitnej skóry. 

-  Dostałam to od twojej siostry. - Położyła mu ręce 

R

 S

background image

na głowie, przeczesując palcami włosy. - Wymusiła na 
mnie obietnicę, że dzisiaj to włożę. 

-  Przypomnij, żebym jej podziękował. Dobrze, że 

nie wiedziałem, że masz to pod sukienką. - Przesuwał 
ustami po koronce i ciele. - Nie doszlibyśmy do ołtarza. 

Głośne pukanie do drzwi przestraszyło ją. Kto to 

może być? 

Kane wstał z westchnieniem. 
-  Nie ruszaj się nawet o centymetr. - Podszedł do 

drzwi, wyciągając z kieszeni napiwek. Podpisał rachu- 
nek i podziękował kelnerowi. Sam wprowadził do po- 
koju mały barek na kółkach. - Szampan i tartinki - po- 
wiedział. - Chcę, żebyśmy rozpoczęli nasze życie jak 
należy. 

-  Jesteś bardzo... troskliwy. - Jej oczy były ogrom- 

ne i podejrzanie błyszczały. Przez chwilę miał poczucie 
winy. Od chwili, kiedy postanowili się pobrać, nie miała 
wielu powodów, żeby spodziewać się po nim roman- 
tycznych zachowań. 

-  Chciałem, żeby ten dzień był dla ciebie wyjątko- 

wy. - Nie ruszyła się, więc podszedł do niej, chwycił 
za ręce i podprowadził do barku. 

Spojrzała na siebie. 
-  Nie mogę chodzić tak ubrana - zaczerwieniła się. 
-  Dlaczego? Oprócz mnie nikt cię nie widzi. Jest na 

co popatrzeć. - Objął ją i szybko pocałował. Potem za- 
brał rękę, chichocząc cicho. - Może zamówienie szam- 
pana nie było najlepszym pomysłem. Nie wiem, czy uda 

R

 S

background image

mi się utrzymać ręce przy sobie na tyle długo, żeby 
otworzyć butelkę. 

-  To był wspaniały pomysł - wyszeptała. - Nie 

oczekiwałam, że weźmiesz sobie wolne, ale jestem 
szczęśliwa, że to zrobiłeś. 

Jej wdzięczność zaniepokoiła go. Dlaczego tak bar- 

dzo sprzeciwiał się pomysłowi podróży poślubnej? 
Wmawiał sobie i jej, że nie może wziąć tygodniowego 
urlopu, ale prawda była taka, że od czterech lat nie był 
na żadnych wakacjach. Już dawno powinien mieć prze- 
rwę w pracy. 

Lecz Allison oczekiwała tak niewiele, więc nie kwe- 

stionowała jego decyzji. Uznał, że Allison dostosuje się 
do jego życia. Nieustannie go wspierała, była ciepła 
i chętna. 

Poczuł się winny i zawstydzony. Obiecał, że to zmie- 

ni. Zrobił niewiele, żeby jej pokazać, że mu się podoba 
i że zmieniła jego życie. Miał nadzieję, że czekający na 
nich posiłek uświadomi jej to. 

Ominął stojący przed nim kobiecy skarb i podszedł 

do barku. Z wprawą otworzył półwytrawnego szampa- 
na; uważał, że będzie odpowiedni do przekąsek. 

-  Zrobiłeś to jak profesjonalista - zauważyła 

z uśmiechem.   

-  Lubię wino - odpowiedział, podając jej kieliszek. 
-  Wszystko, co wiem o winie, może się zmieścić 

tutaj - wskazała na opuszkę małego palca. 

-  To dobrze, że teraz masz mnie. 

R

 S

background image

-  Nadal nie mogę uwierzyć, że się pobraliśmy. 
-  No to uwierz. - Podszedł do niej i objął ją. Zamy- 

kając oczy, rozkoszował się tą chwilą. Uniósł kieliszek. 
- Proponuję toast. 

W odpowiedzi uniosła swój, patrząc mężowi w oczy. 
-  Za radości związane z małżeństwem. - Trącił się 

z nią kieliszkiem. 

-  Za radości - powtórzyła miękko. 
Dałby sobie spokój, gdyby toast nie wydał mu się 

płytki i mało osobisty. Nie mógł się zmusić, żeby odejść 
od niej. Jeszcze raz podniósł swój kieliszek. 

-  I za moją piękną żonę i lata, które przeżyjemy 

szczęśliwie. 

Natychmiast napłynęły jej do oczu łzy. 
-  Za wiele szczęśliwych lat - wyszeptała. 

Odstawił kieliszki. 

-  Doprowadzasz mnie to szaleństwa - mruknął. - 

Zamierzałem zabrać cię na River Walk, zanim pójdzie- 
my na kolację, ale... 

-  Ale... - znowu przytuliła się do niego. - Zawsze 

możemy przyjechać na River Walk. Tutaj spędzimy tyl- 
ko jedną noc - przyciszyła głos. - Może powinniśmy 
zmienić nasze priorytety. 

Roześmiał się. 
-  Wypiję za to - powiedział, pochylając głowę do 

pocałunku. Odpowiedziała natychmiast ze słodką na- 
miętnością. Prawie spaliła go żywcem, kiedy objęła go 
za szyję i zanurzyła palce w jego włosach. 

R

 S

background image

Czuł przyśpieszone bicie serca, na chwilę przestał ją 

całować i powiedział: 

-  Jesteś moja. 
Wydała cichy okrzyk i mocniej się przytuliła. Zaczę- 

ła go namiętnie pieścić. W pewnym momencie przerwał 
jej, chwytając ją za rękę. Tylko się uśmiechnęła. 

-  Spójrz. 
Zerknął w dół i poczuł kolejny przypływ pożądania. 

Jej czerwone majteczki były związane z boku jedwab- 
nym sznureczkiem. Kiedy pociągnęła za jeden koniec, 
opadły lekko na podłogę. 

Gwałtownie wciągnął powietrze. 
-  Jeśli chcesz mnie doprowadzić do szaleństwa, to 

ci się udało. - Zaczął powoli całować każdy centymetr 
jej ciała. I już przez jakiś czas nie rozmawiali. 

Przerywając pieszczoty, rozejrzał się i zaczął śmiać. 
-  Łóżko stoi tam. 

Ona też się roześmiała. 

-  Wypróbujemy je później. 
-  A dlaczego nie teraz? 
-  Teraz? - Była zaskoczona. - Myślałam, że mu- 

sisz... 

Pokazał jej, że wcale nie potrzebuje odpoczynku. 
Uśmiechnęła się odrobinę drwiąco. 
Wziął ją na ręce i skierował się w stronę łóżka. 
-  Chociaż po zastanowieniu się... - powiedział, kie- 

dy przechodzili obok toaletki. 

-  Łóżko jest bardzo daleko. Czy uda ci się tam dojść? 

R

 S

background image

Odwrócił się i posadził ją na toaletce. 
-  Oczywiście, że mi się uda - powiedział. - Ale nie 

tym razem. 

 
Reszta dnia okazała się doskonała. Zanim poszli na 

kolację, spacerowali nad rzeką. Kane trzymał ją za rękę, 
delikatnie przesuwając kciukiem po jej obrączce. Nie 
rozmawiali wiele. 

Kolację jedli u Boudro przy River Walk. Kane spe- 

cjalnie zamówił stolik z widokiem na rzekę. W srebr- 
nym kubełku chłodziła się butelka szampana. Stolik, do 
którego zaprowadził ich szef sali, był ozdobiony bukie- 
tem białych róż. Poczuła, jak napływają jej do oczu łzy. 
Odwróciła się do niego i wspinając się na palce, poca- 
łowała go w świeżo ogolony podbródek. 

-  Dziękuję - powiedziała - że uczyniłeś ten dzień 

tak wyjątkowym. 

-  Chciałem, żeby był niezapomniany - odparł. - To 

pierwszy dzień naszego wspólnego życia. Powinien być 
wyjątkowy, coś, o czym będziemy mogli opowiedzieć 
naszym dzieciom - uśmiechnął się szeroko. - Co pra- 
wda, będziemy musieli ocenzurować to, co im powiemy 
o naszym pierwszym spotkaniu. 

Zrobiła zabawną minę. 
-  Razem pracowaliśmy - podsumowała. - Któregoś 

dnia zrozumieliśmy, że chcemy się pobrać. 

-  Trochę okrojone ze szczegółów, prawda? - Kane 

zachichotał. - Miejmy nadzieję, że będziemy mieli sy- 

R

 S

background image

na, a nie córkę. Nie mogę sobie wyobrazić, żeby dziew- 
czynkę zadowoliło takie skąpe wyjaśnienie. 

Syn... córka. Czuła się ociężale, jak zawsze przed 

okresem. Wątpiła, czy będą musieli się martwić nieza- 
planowaną ciążą i chociaż powinna być zadowolona, to 
tak bardzo pragnęła dziecka Kane'a... 

-  Co się stało? - ujął ją za ręce. 
-  Nic - udało jej się uśmiechnąć. - Myślałam o tym, 

jaki piękny był nasz ślub. 

Przyjął jej słowa za dobrą monetę. Podziękował, że 

pozwoliła jego matce pomóc w zorganizowaniu uroczy- 
stości, a potem podszedł do nich kelner. 

Ich gra miłosna trwała przez cały wieczór. Zdjęła 

sandałek i przesunęła stopą po jego udzie. Prawie spadł 
z krzesła. 

-  Przestań - mruknął, usiłując wyglądać groźnie. - 

Pozostali goście przeżyją szok, kiedy wstanę. 

Uśmiechnęła się kusząco. 
Kiedy posiłek dobiegł końca, ten sam kelner przy- 

niósł im jeden kawałek cytrynowego ciasta. Kane do- 
wiedział się, że Allison uwielbia to ciasto. Jak na męż- 
czyznę, który nie miał czasu wyjechać w podróż po- 
ślubną, zadał sobie bardzo dużo trudu, żeby uczynić ten 
dzień wyjątkowym. 

Zanim opuścili restaurację, poprosił o zawinięcie 

róż, które jej wręczył. 

Ale wieczór jeszcze się nie skończył. Przywołał jedną 

z malowniczych łódek i pomógł jej wsiąść. Zapłacił 

R

 S

background image

przewoźnikowi, żeby nie zabierał dodatkowych pasaże- 
rów. Zaprowadził ją na tył łódki, gdzie usiedli na ła- 
weczce. Pozwolili, żeby ukołysały ich fale. Kane objął 
ją, a ona oparła głowę na jego ramieniu. 

Nieważne, co przyniesie przyszłość, pomyślała, za- 

wsze będę miała te wspomnienia. 

Cofnął ramię, więc popatrzyła na niego pytająco. 
W odpowiedzi wsunął rękę do kieszeni i położył jej 

na 
kolanach małe, zapakowane w srebrny papier pudełeczko. 

-  Co to jest? - Dotknęła błyszczącej wstążki nie- 

pewnym palcem. 

-  Prezent dla mojej żony. - Jego oczy patrzyły na 

nią cieplej niż kiedykolwiek przedtem. Dłonią gładził 
ją po ramieniu. 

-  Ale ja ci niczego nie kupiłam! - Była zrozpaczona. 

Nie spodziewała się tego. 

-  Allison - ujął ją za podbródek, unosząc jej twarz, 

żeby spojrzała mu w oczy. - Zmieniłaś moje życie na 
lepsze. Nie wiesz, że dałaś mi więcej darów, niż mogę 
policzyć? 

Uśmiechnęła się smutno. 
Wzięła od niego pudełko i potrząsnęła delikatnie, 

potem wolno i ostrożnie rozwiązała wstążkę. Odkleiła 
taśmę, nie uszkadzając papieru, który następnie złożyła. 

-  Nie mów mi, że jesteś jedną z tych pedantek. - 

Kane westchnął z przesadną niecierpliwością. - Nie 
mogę znieść tego napięcia. Po prostu otwórz. 

R

 S

background image

-  Nie lubię się śpieszyć - pogłaskała go po policzku. 
- Gdy się otworzy, mija element oczekiwania. - 

Powoli 
uniosła wieczko. W środku, na granatowym aksamicie, 
leżał drobiazg grubo owinięty bibułką, którą ostrożnie 
odsunęła... 

Był to miniaturowy kryształowy kotek, bawiący się 

kłębkiem złotej włóczki. 

Gwałtownie wciągnęła powietrze i wybuchnęła pła- 

czem. 

-  Co... - Kane wyprostował się, odebrał jej kryszta- 

łową figurkę i wziął ją w ramiona. - Nie podoba ci się? 

- W jego zazwyczaj opanowanym głosie 

pobrzmiewała 
panika. 

-  Nie chodzi o to - powstrzymała szloch. - Jest 

piękny. 

-  Więc o co chodzi? 

Pociągnęła nosem i zamknęła oczy. 

-  To dlatego, że pamiętałeś o mojej kolekcji. W tym 

roku po raz pierwszy nie otrzymałam na urodziny kota. 
Bez względu na to gdzie był, mój ojciec zawsze pamię- 
tał o moich urodzinach - westchnęła gładząc maleńkie- 
go kotka. - To wspaniały gest. Nigdy nie wyobrazisz 
sobie, ile dla mnie znaczy. Dziękuję. 

Pocałował ją w czoło. 
-  Cieszę się. Spójrz na to w ten sposób: twój ojciec 

przekazał pochodnię twojemu mężowi. Twoje kryszta- 

R

 S

background image

łowe koty są tradycją kontynuowaną przez mężczyzn 
w twoim życiu. 

Wyczuwając jej wewnętrzną udrękę, Kane przyciąg- 

nął ją do siebie, gładząc ją po plecach. 

R

 S

background image

-  Chociaż nie ma go tu, jestem pewien, że wie, że 

ci na nim zależy. 

Przytaknęła. 
-  Mam taką nadzieję. 
Zapanowała między nimi długa, przynosząca od- 

prężenie cisza. Łódka sunęła po spokojnej rzece. Od- 
łożyła prezent do pudełeczka i Kane schował je do 
kieszeni. 

Po długiej chwili powiedziała: 
-  Kiedy byłam mała, bawiłam się tymi kotkami. 

Matka 
zawsze mnie pilnowała. Chyba bała się, że stłukę 
któregoś. 
Ale po odejściu ojca już nie zwracała na to uwagi. 

-  Była za bardzo zajęta wiązaniem końca z końcem? 
-  Nie - Allison pokręciła głową. - Co prawda nie- 

często mnie odwiedzał, ale punktualnie płacił alimenty 
- wzruszyła ramionami. - Po jego odejściu mama nie 
wstawała z łóżka. 

-  Wcale? 
-  Leżała w łóżku, kiedy wychodziłam do szkoły, 

a kiedy wracałam, też leżała. Czasami wstała i przygo- 
towała kolację, ale zazwyczaj zapominała. Teraz wiem, 
że była w depresji, ale wtedy uważałam, że ojciec jej to 
zrobił. I mnie. 

Kane gładził ją po włosach. 
-  Brzmi przerażająco. 
-  Bo takie było. Stopniowo matce się polepszyło, ale 

R

 S

background image

już nigdy nie była jak przedtem. - Usiłowała odpędzić 
od siebie zły nastrój, nie chcąc popsuć tego wspaniałego 

R

 S

background image

wieczoru. - Wygląda na to, że oboje mieliśmy bezna- 
dziejnych ojców. 
Zgodził się z nią. 

-  Ale to było dawno temu. Popatrz na nas - z uśmie- 

chem odwróciła się do niego. - Uczyniłeś mnie szczę- 
śliwszą, niż kiedykolwiek byłam. 

-  To dobrze. Chcę, żebyś była szczęśliwa. 

Wysiedli w tym samym miejscu, w którym zatrzymali 

łódkę. Szli wzdłuż rzeki milcząc i trzymając się za 

ręce. 
Kiedy weszli na luksusowy teren hotelu, przyciągnął ją 
do 
siebie i całował, póki nie zakręciło jej się w głowie. Mu- 
siała złapać go za ramiona, żeby odzyskać równowagę. 

Wziął ją na ręce i zaniósł do pokoju. Zawstydzona, 

ukryła twarz na jego ramieniu. Nie mogła nikomu spoj- 
rzeć w oczy. 

Kiedy już znaleźli się w pokoju, kochał się z nią bez 

końca, pieszcząc ją i całując, jak gdyby robili to po raz 
pierwszy. 

Później Allison przespała całą noc w ramionach mę- 

ża. Rano wzięli wspólny prysznic i zamówili śniadanie. 
Potem pojechali do domu. 

 
Dwa dni później zjawili się u Mirandy, żeby oddać 

welon. Allison poczuła znajome uczucie podniecenia, 
kiedy uświadomiła sobie, że teraz należy do rodziny 
Fortune'ów. 

R

 S

background image

Miranda powitała ich serdecznie. 
-  Zostaniecie na kolacji? Nie musicie, jeśli macie 

R

 S

background image

inne plany. Obiecuję, że nie będę jedną z tych wiecznie 
wtrącających się teściowych. 
Allison roześmiała się. 

-  Jakoś ten opis nie pasuje do ciebie. 
Zjedli kolację w kuchni, a jego matka zarzucała ich 

pytaniami. Allison zostawiła opowiadanie Kane'owi, bo 
wiedziała, że bez przerwy by się czerwieniła, wspomi- 
nając tamte magiczne dwadzieścia cztery godziny. Wte- 
dy Kane wydawał się zupełnie innym mężczyzną, takim 
który kocha swoją żonę. 

Właśnie kończyli kolację, kiedy odezwał się majesta- 

tyczny dźwięk dzwonka. Miranda wyglądała na zdzi- 
wioną. 

-  Nikogo się nie spodziewałam - podniosła się, ale 

Kane skinął na nią, by usiadła. Wstał i odłożył serwetkę. 

-  Zostań, mamo, ja otworzę. 
Przeszedł przez salon do holu. Mocnym pociągnię- 

ciem otworzył ciężkie drzwi. 

-  Dobry wieczór. Czym mogę służyć? 
Stały tam dwie osoby; mężczyzna mniej więcej jego 

wzrostu w eleganckim kremowym kapeluszu kowboj- 
skim i kobieta w za ciasnej i za krótkiej różowej su- 
kience. 

-  Przyszedłem się spotkać z Mirandą Fortune. - 

Głos mężczyzny był niski. Lekko drżał ze zdenerwowa- 
nia i często odwracał wzrok. Kane zastanowił się, czy 
mu kogoś nie przypomina. Prawdopodobnie był po- 
dobny to kogoś, z kim ostatnio rozmawiał. Jako lekarz 

R

 S

background image

wiedział, że nie należy wyciągać pochopnych wnio- 
sków. Ale coś w tym mężczyźnie go irytowało. 

-  W tej chwili pani Fortune jest zajęta - powie- 

dział gładko Kane. - Niech pan zadzwoni jutro, by się 
umówić. 

Zaczął zamykać drzwi, ale kobieta zrobiła krok do 

przodu i chwyciła go za rękę. 

-  Pani Fortune na pewno będzie chciała się z nami 

spotkać. 

-  Bądź cicho, Leeza. - Mężczyzna gwałtownie ją 

odciągnął, ale włożył nogę między drzwi. - Niech pan 
przyprowadzi, Mirandę. To zajmie jej tylko chwilę. 

-  Posłuchaj, kowboju - powiedział Kane niebez- 

piecznie cichym głosem - możesz odejść spokojnie 
albo ci pomogę. Obiecuję, że ci się nie spodoba. - Ce- 
lowo naprężył mięśnie, patrząc mężczyźnie w oczy. 

-  Kane? Kto to jest? 
Zauważywszy Mirandę, mężczyzna rozluźnił się. 
-  Randi! Waśnie przyjechałem do miasta i przyszed- 

łem się przywitać. - Potem popatrzył na Kane'a taksu- 
jącym wzrokiem. - Zawsze zastanawiałem się, na jakie- 
go mężczyznę wyrośniesz. 

-  Lloyd... - Kiedy matka się cofnęła, Kane instynk- 

townie otoczył ją ramieniem. 

Ten mężczyzna ze zniszczoną twarzą i zadziwiająco 

czarującym uśmiechem był jego ojcem. Człowiekiem, 
który przez trzydzieści lat nie zadał sobie trudu, by 
skontaktować się z własną rodziną. 

R

 S

background image

 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 
-  Czy to nie wspaniałe? - Lloyd skierował miły 

uśmiech w stronę syna. - Wyrosłeś na świetnego chło- 
paka. 

-  Dla ciebie jestem doktor Fortune. 
-  Jesteś lekarzem? Niebywałe! - Jego twarz spo- 

chmurniała. - Zmieniłeś nazwisko na Fortune? 

Kane zignorował to pytanie. Opierał się o drzwi, le- 

dwo się powstrzymując, by ich nie zatrzasnąć. 

-  Domyślam się, czego chcesz. 
-  Liczę na to - odezwała się ponownie kobieta w ró- 

żowej sukience. - Taki sprytny facet jak ty... 

-  To moja żona, Leeza. - Lloyd wtrącił się. - My... 

my... - przerwał, zdjął kapelusz i wytarł nim błyszczą- 
ce od potu czoło. - Przyszliśmy porozmawiać z twoją 
matką o pewnej sprawie. 

-  Masz na myśli szantaż - wycedził przez zaciśnięte 

zęby Kane. 

-  To nie dotyczy ciebie, synu - powiedział Lloyd. 

- To prywatna sprawa między twoją matką i mną. 

-  Nie mam tajemnic przed synem. - Miranda po- 

ciągnęła go za rękaw koszuli, sygnalizując, by otworzył 

R

 S

background image

drzwi. - Chodźmy do mojego gabinetu i podajcie nam 
swoje żądania. 

-  Kane? - Odwrócił się, kiedy matka prowadziła do 

gabinetu nieproszonych gości. 

-  Długo cię nie było. Czy coś się stało? 
-  Przyszedł mój ojciec. - Chwycił Allison za ramio- 

na i odwrócił ją w kierunku jadalni. - Na pewno nie 
chcesz go poznać. Matce i mnie zajmie to tylko kilka 
minut. - Westchnął. - Jeśli usłyszysz krzyki, to znaczy, 
że duszę tego drania. 

Allison zaczęła gładzić go uspokajająco po ręce. Jej 

oczy były zatroskane i szeroko otwarte. 

-  Nie rób niczego pochopnie - poprosiła i wróciła, 

skąd przyszła. 

Odwrócił się na pięcie i wszedł do gabinetu. Matka 

siedziała za swoim eleganckim biurkiem. Pozostawiła 
przybyszów stojących niezręcznie na środku pokoju. Jej 
taktyka go nawet trochę rozbawiła, mimo powagi sytu- 
acji. Szybko stanął tuż za nią. 

-  Czy ta mała blondynka jest twoją żoną? - Lloyd 

nieproszony usadowił się w jednym z foteli, a jego żona 
zrobiła to samo. 

-  Czemu chcesz wiedzieć? - Kane rzucił mu 

wściekłe spojrzenie. 

-  Bez powodu - odparł. - Chciałem wiedzieć, czy 

jesteś szczęśliwy. 

-  Twoja troska przyszła trochę za późno. 

Miranda odchrząknęła. 

R

 S

background image

-  Powiedz nam, czego chcesz. 
-  Przecież wiesz, czego chcemy! - przenikliwy głos 

Leezy Carter działał mu na nerwy. 

-  Mam tu pewne informacje... - zaczął Lloyd. 
-  Nawet nie myśl, żeby jej to pokazać, zanim dosta- 

niesz pieniądze! - wrzasnęła jego żona. 

Lloyd przestał mocować się z kieszenią. Zapanowała 

niezręczna cisza. 

-  Dlaczego mi to robisz, Lloyd? - Miranda nie spu- 

szczała wzroku z mężczyzny, który kiedyś był jej mę- 
żem. 

-  No cóż... 
-  Masz kupę forsy, damulko. Nie zbiedniejesz. - 

Leeza pochyliła się agresywnie. 

Miranda nawet na nią nie spojrzała.         
-  Rozmawiam z Lloydem - powiedziała cicho, ale 

chłodno i stanowczo, tonem nie znoszącym sprzeciwu. 
Wzburzona Leeza zamilkła. 

-  Życie obeszło się z tobą łaskawie, Randi. - Głos 

Lloyda był przytłumiony. - Kiedyś zarobiłem jakąś for- 
sę, ale teraz jest mi trochę ciężko. - Zmarszczył brwi, a 
w jego głosie zabrzmiały wojownicze tony. - Kilka lat 
temu zainwestowałem w firmę hodowlaną, ale potem 
twój brat dostał kontrakt, o który my się staraliśmy, 
i straciłem wszystko. Znowu musiałem wyruszyć w tra- 
sę, by oddać długi. Jeszcze ich nie spłaciłem. 

-  Mamy prawo żyć jak inni - wtrąciła jego żona. 

- Pięćdziesiąt tysięcy to kropla w morzu. - Popatrzyła 

R

 S

background image

pogardliwie na męża. - Mówiłam ci, że powinniśmy 
zażądać miliona. 

-  Potrzebujemy tylko pięćdziesięciu tysięcy - odpo- 

wiedział Lloyd, zaciskając zęby. 

-  Szantaż i wymuszenie nie są powszechnie akcep- 

towaną formą zarabiania pieniędzy. - Miranda spojrzała 
na byłego męża. - Jeśli zapłacę ci teraz, skąd będę miała 
pewność, że w przyszłym miesiącu nie pojawisz się na 
moim progu, żądając kolejnej jałmużny za milczenie? 

Lloyd uniósł prawą rękę. 
-  Dam ci swoje słowo. 
Kane nawet nie próbował ukryć kpiącego uśmiechu. 
-  A my wiemy, jak bardzo jest godne zaufania. Po- 

patrz, jak wiernie dotrzymałeś przysięgi małżeńskiej. 

Jego ojciec gwałtownie się zaczerwienił. Odwrócił 

się w stronę Kane'a. 

-  Nie wiesz, jak było naprawdę, chłopcze, więc nie 

bądź taki prawy. Żałuję, Randi, że nie mogę cofnąć tych 
lat. Nie stać mnie było na utrzymanie ciebie i dziecka. 
Musiałem jeździć na rodeo. To nie moja wina, że nie 
wyszło tak, jak chciałem. 

-  Nie musisz ich przepraszać. - Głos Leezy za- 

brzmiał ostro. - Weźmy to, po co przyszliśmy, i wynoś- 
my się. 

Kane obserwował, jak jego ojciec zareagował na ten 

komentarz. Skurczył się w sobie. 

-  Musisz uwierzyć mi na słowo - powiedział Miran- 

dzie. - Nic innego nie mogę zrobić. 

R

 S

background image

Miranda usiadła wygodniej i skrzyżowała ramiona. 
-  Dobrze. Powiedz mi, co masz. 
Kane, choć słuchał z niechęcią, poczuł się zafascy- 

nowany szczegółami, jakie ujawniła rozmowa rodzi- 
ców. Zdał sobie sprawę, że jego ojciec jest słabym czło- 
wiekiem. Przystojny, czarujący mężczyzna, który przez 
całe życie nie miał szczęścia. Był zdominowany przez 
obecną żonę. I na pewno uważał, że Miranda ma równie 
silną osobowość. Chociaż nie była tak cwana jak Leeza, 
na pewno nie pozwalała sobą pomiatać. Na poparcie 
tego spostrzeżenia Lloyd posłusznie zaczął podawać 
informacje. 

-  Wynająłem prywatnego detektywa, żeby odszukał 

bliźniaki. Nazywa się Hynn Sinclair. Kiedyś twój ojciec 
pomógł jego ojcu. Chętnie wyświadczył przysługę two- 
jej rodzinie. Spłata długu. 

-  On uważa, że działasz na prośbę mojej rodziny? 
-  Wykombinowałem, że nie chcesz, by ktokolwiek 

się o tym dowiedział. Powiedziałem mu, że reprezentuję 
twoją rodzinę. 

-  I co? 
-  Odnalazł je. 
Miranda czekała, a jedyną oznaką jej zdenerwowania 

były kurczowo zaciśnięte na oparciach fotela palce. 
Kane był z niej dumny. Wtedy załamała się, ale od 
tamtej pory trzymała się dzielnie. 

-  Wychowywały się osobno. W rodzinach zastęp- 

czych, ponieważ nie mogły być oddane do adopcji. 

R

 S

background image

-  Dlaczego? - Ta wiadomość wyraźnie zdenerwo- 

wała Mirandę i Kane, w uspokajającym geście, położył 
rękę na jej ramieniu, zdając sobie sprawę, że stosuje 
metodę Allison. 

-  Władze stanowe stwierdziły, że nigdy się ich ofi- 

cjalnie nie zrzekłaś. Więc nie mogły zostać adoptowane. 
Chłopak nazywa się Justin Bond, a dziewczyna... 

-  Emma - wyszeptała Miranda. - Zachowali imio- 

na, które im dałam. 

-  Zgadza się. Emma Michaels. 
-  Dlaczego nie noszą tego samego nazwiska? 

Lloyd wzruszył ramionami. 

-  Pracownicy społeczni. Kto tam może wiedzieć, 

o co im chodziło. - Położył na biurku teczkę. - Aktu- 
alne zdjęcia. 

-  Czy ich poznałeś? - Kane wyczuł drżenie matki, 

chociaż jej głos brzmiał pewnie. 

Lloyd zaprzeczył. 
-  Nie widziałem takiej potrzeby. - Wyciągnął z kie- 

szeni następny świstek. - Tutaj jest numer telefonu 
Sinclaira. Obiecał się z nimi skontaktować. Czeka tylko 
na mój sygnał. Kiedy do niego zadzwonię, podam twój 
numer. 

Miranda otworzyła szufladę i wyjęła czek. 
-  Oto twoje pieniądze. A teraz wynoś się z mojego 

domu. - Wstała od biurka i z podniesioną głową wyszła 
z pokoju. 

-  Miło było cię znowu zobaczyć... 

R

 S

background image

-  Wynoś się. - Kane wskazał na drzwi. -I nie wra- 

caj, bo osobiście dopilnuję, żebyś żałował. 

Lloyd i Leeza szybko wstali, słysząc w głosie Ka- 

ne'a wściekłość i groźbę. Zmierzający za żoną do wyj- 
ścia Lloyd nagle się odwrócił. 

-  Żałuję, że potraktowałeś to tak osobiście. To 

był tylko interes - w jego głosie zabrzmiał błagal- 
ny ton. - Zawsze marzyłem, że kiedyś poznamy się le- 
piej. 

-  Wynoś się! 
 
Allison stała przed kominkiem, obejmując się ramio- 

nami. Chociaż na zewnątrz nie było wcale zimno, ona 
czuła chłód. 

Drzwi wejściowe otworzyły się i gwałtownie za- 

mknęły. Słyszała ostry głos Kane'a. 

Nie mogła dużej wytrzymać, ale kiedy skierowała się 

w stronę drzwi, do pokoju weszła Miranda. 

Jej widok zaszokował synową. Twarz Mirandy była 

blada i mizerna, a po policzkach płynęły łzy. Allison 
instynktownie wzięła ją w ramiona. 

W drzwiach pojawił się Kane. Miał ściągnięte rysy 

twarzy. Pragnęła do niego podejść i jego także przytu- 
lić, ale teraz była bardziej potrzebna Mirandzie. 

Jego wzrok spochmurniał, kiedy zauważył, w jakim 

stanie jest matka. Podszedł do barku i nalał hojną ręką 
dwie porcje bursztynowego płynu. Uniósł jedną i wypił 
duszkiem.

R

 S

background image

       W końcu westchnął ciężko i podszedł z drugą 
szklanką do kobiet. 

Miranda zapanowała nad szlochem i otarła oczy. Al- 

lison posadziła ją na fotelu przy kominku, a Kane wło- 
żył szklankę w jej bezwładną rękę. 

-  Wypij - powiedział szorstko. 
Lecz matka szybko odzyskiwała spokój. Powąchała 

alkohol i wzdrygnęła się. 

-  Whisky - odstawiła szklankę. - Nie jestem aż tak 

zdenerwowana. - Spróbowała się uśmiechnąć. 

Allison przyciągnęła podnóżek i usiadła obok. 
-  Dobrze się czujesz? 
-  Czuję się na tyle dobrze, na ile potrafię. Mam 

zdjęcia dzieci, które oddałam, i nazwisko detektywa,  
który ma się z nimi spotkać. 

-  Wtedy sama byłaś prawie dzieckiem. Oddanie ich 

niekoniecznie było złą decyzją. Może ich życie było 
lepsze. 

-  Może było gorsze - powiedziała Miranda. - Nie zo- 

stali adoptowani, bo nie zrzekłam się praw rodzicielskich. 

-  Skontaktujesz się z nimi? 
-  Tak. Należą do rodziny Fortune'ow i mają prawo 

do mojej części posiadłości - spojrzała przepraszająco 
na Kane'a. - Mam nadzieję, że to nie będzie... 

Kane przerwał jej szorstkim gestem. 
-  Przecież wiesz, że nigdy nie chciałem tych pienię- 

dzy. Możesz je podzielić między Gabrielę i bliźnięta. 

Miranda uśmiechnęła się łagodnie. 

R

 S

background image

-  Ale pewnego dnia będziesz miał własne dzieci 

i wtedy może zmienisz zdanie. Oni muszą zdecydować, 
czy po tych wszystkich łatach chcą nas w swoim życiu. 
Po tym, jak ten detektyw spotka się z nimi i opowie im 
o naszej rodzinie, chciałabym zaprosić ich tutaj. Zamie- 
rzam szanować ich decyzję, jeśli zdecydują nie spotykać 
się z nami. 

-  Co powiesz wujkowi Ryanowi? 
-  Nie wiem. Jeśli żadne z dzieci nie będzie chciało 

mnie poznać, wtedy nic mu nie powiem. Ryanem będę 
się martwiła później. 

 
Chwilę później Kane i Allison pojechali do domu. 

Pokrótce opowiedział jej o wydarzeniach, które miały 
miejsce podczas wizyty jego ojca. 

Potem kochał się z nią z tą samą niecierpliwością, 

jaką 
zawsze okazywał. Wyczuła, że częściowo jest nieobecny 
duchem, przeżywając od nowa spotkanie z ojcem. 

Potem po raz pierwszy, odkąd dzielili łóżko, odsunął 

się od niej. Tym razem nie wziął jej w ramiona, tylko 
wstał. 

-  Przez jakiś czas pobędę na dole. 
-  Dobrze się czujesz? 
-  Jestem tylko wściekły. Żałuję, że ten łobuz nie 

umarł wiele lat temu. 

-  Nie - powiedziała z przekonaniem. - Na pewno 

tak nie uważasz. 

R

 S

background image

-  Uważam - odparł niewzruszonym tonem. - Nie 

R

 S

background image

wiesz, jak było, kiedy moja matka musiała radzić sobie 
z tą parą. 

-  Ale śmierć jest ostateczna. Jeśli ktoś umiera, nigdy 

już nie wróci. 

-  Właśnie - wyszedł z pokoju, a ona w końcu za- 

padła w niespokojny sen. Obudziła się kilka godzin 
później, kiedy wrócił do łóżka. Przygarnął ją do siebie. 
Westchnęła, czując się bezpiecznie, mimo jego dziwne- 
go nastroju. 

 
Późnym popołudniem następnego dnia dostała okres. 
Wcześnie rano Kane pojechał do szpitala i Allison 

była sama w domu. Sortowała rzeczy do prania, kiedy 
przeszył ją znajomy skurcz. 

Wolno wyszła z łazienki i usiadła na brzegu łóżka. 

Powinna odczuwać ulgę, że nie jest w ciąży. Ale... nie 
czuła. Do oczu napłynęły jej piekące łzy. Gdyby była 
w ciąży, coś by ją wiązało z Kane'em. Znała go i wie- 
działa, że nigdy nie opuściłby swojej rodziny, jak to 
zrobił jego ojciec. 

Gdyby była w ciąży, nie zadawałaby sobie pytania, 

czy jej małżeństwo przetrwa. Teraz dziecka nie będzie, 
a ona zacznie używać środków antykoncepcyjnych. Nie 
ma powodu, żeby byli razem. Co prawda powtórzył 
kilka razy, że małżeństwo jest na zawsze. Ale ona zda- 
wała sobie sprawę, że nie ma w sobie nic, co by zain- 
teresowało Kane'a. 

Chociaż był nią oczarowany w łóżku, poza nim za- 

R

 S

background image

chowywał się chłodno. Kiedy minie fizyczne zaurocze- 
nie, ten związek się skończy. 

Jesteś melodramatyczna i głupia, tłumaczyła sobie. 

To, że twój własny ojciec tak postąpił, nie znaczy, że 
Kane zrobi to samo. 

Ale chociaż bardzo się starała myśleć pozytywnie, 

nie mogła pozbyć się tej wątpliwości. Jeśli jej piękna 
i czarująca matka nie zdołała utrzymać zainteresowania 
mężczyzny, jak może się to udać nieładnej i cichej Al- 
lison? 

Dzwonek telefonu przerwał jej chwilowe załamanie, 

Wstała i podniosła słuchawkę. 

-  Słucham, tu Allison Fortune. 
-  Dzień dobry. Mówi Lloyd Carter. Czy mogę roz- 

mawiać z Kane'em? 

-  Przykro mi. Nie ma Kane'a. 
-  Jesteś jego żoną? 
-  Tak. Zostawi pan wiadomość? 
- Powiedz mu, że dzwoniłem. Niech oddzwoni. Chcę 

zaprosić go na kolację, żeby porozmawiać. 

-  Na pewno mu przekażę wiadomość. 
-  Możesz się przyłączyć - jego głos zabrzmiał cie- 

plej. - Chcę poznać żonę swojego syna. 

-  Powiem mu. Czy zostawi pan swój numer? 
Mężczyzna podał jej miejscowy numer, a ona, zapi- 

sując go automatycznie, zastanawiała się, czy istnieje 
jakakolwiek szansa, że Kane będzie chciał rozmawiać 
z ojcem. Pan Carter wydawał się szczery. I chociaż 

R

 S

background image

brzydziła się szantażem, do którego się uciekł, zastana- 
wiała się, czy Lloyd Carter nie był manipulowany? 

Wiedziała lepiej od innych, jak wyczerpujące jest 

pielęgnowanie złości i bólu, zamiast zgody na za- 
pomnienie przeszłości. Kierowana impulsem wyciąg- 
nęła pudełko z rodzinnymi fotografiami. Dokładnie 
przyjrzała się zdjęciu swojego ojca. Wiele razy próbo- 
wał rozmawiać z nią na temat swojego odejścia, 
a ona za każdym razem to ucinała. Umarł, starając się 
uzyskać jej przebaczenie. A ona, kiedy było już za 
późno, zdała sobie sprawę, jak bardzo tego potrzebo- 
wała. 

 
Kane wszedł cicho, wiedząc, że Allison na pewno 

położyła się już kilka godzin temu. Nie musiał tak 
długo siedzieć w szpitalu, ale nie chciał się z nią spot- 
kać. 

Była za bardzo kusząca. 
To było śmieszne, że tak bardzo jej pragnął. Czuł jej 

perfumy, słyszał jej głos przez cały czas. 

Krew mu tętniła w żyłach, kiedy szedł po schodach 

do sypialni. Wchodząc do pokoju, był zły na siebie i nie 
spojrzał na łóżko. Opróżnił kieszenie, rozebrał się i po- 
szedł do łazienki. 

Kilka minut później wśliznął się do łóżka. Jego żona 

była niewyraźną plamą w ciemności, a poduszki prze- 
sycone były jej zapachem. 

- Późno wróciłeś. 

R

 S

background image

Jej cichy głos przestraszył go. Wydawało mu się, że 

wyczuł w nim oskarżenie. Warknął: 

-  Jestem lekarzem. Pracuję tak długo, jak długo są 

pacjenci potrzebujący mojej pomocy. Wiedziałaś, kiedy 
wychodziłaś za mnie, że nie pracuję od dziewiątej do 
siedemnastej. 

W sypialni zapanowała cisza. Allison nie poruszała 

się. W końcu się odezwała. 

-  Przepraszam - jej głos drżał. - Martwiłam się, że 

miałeś ciężki dzień i myślałam, że chcesz porozmawiać. 

To diabła, źle zrozumiał jej słowa. Co powinien po- 

wiedzieć? Usłyszał, jak pociągnęła nosem, i poczuł się 
winny. Wzdychając, powiedział. 

-  To ja przepraszam. Miałem ciężki dzień. Ale to nie 

powód, by wyżywać się na tobie. - Zmusił się, by od- 
wrócić się do niej plecami. - Dobranoc. 

-  Dobranoc. 
Leżał sztywno w ciemności, dopóki jej oddech się 

nie wyrównał. Zapadła w niespokojny sen. Musiał się 
powstrzymać, żeby nie wziąć jej w ramiona. Nie wie- 
dział, czego dokładnie spodziewał się po tym małżeń- 
stwie. Jednak na pewno nie przypuszczał, że będzie 
wiecznie ze sobą walczył. 

Kiedy obudził się następnego dnia, ona była na no- 

gach już od paru godzin. Wciągnął spodenki, umył 
twarz i przeczesał swoje niesforne włosy grzebieniem. 
Pomaszerował do kuchni. 

-  Dzień dobry. - Allison siedziała przy kuchennym 

R

 S

background image

stole. Podnosząc wzrok, uśmiechnęła się niepewnie. - 
Usmażyć ci omlet? 

Przypominając sobie swój podły nastrój z ubiegłego 

wieczoru, zdziwił się, że w ogóle się do niego odzywa. 

-  Byłoby cudownie. - Dopiero kiedy nalał sobie ka- 

wę do kubka, zauważył, że wyjęła pudełko z rodzinny- 
mi fotografiami. - Co robisz? 

-  Porządkuję zdjęcia. Muszę je ułożyć w albumach. 

Kane? 

-  Słucham? - Podniósł jedno ze zdjęć i zerknął na 

datę na odwrocie. 

-  Wczoraj dostałam okres. Nie zostaniemy rodzica- 

mi. 

-  To dobra wiadomość. - Starał się, by jego głos 

brzmiał radośnie. Bo to przecież była dobra wiadomość, 
prawda? Najlepsze wyjście. Potrzebowali czasu, by 
małżeństwo się ułożyło. Pomimo to poczuł drobne ukłu- 
cie żalu i to go zaskoczyło. Czy chciał, żeby Allison 
była w ciąży? Odpowiedź wydała mu się zbyt trudna, 
by zajmować się nią z samego rana. 

-  Mogę zacząć brać pigułki - nadal nie patrzyła na 

niego. 

Przez chwilę milczał, zastanawiając się nad tym. Ro- 

zumując logicznie, tak należało zrobić. Ale... 

-  Zastanowię się. Na razie nic nie rób. Później po- 

rozmawiamy o dzieciach, dobrze? 

-  Na stoliku jest dla ciebie wiadomość. - Szybko 

porzuciła temat ciąży, więc uznał, że odczuła ulgę. 

R

 S

background image

-  Od kogo? - sięgnął po żółtą karteczkę. 
-  Od twojego ojca. 
-  Co? - rzucił kartkę, jakby go parzyła. - Czego 

chciał ten drań? 

Allison odwróciła się, patrząc na niego z troską. 
-  Chciał tylko porozmawiać. Zaprosił cię... nas... 

na kolację. Chce cię poznać. 

-  Nie spotkamy się z nim. Nie wiadomo, co jeszcze 

planuje. 

-  Powiedziałeś, że nie jesteś pewien, czy pomysł 

szantażu wypłynął od niego - przypomniała mu Alli- 
son. - Nie zaszkodzi, jeśli spotkasz się z nim raz. Jest 
jedynym ojcem, jakiego masz. 

-  Nie. - To nie podlegało dyskusji. - Wychowałem 

się bez niego. Ten padalec nie będzie nigdy miał miejsca 
w moim życiu. Jeśli znowu zadzwoni, rozłącz się. Nie 
chcę, żebyś z nim rozmawiała. - Podniósł na chybił 
trafił jedno ze zdjęć. - To twój tata, ale to nie jest twoja 
mama. Ożenił się ponownie? 

-  Tak. To była druga z jego żon. - Nałożyła mu na 

talerz omlet i bekon. 

Kane był zaskoczony sposobem, w jaki to powie- 

działa. 

-  Ile miał żon? 
-  Kiedy umarł, był z numerem czwartym. - Głos Al- 

lison był bez wyrazu. Rzadko bywała taka stonowana. 

-  Powiedz mi jeszcze raz, kiedy rozstali się twoi 

rodzice? 

R

 S

background image

-  Opuścił nas, kiedy miałam dwanaście lat. 
Nas. A nie „mnie", nie „moją matkę", ale „nas". Po 

chwili zapytał: 

-  Co sądziłaś o pozostałych żonach? 
-  Nie poznałam żadnej oprócz ostatniej. Po tym jak 

ojciec odszedł, rzadko się z nim kontaktowałam. Z jego 
ostatnią żoną rozmawiałam przelotnie na pogrzebie. 
Prosiła, żebym ją czasem odwiedzała. Chciała, żebym 
wzięła sobie jakieś pamiątki po nim. 

-  Dlaczego nie spotkałaś się z pozostałymi? Czy by- 

łaś już sama, kiedy się ponownie ożenił? 

-  Ożenił się z numerem dwa tydzień po uprawomoc- 

nieniu się rozwodu z mamą. Małżeństwo trwało rok, 
potem ją rzucił dla numeru trzy. To trwało dłużej, ale 
jakieś osiem lat temu numer trzy poszedł w zapomnie- 
nie. - Uśmiechnęła się bez humoru. - Zabawne, 
prawda? 

-  Smutne. Kiedy spotkał ostatnią? 
-  Nie jestem pewna. Dała mi do zrozumienia, że nie 

byli długo małżeństwem. Przypuszczam, że była czwar- 
tą żoną. Mogły jednak być i inne kobiety. Założyłam, 
że przez cały czas mieszkał w San Antonio, ale mogę 
się mylić. 

-  Nie utrzymywałaś z nim kontaktu? - Wiedział, 

jakie to przykre nie utrzymywać kontaktów z rodzi- 
ną. Pamiętał radość swojej matki, kiedy jej brat powi- 
tał ją w rodzinie. Co czuła Allison i o czym myślała 
przez te wszystkie lata? Porzucona. Zaniedbana. Zapo- 

R

 S

background image

mniana. Uczucia, jakich żadne dziecko nie powinno 
doznać. 

On ich doznał i do tej pory nosił blizny. Chociaż o ile 

ciężej musiało być jej. Ojciec nigdy nie był częścią jego 
życia, więc Kane nie wiedział, co stracił. Jej ojciec 
natomiast był z nią przez dwanaście lat, zanim nagle 
zniknął bez słowa wyjaśnienia. 

-  Na początku nie kontaktowaliśmy się. 
Jej głos był tak przepełniony smutkiem i bezsilno- 

ścią, że ujął ją za rękę, pomimo wcześniejszego posta- 
nowienia, żeby jej nie dotykać. 

-  Ale chciałaś. 
-  Nie od razu. Przez te wszystkie lata kontaktował 

się ze mną kilka razy. Nie chciałam z nim rozmawiać. 
Spróbował jeszcze raz, kiedy skończyłam szkołę śred- 
nią. Chciał mnie poznać, przeprosić i wyjaśnić. Ale ja 
odmówiłam. Nigdy nie dałam mu szansy. 

Mimo to przechowywała te wszystkie kryształowe 

kotki, które podarował jej ojciec. Może i nie potrafiła 
mu wybaczyć, ale bardzo jej na nim zależało. 

-  Teraz żałuję, że byłam taka uparta. 
-  Dlaczego? 
-  Był jedynym ojcem, jakiego miałam. Nie wiem, 

czym się kierował, dokonując wyborów w życiu. Szcze- 
rze chciał odbudować dzielącą nas przepaść. Ale ja nie 
mogłam pozbyć się złości. Zanim mi się udało, umarł. 

-  Jak to się stało? 
-  Nagle. Miał rozległy zawał serca. 

R

 S

background image

- Przykro mi. — Poczuł się niezręcznie. Jak powinien 

zareagować? 

Podniósł widelec i zaczął jeść puszysty omlet, uni- 

kając jej wzroku. Kiedy w końcu na nią spojrzał, nie 
powiedziała nic więcej. Cisza stała się przytłaczająca 
i czuł jej milczącą dezaprobatę. Rozczarował ją. 

Niepokojące było, jak bardzo potrzebował jej akcep- 

tacji. 

R

 S

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 
Trochę później zabrał ją na zakupy. Allison protesto- 

wała, twierdząc, że niczego nie potrzebuje. Ale on wie- 
dział lepiej. Rzadko się spotykał towarzysko z całą ro- 
dziną Fortune'ow, ale były okazje, kiedy jego obecność 
była obowiązkowa. Chciał, żeby się wtedy pewnie 
czuła. 

Kiedy dojeżdżali do centrum handlowego, Allison 

pstryknęła palcami. 

-  Zapomniałam ci powiedzieć. Twoja mama dzwo- 

niła wczoraj. Powiedziała, że to nic ważnego, ale wy- 
dawała mi się dziwna. Powinieneś ją dzisiaj odwiedzić. 

-  Może potem do niej pojedziemy? Powinniśmy 

skończyć za dwie godziny, chyba że ubóstwiasz robić 
zakupy. 

Miał rację. Kupiła suknię wieczorową, dwa kostiu- 

my, dwie pary spodni i pasujące do nich marynarki 
i bardzo seksowną wąską sukienkę. Kupiła też szaliki, 
spinki, naszyjniki i kolczyki. 

Potem pojechali do jego matki. Miranda była najsil- 

niejszą kobietą, jaką Kane znał, nadal jednak martwił 

R

 S

background image

się skutkami, jakie to poruszające spotkanie mogło wy- 
wrzeć na jej psychice. 

Przywitała ich w drzwiach. Od razu zauważył, że 

martwił się bez powodu. Miała zaróżowione policzki, 
a jej oczy błyszczały. I chociaż wciąż było po niej wi- 
dać, że ma problemy, poczuł się uspokojony. 

-  Zostaniecie? 

Kane zaprzeczył. 

-  Wpadliśmy na krótko. Oboje dzisiaj pracujemy. 
-  Oboje pracujecie ciężej niż wszyscy, których 

znam. Medycyna jest bardzo wymagająca. 

-  Kocham swoją pracę. Ale kilkudniowe nocne dy- 

żury są wyczerpujące. 

-  Poczekaj, aż będziesz miała własne dzieci. Wtedy 

będziesz na dyżurze przez dwadzieścia cztery godziny. 
To dopiero jest wyczerpujące. Ale ty będziesz miała 
Kane'a do pomocy. 

-  Allison mówiła mi, że dzwoniłaś wczoraj? 

Uśmiech Mirandy natychmiast zbladł. 

-  Mam wiadomości o bliźniakach - przerwała 

i wzięła głęboki oddech. - Detektyw przywiezie ich 
w przyszły weekend. Zaprosiłam ich tutaj. 

Kane poczuł skurcz w żołądku. Dowiedzieć się 

o swoim przyrodnim rodzeństwie było jedną sprawą, 
ale spotkać się z nimi to już zupełnie co innego. 
W pierwszym odruchu chciał się sprzeciwić. Ja nie 
chcę! Potem roześmiał się w duchu. 

-  Skontaktowali się z tobą? - Allison powiedziała to 

R

 S

background image

szybko, tuszując jego niezręczne milczenie. Zauważył 
z wdzięcznością, że tak jak zwykle chroniła go. 

-  Pan Sinclair zadzwoni do mnie później. Zawiado- 

mię was, kiedy ustalimy datę. Wiem, że będziecie chcie- 
li ich poznać. Prawie bym zapomniała. Powiedziałam 
wujkowi Ryanowi o bliźniakach i ich spodziewanej wi- 
zycie. 

-  Jak zareagował? - Raz jeszcze Kane miał wraże- 

nie, jakby wydarzenia wymykały mu się spod kontroli. 
Teraz na pewno te dwie osoby wkroczą w jego życie. 
Czy mu się to podoba, czy nie. 

-  Chciał mi pomóc. Nie powie nic reszcie rodziny, 

dopóki się z nimi nie spotkamy. W zależności od wyni- 
ku tego spotkania - może nie będzie musiał nic mówić. 

 
Następny tydzień minął wyjątkowo szybko. W sobo- 

tę Kane obudził się przed świtem. Ćwiczył na sprzęcie 
przez godzinę, a potem wziął prysznic. Allison nadal 
spała. 

Pracowała dzisiaj, więc podczas ich wizyty będzie 

sam. W pierwszym odruchu chciał uciekać, schować 
głowę w piasek i udawać, że wszystko jest jak dawniej. 

Tylko że nie jest. Nigdy już nie będzie. Dla niego 

,jak dawniej" oznaczało matkę, siostrę i jego samego. 
Przeżyli dużo dobrych chwil, pomimo ciągłego braku 
pieniędzy. Chyba powinien potraktować ze spokojem 
nagłe pojawienie się brata i siostry. Ale tych dwoje nie 
było zwykłymi krewnymi. Byli jego przyrodnim ro- 

R

 S

background image

dzeństwem. Dziećmi jego matki. Był po prostu zazdros- 
ny. Martwił się, że matka przeniesie swoje uczucia na 
kogoś innego. Zachowywał się jak rozkapryszone 
dziecko. 

Czemu miałby się martwić? Już dawno odciął pępo- 

winę. Nawet miał żonę. Ta myśl natychmiast odciągnęła 
go od rozważań o matce. 

Nie potrzebował Allison, powtarzał sobie po raz set- 

ny. Oczywiście, pragnął jej, ale na pewno potrafił bez 
niej żyć. 

Jeśli jesteś tego taki pewien, dlaczego się powstrzy- 

mujesz? Bo pragniesz jej tak bardzo, że nie możesz 
sobie z tym poradzić. 

Czysto fizyczne zauroczenie, przekonywał sam sie- 

bie. To prawda, że silniejsze niż wszystko, co czuł wo- 
bec jakiejkolwiek innej kobiety, ale nadal to tylko che- 
mia. Nic, nad czym nie mógłby zapanować. 

Znowu skrzywił się do swojego odbicia. Kogo pró- 

buje oszukiwać? 

Jakby przyciągnięta jego myślami, w drzwiach ła- 

zienki stanęła Allison. Włosy tworzyły złotą aureolę 
wokół jej twarzy i opadały falami na czarną, kusą ko- 
szulę nocną. 

- Przepraszam - powiedziała. - Dzień dobry. My- 

ślałam, że jesteś na dole. - Uśmiechnęła się sennie, się- 
gając po myjkę i szorując twarz. - Chcę wziąć prysznic, 
ale poczekam, aż skończysz. 

Ale jej senny uśmiech zniweczył jego samokontrolę. 

R

 S

background image

-  Allison - złapał ją, zanim zdołała wyjść. 

Odwróciła się do niego, unosząc brwi. 

Jednym szybkim ruchem przyciągnął ją do siebie. 

Potykając się wpadła na niego, a on szybko objął ją 
i pociągnął za sobą. 

-  Możesz wziąć prysznic ze mną -jego głos brzmiał 

ochryple. 

Promienny uśmiech, który sprawiał mu taką przy- 

jemność, rozjaśnił jej twarz. Objęła go ramionami za 
szyję. 

-  Ubiłeś interes, doktorku. 
Woda lecąca z prysznica przyjemnie rozgrzewała. 

Allison wiła się w jego ramionach, przyciśnięta do 
chłodnych kafelków. Opóźniał własne spełnienie, póki 
nie poczuł, że ona odleciała do gwiazd. 

-  Do diabła! - powiedział. - Zgadnij, co właśnie 

zrobiliśmy? 

Zachichotała. 
-  Chyba nie muszę zgadywać. 
-  Bardzo śmieszne. Chodzi mi o zabezpieczenie. 

Uniosła głowę z jego ramienia i dostrzegł w jej 

oczach ślady przeżytej rozkoszy. 
-  Na pewno nic się nie stanie - otarła się o niego, 

a on wciągnął gwałtownie powietrze. - W ten sposób 
jest bardzo przyjemnie, prawda? 

-  Bardzo - sięgnął po dwa ręczniki kąpielowe. - 

Proponuję udać się do sypialni. 

-  Chętnie. 

R

 S

background image

-  Do diabła - powiedział nagle. - Spóźnisz się do 

pracy. 

-  Nie spóźnię się. Wczoraj w ostatniej chwili zamie- 

niłam się dyżurami. Dzisiaj pracuję na noc. Sądziłam, 
że dzisiaj przyda ci się moralne wsparcie. 

Stał nieruchomo, przyswajając sobie jej słowa. 

Cofnęła się i popatrzyła na niego. W jej wyrazistych 
oczach pojawiła się wątpliwość. 

-  Ale jeśli wolisz się z nimi spotkać sam, zrozu- 

miem. Po prostu pomyślałam, że... 

-  Dziękuję. Chcę, żebyś była ze mną. 
 
Kiedy ciemny wynajęty samochód podjechał pod 

drzwi Melrose Manor, Allison doszła do wniosku, że 
panujące napięcie sięgnęło zenitu. Bezwiednie cała ich 
czwórka wyszła na kamienny ganek, żeby powitać go- 
ści. Panowała niezbyt zachęcająca cisza. 

Zerknęła na Mirandę. Była wyraźnie zdenerwowana, 

zaciskała i prostowała palce i przygryzała dolną wargę. 
W przeciwieństwie do niej Kane i jego siostra stali nie- 
ruchomo. Oboje byli poważni. Na pewno czuli się od- 
robinę zagrożeni przez całą tę sytuację. 

Otworzyły się drzwi od strony kierowcy i wysiadł 

ciemnowłosy mężczyzna. Podszedł z wyciągniętą ręką. 

-  Pani Fortune? Jestem Flynn Sinclair. Cieszę się, że 

pomogłem w tym spotkaniu. 

Miranda podała mu rękę, ale cała jej uwaga skupiona 

była na drugim wysiadającym mężczyźnie, wysokim 

R

 S

background image

i ciemnowłosym. Ubrany był w ciemny, tradycyjny 
garnitur. Wszystko w nim, poczynając od dobrze obcię- 
tych włosów, a kończąc na drogich butach, wskazywa- 
ło, że odniósł sukces. Rzucił szybkie, taksujące spojrze- 
nie na zgromadzonych ludzi, a potem całą swoją uwagę 
skupił na kobiecie, której pomagał wysiąść. Była dużo 
niższa od niego. Miała ciemne sięgające do ramion wło- 
sy, które otaczały jej twarz burzą loczków. Ubrała się 
w luźną, przewiewną sukienkę i w sandały. 

Kiedy wyszła z samochodu, Allison usłyszała, jak 

Miranda gwałtownie wciąga powietrze. Dziewczyna 
była w ciąży. 

Detektyw, którego Lloyd zatrudnił, położył opiekuń- 

czą dłoń na plecach młodej kobiety. 

-  Pani Fortune, to Emma Michaels. 
Kobieta w ciąży podeszła bliżej. Miranda sponta- 

nicznie otworzyła ramiona, ale Emma wyciągnęła tylko 
dłoń na przywitanie 

-  To jest... - zawahała się - bardzo interesujące, po- 

znać panią, pani Fortune - powiedziała ze słabym 
uśmiechem, który ukazał dołek w policzku. 

To chyba po ojcu, pomyślała Allison. Bliźniaki były 

do siebie bardzo podobne. Chociaż Justin był znacznie 
wyższy od siostry, istniało podobieństwo w ich karnacji 
i rysach twarzy. 

-  Mów do mnie Miranda - oczy kobiety błyszczały 

od łez. 

-  To Justin Bond - Emma odwróciła się i wskazała 

R

 S

background image

na poważnego, ciemnowłosego mężczyznę, stojącego 
krok za nią. 

Miranda odzyskała swoją maskę damy z towarzy- 

stwa. Z nienagannymi manierami, które zawsze okazy- 
wała, wyciągnęła rękę do Justina i wymieniła z nim 
stosowny, krótki uścisk. 

-  Miło was spotkać - powiedziała. Odwróciła się 

i objęła gestem dłoni stojącą za nią trójkę. - To moja 
córka Gabriela Grayhawk, syn Kane Fortune i jego żona 
Allison. 

Nastąpiła kolejna ugrzeczniona wymiana uścisków 

dłoni i nic nie znaczących słów. Kiedy wszyscy się 
przywitali, ponownie popatrzyli na Mirandę. 

Przygryzła wargę. 
-  Może wejdziemy do środka i będziemy kontynuo- 

wali spotkanie przy zimnych napojach i lunchu. 

Cała grupa weszła do środka w całkowitej ciszy. Kie- 

dy przemierzali dom, Allison zauważyła, że Emma roz- 
glądała się z respektem, najwidoczniej nie była przy- 
zwyczajona do takiego bogactwa, z którego tak swo- 
bodnie korzystała jej matka. Z kolei na Justinie nie zro- 
biło to żadnego wrażenia. Miranda zaprowadziła ich na 
zacieniony taras, gdzie przygotowano lekkie przekąski. 
Nieopodal błękitne wody stawu połyskiwały w teksań- 
skim słońcu, które przyjemnie grzało, chociaż był do- 
piero początek lutego. 

Miranda nalewała drinki i rozdawała je, podczas gdy 

Flynn Sinclair coś do niej cicho mówił. Gabriela przez 

R

 S

background image

cały czas kręciła się opiekuńczo wokół matki. Allison 
zauważyła, że bliźniaki trzymały się razem. Poszli obej- 
rzeć staw. Najwidoczniej poznali się wcześniej, bo czuli 
się stosunkowo dobrze ze sobą. I najwidoczniej nie mie- 
li ochoty uścisnąć nowych członków rodziny. 

-  Witajcie w San Antonio - powiedziała. - O tej po- 

rze roku potrafi tu być gorąco. 

-  To z pewnością odmiana po Pensylwanii. 
-  Wyobrażam sobie. Powinniście pojechać do cen- 

trum. San Antonio jest uroczym miastem. 

-  Wątpię, czy będę dużo zwiedzał. Jutro odlatuję. 
-  To strasznie szybko. - Kane podszedł do nich. - 

Mieliśmy nadzieję, że zostaniecie przez kilka dni. 

-  Interesy wzywają. 
Ma dobrą wymówkę, pomyślała Allison. Nie mogła 

go za to winić. 

-  Musiało być dla was dużym szokiem odnaleźć nie 

tylko swoją biologiczną matkę, ale i rodzeństwo, 
i krewnych. 

-  A do tego sławnych - dodała Emma. 
-  Jeśli to może być pocieszeniem. To ja jestem w po- 

dobnej sytuacji. Od niedawna jesteśmy małżeństwem. 
Nadal jestem odrobinę przytłoczona przez rodzinę For- 
tune'ów. 

-  Potrafi być przytłaczająca - stwierdził Kane. 
-  Ale ty jesteś to tego przyzwyczajony. Jesteś jed- 

nym z nich - powiedziała Emma. 

-  Ty też teraz do niej należysz - Kane zachichotał. 

R

 S

background image

Allison była zdumiona, z jaką łatwością potrafił być 

czarujący. Ale jej nie oszukał. Stała blisko niego, więc 
wyczuwała wibrujące w nim napięcie. - Dopiero kilka 
lat temu dowiedziałem się, że należę do tej rodziny. 

-  Co to znaczy? - zapytał podejrzliwie Justin. 
-  Dokładnie jak brzmi - powiedział Kane lekkim 

tonem. - Mama rozdzieliła się z rodziną jako nastolat- 
ka. Wychowywaliśmy się, nie wiedząc nic o powiąza- 
niach rodzinnych. Dopiero sześć lat temu powróciliśmy 
na łono rodziny - uśmiechnął się ponownie. - To niezła 
zabawa - obserwować, jak ktoś inny usiłuje rozgryźć 
ten zwariowany klan. 

-  Zakładając, że będziemy chcieli zostać zaakcepto- 

wani przez rodzinę - powiedział Justin. 

-  To prawda - uśmiech Kane'a zniknął. Popatrzył 

wprost na swojego brata przyrodniego. - Mam nadzieję, 
że dasz mamie szansę. Pozwól jej wyjaśnić okoliczności 
towarzyszące waszym narodzinom. 

Justin przytaknął wymijająco. Wyraz jego twarzy był 

nieodgadniony. 

-  Nie mogę się doczekać. 
-  Więc - powiedziała Allison, usiłując zmniejszyć 

panujące napięcie. - Justin jest z Pensylwanii. A ty 
skąd przyjechałaś, Emmo? - W ich kierunku zmierza- 
ła Miranda, za nią podążał detektyw. Allison nie chcia- 
ła, żeby teściowa usłyszała, jak mówią o niej za jej 
plecami. 

-  Mieszkałam w Nowym Meksyku - filigranowa 

R

 S

background image

brunetka położyła rękę na brzuchu i poruszyła się nie- 
spokojnie. - Ale tam nie wrócę. 

-  Dokąd pojedziesz? - zapytała Miranda. Sposób, 

w jaki patrzyła na bliźniaki, chwytał za serce. 

Emma zawahała się przez chwilę. 
-  Jeszcze nie wiem. 
-  Ale chyba masz jakieś plany. Co zamierza twój 

mąż? 
- Miranda była zaskoczona. - Chyba niedługo rodzisz? 

-  Nie mam męża - powiedziała Emma - Jeszcze 

mam czas, żeby coś postanowić. 

-  To znakomita recepta na poród przed terminem. 

Naprawdę nie zwlekaj za długo. Dzieci są nieprzewidy- 
walne. 

Emma była zaskoczona, że tak dobrze zna się na 

rzeczy. 

-  Kane jest lekarzem. Zajmuje się wcześniakami. 

Emma uśmiechnęła się szeroko. 

-  Więc gdybym zaczęła rodzić dzisiaj, znalazłabym 

się w dobrych rękach, prawda? 

Kane zrobił minę, udając przerażenie. 
-  Mam nadzieję, że to się nie stanie. Ale w razie 

czego, będziesz naprawdę w dobrych rękach. Allison 
jest pielęgniarką na wydziale pediatrycznym. Poznali- 
śmy się w szpitalu. 

-  To musiało być bardzo romantyczne. 
Kane popatrzył z rozbawieniem na Allison. A ona się 

uśmiechnęła, zastanawiając się, czy on też myśli o in- 

R

 S

background image

kubatorach i kroplówkach. 

R

 S

background image

Miranda błądziła gdzieś myślami. Po chwili powie- 

działa. 

-  Więc nie masz określonych planów? Jeśli masz 

czas i lubisz składać wizyty, to chciałabym, żebyś zo- 
stała tu tak długo, jak zechcesz. 

Allison zauważyła, że młoda kobieta chce natych- 

miast odmówić, więc szybko powiedziała: 

-  Nie decyduj teraz. Zastanów się. - Zwróciła się do 

Mirandy. - Emma powinna zejść z tego słońca. Może 
teraz zjemy? 

Posiłek przebiegł lepiej, niż się spodziewała. Kane 

wychodził z siebie, żeby jego rodzeństwo dobrze się 
czuło. Opowiadał historie z życia szpitala. Gabriela po- 
kazała zdjęcia swojej córeczki, a Flynn z zapałem opo- 
wiadał o swojej pracy. 

Wreszcie Kane wstał. Zerknął na drzwi, a Allison 

natychmiast to podchwyciła. Odłożyła serwetkę i także 
się podniosła. 

-  Dziękuję, mamo - powiedział, całując ją w po- 

liczek. - Musimy już iść. Rzadko mamy te same 
wolne dni, więc teraz możemy załatwić razem kilka 
spraw. 

Justin i Flynn wstali. Emma też zaczęła wstawać, ale 

Kane położył jej ręce na ramionach i zmusił, by ponow- 
nie usiadła. 

-  Nie wstawaj - powiedział. Pochylił się i pocało- 

wał ją w policzek. - Wspaniale było cię poznać. 

Emma przykryła jego dłonie swoimi. 

R

 S

background image

-  Dziękuję. Uczyniłeś to wszystko łatwiejszym, niż 

się spodziewałam. 

Kane okrążył stół i pożegnał się z mężczyznami, 

podczas gdy Allison żegnała się z kobietami. Chwilę 
później pomógł jej wsiąść do samochodu i pojechali do 
domu. 

Podczas jazdy nie miał ochoty rozmawiać, więc usza- 

nowała jego prywatność. Był zdenerwowany. 

Jak tylko weszli do domu, usiadł w fotelu. 
Allison poszła do kuchni i zrobiła kawę. Posta- 

wiła swój kubek na bocznym stoliku i cicho pode- 
szła do niego. Położyła ręce na jego napiętych mięś- 
niach ramion. Zamruczała, niezadowolona z tego, co 
odkryła. 

-  Przypominają w dotyku beton. 
Spokojnie zaczęła ugniatać mięśnie, wbijając kciuki 

w napięte miejsca i zwiększając nacisk, dopóki skurcze 
nie ustąpiły. Kane westchnął, poddając się jej. 

Usiadła na oparciu fotela, kontynuując masaż. Zanu- 

rzyła palce w jego włosach i zaczęła delikatnie maso- 
wać czaszkę. Potem kolistymi ruchami przesuwała 
palce po jego skroniach. Następnie znowu zajęła się 
plecami. 

Czuł się doskonale pod jej wprawnymi dłońmi. Nie 

mogła się powstrzymać i zaczęła obsypywać go delikat- 
nymi pocałunkami. 

Kane usiadł jak porażony prądem. Jęknął głęboko 

i zerwał się na nogi. Gwałtownie chwycił ją w ramiona. 

R

 S

background image

-  Dziękuję. To było wspaniałe. A to jest jeszcze lep- 

sze - i zaczął ją pieścić. 

Kilka minut później leżeli na kanapie, spleceni cias- 

nym uciskiem. 

Przytuliła twarz do jego szyi, podczas gdy on oparł 

podbródek na czubku jej głowy. Zanurzył palce w jej 
włosach i uniósł jej twarz. 

Pocałował ją. Pocałunek był niespodziewanie słodki 

i szczery jak nigdy dotąd. Nie mogła tego określić, ale 
był inny. Potem uniósł lekko głowę i powiedział z wa- 
haniem: 

-  Allison... 
-  Słucham? - poczuła się, jakby była na krawędzi 

jakiegoś oszałamiającego odkrycia. 

-  Kochasz mnie, prawda? - Jego oczy płonęły zie- 

lonym blaskiem. 

Spadła w przepaść, nad którą stała. Zamknęła oczy. 

Czy będzie zły, jeśli potwierdzi? Zastanawiała się, jak 
z tego wybrnąć. Czy powiedziała to na głos, kiedy się 
kochali? Nie pamiętała. 

-  Allison? - potrząsnął nią delikatnie. Uśmiechał 

się, odrobinę nieśmiało. - Kochasz mnie? 

-  Ja... - ten jego uśmiech przesądził o jej losie. Od- 

rzucając na bok zdrowy rozsądek, szepnęła: - Tak. 

-  Powiedz to. 
-  Kocham cię - popatrzyła mu w oczy. 
-  Świetnie - powiedział z satysfakcją. - Tak właś- 

nie myślałem. - Ziewnął. - Cieszę się. 

R

 S

background image

Przez chwilę się nie odzywali. Nie spodziewała się, 

że usłyszy od niego, że ją kocha, więc nie była rozcza- 
rowana. Przynajmniej tak to sobie tłumaczyła. Musi jej 
wystarczyć, że przyjął jej miłość. W końcu nigdy nie 
ośmieliła się marzyć, że wyjdzie za niego. Więc ta ich 
nowa bliskość była jak lukier na cieście. 

 
Kane drzemał. Przynajmniej tak mu się wydawało. 

Kiedy ponownie otworzył oczy, Allison nadal leżała 
przytulona do niego. 

Roześmiał się. Nie mógł się powstrzymać. Naprawdę 

go uszczęśliwiała. Czemu nie ożenił się z nią wiele lat 
temu? I czemu tak bardzo z tym walczył? 

-  Zastanawiam się, czy będę w stanie pracować ju- 

tro. Jeśli nogi odmówią mi posłuszeństwa, powiedzą, że 
to na widok krwi. 

-  Lepiej, żeby tak myśleli - odpowiedziała prude- 

ryjnie. 

Uśmiechnął się szeroko i przejechał ręką po jej lo- 

kach. 

-  Nie podziękowałem ci za dzisiejszy dzień. Napra- 

wdę masz talent. Przy tobie ludzie przestają być spięci. 
Twoja obecność w znacznym stopniu przyczyniła się do 
tego, że to pierwsze spotkanie się udało. 

-  Mam nadzieję, że było udane. Wiem, że ta cała 

sprawa była dla ciebie bardzo trudna. 

-  Na początku byłem zazdrosny - przyznał się. - 

Odrobinę. Ona jest moją matką. Wiem, że to jest nielo- 

R

 S

background image

giczne. W końcu też są jej dziećmi, ale mimo wszyst- 
ko... 

-  Nie byłbyś człowiekiem, gdybyś nie czuł się trochę 

zagrożony. Co o nich sądzisz? 

-  Polubiłem ich - powiedział powoli. - Nie byłem 

pewien, czy potrafię, ale kiedy ich poznałem, wszystko 
było w porządku. 

-  Są bardzo różni - mówiła w zamyśleniu. - Emma 

wydaje się bardziej beztroska. Justin nawet na chwilę 
się nie odprężył. 

-  Był spięty - zgodził się Kane. - Chciałem poroz- 

mawiać o jego pracy, ale był nieprzystępny. 

-  Daj mu trochę czasu. Mam nadzieję, że Emma 

zdecyduje się pozostać z Mirandą. Twoja matka byłaby 
zachwycona. 

-  Moja matka - powiedział oschle - marzy, żeby 

mieć kolejnego wnuka lub wnuczkę. Mam nadzieję, że 
dadzą jej szansę. 

Przytuliła się do niego, a on otoczył ją luźno ramio- 

nami. 

Tak jak trzeba. Wiedział o tym już dawniej. Ale 

walczył z tym. Teraz miał trudności z przypomnie- 
niem sobie, czemu było tak istotne, żeby utrzymać 
dystans. Miał matkę i siostrę i wydawało mu się, że 
miłość do nich wystarczy. Nie ma miłości, nie ma 
bólu. 

Ale przy Allison stał się inną osobą. Opowiedział jej 

rzeczy, o których nie mówił nawet siostrze, chociaż byli 

R

 S

background image

bardzo blisko. Mógł na niej polegać. Ona go nie skrzyw- 
dzi. Kocha go. 

Nie, Allison nigdy go nie skrzywdzi. Mógł się przy- 

znać przed sobą, że jej potrzebuje. Przyjmie jej miłość 
i będzie ją pieczołowicie przechowywał w sercu. Zrobi 
wszystko, żeby nigdy nie żałowała, że za niego wyszła. 

Wezbrało w nim uczucie strachu na myśl o wypo- 

wiedzeniu tych słów. Od początku miłość nie była czę- 
ścią ich umowy. Kochanie jej było dużo bardziej prze- 
rażające niż przyznanie się, że jej potrzebuje. I chociaż 
bardzo żałował, wiedział, że nie wypowie tych słów. 

R

 S

background image

 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 
W trzecim tygodniu ich małżeństwa Kane został 

wezwany do szpitala kilka minut po tym, jak Allison 
stamtąd wróciła. Rozczarowana zasiadła przed telewi- 
zorem i bezmyślnie patrzyła w ekran. 

Planowali spokojny wieczór. Ponieważ Kane miał 

dyżur i musiał być pod telefonem, zrezygnowali 
z otwarcia butelki wina. Z winem czy bez wina, wie- 
czór i tak zakończyłby się doskonale. Znalazłaby się 
tam, gdzie najbardziej chciała być. W ramionach męża. 

Kiedy mu powiedziała, że go kocha, Kane stał się 

zupełnie innym mężczyzną, mniej powściągliwym, cie- 
plejszym i okazującym czułość. Trzymał ją za rękę, ba- 
wił się jej włosami, całował ją na pożegnanie. Częściej 
też kochał się z nią. 

Ale nigdy w żaden sposób nie zasygnalizował, że 

odwzajemnia jej uczucia. To nieuczciwe oczekiwać 
więcej, wiedziała, co dostanie, wychodząc za niego. 
A jednak... 

Zadzwonił telefon. Niecierpliwie podniosła słucha- 

wkę. Za każdym razem, kiedy nie było Kane'a i dzwo- 

R

 S

background image

nil telefon, zawsze liczyła, że to on. Ale to rzadko był 
on. Pewne rzeczy się nie zmieniły. Najwidoczniej nie 
myślał o niej, kiedy był z dala. 

-  Allison? Mówi Miranda. 
-  Cześć. Jak się czujesz? - jej teściowa od czasu, 

gdy Emma zgodziła się z nią zamieszkać, była w siód- 
mym niebie. 

-  Świetnie. Emma też, chociaż jest wykończona. 

Wybrałyśmy się dzisiaj na zakupy. Wszystkie jej ubra- 
nia zrobiły się za ciasne. 

-  Czy była już u lekarza? - Oboje z Kane'em uwa- 

żali, że natychmiast powinna skontaktować się z jakimś 
miejscowym położnikiem. Widzieli wiele wcześnia- 
ków, których zły stan zdrowia wynikał z niedostatecz- 
nej opieki rodzicielskiej. 

-  Umówiła się na jutro. Jeśli mi pozwoli, pojadę 

z nią. Wtedy będę wiedziała, co powiedział. 

-  To dobrze - Allison poczuła ulgę. 
-  Czy Kane jest w domu? Muszę z nim porozma- 

wiać. 

Allison powiedziała o nagłym wezwaniu. 
-  Coś mu przekazać? 
-  Nie. Powiedz, żeby do mnie wpadł. 
Allison była zamyślona. Teściowa była wyraźnie 

zmartwiona. 

Zanim zdołała odłożyć przenośny telefon, zadzwonił 

ponownie. 

-  Mówi Allison Fortune. 

R

 S

background image

-  Dzień dobry, Allison. Mówi Lloyd. Przypominasz 

sobie? Ojciec Kane'a. 

-  Pamiętam. Przykro mi, ale nie ma Kane'a. Coś 

przekazać? 

-  Mówiłaś mu, że dzwoniłem? Co powiedział? 
Allison zawahała się. Podniecenie w głosie mężczy- 

zny było żałosne. Nie zamierzała dokładnie powtarzać 
tego, co powiedział Kane. 

-  Mówiłam mu. Ale Kane nie chce teraz z panem 

rozmawiać. 

-  Wiem. - Głos mężczyzny był przytłumiony. - Na- 

prawdę chciałbym mu wyjaśnić, czemu odszedłem. 
Wiem, że to źle wygląda, ale chciałbym, żeby dał mi 
szansę. 

-  Jest również ta sprawa z bliźniakami i pieniędzmi. 

- Nie mogła się zmusić, żeby wypowiedzieć słowo 
szantaż. - Jest tym zdenerwowany. 

-  Mówiłem Leezie, że to zły pomysł. Dla mnie te 

pieniądze nie były aż takie ważne. Nieraz już miałem 
pecha i jakoś sobie radziłem. Musisz mi pomóc. 

-  Ja? - była zaskoczona i zaniepokojona. 
-  Jesteś jego żoną. Znasz go lepiej niż inni. Ciebie 

na pewno posłucha. Możesz się ze mną spotkać? Wy- 
tłumaczę wszystko tobie, wtedy ty porozmawiasz z nim. 
Nie chcę przeżyć reszty życia, nie znając swojego syna. 

Milczała. Rozsądek jej podpowiadał, żeby się do tego 

nie mieszała. 

-  Proszę... - W jego głosie brzmiała tęsknota. 

R

 S

background image

-  Zgoda - zgodziła się niechętnie. Nie chciała nic 

robić za plecami Kane'a, ale to był jego ojciec. - Tylko 
na kilka minut. Niedaleko od szpitala jest restauracja. 
Możemy się tam spotkać pojutrze. 

-  Dziękuję - słowo to płynęło z głębi serca. 

Szybko podała mu nazwę restauracji i wskazówki, 

jak tam dotrzeć. Uzgodnili godzinę spotkania i 

Allison 
odłożyła słuchawkę. 

 
Następnego dnia Allison wróciła do domu dwie go- 

dziny później. Kane otworzył jej drzwi i spojrzał pyta- 
jąco. 

-  U jednego z czworaczków Viegerow wykryto 

przepuklinę przepony. Cooper wykonał operację. Kiedy 
wychodziłam, jeszcze nie skończył. 

Czworaczki nie były pacjentami Kane'a. Jednak znał 

ten przypadek. Westchnął i pokiwał głową. 

-  Biedny maluch. Mam nadzieję, że przeżyje. 

Odebrał od niej torbę i żakiet i rzucił je na krzesło. 

Zaprowadził ją do kuchni. 
-  Jesteś głodna? Ja zjadłem taco. Odgrzać ci kilka? 
-  Kilka godzin temu zjadłam kanapkę... 
-  Dobrze - Kane miał dziwny wyraz twarzy. Nagle 

zrozumiała, że czekał na coś. 

-  Co się dzieje? 
-  Czemu uważasz, że coś się dzieje? 
-  Masz dziwną minę. Nie wiedziałam, że tak trudno 

R

 S

background image

ci utrzymać tajemnicę. 

R

 S

background image

-  Ale tobie nie udało się poznać moich sekretów. 
-  Będziesz mnie trzymał w napięciu? 
-  Już niedługo - wyciągnął białą serwetkę z szufla- 

dy i złożył ją w trójkąt. - Muszę zasłonić ci oczy. Po- 
czekaj tu przez chwilę. 

-  Chwilę? - słyszała, jak szybko przemierzył kuch- 

nię i otworzył drzwi do pralni. - To żadna niespodzian- 
ka, skoro przygotowanie jej zajmie tylko chwilę. 

-  Gotowa? 

Przytaknęła. 

-  Spróbujesz zgadnąć? 
-  Biżuteria? 
-  Nie. 
-  Ubrania. 
-  Nawet nie jesteś blisko. Wystaw ręce. 

Posłusznie wyciągnęła ręce. 

Wtedy ostrożnie położył jej na dłoniach małą, wier- 

cącą się futrzaną kuleczkę. Pisnęła. 

-  Kane! Zdejmij mi tę opaskę! Co to jest? 
W jej dłoniach siedział maleńki kotek, długie, mięk- 

kie, szare futerko, duże szaroniebieskie oczy. Raptem 
kotek wstał i przeciągnął się. 

Nie wiedziała, co powiedzieć. Jej oczy wypełniły się 

łzami. 

Kane spojrzał na nią, przerażony. 
-  Co się stało? Nie lubisz kotów? Mogę go oddać. 

Pomyślałem, że skoro masz tę kryształową kolekcję, 
może zechcesz prawdziwego. 

R

 S

background image

-  Nie! - powiedziała szybko. - Bardzo mi się po- 

doba. Czy to on czy ona? 

-  To samiczka. Ma rodowód. Była najsłabsza z mio- 

tu, ale najbardziej przyjacielska. - Wyciągnął palec 
i delikatnie pogładził kotkę po główce. 

-  Jest piękna. Dziękuję. Nigdy nie miałam własnego 

zwierzątka. 

-  Proszę bardzo. Kiedy dorastałem, zawsze mieli- 

śmy kilka kotów. Mama nie pozwoliła na psa. 

-  Zawsze chciałam mieć prawdziwego kota, ale ma- 

ma się nie godziła. Może wolałbyś psa? 

-  Zawsze myślisz o innych. Może kiedy będziemy 

mieli dzieci, pomyślimy o psie. Ale teraz, przy naszych 
zwariowanych rozkładach zajęć, kot będzie lepszy. 

-  Masz rację. Chcesz jej dać imię? 
-  Ja? Jest twoja. Ty to zrób. 
-  Może Lady Luck? 
-  Dobre imię. Może przyniesie nam szczęście. 

Miała taką nadzieję, przypominając sobie rozmowę 

z jego ojcem. Musi jakoś powiedzieć mężowi, że roz- 

mawiała z jego ojcem i zamierza się z nim spotkać. 

Robiło się późno, a jej nie udało się poruszyć tego 

tematu. Bawili się z kotką, potem wybrali się do sklepu 
po jedzenie dla niej. Wreszcie przyszła porą położyć się 
do łóżka. 

Allison zasnęła w ramionach Kane'a, z mruczącym 

kotkiem zwiniętym na poduszce. 

Nie powiedziała Kane'owi o ojcu. Zasypiając pomy- 

R

 S

background image

słała, że powie mu jutro z rana. Ale jego pager zadzwo- 
nił o czwartej - został wezwany do szpitala. 

Obiecała sobie, że powie mu po powrocie z pracy. 
 
Allison zauważyła Cartera, jak tylko weszła do re- 

stauracji. Kane trochę był podobny do ojca. Gdyby mu 
to uświadomić, na pewno nie byłby z tego powodu 
szczęśliwy. 

Wstał, kiedy podchodziła, i uprzejmie pomógł jej 

usiąść. 

-  Doceniam to, że przyszłaś. Napijesz się czegoś? 
-  Napiję się kawy. 
Carter złożył zamówienie i usiadł. Rozmowa była 

sztywna i niezręczna. Zerknęła na zegarek, zastanawia- 
jąc się, jak mu przerwać. Raptem ojciec Kane'a zaczaj 
opowiadać o tym, co się wydarzyło trzydzieści lat temu. 

-  Porzuciłem szkołę średnią. Zacząłem jeździć na 

rodeo, bo tylko to potrafiłem. Nie chciałem pracować 
na ranczu. Wszyscy kowboje marzą o odniesieniu suk- 
cesu na rodeo. 

Lloyd potrafił być czarujący, musiała przyznać. Jeśli 

byłby młodszy, a ona nie znałaby jego przeszłości, pra- 
wdopodobnie stwierdziłaby, że jest przystojny. 

-  Jest tam pełno kurzu i brudu. Jesteś wiecznie po- 

tłuczony i masz połamane kości albo zwichnięte stawy. 
Prawie nie zarabiasz pieniędzy, chyba że wyrobiłeś so- 
bie nazwisko. Przez pewien czas dobrze mi się powo- 
dziło. To było wtedy, kiedy poznałem Randi. Była pięk- 

R

 S

background image

na. Przyszła na rodeo, a ja raz na nią spojrzałem i wpad- 
łem. 

-  Więc się pobraliście? 
-  Właśnie oddała bliźnięta. Ale o tym powiedziała 

mi później. Kiedy myślała, że nikt nie widzi, była smut- 
na i przybita. Chciałem, żeby znowu była szczęśliwa. 
Więc się pobraliśmy. 

-  Podróżowała z tobą? - chciała, żeby wrócił do te- 

matu. 

-  Przez jakiś czas radziliśmy sobie. A potem zaszła 

w ciążę. Właśnie miałem wypadek, więc nie pracowa- 
łem. Akurat byliśmy w Kalifornii, więc tam zostaliśmy. 
Pracowała jako kelnerka. Po urodzeniu chłopca szybko 
wróciła do pracy. 

-  Co robiła z Kane'em, kiedy pracowała? 
-  Ja się nim zajmowałem. Był dobrym dzieckiem. 

Zabierałem go na aukcje bydła. Moje kolano zagoiło się 
i byłem gotów wrócić na rodeo. Ale wtedy Randi znowu 
zaszła w ciążę. 

-  Zrobiła to bez niczyjej pomocy? - zapytała iro- 

nicznie Allison. 

-  Wtedy się zmieniła - powiedział ze smutkiem. - 

Chciała, żebym znalazł pracę. Nie była szczęśliwa, kie- 
dy wspomniałem o powrocie na rodeo. Chciała się 
ustatkować. Wiecznie się kłóciliśmy. W końcu powie- 
działa, że mnie nie potrzebuje i mam się wynieść. I na- 
prawdę nie potrzebowała. Świetnie sobie poradziła 
sama. 

R

 S

background image

Allison zauważyła, że drżą mu ręce. Poczuła przy- 

pływ litości, pomimo rozdrażnienia, jakie czuła. 

-  Więc odszedłem - powiedział cicho. - Nie jestem 

z tego dumny. Zawsze zamierzałem wrócić. Ale minął 
rok, potem dragi, a kiedy wróciłem, okazało się, że 
wyjechali. Nawet nie wiedziałem, jakiej płci było drugie 
dziecko, póki nie otrzymałem listu od Gabrieli. 

-  A potem odkryłeś, że Miranda należy do rodziny 

Fortune'ow. 

-  Nie powinienem być taki zdziwiony. Zawsze na- 

zywałem ją swoją księżniczką, z powodu jej manier 
i sposobu wysławiania się. 

-  Jeśli chciałeś spotkać się z dziećmi, czemu szanta- 

żowałeś Mirandę? Chyba zdawałeś sobie sprawę, że 
Kane i Gabriela nie zaakceptują tego. 

-  To nie był mój pomysł. Jak jakiś tępak, opowie- 

działem Leezie o bliźniętach Randi. To ona wpadła na 
pomysł, żeby je odszukać. 

Chciała mu powiedzieć, że mógł się nie zgodzić, 

ale to byłoby małostkowe. Ten facet nie miał w sobie 
ikry. 

-  Dziękuję, że mi to opowiedziałeś - powiedziała. 

- Ale nie mogę niczego obiecać. 

-  Wiem, że spróbujesz - Lloyd znowu się uśmie- 

chał. Kiedy mu to odpowiadało, potrafił ignorować rze- 
czywistość. 

Wstała, zerkając na zegarek. 
-  Naprawdę muszę już iść. 

R

 S

background image

- Raz jeszcze dziękuję, że mnie wysłuchałaś. Gdy- 

bym tylko potrafił przekonać Kane'a... 

Tylko skinęła głową. Kiedy wyszła, zerknęła jeszcze 

raz przez okno. Ojciec Kane'a siedział ze spuszczoną 
głową i wzrokiem wbitym w filiżankę. Wyglądał tak 
smutno, że musiała zwalczyć impuls, by do niego nie 
wrócić. 

R

 S

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 
Kane pragnął znaleźć się w domu. Potrzebował Alli- 

son. Było już ciemno, kiedy wyłączył alarm i wszedł do 
holu. 

-  Allison? 
Jego żona szła korytarzem. Była ubrana w jaskrawo- 

błękitny peniuar i krótką jedwabną koszulkę do kom- 
pletu. 

-  Witaj w domu - niosła kieliszek wina, który mu 

zaproponowała. - Czuję się, jakbym nie widziała cię 
całe wieki. 

Bez słowa odebrał od niej kieliszek i postawił go na 

stoliku. Wziął ją w ramiona i przytulił. 

-  Potrzebuję cię - powiedział i pocałował ją. 
Zanim zamknęła oczy, dostrzegł w nich zadowole- 

nie. Znał jego powód. Nigdy przedtem tak do niej nie 
mówił. 

-  Powiedz, że mnie kochasz - wyszeptał. 
-  Kocham cię - zamruczała ochryple. - Kocham 

cię. 

Całował ją łapczywie. Pachniała słodko i świeżo. Jej 

R

 S

background image

skóra była wilgotna, jakby dopiero co wyszła spod pry- 
sznica. 

-  Chodźmy na górę - wziął ją na ręce. Chociaż za- 

wsze protestowała, lubił ją nosić. 

Ale dzisiaj nie protestowała. Objęła go za szyję i po- 

wiedziała. 

-  Nie musimy iść na górę. Na dole też jest kilka 

pokoi. 

Poczuł przyśpieszone tętno. Zamiast iść na górę, 

skierował się do kuchni. 

-  Masz rację - powiedział i posadził ją na kuchen- 

nym blacie. Przytulił ją mocno i namiętnie pocałował. 
Po chwili wydawało im się, że cały świat przestał ist- 
nieć. 

Tak bardzo ją kochał, tę drobną, spokojną kobietę, 

która nigdy go o nic nie prosiła, była szczęśliwa zosta- 
jąc jego żoną i mieszkając z nim. Uczyniła jego życie 
lepszym, niż kiedykolwiek było. 

Wtedy uzmysłowił sobie to, do czego się przed sobą 

przyznał. Kochał ją! Jasne, że ją kochał. Walczył i po- 
woli przegrywał bitwę. 

Jak tylko złapie oddech, powie jej. 
-  Gdzie kotka? - zapytał. 
-  Na górze, śpi na mojej poduszce. 
-  To miło - znowu ją pocałował. - Gdyby widziała, 

co robiliśmy, spowodowałoby to nieodwracalne zmiany 
w jej psychice. 

W tym momencie zadzwonił telefon. 

R

 S

background image

Kane szeroko się uśmiechnął. 
-  Lepiej ty odbierz. Bo jeśli ktoś usłyszy, jak oddy- 

cham, od razu się domyśli, co robiliśmy. 

-  Rezydencja Fortune'ów. Mówi Allison. 
-  Cześć, Allison -jowialny męski głos wypełnił po- 

kój. Allison ogarnęło przerażenie. - Chciałem ci po- 
dziękować za spotkanie. Wiem, że zrobisz wszystko, by 
Kane zrozumiał. 

 
Już przy pierwszym słowie ciało Allison znierucho- 

miało. Kane zdał sobie sprawę, że ona od razu poznała, 
kto dzwonił. Patrzył na nią płonącym wzrokiem. Naj- 
pierw zbladła, a potem gwałtownie się zaczerwieniła. 

-  Ja... 
-  Chętnie się z tobą jeszcze kiedyś spotkam. Następ- 

nym razem to ja będę słuchał. Jesteś moją jedyną na- 
dzieją na pojednanie z synem. 

-  Nie, Carter. - Głos Kane'a brzmiał chłodno 

i wściekle. - Nie ma nadziei, że ty i ja kiedykolwiek się 
pojednamy. Odczep się od mojej żony. Nie próbuj kon- 
taktować się z żadnym z nas. 

-  Kane? - głos Cartera brzmiał niepewnie. - Kane, 

ja... 

Jednym gwałtownym ruchem odłożył słuchawkę 

i popatrzył na żonę. 

-  Do diabła z tobą - powiedział ochryple. - Od jak 

dawna spotykasz się z nim za moimi plecami? 

-  Tylko raz - powiedziała cicho. Wiedziała, że źle 

R

 S

background image

postąpiła. Poczuł, jak rośnie w nim gniew. Ufał jej. 
Zaczął na niej polegać, potrzebował jej i wierzył w jej 
umiejętność uczynienia jego życia szczęśliwym. Zamie- 
rzał jej powiedzieć, że ją kocha! 

-  Zadzwonił dwa razy. Za pierwszym razem chciał 

rozmawiać z tobą. A za drugim... 

-  Nie obchodzi mnie drugi raz - odwrócił się od 

niej, zbyt zdenerwowany i zły, żeby na nią patrzeć. 

- Wiesz, co o nim myślę. Wiedziałaś, że nie chciałem, 

żeby spotykał się z moją rodziną. Wiedziałaś! - ryknął. 

- Ufałem ci, a ty potajemnie spotkałaś się z tym czło- 

wiekiem. 

Allison zbladła jeszcze bardziej. 
-  Przykładasz to tego zbyt wielką wagę. A zobacz, 

co z tego wynikło. Nawet jeśli zrobił to z egoistycznych 
pobudek, dzięki temu znaleźli się Emma i Justin. 

-  Wiedziałaś, że nie chcę go znać. 
-  Wiem, że ma wady. Ale wierzę, że jest szczery. 
-  Akurat! - wrzasnął. - Teraz należę do rodziny 

Fortune'ow. Nabrałem wartości w jego oczach. Uważa, 
że może na tym skorzystać. Wiedziałaś, że nie chcę mieć 
z nim nic wspólnego! 

-  Wiedziałam, ale sądziłam, że się mylisz -jej głos 

drżał, ale starała się nad nim panować. 

Zaskoczyło go, że mu się przeciwstawiła. Przyzwy- 

czaił się myśleć o Allison jak o osobie ugodowej, oazie 
spokoju. Po raz pierwszy zdał sobie sprawę, że pod 
delikatną osobowością kryje się stalowa wola. Doszedł 

R

 S

background image

do wniosku, że jego żona nie jest tak uległa, jak sądził. 
Kiedy to sobie uświadomił, jeszcze bardziej się zdener- 
wował. 

-  Nie obchodzi mnie, co uważasz - powiedział bru- 

talnie. 

Lecz ona kontynuowała tym samym spokojnym 

tonem. 

-  Nie cierpisz go. I nie dajesz mu żadnej szansy. 
-  Miał szansę! - krzyknął Kane. - Ale zajmował się 

wtedy szantażowaniem mojej rodziny! Zachęcał moją 
żonę, żeby kłamała. 

-  Nigdy nie kłamałam! 
-  Przemilczenie też jest kłamstwem. Jeśli o mnie 

chodzi, to pomagałaś mu przy jego brudnych intrygach. 

-  To absurdalne. 
-  Czyżby? - Wiedział, że to prawda. Ale chciał ją 

zranić! - Czego mi jeszcze nie powiedziałaś o jego pla- 
nach względem mojej rodziny? 

-  On też należy do twojej rodziny -jej oczy pocie- 

mniały z bólu, ale głos był stanowczy. - Któregoś dnia 
będzie za późno, żeby z nim porozmawiać. Ja straciłam 
tę szansę i będę tego żałowała przez całe życie. 

Nie mógł na nią spojrzeć. Był za bardzo wściekły. 
-  Nigdy ci tego nie wybaczę. 
 
Godzinę później Kane siedział na brzegu basenu 

i ciągle rozmyślał nad tym, co się wydarzyło. 

Minął już szok. Teraz przypomniał sobie swoje ostre 

R

 S

background image

słowa i wyraz jej twarzy. 

R

 S

background image

Nie patrzył na nią, kiedy wypowiedział te złośliwe 

słowa: Nigdy ci tego nie wybaczę. 

Ale usłyszał, jak zaskoczona gwałtownie wciągnęła 

powietrze. Potem wymknęła się z kuchni i poszła na 
górę. Właśnie wtedy wybiegł na zewnątrz. 

Teraz wyczerpany po fizycznym wysiłku, poczuł 

się... pusty. 

I winny. No dobrze, był wściekły, że Allison rozma- 

wiała z jego ojcem. Dobrze wiedział, że nie potrafiła 
odmówić niczyjej prośbie, jeśli uznała ją za uczciwą. 
Na ogół uważał, że doskonale potrafi ocenić ludzi. 

Zmarnowałam swoją szansę na pojednanie się z oj- 

cem i będę tego żałowała do końca życia. 

Boże. Czyżby miała rację? Nie wiedział. W tej chwil 

nie mógł współczuć Lloydowi. Ale kto wie... 

Ważniejsze wydawało mu się, żeby pogodzić się 

z Allison. Rzadko tracił panowanie nad sobą, bo potem 
zawsze tego żałował. Złość go oślepiła i zachował się 
niewybaczalnie. Allison nigdy nie spiskowałaby prze- 
ciwko niemu. Kochała go. Co mógłby powiedzieć, żeby 
zmniejszyć ból, który spowodował? 

Niewiele, zdał sobie sprawę. Mógł tylko błagać 

o wybaczenie. 

Kilka minut później otworzył drzwi do garażu i jęk- 

nął. Jej samochód zniknął, 

Poszedł szybko na górę. Rozglądając się, zauważył 

brak kilku drobiazgów: kosmetyków, szczotki do wło- 
sów, książki, którą czytała. Zostawiła kotkę, śpiącą spo- 

R

 S

background image

kojnie na poduszce. I wtedy poczuł pierwsze ukłucie 
strachu. 

Zostawiła go. Nigdy nie wyobrażał sobie, że może 

to zrobić. Tylko się pokłócili. Ale widocznie dla niej 
było to czymś więcej. 

Musiała odejść, kiedy pływał. Plusk wody zagłuszył 

dźwięk silnika mazdy i odgłos otwieranych drzwi gara- 
żowych. 

Nagle przypomniał sobie, że miał jej powiedzieć, że 

ją kocha. Nawet nie mogła pocieszyć się tą świadomo- 
ścią. Nic dziwnego, że pomyślała, że już jej nie chce. 

Nigdy ci tego nie wybaczę. Wiedział, jak jej życie 

zmieniło się po odejściu ojca. Wyobrażał sobie, jak cięż- 
ko było mieszkać z kimś, kto był w depresji. 

Ukryła się za nijaką powierzchownością, bo widzia- 

ła, jak niewiele znaczy uroda. Jak mało znaczyła w ży- 
ciu jej rodziców. Przez lata unikała angażowania się 
w związki, które mogłyby ją zniszczyć. 

Ale on ją przejrzał. Była piękna. Miał wielkie szczę- 

ście, że ją dostrzegł, zanim ktoś inny odkrył, jakim była 
skarbem. 

Lecz dla niej nawet małżeństwo nie gwarantowało 

zobowiązania na całe życie. Dorastała w przekonaniu, 
że żaden związek nie trwa wiecznie. 

Sięgnął po telefon. Najpierw zadzwonił do szpitala. 

Dowiedział się, że dzisiaj nie pracuje. Potem zadzwonił 
do siostry. Gabriela kilka razy zabrała Allison na lunch. 
Zaczynały się przyjaźnić. Może pojechała do niej. 

R

 S

background image

Lecz Gabriela z troską w głosie oznajmiła, że Allison 

się nie odzywała. 

Wreszcie zadzwonił do matki. Wstydził się jej mó- 

wić, jak się zachował, ale to nie było ważne, jeśli Allison 
wróci do domu. Przez całe życie starał się być dosko- 
nały. Ale jego duma będzie marnym towarzyszem, jeśli 
nie przekona Allison, żeby do niego wróciła. 

Kiedy Miranda odebrała, zaczął szybko mówić. 
-  Lloyd poprosił Allison, żeby ze mną porozmawia- 

ła. Chciał się ze mną spotkać. Kiedy się o tym dowie- 
działem, nie przyjąłem tego zbyt dobrze. Ponieważ wie- 
działa, co o nim myślę, jej postępowanie było dla mnie 
bezmyślne. 

-  Wcale takie nie było - odpowiedziała matka cierp- 

ko. - Allison lubi spokój. Musiała się tym bardzo prze- 
jąć. Ta dziewczyna żyje i oddycha tylko po to, by cię 
uszczęśliwić. 

-  Jej ojciec odszedł - wyjaśnił Kane. - Zanim mu 

wybaczyła, zmarł. Nie chce, żebym czuł taki sam żal. 

Zapanowała krótka chwila ciszy. Potem jego matka 

powiedziała cicho. 

-  Ona cię naprawdę kocha. 
-  Powiedziałem jej, że ojciec nie jest szczery - przy- 

znał. - Oskarżyłem go, że chce się do mnie zbliżyć 
z powodu moich powiązań rodzinnych. 

-  Może jest szczery. Chyba naprawdę żałuje 

tych wszystkich straconych lat. Przynajmniej go wy- 
słuchaj. 

R

 S

background image

-  Nie wiem, czy potrafię to zrobić. Jeśli ma choć 

odrobinę przyzwoitości, jak mógł cię szantażować? 

-  Kiedy się poznaliśmy, Lloyd był miłym i przy- 

zwoitym człowiekiem. Bez względu na to, co się stało 
potem, był dla mnie dobry w najtrudniejszym momen- 
cie mojego życia. Kiedy go spotkałam, nie byłam taka 
jak teraz. Byłam przerażoną, nieszczęśliwą nastolatką, 
która potrzebowała się na kimś oprzeć. Potem dzięki 
niemu odzyskałam pewność siebie. Teraz się zmienił. 
Wydaje się... - zawahała się - pod dużym wpływem 
swojej obecnej żony. 

-  Nie musisz mi tego mówić - samo wspomnienie 

tamtej kobiety wywoływało dreszcze. Pomyślał, że 
przebywanie z nią dzień w dzień musiało być rodzajem 
kary. I poczuł dla ojca coś... prawie jak współczucie. 

Ale szczera rozmowa z ojcem nie była najważniejsza 

w tej akurat chwili. Poprosił matkę o natychmiastową 
wiadomość, gdyby Allison się z nią skontaktowała. By- 
ło wiele rzeczy, które wolałby zrobić, lecz... 

Niechętnie wyciągnął portfel i wyjął skrawek papie- 

ru z numerem telefonu ojca. Zabrał go z biurka matki, 
był pewien, że będzie im jeszcze potrzebny. Teraz mod- 
lił się, żeby ojciec jeszcze nie wyjechał. 

-  Halo? 
-  Mówi Kane Fortune. 
-  Kane? Cieszę się, że zadzwoniłeś. Mam nadzieję, 

że nie spowodowałem kłopotów pomiędzy tobą i Alli- 
son? Jest wyjątkowa. 

R

 S

background image

-  To prawda - Kane odchrząknął. - Czy przypad- 

kiem jej nie widziałeś? 

W słuchawce zapadła cisza. Po chwili Carter odezwał 

się: 

-  To moja wina. Jeśli ją spotkam, dam ci znać. 
-  Dziękuję - nie wiedział, co jeszcze powiedzieć. 
-  Kane... przepraszam, że wpakowałem się w twoje 

życie i zmuszałem cię, żebyś mnie zaakceptował. - Oj- 
ciec głęboko odetchnął. - Obiecuję, że więcej tego nie 
zrobię. Nigdy już nie poproszę o pieniądze. 

-  Chciałbym w to wierzyć. - Zawahał się i w końcu 

powiedział: - Może pewnego dnia zadzwonię do ciebie. 
- Nie wiedział, czy będzie wstanie wybaczyć ojcu. Ale 
spróbuje, ponieważ zobaczył, jakie to ważne dla Alli- 
son. 

-  Byłoby wspaniale. Teraz szukaj swojej dziewczy- 

ny. 

Problem w tym, że nie wiedział, gdzie jej szukać. Nie 

skontaktowała się z nikim z ich... z jego rodziny. Nie 
była w szpitalu. Jeśli miała jakieś przyjaciółki, to nigdy 
o nich nie słyszał. 

Z drugiej strony nigdy też nie zachęcał jej do zwie- 

rzeń w czasie ich krótkiego małżeństwa. Jedną połowę . 
ich wspólnego czasu spędził walcząc ze swoimi uczu- 
ciami do niej, a drugą kochając się z nią. 

Usiadł na stołku i zapatrzył się w telefon. Gdzie była 

i kiedy do niego zadzwoni? 

R

 S

background image

Za żadne skarby nie zadzwoni do Kane'a, myślała 

Allison następnego dnia, rozglądając się po przygnębia- 
jącym pokoju. Kilka razy w nocy prawie poddała się 
pragnieniu, żeby do niego zadzwonić, tylko po to, by 
usłyszeć jego ukochany głos. 

Nie zadzwoni do niego. Jej małżeństwo okazało się 

pomyłką. Sztuczny twór, do którego tylko ona wnosiła 
miłość. 

Niezupełnie tak było, przypomniało jej sumienie. 

Przez ostatnie tygodnie Kane otwarcie okazywał uczu- 
cia. Wydawało się, że potrzebuje jej tak bardzo, jak ona 
jego. Ale potrzeba i miłość były zupełnie czymś innym. 
Nie będzie mieszkała z nim bez miłości. 

Nie wiedziała, kiedy doszła do takiego wniosku, ale 

to była prawda. Kochała go tak bardzo, że mogła zrobić 
dla niego prawie wszystko. Ale w zamian potrzebowała 
jego miłości. 

Zasługiwała na tę miłość. 
Kochanie Kane'a i mieszkanie z nim było wspaniałe. 

Jej życie zmieniło się pod wieloma względami. Ale od 
czasu, kiedy wyznała mu miłość, czuła, że czegoś jej 
brakuje. Wiedziała czego. Chciała usłyszeć te słowa. 

Marzyła, że kiedyś jej to powie. Była gotowa pocze- 

kać. 

Ale jego wczorajsza reakcja pokazała jej dokładnie, 

jak złudna była ta nadzieja. Kane jej nie kochał. Nigdy 
jej nie pokocha. Dlatego odeszła. Zacznie sama od po- 
czątku. Tym razem nie będzie oczekiwała miłości. 

R

 S

background image

Może pewnego dnia, kiedy ból zelżeje, poszuka 

przyjaźni i takiego związku, który przetrwa całe życie. 
Może i nie znajdzie miłości, ale jej małżeństwo z Ka- 
ne'em uzmysłowiło jej, że nie chce być sama przez 
resztę życia. Chciała mieć rodzinę. Kogoś, z kim mo- 
głaby się śmiać i dzielić codzienne życie. Chciała przy- 
tulać i wychowywać własne dzieci. 

Postanowiła wyjechać z San Antonio, tego była pew- 

na. Nie miała tu rodziny, nic jej tu nie trzymało. Z bólem 
pomyślała o Mirandzie, Emmie, Gabrieli, Ryanie i Lily. 
To rodzina Kane'a, a nie twoja. 

Więc wyjedzie z miasta. Nie mogła pracować 

w szpitalu i wiecznie wpadać na Kane'a. Ta myśl spo- 
wodowała, że poczuła pod powiekami piekące łzy. 

R

 S

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 
Allison bez trudu przyzwyczaiła się do maleńkiego 

mieszkanka. Zabrała niewiele rzeczy. Dwa następne dni 
miała wolne. Sporo czasu spędziła w bibliotece. Spraw- 
dzała w Internecie oferty pracy. 

Trzeciego dnia, po kolejnej nieprzespanej nocy, po- 

jechała do szpitala. 

Była kłębkiem nerwów. Czy spotka Kane'a? Jak on 

się zachowa? Co powie? Na pewno będzie zadowolony, 
że wyjeżdża. 

Właśnie odłożyła swoje rzeczy i szła w kierunku 

biurka, kiedy wysiadł z windy. Rozejrzał się dokoła, 
a kiedy ją zobaczył, uśmiechnął się ponuro. 

-  Żono. 
Wyglądał na zmęczonego, może miał dyżur w nocy. 

Ale dla niej wyglądał wspaniale jak zawsze. 

-  Gdzie byłaś? - Zatrzymał się przed nią. Jego oczy 

patrzyły groźnie, a głos brzmiał agresywnie. 

Zawahała się przez chwilę. 
-  Wynajęłam mieszkanie. 
-  Na wypadek, gdybyś zapomniała - już masz gdzie 

R

 S

background image

mieszkać. - Zniżył głos, bo obok przechodziła pielęg- 
niarka. - Musimy porozmawiać. 

Pokręciła głową, unikając jego skupionego spojrze- 

nia i starając się zachować spokój. 

-  Nie teraz. 
-  Kiedy? 
-  Doktor Kane proszony na urazówkę. - Głos 

z głośnika zabrzmiał tuż nad uchem Allison. Podsko- 
czyła przestraszona. 

-  Cholera! - Sprawdził pager. - Muszę iść. Nie opu- 

szczaj szpitala beze mnie, chyba że jedziesz do domu. 

Patrzyła na niego z osłupieniem. Ma pojechać do 

domu? 

Przełożona pielęgniarek przybiegła korytarzem, 

przerywając tę chwilę napięcia. 

-  Idź z doktorem Kane'em na urazówkę. Zaraz 

przywiozą kobietę w ciąży z trojaczkami. Rodzi przed- 
wcześnie i ma krwotok. 

W Allison odezwała się wyszkolona pielęgniarka. 

Kłopoty osobiste ustąpiły miejsca sprawom zawodo- 
wym. Bez słowa odwróciła się i skierowała do windy, 
ale Kane wskazał na podświetlony znak: wyjście. 

-  Schodami będzie szybciej. 
Przytaknęła i poszła za nim. Szybko zeszli po scho- 

dach i przebiegli resztę drogi na ostry dyżur. Kiedy 
zakładali fartuchy i maski, przywieziono kobietę. 
W ciągu kilku chwil zapanowała atmosfera profesjo- 
nalizmu. 

R

 S

background image

Położnik przybył kilka chwil przed nimi. Kiedy wy- 

kryto nieprawidłowe tętno płodów, zarządzono cesar- 
skie cięcie. Serce Allison zamarto, kiedy dowiedziała 
się, że to dopiero dwudziesty siódmy tydzień ciąży. 
Zaczął się poród. Bardzo mały chłopiec, który nie od- 
dychał, trochę większa dziewczynka, oddychająca, i ko- 
lejna dziewczynka, nawet mniejsza od chłopca, również 
z problemami oddechowymi. Kane zajął się chłopczy- 
kiem i nadzorował pracę dwóch innych pediatrów. Za- 
kładali cewniki, kroplówki i podłączali noworodki do 
monitorów. Stan największej dziewczynki był stabilny 
i została zabrana na oddział noworodków. O życie po- 
zostałej dwójki toczyła się walka. 

Stan najmniejszej dziewczynki ustabilizował się po 

dwóch godzinach. Ale była słaba... Kane nie przestawał 
walczyć o życie chłopca. Trzy godziny później stan 
dziecka był stabilny. 

Allison wymknęła się do swojej szafki, umyła się 

i zebrała swoje rzeczy. Była wykończona. 

Poszła do kadr. Dzisiejszy dzień był wyjątkowo 

okropny i to nie tylko dlatego, że o mało nie stracili 
dwójki dzieci. Dzisiaj uzmysłowiła sobie, że nie potra- 
fiłaby pracować razem z Kane'em. Nie zniosłaby tego: 
przebywać tak blisko niego i nie móc mu pomóc. 

Dyrektorka zdziwiła się, kiedy Allison zapytała ją, 

czy nie może przenieść jej na inny oddział. Jedna z pie- 
lęgniarek z dziecięcego oddziału onkologicznego wy- 
bierała się na urlop macierzyński. I chociaż to było tylko 

R

 S

background image

tymczasowe rozwiązanie, odpowiadało jej. Istnieje 
szansa, że w ciągu sześciu tygodni znajdzie pracę gdzie 
indziej. I tak wyjedzie z San Antonio. 

Po pożegnaniu się z dyrektorką powlokła się do sa- 

mochodu. Słońce zachodziło. Wkrótce będzie ciemno. 
Jej nastrój pasował do zimowego nieba. 

Zauważyła Kane'a opierającego się o jej mały spor- 

towy samochód. Nie podnosił oczu, czekał z opuszczo- 
ną głową. Bez względu na to, jak wolno będzie szła, 
i tak w końcu dojdzie do niego. 

-  Cześć - powiedziała miękko. 
-  Cześć - nadal nie podniósł głowy. Wyczerpanie 

i troska wyrzeźbiły głębokie zmarszczki na jego przy- 
stojnej twarzy. 

Znała go, wiedziała, jak się czuje po tym katastrofal- 

nym dniu. Nie mogła się powstrzymać, podeszła do 
niego i położyła mu rękę na ramieniu. Może nie chce 
jej jako żony, ale kiedyś byli przyjaciółmi. Potrafili 
rozmawiać o pracy, którą oboje kochali, a czasami nie- 
nawidzili. Kochała go tak bardzo, że bolało ją serce, 
kiedy cierpiał. 

-  Dobrze się czujesz? 
-  Nie - wtedy na nią spojrzał. - Nie czuję się dobrze. 

Dwa razy musiałem powiedzieć tym ludziom, że ich 
dzieci są ciężko chore. Nawet jeśli przeżyją, mogą być 
ciężko upośledzone. To było... piekło. Zastanawiałem  
się, jak bym się czuł, gdyby to było nasze dziecko. 

Gładziła go po ręce. 

R

 S

background image

-  Ale nie było... 
-  Zaraz powiesz, że to nie moja wina. I będziesz 

miała rację. Ale to moja wina, że mnie opuściłaś. Prze- 
praszam cię. Wróć do domu. 

-  Kane, ja... 
-  Nic nie mów. - Stłumił jej słowa, przytulając ją do 

siebie. Przez chwilę stawiała opór, ale szybko przestała 
z nim walczyć. Jego ramiona były silne i mocne. Kiedy 
ją przytulił, dotarł do niej delikatny zapach wody po 
goleniu. W jednej i tej samej chwili czuła się jak w nie- 
bie i jak w piekle. Jak zniesie rozstanie z nim? 

-  Przepraszam - powtórzył. - Nie powinienem mó- 

wić ci takich rzeczy o swoim ojcu. 

-  Ale miałeś rację. Nie powinnam z nim rozmawiać. 
-  Nie miałem racji - mocniej ją przytulił. - Zadzwo- 

niłem do niego, kiedy zorientowałem się, że odeszłaś. 
Rozmawialiśmy ze sobą uprzejmie. 

-  Cieszę się. - Jej głos brzmiał niepewnie. Próbowała 

opanować emocje. Nigdy nie przyszłoby jej do głowy, że 
Kane zadzwoni do ojca. Odetchnęła głęboko, wdychając 
jeszcze raz znajomy męski zapach. Czuła bolesną rozter- 
kę. Jego ramiona były takie silne i bezpieczne, jego serce 
biło równomiernie. Nie chciała odchodzić. 

-  Nie odpowiedziałaś mi. 
-  Tak? 
-  Prosiłem, żebyś wróciła do domu. 
Czy może zostać z nim, kochając go tak bardzo? 

Wiedząc, że on jej nie kocha? 

R

 S

background image

Odsunął się trochę, unosząc jej twarz. Była zaskoczo- 

na, widząc w jego oczach strach, jakby obawiał się jej 
odmowy. 

Czy zostanie z nim, wiedząc, że on jej nie kocha? 

Odpowiedź była prosta. Kochała go. Nieważne, czy on 
ją kocha, czy nie, nie odejdzie od niego, tak jak nie 
przestanie go kochać. Może miłość z jego strony jest 
niemożliwa? Ale ona nie mogła odmówić mu niczego. 
A on jej potrzebował. 

Uśmiechnęła się, czując wielką ulgę. Nadal tkwił 

w niej smutek, ale został zepchnięty głęboko przez 
przekonanie, że to było dobre dla niej, dla nich. 

-  Nie poprosiłeś, tylko rozkazałeś. 
-  Teraz proszę. - Ujął jej twarz w dłonie. - Kocham 

cię, Allison. Powinien powiedzieć ci wcześniej. Czy 
wrócisz ze mną do domu? 

-  Ja... ja - głos jej się załamał i zamilkła. - Co po- 

wiedziałeś? 

-  Kocham cię - powiedział. - Nie chcę już spędzić 

żadnej nocy bez ciebie w moich ramionach. Będę cię 
błagał. Zbyt późno uświadomiłem sobie, że cię kocham. 

-  Ty mnie kochasz! - Kolana się pod nią ugięły. 

Chwyciła go za ręce, żeby nie upaść. 

-  Kocham cię - powtórzył, patrząc jej w oczy. -  

Chciałem ci powiedzieć wcześniej, ale zadzwonił mój 
ojciec. Potem odeszłaś ode mnie i myślałem, że już 
nigdy nie będę miał okazji. Mówiłaś, że mnie kochasz.  
Czy nadal to czujesz? 

R

 S

background image

-  Czy nadal...? - pokręciła głową. Kręciło jej się 

w głowie, kiedy dotarło do niej, że on ją kocha. - Ty 
nic nie rozumiesz, prawda? 

-  Czego? - nie uwolnił jej z ramion, ale poczuła, jak 

zamyka się w sobie. 

-  Zakochałam się w tobie już pierwszego dnia, kie- 

dy się do mnie uśmiechnąłeś. Ty ślepy człowieku! Ko- 
chałam cię nawet wtedy, kiedy byłeś zbyt roztargniony, 
żeby pamiętać moje imię. Kiedy traktowałeś mnie jak... 
jak stary, wygodny kapeć. Dobra, stara Allison. Marzy- 
łam o tobie od lat. 

-  Dlaczego mi nigdy nie powiedziałaś? - Kane nie 

uśmiechał się, ale w jego oczach płonęło światło, któ- 
rego przedtem nie widziała. 

-  Co miałam powiedzieć? - rozłożyła ręce. - Oto 

narzędzie, o które pan prosił, a tak przy okazji, kocham 
pana - potem spoważniała. - Nie wiedziałam, że ci się 
podobam. 

-  Skąd mogłem wiedzieć. Bardzo się starałaś, żeby 

nikt cię nie zauważył. Ciągle pamiętam, jak się po- 
czułem, kiedy zobaczyłem cię z rozpuszczonymi 
włosami. 

-  Wtedy mnie dostrzegłeś? Jak się czułeś? - Przy- 

ciągnął ją bliżej i uniósł jej twarz do pocałunku. 

Tracąc równowagę, szybko objęła go za szyję. Poca- 

łował ją głęboko, 

-  Byłem przerażony, że odeszłaś ode mnie na zawsze 

- wyszeptał. 

R

 S

background image

-  Bo odeszłam - spoważniała. - Myślałam, że nigdy 

nie będę dla ciebie tyle znaczyła, ile ty dla mnie. 

-  Znaczysz więcej, niż potrafię wyrazić słowami. 
-  Czy to darmowe przedstawienie? - rozbawiony 

głos należał do tej samej pielęgniarki, która już raz im 
przeszkodziła. - Lepiej idźcie do domu, gdzie możecie 
to robić bez świadków - poradziła im roześmiana ko- 
bieta. - Bo inaczej przeczytacie w gazecie, że pewni 
członkowie rodziny Fortune'ów zostali aresztowani za 
nieprzyzwoite zachowanie. 

-  Bardzo prawdopodobne - roześmiał się Kane. 

W końcu uwolnił Allison z objęć. Złapał ją za rękę i po- 
ciągnął w kierunku samochodu. 

-  Jedźmy do domu, żono. Jutro zabierzemy twój 

samochód. 

-  Może zabierzemy go jeszcze dzisiaj - powiedziała. 

Ale Kane pokręcił głową, kiedy pomagał jej wsiąść. 

Nachylił się i mocno ją pocałował. 
-  Mam plany na resztę dnia. Zapewniam cię, że nie 

obejmują odebrania samochodu. 

 

R

 S


Document Outline