background image

Rita Clay Estrada 

 

WINNYM WYMIARZE 

(Forms Of Love) 

background image

PROLOG 

 

Kendra Lovejoy stała w holu kina, nie zwracając uwagi na kłębiący się wokół niej tłum. 

Nareszcie  przestała  mieć  wątpliwości.  Czy  to  nie  dziwne,  że  stało  się  to  za  sprawą  starego 
filmu? 

Najwyższy  czas,  by  znów  zapanowała  nad  swoim  życiem.  By  podjęła  ryzyko.  Przez 

ostatnie dwa lata zachowywała się jak tchórz. Wolała myśleć, że zmiana na lepsze dokona się 
bez jej udziału.  

Wyszła z kina i zatrzymała się przy krawężniku, czekając na zielone światło. Na parkingu 

po  drugiej  stronie  ulicy  stał  jej  samochód,  ale  Kendra  nie  miała  ochoty  wracać  do  domu 
rodziców.  Głowę  wypełniały  jej  myśli  i  odczucia,  które  powinna  uporządkować  i 
przeanalizować – dokładnie tak jak proponował jej psychoterapeuta.  

Stojąca obok starsza kobieta poklepała swego towarzysza po ramieniu.  
–  Tak,  wiem,  kochanie.  Gdy  pierwszy  raz  zobaczyłam  „Pamiętny  romans”,  też  byłam 

bardzo wzruszona.  

Kendra rzuciła okiem na mężczyznę, ciekawa, co kobieta odczytała z jego twarzy, ale nie 

dostrzegła na niej nic poza nudą.  

Zapaliło się zielone światło i ludzie ruszyli przez jezdnie. Kendra pozostała na miejscu, 

dopóki  nie potrącił jej nieuważny przechodzień.  Cofnęła się i  oparła o ścianę kina, usiłując 
zapanować nad gonitwą myśli.  

Rozejrzała się po wyzłoconej popołudniowym słońcem ulicy San Antonio. Kilka domów 

dalej dostrzegła cukiernię, więc ruszyła w jej stronę, by usiąść na chwilę i nad wszystkim się 
zastanowić.  Film  wywołał  w  niej  burzę  uczuć,  które  zamąciły  jej  i  tak  chaotyczne  myśli. 
Zapragnęła w skupieniu i samotności podjąć właściwą decyzję.  

Chwilę później siedziała już przy oknie nad świeżą kawą i ekierką. Z przyjemnością jadła 

ciastko i rozmyślała nad swoim życiem.  

Po dwóch latach separacji i miesiącach terapii nadszedł czas rozstrzygnięcia podstawowej 

sprawy – czy powinna wrócić do Dana i rozpocząć nowe życie, ale na jej warunkach? 

Jedno  uczucie  przesłaniało  wszystkie  inne  i  równocześnie  rodziło  wszystkie  inne.  Tym 

uczuciem była miłość – miłość do Dana.  

Zakochała  się  w  nim  od  pierwszej  chwili,  od  pierwszego  wejrzenia.  Oboje  byli  wtedy 

uczniami liceum. Od tamtego momentu była jego najlepszą przyjaciółką, kochanką i żoną  – 
aż do dnia, gdy opuściła go dwa lata temu.  

Dan nie potrafił dać jej takiej miłości, jakiej potrzebowała. Był tak silną osobowością, że 

po prostu przytłaczał swoją żonę.  

Początkowo  Kendra  uważała,  że  może  mu  się  jedynie  podporządkować.  Całe  jej  życie 

kręciło  się  wokół  Dana.  Po  kilku  latach  stwierdziła,  że  nie  potrafi  już  samodzielnie 
funkcjonować.  Po  śmierci  ich  maleńkiej  córeczki  musiała  jednak  męża  opuścić.  Była 
zdeterminowana, czuła, że tylko w ten sposób będzie w stanie przeżyć.  

Powiedziała mu, że „musi się odnaleźć” – choć wówczas nie miała pojęcia, co te słowa 

background image

właściwie znaczą. Chodziło jej tylko o to, by uciec od niego, od związku, w którym nie było 
dla  niej  miejsca  i  w  którym  się  dusiła.  Teraz  wiedziała,  co  się  kryje  pod  tym  banalnym 
wyrażeniem.  

Odnalezienie siebie oznaczało, że musi się nauczyć wyrabiać sobie własne zdanie i bronić 

go.  Odkryć  swoje  własne  gusta  w  ubiorze,  muzyce,  książkach  –  zbudować  życie,  jakie  jej 
odpowiada. Sama decydować o tym, czego pragnie i co najwyżej ceni.  

Odnalezienie  siebie  obejmowało  także  uporanie  się  ze  złymi  nastrojami,  czarnymi 

myślami i depresjami, które ją od czasu do czasu nachodziły. Łatwiej powiedzieć, niż zrobić, 
pomyślała, odgryzając następny kawałek ciastka. Powoli jednak uczyła się, jak to robić. Tak 
jak teraz.  

Tak było dobrze. Czuła się silna.  
Za  tydzień  Dan  wróci  z  Izraela  do  Houston  i  przyjedzie  do  San  Antonio,  by  się  z  nią 

spotkać. Od chwili rozstania podpisywał kilkumiesięczne kontrakty na Bliskim Wschodzie, w 
Afryce i Europie. Pod koniec każdego kontraktu przyjeżdżał do San Antonio i prosił żonę, by 
do  niego  wróciła.  Kendra  odmawiała  ze  łzami  w  oczach,  a  Dan  wyruszał  do  Parku 
Narodowego Big Bend, wsiadał na łódkę i płynął z nurtem Rio Grandę, jakby pragnął zmyć z 
siebie przygnębienie i smutek. Była pewna, że w jakimś sensie to właśnie osiągał. 

Jego  odwiedziny  zawsze  kończyły  się  kłótnią.  On  żądał,  by  określiła,  kiedy  wreszcie 

będzie gotowa do niego wrócić, a ona stale odpowiadała, że jeszcze nie wie.  

Tym razem jej odpowiedź będzie inna.  
Postanowiła wrócić, ale zachować z trudem zdobytą własną tożsamość.  
Uświadomiła  sobie,  że  chciałaby  ponownie  zajść  w  ciążę  i  urodzić  następne  dziecko 

mimo  strachu,  że  ono  również  umrze.  Jej  śliczna  dziewczynka  miała  cztery  miesiące,  gdy 
odeszła w wyniku tak cwanej niemowlęcej śmierci łóżeczkowej. Kendra zmusiła się, by o tym 
nie  myśleć.  Nic  już  nie  można  na  to  poradzić.  Należy  natomiast  wpływać  na  przyszłość. 
Będzie musiała zacząć od Dana.  

Chciała nauczyć się wspierać go i sprzeciwiać mu się.  
Pragnęła kochać się z nim, gdy ma na to ochotę, a nie wtedy, gdy on po nią sięga.  
Zamierzała mieć wpływ na ich małżeńskie życie. Wiedziała już, że musi sama wyrażać 

swoje  opinie,  a  nie  czekać,  aż  Dan  zapyta  ją  o  zdanie.  Ona  i  tylko  ona  ponosi 
odpowiedzialność za swoje decyzje – lub ich brak.  

Kendra była równocześnie podniecona i przerażona wypełniającą ją siłą. To było nowe, 

cudowne uczucie.  

Chciała...  
Odstawiła filiżankę i spojrzała przez okno na ciemniejące niebo. Pragnęła tak wiele, miała 

tyle planów, ale dopiero teraz poczuła się gotowa walczyć o swoje marzenia.  

Zadanie było proste. Jeśli uda jej się przekonać Dana, zyska wszystko: miłość, rodzinę i 

pełnię życia. Jeśli nie... cóż, nie będzie jej gorzej niż teraz: samotnej i bojącej się własnego 
cienia. Miała wszystko do zyskania i nic do stracenia.  

Uśmiechnęła się lekko. Dwa lata zajęło jej dojście do tak prostych wniosków.  
Cóż  w  tym  złego,  że  pragnie  silnej,  trwałej  miłości?  Takiej,  jaką  przeżyli  bohaterowie 

background image

„Pamiętnego romansu”? I że chce ją przeżyć z Danem? Kochał ją całym sercem – wiedziała o 
tym.  Zawsze  będzie  nad  nią  górował,  ale  już  po  tych  kilku  razach,  gdy  ośmieliła  się  mu 
sprzeciwić, zaczął liczyć się z jej zdaniem i rozważać je. Nie zawsze się z nią zgadzał, ale cóż 

w tym dziwnego? 

Zaszumiało jej w głowie. Tak! 
Miała  wszystko,  czego  potrzeba  do  głębokiego  i  dojrzałego  związku,  który  wytrzyma 

próbę czasu.  

Więc co tu jeszcze robi? 
Opanowała  ją  potrzeba  natychmiastowego  działania.  Niezdolna  wytrzymać  ani  chwili 

dłużej  w  bezruchu  wstała,  zostawiła  na  stole  napiwek  i  pchnęła  wahadłowe  szklane  drzwi. 
Słońce skryło się już za budynkami po przeciwnej stronie ulicy.  

Pewnym  krokiem,  wypełniona  podniecającym  oczekiwaniem,  jakby  miała  skrzydła  u 

ramion,  pobiegła  do  rogu.  W  Izraelu  jest  teraz  środek  nocy  i  Dan  będzie  spać.  Trudno. 
Chciała do niego natychmiast zadzwonić, podzielić się dobrą nowiną, powiedzieć, że chce z 
nim pozostać na resztę życia – ale na pewnych warunkach, o których musi się dowiedzieć. Jej 
warunkach.  Wiedziała,  że  Dan  będzie  stawiać  opór,  ale  w  końcu  się  podda.  Musiał  –  dla 
dobra ich obojga.  

Niecierpliwie czekała na zmianę świateł. Tłum sprzed kina zniknął – zaczął się następny 

seans.  

Kendra zeszła z chodnika na jezdnię. Gdy dostrzegła szary błysk, było już za późno.  
Została  wyrzucona  w  powietrze,  jej  ciało  uderzyło  w  przednią  szybę  i  stoczyło  się  na 

bruk.  Najpierw  była  oszołomiona.  Po  chwili  zdała  sobie  sprawę,  że  jest  sparaliżowana. 
Próbowała  się  ruszyć,  wstać,  ale  ciało  jej  nie  słuchało.  Trzaskały  drzwiczki  samochodu, 
ludzie krzyczeli.  

– To nie była moja wina! – Słyszała głęboki głos mówiący z teksaskim akcentem. – Po 

prostu  wyszła  na  ulicę  tuż  pod  koła.  Wprost  pod  mój  samochód!  Wcisnąłem  hamulec,  ale 
było już za późno! 

Kendra  miała  wrażenie,  że  jest  dwiema  osobami  naraz.  Jedna  jej  część  była  jakby 

niezależna  od  bólu  –  obserwowała,  słuchała  innych  i  usiłowała  interpretować  słowa  i  ton 
głosu. Druga jej część pragnęła wytłumaczyć, że musi natychmiast zadzwonić do Dana, ale 
nie była w stanie nawet otworzyć oczu. Gdzieś z jej wnętrza wydobył się cichy jęk i Kendra 
uświadomiła  sobie,  że  głosy  odpływają.  Nie!  Nie  chce  umierać!  Nie  teraz,  gdy  ma  szansę 
ułożyć sobie życie! 

Uspokajająca moc wkradła się w jej umysł i stłumiła jej chaotyczne myśli.  
Muszą powiedzieć Donowi, zaczęła znowu Kendra.  
Jeśli nam pozwolisz, pomożemy ci przez to przejść, wyjaśnił obecny w jej myślach głos.  
Pomóżcie mi wstać i pójść stąd! 
Nie możemy tego zrobić. Ty umierasz.  
Nie! Nie teraz! Nie teraz, gdy jestem tak bliska... – Spod zamkniętych powiek wymknęły 

się łzy i spłynęły po policzkach.  

Powiedz nam, co on ma wiedzieć, mówił głos. Obiecujemy, że się dowie.  

background image

Przez  głowę  Kendry  przebiegały  wspomnienia  wspólnego  życia,  pomieszane  z 

najgłębszymi  uczuciami.  Ostatnie  sześć  miesięcy,  podczas  których  uzmysłowiła  sobie,  że 
kochał  ją  mężczyzna,  którego  ona  też  kochała,  wystarczyły  jej.  Tak  bardzo  go  kocham, 
myślała niejasno, zdając sobie sprawę, że traci kontakt z otaczającymi ją głosami. Usłyszała 
jeszcze  zbliżającą  się  syrenę  karetki  pogotowia,  ale  całą  zanikającą  świadomość  skupiła  na 
mocy, która wysłuchiwała jej myśli. Chciałabym przekazać mu te myśli jako dar. Nie chodziło 
o to, że on był za silny 
– to ja byłam za słaba.  

Dobrze.  Tak  się  stanie,  nadeszła  odpowiedź.  Kojąca  moc  wydawała  się  ją  kołysać,  jak 

gdyby  była  dzieckiem,  i  Kendra  w  końcu  się  uspokoiła.  Nic  więcej  nie  mogła  zrobić,  a 
wypełniła ją pewność, że słysząca jej myśli istota dotrzyma słowa.  

Wszystko inne z wolna odpływało. Kendra nie czuła już pod sobą twardej, gorącej jezdni, 

ale wydawała się unosić w powietrze. Przyglądała się z lękiem i fascynacją, jak ludzie biegają 
tam i z powrotem wokół ciała, które wyglądało dokładnie jak ona.  

Z  ciekawością  rozejrzała  się  wokół,  dostrzegając  coś  w  rodzaju  opuszczonego  placu  z 

używanymi  samochodami.  Poczuła  pewność,  że  istota,  która  ją  pocieszała,  znajduje  się  w 
pobliżu  służącej  za  biuro  przyczepy.  W  tym  niezwykłym  stanie  zawieszenia  Kendra  wiele 
rozumiała: ta istota była ciałem o zbiorowym mózgu. Na jej oczach przybierała teraz postać 
kobiety podobnej z wyglądu do niej samej. W ten sposób łatwiej , jej” będzie odnaleźć Dana i 
wszystko mu wytłumaczyć. Pomóc mu zrozumieć. Kochać go.  

Kendra uśmiechnęła się.  
Poczekaj, nie odchodź jeszcze, zatrzymywał ją głos.  
Już za późno, odpowiedziała. Wiesz, co mu powiedzieć. Obiecałaś.  
 
Gdy na bocznej ulicy tuż koło Broadwayu w śródmieściu San Antonio w Teksasie zdarzył 

się wypadek, wiedzieliśmy, że przyjmiemy... przyjmę tę właśnie formę.  

Po jej śmierci wmieszamy się w tłum i nikt nie będzie wiedzieć, że tam byliśmy.  
W zapadającym mroku zwinęliśmy nasze pękate ciało w kulę, tuż poza zasięgiem wzroku 

grupki gapiących się ludzi, znajdując schronienie w głębokiej wnęce wejścia do biura składu 
używanych  samochodów.  Nasze  bardzo  czułe  fale  telepatyczne  chłonęły  rozpaczliwy 
wewnętrzny krzyk rannej kobiety, leżącej na wciąż ciepłej od popołudniowego słońca jezdni. 
Nasze  własne  myśli  otaczały  jej  chaotyczne  myśli,  łagodząc  ten  rozpaczliwy  krzyk. 
Wchłanialiśmy, przyswajaliśmy sobie jej wspomnienia. Z precyzją, której uczyliśmy się całe 
życie,  odmieniliśmy  nasz  stan  i  przekształciliśmy  się  w  trochę  inny  i  bardzo  ładny  kształt 
należący do tej kobiety.  

Zakończywszy  etap  cech  fizycznych,  zaczęliśmy  przystosowywać  się  do  procesów 

umysłowych.  Byliśmy  już  zmęczeni,  a  kobieta  leżąca  pośrodku  ulicy  gwałtownie  słabła. 
Usiłowaliśmy zatrzymać jej myśli, uspokoić ją, by dokładniej je wchłonąć, ale jej wola życia 
słabła, słabła...  

Nagle  odeszła,  zanim  dokonaliśmy  całkowitego  przekształcenia.  Bez  emocji 

przekalkulowaliśmy  możliwe  wyjścia.  Czy  powinniśmy  poszukać  innego  osobnika? 
Przejrzeliśmy  nasze  nowe  banki  pamięci.  Mieliśmy  wszystkie  jej  wspomnienia  z  ostatnich 

background image

sześciu  miesięcy.  To  powinno  wystarczyć  do  przeżycia  najbliższych  dwóch  tygodni  – 
maksymalnego czasu przeznaczonego na zadanie.  

Powoli stanęliśmy na naszych nowych nogach. Wypróbowaliśmy ich siłę, podskakując na 

naszych znacznie większych teraz stopach. Czuliśmy się dziwnie, ale dobrze.  

Zginając ręce obserwowaliśmy, jak napina się skóra na naszych dłoniach i palcach. Palce 

były długie i szczupłe. To ciało było dobrym wyborem.  

Sięgając  do  małej  torby,  którą  nosiliśmy  z  sobą  od  trzech  dni,  wyciągnęliśmy  duży, 

bezkształtny sweter, spodnie od dresu i buty – wszystko dobrane tak, by pasowało na niemal 
każde ciało. Pod podszewką schowano podrobione papiery, które w razie potrzeby miały nam 
pomóc przedstawić się innym istotom ludzkim.  

Zarzuciliśmy  torbę  na  ramię  i  spojrzeliśmy  w  stronę  jasno  oświetlonej  ulicy.  W  tej 

okolicy było bardzo dużo restauracji i barów. Nasze usta poruszyły się, po cichu wymawiając 
w ciemności nasze nowe imię.  

Kendra Lovejoy.  
Gdy karetka pogotowia odjechała na sygnale do najbliższego szpitala, my, którzy byliśmy 

teraz Kendrą Lovejoy, wyszliśmy z cienia i skierowaliśmy się ku światłom najbliższego baru. 
Nuciliśmy  popularny  przebój,  mówiący  o  utraconej  miłości,  taniej  whisky  i  dziewczynach, 
które wyrządzają mężczyznom krzywdę.  

Nadszedł czas.  

background image

ROZDZIAŁ 1 

 

Dan  Lovejoy  obudził  się  i  nieco  nieprzytomnie  rozejrzał  wokół.  Po  chwili  uświadomił 

sobie,  że  znajduje  się  w  mieszkaniu,  które  od  chwili  odejścia  Kendry  zwał  swoją  bazą. 
Przeważnie  przebywał  poza  krajem,  więc  nigdy  nie  usiłował  uczynić  z  tego  miejsca 
prawdziwego domu.  

Sypialnia  mieściła  niewiele  sprzętów  –  jedynie  łóżko,  komodę  i  stare  krzesło.  Żadnych 

obrazów na ścianach, drobiazgów, osobistych rzeczy oprócz kilku ubrań w ściennej szafie i 
bielizny wysuwającej się z walizki. Salon był równie pusty. W kącie stały trzy pudła nigdy 
nie rozpakowanych książek, nagród i listów pochwalnych.  

Nagle  uświadomił  sobie,  że  ma  dość  tej  prowizorki  i  stanu  zawieszenia,  że  pragnie 

stabilizacji.  

Zaproponowano  mu  stałą  pracę  w  innym  kraju  i  po  raz  pierwszy  od  chwili  odejścia 

Kendry  poważnie  rozważał  przyjęcie  tej  oferty.  Powinien  już  chyba  porzucić  nadzieję,  że 
żona do niego wróci.  Co noc śnił o jej cudownej  przemianie i  nowym  początku  wspólnego 
życia – i co rano musiał uporać się z rozczarowaniem samotnego przebudzenia.  

Przekręcił  się  na  łóżku  i  usiadł.  Biała  karteczka,  przesłana  tydzień  temu  do  głównego 

biura w  Izraelu,  dotarła  do niego tuż przed odlotem.  Teraz wciąż jeszcze tkwiła w kieszeni 
marynarki.  

Sekretarka zanotowała na niej, że rodzice Kendry z San Antonio proszą o telefon. Rzadko 

się z nim kontaktowali – chyba że mieli złe wiadomości albo potrzebowali pieniędzy. W tej 
właśnie chwili nagle odezwał się telefon i Dan aż podskoczył na łóżku. Zerknął na zegarek – 
spał bez przerwy niemal dwadzieścia godzin. Odeszła go senność, powrócił do rzeczywistości 
pełen energii i gotów do działania. Podniósł słuchawkę po piątym dzwonku.  

– Dan! Nareszcie jesteś! – W głosie Eda, ojca Kendry, słychać było ulgę.  
Dwudniowy  zarost  sprawił,  że  Dana  zaswędziała  szczęka,  przeciągnął  więc  po  niej 

stwardniałą dłonią.  

– Miałem do was za chwilę dzwonić. Mój rozkład lotów diabli wzięli i dwa dni byłem w 

podróży. Dotarłem do domu bardzo późno. Co się dzieje? – Usiłował być beztroski.  

– Chodzi o Kendrę. – Głos Eda załamał się. Dan mocniej ścisnął słuchawkę. – Nie żyje. 

Moja mała Kendra odeszła. Zginęła. Nie ma jej. O, do diabła! Wciąż nie jestem w stanie w to 
uwierzyć! 

Dan  słyszał  słowa,  ale  brzmiały  one  w  jego  uszach  bez  sensu.  To  niemożliwe. 

Niemożliwe.  Nie!  Ed  chyba  stracił  rozum.  Oczyma  duszy  Dan  ujrzał  swoją  piękną  żonę  – 
pełną sił i energii jak życiodajne słońce. Kobietę, którą kochał całym sercem. Nic nie mogło 
jej się przytrafić. Nie pozwoliłby na to.  

– O czym ty mówisz, Ed? – odezwał się w końcu nieswoim głosem.  
Starszy mężczyzna zaszlochał i z trudem, powoli opowiedział całą historię.  
– Kendra wybrała się do kina na popołudniowy seans, a gdy wyszła, wpadła... wpadła pod 

samochód. Po prostu wtargnęła na jezdnię. Świadkowie twierdzą, że nie patrzyła ani w lewo, 

background image

ani  w  prawo.  Po  prostu  weszła...  weszła  prosto  pod  koła  i  pięć  minut  później zmarła.  –  Ed 
znów zaczął płakać.  

Dan  tępo  wpatrywał  się  w  nagą  ścianę  przed  sobą,  zamiast  niej  widząc  piękną, 

roześmianą Kendrę.  

– Kiedy? 
–  Tydzień  temu.  Właśnie  dostała  wiadomość,  że  wkrótce  wracasz  i  byliśmy  tacy 

szczęśliwi.  Psychiatra  był  pewien,  że  w  Kendrze  w  końcu  dokonał  się  wielki  przełom. 
Cieszyła się, że znów cię zobaczy. Mówiła nawet, że spróbuje wszystko naprawić, że chce się 
przekonać, czy nie da się uratować waszego małżeństwa. – Wciągnął z trudem powietrze. – 
Była pełna nadziei. Wierzyliśmy, że to koniec koszmaru...  

Dan  miał  wrażenie,  że  otrzymał  cios  w  żołądek.  Przełknął  raz  i  drugi,  ale  to  nic  nie 

pomogło.  Kendra.  Jego  Kendra.  Odeszła.  To  niemożliwe!  Niemożliwe!  –  Ed  –  zaczął,  ale 
myśli nie chciały ułożyć się w słowa.  

– Wiem – wyjąkał starszy mężczyzna. – Nic już nie można powiedzieć. To koniec. Tak 

mi  przykro,  Dan.  Tak  długo  i  ciężko  pracowaliśmy,  by  wszystko  się  ułożyło,  ale  Bóg  nie 
pozwolił.  Prawie  nam  się  udało...  –  Znów  się  załamał.  –  Moja  dziewczynka.  Moja  jedyna 
dziewczynka.  

Dan nie był w stanie oddychać. Znów przełknął, tym razem czując smak żółci.  
–  Zadzwonię  później.  –  Cisnął  słuchawkę  na  widełki  i  rzucił  się  do  kuchni,  gdzie 

zwymiotował do zlewu. Szkoda, że nie mógł tak samo łatwo pozbyć się rozpaczy, strasznego 
bólu, który przenikał całe ciało.  

Przycisnął  rękoma  żołądek.  To  bolało.  Cholera!  Bolało  tak  okropnie,  że  chętnie 

połamałby sobie żebra, wyrwał serce i wyrzucił precz.  

Potem zaczęły płynąć łzy. Płynęły nie dającymi się zatrzymać strumieniami, a ze łzami 

przyszedł szloch rozdzierający mu duszę. Dan siedział w ciemnym mieszkaniu na kuchennej 
podłodze  i  ściskał  dłońmi  pękającą  z  bólu  głowę.  Przez  ostatnie  dwa  lata  marzył  tylko  o 
jednym: móc dać Kendrze to, czego potrzebowała, by podjąć znowu wspólne życie. Tak wiele 
stracili, gdy zmarło ich dziecko. Ile nieszczęść i bólu jest w stanie znieść dwoje ludzi? Pragnął 
jedynie powtórnej szansy. W tym szalonym, wypełnionym chaosem świecie nie było to chyba 
niemożliwe. A jednak okazało się, że poniósł klęskę.  

 
–  W  porządku,  chłopcze,  świetnie  ci  idzie  –  uspokajała  Kendra  młodego  lotnika,  który 

osunął się na nią w loży słabo oświetlonego baru.  

–  Jesss...  teś  taaa...  piękna  –  wymruczał,  dotykając  ustami  delikatnej  skóry  dziewczyny 

nad linią głębokiego dekoltu. Zachichotała, bo tego się po niej spodziewał.  

– Ty też – stwierdziła sucho. – Piękny i pijany.  
– Kocham cię. – Znów spróbował popieścić ustami delikatną skórę jej piersi, ale zamiast 

tego obślinił ją i Kendra wzdrygnęła się.  

– Chyba żadne z nas nie wie, na czym tak naprawdę polega to uczucie, chłopie.  
– To co czuję, ty.... – Wstrząsany pijacką czkawką, usiłował przesunąć dłonią w górę jej 

uda, ale powstrzymała go.  

background image

–  Przykro  mi,  Lany,  ale  nie  mam  już  czasu.  Pora  wracać  do  domu.  –  Przesunęła  się,  a 

głowa lotnika opadła na ławkę. Bezskutecznie próbował się podnieść. Udało mu się jedynie 
oprzeć na łokciu.  

– Do domu? – Mętne oczy usiłowały skupić się na jej twarzy. – A gdzie jest dom? 
Sięgnęła  po  dużą  płócienną  torbę,  w  której  przechowywała  próbki,  uśmiechnęła  i 

wysunęła z loży.  

– Mój jest o wiele dalej niż twój.  
– Nie idź – poprosił, usiłując ją zatrzymać.  
–  Muszę.  I  dziękuję  za  datek.  –  Znów  to  dziwne  poczucie  humoru.  Od  czasu  do  czasu 

wymykało jej się coś takiego. Nie była pewna, czy należało do niej, czy do pierwszej Kendry.  

Wyszła z baru na ciemny parking i oddychając głęboko, uniosła głowę. Wpatrzyła się w 

niebo, żałując, że nie znajduje tam wypisanej odpowiedzi. Zbyt wiele świateł, by można było 
wyraźnie dostrzec gwiazdy, mogła więc tylko zgadywać położenie swojej planety.  

Jeszcze coś się w niej zmieniło. Wczoraj spotkała istotę swego gatunku, która nie dawała 

sobie  rady  z  misją.  Zamiast  współczucia,  Kendra  poczuła  zadowolenie  z  siebie.  Tamtej  nie 
udało  się  uzyskać  ani  jednej  próbki  DNA,  ona  natomiast  znalazła  czterech  silnych, 
przystojnych mężczyzn i pobrała materiał od wszystkich.  

Dzisiaj  wzdrygnęła  się,  gdy  lotnik  obślinił  jej  dekolt.  To  było  ludzkie  uczucie,  typowa 

reakcja.  Czyżby  dostosowywała  się  do  ludzkich warunków  szybciej  niż powinna?  Może jej 
ciało  było  zbyt  zmęczone,  by  mogło  jej  teraz  pomóc? Postanowiła,  że  spędzi  jeszcze  jedną 
noc w wynajętym pokoju hotelowym, a jutro po południu ruszy autostopem do zachodniego 
Teksasu i czekającego na nią w górach macierzystego statku.  

Obiecała  zmarłej  Kendrze,  że  przekaże  Danowi  jej  myśli  i  uczucia  –  tę  ulotną  rzecz, 

zwaną  miłością  –  więc  spróbowała  go  odszukać.  Odnalazła  rodziców  zmarłej  kobiety  i 
wsłuchała się w ich myśli – ludzie nazwaliby to telepatią. Ed uważał, że Dan powinien się już 
pojawić w San Antonio. Jeśli nie znajdzie go do jutra, będzie musiała odejść, nie spełniwszy 
obietnicy.  

Ku jej własnemu zdumieniu, im dłużej była na Ziemi, tym bardziej chciała się wywiązać 

z przyrzeczenia. Tak czy inaczej, musi odnaleźć Dana Lovejoya.  

Przeżyje niezły szok, podpowiedziało jej to dziwaczne poczucie humoru.  
Gdy  poranne  słońce  wynurzyło  się  zza  wysokich  sosen  w  północnowschodniej  części 

Houston, Dan właśnie kończył pakować bagaże do czarnego dżipa z napędem na cztery koła. 
Bez  względu  na  to,  jak  wiele  uwagi  i  energii  wkładał  w  zwykłe,  codzienne  czynności, 
wspomnienia  o  Kendrze  nie  opuszczały  go  ani  na  sekundę.  Zupełnie  nie  mógł  się  od  nich 
wyzwolić. W końcu wskoczył do samochodu i ruszył do San Antonio.  

Na grób Kendry.  
Myśli  o  niej  zaprzątały  go  do  tego  stopnia,  że  nie  zauważył,  kiedy  pokonał  całą  długą 

drogę.  

Kendra. Kendra. Kendra.  
Przypominał sobie chwilę, gdy ujrzał ją po raz pierwszy...  
Jej włosy wydawały się czarne jak noc, póki nie wyszła na słońce – wtedy rozbłyskiwała 

background image

w nich miedź. Kendra stała z dala od gromady wypełniającej szkolne podwórko i gapiącej się, 
jak Dan próbuje dać nauczkę chłopakowi, który wyśmiewał się z jego tuszy. W pewnej chwili 
Dan  odwrócił  się  i  ujrzał  ją,  jak  z  przechyloną  głową  przygląda  się  bójce.  Przeciwnik 
wykorzystał chwilę nieuwagi i władował mu solidny prosty w żołądek.  

Po  tym  pierwszym  spotkaniu  z  ciemnowłosą  pięknością  Dan  przeprowadził  kurację 

odchudzającą – i nigdy już nie miał kłopotów z nadwagą.  

Kendra...  Gdy  zaprosił  ją  na  uroczystość  z  okazji  promocji,  z  trudem  udawało  mu  się 

trzymać  ręce  przy  sobie.  Nie  istniała  dla  niego  żadna  inna  dziewczyna.  W  długiej  sukni  w 
kolorze  złamanej  bieli  z  brzoskwiniowymi  dodatkami  wyglądała  jak  anioł.  Tej  nocy,  przed 
odwiezieniem jej do domu, zaparkował samochód na ciemnej drodze. Cierpliwie znosiła jego 
nieporadne pieszczoty. Po raz pierwszy zakosztował wówczas słodyczy jej piersi i wydawało 
mu się, że jest w niebie.  

Kendra... Po balu maturalnym zabrał ją do motelu i kochał się z nią niecierpliwie po raz 

pierwszy. Płakała cicho – i on też. Ale w końcu poczuł się mężczyzną.  

Kendra... Gdy był na ostatnim roku studiów, odwiedziła go w Austin i ze łzami w oczach 

oznajmiła, że jest w ciąży. Pobiegli do sędziego pokoju, a w miesiąc później wzięli uroczysty 
ślub.  Obie  rodziny  świętowały  związek  „dzieci”.  Dwa  tygodnie  później  Kendra  poroniła  i 
dopiero po kilku latach ponownie udało jej się zajść w ciążę.  

Kendra...  Trzy  lata  temu  godzinami  przesiadywała  w  nowym  fotelu  na  biegunach  i 

patrzyła przez okno dziecinnego pokoju. Pierwszą noc po utracie czteromiesięcznej Hannah 
przepłakali  razem.  Ich  córeczka  była  najpiękniejszym  na  świecie,  czarnowłosym  i 
niebieskookim niemowlęciem. Tak bardzo ją kochali i tak bardzo im jej brakowało...  

Na  horyzoncie  pojawiło  się  San  Antonio  i  Dan  zmusił  się,  by  odsunąć  wspomnienia. 

Krótka wizyta u Eda i Margaret, kilka chwil u grobu Kendry... a potem ruszy do zachodniego 
Teksasu i tam spróbuje odnaleźć spokój.  

Skręcił  na  drogę  410  na  południe.  Nie  zdając  sobie  z  tego  sprawy,  zdjął  nogę  z  gazu. 

Kendra mieszkała niedaleko stąd. Nie, nie Kendra. Jej rodzice.  

Zacisnął zęby i skręcił we właściwą ulicę. Musi przez to przejść.  
Musi...  

 
Dopiero  w  południe  Kendra  wymeldowała  się  z  hotelu  i  z  torbą  przewieszoną  przez 

ramię, lekkim krokiem ruszyła chodnikiem. Jej oczy chłonęły żywość i jaskrawość kolorów 
ludzkiego  świata.  Za  dwa,  trzy  dni  znajdzie  się  z  powrotem  na  statku,  w  drodze  do  domu. 
Całą tę bajkową, choć zbyt podniecającą rzeczywistość pozostawi za sobą.  

Ogarnęło ją uczucie podobne do żalu, ale natychmiast nad nim zapanowała. To nie była 

jej planeta ani jej świat. Spokój czekał w domu, nie tutaj, wśród barbarzyńskiego ludzkiego 
gatunku, praktykującego barbarzyńskie obyczaje.  

Do  prowadzącej  do  Del  Rio  autostrady  było  niemal  dziesięć  kilometrów,  ale  Kendra 

postanowiła  przebyć  je  pieszo.  Kochała  tę  nowo  odkrytą  siłę  swego  ciała.  Idąc  na  długich, 
mocnych  nogach,  czuła  się  taka  wolna!  W  domu  sunęlibyśmy,  zawahała  się  i  zastąpiła  ten 
czasownik  ludzką  formą,  sunęłabym  powoli  i  dzięki  silniejszej  grawitacji  byłabym  mocniej 

background image

związana z podłożem.  

Jeszcze  raz  spróbowała  połączyć  się  ze  Strażnikiem,  by  podzielić  się  zdobytymi 

informacjami. Skupiła się na wysłaniu wiadomości, ale znów nie otrzymała odpowiedzi. To 
było  dziwne,  ale  nie  miała  zamiaru  jeszcze  się  tym  martwić  –  może  po  prostu  nie  zdążyła 
przyswoić  sobie  wszystkich  wspomnień  zmarłej  Kendry?  Westchnęła.  Jej  pobratymcy  nie 
wiedzieli o Ziemi tak dużo, jak im się wydawało.  

Po  wylądowaniu  sądziła,  że  w  czasie  szkolenia  nauczyciele  przekazali  jej  wszystkie 

niezbędne informacje, jakie mogłyby przydać się na Ziemi. Okazało się zupełnie inaczej. Na 
miejscu musiała posługiwać się własnym zdrowym rozsądkiem i wiedzą Kendry, bo metody 
przyswojone w domu nie zawsze sprawdzały się „w terenie”.  

 

Dan  stał  nad  grobem  Kendry,  wciąż  nie  mogąc  uwierzyć  w  jej  śmierć.  Odgarnięta  darń 

wyglądała, jakby wielki ptak przeorał ją pazurami, odsłaniając bogaty, ciemny czarnoziem.  

Koło  tabliczki  znaczącej  grób  Kendry  stał  marmurowy  posąg  anioła  z  rozpostartymi 

skrzydłami,  strzegący  pięknego,  zielonego  dywanu  świeżo  skoszonej  trawy.  W  szklanej 
ramce  na  cokole  pomnika  widniało  zdjęcie  Hannah,  zrobione  w  dniu,  w  którym  skończyła 
czwarty  miesiąc.  Śmiała  się  i  wyglądała  na  szczęśliwą,  gotową  odpowiedzieć  miłością  na 
miłość  rodziców.  Głównie  z  powodu  tego  zdjęcia  Dan  .  niezbyt  często  przychodził  na 
cmentarz.  

Tak strasznie boli utrata kogoś, kogo się kocha.  
A druga taka strata po prostu zabija.  
Próbował powstrzymać łzy, ale płynęły mu po twarzy nieustającym strumieniem. Szloch 

rozdzierał mu piersi, gdy opowiadał dwóm ukochanym istotom, jak strasznie za nimi tęskni. 
Jak mogły zostawić go samego? 

Gdyby  tylko  miał  jeszcze  jedną  szansę  pokazać  im,  jak  bardzo  je  kocha.  Jedną  jedyną 

szansę... Niechętnie odchodził od grobu. W końcu uświadomił sobie, że Kendry naprawdę nie 
ma, że nie był to jedynie okrutny, dziwaczny żart losu.  

Nawet nie sen, tylko przeżywany na jawie koszmar.  
Skierował  się ku autostradzie 90 biegnącej  do małego granicznego miasteczka Del  Rio. 

Nie zdawał sobie sprawy, że tak mocno ściskał dłońmi kierownicę. Dopiero bolące mięśnie 
uświadomiły  mu,  że  powinien  rozluźnić  uchwyt.  Wydawało  mu  się,  że  mózg  spowija  wata 
broniąca  dostępu  desperackim,  szaleńczym,  najczarniejszym  myślom.  Świadom,  że  rozpacz 
wkrótce powróci, z wdzięcznością przyjął chwilowy paraliż uczuć.  

Rzut oka na wskaźnik paliwa nakazał mu zająć się przyziemnymi sprawami. Zostało mu 

ćwierć baku, powinien więc wziąć benzynę i sprawdzić olej – i to teraz, by nie zatrzymywać 
się już po wjeździe na autostradę. Zjechał na prawy pas i wypatrywał zjazdu w prawo.  

I wtedy to się stało. Jego mózg na moment zamarł; po chwili Dan poczuł, jakby ktoś go 

popchnął.  Na  drodze  przed  sobą  ujrzał  leżące  ciało  Kendry.  Zamrugał  raz,  potem  drugi. 
Wcisnął hamulec, aż dżip z piskiem opon zatańczył w miejscu.  

Znów  zamrugał  i  wtedy  dostrzegł  wysoką,  szczupłą  kobietę  stojącą  na  poboczu  drogi. 

Popołudniowe słońce rozświetlało jej czarne włosy. Uśmiech kobiety, kształt ust były mu tak 

background image

znajome jak jego własna twarz widziana w lustrze. Wyraźne, drukowane litery na trzymanej 
przez  autostopowiczkę  tabliczce  informowały,  że  jedzie  w  rejon  Big  Bend  w  zachodnim 
Teksasie.  Przez  moment  zdawało  mu  się,  że  dostrzegł  tam  również  słowa  „Cześć,  Dan”. 
Cichy  wewnętrzny  głos  nakazywał  mu  jechać  dalej  i  nie  zabierać  dziewczyny.  Dan  jednak 
zatrzymał samochód.  

Cudowna, nieprawdopodobna euforia emanowała z każdej komórki jego ciała. Przenikały 

go wspaniałe, kojące uczucia, którym nie był w stanie się oprzeć. Chciało mu się krzyczeć z 
radości.  

Zwolnił blokadę i otworzył drzwi.  
– Wsiadaj.  
Kendra!. Ta twarz. Jej uśmiech. A przede wszystkim oczy, w których kryły się wszystkie 

jej  tajemnice.  Wiedział,  po  prostu  wiedział!  Stała  pół  metra  od  samochodu,  przechylając 
głowę w ten rozbrajający ptasi sposób. Uśmiechnęła się do niego, jakby  doskonale zdawała 
sobie sprawę, co czuje i myśli.  

Chyba zwariował.  
Serce  biło  mu  tak  mocno,  że  z  trudem  łapał  oddech.  Chwytał  powietrze  jak  ryba 

wyrzucona na piasek, w uszach mu szumiało.  

– Jesteś pewien, że dasz radę to znieść? – Wciąż stała bez ruchu.  
– Wsiadaj – powtórzył. Tylko tyle mógł z siebie wydusić.  
Przyglądał  się,  jak  dziewczyna  chwyta  za  drzwi  i  podciąga  się  na  fotel  pasażera.  W 

każdym  najmniejszym  poruszeniu,  w  każdym  geście  widział  Kendrę.  Dziewczyna  była  do 
niej łudząco podobna. Odniósł wrażenie, że niczym radar odbiera wysyłane przez nią sygnały.  

To była Kendra! Nie miał pojęcia, skąd ta pewność. Po prostu wiedział.  
Westchnęła, opierając się o zagłówek.  
– Tam na zewnątrz jest goręcej niż w piekle. – Na moment zamknęła oczy, potem otwarła 

je i spojrzała na niego.  

Głębokimi, wilgotnymi, tak dobrze znanymi brązowymi oczami, spokojnymi i kojącymi. 

– Jesteś Dan.  

Skinął głową, niezdolny wydobyć z siebie głosu. Wewnętrzne drżenie uspokajało się i w 

głowie  Dana  kłębiły  się  chaotyczne  myśli.  Łzy  wypełniły  mu  oczy.  To  musiał  być  sen, 
wytwór jego wyobraźni.  

– Kim jesteś? – wyjąkał w końcu.  
– Kendrą.  
– Kendra nie żyje. Kim jesteś? 
–  Ojej  –  westchnęła.  –  Zapomniałam,  że  muszę  ci  wszystko  wyjaśnić,  zanim  będziemy 

mogli dojść do porozumienia.  

– Kim jesteś? – powtórzył.  
– Jedź dalej. – Machnęła ręką w kierunku autostrady.  
– Możemy rozmawiać w drodze. – Przechyliła głowę, nie odrywając od Dana wielkich, 

brązowych  oczu.  –  Czy  to  nie  szczęśliwy  zbieg  okoliczności,  że  ty  także  jedziesz  do  Big 
Bend? Nie muszę marnować czasu na poszukiwania.  

background image

Kiwnął głową, automatycznie zmieniając biegi. Wewnętrzny głos nakazywał mu czekać i 

nie  ponaglać  dziewczyny.  Był  przeświadczony,  że  doczeka  się  niezbędnych  wyjaśnień.  Co 
chwila  obrzucał  ją  badawczym  spojrzeniem,  spodziewając  się,  że  za  którymś  razem  ujrzy 
pusty fotel.  

– Kim  jesteś?  –  powtórzył jeszcze raz. Jego  głos brzmiał  ochryple.  Nie przejmował  się 

tym.  

– Uwierzysz, jak ci powiem, że jestem bliźniaczką Kendry? 
– Nie.  
– A w co uwierzysz? 
– Że tak bardzo tęsknię za Kendrą, iż mam halucynacje.  
–  Cóż  za  bezsens  kłócić  się  z  wytworem  własnej  wyobraźni.  Przecież  to  nie  może  się 

dziać naprawdę. Nie może! 

Ed i Margaret zidentyfikowali ciało Kendry. On jednak tak strasznie pragnął ujrzeć żonę 

jeszcze raz, porozmawiać z nią o swoich uczuciach, wysłuchać jej wyjaśnień, jak i dlaczego 
rozpadł się ich niegdyś bliski i satysfakcjonujący związek...  

Odwróciła się w fotelu, zakładając nogę na nogę i opierając ramię o zagłówek.  
– Przyjmijmy, że jestem wytworem twojej wyobraźni, Dan. Mogę słuchać twoich myśli i 

udzielić ci odpowiedzi, których pragniesz. Gdy dojedziemy do Big Bend, zniknę. Wtedy na 
nowo  podejmiesz  własne  życie,  ale  usunę  z  twego  mózgu  wszelkie  wspomnienie  na  mój 
temat. Będziesz pamiętać Kendrę, nie mnie.  

Mówiła  szeptem,  ale  słyszał  dokładnie  każde  słowo.  Odetchnął  z  ulgą.  Nie  oszalał. 

Musiał  tylko  zapanować  nad  emocjami,  pozbierać  się  jakoś  i  żyć  dalej.  Widocznie  w  ten 
sposób próbuje dojść do ładu z rzeczywistością. Chyba że...  

–  Kendra  nie  żyje,  Dan.  Zmarła  tak,  jak  ci  powiedzieli  Ed  i  Margaret.  Przejechał  ją 

samochód na ulicy przed kinem.  

– Jak? Dlaczego? – Rzucił jej szybkie spojrzenie i zaraz odwrócił wzrok.  
– Bo nie patrzyła, gdzie idzie. Rozmyślała o wielu sprawach. I wszystkie  one miały coś 

wspólnego z tobą.  

–  Skąd  wiesz?  –  Uderzył  dłonią  o  kierownicę.  –  Cholera  jasna!  Zupełnie  mi  odbiło! 

Przecież  ciebie  nawet  tu  naprawdę  nie  ma!  To  musi  być  jakaś  przedziwna  reakcja  na 
zaburzenia snu.  

–  Nie  chcesz  usłyszeć  prawdy?  Mogę  ci  ją  przekazać,  wiesz  o  tym.  Kendra  mnie  o  to 

prosiła.  

Wciąż  tu  była  –  mimo  że  zaprzeczył  jej  istnieniu.  Zdawała  się  czytać  w  jego  myślach, 

przenikać duszę. Te oczy...  

– Nad czym się zastanawiała? – nie mógł nie zadać pytania.  
– Doszła do wniosku, że jesteś bardziej wartościowym  człowiekiem niż ona. Chciała ci 

wynagrodzić  wszystkie  zmartwienia,  jakich  ci  przysporzyła  przez  ostatnie  dwa  lata.  Miała 
nadzieję, że wam dwojgu uda się spróbować jeszcze raz.  

Dan potrząsnął głową.  
– Co się dzieje? Nie rozumiem. – Zdenerwowanie i gniew pogłębiły zmarszczki na jego 

background image

twarzy. – Niech to diabli wezmą! Nie rozumiem! 

Wzruszyła ramionami, wpatrzona przed siebie.  
–  Spokojnie.  Ostatecznie  dla  mnie  to  wszystko  też  jest  nowością.  Szkolenie  nie 

przygotowało mnie nawet na połowę sytuacji, z którymi musiałam dawać sobie radę w ciągu 
ostatniego tygodnia. Ale jeśli nie chcesz wiedzieć...  

– Co wiedzieć? 
– Poznać odpowiedzi na te pytania, które nieustannie sobie zadajesz. Za każdym razem, 

gdy jesteś sam i nie masz nic do roboty, roztrząsasz swoje postępowanie, zastanawiasz się, co 
zrobiłeś nie tak jak trzeba, gdzie popełniłeś błąd. Znalazłeś tysiące różnych odpowiedzi, ale 
nigdy nie przyszło ci do głowy, by spojrzeć na dwie strony medalu. Po prostu przyjąłeś, że 
Kendra nie może być winna.  

– Nie była – powiedział automatycznie.  
– Wstydź się! – Skrzywiła się. – Jesteś już dorosły i wiesz, że nigdy nikt nie jest całkiem 

w porządku albo całkiem nie w porządku. A już na pewno nie Kendra. Nie zapominaj, że była 
jedynym  dzieckiem  rozpieszczających  ją  rodziców.  Nigdy  nie  musiała  zwalczać 
przeciwności, więc nie nauczyła się, jak być silną. Przed śmiercią Hannah na ogół wodziła cię 
za nos.  

– To nieprawda.  
–  Nie  wiem  dlaczego,  ale  zawsze  uważałeś,  że  to  ty  musiałeś  gdzieś,  kiedyś, 

nieświadomie popełnić błąd. Że zrobiłeś coś okropnego, co ją do ciebie zraziło.  

Trafność tej uwagi uderzyła go z całą mocą.  
– Kup benzynę, Dan, zanim staniemy w polu z pustym bakiem.  
Szybko  odwrócił  głowę  w  jej  kierunku.  Czy  usłyszał  te  słowa  wypowiedziane  na  głos, 

czy rozbrzmiały one tylko w jego głowie? Siedziała koło niego spokojnie, wpatrzona teraz w 
szosę, z twarzą bez wyrazu.  

Posłusznie skręcił z szosy do samoobsługowej stacji benzynowej. Uważnie przyjrzał się 

swojej pasażerce, wysiadł z samochodu, by napełnić bak i sprawdzić olej. Przez ten czas nie 
odrywał od niej wzroku, zastanawiając się, kiedy zniknie i kiedy on odzyska zdrowe zmysły.  

Gdy  z  powrotem  siadał  za  kierownicą,  wciąż  tam  była,  cierpliwie  na  niego  czekając. 

Przekręcił  kluczyk  w  stacyjce,  a  gdy  silnik  zaskoczył,  wrzucił  bieg  i  włączył  się  do  ruchu. 
Kątem oka dostrzegał dziewczynę. Jego mózg znów zaczął pracować. Przypomniały mu się 
jej wcześniejsze słowa.  

– Co za szkolenie? – zapytał.  
–  Mamy  taśmy,  które  uczą  nas  waszych  ludzkich  zwyczajów.  Przekazują  nam 

podstawową znajomość ziemskich wyrażeń, historii i bieżących wydarzeń.  

– Kim ty jesteś? – Zerknął na nią.  
Kendra  odchyliła  się  na  oparcie  i  uśmiechnęła  do  jasnych  promieni  słonecznych, 

wpadających przez szybę.  

– Jestem Herfronitką.  
– A cóż to, do diabła, takiego? – Znów ogarnęła go fala niepokoju. Wszystko wymykało 

mu się spod kontroli, łącznie z własnym umysłem.  

background image

– Herfron to planeta oddalona o jedną galaktykę. Gwałtownie wciskając pedał hamulca, 

zatrzymał  dżipa  na  poboczu,  odwrócił  się  i  sięgnął  do  szczupłego  ramienia.  Jednak  gdy  go 
dotknął, uścisk natychmiast złagodniał w pieszczotę.  

– Nie sprawiaj mi bólu, Dan. Nigdy nie sprawiaj mi bólu.  
Jego palce wyszukały cienkie kości obojczyków.  
– A co byś zrobiła, gdybym cię pobił? 
Jej wielkie, piwne oczy wpatrywały się w niego tak spokojnie, że mógł w nich utonąć.  
– Natychmiast bym cię uśpiła, a potem odeszłabym, a ty obudziłbyś się tu, nie pamiętając 

niczego  z  ostatniego  tygodnia.  Jeszcze  raz  musiałbyś  się  dowiedzieć  o  śmierci  Kendry  i 
ponownie przeżyć spotkanie z jej rodzicami i wizytę na jej grobie.  

–  Mogłabyś  to  zrobić?  –  Wpatrywał  się  w  oczy  nieznajomej,  zafascynowany  jej 

spojrzeniem.  

– Tak. Nigdy dotąd tego nie robiłam, ale taśmy szkoleniowe nauczyły nas tego.  
Uwierzył jej.  
– Jak? 
– Potrafię uspokoić twój mózg, a potem wymazać, co chcę, lub zastąpić czymś innym. – 

Wzruszyła  ramionami  i  Dan  poczuł,  jak  napinają  się  jej  mięśnie.  –  Wiedziałam,  że  się 
zbliżasz  i  ściągnęłam  cię  ku  sobie,  żebyś  mnie  zabrał  do  samochodu.  Nie  czułeś  tego 
przymusu? 

– Ujrzałem Kendrę. – Znów przyjrzał się jej uważnie. – Ty nią nie jesteś. Przypominasz 

ją, ale nią nie jesteś.  

– To prawda. Za to jej wspomnienia z ostatnich kilku miesięcy są moje. Byłam tam, gdy 

umierała,  i  przyswoiłam  sobie  jej  myśli  i  odczucia.  Próbowałam  ukoić  ją  w  tych  ostatnich 
chwilach. – Uśmiechnęła się lekko, dumna ze swych osiągnięć. – I chyba mi się udało.  

– Po co mnie szukałaś? 
– Prosiła mnie, żeby ci opowiedzieć ojej pragnieniach. Przyrzekłam, że to zrobię.  
– Dlaczego miałabyś to robić? Mogłaś tylko obiecać, a potem dać sobie z tym spokój.  
–  Dotrzymujemy  słowa.  –  Zmarszczyła  brwi.  –  Nie  powinniśmy  tu  z  nikim  wiązać  się 

obietnicami, ale ona... ona tak nalegała.  

– To zabawne – stwierdził. Łatwiej było zaprzeczyć, że ta rozmowa w ogóle się toczy, niż 

w nią uwierzyć. Nagle przyszło mu do głowy coś nowego. – Czy to tyją zabiłaś? – Zacisnął 
dłonie na jej ramionach. Wiedział, że pozwoli mu akurat na tyle.  

–  Nie.  Po  prostu  byłam  we  właściwym  miejscu  o  właściwej  porze.  –  Przykryła  dłońmi 

jego dłoń. – Kendra dostarczyła mi powiązania z ludzką osobowością.  

Powiązania? W tej rozmowie trudno było doszukać się sensu.  
– Była istotą ludzką, której potrzebowałam, by podczas pobytu na Ziemi utworzyć ludzką 

tożsamość.  

– Przecież nie jesteś człowiekiem, do jasnej cholery! 
– Nie. Jesteśmy Mai, mieszanką w trzecim pokoleniu. Nasza planeta przoduje w naukach 

matematycznych i inżynierii. Nasz gatunek ma wspaniale rozwinięty umysł, ale fizycznie jest 
słaby. Zaczęliśmy więc szukać rasy, z którą moglibyśmy się połączyć, rasy, która dałaby nam 

background image

siłę,  a  my  zachowalibyśmy  nasze  walory  umysłowe,  naszą  inteligencję.  Pracowaliśmy  nad 
tym przez sto lat i dzięki skutecznej inżynierii DNA w końcu nam się udało.  

–  Chcesz  powiedzieć...  –  Danowi  zakręciło  się  w  głowie,  gdy  patrzał  na  jej  twarz, 

gładkość jej cery, piegi na nosie...  

– Chcę powiedzieć, że jestem człowiekiem pod względem genetycznym, ale Herfronitką 

pod  względem  umysłowym.  –  Poruszyła  się  lekko  i  jego  dłonie  opadły  z  jej  ramion.  Nie 
wiedział, czyja wola o tym zadecydowała, ale teraz leżały na jego udach.  

– Zwariowałem. Naprawdę zwariowałem.  
–  Nie  –  uspokajała  go,  gładząc  po  ramieniu  –  ale  jesteś  wykończony.  Może  teraz  ja 

poprowadzę, a ty prześpisz się na tylnym siedzeniu? 

– Nie! Ja będę prowadzić! 
– Jak sobie życzysz. – Znów spojrzała przed siebie, czekając, aż ruszy. Żadnych gierek, 

żadnego udawania. Po prostu przyjęła do wiadomości jego słowa.  

Wrzucił  bieg  i  znów  wjechał  na  szosę.  Drogowskaz  pokazywał,  że  do  Castroville  jest 

pięćdziesiąt  kilometrów.  Jeśli  nie  oszalał  i  nieznajoma  była  rzeczywiście  istotą,  za  jaką  się 
podawała,  może  zatrzymać  się  w  tym  mieście  i  poprosić  o  pomoc.  Niemal  się  uśmiechnął, 
wyobrażając sobie, jak wpada do komisariatu policji i krzyczy o przybyszach z obcej planety. 
Wyglądałoby  to  na  scenę  wziętą  jakby  z  marnego  filmu  science  fiction.  Uznaliby  go  za 
wariata! 

Jechali milcząc aż do przedmieść Castroville. Czy powinien się zatrzymać? 
Tylko  się  ośmieszysz,  Dan,  ostrzegł  wewnętrzny  głos.  Był  czysty  i  wyraźny,  a  każde 

słowo zostało dobitnie wypowiedziane. To był jej głos.  

– Ty to powiedziałaś. – Spojrzał na nią oskarżycielsko. Przytaknęła.  
– Jak? 
– To się nazywa mowa myśli. Przemawiam do twego umysłu.  
– Czy ja też tak mogę przemawiać? 
–  Do  mnie?  Tak.  Do  innych  istot  twojej  rasy?  Jeszcze  nie,  choć  dzieli  was  od  tego 

zaledwie jakieś pięćset lat.  

– Skąd wiesz? 
Uniosła brwi, najwyraźniej zdziwiona, że mógł zadać takie pytanie.  
– Tak podano w naszych taśmach szkoleniowych.  
–  Ach,  tak.  Taśmy  szkoleniowe.  Wspomniałaś,  że  jesteś  częściowo  człowiekiem.  W 

trzecim pokoleniu. Więc czemu nazywasz siebie Her... ? 

– Herfronitką? 
– Tak. Wytłumacz mi to.  
–  Wasi  naukowcy  zajęli  się  genetyką  na  serio  jakieś  pięćdziesiąt  lat  temu.  Przed 

eksperymentami w laboratoriach łączyliście się zgodnie z waszą teorią Darwina. Najsilniejsi i 
najbystrzejsi osobnicy gatunku się rozmnażają.  

– To dotyczy zwierząt – zaprotestował Dan.  
–  Nawet  w  średniowieczu  ludzie  starali  się  łączyć  siłę  z  pięknem,  w  ten  sposób 

produkując najlepsze potomstwo w królewskich rodach. Na innych  planetach jest tak samo. 

background image

Każde pokolenie chce tego, co najlepsze dla swych potomków.  

– Nie wydaje mi się, by to oznaczało grzebanie w genach.  
– To dokładnie to  samo  – sprzeciwiła się spokojnie.  – Tylko  na bardziej  prymitywnym 

poziomie.  

–  Rozumiem.  Dla  ciebie  jesteśmy  czymś  w  rodzaju  szympansów  poddanych 

doświadczeniom laboratoryjnym.  

Wydawała się zdumiona, że tak szybko zrozumiał.  
– To prawda.  
– Żartujesz? – Jego głos nagle stał się niemal piskliwy.  
– Nie.  
– Poważnie mówisz, że prowadziliście doświadczenia na ludziach? 
– Tak. Stąd ja się wzięłam.  
– Z pomieszania dwóch ras? Jaja i plemnika? Analizy genów? 
– Początkowo tak.  
– Jak? 
– W zwykły sposób. – W niewielkim wnętrzu samochodu jej śmiech był cichy i lekki.  
–  Chcesz  mi  powiedzieć,  że  jakaś  Herfronitka  przyjechała  tu,  przespała  się  z  kimś  z 

naszych,  potem  urodziła  dziecko,  a  jeszcze  później  przysłała  tu  to  dziecko,  by  powtórzyć 
procedurę? 

–  Tak.  –  Zmarszczyła  brwi.  –  Prymitywne,  ale  zadziałało.  Teraz  używamy  innych 

sposobów. Łatwiejszych.  

– Kobieto, jesteś chora  – powiedział z niesmakiem. – Należałoby cię umieścić w domu 

bez klamek, a ja powinienem zajmować sąsiednią celę.  

– Dlaczego? 
– Naprawdę trudno mi uwierzyć, że ktoś mógłby być aż tak zdesperowany, żeby iść do 

łóżka z jakimś dziwadłem z innego świata.  

– Dlaczego? 
– Bo to obrzydliwe! 
Odwróciła głowę i wpatrzyła się w niego wielkimi, piwnymi oczami, jakby był żyjątkiem 

pod  mikroskopem.  Zacisnął  dłonie  na  kierownicy.  Usiłował  z  tym  walczyć,  ale  w  jego 
lędźwiach  rozlewała  się  fala  ciepła,  wywołując  znajome  uczucie  ciężkości,  zupełnie 
jednoznaczne.  Reszta  jego  ciała  pozostała  nieporuszona,  nie  odczuwała  podniecenia. 
Wszystkie doznania koncentrowały się w lędźwiach.  

– Przestań – wycedził przez zaciśnięte zęby i nacisk natychmiast ustąpił.  
Kendra odchyliła głowę i zamknęła oczy, jakby zmęczona.  
Przemknęli przez Castroville, nie zwalniając.  
Kendra  wciąż  siedziała  z  zamkniętymi  oczami.  Wiedział  jednak,  że  nie  śpi,  tylko 

odpoczywa.  Czyżby  odczytywanie  cudzych  myśli  i  wpływanie  na  funkcje  innego  ciała 
wyczerpywało  ją?  Jeśli  tak  jest,  może  powinien  zmęczyć  ją  jeszcze  bardziej?  A  po  co?  – 
natychmiast  zadał  sobie  pytanie.  Nic  nie  mógł  zrobić,  chyba  że  wyrzuci  ją  z  samochodu  i 
ucieknie. Jednak, przyznał w duszy, gdyby znalazł rozwiązania dla problemów Kendry, byłby 

background image

może w stanie zrozumieć zmianę zaszłą w ich wspólnym życiu.  

Jeśli  ta  kobieta  mówi  prawdę,  Kendra  nie  znalazła  się  pod  samochodem  celowo.  To 

naprawdę był wypadek, jak twierdził Ed. To już było coś.  

– Chciała mieć dziecko. Chciała być matką. Po tym, jak straciliśmy pierwsze... Tak długo 

czekaliśmy. – Odetchnął głęboko. – Ty jesteś stuknięta, a ja jeszcze bardziej, że cię słucham. 
Wymyśliłem sobie ciebie, bo nie chcę przyjąć do wiadomości, że Kendra na zawsze odeszła. 
To mechanizm obronny.  

– Wierz w co chcesz, mówię prawdę.  
Wieczorne słońce wdzierało  się do samochodu od strony nieznajomej.  Odwróciła twarz 

od promieni, zwijając się w kłębek na fotelu i wystawiając plecy do ich ciepła.  

– Słyszysz mnie? 
– Tak? 
–  Dlaczego?  Przecież  zawsze  byłem  z  nią,  dla  niej!  Zawsze!  –  Po  śmierci  Hannah 

próbował  dotrzeć  do  Kendry,  ale  ona  odsunęła  się  od  niego,  zamknęła  niczym  ślimak  w 
skorupie,  demonstrując,  że  nie  trzeba  jej  bliskości  czy  czułości.  Wkrótce  nawet  przestała  z 
nim  rozmawiać.  Brakowało  mu  dotykania,  głaskania,  wymiany  myśli;  brakowało  do  tego 
stopnia, że zaczął ten niedosyt odczuwać jak fizyczny ból.  

– Ciągle się bała, że znów zajdzie w ciążę.  
– A cóż to ma znowu znaczyć? 
– Uważała, że twoja kariera zawodowa wypełnia ci czas, dostarcza ciągle nowych zajęć. 

Gdy  byłeś  w  domu,  obawiała  się,  że  spróbujesz  dać  jej  dziecko,  a  ona  będzie  musiała 
przeżywać  następną  śmierć.  Była  przerażona.  Więc  wyłączyła  w  sobie  potrzebę  twojej 
obecności, czułości. Nie miałeś o tym zielonego pojęcia – aż do pory pójścia do łóżka. Wtedy 
oczekiwałeś przeżyć seksualnych, a nie myślałeś o bliskości, która przynosi  ulgę i  ukojenie 
bez stawiania jakichkolwiek żądań.  

Mechanizmy obronne, używane od tak dawna, zadziałały natychmiast.  
– Nigdy mi nie powiedziała, że nie chce seksu.  
– Nienawidziła swego lęku przed ciążą i usiłowała go zwalczyć, ale nie była w stanie. Nie 

była wystarczająco odporna i silna, Dan.  

– To nieprawda. Robiła mnóstwo rzeczy, które potrafi zrobić jedynie osoba energiczna. 

Gdy wyjeżdżałem z miasta, zostawała sama, zajmowała się rachunkami, remontami w domu, 
wszystkim.  

Kendra uniosła brwi.  
–  Wydawała  pieniądze,  sprzątała  dom  między  cotygodniowymi  wizytami  sprzątaczki, 

wkładała czeki do kopert i dbała, byś miał czyste ubrania. Czy brakowało jej pieniędzy? Czy 
nie miała najlepszych urządzeń domowych? Gdzież w tym stres? 

– Była samotna..  
– Była sama – poprawiła go Kendra. – To nie to samo i nie musi wiązać się ze stresem.  
Kendra  była  jego  życiem,  jego  szczęściem.  Odeszła.  Kochał  ją  całym  sercem.  Zrobiłby 

wszystko, by była szczęśliwa – tylko nie wiedział, co jeszcze mógłby zrobić. Coś ścisnęło go 
za gardło.  

background image

– Próbowałem.  
– Wiem.  
Uderzył dłonią w kierownicę.  
–  Co  roku  jeździliśmy  do  Big  Bend.  Starałem  się,  żeby  te  wyprawy  były  romantyczne. 

Tylko my dwoje, rok w rok! 

– I ona je kochała. Nic nie odwracało twojej uwagi. Cały skupiałeś się na niej.  
– Więc dlaczego przestała ze mną jeździć? 
–  Z  tego  samego  powodu.  Bała  się,  że  dowiesz  się  o  jej  lękach.  Sądziła,  że  nie 

poradziłaby sobie z jeszcze jedną śmiercią. Kochała cię, ale bała się ciebie. Zrezygnowała z 
wypraw i w końcu zrezygnowała z małżeństwa.  

Dan  coś  sobie  przypomniał.  Właśnie  wrócił  z  Nowego  Jorku  i  zaczął  wyliczać,  co 

powinni  spakować  na  wyprawę  na  Big  Bend.  Im  więcej  mówił,  tym  cichsza  stawała  się 
Kendra.  Tej  nocy  usiłował  wziąć  ją  w  ramiona,  ale  wykręciła  się  złym  samopoczuciem. 
Zachowując  się  jak  rozpuszczone  dziecko,  westchnął  przesadnie  głośno,  odwrócił  się  i 
natychmiast zasnął. Bez dotykania, bez przytulania.  

Następnego ranka wyjechała do rodziców.  Dowiedział się o tym dopiero po powrocie z 

pracy: znalazł puste mieszkanie i wiadomość na kartce. Odeszła na dobre. Dla swego dobra. 
Dla jego dobra.  

Do diabła! 
Najpierw  opanował  go  gniew.  Jak  śmiała  tak  go  zostawić!  Potem  nadszedł  strach.  Czy 

wróci? Czy należy ją przyjąć? A jeśli tak, to niechętnie, wspaniałomyślnie czy rozważnie? 

Po rozmowie z jej rodzicami nie wiedział, jak postąpić. Okazało się, że Kendra weszła do 

ich domu, zaraz za progiem zemdlała, a po ocuceniu nie była w stanie powstrzymać potoku 
łez.  Kilka  godzin  później  zawieźli  ją  do  lekarza.  Stamtąd  wysłano  ją  na  oddział 
psychiatryczny. Ed i Margaret informowali go potem na bieżąco o jej stanie.  

Dlaczego  nie  dostrzegł,  że  ich  małżeństwo  jest  zagrożone?  Może  gdyby  się  w  porę 

zorientował,  jakoś  by  obronił  ich  związek.  Wstrzymał  powolny,  acz  nieuchronny  rozpad. 
Zapewnił Kendrze pomoc. Zrobił cokolwiek! 

Sześć  miesięcy  później,  po  opuszczeniu  kliniki,  sprowadziła  się  do  rodziców,  a  jemu 

zezwolono jedynie na rzadkie odwiedziny. Za każdym razem Kendra wydawała mu się coraz 
bardziej  odległa.  Z  każdym  spotkaniem  czuł,  jak  przepaść  między  nimi  staje  się  coraz 
głębsza.  Ogarniała  go  panika  na  myśl,  że  nigdy  już  nie  będą  razem.  Błagał,  by  znowu 
zamieszkała w ich domu, a ona odmawiała. Żądał, by do niego wróciła, a ona konsekwentnie 
mówiła „nie”.  

Po  dwóch  latach  zdecydował,  że  jeśli  i  tym  razem  Kendra  nie  zmieni  poglądu  na  ich 

małżeństwo, pogodzi  się z jej decyzją. Podejmie stałą pracę  w  Izraelu  i  spróbuje rozpocząć 
nowe życie.  

Dan  nigdy  się  nie  domyślił,  dlaczego  Kendra  od  niego  odeszła.  Prześledził  w  myślach 

swoje małżeństwo od początku do końca, ale nie znalazł odpowiedzi.  

Teraz już wiedział.  
Zakładając,  oczywiście,  że  jest  przy  zdrowych  zmysłach  i  ta  dziwna,  przypominająca 

background image

Kendrę kobieta naprawdę koło niego siedzi.  

I że ta Kendra ma rację co do jego Kendry.  

background image

ROZDZIAŁ 2 

 

W płaskim, jałowym krajobrazie pojawiły się krzewy i drzewa, jak trzydniowy zarost na 

twarzy  Ziemi.  Dan  powiedział  niegdyś  żonie,  że  gdy  Pan  Bóg  zdecydował  się  zmienić 
scenerię,  nie  chciał  szokować  swoich  dzieci  czymś  drastycznym,  więc  wymyślił  pustynny 
płaskowyż.  

Przemknęli  przez  niewielkie  Brackettville.  Charakterystyczny  krajobraz  wokół 

miasteczka  był  plenerem  wielu  westernów,  w  tym  „The  Alamo”.  Dan  jechał  dalej,  ku  Del 
Rio,  mocno  trzymając  kierownicę  i  z  równą  siłą  naciskając  na  pedał  gazu.  Robił  to  jednak 
niemal automatycznie, przetrawiając wydarzenia ostatnich dni.  

Kobieta, która wyglądała jak Kendra i którą postanowił nazywać jej imieniem, spała.  
Wkrótce pojawiły się oznaki cywilizacji, co oznaczało, że zbliżają się do miasteczka, w 

którym Dan postanowił spędzić noc. Minął główną bramę do bazy sił powietrznych i musiał 
zwolnić, bo na szosie zrobiło się ciasno.  

– Kendro, obudź się – powiedział cicho, chociaż wolałby, żeby ta niezwykła istota, która 

w  tak  niecodzienny  sposób  pojawiła  się  w  jego  życiu,  w  ogóle  nie  istniała.  Od  chwili  gdy 
wsiadła do samochodu, wniosła w jego myśli taki zamęt, że nie miał czasu spokojnie się nad 
tym  wszystkim  zastanowić.  Może  gdy  się  obudzi  i  przeciągnie,  okaże  się  zwykłą 
autostopowiczką. Może...  

Młoda kobieta, która tak bardzo przypominała jego żonę, wyprostowała się i wyciągnęła 

do  przodu  ramiona,  niemal  go  dotykając.  Wyglądała  na  wypoczętą  i  rozluźnioną,  co  nie 
przeszkadzało jej czujnie i bacznie rozejrzeć się wokół.  

–  Hm  –  mruknęła,  zwracając  na  Dana  spojrzenie  wielkich,  piwnych  oczu  –  To  tutaj 

zatrzymujemy się, by coś zjeść? 

– Tak.  
– W tej sympatycznej restauracji? Tej z samochodem w holu wejściowym? 
Zerknął na nią, potem znów skoncentrował się na obserwowaniu drogi.  
– Skąd wiedziałaś? 
Zebrała dłońmi czarne włosy i przeczesała palcami, odrzucając je do tyłu.  
– Zobaczyłam ją, gdy o niej pomyślałeś.  
Więc nic mu się nie przyśniło. Wciąż snuła wariackie teorie. Czekała na jego odpowiedź, 

ale  Dan  całą  uwagę  poświęcił  utrzymaniu  samochodu  na  wąskiej,  krętej  szosie  prowadzącej 

do Amistad Dam.  

– Czy nie będziesz już formułował myśli? – Będę – odrzekł krótko.  
– Pozwolisz mi je odczytać? 
– Nie bardzo wiem, jak mógłbym cię powstrzymać. – W jego głosie pobrzmiewała gorycz 

bezradności.  Nie  wiedział,  czy  niepokoi  go  obecność  młodej  kobiety,  czy  jej  próby 
kontrolowania odczuć przepływających przez niego falami.  

–  Och,  to  łatwe.  –  Opuściła  podkurczone  nogi  i  wyciągnęła  przed  siebie.  Były  drugie, 

szczupłe, opalone... – Opanuj emocje.  

background image

– Wtedy nie będziesz mogła rozszyfrować moich myśli? 
– W każdym razie będzie to znacznie trudniejsze. – Zmarszczyła brwi. – Zauważyłam, że 

od kiedy tu przybyłam, mam niejakie kłopoty w porozumieniu się z moim własnym rodzajem. 
Usiłowałam znaleźć wyjaśnienie, ale jest ich zbyt dużo. Może dlatego Herfronitom nie wolno 
zostawać tu dłużej, bo tracą cechy, które nas odróżniają od was.  

– Chcesz powiedzieć, dzięki którym nas przewyższacie? 
– Skoro tak uważasz. – Wzruszyła ramionami.  
– Jaka jest twoja rasa? 
– W porównaniu z wami jesteśmy cichymi istotami. Pracujemy razem nad wszystkim, co 

służy osiągnięciu najwyższego celu. Zazwyczaj odnosimy sukcesy.  

– Ale jesteście częściowo ludźmi.  
– Nie w tej części, która się liczy. – To było odrzucenie człowieczeństwa jako takiego. – 

Zachowujemy herfronicki mózg.  

Mówiła to tak, jakby nie istniała możliwość błędu, ale życie nauczyło Dana, że błędy są 

nieuniknione.  

– Więc dlaczego twoja moc słabnie? 
–  Nie  wiem.  –  Znów  wzruszyła  ramionami.  –  Ostrzegano  nas  jednak,  że  to  może  się 

zdarzyć.  Poza  tym  wydaje  się,  że  ograniczenie  dotyczy  jedynie  kontaktu  z  tymi,  z  którymi 
pracujemy.  Nie  potrafię  odnaleźć  tych,  z  którymi  tu  przybyłam,  ale  nie  mam  kłopotów  w 
porozumieniu się z ludźmi.  

– Czy „my” oznacza wszystkich Herfronitów, czy tylko trzecią generację? 
– Nie powiedziano nam. Kau, czyli druga generacja, przybywała tu w tym samym celu, 

ale były z nimi problemy. Niektórzy umierali lub wariowali przed powrotem na Herfron, bo 
stres okazywał się zbyt wielki.  

– Jak wygląda wasza planeta? 
–  Przypomina  wschodni  Teksas,  tyle  że  nasze  wysokie  rośliny  to  nie  drzewa,  lecz 

zarodniki i pleśnie. Mamy ogromne zasoby żywności.  

– Klimat jest ciepły? 
– Nie, chłodny. Nasze miasta mają kontrolowaną temperaturę, bo my – szczególnie Kau i 

Mai – marzniemy szybciej niż pierwotni mieszkańcy.  

– Czy zostało wielu pierwotnych mieszkańców? Wydawała się zdziwiona tym pytaniem.  
– Oczywiście. Są naszymi przywódcami, mózgami, naszym życiem.  
– To brzmi jak fragment z Orwella. – Dan skręcił na parking przy restauracji i zatrzymał 

samochód  niedaleko  wejścia.  Wyłączył  stacyjkę  i  popatrzył  na  Kendrę.  –  Wszystko,  co 
mówisz, może być prawdą lub równie dobrze wytworem mojej wyobraźni.  

Uśmiechnęła się przekornie.  
– Masz rację. Może być albo tak, albo tak.  
Jej twarz ukryta była w cieniu. Więc jak to w końcu jest? – zastanawiał się.  
– To prawda, przekazała mu odpowiedź wprost. To jest tak prawdziwe jak ty sam.  
Dan aż zamknął oczy z wrażenia. Ogarnął go strach.  
–  Chodźmy  –  burknął.  Wysiadł  z  dżipa,  zaczekał  i  ujął  ją  za  ramię.  Może  gdy 

background image

skoncentruje  się  na  zwykłych  czynnościach,  łatwiej  mu  będzie  dostosować  się  do  tych 
nadzwyczajnych  okoliczności.  Modlił  się,  by  tak  się  stało.  Spokojnie  weszła  z  nim  do 
restauracji,  usiadła  i  coś  zamówiła.  W  każdym  razie  nie  przyniesie  mu  wstydu,  ponieważ 
zachowuje się... normalnie.  

Kendra  zamówiła  dużą  miskę  sałatki  i  zjadła  ją  z  przyjemnością,  popijając  kilkoma 

szklankami mrożonej herbaty.  

– Pyszne – oznajmiła, odkładając serwetkę kolo pustego talerza.  
Dan utkwił wzrok w swój ogromny, na wpół zjedzony hamburger. Po chwili odsunął go 

na bok. Stracił apetyt.  

– Jeśli tylko będziesz chciał, możesz uznać go za bardzo smaczny – powiedziała łagodnie.  
– Skąd wiesz? Czy już tu kiedyś byłaś?  – Zdał sobie sprawę, jak agresywnie zabrzmiał 

jego  głos.  Wszystko  wymykało  mu  się  spod  kontroli,  nie  miał  pojęcia,  jak  odzyskać 
panowanie nad sytuacją.  

–  Nie,  ale  tak  uważają  inni  ludzie  w  tej  restauracji.  Ja  jem  tylko  to,  co  wy  nazywacie 

warzywami.  

– Więc nie wypowiadaj się o czymś, czego nie próbowałaś.  
– Przepraszam.  
Sięgnął po portfel, wyjął kilka banknotów, rzucił je na stół i wstał.  
– Chodźmy.  
Wyszedł  z  restauracji,  nie  oglądając  się  na  kobietę,  która  wpatrywała  się  w  niego 

wielkimi oczami. Zmierzał  do dżipa, obawiając  się, że ta nowa Kendra  nie pójdzie za nim. 
Równie mocno lękał się, że będzie mu towarzyszyć.  

Jednak nie zostawiła go samego.  
Siedem  kilometrów  dalej  Dan  zatrzymał  się  przed  hotelem.  Było  to  raczej  schronisko, 

zbudowane  tuż  koło  Amistad  Dam,  wielkiego  zbiornika  wodnego  na  granicy  Meksyku  i 
Stanów  Zjednoczonych.  Przegrodzono  Rio  Grandę  i  rzekę  Pecos,  tworząc  wielkie, 
kryształowo  czyste  jezioro.  Postarano  się  utrzymać  całość  w  możliwie  naturalnym  stanie. 
Setki ludzi przyjeżdżało tu, by odpocząć, popływać i łowić ryby. Przedsięwzięcie okazało się 
sukcesem. Tylko chciwi spekulanci ziemią byli niezadowoleni. Chcieliby sprowadzić więcej 
turystów,  wybudować  więcej  domów,  zorganizować  więcej  kurortów  i  naturalnie  czerpać 
więcej zysków.  

– Tu się zatrzymamy na noc – oznajmił Dan.  
– Dobrze. O której godzinie chcesz wyjechać? 
– Wcześnie. Dlaczego pytasz? 
–  Chciałabym  zobaczyć,  jak  wyglądali  nasi  pierwsi  herfroniccy  astronauci.  Oglądałam 

taśmy, ale oryginał musi być inny.  

–  Jaki  oryginał?  –  zdziwił  się,  stojąc  koło  dżipa,  gdy  wysiadała  i  wchodziła  na  wysoki 

chodnik.  

Machnęła ręką w stronę wody.  
–  W  grotach,  w  jednej  z  tych  wysokich  skał,  są  rysunki.  Spojrzał  w  niebo.  Zmrok 

ustępował miejsca nocy.  

background image

– Zawiozę cię rano – powiedział.  
– To nie jest konieczne. Sama dam radę dotrzeć do Del Rio.  
– Przyjechaliśmy razem aż tutaj i jeszcze się nie pozabijaliśmy. Zawiozę cię.  
Kiwnęła  głową,  a  on  odwrócił  się,  marząc  tylko  o  zakończeniu  tej  niecodziennej 

przygody. Wkrótce on będzie spływał rzeką, a ona... zniknie. Gdziekolwiek to by miało się 
stać.  

Weszli do czystego, cichego holu. Dan wpisał ich do książki meldunkowej i zdecydował 

się  na  wspólny  pokój.  Nie  wiedział  dlaczego,  ale  nagle  zląkł  się,  że  straci  kontakt  z 
towarzyszką podróży.  

Bał się, bo była ostatnim ogniwem łączącym go z Kendrą, z którą żył i którą kochał od 

tak  dawna.  Kobietą,  której  aż  do  dziś  nie  znał,  jeśli  wierzyć  tej  istocie  stojącej  teraz  obok 
niego.  

Najgorsze było to, że w gruncie rzeczy jej wierzył.  
Pokój  hotelowy  był  chłodny.  Zamknięte  okiennice  całkowicie  odcinały  go  od  świata 

zewnętrznego,  a  obszerne  pomieszczenie  rozjaśniała  tylko  jedna  żarówka.  Dwa  łóżka,  z 
zagłówkami  przymocowanymi  do.  ściany,  przykryte  były  czymś,  co  wyglądało  na  kapy  w 
stylu  kolonialnym  z  lat  siedemdziesiątych.  Dan  zamknął  drzwi  i  oparł  się  o  nie.  Był 
wyczerpany wydarzeniami dnia, ale jeszcze bardziej przerażony myślą o jutrze.  

Młoda kobieta łudząco podobna do Kendry zatrzymała się przy drzwiach łazienki ż torbą 

wciąż przewieszoną przez ramię. Położyła dłoń na klamce i uśmiechnęła się smutno.  

– Dlaczego miałabym cię zabijać, Dan? – spytała, odpowiadając na jego myśli.  
Wyprostował się, opierając ręce na biodrach i spojrzał jej prosto w twarz.  
– No właśnie, dlaczego? 
–  Herfronici  nie  popierają  zabijania.  Poza  tym  potrafię  usunąć  twoje  wspomnienia  tak 

samo łatwo, jak ci je dać. Rozumiesz? – Rozłożyła ręce, obracając dłońmi do góry. – Nie ma 
potrzeby zabijać. Zawozisz mnie tam, gdzie muszę jechać. Spróbuję ci pomóc pogodzić się ze 
śmiercią żony. Spełniłam obietnicę, którą jej dałam. Jesteśmy kwita.  

Brzmiało  to  sensownie  i  uczciwie,  ale  skąd  właściwie  miał  wiedzieć,  że  tak  się  rzeczy 

mają? Rozmawiał przecież ze stworzeniem z innej planety! 

– Jak wiele wiesz o Kendrze? 
– Mówisz o waszych stosunkach? 
Kiwnął głową, nie odważając się wydać z siebie głosu.  
– Właściwie wszystko. Przez ostatnie sześć miesięcy swego życia nie myślała prawie o 

niczym innym.  Mniej  wiem  o jej dzieciństwie niż o waszym  małżeństwie. Przygotowywała 
się do twego powrotu. Chciała dać wam jeszcze jedną szansę.  

Zamknął oczy, bo przebiegł go bolesny dreszcz, jak gdyby tysiące szpileczek wbijało mu 

się w skórę. Gdyby jego Kendra żyła, tym razem byłoby inaczej. Kendra nie powiedziałaby 
„nie”. Tę noc spędziliby razem, odnajdując miłość, poczucie bezpieczeństwa i wyzwalając się 
z samotności...  

Drzwi  łazienki  stuknęły  cicho.  Zrozumiał,  że  zostawiła  go  samego.  Stał  w  miejscu, 

próbując nie roztrząsać doznań z całego dnia.  

background image

Bądź cierpliwy. Pomogą ci. Te słowa rozległy się w jego głowie i Dan zdał sobie sprawę, 

że dziewczyna może do niego przemawiać nawet przez zamknięte drzwi.  

W końcu ruszył się z miejsca. Położył torbę na krześle i otworzył ją. Rób zwykłe rzeczy, 

to życie stanie się zwykłe.  

Sen  nie  nadchodził  bardzo  długo.  Długi  prysznic,  łyk  brandy  z  piersiówki,  obietnica 

odpowiedzi  na  gnębiące  go  pytania  nie  pomogły  mu  się  rozluźnić  ani  zatrzymać  gonitwy 
myśli. Leżał w łóżku z otwartymi oczyma, rękoma założonymi za głową i wpatrywał się w 
sufit.  

Raz poczuł, że Kendra delikatnie sygnalizuje mu, żeby się przestał denerwować.  
– Przestań – rozkazał szorstko. Ale „magia” zadziałała.  
W końcu usnął.  
 
– To tam! – wskazała Kendra, przekrzykując warkot motorówki, a Dan skierował łódź ku 

ścianie kanionu, zgodnie z instrukcjami. Widać było niewielki przesmyk, zatoczkę otoczoną 
pionowo wznoszącymi się skałami, przypominającymi surowy blok  granitu, czekającego,  aż 
rzeźbiarz wydobędzie z niego jeszcze wspanialszy kształt. Kendra siedziała na dziobie, a jej 
ciemne włosy rozwiewał wiatr.  

Po prawej ręce mieli Meksyk, a po lewej Stany Zjednoczone. Dan doprowadził wynajętą 

łódź do pływającego pomostu. Rozejrzał się po jeziorze, po raz pierwszy zdając sobie sprawę, 
że poza samotnym meksykańskim rybakiem tkwiącym w lichym czółnie na odległym końcu 
jeziora byli zupełnie sami.  

– Przycumuj tutaj – poleciła.  
Od  ostatniej  nocy,  gdy  odrzucił  jej  pomoc,  mówiła  do  niego  jedynie  na  głos.  Zresztą 

właściwie  nie  mówiła  wiele.  Wczoraj  dostrzegał  u  niej  przebłyski  humoru,  emocji,  życia. 
Teraz  znów  była  obca,  skoncentrowana  na  znalezieniu  świadectwa  przeszłości.  Z  niechęcią 
pomyślał, że brak mu tej kobiety, jaką była, gdy się spotkali.  

Zrobił, jak chciała. Wyskoczył na pomost i wyciągnął do niej rękę. Kendra chwyciła ją 

ufnie i wysiadła z łodzi, cały czas wpatrując się w niego bez zmrużenia powiek.  

– O czym myślisz? – nie potrafił powstrzymać się od pytania.  
–  Że  jesteś  smutny  i  że  ja  też  odbieram  ten  smutek.  To  niezwykłe.  –  Była  tak  samo 

bezpośrednia jak wczoraj. Czyżby nie umiała kłamać? 

Przechyliła głowę i w jej oczach błysnął przekorny ognik.  
– Nie, a w każdym razie nie najlepiej. – Uśmiechnęła się tak promiennie, że poczuł, jak 

ten uśmiech przenika go na wskroś. Jej delikatna, krucha dłoń wciąż spoczywała w jego ręce. 
–  Gdy  wszyscy  są  w  stanie  odczytać  twoje  myśli,  lepiej  od  razu  mówić  prawdę.  Inaczej 
marnuje się czas  i  energię, budując mur wokół swego umysłu.  Gdy inni  wyczuwają barierę, 
wiedzą, że kłamiesz.  

Z jej dłoni promieniowało ciepło. Gdy miękkimi palcami lekko ścisnęła go za rękę, Dan 

nagle poczuł, że bijący od dziewczyny żar ogarnia go całego. Puścił szybko jej rękę, jakby się 
oparzył, i gwałtownie odwrócił się ku zarośniętej ścieżce biegnącej w górę.  

– Dokąd teraz? 

background image

–  Prosto,  tam,  w  górę.  Chodź  za  mną.  Wdrapywała  się  zręcznie,  bez  trudu  znajdując 

miejsca, w których należało postawić stopę. W połowie zbocza zatrzymała się i wyciągnęła w 
górę ramiona, jakby pragnąc objąć ogrzewające ich słońce. Jej śmiech wydawał się szeleścić 
wokół nich jak wiatr.  

– Co się stało? – Zmarszczył brwi. Rozejrzał się wokół, czy czegoś nie przegapił.  
– Nic. – Spojrzała na niego przez ramię. – Po prostu jest piękny dzień.  
– Ruszaj dalej – rzucił niechętnie. Posłusznie zaczęła się wdrapywać.  
Gdy doszła do skalnej półki w trzech czwartych wysokości wzniesienia, odwróciła się i 

podała mu dłoń. Zignorował ten gest i samodzielnie podciągnął się na półkę.  

chwytając  za  krzak.  Nie  chciał  jej  dotykać,  bo  temperatura  między  nimi  wydawała  się 

wtedy  rosnąć  zbyt  wysoko.  Ponieważ  nie  była  prawdziwą  Kendrą,  należało  unikać 
dwuznacznych sytuacji.  

Przykro mi, że tak uważasz, ta opinia nagle zmaterializowała się w jego głowie.  
– Trzymaj się z dala od moich myśli! – Spojrzał na nią nieprzyjaźnie.  
Uniosła w uśmiechu koniuszki ust – ust w kolorze kwiatów brzoskwini.  
– Tak jest, szefie! – Zasalutowała żartobliwie. Nie potrafił powstrzymać uśmiechu.  
Kendra posuwała się wzdłuż półki, a Dan szedł tuż za nią. Zatrzymali się w końcu przed 

przegrodą z łańcucha, za którą widniała wyżłobiona skała wysokości piętrowego budynku.  

–  Spójrz  –  powiedziała,  wskazując  ją  szerokim  gestem  –  twoi  i  moi  przodkowie.  Wy 

nazywacie to chyba piktogramami.  

Skalną  ścianę  pokrywały  rysunki  –  zbyt  liczne,  by  objąć  je  jednym  spojrzeniem, 

utrzymane  w  kolorze  ochry.  Pierwszy  rysunek,  na  którym  zatrzymał  się  wzrok  Dana, 
przedstawiał  wielką  panterę,  której  ogon  owijał  się  wokół  niej  jak  długi  bicz.  Choć  farba 
nieco zbladła, wciąż pobudzała wyobraźnię. Wielki kot miał ze dwa metry długości i ponad 
metr wysokości. Ogon był tak długi, że zwijał się pod brzuchem pantery, jakby podkreślając 
to, czego artysta nie mógł ubrać w słowa.  

Dan  zdał  sobie  sprawę,  że  rysunki  były  harmonijnie  skomponowane  i  wywoływały  u 

patrzącego  uczucie  ogromnej  przyjemności.  Jak  dzisiejsze  wielkie  tablice  reklamowe, 
przedstawiające typowe dla naszych czasów produkty, obrazy przed nim także opowiadały o 
swoich  czasach.  Człowiek  pierwotny  nie  różnił  się  od  człowieka  współczesnego  w  chęci  i 
potrzebie porozumienia się. 

Zafascynowany  Dan  przyglądał  się  kolejnym  rysunkom,  wybierając  najpierw  mniejsze. 

Niektóre  przedstawiały  postacie  patykowate,  inne  sylwetki  były  bardziej  zaokrąglone  i 
naszkicowane ze szczegółami,  ale wszystkie sprawiały  wrażenie wibrujących życiem, jakby 
nie należały do odległej przeszłości, lecz wręcz do teraźniejszości. Nagle Dan zamarł, bo jego 
spojrzenie napotkało szkic po lewej stronie pantery.  

To,  co  przedstawiał,  nie  pozostawiało  żadnych  wątpliwości:  pośród  różnych,  mniej  lub 

bardziej typowych postaci znajdował się astronauta w kombinezonie i hełmie.  

– Spójrz w prawo – odezwała się cicho Kendra, by delikatnie przyciągnąć jego uwagę.  
Dan  przesunął  wzrok.  Koło  astronauty  widniała  prymitywna  wersja  latającego  talerza. 

Całkowicie zaskoczony, rzucił bez namysłu: 

background image

– To niemożliwe! 
Śmiech Kendry był melodyjny i cichy.  
–  Gdybyś  mnie  nie  spotkał,  spojrzałbyś  na  te  rysunki  i  uśmiechnął  się,  przypisując  to 

fantastycznej wyobraźni dawnego artysty.  

Wiedział, że prawdopodobnie ma rację, ale zaprzeczył.  
– Tego nie możesz wiedzieć.  
–  Wiem.  Już  tysiące  ludzi  stało  dokładnie  w  tym  miejscu.  Żaden  z  nich  albo  bardzo 

niewielu  miało  świadomość,  że  istoty  pozaziemskie  przybywały  tu  przed  ich  narodzeniem. 
Dla  nich  była  to  fantazja.  Dla  ciebie  to  rzeczywistość,  której  zaprzeczasz,  bo  nie  potrafisz 
zaakceptować mnie jako obcej. W każdym razie jeszcze nie.  

–  A  myślisz,  że  kiedyś  cię  zaakceptuję?  –  Odwrócił  się  i  wpatrywał  intensywnie  w 

brązowe oczy, przejrzystą cerę i smukłą szyję, szukając jakiegoś znaku, że rzeczywiście jest 
obca, jak twierdzi.  

Nic nie znalazł. Była piękną kobietą.  
–  Wydaje  mi  się,  że  twój  umysł  już  to  zaakceptował,  niemal  natychmiast  po  naszym 

spotkaniu. Natomiast strona emocjonalna twojej osobowości neguje racjonalnie uzasadnione 
wnioski. Jak u wszystkich ludzi zresztą.  

– A wy niczego nie odczuwacie? – Był zły, choć nie wiedział ani z jakiego powodu, ani 

na  kogo.  Nie  był  nawet  całkiem  pewien,  dlaczego  się  jej  przeciwstawia.  W  głębi  duszy 
przeczuwał, że prawdopodobnie dziewczyna ma rację.  

Zastanawiała się chwilę nad odpowiedzią z przekrzywioną na bok głową, tym gestem tak 

bardzo przypominając mu jego Kendrę...  

– Owszem, ale nie w taki sposób jak wy. Nad wszystkim pracujemy razem, a parametry 

zachowania  się  i  emocji  są  w  naszym  społeczeństwie  bardzo  konkretne.  Nasze  zasady  oraz 
prawa społeczne i ekonomiczne są nienaruszalne. Tak jest łatwiej, ponieważ danie słowa jest 
tak samo  respektowane jak danie pieniędzy.  – Uśmiechnęła się. –  Znacznie łatwiej żyć, gdy 
się wie, jakie zachowanie jest do przyjęcia, i że wszystko, co poza nie wykracza, pociąga za 
sobą sprzeciw i potępienie.  

Powrócił wzrokiem do obrazów wymalowanych na ścianie skalnej jakieś siedem tysięcy 

lat temu – a może więcej. Czy ten pierwotny artysta uznał temat swego rysunku za całkowicie 
zrozumiały, ponieważ zaakceptował istnienie takich dziwnych istot? 

– Nie denerwuj się – powiedziała cicho, kładąc mu dłoń na ramieniu.  
Dan poczuł ciepło jej dotyku i nie spodobało mu się to.  
–  Słuchaj,  wasi  ludzie  przybywają  tu  indywidualnie  i  grupowo,  prawdopodobnie 

zmieniając bieg historii, a ty mi mówisz, żebym się nie denerwował? Jedno z nas nie jest przy 
zdrowych zmysłach, a nie jestem pewien, czy to właśnie ja! – Wyrwał jej ramię, odwrócił się 
i szybko ruszył ku brzegowi skały, skąd rozpoczynało się zejście w dół, do pomostu.  

Poszła za nim kilka chwil później. Wiedział o tym, bo wyczuwał jej obecność tak samo 

wyraźnie  jak  żwir  pod  stopami.  Zmusił  się,  by  o  niczym  nie  myśleć.  Teraz  nie  zniósłby 
ingerencji w swoje myśli.  

Widok  mających  siedem  tysięcy  lat  piktogramów  ukazujących  astronautów  w  pobliżu 

background image

tego pustkowia wstrząsnął nim do głębi. Szczególnie po spotkaniu kobiety, która wchłonęła 
wspomnienia jego żony – a w każdym razie tak twierdziła.  

Z  powodów,  nad  którymi  się  nie  zastanawiał,  zaczekał  na  nią  przy  łodzi.  Tak  łatwo 

byłoby  odpłynąć,  zostawiając  tę  obcą,  ale  nie  dałoby  to  mu  odpowiedzi  na  żadne  z  tysiąca 
pytań, które go dręczyły.  

Gdy tylko usiadła, Dan skierował łódź na jezioro.  
Najwyższy  czas  ruszać  na  Big  Bend.  Tymczasem  powinien  pomyśleć  o  nękających  go 

pytaniach i zadawać je w logicznym porządku. Jeśli w celu uzyskania odpowiedzi musi się z 
nią porozumieć, niech to będzie na jej poziomie.  

Oddali motorówkę i wprost ze schroniska ruszyli na szosę prowadzącą do Lajitas. Jechali 

w milczeniu ponad godzinę przez ubogą ziemię ku rysującym się na horyzoncie górom.  

– Cholera – mruknęła nagle Kendra. wpatrując się w swoje palce.  
– Co się stało? – Był tak pogrążony w myślach, że omal zapomniał ojej obecności.  
– Złamałam paznokieć.  
Popatrzył na nią, przeniósł wzrok na jej dłonie i znów spojrzał jej w twarz.  
–  Bardziej  rozumni,  mniej  uczuciowi?  Wydaje  mi  się,  że  wasza  inżynieria  genetyczna 

zapomniała  o  tym,  że  ludzkie  emocje  wzrastają  w  miarę  zwiększania  się  liczby  ludzkich 
genów.  

Uśmiechnęła się.  
On także.  
Roześmiała się głośno, a on jej wtórował.  
– Chyba masz rację – przyznała. – Na mojej planecie nosimy krótkie, nie przeszkadzające 

w pracy paznokcie. Tutaj kobietom zależy na pięknych dłoniach – stwierdziła. – Przez chwilę 
naprawdę  poczułam  gniew  z  powodu  złamanego  paznokcia!  Wiesz...  –  Zawahała  się, 
marszcząc brwi w zamyśleniu. Przyszło mu do głowy, że pod tym względem różniła się od 
jego  Kendry  jak  dzień  od  nocy.  Jego  Kendra  zawsze  mówiła  bez  namysłu.  –  Z  tego,  co 
widziałam  –  kontynuowała  po  chwili  –  kobiety  wyglądają  na  słabe  i  bezbronne,  ale  są  w 
gruncie rzeczy bardzo silne. Szybciej odczytują myśli i uczucia niż mężczyźni.  

Nie miał zamiaru przyznawać, że się nie myli.  
– A jakie są twoje obserwacje na temat mężczyzn? 
– Mężczyźni wydają się na oko bardzo silni, ale tak naprawdę są bardzo niepewni siebie. 

Obawiają  się  poznać  własne  uczucia  lub  uczucia  innych.  Zadowalają  się  powierzchownymi 
kontaktami.  

– Zgadzasz się z trzema setkami psychologów – burknął niechętnie.  
–  Prawdopodobnie  –  odparła,  wzruszając  ramionami.  –  Herfronici  potrafią  odbierać 

zarówno przekazy myślowe, jak i sygnały fizyczne. Dla nas jest to sposób na życie, konieczny 
do stałego rozwoju.  

– Skoro Herfronici są tacy wspaniali, dlaczego łączą się z nami, biednymi, tępymi, nazbyt 

uczuciowymi ludźmi? 

– Nie powiedziałam, że jesteście tępi – zaoponowała, marszcząc brwi. – Wykorzystujemy 

waszą siłę fizyczną. Nasza rasa jej nie ma. Chcemy połączyć najlepsze cechy obu rodzajów.  

background image

– Czy nie zdajesz sobie sprawy, że jesteś bardziej Ziemianką niż Herfronitką? – W jego 

głosie pobrzmiewało wyzwanie.  

Uśmiechnęła  się,  jakby  był  małym  dzieckiem  stawiającym  proste,  oczywiste  pytania. 

Oddziaływała jednak na niego jak kobieta na mężczyznę.  

– W twoim kraju żyją Murzyni, którzy pochodzą z mieszanych związków. Nazywacie ich 

czarnymi,  nawet  jeśli  mają  tylko  jedną  ósmą  krwi  po  afrykańskich  przodkach.  Ja  jestem 
zaledwie trzecim pokoleniem Herfronitów. Nasi naukowcy próbują zachować naszą zdolność 
do pracy i potencjał umysłowy, wprowadzając zmiany jedynie w sferze fizyczności. A zatem 
jestem  Herfronitką  w  znacznie  wyższym  stopniu  niż  większość  waszych  Murzynów  jest 
Murzynami.  

– Jesteś stuknięta – podsumował, bo nie potrafił przedstawić racjonalnych argumentów. 

Było  to  głupie,  ale  musiał  przyznać  jej  rację.  –  Mam  uwierzyć,  że  jesteś  Herfronitką,  bo 
zobaczyłem  rysunek  naskalny  kogoś  lub  czegoś,  co  według  ciebie  jest  twoim  przodkiem. 
Chyba jesteś dobrą hipnotyzerką.  

– Sądzisz, że aż tak łatwo potrafię odczytać twoje myśli? 
Dan przytaknął, ale nie był pewien, czemu właściwie przytakuje.  
– Właśnie utraciłem żonę i jestem rozbity. Możliwe, że to wszystko dzieje się wyłącznie 

w mojej głowie, a ciebie tu nie ma. Jest również prawdopodobne, że zabrałem z drogi chorą 
osobę i pomagam jej w ucieczce z domu wariatów! 

Odwróciła  się  na  fotelu,  znów  patrząc  wprost  na  niego.  Jej  twarz  w  kształcie  serca 

wyrażała absolutną szczerość.  

– Gdybym mogła, pokazałabym ci nasz statek, ale złożyłam przyrzeczenie, że nigdy tego 

nie uczynię.  

Jego serce na moment przestało bić.  
– A kto by o tym wiedział? 
–  Ty.  Ja.  Wkrótce  także  inni  Herfronici.  –  Potrząsnęła  głową,  a  jedwabiste  pasma 

zafalowały w słońcu tak jak dawniej włosy Kendry, rozbłyskując miedzią w kruczej czerni. – 
To  niemożliwe.  Wszystko,  co  mam,  to  moje  słowo  i  jest  ono  na  tyle  ważne,  że  warto  dla 
niego umrzeć lub żyć.  

– Nie wolno ci było niczego przyrzekać mojej Kendrze, a jednak to zrobiłaś – zauważył.  
–  Tylko  w  ten  sposób  mogłam  jej  pomóc.  Wytłumaczę  to  moim  przełożonym  i  jestem 

pewna, że zrozumieją.  

– Gdzie jest twój statek? 
– W pobliżu rzeki.  
– Gdzie? 
Roześmiała się, drażniąc go, ale nie gniewając się za jego upór.  
– Gdybym ci powiedziała, złamałabym dane słowo. To byłoby to samo, co zaprowadzić 

cię tam, nie uważasz? 

– Nie. Myślę, że potrafiłbym sam go znaleźć, a wtedy nikt nie mógłby cię winić.  
– Ale ja bym wiedziała. To znaczy, że moi przełożeni także by wiedzieli.  
– Jak się do niego dostaniesz?  

background image

Kendra wzruszyła ramionami.  
– Na piechotę.  
– Z Lajitas? To musi być spora wyprawa w każdym kierunku. Po stronie amerykańskiej 

czy meksykańskiej? 

– Amerykańskiej. Chciałabym, żebyś mnie podrzucił do Parku Narodowego Big Bend.  
– Zawiozę cię, gdzie będziesz chciała. – Dan przeczesał palcami włosy. – Nie sądzę, by 

udało mi się spać spokojnie, jeśli nie będę pewien, że jesteś bezpieczna. – Spojrzał na nią. – Z 
twoim wyglądem możesz natknąć się na sporo niezbyt przyjemnych niespodzianek.  

– W parku nie ma przecież znów tak wielu ludzi.  
–  Mieszkają  w  schronisku.  Na  tym  pustkowiu  jest  też  sporo  dziwaków,  lumpów, 

samotników, którzy kryją się w jaskiniach, chatach i namiotach. Nie przepadają za obcymi i 
niezbyt  lubią  zwierzęta.  –  Zauważył,  że  ze  ściągniętymi  brwiami  rozważa  jego  słowa,  i 
nalegał dalej: – Być może łatwiej dotrzeć do twego statku od strony wody.  

Uniosła brwi.  
– A teraz kto zajmuje się czytaniem myśli? 
–  Zgadywałem.  –  Nie  chciał  jej  mówić,  że  najwięcej  latających  talerzy  obserwowano 

corocznie właśnie tu i w Nowym Meksyku.  

– Statek jest niedaleko, aleja nie umiem pływać.  
– Ja umiem. I mam zamiar spłynąć tratwą po Rio Grandę.  
Pochyliła się do przodu, a ciemne włosy opadły jej na ramiona jak zasłona.  
– Nie miałbyś nic przeciwko zabraniu mnie ze sobą? 
– Nic a nic.  
– Nie pozwolę ci zobaczyć mego statku. – W jej głosie brzmiało ostrzeżenie.  
– Rozumiem.  
Kendra odchyliła się do tyłu z twarzą rozjaśnioną nagłym uśmiechem.  
– Byłoby co wspominać. – Zawahała się, ale po chwili kiwnęła głową, jakby zgadzając 

się ze swymi myślami. – Tak. Skoro spływasz w dół rzeki na tratwie, zabiorę się z tobą.  

–  Wspaniale.  –  Miał  wrażenie,  że  udała  mu  się  sztuczka.  Jeśli  znajdzie  się  niedaleko, 

zobaczy ten cholerny statek. Raz na zawsze pozna prawdę o siedzącej koło niego kobiecie.  

Przyciągnęła jego uwagę głębokim westchnieniem.  
–  I  tak  muszę  się  tam  dostać,  więc  mogę  równie  dobrze  podróżować  wodą.  To 

doświadczenie zdecydowanie pomoże naszym ludziom.  

– Twoim ludziom, nie moim.  
Kendra oparła się wygodnie i przez dłuższy czas milczała, wyraźnie coś rozważając. Nie 

miał  nic  przeciwko  temu,  by  się  dowiedzieć,  co  dzieje  się  w  jej  głowie,  ale  nie  chciał  jej 
przeszkadzać. Nowa znajomość okazała się tak fascynująca, że zapragnął ją przedłużyć. Jego 
ścisły umysł inżyniera stwierdzał, że wszystko, co mówiła, brzmi logicznie, choć dziwacznie.  

–  Mnie  samą  to  dziwi  –  powiedziała  w  końcu  –  ale  stwierdzam,  że  pragnę,  byś  mi 

uwierzył  tak  samo  ze  względu  na  mnie,  jak  i  na  twoją  żonę.  Widzisz,  obiecałam  jej,  że 
pozwolę ci poznać jej uczucia. Jeśli teraz mi nie zawierzysz całkowicie, to później, gdy usunę 
z twojego umysłu pamięć o naszym spotkaniu, możesz nie dowierzać swoim wspomnieniom 

background image

o niej.  

–  Dlaczego  mam  dawać  wiarę  twoim  słowom?  Przechyliła  głowę  i  wpatrywała  się  w 

niego, ściągając brwi w zamyśleniu.  

–  Nie  jestem  pewna.  To  ciekawe.  Wiara  w  czyjeś  słowa  jest  na  mojej  planecie  czymś 

zrozumiałym  samo  przez  się.  Nikt  nie  odważyłby  się  kłamać.  Tutaj  nawet  zasady  dobrego 
wychowania  wymagają  swego  rodzaju  kłamstwa.  To  dziwne  podejście,  ale  najwyraźniej 
ludziom odpowiada.  

– Więc chcesz udowodnić, że twoje słowo to świętość.  
– Coś w tym rodzaju.  
Dan był zadowolony, że zgodziła się dalej mu towarzyszyć. Nie mógł stracić kontaktu z 

tą kobietą. Jeszcze nie teraz.  

background image

ROZDZIAŁ 3 

 

Osada  Lajitas  w  odległym  zakątku  Teksasu  leżała  zaledwie  trzydzieści  kilometrów  od 

Terlingua,  dawnego  osiedla  górniczego,  reklamującego  się  teraz  jako  stolica  chili  na 
południowym zachodzie. Koło starego budynku z suszonej na słońcu cegły, który rozsiadł się 
na brzegu Rio Grandę, rosło kilka drzew. Sklep o grubych murach był jedyną pozostałością z 
czasów świetności handlowej osady.  

Większość z dwustu mieszkańców pracowała w firmach wypożyczających tratwy albo w 

hotelu  i  restauracji,  stanowiących  bazę  wypadową  dla  tych,  którzy  wybierali  się  na  spływ 
rzeką.  

Dan  zaparkował  dżipa  koło  szerokiego  chodnika,  długiej,  drewnianej  konstrukcji 

biegnącej  przed  sześcioma  czy  siedmioma  sklepami,  która  przywodziła  na  myśl  filmy  o 
Dzikim Zachodzie.  

–  Co  robisz?  –  spytała  Kendra,  prostując  długie  nogi.  Dan  sięgnął  przez  nią,  otworzył 

schowek i wyjął portfel z kartami kredytowymi.  

– Nie możesz odczytać moich myśli? 
– Nie – powiedziała niemal żałośnie. – Blokujesz mnie od wyjazdu z Del Rio.  
Uniósł sceptycznie jedną brew.  
– Nie wiedziałem, że to takie łatwe.  
– Tylko dlatego, że nie sonduję głębiej.  
– To są różne poziomy sondowania? – Przerzucił kilka kart i wybrał jedną. – Dziwię się, 

że nie próbowałaś.  

–  Herfronici  starają  się  nikogo  nie  ranić,  a  głębokie  sondowanie  mózgu  może  sprawiać 

ból.  

– Z tego, co mówiłaś, wynika, że złamałaś już kilka reguł. Dlaczego nie chcesz złamać i 

tej? W końcu bawisz się jedynie mózgiem prymitywnego człowieka, a nie wysublimowanego 
Herfronity.  

Złapała go za ramię, przytrzymując, zanim zdążył wysiąść z samochodu.  
– Proszę, zostańmy przyjaciółmi. Tak krótko będziemy razem. Niech to będą przyjemne 

chwile.  

Odetchnął  ciężko,  niechętnie  przyznając  jej  rację.  Był  wściekły  na  cały  świat,  gotów 

atakować  wszystkich  dokoła,  od  chwili  gdy  dowiedział  się  o  śmierci  Kendry.  Powinien  już 
nad  tym  zapanować.  Może  przynajmniej  zachowywać  się  uprzejmiej,  póki  nie  otrzyma 
odpowiedzi na kilka bardzo intrygujących go pytań.  

– Pokój – powiedział w końcu.  
– Pokój – uśmiechnęła się.  
Nie podobało mu się, że ma piękny uśmiech. Wcale mu się nie podobało. Jeśli to w ogóle 

możliwe,  wydawała  się  jeszcze  bardziej  fascynująca  niż  Kendra.  Była  również  znacznie 
bardziej otwarta. Poczuł się winny, czyniąc tego rodzaju porównania. Na usprawiedliwienie 
miał tylko to, że los postawił go w przedziwnej sytuacji.  

background image

Dan znów sięgnął do klamki, ale zawahał się i spojrzał na dziewczynę.  
– Czy wolisz spędzić noc tutaj czy na rzece? – zapytał.  
– Na rzece – padła natychmiastowa odpowiedź.  
– Pójdę wszystko załatwić – powiedział, zerkając na zegarek. – Nie uda nam się daleko 

spłynąć przed noclegiem. Już prawie czwarta.  

– Uda nam się – odparła z przekonaniem, jakby wiedziała o czymś, o czym on nie miał 

pojęcia. Spojrzał na nią pytająco, po czym zdał sobie sprawę, że dziewczyna powtarza jedynie 
jego własne życzenia.  

–  Zaraz  wracam  –  obiecał.  Tak  łatwo  wpadał  w  gniew  i  pozwalał  zapanować  nad  sobą 

złości,  a  przecież  miał  wrażenie,  że  czuła  się  przy  nim  w  miarę  swobodnie.  Pozbyła  się 
zahamowań. Nie najgorzej jak na przybysza z innej planety.  

 

Kobieta  nazywana  przez  Dana  Kendrą  siedziała  spokojnie,  czekając  na  jego  powrót  z 

biura  wynajmu  tratw.  Zamierając  w  bezruchu,  usiłowała  porozumieć  się  myślami  z  jakimś 
przedstawicielem  własnego  gatunku.  W  tym  rejonie  powinno  znajdować  się  kilkoro 
Herfronitów.  

To  dziwne,  że  zaledwie  w  ciągu  tych  kilku  dni  spędzonych  w  San  Antonio  tak  wiele 

dowiedziała  się  o  rodzaju  ludzkim.  Podczas  szkolenia  nie  przekazano  jej  wszystkich 
informacji, jacy naprawdę są ludzie. Choć potrafili  zachowywać się i  uprzejmie, i  okrutnie, 
wcale nie okazali się barbarzyńcami, jak ją uprzedzono.  

Niemal  wszyscy  ludzie,  z  jakimi  miała  do  czynienia,  łącznie  z  Danem,  byli  obdarzeni 

większymi  możliwościami  psychicznymi,  niż  się  spodziewała.  Lekceważyli  jednak  te 
zdolności  lub  nie potrafili ich wykorzystać. To bardzo dziwne. Kendra skupiła się i  jeszcze 
raz spróbowała skontaktować się z kimś własnego gatunku. Przypłynął do niej urywek myśli, 
ale  zaraz  zniknął.  Próbowała  go  zatrzymać,  ale  bezskutecznie.  Coś  musiało  zawieść.  Tylko 
co? 

Przejrzała wszystkie wspomnienia z minionego tygodnia, dzień po dniu, zastanawiając się 

nad siłą i słabością swych telepatycznych zdolności na początku i pod koniec każdego dnia. 
Początkowo  rozmawiała  myślami  z  wieloma  Herfronitami,  którzy  przybyli  razem  z  nią. 
Potem  powoli  kontakty  się  urwały.  Niektórzy  w  ogóle  odmówili  porozumienia  i  całkowicie 
się oddalili. Wówczas myślała, że to jej wina. A może się myliła? Może to ich moc wygasała? 

Zmarszczyła brwi i przygryzła wargę dokładnie tak, jak Kendra. Zdała sobie sprawę, że 

jej zdolności odczytywania myśli zmniejszały się z każdym dniem. Czy tylko ona reagowała 
w ten sposób? A może jej pobratymcy również słabli? 

Powtórzyła  sobie  wbijane  jej  do  głowy  przed  podróżą  ostrzeżenia.  „Zawsze  postępuj 

zgodnie  z  regulaminem”.  „Jeśli  jakiś  Herfronita  złamie  przepisy,  natychmiast  powiadom 

innych”. I to najważniejsze: „Nigdy nie zostawaj na Ziemi dłużej niż tydzień, chyba że jesteś 
w kontakcie ze Strażnikiem”. Czyżby w procesie absorbowania myśli żony Dana zużyła zbyt 
wiele energii? Nie wiedziała. Może znajdzie odpowiedzi na te pytania, gdy za dwa dni spotka 
się z innymi na statku kosmicznym.  

Na myśl o opuszczeniu Ziemi poczuła dojmujący żal. Zagłębiła się w jej kulturę, co było 

background image

rzeczą bardzo ludzką, a bardzo nieherfronicką. I związała się emocjonalnie z jedną osobą – z 
Danem.  

Sprzeniewierzyła  się  żelaznym  regułom,  czego  nie  powinna  była  robić,  i  wynajdywała 

wymówki  dla  tego  nieposłuszeństwa  –  jak  na  przykład  tę,  że  współziomkowie  mogą 
skorzystać  z  jej  niezwykłych  doświadczeń.  Teraz  wydawało  to  jej  się  nielojalnością,  nawet 
wobec  siebie  samej.  To  było  zupełnie  do  niej  niepodobne.  Może  zmarła  Kendra  miała 
bardziej buntowniczy charakter, niż się wydawało...  

Nie  zawsze  była  w  stanie  rozpoznać,  które  emocje  należały  do  tamtej  Kendry,  a  które 

były  jej  własne.  Jej  uczucia  wobec  Dana  składały  się  z  czułości,  sympatii  i  rodzaju 
bezbronności  –  bardzo  ludzki  zestaw.  Było  tam  jeszcze  coś  więcej  –  bardzo  silnego,  ale 
zupełnie jej nie znanego, coś, czego nie potrafiła nazwać.  

Dan wrócił do samochodu, otworzył drzwi i wślizgnął się za kierownicę. Spojrzał na nią 

niebieskimi  oczyma, które były jak stalowe igły, gotowe przebić jej  ochronną powłokę, tak 
jakby pragnął rozpoznać tysiące problemów, których się w najbliższym czasie spodziewała.  

– Wszystko w porządku? Przytaknęła.  
Wyjechał na ulicę i skierował auto do wielkiego, stalowego hangaru.  
–  Tutaj  przygotują  nam  tratwę  i  wtedy  wyruszymy.  Ci  ludzie  zabiorą  mojego  dżipa  i 

odstawią na koniec spływu.  

Przytaknęła, udając, że rozumie.  
W piętnaście minut  później znajdowali się na pustej,  dwupasmowej  szosie prowadzącej 

na  północ.  Gumowa  tratwa  była  przywiązana  do  dachu  samochodu,  lodówkę  turystyczną 
wypełniał świeży lód, a na tylnym siedzeniu spoczywała pusta gumowa torba. Dan wyjaśnił 
jej, że włożą do niej swoje ubrania i wszystko to, co nie powinno zamoknąć.  

Wspomnienia  żony  Dana  z  ostatniego  półrocza  przed  śmiercią,  które  przyswoiła  sobie 

nowa  Kendra,  nie  zawierały  żadnych  praktycznych  wskazówek  na  temat  wypraw  po  Rio 
Grandę.  Były  natomiast  wypełnione  śmiechem,  żartami  i  przekomarzaniami,  fragmentami 
rozmów, czułymi spojrzeniami, które mówiły więcej niż słowa, oraz dotknięciami rodzącymi 
silne  emocje.  Te  emocje  miały  niewiele  wspólnego  z  seksem.  Kendra  rozpoznała  to  ulotne 
uczucie, które ludzie nazywali miłością.  

Potrząsnęła głową zdumiona. Dwa dni temu nie była w stanie pojąć, jak żona Dana mogła 

tak dać się ponieść tym uczuciom, że zeszła z krawężnika wprost pod samochód.  

Teraz, gdy zaczynała odczuwać to samo, potrafiła już ją zrozumieć. Zanalizowała własny 

stan  ducha i  powtórnie doszła do tego samego wniosku:  że jej własne emocje były podobne 

do emocji pierwszej Kendry. z niemal namacalną tęsknotą zapragnęła, żeby Dan zachowywał 
się tak, jak to zapamiętała jego żona. Tyle tylko, że wobec niej.  

To ją przerażało.  
Dan zwolnił, zatrzymał samochód i tyłem wjechał w pustą przestrzeń pomiędzy niskimi, 

pustynnymi krzewami. Zza nich, z dołu, dochodził szum płynącej wody. Kendra zamarła. Na 
jej  planecie  wodę  uważano  za  zagrożenie  dla  środowiska.  Gleba  na  Herfronie,  poza  tą 
uprawianą, nie wchłaniała łatwo wody i w związku z tym występowały straszliwe powodzie. 
Herfronici  byli  ciężcy  i  powolni  w  ruchach.  Pływali  kiepsko.  Sam  odgłos  płynącej  wody 

background image

wystarczał, by Herfronita zaczynał szukać wyżej położonego kawałka lądu.  

Dan zerknął w kierunku Kendry i dostrzegł jej zdenerwowanie.  
–  Jesteśmy  na  miejscu.  Tutaj  rzeka  przedziera  się  przez  progi,  dlatego  występuje  silny 

prąd.  

– Tak myślałam – mruknęła, trzymając się drzwiczek, podczas gdy on zaparkował dżipa 

w zacienionym miejscu nad brzegiem rzeki i zręcznym ruchem wyskoczył z samochodu.  

W końcu i  ona ruszyła się niezgrabnie. Wciąż paraliżował  ją strach, choć wiedziała, że 

jest irracjonalny.  

–  Czy  mogę  ci  w  czymś  pomóc?  –  spytała,  kierując  się  ku  tyłowi  dżipa,  gdzie  Dan 

rozpakowywał ekwipunek i przymocowywał na gumowej tratwie leżącej już na brzegu rzeki.  

–  Po  prostu  nie  przeszkadzaj,  póki  nie  skończę  –  odpowiedział  burkliwie,  szybkimi 

ruchami wyjmując następny pakunek.  

– Potrafię wyjmować i przenosić rzeczy.  
Na  chwilę  przerwał  robotę  i  zmierzył  ją  wzrokiem.  Jego  spojrzenie  przesunęło  się  po 

smukłej  sylwetce  od  głowy  do  stóp  i  z  powrotem,  na  moment  zatrzymując  się  na  pełnych, 
rysujących się pod podkoszulkiem piersiach. Kendra poczuła, jak oblewają żar, zaczynający 
się przy szyi i spływający w dół, ku piersiom, nagle obrzmiałym i twardym.  

–  To  mój  ekwipunek,  ja  to  zrobię  –  stwierdził  bezapelacyjnie,  wracając  do 

przepakowywania.  

Oparła ręce na biodrach i patrzyła, z całej siły powstrzymując się przed kąśliwą uwagą. W 

parę minut wszystko było gotowe. Pozostała jedynie zawartość jego walizki. Sięgnął po nią, 
otworzył  i  jednym  ruchem  wrzucił  wszystko  do  przygotowanej  wcześniej  gumowej  torby. 
Wtedy dopiero uniósł wzrok.  

– Gdzie są twoje rzeczy? 
– W samochodzie.  
– Przynieś je tu.  
Wykonała posłusznie jego polecenie. Okazało się, że miała tylko jedno ubranie na zmianę 

i dwa komplety bielizny. Nie potrzebowała więcej na tygodniowy pobyt na Ziemi. W każdym 
razie tak sądziła.  

Przyjrzał się zawartości jej torby.  
– To wszystko? 
Przytaknęła, ostrzegając go wzrokiem, by nie ważył się komentować. To był bardzo długi 

tydzień, a Kendra dopiero niedawno odkryła, że ma temperament. Dan musiał wyczuć, że jest 
wściekła, bo rzucił jej tylko jedno spojrzenie i nic nie powiedział.  

Powoli  wypuściła  z  płuc  powietrze,  starając  się  w  ten  sposób  odreagować.  Dopiero  po 

chwili  uświadomiła  sobie,  że  odczytała  jego  myśli  w  sposób  ludzki,  a  nie  herfronicki: 
językiem ciał, a nie sondowaniem umysłu.  

Znów z przestrachem zdała sobie sprawę z zachodzących w niej zmian. Obok dżipa Dana 

zatrzymał  się  samochód  z  dwoma  młodymi  ludźmi.  Jeden  z  nich  wysiadł  i  ruszył  w  ich 
kierunku. Dan z uśmiechem rzucił mu kluczyki.  

–  Dobra,  chłopaki,  zostawcie  dżipa  w  dole  rzeki  na  pierwszym  parkingu  za  kanionem 

background image

Santa Elena.  

–  W  porządku.  –  Jeden  z  przybyłych  wskoczył  do  dżipa.  Po  chwili  oba  samochody 

zniknęły na szosie.  

Dan  przyjrzał  się  dokładnie  tratwie,  sprawdzając,  czy  wszystko  jest  w  porządku, 

pociągnął za linkę mocującą jedną z lodówek i mruknął z zadowoleniem.  

– Wsiadaj – powiedział do Kendry, ruchem głowy wskazując tratwę.  
Przyjrzała się z obawą temu bardzo niepewnemu środkowi lokomocji, który mógł zawieść 

na wartko płynącej, pełnej progów rzece.  

– Gdzie mam usiąść? 
– Na dziobie. W najwęższym miejscu.  
Zdając  się  na  Dana,  przestąpiła  podniesioną  burtę  tratwy  i  usiadła  na  przymocowanej 

lodówce turystycznej. Tratwę wypełniało dużo różnych przedmiotów. Znowu odwołała się do 
wspomnień  Kendry,  żeby  móc  je  nazwać.  Cztery  wiosła.  Dwie  lodówki.  Trzy  kamizelki 
ratunkowe  w  jaskrawo-pomarańczowym  kolorze.  Pojemnik  zawierający  śpiwór  i  karimatę 
oraz  kilka  osobistych  drobiazgów.  Papier  toaletowy,  zapałki,  mała  saperka,  osiem  litrów 
wody pitnej.  

– Włóż kamizelkę ratunkową. – Dan podał jej kapok, sam sięgnął po drugi. Z ulgą wzięła 

kamizelkę i rozplatała troki, ale zaprotestowała gniewnie: 

– Przestań mi ciągle rozkazywać! 
Zaskoczony  uniósł  wzrok.  Jego  Kendra  nigdy  nie  robiła  mu  uwag,  nawet  spokojnym 

tonem. Zaczerwienił się.  

– Przepraszam. Zamyśliłem się.  
Nie miała zamiaru odczytywać jego myśli, by przekonać się, co go zajmowało. Od kiedy 

zdała  sobie  sprawę,  że  doświadcza  ludzkich  emocji,  nie  ufała  własnym  reakcjom.  Nie 
powinna  zdradzać  przed  nim  swego  stanu  ducha,  a  gdyby  próbowała  mówić  myślami,  na 
pewno by się o niej wszystkiego dowiedział.  

Wsunęła  ręce  w  otwory  kamizelki  ratunkowej  i  przyglądając  się,  jak  Dan  dopasowuje 

swoją, naśladowała jego ruchy, aż kamizelka wydawała się właściwie założona.  

Dan  wprawnymi,  silnymi  ruchami  odepchnął  tratwę  od  brzegu,  sięgnął  po  wiosła  i 

skierował ją w główny, rwący nurt rzeki.  

Kendrę opanował głęboki smutek. Już tylko dwa dni spędzi z Danem, a potem opuści go 

na zawsze.  

W  miarę  jak  zagłębiali  się  między  skaliste  ściany  kanionu  Kolorado,  Dana  odeszło 

napięcie  i  zmęczenie.  Nareszcie,  po  raz  pierwszy  od  powrotu  z  zagranicy,  wiedział,  co  ma 
robić.  Spływ  rzeką  był  czymś  rzeczywistym,  nad  czym  mógł  zapanować  i  z  czym  potrafił 
sobie poradzić. Kierował tratwą ze zręcznością wynikającą z długiej praktyki. Starał się nie 
zauważać  szczupłych,  kobiecych  pleców  zaledwie  pół  metra  przed  sobą.  Kendra  zerknęła 
przez ramię z uśmiechem, który wydał się Danowi tak kojący, jak szum płynącej wody.  

– Czyż tu nie jest pięknie? – Wydawała się zdziwiona, jakby nie spodziewała się, że ta 

wyprawa może okazać się dla niej interesująca i atrakcyjna.  

– Owszem. ' 

background image

Wpatrywała się w niego i czuł, jak promienieje sympatią i zrozumieniem.  
–  Powinieneś  mieszkać  tutaj,  a  nie  w  wielkim  mieście.  W  głębi  duszy  jesteś  wiejskim 

chłopakiem.  

Zmrużył oczy.  
– Zdaje mi się, że zjawiłaś się dopiero parę dni temu. Co, do diabła, możesz wiedzieć o 

wiejskich chłopakach? 

– Szkolono nas tak, byśmy mogli funkcjonować w dowolnym miejscu na Ziemi. Potem 

dokonano spośród nas wyboru. Mój przydział przewidywał początkowo Stany Zjednoczone, z 
czasem zawężono go do San Antonio.  

Wiosła zawisły w powietrzu.  
–  Chcesz  powiedzieć,  że  przybyło  was  tu  więcej?  Przytaknęła,  a  wyraz  jej  twarzy 

świadczył, że wie, jakie będą następne pytania.  

– Ilu? – Jego głos był chrapliwy.  
– Wiem o dwudziestu.  
– Same kobiety? 
Opuściła wzrok.  
I wtedy padło pytanie, z którym nosił się od dwóch dni, ale stale brakowało mu odwagi. 

Do tej pory skupiał się na innych sprawach, z którymi musiał się uporać. Teraz już nie mógł 
dłużej zwlekać.  

– Po co tu przybywacie? Nie zbywaj mnie ogólnikami, daj mi konkretną odpowiedź.  
Kendra odchyliła się do tyłu.  
– Czy ze swoją żoną też w ten sposób rozmawiałeś? 
– W jaki sposób? 
– Apodyktycznie.  
– Tak – burknął. – Nie zmieniaj tematu. Po co się tu pojawiłaś? 
– Nie mogę ci powiedzieć – stwierdziła Kendra. – Nic dziwnego, że nie miała zaufania do 

własnych  decyzji.  To  ty  o  wszystkim  decydowałeś,  wiele  rzeczy  przesądzałeś  z  góry.  Nie 
pozwalałeś  jej  na  samodzielność,  nie  mogła  i  nie  potrafiła  p  sobie  stanowić.  Im  jest  się 
starszym, tym trudniej się nauczyć odpowiadać za siebie.  

– Przecież mogła wyrażać swoje zdanie, ilekroć chciała. Ty w każdym razie tak robisz. – 

Minęli już progi i rzeka płynęła teraz bardziej leniwie. Widoczny tuż pod powierzchnią prąd 
niósł ich powoli. – Jeśli choć jednym słowem nie wyjaśnisz mi, co tu robisz, to cię wysadzę – 
dodał, wiedząc, że żadne z nich nie wierzy w tę groźbę.  

Jej odpowiedź świadczyła o tym najlepiej: 
– Nie.  
Nie mógł tak tego zostawić.  
– Czy usiłujecie zająć naszą planetę? Czy o to chodzi? Skończyły wam się zasoby wody 

albo powietrza, albo żywności i musicie sięgnąć do naszych, aby przeżyć? 

Kendra  odwróciła  się  na  lodówce  i  siadła  przodem  do  Dana.  Ich  kolana  niemal  się 

stykały.  

– Nie potrzebujemy żadnej z tych rzeczy.  

background image

– Więc o co chodzi? – Czuł, że wyraz twarzy zdradza jego niepewność i zmieszanie, ale 

musiał wiedzieć.  

– Nie mogę ci tego wyjawić. Ale zapewniam cię, że nie krzywdzi to ani ciebie, ani innych 

ludzi. Nawet nie zauważycie braku tego, czego nam potrzeba.  

Dana  ogarnęła  wściekłość.  Poprowadził  tratwę  przez  następny  zakręt,  wpatrując  się  w 

wodę. Jaskrawo-pomarańczowa piłka słońca zaczęła swoją codzienną zabawę w chowanego 
za górną ścianą kanionu, wydłużając cienie w groteskowe kształty.  

Nienawidził zagadek. Prosta odpowiedź na proste pytanie to chyba nie za wielkie żądanie 

wobec kobiety  czy  przybysza z innej planety, czy kogokolwiek.  Zrozumiał  jednak, że teraz 
nie  usłyszy  wyjaśnień.  Potem,  obiecał  sobie.  Potem  nie  da  jej  spokoju  dopóty,  dopóki  nie 
uzyska odpowiedzi.  

Spojrzał  na  zegarek.  Pora  znaleźć  miejsce  na  biwak.  Skierował  tratwę  ku 

meksykańskiemu  brzegowi,  gdzie  dostrzegł  kawałek  terenu  porośniętego  trawą  i  drzewami 
cedrowymi obsypanymi purpurowymi kwiatami. Musiało chyba niedawno padać, bo pustynia 
rozkwitła pachnącymi różnobarwnymi kwiatami.  

– Tutaj zatrzymamy się na noc – powiedział, wskakując do wody po kolana i przeciągając 

tratwę pomiędzy przybrzeżnymi kamieniami.  

Kendra pomogła mu rozpakować niezbędne rzeczy, a potem przysiadła, obserwując, jak 

Dan  kursuje  między  łodzią  a  miejscem,  które  wybrał  na  biwak.  Czuł  na  sobie  jej  uważne 
spojrzenie. Odbierał również delikatne próby przeniknięcia jego myśli, ale w ciągu ostatnich 
dwóch  dni  sporo  się  nauczył.  Zablokował  swój  umysł,  koncentrując  się  na  każdej 
wykonywanej czynności.  

Lekki dotyk jej ręki zatrzymał go w pół ruchu.  
– Proszę, nie zamykaj się przede mną.  
–  A  co  cię  to  obchodzi?  Nie  jesteś  jedną  z  nas.  Nie  pochodzisz  nawet  z  tej  cholernej 

planety!  Nie  chcesz  mi  powiedzieć,  co  tu  robisz.  Równie  dobrze  może  się  okazać,  że 
przygotowujesz zagładę ludzkości! 

– Nie bądź głupi. Wiesz, że tego nie robię i że nie pozwoliłabym na to nikomu innemu. 

To nie w stylu  Herfronitów. Ja częściowo należę do twojego gatunku. Czy to się nie liczy? 
Zależy mi na tobie. Złamałam już tyle reguł, że trudno by mi było je zliczyć. Postaraj się o 
wyrozumiałość  i  cierpliwość,  gdy  porządkuję  własne  myśli.  Może  potem  będę  w  stanie 
pomóc ci z twoimi.  

– Jak mi pomóc? Nie odpowiadając na proste pytania? 
– Opowiem ci o żonie.  
Gniew opuścił go tak szybko, jak się pojawił, pozostawiając po sobie tylko bezradność i 

smutek.  

– Nie wierzę ci.  
Kiwnęła głową, a jej ciemne włosy zafalowały lekko w przedwieczornej bryzie.  
– Zrobię to. Wielu rzeczy nie wiesz, nie rozumiesz, ale ja ci je wyjaśnię.  
Upuścił na ziemię gumową torbę wypełnioną rzeczami do spania.  
– To mów.  

background image

Zwilżyła  językiem  wargi  i  obeszła  teren  obozowiska,  każdym  gestem  zdradzając 

niepokój.  

–  Gdy  skończymy  zakładać  obóz  –  obiecała  w  końcu.  Mówiąc  spojrzeniem,  co  o  tym 

myśli,  Dan  przyniósł  resztę  rzeczy  i  zaczął  urządzać  ich  tymczasowy  dom.  Skończył 
rozpakowywanie,  rozwinął  śpiwory  i  ułożył  je  trzydzieści  centymetrów  od  siebie.  To  było 
więcej niż potrzeba, by zapewnić im osobne spanie. W końcu odszedł kilkadziesiąt metrów od 
rzeki  i  wykopał  dół  w  ziemi,  koło  którego  położył  zamykaną  na  zamek  torbę  z  papierem 
toaletowym i zapałkami.  

Kendra nie miała nic konkretnego do roboty, zebrała więc nieco suchych gałęzi, układając 

je w pobliżu śpiworów. Potem usiadła i czekała.  

Dan wkrótce wrócił i sięgnął do jednej z lodówek, wyciągając piwo i dwie zapakowane 

kanapki.  

– Kupiłem je na dzisiejszą kolację. To najzwyklejsze kanapki.  
Kendra wzięła jedną, po czym zawahała się, widząc w środku mięso. Dan westchnął.  
– Daj mi to mięso, a sama zjedz chleb z serem. Jeśli potem jeszcze będziesz głodna, weź 

sobie jabłko albo gruszkę. Są w lodówce.  

Jej pełen ulgi uśmiech rozradował jego. serce, ogrzewając je jak słońce na wiosnę.  
– Dziękuję – powiedziała cicho.  
Usiadła po turecku i starannie oddzieliła mięso od sera. Odłożyła na bok kanapkę i podała 

Danowi mielonkę, przyjmując od niego ser i sałatę.  

– Powiedz mi coś więcej o waszej społeczności.  
– Co chciałbyś wiedzieć? – spytała, przełknąwszy pierwszy kęs kanapki. – Myślałam, że 

powiedziałam ci już o wszystkich istotnych rzeczach.  

– Od jak dawna przylatujecie na naszą planetę? 
– Od kilku tysięcy lat.  
– Poco? 
Wzruszyła ramionami.  
– W odwiedziny. By nauczać. By się uczyć.  
– Czy tylko nasza galaktyka została tak wyróżniona? 
–  Odwiedzamy  wiele  galaktyk.  W  każdej  jest  przynajmniej  jedna  forma  życia.  W 

niektórych są setki. Różnie z tym jest.  

– Czemu tu się zjawiacie? Dlaczego akurat my? – To pytanie najbardziej go nurtowało.  
Kendra skończyła kanapkę i złożyła opakowanie w zgrabny kwadracik. Przyglądała się, 

jak Dan zjada swoją bułkę, zgniata w ręku papier i ciska go do wcześniej otwartej plastikowej 
torby.  

– Nie wiem. Nie cieszę się na mojej planecie większym znaczeniem niż ty na twojej. Poza 

tym  nie  jestem  tu  po  to,  by  opowiadać  ci  o  mojej  planecie,  ale  by  pomóc  ci  zrozumieć 
Kendrę.  Obiecałam  jej,  że  to  uczynię,  zanim  odejdę.  Czy  nie  chcesz  się  czegoś  o  niej 
dowiedzieć? 

Dan odchylił się do tyłu i wyciągnął na śpiworze. Założył dłonie za głowę i wpatrzył się 

w ciemniejące niebo, na którym ciepły błękit przechodził w granat. Jedna z gwiazd świeciła 

background image

najjaśniej: ta, której Kendra – jego Kendra – szukała w pierwszej kolejności. Żałował, że nie 
wie, co to za gwiazda.  

– Chcę.  
Wydawało mu się, że mówi o kimś innym niż jego żona. Nie wiedział, dlaczego tak się 

dzieje  ani  jak  to  zmienić.  Cholera,  nie  wiedział  nawet,  czy  chciał  to  zmienić!  Patrząc  na 
siedzącą naprzeciw drugą Kendrę, mógł właściwie udawać, że jego żona wciąż żyje i że jest 
tu razem z nim. Z pewnością byłoby mu lżej. Ale z drugiej strony tworzyłby fikcję. Wiedział, 
że nie może już dłużej ignorować jej śmierci.  

– Co chciała mi przekazać? 
– Że bardzo cię kochała, ale dopiero krótko przed śmiercią zrozumiała, że warto walczyć 

o tę miłość.  

Jej słowa były jak niespodziewany cios w żołądek.  
– Więc chyba nie było to bardzo silne uczucie. Spojrzała na niego karcąco.  
–  Przez  te  wszystkie  lata  Kendra  czuła  się  winna,  ponieważ  nie  potrafiła,  a  zarazem 

obawiała  się  otworzyć  przed  tobą.  Nie  chciała  ujawnić  strachu,  jaki  w  sobie  nosiła.  – 
Przechyliła głowę i spojrzała na niego w zamyśleniu. – Cóż za dziwny powód poczucia winy.  

– Chcesz mi powiedzieć, że czuła się winna do tego stopnia, iż osiem lat po ślubie odeszła 

ode mnie i załamała się nerwowo? – żachnął się. – Czy na pewno nie masz braci nazwiskiem 
Grimm? 

–  Nie.  Jej  poczucie  winy,  choć  zupełnie  nieuzasadnione,  dało  początek  pewnemu 

zachowaniu, które do końca było jej tarczą obronną.  

–  Nie  wierzę.  Po  prostu  nie  kochała  mnie  wystarczająco  mocno.  I  tyle  –  stwierdził 

autorytatywnym  tonem,  ale  w  głębi  duszy  przyznał  jej  rację.  Jej  słowa  poruszyły  struny 
pamięci.  Przypomniał  sobie,  że  Kendra,  na  wówczas  jeszcze  jego  dziewczyna,  bardzo 
zmieniła  się  w  ciągu  ostatniej  klasy  szkoły  średniej.  Wtedy  sądził,  że  wiązało  się  to  z 
wchodzeniem w dorosły wiek, ale teraz okazało się, iż się mylił.  

– Nie – wyrzucił z siebie nieswoim głosem.  
– Zbyt cię kochała i była za słaba. Im bardziej jej współczułeś, tym gorzej się czuła. W 

końcu chciała już tylko, żebyś ją zostawił w spokoju. Wolałaby raczej umrzeć, niż wyrzec się 
roli matki, a równocześnie brakowało jej odwagi, by urodzić następne dziecko. Załamała się 
nerwowo, bo nie potrafiła poradzić sobie z utratą dziecka, o które tak się modliła, z presją, 
jaką na nią wywierałeś, ze strachem przed ciążą.  

–  Nie  wierzę  ci.  –  Tym  razem  w  jego  głosie  zabrakło  pewności.  Zamknął  oczy. 

Najchętniej  wtopiłby  się  w  otaczającą  ciemność,  by  nie  dostrzec  brakujących  fragmentów, 
które z żelazną logiką wpasowywały się w całość.  

– Owszem' wierzysz. Tylko wolisz nie przyznawać się do tego. Kochała cię, ale nie była 

osobą, za jaką ją miałeś. Dlatego odeszła. Poza tym twoja Kendra uważała, że przestała być 
dla ciebie najważniejsza, że prowadzisz życie, w którym właściwie nie ma dla niej miejsca. 
Bała  się,  że  niedługo  poprosisz  ją  o  rozwód.  Czy  tak  było?  Dopiero  po  tych  wszystkich 
przejściach  i  po  przemyśleniu  całej  sytuacji  w  końcu  postanowiła  stanąć  z  tobą  twarzą  w 
twarz, przekonać się, czy wy dwoje możecie spróbować jeszcze raz.  

background image

Jego Kendra. Oddałby życie, by znów móc ją trzymać w ramionach. Miał niezachwianą 

wiarę, że miłość przezwycięży wszystko. Jego żona odgadła, jak zareaguje. To on nie potrafił 
jej zrozumieć, a nie ona jego.  

Zza zaciśniętych powiek wymknęły się łzy i potoczyły po policzkach. Nie przejął się tym. 

Teraz  znał  jej  lęki  i  dostrzegał  swoje  błędy.  Czy  udałoby  się  im  rozwiązać  wszystkie 
problemy, gdyby żyła? Zmienić swoje usposobienia? Nawet gdyby do niego wróciła, wątpił, 
czy zdołaliby się dogadać.  

Przeszył go fizyczny ból, tak głęboki i ostry, że zabrakło mu tchu. Musiał zacisnąć zęby, 

by głośno nie jęknąć.  

– Och, Dan, nie – szepnęła Kendra, pochylając się nad nim i ścierając łzy palcami. – Nie 

– powtórzyła, całując go delikatnie miękkimi wargami.  

Z  wciąż  zamkniętymi  oczami,  przepełniony  wszechogarniającym  smutkiem,  wyciągnął 

do niej ramiona, szukając wsparcia i pocieszenia.  

Przytuliła  go.  Jej  pełne  piersi  dotknęły  umięśnionego  torsu.  Znowu  pocałowała  go  w 

policzek ciepłymi wargami. Tak słodko, tak kojąco...  

– Kendra – szepnął ze ściśniętym wzruszeniem gardłem. To było jak wołanie o pomoc. 

Oszołomiony  nie  wiedział  już,  czy  zwraca  się  do  swojej  Kendry,  czy  mówi  do  tej  nowej, 
silniejszej. – Zostań ze mną.  

– Dobrze – powiedziała. Wsunęła dłoń pomiędzy ich ciała, dotykając go i pieszcząc, by 

pokazać, że wie, o co mu chodzi.  

Zaszlochał z ulgą. Kendra. Jego Kendra znów jest w jego ramionach.  

background image

ROZDZIAŁ 4 

 

Dotyk  miękkich,  pełnych  piersi  parzył  mu  skórę,  podnosił  temperaturę  krwi,  obiecując 

rozkosz i spełnienie.  

Pragnął okazać Kendrze, jak bardzo ją kocha, jak na nią czekał... nie, przecież jego żona 

odeszła. Odchylił się i popatrzył w twarz kobiecie, tak łudząco podobnej do Kendry. Jednak 
to nie ona. To ktoś inny.  

Odsunęła się lekko, ale przytrzymał ją za ramiona.  
– Nie odchodź.  
– Nie odejdę – szepnęła. – Nie mogłabym. Jest mi zbyt dobrze, bym chciała to przerwać.  
– Czy to znaczy, że oczekujesz na ciąg dalszy? – zażartował, uspokojony, że nie zostawi 

go samego.  

– Tak. Och, tak.  
Szczupłe  palce  zaczęły  wędrować  po  jego  ciele.  Przeszył  go  dreszcz.  Każda  pieszczota 

żony, nawet drobna, była najlepszym lekarstwem na smutek, który ogarniał go, gdy nie byli 
razem. Zawsze... Jej dłoń na jego ciele, jej ramiona obejmujące go mocno... Przez ciało Dana 
przepłynęła fala gorąca. Pragnął i był pożądany, chciał dać tę samą rozkosz, którą ona mogła 
mu ofiarować.  

–  Tak  –  szepnął,  odnajdując  dłonią  jej  cudowne  piersi  i  rozkoszując  się  tym  dotykiem. 

Miał wrażenie, że kobieta i w jego ramionach jest równocześnie i ta sama, i inna. Z pozoru 
były podobne, a jednak okazywały się różne...  

Przekręcił  się  na  bok,  nie  wypuszczając  jej  z  ramion  i  dotknął  językiem  niewielkiego 

zagłębienia u nasady szyi. Powoli przesuwał wargami w kierunku jedwabistej wypukłości jej 
piersi, pozostawiając wilgotny ślad pocałunków.  

Jęknęła głośno, wywołując uśmiech na twarzy Dana.  
Przesunął  jej  dłoń,  przekazując  bez  słowa,  co  sprawia  mu  największą  przyjemność. 

Głaskała go dokładnie tak, jak lubił.  

Jego wargi dotarły do sutek. Jakie piękne piersi, pomyślał. Jak Kendry, a jednak nie takie 

same.  Na  tyle  różne,  by  wiedział,  że  jest  z  inną  kobietą.  Miał  nadzieję,  że  w  niej  również 
budzą się nowe, gorące odczucia, tak nieznane, jakby to był jej pierwszy raz.  

Pieścił  ją,  pragnąc,  by  pozbyła  się  wszelkich  zahamowań  i  obaw.  Poczuł  męską  dumę, 

gdy odkrył, że osiągnął  cel. Nie wiedział, skąd to wie, ale był pewien, że nigdy jeszcze nie 
była tak podniecona.  

Leżała z zamkniętymi oczyma i w ekstazie kiwała głową na boki. Znów wyciągnęła dłoń, 

a jej delikatne palce dotknęły najwrażliwszego miejsca, doprowadzając Dana do szaleństwa.  

Ogarnęły  go  całkiem  nowe,  nigdy  dotychczas  nie  doświadczane  wrażenia.  Z  trudem 

oddychał.  Chaotyczne  myśli  i  uczucia,  nie  dopowiedziane,  nie  wyjaśnione  i  niekompletne 
wypełniły  go  bez  reszty.  Część  jego  myśli  dotarła  do  niej  i  wywołała  cichy,  pełen  radości 
śmiech. Objęła go ciasno ramionami, gładząc dłońmi jego plecy i biodra. Jesteś kimś bardzo 
niezwykłym. 
 

background image

Usiłował jej przekazać, jak wspaniale, wprost nieprawdopodobnie czuł się dzięki niej, ale 

nie był w stanie skupić myśli.  

Och!  Nie,  nie  pomagaj  mi...  Jesteś  tak  samo  cudownie  przestraszona  jak  ja...  Taka 

piękna... Śmiech pasuje do miłości... To bardzo, bardzo...  

Nawet  nie  zauważył,  kiedy  pozbyli  się  ubrań.  Dotychczas  ich  umysły  nie  miały  przed 

sobą tajemnic – teraz także ciała.  

Jej skóra smakowała jak ambrozja, a dotyk był kwintesencją erotyzmu.  
– To ty czyja? – zapytał w pełnym pokory zdumieniu.  
– Ty. Tylko ty.  
Wierzył jej. Głaskał jej biodra i wewnętrzną stronę ud, niezdolny przerwać tej cudownej 

pieszczoty, a zarazem pragnąc połączenia w najzwyklejszy ludzki sposób.  

Kendra znów jęknęła. Jej oddech był lekki i płytki, tak samo jak jego. Przykryła dłonią 

rękę Dana, rozkoszując się jego dotykiem tak bardzo, że chciała go doświadczyć na wszystkie 
sposoby. W końcu poprowadziła jego dłoń ku swoim biodrom i przylgnęła do niego, unosząc 
się lekko.  

Dan  zrozumiał,  że  jest  gotowa  go  przyjąć.  Choć  był  przekonany,  że  potrafi  nad  sobą 

zapanować,  kompletnie  stracił  głowę.  Wyruszyli  oboje  w  świat  tak  intensywnej,  że  aż 
porażającej rozkoszy. Wokół nich rozpętała się burza. Napięcie wygiętego w łuk ciała kobiety 
powiedziało  mu  wszystko.  W  końcu  razem  pogrążyli  się  w  ekstazie  graniczącej  z 
szaleństwem.  

Powoli ich oddechy się uspokajały. Leżeli objęci ramionami, nieobecni duchem, wciąż w 

gorączce niedawnych przeżyć. Wokół panowała niczym nie zmącona cisza.  

Lekko odgarnął włosy z policzka Kendry.  
– Dobrze się czujesz? 
Uśmiechnęła się, nie otwierając oczu i kiwnęła głową.  
– Czy ty to zrobiłaś? – wymruczał. ' 
Powoli z wysiłkiem uniosła powieki i spojrzała na niego.  
– Nie miałam z tym nic wspólnego. Nie miałam pojęcia...  
Wiedział to już, ale potrzebował potwierdzenia. Teraz on się uśmiechnął.  
–  Kochanie,  to  było  coś,  o  czym  Kinsey  powinien  napisać  następną  książkę.  Dla  nas 

obojga.  

Otwarła szeroko ciemne oczy.  
– Czy dlatego ludzie przywiązują tak wielką wagę do seksu? 
Dan parsknął śmiechem i odszukał ustami zagłębienie na jej szyi.  
– Sądzisz, że ludzie za bardzo przejmują się seksem? 
–  Przestrzegano  nas,  by  nie  doprowadzać  do  zbliżeń  z  żadnym  człowiekiem  – 

uśmiechnęła  się.  –  Mogłoby  to  zaowocować  ciążą  nie  poprzedzoną  analizą  genetyczną  pod 
kątem  chorób  i  wad  wrodzonych.  –  Potarła  głową  o  jego  pierś,  a  jemu  się  to  niezwykle 
spodobało. – Po prostu nie wiedziałam.  

– To dopiero odkrycie przez duże O, skarbie.  
– Dlaczego ktoś miałby z rozmysłem się tego pozbawiać? To takie cudowne przeżycie, że 

background image

chyba wszyscy o nim marzą.  

Dan roześmiał się.  
–  To  się  nie  zdarza  każdemu.  Niektórzy  ludzie  nigdy  nie  czują  tego,  co  ty  i  ja  właśnie 

przeżyliśmy.  

– Ale dlaczego? Coś tak wspaniałego należałoby powtarzać cały czas.  
W ciemnościach rozległ się głęboki śmiech Dana.  
–  Zgadzam  się  z  tobą.  Chcesz  powtórzyć?  Zmarszczyła  brwi,  wciąż  skupiona  na 

pierwszym pytaniu.  

–  Więc  dlaczego  nam  się  to  przytrafiło?  –  Nagle  rozpogodziła  się.  –  Już  pamiętam. 

Chemia.  

– Chemia? Przytaknęła.  
–  Niektóre  kobiety  –  i  mężczyźni  –  uzależniają  się  od  pewnego  związku  chemicznego, 

który powstaje i jest wymieniany podczas pocałunku.  

–  Co  takiego?!  –  Zmrużył  oczy  w  ciemnościach.  Księżyc  w  pełni  przeświecał  przez 

otaczające ich drzewa cedrowe, rozjaśniając polanę akurat na tyle, by Dan mógł dostrzec jej 
twarz.  

– To jest... – zaczęła.  
– Słyszałem, co powiedziałaś, po prostu nie mogę tego pojąć. Ty naprawdę wierzysz, że 

kobiety  i  mężczyźni  uważają  się  za  atrakcyjnych  z  powodu  chemicznej  reakcji  na  siebie 
nawzajem? 

– Tak, uczyliśmy się o tym przed przybyciem tutaj.  
– A jak kochacie się na swojej planecie? Wydawała się zdziwiona jego pytaniem.  
– Nie robimy tego. Głównym powodem zbliżenia jest prokreacja, a my dokonujemy jej w 

laboratorium. Teraz zastanawiam się, dlaczego wyeliminowaliśmy seks. – Zmarszczyła czoło. 
–  Może  dla  mojego  gatunku  nie  jest  to  tak  wyzwalające.  Może  nie  ma  w  nas  tego 
chemicznego przyciągania. Nigdy dotychczas nie byłam go świadoma.  

Poruszył  biodrami.  O  dziwo,  był  w  stanie  kochać  się  po  raz  drugi.  Wydawało  mu  się 

nawet, że nigdy nie będzie miał jej dość.  

– Wszystko mi jedno, jak to nazywasz, to jest coś więcej niż reakcja chemiczna. Znacznie 

więcej.  

Objęła go ramionami w pasie, potem wygładziła dłońmi napięte mięśnie jego pleców.  
– Mnie też wszystko jedno, jak to się nazywa. Chcę jeszcze – szepnęła.  
Jego  jęk  starczył  za  odpowiedź.  Po  chwili  byli  już  tylko  plątaniną  ramion,  nóg  i 

wszechogarniającej namiętności.  

Miłość z nową Kendrą była czymś naturalnym, a równocześnie nowym i niezwykłym. Na 

uczucia,  z  którymi  nie  zdołał  się  do  tej  pory  uporać,  nałożyły  się  nowe,  których  nie  był  w 
stanie  nawet  nazwać.  Ta  łudząco  podobna  do  Kendry  kobieta  różniła  się  wyraźnie  od  jego 
żony. Jednak kochając się z nią, nie miał wyrzutów sumienia i poczucia zdrady. Przeciwnie, 
towarzyszyło  mu  przeświadczenie,  że  wreszcie  zawarł  pokój  z  duchem  zmarłej,  że 
zadośćuczynił krzywdom.  

Gdy  nasycili  się  sobą,  ogarnął  go  sen.  Jego  ostatnia  myśl  nie  miała  nic  wspólnego  ze 

background image

zmarłą  żoną.  Dotyczyła  kobiety,  która  trzymała  go  w  ramionach,  gdy  płakał  ze  szczęścia  i 
żalu.  

 
Dan  skierował  tratwę  ku  amerykańskiej  stronie  wysokich  na  trzysta  metrów  skał,  gdy 

pokonywali  następny  trudny  odcinek  rzeki  poprzecinanej  progami.  Rejon  ten  nie  był 
szczególnie niebezpieczny, ale należało zachować ostrożność.  

Uśmiechnął  się  do  Kendry,  która  siedziała  na  dziobie,  nie  odrywając  wzroku  od 

pofalowanej, wzburzonej powierzchni wody.  

Chociaż  kochali  się  niemal  całą  noc,  rano  byli  siebie  spragnieni  równie  mocno  jak 

poprzedniego wieczoru. Dan nie mógł się nasycić tą niezwykłą nową Kendrą, a gdy zdawało 
się, że zmęczenie pokonało namiętność, nowej energii dodała mu siła jej pożądania. Kendra 
nie kryła się z tym.  

Wszystko jedno, czy przybyła z innej planety, czy nie. Zrobi wszystko, żeby ją przy sobie 

zatrzymać.  

Zdawał sobie sprawę, że mimo podobieństwa nie może być Kendrą. Uświadamiał to sobie 

za każdym  razem,  gdy  mówiła o rzeczach, które Kendry nie interesowały, albo  gdy chciała 
wypróbować  nowy  sposób  kochania  się  –  co  zawsze  przerażało  dawną  Kendrę.  Kiedy  na 
niego  patrzyła,  miał  wrażenie,  że  ofiarowuje  mu  wszystkie  swoje  myśli.  Gdyby  potrafił 
zrozumieć  dawną  Kendrę  tak  dobrze,  jak  zaczynał  poznawać  nową,  losy  ich  małżeństwa 
prawdopodobnie potoczyłyby się inaczej...  

A  jednak,  choć  nie  była  to  dawna  Kendra,  nie  mógł  pozbyć  się  wrażenia,  że  swoim 

odmienionym postępowaniem w jakiś sposób spłaca dług wobec zmarłej żony. W chwilach, 
w  których  dawniej  demonstrował  upór  i  siłę  lub  bywał  milczący,  teraz  okazywał  czułość  i 
troskliwość, nie lękał się nawet ujawnić własnej słabości. Nie wahał się przyznać do błędów, 
nie bał się zwierzyć z przepełniającego go smutku. Wiedział, że brak w tym logiki, ale dzięki 
temu powoli wracał do siebie.  

– Tu jest tak pięknie – szepnęła, unosząc wzrok ku blademu niebu nad wysokimi skałami 

koloru  ziemi.  Dostrzegła  ptaka  i  zmrużyła  oczy,  by  lepiej  mu  się  przyjrzeć.  –  Sokół 
wędrowny – rozpoznała z podziwem w głosie.  

–  Nie  występuje  na  waszej  planecie?  –  Podążył  za  jej  wzrokiem,  by  odnaleźć  sokoła 

unoszącego się na prądach powietrza.  

–  Nie,  nie  ma  nic  tak  egzotycznego.  Mamy  żule  i  tym  podobne,  ale  to  właściwie 

wszystko, co zostało z naszej fauny.  

– Żule? 
Przytaknęła, nie spuszczając wzroku z płynącego w powietrzu ptaka.  
–  To  takie  małe  zwierzątka,  skrzyżowanie  jaszczurki  z  robakiem.  Mówią  językiem 

zbliżonym do żółwi.  

– O cholera! 
Zerknęła ku niemu, zdziwiona.  
– Co się stało? Uśmiechnął się niewyraźnie.  
– To brzmi okropnie.  

background image

– To bardzo użyteczne stworzenia. Przekopują wilgotną ziemię, nie naruszając upraw. Są 

odporne na choroby i nie zagrażają nam. Poza tym oddychają naszym powietrzem. Dają nam 
znać w swoim języku, kiedy nasza ziemia i powietrze potrzebują pomocy.  

Przytaknął,  udając  zbyt  zajętego  przeprowadzaniem  tratwy  przez  progi,  by  zwracać 

uwagę  na  jej  słowa.  Nie  spuszczała  z  niego  wzroku,  jakby  w  końcu  zgadzała  się  uznać 
istnienie różnic w ich... kulturach.  

Powiedział pierwszą rzecz, jaka przyszła mu do głowy.  
– U nas żul to ktoś, kto zajmuje się różnymi rzeczami, ale na pewno nie pracą, a w razie 

potrzeby potrafi wyciągnąć nóż.  

Dobrze było usłyszeć jej śmiech. Inaczej niż u jego żony, zaczynał się on nisko i brzmiał 

coraz wyżej, jak delikatny instrument muzyczny.  

– Zapomniałam, jak języki się śmiesznie mieszają – powiedziała w końcu.  
– Jestem pewien, że są i inne podobieństwa, ale nie mogę ich sobie akurat przypomnieć – 

powiedział  sucho,  zdając  sobie  sprawę,  jak  niewiele  zdołał  dowiedzieć  się  ojej  świecie. 
Pytania powróciły, spychając chwilowo inne sprawy na dalszy plan.  

Kendra westchnęła. Później, Dan, później, jeszcze nie teraz. Teraz po prostu cieszmy się 

tym dniem.  

Na razie nade wszystko pragnął trzymać ją w ramionach i wdychać jej zapach, jej własny, 

specyficzny zapach. Chciał przytulać Kendrę do piersi, by mogła usłyszeć, jak szybko bije mu 
serce.  Chciał  także  czułym  uściskiem  podziękować  jej  za  spokój,  który  spłynął  na  niego 
dzięki jej obecności.  

– Chciałabyś dziś pójść na tańce? – spytał nagle. Zrobiła zaskoczoną minę.  
– Na tańce? Na rzece? 
Dan wydawał się jeszcze bardziej zdumiony.  
– Potrafisz tańczyć na rzece? 
– Nie, ale...  
Roześmiał się z ulgą, że nie jest to jeszcze jedna jej umiejętność, o której nie miał pojęcia.  
–  Chodziło  mi  o  Lajitas.  Będziemy  przepływać  obok  miasteczka  około  czwartej  po 

południu. Zwykle raz na tydzień organizują tam tańce. Obiło mi się o uszy, że właśnie dzisiaj.  

W jej wzroku pojawiło się nieśmiałe oczekiwanie.  
– Bardzo bym chciała. Czy wpuszczą nas w szortach? Wydawała się taka mądra, obyta, a 

była  jednocześnie  świeża  i  naiwna.  To  połączenie  mąciło  mu  w  głowie  i  zaczynało  mu 
zależeć na niej bardziej, niż miałby ochotę przyznać.  

– Będziemy się o to martwić we właściwym czasie. Tuż po czwartej przybili do nabrzeża 

w  Lajitas.  Tratwę  wraz  z  ekwipunkiem  zostawili  w  hangarze  jednej  z  firm  przewozowych. 
Potem, trzymając się za ręce, ruszyli do hotelu i wynajęli na noc pokój. Gdy Kendra stała pod 
prysznicem,  Dan  poszedł  do  butiku  i  kupił  jej  szeroką,  meksykańską  spódnicę  w  różowe  i 
karmazynowe  pasy  oraz  różowy  podkoszulek.  Para  meksykańskich  sandałów  uzupełniała 
strój.  

Gdy  już  rozpakowała  wszystkie  prezenty  i  obsypała  go  za  każdy  słodkimi, 

przyspieszającymi  bicie  serca  pocałunkami,  kochali  się  bez  pośpiechu  na  wielkim, 

background image

podwójnym  łożu,  po  czym  zasnęli  w  mocnym  uścisku.  Dan  obudził  się  w  godzinę  później, 
pełen  satysfakcji.  Nigdy  jeszcze  nie  był  tak  zadowolony.  Kendra  wprost  promieniała 
szczęściem.  

Zabawa  rozpoczynała  się  wcześnie.  W  patiu  budynku  misji  handlowej  kapela  grała 

meksykańską  muzykę  salsa,  głośną  i  rytmiczną.  Popijający  piwo  przytupywali  do  rytmu  o 
nierówny  beton.  Inni  tańczyli,  poruszając  się  po  okręgu  w  kierunku  przeciwnym  do 
wskazówek zegara. Rozlegały się wesołe okrzyki i śmiechy.  

Wśród  licznie  przybyłych  znajdowali  się  i  Meksykanie,  i  Amerykanie.  Dan  trzymał 

śmiejącą się Kendrę w ramionach, a ona unosiła ku niemu twarz, gdy prowadził ją w tańcu. 
Wzajemna  bliskość  zrodziła  słodkie  napięcie,  nogi  i  ręce  splatały  się  w  tańcu.  Znowu 
zapragnął  posiąść  ją,  mieć  ją  tylko  dla  siebie.  Tłumacząc  sobie,  że  na  wszystko  przyjdzie 
czas, wrócił do rzeczywistości i zaczął delektować się elektryzującą obecnością Kendry.  

Udawali,  że  niczym  nie  różnią  się  od  innych  par.  Kendra  chwyciła  Dana  za  szyję  i 

przyciągnęła jego głowę do swych warg.  

– Jesteś wspaniałym, niezwykłym mężczyzną, Danie Lovejoy – szepnęła.  
W odpowiedzi pocałował ją tak, że zamknęła oczy i przywarła do niego jeszcze mocniej. 

W jego ciele obudziły się uczucia, które od dawna uważał za uśpione. Znów był nastolatkiem, 
trzymającym  Kendrę  w  ramionach,  z  optymizmem  planującym  przyszłe  szczęśliwe  życie. 
Tyle że tym razem poczucie szczęścia było jeszcze silniejsze, bo ta Kendra była mądrzejsza i 
bardziej  odpowiedzialna  za  swoje  czyny,  a  namiętnością  przykuwała  go  do  siebie  niczym 
kajdanami.  

Cofnęła się, dotykając jego policzka dłonią.  
– Tak naprawdę nie jestem Kendrą.  
Przykrył jej dłoń swoją, ściskając ją, jakby lekki dotyk mu nie wystarczał.  
– Powinnaś częściej czytać moje myśli – powiedział niskim, ochrypłym głosem. – Wiem, 

kim jesteś. Inna. Niepowtarzalna.  

Uśmiechnęła się radośnie. Posuwali się w tańcu wokół patia.  
Dan nie wiedział, jak przeżyje bez niej resztę życia. Teraz jednak była z nim. Należała do 

niego. Na chwilę. Na jakiś czas. Na czas miłości.  

Nagle Kendra odsunęła się i rozejrzała, marszcząc brwi.  
– Czy zaczyna boleć cię głowa, kochanie? Przyciągnęła go mocno do siebie.  
–  Udawaj,  że  jesteś  na  rzece  –  szepnęła  mu  prosto  do  ucha.  –  Wyobraź  sobie  rzekę  i 

skoncentruj się na tym.  

Zesztywniała w jego ramionach. Przytulił ją mocniej.  
– Dlaczego? 
– Zablokuj myśli! – poleciła cicho, muskając oddechem jego szyję.  
Skupił się i po chwili przeszył  go strach przed tym, czego ona się obawiała. Posłusznie 

skoncentrował się na odgłosach rwącej rzeki, wyłączając wszystkie inne myśli.  

Chwilę odpoczął i znów skupił wszystkie myśli na szumie wody.  
Usłyszał pisk i skojarzył go z nocnym ptakiem znajdującym gniazdo myszy. Kolacja.  
Jaszczurka sunęła przez błotnisty brzeg poniżej,  wskoczyła na niską gałąź i przyglądała 

background image

się,  wydymając  gardło  jak  czerwony  balon.  Przez  cały  ten  czas  wszystkie  jego  myśli 
dotyczyły  rzeki.  Nic  innego  nie  miało  znaczenia.  Dan  wciąż  nasłuchiwał  odgłosów 
dochodzących od strony brzegu.  

Kapela przerwała, a po  chwili na nowo podjęła  melodię. Nie zauważył tego;  przesuwał 

tylko automatycznie stopy, nie zważając na rytm.  

Następny przekaz był tak intensywny, że sprawił mu fizyczny ból. Wydawało mu się, że 

przewierci mu mózg na wylot. Z całej siły musiał skupiać się na wizji rzeki. Wyobrażał sobie 
gulgocący dźwięk wydawany przez wodę przepływającą między palcami. Słyszał to, widział 
zanurzoną dłoń. Woda była ciemna jak noc i płynęła bardzo szybko.  

Tym  razem,  w  przebłysku  poznania,  Dan  mógł  rozpoznać  osobę,  która  próbowała 

przeniknąć  jego  myśli.  Wysoki,  szczupły  kowboj  w  butach,  najwyraźniej  rzeczywiście 
służących do konnej jazdy, stał przy niskiej ścianie patia z suszonej na słońcu cegły, z butelką 
piwa  w  dłoni.  Przepocony  czarny  kapelusz  rzucał  cień  na  jego  twarz.  Ten  człowiek  był 
groźny. Nagle zniknął.  

Dan tańczył dalej, nie zdając sobie sprawy, że ciągnie za sobą Kendrę. Poklepała go po 

ramieniu.  

– Wszystko w porządku. Nie zatrzymał się.  
– Dan, sprawiasz mi ból. Przestań. Już po wszystkim. Zrobił następny krok.  
Dotknęła dłonią jego twarzy, zmusiła, by na nią spojrzał.  
–  Wszystko  w  porządku,  Dan.  Możesz  już  przestać.  Powoli  skupił  na  niej  wzrok. 

Oddychał płytko, gardło miał suche.  

– Co się stało? 
– W tłumie jest ktoś od nas. Chciał odpowiedzi na kilka pytań, więc daliśmy mu je.  
–  Ale  dlaczego  sondował  mnie?  –  Wspomnienie  przeszywającego  bólu  wciąż  go  nie 

opuszczało. Czoło Dana pokrywał zimny pot.  

– Sprawdzał. – Poruszyła się w jego ramionach. – Dan, sprawiasz mi ból.  
Spojrzał na swoją dłoń, jakby należała do kogoś innego. Z wysiłkiem rozluźnił palce.  
Westchnęła i oparła rękę na jego ramieniu.  
– Tak mi przykro.  
–  Ja  też  chciałbym  dostać  parę  odpowiedzi  –  powiedział  szorstko.  Było  mu  wszystko 

jedno. Nogi miał jak z ołowiu, a całe ciało obolałe. – Odnajdziemy tego sk...  

– Nie tutaj. Nie teraz.  
– On tu jest, widziałem go. – Dan omiótł spojrzeniem patio, usiłując wyłuskać kowboja z 

tłumu. – Zapłaci mi za to.  

– Nie teraz.  
– Czy ciebie także zranił? 
– Nie – uśmiechnęła się. – On chciał tylko informacji. Dałam mu je. Jest jednym z nas, 

Dan, i ma zapewnić opiekę Herfronitom podczas ich pobytu w tej okolicy.  

–  Nic  mnie  nie  obchodzi,  jakie  jest  jego  zadanie.  Lepiej,  żeby  nie  próbował  cię 

skrzywdzić, bo zapłaci mi również za mój ból.  

– Już go tu nie ma.  

background image

Dan  odetchnął  głęboko  i  zmusił  się  do  rozluźnienia  mięśni  barków.  Teraz  zdał  sobie 

sprawę, że wszyscy wokół poruszają się w rytm skocznej melodii, natomiast on wciąż drepcze 
w miejscu. Szybko złapał Kendrę za rękę i wyprowadził z patia w ciemność nad rzeką.  

Mijając stolik, na którym zostawili drinki, Dan chwycił dwie puszki piwa Coors.  
– Co wziąłeś? – spytała.  
–  Srebrne  kule  –  odrzekł,  nawiązując  do  wieloletniego  sloganu  reklamowego  tego 

browaru. – Do odstraszania wilkołaków.  

Gdy  dotarli  na  brzeg  rzeki,  zdał  sobie  sprawę,  że  odgłos  płynącej  wody  był  dokładnie 

taki,  jak  w  jego  myślach.  Czy  naprawdę  go  słyszał,  czy  wyobrażał  go  sobie  na  podstawie 
wspomnienia? 

– Naprawdę go słyszałeś – powiedziała.  
– Skąd wiesz? 
– Boja pierwsza ingerowałam.  
– Dlaczego? 
– Chciałam się upewnić, że zrobiłeś, co ci powiedziałam.  
–  A  co  byś  zrobiła,  gdybym  cię  nie  posłuchał?  Wzruszyła  ramionami,  a  księżyc 

rozświetlił na moment jej włosy.  

–  Nie  wiem.  Może  próbowałabym  sama  otoczyć  barierą  twój  umysł,  ale  wtedy  oni  by 

wiedzieli, że cię chronię.  

– Przed czym? 
– Przed naszą sondą.  
– Naszą? Twoją i jego? 
–  Nie,  „naszą”  w  sensie  „naszego  gatunku”  –  wyjaśniła.  –  Jesteśmy  społeczeństwem 

kolektywnym. Wszystko, co robimy, służy nam wszystkim. Nie po prostu „mnie”.  

– Jesteś w trzech czwartych człowiekiem, ale należysz do kolektywnego społeczeństwa? 

– obruszył się.  

– Tak – potwierdziła.  
– Więc dlaczego mnie chronisz? 
Zmarszczyła czoło, starając się zrozumieć własne zachowanie.  
–  Nie  wiem.  Nie  chciałam,  by  się  dowiedzieli,  ile  dla  siebie  znaczymy.  Wiązanie  się  z 

ludźmi  jest  sprzeczne  z  regulaminem.  Możemy  tak  zagubić  się  w  waszym  świecie,  że  nie 
będziemy już chcieli wrócić do naszego. Starsi nam to tłumaczyli, ale to i tak wykracza poza 
naszą zdolność pojmowania.  

Jedno w każdym razie było jasne. Zależało jej na nim. Jeśli uda mu się przekonać ją do 

pozostania, będzie miał drugą szansę na szczęście.  

– Zostań ze mną. Nie wracaj. Potrząsnęła głową.  
– To się nie uda. Znajdą nas.  
– Jak daleko może sięgać sonda? 
– Jeśli się używa całej mocy, to koło dwóch-trzech kilometrów.  
–  Tak  jak  radio  CB?  Z  tym  można  dać  sobie  radę.  –  Myślał  gorączkowo,  co  powinien 

dalej zrobić.  

background image

– Nie tak łatwo się ukryć.  
– Łatwo, jeśli nie mogą cię znaleźć, by przeniknąć myśli.  
– Ciebie też mogą znaleźć – przypomniała mu.  
–  Jak?  Jestem  jednym  z  milionów  mieszkańców  tej  okolicy.  Tylko  ciebie  mogą 

namierzyć.  

Pokręciła głową.  
– Gdy mózg raz zostaje odczytany, można go łatwo odszukać. Jakby zostawał chemiczny 

ślad.  

Uśmiechnął się drapieżnie.  
– Tak, ale nie udało im się odczytać moich myśli. Tylko próbowali.  
Promyk nadziei złagodził napięcie na jej twarzy.  
– Tak sądzisz? 
Dan parsknął śmiechem. Nareszcie coś, co jest w stanie kontrolować.  
– Tak, tak sądzę. Damy sobie radę, obiecuję. Uśmiech zniknął z jej twarzy.  
–  To  nie  ma  znaczenia.  Złamałam  już  zbyt  wiele  zakazów.  Muszę  wrócić.  Muszę 

wykonać moje zadanie i zadośćuczynić za moje nieposłuszeństwo. Zbyt wielu Herfronitów na 
mnie  liczy  –  szepnęła,  jakby  się  bała,  że  zostanie  podsłuchana.  –  Jeszcze  przez  parę  chwil 
chcę udawać, że nie musimy się rozstawać. – Spuściła głowę i wpatrzyła się w skalistą ziemię 
u ich stóp. – Chcę być z tobą.  

Dan czuł, jak przyspiesza mu tętno. Jeśli się da, będzie o nią walczył.  
– Przynajmniej w tej sprawie się zgadzamy  – powiedział wzdychając.  – Nie martw się. 

Coś wymyślimy – dodał z przekonaniem, chociaż w głębi duszy wcale nie był tego pewien.  

Kendra oparła głowę o jego pierś, a on wdychał zapach jej włosów. Cykały świerszcze, 

woda  chlupotała  o  brzeg,  na  niebie  świeciły  gwiazdy.  Ale  nawet  ta  idylliczna  sceneria  nie 
pozwalała  zapomnieć  o  przyszłości,  myśl  o  rozstaniu  sprawiała  mu  niewymowny  ból.  Dan 
delikatnie uniósł twarz Kendry. Wpatrywał się w jej rysy, podkreślone srebrną poświatą.  

Jak jeden gatunek może być tak rozwinięty pod pewnymi względami, a tak naiwny pod 

innymi? Nie mógł tego pojąć. Jakiś głos wewnętrzny mówił mu, że igra z ogniem, próbując ją 
oderwać od istot,  które uważała za swoich współplemieńców. Stłumił obawy. Pragnął  jej, a 
ona pragnęła jego. Tylko to się liczyło, wszystko inne nie było warte uwagi.  

–  Nie  wprawiaj  mnie  w  zakłopotanie  –  szepnęła.  –  I  tak  mam  zamęt  w  głowie.  – 

Najwyraźniej znów czytała jego myśli.  

–  Pamiętaj  tylko,  że  ja  nie  czuję  się  zakłopotany.  Nie  jestem  zagubiony.  Jestem 

zdecydowany.  

– To nie będzie trwało wiecznie. Muszę wracać do domu.  
– Jeszcze parę wspólnych dni – poprosił.  
– Jeszcze parę dni – powtórzyła cicho, a jej pełne usta ułożyły się w smutny uśmiech.  
Musnął jej wargi swoimi, czując, jak serce wzbiera mu miłością.  
–  Chodźmy  stąd  –  powiedział,  wypuszczając  ją  z  objęć  i  chwytając  jej  dłoń.  Poszli 

ocienioną drzewami ścieżką do hotelu.  

background image

ROZDZIAŁ 5 

 

Gdy nad pustynnym płaskowyżem wstawał świt, Dan i Kendra spychali właśnie tratwę na 

wodę. Parę minut później misja handlowa zniknęła im z oczu.  

Im dalej byli od Lajitas, tym bardziej Dan się odprężał, natomiast rosło napięcie Kendry. 

Gdy  zobaczył,  że  zaciska  dłonie  na  lince  tratwy  tak  mocno,  aż  bieleją  jej  kostki  palców, 
przerwał milczenie.  

– O co chodzi, Kendro? 
– O nic.  
– Nie mów tak. Porozmawiaj ze mną – ściszył głos. – Muszę wiedzieć, najdroższa.  
Uniosła głowę, słysząc ten czuły zwrot.  Spojrzała na niego uważnie, potem spróbowała 

delikatnie  wejść  w  jego  myśli.  Otworzył  się  przed  nią  całkowicie,  by  mogła  odczuć  ogrom 
miłości, jaka przepełniała go całego.  

– Ale która Kendra? – spytała cicho. Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, jakby 

niezdolna rozpoznać do końca uczuć Dana.  

– Ta Kendra. Ty.  
Potrząsnęła głową, próbując uporządkować myśli.  
– Nie wiem. Nie przypuszczam, żebyś naprawdę potrafił nas oddzielić.  
– Myślałem, że umiesz odczytać moje myśli.  
– Nie mogę odczytać twoich uczuć, Dan, i  czuję się zagubiona. Nie jestem  pewna, czy 

twoje  uczucia  dotyczą  mnie.  –  Oddychała  płytko.  Mógłby  przysiąc,  że  jest  przestraszona.  – 
Nigdy nie miałam takich doświadczeń. To nie jest budujące.  

– Wypełniają cię te same wątpliwości i niepokój, które nachodzą nas, ludzi.  
Rozważała jego słowa, ignorując ich wyraźny sarkazm.  
– Skąd wiesz, że właśnie o to chodzi? 
–  Bo  cię  kocham.  –  Na  moment  przerwał  wiosłowanie  i  skupił  na  doborze  właściwych 

słów. – Myślę, że jesteś uosobieniem tego, czego szukałem, gdy zakochałem się w pierwszej 
Kendrze. Teraz po prostu nie mam wątpliwości.  

Jego  wyznanie  nie  uspokoiło  jej.  Wręcz  przeciwnie,  wyglądała  na  jeszcze  bardziej 

przestraszoną.  

– Muszę wiedzieć na pewno, że tak właśnie nazywa się to, co czuję.  
– Nie, nie musisz. W każdym razie nie już, nie natychmiast. Nie śpiesz się. – Roześmiał 

się, łagodząc wymowę swoich słów. – Mamy jeszcze dwa dni.  

Kendra ściągnęła brwi.  
–  Do  statku  kosmicznego  mamy  mniej  niż  dzień  drogi.  Gdy  dotrzemy  na  miejsce, 

będziesz musiał płynąć dalej beze mnie.  

– Bez ciebie? 
Tym razem na ustach Kendry pojawił się uśmiech. Przypominał gorzki grymas.  
– Muszę wracać do domu, a ty powinieneś kontynuować podróż. Nie mamy wyboru.  
Ogarnął go przeraźliwy smutek, ale wziął się w garść i udawał przed sobą, że te słowa nie 

background image

padły. W tej chwili nie było sensu się z nią spierać. Nie wysłuchałaby go. Później, gdy będzie 
trzymał Kendrę w ramionach i kochał się z nią, przekona ją, by została. Dan użył wiosła jako 
steru, bo wpłynęli na niebezpieczny odcinek rzeki.  

– A co z moją pamięcią? Czy zabierzesz mi wspomnienia naszych wspólnych przeżyć? 
–  Nie  pytaj  mnie  o  to  –  poprosiła.  Zamknęła  oczy,  jak  gdyby  odsuwając  moment,  w 

którym będzie musiała podjąć decyzję. – Nie wiem, co robić.  

Potem  płynęli  w  milczeniu.  Wczoraj  Dan  przekonał  się  na  własnej  skórze,  jaką  mocą 

dysponują  ziomkowie  Kendry.  I  jak  bezsilny  był  w  konfrontacji  z  Herfronitą.  Właśnie, 
bezsilny!  Cholera,  przeżywał  koszmar  na  jawie!  Nie  tylko  groziła  mu  utrata  kobiety,  którą 
dopiero  co  odnalazł  i  pokochał,  ale  w  dodatku  bał  się  konfrontacji  z  tymi,  którzy  potrafili 
dotrzeć do jego mózgu. Zadać mu gwałt.  

– Tak, wiem, że to tak się odczuwa – powiedziała Kendra, a Dan zorientował się, że tym 

razem potrafiła odczytać jego myśli, nie sondując ich nawet w najdelikatniejszy sposób. Była 
jak kieszonkowiec na ulicy dickensowskiego Londynu.  

– Bo tak to jest – podkreślił z naciskiem. – Wydaje się, że nie mam żadnego wpływu na 

myśli i czyny innych, nie mówiąc już o moich własnych.  

–  Nie  bądź  taki  zgorzkniały  –  upomniała  go  łagodnie.  Nastrój  beztroski  zniknął 

bezpowrotnie, pojawiło się napięcie, wystarczająco silne, by obdzielić nim dwie osoby.  

– To mi nie mów, co mam robić.  
Dan utrzymywał tratwę nieco w prawo od głównego nurtu rzeki. W milczeniu dążyli w 

dół Rio Grandę, każde pogrążone we własnych, niespokojnych myślach.  

Jeśli sądził, że utrata Kendry to piekło, to się mylił. Prawdziwym piekłem na ziemi było 

utracenie jej po raz drugi.  

I  ani  za  pierwszym,  ani  za  drugim  razem  nie  miał  na  to  żadnego  wpływu.  Nie  mógł 

odegrać  roli  rycerza  na  białym  koniu,  który  przybywa  na  pomoc  księżniczce.  Nie  mógł  jej 
ochronić przez ziemskim złem – ani przed złem pozaziemskim.  

Wbrew temu, co powiedział, obie Kendry, choć tak bardzo się od siebie różniące, zlewały 

się w jedną. Stawały się kobietą, która nie była całkiem ani jedną, ani drugą, ale połączeniem 
obu z dodatkiem czegoś. nieokreślonego, nieuchwytnego.  

Kendra wychyliła się, dotykając jego ramienia.  
– Proszę cię, nie martw się teraz. Będzie na to czas później.  
– A co cię to obchodzi?  – rzucił w  jej stronę, zaskoczony  własną  gwałtownością.  – Ty 

wkrótce  odejdziesz,  a  ja  wciąż  tu  będę.  Bez  ciebie.  –  Popchnął  tratwę  ku  meksykańskiemu 
brzegowi i przywiązał ją do zwieszającego się nad wodą drzewka.  

– Zanim odejdę, pomogę ci się lepiej poczuć. – Jej kojący głos podsycił tylko jego gniew.  
–  Cholera  jasna!  –  krzyknął,  odwracając  się,  by  spojrzeć  jej  w  twarz.  Najchętniej 

chwyciłby  ją  za  ramiona  i  potrząsnął,  żeby  wreszcie  zrozumiała.  –  Czy  nie  potrafisz 
zrozumieć, że to ostatnia rzecz, jakiej pragnę? To moje nieszczęście. Mój ból. Moje złamane 
serce. Nie zabieraj mi tego! Tylko to mi zostanie. Kim będę, jeśli i to utracę? 

Zacisnął dłonie na jej drobnych ramionach. Zamiast nią potrząsnąć, gładził przez materiał 

podkoszulka delikatna skórę. Wciągnął głęboko powietrze.  

background image

– Muszę sobie z tym poradzić, a nie zapomnieć – powiedział cicho.  
Jej spojrzenie było tak czułe, że chciało mu się płakać.  
– Dan, naprawdę usiłuję, ale nie rozumiem ludzkiej logiki. Skoro można ci pomóc, byś 

się nie czuł tak źle, to dlaczego z tego nie skorzystać? 

Dan już pożałował swego wybuchu. Ona naprawdę nie rozumiała.  
– Chyba odezwał się we mnie ten dziki, szalony człowiek.  
Kendra  wyciągnęła”  rękę  i  delikatnymi  ruchami  masowała  napięte  mięśnie.  Tylko  to 

mogła  zrobić,  a  tak  bardzo  chciała  mu  pomóc.  Był  jej  miłością;  nikt  nigdy  nie  zajmie  jego 
miejsca. Jeśli ktokolwiek miał jeszcze mniej swobody wyboru niż Dan, to właśnie ona. Nie 
mogła jednak teraz o tym  mówić. Jej  dłonie muszą mu  przekazać informację, jak wiele dla 
niej znaczy.  

Uspokojenie spływało teraz na niego wraz z jej pieszczotą. Potrzebował tej pieszczoty.  
Potrzebował jej.  
Jeszcze raz odetchnął głęboko i jakoś się opanował. Nie powinna od niego odchodzić.  
–  Kendra...  –  zaczął,  ale  jej  palce  przesunęły  się  po  jego  wargach,  nie  pozwalając  mu 

skończyć.  

–  Oboje  wiemy,  że  ja  nie  przynależę  do  tego  miejsca,  Dan.  Muszę  wrócić  do  swoich. 

Znam  obowiązujące  tam  reguły.  Potrafię  żyć  tak,  jak  się  tego  ode  mnie  oczekuje.  Prawa 
Herfronitów są proste i logiczne i dzięki temu znacznie łatwiej żyć w naszym społeczeństwie 
niż w waszym.  

Moi  rodacy  byli  dla  mnie  dobrzy,  troszczyli  się  o  mnie  i  kochali  mnie.  Nie  mogę  im 

odpłacić dezercją. Moim obowiązkiem jest wrócić i podzielić się z nimi zdobytą tutaj wiedzą.  

Dan zamknął oczy i chłonął pieszczotę jej delikatnych palców. Dłońmi wyczuwał cienkie 

jak  u  ptaka  kości.  Wchłaniał  cudowny,  trudny  do  opisania  zapach  skóry.  Ostrożnie 
przyciągnął  ją  do  siebie  i  oparł  głowę  na  ciemnych  włosach.  Tak  cudownie  do  niego 
pasowała, jej kruchość tak doskonale uzupełniała jego muskularne ciało.  

Krążący  w  górze  sokół  wydał  krzyk  wzywający  partnera.  Rzeka  za  nimi  i  przed  nimi 

zachęcała do podróży. Jasne słońce nad ich głowami śmiało się z nich, że w tak upalny dzień 
wciąż zakrywają skórę ubraniami.  

Trzymał ją nadal w mocnym uścisku, rozkoszując się jej bliskością i mając nadzieję, że ta 

chwila pozostanie mu w pamięci na zawsze.  

– Dan – szepnęła, przytulona do jego piersi.  
Jego  mięsne  napięły  się  w  oczekiwaniu.  Czyżby  znów  czuła,  że  ktoś  chce  zgłębić  jej 

myśli? Czy tamten mężczyzna był na ich tropie? Wbrew opinii Kendry Dan był przekonany, 
że  Herfronita  podąży  za  nimi,  by  upewnić  się,  czy  wysłanniczka  postępuje  zgodnie  z 
regułami. Takie było jego zadanie. Spodziewał się wpłynąć na Kendrę, by trzymała się z dala 
od  Ziemianina.  Na  samą  myśl  o  tym  Dan  poczuł  przypływ  adrenaliny.  Chciałby  kogoś 
obarczyć winą, kogoś pobić, kogoś zranić, kogoś uderzyć. Chciałby...  

–  Dan,  proszę  –  szepnęła  Kendra.  Poczuł  na  skórze  jej  oddech  jeszcze  gorętszy  niż 

południowy upał. 

– Wszystko w porządku, kochanie. Jestem tutaj.  

background image

– Wiem. – Jej głos był stłumiony. – Nie mogę oddychać.  
– Przepraszam – powiedział z trudem. – Ciągle zapominam, jaka jesteś krucha.  
Kendra uniosła wzrok i odetchnęła głęboko, uśmiechając się.  
– Już wszystko w porządku.  
Bez słowa Dan odczepił linę od drzewka i chwycił za wiosło. W parę sekund znaleźli się 

znów  w  głównym  nurcie  rzeki,  bezpieczni  i  tak  zajęci  sterowaniem,  że  zapomniał  o 
rozmowie.  

Przez  następne  dwie  godziny  spływali  z  prądem  Rio  Grandę.  Dawno  już  minęła  pora 

lunchu,  ale  Dan  nie  zważał  na  to.  Wkrótce  jednak  jego  żołądek  zaprotestował  i  Dan 
podprowadził tratwę do brzegu, przywiązując ją w płaskim, skalistym miejscu. Jeśli poziom 
wody  się  podniesie,  to  miejsce  znajdzie  się  prawdopodobnie  pod  wodą  aż  po  rosnące  dalej 
drzewa.  

Zamierzał  sprawdzić  zawartość  lodówki  turystycznej  i  przygotować  coś  na  szybko,  ale 

Kendra  miała  inny  pomysł.  Wyskoczyła  na  brzeg  ze  śpiworem  i  mniejszą  lodówką  w  ręce. 
Dan  przyglądał  się,  jak  dochodzi  do  drzew  i  w  cieniu  rozkłada  nie  rozpięty  śpiwór.  Potem 
usiadła na nim po turecku i spojrzała na Dana w oczekiwaniu.  

Złapał większą lodówkę i ruszył ku niej.  
– Przygotuj kanapki, jakie chcesz – powiedział krótko. Spojrzała na niego w zamyśleniu.  
– Jesteś na mnie zły? 
– Nie.  
– Czy coś cię boli? 
– Tak.  
– Czy mogę ci pomóc? 
– Nie będzie cię do pomocy później, więc mogę właściwie już teraz przyzwyczajać się do 

bólu.  –  Wiedział,  że  jego  słowa  zabrzmiały  dziecinnie,  ale  nic  nie  mógł  na  to  poradzić.  W 

gruncie rzeczy we wszystkich sprawach dotyczących Kendry  czuł  się bezradny i  zagubiony. 
Cholera! Zagubiony! Nie znosił takiej sytuacji. Lubił mieć kontrolę nad własnym życiem.  

W ciszy wyjęła produkty i ułożyła je na lodówce.  
– Czytasz moje myśli? 
Zajęła się kanapką. Kiwnęła głową.  
–  Dlaczego  tego  nie  czuję?  –  spytał,  zastanawiając  się,  czy  zgłębia  jego  umysł,  czy 

odczytuje język ciała. Jeśli poznała jego myśli, to chyba powinien to odczuć? 

– Skupiłeś się na swoim gniewie.  
– Chcesz powiedzieć, że niczego nie zauważam? Znów przytaknęła.  
– Jeśli postępuje się delikatnie, a druga osoba jest czymś zajęta, może tego nie zauważyć.  
Dan  zapamiętał  tę  informację.  Jeśli  ma  wygrać  czekającą  go  wojnę  nerwów,  powinien 

nauczyć się odpowiednich metod walki.  

Pochłonął  kanapkę,  a  potem  położył  się  na  plecach,  skrzyżował  ramiona  za  głową  i 

wpatrzył się w blade niebo nad nimi.  

– Naucz mnie odczytywać myśli. Kendra wzięła do ust ostatni kęs kanapki.  
– To wymaga długiej praktyki, więc już nie zdążę.  

background image

– Jak daleko stąd jest twój pojazd? Zastanawiała się przez chwilę.  
–  Bliżej,  niż  sądziliśmy.  Gdy  braliśmy  ostatni  zakręt,  dostrzegłam  grzbiet  góry.  Jakieś 

dwie godziny stąd.  

– Więc spróbuj mnie nauczyć w ciągu następnych dwóch godzin.  
Kendra  westchnęła,  starannie  wkładając  swój  papierowy  talerz  do  torby,  którą 

przeznaczyli na śmiecie.  

– Czy medytujesz? 
– Nigdy nie próbowałem.  
– Połóż się z rękoma wyciągniętymi wzdłuż ciała i wyprostowanymi nogami.  
– Myślałem, że powinienem siedzieć po turecku z rękoma złożonymi jak do modlitwy.  
– Tylko wtedy, jeśli jesteś przyzwyczajony do modlenia się w tej pozycji – odpowiedziała 

sucho.  –  Nigdy  nie  widziałam,  żebyś  tak  siedział.  Nie  ma  sensu  teraz  zaczynać,  bo  za  pięć 
minut byłoby ci niewygodnie i nie mógłbyś się skoncentrować.  

Nie  podobało  mu  się,  że  myślała  bardziej  logicznie  niż  on.  Niechętnie  spełnił  jej 

polecenia. Popatrzył na nią i ponaglił ją wzrokiem.  

Uśmiechnęła się i jego gniew się rozpłynął. Wtedy zdał sobie sprawę, że znów odczytała 

jego myśli.  

– Miałaś tego nie wiedzieć. Uśmiechnęła się szerzej.  
– Dzięki temu jest to jeszcze słodsze.  
Nie bądź taka pewna siebie, przekazał jej w myślach. Potem możesz już nie być w stanie 

tego wbić.  

–  Leż  spokojnie  –  powiedziała  na  głos,  najwyraźniej  nie  chcąc  ujawniać,  czy  odebrała 

ostatnią wiadomość. – Teraz zamknij oczy.  

Uczynił, jak mu kazała. Jej głos stał się jeszcze cichszy, jeszcze słodszy.  
– Zacznij od skupienia się na dźwiękach wiatru, rzeki, głosach ptaków.  
Próbował,  ale  nie  mógł  pozbyć  się  innych  myśli.  Musieli  ponownie  załadować  tratwę, 

przepłynąć dwa następne odcinki progów...  

– Oczyść mózg z tych wszystkich myśli, bardzo delikatnie, bardzo powoli...  
Jej głos był łagodny, słońce ciepłe i hipnotyzujące. Dan czuł, jak się rozluźnia.  
–  Spróbuj  zrobić  to  co  wczoraj,  gdy  powiedziałam  ci  o  sondzie.  Tym  razem  wejdziesz 

głębiej.  

W dalszym ciągu skupiał się na wszystkim, co go otaczało, równocześnie utrzymując do 

tego dystans.  

– Oddaj Ziemi cały swój ciężar, Dan. Niech cię przyjmie tak, byś stał się z nią jednością.  
Wciąż napływały mu do głowy różne myśli, ale ignorował je zupełnie, koncentrując się 

na otaczających go odgłosach natury.  

– Oddychaj przeponą, napełnij serce ciepłem życia, a potem pozwól mu wypromieniować 

przez twoje ciało.  

Dan usiłował wypełniać polecenia, jak umiał najlepiej. Mimo że musiał odsuwać myśli, 

które  uderzały  w  niego  niczym  strzały,  zaczął  mieć  wrażenie,  że  unosi  się  lekko. 
Rozkoszował się ciepłem słońca, które wydawało się rozgrzewać każdy jego mięsień i każdą 

background image

arterię.  

– Teraz udawaj, że potrafisz dosięgnąć mnie, jakbyśmy byli związani.  
Dan wyobraził sobie to, co Kendra mówiła, sięgając ku niej i stwierdzając, że ona już tu 

jest, obejmuje go ramionami i trzyma mocno. Dopiero gdy spojrzał w dół, stwierdził, że leci 
nad powierzchnią Ziemi. Dobrze ci idzie, Dan, poczuł słowa Kendry.  

Me rozpraszaj mnie, odpowiedział w myśli.  
Zaśmiała się. Był to cudowny, emocjonalny dźwięk, który wibrując docierał  aż do jego 

wnętrza.  

Dan otworzył oczy i Ziemia natychmiast pospieszyła na swoje zwykłe miejsce.  
– Czy mówiłaś do mnie? 
Kendra przytaknęła z rozjaśnioną uśmiechem twarzą.  
– Czy to ja zrobiłem, czy ty to ze mnie wyciągnęłaś? 
– Ty to zrobiłeś.  
Usiadł, uśmiechając się, z błyskiem niedowierzania w niebieskich oczach.  
– Naprawdę ja? 
–  Tak,  ale  przed  tobą  jeszcze  daleka  droga,  Dan.  To  było  jedynie  doświadczenie 

pokazujące, że masz takie możliwości. Chciałam, żebyś mnie odczytał, więc ci pomogłam i 
sama się otworzyłam. Większość ludzi taka nie jest. Musisz znacznie więcej ćwiczyć. Wciąż 
nie mógł uwierzyć.  

– Ale ja to rzeczywiście zrobiłem, tak? 
– Tak.  
– Naucz mnie jeszcze więcej – zażądał.  
– Nie teraz. – Jej uśmiech zbladł, a spojrzenie powędrowało w stronę rzeki. – Musimy się 

zbierać.  

Dan podążył wzrokiem za jej spojrzeniem, ale nic nie dostrzegł.  
– Czy on tu jest? 
– Tak mi się wydaje. – Rzuciła okiem na resztki po ich pikniku i zaczęła udawać, że musi 

posprzątać. – Już wcześniej odniosłam wrażenie, że go czuję.  

– Więc jedzie za nami? 
– Chyba tak – przyznała w końcu, zamykając torbę ze śmieciami i zakręcając na jej końcu 

drucik. – Ruszajmy.  

– Boisz się? 
– Trochę. Zeszłej nocy, gdy dowiedział się, że zapewne złamałam kilka reguł, był bardzo 

rozgniewany.  

Dan uniósł brew.  
– Zapewne? 
– No dobrze, złamałam – przyznała – ale nie chcę o tym rozmawiać.  
Dan wstał, zbyt podenerwowany, by siedzieć. Zaczął chodzić tam i z powrotem.  
–  Nic  mnie  nie  obchodzi  ten  bydlak,  ale  jeśli  on  ma  zamiar  cię  skrzywdzić,  najpierw 

będzie musiał dać sobie radę ze mną.  

– To nie twoja sprawa, Dan.  

background image

– Ależ...  
– Żadnych ależ. Obiecaj mi.  
– Nie. – Usiadł z powrotem z zaciętym wyrazem twarzy. – Jeśli zobaczę tego byd...  
– Dosyć.  – Uniosła dłoń, by powstrzymać jego  dalsze słowa.  – To Strażnik.  Ma prawo 

mnie sprawdzać. Nie zrobi mi krzywdy.  

Dalsza kłótnia nie miała sensu. Kendra podjęła decyzję.  
Załadowanie  tratwy  i  odbicie  od  brzegu  zajęło  im  pięć  minut.  Dla  Dana  każda  z  tych 

minut była naznaczona bólem. Każda pokonana fala, każdy ruch wiosła przybliżały rozstanie 
z  Kendrą.  Nie  spędzą  więc  jeszcze  jednej  wspólnej  nocy.  Rozstaną  się  już  dziś,  a  on znów 
będzie sam, opuszczony przez obie ukochane.  

Wiedział,  że  kocha  Kendrę,  choć  nie  chciał  tego.  Z  tym  uczuciem  już  nigdy  nie  chciał 

mieć  do  czynienia,  słyszeć  o  nim  ani  doświadczać.  Okazało  się  zbyt  bolesne.  Poza  tym, 
znalazł się witak niezwykłej sytuacji! Miłość do zmarłej żony i namiętność, którą wzbudziła 
w nim Kendra, tak całkowicie się pomieszały, że czasami nie potrafił ich oddzielić i rozeznać 
się w sobie. Co więcej, wizerunki obu kobiet nakładały się na siebie. Może z czasem to się 
zmieni, ale na razie nie potrafił odróżnić Kendry od żony. Był pewien, że przedtem widział 
różnicę, teraz po prostu wolał się nad tym nie zastanawiać.  

Utracił żonę, pożegna się na zawsze z Kendrą. Nieważne, dlaczego tak się ułożyło. I tak 

będzie cierpieć. Chyba że uda mu się przekonać Kendrę do pozostania na Ziemi.  

– Przycumuj tutaj. – Dziewczyna wskazała płytką zatoczkę przy następnym zakolu.  
Dan  posłuchał  i  powiosłował  ku  amerykańskiemu  brzegowi.  Przepłynął  pod  kilkoma 

wierzbami i przywiązał tratwę do jednej z nich. Gdy Kendra wyskoczyła na brzeg, Dan ruszył 
za  nią,  następnie  wciągnął  tratwę  na  suchą  skalną  półkę,  kryjąc  ją  przed  oczami  turystów 
spływających Rio Grandę.  

Przez  poszycie  przemknął  szczur,  ale  Kendra  nie  zwróciła  na  niego  uwagi,  ponieważ 

patrzyła w stronę  góry.  Cała jej uwaga była skupiona na wiszących nad  nimi  poszarpanych 
skałach. Dan nie dostrzegał niczego nadzwyczajnego. Pełno tu było jam i płytkich jaskiń. Nic 
nie wyróżniało tego szczytu wśród innych wysokich wzniesień.  

Kendra  zwróciła  się  teraz  ku  Danowi,  a  jej  błyszczące  oczy  wpatrywały  się  w  niego  z 

głębokim smutkiem.  

–  Będę  za  tobą  tęsknić,  Danie  Lovejoy  –  powiedziała  cicho.  –  Będę  za  tobą  bardzo, 

bardzo tęsknić.  

– Zostań – ledwo wykrztusił przez łzy. Przyrzekł sobie, że nie będzie jej błagać, ale nie 

był w stanie dotrzymać słowa. – Zostań ze mną.  

–  Nie  mogę.  Złamałam  już  za  dużo  reguł.  Muszę  wrócić.  Proszę,  odejdź  już  – 

powiedziała.  

Dan jeszcze nigdy nie czuł się tak całkowicie przegrany.  
– Czy jesteś tego pewna? 
– Tak.  
Nie mógł pozwolić jej odejść tak łatwo.  
–  Poczekam  tu  chwilę,  na  wypadek  gdybyś  zmieniła  zdanie.  Jeśli  nie  wrócisz  w  ciągu 

background image

następnych dziesięciu minut, odpłynę.  

– Dan... – zaczęła. Pocałował jej wargi.  
– Ciii. Poczekam dziesięć minut, to wszystko. Muszę być absolutnie pewien, że dałem ci 

szansę zmienić zdanie, inaczej już nigdy nie zaznałbym spokoju. W ten sposób będę wiedział 
z całą pewnością, że taki był twój wybór.  

Zawahała się, w końcu kiwnęła głową.  
– W porządku. Ale ja nie wrócę.  
Przechyliła głowę i ucałowała wnętrze jego dłoni. Jej oczy zasnuły łzy. Przytulając jego 

rękę do policzka, w milczeniu prosiła go, by pozwolił jej odejść.  

Dan nie mógł już nic zrobić. Niechętnie opuścił ręce.  
– Do widzenia, Kendro Lovejoy. Nigdy cię nie zapomnę.  
– Nigdy z nikim nie będziesz o mnie rozmawiał?  
Potrząsnął głową. Pełne wargi wygięły się w smutnym uśmiechu.  
– Nie. Poza tym kto by mi uwierzył? 
– Kto by uwierzył? – powtórzyła cicho. – Do widzenia. – Lekko dotknęła jego policzka, 

odwróciła się i zaczęła wspinać po stoku. Pewnie stawiała nogi po niewidocznej ścieżce. Od 
czasu  do  czasu  traciła  równowagę  i  Dan  patrzył  z  niepokojem,  czy  nie  upadnie.  Przestań, 
nakazał sobie. To było jej terytorium, a on nie był księciem z bajki ani rycerzem na białym 
koniu. W gruncie rzeczy to ona tu decydowała.  

Gdy  stracił  ją  z  oczu,  ogarnęła  go  panika.  Pamiętał,  co  jej  przyrzekł,  wiedział,  że  nie 

chciała już jego towarzystwa. A jednak nie mógł tak po prostu tu pozostać, nie sprawdziwszy, 
czy jest bezpieczna. Ruszył  więc śladem Kendry. Była zbyt zajęta przedzieraniem się przez 
krzaki, by zdać sobie sprawę, że Dan za nią podąża. Kierowali się ku płytkiej półce na trzech 
czwartych wysokości zbocza. Dan raz spojrzał w dół i zorientował się, że ścieżka może być 
widoczna jedynie z wierzchołka; niżej skutecznie zasłaniały ją krzewy.  

Gdy Kendra zatrzymała  się i zwróciła w kierunku płytkiego prześwitu, był  niedaleko za 

nią. Stanął i wstrzymał oddech, patrząc, jak znika w przejściu. Miał nadzieję, że nie usłyszy 
jego oddechu. Odczekał chwilę, a potem poszedł w jej ślady, aż dotarł do najwęższej części 
skalnej półki.  

Widok, jaki ujrzał, najpierw jeszcze bardziej przyspieszył jego tętno, a po chwili odebrał 

mu dech. W płytkiej, piaskowej kotlinie, jak niemowlę w ramionach matki, spoczywał pojazd 
w  kształcie  cygara.  Był  wielkości  niewielkiej  łodzi  podwodnej,  bez  widocznego  steru, 
pokładu, skrzydeł czy okien.  

– Cholera jasna – mruknął pod nosem. Ten niezwykły pojazd był prawdziwy. Zresztą tak 

samo jak wszystko – wszystko, co go spotkało w ciągu ostatnich trzech dni.  

Kendra przeszła wzdłuż pojazdu aż do przedniej części. Zewnętrzna powłoka kapsuły nie 

była  błyszcząca  ani  metaliczna,  jak  się  spodziewał.  Miała  nierówną,  nie  odbijającą  światła, 
szorstką powierzchnię w szaroniebieskim kolorze.  

Kendra  zatrzymała  się  i  patrząc  w  górę,  przyłożyła  dłonie  do  powłoki  pojazdu  w  jego 

dolnej części. Po kilku sekundach dał się słyszeć dźwięk, przypominający zawodzenie wiatru.  

Dan pragnął odejść. Pragnął zniknąć. Coś w nim krzyczało, by się wynosił i uciekał. Ale 

background image

nie był w stanie się poruszyć.  

Zobaczył, że Kendra kieruje się ku części kapsuły najbliższej skalnej ściany, więc ruszył 

za  nią.  Ze  zdumieniem  uświadomił  sobie,  że  zawodzący  dźwięk,  który  tymczasem  ucichł, 
zapewne towarzyszył wysuwaniu się rampy. Patrzył, jak Kendra staje na okrągłym, czarnym 
dysku  u  podstawy  rampy,  który  unosi  ją  do  wnętrza.  Zniknęła  –  i  Dan  czekał,  by  coś  się 
wydarzyło. Nic się nie stało, poza tym, że dysk pojawił się ponownie. Dan, wszedł na niego, 
mając  nadzieję,  że  wewnątrz  nie  czekają  go  żadne  inne  niespodzianki.  Nie  miał  ochoty 
walczyć  z  Herfronitami  ani  z  Kowbojem.  Chciał  się  tylko  upewnić,  że  Kendra  jest 

bezpieczna.  

We  wnętrzu  było  jak  w  szklarni;  ogarnęło  go  ciepłe,  wilgotne  powietrze,  przesiąknięte 

zapachem  ziemi  i  rosnących  roślin.  Rozejrzał  się,  ale  nie  dostrzegł  roślin,  ziemi  czy 
przewodów klimatyzacyjnych. Pomijając jedną ścianę składającą się z przycisków, świateł i 
ekranów, mógł równie dobrze znajdować się w przedsionku dowolnego okrętu.  

Kendra, zwrócona do Dana tyłem, dotykała właśnie miejsca koło drzwi po drugiej stronie 

przedsionka. Po chwili odsunęła się płyta drzwi i dziewczyna przestąpiła próg pomieszczenia 
przypominającego laboratorium.  

W  każdym  razie  Dan  uznał,  że  to  musi  być  laboratorium.  Nie  zauważył  znanych  mu 

przyrządów i tac ze szklanymi retortami, ale stało tam kilka urządzeń podobnych do aparatów 
rentgenowskich i przyrządów do badania ciała.  

Kendra podeszła do jednego z takich aparatów, wyglądającego jak wolno stojąca kabina 

prysznicowa.  Wydała  z  siebie  szereg  dziwnych  dźwięków,  przypominających  popiskiwanie 
myszy.  Zapewne  było  to  następne  urządzenie  identyfikujące,  ponieważ  znów  rozległ  się 
zawodzący dźwięk i odsunęła się duża płyta, odsłaniając wyposażenie laboratorium.  

Kendra  wcisnęła  kilka  guzików  na  bocznej  płytce.  Drzwi  „prysznica”  otwarły  się. 

Dziewczyna szybko zrzuciła z siebie ubranie i naga weszła do środka. Drzwi zasunęły się za 
nią,  a  Kendra  stała  nieruchomo,  wyprostowana,  z  rękoma  opuszczonymi  wzdłuż  ciała. 
Odchyliła  głowę,  by  spojrzeć  w  górę  kabiny,  gdzie  na  ekranie  zaczęły  pojawiać  się  różne 
liczby i symbole.  

Dan nie mógł się poruszyć, nie mógł krzyknąć ani nic zrobić, mógł jedynie przyglądać się 

zafascynowany, jak wielka kamera i trzy zakończone czujnikami ramiona badają Kendrę od 
stóp  do  głów,  dotykając  jej  ciała  w  najważniejszych  miejscach.  Trwało  to  dwie  lub  trzy 
minuty.  Zawodzący hałas ucichł i  ciszę wypełniły zwykłe dźwięki.  Drzwi kabiny rozsunęły 
się i Kendra wyszła z dziwnym wyrazem twarzy – równocześnie niepewnym i zachwyconym.  

Dan postąpił krok naprzód.  
– Kendra! 
Zamarła, po chwili zaś powoli odwróciła się i spojrzała na niego, przechylając głowę w 

sobie właściwy, rozbrajający sposób. Wyraz jej oczu zdradzał kompletne zaskoczenie.  

– Nie powinieneś tu być.  
– Musiałem się upewnić, że jesteś bezpieczna – powiedział po prostu.  
Wydawała się wzburzona.  
– Czy ktoś za tobą szedł? 

background image

–  Nikogo  nie  ma  na  zewnątrz  –  zapewnił  ją.  Zanim  mogła  zaprotestować,  objął 

ramionami jej szczupłe ciało. Nie była zimna, ale jej sztywność zdumiała go.  

– Powiedz mi, co się stało. Wyglądasz tak dziwnie.  
– Spróbuj mnie odczytać – odpowiedziała, wreszcie unosząc ramiona i obejmując go.  
Spróbował, ale obrazy nakładały się na siebie, nie tworząc żadnego przekazu.  
– Nie mogę – powiedział w końcu.  
Musiała  chyba  zrozumieć  dlaczego.  Wyglądała  równocześnie  na  zaskoczoną  i 

zachwyconą.  

– Jestem w ciąży.  
Przepłynęła przez niego fala gorąca.  
– To także moje dziecko.  
– Oczywiście. Tylko z jednym mężczyzną się kochałam.  
Ucałował  delikatnie  jej  rozchylone  wargi  i  przytulił  do  siebie,  mając  nadzieję,  że 

zrozumie, jak cudowna jest dla niego ta wiadomość.  

– Musimy stąd iść.  
–  Iść?  –  powtórzyła  powoli.  –  Nie  mogę.  Muszę  wrócić  na  moją  planetę.  Muszę  się 

jeszcze  tak  wiele  nauczyć.  I  tak  wiele  przekazać  innym.  Och,  Dan  –  uśmiechnęła  się 
promiennie.  –  Czy  to  nie  cudowne?  Poczęliśmy  dziecko!  Nigdy  nie  sądziłam,  że  będę  w 
stanie wypełnić tę rolę. Nie byłam wybrana do tego zadania, ale teraz będę mogła to zrobić! 

Najwyraźniej  nie  rozumiała,  w  czym  problem.  Dan  postarał  się  wyjaśnić  jak 

najspokojniej: 

– Nie możesz teraz wrócić. Nosisz moje dziecko! 
– Ty mi pomogłeś, ale w gruncie rzeczy to teraz moje dziecko. – Dotknęła jego policzka, 

usiłując złagodzić nieco jego gniew. – Będę się nią dobrze opiekować. Obiecuję.  

–  Dziewczynka?  Już  wiesz,  że  to  dziewczynka?  Przytaknęła,  z  uśmiechem  tak 

promiennym, że ogrzewał wszystko w pokoju – wszystko z wyjątkiem jego serca.  

– Dziewczynka. Będzie taka ładna, Dan. Jestem pewna, że nasze geny są dobre. Ale nie 

mamy  wyboru,  prawda?  Geny  zostały  wyprodukowane  przypadkowo,  w  naszych  ciałach,  a 
nie wyselekcjonowane we właściwy sposób, w laboratorium.  

–  Chcę  ją  mieć,  Kendro  –  mówił  powoli  i  wyraźnie,  jakby  jego  słowa  nie  były  dobrze 

słyszalne. – To dziecko jest moje i jego miejsce jest na Ziemi, nie na twojej planecie.  

– Jest Herfronitką i zostanie ze mną – upierała się Kendra. – Ja jestem matką i ja mam do 

niej  prawo.  Przyjmiemy  ojca,  by  dzielić  z  nim  odpowiedzialność  za  wychowanie  dziecka, 
póki mała nie pójdzie do szkoły.  

–  Nie  musisz  przyjmować  ojca  –  odrzucił  gniewnie.  –  Ja  tu  jestem.  Będę  częścią  jej 

dorastania. Nauczy się, jak być człowiekiem. Ostatecznie będzie jeszcze bardziej człowiekiem 
niż ty.  

Kendra  wysunęła  się  z  jego  ramion  i  sięgnęła  po  ubranie,  naciągając  je  szybko,  jakby 

chciała  czym  prędzej  ukryć  swe  piękne  ciało  przed  jego  zachłannym  wzrokiem.  Gdy  była 
gotowa,  stanęła  naprzeciw  Dana  z  godnością  i  stanowczością,  które  powiedziały  mu,  że  jej 
decyzja jest nieodwołalna.  

background image

– Nie ma o czym  dyskutować. Skoro dziecko jest  częścią mnie, musi  pozostać ze mną. 

Koniec dyskusji.  

– Zostań. – Musi jakoś ją przekonać. – Zostań. Nie zabieraj dziecka na swoją planetę. A 

co będzie, jeśli potraktują ją jak wyrzutka? A co się stanie, jeśli... – Przełknął ślinę. Dziecko.  

Kendra rzuciła okiem na drzwi statku.  
– Idź... idź już, Dan. Zanim pojawi się ktoś inny. Jeśli ktoś cię zobaczy, będę zmuszona 

wyczyścić twoją pamięć.  

– Kendro... – zaczął.  
– Nie. Nie rozumiesz? Ja nie mam wyboru. Zostaję na statku. To moja praca. Po to mnie 

szkolono.  Muszę zakończyć moją misję. A ty musisz wrócić do swego życia i  podjąć je na 
nowo.  –  Brzmiało  to  bardziej  jak  rozkaz  niż  pociecha.  Jakby  podkreślając  swoje  słowa, 
odwróciła się do niego tyłem.  

Sięgnęła do wielkiej torby i wyjęła z niej pudełeczko. Podeszła do kontuaru i otworzyła 

je,  ukazując  schowane  w  środku  slajdy.  Natychmiast  zajęła  się  nimi,  wyciągając  je  i 
wsuwając do szczeliny w konsoli. Dan stał pośrodku, nie wiedząc, co robić, ale świadom, że 
nie wyjdzie bez walki. Tę kobietę kochał, a dziecko, które nosiła, było jego. Jaki miał wybór? 
Jeśli odejdzie, nigdy więcej  nie ujrzy żadnej  z nich. Nawet  gdyby  chciała do niego wrócić, 
Herfronici podobni do Kowboja nie pozwoliliby jej na to. Tego był pewien.  

Jeden  po  drugim,  odczyty  slajdów  pojawiały  się  na  ekranie  w  kodzie,  który  Dan  mógł 

jedynie  zgadywać.  Wyglądało  to  na  analizę  chemiczną.  Ale  na  wszelki  wypadek  wolał  się 
upewnić.  

Podszedł do Kendry i przyglądał się ekranowi.  
– Co to jest? 
Studiowała wyniki, od czasu do czasu coś przełączając.  
– Idź już, Dan.  
– Powiedz mi.  
Wzruszyła ramionami, jakby to, co robi, nie miało znaczenia.  
– DNA.  
Wciąż oszołomiony wiadomością, że będzie ojcem, nie od razu zrozumiał jej słowa. Gdy 

do niego dotarły, zesztywniał.  

– Czyje DNA? Ludzkie? 
– Oczywiście. Sprawdzam, czy przetworzyłam je właściwie i czy nadaje się do użytku. – 

Przesunęła następny przełącznik.  

Czuł,  jak narasta w nim gniew. Nie dość, że chce zniknąć z jego dzieckiem, to  jeszcze 

kradnie materiał genetyczny innych mężczyzn? Tego nie mógł już znieść.  

– Mam nadzieję, że żartujesz. Uniosła wzrok, zdziwiona jego tonem.  
– Dlaczego miałabym żartować na temat swojej pracy? 
– Twojej pracy? 
– Oczywiście. Dlatego mnie tu przysłano.  
Nie chciał, ale musiał się dowiedzieć. Cokolwiek się działo, trzeba to było zatrzymać.  
– Czy po to, by powołać do życia więcej Herfronitów? 

background image

–  Tak.  A  w  każdym  razie  wziąć  niektóre  pożądane  cechy  i  złączyć  z  naszymi.  – 

Wprowadziła jakieś poprawki do swoich obliczeń.  

–  Zniszcz  to  –  rozkazał.  –  Nie  macie  prawa  brać  od  nas  DNA  bez  naszej  zgody.  To 

nieuczciwe.  

– Za późno. – Mówiła spokojnie, kontynuując pracę i nie patrząc na niego.  
– Zniszcz je. Teraz – polecił ostrym głosem. Dłonie zacisnęły mu się w pięści.  
Nie odpowiedziała. Zamiast tego przełączyła coś i jeden slajd wyskoczył.  
Ręce Dana wysunęły się ku jej ramionom, ale tym razem nie dlatego, by ją chronić. Był 

zły.  

– Cholera, słuchaj mnie! Musisz je zniszczyć! 
Ciało Kendry zesztywniało.  
– Nie dotykaj mnie. – Jej głos był cichy i lodowato zimny. Zmroził go. Nie musiał nawet 

widzieć jej twarzy.  

– Oddaj je – powtórzył uparcie, cofając jednak dłonie.  
Kendra  odwróciła  się  ku  niemu  powoli,  z  myląco  pustym  wyrazem  twarzy.  Ale  słowa, 

które zabrzmiały w jego głowie, niewątpliwie pochodziły od niej.  

Nigdy  więcej  nie  dotykaj  mnie  w  gniewie.  Spojrzał  na  nią  z  niechęcią,  odpowiadając  w 

myślach: Bo co? 

– Bo nie pozwolimy ci zachować przytomności – powiedziała głośno, a słowa odbiły się 

echem w pomieszczeniu.  

Jego  dłonie  wciąż  paliły.  Jeszcze  chwila,  a  nie  wytrzyma  napięcia  i  coś  w  nim  pęknie. 

Kendra westchnęła.  

– Słuchaj, chłopcze – zaczęła uspokajająco.  
– Nie traktuj mnie z taką wyższością! Chcę tego, co należy do ludzi, a jestem tu jedyny, 

który ma do tego prawo! 

Kendra przechyliła głowę i spojrzała na niego.  
–  Nie  rozumiem,  Dan.  Mężczyźni  wydalają  nasienie,  od  kiedy  tylko  potrafią  je 

wyprodukować. Nie troszczycie się, co się z nim dzieje ani jak jest niszczone. Ale ja nawet 
nie  pobieram  nasienia.  Wzięłam  mikroskopijne  kawałki  skóry.  Moje  zadanie  polega  na 
wzmocnieniu  moich  ziomków,  by  byli  w  stanie  lepiej  pracować.  To  DNA  temu  służy.  Nie 
zraniłam nikogo. Dlaczego ci to przeszkadza? 

– Nie dostałaś zgody. Potrząsnęła głową.  
– Nawet nie poczuli, że coś robię.  
–  To  należy  do  nas  –  upierał  się,  nie  umiejąc  przedstawić  innych  argumentów,  ale 

zdecydowany nie ustąpić.  

Spojrzała na niego z obrzydzeniem. Widział już kiedyś to spojrzenie. Wiedział, że Kendra 

ma rację, ale nie chciał się poddać. Wyciągnął rękę i przełączył dźwignię, a slajdy wypadły ze 
szczeliny. Kendra spróbowała go zatrzymać, ale nie była dość szybka.  

– Niech cię szlag trafi!  – krzyknęła, po raz pierwszy tracąc panowanie nad sobą.  – Nie 

miałeś  prawa  tego  zrobić!  Zniszczyłeś  je!  To  była  praca  całego  życia,  której  nie  jestem  w 
stanie odtworzyć! 

background image

– Czy nie rozumiesz? To nie było wasze! Gdybyś przystawiła facetowi pistolet do głowy i 

obrabowała go w ciemnej uliczce, nie mogłabyś ukraść więcej! Nie dość, że chcesz zabrać mi 
moje dziecko, to jeszcze kradniesz geny innych mężczyzn! 

Kendra wpatrywała się w niego, jakby właśnie zwariował.  
Wściekłość wypełniła go jak ognista lawa. Gdy dosięgła jego mózgu, nie mógł się ruszyć. 

Przez krótką chwilę obawiał się, że zaraz eksploduje. Chciał objąć ją ramionami i zmusić do 
wysłuchania informacji przekazywanych przez serce, bo język nie mógł znaleźć właściwych 
słów.  

Zamiast tego poczuł jej uspokajające myśli, chłodzące jego gniew. Nie jestem pewna, czy 

rozumiem, ale szanują twoje stanowisko, powiedziała bez słów.  

I nagle kojące działanie ustało. Dan odczekał chwilę, zastanawiając się, co się zmieniło. 

Potem  zrozumiał.  Ktoś  inny  próbował  do  niego  dotrzeć.  Natychmiast  zablokował  myśli, 
wyobrażając sobie zewnętrzną powłokę pojazdu.  

Kendra szeroko otworzyła przerażone oczy. Dotknęła jego dłoni.  
– Musisz iść – szepnęła. Energicznie skierowała się do wyjścia. Jej niepokój był niemal 

tak samo wyczuwalny jak wcześniej jego wściekłość.  

Podążył  za  nią,  wciąż  skupiając  się  na  wizji  zewnętrznej  powłoki  kapsuły.  Ingerencji 

obcego  towarzyszył  ból.  Dan  wiedział,  że  to  Kowboj,  który  tym  razem  pozwalał  mu 
zrozumieć przesłanie. Było ono jasne, krótkie i treściwe.  

Kowboj mówił, że ma się wynosić. Dan zdał sobie sprawę, że slajdy, ciąża Kendry i w 

ogóle  nic  nie  będzie  miało  znaczenia,  jeśli  nie  weźmie  sprawy  w  swoje  ręce.  Musi  teraz 
odejść,  by  przygotować  się  do  późniejszego  starcia.  Nawet  to,  że  Kendra  pozwoliła  mu 
zachować wspomnienia, nie miało znaczenia. Jeśli Kowboj postawi na swoim, Dan nie będzie 
żył.  

background image

ROZDZIAŁ 6 

 

Kendra  poprowadziła  Dana  po  rampie  na  skalistą  ziemię,  a  następnie  szybko  i 

bezszelestnie przeszli wzdłuż pojazdu na jego tył. Tam Kendra zatrzymała się i skupiła przez 
chwilę, usiłując namierzyć Kowboja i odczytać jego myśli.  

Kowboj  ponownie  dotarł  do  umysłu  Dana.  Wyglądało  na  to,  że  cierpienie  innych 

sprawiało  Herfronicie  przyjemność.  Dan  zamknął  oczy  i  starał  się  nie  jęczeć.  głośno, 
czekając, aż ucisk zelżeje. Potem odetchnął głęboko i przygotował się na następny atak.  

Znów się zaczęło.  
–  Poddaj  się  –  szepnęła  Kendra,  uściskiem  dłoni  dodając  mu  odwagi.  –  Nie  myśl  o 

niczym poza bólem, wtedy Kowboj też go poczuje.  

Wstrzymał oddech i skoncentrował się na wwiercającej mu się w głowę szpili. Kowboj 

najwyraźniej  zawahał  się,  ale  nie  zrezygnował.  Gdy  w  końcu  się  wycofał,  Dan,  słaby  jak 
dziecko, drżał na całym ciele.  

–  Spokojnie.  –  Dotknęła  drugą  ręką  jego  ramienia.  –  Jest  blisko  –  szepnęła  ledwie 

słyszalnie.  –  Dlatego  tak  cierpisz.  Musisz  się  stąd  wydostać.  Będziesz  bezpieczny,  gdy 
opuścisz okolice pojazdu.  

– Dlaczego? Wszędzie może mnie znaleźć. Sama tak mówiłaś.  
– Nie będzie cię szukał. Jemu chodzi o mnie. Wie, że złamałam reguły, i nie chce, żebym 

posunęła  się  dalej.  Musi  się  upewnić,  że  zostanę  na  statku  i  przygotuję  się  do  powrotu  do 
domu.  

Kendra szybko  wyprowadziła Dana na ścieżkę. Schodzili  ostrożniej, niż wchodzili.  Nie 

było  się  czego  złapać;  musieli  pokonać  wiodącą  wprost  w  dół  i  przyprawiającą  o  zawrót 
głowy drogę po kamieniach i żwirze, który usuwał się im spod nóg, od czasu do czasu mijając 
ciernisty krzew. Po ostatnim ataku Kowboja Danowi kręciło się w głowie. Z całych sił skupiał 
wzrok na plecach Kendry.  

Musiał tylko dostać się do tratwy...  
Właśnie  dotarli  do  brzegu,  gdy  poczuł  nowy,  niespodziewany  impuls.  Chwycił  się  za 

głowę,  bo  miał  wrażenie,  że  rozpadnie  mu  się  na  kawałki.  Gdy  ból  ustąpił,  niezgrabnie 
pociągnął  za  linkę,  aż  wyplątała  się  z  gałęzi.  Wszedł  na  tratwę  i  spojrzał  na  Kendrę.  Nie 
powinien  jej  tu  zostawiać,  by  sama  zmagała  się  z  Kowbojem.  To  nie  było  w  porządku. 
Powinna ruszyć razem z nim.  

Jednak  nie  próbował  prosić  jej  znowu.  Dobrze  wiedziała,  co  myślał  i  czuł.  Kendra  nie 

zmieni zdania. Mógł się złościć i wściekać, a ona wcale nie musiała robić tego, czego sobie 
życzył. Mogła zabrać mu córkę i odejść, nie miał na to wpływu. Wiedziała, nad czym Dan się 
zastanawia, i odpowiedziała mu. Nic więcej nie zostało do dodania.  

– Czy dasz sobie radę? – spytał w końcu.  
Była  blada,  a  jej  ciemne  oczy  błyszczały,  gdy  wpatrywała  się  w  jego  twarz,  jakby 

zapamiętując rysy. Kiwnęła powoli głową, ale przerażenie widoczne na jej twarzy świadczyło 
o czymś innym. Miał wrażenie, że Kendra wie coś. o czym mu nie powiedziała.  

background image

– Czy to Kowboj? 
Znów potakująco skinęła głową.  
– Powiedz mu, niech idzie do diabła – odezwał się ostro.  
– Wie o slajdach. – Prawie płakała.  
Dan nie zmienił zdania. Nie żałował, że zniszczył próbki DNA. Nie dbał o to, czym groził 

gniew  Strażnika.  Nikt  nie  miał  prawa  do  tego  typu  eksperymentów.  Kendra  musiała 
przeniknąć jego myśli, bo znów uścisnęła jego dłoń.  

Biorąc ją w ramiona, zapomniał o niebezpieczeństwie i zemście. Nie mógł się przemóc, 

by  samemu  wejść  na  tratwę.  Wiedział,  że  powinien  odejść  od  Kendry,  ale  rozstanie  z 
ukochaną,  która  nosiła  jego  dziecko,  było  ponad  jego  siły.  Zadał  pytanie,  z  góry  znając 
odpowiedź.  

– Czy zostaniesz ze mną? Proszę.  
Odsunęła się i potrząsnęła głową ze łzami w oczach.  
–  Muszę  wracać.  Nie  mam  wyboru.  Herfron  jest  moim  domem,  tak  jak  Ziemia  twoim. 

Przełożeni  oczekują  relacji  z  mojego  pobytu.  Winna  im  jestem  wytłumaczenie.  Czas 
najwyższy przygotować się do powrotu.  

– Dlaczego? – uśmiechnął się krzywo i sięgnął po jej rękę. – Jesteś w trzech czwartych 

człowiekiem,  a  tylko  w  jednej  czwartej  Herfronitką.  Wydaje  mi  się,  że  mogłabyś  spędzić 
przynajmniej  rok  czy  dwa,  odwiedzając  krewnych.  Nie  sądzisz,  że  nasza  córka  powinna 
najpierw poznać rodzinę ze strony ojca? – spróbował zażartować.  

–  Och,  Dan  –  szepnęła,  najwyraźniej  tak  samo  wzruszona.  –  Chciałabym...  –  Zamiast 

słów, których nie mogła wypowiedzieć na głos, uścisnęła jego dłoń.  

Dan  znów  odczuł  ingerencję,  tym  razem  mniej  intensywną.  W  odruchu  obronnym 

skoncentrował  się  i  udawał,  że  znajduje  się  na  ścieżce  powyżej.  A  potem,  nagle,  od  ich 
prześladowcy dotarła wprost do niego wyraźna myśl. Ścigający ich Herfronita podjął jedną, 
ale nieugiętą decyzję. Przesłanie było jasne: zamierzał zabić ich oboje.  

Rzucił  okiem  na  twarz  Kendry.  Odgadł,  że  otrzymała  tę  samą  wiadomość  i  była 

zszokowana.  Zbladła  jeszcze  bardziej,  w  jej  oczach  błysnęła  panika.  Na  ustach  pojawił  się 
grymas strachu. Rozejrzała się wokół, jakby szukając kryjówki. .  

Dan puścił jej dłoń i sięgnął po wiosło. W końcu wiedział, co robić. Czy Kendrze się to 

podobało, czy nie, nie pozostawało jej nic innego, jak uciekać z nim.  

– Wsiadaj! 
– Dan, ja... – Znów się rozejrzała wokół.  
– Nie mamy czasu do stracenia. Wsiadaj – rzucił ponaglająco. Oboje byli zaskoczeni, gdy 

posłuchała jego polecenia.  

Odpychając  się  od  brzegu,  Dan  skierował  tratwę  ku  środkowi  rzeki,  gdzie  nurt  był 

najszybszy.  Najwyższy  czas,  by  oddalić  się  z  tego  miejsca.  Całą  uwagę  skupił  na  wirach  i 
prądach. Jak długo Kendra była tuż za nim, nie musiał się martwić, co oszalały Strażnik ma 
zamiar zrobić. Należało możliwie szybko się oddalić, jeśli oboje mieli pozostać przy życiu.  

Jeszcze  raz  przypomniał  sobie  straszliwą  groźbę.  Wzdłuż  kręgosłupa  przebiegł  mu 

dreszcz,  a  strach  złapał  za  gardło.  Wściekłość  ustąpiła  miejsca  przerażeniu,  że  ktoś  może 

background image

zabrać mu Kendrę na zawsze. Kendrę i ich dziecko – część jego samego.  

Wszystko w porządku, przekazała mu Kendra. Jej ręka musnęła jego ramię, rozmasowała 

plecy. Naprawdą. Wyjaśnimy wszystko. Tak czy inaczej.  

Dan ścisnął wiosło tak mocno, że zbielały mu kostki palców.  
– Wielkie nieba, Kendro. Chce zabić nas oboje! Wcale nie wygląda na to, by miał zamiar 

cokolwiek wyjaśniać! 

Milczała.  Przemawiały  tylko  jej  ręce  –  koiły  i  gładziły.  Z  każdym  zakrętem  rzeki,  z 

następnym pokonanym progiem, z każdym okrążonym głazem malało wewnętrzne napięcie i 
Dan  oddychał  swobodniej.  Powiększał  się  dystans  dzielący  ich  od  Kowboja,  rosły  szanse 
ucieczki.  

W zwykłych okolicznościach spływaliby rzeką aż do zmierzchu, ale Dan był przekonany, 

że powinien zrobić coś nieoczekiwanego, by zyskać na czasie i pomieszać szyki ścigającemu. 
Kilka  lat  temu  natrafił  gdzieś  w  tej  okolicy  na  wąskie  przejście,  prowadzące  do  innego 
kanionu. Gdyby tylko udało mu sieje odnaleźć! 

Późnym  popołudniem  o  mało  nie  przegapił  niewielkiej  zatoczki  wrzynającej  się  w 

meksykański brzeg. W ostatniej chwili skierował tam tratwę. Gdy już przycumowali, w ciągu 
niecałych dziesięciu minut przeciągnęli cały ładunek na drugą stronę stromego wzgórza. Gdy 
Dan upewnił się, że wybrał właściwe miejsce na biwak, przykazał Kendrze zaczekać i wrócił 
jeszcze po tratwę.  

Nie mógł porzucić jej na brzegu ze względu na Kowboja, nie wierzył również, by udało 

mu się ją skutecznie zamaskować. Nie pytał, co prawda, Kendry, czy Herfronici mają dobry 
wzrok, ale jaskrawożółta guma była łatwo zauważalna nawet w ciemnościach – wystarczyło 
zaświecić  latarkę.  Tratwa  była  ich  jedyną  szansą,  ale  pozostawiona  bez  ukrycia  stanowiła 
wyraźną wskazówkę, gdzie się znajdują.  

Piętnaście  minut  zajęło  Danowi  wypuszczenie  powietrza  z  tratwy  i  zaniesienie  jej  do 

obozowiska.  Nożna  pompka  została  w  jego  samochodzie,  zaparkowanym  kilkanaście 
kilometrów niżej w dole rzeki, więc nadmuchiwanie tratwy rano potrwa długo.  

Tymczasem  musiał  Kendrze  zadać  kilka  pytań.  By  pokonać  przeciwnika,  trzeba  go  jak 

najlepiej rozszyfrować. Kowboj poznał Dana, ale Dan nie miał takiej szansy. Musiał istnieć 
jakiś sposób, by to nadrobić.  

 
Kendra wyciągnęła się na śpiworze i wpatrzyła w ciemnoniebieskie popołudniowe niebo. 

Ciemność nadejdzie za parę godzin i dopiero wtedy będzie mogła odnaleźć swój dom.  

Przez jej ciało wciąż przebiegały dreszcze. Bała się, tak bardzo się bała. Strażnik zagroził, 

że zabierze jej i dziecko, i Dana. Jakby tego było mało, chciał widzieć ją martwą. Nie mogła 
w to uwierzyć. Powiedział jej, że okazała się nieodpowiedzialnym wysłannikiem, że złamała 
zbyt wiele reguł i pozwoliła człowiekowi odnaleźć pojazd, mało tego, dostać się do środka i 
zniszczyć slajdy. Musiała umrzeć. Najbardziej zdumiało ją to, że Kowboj spodziewał się, iż 
zostanie na miejscu i będzie na niego pokornie czekać. Może inni Herfronici posłuchaliby go, 
ale  nie  ona.  Nie  ona  i  jej  córeczka.  I  nie  Dan.  Nie  mężczyzna,  którego  będzie  chronić  za 
wszelką cenę.  

background image

Zanim zapadnie noc, minie parę godzin, podczas których będzie gotować, jeść, rozważać, 

planować  i  kochać  jedyną  osobę,  która  obróciła  wniwecz  wszystkie  wpojone  jej  zasady. 
Jedynego mężczyznę, z którym mogłaby założyć rodzinę.  

Tydzień temu nie przyszłoby jej do głowy ukrywanie się przed swoimi. Zdrowy rozsądek 

nakazywał  odnaleźć  innych  Herfronitów  i  błagać  ich  o  pomoc  w  nawiązaniu  kontaktów  ze 
Starszymi. Może byliby w stanie ochronić ją i Dana, póki nie wyjaśni tego nieporozumienia.  

To pociągało za sobą inne pytanie.  Ona pierwsza pojawiła się na pokładzie. Gdzie byli 

inni? Co się z nimi stało? 

Bez  względu  na  to,  jakie  okażą  się  odpowiedzi,  wiedziała,  że  w  końcu  będzie  musiała 

wrócić  do  domu.  Ten  krótki  czas  spędzony  z  Danem  to  jedynie  odwleczenie  ostatecznej  i 
nieodwołalnej decyzji.  

Może inni, którzy przybyli razem z nią, pojawią się w pojeździe za dzień lub dwa. Może 

wtedy Kowboj odwoła wyrok. Może... Wiedziała, że tak sienie stanie, że się łudzi.  Inni nie 
mogli wpłynąć na decyzję Kowboja. Nie była tak naiwna, by uwierzyć w tę bajkę.  

Po  zboczu  stoczył  się  kamyczek.  Dan.  Dan  dźwigający  opróżnioną  tratwę,  Dan 

przepełniony  lękiem  o  ich  los.  Na  jego  widok  jej  tętno  zabiło  szybciej.  Nadchodził  z 
pytaniami.  Cóż,  przynajmniej  mogła  mu  udzielić  kilku  odpowiedzi.  Potrzebował  ich,  by 
zadecydować, co dalej – cokolwiek to dalej miałoby oznaczać.  

Nagle  wyczuła  blokadę  i  nie  mogła  już  odczytać  jego  myśli.  Czy  zrobił  to  specjalnie? 

Próbowała  być  bardzo  delikatna.  Nie  wiedziała,  czy  Dan  zdawał  sobie  sprawę,  iż  przez 
większą  część  tej  wyprawy  byli  połączeni.  Czy  zorientował  się,  specjalnie  się  od  niej 
odgrodził? 

Rzucił żółty tobołek koło śpiwora i popatrzył na nią ponuro.  
– Musimy pogadać – stwierdził stanowczo.  
– Nie otworzyłeś się przede mną. Dlaczego? – spytała wprost.  
– Bo nie wiem, czy za nami goni tylko jeden szalony Herfronita, czy może inni zdążyli 

już  wrócić.  Jeśli  tak  jest,  to  mogą  odczytać  moje  myśli  i  powiedzieć  swemu  kumplowi 
Kowbojowi, gdzie jesteśmy.  

Kendra  usiadła  i  odrzuciła  ciemne  włosy  z  ramion.  Zaczynał  myśleć  bardziej  logicznie 

niż ona.  

– Oczywiście. Nie przyszło mi to do głowy.  
Zawahała  się,  usiłując  się  wyciszyć,  by  samej  spróbować  poszukać  myśli  innych.  Po 

chwili skupienia odprężyła się i uśmiechnęła.  

– Chyba nie musimy się teraz o to martwić. Góra za nami wydaje się skutecznie blokować 

przepływ myśli.  

–  To  dobrze.  Im  wcześniej  jednak  stąd  znikniemy,  tym  lepiej.  Niebezpieczeństwo  jest 

prawdziwe, Kendro. Dla nas obojga.  

–  Wiem.  Tak  mi  przykro,  że  zostałeś  w  to  wmieszany.  Nie  powinnam  była  nigdy 

prowokować cię do zatrzymania samochodu, tam, na szosie pod San Antonio.  

– Nie prowokowałaś mnie – zaoponował stanowczo. – To ja postanowiłem cię zabrać. – 

Nie wyglądała na przekonaną, ale nie ciągnął tego tematu. – Teraz musimy ujść z życiem.  

background image

– Powiedz mi, co mogę zrobić.  
– Muszę wiedzieć o Kowboju tyle co ty. Każda informacja na jego temat może okazać się 

pomocna, jeśli będę musiał go wyeliminować.  

– Wyeliminować? – Otworzyła szeroko oczy. – Mówisz o zabiciu go? 
– Jeśli zajdzie taka konieczność...  
– Nie mogę ci na to pozwolić. To byłoby bardzo złe.  
– Możemy nie mieć wyboru.  
– Herfronici nie usprawiedliwiają zabijania. – Kendra wiedziała, że upiera się bez sensu, 

ale ta sprawa była zbyt ważna, by ją tak zostawić.  

–  Jakoś  trudno  mi  w  to  uwierzyć.  Twój  Kowboj  nie  jedzie  za  nami  z  troski  o  nasze 

zdrowie, kochanie. Chce nas zabić. Wiesz o tym tak samo dobrze jak ja, inaczej nie byłoby 
cię teraz ze mną.  

Bez względu na to, jak postępowali inni, nie mogła zaakceptować zabijania. Kowboj był 

wyjątkiem, a Kendra nie wiedziała dlaczego. Może dowiedzą się później, gdy już znajdą się w 
samochodzie, w drodze ku...  

Kendra odetchnęła głęboko. Potem z westchnieniem poklepała miejsce obok siebie.  
– Siadaj i porozmawiajmy – powiedziała. – Wspólnie zastanowimy się, co dalej.  
Dan niechętnie posłuchał i usiadł na końcu śpiwora.  
– Jak się Kowboj nazywa i od kiedy przebywa na Ziemi? 
–  Ma  na  imię  Dirk.  Jest  tu  od  dawna.  Najwyraźniej  widział  już  wiele  przylatujących  i 

odlatujących  pojazdów  kosmicznych.  By  użyć  naszego  tradycyjnego  wyrażenia,  on  pilnuje 
bram.  

– Pilnuje jak cholera  – mruknął,  myśląc już o czymś  innym.  –  Skoro jest  tu  od dawna, 

może być renegatem.  

– Co to znaczy? 
– Mógł utracić poczucie więzi ze swoimi. Może już się z nimi nie identyfikuje. Pełnił i 

pełni rolę swoistego kontrolera czy policjanta. Kto wie, czy nie wpłynęło to na jego stosunek 
do  pojawiających  się  na  Ziemi  Herfronitów.  Zapewne  więc  działa  sam,  samodzielnie 
podejmuje decyzje bez konsultacji z przełożonymi.  

– Nie – Kendra zdecydowanie zaprzeczyła. – To zupełnie niemożliwe.  
– W jaki sposób zatem wytłumaczysz jego postępowanie? Ten facet grozi, że zabije nas 

oboje,  i  to  bez  powodu!  Pokazywałaś  mi  tylko  statek.  Jeśli  mu  się  to  nie  podobało,  wie 
przecież, że możesz wyczyścić moją pamięć. To byłby koniec problemu – w każdym razie z 
jego punktu widzenia.  

– Wiedział, że zniszczyłeś próbki, a ja byłam za to odpowiedzialna.  
– To w dalszym ciągu nie znaczy, że zasłużyłaś na karę śmierci.  
–  I  nie  stosowałam  się  do  wszystkich  reguł  –  przyznała,  jakby  popełnienie  grzechu 

równało się zabójstwu.  

– O Boże, ależ jesteście twardzi. Żadnego z tych wykroczeń nie karze się śmiercią.  
Kendra  zmarszczyła  czoło,  zastanawiając  się  nad  logiką  Dana.  Miał  rację.  Z  ich, 

Herfronitow, punktu widzenia nie musiał umierać. Bez wiedzy na temat pojazdu zawartej we 

background image

wspomnieniach nie byłby niebezpieczny. A ona sama przecież postanowiła wrócić do swoich 
bez  względu  na  to,  jak  bardzo  chciała  pozostać  na  Ziemi.  Postępowanie  Dirka  nie  miało 
sensu.  

W tej sytuacji jedynym racjonalnym wyjaśnieniem było to, które podsunął Dan: Dirk jest 

zdrajcą.  

Lodowaty dreszcz przebiegł przez ciało Kendry, gdy pomyślała o Kowboju, ścigającym 

ich  bez  wyraźnej  przyczyny.  Niezależnie  od  tego,  co  mówił  Dan,  Kendra  wiedziała,  że 
prędzej  czy  później  Dirk  ich  dopadnie.  Na  swojej  własnej  planecie  Herfronici  poruszali  się 
ciężko  i  powoli.  Jednak  tu,  na  Ziemi,  gdzie  występowała  mniejsza  siła  przyciągania,  a 
powietrze miało inny skład, mogli przemieszczać się równie szybko jak ludzie.  

W  obu  środowiskach  ich  umysły  pracowały  jasno  i  sprawnie,  niczym  ścisły,  logiczny 

mózg naukowca. Tyra bardziej myśli i działania Dirka pozostawały zagadką. Co zamierzał? 
Dlaczego  chciał  zabić  Kendrę,  skoro  przekazała  mu  wiadomość,  że  jest  posłuszna  i 
zdecydowanie, choć niechętnie szykuje się do podróży do domu? 

Albo Dirk nie myślał logicznie, albo Kendrze brakowało zasadniczej części układanki.  
Dan poruszył się niespokojnie i odwrócił w jej stronę.  
– Gdybyś wróciła na Herfron, co powiedziałabyś swoim? 
– Nie gdyby, tylko kiedy – przypomniała mu łagodnie, pochylając się do przodu, jakby w 

ten  sposób  łatwiej  mógł  ją  zrozumieć.  –  Wyjaśnię,  co  się  tu  wydarzyło,  jeśli  będę  mogła 
zachować  pamięć.  A  powiedziałabym  im,  gdyby  to  było  możliwe,  że  chciałabym  wrócić  i 
zamieszkać na Ziemi.  

Dan odwrócił głowę i zapatrzył się w krajobraz. Kendra starała się zapamiętać jego profil. 

Był to silny, męski profil, który budził ufność, że Dan potrafi poradzić sobie ze wszystkim – 
tylko że tak nie było.  

– Dlaczego „gdyby to było możliwe”? Czy oni by cię zabili? 
–  Nie,  ale  zazwyczaj  w  drodze  do  domu  nasza  pamięć  zostaje  wyczyszczona,  a  jej 

zawartość przeniesiona do kartoteki.  

–  Czy  ktokolwiek  ma  dostęp  do  tej  kartoteki?  Kendra  zafascynowana  przyglądała  się 

ptakowi siedzącemu na wielkiej opuncji.  

– Tylko Starsi.  
– Kto podejmuje decyzje oparte na tych informacjach? 
– Starsi.  
– No cóż – przeciągał sylaby zamyślony Dan – widocznie nie są tak wszystkowiedzący, 

jak  uważasz,  skarbie.  Inaczej  chyba  nie  pozwoliliby  Dirkowi  na  podobne  postępowanie. 
Skoro  pozostaje  na  wolności,  zabija  innych  i  utrzymuje  to  w  tajemnicy,  istnieje 
prawdopodobieństwo, że Starsi przyzwalają na wszystko, co on robi.  

– Starsi nie mogliby tego zrobić.  
– Dlaczego? 
– Wszystkie decyzje wynikają z oceny, co jest korzystne dla Herfronitów, a co nie jest.  
– Skoro tak, widocznie uznano, że twoja śmierć może być korzystna.  
– Nie wolno ci tak mówić – skarciła go, ale zasiane przez Dana ziarno niepokoju zaczęło 

background image

kiełkować.  Dan  ma  rację,  ma  rację,  ma  rację,  szumiało  jej  w  uszach.  Kendra  ze  ściśniętym 
gardłem wpatrywała się w niego.  

–  Dan?  –  Przytrzymała  wzrokiem  jego  spojrzenie,  starając  się  równocześnie  nie 

pokazywać po sobie lęku.  

Dan bez zbędnych słów otworzył ramiona, przytulił ją do piersi, trzymając jej głowę tuż 

przy sercu. Jedną dłoń wsunął pod bawełnianą koszulkę, a lekko stwardniałe opuszki palców 
gładziły delikatną skórę jej pleców.  

Rytmiczne  bicie  jego  serca  uspokajało  Kendrę,  upewniało,  że  wszystko  będzie  dobrze. 

Wiedziała, że to pozory, ale w każdym razie obecność Dana nie pozwalała na to, by panika 
zawładnęła nią całkowicie.  

Strach  z  wolna  odpływał,  oplatała  jednak  wciąż  Dana  ramionami.  Otworzyła  się  przed 

nim całkowicie, pozwalając mu  dostrzec wypełniające ją wątpliwości.  Musiał  ją zrozumieć, 
bo  zacisnął  mocniej  ramiona,  a  z  gardła  wyrwał  mu  się  pełen  rozpaczy  jęk.  Pochylił  się, 
przytulił usta do zagłębienia jej szyi, pieszcząc ją ciepłymi wargami.  

– Wszystko będzie dobrze – zapewnił niskim, chropawym głosem.  
Kendra  w  milczeniu  kiwnęła  głową,  ale  oboje  wiedzieli,  że  to  niemożliwe.  Tym  razem 

udało im się wymknąć Kowbojowi, ale w końcu ich odnajdzie. Nie wolno im ani na chwilę 
tracić  czujności.  Póki  Kendra  nie  porozumie  się  ze  Starszymi,  będą  uciekać  przed  groźbą 
śmierci.  

– Nie będziemy musieli – Dan powiedział to głośno. – To się wkrótce skończy.  
Kendra roześmiała się drżąco.  
– Coraz lepiej mnie odczytujesz. Powinnam uważać, o czym myślę.  
–  Nie  blokuj  mnie,  kochanie  –  dobiegł  ją  stłumiony  głos  Dana.  –  Może  znajdę  jakiś 

drobny fakt, który będziemy mogli wykorzystać, a który pominęłaś jako nieważny.  

Uśmiechnęła  się  i  wysunęła  z  bezpiecznej  przystani,  jaką  były  jego  ramiona.  Pełna 

miłości  i  namiętności,  od  której  drżały  jej  dłonie,  objęła  jego  twarz.  Skóra  Dana  była 
rozgrzana  słońcem,  opalona  na  złotobrązowy  kolor.  Głęboko  osadzone,  niebieskie  oczy 
wpatrywały  się  w  nią  z  uczuciem,  którego  nie  mogła  pojąć,  ale  od  którego  robiło  jej  się 
gorąco.  

– Czy potrafisz odczytać, co w tej chwili myślę? – spytała cicho.  
Wyraz jego twarzy z wolna się zmieniał.  
– Jesteś pewna? – zapytał.  
–  Bardzo,  bardzo  pewna  –  szepnęła,  niemal  bojąc  się  poruszyć,  by  nie  przerwać  czaru, 

który ich otaczał.  

Uśmiech rozjaśnił twarz Dana, a we wpatrzonych w nią oczach zabłysła czułość.  
– No cóż, skarbie, przynajmniej to mogę dla ciebie zrobić.  
Położył ją na puchowym śpiworze i pocałował w cieniu meksykańskich gór i wysokiego 

kaktusa. Jego dotyk był czuły, a pocałunek słodszy ponad wszelkie wyobrażenie. Z kuszącą 
powolnością, delikatnie, Dan zaczął mówić Kendrze – bez słów, tylko wargami i dłońmi – jak 
bardzo pragnie, by z nim została.  

Jej westchnienia zmieniły się w jęk, on jednak wciąż się wstrzymywał. Kendra była jego i 

background image

w ten sposób brał ją w posiadanie. Gdy jego język pieścił jej sutkę, nie mogła złapać oddechu.  

Zdał sobie sprawę, że działa na nią tak samo, jak ona na niego, że chce go tak bardzo, jak 

on ją.  

– Powiedz to – mruknął ochryple. – Nie zmuszaj mnie, bym powiedział to pierwszy.  
Wiedziała,  czego  chciał.  Ujęła  go  pod  brodę  i  uniosła  mu  głowę,  by  mógł  spojrzeć  jej 

głęboko w oczy i przekonać się, jak bardzo jest mu oddana.  

–  Pragnę  cię,  Dan.  Pragnę  cię  tak  bardzo,  że  cała  drżę.  Wzdychając  z  ulgą,  objął  ją 

ramionami i wsunął się w jej ciepło. Gwałtownie chwyciła oddech. Zrozumiał, że potrzebują 
się  nawzajem  z  równą  siłą.  Sam  jej  dotyk  działał  jak  afrodyzjak.  Dan  kochał  Kendrę  z 
ogromną namiętnością, intensywnością i cudowną słodyczą.  

Później ciemność przykryła ich jak baldachim z czarnego aksamitu, usianego milionami 

drobnych, srebrnych gwiazdeczek. Wciąż w siebie wtuleni, wpatrywali się w nocne niebo, a 
ona  wskazywała  mu  różne  gwiazdy.  Coraz  mocniej  wierzył  we  wspólną  przyszłość.  Zdał 
sobie sprawę, jak bardzo ją kocha.  

background image

ROZDZIAŁ 7 

 

Niemal  dwie  godziny  zajęło  Danowi  napompowanie  żółtej  tratwy.  Dmuchał,  póki  nie 

zakręciło mu się w głowie, przerywał, by odpocząć, znów dmuchał. Kendra usiłowała pomóc, 
ale pojemność jej płuc nie wystarczała nawet, by zgasić świeczkę z trzech kroków.  

Co  kilka  minut  Dan  zerkał  na  swoją  towarzyszkę,  która  na  skale  wieńczącej  szczyt 

wzgórza,  dobrze  schowana  przed  przypadkowym  spojrzeniem  usiłowała  przechwycić  jakąś 
myśl Kowboja. Dan był przekonany, że Dirk uznał, iż płyną w dół rzeki.  

Gdy  tratwa  była  już  gotowa,  szybko  ją  załadował  i  poszedł  po  Kendrę.  Dochodząc  do 

wzgórza, zatrzymał się w cieniu drzewa mesquite i obserwował kobietę, która odmieniła jego 
życie  po  raz  drugi.  Siedziała  po  turecku,  twarzą  zwrócona  do  płynącej  w  dole  rzeki,  z 
zamkniętymi oczyma, przechylając głowę jak kwiat, który szuka ciepła porannego słońca.  

Kiedyś  wyśmiałby  każdego,  kto  robił  coś  w  stylu  NewAge.  Teraz  nic  go  nie  dziwiło. 

Kobieta, którą uważał za piękniejszą, bardziej ukochaną i słodszą od wszystkich innych, była 
kosmitką. Cóż więcej mógł powiedzieć? 

Kendra  usiłowała  ukryć,  że  odejdzie.  Ale  Dan  wiedział.  Każda  chwila  była  chwilą 

darowaną, tym cenniejsza wydawała się kolejna mijająca sekunda. Wzruszenie ścisnęło go za 
gardło, serce przepełnił bezbrzeżny smutek.  

– Jesteś gotów? – Kendra objęła go spojrzeniem od stóp do głów, jakby sprawdzając, czy 

nic  mu  nie  jest.  Obserwacja  musiała  wypaść  zadowalająco,  bo  zanim  zdążył  odpowiedzieć, 
uśmiechnęła się z czułością.  

– Jesteś taka piękna. – Wcale nie miał zamiaru mówić tego głośno. Tak mu się wyrwało.  
– Dziękuję. – Przyjęła komplement kiwnięciem głowy. – Tak jak twoja żona.  
–  Nie,  moja  żona  była  ładna,  ale  nigdy  nie  emanowało  z  niej  piękno  duszy.  Zżerał  ją 

niepokój, lęki, dokuczały nie rozwiązane problemy.  

Brązowe oczy Kendry stały się złote jak słońce, rozświetlając się wewnętrznym blaskiem. 

Złożył  jej  największy  hołd:  powiedział,  że  jej  dusza  jest  piękna.  Zamiast  znów  mu 
podziękować, przekazała mu myślami, jak głęboko wzruszyły ją te słowa.  

Dan nie poruszył się, kontemplując przeżycia Kendry. Nic nie mówiąc, otworzył ramiona, 

by mógł poczuć także jej fizyczną bliskość.  

Kendra  wstała  i  wsunęła  się  w  jego  objęcia.  Uścisnęła  go,  a  następnie  odwróciła  się  i 

oparła plecami o tors Dana. Otoczył ją ramionami w talii i położył otwartą dłoń na niewielkim 
pagórku jej łona, by tym gestem objąć swą nie narodzoną córeczkę.  

Przyszłość  rysowała  się  niepewnie,  przeszłości  nie  można  zmienić,  liczy  się 

teraźniejszość, tu i teraz.  

Dan  zamyślił  się,  trzymając  ukochaną  w  ramionach.  Gdyby  mógł  zatrzymać  czas, 

odwrócić bieg wydarzeń, zapewnić Kendrze i ich dziecku bezpieczeństwo...  

Odsunął niespokojne myśli, poddając się nastrojowi chwili.  
 
Podróż  w  dół  rzeki  przebiegała  spokojnie.  Dan  zachowywał  czujność,  ale  niczego  nie 

background image

zauważył.  Kendra  początkowo  milczała,  potem  oznajmiła,  że  nie  wyczuwa  obecności 
Kowboja.  

Raz  usłyszeli  głosy  i  śmiech.  Dobiegały  z  płynących  za  nimi  tratw  z  turystami.  Innym 

razem Dan zauważył na wzgórzu starego Meksykanina przygotowującego pulque. Pozdrowili 
się ruchem dłoni.  

Coraz  częściej  przedzierali  się  przez  progi  rzeczne.  Rio  Grandę  zagłębiała  się  w  Park 

Narodowy  Big  Bend,  dążąc  ku  kanionowi  Santa  Elena,  wąskiemu  wąwozowi  o  pionowych 
ścianach.  Z rzeki  wyłaniały się tu  głazy wielkie jak domy. Dla większości turystów była to 
główna  atrakcja  spływu.  Dla  kajakarzy  –  najtrudniejsza  próba.  Jeśli  prowadzący  nie  był 
doświadczony, przepłynięcie rzeki w tym odcinku mogło się źle skończyć.  

Dan  uświadomił  sobie,  że  podczas  przedzierania  się  rzeką  przez  kanion  będą  jak  ryby 

złapane w sieć – bez możliwości ucieczki.  

– Musimy porzucić rzekę.  
– Dlaczego? Czy jesteśmy już blisko twego dżipa? 
–  Nie,  ale  Kowboj  pewnie  już  wie,  gdzie  on  stoi,  i  czeka  na  nas.  Gdy  dotrze  do 

samochodu, uzyska dowód, że spływamy tratwą. Naszą jedyną szansą jest przechytrzyć go i 
oddalić się od rzeki.  

Przerzucił wiosło na drugą stronę tratwy i zaczął kierować się ku brzegowi.  
– Tam znajduje się parking. Zobaczmy, może spotkamy kogoś, kto podrzuci nas do Del 

Rio lub Alpine. Tam możemy wynająć samochód.  

Po  przycumowaniu  Dan  wziął  Kendrę  za  rękę  i  poprowadził  ku  parkingowi. 

Sześcioosobowa  rodzina  pakowała  rzeczy  do  bagażnika  i  na  dach  sporej  furgonetki.  Dwoje 
dzieci, najwyraźniej bliźnięta, kłóciło się, kto będzie siedział przy oknie, natomiast nastolatki 
były zajęte ekwipunkiem. Wzdłuż opuszczonej drogi parkowało w dość przypadkowy sposób 
kilkanaście pojazdów. Ostatnia stała inna furgonetka – biała z niebieskimi pasami.  

Lekko ciągnąc Kendrę za rękę, Dan okrążył rodzinę skupioną przy aucie. Gdy spojrzeli 

na niego, przyjacielsko machnął ręką, ale szedł dalej ku ostatniemu samochodowi. Spróbował 

drzwi – wszystkie były zamknięte. Domyślił się, że pod niewielkim wybrzuszeniem dywanika 
koło  fotela  kierowcy  są  schowane  kluczyki  do  stacyjki.  Właściciele  pojazdu  najwyraźniej 
zabrali ze sobą tylko kluczyki do drzwiczek.  

Dan odwrócił się i zmarszczył czoło.  
–  Kochanie,  mogłabyś  zacząć  rozpakowywać  tratwę?  Pomogę  ci,  gdy  tylko  uda  mi  się 

otworzyć samochód – powiedział głośno, ale nie krzycząc.  

Zrozumiała, co zamierzał zrobić. Czuł, jak zmaga się z sobą, z wpojoną jej pogardą dla 

kłamstwa i oszustwa. W końcu niechętnie dostosowała się do jego gry.  

– O czym ty mówisz? – spytała. – Dlaczego nie możesz otworzyć? 
–  Nie  chciałem  cię  martwić,  skarbie,  ale  wczoraj  w  nocy,  gdy  przywiązywałem  tratwę, 

kluczyki wpadły mi do wody. Będę musiał się włamać do samochodu.  

–  Och,  kochanie  –  jęknęła  Kendra.  –  Dlaczego  byłeś  taki  nieostrożny?  Mówiłam,  że 

włożę  je  do  kosmetyczki,  ale  upierałeś  się,  że  u  ciebie  będą  bezpieczne.  No  i  co  teraz 
zrobimy? Wszystko przez twoją nieuwagę.  

background image

–  Przestań  mnie  pouczać,  skarbie.  I  tak  robię  sobie  wyrzuty  –  odrzekł  Dan,  udając 

zirytowanego. – Po prostu weź się do rozpakowywania, dobrze? 

Kendra  niechętnie  skierowała  się  na  powrót  ku  tratwie.  Gdy  mijała  zajętą  pakowaniem 

rodzinę,  jeszcze  raz  spojrzała  przez  ramię  w  kierunku  Dana.  Udawał,  że  próbuje  odsunąć 
małą szybkę, by dostać się do środka.  

–  Zgubiliście  klucze?  –  zawołał  mężczyzna.  Gdy  Dan  przytaknął,  zaproponował:  – 

Chcecie spróbować moimi? Czasami się udaje.  

– Dzięki. Warto spróbować.  
Usiłował  ukryć  niecierpliwość,  gdy  mężczyzna  zbliżał  się  bez  pośpiechu,  szukając 

kluczyków  w  kieszeni  wyblakłych,  pomarańczowych  szortów.  Z  powolnością  żółwia 
wyciągnął kółko z kluczami, wybrał właściwy i spróbował wsunąć go do zamka. Wsuwał go i 
wysuwał, obracał lekko, a w końcu uśmiechnął się szeroko, bo zamek puścił.  

– Czasem tak się zdarza – powiedział z zadowoleniem. – Ktoś mi kiedyś mówił, że jest 

tylko dziesięć modeli kluczyków.  

– No, no, no – powiedział Dan z podziwem, robiąc zdumioną minę. Poczuł ogromną ulgę 

i  spróbował  przekazać  to  uczucie  Kendrze.  Zastanawiał  się,  jak  szybko  uda  mu  się  pozbyć 
mężczyzny i zabrać do pakowania rzeczy do samochodu. Mężczyzna wzruszył ramionami, ale 
był wyraźnie dumny ze swego osiągnięcia.  

–  Nic  takiego.  Gdyby  się  nie  udało,  druciany  haczyk  z  mojej  skrzynki  z  narzędziami 

załatwiłby sprawę – rzekł.  

– Moja żona nieustannie gubi kluczyki, więc zawsze jestem przygotowany. Tego właśnie 

uczy małżeństwo z ładną, bujającą w obłokach lalunią.  

Kendra  pojawiła  się  na  ścieżce,  uginając  się  pod  ciężarem  toreb  z  ubraniami  i  jednej  z 

lodówek. Dan uśmiechnął się szeroko i zawołał: 

– Ten miły człowiek właśnie otworzył nasz samochód! 
– Sięgnął pod dywanik, wyciągnął kluczyki i włożył je do kieszeni, a następnie odebrał 

od Kendry pakunki.  

Kendra  pomachała  do  wracającego  do  rodziny  mężczyzny.  Jej  ciemne  oczy  błyszczały 

gniewem, bo wiedziała, jak się wyraził o własnej żonie. Mimo to wykrzyknęła: 

– Dzięki! 
–  Nie  ma  sprawy  –  odkrzyknął  mężczyzna.  Nagle  uniósł  dłoń  do  skroni,  jakby  głowę 

przeszył mu ostry ból. Dan popatrzył uważnie na Kendrę, ale ona wciąż się uśmiechała.  

– Wsiadaj – polecił cicho – resztę zostawiamy.  
– To marnotrawstwo – szepnęła.  
– Nieważne – odparł – chodzi o nasze życie.  
– A co z biednymi ludźmi, do których należy ten samochód? 
Otworzył drzwi od strony pasażera i niemal wrzucił ją do środka.  
–  Lepiej,  żeby  oni  zostali  na  lodzie,  niż  żebyśmy  my  byli  martwi.  Martwi,  Kendro  – 

powtórzył z naciskiem.  

– Nie marnujmy czasu.  
Wsunął kluczyk w stacyjkę i przekręcił. Silnik natychmiast zaskoczył. Szybko sprawdził 

background image

wskaźniki. Wszystko było w porządku. Mieli nawet pełen bak.  

Kendra myślała na głos.  
– Tak, ale ta rodzina wróci po swój środek transportu. Dzieci będą zgrzane i zmęczone, a 

ich . matka zdenerwowana.  

Dan wrzucił już wsteczny bieg, ale wcisnął hamulec i spojrzał na nią zdumiony.  
– Czy potrafisz przewidywać przyszłość? 
– Nie, ale mogę to sobie z łatwością wyobrazić. Zerknął ostrożnie w jej twarz.  
– Potrafisz odgadnąć, czy właściciel tego samochodu jest żonaty i ma dzieci? 
– Nie, to tylko domysły, Dan. Nie panikuj. Może czasami potrafię odczytywać myśli, ale 

nic więcej. Nie udaje mi się nawet pozorować, że fruwam.  

– Fruwasz? – Nie potrafił zrozumieć, o co jej chodzi. O jakim fruwaniu mówisz? 
Roześmiała się.  
– O sposobie, w jakim kosmici unoszą się w powietrzu na ziemskich filmach.  
Dan roześmiał się i wrzucił bieg.  
Niecałą  godzinę  później  zerknął  na  licznik.  Przejechali  zaledwie  trzydzieści  pięć 

kilometrów po nierównej, szutrowej drodze, ale zbliżali się już do bramy parku.  

– Zablokuj myśli – rozkazała nagle Kendra.  
Dan  posłuchał,  modląc  się  w  duszy,  by  Kowboj  nie  wyczuł  jego  strachu.  Precyzyjnym 

ruchem kierownicy wprowadził samochód na główną drogę z utwardzoną nawierzchnią, która 
wiodła wprost do bramy, i jechał dalej z umiarkowaną prędkością, gdy poczuł pierwszy, słaby 
impuls. Wiedział, że to Kowboj, jeszcze zanim zrozumiał jego przekaz: – Gdy was dopadną, 
nikt nie będzie wiedział, pod którą kupą kamieni was pochowałem. 
 

Dan  westchnął  ciężko  i  spojrzał  na  Kendrę.  Siedziała  sztywno,  wpatrzona  przed  siebie. 

Ten cholerny facet zostawił go w spokoju, bo znalazł swój łup: Kendrę. Dan nacisnął na pedał 
gazu i rozpędził samochód, przekraczając dozwoloną prędkość. To nie był jego wóz i nic go 
nie obchodziło poza tym, żeby wywieźć Kendrę z niebezpiecznej strefy.  

Gdy  samochód  gnał  szosą,  zbliżając  się  do  miejsca  wyjazdu  z  parku,  znów  zerknął  na 

siedzącą  obok  dziewczynę.  Kurczowo  trzymała  pas  bezpieczeństwa  na  wysokości  piersi, 
wpatrując się w drogę szeroko otwartymi oczami.  

Zwolnił.  
– Dobrze się czujesz? 
– Czy zwalniamy? 
– To prędkość cię tak przeraziła? 
– Tym razem tak – przytaknęła. – Można zginąć w różny sposób, Dan.  
Zdjął nogę z gazu i zatrzymał się przy bramie.  
– Skręć w prawo – poleciła. – W kierunku Del Rio.  
–  Ta  droga  biegnie  bliżej  Rio  Grandę  –  powiedział.  –  Jeśli  Kowboj  płynie  dalej  w  dół 

rzeki, może nas odszukać, gdy znów zbliżymy się do meksykańskiej granicy.  

– Dirk oddalił się od rzeki. Kieruje się do San Antonio.  
– Skąd wiesz? 
– Nie tylko on potrafi czytać myśli – powiedziała. – Wciąż chce nas znaleźć i zabić.  

background image

Teraz, gdy nie pędzili już z szaloną prędkością, najwyraźniej zastanawiała się nad czymś 

innym.  

– Potrafisz odczytać jego myśli? Spojrzała na niego ze zdziwieniem w oczach.  
– Oczywiście. Ty też mogłeś przez chwilę, pamiętasz? 
– Myślałem, że to on wysłał do mnie wiadomość. Patrzyła przez okno.  
– Nie może czymś się zajmować i równocześnie czytać myśli. To zbyt trudne.  
Z  trudem  powstrzymując  niecierpliwość,  Dan  stuknął  palcem  wskazującym  w 

kierownicę.  

–  Ale  teraz,  przed  chwilą.  Czy  odczytałaś  jego  myśli?  Kendra  przytaknęła,  wciąż 

marszcząc czoło.  

– No i? – ponaglił ją.  
–  Uważa,  że  wracam  do  San  Antonio,  bo  to  jedyne  miasto,  jakie  znam.  Doszedł  do 

wniosku, że poznaliśmy się tam zaraz po moim przybyciu na Ziemię.  

– Wszystko, co mówisz, jest bardzo logiczne, kochanie. Kowboj zebrał do kupy fakty, a 

następnie na ich podstawie domyślił się reszty.  

– Tak, ale myli się! 
–  Nie  przejmuj  się  tym.  –  Głos  Dana  był  oschły,  pozbawiony  emocji.  –  Gdy  tylko  zda 

sobie sprawę, że popełnił błąd, szybko go naprawi. Nie zapominaj, że ten facet próbuje nas 
zabić! 

Czuł  na sobie uważne spojrzenie Kendry. Zmusił się do skupienia uwagi  na wijącej  się 

przed nimi szosie, a w głębi duszy usiłował odgadnąć następny ruch człowieka, który przecież 
wkrótce będzie wiedział, jaką drogę wybrali. By przeżyć, musiał myśleć szybciej niż on.  

Cztery  godziny  później  dojechali  do  Del  Rio.  Dan  miał  tak  zmęczone  prowadzeniem 

ramiona,  że  gdy  tylko  rozluźnił  mięśnie,  natychmiast  zaczęły  drżeć.  Kendra  siedziała 
spokojnie  i  cicho,  bez  ruchu,  z  rękoma  na  kolanach.  Tym  razem  nic  nie  rozważała  ani  nie 
odczytywała, po prostu  siedziała w milczeniu.  Dan powinien był wiedzieć, że nie wróży to 
niczego dobrego.  

Gdy  samochód  zatrzymał  się  na  światłach,  wyciągnął  rękę  i  przykrył  dłonią  jej  dłoń. 

Skórę miała suchą i zimną.  

– Co chcesz zjeść, skarbie? 
– Nic.  
Cofnął dłoń, ruszył i skręcił na podjazd przed barem szybkiej obsługi.  
– Cóż, ja muszę tu coś zjeść. Jeśli masz na coś ochotę, powiedz mi teraz.  
Kendra chwyciła go za ramię, jakby w obawie, że zniknie. Gdy uniosła wzrok, zdumiało 

go to, co zobaczył w jej oczach: nagi strach.  

– Proszę, nie zostawiaj mnie samej. Proszę. Proszę – powtarzała te słowa jak litanię.  
Rozmasował jej ręce.  
– Ciii, wszystko w porządku – uspokajał ją, choć był tak samo jak ona zdenerwowany. – 

Czy wiesz coś, czego ja nie wiem, Kendro? 

Potrząsnęła głową, a w jej czarnych włosach rozbłysły czerwone refleksy.  
– Nie wiem nic więcej. Nie rozumiem, co się dzieje, a to mnie przeraża.  

background image

Objął ją i kołysał jak małe, przestraszone, obudzone w środku nocy ze złego snu dziecko. 

Serce mu się krajało, ale nie wiedział, jak jej pomóc.  

– Biedna mała – szeptał, wdychając jej zapach i rozkoszując się nim. – Twoja ojczyzna 

jest  logiczna  i  uporządkowana,  więc  to  cud,  że  tak  dobrze  funkcjonowałaś  w  tym  naszym 
zwariowanym świecie.  

Pociągnęła nosem.  
– Nic z tego nie rozumiem. Szczególnie tego... tego uczucia.  
– Teraz, gdy jesteś odcięta od swoich, po prostu się boisz – tłumaczył Dan uspokajającym 

tonem. Przesuwał dłońmi w górę i w dół kręgosłupa, usiłując rozgrzać jej ciało, jak przedtem 
rozgrzał jej dłonie. – To, co czujesz, to strach, kochanie. Po prostu strach. Potrzebujesz czasu, 
żeby się przystosować i przyzwyczaić do ludzkich odruchów i reakcji.  

Przytuliła się mocniej.  
– Nigdy się nie przystosuję – westchnęła zrezygnowana. Mówiła głosem nabrzmiałym od 

łez.  

Z trudem pohamował zniecierpliwienie.  
– Ależ tak, jeśli zostaniesz tu wystarczająco długo – zapewnił. – Nie miałaś dość okazji, 

by poznać i przyswoić sobie nasze, ziemskie sposoby funkcjonowania. – Odsunął się od niej. 
– No chodź, musimy coś zjeść.  

Niecały  kwadrans  później  pędzili  autostradą  w  kierunku  Uvalde.  Dan  odgryzał  kęsy 

drugiego już cheeseburgera, od czasu do czasu popijając mrożoną herbatą z wielkiego kubka. 
Kendra  siedziała  obok,  pochłaniając  porcję  sałatki,  tak  wielką,  jakby  przygotowano  ją  dla 
King  Konga.  Dana  zdumiało  najbardziej  to,  że  w  restauracji  już  jedną  taką  zjadła,  a  na 
podłodze samochodu stały dwie następne.  

– Jak tak dalej pójdzie, będziesz musiała się odchudzać . – zauważył.  
– Nie sądzę. – W jej głosie pojawiła się dawno nie słyszana nuta humoru.  
Nikt  dotychczas  nie  zatrzymał  ich  za  kradzież  samochodu.  Kowboj  ich  nie  odnalazł.  A 

Kendra czuła się lepiej. W sumie, doszedł do wniosku Dan, ich sytuacja przedstawiała się nie 
najgorzej.  

Do niedawna nie zdawał sobie sprawy, jak uczciwą i łagodną istotą jest Kendra. Im dłużej 

z nią przebywał, tym wyraźniej rozumiał, że źle ją osądził. Zawsze szukała przede wszystkim 
polubownego rozwiązania, czego nie mógł powiedzieć o sobie.  

Chwiała  się  pod  każdym  wymierzonym  w  nich  ciosem.  Choć  instynkt  nakazywał  mu 

chronić Kendrę, dotychczasowe wspólne przeżycia udowodniły, że ona także potrafi osłaniać 
jego.  Dla  Dana  było  to  zupełnie  nowe,  nie  znane  dotąd  doświadczenie.  Nikt  nigdy  go  nie 
chronił. Budziło to  niepokój.  Nie był  pewien, czy  jest zadowolony z takiego obrotu rzeczy. 
Poziom inteligencji Kendry zdumiewał go – natychmiast chłonęła wszystko i przekładała na 
swój  specyficzny,  praktyczny  sposób  myślenia.  Ale  przemyślność  nie  leżała  w  jej  naturze. 
Zaczynał również zdawać sobie sprawę, że dla niej ważniejsze od wyjścia cało z tej opresji 
było  postępowanie w sposób właściwy i  sprawiedliwy, zgodnie z regułami obowiązującymi 
Herfronitów.  

Jeśli  uda  im  się  ujść  z  życiem,  będzie  musiał  się  borykać  z  tym  nastawieniem.  Dana 

background image

czekała trudna przeprawa.  

Nie wiedział, kiedy właściciele samochodu zgłoszą kradzież. Ponieważ zbliżał się koniec 

weekendu, mogło to nastąpić w każdej chwili. Wolałby nie zabierać następnego cudzego auta, 
więc powinni odjechać możliwie jak najdalej i jak najszybciej.  

Gdy dotarli do miasteczka Uvalde, postanowił zmienić taktykę. Z braku lepszego planu, 

zjechał z głównej autostrady do San Antonio i skierował się bocznymi drogami na Pearsall.  

– Dokąd jedziemy? 
– Odczytaj moje myśli – odpowiedział, wyprzedzając ostrożnie wolno jadącą ciężarówkę.  
Kendra zawahała się chwilę, potem oparła się wygodniej.  
–  Zmierzamy  do  Houston,  ale  to  nie  ma  sensu.  Ta  droga  przedłuży  podróż  o  kilka 

dodatkowych godzin, których nie stracilibyśmy na głównej autostradzie.  

– Ale na głównej autostradzie łatwiej może nas wypatrzyć policja. Poza tym właśnie tam 

Dirk  będzie  się  nas  spodziewać.  Zaskoczymy  go.  –  I  siebie,  dodał  w  myślach,  bo  nie  miał 
pojęcia, dokąd powinni jechać. Do głowy przychodziło mu jedynie własne mieszkanie. Ale co 
potem? 

– Czy myślisz, że on wie, kim jestem i skąd pochodzę? – spytał w końcu.  
– To możliwe.  
– Ale nie jesteś pewna.  
– Nie, nie jestem.  
Dan  wyciągnął  się  w  fotelu,  usiłując  znaleźć  wygodniejszą  pozycję.  Był  wyczerpany,  a 

jego  ciało  zesztywniało  od  długiej  jazdy.  Nie  mógł  jednak  pozwolić  sobie  na  odpoczynek. 
Jeszcze nie. Musiał wciąż pamiętać, że chodzi o jego życie, o ich życie, szybko poprawił się 
w myślach.  

Zerknął  na  Kendrę.  Kończyła  właśnie  ostatnią  porcję  sałatki  i  delikatnie  wycierała  usta 

chusteczką.  Schowała  pojemnik  do  torby  i  usiadła  prosto.  Skupiła  się,  oczy  utkwiła  wprost 
przed siebie. Miał wrażenie, że szuka Kowboja.  

– Nie jest zbyt blisko, Dan, ale jedzie za nami – oznajmiła po dziesięciu minutach. – Nie 

zmienił postanowienia. Wciąż chce nas zabić.  

–  To  wiedzieliśmy.  W  każdym  razie  nie  depcze  nam  po  piętach  –  stwierdził  ponuro.  – 

Odpręż się i wypoczywaj, póki możesz, kochanie. Później będę potrzebował twojej pomocy.  

Kiwnęła głową i z udaną obojętnością wpatrzyła się w pagórkowaty krajobraz.  
Aż do tej chwili Dan nie zdawał sobie sprawy, z jakim napięciem czekał, by powiedziała 

mu to, co i tak sam wiedział. Nic się nie zmieniło, więc może robić, co uważa za stosowne. Z 
ciężkim westchnieniem oparł się o fotel i zmusił do rozluźnienia mięśni ramion.  

Kilka  minut  później  zerknął  na  Kendrę  i  przekonał  się,  że  zasnęła.  To  bardzo  dobrze. 

Niewykluczone,  że  będzie  musiała  zastąpić  go  w  prowadzeniu  samochodu.  Jedno  z  nich 
musiało  być  czujne,  a  Dan  miał  wrażenie,  że  za  godzinę  czy  dwie  nie  będzie  w  stanie 
utrzymać otwartych oczu.  

Zapadła  ciemność,  a  wąska,  dwupasmowa  szosa  wiodła  ich  przez  małe  teksaskie 

miasteczka, które nic a nic nie zmieniły się przez ostatnie trzydzieści czy czterdzieści lat. Za 
Pleasanton  przemknęli  przez  Stockdale,  a  potem  skierowali  ku  Gonzales.  Zanim  dotarli  do 

background image

tego  ruchliwego  miasta,  Dan  kilka  razy  omal  nie  zasnął  za  kierownicą.  Przejechał  przez 
miasteczko zwane Nixon i zaraz za nim skręcił w polną drogę. Mniej więcej półtora kilometra 
dalej zdał sobie sprawę, że znajduje się na biegnącej zakolem drodze, dochodzącej do starych 
zabudowań  gospodarczych  i  skręcającej  na  powrót  ku  szosie.  Zrozumiał,  że  przypadkowo 
natrafił na bezpieczne miejsce na odpoczynek. Zauważył mały biały domek, wyglądający na 
opuszczony.  Zawrócił,  wyłączył  reflektory  i  w  świetle  księżyca  zaparkował  na  podjeździe. 
Opuścił szyby i pełną piersią wciągnął pachnące sianem powietrze.  

Kendra  wciąż  spała.  Dopiero  jutro  rano  będę  walczył  ze  smokiem,  jeśli  okaże  się  to 

konieczne, pomyślał Dan.  

Z ciężkim westchnieniem odchylił się do tyłu i zamknął oczy. Sięgnął po dłoń Kendry i 

natychmiast zasnął. Demony, które ścigały go cały dzień, podążyły za nim w sen...  

background image

ROZDZIAŁ 8 

 

Ciche miauknięcie przebiło się przez sen Dana i obudziło go. Otworzył oczy, rozejrzał się 

i stwierdził, że dopiero świta. Przez chwilę nie mógł zebrać myśli. Nie wiedział, gdzie jest, 
ale widok śpiącej na sąsiednim fotelu Kendry natychmiast przywrócił mu jasność umysłu.  

To  Kendra  właśnie  wydawała  z  siebie  ciche,  przypominające  pomiaukiwanie  dźwięki. 

Była  wciąż  pogrążona  w  głębokim  śnie,  ale  po  policzkach  spływały  jej  łzy.  Najbardziej 
przejmujący był jednak tragicznie smutny wyraz jej twarzy. Na ten widok serce Dana ścisnęło 
się z żalu.  

Wypełniła go czułość, o którą się nawet nie podejrzewał. Przyciągnął Kendrę do siebie, 

objął  ramionami  i  oparł  jej  głowę  na  swojej  piersi.  Nie  obudziła  się,  ale  cichy  płacz  ustał. 
Wtuliła się w jego ciepłe ciało.  

W  co  on  się  wpakował?  To  pytanie  pojawiło  się  w  jego  głowie  równocześnie  z 

odpowiedzią. Przecież wiedział. Przez wiele lat był zakochany w innej Kendrze, a ściślej w 
swoim  wyobrażeniu  Kendry.  Wyposażył  ją  w  cudowne  cechy  super-kobiety,  tworząc  ideał, 
którego, jak mu się wydawało, potrzebował do szczęścia, ale do którego jego żona nie była w 
stanie  dorosnąć.  Małżeństwo  nie  dawało  mu  pełnej  satysfakcji.  Czuł  w  głębi  duszy  pustkę, 
której nie potrafił zrozumieć. Gdy się rozpadło, Dan zdał sobie sprawę, że jego żona również 
nie była w tym związku szczęśliwa.  

Oboje  nosili  w  sobie  marzenia  o  szczęściu,  ale  żadne  z  nich  nie  osiągnęło  go  we 

wspólnym  życiu.  Powinni  byli  zbliżyć  się  do  siebie,  by  wspólnie  poszukać  tego,  czego  im 
brakowało.  Zamiast  tego  w  Danie  narastała  gorycz,  której  nie  ujawnił,  ponieważ  nie  mógł 
okazać  niezadowolenia,  złości  czy  zniechęcenia  żonie,  która  miała  problemy  ze  sobą. 
Odpowiedzialny  mężczyzna,  za  jakiego  się  uważał,  nie  powinien  tego  robić.  Ich  wzajemne 
stosunki jeszcze bardziej się skomplikowały, a oni sami oddalali się od siebie.  

Aż do teraz.  
Dzięki  drugiej  Kendrze  mógł  inaczej  spojrzeć  na  wiele  spraw,  nad  którymi  się  dawniej 

nie  zastanawiał  –  nie  tylko  na  skomplikowane  problemy  żony,  ale  i  własne  uczucia,  które 
skrywał nawet przed samym sobą. Jego ojciec zwykł mówić, że im mniej mężczyzna zajmuje 
się „babskimi rzeczami, „ czyli uczuciami, tym jest szczęśliwszy. Do ostatniego tygodnia Dan 
sądził, że ojciec miał słuszność. Teraz zdał sobie sprawę, że gdyby wcześniej zmienił punkt 
widzenia, zapewne nie byłby w minionych latach tak bardzo nieszczęśliwy.  

Z drugiej strony dopiero spotkanie tej innej Kendry uzmysłowiło mu, czego nie dostawało 

w  jego  małżeństwie  i  ile  stracił  przez  swoją  bierność.  Najgorsze  było  to,  że  teraz,  gdy  był 
świadom własnych błędów i odkrył bezmiar szczęścia, groziła mu utrata ukochanej.  

A on będzie ją kochać i tęsknić za nią przez resztę życia.  
Ciche, pełne żalu westchnienie uleciało z jej pełnych warg. Odwróciła się, opasała Dana 

ramionami i pocałowała go w pierś. Wciąż spała, ale jej gesty świadczyły o tym, jak bliscy się 
sobie  stali.  Ufała  mu.  Czy  go  także  kochała?  Miał  nadzieję,  że  w  jej  życiu  nie  ma  nikogo 
innego,  ale  niczego  nie  oczekiwał.  Czas  spędzony  z  tą  Kendrą  nauczył  go  spodziewać  się 

background image

niespodziewanego.  

Przez  następne  pół  godziny  Dan  tulił  ją  w  ramionach  i  wyobrażał  sobie,  że  są  zwykłą 

parą, która w drodze z biwaku do domu zatrzymała się, by się poprzytulać i razem podziwiać 
teksaski wschód słońca.  

Wkrótce on także zamknął oczy i zapadł w lekki sen, nie wypuszczając z objęć kobiety, 

którą kochał.  

 
Gdy  Kendra  się  w  końcu  obudziła,  przekonała  się,  że  trzyma  Dana  kurczowo  za  rękę, 

jakby  był  kołem  ratunkowym  na  środku  wzburzonego  oceanu.  Nie  odbiegało  to  zbytnio  od 
prawdy; bez pomocy Dana pewnie już by nie żyła.  

Przypuszczała,  że  Dan  trafił  w  sedno,  nazywając  Kowboja  odszczepieńcem.  Własne 

wyczucie  i  informacje  odczytane  z  umysłu  Herfronity  pozwoliły  jej  wysnuć  wniosek,  że 
przebywał on na Ziemi ponad osiem lat i hołdował zasadom, które sam ustalił. Przypomniała 
sobie  dane  statystyczne  przekazane  podczas  szkolenia.  Wynikało  z  nich,  że  niemal 
dwadzieścia  pięć  procent  wysyłanych  na  Ziemię  Herfronitów  nie  wraca.  Najczęstszą 
przyczyną była śmierć. Początkowo uznała, że chodziło o najrozmaitsze wypadki losowe. W 
gruncie  rzeczy  tę  myśl  podsuwali  nauczyciele.  Czy  miało  to  jakiś  związek  z  Kowbojem? 
Teraz miała powody, by tak sądzić.  

Musi  istnieć  możliwość  odnalezienia  jakiegoś  innego  Herfronity  przebywającego  na 

Ziemi i nawiązania kontaktu ze Starszymi z pominięciem Kowboja. Musi przecież wrócić do 
domu, a zarazem uchronić Dana przed niebezpieczeństwem. Gdyby coś mu się stało, byłaby 
gotowa  złamać  wszystkie  reguły.  Bez  świadomości,  że  jest  bezpieczny,  utraciłaby  chęć  do 
życia.  

Musiała znaleźć sposób, by ich oboje wybawić z tej opresji, by Dan pozostał przy życiu, a 

ona  mogła  znowu  żyć  pomiędzy  swoimi.  Na  razie  nie  miała  pojęcia,  jak  osiągnąć 
którykolwiek z tych celów.  

Gdy  Kendra  obudziła  się  ponownie,  jej  głowa  spoczywała  na  udach  Dana,  a  ciało  było 

zwinięte  w  pozycji  embrionalnej.  Słodka  woń łąki  mieszała  się  z  zapachem  mydła,  którego 
zwykł  używać  Dan.  Skupiła  wzrok  na  desce  rozdzielczej,  zauważając  mimochodem,  że 
niedługo będą musieli poszukać stacji benzynowej. Zostało im już mniej niż ćwierć baku.  

–  Dobrze  spałaś,  kochanie?  –  spytał  Dan  głosem  ciepłym  niczym  promyk  porannego 

słońca.  

Z  niezrozumiałych  dla  niej  samej  powodów  ten  ton  podziałał  jej  na  nerwy.  To  było 

zaskakujące. Herfronitow nie denerwowały drobiazgi. Nie było jednak czasu, by się nad tym 
zastanawiać. Gra toczyła się dalej. Stawka była wysoka: ich życie.  

Kendra podniosła się i przeczesała palcami włosy, bezskutecznie usiłując je ułożyć.  
– Tak, spałam cudownie – przeciągnęła wyrazy. – A ty, kochanie? 
Dan wyglądał na zaskoczonego, ale najwyraźniej postanowił dostosować się do jej tonu.  
– Wspaniale. Teraz, jeśli uda nam się całym i zdrowym dojechać do domu, uznam się za 

największego szczęściarza na świecie.  

– Twojego domu – poprawiła go. Zrobił jeszcze bardziej zdziwioną minę.  

background image

– Mojego domu co? 
– Jeśli uda nam się dojechać do twojego domu. Mój dom jest nieco dalej.  
Nic  nie  odpowiedział,  ale  poczuła,  że  się  przed  nią  zamknął.  Nie  chciał,  by  jej  dom 

znajdował się gdzie indziej. Pragnął, by była taka jak on czy jak jego pierwsza Kendra. Nawet 
gdybym chciała być Ziemianką, nie jestem nią naprawdę, 
przekazała mu myślami.  

–  Nie  próbuj  mnie  udobruchać  i  nie  zachowuj  się,  jakbym  był  idiotą,  którego  trzeba 

uspokoić – powiedział burkliwie.  

– Nie przyszłoby mi to do głowy – szepnęła.  
– Chcę tylko prawdy – rzucił ostro.  
– Czy rzeczywiście? 
– Tak uciął.  
Uśmiechnęła się i odwróciła twarzą ku niemu, by zobaczył, jak jest odprężona.  
– Więc przestań zachowywać się jak kompletny idiota. Kłócisz się z osobą, która ma do 

stracenia tyle samo co ty, czyli życie.  

Gniew Dana powoli ustąpił. Zastąpiło go zawstydzenie.  
– Jestem aż taki okropny? 
– Tak.  
– Czy ty jesteś równie wściekła jak ja teraz? 
–  Nie.  –  Westchnęła.  Najwyraźniej  Dan  niczego  nie  przyjmował  na  wiarę.  Nawet  jej 

słów.  

– Dlaczego? 
– Bo Dirk robi to, co uważa za swoją pracę. Zabijanie musi być dla niego bardzo trudne. 

Herfronici nie zabijają.  

Spojrzenie Dana mówiło wyraźnie, że nie rozumie jej współczucia dla zabójcy.  
– Nie wydaje mi się, żeby było mu szczególnie trudno, kochanie. Myślę, że już zdążył się 

do tego przyzwyczaić.  

Pokręciła głową, by dodać wagi swoim słowom.  
–  Nie.  Herfronici  nawet  nie  myślą  o  zabijaniu.  To  nie  leży  w  naszym  charakterze.  Nie 

jesteśmy gwałtowni.  

– Dirk albo jest zabójcą, albo jest nienormalny. Zresztą nie ma znaczenia, dlaczego siedzi 

nam na ogonie i chce nas zabić.  

Kendra musiała przyznać, że Dan zapewne ma rację. Patrzyła przed siebie w zamyśleniu.  
– Może.  
– Nie ma tu żadnego może. Uważam, że nie jesteśmy jedyni na jego liście.  
– Może i nie.  
Dan przez chwilę milczał i zastanawiał się.  
– Kendra, jakiej broni używacie na Herfronie? – spytał w końcu.  
– Nie mamy broni.  
– Więc czym, twoim zdaniem, posłuży się Kowboj, by nas zabić? 
– Prawdopodobnie pistoletem, bo to zdaje się najpopularniejsza broń Ziemian. – Kendra 

zawahała się. – Na Herfronie zabójstwa są tak rzadkie, że informacja wyleciała mi z głowy. 

background image

Rzeczywiście,  istnieje  u  nas  coś  w  rodzaju  broni,  ale  używa  się  jej  tylko  w  wyjątkowych 
przypadkach.  

– Czy on może mieć tę broń? 
–  Nie  wiem.  Wszystko  jest  możliwe.  –  Odetchnęła  głęboko.  –  Tak.  Musi  coś  mieć. 

Widzisz,  ta  rzecz,  choć  może  być  użyta  jako  broń,  właściwie  jest  narzędziem  medycznym, 
leczącym różne nasze choroby.  

Dan zaczerpnął powietrza i zaczął ponownie.  
– Spróbuj się skupić, kochanie, i powiedz mi, co wiesz o możliwościach tej broni.  
Kendra strąciła niewidoczny paproch z siedzenia między nimi.  
– Nie musisz się na mnie złościć. Herfronici są racjonalni i posługują się telepatią, ale to 

nie znaczy, że znają wszystkie odpowiedzi.  

–  Nie  złoszczę  się  –  powiedział,  choć  mijało  się  to  z  prawdą.  –  Proszę  tylko,  byś 

zastanowiła się nad człowiekiem, który próbuje nas zabić. Ostatecznie jest z twojej planety, 
nie mojej. Coś wiesz, ale nie chcesz mi powiedzieć, co to jest.  

Kendra westchnęła i spojrzała na swój złamany paznokieć. O dziwo, zaczął odrastać. Jak 

wielu ludzkich cech nabierała...  

– Hej, skup się, Kendro – przywołał ją do rzeczywistości Dan. – Co z tą bronią? 
Uczył się odczytywać ją niemal tak dobrze, jak ona jego.  
–  Urządzenie,  o  którym  myślę,  przypomina  pilota  telewizyjnego,  a  działa  podobnie  do 

lasera. Jeśli jest w dobrym stanie i ma włączone odpowiednie czujniki, można go nastawić na 
chwilowe ogłuszenie kogoś albo na moc wystarczającą, by zabić. Potrafi nawet natychmiast 
spopielić ciało. To jak wiązka świetlna, tak silna, że w kilka milisekund przenika przez każdy 
nie odbijający światła materiał.  

Dan gwizdnął pod nosem.  
– Marzenie każdego człowieka. Absolutne zdalne sterowanie.  
– Nie jestem jednak pewna, czy Kowboj posiada to urządzenie.  
– Dlaczego nie? 
–  Bo  te  przyrządy  są  tak  skomplikowane  i  niebezpieczne,  że  tylko  garstka  Herfronitów 

ma prawo się nimi posługiwać. Ja zetknęłam się z nimi tylko raz czy dwa, podczas szkolenia. 
Nie otrzymaliśmy nawet jednego egzemplarza, gdy wysyłano nas tutaj.  

– Ale on pewnie  taki ma. Ostatecznie jego naczelnym  zadaniem jest utrzymanie was w 

karności.  

Nie odpowiedziała, ale zamyśliła się głęboko. To niezwykłe. Zawsze była taka spokojna, 

pokładając pełne zaufanie w prawdach, regułach i zasadach przekazanych przez Starszych. A 
teraz, po mniej niż dwutygodniowym pobycie na Ziemi, nauczyła się funkcjonować i myśleć 
indywidualnie,  co  stawało  się  źródłem  wielu  wahań.  Może  działo  się  tak  dlatego,  że  nie 
przyswoiła sobie wszystkich wspomnień tamtej Kendry, a jej własna osobowość pospieszyła 
wypełnić  te  emocjonalne  dziury,  tworząc  istotę  różniącą  się  zarówno  od  tej,  którą  była 
naprawdę,  jak  i  od  tej,  której  postać  przybrała.  A  więc,  uzmysłowiła  sobie  jasno,  ta,  która 
przybyła na Ziemię, właściwie nie istnieje. Narodziła się druga Kendra.  

Razem  z  uświadomieniem  sobie  tego  faktu  przyszła  myśl,  że  zapewne  Herfron  nie  jest 

background image

tym doskonałym światem, który przedstawiła Danowi. Rozważając obowiązujące ją zakazy i 
nakazy, zdała sobie sprawę, że istniały dwa zestawy reguł – jeden dla takich jak ona, drugi dla 
Starszych.  W  ciągu  minionego  tygodnia  runęło  w  gruzy  wiele  wpojonych  jej  przekonań. 
Może  więc  również  jej  opinia  na  temat  własnych  pobratymców  nie  odpowiada 
rzeczywistości? Otrzymała wyraźnie nieprawdziwe informacje o Ziemi i zamieszkujących ją 
ludziach.  Nie  była  to  skłócona,  destruktywnie  działająca,  pozbawiona  umiejętności 
logicznego myślenia społeczność. Ich słońce ogrzewało skórę, a im sprawiało to przyjemność. 
Kolory  były  żywe,  a  ludzie  używali  ich  do  ozdoby  i  upiększania  swego  otoczenia.  Mieli 
twórczy  stosunek  do  rzeczywistości,  sztuki,  świata.  Najważniejszą  ich  cechą  była  zdolność 
przystosowania  się,  a  ludzka  pomysłowość  objawiała  się  w  tysięcznych  drobiazgach  i 
przedmiotach codziennego użytku.  Możliwe, że  ich znajomość wszechświata była znikoma, 
ale w przeciwieństwie do Herfronitów, nie w tę stronę kierowali swój głód wiedzy. Kendra 
uświadamiała  sobie  te  różnice,  równocześnie  czując  ogarniające  ją  poczucie.  winy  za  brak 
lojalności  wobec  pobratymców,  którzy  w  końcu  umożliwili  jej  poznanie  tych  różnic, 
wysyłając ją na Ziemię.  

Musiała jednak głośno przyznać się do zdobytej wiedzy. Tak postępowali Herfronici.  
–  Zapewne  na  początku  tej  wyprawy  wydałam  ci  się  naiwna.  Zresztą  słusznie.  Szybko 

jednak się uczę.  

– Naprawdę? – spytał sucho. – Nie zauważyłem.  
–  Nie  bądź  taki  mądry,  Dan,  bo  wyczyszczę  ci  pamięć  –  zagroziła,  ale  ze  śmiechem  w 

głosie.  

– Czy możesz wyczyścić tylko kawałek tu czy tam? 
– Nie. Niestety, wszystko albo nic.  
– Więc będę grzeczny. – Posłał jej uśmiech, ale w spojrzeniu uchwyciła ślad obawy. – W 

każdym  razie póki  nie pozbędziemy się Kowboja, a ty nie znajdziesz okazji do powrotu  na 
swoją planetę, skoro się przy tym upierasz.  

Zabolały  ją  te  słowa.  Choć  musiała  wrócić  do  swoich  i  podzielić  się  z  nimi  zdobytą 

wiedzą, niechętnie opuszczała i Ziemię, i Dana.  

Milczała jednak, by nie wdawać się z Danem w spory. Kiwnęła tylko potakująco głową. 

Wpatrzyła  się  w  profil  Dana,  a  mózg  wrysował  go  w  jej  pamięć.  Dwudniowy  zarost  nie 
nadawał  mu  zaniedbanego  wyglądu,  przeciwnie,  przywodził  na  myśl  stare  podobizny 
urodziwych piratów.  

Dan mógłby pozować na okładkę jednej z tych romantycznych powieści, które widywała 

w supermarketach i kioskach. Miał prosty nos, a wokół oczu te rozkoszne zmarszczki, które 
kobiety lubią u mężczyzn, a u siebie przeklinają, nazywając je kurzymi łapkami. Był bardzo 
przystojny i każda kobieta byłaby dumna z jego towarzystwa – jej samej nie wyłączając.  

To  ją  zdumiało.  Czyżby  zaczynała  myśleć  o  sobie  jako  o  kobiecie?  Na  jej  planecie  nie 

było osobnych słów na określenie mężczyzny i kobiety. Wszyscy byli po prostu Herfronitami. 
Wszyscy byli równi. Jakie to dziwne.  

Dan wyciągnął ramię i dotknął dłonią jej karku.  
– Dziękuję – powiedział.  

background image

– Skąd wiedziałeś? – spytała, zaskoczona. Niemiła była świadomość, że Dan jest w stanie 

odczytać  jej  myśli.  Sądziła,  że  skutecznie  zablokowała  swój  umysł.  Powoli  zaczynała 
pojmować, jak Dan się czuł, gdy to ona wdzierała się nieproszona w jego myśli.  

–  Patrzyłaś  na  mnie  z  uśmiechem.  Założyłem,  że  to  ja  go  wywołałem  i  że  albo 

przywołałaś miłe wspomnienia, albo wystawiasz mi laurkę. Wybrałem to drugie.  

Kendra rozluźniła się. Więc nie straciła zdolności blokowania.  
Cofnął rękę i poczuła się okradziona z ciepła jego dotyku. Nie mogła jednak sama sięgnąć 

po dłoń Dana – ryzykowałaby bowiem odrzucenie.  

– Ludzie też mają swoje sposoby odczytywania uczuć innych. To nie zawsze jest złe.  – 

Słowa Dana przerwały tok jej myśli.  

– Nigdy nie mówiłam, że jest. – Z trudem wydobyła z siebie głos. Aż do bólu pragnęła 

jego dotyku, ale im bardziej chciała z nim być, tym mocniejszy był jej lęk.  

– Nie musiałaś mówić. Nie jesteśmy od was gorsi, kochanie. Po prostu inni.  
– Naprawdę? Nie zauważyłam. – Uniosła brwi i obrzuciła Dana spojrzeniem.  
Roześmiał się, zadowolony, że Kendrze wrócił dobry humor.  
– Zauważyłaś, oj, zauważyłaś. Cały czas mi to udowadniałaś.  
Kendra bez słowa wpatrzyła się w okno. Może sobie zgadywać jej myśli, ale ona sama 

nic mu nie powie.  

Dan  zatrzymał  samochód  na  niewielkiej  stacji  benzynowej  tuż  przed  uroczym, 

wiktoriańskim miasteczkiem Gonzales. Wysiadł z samochodu, a Kendra przyglądała się, jak 
wręcza  właścicielowi  kartę  kredytową  i  zaczyna  tankować  paliwo.  To  było  ryzykowne,  bo 
policja mogła już wiedzieć o kradzieży. Kendra złapała myśl właściciela, że gdy nie będzie 
mieć nic do roboty, siądzie w kantorku i przez CB posłucha sygnałów kierowców ciężarówek 
z autostrady.  

Miała zamiar dalej śledzić jego myśli, gdy tuż za nią zatrzymał się policyjny samochód 

patrolowy.  Wstrzymała  oddech  i  poszukała  wzrokiem  Dana.  Znieruchomiał,  po  czym 
poruszył  się  niezgrabnie.  Porozumiała  się  z  nim,  uspokajając,  że  dowie  się  wszystkiego,  co 
może być dla nich istotne. Zaraz potem zwróciła się ku myślom policjanta.  

Młody człowiek był zły na żonę o coś, co wydarzyło się rano. Nie było to nic ważnego, 

ale żona ciągle to robiła, a jego to nieodmiennie irytowało. Poprzedniego wieczoru pojechał 
do  domu  policyjnym  samochodem  i  dopiero  przed  chwilą  zobaczył  oficjalną  listę  zadań  na 
dzisiaj. Miał wrażenie, że wszystko wali mu się na głowę.  

W pewnym momencie rzucił okiem na tablicę rejestracyjną. Kendra wyczuła, że coś jest 

nie  w  porządku.  Policjant  rzucił  krótkie  „o  cholera!”,  po  czym  podszedł  do  Dana,  zanim 
Kendra miała okazję go przygotować, i zaczął mówić. Dan wyglądał na zaskoczonego, potem 
rozgniewanego,  ale  Kendra  zorientowała  się,  że  panuje  nad  sytuacją.  Gdy  już  wsiadł  z 
powrotem  do  samochodu,  z  trudem  powstrzymywała  ciekawość.  Nie  zrozumiała  tego,  co 
udało się jej przechwycić.  

– O co mu chodziło? – zapytała.  
–  Nasza  rejestracja  wskazuje,  że  samochód  należy  do  inwalidy  –  powiedział  przez 

zaciśnięte zęby Dan.  

background image

Nie była pewna, jakie to ma dla nich znaczenie.  
– Ale czego chciał ten policjant? 
–  Zwracał  mi  uwagę,  bym  nie  używał  specjalnego  miejsca  postojowego,  jeśli  w 

samochodzie nie ma niepełnosprawnej osoby. Nie wolno nam robić użytku z tej rejestracji.  

Czekała na pointę, ale Dan milczał.  
– I to wszystko? 
Przytaknął, wpatrzony w lusterko wsteczne.  
– No to znikajmy stąd. – Odchyliła się na oparcie, pragnąc jak najszybciej usunąć Dana z 

pola widzenia policjanta. Poza tym, skoro miała go chronić, musiała wprowadzić kilka zmian.  

– Właśnie mam ten zamiar.  
Siedziała spięta aż do chwili, gdy od Houston dzieliło ich kilkadziesiąt kilometrów. Stara 

szosa numer 90 prowadziła ich ku południowozachodniej części miasta.  

– Dan, wysadź mnie na przedmieściach – poprosiła Kendra zdecydowanym tonem.  
Głos Dana był równie stanowczy.  
– Nie ma mowy. Jesteś ze mną aż do końca, złotko.  
– To nierozsądne – przekonywała go. – To jest twój świat i musisz w nim funkcjonować. 

Jeśli  się  rozdzielimy,  Dirk  nie  będzie  wiedział,  jak  nas  szukać.  Dzięki  temu  zyskasz  dość 
czasu, by się ukryć, a nasze szanse wzrosną.  

–  Herfronicka  logika  nie  zawsze  ma  zastosowanie  na  Ziemi,  kochanie.  Jeśli  Kowboj 

znalazł  mojego  dżipa  –  a  myślę,  że  tak  –  to  wie  dokładnie,  gdzie  mieszkam.  Moja  polisa 
ubezpieczeniowa  jest  w  skrytce,  z  adresem  wypisanym  na  każdej  stronie.  Będzie  wiedział, 
dokąd  jedziemy  i  którędy.  I  zapewniam  cię,  że  nie  zawaha  się  przed  użyciem 
natychmiastowej i śmiertelnej mocy.  

– Nie wiedziałam – powiedziała cicho, zaskoczona, że polisę ubezpieczeniową trzyma się 

w samochodzie, a wszystkie inne dokumenty w sądach na mikrofilmach, w każdym razie tak 
ją uczono. Jej szkolenie najwyraźniej było bardzo niedokładne. Tak wiele musiała się nauczyć 
i  tak  mało  miała  na  to  czasu.  –  Skoro  tak  jest,  czy  nie  lepiej  byłoby  szukać  kryjówki  gdzie 

indziej? 

–  Houston  to  moje  terytorium,  kochanie.  Kowboj  go  nie  zna.  Gdybyśmy  pojechali  do 

innego miasta, żaden z nas nie byłby u siebie i żaden nie miałby przewagi. – Spojrzał na nią, 
zauważając  natychmiast,  jak  bardzo  jest  blada.  Kendra  na  nowo  uświadomiła  sobie 
niebezpieczeństwo.  –  Zapamiętaj  moje  słowa,  to  rozgrywka  na  śmierć  i  życie.  On  nie 
spocznie, póki nas nie zabije, a dla nas nie ma żadnej przyszłości, jeśli on zostanie przy życiu. 
Tak czy inaczej, ktoś zginie.  

– Nie.  
Dan nie odpowiedział. Wiedział, że Kendra potępia i odrzuca przemoc. Nie było jednak 

innego wyjścia.  

Z  każdym  kilometrem  Kendra  stawała  się  coraz  bardziej  zamyślona.  Modliła  się,  by 

wszystkim udało się wyjść z tego cało, a przede wszystkim, żeby Dan przeżył i mógł znowu 
kogoś pokochać. Zasługiwał na to. Po wszystkich swoich tragicznych przejściach zasługiwał 
na mądrą, wierną miłość.  

background image

Otwarła usta, by coś powiedzieć, ale w tym momencie poczuła obcą ingerencję.  
– Przygotuj się – rzuciła szybko i skupiła myśli na nijakim, szarym pejzażu swej własnej 

planety. Czuła, jak ciało Dana napina się w oczekiwaniu na pierwszy atak.  

Z  wrodzoną  sobie  dokładnością  uspokoiła  własne  emocje.  Tylko  tyle  mogła  zrobić. 

Miłość do Dana i strach o ich życie wypełniały ją bez reszty. Ponownie poczuła słaby impuls.  

Dan  mocno  przyciskał  pedał  gazu,  gdy  mknęli  przez  następne  miasteczko.  Chciała  mu 

powiedzieć, by zwolnił, ale bała się ubrać to w słowa. Była pewna, że Kowboj znów będzie 
próbował, więc nie wolno jej było się rozpraszać – nie powinna przecież niczego ułatwiać ich 
prześladowcy, nawet niechcący.  

Odetchnęła głęboko i skupiła się ze wszystkich sił. Była gotowa. Tymczasem czekała ją 

niespodzianka.  

Impuls nie pochodził od Kowboja.  
– Zwolnij – rozkazała cicho Danowi.  
Minęła prawie minuta, nim zrozumiał, co do niego mówi, i lekko przycisnął hamulce.  
– Zatrzymaj się – poleciła. – Zjedź na pobocze.  
Brwi  Dana  powędrowały  w  górę  niemal  do  linii  włosów.  Spojrzał  na  nią,  potem  z 

powrotem na drogę.  

– Zwariowałaś? Nie mam zamiaru popełniać samobójstwa i tobie też na to nie pozwolę.  
– Proszę, zrób, co ci mówię – nalegała, usiłując utrzymać słabe połączenie.  
Przeklinając  pod  nosem,  Dan  zjechał  na  pobocze  i  siedział  w  napięciu,  obserwując 

dziewczynę.  Miał  nadzieję,  że  uda  mu  się  przechwycić  myśli  Kowboja  i  ochronić  ją  przed 
bólem. Kendra ignorowała go zupełnie, skupiona na przekazie.  

Danowi  zdawało  się,  że  minuty  upływały  wolno  niczym  godziny,  gdy  niecierpliwie 

wiercił się w fotelu. Kendra całkowicie się wyłączyła, skupiona na rozmowie.  

Była zupełnie zaskoczona.  
Rozmawiała myślami z człowiekiem, który niedaleko sadził coś na polu. Był na Ziemi od 

ponad dziewięciu lat. Przybył tu w związku z pewnym eksperymentem, o którym nigdy nie 
słyszała.  Był  to  Kau,  Herfronita  z  drugiego  pokolenia.  Żałował,  że  genetycznie  nie  jest  tak 
zaawansowany,  jak  ona.  Według  niego,  krótkie  nogi  i  typowa  dla  Herfronity  przysadzista 
sylwetka  były  na  Ziemi  przeszkodą.  Z  powodu  różnic  w  budowie  wewnętrznej  lekarze 
uważali go za odmieńca. Cieszył się tylko, że nie jest ślepy na kolory, jak Starsi.  

Byli  tu  i  inni,  powiedział  Kendrze.  Znaleźli  sposób,  by  żyć  z  ludźmi,  unikając 

Strażników.  Nie  zwracali  na  siebie  uwagi,  właściwie  nie  utrzymywali  ze  sobą  stosunków. 
Każdy z nich miał własne, sekretne powiązania i od czasu do czasu spotykali się w małych 
grupkach.  I  to  wszystko.  Wszyscy  pragnęli  tylko  jednego  –  żyć  jak  ludzie  i  żeby  im  dano 
spokój. Gdy Strażnicy ich odnajdywali – co się czasami zdarzało – znikali.  

Dan  złapał  jedną  czy  dwie  myśli  i  był  tak  samo  zaskoczony  jak  Kendra.  Czy  świat 

zwariował? 

Kendra zadała  rolnikowi kilka pytań dotyczących Strażników, w końcu  mówiąc mu,  że 

jeden z nich ją ściga. Rolnik oznajmił, że podczas całego pobytu na Ziemi nikt nigdy go nie 
szukał.  

background image

Chwilę później zablokował swoje myśli i zerwał połączenie.  
– Co się stało? – niecierpliwił się Dan.  
Kendra nie potrafiła mu wyjaśnić. Nie mogła wprost uwierzyć, że ktoś z jej pobratymców 

został tu, na Ziemi. Dlaczego Starsi na to pozwolili? Gdzie byli Strażnicy? Czy rolnik miał 
rację i na Ziemi mieszkało więcej Mai i Kau? A jeżeli tak, to gdzie są? I co robią? 

Na Herfronie istniały komitety lub kooperatywy, których praca służyła wszystkim. Wielu 

Herfronitów pracowało w więcej niż jednej takiej grupie i radowała ich myśl, że są tak bardzo 
zajęci.  Tutaj  było  inaczej.  Każdy  był  indywidualnością  i  –  jak  to  określano  –  robił  swoją 
robotę. Jak do tego doszło, że Herfronici potrafili dostosować się do życia na Ziemi? 

–  Przestań  szukać  różnic,  kochanie  –  powiedział  Dan  i  zrozumiała,  że  czytał  w  jej 

myślach. – Popatrz na podobieństwa.  

Drogowskaz,  który  właśnie  minęli,  informował,  że  do  centrum  Houston  jest  jeszcze 

pięćdziesiąt kilometrów. Kendra wciąż myślała o rozmowie z rolnikiem.  

–  Nie  rozumiem  tego,  Dan.  Tu  każdy  jest  osobną,  swobodnie  egzystującą  istotą. 

Przypominacie jednak Herfronitów, gdy skrzykujecie się dla jakiegoś zadania.  

–  Powiedziałem  ci  przecież,  że  są  między  nami  podobieństwa  –  odparł,  wzruszając 

ramionami..  

– Może. Nie jestem pewna – szepnęła, i zmieniając temat rzekła w zamyśleniu: – Teraz 

zastanawiam  się,  ilu  moich  ziomków  tu  jest.  I  dlaczego  Kowboj  ściga  tylko  nas,  a  nie  na 
przykład tamtego farmera? 

– Najwyraźniej nadepnęliśmy mu na odcisk – stwierdził sucho Dan, ale wiedziała, że on 

też się nad tym zastanawia. – Ma moje dane i wie, że jesteś w ciąży.  

– To nie wyjaśnia, dlaczego wybrał akurat nas.  
– A kto wie, o co mu chodzi? Może nie spodobaliśmy się mu, a może chce się wykazać 

przed  przełożonymi,  a  my  jesteśmy  najłatwiejszym  celem.  A  może  dlatego,  że  zniszczyłem 
slajdy – snuł przypuszczenia Dan.  

– Wielkie nieba, nigdy bym nie sądziła, że coś takiego może się zdarzyć. Zabije nas, bo 

akurat nas potrafi wyśledzić? 

– Zabiję go, zanim zdąży skrzywdzić ciebie.  
Mówił z tak absolutnym przekonaniem, że Kendra poczuła dreszcz.  
– To nie jest w porządku – zaprotestowała słabo. – Nie powinno się zabijać.  
Dan  miał  właśnie  odpowiedzieć,  gdy  w  jego  mózg  wdarł  się  bolesny  impuls.  Jego 

nadawca był tak wyraźnie rozpoznawalny, jakby pokazał swą twarz lub odciski palców.  

Dan  nacisnął  pedał  gazu  i  ruszył  szybko  ku  majaczącemu  w  dali  śródmieściu  Houston. 

Walczył o życie Kendry i swoje.  

Kowboj wrócił.  

background image

ROZDZIAŁ 9 

 

Gnali  przed  siebie  z  szaleńczą  prędkością.  Wąska,  dwupasmowa  szosa,  którą  jechali 

dotychczas,  zlała  się  z  inną,  potem  następną,  i  wkrótce  pędzili  autostradą  ku  widocznej  na 
horyzoncie grupie wieżowców.  

Ingerencja Kowboja była słaba, ale stanowiła mrożące krew w żyłach przypomnienie, że 

wciąż ich ściga. Czas konfrontacji zbliżał się nieubłaganie.  

Kendra oparła dłoń na udzie Dana, jakby fizyczny kontakt miał im obojgu dodać otuchy. 

Czuła się całkowicie zagubiona – i nie chodziło tylko o sprawę powrotu na Herfron czy strach 
przed  śmiercią.  Skomplikowało  się  jej  życie  osobiste,  którego  praktycznie  do  tej  pory  nie 
miała. Spotkała Dana i wszystko potoczyło się inaczej, niż planowała. Czyżby go pokochała? 

Było to pytanie retoryczne. Kendra doskonale zdawała sobie sprawę ze swoich uczuć, ale 

nie chciała na razie mówić o tym głośno.  

Prawda była taka, że kochała go bardziej niż własne życie.  
Popatrzyła  na  siedzącego  obok  mężczyznę,  jakby  jego  widok  dawał  nadzieję  na 

szczęśliwe zakończenie tej ponurej przygody.  

Na próżno.  
Dan zaciskał dłonie na kierownicy, aż zbielały mu kostki palców. Jego zwykle pogodna 

twarz  zastygła  w  wyrazie  skupienia.  Pełne  i  miękkie  usta  przypominały  wąską  linię,  a  na 
zaciśniętej szczęce pod skórą drgał mięsień.  

Spróbowała delikatnie dotrzeć do jego umysłu, ale okazało się to niemożliwe.  
– Przestań – rzucił.  
Wycofała się.  
– Nie odgradzaj się ode mnie, Dan. Pozwól mi.  
– Nie teraz, skarbie. Skąd mogę mieć pewność, że to ty? Kowboj może zmienić taktykę i 

dla odmiany spróbować łagodnością sforsować blokadę. A wtedy szybko byłoby po nas.  

Dan był optymistą, jeśli naprawdę uważał, że jest w stanie przeciwstawić się Strażnikowi, 

pomyślała Kendra.  

– Nie sądzisz chyba poważnie, że mamy szansę w starciu z kimś takim jak on? 
Kiwnął głową.  
– Musimy tylko odgadnąć, dlaczego nas ściga. Wtedy potrafimy go przechytrzyć.  
W śmiechu Kendry nie było wesołości.  
– No jasne. Dlaczego nie przyszło mi to do głowy? Dan westchnął ciężko.  
– Nie twierdzę, że to będzie łatwe. Powiedziałem tylko, że powinniśmy się dowiedzieć, 

co nim kieruje.  

Czy  Dan  nie  zdaje  sobie  sprawy,  że  herfronicki  Strażnik  nie  ustąpi  mu  pola?  Zamiast 

uciec i schować się przed nim, jak zrobił to spotkany przy drodze rolnik, Dan dążył do starcia. 
Była przekonana, że w razie spotkania wynik byłby przesądzony.  

– On ma przewagę. Gdyby było inaczej, rolnik nie zakończyłby tak szybko rozmowy.  
– Rolnik się bał, kochanie. Chronił swoich bliskich i sposobu życia. Na jego miejscu też 

background image

bym tak postąpił.  

– Ty?  – Potrząsnęła przecząco  głową.  –  Nie sądzę. Ty byś pewnie złapał  swoje wierne 

widły i ruszył kłopotom na spotkanie, gotów do upadłego bronić domu i rodziny. Zresztą czy 
nie to właśnie planujesz zrobić? 

Dan uśmiechnął się z wysiłkiem, ale w każdym razie sprowokowała go do odpowiedzi.  
–  Niezupełnie,  skarbie.  Chcę  żyć,  a  nie  wyglądać  jak  artystyczna  wizja  malarza 

przeniesiona na płótno.  

Kendra przechyliła się i położyła mu dłoń na ramieniu. Za wszelką cenę pragnęła dotrzeć 

do jego myśli.  

– Więc ucieknijmy. Prawdopodobnie nie może jechać za nami poza ten stan. Ty możesz 

wyruszyć, dokąd zechcesz. Możesz zacząć od nowa.  

– Wyjaśnijmy to sobie. Mówisz „my”, ale w gruncie rzeczy zamierzasz trzymać się mnie, 

póki nie znajdziesz jakiegoś sposobu powrotu na swoją planetę. Zgadza się? 

Kendra skrzywiła się. Te słowa wypowiedziane na głos brzmiały gorzej niż powtarzane w 

duchu.  Próbowała  przekonać  siebie,  że  wszystko  jest  w  porządku,  ale  myśl  o  opuszczeniu 
Dana  była  niemal  tak  samo  bolesna  jak  myśl  o  porzuceniu  na  zawsze  swojej  planety.  Dla 
własnego  bezpieczeństwa  nie  powinna  poddawać  się  uczuciom,  bo  mogły  całkowicie  nią 
zawładnąć, pozbawić woli i uzależnić od jedynego człowieka, który był w stanieją zatrzymać 
na Ziemi.  

– Zgadza się? – naciskał Dan.  
– Zgadza się – potwierdziła z pełnym rezygnacji westchnieniem.  
On  również  westchnął  ciężko  i  Kendra  czekała  na  jakiś  wybuch,  na  uzewnętrznienie 

gniewu. Panowała cisza.  

Bardzo delikatnie spróbowała wejść w jego mózg. Nie była w stanie uchwycić ani jednej 

myśli.  

– Dan? Czy wszystko w porządku? 
–  Jasne  –  rzucił  krótko.  –  Ściga  nas  morderca,  ale  poza  tym  wszystko  w  najlepszym 

porządku.  

– Mów do mnie, Dan – prosiła cicho. – Pozwól mi poznać twoje myśli.  
Dan przeczesał palcami włosy. Wyglądał na wyczerpanego.  
– Cała ta historia nie ma sensu. Musimy walczyć, by zostać przy życiu. Jeśli wygramy, w 

nagrodę mnie opuścisz. Jeśli przegramy, razem z tobą stracę życie.  

Łzy ścisnęły ją za gardło. Odetchnęła z trudem, a potem dotknęła go znowu, usiłując bez 

słów  przekazać  mu,  jak  trudne  i  skomplikowane  jest  to  również  dla  niej.  Nadaremnie.  Dan 
ponownie zamknął się w sobie.  

Najwyższa pora postawić sprawę szczerze i otwarcie.  
–  Tobie  i  mnie  może  się  to  nie  podobać,  aleja  nie  widzę  innego  rozwiązania,  Dan. 

Pochodzimy  przecież  z  dwóch  różnych  planet!  Trudności,  jakie  z  tego  wynikną,  nie  da  się 
rozwiązać wizytą w poradni małżeńskiej! Kłopoty będą narastały.  

– Dlaczego? 
–  Dlatego...  –  zaczęła,  ale  urwała,  nie  znajdując  właściwych  słów.  –  Dlatego...  – 

background image

Zamilkła. Na próżno starała się skupić. – Bo to by się nie udało – dodała.  

– Cóż za celny argument – zakpił gorzko. – Jesteś matką mego dziecka, a kocham cię tak 

bardzo jak nikogo w świecie. Dlaczego miałoby się nam nie udać? 

Patrzyła  przez  przednią  szybę,  zrezygnowana,  ponieważ  nie  potrafiła  przedstawić 

racjonalnych argumentów, i rozdarta, bo wiedziała, że Dan ma rację. Nie chciała jednak jej 
przyznać.  

– Szukasz czegoś, czego nie jestem w stanie ci dać.  
– Czego? Przywiązania? Zaufania? Lojalności? – spytał. – Miłości? 
–  Coś  w  tym  rodzaju  –  wykrztusiła  w  końcu,  świadoma,  że  może  mu  ofiarować  to 

wszystko z naddatkiem.  

Dan nic nie odpowiedział.  
Wszystko jedno, czy był rozgniewany, smutny czy zniechęcony, zawsze przyprawiał ją o 

szybsze  bicie  serca.  Zanim  przybyła  na  Ziemię  i  wchłonęła  myśli  i  emocje  tamtej  Kendry, 
nigdy nie przyszło  jej do głowy, by  również dla siebie zapragnąć tego,  o czym  mówił.  Nie 
znała miłości, nie wiedziała, co to uczucie z sobą niesie. Stało się inaczej, niż przewidywała i 
planowała. Wbrew wszelkim  regułom zaangażowała się, a przez to  i zmieniła. Nie była już 
wyłącznie Herfronitką, nie stała się także w zupełności Kendrą, żoną Dana, choć przyswoiła 
sobie  przemyślenia  i  pragnienia  tamtej  zmarłej  kobiety.  Kim  więc  była  i  dlaczego  z  całego 
serca pragnęła tego wszystkiego, o czym mówił Dan...  

Chciała  opowiedzieć  Danowi,  jak  głęboko  przenikało  ją  to  ludzkie  uczucie  zwane 

miłością. To miłość dodawała jej sił, nadawała życiu smak i uświadamiała, jak drogi jest jej 
Dan.  Chciała  wyjaśnić  mu  wszystkie  sprawy  dotyczące  jej  planety,  wytłumaczyć,  że  ich 
odmienne pochodzenie nigdy nie pozwoli stworzyć im prawdziwej jedności i autentycznego 
porozumienia. Ale pragnęła także usłyszeć, jak on nie przyjmuje jej słów do wiadomości, jak 
przekonuje ją, żeby się jeszcze raz zastanowiła.  

Nadal jednak milczała.  
Dan nigdy nie odrzucił jej argumentów.  
Mocny  i  bolesny  impuls  pochodzący  od  Kowboja  wdarł  się  nagle  w  jej  umysł.  Kendra 

skuliła  się,  a  potem  oczyściła  mózg  z  wszelkich  myśli  i  zmusiła  się  do  zablokowania  jego 
ataku.  

– Znalazł nas – powiedziała tylko krótko. Dan zrozumiał natychmiast. Czuła, jak cały się 

spręża w oczekiwaniu.  

Nacisnął na gaz i samochód skoczył naprzód. Zamiast zmieszać się z rzeką samochodów, 

Dan  wysunął  się  na  ich  czoło.  Zerknął  w  lusterko  wsteczne  i  aż  zmrużył  oczy  na  widok 
znajomego dżipa.  

– Niech go cholera! – mruknął pod nosem. – Ukradł mój samochód! 
Kendra  nie  musiała  się  odwracać.  Kowboj  stał  się  nieostrożny,  pozwalał  jej  dotrzeć  do 

fragmentów myśli. A może po prostu nie był w stanie równocześnie pilnować blokady swego 
umysłu i manewrować w gęstym ruchu ulicznym? Dan miał rację: życie w małym Lajitas nie 
przygotowało go do prowadzenia auta w śródmiejskim ruchu Houston. Może więc jednak nie 
był aż tak niezwyciężonym przeciwnikiem...  

background image

Żółtozielony  drogowskaz  informował,  że  następny  zjazd  z  autostrady  prowadzi  do 

centrum. Dan skręcił na prawy pas.  

–  Dokąd  jedziemy?  –  spytała  Kendra,  obiema  dłońmi  trzymając  się  drzwi.  Sonda 

Kowboja  znów  jej  dosięgła  i  dziewczyna  krzyknęła  z  bólu.  Dan  szybko  skręcił  kierownicą, 
przybliżając furgonetkę do zewnętrznej rampy.  

– Nie pytaj. Nie myśl – powiedział ponuro. – Po prostu trzymaj się mocno.  
Zrobiła,  jak  jej  kazał.  Wiedząc,  że  Kowboj  nie  może  atakować  równocześnie  dwóch 

umysłów, usiłowała ściągnąć jego uwagę na siebie. Dan miał rację, walczyli o swoje życie. 
Impulsy  wysyłane  przez  Kowboja  powodowały  ból,  ale  były  niską  ceną  za  jeszcze  jeden 
dzień życia. Może zdarzy się jakiś cud...  

Dlaczego?  –  spytała  w  końcu  swego  wroga.  Dlaczego  sprawiasz  nam  ból?  Co  chcesz 

dzięki temu uzyskać? 

Jeśli  pozostaniesz  na  Ziemi,  odpowiedział  Kowboj,  będziesz  stanowić  zagrożenie  dla 

całego przedsięwzięcia. Nie wolno pozwolić, żeby to nastąpiło.  

Jak mogłabym to zrobić? 
Byłabyś wolna i nosiłabyś dziecko, którego geny nie są doskonałe. Gdyby inni się o tym 

dowiedzieli, wszystko by przepadło.  

Jacy inni? Jakie wszystko? 
Inni Herfronici. Odwołano by mnie na Herfron, bym się wytłumaczył z twojej słabości. To 

się nie może zdarzyć. Nie pozwolę na to.  

Usiłowała przekonać go logicznymi argumentami.  
Czy nie tęsknisz za Herfronem? 
Oczywiście, że nie.  
Wszyscy tęsknią za swoim domem. 
Gdybyś mogła, zostałabyś z tym mężczyzną. Czułem to. Moim zadaniem jest dopilnować, 

byś  wróciła  na  swoją  planetę  albo  nie  była  w  stanie  spędzić  tu  życia.  Ponieważ  nie  byłaś 
posłuszna, nadeszła pora, by z tobą skończyć. 
 

Czemu nie zajmiesz się mną, a jego nie zostawisz w spokoju, błagała. Możesz usunąć mu 

pamięć.  

Ta metoda nie zawsze jest skuteczna. Nie mogę ryzykować niepowodzenia.  
Ależ chodzi o jego życie! 
To co? Przecież nie o moje.  
Nie mogła w to uwierzyć. W jakiś pokrętny sposób Kowboj wierzył, że te ostatnie słowa 

usprawiedliwiają jego działania.  

Zaczęła drżeć na całym ciele. Czy na Ziemi znajdowali się inni Herfronici, którzy, tak jak 

rolnik, żyli spokojnie i szczęśliwie? 

 
Centrum  Houston  sprawiało  imponujące  wrażenie.  Nigdy  jeszcze  nie  widziała  tylu 

przeszklonych budynków. Dan skręcił między dwa z nich i Kendra musiała złapać się deski 
rozdzielczej,  by  nie  wylądować  na  jego  kolanach.  Miała  rozpięty  pas  bezpieczeństwa  – 
dopiero teraz po niego sięgnęła.  

background image

Dobiegł ich pisk opon jadącego za nimi dżipa. Kendra rzuciła okiem w boczne lusterko i 

dostrzegła  twarz  Dirka.  Wyrażała  ona  upór,  wolę  walki  i  determinację.  Ten  widok 
zmobilizował jej siły. Przeżyją! Muszą! 

Dan zatrzymał się przed gmachem, nad którego wejściem widniał napis „PARK”.  
– Za mną! – krzyknął, otwierając drzwiczki samochodu i biegiem rzucając się ku wejściu.  
Na  moment  zatrzymał  ją  przeklęty  pas  bezpieczeństwa,  ale  zaraz  wyskoczyła  z 

samochodu i dogoniła Dana. Razem prześlizgnęli się przez podwójne drzwi, ale wpadając do 
holu, usłyszeli pisk hamulców i trzask drzwiczek dżipa.  

Dopiero po chwili Kendra zorientowała się, że Dan wyprzedził ją i znalazł się w przodzie. 

Kolory i aranżacja przestrzeni zafascynowały ją, zmuszając do zwolnienia kroku. Rozejrzała 
się po jasno oświetlonym, sięgającym na wysokość trzech pięter supermarkecie spożywczym, 
hałaśliwym jak cyrk, barwniejszym niż chustki wyciągane z cylindra przez magika.  

Dan  wrócił,  chwycił  ją  za  rękę  i  pociągnął  przez  czekający  na  wejście  do  licznych 

restauracji tłum.  

Przebiegli  przez  całą  długość  miejskiego  pasażu  handlowego,  przeciskając  się  między 

klientami w szalonym pędzie ku... Kendra nie wiedziała ku czemu.  

Nagle  w  budynku  odbił  się  echem  świszczący  dźwięk.  Coś  przeleciało  tuż  koło  ucha 

Kendry.  Witryna  przed  nimi  z  brzękiem  rozpadła  się  na  tysiąc  kawałków.  Ludzie  zaczęli 
krzyczeć, dzieci płakać.  

Z  bijącym  sercem,  wczepiona  z  całej  siły  w  dłoń  Dana,  Kendra  biegła  dalej.  Nagłym 

szarpnięciem skierował ją ku jadącym w dół schodom.  

– Co to jest? – krzyknęła, gdy zbiegali po przesuwających się stopniach.  
– Schody ruchome! – odkrzyknął, odpychając na bok mężczyznę w eleganckim garniturze 

i przysadzistą kobietę.  

– Nagły wypadek! Proszę się odsunąć! 
Zbiegli  na  sam  dół,  przeskakując  po  dwa  stopnie.  Podłoga  z  zielonego  marmuru 

rozpościerała się przed nimi jak dywan, zapraszając do systemu podziemnych tuneli długości 
niemal  dziesięciu  kilometrów,  łączących  większość  najważniejszych  gmachów  centrum 
Houston. Pokryte beżową wykładziną ściany tłumiły odgłos kroków. Mijali ludzi spieszących 
do  pracy  lub  wracających  do  domu.  Na  chwilę  zablokowało  im  drogę  kilka  elegancko 
ubranych kobiet – po skręceniu w boczny korytarz wpadli na nie z impetem.  

Dan  obejrzał  się  przez  ramię,  ale  gęsty  tłum  nie  pozwalał  mu  dostrzec  Kowboja. 

Natychmiast  jednak  usłyszał  brzęk  tłuczonego  szkła.  Mężczyzna,  sprzedający  obwarzanki  z 
ruchomego  straganu,  zaklął  głośno:  srebrzysty  daszek  nad  wózkiem  dymił.  Srebrna 
powierzchnia musiała odbić promień lasera Kowboja, bo na suficie również widniała czarna, 
dymiąca dziura.  

Z  sercem  bijącym  tak  mocno,  że  nie  słyszał  własnego  głosu,  Dan  pociągnął  Kendrę  za 

sobą.  

– Uciekajmy! 
Zielona  marmurowa  podłoga  ustąpiła  miejsca  brązowej.  Lampy,  dotychczas  w  formie 

nowoczesnych  kul  wbudowanych  w  podwieszony  sufit,  przyjęły  formę  fluoryzujących 

background image

prostokątów.  Dan  wciągnął  Kendrę  do  dużego  sklepu,  po  drodze  o  mało  nie  przewracając 
wrzeszczącego berbecia, usiłującego umknąć swojej matce.  

– Nie ma drugiego wyjścia – rzuciła Kendra bez tchu. Łapiąc oddech, Dan stanął przed 

ścianą, w której powinny znajdować się prowadzące na zewnątrz drzwi.  

– Skąd wiedziałaś? 
–  Ktoś  mi  powiedział.  –  Rozglądała  się  wokół,  szukając  osoby,  która  przekazała  tę 

informację. Gdyby nie była u kresu sił, zapewne zatrzymałaby się i  spróbowała przemyśleć 
to, co się działo. Zamiast tego poprowadziła Dana ku wejściu.  

Gdzie jesteś? 
Robią zakupy z moimi dziećmi, odpowiedział ktoś. Biegnijcie dalej. On właśnie wszedł do 

sklepu i zagląda w prawe przejście, pod tablicą „Kosmetyki”.  

Kendra  rozejrzała  się  po  zawieszonych  pod  sufitem  tabliczkach  i  znalazła  tę,  pod  którą 

stał Kowboj. Pociągnęła Dana za sobą. Przecisnęli się przez drzwi i biegli dalej przez hol.  

Znów ktoś przesłał Kendrze myśl.  
Widzą, jak wychodzi ze sklepu. Biegnijcie i wydostańcie się stąd! Przez bank! 
Kendra  była  zupełnie  zaszokowana.  Nadawcą  nie  była  ta  sama  osoba  co  wcześniej  w 

sklepie, ale inna Herftonitka, znajdująca się gdzieś w tunelu.  

Gdzie jest bank? – spytała, ale odpowiedź nie była całkiem jasna.  

Dalej przed wami.  

Co tu robisz? – pytała gorączkowo, biegnąc przez hol.  
To samo co ty. Żyją, nadeszła odpowiedź. Jest nas tu więcej.  
Kendra nie miała czasu pytać dalej. Dan znów wysunął się przed nią i skręcił w korytarz, 

wiodący  ku  pustemu  punktowi  ksero.  W  miarę  jak  hałaśliwy  tłum  zostawał  z  tyłu,  coraz 
donośniej rozbrzmiewał odgłos ich kroków. Wpadli do następnego holu, potem znów biegli 
korytarzem, znów przez hol – i stanęli. Przed nimi widniała niewielka, kwadratowa przestrzeń 
z kilkoma drzwiami i wejściem do windy.  

Dan kilkakrotnie nacisnął przycisk windy, ale bez rezultatu. Kendra rozejrzała się. Jedne 

drzwi  prowadziły  najwyraźniej  do  ubikacji,  inne  nie  były  oznaczone,  a  zza  szerokich, 
podwójnych dochodził głośny, jednostajny pomruk.  

Dan puścił dłoń Kendry i biegł od drzwi do drzwi, próbując je otworzyć. Wszystkie były 

zamknięte na klucz.  

Od  strony  głównego  korytarza  rozległ  się  odbity  echem  krzyk.  Dan  zwrócił  się  ku 

podwójnym  drzwiom.  Z  całej  siły  szarpał  nimi  i  ciągnął,  aż  jedno  skrzydło  odskoczyło, 
ukazując  pomieszczenie  wentylatorni  i  centrum  systemu  klimatyzacji.  Był  to  długi  pokój, 
wypełniony  rurami  o  dużych  przekrojach,  pomalowanymi  na  jaskrawe  kolory  i  otulonymi 
izolacją. Rury biegły po podłodze, wspinały się po ścianach na sufit, a następnie rozchodziły 
w różnych kierunkach.  

–  Cholera  –  mruknął,  widząc,  że  nie  ma  już  odwrotu.  Więc  to  tu  się  wszystko 

rozstrzygnie. Popchnął Kendrę na podłogę między dwiema rurami. – Zostań tu i nie podnoś 
głowy! Pod żadnym  pozorem  nie pozwól, by cię spostrzegł! – rozkazał. Następnie zamknął 
drzwi do holu, zaryglował je od środka, przesunął się na bok i przywarł plecami do ściany.  

background image

Usiłował  zachowywać  się  najciszej,  jak  umiał,  ale  i  tak  Kendra  słyszała  i  jego  głośny 

oddech,  i  niespokojne  bicie  serca.  Chciałaby  go  objąć  i  utulić,  ale  nie  mogła.  Gdyby  teraz 
odwróciła jego uwagę, byłby to koniec jedynej, nikłej szansy na przeżycie.  

Od kiedy zaczęli tę zabawę w chowanego, Kowboj nie próbował wejść w myśli ani jej, 

ani  Dana.  Zapewne  nie  potrafi  równocześnie  ścigać  kogoś  i  wnikać  w  jego  myśli.  Było  to 
trudne,  a  dla  kogoś,  kto  nie  był  przyzwyczajony  do  hałasu  i  pośpiechu  wielkiego  miasta  – 
niemal  niemożliwe.  Ona,  na  szczęście,  dzięki  Danowi  nie  musiała  skupiać  się  na  każdym 
następnym ruchu.  

Wkrótce  jednak  Kowboj  zatrzyma  się  i  spróbuje  ich  odszukać.  Nie  mieli  szans  na 

ukrywanie się w nieskończoność – ostatecznie Dirk wiedział, gdzie Dan mieszka.  

Nie, musieli pozwolić Kowbojowi, by ich teraz odnalazł, teraz, gdy mieli nad nim lekką 

przewagę.  Wiedząc,  że  przewyższa  Dana  w  blokowaniu  dostępu  do  swego  umysłu, 
postanowiła  udawać,  że  nie  są  razem.  Niech  Kowboj  uzna,  że  poszła  w  innym  kierunku. 
Wpadnie tu za Danem, a wtedy może uda jej się na moment odwrócić jego uwagę.  

Odetchnęła głęboko, usunęła z mózgu wszystkie myśli i wpatrzyła się w rury przed sobą. 

Pod jedną z nich dostrzegła wepchniętą pustą puszkę po piwie, jedną z tych „srebrnych kul”, 
które Dan pokazał jej w Lajitas. Automatycznie wyciągnęła po nią rękę.  

Oddech Dana uspokajał się powoli.  Oparł głowę o ścianę, skrzywił  się i zamknął oczy. 

Napięcie  było  tak  silne,  że  oboje  pragnęli,  by  już  było  po  wszystkim  bez  względu  na 
ostateczny rezultat.  

Nagle Dan chwycił się za głowę.  
Kowboj ich odnalazł.  
Drzwi otworzyły się powoli i ostrożnie. Kowboj stanął w progu, niezdecydowany. Kendra 

usiłowała  odwrócić  jego  uwagę  od  Dana.  Kowboj  rozejrzał  się  po  pokoju,  a  nie  mogąc  jej 
dostrzec, skierował laser ku środkowi pomieszczenia. Usiłując wyciągnąć Kendrę z kryjówki, 
przekazał jej imię Dana i obraz okrucieństw, których ma zamiar się na nim dopuścić.  

Akurat tego momentu Dan potrzebował. Rzucił się ku uniesionej ręce Kowboja i z całej 

siły uderzył w nią wyciągniętym ramieniem. Niestety, był zbyt wolny. Dirk dostrzegł ruch i 
udało mu się uniknąć bezpośredniego ciosu, choć uderzenie nim wstrząsnęło.  

Herfronita  krzyknął,  postąpił  krok  w  głąb  pokoju,  potknął  się  i  po  chwili  odzyskał 

równowagę. Z uśmiechem na ustach skierował laser na Dana.  

– Gdzie ona jest? 
– Tu jej niema.  
Dirk wysłał przeszywający impuls wprost do mózgu Dana.  
– Gdzie ona jest? – powtórzył.  
Dan zacisnął zęby i zaczerpnął powietrza. Miał wrażenie, że głowa zaraz mu pęknie.  
– Gdzieś, gdzie jej nie dopadniesz, ty skur...  
Kendra usłyszała krzyk pełen cierpienia, jeszcze zanim uniosła głowę, by spojrzeć, co się 

dzieje. Jasnoczerwona krew szybko rozlewała się dużą, ciemną plamą po dżinsach , na udzie 
Dana.  

Gniew wypełnił  każdą komórkę jej  ciała.  Zerwała się na równe nogi,  ściskając w dłoni 

background image

jedyną broń – zgniecioną puszkę po piwie.  

Dirk  strzelił  do  bezbronnego  człowieka  –  człowieka,  którego  kochała.  Stanęła  przed 

Kowbojem z twarzą wykrzywioną nienawiścią.  

–  Kendra!  Nie!  –  zawołał  Dan,  usiłując  zasłonić  ją  własnym  ciałem.  Postąpił  krok 

naprzód, ale potknął się o rury.  

Kendrę  ogarnęła  wściekłość.  Kowboj  zranił  Dana.  Zranił  Dana!  Chciała  odpowiedzieć 

ciosem na cios, zranić Dirka. Chciała go zabić.  

Kowboj zwrócił się ku niej z twarzą wykrzywioną grymasem przypominającym uśmiech.  
– Jesteś gotowa? – spytał tonem zdawkowej rozmowy. – Miłych snów.  
Skierował laser na Kendrę.  
–  Nic  ż  tego!  –  krzyknęła,  zasłaniając  się  puszką  po  piwie  akurat  w  chwili,  gdy  Dirk 

włączył laser.  

Błyszcząca,  aluminiowa  puszka  odbiła  promień  z  powrotem  ku  drzwiom,  tak  samo  jak 

przedtem daszek nad stoiskiem z obwarzankami.  

Kowboj szybko strzelił powtórnie.  
Kendra działała instynktownie. Znowu użyła puszki.  
Z piersi Kowboja zaczął wydobywać się dym. Herfronita chwycił dłońmi za ranę. Patrzył 

na Kendrę z takim samym niedowierzaniem jak ona na niego. Potem w zwolnionym tempie 
odwrócił głowę w stronę Dana. Otworzył usta, ale nie zdążył już wypowiedzieć ani słowa.  

Kendra przyglądała się w oszołomieniu, jak Kowboj osuwa się na kolana. Z utkwionym 

w  nią  wzrokiem  potrząsnął  głową.  Nie  mogą  w  to  uwierzyć,  przekazał  jej  jeszcze  myślami. 
Potem powoli zamknął oczy i upadł.  

Kendra  ledwie  stała.  Usiadła  na  zimnym  betonie,  wpatrzona  w  nieruchomego  Kowboja 

leżącego na podłodze między nią a Danem. Równocześnie w pokoju rozległ się trzeszczący 
dźwięk i umilkł po chwili.  

– Kendro. – Dan mówił cicho, ale usłyszała go. – Wielkie nieba, Kendro.  
Wciąż  oszołomiona,  popatrzyła  na  niego  pustym  wzrokiem.  Nie  pojmowała,  jak  doszło 

do  tego,  że  występując  w  obronie  Dana,  przyczyniła  się  do  śmierci  Herfronity,  choć  był  on 
tak groźny... Przeczesała palcami włosy i odgarnęła je z twarzy.  

– Co ja najlepszego zrobiłam? 
Głos Dana był tak cichy, że z trudem rozróżniała słowa.  
–  Zrobiłaś  to,  co  musiałaś,  kochanie.  Jeśli  chciałaś  żyć,  musiałaś  go  zabić.  Ja 

spróbowałem, ale mi się nie udało.  

– Zabić...  
Jej  myśl  odpłynęła.  Od  kiedy  spotkała  tego  mężczyznę,  przeszła  tyle  przemian,  że  nie 

potrafiła  już  ich  zliczyć.  Była  zszokowana  tym,  co  uczyniła.  Równocześnie  zadziwiona 
odkryciem, że Starsi ją okłamywali. Na tej planecie żyło wielu Herfronitów. Przebywała na 
Ziemi zaledwie dwa tygodnie, a spotkała czworo. Dwie osoby pomogły jej dzisiaj uratować 
życie.  Żyły  tu  i  pracowały!  Nie  znalazła  ich  przypadkiem  –  nie,  te  dwie  kobiety  specjalnie 
odszukały  ją  myślami,  by  im  pomóc  uciec  przed  Kowbojem.  A  zatem  jej  ziomków  było 
pewnie więcej. Znacznie więcej. Może to właśnie stało się z niektórymi przybyłymi razem z 

background image

nią? Może postanowili tu zostać i nie chcieli, by wiedziała i zdradziła ich przed kimś takim 
jak Strażnik Dirk? 

– Kendra, mów do mnie – powiedział Dan cicho.  
– Cholera, skarbie, nie oddalaj się tak ode mnie. Nie wiem, co myślisz.  
Skupiła  na  nim  całą  uwagę.  Była  żywa  i  zdrowa.  Jej  dziecko  wciąż  było  w  niej 

bezpieczne. A Dan żył. To było najważniejsze.  

Drżącymi  rękoma  pomogła  mu  wstać.  Syknął  z  bólu,  ale  oboje  wiedzieli,  że  da  sobie 

radę. Ona także.  

Uśmiechnęła się szeroko. Jej myśli znów wirowały w głowie, mówiąc jej, że ma sposób, 

by go uleczyć – tę samą „broń”, która zabiła Kowboja.  

– Zaczekaj chwilkę – powiedziała, sięgając po laser. Przyjrzała mu się dokładnie, usiłując 

przypomnieć sobie niejasne instrukcje, otrzymane kilka lat temu. Nacisnęła kilka guzików i 
nagle  kod,  którego  szukała,  pojawił  się  na  małym  ekraniku.  –  Trzymaj  się  –  poleciła, 
ostrożnie kładąc urządzenie na podłodze i odsłaniając ranę.  

–  Cholera  –  rzucił  przez  zaciśnięte  zęby.  –  Ostrożnie,  skarbie.  To  moja  jedyna  prawa 

noga.  

– Teraz się nie ruszaj – rozkazała, podnosząc pilota i skierowując go na nogę Dana.  
Złapał ją za ramię.  
– Czy wiesz, co robisz? 
– Lepiej niż ty – odrzekła, nagle bardzo zdecydowana.  
– Mocno krwawisz, a trzeba cię szybko wyleczyć. Powinniśmy stąd zniknąć, zanim jakiś 

ochroniarz albo monter znajdzie nas z martwym ciałem u stóp.  

Nie wyglądał na przekonanego.  
– Jesteś pewna, że w ten sposób nie skończysz tego, co rozpoczął nasz przyjaciel? 
Jej śmiech poprzedził o sekundę uderzenie w nogę. Dan przygotował się na ból, ale nic 

nie  poczuł.  Jego  układ  nerwowy  niewątpliwie  dostał  zastrzyk  energii,  a  noga  zaczęła  go 
swędzieć.  

Kilka sekund później Kendra zdjęła palec z przycisku i odchyliła się do tyłu.  
– W porządku? 
Zdumiony tym, co się stało, potwierdził.  
– W porządku.  
– Zegnij nogę.  
– Strasznie się rządzisz, gdy trzymasz w ręku to urządzenie – zauważył, ale zrobił, co mu 

kazała. Uniósł brwi. – Nic mnie nie boli.  

Roześmiała się.  
– To dobrze. Możesz chodzić? 
Spróbował. Noga była nieco sztywna, ale poza tym mógł jej używać.  
Wciąż  uśmiechnięta  wsunęła  pilota  do  kieszeni  bluzy  i  odwróciła  się,  by  jeszcze  raz 

spojrzeć  na  przewieszone  przez  rurę  ciało  Kowboja.  Było  to  straszliwe  przypomnienie,  że 
otarli się o śmierć...  

Dan myślał to samo. Objął ją mocno ramionami, zamykając oczy, by nie patrzeć już na 

background image

pole bitwy.  

– Wciąż się uśmiechasz. Chyba żyjemy.  
Kendra roześmiała się z ulgą.  
– Tak, żyjemy.  
Dan nadal trzymał ją blisko siebie. Nareszcie wielka ucieczka się skończyła.  
– Zdaje się, że wygraliśmy, kochanie.  
– To ja wygrałam, ty męski szowinisto! – Uderzyła go lekko w żebra. – Jesteś mi winien 

nagrodę.  

Jego przekorny uśmiech przyprawił ją o bicie serca. Jakież jeszcze ludzkie cechy w sobie 

odkryje? 

–  W  takim  razie,  moja  kochana  kosmitko,  kupię  ci  ich  tuzin  –  obiecał.  Jednocześnie 

spojrzeli na martwego Herfronitę. Po śmierci stał się okrąglejszy, jakby spuchnięty. Jego ciało 
powoli zaczynało zamieniać się w proch. Za godzinę nie zostanie z niego nic, oprócz ubrania i 
szarego pyłu.  

– Dan ja...  
–  To  dziwne  –  powiedział  z  namysłem,  nie  spuszczając  wzroku  z  tego,  który  tak 

bezlitośnie ich ścigał. – Za życia wyglądał tak, że Clint Eastwood to przy nim pętak. A teraz – 
teraz przypomina raczej wielki pączek z włosami.  

– To Kau – przypomniała mu z powagą. – Herfronita. Tak samo jak ja.  
Gestem posiadacza ścisnął jej dłoń.  
– Wiem. Pamiętam. Kocham cię, najdroższa. A za nim nie przepadałem. Na szczęście to 

my  pozostaliśmy  przy  życiu.  –  Objął  ją  spojrzeniem,  sprawdzając,  czy  nic  się  jej  nie  stało. 
Drżącymi palcami dotykał jej twarzy, szyi i ramion. Była bezpieczna. On też był bezpieczny. 
Już nigdy nie zwątpi w cuda. Może nawet zdarzy się jeszcze jeden...  

 
Przespacerowali się tunelem i wyszli przez centrum handlowe. W pewnej chwili Kendra 

skierowała  laser  na  kobietę  o  smutnej  twarzy  i  wymuszonym  uśmiechu,  która  szła  w  ich 
kierunku. Po kilku sekundach kobieta wyprostowała się nieco, a jej uśmiech nabrał życia.  

– Coś ty zrobiła? – szepnął Dan.  
– Ponieważ nie mam właściwego kodu, by podtrzymywać działanie pilota, za dzień lub 

dwa utraci on swoją moc. Ta kobieta miała raka. Niech ten przedmiot przynajmniej posłuży 
czemuś dobremu, póki działa. Ona jest już wyleczona.  

– Lekarze orzekną, że to cud.  
– I dla niej tak właśnie będzie – przytaknęła Kendra. – Czemu nie? 
Dan kiwnął na taksówkę, specjalnie zostawiając własnego dżipa i skradzioną furgonetkę 

przy krawężniku. Policjanci zawiadomią go o znalezieniu jego samochodu, a on uda, że nic 
nie  wie  o  kradzieży.  Kendra  odczytała  jego  myśli  i  po  raz  pierwszy  nie  skarciła  go  za 
niewłaściwe postępowanie.  

Gdy weszli do mieszkania Dana, rozejrzała się wokół.  
– To mi przypomina moją własną kwaterę. Surową i funkcjonalną.  
– Dzięki – powiedział sucho, starając się nie zdradzić, jak bardzo się denerwuje, goszcząc 

background image

ją po raz pierwszy u siebie. – Przydałoby się nieco je urządzić, ale ja nie umiem tego robić.  

Odwróciła się i objęła go ramionami, przytulając się mocno.  
– To zajmijmy się może tym, co umiesz najlepiej. Ciało Dana zareagowało natychmiast.  
– Maleńka, wiesz, co powiedzieć, bym się lepiej poczuł. Kochał się z nią, jakby miał to 

być ostatni raz. A może był? W gruncie rzeczy nie wiedział, co dzieje się w jej głowie. Bał się 
pytać. Usłyszeć, że odchodzi. Sama myśl o rozstaniu sprawiała, że brakowało mu powietrza, 
serce pękało z bólu, a oczy wypełniały się łzami.  

Reszta życia bez Kendry? Tej Kendry. Och, teraz już jasno widział różnice. Tylko wygląd 

wiązał tę kobietę z jego zmarłą żoną, a nawet to się powoli zmieniało. Miały tak odmienne 
osobowości,  że  w  gruncie  rzeczy  nic  ich  nie  łączyło.  Kobieta,  którą  trzymał  w  ramionach, 
była  miłością  dorosłego  człowieka  –  dorosłego  mężczyzny,  który  potrafi  głęboko  kochać 
tylko raz w życiu. Być może po odejściu tej Kendry życie toczyłoby się dalej, ale nie chciał 
sobie nawet wyobrażać, jakie by ono mogło być.  

Kochał  ją  delikatnie  i  czule,  później  z  namiętnością,  która  bez  słów  mówiła  o  jego 

miłości.  A  ona  dostosowywała  się  do  jego  ruchów,  do  jego  tempa.  Żadne  nie  próbowało 
odczytywać  myśli  drugiego  –  nie  było  to  potrzebne.  Odpowiadała  na  każde  odwieczne 
żądanie jego ciała i stawiała własne. Byli znakomicie dopasowani i ogromnie zakochani. Dan 
był gotów dać za to głowę.  

Później,  gdy  Kendra  odpoczywała  w  bezpiecznej  przystani  jego  ramion,  jego  serce 

płakało cichymi łzami. Pragnął już zawsze ją tak trzymać. Jednak rzeczywistość domagała się 
swoich praw, a w mózgu rodziły się niecierpliwe pytania. Wolał już wiedzieć najgorsze, niż 
nie wiedzieć nic.  

– I co teraz, Kendro? Wracasz do siebie czy zostajesz ze mną? – W końcu ubrał w słowa 

to, co go tak dręczyło. – Co z nami będzie? 

Poruszyła nogami, ale jej głowa wciąż spoczywała na jego piersi. Zawahała się tylko na 

ułamek sekundy.  

– Nie mogę teraz od ciebie odejść, Dan. Głośno zaczerpnął powietrza.  
– Przewróciłeś moje życie do góry nogami – mówiła dalej – i nie mogę, nie potrafię już 

bez ciebie żyć. Poza tym nasza córka powinna znać swego naturalnego ojca.  

Jego ciepły oddech łaskotał policzek.  
–  Co  za  szczęście  –  szepnął,  muskając  palcami  jej  złotą  skórę.  –  Tak  strasznie  cię 

kocham, że gdyby coś ci się stało, też nie mógłbym dalej żyć.  

Objęła  go  za  szyję  i  przywarła  mocno.  Uczucia,  które  Dan  w  niej  budził,  były  zbyt 

cudowne, by się ich wyrzec. Gdy pocałunek się skończył, spojrzała na niego zamglonymi z 
namiętności oczami.  

–  Teraz,  gdy  wiem,  jak  nazywa  się  to  dziwne  uczucie,  mogę  powiedzieć,  że  ja  też  cię 

kocham. To cały czas we mnie tkwiło, wiesz? Od kiedy ujrzałam cię po raz pierwszy.  

Przesunął kciukiem po jej dolnej wardze.  
–  Kochanie,  właśnie  tych  słów  potrzebowałem,  by  zaciągnąć  cię  do  urzędu  stanu 

cywilnego. A w każdym razie zaciągnę cię natychmiast, gdy tylko skombinujemy dla ciebie 
fałszywe świadectwo urodzenia.  

background image

– Poco? 
–  Żebyśmy  mogli  udowodnić,  że  urodziłaś  się  na  Ziemi.  W  oczach  Kendry  błysnęło 

zrozumienie.  

–  To  żaden  problem.  Dostałam  potrzebne  papiery  zaraz  po  wylądowaniu.  Trzeba  tylko 

wypełnić wolne miejsca – zależne od danych osoby, w którą miałam się wcielić.  

–  I  tak  rozwiązany  został  następny  z  długiej  listy  problemów  rodzących  się  we 

współżyciu z kosmitką – zażartował, wciąż ją przytulając.  

Kendra postanowiła omówić sprawę do końca.  
– Żyją tu inni przybysze z mojej planety. Jeśli zostanę na Ziemi, zachowam kontakty z 

nimi. Z innymi Herfronitami. Może pewnego dnia uda nam się dogadać ze Starszymi.  

Roześmiał się.  
– Powinienem był wiedzieć, że zaraz uruchomisz swoje zdolności organizacyjne. Jeszcze 

trochę,  a  będziecie  się  spotykać  na  brydżu  i  rozmawiać  o  radościach  i  problemach 
wynikających z wychowywania ludzkich dzieci.  

Roześmiała się swobodnie, po raz pierwszy od opuszczenia statku kosmicznego.  
– A czegóż innego można się spodziewać po niezależnej pani domu? 
– Niczego innego – odrzekł miękko. – Absolutnie niczego innego.  
Kendra uniosła jego dłoń i pocałowała ją. Nadeszła pora, by rozpocząć wspólne życie.  
– Jesteś pewien, że dasz sobie z tym radę, Dan? 
– Jestem pewien – stwierdził z przekonaniem. Jego oczy jaśniały miłością.  
Odetchnęła z ulgą.  
– A więc – zaczęła z przekornym błyskiem w wielkich, brązowych oczach – skoro mam 

być panią domu,  powinnam  zacząć od nauczenia się tego wszystkiego, co ziemskie kobiety 
robią  w  dzień.  Na  przykład  od  urządzenia  twojego  mieszkania.  Widziałam  takie  pismo,  w 
którym był cudowny pokój dziecinny...  

Roześmiała się, słysząc jego westchnienie. Wiedziała, że cieszy się z życia. Z bycia z nią 

razem.  

Oboje  się  cieszyli.  O  dziwo,  odzwyczaiła  się  od  używania  słowa  „my”  wiążącego  ją  z 

innymi Herfronitami. Teraz mówiła „my” o sobie i Danie.  

I kochała to słowo – pewnie dlatego, że kochała Dana i wiedziała, że on odwzajemnia jej 

uczucia.  

– Dzięki naszej miłości stworzymy dom – szepnęła, całując go lekko w policzek. – Nasz 

dom.  

Wiedzieli,  że  bez  względu  na  wszystko  –  na  błędy,  jakie  popełnią,  lub  trudności,  jakie 

przyjdzie im pokonać – będą razem. Na zawsze.