background image

S

HERRYL

 W

OODS

Randka z 
przeznaczeniem

background image

ROZDZIAŁ 1
Mack Carlton, słynny wśród kibiców ze swych szybkich 
ruchów i zręcznych uników na boisku, z powodzeniem wy-
mykał się przez większą część miesiąca także swej ciotce 
Destiny, ale w końcu okazała się ona sprytniejsza niż wszyscy 
obrońcy liniowi, z którymi Mack spotkał się w czasie kariery 
piłkarskiej. Z pewnością miała też silniejszą niż oni 
motywację. Dopadnięcie go pozostawało więc tylko kwestią 
czasu.
Parę tygodni wcześniej udało się jej ożenić jego starszego 
brata, Richarda, teraz więc wszystkie wysiłki skupiła na na-
stępnym bratanku. Nie starała się nawet zachować dyskrecji, 
prezentując mu kolejne kandydatki na żonę. Mnogość kobiet 
nie była dla Macka niczym nadzwyczajnym, bo przecież 
opinia playboya przylgnęła do niego zasłużenie, ale żadna z 
tych, które wybierała Destiny, nie była w jego typie. Miały 
wypisane na twarzy, że znajomość traktują poważnie i per-
spektywicznie, Mack zaś ani myślał angażować się poważnie i 
perspektywicznie. Kto jak kto, ale właśnie ciotka powinna 
zdawać sobie z tego sprawę.
Podobnie jak jego starszy brat, wiedział, co to znaczy utracić 
ukochaną osobę. W przeciwieństwie do Richarda jednak, 
który na skutek tego traumatycznego przeżycia bał się 
zaangażować uczuciowo, Mack wolał myśleć, że jego niechęć 
do trwałych związków wynika raczej z pragnienia poznania 
jak największej liczby kobiet niż z lęku przed ewentualnym 
opuszczeniem. Po cóż ograniczać się do jednego dania, skoro 
ma się do dyspozycji cały bufet? Oczywiście, śmierć 
rodziców, którzy zginęli podczas katastrofy małego samolotu 
w górach Blue Ridge, kiedy Mack miał zaledwie dziesięć lat, 
wstrząsnęła nim, ale uraz nie pozostał w nim tak długo jak w 
Richardzie.

background image

Nie wiedział, na ile zdołał przekonać o tym swojego brata i 
ciotkę, bo nawet młodszy brat, Ben, uważał, że cała ich trójka 
jest emocjonalnie zachwiana na skutek przeżytej tragedii. 
Mack jednak wiedział swoje, w każdym razie jeśli chodziło o 
niego samego. Po prostu piekielnie lubił kobiety. Wysoko 
cenił odmienność ich poglądów, ich podejście do życia, żywą 
inteligencję.
No tak, takie określenia są jak najbardziej na miejscu, tak 
właśnie należy mówić, nawet jeśli w pobliżu nie było nikogo 
wtajemniczonego w jego prywatne, aż nadto męskie myśli. 
Prawdę mówiąc bowiem, najwyżej cenił w kobietach sposób, 
w jaki zachowywały się w jego ramionach, ich delikatną skórę 
i namiętne reakcje. Sprawiała mu, oczywiście, przyjemność 
sympatyczna rozmowa, jak każdemu mężczyźnie, ale tak 
naprawdę to uwielbiał intymność seksu, niezależnie od tego, 
jak okazywała się złudna i ulotna.
Przesadą byłoby utrzymywać, że jest uzależniony od seksu, 
ale trochę zamieszania w pościeli sprawiało, że krew za-
czynała mu żwawiej płynąć w żyłach. Może w tym właśnie 
kryje się sedno sprawy? Może najbardziej lubi w seksie to, że 
pobudza go do życia i pozwala zapomnieć o tym, czego do-
wiedział się już w dzieciństwie - że życie jest krótkie, a śmierć 
czyha na każdym kroku? Być może, rzeczywiście został mu 
jakiś uraz i lęk po wypadku rodziców.
Rozmyślania nad tym niezwykle ważnym odkryciem 
przerwało mu wkroczenie Destiny do siedziby klubu, gdzie 
urządził sobie spokojną przystań jako współwłaściciel druży-
ny, w której niegdyś grał. Był tak zaskoczony niespodziewa-
nym pojawieniem się ciotki w tym bastionie męskości, że 
znieruchomiał i wpatrywał się w nią szeroko otwartymi 
oczami.
- Unikałeś mnie - przypomniała z figlarnym uśmiechem, 
siadając naprzeciwko.

background image

Miała na sobie jasnobłękitny kostium, doskonale podkre-
ślający kolor oczu. Jak zawsze, sprawiała wrażenie, że dopiero 
co wyszła z salonu piękności, ale nie przypominała osoby ze 
zdjęć robionych w okresie, gdy gdzieś na południu Francji 
zajmowała się malarstwem. Wyglądała na nich trochę obco i 
egzotycznie. Mack zastanawiał się niekiedy, czy ciotka tęskni 
za tamtymi latami, czy żałuje życia, które porzuciła, by wrócić 
do Wirginii i zająć się trzema osieroconymi bratankami. Jako 
dziecko nigdy nie odważył się o to spytać, bo bał się, że jeśli 
przypomni jej to, co dla nich poświęciła, popędzi z powrotem 
do Europy. Później zaś uznał, że jej obecności i zadowolenia z 
życia, na które się zdecydowała, może już być pewien.
Rzucił ciotce chłodne spojrzenie, zdecydowany nie dać po 
sobie poznać, że jej przybycie wywarło na nim wrażenie. W 
stosunkach z Destiny najlepszą taktyką było nieokazywanie 
nawet cienia słabości. 
-  Wydaje ci się - odparł beznamiętnie. Destiny zachichotała.
-  Czyżby? Nie wymknąłeś się wczoraj wieczór tylnymi 
drzwiami od Richarda i Melanie? Przecież widywałam twoje 
plecy tak często na boisku, że trudno by mi było pomylić je z 
czyimiś innymi.
Do licha! A już mu się wydawało, że tak sprytnie się 
ewakuował. Oczywiście, istniała i taka możliwość, że to brat 
się wygadał. Richard uważał bowiem, że Mack trochę za 
dobrze się bawił udanymi manewrami Destiny, które dopro-
wadziły do małżeństwa z Melanie, i teraz bardzo chciał mu 
odpłacić pięknym za nadobne.
-  Naprawdę mnie zauważyłaś, czy to Richard wszystko 
wypaplał? - spytał otwarcie. - Wiem, że tylko czeka, bym 
podzielił jego los i wpadł w jedną z tych twoich pułapek.
-  Twój brat nie jest paplą! - obruszyła się Destiny. - A ja mam 
doskonały wzrok. - Obrzuciła go taksującym spojrzeniem. - 
Czego się właściwie boisz, Mack? - spytała.

background image

-  Myślę, że obydwoje znamy odpowiedź na to pytanie. 
Podejrzewam także, że właśnie w tej sprawie składasz mi 
wizytę. Przyznaj się więc, co masz w zanadrzu, Destiny. Za-
nim odpowiesz, ustalmy, że moje życie osobiste jest wyłącz-
nie moją sprawą, i że doskonale daję sobie z tym radę.
-  O tak. - Ciotka spojrzała na niego niewinnie. - Poznać już 
choćby po tych wszystkich rubrykach plotkarskich. Cóż, to 
wysoce niestosowne, Mack. Możesz nie mieć bezpośrednich 
kontaktów z Carlton Industries, ale wiesz, że rodzina cieszy 
się szacunkiem w tym mieście. Powinieneś o tym pamiętać, 
zwłaszcza że Richard przymierza się do kariery politycznej.
Znał te argumenty, bo Destiny miała zwyczaj zagrywać kartą 
rodzinną. Zdziwił się jednak, że znowu korzysta z taktyki, 
która już kiedyś tak fatalnie ją zawiodła.
-  Większość ludzi potrafi nie utożsamiać mego brata ze mną. 
A poza tym jestem dorosły - przypomniał, jak już wielokrotnie 
wcześniej. - Dorosłe są również kobiety, z którymi się 
spotykam. Nikomu nic złego się nie dzieje, nikt nikogo nie 
krzywdzi.
-  I jesteś zadowolony ze swego życia? - spytała Destiny z 
niedowierzaniem.
-  Oczywiście. Nie mógłbym czuć się szczęśliwszy - zapewnił.
Pokiwała głową z namysłem.
-  No cóż, skoro tak... Wiesz, że twoje szczęście zawsze było 
dla mnie najważniejsze. Twoje i twoich braci.
Mack obserwował ją spod zmrużonych powiek. Destiny nie 
zrezygnuje ze swoich planów, dopóki istnieje choć odrobina 
nadziei. Inaczej Richard nie byłby teraz żonaty. Mack 
powinien o tym pamiętać.
-  Doceniamy, że nas kochasz - zaczął ostrożnie. - Cieszę się 
jednak, że podzielasz moje zdanie, jeśli chodzi o wybór 
dziewczyn, że przyznajesz mi prawo do tego wyboru. Muszę 
przyznać, że odetchnąłem z ulgą.

background image

-  Mogłam się tego domyślać - powiedziała Destiny, z trudem 
kryjąc uśmiech. - Kobiety, z którymi ja bym cię chciała 
widzieć, najwyraźniej ci nie odpowiadają, bo gustujesz w 
osóbkach raczej mało skomplikowanych.
Puścił mimo uszu ten przytyk. Słyszał podobne słowa już 
nieraz.
-  Czy mogę coś dla ciebie zrobić? - spytał uprzejmie.
- Może potrzebujesz gadżetów klubowych na jedną ze swych 
aukcji dobroczynnych?
-  Nie, nie. Po prostu wpadłam, żeby cię wreszcie zobaczyć - 
wyznała z rozbrajającą szczerością. - Przyjdziesz któregoś 
wieczoru na kolację?
-  Teraz, kiedy już wiem, że nie zamierzasz mieszać się w 
moje życie osobiste, chętnie - odparł. - Czy na niedzielę 
przewidujesz czyjąś wizytę?
-  Oczywiście.
-  A więc przyjdę - obiecał.
W końcu i tak będzie miała gości, jeśliby nawet do niedzieli 
straciła chęć ujrzenia bratanka.
-  Pójdę już, - Podniosła się z fotela.
Mack odprowadził Destiny do windy. Znowu uderzyło go, że 
ciotka jest taka drobna, sięgała mu zaledwie do ramienia. 
Zawsze stanowiła jednak siłę, z którą należało się liczyć, i 
przez to wydawała się jakby wyższa. On ma prawie sto 
dziewięćdziesiąt centymetrów wysokości, może więc Destiny 
po prostu jest kobietą średniego wzrostu? A jeśli wziąć pod 
uwagę jej dynamiczną osobowość i niewyczerpane wprost 
zasoby energii, trzeba stwierdzić, że nie ma równych sobie 
wśród wpływowych kobiet Waszyngtonu - czy to wysokich, 
czy całkiem niskich.
Tuż przed drzwiami windy ciotka posłała mu jeden ze swych 
najbardziej ujmujących uśmiechów, zarezerwowanych z 
reguły dla dyrektorów korporacji, od których chciała 

background image

wyciągnąć trochę dolarów na działalność charytatywną. Mack 
natychmiast stał się podejrzliwy.
-  Och, kochanie, byłabym zapomniała - rzuciła, sięgając do 
torebki po jakąś karteczkę. - Czy mógłbyś po południu 
wstąpić do szpitala? Dzwoniła do mnie doktor Browning z 
onkologii. Jeden z jej małych pacjentów jest w bardzo 
kiepskim stanie. To twój zagorzały wielbiciel, więc lekarka 
uważa, że twoje odwiedziny mogłyby go podbudować psy-
chicznie.
Mimo dzwonka alarmowego, który rozległ się nagle w głowie 
Macka, wziął kartkę z adresem. Niezależnie od prawdziwych 
zamiarów ciotki była to prośba, której nie sposób odmówić. 
Destiny zdawała sobie zresztą z tego sprawę, bo przecież 
wyrobiła we wszystkich swych trzech bratankach poczucie 
odpowiedzialności. Sława piłkarska Macka zaś sprawiła, że 
spełnianie podobnych próśb stało się częścią jego życia.
Zerknął na zegarek.
-  Za dwie godziny mam spotkanie służbowe, ale po drodze 
wstąpię do szpitala - obiecał.
-  Dziękuję, kochanie. Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć. - 
Destiny rozpromieniła się. - Powiedziałam doktor Browning, 
że przyjdziesz, choć na pewno nie przekazano ci, że dzwoniła 
w tej sprawie do ciebie.
-  A dzwoniła? - zdziwił się Mack.
-  Myślę, że nieraz, dlatego też stałam się dla niej ostatnią 
deską ratunku - dodała Destiny.
Mack uśmiechnął się pogodnie, bo jego podejrzenia co do 
zamysłów ciotki rozwiały się bez śladu.
-  Postaram się to wyjaśnić - przyrzekł. - Ludzie z klubu 
wiedzą, że chodzę na takie spotkania, kiedy to tylko możliwe, 
zwłaszcza do dzieci.
-  Jestem pewna, że musiało nastąpić nieporozumienie - 
powiedziała ciotka. - Najważniejsze jednak, że tam pójdziesz. 

background image

A ja będę się modlić w intencji tego chłopca. Opowiesz mi 
wszystko w niedzielę. Niewykluczone, że będziemy w stanie 
coś jeszcze dla niego zrobić.                                
Mack pochylił się i pocałował ciotkę w policzek.
-  To ty powinnaś tam chodzić. Z twoją pogodą ducha i 
optymizmem możesz poprawić humor każdemu choremu.
-  Jakież to miłe słowa, Mack. - W oczach Destiny rozbłysły 
radosne iskierki. - Zaczynam się domyślać, na czym opiera się 
twoje powodzenie u kobiet.                                     
Mack mógłby wyjaśnić, że to nie komplementy i słodkie 
słówka podbijają serca kobiet, z którymi się umawia, ale 
zdawał sobie sprawę, że nie o wszystkim może powiedzieć 
starszej pani, która w dodatku jest jego ciotką. Jeśli więc chce 
wierzyć, że powodzenie u kobiet bratanek zawdzięcza 
walorom towarzyskim, nie będzie jej wyprowadzał z błędu. 
Zaoszczędzi sobie w ten sposób kolejnego kazania.
-  To przecież gra, na litość boską! - zniecierpliwiła się Beth 
Browning, widząc oburzone spojrzenia kolegów z dziecięcego 
szpitala onkologicznego. - Gra, której dorośli mężczyźni 
poświęcają czas, a przecież powinni wykorzystywać przede 
wszystkim swe mózgi, a nie mięśnie. Oczywiście pod 
warunkiem, że ich mózgi w ogóle funkcjonują.
-  Mówimy o futbolu zawodowym - zaprotestował radiolog 
Jason Morgan, jak gdyby lekarka wypowiedziała ciężkie 
bluźnierstwo. - Chodzi o wygrane i przegrane. To tak jak j 
triumf dobra nad złem.
- Ciekawe, czy tego samego zdania będą chirurdzy, którym 
przyjdzie składać kości dzieciaków po sobotnich meczach - 
zauważyła Beth.
-  Obrażenia w czasie meczu są nieomal rytuałem inicjacji - 
upierał się Hal Watkins.
-  I dobrodziejstwem dla was, ortopedów - uzupełniła Beth.

background image

-  Ejże, to nie fair. Nikomu nie sprawia radości widok rannego 
dziecka.
-  To trzymaj dzieci z daleka od boiska! - warknęła. Jason 
wyglądał na zdumionego.
-  No to kto będzie kiedyś grał zawodowo? - spytał bezradnie.
-  Och, dajcie spokój, po co w ogóle ktoś miałby to robić? - 
odparowała Beth, poruszona do żywego.
Czytała o Macku Carltonie i jego awansie z gwiazdy futbolu 
na właściciela drużyny. Ten facet jest przecież prawnikiem z 
wykształcenia. Co za marnotrawstwo! Beth nie była 
bynajmniej wielbicielką prawników, zwłaszcza że to właśnie 
ich zachłanność doprowadziła do podwyżek w ubezpiecze-
niach od błędów lekarskich, ale przecież dyplom to dyplom.
-  Bo to jest futbol, na litość boską! - wykrzyknął Hal, 
oburzony tak, jakby piłka nożna była równie nieodzowna do 
życia jak tlen.
-  Dajcie spokój, chłopcy. To tylko zabawa, ni mniej, ni 
więcej. - Beth odwróciła się w stronę Peytona Langa, hema-
tologa, który na razie zachowywał milczenie. - Co ty o tym 
myślisz?
-  Nie licz na to, że cię poprę. - Peyton uniósł ręce w ob-
ronnym geście. - Mam po prostu w tej sprawie mieszane 
uczucia. Niespecjalnie interesuję się futbolem, ale i nie robię 
problemu z tego, że ktoś się nim pasjonuje.
-  Nie uważasz za absurdalne, że tak dużo czasu, pieniędzy i 
energii marnuje się po to, by zdobyć jakiś głupi tytuł? - 
drążyła temat Beth.
-  A mistrzostwa świata? - Jason obstawał przy swoim.
-  Spójrzmy na to inaczej. Jest w tym mieście bogaty facet, 
który ma dość pieniędzy, by kupić najlepszych zawodników, a 
oni zapewnią mu ekscytujące chwile w niedzielne popołudnia 
- powiedziała zjadliwie. - Gdyby Mack Carlton miał jakieś 
prawdziwe życie, rodzinę, gdyby zajmował się czymś 

background image

poważnym, nie traciłby przecież pieniędzy na drużynę piłki 
nożnej.
Zamiast spodziewanych okrzyków protestu w szpitalnej 
kawiarni zapanowała cisza. Koledzy, najwyraźniej speszeni, 
wymienili zmieszane spojrzenia.
-  Nie zmienisz zdania? - spytał Jason, patrząc na nią 
osobliwym, błagalnym niemal wzrokiem.
-  Dlaczego miałabym zmieniać? - Wzruszyła ramionami.
-  Ponieważ jestem niemal pewny, że na początku rozmowy 
wspomniałaś o ściągnięciu tutaj Macka Carltona, żeby 
odwiedził Tony'ego Vitale'a - wyjaśnił Jason. - Chłopak 
wprost wariuje na jego punkcie. Uznałaś, że spotkanie z 
Mackiem poprawi mu nastrój, zwłaszcza że tak źle znosi 
chemioterapię.
-  Tak? - Beth zmrużyła oczy. - Ten wasz wzór wszelkich cnót 
piłkarskich, tak bardzo troszczący się o naszą społeczność, 
nawet się nie pofatygował, żeby odpowiedzieć na mój telefon.
Jason ruchem głowy wskazał coś za plecami Beth Browning.
Do licha, pomyślała, ujrzawszy wysokiego, barczystego 
mężczyznę w szytym na miarę garniturze. Pod okiem miał 
niewielką bliznę, która wcale nie szpeciła przystojnej twarzy. 
Przeciwnie, dodawała nawet charakteru idealnym rysom i 
przyciągała uwagę do ciemnych oczu, tak nieprzeniknionych, 
że Beth aż zadrżała. Cały wygląd przybyłego świadczył o jego 
zamożności, dobrym guście i pewności siebie.
-  Pani doktor Browning? - spytał z pewnym niedowierzaniem, 
wskazującym, że oczekiwał kogoś znacznie starszego. Mimo 
że nie usłyszał przed chwilą niczego miłego o sobie, 
zachowywał się spokojnie i uprzejmie.
Beth gorączkowo starała się zebrać myśli i wypowiedzieć 
słowa przeprosin, które się gościowi niewątpliwie należały, 
ale nie była w stanie wydobyć z siebie głosu. Nigdy by nikogo 

background image

przecież celowo nie obraziła, nawet jeśli żywiła pogardę dla 
mężczyzn marnotrawiących pieniądze na wyczyny sportowe.
-  Zaraz się panem zajmie, niech tylko dojdzie do siebie po tej 
gafie. - Jason przytomnie rozładował napięcie.
Wdzięczna koledze za pomoc, Beth wstała i wyciągnęła rękę.
-  Witam, panie Carlton, nie spodziewałam się pana - po-
wiedziała.
-  To oczywiste. - Uśmiechnął się lekko. - Ciotka mówiła mi, 
że nie mogła się pani ze mną skontaktować. Naturalnie, moi 
pracownicy nie powinni byli odsyłać pani z kwitkiem. 
Przepraszam za nich.
Beth wiedziała z plotek zamieszczanych w lokalnej prasie, że 
Mack to znany playboy. Teraz wiedziała również, skąd ta 
opinia. O ile bowiem jego spojrzenie odebrało jej mowę, o 
tyle jego uśmiech mógłby rozpalić emocje w każdej kobiecie. 
Ekspiłkarz był tak skruszony i przepraszał tak szczerze, że z 
pierwszej opinii Beth na temat tego człowieka nie pozostało 
ani śladu. Nie spodziewała się po tego typu mężczyźnie takiej 
reakcji i wcale nie była pewna, czy jest z niej zadowolona.
-  Może napiłby... - Poirytowana tym, że nie może zebrać 
myśli, głęboko zaczerpnęła powietrza i spróbowała jeszcze 
raz: - Może napiłby się pan kawy?
-  Mam niewiele czasu - powiedział. - Byłem w pobliżu, więc 
postanowiłem wyjaśnić, że nie zignorowałem pani telefonów. 
Pomyślałem też, że nadarza się dobra okazja do odwiedzenia 
Tony'ego.
-  Oczywiście - odparła pospiesznie, zdając sobie sprawę, ile 
ta wizyta znaczy dla chłopca. Co prawda, pora odwiedzin jesz-
cze nie nadeszła, ale Beth bez wahania zdecydowała się 
złamać przepisy. - Zaprowadzę pana do niego. Będzie 
zachwycony.
Jason chrząknął znacząco i Beth uświadomiła sobie, że 
koledzy chcą, by przedstawiła ich lokalnej legendzie futbolu. 

background image

Zdumiewające, że dorośli mężczyźni mogą tak samo uwiel-
biać Macka Carltona jak jej dwunastoletni pacjent. Zatrzymała 
się więc i dokonała prezentacji.
Na tym się jednak nie skończyło. Wyglądało na to, że 
zafascynowani lekarze mają zamiar do wieczora dyskutować o 
futbolu. .
-  Nie zapomnieliście, że pan Carlton przyszedł tutaj, by 
odwiedzić Tony'ego?- zapytała.
Mack posłał jej następny z serii uśmiechów, które mogłyby 
stopić lody Grenlandii.
-  A poza tym niebawem zanudzimy panią doktor na śmierć - 
dodał kurtuazyjnie.
Beth nie ośmieliłaby się przyznać, że rozmowa ją nudzi, by 
nie urazić gościa jeszcze bardziej. Nie miała jednak również 
ochoty kłamać.
-  Mówił pan, że nie ma dużo czasu - przypomniała.
-  Rzeczywiście. A więc chodźmy, pani doktor. - Uśmiechnął 
się szeroko.
Zadowolona, że wreszcie może zrobić coś konkretnego, 
poprowadziła go szybkim krokiem w kierunku oddziału, na 
którym dwunastoletni Tony spędził już znaczną część życia.
-  Proszę mi coś powiedzieć na temat tego chłopca - poprosił 
Mack.
-  To dwunastolatek chorujący na białaczkę - odrzekła Beth, 
usiłując opanować zdenerwowanie. Nie lubiła opowiadać o 
swych pacjentach, zwłaszcza jeśli bitwa o ich życie 
zapowiadała się na przegraną. - Jest tu już trzeci raz. Tym 
razem jednak nie reaguje tak dobrze na chemioterapię jak 
wcześniej. Mieliśmy nadzieję, że przygotujemy go do prze-
szczepu szpiku, nie mamy jednak odpowiedniego dawcy, a ze 
względu na to, że źle znosi chemię, obawiam się, że i tak nie 
byłoby to teraz możliwe.
Mack słuchał uważnie.

background image

-  Jakie są rokowania? - spytał.
-  Kiepskie - odparła krótko.
-  A pani traktuje to bardzo osobiście - zauważył.
-  Wiem, że nie mogę wygrać każdej walki. - Beth potrząsnęła 
głową. Powtórzyła słowa, które wcześniej tego dnia 
wypowiedziała do psychologa, poważnie zaniepokojonego jej 
stanem. Niewiele osób orientowało się, jak bardzo osobisty 
jest jej stosunek do Tony'ego. Zaskoczyło ją więc, że Mack 
Carlton od razu się tego domyślił.
-  Ale nienawidzi pani przegrywać - dodał.
- Jeśli w grę wchodzi śmierć pacjenta, oczywiście, że nie - 
odparła. - Zdecydowałam się na studia medyczne po to, by 
ratować życie.
-  Dlaczego? - zapytał. Zanim uzyskał odpowiedź, dodał:
- Wiem, że to nadzwyczaj szlachetny zawód, ale zajmowanie 
się chorymi dziećmi to poważne obciążenie psychiczne. Dla-
czego właśnie pani? Dlaczego wybrała pani pediatrię?
Zaskoczyło ją to zainteresowanie.
-  Pediatria pociągała mnie, od kiedy pamiętam - odrzekła, 
zdając sobie sprawę, że brzmi to mało konkretnie.
-  Ponieważ? - Najwyraźniej nie zadowoliło go to wyjaśnienie. 
Znowu dowiódł, że jest bardzo wnikliwym obserwatorem.
-  Dlaczego to pana interesuje? - spytała, wciąż unikając jasnej 
odpowiedzi.                                                           
-  Bo najwyraźniej interesuje to panią. - Patrzył uważnie.
Przenikliwość Carltona zaskoczyła Beth. Nie ulegało wąt-
pliwości, że ten mężczyzna nie zaprzestanie dociekań, dopóki 
nie dowie się całej prawdy.                                                 
-  No dobrze, powiem panu. Mój starszy brat zmarł na 
białaczkę, kiedy miałam dziesięć lat - odparła, wyjawiając 
nowo poznanemu człowiekowi więcej niż komukolwiek spoza 
rodziny. Członkowie rodziny dobrze bowiem wiedzieli, czym 
się kierowała, wybierając studia medyczne, ale nie popierali 

background image

tej decyzji. Obawiali się, że praca z chorymi dziećmi 
przysporzy Beth wielu cierpień. - Przyrzekłam sobie, że 
poświęcę się ratowaniu innych dzieci.
Mack popatrzył na nią ze szczerą sympatią.
-  Miałem więc rację: traktuje to pani bardzo osobiście - rzekł.
-  Tak, chyba tak. - Westchnęła.
- Czy myśli pani, że wytrzyma pani długo, jeśli będzie się tak 
bardzo przejmować każdym pacjentem?
-  Wytrzymam tyle, ile będę musiała - odparła. - Mam 
niewielu pacjentów, bo większość czasu pochłania mi praca 
naukowa. Nasze metody leczenia są z każdym rokiem lepsze. - 
Tyle że nie w wypadku Tony'ego, dodała w duchu. To dlatego 
poświęcała mu tyle uwagi.
-  Tyle że nie pomagają Tony'emu. - Mack jakby czytał w jej 
myślach.
Beth z trudem powstrzymywała łzy.
-  Na razie nie - przyznała. - Ale wygramy i tę bitwę, na 
pewno - podkreśliła z determinacją.
-  Tak, myślę, że pani wygra. - Mack patrzył na nią z po-
dziwem. - Czy moja obecność naprawdę może chłopcu jakoś 
pomóc?
-  W każdym razie powinna mu podnieść nastrój - zapewniła 
Beth. - Ostatnio jest przygnębiony, a poprawa samopoczucia 
dziecka bywa niekiedy najważniejszym elementem leczenia. 
Nie wolno dopuścić do tego, żeby się załamało i poddało 
chorobie.
-  A więc dobrze. - Mack skinął głową. - Chodźmy do niego i 
pogadajmy o futbolu. - Rzucił jej zuchwałe spojrzenie. - 
Domyślam się, że pani nie będzie zbyt rozmowna.
Beth roześmiała się mimo woli, stwierdzając, że czuje do 
Macka sympatię. Mogła sporo wybaczyć komuś, kto ma 
poczucie humoru, niezależnie od tego, czy żartuje z własnych 
dziwactw, czy z cudzych.

background image

-  Pewnie nie - przyznała.
-  To dobrze. Wprawdzie nie zarabiam na życie leczeniem 
ludzi ani badaniem kosmosu, ale nie lubiłbym, gdyby pani 
okazywała lekceważenie dla mojego sposobu życia, zwłaszcza 
przy dziecku, dla którego to, co robię, jest ważne.
Popatrzyła na niego zbulwersowana. Jej poglądy na temat 
futbolu czy samego Macka Carltona nie miały przecież teraz 
żadnego znaczenia.
-  Oczywiście, panie Carlton. Powstrzymam się od wszelkich 
komentarzy. Najważniejszy jest Tony.
-  Proszę mi mówić „Mack". Tak jak moi fani - zaproponował.
-  Nie zaliczam się do pańskich fanów.
-  Nic straconego - zakpił. - Wszystko przed panią. Tak, 
wszystko przed nią. Chociaż nie, Mack Carlton nie 
potrzebował kolejnego podboju. Plotkarskie pisemka pełne 
były imion kobiet przekonanych, że zapisały się na trwale w 
jego życiu. Bardzo rzadko jednak te imiona się powtarzały. 
Beth nie miała ochoty próbować szczęścia na tym zatłoczo-
nym polu.
-  Proszę na to nie liczyć, panie Carlton. Jedyną osobą, której 
uznanie jest ważne, to Tony.
-  Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby i pani okazała mi 
choć odrobinę uznania - powiedział Mack, spojrzawszy jej 
prosto w oczy.                                                                  
Mimo że najwyraźniej chciał jedynie wprawić ją w 
zakłopotanie, Beth poczuła, że już znajduje się pod jego 
urokiem. Bardzo ją to irytowało. 
-  Dlaczego? Musi pan podbić każdą poznaną kobietę? - 
zapytała.
Wahał się przez chwilę i nagle w jego oczach pojawił się 
wyraz lekkiego zmieszania.
-  Dobrze zna pani moją ciotkę? - spytał, zmieniając temat. 
Zaskoczyło ją to pytanie.

background image

-  Pańską ciotkę? - odpowiedziała pytaniem, a w jej głosie 
dało się słyszeć zdziwienie.
-  No tak, Destiny Carlton, kobietę, z którą się pani skon-
taktowała i która obiecała, że zjawię się w szpitalu.
-  Nie sądzę, byśmy się spotkały. - Beth potrząsnęła głową. - 
Choć nazwisko nie jest mi obce. Wydaje mi się, że ta pani 
hojnie wspomaga szpital, ale nigdy z nią nie rozmawiałam.
-  Naprawdę jej pani nie zna? - Mack nie krył zdumienia.
-  Naprawdę.
-  I nie dzwoniła pani do niej?
-  Nie. Skąd w ogóle te pytania? Potrząsnął głową, zupełnie 
zbity z tropu.
-  Nieważne.
Beth jednak odniosła wrażenie, że to bardzo ważne. Nie miała 
tylko pojęcia dlaczego.

background image

ROZDZIAŁ 2
Atmosfera szpitalna nie była Mackowi obca. W czasie wy-
stępów na boisku odniósł tyle obrażeń, że często gościł w iz-
bie przyjęć, zanim ciężka kontuzja kolana zmusiła go do 
zakończenia kariery. Jego życie nigdy nie było w niebezpie-
czeństwie, nie znosił jednak woni środków dezynfekcyjnych, 
krzątających się pielęgniarek, szumu aparatury medycznej i 
pokrętnych wyjaśnień lekarzy, którzy nigdy nie patrzyli w 
oczy, gdy przyszło im mówić o niepomyślnych rokowaniach. 
Jeśli on, dorosły człowiek, tak tego nie cierpiał, to co dopiero 
mówić o dziecku, zwłaszcza o dziecku, którego szanse na 
opuszczenie szpitala były bardzo nikłe?
Kiedy Mack jeszcze uprawiał sport, odwiedzanie małych 
pacjentów w szpitalach i wizyty w domach dziecka stanowiły 
stały punkt jego programu. Uśmiech na dziecięcych twa-
rzyczkach, świadomość, że choć na chwilę oderwał malców 
od ich smutnej rzeczywistości sprawiały, że jego własne pro-
blemy i dolegliwości stawały się mniej dokuczliwe. Teraz, 
gdy jego kariera piłkarska należała już do przeszłości, rzadziej 
odbywał takie spotkania. Dzieci wolały czynnych za-
wodników, a on, korzystając ze swej pozycji w klubie, zała-
twiał to, i widywał silnych facetów, którzy po takich 
spotkaniach nie mogli powstrzymać łez. Ci niepokonani na 
boisku, twardzi mężczyźni zaczynali nagle patrzeć inaczej na 
wiele spraw, które dotychczas wydawały im się oczywiste lub 
pozbawione większego znaczenia.
Stanąwszy pod drzwiami sali, w której leżał Tony Vitale, 
Mack przygotował się psychicznie na widok bladego, być 
może łysego dziecka z udręczonym wyrazem oczu. Tak wiele 
razy się z tym spotykał, że i teraz spodziewał się najgorszego. 
Zawsze wtedy czuł ucisk w gardle i pieczenie pod powiekami. 
Nauczył się jednak niczego po sobie nie pokazywać, co 
zdecydowanie nie było łatwe.

background image

-  Dobrze się pan czuje? - Beth spojrzała na niego z nie-
pokojem. - Chyba nie zemdleje mi pan za progiem? To nie 
byłoby najwłaściwsze.
-  Spróbuję tego nie zrobić.
-  Cóż, nie byłby pan pierwszym mężczyzną, który nie może 
znieść widoku ciężko chorego dziecka - stwierdziła.
-  Bywałem tu już - uspokoił ją.
Popatrzyła na niego ze zrozumieniem połączonym ze 
współczuciem.
-  Najtrudniejszy jest pierwszy raz. Potem idzie już łatwiej - 
pocieszyła go.
-  Wątpię - odparł.
-  Gotów do odwiedzin? - Zatrzymała wzrok na jego twarzy.
-  Chodźmy.
Beth otworzyła drzwi, przywołując na twarz uśmiech.
-  Cześć, Tony - zawołała z udaną beztroską. - Mam dla ciebie 
niespodziankę.
-  Lody? - odezwał się słaby głosik.
-  Coś lepszego. - Odsunęła się na bok, by zrobić przejście dla 
gościa.
Mack, podnosząc kciuk, aby dać lekarce znak, że wszystko w 
porządku, energicznie wkroczył do pokoju.
Chłopiec leżał na kilku poduszkach, w otoczeniu pluszowych 
zwierzątek. Miał na sobie o wiele za dużą koszulkę klubową z 
numerem zawodniczym Macka. Do piersi przyciskał piłkę. Na 
widok byłego sportowca uniósł się z trudem, oczy mu 
rozbłysły, po czym opadł z powrotem na poduszki, 
najwidoczniej zbyt słaby, by się utrzymać w pozycji siedzącej.
-  Wielki Mack! - wyszeptał z niedowierzaniem, wpatrując się 
w niego szeroko otwartymi oczami. - Naprawdę przyszedłeś.
-  No jasne. Jeśli dzwoni do mnie śliczna pani doktor i mówi, 
że w szpitalu leży mój największy fan, od razu pędzę. Nie 
trzeba mi tego dwa razy powtarzać - odrzekł Mack, 

background image

przezwyciężając znajomy ucisk w gardle. Pomyślał, że mocni 
mężczyźni, którzy co niedzielę wychodzą na boisko, by 
walczyć z równie silnymi przeciwnikami, nie mają pojęcia, co 
znaczy prawdziwe męstwo, takie jak wykazywane przez to 
dziecko.
-  Tak, jestem twoim największym fanem. - Tony pokiwał 
entuzjastycznie głową. - Mam nagrane wszystkie twoje mecze.
-  Nie było ich znowu tak wiele. Moja kariera trwała dość 
krótko - przypomniał Mack.
-  Ale byłeś fantastyczny, najlepszy ze wszystkich! - Tony aż 
poczerwieniał z emocji.
- Lepszy niż Johnny Unitas z Baltimore? – zachichotał Mack. 
- Lepszy niż John Elway z Denver czy Dan Marino z Miami?
-  O wiele lepszy - zapewnił chłopiec z pełnym przekonaniem.
-  Ten dzieciak zna legendy sportu - zwrócił się Mack do Beth.
Spojrzała na niego z ukosa.
-  Oczywiście, wy dwaj zgadzacie się co do tego, że jest pan 
najlepszy.
-  On naprawdę taki jest, pani doktor - gorączkował się Tony. - 
Proszę spytać, kogo tylko pani chce.
-  Po cóż mam pytać, skoro mogę się o dowiedzieć z pier-
wszej... - zawahała się nie spuszczając wzroku z Macka -.. 
.ręki - dokończyła.
Mack odniósł wrażenie, że niezupełnie tak chciała to ująć, że z 
trudem powstrzymała się przed wygłoszeniem kąśliwej uwagi. 
Najwyraźniej nie zdołał jej sobie zjednać, a w każdym razie - 
jeszcze nie. To wyzwanie dopiero go czeka i chętnie je 
podejmie, ale na razie trzeba zająć się Tonym.
-  Może chciałbyś, żebym się podpisał na tej piłce? - za-
proponował.
-  Och tak, to byłoby super! - Twarz chłopca pojaśniała. - 
Poczekaj na moją mamusię - poprosił. - Przyjdzie wieczorem. 
Ona ogląda ze mną twoje mecze. Założę się, że to jedyna

background image

 mama, która zna wszystkie wyniki.
Mack domyślił się, że chłopiec wychowuje się bez ojca. 
Sięgnął do kieszeni i wyjął legitymację klubową z okresu, gdy 
dopiero zaczynał karierę.
-  Chcesz, żebym ją zadedykował twojej mamie czy tobie?
-  Och! Widziałem tę legitymację w Internecie. Miała być 
sprzedana, ale nie zebrałem takiej sumy. Zadedykuj ją mamu-
si, proszę. Pokaże ją kolegom w pracy. Może nawet oprawi w 
ramkę i postawi na biurku.
-  Dobra decyzja. Następnym razem ty coś dostaniesz. Myślę, 
że legitymację z okresu, kiedy szczyciłem się tytułem 
najlepszego zawodnika drużyny. Jest jeszcze cenniejsza, 
zwłaszcza z dedykacją.
-  Przyjdziesz znowu? - Chłopiec nie wierzył własnym uszom. 
- Naprawdę? I będziemy rozmawiać o zawodnikach? I o tym 
obrońcy, którego chcesz mieć w swojej drużynie?
-  Ach, wiesz i o tym? - ucieszył się Mack.
-  Podpisał kontrakt? - dopytywał się Tony.
-  Jeszcze nie. Negocjujemy.
-  Podpisze - powiedział chłopiec poufnym tonem. - Kto nie 
chciałby grać w twojej drużynie? Nie rozumiem tylko, 
dlaczego nie ściągnąłeś tego gracza z Ohio.
Mack roześmiał się.
-  Może następnym razem zapoznam cię z tajnikami budżetu - 
zaproponował.
-  Nie mogę uwierzyć, że naprawdę znowu do mnie przyj-
dziesz. - Chłopiec był zachwycony.
-  Będę przychodził i przychodził, aż w końcu ci się to znudzi 
- zapowiedział Mack. - Nic mi nie sprawia takiej przyjemności 
jak rozmowa z kimś, kto pamięta wszystkie moje mecze.
-  A ja pamiętam - oświadczył dumnie Tony. - Każdy mecz. A 
najlepiej ten, kiedy graliście z Orłami i miałeś kontuzję, ale 

background image

grałeś dalej, choć wszyscy uważali, że powinieneś zejść z 
boiska.
- O tak, to był wspaniały mecz - zgodził się Mack. - Wciąż 
jeszcze boli mnie ramię na samo wspomnienie. Powinienem 
naprawdę zejść z boiska, bo przecież mogliśmy przegrać przez 
moją kontuzję.
-  Ale wygraliście. I to był supermecz! - Tony obstawał przy 
swoim.
-  Szkoda, że nie słyszałeś, co mój trener miał do powiedzenia. 
Chciał mnie wykluczyć ze składu drużyny podczas następnego 
meczu.
-  Naprawdę? - Chłopiec szeroko otworzył oczy ze zdziwienia. 
- Przecież to nie fair.
Mack przypatrywał się Tony'emu, który mimo podekscy-
towania był teraz bledszy niż na początku rozmowy. Zerknął 
na Beth. Patrzyła na swego pacjenta z zatroskaniem i niepo-
kojem. Uznał, że czas się pożegnać.
-  Posłuchaj, Tony. Mam jeszcze ważne spotkanie, a ty 
powinieneś teraz odpocząć. Następnym razem może zejdzie-
my do kawiarenki na gorącą czekoladę? Słyszałem, że jest 
bardzo dobra.
-  Naprawdę? - spytał Tony słabym głosem, jak gdyby walczył 
z ogarniającym go snem.
-  Oczywiście, jeśli pani doktor pozwoli - dodał Mack, 
rzucając Beth pytające spojrzenie.
-  Nie widzę przeszkód - odrzekła, ale nie wyglądała na 
zadowoloną.
Mack lekko uścisnął rękę Tony'ego.
-  Uważaj na siebie, synu.
Gdy puścił jego dłoń, chłopiec już spał. W chwilę później, gdy 
znaleźli się już w holu, doktor Browning spojrzała na Macka z 
nieukrywanym oburzeniem.
-  Dlaczego pan to zrobił? - spytała z pretensją.

background image

-  Co zrobiłem?
Zdziwił się nagłą zmianą jej tonu. Był przekonany, że 
poprawił chłopcu nastrój i oderwał na chwilę jego myśli od 
choroby. A czyż nie taki właśnie był cel wizyty?
-  Dlaczego powiedział mu pan, że jeszcze pan przyjdzie? - 
spytała.
Zdenerwował go ton tego pytania, wskazujący, że lekarka nie 
wierzy w jego ponowną wizytę.
-  Dlatego, że, o ile się zdołałem zorientować, chłopak nie ma 
ojca i potrzebuje kogoś, kto by mu dodawał otuchy - odparł. - 
Co w tym złego?
-  Tony nie jest osamotniony, słyszał pan przecież, co mówił o 
matce. To wspaniała kobieta.
- To bez wątpienia wspaniała kobieta, ale teraz Tony ma i 
jeszcze mnie.                                                                      
-  Mówi pan poważnie? - Beth zrozumiała, że Mack ma jak 
najlepsze intencje.
-  Tak.
-  Dlaczego pan się na to decyduje?
-  Bo wiem, co to znaczy wychowywać się bez ojca - wyznał - 
a na pewno stokroć gorsza jest sytuacja chorego dziecka 
pozbawionego ojca. Jeśli mogę choć trochę pomóc, przy-
chodząc tu do niego, zrobię to. Czy ma pani coś przeciwko 
temu, pani doktor?
Spojrzała na niego niepewnie.
-  Nie mam nic przeciwko temu, jeśli go pan nie zawiedzie.
-  Pani zajmuje się jego zdrowiem, pani doktor, a ja chcę mu 
dodać chęci do życia - oznajmił.
Odwrócił się i odszedł, nie wiedząc, czy bardziej przygnębia 
go sytuacja Tony'ego, czy też fakt, że lekarka nie wierzy w 
szczerość jego intencji. W drodze na kolejne spotkanie 
zastanawiał się, czy rzeczywiście Beth nie zna Destiny i nigdy 

background image

z nią nie rozmawiała. Czy mówiła prawdę? Nie widział 
żadnego powodu, dla którego miałaby kłamać.
Powód miała natomiast Destiny, jeśli tę wizytę w szpitalu 
traktowała jako element swych planów, co zresztą początkowo 
podejrzewał. W chwili gdy poznał lekarkę- ładną, inteligentną, 
poważną - te podejrzenia odżyły, tym bardziej że ciotka nie 
uznała za stosowne wspomnieć, iż doktor Browning to młoda i 
atrakcyjna osoba.
Postanowił skontaktować się z ciotką.
-  Kochanie, nie spodziewałam się tak szybko telefonu od 
ciebie - ucieszyła się Destiny. - Jak było w szpitalu? Widziałeś 
się z Tonym?
-  Tak, jest w kiepskim stanie - odrzekł.
-  A więc twoje odwiedziny z pewnością sprawiły mu 
przyjemność. Jestem z ciebie dumna i bardzo się cieszę, że 
znalazłeś czas na tę wizytę.
-  Przynajmniej tyle mogłem dla niego zrobić.
Zamilkł na chwilę, niepewny, czy rozsądne będzie zagadnięcie 
ciotki o doktor Browning. A nuż zacznie sobie za dużo 
wyobrażać? Bardzo jednak chciał wiedzieć, co w trawie pisz-
czy. Czy aby Destiny nie umyśliła sobie, że zacznie ich 
swatać? Jeśli tak, to lepiej, żeby od razu wybiła sobie ten 
pomysł z głowy. Beth nie ma przecież pojęcia o futbolu, nie 
cierpi go, a to przecież nieodłączny element życia Macka. Pani 
doktor ponadto zdaje się mieć kiepską opinię o mężczyznach 
marnotrawiących w jej pojęciu pieniądze i czas na grę w piłkę.
-  Nawiasem mówiąc, doktor Browning nie jest specjalną 
miłośniczką futbolu - rzucił od niechcenia.
-  Naprawdę? - zdziwiła się Destiny. Wyczuł w jej głosie 
fałszywy ton.
-  Nie wiedziałaś o tym? - spytał podejrzliwie.
-  A skąd miałabym wiedzieć?
-  Mówiłaś, że rozmawiałaś z nią - przypomniał.

background image

-  Tak mówiłam? W zasadzie to chyba twoja sekretarka 
wspomniała mi, że pani doktor telefonowała. - Destiny za-
czynała plątać się w zeznaniach.
Mack wiedział już, że jego podejrzenia nie były bezpod-
stawne.
-  Destiny, to nie w twoim stylu zapominać, z kim rozma-
wiałaś. O co tak naprawdę chodzi?
-  Nie mam pojęcia, o czym mówisz - broniła się. - Poprosiłam 
cię po prostu, żebyś spełnił dobry uczynek. Spełniłeś go, i 
tyle. - Zawahała się. - A może uznałeś doktor Browning, za 
atrakcyjną kobietę?                                                        
-  W pewnym sensie jest atrakcyjna - odrzekł, wiedząc, że 
wygłasza opinię nieco na wyrost. Beth miała wprawdzie ciepłe 
oczy o życzliwym wyrazie, jasne półdługie włosy i delikatną 
cerę, ale nie robiła nic, by podkreślić swe kobiece atuty, co 
było zwyczajem większości znanych mu kobiet. Trudno mu 
zatem było pojąć, dlaczego mimo wszystko lekarka go 
pociąga. Może po prostu stanowi nowe wyzwanie?
-  Mack, czyż nie wpajałam ci, że nie strój zdobi kobietę? - 
dopytywała się ciotka.                                                     
-  Próbowałaś wpoić - sprostował ze śmiechem.              
-  Może powinieneś więc jeszcze raz to przemyśleć 
-zasugerowała Destiny. - To cenna wiedza.
-  Zapamiętam.
-  Jeśli tylko tyle miałeś mi do powiedzenia, Mack, to 
skończmy tę rozmowę. Mam chyba z tysiąc rzeczy do zrobie-
nia, a będę miała gościa.
-  Czy to ktoś, kogo znam? - zainteresował się. Może jeśli 
ciotka zajmie się własnym życiem towarzyskim, przestanie 
ingerować w sprawy bratanków?
-  To ktoś, kogo niedawno poznałam - odrzekła.
-  Mężczyzna?
-  Jeśli już musisz wiedzieć, to informuję cię, że nie.

background image

-  Fatalnie. Powiedz tylko słowo, a poznam cię z interesu-
jącym kawalerem - obiecał.
-  Większość twoich znajomych mogłaby być moimi synami. - 
Ciotka roześmiała się. - Nie sądzę, żeby to był rozsądny 
pomysł. Nie ma nic żałośniejszego niż stara kobieta, która 
udaje młódkę.
-  Znam mnóstwo zamożnych, wpływowych mężczyzn, 
starszych ode mnie, którzy cenią odpowiednie towarzystwo - 
odparł Mack. - A szczerze mówiąc, uważam, że facet w moim 
wieku może cię uznać za znacznie bardziej fascynującą niż 
niejedna z kobiet, z którymi się spotyka.
- Ach, znowu lejesz miód na moje serce. Dzięki za kom-
plementy, kochanie, ale muszę kończyć.
Pożegnali się, po czym Mack powtórzył sobie w myślach całą 
tę rozmowę. Czy Destiny w końcu wspomniała, że zna Beth, 
czy też nie? Miał wrażenie, że ciotka próbuje coś przed nim 
ukryć, coś, o czym powinien wiedzieć, zanim zostanie 
wciągnięty w jej knowania. „Zawczasu ostrzeżony jest na czas 
uzbrojony". To powiedzenie doprawdy godne uwagi.
Beth obserwowała starszą panią, siedząc naprzeciw niej przy 
nakrytym stole. A więc to jest Destiny Carlton.
Kiedy po wizycie Macka wróciła do swego gabinetu i zastała 
wiadomość od jego ciotki, że zaprasza ją na kolację, była 
kompletnie zaskoczona, lecz, powodowana ciekawością, 
przyjęła zaproszenie. Może dowie się, dlaczego Mack był 
zdziwiony, gdy usłyszał, że ona nie zna pani Carlton?     
Na razie jednak trwały niewinne pogaduszki, coraz bar- dziej 
niecierpliwiące Beth. Odłożyła widelec i spojrzała Destiny 
prosto w oczy.
-  Przepraszam za tak bezpośrednie pytanie, ale proszę mi 
powiedzieć, czemu zawdzięczam to zaproszenie.

background image

-  Zastanawiałam się, kiedy pani o to spyta. - Błękitne oczy 
Destiny rozbłysły radośnie. - Mówiono mi bowiem, że jest 
pani osobą bardzo bezpośrednią.
Beth nie wiedziała, jak to rozumieć. Chyba Mack nie zdążył 
jeszcze złożyć ciotce sprawozdania ze swego pobytu w 
szpitalu.
-  Tak?
-  To wszystko jest zupełnie proste - uspokoiła ją Destiny. - 
Jak pani zapewne wie, staram się wspomagać szpital. 
Orientuję się więc, kto ma osiągnięcia w badaniach 
naukowych, a w ostatnich miesiącach często powtarzano pani 
nazwisko jako wschodzącej gwiazdy w tej dziedzinie. Kiedy 
powiadomiono mnie, że próbuje pani skontaktować się z 
moim bratankiem, uznałam, że czas, byśmy się poznały.    
-  Rozumiem. - Beth była trochę zakłopotana, ale korzystając z 
okazji, spytała: - Czy jest pani zainteresowana finansowaniem 
niektórych programów badawczych?
- Oczywiście, ale teraz głównym przedmiotem mojego 
zainteresowania jest Mack. Mogłabym wiedzieć, co pani o 
nim myśli?
-  Nie bardzo rozumiem to pytanie - odrzekła ostrożnie Beth.
-  Ależ moja droga! - Destiny nie kryła rozbawienia. -Z tego, 
co słyszałam, jest pani nadzwyczaj inteligentną osobą. Na 
pewno więc doskonale wie pani, o co mi chodzi.
-  Niezupełnie. - Beth obstawała przy swoim, nie będąc nawet 
pewna, czy w ogóle powinna brnąć w tę rozmowę.
-  Mack robi na ogół na kobietach piorunujące wrażenie - 
powiedziała Destiny.
-  Nie wątpię - odparła Beth.
Nie zamierzała zostać jedną z tych kobiet. Nie ma czasu na 
poświęcanie go człowiekowi, który tak niepoważnie 
podchodzi do życia. Od razu jednak przypomniała sobie jego 
stosunek do Tony'ego. Może więc tylko pozuje na 

background image

lekkoducha? Cóż, tak czy inaczej, nie jest mężczyzną w jej 
typie, choć na dobrą sprawę nie wiedziała, jaki typ wzbudziłby 
jej zainteresowanie. Już nie. Od czasu kiedy odkryła, że 
mężczyźni, którzy ją pociągają i którzy kochają medycynę tak 
bardzo jak ona, są z reguły przewrażliwieni na swoim punkcie. 
Nie zaakceptowaliby zatem rywalizacji z kobietą na polu 
zawodowym.
To dlatego właśnie straciła narzeczonego. Jej zespół przy-
padkowo ubiegał się o tę samą dotację na badania naukowe co 
Thomas, i ona wygrała. Nie zniósł tego. Straciła zresztą nie 
tylko jego, bo w miesiąc później cofnięto dotację wskutek 
niewybrednych plotek, jakie Thomas rozsiewał na temat jej 
metod badawczych. Beth była załamana tą zdradą, ale wy-
ciągnęła z niej cenną nauczkę: nie należy łączyć życia zawo-
dowego z osobistym. 
-  Na pani jednak Mack nie zrobił wrażenia - domyśliła się 
Destiny.                                                                       
Oho, wkraczamy na pole minowe, pomyślała Beth. Nie dość, 
że obraziła Carltona, to teraz obrazi jego ciotkę, która daje 
miliony na szpital. Beth nie uważała się za najlepszego 
dyplomatę na świecie, ale nie zamierzała przecież urazić 
głównego sponsora.                                                           
-  Szczerze mówiąc, niewiele czasu spędziliśmy razem - 
wyznała zgodnie z prawdą.
-  Bardzo dyplomatyczna odpowiedź. Podoba mi się. Destiny z 
trudem pohamowała śmiech.
-  Próbuje pani skojarzyć mnie ze swoim bratankiem? - spytała 
Beth bez ogródek.
Destiny szeroko otworzyła oczy, przybierając pozę niewi-
niątka.                                                                             
-  Jakże mogłabym?! Pani i Mack już się poznaliście i albo coś 
zaiskrzyło, albo nie. Jestem pewna, że wie pani o chemii co 
najmniej tyle co ja, o ile nie więcej.

background image

-  O pewnych formach chemii tak - przyznała Beth. Sprawy 
męsko-damskie jednak przekraczają mój zasób wiedzy.
-  Mój bratanek byłby z pewnością znakomitym nauczycielem 
- podsunęła chytrze Destiny.
-  Nie sądzę, bym potrzebowała nauczyciela. - Beth roześmiała 
się. - Czy Mack wie, co pani knuje za jego plecami?
-  A cóż ja mogę knuć, skoro już się poznaliście? Jesteście 
dorosłymi ludźmi, zdolnymi do podejmowania samodzielnych 
decyzji - oświadczyła Destiny, jak gdyby nawet przez myśl jej 
nie przeszło aranżowanie spotkań bratanków z kobietami.
-  Ale nie byłoby źle pchnąć trochę sprawę do przodu, 
prawda? - Beth przypomniała sobie przypuszczenie Macka, że 
Beth poznała jego ciotkę już wcześniej. - Mack uważa, że pani 
z premedytacją wysłała go dziś do szpitala, byśmy się 
spotkali, i że odwiedziny Tony'ego były tylko środkiem 
prowadzącym do innego celu.
-  Przecież pani dzwoniła do jego biura - przypomniała 
Destiny. - Idąc do szpitala, spełnił tylko pani prośbę.
Trudno było temu zaprzeczyć.
-  Czy równie ochoczo podjęłaby się pani pośrednictwa, gdyby 
o wizytę znanego piłkarza poprosił jeden z moich kolegów?
-  Oczywiście - zapewniła Destiny. - Przecież chodzi o chore 
dziecko.
Beth nie była pewna, czy może jej dać wiarę, ani też tego, czy 
uwierzyłby jej Mack.
-  Proszę posłuchać, pani Carlton... - zaczęła.
-  Mów mi Destiny, bardzo proszę.
-  Doceniam to, co robisz, Destiny, czy też, co próbujesz robić, 
ale myślę, że to kiepski pomysł - powiedziała Beth. - Nie 
jestem zainteresowana bliższą znajomością z Mackiem, on 
również. I niech tak zostanie.
Zamiast rozczarowania, którego się spodziewała, ujrzała, że 
jej twarz rozjaśnia się uśmiechem.

background image

-  Doskonale - powiedziała Destiny.
-  Słucham?
-  Uważam, że to doskonała odpowiedź. Będziesz dla Macka 
nie lada wyzwaniem - wyjaśniła Destiny. - Uwielbiam to. A 
co najważniejsze, właśnie tego potrzeba memu bratankowi. 
Większość kobiet aż nazbyt chętnie wskakuje mu do łóżka.
-  Nie mam czasu na to, żeby wcielać się w rolę kobiety 
stanowiącej wyzwanie dla twego bratanka, czego on podobno 
potrzebuje - oświadczyła Beth, lekko zaniepokojona.
Miała przeczucie, że Destiny Carlton nie ustąpi łatwo, jeśli już 
raz coś postanowi. Nawiasem mówiąc, wizja wskoczenia do 
łóżka Macka nie wydawała się Beth odrażająca. Na wszelki 
wypadek postanowiła jednak trzymać się z dala od obojga 
Carltonów. Mieli pieniądze i władzę. Jedno z nich miało 
ponadto plany co do jej dalszego życia, plany, które wydały 
się nieco niepokojące.
-  Ależ kochanie - przekonywała Destiny - każdy ma czas na 
miłość.
Miłość? Wielkie nieba, w jakiż to sposób od zdawkowej 
rozmowy o spotkaniu z Mackiem przeszły do tematu miłości?
-  Nie ja! - zaprotestowała gwałtownie Beth. - Ja absolutnie 
nie mam czasu na żaden związek. Wierz mi, Destiny. Nie 
mam nawet kwadransa wolnego. Moje dni są wypełnione co 
do minuty i ledwie zdążam zrobić to, co powinnam.
-  Znalazłaś w ostatniej chwili czas na kolację ze mną - 
przypomniała Destiny. - Równie dobrze możesz więc mieć 
czas dla Macka. Weź to pod uwagę, kiedy poprosi cię o 
spotkanie.
-  On nie ma takiego zamiaru. - Beth zniżyła głos. - A jeśliby 
mu to przyszło do głowy, odmówię.                          
Zdecydowanie odmówię. Wystarczy, że Mack mimo wszystko 
ją pociąga, nie będzie tracić czasu na odpieranie ataków jego 
ciotki.

background image

Destiny roześmiała się serdecznie.
-  Daj spokój - powiedziała Beth, jakby czytała w jej myślach. 
Czuła, że ciotka chce wrócić do tematu wyzwania. - Nie 
odmawiam dlatego, żeby dać mu szansę zdobywania mnie. 
Robię to, ponieważ nie jestem zainteresowana. Koniec, 
kropka. I nic tego nie zmieni. Przecież twój bratanek nie 
narzeka na brak powodzenia wśród kobiet, a więc nie będzie 
rwał włosów z głowy z powodu mojej odmowy, oczywiście 
jeśli założymy, że w ogóle chciałby się ze mną umówić. 
Prawdę powiedziawszy, nasze pierwsze spotkanie nie zaczęło 
się najlepiej. Wyraziłam się o Macku dość obraźliwie, a on to 
przypadkiem usłyszał.
-  Obraziłaś go? - Destiny wydawała się przerażona.
-  Nie miałam pojęcia, że stoi w progu - broniła się Beth.
-  Och, nieważne! - prychnęła Destiny. - On naprawdę jest 
mężczyzną na medal.
-  Jestem tego pewna. Informuję cię tylko, że usłyszał mało 
pochlebną opinię o sobie, byś wiedziała, dlaczego nie zechce 
się ze mną umówić.
-  Och, Mack ma już dość ukrywania się. Tak długo przecież 
był osobą publiczną. Teraz jednak na pewno zechce się gdzieś 
z tobą pokazać i nie zrazi go niefortunna uwaga na jego temat. 
- Destiny pochyliła się ku Beth. - Proszę cię tylko, żebyś 
pochopnie nie odrzucała zaproszenia.
-  Dlaczego właśnie ja? - spytała Beth zbita z tropu. Dlaczego 
kobieta, którą dopiero poznała, nabrała pewności, że ona 
nadaje się na partnerkę dla jej ukochanego bratanka?
-  Z czasem wszystko stanie się jasne - oznajmiła zagadkowo 
Destiny. - Obiecaj mi tylko, że zostawisz mu furtkę.
-  Nie mogę - wyznała uczciwie Beth.
W tym momencie rzeczywiście uważała, że najrozsądniejsze, 
co może zrobić, to unikać wszelkich kontaktów z Mackiem 

background image

Carltonem i jego natrętną ciotką. Z drugiej jednak strony nie 
mogła się pozbyć przeczucia, że nie powinna tego robić.

background image

ROZDZIAŁ 3
Mack Carlton dotrzymał słowa. Ilekroć Beth wchodziła 
późnym popołudniem do pokoju Tony'ego, zastawała go przy 
łóżku chłopca. Zaczął budzić jej uznanie, choć nadal 
zdecydowana była mieć się przed nim na baczności.
Czasami, gdy chłopiec spał, Mack siedział w milczeniu, 
czytając książkę. Zauważyła, że gustuje w powieściach 
szpiegowskich, a nie w książkach o tematyce sportowej, jak 
mogłaby przypuszczać. Kiedyś zastała go nawet pogrążonego 
w lekturze wydanej ostatnio biografii jednego ze sławnych 
polityków. Tego dnia znów zyskał nieco w jej oczach. 
Próbowała jednak powściągać te swoje odczucia, mając w 
pamięci rozmowę z Destiny Carlton i jej plany.
Niekiedy bywała świadkiem gorących dyskusji Tony'ego z 
Mackiem na temat najlepszych zawodników. Mack słuchał 
chłopca uważnie i nawet jeśli się z nim nie zgadzał, starannie 
dobierał słowa, starając się go nie urazić. Jego opinie trakto-
wał poważnie, analizował je, co uszczęśliwiało Tony'ego. Był 
dumny, że jego idol rozmawia z nim jak równy z równym.
Któregoś dnia Beth zastała ich przy grze komputerowej, którą 
Mack przyniósł. Pochłonięci rozgrywką, nie zwracali na nią 
uwagi, mogła ich więc przez chwilę poobserwować.
Rozbawiło ją, że Mack z takim samym jak Tony zapamięta-
niem stara się wygrać, traktując chłopca jak równorzędnego 
partnera.
Było coś niezmiernie pociągającego w jego rozwichrzonych 
włosach, niedbałej pozie, fascynacji, z jaką wpatrywał się w 
mały ekran.
Ku zaskoczeniu Beth, doskonale wyczuwał nastroje Tony'ego. 
Wiedział, kiedy namówić chłopca na krótką drzemkę, a kiedy 
pobudzić do większej aktywności. Zawsze wy-chodził 
wkrótce po przybyciu jego matki, zdając sobie sprawę, że 
Maria Vitale chciałaby być z synkiem sama.

background image

Kiedy po raz pierwszy zobaczyła go pocieszającego w ko-
rytarzu szpitalnym wyraźnie załamaną Marię, złapała się na 
tym, że szuka oznak „iskrzenia" między tymi dwojgiem, 
chemii, o której wspominała przy kolacji Destiny Carlton. 
Gdyby chodziło o kogoś innego, uznałaby to zapewne za 
typowy objaw zazdrości, ale w wypadku Macka byłoby to 
absurdalne. Nie wiązało jej przecież zupełnie nic z tą 
eksgwiazdą futbolu. Swe zainteresowanie uważała za czysto 
kliniczne, podyktowane chęcią przekonania się, jak działa owa 
męsko-damska chemia.
A poza tym Mack to przecież stuprocentowy mężczyzna, 
cieszący się opinią znawcy pięknych kobiet. Maria zaś była 
atrakcyjną kobietą o oliwkowej cerze, ponętnym ciele, z burzą 
czarnych włosów. Jej urodę zakłócało tylko widoczne w 
oczach znużenie. Ale dla niektórych mężczyzn, pomyślała 
Beth, ten dowód wrażliwości czyniłby ją jeszcze bardziej 
pociągającą. Zastanawiała się, czy Mack zalicza się do nich.
Mimo jednak całej swej dociekliwości nie zauważyła z jego 
strony ani śladu bliższego zainteresowania samotną matką. 
Nawet kiedy ją pocieszał, ograniczał się do słów. A opu-
szczając pokój Tony'ego, z reguły szukał Beth.
Upłynął zaledwie tydzień, a Beth już była pewna, że może na 
niego Uczyć. Nic nie wskazywało na to, by go pociągała, 
jednak poświęcał jej znacznie więcej uwagi, niż mogła się 
spodziewać.
Usłyszawszy pukanie do drzwi gabinetu, znajdującego się 
obok laboratorium, spojrzała na zegarek i stwierdziła, że 
właśnie minęła szósta. O tej porze Mack zwykle do niej 
zachodził.
-  Proszę - powiedziała, niezadowolona z gorąca, jakie ją 
oblało na myśl o spotkaniu.
Drzwi otworzyły się i, tak jak oczekiwała, na progu stał Mack.
-  Zajęta? - spytał.

background image

Choć raz powinna potwierdzić, bo byłoby to najrozsądniejsza 
reakcja. Te krótkie wizyty stały się jednak nieodłącznym 
elementem dnia, bez nich czegoś by jej brakowało.
-  Mam wolną chwilę - powiedziała zatem, przekonując samą 
siebie, że nie ma nic złego w tym, że pozwala sobie w zaciszu 
własnego gabinetu na krótki relaks w towarzystwie 
przystojnego mężczyzny. To przecież nic nie znaczy. Dowo-
dzi tylko, że jest młodą kobietą, o czym w wirze codziennej 
pracy często zapomina.
-  Tyle żeby wyskoczyć na kawę? - spytał z nadzieją w głosie 
Mack. - Mnie trochę kofeiny dobrze zrobi. To był długi dzień, 
a czeka mnie jeszcze służbowa kolacja o ósmej.
Zaskoczył ją. Nie bardzo wiedziała, jak potraktować to 
zaproszenie. W swoim gabinecie czuła się bezpieczna, 
panowała nad sytuacją. Natomiast w kawiarni, nawet tak mało 
romantycznej jak szpitalna, gdzie Mack stawiałby kawę, 
równowaga sił mogła zostać zachwiana.                                    
-  Zapraszam na kawę, pani doktor. - Mack roześmiał się, 
widząc jej wahanie. - Przysięgam, że nie będę próbował pani 
uwieść za automatem ze słodyczami.
-  Myślałam po prostu o tym, co mam jeszcze dzisiaj zrobić, 
zanim wyjdę - skłamała.                                              
-  Jeśli zamierza tu pani siedzieć do późnej nocy, kawa przyda 
się pani tak samo jak mnie - przekonywał.                
-  Racja - zgodziła się, mówiąc sobie, że każda inna 
odpowiedź byłaby nietaktowna. W końcu ten mężczyzna 
przychodzi niemal codziennie, by podtrzymywać na duchu 
jednego z jej pacjentów. Tylko tak może mu się za to od-
wdzięczyć. - Ale ja stawiam - zastrzegła.                            
Propozycja najwyraźniej go rozbawiła, ale nic nie powiedział. 
Kiedy szli korytarzem, Beth zauważyła spojrzenia pie-
lęgniarek i towarzyszące im podekscytowane szepty. Właśnie 

background image

tego się obawiała. Powinna wzbudzać szacunek personelu, a 
nie stać się obiektem plotek i domysłów.
-  Czy to się panu nie nudzi? - spytała, gdy mijali kolejne 
wpatrujące się w niego kobiety.                                          
-  Co?                                                                         
-  Te kobiety, które na pana wciąż patrzą, rozmawiają o panu, 
oglądają się za panem.
-  Już tego nie zauważam.                                             
Beth nie wiedziała, czy przemawia przez niego męskie
ego, czy swoista skromność. Zaczynała powoli wierzyć, że 
osobowość Macka Carltona to fascynująca mieszanina sprze-
czności. Co gorsza, zaczynała mieć ochotę, by poznać je 
lepiej.
-  Przykro mi, jeśli to panią denerwuje - dodał, obrzucając ją 
bacznym spojrzeniem. - Nie przyszło mi do głowy, że moje 
towarzystwo może postawić panią w niezręcznej sytuacji, ze 
względu na nieuchronne plotki. Może pójdziemy gdzie 
indziej?
-  Nie, zostańmy tutaj. - Potrząsnęła głową. - Nie musimy 
nigdzie chodzić.
-  Czy pani już coś jadła? - Spojrzał na nią z niepokojem.
-  Nie, ale przegryzę coś później albo kupię kanapkę i zjem u 
siebie.
Mack popatrzył na bufet.
-  Mają tu klopsiki. Jak mogła pani nie zauważyć?
-  Znam je! - Parsknęła śmiechem. - Proszę mi wierzyć, że w 
niczym nie przypominają niczego, co kiedykolwiek jadł pan w 
domu.
-  A więc precz z klopsikami. - Przyglądał się innym daniom. - 
Sałatki wyglądają nieźle - skonstatował.
Zanim zdążyła zaprotestować, wziął dwie i ustawił na tacy, po 
czym sięgnął jeszcze po dwie miseczki zupy.
-  Krakersy? - spytał.

background image

Skinęła głową, rezygnując z protestów.
-  Sądziłam, że o ósmej umówił się pan na kolację- rzuciła.
-  Owszem. Czeka mnie łykowaty kurczak i cały wieczór 
gadania. Będę szczęśliwy, jeśli w ogóle uda mi się coś uszczk-
nąć. Proszę mi wierzyć, to wszystko tutaj jest o wiele bardziej 
apetyczne, a towarzystwo stokroć lepsze.
Beth usiłowała zbagatelizować ten komplement, ale sprawił 
jej przyjemność.
Nic dziwnego, że kobiety szalały za Mackiem. Miał przecież 
tyle uroku i wdzięku, a całe jego zachowanie było absolutnie 
naturalne, bez przybierania pozy, o co skłonna go była 
wcześniej podejrzewać.
Postawił na tacy dwa kawałki szarlotki i dwie filiżanki kawy, 
szybko podszedł do kasy i niepomny zastrzeżeń Beth, zapłacił, 
po czym skierował się do stolika w rogu sali, gdzie nie było 
tak tłoczno jak na środku.
Gdy usiedli, Beth rzuciła mu zaciekawione spojrzenie.
-  Zawsze robi pan, co chce? - spytała.
-  Nie, dlaczego? - Spojrzał na nią zaskoczony.                
-  Bo nie zostawił mi pan ani sekundy na decyzję tam, przy 
bufecie - odrzekła.
-  Sądziłem, że woli pani być damą.
-  Nie rozumiem... - Oczekiwała jakiejś szowinistycznej 
uwagi, która pozwoliłaby jej znowu poczuć do niego niechęć.
-  Przekonałem się, że większość kobiet raczej umarłaby z 
głodu, niż przyznała się mężczyźnie, że chce im się jeść. 
Obawiają się, iż od razu stwierdzimy, że zaczną przybierać na 
wadze. Ja zresztą lubię kobiety, które mają apetyt i trochę 
ciała.                                                                                
Beth w ostatniej chwili powstrzymała się od uwagi, że jej 
brakuje zarówno jednego, jak i drugiego. Powinna była wie-
dzieć, że Mack nie jest powściągliwy.
Obrzucił ją szybkim spojrzeniem.

background image

-  Powinna pani przybrać parę kilogramów, pani doktor  - 
zauważył. - Ludzie będą panią traktować poważniej, jeśli 
przestanie pani sprawiać wrażenie, że trochę silniejszy wiatr 
panią przewróci.
-  Ludzie, z którymi się Uczę, i tak traktują mnie poważnie - 
żachnęła się.
-  Ale witaminy i minerały w pożywieniu są chyba ważne, 
prawda? - Postawił przed nią talerz. - Połykanie gotowych 
preparatów witaminowych i wypijanie energetyzujących 
napojów nie jest właściwym sposobem odżywiania.
Beth omal się nie zakrztusiła. Skąd on, u licha, wie, co ona 
zwykle jada?
-  Czym pan się właściwie zajmuje? Podglądaniem mnie przez 
dziurkę od klucza w porze posiłku? - obruszyła się.
-  Skąd, nie muszę tego robić. - Zaśmiał się. - Duża butelka 
kapsułek stoi na pani biurku, a kosz wypełniają puszki po tych 
napojach. Jeśli chce pani znać moje zdanie, to prosta droga ku 
chorobie.
-  Widzę, że jest pan ekspertem w sprawach żywienia 
-zauważyła poirytowana, ponieważ miał rację, ale ona nie 
zamierzała mu jej przyznać.
-  Destiny wpoiła nam podstawy, a reszty dokonali lekarze 
klubowi, kiedy jeszcze byłem zawodnikiem - wyjaśnił. - 
Jedzenie to paliwo. Bez właściwego paliwa organizm nie 
pracuje jak należy, w każdym razie nie na dłuższą metę.
-  Zapamiętam to! - warknęła.
-  Powinna pani - stwierdził z powagą. - Tony i wiele innych 
dzieci liczą na panią. Nie zdoła im pani pomóc, jeśli sama pani 
się rozchoruje.
-  Przyjęłam i to do wiadomości - powiedziała Beth i wzięła 
do ust trochę sałatki, by dowieść, że zrozumiała intencje 
Macka.
Przez chwilę jedli w milczeniu.

background image

-  A jak stan Tony'ego? Bez zmian? - spytał wreszcie.
-  Sam pan pewnie zauważył, że chłopiec jest coraz słabszy. 
Robimy wszystko, by go wzmocnić i zacząć następny cykl 
chemioterapii, ale bez efektów. - Zasępiła się. - Może pan 
spróbuje go jakoś zachęcić, bo on w ogóle przestał jeść. 
-  Wiem - powiedział. - Czy wolno mu jeść wszystko? - 
upewnił się.
-  Tak.
-  I nie złamię regulaminu, jeśli coś mu przyniosę?
-  Obronię pana przed każdym strażnikiem, jeśli tylko uda się 
panu nakłonić Tony'ego, żeby coś zjadł - obiecała Beth.
-  Załatwione. Chyba przyszedł mi do głowy dobry pomysł. 
Mogę mu opowiedzieć tę historyjkę o paliwie.
-  Dziękuję - ucieszyła się Beth. - W ostatnich dniach woli 
słuchać pana niż mnie.
-  To męskie sprawy. - Mack roześmiał się. - Oczywiście będę 
musiał prosić, żeby wpadała pani do nas na pizzę czy frytki. 
Dzieci przecież najlepiej się uczą na przykładzie.
-  Wciąż próbuje mnie pan utuczyć?
-  Tylko troszeczkę.
-  Wydaje mi się jednak, że kobiety, z którymi się pana 
widuje, mają figury modelek.
-  Proszę nie wierzyć we wszystko, co pani zobaczy w ga-
zetach. - Mack spochmurniał.
-  Chce pan powiedzieć, że te zdjęcia kłamią? Jakim cudem?
-  Och, zdolny fotograf wiele potrafi. Nawet sobie pani nie 
wyobraża, jakich manipulacji może dokonać.
Zanim Beth zdołała zareagować, zmienił temat.
-  Nie mówmy zresztą o tym. Słychać coś nowego w sprawie 
dawcy szpiku?
Beth nie wiedziała, dlaczego tak nagle zmienił temat. Zro-
zumiała tylko, że on nie chce rozmawiać o kobietach w swoim 
życiu.

background image

-  Tony znajduje się na liście oczekujących, ale nie wysyłamy 
ponagleń w sprawie dawcy, bo na razie jego stan i tak nie 
pozwoliłby na przeszczep.
-  Czy mógłbym coś zrobić? - spytał Mack.
-  Po prostu niech pan go nadal odwiedza, bo tylko wtedy 
słyszę jego śmiech - powiedziała Beth.
-  A co z panią, pani doktor? Jak pani się czuje? Bardzo to 
pani przeżywa, prawda? Myślę, że coraz silniej. Boi się pani?
Beth starała się stłumić uczucia, w obawie, że nią zawładną. 
Mack tymczasem potrafił je wydobyć na powierzchnię, 
zmusić ją do swoistej konfrontacji.
-  Jestem przerażona - wyznała szczerze. Ujął jej rękę.
-  Nawet lekarzom wolno mieć uczucia.
-  Nie, nam nie. - Szarpnęła rękę, choć dotyk jego dłoni działał 
tak kojąco, że chętnie tak by pozostała. - Musimy kierować się 
rozsądkiem.
-  Dlaczego?
-  To jedyny sposób, by móc wykonywać ten zawód.
-  I nie załamać się, tak? To miała pani na myśli? Skinęła 
głową, nie będąc w stanie wykrztusić słowa. Teraz
ona nie była zadowolona z tematu rozmowy.
-  Nie możemy porozmawiać o czymś innym? - spytała. - 
Wolałabym o tym nie mówić, nie dziś.
-  Oczywiście. - Mack odchylił się na krześle. - Możemy 
porozmawiać, o czym tylko pani zechce. - Zaśmiał się. -Może 
o futbolu?
-  Byłaby to najkrótsza rozmowa na świecie, chyba że tylko 
pan by mówił.
-  Zna pani nas, sportowców. O sporcie możemy mówić w 
nieskończoność. Ale oszczędzę pani tego. Co by pani po-
wiedziała na politykę?
-  Czytałam, że pański brat będzie kandydował do rady 
miejskiej - powiedziała.

background image

Mack zachmurzył się nieco.
-  Cóż, spełnia wolę ojca.
Beth wyczuła w jego tonie irytację.
-  Nie wydaje się pan zadowolony - zauważyła.              
-  Jeśli mój brat rzeczywiście by tego chciał, nie miałbym nic 
przeciwko temu, ale prawda wygląda tak, że Richard całe 
życie stara się zaspokoić oczekiwania rodziny. Takie poczucie 
obowiązku i odpowiedzialności wpajano nam, gdy byliśmy 
dziećmi. On potraktował to nadzwyczaj poważnie i bardzo się 
tym przejął. Jeden z tych obowiązków to Koncern Running 
Carlton Industries. To rodzinna firma, i on ją kocha. Jest 
zresztą jakby stworzony do zarządzania. Ale polityka Nie 
przypuszczam, by go interesowała. Zajmie się nią z poczucia 
obowiązku wobec człowieka, który dawno zmarł, i będzie to 
robić dobrze.
-  Powiedział mu pan, co o tym myśli? - spytała Beth.
-  Richard nie pozwoli sobie nic powiedzieć. - Wzruszył 
ramionami. - To on mówi nam, co mamy robić.
-  Ma mu to pan za złe?
-  Skąd! Gdyby przed laty nie przestał wywierać na nas presji, 
prawdopodobnie do dziś tkwiłbym za biurkiem w firmie, co 
unieszczęśliwiłoby mnie, a firmę zapewne doprowadziło do 
upadku.
-  Starania jednego człowieka przyniosłyby taki skutek? - 
spytała z powątpiewaniem.
-  Może i nie, ale na pewno tak by się stało, gdyby w firmie 
zasiadł także Ben, nasz najmłodszy brat.
-  Chyba czytałam gdzieś, że to artysta. Czy tak? W oczach 
Macka pojawiły się wesołe iskierki.
-  Czyżby nas pani sprawdzała, pani doktor?
-  Nie, ale w lokalnej prasie trudno nie natknąć się na 
nazwisko Carlton. Nawet o najmłodszym z braci zdarza mi się 
więc czegoś dowiedzieć.

background image

-  Skoro tak... - Wzruszył ramionami.
-  Czemu miałabym się jakoś szczególnie interesować waszą 
rodziną? - dociekała Beth z rozdrażnieniem.
-  No cóż, niektóre kobiety uważają, że jesteśmy fascynujący.
-  Nie należę do nich - żachnęła się.
-  A więc toleruje pani moją obecność tylko przez wzgląd na 
Tony'ego?
-  Tak.
Przez chwilę patrzył na nią z powątpiewaniem, aż się za-
czerwieniła. Dopiero gdy upewnił się, że ją rozzłościł, od-
wrócił wzrok.
Beth oddychała szybko. Żaden mężczyzna nigdy nie wytrącał 
jej z równowagi tak jak Mack Carlton. Nie wiedziała, 
dlaczego tak się dzieje. Oczywiście miał ciało, które dosko-
nale by się prezentowało w kalendarzu ze zdjęciami kultury-
stów, oczywiście był uprzejmy i wrażliwy, a obie te cechy 
bardzo ceniła w mężczyznach. Miał zabójczy uśmiech, bystry 
umysł i dużo uroku. Po podsumowaniu jego zalet nie powinna 
chyba zadawać sobie pytania, dlaczego ten mężczyzna 
wytrąca ją z równowagi, ale zastanowić się, dlaczego nie 
rzuca się w jego ramiona.
Choć w zasadzie sprawa była prosta. Mack Carlton to bogaty 
playboy, były zawodnik, który nikogo i niczego nie traktuje 
poważnie. Jego przygody są ogólnie znane, podczas gdy Beth, 
skromna lekarka, nadzwyczaj ceniła prywatność i dbała o swą 
reputację. A więc jeśli nawet to ciepłe spojrzenie, jakim od 
czasu do czasu ją obrzuca, jest szczere, a krótkie spotkania w 
szpitalu świadczą o niejakim zainteresowaniu z jego strony, 
nie może pozwolić, by zaprowadziły ją dalej, zakładając 
naturalnie, że on oczekiwałby czegoś więcej niż tylko 
wspólnego wypicia kawy czy zdawkowej rozmowy pod 
koniec dnia.

background image

Tym gorzej, uznała w duchu, bo coś jej mówiło, że Mack 
potrafił nie tylko doprowadzać kobiety do utraty zdrowego 
rozsądku, ale również rozpalić je do białości.
Dwa dni po wspólnym posiłku w szpitalnej kawiarni Mack 
siedział w poczekalni, czekając, aż badanie Tony'ego 
dobiegnie końca. Nagle zobaczył idącego ku niemu Richarda.
-  A ty co tu robisz? - zdziwił się. - Nie widzę żadnych 
potencjalnych wyborców. - Rozejrzał się po pustym pomie-
szczeniu.
-  Bardzo śmieszne. Byłem po prostu w sąsiedztwie, a Destiny 
mi powiedziała, że mogę cię tu zastać - wyjaśnił Richard.
- Co się dzieje? O co chodzi? Po co tkwisz w poczekalni?
-  Badają właśnie chorego chłopca, którego odwiedzam - 
odparł z udaną obojętnością Mack.
Richard przyjrzał mu się bacznie.
-  Podobno bywasz tu codziennie. Bardzo się widać przejąłeś 
tym chłopcem.
-  To nie tak - bronił się Mack. - Chłopak nie ma ojca. 
Uwielbia futbol. Jedyne, co mogę dla niego zrobić, to wpaść 
na godzinkę.
-  Podziwiam twoje zaangażowanie, ale czy naprawdę chodzi 
ci tylko o to dziecko? - dopytywał się Richard.
Mack spojrzał na niego podejrzliwie.
-  Co właściwie powiedziała ci Destiny? - spytał.
-  Wspomniała, że lekarka, która opiekuje się chłopcem, jest 
atrakcyjną kobietą o błyskotliwej inteligencji. - Twarz 
Richarda rozjaśniła się uśmiechem. - Na co cię złapała, bra-
ciszku? Na ciało czy na umysł?
-  Na nic mnie nie złapała - zaprotestował Mack. - Co za 
bzdury! Kiedy będziesz rozmawiał z Destiny, powiedz jej, 
żeby pilnowała własnego nosa.
-  Ejże, a jakie są na to szanse?

background image

-  Przyszedłeś tu, żeby triumfować, co? - Mack spojrzał na 
brata z ukosa. - Myślisz, że nie wyplączę się z sieci rozsta-
wionych przez naszą kochaną Destiny.
-  Żebyś wiedział - przytaknął Richard. - A jeśli tak, to chcę 
być świadkiem każdej sekundy twej klęski.
-  Destiny twierdzi, że nawet nie zna doktor Beth Browning - 
powiedział Mack.
-  Nigdy nie słyszałeś o niewinnych kłamstewkach? -zdziwił 
się Richard. - Jakaż byłaby z naszej cioteczki manipulatorka, 
gdyby nie stosowała każdej taktyki, jaka może służyć jej 
celom? W stosunku do mnie i Melanie też nie była całkiem 
uczciwa. Wciągnęła nas w swoją grę i ani przez chwilę nie 
miała wyrzutów sumienia.
-  Cóż, tutaj nic podobnego nie wchodzi w rachubę. - Mack 
trwał uparcie przy swoim. - Nie jestem w typie pani doktor ani 
też ona w moim. Jeśli rzeczywiście za tym wszystkim kryje 
się Destiny, to na darmo traci czas i energię.
-  Zobaczymy. - Richard najwidoczniej nie czuł się 
przekonany. - Nie ma szansy, by pani doktor tu zajrzała? 
Chętnie bym ją zobaczył. Melanie zasypie mnie pytaniami na 
jej temat.
-  Co za pech! Jestem pewien, że doktor Browning jest dziś na 
konferencji naukowej na drugim końcu świata - powiedział 
Mack i w tym samym momencie westchnął ciężko. Temat 
rozmowy zmierzał właśnie w ich kierunku. - Niewykluczone 
jednak, że już wróciła.
Richard pokiwał głową i gwizdnął cichutko.
-  Nie twój typ, co? Może powinieneś zbadać sobie wzrok. 
Mack jeszcze raz spojrzał na Beth, starając się zobaczyć w 
niej to, co dostrzegł jego brat. Reprezentowała naturalny, 
zdrowy typ urody, ale w porównaniu z pięknościami, którymi 
zwykł się otaczać, wydawała się zdecydowanie nieefektowna. 
Miała proste włosy, starannie podcięte i uczesane, które aż 

background image

prosiły, by je trochę zwichrzyć. Bezpretensjonalny ubiór nie 
podkreślał figury, którą zresztą Mack uznał za zbyt szczupłą. 
Płaskie obcasy, odpowiednie dla kobiety, która cały dzień jest 
w biegu, bynajmniej nie wydłużały jej nóg. Mack miał 
zdecydowaną słabość do kobiet na wysokich obcasach, które 
sprawiały, że ich nogi zdawały się nie mieć końca. Naprawdę 
nie wiedział, co takiego Richard dostrzegał w Beth Browning.
W końcu spojrzał w oczy Beth, która patrzyła na niego z 
zakłopotaniem. Odwrócił głowę z poczuciem winy.
-  Myślałem, że może zechce pan wiedzieć, że może już pójść 
do Tony'ego - powiedziała.
-  Dziękuję. - Uśmiechnął się.
Richard przeniósł wzrok z Beth na Macka i z powrotem. 
Wzruszył lekko ramionami.
-  Pani pozwoli, że się przedstawię- powiedział. - Jestem 
Richard, brat Macka. Jemu chyba odebrało mowę. Czasami 
mu się to zdarza, co mogę zrozumieć. Domyślam się, że w 
pani obecności nawet często.
-  Jakoś nie zauważyłam. - Beth oblała się rumieńcem.
-  A więc coś w tym musi być, jak mówiłem. - Richard 
popatrzył kpiąco na brata.
Zanim jednak zdążył wytłumaczyć, co miała znaczyć ta 
uwaga, i wprawić go w jeszcze większe zakłopotanie, Mack 
klepnął go po ramieniu, trochę mocniej niż po bratersku.
-  Dzięki, że wpadłeś, żeby mi przekazać tę wiadomość - 
powiedział. - Wiem, jaki jesteś zajęty. Ucałuj ode mnie 
Melanie. Aha, postaraj się pozyskać paru wyborców albo 
zbierz parę milionów na kampanię. Będzie ci to potrzebne, bo 
ja zamierzam głosować na twego rywala, ktokolwiek nim 
będzie.
Richard z trudem powstrzymał śmiech.

background image

-  Jeśli moja wygrana zależałaby od jednego głosu, to nie 
zasługuję na zwycięstwo - stwierdził nieporuszony. - I wcale 
się nie spieszę, mogę jeszcze chwilę zostać.
-  Nie, nie możesz - zaprotestował Mack. - Odprowadzę cię do 
wyjścia.
Ujął Richarda za ramię i skierował ku drzwiom.
-  Proszę powiedzieć Tony'emu, że zaraz do niego przyjdę
- zwrócił się do Beth, odchodząc.
-  Oczy wiście. - Odprowadzała ich zdumionym wzrokiem. 
Przy windzie Mack popatrzył bratu w oczy.
-  Niech ci nic nie chodzi po głowie, okay? Nic, słyszysz, 
braciszku? - ostrzegł.
Richard miał minę niewiniątka.
-  Nie mam pojęcia, o czym mówisz. Chciałem po prostu 
poznać twoją nową przyjaciółkę.
-  Nie wciskaj mi ciemnoty, stary - burknął Mack.
-  Ani myślę, ale przecież widzę, jak iskrzy między tobą a 
panią doktor.
-  Zwariowałeś.
-  Nie sądzę. Może zadzwonię do Melanie i powiem, żeby 
zaaranżowała wspólną kolację - zaproponował.
-  Tylko to zrób, a już będziesz martwy - ostrzegł Mack. Nie 
chciał, by brat, ciotka czy ktokolwiek inny zawracał głowę 
Beth lub jemu. - Daj sobie po prostu spokój. To nie jest tak, 
jak myślisz - tłumaczył. - Od czasu do czasu wpadam do 
doktor Browning na krótką pogawędkę, czasem wypijemy 
razem kawę, to wszystko. Nic między nami nie ma i nie chcę, 
żeby było.
-  Naprawdę? - Richard zmierzył go spojrzeniem.
-  Co cię naprowadziło na te głupie domysły? - Mack patrzył 
surowo.
Ku jego zaskoczeniu, Richard wybuchnął śmiechem.
-  A niech mnie! - cieszył się. - Destiny znów się udało.

background image

-  Nic się jej nie udało! - zawołał Mack, gdy drzwi windy 
zamykały się za bratem.
Niestety, jego protest bynajmniej Richarda nie przekonał. Nie 
wiedział zresztą, czy on sam jest tego pewien.

background image

ROZDZIAŁ 4
Po niespodziewanym spotkaniu z bratem Mack uświadomił 
sobie, że w ciągu ostatnich tygodni nie umówił się na randkę. 
Może dlatego był taki rozdrażniony i wytrącony z równowagi. 
Niewykluczone, że dlatego tak bardzo tęsknił za towarzy-
stwem Beth, nie mogąc się doczekać tych paru chwil, które 
spędzali razem pod koniec dnia.
Beth była spokojna, mało wymagająca i bardzo kobieca. 
Widząc ją na co dzień w szpitalu, trudno było tego nie zauwa-
żyć. Zupełny brak zainteresowania jego osobą przyjmował z 
prawdziwą ulgą po wybujałych oczekiwaniach ze strony aż 
nazbyt wielu kobiet i po własnych wysiłkach sprostania opinii 
znanego playboya. Kiedyś nie miał nic przeciwko temu, ale 
ostatnio czuł się nią znużony. Zaczęła mu dokuczać od 
momentu, gdy uzmysłowił sobie, że wpłynęła negatywnie na 
jego wizerunek w oczach Beth.
Pocieszony myślą, że uwaga, jaką poświęca lekarce, nie ma 
nic wspólnego z zainteresowaniem nią jako kobietą, przyrzekł 
sobie wyjaśnić sytuację tak szybko, jak to okaże się możliwe, 
zanim jeszcze ktokolwiek oprócz Richarda zacznie sobie coś 
roić. Fatalnie by było, gdyby na przykład Destiny dowiedziała 
się o cowieczornych pogawędkach z doktor Browning.
Zamiast od razu wrócić do szpitala, wyjął więc komórkę i 
zadzwonił do atrakcyjnej pośredniczki nieruchomości, z którą 
łączyło go trochę spraw służbowych i mnóstwo osobistych.
W dziesięć minut później był już umówiony na kolację 
późnym wieczorem u niej w domu. Znając przebieg takich 
wizyt, można było przewidzieć, że większość czasu spędzą na 
delektowaniu się deserem.                                              
Zadowolony z posunięcia, które miało dowieść, że Richard 
kompletnie się myli się co do jego stosunku do Beth, poszedł 
do Tony'ego, by zająć go grą komputerową. Kiedy jednak 
otworzył drzwi, zobaczył, jak Beth, skupiona, ze 

background image

zmarszczonym czołem, wpatruje się w monitor, usiłując grać. 
Serce mu żywiej zabiło na ten widok, choć nie rozumiał 
dlaczego.
-  Dalej, pani doktor - zachęcał Tony. - To nie takie trudne. 
-  Powiedz to komu innemu - mruknęła, nie odrywając wzroku 
od małego ekranu. - Wykiwałeś mnie, Tony. Mówiłeś, że to 
proste.                                                                
-  Bo jest proste. - Chłopiec roześmiał się. - Pokaż jej, Mack - 
rzucił w jego stronę.
-  Nie potrzebuję pomocy - zaprotestowała Beth.
-  Ona chce zginąć już na samym początku gry. - Tony 
przewrócił oczami.                                                            
-  Ojej, to niedobrze. - Mack szybko podszedł do Beth. Stanął 
za jej plecami i pochylił się, udzielając szeptem
wskazówek. Poczuł zmysłowe perfumy o lekkim zapachu 
piżma. Zaskoczyło go to. Był przekonany, że Beth zazwyczaj 
roztacza lekki kwiatowy zapach, połączony z wonią środków 
antyseptycznych. Ten zapach był nowością, a on nie mógł tak 
od razu się zorientować, czy mu to odpowiada. Od razu 
przyszły mu na myśl zmiętoszone prześcieradła i intymne 
chwile w łóżku. To wszystko przez Richarda.
-  Proszę odejść - powiedziała Beth, wciąż wpatrzona w ekran. 
- Dam sobie radę.
Mack zachichotał, słysząc tę manifestację niezależności.
-  Proszę bardzo. - Usiadł na brzegu łóżka. Chłopiec śmiał się 
serdecznie.
-  Kobiety... - westchnął Mack. - Musisz uważać, co do nich 
mówisz. Powinieneś się tego nauczyć jak najwcześniej.
Beth wreszcie oderwała wzrok od monitora.
-  Tony, nie słuchaj niczego, co ten mężczyzna będzie mówić 
o kobietach - ostrzegła.
-  Dlaczego? Widziała pani te babki, z którymi się spotyka? - 
Tony popatrzył na nią ze zdziwieniem.

background image

Ku niezadowoleniu Beth, Mack z trudem stłumił śmiech. 
Wyczuł, że to nieodpowiednia chwila, by rozbudzać entu-
zjazm Tony'ego dla niektórych aspektów życia towarzyskiego 
idola. Nie było też sensu zaprzeczać, że ma stajnię „babek", 
bo żadne z tych dwojga i tak by nie uwierzyło.
-  Myślę, że pani doktor chodzi o to, że nie jestem najlepszym 
przykładem do naśladowania w sprawach sercowych - 
powiedział.
-  Tak? - Chłopiec nie spuszczał z niego wzroku.
-  Tak, sam tego nie rozumiem, ale kobiety w takich sprawach 
są bardzo dziwne. Kiedy indziej porozmawiamy na ten temat 
jak mężczyzna z mężczyzną.
-  Kiedy mnie tu nie będzie - dodała Beth. - Tony, musisz teraz 
odpocząć.
-  Ale ja nie jestem zmęczony! - zaprotestował chłopiec.
-  Myślę, że pani doktor wolałaby, żebym wyszedł - wy-jaśnił 
Mack. - Prawdopodobnie zmyje mi głowę za to, że mam na 
ciebie zły wpływ.
-  Och, niech pan da spokój - powiedziała Beth. - Nie chodzi 
wcale o pana, ale o to, że Tony nie powinien się tak forsować. 
-  Ejże, pani doktor. A kto z nim grał? Nie ja - przypomniał 
Mack.
Beth zmarszczyła brwi. Wstała, podeszła do drzwi i przy-
trzymała je otwarte, patrząc znacząco na Macka. On zaś 
zwichrzył Tony'emu włosy, obiecał, że przyjdzie następnego 
dnia, po czym oboje wyszli z pokoju.
-  Może mi pani powiedzieć, o co chodzi? - Patrzył na nią z 
rozbawieniem. - Czyżby była pani zazdrosna?
Gdyby wzrok mógł zabijać, już by stracił życie.
-  Nie sądzę - odparła chłodno.
-  Musi być przecież powód, dla którego nie chce pani, żebym 
opowiadał Tony'emu o kobietach.

background image

-  Nie uważa pan, że to może być niestosowne? Chyba pan 
zapomniał, że on ma dwanaście lat. Poza tym nie powinien 
myśleć o dziewczętach w taki sposób - zaznaczyła.
-  Ja w jego wieku już umawiałem się z dziewczyną - odrzekł, 
wspominając czule błękitnooką nastolatkę z kręconymi 
włosami.
-  Dlaczego mnie to nie dziwi? - Beth wciąż była 
zdenerwowana.
-  Coś mi mówi, że nie umawiała się pani z chłopakami jako 
dwunastolatka. - Mack z trudem wstrzymywał śmiech.
-  Nie umawiałam się również jako dwudziestolatka. To 
zresztą żaden argument.
-  A więc jaki jest ten argument? - Przypatrywał się jej 
bacznie. -I dlaczego zwlekała pani tak długo? Przecież jest 
pani niebrzydka. - Celowo użył tego określenia, żeby zoba-
czyć rumieńce na jej twarzy.
Już miała odpowiedzieć, ale się powstrzymała.
-  Nie jest pani pewna?
Wzburzenie już nieco opadło. Popatrzyła na niego z lekkim 
rozgoryczeniem.
-  Niezupełnie.
-  Cóż, mnie też się to czasem zdarza. Oczywiście najczęściej 
wówczas, gdy zaskoczy mnie naprawdę seksowna kobieta. 
Czy to właśnie stało się tutaj? Zaskoczyłem panią, adrenalina 
podskoczyła i straciła pani wątek? - dopytywał się.
-  Tylko w pana marzeniach. - Znowu ogarnęła ją złość. 
Okręciła się na pięcie i odeszła szybko, zostawiając go pod-
minowanego tą wymianą zdań.
-  Zaraz, zaraz, nie powiedziała mi pani, dlaczego tak późno 
zaczęła - zawołał za nią.
Beth nawet się nie odwróciła. Z wysoko podniesioną głową 
skręciła w boczny korytarz i znikła z pola widzenia. Nie 
wiedział, które z nich właściwie zwyciężyło w tej potyczce. 

background image

Miał wrażenie, że Beth, choć chyba nawet nie zdawała sobie 
sprawy, jaka gra się toczy.
Wszystkie pozytywne wrażenia z ostatnich dni ulotniły się, 
gdy Beth szybkim krokiem oddalała się od pokoju Tony'ego. 
Ten Carlton doprowadza ją do białej gorączki. To po prostu 
niedojrzały bufon, uganiający się za spódniczkami, a w 
dodatku dumy z tego.
Dawać Tony'emu rady w sprawach kobiet? A cóż on sobie 
myśli? Gdyby Maria Vitale dowiedziała się o tym, prawdopo-
dobnie zabroniłaby mu raz na zawsze wstępu do pokoju syna.
A może nie? Westchnęła. Mack był dobry dla Tony'ego, 
potrafił wywołać u niego serdeczny śmiech, i Beth byłaby w 
stanie wiele mu wybaczyć za dokonanie tego cudu. Nie 
znaczy to, rzecz jasna, że musi lubić Macka czy spędzać czas 
w jego towarzystwie. Lepiej trzymać się od niego z daleka, co 
nie powinno być trudne. W końcu on nie przesiaduje przez 
cały dzień w szpitalu.
Ma pracę, ważną pracę według niektórych łudzi, choć akurat 
ona się do nich nie zalicza. Ma też rodzinę, inna rzecz, że 
jedna osoba z tej rodziny jest po części odpowiedzialna za to, 
że Mack znalazł się nagle w życiu Beth. Ma do wypełnienia 
mnóstwo zadań dla lokalnej społeczności. No i bogate życie 
towarzyskie. Biorąc to wszystko pod uwagę, dziwne się 
wydaje, że znajduje czas na wizyty w szpitalu. Unikanie go 
nie będzie trudne.
Zadowolona ze swego postanowienia, weszła do gabinetu, ale 
nie zdążyła jeszcze zamknąć drzwi, gdy pojawił się w nich 
Mack.
-  Znowu pan! - wykrzyknęła, zaskoczona jego widokiem.
-  Nie myślała pani chyba, że skończyliśmy rozmowę.
-  Byłam przekonana, że tak - powiedziała. - Nie ma pan 
przypadkiem randki czy czegoś w tym rodzaju?
-  Prawdę mówiąc, tak - odparł - ale mam jeszcze czas na to.

background image

-  Na co? - spytała ostrożnie.                                         
-  Na to. - Pochylił głowę i dotknął wargami jej ust.        
Pocałunek był delikatny, niepewny, jakby Mack zamierzał 
sprawdzić, co go spotka. Beth chciała go odepchnąć, tymcza-
sem chwyciła się kurczowo jego marynarki, żeby utrzymać się 
na nogach. Kolana bowiem nagle się pod nią ugięły, serce 
zaczęło bić jak szalone. Wewnętrzny głos szeptał jej, że to 
szaleństwo, głupota, zagrożenie. Cała lista ostrzeżeń przebie-
gała jej przez myśl, aż wreszcie rozsądek się wyłączył i górę 
wzięły zmysły.
Usłyszała cichy jęk rozkoszy i uzmysłowiła sobie, że to ona 
go wydała. To źle, to bardzo źle.
Ale och... jak dobrze, uznała za moment, gdy Mack lekko 
odsunął ją od siebie, jedną ręką podtrzymując jej plecy, drugą 
delikatnie unosząc brodę.
Kiedy otworzyła oczy, napotkała jego zaniepokojone 
spojrzenie. Nie była w stanie odwrócić wzroku, tak była 
oszołomiona.
-  Co tu się, u diabła, wydarzyło? - spytał Mack.
Beth zorientowała się, że kieruje to pytanie bardziej do siebie 
samego niż do niej. Cóż, jeśli nawet tak, to gotowa przyjąć 
wyjaśnienie związane z „chemią", którym posłużyła się 
Destiny, a którego sens Beth pojęła właśnie po raz pierwszy w 
życiu. Przemknęło jej przez myśl pytanie, jak Mack by 
zareagował na wieść, że ona i jego ciotka odbyły rozmowę na 
temat popędu seksualnego. Wydawało jej się, że byłby 
zaszokowany.
-  Pytałem, co się tutaj wydarzyło - przypomniał.
Ton jego głosu zirytował ją bardziej niż przekonanie, że może 
sobie tak po prostu wejść za nią do gabinetu i zacząć ją 
całować.

background image

-  Myślę, że mężczyzna tak bywały w świecie doskonale 
rozpoznaje pocałunek - syknęła, mimowolnie przechodząc na 
„ty". Cofnęła się za biurko. - Myślę też, że powinieneś już iść.
Ku jej zaskoczeniu, Mack wyglądał na rozbawionego tą 
odpowiedzią, a może jej reakcją.
-  Pani doktor wycofuje się do narożnika? - zażartował.
-  Próbuję zabrać się do pracy. I tak już straciłam przez ciebie 
dużo czasu.
-  Wspaniały pocałunek nigdy nie jest stratą czasu - odpa-
rował. - Zwłaszcza dla kobiety, która zaczęła się umawiać na 
randki dopiero po dwudziestce. Masz sporo do nadrobienia - 
dodał.
Wspaniały? Czyżby uważał ten pocałunek za wspaniały? Beth 
również była tego zdania, ale przecież, jak jej właśnie 
przypomniał, nie miała w tej dziedzinie takiego doświadczenia 
jak on. Czy to miało być pochlebstwo? A może rzeczywiście 
uważa, że ona wspaniale całuje? Na samą myśl o tym cała 
złość ją opuściła.
-  Idź już - powtórzyła, przekonana, że jeśli pozwoli mu 
zostać, to się źle skończy. Może ją kusić, by sprawdzić, czy 
można się całować jeszcze lepiej.
Nagle przypomniała sobie słowa Macka, że jest umówiony. 
Wybiera się na randkę, a całuje inną kobietę? Może takie j 
postępowanie jest dla niego normą, ale jej jest obce. Trochę to 
wszystko podejrzane. Nie, nawet bardzo podejrzane. Zmarsz-
czyła czoło.
-  Idź już - powtórzyła z naciskiem. - Nie powinieneś się 
spóźniać na randkę.
-  Randkę?- powtórzył jak echo.
-  Mówiłeś przecież, że jesteś umówiony - rzuciła z prze-
kąsem.
Mruknął coś i wyjął komórkę.

background image

-  Na terenie szpitala nie wolno używać telefonów komór-
kowych - upomniała go.
Podniósł słuchawkę jej telefonu i wybrał numer. Ze wzrokiem 
utkwionym w Beth wymyślił wymówkę na użytek rozmówcy i 
odłożył słuchawkę.
-  Odwołałeś spotkanie? - spytała z niedowierzaniem.
-  Odwołałem spotkanie - potwierdził.
-  Dlaczego?
-  Bo idę z tobą na kolację - oznajmił.
-  Raczej nie - odparła niepewnie.
-  Ależ tak - rzekł z naciskiem. - To dla ciebie zmieniłem 
plany. Możesz zrobić dla mnie przynajmniej tyle. Chyba nie 
zależy ci na tym, żebym samotnie spędził ten wieczór, co?
Beth nie wiedziała, jak zareagować.
-  Dobrze, ale przede wszystkim coś sobie wyjaśnijmy - 
zaczęła. - Otóż nie odwołałeś tej randki dla mnie. Nie 
prosiłam cię o to.
-  Nie, ale po tym pocałunku byłabyś zawiedziona, gdybym 
postąpił inaczej.
-  Nie wydaje mi się. Może pomyślałabym, że niezły z ciebie 
krętacz. Ale od początku nie miałam o tobie najlepszej opinii, 
więc nie powinno cię to zmartwić.
-  Bardzo sprytne.
-  Jeszcze nie skończyłam - ciągnęła. - Otóż mnie nic do tego, 
czy spędzisz ten wieczór sam, czy też z jedną z tych jakże 
chętnie towarzyszących ci kobiet.
-  Byłem tego samego zdania jeszcze przed kilkoma minutami 
- zgodził się uprzejmie.
-  A co się stało, że zmieniłeś zdanie? - spytała ostrożnie.
-  Pocałowałem cię i uznałem, że wolę spróbować zrobić to 
jeszcze raz, niż iść na spotkanie. - Usiadł na krześle stojącym 
obok biurka. - Jeśli masz jeszcze coś do załatwienia, 
poczekam.

background image

Beth zastanawiała się, czy jego słowa należy traktować 
poważnie. Uznała wreszcie, że jeśli to tylko tanie pochleb-
stwa, bezpieczniej będzie je zlekceważyć.
-  To może trochę potrwać. Naprawdę mam jeszcze sporo 
pracy.
Sięgnął po czasopismo medyczne, leżące na biurku.
-  Nie spiesz się - powiedział. - To nie wygląda na łatwą 
lekturę, a zatem przestudiowanie tego zajmie mi zapewne całe 
godziny.
Poczuła się bezradna.
-  Naprawdę nie zamierzasz wyjść, prawda? - Popatrzyła na 
niego niepewnie.
-  Sam nie - odparł, kartkując czasopismo.
-  Nie rozumiem cię.
Mack podniósł głowę i napotkał jej speszone spojrzenie.
-  Prawdę rzekłszy, pani doktor, też nie bardzo rozumiem, o co 
w tym wszystkim chodzi.
Poczuła nagle, że jej serce bije coraz szybciej.
-  Myślę, że mogę przeznaczyć godzinę na kolację - po-
wiedziała krótko.
-  A więc chodźmy. - Z ulgą odłożył czasopismo na biurko. 
Wyprowadził ją z gabinetu, ująwszy lekko za łokieć. Beth 
stwierdziła, że jego dotyk sprawia jej przyjemność.
Kiedy zamiast do kawiarni szpitalnej skierowali się do 
wyjścia, spojrzała na niego z zaciekawieniem.
-  Myślałam, że zjemy tutaj - powiedziała.
-  Nie dzisiaj.
-  Mamy tylko godzinę - przypomniała.
-  Powiedziałaś to wystarczająco wyraźnie. Za godzinę 
przyprowadzę cię z powrotem, choć będzie to wymagało spo-
rej zręczności.
W parę minut później zatrzymali się przed jedną z najmod-
niejszych nowych restauracji w Waszyngtonie. Kroniki towa-

background image

rzyskie pełne były nazwisk sławnych łudzi, którzy codziennie 
wieczorem musieli odchodzić stąd z kwitkiem. Zaledwie 
jednak Mack wyłączył silnik, podbiegł portier, wręczył mu 
bilet parkingowy i pomógł Beth wysiąść.
-  Proszę przyprowadzić wóz za pięćdziesiąt pięć minut - 
polecił Mack.
Mężczyzna rzucił okiem na zegarek i wpisał adnotację na 
bilecie.
-  Oczywiście, panie Carlton. Samochód będzie czekać.
W zatłoczonym holu Mack przyciszonym głosem powiedział 
coś do szefa sali. Beth nie dosłyszała słów. Za chwilę już 
siedzieli przy stoliku, po czym w okamgnieniu pojawiły się 
przed nimi dwa parujące talerze i butelka wody mineralnej.
-  Skoro musisz wracać do szpitala, uznałem, że nie zechcesz 
pić szampana - powiedział Mack.
- Wystarczy woda. - Beth skinęła głową.
Patrzyła na łososia z rusztu, cieniutkie plasterki ziemniaków 
posypanych pietruszką, zielony groszek, po czym popatrzyła 
na Macka. 
-  To dopiero danie! Jak ci się udało osiągnąć to w ciągu... - 
spojrzała na zegarek - ...niespełna pięciu minut?
-  Bez trudu. - Wzruszył ramionami. - W takim miejscu 
wystarczy znać, kogo trzeba.
-  A ty znasz szefa sali? - domyśliła się.
-  Między innymi.
-  Właściciela? - pytała dalej.
-  Także.
-  Biorąc pod uwagę ten tłum pod drzwiami, podejrzę-wam, że 
zajęliśmy stolik zarezerwowany dla kogoś innego. A może 
ktoś czeka na to danie? - Rozejrzała się wokół z niepokojem. 
-  Nie rób sobie wyrzutów, kochanie. Prawdopodobnie ci 
ludzie dostaną wino, żeby jakoś przetrwać.                            

background image

-  Prawdopodobnie? - Popatrzyła na niego zbulwersowana. 
Nie była pewna, czy ma się śmiać, czy płakać z powodu 
absurdalności sytuacji. - Naprawdę zwędziłeś komuś kolację? 
I chcesz go przekupić winem?
-  Nie ja - odparł znacząco. - Nawet na chwilę nie zostawiłbym 
cię samej.
-  Wiesz, o co mi chodzi.
-  Jedz - zachęcił ją, chcąc przerwać tę wymianę zdań.
- Zegar nieubłaganie idzie naprzód, a ja zamierzam zamówić 
deser. Proponuję lody z kremem i bitą śmietaną. Poleciłbym ci 
suflet czekoladowy, ale nie zdążymy.                                 
-  Chyba że ktoś nieopatrznie już go zamówił - powiedziała 
ściszonym głosem Beth, nie bardzo wiedząc, co ma myśleć o 
mężczyźnie, który tylko pstryknie palcami i już to ma, przy 
czym nikt nie czuje się urażony. To właśnie wprawiało ją w 
największe zdumienie.  
-  Trafna uwaga - odrzekł Mack i skinął na kelnera.
-  Jak możesz! - skarciła go.
-  Wolisz lody z kremem?
-  Myślę, że to lepszy pomysł - stwierdziła, choć kusiło ją, by 
wybrać suflet. - W przeciwnym razie będziemy odpo-
wiedzialni za zamieszki w restauracji.
-  Na deser prosimy lody z kremem i bitą śmietaną, John. 
Mamy już tylko dwadzieścia minut.
-  Tak jest, proszę pana. - Kelner nachylił się ku niemu.
- Jeśli mają państwo mało czasu, to za niecałe pół godziny 
będzie gotowy suflet - powiedział konspiracyjnym szeptem.
- Zmienię trochę kolejność, dla tamtych państwa będzie na-
stępny, a ten zapakuję na wynos.
Mack spojrzał na Beth.
-  Co ty na to? Deser w twoim gabinecie?
Beth mogła pochwalić się silną wolą, ale gorący suflet 
czekoladowy był w stanie złamać tę wolę. To czy owo mogło 

background image

się jej w Macku nie podobać, ale jeśli zdołał zdobyć dla niej 
ten deser, skłonna była wiele mu wybaczyć.
-  Czekolada jak najbardziej - powiedziała, ulegając pokusie.
Gdy kelner odszedł, Mack popatrzył na nią z zaintereso-
waniem.
-  Dobrze wiedzieć - mruknął.
-  Co?
-  Że twoją słabością jest czekolada.
-  Jedną z wielu - przyznała, gdyż nie miało sensu zaprze-
czanie oczywistości, zwłaszcza że porzuciła wszelkie skrupu-
ły, by tylko dostać na deser suflet.
- Za odkrycie twoich pozostałych słabości! - Mack wzniósł 
szklankę z wodą. Nie spuszczał z Beth wzroku.
Odpowiedziała mu spojrzeniem, starając się zbagatelizować 
to, że zachowuje się całkiem nie tak jak powinna. Wielkie 
nieba, czy istnieje na świecie choć jedna kobieta, która 
pozostałaby obojętna na urok tego mężczyzny? Modliła się w 
duchu, by to ona okazała się jedną z tych nielicznych, ale nie 
widziała na to żadnej szansy.

background image

ROZDZIAŁ 5
Mack nie mógł sobie uzmysłowić, jak to się stało, że 
wczorajszy wieczór przybrał tak nieoczekiwany obrót. Wy-
bierał się przecież na randkę z kobietą, która teraz niewątpli-
wie nigdy już nie zechce mieć z nim do czynienia, lecz nagle 
poczuł nieodpartą chęć pójścia do gabinetu Beth, by ją poca-
łować.
Wyznanie Beth, że jako nastolatka nie umawiała się z 
chłopakami, wyzwoliło w nim typowo męską reakcję. Gdyby 
nie znał siebie, wziąłby to za pociąg do dziewiczej niewin-
ności. Cóż za nonsens. Nie dość, że Beth nie powiedziała 
niczego, co by wskazywało, że jego domysły są słuszne, to na 
dodatek on zdecydowanie wolał kobiety z pewnym doświad-
czeniem.
Nie powstrzymało go to jednak przed wystąpieniem w roli 
wyrostka, który koniecznie chce dokonać kolejnego podboju. 
Miał piekielne szczęście, że Beth nie odgadła podtekstów 
kryjących się za tym pocałunkiem i potraktowała całe zajście 
ze spokojem.
Okay, pomyślał przełamując ołówek. To, co się stało, nie 
świadczy o nim dobrze, ale on nadal nie potrafi sobie wytłu-
maczyć, dlaczego w ogóle do tego doszło.
Kiedy, do diabła, przytrafiło mu się coś podobnego? Chyba 
nigdy. Nie zwykł stracić kontroli nad sytuacją tak jak 
ostatniego wieczoru. Z chwilą gdy dotknął wargami ust Beth, 
przeniósł się niemal w inny wymiar, w miejsce, gdzie jego 
dominującym pragnieniem było dawanie rozkoszy, i to nie w 
sposób przypadkowy, lecz w pełni świadomy.
Nonsens, uznał, przełamując następny ołówek. Doszedł do 
wniosku, że musi natychmiast opuścić biuro i przestać roz-
myślać, zanim zabrnie w niebezpieczne rejony, a w każdym 
razie nim zniszczy większość materiałów piśmienniczych. Czy 

background image

to nie on do tej pory irytował się, że pracownicy nie dbają o 
sprzęt biurowy?
Wsiadł do samochodu i odruchowo ruszył w stronę szpitala, 
zawrócił jednak i wybrał drogę wiodącą do Wirginii. Dawno 
nie odwiedzał Bena. Towarzystwo brata artysty zwykle 
działało na niego uspokajająco. Ben był człowiekiem bardzo 
tolerancyjnym, akceptował ludzi takimi, jacy są. Nie zadawał 
wielu pytań, szczególnie od momentu, gdy w jego własnym 
życiu zapanował chaos. Nie miał też zwyczaju wtrącania się w 
cudze sprawy. Tak, odwiedziny u Bena to zdecydowanie 
dobry pomysł. Będzie mógł zapomnieć o niepokojącym wie-
czorze z Beth.
Kiedy zbliżał się do farmy, krajobraz Wirginii przesuwający 
się za oknami samochodu stopniowo zaczął wywierać na 
niego magiczny wpływ. Po raz pierwszy w pełni zrozumiał, co 
skłoniło Bena do przeniesienia się tutaj po tragedii, którą 
przeżył. Trudno tu było odczuwać cokolwiek poza podziwem 
dla piękna przyrody - gór osnutych mgłą, soczyście zielonej 
trawy, rozłożystych dębów i sylwetek koni pasących się za 
białymi ogrodzeniami.
Ponieważ Ben rzadko znajdował czas na przyrządzanie 
posiłków, a jego lodówka przeważnie świeciła pustkami, 
Mack zatrzymał się przed sklepem, gdzie kupił kanapki, frytki 
i soki, aby brat się nie złościł, że przerywa mu pracę. Poprosił 
też o ciasto czekoladowe. Będzie potrzebował trochę czasu, 
żeby odwrócić uwagę Bena od powodu niezapowiedzianej 
wizyty.
Kiedy wreszcie zajechał pod dom, odsunął od siebie myśli o 
tym, co się wydarzyło, jak też obraz Beth, który stał mu cały 
czas przed oczami.
Zaparkował w cieniu dębu i poszedł prosto do pracowni, 
mieszczącej się w zaadaptowanej na ten cel starej stajni. Nie 
usłyszał zaproszenia w odpowiedzi na pukanie, ale wcale go 

background image

to nie zdziwiło. Kiedy Ben malował, nie zauważyłby nawet 
armatnich wystrzałów.
Wszedłszy do środka, zwrócił uwagę na to, że temperatura jest 
tu co najmniej o dziesięć stopni niższa niż na dworze, chociaż 
przez świetlik w dachu wpadały promienie słońca. Tak jak 
myślał, Ben stał przed płótnem. Ręka z pędzlem zawisła w 
powietrzu, wzrok utkwiony był w obrazie, lecz Mack odniósł 
wrażenie, że zamyślenie brata wynika nie tyle z kontemplacji 
dzieła, ile ze wspominania smutnych przeżyć, które skłoniły 
go do zrezygnowania z miejskiego życia i zamieszkania na 
tym odludziu.
-  Witaj, braciszku - powiedział.
Ben drgnął, słysząc jego głos, ale upłynęła dobra chwila, 
zanim otrząsnął się z zadumy.
-  Czyżby nawiedziło was trzęsienie ziemi? - zdziwił się. - To 
chyba jedyne, co mogłoby cię skłonić do przyjazdu w ciągu 
tygodnia.
-  O ile wiem, nic się nie stało. Po prostu stęskniłem się za 
tobą. - Mack rozejrzał się po pracowni. - Miałem nadzieję, że 
ujrzę atrakcyjną modelkę pozującą ci do aktu. - Westchnął 
zawiedziony.
Ben roześmiał się.
-  Maluję pejzaże - przypomniał. - Wiedziałbyś, gdybyś nie 
był takim ignorantem w dziedzinie sztuki.
-  Cenię sztukę - obruszył się Mack. - Zwłaszcza twoją. Na 
drzwiach lodówki mam nawet portret, który narysowałeś.
-  Co za zaszczyt! Miałem chyba z sześć lat.
-  Już wtedy dobrze się zapowiadałeś - powiedział Mack.
- Jestem pewien, że kiedy będziesz już bardzo sławny, ten 
kawałek osiągnie zawrotną cenę - dodał.
-  Jeśli nie poplamisz go musztardą albo keczupem - od-
parował Ben. - O, przyniosłeś coś do jedzenia - dodał, spo-
strzegłszy torbę, którą Mack trzymał w ręku. - Odwołuję 

background image

wszystkie złośliwości wypowiedziane pod twoim adresem, 
jeśli to lunch dla mnie. Gdy tylko się obudziłem, przyszedł mi 
do głowy pomysł na obraz i na śmierć zapomniałem o 
śniadaniu.
Mack spojrzał na płótno. Tak jak stwierdził Ben, nie był 
ekspertem w dziedzinie malarstwa, ale zauważył, że ten obraz 
w niczym nie przypomina innych prac brata.
-  I co? - spytał. - Udało ci się namalować to tak, jak sobie 
wyobrażałeś?
-  Niezupełnie - wyznał Ben. - Zabierzmy się do jedzenia. Jeśli 
jedna z kanapek jest z befsztykiem, chętnie ją zjem.
-  Przewidziałem to i kupiłem dwie takie same - powiedział 
Mack.
Ben zachichotał. 
-  Długo trwało, zanim do tego doszedłeś. Przywiozłeś może 
sok pomarańczowy?
-  Myślałem, że wolisz grejpfrutowy. - Spojrzał na brata z 
niewinną miną.
-  Bardzo zabawne. Dawaj.
-  Do diabła, ale jesteś pazerny! - Mack roześmiał się.
- Co to się stało głodującemu artyście?
-  Nigdy nie byłem głodującym artystą - zaprotestował Ben. - 
Dziękuję za to naszym rodzicom. Umieram z głodu, ale to coś 
zupełnie innego. - Ugryzł kawałek kanapki z befsztykiem, 
sałatą i pomidorem i westchnął z rozkoszą. -Nie ma nic 
lepszego na świecie niż świeży pomidor w środku lata.
-  No, może jeszcze kolba kukurydzy - dorzucił Mack - polana 
masłem.
-  Albo nadziewany kabaczek - rozmarzył się Ben. Mack 
popatrzył na brata z zadumą.
-  Uważasz, że udałoby się nam zasugerować Destiny, żeby 
przyrządziła nam w niedzielę takie przysmaki?

background image

-  Mówiąc ściślej, jesteś zdania, że to ja powinienem podsunąć 
jej tę myśl, czy tak? - Ben zorientował się, w czym rzecz.
-  To ciebie kocha przecież najbardziej - przypomniał Mack 
cierpko. Ben nigdy by nie przyznał, że ciotka go faworyzuje, a 
ona sama nawet na łożu śmierci by się tego wyparła.
- Poza tym ona uważa, że za mało jesz - ciągnął Mack. - Żal 
jej ciebie. Wystarczy więc tylko jedno twoje słówko.
-  A tobie mowę odjęło czy co? - Ben popatrzył na brata 
podejrzliwie. - Nie miałeś dotąd oporów przed podsuwaniem 
ciotce pomysłów na przygotowanie ci czegoś specjalnego.
-  Prawdę mówiąc, staram się ostatnio jej unikać - rzucił Mack 
jakby od niechcenia.
-  Czy nie utrudnia ci to trochę dobierania się do tych 
wszystkich przysmaków? - Ben spojrzał spod oka.
-  Miałem nadzieję, że spakujesz trochę resztek i przyniesiesz 
mi - przyznał się Mack.
-  Akurat, myślałby kto! - Ben zachichotał. - Znalazła ci więc 
kandydatkę na żonę. Czego jej brakuje? Ma krzywe zęby i 
nosi okulary? A może po prostu nie odpowiada twojemu 
ideałowi damskiej urody?
-  Nie jestem aż tak powierzchowny, jak ci się wydaje - 
żachnął się Mack. - A poza tym niczego jej nie brakuje. 
Niczego.
Ben obserwował go przez chwilę.
-  Rozumiem - powiedział wreszcie. - Innymi słowy, tym ra-
zem Destiny trafiła w dziesiątkę, a ty przerażony dałeś 
drapaka.
-  Wypchaj się.
-  Chcesz o tym pogadać? - Ben przypatrywał mu się z uwagą.
-  Nie.
-  Ale to strach cię tu przygnał, braciszku - domyślił się.
-  Czy naprawdę nie można odwiedzić brata, żeby nie narazić 
się na przesłuchanie? - obruszył się Mack.

background image

-  Można, ale nie było cię od tygodni, więc musisz mi 
wybaczyć tę drobną podejrzliwość.
-  A nie możemy pogadać o twoim życiu osobistym? - zapytał 
Mack, marszcząc brwi.
-  Nie, nie możemy. - Ben natychmiast spoważniał.
-  Wybacz - zreflektował się Mack. - Chciałem ci przygadać, a 
nie powinienem. Wciąż jeszcze rany się nie zabliźniły?
-  Dajmy temu spokój - rzekł posępnie Ben. Mack spojrzał na 
niego bezradnie.
-  A może nie? Może by ci ulżyło, gdybyś zaczął o tym mówić 
- przekonywał.
-  Do diabła! Graciela nie żyje! O czym tu mówić? - wy-
krzyknął ze złością Ben. Mack rzadko widział swego na ogół 
spokojnego brata w takim stanie. - Dlaczego nikt z was tego 
nie może pojąć?
Mack bardzo chciał podejść do brata i przytulić go, ale 
wiedział, że Ben nie zniósłby gestu współczucia czy pocie-
szenia. Wciąż obwiniał siebie o śmierć Gracieli i był przeko-
nany, że nie zasługuje na niczyją sympatię. Miał rodzinie za 
złe każdą próbę przyjścia mu z pomocą.
-  Wybacz - powtórzył spokojnie Mack. - Nie miałem zamiaru 
rozdrapywać twoich ran. To ostatnie, co by mi przyszło do 
głowy, gdy tutaj jechałem.
-  Niczego nie rozdrapujesz. - Ben posłał mu udręczone 
spojrzenie. - To trwa i będzie trwało już zawsze.
Tłumaczenie Benowi, że Graciela nie była warta takiego 
poczucia winy i takiego bólu, na nic by się zdało. Mack 
wiedział to. Nie miał pojęcia, co musiałoby się stać, by wy-
rwać Bena ze stanu, w którym się pogrążał. Z całych sił pra-
gnął jednak, by to coś zdarzyło się jak najprędzej. Stan przy-
gnębienia, w jakim Ben wciąż tkwił, martwił wszystkich jego 
bliskich. Niekiedy odzywał się w nim wprawdzie dawny, 
beztroski Ben, ale zdarzało się to niezmiernie rzadko.

background image

-  Mógłbym ci jakoś pomóc? - Mack obserwował brata z 
niepokojem.
-  Nie - odparł Ben ze smutkiem. - Po prostu obiecaj mi, że 
będziesz wpadał mimo mego zrzędzenia.
-  Możesz być pewien - obiecał Mack. Ben spojrzał na stół i 
twarz mu się nieco rozjaśniła.
-  Skończysz tę kanapkę? - spytał. Mack uśmiechnął się.
-  Myślałem, że muskularny sportowiec jest w rodzinie tą 
osobą, która ma niepohamowany apetyt - odparł, podsuwając 
bratu napoczętą kanapkę. - Weź i frytki - zaproponował.
- Muszę wracać.
-  Randka?
-  Nie.
-  Do diabła! Wiesz, że na swój sposób żyję tym, co prze-
czytam o tobie w gazetach - powiedział Ben.
-  Przykro mi, że muszę cię rozczarować, ale teraz prowadzę 
życie na zwolnionych obrotach.
-  A więc kryje się za tym jakaś szczególna historia - domyślił 
się Ben.
-  Ale nie mam zamiaru się nią dzielić - uciął Mack.
-  Powiedz przynajmniej, czy to ma coś wspólnego z tą 
kobietą, którą znalazła ci Destiny? - Ben nie zamierzał dać za 
wygraną.
-  Przyjechałem do ciebie, bo do tej pory nie wtrącałeś w 
cudze sprawy.
-  Ale ta wiadomość jest za dobra na to, by ją zignorować
- odparował Ben.
-  Wracaj do swego malowidła - odciął się Mack. - Na razie 
wygląda jak rozgnieciona dynia. Właśnie taki efekt 
zamierzałeś osiągnąć?
-  Barbarzyńca!- jęknął Ben.
-  Oko mam jeszcze dobre - obruszył się Mack.
-  Może na kobiety.

background image

Mack zmrużył oczy i z namysłem przyglądał się niedo-
kończonemu obrazowi.
-  Bardzo szeroka tylna część ciała kobiety w pomarańczowym 
dwuczęściowym kostiumie kąpielowym? - zaryzykował.
-  Bliższa prawdy była koncepcja dyni. - Ben wybuchnął 
śmiechem.
-  No więc co to, u licha, ma być?
-  Skoro tak cię bawi zgadywanie, myślę, że pozwolę ci 
zaczekać na ostateczny efekt. Wtedy możesz spróbować jesz-
cze raz.
-  Sądzę, że nie będę z tym czekać - stwierdził Mack. -A zatem 
jeszcze raz. Na ogół malujesz realistycznie pola, drzewa, 
strumienie.
-  To ma być eksperyment - przypomniał Ben. Mack popatrzył 
na niego.
-  Można ci coś doradzić? - spytał poważnie. Ben skinął 
ostrożnie głową.
-  Wsadź to sobie wiesz gdzie - powiedział Mack i uchylił się, 
gdy Ben cisnął w niego butelką po soku.
Najważniejsze jednak, że prawie przez godzinę udało się bratu 
utrzymać myśli Macka z dala od pewnej bardzo niepokojącej 
pani doktor.                                                ,
-  Nie podobają mi się wyniki badania krwi Tony'ego Vitale - 
powiedział hematolog. - Nie reaguje na leczenie tak, jak bym 
oczekiwał. Myślę więc, że trzeba by się zastanowić nad 
transfuzją, zanim jeszcze bardziej osłabnie.
Beth westchnęła. Nie umiała sformułować przekonujących 
kontrargumentów, ale obawiała się, że wiadomość o transfuzji 
fatalnie odbije się na samopoczuciu chłopca i jego matki. Od 
razu się zorientują, że wszelkie inne środki zawiodły. Trans-
fuzje były wprawdzie powszechnym zabiegiem u dzieci w ta-
kiej sytuacji jak Tony, ale żadne z nich nie było tym uszczę-
śliwione, nawet jeśli potem przez pewien czas czuło się lepiej.

background image

-  Nie zgadzasz się? - spytał Peyton Lang.
-  Nie tyle nie zgadzam się, ile wiem, jak bardzo to zniechęci 
Tony'ego i jego matkę do dalszej terapii. Naprawdę miałam 
nadzieję, że ten ostatni lek i smakołyki, które przynosi Mack, 
sprawią cud i spowodują wzrost liczby krwinek przynajmniej 
na krótki okres.
-  I ja miałem taką nadzieję - powiedział Peyton. - Wyczerpują 
się jednak nasze możliwości.
-  Nie możemy rezygnować! - W głosie Beth pobrzmiewała 
histeria.
Peyton rzucił jej ostre spojrzenie.
-  Tym razem możemy przegrać. Dobrze o tym wiesz, Beth. 
Najwyższy czas, żebyś zaczęła się przyzwyczajać do tej 
ewentualności. A może powinnaś się na jakiś czas wycofać, 
pozwolić, by jeden z kolegów prowadził Tony'ego?
-  Wykluczone - żachnęła się. - A poza tym to tylko 
ewentualność. Ewentualność, z którą się nie pogodzę, dopóki 
są jeszcze jakiekolwiek możliwości działania. On jest taki 
dzielny. Nie zasługuje na to, by przegrać walkę.
-  Żadne z nich nie zasługuje - zauważył smutno Peyton.
-  No właśnie. - Beth była wyraźnie zmęczona tą rozmową. - 
A więc dobrze. Zaplanuj transfuzję na rano. Ja porozmawiam 
wieczorem z matką chłopca.
Hematolog chciał coś dodać, ale tylko wzruszył ramionami i 
bez słowa wyszedł z pokoju. Są rzeczy, których nie da się 
powiedzieć głośno, nawet jeśli dwie osoby myślą to samo. 
Żaden lekarz nigdy nie przyzna, że zbliża się klęska.
Beth poczuła tak dobrze jej już znane uczucie bezsilnej złości. 
Musi wrócić do laboratorium i przejrzeć jeszcze raz ostatnie 
wyniki swoich badań. Pierwszy etap prac początkowo nie 
wyglądał obiecująco, ale teraz dostrzegła pewne szanse. 
Potrzebowała jednak więcej czasu, by zakończyć badania i 
przyjść z pomocą Tony'emu oraz kilkorgu innym dzieciom.

background image

Miała właśnie opuścić gabinet, gdy pojawił się Mack. Rzucił 
na nią okiem i poprowadził z powrotem do biurka.
-  Co się stało? - spytał. - Usiądź. Wyglądasz okropnie.
-  To właśnie każda kobieta pragnie usłyszeć - mruknęła i 
opadła na fotel. Była wdzięczna, że ją zatrzymał. Im bardziej 
uda się odwlec rozmowę z Marią i Tonym, tym lepiej.
-  Nie przyszedłem tu, by prawić ci komplementy.
-  Oczywiście, że nie. Więc po co?
-  Byłem u Tony'ego. Kiepsko wygląda - powiedział. Beth 
skinęła głową. Skoro zauważył to nawet laik, jej decyzja 
sprzed paru minut była słuszna.
-  Musimy zrobić mu transfuzję, to pozwoli zyskać trochę 
czasu - oznajmiła.
-  Trochę czasu? - Mack znieruchomiał. - O czym mówimy, 
Beth? O dniach? Tygodniach?
-  O niczym więcej.
-  A co z transplantacją szpiku?
-  Teraz nie można by jej przeprowadzić. Zbyt wielkie ryzyko 
- wyjaśniła.
-  Przecież dopiero powiedziałaś, że on ma przed sobą kilka 
dni, najwyżej tygodni. Może więc należałoby jednak podjąć to 
ryzyko? - dopytywał się.
-  Obowiązuje określony tryb... - zaczęła, ale urwała, bo w 
oczach Macka odbiła się udręka. - Przykro mi.
-  Nie przyjmuję tego do wiadomości - żachnął się.
-  Nie mamy wyboru.
-  Ja mam. Znajdziemy innego lekarza, inną metodę leczenia. 
Ten chłopiec nie umrze, dopóki nie zrobimy wszystkiego, co 
w naszej mocy.
Beth starała się nie przejmować faktem, że Mack nie ufa jej w 
kwestii ratowania Tony'ego. Aż za dobrze znała to uczucie 
bezsilnej złości. Jeśli choć przez chwilę uważałaby, że inny 

background image

lekarz czy inna terapia mogą poprawić rokowania chłopca, 
sama by poprosiła o konsultację.
-  Mack, właśnie w tym szpitalu możemy zrobić najwięcej - 
zapewniła spokojnie.
-  Ale rezygnujecie z ratowania go.
-  Nie! - zaprotestowała gwałtownie. - Nigdy. Staram się tylko 
patrzeć realnie.
-  Do diabła z tym! - krzyknął, ale zaraz westchnął i popatrzył 
na nią skruszony. - Wybacz. Wiem, że nie powinienem tak 
mówić. Wiem też, jak bardzo starasz się mu pomóc. Zdaję 
sobie sprawę, ile cię to kosztuje.
-  W porządku. Wierz mi, bardzo dobrze cię rozumiem i nie 
mam żalu.
-  Teraz rozumiem, dlaczego wyglądasz na wykończoną.
- Popatrzył jej w oczy. - A więc jaki masz plan?
-  Rano transfuzja, a potem będziemy czekać na skutek - 
wyjaśniła Beth. - Nie zaszkodziłaby krótka modlitwa.
-  Dobrze. - Mack skinął głową. - Pójdziesz ze mną do 
Tony'ego? - Wyciągnął do niej rękę.
-  Właśnie chciałam to zrobić - powiedziała. Chwyciła jego 
dłoń, bo rozpaczliwie potrzebowała kontaktu z kimś, kto 
dzielił jej niepokój. Pragnęła też, by ktoś dodał jej otuchy, tak 
by niezależnie od tego, co się stanie z Tonym, mogła nadal 
funkcjonować i walczyć o życie innych dzieci. Mack ścisnął 
jej rękę.
-  A może byśmy wstąpili do kaplicy? - zaproponował.
-  Czytasz w moich myślach. - Uśmiechnęła się. Zdarzało się 
to coraz częściej. Zaczęła już nawet uważać
za oczywiste, że łączy ją z Mackiem taka więź, przy której 
niepotrzebne są słowa.
-  Doktor Beth jest bardzo ładna, prawda? - Tony wpatrywał 
się w twarz Macka.

background image

Starał się zignorować pytanie, nie chcąc się wdawać w 
dyskusję na ten temat. Podał chłopcu komiksy, o które ten 
prosił.
-  Patrz, Tony - powiedział. - Nie miałem pojęcia, że jest tylu 
nowych Supermanów.
-  Nie odpowiedziałeś, Mack. - Chłopiec nie spuszczał z niego 
wzroku. - Nie uważasz, że doktor Beth jest bardzo ładna?
-  Owszem, jest - westchnął Mack.
-  Może powinieneś się z nią umówić czy coś w tym rodzaju. 
Na pewno się zgodzi.
Mack miał dość kłopotów z zabraniem Beth na szybki posiłek 
poza szpitalem, tak że umówienie się na randkę w ścisłym 
tego słowa znaczeniu przypuszczalnie w ogóle nie wchodziło 
w rachubę. Nie chciał jednak burzyć swego wizerunku w 
oczach chłopca.
Tony obserwował go z zatroskaniem.
-  Próbowałeś? Chyba cię nie odpędziła? - zaniepokoi się. - 
Rozzłościłeś ją?
-  Nic podobnego. Nic takiego nie zrobiłem, ale pani doktor 
jest bardzo zajęta. Wykonuje przecież bardzo odpowiedzialną 
pracę.
-  Wiem, ale myślę, że powinna się z tobą umówić, żeby 
trochę odpocząć, i w ogóle. Wiesz, o co mi chodzi? Czasami 
jest taka smutna. - Chłopiec patrzył na niego wyczekująco.
-  Zauważyłem - przyznał Mack.
Istotnie, czasami zastanawiał się, jak Beth wytrzymuje tak 
obciążającą pracę. Dzisiejszy dzień był chyba najgorszy ze 
wszystkich od chwili, gdy się poznali. Nawet Mack byli 
wstrząśnięty beznadziejną wizją przyszłości Tony'ego.        
Kiedy z kaplicy zmierzali do pokoju chłopca, Beth otrzymała 
wiadomość z izby przyjęć i szybko odeszła bez słowa 
wyjaśnienia. Poszedł więc do Tony'ego sam, mając nadzieję, 
że ona za chwilę wróci. Jeśli jednak wezwano ją do nagłego 

background image

wypadku, być może będzie tego wieczoru potrzebowała to-
warzystwa, może nawet kolacji w miejscu, które pozwoli jej 
zapomnieć na chwilę o szpitalu.
Popatrzył uważnie na Tony'ego. Chłopiec wyraźnie słabł. 
Leżał oparty o poduszki, zaledwie o ton bielsze od jego mi-
zernej twarzy.
-  Jak się czujesz, kolego? - spytał Mack.
-  Trochę zmęczony.
Macka zaskoczyła ta odpowiedź. Na ogół Tony wręcz 
szarżował, gdy chodziło o zdrowie. Przyznanie się do 
zmęczenia świadczyło o tym, że jest wykończony. Mack 
przypomniał sobie, co mówiła Beth o transfuzji, ale wiedział, 
że chłopiec nie zdaje sobie jeszcze sprawy z tego, co go czeka.
-  Prześpij się trochę - powiedział. - Musisz być w dobrej 
formie, gdy przyjdzie mama.
-  Ale przecież ty jesteś - słabo zaprotestował Tony. -I 
przyniosłeś komiksy...
-  Będą tu, kiedy się obudzisz, i ja też - obiecał. - A teraz 
zamknij oczy i spróbuj się zdrzemnąć.
Tony walczył z opadającymi powiekami.
-  Mack... - zaczął.
-  Co, kolego?
-  Mógłbyś przy mnie posiedzieć?
-  Pewnie. - Mack ostrożnie przysiadł na brzegu łóżka. 
Zauważył, że każdy ruch wywołuje na twarzy chłopca grymas 
bólu. To kolejny znak, że jego stan się pogarsza. Zaledwie 
usiadł, poczuł chłopięcą dłoń wsuwającą się w jego rękę. Łzy 
stanęły mu w oczach.
-  W porządku - rzekł uspokajająco. - Możesz spać, a ja 
posiedzę przy tobie.
-  Mogę ci coś powiedzieć? - spytał chłopiec.
-  Oczywiście.
-  Ale nie powiesz mamie ani doktor Beth?

background image

-  Nie - obiecał Mack.
-  Czasami boję się zamknąć oczy - wyszeptał Tony. -Boję się, 
że już się nie obudzę.
Mack z trudem powstrzymał łzy.
-  Nie powinieneś się tym martwić - uspokoił go. - Nic ci się 
nie stanie, kiedy ja tu jestem.
Tony otworzył oczy i popatrzył na niego poważnie.
-  Może się stać, Mack - powiedział. - A jeśli się naprawdę 
stanie, powiesz mamie, że ją kocham?
Mack z najwyższym trudem nad sobą panował.
-  Myślę, że twoja mama o tym wie - powiedział - ale i tak jej 
powiem.
Tony westchnął i zasnął, mocno trzymając rękę przyjaciela.

background image

ROZDZIAŁ 6
Kiedy Beth opuściła wreszcie oddział intensywnej terapii, 
czuła się wykończona. Stan młodego pacjenta, którego przy-
wieziono z ciężką reakcją na chemioterapię, został w końcu 
ustabilizowany, tak że można było zawieźć dziecko do sali 
chorych. Beth marzyła o tym, żeby być już w domu, wejść do 
wanny, potem wsunąć się pod kołdrę i spać przez miesiąc.
Musiała jednak odegnać od siebie tę wizję. Odetchnęła 
głęboko, uspokoiła się nieco i poszła do pokoju Tony'ego, 
żeby przygotować go na jutrzejszą transfuzję. Obawiała się 
spotkania z matką chłopca, która usłyszała ostatnio tyle złych 
wiadomości, że ta mogła okazać się już ponad jej siły.
W kącie korytarza obok pokoju Tony'ego stał ze zwieszonymi 
ramionami i przymkniętymi oczami Mack. Opierał się o 
ścianę i wyglądał na równie zmęczonego jak ona sama.
-  Nic ci nie jest? - spytała.
Potrząsnął głową, wracając do szpitalnej rzeczywistości, i 
uśmiechnął się smutno.
-  Jak ty to wytrzymujesz dzień w dzień? - spytał ze szczerym 
podziwem.
Odruchowo zerknęła na drzwi pokoju Tony'ego.
-  Trudna sytuacja? - domyśliła się. Skinął głową.
-  Można to tak określić. Tony poprosił mnie, żebym, jeśli 
umrze w czasie snu, powiedział jego mamie, że ją kocha.
-  O Boże - szepnęła Beth. - Tak mi przykro, Mack.
-  Nie musi ci być przykro z mojego powodu - żachnął się. - 
Niech ci będzie przykro z powodu Tony'ego. Żadne dziecko 
zresztą nie powinno nigdy znaleźć się w takiej sytuacji. Nie 
powinno dźwigać takiego ciężaru. Mój Boże, jak on to znosi?
Beth położyła dłoń na ramieniu Macka. Poczuła, że jego 
mięśnie pod skórą się naprężają.
-  Jestem jak najdalsza od tego, by nie przyznać ci racji, ale 
przecież życie nie jest ani sprawiedliwe, ani godziwe. Jeśli nie 

background image

możesz przyjąć tego do wiadomości, lepiej nie wybieraj 
zawodu lekarza.
-  A ty godzisz się z tym? - spytał z powątpiewaniem.
-  Muszę - odparła. - Nie jest to łatwe, ale cóż mi pozostaje? 
Skupiam całą uwagę na naszych zwycięstwach, a nie na 
przegranych bitwach.
-  Nie zazdroszczę ci. W porównaniu z twoimi przeżyciami 
zawodowymi kontuzje, których doznawałem podczas nie-
dzielnych meczów, to kaszka z mlekiem.
Beth zmusiła się do uśmiechu.
-  Może i ja powinnam kiedyś spróbować gry w piłkę?
-  Myślę, że bardzo by ci w tym pomogły twoje zręczne ruchy. 
Masz silne ręce?
-  Jak u dziewczynki.
-  No tak, wyobrażam sobie. - Popatrzył jej w oczy. -Wiesz, co 
jeszcze chodziło dziś Tony'emu po głowie?
-  Co? - spytała z lękiem.
-  Uważa, że powinienem się z tobą umówić. – Mack z 
niedowierzaniem potrząsnął głową. - Ten dzieciak jest tak 
chory, a chce mu się bawić w swaty.
-  To tylko jeszcze jeden dowód, że życie toczy się dalej. - 
Beth uśmiechnęła się smutno. - Nawet takie dziecko jak Tony 
to widzi. - Obserwowała napiętą twarz Macka i doszła do 
wniosku, że zaangażował się w sprawę chłopca znacznie 
bardziej, niż można było się spodziewać. - Wiesz co? Złamię 
ślubowanie i zaproszę cię na randkę.
-  Ślubowałaś, że mnie nie zaprosisz? - Patrzył na nią ze 
zdumieniem.
-  Ślubowałam, że nigdy nie zaproszę żadnego mężczyzny - 
poprawiła.
-  Miałaś szczególny powód?
-  To daje mężczyźnie złudzenie, że zdobył przewagę 
-wyjaśniła.

background image

-  A ty wolisz panować nad sytuacją?
-  Raczej tak.
-  Ale jesteś skłonna zrobić dla mnie wyjątek? - upewniał się.
-  No tak i nie każ mi tego żałować, co na pewno nastąpi, jeśli 
zareagujesz tak, jak można by się spodziewać, znając ciebie. 
To tylko kolacja, Mack. Nic więcej. Niech cię nie rozpiera 
męska duma.
-  Myślę, że potrafię ją opanować. Podobnie jak własne 
hormony, jeśli do czegoś dojdzie.
Zmierzyła go lodowatym spojrzeniem.
-  Widzę, że jesteś zdecydowany przekroczyć granicę. Uważaj, 
bo mogę cofnąć zaproszenie.
-  Nic podobnego. Żal ci mnie, a poza tym nie zamierzam 
przekraczać żadnych granic, rozważałem rzecz czysto 
teoretycznie - odrzekł. - Zwłaszcza że na samą wzmiankę o 
tym na twoje policzki wróciły rumieńce.
Beth zmarszczyła brwi. Mack starał się wyglądać na skru-
szonego. Prawdopodobnie tylko udawał, ale zbagatelizowała 
to.
-  No dobrze. Zaczekasz, aż porozmawiam z panią Vitale? A 
potem zabiorę cię gdzieś na kolację.
Popatrzył na nią pełen nadziei.
-  Do domu? Właśnie tam chciałbym spędzić dzisiejszy 
wieczór. W twoim, moim, bez znaczenia. Nie mam nastroju na 
przebywanie wśród ludzi.
Doskonale go rozumiała. Ciągłe bycie w centrum zain-
teresowania jest z pewnością uciążliwe nawet wówczas, gdy 
wszystko w życiu układa się bez zarzutu. Ale znajdować się 
pod obstrzałem wtedy, kiedy jest się przygnębionym, tak jak 
Mack dzisiejszego wieczoru, musi być nie do zniesienia.
Usiłowała sobie przypomnieć, czy ma w domu coś do 
zjedzenia, bo zakupy spożywcze nie były jej najmocniejszą 
stroną, po czym skinęła głową.

background image

-  Znajdzie się coś, co wrzucę do garnka bez obawy, że się 
otrujemy.
-  To mi odpowiada.
-  Zaczekaj kilka minut - poprosiła Beth.
-  Nie spiesz się. - Uśmiechnął się. - Jeśli chcesz zrobić 
przyjemność Tony'emu, powiedz mu, że zapraszasz mnie do 
siebie.
-  Obawiam się, że za bardzo by go to zachęciło do dalszego 
swatania! - Roześmiała się.
Mack nie mógł ochłonąć ze zdziwienia, że Beth go zaprosiła. 
Musiał rzeczywiście sprawiać wrażenie bardzo przybitego, 
skoro wzbudził takie jej współczucie. Niezależnie od 
oczywistej przyczyny zaproszenia, cieszył się, że będzie miał 
okazję zobaczyć jej mieszkanie i być może dostrzec coś, co 
pozwoli mu lepiej ją poznać. Z każdym kolejnym spotkaniem 
wzrastało jego zainteresowanie tą kobietą.
Taka osoba jak Beth, zaangażowana bez reszty w pracę, 
oddana dzieciom znajdującym się w tragicznej sytuacji, była 
w świecie, w którym się obracał, kimś niespotykanym. Z mi-
nuty na minutę wzrastał jego podziw. On spełniał dobry 
uczynek, odwiedzając w wolnym czasie Tony'ego, ona jednak 
wykonywała iście herkulesową pracę, poświęcając chorym 
dzieciom swoje życie.
Kiedy wreszcie wyszła z pokoju Tony'ego, spojrzała na Macka 
z roztargnieniem i skinęła, by za nią szedł.
-  Zaraz idziemy, wezmę tylko torebkę i klucze - powiedziała. 
- Zapiszę ci adres.
W chwilę później podała mu kartkę z adresem domu na 
obrzeżach Georgetown. Miał wrażenie, że wybrała to miejsce 
nie tyle ze względu na prestiżowe sąsiedztwo, ile na bliskość 
szpitala i szybki dojazd w razie pilnego wezwania.
-  Do zobaczenia za dziesięć minut - rzuciła, wsiadając do 
swego samochodu. Auto Macka stało na parkingu dla gości. 

background image

Już miał tam pójść, gdy zobaczył wyraz wahania na jej 
twarzy.
-  O co chodzi? - spytał.
-  Usiłuję sobie przypomnieć, czy mam wino. Chyba nie. Jeśli 
chciałbyś się napić, to wstąp po drodze do sklepu - poprosiła.
-  Jestem za bardzo zmęczony na wino - odparł - ale może ty 
masz ochotę?
-  Nie, chyba że chodzi ci o to, żebym zasnęła nad talerzem. - 
Potrząsnęła głową.
Obserwował jej drobną, delikatną twarz.
-  Posłuchaj, Beth, naprawdę jestem ci wdzięczny za za-
proszenie, ale możemy z tym poczekać.
-  Oboje powinniśmy coś zjeść - stwierdziła autorytatywnym 
tonem lekarza. - Nie wlecz się tylko, bo każę ci jeść szpinak.
-  Tak się składa, że uwielbiam szpinak. - Roześmiał się.
-  O Boże, ciotka rzeczywiście dobrze cię wytresowała.
-  Dajmy spokój ciotce. Ona nie ma z tym nic wspólnego. Na 
razie... - rzucił i musnął ustami jej czoło, zanim zdążyła 
zamknąć drzwiczki samochodu. - Jedź ostrożnie.
W drodze ze szpitala Mack zatrzymał się przed kwiaciarnią, 
kiedy więc zjawił się na progu małego domu z cegły, trzymał 
w rękach ogromny bukiet kwiatów.
Dzwoniąc do drzwi, uświadomił sobie, że od dawna już nie 
czekał na żadną randkę tak niecierpliwie.
Fakt, że inicjatorką tego niespodziewanego spotkania jest 
kobieta, która, jak mu się początkowo zdawało, wcale go nie 
pociąga, tracił na znaczeniu, podobnie jak i to, że w programie 
spotkania nie było seksu. Cieszyła go po prostu perspektywa 
kolacji i interesującej rozmowy, wszystkiego zresztą, co 
mogło opóźnić jego powrót do domu, gdzie dręczyłyby go 
smutne myśli o Tonym.
Na widok kwiatów oczy Beth rozbłysły radością, co Macka 
bardzo wzruszyło. Domyślił się, że niewielu mężczyzn 

background image

obdarzało ją kwiatami, gdyż jej chłodne, profesjonalne za-
chowanie mylnie interpretowali jako odrzucenie kobiecych 
upodobań.
-  Och Mack. - Uśmiechnęła się, wtulając twarz w kwiaty. - 
Co ci strzeliło do głowy?
-  Dżentelmen przychodzący z wizytą zawsze coś przynosi 
gospodyni - wyrecytował.
-  Przypomnij mi, żebym podziękowała twojej ciotce za 
wpojenie ci dobrych manier - odparła. - Mam nadzieję, że 
znajdę dostatecznie duży wazon. Wykupiłeś całą kwiaciarnię?
W zasadzie tak. Sprzedawca już zamykał, więc zależało mu, 
żeby sprzedać jak najwięcej. Były lilie i róże, goździki i frezje, 
gerbery i irysy, i całe mnóstwo innych, których nazw Mack 
nie znał. Pod wpływem impulsu poprosił o wszystkie. Jeśli 
ktokolwiek na świecie zasługiwał na to, by być rozpiesz-
czanym, to z pewnością Beth, która miała za sobą tak ciężki 
dzień. Życzyłby sobie tylko, żeby kwiaty mogły poprawić i 
jego nastrój.
Zastanawiał się, co jeszcze mógłby zrobić dla Beth. Może 
powinien jej załatwić dzień odnowy biologicznej, o której 
kobiety tak często rozmawiają?
-  Mack?
-  Słucham.
-  Dokąd idziesz?
-  Ach, rzeczywiście - zreflektował się i stanął na środku 
przedpokoju. - Właśnie wyobrażałem sobie ciebie w okładach 
z alg.
-  Masz bujną wyobraźnię - rzekła, wskazując mu drogę do 
kuchni.
-  Robiłaś sobie kiedyś takie okłady? - zaciekawił się.
-  Czas i budżet mi na to nie pozwalają - odparła, wyraźnie 
rozbawiona. - A ty?

background image

-  Nie, skąd! - Wzdrygnął się. - Ale słyszałem, jak kobiety o 
czymś takim rozmawiały. Pomyślałem, że może by ci się to 
spodobało.
-  Kto wie? Może kiedyś spróbuję, jeśli trafi mi się wolny 
dzień. - Zamyśliła się na moment. - Choć wydaje mi się to 
stratą czasu i pieniędzy.
-  Zrobienie sobie drobnej przyjemności nigdy nie jest stratą 
czasu i pieniędzy zwłaszcza przy twoim charakterze pracy. 
Powinnaś trochę bardziej o siebie dbać.
-  Czy to twoja nowa misja? - Spojrzała na niego spod oka. - 
Nie dość ci rozweselania Tony'ego, teraz chcesz sprawiać 
przyjemność i mnie?
Tak właśnie było. Nie znaczyło to bynajmniej, że się w niej 
zakochał. Zwykła przyzwoitość nakazuje przecież troszczyć 
się o kogoś, kto spędza życie na opiekowaniu się innymi.
-  Właśnie tak - odrzekł. - Zaraz przedstawię ci mój plan.
-  Nie masz przypadkiem całej drużyny piłkarskiej na głowie? 
Jedenastu mężczyzn? Bo chyba tylu ich jest, prawda?
-  Na boisku tak, ale dochodzą jeszcze ci z ławki rezerwo-
wych. Aha, przypomnij mi, żebym ci przyniósł książkę wy-
jaśniającą zasady futbolu.
-  To na nic. Nawet do niej nie zajrzę. Ale nie wymiguj się od 
odpowiedzi. Mówiłam, że masz własne obowiązki, które z 
pewnością zajmują ci sporo czasu.
-  To zupełnie co innego - odrzekł. - A poza tym ci chłopcy 
mają trenerów, którzy dbają o ich odżywianie, treningi i 
ogólną sprawność. A kto dba o ciebie?
-  Ja jestem dorosła i jestem lekarzem. Doskonale mogę sama 
o siebie zadbać.
-  A robisz to? - spytał Mack.
-  Oczywiście.
-  Aha, a kiedy miałaś ostatnio wolny dzień? - Popatrzył na nią 
z powątpiewaniem.

background image

Długo się zastanawiała. Widział, że nie może sobie przy-
pomnieć.
-  Wystarczy. Od razu widać, że przed całymi tygodniami, 
jeśli nie miesiącami.
-  Właściwie to miałam wolne zeszłej niedzieli. - Westchnęła. 
- Ale wezwano mnie około południa i już zostałam w szpitalu.
-  Właśnie o tym mówię. Nie jesteś z żelaza. Co będzie, jeśli 
się rozchorujesz?
-  Nie rozchoruję się. - Rzuciła mu zniecierpliwione spoj-
rzenie. - Dziękuję ci za troskę, ale to niepotrzebne. - Wskazała 
na lodówkę. - Masz do wyboru jajecznicę albo... - zawahała 
się- ...albo jajka sadzone lub omlet, o ile ser jeszcze nadaje się 
do jedzenia. - Wyjęła żałośnie wyglądający kawałek żółtego 
sera.
-  Gdzie jest telefon? - spytał Mack.
-  Za tobą, na ścianie. Dlaczego pytasz? Mack już wybierał 
numer.
-  Jadasz mięso? - rzucił przez ramię.
-  Tak, ale co ty robisz?
-  Nie widzisz? A pieczone ziemniaki?
-  Uwielbiam.
-  Witaj, Williamie - zaczął, gdy po drugiej stronie pod-
niesiono słuchawkę. - Możesz przygotować dwie porcje filet 
mignons, pieczone ziemniaki w kwaśnym sosie, sałatkę ce-
sarską i jakiś deser czekoladowy?
-  Oczywiście, proszę pana - odpowiedział szef jednej z 
restauracji w Georgetown, należącej do przedsiębiorstwa 
Carlton Industries. - Przysłać do pana?
-  Nie, nie do mnie. - Mack podał adres Beth. - Wystarczy 
wam pół godziny?
-  Oczywiście. Już się robi, panie Carlton.
-  Dziękuję, Williamie. Ratujesz mi życie.
-  Cała przyjemność po mojej stronie, sir.

background image

-  Ach, i jeszcze jedno - rzucił Mack.
-  Słucham?
-  Czy mógłbyś wstrzymać się przynajmniej do rana z 
poinformowaniem o tym Destiny?
-  Sir, nie przekazuję żadnych informacji pańskiej ciotce! - 
obruszył się William.
-  Oficjalnie nie - przyznał Mack. - Ale ona ma sposoby, żeby 
z ciebie wszystko wyciągnąć, prawda?
William zachichotał.
-  Pańska ciotka jest bardzo przebiegła - rzekł. - Potrafi 
dowiedzieć się wszystkiego, co chce wiedzieć. Większość 
mężczyzn uważa, że nie sposób jej się oprzeć.
-  Oprzeć nie oprzeć, postaraj się jednak tym razem zachować 
dyskrecję, bo inaczej moje życie zmieni się w koszmar - 
zaznaczył Mack.
-  To tylko dlatego, że pani Destiny bardzo troszczy się o pana 
i pańskich braci - powiedział William. - Powinniście być 
szczęśliwi, że macie taką ciotkę. Nie wiem jednak, czy to 
doceniacie.
-  Zapamiętam, Williamie.
-  Powinien pan, sir. Zaraz przyślę kolację.
Mack westchnął, żałując swej decyzji. Obawiał się, że tym 
telefonem uruchomił całą machinę. Cóż, kiedy mimo swego 
długiego języka William smażył najlepsze befsztyki w mie-
ście.
Kiedy odwiesił słuchawkę, Beth popatrzyła na niego z lekkim 
zdziwieniem.
-  Dzwoniłeś do Williama z William's Steak House? -spytała.
Skinął głową.
-  I mają ci przysłać zamówione danie w ciągu trzydziestu 
minut? - Wciąż nie mogła wyjść ze zdumienia.
-  Tak.

background image

-  A potem, jak się bez trudu domyślam, doniosą wszystko 
twojej ciotce?
Mack znów skinął głową.
-  Żyjesz w fascynującym świecie - stwierdziła.
-  Zdarzają się ciekawe momenty. - Mack skrzywił się lekko. - 
Domyślam się, że twoja rodzina jest pod każdym względem 
normalna. - Spojrzał pytająco.
Przez twarz Beth przebiegł cień, którego nie potrafił zin-
terpretować.
-  Niezupełnie? - spytał.
-  To zależy, co się rozumie pod słowem „normalny" - od-
parła, unikając jednoznacznej odpowiedzi.
-  Mnie wychowywała ciotka, która życie traktuje jak wielką 
przygodę, a mieszanie się w cudze sprawy podniosła do rangi 
sztuki. Znam więc bardzo nieprecyzyjną definicję 
normalności. Masz rodzeństwo? - spytał.
W oczach Beth pojawił się smutek i Mack natychmiast 
przypomniał sobie o bracie, który jako dziecko zmarł na bia-
łaczkę. 
-  Wybacz, zapomniałem - zmitygował się.
-  Nie szkodzi. Czasem wydaje mi się, że to się stało cale 
wieki temu, a innym razem, że dopiero wczoraj.
-  Ilekroć widzisz, jak umiera któryś z twoich pacjentów, 
czujesz to tak, jakbyś znowu przechodziła przez śmierć brata.
-  Chyba tak, ale gdy on zmarł, byłam jeszcze mała, więc 
zdawałam sobie tylko sprawę, że ktoś, kogo bardzo kocham, 
ciężko choruje, a potem odchodzi. Uczyniło to ogromną pu-
stkę w moim życiu, bo Tommy był wszystkim, co miałam.
-  Chodzi ci o to, że nie miałaś innego rodzeństwa? - domyślił 
się Mack.
Beth potrząsnęła głową.
-  Chodzi mi o to, że po jego śmierci rodzice, którzy byli 
naukowcami, całkowicie oddali się pracy. Nigdy nie lubili 

background image

życia towarzyskiego, rzadko wychodzili z domu, ale po 
śmierci Tommy'ego odizolowali się zupełnie od ludzi. Po-
chłonęło ich poszukiwanie odpowiedzi na nurtujące ich pyta-
nia. Na ogół wracali do domu, kiedy już spałam, a wychodzili, 
zanim wstałam. Rzadko ich widywałam.
Mack wyczuł w tych słowach bolesną nutę i następny element 
puzzli wskoczył na swoje miejsce.
-  A więc na wybór zawodu nie wpłynęła tylko choroba i 
śmierć brata? Wiąże się on również z rodzicami?
Beth wydawała się wstrząśnięta tym stwierdzeniem i ode-
tchnęła z ulgą, gdy rozległ się dzwonek u drzwi. Nie musiała 
odpowiadać na to pytanie.
-  Wrócimy do tej rozmowy - zastrzegł Mack, idąc w kierunku 
wejścia.
Gdy po chwili wrócił, Beth nakrywała do stołu. Postawił na 
nim przyniesione dania i je rozpakował.
-  Pachnie cudownie - zachwyciła się Beth nieco zbyt radośnie 
i usiadła. - Musisz dużo zamawiać u Williama, żeby być tak 
błyskawicznie obsługiwanym.
-  Owszem, ale jest to również, na jakiejś tam zasadzie, 
restauracja należąca do naszej firmy.
Beth obserwowała go przez chwilę.
-  W rzeczywistości niezbyt cię to wszystko obchodzi, 
prawda?
-  Tylko wtedy, gdy jest mi to na rękę, jak choćby dzisiaj
- odparł. - Dzięki Bogu, nie muszę się tym wszystkim zajmo-
wać. Firmą znakomicie kieruje Richard.
-  Nigdy nie miałeś ochoty zażądać swojej części rodzinnej 
schedy? - zdziwiła się.
-  Nie. Zarobiłem wystarczająco dużo grą w futbol, mimo że 
moja kariera szybko się skończyła. Poczyniłem parę in-
westycji, które wykorzystałem, by kupić udziały w drużynie. 
Kocham futbol. Wciąż jeszcze pasjonuje mnie strategia i tak-

background image

tyka gry. Nie interesują mnie natomiast sprawy związane z 
przedsiębiorstwem, fabrykami, restauracjami i czym tam 
jeszcze w Carlton Industries. - I nie próbuj zmieniać tematu!
- Pogroził jej palcem. - Nie zapomniałem, że rozmawialiśmy o 
twojej rodzinie.
Nastrój Beth wyraźnie się pogorszył.
-  Nie mam na ten temat nic więcej do powiedzenia 
-skwitowała.
-  Próbujesz im coś udowodnić? Może w końcu zwrócić na 
siebie ich uwagę, której ci nie poświęcali, gdy byłaś dziec-
kiem?
Beth podniosła do ust kawałeczek mięsa i przeżuwała go w 
zamyśleniu.
-  Bardzo możliwe - rzekła w końcu, zaskakując go tymi 
słowami.
-  Czego się od nich nauczyłaś? - pytał dalej.
-  Nauczyłam się wszystkiego o poświęceniu i obowiąz-
kowości.
-  Ależ oni zrobili ci krzywdę, Beth. Możesz to nazwać 
nieszkodliwym zaniedbaniem, jeśli chcesz być wspaniało-
myślna, ale to w rzeczywistości krzywda. Naprawdę chcesz 
przeżyć życie, nie zwracając uwagi na otaczających cię ludzi, 
rezygnując z życia osobistego?
-  Tak właśnie myślisz? - Beth była zdumiona. - Uważasz, że z 
nikim się nie umawiam, bo próbuję naśladować rodziców?
-  To przecież jasne jak słońce.
-  Nie bądź taki Freud - odrzekła cierpko.
-  Zaprzeczasz?
-  Oczywiście. Ciężko pracuję, bo kocham swoją pracę, bo to, 
co robię, jest dla mnie bardzo ważne.
-  Na pewno twoi rodzice myśleli tak samo. Czy dzięki temu 
mniej płakałaś, kiedy kładłaś się do łóżka i nikt nie opowiadał 
ci bajek ani nie utulał na dobranoc?

background image

-  Nie wiem, o czym mówisz. - Beth upierała się przy swoim. - 
Kiedy mój brat umarł, miałam dziesięć lat. Byłam już za duża 
na bajki.
-  Ale nie na pocałunek przed snem - podkreślił Mack, 
przypominając sobie pocałunki Destiny, które rozdzielała, 
nawet gdy protestowali, uważając, że są za dorośli na takie 
pieszczoty. On i Ben zresztą uwielbiali to. Richard buntował 
się najbardziej z całej trójki, ale Mack doszedł teraz do wnio-
sku, że właśnie ten brat najbardziej potrzebował 
zainteresowania, a ciotka instynktownie to wyczuwała i 
ignorowała jego protesty.
-  To wcale nie było ważne - upierała się Beth.
-  Jeśli tak uważasz... - Mack wzruszył ramionami. Spojrzał jej 
w oczy i dostrzegł zmieszanie i bezradność, które tak bardzo 
starała się ukryć.
-  Patrząc na moje życie, uważasz, że jestem w uprzywile-
jowanej sytuacji, prawda?
Skinęła głową.
-  Bo moja rodzina ma pieniądze?
-  Oczywiście.
-  Pieniądze ma, to nie ulega wątpliwości. One wiele ułatwiają, 
to też nie ulega wątpliwości. Ale czy wiesz, co naprawdę 
uczyniło nasze życie bogatym?
-  Co?
-  Raczej kto. Ciotka, która bez wahania zrezygnowała z życia, 
które lubiła, z ukochanego mężczyzny i wróciła do Stanów, 
żeby się zaopiekować trzema małymi chłopcami. Prawie ich 
nie znała, ale oni jej potrzebowali. Od kiedy nasi rodzice 
zginęli, Destiny była przy nas każdego wieczoru, by nas utulić 
do snu i zapewnić, że wszystko będzie dobrze. Uczyła nas na 
swoim przykładzie, że zawsze można cieszyć się życiem... 
dopóki się żyje. Nie uciekła, nie kryła się przed nami, nie 
pozostawiła nas samych z naszym bólem.

background image

Beth odłożyła widelec i popatrzyła mu w oczy.
-  Twoja ciotka jest niezwykłą osobą, ale i moi rodzice starali 
się być dla mnie jak najlepsi - przekonywała, choć ta obrona 
wypadła blado.
-  Cóż, jeśli chcesz znać moje zdanie, nie byli dobrzy. 
Zirytował się, wyobraziwszy sobie, jak przerażona i samotna 
musiała być Beth po śmierci brata, jak bardzo musiała się bać, 
że i ją spotka podobny los. Czy rodzice starali się ją uspokoić? 
Prawdopodobnie nie. Pochłonięci własnymi sprawami, 
zapewne nawet nie zauważyli, jak bardzo córce potrzeba 
poczucia bezpieczeństwa. Może zresztą uważali jej lęk za 
słabość, co raz na zawsze powstrzymało ją przed wyrażaniem 
własnych obaw.
-  Nie masz prawa tak mówić - powiedziała łamiącym głosem. 
- Nikt nie ma. Nie było cię przy tym. Nie wiesz, czym była dla 
nas śmierć Tommy'ego.
-  Nie. Oczywiście, że nie, ale sama myśl o tym, co to 
oznaczało dla ciebie, dobija mnie.
-  Nic mi się nie stało - oznajmiła, ale łzy, które się pojawiły w 
jej oczach, świadczyły o czymś przeciwnym.
-  Ach, Beth - szepnął, wstając i biorąc ją w ramiona. 
-Wybacz. Mogę oburzać się na to, co oni ci zrobili, ale za nic 
na świecie nie chciałem doprowadzić cię do łez.
-  Nie płaczę - wykrztusiła, wtulając twarz w jego pierś.
-  No dobrze, nie płaczesz. - Czuł przez koszulę jej łzy.
-  Nigdy nie płaczę - oświadczyła stanowczo.
Miał wrażenie, że spędziła życia na ćwiczeniu się, by to 
kłamstwo brzmiało przekonująco.
-  Wiem - powiedział, przytulając Beth do siebie, zdziwiony, 
że ktoś tak wrażliwy i uczuciowy daje sobie radę w 
dramatycznych sytuacjach, z jakimi styka się na co dzień. 
Miała więcej siły niż niejeden z jego zawodników, a już z całą 
pewnością więcej niż on sam.

background image

Gdy podniosła głowę, ujrzał łzy lśniące na jej rzęsach. Nie 
mógł się opanować. Pochylił się, by pocałować wilgotny ślad 
najpierw na jednym, potem na drugim policzku. Słone łzy, 
delikatna jak płatki róży skóra odurzyły go mocniej niż dobre 
wino. Musiał oprzeć się pożądaniu, wypuścić Beth z objęć, 
zanim sprawy wezmą obrót, którego żadne z nich nie przewi-
dywało.
Ale w tym momencie Beth leciutko uniosła głowę i jej usta 
odnalazły jego wargi. Był zgubiony.

background image

ROZDZIAŁ 7
Beth nigdy tak bardzo jak teraz nie pragnęła męskiego dotyku. 
Co prawda, nie spodziewałaby się, że marzyć będzie o 
znalezieniu się w ramionach Macka, ale w tym momencie 
mogła myśleć tylko o tym, jak położył dłonie na jej piersiach i 
delikatnie je pieścił.
-  Jeszcze - poprosiła, gdy się odsunął, zdziwiony tak samo jak 
ona tym, co zaszło.
-  Beth, jesteś pewna, że chcesz tego? - Patrzył na nią bacznie. 
- To był długi, męczący dzień, wolałbym nie wykorzystywać 
twojego chwilowego nastroju, nie chcę, żebyśmy zrobili coś, 
czego jutro możesz żałować. Do diabła, jeszcze parę minut 
temu nie miałem pewności, czy mnie choćby lubisz.
-  Przypuszczam, że teraz oboje już to wiemy - powiedziała 
uszczypliwie.
Słyszała w jego głosie prawdziwą troskę, więc miała pewność, 
że się nie myli. To, co powiedział, było prawdą. Zdenerwował 
ją i zmęczył tymi wszystkimi pytaniami o stosunki z 
rodzicami. Otworzył zabliźnione rany.
Do tej pory nikt tak bardzo nie starał się zajrzeć za mur, 
którym się otoczyła. Magiczna więź połączyła ją z Mackiem, a 
tego wieczoru na dodatek odczuwała pragnienie, by ulec 
zmysłom.
Spojrzała mu głęboko w oczy.
-  Chcę tego - zapewniła go. - Chcę czuć, że żyję, Mack. 
Wiem, że ty też. Proszę, daj mi to...
Beth nie miała wątpliwości, że Mack musi być dobrym 
kochankiem - nie darmo miał opinię playboya - ale nie spo-
dziewała się, że potrafi do niej dotrzeć. Tymczasem było tak, 
jakby obydwa ciała wiedziały o czymś, czego nie wiedziały 
umysły, jakby łączyła je bliska więź, która sprawiła, że wy-
starczyło dotknięcie, by ujawnić to, co w obojgu było utajone.
-  Do sypialni? - wyszeptał.

background image

-  Nie, tutaj! - krzyknęła, zdumiona własnym zachowaniem.
Chciała zapomnieć o bożym świecie, a to był jedyny sposób. 
Wolała nie mieć czasu na myślenie, na analizowanie, 
zastanawianie się, czy nie jest to przypadkiem akt rozpaczy, 
którego przyjdzie jej ciężko żałować.
Mack w pośpiechu zerwał z Beth bluzkę. Schylił się i dotknął 
piersi, całował je i ssał. Beth miała wrażenie, że od tej 
pieszczoty rozpadnie się na drobne kawałeczki.
Tymczasem Mack zręcznym ruchem rozpiął stanik, podniósł 
spódnicę i ściągnął majteczki. Zaczął pieścić źródło kobiecej 
rozkoszy, aż Beth krzyknęła.
Popatrzyła w oczy Macka i ujrzała w nich tę samą rozpaczliwą 
potrzebę i to samo pożądanie, które ją trawiło. Szybkimi 
ruchami założył prezerwatywę, po czym uniósł Beth i 
wypełnił ją sobą, przyciskając plecami do ściany w kuchni. 
Oplotła go nogami i pomyślała jeszcze tylko, że postura 
piłkarza i siła kulturysty to niezaprzeczalne zalety mężczyzny.
Czuła chłód ściany, słyszała chrapliwy oddech Macka przy 
uchu, czuła, jak porusza się w niej miarowo, jak tężeją mu 
mięśnie pod jej palcami, chłonęła zapach wody po goleniu i 
zapach seksu. Wszystko to było cudowne, zdumiewające, 
wszechogarniające... i szokujące nieoczekiwaną inten-
sywnością.
Gdy po raz drugi wstrząsnął nią dreszcz rozkoszy, ogarnęła ją 
słabość, jak gdyby została wyrzucona przez sztorm na brzeg 
morza. Ale równocześnie czuła się upojona, jakby sięgnęła 
gwiazd.
Pomału, och, pomału. Ze wszystkich sił starała się opóźnić 
powrót na ziemię - do rzeczywistości, która już nigdy nie 
będzie taka sama. Dokoła leżały porozrzucane rzeczy, na 
podłodze wylądował talerz, szklanka przewróciła się na stole i 
wysypały się z niej kostki lodu.

background image

Mack sięgnął po jedną kostkę i lekko przeciągnął nią po jej 
piersi, a potem niżej i niżej, podążając ustami tym samym 
tropem. Dotknięcie lodu, a zaraz potem jego rozpalonych 
warg znowu wprawiło ją w stan ekstatycznego podniecenia. 
Wtuliła się w Macka i pozwoliła, by kolejny raz zawładnęły 
nią zmysły.
Później walczyła z własnym zażenowaniem, uciekając 
wzrokiem, aż w końcu ujął za brodę i zmusił, by spojrzała mu 
w oczy.
-  Wiesz co? Gdybym coś takiego wyczyniał z kimś innym, 
bałbym się, że zemdleję - powiedział.
-  A ze mną nie? - zaśmiała się.
-  Nie. Domyślam się, że znasz się na reanimacji i masz 
dostateczną motywację, by mnie uratować, a więc możemy to 
zrobić jeszcze raz.
-  Jeszcze raz? - Skrzywiła się w udawanym oburzeniu na ten 
przejaw męskiej buty.
-  Koniecznie! - Roześmiał się. - Może nie za dziesięć minut, 
ale na pewno jeszcze raz.
-  W takim razie chodźmy do sypialni.
Leżąc w środku nocy obok Beth, Mack próbował ogarnąć 
myślą sytuację. Beth wydawała się równie zdumiona własną 
reakcją jak i on, zastanawiał się więc, czy spodziewała się, jak 
to będzie, czy też dopiero on rozbudził w niej ukrytą 
namiętność. Oczywiście wolałby to drugie.
Niestety, zdawał sobie również sprawę z tego, że to, co 
wydawało się naturalne i nieuniknione wieczorem, rano stanie 
się kłopotliwe dla nich obojga, niezależnie od tego, jak bardzo 
by się tego wypierali. Przemknęło mu przez myśl, by 
wymknąć się przed świtem, ale odrzucił ten pomysł z paru 
względów. Po pierwsze, byłoby to tchórzostwo. Po drugie, 
dręczyłoby go wyobrażenie wyrazu jej twarzy, gdy odkryje, że 
uciekł. Po trzecie wreszcie, zdawał sobie sprawę, że nie jest w 

background image

stanie opuścić jej łóżka, nawet gdyby tego chciał. Ma dość 
energii, żeby się kochać jeszcze i rano, i nie zamierza 
rezygnować z tego po to tylko, by wykraść się z jej domu 
ukradkiem niczym złodziej.
Po raz pierwszy od miesięcy, a może nawet lat, nie zasnął od 
razu, gdy skończyli się kochać, bojąc się, że popełniłby w ten 
sposób błąd. Nabrał też przeświadczenia, że postąpił dobrze. 
Był pewien, że po raz pierwszy to, co robił, zasługiwało na 
określenie „kochać się".
Beth leżała z głową na jego piersi. Mack był wyczerpany, ale 
wciąż czuł w sobie niespożyte zasoby energii. Był zafa-
scynowany kobietą, która okazywała lekceważenie wszyst-
kiemu, co dla niego było ważne. Najwyraźniej doszła do 
wniosku, że w końcu nie jest złym facetem. A może po tym 
okropnym dniu tak samo rozpaczliwie jak on pragnęła blisko-
ści drugiej osoby.
Stanięcie twarzą w twarz ze śmiercią grożącą dwunasto-
letniemu chłopcu, którego zaczynał kochać, wstrząsnęło 
Mackiem. Zazwyczaj życie go bawiło, a praca wydawała się 
przyjemnym zajęciem. Od chwili zaś poznania Tony'ego coraz 
trudniej przychodziło mu przyjmować do wiadomości, że 
wokół jest tyle nieszczęścia. Ostatniego wieczoru coś w nim 
pękło.
Beth westchnęła i wtuliła się w niego jeszcze bardziej, głowę 
wsunęła pod jego brodę, rękę ułożyła w niebezpiecznej 
bliskości miejsca, na które starał się nie zwracać uwagi, by 
Beth mogła się trochę przespać.
Poruszyła się i przesunęła nieco, po czym nagle, jakby pod 
wpływem impulsu otworzyła oczy. Odsunęłaby się, gdyby jej 
nie przytrzymał.
-  Dokąd to się wybierasz? - spytał.
-  Do... na moją stronę łóżka - wybąkała.
-  Dobrze nam tu. Spojrzała mu w oczy.

background image

-  Naprawdę? - spytała ze zdziwieniem. - Nie przeszkadzam 
ci?
-  Och, z pewnością mi przeszkadzasz - odparł. - To chyba 
widać?
Podążyła za jego wzrokiem i oblała się rumieńcem.
-  Nie miałam pojęcia...
-  Że znowu chcę się z tobą kochać?
-  Że w ogóle jest to możliwe.
Ta uwaga powiedziała Mackowi wszystko, co chciał wiedzieć 
o jej doświadczeniu z przeszłości. Czuł wcześniej zazdrość o 
mężczyznę, który dawno temu ją zranił, ale teraz minęła bez 
śladu.
-  Cóż, facet musiałby być z kamienia, żeby nie nabrać na 
ciebie jeszcze większego apetytu po dwukrotnym posmako-
waniu - zauważył.
Odwróciła wzrok, wyraźnie rozbawiona.
-  Nie jestem pewna, czy to trafna uwaga. - Zachichotała. - W 
tej chwili wyglądasz na twardego jak kamień. A tak dla 
ścisłości, to było więcej niż dwa razy.
-  Skoro już nie śpisz i tak sprawnie liczysz, może powinniśmy 
to wykorzystać?
-  Pozwolisz, że użyję terminologii medycznej. Taką właśnie 
kurację zalecam - oznajmiła i przytuliła się do niego.
Nie zdziwiło go, że jest równie ochocza i gotowa jak on. 
Dowiodła już, że jej apetyt na seks dorównuje jego apetytowi. 
Dziwiło go tylko, że tak otwarcie okazuje uczucia. Byłby 
mniej zaskoczony, gdyby go powstrzymała już po tym pierw-
szym razie, na dole. Namiętność rozgorzała w nich na nowo, 
tym razem jednak kochali się znacznie wolniej, jak gdyby 
wcześniejsze doznania dały im teraz czas na smakowanie 
każdej pieszczoty. Mack nie spieszył się, rozkoszując każdym 
gestem i ruchem. W oczach Beth widział te same odczucia, 
gdy razem wspinali się na szczyt rozkoszy.

background image

Gdy się tam znaleźli, a ich ciała zalśniły kropelkami potu i 
napięły się, z ust obojga wyrwał się równoczesny okrzyk 
spełnienia.
Mack zamknął oczy i dopiero teraz zasnął, nie wypuszczając 
Beth z objęć.
Beth nie była rannym ptaszkiem. Tylko samodyscyplina i 
poczucie obowiązku kazały jej sięgnąć po dzwoniący budzik i 
wcisnąć guzik.
Mack! Przypomniała sobie minioną noc, każde dotknięcie, 
każdy pocałunek, każdą pieszczotę i krew zaczęła od razu 
szybciej płynąć w jej żyłach. Uśmiechnęła się. To lepsze niż 
budzik, pomyślała. Poczuła się pełna energii, ożywiona. 
Szkoda, że nie ma czasu, by odpowiednio to spożytkować. 
Wysunęła się z jego ramion. Spał kamiennym snem człowieka 
zmęczonego. Znowu się uśmiechnęła, uświadomiwszy 
sobie, że to ona doprowadziła go do takiego stanu. Coś podo-
bnego! Sprawny fizycznie zawodowy sportowiec - i playboy - 
niezdolny do wykonania żadnego ruchu! Wchodząc pod 
prysznic, wciąż się uśmiechała.
Gdy zimna woda dotknęła jej rozgrzanej skóry, zasłona 
prysznica odsunęła się i do kabiny wszedł Mack.
Nie wiedziała, czy jest gotowa na taką intymność nawet po 
wspólnie spędzonej nocy.
-  Co ty wyprawiasz?! - obruszyła się.
-  Łóżko bez ciebie wydawało mi się puste - wyjaśnił. -A 
ponadto nie mogę pozwolić, byś mi się wymknęła bez 
pocałunku na dzień dobry.
-  Zdaje mi się, że masz ochotę na coś więcej niż pocałunek - 
zauważyła.
Roześmiał się i przyparł ją do kafelków pokrywających ścianę 
kabiny.
-  Jestem gotów do negocjacji - oświadczył.

background image

- Należysz do rodziny Carltonów i negocjowanie to twoja 
druga natura. Jestem pewna, że zawsze uzyskujesz to, o co ci 
chodzi.
- Przekonajmy się, jak nam pójdzie.
-  Bardzo chętnie.
Kilkanaście minut później Beth z trudem utrzymywała się na 
nogach, a całe jej ciało płonęło, mimo że lał się na nie 
strumień zimnej wody. Popatrzyła Mackowi w oczy.
-  Coś ty ze mną zrobił? - spytała. - Mam zwyczaj zaczynać 
dzień od owsianki.
-  Ale to jest zdrowsze - zauważył.
-  No, nie wiem. Jakaś jestem słaba - stwierdziła. Wyglądał na 
zadowolonego z siebie.
-  Ubierz się, a ja przygotuję śniadanie. Myślę, że jajka, bo 
potrzebujesz białka.
-  Nie ma na to czasu - zaprotestowała, wychodząc spod 
prysznica.
Owinęła się ręcznikiem kąpielowym i pobiegła do sypialni. 
Rzut oka na zegarek upewnił ją, że się nie myli.
-  Zaczekaj. Śniadanie jest najważniejszym posiłkiem w ciągu 
dnia - przekonywał Mack. - Jako lekarz, powinnaś o tym 
wiedzieć.
-  Wiem, ale wiem też, że czeka mnie bardzo ciężki dzień, a 
już jestem spóźniona.
-  A zatem jeszcze dziesięć minut nie zrobi chyba większej 
różnicy, prawda?
Beth starała się nie patrzeć, jak Mack wciąga slipy na 
umięśnione, kształtne pośladki. Odwrócił spodnie na prawą 
stronę i szybko je włożył, nie zapinając ich w pasie. A ponie-
waż nie miał na sobie nic więcej, podziwiała jego zgrabną, 
muskularną sylwetkę, gdy opuszczał pokój, nie tracąc czasu 
na dalsze dyskusje.

background image

Sięgnęła do szafy po pierwszą z brzegu bluzkę i spódnicę, i 
pospiesznie się ubrała. Przejechała szczotką po zwichrzonych 
włosach, pociągnęła szminką wargi i już była gotowa. Gdy 
wchodziła do kuchni, sprawiała wrażenie całkiem innej 
kobiety. Nic nie wskazywało na to, że przeżyła zmysłową noc. 
Była na powrót panią doktor, opanowaną, skupioną, 
profesjonalną.
Mack postawił na stole sok i właśnie zsuwał na talerz perfek-
cyjnie usmażone jajka. Miał już na sobie koszulę, ale 
szczęśliwie jej nie zapiął. Beth z przyjemnością więc na niego 
patrzyła, nabierając przekonania, że łatwo by jej było 
uzależnić się od tego widoku, a to mogłoby się okazać 
niebezpieczne.
-  Siadaj - polecił tonem nieznoszącym sprzeciwu, co nawet 
miało pewien urok.
-  Tylko na pięć minut - zastrzegła.
Nie chciała się z nim spierać, zwłaszcza że rzeczywiście była 
głodna, a jajka, które ona smażyła, nigdy nie wyglądały tak 
apetycznie.
-  Znalazłeś gdzieś pieczywo? - zdziwiła się na widok 
włączonego opiekacza.
-  Leżało w zamrażalniku - odrzekł. - Powinnaś tam czasem 
zaglądać - dodał kąśliwie.
Położył przed nią posmarowaną masłem grzankę, po czym 
usiadł naprzeciw z kubkiem kawy w ręku.
-  Ty nie jesz? -spytała.
-  Nie wystarczyło jajek. Zjem u siebie - powiedział.
-  Możemy się podzielić - zaproponowała, podsuwając mu 
talerz.
-  Nie. Przygotowałem je dla ciebie, ze specjalnym dodatkiem.
Zmarszczyła czoło.
-  Chyba nie znalazłeś tu trucizny?
-  Dlaczego miałbym cię otruć?

background image

-  Żebym nie mogła nikomu opowiedzieć o nocy spędzonej w 
ramionach kobiety, która nie jest ani olśniewającą modelką, 
ani seksowną aktorką - wyjaśniła. Wątpliwości ogarnęły ją 
wtedy, kiedy Mack wychodził z sypialni. Teraz się nasiliły.
-  Oszalałaś? - Spojrzał na nią z niedowierzaniem. - Nie masz 
pojęcia, ile bym zyskał w oczach opinii publicznej, gdybym 
mógł ogłosić, że spałem ze wspaniałą, inteligentną, oddaną 
swej pracy panią doktor. Nic by tak nie poprawiło mego 
wizerunku. Należałoby więc mówić o tym jak najgłośniej, a 
nie ukrywać. - Roześmiał się. - Co nie znaczy, oczywiście, że 
będę to robić.
Beth poczuła rozpierającą ją radość. A więc nie wstydzi się, że 
spędził z nią noc. Nie oczekiwała komplementów, ale było jej 
miło, że usłyszała tak krzepiące słowa.
-  Dlaczego tak mówisz? - Nie mogła się powstrzymać przed 
tym pytaniem.
-  Ludzie mogliby w końcu zauważyć, że mam również mózg.
Nigdy nie przyszło jej do głowy, że sława piłkarza i playboya 
może powodować, iż ludzie nie traktują Macka poważnie. A 
przecież sama tak zareagowała. Dopóki go nie poznała lepiej, 
uważała, że jest powierzchowny, zarozumiały, pozbawiony 
wrażliwości. I nawet dyplom prawnika nie poprawiał tego jej 
wyobrażenia, skoro z niego nie korzystał. Zastanawiała się 
nawet, czy nie prześliznął się przez studia ze względu na 
pozycję rodziny. Na szczęście udało się jej nie zdradzić tych 
myśli. Wciąż jeszcze ogarniał ją wstyd na wspomnienie swojej 
uwagi, którą on usłyszał, gdy przyszedł po raz pierwszy 
odwiedzić Tony'ego.
-  Wybacz - powiedziała. - Nie przyszło mi do głowy, jak to 
wszystko wygląda z twojego punktu widzenia - uspra-
wiedliwiała się.
-  A niby dlaczego miałoby przyjść? - Wzruszył ramionami. - 
Nigdy zresztą nie broniłem się przed swą opinią, bo jeśli w 

background image

końcu pozwolę, by jakaś kobieta potraktowała mnie poważnie, 
będzie to znaczyć, że w grę wchodzą prawdziwe uczucia - 
wyjaśnił.
W tonie, jakim wygłosił to oświadczenie, było coś, co 
wzmogło jej czujność.
-  Ostatnia noc nie powinna ci dawać powodów do niepokoju - 
zapewniła. - Nie wiążę z nią żadnych oczekiwań. Po prostu 
dwoje ludzi potrzebowało się nawzajem, i tyle.
-  I tyle? - powtórzył, przyglądając się jej bacznie.
-  A co w tym dziwnego? - Zmusiła się do obojętnego tonu.
-  Nic, nic, po prostu wydawało mi się...
-  Ależ Mack, nie rób z tego wielkiej sprawy! Nie musisz się 
niczym martwić.
-  Dobrze wiedzieć. - Pokiwał głową.
Beth spodziewała się ujrzeć ulgę w jego oczach, ale się jej nie 
doczekała. Była przekonana, że zamiast ulgi w spojrzeniu 
Macka widać rozczarowanie.
Może zresztą tak jej się tylko wydawało, ponieważ właśnie w 
tej chwili poczuła się tak zawiedziona jak jeszcze nigdy w 
życiu. Gdyby nie musiała iść do szpitala, zastanowiłaby się 
zapewne spokojnie, skąd to odczucie.
Z drugiej strony perspektywa spędzenia w towarzystwie 
Macka choćby paru następnych minut, gdy była tak rozbita i 
tak przeczulona, wydawała się nie do zniesienia.
- Muszę pędzić - powiedziała, wstając od stołu. - Zatrzaśnij 
drzwi, wychodząc.
Zanim zdążył zareagować, chwyciła torebkę, klucze i wypadła 
z domu. Chciała jak najprędzej znaleźć się w samochodzie, 
sama i bezpieczna, i ruszyć przed siebie, zanim na rzęsach 
pojawią się zdradzieckie łzy.

background image

ROZDZIAŁ 8
Jeszcze przez dłuższy czas po wyjściu Beth Mack nie ruszał 
się z miejsca. Siedział przy stole, wpatrzony w ścianę, i zasta-
nawiał się, dlaczego po tak niewiarygodnej nocy czuje się 
podle. Na pewno nie dlatego, że był wobec Beth szczery, że 
dał jej do zrozumienia, by nie oczekiwała zbyt wiele po tym, 
co zaszło. Odbywał taką rozmowę wiele razy, z dziesiątkami 
kobiet. Była to część gry, tak samo rutynowa jak podrywanie, 
które z biegiem czasu stało się jego drugą naturą. Zwykle 
odczuwał ulgę, gdy wszystko już zostało jasno powiedziane.
Ale Beth nie była jedną z tych kobiet, z którymi miał 
dotychczas do czynienia. One od pierwszej chwili znały regu-
ły gry i akceptowały je. Prawdę mówiąc, kierowały się też 
własnymi regułami, określającymi poziom zaangażowania 
uczuciowego, na jakie miały w danym momencie chęć.
Z Beth sprawy wyglądały inaczej. Choć pozowała na 
obojętną, a nawet nonszalancką, w rzeczywistości, o czym 
zdążył się przekonać, była tak krucha i delikatna, że wydawało 
się, iż pod byle mocniejszym dotknięciem rozpadnie się na 
kawałeczki. Wystarczyło posłuchać jej głosu, spojrzeć w oczy, 
by zorientować się, jak bardzo jest bezbronna i wrażliwa.
Po raz pierwszy od dawna Mack nie czuł dumny z siebie i ze 
swojej otwartości. Uważał ją teraz za wykręt, za sposób na 
uwolnienie się od poczucia winy, że robi wyłącznie to, na co 
ma ochotę. Zdawał sobie sprawę, że gdyby ciotka dowiedziała 
się o wszystkim, miałaby wiele do powiedzenia na temat tego, 
jak potraktował Beth. On sam zresztą miał o to do siebie 
pretensję.
Oczywiście on i Beth byli dorośli, świadomi swoich czynów. 
Ona chciała, żeby stało się to, co się stało, tak jak i on. Tyle 
że, jak się zorientował, dla niej ta noc wiele znaczyła. Do 
diabła, dla niego też, ale nie zamierzał się przyznać ani pod-
trzymywać tej znajomości. Na pierwszy sygnał ostrzegawczy, 

background image

że może się zaangażować uczuciowo, z zasady robił w tył 
zwrot i nie oglądał się za siebie.
Dotychczasowe doświadczenie podpowiadało mu, że gdyby 
miał choć trochę oleju w głowie, zacząłby omijać szpital 
szerokim łukiem. Nie może zaprzestać wizyt u Tony'ego, lecz 
może unikać spotkań z Beth. Znał już na tyle jej rozkład zajęć, 
że powinno mu się to udać. Koniec z wpadaniem do jej 
gabinetu tylko po to, by rzucić na nią okiem. Koniec z kola-
cjami poza szpitalem. Nie miał wątpliwości, że właściwie 
odczytała jego zachowanie tego ranka, ale trzeba je poprzeć 
dalszym konsekwentnym postępowaniem.
Jeśli więc będzie się trzymał swego sprawdzonego schematu 
działania... W tym momencie uświadomił sobie z przykrością, 
że będzie się czuł jeszcze gorzej niż w tej chwili. Zaczął się 
obawiać, że tym razem nie postępuje roztropnie.
Kiedy zadzwonił telefon, w pierwszej chwili nie zareagował. 
Beth wyjechała z domu później niż zwykle, a więc być może 
dzwonili ze szpitala. Może to coś pilnego, przynajmniej powie 
im, że Beth jest już w drodze. Czy jednak nie zaczną się 
plotki, jeśli w słuchawce rozlegnie się męski głos? Jak ona by 
zareagowała, dowiedziawszy się, że odebrał telefon?
Telefon nie przestawał dzwonić, więc wreszcie sięgnął po 
słuchawkę.
-  Halo, tu mieszkanie doktor Browning - odezwał się. 
Odpowiedziała cisza.
-  Słucham - powtórzył.
-  Kim pan, u diabła, jest i dlaczego odbiera pan telefon Beth? 
- usłyszał władczy męski głos, którego właściciel nie ukrywał 
wrogości.
To pytanie mogło prowadzić na ścieżkę, na którą nie za-
mierzał wchodzić, zwłaszcza że rozmówca nie był uprzejmy 
się przedstawić.

background image

-  Jestem znajomym doktor Browning - zaczął ostrożnie. - 
Właśnie pojechała do szpitala. Czy mam jej coś przekazać?
Znowu odpowiedziała cisza.
-  Słucham? - powtórzył.
-  Nie. Porozmawiam z nią, gdy wróci - powiedział w końcu 
mężczyzna. - Zamierzam ją powiadomić, że z panem 
rozmawiałem.
Mack mimo woli uśmiechnął się, słysząc ostrzeżenie.
-  Jak pan uważa - rzekł i odłożył słuchawkę.
Nie bardzo wiedział, czy ta pogróżka powinna go rozbawić, 
czy raczej zaniepokoić. Wkrótce jednak się dowie. Jego 
postanowienie, by unikać Beth, rozwiało się w momencie, gdy 
w głosie mężczyzny zabrzmiał zaborczy ton. Jeśli inny 
mężczyzna ma prawo uważać Beth za swoją, to co, u diabła, 
robiła tej nocy w jego ramionach?! Poczuł ukłucie zazdrości.
A że zdarzyło mu się to po raz pierwszy w życiu, nie zamie-
rzał go zlekceważyć.
Przez pierwsze dwie godziny w szpitalu Beth biegała od 
jednego ciężkiego przypadku do drugiego. Zaczynała się za-
stanawiać, czy w ogóle znajdzie choć chwilę na tak ważne dla 
niej badania w laboratorium. Miała ponadto pewne kłopoty z 
koncentracją, co dotychczas jej się nie zdarzało. Gdy w grę 
wchodzili pacjenci, inne sprawy odsuwały się na dalszy plan. 
Dziś jednak wyraźnie przeszkadzało jej wspomnienie upojnej 
nocy i rozmowy przy stole.
O wpół do dwunastej miała dość tej szarpaniny. Potrzebowała 
chwili przerwy. A także kofeiny. Kofeiny i czekolady. Być 
może nawet dużo czekolady.
W bufecie wzięła kawę i sporą porcję słodyczy, znalazła stolik 
w zacisznym miejscu, rozłożyła smakołyki na blacie i zaczęła 
się zastanawiać, od którego batonika zacząć. Może od milky 
way, a może od snikersa albo jeszcze lepiej od marsa?

background image

-  Jak widzę radykalnie zmieniłaś dietę - zauważył Jason, 
siadając naprzeciwko.
-  Pilnuj swojego nosa - burknęła.
-  Miałaś ciężkie przedpołudnie? A może ciężką noc? 
-Radiolog z trudem tłumił śmiech.
Patrzyła na niego, usiłując zgadnąć, co też on wie albo sądzi, 
że wie.
-  Jeśli masz coś konkretnego na myśli, to powiedz wprost. - 
Obrzuciła go podejrzliwym spojrzeniem. - Nie jestem w 
nastroju do żartów.
-  To widać - przyznał i uśmiechnął się szeroko. - Czekolada, 
zwłaszcza przed lunchem, mówi sama za siebie. Takie napady 
nie zdarzają ci się na ogół przed czwartą, po obchodzie. - 
Wskazał na rozłożone słodycze. - Tym razem chyba lekko 
przesadziłaś.
Beth nie czuła się rozbawiona.
-  Przyszedłeś, żeby mi podokuczać, czy też masz jakiś inny 
zamiar? - spytała.
-  A może być i jedno, i drugie? - Popatrzył na nią z miną 
niewiniątka.
-  Nie, jeśli chcesz jeszcze trochę pożyć - zagroziła. Otworzyła 
kolejny batonik i łapczywie go ugryzła.
Jason jednak wcale się nie zniechęcił jej odpowiedzią. 
Wyglądał na jeszcze bardziej rozbawionego.
-  Dzwoniłem do ciebie do domu - powiedział. - Martwiłem 
się, bo nie przyszłaś punktualnie, a to się pani doktor Beth 
Browning nie zdarza. Nigdy jeszcze nie opuściła ważnego 
spotkania.
-  Jakiego spotkania?! - przeraziła się.
-  Peyton zwołał nas, żeby porozmawiać o Tonym - wyjaśnił 
radiolog. - Chciał omówić parę spraw z całym zespołem przed 
dzisiejszą transfuzją. Nie wiedziałaś?

background image

-  Do diabła! - zawołała Beth. - Oczywiście, że wiedziałam, 
tylko zupełnie mi to wyleciało z głowy. Wściekał się?
-  Właściwie chyba raczej odczuł ulgę. Był to bowiem znak 
dla nas wszystkich, że ty również jesteś tylko człowiekiem.
Beth ukryła twarz w dłoniach.
-  Co się ze mną dzieje?! Jak mogłam zapomnieć o takim 
zebraniu? - martwiła się.
-  Może miało to coś wspólnego z tym mężczyzną, który 
odebrał u ciebie telefon? - zasugerował Jason. - Czy to mo-
żliwe?
Beth poczuła, że płoną jej policzki. Nie mogła chyba być 
bardziej zażenowana.
-  Ty, hmm... - Patrzyła w roześmiane oczy Jasona. - Ty 
rozmawiałeś z moim gościem? - wykrztusiła w końcu, z 
trudem się opanowując.
-  Owszem - odparł Jason radośnie. - Zabawne, on był równie 
lakoniczny jak ty.
-  Może dlatego, że nie powinno cię obchodzić, kto to - 
odparowała.
-  Stawiam na Macka Carltona - oświadczył.
-  A skąd ci to przyszło do głowy?
-  Męska intuicja - wyjaśnił. - A poza tym poznałem po głosie.
-  Przecież tylko raz go widziałeś. 
Jason roześmiał się.
-  Na razie pominę, że w zasadzie już przyznałaś, że to był 
Mack, i powiem tylko, że znam jego głos, bo podczas sezonu 
piłkarskiego bardzo często przeprowadzają z nim wywiady w 
telewizji. - Spoważniał nagle. - Jesteś pewna, że dobrze robisz, 
Beth? Wiesz, jaką ten facet ma opinię?
-  No jaką? - mruknęła posępnie.
-  Cóż, aniołem nie jest

background image

Beth rozpaczliwie pragnęła z kimś o tym porozmawiać, 
chciała poznać męski punkt widzenia, a znając dobrze Jasona, 
wiedziała, że zachowa dyskrecję.
-  Obawiam się, że już na to za późno - wyznała.
-  Chyba się w nim nie zakochałaś? - przeraził się.
-  Nie! - wykrzyknęła tak stanowczo, że Jason od razu nabrał 
podejrzeń, że nie jest szczera. - Och, zresztą sama nie wiem...
-  To znacznie ogranicza moje możliwości w kwestii 
udzielenia ci dobrej rady - powiedział.
-  Okay, mów. - Beth westchnęła. - Tylko nie pozuj na 
triumfującego macho - zastrzegła. - Pamiętaj, że jestem twoją 
koleżanką po fachu i przyjacielem. Mack zaś to tylko idol 
kibiców piłkarskich, z którym raz rozmawiałeś, i to krótko.
Jason już otworzył usta, ale zaraz je zaniknął. Wyglądał, jakby 
zamienił się w słup soli.
-  Jason? - ponagliła Beth.
-  Myślę, że panu doktorowi odjęło mowę - włączył się Mack i 
usiadł obok. - Mam rację?
-  Nie da się ukryć - powiedział Jason. - Myślę, że pójdę 
zrobić parę zdjęć albo naświetleń, a może zamknę się w 
ustronnym miejscu.
-  Dzięki. - Mack rzucił mu wdzięczne spojrzenie. - Miło się z 
panem rozmawiało. To pan dzwonił, prawda?
-  Tak - bąknął Jason i czym prędzej umknął.
Beth więcej się spodziewała po koledze. Czyż nie ostrzegał jej 
dopiero co przed Mackiem? Dlaczego więc zrejterował, 
zostawiając ją samą w tak niebezpiecznym towarzystwie? 
Musi się za tym kryć jakieś męskie tajne porozumienie.
-  Odebrałeś rano telefon - stwierdziła oskarżycielsko. -Co cię 
napadło?
-  Dzwonił i dzwonił - wyjaśnił Mack, wzruszając ramionami. 
- Pomyślałem, że to może coś ważnego, że szpital poszukuje 
cię w pilnej sprawie.

background image

-  A nie przyszło ci do głowy, że to będzie dla mnie 
kłopotliwe?
-  Uznałem, że bardziej kłopotliwe byłoby, gdybyś nie została 
powiadomiona o jakimś przypadku.
-  Zadzwoniliby na komórkę.
-  Fakt, nie pomyślałem o tym. - Mack zrobił głową ruch w 
kierunku, w którym oddalił się Jason. - Sprawiał wrażenie 
trochę urażonego, że mnie u ciebie zastał. Jest między wami 
coś, o czym powinienem wiedzieć? Sądziłem, że jesteście po 
prostu przyjaciółmi.
Mogłaby powiedzieć, że istotnie coś ją łączy z Jasonem, i tym 
samym skończyć z Mackiem od razu, ale wtedy musiałby 
zastanawiać się, co z niej za kobieta, skoro się z nim 
przespała. Może się pogodzić z myślą, że nic więcej między 
nią i Mackiem nie zajdzie, ale nie chce, żeby źle o niej myślał. 
Miała za wiele szacunku dla siebie samej, choć takie 
rozwiązanie w tej akurat chwili byłoby najdogodniejsze.
-  Przyjaźnimy się z Jasonem - przyznała. - Jeśli dawał do 
zrozumienia, że łączy nas coś więcej, to pewnie martwi się, że 
stracę dla ciebie głowę.
-  Było w jego głosie coś zaborczego, co brzmiało tak, jakby 
miał do ciebie prawo.
W głosie Macka również dały się słyszeć zaborcze tony. Przez 
chwilę Beth zastanawiała się nad tym, aż w końcu dotarto do 
niej, w czym rzecz. Otóż Mack był zazdrosny. Przez ułamek 
sekundy Wielki Mack Carlton był zazdrosny, że w jej życiu 
może istnieć inny mężczyzna. Z trudem się powstrzymała 
przed wybuchem śmiechu. Tego się nie spodziewała!
-  Jason i ja znamy się jeszcze ze studiów - ciągnęła. -Jest 
opiekuńczy, nie zaborczy. Stara się mnie chronić.
-  Myśli, że trzeba cię chronić przede mną? - spytał z nie-
dowierzaniem Mack.
-  A nie?

background image

-  Nie mam zamiaru cię skrzywdzić - obruszył się. Beth 
spojrzała mu prosto w oczy.
-  Za późno - powiedziała spokojnie.
Zanim zdążył zareagować, wstała i skierowała się do naj-
bliższego wyjścia tak pospiesznie, że trudno byłoby za nią 
nadążyć. Oczywiście mógłby ją bez trudu zatrzymać, gdyby 
chciał, ale fakt, że nie próbował tego zrobić, był dla niej aż 
nadto wymowny.
W każdym razie przesłanie było jasne, pomyślała, gdy po 
godzinie weszła do swego gabinetu i znalazła na biurku stos 
czekoladek, które zostawiła w bufecie. Bardziej niepokojący 
był jednak widok Macka na kanapie, na której zwykła odby-
wać drzemkę, gdy nie mogła wyrwać się przed wieczorem ze 
szpitala. Na jego piersiach leżało otwarte pismo medyczne, ale 
oczy miał zamknięte. Równomierne unoszenie się i opadanie 
klatki piersiowej wskazywało, że śpi.
Patrzyła na niego skonsternowana. Zbyt świeże okazało się 
wspomnienie minionej nocy. Nagle zapragnęła położyć się 
obok Macka i oddać cudownym przeżyciom. Właśnie dlatego 
jednak stanowczym krokiem podeszła do biurka i usiadła na 
wysłużonym krześle. Zaskrzypiało głośno. Mack otworzył 
oczy.
-  A, wróciłaś - odezwał się. - Przypuszczałem, że prędzej czy 
później tu przyjdziesz.
-  Na Boga, przecież to mój gabinet - zauważyła cierpko. - 
Można wiedzieć, co tu robisz?
Rzucił jej niepewne spojrzenie.
-  Nie mam pojęcia - wyznał.
-  Chyba ci się to zdarza po raz pierwszy.
-  Żebyś wiedziała - zgodził się. - Peszysz mnie. Uznała jego 
szczerość za nieco zbyt czarującą. Może to
tylko część jego gry?
-  Jestem osobą prostolinijną - oznajmiła.

background image

-  Zorientowałem się już.
-  Ale ty nie jesteś prostolinijny.
-  Staram się być, w każdym razie wobec ciebie - zapewnił.
-  Dlaczego? - spytała.
-  Sam chciałbym wiedzieć. Kiedy rano wyszłaś z domu, 
siedziałem i zastanawiałem się nad tym, ale nie doszedłem do 
żadnego wniosku.
Beth miała już tego dosyć. Straciła dla Macka głowę i wcale 
nie była z tego zadowolona. Spędzając z nim noc, popełniła 
prawdopodobnie ogromny błąd. Graniczyła więc z 
szaleństwem chęć, by go powtórzyć. I wcale nie działał na nią 
uspokajająco fakt, że Macka dręczą wątpliwości. Jedno z nich 
musiało zachować trzeźwość umysłu i wiedzieć, co się dzieje.
-  Skoro tak trudno ci to zrozumieć, może powinieneś przestać 
się głowić - podsunęła. - Spędziliśmy ze sobą noc, do niczego 
się wzajemnie nie zobowiązując. Ty zresztą nigdy do niczego 
się nie zobowiązujesz. Z tego, co o tobie czytałam, wynika, że 
nie umawiasz się dwa razy z tą samą kobietą. Sprawa jest więc 
zakończona.
-  Wszystko utrudniasz. - Zmarszczył czoło.
-  Co mianowicie utrudniam? - Nie była w stanie ukryć 
rozdrażnienia. - Daję ci wolną rękę, bez żadnych pretensji, 
wymówek. Idź sobie, rób, co chcesz, byleś mi dał święty 
spokój.
-  Tak będzie najrozsądniej - zgodził się.
-  A więc zrób to - nalegała.
-  Nie mogę. - Potrząsnął głową.
-  Dlaczego? Drzwi są tam. Po prostu wstań i wyjdź. Nic 
prostszego. - Wstrzymała oddech, czekając, aż to zrobi.
Ale on nie ruszał się z miejsca. Sposępniał. Beth westchnęła.
-  O co chodzi, Mack? - spytała.
-  Byłaś już na lunchu? - odpowiedział pytaniem.
-  Wypiłam kawę i zjadłam coś słodkiego. Wystarczy.

background image

-  Ale nie mnie. Chodźmy.
-  Nie mam czasu.
-  Znajdziesz - przekonywał. - Za godzinę będziesz z po-
wrotem, jak zwykle.
-  Jest wpół do pierwszej - broniła się. - W pobliżu nie ma 
przyzwoitej restauracji, która nie byłaby o tej porze za-
tłoczona.
-  Za godzinę będziesz z powrotem - powtórzył.
On zawsze dotrzymywał słowa, więc Beth w końcu się 
zgodziła. A że ani kofeina, ani słodycze nie spełniły swego 
zadania, bo nie odwróciły jej myśli od Macka, miała nadzieję, 
że może godzina spędzona w jego irytującym towarzystwie 
pomoże jej się od niego uwolnić.
-  Dobrze, ale tylko godzina i nie będziemy rozmawiać o nas - 
zastrzegła.
-  Umowa stoi.
I tym razem, gdy podjechali do bardzo uczęszczanej restau-
racji serwującej owoce morza, wolny stolik pojawił się jak za 
dotknięciem czarodziejskiej różdżki. W chwilę potem podano 
im dwie porcje dymiących krabów z bukietem jarzyn.
-  Wyobrażaj sobie, że walisz w moją głowę, a uda ci się z tym 
uporać - powiedział Mack, wręczając jej drewniany 
młoteczek.
Rozłupywanie krabów wymagało pewnego wysiłku, ale trud 
się opłacił. A uderzanie w czerwoną skorupkę, która miała 
zastąpić głowę Macka, sprawiało Beth perwersyjną 
przyjemność. Odetchnęła, uporawszy się wreszcie z kłopotli-
wym daniem, i dopiero wtedy zauważyła, że Mack prawie nic 
nie zjadł.
-  Nie byłeś głodny? - zdziwiła się. - Już drugi raz dzisiaj 
obserwujesz mnie, kiedy jem.
-  Usiłuję cię podtuczyć - zażartował.

background image

-  Chcesz mnie przygotować do uboju? - spytała, wpadając w 
jego ton.
-  Skąd! Chcę tylko poczuć trochę więcej ciała.
-  Mack! - Zaczerwieniła się.
-  Przepraszam. - Zmitygował się, choć nie wyglądał na 
skruszonego. - Przyrzekłem, że nie będziemy rozmawiać o 
nas. Domyślam się, że wyklucza to również rozmowę o 
seksie.
-  To nas nie dotyczy - skwitowała, nie chcąc wdawać się w 
dyskusję na ten temat.
-  Tak właśnie myślałaś, prawda?
Popatrzyła na niego, nie bardzo wiedząc, co chce przez to 
powiedzieć.
-  To znaczy?
-  Że nie pasujemy do siebie. Ty jesteś poważna, a ja nie. Ty 
inteligentna...
-  Ty również - przerwała mu niecierpliwie, znużona już tym 
pojedynkiem słownym. - Przestań robić z siebie tępego osiłka. 
Skończyłeś prawo, mimo że przez cały okres studiów grałeś 
zawodowo w futbol. Gdybyś nie był bystry, nie udałoby ci się 
to. I trzeba chyba trochę inteligencji, żeby prowadzić z 
powodzeniem klub, choć prawdę mówiąc, nie wiem, dlaczego 
to robisz.
-  Dziękuję - odparł. - To chyba miał być komplement.
-  Skoro tak chętnie wyliczasz różnice między nami, czemu 
nie wspomnisz i o tym, że ja jestem walczącym o uznanie 
naukowcem i lekarzem, a ty bardzo bogatym człowiekiem 
interesu, o ile można cię tak określić.
-  To zbyt oczywiste, ale i zupełnie bez znaczenia, chyba że 
starasz się podjąć decyzję, czy uganiać się za mną dla 
pieniędzy. - Mack nie krył rozbawienia.
Beth uznała, że to właściwy moment, by napomknąć o swoim 
projekcie badawczym i przekonać się, czy byłby skłonny 

background image

wesprzeć go finansowo. Miała przy tym nadzieję, że on nie 
dojdzie do wniosku, że rzeczywiście zainteresowała się nim 
tylko dla pieniędzy.
-  Właściwie to próbuję podjąć decyzję, czy poprosić cię o 
sfinansowanie nowego projektu badawczego - oznajmiła 
pogodnie.
-  Po prostu powiedz, czego potrzebujesz - odparł rzeczowo.
Zaszokowała ją ta odpowiedź. Nie była przygotowana na to, 
że od razu się zgodzi.
-  Żartowałam - wykręcała się. - No, w każdym razie 
częściowo.
-  Ja nie.
-  O Boże - szepnęła, nie ośmielając się uwierzyć, że on mówi 
serio. Dostała, co prawda, dotację, ale gdyby miała więcej 
pieniędzy, mogłaby zatrudnić asystenta i praca postępowałaby 
znacznie szybciej.
-  Cóż, zawdzięczasz to futbolowi i moim mądrym inwes-
tycjom - stwierdził. - Oczywiście, jeśli zdołasz się przemóc i 
wziąć pieniądze zarobione w sposób tak głupi jak gra w piłkę- 
zauważył z przekąsem.
-  Zastanowię się nad tym - odpowiedziała. - Gdy w grę 
wchodzi życie dzieci, wyzbywam się dumy - dodała szybko. - 
Jeśli więc rzeczywiście mówisz poważnie, naradzę się ze 
swoim zespołem i do końca tygodnia przedstawię ci pro-
pozycję.
-  Przyjdę, by ją zaakceptować.
Beth obserwowała go uważnie. Potrząsnęła głową, zdumiona 
nieoczekiwanym obrotem spraw. Miała jeszcze jeden dowód 
na to, że źle oceniła Macka. O ile mogła się po nim 
spodziewać atrakcyjnych doznań seksualnych, o tyle jego 
hojność była dla niej zaskoczeniem.
-  Jesteś całkiem inny, niż myślałam - wyznała.
-  Nie taki głupi?

background image

-  Wydawało mi się, że tę sprawę już sobie wyjaśniliśmy. - 
Oblała się rumieńcem. - Najważniejsze, że jesteś dobry dla 
Tony'ego. A co do opinii playboya, to mam wrażenie, że 
kształtujesz swój wizerunek specjalnie na użytek mediów, a w 
rzeczywistości jesteś zupełnie inny.
-  Po ostatniej nocy doszłaś do tego wniosku? - spytał, patrząc 
na nią z zaskoczeniem. - I po dzisiejszym poranku?
Beth pokiwała głową.
-  Tak. Gdy teraz patrzę na te parę minionych tygodni, 
uświadamiam sobie, że ani razu się nie umówiłeś. Każdy 
wieczór spędzałeś w szpitalu.
Rzucił jej spojrzenie, pod wpływem którego serce zaczęło jej 
bić przyspieszonym rytmem.
-  A jak uważasz, co my obydwoje robiliśmy? - spytał 
spokojnie. - Mam na myśli czas sprzed ostatniej nocy.
-  Przełykaliśmy coś w biegu - przypomniała, zbita z tropu 
jego rozbawioną miną.
-  Były to spotkania wolnego mężczyzny z piękną, inte-
ligentną, wolną kobietą. Dla mnie zatem to były randki. - 
Uśmiechnął się szeroko. - No i patrz, dokąd nas zaprowadziły.
-  A niech mnie diabli! - Dziwnym trafem uważała wszystkie 
te spotkania za przypadkowe, przyjacielskie, niezobowiązu-
jące, podczas gdy on najwyraźniej traktował je jak swego 
rodzaju grę wstępną.
-  Wątpię, by cię diabli wzięli, chyba że pozwolisz, bym cię 
wykorzystał - zakpił. - Nie ma szansy, by to się powtórzyło? 
Nie w tej chwili, oczywiście, ale któregoś dnia, gdy nie 
będziesz musiała pędzić natychmiast do szpitala.
Przed ostatnią nocą Beth uznałaby, że nie ma cienia szansy, by 
to się stało. Jeszcze tego ranka, gdy przypomniał, że nie 
należy traktować go poważnie, również powiedziałaby „nie". 
Teraz, widząc jego wyczekujące, pełne nadziei spojrzenie, 
domyślając się, ile go musiało kosztować zadanie tego pyta-

background image

nia, postanowiła przekonać się, dokąd to wszystko może ich 
doprowadzić.
-  Nigdy nic nie wiadomo - odparła wreszcie, czując, że serce 
wyrywa jej się z piersi.
Mack roześmiał się, jakby nie oczekiwał innej odpowiedzi.
-  Przyjmuję to za „tak" - rzekł.
-  Czy zdarzyło się kiedykolwiek, by jakaś kobieta ci od-
mówiła? - spytała Beth.
-  Częściej, niż ci się wydaje. Ale z drugiej strony zadawałem 
to pytanie dużo rzadziej, niż sądzisz.
Ku swemu szczeremu żalowi, Beth bardzo pragnęła wierzyć w 
to „częściej" oraz w to, że media przedstawiają go w 
fałszywym świetle. Ale nawet ona zdawała sobie sprawę, że 
nie ma dymu bez ognia.
A może jednak... Może miał to być rodzaj obrony przed 
zaangażowaniem uczuciowym? W to również chciała wierzyć.

background image

ROZDZIAŁ 9
Po odwiezieniu Beth do szpitala Mack poszedł prosto do biura 
Destiny. Rzadko tam bywała, ale parę telefonów upewniło go, 
że tego popołudnia ciotkę zastanie. Postanowił się z nią 
zobaczyć, bo potrafiła trzeźwo patrzeć na rzeczywistość nawet 
wtedy, gdy w swoim przekonaniu on stawał w obliczu 
niewiadomego. Teraz właśnie zaistniała taka sytuacja. Od 
czasu poznania Beth dręczyło go uczucie niepewności i dys-
komfortu psychicznego.
Rozmowa przy lunchu okazała się nadzwyczaj pouczająca i 
wiele mu wyjaśniła. Odkrył, że Beth jest większą ryzykantką, 
niż mógłby się spodziewać. Obawiał się, że po jego propozycji 
spędzenia wspólnie kolejnej nocy wyrzuci go za drzwi, 
zwłaszcza po tym, jak się rano rozstali. Tymczasem ona wcale 
nie powiedziała „nie", co wzmogło jego ciekawość i go 
zaintrygowało.
Nie bardzo wiedział, co Beth naprawdę o nim myśli i do 
jakich wniosków doszła w sprawie ich wspólnej przyszłości. 
Może pomysł, żeby zasięgnąć w tej kwestii rady Destiny, nie 
był najmądrzejszy, ale postanowił spróbować.
Czuł się na swój sposób dłużnikiem ciotki, dzięki której 
przecież poznał Beth. Nie zamierzał wspominać jej o tym, 
przeciwnie, gdyby doszło do rozmowy na ten temat, zapewne 
by się wyparł, choć wiedział, że ciotka jest na tyle bystra, by 
między wierszami wyczytać z jego słów wszystko to, co 
przemilczy.
-  Ostatnio rzadko cię widuję - powitała go, gdy pochyliwszy 
się, ucałował ją w policzek. - Gdzie to się podziewasz 
wieczorami?
Mack nalał sobie kawy i zajął fotel, zastanawiając się, na jak 
daleko posuniętą szczerość może sobie pozwolić. Niezależnie 
od tego, co jej wyjawi, na pewno nie będzie ukrywała 

background image

satysfakcji. Postanowił więc najpierw ostrożnie wybadać, co 
już wie.
-  Pytasz, jakbyś nie wiedziała. - Rzucił jej rozbawione 
spojrzenie.
Bardzo przekonująco odgrywała rolę niewiniątka, ale on już 
się nie da nabrać. Zabawne byłoby, gdyby zdołał zmusić ją do 
przyznania się do intrygi. Przekomarzanie się z Destiny i 
unikanie miłosnych sideł, które na nich zastawiała, było nie 
lada wyzwaniem dla niego i braci. Na ogół udawało mu się 
uniknąć. Ale ciotka była godnym przeciwnikiem. Kto wie, czy 
Beth nie dlatego tak go zafascynowała, że była pierwszą ze 
znanych mu kobiet, która dorównywała bystrością i inteli-
gencją Destiny, i podobnie jak ona stanowiła prawdziwe wy-
zwanie. Na swój sposób coś je łączyło.
-  Myślisz, że pytałabym, gdybym wiedziała? - odparowała 
Destiny, nie wypadając z roli.
-  Oczywiście. - Parsknął śmiechem. - Chcesz po prostu, bym 
ci wszystko powiedział i żebyś mogła triumfować.
-  Nie mam pojęcia, o czym mówisz, Mack. - Jej niewinna 
mina wciąż była wzorcowa.
-  Czy to nie ty nalegałaś parę tygodni temu, żebym odwiedził 
tego chorego chłopca? - Spojrzał na nią uważnie, szukając 
choćby najmniejszej reakcji.
Ale Destiny zachowywała twarz pokerzysty.
-  Tony'ego Vitale'a? - spytała po chwili namysłu. Ciotka 
naprawdę była niezłą aktorką. Wiedział, że nie
musiała sobie tego nazwiska przypominać, bo zapewne co-
dziennie przekazywano jej najświeższe wiadomości ze szpi-
tala. Bóg świadkiem, że wszędzie miała swoich informatorów.
-  Właśnie - odparł.
-  A więc nadal go odwiedzasz? - Ożywiła się. - To wspaniale! 
- Popatrzyła na niego z uznaniem. - Jestem pewna, że bardzo 
mu to pomaga. Kochanie, jestem z ciebie dumna.

background image

-  Jego stan jest bardzo ciężki. - Mack na moment zapomniał o 
porachunkach z ciotką. - To bardzo dzielny chłopiec. Serce mi 
się kraje, gdy na niego patrzę.
-  Kiedy pierwszy raz rozmawiałam z jego lekarką, mówiła 
mi, że to nie wygląda dobrze - powiedziała Destiny. - Nic się 
nie zmieniło?
-  Owszem, na gorsze.
-  Tak mi przykro. - Destiny szczerze się zasmuciła. - Jego 
matka musi być zrozpaczona. Chyba jednak uda im się coś 
zrobić?
-  Mam nadzieję. - Mack spojrzał jej w oczy z niewinną miną. 
- Skoro tak się interesujesz tym chłopcem, to myślę, że 
zechcesz zasilić fundusz na badania, który zakładam w jego 
imieniu - powiedział.
Ciotka uniosła brwi, co świadczyło o tym, że naprawdę udało 
mu się ją zaskoczyć.
-  Sponsorujesz projekt badawczy? - spytała. – Ależ Mack, to 
wspaniały pomysł! Cudowny! Oczywiście, że możesz na mnie 
liczyć. Który lekarz kieruje badaniami? Mack roześmiał się 
głośno.
-  Podejrzewam, że w ciągu sekundy sama wymienisz to 
nazwisko.
Destiny przez chwilę sprawiała wrażenie skonsternowanej.
-  Naprawdę nie mam pojęcia - oświadczyła. - Jest tam wielu 
doskonałych lekarzy.
-  Spróbuj - nalegał Mack.
Destiny zastanawiała się przez moment.
-  Chyba nie ta śliczna Beth Browning? A może...? 
Mack podniósł kubek z kawą gestem, jakim wznosi się toast.
-  Brawo - powiedział. - Trafiłaś.
-  Domyślam się, że jest bardzo dobrym specjalistą - po-
wiedziała z pozorną obojętnością Destiny, jak gdyby mówiła o 
kimś, kto nie ma nic wspólnego z jej bratankiem. Nawet 

background image

mrugnięciem oka nie zdradziła, że wybrała tę kobietę dla 
Macka prawdopodobnie również ze względu na jej inteligen-
cję i wykształcenie.
-  Jest też kobietą bardzo ładną i wolną, ale to, oczywiście, 
nawet nie przyszło ci do głowy, kiedy mnie tam wysyłałaś, 
prawda?
Wydawało się, że Destiny nadal będzie grać komedię, ale w 
końcu wzruszyła ramionami i poddała się.
-  Może i przyszło - wyznała.
-  Och, daj spokój! - Mack roześmiał się. - Znowu namieszałaś 
i jesteś z tego cholernie dumna.
Destiny popatrzyła mu prosto w oczy.
-  Naprawdę tak cię to irytuje, Mack? - spytała. - Przecież z 
Richardem mi się udało, prawda? On i Melanie są szczęśliwi.
-  Ale mnie małżeństwo nie interesuje - oświadczył, choć 
znacznie mniej zdecydowanie, niż uczyniłby to jeszcze parę 
tygodni temu.
-  Tak samo mówił Richard - przypomniała ciotka.
-  Dlaczego uparłaś się, żeby nas pożenić? - zaciekawił się 
Mack. - Zamierzasz wyjechać? Może myślisz o powrocie do 
Francji i do dawnego stylu życia, kiedy już nas wszystkich 
pourządzasz? Dlatego tak ci pilno?
-  Nie chodzi o mnie - zaprotestowała. - Chodzi o was. Żaden 
z was nic nie wie o miłości. Nie rozumiem, jak mogłam nie 
nauczyć was tego, co w życiu najważniejsze. Uznałam, że 
najwyższy czas coś w tej sprawie zrobić.
Było w jej głosie tyle żalu, że zrobiło mu się przykro, bo nie 
mógł jej dać tego, na co tak czekała.
-  Wiem, myślisz, że bez żon i dzieci nie będziemy szczęśliwi, 
ale przecież kryteria szczęścia są różne - powiedział.
-  Wymień choć jedno - zażądała.
-  Nawet kilka - odparł. - Sukces, przyjaźń, rodzina.

background image

-  Właśnie o rodzinie mówię - rzuciła zniecierpliwionym 
tonem.
-  Mamy siebie i mamy ciebie. O to mi chodzi. - Spojrzał na 
nią przenikliwie. - Chyba że, jak powiedziałem, zamierzasz 
nas po tych wszystkich latach opuścić i chcesz mieć pewność, 
że ktoś zajmie w naszym życiu twoje miejsce.
-  Nie bądź śmieszny - żachnęła się. - Jestem zadowolona ze 
swego życia.
-  Jak to? - Mack szeroko otworzył oczy. - Przecież w twoim 
życiu nie ma mężczyzny.
Zmarszczyła brwi i spoważniała, jakby zaatakowano ją jej 
własną bronią.
-  Nie musisz być złośliwy, Mack - parsknęła.
-  Po prostu zwracam ci uwagę, że przeczysz sama sobie.
-  A więc skoro jesteś zdecydowany się nie ożenić, to dlaczego 
widujesz się z Beth? - spytała.
Nie umiał odpowiedzieć na to pytanie. Beth przecież zupełnie 
nie przypominała kobiet, z którymi zwykł się umawiać. Nie 
była beztroska ani lekkomyślna, lecz poważna i refleksyjna i 
aż za bardzo przejmowała się swoimi pacjentami.
W ostatnich tygodniach często czuł się zawstydzony, że tak 
niewiele spraw traktował poważnie i tak łatwo szedł przez 
życie. Pamiętał wprawdzie o dobrych uczynkach, bo Destiny 
wpoiła jemu i braciom poczucie obowiązku wobec bliźnich, 
ale nigdy nie brał sobie tego do serca tak bardzo, jak to czyniła 
Beth, którą los innych naprawdę obchodził. Oddawała się 
całym sercem swej pracy, a co ważniejsze, jej praca naprawdę 
czemuś służyła. W porównaniu z tym jego zajęcia wydawały 
się niepoważne i błahe. Nawet wizyty u Tony'ego nie mogły 
przecież uratować chłopca, podczas gdy Beth i jej zespół byli 
w stanie to uczynić.
Mack troszczył się, naturalnie, o braci i ciotkę, martwił się też 
o Tony'ego Vitale'a i inne dzieci, ale zachowywał dystans do 

background image

otoczenia. Utrata rodziców w dzieciństwie sprawiła, że w 
sprawach uczuciowych zachowywał daleko posuniętą 
ostrożność. Bał się pokochać kogoś, bo nie sposób było prze-
widzieć, kiedy los zechce zabrać ukochaną osobę. Lękał się, 
że miłość może sprowadzić nieszczęście. Zdawał sobie spra-
wę, że to tylko reakcja dziecka na stratę bliskich, ale coraz 
mocniej uświadamiał sobie, że wciąż jeszcze się z tym nie 
uporał. W obliczu nasilającego się uczucia do Beth i przywią-
zania do Tony'ego oraz lęków, jakie w nim tkwiły, zaczął 
powoli dochodzić do wniosku, że przeszłość dręczy go tak 
samo, jak dręczyła jego braci.
-  Mack - perswadowała Destiny - nie spotykałbyś się z taką 
kobietą jak Beth Browning, gdybyś nie myślał o niej 
poważnie. Ona nie jest jedną z tych sprytnych światowych 
kobiet, które możesz bez problemu zostawić w każdej chwili.
Skinął głową potakująco, choć Beth, oczywiście, twierdziła 
coś całkiem przeciwnego, stwarzając pozory, że i ona traktuje 
ich związek niezobowiązująco.
-  Wiem - powiedział.
Uznanie tego faktu znaczyło, że powinien niezwłocznie 
rozstać się z Beth. To jedyne słuszne posunięcie, choć wyma-
gające pewnych wyrzeczeń. Kiedy wyobraził sobie jednak, jak 
puste stałoby się życie bez Beth, nie mógł się zdecydować na 
ten krok.
-  A więc? - drążyła Destiny. Patrząc jej w oczy, podjął 
decyzję.
-  Chciałbym któregoś dnia przyjść z nią do ciebie na kolację. 
Co ty na to?
Oczy Destiny rozbłysły radością.
-  Byłabym szczęśliwa! - wykrzyknęła. - Wiesz przecież, jak 
lubię poznawać twoich przyjaciół. Dziś mam wolny wieczór. 
Odpowiada ci?

background image

Uznał, że to dobry pomysł. Niewykluczone, że ta wspólna 
wizyta pomoże mu opanować zamęt w uczuciach.
-  Odpowiada - odrzekł. - Porozumiem się z Beth i za jakąś 
godzinę dam ci znać.
-  Doskonale.
Widział w oczach ciotki znajomy wyraz pełnego nadziei 
oczekiwania.
-  Mam nadzieję, że nie wyciągniesz z tego spotkania po-
chopnych wniosków - rzekł. - Rzadko przyprowadzałem do 
ciebie kobietę, bo zawsze pojawiał się ten twój błysk w 
oczach, oznaczający, że słyszysz już dźwięk weselnych 
dzwonów.
-  Postaram się przyjąć Beth jak najlepiej i nie wyciągnę 
czasopisma z radami dla nowożeńców - obiecała ciotka. 
-Nawet nie zostawię żadnego na widocznym miejscu.
Mack dobrze wiedział, że jest całe mnóstwo innych zmy-
ślnych sposobów, by poruszyć temat małżeństwa.
-  I nie będziesz pokazywała zdjęć ślubnych Richarda? - 
wymienił jeden z nich.
-  Na Boga, nie! - obruszyła się Destiny. - Jakże bym mogła 
zmuszać kogoś do oglądania rodzinnych zdjęć? To takie 
nudne. - Roześmiała się. - Choć jest takie jedno twoje zdjęcie 
w wannie, kiedy miałeś dwa latka. Myślę, że mało kobiet nie 
wzruszyłoby się na jego widok, takie jest słodkie. Patrząc na 
nie, można od razu wyobrazić sobie, jakie śliczne będą twoje 
dzieci.
Mack rzucił ciotce przerażone spojrzenie.
-  Zmieniłem zamiar - oświadczył. - Będę trzymać Beth z dala 
od ciebie.
-  Żartowałam, kochanie - zapewniła Destiny. - Nie będę cię 
peszyć.
-  Przysięgasz?
Ciotka położyła dłoń na piersi.

background image

-  Ani jednego niewłaściwego słowa - obiecała.
-  Ciekawe, czemu mnie to nie przekonuje? - mruknął Mack.
-  Bo masz naturę cynika - stwierdziła ciotka. - Chciałbyś, 
żebym przygotowała coś szczególnego? Może jakąś moją 
specjalność prowansalską?
-  Cokolwiek - odparł, rozmyślając, czy jednak nie popełnia 
błędu, poddając Beth ocenie Destiny i jej dociekliwym 
pytaniom. - Pamiętaj tylko, że będę szczęśliwy, jeśli uda mi 
się wyrwać ją ze szpitala na godzinę. To nie może być więc 
jedna z tych twoich pięciodaniowych kolacji.
-  Dobre jedzenie wymaga czasu. Nie można się spieszyć. 
Doskonale o tym wiesz - przekonywała Destiny.
-  Ale wiem również, że Beth nie przyjdzie, jeśli pomyśli, że 
to oficjalna okazja. To będzie po prostu spotkanie we trójkę, 
bez tych twoich wieczorowych strojów. Beth przypuszczalnie 
przyjedzie prosto ze szpitala i zaraz potem tam wróci.
-  Skoro nalegasz... - Destiny zerknęła spod oka. - Mam 
przygotować hot dogi i fasolkę z puszki? To będzie i szybko, i 
tanio - zauważyła sucho.
Mack wiedział, że ciotka nie musi żartować. Przestrzegała 
form obowiązujących osobę z jej pozycją społeczną i towa-
rzyską.
-  Mam nadzieję, że wymyślisz coś lepszego - powiedział. - 
Szczerze mówiąc, liczę na to.
Obserwowała go przez chwilę, wreszcie skinęła głową.
-  A więc dobrze, ale mogę o coś spytać?
-  Oczywiście.
-  Dlaczego ta kolacja jest tak ważna, skoro Beth nic dla ciebie 
nie znaczy?
-  Czy nie możemy po prostu zjeść jej razem, w miłej 
atmosferze, nie czyniąc z tego wstępu do zaręczyn? - zapytał 
żałosnym tonem.
-  Ja mogę. - Destiny posłała mu wymowne spojrzenie. -A ty?

background image

Ponieważ Mack nie był przygotowany na to pytanie, wstał i 
ruszył do drzwi.
-  A więc do wieczora - rzucił.
-  Będę czekać, kochanie - zapowiedziała słodko Destiny.
-  O tak, jestem pewien - odparł Mack, żałując, że uległ 
impulsowi i zaproponował spotkanie we troje.
Tłumaczył sobie wprawdzie, że chciałby poznać opinię 
Destiny na temat jego znajomości z Beth, ale niewykluczone, 
że prawda kryła się gdzie indziej. Może miał nadzieję, że 
ukazanie wrażliwej, praktycznej Beth realiów życia Carltonów 
przerazi ją i że nie będzie musiał łamać jej serca, robiąc to co 
zawsze...
Beth miała fatalny dzień. Pacjent rozlał butelkę ja-
snopomarańczowego płynu antyseptycznego, niszcząc jej 
bluzkę. Peyton zrugał ją za nieobecność na porannym ze-
braniu, choć zrobił to z lekkim rozbawieniem. A Tony patrzył 
na nią z wyraźnym żalem, że nie było jej w czasie transfuzji.
-  Pani wie, że jak pani mi robi zastrzyk, to mniej boli - 
powiedział z rozgoryczeniem. - Czekałem na panią.
-  Wiem, kochanie, i bardzo cię przepraszam - tłumaczyła się, 
z pewną ulgą stwierdzając, że chłopiec mówi silniejszym 
głosem, a jego policzki wreszcie nabrały lekkich rumieńców.
-  Gdzie pani była? - dopytywał się.
-  Miałam same ciężkie przypadki - wyjaśniła. - Wiem, że to 
żadne wytłumaczenie. Powinnam być tutaj.
-  Macka też nie było - żalił się chłopiec. Beth spojrzała na 
niego zaskoczona.
-  Nie było go dzisiaj? - zdziwiła się.
-  Nie, chociaż obiecał, że przyjdzie.
To wszystko nie miało sensu. Mack był przecież rano w 
szpitalu. Westchnęła, uświadomiwszy sobie, że większość 
tego czasu spędził z nią.
-  Jeśli powiedział, że przyjdzie, to na pewno przyjdzie

background image

-   przekonywała chłopca.  - Zawsze dotrzymuje  słowa, 
prawda?
-  Tak. - Tony przyjrzał jej się bacznie. - Pani go lubi?
- spytał.
-  Jest wspaniałym przyjacielem - odparła wymijająco.
-  Ale czy go pani lubi? - dociekał Tony. - Myślę, że on lubi 
panią - dodał, nie czekając na odpowiedź.
Beth stłumiła śmiech. Mack uprzedził ją, że Tony interesuje 
się ich znajomością, ale mimo to pytanie chłopca ją 
zaskoczyło.
-  Chciałem, żeby się zakochał w mojej mamie - wyznał Tony. 
- To by było fantastycznie. Ale on nie zwraca na nią uwagi. 
Jeśli nie może być moim ojczymem, to byłoby super, gdyby 
był z panią, pani doktor. Pani jest ładniejsza niż te jego 
wymalowane babki ze zdjęć w gazecie. Pani jest taka pra-
wdziwa, pani rozumie, o co mi chodzi?
-  Dziękuję, Tony. Doceniam twoją lojalność, ale nie sądzę, 
bym mogła konkurować z modelkami.
-  Ależ jak najbardziej! - rozległ się głęboki męski głos. Beth 
odwróciła się i zobaczyła w drzwiach Macka.
-  Długo podsłuchujesz? - spytała podejrzliwie.
-  Na tyle długo, by usłyszeć, że mój kumpel próbuje nas 
znowu swatać. - Rzucił jej zuchwałe spojrzenie. - No i jak, 
doktorko? Chcesz pójść dziś na kolację do mojej ciotki?
Nie pojmowała. Zaprasza ją do Destiny?
-  Może porozmawiamy o tym później? - zaproponowała.
-  Niech pani się zgodzi, pani doktor - zachęcał Tony.
- Nie codziennie może panią zaprosić taki facet jak Wielki 
Mack.
-  Zobaczę - mruknęła i dodała: - Mogę cię na chwilę prosić, 
Mack? Wyjdźmy na korytarz.
Mack mrugnął do Tony'ego.

background image

-  Mam nadzieję, że nie zamierza dać mi kosza. Odmowa nie 
jest przyjemna.
Tony ze zrozumieniem pokiwał głową.
-  Dlaczego stawiasz mnie w takiej niezręcznej sytuacji?
- napadła na niego Beth, gdy tylko znaleźli się na korytarzu.
-  Destiny zaprosiła nas na wieczór i obiecałem, że w ciągu 
godziny dam jej odpowiedź - wyjaśnił. - Nie byłem pewny, 
czy cię znajdę, kiedy wyjdziesz już od Tony'ego. A zresztą, o 
co chodzi? Był szczęśliwy, gdy usłyszał, że proszę cię, byś ze 
mną poszła.
-  To właśnie mnie martwi - potrząsnęła głową. - Te 
oczekiwania Tony'ego wobec nas. A twoja ciotka? - Spojrzała 
na niego badawczo. - Jesteś pewien, że naprawdę chce mnie 
widzieć u siebie?
-  Prawdę mówiąc, to był mój pomysł - przyznał. Beth była 
zaskoczona.
-  Ty naprawdę chcesz nas poddać zakusom ciotki. Wydawało 
mi się, uznajesz ją za mistrzynię w manipulowaniu ludźmi. 
Skąd ci przyszło do głowy, żeby podsunąć jej taką okazję?
-  To ona wymyśliła naszą znajomość.
Beth przypomniała swoją kolację z Destiny i wiedziała, że 
Mack mówi prawdę.
-  To dlaczego chcesz jej w tym pomóc? - Nie pojmowała jego 
postępowania.
-  Czy ja wiem?
-  Nic z tego nie rozumiem - stwierdziła z irytacją. - Myślę, że 
spasuję.
-  I pozwolisz, by Destiny uznała cię za tchórza? Albo jeszcze 
gorzej, aby doszła do wniosku, że już jesteś zaangażowana 
uczuciowo i próbujesz zwalczyć to uczucie?
-  Co? To zbyt zawiłe dla mnie. - Beth popatrzyła na niego 
zdezorientowana.

background image

-  Ale nie dla Destiny - zapewnił. - Uprzedzam cię, że jeśli się 
teraz wykręcisz, dopiero się zacznie. A tak po prostu zjemy z 
nią kolację. Może ciotka dojdzie do wniosku, że nie pasujemy 
do siebie?
Nagle Beth zrozumiała, w czym rzecz. Nie wiedziała jeszcze, 
czy jej się to podoba, ale zorientowała się, co kieruje 
Mackiem. Chciał się wycofać i liczył na to, że jego ukochana 
ciocia utwierdzi go w tym, dochodząc do wniosku, że Beth nie 
jest dla niego odpowiednią partnerką. Wówczas spokojnie 
będzie mógł się ulotnić.
Popatrzyła mu w oczy.
-  A więc o to ci chodzi? Chcesz, by Destiny uznała, że nie 
nadaję się dla ciebie, bo pozwoli ci to nie widywać się ze mną.
-  Chyba oszalałaś! - oburzył się, trochę za szybko i trochę za 
gwałtownie. 
-  Czyżby? - spytała powątpiewająco. - Mack, rozumiem, że 
się możesz bać, rozumiem też, że mogłeś wybrać taki sposób 
zakończenia naszej znajomości. Nikt nie zdoła cię zmusić, byś 
był ze mną, a już na pewno nie ja. Ja zresztą też nie skaczę z 
radości z powodu tego, co zaszło między nami.
-  Nie szukam sposobu zerwania - oświadczył Mack poważnie.
-  Nie? Mieliśmy na siebie ochotę, owszem, ale ochota mija, 
nie jest permanentna. Zamiast wpadać w panikę, powinniśmy 
oboje albo płynąć z prądem, albo wycofać się od razu, zanim 
sprawy się skomplikują. Nie mam zamiaru się obrazić, wiem, 
że jakoś przeżyję twoje odejście.
Chciała mówić dalej, zrobić wszystko, żeby ułatwić mu 
zerwanie, ale Mack pochylił się nagle i zamknął jej usta 
pocałunkiem. Od razu zapomniała wszystko, co zamierzała 
powiedzieć.
Kiedy wreszcie odsunął się od niej, popatrzyła na niego 
całkiem zdezorientowana.
-  Co to miało znaczyć? - spytała.

background image

-  To był jedyny sposób, żeby ci przerwać - odrzekł. - Za dużo 
rozmyślasz. Przestań się zastanawiać, co ja czuję. Skoro ja 
sam tego nie wiem, skąd ty możesz wiedzieć?
Do Beth, pozostającej wciąż pod wrażeniem pocałunku, nie 
bardzo dotarły te słowa.
-  Całowanie mnie pod pokojem pacjenta, w korytarzu, gdzie 
w każdej chwili może ktoś się zjawić, jest absolutnie 
niedopuszczalne - oświadczyła sucho.
-  Wybacz.
Szukała w jego twarzy choć cienia skruchy, ale niczego 
takiego nie dostrzegła. Wręcz przeciwnie, wyglądał na bardzo 
zadowolonego z siebie.
To jego zachowanie, ta rozmowa, idiotyczny pomysł kolacji u 
Destiny - tego już było za wiele. Odwróciła się.
-  Muszę iść - oznajmiła, kierując się w stronę gabinetu.
-  Przyjadę po ciebie o wpół do siódmej - zawołał.
-  Nie.
-  Bądź gotowa.
-  Nie wybieram się na żadną kolację - oświadczyła sta-
nowczo.
-  Oczywiście, że się wybierasz.
Zawróciła i podeszła do Macka. Stali teraz twarzą w twarz. 
Jeśli zajdzie potrzeba, zacznie krzyczeć i zrobi prawdziwą 
scenę.
-  Nie zamierzam iść do twojej ciotki na kolację - powtórzyła.
-  W porządku. - Skinął głową.
Zdumiała ją ta nagła ugodowość. Z mało zrozumiałego 
powodu zirytowała ją nawet bardziej niż jego pewność, że 
przyjmie zaproszenie.
-  Może jednak pójdę - zmieniła zdanie.
-  W porządku. - Mack sprawiał takie wrażenie, jakby z 
trudem tłumił śmiech.

background image

-  Ale spotkamy się na miejscu - zastrzegła. Zdziwił się, ale 
znów skinął głową.
-  Dobrze, zostawię ci adres.
-  Nie trzeba - rzuciła beztrosko, posyłając mu promienny 
uśmiech. - Już tam byłam.
Spojrzał na nią tak, jakby oświadczyła, że zna drogę na Marsa.
-  Kiedy, u diabła?!
-  Parę tygodni temu - odrzekła.
-  Zanim przysłała mnie tutaj, do Tony'ego? - pytał po-
dejrzliwie.
-  Nie, potem. Ściśle mówiąc, tego samego dnia, ale później. 
Twoja ciotka ma nieomylne wyczucie. Zadzwoniła do mnie 
parę minut po twoim wyjściu.
-  Nie wspomniała o tym - powiedział, bardziej do siebie niż 
do Beth. - Ty zresztą również nie uznałaś za stosowne mnie 
poinformować o tej wizycie.
-  Jestem pewna, że twoja ciotka nie spowiada ci się ze 
wszystkich swoich spotkań towarzyskich - oznajmiła Beth. -I 
ja też nie zamierzam tego robić.
-  Dobrze wiedzieć. - Potrząsnął głową.
-  Do zobaczenia o siódmej - rzekła. - Może zadzwonię do 
Destiny i spytam, czy nie będzie miała nic przeciwko temu, 
żebym przyszła z osobą towarzyszącą.
-  Zrób to, a on zaraz będzie martwy - ostrzegł. Roześmiała 
się.  Po raz kolejny wzbudziła zazdrość
w Wielkim Macku Carltonie. I to nie byle jaką. Widząc jego 
minę, uznała, że rozsądniej będzie nie poddawać go często 
takim testom. Poklepała go po policzku.
-  A więc dobrze, tylko ty i ja, przyjacielu.
-  Nie jestem twoim przyjacielem - żachnął się. - Wybij to 
sobie z głowy.
-  Nie? A więc jak byś siebie określił? - zainteresowała się.

background image

-  Jestem mężczyzną, którego właśnie doprowadzasz do szału. 
- Nagle uśmiechnął się szeroko. - Oczywiście, jeśli dobrze 
rozegrasz tę partię, to około dziesiątej ja doprowadzę cię do 
szaleństwa.
-  Fascynująca perspektywa. - Kiwnęła głową. - Zapamiętam 
to.
Jeszcze raz pocałował ją w usta.
-  To na zachętę - wyjaśnił.
Wracając do pokoju Tony'ego, pogwizdywał cicho. Beth 
odczekała, aż drzwi się za nim zamkną, i oparła się o ścianę. 
Ten bezczelny, zarozumiały facet po raz kolejny doprowadził 
do tego, że z trudem utrzymywała się na nogach. Może się 
tylko modlić, żeby nigdy się nie dowiedział, jak łatwo mu to 
przychodzi. Ale zważywszy na jego znajomość kobiet, trzeba 
przyjąć, że doskonale o tym wie.

background image

ROZDZIAŁ 10
Mack krążył po domu Destiny niczym tygrys po klatce. Gdzie, 
u licha, podziewa się Beth? Dzwonił przed godziną do szpitala 
i dowiedział się, że wyszła o wpół do szóstej. Domyślił się, że 
pojechała do domu, żeby się przebrać, gdyż bluzkę miała 
poplamioną jakimś okropnym pomarańczowym płynem, ale 
jak długo może trwać zmiana ubrania i przejazd mostem? W 
takich sprawach nie miał żadnego doświadczenia, a to tylko 
potwierdzało, jak mało obchodziły go zwyczaje kobiet, z 
którymi się spotykał.
Dochodziło wpół do ósmej. U kobiety tak punktualnej jak 
Beth spóźnienie o całe pół godziny lub więcej było nie do 
pomyślenia.
-  Może byś usiadł? - zaproponowała Destiny z wyraźną 
irytacją. - Przyprawiasz mnie o ból głowy. Beth powiedziała, 
że będzie, to będzie.
-  Miała być pół godziny temu.
-  Kochanie, jestem przekonana, że nie wystawi cię do wiatru.
Mack wyczuł delikatną aluzję, że tylko on ma powód do 
niepokoju. A nie był wcale pewien, czy Beth w ostatniej 
chwili nie zrezygnuje. To było prawdopodobne, jeśli chciała 
mu zagrać na nosie. Nie podejrzewał jej o przebiegłość do 
chwili rozmowy w szpitalnym korytarzu. Wciąż nie bardzo 
wiedział, jak się do tego ustosunkować, zwłaszcza że dowie-
dział się o spotkaniu z Destiny.
-  Nie wykazywała entuzjazmu - powiedział. Destiny 
popatrzyła na niego poważnie.
-  Ale ma bardzo dobre maniery - zauważyła. - Mogła nie dać 
znać tobie, gdyby jej coś nagle wypadło, ale na pewno 
zadzwoniłaby do mnie.
Nie podobała mu się sugestia, że być może w jakiejś mierze 
jest winny nieobecności Beth.

background image

-  Nie obraziłem jej - zastrzegł się. - A swoją drogą, co ty 
wiesz o jej manierach? Ach, prawda - dodał, nie czekając na 
odpowiedź.— Przecież była u ciebie na sympatycznej kola-
cyjce jakiś czas temu. Na kolacyjce, o której jakoś zapomnia-
łaś powiedzieć, kiedy dziś rozmawialiśmy.
-  Powiedziała ci? - Destiny rzuciła mu zdumione spojrzenie.
-  Z wielkim triumfem - odparł.
-  Czy to nie interesujące?
-  Co w tym takiego cholernie interesującego, że w końcu 
przyznała się, że spiskujecie za moimi plecami? O ile się 
orientuję, byłaś z nią w zmowie od dawna. Niewinne wyzna-
nie to na pewno wierzchołek góry lodowej.
-  Nie zachowuj się melodramatycznie. - Ciotka zmarszczyła 
czoło. - To była zwykła kolacja, nic ponadto. Nie robiłyśmy 
planów w związku z tobą, nie knułyśmy spisku. Coś ci się roi? 
Przecież sam podejmujesz decyzje w sprawach osobistych. 
Chyba nie sądzisz, że zastawiam na ciebie pułapkę?
-  Och, daj spokój. - Mack popatrzył na Destiny spod oka. - 
Już dawno się nauczyłem, że nie wolno cię nie doceniać. 
Może ci się nie uda doprowadzić mnie do ołtarza z wybraną 
przez ciebie kobietą, ale na pewno nie zaniechasz prób.
-  Uważasz, że Beth jest tak bezwolna, że pozwoli mi sobą 
sterować?
Zastanawiał się już nad tym i wiedział, że to nieprawdopo-
dobne. Jeśli czegoś był pewien, to tego, że Beth jest osobą 
niezależną, która doskonale wie, czego chce. Nikomu nie 
przyszłoby do głowy uznać jej za istotę bezwolną. Bóg 
świadkiem, że nie wahała się mówić mu, co myśli. Równie 
otwarta musiała być także wobec Destiny. Gdyby więc ciotka 
zagadnęła ją o niego, Beth prawdopodobnie roześmiałaby się 
jej w twarz.
-  Nie jest bezwolna - odparł.

background image

-  Wiesz, Mack, mówiąc szczerze, dziwię się, że podtrzymałeś 
propozycję wspólnej kolacji, kiedy już dowiedziałeś się o 
moim spotkaniu z Beth. Skoro najwyraźniej węszysz spisek 
wszędzie, gdzie się pojawię, to dlaczego nie odwołałeś 
dzisiejszego spotkania?
Doskonale wiedział, do czego Destiny zmierza, ale bawiły go 
jej uwagi.
-  No właśnie dlaczego? - spytał.
-  Szukasz potwierdzenia, że Beth tutaj nie pasuje? Chciał 
zaprzeczyć, ale ciotka za dobrze go znała. Poza tym
Beth podejrzewała to samo. Te dwie kobiety, które znały go 
lepiej niż inni, przejrzały go na wylot.
-  Przeszło mi przez myśl, że ona, być może, dojdzie do 
takiego wniosku - przyznał Mack.
-  I co wtedy? - Destiny nie spuszczała wzroku z jego twarzy, 
czekając na odpowiedź. - Na pewno nie liczyłeś na to, że cię 
rzuci? - spytała, kiedy się nie odezwał. - Na to właśnie 
liczyłeś, prawda? - Patrzyła na niego uważnie. 
-  To nie tak, ale trudno chyba uznać mnie za szczególnie 
pożądaną partię zwłaszcza dla kobiety, która chce wyjść za 
mąż i stworzyć rodzinę.
-  Przestań, to nie czas ani miejsce na fałszywą skromność - 
skarciła go Destiny. - A zresztą, czy Beth wspominała o 
małżeństwie?
-  Nie.
-  Albo o tym, że chce stworzyć rodzinę?
-  Nie.
-  A więc czy aby nie uprzedzasz faktów? - Świdrowała go 
wzrokiem. - A może jest odwrotnie? Może to ty zaczynasz 
myśleć o małżeństwie? - W oczach Destiny zatańczyły wesołe 
iskierki. - O mój Boże, nic dziwnego, że jesteś przerażony i 
chcesz się jak najprędzej ulotnić. Więcej. Ponieważ sam nie 

background image

wiesz, co z tym wszystkim zrobić, masz nadzieję, że Beth cię 
wyręczy w podjęciu decyzji.
Nie mógł odmówić ciotce logiki. Wciąż jednak się niepokoił, 
dlaczego Beth jeszcze nie ma.
-  Chyba zadzwonię do niej na komórkę - powiedział wreszcie. 
- Może stoi gdzieś w korku.
-  Nie odpowiadając na pytanie, nie wykręcisz się - ciągnęła 
ciotka. - Jeśli stałaby w korku, to chyba by zadzwoniła, 
prawda?
-  Na wszystko masz odpowiedź. Destiny roześmiała się 
uszczęśliwiona.
-  Lubię tak myśleć - odrzekła w chwili, gdy rozległ się 
dzwonek do drzwi. - Jeszcze się nie zorientowałeś? Roz-
chmurz się trochę, jeśli nie chcesz przestraszyć naszego go-
ścia, zanim przekroczy próg. - Uśmiechnęła się kpiąco. -A 
może właśnie o to ci chodzi?
Gdy szedł do drzwi, wciąż czuł złość, choć sam nie wiedział, 
czy złości się na ciotkę, czy na Beth. Otworzył, ale na widok 
Beth złość mu przeszła. Wyglądała okropnie.
-  Co ci się stało? - przeraził się, zwróciwszy jednak uwagę, że 
zanim się ubrudziła, była perfekcyjnie wyszykowana na ten 
wieczór. Wszystko, co na sobie miała, idealnie har-
monizowało ze sobą i pasowało świetnie do jej typu urody.
-  Złapałam gumę - oznajmiła krótko.
Sądząc z jej wyglądu, musiała sama zmieniać koło.
-  Nie mogłaś zadzwonić do warsztatu albo do mnie? -zdziwił 
się.
Rzuciła mu zniecierpliwione spojrzenie.
-  Umiem zmienić koło. Uznałam, że szybciej zrobię to sama, 
niż doczekam się mechanika w godzinach szczytu. Powinnam 
wrócić do domu, żeby się przebrać, ale i tak byłam spóźniona, 
więc postanowiłam przyjechać.
Obrzucił ją wzrokiem.

background image

-  Na pewno nic złego sobie nie zrobiłaś? Wyciągnęła ręce, 
żeby mógł je obejrzeć.
-  Spójrz, ani śladu krwi. Żadnych skaleczeń. To tylko smar i 
kurz. Mogłabym pójść do łazienki i trochę się ogarnąć?
-  Chodźmy. - Poprowadził ją w głąb domu. - Mydło nie 
zmyje tego brudu. Znajdziemy coś w garażu. Ben trzyma tam 
swój ukochany samochodzik i wciąż coś przy nim dłubie. 
Wierz mi, w tym domu wie się, co to olej i smar. Nie wiem 
tylko, czy uda mi się znaleźć coś do oczyszczenia sukienki.
Beth spojrzała na kwiecisty jedwab i jęknęła.
-  To nowa sukienka. Mam ją na sobie po raz pierwszy. 
Mack nie mógł wyjść ze zdziwienia. Mogła się zranić, 
manipulując przy kole, a ona martwi się sukienką.
-  Kupię ci inną - rzekł niecierpliwie.
-  Sama sobie kupię! - prychnęła.
-  Ale to nie rozwiąże sprawy na teraz. - Podał jej szmatkę i 
pojemnik ze środkiem czyszczącym. - Zabierz się do smaru, a 
ja pogadam z Destiny. Na pewno znajdzie coś, co będzie na 
ciebie pasować. Nosicie ten sam rozmiar. Zaraz wrócę i za-
prowadzę cię do łazienki.
Destiny poszła do garderoby i wyjęła odpowiednie rzeczy. 
Kiedy Mack chciał je wziąć, zaprotestowała.
-  Nie będziesz pomagał się jej rozbierać w moim domu - 
oświadczyła.
-  Spodziewałbym się raczej, że będziesz mnie do tego 
zachęcać - powiedział rozbawiony.
-  Możesz sprawdzić w tym czasie, czy kolacja się nie 
przypaliła. - Ciotka spojrzała na niego groźnie. - I zmniejsz 
trochę płomień.
-  Tak jest, proszę pani.
-  Mack...
-  Słucham.
Destiny rzuciła mu ciepłe, uspokajające spojrzenie.

background image

-  Mówiłam, że cię nie zostawi.
Westchnął, nie starając się nawet ukryć, jaką ulgę przyniosła 
mu ta świadomość.
Beth pogładziła delikatną tkaninę sweterka, który Destiny jej 
dała, by narzuciła na jedwabny topik. Nie mogła się nadziwić 
różnicy w jakości między nim a swoimi rzeczami. Zawsze 
uważała, że wydawanie pieniędzy na ciuchy nie ma sensu, ale 
teraz zrozumiała, dlaczego zamożni ludzie to czynią. Doszła 
do wniosku, że takiego sweterka w ogóle nie chciałaby 
zdejmować.
-  Myślę, że powinnaś go zatrzymać - powiedziała Destiny. - 
W tym bladoróżowym kolorze bardzo ci do twarzy. Prawda, 
Mack?
Mack skinął głową, nie w pełni świadomy, co się wokół niego 
dzieje. Od chwili przyjścia Beth ogarnął go dziwny nastrój. 
Nie potrafił go nazwać. Bardzo się niepokoił, czekając na 
Beth, i odetchnął z ulgą, gdy wreszcie zobaczył ją w progu. 
Ucieszył się, że nic się jej nie stało. Musiało jednak upłynąć 
trochę czasu, zanim włączył się do rozmowy przy stole.
W niczym to jednak nie zmąciło atmosfery. Destiny po 
mistrzowsku panowała nad wszystkim. Miała tysiące pytań na 
temat Tony'ego i pracy Beth.
-  Mack wspomniał, że zamierza sponsorować program 
badawczy - zaczęła ostrożnie. - Mam nadzieję, że zgodzisz się 
i na mój udział.
Beth popatrzyła na nią z ogromną wdzięcznością.
-  To wspaniałomyślny gest - powiedziała. - Wiem, że już 
wspierasz nasz szpital. Na pewno chcesz się włączyć i teraz?
-  Oczywiście. Gdy tylko przedstawisz nam projekt, Mack i ja 
omówimy to z naszymi adwokatami. Carlton Industries też 
będzie partycypować w programie. Twoje badania powinny 
być przyzwoicie finansowane.

background image

-  Czyżbym słyszał wzmiankę o naszym przedsiębiorstwie i o 
wydawaniu pieniędzy? - Richard z żoną nieoczekiwanie 
zjawili się w jadalni akurat w chwili, gdy nadeszła pora 
deseru.
-  Tak - potwierdziła Destiny - i żebyś ich nie skąpił. Praca 
Beth jest bardzo ważna.
-  Jesteś pewna, że nie próbujesz właśnie kupić Beth dla 
Macka? - zażartował Richard.
Żona zgromiła go wzrokiem.
-  O co chodzi? - obruszył się. - Przecież znasz Destiny.
-  Nie potrzebuję, żeby ktokolwiek kupował dla mnie kobietę ! 
- wybuchnął Mack. - I tak mam ich za dużo.
-  Ale żadnej odpowiedniej - zauważyła Destiny. Żona 
Richarda popatrzyła na Beth ze współczuciem.
-  Nie przejmuj się nimi - powiedziała. - Bardzo się cieszę, że 
wreszcie mogę cię poznać.
-  Tak? - Beth zdziwiła się, że Melanie Carlton już o niej wie.
-  Chciałabym ci przekazać wyrazy solidarności.
-  Nie rozumiem - zdziwiła się Beth. Melanie wskazała 
wzrokiem Destiny.
-  O ile się nie mylę, właśnie znalazłaś się na drodze walca 
parowego rodziny Carltonów. Zadzwoń do mnie, jeśli bę-
dziesz miała tego dość. Dam ci swój numer telefonu. Może nie 
potrafię cię ocalić, ale chociaż omówimy parę manewrów.
Beth od razu wyczuła w Melanie bratnią duszę.
-  Będzie mi to potrzebne, prawda? - spytała.
-  Jeszcze jak. - Melanie znów rzuciła wymowne spojrzenie w 
kierunku Destiny.
-  Naprawdę nie uważam, żebyś miała powody do narzekania - 
stwierdziła ciotka z błyskiem rozbawienia w oczach, 
świadczącym o tym, że bynajmniej nie poczuła się dotknięta 
słowami żony Richarda.

background image

-  Teraz nie - przyznała Melanie, biorąc męża pod rękę. - 
Wszystko zaczęło się dobrze układać, z chwilą gdy ustąpi-
liśmy i zrobili to, czego Destiny chciała.
Mack przez całą tę wymianę zdań zachowywał milczenie, ale 
w końcu nie wytrzymał.
-  Co was tu właściwie sprowadza? - zwrócił się do brata.
- Czyżbyś, przejeżdżając obok, poczuł nagłą potrzebę odwie-
dzenia ciotki?
-  Prawdę mówiąc, zostaliśmy zaproszeni na deser. - Richard 
uśmiechnął się szeroko.
-  Naprawdę? - Mack spojrzał groźnie na Destiny. - Chyba 
czegoś nie rozumiem.
-  A cóż tu jest do rozumienia? - żachnęła się ciotka. - To 
przecież mój dom i chyba mam prawo zaprosić bratanka z 
żoną, kiedy zechcę. Pomyślałam, że czas, by poznali Beth.
-  Richard nie wspominał, że połknął haczyk, który zarzuciłaś 
parę tygodni temu? Pomknął prosto do szpitala, żeby poznać 
Beth. Sądziłem, że zdał ci już dokładną relację ze swej 
bytności.
-  Taak? - Destiny po mistrzowsku udała zaskoczenie.
- Cóż go do tego skłoniło? Na pewno nie zdawkowa uwaga, 
którą, być może, uczyniłam.
-  Przyszedł triumfować nade mną - odparł Mack, zanim 
Richard zdołał otworzyć usta. - Pewno wyobrażał sobie, że już 
dokładnie zaplanowałaś przebieg ceremonii ślubnej i chciał się 
przekonać, na ile ci się to udaje.
-  Czy z tobą było podobnie? - Beth zwróciła się do Melanie.
-  Gorzej. Ożenek Richarda był pierwszą częścią wielkiego 
planu Destiny, który wypróbowała na nas.
Beth ukryła twarz w dłoniach. Nie miała pojęcia, że sytuacja 
tak szybko wymknie się spod kontroli. W końcu zaczerpnęła 
tchu i spojrzała na zebranych.
-  Na mnie już czas - oznajmiła. - Wracam do szpitala.

background image

-  Masz rację - przytaknął gorliwie Mack, zrywając się z 
krzesła.
-  Nie musisz mnie odwozić - powiedziała. - Mam przecież 
samochód, zapomniałeś?
-  Ale bez koła zapasowego. Kto wie, co się może stać. Pojadę 
za tobą na wszelki wypadek.
-  Nie ma takiej potrzeby.
-  Owszem, jest.
Uświadomiła sobie, że Mack nie ustąpi. Nie wiedziała tylko, 
czy kieruje się troską o nią, czy raczej chęcią wyrwania się z 
grona rodzinnego.
-  A więc dobrze - zgodziła się. - Dziękuję za miły wieczór. I 
jeszcze raz przepraszam za spóźnienie. Rzeczy odeślę jak 
najszybciej - zwróciła się do pani domu.
-  Nadal uważam, że powinnaś je zatrzymać - odparła Destiny. 
- Bardzo ci w nich do twarzy.
-  Nie, nie mogę. - Beth potrząsnęła głową. Nie chciała tej 
sprytnej kobiecie zawdzięczać niczego.
-  Jak sobie życzysz. - Destiny nie nalegała dłużej. - Ale 
zaczekaj jeszcze chwilę. Przygotowałam deser czekoladowy. 
Wiem, że masz słabość do czekolady.
-  Ja też - skwapliwie wtrąciła Melanie. - Zjem za nią.
-  Zanim wyjdziecie, chcielibyśmy z Melanie coś ogłosić - 
oznajmił Richard.
Wszystkie oczy zwróciły się na niego.
-  Będziemy mieli dziecko - powiadomiła uroczyście Melanie.
-  A niech mnie! - wykrzyknął Mack. Chwycił brata w objęcia 
i poklepał go po plecach. - Gratuluję!
Z oczu Destiny płynęły łzy wzruszenia, gdy całowała Melanie 
i jej męża.
Melanie mrugnęła do Beth.
-  Teraz my będziemy w centrum zainteresowania - po-
wiedziała. - Zmykajcie.

background image

-  O nie, najpierw wzniesiemy toast - zaprotestowała Destiny. 
- Melanie dostanie napój jabłkowy, a my napijemy się 
szampana.
Beth zgodziła się, nie chcąc zepsuć Melanie i Richardowi tej 
uroczystej chwili.
-  Ja też poproszę o sok. Czeka mnie jeszcze praca.
-  Co się dzieje, u diabła - zniecierpliwił się Mack. - Przygotuj 
sok dla wszystkich. Zaraz siadam za kierownicą, więc nie 
powinienem pić alkoholu.
-  Richard, kochanie, pójdziesz ze mną do kuchni? -zwróciła 
się Destiny do bratanka. - Pomożesz mi przygotować szklanki. 
A ty, Mack, posprzątaj ze stołu i przynieś deser. - Zerknęła ku 
Beth. - Teraz może się skusisz na krem czekoladowy?
-  Oczywiście. - Beth skinęła głową. Pokusa była zbyt duża, 
by się jej oprzeć.
-  Wiedziałam. - Destiny rozpromieniła się.
-  Powiedz mi, czy bardzo na ciebie naciskają? - zagadnęła 
Melanie, gdy zostały same w pokoju.
-  Właściwie nie jest tak źle - powiedziała Beth. - Mack i ja 
zgadzamy się, że ani ja, ani on nie jesteśmy zainteresowani 
małżeństwem.
-  Naprawdę tak myślisz? - Melanie zachichotała.
-  To przecież prawda - upierała się Beth.
-  Jestem pewna, że on istotnie tak uważa – stwierdziła 
pojednawczo Melanie. - I wiem, że ty chcesz w to wierzyć, ale 
widziałam, jak on na ciebie patrzy. Mack jest w tobie na zabój 
zakochany.
-  Nonsens. - Beth wzruszyła ramionami. - Może to raczej 
namiętność, czy ja wiem zresztą?
-  W przypadku mężczyzn z rodziny Carltonów to niekiedy 
jedno i to samo. Ja nie mówię o przejściowym zafascyno-
waniu. Mówię o takiej namiętności, która trwa i z każdym 
dniem staje się intensywniejsza.

background image

Beth była zakłopotana szczerością Melanie i jej 
przenikliwością. Przez cały wieczór starała się nie dać po 
sobie poznać, jak bardzo Mack na nią działa. Nawet jeśli był 
w najwyższym stopniu irytujący, nie mogła myśleć o niczym 
innym jak tylko o tym, że jeszcze tego wieczoru doprowadzi 
ją do szaleństwa.
-  Chyba nie zaprzeczysz, że tak samo jest z wami? - do-
pytywała się Melanie.
-  Nie powinnyśmy chyba rozmawiać na ten temat - po-
wiedziała Beth, zakłopotana trafną oceną sytuacji.
-  Nie chciałam cię urazić, przepraszam - wycofała się 
Melanie. - Powiedziałam to tylko dlatego, że sama przez to 
przeszłam i widzę, co się święci. Jeśli Carlton już wpada, to 
po uszy. Zadzwoń, gdybyś chciała o tym pogadać. - Wyjęła z 
torebki wizytówkę i zapisała na niej numer domowy. - Proszę. 
Teraz masz już mój numer do biura i do domu. Wiesz, Beth, 
jedyny sposób dla nas, by chronić niezależność, to trzymać się 
razem. Byłabym szczęśliwa, wiedząc, że mam wsparcie 
psychiczne, kiedy byłam w takiej sytuacji, w jakiej ty 
znalazłaś się teraz.
Beth roześmiała się.
-  Chętnie zobaczę, jak to działa. - Schowała wizytówkę do 
kieszeni. Wyczuwała, że mogłaby się zaprzyjaźnić z tą 
szczerą, spontaniczną kobietą, która przejrzała Carltonów na 
wylot. Całe lata upłynęły zarówno od czasu, gdy miała przy-
jaciółkę, której mogłaby się zwierzać, jak i kiedy miała się z 
czego zwierzać.
Do jadalni wróciła Destiny z Richardem i Mackiem. Nieśli 
napoje i deser.
Podczas wznoszenia toastu spojrzenia Macka i Beth spotkały 
się. Okay, przyznała Beth w duchu, Mack ją podnieca, ale 
zakochać się na poważnie w słynnym w mieście playboyu?
Nie ma mowy. Nie wolno do tego dopuścić.

background image

Mack odwrócił się na bok i patrzył na Beth. Wyglądała tak 
spokojnie i tak pięknie z zarumienionymi policzkami, z zaró-
żowioną gładką skórą. Zastanawiał się, czy kiedykolwiek 
przeżywał już taki moment, takie absolutne spełnienie i za-
spokojenie.
-  Masz zamiar spędzić całą noc na przyglądaniu się, jak śpię? 
- wymamrotała Beth.
-  Nie miałem pojęcia, że wiesz o tym. Myślałem, że naprawdę 
zasnęłaś, a ty tylko udajesz.
-  Udawałam. Wykończyłeś mnie. Musiałam odpocząć.
-  Jeśli ktoś musi odpocząć, to z pewnością ja. Myślałem, że 
pojadę z tobą do szpitala, zostawię cię i wrócę do domu 
spędzić spokojną noc we własnym łóżku. Jeszcze nie doszed-
łem do siebie po ostatniej nocy. Dobrze, że już nie jestem 
zawodnikiem. Trenerzy mieliby dużo do powiedzenia na te-
mat mojej kondycji.
-  Ha! Doskonale wiedziałeś, dokąd jedziemy po wyjściu od 
Destiny. W końcu to ty jechałeś pierwszy.
-  Cóż, byłem pełen nadziei - przyznał. - Cały czas zerkałem 
we wsteczne lusterko, żeby sprawdzić, czy nie skręcasz do 
szpitala.
-  Myślałam o tym - powiedziała Beth. - Z góry jednak było 
wiadomo, co wybiorę.
-  Cieszę się, że uznałaś mnie za bardziej interesującego od tej 
twojej papierkowej roboty.
-  Bo jesteś znacznie bardziej interesujący, a moje badania 
mogą przyspieszyć bieg po twoje pieniądze.
-  Powiesz mi, nad czym pracujesz? - spytał, uzmysłowiwszy 
sobie, że interesuje się wszystkim, co jest dla niej ważne. Nie 
przypominał sobie, by kiedykolwiek wcześniej obchodziło go 
coś więcej niż czas, który spędzał z kobietą w łóżku.
-  Wszystkiego dowiesz się z projektu - odrzekła. - Naprawdę 
chcesz, żebym teraz o tym mówiła?

background image

-  Mógłbym cię słuchać w nieskończoność, niezależnie od 
tego, o czym byś mówiła - odparł szczerze, nie mniej niż ona 
zdziwiony tym wyznaniem. - Pasjonujesz się swoją pracą.
-  A ty nie?
-  Zapomniałaś już, co o tym mówiłaś? Że futbol to tylko gra - 
przypomniał.
-  Głupio powiedziałam. Bardzo ważne, by człowiek mógł 
robić to, co jest mu bliskie i co lubi. Ty to robisz. Kto wie, 
może któregoś dnia pozwolę ci zaprosić się na mecz i 
wysłucham, co robią ci wszyscy dobrze zbudowani 
mężczyźni, biegający tam i z powrotem po trawie.
Mack nie wierzył własnym uszom.
-  Nigdy nie byłaś na meczu piłki nożnej?
-  Nigdy.
-  Ale w telewizji oglądałaś? - dopytywał się.
-  Nic na to nie poradzę, nie.
-  A więc ta lekceważąca opinia nie wynikała z osobistych 
doświadczeń? - upewniał się.
-  No cóż, chyba masz rację.
-  Jeśli znajdę gdzieś książkę na temat futbolu dla nowicjuszy, 
to ci ją kupię. - Mack potrząsnął głową. - Kiedy już dowiesz 
się paru rzeczy i pójdziesz kilka razy na mecz, wrócimy do 
uzupełniania tej luki w twojej edukacji.
-  Zrobisz mi test? - Zachichotała. - Jestem bardzo dobra w 
testach.
Usłyszał niską, kuszącą nutę w jej głosie i jego ciało naty-
chmiast zareagowało. Przyciągnął ją do siebie.
-  A co powiesz na ten test? - mruknął. - Jesteś gotowa?
-  O tak - odpowiedziała z entuzjazmem.
Przez resztę nocy ani futbol, ani manipulacje Destiny czy 
przyszłość nie zaprzątały Mackowi głowy.             

background image

ROZDZIAŁ 11
Kiedy następnego dnia w porze lunchu Beth weszła do 
szpitalnej kawiarni, powitały ją ukradkowe spojrzenia kole-
gów, którzy wyglądali tak, jakby mieli coś na sumieniu. Jason 
próbował szybko wsunąć pod stół gazetę, trzy osoby skiną-
wszy jej głową, podniosły się i szybko wyszły z kawiarni. 
Został tylko Jason i Peyton.
To dziwne zachowanie miało niewątpliwie coś wspólnego z 
gazetą. Beth zdecydowanym krokiem podeszła do Jasona i 
wyrwała mu ją z ręki.
-  Piszą coś ciekawego? - spytała, unosząc gazetę do oczu i 
usiłując przebiec wzrokiem tytuły. Nie było to łatwe, bo Jason 
starał się jej odebrać dziennik. Rzuciła mu groźne spojrzenie.
-  Nic takiego - bąkał. - Jakieś głupoty.
Niestety, miał tak wymowną minę, że Beth od razu się 
zorientowała w kłamstwie.
-  To dlaczego nie chcesz, żebym to zobaczyła? - spytała. - A 
może jest tam reklama agencji towarzyskiej albo środków na 
potencję, która twoim zdaniem mogłaby mnie zgorszyć?
-  Daj spokój, Beth. - Jason zaczerwienił się. - Wiesz przecież, 
że takie rzeczy nas nie interesują.
-  A więc o co chodzi?
Kiedy po raz kolejny sięgnął po gazetę, usunęła rękę i do-
kładniej przyjrzała się stronie, którą byli pochłonięci, gdy 
weszła do kawiarni. Jedyne, co mogło przykuć ich uwagę, to 
codzienna rubryka plotek znanego z prasy bulwarowej repor-
tera Pete'a Forsythe'a.
-  Czytacie lokalne plotki? - spytała, nie wierząc własnym 
oczom. - Myślałam, że jesteście ponad takie głupoty. Nie 
lepiej byłoby przejrzeć prasę medyczną? Mamy jej pod 
dostatkiem.
-  To jest o wiele ciekawsze i w jakimś sensie nas dotyczy - 
powiedział Peyton z błyskiem w oku.

background image

Tak rzadko można było widzieć tego poważnego hematologa 
rozweselonego, że Beth przestała się irytować. Ważne, że w 
ogóle się uśmiechał. Niestety, miała przeczucie, że nie może 
tego zlekceważyć. Raz jeszcze rzuciła okiem na tytuł: „Nasz 
bohater zaginął w akcji". Wciąż jeszcze nie wiedziała w tym 
nic intrygującego.
-  No więc co was tak poruszyło? - Spojrzała pytająco na 
kolegów.
-  Przeczytaj pierwszy akapit - rzekł Jason zrezygnowanym 
głosem.
Przebiegła wzrokiem początek artykułu i zmartwiała.
„Znany playboy i zapalony sportowiec Mack Carlton, którego 
zwykło się widywać wszędzie tam, gdzie należy się pokazać, 
zawsze z jakąś pięknością u boku, znikł ostatnio z pola 
widzenia. Osamotnione kobiety zaczynają się niepokoić. 
Czyżby jakaś tajemnicza przyjaciółka wykradła go z wiru 
życia towarzyskiego?
Udało nam się znaleźć odpowiedź na to pytanie. Wielki Mack 
spędza ostatnio dużo czasu w miejscowym szpitalu, i jak 
wieść głosi, wcale nie na badaniach lekarskich. Jego uwagę 
zwróciła atrakcyjna pani doktor, a on zabiega o jej względy z 
dala od wścibskich oczu przedstawicieli lokalnej prasy.
Bądźcie spokojni, wielbiciele i wielbicielki Macka. Trzymamy 
ręką na pulsie. Poinformujemy was pierwsi, jeśli były za-
wodnik, a obecnie właściciel drużyny, zechce stanąć na 
ślubnym kobiercu. Z tego, co się dowiedzieliśmy, powinno to 
nastąpić jeszcze przed rozpoczęciem nowego sezonu 
piłkarskiego".
Beth przeczytała notatkę po raz drugi. Policzki jej płonęły. 
Mimo że nie wymieniono nazwiska, mężczyźni przy stoliku
- nie mówiąc o tych, którzy na jej widok opuścili kawiarnię

background image

- doskonale wiedzieli, kogo autor ma na myśli. W przeciwnym 
razie nie zareagowaliby tak i nie starali się ukryć przed nią 
gazety.
-  Bardzo mi przykro - tłumaczył się Jason. - Miałem nadzieję, 
że tego nie zobaczysz. To bzdury, Beth, nie przejmuj się.
-  Nikt tych głupot nie czyta - pocieszył ją Peyton.
-  Och, przestańcie! - zirytowała się. - Jeśli wy to prze-
czytaliście, to cały Waszyngton także - powiedziała. - Na-
wiasem mówiąc, to dobrze, że zwróciliście mi uwagę.
-  Co zamierzasz zrobić? - przeraził się Jason.
-  Nie planuję w każdym razie zabicia Forsythe'a, nie obawiaj 
się - odparła.
-  I chyba nie zamierzasz zerwać z Mackiem? - spytał Jason z 
niepokojem. - Miałem nadzieję, że wasz związek przetrwa 
przynajmniej przez sezon piłkarski, bo mogłabyś mi wówczas 
załatwiać bilety na mecze.
-  Coś podobnego, a nie łaska pomyśleć o mojej reputacji?
-  Ależ twoja reputacja pozostaje nieskalana - włączył się 
Peyton. - Twoje nazwisko nie zostało wymienione. Tylko parę 
osób orientuje się, o którą panią doktor chodzi.
-  No jasne, tylko wy, chłopaki, rodzina Macka, wszyscy, 
którzy nas tu widzieli, i parę osób w restauracji. Jak myślicie, 
ile czasu trzeba, żeby ktoś ze zorientowanych powiadomił 
Forsythe'a? Ludzie uwielbiają sprawiać wrażenie dobrze 
poinformowanych.
-  A cóż to ma za znaczenie? - Peyton wzruszył ramionami. - 
Oboje jesteście wolni. Spotykacie się, i co w tym złego?
Beth wiedziała, że wszystko to brzmi rozsądnie, ale czuła się 
podle.
Zdawała sobie sprawę, że wiele ryzykuje, wdając się w 
znajomość ze znanym playboyem, ale gdy to już się stało, 
opuścił ją zdrowy rozsądek. Ostatnio myślała tylko o tym, jak 
wspaniałe jest być w jego ramionach. Jeśli jednak przedtem 

background image

spojrzenia innych tylko ją denerwowały, to teraz upokarzały, 
tak jak wtedy, gdy jej były narzeczony rozpuszczał kłamliwe 
plotki na jej temat.
-  Muszę coś zrobić - upierała się. - Muszę położyć temu kres, 
zanim sytuacja się pogorszy.
-  Co możesz zrobić, żeby do tego nie dopuścić? - spytał 
Peyton.
-  No właśnie - przytaknął Jason. - Jeśli zadzwonisz do 
Forsythe'a, dostarczysz mu tej brakującej informacji, której 
potrzebuje, żeby napisać następny artykuł.
Uświadomiwszy sobie, że rzeczywiście niewiele może zrobić, 
Beth westchnęła ciężko i usiadła. Jason obserwował ją 
zatroskany, wreszcie wstał.
-  Czekoladę? - spytał.
-  Wszystkie, które są w automacie - powiedziała. Nawet 
gdyby automat został świeżo napełniony rano, prawdopodob-
nie i tego byłoby jej mało. Sięgnęła po portmonetkę.
-  O nie, ja stawiam - zaprotestował Jason. - Czuję się 
odpowiedzialny za sprowokowanie tego czekoladowego na-
padu.
-  Dołączam się - powiedział Peyton, wciskając koledze kilka 
dolarów.
-  Jestem tylko zniechęcona, ale nie w nastroju samobójczym - 
wyjaśniła Beth, rozbawiona tym przejawem troski. -A może 
zużylibyśmy część tych pieniędzy na wykupienie wszystkich 
egzemplarzy tego szmatławca ze szpitalnych kiosków?
-  Za późno - westchnął Peyton. - Wiesz, jak tu się rozchodzą 
plotki. Wystarczy, że jedna osoba czegoś się dowie, a do 
lunchu wiedzą już wszyscy.
Peyton miał rację. Tylko telewizja CNN była szybsza od 
szpitalnej poczty pantoflowej.
-  Weź też chipsy - zawołała Beth za Jasonem, który zmierzał 
do automatu ze słodyczami.

background image

-  Chipsy? - Peyton zaniepokoił się nie na żarty. - Przecież ty 
nigdy nie jesz chipsów.
-  Podle się czuję.
-  To plastikowe żarcie nic ci na to nie pomoże - rzucił.
-  A co pomoże? - spytała.
-  To zależy.
-  Od czego?
-  Od tego, czy jesteś zakochana w Macku Carltonie - odparł 
Peyton.
Zaszokowana, że lekarz, tak bardzo zaabsorbowany swoją 
pracą, mógł w ogóle wpaść na taki pomysł, poczuła się w 
obowiązku zaprzeczyć.
-  Oczywiście, że nie - obruszyła się, choć ten protest wypadł 
mało przekonująco.
-  Nie nabierzesz mnie, Beth. - Peyton potrząsnął głową. - To 
zapewnienie musiałoby brzmieć bardziej wiarygodnie, żebym 
uwierzył, a brzmi tylko żałośnie.
-  Dlaczego w ogóle muszę cię przekonywać?
-  Nie mnie. Siebie.
Ach tak. Trafił w sedno. Sama już przecież nie wierzy w 
swoje protesty.
Mack wściekł się po przeczytaniu gazety. Beth wpadnie w 
szał. On mógł czuć złość, ale przyzwyczaił się już do widoku 
swojego nazwiska w prasie. Zdążył się też oswoić z tymi 
wszystkimi półprawdami i insynuacjami w rubryce Pete'a 
Forsythe'a. Nauczył się traktować je jak cenę płaconą za 
sławę. Ale Beth? Nie zdążyła wyrobić w sobie mechanizmów 
obronnych.
Nie zamieszczono wprawdzie w tekście jej nazwiska, ale to 
tylko kwestia czasu. Każda z wielu wtajemniczonych osób 
może uzupełnić te brakujące dane. Nie zdawał sobie sprawy, 
jak bardzo cenił brak zainteresowania mediów tą znajomością, 
dopóki nagle jego spokój nie został zakłócony.

background image

Podniósł słuchawkę i wykręcił numer Beth. Zostawił wia-
domość na sekretarce, po czym spróbował dzwonić na pager. 
Wiedział, że w szpitalu nie używa komórki. Dopiero po dzie-
sięciu minutach oddzwoniła. Było to dziesięć najdłuższych 
minut w jego życiu. Zastanawiał się nawet, czy w ogóle zech-
ce z nim rozmawiać.
-  Tak mi przykro - zaczął, gdy wreszcie usłyszał jej głos. - 
Powinienem cię ostrzec, że coś takiego może się zdarzyć.
-  Mogłam się sama domyślić. - Westchnęła. - Nawiasem 
mówiąc, czy to nie w tej rubryce widywałam niemal 
codziennie twoje nazwisko? To dlatego się do ciebie uprze-
dziłam.
-  Może i tak, ale sądziłem, że zachowujemy się dyskretnie. 
Nie chciałem, żebyś się znalazła w centrum uwagi.
-  To nie twoja wina - uspokoiła go. Odetchnął z ulgą, bo 
zabrzmiało to szczerze.
-  Dziękuję - powiedział.
-  Za co?
-  Że mi odpuściłaś.
-  Posłuchaj, Mack, wiem, że zachowywaliśmy dyskrecję, ale 
nie można powiedzieć, iż nigdzie razem się nie pokazywa-
liśmy. Unikaliśmy jedynie miejsc, w których zwykle bywasz 
w godzinach największej oglądalności, jeśli można to tak 
określić. Cóż, należało się spodziewać, że prędzej czy później 
do tego dojdzie.
-  Nie mogę się nadziwić, że się nie denerwujesz.
-  Na ciebie? Nie. Wierz mi, nie zamierzam się w ogóle 
przejmować. Jason i Peyton wykupili dla mnie całą czekoladę, 
jaka była w automacie, żebym się uspokoiła, a poza tym 
przekonali mnie, że mogło być o wiele gorzej.
-  Jeszcze może być gorzej - ostrzegł ją Mack. - Jeśli Forsythe 
weźmie coś na celownik, nie popuści. Spytaj Melanie, jaką 
rolę odegrał w jej związku z Richardem.

background image

-  Skoro o tym wspomniałeś, to muszę powiedzieć, że 
pamiętam tę sprawę. Zastanawiam się, kto teraz dał znać 
Forsythe'owi. W końcu jestem tylko zwykłą lekarką, a nie 
jedną z twoich znanych w towarzystwie flam.
-  Przypuszczalnie właśnie dlatego tak go to intryguje - 
zauważył Mack i nagle wpadło mu do głowy coś tak oczy-
wistego, że powinien od razu na to wpaść. - Do diabła! - 
zaklął pod nosem.
-  Co? - zdziwiła się Beth.
-  Posłuchaj, zobaczymy się później, okay? Muszę coś 
załatwić.
-  Cóż to takiego ważnego, że nie możesz dokończyć roz-
mowy? - zdziwiła się, pełna podejrzeń.
-  Zamierzam uciąć sobie pogawędkę ze źródłem informacji 
Forsythe'a - odparł.
-  Wiesz kto to?
-  Nie mam jeszcze pewności, lecz mogę się założyć, że się nie 
mylę.
-  Kto to?- spytała Beth.
-  Destiny, oczywiście.
-  Niemożliwe, nie zrobiłaby tego. - Beth była zaszokowana.
-  Kochanie, to typowe dla cioteczki. Od tygodni miesza tę 
potrawę pod nazwą „my". Po wczorajszej kolacji stwierdziła 
najwidoczniej, że należy dodać trochę pieprzu i uznała, że 
najlepiej będzie wciągnąć w to Forsythe'a. Już wcześniej go 
wypróbowała. Pewno ma zapisany jego prywatny numer fa-
ksu, pod który wysyłała mu te wszystkie smakowite kąski na 
temat Richarda i Melanie.
-  Mówisz poważnie? - Beth była zbulwersowana. - Ona stała 
za tym?
-  O tak, i była z tego bardzo dumna - stwierdził Mack. - Znasz 
to powiedzenie, że w miłości i na wojnie wszystkie chwyty są 

background image

dozwolone. Cóż, Destiny uważa, że prowadzi wojnę o miłość, 
a rubryka Forsythe'a jest jedną z broni, którą się posługuje.
-  Jedziesz do niej?
-  Jak tylko odłożę słuchawkę.
-  Wstąp po mnie - poprosiła. - Chcę w tym uczestniczyć. 
Mam więcej do stracenia niż ty.
-  Będę za dwadzieścia minut - odparł, lekko ubawiony tym, 
że jest tak żądna krwi.
-  Czekam przed szpitalem.
-  No, no, Destiny - mruknął do siebie, przewidując rozwój 
wypadków. - Nie wykręcisz się tak łatwo.
Przynajmniej raz nie będzie musiał prowadzić z ciotką 
rozgrywki. Usiądzie i poczeka, aż Beth załatwi za niego spra-
wę. Do diabła, to będzie zabawniejsze niż obserwowanie 
dwóch seksownych kobiet taplających się w błocie.
Destiny Carlton była jednak nieuchwytna. Złość Beth rosła z 
każdym kolejnym telefonem Macka, pod którym informowano 
go, że ciotka właśnie wyszła.
-  Przyczaiła się - orzekł w końcu.
-  Sprytna - powiedziała Beth nie bez podziwu. Destiny była 
godnym przeciwnikiem. Nie ulegało wątpliwości, że tylko 
dlatego jej bratankowi nie udało się wymknąć.
-  Masz ochotę na lunch? - spytał Mack.
-  W miejscu publicznym? - przeraziła się nie na żarty.
-  Och, myślę, że potrafię to tak załatwić, żeby paparazzi nas 
nie wytropili.
-  Jak?
-  Poznasz rękę mistrza - obiecał.
Odbył kilka rozmów telefonicznych, po czym przejechał 
zatłoczonymi ulicami w tempie, którego pozazdrościłby mu 
niejeden wyścigowy kierowca. Skręcił w zaułek i zatrzymał 
się pod nieoznakowanymi drzwiami.

background image

-  Zaraz wracam - poinformował, polecając, by zaczekała w 
samochodzie.
-  Na pewno jestem tu bezpieczna? - zaniepokoiła się Beth.
-  Jak najbardziej - odparł. - Możesz bać się najwyżej 
szczurów.
Zadrżała.
-  Pospiesz się.
-  Wrócę za pięć minut - zapewnił.
Beth siedziała jak sparaliżowana, wypatrując czyhającego 
reportera. Na szczęście nie upłynęło nawet pięć minut, a Mack 
był już z powrotem. Niósł pojemnik, z którego rozchodził się 
niebiański zapach, wart chwil niepokoju spędzonych na 
oczekiwaniu.
-  Czosnek - szepnęła w zachwycie. - Pomidory. Boże, skąd 
tyś to wytrzasnął? Na drzwiach nic nie jest napisane.
-  To najlepsze spaghetti, jakie jadłaś w życiu - powiedział. - 
Jedziemy do ciebie?
Skinęła głową, wciąż łakomie łapiąc w nozdrza rozchodzącą 
się woń.
-  Uważaj, żeby pudełko się nie przewróciło - napominała go. - 
Jedź już, bo mi ślinka leci.
Mack zerknął na nią kątem oka.
-  Na swojej prywatnej liście afrodyzjaków obok czekolady 
umieszczam włoskie dania na wynos.
-  Koniecznie.
-  Czy to znaczy, że dziś po południu zostanę uszczęśliwiony? 
- spytał z nadzieją w głosie.
Beth rozważała tę propozycję około piętnastu sekund.
-  Jeśli będzie czas - odparła z namysłem. - Wiesz przecież, że 
muszę wracać do pracy. Peyton i Jason teraz mnie zastępują, 
ale w końcu ludzie zaczną się dopytywać, gdzie się 
podziewam.

background image

Mack wziął zakręt na dwóch kołach i za trzy minuty zatrzymał 
się z piskiem opon przed domem Beth.
-  Nigdy nie brałeś udziału w rajdach? - spytała.
-  Nie, to nudne. Wolę manewrować po zatłoczonych ulicach. 
To dopiero wyzwanie.               
-  Po prostu lubisz wyzwania - skonstatowała.
-  Można tak to ująć.
Beth postawiła pojemnik na stole w kuchni i spojrzała mu w 
oczy.
-  Tym właśnie dla ciebie jestem, Mack? Wyzwaniem? 
Spodziewała się żartobliwej odpowiedzi, ale najwyraźniej 
potraktował pytanie poważnie.
-  Nie w takim sensie jak myślisz - odparł.
-  A w jakim?
-  Nie wiem, czy potrafię to wytłumaczyć.
-  Postaraj się - poprosiła.
Wyraz jego twarzy i poważny ton świadczyły, że to może być 
coś naprawdę ważnego.
-  Dobrze - zgodził się po chwili namysłu. - Oto, co myślę. Nie 
chciałem zdobyć twego serca czy pójść z tobą do łóżka tylko 
po to, by dowieść sobie, że to możliwe - mówił, patrząc jej w 
oczy. - Chodziło mi raczej o to, żeby sprawdzić, jak silnie 
mogę się zaangażować, zanim wpadnę w panikę.
Beth nie bardzo wiedziała, jak to rozumieć, nie była pewna, 
czy w ogóle chwyta sens tych wyjaśnień.
-  I co? - spytała. Zaskoczyła go.
-  Jeszcze do tego nie doszło - odrzekł.
Beth nadal nie widziała, co on właściwie ma na myśli.
-  Dlaczego uważasz, że powinno w ogóle do tego dojść? 
Westchnął i odwrócił wzrok.
-  Nie wiem, Beth. Naprawdę. Natomiast wiem, że biorąc pod 
uwagę wszystkie okoliczności, powinienem być przerażony 
jak diabli.

background image

Wykonując tego popołudnia szpitalne obowiązki, Beth nie 
mogła przestać myśleć o rozmowie z Mackiem. Czego on się 
tak boi? Że zawładnie jego sercem, chociaż on się przed tym 
broni? A może mimo niewiarygodnych wprost doznań seksu-
alnych i coraz większej intymności nie jest w stanie zaanga-
żować się uczuciowo?
A czego ona chce? Ostatnio sama nie bardzo wie. Gdyby tylko 
Destiny nie zaczęła tej afery z Pete'em Forsythe'em! Skończy 
się na tym, że w ich związek wkradnie się prozaiczna 
rzeczywistość, zanim jeszcze będą gotowi na taką kon-
frontację. A to może popsuć wszystko - stępić podniecenie, 
osłabić fascynację, poddać egzaminowi uczucia.
Czy nie to właśnie przytrafiło się jej już kiedyś? Ubieganie się 
o dotację wprowadziło w związek uczuciowy element rze-
czywistości, ujawniło prawdziwą naturę narzeczonego. Beth 
była na swój sposób wdzięczna losowi, że odkryła drugie „ja" 
tego człowieka, zanim się pobrali, ale było to dla niej bardzo 
bolesne przeżycie.
Teraz obawiała się, że związek z Mackiem nie przetrwa 
bezboleśnie burzy, która nad nimi zawisła.
Kiedy otworzyła drzwi pokoju Tony'ego, zdziwiła się, 
zastawszy Macka przy jego łóżku. Myślała, że tylko podrzucił 
ją do szpitala i odjechał, tymczasem on tkwił tutaj, prze-
glądając komiksy, podczas gdy Tony spał.
-  Ciekawa lektura? - zażartowała. - Czy nie dlatego tu 
przesiadujesz, by móc czytać to wszystko?
-  Chyba nie - odparł, nie spuszczając z niej wzroku. - To dla 
ciebie przychodzę. Myślałem, że to zrozumiałaś po naszej 
dzisiejszej rozmowie.
Otworzyła usta, żeby odpowiedzieć, ale się powstrzymała. 
Rzęsy Tony'ego drgnęły, a to wskazywało, że tylko udaje sen, 
a tymczasem pilnie nadstawia ucha.
-  Później wrócimy do tego - oświadczyła.

background image

-  Nie, pani doktor, teraz - zaprotestował Tony, otwierając 
oczy. - Tak dobrze się zaczęło.
-  Myślałem, że śpisz - zdziwił się Mack.
-  Spałem, ale się obudziłem - powiedział chłopiec, 
uśmiechając się szelmowsko. - Wiedziałem, że lubisz doktor 
Beth. Nawet powiedziałem o tym mamusi.
-  Słuchaj, moje życie uczuciowe to nie twoja sprawa. - Mack 
pogroził mu palcem.
-  Dlaczego? - zdziwił się Tony. - Myślałem, że jesteśmy 
przyjaciółmi.
-  Oczywiście, że jesteśmy, ale większość dorosłych lubi sama 
decydować o swoich sprawach - wtrąciła Beth.
-  No tak, ale u was za długo to trwa - stwierdził Tony.
-  Coś podobnego! A kto tak mówi? - spytał Mack.
-  Ja. - Chłopiec posłał mu zadziorne spojrzenie. - Wiesz, że 
nie mogę czekać w nieskończoność.
Powiedział to jak rzecz najbardziej oczywistą w świecie, z 
którą dawno się już pogodził, ale Mackiem wstrząsnęły te 
słowa. Beth była zdumiona, że Tony zdaje sobie sprawę, jak 
bardzo jest chory, a pozostaje wciąż tak opanowany.
-  Przecież nie możesz tego wiedzieć! - zaprotestowała 
gwałtownie, walcząc ze łzami napływającymi do oczu. Nie 
wolno jej płakać przy Tonym i przy Macku. - Nie zostawię cię 
samego. Nie pozwolę, byś się poddał.
Chłopiec ujął jej rękę.
-  Już dobrze, pani doktor. To przecież nie pani wina - po-
wiedział.
-  Nie w tym rzecz. Będzie lepiej, Tony - zapewniła. -Musisz 
w to wierzyć.
-  Wcale nie chcę umrzeć - rzekł chłopiec - ale kiedyś trzeba 
spojrzeć prawdzie w oczy.
-  A prawda wygląda tak, że nie wiemy, co się zdarzy 
-oświadczyła Beth. - Tylko Bóg wie. Tymczasem masz 

background image

Peytona i mnie, mamę i Macka oraz mnóstwo innych ludzi, 
którzy trzymają za ciebie kciuki. - Wskazała na kolorowe 
obrazki, wiszące na ścianie dokoła łóżka, namalowane przez 
kolegów z klasy. - Widzisz? Wszyscy twoi koledzy o tobie 
myślą.
Tony westchnął i oparł się o poduszki.
-  Wiem, ale nieraz wydaje mi się, że czas odejść. - Popatrzył 
smutno na Macka. - Wiesz, co mam na myśli?
Choć równie wstrząśnięty jak Beth, Mack przysiadł na łóżku i 
wziął go za rękę.
-  Trzeba być bardzo dzielnym, żeby walczyć z tą chorobą - 
oznajmił spokojnie. - A ty, Tony, jesteś najdzielniejszym 
człowiekiem, jakiego spotkałem w życiu. - Zwrócił wzrok ku 
Beth. - Ale nie wstyd powiedzieć „dość", gdy walka staje się 
zbyt trudna. Nikt cię nie będzie za to winił.
Beth chciała krzyczeć na Macka za te słowa, ale wiedziała, że 
on ma rację. I że to właśnie chciał usłyszeć Tony z ust 
swojego idola. Wstrzymała oddech, modląc się, by Mack 
powiedział coś więcej, by zapewnił chłopca, że ta chwila 
jeszcze nie nadeszła.
Mack ścisnął dłoń Tony'ego.
-  Ale wiesz co? - dodał łagodnie. - Wierzę, że doktor Beth 
dobrze wie, co mówi. Za wcześnie, by się poddać.
-  Tak myślisz? - W oczach Tony'ego rozbłysła iskierka 
nadziei.
-  Oczywiście - zapewnił Mack. - Sądzę, że masz jeszcze dużo 
sił do walki. Przyrzekam, że będę cię w niej wspomagać. Jeśli 
jednak nadejdzie dzień, kiedy nie będziesz mógł znieść 
dalszego leczenia czy kolejnego zastrzyku, po prostu nam 
powiedz. Dobrze?
Tony skinął głową.
-  I nie pozwolisz, żeby mamusia była bardzo smutna? - spytał.
Mack unikał wzroku Beth, bo i on walczył ze łzami.

background image

-  Z mamusiami to zupełnie inna sprawa - odparł. - Nie ma 
sposobu na ich smutek, ale one wszystko rozumieją.
Tony zadrżał i przytulił się do niego.
-  Kocham cię - wyszeptał.
Beth widziała, jak Macka obejmuje chłopca, ale nie dosłyszała 
jego słów. Nie musiała jednak słyszeć, by wiedzieć, że 
powtórzył to, co wyznał Tony.
I właśnie w tej chwili największej rozpaczy, gdy serce pękało 
jej z bólu nad Tonym, poczuła, że wypełnia je jeszcze inne 
uczucie. Zmuszona była przyznać sama przed sobą, że jest 
szaleńczo zakochana w Macku Carltonie.

background image

ROZDZIAŁ 12
Mack wyszedł z pokoju Tony'ego na wpół oślepiony łzami. 
Nieświadomy, co się wokół niego dzieje, przeszedł szybko 
przez hol, zbiegł schodami, przeskakując stopnie, i jak 
najprędzej opuścił teren szpitala. Chciał uciec od tych przy-
tłaczających emocji, zaczerpnąć świeżego powietrza... do 
diabła, sam już nie wiedział, co jeszcze. Nigdy dotąd tak się 
nie czuł, był całkowicie bezradny i wściekły, że odkrył w so-
bie słabość.
Był również wstrząśnięty tym, jak łatwo udało się Tony'emu 
skruszyć mur, którym się otoczył, broniąc się przed sil-
niejszymi emocjami. To, co się zaczęło jako dobry uczynek, a 
co później trwało, by mógł widywać się z Beth, przekształciło 
się w końcu w szczere uczucie do tego chłopca. Pokochał to 
dziecko o silnym charakterze, bystrym umyśle i wielkim 
sercu. A dziś po raz pierwszy tak wyraźnie uświadomił sobie, 
że może je stracić.
Był już w połowie drogi do samochodu, gdy usłyszał wołanie 
Beth i uprzytomnił sobie, że za nim pobiegła. Zatrzymał się, 
by na nią poczekać.
- Nie mogę o tym mówić - powiedział, gdy podeszła.
Nie zwróciła uwagi na te słowa. Wpatrywała się w niego z 
napięciem.
-  Wiem, że jesteś przygnębiony - zaczęła. - Któż by nie był?
-  Beth, mówiłem, że nie zamierzam na ten temat rozmawiać - 
powtórzył.
Był przekonany, że tego nie zniesie. Nie chciał uczuć 
zredukować do słów, nie chciał roztrząsać swego stanu w 
spokojny, rzeczowy sposób. Fakty o niczym nie świadczą. 
Nic, co powiedziała Beth, choć dawało pewną nadzieję, nie 
mogło zagwarantować przyszłości Tony'emu.
-  Mack, wiem, że musisz mieć w głowie zamęt, ale chcę ci 
powiedzieć, że świetnie sobie poradziłeś - kontynuowała, nie 

background image

zwracając uwagi na jego protesty. - Byłeś naprawdę 
wspaniały. Potrafiłeś dodać mu otuchy i zachęcić do walki, nie 
owijając niczego w bawełnę. Nie zbyłeś go. Niełatwo było 
tego słuchać, ale Tony potrzebuje kogoś, przed kim może być 
zupełnie szczery, kogoś, kto nie będzie się wzbraniał przed 
wysłuchaniem, co on naprawdę czuje. Jest szczęśliwy, że ma 
ciebie.
Szczęśliwy? Jeśli uważa, że Tony w ogóle może być 
szczęśliwy, a tym bardziej dlatego, że on go odwiedza, musi 
być szalona. Tony nie potrzebuje wizyt, potrzebuje cudu.
Próbując pojąć, jak do tego doszła, obserwował ją zza 
okularów przeciwsłonecznych. Nie były, co prawda, potrzebne 
w zapadającym zmroku, ale tylko one pozwalały mu ukryć 
łzy. Mimo to był przekonany, że Beth wie, w jakim on jest 
stanie, że go rozumie i rozpaczliwie stara się dodać mu otu-
chy, a to przecież on powinien być podporą. Dla niej ta 
rozmowa też nie była łatwa.
Zaczerpnął głęboko powietrza.
-  Nie masz pojęcia, ile mnie kosztowało, żeby siedzieć przy 
nim i nie przeklinać Boga, lekarzy i całego świata - odezwał 
się wreszcie.
-  Ależ mam - zapewniła. - Jak sądzisz, czy ja się tak nie czuję 
dziesiątki razy w ciągu dnia, tysiące razy w roku? Nie mogę 
jednak zważać na siebie, muszę myśleć o dzieciach i o ich 
przeżyciach. Najgorsze, co można zrobić, to zamknąć się na 
ich lęki. Wtedy czułyby się jeszcze bardziej osamotnione. 
Rodzice często nie chcą spojrzeć prawdzie w oczy i wtedy 
zapada cisza, która z każdą chwilą narasta. Myślę, że 
najgorzej jest wówczas, gdy nikt tej ciszy nie przerwie, bo nikt 
nie będzie miał szansy powiedzieć słów pożegnania.
Mack westchnął. Zdał sobie sprawę, że smutek i żal Beth 
przeżywa codziennie.

background image

-  Czy wiesz, jak bardzo cię podziwiam i szanuję? - spytał. 
Pragnął się do niej przytulić, ponieważ on też potrzebował 
pociechy. Pohamował się, ponieważ Beth od dawna musiała 
sobie z tym wszystkim radzić, i wiedział, że nie powinien się 
domagać, by i jego wspierała. Owszem, cierpiał, ale chore 
dzieci i ich rodzice byli w dużo gorszej sytuacji. Beth powinna 
dla nich oszczędzać swoje siły.
-  To, co robisz jest ważne, a w dodatku robisz to z takim 
oddaniem, tak wspaniale sobie radzisz w sytuacji, gdy wzlo-
tom niejednokrotnie towarzyszą upadki.
-  Nie zliczyłbyś tych wszystkich kubków, które potłukłam w 
ciągu roku - powiedziała ze smutkiem.
Widział, że stara się rozładować atmosferę, ale zrobiło mu się 
jej jeszcze bardziej żal z powodu tej samotnej walki z 
przygnębieniem.
-  Pomaga? - spytał.
-  Ani trochę - przyznała.
-  A co pomaga?
-  Sukcesy - powiedziała. - Każde, nawet najmniejsze 
zwycięstwo pozwala mi przetrwać do następnego razu.
-  Tony potrzebuje takiego zwycięstwa - zauważył ze 
smutkiem Mack.
-  Będzie je miał - zapewniła Beth. - Wierzę w to, Mack.
-  Szczerze? - spytał, obserwując ją z uwagą. - Czy może 
dlatego, że to jedyny sposób, żebyś mogła rano wstać z łóżka?
-  I jedno, i drugie. - Westchnęła. - Mogę ci jakoś pomóc? - 
Popatrzyła na niego z troską. - Może chciałbyś wpaść na 
kolację? Albo poszlibyśmy do kina, oderwalibyśmy się choć 
na dwie godziny od rzeczywistości.
Mack potrząsnął głową. Mógł się łatwo przyzwyczaić do jej 
obecności, potrzebował jej, ale to go przerażało. Podobnie jak 
Beth, nauczył się sam sobie radzić z emocjami. Oczywiście na 

background image

ogół oznaczało to ignorowanie ich, ale ona nie musiała o tym 
wiedzieć.
-  Zadzwoń, jeśli zmienisz zdanie - powiedziała pełna 
zrozumienia.
-  Dzięki - odparł, pochylił się i pocałował ją delikatnie w 
czoło. Musiał się opanować, by nie wziąć Beth w ramiona. 
-Wyśpij się dzisiaj. Zobaczymy się rano.
Kiedy w parę chwil później wyjeżdżał z parkingu, wiedział, że 
Beth wciąż tam stoi, odprowadzając go spojrzeniem pełnym 
troski i niepokoju. Kusiło go, by zawrócić. Wiedział, że ona 
odczuwa taki sam ból, tyle że potrafi go lepiej maskować.
Gdyby okazał słabość i zawrócił, przywarliby do siebie, może 
nawet trochę by im to pomogło, ale w końcu okazałoby się, że 
nie tego każde z nich w tej chwili potrzebuje. To, czego 
potrzebowali naprawdę, to iskierki prawdziwej nadziei dla 
Tony'ego.
Albo siły, by wytrzymać jego odejście.
Beth z bólem w sercu obserwowała, jak Mack odjeżdża. 
Rozumiała jego potrzebę samotności, ale czuła się opuszczo-
na. Sięgnęła do kieszeni, wyjęła wizytówkę Melanie Carlton i 
telefon komórkowy.
-  Beth! - ucieszyła się Melanie. - Nie spodziewałam się, że 
tak szybko zadzwonisz.
-  Chciałam cię prosić o przysługę - powiedziała Beth. 
Zrelacjonowała rozmowę z Tonym. - Mack bardzo to przeżył. 
Myślisz, że Richard mógłby do niego zajrzeć? Mówił, co 
prawda, że chce być sam, ale myślę, że rozmowa z bratem 
dobrze by mu zrobiła.
-  Oczywiście - odrzekła Melanie bez wahania. - Możesz 
chwilę zaczekać? Porozumiem się z Richardem. Wtedy my 
mogłybyśmy coś zaplanować dla siebie. Wydaje mi się, że i ty 
potrzebujesz przyjaznego ucha.
-  Dziękuję. - Beth była Melanie wdzięczna za zrozumienie.

background image

Po krótkiej chwili Melanie wróciła do telefonu.
-  Załatwione - oznajmiła. - Richard już dzwoni do Bena, a 
potem wytropi Macka. Nie pozwolą, żeby im się wymknął.
-  Wiedziałam, że mogę na was liczyć.
-  Zawsze - zapewniła Melanie. - A skoro chłopcy będą zajęci 
sobą, może zjadłybyśmy razem kolację? Myślę, że nie tylko 
Macka należy podtrzymać na duchu.
Beth doszła do wniosku, że mimo zmęczenia jest to dobra 
okazja, by dowiedzieć się czegoś więcej o mężczyźnie, który 
zawładnął jej sercem. Nie powinna jej zmarnować. Poza tym 
Melanie miała rację. Beth rozpaczliwie potrzebowała towa-
rzystwa. Po raz kolejny intuicja podpowiedziała jej, że Mela-
nie stanie się jej serdeczną przyjaciółką.
-  Powiedz gdzie i kiedy.
-  Przyjadę po ciebie - zaproponowała Melanie. -W 
Georgetown jest takie miejsce, które oboje z Richardem 
bardzo lubimy. - Wymieniła nazwę restauracji nieopodal do-
mu Beth. - Spotkajmy się o szóstej. Dobrze?
-  Świetnie.
-  Aha, i jak wiesz, nie będę się w nic wtrącać - zapewniła 
niepytana Melanie. - Jeśli zechcesz mi coś powiedzieć o sobie 
i Macku, z przyjemnością wysłucham, jeśli nie, to nie.
Beth ubawiło to zapewnienie, bo świadczyło o tym, że 
Melanie nie posiada się z ciekawości.
-  Trzymam cię za słowo.
-  Do licha, chyba będę musiała cię upić, żebyś zapomniała o 
mojej obietnicy. - Melanie roześmiała się.
-  Wiedziałam, że nie zamierzasz jej dotrzymać - powiedziała 
Beth.
-  A jednak nadal chcesz się ze mną spotkać. Dzielna 
dziewczynka - zażartowała Melanie.
-  Nie taka dzielna - zaprotestowała Beth. - Po prostu 
przekonana, że z tobą sobie poradzę. Destiny to co innego.

background image

-  A więc nie proponuję, byśmy ją zaprosiły - odrzekła 
Melanie. - A poza tym miło będzie choć raz dowiedzieć się 
wcześniej niż ona, co się dzieje w rodzinie - dodała. - Przy-
sięgam, że ta kobieta wszystko widzi i słyszy.
-  Skoro już o tym mowa, przypomnij mi, żebym cię spytała o 
Pete'a Forsythe'a - powiedziała Beth.
-  Och, mogę ci od razu powiedzieć. To zasługa Destiny - 
orzekła Melanie poufnym tonem. - Założyłabym się o własne 
dziecko, co w mojej obecnej sytuacji wcale nie jest 
lekkomyślnym stwierdzeniem.
-  Mack też jest pewien, że to jej sprawka - zauważyła Beth. - 
Próbowaliśmy się z nią skontaktować, ale dziwnym trafem 
stała się nagle nieuchwytna.
-  Nie wątpię! - Melanie zachichotała. - Z pewnością kazała 
mówić, że jej nie ma. A wszyscy pracownicy ją uwielbiają. 
Będą ją chronić do upadłego, nawet przed własną rodziną. 
Zastanawiam się, czym ona sobie zasłużyła na taką lojalność.
-  To niezwykła kobieta - stwierdziła Beth.
-  Niezwykła i przebiegła - dodała Melanie. - Na pewno nie 
jesteś dla niej równorzędną partnerką, zwłaszcza teraz, w tak 
drażliwej sytuacji. Spróbuję popracować nad tobą podczas 
kolacji. A więc do zobaczenia.
Poczuwszy się nieco raźniej, Beth skierowała się do pokoju 
Tony'ego, by sprawdzić przed wyjściem, jak on się czuje. 
Wolała się też upewnić, że Maria Vitale jest z synem.
Tony i jego matka siedzieli pochyleni nad grą scrabble. Nie 
zauważyli jej, więc cicho zamknęła drzwi i odetchnęła z ulgą, 
że chłopiec jest spokojny i lepiej się czuje.
Jutro będzie czas, by się martwić.
Gdy Richard zadzwonił, Mack od razu domyślił się, że to 
sprawka Beth. Richard, od kiedy się ożenił, nigdy sam z siebie 
nie proponował męskich wypadów, a i przedtem nie był do 
tego skory. Co do Bena, trzeba było nie lada sztuczek lub 

background image

wyraźnego polecenia Destiny, by go wyciągnąć z jego samotni 
na farmie w Middleburgu.
Ponieważ Richard uznał wieczorne spotkanie za umówione, 
Mackowi nie pozostało nic innego jak pojechać do restauracji 
znajdującej się w połowie drogi między Alexandrią a 
Middleburgiem.
-  Z jakiej okazji to spotkanie? - spytał starszego brata, który 
czekał już przy stoliku w głębi sali.
Bena jeszcze nie było.
-  Ben miał ochotę na chińszczyznę, a ja uznałem, że zasługuje 
na to, by mu dotrzymać towarzystwa, skoro od razu zgodził 
się przyjechać - wyjaśnił Richard. - Nawiasem mówiąc, w 
takim miejscu trudno byłoby prowadzić poważną rozmowę. 
Myślę, że skończy się na pogawędce. - Popatrzył bacznie na 
Macka. - Sądzę, że to ci odpowiada.
Mack skinął głową.
-  Im głupsza rozmowa, tym lepiej - zgodził się zadowolony, 
że brat zna go tak dobrze.
-  Jasne, ale czy nie chciałbyś mi powiedzieć, co się dzieje w 
twoim życiu, zanim przyjdzie Ben?
-  Nie - uciął Mack. - Chcę się natomiast napić. Richard skinął 
na kelnerkę.
-  Whisky? - spytał brata.
-  Podwójną.
Starszy brat już miał wygłosić ostrzeżenie na temat nie-
bezpieczeństwa nadużywania alkoholu, gdy do stolika pod-
szedł Ben.
-  Widzisz, na jakie poświęcenie się dla ciebie zdobywam? - 
spytał i wbił wzrok w Macka. - Dobrze się czujesz?
Mack skinął głową.
-  Umówmy się - powiedział. - Nie zadam ci żadnego 
osobistego pytania, jeśli ty oszczędzisz sobie pytań dotyczą-
cych mojego życia.

background image

-  Umowa stoi - zgodził się szybko Ben, nie chcąc, by bracia 
dopytywali się, czy doszedł już do siebie po przeżytej tragedii.
-  Założę się, że Melanie i Beth plotkują w najlepsze, a my 
mamy tak siedzieć bez słowa? - odezwał się Richard. - Czy też 
może zaczniemy rozmowę na temat futbolu? Albo korupcji w 
polityce? A może terroryzmu?
-  Beth jest z twoją żoną? - Mack był zaskoczony.
-  O tak - odparł Richard, uradowany, że mógł przekazać bratu 
tę wiadomość. - Melanie nie mogła się doczekać. Spodziewa 
się nie lada rewelacji.
-  Już po tobie, braciszku. - Ben wyszczerzył zęby w 
uśmiechu. - Przestań się więc przejmować i zabierz się do 
chińszczyzny.
-  Zamknij się - burknął Mack. - Byłoby znacznie gorzej, 
gdyby umówiła się z Destiny. - Przypomniał sobie, jak bardzo 
Beth się zdenerwowała z powodu ciotki. - Wiecie, jaki numer 
ciotka wycięła? Przekazała informację o nas Forsythe'owi. 
Beth była wściekła. Wyobrażam sobie, co czeka Destiny.
-  Dużo bym dał, żeby uczestniczyć w ich spotkaniu - zapalił 
się Richard.
-  Jeśli będzie okazja, zarezerwuję ci miejsce w pierwszym 
rzędzie - obiecał Mack.
Właśnie dopijał drinka, gdy zobaczył, że oczy Bena 
rozszerzają się, a Richard zastyga z otwartymi ustami. Powoli 
się odwrócił. Do ich stolika zmierzała Cassandra, top 
modelka, z którą zerwał parę miesięcy temu. Była skąpo 
odziana i prowokująco wypinała imponujący biust. Podeszła 
wolnym, kołyszącym się krokiem i pocałowała go w usta. 
Jeszcze niedawno taki pocałunek nie pozostawiłby go 
obojętnym.
-  Witaj, kochanie - wyszeptała zmysłowo, ignorując jego 
braci. - Tęskniłam za tobą.

background image

Mack usiłował odsunąć jej rękę, manipulującą wokół klamry u 
jego paska.
-  Cass, chciałbym ci przedstawić moich braci - powiedział. - 
Richard, Ben - wskazał. - A to Cassandra.
Zdziwiona jego brakiem entuzjazmu, zatrzymała przez chwilę 
wzrok na jego twarzy, po czym przeniosła spojrzenie na braci.
-  Miło mi was poznać, panowie - rzekła. - Do zobaczenia 
wkrótce, Mack.
Wydęła wargi, urażona brakiem ich reakcji i odeszła od 
stolika, prezentując kształtne pośladki opięte spódniczką, 
która więcej pokazywała, niż zakrywała. Richard i Ben od-
prowadzili ją wzrokiem, po czym popatrzyli z rozbawieniem 
na Macka.
-  Do diabła, nie ma to jak być tobą - zauważył Richard.
-  Kobiety, zainteresowanie, media. - Ben potrząsnął głową ze 
współczuciem. - Istne przekleństwo, co?
Mack uniósł kieliszek.
-  Wiecie co? Mógłbym się napić w domu i mieć to z głowy.
-  Ale dlaczego? - spytał Richard. - Tutaj masz miłość 
braterską, chińskie jedzenie i niezły program rozrywkowy.
-  Jedna kobieta zatrzymująca się przy stoliku to jeszcze nie 
program rozrywkowy - zaprotestował Mack.
-  A gdyby tak trzy? - spytał Ben, wskazując głową w kie-
runku, z którego nadchodziły dwie inne. - Do diabła, niezła 
zabawa.
Mack posłał w kierunku kobiet gniewne spojrzenie. Zawróciły 
natychmiast.
Kochał swoich braci. Doceniał, że chcieli mu uatrakcyjnić 
wieczór, ale myślami był gdzie indziej. Powinien zabrać Beth 
na kolację czy do kina, jak mu proponowała. Może jeszcze nie 
jest za późno? Może do niej zadzwonić, żeby przysłała tu 
Melanie, i spotkać się z nią?

background image

Wspaniały plan, tyle że mało realny. Beth jest inna niż on. Nie 
zostawi osoby, z którą się umówiła, żeby spotkać się z kimś 
innym. Co nie znaczy, że on musi tu tkwić.
Odsunął krzesło i wstał.
-  No, chłopcy, kocham was i doceniam to, co dla mnie 
zrobiliście, ale muszę iść - oznajmił.
-  Dokąd? - zdziwił się Richard.
-  Wszystko jedno, byle jak najdalej od tych wszystkich harpii 
polujących na mężczyznę - odparł.
Bracia spojrzeli na niego ze zdumieniem.
-  On jest naprawdę zakochany - stwierdził Ben.
-  Na to wygląda - zgodził się z nim Richard.
-  Zamknijcie się - warknął Mack.
W tym momencie uświadomił sobie, że jego bracia trafili w 
sedno. Jest zakochany w Beth. Zwlekał z przyznaniem się do 
tego, spodziewał się, że wpadnie w panikę, a tymczasem 
poczuł ulgę, że wreszcie nazwał swoje uczucie. Siadając za 
kierownicą, uśmiechał się pogodnie.
-  A niech mnie diabli - mruknął, jadąc do domu. Może 
Destiny ma rację? Biorąc pod uwagę, jak bardzo jest na nią 
wściekły, upłynie jeszcze dużo wody, zanim jej to powie.
Mack wciąż jeszcze był pogrążony we śnie, gdy rozległ się 
dzwonek telefonu przy łóżku.
-  Słucham? - Podniósł słuchawkę na wpół przytomny.
-  Co ty sobie właściwie myślisz? - rozległ się zaniepokojony 
głos Destiny.
-  Co? - Usiadł na łóżku.
-  Nie widziałeś porannych gazet?
-  Obudziłaś mnie - odparł. - Co sobie wyobrażasz? - za-
reagował ostrzej, niż wypadało. Może być zły na ciotkę, ale 
nie powinien być niegrzeczny.
-  Weź gazetę i zadzwoń do mnie, gdy przeczytasz Forsythe'a - 
powiedziała i rozłączyła się.

background image

Mack przez chwilę wpatrywał się w aparat, po czym odłożył 
słuchawkę. Nie przypominał sobie, kiedy ostatnio Destiny 
była w takim nastroju.
Wciągnął dżinsy, wziął zza drzwi gazetę i rzucił okiem na 
rubrykę plotek.
„Mack wrócił!" - oznajmiał tytuł, jak gdyby nagle wrócił z 
kosmosu.
„Być może pogłoski o zafascynowaniu Macka Carltona panią 
doktor były przedwczesne" - czytał. „Wczorajszego wieczoru 
nasz fotoreporter wyśledził Macka w towarzystwie jego 
dawnej kochanki, supermodelki Cassandry Wells".
Mack popatrzył na zdjęcie obok notki. Przedstawiało jego i 
pochyloną ku niemu Cassandrę. Fotograf zrobił takie ujęcie, 
że bracia nie byli widoczni. Teraz zrozumiał oburzenie Desti-
ny. Sam zresztą poczuł złość, bo wiedział, co rzeczywiście 
zaszło ubiegłego wieczoru.
Podniósł słuchawkę i wykręcił numer ciotki.
-  To nie tak jak myślisz - powiedział. - To zdjęcie nie ma nic 
wspólnego z rzeczywistością.
-  Może to fotomontaż? - wycedziła Destiny. - Proszę cię, 
Mack, nie pleć bzdur.
-  Nie fotomontaż, ale wycięli Richarda i Bena - tłumaczył.
-  Twoi bracia również tam byli? - spytała Destiny po chwili 
milczenia.
-  Tak.
-  Myślę, że pogadam z nimi na temat zachowania w miejscu 
publicznym - oświadczyła Destiny, bynajmniej nie uspokojona 
wyjaśnieniami.
Gdyby nie zabrzmiało to tak poważnie, pewno by się 
roześmiał.
-  Destiny, myślę, że jesteśmy trochę za starzy na lekcje 
wychowawcze - zauważył.

background image

-  Na pewno nie! - parsknęła. - Jak zamierzasz wyjaśnić to 
Beth? Musi być zdruzgotana. Upokorzyłeś ją publicznie.
-  Destiny - przerwał. - Tego już za wiele. Jeśli ktokolwiek jest 
odpowiedzialny za upokorzenie Beth, to zgodzisz się chyba, 
że ty. Pete Forsythe nie dowiedziałby się o niej, gdybyś mu 
nie powiedziała.
-  Masz rację. - Ciotka westchnęła ciężko. - To był chyba błąd.
-  Chyba? To z pewnością był błąd - oświadczył Mack z 
emfazą.
-  Kochanie, zapytam cię więc po raz kolejny. Dlaczego się z 
nią nadal spotykasz? Miałam nadzieję, że tym razem to coś 
poważnego, a ty się pokazujesz z dawną dziewczyną.
-  Czy ty nie słuchasz, co do ciebie mówię? - zniecierpliwił 
się. - Nie pokazuję się z żadną dziewczyną. Cassandra 
przysiadła się na moment, ale to wystarczyło, by fotoreporter 
sfotografował, jak mnie całuje. To nie ma nic wspólnego z 
Beth - przekonywał. - Będę jednak szczęśliwy, jeśli w ogóle 
zechce ze mną rozmawiać.
-  Mogę ci jakoś pomóc?
-  Myślę, że już dość namieszałaś. Sam sobie poradzę.
-  Mack, zanim się zobaczysz z Beth, zastanów się, czego 
naprawdę chcesz. Jeśli nie masz wobec niej uczciwych za-
miarów, to lepiej się z nią rozstań.
-  Chcesz, żebym zerwał?
-  Skąd! Wcale nie chcę, ale może to najlepsze wyjście? Co do 
wczorajszego wieczoru, to przepraszam, że wyciągnęłam 
pochopne wnioski - kajała się. - Po prostu wściekłam się, 
widząc cię z byle kim, skoro mógłbyś mieć taką kobietę jak 
Beth. No, ale to już twoja sprawa.
Mack uśmiechnął się słysząc o „byle kim". Fotografie 
Cassandry zdobiły okładki niemal wszystkich liczących się 
magazynów mody.

background image

-  Doceniam twoją troskę- powiedział - ale może pozwolisz, 
żebym sam zajął się swoim życiem?
-  Oczywiście. Wiem, że zrobisz wszystko jak najlepiej
- odparła potulnie Destiny.
-  Dziękuję - odrzekł Mack, zdając sobie sprawę, że ta 
uległość nie potrwa dłużej niż dwadzieścia cztery godziny.
- Kocham cię.
- A ja ciebie.
Gdy tylko skończył rozmowę, zadzwonił do kwiaciarni i 
zamówił bukiet z dwunastu róż, zlecając, by przesłano go Beth 
do szpitala. Oczywiście, istnieje nikła nadzieja, że Beth nie 
widziała porannej gazety. Wtedy róże przysporzą mu 
dodatkowych punktów, pozwalając na spędzenie następnej 
nocy w łóżku Beth i uchronią przed roztrzaskaniem wazonu na 
jego głowie.

background image

ROZDZIAŁ 13
Kiedy po porannym obchodzie Beth wróciła do gabinetu, 
spostrzegła na biurku bukiet białych róż w kryształowym 
wazonie, a także Jasona, który siedział z ponurym wyrazem 
twarzy na jej krześle.
-  Coś się stało? - zaniepokoiła się. - Chyba nie chodzi o któreś 
z dzieci? Właśnie skończyłam obchód. Wydaje się, że 
wszystko w porządku.
-  Nie chodzi o dzieci. - Jason potrząsnął głową.
-  A więc o co?
-  Myślę, że powinnaś usiąść.
Uniosła brwi i patrzyła na niego znacząco. Nie zorientował 
się, o co jej chodzi.
-  Siedzisz na moim krześle - wyjaśniła.
Ustąpił jej miejsca, a sam przysiadł na krześle stojącym obok 
biurka.
-  No więc usiadłam - powiedziała Beth, bacznie mu się 
przypatrując i starając się odgadnąć przyczynę tego dziwnego 
zachowania. - Co się dzieje, Jason? Zazwyczaj nie bywasz taki 
tajemniczy.
-  Myślę, że powinniśmy porozmawiać o Macku - stwierdził, 
nie spuszczając z niej poważnego spojrzenia.
Było to tak nieoczekiwane oświadczenie i tak niepasujące do 
Jasona, że Beth nie bardzo wiedziała, jak zareagować.
-  Chcesz porozmawiać o Macku? - powtórzyła z namysłem. - 
Czy chodzi o bilety na mecz?
-  Daj spokój z tymi cholernymi biletami! - zaperzył się. - 
Uważam, że powinnaś przestać się z nim widywać.
Nie byłaby bardziej zdziwiona, gdyby Jason zaproponował jej 
małżeństwo.
-  Dlaczego nagle interesują cię moje spotkania z Mackiem? 
Wydawało mi się, że będziesz zadowolony - powiedziała. - 

background image

Przecież błagałeś, żebym z nim nie zrywała, przynajmniej do 
zakończenia sezonu piłkarskiego.
Wzruszył lekceważąco ramionami w sposób typowy dla 
większości mężczyzn, którzy potrafią w parę sekund twierdzić 
coś całkiem innego, niż mówili przed chwilą.
-  Zmieniłem zdanie - oświadczył.
-  A mógłbyś powiedzieć, z jakiego powodu? - zainteresowała 
się.
Skrzywił się jak mały chłopak zmuszany do doniesienia na 
kolegę.
-  Muszę?
-  Tak, Jason. Jeśli chcesz, żebym przestała się widywać z 
Mackiem, powinieneś mi powiedzieć dlaczego - tłumaczyła. - 
Przypuszczam, że znasz jakiś ważny powód. A więc o co 
chodzi?
-  On się dla ciebie nie nadaje, Beth. Ty jesteś wartościową, 
wspaniałą osobą, a on... - Przez chwilę szukał odpowiedniego 
słowa. - Okay, on jest playboyem, draniem i... Jak to 
powiedzieć? Łajdakiem, tak, skończonym łajdakiem.
-  Też mi nowina! - Beth parsknęła śmiechem. - Wydaje mi 
się, że wszyscy byliśmy tego świadomi, zanim jeszcze pojawił 
się w szpitalu.
-  Ale on nadal jest playboyem - nie dawał za wygraną Jason. - 
Nawet jeśli może ci się wydawać, że jest tobą zainteresowany.
Zmartwiała, gdy dotarł do niej wreszcie sens słów Jasona. 
Przecież Mack wciąż obracał się w swoim świecie. Beth my-
ślała, że są ze sobą związani, pokochała szczerze Macka, a on 
zdawał się to uczucie odwzajemniać. A może, co najbardziej 
prawdopodobne, zaczął o nią szczególnie dbać właśnie dlate-
go, że znowu spotyka się z inną kobietą... zakładając, że Jason 
ma rację.
-  Skąd wiesz? - spytała. Wyjął z kieszeni gazetę.

background image

-  Coś mi mówi, że to wyjaśnia, skąd te kwiaty - odparł, 
wręczając jej gazetę.
Beth popatrzyła na zdjęcie zrobione poprzedniego wieczoru. 
Była pewna, że Mack jest ze swoimi braćmi. Najwyraźniej 
wybrał skuteczniejszy sposób na poprawienie sobie humoru. 
Zrobiło jej się słabo na widok tej wyzywającej kobiety, 
oplatającej go ramionami.
Zgniotła gazetę i cisnęła ją do kosza. Popatrzyła na Jasona 
obojętnie. Duma kazała jej ukryć uczucia nawet przed przy-
jacielem.
-  No i co? - rzuciła, siląc się na nonszalancki ton.
-  Jak to co? Nie obchodzi cię, że spotkał się z jakąś modelką?
-  Do niczego się wobec mnie nie zobowiązywał - odpo-
wiedziała rzeczowo, choć miała wrażenie, że serce rozpadnie 
się jej na drobne kawałeczki. - Poza tym ta fotografia, być 
może, wprowadza w błąd - dodała, nie wierząc we własne 
słowa.
-  To dlaczego przysłał ci kwiaty? Czuje się winny. Beth, 
wiem, jak postępują mężczyźni. W końcu sam jestem męż-
czyzną.
Rzuciła okiem na bukiet. Niewątpliwie o czymś świadczy, 
uznała. Najchętniej cisnęłaby kwiatami o podłogę, ale nie 
chciała tego robić przy Jasonie. Przyjemnie jednak będzie 
rozbić wazon na głowie Macka.
Zanim zdążyła odpowiedzieć Jasonowi, rozległ się dzwonek 
telefonu. Spojrzała na wyświetlacz. To był numer Macka. Nie 
ma mowy, by rozmawiała z nim w obecności Jasona.
-  Nie odbierzesz? - spytał.
-  Nie.
-  To Mack, prawda? - domyślił się.
Nie było sensu zaprzeczać. Gdyby dzwonił któryś z lekarzy 
czy rodziców, natychmiast podniosłaby słuchawkę.
-  Tak.

background image

-  Metoda uników niczego nie załatwi - zauważył.
-  A co proponujesz? - spytała. - Żebym odebrała telefon i 
powiedziała, co o nim myślę, nie dając mu nawet szansy na 
wytłumaczenie się? Tylko to mogłabym zrobić w twojej 
obecności. Gdybym zachowała się inaczej, straciłbyś dla mnie 
szacunek.
-  Skądże! - gwałtownie zaprotestował. - Jestem twoim 
przyjacielem i będę nim niezależnie od decyzji, jaką podej-
miesz. Jestem wściekły, to prawda, bo przez ostatnie tygodnie 
byłaś szczęśliwsza niż kiedykolwiek przedtem. Choć byłem 
zaskoczony, dowiedziawszy się o was, ze względu na ciebie 
chciałem, żeby to trwało.
-  No cóż, wszyscy wiemy, że nie jestem w typie Macka. - 
Beth usiłowała zrobić dobrą minę do złej gry.
Te parę miłych tygodni to dar losu, ale prędzej czy później 
musiały się skończyć. Ludzie niedobrani często zbliżają się do 
siebie w sytuacjach krytycznych, ale rzadko kiedy taki 
związek wytrzymuje próbę czasu. Gdyby tylko nie była tak 
pewna, że mają szansę. A była pewna zwłaszcza po tym, co 
usłyszała poprzedniego wieczoru od Melanie Carlton. Była 
przeświadczona, że między nią a Mackiem zaczyna się coś 
szczególnego.
-  Czy ty naprawdę możesz to znieść tak spokojnie? - spytał 
Jason niedowierzająco.
-  Muszę, prawda? - Była to jedyna szczera odpowiedź, jakiej 
mu mogła udzielić.
Mack był sfrustrowany. Beth nie odpowiadała na jego 
telefony, co znaczyło, że widziała to nieszczęsne zdjęcie i że 
nawet po otrzymaniu kwiatów jej gniew nie minął. Nie mógł 
mieć jej tego za złe, ale świadomość, że nie może natychmiast 
wyjść z biura, by pobiec do niej i wszystko wyjaśnić, dopro-
wadzała go do szału. Gdyby nie to, że kończył właśnie z ad-
wokatem i agentem omawiać warunki zaangażowania obrońcy 

background image

do drużyny, wymknąłby się pod byle pretekstem. Na szczęście 
spotkanie dobiegało końca.
Popatrzył na dokumenty. Może mógłby wynegocjować lepsze 
warunki, ale w tym momencie było mu wszystko jedno.
Podniósł głowę i obrzucił wzrokiem obu mężczyzn. 
-  Panowie, myślę, że możemy uznać sprawę za załatwioną - 
rzekł.
W pierwszej chwili przestraszyli się, ale po sekundzie 
spojrzeli na siebie wyraźnie usatysfakcjonowani.
-  Do licha, myślałem, że będzie pan walczył o każdego centa 
- powiedział znany agent sportowy Lawrence Miller. - Miło 
załatwia się sprawy z takim partnerem jak pan.
-  Pozwoliłem, żebyście mi docisnęli śrubę - Mack zaśmiał się 
- ale to się już nie powtórzy. Proszę mi jednak wybaczyć, 
mam coś bardzo pilnego do załatwienia. - Podniósł się z 
krzesła.
-  Interesy z panem to prawdziwa przyjemność - stwierdził 
adwokat Jerry Warren. - Zdobył pan znakomitego zawodnika.
-  W pełni to doceniam. - Mack mrugnął do agenta. - Zanim 
zaczniecie triumfować, powinniście wiedzieć, że byłem 
przygotowany na zaoferowanie jeszcze miliona jako premię za 
podpisanie kontraktu.
Zanim mężczyźni zdążyli zareagować, opuścił gabinet i ruszył 
prosto do windy. Dochodziła czwarta. Jeśli się pospieszy, 
prawdopodobnie zastanie Beth u Tony'ego, a tam trudno by jej 
było żądać jego głowy.
Beth uniosła głowę znad łóżka Tony'ego, którego właśnie 
badała i zobaczyła w drzwiach Macka. Serce podeszło jej do 
gardła. Przez cały dzień powtarzała sobie, że Mack tak na-
prawdę nic dla niej nie znaczy.
-  Będziesz musiał przyjść później - zakomunikowała oschle.
-  Ojej, pani doktor, proszę, niech Mack zostanie - zaprote-
stował słabym głosem Tony. - Cały dzień na niego czekałem.

background image

-  Będę na korytarzu - obiecał Mack. - Wrócę, jak tylko pani 
doktor zapali dla mnie zielone światło.
Beth rozpoznała w tych słowach wyraźne przesłanie. Nie 
pozbędzie się go łatwo, zwłaszcza że przez cały dzień ignoro-
wała jego telefony.
-  Och, zostań - zgodziła się niechętnie. - Już kończę.
-  Jesteś pewna? - Mack nie spuszczał z niej wzroku.
-  Oczywiście - odpowiedziała, mając nadzieję, że zabrzmiało 
to naturalnie.
Ale gdy tylko wszedł, oblała ją fala gorąca. Wyglądał 
rewelacyjnie. Miał na sobie jeden z tych popielatych, dosko-
nale skrojonych garniturów i o ton ciemniejszy krawat. Sta-
nowił ucieleśnienie biznesmena, który może się poszczycić 
samymi sukcesami, o sylwetce sportowca i opalonej twarzy. 
Zanim poznała Macka, nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo 
pociągające może być to połączenie. Westchnęła z żalu, że 
Mack już nie należy do niej.
Nigdy zresztą nie należał. Nie powinna o tym zapominać. 
Ostatnie tygodnie były tylko iluzją.
Skończyła badanie Tony'ego, wpisała uwagi do jego karty i 
odwróciła się, by wyjść.
Mack zastąpił jej drogę.
-  Dostałaś kwiaty?- spytał.
-  Wysłałeś pani doktor kwiaty? - Oczy Tony'ego rozbłysły z 
podniecenia. - To fantastycznie. Dlaczego mi pani nie 
powiedziała?
-  Może uznała, że jej sprawy osobiste nie są twoimi sprawami 
- zauważył cierpko Mack.
-  A może uznałam, że nie warto o tym mówić. - Beth patrzyła 
Mackowi prosto w oczy.
Zrozumiał aluzję.
-  Musimy porozmawiać - powiedział półgłosem.
-  Nie ma o czym - odparowała.

background image

-  Beth, nie rób tego. Powinnaś dać mi szansę na wytłuma-
czenie się - poprosił.
-  Ja powinnam ci dać szansę? - zdumiała się.
-  Tak. Jesteś nam to winna. Może wpadnę do ciebie za 
godzinę? Przyniosę coś na kolację. Będziemy mogli spokojnie 
porozmawiać i wszystko wyjaśnić, zanim ta idiotyczna 
sytuacja jeszcze bardziej się zagmatwa.
Beth walczyła ze sobą. Z jednej strony chciała uchronić 
resztki dumy, z drugiej zaś wiedziała, że uczciwość nakazuje 
go wysłuchać, nawet gdyby uznała, że on nie ma do powie-
dzenia nic, co by było warte wysłuchania.
-  Nie przynoś kolacji, ale wpadnij - zgodziła się. - Choć nie 
myślę, żeby to coś zmieniło.
-  Może i nie, ale muszę spróbować. - Mack uniósł jej 
podbródek i spojrzał prosto w oczy. - To ważne, Beth. To 
bardzo ważne.
Poczuła mrowienie na skórze od tego niewinnego dotyku, co 
tylko świadczyło o tym, że choćby była nie wiadomo jak zła, 
wciąż jeszcze na nią działał. Powinna mu zdecydowanie 
powiedzieć „nie". Problem jednak polegał na tym, że było już 
na to za późno.
Mack mówił bez przerwy od chwili, gdy tylko przekroczył 
próg. Beth słuchała uważnie każdego słowa i ż najwyższym 
trudem powstrzymywała się przed przyjęciem przeprosin, tym 
bardziej że co chwila jej dotykał, niby przypadkowo, co 
wzmagało jej pragnienie, by poddać się i przyjąć wszystkie 
wyjaśnienia.
-  Czy dociera do ciebie to, co mówię? - spytał wreszcie.
- Nic się nie działo. Nie umówiłem się z Cassandrą. Byłem z 
Benem i Richardem, a ona zatrzymała się na chwilę przy 
naszym stoliku. Spytaj ich, potwierdzą.
-  Już to mówiłeś- przypomniała. - To z pewnością znów się 
zdarzy. Cassandrą to tylko element twojej przeszłości. Nie 

background image

wiem, czy potrafiłabym żyć z takim obciążeniem. Nie chcę 
każdego ranka zastanawiać się, co znowu przeczytam w ru-
bryce plotek.
Mack pokiwał głową.
-  Masz rację, zdaję sobie sprawę, jak to może wyglądać - 
przyznał. - Nawet jeśli nie będę miał nic na sumieniu.
- Popatrzył ze smutkiem. - Może Destiny ma rację.
-  W jakiej sprawie?
-  Rozmawiałem z nią rano, zadzwoniła, gdy tylko zobaczyła 
to zdjęcie. Była wściekła. Wiedziała, że bardzo cię to zmartwi. 
I znienacka zmieniła zdanie.
-  Na jaki temat? - zainteresowała się Beth.
-  Nasz - odparł.
-  W jakim sensie?- Beth zadrżała.
Przecież Destiny najbardziej sprzyjała ich związkowi. To ona 
była inspiratorką pierwszego spotkania. Jeśli więc zmieniła 
zdanie, to zgasła wszelka nadzieja. Nikt nie znał Macka lepiej 
niż ciotka.
-  Przypomniała mi, że nie powinienem prowadzić z tobą 
żadnych gierek, bo nie jesteś taka jak kobiety, z którymi się 
spotykałem, a więc powtórzyła to wszystko, co mówiła 
wcześniej - powiedział Mack. - Tym razem była poważnie 
zaniepokojona, że mogę złamać ci serce. Nie chce, żeby tak 
się stało. Oczywiście stwierdziła, że w sprawach uczuć jestem 
ignorantem.
Beth zesztywniała. Bardziej od tego, co myśli Destiny, 
interesowało ją, co zamierza zrobić Mack. Popatrzyła mu w 
oczy.
-  Abstrahując od wczorajszego incydentu, chciałabym 
wiedzieć, jakie masz zamiary. Czy bawiłeś się mną? Czy to 
była tylko gra? Myślałam, że już to wyjaśniliśmy, ale może 
coś się zmieniło?

background image

Postanowił nie owijać w bawełnę. Ujął jej ręce i popatrzył na 
nią z poważnie.
-  Naprawdę tak nie uważałem, ale może powinienem jasno 
określić swoje stanowisko, o ile nie zrobiłem tego wcześniej. 
Nie chcę tego przeciągać. Nie mogę. Spróbowałem, ale nie 
mogę.
Beth zaniepokoiła się jeszcze bardziej.
-  Zaskoczyłeś mnie - rzekła, zmuszając się do mówienia 
spokojnym, rzeczowym tonem. - Choć w zasadzie, sądząc po 
twoim dotychczasowym życiu, nie powinnam się dziwić. 
Nawet jeśli to tylko wrażenie. - Zastanawiała się, czy można 
wierzyć wrażeniom. Teraz już znała odpowiedź.
-  To fakt, nie tylko wrażenie - powiedział, potwierdzając jej 
przypuszczenia.
Beth ujrzała w oczach Macka niepokój. Jak na ironię, teraz, 
gdy wszystko stało się jasne, nie była już przekonana, że 
rozstanie, mające uchronić ich obydwoje przed zadawaniem 
sobie bolesnych ran, stanowi najlepsze rozwiązanie.
-  To wszystko dlatego, że jako dziecko straciłeś rodziców i 
boisz się zaangażować, żeby znowu nie stracić ukochanej 
osoby - powiedziała łagodnie. - Dlatego nie chcesz skorzystać 
z szansy.
Nie wyglądał na zaskoczonego jej oceną sytuacji. Skinął 
głową.
-  Wydawało mi się, że jestem uodporniony na urazy, jakie 
mogła spowodować śmierć rodziców, ale okazuje się, że nie - 
wyznał. - Zawsze wyszukiwałem sobie jakieś powody, które 
pozwalały mi się wycofać, gdy tylko związek zaczynał 
wyglądać poważnie. Myślałem jednak, że z tobą będzie ina-
czej. Wiesz, co do ciebie czuję. Dziś rano, gdy sobie uświado-
miłem, że mógłbym cię stracić przez to głupie zdjęcie w ga-
zecie, wpadłem w panikę, ale nie minęła chwila, a już uzmy-

background image

słowiłem sobie, że nie mogę się zdecydować na następny 
krok.
-  Jaki krok? Masz na myśli małżeństwo? - spytała Beth.
-  Tak. - Skinął głową. - Ogarnia mnie lęk na sam dźwięk tego 
słowa. Jak w tej sytuacji nie mam brać pod uwagę możliwości, 
że to z powodu wczesnej utraty rodziców?
Beth też się obwiała, ale z drugiej strony ona również zaznała, 
czym jest pustka po utracie ukochanej osoby. Jej rana się 
zabliźniła, ale to nie znaczy, że zabliźniła się rana Macka. Tak 
czy inaczej, rozpaczliwie starał się być wobec niej uczciwy. 
Doceniała to.
-  Nie musisz nic więcej mówić. Jestem ci wdzięczna za 
szczerość - powiedziała, zdecydowana jednak nie rezygnować 
bez oporu.
Zdawała sobie sprawę, że łączący ich związek nie jest idealny, 
choć zaczynali dobrze się rozumieć. Od kiedy się poznali, 
Mack wciąż czymś ją zaskakiwał. Trochę ją zasmuciło, że tym 
razem stało się inaczej, że zachował się zgodnie z jej 
przewidywaniami - cofając rękę, zanim zdążył się oparzyć.
-  Powinniśmy przestać się spotykać - powiedział po chwili. - I 
to od razu, zanim zranię cię jeszcze mocniej.
-  Tego właśnie chcesz? - spytała zduszonym głosem. Jeśli tak, 
będzie musiała się z tym pogodzić. Nie ma innego wyjścia.
-  Nie.
Odetchnęła z ulgą. Będzie się musiała zastanowić dlaczego, 
ale to już kiedy indziej. Tego wieczoru chciała czuć ramiona 
Macka, obejmujące jej ciało, pragnęła jego pieszczot i 
pocałunków. Sprawiły, że przez ostatnie tygodnie czuła się jak 
nowo narodzona. Potem może będzie musiała pozwolić mu 
odejść, ale jeszcze nie teraz.
-  Cóż, dobrze - stwierdziła lekko, by zamaskować swoje 
uczucia. - Ja też nie chcę rozstania. A ty chyba zapomniałeś, 
że i ja straciłam kogoś, kogo kochałam, brata. Wiem, jak takie 

background image

przeżycie może człowieka złamać, może też odbić się na jego 
dalszych losach.
-  Ale...
-  Byłeś wobec mnie szczery, Mack - przerwała mu. -I bardzo 
dobrze. Jestem dorosła i sama mogę ocenić, kiedy ryzyko staje 
się za duże. Nie ty powinieneś podejmować decyzję, w 
każdym razie nie w moim imieniu.
Dotknął lekko jej policzka.
-  Nie zniósłbym, gdybym cię zranił, gdybym ci zniszczył 
życie - powiedział.
-  Może tak się stanie. - Wstała z krzesła i przytuliła się do 
Macka. - Ale nie dziś. Nie dzisiejszej nocy. Chyba że chcesz 
natychmiast wyjść, nie kochając się ze mną.
Przypatrywał jej się przez chwilę, po czym po jego twarzy 
przemknął lekki uśmiech.
- Nie masz na to szans, kochanie. Żadnych.
Minęło parę dni. Mack siedział w swoim gabinecie, zasta-
nawiając się nad przebiegiem wydarzeń, dzięki któremu Beth 
pozostała w jego życiu. Przez chwilę uważał, że wszystko się 
skończyło, że musiało się skończyć. Był zdziwiony, że tak 
bardzo go to martwiło.
Dopóki Destiny nie skontaktowała się z Pete'em Forsythe'em, 
Beth była jedyną kobietą w jego życiu, o której istnieniu 
media nie miały pojęcia. Teraz, gdy znowu znalazł się w 
blasku fleszów, jeszcze bardziej cenił tamte dni. Okazało się, 
że niezwykle przyjemnie mieć życie prywatne niedostępne dla 
opinii publicznej.
Na szczęście jego ostrzeżenia powstrzymały ciotkę przed 
wyjawieniem tożsamości Beth. Pomyślał, że może zdjęcie z 
Cassandrą było prawdziwym zrządzeniem losu, bo odwróci 
uwagę Forsythe'a od tajemniczej lekarki, ale się mylił. 
Właśnie pół godziny wcześniej zadzwonił Jason, by mu 
powiedzieć, że reporter od rana węszy w szpitalu.

background image

Dobrze się stało, że ci, którzy orientowali się w rodzaju 
znajomości łączącej go z Beth, chcieli ją uchronić przed 
wścibstwem łowcy sensacji. Jason zapewnił go, że ani on czy 
Peyton, ani pozostali lekarze i pielęgniarki zajmujący się To-
nym nie pisną ani słowa. Tony byłby wprawdzie uszczęśli-
wiony, gdyby mógł wyjawić ten sekret, ale szpital był zobo-
wiązany do chronienia danych osobowych chorego dziecka, 
które Mack odwiedzał.
Poprzedniego dnia, gdy Forsythe spotkał Macka przed 
szpitalem, ten uciął wszelkie próby rozmowy krótkim 
oświadczeniem „bez komentarza" i wbiegł do środka, zanim 
zdążyli go dopaść fotoreporterzy czyhający przy wejściu. 
Wiedział, że taka odpowiedź wzmoże ich ciekawość, gdyż był 
znany z tego, że chętnie współpracował z prasą. Nie uważał 
reporterów za przeciwników, raczej za gwarantów swojej 
popularności.
Kobiety, ż którymi go widywano, pławiły się w jego po-
pularności. Tymczasem Beth nie pociągało zainteresowanie 
mediów. Była z nim mimo to, a nie dlatego, że chętnie go 
fotografowano.
Jego związek z Beth był jego osobistą sprawą, nie mediów ani 
fanów. Dziwił się niekiedy, że można być z kobietą przez całe 
tygodnie z dala od świateł reflektorów i nie odczuwać 
znudzenia czy zniecierpliwienia. Mieli mnóstwo wspólnych 
tematów, oprócz futbolu, oczywiście, co też zresztą okazało 
się miłą odmianą. Przebywając z Beth, musiał korzystać z 
szarych komórek, żeby jej dorównać, i stwierdził, że sprawia 
mu to przyjemność.
Rozmyślania przerwał mu telefon.
-  Dzwoni doktor Browning - poinformowała sekretarka.
- Mówi, że to pilne.
Z drżeniem serca podniósł słuchawkę.
-  Beth? Co się stało? Nic ci nie jest?

background image

-  Chodzi o Tony'ego - powiedziała oficjalnym tonem. - 
Nastąpiło nagłe pogorszenie.
Kiedy? Jak? Dlaczego? Tysiące pytań cisnęło mu się na usta, 
ale Mack zdawał sobie sprawę, że nie ma czasu na dyskusję.
-  Już jadę! - zawołał. - Trzymaj się! I przekaż Tony'emu, żeby 
się trzymał.
-  Pospiesz się, Mack - poprosiła.

background image

ROZDZIAŁ 14
Jeśli nie znajdziemy dawcy szpiku, chłopiec nie ma szans - 
powiedział do Beth jakiś nieznany Mackowi lekarz. Peyton i 
Jason stali obok, bardzo przygnębieni. - Gdybyśmy mieli 
możliwość transplantacji, podalibyśmy wyższą dawkę chemii i 
przygotowali go do zabiegu. Nic innego nie wchodzi już w 
rachubę.
- Nikogo odpowiedniego na liście dawców? - spytała Beth tym 
samym rzeczowym tonem, jakim rozmawiała z Mackiem 
przez telefon.
Mówiła tak jakby chodziło o kogoś, kogo ledwie zna, a nie o 
chłopca, którego pokochała tak jak Mack.
Obserwował ją z niepokojem. Była blada, pod oczami miała 
sińce. Zachowywała się w sposób wyważony i profesjonalny, 
ale wyraźnie nie było to naturalne. Musiała być równie 
przybita jak on.
Jason dał mu znak, żeby do nich dołączył. Podszedł więc do 
Beth, położył rękę na jej ramieniu i lekko ścisnął, jakby chciał 
dodać jej otuchy. Rzuciła mu szybkie spojrzenie, w którym 
malowała się wdzięczność.
Gdy pogrążyła się w rozmowie z lekarzami, Mack odwrócił 
się i przez uchylone drzwi zobaczył w korytarzu Marię Vitale. 
Oparła czoło o ścianę i płakała cicho. Nigdy nie widział 
nikogo tak zrozpaczonego i osamotnionego. Uznał, że może 
zrobić choć tyle, by podtrzymać ją na duchu w tej 
dramatycznej sytuacji.
-  Porozmawiam z Marią - powiedział, pochyliwszy się ku 
Beth. - Będę w korytarzu, gdybyś mnie potrzebowała.
Po raz drugi popatrzyła na niego z wdzięcznością. Podszedł do 
pani Vitale.
-  Mario...- powiedział cicho. Uniosła głowę, twarz miała 
mokrą od łez.

background image

-  Och, Mack, jak dobrze, że jesteś. Nie wiem, jak to 
wytrzymam. On już nie chce walczyć. Powiedział, że ty 
zrozumiesz, że wszystko mi wytłumaczysz, że na niego już 
czas, ale przecież nie mogę mu pozwolić odejść. To moje 
dziecko. Jak mogę pozwolić mu odejść?
Mack rzadko bywał w kościele, nie miał powodu, by wdawać 
się w układy z Panem Bogiem. Kiedy gazety doniosły o 
wypadku samolotu, było na to za późno. Modlitwy na nic by 
się zdały.
-  Mario, to nie od ciebie zależy - przemówił łagodnie. - Bóg 
ma własne plany wobec Tony'ego. Tylko on może 
zadecydować, co dalej.
-  Po co Bogu moje dziecko? - spytała gniewnie, z trudem 
powstrzymując szloch. - Tony jest wszystkim, co mam.
Wobec tego stwierdzenia Mack poczuł się bezradny.
-  Co ci powiedziała doktor Browning? - spytał.
-  Jeśli szybko nie znajdzie się dawca, nie będzie już żadnej 
nadziei. - Popatrzyła na niego z rozpaczą. - Dawcy nie ma. 
Oddałabym memu dziecku własne życie, ale oni mówią, że to 
niemożliwe. Nie ma zgodności tkankowej czy coś takiego. A 
jego ojciec... - Machnęła ręką. - Nigdy niczego Tony'emu nie 
dał od dnia, w którym mały przyszedł na świat. Nawet nie 
wiem, gdzie teraz jest.
-  Nie masz innej rodziny?
-  Nie na tyle bliskiej, by prosić o pomoc - odpowiedziała 
przybita.
Mack wreszcie uzmysłowił sobie, co mógłby zrobić. Powinien 
na to wpaść parę tygodni wcześniej, ale jakoś nie przyszło mu 
do głowy, że mógłby pomóc w ten właśnie sposób. Ścisnął 
dłoń Marii.
-  A więc pozwól, bym się przekonał, czy nie mogę dać 
Tony'emu trochę nadziei. Wracaj do niego, rozmawiaj z nim. 
Powiedz mu, że go kochasz. Powiedz mu, że ja również 

background image

niedługo przyjdę. Musi wiedzieć, że jesteś przy nim i że wiele 
osób robi coś dla niego.
Skinęła głową i otarła łzy. Wyprostowała się i podniosła 
głowę.
-  Wyszłam na korytarz, bo nie chciałam, żeby widział, jak 
płaczę. Prosił, żebym tego nie robiła. Taki już jest. Nie martwi 
się o siebie, tylko o mnie. Moje kochane dziecko.
-  A więc koniec z łzami - powiedział Mack. - W każdym razie 
dopóki jest nadzieja.
-  Jesteś prawdziwym przyjacielem. - Maria uśmiechnęła się 
smutno. - Nigdy nie zapomnę, że przychodziłeś do niego 
każdego dnia. To było dla Tony'ego jak spełnienie snów. Jeśli 
to jego ostatnie dni, to dzięki tobie były szczęśliwe.
-  Pozwól, żebym sprawdził, czy mogę zrobić dla niego coś 
naprawdę ważnego.
Gdy Maria wchodziła do pokoju syna, Mack zerknął do 
środka. Chłopiec był bledszy niż zwykle, miał zamknięte 
oczy. Sprawiał wrażenie tak słabego, że wydawało się, iż 
życie już z niego uszło. Mackowi serce się ścisnęło, ale to go 
tylko utwierdziło w postanowieniu.
Zamknął cicho drzwi i udał się do wyjścia, gdzie mógł 
skorzystać z telefonu komórkowego. Może już za późno, ale 
musi przecież coś zrobić. Nie chodzi o jakieś dziecko, chodzi 
o Tony'ego, którego w ciągu minionych tygodni pokochał jak 
własnego syna. Nie może go stracić.
Nagle znów był chłopcem i wraz z Richardem i Benem 
słuchał, jak jakiś obcy człowiek mówi im, że rodzice nie żyją. 
Gosposia stała, płacząc cicho, gdy podawano suche fakty o 
katastrofie samolotu w górach. Ben płakał razem z nią, a 
milczący Richard wyglądał jak ogłuszony. Mack rozumiał, co 
to śmierć, ale wtedy jeszcze nie pojmował całej jej grozy. Nie 
miał pojęcia, jak przeraźliwie będą osamotnieni.

background image

Dopiero po pogrzebie zaczęło do niego docierać, że już nigdy 
nie ujrzą matki ani ojca. A kiedy sprowadziła się Destiny, 
starając się, by życie wróciło do normy, pojął w pełni, że już 
nic nie będzie tak jak przedtem. Ciotka była zupełnie inna niż 
rodzice, ale na swój sposób sympatyczna i umiejąca zjednać 
sobie ludzi. Często się śmiała, była nieprzewidywalna, gotowa 
na nowe doświadczenia. Dzięki niej łatwiej było udawać, że 
wszystko jest w porządku.
Ale nie było. Dopiero teraz uzmysłowił sobie, że nigdy nie 
było dobrze, że lęk przed utratą bliskich zakorzenił się w nim 
niezmiernie głęboko. Dotarło to do niego teraz, gdy zastana-
wiał się, czy na skutek głupiego incydentu nie utraci Beth, czy 
z wyroku losu nie straci Tony'ego.
Nie myślał jednak wyłącznie o sobie. Nie chciał, aby Maria 
Vitale stanęła w obliczu takiej tragedii, jaka odcisnęła trwałe 
piętno na jego życiu. Nie mógł patrzeć, jak Beth usiłuje stawić 
czoło sytuacji tak bardzo przypominającej śmierć ukochanego 
brata.
Idąc korytarzem, przeglądał w myślach listę osób, którą 
naprędce sporządził. Gdy mijał Beth, rzuciła mu pytające 
spojrzenie. Poinformował ją, że będzie na zewnątrz gmachu. 
Skinęła głową i wróciła do rozmowy z kolegami. Zastanawiali 
się, jak przedłużyć Tony'emu życie choć o parę dni czy nawet 
o parę godzin.
Pół godziny potem wciąż jeszcze rozmawiał przez komórkę. 
Beth skończyła naradę i poszła go poszukać. Wziął ją za rękę i 
uśmiechnął się ze znużeniem, kończąc ostatnią rozmowę.
-  Dobrze się czujesz? - zaniepokoiła się, widząc, w jakim jest 
stanie.
-  Jak mogę się dobrze czuć? - odpowiedział pytaniem, 
zdziwiony, że ona ma jeszcze siłę, żeby martwić się o innych, 
podczas gdy sama potrzebuje wsparcia.
Podniosła rękę i dotknęła jego policzka.

background image

-  Nie przeżywaj tego aż tak - powiedziała. - Wiedzieliśmy, że 
to może nastąpić.
Drażnił go jej spokój, ciche pogodzenie się z klęską.
-  Nie możemy do tego dopuścić - rzucił gniewnie. - Nie 
zamierzam słuchać, że się poddajesz, że rezygnujesz z walki.
-  Niekiedy robisz wszystko, co możesz, a to i tak nie 
wystarcza - stwierdziła rzeczowo.
-  Nie pogodzę się z tym - powtórzył. - Dzwoniłem już do 
kilku osób.
-  Do kogo?
-  Do chłopców z drużyny. 
-  Po co? - zdziwiła się.
-  Tony potrzebuje szpiku do transplantacji, prawda? To jego 
jedyna nadzieja?
Skinęła głową.
-  Ale szanse... - zaczęła.
-  Wezwałem wszystkich, których znam, żeby przyszli na 
badanie jako potencjalni dawcy - przerwał jej, zniecierpli-
wiony ciągłymi wątpliwościami. - Czy laboratorium sobie 
poradzi?
Popatrzyła na niego z niedowierzaniem, lecz w jej oczach 
błysnęła iskierka nadziei.
-  Tak - odparła. - Zaraz ich zawiadomię. Ale czy na pewno 
wyjaśniłeś im, że to nie jest zwykłe badanie krwi?
-  Wiedzą o tym - zapewnił. - Rozumieją, że to jedyna szansa 
na uratowanie życia chłopca. - Spojrzał jej w oczy. - Możesz 
zacząć od razu, ode mnie. Powinienem to zrobić już dawno, 
ale nie przyszło mi to do głowy.
Beth łzy napłynęły do oczu.
-  Och, Mack. Ścisnął jej rękę.
-  A więc zaczynajmy. Nie ma czasu do stracenia. Ten 
chłopiec musi żyć, Beth. Musi.

background image

Beth mogłaby przysiąc, że wyczerpała cały zapas łez, kiedy 
umarł jej brat. Od tamtego czasu pozostawały suche w obliczu 
każdej śmierci, z jaką się zetknęła. Mogła być wstrząśnięta, 
tracąc pacjenta, mogła być załamana przegraną walką, ale 
nigdy nie uroniła łzy. Nawet dziś, gdy była zmuszona 
pogodzić się z faktem, że dla Tony'ego nie ma już żadnej 
szansy, jej oczy pozostały suche. 
Ale teraz, patrząc, jak pojawiają się kolejni zawodnicy, by 
poddać się badaniu, nie była w stanie powstrzymać łez. Mack 
poszedł w końcu do kiosku i wrócił z największym pudełkiem 
chusteczek higienicznych, jakie dostał.
Łzy znów napłynęły jej do oczu, gdy spostrzegła brata Macka, 
Richarda, któremu towarzyszył nieznany mężczyzna. 
Domyśliła się, że to musi być trzeci Carlton, ten artysta 
samotnik, Ben. Towarzyszyła im Destiny.
Mack podszedł do ciotki z otwartymi ramionami.
-  Nie musiałaś przychodzić - powiedział. - Prosiłem tylko, 
żebyś się skontaktowała z Richardem i Benem.
-  Ależ musiałam! - żachnęła się Destiny. Uścisnęła lekko dłoń 
Beth, chcąc dodać jej otuchy. - Ja również chcę się poddać 
badaniu.
-  Nie, Destiny - zaprotestowała Beth.
-  Dlaczego? Jest jakiś powód, dla którego miałabym być 
zdyskwalifikowana jako dawca?
-  Nie, ale nikt od ciebie tego nie oczekuje.
-  Ja oczekuję tego od siebie - skwitowała Destiny. - Dokąd 
mam iść?
Beth popatrzyła na Macka, spodziewając się, że zaprotestuje, 
ale on się do tego nie kwapił. Wręcz przeciwnie, objął ciotkę i 
przycisnął do siebie.
-  Czy mówiłem ci już, jak bardzo cię podziwiam? -spytał.
-  Nie musiałeś - odparła. - Żaden z was nie musiał. Wiera, że 
waszym zdaniem bywam nie do wytrzymania, że was 

background image

denerwuję, we wszystko się wtrącam, ale wiem również, że 
mnie kochacie.
-  Rzeczywiście tak jest i nic tego nie zmieni – rzekł Mack. - 
Ale podziw i szacunek to coś, na co zasługujesz niezależnie od 
naszej miłości.
-  Mack ma rację - poparł go Ben. - Jesteś nadzwyczajną 
kobietą, Destiny.
-  Och, przestańcie! - zażądała. Wzięła od Beth chusteczkę i 
otarła oczy. - Widzicie, coście narobili? Płaczę przez was.
-  A przecież wiemy, jak bardzo dbasz o makijaż - zażartował 
Richard.
-  Zwłaszcza w takim miejscu jak szpital - zauważyła cierpko 
ciotka. - Tylu wokół przystojnych lekarzy. Chciałabym 
wyglądać jak najlepiej.
-  Mam cię zaprowadzić gdzieś, gdzie mogłabyś się przy-
pudrować, zanim pójdziemy do laboratorium? - spytała żar-
tobliwie Beth. - Peyton Lang jest niezły, a do tego wolny - 
dodała poufnym szeptem.
-  Naprawdę? - Oczy Destiny rozbłysły. Mrugnęła do Macka. - 
Widzisz, kochanie, to nie jest całkiem bezinteresowne z mojej 
strony.
-  Opowiadaj te bajki komu innemu, Destiny - odparł.
- Połowa mężczyzn z Waszyngtonu leży u twoich stóp, a ty 
żadnego nie zaszczyciłaś nawet, spojrzeniem.
-  Też coś, sami politycy i bankierzy. - Ciotka wzruszyła 
lekceważąco ramionami. - Lekarz to coś zupełnie innego. 
Osoba w białym kitlu zapewnia poczucie bezpieczeństwa.
- Mrugnęła porozumiewawczo do Macka.
Wzniósł oczy ku niebu.
-  Myślę, że zaczekam tutaj - powiedział. - Nie wiem, czy 
mógłbym spokojnie patrzeć, jak Destiny trzepocze zalotnie 
rzęsami na widok Peytona.

background image

-  Ja również - zgodził się z nim Ben. - Zaczekam z Mackiem, 
aż mnie zawołają. - Przeniósł wzrok na Richarda. - A zanim 
cokolwiek powiesz, braciszku, uprzedzam, że nie zamierzam 
się wycofać. Obiecałem i słowa dotrzymam.
-  Nie przyszło mi nawet do głowy, że mógłbyś postąpić 
inaczej. - Richard zwrócił się do Macka. - Na wszelki wypa-
dek bądź czujny - rzekł. - Wiesz, jak Ben reaguje na widok 
igły.
-  Potrzebne będą igły? - Ben przeraził się nie na żarty.
-  Jedna, ale duża - potwierdził Mack.
Beth roześmiała się, chociaż sytuacja, z powodu której się tu 
znaleźli, nie była wesoła.
-  Ben, nie słuchaj, co oni wygadują. Mack zgrywa się na 
bohatera, ale nawet on zzieleniał w czasie badania.
-  Och, to mnie pociesza - uznał Ben. - Do diabła, wytrzymam. 
Chodźmy. Beth, prowadź. Jeśli Mack mógł to zrobić, to i ja 
mogę.
-  Ja to robię tylko dla czekolady i pocałunku Beth - wyjaśnił 
Mack. - Wy będziecie musieli zadowolić się cukierkiem.
-  Niekoniecznie. - Beth znów się roześmiała. - Jestem w 
nastroju do rozdawania pocałunków.
-  Może lepiej, że większość zawodników już sobie poszła - 
zauważył Mack.
-  Zazdrosny, co? - zadrwił Ben.
-  Jak cholera - odparł Mack bez wahania.
Serce Beth przepełniła radość. Życie jest nieprzewidywalne, 
pomyślała. Nawet w chwili skrajnej rozpaczy los może 
nieoczekiwanie się uśmiechnąć. Może po dzisiejszym badaniu 
wszystko między nią a Mackiem dobrze się ułoży, a może nie. 
Była jednak pewna, że nigdy nie zapomni tego pochodu ludzi, 
którzy przyszli na prośbę Macka. Tylko ktoś naprawdę 
wyjątkowy mógł kilkoma telefonami spowodować taką ma-
nifestację dobrej woli.

background image

Cokolwiek stanie się z Tonym, niezależnie od tego, jak 
tragicznie to wszystko może się dla chłopca zakończyć, już 
zawsze będzie myśleć o nim jak o kimś, kto jej uświadomił, że 
nie może pozwolić Mackowi odejść, w każdym razie bez 
walki.
Gdy wyszli już ostatni ochotnicy, kiedy pożegnali się bracia 
Macka oraz Destiny, Mack wciąż jeszcze niecierpliwie 
przemierzał szpitalny korytarz, czekając na wyniki testu. Na 
pewno ktoś z jego listy okaże się dawcą. Wiedział, że szanse 
na to są niewielkie - Beth i Peyton nie robili dużych nadziei - 
ale wciąż liczył na cud i modlił się o dobre wieści.
- Powinieneś iść do domu - powiedziała Beth. - To jeszcze 
potrwa.
-  A ty zostajesz? - spytał.
-  Tak.
-  To ja też. Może pójdziemy na kawę? - zaproponował.
-  Chyba nie dam rady wypić jeszcze jednej - powiedziała - ale 
chętnie zjadłabym kawałek czekolady. Chodźmy do kawiarni.
-  Potrzebujesz czegoś pożywniejszego niż czekolada 
-zauważył Mack, gdy znaleźli się przy bufecie. - Może sałat-
kę? Albo zupę?
-  Coś mi się wydaje, że ściągnąłeś mnie tu pod pretekstem 
kawy. A tymczasem chciałeś, żebym to ja coś zjadła, prawda?
Nie próbował zaprzeczać.
-  To był bardzo długi i wyczerpujący dzień, a ty nic nie 
jadłaś.
-  Jestem do tego przyzwyczajona.
-  To niedobrze - stwierdził, ustawiając na tacy pełne talerze. - 
Co byś powiedziała na ciasto? Nieźle wygląda. Z jagodami 
czy brzoskwiniami?
-  Mack, nie zasnę przez pół nocy, jeśli zjem to wszystko - 
broniła się.

background image

-  Sądzę, że i tak nie będziemy spać przez pół nocy - za-
uważył. - Wezmę obydwa kawałki. Spróbujesz każdego.
Podeszli do kasy
-  Słyszałam, co pan zrobił dla tego chłopca, panie Carlton - 
zagadnęła kasjerka. - Mam nadzieję, że znajdzie się dawca.
-  Zwróciła wzrok ku Beth. - Jeśli nie dziś, to jutro, pani 
doktor - dodała.
-  Jutro? - powtórzyła Beth, nie rozumiejąc, co kasjerka chce 
przez to powiedzieć.
-  Nie oglądała pani dziennika? - zdziwiła się tamta. -Mówili, 
że Mack Carlton ściągnął na badanie całą drużynę. 
Prowadzący zaapelował, żeby się zgłaszać. Mówiono mi, że w 
naszej centrali telefon wprost się urywa, tylu jest chętnych do 
oddania szpiku. Rejestr dawców powiększy się o mnóstwo 
osób.
Beth łzy napłynęły do oczu.
-  Pojęcia o tym nie miałam - wyznała.
-  Ja również - powiedział Mack. - Ale to dobra wiadomość, 
prawda? Są przecież inni chorzy, którzy czekają na szpik.
-  Tak.
Zanim zdała sobie sprawę z tego, co robi, wspięła się na palce 
i pocałowała Macka. Był to długi, zapierający dech pocałunek, 
który sprawił, że nieliczni o tej porze goście zaczęli klaskać.
Kiedy wreszcie Beth oderwała się od niego, Mack obrzucił ją 
zaskoczonym spojrzeniem.
-  Za co to było?
-  Za to, że zrobiłeś coś nadzwyczajnego. Nigdy już nie będę 
narzekać na media, które nie dają ci spokoju.
Mack zastanowił się przez chwilę. Choć raz jego sława 
okazała się pożyteczna. Przyniosła Tony'emu, a może i innym 
chorym, szansę na walkę o życie.
-  Ja też nie - stwierdził. - Do diabła, może nawet poślę 
Forsythe'owi butelkę whisky na znak pokoju.

background image

-  No, no, nie posuwaj się za daleko.
Mack przeszedł przez kawiarnię i wybrał stolik w rogu sali. 
Obserwował bacznie, czy Beth je, czy tylko grzebie w talerzu. 
Prawie skończyła ciasto, gdy do kawiarni wpadł 
uszczęśliwiony Peyton.
-  Mamy dawcę!- zawołał już od drzwi.
W kawiarni rozległy się oklaski i okrzyki radości. Oczy 
Macka napełniły się łzami, policzki Beth były mokre.
-  Kto? - spytała Beth.
-  Ja? Któryś z zawodników? - niecierpliwił się Mack, mając 
nadzieję, że to on. Nie dlatego, że był żądny chwały, ale z tego 
powodu, że stworzyłoby to między nimi a Tonym trwałą więź.
Peyton potrząsnął głową.
- Twoja ciotka, Mack - oznajmił. - Ona będzie dawcą.

background image

ROZDZIAŁ 15
Mack wciąż jeszcze był w szoku po usłyszeniu wiadomości 
przyniesionej przez Langa. Destiny, kobieta, która uratowała 
jego i braci od pogrążenia się w rozpaczy po śmierci 
rodziców, teraz miała uratować innego małego chłopca, tym 
razem od śmierci. Powinien się domyślić, że tylko ciotka 
może utrzymać przy życiu Tony'ego.
Martwił się jednak bardzo, czy Destiny wytrzyma fizycznie 
procedurę przeszczepienia szpiku. Ona roześmiałaby mu się w 
nos na wzmiankę, że nie jest już młoda. Prawdę mówiąc, 
mając niewiele ponad pięćdziesiątkę, rzeczywiście była w 
lepszej kondycji niż niejedna kobieta znacznie od niej 
młodsza. A jednak Mack się martwił.
-  Peyton, jesteś pewien, że ona to wytrzyma? - spytał.
-  Musimy, oczywiście, przeprowadzić jeszcze kompleksową 
ocenę, ale nie widzę powodu, dla którego nie miałaby dobrze 
znieść zabiegu - powiedział hematolog.
-  Chciałbym po prostu mieć pewność, że nie ma ryzyka.
-  Minimalne - zapewnił go Peyton. - Chcesz do niej za-
dzwonić, żeby powiadomić ją o wyniku testu, czy też ja mam 
to zrobić? Musi się do nas zgłosić jak najprędzej na dalsze 
badania, zanim zaczniemy następną chemioterapię u Tony'ego 
i wyznaczymy termin transplantacji.
-  Wstąpię do niej wieczorem - obiecał Mack. - Wybrałabyś 
się ze mną? - zwrócił się do Beth. - We dwoje łatwiej nam 
będzie ją powstrzymać przed natychmiastowym przyjazdem 
do szpitala.
-  Jestem pewna, że zdołamy przekonać Destiny, że jutro rano 
nie będzie za późno. A co z panią Vitale? - Popatrzyła 
pytająco kolegę. - Przekazałeś jej dobrą wiadomość?
Peyton pokręcił głową.

background image

-  Pomyślałem, że pewnie wy zechcecie to zrobić - odparł. - 
To dzięki wam mamy teraz poważną szansę ocalenia 
Tony'ego.
-  Och tak! - zawołała Beth z entuzjazmem. - Mack, zrobisz 
to?
Nagłe to wszystko go przytłoczyło. Miał ogromną chęć 
krzyczeć z radości, ale równocześnie chciało mu się płakać. 
Cieszył się jak chyba jeszcze nigdy w życiu, że jest nadzieja 
na szczęśliwą przyszłość Tony'ego, z drugiej jednak strony 
gnębił go lęk o Destiny.
-  Może powinnaś pójść tam sama? - powiedział do Beth.
- Nie wiem, czy zdołam się opanować.
-  Wcale nie musisz, Mack. - Beth ścisnęła jego dłoń.
-  To cud. Zdarzył się cud. A nawet twardym zawodnikom 
wolno płakać w obliczu cudu.
-  Lekarzowi też - dodał Peyton, patrząc ze zrozumieniem na 
Beth.
-  Później, kiedy Tony będzie bezpieczny. A poza tym 
wylałam już wszystkie łzy - dodała, unikając jego wzroku.
Peyton rzucił jej znaczące spojrzenie, które tylko dla drugiego 
lekarza było czytelne. Mack nie wiedział, jak je rozumieć.
-  Ukrywacie coś przede mną? - spytał wprost.
-  Nie - zapewniła Beth. - Mamy wszelkie przesłanki, by 
wierzyć, że w chorobie Tony'ego nastąpi zwrot. Przeszczep 
szpiku powinien spowodować remisję i jeśli wszystko dobrze 
pójdzie, chłopiec jeszcze z nami zostanie. Będzie pod stałą 
kontrolą, będziemy przeprowadzać częste badania krwi, żeby 
się upewnić, że liczba białych ciałek wzrasta. Zrobimy 
wszystko, co się da, by w przyszłości mógł żyć normalnie.
Mack nie wiedział, czy wierzyć w słowa Beth, ale wziął je za 
dobrą monetę. Był bardzo zmęczony wątpliwościami i 
obawami, które dręczyły go przez cały dzień.

background image

Na korytarzu stanął z boku, gdy Beth i Peyton przekazywali 
dobrą wiadomość Marii Vitale. Kiedy wreszcie dotarło do 
niej, że dla syna zaświtała nadzieja, podbiegła do Macka i 
rzuciła mu się na szyję. Nie oczekiwał takiego wybuchu uczuć 
i po raz kolejny tego dnia musiał powstrzymywać łzy. Po 
chwili przestał się hamować.
-  Mario, proszę mi nie dziękować - błagał zakłopotany. - 
Niczego nadzwyczajnego nie zrobiłem.
-  Jak to? Przecież to ty ściągnąłeś tu tych wszystkich ludzi - 
mówiła rozgorączkowana. - I to twoja ciotka uratuje mego 
syna. Do końca życia będę błogosławić i ciebie, i ją.
-  Najważniejsze, że teraz Tony zyskuje szansę na dalszą 
walkę - powiedział Mack. - Nic nie mogłoby mnie bardziej 
uszczęśliwić.
-  Co teraz będzie? - Maria zwróciła się do Beth.
-  Myślę, że doktor Lang wyjaśni to pani najlepiej. Mack i ja 
pojedziemy do Destiny, żeby ją powiadomić i przygotować na 
dalsze badania.
Już mieli wychodzić, gdy Maria podeszła do Macka i 
popatrzyła mu w oczy. - Proszę, powiedz swojej ciotce, że 
będę się za nią modlić.
-  Powiem, Mario - obiecał. - Możesz być spokojna.
W milczeniu jechali do Destiny. Beth nieśmiało próbowała 
nawiązać rozmowę, ale Mack był za bardzo zmęczony, żeby 
odpowiadać.
-  Masz jeszcze wątpliwości? - spytała w końcu.
-  Wątpliwości? Skąd ta myśl? - zdziwił się. - A poza tym ja 
już nie mam z tym nic wspólnego. Teraz wszystko nie tyle w 
rękach, ile w szpiku Destiny.
-  Pytam, bo ciągle milczysz. Bałam się, że może się martwisz 
o Destiny, i uważasz, że jeśli coś się jej stanie, to z twojej 
winy. Nikt nie miałby do ciebie pretensji, gdybyś tak właśnie 
myślał. Ja zawsze się boję, kiedy zalecam pacjentowi 

background image

ryzykowne leczenie, nawet jeśli to jego jedyna szansa. To 
naturalna reakcja.
-  Skłamałbym, mówiąc, że nie odczuwam lęku, ale nie mam 
wątpliwości, że podjęła właściwą decyzję. Jeśli Destiny 
zechce, będę przy niej.
-  Nic nie może się jej stać - uspokajała go Beth.
-  Kochanie, oboje wiemy, że nie ma żadnej gwarancji, ale nie 
mogę się cofnąć. I nie chcę. Tony musi otrzymać swoją 
szansę.
-  Mogę ci coś powiedzieć? I nie będziesz zły? - Dotknęła jego 
ręki.
-  Przekonaj się - zachęcił.
-  Kocham cię. Jeśli nawet nie kochałam cię do tej pory, to 
teraz kocham - oznajmiła.
Mack chciał odpowiedzieć, zdobyć się na wyznanie, ale nie 
zdołał.
-  W porządku. Ja wiem. - Beth uśmiechnęła się.
Przez chwilę patrzył na nią w milczeniu, po czym skinął 
głową. Ona wie. To właśnie jest niezwykłe w tej kobiecie. 
Wie, co się dzieje w jego sercu, nawet jeśli nie potrafi tego 
sam wyrazić.
Któregoś dnia znajdzie właściwe słowa. Beth zasługuje na to, 
żeby je usłyszeć.
Od nich zależy ich przyszłość.
-  Nie rozumiem, o co ten cały hałas - powiedziała Destiny, 
gdy po paru dniach rodzina spotkała się u niej na kolacji. - To 
całkiem prosta procedura. Ten przystojny doktor Lang 
wszystko nam dzisiaj wyjaśnił.
-  Prosta dla lekarza, który to wykonuje rutynowo - zauważył 
Mack. - Ty nigdy przedtem tego nie robiłaś.
-  Cóż, na szczęście będę miała obok siebie doświadczonych 
lekarzy, którzy zrobią to, co najtrudniejsze - przypomniała 
ciotka. - A teraz przestańcie. Podjęłam decyzję. Gdybym 

background image

nawet nie zrobiła tego wcześniej, to po dzisiejszej wizycie u 
Tony'ego na pewno. To zdumiewający chłopak! Mam 
nadzieję, że nasze kontakty nie skończą się na przeszczepie.
-  Cieszę się, że tak uważasz - powiedział Richard. - Żaden z 
nas nie mógłby spokojnie żyć, gdyby coś ci się stało.
-  A więc przekonajmy się, że nic się nie stanie. - Destiny nie 
okazywała niepokoju. Popatrzyła na Melanie. - Jak się 
czujesz? Miewasz poranne mdłości?
Mack westchnął. Ben i Richard również. Było oczywiste, że 
na ten wieczór temat transplantacji został wyczerpany. 
Destiny podjęła postanowienie już przed paru dniami, kiedy 
tylko usłyszała, że może być dawcą. Zamierzała stawić się w 
szpitalu o szóstej rano, niezależnie od tego, co powiedziałby 
każdy z nich. Maszyna poszła w ruch, Tony otrzymał dużą 
dawkę chemii i został przygotowany do zabiegu. Nie było 
odwrotu. Mack odetchnął z ulgą, a równocześnie - wciąż się 
bał.
-  Czuję się świetnie. - Melanie odpowiedziała na pytanie 
Destiny. - Może dlatego, że Richard nie pozwala mi podnieść 
nic cięższego od szklanki. - Roześmiała się.
-  Ciesz się z tego, póki możesz - poradziła Destiny. -Kiedy 
dziecko się urodzi, Richard znowu wpadnie w pracoholizm i 
będziesz zdana tylko na siebie. - Odsunęła talerz. -A teraz 
chcę wam coś powiedzieć - zwróciła się do swoich gości. - 
Bardzo się cieszę, że przyszliście, ale muszę się wyspać, jeśli 
mam wstać rano. Zatem dobranoc wszystkim, zobaczymy się 
rano w szpitalu.
-  Ja zostaję - oświadczył Ben wyzywająco.
-  My także - dodał Richard.
Destiny spojrzała na nich ze zniecierpliwieniem, ale w końcu 
poddała się.
-  Skoro ma was to uszczęśliwić... - Wzruszyła ramionami. - 
Ponieważ będę pod tak dobrą opieką, to może pójdziesz do 

background image

Beth? - zwróciła się do Macka. - Towarzystwo dobrze jej 
zrobi. Nie jestem tylko pewna, czy rozumiem, dlaczego od-
rzuciła moje zaproszenie.
-  Uważała, że to powinno być spotkanie czysto rodzinne - 
wyjaśnił Mack.
-  Ona też należy do rodziny - odparła Destiny. - Albo będzie 
należała Jeśli ktoś, kogo znamy, wszystkiego nie popsuje.
-  Skończ z tym swataniem, Destiny! - zdenerwował się Mack. 
- Wszystko w porządku.
-  Naprawdę? - Twarz Destiny rozjaśniła się w uśmiechu.
-  A co? Pozwoliłabyś, żeby było inaczej?- Ben popatrzył na 
nią z powątpiewaniem.
Mack nachylił się i pocałował ciotkę w policzek.
-  Jestem ci to winien - wyjaśnił.
-  Jak zwykle. Dobranoc kochanie. - Uśmiechnęła się.
- Przekaż ode mnie pozdrowienia Beth i powiedz, że liczę na 
nią. Jestem pewna, że zdoła szczęśliwie przeprowadzić przez 
to wszystko i Tony'ego, i mnie.
-  Na twoim miejscu zachowałbym te słowa dla siebie - rzekł 
Richard.
-  Wierz mi, nie idę do Beth po to, żeby ją stresować.
-  A co będziesz robić, braciszku? - spytał znacząco Ben. 
Destiny rzuciła mu karcące spojrzenie.
-  To nie twój interes, młody człowieku - powiedziała.
- Sądziłam, że lepiej cię wychowałam.
-  Czasami nie mogę się oprzeć pokusie pogmerania w życiu 
osobistym Macka - odpowiedział Ben, bynajmniej nie 
zakłopotany. - Żyję poniekąd jego życiem.
Destiny przyjrzała mu się z namysłem. Mack wiedział, co 
przyszło jej na myśl. Jeśli Ben szuka pośrednich podniet, to 
może niedługo będzie gotów do ponownego związku z ko-
bietą?

background image

-  Jestem przekonany, że zanim Destiny wyjdzie ze szpitala po 
jutrzejszym zabiegu, znajdzie ci jakąś uroczą pielęgniarkę - 
powiedział.
Ben uniósł ręce w obronnym geście.
-  Mam nadzieję, że nie - odparł. - Przecież nie doprowadziła 
jeszcze do końca twojej sprawy, prawda?
-  Jesteś pewna, że naprawdę chcesz to zrobić? - spytała Beth 
po raz dziesiąty, ciągle nie mogąc uwierzyć, że cud jest na 
wyciągnięcie ręki. Nie mogła się powstrzymać przed zada-
waniem tego pytania, choćby nawet Destiny miała stracić 
cierpliwość.
-  Daj spokój, Beth - poprosiła Destiny. - Moi bratankowie 
dość mnie wczoraj wymęczyli. Nie ma mowy, bym zmieniła 
zdanie. - Ścisnęła dłoń lekarki i popatrzyła na Macka.
-  Wiedziałam już od dawna, że twoje i moje życie będzie 
splecione na zawsze. Myślę, że Mack w końcu też to zrozu-
miał, prawda, kochanie?
Mack posłał jej uroczy uśmiech.
-  Przestań się za mnie oświadczać, Destiny. Dam sobie radę 
sam. I zrobię to tutaj, kiedy będziesz leżeć na szpitalnym 
łóżku, żebyś mogła usłyszeć każde słowo.
-  O czym wy mówicie? - Beth nie mogła się połapać.
-  Wrócimy do tego później - obiecał. - Teraz najważniejszy 
jest Tony.
-  To jednak sprawa zbyt ważna, by można było czekać
- zauważyła Destiny.
Mack rzucił na nią okiem i sięgnął do kieszeni.
-  Myślę, że równie dobrze mogę zrobić to teraz - powiedział, 
zwracając się do Beth. - Przecież Destiny nie pójdzie do sali 
operacyjnej, dopóki nie zobaczy tego na twoim palcu.
Beth wciąż nie miała pojęcia, o co chodzi. A może po prostu 
trochę się bała, że nie jest jeszcze gotowa na to, by usłyszeć te 
ważne słowa?

background image

-  Mack, co się dzieje? - spytała ostrożnie.
Patrzył jej w oczy tak długo, aż zapomniał, gdzie się znajduje. 
Nie pamiętał o szpitalu, o Destiny, siedzącej tuż obok. Była 
tylko Bem i on.
-  Strach, że możemy stracić Tony'ego, uświadomił mi, iż 
życie jest za krótkie, by marnować choć minutę na rozważa-
nia, co by było gdyby - powiedział. - Nie wiemy, co się zdarzy 
w przyszłym roku, w przyszłym miesiącu czy nawet jutro.
Serce Beth zaczęło bić jak oszalałe. On na pewno nie zamierza 
tego zrobić, nie tutaj, nie teraz! Bardzo pragnęła, by to się 
stało, jednak obawiała się, że nie jest na to przygotowana.
-  Wiem jednak, że pragnę, byś była przy mnie, cokolwiek się 
stanie - mówił. - Kocham cię, Beth, i zawsze będę kochał.
Zapadło milczenie. Mack czekał na odpowiedź.
-  No i...? - włączyła się Destiny, trącając Beth. - On czeka. 
Odpowiedz mu.
Beth nie spuszczała wzroku z Macka.
-  Prosisz mnie, żebym za ciebie wyszła? - odezwała się w 
końcu.
-  Może nie jestem obiektywna, ale wydawało mi się, że 
wyraził się zupełnie jasno - wtrąciła się znów Destiny. - Nie 
każ mu tego powtarzać, bo może stchórzyć.
-  Wykluczone - zapewnił Mack. - Nie wtedy, kiedy chodzi o 
coś tak ważnego. Jeśli trzeba, będę pytał w nieskończoność.
Wyraz jego twarzy świadczył o tym, że istotnie jest na do 
zdecydowany. Nagle Beth uświadomiła sobie, że czuje to 
samo co on. Jeśli więc on zdobył się na wyznanie, nie będzie 
trzymać go w niepewności.
-  Tak - szepnęła, ocierając łzy radości. - Tak.
-  Włóż jej pierścionek - poleciła Destiny. Rzucił jej gniewne 
spojrzenie.
-  Myślę, że poradzę sobie bez twoich rad. W końcu po-
wiedziała „tak", prawda?

background image

-  Ale czas ucieka - przypomniała. - Zaraz po mnie przyjdą, a 
chciałabym mieć pewność.
Mack ujął dłoń Beth i wsunął na jej palec pierścionek z 
brylantem.
-  Teraz już przepadło - powiedział.
-  Nie wycofasz się?
-  Nigdy - przyrzekł. - Carltonowie są uczciwi i honorowi, 
wierz mi.
-  Chyba wiem o tym od dawna - uśmiechnęła się Beth.
-  Może nie od dawna - przypomniał jej Mack - ale od czasu, 
gdy te cechy mogły się ujawnić. - Mrugnął po-
rozumiewawczo. - Teraz idę do Tony'ego, by przekazać mu 
dobrą wiadomość, zanim go zabiorą do sali operacyjnej. 
Obiecałem chłopcu, że jeśli powiesz „tak", będzie naszymi 
drużbą.
-  Co takiego? - zdumiała się Beth.
-  Kochanie, Destiny może i była inicjatorką naszego związku, 
ale rola rozgrywającego przypadła Tony'emu. Zasługuje na to, 
by wiedzieć, że odniósł sukces.
-  Mógłbyś mu powiedzieć po operacji - zauważyła Beth. 
Mack skinął głową i posmutniał nagle.
-  Wiem, ale na wypadek...
-  Nie ma mowy! - przerwała mu. - Tony to twardy zawodnik. 
Jestem pewna, że zatańczy na naszym weselu.
Twarz Macka rozjaśniła się.
-  W porządku. To zapewnienie mi wystarczy.
Wydawało się, że upłynęła wieczność, zanim Beth i Peyton 
opuścili wreszcie salę operacyjną i oznajmili, że zakończono 
transplantację. Mack z braćmi, Melanie i Maria Vitale 
siedzieli w poczekalni, pijąc kawę za kawą i modląc się, żeby 
wszystko przebiegło bez zakłóceń.

background image

-  Oboje dobrze się czują? - Mack wpatrywał się w Beth. Jeśli 
coś by przebiegło nie tak, jak przewidywano, poznałby to po 
jej oczach. Były jasne i radosne.
-  Doskonale - zapewniła go.
-  Kiedy będziemy wiedzieć, czy operacja przyniosła 
oczekiwany skutek i Tony'emu nic już nie grozi? - spytał.
-  Za chwilę. Są wszelkie powody do optymizmu. Mack 
pomyślał o swojej obietnicy, że Tony będzie drużbą
na ich ślubie. Odciągnął na bok Beth.
-  Czy nie powinniśmy ustalić daty ślubu jak najwcześniej? - 
spytał.
-  Z jakich powodów tak ci pilno do ożenku? - Patrzyła na 
[niego zaskoczona.
-  Wiesz, o czym mówię.
-  A ja ci powiedziałam, że są wszelkie powody do opty-
mizmu. Niczego przed robą nie ukrywam, Mack.
Po raz pierwszy od dłuższego czasu odetchnął z ulgą.
-  Może jednak nie powinniśmy odkładać ślubu? - zastanawiał 
się.
-  Dlaczego?
-  Byłbym niepocieszony, gdybyś zmieniła zdanie, kiedy 
kryzys minie - wyjaśnił.
-  Nie licz na to. A jeśli już o to chodzi, to raczej ja powinnam 
się tego obawiać.
Mack wziął ją w ramiona i mocno przytulił. Po raz pierwszy w 
życiu miał pewność, że jego uczucia są szczere, silne i 
prawdziwe.
-  Kochanie, niczego nie musisz się obawiać - zapewnił. - 
Powiedziałem ci kiedyś, że nigdy w życiu nie złamałem 
słowa, jeśli w grę wchodziły ważne interesy.
-  Uczciwość Carltonów - skomentowała.
-  To również - przyznał. - A ponadto to najważniejszy interes 
w moim życiu.

background image

-  Ważniejszy niż kontrakt z nowym obrońcą?
-  Wiesz o tym? - Był wyraźnie zaskoczony.
-  Czytam dział sportowy w gazecie.
-  Od kiedy?
-  Od chwili, gdy zakochałam się w słynnym zawodniku, 
którego nazwisko pojawia się tam niemal codziennie - poin-
formowała. - Nie mogę dopuścić, by cały świat wiedział o 
tobie więcej niż ja.
-  To ci nie grozi, kochanie.

background image

EPILOG
Był pierwszy piątek października, gdy doktor Beth Browning 
brała ślub z Mackiem Carltonem w obecności licznie 
zgromadzonych lekarzy, ludzi nauki, hałaśliwych piłkarzy, 
kochającej rodziny i wciąż zdumionych przyjaciół. Przed ko-
ściołem zebrał się tłum ciekawskich, zwabionych informacja-
mi w rubryce Pete'a Forsythe'a. Reporter, oczywiście, znał 
wszystkie szczegóły, choć Destiny utrzymywała, że nie ma z 
tym nic wspólnego.
Drużbą był Tony Vitale, który miał zdrową cerę i szeroko się 
uśmiechał. Czekał przed ołtarzem u boku Macka.
Szepnął mu coś do ucha i Mack spojrzał w kierunku drzwi. 
Jego twarz również rozjaśniła się uśmiechem.
Zanim panna młoda na dźwięk pierwszych taktów weselnego 
marsza postawiła pierwszy krok w stronę ołtarza, zatrzymała 
przez chwilę wzrok na obu swoich chłopcach. Jeśli Tony ma 
przed sobą perspektywę długiego, zdrowego życia, to 
zawdzięcza ją Mackowi i Destiny. Rodzina, której częścią 
Beth miała się zaraz stać, była naprawdę niezwykła.
Destiny siedziała blisko ołtarza, obok matki Tony'ego. Po 
transplantacji obie panie bardzo się zaprzyjaźniły. Destiny 
zaczęła nawet matkować Marii i jej synowi, żeby zapewnić im 
choć trochę łatwiejsze życie.
Richard i Ben stali w pobliżu brata i Tony'ego. W smokingach 
prezentowali się bardzo efektownie, choć Ben wyglądał na 
lekko zaniepokojonego, jakby przeczuwał, że teraz, kiedy 
Mack pożegna się z kawalerskim stanem, ciotka zajmie się 
jego życiem osobistym.
Już tylko ceremonia ślubna dzieliła Beth od przyszłości, o 
której nawet nie marzyła w dniu, w którym Mack Carlton, 
wchodząc do szpitalnej kawiarni, wkroczył zarazem w jej 
życie. Ceremonia i miodowy miesiąc, pomyślała, i krew 
szybciej zaczęła krążyć jej w żyłach.

background image

Miodowy miesiąc wymagał z jej strony pewnych kompro-
misów. Ponieważ nie chcieli czekać ze ślubem do oficjalnego 
zakończenia sezonu piłkarskiego w styczniu, miesiąc miodo-
wy zaplanowano według terminarza rozgrywek - najpierw San 
Francisco, potem St. Louis. Beth kupiła książkę poświęconą 
futbolowi i dziesięć czasopism naukowych, żeby mieć zajęcie, 
gdy Mack wybierze się na mecz.
Czas między rozgrywkami również dokładnie zaplanowała. 
Nieważne, w jakim znajdą się mieście. I tak nie zamierzała 
opuszczać pokoju hotelowego aż do godziny rozpoczęcia 
kolejnego meczu.

background image

Randka z przeznaczeniem
Trzem braciom Carltonom, osieroconym w dzieciństwie, 
pozostał pokaźny spadek i, co może ważniejsze, kochająca ich 
ciotka. Ta energiczna i uparta kobieta posiadła umiejętność 
kojarzenia idealnych par. 
Potrafiła też dokonać niemożliwego - przekonać dwoje 
poranionych przez życie ludzi, żeby nie bali się miłości. 
Mack, świadom planów ciotki Destiny, która pragnęła 
szczęśliwie ożenić bratanków, nie dostrzegł nic 
niebezpiecznego w jej prośbie. Chętnie zgodził się odwiedzić 
w szpitalu chorego na białaczkę chłopca, który był zagorzałym 
miłośnikiem futbolu i podziwiał Macka, do niedawna 
królującego na boisku. Mack, cynik i playboy, zaprzyjaźnił się 
z Tonym. Odkrył także, że opiekująca się chłopcem lekarka, 
którą początkowo podziwiał za jej poświęcenie, wzbudziła w 
nim namiętność. Do tej pory unikał zaangażowania, ale teraz 
zrozumiał, że szkoda każdej chwili...