background image

-------------------------------------------------------------------------
       Ze zbiorow Biblioteki Sieciowej - http://www.webmedia.pl/bs/
-------------------------------------------------------------------------
 
 NR.ID: 00102
 TYTUL: Powszechna historia nikczemnoscii
 AUTOR: Jorge Luis Borges
 TLUM.: Andrzej Sobol-Jurczykowski, Stanislaw Zembrzuski

 OPRACOWAL : Tomasz Kaczanowski (kaczuch@kki.net.pl)
-------------------------------------------------------------------------

1. POWSZECHNA HISTORIA NIKCZEMNOŚCI 
 
I inscribe this book to S.D.: English, 
innumerable and an Angel. 
Also: I offer her that kernel of myself 
that I have saved, somehow - 
the central heart that deals not 
in words, traffics not with dreams 
and is untouched by time, by joy, 
by adversities. 
 
 
 
PRZERAŻAJĄCY WYBAWICIEL LAZARUS MORELL 
 
  W 1517 roku ojciec Bartłomiej de las Casas użalił się nad losem 
Indian, których wyniszczano w pracowitym piekle antylskich kopalni 
złota, i zaproponował cesarzowi Karolowi V przywóz Murzynów, aby 
ich wyniszczać w pracowitym piekle antylskich kopalni złota. Owej 
dziwnej odmianie filantropii zawdzięczamy niezliczoną ilość rzeczy: 
bluesy z Nowego Orleanu, mitologiczną wielkość Abrahama 
Lincolna, pięćset tysięcy zabitych w wojnie domowej między Stanami 
Południa i Północy, trzy miliardy trzysta tysięcy dolarów wydanych 
na renty i emerytury wojskowe, pojawienie się słowa "lincz" w 
słownikach języka, śniady wdzięk pani X, nieszczęsną rumbę 
Manisero, zgodne współżycie religii krzyża i węża w murzyńskiej 
republice Haiti, poezję kubańską, habanerę - matkę tanga, kongę i 
mambo. 
  Ponadto: karygodne i wspaniałe życie niegodziwego wybawiciela, 
Lazarusa Morella. 
 
Miejsce 
 
  Ojciec Wód, Missisipi, najbardziej rozległa rzeka świata, była sceną 
godną tego niezrównanego łotra. (Rzekę odkrył Alvarez de Pineda, a 
pierwszym podróżnikiem na jej wodach był Hernando de Soto, były 
konkwistador Peru, który skracał był długie miesiące więzienia 
królowi Inków Atahualpie, ucząc go gry w szachy. Umarł i wody tej 

background image

rzeki posłużyły mu za grób.) 
  Missisipi jest rzeką o szerokim łonie: w swej nieskończoności jest 
siostrą Parany, Urugwaju, Amazonki i Orinoka. Jest to rzeka-Mulat, 
ponad czterysta ton błota niesionego przez jej wody znieważa 
rokrocznie Zatokę Meksykańską. Tyle czcigodnego i prastarego 
świństwa zbudowało deltę, gdzie olbrzymie błotne cyprysy rosną na 
wydzielinach kontynentu w bezustannym rozkładzie i gdzie labirynty 
z błota, zdechłych ryb i sitowia rozszerzają granice swego cuchnącego 
królestwa. W dół rzeki, na wysokości Arkanzasu i Ohio, wlecze się 
piaszczysta nizina. Zamieszkuje ją żółtawe plemię nędznych ludzi, ze 
skłonnością do febry, spoglądających chciwie na kamień i żelazo; 
między nimi bowiem nie ma nic poza piaskiem i drzewem, i mętną 
wodą. 
 
Ludzie 
 
  W początkach dziewiętnastego wieku (data, o którą nam chodzi) 
rozległe plantacje bawełny znajdujące się na obu brzegach były 
uprawiane przez Murzynów, pracujących od świtu do zachodu słońca. 
Spali w drewnianych chatach, na ubitej ziemi. Poza stosunkiem 
matka - dziecko, pokrewieństwa były umowne i mętne. Posiadali 
imiona, ale mogli obejść się bez nazwisk. Nie umieli czytać. 
Wzruszonym dyszkantem podśpiewywali w angielszczyźnie o 
powolnych samogłoskach. Pracowali w szeregach, ugięci pod batem 
nadzorcy. Uciekali, a mężczyźni o gęstych brodach wskakiwali na 
piękne konie i puszczali ich śladem ogromne wilczury. 
  Do mętnego osadu prymitywnych nadziei i afrykańskich lęków 
dołożyli słowa Pisma: byli więc chrześcijanami. Śpiewali głęboko i 
tłumnie: "Go down Moses." Missisipi służyła im za wspaniały obraz 
nędznych wód Jordanu. 
  Właścicielami owej spracowanej ziemi i owych Murzynów byli 
łapczywi i leniwi panowie o wspaniałych czuprynach, zamieszkiwali 
długie domostwa, budowane frontem do rzeki, z nieodzownym 
pseudogreckim portykiem z białej sosny. Dobry niewolnik kosztował 
ich do tysiąca dolarów i nie wytrzymywał długo. Poniektóry okazywał 
niewdzięczność; zapadał na byle jaką chorobę i umierał. Trzeba było 
z niepewnego elementu wyciągnąć jak największą korzyść. Dlatego 
też trzymali niewolników na polu od świtu do zachodu słońca i 
dlatego też wymagali od nich corocznych plonów bawełny, tytoniu 
lub cukru. Ziemia, miętoszona i męczona ową niecierpliwą 
gospodarką, wyczerpywała się po kilku latach, zagmatwana i błotnista 
pustynia wkraczała na teren plantacji. W opuszczonych folwarkach, 
na przedmieściach, wśród gęstych zarośli trzcin i wśród podłych, 
zabagnionych ziem, mieszkali tak zwani poor whites - biała hołota. 
Byli rybakami, koniokradami, myśliwymi nieokreślonych zwierząt. 
Żywili się niekiedy wyżebraną u Murzynów resztką kradzionej strawy 
i zachowywali w swoim poniżeniu jedyną dumę posiadania krwi bez 
plamki, bez cienia domieszki. Lazarus Morell był jednym z nich. 
 
Człowiek 

background image

 
  Dagerotypy Morella, reprodukowane niekiedy przez amerykańskie 
czasopisma, nie są autentyczne. Ten brak prawdziwych wizerunków 
człowieka tak pamiętanego i sławnego nie jest chyba przypadkiem. 
Można z całym prawdopodobieństwem przypuścić, że Morrel oparł 
się srebrzystej płytce głównie po to, by nie zostawiać niepotrzebnych 
śladów, dając jednocześnie pożywkę tajemnicy i legendzie... Wiemy 
skądinąd, że za młodu nie był specjalnie obdarzony przez naturę i że 
oczy ustawione zbyt blisko siebie oraz wąskie, jednowymiarowe usta 
nie zjednywały mu sympatii. Lata późniejsze nadały mu ten 
szczególny majestat towarzyszący szpakowatym włosom oraz 
śmiałym i bezkarnym zbrodniarzom. Był starym arystokratą z 
Południa, pomimo nędznego dzieciństwa i haniebnego życia. Pismo 
Święte nie było mu obce, a gdy zdarzało mu się wygłaszać kazanie, 
robił to ze szczególnym przekonaniem. "Widziałem Lazarusa Morella 
na ambonie - pisze właściciel domu gry z Baton Rouge, Luizjana - 
słuchałem jego budujących słów i widziałem, jak łzy napływały do 
jego oczu. Wiedziałem, że jest to bezbożnik, złodziej niewolników i 
morderca urągający Bogu, ale moje oczy także płakały." 
  Mamy też dobre świadectwo o tych wylewach świątobliwej czułości, 
które pozostawił nam sam Morell. "Otworzyłem Biblię na chybił 
trafił, znalazłem stosowny werset z listów świętego Pawła i mówiłem 
godzinę i dwadzieścia minut. Crenshaw i towarzysze też nie tracili 
czasu, uprowadzili bowiem wszystkie konie moich nabożnych 
słuchaczy. Sprzedaliśmy je w stanie Arkansas, z wyjątkiem jednego 
rączego gniadosza, którego zostawiłem dla siebie. Co prawda 
Crenshaw miał na niego chętkę, ale zdołałem go przekonać, że nie 
miałby z konia pożytku." 
 
Metoda 
 
  Kradzież koni w jednym stanie i sprzedawanie w drugim było rzeczą 
uboczną w zbrodniczej karierze Morella, ale stanowiło pierwowzór 
metody, która obecnie zapewnia mu poczesne miejsce w Powszechnej 
historii nikczemności. Metoda ta jest jedyna w swoim rodzaju, nie 
tylko dzięki specyficznym okolicznością, które ją wyznaczyły, ale 
także dzięki nieodstępnej podłości, dzięki zgubnemu kupczeniu 
nadzieją, dzięki stopniowemu rozwojowi, który przywodzi na myśl 
stopniowe narastanie okropności w koszmarnym śnie. Al Capone i 
Bugs Moran obracają wielkimi kapitałami i usłużnymi kulomiotami 
w wielkim mieście, lecz interesy ich są prostackie. Walczą o monopol 
i to wszystko... 
  Jeśli chodzi o ludzi, Morell miał ich pod swoimi rozkazami około 
tysiąca. Wszyscy byli zaprzysiężeni. Dwustu wchodziło w skład 
Wysokiej Rady, która podejmowała decyzje, wykonywane przez 
pozostałych ośmiuset. Ryzyko spadało na podwładnych. W wypadku 
niesubordynacji oddawano ich w ręce oficjalnej sprawiedliwości lub 
też wrzucano do rzeki o bystrym nurcie i gęstej wodzie, z 
nieodłącznym kamieniem uwiązanym u nóg. Byli to często Mulaci. 
Ich zbrodnicza misja przedstawiała się, jak następuje: 

background image

  Rozjeżdżali się - z pewną chwilową ostentacją pierścieni, dla 
wzbudzenia szacunku - po rozległych plantacjach Południa. Wybierali 
jakiegoś nieszczęsnego Murzyna i proponowali mu wolność. Mówili 
mu, by uciekł od swego pana, aby oni z kolei mogli sprzedać go na 
jakąś inną odległą plantację. Przyrzekali mu pewien procent od 
sprzedaży i pomoc w powtórnej ucieczce. Wówczas - powiadali - 
będzie przez nich doprowadzony do stanu, gdzie nie istniało 
niewolnictwo. Pieniądz i swoboda; brzęczące srebrne dolary i 
wolność na dodatek - trudno było znaleźć coś bardziej ponętnego. 
Niewolnik decydował się na ryzyko pierwszej ucieczki. 
  Naturalną drogą była rzeka. Łódź, ładownia rzecznego parowca, 
barka, ogromna tratwa z nadbudówką na rufie lub z napiętą płachtą z 
brezentu: miejsce nie miało znaczenia; ważna była świadomość, że 
jest się w ruchu, że jest się poza niebezpieczeństwem, na 
niezmordowanej rzece... Sprzedawali go na inną plantację. Uciekał po 
raz drugi, kryjąc się wśród gęstych trzcin lub na wysokich, 
zarośniętych brzegach. Wówczas zjawiali się jego straszni 
dobroczyńcy (których już zaczynał podejrzewać), mówili mu o 
jakichś nieokreślonych wydatkach związanych z ich procederem i 
oświadczali, że muszą sprzedać go po raz drugi i ostatni. Zapewniali, 
że przy następnym spotkaniu uzyska należną mu część pieniędzy z 
obu sprzedaży oraz wolność. Murzyn pozwalał sprzedać się, pracował 
przez pewien czas i przedsiębrał ostatnią ucieczkę, narażając się na 
pościg sfory drapieżnych psów i na krwawą karę. Powracał spocony, 
brocząc krwią, słaniając się z niewyspania i rozpaczy. 
 
Ostateczna wolność. 
 
  Należy jeszcze rozważyć prawną stronę całego procederu. Ludzie 
Morella przytrzymywali Murzyna, dopóki właściciel nie ogłosił 
publicznie o ucieczce i nie wyznaczył nagrody dla "znalazcy". Każdy 
wówczas mógł zatrzymać takiego niewolnika, pozostając w zgodzie z 
prawem, późniejsza sprzedaż była więc nadużyciem zaufania, lecz nie 
była kradzieżą. Zwracanie się w podobnych wypadkach do 
oficjalnych organów sprawiedliwości było bezcelowe (i oznaczało 
tylko niepotrzebna wydatki), gdyż żadnych późniejszych 
odszkodowań z reguły nie płacono. 
  Wszystko to, razem wzięte, stanowiło rękojmię bezkarności, z 
jednym małym wyjątkiem: Murzyn mógł się wygadać. Murzyn, z 
samego oszołomienia wolnością lub choćby z czystej wdzięczności, 
mógł wszystko wypaplać. Parę szklanek wódki wypitych w burdelu w 
El Cairo, Illinois (gdzie sukinsyn, co miał szczęście urodzić się 
niewolnikiem przepuściłby dolary, które nie wiadomo z jakiej racji 
mieliby mu dać), i sekret przestawał istnieć. W owych latach ludność 
północnych stanów była agitowana przez abolicjonistów - zbieraninę 
niebezpiecznych wariatów, którzy kwestionowali prawo własności, 
walczyli o zniesieni niewolnictwa i nakłaniali Murzynów do ucieczki. 
Morell nie miał nic wspólnego z tego rodzaju anarchistami. Nie był 
przecież Jankesem, był białym z Południa, białym z dziada-pradziada, 
i miał nadzieję wycofać się z interesów, być panem, posiadać całe 

background image

mile plantacji bawełny i pochylone szeregi własnych niewolników. 
Przy jego doświadczeniu nie było mowy o żadnym niepotrzebnym 
ryzyku. 
  Zbiegły niewolnik oczekiwał wolności. Wówczas mroczni Mulaci 
Morella przekazywali sobie rozkaz - często za pomocą 
niepostrzeżonego gestu - i uwalniali go od wzroku, słuchu, dotyku, od 
dnia, od nikczemności, od czasu, od dobroczyńców, od litości, od 
powietrza, od psów, od wszechświata, od nadziei, od potu i od jego 
własnego ciała. Strzał z pistoletu, ruch nożem od dołu albo cios w 
głowę, i żółwie oraz ryby rzeki Missisipi otrzymywały ostatnią 
wiadomość. 
 
Katastrofa 
 
  Interes prowadzony przez zaufanych ludzi musiał rozwijać się 
pomyślnie W początkach 1834 roku około siedemdziesięciu 
niewolników zostało już "uwolnionych" przez Morella, a wielu 
innych sposobiło się, by pójść ich śladami. Obszar, na którym 
działano, powiększał się i przyjęcie nowych ludzi okazało się rzeczą 
konieczną. Pomiędzy nowo zaprzysiężonymi znalazł się młodzieniec z 
Arkansasu nazwiskiem Virgil Stewart, który swoim okrucieństwem 
szybko zwrócił na siebie uwagą. Młodzieniec ten był bratankiem 
właściciela plantacji, który postradał był wielu niewolników. W 
sierpniu 1834 roku Stewart złamał przysięgę, zdradzając Morella i 
innych. Dom Morella w Nowym Orleanie otoczyła policja. Morell - 
nie wiadomo, czy przez niedopatrzenie, czy też za dużą łapówkę - 
zdołał uciec. 
  Minęły trzy dni. Morell tymczasem ukrywał się w starym domu o 
wielu patiach obrośniętych bluszczem, na ulicy Toulouse. Zdaje się, 
że jadał niewiele, i spacerował boso po obszernych i ciemnych 
pokojach, paląc zamyślone cygara. Przez domowego niewolnika 
wysłał dwa listy do miasta Natchez i jeden do Red River. Czwartego 
dnia weszło do domu trzech mężczyzn, którzy prowadzili z nim 
rozmowę aż do świtu. Piątego dnia, w chwili, gdy zaczęło zmierzchać, 
Morell wstał, kazał przynieść sobie brzytwę i ostrożnie zgolił brodę. 
Ubrał się i wyszedł. Przeszedł w beztroskim spokoju przez północne 
przedmieście, a znalazłszy się w szczerym polu, pomnożył kroki, 
pospieszając wysokim brzegiem rzeki. 
  Miał plan, który wymagał niesłychanej odwagi. Zamierzał posłużyć 
się ostatnimi ludźmi, wśród których mógł znaleźć posłuch: usłużnymi 
niewolnikami z Południa. Byli świadkami ucieczek swoich 
towarzyszy i nie widzieli, by który z nich powrócił. Wierzyli więc, że 
tamci uzyskali wolność. Plan Morella polegał na wznieceniu w kilku 
stanach buntu niewolników, zdobyciu i splądrowaniu Nowego 
Orleanu i objęciu przez zbuntowane siły całego terytorium. Morell, 
rozbity i na skraju przepaści po niedawnej zdradzie, zamyślał dać 
odpowiedź na skalę kontynentu; odpowiedź, w której zbrodnia 
przechodziła własne granice, identyfikując się z wolnością i z historią. 
Skierował się w tym celu do Natchez, gdzie czuł się najsilniejszy. 
Zacytuję jego własny opis tej podróży. 

background image

  "Cztery dni szedłem, zanim zdobyłem konia. Piątego dnia 
zatrzymałem się nad rzeczką, żeby odpocząć i nabrać wody na dalszą 
drogę. Siedziałem na pniu, spoglądając na pustą drogę, kiedy 
zobaczyłem zbliżającego się jeźdźca na karym koniu, który 
przedstawiał się wcale nieźle. Od razu postanowiłem zabrać konia. 
Wstałem, podniosłem mój piękny bębenkowy pistolet i kazałem mu 
zsiąść. Kiedy zsiadł, złapałem lejce w lewą ręką, wskazałem rzeczkę i 
powiedziałem, by szedł w tamtą stronę. Przeszedł ze sto jardów i 
zatrzymał się. Kazałem mu się rozebrać. Powiedział wtedy: "Jeżeli już 
chcesz mnie zabić, pozwól mi pomodlić się przed śmiercią." 
Odpowiedziałem, że nie mam czasu na słuchanie jego modłów. Upadł 
na kolana i wtedy wpakowałem mu kulę w kark. Jednym 
ciachnięciem rozprułem mu brzuch, wypatroszyłem i utopiłem w 
rzeczce. Potem przejrzałem kieszenie, znalazłem czterysta dolarów i 
trzydzieści siedem centów i sporą ilość papierów, których nie miałem 
czasu czytać. Miał długie, nowiusieńkie buty - były w sam raz dla 
mnie. Moje były bardzo zniszczone, więc zatopiłem je w rzeczce. W 
ten sposób zdobyłem konia, który był mi potrzebny, żeby dojechać do 
Natchez." 
 
Przerwanie 
 
  Morell jako przywódca zbuntowanych Murzynów, którzy pragną go 
powiesić; Morell powieszony przez czarną armię, której pragnął 
przewodzić - z bólem muszę wyznać, iż historia Missisipi nie 
skorzystała z tych wspaniałych możliwości. Zresztą, na przekór 
wszelkiej sprawiedliwości poetyckiej (lub też poetyckiej symetrii), 
nawet rzeka, która była świadkiem jego zbrodni, nie stała się jego 
grobem. Drugiego stycznia 1835 roku Lazarus Morell umarł na 
zapalenie płuc w szpitalu w Natchez, gdzie figurował w rejestrze jako 
Silas Buckey. Rozpoznał go jeden z pacjentów na sali ogólnej. 
Drugiego i czwartego stycznia wybuchły sporadyczne bunty 
niewolników na niektórych plantacjach, zostały jednak stłumione bez 
większego rozlewu krwi. 
 
------- 
 
NIEPRAWDOPODOBNY OSZUST TOM CASTRO 
 
  Nadaję mu to nazwisko, pod tym bowiem nazwiskiem poznały go 
ulice i domy Talcahuano, Santiago de Chile i Valparaiso około roku 
1850 i wydaje mi się, że powinien przybrać jeszcze raz to imię, 
właśnie teraz, gdy powraca w te strony Ameryki, choć już tylko w 
charakterze zjawy. W książce metrykalnej miasta Wapping figuruje 
jako Artur Orton i wpisany jest pod datą siódmego czerwca 1834 
roku. Wiemy, że był synem rzeźnika, że jego dzieciństwo poznało 
mdłą nędzę, właściwą robotniczym dzielnicom Londynu, i że poczuł 
tak zwany zew morza. Nie ma w tym nic niezwykłego. Run away to 
sea - ucieczka w morze, stanowi tradycyjny angielski sposób 
wyłamania się spod ojcowskiej władzy i pewnego rodzaju bohaterskie 

background image

wtajemniczenie. Nauki geograficzne patronują takim eskapadom, a 
zaleca je nawet Pismo Święte ("Którzy się pławią na morzu w 
okrętach, pracujący na wodach wielkich: ci widują sprawy Pańskie i 
dziwy jego na głębi." Psalm CVII). Orton uciekł od swego nędznego 
przedmieścia koloru brudnej róży i wypłynął okrętem na ocean, i 
przyjrzał się z rozczarowaniem Krzyżowi Południa i zbiegł ze statku 
w porcie Balparaiso. Był spokojnym, cichym kretynem. Według praw 
logiki mógłby (i powinien był) umrzeć z głodu, mimo to, swoją 
nieokreśloną pogodą ducha, jowialnością, wiecznym uśmiechem i 
bezgraniczną łagodnością, pozyskał sobie pewną rodzinę nazwiskiem 
Castro i przyjął to nazwisko za swoje. Z owego amerykańskiego 
fragmentu jego historii nie pozostał żaden ślad; wdzięczność jego nie 
malała jednak z biegiem czasu: w roku 1861 spotykamy go w 
Australii, wciąż pod tym samym nazwiskiem - Tom Castro. W 
Sydney poznał czarnego lokaja, niejakiego Bogle'a. Bogle nie był 
piękny, ale posiadał ten specyficzny spokój, monumentalność i 
solidność, właściwą dziełom architektury i Murzynom po 
pięćdziesiątce, nieco ociężałym i władczym. Posiadał także inną 
jeszcze cechę, której pewne dzieła z dziedziny etnografii odmawiają 
ludziom jego rasy: pomysłowość bliską geniuszowi. (Zetkniemy się z 
tym nieco później). Był to mężczyzna pełen przyzwoitości i 
skromności, z pradawnymi afrykańskimi żądzami stępionymi przez 
długie obcowanie z kalwinizmem Poza okresami, w których 
nawiedzał go bóg (zajmiemy się tym nieco później), był zupełnie 
normalny - z jednym małym wyjątkiem: cierpiał na wstydliwą i 
długotrwałą bojaźń, która zatrzymywała go na skrzyżowaniach ulic, 
zmuszając do niespokojnych spojrzeń na wschód i na zachód, na 
północ i na południe, w trwodze przed nagłym pojazdem, który 
mógłby położyć kres jego dniom. 
  Orton ujrzał go pewnego wieczora na pustym skrzyżowaniu ulic w 
Sydney, w chwili gdy wyzwalał w sobie decyzję przejścia na drugą 
stronę i stawienia czoła wyimaginowanej śmierci. Przyglądał mu się 
przez dłuższą chwilę, po czym podał mu ramię i w zdziwieniu przeszli 
obaj nieszkodliwą jezdnię. Od owej chwili, należącej do dawno 
zmarłego wieczora, został ustanowiony protektorat niepewnego i 
monumentalnego Murzyna nad opasłym głuptasem z Wapping. We 
wrześniu 1865 roku przeczytali obaj w miejscowej gazecie 
rozpaczliwe ogłoszenie. 
 
Ubóstwiany nieboszczyk 
 
  Pod koniec kwietnia 1854 roku (w tym samym czasie, kiedy Orton 
powodował wylewy chilijskiej gościnności, tak szerokiej jak chilijskie 
patia) zatonął na wodach Atlantyku parowiec "Mermaid", w drodze z 
Rio do Liverpoolu. Na liście zaginionych znalazł się Roger Charles 
Tichborne, oficer angielski wychowany we Francji, pierworodny syn 
jednej z najstarszych katolickich rodzin Anglii. Rzecz nie do wiary - 
śmierć młodego Anglika, mówiącego po angielsku z najczystszym 
francuskim akcentem, któremu zazdroszczono paryskiej elegancji, 
gracji i erudycji, stała się epokowym wydarzeniem w życiu Ortona, 

background image

który nigdy na oczy go nie widział. Lady Tichborne, przerażona i 
zbolała matka Rogera, nie chciała uwierzyć w śmierć syna i dawała 
rozpaczliwe ogłoszenia do gazet o najszerszym zasięgu. Jedno z 
takich ogłoszeń wpadło w miękkie, żałobne ręce czarnego Bogle'a, w 
którego głowie narodził się genialny plan. 
 
Dobre strony rażącej niezgodności 
 
  Tichborne był smukłym dżentelmenem, raczej skrytym, o ostrych 
rysach, smagłej twarzy, czarnych prostych włosach, żywych oczach i 
o nieznośnie pedantycznym sposobie mówienia; Orton był wylewnym 
prostakiem, miał ogromny brzuch, absolutnie rozmazane rysy twarzy, 
nieco piegowatą cerę, kędzierzawe brązowe włosy, nieskończenie 
zaspane oczy oraz nieobecny i mglisty sposób mówienie. Bogle 
odkrył, że obowiązkiem Ortona jest wsiąść na pierwszy statek płynący 
do Europy i spełnić nadzieję lady Tichborne, podając się za jej syna. 
Plan był szaleńczo naiwny. Dam prosty przykład. Gdyby w 1914 r. 
ktoś chciał dowieść, że jest cesarzem Niemiec, pierwszą rzeczą, którą 
by podrobił, byłyby podkręcone do góry wąsy, sparaliżowane ramię, 
władczy mars na czole, szary płaszcz, pikielhauba i pierś obwieszona 
orderami. Bogle miał umysł bardziej subtelny: przedstawiłby Kajzera 
bez wąsów, bez wojskowych rekwizytów, z lewą ręką cieszącą się jak 
najlepszym zdrowiem. Przenośnia nie jest zresztą potrzebna; wiemy z 
całą pewnością, iż nowy Tichborne prezentował się jako rozlazły 
szatyn, z uprzejmym uśmiechem idioty i z kompletną ignorancją w 
zakresie francuszczyzny. Bogle zdawał sobie sprawę, że dostarczenie 
doskonałego sobowtóra wytęsknionego Rogera Charlesa Tichborne'a 
było rzeczą niemożliwą. Wiedział także, iż wszelkie podobieństwa, 
które można było osiągnąć, posłużyłyby tylko dla uwydatnienia 
pewnych nieuniknionych rozbieżności. Zrezygnował więc z 
podobieństwa w ogóle. Zrozumiał, że ogromna niedorzeczność 
roszczenia będzie dowodem wykluczającym jakąkolwiek myśl o 
fałszerstwie, nikt bowiem nie zaniedbałby w sposób tak rażący 
najprostszych dowodów tożsamości. Nie wolno nam też zapominać o 
wszechmocnej współpracy czasu: czternaście lat na południowej 
półkuli i ciężki los mogą zmienić człowieka. 
  Istniała jeszcze jedna istotna przyczyna takiego postępowania: 
powtarzające się wciąż, niedorzeczne ogłoszenia lady Tichborne 
wskazywały na jej niezachwianą pewność, że Roger Charles żyje 
jeszcze, i na jej wolę rozpoznania swego syna. 
 
Spotkanie 
 
  Tom Castro, uległy jak zawsze, napisał do lady Tichborne. Aby 
ugruntować swoją tożsamość, powołał się na wiarygodne świadectwo 
dwóch pieprzyków na lewej piersi i na zdarzenie z dzieciństwa - tak 
smutne, ale tym samym tak pamiętne - kiedy to został napadnięty 
przez rój pszczół. List był krótki i - podobnie jak jego autorzy - nie 
przejawiał specjalnych skrupułów ortograficznych. W okazałej 
samotności paryskiego hotelu wytworna dama czytała list raz i drugi 

background image

ze łzami szczęścia, i w ciągu paru dni odnalazła w pamięci 
wspomnienia, o które prosił jej syn. 
  Szesnastego stycznia 1867 r. Roger Charles Tichborne wkraczał do 
tegoż hotelu. Pełen szacunku, w przyzwoitej odległości, podążał za 
nim jego służący, Ebenezer Bogle. Zimowy dzień był pełen słońca; 
znużone oczy lady Tichborne przesłonięte były łzami. Murzyn 
otworzył okna na oścież. Światło zastąpiło maskę: matka rozpoznała 
marnotrawnego syna i padli sobie w ramiona. Teraz, kiedy miała go 
naprawdę przy sobie, mogła już obejść się bez pamiętnika i bez 
listów, które przysłał jej z Brazylii: były to jedynie ukochane odblaski 
jego osoby, którymi karmiła swą samotność czternastu ponurych lat. 
Zwracała mu je z dumą: nie brakowało ani jednego. 
  Bogle uśmiechał się dyskretnie: dobroduszny upiór Rogera Charlesa 
zyskiwał pełną dokumentację. 
 
Ad maiorem Dei gloriam 
 
  Radosne to rozpoznanie - które wypełnia jak gdyby pewną tradycję 
klasycznej tragedii - powinno uwieńczyć tę historię, zapewniając 
szczęście, lub co najmniej możliwość takiego szczęścia, trzem 
osobom: prawdziwej matce, apokryficznemu i łagodnemu synowi i 
konspiratorowi wynagrodzonemu opatrznościową apoteozą swojego 
kunsztu. Los (taka jest nazwa, którą nadajemy nieskończonemu i 
bezustannemu działaniu tysięcy splatających i rozplatających się 
spraw) rozwiązał to jednak w inny sposób. Lady Tichborne zmarła w 
roku 1870, a krewni wytoczyli proces przeciwko Ortonowi o 
uzurpację tożsamości. Obce były im łzy i samotność, nieobca 
natomiast chciwość, nigdy też nie uwierzyli w tego grubego 
półanalfabetę, który tak nie w porę objawił się w Australii w 
charakterze marnotrawnego syna. Orton miał poparcie niezliczonych 
wierzycieli, którzy rozstrzygnęli, że ma on pozostać Tichbornem aby 
mógł ich spłacić. 
  Mógł także liczyć na przyjaźń adwokata rodziny, Edwarda 
Hopkinsa, i antykwariusza, Franciszka J. Baigenta. To jednak nie 
wystarczało, Bogle pomyślał, że na to, by zwyciężyć w tej trudnej 
grze, trzeba zdobyć przychylność jakiegoś silnego nurtu opinii 
publicznej. Wziął cylinder i elegancki parasol i wyszedł w 
poszukiwaniu natchnienia na ulice Londynu. Było pod wieczór: Bogle 
włóczył się aż do chwili, gdy księżyc o barwie miodu podwoił się na 
czworokątnej wodzie miejskich fontann. Jego bóg nawiedził go. 
Bogle przywołał dorożkę i kazał zawieźć się do domu antykwariusza 
Baigenta. Antykwariusz wysłał długi list do "Times'a", w którym 
zapewniał, że domniemany Tichborne jest bezwstydnym oszustem. 
List podpisał ojciec Goudron z Zakonu Jezusa. Wiele innych listów, 
nie mniej katolickich, zostało wysłanych w ślad za pierwszym. Skutek 
był natychmiastowy, dobrzy ludzie odgadli, że Sir Roger Charles jest 
ofiarą nikczemnej zmowy jezuitów. 
 
Wehikuł 
 

background image

  Sto dziewięćdziesiąt dni trwał proces. Około stu świadków zeznało 
pod przysięgą, że oskarżony jest Tichbornem; pomiędzy nimi było 
czterech dawnych towarzyszy broni z szóstego regimentu dragonów. 
Zwolennicy jego mówili wciąż o bezsensowności zarzutów o 
uzurpację; dowodzili, że w przeciwnym wypadku domniemany 
uzurpator postarałby się upodobnić do młodzieńczych portretów 
Tichborne'a. Poza tym rozpoznała go lady Tichborne, a jest rzeczą 
oczywistą, że matka nie mogła się mylić. Wszystko było na dobrej 
drodze albo na dość dobrej drodze, kiedy przed sądem zjawiła się w 
charakterze świadka dawna kochanka Ortona. Bogle nie wzruszył się 
tym perfidnym zagraniem "rodzinki"; wziął cylinder i parasol i 
wyszedł na ulice Londynu, błagać o trzecie nawiedzenie. Czy 
nastąpiło, nie dowiemy się nigdy. Niedaleko Primrose Gill dosięgnął 
go koszmarny pojazd, który wciąż go ścigał z oddali lat. Bogle ujrzał, 
jak pędzi wprost na niego, krzyknął, ale nie znalazł ratunku. Rzuciło 
go gwałtownie o bruk. Rozbiegane kopyta roztrzaskały mu czaszkę. 
 
Widmo 
 
  Tom Castro był widmem Tichborne'a. Było to widmo dość marne, 
ale mieścił się w nim duch Bogle'a. Gdy doniesiono mu, że Bogle 
zginął, widmo obróciło się wniwecz. Ciągnął dalej swoje kłamstwa, 
lecz bez przekonania, popadając w rażące sprzeczności. Łatwo było 
przewidzieć koniec. 
  Dwudziestego siódmego lutego 1874 roku Artur Orton (alias Tom 
Castro) został skazany na czternaście lat ciężkich robót. W więzieniu 
pozwalał się lubić; była to jego specjalność. Za nienaganne 
sprawowanie skrócono mu wyrok o cztery lata. Kiedy nie stało tej 
ostatecznej gościnności - gościnności więzienia - włóczył się po 
wioskach i miastach Zjednoczonego Królestwa organizując małe 
odczyty, w których głosił swą niewinność lub potwierdzał swą winę. 
Jego skromność i chęć podobania się były tak niezachwiane, że wiele 
razy zaczynał od własnej obrony, a kończył na przyznaniu się, służąc 
niezmiennie upodobaniom publiczności. 
  Zmarł drugiego kwietnia 1898 roku. 
 
------- 
 
WDOWA CING, HERSZT PIRATÓW 
 
  Kobieta-pirat może obudzić w nas wspomnienia raczej niewygodne, 
związane z wyblakłą operetką, w której subretki poprzebierane za 
baletowych piratów tańczą wśród tekturowych mórz. A jednak 
istniały kobiety parające się korsarstwem; kobiety obznajomione z 
rzemiosłem żeglarskim, z rządami nad rozbestwioną załogą i ze 
ściganiem i łupieniem statków o wysokich burtach. 
  Jedną z nich była Mary Read, która oświadczyła pewnego razu, że 
piractwo nie jest dla byle kogo, i aby uprawiać je z godnością, trzeba 
być, tak jak ona, mężczyzną całą gębą. W nieokrzesanych początkach 
jej kariery, kiedy nie była jeszcze kapitanem, któryś z jej kochanków 

background image

został znieważony przez głównego zabijakę na statku. Mary wyzwała 
go na pojedynek i walczyła na dwie ręce, według starego obyczaju 
wysp Morza Karaibskiego: w lewej przepastny pistolet, na którym nie 
zawsze można było polegać, w prawej zaś wierna i nieodzowna 
szabla. Pistolet zawiódł, lecz szabla spisała się, jak należy... Około 
1720 roku niebezpieczną karierę Mary Read zakończyła hiszpańska 
szubienica w Santiago de la Vega, na Jamajce. 
  Drugą kobietą-piratem na tych samych wodach była Anne Bonney, 
olśniewająca Irlandka o wysokich piersiach i włosach barwy ognia, 
która nieraz ryzykowała życie przy abordażu statków. Była ona 
towarzyszem broni Mary Read i wreszcie - jej towarzyszem na 
szubienicy. Na owej imprezie także i jej kochankowi, kapitanowi 
Rackam, przypadła w udziale zaciskająca się pętla. Anne - 
wzgardliwa - rzuciła mu wówczas szorstkie napomnienie: "Gdybyś się 
bił jak mężczyzna, nie wieszaliby cię jak psa." 
  Znamy jeszcze inną kobietę-pirata, los był dla niej bardziej łaskawy, 
a lata jej życia dłuższe. Uprawiała swoje rzemiosło na wodach Azji, 
od północnych krańców Morza Żółtego aż po graniczne rzeki 
Annamu. Mówię o mężnej wdowie Cing. 
 
Lata nauki 
  Około 1797 roku akcjonariusze licznych flotylli pirackich, 
działających na wspomnianym już morzu, ustanowili konsorcjum i 
powołali na stanowisko admirała niejakiego Cinga, człowieka 
sprawiedliwego i wypróbowanego. Cing zajął się tak gorliwie i 
przykładnie rozbojem przybrzeżnym, że przerażeni mieszkańcy 
poczęli wysyłać do cesarza błagalne dary obficie skropione łzami, z 
prośbą o pomoc. Ich żałosne błagania zostały wysłuchane, otrzymali 
rozkaz podpalenia swoich wiosek, zapomnienia o swym rybackim 
rzemiośle, przesiedlenia się w głąb kraju i wyuczenia się nie znanej 
im sztuki zwanej rolnictwem. Rozkaz został wykonany i zawiedzeni 
napastnicy znajdowali odtąd jedynie opustoszałe wybrzeża. Zostali 
tym samym zmuszeni do zajęcia się rabunkiem statków handlowych: 
forma łupiestwa bardziej jeszcze szkodliwa niż poprzednia, gdyż 
stwarzała poważne trudności w handlu morskim. Rząd cesarski nie 
zawahał się ani na chwilę i rozkazał dawnym rybakom porzucić pług i 
bawoły i powrócić do wioseł i sieci. Ci jednak - wierni dawnemu 
przerażeniu - zbuntowali się. Władze obrały więc inną drogę i admirał 
Cing został mianowany Wielkim Koniuszym Dworu. Cing był 
zdecydowany dać się przekupić. Akcjonariusze w czas się o tym 
zwiedzieli, a ich czcigodne oburzenie znalazło swój wyraz w talerzu 
zatrutych gąsienic, przyrządzonych z ryżem. Przysmak okazał się 
zgubny, dawny admirał, a świeżo upieczony Wielki Koniuszy, złożył 
ducha na ręce bóstw morskich. Wdowa, przemieniona pod wpływem 
podwójnej zdrady, zwołała piratów, objawiła im całą zagmatwaną 
rzeczywistość i wezwała do odrzucenia kłamliwej łaski cesarza, na 
równi z usługami niewdzięcznych akcjonariuszy o trucicielskich 
skłonnościach. Zaproponowała im łupiestwo na własną rękę i obranie 
nowego admirała. Wybór padł na nią. Była to kobieta o obfitym ciele, 
uśpionych oczach i szczerbatym uśmiechu. Jej poczernione, 

background image

naoliwione włosy błyszczały mocniej niż oczy. 
  Pod jej spokojnymi rozkazami statki wyszły w morze. 
 
Organizacja 
 
  Nastąpiło trzynaście lat metodycznie planowanej przygody. Na 
piracką flotę wdowy Cing składało się sześć flotylli; każda z nich 
posiadała flagę innego koloru: czerwoną, żółtą, zieloną, czarną i 
fioletową. Istniała wreszcie flaga węża, do której miał prawo statek 
flagowy. Kapitanowie nazywali się: Ptak i Kamień; Pogromca 
Porannej Wody; Klejnot Załogi; Fala o Wielu Rybach i Wysokie 
Słońce. Regulamin, ułożony osobiście przez wdowę Cing, odznacza 
się bezapelacyjną surowością, a jego styl, celny i lakoniczny, odrzuca 
zwiędłe kwiaty retoryki, które nadają oficjalnemu stylowi chińskiemu 
odcień śmieszności i majestatu, a którego kilka niepokojących 
fragmentów przytoczymy nieco później. Przepisuję poniżej kilka 
paragrafów regulaminu: 
  "Wszystkie rzeczy przeniesione ze statków nieprzyjacielskich 
złożone będą w specjalnym magazynie i zostaną tam wciągnięte do 
rejestru. Piąta część zdobyczy wniesionej przez każdego pirata 
zostanie mu później wręczona; reszta pozostanie na składzie 
Naruszenie niniejszego rozkazu równa się śmierci." 
  "Karą za opuszczenie stanowiska bez specjalnego zezwolenia będzie 
publiczne przedziurawienie uszu. Powtórne popełnienie takiego czynu 
karane będzie śmiercią." 
  "Stosunek z kobietami uprowadzonymi z lądu jest zabroniony na 
górnym pokładzie, dozwolony jest wyłącznie na pokładach dolnych, 
zawsze jednak za pozwoleniem dyżurnego oficera. Naruszenie 
niniejszego zakazu równa się śmierci." 
  Informacje udzielone przez jeńców głoszą, że strawa piratów 
składała się głównie z sucharów, specjalnie tuczonych szczurów i 
gotowanego ryżu. Wiadomo poza tym, że w dzień bitwy pijali alkohol 
z domieszką prochu Karty i szulerskie kości do gry, kielich, fan-t'an, 
wizjonerska fajka opium i lampka urozmaicały długie godziny. Dwie 
szable, którymi posługiwano się jednocześnie, były ulubioną bronią. 
Przed abordażem skrapiano policzki i ciało wywarem z czosnku - był 
to niezawodny talizman przeciw porażeniom ze strony ognistych ust. 
  Załoga żeglowała ze swymi żonami, kapitan zaś posiadał mały 
harem złożony z pięciu lub sześciu kobiet, które bywały zmieniane po 
każdym zwycięstwie. 
 
Mówi Cia-c'ing, młody cesarz 
 
  W połowie 1809 rok ogłoszony został cesarski dekret, z którego 
pozwolę sobie przetłumaczyć pierwszą część i ostatnią. Zaznaczam, 
że wielu ludzi krytykowało jego styl: 
  "Ludzie nieszczęśni i szkodliwi; ludzie, którzy depczą chleb, ludzie, 
którzy nie słuchają głosu sierot i nawoływań poborców podatkowych; 
ludzie, którzy noszą na bieliźnie wizerunki feniksa i smoka; ludzie, 
którzy przeczą prawdzie drukowanych ksiąg; ludzie, którzy 

background image

pozwalają, by ich łzy płynęły w kierunku Północy, tamują szczęście 
naszych rzek i zakłócają dawne bezpieczeństwo naszych mórz. Dniem 
i nocą, na nietrwałych i uszkodzonych statkach, stawiają czoło 
burzom. Zamiary ich nie grzeszą szlachetnością: nie są i nigdy nie 
byli prawdziwymi przyjaciółmi żeglarza. Nie tylko nie przyjdą mu z 
pomocą, lecz napadają nań z drapieżną podnietą i obdarzają go 
zniszczeniem, okaleczeniem lub śmiercią. Gwałcą więc istotne prawa 
Wszechświata; przeto rzeki wychodzą ze swego koryta, zatapiane są 
wsie i pola, dzieci zwracają się przeciw rodzicom i zakłócony jest 
porządek pory deszczowej i suchej..." 
  "Nakazuję ci zatem wymierzenie sprawiedliwości, Admirale Kuo 
Lang. Nie zapominaj, że łaska jest przynależna cesarzom i pychą ze 
strony podwładnego byłaby chęć posłużenia się nią. Bądź okrutny, 
bądź sprawiedliwy, bądź władczy, bądź zwycięski!" 
  Zdanie o uszkodzonych okrętach było, oczywiście, kłamstwem. 
Miało podnieść na duchu wyprawę Kuo Langa. W dziewięćdziesiąt 
dni później flota wdowy Cing spotkała się z siłami Państwa Środka. 
Prawie tysiąc okrętów walczyło od wschodu do zachodu słońca. 
Mieszany chór dzwonów, bębnów, wystrzałów armatnich, 
przekleństw, gongów i wróżb towarzyszył walce. Siły cesarza zostały 
rozbite. Ani wzbraniana łaska, ani zalecane okrucieństwo nie znalazły 
zastosowania. Kuo Lang dopełnił - pomijanego zazwyczaj przez 
naszych pokonanych dowódców - obrzędu samobójstwa. 
 
Trwoga na brzegach Siciangu 
 
  Wówczas sześćset dżonek wojennych i czterdzieści tysięcy 
zwycięskich piratów dumnej wdowy Cing wpłynęło na rzekę Siciang, 
mnożąc pożary i straszne festyny, po których zwiększała się liczba 
sierot na prawym i na lewym brzegu rzeki. Wiele wsi zostało 
zrównanych z ziemią. W jednej tylko uprowadzono ponad tysiąc 
ludzi. Sto dwadzieścia kobiet, które schroniły się w mglistym gąszczu 
sitowia, zdradził niepohamowany płacz dziecka. Zostały później 
sprzedane w Makao. Daleki pogłos łez i żałoby, towarzyszący tym 
łotrostwo, dobiegł uszu Ci-c'inga, Syna Nieba. Niektórzy historycy 
twierdzą jednak, że głos ten wywarł na nim mniejsze wrażenie niż 
klęska jego wyprawy karnej. Faktem jest natomiast, że zorganizował 
on drugą wyprawę, bogatą w sztandary, w marynarzy, żołnierzy, 
ekwipunek i prowianty, we wróżbitów i astrologów. Dowództwo objął 
tym razem Ting Kuej. Obciążona ciżba statków wpłynęła na deltę 
Siciangu i odcięła od morza flotę piracką. Wdowa przygotowała się 
do walki. Wiedział, że będzie to bitwa trudna, bardzo trudna, prawie 
beznadziejna; dnie i noce grabieży i lenistwa osłabiły jej ludzi. Bitwa 
się nie zaczynała. Słońce bez pośpiechu wstawało i kładło się na 
drżącym sitowiu przybrzeżnym. Ludzie i miecze czuwali. Południa 
były ogromne, a wieczory - nieskończone. 
 
Smok i lisica 
 
  Mimo to wyniosłe stada leniwych i lekkich smoków wypływały w 

background image

powietrze ze statków cesarskiej floty i osiadały miękko na wodzie i na 
wrogich pokładach. Były to lotne konstrukcje z papieru i bambusa, 
podobne latawcom. Ich srebrzysta lub czerwona powierzchnia 
powtarzała wciąż te same znaki. Wdowa badała z niepokojem owe 
jednostajne meteory i odczytywała znaki. Była to rozwlekła i niejasna 
bajka o smoku, który zawsze osłaniał lisicę pomimo jej 
niewdzięczności i ciągłych przestępstw. Zwężał się księżyc na niebie, 
a smoki z papieru i bambusa co wieczór przynosiły tę samą historię, 
w prawie nie zmienionej wersji. Wdowa niepokoiła się i popadała w 
zamyślenie. Kiedy księżyc wypełnił się na niebie i w czerwonej 
wodzie, historia wyraźnie zmierzała ku końcowi. Nikt nie był w stanie 
przewidzieć, czy na lisicę spadnie bezgraniczne przebaczenie, czy 
bezgraniczna kara, ale wiadomo było, że zbliża się nieunikniony 
koniec. Wdowa zrozumiała. Rzuciła swoje dwie szable do wody, 
uklękła na łodzi i kazała się zawieźć do flagowego statku cesarskiej 
floty. 
  Był wieczór; niebo było pełne smoków - tym razem żółtych. Wdowa 
powtarzała szeptem jedno i to samo zdanie. "Lisica wraca pod 
skrzydło smoka" - powiedziała, wchodząc na pokład. 
 
Apoteoza 
 
  Kronikarze zanotowali, że lisica otrzymała przebaczenie i zajęła się 
w powolnych latach starości przemytem opium. Przestała nazywać się 
wdową; przyjęła imię, które brzmi w tłumaczeniu: Blask Prawdziwej 
Nauki. 
  "Od owego czasu - pisze kronikarz - okręty odzyskały spokój. Cztery 
morza i niezliczone rzeki stały się bezpiecznymi i szczęśliwymi 
drogami." 
  Wieśniacy mogli sprzedać miecze i kupić woły do pracy na polach. 
Złożono ofiary, wzniesiono modły na szczytach gór i weselono się 
podczas dnia, śpiewając za parawanem. 
 
------- 
 
DOSTAWCA NIKCZEMNOŚCI, MONK EASTMAN 
 
Ludzie naszej Ameryki 
 
  Rzuceni na tło niebieskich murów lub na tło nieba stopionego z 
horyzontem, dwaj apasze, zawinięci w poważną czerń, tańczą na 
damskim obcasie bardzo poważny taniec - taniec jednakowych noży, 
aż do chwili, kiedy z ucha wytryska czerwony goździk, bowiem nóż 
wszedł w człowieka, który zamyka swą poziomą śmiercią ten taniec 
bez muzyki. Mężczyzna, który pozostał na placu, pogodzony z losem, 
poprawia kapelusz na głowie i poświęca resztę lat na opowiadanie o 
owym tak czystym pojedynku. Oto cała historia naszej nikczemności, 
wraz ze szczegółami. Historia zabijaków nowojorskich jest bardziej 
zawrotna i bardziej toporna. 
 

background image

Ludzie tamtej Ameryki 
 
  Historia band nowojorskich (objawiona w roku 1928 przez Herberta 
Asbury w przyzwoitym tomie o czterystu stronach in octavo) ma w 
sobie coś z chaosu i okrucieństwa barbarzyńskich kosmogonii i 
zawiera wiele z ich gigantycznej bezradności: piwnice dawnych 
piwiarni przemienione na mieszkania dla Murzynów, rachityczny, 
trzypiętrowy Nowy Jork, bandy łotrów, jak Bagienne Anioły (Swamp 
Angels), które myszkowały w labiryncie kanałów kloacznych; albo 
Daybreak Boys (Chłopcy Poranka), do których należeli młodociani 
mordercy dziesięcio- i jedenastoletni, samotni i zuchwali Brzydale w 
Cylindrach (Plug Uglies), którzy narażali się na śmieszność 
sztywnymi, wywatowanymi wełną kominiarkami na głowie i 
wypuszczoną na wierzch koszulą, której szerokie fałdy rozwiewał 
podmiejski wiatr - ale z pałką w prawicy i z pistoletem; Zdechłe 
Króliki (Dead Rabbits) - łotry, którzy rozpoczynali bójki pod 
znamieniem zdechłego królika zatkniętego na kiju; ludzie tacy jak 
Johny Dolan alias Dandy - znany ze swojego natłuszczonego loka 
opadającego na czoło, z lasek z rączką w kształcie małpiej główki i z 
dowcipnego, miedzianego aparaciku, którym posługiwał się - 
nakładając go na duży palec - w celu wydłubania oczu 
przeciwnikowi; i tacy jak Kit Burns, który jednym ciachnięciem 
szczęk odgryzał łeb żywemu szczurowi; i tacy jak Blind Danny 
Lyons, jasnowłosy chłopiec o niezmiernych, martwych oczach, 
utrzymanek trzech ulicznic, które uprawiały swój proceder z dumą - 
bo dla niego; szeregi domów pod czerwoną latarnią, jak owe domy 
prowadzone przez siedem sióstr z New England, które przeznaczały 
na biednych dochód z wigilii Bożego Narodzenia; lokale, gdzie 
odbywały się walki wygłodniałych szczurów i psów; chińskie domy 
gry; kobiety - jak wielokrotna wdowa Red Norah, którą popisywali się 
i którą kochali wszyscy mężczyźni z bandy Gophers; jak Lizzie the 
Dove, która okryła się żałobą po egzekucji Danny'ego Lyonsa, zanim 
Gentle Maggie nie poderżnęła jej gardła w walce o miłość zabitego i 
ślepego mężczyzny; bunty - jak ów z roku 1863, który trwał cały 
tydzień i podczas którego podpalono sto budynków i mało brakowało, 
by bandy zawładnęły miastem; walki uliczne, w których człowiek 
gubił się jak na morzu, aż zostawał zadeptany na śmierć; złodzieje i 
truciciele koni, jak Yoske Nigger - składają się na tę chaotyczną 
historię. Jej najznakomitszy bohater to Edward Delaney alias William 
Delaney alias Joseph Marvin, alias Joseph Morris, alias Monk 
Eastman, przywódca tysiąca dwustu ludzi. 
 
Bohater 
 
  Owe kolejne finty (żałosne jak maskarada, na której nie wiadomo, 
kto jest kim) pomijają jego prawdziwe nazwisko - jeżeli przypuścimy, 
że coś takiego w ogóle istnieje. Wiadomo jednak, że w urzędzie stanu 
cywilnego w Williamsburg (Brooklyn) zapisany jest jako Edward 
Osterman. Nazwisko zostało później zamerykanizownae i brzmiało: 
Eastman. Warto zanotować, choć może wydać się to nieco dziwne, że 

background image

ów niespokojny bandyta pochodził z rodziny żydowskiej. Był synem 
właściciela koszernej restauracji, gdzie mężczyźni o rabinackich 
brodach mogą bez trwogi spożywać wykrwawione i po trzykroć czyste 
mięso cieląt, zarżniętych podług prawa. Mając dziewiętnaście lat - 
około 1892 roku - otworzył z pomocą ojca ptaszarnię. Podpatrywanie 
zwierząt, uchwycenie chwili, kiedy podejmują swoje małe decyzje, i 
przyglądanie się ich niezbadanej naiwności stanowiło namiętność, 
która nie opuściła go aż do śmierci. W późniejszych latach przepychu, 
kiedy pogardliwie odrzucał cygara piegowatych sachems z Tammany 
i kiedy zajeżdżał do najelegnatszych burdeli automobilem 
przypominającym bękarta gondoli, założył drugi sklep, który gościł 
sto rasowych kotów i ponad czterysta gołębi, nie przeznaczonych 
oczywiście na sprzedaż. Kochał każde zwierzę z osobna i miał w 
zwyczaju obchodzić pieszo swoją dzielnicę z jednym szczęśliwym 
kotem na ręku i z innymi, które ambitnie za nim podążały. 
  Był to człowiek pokraczny i monumentalny. Szyję miał krótką jak u 
byka, pierś niezwyciężoną, ręce wojownicze i długie, złamany nos; 
twarz - pomimo wypisanej bliznami biografii - była mniej ważna niż 
całe ciało, a nogi krzywe jak u jeźdźca lub marynarza. Mógł się 
obejść bez koszuli i bez marynarki; nigdy jednak - bez małego 
cylindra na olbrzymiej głowie. Pamięć o nim nie zanika. Prototyp 
umownego gangstera filmowego przedrzeźnia raczej Eastmana niż 
niezbyt męskiego, gąbczastego Al Capona. O Wolheimie mówią, że 
został zaangażowany w Hollywood z powodu podobieństwa do 
Monka Eastmana. 
  Około roku 1894 rozmnożyły się w Nowym Jorku dancingi. W 
jednym z nich Eastman czuwał nad porządkiem i spokojem. Głosi 
legenda, że przedsiębiorca początkowo nie chciał go przyjąć; 
wówczas Monk pokazał swoje umiejętności sprawiając rzetelne lanie 
dwóm olbrzymom nie kwapiącym się do odstąpienia mu swego 
zajęcia. Pracował tam do roku 1899, w pojedynkę, wzbudzając 
postrach i szacunek. Za każdym razem gdy uspokoił awanturnika, 
nacinał nożem karb na brutalnej pałce. Pewnego wieczora zwróciła 
jego uwagę błyszcząca łysina, która pochylała się nad kuflem piwa, i 
jednym uderzeniem pozbawił ją świadomości. "Brakowało mi 
jednego nacięcia do okrągłej pięćdziesiątki" - wykrzyknął. 
 
Dojście do władzy 
 
 Począwszy od roku 1899 Eastman przestał zadowalać się sławą. 
Objawił ambicje polityczne i stał się szarą eminencją ważnego 
nowojorskiego okręgu wyborczego. Opłacały go domy pod czerwoną 
latarnią, właściciele melin, ulicznice i złodzieje, których nie 
brakowało w owym ponurym księstwie. Komitety polityczne 
korzystały z jego usług na równi z przedsiębiorcami prywatnymi. Oto 
jego honoraria: obcięcie ucha - 15 dolarów, przetrącenie nogi - 19, 
postrzelenie nogi - 25, rana nożowa - 25 i 100 dolarów za całą 
operację. Niekiedy, by nie tracić wprawy, Eastman osobiście 
przeprowadzał jakiś zabieg. 
  W zatargu granicznym (niejasnym i pełnym zadrażnień, podobnie 

background image

jak zatargi, dla których trudno znaleźć odpowiedni paragraf prawa 
międzynarodowego) znalazł się naprzeciw Paula Kelly, słynnego 
szefa sąsiedniego gangu. Strzały i potyczki między patrolami obu 
band wytyczyły pewną granicę. Eastman przekroczył ją któregoś 
poranka i rzuciło się na niego pięciu drabów. Swoimi zawrotnymi 
rękami goryla, pomagając sobie pałką, rozłożył trzech; zdołano mu 
jednak wpakować dwie kule w brzuch i myśląc, że nie trzeba mu 
więcej, pozostawiono na ulicy. Eastman wziął w garść gorejącą ranę i 
przeszedł pijanymi krokami do szpitala. Życie, szalona gorączka i 
śmierć walczyły o niego przez kilka tygodni, lecz jego usta nie 
splamiły się zdradą i nie wydał nikogo. Kiedy wyszedł, na mieście 
zaczęła się wojna, która kwitła wśród ciągłej strzelaniny aż do 
dziewiętnastego sierpnia 1903 roku. 
 
Bitwa pod Rivington 
 
  Około stu bohaterów, niewiele różniących się od fotografii, które 
więdną w archiwach policji; stu bohaterów przesiąkniętych dymem 
papierosów i alkoholem; stu bohaterów w słomianych kapeluszach o 
różnobarwnych wstążkach; stu bohaterów nadwerężonych - jedni 
mniej, drudzy bardziej - przez wstydliwe choroby, próchnicę zębów, 
zaburzenia funkcjonalne dróg oddechowych albo nerek; stu 
bohaterów tak nieistotnych i tak wspaniałych jak ci spod Troi albo 
Jeny rozegrało tę okrytą mrokiem bitwę w cieniu arkad kolei 
nadziemnej. Przyczynę stanowiła danina wymuszona przez 
gangsterów Kelly'ego od właściciela domu gry, który był kumem 
Monka Eastmana. Jeden z bandytów został zabity i strzelanina, która 
się rozpętała z tego powodu, przeistoczyła się w bitwę niezliczonych 
rewolwerów. Pod osłoną wysokich filarów mężczyźni o wygolonych 
policzkach strzelali w milczeniu, stanowiąc centrum przerażonego 
horyzontu taksówek, wypełnionych niecierpliwymi posiłkami z całą 
artylerią coltów w garściach. Cóż odczuwali aktorzy owego 
przedstawienia? Najpierw (wydaje mi się) nieokrzesaną pewność, że 
nierozmyślny trzask stu rewolwerów zniszczy ich w przeciągu kilku 
minut; później (wydaje mi się) nie mniej wątpliwą pewność, że jeśli 
pierwsze salwy nie położyły ich pokotem, są niezniszczalni. Wiadomo 
natomiast na pewno, że walczyli żarliwie, pod osłoną żelaza, cementu 
i nocy. Policja interweniowała dwa razy i dwa razy została 
przepędzona. Z pierwszym brzaskiem walka zamarła, jak gdyby była 
nocną nieprzyzwoitością lub zjawą. Pod wielkimi arkadami z betonu 
zostało siedmiu ciężko rannych, cztery trupy i martwy gołąb. 
 
Gmach trzeszczy 
 
  Powiatowi politycy, dla których pracował Monk Eastman, 
dementowali każdą wiadomość o istnieniu podobnych band albo 
wyjaśniali, że są to jedynie towarzystwa rozrywkowe. Niedyskretna 
bitwa pod Rivington zaniepokoiła ich. Zaprosili szefów obu band, by 
zmusić ich do zawieszenia broni. Kelly (który znał się na rzeczy i 
wiedział, że żadne colty tak nie pomogą w zatuszowaniu sprawy przed 

background image

policją jak właśnie politycy) przyjął propozycję z miejsca. Eastman (z 
całą pychą swojego zwierzęcego ciała) pragnął dalszego strzelania i 
walki. Z początku konsekwentnie odmawiał, aż zagrożono mu 
więzieniem. W końcu dwaj dostojni bandyci spotkali się w barze, 
każdy z cygarem w ustach, z prawicą na rewolwerze i z baczną 
chmurą popleczników wokół siebie. Powzięli bardzo amerykańską 
decyzję: postanowili powierzyć rozwiązanie kwestii własnym 
pięściom. Kelly był znakomitym bokserem. Pojedynek odbył się w 
starym baraku i był raczej śmieszny niż dramatyczny. Na stu 
czterdziestu obecnych tam widzów składali się apasze o 
przekrzywionych cylindrach i kobiety o nietrwałych, 
monumentalnych fryzurach. Ciągnęło się to dwie godziny i skończyło 
się zupełnym wyczerpaniem obu przeciwników. Nie minął tydzień i 
suche trzaski wystrzałów dały się słyszeć ponownie. Monk został 
aresztowany po raz nie wiadomo który. Jego protektorzy opuścili go z 
westchnieniem ulgi; sędzia przepowiedział mu dziewięć lat. 
Przepowiednia się spełniła. 
 
Eastman przeciw Niemcom 
 
  Gdy zakłopotany Monk opuszczał Sing Sing, tysiąc dwustu 
bandytów, których miał ongiś pod swoimi rozkazami, znajdowało się 
w rozsypce. Nie potrafił ich skupić z powrotem wokół swojej osoby i 
zrezygnowany począł działać na własną rękę. Ósmego września 1917 
roku wziął udział w burdzie ulicznej. Dziewiątego postanowił wziąć 
udział w innej burdzie i zaciągnął się do piechoty. 
  Posiadamy dane o niektórych jego poczynaniach na wojnie. Wiemy, 
że był zagorzałym przeciwnikiem brania jeńców do niewoli i że 
pewnego razu (posługując się tylko kolbą karabinu) uniemożliwił ten 
pożałowania godny proceder. Wiemy, że zdołał uciec ze szpitala 
polowego, aby wrócić do okopów. Wiemy, że odznaczył się w bitwie 
pod Montfaucon. Znamy wyrażoną przez niego później opinię, iż 
dancingi na Bowery są straszniejsze od wojny europejskiej. 
 
Tajemniczy, acz logiczny finał 
 
  Dwudziestego piątego grudnia 1920 roku świt zastał ciało Eastmana 
na jednej z głównych ulic Nowego Jorku. Dostał pięć kul. Szczęśliwy 
i nie znający śmierci kot, jak najbardziej pospolity, okrążał go z 
niejakim zakłopotaniem. 
 
------- 
 
BEZINTERESOWNY MORDERCA BILL HARRIGAN 
 
  Krajobraz Arizony przede wszystkim; obraz ziemi Arizony i Nowego 
Meksyku; ziemi z dostojnym podkładem złota i srebra; ziemi 
zawrotnej i napowietrznej; monumentalnej mesety o lekkich barwach; 
ziemi o białym blasku szkieletu pozostawionego przez drapieżne 
ptaki. 

background image

  W tym krajobrazie postać - Billy the Kid; jeździec przygwożdżony 
do konia; chłopak o twardych pistoletach, które ogłuszają pustynię; 
nadawca niewidzialnych kul, które zabijają na odległość, jak w bajce. 
  Pustynia z żyłami rud metalicznych, jałowa i połyskująca, i ten 
prawie dzieciak, który umierając w dwudziestym pierwszym roku 
życia winien był sprawiedliwości ludzkiej dwadzieścia jeden śmierci, 
"nie licząc Meksykanów". 
 
Lata nauki 
 
  Około 1859 roku człowiek, który ku chwale i trwodze miał później 
nosić imię Billy the Kid, urodził się w ciasnej suterenie nowojorskiej. 
Powiadają, że wyszedł z umęczonego brzucha Irlandki; wychował się 
jednak między Murzynami. W tym chaosie specyficznego smrodu i 
kędzierzawych głów cieszył się owym pierwszeństwem, wynikającym 
z faktu posiadania piegów i rudych włosów. Wzrastał w pysze z 
powodu koloru swojej skóry, wymizerowany, nieokiełznany i 
nieokrzesany. W wieku dwunastu lat należał do szajki Swamp Angels 
(Bagiennych Aniołów) - niebiańskich duchów, które operowały w 
świecie kanałów ściekowych. W noce o zapachu wędzonej mgły 
wynurzali się z cuchnących labiryntów, podążali śladami jakiegoś 
niemieckiego matrosa, rozkładali go uderzeniem kamienia i obdzierali 
nawet z bielizny, by powrócić do swojego królestwa. Przewodził im 
szpakowaty Murzyn Gas Houser Jonas, znany także jako truciciel 
koni. 
  Czasem z poddasza garbatego domu w dzielnicy portowej wychylała 
się jakaś kobieta, wysypując tumany popiołu z kubła na głowę 
niebacznego przechodnia. Przechodzień machał rękami i zaczynał się 
dusić. W tejże samej chwili obskakiwały go Bagienne Anioły i 
wciągały przez okno do piwnicy, gdzie przetrząsano mu kieszenie i 
obdzierano z ubrania. 
  Takie były lata nauki Billy Harrigana, przyszłego Billy the Kida. Nie 
stronił od fikcji tanich teatrzyków; lubił chodzić na kowbojskie 
melodramaty (być może bez cienia przeczucia, że są to symbole i 
znaki jego własnego losu). 
 
Go west! 
 
  Jeżeli przepełnione teatrzyki na Bowery (gdzie przy najmniejszym 
opóźnieniu publiczność krzyczała "Do góry tę szmatę!") wystawiały 
melodramaty o jeźdźcu i pistolecie bębenkowym, przyczyny były 
jasne: Ameryka chorowała wówczas na gorączkę Zachodu. Za 
zachodzącym słońcem kryło się złoto Kalifornii i Nevady. Za 
zachodzącym słońcem kryła się siekiera ścinająca ogromne cedry; 
babiloński pysk bizona; wysoki cylinder i liczne łoża Brighama 
Younga, obrzędy i gniew czerwonoskórego człowieka, przejrzyste 
powietrze pustyni, niezmierzony step i ten elementarny krajobraz, 
którego obecność przyspiesza bicie serca jak obecność morza. Zachód 
wzywał. W owych latach słychać było bezustanny, rytmiczny turkot; 
tysiące Amerykanów jechało na Zachód. W owej kontynentalnej 

background image

procesji znalazł się około roku 1872 Bill Harrigan, w ucieczce przed 
prostokątem więziennej celi. 
 
Zdmuchnięcie Meksykanina 
 
  Historia (która podobnie jak pewien reżyser filmowy lubuje się w 
nagłym przerywaniu akcji) przedstawia nam teraz obraz zuchwałej 
tawerny położonej na wszechmocnej pustyni jak na pełnym morzu. 
Czas: pewna żarliwa noc 1873 roku; dokładne miejsce akcji: Llano 
Estacado (Nowy Meksyk). Ziemia jest tutaj nieludzko płaska, lecz 
niebo pełne chmur, w które wdziera się burza albo księżyc; pełne 
przepaści, rozpadlin i szczytów. Na ziemi: biały szkielet krowy, wycie 
i oczy kojotów w ciemności, smukłe konie i wydłużony odblask 
światła tawerny. Wewnątrz, oparci łokciem o ladę, zmęczeni 
muskularni mężczyźni piją podniecający alkohol i pokazują wielkie 
srebrne monety z wizerunkiem węża i orła. Wielu z nich mówi 
językiem, w którym często powtarza się głoska "s", a który jest 
pewnie hiszpańskim, bowiem ludziom tym okazuje się pogardę. Bill 
Harrigan, rudy szczur podziemny, należy do tych pijących. 
Wykończył dwie szklanki trunku i ma właśnie prosić o następną, być 
może dlatego, że nie posiada przy sobie już ani centa. Przytłaczają go 
ci ludzie pustyni, są straszni, gwałtowni, szczęśliwi, nienawistnie 
obeznani z rozhukanym bydłem i z końmi. Nastaje nagle zupełna 
cisza, nie przestrzega jej tylko rozstrojony śpiew pijaka. Wszedł oto 
Meksykanin o olbrzymim cielsku, z twarzą starej Indianki, w 
ogromnym kapeluszu i z pistoletami. W twardej angielszczyźnie 
zwraca się do Jankesów per sukinsyny i życzy im dobrej zabawy przy 
wódce. Nikt nie podejmuje wyzwania. Bill zapytuje o świeżo 
przybyłego i objaśniają go, że ów "Dago" to - Belisario Villagran, 
rodem z Chihuahua. Zaraz potem słychać strzał. Kryjąc się za żywą 
palisadą wysokich mężczyzn, Bill strzela do intruza. Szklanka 
wypada z rąk Villagrana, a potem pada on sam. Nie trzeba mu drugiej 
kuli. Bill ciągnie dalej rozmowę. "Czyżby? - cedzi przez zęby - a ja 
jestem Bill Harrigan z Nowego Jorku." Gdzieś w kącie pijak ciągnie 
dalej swój śpiew; nikt zresztą nie zwraca na niego uwagi. Zbliża się 
apoteoza. Bill raczy podać rękę tym, którzy pragną jej uścisku, i 
przyjmuje pochlebstwa, wiwaty i whisky. Ktoś pozwala sobie 
zauważyć, że na rewolwerze Billa brak karbów, i proponuje 
zaznaczyć śmierć Villagrana. Billy the Kid przyjmuje nóż tego kogoś, 
ale powiada, że "nie warto zaznaczać Meksykanów". To jeszcze, zdaje 
się, nie wystarcza. Owej nocy Bill rozkłada swoją derkę przy trupie i 
śpi ostentacyjnie, aż do świtu. 
 
Morderstwa tak sobie 
 
  W chwili owego szczęśliwego wystrzału (w wieku czternastu lat) 
rodzi się Billy the Kid bohater i umiera skryty i nieznany Bill 
Harrigan. Chłopaczek babrzący się w kloakach i rzucający 
kamieniami awansuje na zabijakę z pogranicza. Nauczył się jeździć, 
nauczył się siedzieć na koniu prosto, według zwyczaju jeźdźców z 

background image

Wyoming lub Teksasu, bez przechylenia w tył, właściwego Kalifornii 
i Oregonowi. Nie upodobnił się nigdy do legendy, którą o nim 
tworzone, niewiele mu jednak brakowało. W kowboju zostało coś z 
apasza nowojorskiego; nienawiść, którą czuł niegdyś do Murzynów, 
wyładowywał na Meksykanach; mimo to swoje ostatnie słowa - 
niecenzuralne - powiedział po hiszpańsku. Wyuczył się 
niespokojnego rzemiosła koniokradów. Wyuczył się czegoś 
trudniejszego: dowodzenia ludźmi. Obie te rzeczy były mu pomocne 
przy kradzieży bydła na wielką skalę. Czasami pociągały go gitary i 
burdele Meksyku. 
  Z zatrważającą trzeźwością bezsennych nocy organizował tłumne 
orgie, trwające okrągłe cztery doby. Pod koniec zabawy, kiedy miał 
już dosyć, kulami płacił rachunek i odjeżdżał. Dopóki nie zawiódł go 
palec na cynglu, był najgroźniejszym (i być morze najbardziej 
niczyim i najbardziej samotnym) człowiekiem pogranicza. Garrett - 
jego przyjaciel, a zarazem szeryf, który go później zabił - powiedział 
mu kiedyś: "Ja uczyłem się strzelać polując na bizony." "Ja zaś 
strzelając do ludzi" - odparł miękko. Szczegóły są nam nie znane, 
wiemy jednak, że miał na swoim koncie dwadzieścia jeden śmierci, 
"nie licząc Meksykanów". Przez siedem ryzykanckich lat praktykował 
w tym luksusowym rzemiośle odwagi. 
  Późnym wieczorem, dwudziestego piątego lipca 1880 roku, Billy the 
Kid przejechał galopem na swoim kasztanku główną (i jedyną) ulicą 
Fortu Summer. Upał był nie do wytrzymania, nie zapalano więc lamp; 
komisarz Garret, siedzący w fotelu na biegunach u wylotu korytarza, 
wyjął rewolwer i strzelił trafiając w brzuch. Kasztanek popędził dalej; 
jeździec zwalił się na piaszczystą ulicę. Garret strzelił po raz drugi. 
Ludzi (wiedząc, że rannym jest Billy the Kid) pozamykali drzwi i 
okiennice. Agonia była długa i bluźniercza. Kiedy słońce sięgało 
zenitu, podeszli do niego i zabrali mu broń; człowiek był zabity. 
Zauważyli to dziwne podobieństwo do starego grata, właściwe 
wszystkim nieboszczykom. 
  Ogolono go i wciągnięto nań garnitur robiony na miarę i wystawiono 
go na postrach i na pośmiewisko w oknie najlepszego sklepu. 
  Mężczyźni na koniu lub w dwukołowej bryczce przybyli z 
najdalszych zakątków stanu. Trzeciego dnia był już tak zmieniony, że 
trzeba było użyć szminki i różu. Czwartego zaś dnia pochowano go z 
radością. 
 
------- 
 
NIETAKTOWNY MISTRZ CEREMONII, KOTSUKE NO SUKE 
 
  Nikczemnik, którym obecnie się zajmiemy - nietaktowny mistrz 
ceremonii Kotsuke no Suke - jest owym nieszczęsnym 
funkcjonariuszem, który spowodował poniżenie i śmierć księcia z 
Wieży Ako i nie chciał umrzeć, jak przystoi samurajowi, gdy przyszła 
chwila należnej zemsty. Jest to człowiek, któremu wszyscy ludzie 
winni są wdzięczność, pobudził bowiem do życia bezcenne uczucia 
lojalności i był mroczną, choć nieodzowną przyczyną nieśmiertelnego 

background image

przedsięwzięcia. Około stu powieści, monografii, prac doktorskich i 
oper upamiętniło ten czyn, nie mówiąc już o niezliczonych 
wizerunkach na porcelanie, na żyłkowatym lapis lazuli i na lace. 
Służy mu nawet obrotna i wszechstronna taśma filmowa, gdyż 
Doktrynalna Opowieść o Czterdziestu i Siedmiu Kapitanach - taka 
jest bowiem właściwa nazwa - stanowi niewyczerpane źródło 
inspiracji dla kinematografii japońskiej. Opracowana w 
najdrobniejszych szczegółach gloria, którą wyrażają owe dzieła, jest 
więcej niż usprawiedliwiona: jest po prostu niezaprzeczalna. 
  Piszę tę opowieść według relacji A. B. Mitforda, który odrzuca 
wszelkie dywagacje mające na celu stworzenie egzotycznej atmosfery 
i kieruje swą uwagę wyłączne na rozwój wydarzeń. Owa nieobecność 
"orientalizmu" pozwala przypuszczać, że jest to bezpośredni przekład 
z japońskiego. 
 
Rozwiązana wstążka 
 
  O wiośnie - dawno już rozwianej - roku 1702 znakomity pan z 
Wieży Ako miał przyjąć i ugościć cesarskiego wysłannika. Dwa 
tysiące trzysta lat uprawiania kurtuazji (część ich jest zapewne 
mitologiczna) skomplikowały aż do udręki ceremoniał gościnności. 
Wysłannik reprezentował osobę cesarza, był jednak raczej aluzją lub 
symbolem niebiańskiej osoby: subtelności tej nie należało przeceniać 
ani też nie doceniać. Aby zapobiec częstokroć zgubnym omyłkom, 
zjawił się w charakterze mistrza ceremonii wysoki urzędnik Dworu, 
wyprzedzając o kilka tygodni właściwego wysłannika. Z dala od 
dworskich wygód i skazany na przymusowe letnisko, które musiało 
wydać mu się zesłaniem, Kira Kotsuke no Suke udzielał lekcji z 
wielką niechęcią. Jego ton profesorski sięgał niekiedy zniewagi. 
Uczeń zaś, pan z Wieży Ako, starał się nie zwracać uwagi na owe 
drwiny. Nie umiał znaleźć na nie odpowiedzi, dyscyplina zaś nie 
pozwalała mu na gniew. Pewnego poranka rozwiązała się wstążka 
ciżemki na stopie mistrza, a ten polecił mu ją zawiązać. Pan z Wieży 
wykonał polecenie pokornie, acz nie posiadając się z wewnętrznego 
oburzenia. Nietaktowny mistrz ceremonii powiedział mu, że tylko 
cham mógł zawiązać tak niechlujny węzeł. Pan z Wieży wyjął szpadę 
i machnął nią tylko raz. Mistrz uciekł z czołem ledwo przekreślonym 
cienką nitką krwi... W pewien czas później trybunał wojskowy ogłosił 
wyrok przeciw winnemu zranienia, skazując go na samobójstwo. Na 
głównym dziedzińcu zamku pana z Wieży Ako wzniesiona drewnianą 
platformę i pokryto ją czerwonym suknem, i na niej ukazał się 
skazaniec, i podano mu sztylet ze złota i kamieni, i przyznał się 
publicznie do winy, i dwoma rytualnymi cięciami otworzył sobie 
brzuch, i zmarł jak samuraj, a bardziej oddaleni widzowie nie ujrzeli 
krwi, sukno bowiem było czerwonego koloru. Siwy i uważny 
mężczyzna wyjął szpadę i ściął mu głowę, był to radca Kuranosuke, 
jego "chrzestny" ojciec. 
 
Symulowany brak honoru 
 

background image

  Zamek pana z Wieży Ako został skonfiskowany; jego kapitanowie 
rozproszeni; jego rodzina rozbita i zrujnowana; jego imię okryte 
hańbą. Powiadają, że w pierwszą noc po samobójstwie czterdziestu 
siedmiu jego kapitanów zebrało się na naradę na szczycie pobliskiej 
góry, gdzie zaplanowali z całą precyzją to, co stać się miało w rok 
później. Pogłoska wydaje się wątpliwa; pierwsze kroki został zapewne 
poczynione z nieodzownym opóźnieniem, a tajne zebrania nie 
odbywały się na trudno dostępnym szczycie górskim, lecz w leśnej 
kaplicy: niepozornym budyneczku z białego drzewa, z prostokątną 
skrzynką, która zawiera lustro jako jedyną ozdobę wnętrza. Łaknęli 
zemsty, a zemsta wydawała im się nieosiągalna. 
  Kira Kotsuke no Suke, znienawidzony mistrz ceremonii, zamienił 
swój dom w twierdzę, a jego palankin otaczała zawsze chmara 
łuczników i szermierzy. Zatrudnił nieprzekupnych, tajnych i 
dokładnych szpiegów. Nikt nie był śledzony z taką bacznością i 
trudem jak mniemany przywódca mścicieli, radca Kuranosuke. Radca 
spostrzegł to przypadkiem i na tym właśnie fakcie oparł plan zemsty. 
  Przeniósł się do Kioto, miasta bezkonkurencyjnego w całym 
cesarstwie, jeśli chodzi o barwne piękno jesieni. Począł odwiedzać 
domy gry, burdele i tawerny. Nie bacząc na swoje siwe włosy otoczył 
się ulicznicami, poetami, a nawet ludźmi gorszego jeszcze gatunku. 
Pewnego razu wyrzucono go z tawerny i przebył noc leżąc pod 
progiem i wymiotując. 
  Rozpoznał go pewien przechodzień rodem z Satsuma i pełen smutku 
i gniewu odezwał się w te słowa: "Azali nie jest to ów radca księcia z 
Wieży Ako; ów Kuranosuke, który panu swemu pomógł wyzbyć się 
życia i który, miast zemsty szukać, oddaje się lubieżnym rozkoszom i 
hańbi imię swoje? O, niegodziwcze, niegodnyś miana samuraja!" 
  I plunął mu w twarz i kopnąwszy go odszedł. Gdy szpiedzy donieśli 
mu o tym, Kotsuke no Suke poczuł wielką ulgę. 
  Były radca nie poprzestał na tym. Opuścił żonę i dzieci i zakupił 
kochankę w jednym z burdeli: potworna niegodziwość, która 
rozweseliła serce i rozwiała obawy nieprzyjaciela. Mistrz ceremonii 
oddalił przeszło połowę strażników. 
  Jednej ze strasznych nocy zimy roku 1703 czterdziestu siedmiu 
kapitanów spotkało się w opuszczonym ogrodzie w okolicy Yedo, nie 
opodal mostu i fabryki kart do gry. Szli niosąc sztandary księcia z 
Wieży Ako. Zanim przystąpili do ataku, powiadomili sąsiadów, by 
nie obawiali się uzbrojonej grypy, gdyż bojowe przedsięwzięcie 
będzie miało na celu jedynie wymierzenie sprawiedliwości. 
 
Blizna 
 
  Pałac mistrza ceremonii zaatakowały dwie grupy. Radca dowodził 
pierwszą z nich: tą, która przypuściła atak na drzwi frontowe; na czele 
drugiej stał jego najstarszy syn, który nie miał jeszcze skończonych 
szesnastu lat i który zginął tejże samej nocy. Historia przekazała nam 
wiele obrazów owego koszmarnego snu na jawie: ryzykowne i 
wahadłowe zejście po sznurowych drabinach; głos bębna wzywający 
do ataku, zamieszanie wśród obrońców; łucznicy ukryci na tarasach; 

background image

strzały adresowane do żywotnych organów człowieka; porcelanowe 
cacka zniesławione krwią; gorączka śmierci, która później staje się 
lodem; wyuzdanie i nieporządek towarzyszący walce. Dziewięciu 
kapitanów zginęło; obrońcy byli nie mniej waleczni i nie chcieli się 
poddać. Nieco po północy wszelki opór został złamany. 
  Kira Kotsuke no Suke, sromotna przyczyna cnej zemsty, nie ukazał 
się jednak. Przeszukali wszystkie kąty przetrząśniętego pałacu i tracili 
już nadzieję odnalezienia go, kiedy radca zauważył, że prześcieradła 
w łożu są jeszcze ciepłe. Wznowili poszukiwania i odkryli wąskie 
okno zasłonięte lustrem z brązu. W dole, na mrocznym podwóreczku, 
spoglądał na nich człowiek ubrany na biało. W jego prawej ręce 
drżała szpada. Gdy kilku kapitanów zeszło na podwórko, człowiek ów 
poddał się bez walki. Na jego czole widniała cienka kreska blizny: 
stary rysunek szpadą wykonany przez pana z Wieży Ako. Wówczas 
krwawi kapitanowie rzucili się do stóp niegodziwca i powiedzieli mu, 
iż są oficerami księcia z Wieży, który za jego przyczyną stracił imię i 
życie, i błagali go, by popełnił samobójstwo, jak przystało 
samurajowi. 
  Na próżno pozostawili mu tak godziwe wyjście z niezręcznej 
sytuacji. Służalcze serce mistrza nie dało się przekonać; mąż ów nie 
znał godności. Nad ranem musieli poderżnąć mu gardło. 
 
Świadectwo 
 
  Kiedy zemsta została już spełniona (bez gniewu, bez wzruszenia i 
bez żałości), kapitanowie skierowali się ku świątyni, która zawierała 
relikwie ich pana. 
  Niosą w kubełku niewiarygodną głowę Kiry Kotsuke no Suke i 
trzymają przy niej na zmianę straż. Przechodzą wsie i prowincje w 
szczerym świetle dnia. Ludzie błogosławią ich i płaczą. Książe Sendai 
pragnie ugościć ich, lecz odpowiadają, że pan czeka na nich już od 
dwu lat. Przybywają nad ciemny grób i składają w ofierze głowę 
nieprzyjaciela. 
  Sąd Najwyższy ogłasza wyrok. Jest to wyrok, jakiego oczekiwali: 
przyznaje im przywilej samobójstwa. Korzystają z niego wszyscy 
kapitanowie, niektórzy w żarliwym spokoju, i spoczywają obok 
swojego pana. Dorośli i dzieci przychodzą modlić się nad grobem 
mężów tak wiernych i walecznych. 
 
Człowiek rodem z Satsuma 
 
  Wśród pielgrzymów, którzy napływają ze wszech stron, jest młody 
mężczyzna, zakurzony i zmęczony, przybyły pewnie z daleka. Pada na 
kolana przed posągiem radcy Kuranoskue i mówi pełnym głosem: 
"Widziałem ciebie, gdy leżałeś u progu burdelu w Kioto, i nie 
przypuściłem, żeś dążył do pomszczenia swego pana, i pomyślałem, 
żeś jest żołnierzem bez wiary, i plunąłem ci w twarz. Przyszedłem, by 
dać ci satysfakcję." Powiedział to i popełnił harakiri. 
  Kapłan wzruszył się tak pięknym przykładem męstwa i kazał 
pochować go w tym samym miejscu, gdzie leżą zwłoki kapitanów. 

background image

  Taki jest koniec historii czterdziestu siedmiu wiernych mężów - 
chociaż historia ta nie ma końca; my bowiem, którzy nie znamy być 
może wierności, lecz nigdy nie tracimy nadziei okazania jej w 
potrzebie, będziemy nadal czcić ich pamięć słowami. 
 
   
ZAMASKOWANY FARBIARZ HAKIM Z MERWU 
 
  Jeśli się nie mylę, istnieją cztery tylko oryginalne źródła wiadomości 
o Al Moqana, zakrytym Proroku (dokładniej: zamaskowanym) z 
Chorasanu; są to: a) fragmenty "Historii kalifów" zachowane u 
Baldhuriego, b) "Podręcznik giganta, czyli Księga doskonałości i 
poprawności" oficjalnego historyka dynastii Abbasydów, Ibn abi Tair 
Tarfura, c) stary rękopis arabski pod tytułem "Zniszczenie róży", 
zawierający krytykę nikczemnych, heretyckich poglądów wyłożonych 
w "Tajemnej róży" albo "Ukrytej róży", która była księgą kanoniczną 
Proroka, d) kilka monet bez wizerunku, znalezionych przez inżyniera 
Andruzowa podczas budowy kolei zakaspijskiej. Monety te zostały 
złożone w Gabinecie Numizmatycznym w Teheranie, są na nich 
perskie dystychy, które zawierają streszczenie lub odmienną wersję 
pewnych wersetów ze "Zniszczenia". Oryginalną "Różę" można 
uważać za zaginioną, gdyż rękopis, znaleziony w r. 1899 i 
opublikowany nierozważnie przez Morgenlandisches Archiv, został 
później uznany za apokryf przez Horna, a nieco później przez sir 
Percy Sykes'a. 
  Rozgłos, jakim imię Proroka cieszy się na Zachodzie, zawdzięczamy 
rozgadanemu poematowi Moore'a, pełnemu melancholii i tęsknych 
westchnień irlandzkiego konspiratora. 
 
Szkarłatna purpura 
 
  W 120 roku Hidżry, a 736 Krzyża, człowiek imieniem Hakim, 
któremu inni ludzie owego czasu i owej przestrzeni mieli nadać 
później miano Zakrytego, urodził się w Turkiestanie. Ojczyzną jego 
było starożytne miasto Merw, z ogrodami, winnicami i łąkami 
spoglądającymi smętnie w kierunku pustyni. W południe dzień jest 
biały i olśniewający, czasem tylko zaciemniony chmurami pyłu, który 
dusi ludzi i osiada białą warstwą na czarnych gronach. Hakim 
wychował się w tym steranym mieście. Wiadomo nam, że brat jego 
ojca wyuczył go rzemiosła farbiarzy: sztuki, którą parają się fałszerze 
i ludzie bezbożni i zmienni i która spowodowała pierwsze ogniste 
wypowiedzi w początkach jego fenomenalnej kariery. "Twarz moja 
jest ze złota (powiada w słynnym fragmencie "Zniszczenia"), lecz był 
czas, kiedy gotowałem purpurę, a następnej nocy zanurzałem wełnę 
nieczesaną, a trzeciej nocy nasycałem wełnę przygotowaną i władcy 
wysp dziś jeszcze wodzą spory o tę krwawą tkaninę. Tak oto 
grzeszyłem za lat młodości mojej i przeinaczyłem prawdziwe barwy 
stworzonych rzeczy. Anioł mówił mi, że owce nie posiadają barwy 
tygrysa; Szatan mówił mi, że Wszechmocny pragnie, by ją posiadały, 
i posługiwał się moją wiedzą i moją purpurą. Teraz wiem, że zarówno 

background image

Anioł, jak i Szatan mijali się z prawdą, albowiem barwa jest rzeczą 
godną odrazy." 
  W 146 roku Hidżry Hakim zniknął ze swego ojczystego miasta. 
Znaleziono zniszczone kotły i beczki, a także: miecz z Szirazu i 
zwierciadło z brązu. 
 
Byk 
 
  Pod koniec miesiąca szaban roku 158 powietrze pustyni było bardzo 
przejrzyste i ludzie spoglądali na zachód, wyczekując miesiąca 
ramadanu, który zwiastuje post i umartwienie. Byli to niewolnicy, 
żebracy, wędrowni handlarze, złodzieje wielbłądów i pomniejsi 
złoczyńcy. Oczekiwali znaku, siedząc w milczeniu nie opodal bramy 
postoju dla karawan na drodze do Merwu. Urzekł ich zachód słońca, a 
barwa zachodu była barwą piasku. 
  W głębi zawrotnej pustyni (jej słońce powoduje gorączkę, a jej 
księżyc dreszcze) ujrzeli trzy nadchodzące sylwetki, które wydały im 
się bardzo wysokie. Wszystkie trzy miały kształty ludzkie, środkowa 
jednak miała głowę byka. Kiedy powstali i wyszli im naprzeciw, 
zobaczyli, że idący pośrodku człowiek ma na twarzy maskę, a jego 
towarzysze są ślepi. 
  Ktoś (jak w bajce z "Tysiąca i jednej nocy") zapytał o przyczynę 
owego dziwu. Oślepli - rzekł człowiek w masce - albowiem ujrzeli 
moją twarz. 
 
Lampart 
 
  Kronikarz dynastii Abbasydów wspomina, że człowiek z pustyni, 
którego głos był nadzwyczaj słodki i miękki albo wydawał się taki w 
zestawieniu z okropną maską, powiedział im, że oczekują znaku 
miesiąca pokuty; on jednak przybywa, by głosić nowinę całego życia 
w pokucie i śmierci w przekleństwach. Powiedział im, że nazywa się 
Hakim syn Osmana i że w roku 146 ery Wywędrowania wstąpił do 
jego domu pewien mężczyzna, który po uprzednim umyciu rąk i 
modlitwie uciął mu głowę mieczem i zaniósł ją do nieba. Leżąc na 
prawej dłoni mężczyzny (a był nim anioł Gabriel) głowa jego znalazła 
się w obliczu Pana, który powierzył mu misję proroczą i nauczył go 
słów tak niepamiętnych, iż samo powtórzenie ich spaliłoby usta, i 
przydały mu blask nie do zniesienia dla oczu śmiertelnika. Dlatego 
właśnie był zmuszony nosić maskę. Kiedy wszyscy ludzie na ziemi 
wyznawać będą nowe prawo, oblicze zostanie odsłonięte i wszyscy 
będą mogli wielbić je bez obawy: tak jak wielbią je już teraz 
niebiescy aniołowie. Ogłosiwszy swą misję, Hakim polecił im 
wzniecić świętą wojnę - Dżihad - i przygotować się na śmierć w 
obronie swej wiary. 
  Niewolnicy, żebracy, wędrowni handlarze, złodzieje wielbłądów i 
pomniejsi złoczyńcy odmówili mu swej wiary; ktoś krzyknął: 
"opętaniec", ktoś inny: "kłamca". 
  Jeden z obecnych przywiódł lamparta; był to egzemplarz tej smukłej 
i krwiożerczej rasy, którą górale perscy tresują na swój użytek. 

background image

Lampart urwał się z łańcucha. Poza prorokiem w masce i jego dwoma 
towarzyszami, ludzie uciekli w popłochu. Kiedy wrócili, zwierzę było 
ociemniałe. Wobec lśniących i martwych oczu, ludzie oddali cześć 
Hakimowi i uznali jego nadprzyrodzoną moc. 
 
Zakryty prorok 
 
  Nadworny dziejopis Abbysydów opowiada - bez zbytniego zapału - 
o postępach poczynionych przez Hakima w Chorasanie. Prowincja ta, 
wstrząśnięta do głębi żałosną karierą i śmiercią na krzyżu swego 
najpopularniejszego bohatera, przyjęła z niesłychanym zapałem 
doktrynę Jaśniejącego Oblicza i złożyła mu w daninie swą krew i 
swoje złoto. (Hakim już wówczas zamienił zwierzęcą maskę na 
poczwórną zasłonę z białego jedwabiu, naszytą drogocennymi 
kamieniami. Emblematyczną barwą rodu Banu Abbas była czerń; 
Hakim wybrał białą barwę - najbardziej sprzeczną i wieloznaczną - 
dla Ochronnej Zasłony, dla proporców i turbanów.) Kampania zaczęła 
się jak najlepiej. Po prawdzie, w "Księdze dokładności" sztandary 
kalifa zwyciężają zawsze i wszędzie, niemniej jednak najczęstszym 
skutkiem owych zwycięstw jest degradacja generałów i porzucanie 
twierdz nie do zdobycia: inteligentny czytelnik wie przeto, co o tym 
sądzić. Pod koniec miesiąca radżab roku 161 sławne miasto Niszapur 
otworzyło przed Zakrytym swoje żelazne wrota; w następnym roku 
Astarabad spełniło tę samą powinność. Działalność wojskowa 
Hakima (podobnie jak i innego, szczęśliwszego Proroka) ograniczała 
się do modlitwy o wysokich tonach, niesionej do stóp samego Bóstwa 
z grzbietu rudego wielbłąda w niespokojnym sercu bitew. Wokół 
niego świstały strzały, nie raniąc go jednak nigdy. Zdawał się szukać 
niebezpieczeństw: kiedy pewnej nocy kilku szkaradnych trędowatych 
zjawiło się nie opodal pałacu, rozkazał przywieść ich, złożył 
pocałunek na ich twarzach i podarował im pieniądze srebrne i złote. 
  Trud rządzenia przekazywał sześciu lub siedmiu najwierniejszym. 
Był zwolennikiem medytacji i spokoju: harem złożony ze stu 
czternastu oślepionych kobiet starał się zadośćuczynić potrzebom 
jego boskiego ciała. 
 
Wstrętne zwierciadło 
 
  Jeżeli tylko słowa ich nie idą przeciw prawej wierze, islam toleruje 
objawionych powierników Boga; nawet gdy okazują się niedyskretni 
lub groźni. Prorok korzystałby zapewne z owej pobłażliwej tolerancji, 
gdyby nie jego poplecznicy, jego zwycięstwa i straszna złość kalifa - a 
był nim Muhammad al-Mahdi - które zmusiły go do herezji. Rozłam 
ten spowodował jego ruinę, zanim to jednak nastąpiło, zmuszony był 
określić zasady swojej personalnej religii, nie pozbawionej jednakże 
wpływów rozmaitych preislamicznych wierzeń. 
  U podstaw kosmogonii Hakima znajduje się widmowy, nienazwany 
bóg. Bóstwo to jest tak okazałe, iż nie posiada ani imienia, ani 
oblicza. Jest to Bóg niezmienności i bierności; jednakże obraz jego 
istoty rzuca dziewięć cieni, które zniżając się do czynu stworzyły i 

background image

urządziły dla siebie niebo. Z owego pierwszego kręgu najwyższych 
demiurgów pochodzi drugi krąg twórców, którzy dali początek 
niższemu niebu; jest ono symetrycznym odzwierciedleniem 
pierwszego i oba pełne są potęgi, tronów i aniołów. Ów drugi krąg dał 
początek trzeciemu, niższemu kolegium władców i tak dalej, aż do 
dziewięćset dziewięćdziesiątego dziewiątego nieba. Pan najniższego 
nieba jest tym, który nami rządzi - jest on cieniem cieni jeszcze 
innych cieni - a posiadany przez niego ułamek boskości dąży do zera. 
  Ziemia, którą zamieszkujemy, jest omyłką; niestosowną parodią. 
Zwierciadło i ojcostwo są rzeczami wstrętnymi, gdyż ją pomnażają i 
umacniają. Zasadniczą cnotą jest obrzydzenie. Dwie drogi (prorok 
dawał pełną swobodę wyboru między jedną a drugą) prowadzą do tej 
najwyższej cnoty: wstrzemięźliwość i rozwiązłość - nadmierne 
rozkosze cielesne lub też absolutny ich brak. 
  Raj i piekło Hakima były nie mniej rozpaczliwe. "Tym, którzy 
przeczą słowu, którzy nie uznają Białej Zasłony i Oblicza, (powiada 
przekleństwo zachowane w "Ukrytej Róży") przyrzekam wspaniałe 
piekło, albowiem każdy z nich będzie władcą dziewięciuset 
dziewięćdziesięciu dziewięciu ognistych królestw; a w każdym 
królestwie dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć ognistych gór, a na 
każdej górze dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć ognistych wież, a 
w każdej wieży dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć ognistych 
pięter, a na każdym piętrze dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć 
posłań z ognia; na każdym posłaniu leżeć będzie on, a wraz z nim 
dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć ognistych postaci, które 
posiadać będą jego twarz i jego głos i które torturować go będą przez 
wieczność." W innym miejscu potwierdza: "W życiu doświadczacie 
cierpień jednego ciała, po śmierci zaś cierpieć będziecie w 
niezliczonych ciałach naraz." Raj jest nieco mniej konkretny: "Jest 
tam ciągła noc i są baseny z kamienia, a szczęściem owego raju jest to 
osobliwe szczęście towarzyszące pożegnaniom, wyrzeczeniom i 
ludziom, którzy wierzą, że śpią." 
 
Oblicze 
 
  W 163 roku ery Wywędrowania, a piątym Jaśniejącego Oblicza, 
Hakim został otoczony w mieście Sanam przez wojska Kalifa. Nie 
brakowało żywności ani męczenników wiary; oczekiwano ponadto 
niezawodnego wsparcia ze strony anielskich zastępów. W ten sposób 
schodził im czas, kiedy przerażająca wiadomość obiegła zamek. 
Powiadano, iż cudzołożna kobieta z haremu, w chwili gdy dusili ją 
eunuchowie, krzyczała, że prorokowi brak serdecznego palca u prawej 
ręki, a reszta palców nie posiada paznokci. Wiadomość ta przedostała 
się do wiernych. W pełnym słońcu, na najwyższym tarasie, Hakim 
modlił się do najbliższego boga o zwycięstwo lub widomy znak. Z 
głowami w służalczym pochyleniu - jak gdyby biegnąc przeciw 
deszczowi - dwóch kapitanów zdarło mu z twarzy naszytą kamieniami 
Zasłonę. 
  W pierwszej chwili wzdrygnęli się. Obiecane oblicze Apostoła, 
oblicze, które znalazło się przed bogiem, było rzeczywiście białe; 

background image

białe białością plamistego trądu. Twarz była tak rozdęta i 
niesamowita, że zdała im się maską. Nie było na niej brwi; dolna 
powieka prawego oka zwisała na starczym policzku; ciężkie grona 
wrzodów narastały na ustach; nieludzki, wyżarty nos przydawał 
zwierzęcości całemu obliczu. 
  Głos Hakima podjął próbę ostatniego kłamstwa. "Wasz okropny 
grzech nie pozwala wam ujrzeć mojego blasku..." - zaczął mówić. 
  Nie słuchali i przebili go włóczniami 
 
--------------------------------- 
 
2. CZŁOWIEK Z PRZEDMIEŚCIA 
 
(Dla Enrique Amorim) 
 
  I mnie pan będziesz mówić o nieboszczyku Franciszku Real? 
Znałem go, choć to nie była jego dzielnica, bo on działał na 
przedmieściu więcej na północ, tam gdzie jezioro Guadalupe i 
koszary. Widziałem go na oczy wszystkiego trzy razy, i to nawet 
jednej i tej samej nocy, ale to była noc, której nie zapomnę, bo jak tu 
zapomnieć, kiedy właśnie owej nocy przyszła do mojej chałupy 
Lujanera - przyszła, bo tak się jej spodobało - a Rosendo Juarez 
opuścił Arroyo, żeby więcej nie powrócić. Panu to jest faktycznie 
brak tego doświadczenia, żeby wiedzieć, co to za nazwisko, ale ja 
panu powiem: Rosendo Juarez, inaczej Zabijaka, to był najcięższy 
chłop w całej Villa Santa Rita. Chłopak, co umiał obchodzić się z 
nożem i był z ludzi pana Nicolasa Paredes, a ten znowu był jednym z 
zaufanych Morela. Bywało, przyjedzie do burdelu, na gniadoszu, 
wysztafirowany jak jaki książę i pełno srebrnych monet naszytych na 
uprzęży, a wszystkie chłopy i wszystkie psy do niego, panie, z 
szacunkiem, a i baby też; każdemu było wiadomo, że ma na sumieniu 
dwóch zadźganych ludzi, a nosił wysoki kapelusz z cieniutkim 
rondem, na wysmarowanej czuprynie; a i szczęście mu sprzyjało, jak 
to mówią. My chłopaki z Santa Rita tośmy go naśladowali we 
wszystkim, nauczyliśmy się nawet pluć tak jak on. Ale przyszła 
wreszcie taka nocka, kiedy okazało się naprawdę, kto to jest Rosendo 
Juarez. Dziwne, bo dziwne, ale historia tej pamiętnej nocy zaczęła się 
od dorożki. Od takiej nieprzyzwoitej dorożki z czerwonymi kołami, 
pełniusieńkiej ludzi, co jechała w podskokach po tych ulicach - a 
błoto tylko co obeschło - i tak między te czerwone domy i 
zachwaszczone ogródki, i dwóch w niej siedziało, na czarno, z 
gitarami, i dalej śpiewać i raban robić, a ten na koźle opędzał się tylko 
batem od psów bezpańskich, co karemu pod kopyta właziły, i jeden 
miał na sobie ponczo i siedział między nimi jak trusia, a to był 
właśnie ten słynny Koniokrad, a przyjechał, żeby się bić, a i zabić, jak 
dobrze pójdzie. Ciepła była nocka, jakby ją kto pobłogosławił: 
dorożka miała budę złożoną i tych dwóch z gitarami tam siedziało, 
jakby na jakim pochodzie, chociaż pusto było na ulicy. To był 
początek tego wszystkiego, co się potem stało, ale o tym tośmy się 
dowiedzieli później. Myśmy byli, ze wszystkimi chłopakami, od 

background image

wczesnej godziny w tym lokalu u Julii; to był taki barak z cynkowej 
blachy pomiędzy szosą na Gaunę i rzeczką. Widać go było już z 
daleka przez to światło, które biło od bezwstydnej, czerwonej latarni, 
a hałas i muzyka od razu uświadamiały gościa, co to za interes. Julia, 
choć baba nieuczona, ale była bardzo zaradna i uważająca, tak że nie 
brakowało ani picia, ani kobit, jak się należy. Ale jak chodzi o 
Lujanerę - a to była kobita Rosenda - to żadna inna się do niej nie 
umywała. Teraz ona już dawno ziemię gryzie i czasem wydaje mi się, 
że całkiem o niej zapomniałem, ale widziałem ją na własne oczy i 
powiadam panu, trzeba ją było widzieć, kiedy miała te swoje młode 
lata. Jak ją kto zobaczył, to i o spaniu zapominał. 
  Wódka, zabawa, kobity, czasem jakie wyzwisko, które człowiekowi 
Rosendo w gębę rzucił, albo szturchnięcie, które przyjmowało się jak 
od starszego brata: rzecz w tym, że tak jakoś dobrze mi wtedy było. 
Podłapałem kobitę, jak się patrzy, wydawało mi się, że mi w tańcu 
myśli zgaduje... Tango robiło z nami, co tylko chciało, zgarniało nas 
do kupy, rozrzucało po kątach i znowu nas jakby zapraszało do tańca. 
Takeśmy się bawili jak we śnie, kiedy ni stąd, ni zowąd wydało mi 
się, że muzykanci jakby zaczęli głośniej grać. A to wcale nie 
muzykanci, tylko ci z gitarami na dorożce i ich granie tak się 
mieszało z naszym i było ich słychać coraz bliżej. A potem wiatr, 
który to przyniósł, skręcił w drugą stronę, i znowu tylko na te 
wygibasy w tańcu zacząłem uważać. Po długiej chwili zaczęli się 
dobijać do drzwi i jakiś głos - taki bardziej pański - coś tam krzyknął, 
jakby rozkaz. Zaraz zrobiło się cicho, mocne pchnięcie w drzwi i ten 
człowiek znalazł się w środku. Był podobny do swojego głosu. 
  Myśmy nie wiedzieli jeszcze, że to Franciszek Real, ale widać było, 
że to ktoś: facet wysoki, tęgi w barach, calutki na czarno, tylko szal, 
zdaje się, popielaty, przerzucony przez ramię. A twarz, pamiętam, 
miał kanciastą i taką trochę indiańską. 
  Uderzyły mnie te drzwi, kiedy je popchnięto. I z samego rozpędu 
skoczyłem do niego i zaiwaniłem go lewą w gębę, a prawą wyjąłem 
nóż, ostry jak brzytwa, który noszę zawsze w marynarce, w specjalnej 
kieszeni pod lewą pachą. Ale na nic się to nie zdało. Facet, żeby 
odzyskać równowagę, wyprostował ręce i odgarnął mnie na bok, 
jakby zawadę jaką z drogi osuwał. Zostałem za jego plecami, 
pochylony, i jeszcze rękę trzymałem pod marynarką, na 
niepotrzebnym nożu. Poszedł naprzód, jak gdyby nigdy nic. Szedł, 
wyższy niż wszyscy ci, których rozgarniał na boki, i jakby nikogo nie 
widział. Pierwsi - same chłystki, co gały tylko umieli wybałuszać - 
roztworzyli mu się jak wachlarz, szybciutko. Ale długo to nie 
potrwało. Tam dalej czekał już na niego Anglik i zanim tamten zdążył 
go odsunąć, przygotował się i trzasnął go kantem dłoni w rękę. Jak to 
zobaczyli, to zaraz wszyscy na niego. Lokal miał ładnych parę metrów 
i przepchali go tak prawie od końca do końca, jak jakie bydle; nic, 
tylko gwizd, spluwanie i szturchańce. Najpierw dali mu kilka razy 
pięścią; a potem, jak zobaczyli, że się nie broni, to walili go już 
otwartą dłonią albo szalem, dla draki. A swoją drogą, tak jakby go 
chcieli zostawić całego dla Rosenda, który nawet się nie poruszył, 
tylko stał oparty plecami o ścianę i na razie słowa nie powiedział. 

background image

Dopalał szybko papierosa, jakby przeczuwał, co będzie. A Koniokrad 
przepchał się już przez tę całą hałastrę, co nabijała się z niego na 
potęgę. Wygwizdali go, opluli, obili, a on - nic; dopiero jak stanął 
przed Rosendem, puścił parę z gęby. Wpierw mu się przyjrzał, 
przetarł rękawem twarz i tak zaczął: 
  - Ja jestem Franciszek Real i przychodzę z północy. Ja jestem 
Franciszek Real, po przezwisku Koniokrad. Nie powiedziałem ani 
słowa, jak ci gówniarze rękę na mnie podnieśli, bo ja szukam 
mężczyzny, co portek od parady nie nosi. Powiadają, że w tych 
stronach jest taki jeden, co umie robić nożem i nie boi się nikogo, i 
nazywają go Zabijaka. Chciałbym go zobaczyć, żeby mnie, bidnemu 
sierocie, pokazał, co to jest mężczyzna. 
  Skończył gadkę i oczu z niego nie spuszcza. A już w prawej ręce 
majcher mu świeci, widać miał go zawczasu w rękawie. Wszyscy, 
którzy popychali, zrobili teraz duże koło i takeśmy na nich dwóch 
patrzyli, a cicho było, jakby kto makiem posiał. Nawet ślepy Mulat, 
co przygrywał na skrzypcach, gębę obrócił w naszą stronę. 
  Tak właśnie było, słyszę za sobą jakieś szuranie. Oglądam się, a to 
sześciu albo siedmiu ludzi stoi we drzwiach i to byli widocznie ludzie 
Koniokrada. Najstarszy, z gębą jakby wygarbowaną, ze szpakowatym 
wąsem i taki więcej wsiowy, postąpił parę kroków i onieśmieliło go 
tyle światła i tyle kobit, czy co, bo z wielkim namaszczeniem zdjął 
kapelusz A reszta w gotowości przy drzwiach patrzała tylko spode 
łba, czy wszystko odbywa się regularnie. 
  I co się stało Rosendowi, że nie zgniótł jeszcze tego pyszałka jak 
pluskwy? Milczał, jakby się zaciął, głowę tylko spuścił i tyle. A 
papieros - nie wiem, czy go wypluł, czy mu sam z gęby wypadł. 
Wreszcie coś tam bąknął, ale tak cicho, żeśmy go z drugiego końca 
nie dosłyszeli. Wyzwał go Franciszek Real po raz drugi, a on drugi 
raz odmówił. Wtedy najmłodszy z tych, co stali pode drzwiami, wziął 
i gwizdnął. Lujanera z nienawiścią zmierzyła go wzrokiem i 
przepchała się, z tym swoim warkoczem na plecach, przez całe 
tałatajstwo, prościutko do swojego chłopa; podeszła, sięgnęła mu ręką 
za pazuchę, wyciągnęła nóż i podała, mówiąc te słowa: 
  - Zdaje mi się, Rosendo, że będziesz go potrzebował. 
  Na wysokości głowy ciągnęło się podłużne okno, dla przewiewu, 
które wychodziło na rzekę. Rosendo złapał się za nóż oburącz, potem 
przesunął palcem po ostrzu, jakby go nie poznawał. I raptem uniósł 
się na palcach, przechylił w tył i nóż poleciał jak strzała przez to 
okno, do rzeczki. Mnie jakby kto zimną wodą oblał. 
  - Nie wybebeszę cię, boby mnie obrzydliwość wzięła - powiedział 
tamten i podniósł rękę, żeby go przez łeb zdzielić. Wtedy Lujanera 
uwiesiła mu się na szyi, popatrzyła tymi swoimi oczami i powiedziała 
z wściekłością: 
  - Zostaw go. I pomyśleć, żeśmy go mieli za mężczyznę. 
  Real przez chwilę nie wiedział, co robić, a potem objął ją, jakby na 
zawsze, i krzyknął muzykantom, żeby dalej ciągnęli swoje tanga i 
milongi, a nam wszystkim, żebyśmy wrócili do zabawy. Milonga 
poszła jak ogień, od końca do końca. Real tańczył z wielką powagą, 
przyciśnięty do kobity, bo już była jego. Jak przetańczyli do drzwi, to 

background image

krzyknął: 
  - Dajcie, panowie, przejście, bo kobita mi na rękach usypia. 
  Powiedział i poszli, policzek przy policzku, jakby ciągle jeszcze 
tańczyli, jakby ich tango wymiotło za drzwi. 
  Dobrze nie wiem, ale chyba aż się zaczerwieniłem z tego wstydu. 
Zrobiłem parę kółek z jakąś dziewczyną i zostawiłem ją na środku 
salonu. Skłamałem, że to przez ten upał i ścisk, i przemknąłem się 
pod ścianą do wyjścia. Ładna była nocka. Zresztą jak dla kogo. Zaraz 
za rogiem stała dorożka, a gitary sterczały na tylnym siedzeniu, że 
wyglądało, jakby tam kto siedział. Głupio mi się zrobiło, jakby nas 
nie było stać nawet na to, żeby im gitarę zahaczyć. I pomyślałem 
sobie: co my właściwie jesteśmy warci? Wziąłem goździk, który 
miałem za uchem, i wrzuciłem go do kałuży, i tak się na niego 
zapatrzyłem, jakbym już chciał zapomnieć o wszystkim. Akurat 
wtedy ktoś dał mi łokciem w bok i od razu jakby mi się lepiej zrobiło. 
A to był Rosendo, uciekający chyłkiem z przedmieścia. 
  - Czego się pętasz pod nogami, gówniarzu - burknął i poszedł dalej. 
Może chciał na kimś złość obetrzeć, a może w ogóle nie myślał, co 
mówi. Poszedł brzegiem rzeczki, tam gdzie najciemniej; więcej go już 
nie zobaczyłem. 
  Zostałem sam i tak patrzę na ten kawałek świata, gdzie człowiek 
życie przeżył: tyle nieba, że aż się ma dość, ta rzeczka, co się w dole 
szarpie, jakby czemu poradzić nie mogła - parę koni, droga 
niebrukowana, piece, gdzie chleb pieką - i pomyślałem sobie, że 
człowiek wyrósł na tym gnoju i na tym błocie jak jaki chwast do 
niczego nie przydatny. Bo i cóż z takiego śmiecia mogło wyróść? 
Tylko tacy jak my; do gadania owszem, ale żeby tak do czego 
innego... Do przechwałek, do krzyku - i tyle. A potem pomyślałem, że 
nie, że im bardziej pieska dzielnica, to tym bardziej człowiek 
powinien mieć ten swój honor. Śmiecie? Powój akurat kwitnął i jak 
wiatr powiał, to pełno było tego zapachu. A muzykanci jakby 
powariowali, od ich grania wszystko wokół aż drgało. Śliczna była 
nocka. Tyle gwiazd, że się od nich we łbie mąciło - jedne na drugich. 
A ja się tak szarpałem ze sobą, że niby mnie to wszystko nic a nic nie 
obchodzi, ale nie mogłem ścierpieć ani tego, że Rosendo stchórzył, 
ani że tamten takiego chojraka odstawiał. A i kobitę nawet na tę noc 
sobie podłapał. Na tę i na wiele innych - pomyślałem - a może i na 
zawsze, bo Lujanera jak za kim poszła, to na amen. Kto wie, w którą 
oni stronę mogli pójść, ale daleko chyba nie zaszli. A może już robią 
swoje w jakim rowie. 
  Jak wróciłem, zabawa szła w najlepsze. 
  Wszedłem cichaczem i od razu wlazłem w największy ścisk. 
Zobaczyłem, że kilku naszych się ulotniło, a ci z północnej dzielnicy 
tańczyli razem z innymi. Popychania ani wyzwisk nie było; wszyscy 
niby to z szacunkiem, ale ostrożnie. Muzykanci grali, jakby im się 
spać chciało, a kobiety, co tańczyły z tymi obcymi, jakby wody w usta 
nabrały. 
  Ja wiedziałem, że się coś stanie, ale nie to, co przyszło. 
  Najpierw usłyszeliśmy na dworze kobitę i jej płacz, a zaraz potem 
głos, któryśmy już znali, choć teraz był spokojniejszy, zanadto 

background image

spokojny, jakby nie z tego świata. 
  - Wchodź, mała - i potem znowu płacz. Potem znowu głos, 
niecierpliwy, jakby się nie mógł pohamować: - Ty suko przeklęta, 
otwieraj, kiedy ci mówię! Otwieraj! - otworzyły się te drzwi 
rozchybotane i weszła Lujanera, ale sama. Weszła jak przymuszona, 
jakby ją kto z tyłu batem poganiał. 
  - Upiór jaki ją przysłał czy co? - powiedział Anglik. 
  - Nieboszczyk, synu - powiedział Koniokrad. Gębę miał, jakby był 
pijany. Wszedł, a myśmy mu zrobili przejście jak przedtem, postąpił 
chwiejnie parę kroków, wysoki i nie patrząc na nikogo - i zwalił się 
na ziemię, od razu, jak słup. Jeden z tych, co z nim przyszli, obrócił 
go na plecy i podłożył mu ponczo pod głowę. Jak go poruszyli, to 
zobaczyliśmy krew. Miał szeroką ranę na piersi; na podłodze stała już 
kałuża krwi, a czerwona chustka, którą miał na szyi, nasiąkła tak 
mocno, że aż czarna się zrobiła. Tej chustki tom nie widział przedtem, 
bo ja szal zasłaniał. 
  Jedna z kobit przyniosła spalone szmaty i wódkę na pierwszy 
opatrunek. Widać było, że chłop już mówić nie będzie. Lujanera tak 
patrzała na niego jak suka bezpańska, tylko ręce jej zwisały po 
bokach. Wszyscyśmy czekali, co też ona powie, aż wreszcie popuściła 
cugli językowi. Powiedziała, że jak tylko wyszli z Koniokradem i 
poszli na łączkę, naszedł ich jakiś nieznajomy i wyzywa go jak 
szalony, i że jak się zaczęli bić na noże, to Koniokrad dostał tę ranę i 
ona przysięga, że nie wie, kto to był, ale że nie Rosendo. Kto by tam 
jej uwierzył? 
  A facet na podłodze już ledwie zipał. I pomyślałem sobie, że temu, 
co go tak urządził, to chyba ręka nie drgnęła. Ale chłop był twardy. 
Kiedy zastukał, to Julia akurat częstowała nas yerbą i tykwa przeszła 
dookoła i wróciła do moich rąk, jak on ducha wyzionął. "Twarz mi 
nakryjcie", poprosił cichutko, kiedy poczuł, że już z nim koniec. 
Tylko ambicja mu została i nie chciał, żebyśmy patrzyli, jak się 
będzie wykrzywiał w konaniu. Ktoś mu położył na twarz wysoki 
czarny kapelusz. I umarł pod tym kapeluszem, ani pisnął. Dopiero 
kiedy miechy przestały mu chodzić w górę i w dół, odważyli się zdjąć 
ten kapelusz. Wygląd miał sfatygowany, jak każdy nieboszczyk; to 
był jeden z najodważniejszych chłopów i nie tylko w swojej dzielnicy, 
bo także dalej na południe, u nas i jeszcze dalej, i jak zobaczyłem, że 
nie puszcza pary i nie rusza się już, to i cała złość mnie odeszła. 
  - Żeby umrzeć, nie trzeba nic więcej, tylko życia - wyraziła się jedna 
z kobit, a druga dodała: 
  - Tak się facet stawiał, a teraz to i od much się opędzić nie potrafi. 
  Wtedy ci jego towarzysze zaczęli szeptać między sobą i dwóch 
powiedziało głośno: 
  -  Kobita go zabiła. 
  I jeden jej krzyknął w twarz, że to ona, i zaraz wszyscy ją otoczyli. Ja 
już zapomniałem, że powinienem być ostrożny, i podskoczyłem do 
nich jak ukłuty. Mało się nie wywaliłem jak długi z tego pośpiechu. 
Poczułem, że wszyscy na mnie patrzą. Powiedziałem, jakbym z nich 
kpił: 
  - Popatrzcie na tę kobitę. Gdzie by ona miała tę siłę i pewność ręki, 

background image

żeby jemu nóż wsadzić pod żebro. - I rzuciłem im jeszcze, ważniak 
nad ważniaki: - Kto by to przypuszczał, że nieboszczyk, podobnież 
taki król w swojej dzielnicy, skończy tak marnie, i to w takim zabitym 
miejscu, gdzie się nic nie dzieje, chyba że kto obcy przyjdzie nas 
wyrwać z tej nudy i położy się jak ta szmata. 
  Nikt się nie odezwał, widać stchórzyli. 
  W tej ciszy usłyszeliśmy gdzieś daleko tętent końskich kopyt. To 
była policja. Kto mniej, kto więcej - żaden wolał się z nią nie 
spotykać i zaraz uradzili, że najlepiej przeciągnąć trupa do rzeczki. 
Pamięta pan to okno, przez które Rosendo nóż wyrzucił? Właśnie 
tamtędy przerzucili ciało. Kilku go podniosło, wyciągnęli mu 
wszystko co do grosza, ktoś mu nawet uciął palec z sygnetem. 
Złodziejską naturę trzeba mieć, żeby tak obrać biednego 
nieboszczyka, jak go już ktoś mocniejszy wykończył. Rozbujali go i 
ta woda, co wszystko zabiera, wzięła i jego. Już nie wiem, czy 
wypatroszyli go, żeby nie wypłynął, bo wolałem nie patrzeć. Ten z 
siwym wąsem nie spuszczał ze mnie oka. Lujanera skorzystała z 
zamieszania i znikła. 
  Kiedy gliny weszli się rozejrzeć, zabawa odchodziła jakby nigdy nic. 
Ten ślepy Mulat takie hajbanery wyciągał na skrzypcach, że dzisiaj 
już ani marzyć o czymś podobnym. Na dworze zaczęło się rozjaśniać. 
Słupy na wzgórku sterczały samotne i niepotrzebne, bo cienkich 
drutów jeszcze nie było widać. 
  Poszedłem sobie spokojnie do chałupy, do której miałem z jakie pięć 
minut drogi. Zobaczyłem w oknie światełko, które zaraz zgasło. 
Mówię panu: jakżem to tylko zobaczył, od razu przyśpieszyłem 
kroku. I wtedy, panie Borges, wyjąłem jeszcze raz ten krótki majcher, 
ostry jak brzytwa, co go zawsze nosiłem tutaj, w marynarce, pod lewą 
pachą, i obejrzałem go dokładnie ze wszystkich stron, i był jak nowy, 
czysty, nie było na nim ani śladu krwi. 
 
 
--------------------------------- 
 
3. ET CETERA 
(Dla Nestora Ibarra) 
 
TEOLOG PO ŚMIERCI 
 
  Aniołowie donieśli mi, że gdy zmarł Melanchton*, został mu 
przydzielony na tamtym świecie dom pozornie taki sam, jaki miał on 
na ziemi. (Dzieje się tak prawie ze wszystkimi nowo przybyłymi do 
wieczności i dlatego sądzą oni, że nie umarli.) Sprzęty domowe były 
takie same: stół, biurko z szufladami, biblioteka. Gdy Melanchton 
obudził się w tym mieszkaniu, podjął swe literackie trudy, jakby nie 
był już nieboszczykiem, i pisał przez kilka dni na temat zbawienia 
dzięki wierze. Jak to było w jego zwyczaju, nie wspomniał ani jednym 
słowem o pobożności. Aniołowie zauważyli to pominięcie i wysłali 
różne osoby, aby go o nie zapytały. Melanchton rzekł im: 
"Wykazałem niezbicie, że dusza może obejść się bez pobożności i że 

background image

aby dostać się do nieba, wystarczy wiara." Mówił im o tych sprawach 
przepełniony pychą i nie wiedział, że już nie żyje i że miejscem jego 
pobytu nie jest niebo. Gdy aniołowie usłyszeli tę mowę, opuścili go. 
  Po kilku tygodniach meble zaczęły rozpływać się jak widma, aż stały 
się niewidzialne, prócz fotela, kart papieru i kałamarza. Prócz tego 
ściany pomieszczenia poplamiły się wapnem, a podłoga żółtą farbą. 
Jego własne ubranie stało się bardziej pospolite. Pisał jednak w 
dalszym ciągu, ale ponieważ trwał przy negowaniu znaczenia 
pobożności, przeniesiono go do podrzędnej pracowni, gdzie 
znajdowali się inni, podobni mu teologowie. Był tam więziony przez 
kilka dni i zaczął wątpić w swą tezę, toteż zezwolono mu na powrót. 
Odzienie jego było z surowej skóry, ale usiłował wyobrazić sobie, że 
to, co działo się poprzednio, było zwykłą halucynacją, i w dalszym 
ciągu wychwalał wiarę, a krytykował pobożność. Pewnego wieczora 
poczuł chłód. Zaczął wtedy przemierzać dom i stwierdził, że 
pozostałe pokoje nie odpowiadają już pokojom jego mieszkania na 
ziemi. Jeden przepełniony był nieznanymi przyrządami; drugi tak się 
zmniejszył, że nie można było do niego wejść; inny nie zmienił się, 
ale jego okna i drzwi wychodziły na wielkie wydmy. Pokój w głębi 
pełen był osób, które wielbiły go i które mu powtarzały, że żaden 
teolog nie jest tak mądry jak on. Uwielbienie to sprawiło mu 
przyjemność, ale ponieważ niektóre z tych osób nie miały twarzy, a 
inne wydawały się martwe, poczuł do nich w końcu nieufność. 
Wówczas postanowił napisać pochwałę pobożności, ale stronice dziś 
zapisane okazywały się zatarte nazajutrz. Działo się tak, ponieważ 
układał je bez przekonania. 
  Przyjmował liczne wizyty niedawno zmarłych ludzi, ale wstyd mu 
było pokazywać się w tak brudnym pomieszczeniu. Aby przekonać 
ich, że jest w niebie, wszedł w porozumienie z pewnym czarownikiem 
z pokoju w głębi, który zwodził ich pozorami splendoru i świetności. 
Gdy tylko goście odchodzili zjawiała się ponownie nędza i wapno, a 
czasami nieco wcześniej. 
  Ostatnie wieści o Melanchtonie mówią, że mag i jeden z ludzi bez 
twarzy unieśli go na wydmy i że obecnie jest on służącym demonów. 
 
(Z księgi "Arcana coelestia" Emanuela Swedenborga) 
 
* Filip Scharzerd Melanchton (1497-1560) - teolog niemiecki, 
przyjaciel Lutra, zwolennik Reformy (przyp. tłum.) 
 
------- 
 
SALA POSĄGÓW 
 
  W pierwszych dniach było w królestwie Andaluzyjczyków pewne 
miasto, w którym mieszkali ich królowie i które miało imię Lebtit lub 
Ceuta, lub Jaen. Była ogromna twierdza w tym mieście, której brama 
o dwóch skrzydłach była nie po to, a by przez nią wchodzić ani nawet 
wychodzić, ale po to, aby była zamknięta. Za każdym razem gdy jakiś 
król umierał i następny król dziedziczył jego wysoki tron, dodawał on 

background image

własnoręcznie nowy nowy zamek do bramy, aż zebrały się 
dwadzieścia cztery zamki, każdy pochodzący od innego króla. 
Wówczas zdarzyło się, że pewien zły człowiek, który nie pochodził z 
królewskiego rodu, zdobył władzę i zamiast dołożyć jeden zamek, 
zażądał, aby poprzednie dwadzieścia cztery zostały otworzone, żeby 
mógł on zobaczyć, co kryje się w tym pałacu. Wezyr i emirowie 
błagali go, aby nie czynił podobnej rzeczy, i ukryli przed nim żelazny 
pęk kluczy, i powiedzieli mu, że łatwiej jest dołożyć jeden zamek niż 
wyłamać dwadzieścia cztery, ale on powtarzał z zadziwiająco chytrą 
przekorą: "Chcę obejrzeć zawartość tego pałacu." Wówczas 
zaofiarowali mu tyle bogactw, ile zdołali zgromadzić, w 
chrześcijańskich idolach, w srebrze i złocie, ale on nie chciał ustąpić i 
otworzył drzwi swą prawą ręką (która będzie wiecznie płonąć). 
Wewnątrz byli przedstawieni Arabowie w metalu i w drzewie, na 
swych rączych wielbłądach i źrebakach, w turbanach, które opadały 
falami na plecy, i z szablami zawieszonymi na pasach, i z prostymi 
lancami w prawicach. Wszystkie te postacie były wypukłe i rzucały 
cienie na podłogę, i ślepiec mógł je rozpoznać za pomocą samego 
dotyku, i przednie nogi koni nie dotykały ziemi, i nie przewracały się 
one, jakby stanęły dęba. Wielkie przerażenie wywołały w królu te 
wspaniałe figury, a jeszcze większe porządek i doskonała cisza, jakie 
były w nich przestrzegane, gdyż wszystkie patrzyły w jedną stronę, 
którą był zachód i nie słychać było żadnego głosu ani żadnej surmy. 
To było w pierwszej sali zamku. W drugiej znajdował się stół 
Sulejmana syna Dawida - niech obaj dostąpią zbawienia! - wycięty w 
jednym kamieniu szmaragdowym, którego kolorem, jak wiadomo, jest 
zieleń i którego ukryte właściwości są nie do opisania i rzeczywiste, 
gdyż uspokaja burze, utrzymuje czystość swego nosiciela, odpędza 
biegunkę i złe duchy, rozstrzyga pomyślnie procesy i stanowi wielką 
pomoc w połogu. 
  W trzeciej znaleźli dwie książki: jedna była czarna i uczyła 
właściwości metali, talizmanów i dni, jak również sporządzania 
trucizn i odtrutek; druga była biała i nie zdołano odczytać jej nauk, 
chociaż pismo było zrozumiałe. W czwartej znaleźli globus, na 
którym były królestwa, miasta, zamki i niebezpieczeństwa, każde ze 
swą prawdziwą nazwą i ścisłym kształtem. 
  W piątej znaleźli lustro o kolistej formie, dzieło Sulejmana syna 
Dawida - niechaj obaj dostąpią zbawienia! - którego cena była 
ogromna, gdyż było ono zrobione z różnych metali i ten, kto 
przeglądał się w jego powierzchni, widział twarze swych rodziców i 
swych dzieci, od pierwszego Adama, aż do tych, którzy usłyszą Trąbę. 
Szósta pełna była eliksiru, którego wystarczała jedna tylko szczypta, 
aby zamienić trzy tysiące uncji srebra w trzy tysiące uncji złota. 
Siódma wydała im się pusta i była tak długa, że najzręczniejszy 
spośród łuczników, wystrzeliwszy strzałę przy drzwiach, nie zdołałby 
dosięgnąć nią jej głębi. Na ostatniej ścianie zobaczyli wyrytą 
straszliwą inskrypcję. Król obejrzał ją i zrozumiał, i mówiła w ten 
sposób: "Jeśli jakaś ręka otworzy bramy tego zamku, wojownicy z 
krwi i kości, podobni do wojowników z metalu u wejścia, opanują 
królestwo." 

background image

  Rzeczy te wydarzyły się w roku osiemdziesiątym i dziewiątym 
Hidżry. Zanim dobiegł on kresu, Tarik zawładnął fortecą i zrzucił 
owego króla, i sprzedał jago żony i dzieci, i spustoszył jego ziemie. W 
ten sposób zalali Arabowie królestwo Andaluzji, pełne figowców i 
nawodnionych łąk, w którym nie cierpi się pragnienia. Co się tyczy 
skarbów, fama głosi, że Tarik syn Zijada przekazał je swemu panu, 
kalifowi, który ukrył je w jakiejś piramidzie. 
 
(Z "Księgi tysiąca i jednej nocy", noc 272) 
 
------- 
 
HISTORIA O DWÓCH, KTÓRZY ŚNILI 
 
  Historyk arabski al-Iszaki przekazuje takie zdarzenie: Opowiadają 
ludzie godni wiary (ale tylko Allach jest Wszechwiedzący i Potężny, i 
Miłosierny, i nie śpi), że był w Kairze pewien człowiek posiadający 
bogactwa, ale tak wielkoduszny i szczodry, że stracił je wszystkie 
prócz domu swego ojca i że był zmuszony pracować, aby zarobić na 
chleb. Pracował tak ciężko, że pewnego wieczoru zmorzył go sen pod 
figowcem jego ogrodu i ujrzał we śnie ociekającego wodą człowieka, 
który wyjął z ust złotą monetę i rzekł mu: "Twoje szczęście jest w 
Persji, w Isfahanie; idź je odnaleźć." Następnego ranka obudził się i 
podjął długą podróż, i wyszedł naprzeciw niebezpieczeństwom 
pustyń, okrętów, piratów, bałwochwalców, rzek, dzikich zwierząt i 
ludzi. Dotarł wreszcie do Isfahanu, ale w murach tego miasta 
zaskoczyła go noc i położył się spać na dziedzińcu meczetu. W 
pobliżu meczetu znajdował się dom i z rozkazu Boga 
Wszechmogącego banda złodziei przeszła koło meczetu i wtargnęła 
do domu, i ludzi, którzy spali, obudzili się od wrzawy złodziei i 
zaczęli wzywać pomocy. Sąsiedzi również krzyczeli, aż wreszcie 
kapitan straży tej dzielnicy przybył ze swymi ludźmi i rozbójnicy 
uciekli przez dach. Kapitan kazał przeszukać meczet i znaleziono w 
nim człowieka z Kairu, i wymierzono mu taką chłostę bambusowymi 
kijami, że był bliski śmierci. Po dwóch dniach odzyskał przytomność 
w więzieniu. Kapitan kazał go przyprowadzić i rzekł: "Kim jesteś i 
gdzie jest twoja ojczyzna?" Ten odpowiedział: "Pochodzę ze sławnego 
miasta Kairu i moje imię jest Muhammad al-Maghrebi." Kapitan 
spytał go: "Co przywiodło cię do Persji?" Zapytany postanowił mówić 
prawdę i powiedział: "Jakiś człowiek we śnie kazał mi przybyć do 
Isfahanu, gdyż tu miało znajdować się moje szczęście. Jestem już w 
Isfahanie i widzę, że tym szczęściem, jakie mi obiecano, musi być 
chłosta, którą tak szczodrze mi wymierzyłeś." 
  Wobec takich słów kapitan roześmiał się tak, aż pokazał zęby 
mądrości, i rzekł w końcu: "Człowieku głupi i łatwowierny, trzy razy 
śnił mi się dom w Kairze, w głębi którego znajduje się ogród, i w 
ogrodzie zegar słoneczny, i za zegarem słonecznym figowiec, i za 
figowcem źródło, i pod źródłem skarb. Nie dałem najmniejszej wiary 
temu kłamstwu. Ty zaś, synu mulicy i demona, włóczyłeś się z miasta 
do miasta, powodowany tylko wiarą w twój sen. Żebym cię nie 

background image

spotkał więcej w Isfahanie. Weź te monety i odjeżdżaj." 
  Człowiek wziął je i powrócił do ojczyzny. Spod źródła swego 
ogrodu (które było źródłem ze snu kapitana) wykopał skarb. W taki 
sposób Bóg pobłogosławił go, wynagrodził i wywyższył. Bóg jest 
Szczodry, Niepojęty. 
 
(z "Księgi tysiąca i jednej nocy", noc 351) 
 
------- 
 
NIEDOSZŁY CZAROWNIK 
 
  Był w Santiago pewien dziekan, który usilnie pragnął nauczyć się 
sztuki magii. Usłyszał, że don Illan z Toledo znał ja lepiej niż 
ktokolwiek, i udał się do Toledo, aby go odszukać. 
  W dniu kiedy przybył, skierował się wprost do domu don Illana i 
zastał go czytającego w ustronnym pokoju. Ten przyjął go życzliwie i 
poprosił, aby nie wspominał o celu swej wizyty, zanim nie zjedzą 
obiadu. Wskazał mu chłodny pokój i powiedział, że cieszy się bardzo 
z tej wizyty. Po obiedzie dziekan przedstawił mu powód odwiedzin i 
poprosił, aby nauczył go wiedzy magicznej. Don Illan powiedział mu, 
że zgaduje, iż jest on dziekanem, człowiekiem o dobrej pozycji i o 
dobrej przyszłości, i że obawia się, iż później dziekan o nim zapomni. 
Dziekan uspokoił go i zapewnił, że nigdy nie zapomni tej łaski i że 
zawsze będzie na jego rozkazy. Gdy już załatwiono tę sprawę, don 
Illan wyjaśnił, że wiedzy magicznej można się nauczyć tylko w 
odosobnionym miejscu, i zawiódł go za rękę do przyległego pokoju, 
na którego podłodze znajdował się wielki żelazny pierścień. Przedtem 
powiedział służącej, żeby przygotowała kuropatwy na kolację, ale 
żeby nie wstawiała ich do pieca do czasu, aż jej to poleci. Podnieśli 
wspólnie pierścień i zeszli po schodach z dobrze obrobionego 
kamienia, aż w końcu dziekanowi wydało się, że tak długo schodzili, 
iż koryto rzeki Tag znajduje się już nad nimi. U stóp schodów była 
cela, za nią biblioteka, a dalej rodzaj gabinetu z magicznymi 
przyrządami. Zaczęli przeglądać księgi i w trakcie tego weszli dwaj 
ludzie z listem do dziekana, napisanym przez biskupa, jego wuja, w 
którym oznajmiał mu, że jest ciężko chory i żeby nie zwlekał, jeśli 
chce go zastać przy życiu. Dziekanowi bardzo nie na rękę były te 
wiadomości, po pierwsze ze względu na niemoc jego wuja, po drugie 
dlatego, że musiał przerwać studia. Zdecydował wreszcie napisać parę 
słów usprawiedliwienia i wysłał je biskupowi. Po trzech dniach 
przybyli ludzie w żałobie z następnymi listami do dziekana, z których 
wynikało, że biskup zmarł, że wybierano następcę i że pokładano 
nadzieję w łasce boskiej, iż on zostanie wybrany. Mówili także, żeby 
nie fatygował się na miejsce, jako że wydawało im się lepiej, aby 
wybrano go pod jego nieobecność. 
  Po dziesięciu dniach przybyli dwaj giermkowie, wspaniale ubrani, 
którzy rzucili się do jego stóp i całowali jego dłonie, i pozdrowili go 
jako biskupa. Kiedy don Illan ujrzał to, zwrócił się z wielką radością 
do nowego prałata i rzekł, że składa dzięki Panu, iż tak dobre wieści 

background image

przybyły do jego domu. Następnie poprosił go o wakujący dziekanat 
dla jednego ze swych synów. Biskup powiadomił go, że przeznaczył 
dziekanat dla swego brata, ale że postanowił mieć go w swych 
łaskach i żeby jechali razem do Santiago. 
  Udali się we trzech do Santiago, gdzie przyjęto ich z honorami. Po 
sześciu miesiącach przybyli do biskupa wysłańcy Papieża, który 
ofiarowywał mu arcybiskupstwo Tuluzy, pozostawiając w jego rękach 
mianowanie następcy. Gdy don Illan dowiedział się o tym, 
przypomniał mu dawną obietnicę i poprosił go o ten tytuł dla swego 
syna. Arcybiskup powiadomił go, że przeznaczył biskupstwo dla 
swego stryja, brata swego ojca, ale że postanowił mieć go w swych 
łaskach i żeby pojechali razem do Tuluzy. Don Illan nie miał innego 
wyjścia jak zgodzić się. 
  Udali się we trzech do Tuluzy, gdzie przyjęto ich z honorami i 
mszami. Po dwóch latach przybyli do arcybiskupa wysłannicy 
Papieża, który ofiarowywał mu kapelusz kardynalski, pozostawiając 
w jego rękach mianowanie następcy. Gdy don Illan dowiedział się o 
tym, przypomniał mu dawną obietnicę i poprosił go o ten tytuł dla 
swego syna. Kardynał powiadomił go, że przeznaczył arcybiskupstwo 
dla swego wuja, brata swej matki, ale że postanowił mieć go w swych 
łaskach i żeby pojechali razem do Rzymu. Don Illan nie miał innego 
wyjścia jak zgodzić się. Udali się we trzech do Rzymu, gdzie przyjęto 
ich z honorami i mszami, i procesjami. Po czterech latach zmarł 
Papież i nasz kardynał został wybrany na tron papieski przez 
wszystkich pozostałych. Gdy don Illan dowiedział się o tym, ucałował 
stopy Jego Świątobliwości, przypomniał mu dawną obietnicę i 
poprosił go o kapelusz kardynalski dla swego syna. Papież zagroził 
mu więzieniem mówiąc, że wie dobrze, iż jest on tylko czarownikiem 
i że w Toledo był profesorem nauk magicznych. Nieszczęsny don 
Illan powiedział, że wróci do Hiszpanii, i poprosił go o coś do 
jedzenia na drogę. Papież nie spełnił tej prośby. Wówczas don Illan 
(którego twarz odmłodniała w dziwny sposób) powiedział głosem, 
który nie drżał: 
  - Będę więc musiał zjeść kuropatwy, które poleciłem przygotować 
na dzisiejszy wieczór. 
  Ukazała się służąca i don Illan rozkazał, aby je upiekła. Przy tych 
słowach Papież znalazł się w podziemnej celi w Toledo, jako jedynie 
dziekan Santiago, i tak zawstydzony swą niewdzięcznością, że nie 
wiedział, jak prosić o wybaczenie. Don Illan powiedział, że wystarcza 
mu ta prośba, odmówił mu poczęstunku kuropatwami i odprowadził 
go aż na ulicę, gdzie życzył mu szczęśliwej podróży i pożegnał go z 
wielką uprzejmością. 
 
(Z "Księgi Patroniusza" infanta don Juana Manuela, który wzorował 
się na arabskiej książce: "Czterdzieści poranków i czterdzieści 
wieczorów") 
 
------- 
 
ATRAMENTOWE ZWIERCIADŁO 

background image

 
  Historia opowiada, że najokrutniejszym spośród gubernatorów 
Sudanu był Jakub Chorowity, który wydał kraj na łup nieprawości 
poborców egipskich i który umarł w jednej z komnat swego pałacu 
czternastego dnia księżyca Barmahat*, w 1842 roku. Niektórzy 
sugerują, że czarownik Abd ar-Rahman al-Masmudi (którego imię 
można przetłumaczyć Sługa Miłosiernego) zamordował go sztyletem 
czy też trucizną, ale śmierć naturalna jest bardziej prawdopodobna, 
jako że zwano go Chorowitym. W każdym razie kapitan Richard 
Francis Burton rozmawiał z tym czarownikiem w 1853 roku i 
opowiada, że przekazał mu on to, co przytaczam: 
  "To prawda, że cierpiałem niewolę w zamku Jakuba Chorowitego w 
wyniku spisku, który uknuł mój brat Ibrahim, przy nielojalnej i czczej 
pomocy wodzów murzyńskich z Kordofanu, którzy go zdradzili. Mój 
brat zginął pod mieczem, na krwawej skórze sprawiedliwości, ale ja 
rzuciłem się do znienawidzonych stóp Chorowitego i powiedziałem 
mu, że jestem czarownikiem i że jeżeli daruje mi życie, pokażę mu 
obrazy i zjawy jeszcze cudowniejsze niż Fanusi hijal (magiczna 
latarnia). Ciemięzca zażądał natychmiastowej próby. Poprosiłem o 
trzcinowe pióro, nożyczki, duży arkusz weneckiego papieru, róg pełen 
atramentu, piecyk, kilka ziaren kolendru i uncję będźwinu. Pociąłem 
arkusz na sześć pasów, zapisałem zaklęcia i inwokacje na pierwszych 
pięciu i na pozostałym następujące słowa, które figurują w 
chwalebnym Koranie: "Odjęliśmy twą zasłonę i widok twoich oczu 
jest przejmujący." Następnie narysowałem magiczny kwadrat na 
prawej dłoni Jakuba i poprosiłem go, aby zgiął ją tworząc zagłębienie, 
i wlałem w nią krąg atramentu. Zapytałem go, czy dostrzega wyraźnie 
swoje odbicie w kręgu, i odpowiedział, że tak. Powiedziałem, żeby 
nie podnosił oczu. Zapaliłem będźwin i kolender i spaliłem inwokacje 
w piecyku. Poprosiłem, aby wypowiedział imię postaci, którą pragnie 
oglądać. Pomyślał i powiedział, że dzikiego konia, najpiękniejszego, 
jaki pasie się na pastwiskach otaczających pustynię. Spojrzał i 
zobaczył zielone i spokojne pole, a później zbliżającego się konia, 
zwinnego jak lampart, z białą gwiazdą na czole. Zażądał ode mnie 
całego stada tak doskonałych koni jak ten pierwszy i ujrzał na 
horyzoncie szeroką chmurę pyłu, a potem stado. Zrozumiałem, że 
mojemu życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. 
  Gdy tylko pojawiało się światło dnia, dwaj żołnierze wchodzili do 
mego więzienia i prowadzili mnie do komnaty Chorowitego, gdzie 
czekały już na mnie kadzidło, piecyk i atrament. W ten sposób żądał, 
a ja ukazywałem mu kolejno wszystkie obrazy świata. Ten martwy 
człowiek, którego nienawidzę, miał w swym ręku to wszystko, co 
widzieli umarli i widzą żywi: miasta, klimaty i królestwa, na jakie 
dzieli się ziemia, skarby ukryte w jej wnętrzu, okręty, które 
przebywają morze, instrumenty muzyki, chirurgii i wojny, kobiety 
pełne wdzięku, gwiazdy stałe i planety, kolory, jakich używają 
niewierni, aby malować swe nienawistne obrazy, minerały i rośliny z 
sekretami i właściwościami, jakie w sobie kryją, srebrne anioły, 
których pokarmem jest oddawanie hołdu Panu, rozdawanie nagród w 
szkołach, posągi ptaków i królów, które znajdują się w sercu piramid, 

background image

cień rzucany przez byka, który podtrzymuje ziemię, i przez rybę, która 
znajduje się pod bykiem, pustynie Boga Miłosiernego. Ujrzał rzeczy 
niemożliwe do opisania, jak ulice oświetlone gazem i jak wieloryb, 
który umiera, kiedy słyszy krzyk człowieka. Pewnego razu rozkazał, 
abym pokazał mu miasto, które zwie się Europa. Pokazałem mu 
najważniejszą z jego ulic i wydaje mi się, że właśnie w tej rwącej 
rzece ludzi, wszystkich ubranych na czarno i wielu w okularach, 
zobaczyłem po raz pierwszy Zamaskowanego. 
  Postać ta, czasami w stroju sudańskim, czasami w mundurze, ale 
zawsze z chustą na twarzy, zaczęła pojawiać się od tej chwili w 
wizjach. Była zawsze obecna i nie zgadywaliśmy, kto to taki. Obrazy 
atramentowego zwierciadła, na początku chwilowe i nieruchome, 
stały się teraz bardziej złożone; wykonywały niezwłocznie moje 
polecenia i tyran dostrzegał je wyraźnie. To prawda, że zazwyczaj 
wyczerpywało nas to. Okrutny charakter scen był innym źródłem 
zmęczenia. Były to wyłącznie kary, szubienice, okaleczenia, rozkosze 
kata i okrutnika. 
  W ten sposób doszliśmy do świtu czternastego dnia księżyca 
Barmahat. Atramentowy krąg został już przygotowany na dłoni, 
będźwin wrzucony do ognia, inwokacje spalone. Byliśmy sami. 
Chorowity powiedział, abym ukazał mu nieodwołalną i słuszną karę, 
gdyż jego serce, owego dnia, pragnęło ujrzeć jakąś śmierć. Ukazałem 
mu żołnierzy z werblami, rozpostartą cielęcą skórę, ludzi 
zadowolonych z widowiska, kata z mieczem sprawiedliwości. Zdziwił 
się, gdy go ujrzał, i rzekł: "To Abu Kir, ten, który zgładził twego brata 
Ibrahima, ten, który zamknie twe przeznaczenie, gdy zostanie mi dana 
umiejętność wywoływania tych obrazów bez twojej pomocy." Kazał, 
aby przyprowadzono skazańca. Gdy go przyprowadzono, zmienił się 
na twarzy, gdyż był to niepojęty człowiek o białej chuście. Rozkazał 
mi, aby zanim zostanie zabity, zdjęto mu maskę. Rzuciłem się do jego 
stóp i powiedziałem: "O królu czasu, o istoto i sumo wieku. Ten 
człowiek nie jest taki sam jak inni, gdyż nie znamy ani jego imienia, 
ani imienia jego rodziców, ani imienia miasta, które jest jego 
ojczyzną, toteż nie ośmielę się go dotknąć, aby nie popaść w grzech, z 
którego będę musiał zdać rachunek." Zaśmiał się Chorowity i na 
końcu poprzysiągł, że on weźmie winę na siebie, jeżeli jest w tym 
wina. Poprzysiągł to na miecz i na Koran. Wówczas rozkazałem, aby 
rozebrano skazańca i aby związano go na rozpostartej cielęcej skórze i 
aby zerwano mu maskę. Polecenia te wykonano. Przerażone oczy 
Jakuba mogły ujrzeć w końcu tę twarz - która była jego własną. Okrył 
się strachem i szaleństwem. Unieruchomiłem jego drżącą dłoń moją 
dłonią, która nie drżała, i kazałem mu patrzeć dalej na ceremonię jego 
śmierci. Był owładnięty przez zwierciadło: nawet nie próbował 
podnieść oczu czy wylać atramentu. Kiedy miecz spadł w wizji na 
zbrodniczą głowę, jęknął głosem, który nie wzbudził we mnie litości, 
i potoczył się na ziemię, martwy. 
  Niech chwała będzie Allachowi, który nie umiera i który trzyma w 
swym ręku dwa klucze: nieograniczonego wybaczenia i nieskończonej 
Kary." 
 

background image

* Barmahat (kopt.) - kwiecień (przyp. tłum.) 
 
------- 
 
DUBLER MAHOMETA 
 
  Ponieważ w umyśle muzułmanów pojęcia Mahometa i religii są 
nierozerwalnie związane, rozkazał Pan, aby w niebie przewodził im 
zawsze duch, który spełnia rolę Mahometa. Ów wysłannik nie zawsze 
jest ten sam. Pewien mieszkaniec Saksonii, którego za życia wzięli do 
niewoli Algierczycy i który nawrócił się na islam, spełniał kiedyś tę 
funkcję. Ponieważ był poprzednio chrześcijaninem opowiadał im o 
Jezusie i powiedział, że nie był on synem Józefa, ale synem Boga, i 
okazało się koniecznym zastąpienie go. Miejsce pobytu tego zastępcy 
Mahometa wskazywane jest przez pochodnię, widoczną tylko dla 
muzułmanów. 
  Prawdziwy Mahomet, który ułożył Koran, nie jest już widzialny dla 
swych adeptów. Powiedziano mi, że na początku im przewodził, ale 
że zamierzał nad nimi zapanować i zesłano go na Południe. Pewna 
gmina muzułmańska została podburzona przez demony do uznania 
Mahometa za Boga. Aby uśmierzyć niepokój, sprowadzono 
Mahometa z piekieł i pokazano go. Wówczas go ujrzałem. Podobny 
był do duchów cielesnych, które nie posiadają percepcji wewnętrznej, 
i twarz jego była bardzo ciemna. Zdołał wymówić te słowa: "Ja jestem 
waszym Mahometem", i natychmiast rozpłynął się. 
 
(Z "Vera Christiana Religio" - 1771 - Emanuela Swedenborga) 
 
------- 
 
SZLACHETNY PRZECIWNIK 
 
  Magnus Barfod, w 1102 roku, rozpoczął podbój generalny królestwa 
Irlandii: mówią, że w przeddzień swej śmierci otrzymał takie 
pozdrowienia od Muichertacha, króla na Dublinie: 
  Oby w twych wojskach walczyło złoto i burza, Magnusie Barfodzie. 
  Oby jutro na polach mego królestwa była szczęśliwa twoja bitwa. 
  Oby twe królewskie ręce tkały straszliwą tkaninę miecza. 
  Oby nie szczędziły ci chwały twe liczne bogi, oby nie szczędziły ci 
krwi. 
  Obyś był zwycięzcą o świcie, królu, który depczesz Irlandię. 
  Oby z twych wielu dni żaden nie błyszczał jak dzień jutrzejszy. 
  Gdyż dzień ten będzie ostatnim. Przysięgam ci to, królu Magnusie. 
  Gdyż zanim zblednie jego światło, zwyciężę cię i zetrę, Magnusie 
Barfodzie. 
 
(Z "Anhang zur Heimskringla" - 1893 - H. Geringa) 
 
------- 
 

background image

O ŚCISŁOŚCI W NAUCE 
 
  ...W owym cesarstwie Sztuka Kartografii osiągnęła taką 
Doskonałość, że Mapa jednej tylko Prowincji zajmowała całe Miasto, 
a Mapa cesarstwa całą Prowincję. Z czasem te Niezmierne Mapy 
okazały się już niezadowalające i Kolegia Kartografów sporządziły 
Mapę Cesarstwa, która posiadała Rozmiar Cesarstwa i pokrywała się 
z nim w każdym Punkcie. Mniej Oddane Studiom Kartografii 
Następne Pokolenia doszły do wniosku, że ta obszerna Mapa jest 
Nieużyteczna i nie bez Bezbożności oddały ją na Pastwę Słońca i 
Zim. Na Pustyni Zachodu zachowały się rozczłonkowane Ruiny 
Mapy, zamieszkałe przez Zwierzęta i przez Żebraków; w całym Kraju 
nie ma innej pozostałości po Dyscyplinach Geograficznych. 
 
(Suarez Miranda, "Podróże Mężów Roztropnych", księga czwarta, 
rozdział XIV, Lerida, 1658) 
 
--------------------------------- 
 
4. SPIS ŹRÓDEŁ 
 
PRZERAŻAJĄCY WYBAWICIEL LAZARUS MORELL 
  "Life on the Mississippi", by Mark Twain, New York 1883 
  "Mark Twain's America", by Bernard Devoto, Boston 1932 
 
NIEPRAWDOPODOBNY OSZUST TOM CASTRO 
  "The Encyclopaedia Brittanica", Eleventh Edition, Cambridge 1911 
 
WDOWA CING, HERSZT PIRATÓW 
  "The History of Piracy", by Philip Gosse, London 1932 
 
DOSTAWCA NIKCZEMNOŚCI, MONK EASTMAN 
  "The Gangs of New York", by Herbert Asbury, New York 1972 
 
BEZINTERESOWNY MORDERCA BILL HARRIGAN 
  "A Century of Gunmen", by Frederic Watson, London 1931 
  "The Saga of Billy the Kid", by Walter Noble Burns, New York 
1925 
 
NIETAKTOWNY MISTRZ CEREMONII, KOTSUKE NO SUKE 
  "Tales of Old Japan", by A.B. Mitford, London 1912 
    
ZAMASKOWANY FARBIARZ HAKIM Z MERWU 
  "A History of Persia", by Sir Percy Sykes, London 1915 
  "Die Vernichtung der Rose", Nach dem arabischen Urtext 
uebertragen von Alexander Schulz, Leipzig 1927