background image

Glen Cook 

 

Dojrzewa wschodni wiatr 

(Reap the East Wind) 

 

Przełożył Robert Bartold 

background image

Rok 1012 od ufundowania Imperium Ilkazaru 

Ukryte armie czekają 

 

Bestia  zawyła  i rzuciła  się  o ścianę  w swojej  celi.  Była  rozwścieczona,  ponieważ  pragnęła 

krwi Ethriana, a nie mogła zaspokoić swego pragnienia. 

Chłopiec  nie  miał  pojęcia,  jak  długo  był  uwięziony.  W lochach  Ehelebe  noc  i dzień  były 

tylko  nic  nie  znaczącymi  pojęciami.  Jedynym  światłem,  jakie  widywał,  był  poblask  lampy 

dozorcy więziennego, gdy przynosił zupę z dyni lub robił nieczęsty obchód. 

Zanim  trafił  do  lochu,  spędził  niezwykłe  dzieciństwo  w slumsach  Vorgrebergu,  stolicy 

maleńkiego  królestwa  daleko  na  zachodzie.  Jego  matka  była  dziwną  osobą,  miała  domieszkę 

krwi czarodziejek, a ojciec był jeszcze dziwniejszy... 

Coś  się  zdarzyło.  Nie  rozumiał  tego.  Myślał,  że  to  dlatego,  że  jego  ojciec  zaangażował  się 

w politykę. W odwecie on i jego matka zostali pojmani. Przyszli jacyś ludzie i zabrali ich. Teraz 

był tutaj, w kajdanach, w ciemności, a za towarzystwo miał tylko muchy. Nie wiedział, gdzie jest 

ani co się stało z jego matką. 

Modlił się w milczeniu. 

Wilgotne  kamienne  mury  nie  przestawały  dygotać  od  jęków  i ryków  przykutych 

w sąsiednich  celach  stworzeń  z piekła  rodem.  Laboratoria  Ehelebe  wytworzyły  ze  sto  ras 

przerażających i osobliwych potworów. 

Drapanie  i ryczenie  ustało.  Ethrian  utkwił  wzrok  w ciężkich,  stalowych  drzwiach. 

W korytarzu  za  nimi  błysnęło  światło.  Bestie  zamarły  w pełnej  oczekiwania  ciszy.  Odgłos 

powolnych, szurających kroków zakłócił tę niezwykłą tu ciszę. 

W drzwiach było jedno małe, okratowane okienko. Ethrian obserwował je ze strachem. Ręce 

mu się trzęsły. To nie były kroki strażnika. 

Ci,  którzy  go  pojmali,  zabrali  mu  wszystko  z wyjątkiem  uczucia  strachu.  Nadzieja  była  tak 

samo martwa jak ciemność, w której żył. 

Zadźwięczały klucze. Zazgrzytały drzwi. Zardzewiały zamek zaskrzypiał w proteście. Drzwi 

powoli uchyliły się do wewnątrz. 

Chłopiec podkulił nogi. Zwinął się w kłębek. Nawet gdyby nie był skuty, nie zdołałby stawić 

oporu. Zbyt długo trwał w bezczynności. 

Do celi wszedł stary, bardzo stary mężczyzna. Ethrian usiłował się skurczyć. 

A  jednak...  w tym  człowieku  było  coś  innego.  Brakowało  mu  postawy  obojętnego 

okrucieństwa, która cechowała wszystkich, z którymi chłopiec się tu zetknął. 

Starzec poruszał się jak we śnie. Albo jakby był poważnie niedorozwinięty. 

Wolno, niezgrabnie dopasowywał klucze do kajdan Ethriana. Z początku chłopiec skulił się, 

background image

ale potem coś przyszło mu do głowy i czekał, aż puści ostatni zamek. 

Wydawało  się,  że  starzec  zapomniał,  co  robi.  Przyglądał  się  kluczom  z wyrazem 

oszołomienia na twarzy, lustrował otoczenie. Obszedł całą celę o ciemnych ścianach. 

Ethrian czekał w napięciu. Próbował się podnieść. 

Starzec  odwrócił  się.  Czoło  zmarszczyło  mu  się  w wyrazie  skupienia.  Twarz  się  ożywiła. 

Podszedł bliżej, pogrzebał przy ostatnim zamku, który po chwili opadł. 

–  Ch...  eh...  chodź  –  powiedział  skrzypiącym  szeptem.  Trudno  było  go  zrozumieć,  nawet 

w tej nietypowej dla lochów ciszy. 

–  Dokąd?  –  zapytał  także  szeptem  Ethrian,  obawiając  się,  że  głośniejszy  dźwięk  mógłby 

rozdrażnić bestie. 

– S... s... stąd. P... przysłali mnie, że... żebym z... za... zabrał cię do savan dalage. 

Ethrian  skulił  się  ze  strachu.  Strażnik  mówił  o savan  dalage  –  najgorszym  ze  stworzeń 

Ehelebe. Starzec wyjął jakąś fiolkę. 

– Wy...wypij to. 

Ethrian odmówił. 

Starzec  złapał  go  za  nadgarstek,  przyciągnął  do  siebie,  obrócił,  odchylił  mu  głowę  do  tyłu 

i siłą  rozwarł  usta.  Był  zaskakująco  silny,  nie  sposób  było  mu  się  oprzeć.  Do  gardła  chłopca 

wlało się coś ohydnego. Starzec zmusił go, by przełknął. 

Ethrian natychmiast poczuł przenikające go ciepło i siłę. 

Starzec  popchnął  go  ku  drzwiom  celi.  Uścisk  miał  stalowy.  Jęcząc,  Ethrian  drobnymi 

kroczkami podążył za nim. 

Co się działo? Dlaczego oni to robią? 

Starzec  prowadził  go  do  schodów  wiodących  w górę,  poza  to  podziemne  królestwo 

okropieństw. Niewidoczne bestie wyły i ryczały. Z ich tonu można było wywnioskować, że czuły 

się  oszukane.  Ethrianowi  błysnęły  przez  chwilę  czerwone  oczy  za  okratowanym  okienkiem 

najbliższych drzwi. 

Przestał się ociągać. 

Starzec wyjąkał: 

– Po... pospiesz się. Oni c... cię z... za... zabiją. 

Ethrian,  potykając  się,  ruszył  za  nim,  ku  szczytowi  korytarza,  a potem  na  zewnątrz  w dół 

schodami, które zdawały się nie mieć końca. Gorące, nieruchome powietrze miało słony posmak. 

Zaczął  się  pocić.  Światło  słoneczne  niemal  oślepiło  jego  przyzwyczajone  do  ciemności  oczy. 

Próbował  wypytać  swojego  dobroczyńcę,  ale  trudne  do  zrozumienia  odpowiedzi  pozwoliły  mu 

tylko częściowo zorientować się w sytuacji. 

Był  w K’Mar  Khevitan  –  położonej  na  wyspie  głównej  kwaterze  światowej  konspiracji 

Pracchii.  Więziono  go,  by  trzymać  w szachu  jego  ojca,  który  nie  postępował  tak,  jak  tego 

background image

oczekiwano. Teraz przestał być użyteczny. Rozkazano go unicestwić. Starzec sprzeciwił się tym 

rozkazom. Dla Ethriana nie miało to sensu. 

Zeszli  na  kamienistą  plażę.  Starzec  wskazał  odległy  brzeg.  Najpierw  miał  on  kolor  rdzy, 

dalej  przybierał  ołowiany  odcień.  Cieśnina  była  wąska,  ale  chłopiec  nie  był  w stanie  dokładnie 

ocenić odległości. Mila czy dwie? 

– P... p... płyń – powiedział starzec. – Tam b... be... bezpiecznie. Nawami. 

Oczy Ethriana zaokrągliły się. 

–  Nie  mogę.  –  Ta  myśl  przeraziła  go.  Był  przecież  kiepskim  pływakiem.  Nigdy  nie  pływał 

w morzu. – Nigdy mi się to nie uda. 

Starzec usiadł po turecku. Jego twarz wyrażała intensywne skupienie. Odchrząknął, a potem 

z wysiłkiem  próbował  ująć  w słowa  swoje  powoli  kształtujące  się  myśli.  Gdy  już  przemówił, 

wyrażał się niezwykle precyzyjnie. 

–  Musisz.  To  nasza  jedyna  nadzieja.  Tutaj  Dyrygent  rzuci  cię  dzieciom  Magdena  Noratha. 

Oni, ci, którzy tu mieszkają, są twoimi wrogami. Morze i Nawami są obojętni. Dadzą ci szansę 

przeżycia.  Musisz  teraz  ruszać.  Zanim  On  odkryje,  że  w końcu  przeciwstawiłem  się  jego 

nikczemności. 

Ethrian  był  przekonany,  że  to  prawda.  Ten  pamiętający  dawne  czasy  człowiek  był  tak 

spięty... 

Popatrzył na morze. Bał się. Narkotyk płynął w jego żyłach. Czuł, że mógłby przebiec tysiąc 

mil. Ale płynąć? 

Starzec  zaczął  się  trząść.  Ethrian  pomyślał,  że  on  umiera.  Ale  nie.  To  był  wysiłek,  żeby 

zostać zrozumianym. 

Bestie w podziemnych lochach zaczęły ryczeć z podwójną mocą. 

– R... ru... ruszaj! – rozkazał mu starzec. 

Ethrian zrobił dwa kroki i rzucił się w zimną, słoną wodę. Od razu miał jej pełne usta. Stał 

zanurzony po pierś i kasłał. 

W celi skuto go nagiego. Dopiero przez chwilę przebywał na słońcu, a już czuł jego gorący 

pocałunek. Wiedział, że paskudnie się spali, zanim dopłynie do drugiego brzegu. 

Odepchnął  się  i popłynął.  Po  –  jak  mu  się  wydawało  –  długim,  bardzo  długim  czasie 

odwrócił się na plecy, aby odpocząć. 

Znajdował  się  zaledwie  jakieś  trzysta  jardów  od  brzegu.  Patrzył,  jak  starzec  wspina  się  na 

schody, którymi zeszli; pokonuje kilka stopni i odpoczywa, wchodzi na kilka następnych i znowu 

odpoczywa. Wyspa była długa, wąska, o postrzępionych brzegach. Warownia była brzydką, starą 

budowlą  rozciągającą  się  wzdłuż  jej  kręgosłupa  jak  pokruszone  kości  starożytnego 

gigantycznego  smoka.  Odwrócił  się  i gniewnie  spojrzał  na  jałowy  stały  ląd,  który  wcale  nie 

wydawał się przybliżać. 

background image

Wiedział już, że mu się nie uda. Płynął jednak dalej. Upór miał we krwi. 

W  czasie  swego  uwięzienia  poznał  cztery  nazwiska.  Dyrygent.  Fadema.  Magden  Norath. 

Lord  Chin.  Nie  wiedział  nic  o pierwszym  z tych  ludzi.  Norath  był  czarownikiem  Ehelebe. 

Fadema to królowa Argonu, najwyraźniej zafascynowana lordem Chinem. Oni przewieźli go na 

tę  wyspę.  Lord  Chin  był  jednym  z wysokich  rangą  tervola,  czyli  czarowników-szlachciców 

Imperium  Grozy,  przeciwko  któremu  walczył  ojciec  Ethriana.  Chin  już  nie  żył,  ale  imperium, 

które go wydało, nadal istniało... 

Na pewno za tym wszystkim stał Shinsan, Imperium Grozy. 

Gdyby przeżył... 

Wydawało  się,  że  minęło  już  wiele,  wiele  godzin.  Słońce  rzeczywiście  przesunęło  się  na 

zachód,  ale  ciągle  jeszcze  nie  świeciło  Ethrianowi  w oczy.  Szare  wzgórza  pociemniały  tylko 

trochę... Był zbyt zmęczony, żeby płynąć dalej. Jego upór ulotnił się. 

Był gotów pogrążyć się w głębinie, czuł się nazbyt zmęczony, żeby się bać. 

Coś  otarło  się  o jego  nogę.  Kopnął  przerażony  i próbował  odpłynąć.  Na  powierzchni  wody 

mignęła  mu  płetwa  grzbietowa.  Znowu  coś  go  dotknęło.  Zaczął  młócić  rękami  jak  oszalały, 

ciężko oddychając. 

Jedno  z morskich  stworzeń  wyskoczyło  w powietrze.  Zatoczyło  wdzięcznie  łuk  i zanurzyło 

się w wodnej toni. 

Elhriana  to  wcale  nie  uspokoiło.  Był  dzieckiem  wychowanym  w głębi  lądu.  Nie  odróżniał 

delfina  od  rekina.  O rekinach  słyszał  od  przyjaciela  ojca,  Bragiego  Ragnarsona.  Jego  ojciec 

chrzestny  opowiadał  okrutne,  ponure  historie  o wielkich  rybach-zabójcach  grasujących  wśród 

załóg statków zatopionych w bitwach morskich. 

Jedynym efektem wysiłków Ethriana był brzuch pełen słonej wody. 

Delfiny  go  otoczyły.  Podtrzymywały  go  i poniosły  ku  pustynnemu  brzegowi.  Ostatnim 

wysiłkiem powlókł się kamienistą plażą w rzucany przez klif cień. Opadł na kolana i wymiotował 

morską wodą aż do bólu trzewi, po czym zasnął. 

Coś go obudziło. Była głęboka noc. Wysoko na niebie stał księżyc w pełni. Wsłuchiwał się 

w nocne odgłosy. Wydawało mu się, że słyszał, jak ktoś woła, ale teraz panowała cisza. 

Popatrzył  na  plażę.  Coś  tam  się  poruszało,  wydając  klekoczące,  niegłośne  dźwięki... 

Zobaczył kraby. Dziesiątki. Zdawały się mu przyglądać, machając kleszczami jak w żołnierskim 

salucie. Zbliżały się jeden po drugim. 

Przestraszony,  odsunął  się.  One  chciały  go  pożreć!  Skoczył  na  równe  nogi  i potykając  się, 

odszedł. Wśród krabów narastało podniecenie. Nie mogły dotrzymać mu kroku. 

Usiadł sto jardów dalej. Kamienie poraniły mu stopy i otarły skórę na nogach. 

Znowu  miał  wrażenie,  że  słyszał  ciche  wołanie.  Nie  potrafił  jednak  ani  określić  kierunku, 

z którego dobiegał głos, ani odróżnić słów. 

background image

Poszedł nieco dalej, położył się i znowu zasnął. 

Miał  dziwne  sny.  Piękna,  ubrana  na  biało  kobieta  podeszła  i przemówiła  do  niego,  ale  nie 

mógł jej zrozumieć, nie pamiętał też jej po przebudzeniu. 

Ś

wiatło  słoneczne  już  prawie  zniknęło.  Był  głodny  i spragniony.  Bolało  go  całe  ciało. 

Spaloną  słońcem  skórę  pokryły  pęcherze.  Próbował  napić  się  morskiej  wody.  Żołądek  odrzucił 

jednak solankę. Jakiś czas leżał na piasku wyczerpany wymiotami. 

Wstał i rozejrzał się po pogrążonej w zmierzchu okolicy. Była całkowicie pozbawiona życia. 

Nie  było  tu  żadnej  roślinności.  Na  tle  nadciągającej  ciemności  nie  zataczały  kręgów  jaskółki. 

W powietrzu  nie  brzęczały  nocne  owady.  Nawet  skały  były  pozbawione  porostów.  Jedynymi 

ż

ywymi istotami były kraby, które wyszły z morza. 

Nagle  go  olśniło.  Usadowił  się  blisko  wody,  obserwując,  jak  fale  zbliżają  się  do  jego  stóp, 

zatrzymują się i odpływają. 

Kamieniem  rzucił  w kilka  krabów,  gdy  się  zbliżyły.  Wyrywał  słonawe  mięso  i jadł,  dopóki 

jego żołądek znowu się nie zbuntował. 

Odsunął się od wody i przespał kilka godzin. 

Gdy  się  obudził,  księżyc  stał  jeszcze  na  niebie.  Wydawało  mu  się,  że  słyszy  jakieś  głosy. 

Doczołgał  się  do  piasku,  na  którym  mógł  stanąć  i iść,  nie  kalecząc  sobie  jeszcze  bardziej  stóp. 

Przeszukując  klify,  miał  przez  chwilę  wrażenie,  że  widział  kobietę  w bieli  patrzącą  w morze, 

z rękami  uniesionymi  jakby  w błagalnym  geście.  Wiatr  targał  jej  szaty,  chociaż  powietrze  było 

zupełnie nieruchome. 

Zniknęła, gdy przesunął się, żeby lepiej się jej przyjrzeć. 

Zastanawiał  się  nad  swoim  trudnym  położeniem.  Musiał  opuścić  plażę  i znaleźć  wodę 

i pożywienie.  Zwłaszcza  wodę.  No  i coś,  co  nadawałoby  się  na  ubranie,  bo  inaczej  usmaży  się 

ż

ywcem na słońcu. 

Nie widział żadnej drogi prowadzącej w górę klifu. Zaczął iść wzdłuż plaży. 

Wkrótce  po  świcie  opadło  go  zmęczenie.  Wczołgał  się  w cień  i zasnął  pomiędzy 

postrzępionymi skałami. Język miał zdrewniały jak kołek. 

Nadszedł  przypływ.  Morze  biło  o skały,  grzmiąc,  wyrzucając  na  dziesięć  metrów  w górę 

białą mgiełkę. Ethrian znowu śnił. 

Ponownie pojawiła się kobieta w bieli. Ponownie nie mógł nic zrozumieć z tego, co mówiła. 

Znowu  obudził  się  po  zapadnięciu  zmroku,  raz  jeszcze  zasadził  się  na  kraby  i pomyślał 

o zejściu w dół na plażę, by poszukać jakiejś przerwy w klifie. 

Przypływ  się  skończył,  a mimo  to  wydawało  się,  że  ciągle  trwa.  Łoskot  fal  uderzających 

o brzeg  wydawał  się  bardzo,  bardzo  odległy.  Przebił  się  przez  niego  ledwie  słyszalny  odgłos 

skrzypienia, a następnie pobrzękiwania i jakieś krzyki. Ethrian usadowił się na głazie i czekał, co 

się wydarzy. 

background image

Nagle  daleko  na  pokrytym  białymi  grzywaczami  morzu  ujrzał  coś,  co  wyglądało  jak  flota 

tysiąca  okrętów.  Statki  parły  przez  fale  jak  oszalałe  czarne  konie,  zaszurały  na  piasku  i żwirze, 

wyrzucając  szczupłych,  ciemnobrodych  mężczyzn  w nie  znanych  Ethrianowi  zbrojach.  Niżsi 

mężczyźni  o jaśniejszej  karnacji,  w równie  dziwacznych  zbrojach,  wyruszyli  im  naprzeciw  na 

plaży. Ich miecze błyskały i śpiewały. 

Przez  zgiełk  bitwy  przebił  się  jakiś  głos.  Ethrian  spojrzał  w górę.  Kobieta  w bieli  stała 

z rozłożonymi  rękami  na  szczycie  klifu.  Między  jej  palcami  skrzyły  się  i trzeszczały  błękitne 

płomienie. 

Niebieski czarodziejski ogień buszował nad białoskrzydłymi okrętami na morzu. Lewiatany 

wypłynęły  na  powierzchnię  i rzuciły  się  na  statki.  Rekiny  i morświny  pływały  w takt  pieśni 

kobiety, ignorując się nawzajem, gdy atakowały śniadych najeźdźców. 

Wtem ze statków wystrzeliły rubinowe pioruny, uderzając w klif. Ogromne kamienne ściany 

zwaliły się na walczących na plaży... 

Jakieś  skrzydlate  stworzenia  zatoczyły  łuk  na  tle  księżyca,  wyrzucając  z pysków  jęzory 

ognia.  Stworzenia  większe  od  ludzi  dosiadały  ich  łuskowatych  grzbietów,  za  nimi  powiewały 

obszerne czarne płaszcze. W rękach dzierżyli włócznie światła, którymi ciskali w kobietę. 

Ona  zaś  tkała  sieci  z błękitu  i rzucała  je  na  firmament.  Frunęły  ku  skrzydlatym  jaszczurom 

jak radosne ćmy, owijały się wokół smoków i ciskały nimi o ziemię. 

Przez błyski i płomienie Ethrian zauważył jeszcze coś: ziemia żyła. I było to życie bujne. Nie 

mogła być tą pustynią, która trzymała go w niewoli na swoim brzegu. 

Wizja zaczęła zanikać. Rozglądał się, starając się to zrozumieć. Zniknęła, zanim zdołał pojąć 

coś więcej. 

Spojrzał  w kierunku,  gdzie  stała  kobieta.  W miejscu,  gdzie  w klif  wbiły  się  czerwone 

pioruny,  ziała  wyrwa.  Tam,  gdzie  wcześniej  –  jak  myślał  –  nie  było  nic  poza  solidną  skalną 

ś

cianą. 

Skradał  się  w tamtą  stronę,  niepewny,  ostrożny.  Księżyc  stał  wysoko  na  niebie.  Dobrze 

widział głazy, które spadły. To nie było świeże osunięcie. Stulecia nadgryzły głazy na zboczu. 

Wydawało się, że jakiś głos woła z położonej za nim pustyni. Zamarł w bezruchu. 

To  kolejny  z tych  nierzeczywistych  głosów.  Wzdrygnął  się.  Nie  miał  czasu  na  tajemnice. 

Jego najważniejszym zadaniem było przetrwać. Aby to zrobić, musiał opuścić ten brzeg. 

Wspinaczka  była  jednym  wielkim  bólem.  A ponad  osrebrzonym  księżycem,  pustynnym 

krajobrazem nie znalazł nic. Tylko jeszcze więcej ziemi całkowicie pozbawionej życia. Jednak... 

jednak usłyszał jakieś głosy. Bez słów. Wzywały go. 

Co  to  za  kraina?  Jakie  zapomniane  duchy  nawiedzały  te  pustkowia?  Ostrożnie,  utykając, 

poszedł w kierunku, z którego zdawały się dochodzić dźwięki. 

Stopy miał spuchnięte, poranione i zaognione. Język nabrzmiały i suchy. Pęcherze na skórze, 

background image

będące skutkiem poparzenia słonecznego, pękały. Bolało go każde ścięgno i każdy staw. Kłujący 

ból tętnił w skroniach. 

Ale  był  uparty.  Szedł  dalej.  I po  jakimś  czasie  na  tle  zachodzącego  księżyca  ujrzał  jakiś 

niewyraźny kształt na szczycie najbliższej góry. 

Im  dłużej  mu  się  przyglądał,  tym  bardziej  przypominał  on  jakąś  gargantuiczną  postać 

wyrzeźbioną z wierzchołka góry. Było to zwrócone na wschód stworzenie podobne do sfinksa. 

Coś trzasnęło mu pod stopą. Pochylił się. To gałązka z kilkoma suchymi listkami. Przyniósł 

ją wiatr. Była to akacja, ale Ethrian jej nie rozpoznał, ponieważ nigdy nie widział takiego drzewa. 

Serce  zabiło  mu  mocniej.  Gdzie  rosną  drzewa,  tam  musi  być  woda.  Pokuśtykał  żwawiej, 

poruszając się tak, jakby tańczył na rozżarzonych węglach. 

Nadszedł zmierzch. Ethrian raczej potykał się i przewracał, niż szedł. Ręce i nogi miał otarte 

do  żywego  mięsa.  Ogromna  kamienna  bestia  majaczyła  przed  nim  wysoko,  prawie  kilkaset 

metrów w górę zbocza. 

Była większa, niż mu się wydawało. Wznosiła się na co najmniej dwieście stóp, a jej tułów 

ciągnął  się,  aż  znikał  z pola  widzenia  za  krawędzią  płaskiego  terenu,  który  ją  otaczał.  Rzeźba 

była  bardzo  stara  i nadgryziona  zębem  czasu.  Dawniej  wyraźnie  oddane  rysy  teraz  były  niemal 

niewidoczne. 

Ethrian  niewiele  uwagi  poświęcił  tej  kamiennej  postaci.  Jego  oczy  wpatrywały  się  tylko 

w postrzępione drzewa wokół przednich łap mitycznego stworzenia. 

Słońce  paliło  jego  nagie  plecy,  powodując  nowe  męczarnie.  Chociaż  przewracał  się  coraz 

częściej, parł naprzód. Czołgając się, dotarł do tego płaskiego terenu. 

Woda!  Płytka  sadzawka  znajdowała  się  między  łapami  potwora...  Dźwignął  się  do  pozycji 

stojącej i poszedł chwiejnym krokiem naprzód, upadł twarzą w połowie wilgotnego zagłębienia. 

Pił łapczywie gęstą od alg, stojącą wodę, aż rozbolał go brzuch. 

Kilka chwil później znowu podźwignął się na nogi. 

Odczekał  trochę  i napił  się  jeszcze,  chociaż  tym  razem  niewiele.  Potem  przeszedł  przez 

sadzawkę,  rozpryskując  wodę  na  wszystkie  strony,  w cień,  który  wyglądał  tak,  jakby  miał 

utrzymać się przez cały dzień. Zwinął się w kłębek i zasnął. 

Miał dziwaczne i niezwykle sugestywne sny. 

Przyszła  kobieta  w bieli.  Obejrzała  jego  rany.  Pod  dotykiem  jej  palców  ból  mijał. Przyjrzał 

się  sobie  i zauważył,  że  jest  wyleczony.  Próbował  zasłonić  rękami  swoją  nagość.  Uśmiechnęła 

się łagodnie i odeszła, stając między łapami potwora. Wpatrywała się w wynurzający się z morza 

księżyc oświetlający fortecę położoną wzdłuż grzbietu wyspy, niedaleko brzegu. 

Ethrian  dołączył  do  niej.  Przyglądał  się  pustyni  i ujrzał  ją  taką,  jaka  mogła  być.  Porośniętą 

bujną  roślinnością,  bogatą,  zamieszkaną  przez  pracowitą,  bogobojną  rasę...  Ale  na  wyspie 

płonęły  ognie.  Na  morzu  kołysały  się  statki.  Było  ich  tak  wiele,  że  żagle  przesłaniały  fale.  Na 

background image

lądzie  zaś  wznosiły  się  słupy  dymu,  a na  niebie  widać  było  smoki.  Straszliwe  zjawy  dosiadały 

wściekłych  jaszczurów,  siejąc  z firmamentu  spustoszenie.  Armie  Nawami  walczyły,  zostały 

zwyciężone  i ruszyły  do  odwrotu,  by  się  przegrupować.  Kobieta  w bieli  wezwała  straszliwe 

magiczne, moce, które miały im pomóc. Nawet to nie wystarczyło. 

Wtem  przemówiła  kamienna  bestia.  Otworzyła  pysk  i wypowiedziała  Słowo.  Słowo  to 

przyniosło  grom  i śmierć.  Zjawy  z czaszkami  zamiast  głów  gwałtownie  spadły  z nieba.  Smoki 

zawyły i zasłoniły uszy łapami. Najeźdźcy uciekli na swoje statki. 

Niedługo  trzymali  się  z dala.  Moc  zamieszkiwała  wschód  wyspy.  Ethrian  wyczuwał  ją, 

wyczuwał jej imię. Nahaman Odite. Kobieta wielkiego zła i wielkiej Mocy, opętana nienawiścią, 

przeżarta chęcią zniszczenia Nawami. 

Nahaman zebrała armie i uderzyła ponownie. Przetoczyli się przez ląd i zstąpili z chmur. Ani 

magia kobiety w bieli, ani Słowo kamiennej bestii nie zdołały rozproszyć niezliczonej rzeszy. Za 

każdym razem, gdy przybywali, ich atak docierał nieco bliżej góry i kamiennej bestii. 

Ethrian  wkrótce  zdał  sobie  sprawę,  że  ogląda  walki  kilku  pokoleń  ścieśnione  w jedną  noc, 

stulecie wojen zredukowane do kluczowych wydarzeń. 

Hordy  Odite  dotarły  do  góry.  Zniszczyły  wszystko,  co  mogły,  i zamknęły  pysk  kamiennej 

bestii. 

Nahaman  zeszła  na  brzeg.  Z pomocą  swoich  zjaw  o trupich  czaszkach  rozgromiła  jałową 

krainę. Kobieta w bieli i potwór z kamienia mogli tylko się przyglądać. Pysk bestii był jej Mocą 

i jej życiem. Jedyne bezpieczne dla Nawami miejsce,  gdy zabrakło mocy bestii, znajdowało się 

między tymi ogromnymi kamiennymi łapami. 

Nahaman  i ci,  którzy  z jej  armii  przetrwali,  wycofali  się  na  wyspę,  a stamtąd  za  morze, 

i nigdy więcej nie zaciemnili wybrzeży Nawami. 

Ethrian był zaskoczony. Cały ten dramat i przemoc tylko po to, by tak sobie odpłynąć w siną 

dal? O co w tym wszystkim chodziło? 

Kobieta  w bieli  postarzała  się.  Czuł  jej  rozpacz.  Żyła  długo.  Pysk  kamiennej  bestii  długo 

zachowywał  jej  młodość  i piękno.  Teraz  się  starzała.  Więdła.  Stała  się  staruszką.  Błagała 

o śmierć.  Bestia  jednak  nie  pozwoliła  jej  umrzeć.  Jej  ciało  stało  się  jak  wiązka  starych, 

wysuszonych  patyków.  Nawet  one  blakły,  aż  stała  się  niczym  więcej  jak  bolejącym  duchem 

trzepoczącym na zboczach góry bestii. 

Ethriana obudziło światło świtu. Przespał całą dobę. Czuł zapach słodkiej wody. Dostał się 

do sadzawki. 

Dopiero kiedy zaspokoił pragnienie, zauważył, że ręce już go nie bolą. Nadal były otarte do 

krwi, ale zdawały się ulegać cudownemu uzdrowieniu. 

Wstał  i obejrzał  swoje  ciało.  Stan  jego  stóp  i kolan  także  szybko  się  poprawiał.  Nawet 

piekący ból poparzenia słonecznego zniknął. 

background image

Odwrócił się, nagle przestraszony. 

Blisko  miejsca,  gdzie  spał,  leżała  para  sandałów,  starannie  złożona  toga  i liść,  na  którym 

leżał stos ciastek z kminkiem. 

Strach  walczył  w nim  o lepsze  z głodem.  Zwyciężył  głód.  Chwycił  ciastka,  pobiegł  do 

sadzawki i na zmianę jadł i pił. Gdy skończył, ubrał się. Sandały i toga pasowały jak ulał. 

Zaczął  badać  teren.  Starał  się  jak  mógł,  ale  nie  znalazł  żadnych  dowodów  czyjejkolwiek 

obecności. Popatrzył na kamienną bestię. Czy na tych zwietrzałych kamiennych ustach błąkał się 

cień uśmiechu? 

Wspiął się na potwora i rozejrzał wkoło, stojąc na czubku jego wielkiej głowy. 

Jak  daleko  sięgał  wzrokiem,  kraina  była  pozbawiona  życia.  Tereny  bardziej  płaskie  miały 

kolor ochry i rdzy. Góry były nagą szarą skałą. 

Wiedział, że nigdy nie opuści tego miejsca. Żaden zwykły śmiertelnik nie mógł przedrzeć się 

przez tę jałową ziemię i wyrwać się z wiecznego uścisku Mrocznej Pani. 

Starzec nie wyświadczył mu aż tak wielkiej przysługi. 

Próbował  wzywać  kobietę  w bieli,  kamienną  bestię,  nawet  Nahaman  Odite.  Jego  krzyki 

zbudziły jedynie przyciszone echa. Niektóre zdawały się pobrzmiewać bezczasową wesołością. 

Wrócił na swoje miejsce przy sadzawce. 

– Wybawiciel. 

Głos dotarł do niego jak z głębi snu. Kobieta stała obok niego, ale słowo nie wyszło z jej ust. 

Zostało wyszeptane z góry. 

– Co? 

–  Wybawiciel.  Ten,  którego  przepowiedziano.  Ten,  którego  przyjście  obwieściłam 

w godzinie naszej rozpaczy. Ten, który wyzwoli nas od klątwy Nahaman i przywróci dni chwały. 

Ethrian był zaskoczony. 

– Długo oczekiwaliśmy twego przyjścia, nasze moce skurczyły się do cienia tego, czym były 

niegdyś.  Uwolnij  nas  z kajdan,  a zaspokoimy  każdą  twoją  zachciankę.  Rozkuj  nas,  a uczynimy 

cię  panem  ziemi,  jak  czyniliśmy  nasze  dawne  sługi,  przed  tym,  jak  Nahaman  zbuntowała  się 

i rzuciła przeciwko nam swoje czarne hordy. 

Ethrian  nie  czuł  się  niczyim  wybawcą.  Czuł  się  tym,  kim  był  –  zdezorientowanym, 

przestraszonym  chłopcem.  Znalazł  się  w samym  środku  czegoś  większego  od  siebie,  czegoś 

niepojmowalnego.  Chciał  przeżyć,  znaleźć  drogę  do  domu  i dopaść  wrogów.  W tej  właśnie 

kolejności. 

–  Są  w tobie,  Wybawicielu,  strach  i nienawiść.  Widzimy  je.  Czytamy  je,  jak  skryba  czyta 

karty  księgi.  Powiadamy,  uwolnij  nas.  Razem  obrócimy  twoich  wrogów  w pył.  To  zostało 

zapisane.  Ukaż  Wybawicielowi  połączoną  moc  Nawami,  aby  mógł  ją  dzierżyć  jak  włócznię 

zemsty. 

background image

Kobieta w bieli weszła w ciemność między łapami bestii. 

Ethrian  wyobrażał  sobie  tych,  którzy  go  uwięzili,  tych,  którzy  zabrali  mu  matkę 

i formułowali  nieuzasadnione  żądania  wobec  jego  ojca.  Jedynie  lord  Chin  zginął.  Jego 

pachołkowie pozostali przy życiu. 

Shinsan,  Imperium  Grozy,  było  ich  matecznikiem.  Zniszczy  Shinsan,  gdy  będzie  miał  moc 

w ręku. 

– Ta moc jest już twoja, Wybawicielu. Wystarczy, że ją przyjmiesz. Udaj się za Sahmanan. 

Pozwól, żeby stała się twoim pierwszym ministrem w dziele odrodzenia Nawami. 

Kobieta  w bieli  skinęła  na  niego  z cienia.  Ethrian  podszedł  do  niej.  Wprowadziła  go 

w ciemność. 

Ciemność  ta  z każdym  krokiem  stawała  się  coraz  bardziej  gęsta,  coraz  bardziej  namacalna. 

Wyciągnął rękę, spodziewając się, że między ogromnymi przednimi łapami bestii natknie się na 

skałę. 

Przeszedł  odległość  wielokrotnie  większą.  Nie  napotkał  żadnej  przeszkody.  Kobieta 

zniknęła.  Pozostawał  z nią  w kontakcie,  idąc  za  pewnego  rodzaju  bezsłownym  szeptem,  który 

pozostawiała  za  sobą.  Nie  mógł  jej  wziąć  za  rękę.  W przeciwieństwie  do  kamiennej  bestii  ona 

była bezcielesna. 

Nagle wkroczył w światło. 

Otworzył  usta  ze  zdziwienia.  Wróciła  historia  opowiadana  przez  dawnego  przyjaciela  ojca, 

Bragiego Ragnarsona, ojca chrzestnego, który być może spiskuje, by zniszczyć rodzinę swojego 

chrześniaka. 

Sala  Króla  Gór.  Góry  Grzmotu,  jak  nazywali  je  Trolledyngianie.  Jaskinie,  gdzie  Król 

Zmarłych  dzierżył  władzę  i posyłał  na  poszukiwanie  śmiertelnych  ofiar  przeklęte  duchy 

dosiadające górskich wichrów... 

Stał  na  wąskiej  półce  skalnej  nad  jaskinią  tak  ogromną,  że  nie  można  było  dojrzeć  jej  dna. 

Sahmanan stała obok niego. Wykonała gest. Usłyszał słowa tak ciche, że niemal niesłyszalne: 

– To wszystko jest na twoje rozkazy, Wybawicielu. 

Byli  ustawieni  w nieruchome  bataliony  i regimenty,  pozbawione  dowódców  i oficerów  – 

armia  zamrożona  w czasie.  Ich  liczba  przekraczała  zdolność  pojmowania  Ethriana.  Byli  tutaj 

zarówno  wojownicy  w bieli,  jak  i wojownicy  podobni  do  rasy,  która  szturmowała  Nawami 

w imię  Nahaman  Odite.  Piechota.  Konnica.  Słonie.  Przerażające  zjawy  o trupich  czaszkach 

dosiadające smoków. 

Zostali uchwyceni w pewnej krystalicznej chwili, jak owady w bursztynie. Trwali bez ruchu 

w świetle  znikąd,  które  ani  nie  ciemniało,  ani  się  nie  rozjaśniało,  ani  też  nie  zmieniało  się. 

Nastrój napięcia, niecierpliwego oczekiwania przepełniał jaskinię. 

– Znają cię, Wybawicielu. Bardzo pragną znaleźć życie dzięki twojej mściwej ręce. 

background image

– Kim oni są? – dopytywał się chłopiec. – Skąd pochodzą? 

–  Na  długo  przed  upadkiem  Nawami  było  oczywiste,  że  stanie  się  podług  woli  Nahaman. 

Uniknęliśmy  jej  furii,  wymykając  się  przez  drzwi  czasu.  Pozwoliliśmy  jej  na  zwycięstwo. 

Poświęciliśmy  naszą  Moc,  by  przygotować  się  do  dnia,  w którym  Wybawiciel  wyzwoli  nas 

z więzów,  które  ona  nałożyła.  Nie  spodziewaliśmy  się,  że  będziesz  tu  wędrował  tak  długo,  nie 

przewidzieliśmy  także,  że  ona  tak  nas  osłabi,  że  wysłanie  delfinów  będzie  niemal  przekraczało 

nasze możliwości. 

Podstawowe  pytanie  Ethriana  pozostawało  bez  odpowiedzi.  Obawiał,  że  nie  dowie  się 

najważniejszego, aż będzie zbyt późno. 

– Kim są ci ludzie? 

–  To  część  z tych,  co  padli  w Krucjatach  Nawami.  Zostali  ożywieni,  umotywowani 

i zachowani  dzięki  naszej  sztuce  –  powiedział  głos  kamiennej  bestii.  –  Oni  także  oczekują 

swojego Wybawiciela. 

Martwi  ludzie?  –  pomyślał  Ethrian.  Czy  spodziewano  się  po  nim,  że  dokona  jakiegoś  aktu 

fałszywej nekromancji i wskrzesi zmarłych? 

Wstrząsnęło nim obrzydzenie. Chłopcy w jego wieku zwykle bardzo boją się zmarłych. 

Kobieta  w bieli  spojrzała  mu  w twarz.  Uśmiech  błąkał  się  na  jej  ustach.  Zaczęła  mówić. 

Słowa nie były zsynchronizowane z ruchami warg. 

–  I ty  masz  swoich  wrogów,  czyż  nie?  –  jej  głos  zdawał  się  dobiegać  z daleka,  jak  szept 

lekkiego  wietrzyku  między  sosnami.  –  Tutaj  spoczywa  moc,  która  obróci  ich  w pył, 

Wybawicielu. 

Ethrian  był  młody,  zdezorientowany  i przestraszony,  miał  głowę  pełną  marzeń,  ale  nie  był 

głupi. Wiedział, że będzie to miało swoją cenę. 

Jaką? 

– Uwolnij nas – nalegała kobieta. – Wybaw nas. Tylko o to prosimy. 

Ethrian  spojrzał  na  armie  stojące  w pełnej  gotowości,  armie  zmarłych,  i zastanowił  się  nad 

upadkiem  Nawami.  Czy  taka  furia  powinna  zostać  jeszcze  raz  spuszczona  ze  smyczy?  Czy 

można ją kontrolować? Czy zemsta była tak ważna? 

Jaka  inna  siła  mogłaby  mierzyć  się  z potęgą  Imperium  Grozy?  Jedynie  starsze  czary  mogą 

przeciwstawić się wrzeniu w dzisiejszym Shinsanie. 

Musiał  też  pomyśleć  o sobie.  Jeśli  im  odmówi,  czy  Sahmanan  i bestia  pomogą  mu 

przetrwać? Dlaczego mieliby zawracać sobie tym głowę? 

Stałby się jeszcze jednym szkieletem, świadczącym o śmiercionośnej sile tej krainy. 

Odszedł  od  kobiety,  kierując  się  na  zewnątrz,  aż  ujrzał  ponownie  srebrzystą  panoramę 

pustkowia. Na wschodzie wyspy paliły się światła. Wpatrywał się w nie, pałając nienawiścią do 

ludzi, którzy je zapalili. 

background image

Był w tym świecie niczym. Był bezsilny jak robak. Jak bez pomocy uśpionej armii mógłby 

ukarać ich zbrodnie? 

Sahmanan wyłoniła się za nim z ciemności. 

– Jak was uwolnić? – zapytał. Próbowała mu to wyjaśnić. 

– Gdy spotkamy się następnym razem – przerwał jej – przekażę ci moją odpowiedź. Muszę 

to  najpierw  przemyśleć.  –  Poszedł  na  miejsce,  gdzie  spał,  i zwinął  się  w kłębek.  Poznawał 

całkowicie odmienny rodzaj strachu. 

Pojawiły się sny. Nigdy nie ustawały. Tym razem długo się nie budził. Leżał w tym właśnie 

miejscu przez – jak mogłoby się wydawać – wieki, bez ruchu, a kamienna bestia wykorzystywała 

resztkę swojej mocy, by ukazać mu świat, by go nakłonić, by go nauczyć, czego wymagano od 

Wybawiciela Nawami. 

Sny Ethriana rzadko się zmieniały. 

background image

Rok 1016 OUI 

Czas zmian 

 

– Idzie! Jest przy Bramie Perły! – entuzjazmował się Chu. 

Ssu-ma  Shih-ka’i  podniósł  wzrok  znad  porannych  raportów.  Był  krępym,  muskularnym 

mężczyzną  o byczym  karku.  Kojarzył  się  ze  świnią.  Bardziej  przypominał  zapaśnika  niż 

dowódcę-tervola legionu Środkowej Armii. 

– K’wang-yin, zachowuj się, jak przystało aspirantowi. Chu stanął na baczność. 

– Przepraszam, lordzie Ssu-ma. Shih-ka’i wyszedł zza biurka. 

– Stale przepraszasz, K’wang-yin. Uważam twoje bezustanne przeprosiny za obraźliwe. 

Młodzieniec wpatrywał się w jakiś punkt ponad ramieniem swojego dowódcy. 

– Przepraszam, lordzie. 

Shih-ka’i  zgrzytnął  zębami.  Ten  był  beznadziejny.  Zrodzony  z tervola  czy  nie,  w dawnych 

czasach  nie  zostałby  wybrany.  Straty  wojenne  nie  powinny  stanowić  usprawiedliwienia  dla 

obniżenia kryteriów. 

Shih-ka’i wspominał dawne standardy niemal z nabożną czcią i dumą. 

Ssu-ma  Shih-ka’i  pochodził  z rodziny  chłopskiej.  Jego  bracia  wśród  tervola  nigdy  nie 

zapomnieli,  że  jego  ojciec  był  świniopasem.  On  nie  pozwolił  im  zapomnieć,  że  dostał  się  tu 

dzięki  kandydaturze  w czasach  Książąt  Taumaturgów,  gdy  jedynie  najlepszym  z najlepszych 

udało się wspiąć się po śliskich szczeblach drabiny wiodącej do członkostwa w elicie Shinsanu. 

Na  temat  jego  ojca  często  żartowano  na  zgromadzeniach  tervola.  Już  nie  śmiali  mu  się 

w twarz, ale jego sukcesy nie przełamały ich skrywanych uprzedzeń. 

Kandydując, wiele się nauczył. Wytworzył w sobie odporność i wytrwałość, które wyniosły 

go dużo wyżej, niż spodziewali się jego elektorzy. Był upartym, zdeterminowanym człowiekiem. 

Tervola  ostentacyjnie  podkreślali,  że  ich  szeregi  są  otwarte  dla  każdego  utalentowanego, 

zdyscyplinowanego i umotywowanego dziecka. Jednak były to w większości puste frazesy. Ssu-

ma na zawsze pozostanie dla rodowej arystokracji kimś obcym. Nie spłodzi synów z ich córkami, 

jego córki zaś, jeśli kiedykolwiek będzie je miał, nie mają szans na małżeństwo ze szczupłymi, 

bladymi synami Władzy, takimi jak ten jego roztrzepany podwładny. 

K’wang-yin jeszcze raz przeprosił, przerywając ciszę spowodowaną chwilą zamyślenia Ssu-

my. Jego dowódca próbował zwalczyć satysfakcję, jaką odczuwał z powodu takiej służalczości. 

Przez  jakiś  czas  miał  ich  w garści.  Wywyższał  ich  lub  łamał.  To  wystarczało.  Tylko  silni 

przeżywali. Warknął: 

– K’wang-yin, jeśli usłyszę jeszcze jedne przeprosiny, masz jak w banku miesiąc unitarki. 

Chu zaczął się trząść. 

background image

Shik-ka’i spojrzał na jego blade, drgające policzki i był pewien, że nigdy nie zostałby uznany 

za Wybranego. Nie wtedy, gdy Pan Ssu-ma miał decydujący głos. Był, cholera, zbyt nieśmiały. 

– Złóż przepisowy raport, K’wang-yin. 

– Sir! – szczeknął Chu. – Lord Kuo Wen-chin pojawił się u Bramy Perły. Prosi o audiencję 

u waszej lordowskiej mości. Wyrazy uszanowania od dowódcy straży, sir. 

–  Lepiej.  Dużo  lepiej.  Jesteś  na  dobrej  drodze.  Wyjdź  na  zewnątrz.  Odczekaj  dwie  minuty. 

Weź się w garść. Zrób to jeszcze raz. Zapukaj przed wejściem. 

Policzek Chu zadrgał. 

– Według rozkazu, lordzie. 

Shik-ka’i usadowił się za biurkiem. Jego wzrok ponownie spoczął na porannych raportach. 

Nie  czytał  ich  jednak.  Lord  Kuo!  Tutaj!  Był  zdumiony.  Czego  on  chce?  Dlaczego  miałby 

marnować czas na odwiedziny u chłopskiego dowódcy legionu szkoleniowego? 

Shih-ka’i  dowodził  czwartym  legionem  szkoleniowym.  Każdej  wiosny  przyjmował 

trzylatków.  Przez  kolejne  osiemnaście  lat  ich  życia  uczyni  z nich  najbardziej  oddanych 

i wzbudzających największy strach żołnierzy w dziejach świata. 

Z  wyjątkiem  kilku  krótkich  przydziałów  był  w tym  legionie  od  dzieciństwa,  a jego  talent 

i siła  woli  pozwoliła  mu  piąć  się  w górę  wbrew  uprzedzeniom  szlachetnie  urodzonych  tervola. 

Od  dwóch  dziesięcioleci  był  dowódcą  legionu.  Był  dumny  z żołnierzy  i Wybranych,  których 

wypuszczał. Dokądkolwiek ich posłano, szybko awansowali. Jego przełożeni byli przekonani, że 

najlepszy jest właśnie w tym, co robi. Starali się, aby był zadowolony z przydziału, który zwykle 

otrzymywał  tervola  będący  w wielkiej  niełasce.  Dowodzenie  legionem  szkoleniowym  bowiem 

nie mogło przynieść żadnych zaszczytów. 

Shik-ka’i  zabrnął  w zawodową  ślepą  uliczkę.  Niedawne  zmiany  klimatu  politycznego  – 

młodsi  tervola  usuwali  starszych  z kręgu  Ko  Fenga  –  sprawiły,  że  jego  przyszłość  stała  się 

o wiele  bardziej  ponura.  Chociaż  sam  był  apolityczny,  należał  do  najstarszych  i najbardziej 

przywiązanych do tradycji tervola. 

Przybył tu lord Kuo. Czegóż innego mógłby chcieć, jeśli nie pozbyć się jeszcze jednego ze 

starej  gwardii?  Zwolenników  Ko  Fenga  już  pozbawiono  stanowisk  w armiach  i korpusach, 

a także foteli w Radzie. Przyznano im nie mające większego znaczenia stanowiska w konających 

Armiach  Wschodniej  i Północnej.  Samemu  Ko  Fengowi  odebrano  nieśmiertelność  i zaszczyty. 

Wolałby  udać  się  na  dobrowolne  wygnanie,  niż  znosić  degradację.  Czy  ta  czystka  zaczęła  żyć 

własnym życiem, jak nieostrożnie przyzwany demon? Czy zaczęła uderzać, opierając się tylko na 

kryterium wieku? 

Shih-ka’i  był  przestraszony.  I zły.  Przetrwał  Książąt  Taumaturgów,  Mgłę,  O Shinga, 

konspirację Pracchii, Ko Fenga i nikomu się nie naraził. Był żołnierzem imperium. Oni nie mieli 

ż

adnych praw, żadnego żalu. Nie zwracał uwagi na politykę i walkę o władzę. 

background image

Rozległo się ciche stukanie do drzwi. 

– Wejść. 

Chu  wszedł  do  środka  i złożył  raport.  Tym  razem  zrobił  to  wzorowo.  Przezwyciężył 

elektryzujące podniecenie, jakie wzbudzał lord Kuo, gdziekolwiek się pojawił. 

– Lepiej. Dużo lepiej. Naszym pierwszym zadaniem jest pokonać własną słabość, czyż nie? 

Lord Kuo, tak? Jak myślisz, czego on chce? 

– Nie wiem, lordzie. Nie powiedział. 

–  Hmm.  –  Shih-ka’i  nie  był  zadowolony  z ręki,  która  kierowała  teraz  przeznaczeniem 

Shinsanu.  Z daleka  postrzegał  Kuo  Wen-china  jako  zbyt  idealistycznego,  naiwnego,  prostego 

i niedoinformowanego.  Dwa  lata  temu  był  dowódcą  korpusu  Armii  Środkowej,  w której  służył 

Shih-ka’i.  Był  zbyt  młody,  zbyt  niedoświadczony.  Niemniej  jednak  miał  rozmach  i charyzmę. 

Stanowił odpowiedź na potrzebę nowego przywództwa, nowych ideałów, którą zrodziła porażka 

na zachodzie. Może nowe perspektywy zdołają zabliźnić rany w morale legionów. 

– Czy mam go powitać, lordzie Ssu-ma? – Aspirant płonął z przejęcia. 

– Czy potrafisz zachować się z powściągliwością i respektem? 

– Tak, lordzie. 

Błagalny ton w głosie młodzieńca napawał go obrzydzeniem. Mimo to powiedział: 

– Idź więc. Przyprowadź go prosto do mnie. 

– Tak, lordzie. – Chu zakręcił się i ruszył żwawo ku drzwiom. 

– K’wang-yin, jeżeli przyniesiesz mi wstyd, czeka cię rok unitarki. 

Chu  zamarł.  Gdy  ruszył  ponownie,  twarz  miał  spokojną,  a krok  miarowy.  Jego  plecy  były 

sztywno wyprostowane. Shih-ka’i pozwolił sobie na lekki uśmiech. 

 

Wchodząc  do  biura  Shih-ka’iego,  lord  Kuo  Wen-chin  pomachał  wąską,  niemal  kobiecą 

dłonią. 

–  Nie  wstawaj,  lordzie  Ssu-ma.  –  Kuo  zdjął  swoją  okrutną  srebrną  maskę  wilka.  Shih-ka’i, 

z konieczności, zaakceptował nieoficjalny charakter tego spotkania i też zdjął maskę. 

Była  ona  jego  ulubioną  kpiną  z towarzyszy.  Przedstawiała  niedźwiedzia  w morderczym 

szale.  Jeden  kieł  był  z kwarcu,  drugi  z rubinu,  miało  to  znaczyć,  że  ten  właśnie  kieł  dosięgnął 

wroga. Maska została starannie wykonana tak, żeby sprawiała wrażenie zużytej w walce. 

Tervola  poświęcali  wiele  uwagi  i Mocy  swoim  insygniom.  Powiadano,  że  bystry  człowiek 

mógł z dobrze wykonanej maski odczytać całą osobowość. 

– To dla nas zaszczyt, lordzie Kuo. 

– Raczej nie. Jesteś mi potrzebny, dlatego się tutaj znalazłem. 

–  Hmm?  –  Shih-ka’i  lustrował  swego  gościa.  Niemal  kobiece  rysy  twarzy.  Drobniejszy  od 

tervola  z dawniejszych  rodów.  Atrakcyjny,  ale  w jakiś  taki  kobiecy  sposób.  Przypominał  Shih-

background image

ka’iemu księżniczkę Mgłę, którą okazjonalnie spotykał za jej krótkiego panowania. 

–  Wiesz,  co  reprezentuję.  Zmianę.  Nową  krew.  Całkowite  usunięcie  skojarzeń 

z niefortunnymi przedsięwzięciami Ko Fenga. 

– Nie zapominaj, że grupa lorda Fenga dała nam imponujące aneksje. 

Kuo machnął jedną ze swych delikatnych dłoni. 

–  Niemniej  jednak...  Jest  ta  Armia  Zachodnia.  Pokonana  dwukrotnie.  Raz  pod  Księciem 

Smokiem, drugi raz w czasie tych rozgrywek Pracchii. – W tym imperium, imperium, które nie 

zaznało smaku porażki, nawet pozór porażki był niewybaczalny. 

–  Ko  Feng  mógł  odnieść  zwycięstwo  pod  Palmisano.  Wolał  się  wycofać,  niż  zaryzykować 

straty,  które  mogłyby  ostatecznie  zniszczyć  całe  legiony.  Był  człowiekiem  metodycznym. 

Przewidział, ile jego samego to będzie kosztować. A mimo to jednak się wycofał. 

Kuo wyglądał na poirytowanego. Odczekał chwilę, żeby się opanować. 

– Nie możemy, to oczywiste, wiedzieć, co zdarzyłoby się, gdyby postanowił zostać. Lordzie 

Ssu-ma, nie przybyłem tutaj, żeby się kłócić. Nie chcę przywoływać duchów przeszłości. 

Nie  –  pomyślał  Shih-ka’i.  Chcesz  je  pogrzebać  głęboko,  a z nimi  każdego,  kto  je  wywołał. 

A wraz z nimi całe ich dobro, żeby nikt go nie pamiętał i nie porównywał z teraźniejszością. 

– Przyszłość. Ta interesuje nas wszystkich, prawda? Powiedz mi o przyszłości, lordzie Kuo. 

Kuo rozpromienił się. Posłał swemu rozmówcy zniewieściały uśmiech. 

–  Błędnie  mnie  oceniasz.  Nie  przyjechałem  tutaj,  żeby  cię  zwolnić.  Chociaż  chcę  cię 

przenieść. Do Armii Wschodniej. 

Ż

ołądek Shih-ka’iego poleciał w dół o jakieś sto stóp. Aha. Więc jednak czystka wykroczyła 

poza politykę. 

– Lordzie, ja nie jestem zainteresowany polityką. Moje zadanie to szkolić żołnierzy. Robię to 

całkiem dobrze. 

–  Wiem.  Odbyłem  swój  okres  kandydacki  w czwartym  szkoleniowym.  Jestem  pewny,  że 

mnie nie pamiętasz. Byłeś wtedy dowódcą brygady. Ale ja zapamiętałem ciebie. Wzbudziłeś mój 

podziw. 

– Tak? – Shih-ka’i trzymał emocje na wodzy. Nie pamiętał kandydata Kuo. Czy ten człowiek 

chciał się zemścić za jakiś afront? 

– Lordzie Ssu-ma, chcę, żebyś objął dowództwo Armii Wschodniej. 

Grunt znowu usunął mu się spod nóg. 

– Lordzie...! Nigdy nie dowodziłem w polu. 

–  Kierowałeś  czwartym  na  poligonie.  W sile  korpusów,  bo  potrzebowaliśmy  posiłków. 

Myślę, że dasz sobie radę. Jesteś człowiekiem, jakiego mi trzeba. Masz upór Ko Fenga bez jego 

ograniczeń.  Myślisz  po  swojemu.  Wykonujesz  zadania.  Co  więcej,  jesteś  starszym  tervola.  Nie 

masz  widocznych  sympatii  politycznych.  Wypełnisz  lukę  między  mną  a tymi  recydywistami, 

background image

których pospiesznie zesłałem do armii na granicy, która zdawała się trwać w bezczynności. 

Krótkie 

panowanie 

Kuo 

oczarowało 

Shinsan 

zdumiewającymi, 

zaskakującymi 

i nieprzewidywalnymi decyzjami. To była jedna z nich. 

– Ale moje pochodzenie... 

– Bez znaczenia. To jest zupełnie pozbawione znaczenia. 

Jesteś  tervola.  Zostałeś  wyszkolony,  by  dowodzić.  Jeśli  każę  ci  dowodzić,  nikt  mi  się  nie 

sprzeciwi. Lordzie Ssu-ma, czy przyjmujesz dowództwo Armii Wschodniej? 

Na  zewnątrz  Shih-ka’i  pozostał  niewzruszony,  ale  wewnątrz  cały  był  rozdygotany,  usiłując 

pojąć  cokolwiek,  co  pozwoliłoby  mu  uchwycić  wzburzoną  niczym  morze  rzeczywistość. 

Dowództwo  armii!  Nawet  malutkiej  Armii  Wschodniej...  Był  to  zaszczyt,  którego  nigdy  nie 

spodziewał się dostąpić. 

– Od kiedy? 

– Natychmiast. Jesteś mi tam potrzebny. 

– Co się stało? 

– Nikt tak naprawdę nie wie. Z braku czegoś lepszego do roboty żołnierze badają pustynię, 

która  niespodziewanie  ich  powstrzymała.  Zniknęły  jakieś  patrole.  Zapoznają  cię  z faktami,  gdy 

tam dotrzesz. Przyjmujesz dowództwo? 

– Lordzie... Tak. Przyjmuję. 

–  Dobrze.  –  Kuo  uśmiechnął  się.  –  Tak  myślałem.  –  Wyjął  małą  szkarłatną  odznakę,  która 

przypominała  twarz  człowieka  z dziobem  zamiast  nosa.  Odznakę  dowódcy  armii.  Niewiele  ich 

było.  Aby  coś  takiego  stworzyć,  potrzeba  było  zgromadzenia  całej  Rady  Tervola  i potężnej 

magii.  Shih-ka’i  przyjął  ją  pokornie,  zastanawiając  się,  kto  nosił  ją  przed  nim.  Będzie  musiał 

poznać jej dzieje i związane z nią zaszczyty. 

–  Powinieneś  ruszyć  na  wschód  z niezbędnymi  ci  ludźmi,  gdy  tylko  znajdę  kogoś  na  twoje 

miejsce  tutaj.  Twoja  armia  będzie  liczyła  pięć  legionów  już  rozlokowanych.  Planowałem 

wycofać dwa, zanim zaczęli znikać ludzie. Armia Północna będzie dostępna w odwodzie, chociaż 

zmniejszam ją do siły korpusów. – Kuo wyjaśnił dalej, że zmniejsza liczebność wszystkich armii 

na korzyść granicy południowej. 

– Ale... mamy tam już dwadzieścia sześć legionów. 

– Sytuacja w Matayandze się pogarsza. Chcą, żebyśmy sprowokowali ich do ataku. Chcą na 

nas  uderzyć,  gdy  legiony  są  ciągle  jeszcze  osłabione.  Jeśli  tak  zrobią,  będziemy  mieć  dla  nich 

niespodziankę. 

Shih-ka’i skinął głową. Shinsan ostatnio rozrastał się zbyt szybko. Wojny domowe i z innymi 

królestwami wyczerpały legiony. Armia była nadwerężona, starając się utrzymać obecne granice. 

Straty  powodowały,  że  brakowało  jej  ludzi,  których  zwykle  kierowano  do  asymilowania 

i reedukacji podbitych ludów. Imperium stało się tworem bardzo kruchym. 

background image

–  A co  z zachodem?  –  Tervola  obawiali  się  zachodu  bardziej  niż  liczebnie  silniejszego 

południa. 

–  Powiedziałem  Hsungowi,  żeby  znormalizował  stosunki,  aby  uniknąć  konfrontacji.  Żeby 

przesunął punkt ciężkości ze spraw militarnych na polityczne. Rozłam sprawia, że są bezbronni. 

Jako broń Hsung powinien wybrać intrygę. Zanim pomścimy naszych zmarłych, miną dziesiątki 

lat. Musimy wchłonąć to, co zajęliśmy. 

Pan  Kuo  zrobił  teraz  na  Shih-ka’im  wrażenie.  Jego  podburzająca  demagogia  była 

najwyraźniej  środkiem  do  odsunięcia  na  boczny  tor  Ko  Fenga.  Dzisiaj  mówił  o bardziej 

realistycznej  odpowiedzi  na  problemy  imperium.  Być  może  zdoła  odwrócić  chaos,  który  nastał 

wraz ze śmiercią Książąt Taumaturgów. 

Szybka  parada  kolejnych  następców  zniszczyła  stabilność  Shinsanu  poprzez  wewnętrzne 

walki, a także rozpoczynanie niemądrych kampanii zagranicznych. 

– Z zadowoleniem obejmę dowództwo Armii Wschodniej. Jestem zaszczycony, że uważasz 

mnie za osobę kompetentną. Dzisiaj zacznę dobierać ludzi. 

Przez  twarz  Kuo  Wen-china  przemknął  grymas  lekkiego  rozdrażnienia.  Odprawiano  go. 

Wtem uśmiechnął się. Ssu-ma nie mógł pozbyć się dawnego przyzwyczajenia. Młodsi mężczyźni 

byli dla niego rekrutami... Wstał. 

– Życzę powodzenia, lordzie Ssu-ma. 

– Dziękuję. – Shih-ka’i tak naprawdę nie słuchał. Znowu pochłonęła go praca. 

Musiał na chwilę zagrzebać się w raportach dotyczących szkolenia. Ten uśmiech losu był tak 

nieoczekiwany, że potrzebował trochę czasu, żeby się z nim oswoić. 

 

Shih-ka’i  dowiedział  się,  że  musi  strzec  trzech  tysięcy  czterystu  mil  granicy  przy  pomocy 

trzydziestu tysięcy ludzi. Legiony wschodnie nareszcie były w komplecie. Żaden nie brał udziału 

w niefortunnej kampanii zachodniej. 

Musiał także rządzić i utrzymać pokój w zmilitaryzowanej strefie przygranicznej. 

Jego  poprzednik  zrobił  to,  co  oczywiste,  i zatrudnił  miejscowych  pomocników.  Niewiele 

sobą reprezentowali. Wszystkie ludy nowego prokonsulatu Shih-ka’iego były dzikusami. Jedynie 

kilka  plemion  osiągnęło  poziom  techniki  z epoki  brązu,  chociaż  bajarze  opowiadali  o minionej 

epoce świetności. Na poparcie swoich twierdzeń pokazali kilka ruin. 

Shih-ka’i  poszedł  w ślady  swoich  poprzedników  i założył  kwaterę  główną  przy  legionie 

siedemnastym.  Obszar,  za  który  odpowiadał  siedemnasty,  wychodził  na  tę  przysparzającą 

problemów pustynię. Wszystkie straty, o których donoszono, poniósł ten właśnie legion. 

Siedemnasty wzniósł nową, mocną warownię zaledwie kilka mil od skraju tej ponurej krainy. 

Shih-ka’i  przyjechał,  żeby  odszukać  dowódcę,  który  energicznie  prowadził  program  badawczy. 

Jedna  ze  ścian  głównej  sali  warowni  była  gładko  otynkowana.  W miarę  jak  zespoły  badawcze 

background image

dostarczały  szczegółów,  legioniści  rysowali  po  kawałku  ogromną  mapę.  Shih-ka’i  nie  zawracał 

sobie głowy zaglądaniem do swojej nowej kwatery przed pójściem na naradę. 

Szedł  wolnym  krokiem  wzdłuż  muru  liczącego  sto  pięćdziesiąt  stóp  długości,  przyglądając 

się i zapamiętując każdy szczegół. W pewnej chwili zapytał: 

– Czy to naprawdę zaczęło się tak niespodzianie? – Wskazał linię przy podłodze, gdzie zieleń 

kończyła się jak nożem uciął i przechodziła w brąz. 

Dowódca siedemnastego, Lun-yu Tasi-feng, odparł: 

–  W zasadzie  tak,  lordzie  Ssu-ma.  Na  długości  jednej  mili  las  przechodzi  w łąki,  a potem 

w piach  i pył.  Gdyby  wiatr  nie  wiał  stale  na  wschód,  pustynia  maszerowałaby  w tę  stronę  jak 

armia nie do powstrzymania. 

– Poziom opadów? 

–  Znaczny,  lordzie.  I tutaj,  i tam.  Na  pustyni  można  zobaczyć  chmury  zbierające  się  przy 

tamtych górach. Ale nic tu nie rośnie. 

– Hmm... – Shih-ka’i przyjrzał się zarysowi łańcucha górskiego. – Rzeki? 

– Wypływa kilka. Jedyne odkryte przez nas przejawy życia to trochę ryb płynących w górę 

rzeki. Nie wędrują daleko. Nie ma tam nic, co pozwoliłoby im przeżyć. 

Shih-ka’i błądził wzrokiem w oddali. Po chwili zapytał: 

– Oddziały siedemnastego brały udział w wojnie z Escalonem, prawda? 

Tasi-feng odparł: 

– Byłem tam osobiście, lordzie. 

– Czy można to porównać z pustkowiem, które powstało tutaj? 

– To jest jeszcze bardziej jałowe, lordzie. Mnie również przyszło to do głowy. Opieram się 

na  założeniu,  że  kraina  ta  została  porażona  Mocą,  chociaż  ciągle  jeszcze  nie  mamy  na  to 

niezbitego dowodu. 

– Badania historyczne? 

– Brak jakichkolwiek wzmianek, lordzie. 

–  W takim  razie  jest  to  bardzo  stare.  A co  z ustnymi  przekazami  plemion?  Słyszałem,  że 

w lasach są ruiny. Czy próbowałeś ustalić ich wiek? 

–  Plemiona  mówią,  że  była  wojna  między  bogami.  Ruiny  mają  co  najmniej  tysiąc  lat, 

a prawdopodobnie są o wiele starsze. Mój najlepszy nekromanta pracuje w najlepiej zachowanym 

mieście. Nie udało mu się ustalić nic więcej. 

– Czy zasięgnąłeś rady Tamtej Strony? 

– Demony albo nic nie wiedzą, albo nie chcą powiedzieć. 

– Rozumiem. Ilu ludzi straciłeś? 

Shih-ka’i  wysłuchał  precyzyjnego  wyliczenia  wszystkich  znanych  szczegółów  dotyczących 

zniknięcia  dwunastu  grup.  Tasi-feng  wskazał  na  mapie  ich  ostatnie  określone  pozycje.  Każda 

background image

grupa dotarła do gór. Poza tym nic ich nie łączyło. 

– Próbowałeś poszukiwań z dużej wysokości? 

–  Ptaki  nie  chcą  latać  nad  pustynią,  lordzie.  Chciałem  wysłać  smoka,  ale  moja  prośba 

spotkała  się  z odmową.  Mówią,  że  zbyt  wiele  zginęło  ich  w czasie  kampanii  zachodniej. 

Twierdzą,  że  muszą  zwiększyć  swoją  liczebność.  Osobiście  uważam,  że  są  tak  samo 

przestraszone jak ptaki. 

– Rozmawiano z nimi? Niektóre mogą być starsze od tych ruin. 

– Jeśli coś wiedzą, nie mówią tego. Są jeszcze mniej rozmowne niż demony. 

–  Interesujące.  Niezwykle  interesujące.  Lordzie  Lun-yu,  jestem  z pana  bardzo  zadowolony. 

Nie zaniedbałeś niczego. 

– Nie bardzo jest tu co robić, lordzie. Centurionowie narzekają, że to działania pozorne. 

Shih-ka’i uśmiechnął się pod maską. 

– Na pewno. Jestem zaintrygowany.  Lord Kuo zdawał się uważać, że jest to najważniejszy 

element układanki. Był dość zaniepokojony. Nie wiesz może dlaczego? 

– Nie jestem pewny, lordzie. Być może dlatego, że za górami pojawiły się przebłyski Mocy. 

–  Omiótł  wskaźnikiem  górną  część  mapy  na  długości  dwudziestu  stóp.  –  Wyłoniły  się  skądś 

tutaj. 

Shih-ka’i wbił wzrok w mapę. Po chwili zapytał: 

– Jaka jest jakość wody w tych rzekach? Zdatna do picia? 

–  Duża  zawartość  minerałów,  czego  można  było  się  spodziewać.  Ale  nadaje  się  do  picia, 

lordzie. – Tasi-feng zdawał się zaskoczony tym pytaniem. 

–  No  tak.  Zaczynamy  zmniejszać  zakres  poszukiwań,  lordzie  Lun-yu.  Zaginione  grupy 

znajdowały  się  naprzeciwko  obszaru,  który  właśnie  wskazałeś.  Przyjmijmy,  że  to  pewna 

prawidłowość.  Natychmiast  wyślemy  ekspedycje  po  równoległych  trasach.  Każdej  będzie 

towarzyszyć  tervola.  Na  wieczornym  obozowisku  będzie  otwierany  portal  transmisyjny.  – 

Sięgnął po wskaźnik. – Gdy ekspedycje dotrą do tej linii, będziemy ustawiać przenośne portale. 

Cały  czas  pięć  centurii  będzie  pozostawać  w gotowości  bojowej.  Powinni  być  gotowi  do 

natychmiastowej  teleportacji.  Raporty  zwrotne  co  godzinę,  a wiadomości  o wszelkich 

anomaliach  niezwłocznie.  Grupy  zwiadowcze  pójdą  bez  zbędnego  obciążenia.  Tylko  broń 

i wyposażenie.  Będą  posuwać  się  naprzód,  aż  uzyskamy  jakieś  odpowiedzi.  Dzięki  wymianie 

przez portale stale będziemy tam mieć wypoczętych ludzi. 

– Lordzie, ten ambitny plan będzie wymagał wsparcia całego legionu. 

– Sam powiedziałeś, że nie ma tu nic innego do roboty. A lord Kuo wyraził coś więcej niż 

tylko przelotne zainteresowanie rozwiązaniem tej zagadki. 

– Oczywiście, lordzie. 

– Czy jest jeszcze coś, o czym powinienem wiedzieć? 

background image

–  Nie,  lordzie.  To  wszystko...  Były  dwa  raporty  donoszące  o pojawieniu  się  smoków.  Od 

miejscowych.  Brak  jakiegokolwiek  potwierdzenia.  Same  smoki  odmawiają  odbycia  lotów 

zwiadowczych. 

– Rozumiem. Raz jeszcze podkreślę, że jestem bardzo z ciebie zadowolony, lordzie Lun-yu. 

Nikt nie zrobiłby tego lepiej. 

Shih-ka’i  udał  się  do  swojej  kwatery.  Jego  ordynans  wszystko  przygotował.  Pozwolił 

dekurionowi zdjąć maskę. 

– Jesteś zmęczony, Pan ku? 

– Nie, jeśli lord ma dla mnie jakieś zadanie. 

–  To  nic  pilnego.  Jak  będziesz  miał  wolną  chwilę,  wmieszaj  się  między  legionistów. 

Zorientuj się, co mówią. Dowiedz się, o czym rozmawiają najczęściej. 

– Stanie się wedle twojej woli, lordzie. 

–  Odpocznę  teraz.  –  Shih-ka’i  wyciągnął  się  na  swoim  nowym  łóżku.  Nie  spał,  chociaż 

przymknął  oczy.  Czuł  czyjąś  obecność  na  wschodzie.  Coś  dziwnego.  Coś  obcego.  Było 

nieuchwytne, a mimo to niepokojące. Zastanawiał się, czy lord Kuo też to wyczuwał. 

 

Oddziały zwiadowcze posunęły się siedemdziesiąt mil w głąb pustyni. Minęły ostatnie znane 

pozycje  zaginionych  ekspedycji.  Jedynym  śladem,  jaki  po  nich  do  tej  pory  znaleziono,  był 

porysowany kawałek laki, który odpadł ze zgięcia łokciowego zbroi żołnierza. 

–  To  istotne  –  powiedział  Shih-ka’i.  –  Nie  wędrowaliby  w zbrojach.  Jest  tam  zbyt  gorąco. 

Przeszukać ten obszar staranniej. 

Poszukiwania nie dały żadnych rezultatów. Ta grupa zaginęła sześć miesięcy temu. Pustynia 

zatarła wszelkie ślady. 

Dwa dni później jedna z grup doniosła, że dotarli do górskiej grani. Łańcuch gór ciągnął się 

dalej. Shih-ka’i nałożył swój strój bojowy i teleportował się tam osobiście. 

Zbocze opadało łagodnie długim, szarym stokiem. Z odległości szarość zdawała się kolorem 

rdzawym.  Jak  daleko  Ssu-ma  sięgał  wzrokiem,  nic  się  nie  poruszało.  Nic  tam  nie  żyło.  Sama 

wielkość tego pustkowia go obezwładniała. 

Kolejna  grupa  osiągnęła  łańcuch  górski  kilka  mil  na  południe.  Jej  tervola  wysłał  sygnał. 

Shih-ka’i odpowiedział. 

–  Zostań  tutaj.  Obserwuj  ich,  jak  schodzą  –  zwrócił  się  do  dowódcy  grupy,  z którą 

przebywał. Sam wrócił do kwatery głównej legionu. 

W warowni panowało zamieszanie. 

– Zaatakowano Yan-chu. Prosił o posiłki. Posłałem mu centurię – wyjaśnił Tasi-feng. 

– Weźcie jeńców. Przyślijcie ich niezwłocznie. Postaw następną centurię w stan gotowości. 

Piętnaście minut później w portalu teleportacyjnym pojawiło się dwóch jeńców. Niscy ludzie 

background image

w dziwacznych zbrojach. Martwi. 

– Chcę ich mieć żywych – powiedział Shih-ka’i. 

Tasi-feng naradzał się z tervola na miejscu walki. 

–  Panie  Ssu-ma,  Yan-chu  mówi,  że  byli  żywi,  gdy  ich  przesyłali.  Trzeba  ich  było  siłą 

umieścić w portalu. 

– Powiedz mu, żeby przysłał jeszcze kilku. 

Pojawiło  się  czterech  kolejnych.  Również  martwych.  Jeden  z ostatniej  pary  był  wysokim, 

ś

niadym mężczyzną w zbroi, która nie przypominała pozostałych. 

–  Zbadać  ich  –  polecił  Shih-ka’i.  Poszedł  z powrotem  do  pomieszczenia  z mapą.  Kolejna 

grupa  doniosła,  że  została  zaatakowana.  Chciał  się  upewnić,  że  dobrze  pamięta  ich  pozycje.  – 

Hm... – chrząknął. – No chodź, kimkolwiek jesteś. Uderz raz jeszcze. 

Jego  życzenie  spełniło  się  przed  upływem  godziny.  Dwie  minuty  później  oznaczono  już 

wszystkie miejsca, w których doszło do ataku; rozpościerały się w górnej części mapy. Żołnierze 

cieniowali  obszary,  w których  te  trzy  linie  mogłyby  się  przecinać.  Przeprowadzenie  kolejnych 

ataków pozwoliło Shih-ka’iemu na zmniejszanie wielkości obszaru zacienionego. 

– Trzymaj tak dalej – wymruczał. – Namierzę cię co do jarda. Rzucił okiem na rejestr czasu 

zgłoszenia  poszczególnych  ataków.  Czy  atakujący  mogli  wyruszyć  z tego  samego  miejsca 

jednocześnie?  Ich  rozproszenie  i brak  koordynacji  sugerował,  że  tak  właśnie  mogło  być.  – 

Lordzie  Lun-yu,  niech  pozycja  Yang-chu  będzie  punktem  na  okręgu.  Pozostałe  zaatakowane 

pozycje  będą  punktami  na  zewnątrz  niego.  Sprawdź,  czy  da  się  opisać  okrąg,  uwzględniając 

różnice czasowe między atakami. 

Lord  Lun-yu  przez  chwilę  wyglądał  na  zaskoczonego,  ale  zorientował  się,  o co  chodzi, 

i zabrał się do pracy. Otrzymał dane z kolejnych dwóch ataków. Narysował niezgrabny, ukośny 

łuk. 

– Nie wygląda to dobrze, lordzie. 

–  Podaj  mi  przybliżony  promień  maksymalny  i minimalny.  Nieregularności  powstały 

prawdopodobnie  z powodu  ukształtowania  terenu,  przez  który  przechodzili.  –  Przyjrzał  się 

uważnie mapie. Żadna z jego metod nie dawała dobrych rezultatów. Pierwsza wydawała się teraz 

nawet nieco bezsensowna. Dzięki niej zgromadził mnóstwo pojedynczych boków trójkątów. Nie 

znał ani ich długości, ani kątów. 

Zakres poszukiwań zdawał się jednak zmniejszać. Przyjął raport o stratach od posłańca. 

– Hmm... 

– Lordzie? – zapytał Tasi-feng. 

– Ci ludzie to całkiem dobrzy wojownicy. 

Kolejny  goniec  doniósł,  że  oddział  atakujący  Yang-chu  wycofał  się.  Wkrótce  podobne 

raporty napłynęły od innych zaatakowanych grup. Shih-ka’i zauważył: 

background image

– Mają dobrą łączność. 

Będziemy ich ścigać, lordzie? – zapytał Tasi-feng. Shih-ka’i spojrzał na mapę. 

–  Powoli.  –  Wskazał  dwie  grupy,  które  nie  zostały  zaatakowane.  –  Przesuńcie  tych  ludzi, 

ż

eby wzięli w kleszcze grupę, która tutaj dokonuje odwrotu. Weźmiemy więcej jeńców. Powiedz 

Yang-chu, żeby utrzymał swoją pozycję. Chcę zobaczyć, co ma. 

Grupie Yang-chu poświęcono najwięcej uwagi. Zbocze poniżej obwodu było usiane ciałami. 

–  Zabrali  ze  sobą  część  poległych  –  tervola  powiedział  Shih-ka’iemu.  –  Tylu,  ilu  zdołali 

unieść. 

Shih-ka’i  popatrzył  na  pustynię.  Pośród  pylnych  diabłów  zdołał  dostrzec  chmurę  kurzu 

wznieconą przez wycofującego się wroga. 

– Czy użyto jakichś czarów? 

– Ani my, ani oni, lordzie. 

– Dobrze. – Obserwował pył. Skąd mogli przyjść? Jak ludzie mogli tu żyć? Spojrzał na ciała 

i szybko odwrócił wzrok. Nie był przyzwyczajony do oglądania skutków bitew. 

Ciała należały do dobrze odżywionych, dobrze odzianych i uzbrojonych ludzi. 

–  Yang  chu  –  Shih-ka’i  wskazał  poległych.  –  Zabierzcie  ich.  Rozbierzcie.  Rzeczy  każdego 

człowieka przechowywać oddzielnie. Prześlijcie tobołki do warowni. – Siłą woli zmusił się, by 

spojrzeć w kilka pozbawionych życia twarzy wrogów. Mówiły mu bardzo mało. Wszyscy zabici 

mają to samo przesłanie dla żywych. Przesłanie, którego Ssu-ma nie chciał słyszeć. 

Należeli  do  dziwnej  rasy.  Obydwa  rodzaje.  Shih-ka’i  nigdy  wcześniej  nie  widział  nikogo 

podobnego. Ale dlaczego tak bardzo się różnili? 

Wzdrygnął się. Chirurdzy legionowi przeprowadzą sekcje i powiedzą mu. 

Ostatni  raz  spojrzał  na  chmurę  pyłu.  Poruszała  się  wzdłuż  linii,  którą  wykreślił  na  mapie. 

Wrócił do warowni. 

Tasi-feng powitał go słowami: 

– Lordzie, Hsu Shen mówi, że w grupie, która go zaatakowała, byli żołnierze imperium. 

– Nasi? 

– Nosili nasze zbroje. Ich odznaki należały do siedemnastego. 

– Ludzie, których straciłeś? 

– Być może. Kazałem mu trzymać to w tajemnicy, dopóki tego nie wyjaśnimy. 

– Dobrze. Przesuń te dwie grupy  przechwytujące. Każ im szybkim marszem zająć pozycje, 

aby  powstrzymać  ten  oddział  wroga.  Powiedz  Hsu  Shenowi,  żeby  poszedł  za  nimi  i nawiązał 

kontakt.  Chcę  mieć  tam  otwarty  portal,  gdy  nasi  ludzie  zajmą  pozycje.  Chcę  to  zobaczyć  na 

własne oczy. 

– Według rozkazu, lordzie. 

Shih-ka’i  przyglądał  się,  jak  kandydaci  legionu  przeszukiwali  ubrania  i rzeczy  osobiste 

background image

poległych  wrogów.  Każdy  człowiek  miał  to,  czego  można  było  się  spodziewać  po  żołnierzu: 

narzędzia potrzebne do wojennego rzemiosła i kilka osobistych drobiazgów, które odróżniały go 

od  tysiąca  mu  podobnych.  Rzeczy  nie  dawały  żadnych  wskazówek.  Shih-ka’i  badał  napis  na 

starej monecie. Nigdy nie widział czegoś podobnego. 

– Jak myślisz, kogo przedstawia ta głowa? – zapytał jednego z kandydatów. 

– Jakiegoś mitycznego potwora, lordzie? 

–  Być  może.  –  Gdy  spojrzał  wprost  na  nią,  Shih-ka’i  utwierdził  się  w przekonaniu,  że  na 

wschodzie coś istnieje i rośnie w siłę. 

Pojawił się Tasi-feng. 

–  Lordzie,  wydaje  się,  że  doszło  do  ciągłej,  słabej  emisji  Mocy  na  jakiś  czas  przed 

pierwszym atakiem. Jej źródło zdaje się znajdować w pobliżu środka okręgu, który wyznaczyłeś 

na mapie. 

– No! – Shih-ka’i zareagował błyskawicznie. – Nie podejmujemy żadnego ryzyka. Ustawić 

portale  łączące  nas  z pozostałymi  legionami.  Jedna  kohorta  w każdym  ma  być  gotowa  do 

natychmiastowej teleportacji tutaj. 

– Lordzie, już teraz ledwo ciągniemy z tymi portalami, które... Według rozkazu, lordzie. 

–  Tak.  Pozostali  żołnierze  w każdym  z legionów  mają  zostać  postawieni  w stan  najwyższej 

gotowości. Zacznij przygotowywać przesyłkę, która ma zostać wysłana do lorda Kuo Wen-china, 

gdy tylko zacznie dziać się coś złego. 

– Lordzie? Czy uważasz, że istnieje aż takie niebezpieczeństwo? 

– Nie. Ale nie chcę niczego pozostawiać przypadkowi. Umieść przesyłkę przy portalu. Cały 

czas ją aktualizuj. 

– Według rozkazu, lordzie. 

– Chcę także, żeby przygotowano baterię balist do ostrzału dalekiego zasięgu. Niech zajmą 

się nią kandydaci. Natychmiast. Przygotowanie wszystkich zaklęć zajmie im kilka godzin. 

– Dokładność czy zniszczenie, lordzie? 

– Zniszczenie. 

Shih-ka’i  przeszedł  do  pomieszczenia,  w którym  pracowali  wojskowi  chirurdzy.  Jeden 

przerwał na chwilę i powiedział: 

– Mamy tu coś dziwnego, lordzie. Nie mamy pewności, jak tam jest z tym całym pustynnym 

ż

arem itd., ale ci ludzie wyglądają, jakby przez długi czas byli martwi. 

– Naprawdę? 

–  Proszę  spojrzeć.  Te  zwłoki  rzekomo  nie  mają  więcej  niż  godzinę.  Niektóre  z organów 

powinny nadal wykazywać oznaki życia. 

Shih-ka’i odwrócił wzrok od otwartych zwłok. 

–  Podejrzewałem,  że  możecie  natknąć  się  na  coś  w tym  rodzaju.  Przyjrzyjcie  się  dokładnie 

background image

krwi. 

– To znaczy? 

– Sprawdźcie, czy krew jest żywa, czy martwa. A potem postarajcie się ocenić, od jak dawna 

jest  martwa.  –  Odwrócił  się,  żeby  wyjść.  Musiał  się  stąd  wydostać,  zanim  torsje  pozbawią  go 

godności. 

W drzwiach stanął Tasi-feng. 

– Znalazłeś coś, lordzie? 

– Myślę, że zanim zaatakowali, byli martwi. Tak wyglądają. Dawno nie widziałem takich jak 

oni.  Przypuszczam,  że  było  to  jeszcze,  zanim  się  urodziłeś.  Książę  Demon  eksperymentował 

z ożywianymi  żołnierzami.  Zrezygnował  jednak  z tego  pomysłu.  Zbyt  trudno  było  ich 

kontrolować. 

Tasi-feng nie potrafił ukryć swego przerażenia nawet pod maską. Potrzebował chwili, żeby 

się opanować. 

–  Nowe  portale  zostały  otwarte,  lordzie  Ssu-ma.  Nasze  wsparcie  jest  tuż  obok.  Ciągle 

staramy  się  nawiązać  kontakt  z oddziałem  lorda  Kuo.  Przeprowadza  rekonesans  na  granicy 

matayangańskiej.  Oddziały,  które  wysłałeś,  by  zajęły  pozycję  blokującą,  wyprzedzają  wroga 

i próbują znaleźć odpowiednie miejsce. 

– Bardzo dobrze. Wracam do kwatery. Daj mi znać, gdy otworzą swój portal. 

Musiał  wyrwać  się  na  kilka  chwil,  aby  się  opanować.  Nie  zdawał  sobie  sprawy,  że  między 

poligonem  a polem  walki  będzie  tak  wielka  różnica.  Gdy  znalazł  się  już  w swojej  kwaterze, 

usiadł  na  małym  dywanie.  Skorzystał  z metody,  którą  poznawało  każde  dziecko  w legionach. 

Odprawił  Rytuał  Żołnierza  –  uspokajające  mantry-modlitwy,  którymi  żołnierze  rozpoczynali 

i kończyli swój dzień. Odzyskał równowagę. 

Lord Kuo miał rację, pomyślał. Coś tu jest. Może coś większego, niż podejrzewa Wen-chin. 

Wszedł Pan ku. 

– Och. Proszę mi wybaczyć, lordzie. 

– Właśnie skończyłem, Pan ku. Dowiedziałeś się, co się dzieje w legionie? 

–  Są  znudzeni,  lordzie. Nie  podoba  im  się, że  tkwią  bezczynnie  na  granicy.  Wydaje  się,  że 

dzisiejszy dzień trochę ich rozerwał. 

– Żadnych poważnych problemów? 

– Żadnych. To stary legion. Dobry. Dobrze wyszkolony i zdyscyplinowany, ma sumiennych 

centurionów i dekurionów. Zrobi to, co mu polecisz. 

– Dobrze, dobrze. Dziękuję, Pan ku. 

– Czy mogę w czymś pomóc, lordzie? 

– Włóż strój bojowy. Idziemy na pustynię. 

Shih-ka’i  mignął  w portalu  godzinę  później.  Zauważył,  że  jego  myśliwi  wybrali  dobre 

background image

miejsce  na  oczekiwanie.  Po  przeprowadzeniu  inspekcji  ich  pozycji,  przygotował  sporą  porcję 

czarów. – Tak na wszelki wypadek – powiedział do Pan ku. 

Ten skinął głową. Dobrze znał obsesję swego szefa na punkcie gotowości. 

Dwie chmury pyłu zbliżały się coraz bardziej. Hsu Shen spisywał się doskonale, naciskając, 

ale  nie  nazbyt  mocno.  Shih-ka’i  przyjrzał  się  tylnemu  zboczu  niskiego  wzgórza,  na  którym 

czekał. Chmury pyłu zbiegały się w punkcie położonym kilka mil na wschód. 

– Urządza własną pułapkę – wymamrotał. 

Pan ku obszedł wzgórze. 

–  Lordzie,  właśnie  przyszła  wiadomość  od  lorda  Lun-yu.  Dwa  z ciał  poderwały  się 

i usiłowały ich zabić. 

– Hmm. Powinienem ich ostrzec. Wszystko z nim w porządku? 

– Tak, lordzie. 

– To dobrze. 

Ś

cigani  przesunęli  się  do  wyznaczonej  strefy.  Shih-ka’i  naliczył  dwudziestu  pięciu.  Ktoś 

powiedział: 

– Podobno mieli nieść swoich poległych. 

Shih-ka’i nie powiedział mu, że zmarli znowu są na chodzie. Że żaden z atakujących nie był 

ż

ywy. Dał sygnał. 

Jego  ludzie  pokazali  się,  a oddział  poniżej  się  zatrzymał.  Wróg  bardzo  ich  przewyższał 

liczebnie, a Hsu Shen był tuż za nimi. 

Shih-ka’i  wpatrywał  się  we  wrogi  oddział.  Hsu  Shen  miał  rację.  Trzej  z nich  to  byli 

legioniści. 

Grupa rozwinęła formację żółwia, gotowa do walki. Ludzie Shih-ka’iego otoczyli ich. 

Osaczeni mężczyźni padli na ziemię. 

Shih-ka’i poczuł, jak w powietrzu wiruje coś elektrycznego. 

–  Padnij!  –  wrzasnął.  –  Wszyscy  na  ziemię!  –  Sięgnął  umysłem  do  swojej  torby 

z przygotowanymi sztuczkami. 

Coś,  co  wyglądało  jak  podeszwa  wielkiego  czarnego  buta,  przesłoniło  niebo.  Jego  obcas 

szybko  się  obniżał.  Przez  ułamek  sekundy  Shih-ka’i  wyobrażał  sobie,  że  jest  robakiem,  który 

zostanie za chwilę zdeptany. 

Rzucił zaklęcie. 

Powietrze  zawyło  odgłosem  tysiąca  gigantycznych  osełek,  po  których  trze  się  stal, 

a następnie strzelaniem miliona małych biczów. Spojrzał w górę. But zniknął. 

– Gnać tam i poćwiartować mi tych ludzi, zanim znowu ożyją! – zagrzmiał. 

Nie czekał, żeby sprawdzić, czy wykonano jego rozkaz. Zamknął oczy i ponownie wkroczył 

w królestwo  zaklęć.  Pochwycił  jedno,  wyobraził  sobie,  że  rzuca  włócznię.  Na  ściennej  mapie 

background image

z fortecy namalował wielką dziesiątkę tarczy strzelniczej. Grom przetoczył się po bezchmurnym 

niebie.  Błysk  przyćmił  słońce.  Shih-ka’i  otworzył  oczy.  Tysiąc  pylistych  diabłów  tańczyło  na 

pustyni  jak  oszalali,  znajdujący  się  pod  wpływem  narkotyków  tancerze,  często  zderzając  się  ze 

sobą i przewracając. Kilka chwil później usłyszał dochodzące z oddali dudnienie. Uśmiechnął się 

pod maską. 

– To was nauczy pokory. 

Czekał  przez  kilka  minut  z wyostrzonymi  zmysłami  tervola.  Nic  nie  nadchodziło.  Wróg 

zdawał się zastraszony. Na chwilę, pomyślał. Tylko na chwilę. Dołączył do swoich ludzi. 

–  Będzie  lepiej,  jeśli  spalimy  te  ciała  –  powiedział  do  Hsu  Shena.  –  Ale  wydaje  się,  że 

brakuje drewna. 

Tervola  skinął  głową,  niewzruszony  cierpkim  poczuciem  humoru  Shih-ka’iego.  Był 

człowiekiem  niemal  w tym  samym  wieku  co  Shih-ka’i,  jednym  ze  starej  gwardii,  przegnanym 

przez  lorda  Kuo.  On  także  pamiętał  eksperymenty  Księcia  Demona.  Zmarli  ożywali  ciągle  na 

nowo  i przeciągali  wrogów  na  swoją  stronę.  Nie  wolno  było  im  pozwolić  wygrywać  bitew. 

Z każdym zwycięstwem stawali się silniejsi. 

–  Tych  trzech  odeślij  do  warowni  –  powiedział  Shih-ka’i,  wskazując  na  martwych 

legionistów. – Każemy temu nekromancie od Lun-yu wezwać ich cienie. 

Zjeżyły mu się włosy na karku. Otworzył się, wyczuwając jakieś nowe zagrożenie. Nie było 

jednak żadnego. Pokiwał głową. Coś prowadziło obserwację. 

Wspiął  się  na  wzgórze  i spojrzał  na  wschód.  Gdzieś  tam.  W tej  całej  nicości.  Uważnie 

przyglądał się pyłowi podniesionemu przez wycofujących się wrogów, przedłużając w myśli linie 

ich marszu. 

Tam?  Ten  skryty  za  gorącą  mgłą  garb  na  horyzoncie?  Zorientował  się  według  mapy.  Tak. 

Ten garb byłby w samym środku podejrzanego obszaru. 

–  Nie  powinieneś  się  wychylać,  przyjacielu  –  wymamrotał.  –  Teraz  cię  widzimy.  Teraz 

przyjrzymy ci się bliżej. 

Wiatr nasilił się. Porywisty, gorący i suchy. Pył, który niósł ze sobą, tarł jak papier ścierny. 

Lord  Ssu-ma  Shih-ka’i  nie  zwracał  na  to  uwagi.  Stał  na  wzgórzu  jak  mały  posąg,  nieruchomy 

i niewzruszony. Pod maską jego oczy zwęziły się w zamyśleniu. 

background image

Rok 1016 OUI 

Spotkanie możnych 

 

Kobieta szła za swoim mężem korytarzem w zamku Krief, królewskim pałacu Vorgrebergu, 

stolicy  Kavelinu,  jednego  z Pomniejszych  Królestw.  Jej  kroki  były  ciężkie,  posuwiste.  Ktoś 

nieżyczliwy  mógłby  nazwać  jej  sposób  poruszania  się  kaczym  chodem.  Była  w bardzo 

zaawansowanej ciąży. I była bardzo zdenerwowana. Zauważyła, że zostaje w tyle, i przyspieszyła 

kroku, żeby dogonić męża. Ten zatrzymał się i lekko marszcząc brwi, zapytał: 

– Nepanthe, o co chodzi? 

– Co? Och, o nic. 

– O nic? Nie wierzę. Zamartwiasz się, odkąd tu przyjechaliśmy. Wleczesz się z grymasem na 

twarzy,  jakbyś  miała  usta  pełne  dzikich  jabłek.  –  Uniósł  jej  podbródek  i zajrzał  w na  pół 

przysłonięte powiekami brązowe oczy. – Chodź. 

Nepanthe  była  po  czterdziestce.  Miała  za  sobą  wiele  trudnych  lat,  a mimo  to  w jej  długich, 

kruczoczarnych  włosach  srebrzyło  się  ledwie  kilka  siwych  pasemek.  Jej  figura  nie  była  już  tak 

szczupła,  jak  wtedy,  gdy  miała  dziewiętnaście  lat,  ale  też  tłuszczyk  nie  był  zanadto  obfity. 

Wszystkie tragedie, które uprzykrzały jej życie, nie pozostawiły śladu na jej twarzy. Jedynie oczy 

zdradzały wewnętrzny smutek. 

Przypominały  stare,  smutne  okna,  postarzałe  żalem  i bólem  jak  szkło  spurpurowiałe  pod 

wpływem nieprzerwanych ataków słońca. Mówiły, że już nigdy się nie roziskrzą. Że nie uwierzą 

w żaden  uśmiech  losu,  ponieważ  pomyślny  traf  i szczęście  były  jedynie  pułapkami 

i szyderstwami,  które  zły  los  rzuca  człowiekowi  w twarz.  Straciła  radość  życia.  Odliczała  czas, 

czekając  na  wielki  sen,  a wiedziała,  że  minie  cała  epoka,  nim  nadejdzie.  Jej  mąż, 

arcyczarnoksiężnik Varthlokkur, nauczył się powstrzymywać Śmierć. Miał ponad czterysta lat. 

– Chodź – powiedział tonem łagodnej perswazji. – O co chodzi? 

–  Varth...  Po  prostu  nie  podoba  mi  się  to  miejsce.  Przywołuje  tyle  spraw,  o których  chcę 

zapomnieć. Nic nie mogę na to poradzić... Vorgreberg jest przeklęty. Tu nigdy nie zdarza się nic 

dobrego. – Spojrzała mu w oczy. Cień strachu przemknął przez jej twarz. 

– Nie zostanę tu ani chwili dłużej, niż muszę. 

–  Bragi  cię  zatrzyma...  –  Zazgrzytała  zębami  przy  słowach  zbyt  ostrych  w tej  sytuacji.  – 

Dlaczego tu przyjechałeś? – Usłyszała skargę we własnym głosie i poczuła do siebie niesmak. 

Wziął to pytanie za dobrą monetę. 

–  Nie  wiem.  Dowiemy  się  za  kilka  minut.  Ale  Bragi  nie  wzywałby  mnie  bez  ważnego 

powodu. 

Znowu przez jej twarz przemknął cień strachu. 

background image

– Ważnego dla kogo? Varth, nie pozwól mu, żeby cię w coś wplątał. On też jest przeklęty. – 

Swojego  pierwszego  męża  też  tak  błagała  i błagała,  a on  nie  posłuchał.  I zginął,  zostawiając  ją 

samą... 

Varthlokkur uśmiechnął się. 

– Nie nazwałbym go przeklętym. Różne rzeczy się dzieją w jego pobliżu. 

–  A ja  tak.  To  złe  rzeczy.  Zabójcze.  Varth...  Nie  chcę,  żeby  dziecko  urodziło  się  tutaj. 

Właśnie tu straciłam dwóch braci, męża i syna. Nie zniosłabym tego, gdyby... 

Jego szczupłe palce bawiły się jej włosami. Wpatrywała się w podłogę. Oplótł ją ramionami 

i przez chwilę trzymał w objęciach. 

– Już nic takiego się nie zdarzy. Nie będzie więcej bólu. Obiecuję. – I dodał: – Nie zabawimy 

tu długo. Chodź. Rozchmurz się. Zobaczysz wielu swoich przyjaciół z dawnych lat. 

–  Dobrze  –  spróbowała  się  uśmiechnąć.  Wyglądało  to  jak  grymas  śmierci  wykrzywiający 

twarz.  –  Będę  dzielna.  –  Dobra  jestem  w udawaniu  dzielnej,  pomyślała.  Całe  moje  życie 

odważnie starałam się nie tracić ducha. Nagle prychnęła. Ale też nieco za długo użalam się nad 

sobą. 

Varthlokkur znowu wysunął się do przodu. Obserwowała, jak idzie. Jego wysoka, szczupła 

postać  była  bardziej  niż  zwykle  wyprostowana.  Ramiona  nie  były  pochylone  ani  zanadto 

uniesione, lecz sunęły, zachowując stałą, prostą linię. Był spięty. Jego też coś gryzło. Wezwanie 

króla Bragiego zmartwiło go bardziej, niż skłonny był przyznać. 

O  bogowie!  Nie  pozwólcie,  żeby  był  to  początek  kolejnego  okropieństwa,  które  pożera 

wszystko, co kocham. On jest wszystkim, co mi zostało, myślała Nepanthe. 

Cóż  to  może  być?  Znowu  Shinsan?  Pokój  trwał  już  trzy  lata.  Wydawało  się,  że  Wielkie 

Wojny Wschodnie są skończone. Imperium Grozy zdawało się ugłaskane. 

Wspomnienia  zaczęły  się  kłębić  w mrocznych  zakątkach  jej  umysłu,  martwiąc  ją  nie  na 

ż

arty.  Walczyła  z nimi,  dopóki  do  oczu  nie  napłynęły  jej  łzy.  Wspomnień  nie  da  się  zapędzić 

z powrotem  do  ich  grobów.  Zbyt  wielu  bliskich  odeszło  w mrok  przed  nią.  Zbyt  wiele 

pamiętnych  duchów  ją  nawiedzało.  Nie  zostało  jej  już  nic.  Nic  oprócz  tego  człowieka,  którego 

nie mogła w pełni kochać ani mu ufać. Tego człowieka i życia, które się w niej rozwijało. 

Własne życie uważała za mało istotne. Zostawiła za sobą spaloną ziemię. Przyszłość jawiła 

się równie jałowa. Będzie żyła dla tego dziecka, jak wcześniej żyła dla swego syna. 

Varthlokkur  zatrzymał  się  kilka  kroków  przed  elegancko  wystrojoną  strażą  pałacową. 

Zniecierpliwienie przebijało przez jego obojętny wyraz twarzy. Wyczuł, że w Nepanthe budzi się 

przeszłość. Zawsze to wiedział i zawsze potrafił złagodzić jej obawy. 

Zebrała się na odwagę i zadała pytanie, które jeszcze bardziej go rozdrażniło: 

–  Varth,  czy  jesteś  pewny,  że  Ethrian  odszedł?  Czy  nie  ma  żadnej,  nawet  najmniejszej 

szansy?  Po  prostu  nie  czuję,  że  on  nie  żyje.  –  Być  może  pewnego  dnia  jego  odpowiedź  ją 

background image

zadowoli. 

Zacisnął szczęki. Spojrzał na strażnika, opanował się. 

–  Nie,  moja  droga.  Nie  wydaje  mi  się.  Do  tej  pory  bym  go  znalazł.  –  Odwrócił  się 

gwałtownie,  ciężkim  krokiem  podszedł  do  drzwi pilnowanych  przez  straż.  Żołnierz  otworzył  je 

z hukiem, stuknął obcasami, gdy czarodziej przechodził obok niego. Przyjaźnie skinął Nepanthe. 

Odpowiedziała  machinalnym  skinieniem.  Czy  był  to  ktoś,  kogo  powinna  pamiętać?  Znała 

przecież tylu żołnierzy. Jak miałaby przypomnieć sobie akurat tego? 

I nagle znalazła się w środku pomieszczenia, napotykając spojrzeniem twarze z przeszłości, 

jak  pływak  wpada  w zimnej  wodzie  na  bryły  lodu.  Nie  wiedziała,  w którą  stronę  zrobić  unik, 

którego wspomnienia najbardziej chciała uniknąć. 

Najbliżej  niej  znajdowało  się  dwóch  mężczyzn  dobiegających  trzydziestki,  pochylonych  ku 

sobie, jakby ich rozmowa zwiastowała spisek. Nazywali się Michael Trebilcock i Aral Dantice. 

Kiedyś podążali jej śladem przez pół kontynentu w szlachetnej, bezowocnej próbie uwolnienia jej 

z rąk sługusów Imperium Grozy. Tacy byli z nich donkiszoterscy młodzieńcy. 

–  Aral,  Michael.  Jakże  miło  was  znowu  widzieć.  –  Uczucie  do  niej  opuściło  tych  dwóch, 

widziała to. Nie byli już chłopcami z głowami w chmurach. Mieli twarde spojrzenia mężczyzn, 

którzy widzieli zbyt wiele. Wojna zmienia nas wszystkich, pomyślała Nepanthe. 

Dantice  był  niski,  barczysty  i ciemnowłosy.  Odpowiedział  pełnym  zachwytu  uśmiechem 

i wylewnym powitaniem. 

Jego  towarzysz  były  wyższy,  szczuplejszy,  blady  jak  kreda  i zachowywał  się  z większą 

rezerwą.  Miał  zimne  oczy  i nieobecne  spojrzenie.  Plotka  głosiła,  że  został  szefem  wywiadu 

Kavelinu. Brat Nepanthe, Valther, zajmował to stanowisko do czasu swej śmierci w bitwie pod 

Palmisano. Przyglądała się uważnie twarzy Michaela. 

Nie dostrzegła tam ani jednego przebłysku humoru. Ostatnio był całkowicie zaabsorbowany 

poważnymi  sprawami,  był  uosobieniem  pewności  siebie,  kompetencji,  cechował  go  całkowity 

brak uczucia strachu. Takiego właśnie człowieka wybrałby Bragi... 

– Kochanie, wyglądasz cudownie! – Jakaś kobieta otoczyła ją wręcz „chmarą” rąk. – Może 

trochę mizernie, ale ciąża ci służy. 

Nepanthe w roztargnieniu odwzajemniła uścisk. 

– Ty też dobrze wyglądasz, Mgło. – Mgła była żoną jej brata, czarodziejką, którą ściągnął ze 

wschodu i przekonał do sprawy zachodu. 

– Fuj! Ze mnie to jest stara wiedźma. Aral Dantice zachichotał. 

– Damy, które znam, powinny być tak „brzydkie”. 

A Varthlokkur, z ręką na ramieniu Trebilcocka, prychnął: 

– Czy do swoich grzechów dodałaś skromność, księżniczko? 

Mgła cofnęła się o krok. 

background image

–  Obawiam  się,  że  teraz  jestem  tylko  zwykłą  kasztelanką.  Król  wysłał  mnie  do  warowni 

Maisak. Widzisz, ile jestem warta, gdy nie toczą się żadne walki? 

– To najważniejszy zamek w królestwie. 

Nepanthe  przyglądała  się  kobiecie,  którą  jej  brat  wielbił,  która  urodziła  mu  dzieci,  która  – 

zanim w jej życie wkroczył Valther – była władczynią Imperium Grozy. Nigdy nie wydawała się 

do  końca  rzeczywista.  Bardziej  przypominała  księżniczkę  z bajki  niż  jedną  z najokrutniejszych 

i najpotężniejszych władczyń magii swojej epoki. 

Aral ubrał myśli Nepanthe w słowa, zauważając: 

– Nie zmieniła się ani na jotę. Nadal jest najpiękniejszą i najgroźniejszą z żyjących kobiet. 

Mgła zarumieniła się. 

Jak  jej  się  to  udało?  –  zastanawiała  się  Nepanthe.  Aral  powiedział  całkowitą  prawdę.  Mgła 

wiedziała o tym. Nie była jakąś tam mizdrzącą się kurtyzaną. Przeżyła stulecia, nabrała ostrości 

i twardości  w intrygach  i w walce  o przetrwanie  na  szczytach  władzy  Imperium  Grozy.  Jej 

rumieniec musiał być udawany. 

– Jak się miewają twoje dzieci? – zapytała Nepanthe. 

– Dorastają zbyt szybko. Za każdym razem, gdy się z nimi spotykam, są o dwa cale wyższe. 

Powiem im, że tu jesteś. Bardzo się ucieszą. Zawsze byłaś ich ulubienicą. 

Jakiś  posępny,  cichy  mężczyzna  ssący  cybuch  wygasłej  fajki  uścisnął  dłoń  Varthlokkura. 

Pozdrowił Nepanthe skinieniem głowy i wymamrotał: 

– Miło cię znowu widzieć. 

– Witaj, Cham. Coś drgnęło w interesach? 

Cham Mundwiller, potentat handlowy, był starym zwolennikiem króla. 

– Nie bardzo. Niewiele można zdziałać, gdy przełęcz jest zamknięta. – Odszedł, zapatrzony 

w herb zdobiący przeciwległą ścianę. 

Nepanthe zwróciła się do młodszego mężczyzny w wojskowym mundurze. 

– Jak się masz, Gjerdrum? Wyglądasz ponuro. 

Aral powiedział: 

– Jest wściekły jak żądło szerszenia. Szlachectwo i dowództwo armii uderzyło mu do głowy. 

Sir Gjerdrum zmarszczył brwi. 

– To nieprawda. Po prostu mam inne sprawy do załatwienia. Pułkownik Abaca czy generał 

Liakopulos mogliby mnie tu zastąpić. 

Nepanthe dostrzegła pułkownika i generała pośród tuzina czy dwóch ludzi znanych jej tylko 

z widzenia. 

Sir  Gjerdrum  strzelił  obcasami  i ucałował  jej  dłoń.  Gdy  był  młodszy  i mniej  wiedział 

o świecie, łączył ich niewinny flirt. Bez entuzjazmu wrócił do dawnej roli delikatną propozycją: 

– Pozwól, że zaproszę cię na kolację, po tym, jak już przyjdzie na świat ten mały. 

background image

Nepanthe  uniosła  brwi  w zdumieniu.  Co  się  stało  z niestrudzenie  pogodnym  Gjerdrumem 

z minionych lat? Czy starły go młyńskie koła obowiązku? Czy też był to tylko chwilowy nastrój? 

Rozejrzała  się  po  pomieszczeniu.  Wszyscy  jej  przyjaciele  postarzeli  się,  wszyscy  byli 

zmęczeni  swoimi  obowiązkami.  Nic  tak  nie  tłumi  entuzjazmu  jak  niezdolność  do  dokonania 

widocznego postępu, pomyślała. 

Zatem nie ona jedna. Ta sama powodująca rozpacz nemezis dyszała do ucha wszystkich jej 

przyjaciół. 

–  Gdzie  jest  król?  –  zapytała.  Ona  i Varthlokkur  nie  widzieli  jeszcze  Bragiego,  chociaż 

dotarli do Vorgrebergu wczorajszego popołudnia. 

–  Nie  wiem  –  mruknął Gjerdrum.  –  Myślałaś,  że  będzie  na  czas,  prawda?  Wezwawszy  nas 

tutaj... Ściągnął mnie aż z Karlsbadu. 

Varthlokkur  podszedł  do  ogromnego  kominka  i wpatrywał  się  w skaczące  płomienie. 

Wyglądał  na  zafrasowanego.  Nepanthe  dołączyła  do  niego.  Zastanawiała  się,  dlaczego  ostatnio 

jest taki posępny. 

Zrobiło się ponuro. Jedynie Michael i Aral pozostawali odporni na tę atmosferę. Rozmawiali 

jak najlepsi przyjaciele, którzy nie widzieli się od lat. 

Mgła  zajęła  miejsce  u szczytu  wielkiego  stołu,  który  wypełniał  połowę  pomieszczenia. 

Nepanthe  przyglądała  się  jej  badawczo.  Wygnanie  przemieniło  dawną  szaloną  konspiratorkę 

w spokojną,  łagodną  kobietę.  Przed  nią  leżał  otwarty  woreczek  na  robótkę.  Mały,  dwugłowy 

i czteroręki demon śmigał drutami z niewiarygodną szybkością. Nogi zwisały mu swobodnie ze 

stołu. Od czasu do czasu jedna głowa obrzucała przekleństwami drugą za zgubienie oczka. Mgła 

uciszała je łagodnie. 

Drzwi  otworzyły  się.  Wkroczył  wspaniale  przyodziany  młody  urzędnik.  Nepanthe 

przypomniała  go  sobie,  był  to  Dahl  Haas,  syn  najemnika,  który  poszedł  za  królem  Bragim  do 

Kavelinu  podczas  wojny  domowej.  Przez  chwilę  zastanawiała  się,  czy  Dahl  ma  dzieci,  które 

w swoim czasie pójdą za Bragim. 

– Przygotujcie się – powiedział Haas. – Już idzie. 

Nepanthe  przesunęła  się  bliżej  drzwi.  Wkroczył  król.  Ich  spojrzenia  spotkały  się.  Mrugnął 

nieznacznie, a potem lekko, niepewnie ją uściskał. 

–  Jak  się  miewasz?  –  zapytał.  I dodał:  –  Przykro  mi,  że  nie  mogłem  się  z tobą  zobaczyć 

wczoraj  wieczorem.  To  uciążliwe  królowanie  nie  daje  mi  chwili  wytchnienia.  Witaj, 

Varthlokkurze. 

Król  Bragi  był  wysokim,  potężnie  zbudowanym  mężczyzną.  Znaczyły  go  blizny  niemal 

trzech  dziesiątków  lat  wojaczki.  Nepanthe  dostrzegła  siwiznę  w pasmach  włosów  na  skroniach. 

Czas jego też nie oszczędzał. 

–  Spróbuję  zorganizować  dziś  wieczorem  prywatną  kolację  –  szepnął.  –  Pewnie  będziesz 

background image

chciała zobaczyć Fulka. - 

Fulk był jego sześciomiesięcznym synem, którego jeszcze nie widziała. 

– Jak się ma Inger? 

Spojrzał  na  nią  zdziwiony.  Ton  musiał  zdradzić  jej  myśli.  Nie  mogła  przyzwyczaić  się  do 

tego, że ożenił się powtórnie. Jego pierwsza żona, Elana, która zmarła w czasie wojny, była jej 

najlepszą przyjaciółką. 

–  Świetnie.  Kobieta  ma  ikrę.  A Fulk  jest  dokładnie  taki  sam  jak  jego  matka.  –  Odszedł, 

wymieniając  uściski  dłoni  i pozdrowienia.  Gdy  skończył,  powiedział:  –  Mam  nadzieję,  że  ta 

sprawa nikogo nie doprowadziła do szału... Widzę, że nie. Ot, po prostu apel, że tak powiem. Tak 

naprawdę  nie  będziecie  mi  potrzebni  jeszcze  przez  kilka  dni.  Na  razie  powiem  tylko  tyle,  że 

mamy wieści od Derela. 

Wyjaśnił,  że  jego  osobisty  sekretarz,  Derel  Prataxis,  przebywał  w Throyes,  na  wschód  od 

Gór M’Hand, i prowadził negocjacje z lordem Hsungiem, dowódcą tamtejszej armii okupacyjnej 

Shinsanu.  Przez  trzy  lata  od  zawieszenia  działań  wojennych  ani  jedna  karawana  kupiecka  nie 

przekroczyła  gór.  Mieszkańcy  wschodu  dokładnie  zamknęli  jedyną  sensowną  z handlowego 

punktu  widzenia  przełęcz,  Savernake.  Teraz  Prataxis  donosi,  że  doszło  do  radykalnej  zmiany 

podejścia. Spodziewa się, że negocjacje będą krótkie, a ich rezultat po naszej myśli. 

Rozmowa  była  prozaiczna  i nudna,  więc  Nepanthe  nie  zwracała  na  nią  większej  uwagi,  do 

momentu, gdy król zapytał sir Gjerdruma o jego przypuszczenia co do przyczyny nagłej zmiany 

polityki Shinsanu. 

– Ten Hsung to twardziel – powiedział król. – Nie zrobiłby nic, co pomogłoby  Kavelinowi 

bardziej niż jego własnej drużynie. 

Przez twarz Gjerdruma przemknął grymas niezadowolenia. 

– Może legiony znowu są w pełni sprawne. Może chcą otworzyć przełęcz, żeby mogli przez 

nią posyłać szpiegów. 

–  To  nie  ma  sensu  –  sprzeciwiła  się  Mgła.  –  Mają  Moc.  Gdyby  musieli  tu  mieć  agenta,  to 

posłaliby go trasami przemytników. – Obrzuciła wzrokiem Arala Dantice’a. – Postawiłby portal 

teleportacyjny, przez który mógłby sprowadzić wszystko, co byłoby mu potrzebne. 

– W porządku – powiedział Bragi. – W takim razie podaj mi jakiś sensowny powód, Mgło. 

– Nie potrafię. 

Nepanthe zdała sobie sprawę z delikatnego napięcia panującego wśród zebranych. Wymiana 

zdań była pełna podtekstów, które uświadamiali sobie tylko nieliczni. 

Król Bragi zapatrzył się w dal. 

– Dlaczego mam wrażenie, że nie mówisz mi wszystkiego? Nie mogłabyś snuć domysłów na 

głos? 

Mgła  popatrzyła  na  swoją  robótkę  ręczną.  Druty  w rękach  diablika  stały  się  rozmazanymi 

background image

smugami srebra. 

–  Nie  wyczuwam  już  lorda  Ko  Fenga.  Być  może  doszło  do  zamachu  stanu  –  przyznała 

ostrożnie.  –  Paru  jego  dawnych  zwolenników  skontaktowało  się  zeszłego  lata.  Uważali,  że  coś 

wisi w powietrzu. 

Trebilcock parsknął. 

–  Coś  wisi  w powietrzu?  Bzdury.  Wywalili  Ko  Fenga  na  zbity  pysk.  Odebrali  mu  tytuły, 

zaszczyty  i nieśmiertelność.  Posunęli  się  nawet  do  oskarżenia  o zdradę  stanu,  ponieważ  nie 

pozwolił  ruszyć  swojej  armii,  zamiast  starać  się  wykończyć  nas  pod  Palmisano.  Zastąpił  go 

dowódca korpusu o nazwisku Kuo Wen-chin. Każdy, kto miał cokolwiek wspólnego z Pracchią, 

popłynął razem z Fengiem. Wszyscy dostali nowe przydziały do Armii Północnej i Wschodniej. 

Co praktycznie oznacza banicję. Ko Feng całkowicie zniknął z pola widzenia. Nikt z nowej kliki 

nie  brał  udziału  w Wielkich  Wojnach  Wschodnich.  –  Spojrzenie  Trebilcocka  przesunęło  się  od 

Arala Dantice’a do Mgły, jak gdyby domagając się sprzeciwu. 

Michael  jest  dziwny,  pomyślała  Nepanthe.  Dantice  i Gjerdrum  są  jej  najlepszymi 

przyjaciółmi i oni mówią, że jest dziwny. Tylko Varthlokkur wydaje się go rozumieć. 

Nie była pewna, co jej  mąż widzi w tym młodym mężczyźnie. Wiedziała, że lubi Michaela 

i uważa go za intrygującego. 

Król ponownie zwrócił się do Mgły. 

– Kontakty Michaela są lepsze od moich. 

Bragi wykonał nieznaczny gest. Nepanthe zauważyła go. Widziała, że Michael odpowiedział 

ledwie zauważalnym wzruszeniem ramion. Król zapytał: 

– Varthlokkurze, nie chciałbyś się z nami czymś podzielić? 

– Nie obserwowałem Shinsanu. Byłem zajęty. Nepanthe, która  wpatrywała się w blat stołu, 

zarumieniła  się.  Miała  mieszane  uczucia  związane  ze  swoją  ciążą.  Podniecenie  i pragnienie, 

a także stanowczo za dużo niepokoju. Była zbyt stara... Musiała jednak spróbować zastąpić syna, 

którego straciła w czasie wojny... 

–  Ale...  –  zaczęła,  po  czym  zamilkła.  Jeśli  jej  mąż  nie  chciał  puścić  pary  z ust  o swoich 

obserwacjach wschodu, to była wyłącznie jego sprawa. Niemniej dlaczego miałby kłamać? 

– Mogę oczywiście posłać Nienarodzonego – powiedział Varthlokkur. 

–  Nie.  To  by  ich  tylko  sprowokowało.  –  Bragi  przyglądał  się  zgromadzonym.  –  Najlepsi 

z przyjaciół.  Moi  doradcy  i serdeczni  druhowie.  Dlaczego  jesteście  dzisiaj  w tak  posępnym 

nastroju?  Nikt  nie  chce  mówić?  W porządku.  Niech  tak  będzie.  A zatem  –  to  wszystko. 

Przepytajcie swoich informatorów. Chcę wiedzieć, co tam na wschodzie się dzieje. Tamci ludzie 

nie zrobią nam znowu krzywdy. Przynajmniej dopóki ja mam coś do powiedzenia. 

Jego ton zaskoczył Nepanthe. Spojrzała na niego uważniej. Tak. Miał łzy w oczach. Darzył 

Kavelin niemal fanatyczną miłością. 

background image

Przez chwilę mu zazdrościła. Chciałaby, żeby i dla niej coś miało takie znaczenie. 

Ambicje  wschodnich  książąt  były  kosztowne  dla  nich  obojga.  Jemu  zabrały  brata.  Kilkoro 

dzieci.  Pierwszą  żonę,  która  była  jej  najlepszą  przyjaciółką.  Najlepszego  przyjaciela,  Szydercę, 

który  był  jej  pierwszym  mężem  i którego  musiał  zabić  własnymi  rękami,  ponieważ  biedny, 

wprowadzony  w błąd  Szyderca  był  przekonany,  że  musi  dokonać  wyboru  między  Bragim 

a swoim synem... 

– Cholera! – zaklęła i uderzyła pięścią w stół. 

Wszyscy popatrzyli na nią. Skrzywiła się. Cichym głosem przeprosiła. Nic nie wyjaśniła. 

Nie tylko przeszłość wywierała na nią teraz presję. Coś w tym spotkaniu, które nie wypaliło, 

stanowiło  zapowiedź,  krzyczało  o zbliżaniu  się  złych  czasów.  Budziły  się  niespokojne  armie 

nocy.  Zły  los  zbierał  nowe  siły.  Ciemne  chmury  zawisły  na  horyzoncie.  Powietrze  zaczynało 

trzeszczeć od złych przeczuć. 

 

Król  Bragi  przemierzał  dziedziniec,  kierując  się  ku  stajniom,  gdy  wypatrzył  Varthlokkura 

kroczącego ku wschodnim murom. Czarodziej był pogrążony w myślach. Król zmienił kierunek. 

Podszedł do czarodzieja od tyłu, stając między dwiema blankami. 

– Chcesz o tym porozmawiać? 

Varthlokkur  odwrócił  się  gwałtownie.  Jego  reakcja  tak  zaskoczyła  króla,  że  niemal  spadł 

z muru. Varthlokkur chwycił go za jedną z młócących powietrze rąk. 

– Nie skradaj się tak. 

– Jak? Kto się skrada? Podszedłem i usiadłem. Co się z tobą, do diabła, dzieje? 

–  Nic  konkretnego  –  odparł  czarodziej.  –  Jeszcze  nie.  Coś  jest  na  wschodzie.  I nie  cuchnie 

Shinsanem. Ale mogę się mylić. 

– Czy to ma jakiś związek z nagłym przypływem miłości Hsunga? 

–  Świat  składa  się  z prawidłowości.  Większość  z nich  odczytujemy  błędnie.  Ale  Hsung 

naprawdę chce pokoju. Pytanie brzmi: dlaczego? 

– Nie wspomniałeś o tym wcześniej. 

– Nepanthe. 

– Mam wrażenie, że coś mi umknęło. 

–  Minione  lata  zabrały  jej  zbyt  wiele.  Braci.  Szydercę  i Ethriana.  Nawet  Elanę.  Nie  chcę 

dawać jej złudnych nadziei. 

– Niewiele jest sensu w tym, co mówisz. 

– Chodzi o Ethriana. Być może on żyje. 

– Co? Gdzie? – Ta zdumiewająca wiadomość zaskoczyła Bragiego. Jego syn chrzestny żyje? 

Miał wobec tego chłopca wyjątkowy dług. 

–  Spokojnie  –  powiedział  czarodziej.  –  Nie  wiem  nic  na  pewno.  To  tylko  muśnięcia 

background image

przeczucia,  które  ostatnio  miewam.  Coś  cholernie  daleko  w tamtych  stronach  ma  jego  aurę.  To 

tak,  jakbyś  idąc  ulicą,  poczuł  przez  chwilę  zapach  świeżego  chleba,  a potem  próbował  znaleźć 

piekarnię. Jedynym środkiem, którego nie zastosowałem, jest  Niezrodzony.  Ale i tak nie zrobię 

tego, dopóki nie pojawi się jeszcze jeden ważki powód, żeby wysłać go w drogę. 

Król wyczuł jego obrzydzenie. Istota zwana Niezrodzonym była potworem, który nigdy nie 

powinien zostać stworzony. 

– A więc jest na wschodzie. 

– Jeśli to on. Daleko na wschodzie. 

– Więzień Shinsanu? 

– Pojmał go lord Chin. 

– Chin nie żyje. 

– Tak sobie tylko głośno myślę. Lord Chin i Fadema pojmali go. Założyliśmy, że przekazali 

go  Pracchii,  która  wykorzystała  go,  aby  złamać  Szydercę.  Ale  może  w końcu  oni  wcale  go  nie 

mieli. 

–  Mieli  go.  Nie  można  oszukać  Szydercy.  Tyle  powinieneś  wiedzieć.  Musieli  mieć  coś 

bardzo przekonującego, by zmusić go do tego, żeby mnie zaatakował. 

Czarodziej  wpatrywał  się  w mgłę  na  wschodzie.  Nie  odpowiedział,  chociaż  mógł  skarcić 

króla za idealizowanie swojego byłego przyjaciela czy zbyt uważne wsłuchiwanie się w poczucie 

winy, które w sobie nosił. 

– Nigdy nie znaleźliśmy dowodu, że Ethrian nie żyje – zadumał się król. 

Czarodziej był dumny z siebie, że nie ma klapek na oczach, ale też miał swoje słabe punkty. 

Mężczyzna,  którego  Bragi  zabił  i którego  żonę  czarodziej  później  poślubił,  był  jego  synem. 

Czasami fakt ten stawał mu na przeszkodzie. 

Bragi zmienił temat. 

– Czy było coś jeszcze? 

– Coś jeszcze? 

– Twoje oświadczenie, że jesteś zajęty, było nieprzekonujące. 

Varthlokkur  przestał  patrzeć  w dal  i skupił  uwagę  na  swoim  rozmówcy.  Zmrużył  swoje 

bazyliszkowe oczy. 

– Z wiekiem stajesz się coraz śmielszy. Pamiętam młodszego Bragiego, który na sam dźwięk 

mojego imienia cały się trząsł. 

–  Wówczas  nie  zdawał  sobie  sprawy,  że  nawet  ludzie  potężni  nie  są  niezniszczalni.  Nie 

widział tych budzących grozę ludzi w chwilach ich słabości. 

Varthlokkur zachichotał. 

–  Dobrze  powiedziane.  Ale  nie  bierz  sobie  tej  koncepcji  za  bardzo  do  serca.  Tervola  nie 

dadzą ci dziesięciolecia, żebyś mógł znaleźć szczeliny w swoich zbrojach. 

background image

Bragi wstał. 

–  Spróbuję  porozmawiać  z tobą  na  te  tematy,  gdy  będziesz  wyrażał  się  jaśniej.  Może 

udzielisz mi paru sensownych odpowiedzi. 

Varthlokkur zwrócił się ku wschodowi. Wzrok mu się zamglił. 

– Zatem porozmawiamy później – powiedział. 

Bragi  zmarszczył  brwi,  bo  nic  nie  zrozumiał.  Czarodziej  mówił  w innym  języku. 

Wzruszywszy ramionami, pozostawił go z jego tajemnicami. 

 

Aleje zwane Lieneke swą nazwę zawdzięczały wojnie domowej, która sprowadziła kapitana 

najemników  Bragiego  Ragnarsona  do  Kavelinu.  Ragnarson  rozgromił  wrogów  królowej  Fiany. 

Walne zwycięstwo odniósł w pobliżu miasta Lieneke. 

Droga  wiła  się  pośród  domów  należących  do  zamożnych  ludzi.  Samotny,  przemoczony 

deszczem jeździec podążał nią w kierunku zachodnim. Po jego prawej stronie ukazał się park. Po 

lewej  domy  stawały  się  coraz  większe  i bogatsze.  Spojrzał  na  jeden.  Żyli  w nim  –  cicho 

i spokojnie, ani w ubóstwie, ani opływając w dostatki – ci, którzy ocaleli z rodziny z pierwszego 

małżeństwa króla. Jeździec odwrócił głowę. Opuścił drogę kilka domów za domostwem króla. 

Jakiś piechur, nie zważając na mżawkę, przyszedł po jego wierzchowca. 

– Pani właśnie przybyła, panie Dantice. Powiedziała, żeby zaczekał pan  w bibliotece. Bette 

tam pana obsłuży. 

–  Dziękuję.  –  Aral  truchtem  wbiegł  na  ganek.  Zrzucił  z ramion  płaszcz  przeciwdeszczowy 

i zostawił  go  odźwiernemu.  Idąc  wolnym  krokiem  do  biblioteki,  szukał wzrokiem  dzieci  Mgły. 

Zwykle dawały aż nadto dowodów swojego istnienia i przepełniającej je ciekawości. Ale dzisiaj 

ich nie widział i zastanawiał się, czy Mgła ich gdzieś nie wysłała. Pomimo najlepszego szkolenia 

małe języczki mogłyby się wygadać. 

– Dzień dobry, sir – powiedziała pokojówka. 

–  Dzień  dobry,  Bette.  Czy  mogłabyś  przynieść  mi  coś  lekkiego  do  jedzenia?  Masło,  chleb 

i dżem, powiedzmy? Jeszcze nie jadłem. 

– Kucharz ma ładną kuropatwę, sir. 

– Chyba nie. Raczej nie zabawię tutaj tak długo. 

– Dobrze, sir. Herbatę? 

– Coś gorącego. Przez ten deszcz wszyscy nabawimy się reumatyzmu. 

Po  wyjściu  kobiety  Dantice  nerwowo  chodził  tam  i z powrotem.  Tyle  książek!  Oznaczały 

takie  bogactwo  i tak  ogromną  wiedzę,  że  go  onieśmielały.  Nie  miał  żadnego  formalnego 

wykształcenia.  Swoją  ograniczoną  umiejętność  czytania  i pisania  posiadł  dzięki  ojcu,  który 

zawracał sobie głowę nauką tylko dlatego, że był zbyt chciwy, by zatrudniać urzędników. 

Aral  był  czuły  na  punkcie  swojej  ignorancji.  Kontakty  z dworem  ukazały  mu  wartość 

background image

umiejętności  czytania  i pisania.  Jego  związek  z Mgłą  ją  podkreślał.  Otworzyła  mu  oczy  na 

niezliczone nowe koncepcje... 

Aral  Dantice  uważał  się  za  realistę.  Nie  wierzył  w darmowe  posiłki.  Jego  szczególny 

romantyzm  był  odmienny  od  romantyzmu  jego  znajomych.  Związek  z Mgłą  był  związkiem 

z wyrachowania. Mogli sobie nawzajem pomóc... tak sobie mówił, gdy się martwił. 

Skąd zatem brało się to jej nienasycone zainteresowanie sprawami, które nie miały związku 

ani z handlem, ani z polityką? Dlaczego poświęcała czas, żeby go uczyć, chociaż lekcje te były 

na  tak  podstawowym  poziomie,  że  musiały  być  dla  niej  koszmarnie  nudne?  Kiedy  jego 

długoterminowa  użyteczność  została  określona  i ustalona?  Dlaczego  on...?  To  wszystko  zaszło 

go  z nieoczekiwanej  strony.  Zaskoczyło  go  i poturbowało,  a potem  zostawiło  z uczuciami 

i wizjami,  które  były  dla  niego  czymś  nowym.  Poczuł  strach.  To  nie  był  odpowiedni  czas. 

A Mgła nie była odpowiednią kobietą. 

Była stara. Była stara, gdy jego pradziad był niemowlęciem. Być może była stara już wtedy, 

gdy Varthlokkur był jeszcze szczeniakiem, a przecież ten czarodziej szwendał się po tym świecie 

już od czterech długich stuleci. Ona zaś była księżniczką Imperium Grozy. Żadna kosmetyka nie 

ukryje tego faktu, nie wiadomo jak długie wygnanie tego nie zmieni. W jej żyłach krążyła krew 

okrutnych tyranów. Nawet teraz odpowiedziała na zew. 

Ale Mgła była zarazem najbardziej godną pożądania z żyjących kobiet. Gdy jej oczy strzeliły 

ogniem  w mężczyznę,  mógł  jedynie  zostać  jej  niewolnikiem.  Tylko  jakaś  bezpłciowa  istota 

z diabelskiej dżungli, która ją zrodziła, potrafiłaby ją ignorować. 

Zastanawiał  się,  chyba  już  po  raz  setny,  co  się  działo  pod  tą  maską  urodziwej  twarzy. 

Mężczyźni  taumaturgowie  z Imperium  Grozy  ukrywali  się  za  maskami  przedstawiającymi 

szkaradne bestie. Ona skryła się za pięknem. 

Przejrzał  wszystkie  tytuły  i ostatecznie  wybrał  książkę,  po  którą  sięgał  zawsze,  gdy  tu 

przychodził.  Bette  przyniosła  chleb,  masło  i herbatę.  Popijał  drobnymi  łykami  i pogryzał, 

studiując  pieczołowicie  przygotowane,  ręcznie  odciskane  drzeworyty  przedstawiające  cuda 

architektury epoki. 

W  czasie  wojny  widział  te  budowle  na  własne  oczy.  Ryciny  miały  się  nijak  do 

rzeczywistości. 

– Cholera! – zaklął cicho. – Musi być jakiś lepszy sposób. 

Michael twierdził, że w Hellin Daimiel byli malarze, którzy potrafili doskonale sportretować 

ludzi. Dlaczego nie próbowali portretować miejsc? 

– Aral? – Mgła miała łagodny głos. Pobrzmiewały w nim maleńkie srebrne dzwoneczki. Jej 

piękno  karało  brzydotę  za  istnienie.  Wstał,  głośno  przełykając  ślinę.  –  Siądź,  Aral.  –  Zajęła 

stojące  obok  niego  krzesło.  Wydawało  mu  się,  że  przez  dzielącą  ich  przestrzeń  czuje  bijące  od 

niej gorąco. – Znowu ta książka. Dlaczego? Przełknął ślinę. 

background image

– Wyzwanie techniczne. Musi istnieć jakiś lepszy sposób przedstawiania miejsc. – Czy jego 

głos  brzmiał  jak  skrzypienie  starych  zawiasów?  Jak  ona  mogła  mu  to  robić?  Nie  był  już 

dzieckiem. 

– Rozmawiałeś z Michaelem? 

–  Wybraliśmy  się  na  konną  przejażdżkę.  Niewiele  mówił.  Był  nawet  bardziej  skryty  niż 

zwykle. Odniosłem wrażenie, że chce mnie trzymać na dystans. 

– Dlaczego? Myślisz, że on wie? 

– Nie mam pojęcia. Musi coś podejrzewać. Ale pewności nie ma. Jeszcze nie. Stale zmieniał 

temat,  mówiąc  o krajobrazie  i jakichś  zakładach.  –  Aral  pomyślał,  że  mówi  za  szybko 

i prawdopodobnie za dużo. 

Wiedział,  że  jest  zakochany.  Nie  tak  naprawdę.  To  była  wyłącznie  sprawa  hormonów.  Ale 

nie potrafił tego przezwyciężyć. Ta kobieta pozbawiła go rozsądku, rozpalając jego żądze. 

– Aral, on wie więcej, niż powiedział królowi. To oczywiste.  Zbyt wiele  wiedział o lordzie 

Ko Fengu i lordzie Kuo, żeby nie móc powiedzieć czegoś więcej. Ma dobre kontakty na wschód 

od  gór.  Możliwe,  że  z kimś,  kto  o nas  słyszał.  Lepiej  niech  ci  twoi  przemytnicy  dowiedzą  się, 

kim jest ten człowiek. 

–  Czy  musimy  robić  to  w ten  sposób?  Mikę  mógłby  być  bardzo  pomocny,  gdybyśmy  go 

wtajemniczyli. 

–  Mógłby  też  nas  zabić.  Nie  ufam  mu,  Aral.  Jest  za  bardzo  niezależny.  On  nie  dochowuje 

wierności,  tylko  zawiera  chwilowe  sojusze.  Należy  do  tego  rodzaju  ludzi,  którzy  potrafią  bez 

skrupułów zmienić sojuszników. Myślę, że nie będzie trzeba długo czekać, a król będzie żałował, 

ż

e nie trzymał Michaela na krótszej smyczy. 

– Tak. Bunty w Throyes. Przyznał się, że maczał w tym palce. A ma rozkaz nie drażnić lorda 

Hsunga. Król bardzo chce, żeby handel ruszył na nowo. 

–  A co  z Chamem  Mundwillerem?  Czy  nadal  jest  niezdecydowany?  Poparcie  Sedlmayr  nie 

jest  konieczne,  ale  czułabym  się  pewniej,  gdybyśmy  je  mieli.  Mogliby  sfinansować  następny 

batalion, a to bardzo uspokoiłoby moich przyjaciół. 

–  Bardzo  chytrze  to  rozgrywa.  Chce  być  kryty  z obydwu  stron.  Ma  te  same  opory  co 

Michael. Nigdy wcześniej nie wystąpił przeciwko królowi. 

Mgła ogryzała paznokieć. 

– Mów dalej. 

– Ten przeklęty Michael! Jest jak duch. Nigdy nie wiadomo, gdzie jest i co robi, a nawet czy 

stojący  obok  ciebie  facet  przypadkiem  dla  niego  nie  pracuje.  Połowę  czasu  pilnuję  swoich 

pleców. Do diabła, z Michaelem ciężko się robi interesy. A teraz wrócił ten przeklęty czarodziej, 

a przecież on i Michael zawsze trzymali się razem. Czego Michael nie może dowiedzieć się sam, 

Varthlokkur wydobędzie mu to spod ziemi. Wystarczy, że go poprosi. Mogę ci powiedzieć, że na 

background image

ich widok przechodzą mnie dreszcze. 

– Czy Cham prosił o coś? 

– Nie. 

–  Niczego  mu  nie  proponuj.  Niech  idzie  swoją  drogą.  Nie  chcę  robić  interesów  z ludźmi, 

których trzeba przekupywać. Inni też mogą to zrobić. Będzie musiał zadowolić się bezpiecznym 

handlem. 

Dantice skinął głową. 

– Jeśli o mnie chodzi, handel stanowi sedno tej operacji. – Gdy w Shinsanie powstanie mniej 

wojowniczy,  bardziej  sprzyjający  wymianie  handlowej  rząd,  bogactwo  popłynie  rzeką.  Cały 

Kavelin może się nurzać w tym strumieniu – tak jak przed Wielkimi Wojnami Wschodnimi. 

Aral wierzył w to, co robi. Był patriotą. Miał spokojne sumienie. Przeżył ciężkie chwile, gdy 

się  dowiedział,  że  rozmowy  Prataxisa  z lordem  Hsungiem  posuwają  się  do  przodu,  ale  Mgła 

uspokoiła  go  i zapewniła,  że  Hsung  prowadził  grę  dyplomatyczną,  że  nie  miał  najmniejszego 

zamiaru osłabiać ciasnej obręczy, w której trzymał szlaki handlowe. 

– Co się dzieje w Shinsanie? – zapytał. – Czarodziejowi chodzi coś po głowie. 

– Naprawdę nie wiem. Restrukturyzują dowództwo armii i przerzucają legiony. Ludzie lorda 

Kuo wydają rozkazy. Nie tłumaczą się. Moi przyjaciele niewiele mogą mi powiedzieć. 

– A może nie chcą? 

– Też przyszło mi to do głowy. Zawsze istnieje możliwość, że pracują dla drugiej strony albo 

dla obu. Zastanawiam się nad odstawieniem ich na boczny tor. Mam inne środki. 

Aral  wzdrygnął  się.  Widział  niektóre  z tych  środków  w czasie  wojny.  Ona  była  jedną 

z wielkich władczyń Mocy, który to fakt jego uczucie próbowało mu przesłonić. 

– Lepiej będzie, jeśli już pójdę. Gdy zbyt długo mnie nie ma, cały interes schodzi na psy. 

Delikatnie musnęła jego dłoń. Oczy jej się zamgliły. 

–  Aral,  jesteś  słodki.  Nie  jesteś  do  końca  rzeczywisty.  Valther  też  taki  był.  –  W jej  głosie 

zabrzmiał smutek. 

Gdybyż  tylko  był  odrobinę  śmielszy!  Od  Palmisano  i śmierci  jej  męża  minęły  cztery  lata. 

Powinna być gotowa. 

Aral  wyszedł.  Próbował  skierować  myśli  na  inne  tory,  zastanawiając  się,  jak  obstawić 

dzisiejsze zakłady. 

background image

Rok 1011 OUI 

Wspomnienie wojny 

 

Był  to  jeden  z wiosennych  poranków,  podczas  których  wiosna  stała  się  pozornie  niewinną 

chorobą  szerzącą  niezadowolenie  i niepokój.  Obwieszczała  nie  ukierunkowane  pragnienie 

działania, ruchu, zrobienia wszystkiego, tylko nie zadania, które było najpilniejsze. Poranny wiatr 

od  Kapenrungów  był  chłodny,  o sosnowym  aromacie  i ożywczy,  niósł  ziarno  niepokoju.  Teraz 

powietrze było nieruchome i ciepłe, dojrzewały w nim nierozważne działania. 

Nepanthe stała przy oknie swojej znajdującej się na drugim piętrze sypialni w domu swego 

brata w alejach Lieneke. Patrzyła na widoczne między wierzchołkami drzew wieże Vorgrebergu. 

– Muszę się stąd wyrwać – szepnęła. – Jeśli nie wyjadę, zwariuję. – Jej spojrzenie spoczęło 

na pałacu. Może Bragi mógłby umożliwić jej przeprowadzkę. 

Jej  myśli  zwróciły  się  ku  byłemu  mężowi,  Szydercy,  który  nie  żył  od  roku.  Przed  oczami 

stanęła  jej  erotyczna  scena.  Odsunęła  ją,  czując  do  siebie  obrzydzenie.  Nie  była  kobietą  tego 

rodzaju. Prymitywne fizyczne pożądanie cechowało uliczne dziewki. 

Uderzyła pięścią w parapet. 

–  Naprawdę  popadam  w obłęd  –  wyszeptała.  I dodała:  –  Bragi,  dlaczego  nie  zostawisz  nas 

w spokoju? – Nieszczęsny Szyderca tracił całkowicie rozum, gdy chodziło o pracę dla Bragiego 

lub  Harouna.  Namawiali  go  do  najgłupszych  rzeczy...  Wtedy  była  to  jakaś  szpiegowska  robota 

dla Bragiego. I nie wrócił. 

Nie  było  żadnego  dowodu,  że  nie  żyje.  Nawet  pogłoski,  jak  twierdził  Bragi.  Ale...  gdyby 

Szyderca żył, już dawno wróciłby do domu. 

Zaskrzypiały  otwierane  drzwi.  Stał  w nich  jej  syn,  przyglądając  się  matce  z niepokojem 

malującym się na twarzy. W wieku dwunastu lat wykazywał już wiele cech świadczących o tym, 

jakim będzie mężczyzną. 

Niewiele  było  w nim  z ojca.  Szyderca  był  niski,  otyły  i miał  brązową  karnację.  Ethrian 

będzie o łokieć wyższy, będzie miał szerokie ramiona i twarde mięśnie odziedziczone po męskiej 

linii rodu swojej matki. 

Fala  wzruszenia  ogarnęła  Nepanthe.  Chciała  go  objąć  i nigdy  już  nie  puścić,  chronić  przed 

nienawiścią świata. 

– Ethrian? Co się stało? 

Chłopiec ze zdziwieniem w głosie powiedział: 

– Na dole jest jakiś mężczyzna. Mówi, że ma wiadomość od ojca. 

Coś mocno chwyciło ją za serce. Podniecona wyrzucała z siebie pytania. 

– Nie wiem, matko. Kazał mi tylko powiedzieć, że ojciec przysyła go z wiadomością. 

background image

– Gdzie on jest? 

– Na dole, przed gankiem. 

–  Wpuść  go  do  środka.  Do  biblioteki.  Tylko  tak,  żeby  nikt  go  nie  widział.  –  Intuicja 

podpowiadała  jej  ostrożność.  Szyderca  nie  wysłałby  posłańca,  gdyby  nie  było  potrzeby 

zachowania ostrożności. – Zaraz schodzę. 

Popędziła  do  toaletki,  mając  mętlik  w głowie  i nakazując  sobie  zachować  spokój.  Zupełnie 

nie udało jej się zastosować do własnej rady. 

 

Posłaniec  był  dziwnym  człowiekiem  –  twardym,  milczącym,  z długą  blizną  biegnącą  przez 

ś

niady policzek. Wiało od niego takim chłodem, że Nepanthe aż się wzdrygnęła. Nie przejęła się 

swoją reakcją. Wszyscy przyjaciele Szydercy byli nieco osobliwi. 

Gdy tylko mężczyzna ku swemu zadowoleniu ustalił jej tożsamość, powiedział w trudnym do 

zrozumienia języku wessońskim: 

– Z rozkazu męża pani przybywam, by przekazać wiadomość ważną. Najpierw dwa dowody 

wierności, żeby było wiadomo, iż przyjacielem jestem, nie zaś kłamcą.  On mówi, że odczytasz 

prawdziwe  znaczenie,  które  niosą.  –  Wręczył  jej  pierścień  z czystego  złota  i mały  sztylet 

z niewielką, trzyramienną swastyką inkrustowaną na rękojeści. 

Nepanthe  opadła  na  krzesło,  trzymając  w rękach  te  przedmioty.  Tak.  Rozumiała.  Posłaniec 

musiał być prawdziwy. Któż oprócz Szydercy mógłby wiedzieć, ile te rzeczy dla niej znaczyły? 

Pierścień  dała  mu  w dowód  miłości  wkrótce  po  ślubie.  Po  wewnętrznej  stronie  obrączki 

wygrawerowane  było  niewidzialnymi  literami  zaklęcie  miłosne.  Sztylet  był  prezentem  na 

dziesiątą rocznicę ślubu. Należał do jej ojca, a przedtem do dziadka; był dowodem mocy potężnej 

niegdyś rodziny. Pewnego dnia stanie się własnością Ethriana. Tak, przedmioty te dowodziły, że 

nadawcą wiadomości mógł być tylko Szyderca. 

– Uważam, że jesteś tym, za kogo się podajesz. Mów. Jaka jest treść wiadomości? 

Ethrian się niecierpliwił: 

– Gdzie jest mój ojciec? 

–  Bądź  cicho,  Ethrianie.  Idź  i stań  za  drzwiami.  Ostrzeż  nas,  gdyby  ktoś  nadchodził.  – 

Posłaniec zjawił się w najlepszym czasie. Niemal wszyscy byli poza domem. 

Kurier wyjął opieczętowaną paczuszkę. 

– Mam przekazać te listy. Czytaj. Potem będziemy rozmawiać. 

Nepanthe  rozerwała  paczuszkę  trzęsącymi  się  ze  zdenerwowania  rękami.  W końcu  wyjęła 

pierwszy list. 

Nie został napisany ręką Szydercy. Nie zdziwiło jej to. Jej mąż umiał pisać, ale jeśli nie robił 

tego z nietypową dla siebie cierpliwością, jego odręczne pismo było nie do odczytania nawet dla 

niego samego. Jeśli chciał być zrozumiany, kazał pisać komuś innemu. 

background image

Listy były zwariowane. Dziwaczne, paranoidalne, niewiarygodne. Rozwlekłe, zawiłe i tylko 

częściowo zrozumiałe. 

Szyderca  oskarżał  Bragiego  i Harouna  o spisek  i zamach  na  jego  życie.  Ukrywał  się  na 

ś

rodkowym  wschodzie,  gdzie  miał  przyjaciół.  Chciał,  żeby  się  wymknęła  i dołączyła  do  niego, 

zanim Bragi wykona następny krok i uwięzi ją i Ethriana. 

To  nie  miało  sensu.  Nigdy  nie  wspominał,  że  ma  przyjaciół  na  wschodzie.  A jaki  powód 

mogli mieć Bragi czy Haroun, by próbować go zabić? 

–  Czy  skończyłaś  pani?  –  zapytał  posłaniec.  Zaskoczona,  spojrzała  na  posłańca  o twarzy 

wyrachowanego zabójcy. 

– Tak. O co w tym wszystkim chodzi? 

– Przykro mi, pani. Nie powiedziano mi. Posłano mnie, żeby zawieźć cię do niego. Mam do 

towarzystwa dwóch przyjaciół. Mamy cię strzec podczas drogi do Throyes. Mamy starać się nie 

zwracać uwagi miejscowych władz. Tyle mi powiedziano. 

– Ale... 

– Przykro mi. Czy pojedziesz? 

– Tak. Oczywiście. – Wstała, zaskoczona pośpiechem, z jakim podjęła tę decyzję. Było to tak 

szalone jak listy Szydercy. 

– Szybko spakuj niewiele rzeczy. Będziemy podróżować konno, w pośpiechu, bo inaczej nasi 

wrogowie odkryją nas i wyślą pościg. 

–  Tak.  Oczywiście.  –  Oczywiście.  Taki  był  styl  życia  Szydercy.  Podróż  w ukryciu,  praca 

w ukryciu, stale w drodze – szybko i bez zbędnego bagażu. Życie i śmierć w ukryciu. Nie patrzeć 

za siebie, bo coś może za tobą gonić. 

Wypadła z biblioteki. 

–  Ethrian,  spakuj  parę  rzeczy.  Jedziemy  do  ojca.  Żadnych  pytań.  Rób,  co  ci  mówię. 

I pospiesz się. – Zostawiła go skonsternowanego. 

Wrzucała rzeczy do podróżnego worka, niewiele myśląc o czekającej ją podróży. Jej umysł 

był całkowicie zajęty wysiłkiem zrozumienia, co się dzieje. 

 

–  Nie  zostawaj  z tyłu,  chłopcze!  –  warknął  Blizna.  –  Przez  wszystkie  tygodnie  podróży 

Nepanthe nie poznała imienia posłańca Szydercy. Był dzisiaj w paskudnym nastroju. 

Nie winiła go za to. Jego rany musiały sprawiać mu okropny ból. 

Dwa  dni  temu  mieli  potyczkę  z bandytami,  właśnie  w chwili,  gdy  Blizna  zaczynał  się 

uspokajać, ponieważ zbliżali się już do Throyes. Obydwaj jego towarzysze zginęli. 

– Jeszcze tylko troszkę, Ethrianie – obiecała. – Jesteśmy niemal na miejscu. – Znajdowali się 

pośród  gospodarstw  rolnych,  które  zaopatrywały  Throyes  w żywność.  Przed  nimi  rozciągał  się 

zamazany horyzont. – Lada chwila ujrzymy mury miejskie. 

background image

–  Throyes  brak  murów  –  powiedział  Blizna.  Był  to  jeden  z nielicznych  przypadków,  gdy 

odezwał się, mimo że nie wymagała tego sytuacja. – Trzy godziny i być tam. 

Niewiele się pomylił. Trzy godziny i ledwie kilka minut później zsiadali z koni przed domem 

tak  okazałym  jak  wszystkie,  które  Nepanthe  znała  z alej  Lieneke.  Strasznie  gruby  mężczyzna 

wyszedł im na spotkanie. Nie wydawał się zadowolony z tego, że ich widzi. Kłócił się z Blizną, 

po czym Blizna zakończył wymianę zdań, wsiadając na konia i odjeżdżając. Grubas, wściekając 

się i mrucząc pod nosem, odwrócił się do nich plecami. 

– Czy możemy się z nim zobaczyć? Jest tutaj? – zapytała Nepanthe. 

Grubas  zmarszczył  brwi.  Chwilę  pomyślał.  Potem  wessońskim  jeszcze  gorszym  niż  Blizny 

powiedział: 

– Nie tutaj. Nie być go teraz. Do Argon. Ty jechać tam też. Tak? 

Nepanthe załamała się. 

– Och, nie. Naprawdę? Nie dam rady zrobić kroku. 

–  Ty  odpocząć.  Tak?  Jeden  dzień,  dwa  dzień  może.  Załatwiać  trzeba.  Godny  zaufania 

strażnicy. – Grubas splunął na ślady Blizny. – Nie umieć wykonać prosta robota. Dwa trupy. 

– Masz szczęście, że ktokolwiek z nas uszedł cało. Ci bandyci ścigali nas przez wiele dni. 

Grubas znowu splunął. 

– W środek. Nie pokazywać się. Wróg mieć teraz oczy wszędzie. 

Chociaż  bardzo  pragnęła  ujrzeć  Szydercę,  Nepanthe  poczuła  się  rozczarowana,  gdy 

zorganizowanie nowej eskorty zajęło jedynie dwa dni. 

Dobry boże – powiedział Ethrian. – Mamo, jest ogromne. – Przemierzali mosty pontonowe 

i płaskie wyspy delty, powoli zbliżając się do miasta Argon, usytuowanego na wyspie niedaleko 

ujścia rzeki Roe. Wysokie mury miejskie były widoczne z daleka, a im byli bliżej, tym wydymał 

się bardziej masywne. 

Nepanthe  przestała  zwracać  uwagę  na  zmęczenie,  upał  i wilgoć  w powietrzu  na  tyle 

wcześniej żeby ten widok zrobił na niej właściwe wrażenie. Starała się rozproszyć swoje obawy, 

opowiadając Ethrianowi, co wiedziała o Argonie. Ale to nie pomagało. 

Przebyli  ostatni  most  i stanęli  u bram  miasta.  Mur  miał  tu  sześćdziesiąt  stóp  wysokości. 

Ethrian był tym tak przytłoczony, że wcale nie myślał o ojcu. Nepanthe była zbyt obolała, żeby 

odczuć coś więcej niż drobny dreszcz podniecenia. 

Eskorta  przeprowadziła  ich  zatłoczonymi  ulicami  do  ogromnej  warowni  w obrębie  miasta. 

Nepanthe  domyśliła  się,  że  musi  to  być  Fadem,  cytadela,  z której  tym  wspaniałym  miastem-

państwem  rządziła  królowa  sama  siebie  nazywającą  Fademą.  Wydaje  się,  że  Szyderca  znalazł 

potężnych sprzymierzeńców. 

Oczekiwano  ich.  Na  spotkanie  im  wyszedł  pluton  w liberiach.  Dowodzący  nim  mężczyzna 

mówił bezbłędnie w języku dajmieliańskim, lingua franca wykształconych ludzi zachodu. 

background image

–  Witamy  w Argonie  i w Fademie.  Mam  nadzieję,  że  nasza  gościnność  okaże  się  bardziej 

szczodra od tej, którą oferuje szlak. 

– Wystarczy, że wskażesz mi łazienkę i łóżko. 

– Czy możemy zobaczyć się teraz z moim ojcem? – dopytywał się Ethrian. 

Mężczyzna wyglądał na zaskoczonego. 

– Wiem tylko tyle, że jesteście gośćmi Jej Wysokości, młody panie, nic zaś nie wiadomo mi 

o sprawach,  jakie  was  tu  sprowadziły.  Zajmie  się  tym  ktoś,  kto  znajduje  się  bliżej  tronu.  Pani, 

bądź łaskawa pójść za mną. Przygotowano apartamenty. Polecono mi przekazać ci, że gdy tylko 

weźmiesz  kąpiel,  posilisz  się  i wypoczniesz,  zostaną  przysłane  krawcowe,  które  pomogą  wam 

sprawić sobie nową garderobę. 

Rozmawiając, cały czas szli. Wkrótce Nepanthe pogubiła się w zakamarkach warowni. 

Ethrian  zadał  następne  niecierpliwe  pytanie.  Uciszyła  go:  –  Uspokój  się!  Zrozumiano? 

Jesteśmy tutaj gośćmi, a to nie jest Dzielnica. – Dzielnica to slumsy, w których żyli, zanim Bragi 

zmusił Szydercę do podjęcia się tej idiotycznej misji. 

Apartamenty znajdowały się wysoko w kwadratowej wieży. Przypomniała ona Nepanthe jej 

dzieciństwo.  Wtedy  miała  własną  wieżę.  Te  apartamenty  miały  jednak  pięć  osób  służby,  jedną 

z nich  był  kucharz,  i ani  jedna  z nich  nie  mówiła  żadnym  znanym  Nepanthe  językiem. 

Mężczyzna dowodzący eskortą ukłonił się na pożegnanie. Służący zbliżyli się, gestami dając do 

zrozumienia, że kąpiel jest gotowa. Nepanthe kazała najpierw wykąpać się Ethrianowi. 

Stała  przy  jedynym  oknie  i patrzyła  na  rozciągające  się  w dole  miasto,  skąpane  teraz 

w pomarańczach, czerwieniach i w cieniach rzucanych przez zachodzące słońce. Znajdowała się 

osiemdziesiąt,  może  sto  stóp  nad  poziomem  ulicy.  W apartamentach  ze  służącymi,  z których 

ż

aden nie mówił znanym jej językiem. Czuła się niemal jak więzień. 

 

Spała  zaledwie  kilka  godzin.  Trudno  uchwytne,  nieokreślone  wrażenie,  że  coś  jest  nie 

w porządku, zmuszało ją do nerwowego przemierzania pokoju. 

Ktoś  otworzył  drzwi  i po  chwili  wszedł.  Nepanthe  usiadła  na  brzegu  łóżka.  Gdy  gość 

wyszedł z cienia, okazało się, że jest to kobieta. 

–  Dobry  wieczór,  madame.  Przepraszam,  że  musiała  pani  czekać  tak  długo.  –  Mówiła  po 

wessońsku z okropnym akcentem. 

Nepanthe wstała. Wyrwały się jej słowa: 

– Gdzie on jest? Kiedy będę mogła go zobaczyć? 

– Kogo? 

– Mojego męża. 

– Nie rozumiem. 

– Ci ludzie, którzy zabrali mnie do Throyes, powiedzieli, że zabierają mnie do męża. Że po 

background image

mnie posłał. Mieli list. 

–  A więc  tak  to  zrobili.  Kłamali.  –  Kobieta  uśmiechnęła  się  kpiąco.  –  Pozwól,  że  się 

przedstawię. Jestem Fadema, królowa Argonu. 

– Dlaczego się tu znalazłam? 

– Musieliśmy zabrać cię z Vorgrebergu. Będąc tam, mogłaś nas postawić w trudnej sytuacji. 

– Co to za „my”? 

– Madame – wszedł kolejny gość. 

–  Shinsan!  –  wykrztusiła.  Widziała  dosyć  łupów  po  bitwie  pod  Baxendalą,  żeby  rozpoznać 

tervola. – Znowu. 

– Znowu przychodzimy, madame. – Tervola złożył ukłon. 

– Gdzie jest mój mąż? 

– Ma się dobrze. 

– Lepiej odeślijcie mnie do domu. Okłamaliście mnie... Wiecie, że chroni mnie Varthlokkur. 

– Rzeczywiście, wiem o tym. Dobrze wiem, ile dla niego znaczysz. To jest właśnie główny 

powód, dla którego cię tu sprowadziliśmy. 

Nepanthe wybuchnęła gniewem. 

–  Madame,  proponuję,  żebyś  jak  najlepiej  wykorzystała  swój  pobyt  tutaj.  Nie  sprawiaj 

kłopotów. 

– Co się stało z moim mężem? Powiedzieli mi, że zabierają mnie do niego. 

– Nie mam najmniejszego pojęcia – powiedziała Fadema. 

Nepanthe wyciągnęła sztylet zza stanika i rzuciła się na tervola. Rozbroił ją z łatwością. 

– Fadema, przenieś chłopca  gdzieś indziej.  Żeby zachowywała się  w sposób cywilizowany. 

Porozmawiamy z tobą później, madame. 

Nepanthe wrzeszczała. Kopała. Próbowała gryźć. Uciekała się do próśb i gróźb. 

Milczący  jak  śmierć  tervola  przytrzymał  ją.  Fadema  wyprowadziła  Ethriana.  Gdy  wyszła, 

powiedział: 

– Twój honor i twój syn są naszymi zakładnikami. Rozumiesz? 

Rozumiała. Aż za dobrze. 

– Rozumiem. Varthlokkur i mój mąż... 

– Nie zrobią nic. Dlatego jesteś moją zakładniczką. 

Nepanthe nie mogła powstrzymać nikłego uśmiechu. Mylił się. Nie znał ludzi, którymi chciał 

dyrygować.  Szyderca  wpadnie  w szał.  Varthlokkur  nie  da  się  szantażować.  Jeśli  będzie  trzeba, 

pogodzi się ze stratami i zmiecie z powierzchni ziemi tych, którzy do tego doprowadzili. 

Była przerażona. Miała do tego powody. 

– Jestem twoim więźniem, ale czyż nie jest to jej miasto? 

–  Tak  jej  się  wydaje.  Zabawne,  prawda?  Rok.  Zachowuj  się  właściwie  i będziesz  wolna. 

background image

W przeciwnym  razie...  znasz  naszą  reputację.  W naszym  języku  nie  ma  słowa  „litość”.  – 

Odwrócił się energicznie i wymaszerował. 

Nepanthe opadła na łóżko i pozwoliła powoli płynąć łzom, które powstrzymywała w czasie 

rozmowy. 

– Ależ byłam głupia – mruknęła. – Powinnam była się domyślić, gdy przeczytałam, że Bragi 

próbuje go zabić. – Czy Szyderca żył jeszcze? 

– Pssst! 

Tervola  powiedział,  że  jej  mąż  ma  się  dobrze.  Co  to  znaczy?  Tak  naprawdę  nic.  Byli 

nałogowymi kłamcami. 

– Pssst! 

Tym  razem  wyraźnie  usłyszała  dźwięk.  Dochodził  od  strony  okna.  Okna?  Przecież 

znajdowało się na wysokości osiemdziesięciu stóp. Wstała i bojaźliwie podeszła. 

Na zewnątrz był mężczyzna, który badawczo się w nią wpatrywał. I wyglądał znajomo. 

– Kim jesteś? Ja... ja cię znam. 

–  Z Vorgrebergu.  Nazywam  się  Michael  Trebilcock.  Z przyjacielem  śledziliśmy  cię  aż  do 

tego miejsca. 

Zaskoczyło ją to. Śledzili ją aż tutaj? Przez całą drogę z Kavelinu? 

– Dlaczego? 

–  Żeby  się  dowiedzieć,  co  zamierzasz.  To  byli  tacy  sami  ludzie  jak  ci,  którzy  zabili  żonę 

marszałka. I twojego brata. 

Boże mój, pomyślała. Co się ze mną dzieje? On ma rację. Na sto procent. Blizna doskonale 

pasował do opisu. Jak mogła być tak zaślepiona? Była na siebie  wściekła jak diabli. Przez całe 

ż

ycie miała talent do oszukiwania samej siebie. 

Mężczyzna, który powiedział, że nazywa się Trebilcock, miał trudności z uspokojeniem jej. 

Wreszcie powiedział: 

– Dopóki myślą, że mogą użyć cię do szantażowania czarodzieja i twojego męża, nie zagraża 

ci żadne prawdziwe niebezpieczeństwo. 

– Co zamierzasz zrobić? 

–  Myślałem,  żeby  zabrać  cię  ze  sobą  przez  okno,  ale  mają  twojego  syna.  Pewnie  byś  nie 

poszła... 

– Masz rację. – Nawet sami bogowie nie wyciągnęliby jej z tego miejsca, dopóki Ethrian był 

tu więziony. 

– A zatem nic nie mogę dla ciebie uczynić. Mogę jedynie wrócić do domu i powiedzieć, co 

się stało. Może marszałek będzie mógł coś zrobić. 

Mało  prawdopodobne,  pomyślała.  Bragi  mógłby  spróbować  w imię  przyjaźni,  ale  Kavelin 

miał  bardzo  niewielkie wpływy  dyplomatyczne  na  wschód  od  gór  M’Hand.  A jeszcze  mniejsze 

background image

w Shinsanie. Jeśli jest bystry, powinien o niej zapomnieć i pilnować interesów Kavelinu. 

Wychyliła się przez okno. 

– Deszcz przestał padać. Robi się jasno. 

– Będziemy musieli spędzić cały dzień na tym występie – jęknął Trebilcock. 

Zanim  wyruszył  w drogę,  porozmawiali  ponownie.  Obiecał,  że  pojedzie  prosto  do  celu. 

Ucałowała Michaela i jego przyjaciela. Nieszczęśni, biedni głupcy. Jakież mieli szanse? 

– Powodzenia. 

– Wrócimy. Obiecuję. – W oczach Trebilcocka błysnęła iskierka wesołości. 

Nie potrafiła ukryć uśmiechu. 

– Jesteś zuchwały. Pamiętaj, że jestem mężatką. 

Chociaż w głębi serca wiedziała, że nic z tego nie wyjdzie, nie potrafiła wyrzec się nadziei. 

Później  miesiącami  jej  poczynaniom  towarzyszyła  arogancja,  która  zastanawiała,  a nawet 

martwiła jej porywaczy. 

Machnęła już ręką na Michaela Trebilcocka. Na pewno razem z przyjacielem wpadł, usiłując 

dostać się z powrotem do Kavelinu. To  cud, że  udało im się przedrzeć aż tutaj. A gdyby nawet 

dotarli do domu, co można byłoby zrobić? Zupełnie nic. 

Jej  noce  były  długie  i często  bezsenne.  Bezsenność  dokuczała  jej  przez  większość  życia. 

Teraz  jeszcze  się  pogłębiła  z powodu  troski  o syna.  Tak  rzadko  pozwalano  jej  się  z nim 

widywać...  Ilekroć  się  z nim  spotykała,  był  zdrowy,  chociaż  nieco  przestraszony 

i zdezorientowany sytuacją. 

Chodziła tam  i z powrotem,  wyglądała  w noc,  i znowu  chodziła. Jesteś  skończoną  idiotką  – 

mówiła sobie tysięczny raz. 

Coś na zewnątrz stuknęło i szczęknęło. Wychyliła się przez okno, ale nie zobaczyła nic poza 

deszczowymi  chmurami...  Zaraz,  zaraz.  To  wyglądało  na  wielki  pożar  na  północnym  skraju 

wyspy. Cofnęła się gwałtownie do środka, porażona deja vu. 

Wiele lat temu bracia osadzili ją jako panującą księżniczkę na tronie Iwa Skołowdy. Pewnej 

zimowej nocy wyjrzała na zewnątrz i zobaczyła, jak jej miasto płonie... 

Gruby cień wpakował się przez okno. Metal zadźwięczał, gdy miecz wysuwał się z pochwy. 

Nepanthe chwycił jakiś mężczyzna. 

Wpadła w panikę, zaczęła krzyczeć. Czyjaś ręka zakryła jej usta. 

– Au! Ugryzła mnie! 

– Nepanthe! Uspokój się! Kilka głosów przemówiło naraz. 

– Znajdź lampę. 

– Cholera! 

– Marszałku, chyba jej przyłożę. 

– Spokojnie, synu. Nepanthe, to ja, Bragi. Zachowuj się jak należy. 

background image

Wraz z trzymającym ją mężczyzną opadła na podłogę, plując i kopiąc. Ktoś zapalił światło. 

Ktoś inny złapał ją za włosy i szarpnął głowę do tyłu. Bragi? Tutaj? 

– Czy teraz się uspokoisz? 

Panika  zniknęła  tak  szybko,  jak  się  pojawiła.  Wiedziała,  że  to,  co  mówi,  nie  ma 

najmniejszego sensu, ale nie mogła przestać. 

– Odczekaj chwilę – powiedział Bragi. – Pozbieraj się. 

Wzięła się w garść i opowiedziała, co jej się przydarzyło. 

Nie oszczędzała siebie. 

– A w ogóle, co tutaj robicie? 

– Jesteśmy tu z twojego powodu. 

Tak po prostu. A ona była skłonna uwierzyć, że Bragi stanowi zagrożenie dla jej męża. 

– Ale... jesteś sam. To znaczy jest was trzech. – Do Michaela Trebilcocka powiedziała zaś: – 

Dziękuję ci. I tobie. Przepraszam, że cię ugryzłam. Byłam przerażona. 

Aral Dantice ssał zranioną rękę. 

– Nic się nie stało, madame. 

Bragi powiedział: 

– Nie przyjechałem sam. Ten harmider na zewnątrz to siejąca spustoszenie armia Kavelinu. 

– Bragi, popełniasz błąd. Argon to za duży kąsek dla ciebie. – Ale... tak, uwielbiała go za to, 

ż

e  przybył.  Tak  samo  mocno,  jak  nienawidziła  za  to,  że  takie  rzeczy  robił  też  dla  innych 

przyjaciół. 

 

Marszałek Kavelinu Ragnarson udowodnił, że się myliła. Nie przybył z niewystarczającymi 

siłami. Armia Necremnos, wielkiego rywala Argonu, również przypuściła atak. Argończycy nie 

byli w stanie wytrzymać podwójnego uderzenia. 

Trzymała  się  na  uboczu,  ale  nie  mogła  wytrzymać,  nie  wiedząc,  co  się  dzieje.  Odszukała 

Bragiego. Jego oddziały kontrolowały wtedy już większą część Fademy. Nie wzięto jeszcze tylko 

jednej cytadeli, właśnie miał przypuścić na nią szturm. 

– Wiesz już coś? – zapytała. – Cokolwiek? 

–  O Ethrianie?  Jest  tam.  –  Wskazał  wieżę  będącą  celem  ataku.  –  Z Fademą  i tervola. 

Powinniśmy wydostać go w ciągu kilku godzin. 

– A jeśli oni... – Nie chciało jej to przejść przez gardło. Nie mogła nawet o tym myśleć. 

– Dlaczego mieliby go skrzywdzić, jeśli nic na tym nie zyskają? 

Nie uspokoiło jej to. 

– Z zemsty. 

– Hmm. Fadema mogłaby być do tego zdolna. Ale nie ona rządzi. Tervola jest rozsądniejszy. 

Dlaczego  nie  poszukasz  sobie  jakiegoś  ustronnego  miejsca  i nie  poczekasz?  Ruszamy  za  kilka 

background image

minut. 

Oczekiwanie  było  niemal  nie  do  wytrzymania.  Przyszedł  czarodziej  Varthlokkur 

i dotrzymywał  jej  przez  chwilę  towarzystwa,  dopóki  nie  wezwano  go  do  bitwy.  Jego  obecność 

była pocieszająca. Chociaż nie zawsze dobrze się między nimi układało, od dzieciństwa stanowił 

część jej życia. Stanowił jeden z niewielu stałych elementów jej egzystencji. 

Walki  toczyły  się  bardzo  długo.  O wiele  dłużej,  niż  spodziewał  się  Bragi.  Zdrzemnęła  się 

wbrew sobie. 

Obudził  ją  wiwat.  Stanęła  na  równe  nogi,  popędziła  do  miejsca,  przez  które  zwycięzcy 

ż

ołnierze opuszczali zdobytą wieżę. Zaczepiała każdego człowieka, którego rozpoznawała. 

–  Widziałeś  mojego  syna?  –  Niektórzy  tylko  spoglądali  na  nią  zmęczonymi  oczami.  Inni 

kręcili przecząco głowami i wlekli się noga za nogą dalej. 

Wtem  wyszedł  na  zewnątrz  Varthlokkur,  który  wyglądał  na  najbardziej  zmęczonego  ze 

wszystkich. Pochylał się nad jakimś człowiekiem na noszach. 

– Bragi! – sapnęła Nepanthe. – Varth, co się stało? Gdzie jest Ethrian? 

Głosem niewiele głośniejszym od szeptu, wypranym z emocji, czarodziej odpowiedział: 

– Nie ma go. Uciekli w ostatniej sekundzie. Przez portal teleportacyjny. Dokładnie w chwili, 

gdy myśleliśmy, że już ich mamy. Zabrali ze sobą Ethriana. 

– Ale... nie mogłeś ich zatrzymać? Dlaczego ich nie zatrzymałeś? – Słyszała, że do jej głosu 

wkrada się narastająca histeria, ale nie potrafiła jej uciszyć. 

– Zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy. Możliwe, że Bragi stracił przy tym wzrok. Nie udało 

się nam. To wszystko. 

Gdy  spojrzała  na  Bragiego,  histeria  zaczęła  ustępować.  Stracił  wzrok?  Starając  się  ratować 

Ethriana? Zaczęła płakać. 

Jej świat składał się wyłącznie z odcieni szarości. Najpierw odszedł Szyderca, potem Ethrian. 

Jej bracia zginęli dużo wcześniej. Nie zostało nic. Żadnego powodu, by ciągnąć to dalej. Po co 

w ogóle żyć w świecie tak okrutnym? 

Varthlokkur robił, co mógł, żeby złagodzić jej rozpacz, i taktownie ją adorował, jak to robił 

przez  lata.  Nie  była  na  to  gotowa,  ale  nie  miała  serca,  żeby  go  odepchnąć.  A fakt,  że  zawsze 

mogła znaleźć w nim oparcie, przynosił jej pociechę. 

Nie była sama. Nigdy nie była sama. Varthlokkur nie był tym, kogo pragnęła, ale jak długo 

tutaj mieszkał, zawsze ktoś przy niej był. W jej świecie było chociaż tyle bezpieczeństwa. 

Ktoś zapukał do drzwi. Do pokoju wkroczyła jej „gwarancja bezpieczeństwa”. 

– Wyruszamy dzisiaj. Bragi udaje się w odwiedziny do króla Necremnos, ale to tylko zasłona 

dymna. Ubiliśmy interes z Argończykami – zachichotał. 

Zamierzali  opuścić  Necremnens  z torbą  w ręku?  To  dobrze.  Ostanie  raporty  wywiadowcze 

wskazywały,  że  Necremneńczycy  planowali  złupić  ludzi  Bragiego,  gdy  tylko  wezmą  swoją 

background image

działkę  od  Argończyków.  Zajmując  Fademę,  ludzie  Bragiego  zdołali  wejść  w posiadanie 

największych bogactw Argonu. 

– Jak szybko? – zapytała. 

–  Gdy  tylko  będziesz  gotowa.  Przy  bramie  wodnej  czeka  barka.  Potrzebujesz  jakiejś 

pomocy? 

– Pomocy? W czym? Niewiele mam ponad to, co na grzbiecie. 

– W takim razie zaczekam i odprowadzę cię. Jeśli nie masz nic przeciwko temu. 

Nie miała. W tym czasie mało co ją obchodziło. 

Barka była wielką, wspaniałą łodzią, obsadzoną necremneńskimi wioślarzami. Na pokładzie 

byli  Michael  Trebilcock  i Aral  Dantice,  a także  większość  zauszników  marszałka.  Dwaj 

młodzieńcy  przez  cały  ranek  starali  się  nadskakiwaniem  wprowadzić  ją  w lepszy  nastrój.  Do 

czasu,  gdy  barka  przybiła  do  brzegu  w pobliżu  necremneńskiej  kwatery  głównej,  zaczęła 

odczuwać niewielkie ożywienie. 

Czuła się wobec Ethriana niemal jak zdrajczyni, ponieważ sama dobrze się bawiła. 

Gdy  Bragi  i Varthlokkur  składali  wizytę  Necremneńczykom,  została  na  pokładzie.  Michael 

i Aral  podążyli  za  nimi –  dwóch  młodych  mężczyzn  wykorzystujących  chwilę,  gdy  znaleźli  się 

blisko ośrodka władzy. Brat Bragiego, Haaken, przyłączył się do niej na chwilę, usiłując złożyć 

jej wyrazy współczucia, ale nie należał do ludzi elokwentnych. Był żołnierzem do szpiku kości, 

człowiekiem, który walczył niemal bez przerwy od piętnastego roku życia. Nigdy nie nauczył się 

wyrażać swoich uczuć. Łagodnie dotknęła jego ręki i podziękowała mu za troskę. Bardzo było jej 

go żal. W jego życiu było jeszcze mniej radości niż w jej. 

Na brzegu nagle rozległ się szczęk oręża. Ludzie pokrzykiwali. Haaken rzucił się w tamtym 

kierunku. Walka to było coś, w czym był dobry. Nepanthe ruszyła za nim. 

Natknęła  się  na  pojedynek  i prawie  zemdlała.  Michael  wdał  się  w bójkę  z...  jej zaginionym 

mężem! 

– Co się stało? – zapytała Arala. 

– Ukrywał się w krzakach i obserwował nas. Gdy podeszliśmy do niego, rzucił się na nas. 

Co  on  tutaj  robił?  Skąd  przyszedł?  Dlaczego  się  nie  pokazał?  Z pewnością  musiał  ją 

zauważyć na barce. Ragnarson przepychał się przez gapiów. 

– Dosyć! Michael! Odsuń się. 

Trebilcock  cofnął  się  i rozluźnił.  Jego  przeciwnik  zakręcił  się  z malującym  się  na  twarzy 

strachem, jak człowiek, który wpadł w pułapkę bez wyjścia. 

Nepanthe podbiegła do niego, objęła i przytuliła się. 

– Kochany. Co ty wyprawiasz? Gdzie się podziewałeś? – I tak dalej. Wiedziała, że bełkocze, 

ż

e  on  nawet  gdyby  chciał,  nie  mógłby  jej  odpowiedzieć  na  wszystkie  te  pytania,  ale  nie  mogła 

zmusić się do milczenia. 

background image

– Wracajcie na barkę – powiedział Bragi. – Czas ruszać. Nepanthe, trzymaj go. 

Tak  uczyniła.  Nie  puściła  go  nawet  wtedy,  gdy  stało  się  jasne,  że  jej  radość  ze  spotkania 

znacznie przerasta jego. 

W  drodze  do  domu spędzili  razem  długie  dni,  nadrabiając  zaległości,  wspominając,  dzieląc 

gorycz  z powodu  tego,  jak  tervola  o imieniu  Chin  zrobił  z nich  obojga  głupców.  Szyderca 

niewiele mówił o tym,  co się z nim działo w czasie ich  rozłąki. Wywnioskowała, że musiały to 

być  ponure  przeżycia.  Miał  nowe  blizny.  A dawna,  szalona,  nieprzewidywalna  żywiołowość 

opuściła go. Skłonienie go do śmiechu było niemożliwością. 

Ona ze swojej strony unikała tematu Ethriana. Wydawał się zadowolony, że nie poruszano tej 

sprawy. 

Myślała,  że  uda  się  jej  doprowadzić  go  do  dawnego  stanu,  wywabić  dawnego  Szydercę  na 

ś

wiatło dzienne, ale wtedy armia zatrzymała się na przedmieściach Throyes, aby zabrać prowiant. 

Szyderca poszedł do miasta. 

Haaken  Czarny  Kieł  dostarczył  go  z powrotem  –  na  noszach.  Haaken  niewiele  mówił  na 

temat okoliczności, w jakich go znaleźli, ale Nepanthe szybko zauważyła, że stosunek Czarnego 

Kła,  Bragiego  i Varthlokkura  do  Szydercy  ochłodził  się.  Gdy  uznała,  że  stan  zdrowia  męża 

wystarczająco się poprawił, zaczęła zadawać pytania. 

Nie  chciał  o tym  rozmawiać.  Próbowała  wszystkiego.  Pozostał  nieugięty.  Stracił  nawet 

wszelkie  zainteresowanie  seksem,  a temu  problemowi  nigdy  nie  musiała  stawiać  czoła, 

niezależnie od tego, jak ciężkie były czasy. 

Armia  znajdowała  się  w górach  M’Hand,  przekroczyła  przełęcz  Savernake  i zbliżała  się  do 

warowni  Maisak,  najdalej  na  wschód  wysuniętej  placówki  Kavelinu.  Poczynając  od  swego 

marszałka  po  ostatniego  piechura,  armia  aż  wrzała  z niecierpliwości.  Szyderca  był  wyjątkiem. 

Z każdym  krokiem  na  zachód  stawał  się  coraz  bardziej  posępny.  Potem  powiedział  jej,  że 

chciałby, żeby się wymknęła i została w Maisak. 

– Dlaczego? – domagała się wyjaśnienia, niemal tak podejrzliwa jak Bragi i Varthlokkur. – 

Powiesz mi w końcu, co się dzieje? 

– Nie. 

– W takim razie nie idę. 

Cierpienie wykrzywiło mu twarz. Ustąpił nieco. 

– Jeśli o mnie chodzi, mam problem. Muszę podjąć decyzję. Może wykonać pewne zadanie. 

Wszystko byłoby łatwiejsze, gdyby żona się usunęła, była bezpieczna. 

–  Co  to  za  decyzja?  Czy  ma  ona  coś  wspólnego  z tym,  co  się  wydarzyło  w Throyes?  Czy 

dlatego nie nadajesz się do życia? 

– Od Throyes – przyznał. 

– Co się tam stało? 

background image

Próbował podzielić się swoim bólem. 

– Agent Pracchii skontaktował się ze mną. Powiedział, że mają Ethriana. Muszę coś dla nich 

zrobić, inaczej zginie. 

– Pracchia? Co to jest? 

–  Najwyższa  Dziewiątka.  Władcy  Ukrytego  Królestwa,  tajnego  stowarzyszenia  usiłującego 

zawładnąć  światem.  Wszędzie  ma  członków.  Fadema  z Argonu.  Lord  Chin  z Shinsanu.  Inni, 

mający taką samą władzę, z Gildii Najemników, w Itaskii, wszędzie. Nie mają litości dla takich 

jak ja. – Mówił jak człowiek, który wie o tym z pierwszej ręki. 

Poczuła strach. 

– Co chcą, żebyś dla nich zrobił? 

Zamknął się w sobie. Nie powiedziałby ani słowa więcej, nieważne, czego by próbowała. Jej 

strach nasilał się z każdą chwilą. 

– Odmów im – nalegała. – Wiesz, że nie zrobią tego, czym grożą. Zrobią? Porywacze dzieci 

nigdy nie spełniają swoich gróźb. 

On jednak już postanowił. Miał nadzieję ocalić ich syna, choć szanse były znikome. Za to go 

kochała. 

Tylko  z tego  względu  dała  mu  się  przekonać  i została  z tyłu,  w Maisak.  Uciszyła  obawy, 

wyłączyła  sumienie  i modliła  się,  żeby  ten  uczynek  nie  był  czymś  tak  haniebnym,  że  wstyd 

nękałby  ich  przez  resztę  życia.  Siedziała  w przypominającym  celę  pomieszczeniu,  które 

przydzielił jej dowódca garnizonu, w otępieniu oczekując wieści. 

 

Pewnego  popołudnia  przyszedł  żołnierz.  Sierżant.  Zamknął  drzwi  na  klucz  i odszedł.  Teraz 

pokój faktycznie stał się celą. Nie powiedziano jej dlaczego. Przez długi czas nic nie wiedziała. 

Nikt się do niej nie odzywał. Ludzie, którzy przynosili jej jedzenie i wynosili nocnik, patrzyli na 

nią  w sposób,  który  ją  przerażał.  Jak  gdyby  budowali  dla  niej  zaprojektowaną  na  zamówienie 

szubienicę. 

Wówczas  pojawił  się  Varthlokkur.  Miał  wymizerowaną  i zmęczoną  twarz.  Uwolnił  ją  za 

poręczeniem  królewskim,  a gdy  znaleźli  się  na  zewnątrz  warowni,  na  drodze  do  Vorgrebergu, 

powiedział jej, co się stało. 

Szyderca usiłował zamordować Bragiego. Usiłował, ale nie udało mu się. W efekcie zginął. 

Jej świat, który dopiero co ożył na nowo, zawalił się. 

background image

Lata 1014-1016 OUI  

Nadciągająca burza 

 

Ethrian spał i śnił. W marzeniach sennych odwiedził wspaniałe miejsce, jakim było Nawami 

przed  konfliktem  z Nahaman.  Było  dużym  i uprzemysłowionym  imperium,  całkiem 

niepodobnym do tych z jego czasów. 

W jego sen wdarły się kłócące się szeptem głosy. 

– To nie jest warte ryzyka, Wielki. 

– On musi się opowiedzieć. Musi skończyć to, co zaczął. 

– Ale Moc, którą byśmy zużyli... Mamy jej tak mało. Jeśli nam się nie uda... 

–  Jeśli  nam  się  nie  uda, jesteśmy  zgubieni.  A jeśli  nie  spróbujemy,  nic  się  nie  zmieni.  A to 

tak, jakbyśmy byli zgubieni. 

Kamienna  bestia  i kobieta  w bieli?  –  zastanawiał  się  Ethrian.  To  musieli  być  oni.  Ale  jak 

„podłączył się” do ich wymiany zdań? 

Spał,  a mimo  to  miał  wrażenie,  że  czuwa,  że  znajduje  się  poza  sobą.  Unosił  się  i patrzył 

z góry na swoje skulone ciało, leżące między łapami bestii. Był zdumiony. Chłopiec się zmienił. 

Dojrzał. 

Podobnie  sadzawka.  Była  większa,  głębsza,  ciemniejsza  i bardziej  błotnista.  Przy  jednym 

z brzegów  rosło  teraz  trochę  przywiędłych  trzcin.  Spomiędzy  nich  wyglądała  żaba.  Latały  roje 

owadów.  Rodzina  pardw  o ziemistym  upierzeniu  patrolowała  taflę  wody.  Jaskółki  zbudowały 

kilka  gniazd  z błota  w szczelinach  jednej  z przednich  łap  bestii.  Na  pokręconej,  starej  akacji 

znajdowało się gniazdo z gałązek, które było już tam, gdy Ethrian tu przybył. 

Z sadzawki wyszedł żółw i zatrzymał się, by wygrzewać się w słońcu. 

– Dojrzewamy. On otworzył drzwi... 

–  To  szczelina  zbyt  wąska,  żeby  wsunąć  w nią  choćby  ostrze  brzytwy.  Tyle  czasu.  Co 

zyskaliśmy?  Większą  sadzawkę?  W takim  tempie  nawet  dziesięć  tysięcy  lat  nie  przywróci 

ś

wietności Nawami. Drzwi muszą zostać otwarte na całą szerokość. Potrzebujemy oceanu mocy. 

Zabierz go tam, Sahmanan. Pokaż mu. 

–  Zaangażowanie  jest  zbyt  wielkie.  Staniemy  się  ślepi.  Nie  będziemy  mogli  obserwować 

K’Mar Khevitan. 

– Wiem, co ryzykujemy. Mimo to idź. Słowo zostało wypowiedziane. 

– Jako rzekłeś, tak niech się stanie, Wielki. 

Rozmowa  toczyła  się  dalej,  ale  Ethrian  zgubił  wątek.  Jego  nowa  świadomość  osunęła  się 

w lata  minione,  w czasy,  gdy  kamienną  bestię  świeżo  wyciosano  z serca  góry.  Rzemieślnicy 

chodzili  po  niej,  polerując  ostatnie  ślady  młota  i dłuta.  Ta  postać  dominowała  nad  okolicą  jak 

background image

jakiś ponadczasowy strażnik, jednak w tamtej chwili była jedynie ociosanym kamieniem. 

Nahaman i Sahmanan odprawiały obrzędy między  przednimi łapami potwora. One i tysiące 

mniej znaczących kapłanek zaciągały zwierzęta ofiarne na ołtarz, wyrywały im serca, napełniały 

kubełki  krwią,  a powietrze  przesycone  było  odorem  palących  się  ciał.  Skąpały  posąg  we  krwi. 

Wypowiedziały błagania. 

Zostały wysłuchane i zstąpił do nich nowo narodzony bóg, kłębek ciemnej energii tak mały, 

ż

e  kobiety  włożyły  go  do  koszyka.  Wniosły  go  po  grzbiecie  kamiennej  bestii  i zniosły  klatką 

schodową, która prowadziła do serca potwora. Tam, odprawiając kolejne obrzędy, osadziły swoje 

nowe narodowe bóstwo i zmusiły je do służenia sobie. 

Bóg  w kamiennej  bestii  rósł.  Przybywało  mu  mocy.  Był  coraz  przebieglejszy.  Stawał  się 

wyrafinowany. Dopiero gdy było już za późno, siostry zrozumiały, że doszło do zamiany ról pana 

i sługi. 

Sahmanan uległa Wielkiemu. Nahaman zbuntowała się i uciekła. Została panią innej krainy. 

Powróciła z flotą i śniadymi jeźdźcami dosiadającymi smoków. 

Wojny  były  zaciekłe  i bezcelowe.  To,  co  utracono,  odeszło  na  zawsze.  Panem  była  teraz 

kamienna bestia. Ona się nie podda. 

Któż mógłby zabić boga? 

– Wybawicielu. Powstań. 

Półprzytomny  Ethrian  wyrwał  się  z objęć  snu.  Noc  otulała  pustynie  Nawami.  Niewyraźna 

postać kobiety w bieli stała nad nim. Podniósł się z wysiłkiem. 

Coś  było  nie  tak.  Wydawało  mu  się,  że  patrzy  na  ziemię  z wysoka...  Urósł.  Musiał  być 

o wiele  lat  starszy...  Jak  to  możliwe?  Rozejrzał  się  dokoła.  Sadzawka  była  dokładnie  taka,  jaką 

widział w swoim śnie. 

– Tak. Zaszły zmiany. Zanim uciekłeś w sen, uchyliłeś odrobinę drzwi. Musisz otworzyć je 

na całą szerokość. 

Ethrian  nie  odpowiedział.  Powtórzył  sobie  argumenty,  które  wymyślił  wcześniej.  Dodał  to, 

czego  się  dowiedział,  podsłuchując.  I ciągle  nie  potrafił  podjąć  decyzji.  Coś  głęboko  w jego 

jestestwie mówiło mu, że nie czas na to. 

–  Nie  pokazałaś  mi,  co  trzeba  zrobić.  –  Jak  długo  będą  znosić  moją  grę  na  zwłokę?  – 

zastanawiał się. 

– Wiesz to, Wybawicielu. Moc jest w tobie. Daj nam Nawami. W nagrodę dostaniesz swoich 

wrogów. 

Moi  wrogowie  są  potężniejsi,  niż  się  wam  wydaje,  pomyślał  Ethrian.  Nie  byli  w stanie 

wyobrazić  sobie  potęgi  Shin-sanu.  On  sam  nie  mógł,  a przecież  ją  widział.  Uważali  swoją 

Nawami za szczyt rozwoju imperiów. 

Podejrzewał, że lordowie  Imperium Grozy sami nie byli w stanie ogarnąć rozmiaru i potęgi 

background image

tego, co stworzyli. 

– Wybawicielu! 

Ethrian spojrzał na kobietę. Doprowadzał ją do rozpaczy. 

– Czy nas wyzwolisz? 

Wzruszył ramionami. 

Rozzłoszczona kobieta zwróciła się ku mrokowi między łapami kamiennej bestii. Całą sobą 

krzyczała: Przecież ci mówiłam! 

– Pokaż mu, Sahmanan. 

– Co chcecie mi pokazać? 

–  Dzień  miniony.  Dzień  tak  ci  drogi  –  odparła  kobieta.  Rzuciła  zatrwożone  spojrzenie  na 

kamienną bestię. – Dzień, w którym zginął twój ojciec. 

– Czas jest odpowiedni, Sahmanan. Będziesz musiała stawić czoło mojemu gniewowi. A mój 

gniew może być wieczny. 

– Wielki – powiedziała Sahmanan do Ethriana – chce, żebym zabrała cię z powrotem do dnia 

ś

mierci twojego ojca, żebyś wiedział, że zemsta leży w zasięgu twojej ręki. 

– Ja... 

– Zamknij oczy. Skup się na tym, żeby stać przy moim boku. 

– Wolałbym raczej zobaczyć moją matkę. Czy ona żyje? 

Kobieta zaczęła śpiewać. Coś jakby pociągnęło za duszę Hthriana, delikatnie go uwalniając. 

Wracał do stanu poza ciałem. Usadowił się na swoim posłaniu i dał przyzwolenie. 

Zmusił  Sahmanan  do  pracy.  Podjął  pewną  decyzję.  Niezależnie  od  tego,  co  otrzymają, 

zapracują sobie na to. Wstrzyma się. Sprawi, że ocenią go poniżej jego wartości. 

Był wolny. Sahmanan ujęła go za rękę. Wypłynęli na nocne niebo, nad tę straszną pustynię. 

Wola  i moc  kamiennej  bestii  unosiła  ich  coraz  wyżej  i wyżej,  coraz  dalej  i dalej  od  samotnej 

góry. 

W dole przesunęło się jałowe pasmo górskie. Łańcuch ten był marnym cieniem tego, czym 

był kiedyś. Nawet jeden porost nie zakłócał odcieni szarości. 

Pięćdziesiąt, sto mil dalej dotarli do krainy, w której życie nadal bujnie się pieniło. Zdawało 

się  łapać  i łaskotać  duszę  swoimi  radosnymi  chlorofilowymi  palcami.  Ethriana  zalała  fala 

szczęścia. Pustynia nie była całym światem. 

–  To  także  stanowiło  część  Nawami  –  mruknęła  Sahmanan.  Przesłała  wizję.  Przez  chwilę 

widział  tętniące  życiem  miasta,  nieskończone  przestrzenie  pól  uprawnych  i starannie 

zagospodarowane  ziemie.  Teraz  panowała  tu  dzicz.  Potomkowie  Nawami  byli  dzikusami 

używającymi kamiennych narzędzi, polującymi i pożerającymi się nawzajem. 

Przemieszczali  się  coraz  szybciej.  Przemknęli  nad  tysiącem  mil  Imperium  Grozy,  zanim 

Ethrian je rozpoznał, i kolejny tysiąc, nim wyjaśnił Sahmanan, że minęli kraj jego wrogów. 

background image

Przelecieli  kolejny  tysiąc  mil,  i następny,  i jeszcze  następny,  zanim  dotarli  do  Słupów 

Niebios  i Słupów  Kości  Słoniowej  –  wielkich,  bliźniaczych  łańcuchów  górskich,  stanowiących 

tradycyjną zachodnią granicę Shinsanu. 

– Zaczynasz rozumieć? – zawołał Ethrian. 

Twarz kobiety pociemniała. Nawami nie stanowiła nawet dziesiątej części tego imperium. 

Lecieli  nad  ogromem  kotliny  Ro,  szybko  wyprzedzając  słońce.  Przekroczyli  potężne  góry 

M’Hand,  obniżyli  lot  nad  niewielkim,  zielonym  królestwem  Kavelinu.  Polecieli  w dół  do  jego 

stolicy,  Vorgrebergu,  która  kiedyś  młodszemu  Ethrianowi  wydawała  się  ogromnym  miastem. 

Zauważył, że się nie zmieniła. 

– Bądź cicho. Nie rozpraszaj mnie. Muszę sięgnąć wstecz i znaleźć właściwy moment. – Na 

twarzy Sahmanan widać było skupienie. 

Łagodnie  opadali  w dół,  aż  znaleźli  się  między  wieżami  zamku  Krief.  Obrazy  zaczęły 

migotać. Ethrian pomyślał o nagłym błysku odległej błyskawicy. 

–  Teraz  –  powiedziała  Sahmanan.  Patrzyła  z zamkniętymi  oczami.  –  Za  mną.  –  Podpłynęła 

pod mur. 

I przeniknęła przez niego, znikając z pola widzenia. 

–  Jak  to...?  –  wymamrotał  Ethrian.  A po  chwili  powiedział  do  siebie:  –  Dlaczego  nie? 

Przecież nie mam ciała, które by mnie powstrzymywało. – Zmusił się, by podążyć za nią. 

Po  drugiej  stronie  ściany,  w jednym  z pomieszczeń,  walczyło  dwóch  mężczyzn.  Jeden  był 

wielki, drugi niski i gruby. Upadli na łóżko. Większy był nieuzbrojony. Mniejszy miał nóż. Plecy 

większego przecinała rana. 

– Ojcze! – krzyknął Ethrian do grubego mężczyzny. A do drugiego: – Wujku Bragi! 

Nie słyszeli go. Sahmanan ujęła Ethriana i łagodnie odciągnęła go w kąt. 

Ragnarson  uderzył  ręką  swojego  przeciwnika,  w której  trzymał  on  nóż,  o kolumnę 

podtrzymującą baldachim. Sztylet poleciał pod szafę. 

Szyderca,  ojciec  Ethriana,  gryzł  i szarpał.  Podobnie  Ragnarson.  Ten  drugi  wrzeszczał 

wniebogłosy,  ale  Ethrian  nie  słyszał,  co  wykrzykuje.  Jedyny  słyszalny  głos  w jego  martwej 

strefie należał do Sahmanan. 

Ragnarson  zdawał  się  słabnąć.  Z rany  lała  mu  się  krew.  Przestał  blokować  ciosy  Szydercy 

i starał  się  zamknąć  go  w uchwycie,  z którego  nie  mógłby  się  wyrwać.  Znalazł  się  za  plecami 

ojca  Ethriana  i otoczył  ramieniem  jego  szyję.  Założył  jego  rękę  za  swoją  głowę.  Wygiął  się 

i mocno pociągnął. 

To był straszny  chwyt.  Ethrian wiedział, że można w ten sposób skręcić  człowiekowi kark. 

Ojciec nauczył go tego, gdy miał pięć lat. 

Szyderca  wierzgnął  dziko.  Wił  się  jak  wąż.  Młócił  i bił  wolną  ręką,  starając  się  dosięgnąć 

leżący pod szafą sztylet. Bragi nic puszczał. Szyderca wyciągnął jeszcze jeden nóż i raz za razem 

background image

rozorywał bok Ragnarsona. 

– Dlaczego oni to robią? – jęknął Ethrian. – Ich przyjaźń trwa dłużej niż moje życie. 

Sahmanan nie odpowiedziała. Słabo, nieznacznie się uśmiechnęła. 

– Ojcze! 

Próby  Szydercy  były  coraz  słabsze.  Ragnarson  powoli  przeginał  go  do  tyłu,  ciągnąc  jego 

głowę w dół, aż do swoich stóp... 

Mniejszy mężczyzna zaryczał groźnie, ale nie był w stanie nic zrobić. 

Ethrian przewidział nieuniknione. Rzucił się naprzód, krzycząc i okładając pięściami obydwu 

mężczyzn. Równie dobrze mógłby bić duchy. Nie czuł żadnego oporu. 

Ragnarson  pochylał  się  do  przodu,  aż  Szyderca  niemal  mógł  go  zrzucić.  Ethrian  błagał  go, 

ż

eby przestał. Bragi z całą siłą i naciskiem, do jakiego był zdolny, ciągnął do tyłu. 

– Nie! – wrzasnął chłopiec. 

Niemal słyszał, jak jego ojcu pękają kręgi szyjne. Sahmanan złapała go za rękę. 

– Chodź! Walczył z nią. 

– Nie! Nie pójdę! Mój ojciec... Łzy napłynęły jej do oczu. 

– Musimy natychmiast odejść! – Pociągnęła go w stronę ściany. 

Drzwi alkierza otworzyły się. Wpadli brat Bragiego, Haaken, czarodziej Varthlokkur i kilku 

ż

ołnierzy. Światło zalało komnatę sypialną. Ragnarson pozwolił, by jego stary przyjaciel osunął 

się na podłogę. 

Ethrian wyrywał się, ale nie udało mu się uwolnić z uchwytu kobiety. Przeciągnęła go przez 

ś

cianę.  Chłopiec  szarpał  się,  chcąc  wrócić  do  tego  pokoju,  ale  uniosła  go  w nadchodzący  świt 

i poniosła z powrotem na wschód. Po chwili przestał się opierać. 

–  Widziałeś  więc  zabójstwo  swojego  ojca  –  powiedziała.  –  Widziałeś  swojego  wroga.  Czy 

teraz nas wybawisz? 

– Dlaczego oni się bili? – Miał atak wściekłości. 

–  Wykorzystaliśmy  resztkę  mocy,  żeby  ci  to  pokazać.  Czy  nadal  będziesz  nam  odmawiał? 

Czy z twojego powodu unicestwiliśmy się sami? Ostrzegałam go... 

Ethrian odpowiedział wściekłością na wściekłość. 

– Dosyć. Może jestem trochę bliżej podjęcia decyzji. Niech pomyślę. 

Widział, że ojca zamordował jego najlepszy przyjaciel, to prawda, ale coś było nie tak. Coś, 

co być może Sahmanan starała się ukryć, przynaglając go do odejścia, zanim rozegrał się ostatni 

akt dramatu. 

Ponownie  przeżywał  tę  chwilę...  Błysnęła  w nim  nienawiść.  Skierowała  się  ku  Bragiemu 

Ragnarsonowi,  a potem  zwróciła  się  ku  tym,  którzy  rządzili  wyspą  na  wschodzie.  Oni 

wyreżyserowali tę tragiczną scenę. Starzec robił do tego aluzje... Te narzędzia Imperium Grozy... 

– Dobrze. Uwolnię was. Trochę. 

background image

Był pewny, że ta kobieta i kamienna bestia byli kimś więcej, niż twierdzili, że są. Ukrywali 

się  przed  nim.  Obawiał  się,  że  mogą  stanowić  śmiertelną  pułapkę.  Słyszał  wiele  opowieści 

o paktach z diabłem. 

Nienawiść  pozostała  w nim,  wypaczając  jego  myśli,  każąc  mu  przyjąć  to,  co  proponowali. 

Kamienna  bestia  wiedziała  o tym  i posłała  go  tam,  gdzie  mroczne  emocje  zostaną  uwolnione. 

Dobrze obstawiła. Nienawiść była zbyt silna, by ją przezwyciężyć. 

Ethrian  postanowił  jednak  wyzwalać  ich  powoli,  kształtując  ich  zgodnie  ze  swoją  wolą. 

Wymuszając ich współpracę. 

Sahmanan przeniosła  go przez długi dzień  w zmierzch nad pustynią, w dół do jego miejsca 

między  łapami  kamiennej  bestii.  Wyglądała  teraz  jak  duch  tego  ducha,  którym  była  wcześniej. 

Głos  potwora,  gdy  ją  przepytywał,  brzmiał  jak  szept  rozdrażnionego  dziecka.  Nie  miał  siły  na 

gniew. 

Ethrian postanowił wyzwolić ich nieco bardziej ze względu na siebie. Zajrzał w głąb siebie 

i znalazł klucz, starał się ich wzmocnić. 

Wola kamiennej bestii uderzyła w niego. Zachwiał się i oddał cios. Oszukała go. Nie była tak 

słaba, jak chciała mu wmówić. 

Zapanował  nad  sobą,  użył  siły  woli.  Stopniowo  zalewająca  go  fala,  płynąca  od  tego 

potężnego stwora, słabła. 

Całkowite  jej  zatrzymanie  było  równie  trudne  jak  zatrzaśnięcie  drzwi  wahadłowych.  Ale 

dokonał tego i było to ostateczne. Próbował jeszcze zaryglować gniewem, ale nie zostało w nim 

już nic, co mógłby wykorzystać. Był wyczerpany. 

Padł na posłanie. 

Potwór na przemian przeklinał swoje niepowodzenie i piał z zachwytu nad swoim sukcesem. 

Ukradł dziesięć razy więcej mocy, niż Ethrian dostarczyłby mu dobrowolnie. 

 

Chłopiec spał. Czas płynął. Kobieta przyszła do niego w snach, znowu nakłaniając go, by ich 

wybawił. Zignorował ją i pielęgnował swoją nienawiść. 

Zniszczy  wyspę  na  wschodzie.  Ogniem  i mieczem  spustoszy  Imperium  Grozy.  Jego  armie 

będą się karmić poległymi wrogami i będą coraz tłustsze. Staną się niezwyciężone. Poprowadzi 

je przez świat do swojej byłej ojczyzny i pomści ojca... 

To nie są moje myśli, powiedział sobie. Coś kształtuje moje sny. 

To  coś  opuściło  go.  Sny  znowu  stały  się  jego  własnością.  Jego  dziwni  towarzysze 

najwyraźniej byli zajęci gdzieś indziej. 

Początkowo  zachwycili  się  swoją  nową  siłą.  Jednak  z czasem  ich  zachwyt  zmienił  się 

w konsternację, która mogła przerodzić się w strach. 

– Wybawicielu! Obudź się! 

background image

Jakaś ręka mocno potrząsnęła go za ramię. Zignorował to. Trwał w swoim półśnie i wyszedł 

poza siebie, badając otoczenie. 

Sadzawka  znowu  się  powiększyła.  Teraz  woda  się  z niej  wylewała.  Wilgoć  płynęła  na 

pustynię, gdzie szybko znikała. Rośliny i zwierzęta tłoczyły się przy krótkim strumieniu, tworząc 

gęstą, intensywną plamę życia, które rozpoczęło kontratak wymierzony przeciwko pustkowiu. 

To była sprawka Sahmanan. Ona pragnęła odrodzenia swojej ojczyzny. Jej pan chciał tylko 

zwiększyć zakres swojej władzy, znaleźć nowych wyznawców. 

Potrząsanie  stało  się  łagodniejsze.  Ethrian  spojrzał  na  swoje  ciało  leżące  między  łapami 

bestii. 

Urosło. Stawało się ciałem mężczyzny. Mężczyzny, który będzie wysoki, mocno zbudowany 

i śniady jak bracia jego matki. Twarz śpiącego przypominała oblicze wujka Valthera, tego, który 

ożenił  się  z shinsańską  czarodziejką.  Ethrian  i jego  matka  mieszkali  w domu  Valthera,  gdy 

porwali ich agenci lorda China. 

Przyglądał  się  kobiecie,  która  próbowała  go  obudzić.  Teraz  miała  ciało.  Wyglądała  na 

nastolatkę i miała obiecującą urodę. 

Tylko  oczy,  co  oczywiste,  zdradzały  jej  przeszłość,  jej  wiekowość.  Oczy  były  starsze 

i bardziej martwe niż pustynia. 

Ethrian pozwolił się przebudzić. 

– Wybawicielu! Musisz nas wyzwolić, bo inaczej jesteśmy skazani na zagładę! 

Co tym razem wymyślili? 

– Pokaż mi to. 

Kobieta próbowała zaciągnąć go za sadzawkę. 

– Dałem ci moc. Sięgnij wstecz. Pokaż mi wszystko od początku. 

Wykręcała się. To wymagałoby pośrednictwa Wielkiego. A on był zajęty. 

– Więc niech przestanie być zajęty. Powiedz mu, żeby znalazł czas. – Jak mogłem postarzeć 

się we śnie? – zastanawiał się. 

Postarzał się, czerpiąc z umysłów, których nie uświadamiał sobie tak do końca. Nie był tym 

chłopcem,  który  przepłynął  cieśninę  i wędrował  plażami  Nawami.  Nie  był  już  młodzieńcem, 

który  poleciał,  by  być  świadkiem  śmierci  swego  ojca.  Stał  się  kimś  innym.  Kimś  bardziej 

pewnym  siebie  i bardziej  zdecydowanym  pozostać  sobą.  Jego  twarz  nabrała  wyrazu  arogancji. 

Teraz miał oczy jak wąż. 

– Proszę! – błagała kobieta. 

– Pokaż mi. Od początku. 

Dziki  wrzask  rozległ  się  w jego  umyśle,  gdy  kamienna  bestia  odpowiedziała.  Rzucała  na 

niego obrazy jak deszcz włóczni. 

Nadchodzili. Shinsan był na pustyni. Kamienna bestia ożywiła garstkę swoich oczekujących 

background image

ż

ołnierzy. Byli tam teraz, wycinając w pień oddziały zwiadowcze Shinsanu. 

Ethrian  przyjrzał  się  temu,  każdej  chwili,  i zastanawiał  się,  czy  cokolwiek  mogłoby 

powstrzymać  Imperium  Grozy.  Co  je  tak  napędzało?  Czy  czuło  się  zmuszone  zdobywać  nawet 

pozbawione życia krainy? 

Nie dostarczał już więcej mocy. Bestia próbowała wpędzić go w panikę. 

Jej żołnierze starli na proch pół tuzina patroli. Zwiadowcy przestali przybywać. 

– Wybaw nas! – błagała kobieta, jej łagodne oczy były pełne łez. – Przyjdą znowu i zniszczą 

nas. 

– Możliwe. Taka ich natura. Kto jest tu panem? 

– Wielki. 

–  A zatem  ode  mnie  nie  otrzymacie  żadnej  pomocy.  Nie  będę  przed  nim  klękał.  –  Ethrian 

odwrócił się, zrzucił ubranie i wszedł w chłód sadzawki. Ryby ocierały się o jego nogi. Ptactwo 

wodne  przeganiało  swoje  młode  w trzciny.  Sahmanan  szła  za  nim  brzegiem  sadzawki,  błagając 

zza ściany roślinności. 

–  Zrobiłaś  z tego  dzieło  sztuki  –  powiedział  jej.  –  Dlaczego  na  tym  nie  poprzestaniesz? 

Patrole wroga zniknęły. 

Czy  oni  zrezygnują?  Oczywiście,  że  nie.  Shinsan  nie  akceptował  porażek.  Jego  żołnierze 

spróbują innego podejścia. Zaangażują większe siły. 

Co oni by zrobili, gdyby go złapali? 

Na usta powoli wypełzł mu uśmiech. Shinsan mógłby umożliwić pokonanie kamiennej bestii. 

Ethrian  mógłby  odegrać  rolę  skrzywdzonego  więźnia  witającego  ochoczo  wyzwolicieli.  Skąd 

mieliby  wiedzieć,  kim  jest...?  Jeśli  im  nie  pomoże,  tervola  zlikwidują  tego  pośledniego  bożka, 

zanim dostrzegą zwykłego chłopca. 

Tak czy owak, żył w podarowanym czasie. Mógł zaryzykować, mając niewiele do stracenia. 

Bestia albo zaakceptuje jego żądania, albo przepadnie. 

Być  może  pojęła,  w jakim  kierunku  biegną  jego  myśli.  Warknęła.  Groziła  mu.  Błagała  go. 

Ignorował ją, powiedział tylko: 

–  Gdy  będziesz  gotowa  uznać  się  za  mojego  niewolnika.  Piekielny  śmiech  przetoczył  się 

przez pustynię. Najwspanialszy żart w całym życiu bożka. 

Pytanie, powiedział Ethrian do siebie, jak zmusić boga, żeby dotrzymał słowa, gdy już pod 

przymusem je da? 

Wyszedł z sadzawki i wrócił na miejsce, gdzie wypoczywał. Pustynne powietrze szybko  go 

wysuszyło. 

– Sahmanan, chodź tutaj. Siadaj. Opowiedz mi o sobie. 

Zaczęła mówić, rzucając trwożliwe spojrzenia w górę. 

–  Nie.  Opowiedz  mi  o dziecku.  O małej  dziewczynce,  która  dorasta,  by  stać  się  kapłanką. 

background image

O jej  matce  i ojcu,  o siostrach  i braciach.  Opowiedz  mi,  jakie  lubiła  zabawy  i jakie  piosenki 

ś

piewali jej przyjaciele podczas zabaw. 

Czarna, złowieszcza dezaprobata spłynęła z góry. Bestia wiedziała, jakie ziarno sieje Ethrian. 

– Opowiedz mi o swoim życiu. Ja opowiem ci o swoim. 

– Po co? 

– Ponieważ wszyscy, zanim staliśmy się tym, kim się staliśmy, byliśmy dziećmi. W dziecku 

jest zrozumienie. 

– Skąd taki pomysł? 

–  Od  wroga.  Lorda  China,  tervola.  Człowieka  o czarnym  sercu,  ale  błyskotliwym  umyśle. 

Jednym z mistrzów nauczycieli mojego dziadka. 

– Dziadka? 

– Varthlokkura. Nazywali go Niszczycielem Imperium. Najbardziej przerażający czarodziej, 

jaki kiedykolwiek stąpał po tej ziemi. 

– Nie znam tego imienia – wydawała się zaskoczona. 

–  Jest  jednym  z największych  starych  nikczemników  na  świecie.  Zobaczyłabyś  go,  gdybyś 

tam,  na  zachodzie,  poczekała  jeszcze  chwilę.  Pokazał  się,  gdy  ty  przechodziłaś  przez  ścianę.  – 

Ethrian  roześmiał  się  z łagodną  złośliwością.  –  Mógł  cię  zobaczyć.  Jestem  pewny,  że  mnie 

widział. 

Oczy jej się rozszerzyły. Posłała spojrzenie w górę, zmartwiona. 

Kamienna bestia zignorowała ją. Była zbyt zajęta patrolami. 

Ethrian  rozmawiał  z Sahmanan  tygodniami,  szukając  przebłysków  człowieczeństwa.  Ono 

w niej  było.  Wiedział  o tym  z absolutną  pewnością.  Właśnie  ono  skłaniało  ją  do  „marnowania” 

sił na swoje hobby przywracania do życia. 

Odniósł  kilka  sukcesów.  Jej  człowieczeństwo  było  ukryte  głęboko,  jak  złoże  diamentów. 

Przykrywało  je  wiele  warstw.  Potulna,  niewinna,  naiwna  istota  o pustych  oczach.  Starsza  od 

samej kamiennej bestii, która stworzyła dla siebie serce ze stali. Kapłanka... 

Ethrian powrócił do normalnego cyklu snu i czuwania, śpiąc w czasie dnia. 

Pewnego popołudnia przebudził się nagle. Instynkt kazał mu zerwać się na nogi. Przerażenie 

przeniknęło  aż  do  najgłębszych  pokładów  jego  jaźni.  Kamienna  bestia  cisnęła  potężny  grom 

mocy. Fala pozostawiła za sobą wyblakłą, głodną próżnię. Ethrian chodził w jedną stronę, potem 

w drugą, poruszając się bezcelowo, starając się pozbierać myśli. 

– Wrócili – jęknęła Sahmanan. – Zabiją nas! 

Wyczuł strach kamiennej bestii. Walczyła, przegrała i z rozpaczy rzuciła wszystko w jednym 

wielkim uderzeniu czarnego młota. Jeśli to uderzenie nie sięgnie celu, Nawami przepadła. 

Ethrian popędził po łapie bestii. Wspiął się na jej grzbiet. Sahmanan za nim. U podstawy szyi 

stwora wysapała: 

background image

– Padnij! Chybiła! 

Ethrian  rzucił  się  na  skruszały  kamień.  Coś  torturowało  powietrze.  Słyszał  dźwięk 

przypominający  skwierczenie  bekonu,  tyle  że  tysiąckroć  głośniejszy.  Pałeczka  tytana  wybijała 

jeden  potężny  rytm.  Ethrian  ostrożnie  wychylił  głowę.  Zobaczył  chmurę  opalizującego  kurzu, 

wznoszącą się na setki jardów, a potem osiadającą na ziemi. Tysiąc diabolicznych twarzy łypało 

oczami, śmiało się, zanikało, w miarę jak nietypowy dla tej pory roku wiatr rozwiewał kurz. 

Kamienna  bestia  zawyła.  Sahmanan  błagała  o pomoc.  Ethrian  nie  zwracał  na  nich  uwagi. 

Wdrapał  się  na  czubek  głowy  potwora  i usiadł  po  turecku,  zwrócony  twarzą  ku  zachodowi. 

Pozwolił swojemu jestestwu zrzucić wszelkie więzy i udać się ku szarym górom. 

Zatrzymał  się,  gdy  wyśledził  coś  na  szczycie  długiej,  piaszczystej  wydmy  zwróconej  ku 

kamiennej  bestii.  Jeszcze  jedna  postać  dołączyła,  potem  następna.  Ich  kształty  zdawały  się 

zmieniać. 

Ethrian  podpłynął  bliżej.  To  nie  upał  sprawiał,  że  zarysy  były  rozmyte.  Urzędowe  okrycia 

postaci marszczyły się na wietrze. Było ich teraz sześć. Nie – siedem. Ten pośrodku był niższy 

i grubszy.  Nosili  groteskowe  maski.  Wysadzane  szlachetnymi  kamieniami  oczy  błyszczały 

w pustynnym słońcu. 

Tervola, pomyślał. Przestali się bawić. Przyszli zobaczyć to na własne oczy. 

Ż

ołnierze  Imperium  Grozy  dołączyli  do  swoich  kapitanów.  Tuzin.  Dwa  tuziny.  Setka. 

Patrzyli na kamienną bestię. 

Niski  przemówił.  Uczynił  nieznaczny  gest,  po  czym  zszedł  po  tylnym  zboczu  wydmy. 

Pozostali rozsiedli się, jakby przygotowując się na długie oczekiwanie. 

Ethrian popędził ku swemu ciału. 

background image

Rok 1016 OUI  

Pustynia 

 

Shih-ka’i wspiął się na szczyt szarej wydmy. Bolały go nogi. Był zlany potem. Pod polowym 

mundurem czuł wilgotną skórę. Był zmęczony i kończyła mu się cierpliwość. Co ja tutaj robię? – 

zastanawiał się. Moje miejsce jest w czwartym legionie szkoleniowym. 

Zatrzymał się. Podmuchy wiatru przynosiły ulgę, chociaż musiały przedzierać się przez jego 

mundur polowy. Zlustrował wzrokiem wieżę pyłu ciągle opadającą w oddali. Inny pył gromadził 

się, niesiony łagodnym wiatrem, koło jego butów. 

– Bardzo widowiskowe, lordzie. 

– Dziękuję, Pan ku. Pomyślałem, że to może dać do myślenia naszym przyjaciołom. – Utkwił 

wzrok w samotnej górze. Dołączyli do niego inni tervola. 

– Czy ja mam zwidy – zapytał – czy też jest tam jakieś stworzenie wykute w kamieniu? 

– Tak mi się wydaje, lordzie – powiedział tervola o imieniu Meng Chiao. – Wygląda na stare. 

–  Być  może.  Ale  jest  żywe.  To  źródło  naszych  kłopotów.  Ustawcie  portal  za  wydmą. 

Wracam do fortecy. Zaraz będę z powrotem. 

– Jak sobie życzysz, lordzie. 

Shih-ka’i, ślizgając się i potykając, zszedł po zachodnim zboczu wydmy i zaczął z mozołem 

iść ku najbliższemu czynnemu portalowi. 

– Jestem już na to za stary – utyskiwał. 

– Panie? 

– Mówię do siebie, Pan ku. Nie zwracaj na mnie uwagi. 

Zastanawiał się, dlaczego był potrzebny tu, na froncie. Nie był oficerem z pola walki. Nigdy 

nie służył w legionie bojowym. Zatrzymał się. 

– Pan ku, nie ma żadnej potrzeby, żebyś nie odstępował mnie na krok. Ja wracam. Dlaczego 

nie zaczekasz tutaj? 

– Jeżeli taki wydasz rozkaz, lordzie. W przeciwnym razie nie czułbym się w porządku. 

– Dobrze. Jeżeli nie przeszkadza ci wysiłek i słońce. – Oddanie tego człowieka dawało Shih-

ka’emu  trochę  miłego  poczucia  wartości.  Tervola,  który  wzbudza  ciepłe  uczucia  w swoich 

ludziach, jest rzadkością. 

– Nie przeszkadza mi, lordzie. 

Shih-ka’i  przeniósł  się  do  kwatery  głównej  legionu  siedemnastego.  Czyżby  stał  się  zbytnio 

uzależniony  od  tego  rodzaju  czarów?  Miały  swoje  wady  i nie  ośmieliłby  się  o nich  zapomnieć, 

patrząc  z szerszej  perspektywy.  Jego  towarzysze  doświadczyli  ich  na  własnej  skórze  podczas 

ostatniej  wojny.  Duża  siła  nie  może  opierać  się  wyłącznie  na  portalach.  Były  zbyt  powolne. 

background image

Miały zbyt małą przepustowość. Czas ich funkcjonowania był ograniczony. Jedynie kilka mogło 

działać  na  małym  obszarze.  Większa  ich  liczba  zaczynała  zakłócać  się  nawzajem.  Mimo  to 

stanowiły  najlepsze  wsparcie  dla  małych  operacji  taktycznych.  Do  przemieszczenia 

i zaopatrywania  legionów  nadal  jednak  najlepiej  nadawały  się  stare  skórzane  kamasze  i koła 

wozów. 

Z  portalami  wiązały  się  też  pewne  niebezpieczeństwa.  Czasami  ludzie  znikali.  Zbyt  często 

zdarzało się to w czasie wojen na zachodzie. Czarodziej Varthlokkur nauczył się majstrować przy 

strumieniu teleportacyjnym. 

Shih-ka’i wzdrygnął się. 

Spokojnie, powiedział sobie. To tylko znużenie sprawia, że puszczają mi nerwy. 

Nerwy  to  nie  był  jego  główny  problem.  Obawiał  się  tego  kamiennego  stwora.  Ostrożność 

była wskazana. Stanowił on niewiadomą. 

Tasi-feng przywitał go. 

– Co się tam dzieje, lordzie? 

–  Znaleźliśmy  ośrodek  wrogiej  mocy.  Ogromna  rzeźba  zwierzęcia.  Wygląda,  jakby  została 

wyrzeźbiony  w górze.  Wysłałem  Hsu  Shena,  żeby  się  temu  bliżej  przyjrzał.  Czy  balisty  są 

gotowe? 

–  Czekają,  lordzie.  Osobiście  dokonałem  ich  przeglądu.  Kandydaci  wykonali  dobrą  robotę. 

Każde  drzewce  zostało  odpowiednio  umieszczone  i ustawione.  Potrzebny  jest  tylko  ktoś  do 

naprowadzania. 

– Ja to zrobię. Ile mamy drzewc? 

– Mieliśmy w sumie dwanaście, lordzie. Sześć w łożyskach, sześć w pogotowiu. 

– Powinno wystarczyć. Zanim skończymy, ten przeklęty stwór będzie wyglądał jakby opadły 

go ćmy. 

Bateria balist czekała na polu na zewnątrz fortecy. Na pierwszy rzut oka machiny wyglądały 

jak  zwykłe  urządzenia  oblężnicze.  Ramy,  łożyska  i wykorbienia  były  wykonane  według 

typowego wzoru imperialnego. Wyspecjalizowanymi elementami były łuki i cięciwy. Te zostały 

przygotowane  w taumaturgicznym  arsenale  ukrytym  głęboko  w centrum  Shinsanu.  Nawet  lord 

Ssu-ma nie wiedział, gdzie on się znajduje. 

Drzewce  także  wyszły  z tego  arsenału.  Wykonano  je  z bardzo  ciemnego,  twardego 

i ciężkiego  materiału.  Były  inkrustowane  maswerkiem  ze  srebra,  złota  i matowego,  szarawego 

metalu.  Głowice  zrobiono  z kryształu  w kształcie  grotu  włóczni.  Jaśniały  straszliwym 

wewnętrznym ogniem. 

Shih-ka’i wskazał jedną kciukiem i powiedział: 

– Zawsze się zastanawiałem, ile taka kosztuje? 

– Małą fortunę – wyraził przypuszczenie Tasi-feng. 

background image

– To na pewno. Uruchom jedną. I ustaw mi tu portal, żebym mógł szybko się przenosić tam 

i z powrotem. 

–  Zadbałem  o portal  już  wcześniej,  lordzie.  Jest  tam.  Pomyślałem,  że  będziesz  chciał 

naprowadzać je osobiście. 

Na  twarzy  Shih-ka’iego  pojawił  się  grymas  niezadowolenia.  Lord  Lunyu  był  okropnie 

sprawny. Albo on sam był zbyt przewidywalny. 

– Pierwsze trzy w odstępach dwuminutowych. Jeśli będę chciał więcej, wrócę. – Zlustrował 

obsady.  Sami  kandydaci.  Zwykłym  żołnierzom  nie  wolno  było  obsługiwać  specjalistycznego 

sprzętu. W rękach nieprzygotowanych ludzi stawał się niebezpieczny. 

– Hej, wy. Proszę bardzo, strzelamy. 

Ś

mignęła cięciwa balisty. Rozległ się potężny trzask. Drzewce mknęło w powietrzu, drzazga 

ż

ywego  srebra  pożerająca  przestrzeń.  Nie  leciało  zwyczajnym,  wyznaczonym  przez  grawitację 

łukiem. Ciągle się wznosiło, aż w końcu zdawało się niknąć w słońcu. 

–  Odstępy  dwuminutowe  –  przypomniał  Shih-ka’i.  Wszedł  do  gotowego  portalu.  Pan  ku 

podążył za nim, gdy tylko portal to umożliwił. 

Minutę  później  Shih-ka’i  wdrapywał  się  na  szczyt  piaszczystej  wydmy  na  odległej  pustyni. 

Patrzył na zachód, czekając, aż srebrzysta iskra pojawi się nad górami. 

– Hsu Shen natknął się już na coś? – zapytał. 

– Nie, lordzie. Jest w połowie drogi. 

–  Zasygnalizuj  mu,  żeby  zajął  pozycję,  którą  będziemy  mogli  widzieć,  i czekał.  Nie  chcę, 

ż

eby znalazł się zbyt blisko celu. Ach, oto i drzewce. 

Zacisnął  powieki,  sięgnął  wyćwiczonymi  zmysłami  tervola  i dotknął  mknącego  drzewca. 

Inną  częścią  swego  umysłu  zlokalizował  kamiennego  stwora.  Wyrył  w umyśle  linię  od  pocisku 

do celu. 

– Schodzi w dół, ludzie. Osłonić oczy. 

Drzewce  pomknęło  ku  ziemi.  Zderzenie!  W punkcie  zderzenia  zaroiło  się  od  kul  światła, 

które przypominały sto błyskających świateł wybuchających szybko po sobie. 

Shih-ka’i otworzył oczy. 

– Niech to cholera! – wymamrotał. Dwieście jardów od celu. 

Rycząca,  unosząca  się  gorąca  fala  uderzeniowa  wysysała  piasek  setki  stóp  wokół  punktu 

zderzenia.  Sadzawka  o średnicy  pięćdziesięciu  stóp  bulgotała  i występowała  z brzegów  jak 

nadmiernie podgrzana woda. 

– Ogrzejcie sobie przy tym ręce – powiedział Shih-ka’i. Ale opuściła go pewność siebie. 

Spudłował. To nie mógł być przypadek. Znowu zwrócił się w kierunku zachodnim, czekając 

na kolejny błysk srebra. 

Tym razem bardziej się skupił. Utrzymywał kontrolę aż do chwili zderzenia. Wyczuł wolę, 

background image

która przeciwstawiała się jego woli. 

Otworzył oczy. 

– Znowu pudło! – Ale tym razem pierwsza fala  stopionej ziemi opryskała bok kamiennego 

stwora. Niemal trafił w cel. 

– Więcej mocy w zderzeniu? – zapytał pozostałych tervola. 

Jeden z najstarszych, wygnany przez lorda Kuo, odparł: 

–  Nie,  lordzie.  Zasięg  i zderzenie  są  doskonałe.  Chodzi  o naprowadzanie.  Coś  w nim 

przeszkadza. 

– A więc nie wydawało mi się. 

– Nie, lordzie. Proponuję, abyśmy wspólnie naprowadzili następne drzewce. 

–  Oczywiście  –  powiedział  Shih-ka’i.  –  Chcę  zobaczyć,  co  się  stanie,  gdy  trafimy  prosto 

w cel. 

– Nadlatuje, lordzie. 

Shih-ka’i  szukał  drzewca  i wyczuł  je.  Narysował  linię  celowniczą.  Jego  towarzysze 

przyłączyli się. Zrobili z linii tubę, z której pocisk nie mógł uciec. 

Pocisk  pomknął  w dół.  Wola,  która  próbowała  odchylić  tor  jego  lotu,  przegrała.  Uderzył. 

Shih-ka’i otworzył oczy. 

Z tylnej części kamiennego stwora trysnęły strumienie stopionej skały. 

– Trafiony! – zapiał z zachwytu. – Trafiony! Teraz poczekamy. 

Nie czekali długo. 

– Czy coś stoi na jego głowie? – zapytał Shih-ka’i. Zmrużył oczy, nie był pewny. Nie miał 

już takiego wzroku jak kiedyś. 

– Wygląda to na dwie postaci, lordzie. 

– Dziwne. Czy widzisz, co one robią? 

– Nie, panie. 

Potężny,  wściekły  ryk  targnął  pustynią.  Wypełnił  wszechświat,  aż  zadzwoniły  zęby  Shih-

ka’iego. Piaskowe diabły pędziły po pustkowiu, miotając się w panice. Shih-ka’i wyobraził sobie, 

ż

e jest to ucieczka przestraszonych duchów. Uśmiechnął się do swoich wyobrażeń. 

– Przygotujcie się do obrony – rozkazał. 

Coś się zmieniło. Odnosiło się jakieś inne wrażenie. Jeden z tervola powiedział: 

– Coś się dzieje między przednimi łapami stwora, lordzie. 

Shih-ka’i znowu przymknął oczy. 

–  Każ  Hsu  Shenowi  natychmiast  się  wycofać!  –  warknął.  Pustynię  zalewali  żołnierze! 

Znikąd. Jazda. Piechota. Batalion za batalionem... 

– Panowie, utworzyć front. Meng Chiao, przygotuj portale do awaryjnej ewakuacji. Panowie, 

wracam do warowni. Poczynię tam przygotowania i zaraz wracam. 

background image

Zszedł po tylnym zboczu wydmy, potykając się i ślizgając w pośpiechu. Pan ku był o krok za 

nim.  Dowódca  miał  nadzieję,  że  pozostali  nie  będą  uważali,  że  ucieka.  Mogliby  utracić  ducha 

bojowego. 

Jeżeli  system  wojskowy  Shinsanu  miał  jakąś  wadę,  to  było  nią  to,  że  tervola  nie  spełniali 

wysokich wymagań, które ustanowili dla swoich ludzi. Sami niekiedy ulegali emocjom na polu 

bitwy. 

Tasi-feng był zaskoczony, gdy zobaczył, że Shih-ka’i wraca tak szybko. 

– Lordzie Ssu-ma. Czy coś poszło źle? 

–  Nie  tutaj.  Być  może  tam  podjąłem  złą  decyzję.  Obudziliśmy  coś  bardzo  starego  i bardzo 

paskudnego.  Zostało  dziewięć  drzewc?  Pierwsze  sześć  w odstępach  trzydziestosekundowych. 

Ustawić portale, żeby grupa czołowa mogła się szybko ewakuować, jeśli okaże się to konieczne. 

Poinformuj wszystkich dowódców legionów, że siedemnasty prowadzi działania wojenne. Mają 

być gotowi do wymarszu w każdej chwili. Skontaktuj się z Armią Północną. Powiedz im, że być 

może skorzystam z mojego prawa do domagania się posiłków. 

– Lordzie, stawiamy zbyt wiele portali na zbyt małym obszarze. 

–  Zdaję  sobie  sprawę  z ryzyka,  lordzie  Lun-yu.  Jestem  również  pewny,  że  chwyciliśmy 

potwora  za  ogon.  Może  nie  zechcieć  nas  wypuścić.  –  Shih-ka’i  zwrócił  się  do  kandydatów 

obsługujących katapulty. – Odstępy trzydziestosekundowe. Wypuścić pierwsze drzewce. 

Popatrzył jak pierwsza srebrna iskierka zamigotała i pomknęła na wschód, po czym przeszedł 

przez portal. 

Podczas jego nieobecności sytuacja uległa pogorszeniu. Kamiennego stwora otaczało mrowie 

wojowników. Rzeka żołnierzy toczyła się ku wydmie. Ludzie Hsu Shena wzbijali chmury pyłu, 

starając się dołączyć do swoich towarzyszy. 

W powietrzu nad samotną górą coś się roiło, zbijając się w koszmarne chmury. 

– Co to jest? – zapytał Shih-ka’i. 

–  Smoki  z jeźdźcami,  lordzie  Ssu-ma.  Małe  smoki,  być  może  ze  specjalnej  hodowli.  Z tej 

odległości  nie  można  mieć  pewności,  ale  wydaje  się,  że  jeźdźcy  nie  są  ludźmi.  Ouyan  usiłuje 

przyjrzeć się im lepiej, ale coś wprowadza zakłócenia. 

Shih-ka’i podszedł do tervola, który siedział po turecku nad szeroką srebrną misą osadzoną 

głęboko  w piasku.  Mężczyzna  cały  czas  monotonnie  śpiewał  te  same  zaklęcia.  W wodzie 

znajdującej się w misie tworzyły się niewyraźne obrazy. Nagle coś je zakłóciło i rozmyły się. 

– Zbliża się drzewce – powiedział Pan ku. 

Shih-ka’i  odwrócił  się,  pochwycił  je,  narysował  linię  łączącą  je  z szeregami  armii 

zalewającymi  Hsu  Shena.  Uderzył  perfekcyjnie.  Wyparowały  całe  plutony.  Kompanie  zostały 

zdziesiątkowane strumieniami stopionego kamienia. 

– Drzewce, lordzie. 

background image

Shih-ka’i cisnął to i następne w gwałtownie rosnącą hordę wokół kamiennego stwora. Pośród 

czerni pojawiły się ogromne, parujące dziury. 

Znowu dał się słyszeć wstrząsający pustynią ryk. 

– Myślę, że ktoś tu się wściekł, lordzie – powiedział Pan ku. 

Shih-ka’i spojrzał na swojego ordynansa. Pan ku nawet nie mrugnął. 

– Tak, też odnoszę takie wrażenie. 

– Jeźdźcy na smokach, lordzie. Chmary mknęły w kierunku wydmy. 

– Przygotować się! – rozkazał Shih-ka’i. – Mogą być niebezpieczne. 

– Drzewce, lordzie. 

Shih-ka’i  narysował  linię  między  drzewcem  i jeźdźcem  pojawiającym  się  i znikającym 

w środku chmary. Gdy błysk zniknął, ujrzał spadających w płomieniach kilka obiektów. Dwa się 

podzieliły, gdy jeźdźcy zeskoczyli ze swoich wierzchowców. 

Nadlecieli pozostali. Byli zbyt ruchliwi, żeby dokładnie ich policzyć, ale Shih-ka’i uznał, że 

musi ich być co najmniej pięćdziesięciu. Kolejni gromadzili się nad kamiennym stworem. 

Naprowadził na cel kolejne drzewce. Było bardziej skuteczne. Co najmniej sześciu jeźdźców 

poszło w dół. Następne drzewce usunęło kolejnych czterech. 

Ich  lawirowanie  i manewrowanie  ustało.  Odrywali  się  dwójkami  i trójkami  i mknęli  ku 

wydmie. 

– Zaklęcie maskujące! – krzyknął Shih-ka’i! – Zaklęcie dyslokacji wizualnej. 

Czerń  opadła  na  wydmę.  Wydawało  się,  że  nikt  nie  jest  tam,  gdzie  znajdował  się  chwilę 

wcześniej. Pierwsi jeźdźcy przemknęli tak nisko, że na trasie ich przelotu unosił się pył. Jeźdźcy 

uderzyli włóczniami światła. 

– Straty? – zażądał raportu Shih-ka’i. 

– Żadnych, lordzie. 

– Jeśli ktoś zostanie ranny, natychmiast wyślijcie go przez portal. Nie zostawimy tu nikogo, 

kogo  mogliby  użyć  przeciwko  nam.  To  samo  zrobić  ze  wszystkimi  ich  ludźmi,  których 

schwytamy.  Wysłać  ich  Przez  portal.  Czy  ktoś  ma  dostęp  do  powietrznego  demona?  Meng 

Chiao? Na co czekasz? Sprowadź go tutaj. 

Pioruny  mocy  biły  w wydmę.  Tervola  większość  z nich  odchylali.  Odpowiadali  wszelkimi 

mocami magicznymi, jakie były w ich posiadaniu. Kilka nie dawało żadnego rezultatu. 

– Hsu Shenowi się nie uda, lordzie. 

Shih-ka’i też to wiedział. Już zastanawiał się nad tym problemem. Miał  w warowni jeszcze 

trzy drzewce. Chciał je wykorzystać przeciwko kamiennemu stworowi. Czy powinien poświęcić 

Hsu Shena? Nie. 

– Pan ku. Chodź ze mną. Zaraz będę z powrotem, panowie. 

Nie  wrócił  tak  szybko,  jak  planował.  Zatrzymał  się,  żeby  rzucić  okiem  na  wielką  mapę 

background image

i zostawić Tasi-fengowi nowe rozkazy. 

–  Przestaliśmy  tam  panować  nad  sytuacją  –  powiedział.  –  Oni  mają  zbyt  dużo,  a my  zbyt 

mało. Będziemy ich powstrzymywać tak długo, jak się da. Patrz – wskazał pozycję na mapie. – 

Najbardziej prawdopodobne miejsce, w którym będą  chcieli przedrzeć się na zachód. Rzuć tam 

teraz brygadę. Marsz bez zbędnego  ekwipunku.  Panuje tam morderczy upał. Będziemy  używać 

portali tak często jak to możliwe. 

– Lordzie, nie mamy ich wystarczająco dużo. 

–  Zabierzcie  je  pozostałym  patrolom.  Każcie  im  maszerować  do  tej  przełęczy  i zacząć  się 

okopywać.  Rozkaz  dla  wszystkich  legionów.  Natychmiast  rozpocząć  marsz  tutaj.  Rozpocząć 

wzmacnianie  gotowymi  już  jednostkami.  Podejmować  wszelkie  działania,  które  uważacie  za 

konieczne. Gdy tylko obsadzisz to miejsce ludźmi, wyślij następną brygadę. Muszę wracać. Hsu 

Shen ma kłopoty. Te trzy ostatnie drzewce w odstępach jednominutowych. 

– Według rozkazu, lordzie. 

Shih-ka’i pobiegł truchtem do portalu teleportacyjnego. 

– Pan ku – sapnął – mam wrażenie, że nie jestem już młody. 

– Jeśli pozwolisz mi na śmiałość, panie – dlaczego sam nie zostaniesz w kwaterze głównej, 

a biegania nie zostawisz swoim oficerom? 

–  Masz  absolutną  rację.  Sam  nie  wiem  dlaczego.  Po  prostu  chcę  być  na  polu  walki.  Może 

dlatego, że nigdy tam nie byłem. 

Przeszli przez portal i wspięli się na wydmę. 

Hsu Shen był w poważnych tarapatach. Był już blisko swoich, ale jeźdźcy właśnie mieli go 

otoczyć  i odciąć.  Shih-ka’i  sprawdził  niebo.  Jeźdźcy  na  smokach  byli  zajęci  skomplikowanymi 

akrobacjami, usiłując pokonać demona Meng Chiao. Demon zrobił swoje. Liczba wrogów uległa 

zmniejszeniu. 

– Oni są bardzo niezdarnie kontrolowani, lordzie – zauważył pan demona. 

– Czy są tacy jak ludzie, których spotkaliśmy w górach? 

– Martwi? Tak, lordzie. Chociaż jeźdźcy nie są ludźmi. Zdobyliśmy jednego i posłaliśmy do 

badania. 

– Dobrze. Straty? 

– Jak dotąd tylko dwóch ludzi, lordzie. 

– Doskonale. 

– Drzewce, lordzie – powiedział Pan ku. 

–  Dziękuję.  –  Shih-ka’i  jeszcze  raz  rzucił  okiem  na  położenie  Hsu  Shena.  Będzie  musiał 

poświęcić  co  najmniej  jedno  drzewce  na  uratowanie  wysuniętego  oddziału.  Pochwycił  broń, 

wyobraził sobie linię. Pocisk runął w dół. Zniszczył ścigających jeźdźców. 

– Rozpocznij ewakuację żołnierzy – wydał rozkaz Shih-ka’i. – Nie mamy wiele czasu. 

background image

– Być może za mało, żeby wydostać stąd nas wszystkich, lordzie. 

Shih-ka’i szacował liczebność nadciągającej hordy. 

– Zajmiemy pozycje wokół portalu. Najpierw wyślij przez niego ludzi. 

Meng Chiao zadrżał. 

– Według rozkazu. 

– Drzewce, lordzie. 

–  Dziękuję,  Pan  ku.  –  Shih-ka’i  w dalszym  ciągu  prowadził  rozpoznanie  wroga.  Hsu  Shen 

przez chwilę był bezpieczny. Czy powinien skierować broń w tłum otaczający tego kamiennego 

stwora? Te dwie postaci na czubku jego głowy... 

Wycelował, łącząc drzewce z kamienną głową. Linia natychmiast się wykrzywiła. 

– Potrzebna mi pomoc, panowie. Celujemy w głowę tego posągu. 

Powoli, bardzo powoli koniec linii zbliżał się do głowy wielkiej bestii... 

Drzewce  przyleciało  za  szybko.  Shih-ka’i  nie  zdołał  skierować  go  tam,  gdzie  chciał. 

Uderzyło  w bark  bestii.  Odpadły  tony  stopionego  kamienia,  obsypując  chmary  żołnierzy 

znajdujących się niżej. 

–  Myślę,  że  dokonałeś  w ten  sposób  większych  zniszczeń,  niż  gdybyś  trafił  w sam  cel  – 

zauważył Meng Chiao. – Spójrz na to żniwo. 

Shih-ka’i  nie  odpowiedział.  Obserwował  dwie  drobne  kropki  zsuwające  się  z grzbietu 

potwora. Za późno, żeby je teraz dostać. 

–  Meng  Chiao,  przekaż  wiadomość.  Po  zrzuceniu  następnego  drzewca,  każdy,  kto  może, 

powinien przywołać demona i posłać go do walki. 

–  To,  co  kontroluje  wrogie  oddziały,  jest  potwornie  wściekłe,  lordzie  –  zauważył  Meng 

Chiao. – Wcale dobrze się nie spisuje. Przywodzi mi na myśl rozkapryszone dziecko niszczące 

swoje zabawki. 

– Hmm. Wkurzajcie je dalej. 

– Drzewce, lordzie. 

–  Widzę.  –  Shih-ka’i  zerknął  na  Hsu  Shena.  Udałoby  mu  się  przy  mniej  spektakularnej 

pomocy. – Pomóżcie mi, panowie. Mam zamiar uderzyć nim prosto w pysk kamiennego stwora. 

Wyobraził sobie twardy, żelazny łuk. Jego towarzysze połączyli się z jego wolą. Tym razem 

napotkali słabszy opór. Umysł wroga był rozproszony gniewem. 

Chwilę  później  uderzyło  ostatnie  drzewce,  a pustynia  raz  jeszcze  rozbrzmiała  wściekłym 

rykiem. 

– Tym razem trafiliśmy w nerw – zauważył Pan ku. 

–  Na  to  wygląda.  Rzućcie  demony  w powietrze,  panowie.  Centurion!  Czy  nie  możecie 

szybciej przerzucać ludzi przez portal? 

– Nie, lordzie. 

background image

– W porządku. Nie zwalniać tempa. – Shih-ka’i odwrócił się, żeby zobaczyć, jak Hsu Shen 

pokonuje ostatnie sto jardów. 

Ludzie  Hsu  Shena  biegli  lekko  i szybko,  w porządnym  szyku,  jak  przystało  na  żołnierzy 

Shinsanu. Nie rzucali przerażonych spojrzeń za siebie. Jedyny ekwipunek, jaki porzucili, to ten, 

który kazał im zostawić dowódca. Zachowali tarcze i broń. 

– Odważni ludzie – zauważył Shih-ka’i. Meng Chiao odparł: 

– To jest siedemnasty, lordzie. To był legion lorda Wu. Shih-ka’i uśmiechnął się pod maską. 

– Rozumiem. – Ten człowiek powiedział to tak, jakby słowa te mówiły wszystko, co trzeba, 

na temat tego legionu. 

Lord Wu był w swoim czasie jednym z wielkich tervola, ale należał do tych nieszczęśników, 

których skusiła polityka. 

Zginął  w tajemniczych  okolicznościach  w Lioantungu,  gdy  miasto  to  było  bazą  Armii 

Wschodniej. 

Pojawił  się  demon.  Wył  groteskowo.  Miał  czternaście  stóp  wysokości  i sześć  rąk. 

Podskakiwał,  klnąc  w żywy  kamień  człowieka,  który  go  wezwał.  Po  otrzymaniu  rozkazów 

obrócił się, oszacował siłę wroga i zmienił postać. 

Shih-ka’i  przyglądał  się,  jak  przeobraził  się  w olbrzymiego  miedzianego  nosorożca 

i popędził w stronę wroga. Westchnął z dezaprobatą. 

– Ktoś nie traktuje tego poważnie. 

Błyszczący nosorożec przetoczył się koło Hsu Shena. Ryknął z całych sił i przypuścił szarżę 

na najbliższych jeźdźców. Zataczał z łoskotem kręgi, szaleńczo rozdzielając razy na lewo i prawo 

rogami. Już samą swoją masą przytłaczał przeciwników. 

– Śmieszna rzecz cechująca się jednak pewną skutecznością – przyznał niechętnie Shih-ka’i. 

Nie sądził, by demon o takim temperamencie pasował do godności tervola. 

Demon  jeszcze  raz  zmienił  kształt  –  stał  się  ośmiornicą.  Sześć  macek  uzbroił  mieczami 

zdobytymi na swoich ofiarach. 

Na tle słońca pojawił się jeździec na smoku. Przeszył demona włócznią-piorunem. Temu się 

to nie spodobało. Zaskomlał jak raniony szczeniak i stopniowo gasł. 

Kolejnych  dwanaście  potworów  z Tamtej  Strony  włączyło  się  do  walki.  Na  krótko 

powstrzymali jeźdźców. Hsu Shen i jego ludzie, ciężko dysząc wspięli się na wydmę. 

– Centurionie, puść tych ludzi jako pierwszych. Są wykończeni. 

– Tak jest, lordzie. 

Shih-ka’i ocenił postępy ewakuacji. Przebiegała za wolno. O wiele za wolno. 

Jeźdźcy parli naprzód pomimo ciężkich strat. Otoczyli wydmę Shih-ka’iego, a potem czekali 

w świadczącej o respekcie odległości. Lord Ssu-ma roześmiał się. 

–  Macie  nas,  co?  Nie  mamy  szansy  uciec,  hę? Wystarczy  ściągnąć  piechotę  i wyrżnąć  nas, 

background image

co? – Skierował swoich tervola, by skupili się na najbliższych żołnierzach wrogiej piechoty. 

Patrzył  na  kamiennego  stwora.  Czy  był  głupi?  Jeśli  będzie  dalej  tak  postępował,  cała  jego 

armia zostanie zniszczona, zanim wyrwie się z tej pustyni. Niewielu poległych nadawało się do 

ponownego ożywienia. 

Shih-ka’i był z tego zadowolony. 

Był tego tak pewny, jak żyje, że pan zmarłych zamierzał zająć cały świat. A gdy jego armie 

już wyrwą się z tego pustkowia, zaczną rosnąć. To wyjaśniało, dlaczego ten stwór teraz trwonił 

ludzi. Przewidywał, że nie będzie miał żadnych trudności z uzupełnieniem ich stanu. 

Piechota wroga przybyła w takiej liczbie, że demony, ciągle atakowane z góry, zostały wręcz 

oblepione piechurami. 

Shih-ka’i rzucił okiem na portal. Ewakuacja przebiegała sprawnie. Co dziesięć sekund jeden 

człowiek.  Sześciu  na  minutę.  Co  dziesięć  minut  sześćdziesięciu.  Trzy  czwarte  sił  już  nie  było. 

Pozostali zajęli pozycje wokół portalu. Manewr ten już sam w sobie był sukcesem taktycznym. 

Potrzebuję  łutu  szczęścia,  pomyślał.  Oby  portale  działały  jeszcze  przez  kilka  minut.  Niech 

ten kamienny stwór oddaje się tej swojej głupiej rozrzutności. 

Przygnębiał  go  fakt,  że  jego  mała  wyprawa  zwiadowcza  stała  się  odwrotem  w okrążeniu 

przez  wroga,  co  groziło  uwikłaniem  całej  Armii  Wschodniej  w nieoczekiwaną  wojnę.  Wielką 

wojnę.  W krytycznym  momencie  historii  Shinsanu.  Przypuszczał,  że  po  pustyni  było 

rozrzuconych  pięćdziesiąt  tysięcy  żołnierzy  wroga.  Wydawało  się,  że  teraz  przestali  wychodzić 

z miejsca, w którym się ukrywali. 

Wyświadczyli  mu  tę  przysługę  –  wroga  piechota  zapewniła  mu  łut  szczęścia.  Piechurzy 

poszli  za  przykładem  swojej  kawalerii.  Postanowili  przed  przypuszczeniem  ataku  otoczyć 

wydmę.  Shih-ka’i  wszedł  do  portalu  tuż  przed  rozpoczęciem  przez  nich  szturmu.  Za  nim 

znajdował  się  tylko  jeden  człowiek  –  jego  wierny  Pan  ku.  Wrogowie  przetrząsnęli  wydmy 

i znaleźli wielkie nic. Tervola zamknęli za sobą portale. 

 

–  Na  co  oni  czekają,  lordzie?  –  zapytał  Tasi-feng.  Minęły  cztery  dni.  Nieprzyjaciel  nie 

posunął się na zachód. Raporty zwiadowcze kreśliły obraz chaosu na niesłychaną skalę. 

– Nie wiem. Może ich przestraszyliśmy. Może wcale nie przyjdą. 

– Tak uważasz, lordzie? 

–  Raczej  nie.  Ale  można  sobie  pomarzyć,  to  nie  boli,  jeśli  nie  bierze  się  wyobrażeń  za 

rzeczywistość.  W każdym  razie  nie  bądźmy  niewdzięczni  za  podarowany  czas.  –  Shih-ka’i  nie 

spodziewał  się,  że  będzie  miał  czas  na  przeniesienie  ludzi  w góry  i okopanie  się.  On  nie  dałby 

przeciwnikowi takiej przewagi. 

Otrzymał to, czego potrzebował, a nawet więcej. Dwie brygady bojowe siedemnastego zajęły 

pozycje i czekały. Pozostałe oddziały Armii Wschodniej gromadziły się w warowni. Jeżeli dadzą 

background image

nam  jeszcze  tydzień,  pomyślał,  to  portale  przeniosą  dość  ludzi  i sprzętu  taumaturgicznego,  aby 

zniszczyć trzykroć więcej tych zombi, których widziałem w pobliżu samotnej góry. 

Pozbawił  armię  niemal  wszystkich  tervola.  Oddziały  nadciągały  lądem  pod  dowództwem 

swoich  podoficerów,  a część  jednostek  przenoszono  portalami,  gdy  pojawiała  się  taka 

sposobność.  Tervola  i wyposażenie  ściągał  też  z Armii  Północnej,  maksymalnie  wykorzystując 

upoważnienie  lorda  Kuo.  Ignorował  łatwą  do  przewidzenia  wściekłość  dowódcy  Armii 

Północnej. 

Ta ostatnia także była w marszu, ale nie było żadnego sposobu, żeby mogła przemieścić tu 

oddziały. Shih-ka’i skierował swoje trzy legiony, by zajęły pozycje obronne wzdłuż zachodniego 

brzegu Tusghusu, szerokiej rzeki położonej mniej więcej w połowie drogi między dawną kwaterą 

główną siedemnastego w Lioantungu a warownią na skraju pustyni. 

Strumienie  teleportacyjne  na  obszarach  Armii  Wschodniej  pracowały  na  najwyższych 

obrotach. Zbyt wiele mil dzieliło warownię i nawet najbliższe z głównych sił legionistów. 

– Hsu Shen! – zawołał Shih-ka’i. – Raport ewakuacyjny. 

Tervola podbiegł pospiesznie. Od swego ocalenia stał się dość służalczy. 

–  W końcu  doczekaliśmy  się  jakiejś  współpracy,  lordzie  Ssu-ma.  Bardziej  przekonują  ich 

nasze działania niż słowa. – Mówił o miejscowych plemionach. Shih-ka’i kazał ich ewakuować 

poza  trzecią  linię  obronną,  za  Tusghus.  Nie  otrzymał  bowiem  innych  rozkazów.  Chciał  zmusić 

wroga  do  zapłacenia  za  każdą  milę  zdobytego  terenu  i uniemożliwić  mu  jakąkolwiek  szansę 

wzmocnienia się ciałami tubylców. 

Jego  dowódcy  legionów  byli  przekonani,  że  przesadza.  Argumentował,  że  tylko  jego 

skłonność do przesady uratowała ich poprzednio na pustyni. 

–  Lordzie  Chang,  znalazłeś  lorda  Kuo?  –  Shih-ka’i  pilnie  chciał  naradzić  się  ze  swoim 

przełożonym. Brał pod uwagę zwrócenie się z prośbą o odkomenderowanie dodatkowych tervola 

na wypadek, gdyby warownia została utracona. 

Prywatnie nawet Pan ku złajał go za przewidywanie takich skrajnych sytuacji. 

Chang  Sheng  dowodził  dwudziestym  trzecim  legionem  stacjonującym  bezpośrednio  na 

południe  od  siedemnastego.  Był  jeszcze  jednym  z dziesiątek  tervola  wygnanych  do  Armii 

Wschodniej.  Przed  tą  degradacją  zajmował  fotel  w Radzie  Tervola.  Nienawidził  lorda  Kuo, 

nienawidził  swego  upadku  i nienawidził  służby  pod  synem  świniopasa.  Nie  był  więc 

szczęśliwym człowiekiem. 

Przede  wszystkim  był  jednak  żołnierzem  Imperium  Grozy.  Jego  armia  uczestniczyła 

w działaniach wojennych. 

– Nie, lordzie. Zniknął na dobre. Nie ma po nim śladu. Mam wrażenie, że nie chce, żeby go 

znaleźć. 

– Zostawmy to. Prześpij się. – Chang Sheng szukał lorda Kuo od ponad trzydziestu godzin. – 

background image

Będzie wiedział, że za nim gonimy. Będzie miał powód, by nie dawać znaku życia. Traktuję to 

jako milczącą zgodę na moją prośbę o pozwolenie na działanie stosowne do naszej sytuacji. 

– Lordzie, powiedziałbym, że napięcie w Matayandze lada chwila doprowadzi do wybuchu. 

– Prawdopodobnie tak. Tym gorzej. 

Meng Chiao wszedł energicznie. Miał być w górach. Zasalutował lordowi Lun-yu. 

– Wróg posuwa się do przodu, lordzie. 

– Będę tam za kilka minut. Jaka siła? 

– Powyżej trzydziestu tysięcy. Sama piechota. 

Tasi-feng  spojrzał  na  lorda  Ssu-mę.  Shih-ka’i  nie  odezwał  się  ani  słowem.  Zlecił  operację 

w górach Tasi-fengowi i siedemnastemu. Na swoje barki wziął poważniejsze zadanie kierowania 

poczynaniami  armii.  Nie  mógł  ganiać  i sprawdzać  gotowości  każdej  centurii.  Skinął  Tasi-

fengowi. Lord Lun-yu zapytał: 

–  Czy  ludzie  mają  jasność  co  do  zasad?  Rannych  teleportować  natychmiast.  Poległych 

przeciwników  przenosić,  jeśli  portale  mają  wolne  moce.  W przeciwnym  razie  poćwiartować. 

Mamy dziesięć do piętnastu minut, aby unieszkodliwić ciało, zanim minie szok i będą mogły być 

ponownie ożywione. 

– Zapoznano ich z nimi, lordzie. 

–  Dobrze.  Przypomnij  im,  żeby  nie  odwracali  się  tyłem  do  wrogów,  którzy  leżą  na  ziemi. 

Mogą znowu stanąć na nogach. 

Shih-ka’i uśmiechnął się pod maską. Nie był jedyną kwoką. 

– Według rozkazu, lordzie. – Meng Chao odmeldował się. 

– Czy możemy się spodziewać twojej wizyty, lordzie? – Tasi-feng zapytał Shih-ka’iego. 

– Może później. Tylko na chwilę, żeby zorientować się w ich sile i taktyce. Będę zbyt zajęty 

tutaj, żeby za bardzo się wtrącać. 

Tasi-feng skłonił się nieznacznie. 

– Będzie lepiej, jeśli sprawdzę sygnalizację z bateriami, zanim odejdę. 

–  Jeśli  możesz,  to  ostrożnie  z drzewcami.  –  Shih-ka’i  zdołał  zebrać  tylko  czterdzieści 

dziewięć.  Tasi-feng  wyjaśnił,  że  większość  arsenału  taumaturgicznego  przeniesiono  do  Armii 

Południowej. 

– Taki mam zamiar, lordzie. 

– I uważaj na jeźdźców na smokach. Powietrze to nasza słaba strona. 

–  Tak  jest,  lordzie.  –  Tasi-feng  skłonił  się  lekko i odszedł,  nie  pozwalając  Shih-ka’iemu  na 

dalsze pouczenia. 

Jestem podenerwowany jak stara służąca, pomyślał Shih-ka’i. Spokojnie, Ssu-ma. To dobrzy 

ludzie. Mają za sobą tysiąclecia doświadczenia bojowego. Ich żołnierze są najlepsi. Jeżeli oni nie 

zdołają powstrzymać tej armii trupów, to znaczy, że nie można jej powstrzymać. 

background image

Dlaczego tak strasznie się denerwował? 

Z powodu tych jeźdźców na smokach? Sekcje nie powiedziały nic dobrego. Mieli dziewięć 

stóp wzrostu. Byli niezwykle silni. Częściowo odporni na atak z wykorzystaniem Mocy. Według 

wszelkiego  prawdopodobieństwa  za  życia  byli  inteligentni,  szybcy  i nieśli  śmierć  oraz  sami 

posługiwali  się  Mocą.  Zapytanie  skierowane  do  bibliotek  Shinsanu  nie  przyniosło  żadnych 

informacji  na  temat  istnienia  takich  istot  w czasach,  które  obejmują  wiarygodne  zapiski 

historyczne. 

Shih-ka’i nie zdołał dowiedzieć się, jaka była przyczyna powstania pustyni ani kto zbudował 

obrócone  w ruinę  miasta  w lasach  położonych  naprzeciwko  niej.  Najstarsze  legendy  i podania 

nadmieniają  tylko  coś  o wielkim  kamiennym  bogu  wschodu,  o strażniku  zwróconym  twarzą  ku 

bezmiernemu morzu. Ostrożne rekonesanse potwierdziły, że kontynent kończył się niedaleko na 

wschód od samotnej góry. Dalej nie było nic poza wyspą i oceanem. 

Opis  tej  wyspy  rozbudził  ciekawość  Shih-ka’iego.  W raportach  Ko  Fenga  o spisku  Pracchii 

wspominano  o wyspie  na  wschodzie.  Znajdowały  się  na  niej  laboratoria  spiskowców  i kwatera 

główna  mózgu  całej  operacji.  Ta  wyspa  pasowała  do  opisu  Ko  Fenga.  Zastanawiał  się,  czy  te 

armie  ożywionych  trupów  były  kolejnym  etapem  rozgrywek  Pracchii...  Jak  to  możliwe?  Cała 

Najwyższa  Dziewiątka  z wyjątkiem  Ko  Fenga  poległa  w bitwie  pod  Palmisano  lub  wcześniej. 

Zarówno  zachód,  jak  i Shinsan  dołożyli  po  wojnie  wszelkich  starań,  aby  usunąć  stojące  niżej 

w hierarchii dziewiątki. 

Lord  Ssu-ma  pomyślał,  że  bardzo  chciałby  posłać  na  tę  wyspę  armię  i zobaczyć,  co  tam 

pozostało.  Spiskowcy  Pracchii  kontrolowali  pewne  interesujące  moce  magiczne.  Lord  Ko  nie 

zdołał  żadnej  ocalić.  Większość  pozostawała  pod  egidą  niejakiego  Magdena  Noratha,  renegata 

eskalońskiego, który dobrze strzegł swych tajemnic. 

Shih-ka’i  przeprowadził  szybką  inspekcję  warowni.  Przygotowania  przebiegały  zgodnie 

z planem, choć może zbyt wolno, żeby ukoić jego nerwy. Wziął głęboki oddech. 

– Pan ku, zobaczmy, co się dzieje w górach. 

background image

Rok 1016 OUI 

Spiski 

 

Mgła  miała  właśnie  udać  się  na  spoczynek,  gdy  podenerwowana  służąca  przekazała  jej 

wiadomość, że król chce ją widzieć. 

– Jest tutaj? – zapytała zdumiona. 

– Prosiliśmy, żeby poczekał w bibliotece, pani. – Ton kobiety zdradzał prośbę o zrozumienie. 

Monarsze nie można powiedzieć, żeby przyszedł o bardziej stosownej porze. Już samo to, że ot 

tak  po  prostu  zajrzał  z ulicy  było  wystarczająco  zaskakujące,  choć  ten  król  miał  wyjątkowo 

prostackie zwyczaje. 

– Czego chce? 

– Nie powiedział, pani. 

Mgle zrobiło się niedobrze. To jakaś śmierdząca sprawa. 

– Powiedz mu, że już schodzę. Dopilnuj, żeby napił się brandy. 

– Oczywiście, pani. Czy mam obudzić Martę? 

–  Sama  się  ubiorę.  –  Nie  spieszyła  się,  starała  się  opanować,  recytując  wersy  Rytuału 

Ż

ołnierza,  odprawianego  przez  wojowników  w jej  ojczyźnie.  Nie  opuściła  swego  alkierza, 

dopóki nie nabrała przekonania, że całkowicie nad sobą panuje. 

–  Ciężko  pracujesz  –  zauważyła,  wchodząc  do  biblioteki.  W jej  oku  pojawił  się  błysk 

rozdrażnienia. Ta troska nawet w jej uszach zabrzmiała fałszywie. 

Król  obrzucił  ją  szybkim,  obojętnym  spojrzeniem.  Jej  uroda  nie  robiła  na  nim  wrażenia. 

W jego  obecności  Mgła  zawsze  czuła  się  niedoskonała:  jakby  miała  na  czubku  nosa  wielki 

włochaty  pieprzyk  albo  siną  bliznę  biegnącą  przez  cały  policzek.  On  oraz  Michael  Trebilcock 

i Varthlokkur  byli  zupełnie  nieczuli  na  jej  starannie  wyrzeźbione  rysy  twarzy.  Wydawało  się 

dziwne i przerażające to, że otacza ją tak wielu  mężczyzn odpornych na jej wdzięki. Sprawiało 

to, że grunt, po którym  przyzwyczaiła się stąpać, stawał się grząski, a to powodowało, że czuła 

się niepewnie i wykazywała skłonność do tracenia głowy... 

– Byłem w swoim domu. Chciałem się z tobą zobaczyć. Pomyślałem, że  zaoszczędzę sobie 

powtórnej podróży i odwiedzę cię teraz. 

– Wyglądasz na wykończonego. 

– Miałem ciężki dzień. Wybacz moje maniery. Być może nie są takie, jak powinny być. 

Jej przygotowania były niewystarczające. Już teraz była coraz bardziej podenerwowana. 

–  O co  chodzi?  –  spytała  i natychmiast  ogarnęło  ją  przerażenie.  Nie  chciała  być  taka 

bezpośrednia. 

–  Powiedzmy,  że  ciekawi  mnie,  co  knujecie  z Aralem.  Cholera,  pomyślała.  Zdołała  ukryć 

background image

zaskoczenie. 

– Knujemy? Co masz na myśli? 

–  Powiedzmy,  że  dostrzegłem  elementy,  które  zdają  się  układać  w pewną  całość.  Zawsze 

staram  się  kierować  rozsądkiem.  Pomyślałem,  że  dam  ci  szansę  to  wyjaśnić,  zanim  mnie 

poniesie. 

–  Co  masz  na  myśli?  –  Mgła  znowu  poczuła  mdłości.  Nagle  zrozumiała,  dlaczego 

Varthlokkur  był  w mieście.  Jeśli  Bragi  stwierdził,  że  potrzebne  mu  jest  osłanianie  tyłów,  miał 

pewność... 

– Oto te elementy: jedna wygnana księżniczka Shinsanu, pozbawiona studzącego jej zapały 

wpływu  prawego  człowieka,  który  poległ  pod  Palmisano.  Jeden  młody  kupiec,  zamożny 

i wpływowy, być może zaślepiony. A z Armii Zachodniej lorda Hsunga tervola, którzy pozostają 

sekretnymi zwolennikami księżniczki na wygnaniu. 

Mgła  wstrzymała  oddech.  Skąd  on  mógł  się  o tym  dowiedzieć?  Ten  przeklęty  Trebilcock! 

Naprawdę miał kogoś w kwaterze głównej lorda Hsunga. Miała jednak nadzieję, że w tej kwestii 

się myliła. 

– Interesujące, że elementy te połączyły się właśnie wtedy, gdy moi szpiedzy donoszą mi, że 

Shinsan stoi w obliczu poważnego kryzysu na granicy matayangariskiej. 

Bogowie! Czy on wie wszystko? Czy Trebilcock ma agenta u niej w domu? 

– Bardzo korzystny zbieg okoliczności – kontynuował król. – Gdybyś była na moim miejscu, 

czy to wszystko nie skłoniłoby cię do zastanowienia? 

Mówił  dziwnie  oficjalnie.  Jak  urzędnik  miejski,  pomyślała.  W jego  głosie  słychać  było 

napięcie. Błądził wzrokiem nerwowo, ale była zbyt rozproszona, by uchwycić i wykorzystać jego 

zakłopotanie.  Zamyśliła  się  głęboko,  starając  się  sformułować  odpowiedź,  która  nie  narazi  jej 

planów. W końcu powiedziała: 

–  Masz  rację.  Skontaktowali  się  ze  mną  ludzie  z Shinsanu.  Z frakcji  tradycjonalistycznej, 

sprzeciwiającej  się  zamiłowaniu  lorda  Kuo  do  zmian  i zaniepokojonej  coraz  większą 

niestabilnością  imperium.  Jestem  ostatnim  żyjącym  potomkiem  założyciela,  Tuana  Hua.  Moja 

osobowość ukształtowała się w czasach Podwójnego Księstwa Książąt Taumaturgów. Myślą, że 

mogę  przywrócić  dawną  stabilność  i wartości,  jeśli  da  mi  się  szansę.  Do  tej  pory  były  to  tylko 

słowa. Nie sądzę, żeby coś z tego wyszło. 

– Dlaczego nie? 

–  Kontaktowano  się  ze  mną  wcześniej.  Te  grupy  nigdy  nie  mają  dość  siły  czy  wpływów. 

A tak  naprawdę,  wbrew  temu,  co  mówią,  chcą  figurantki.  Prawowitego  pretendenta,  który 

weźmie  na  siebie  ich  grzechy  po  dojściu  do  władzy.  W rzeczywistości  chcą  kozła  ofiarnego.  – 

Czy on jej słuchał? Czy przyjął to wyjaśnienie? Jego twarz pozostawała niewzruszona jak twarz 

pokerzysty. 

background image

– A ty nie zgodzisz się na to? 

– Nie. Na tyle mnie znasz. 

Król przytknął palce do ust. Przez chwilę można było odnieść wrażenie, że się modli. 

– A gdzie tu miejsce dla Arala? 

–  Jest  kupcem.  Klimat  dla  handlu  poprawiłby  się,  gdyby  Shinsanem  rządził  przyjaciel 

Kavelinu.  Stara  się  zorganizować  wsparcie  finansowe  dla  przewrotu.  Nie  miałam  serca 

rozwiewać jego nadziei. 

Król  przyglądał  się  grzbietom  książek.  Miała  nadzieję,  że  zabrzmiała  przekonująco. 

Niezliczoną  liczbę  razy  przepowiadała  sobie  tę  rozmowę,  wiedząc,  że  jest  nieunikniona,  ale 

doszło  do  niej  wcześniej,  niż  się  spodziewała.  Wszystkie  jej  plany  wzięły  w łeb.  Nie  potrafiła 

przypomnieć  sobie  przygotowanych  odpowiedzi.  Mogła  jedynie  powiedzieć  większą  część 

prawdy i żywić nadzieję, że to wystarczy. 

Król odetchnął głęboko i postanowił nie mówić tego, co przyszło mu do głowy. Była pewna, 

ż

e miał zamiar poruszyć temat poselstwa swego sekretarza do lorda Hsunga. Gdyby okazało się 

takim sukcesem, na jaki się zanosiło, pozbawiłoby ją to wszelkiej nadziei na pozyskanie poparcia 

społeczności kupieckiej Kavelinu. Jedynym wyjściem byłoby sabotowanie działań Prataxisa. Do 

tego jeszcze się nie posunęła. A teraz wiedziała już, że się na to nie odważy. Z pewnością Bragi 

dostrzegł taką możliwość. Gdyby teraz coś się stało, to ona zostałaby obarczona winą. 

Bawił się w swoją starą, bardzo starą grę, polegającą na tym, by dać złoczyńcy tyle liny, ile 

ten potrzebuje. 

– Brzmi to logicznie – powiedział w końcu. – Kavelin na tym skorzysta. Zakładając, że da się 

przezwyciężyć historyczny bezwład Shinsanu. W przeciwnym razie, jaka to, do cholery, różnica, 

kto jest tam u władzy? 

Co?  Nie  zamierzał  zrobić  piekielnej  awantury?  Zamierzał  zgodzić  się  z nią?  Pomimo 

Prataxisa?  Pozwoliła  mu  siedzieć  dłuższą  chwilę  w milczeniu,  starając  się  odzyskać  panowanie 

nad sobą. Wydawało się, że nie zauważył jej zmieszania. 

– Co mówisz? – zapytała. 

– Że nie będę sprzeciwiał się temu planowi. Ale nie jestem zachwycony, że wplątujesz w to 

moich ludzi, nie uzgodniwszy tego wcześniej ze  mną. Poza tym teraz ty również jesteś jednym 

z moich ludzi. Jesteś kasztelanką Maisaku. Mojej pierwszej linii obrony przed Shinsanem. Mamy 

tutaj to, co Darel nazwałby konfliktem interesów. Nie chciałbym być zmuszony do zamartwiania 

się moim panowaniem nad przełęczą Savernake. 

Serce biło jej mocno. Jak to możliwe, że wiedział aż tyle? 

Czy  wiedział?  Czy  strzelał  na  oślep?  Czy  dawał  jej  dłuższą  linę,  wykorzystując  swoją 

powszechnie znaną obsesję na punkcie zagrożenia ze wschodu? 

– Rozumiem. Chcesz gwarancji. Co masz na myśli? 

background image

Król uśmiechnął się nieznacznie. 

Popełniła błąd taktyczny. Tym razem zastawił sieci. I złapał ją. Cholera! Dlaczego musi być 

tak przebiegły? 

–  Nie  teraz.  Nie  tutaj  –  powiedział.  –  Obydwoje  potrzebujemy  czasu,  żeby  to  przemyśleć. 

A ja będę chciał mieć świadków. Varthlokkur i Niezrodzony powinni wystarczyć. 

Udała rozbawienie. 

– Nikomu nie ufamy, co? 

–  Nie  teraz.  Już  nie.  Dlaczego  miałbym  ufać  komukolwiek?  Twój  plan  jest  tylko  jednym 

z moich  problemów.  Mam  zamiar  stąpać  lekko  i ostrożnie,  dopóki  to  wszystko  nie  znajdzie  się 

pod kontrolą. 

Roześmiała się szczerze. Zaczęła wracać jej pewność siebie. Uśmiechnęła się. 

– Powinieneś urodzić się jako człowiek wschodu. Byłbyś wspaniałym tervola – powiedziała. 

– Być może. Moja matka była czarodziejką. 

Słyszała o tym wcześniej, oczywiście, niemniej była jednak zaskoczona. Czy o to chodziło? 

Czy  przeprowadzał  jakieś  małe  magiczne  rozpoznanie?  Przy  pomocy  Varthlokkura,  który 

wskazuje mu kierunek? Chciała o coś zapytać, ale przerwała jej służąca, która powiedziała: 

–  Pani,  przyszedł  jakiś  pan,  który  szuka  Jego  Wysokości.  Mgła  spojrzała  na  Bragiego. 

Wzruszył ramionami. 

– Wpuść go – powiedziała. Adiutant króla wpadł jak burza. 

– Najjaśniejszy Panie, wszędzie cię szukam. Jesteś potrzebny w pałacu. – Miał ponurą minę. 

– O co chodzi, Dahl? 

–  Sytuacja  wyjątkowa,  Najjaśniejszy  Panie.  Proszę.  –  Młody  oficer  rzucił  Mgle  spojrzenie 

tak melodramatyczne, że miała ochotę się roześmiać. 

– Porozmawiamy później – zwrócił się do niej król. Jego spojrzenie mówiło jej tyle samo co 

cała ta rozmowa. 

Przez jakiś czas będzie musiała postępować bardzo ostrożnie. Sprawy wkroczyły w fazę zbyt 

delikatną, żeby podejmować ryzyko. Oczywiście wszystko to wyłącznie z jej winy. Stała się zbyt 

niecierpliwa,  zaczęła  wybiegać  zbyt  daleko  w przyszłość,  żeby  móc  poświęcić  należytą  uwagę 

drobiazgom, które pojawiają się tu i teraz. 

– Zbytnia pewność siebie, oby to się już więcej nie powtórzyło – mruknęła. 

 

Pora  była  późna.  Król  i Varthlokkur  siedzieli  na  stopniach  ciemnego  i opustoszałego 

dziedzińca.  Mężczyźni  nie  byli  całkowicie  rozbudzeni  ani  czujni.  Wyszli  rzekomo  po  to,  żeby 

obejrzeć widowiskowy deszcz meteorów. 

– O, tam leci wielka sztuka – powiedział czarodziej. – W dół, za murami. 

– Kiedyś widziałem takiego, który rozpadł się na jakieś dwadzieścia kawałków. To było coś. 

background image

O, następny. – Po kilku chwilach król powiedział: – Widziałem się z Mgłą. Stanowczo za bardzo 

kluczyła. Co jeszcze bardziej zwiększyło moje podejrzenia. 

– No i? 

–  No  i bierze  udział  w jakimś  spisku,  w wyniku  którego  ma  wrócić  na  tron  Shinsanu.  Jest 

wplątana w to o wiele bardziej, niż przyznaje. 

– I? 

– Cholera, nie masz nic do powiedzenia? 

– Co chcesz usłyszeć? 

– Daj mi jakąś wskazówkę? Czy się mylę? Czy ona naprawdę jest w coś zamieszana? 

–  Do  diabła,  znasz  odpowiedź.  Po  co  pytać?  Oczywiście,  że  jest.  Gdy  raz  zasiądzie  się  na 

tronie,  nie  oddaje  się  go  bez  walki.  Weź  pod  uwagę  jej  punkt  widzenia.  Odkąd  zginął  Valther, 

niewiele  ją  tu  trzyma.  Dzieci,  to  oczywiste,  ale  ona  nie  należy  do  kobiet,  które  najwyżej  cenią 

macierzyństwo. Kiedyś w Shinsanie była naprawdę kimś. Teraz chce to odzyskać. 

– Mimo to jest narażona na niebezpieczeństwo. Z powodu dzieci. 

–  Przecież  wszyscy  jesteśmy.  –  Gorycz  ogarnęła  czarodzieja.  –  Są  zakładnikami  naszego 

losu. 

– Czy jest w stanie wrócić na scenę? 

– Nie wiem. Nie mam pojęcia, co się dzieje w polityce Shinsanu. I nie chcę wiedzieć. Chcę 

ich ignorować i chcę, żeby oni ignorowali mnie. 

– Ale nie będą. 

– Nie. Nie będą. Nie zawsze. 

Przez chwilę przyglądali się spadającym gwiazdom. Wtem Varthlokkur powiedział: 

– Wiesz, to nie ma znaczenia, czy ona wygra. Shinsan to Shinsan. 

– Myślisz, że ona nie wprowadzi żadnych zmian? 

– Nawet gdyby chciała, nie będzie mogła. Nie pozwolą jej. Ty, ja i Kavelin zwróciliśmy ich 

szczególną uwagę. Któregoś dnia pojawią się tu znowu. 

– Popatrz na tego! Przez chwilę wyglądał jak kometa. 

– Yhm. – Zamyślony czarodziej mówił dalej. – Zajmie im to trochę czasu. Mają za sobą kilka 

kiepskich  lat  i czekają  ich  kłopoty  z Matayangą.  Nie  opanowali  całkowicie  terytoriów,  które 

zajęli podczas wojny. Teraz miotają się jak jednonoga dziwka w dniu zawinięcia floty do portu. 

Bragi  zachichotał  i spojrzał  na  czarodzieja  spod  oka.  To  nie  był  typowy  dla  Varthlokkura 

sposób wyrażania się. 

–  Jeżeli  dadzą  mi  dziesięć  lat,  a nawet  choćby  rok,  będę  wdzięczny.  Przyjmę  go  i będę 

szczęśliwy, nie sądzę bowiem, żebyśmy byli w stanie jeszcze raz zmusić ich do odwrotu. Wydaje 

mi się, że gdyby rządziła tam Mgła, mogłoby to nieco opóźnić dzień ataku i osłabić cios, gdy już 

spadnie. 

background image

– Twój wybór. Nie zapominaj tylko o O Shingu. 

–  O O Shingu?  –  Był  to  książę,  który  obalił  Mgłę  i wypędził  ją  z imperium,  po  czym  sam 

został usunięty z tronu. 

– Nie chciał iść na zachód. Walczył z tym cały czas. I dlatego nie ma go już wśród nas. 

– Wiem. Ale ludzi, którzy odsunęli go od władzy, też już nie ma. O cholera! Widziałeś, jaki 

był  wielki?  W porządku.  Poszperam  tu  i ówdzie  przez  parę  dni  i pomyślę  o tym.  A potem 

zawołam  Gjerdruma,  ciebie  i paru  innych  i postanowimy,  czy  powinniśmy  jej  pomóc.  A jeśli 

uznamy, że tak, to zdecydujemy, jak widoczna powinna być nasza pomoc. 

–  Jak  już  powiedziałem,  to  twój  wybór,  ale  jeśli  to  zrobisz,  będziesz  żałował.  Masz  dość 

problemów  u siebie.  Problemów,  które  bardziej  zasługują  na  twoją  uwagę.  Bacz  też,  kogo 

zaliczasz  do  „my”.  Nie  mam  najmniejszego  zamiaru  znowu  wplątywać  się  w sprawy  Imperium 

Grozy. Chyba że to oni pierwsi zaczną mnie szukać. 

– Wybacz mi, że wyciągam pochopne wnioski. Myślałem, że dzięki temu mógłbyś nawiązać 

kontakty, które pozwoliłyby ci sprawdzić, jak wyglądają sprawy z Ethrianem. 

Czarodziej zesztywniał. Powoli odwrócił się do króla i popatrzył na niego. Po chwili skinął 

głową i powiedział: 

– Może i tak. 

 

W  bibliotece  Mgły  zebrało  się  trzech  mężczyzn.  Dwaj  pochylali  się  nad  jej  srebrną  misą 

wróżebną.  Nie  zawierała  zwykłej  wody.  Mgła  była  bogata.  Mogła  pozwolić  sobie  na  o wiele 

droższą i bardziej wiarygodną rtęć, tak pożądaną przez wszystkich wróżbitów. 

Aral Dantice kręcił się bez przerwy, podenerwowany jak chłopak, który za chwilę ma stracić 

cnotę.  Mgła  obserwowała  go  równie  uważnie  jak  swoją  misę.  Popełniła  błąd,  mówiąc  mu,  jak 

wielu  spraw  król  się  domyślał.  Trząsł  się  jak  Michael  Trebilcock.  Gdyby  coś  poszło  źle,  może 

pęknąć... Nie chciała o tym myśleć. Być może potrzebne będą nadzwyczajne środki. 

Kłęby dymu z fajki Chama Mundwillera zasnuły pokój. Trzeci mężczyzna zajmował krzesło 

pod  ścianą.  Miał  półprzymknięte  powieki.  Ani  jego  postawa,  ani  wyraz  twarzy  nie  zdradzały 

ż

adnych emocji. Był cierpliwy jak wąż. 

Miał  podobną  do  Mgły  karnację  i rysy  twarzy.  Ubrany  był  w stylu  zachodnim.  Wydawało 

się,  że  jest  mu  w tym  stroju  niewygodnie.  Chociaż  był  bardziej  śniady  od  Dantice’a  czy 

Mundwillera, jego twarz wyglądała blado. Był przyzwyczajony do noszenia maski. 

Mgła  wstrzymała  oddech,  po  czym  westchnęła  cicho.  Powieki  człowieka  ze  wschodu 

drgnęły. 

– Aral – powiedziała Mgła. – Podejdź tutaj. 

Dantice  zajrzał  do  misy  i popatrzył  na  cztery  malutkie  postacie  ludzkie  siedzące  wokół 

okrągłego stołu. Od dłuższego czasu ta czwórka się kłóciła, waliła pięściami w stół, podsuwając 

background image

sobie nawzajem jakieś dokumenty. Wydawało się, że nic się nie zmieniło. 

– O co chodzi? – zapytał. 

–  Wszystko  idzie  po  naszej  myśli.  –  Mgła  uśmiechnęła  się  do  siebie.  W jej  głosie  dał  się 

słyszeć wysoki, melodyjny ton ekscytacji. 

– Skąd możesz to wiedzieć, przecież nie słyszymy ani słowa z tego, co mówią? 

– Cicho. Siedź cicho i patrz. 

Obserwowali  kłócących  się  ludzi.  Nagle  Mgła  odskoczyła  od  stołu.  Krzyknęła  z radości 

i zarzuciła Dantice’owi ręce na szyję. 

–  To  wiadomość  oficjalna.  Król  przeforsował  swój  punkt  widzenia.  Nie  musimy  się  już 

ukrywać i przemykać. – Pocałowała go. 

Jego  męskość  zasalutowała  w odpowiedzi.  Mgła  cofnęła  się  o krok.  Z przechyloną  głową, 

niezdolna opanować krzywego uśmieszku, powiedziała: 

– To też byłoby miłe, Aral. 

Na twarz wystąpił mu rumieniec. Chciał coś powiedzieć, ale zająknął się. 

Mundwiller  wypuścił  błękitną  chmurę  dymu  i uśmiechnął  się  porozumiewawczo.  Aral 

zaczerwienił się jeszcze bardziej. 

Ocalił go trzeci mężczyzna. Wstał, spojrzał do misy. Jego twarz w dalszym ciągu wyglądała 

jak skuta arktycznym lodem. Skinął głową, wrócił na swoje krzesło. 

– To dobrze. 

Dantice zadrżał na dźwięk jego głosu. Mgła uśmiechała się, nieco rozbawiona. Lord Ch’ien 

Kao  E zawsze  tak  mówił.  Dawno  temu  zraniono  mu  gardło.  Zachował  jedynie  resztkę  głosu, 

suchą łuskę, która drażniła jak sól w otwartej ranie. 

– Co cię trapi, lordzie Ch’ien? – zapytała Mgła. 

Mężczyzna splótł szczupłe palce. 

–  To  posunięcie  sugeruje,  że  pogodzono  się  z tym,  co  nieuniknione.  Mówi,  że  twój  król 

ś

wietnie zdaje sobie sprawę z tego, co robimy, a nasze tajemnice nie są ani trochę tak bezpieczne, 

jak powinny być. – Spojrzenie jego obsydianowych oczu przesunęło się po wszystkich obecnych. 

Tracę kontrolę, pomyślała Mgła. Jeśli znowu jej nie przejmę, wkrótce będę w tej grze tylko 

widzem. 

– Po naszej stronie nie było żadnych przecieków – oświadczył Aral. Bez wahania wytrzymał 

wężowe  spojrzenie  lorda.  Onieśmielał  go  nie  Ch’ien  Kao  E jako  człowiek,  lecz  to,  co 

reprezentował.  Spotkał  tervola  w czasie  Wielkich  Wojen  Wschodnich.  Aral  Dantice,  syn 

dostawcy towarów dla karawan, ciągle był pośród żywych. 

– Jesteś pewny? 

–  Całkowicie.  Chwileczkę.  Faktycznie  przychodzi  mi  do  głowy  jedna  okrężna  droga,  na 

której  mogło  dojść  do  przecieku.  Przez  mojego  przyjaciela  Michaela  Trebilcocka.  Raczej 

background image

przypadkiem niż celowo. Mamy paru wspólnych kurierów. 

– Przemytników. 

Aral skłonił się lekko. 

–  Czasami  mówią  mi,  co  –  jak  im  się  wydaje  –  robi  Michael.  Sądzę,  że  jemu  mówią,  co  – 

w ich przekonaniu – ja zamierzam. Ostatnio napomykali, że być może zdobył agenta w kwaterze 

głównej lorda Hsunga. Wygląda na to, że rzeczywiście tak jest. Działania króla skłaniają mnie do 

myślenia, że ten agent może o nas wiedzieć. 

Niech cię diabli, Aral, pomyślała Mgła. Dlaczego musiałeś mu to powiedzieć? 

–  Rozumiem.  –  Kao  E zwrócił  się  w jej  kierunku.  Jego  gadzie  oczy  zwęziły  się.  – 

Księżniczko? 

– Domyślasz się, kto to mógłby być? 

– Tak mi się wydaje. 

– Czy słabe ogniwo ma jakieś znaczenie na tym etapie? 

– Trebilcock zdobył środki nacisku. Narzędziem tym może posłużyć się każda ręka. 

Skinęła głową. 

– Jak najbardziej. Porozmawiaj z nim. Dowiedz się, na czym ten środek nacisku polega i jaki 

jest zakres kompromisu. A potem dokonaj własnej oceny. 

– Jak sobie życzysz, księżniczko. 

Dantice zbladł. Rozglądał się po półkach z książkami, drżał. 

Cham  Mundwiller  ssał  swoją  fajkę  i nie  powiedział  nic.  Jego  twarz  pozostała  kamienną 

maską. 

Mgła  rzuciła  Aralowi  gniewne  spojrzenie  i próbowała  zmusić  go  do  myślenia.  To  nie  jest 

zabawa, Aral. Gramy o imperium. 

–  Gdzie  jest  ten  Trebilcock?  –  zapytał  Kao  E.  –  Jego  oświadczenie  mogłoby  znacznie 

rozjaśnić sytuację. 

– Nikt nie ma pojęcia – odparł Aral. – Zniknął jakiś czas temu. Pewnej nocy ktoś zaatakował 

generała Liakopulosa. Paskudnie go zranił. Następnego dnia po Michaelu nie było śladu. Nikt nie 

wie, czy te wydarzenia mają jakiś związek. 

To  było  tej  nocy,  której  król  złożył  mi  wizytę,  przypomniała  sobie  Mgła.  Tej  nocy,  której 

Haas wyciągnął go ode mnie, zachowując się, jakbym była osobą podejrzaną. 

– Szukałam go – powiedziała. – Wolę mieć go na oku. To niebezpieczny człowiek. Na razie 

jednak  ani  śladu.  –  Marszcząc  brwi,  spojrzała  na  Arala,  który  nie  potrafił  ukryć  niepokoju. 

Zastanawiała  się,  jak  udało  mu  się  osiągnąć  takie  sukcesy  zawodowe  przy  tak  małych 

zdolnościach spiskowania. 

Aral zapytał: 

– Myślisz, że nie żyje? Że coś odkrył i to go przerosło? Żaden z niego spiskowiec. Pozwolił, 

background image

ż

eby troska o przyjaciela całkowicie go rozproszyła. 

– Nie wiem. Lordzie Ch’ien, nie zajmuj się Trebilcockiem. Król i Varthlokkur za bardzo go 

lubią. 

Kao E wstał i skinął głową. 

–  Jak  sobie  życzysz.  No,  będę  wracał.  Mam  swoje  obowiązki.  I muszę  przekazać  wieści 

naszym przyjaciołom. 

– Oczywiście – powiedziała Mgła, skrywając zadowolenie, że wychodzi. 

Kao  E podszedł  ku  jednemu  z kątów  pokoju.  Zniknął,  gdy  miał  właśnie  uderzyć  w półki 

z książkami. Momentalnie rozjarzył się słup powietrza. 

– Co za paskudna postać – powiedział Aral. – Nie lubię go. 

–  Nie  zniechęcaj  się  do  niego  –  odparła  Mgła.  –  Trwa  przy  mnie  od  bardzo  dawna.  Jest 

jednym z nielicznych tervola, którym ufam. 

– Znasz swoich ziomków – powiedział Aral. I dodał: – To, kim jesteś dla niego ty, i to, kim 

dla  niego  jestem  ja,  to  niekoniecznie  to  samo.  Prawdopodobnie  uważa  mnie  za  przydatnego 

wytresowanego psa. 

Mgła odwróciła się szybko, mając nadzieję, że nie dostrzegł jej zaskoczenia. Właśnie tak lord 

Ch’ien postrzega współpracownika z zachodu. 

– Mistrzu Mundwillerze, odkąd tu przyszedłeś, nie odezwałeś się ani słowem. 

Mundwiller  zajrzał  do  srebrnej  misy.  Scena  nie  uległa  zmianie,  aktorzy  wielkości  myszy 

dyskutowali bezgłośnie. Odchrząknął głośno i uroczyście. 

– W takim razie pożegnam się. Nie jestem tu potrzebny. – W jego oczach pojawił się błysk. 

Aral chciał coś powiedzieć, ale się rozmyślił. Mgle także zabrakło słów. 

Mundwiller zatrzymał się przy drzwiach biblioteki. 

–  Na  odchodne  chciałbym  podać  wam  coś  pod  rozwagę.  Moi  przyjaciele  i ja  będziemy  się 

czuli lepiej, wiedząc, że działacie w porozumieniu z królem. 

– Co on chciał przez to powiedzieć? – zapytał Aral, gdy tylko zamknęły się drzwi. 

Mgła uśmiechnęła się. Przesunęła czubkiem języka po krawędzi swych doskonałych zębów. 

–  Nie  wiem.  Nie  jestem  pewna,  czy  mnie  to  obchodzi.  –  Ale,  oczywiście,  obchodziło  ją. 

Znowu  poczuła  mdłości.  Oczywiste,  że  Mundwiller  dał  się  wciągnąć  tylko  dlatego,  żeby  mógł 

informować króla o przebiegu jej spisku. Wzdrygnęła się i skupiła na Aralu. 

Mężczyzna zrobił krok do tyłu, po czym przeszedł za stół. Nagle na twarz wystąpił mu pot. 

Wyglądał jak ktoś uciekający przed swoim snem. Nie uciekł. 

Mgła uśmiechnęła się szelmowsko. Z tego snu nigdy się nie otrząśnie. Ani nie będzie chciał. 

Już ona o to zadba. 

 

Varthlokkur  podniósł  wzrok  na  króla  wchodzącego  do  małego  pokoju,  w którym  odbywali 

background image

swe najtajniejsze narady. Bragi zdawał się być zadowolony z siebie. Powiedział: 

– Mgła będzie tutaj za kilka minut. 

Przybyła dziesięć minut później, wprowadzona przez Dahla Haasa. Aral Dantice szedł za nią 

krok w krok jak wierny  psiak. Czarodziej obserwował ich spod przymkniętych powiek. Coś się 

zmieniło. Pojawiła się między nimi nowa nieśmiałość. Spojrzał na króla, który też zachowywał 

się  w taki  sposób.  I to  z powodu  cizi  na  tyle  młodej,  że  mogłaby  być  jego  córką.  Coś  tu  wisi 

w powietrzu, pomyślał. 

–  Siadajcie  –  zaproponował  król.  –  Do  rzeczy.  Cały  dzień  byłem  uwiązany  w zamku,  więc 

nie  mam  ochoty  na  kłótnie.  Podjęliśmy  decyzję.  Wiecie  już,  co  to  za  decyzja.  Teraz  musimy 

wprowadzić  ją  w życie,  Mgło.  Ale  najpierw  chcę  wiedzieć,  kim  był  ten  tervola  i co  robił 

w Kavelinie bez mojej zgody. 

Nawet  Varthlokkur  był  zaskoczony.  I trochę  zniesmaczony.  Na  początku  ten  młody 

mężczyzna zapowiadał się tak wspaniale. Teraz miał wszędzie szpiegów, jak najgorszy tyran. 

Tak  jak  on  był  zaskoczony,  tak  Dantice  wręcz  zszokowany.  Wydał  z siebie  jakiś  dźwięk, 

półbeknięcie,  półpiśnięcie.  Otworzył  szybko  oczy.  A Mgła  była  –  to  jeden  z nielicznych 

przypadków, jakie Varthlokkur pamiętał – całkowicie zaskoczona. 

To go rozbawiło. Fakt, że koleżankę po fachu przyparto do muru, sprawiał mu radość. 

–  Ja  też  mam  swoje  źródła  informacji  –  powiedział  król.  –  Tervola  jest  dla  mnie  ważny. 

Nazwij to gestem dobrej woli. 

Mgła  doszła  do  siebie.  Mówiła  szczerze  i –  jak  zauważył  Varthlokkur  –  powiedziała  kilka 

rzeczy, które zaskoczyły Dantice’a. 

Król  spojrzał  na  czarodzieja  z prośbą  o opinię.  Varthlokkur  nic  wyczuł  żadnego 

zdecydowanego fałszu. Skinął głową. Bragi powiedział: 

–  Wygląda  to  nieźle.  Zakładając,  że  Kuo  nie  pracuje  dla  kogoś  z drugiej  strony.  Jak  to 

wygląda czasowo? 

–  To  nadal  nie  jest  ustalone.  Wkroczymy,  gdy  lord  Ch’ien  uzna,  że  atak  na  Matayangę 

wszedł  w fazę  szczytową.  Zajmiemy  kluczowe  punkty  imperium.  Nie  musimy  zawracać  sobie 

głowy Armią Południową, póki będzie trwał atak na Matayangę. Dopiero wtedy zdejmiemy lorda 

Kuo. 

–  Słusznie.  Jeśli  ci  pozwoli.  A co  będzie,  jeśli  uda  mu  się  dzięki  negocjacjom  uniknąć 

problemów z Matayangą? Jeżeli nie zaatakuje? 

– Plan nie jest doskonały. Przegram. 

– Nie starałabyś się wymusić tej wojny? 

– Nie! Nie bardziej niż lord Kuo. Shinsan nie wytrzyma kolejnych działań wojennych. 

Król ponownie spojrzał na Varthlokkura. Czarodziej ponownie okazał, że jest przekonany, iż 

ona mówi prawdę. Król skinął głową. 

background image

– W porządku, Mgło. W czym mogę pomóc? 

– Właśnie to robisz. Dajesz nam bezpieczną bazę. Poza tym mógłbyś nam jeszcze pożyczyć 

parę oddziałów szturmowych już do samego ataku. 

Varthlokkur  przyglądał  się  badawczo  Dantice’owi  i na  podstawie  nieznacznych  tików 

domyślił się, jaki miał być jego udział w spisku – zanim postanowił włączyć się do niego król. 

Miał  zgromadzić  pieniądze  dla  najemników,  którzy  mieli  wykonać  zadanie  spoczywające  teraz 

na siłach królewskich. Chłopak jest głupcem, pomyślał czarodziej. Ale ta kobieta potrafi zrobić 

głupców z mężczyzn o wiele mądrzejszych. 

– Sir Gjerdrum, zbierz siły, których Mgła potrzebuje. I niech siedzą cicho – powiedział król. 

Varthlokkur  spojrzał  na  młodego  księcia.  Nieszczęsny  Gjerdrum.  Był  zdecydowanym 

przeciwnikiem  tego  przedsięwzięcia.  Żaden  z argumentów  króla  nie  zachwiał  w najmniejszym 

stopniu jego stanowiska. Mimo to brał w tym udział, ponieważ taka była wola króla. 

On  ma  prawdopodobnie  rację,  zadumał  się  Varthlokkur.  Gdy  zastanowić  się  nad  istotą  tej 

sprawy,  wszyscy  bierzemy  w tym  udział,  ponieważ  jest  to  łatwiejsze  niż  sprzeczanie  się. 

A istnieje spore prawdopodobieństwo, że Bragi jest skończonym głupcem. Nie potrafi oddzielić 

swoich osobistych uczuć od zagadnień politycznych. Jeżeli szybko się tego nie nauczy, Kavelin 

czekają ciężkie czasy. 

 

Nepanthe  miotała  się  po  swoich  apartamentach  jak  zwierzę  w klatce.  Dręczyła  ją  niejasna, 

nieprzezwyciężona pewność, że świat wokół niej zmienił się, że nagle stała się kimś obcym we 

własnych czasach. Nic nie wydawało się już rzeczywiste. 

Wiedziała dlaczego. Wszystkie te utracone ostoje, wszyscy dawni przyjaciele i miłości. Nie 

miała już rodziny i kilku przyjaciół – nie zostało jej nic i nikt. Poza jej mężem, Varthlokkurem, 

a z jej  strony  było  to  małżeństwo  z rozsądku.  Potrzebowała  opiekuna.  Przyjęła  opiekę  od 

mężczyzny, który jej pragnął. Miłość istniała tylko w wyobraźni Varthlokkura. 

W  tych  dniach  wszystko  po  prostu  przepływało  obok  niej.  Doskwierał  jej  brak  punktów 

zaczepienia. Niekiedy zastanawiała się, czy jest przy zdrowych zmysłach. 

Jej  życie  było  jednym  długim  łańcuchem  niezadowolenia  i nieszczęśliwych  chwil.  Były 

dobre  czasy,  ale  musiała  starać  się,  by  nie  uleciały  z pamięci.  Bez  trudu  przypominała  sobie 

jedynie nieszczęścia. Tak naprawdę, to je rozpamiętywała. 

Przystanęła, żeby wyjrzeć przez okno. Niebo miało barwę ciemnej szarości. Nadal paskudna 

pogoda. Wydawało się, że słońce zniknęło wraz z jej przybyciem. Czy przygnębienie idzie za nią 

jak smętny pies gończy? 

Dziecko  kopnęło.  Położyła  dłonie  na  brzuchu,  starając  się  zgadnąć,  czy  wyczuwa  rękę  czy 

nogę. 

– Myślę, że będziesz chłopcem. Mówią, że chłopcy są bardziej ruchliwi. 

background image

Dziecko ponownie kopnęło. Stęknęła. Było silne. 

– Varth? – Ale nie było go tutaj. Prawdopodobnie znowu jest z królem. A tak w ogóle, co oni 

zamyślają?  W dalszym  ciągu  nie  wiedziała,  dlaczego  król  chciał,  żeby  Varth  był  tutaj.  Nie  tak 

naprawdę.  Oczywiście  przedstawił  jakąś  bajeczkę,  ale  był  cwany.  Nigdy  nie  wiadomo.  Nawet 

Varth mógł nie wiedzieć. 

Niezbyt często wychodziła z apartamentów, ale mimo to wyczuwała, że coś ważnego dzieje 

się  na  zamku  Krief.  Służba  plotkowała  i snuła  domysły.  Były  jakieś  trudności  z sukcesją. 

Bragiego  wybrano  na  króla,  ale  jego  rodziny  nie  uczyniono  dziedzicznymi  monarchami 

Kavelinu.  Gdyby  zmarł,  rozpoczęłyby  się  walki  o koronę.  Kilka  frakcji  chciało  kontrolować 

sukcesję. 

No  i sytuacja  na  wschodzie  oraz  sporadyczne  wojny  domowe  w sąsiednim  Hammad  al 

Nakirze, które mogły wywierać spory wpływ na sytuację tutaj. 

I oczywiście tradycyjne spięcia na tle narodowościowym w samym Kavelinie, spięcia, które 

trzech oświeconych monarchów zdołało jedynie odrobinę złagodzić. 

Patrzyła  przez  okno  i rozmyślała  o swoim  dalekim  domu  w górach.  Na  Fangdred  nie  była 

wcale  szczęśliwsza.  Każdy  dzień  był  świadkiem  jej  modlitwy  o to,  żeby  wezwał  ją  świat 

zewnętrzny.  Teraz  byli  wyzwoleni  z tej  izolacji,  a ona  pragnęła  jedynie  schronić  się  w swojej 

bezpiecznej górskiej twierdzy. 

–  Muszę  być  szalona.  Nie  jestem  zadowolona  nawet  wtedy,  gdy  moje  modlitwy  zostają 

wysłuchane.  –  Dziecko  znowu  się  poruszyło.  –  Co  ty  tam  robisz?  Huśtasz  się  na  linie?  – 

Próbowała się rozluźnić. Czasami maleństwo zasypiało na jakiś czas. 

Sen przychodził powoli. Bolały ją plecy. Dokuczały nogi i stopy. Umysł nie chciał porzucić 

swych neurotycznych rozważań, mimo że próbowała go uciszyć. A dziecko nie było spokojne. 

W  końcu  przyszedł  jednak  sen  z marzeniami  równie  niepokojącymi  jak  wszystko,  co 

podsuwał jej umysł, gdy nie spała. 

Należały do snów tego rodzaju, który zaczynała dobrze poznawać. Śniła o Ethrianie, pustyni 

i ogromnym, przerażającym cieniu. Jej syn wołał o pomoc. Jego głos był odległy i słaby. 

Cień  był  rozbawiony.  Rzucił  się  na  jej  dziecko,  powodując  męczarnie  nie  do  zniesienia. 

Sięgała po Ethriana, ale on nie mógł wiedzieć, że tam była. 

Ostatnio  bardzo  dużo  śniła  o Ethrianie,  zwłaszcza  wtedy,  gdy  nie  była  pogrążona  w zbyt 

głębokim śnie. Marzenia senne różniły się, ale zawsze ukazywały jej syna żywego, próbującego 

uniknąć jakiegoś mrocznego niebezpieczeństwa. 

Varth  twierdził,  że  to  tylko  ciąża  wyczynia  z nią  takie  rzeczy,  że  jej  sny  nie  mają  żadnego 

związku z rzeczywistością. Ale doświadczyła tego już wcześniej, kilka lat temu. Wtedy nie była 

w ciąży. 

Wierzyła,  że  powtarzające  się  podobne  sny  stanowią  odzwierciedlenie  rzeczywistości. 

background image

W snach  kryła  się  wielka  magia,  chociaż  Nepanthe  nie  miała  wiedzy  niezbędnej  do  ich 

interpretacji.  Jej  znajomość  magii  była  bardzo  ograniczona,  odkąd  nie  miała  już  braci.  W ich 

przypadku opanowanie Mocy zawsze wymagało zebrania całej rodziny... 

Z  Vartha  też  nie  był  żaden  ekspert,  ale  powinien  wiedzieć  wystarczająco  dużo,  żeby 

wiedzieć,  że  jej  sny  mają  znaczenie...  a może  nie  mają?  Załóżmy,  że  on  ma  rację.  Załóżmy,  że 

były one przejawami jej obaw i trosk? 

Wychodziła  z półsnu,  w który  zapadła.  Nie  goniła  za  każdą  mrzonką.  Starała  się  myśleć 

linearnie  i logicznie...  I była  rozczarowana.  Przez  ułamek  sekundy  czuła,  że  dotarła  do  na  wpół 

uchylonych drzwi, że już, już chwytała nieoczekiwany przebłysk prawdy. 

Usłyszała miękkie, ciche skradające się kroki. Rozpoznała pokojówkę. 

– Nie śpię, Margo. 

– Och, pani. Nie chciałam przerywać pani drzemki. Pani mąż prosił, żebym zajrzała. 

– Powiedz mu, żeby wszedł. 

Varthlokkur usiadł na brzegu łóżka i ujął jej dłonie. 

– Jak się czujesz? 

– Całkiem dobrze. Co słychać w świecie? 

–  To,  co  zwykle.  Ludzie  rodzą  się,  umierają,  a pomiędzy  jednym  a drugim  robią,  ogólnie 

rzecz biorąc, same głupstwa. 

Przyglądam się im od czterystu lat i nie dostrzegam żadnej zmiany. Ciągle popełniają te same 

błędy. 

Rozczarowanie  przepełniło  Nepanthe.  Nie  może  rozmawiać  z nim  o swoim  śnie,  gdy  jest 

w takim stanie. 

– Znowu opadł cię ten nastrój? 

– Jaki nastrój? 

– „Wszystko to próżność i uganianie się za mrzonkami”. 

–  Hmm!  Niekiedy  to  jedyna  sensowna  filozofia.  Znowu  popadł  w melancholię.  Nie  będzie 

się  nadawał  do  wspólnego  życia,  jeśli  ten  nastrój  się  pogłębi.  Ale  teraz  można  było  go  jeszcze 

uratować, jeżeli nie pozwoli mu zagłębić się w sobie. 

–  O co  chodzi?  –  Niech  się  wygada.  Niech  się  temu  przyjrzy  i wścieknie.  To  rozerwie 

łańcuch. 

–  To  Bragi.  Zmienia  się.  Kilka  lat  temu  miał  oczy  szeroko  otwarte.  Nic  nie  umykało  jego 

uwagi. Nikt nie był w stanie go oszukać. I nigdy nie oszukiwał sam siebie. 

– O czym ty mówisz? 

– On już taki nie jest. Tu, w Kavelinie, snuje się intrygi. Spiski gotowe wybuchnąć. A on nie 

będzie  wiedział,  co  się  dzieje.  Przysypia  i uprawia  jakieś  gry  albo  spiskuje  przeciwko 

Shinsanowi.  A rzeczywiste  niebezpieczeństwo  rośnie  jak  rak,  tuż  koło  niego.  –  Zwycięstwo! 

background image

Zdenerwował się: Dlaczego to mnie obchodzi? Kavelin nie jest moim domem. No i przeżyję jego 

problemy.  –  Nie  wiem.  Od  upadku  Ilkazaru  nie  przywiązałem  się  do  żadnego  konkretnego 

miejsca.  Ale  może  podoba  mi  się  to,  co  stary  król,  królowa  Fiana  i Bragi  chcieli  tutaj  zrobić. 

Może podoba mi się obietnica, jaką niesie ich marzenie, o ile się spełni. Może jestem zirytowany, 

ponieważ  Bragi  oderwał  się  od  prawdziwych  problemów.  Może  zmienia  się  w kogoś,  kogo  nie 

lubię. 

–  A może  błędnie  go  oceniasz,  Varth.  Jest  sprytny.  Nigdy  nie  wiadomo,  co  robi.  Może 

trzyma rękę na pulsie tego, co tak cię martwi, cokolwiek to jest. Nie wolno ci nigdy zapominać, 

ż

e ma Michaela Trebilcocka. Z tego, co ludzie mówią, Michael jest wszędzie i nigdzie, a słyszy 

nawet najcichszą intrygę. Moje służące mówią, że szlachta śmiertelnie się go boi. 

– Yhm. Bragi faktycznie ma solidne wsparcie. Ale co będzie, gdy stanie się tak zdziwaczały, 

ż

e  przestaną  się  zgadzać  z tym,  co  robi?  Mniejsza  z tym.  Nie  mam  na  niego  wpływu.  Nie 

powinienem się martwić. Jak minął ci dzień? 

Jego  nastrój  się  zmienił,  czarodziej  stał  się  bardziej  uległy.  Nie  jest  to  nastrój  dobry,  ale 

najlepszy, w jakim żona go widuje. 

– Miałam następny sen. Ethrian znowu wołał o pomoc. 

Twarz  Varthlokkura  wykrzywił  straszny  grymas  niezadowolenia,  stała  się  podobna  do 

chmury  gradowej.  Nepanthe  trochę  się  spodziewała,  że  między  brwiami  przebiegnie  mu 

błyskawica. 

Starannie dobierała słowa. 

– Nie wydaje mi się, że to tylko kwestia ciąży i pobożnych życzeń, Varth. Coś wywiera na 

mnie  wpływ.  Nie  mówię,  że  to  Ethrian.  Prawdopodobnie  to  nie  on.  Ale  myślę,  że  mógłbyś 

potraktować  mnie  poważnie  i postarać  się  rozgryźć  tę  sprawę.  To  może  być  ważne  w jakiś 

sposób, którego ani ty, ani ja teraz nie rozumiemy. 

–  Dobrze.  Zajmę  się  tym.  –  Jego  głos  był  zimny,  nieszczęśliwy.  –  Dam  ci  znać,  jeżeli  coś 

w tym jest. – Wstał. – Muszę iść. Niedługo wrócę. 

Patrzyła, jak wychodzi. Uciekaj, krzyknęła bezgłośnie do jego pleców. Odejdź. Dlaczego tak 

się denerwujesz, gdy mówię o Ethrianie? 

 

Minęło  kilka  dni.  Varthlokkur  spotkał  króla  w korytarzu.  Zatrzymali  się  pośród  tańczących 

cieni rzucanych przez olejowe lampy. 

– Jakieś wieści od Michaela? – zapytał Varthlokkur. 

– Aral znalazł jakiś trop. Jego przyjaciel widział Michaela w Delhagen kilka dni po ataku na 

Liakopulosa. 

– Dziwne. 

– W tych czasach wszystko jest dziwne. Ile jeszcze do rozwiązania Nepanthe? 

background image

– Dwa, trzy tygodnie. 

– Zdenerwowany? 

–  Bardzo.  –  Czarodziej  uśmiechnął  się  słabo.  Zaczynał  się  martwić.  Był  tu  coraz  bardziej 

uwiązany, a obiecał Nepanthe, że przed porodem zabierze ją do domu. 

– Nie ma czym się martwić. Nie miała kłopotów z Ethrianem. 

–  Wyświadczysz  mi  przysługę?  Nie  wspominaj  tego  imienia.  Ma  ostatnio  bzika  na  jego 

punkcie. Jest przekonana, że on ciągle żyje. Myśli, że powinniśmy spróbować go odnaleźć. 

– A żyje? 

– Nie wiem. 

– Kilka tygodni temu powiedziałeś... 

–  Wiem,  co  powiedziałem!  To  nie  jest  odpowiednia  pora,  żeby  sobie  tym  zaprzątać  głowę. 

Wkrótce  urodzi  się  dziecko.  –  Varthlokkur  był  zaskoczony  sobą  samym.  Prawie  krzyczał.  Czy 

przypuszczalne ocalenie chłopca aż tak mu zagrażało? 

– Sprawdzę później, na wypadek, gdyby coś się pojawiło. 

–  Nie  pojawi  się.  –  Czarodziej  patrzył,  jak  król  odchodzi.  Miał  sztywne  ramiona  jak 

człowiek,  na  którego  barkach  spoczywa  ciężar  całego  świata.  Mój  przyjacielu,  będziesz  musiał 

nauczyć  się  pilnować  własnego  nosa  przynajmniej  przez  jakiś  czas.  –  Varthlokkura  zawrócił 

i poszedł w kierunku swoich apartamentów. 

background image

Rok 1016 OUI 

„Przywódca zmarłych 

 

– Leci prosto na nas! – krzyknął Ethrian. – Wynośmy się stąd! – Sahmanan zbiegła po szyi 

kamiennej bestii. Ethrian za nią. 

Błysk srebra wyłonił się z błękitu. Bestia nieco go odchyliła. Trafił w jej bok. Odpowiedziała 

potężnym rykiem wściekłości. 

– Co to jest? – zapytała Sahmanan, prostując się na grzbiecie bestii. 

– Nie wiem. – Ethrian oceniał straty wśród żołnierzy, które jakie spowodował wybuch. – Ale 

są skuteczni. Zejdźmy stąd, zanim któryś z nich nas zabije. – Popchnął ją delikatnie. 

Popatrzył  daleko  na  pustynię.  Tervola  nadal  stali  na  swojej  wydmie.  Nie  wydawali  się 

przerażeni posuwającymi się naprzód armiami zmarłych. 

Gdy  nadleciało  następne  drzewce,  Ethrian  i Sahmanan  znajdowali  się  już  prawie  na  ziemi. 

Zanurkowało  niemal  pionowo  i uderzyło  prosto  w pysk  bestii.  Swoją  energię  uwolniło  do 

sadzawki Sahmanan. 

W niebo unosiły się ogromne obłoki pary. Od przednich łap bestii odpadły  bryły kamienia. 

Płyty  leżące  między  nimi  pękały  i wylatywały  w powietrze.  Wyjście  z jaskiń  zostało 

zablokowane. 

Sahmanan zapłakała nad swoim obróconym w perzynę przedsięwzięciem. 

– Ten twój Wielki nie jest w najlepszej formie – zauważył Ethrian. – Rozerwą nas na strzępy. 

Może popełniłem błąd, dając mu moc, by nas bronił. On po prostu marnuje te armie. 

– Może mieć ich więcej. 

– Naprawdę? Myślisz, że tervola wypuszczą nas z pustyni? To tylko grupa zwiadowcza. Co 

będzie, gdy się wściekną? Oni już wiedzą, co się dzieje. Wiedzą, jakie działania muszą podjąć. 

Jeżeli  twój  Wielki  nadal  będzie  postępował  tak  samo,  nim  tydzień  dobiegnie  końca,  będziemy 

trupami. Z nim włącznie. Sahmanan podniosła głowę. 

– Te srebrne przedmioty. Przestały nadlatywać. 

Miała rację. Bombardowanie dobiegło końca. Ethrian sprawdził szkody, jakie spowodowało 

ostatnie drzewce. 

–  Żeby  to  uprzątnąć,  trzeba  będzie  się  strasznie  napracować.  –  Okrężną  drogą  poszedł  do 

miejsca, z którego mógł zobaczyć, co się dzieje na wydmie. 

Nie działo się nic. Żołnierze kamiennej bestii stali wokół niej. 

– I co teraz? – dopytywał się Ethrian. 

– Nie ma ich. On nie może tego zrozumieć. Zeszli po tylnym zboczu wydmy i zniknęli. 

Ethrian splunął z obrzydzeniem. 

background image

– Portal teleportacyjny. Przysięgam, że poradziłbym sobie lepiej od tego tak zwanego boga, 

gdybym... 

– Nie mów tak! 

– Będę mówił tak, jak mi się podoba. Niekompetencja to niekompetencja. Chcę nas wyrwać 

z tego miejsca. Nie uda mi się to, jeśli to będzie dalej tak wyglądać. 

Kamienna  bestia  coś  tam  ryknęła,  że  nie  posiadała  pełni  mocy.  Ethrian  odgryzł  się,  że  źle 

wykorzystała to, co miała do dyspozycji. Kłótnia ciągnęła się przez cztery dni, tyle czasu zajęło 

oczyszczenie  wejścia  do  jaskiń.  Ethrian  upierał  się,  żeby  bestia  została  jego  niewolnikiem,  a ta 

odmawiała. 

Zwykle  Sahmanan  opowiadała  się  za  bóstwem.  Teraz  była  cicha  i zamyślona.  Krzątała  się 

przy  swojej  sadzawce  jak  dziecko,  które  próbuje  znaleźć  wszystkie  kawałki  rozbitej 

porcelanowej lalki. 

 

–  Czekają  w górach  –  powiedział  do  niej  Ethrian.  –  Cały  legion,  gotowy  do  boju. 

Przypuszczam, że ten twój Wielki straci tam resztę swoich ludzi. 

– Ethrianie, on nie lekceważy porażek. 

Spojrzał na nią. Po raz pierwszy użyła jego imienia. 

–  Oni  też  nie,  moja  przyjaciółko.  Oni  też  nie.  W rzeczywistości  zostali  pokonani  tylko  raz. 

Przez mojego dziadka, moich wujów, ciocię i człowieka, który zabił mojego ojca. Pojmali mnie, 

bo chcieli się za to zemścić. 

Jak gdyby miała nadzieję, że kamienna bestia jej nie usłyszy, Sahmanan wyszeptała: 

– Wierzę ci. Boję się ich. Ale jak mamy skłonić Jego, by nas usłuchał? Teraz nie jest tak jak 

kiedyś.  On  już  nie  pozwala  mi  w niczym  brać  udziału.  W wojnach  z Nahaman  głównie  ja 

walczyłam. 

– Może wini cię za przegraną. 

– Ale ja... 

– Nieważne, czyja to była wina. Nawet jeśli jego, nie przyznałby się. Podobno jest bogiem. 

A bogowie są podobno wszechmocni i nieomylni. 

– Co powinniśmy zrobić? 

– Iść za armią. Bądź gotowa do pomocy. Podzielimy jej los, czy za nią pójdziemy, czy nie. 

Tervola nie znają litości. 

Sahmanan skinęła głową. 

– Zaczekaj tutaj. 

Zeszła  między  łapami  kamiennej  bestii,  przepychając  się  przez  szeregi  wylewające  się 

z jaskiń. Od dawna Ethrian obserwował, jak wymaszerowują z nich żołnierze, formują oddziały 

i kierują się ku górom. Wydawało się, że ta ukryta horda jest niezliczona. 

background image

Może  bestia  nie  potrzebowała  żadnej  finezji.  Może  była  w stanie  w nieskończoność 

akceptować te niepotrzebne straty. 

Sahmanan wróciła o zachodzie słońca. Prowadziła dwa małe smoki. 

– Straciły swoich jeźdźców. Wielki nie ma jak ich wykorzystać. 

Myśl o lataniu sprawiła, że Ethrian poczuł strach. 

– No nie wiem... 

– Nie ma się czego bać. To jak jazda konno. Wystarczy powiedzieć im, co mają robić. Gdy 

były żywe, dorównywały nam inteligencją. 

– Teraz nie są żywe. –  Chodziło mu o to, że musiały być ożywiane przez kamienną bestię. 

Lecąc na nich, zdawali się na jej łaskę. 

Nagle  uśmiechnął  się.  Nie  miał  się  czego  obawiać.  Bóstwo  zachowa  go,  dopóki  nie 

zdobędzie wszystkiego, co on może mu dać. 

–  Po  prostu  rób  to  co  ja  –  powiedziała  Sahmanan.  –  Wskakujemy!  –  Jej  wierzchowiec 

błyskawicznie  wzbił  się  w powietrze.  Jego  skrzydła  grzmiały  jak  mosiężne  dzwony.  Sahmanan 

krążyła na wysokości stu stóp. 

Ethrian wziął głęboki oddech. 

– W górę, ty diable! 

Grzbiet smoka uderzył go w siedzenie. Zachwiał się, ale utrzymał. Ziemia oddalała się. Serce 

mu waliło. Zamknął oczy. 

Gdy  je  otworzył,  jego  wierzchowiec  krążył  za  smokiem  Sahmanan.  Znajdowali  się  kilka 

jardów  nad  głową  kamiennej  bestii.  Zmiana  punktu  obserwacyjnego  sprawiła,  że  pustynia 

wydawała się dziesięć razy bardziej rozległa. 

– Nie sądzę, żebym był do tego stworzony – krzyknął. 

Kobieta spojrzała przez ramię, powiedziała coś do swojego wierzchowca, który pomknął na 

zachód. 

– Lecę za tobą – wychrypiał Ethrian. 

Wkrótce  pojął,  na  czym  polega  latanie,  i wiedział,  że  nigdy  nie  będzie  mu  to  sprawiało 

radości. Upadek trwałby zbyt długo. Jednak Sahmanan zdawała się stworzona do skrzydeł. Gdy 

on wlókł się z trudem, trzymając się kurczowo grzbietu smoka, ona przemykała górą i dołem, nie 

posiadając  się  z radości  z wykonywanych  akrobacji.  Od  samego  patrzenia  zbierało  mu  się  na 

wymioty. 

W końcu szybowała na tyle blisko, na ile pozwalała rozpiętość skrzydeł potworów. 

– Jesteśmy niemal na miejscu. – Góry majaczyły na horyzoncie. Jałowe podgórze rozciągało 

się w dole. Kobieta wskazała ręką na prawo. Ethrian dostrzegł jakby nacięcie w ziemi ozdobione 

wzorzystymi liniami. Linie te puchły w umocnienia obronne. 

Sahmanan spadła w dół  jak kamień. To szaleńcze nurkowanie skończyło się zaledwie kilka 

background image

jardów  od  pozbawionego  życia  zbocza  góry.  Jej  smok  przechylił  się  i zsunął  w boczny  kanion, 

który  rozszerzał  się  w coś,  co  w dawniejszych  czasach  mogło  być  rozległym  pastwiskiem. 

Ethrian  leciał  za  nią  na  większej  wysokości,  a obniżył  lot  dopiero  wtedy,  gdy  zniknęły  już 

napierające na niego góry. 

Na  dawnym  pastwisku  stały  szeregi  powstałych  z martwych  żołnierzy,  ustawionych  tak 

samo,  jak  wtedy,  gdy  byli  pod  ziemią.  Liczył  i liczył,  a kolumna  ciągnęła  się  dalej  na  pustyni. 

Nie był w stanie oszacować ich liczby. 

– Ilu żołnierzy? – zapytał, gdy stanął na ziemi. Natychmiast usiadł. Miał skołatane nerwy. 

–  Mamy  sto  pięćdziesiąt  tysięcy.  Tyle  Wielki  jest  w stanie  kontrolować,  plus  pewien 

margines na zastępstwo. 

– Co to znaczy: tyle jest w stanie kontrolować? 

– Tylko tyle jest w stanie ożywiać. Około stu tysięcy tuż za górą. Tutaj... No cóż... 

– Hmm. – To wymagało bliższego zbadania. – Lepiej mi to wytłumacz. Jeśli oprócz głupoty 

cechuje go jeszcze słabość... 

–  Im  dalej  od  góry,  tym  mniej  ciał  może  kontrolować.  W promieniu  pięciu  mil  może 

kontrolować sto tysięcy. Nie różnią się od żywych żołnierzy, tyle że stale na nowo podnoszą się 

na  nogi.  Tutaj  może  kontrolować  nie  więcej  jak  pięćdziesiąt  tysięcy,  a i to  niezbyt  sprawnie. 

Właśnie dlatego ci tutaj tylko stoją. Ma jeszcze trzydzieści tysięcy na przełęczy. 

– A jeśli znajdziemy się na skraju pustyni? 

–  Dziesięć  do  piętnastu  tysięcy.  A w odległości  tysiąca  mil  nie  potrafi  ożywić  więcej  niż 

czterech lub pięciu. 

Ethrian zlustrował oddziały. 

–  Jak  on  planował  ruszyć  się  gdziekolwiek?  Ma  tylko  ambitne  plany.  W takiej  sytuacji 

stworzy imperium, które będzie można w jeden dzień objechać rowerem. Nigdy nie sięgnie poza 

pustynię. 

– Dlatego jesteśmy ważni. 

– Jak to? 

–  Później.  –  Nie  chciała  odpowiadać  już  na  żadne  pytania.  Upierała  się,  że  jeszcze  nie 

nadszedł czas. Najpierw bestia musiała zemścić się na ludziach na przełęczy. 

Ethrian znalazł trochę cienia. Po jakimś czasie uznał, że rozgryzł całą sprawę. 

Bestia  chciała,  żeby  całkowicie  się  jej  poddał.  Myślała,  że  uda  się  jej  podstępem  go 

zniewolić.  Wtedy  przeniosłaby  na  niego  swoją  zdolność  manipulowania  zmarłymi.  Mogąc  się 

przemieszczać, stworzyłaby nowe imperium. 

Przedstawił swoje domysły Sahmanan. Kiwnęła tylko głową. 

Gdy  wrócił  do  swojej  plamy  cienia,  uśmiechał  się.  Miał  silniejszą  pozycję,  niż  sobie 

wyobrażał. Zadowolony z siebie, zdrzemnął się. 

background image

Nie  zapadł  w głęboki  sen,  a tylko  pogrążył  się  w półśnie.  Panował  nad  swoimi  myślami. 

Chwila była zbyt sprzyjająca, by ją zmarnować. 

Łagodnie, bardzo łagodnie, pociągając lekko zaciągnięte więzy, uwolnił się od swojego ciała. 

Unosił się nad armią zmarłych, nie obawiając się upadku. Radowała go ta wolność. Nie było tu 

miejsca na ból. 

Dostrzegł  ciemność  przylegającą  do  gór  w miejscu,  gdzie  znajdował  się  legion.  Pozwolił 

sobie  tam  sięgnąć,  wyczuł  moc  kamiennej  bestii.  Pędziła  swoje  hordy  przeciwko  umocnieniom 

ziemnym Shinsanu. 

Ethrian  siłą  woli  skierował  się  na  zachód  i nie  był  zadowolony  z tego,  co  tam  zobaczył. 

Bestia  rzuciła  na  linie  obronne  trzydzieści  tysięcy  ludzi.  Srebrne  pociski  wyrywały  ogromne 

dziury  w ich  szeregach.  Martwi  żołnierze,  którzy  przedarli  się  na  tyle  blisko,  by  walczyć,  byli 

natychmiast zabijani. Owa ciemność to był dym z ognisk, w których palono poległych wrogów. 

Armia  bestii  wyrządzała  za  to  niewielkie  szkody.  Nieliczne  ofiary  po  stronie  Shinsanu 

usuwano przez portale, zanim bestia zdołała je przejąć. 

Ethrian  czuł  odrazę.  Przeniósł  się  na  zachód.  Poruszał  się  szybko,  ogarniając  duży  obszar. 

Umysł kierujący legionami wzbudził podziw Ethriana. 

Tervola  wyprzedzali  go  o trzy  lub  cztery  kroki.  Nie  widział  żadnej  nadziei  na  ucieczkę 

z pustyni.  Kamienna  bestia  roztrwoni  jego  siłę  na  tej  przełęczy,  pośle  jakąś  resztkę  armii 

przeciwko warowni wroga i to będzie koniec. A po roku tervola będą śmiać się z wielkiej wojny 

na pustyni i dziwić głupocie wroga, którego pokonali. 

Pomknął z powrotem do swego ciała. 

– Dobrze ci się spało? – zapytała Sahmanan. 

–  Nie.  –  Opowiedział  jej,  co  zrobił,  co  widział  i jak  niewiele  pozostało  z sił  szturmowych 

w chwili jego powrotu. 

– Czy on nie zamierza nic zmienić? Tam jest tylko pięć tysięcy ludzi. A oni mają do pomocy 

dziesięć  razy  tyle.  I stoi  za  nimi  potęga  Shinsanu.  Sahmanan,  on  jest  uparty  i głupi,  ale  musisz 

sprawić, żeby zrozumiał, co robi. 

– Nie sądzę, żeby mnie wysłuchał. Jest zły. Może gdy się uspokoi. 

– To uspokój go. Zrób coś. On nas zabija. 

Przez  chwilę  Sahmanan  wyglądała  zarazem  bezbronnie  i czarująco.  Skinęła  energicznie 

głową i dosiadła swego smoka, który uniósł się w powietrze i pomknął na wschód. 

Ethrian  rzucił  okiem  na  słońce.  Do  zachodu  została  jeszcze  godzina.  Powinien  odpocząć. 

Misja Sahmanan może się powieść. Wrócił na swoją ocienioną skałę. 

Gdy Sahmanan go obudziła, pozostały jeszcze resztki światła. 

– Już z powrotem? 

– On chce ciebie. 

background image

– Jest skłonny porozmawiać? 

Przytaknęła. 

– Widział, co się dzisiaj działo... Jest bardzo spokojny, bardzo rozsądny i bardzo zmartwiony. 

Ich kontrnatarcie wstrząsnęło nim. 

– Kontrnatarcie? 

– Pozwolili, żeby zużył niemal całą swoją siłę, a potem otoczyli to, co pozostało. Nie udało 

mu się ocalić nawet jednego żołnierza. Oni nie stracili nawet pięciuset ludzi. Dostał nauczkę. 

– Jest skłonny posłuchać! – Ethrian roześmiał się głośno. – W drogę! 

Polecieli. Sahmanan narzuciła szaleńcze tempo. Wiatr smagał Ethriana. Przez połowę drogi 

miał zamknięte oczy. W pół godziny dotarli do kamiennej bestii. 

Młodzieniec od razu wyczuł zmianę. Wściekłość i arogancja opuściły potwora. Najwyraźniej 

czuł się jak dziecko, które chciało się popisać i upadło na twarz. 

Ethrian stanął na zgliszczach i krzyknął: 

–  Sahmanan  mówi,  że  jesteś  gotów  porozmawiać.  –  Ojciec  nauczył  go,  żeby  być  śmiałym, 

zauważając, że bogowie po coś w końcu dali ludziom tupet. 

Bestia  była  załamana,  ale  nie  złamana.  Zareagowała  łagodnym  rozbawieniem.  Ethrian 

zawołał: 

– Znam twoje ograniczenia. Znam twoje słabe punkty. Wiem, czego potrzebujesz. A tutaj nie 

ma nikogo innego. 

Rozbawiło to bestię jeszcze bardziej: 

– Teraz mam siłę, by znaleźć kogoś innego. Ethrian spojrzał na Sahmanan. Skinęła głową. 

– Ale nie ma czasu – powiedziała. 

– Pojąłeś już, przeciwko czemu występujesz? – krzyknął Ethrian. 

–  Jeśli  masz  na  myśli  naszych  przeciwników,  to  tak.  Nie  doceniłem  ich.  Świat  się  zmienił. 

Potęga  człowieka  się  zwiększyła,  bogów  zaś  –  zmniejszyła.  Wybawicielu,  proponuję  zawarcie 

sojuszu.  My  troje  jako  partnerzy  sprzymierzeni  przeciwko  światu.  Ty  nas  wyzwolisz 

i poprowadzisz nasze armie. Sahmanan będzie władać naszą magiczną bronią. Przekażę ci swoją 

moc. 

Ethrian zwrócił się do kobiety. 

– Nie mam pewności, czy za nim nadążam. 

–  To  transakcja  wiązana.  Ty  nas  wybawisz,  on  daje  ci  armie,  a mnie  moc,  byśmy  pokonali 

tervola. Działamy wspólnie, by stworzyć imperium. 

– Co on z tego będzie miał? 

– Musiałbyś być bogiem, żeby to zrozumieć. 

– Spróbuj mi wytłumaczyć. W przeciwnym razie będę musiał go ocenić według norm czysto 

ludzkich. 

background image

– On chce być bogiem naszego imperium. Chce, żebyśmy stworzyli nowe Nawami. Gdy to 

zrobimy, możemy go przenieść do jego stolicy jako bóstwo opiekuńcze. 

– Tylko tyle? 

– Tylko? To wszystko, Ethrian. Przebudził się. Nie przetrwa bez wyznawców. Ty patrzysz na 

zachód i widzisz zemstę. 

On  też  patrzy  i widzi  ocalenie.  Dzisiejsza  porażka  uzmysłowiła  mu,  jak  niewielkie  mamy 

szanse. 

– Ile jeszcze zostało czasu, aż zaniknie czy co tam się z nim stanie? 

– Być może stulecia. Bogowie nie umierają szybko. Ale decyzję trzeba podjąć teraz. Musimy 

pokonać tamtych ludzi. Jeśli tego nie zrobimy, jesteśmy skazani na zagładę. Miałeś rację. Oni nie 

zaakceptują porażki. 

Młodzieniec spojrzał w górę. Jego nienawiść w dalszym ciągu płonęła. 

– Jeśli zawrzemy ten układ, jakie mamy gwarancje? Jak skłonisz swego boga, by dotrzymał 

słowa? 

– Wybawicielu, ogranicza mnie czas. Nie mogę przebywać tu wiele dłużej. Jeśli cię zawiodę, 

możesz mnie tu zostawić, bym umarł. 

– Twoje słowo jest coś warte, dopóki masz kogoś, kto cię czci. 

– Przynajmniej do tego czasu. Nie ma żadnego powodu, żebyśmy nie mieli i później trzymać 

się razem. Zapytaj Sahmanan, czy dobrze ją traktowałem. Nawet jeśli nie leżało to bezpośrednio 

w moim interesie. 

Sahmanan potwierdziła: 

– Jest lojalny wobec tych, którzy są lojalni wobec niego. Nie stałabym tutaj, gdyby taki nie 

był. 

–  Dobrze.  Jesteśmy  na  dobrej  drodze.  Zróbmy  małą  próbę.  Bożku,  najpierw  daj  mi  to,  co 

obiecałeś. 

Bestia milczała. Ethrian wyczuwał jej niezadowolenie i niepewność. 

– Co masz na myśli? – zapytała Sahmanan. 

– To, co powiedziałem. Jeśli przekaże mi kontrolę nad zmarłymi, uwierzę mu. Dam mu to, 

czego  chce.  –  Uważnie  przyglądał  się  kobiecie,  nie  dostrzegł  jednak  na  jej  twarzy  chytrego 

uśmieszku zwycięstwa. 

– Połóż się – poleciła mu bestia. – Gdy się obudzisz, będziesz mógł się sprawdzić w walce 

z naszymi wrogami. Moimi potrzebami możemy zająć się później. 

– Nastąpiła jakaś zmiana – powiedział Ethrian do Sahmanan. 

–  Mówiłam  ci.  Nie  wyobrażaj  sobie,  że  jemu  to  się  podoba.  Ale  pod  tą  arogancją 

i fanfaronadą kryje się realista. 

– Będziesz się przyglądać? 

background image

– Oczywiście. 

Ethrian  położył  się.  Nie  mógł  zasnąć.  Jego  umysł  nieustannie  wytwarzał  wizje  tego,  czego 

będzie mógł dokonać, gdy moc będzie już do jego dyspozycji. 

Przebudził  się  nagle,  niepewny,  gdzie  jest  i co  się  stało.  Kobieta  w bieli  stała  nad  nim. 

Zerwał się gwałtownie, szukając wzrokiem krabów. 

– Wszystko w porządku. Wszystko w porządku. Już po wszystkim, Ethrian. 

– Po wszystkim? Po czym...? Wcale nie czuję się inaczej. Nie udało się? 

– Poszło świetnie. 

Wydawało się, że nie minęła nawet chwila. 

– Jak długo byłem nieprzytomny? 

– Całą noc i cały dzień. Znowu mamy noc. 

– Tak długo? Naprawdę? Lepiej weźmy się do roboty. Tervola... 

–  Ciągle  tam  są.  Wielki  mówi,  że  są  zaniepokojeni.  Są  gotowi  przyjść  tutaj  i zobaczyć,  co 

robimy. 

Ethriana przepełniały myśli o tym wszystkim, co należało zrobić. 

– Gdzie są nasze smoki? – Dwie bestie spadły z nieba. – Czy ja to zrobiłem? 

– Nie. Wielki je sprowadził. Od tej chwili jednak to ja będę nimi kierowała. Ty skupisz się na 

ż

ołnierzach. 

Ethrian zmarszczył brwi. Bestia nie była tak do końca głupia. 

–  W porządku.  –  Wspiął  się  na  skrzydlaty  grzbiet.  Po  chwili  on  i Sahmanan  byli  już 

w powietrzu. 

Gdy pędzili na zachód, zastanawiał się, co zrobi. Naprawdę nie odczuwał żadnej zmiany. 

Poczuł  ją,  gdy  lotem  ślizgowym  dotarli  do  czekającej  armii.  Była  to  próżnia,  na  którą 

składało się dziesiątki tysięcy  próżni, czekających, żeby  je  wypełnić. Przez głowę przelatywały 

mu wizje. Góry widziane niezliczonymi parami martwych oczu. 

Przez  chwilę  był  zdezorientowany.  Wtem  zaczął  widzieć  wszystkimi  tymi  oczami  naraz. 

Wyczuwał nić mocy sięgającą kamiennej bestii. Jego mocy. Mocy, którą mógł wykorzystać tak, 

jak mu się podobało. 

Smoki  przysiadły  na  ziemi.  Ethrian  wyjrzał  zza  swego  wierzchowca.  Jego  milcząca  armia 

obróciła się, żeby spojrzeć mu w twarz. 

– Niech mnie diabli! – powiedział. – Nie muszę wiele robić, prawda? 

– Musisz decydować, kto co robi, kiedy i gdzie. Reszta jest podświadoma. 

– Mam takim rzeszom powiedzieć, żeby atakowali, i oni to zrobią? 

– Tak. Musisz im powiedzieć jak i gdzie. 

Opuścił swoje ciało. Niecierpliwie omiótł wzrokiem góry. Ocenił pozycję wroga i wrócił. 

– Jestem gotów – oświadczył i usłyszał zdumienie w swoim głosie. 

background image

– Co mam robić? 

– W tej chwili po prostu czekaj. Muszę znaleźć odpowiednich ludzi. 

W środku nocy, gdy życie zamiera, armia zmarłych ruszyła do ataku. Szli w milczeniu. Nie 

poruszali  się  w zwartych  formacjach  jak  wcześniej  –  byli  rozrzuceni  po  wszystkich  zboczach. 

Broń wroga zaszkodzi tylko nielicznym. 

Pierwszych  dziesięć  tysięcy  niosło  łuki  lub  kusze.  Nie  starali  się  podejść  blisko  żołnierzy 

Imperium Grozy. Trzymali się z daleka i strzelali. 

– Nieźle to wygląda – powiedział Ethrian. – Sahmanan, przeleć się na swoim smoku. Odwróć 

uwagę tervola. 

Kilka chwil później pędziła ku przełęczy, poprzedzana włócznią światła. 

Teraz włócznicy i oszczepnicy, pomyślał Ethrian, i ruszyło kolejnych dziesięć tysięcy ludzi. 

Góry  migotały  od  wymiany  wściekłych  ciosów  między  Sahmanan  i tervola.  Ogniste  lance 

ognia wypalały podszewkę nieba. Ethrian dosiadł smoka. Wzbijał się w górę, dopóki nie ogarnął 

wzrokiem całego pola bitwy. 

Włócznicy szli naprzód tak, jak powinni – szeroko rozproszeni. Minęli strzelców i zwarli się 

z oddziałami,  które  wysłał  wróg,  by  rozgromiły  łuczników.  W pojedynkach  jeden  na  jeden  nie 

szło  im  najlepiej,  ale  ich  skuteczność  była  większa  niż  w przypadku  zmasowanego  ataku  pod 

kierunkiem  kamiennej  bestii.  Pod  bezpośrednią  kontrolą  Ethriana  byli  zwrotniejsi  i szybsi. 

Pierwsza linia żołnierzy Shinsanu cofnęła się. Włócznicy dotarli do okopów. Strzelcy nieustannie 

posyłali strzały na wroga. 

Ethrian  rzucił  do  walki dziesięć  tysięcy  szermierzy,  także  rozproszonych,  a za  nimi  kolejne 

oddziały gotowej do boju hordy. 

A raczej połowy hordy.  Kamienna bestia zmarnowała sześćdziesiąt tysięcy, nim przekazała 

mu kontrolę. 

Ethrianowi trudno było uwierzyć, że wszystkie te ciała poruszają się po prostu dlatego, że on 

tego chce. Wystarczyło, że wyobraził sobie ruch i ludzie, którzy mieli go wykonać, po prostu to 

robili: setka ludzi szturmujących pagórek, na którym maszyna łucznicza powstrzymywała główne 

natarcie  z flanki.  Już  tam  byli,  gramoląc  się  na  wzgórze,  padając,  leżąc  bez  ruchu  dziesięć  czy 

piętnaście minut, po czym wstawali i ponownie ruszali do ataku. Przypominało to sen na jawie, 

sen, który się ziszcza. 

Całkowicie  związał  walką  siedemnasty  legion.  Sahmanan  nie  pozwalała  tervola  na  chwilę 

wytchnienia.  Tylko  kilka  demonów  włóczyło  się  po  zdobywanych  zboczach,  ale  nie  czyniło 

większej szkody. 

Ethrian  miał  jeszcze  wolną  przestrzeń  myślową  na  inne  manewry.  Dziesięć  tysięcy 

niezmordowanych  żołnierzy  maszerowało  na  południe,  aby  ominąć  bokiem  legion,  sformować 

mniejsze jednostki i ruszyć na zachód. Gdy opuszczą pustynię, zaczną „rekrutację”. Doskonale, 

background image

pomyślał Ethrian. Po prostu doskonale. 

Przechylił swojego smoka i zszedł niżej, przelatując nad polem bitwy na wysokości stu stóp. 

– Przerażające – pomyślał głośno. 

Bitwa  była  niesamowicie  cicha!  Tak  jakby  tam,  na  dole,  walczyły  maszyny.  Słyszał  tylko 

kroki i szczęk broni. Martwi nie mieli nic do powiedzenia. Żołnierze Shinsanu byli szkoleni do 

walki  w milczeniu.  Tylko  nieliczni  krzyczeli,  nawet  wtedy  gdy  byli  śmiertelnie  ranni.  Jedynym 

stałym niewymuszonym dźwiękiem było dudnienie bębnów sygnalizacyjnych. 

Rozległ się huk drzewca z balisty. Zrobił dziurę w skrzydle jego wierzchowca. 

– Hej! – krzyknął Ethrian, bardziej zaskoczony niż przestraszony. – Stanowczo za blisko. 

Mogli nie strzelać swymi magicznymi drzewcami w jego rozproszonych ludzi, ale wzięliby 

go na celownik, gdyby zdali sobie sprawę, że to on kontroluje atakujące ich oddziały. Gdyby on 

zginął, armia zmarłych by padła. Nie zostałoby nic, co kamienna bestia mogłaby ożywić. 

Ż

ałował,  że  nie  kontroluje  jeźdźców  na  smokach.  Teraz  byłby  dobry  czas,  żeby  ich 

wprowadzić  do  walki.  Ściągnąć  ich  i posłać  lotem  nurkowym  w dół,  ostrzelać  ogniem  i zmieść 

tervola, zanim będą w stanie się obronić. 

Pomyślał  o swoich  strzelcach,  każąc  im  przesunąć  się  wyżej  na  zboczu  i skupić  się  na 

dowódcach wroga. Nie byli już potrzebni, by wspierać atak. 

Tracił  ludzi,  ale  sytuacja  wyglądała  dobrze.  Kilkuset  żołnierzy  wroga  było  już  martwych. 

Linia obrony została  wciągnięta do walki. Padło kilka ważnych pozycji. Jego polegli ponownie 

stawali na nogi. 

Każdy  z nich  był  wart  dziesięciu  żywych  żołnierzy.  Mogli  ożywać  i ożywać...  Ogarnęło  go 

poczucie wszechmocy. Przez chwilę czuł, jak to jest być bogiem. 

Chciał  odnaleźć  poległych  wroga,  spróbować  ich  ożywić,  by  wprowadzić  w szeregi 

legionistów zamieszanie, gdy niektórzy z nich zwrócą się przeciwko swoim. Nikogo nie znalazł. 

Co  prawda  byli  martwi  ludzie,  ale  żaden  nie  był  jeszcze  gotów  na  jego  rozkazy.  Zanim  zaś 

ostygli, przerzucano ich portalami. 

Przez  ułamek  sekundy  zapomniał,  że  walczy  z Imperium  Grozy.  Po  ich  stronie  frontu  nie 

było żadnego zamieszania. 

Oni  nie  stracą  z oczu  celu  swojej  misji.  Nie  wpadną  w panikę.  Byli,  jak  zawsze,  najlepsi. 

Mogło  skończyć  się  tak,  że  wzmocni  swoje  siły  jednym  tylko  ciałem  –  ciałem  ostatniego 

człowieka strzegącego ostatniego portalu podczas przesyłania ostatniego ciała. 

Ethrian sięgnął do warowni siedemnastego, starając się znaleźć tam martwych ludzi. Wyczuł 

ciała,  ale  żadnego  nie  mógł  tknąć.  Musiałby  najpierw  umieścić  w środku  własnych  żołnierzy. 

Teraz wróg zbyt nad tym panował. 

Nie  był  jednak  rozczarowany.  Jego  strategia  się  sprawdzała.  Przełęcz  będzie  jego.  Zaśmiał 

się.  Większość  jego  żołnierzy  poległa  co  najmniej  raz,  ale  tylko  kilku  zostało  poważnie 

background image

pokiereszowanych. Ciągle stawali na nogi. 

Jego  śmiech  rozbrzmiał  na  pustyni.  Sahmanan  usłyszała  go.  Odkrzyknęła,  w jej  głosie 

słychać było radość z bliskiego zwycięstwa. Tervola też to usłyszeli. Odpowiedzieli wyzywająco. 

Zagrzmiały bębny wojenne siedemnastego. 

Bębny.  Te  piekielne  bębny.  Słyszał  opowieści  ojca  o ich  niekończącym  się,  przerażającym 

dudnieniu, ale nigdy ich nie słyszał. Przeszły go ciarki. Ogarnął go strach. Zaczynał wątpić. 

To były bębny Imperium Grozy, bębny obietnicy, bębny, które głosiły: „Nasz legion nie jest 

samotny. Nasz legion nie zna strachu.  Za nami stoi sto legionów. Przyjdź, wrogu, a dopełni się 

twoje przeznaczenie”. 

Chociaż z radości zwycięstwa krew krążyła w nim szybko, Ethrian nie mógł nic poradzić na 

te bębny. 

Zwyciężał.  Góry  będą  jego.  Pójdzie  dalej  i znowu  dotrze  do  Shinsanu,  wokół  warowni 

położonej za granicą tej pustki... 

Były inne legiony i inne armie. Sto legionów to może przesada, ale z pewnością dla Shinsanu 

ta porażka będzie niewielka. Drobny wypadek przy pracy. Wielkie bitwy ciągle przed nami. 

Słyszał,  jak  jego  wuj  Valther  opisywał  walki  w Escalonie,  gdy  Mgła  i O Shing  przenieśli 

działania  wojenne  do  tego  niegdyś  potężnego  królestwa.  W porównaniu  z nimi  ta  walka  była 

ledwie potyczką. Do bitew na tamtą skalę będzie potrzebował całej potęgi kamiennego bóstwa, 

a nawet więcej. 

Tej  nocy  księżyc  miał  kształt  sierpa  i pokazał  się  zaledwie  godzinę  przed  świtem.  W jego 

bladosrebrnym  świetle  skąpane  były  decydujące  działania  w bitwie  zaciętej  i ponurej, 

najwyraźniej już dla jednej strony przegranej, ale ciągle tak samo bezwzględnej jak wtedy,  gdy 

się rozpoczynała. 

Imperium  Grozy  nie  ustąpiło.  Nawet  o krok.  Zanim  padł  ostatni  z jego  obrońców,  Ethrian 

stracił na zawsze swojego dwudziestotysięcznego człowieka. 

Mimo to rozpierała go radość. Zostało mu ich siedemdziesiąt tysięcy i pukał do drzwi krain, 

gdzie będzie mógł pozyskać nowych, by walczyli o jego sprawę. 

Przemówiło  kilka  ostatnich  bębnów,  nie  zgadzając  się  z nim.  Sięgnął  myślą  do  swoich 

martwych batalionów. Trupy wydały chórem wojenny okrzyk. 

– Wybawiciel! – wychrypieli. Wszyscy razem, jak piekielny chór. – Wybawiciel! 

Uśmiechał się, gdy oni kończyli rozbijać legendarny siedemnasty legion Shinsanu. 

background image

Rok 1016 OUI 

Warownia i pogranicze 

 

Lord Lun-yu wysłał wiadomość przez Menga Chiao. – Lordzie Ssu-ma, znowu atakują. Tym 

razem kieruje nimi inny umysł. 

– Naprawdę? – Shih-ka’i poczuł chłód. – Dlaczego tak myślisz? 

– Ich skuteczność. Taktyka. Może powinieneś sam zobaczyć, co mam na myśli, lordzie. 

Shih-ka’i zastanowił się nad tym tervola. Chiao był niespokojny. Jego postawa i nieznaczne 

nerwowe ruchy zdradzały wewnętrzne wzburzenie. 

– W porządku. Pan ku, idziemy w góry. – Rzucił okiem na dużą mapę. Wszystko dobrze się 

układało.  Armia  Wschodnia  łączyła  się.  Nawet  gdyby  martwi  przedarli  się  przez  przełęcz,  to 

drogę zablokuje im mocna grupa. 

Przydałoby się jeszcze kilka dni. Tak. Przydałaby się każda minuta. 

Shih-ka’i przeszedł przez portal po Mengu Chiao. Natychmiast wyczuł nieznany umysł. 

– Mamy kłopoty – powiedział. 

– Tak, lordzie – zgodził się Tasi-feng. – Nie uda nam się ich powstrzymać. 

– Wcale tego nie oczekiwałem. To była tylko taktyka opóźniająca. Opóźniajcie ich tak długo, 

jak się da. – Spojrzał na niebo, gdzie jakaś kobieta w bieli kołowała na małym smoku. – Dobra 

jest? 

– Najlepsza, lordzie. Niemal tak potężna jak księżniczka Mgła. Nie dała nam żadnej szansy, 

ż

ebyśmy  mogli  wesprzeć  ludzi,  więc  nie  mają  za  dużo  szczęścia,  próbując  zbierać  poległych 

wroga. 

Shih-ka’i dostrzegł drugiego smoka. 

– A to kto? 

– Nie wiemy, lordzie. Być może nowe dowództwo. 

Na szczycie tamtego kamiennego stwora rzeczywiście było dwoje ludzi. 

–  Nie  chcę  marnować  pocisków,  lordzie  Lun-yu,  ale  jeśli  będzie  szansa  na  celny  strzał, 

strzelaj. 

– Według rozkazu, lordzie. 

– Wrócę do warowni. Pilnie strzeżcie portali. 

– Właśnie je przenosimy, lordzie. Wpadniemy na nie, gdy nas odeprą z linii obrony. 

–  Bardzo  dobrze.  –  Shih-ka’i  podszedł  do  najbliższego  portalu.  –  Ten  nowy  umysł  jest 

groźny. Wyczuwam zupełnie inne podejście – powiedział do Pan ku. 

– Ja również to wyczułem, lordzie. 

– Myślę, że możemy spodziewać się oblężenia. 

background image

Siedemnasty  grzebał się  dłużej, niż spodziewał się Shihka’i. Minął dzień i nadeszła kolejna 

noc, zanim wycofał się ostatni żołnierz. 

– Ilu straciliśmy? – dopytywał się lord Ssu-ma. 

– Niespełna stu – odparł Tasi-feng. – To znaczy, na zawsze. Domyślam się, że o to chodziło. 

Sześciuset poległych przerzuciliśmy. 

–  Dobrze.  Doskonale.  Chcę,  żebyście  znowu  przerzucili  swoich  rannych,  gdy  już  zostaną 

ustawione  nowe  portale.  Do  Lioantungu.  Nie  będziemy  musieli  się  o nich  martwić,  chyba  że 

wróg przebije się zarówno przez nas, jak i Armię Północną. 

Tasi-feng nie uważał już, że jego dowódca przesadza w obliczu tak nieznacznego zagrożenia. 

Próbował podnieść się na duchu, mówiąc: 

– Oceniamy, że kolejne dwadzieścia tysięcy ciał zostało trwale zniszczonych, lordzie. 

– Orientujemy się, ile im zostało? 

– Nie są to wiarygodne szacunki. Co najmniej pięćdziesiąt tysięcy. No i jeźdźcy na smokach. 

–  Rzeczywiście.  Może  to  się  skończyć  tak,  że  będziemy  żałować,  iż  nie  mamy  własnych 

lotników. Chang Sheng! Udało się zwerbować jakieś smoki? 

–  Ani  jednego,  lordzie.  Nie  chcą  nic  wyjaśnić,  ale  ich  starsi  utrzymują,  że  znają  to  zło 

z dawnych czasów. Nie chcą się z nim znowu mierzyć. 

– To wszystko? 

– Tyle mówią. 

– Dziwne – powiedział Shih-ka’i. – To do nich niepodobne. One nigdy niczego się nie bały. 

–  Tym  są  przerażone,  lordzie.  Wyglądało  na  to,  że  są  gotowe  porzucić  swoje  pieczary 

rozrodcze. 

– Tak? Dokąd mogłyby pójść? 

– Tego nie wiem, lordzie. 

Shih-ka’i podszedł do mapy. 

–  Panowie,  wzdłuż  tego  łuku  rozmieściłem  oddziały  zwiadowcze.  Wkrótce  powinniśmy 

poznać zamiary wroga. 

Tasi-feng wskazał na czerwoną strzałkę. Biegła przez obszar starcia i wskazywała wschodnie 

wybrzeże. 

– Co to jest, lordzie? 

– Tym się nie martw. To tylko zadanie, które przydzieliłem Hsu Shenowi. 

Czy  Hsu  Shen  złożył  już  swoje  łodzie?  Jego  ostatni  raport  mówił,  że  znajduje  się  na 

wybrzeżu i przygotowuje się do przepłynięcia na wyspę. Shih-ka’i nie mógł się doczekać, kiedy 

ustawi  tam  portal.  Chciał  wiedzieć,  czy  rzeczywiście  znajduje  się  tam  była  kwatera  główna 

Pracchii, chciał zobaczyć, czy nie zostało tam coś interesującego. 

Tervola o nazwisku Yen Teh, z jednego z południowych legionów, podbiegł do grupy Shih-

background image

ka’iego. Nie miał maski. Jego twarz była blada. 

–  Lordzie  –  wysapał.  –  Lordzie,  właśnie  usłyszałem...  Matayanga...  Zaatakowali.  Dwa 

miliony ludzi. 

–  Dwa  miliony?  –  wymamrotał  Shih-ka’i.  Nie  potrafił  wyobrazić  sobie  takiej  liczby. 

Utrzymanie takiej armii było po prostu niemożliwe. Strategia matayangańska musi opierać się na 

założeniu,  że  ciężkie  straty  szybko  zmniejszą  ich  siły  do  rozmiarów,  którymi  da  się  operować. 

Popatrzył na swoją mapę. – Dwa miliony? Panowie, jesteśmy zdani na własne siły. Nie będziemy 

mieli nikogo do pomocy. 

W sali zapadła cisza. Nikt nie wierzył, że sytuacja na południu może pogorszyć się do tego 

stopnia, że Matayanganie ośmielą się zaatakować. Przez stulecia żaden naród nie był tak  głupi. 

Ale dwa miliony ludzi? Niewyobrażalne. Matayanganie stawiają wszystko na jedną kartę. Straty 

sparaliżują  ich  na  całe  pokolenia,  biorąc  pod  uwagę,  co  się  stanie,  gdy  Armia  Południowa 

przejdzie do ofensywy. 

– Próbują zatopić nas pierwszą falą – zauważył Shih-ka’i. – I może się to im udać. Ale to nie 

nasz  problem.  Nasz  znajduje  się  tam.  Lordzie  Lun-yu,  obejmij  dowództwo  nad  patrolami 

zwiadowczymi. Chcę wiedzieć, kiedy dokładnie nieprzyjaciel zaatakuje. 

– Według rozkazu, lordzie. 

Wróg  znowu  zbił  z tropu  Shih-ka’iego.  Nie  przyjął  racjonalnej  strategii  i nie  zaatakował 

natychmiast  warowni.  Przyszedł  z pustyni,  ale  bez  pośpiechu.  Dał  Shih-ka’iemu  cztery 

dodatkowe  dni  na  przygotowania.  Shih-ka’i  zgromadził  większość  Armii  Wschodniej.  Reszta, 

w trakcie  marszu  na  inne  pozycje,  przybędzie  w ciągu  kilku  dni.  Miał  pod  ręką  tylu  ludzi,  że 

większość  musiała  pozostawać  w umocnionych  obozach  na  zewnątrz  warowni.  Armia 

Południowa  da  pokaz  piekielnej  walki.  Armia  Północna  będzie  miała  dosyć  czasu,  żeby 

przygotować pozycje wzdłuż Tusghusu, na wypadek porażki tutaj. 

W  okresie  wytchnienia  Shih-ka’i  odwiedził  wyspę  na  wschodzie.  Wraz  z Hsu  Shenem 

przechadzali  się  po  od  dawna  opuszczonych  salach.  Nie  pozostawiono  nic  wartościowego, 

chociaż było dość dowodów potwierdzających, że była to wyspa ze wspomnień lorda Ko. 

– Ktoś ogołocił to miejsce – powiedział Shih-ka’i. 

– Tak to wygląda, lordzie. 

– Dziwne. Bardzo dziwne. 

– Lordzie? 

– Ko Feng mówi, że wyjeżdżali w pośpiechu i że planowali później wrócić. Gdy to później 

nadeszło, pozostał tylko jeden ze spiskowców. Nigdy nie wrócił. Kto więc ogołocił to miejsce? 

Czy przychodzi ci do głowy jakiś sprawca? 

– Myślę, że to był lord Ko, lordzie. Po tym, jak skazano go na wygnanie. 

–  Nie  sądzę.  Spróbowałbym  wróżby,  gdyby  nie  było  tu  obok  naszego  kamiennego 

background image

przyjaciela. – Można było go zobaczyć z szańców, gdy miało się wzrok Hsu Shena. Shih-ka’i nie 

widział nic poza rdzawym krajobrazem. 

Pan ku wpadł jak bomba. 

– Lordzie, dowódcy legionów proszą o przybycie – wysapał. 

– Dobrze. Hsu Shen, zostań tutaj. Dam ci centurię. Być może trzeba będzie stąd zaatakować 

tego kamiennego stwora. 

Hsu Shen wyglądał na strapionego. 

– Według rozkazu, lordzie. Shih-ka’i zachichotał. 

– Jasne. Pan ku, sprawdźmy, czego chcą. 

Po  kilku  chwilach  już  wchodził  do  pokoju  sztabowego.  Spojrzał  na  dużą  mapę.  Łuk 

znaczków oznaczających wroga na pustyni aż bił w oczy. 

– Jest ich tam teraz od cholery, co? 

– Pięćdziesiąt tysięcy, lordzie – odparł Tasi-feng. 

– Nadal żadnych oznak ataku? 

– Żadnych, lordzie. 

– To osobliwe. 

– Lordzie, chcielibyśmy zwrócić ci uwagę na kilka spraw – powiedział Chang Sheng. 

Shih-ka’i  odwrócił  się.  Miał  przed  sobą  swoich  dowódców  legionów,  stojących  ramię 

w ramię. Ich podwładni przestali pracować. 

– Tak? 

– Eee... – zająknął się Tasi-feng. – Mamy raport od piątej kohorty z dwudziestego siódmego. 

– Tasi-feng podszedł do mapy, wskazał pozycję czterysta mil na południe. – Natknęli się tam na 

siły  wroga  krótko  po  świcie,  o tutaj.  –  Punkt  znajdował  się  sporo  za  skrajem  pustyni.  –  Tysiąc 

martwych żołnierzy, którym towarzyszyło kilkuset tubylców, zarówno żywych, jak i martwych. 

– Rekruci? 

–  Najwyraźniej.  Dowodzący  centurion  Pai  Mo-Jo  natychmiast  starł  się  z nimi  i zniszczył 

wszystkich z wyjątkiem małej garstki. Uciekinierami byli wszyscy żywi tubylcy. 

Shih-ka’i  słuchał  cierpliwie,  jak  Tasi-feng  dołączał  dane  z raportu  o ofiarach  i stratach 

w sprzęcie. Następnie powiedział: 

– Wyjątkowy sukces, biorąc pod uwagę, że wróg miał przewagę liczebną, a on nie miał do 

dyspozycji  żadnej  magii.  Wyślijcie  moją  osobistą  pochwałę.  Przedstawcie  go  do  odznaczenia. 

Popieram oddolne inicjatywy, lordzie Yuanie. 

Dowódca dwudziestego siódmego ukłonił się lekko. 

– Mo-Jo to jeden z moich najlepszych ludzi, lordzie. Shih-ka’i przyjął teraz sztywną postawę, 

którą wykorzystywał do zastraszania czwartego legionu szkoleniowego. 

– O czym naprawdę chcecie porozmawiać? 

background image

Tasi-feng wymienił spojrzenia ze swoimi kolegami. Pozostali nie wyrywali się. Powiedział: 

–  Chociaż  jest  to  być  może  przedwczesne,  lordzie,  uznaliśmy,  że  powinniśmy  cię  o czymś 

poinformować. 

– Poinformować? Zatem proszę to zrobić, lordzie Lun-yu. 

–  Niedługo  lord  Kuo  zostanie  wysadzony  z siodła.  My,  dowódcy  legionów  i nasi  starsi 

zastępcy, zamierzamy poprzeć jego następcę. Podobnie nasi towarzysze z Armii Północnej. 

– Rozumiem. – Shih-ka’i poczuł ucisk w żołądku. Polityka w końcu go dopadła. Uważano go 

za  dłużnika  lorda  Kuo.  Nadal  stał  sztywno  wyprostowany.  –  Co  to  ma  wspólnego  z tym,  co 

mamy  tu  do  zrobienia?  Jesteśmy  armią  prowadzącą  działania  wojenne.  Przyjrzycie  się  mapie 

operacyjnej.  Jesteśmy  niemal  okrążeni.  Sytuacja  Armii  Południowej  jest  jeszcze  gorsza. 

Imperium znalazło się w strasznym niebezpieczeństwie. Do jasnej cholery, jak wam się wydaje, 

co  wy  robicie?  Milczeć!  Dla  mnie  kwestia,  kto  siedzi  na  cesarskim  tronie,  jest  absolutnie 

pozbawiona znaczenia. Jestem tervola! Jestem oficerem armii imperium. Moje jedyne zadanie to 

bronić,  strzec  i zdobywać.  Waszym  zadaniem  jest  mi  pomóc.  Ani  ja,  ani  wy  nie  mamy  prawa 

koronować czy obalać cesarzy. Nie ma żadnego znaczenia to, kto siedzi na tym przeklętym tronie 

cztery  tysiące  mil  stąd.  Mimo  to  gry,  w które  się  bawicie  w wolnym  czasie,  to  wasza  sprawa. 

Koronujcie  królów,  jeśli  macie  na  to  ochotę.  Ale  gdy  jesteście  na  służbie,  macie  prowadzić 

wojnę. A gdy lord Ssu-ma prowadzi wojnę, robi to w każdej sekundzie każdego dnia. Wracać na 

pozycje. 

Myślał, że to wystarczy. Dał upust targającym nim emocjom, a oni drżeli przed nim. 

Odpowiedzi udzielił lord Chang. 

– Pięknie powiedziane, lordzie Ssu-ma. Słyszymy głos dawniejszych czasów. Mówi nam to, 

co chcieliśmy wiedzieć. 

Miecz stojącego za Shih-ka’im Pan ku wysunął się z cichym szczękiem z pochwy. Shih-ka’i 

spiorunował  wzrokiem  lorda  Changa.  Sheng  patrzył  mu  prosto  w oczy.  Shih-ka’i  pomyślał,  że 

powinien się domyślić, że nie ustąpią. To nie są rekruci. To doświadczeni intryganci. 

Sheng powiedział: 

–  Proponuję,  żebyśmy  wykonali  polecenia  lorda  Ssu-my.  Wybawiciela  też  nic  a nic  nie 

obchodzą nasze aspiracje. 

Dowódcy legionów odwrócili się. Ich podwładni podjęli na nowo pracę. Shih-ka’i pozwolił 

sobie na chwilę rozluźnienia. Po czym powiedział: 

– Lordzie Chang. Sheng odwrócił się. 

– Tak? 

– Powiedziałeś „wybawiciel”. Co miałeś na myśli? 

–  Człowiek  lorda  Yuana,  Mo-Jo,  wziął  żywych  jeńców.  Nazywali  dowódcę  zmarłych 

Wybawicielem.  Twierdzili,  że  to  dlatego,  iż  przybył  z krainy,  w której  mieszkali  bogowie 

background image

w epoce przed powstaniem pustyni. Myślą, że on przywróci raj utracony. 

– Czy to popularna koncepcja wśród tubylców? 

–  Nie,  lordzie.  Większość  ucieka  przez  Tusghus.  Wykazują  typowy  dla  dzikusów  strach 

przed zmarłymi. 

– Dobrze. Będę w swojej kwaterze. – A do Pan ku szepnął: Schowaj ten śmieszny scyzoryk 

do zarzynania żab. – Nie czekał, żeby się przekonać, czy rozkaz został wykonany. Znał Pan ku. 

Spał  kilka  godzin,  po  czym  nagle  się  obudził.  Coś  nie  dawało  mu  spokoju.  Przez  chwilę 

myślał,  że  to  niepokój  związany  z jego  oficerami.  Ale  nie,  to  było  załatwione.  Powiedzieli,  co 

mieli do powiedzenia. Podjęto decyzję. On dowodził Armią Wschodnią. Jego władza pochodziła 

od imperium, nie od jego władcy. Będą mu posłuszni, póki pozostanie wierny temu ideałowi. 

Zatem nie wyrwał go ze snu żaden problem polityczny. Czy był to jakiś proroczy przebłysk? 

Czy powstali z martwych mieli właśnie zacząć burzyć następną przeszkodę stojącą im na drodze 

na zachód? Wpatrywał się w sufit, pozwalając błądzić swoim zmysłom tervola. 

Jednak nic nie mógł wyczuć. 

Wpadł Pan ku. Nie przeprosił za tę bezczelność. 

– Jeźdźcy na smokach, lordzie! – Chwycił maskę Shih-ka’iego i stanął przy jego zbroi. 

– Atakują? 

– Tak, lordzie. 

Po  chwili  Shih-ka’i  stał  na  balkonie,  z którego  rozciągał  się  widok  na  jeden  z placów 

musztry. 

W ciemności roiło się od smoków; oceniał, że jest ich co najmniej pięćset. Niewielki księżyc 

doskonale  je  oświetlał.  Opadły  na  ziemię,  by  zostawić  jeźdźców.  Na  każdym  siedziało  dwóch, 

trupia czaszka i drugi z tyłu. Większość trupich czaszek pozostała na wierzchowcach, ponaglając 

swoje  bestie,  by  wzbiły  się  z powrotem  w powietrze,  jednocześnie  ciskali  gromy  mocy 

w warownię. Nie celowali w nic konkretnego. 

Wskrzeszeni wojownicy pędzili w różne strony bez żadnego widocznego celu. Gdy natknęli 

się na obsadę garnizonu, walczyli. 

Zapanował chaos. Shih-ka’i zauważył kilka pożarów. 

Smoki popędziły z powrotem na pustynię, żeby zabrać kolejną falę napastników. 

– Idziemy do pokoju operacyjnego – powiedział Shih-ka’i. – Stamtąd będziemy organizować 

obronę.  –  Spojrzał  na  wschodnią  ścianę.  Ludzie  utrzymywali  swoje  pozycje.  Dobrze.  Gdy 

Wybawiciel uzna, że panuje wystarczające zamieszanie, przypuści atak. 

Musieli  przejść  przez  dziedziniec,  żeby  dostać  się  do  pokoju,  w którym  leżała  mapa.  I tam 

dopadli ich jeźdźcy. 

Wyłonili  się  z ciemności,  w całkowitej  ciszy.  Shih-ka’i  nie  miał  pewności,  ilu  ich  było.  Na 

pewno  jedna  trupia  czaszka,  i co  najmniej  sześciu  z tych  pulchnych  wojowników.  Rzucili  się 

background image

naprzód,  jak  gdyby  go  rozpoznali.  Powalił  dwóch  drobnym  zaklęciem.  Kolejnego  Pan  ku 

pozbawił  głowy.  Wtem  przy  twarzy  Shih-ka’iego  błysnęły  ostrza  i po  raz  pierwszy  w swoim 

długim życiu musiał dobyć miecza w obronie własnej. 

Ć

wiczył  tysiące  razy,  tak  jak  tego  wymagało  szkolenie,  i robił  to  dobrze,  ale  zawsze  się 

zastanawiał,  jak  by  się  spisał  w walce  na  śmierć  i życie.  Nie  był  pewny,  czy  potrafi  zabić 

człowieka. 

Wyszkolenie  wzięło  górę.  Nie  myślał,  działał.  Jego  ostrze  stało  się  pająkiem  tkającym  sieć 

ochronną. Krótki miecz, który trzymał w lewej ręce, gwałtownie wyskakiwał do przodu jak język 

węża,  zadając  śmiertelne  ciosy.  Pan  ku  strzegł  jego  pleców  przez  kilka  sekund  koniecznych  do 

wyrównania szans. 

Wtem  Shih-ka’i  miał  naprzeciw  siebie  już  tylko  trupią  czaszkę.  Wokół  nich  leżały 

rozrzucone ciała. Czy będzie miał dość ikry, żeby je poćwiartować? Nie mógł ich tak zostawić... 

Jeździec miał miecz proporcjonalny do swojego wzrostu. Mierzył dobre sześć stóp długości. 

Wywijał nim z zadziwiającą sprawnością. Shih-ka’i zataczał się po każdym sparowanym ciosie. 

Ś

ciskało go w żołądku. 

Słychać było zdumiewająco  głośny szczęk broni. Trupia  czaszka zachwiał się i przyklęknął 

na  jedno  kolano.  Shih-ka’i  trafił  go  krótkim  mieczem  w oko,  po  czym  poprawił  paskudnym 

cięciem długiego miecza znad głowy. Pan ku zadał jeszcze cios oburącz. 

A ten przeklęty potwór próbował stanąć na nogi! 

Cięli go bez opamiętania, dopóki nie oddał swego nienaturalnego życia. 

Dysząc  ciężko,  Shih-ka’i  i Pan  ku  przyglądali  się  sobie,  stając  nad  zwłokami.  Pan  ku 

wyszczerzył zęby w uśmiechu. 

– Był z niego niezły twardziel, lordzie. 

– To prawda. Poćwiartujmy ich. I tak straciliśmy już za dużo czasu. 

Shih-ka’i  widział  niezliczone  mrowie  poćwiartowanych  ciał,  ale  jest  różnica  między 

oglądaniem  a ćwiartowaniem.  Ogarniały  go  mdłości.  Zastanawiał  się,  czy  to  się  zdarzało  jego 

ludziom.  Świat  uważał  ich  za  bataliony  pozbawionych  serc  oprawców...  Oni  zaś  byli  ludźmi. 

Normalnymi  ludźmi,  doskonale  wyszkolonymi  i doskonale  nad  sobą  panującymi.  Mieli  dumę... 

Muszę  być  równie  silny  jak  ten  centurion  Mo-Jo,  powiedział  sobie.  Ja  jestem  dowódcą.  Muszę 

być najtwardszy i najlepszy. 

– Skończone, lordzie – powiedział Pan ku. 

– Chodźmy. 

– Paskudna robota, co? 

– Faktycznie. Zniosłem to gorzej, niż przypuszczałem. 

– To będzie makabryczna kampania, prawda, lordzie? 

– Nigdy nie było podobnej, Pan ku. 

background image

Gdy  wchodzili  do  pokoju  operacyjnego  jednymi  drzwiami,  eksplodowały  drugie.  Deski 

fruwały  w powietrzu  jak  jesienne  liście  na  wietrze.  Do  środka  wdarł  się  tuzin  martwych 

wojowników, prowadzonych przez trzy trupie czaszki. 

Tasi-feng  powitał  ich  wybuchem  mocy,  który  zakręcił  mniejszymi  z nich  jak  szmacianymi 

lalkami  w szczękach  buldoga.  Na  trupich  czaszkach  nie  zrobiło  to  wrażenia.  Pozostali  tervola 

uderzyli  w nich  tyloma  śmiercionośnymi  zaklęciami,  ilu  było  rzucających.  Nad  padającymi 

ciałami unosiły się cuchnące chmury. Przez chwilę trudno było oddychać. 

Shih-ka’i dołączył do Chang Shenga pochylonego nad mapą warowni i okolic. 

– Atakują tutaj i tutaj, połączenia między obozami i warownią – powiedział Sheng. 

Palisady i okopy otaczające obozy w porównaniu z murami obronnymi samej warowni były 

mizerne. Sheng mówił dalej: 

–  Szturm  nie  rozwinął  się  w stopniu  wystarczającym,  żeby  zdradzić  ich  zamiary.  Z ich 

punktu  widzenia  logiczne  byłoby  otoczenie  i rozbicie  obozów.  Oni  jednak  koncentrują  smoki 

i magię na nas. 

– Usiłują nas tu przytrzymać. 

Zbliżył się jakiś tervola. Shih-ka’i pamiętał go z wyprawy w głąb w pustyni. 

– Tak, Ouyan? 

Wiadomość od lorda Shih-mihna, lordzie. Rozpoczęli Kinusowany atak. Przebili się w trzech 

miejscach. Uważam, że Chcą doprowadzić do walki wręcz. 

– To twoje główne zadanie, lordzie Chang. Obóz północny. Walka wręcz. Nie możemy na to 

pozwolić. 

To  byłaby  porażka.  Gdyby  wróg  przełamał  formacje  Shih-ka’iego  i zmusił  jego  ludzi  do 

walki  jeden  na  jednego,  niewielu  miałoby  czas  na  wynoszenie  poległych  legionistów  czy 

niszczenie trupów wroga. A oni ciągle wracaliby do walki. Ich liczba raczej by rosła, niż malała. 

– Lordzie Chang? 

– Kiepsko to wygląda, lordzie. Proponuję jednak poczekać, zanim skoczymy. Ludzie się nie 

ugną. 

Sheng  miał  rację.  Obrona  pod  naporem  wroga  jakby  się  umocniła.  Shih-ka’i  wspiął  się  na 

wieżę obserwacyjną, żeby przyjrzeć się obozowi północnemu. 

Płonęły tam ogromne, cuchnące ogniska. Jego żołnierze wrzucali do nich coraz więcej ciał. 

Smoki  nadal  przerzucały  wojowników  do  warowni.  Zajmował  się  nimi  teraz  garnizon. 

Jeźdźców zabijano, gdy tylko ich stopy dotknęły ziemi. 

Shih-ka’i był zadowolony. 

– Lordzie – zwrócił jego uwagę Pan ku. Mrużąc oczy, Shih-ka’i dostrzegł dwa smoki krążące 

wysoko nad ich głowami. 

–  Ta  kobieta  w bieli  jest  ich  czarodziejką.  Lord  Lun-yu  mówi,  że  ten  drugi  dowodzi 

background image

zmarłymi. 

Nagle kobieta rozbłysła jaskrawym błękitem. Między jej rozpostartymi rękami utworzyło się 

błękitne jajo. Popędziło ku ziemi. Gdy wbijało się w dach baraków, miało jard obwodu. 

Dach zajął się ogniem, chociaż był z glinianej dachówki. 

Spadły następne jaja. Wkrótce gorzało już z dziesięć pożarów wznieconych ręką czarownicy. 

Jak długo czary będą podtrzymywać płomienie? 

To nie miało znaczenia. Kobieta mogła zrzucić więcej ognistych jaj. 

Na północny obóz zrzuciła ich dwadzieścia, tam wyrządziły większe szkody. 

Jego  tervola  musieli  ją  powstrzymać.  Popędził  do  pokoju  operacyjnego...  W pomieszczeniu 

panował zamęt. W jednym z kątów nadal trwała walka, para trupich czaszek przerzucała się tam 

drobniejszymi czarami z podwładnymi Tasi-fenga. 

–  Co  się  stało?  –  zażądał  wyjaśnienia  Shih-ka’i.  –  Mniejsza  z tym.  Widzę.  Przyprowadź  tu 

kilku ludzi, żeby posprzątali te ciała, zanim ożyją. 

–  Lordzie  –  powiedział  Tasi-feng  –  część  naszych  poległych  nie  została  odpowiednio 

potraktowana. Wałęsają się po warowni. Ludzie nie potrafią odróżnić swojego od obcego. 

– Ty potrafisz, prawda? 

– Tak, lordzie. 

– Wszyscy potrafimy. – Shih-ka’i wydał szybko serię rozkazów. – Wynośmy się stąd. I tak 

nie  ma  tu  teraz  z nas  żadnego  pożytku.  Poświęć  tej  czarownicy  tyle  uwagi,  ile  tylko  możesz. 

Wystrzel salwę drzewc. Ten atak na południu wygląda mi na manewr mylący. 

Minęły  dwie  godziny,  które  wprawiły  Shih-ka’iego  w zdumienie.  Czarownicę  przegnano 

z nieba, a mimo to sytuacja się pogorszyła. Strumień błękitnych kul nadpływał znad pustyni nad 

północny  obóz.  Linie  obronne  zostały  przerwane  w dziesięciu  miejscach.  Groziła  im  przeklęta 

walka wręcz. 

Przynajmniej jeźdźców i trupie czaszki wyparto z warowni. 

Shih-ka’i zwołał swoich oficerów. 

– Stracimy obóz północny – powiedział. – Ożywiają zbyt wielu swoich ludzi, a my nie mamy 

odpowiedniej obrony przeciwko czarom tej kobiety. Przeanalizujmy ich rozmieszczenie. 

Był przekonany, że wróg koncentrował się na tym jednym obozie, stawiając na to, że obrona 

nagle  padnie,  dając  mu  sposobność  zrekompensowania  sobie  strat.  Skierowałby  wtedy  swoich 

niezmordowanych, ożywionych wojowników na obóz południowy, a później na warownię. 

–  Zrobimy  im  niespodziankę  –  powiedział  Shih-ka’i.  –  Powiedz  lordowi  Shih-minhowi,  że 

ma się utrzymać do świtu. 

O  krwawym,  zadymionym  świcie  oddziały  z obozu  południowego  przebiły  się  przez 

otaczającą ich ścianę przeciwnika i zaatakowały armię wroga. Tervola przeganiali czarodziejkę z 

jednej  kryjówki  do  drugiej.  Wskrzeszeni  wojownicy  walczyli  z uporem.  Dopiero  w południe 

background image

obóz  północny  został  w końcu  odbity.  Shih-ka’i  natychmiast  rozkazał  oddziałom  pozostającym 

na zewnątrz wycofać się do rzeki Tusghus. 

–  Tym  razem  ich  zaskoczyliśmy  –  powiedział.  –  Drugi  raz  to  się  nie  uda.  –  I dodał:  – 

Warownia  da  sobie  radę  sama.  –  Zlustrował  liny  i siatki  w miejscach,  gdzie  mogli  wylądować 

jeźdźcy. 

– A co, jeśli będą nas ścigać, lordzie? 

–  Chciałbym,  żeby  to  zrobili.  Ściągnąłbym  Armię  Północną  i umieścił  ich  między  młotem 

a kowadłem. 

Wybawiciel rozczarował Shih-ka’iego. Przez trzy dni atakował warownię, odnosząc jedynie 

drobne sukcesy. Uparty Shih-ka’i zawsze był górą. Niegasnące stosy płonęły na placach musztry 

dzień i noc bez przerwy. 

Trzeciego dnia lord Shih-minh wysłał wiadomość, że został okrążony przez hordę tubylców. 

Młodych,  starych,  kobiety,  dzieci,  uzbrojonych  i nieuzbrojonych,  martwych  i żywych.  Wyroili 

się  z lasów,  wrzeszcząc:  „Wybawiciel!”  Legioniści  niszczyli  ich  masowo,  ale  dopóki  trwała 

bitwa, nie mogli kontynuować odwrotu. 

Shih-ka’i wpatrywał się w tysiące obdartych ludzi otaczających warownię. 

–  Ten  Wybawiciel  nie  może  być  wszędzie  naraz.  –  Wróg  stał  bez  ruchu,  szeregi 

nieruchomych,  powoli  rozkładających  się  ciał.  Najwyraźniej  coś  zakłóciło  przepływ  mocy. 

Zastępy  Wybawiciela  powoli  gniły.  Do  odoru  palonych  ciał  doszedł  smród  rozkładu.  Niedługo 

Wybawiciel będzie potrzebował zupełnie nowej armii. Nie zdoła zmusić do marszu szkieletów. – 

Lordzie Lun-yu. Weź brygadę i zrób wypad. Oni nie za bardzo są w stanie walczyć. 

Tasi-feng  zdążył  już  zgładzić  tysiące  otępiałych  oblegających,  zanim  powietrze  nagle 

przepełnił gniew i reszta wróciła do życia. Wycofał się. Shih-mihn doniósł, że atakująca go horda 

też zamarła w bezruchu. 

– Panowie – powiedział Shih-ka’i do swoich tervola – jeżeli ten Wybawiciel popełni jeszcze 

jeden błąd, zniszczymy go. 

Nikt nie zapytał, co ma na myśli. Wyjaśnił im jednak. 

– Po pierwsze, może się odsłonić i odnieść obrażenia. Po drugie, może pozwolić nam dostać 

czarodziejkę.  Po  trzecie,  może  go  ponieść  i przestanie  rekrutować  dzikusów.  Albo  pozwoli, 

byśmy go od tego powstrzymali. 

W dalszym ciągu nie było żadnej reakcji. 

– Ktoś chce zostać bohaterem? 

Dotarła  następna  wiadomość  od  Shih-minha.  Atakujący  go  ludzie  uciekli  do  lasu.  Znowu 

posuwał się w kierunku Tusg-husu. 

– Mam zrobić jeszcze jeden wypad, lordzie? – zapytał Tasi-feng. 

–  Nie.  Przyprowadzi  teraz  tych  biedaków  tutaj,  żeby  nas  wykończyć.  Damy  mu  dzisiaj 

background image

nauczkę. Wie już teraz, że nas nie ominie. 

Szturm  zaczął  się  w nocy,  na  czele  oddziałów  stały  kobiety  i dzieci.  Trwał  nieprzerwanie. 

Z pustkowia nadchodzili kolejni tubylcy, niektórzy z nich przeszli tysiąc mil. Shih-ka’i przeklinał 

ich, że nie mieli dość rozumu, żeby pozostać pod opieką imperium. I gratulował sobie, że był na 

tyle przewidujący, żeby wysiedlić większość ludzi. 

Shih-ka’i  zabijał  ich  dziesiątkami  tysięcy,  a ciągle  pojawiali  się  nowi.  Portale  cały  czas 

przesyłały  ofiary  do  Liaontungu.  Niektóre  części  warowni  padły.  Dziedzińce,  piwnice  i baraki 

wypełniły  się  poćwiartowanymi  zwłokami  czekającymi  na  unicestwienie.  Smród  był  tak  trudny 

do zniesienia jak niekończący się atak. 

–  Lordzie  Lun-yu,  cóż  za  potwór  z tego  Wybawiciela.  Jaki  szaleniec  wyludnia  pół  miliona 

mil  kwadratowych,  żeby  zająć  jedną  warownię?  Czy  jest  jakimś  demonem,  który  zerwał  się  ze 

smyczy swego pana? 

–  To  tylko  chłopiec,  lordzie.  Ma  siedemnaście  lub  osiemnaście  lat.  W zasadzie  normalny. 

Z ogromną urazą do imperium. 

– Urazą! 

– Żywi jeńcy mówią, że złożył przysięgę, że nas unicestwi. 

– Myślisz, że mu się uda? 

– Nie, lordzie. 

Zaczął w wielkim stylu, prawda? Jak długo możemy wytrzymać? 

– Dwa dni na pewno. Brakuje mu rekrutów. 

– Zostawiam to na twojej głowie. W dalszym ciągu zyskuj na czasie. Zyskaliśmy go dość dla 

Armii Północnej. Obawiam się, że teraz zyskujemy go dla Lioantungu. 

Tasi-feng westchnął, wlepił wzrok w podłogę. 

– Według rozkazu, lordzie. Lordzie... może uda się teraz panu skontaktować z lordem Kuo. 

– Z lordem Kuo? Myślałem, że został odsunięty od władzy. 

Tasi-feng wzruszył, ramionami. 

– Nie wiem. Może został. Nie mieliśmy z nim kontaktu. 

Shih-ka’i dokonał ostatniej inspekcji warowni. Była w okropnym stanie. Czarodziejka nadal 

od  czasu  do  czasu  zrzucała  błękitne  jaja.  Przypuszczał,  że  Tasi-feng  jest  zbytnim  optymistą, 

twierdząc, że utrzymają się jeszcze dwa dni. 

Wraz z Pan ku zszedł do głębokiej piwnicy,  gdzie skoncentrowano portale. Przez cały  czas 

odsyłano ofiary. 

–  Przynajmniej  oni  się  stąd  wydostaną  –  zauważył.  –  To  ostatnie  miejsce,  do  którego 

dostanie się Wybawiciel. Opór naszych ludzie nie będzie bezcelowy. 

–  Mam  nadzieję,  że  nie  –  odparł  Pan  ku.  –  Czułbym  się  fatalnie,  gdybyśmy  ich  stracili. 

Siedemnasty to dobry legion. 

background image

10 

Rok 1016 OUI  

Pożoga na wschodzie 

 

Nepanthe  siedziała  przy  oknie  i patrzyła,  nie  widząc.  Koniec  ciąży  nasilił  wszystkie  jej 

skłonności  do  odsuwania  się  od  świata,  zamykania  się  w sobie  i rozpamiętywania  wszystkiego. 

Bez  żadnego  powodu  warczała  na  ludzi.  Pomyślała  o swoim  ogromnie  powiększonym  brzuchu 

i nie  znosiła  siebie  za  brzydotę,  nienawidziła  się  za  to,  że  wyda  na  ten  okrutny  świat  jeszcze 

jedno dziecko. Zdarzały jej się chwile zupełnie irracjonalnej nienawiści do tego małego pasożyta, 

który  się  w niej  rozwijał.  Wiele  czasu  spędzała,  użalając  się  nad  sobą  lub  stopniowo  coraz 

bardziej pogłębiając swoją obsesję na punkcie utraconego syna. 

Brakowało jej siły ducha i woli. Robiła to, co kazał jej mąż, o co prosiła służąca. Gdy zaczęła 

jakąś rozmowę, było to już wielkie osiągnięcie. 

Przez  większość  czasu  od  śmierci  pierwszego  męża,  niedługo  po  utracie  ich  syna,  była 

apatyczna.  Zawsze  łatwo  ulegała  zmiennym  nastrojom,  popadała  w stan  apatii  i wychodziła 

z niego. Od śmierci Szydercy te okresy depresji z każdym rokiem stawały się dłuższe. Usiłowała 

udawać  świetny  nastrój,  ale  nie  udawało  jej  się  to.  Teraz  po  prostu  trzymała  się  na  uboczu 

i starała się nie komplikować życia swemu drugiemu mężowi. 

Czegóż to Varthlokkur nie próbował, żeby ją ożywić. Zdawała sobie sprawę z jego starań, ale 

chciała tylko, żeby nie zawracał sobie głowy. Nie sądziła, żeby była warta zachodu. 

Najpotężniejsze  mikstury  i czary  działały  tylko  przez  krótki  czas.  Varthlokkur  doszedł  do 

wniosku, że tylko najlepsze lekarstwo – czas – może ją wyleczyć. Zostawił ją samą sobie, żeby 

mogła, gdy tylko się jej spodoba, nawiedzać krainy swojej wyobraźni. 

Wyczuła, że podszedł i stanął za nią. Odwróciła się. 

– Wyglądasz na zmęczonego, kochanie. 

– Nie spałem całą noc. Michael Trebilcock wyruszył z pewnym zadaniem i wpadł w tarapaty. 

Musiałem posłać Radeachara, żeby go z tego wyciągnąć. Wrócił już bezpiecznie do domu. 

–  Michael?  Czy  to  nie  ten,  który  zajął  miejsce  Valthera?  –  Tym  razem  pamiętała.  Czasami 

bowiem nie mogła sobie czegoś przypomnieć. 

– Tak. 

Znowu zaczęła wyglądać przez okno. Straciła sześciu braci, a także męża i syna. No, pięciu. 

Luxos  żył,  mieszkał  w górach  Kracznodiańskich  jak  jakiś  zwariowany  stary  pustelnik. 

Zwariowany jak ja, pomyślała. Obydwoje równie dobrze moglibyśmy być martwi. 

Ś

wiat  zabrał  jej  wszystko.  Wszystko  z wyjątkiem  Varthlokkura  i tego  jeszcze  nie 

narodzonego dziecka. 

Nie  mogła  pozwolić  sobie  na  to,  żeby  jej  na  nich  zależało.  Nie  śmiała  tego  zrobić.  Los 

background image

ukarałby ją, gdyby tak się stało. Ich także by jej zabrano. 

– Varth? 

– Tak, kochanie? 

–  Ja  naprawdę  wyczuwam  czasami  Ethriana.  Ciągle  nie  wiem,  co  to  znaczy.  Mógłbyś 

dowiedzieć się tego na pewno? 

Varthlokkur westchnął. 

– Próbowałem, kochanie. Tam po prostu nic nie ma. Przykro mi. Naprawdę chciałbym, żeby 

było. To tylko twoje serce usiłuje odwrócić bieg zdarzeń. 

Pewnie ma rację, pomyślała. Tak rzadko się myli. Ale... pozostawały pewne wątpliwości... 

– To nie jest moja wyobraźnia, Varth. To niemożliwe. On tam jest. Wiem o tym. 

– No to dlaczego nie mogę go znaleźć? Dlaczego nie mogę znaleźć nawet strzępu dowodu, 

ż

e  przeżył?  Dlaczego  znajduję  tyle  świadectw,  że  nie  żyje?  Przestań  się  dręczyć.  Proszę.  To  ci 

nie służy. 

W jego słowach było słychać szczerą troskę. Wyczuła to i spłoszyła się. 

– To nie jest płonna nadzieja! – W jej głosie pobrzmiewały emocje, które stały się silniejsze, 

gdy zaczęła krzyczeć. – On żyje i ja to wiem! Dlaczego mnie okłamujesz? 

–  Nie  okłamuję  cię  –  powiedział  łagodnie,  jak  do  zranionego,  opóźnionego  w rozwoju 

dziecka. – Ty okłamujesz samą siebie. Nie rób tego. To ci nie służy. 

–  Nie  służy!  Nie  służy!  Przestań!  –  Zerwała  się  z krzesła.  –  To  dlatego,  że  jest  synem 

Szydercy,  prawda?  Dlatego  chcesz,  żebym  o nim  zapomniała?  –  Tok  jej  rozumowania  był 

szalony  i zdawała  sobie  z tego  sprawę,  ale  nie  mogła  powstrzymać  tych  słów.  Chciała  kogoś 

zranić, chciała wyrzucić z siebie choć część bólu. 

Twarz zastygła mu w wyrazie udręki. Zanim odpowiedział, zdołał się uspokoić. 

–  Wcale  tak  nie  jest.  I ty  o tym  wiesz.  Był  moim  wnukiem.  Jedynym  wnukiem.  Ja  też  go 

kochałem.  Zrobiłbym  dla  niego  wszystko.  Ale  jego  już  nie  ma,  Nepanthe.  Najwyższy  czas  się 

z tym pogodzić. Proszę. To zaczyna nas od siebie oddalać. – Wziął ją w objęcia. 

Biła pięściami w jego pierś, wyrzucając z siebie bezzasadne zarzuty. 

– Kłamiesz! On żyje. Wiem, że żyje. Ma kłopoty, a ty mu nie pomożesz. 

– Kochanie, to nie służy dziecku. 

Płacząc, nadal okładała go pięściami. W końcu opadła z sił i oparła się o niego. 

– Przepraszam. Nie wiem... Och! 

– Co? Co się stało? 

– Myślę, że wody odeszły. To za wcześnie... Och! Tak. Odeszły. Czuję to. – Jej umysł stał 

się  bardzo  jasny.  Nie  tutaj!  Nie  teraz!  Proszę...  Wszystko  inne  zeszło  na  dalszy  plan.  – 

Przyprowadź  lekarza.  Wachtela,  jeśli  nadal  jest  Królewskim  Medykiem.  Pomóż  mi  podejść  do 

łóżka. 

background image

Ton jej głosu gwałtownie się zmienił – stał się bardzo rzeczowy. 

Varthlokkur poprowadził ją przez pokój, delikatnie odwrócił, żeby pomóc jej się położyć. 

– Nie. Najpierw mnie rozbierz. To bardzo droga suknia. 

Nic  wolno  mi  jej  zniszczyć.  Potem  znajdź  Mary  i Margo.  Powiedz  im,  żeby  wszystko 

przygotowały. 

Czy nie powinienem najpierw sprowadzić lekarza? 

– W tej chwili go nie potrzebuję. Ethrian rodził się dwanaście godzin. Elana powiedziała, że 

to był łatwy poród. Mamy czas. Uprzedź go tylko, że się zaczął. 

– Ale to chyba za wcześnie. 

–  Być  może.  Ale  mogłam  źle  obliczyć.  Nic  na  to  teraz  nie  poradzimy.  –  Była  na  wpół 

rozebrana.  Widziała,  jak  bardzo  on  się  denerwuje.  –  Sama  skończę  się  rozbierać.  Ty  sprowadź 

służące, powiadom Wachtela, a potem wróć i prześpij się. 

– Mam się przespać? Jak mógłbym teraz spać? 

– Byłoby lepiej, gdybyś się przespał. Inaczej nie będzie z ciebie żadnego pożytku. Już teraz 

jesteś zbyt zmęczony, żeby jasno myśleć. – Sama siebie zadziwiała. Wydawało się, że zmieniła 

osobowości, tak jak zmienia się buty. Jęczenie skończyło się juk nożem uciął, gdy tylko okazało 

się, że musi stawić czoło sytuacji, nad którą do pewnego stopnia panuje. 

– Dobrze. Jesteś pewna, że nic ci się nie stanie, gdy wyjdę? 

Czułe pogładziła go po policzku. 

–  Oczywiście,  głuptasie.  Jesteś  stary  jak  świat.  Jesteś  niszczycielem  imperiów.  Stwórcą 

potworów  takich  jak  Radeachar.  I jesteś  równie  podenerwowany  jak  osiemnastolatek  czekający 

na narodziny swego pierworodnego. Kocham cię za to. Kocham cię za tę troskę. 

– Martwię się o ciebie. 

–  To  przestań.  Miliony  kobiet  przeżywają  to  samo.  Po  prostu  zrób  to,  o co  cię  poprosiłam. 

Weź to. Poczekaj. Pomóż mi się położyć. 

Popatrzył  na  jej  wydęty  brzuch  i rozstępy  na  nim,  na  jej  piersi,  które  stały  się  dwukrotnie 

większe. Nepanthe wzdrygnęła się. Wiedziała, że nie wygląda teraz atrakcyjnie. 

– Jesteś piękna – powiedział. Łzy napłynęły jej do oczu. 

– Przykryj mnie prześcieradłem i idź. Proszę. 

– O co chodzi? 

– Po prostu zrób to. Proszę. 

Spełnił jej prośbę. 

Gdy zamknęły się drzwi, Nepanthe zalała się łzami. Nie wiedziała, czy są to łzy radości czy 

rozczarowania. 

 

Czarodziej  przemierzał  pałacowe  pomieszczenia  szybkim,  nerwowym  krokiem  jak 

background image

marionetka  poruszana  przez  pijanego  lalkarza.  Towarzyszyły  mu  zdziwione  spojrzenia.  Nie 

zauważał ich. Szedł prosto do apartamentów Królewskiego Medyka. 

O  tym,  że  doktora  Wachtela  darzono  wielkim  szacunkiem,  świadczył  fakt,  że  jego 

apartamenty  ustępowały  świetnością  jedynie  komnatom  królowej.  Sam  król  Bragi  zajmował 

tylko dwa małe pokoje. Doktor miał ich pięć. 

Wachtel  i czarodziej  byli  starymi  adwersarzami  w filozoficznych  dysputach.  Doktor  przyjął 

go  ze  źle  skrywaną  złośliwą  satysfakcją,  jednak  nie  rozwodził  się  nad  tym,  że  Varthlokkur 

przyszedł prosić go o pomoc. Zadał kilka pytań o stan Nepanthe i powtórzył jej radę. 

– Złap tyle snu, ile zdołasz. To jeszcze dużo czasu. Będę zaglądał, dopóki bóle nie staną się 

częstsze. 

Czarodziej  gderał,  mruczał,  zadawał  głupie  pytania,  doktor  zaś  cierpliwie  mu  wszystko 

tłumaczył.  Trochę  tylko  uspokojony,  Varthlokkur  wrócił  do  swoich  apartamentów.  Usiadł  przy 

Nepanthe i trzymał ją za ręce, dopóki służące nie przegoniły go z pokoju. Próbował odpocząć, ale 

bez powodzenia. 

 

Varthlokkur chodził po pokoju, nieświadom obecności innych ludzi. Król wstąpił do salonu 

czarodzieja i poobserwowawszy go dłuższą chwilę, śmiejąc się, powiedział: 

– Masz klasyczny, nerwowy chód. Spałeś? 

– Trochę. – Jak gdyby dopiero teraz zdawszy sobie sprawę z tego, gdzie się znajduje i co się 

dzieje, zapytał: – Czy ja nie powinienem być z nią? 

– A ona tego chce? 

– Nie wiem. Wachtel nie chce. 

–  Rozumiem  jego  punkt  widzenia.  Przy  kilku  porodach  sam  się  naprzykrzałem.  Ojcowie 

mogą  pozytywnie  wpływać  na  morale  matek,  ale  dla  lekarzy  i położnych  to  koszmar. 

Przynajmniej do chwili, gdy tatusiowie mają tyle dzieci, żeby wiedzieć, kiedy się nie odzywać. 

– Mógłbym pomóc. Potrafię... 

– Wydaje mi się, że najważniejszą pomocą, jakiej chce Wachtel, jest twoją gęba zamknięta 

na kłódkę. Jeśli będzie cię potrzebował, to ci powie. 

– Dobrze wiem, jaką ma na mój temat opinię. 

– Jak ona się czuje? 

– Mówią, że dobrze. 

Jak na zawołanie z sypialni wyszedł doktor. Wycierał ręce. 

– No i? – dopytywał się Varthlokkur. – Już jest? 

–  Spokojnie.  Nie.  Czeka  ją  jeszcze  długa  droga.  Przypuszczam,  że  dziecko  urodzi  się  koło 

północy. 

– Przypuszczam? Co to ma znaczyć „przypuszczam”? 

background image

Stary doktor zmarszczył brwi. 

– To, co powiedziałem. W przeciwieństwie do ciebie nie potrafię przewidywać przyszłości. 

Wszystko, co mogę zrobić, to opierać się na doświadczeniu. 

–  Przyszłości?  Wielkie  nieba.  Zapomniałem  postawić  horoskopy  dla  dziecka.  –  Czarodziej 

w jednej  chwili  stał  się  bardzo  zajęty.  Rzucał  na  stół  wykresy  i książki,  pióra  i kałamarze.  – 

Wydaje mi się, że lepiej będzie, jak zrobię je i na dziś, i na jutro – mruknął. – Północ. Cholera 

jasna. 

Król uśmiechnął się szeroko do doktora. 

– Masz go z głowy. Zobaczymy się później. Obowiązki wzywają. 

 

Niebo  nad  zamkiem  Krief  zaróżowiło  się.  Pojawiły  się  na  nim  wielkie  litery:  TO  JEST 

DZIEWCZYNKA. Rozbawiło to ludzi. Słyszano, jak król powiedział: 

– Czarodzieju, wiemy, że jesteś dumnym ojcem, ale chyba trochę cię poniosło. 

Uśmiechając się szeroko, Varthlokkur przyjmował gratulacje. Sypał srebrem. Zamkowe sale 

wypełnił  drobnymi  magicznymi  przyjemnościami.  Chochliki  śmigały  wokół,  śpiewając 

srebrzystymi  głosikami  hosanny.  Radość  czarodzieja  była  zaraźliwa.  Ściskał  dłonie  ludziom, 

którzy nigdy dotąd nie ośmielili się do niego podejść. Zarażali się jego radością i nieśli ją dalej. 

Rozprzestrzeniła się poza zamek i ogarniała miasto. Wytoczono beczki wina. Otwierano antałki 

piwa.  Przez  chwilę  można  było  odnieść  wrażenie,  że  jedne  narodziny  i radość  z nich  jednego 

człowieka zapiszą się jako koniec pewnej epoki, odwdzięczą się za długą, ponurą, trzeźwą walkę 

o przetrwanie, w której od końca wojny pogrążony był naród. 

–  Jedzcie!  Pijcie!  –  nalegał  Varthlokkur,  popychając  ludzi  ku  uginającym  się  stołom,  które 

ustawił. – Chodźcie wszyscy. 

– Zróbcie przejście dla króla. 

Harmider odrobinę przycichł. Król Bragi przecisnął się przez tłum i wyciągnął mięsistą rękę. 

– Długo to trwało, prawda? Jak się czuje Nepanthe? 

– Doskonale. Świetnie dała sobie radę. Szczęśliwa jak nigdy. 

– To dobrze. To dobrze. Mogę zobaczyć się teraz z moją żoną? – Wysłał królową Inger, żeby 

podczas porodu trzymała Nepanthe za rękę; był to jedyny sensowny gest, który przyszedł mu do 

głowy. 

–  Jeśli  uda  ci  sieją  znaleźć.  –  Kłębiący  się  tłum  rozdzielił  ich.  Gdy  czarodziej  znowu 

wypatrzył króla, ten stał tuż obok Dania Haasa, usiłując usłyszeć coś w powszechnej wesołości. 

Haas mówił, a Bragi bladł coraz bardziej. 

Radosny  nastrój  opuścił  Varthlokkura.  Teraz  to  czuł.  Wschód  wrzał,  ryczał,  wściekał  się. 

Uwolniono  tam  potężny  tajfun  magicznej  energii...  Powinien  był  wyczuć  to  wcześniej.  Starzał 

się, bo pozwolił, by jedna sfera życia tak bardzo oddzieliła go od innej. Przeciskał się przez tłum, 

background image

z każdą  chwilą  odczuwając  większe  przygnębienie.  Ignorował  spojrzenia  ludzi  zaskoczonych 

jego nieuprzejmością. Złapał króla za ramię, szarpnął go i nie puścił, dopóki nie zaciągnął go na 

wschodnie mury zamku. 

Potworne  błyski  oświetliły  góry  M’Hand.  Ich  szczyty  wrzynały  się  w niebo  jak  zepsute, 

postrzępione  zębiska.  Nigdy  nie  widział  czegoś  podobnego.  Ciągle  zapalały  się  kolejne  błyski, 

jeden po drugim, jak niekończąca się letnia błyskawica srożąca się za horyzontem. 

– Co to jest? – wyszeptał król. 

Varthlokkur  nie  odpowiedział.  Mocno  zacisnął  powieki  i pozwolił,  by  ta  moc  pośrednio  go 

dotknęła.  Odchrząknął.  Nawet  lulaj,  tak  daleko,  uderzenie  mocy  przypominało  cios  stalowej 

pięści. 

Na  niebie  nie  było  choćby  jednej  chmurki.  Miliard  gwiazd  przyglądał  się  z chłodną 

obojętnością  dwom  maleńkim  postaciom  z twarzami  skąpanymi  w złowieszczym  świetle, 

stojącym na kamiennym murze. 

–  Co  to,  do  diabła,  jest?  –  dopytywał  się  król  ledwo  słyszalnym  głosem.  Ze  wschodu  nie 

dobiegał żaden dźwięk, a mimo to wydawało się, że mury drżą do samych fundamentów. 

Varthlokkur  wpatrywał  się,  ignorując  swojego  towarzysza.  Płonęły  ognie  sygnalizacyjne, 

które przekazywały wiadomości warowni Maisak i przełęczy Savernake. Ledwo usłyszał króla, 

który zapytał: 

– Czy Hsung atakuje Maisak? 

–  Zaczęło  się.  Matayanga  atakuje  Shinsan.  Lord  Kuo  czekał.  Bogowie  nie  odważyliby  się 

pojawić teraz na polach bitew. 

Błyski i furia nie ustawały. 

–  Jestem  ciekaw  –  powiedział  Bragi  –  czy  na  taki  widok,  z takiej  jak  ta  odległości, 

mieszkańcom Baxendali i Palmisano równie mocno jeżyły się włosy? 

– Być może. Chociaż lord Kuo zgromadził więcej mocy, niż widzieliśmy w czasie Wielkich 

Wojen  Wschodnich.  Co  może  na  niego  rzucić  Matayanga?  Poza  ogromną  liczbą  ludzi? 

W taumaturgii nie są mocni. 

Coraz więcej ludzi przychodziło obejrzeć to widowisko. Cała radość się ulotniła. Varthlokkur 

ledwo  na  nich  spojrzał.  Nie  chciał  ich  widzieć.  Wyglądali  jak  uchodźcy,  zbici  w gromadę 

i milczący. 

– Przypuszczam, że pewnego dnia tervola i nam pozwolą tego posmakować. 

–  Shinsan  jest  imperium  nie  przyzwyczajonym  do  porażek  –  odparł  Varthlokkur.  –  Znowu 

ich zobaczymy. Jeżeli to przeżyją. 

– Jeżeli? 

–  Czy  Matayanga  zaatakowałaby,  gdyby  jej  królowie  byli  przekonani,  że  ich  klęska  jest 

nieuchronna? 

background image

Na zewnątrz zamku zabrzmiały rogi. 

– To Mgła – powiedział Varthlokkur. – Wcześniej odebrała ostrzeżenie. 

Kobieta wkrótce do nich dołączyła. 

–  Zaczęło  się.  Pierwsze  raporty  napłynęły  ostatniej  nocy.  Armia  Południowa  odkryła,  że 

Matayanganie  ruszyli  naprzód.  Z dwoma  milionami  ludzi.  Tylko  w pierwszym  ataku.  Wcielili 

wszystkich powyżej piętnastego roku życia. 

– Morze ludzi – powiedział Varthlokkur. – Przedrą się? 

– Mają dwudziestokrotną przewagę liczebną nad Armią Południową. Potem pójdą następni. 

Lord Kuo stara się stworzyć rezerwy, ale być może nie zaczął wystarczająco wcześnie. 

– Kiedy wykonasz swoje posunięcie? – zapytał król. 

–  Jest  zbyt  wcześnie,  żeby  się  tym  martwić.  –  Mgła  zmarszczyła  w strapieniu  swoje 

doskonałe brwi. – Najpierw musimy dowiedzieć się, co się dzieje. Jeśli sytuacja będzie tam zbyt 

kiepska, damy sobie spokój. 

– Ale, do cholery, dlaczego? – dopytywał się król. 

–  Zapominasz,  że  ona  nie  jest  zainteresowana  zniszczeniem  Imperium  Grozy  –  powiedział 

Varthlokkur.  Wpatrywał  się  w przyjaciela,  który  ostatnio  stał  się  nieco  monotematyczny.  – 

Jedynie zdobyciem panowania. 

– Tak. No dobrze. Zbierzmy się w pokoju narad. Wygląda na to, że będziemy przez chwilę 

zajęci. 

–  Lepiej  spotkajmy  się  u mnie  –  powiedziała  Mgła.  –  Nawiązałam  już  kontakt  z moimi 

ludźmi stamtąd. 

Król spojrzał na Varthlokkura. Czarodziej skinął głową. Bragi powiedział: 

– W takim razie za dwie godziny. 

Varthlokkur  odwrócił  się  i jeszcze  raz  popatrzył  na  skażone  ogniem  niebo.  Skręcało  mu 

wnętrzności. Jakimiż śmiałymi głupcami jesteśmy, rzucając wyzwanie człowiekowi, który ma na 

zawołanie taką potęgę. 

Gdy Mgła znalazła się na tyle daleko, że nie mogła go usłyszeć, król powiedział szeptem: 

– Czy my obstawiamy złego konia? 

– My? To był twój pomysł. 

– Hmm. Rzeczywiście. – Bragi zrobił kwaśną minę. 

 

Lord  Ch’ien  wykonał  nieznaczny  gest.  Mgła  szybko  się  obejrzała.  Król,  podekscytowany, 

stał  w drzwiach.  Minęły  lata,  odkąd  ostatnio  przebywał  na  najwyższym  piętrze  jej  domu. 

Zmieniło się tu. 

Podszedł. 

– A może tak zamieniłbym twoich strażników na moich ludzi? Zwracamy uwagę i bez tych 

background image

egzotycznych postaci stojących na widoku. 

–  Racja.  –  Skinęła  na  kandydata  z grupy  gońców  i powtórzyła  mu  polecenia.  Biorąc  króla 

pod  rękę,  wskazała  na  rząd  siedzeń,  które  ustawiono  wzdłuż  ścian  pokoju.  Całe  trzecie  piętro 

pozbawione  było  ścianek  działowych.  Okna  zasłonięto  ciężkimi  kotarami.  Jedna  ściana  była 

pusta i zacieniona. Ogromny stół zajmował środek pomieszczenia. 

– Powiedz swoim ludziom, żeby usiedli i nie kręcili się – powiedziała. – I każ im trzymać się 

z daleka od południowej ściany. Mogliby nas uśmiercić, gdyby wypadli przez portal. 

Nie  wiadomo  skąd,  zjawił  się  jakiś  mężczyzna.  Złożył  raport  człowiekowi 

odpowiedzialnemu za mapę. Mgła słuchała jednym uchem. Rutynowe sprawozdanie. 

– Oddałbym lewą rękę, żeby mieć taką mapę w swoim pokoju narad – mruknął król. Mapa 

na stole miała trzydzieści stóp długości i piętnaście szerokości. Przedstawiała Shinsan i kraje od 

niego  zależne.  Zaznaczono  każde  większe  miasto,  podobnie  jak  wszystkie  ważniejsze  formy 

ukształtowania  terenu.  Miejsca  stacjonowania  i ruchy  licznych  legionów  imperium  oznaczono 

jaskrawymi kolorami. 

Kolejny  posłaniec  wpadł  do  pokoju. Człowiek  odpowiedzialny  za  mapę,  wysłuchawszy  go, 

zaczął sypać na nią czerwony piasek. 

– Siadaj – powiedziała Mgła do Bragiego. – Moi ludzie spisują się lepiej, niż oczekiwałam. 

Otrzymuję bardzo dobre wieści. Prawdopodobnie dlatego, że lord Kuo się nie wychyla. 

Lord Kuo przyczaił się gdzieś, czekając, aż sytuacja się rozwinie, pomyślała. Wstała, wzięła 

wskaźnik i postukała w mapę. 

–  Gdzieś  na  tym  pustym,  nie  oznaczonym  obszarze  ukrył  rezerwową  armię.  W ciągu  kilku 

dni spuści wielki młot na Matayangę. 

– Jak idzie Armii Południowej? 

Zachowała swoją opinię dla siebie. 

– Widzicie mapę. Utrzymuje ciągłość swoich linii. W tak niekorzystnej sytuacji to wszystko, 

czego można wymagać od jakiejkolwiek armii. Chwileczkę. 

Pojawił się posłaniec. Przeszła do miejsca, w którym mogła uchwycić strzępy jego raportu. 

– Psiakrew! – powiedziała, ale jej głos brzmiał łagodnie. 

Odpowiedzialny  za  mapę  skupił  małe,  ponumerowane,  czarne  znaczki  na  najbardziej 

wysuniętych  na  wschód  obrzeżach  imperium.  Inne  przesunął  nad  brzeg  rzeki  dwieście  mil  za 

tamtym skupiskiem. 

– O co w tym wszystkim chodzi? – zapytał król. 

–  Nie  mamy  pewności.  Kłopoty  z łącznością.  Armia  Wschodnia  została  zaatakowana  – 

odparła zgodnie z prawdą. 

– Matayanganie zaskoczyli ich wraz z niespodziewanym sprzymierzeńcem? 

– To zaczęło się wcześniej niż ta sprawa na południu. Trwa już ponad tydzień. 

background image

– Czy tam toczy się regularna druga wojna? 

–  Dzieje  się  coś  okropnego...  –  Opanowała  się.  Bragi  może  i jest  starym  przyjacielem 

i towarzyszem broni, ale nie jest członkiem rodziny. Nie ujawnia się osobom postronnym swoich 

obaw. –  Lord  Kuo, zanim zniknął, przydzielił Wschodniej Armii nowego dowódcę.  Lorda Ssu-

mę  Shih-ka’iego.  To  wieśniak,  któremu  niełatwo  było  piąć  się  w górę.  Przeszedł  długą  drogę. 

Bardzo zdolny i uparty jak diabli. 

– Hmm. 

Westchnęła. Dobrze. Król nie interesował się wschodem. 

– Wiesz już, kiedy chcesz wkroczyć? 

– Nie przed wyjściem z ukrycia lorda Kuo. Nie chcę iść w ciemno. 

– Jeżeli to trochę potrwa, to lepiej zajmę się swoimi ludźmi. – Król wstał i odchrząknął, jak 

to miał w zwyczaju. 

Mgła  patrzyła,  jak  wychodzi.  Czuł  się  bardzo  zmęczony,  bardzo  stary.  Pomiędzy  nimi 

pojawiła  się  na  chwilę  nić  głębokiego  zrozumienia.  Ona  też  czuła  się  zmęczona  i stara.  I to  się 

jeszcze  nasili,  zanim  będzie  po  sprawie.  Niebezpieczeństwo  będzie  z każdą  chwilą  większe, 

a każda chwila zmniejsza szanse utrzymania próby przewrotu w tajemnicy. 

– Wen Chin – mruknęła – nie marnuj ani chwili. 

 

Niekończące  się  oczekiwanie  było  jak  czuwanie  przy  zmarłych.  Atak  matayangański  trwał, 

trwał i trwał, a sytuacja ciągle nie dojrzała. Atmosfera zaczęła się robić gorąca. 

– Lord Kuo musi mieć nerwy ze stali – Mgła przekazała swoją opinię lordowi Ch’ienowi. – 

Nie sądzę, abym ja zdołała tyle wytrzymać. 

Lord  Ch’ien  postukał  w mapę  końcówką  wskaźnika,  kreśląc  zarys  krwawej  plamy  postępu 

Matayangi.  Ręka  mu  zadrżała.  Czerwony  piasek  wrzynał  się  głęboko  w Shinsan.  Informatorzy 

Mgły  powiedzieli,  że  Armia  Południowa  właściwie  już  przestała  istnieć.  Niektóre  mocno 

osłabione  legiony  rozwiązano,  a tych,  którzy  przeżyli,  rozrzucono  jako  uzupełnienia.  W linii 

frontu ziała ogromna dziura. Przelewali się przez nią Matayanganie. 

– Granica została przekroczona. Może dlatego, że dowodzi lord Kuo. 

Mgła cmoknęła z niezadowoleniem. 

– Żadnych zgadywanek na tym etapie operacji. 

Zjawił się król. Przyjrzał się mapie. 

–  To  dwa  dni  –  powiedział.  –  Cały  ten  ruch  kurierów  musi  pozostawiać  ślady.  Ile  mamy 

czasu, zanim ktoś zacznie kojarzyć fakty? 

– Wiem! Wiem! – burknęła Mgła. – Bardzo szybko będziemy musieli założyć, że już wiedzą. 

Niech szlag trafi tego człowieka! Mam na myśli lorda Kuo. Dlaczego nie rusza? 

– Matayanganie nie dotarli jeszcze tam, gdzie chce ich mieć – stwierdził lakonicznie Bragi. 

background image

Jeszcze  raz  przeanalizował  mapę.  –  Ale  jeśli  będzie  długo  zwlekał,  nie  będziesz  miała  czego 

przejąć. 

– Porównaj wielkość tej czerwonej plamy na mapie z całością – warknęła. Po czym zwróciła 

się do lorda Ch’iena: – Czas. Jeżeli nie ruszy w ciągu pięćdziesięciu godzin, zrobię to ja. 

– W ciemno? – zapytał król. 

– Jeśli będę musiała. Nie będę mogła ufać swoim ludziom o wiele dłużej. Do tego czasu, jeśli 

jeden ucieknie, wszyscy za nim popędzą. – Po chwili, znużona, dodała: – Zanim poskładam to na 

nowo, minie dziesięć lat. 

Gdy mówiła, miejsce obok niej zajął Aral. Powiedział coś, co miało ją pocieszyć. Usiłował 

wziąć ją za rękę. W obecności lorda Ch’iena. Odsunęła się. 

Był już najwyższy czas, żeby skończyć z tą bzdurą. Nie powinna była tego zaczynać. Głupia. 

Szaleje na punkcie mężczyzn. Kiedyś już straciła tervola z powodu Valthera. Nie popełni drugi 

raz tego samego błędu. 

Zignorowała ból malujący się na twarzy Arala. 

Zauważyła, że lord Ch’ien niczego nie dostrzegł, ale Bragi tak. Pokiwał głową w zamyśleniu. 

Czuła, że się czerwieni. Mimo to nie skomentował tego. 

– Jest późno. Muszę się trochę przespać – powiedział. 

Przyglądała  mu  się,  gdy  rozmawiał  przed  wyjściem  ze  swoimi  kapitanami.  Ich  obecność 

drażniła ją. Mieli oczy jak jastrzębie. W każdej chwili musiała o nich pamiętać. Tak to jest, gdy 

trzeba polegać na tych przeklętych obcych! 

Wraz  z upływem  czasu  jej  rozdrażnienie  rosło.  Jej  ludzie  też  byli  podenerwowani.  Nie 

potrafili  rozmawiać,  nie  warcząc  na  siebie  nawzajem.  Spisek  mógł  za  chwilę  się  rozpaść. 

A oczekiwanie ciągle podkręcało napięcie. 

Mijały  kolejne  godziny  nocy.  Czerwona  plama  inwazji  matayangańskiej  rozlewała  się  po 

rozłożonej na stole mapie. Z dalekiego wschodu przybyli skonfundowani posłańcy, a ich raporty 

jedynie jeszcze bardziej zaciemniły obraz sytuacji. 

– Lordzie Ch’ien. 

– Tak, księżniczko? 

Postukała wskaźnikiem w mapę. 

– Czy ośmielimy się ruszyć, gdy dzieje się coś takiego? 

Lord Ch’ien przyjrzał się wschodnim terenom. 

–  Myślę,  że  w tej  chwili  możemy  tego  nie  brać  pod  uwagę.  Nasi  ludzie  tam  na  miejscu 

dopilnują,  żeby  te  siły  się  nie  zaangażowały.  –  Znużenie,  które  dało  się  słyszeć  w jego  głosie, 

sprawiło, że brzmiał on bardziej chropowato niż zwykle. Mgła wzdrygnęła się. 

Lord Ch’ien pospieszył z wyjaśnieniem: 

–  Prawdziwym  problemem  będzie  Armia  Zachodnia.  Słyszałem,  że  lord  Hsung  ma  tam 

background image

agenta w pałacu. Teraz już każdy z tej wiochy wie, że coś się dzieje. Najgłupszy szpieg wysłałby 

na ten temat wiadomość. 

–  Czas.  Niezwyciężony  wróg.  Poradzimy  sobie  z tym,  stary  przyjacielu?  Czy  też  on  nas 

wykończy? 

–  Nie  potrafię  powiedzieć,  księżniczko.  Ale  mam  przeczucie,  że  jesteśmy  bliscy  podjęcia 

decyzji. Na tych nie oznaczonych obszarach pojawiły się nowe napięcia. 

Mgła  wpatrywała  się  w pustą  część  mapy,  pomijając  wszystko  inne.  I rzeczywiście,  lord 

Chi’ien  miał  rację.  Wyczuwała,  że  coś  wielkiego  pręży  tam  swoje  muskuły,  spręża  się  jak  wąż 

gotujący się do ataku. No tak. To nie potrwa już długo. 

– Księżniczko... 

– Lordzie? 

– Ta chwila się zbliża. A my nadal nie podjęliśmy decyzji, co zrobić z tymi ludźmi, gdy już 

spełnią swoje zadanie. 

Była  to  rozmowa,  której  miała  nadzieję  uniknąć,  a jednak  wiedziała,  że  jest  ona 

nieunikniona. 

– Nie nadążam za tobą. 

–  Wiesz,  kim  są  i co  zrobili.  Ten  nic  nie  znaczący  król.  Ten  czarodziej  Varthlokkur.  Ci 

padlinożercy,  którzy  ich  otaczają  –  wskazał  kilku  ludzi  króla.  –  Musimy  postanowić,  co  z nimi 

zrobić, jeśli nam się uda. 

Mgła westchnęła. 

–  Postępowali  z nami  honorowo,  lordzie  Ch’ien.  –  Nie  mogła  mu  powiedzieć,  że  są  jej 

przyjaciółmi.  Księżniczka  Imperium  Grozy  nie  ma  przyjaciół.  Nie  ma  przyjaciół  w obcych 

krajach. 

– Dla swoich własnych celów. Mają nadzieję osłabić imperium, opóźnić nieuchronny dzień 

sądu ostatecznego. Król... Unicestwiłby nas, gdyby tylko mógł. 

Nie mogła temu zaprzeczyć. Nie próbowała. 

– Kto wie, jakie knują zdrady na chwilę naszego tryumfu. 

Czuła, jakby w jej wnętrznościach zmagały się węże. Zbyt długo była na zachodzie. Zaraziła 

się jego łagodnością. Niech będzie przeklęty ten łotr Valther! Gdyby nie przedarł się przez mury 

otaczające jej duszę... 

– Ty jesteś za to odpowiedzialny, lordzie Ch’ien. Rób to, co uważasz za stosowne. – Utkwiła 

wzrok w mapie i starała się nie myśleć o tym, co właśnie zrobiła. Grzech zaniechania był takim 

samym grzechem jak inne. Po chwili opuściła swoje miejsce i zeszła na dół, mając nadzieję, że 

posiłek złagodzi napięcie i osłabi uczucie obrzydzenia do siebie. 

 

Jeden  z ludzi  króla  wyciągnął  Mgłę  z kuchni.  Bełkotał  niezrozumiale  i coś  pokazywał. 

background image

Zdumiona, pozwoliła się podprowadzić do okna. 

Wschód znowu stał w ogniu. Lord Kuo ruszył. A ona była taka zmęczona, taka zniechęcona, 

taka skupiona na sobie, że nie wyczuła, kiedy to się zaczęło. 

– Dziękuję. – Pospieszyła na górę. 

Atmosfera  uległa  zmianie.  Odór  strachu  i napięcia  zniknął.  Teraz  pojawiło  się  napięcie 

innego rodzaju, takie, które rodzi się tuż przed bitwą. Niecierpliwe, czujne napięcie żołnierzy tuż 

przed  uderzeniem  na  wroga.  Wszyscy  poruszali  się  teraz  szybciej,  bardziej  stanowczym 

i sprężystym  krokiem.  Zapomnieli  o swoim  znużeniu.  Zatrzymali  się,  gdy  Mgła  weszła  do 

pomieszczenia. Machnięciem ręki kazała im wracać do swoich zajęć. 

– Już zaczęły napływać raporty – powiedział lord Ch’ien. – Informacje wskazują, że sytuacja 

jest korzystna. 

–  Dobrze.  –  Zwróciła  się  do  jednego  z ludzi  Bragiego.  –  Mógłbyś  pójść  po  króla?  – 

Odwróciła się. – Co wiemy? 

Trochę  później,  w czasie  toczącej  się  narady,  podniosła  wzrok  i zobaczyła,  że  przyszedł 

Varthlokkur.  Siedząc  na  wysokim  krześle  pod  północną  ścianą,  czarodziej  uważnie  oglądał 

pokój. Wyglądał na wypoczętego i czujnego. Nic nie umknie jego uwagi. 

Parę chwil później zjawił się król. Rozmawiał z kilkoma swoimi ludźmi. Patrzyła, jak słucha 

i kiwa  głową,  pytanie,  wysłuchanie  odpowiedzi,  skinienie  głową.  Najdłużej  zatrzymał  się  przy 

czarodzieju. Potem podszedł do niej i podprowadził ją do wschodniej krawędzi mapy. 

– Mgło, wiesz coś więcej o tym, co tu się dzieje? 

Niemal  poczuła  ulgę.  O tym  mogła  powiedzieć  całą  prawdę,  mogła  mówić,  nie  musząc  się 

zastanawiać nad każdym słowem. 

– Nie wiemy. Dziś rano dostaliśmy jedną niejasną wiadomość. Mówiła, że Armie Północna 

i Wschodnia nadal nas popierają, ale są zbyt zajęte Wybawicielem, żeby mogły bezpośrednio się 

zaangażować. 

– Wybawicielem? 

Spojrzała zaskoczona. Varthlokkur nadszedł tak nagle jak niespodziewana burza. 

–  Wódz  nieznanego  wroga,  który  zaatakował  imperium.  Nazywają  go  Wybawicielem. 

Najwyraźniej  jakiś  wyjątkowy  talent.  Zdziesiątkował  Armię  Wschodnią.  Armia  Północna 

i Południowa postanowiły stawić mu opór na rzece Tusghus. 

– Hmm. – Bragi przestudiował mapę, po czym spojrzał na Varthlokkura. – Dlaczego to cię 

tak interesuje? 

– Ethrian. On gdzieś tam jest. 

– A zatem on żyje? 

Na  czoło  czarodzieja  wystąpił  pot.  Otarł  go.  Mgła  przyglądała  mu  się  uważnie.  Było  coś, 

z czego wcześniej nie zdawała sobie sprawy, jakieś napięcie między tymi dwoma mężczyznami. 

background image

Varthlokkur powiedział: 

– Nie jestem pewny. Intuicja mówi mi, że tak. 

–  Może  uda  się  nam  sprowadzić  go  do  domu.  To  byłoby  coś  wspaniałego  dla  Nepanthe. 

Dopiero co urodzona córeczka, a teraz odzyskanie utraconego syna. 

–  Nie  sądzę.  To  nie  jest  ten  syn,  którego  utraciła.  Jeśli  to  jest  Ethrian,  nie  będzie  chciała 

przyjąć go z powrotem. 

– W takim razie mało ją znasz. 

Mgła  zaczęła  bardzo  uważnie  słuchać.  Ethrian?  Nie  zginął?  Co...?  Przyjrzała  się 

czarodziejowi. Nigdy nie widziała go tak przygnębionego. 

– O co chodzi? – dopytywał się król. 

–  Nigdy  jej  o tym  nie  powiem,  jeżeli  moje  podejrzenia  się  sprawdzą.  Zapomnijcie,  że 

wspomniałem jego imię. Ona dość już wycierpiała. 

Mgła zmarszczyła brwi. To, co mówi Varthlokkur, nie ma sensu. 

– Ale... 

– Ona nie potrzebuje więcej bólu – przerwał królowi Varthlokkur. – Jasne? Nie chcę, żeby 

zobaczyła, że jej dziecko wyrosło na potwora.  Ostrzegam  cię. Jeżeli jej powiesz, nigdy nie licz 

już na moją pomoc. 

–  Człowieku,  spokojnie.  Nawet  nie  wiem,  o czym  ty  mówisz.  A ty,  Mgło?  Co ty  próbujesz 

zrobić, Varthlokkurze? 

Mgła podeszła do lorda Ch’iena i opowiedziała mu, co usłyszała. 

–  Sądzę,  że  będzie  lepiej,  jeśli  wyślesz  tam  kogoś,  żeby  sprawdził,  co  się  dzieje  – 

powiedziała. – To może być ważne. 

Lord Ch’ien skinął głową, gestem wezwał godnego zaufania człowieka z grupy posłańców. 

Mgła odwróciła się do czarodzieja, a do pokoju wszedł Michael Trebilcock. 

Nigdy 

nie 

poznała 

szczegółów 

zniknięcia 

i nagłego 

powrotu 

Trebilcocka. 

Najprawdopodobniej udał się do pustynnego królestwa Hammad al Nakir i znalazł dowody na to, 

ż

e tamtejszy rząd miał coś wspólnego z atakiem na generała Liakopulosa. 

Król przywołał ją gestem. Podeszła. 

– Michael mówi, że w Throyes było powstanie. Hsung je stłumił – powiedział Bragi. 

– Wiem. 

–  Mówi,  że  Hsung  ma  zamiar  poprowadzić  armię  argońską  w kontrataku  z flanki  na 

Matayangańczyków. 

Zaskoczyło ją to. 

– Czy to wiarygodna informacja, Michael? 

– Nie. Plotka z dowództwa throyańskiego. Ale to z pewnością w jego stylu. 

–  To  prawda.  Potraktuję  to  jako  fakt.  –  Odeszła.  To  nie  była  dobra  wiadomość.  Jeżeli  lord 

background image

Hsung rozlokował Argończyków, to będzie miał własne oddziały, które będą mogły stawić opór 

jej uderzeniu. 

– Lordzie Ch’ien? – Poinformowała go o tym. Wyglądał na przygnębionego. 

Wycofała się na jedno z krzeseł i siedziała, przyglądając się mapie. Długie, czerwone ramię 

uderzające  w dole  imperium  zaczęło  zaciskać  się  u jego  korzeni.  Lord  Kuo  zamierzał  je  odciąć 

i odizolować  ogromną  armię  na  wrogim  terytorium.  Matayanganie  nie  wytrzymają  długiego 

odcięcia od swoich. 

– Czy to się uda? – zapytała lorda Ch’iena, wskazując na mapę. 

– To zależy od tego, z jak licznym wrogiem lord Kuo musi się uporać – odparł. – Oczywiście 

jest  to  śmiałe  uderzenie.  Zasługuje  na  szacunek,  nawet  jeśli  się  nie  powiedzie.  Z raportów 

odnosimy wrażenie, że rezerwa była silniejsza od całej Armii Południowej. 

– Czy wynikają z tego jakieś kłopoty dla nas? 

–  Nie  dowiemy  się,  dopóki  tam  nie  wkroczymy.  Jego  środki  bezpieczeństwa  są  najwyższej 

klasy. 

Mgła  ssała  kciuk  i studiowała  mapę.  Ciągle  wracała  wzrokiem  do  tej  tajemnicy  na 

wschodzie.  Czyżby  był  tam  jej  siostrzeniec,  Ethrian?  Czego  był  częścią?  Jak?  Dlaczego...? 

Zmusiła się do skupienia na głównym problemie. 

Nadeszła chwila podjęcia decyzji. Idę albo rezygnuję. Zaatakować i zaryzykować rozwianie 

nadziei  na  uratowanie  imperium  przed  tymi  barbarzyńcami  z południa?  Poprzestać  na  tym,  co 

ma,  i pożegnać  się  na  zawsze  z wszelką  nadzieją  odzyskania  tronu?  Jeżeli  teraz  po  niego  nie 

sięgnie, nie zdobędzie go nigdy. Jeżeli lord Kuo z tego wyjdzie, będzie nietykalny... 

Podjęła decyzję i rozejrzała się. 

– Król – powiedziała. – Gdzie jest król? 

Ktoś odpowiedział: 

– Właśnie wyszedł, proszę pani. 

– Przyprowadź go. Jest mi tutaj potrzebny. Teraz. 

Kilka  minut  później  Bragi  ciężkim  krokiem  wszedł  do  pokoju.  Mgła  poprowadziła  go  do 

mapy, pokazała mu kleszcze chwytające matayangańską rękę. 

– Zamierzamy ruszyć, gdy te rarhiona znajdą się w odległości dziesięciu mil od siebie. Lord 

Kuo  będzie  miał  wtedy  pełne  ręce  roboty.  Lord  Ch’ien  ocenia,  że  dojdzie  do  tego  za  cztery 

godziny.  Stawiamy  w stan  pogotowia  moich  ludzi.  Będę  potrzebowała  trzech  lub  czterech  grup 

szturmowych. Moi ludzie przejmą władzę, gdy twoi będą uderzali na kwaterę główną lorda Kuo, 

by  go  aresztować.  –  Wskazała  swoich  ludzi.  –  Większość  moich  tervola  pójdzie  z tobą. 

Przygotują dla was teren. 

Oczy króla zwęziły się. Przez jego twarz przemknął cień. Nie potrafiła tego określić, dopóki 

nie odpowiedział. 

background image

–  Mgło,  jeszcze  nie  jesteś  numerem  jeden.  Dopóki  nie  opadnie  kurz  bitewny,  jesteś 

kasztelanką  Maisaku.  –  Posłał  spojrzenie  Varthlokkurowi.  Czarodziej  nadal  siedział, 

przyglądając się wszystkiemu beznamiętnie. 

Poirytowana  tupnęła  nogą.  Ci  przeklęci,  drażliwi  barbarzyńcy.  Musiał  jej  przypomnieć,  kto 

tu  rządzi...  Zmusiła  się  do  przepraszającego  uśmiechu,  złagodziła  wyraz  twarzy.  Jeszcze  tylko 

kilka godzin. Wtedy nie będzie uzależniona od nikogo. 

– Od razu zacznę ich zbierać. – Król odwrócił się, zwołał swoich kapitanów. 

Mgła znowu stanęła przy boku lorda Ch’iena. Raz zerknęła do tyłu i zobaczyła, że czarodziej 

Varthlokkur patrzy na nią. Jego twarz była pozbawiona wyrazu, mimo to odniosła wrażenie, że 

jest rozbawiony. Zadrżała. 

Nie  poświęcała  mu  wystarczająco  dużo  uwagi.  Tutaj,  na  zachodzie,  to  on  był  prawdziwym 

zagrożeniem.  Bez  niego  Bragi  nie  przetrwałby  Wielkich  Wojen  Wschodnich.  Bez  niego 

Podwójne  Księstwo  nigdy  by  nie  upadło  i nie  trzeba  byłoby  przechodzić  tego  wszystkiego... 

Wydawał  się  tak  nieskuteczną  osobą,  że  zapominało  się  o tym,  jak  śmiertelnie  może  być 

niebezpieczny...  Teraz,  bardziej  niż  kiedykolwiek,  najlepiej  będzie,  jeśli  to  zapamięta.  On 

nienawidzi Imperium Grozy. To mógłby być dla niego najlepszy moment, żeby wbić znienacka 

sztylet  w plecy  i przyspieszyć  destabilizację,  która  rozpoczęła  się  wraz  ze  śmiercią  jej  ojca 

i wuja...  Wydawało  się  niemal  nieprawdopodobne,  że  od  upadku  Książąt  Taumaturgów  minęło 

niespełna  dwadzieścia  lat.  Od  tamtej  pory  imperium  miało  więcej  władców  i władczyń  niż 

w ciągu wszystkich poprzednich stuleci. 

Czy imperium umiera? – zastanawiała się. Czy wkracza w epokę dekadencji? 

– Trzy i pół godziny – powiedział lord Ch’ien. – Sytuacja nadal jest korzystna. 

–  Dziękuję.  Jakie  są  doniesienia  od  naszych  ludzi  w Armii  Zachodniej?  Mam  wrażenie,  że 

Hsung będzie stanowił problem. 

 

Nepanthe  leżała  z noworodkiem  przy  piersi.  Na  zewnątrz  straszliwe  magiczne  światło 

błąkało się po górskich szczytach jak rozbawione kocięta. 

– Maggie – zawołała cicho. – Maggie? 

– Tak, pani? – Służąca wstała z miejsca, w którym drzemała nad ręczną robótką. 

– Gdzie jest Varthlokkur? Czy przesłał jakąś wiadomość? 

– Przykro mi, pani. Ani słowa. Mówią, że nawet królowa jest zasmucona. Od paru dni nie ma 

ż

adnych wieści od króla. 

Powoli  Nepanthe  odwracała  głowę,  aż  znowu  mogła  widzieć  magiczny  ogień.  Ogarnął  ją 

głęboki smutek. 

– Co to jest? Czy ktoś wie? 

–  Powiadają,  że  to  Imperium  Grozy  prowadzi  wojnę,  pani.  Ale  nie  z nami.  Nie.  Nie  tym 

background image

razem.  Tym  razem  ciemność  ogarnia  jedno  z tych  dalekich  królestw,  o których  słyszy  się  tylko 

w opowieściach. 

Nepanthe nie odpowiedziała. Nie słuchała już. 

Była  sama  i ogarniało  ją  przerażenie.  Obecność  służącej  wcale  nie  stanowiła  pociechy. 

Maggie nie była osobą, którą znała, przed którą mogłaby otworzyć serce, która nie śmiałaby się 

z jej obaw... Varth obiecał, że dziecko nie urodzi się tutaj... Bądź rozsądna, skarciła się. Dziecko 

miało przyjść na świat dopiero za kilka tygodni. 

Spojrzała  na  pozbawioną  włosów,  pomarszczoną,  czerwoną,  maleńką  główkę.  Dziecko,  jak 

gdyby wyczuwając, że mu się przygląda, poruszyło się i zaczęło ssać pierś. Nepanthe przyglądała 

się, jak rytmicznie ruszają się małe policzki, i uśmiechnęła się. 

Nagle  zdała  sobie  sprawę,  że  służąca  ciągle  mówi.  Na  swoje  pytanie  otrzymała  odpowiedź 

dłuższą, niż chciałaby usłyszeć. 

–  Maggie?  Mogłabyś  sprawdzić,  czy  królowa  Inger  może  przyjść?  –  Potrzebowała  kogoś, 

a nie znała nikogo innego... Zawołałaby Mgłę, ale żona jej brata zapewne tkwi po uszy w tym, co 

robią mężczyźni. Ta kobieta tylko z pozoru należała do słabej płci. W tym oszałamiającym ciele 

tkwił po prostu jeszcze jeden mężczyzna. 

Kilka minut później weszła królowa Inger. 

–  Dziękuję,  że  przyszłaś  –  wysapała  Nepanthe.  –  Naprawdę,  nie  spodziewałam  się  tego. 

Masz swoje własne sprawy. 

– Równie rozpaczliwie chcę porozmawiać jak ty, kochana. – Królowa była spokojną, wysoką 

i elegancką  kobietą  o blond  włosach.  Prawdziwie  królewska,  pomyślała  Nepanthe.  Zawsze 

panuje nad sobą i swoim otoczeniem. – Nie widziałam Bragiego od wielu dni. 

–  Vartha  nie  ma,  odkąd  urodziło  się  dziecko.  Wiem,  że  ma  sprawy  do  załatwienia,  ale 

mógłby chociaż zajrzeć i powiedzieć „cześć”. 

– Co oni planują? Wiesz coś? 

– Nie wiem nawet, gdzie Varth jest, nie mówiąc już o tym, co robi. 

–  Są  w domu  kasztelanki  Mgły.  Oni  i te  ich  kohorty.  Tyle  wiem.  To,  co  robią,  pozostaje 

w sferze  domysłów.  Nie  rozmawiają  z nikim.  Bragi  nawet  nie  odpowiada  na  wysyłane  mu 

wiadomości. 

– Idę o zakład, że to ma coś wspólnego z tym.– Nepanthe podniosła się z łóżka, podeszła do 

okna  i oparła  o parapet.  Królowa  patrzyła  ponad  jej  ramieniem.  –  To  się  nigdy  nie  skończy, 

Inger. Wolałabym... Nie obraź się, Inger. Wolałabym, żeby Bragi nigdy nie dotarł do Kavelinu. 

Mieliśmy ładne domy w Itaskii. Nie byliśmy kimś, bogaci też nie byliśmy, a życie było ciężkie, 

ale nasze rodziny były razem i przez większość czasu byliśmy szczęśliwi. Ten przeklęty Haroun 

bin  Yousif...  Mam  nadzieję,  że  smaży  się  w piekle.  Gdyby  nie  wplątał  w to  wszystko  Bragiego 

i Szydercy... 

background image

–  Nic  nie  możesz  zmienić.  Myślę,  że  takie  było  przeznaczenie.  Gdyby  to  nie  był  Haroun, 

wygnałoby cię stamtąd coś innego. 

Nepanthe odwróciła się i zmrużyła oczy. 

– To prawda. Książę Greyfells był twoim wujem czy coś w tym rodzaju, prawda? – Książę 

Szarego  Płaskowyżu  był  śmiertelnym  wrogiem  jej  pierwszego  męża  oraz  króla,  gdy  Bragi  był 

zwykłym najemnikiem. 

–  To  inna  gałąź  rodziny,  moja  droga.  Nasza  strona  nigdy  nie  angażowała  się  w politykę. 

Wolałabym, żeby Bragi też tego teraz nie robił. 

– Nie lubisz być królową? 

–  Uwielbiam.  Nie  cierpię  po  prostu  tych  wszystkich  kłopotów,  bólu,  konspirowania 

i odpowiedzialności, które się z tym wiążą. 

Nepanthe  odwróciła  się  i raz  jeszcze  zapatrzyła  się  w dal.  Magiczna  burza  dawała 

koszmarny, cytrynowy odcień. Magia. To też prześladowało ją przez całe życie. Zażądała od niej 

Ethriana. Pożarła niewinnego. 

– Czy Bragi kiedykolwiek wspomniał, co się stało? Z Szydercą? 

– Nie. Nie chce pamiętać. Ale nie może też zapomnieć. To go prześladuje. Czasami budzi się 

w nocy z płaczem. Albo krzykiem. Nie potrafi przekonać sam siebie, że nie miał innego wyboru. 

A nie miał, jak wiesz. 

–  Wiem.  Nie  mam  mu  tego  za  złe.  Oszczędzam  swoją  nienawiść  dla  ludzi,  którzy  zmusili 

Szydercę  do  próby  zabójstwa  swojego  najlepszego  przyjaciela.  Wolałabym,  żeby  nie  wszyscy 

byli martwi. Gdyby żyli, mogłabym marzyć o torturowaniu ich i zabijaniu. 

– Bragi zrobiłby wszystko, żeby ci to wynagrodzić, Nepanthe. Nadal fatalnie się czuje. 

– Niczego nie chcę, Inger. Mam Vartha i dziecko. Chodzi mi tylko o... Ethriana. Chciałabym 

mieć pewność: żyje czy nie. 

– Myślałam, że został zabity po tym, jak Szyderca zawiódł. Wszyscy tak mówią. 

– Wszyscy myślą, że  go zabili. Ale nikt tego nie widział. A ja ciągle mam wrażenie, że on 

gdzieś  tam  jest  i potrzebuje  pomocy.  –  Popatrzyła  na  fioletowe  niebo,  zaczęła  drżeć.  Nie 

wspomniała  o swoich  snach.  Varth  zawsze  je  wyśmiewał.  Inger  też  mogłaby  to  zrobić.  – 

Czasami... czasami myślę, że Bragi i Varth wiedzą, tylko nie chcą mi powiedzieć. 

– Bragi nigdy nic mi nie mówił. 

– Po prostu chciałabym wiedzieć. Gdybyś o czymś usłyszała... powiedz mi. Dobrze? 

Inger poklepała ją po ramieniu. 

– Oczywiście. Oczywiście. Od czego są przyjaciele? 

Nie wiem, pomyślała Nepanthe. Nigdy nie miałam ich tylu, żeby się dowiedzieć. 

Niebo szalało i wirowało. 

background image

11 

Rok 1016 OUI 

Kamienna bestia mówi 

 

Ethrian  i Sahmanan  stali  na  szczycie  wzgórza.  Poniżej  toczył  swe  wody  szeroki  Tusghus. 

Ethrian ścisnął sztylet tak mocno, że aż zbielały mu knykcie. 

– Do diabła! – Rzucił broń na ziemię. Wpadła w zarośla. Już jej nie znajdzie. 

– O co chodzi? 

– Wygrywamy bitwy, ale przegrywamy wojnę – warknął. – Zżerają nas. Jak przekroczymy tę 

rzekę? Poza tym jest ich tyle samo co nas. Nie ma już nikogo, kogo mógłbym zaciągnąć. 

– Weź żywych. Zrobiłeś tak z częścią tubylców. 

– Nie mogę. 

– Dlaczego? 

– Nie pozwolą mi. Ich zbroje mają zaklęcia, które mnie powstrzymują. 

Ziemia się zatrzęsła. Kilkaset jardów za nimi wznosił się słup ognia. Tliły się drzewa. 

–  Następnych  trzystu  ludzi  poszło  z dymem  –  mruknął  Ethrian.  –  Dlaczego  oni  zbijają  się 

w grupy? Nie mogę utrzymać ich w szyku rozciągniętym, chyba że cały czas o tym myślę. 

– Oni ciągle mają pamięć. Nie podoba im się to, czym się stali. Gromadzą się, ponieważ daje 

im to pociechę. Sięgnij za rzekę. Znajdź ludzi, którzy nie są żołnierzami. 

– Próbowałem. Nie ma nikogo. Opróżnili całą tę przeklętą okolicę. 

Na południe od wzgórza wybuchły walki. Wrzawa zbliżała się, potem się oddaliła. 

Wróg nie potrzebował już portali do przerzucania swoich legionów. Używał ich taktycznie, 

przypuszczając z zaskoczenia nieduże ataki. Ethrian nie potrafił zlokalizować portali ukrytych po 

tej stronie rzeki. 

–  Nie  możemy  tu  siedzieć  bez  końca  –  zauważyła  Sahmanan.  –  Musimy  się  stąd  wyrwać 

i zacząć rekrutację. 

Nienawiść  Ethriana  wybuchła.  Od  czasu  przejęcia  mocy  bestii  rosła  w postępie 

geometrycznym. Był zdumiony sam sobą. Czasami myślał, że całkiem zwariował. 

Może kamienna bestia pokonała mnie, pomyślał. Staję się potworem, głodnym zniszczenia, 

ludzkiego strachu, niecierpliwym, gdy tego nie dostaje. 

Bestia  nie  oddała  wszystkiego.  Nie  dała  mu  nic  poza  swoją  władzą  nad  zmarłymi.  Słowo 

sobie zatrzymała. I tego właśnie zapragnął teraz Ethrian. 

–  Moglibyśmy  użyć  jeźdźców,  żeby  przerzucić  ludzi  do  lasów  za  linią  obrony  wroga  – 

zaproponowała  Sahmanan.  –  Wybierz  pojedynczo  wrogich  żołnierzy,  uśmierć,  ożyw  i wyślij 

z powrotem do ich oddziałów... 

–  Potrafią  ich  odróżnić.  Nie  możemy  też  przerzucić  wystarczającej  liczby  ludzi 

background image

w odpowiednio krótkim czasie. Musimy spróbować czegoś nowego. Masz coś w swoim worku ze 

sztuczkami? 

– Nic, czego nie użyłam już wcześniej.  I tak nie  mogę się wychylać.  Namierzyli mnie. Nie 

przeżyję jeszcze jednej takiej bitwy jak ta w ich forcie. 

– W takim razie idź po Wielkiego. 

– Co? 

–  Sprowadź  Wielkiego.  Wykurz  go  z tej  sterty  gruzu.  –  Popatrzył  na  drugi  brzeg  rzeki.  Co 

mogłoby zrobić słowo z tymi umocnieniami ziemnymi? 

Na jego twarzy zagościł paskudny uśmiech typowy dla każdego szaleńca. 

Ciemność nosi tysiąc masek, zło przybiera tysiąc kształtów. 

Nie  uważał,  że  się  zmienił.  Wyglądał  jak  wielu  młodych  ludzi  w jego  wieku.  Ale  mroczny 

rozkład  rozprzestrzeniał  się  w środku.  Rak  rozrastał  się  z ziarna  zasianego  przez  Pracchię 

i użyźnionego przez kamienną bestię. 

Nazywali  go  Wybawicielem,  ci,  których  po  wielokroć  doprowadził  do  śmierci.  Był  bliski 

stania  się  tym,  czym  go  ogłosili.  Wybawiciel  Ciemności.  Mesjasz  Zła.  Książę  Szlaku  Lewej 

Ręki. 

Ależ  nie,  zaprotestowałby.  Jestem  po  prostu  Ethrianem,  odpłacam  złem  za  zło  mi 

wyrządzone. 

Sahmanan  wyczuwała  tego  raka.  Rozumiała,  jak  jest  to  głębokie.  Sama  będąc  panią 

nikczemności, była przerażona jego potencjałem. Znała pochodzenie Ethriana. Jego dziadek był 

czarodziejem, który zniszczył Ilkazar. Matką była kobieta Mocy. Ta sama krew płynęła w żyłach 

jego ojca. Mógł stać się największym uczniem, jakiego znała ciemność. 

– Idź, sprowadź Wielkiego – polecił jej. 

Rozejrzała się ukradkiem, jak gdyby się spodziewała, że bestia podgląda ją z zarośli. 

– Nie proś mnie, bym na powrót stała się niewolnicą. 

Ethrian przyglądał się drugiemu brzegowi rzeki. 

– Mam jakiś wybór? Jeśli nie wykonamy żadnego ruchu, będziemy martwi. 

–  Obierz  inną  drogę.  Posyłaj  zmarłych,  dopóki  nie  zostaną  zniszczeni.  Odejdź  ze  mną 

dokądś. Możemy zacząć od nowa. Niech Wielki zgnije. Niech zstąpi do piekieł, gdzie znalazłam 

go z Nahaman. – Jej pasja zaskoczyła ich oboje. Mówiła to, co myślała. Podobnie jak jej siostra, 

zbuntowała się. 

– No tak. Występujesz przeciwko mnie. – Słowa Ethriana były tak zimne jak otchłanie czasu. 

– Myślałem, że to Wielki mnie zdradzi. 

– Ethrian... 

– Sprowadź go. Albo będziemy ze sobą walczyć. 

Sahmanan  spojrzała  nad  jego  ramieniem.  Martwi  żołnierze  wychodzili  z lasów.  Mówił 

background image

poważnie. 

– Ty głupcze! – Rzuciła się na niego. 

Zatoczył się na prehistoryczny granitowy głaz. Kopnął ją... 

Zaśpiewała zaklęcie. 

Ś

wiat zrobił się biały od upału. Gorąco sprawiło, że skóra Ethriana pokryła się pęcherzami. 

W swoim  umyśle  wyczuwał  wielkie  puste  miejsce.  Setki  żołnierzy  przestały  istnieć...  Ryknął 

z wściekłości. O mało się nie zabił. 

Od rozżarzonej przestrzeni chronił ich głaz i zaklęcie Sahmanan. Zaklął i powiedział: 

– Przynajmniej jedno z nas myślało. Dziękuję ci. – A po chwili poskarżył się: – Jestem ślepy! 

– Odzyskasz wzrok. Ethrianie, nie pozwól, żeby nienawiść tak nad tobą panowała. 

– Dobrze – powiedział po chwili. To się nie powtórzy. Sahmanan? 

– Tak? 

– Przepraszam. Nadal jednak musisz sprowadzić Wielkiego. 

–  Dobrze  –  westchnęła.  –  Gdy  ziemia  ostygnie  i będziemy  mogli  zrezygnować  z ochrony, 

jaką daje zaklęcie. 

 

Ethrian  stał  samotnie  na  szczycie  wzgórza.  Sierp  księżyca  wzeszedł  za  jego  plecami. 

Chłopiec opierał się na włóczni, patrząc na ognie na odległym brzegu. Już niedługo, lordzie Ssu-

ma, pomyślał. Złamię twoją wolę, ty uparta świnio. Wyrwę serce twojemu imperium. Ustanowię 

własne. Znajdę mordercę mojego ojca... 

Ale najpierw musiał użyć kamiennej bestii, nie ulegając jej potędze. A Sahmanan? Co z nią? 

Była taka dziwna dziś po południu. O co chodziło z tym wyrwaniem z niewolnictwa? 

To się nie zgadzało. Śpiewała zbyt wiele sprzecznych pieśni. 

Powietrze  za  nim  zaszeptało,  poruszone  zbliżającymi  się  ogromnymi  skrzydłami.  Szum 

narastał.  Szybko  wypełnił  noc.  Chmara  drzewc  przemknęła  ponad  wodą.  Za  Ethrianem  niebo 

płonęło.  Jego  jakby  zwielokrotniony  cień  sięgnął  ku  rzece.  Uniósł  jedną  rękę,  pomyślał:  To  ja, 

Shinsanie – cień sięgający szponami po twoje serce. 

Drzewce  strącały  smoki  i jeźdźców,  chociaż  nie  były  takie  same,  jak  te  z walk  na  pustyni. 

Nie miały nawet dziesiątej części mocy tamtych. Sprawiały wrażenie wykonanych chałupniczo, 

jak gdyby jego wrodzy wyczerpali już zapasy prawdziwej broni i musieli zadowolić się tym, co 

sami zdołali sklecić. 

Uśmiechnął się. 

– To, czego się boisz, ściga cię. To, co cię przeraża, jest tuż obok. Przyszedł na ciebie czas. 

Smok klapnął za nim. Sahmanan wykrzyknęła jakieś pytanie. Nie odwrócił się. 

Po chwili stała obok niego. Odczuwał potężną obecność Wielkiego. 

– Sprowadziłam go, Ethrianie. 

background image

– I co on myśli? 

Nie musiał pytać. Czuł radość bestii, jej niecierpliwość, żądzę zawstydzenia wroga, którego 

nienawidziła, ponieważ nie chciał się złamać czy dać pobić, a nawet się nie bał. 

Kamienna bestia chciała być traktowana poważnie. Lordowie Imperium Grozy już jej tak nie 

traktowali.  Rozumieli  sytuację  równie  dobrze  jak  Ethrian.  Teraz  uważali  Wybawiciela  i jego 

bożka za słabnące przeszkody, które usuną w ciągu kilku dni. 

Ethrian przeniósł się za rzekę i obserwował panującą tam pewność siebie. Oni wiedzieli, że 

tym razem go złamią. Znosili jego atak, spodziewając się, że sam się wykończy. 

– Dobrze zrobiłeś, że mnie wezwałeś, Wybawicielu – powiedziała kamienna bestia. – Razem 

ich teraz zmiażdżymy. Ale pytam cię, jak zamierzasz przekroczyć rzekę? 

Ethrian  nie  poświęcił  temu  nawet  chwili  zastanowienia.  Rozmyślał,  jak  zmieść  swoich 

wrogów, ale nie jak się do nich dostać. Nie miał nawet jednej łodzi. Jego oddziały nie zbudowały 

tratw czy pontonów. Legiony w czasie odwrotu zniszczyły wszystkie miejscowe statki. 

Sklął się za swoją głupotę. 

–  Nie  za  dobry  z ciebie  generał,  co,  Wybawicielu?  Sarkazm  kamiennej  bestii  zabolał  go. 

Musi wypić piwo, którego nawarzył. 

–  Co  byś  zaproponowała,  kamienna  bestio?  –  Sam  spróbował  być  sarkastyczny.  Rzucił 

okiem na wschód, gdzie za chwilę miało wyjrzeć słońce. 

– Sahmanan, napełnię cię siłą. Zamrozisz rzekę. Ethrian otworzył usta ze zdziwienia. 

– Zamrozisz ją? 

Bestia roześmiała się. A młodzieniec zadrżał, wiedząc, że musi uważać. 

Sahmanan,  ukryta  w ciemnościach,  odprawiła  jakiś  przydługi  obrzęd.  Po  pewnym  czasie 

powiedziała: 

– Pomóż mi, Wielki. 

Ethrian  czuł,  że  robi  się  coraz  zimniej,  wbrew  jego  spalonej  skórze.  Zimno  spłynęło  w dół 

wzgórza. W lasach zapanował taki mróz, że konary trzeszczały. Chłopiec zamknął oczy i opuścił 

ciało. 

Na rzece pojawiły się już kawałki lodu. Zimno dotarło do drugiego brzegu. Tamci już zaczęli 

reagować,  zanim  jeszcze  rzeczywiście  dosięgnął  ich  chłód.  Płomienie  ognisk  strzeliły  wyżej. 

Bębny wybijały rytm ostrzeżenia. 

Utworzył  się  szron.  Powietrze  zrobiło  się  mgliste.  Płatki  śniegu  opadały  leniwie.  Żołnierze 

Shinsanu spokojnie zajmowali pozycje na swoich umocnieniach. 

Gdybym miał takich żołnierzy... To, że są najlepsi, na niewiele im się przyda. Umiejętności 

człowieka przestały znaczyć cokolwiek od chwili, gdy usłyszał Słowo kamiennej Bestii. Ethrian 

wiedział. Widział wizje Sahmanan z wojny z Nahaman. 

Poprawił  mu  się  nastrój.  Wkrótce  stanie  na  zachodnim  brzegu  jako  jego  pan.  Legion 

background image

zmarłych  powstanie  wokół  niego,  gotów  ruszyć  naprzód...  Pod  wpływem  chwilowego  kaprysu 

pomknął na zachód, przez dzikie lasy, szukając kolejnego miejsca, gdzie będą chcieli zatrzymać 

go następnym razem. 

Ujrzał  stare  miasto,  wydawało  się  interesujące.  Na  pewno  go  zachwyci.  Nie  mógł  się 

doczekać jego zajęcia. Uwielbiał miasta. 

Wokół kłębili się uchodźcy. 

Były tu hordy, które mu wcześniej uciekły. Krzyknął do nich bezgłośnie: 

– Idę po was! Nie macie dokąd uciec! 

Jego  gniew  osłabł.  Znajdował  się  zbyt  daleko  od  swojego  ciała,  żeby  to  uczucie  długo  się 

utrzymało.  Zajrzał  w siebie  i zaniepokoiło  go  to,  co  tam  ujrzał.  Był  zbyt  przywiązany  do 

koncepcji, że jest Wybawicielem. 

Popędził z powrotem do rzeki i do bitwy, która będzie łabędzim śpiewem Shinsanu. 

Nad  Tusghusem  świtało.  Było  dosyć  lodu,  żeby  mogli  przejść  po  nim  ludzie.  Sahmanan 

poszerzała go w górę i w dół rzeki, żeby zapewnić szerszą drogę oddziałom. 

Ethrian pokręcił się wśród wrogów i zaczął się denerwować. Oni się nie bali. Ich czarodzieje-

kapitanowie  nie  odbywali  żadnych  panicznych  narad.  Mieli  ustawione  swoje  pierwsze,  drugie 

i trzecie linie obrony, stosy gotowe do podpalenia, portale przygotowane do ewakuacji poległych. 

Ich dowódca jadł śniadanie z dowódcami legionów, obojętny na wydarzenia nad rzeką. 

Bójcie  się  mnie,  niech  was  diabli  porwą!  –  wściekał  się  młodzieniec.  Ale  oczywiście  nie 

mogli go słyszeć. I bardzo dobrze. W swojej arogancji mogliby zacząć z niego drwić. 

Zobaczycie,  pomyślał.  Gdy  przemówi  kamienna  bestia,  zobaczycie.  Wtedy  okażecie 

prawdziwy strach. 

Wrócił do swego ciała. Zobaczył, że Sahmanan siedzi teraz na ziemi z zamkniętymi oczami, 

z malującym się na twarzy skupieniem. Czarne pudełko o wymiarach dziesięć na sześć i na pięć 

cali leżało na jej kolanach. To bóg? W jej wizjach wydawał się większy. 

Słońce stało niewysoko nad horyzontem, gdy kobieta otworzyła oczy i powiedziała: 

– Gotowe. 

Ethrian zaczął kierować swoje oddziały ku brzegowi rzeki. Uderzą, gdy bestia przemówi. 

– Nie mogę mówić, nie mając ust, Wybawicielu. Użycz mi swoich – szepnęła w jego umyśle. 

Ethrian jeszcze raz skarcił się za brak zdolności przewidywania. Wyczuwał jednak pułapkę. 

– Wykorzystaj Sahmanan. 

– Niemożliwe. Ona jest nie bardziej cielesna ode mnie. 

– Mógłbyś mnie wykiwać – powiedział chłopiec i przywołał jakiegoś żołnierza. 

– Nie mogę używać zmarłych – powiedziała bestia. 

–  W takim  razie  marnujemy  czas.  –  Bestia  chyba  uważała  go  za  wielkiego  głupca.  – 

Sahmanan, rozpuść lód. 

background image

– Zabraniam. 

Kobieta zawahała się. 

Ethrian czuł, w której chwili wybrała swego starożytnego pana. 

– Użycz mi swoich ust, Wybawicielu. 

– Nie. 

Uderzyła w niego wściekłość bestii. Poradził sobie z nią łatwiej, niż radził sobie z własną. 

– Nie walcz – błagała Sahmanan. – Ethrian, zawołaj jakieś zwierzę z lasu. Jakiekolwiek, byle 

duże. 

Sięgnął  tam  i od  razu  znalazł  niedźwiedzicę.  Ściągnął  ją,  powłóczącą  nogami,  na  szczyt 

wzgórza, a jej śladem podążały zdumione młode. 

– Wyślij ją nad rzekę – warknęła bestia. Jej furia nie osłabła. 

Ethrian  pokierował  niedźwiedzicą  i sam  udał  się  za  nią.  Sahmanan  przyniosła  pudełko. 

Głęboko  w środku  Ethrian  wyczuwał,  jak  Wielki  sonduje,  próbuje  wyciągnąć  mackę  czy  dwie, 

usiłuje  przejąć  kontrolę.  To  będzie  ostateczna  rozgrywka.  On  albo  ten  mroczny  bożek  będzie 

musiał się ugiąć... 

Bestia  aż  wrzała  z gniewu.  Gotowała  się  ze  złości,  płonęła  z nienawiści  i coraz  bardziej  się 

wściekała.  Ethrian  wyczuł,  jak  dotyka  zdumionej  niedźwiedzicy,  gdy  ta  ruszyła  po  lodzie.  Jej 

młode biegły za nią, skomląc. Nie słyszała ich posapywań i lamentów. 

Ethrian uśmiechnął się. Co oni tam, po drugiej stronie, sobie myśleli? Cała ta wielka magia, 

rzeka skuta lodem w lecie, żeby mogła przejść niedźwiedzica i jej młode? 

Może  nie  skojarzą  tego  z nimi.  Mogą  pomyśleć,  że  jest  jakimś  biednym  stworzeniem 

wędrującym po lodzie... 

Nie  dali  się  nabrać.  Ethrian  wyczuł  salwę  drzewc  z wyciem  spadającą  z nieba.  Wyczuł,  że 

furia  bestii  osiąga  maksymalny  poziom,  po  czym  eksploduje.  Pysk  niedźwiedzicy  otworzył  się 

i Przemówiła. 

Młodzieniec  zatoczył  się,  gdy  Wielki  zmienił  obiekt  ataku,  usiłując  wziąć  go  przez 

zaskoczenie. 

Słowo toczyło się po lodzie. Spadło na potęgę Shinsanu. 

Ethrianowi pociemniało w oczach. 

Obudził się i zobaczył pochyloną nad nim Sahmanan. 

– Nic ci się nie stało? – dopytywała się. 

Przeszukał swój umysł. 

– Nie. – Był zaskoczony. – Jak długo byłem nieprzytomny? Gdzie jest Wielki? 

–  Dwadzieścia  minut.  Zabrałam  go  z powrotem  na  wzgórze.  Jeszcze  nie  odzyskał 

przytomności. Nie spodziewał się, że odpowiesz ciosem na cios. 

– Zostawiłaś go? 

background image

– Nie potrzebujemy go teraz, prawda? Przyjrzał się jej uważnie. Była poważna. 

– Zabierz go więc z powrotem na pustynię. 

– Dobrze. – Uśmiechnęła się konspiracyjnie. – Wcale go to nie ucieszy. 

–  A co  mnie  to  obchodzi?  –  Ethrian  stał  zwrócony  twarzą  w stronę  drugiego  brzegu  rzeki. 

Widoczne  tam  było  jakieś  poruszenie!  Opuścił  swoje  ciało,  poleciał  tam  i wrócił.  Rozproszona 

kamienna bestia wykonała tylko połowę roboty. – Marnuję czas – wymamrotał. 

Armia  martwych  maszerowała  po  lodzie.  Była  to  żałosna  gromada  ludzi  o sztywnych 

nogach,  ślizgających  się,  przewracających  i wstających,  żeby  spróbować  jeszcze  raz.  Na  lodzie 

pojawiła się cienka warstwa wody. Siła bestii opuściła Sahmanan. 

Czy lód wytrzyma? – zastanawiał się Ethrian. Szybciej, szybciej. 

Uwijali się tam półprzytomni legioniści. Sześciu ludzi co minutę do portalu... Uciekali! 

– Szybciej! – wrzasnął. 

Pierwszy szczęk broni niósł się po lodzie. 

Wróg odpowiedział na atak. Rozpalili na nowo ogniska i ponownie obsadzili pozycje. A lód 

topniał. 

Była  to  najkrótsza  i najbardziej  owocna  z jego  bitew.  Zyskał  osiem  tysięcy  rekrutów. 

Legiony wycofywały się niemal w nieładzie. 

Jednak  jego  zdobycz  ledwie  pokryła  straty.  Lód  pękł  zbyt  wcześnie.  Niektórzy  z jego 

ż

ołnierzy  zostali  uwięzieni  na  krach,  które  popędziły  z nurtem.  Powpadali  do  wody.  Jednych 

dopadły ryby. Inni zaplątali się w korzenie drzew rosnących wzdłuż brzegów. Lub popłynęli do 

odległego morza, wyrywając się spod jego kontroli. 

Tervola,  wycofując  się,  prowadzili  ostrzał.  Uratowali  ogromną  część  swojej  armii.  Ethrian 

próbował ich ścigać, ale z każdą przebytą milą jego kontrola nad własnymi wojownikami słabła. 

Dopiero gdy padła ostatnia reduta, poleciał i dołączył do swojej armii. 

Sahmanan wróciła z pustyni. 

– Znowu jest w świątyni. Nawet stąd wyczuwam jego wściekłość i strach. 

–  Nie  powinien  był  próbować  mnie  oszukać.  Popatrz.  Zwyciężyliśmy.  Teraz  nie  mogą  nas 

powstrzymać. Nie stanowią już wielkiej przeszkody. 

–  Co  się  stanie,  gdy  ich  zniszczysz?  Będziesz  szedł  dalej,  aż  jedynymi  ludźmi,  którzy 

zostaną, będą martwi, którymi dowodzisz? 

Popatrzył na nią i wyczuł cień odrazy, rodzącej się nienawiści. 

– Daj mi spokój, kobieto. Mam tylko jeden  cel:  zmieść Shinsan. Będziemy się martwić, co 

robić dalej, gdy tego dokonamy. 

– Wiedziałam, że tak powiesz. 

–  O co  ci  chodzi?  Nieważne.  Chodźmy.  Mamy  umówione  spotkanie  w mieście  na  zachód 

stąd.  Jeśli  szybko  tam  dotrzemy,  nie  będą  mieli  czasu  się  przygotować.  I możemy  dogonić 

background image

uciekinierów. 

Sahmanan pokręciła smętnie głową i zaprowadziła go do smoków. 

Przez  dwa  dni  Ethrian  patrolował  odległe  flanki  w poszukiwaniu  rekrutów.  Jego  wysiłki 

ledwo były warte zachodu. Z tyłu pozostali tylko bardzo starzy, kulawi i słabi. 

Wcielił ich do swojej armii. Brał wszystko, co mogło chodzić. 

Trzeciego ranka po przekroczeniu Tusghusu Ethrian opuścił lasy i nagle stanął naprzeciwko 

Armii Północnej na niewielkiej równinie. 

– Nie wierzę w to. Czy oni nie mają nerwów? Po tym, co zrobiliśmy nad rzeką? 

Sahmanan roześmiała się. 

–  Powiedziałeś,  że  są  najlepsi  i nie  znają  uczucia  strachu.  Twierdziłeś,  że  nie  będą  mieli 

czasu przygotować miasta do obrony. Czego innego mógłbyś się spodziewać? 

– Nie wiem. 

Tym razem to wróg przyszedł do niego. Wycięli sobie drogę wśród dopiero co „powołanych” 

rekrutów.  Wdarli  się  głęboko  między  jego  lepszych  żołnierzy,  których  skuteczność  ucierpiała 

wskutek  postępującego  rozkładu.  Ruszyli  w pościg  za  legionem  zmarłych  wcielonym  do  jego 

armii.  Przynieśli  ze  sobą  portale  umocowane  na  wozach.  Walka  toczyła  się  do  chwili,  gdy 

wydawało się, że obydwie armie muszą zostać unicestwione. I wtedy legiony się wycofały. 

Ethrian popłakał się z wściekłości. 

Zabrali  ze  sobą  poległych.  Pozbawili  go  zalążka  nowej  armii.  Zostawili  go  z niespełna 

dwudziestoma tysiącami ciał zdolnych tylko do kuśtykania lub czołgania się. 

O  świcie  zrobił  ich  przegląd.  Wszyscy  byli  wymizerowanymi,  cuchnącymi,  okropnymi 

stworami, odzianymi w łachmany, bez kończyn, z powyrywanymi kawałami ciała, z brakującymi 

uszami, nosami, oczami. Oblazło ich robactwo. 

– Wygląda to tak, jakby ziemia się otworzyła i pole bitwy oddało swoje starożytne trupy. 

– A ty chcesz kontynuować? – dopytywała się Sahmanan. 

– Zamierzam unicestwić Shinsan. Znajdę jakiś sposób. 

– Zyskali kolejny dzień. Następnego dnia będą gotowi. 

– Niech tak będzie. – Maszerował na zachód, prowadząc swoją powłóczącą nogami, wlokącą 

się parodię armii. – To nie ma znaczenia – powiedział. – Wiem, że prowadzi mnie przeznaczenie. 

Słyszę jego głos. Zostałem wybrany. Zostałem namaszczony. Jestem Wybawicielem. 

Sahmanan wpatrywała się w niego z przerażeniem. Był szalony. 

–  Ja  nie  chcę  umierać  –  wyszeptała.  –  Nie  dla  twojego  koszmaru  czy  też  koszmaru 

Wielkiego. 

Następnego dnia przybyli do miasta Lioantung. 

Ethrian wybrał się tam nocą pod postacią ducha. Widział ogarnięte paniką tłumy ciągnące na 

zachód, pozostawiające miasto armii. Znalazł pomysł na atak. 

background image

To  będzie  wymagało  czasu,  ale  miał  go.  Był  w umysłach  tych  legionistów,  którzy  krótko 

u niego służyli. Wiedział teraz, że ta uparta świnia, lord Ssu-ma, nie otrzyma żadnego wsparcia. 

Shinsan miał poważniejsze problemy na innej granicy. 

W radosnym nastroju lustrował miejskie mury. 

background image

12 

Rok 1016 OUI 

Ten dzień 

 

– Nie podoba mi się to, Bragi – szepnął Varthlokkur. – Nigdy nie lubiłem portali. – Czuł się 

tak,  jakby  w jego  trzewiach  bawiły  się  węże  wielkości  anakondy.  Skorzystał  z metody  wroga 

i zaczął bezgłośnie recytować tekst Rytuału Żołnierza. 

– O co chodzi? – Król przejechał kciukiem po ostrzu miecza. – Dlaczego? Co jest nie tak? 

– One mnie przerażają – przyznał Varthlokkur. – W strumieniu teleportacyjnym jest coś, co 

ż

yje... Wykryłem to dawno temu, gdy byłem jeszcze uczniem. Coś ogromnego i mrocznego, co 

porywa nieostrożnego podróżnego. – Varthlokkur podrapał się w czoło. Poczuł, że ma wilgotną 

i chłodną skórę. Czyżby był też blady? 

Bragi popatrzył na niego trochę zdziwiony. 

– Jak często się to zdarza? Chyba niezbyt, bo inaczej Shin-san nie używałby ich stale. 

–  Rzadko  –  przyznał  Varthlokkur.  –  Raz  na  dziesięć  tysięcy  przypadków.  I nie  słyszałem, 

ż

eby ktoś zniknął w ostatnich czterech czy pięciu latach. 

– To piekielnie duże szanse. Hej! Ch’ien mówi, że jest sygnał. Gotów? 

Varthlokkur skinął niechętnie głową. Nie chciał się teleportować, ale mężczyzna robi to, co 

musi. Wziął się w garść. 

Bragi wskoczył do portalu. Czarodziej usłyszał echo przekleństwa i metaliczny dźwięk, który 

nagle  się  urwał.  Po  czym  sam  znalazł  się  w środku.  Wypowiedział  zaklęcie  mające  oślepić 

obrońców portalu z drugiej strony. Król wył. 

– Niech cię diabli, przecież mówiłem ci, żebyś zamknął oczy! – ryknął Varthlokkur. 

– Drzwi! Złap drzwi! – krzyczał król. Znajdowali się w jakiejś wielkiej sali, jakby na parterze 

budynku użyteczności publicznej. 

Czarodziej nie miał czasu, żeby się rozglądać. Przyłożył swój miecz na płask do pośladków 

ż

ołnierzy wychodzących niepewnym krokiem z portalu. 

– Przesunąć go! – krzyknął. – Tutaj. I zablokować to zaklęcie słyszenia. 

Szalone zaklęcia śmigały  po wschodniej kwaterze głównej wojsk Shinsanu, jakby lojalność 

wobec  ich  twórców  w ogóle  nie  istniała.  Bezcenne  arrasy  szły  z dymem.  Dzieła  sztuki 

marszczyły się i ciemniały albo topiły się i zaczynały ściekać jak wosk w słońcu. 

Przybył  lord  Ch’ien  i objął  dowództwo  nad  tervola,  którzy  przyłączyli  się  do  spisku.  Po 

piętnastu  minutach  wnętrze  kwatery  głównej  było  zabezpieczone.  Po  kolejnych  pięciu  lord 

Ch’ien  zawarł  pokój  z garnizonem  na  zewnątrz.  Żołnierze  Shinsanu  unikali  angażowania  się 

w konflikty  szlachty.  Ludziom  wystarczyło  tylko  zapewnienie,  że  kwatera  główna  nie  została 

zaatakowana przez Matayangańczyków. 

background image

– Tutaj wszystko zabezpieczone – stwierdził Varthlokkur. 

Lord Ch’ien zgodził się z nim. 

–  Na  razie  –  powiedział  król.  –  Lepiej  sprawdźmy,  jak  spisały  się  pozostałe  grupy. 

Varthlokkurze, wyślij paru posłańców. 

Czarodziej  zawołał  jednego  z asystentów  lorda  Ch’iena  i szybko  ustawił  kilka  portali. 

Wybrał żołnierzy i teleportował ich. Po paru sekundach byli z powrotem. 

– Baron Hardle zajął swój cel – powiedział Varthlokkur królowi. – Ale pułkownik Abaca ma 

kłopoty. Wpadł prosto w objęcia lorda Kuo. 

– Będzie lepiej, jeśli tam pójdziemy, zanim Kuo zamknie swoje portale. 

– Już może być za późno – powiedział lord Ch’ien. 

– Im więcej gadamy, tym mniejsze mamy szanse. – Król rzucił się do portalu, który ustawił 

Varthlokkur.  Czarodziej  poszedł  za  nim  tak  szybko,  jak  się  odważył,  a węże  w jego  trzewiach 

znowu wiły się i skręcały. 

Wyszli z portalu w ogromnej jaskini. W drugim jej krańcu panował kompletny chaos. Abaca 

został  przyparty  do  muru  i toczył  bój  na  śmierć  i życie.  Varthlokkur  rzucił  paskudne  zaklęcie 

rozkładu.  Dziesięciu  żołnierzy  zgniło  w miejscu,  w którym  stali.  Później  czarodziej  był  zbyt 

zajęty walką, żeby cisnąć czymś więcej niż jakimś sporadycznym zaklęciem o niewielkiej mocy. 

Został  przyparty  do  ściany,  walcząc  z równie  nieudolnym  szermierzem,  gdy  lord  Ch’ien 

ogłosił,  że  ludzie  lorda  Kuo  postanowili  się  poddać.  Rozluźnił  się,  westchnął  i pokręcił  głową. 

Jego przeciwnik, zwykły aspirant, uśmiechnął się słabo. 

– Skończone, lordzie – powiedział do Varthlokkura. 

– Tak jest. Chodź tutaj. Jesteś tak samo pokiereszowany jak ja. – Wspierając się nawzajem 

i utykając, podeszli do miejsca, gdzie lord Ch’ien zbierał więźniów. 

Baron  Hardle,  który  dowodził  trzecim  oddziałem  szturmowym,  słaniając  się  na  nogach, 

podszedł do króla. 

– Z bożą pomocą, panie, zadanie wykonane. 

– Faktycznie – przytaknął rozpromieniony Bragi. 

–  Lepiej  zacznijmy  się  przygotowywać  do  odparcia  kontruderzenia  –  powiedział 

Varthlokkur.  Czuł,  jak  opada  poziom  adrenaliny.  Był  zmęczony,  a odniesione  rany  zaczynały 

dawać  mu  się  we  znaki.  Wkrótce  będzie  cały  odrętwiały.  W wirze  walki  nie  zatracił  jednak 

swego paskudnego charakteru. 

–  Lordzie  Ch’ien,  zabezpiecz  lepiej  te  portale.  –  Ch’ien  skinął  głową  i oddelegował  kilku 

ludzi. 

Tervola  wypadli  z kilku  z nich,  zanim  skończyli  je  zamykać.  Zaklęcie  rywalizowało 

z zaklęciem.  Ostrze  ścierało  się  z ostrzem.  Płynęła  krew.  Varthlokkur  zignorował  tę  potyczkę. 

Lord Ch’ien poradzi sobie. Był z niego większy pożytek niż z rannych. 

background image

Jeden z ludzi lorda Ch’iena raportował: 

– Ci ludzie są z Armii Zachodniej. 

Król zmarszczył brwi i zapytał: 

– Z bandy Hsunga? Lordzie Ch’ien, czy Mgła nie miała zająć się Hsungiem? 

Lord Ch’ien wzruszył ramionami. 

–  Najlepiej  opracowane  plany  i tak  dalej...  –  A po  kilku  chwilach,  gdy  kontruderzenie 

osłabło,  dodał:  –  Niedobrze  to  wygląda.  Lord  Hsung  odbił  dwie  inne  kwatery  główne. 

Varthlokkur zauważył spojrzenie króla. 

– Ostrożnie – wyszeptał. 

Król skinął głową. 

– Czy możemy dostać się z powrotem do tamtych miejsc? – zapytał Bragi. 

– Tylko maszerując – odparł lord Ch’ien. – Przez tereny matayangańskie. Zamknęli portale. 

–  I dodał:  –  Tak  czy  owak  jest  zbyt  późno.  Wygrany  czy  przegrany,  przewrót  toczy  się  swoim 

torem. Nie będziemy już marnować ani chwili. Matayanganie znowu przejęliby inicjatywę. 

– Cholera! – zaklął Bragi. 

Varthlokkur wziął go na bok. 

–  To  cuchnie  zasadzką.  Wszystko  idzie  zbyt  gładko.  Lord  Hsung  wiedział,  że  wchodzimy. 

Jak  inaczej  byłby  gotowy  do  stawienia  oporu?  Najwyraźniej  nie  zdołał  jednak  na  czas  posłać 

wiadomości lordowi Kuo, żeby zasadzka się udała. 

Król pokiwał w zamyśleniu głową. 

– Miałem wrażenie, że to jest trochę dziwne. Sądzisz, że wpadliśmy w tarapaty? 

–  Myślę,  że  byłoby  lepiej,  gdybyś  wysłał  kogoś,  żeby  sprawdził,  co  robi  Mgła.  Może 

Hardle’a. 

– A ty? 

– Muszę się zająć rannymi. Ty chcesz uratować Abaca, czyż nie? 

– Tak. To mój najlepszy żołnierz. 

–  Postaw  ludzi  w stan  gotowości.  Zacznij  zbierać  rannych  w pobliżu  portali.  Być  może 

będziemy musieli zniknąć w pośpiechu. 

Bragi kiwnął głową i odszedł. 

Hardle niedługo wrócił. Gdy się pojawił, Varthlokkur dołączył do króla. Hardle donosił: 

–  Przewrót  udał  się  wszędzie  z wyjątkiem  tych  miejsc,  gdzie  interweniował  lord  Hsung. 

Wydaje  się,  że  lord  Kuo  zginął.  Nikt  nie  może  go  znaleźć.  Rada  Tervola  zamierza 

powstrzymywać  się  od  zajmowania  jakiegokolwiek  stanowiska,  dopóki  nie  ustabilizuje  się 

sytuacja wojenna. Lord Hsung negocjuje z Mgłą. Zwyciężyliśmy. 

– Czy lord Ch’ien wie już o tym? – zapytał Varthlokkur. 

– Nie sądzę. 

background image

– Jaka jest sytuacja w Kavelinie? 

– Szaleństwo. Całkowity zamęt. 

– Nie mów nic lordowi Ch’ienowi. Bragi, nie jesteśmy tu już dłużej potrzebni. Wynośmy się 

stąd. I nie odwracaj się do niego plecami, dopóki się stąd nie wyrwiesz. 

– Dobrze. – Król odszedł pospiesznie, żeby poinformować swoich oficerów. 

Czyja  zachowuję  się  jak  paranoik?  –  zastanawiał  się  Varthlokkur.  Może.  Ale  nie  ma  sensu 

ryzykować,  gdy  ma  się  do  czynienia  z oficerami  Imperium  Grozy.  Szczególnie  takimi  jak  lord 

Ch’ien. 

Król  zaczął  cichcem  przenosić  swoich  rannych  przez  portale  nastawione  na  teleportację  do 

Kavelinu.  Ludzie  lorda  Ch’iena  nie  zwracali  na  to  uwagi.  Mieli  pełne  ręce  roboty 

z przejmowaniem kontroli nad wojną matayangańską. 

Gdy czarodziej kierował do portalu cięższe przypadki, żołnierzy na noszach, podsłuchał, jak 

baron Hardle mówi do króla: 

– Panie, jesteś zbyt ufny. Twoją przyjaciółką była kasztelanowa Maisaku. Była. Teraz masz 

do czynienia z władczynią Shinsanu. 

– Bragi, on ma rację – powiedział Varthlokkur. – Ona musi teraz wejść w swoją rolę. 

Król zmarszczył brwi i zgodził się niechętnie. 

– Baronie, czy Mgła jest jeszcze w swoim domu? 

–  Była,  gdy  ruszałem.  Wydawała  się  zajęta  jak  jednoręki  lalkarz,  który  usiłuje  trzymać 

wszystkie sznurki. 

–  A zatem  nie  wymknęła  się  nam  z rąk?  Varthlokkurze,  wracamy.  Baronie,  ty 

przyprowadzisz ludzi do domu. 

Czarodziej podążył za królem. Podszedł do portalu, zamknął oczy, zacisnął zęby i zrobił krok 

naprzód. Podczas teleportacji nie wyczuwał nic. Żadnego głodnego cienia w oddali. Trzykrotnie 

przechodził i nie napotkał nawet śladu tego, czego się obawiał. Odeszło? 

Wszedł do pokoju narad, którego wystrój bardzo się zmienił. Zniknął ogromny stół z mapą. 

Ranni  ludzie  zaścielali  podłogę.  Połowa  z nich  nie  była  Kavelinianami.  Mało  brakowało,  żeby 

zaskakujące kontruderzenie lorda Hsunga się powiodło. 

Mgła  kłóciła  się  z kilkoma  tervola.  Varthlokkur  rozpoznał  tylko  jednego.  Przyjrzał  mu  się, 

a potem rozejrzał się, szukając króla. 

Bragi rozmawiał z Dahlem Haasem. 

–  Zejdź  na  dół  i zbierz  trochę  zaufanych  ludzi.  Każ  im  się  tu  wślizgiwać  po  kilku. 

Varthlokkur? 

–  Miałem  właśnie  zamiar  to  zaproponować.  Możemy  ich  potrzebować.  –  Uważnie 

obserwował  Mgłę.  Dopiero  teraz  ich  zauważyła.  Wydawała  się  zdumiona  ich  obecnością.  – 

Baron Hardle miał rację. Księżniczka Mgła nie jest serdeczną przyjaciółką Kavelinu. 

background image

– Też to widzę. Wygląda, jakby ujrzała parę duchów. Domyślam się zatem, że do tej chwili 

powinniśmy być już zjawami. – Posłał ludzi, by pilnowali portali. – To, że możemy kontrolować, 

gdzie ona się fizycznie znajduje, ma pewne znaczenie, nie sądzisz? 

Varthlokkur rozciągnął usta w wąskim, złowróżbnym uśmiechu. 

– Oczywiście. Chyba że będziemy zbyt długo zwlekać. Wtedy ktoś inny ogłosi się numerem 

jeden.  –  Zamknął  oczy  i sięgnął  myślą  na  zewnątrz.  Wyczuł  to,  co  chciał.  Chodź  do  mnie, 

Radeacharze. Chodź do mnie, Niezrodzony. Poruszyło się w odpowiedzi. Ruszyło w tę stronę... 

Otworzył oczy i znowu się uśmiechnął. 

Mgła powiedziała coś do swoich towarzyszy i podeszła do czarodzieja i króla. 

–  Widzę,  że  jesteście  z powrotem.  –  Władczym  gestem  wyciągnęła  rękę  do  króla,  jakby 

spodziewała się ukłonu i pocałunku. 

Bragi potrząsnął głową. 

– Nie wszyscy, kasztelanko. Wielu dobrych ludzi tam zginęło. Niektórych pojmano. Hsung 

zastawił pułapkę. Wpakowaliśmy się w nią. Niemal mu się udało. 

–  Moi  ludzie  też  mocno  oberwali.  Jak  widać.  Varthlokkur  podziwiał  jej  pewność  siebie. 

Dopiero co przeżyła niemal szok, gdy ich zobaczyła. 

– „Kawalarz”, który jest za to odpowiedzialny, chciałby się z tobą spotkać – dodała. 

– Hsung? On jest tutaj? 

Czarodziej  rozpoznał  go  od  razu,  ale  nie  wspomniał  o tym.  Bragi  był  wystarczająco 

podminowany,  nawet  nie  wiedząc,  że  człowiek,  którego  uważał  za  swojego  wielkiego  wroga, 

przebywa w tym pokoju. 

– Lordzie Hsung. – Ton Mgły brzmiał opryskliwie i zimno. 

–  Jam  nie  lord.  Nic  to  dla  mnie  nie  znaczy,  kobieto.  Po  prostu  jeszcze  jedna  maska.  Nie 

zaczynaj traktować siebie zbyt serio. Nie tutaj, na moim terytorium. 

Varthlokkur  przyglądał  się  Mgle  spod  półprzymkniętych  powiek.  Nie  zdołał  powściągnąć 

uśmiechu. Ona to zobaczyła i zreflektowała się. Natychmiast stała się pojednawcza. 

– Oczywiście. Przepraszam. To był emocjonujący dzień. 

Lord Hsung wystąpił naprzód i skłonił się lekko. 

–  Proszę  mi  wybaczyć  –  powiedział  do  króla  –  ale  nie  mówię  jeszcze  dobrze  pańskim 

językiem. Chciałem pana poznać, po trzech latach naszych potyczek. Wyobrażałem sobie kogoś 

mniej potężnej postury, za to większego krętactwa. 

– Uczyłem się od małego krętacza. Zachowujesz stanowisko? Nadal masz zamiar szefować 

okupantom? 

– Jej Wysokość powierzyła mi nasze zachodnie prowincje. 

– Pewnie uznała, że inaczej wykręciłbyś jej rękę. Nie zamierzasz przestać być takim starym 

pierdołą, co? 

background image

Lord  Hsung  zesztywniał,  rzucił  spojrzenie  Mgle.  Varthlokkur,  ostrzegając  króla,  pokręcił 

głową.  Nierozsądnie  było  zbytnio  drażnić  tervola.  Pozwolił  swoim  zmysłom  odpłynąć 

i pomyślał: Gdzie jesteś Radeacharze? 

Tutaj,  padła  odpowiedź.  I za  królem  roztrzaskało  się  okno.  W pokoju  zrobiło  się  strasznie 

zimno. 

Niezrodzony przybył. 

Wyglądał  jak  płód  wewnątrz  kryształowej  kuli,  ale  żaden  ludzki  płód  nigdy  nie  był  tak 

wielki... 

Przerażona Mgła zapiszczała. 

–  Zdajesz  sobie  sprawę,  ile  kosztuje  dobre  szkło,  Varthlokkurze?  Kiedy  znajdziesz  mi 

dobrego szklarza? Myślałam, że jesteśmy po tej samej stronie. 

–  Nie  ja  pierwszy  o tym  zapomniałem.  –  Skinął  ręką.  Niezrodzony  podleciał  i zawisł  nad 

jego  lewym  ramieniem,  z szeroko  otwartymi  oczami  noworodka,  mądrymi  znajomością  zła, 

przepełnionymi złośliwością. – Oczywiście niczego nie mogę udowodnić, ale jestem  absolutnie 

pewien, że król i ja nie mieliśmy wrócić z naszego małego wypadu na wschód. 

– Przesłucham lorda Ch’iena. Być może przekroczył swoje kompetencje. 

– Być może. Chociaż wątpię. 

Król powiedział: 

– Gdy ludzie ze mną zadzierają, staję się wredny. Mgło, ty i twoi przyjaciele będziecie przez 

jakiś czas moimi gośćmi. 

Niezrodzony  poruszył  się  nieco,  kołysząc  się  nad  Varthlokkurem.  Mgła  spojrzała  na  niego 

i skrzywiła się. 

– Jak długo? Toczę dwie koszmarne wojny. 

– Dwie? – zapytał lord Hsung. 

–  Armia  Wschodnia  została  pobita.  Armia  Północna  może  się  nie  utrzymać.  Lord  Ssu-ma 

spisał  się  wyśmienicie,  ale  nawet  geniusz  ma  swoje  ograniczenia.  Front  wschodni  zaraz  się 

załamie. 

Bragi uśmiechnął się. 

–  Chyba  nie  sądzisz,  że  mnie  to  obchodzi.  Im  większe  weźmiesz  baty,  tym  lżejszy  ciężar 

pozostanie na moich barkach. 

Varthlokkur wykonał następny ostrzegawczy gest. 

– Nie tak ostro, przyjacielu. 

–  To,  co  nam  zagraża,  ma  wielkie  plany,  Bragi.  Nie  zadowoli  się  nami.  Ono  nienawidzi 

ś

wiata. 

– Mów dalej. 

– Są to armie zmarłych. Nie ma w nich żadnej miłości dla żywych. 

background image

Varthlokkur  poczuł,  że  robi  mu  się  niedobrze,  czuł,  że  blednie.  Niezrodzony  kręcił  się, 

zaniepokojony  jego  wzburzeniem.  Ten  przeklęty  bałagan  na  wschodzie...  To  nie  odejdzie.  Czy 

sami bogowie uparli się, żeby go w to wciągnąć? 

– To też nie ma nic do rzeczy – powiedział Bragi. – Chcę się dowiedzieć, jak skłonić cię do 

uczciwego postępowania. 

Mgła wzięła go za rękę. 

–  Zawarłam  kilka  układów,  żeby  to  przeprowadzić,  Bragi.  Najgorszym  z nich  była  próba 

zastawienia  na  ciebie  pułapki.  Nie  chcesz  zrozumieć,  kim  jesteś  dla  tervola.  Oni  chcą  twojej 

głowy. Sprawiłam, że ta pułapka była najsłabsza z możliwych, wierząc, że nie opuści cię typowe 

dla ciebie szczęście. I wszyscy dostaliśmy to, czego chcieliśmy. Pozostańmy więc przyjaciółmi. 

– Dobrze. Na razie. 

Varthlokkur  uśmiechnął  się,  widząc  wyraźną  ulgę  Mgły  i elastyczność  starego  Bragiego. 

Westchnął. 

– Ruszaj w drogę, Radeachar. Po czym rzekł: – Nareszcie w domu. Zdajesz sobie sprawę, że 

nie widziałem swojej córki od chwili jej narodzin? 

– A ja nie widziałem Inger – powiedział król. – Wynośmy się stąd. – Zanim jednak wyszli, 

przypomnieli swoim ludziom, żeby dobrze pilnowali Mgły i jej zwolenników. 

 

–  Mało  brakowało  –  mruknęła  Mgła  do  lorda  Hsunga.  –  Dlaczego  wy,  ludzie,  nie  możecie 

być bardziej elastyczni? 

– My, ludzie, pani? 

– Tervola. Ani jeden z was niczego się nie nauczył na przykładzie O Shinga. Zmusiliście go, 

ż

eby  ścigał  Ragnarsona  z powodu  klęski  pod  Baxendalą.  I wielu  wspaniałych  tervola  straciło 

ż

ycie.  Wycięto  w pień  całe  legiony.  A równowaga  nie  została  przywrócona.  Straszne 

upokorzenie. A teraz ta sama obsesja niemal zniszczyła mnie... 

Lord Hsung zachichotał. 

– Zapominasz, że ja byłem po drugiej stronie. 

–  Cechuje  cię  ten  typ  rozumowania,  który  wpędza  nas  w kłopoty.  Nie  zapominaj,  że 

siedziałam w Maisaku trzy lata i obserwowałam  cię. Spiskowałeś z obiema stronami w walkach 

w Hammad  al  Nakir.  Wprowadzałeś  agentów  do  Kavelinu.  Rozpowszechniałeś  plotki  o wojnie 

tylko po to, by trzymać króla w napięciu. Nie wiem, jak długo mogę to tolerować. Mogłoby nam 

to zaszkodzić jak złe zaklęcie. 

–  W swoim  czasie  będziesz  tolerować  tyle,  ile  trzeba,  by  zniszczyć  tego  człowieka  i jego 

kohorty. 

–  Być  może.  –  Zobaczymy,  pomyślała.  Zobaczymy.  –  Lepiej  ruszmy  się  stąd,  gdy  jest 

w nastroju, żeby nas wypuścić. Lordzie Ch’ien! Gdzie jest lord Chi’ien? Jeszcze nie wrócił? 

background image

 

Varthlokkur spotkał króla w komnatach zamku Krief. 

– Jak się ma Nepanthe? – zapytał Bragi. 

–  Świetnie.  Naprawdę  świetnie.  –  Jak  na  kobietę,  która  cały  czas  rwie  się  do  bitki.  Jak  na 

kobietę, która ledwo ma kontakt z rzeczywistością. 

– A co z dzieckiem? Wybraliście już imię? 

– Wszystko dobrze. Nie, jeszcze nie. 

– Coś cię trapi? Wyglądasz na nieobecnego duchem. 

– Mnóstwo spraw. Ale głównie chodzi o Nepanthe. 

– Ciągle suszy ci głowę o Ethriana, co? 

– Przeważnie. – Czarodziej oddalił się, zostawiając zdumionego króla. 

Tak, Nepanthe ciągle suszyła mu głowę o Ethriana. A jemu coraz trudniej było nie zdradzić 

się  ze  swoimi  podejrzeniami  dotyczącymi  tego,  co  działo  się  daleko  na  wschodzie.  Będzie 

awantura...  Cholera,  Bragi  jej  nie  powie.  Był  politykiem.  Potrafił  podporządkować  swoją 

przyjaźń  z Nepanthe  sprawom  wyższej  wagi,  na  przykład  potrzebie  pomocy,  jakiej  mógł  mu 

udzielić tylko czarodziej „uzbrojony” w Niezrodzonego. 

A może nie potrafił? 

 

Mgła  westchnęła  i wyrwała  się  z półsnu,  w którym  trwała.  Delikatnie  wysunęła  rękę  spod 

Arala,  usiadła  i opuściła  stopy  na  podłogę.  Dantice  chrząknął  i przewrócił  się  na  brzuch. 

Popatrzyła na niego czule. 

To  było  miłe,  gdy  trwało.  Teraz  musiało  się  skończyć.  Naprawdę.  W chwili,  gdy  wróci  do 

szacownego  Huang  Tain,  znajdzie  się  pod  baczną,  nieustanną  obserwacją.  Minie  dużo  czasu, 

zanim będzie mogła cokolwiek zrobić, nie uzyskawszy wcześniej zgody Rady Tervola. 

Niewiele miała złudzeń na temat tego, ile władzy zdobyła dzięki przewrotowi. Mnóstwo, to 

jasne,  ale  miała  się  ona  nijak  do  tej,  którą  dzierżyli  jej  ojciec  i wuj  w czasach  ich  Podwójnego 

Księstwa. Będzie rządzić, ale będzie musiała unikać obrażania ludzi. Będzie musiała wykazać się 

najwyższą uwagą, a rywali będzie w stanie wyeliminować tylko z najwyższą ostrożnością. Minie 

pokolenie, zanim całkowicie umocni swoją pozycję. 

O ile przeżyje pierwszy rok. Nie miała wątpliwości, że już zawiązują się spiski. 

Co się stało z ich imperium? Cała ta konspiracja, sięganie po władzę – w czasach jej ojca nic 

takiego się nie zdarzało. On i jego brat rządzili przez czterysta lat i musieli stawić czoło mniejszej 

liczbie  spisków,  niż  zawiązało  się  w ostatnich  dwu  dziesiątkach  lat  od  ich  odejścia.  Czy  był  to 

znak, że imperium umiera? Że chyliło się ku upadkowi nawet wtedy, gdy się rozrastało? 

Wstała z łóżka i – nie ubierając się – usiadła przy biurku. Napisała długi list do króla. 

Ponownie  złożyła  przeprosiny,  mówiąc  mu,  że  był  dobrym  przyjacielem  w czasie  jej 

background image

wygnania. W geście dobrej woli zamierzała zostawić w Kavelinie swoje dzieci. 

Uśmiechnęła  się.  Chytra  wiedźma.  Jak  myślisz,  kogo  usiłujesz  nabrać?  On  cię  zna.  Zna 

Shinsan.  Uświadomi  sobie,  że  dla  nich  będzie  lepiej,  jeśli  zostaną  tutaj.  Będzie  wiedział,  że 

próbujesz je uchronić przed zmiennymi kolejami shinsańskiej polityki. 

– Aral? No, wstawaj. Już czas. 

Usiadł, unikając jej wzroku. Miał spojrzenie zbitego psa. Prosił, żeby pozwoliła mu udać się 

z nią, i nie rozumiał, kiedy wyjaśniała mu, dlaczego nie może. 

– Wstawaj, żołnierzu. Ubieraj się. – Zaczęła wkładać ubranie. Postanowiła najpierw sprawić 

sobie nową garderobę. Nie może spacerować po szacownym Huang Tain ubrana jak kasztelanka 

Maisaku.  Jej  pobyt  na  zachodzie  i to,  że  służyła  sprawie  zachodu  w Wielkich  Wojnach 

Wschodnich, przysporzy jej wystarczająco dużo kłopotów. – Chciałabym, żebyś zaniósł ten list 

królowi. Zrobisz to? 

Aral  wymamrotał  coś,  czego  nie  zrozumiała.  Na  dosłownie  jedną  chwilę  ugięła  się. 

Pocałowała go. Próbował zaciągnąć ją do łóżka. 

–  Nie,  nie.  Spróbuj  zrozumieć,  kochanie.  –  Wyswobodziła  się  z jego  objęć.  Przy  drzwiach 

powiedziała: – Do widzenia, Aral. 

Zabrzmiało to smutniej, niż sobie życzyła. To rozstanie nie sprawiło jej radości. 

 

Varthlokkur kołysał swoją córeczkę na prawym przedramieniu. Na jego lewej dłoni zaciskała 

palce  Nepanthe.  Spojrzał  przez  okno  na  srebrzyste  galeony  cumulusów  pędzące  na  wschód  jak 

w porządnym szyku bojowym. 

– Zanosi się na deszcz. 

– Coś nie tak? – zapytała Nepanthe. – Jesteś taki odległy, nieobecny. 

Skupił uwagę na maleńkiej, czerwonej twarzy dziecka. 

– Myślałaś już o imieniu? 

– Tak. Nie wiem, czy ci się będzie podobało. A ty wybrałeś jakieś? 

– Nie. Byłem rozproszony. 

–  Rozproszony?  Ty  zawsze  jesteś  rozproszony.  Ostatnio  przebywałeś  w jakimś  innym 

ś

wiecie. Co jest nie tak? 

– Kłopoty. 

– Tutaj zawsze są kłopoty. W Vorgrebergu pienią się tak jak w innych miastach karaluchy. 

– To jest kłopot króla. 

– On ma zawsze jakiś kłopot. Może byśmy dali jej imię po twojej matce? 

– Mojej matce? Smyrena? – Nie przyszło mu to do głowy. Smyrena. To nie było szczęśliwe 

imię. Jego matkę spalono na stosie za uprawianie czarów. – Nie wiem. – Ile król podejrzewał? – 

zastanawiał  się  czarodziej.  Nie  znajdziesz  mężczyzny,  którego  połowa  kłopotów  nie  byłaby 

background image

dziełem  jego  żony.  Bragi  mógł  go  „szturchnąć”.  A szturchnięciem,  którego  Varthlokkur 

najbardziej się obawiał, była uwaga na temat Ethriana skierowana do Nepanthe. 

No a co z Mgłą? Ona nie może zlekceważyć tej sytuacji na wschodzie... 

–  No  i znowu.  Jeśli  nie  możesz  porozmawiać  z Bragim,  powiedz  Derelowi  Prataxisowi. 

Bragi zniesie wszystko z jego strony. 

–  Tak,  może  tak  zrobię.  –  Ale  myślał  o tym,  żeby  powiedzieć  Michaelowi  Trebilcockowi. 

Rozumieli się nawzajem. A Michael miał możność zrobienia czegoś... 

–  No  a co  z imieniem?  –  Nepanthe  oczy  się  kleiły.  Chciała  usłyszeć  odpowiedź,  zanim 

zapadnie w sen. 

– Smyrena to świetne imię. Matka byłaby zadowolona. – Przyglądał się przez okno powoli 

powstającym zamkom z chmur. – Więc Smyrena. Witaj, maleńka Smyreno. 

Niemowlę zdawało się uśmiechać. 

background image

13 

Rok 1016 OUI 

Losy bogów i cesarzy 

 

Shih-ka’i ostatnich kilka stopni wiodących na szczyt murów  Lioantungu  pokonał, utykając. 

Pan ku trzymał się pół kroku za nim, gotów zaproponować pomoc. Nie chciał jednak sugerować, 

ż

e jego pan mógłby jej potrzebować. 

Lord  Ssu-ma  uśmiechnął  się  i oparł  o występ  muru  obronnego.  Pan  ku  nie  musiał  się 

martwić.  Shih-ka’i  był  tylko  zmęczony  i kuśtykał,  bo  nastąpił  na  nieoczekiwanie  twarde  ziarno 

zboża. 

Okolica  roiła  się  od  uchodźców.  Dołączali  do  nich  mieszkańcy  miasta.  W powietrzu  czuć 

było  panikę.  Shih-ka’i  miał  nadzieję,  że  nie  rozszerzy  się  ona  na  legiony,  a mimo  to  sam  nie 

potrafił uwolnić się od jej cienia. Katastrofa nad Tusghusem była czymś więcej niż tylko utratą 

pozycji.  Sprawiła,  że  Shih-ka’i  i jego  oficerowie  naprawdę  zaczynali  wątpić  w swoją  zdolność 

pokonania Wybawiciela. 

– Czy podjąłem mądrą decyzję, Pan ku? – Patrzył na zachód. Gdzieś w tamtych lasach Armia 

Północna przeprowadzała atak. 

– Nie miałeś wyboru, lordzie. Ludzie mogliby utracić pewność siebie. 

– A jeśli to będzie kolejna katastrofa? 

– Najlepiej teraz to sprawdzić. Musimy wiedzieć, czy był to odosobniony przypadek. 

Shih-ka’i nie rozumiał, co się stało nad Tusghusem. Ten przerażający dźwięk, który wydała 

niedźwiedzica, niszczący umysł i wolę jego legionistów... Nigdy nie słyszał czegoś podobnego. 

Jego  serce  przepełniał  strach  na  myśl  o tym,  że  musi  znowu  stawić  mu  czoło.  Uzbrojony  w tę 

broń, Wybawiciel był nie do powstrzymania. 

To musiał być ten stwór z pustyni. To musiał być on. 

– Lordzie – powiedział cicho Pan ku. – Lord Lun-yu. 

Shih-ka’i  obserwował,  jak  Tasi-feng  z mozołem  wspina  się  po  schodach.  Lord  Lun-yu  ma 

mniej sił ode mnie. 

– Odsapnij. 

–  Ostatni  cywile  opuścili  miasto,  lordzie  –  poinformował  Tasi-feng.  –  Mogą  mieć  później 

problemy. Część więźniów też uciekła w ogólnym zamieszaniu. 

–  Tego  można  było  się  spodziewać,  jak  sądzę.  To  mniejsze  ryzyko.  Jakieś  wiadomości 

stamtąd? 

– Ciągle jeszcze za wcześnie, lordzie, ale wydaje się, że idzie im dobrze. 

– Żadnych oznak tego problemu, który mieliśmy nad Tusg-husem? 

– Żadnych, lordzie. – Tasi-feng nie ukrywał ulgi. – Może zachowują to na Lioantung. 

background image

– Może. – Shih-ka’i miał parę przemyśleń na ten temat. Zamierzał je kontynuować... No cóż, 

to będzie musiało poczekać. Był potrzebny tutaj  do chwili, gdy zamierzenia Wybawiciela staną 

się jasne. 

Nerwowy, niezdolny stać spokojnie Shih-ka’i popatrzył na niebo. 

– Ładny dzień – zauważył. 

– Całe lato było ładne, lordzie. – Tasi-feng też popatrzył na niebo. Jeźdźcy na smokach będą 

stanowili  zapowiedź  nadejścia  Wybawiciela.  Pewność  siebie  tervola  została  zachwiana.  Zaczęli 

dopuszczać możliwość katastrofy. 

Później zjawił się jeden z oficerów Tasi-fenga. 

– Wszystko przebiegło zgodnie z planem, lordzie. Żadnych zjawisk podobnych do tych nad 

Tusghusem. Odnieśliśmy wielkie zwycięstwo taktyczne. 

Shih-ka’i uśmiechnął się szeroko pod maską, walnął pięścią w występ muru obronnego. 

–  Cholera!  –  zaklął  niezbyt  głośno.  –  Jasna  cholera!  Lordzie  Lun-yu,  jeszcze  go 

powstrzymamy. 

 

Armia Północna szybkim marszem przekroczyła bramy. Ich radość była zaraźliwa. 

– Rozluźniają dyscyplinę – mruknął Shih-ka’i do Pan ku. 

– Da się to zrozumieć, nie sądzi pan, lordzie? 

– Bez wątpienia.  Bez wątpienia. – Samego Shih-ka’iego  wprawiło to w euforyczny nastrój. 

Bitwa przebiegła doskonale. Powróciła mu dawna pewność siebie. – Zatrzymamy ich tutaj. 

Zjawił się posłaniec. 

– Lordzie Ssu-ma. Lord Lun-yu prosi, by przyszedł pan do centrum dowodzenia. 

– Powiedział po co? 

– Nie, lordzie. 

– Już tam idę. – Gdy posłaniec się oddalił, Shih-ka’i zapytał: – Masz jakieś przypuszczenia, 

Pan ku? 

– Obserwowali front matayangański, lordzie. Może tam się coś wydarzyło? 

Wydarzyło  się.  Ukryte  armie  lorda  Kuo  przeszły  do  ofensywy.  Ale  to  nie  była  nowa 

wiadomość. Czy Matayanga przygotowała jakąś niespodziankę? 

Shih-ka’i rzucił okiem na garstkę jeźdźców na smokach krążących w górze. Oblężenie miało 

się właśnie rozpocząć. 

Czekał na nie z niecierpliwością. Lioantung będzie skałą, o którą Wybawiciel się roztrzaska. 

Albo  ostatnim  polem  bitwy  lorda  Ssu-my  Shih-ka’iego.  Kazał  ludziom  opracować  strategię  na 

wypadek  upadku  miasta,  ale  przygotowywali  ją  bez  przekonania.  Na  terenach  na  zachód  od 

Lioantungu  było  aż  gęsto  od  uchodźców.  Ludność  została  zbytnio  stłoczona,  żeby  później 

skutecznie ją wyrwać z uchwytu Wybawiciela. 

background image

Los  jego,  tervola,  Wybawiciela  i –  co  całkiem  możliwe  –  imperium  zależał  od  tego 

warownego miasta. 

Wyżsi  stopniem  tervola  zgromadzili  się  w ośrodku  dowodzenia.  Ich  niegłośne  rozmowy 

całkiem ucichły po wejściu Shih-ka’iego. 

– Znowu polityka, lordzie – szepnął Pan ku. 

– Tak podejrzewam. 

Tervola zrobili mu miejsce przy leżącej na stole mapie imperium. Ostatnio wraz ze swoimi 

ludźmi  uważnie  śledzili  rozwój  wojny  matayangańskiej.  Mogło  to  mieć  wpływ  na  to,  co  będą 

w stanie zdziałać tutaj. 

Wydawało się, że sytuacja na polu walki nie uległa zmianie. 

– O co chodzi? – zapytał stanowczo. 

– Czy moglibyśmy porozmawiać na osobności? – zapytał Tasi-feng. 

Shih-ka’i patrzył prosto w wykonane z klejnotów oczy maski Tasi-fenga. 

– Zmiana warty, co? 

– Tak, lordzie. 

–  O czym  tu  dyskutować?  Nic  się  nie  zmieniło.  Mamy  pełne  ręce  roboty  tutaj.  Smoki 

Wybawiciela krążą nam nad głową. 

– Lordzie... 

– Wasze gierki to wasza sprawa. Mamy zadanie. Na nim się skupmy, dobra? To, co się tam 

dzieje, to nie nasz problem. Jeżeli wasza kandydatka wygra, a mnie nie lubi, może mnie odesłać 

z powrotem do czwartego szkoleniowego. 

– Lordzie, chcieliśmy tylko, żebyś wiedział, co się dzieje. Najprawdopodobniej nie będzie to 

miało wpływu na naszą operację. 

– W takim razie omówcie to i wracajcie do roboty. Wybawiciel już tu idzie. 

– Według rozkazu, lordzie. – Tasi-feng skinął głową komuś przy stole. Tervola rozeszli się. 

–  Będę  obserwował  z muru,  jak  się  zbliża  –  powiedział  Shih-ka’i.  –  Dopóki  jestem  tu 

dowódcą, nie chcę już słyszeć ani słowa o polityce. Zrozumiano? 

Tasi-feng skłonił się lekko. 

– Według rozkazu, lordzie. Jesteśmy absolutnie usatysfakcjonowani. 

Gdy Shih-ka’i wchodził na mury, patrole Wybawiciela okrążały miasto. 

– Co o tym myślisz, Pan ku? Wyślemy jakieś oddziały zaczepne? 

Pan ku wzdrygnął się. 

–  Nie.  Oczywiście,  że  nie.  Oni  są  prawie  gotowi.  Niech  przyjdą  do  nas.  –  Patrole  wroga 

wyglądały  teraz  jak  martwe.  –  Czas  działa  na  naszą  korzyść.  Jeszcze  tydzień  i nic  mu  nie 

zostanie. 

Mijały godziny. Słońce zaszło. Na niebo wypłynął księżyc. Shih-ka’i nie ruszał się z miejsca, 

background image

obserwując  oblegających,  którzy  nie  rozbijali  namiotów,  nie  rozpalali  ognisk,  po  prostu  stali 

w szeregach, otaczając miasto, i czekali. 

– Czego on spróbuje, Pan ku? 

– Znowu tego dźwięku, lordzie. Czegoś, co wstrząśnie murami. 

– Też bym tak powiedział. Ale możemy mu w tym przeszkodzić. 

– Lordzie? 

– Hsu Shen... 

Pan ku wskazał ręką niewyraźną postać. 

– Ktoś nadchodzi, lordzie. 

Jakiś cień przemykał się w ich stronę, przeskakując z jednej plamy  ciemności w drugą. Pan 

ku  wyciągnął  długi  miecz.  Shih-ka’i  sięgnął  swoimi  zmysłami  i nie  wyczuł  żadnego 

niebezpieczeństwa. 

– Spokojnie. Myślę, że to przyjaciel. 

Pan ku nie rozluźnił się. 

Cień, zbliżając się, poruszał się wolniej. Shih-ka’i chrząknął zaskoczony. 

– Odłóż to, Pan ku. 

Jego adiutant, choć niechętnie, zrobił to, co mu kazano. 

Gość  miał  na  sobie  strój  tervola,  ale  był  bez  maski.  W świetle  księżyca  widać  było  jego 

szczupłą twarz o szlachetnych rysach, na której malowało się zmęczenie i strach. 

– Lordzie Ssu-ma. 

– Lordzie Kuo. 

– Koło fortuny się obróciło. 

– Doszły mnie takie słuchy. – Shih-ka’i przeanalizował swoje odczucia. Nie chciał mieć nic 

wspólnego  z pokrętną  polityką  Shinsanu.  Chciał  tylko  dalej  wykonywać  swoją  pracę.  Mimo  to 

miał  wobec  tego  człowieka  dług  wdzięczności.  Lord  Kuo  dał  mu  szansę  dowodzenia  armią.  – 

Staraliśmy się uniknąć zaangażowania. 

– A jak wasza sytuacja? Jest zła? 

–  Dzisiaj  wygląda  lepiej.  –  Opowiedział  wszystko.  Lord  Kuo  kiwał  w zamyśleniu  głową.  – 

Co cię do mnie sprowadza? 

– Nie mam dokąd pójść. – Kuo nie poprosił o pomoc wprost. 

– Hmm. Moi oficerowie nie zaliczają się do twoich przyjaciół. 

– To moja wina. 

– W takiej sytuacji niewiele mogę zrobić. 

– Rozumiem. 

– Jest ta wyspa Hsu Shena, lordzie – powiedział Pan ku. 

– Oczywiście. I właśnie mieliśmy tam się udać, prawda? Lordzie, mogę cię ukryć na wyspie 

background image

Pracchii, na wschodzie. Pan ku, Hsu Shen nie miał łączności, prawda? Nie miał wiadomości od 

spiskowców? 

– Myślę, że nie, lordzie. 

Shih-ka’i  bagatelizował  obecność  Hsu  Shena  na  wyspie,  mając  nadzieję,  że  umknie  ona 

uwagi Wybawiciela. 

– Dobrze. Pójdziemy tam teraz. Pan ku, znajdź maskę lorda. Widziałem ich kilka w muzeum 

dawnego siedemnastego. 

– Powinienem raczej przebrać się w strój żołnierza z zaciągu – powiedział lord Kuo. 

–  Dobry  pomysł.  Pan  ku,  skompletuj  wyposażenie  i strój  dekuriona.  Oznaczenia  Armii 

Północnej. 

Później, w swojej kwaterze, Shih-ka’i oceniał rezultaty przebrania. 

– Co o tym sądzisz, Pan ku? 

–  Mniej  wyniosłości,  lordzie.  Żołnierz  nie  nosi  się  tak,  jakby  się  spodziewał,  że  kandydaci 

będą padać mu do stóp. 

– Rozumiem, o co chodzi – powiedział Wen-chin. – Przećwiczmy to. 

Shih-ka’i  bardzo  uważnie  kontrolował  upływ  czasu.  Nocy  ubywało.  Świt  nastanie  najpierw 

na wyspie, zanim dotrze tutaj. Chciał się tam dostać przed wschodem słońca. 

–  Hsu  Shen  i jego  ludzie  powinni  przyzwyczaić  się  do  ciebie  –  wyjaśnił  –  zanim  światło 

słoneczne  zacznie  podkreślać  twoje  drobne  potknięcia.  –  Zlustrował  wyposażenie  lorda  Kuo 

wzrokiem  mistrza  musztry.  –  Maska  i odzież?  Dobrze.  Pan  ku,  twój  zestaw  jest  gotowy? 

Wszyscy weźmiemy takie same, żeby lord Wen-chin wzbudzał mniej podejrzeń. Pan ku zostanie 

z lordem. 

Shih-ka’i martwił się. Jak długo mógł udzielać schronienia lordowi Kuo? Miał wobec niego 

dług wdzięczności, ale jak wielki? Wrogowie Wen-china nie uznają tego za sprawę prywatną. 

Lord  Kuo potrzebował też drugiej przykrywki, jeżeli miał długo przebywać z Hsu Shenem. 

Tego,  że  jest  tervola,  nie  można  było  ukrywać  w nieskończoność.  Przedstawić  go  jako 

specjalnego oficera śledczego? To mogłoby się udać. 

– Myślę, że lepszych efektów w tak krótkim czasie nie uzyskamy, lordzie – powiedział Pan 

ku. 

– W takim razie teleportujmy się. Lordzie, nie odzywaj się, jeśli nie musisz. Byłoby najlepiej, 

gdyby cię tu nie zauważyli. Pan ku, przejdziesz pierwszy. Odwróć ich uwagę. 

– Będę niewidzialny – obiecał Kuo, najwyraźniej rozbawiony. 

Shih-ka’i  pomyślał,  że  za  bardzo  się  martwi.  Kto  miałby  szukać  lorda  Kuo?  Uważano,  że 

został zabity w czasie ataku Mgły na jego kwaterę główną. 

W  Lioantung  wszystko  poszło  wyśmienicie.  Nikt  nie  wydawał  się  zdziwiony,  że  Shih-ka’i 

dał swojemu człowiekowi pomocnika. Inni tervola wysokiej rangi utrzymywali całe świty. 

background image

Shih-ka’i  przeszedł  ostatni  przez  portal.  Gdy  przybył,  zobaczył,  że  Hsu  Shen  pędzi  w jego 

stronę, usiłując jako tako uporządkować swój strój. 

–  Lordzie  –  wysapał.  –  Powinieneś  był  nas  uprzedzić.  Zgotowalibyśmy  ci  bardziej 

odpowiednie przyjęcie. 

– Przyjęcia są tu absolutnie nie na miejscu, Hsu Shen. Niepotrzebnie wstawałeś. 

– Ale... 

–  Mniejsza  z tym.  Czas  spróbować  szczęścia  z tym  kamiennym  stworem.  Dotarli  do 

Lioantungu. Nie chcemy, żeby zrobili to samo, co nad Tusghusem. 

Hsu Shen kiwnął głową. 

– Obserwowaliśmy to z tak bliska, jak tylko się odważyliśmy. W tym stworze jest ogromna 

wściekłość. Jego słudzy zdradzili go. 

– Hmm. W takim razie może powinniśmy go wcielić do naszej armii? Nie. Nie potrzebujemy 

takiego sojusznika. Odkryłeś jakieś jego słabe punkty? 

– Lordzie, jadłeś już coś? Czy możemy porozmawiać o tym przy śniadaniu? 

– Świetnie. Byliśmy na nogach przez całą noc i nie mieliśmy nic w ustach od wczorajszego 

południa. 

Przy posiłku Hsu Shen powiedział: 

–  Obserwowaliśmy  to,  co  działo  się  zarówno  przed,  jak  i po  bitwie  nad  Tusghusem.  – 

Poinformował  Shih-ka’iego  o tym,  że  kobieta  w bieli  najpierw  wyniosła,  a potem  na  powrót 

wniosła bóstwo do jego schronienia. 

– Bardzo dobrze – powiedział Shih-ka’i. – Doceniam to, Hsu Shen. Będę o tym pamiętał. Jak 

groźny on jest w obecnych okolicznościach? Czy może nas powstrzymać? 

–  Nie  wiem,  lordzie.  Gdy  ta  kobieta  go  wynosiła,  wydawał  się  szczęśliwy.  Nie  ma  sensu 

rozmawiać  o tym,  co  się  potem  zdarzyło.  A gdy  go  odniosła,  był  nieprzytomny.  Odzyskawszy 

przytomność, wściekł się. 

– A teraz? 

– Hmm... jakby to określić – „uśpiona wściekłość”? Tak. Jest w stanie uśpionej wściekłości. 

Ale jesteśmy naprawdę zbyt daleko, żeby móc powiedzieć coś na pewno. 

–  Rozumiem.  –  Po  kilku  chwilach  Shih-ka’i  powiedział:  –  Ruszamy  dzisiaj  w nocy.  Lepiej 

teraz odpocznę. 

– Dziś w nocy, lordzie? To świetnie. Będę musiał kogoś posłać, żeby ustawić na czas portal. 

– Słusznie. Bądź ostrożny. Nie przebudź potwora. I obudź mnie, jeśli się ocknie. 

– Według rozkazu, lordzie. 

Shih-ka’i udał się do pospiesznie przygotowanej dla niego kwatery. Towarzyszyli mu Pan ku 

i lord Kuo. Lord Kuo sięgnął po krzesło. 

–  Ten  potwór...  Czy  to  właśnie  jego  wtedy  wyczułem?  –  Shih-ka’i  skinął  głową.  –  Co 

background image

zamierzasz z nim zrobić, gdy już go wydobędziesz z tego kamiennego stwora? 

– Zastanowię się nad tym, gdy przyjdzie czas. 

– Czy oni mnie zauważyli? Byłem zbyt zdenerwowany, żeby się zorientować. 

– Nie. Złapmy trochę snu. Zbyt długo byłem go pozbawiony. 

Hsu Shen obudził Shih-ka’iego osobiście. 

–  Słońce  zaszło,  lordzie.  Przesunąłem  oddział  o milę.  Straszne  warunki  dla  ludzi.  Skwar 

w ciągu dnia był nie do wytrzymania. 

Ty też jesteś czasami nadopiekuńczy, pomyślał Shih-ka’i. 

– Zanim pójdziemy, zjedzmy kolację. 

– Jest przygotowana. Kazałem ją podać. 

– Daj nam trochę czasu na obrzędy. 

– Oczywiście, lordzie. – Hsu Shen wydawał się zaskoczony. 

– Tak. Ciągle je odprawiam. One nadal są potrzebne, Hsu Shen. 

Pan ku wszedł zamaszystym krokiem, gdy Shih-ka’i zakończył obrzędy. 

– Gdzie byłeś? 

– Pokręciłem się trochę. Żeby sprawdzić, czy coś się mówi o naszym przyjacielu. 

– Jakieś wieści? 

– Nic. A zwróciliby się do mnie, gdyby mieli pytania dotyczące mojego pana. 

– Dobrze. Jest pan zadowolony, lordzie Kuo? 

– Nadzwyczaj. 

– Pan ku, być może będziemy musieli ruszać w pośpiechu, jeśli ten wypad pójdzie źle. Bądź 

gotów. W każdym razie będziesz ostatnim człowiekiem, który opuści tę wyspę. 

– To dobra kryjówka – zauważył Wen-chin. 

– Jedna uwaga, lordzie. Nie interesuje mnie polityka. Nie wciągaj mnie w to. 

– Już zrobiłeś więcej, niż na to zasługuję. Nie narażę cię na niebezpieczeństwo. 

– Dziękuję. Pan ku, kolacja. 

Shih-ka’i przeszedł przez portal pierwszy. Ludzie Hsu Shena poszli za nim jeden po drugim 

na stygnącą pustynię. Zapowiadała się wzbudzająca dreszcz nocna robota. 

Shih-ka’i  przygotował  zaklęcia  ochronne,  po  czym  usiadł  na  szczycie  wydmy.  Przed  nim 

majaczył kamienny potwór. Stwór w środku spał. Teleportacja go nie zaalarmowała. 

Hsu Shen usadowił się przy Shih-ka’im. 

–  Wejdziemy  między  przednie  łapy.  Są  tam  schody  prowadzące  na  grzbiet  posągu.  Blisko 

barku jest klapa, która otwiera się na zewnątrz. Nie jestem pewny, co zastaniemy w środku. Nie 

udało mi się wejrzeć tak głęboko. 

Shih-ka’i skinął głową. 

–  Gdy  wejdziemy,  musimy  zachować  absolutną  ciszę.  Nie  przypuszczam,  żeby  widział  czy 

background image

słyszał na sposób ludzki, ale po co ryzykować? – Popatrzył na ciemną, wielką bryłę. – Szkoda, że 

nie wiemy o tym więcej. 

Dotarli  ostatni  ludzie.  Hsu  Shen  rozciągnął  ich  w szeregu  jak  do  potyczki.  Shih-ka’i 

zastanawiał się, dlaczego wziął aż tylu ludzi do pomocy. Tej nocy liczebność nic nie znaczyła. 

– Chodźmy. – Shih-ka’i poczuł znany, niepokojący ruch we wnętrznościach, gdy skradał się 

naprzód. Co ja tutaj robię? Jestem dowódcą armii. Mam ludzi do wykonywania takich zadań. 

Lord  Kuo  trzymał  się  blisko,  trzymając  w pogotowiu  swoje  zaklęcia.  Pan  ku  dzierżył 

obnażony długi miecz. 

Shih-ka’i  zaśmiał  się  sam  z siebie.  Arogancki,  żałosny  śmiertelnik  atakujący  coś,  co  może 

jest bogiem. Ależ tupet! 

Księżyc jeszcze nie wzeszedł. Pustynię oświetlały tylko gwiazdy. Wydawało się, że jest ich 

tutaj więcej niż na niebie Shinsanu. Ciemność jednak wydawała się głębsza. 

Shih-ka’i  wszedł  w gęsty  mrok  między  przednimi  łapami  kamiennego  posągu,  ostrożnie 

wybierając drogę wśród  gruzów.  Zatrzymał się,  klęknął. Woda. Tu i ówdzie rośliny desperacko 

trzymały się życia. Dziwne. 

Miał  trudności  ze znalezieniem  schodów.  Ich  podstawa  była  pokryta  gruzem.  Czas  uciekał. 

Serce waliło mu coraz mocniej. Ten stwór musiał wiedzieć, że on tu jest. Na pewno czeka, żeby 

go schwytać... Nie wyczuwał jednak niczego poza uśpionym gniewem. 

Zaczął wchodzić na górę. Pan ku i lord Kuo podążali tuż za nim. Zza ich pleców Hsu Shen 

wyszeptał: 

– Lordzie, czy ludzie powinni... 

–  Cisza!  –  syknął  Shih-ka’i.  Nasłuchiwał.  Stwór  ani  drgnął.  –  Idą  z nami.  –  Podjął 

wspinaczkę. 

Z grzbietu bestii zdołał rozróżnić postaci wspinających się ludzi. Jeszcze raz zastanowił się, 

jaki sens miała jego obecność tutaj. Miał dodać otuchy ich dowódcy? 

Za  nim  Hsu  Shen  pochylał  się  i macał  poobijane  kamienne  ramię  bestii.  Podniósł  klapę. 

Shih-ka’i  wyczuwał,  że  bóstwo  zaczyna  odczuwać  niepokój.  Ostrzegawczo  pokiwał  palcem 

swoim towarzyszom. 

Pan  ku  i Wen-chin  nieśli  latarnie.  Teraz  je  zapalili.  Shih-ka’i  wziął  jedną  z nich  i zaczął 

schodzić ku sercu kamiennej bestii. Stwór znowu drgnął, ale się nie obudził. 

Głęboko w środku znajdowała się jedna nisko położona komnata, mogła mieć z piętnaście na 

dziesięć stóp. Pod jedną z jej ścian stał kamienny ołtarz. Na nim leżało małe, czarne pudełko. 

Kiedyś  komnata  ta  była  bogato  zdobiona.  Teraz  pozostał  tylko  kurz  i jakieś  skrawki 

materiału, kilka sztuk używanej do obrzędów broni i sam ołtarz. Shih-ka’i zbliżył się ostrożnie, 

stanął nad ołtarzem i przyglądał się pudełku. Oddał latarnię Pan ku. 

W pudełku nadal nie było nic poza niepokojem. Shih-ka’i sięgnął po nie. Ręce mu drżały. 

background image

Hsu Sheng kichnął. I potem jeszcze raz. 

Stwór w pudełku poruszył się. 

Shih-ka’i  wyprostował  się  i odwrócił,  po  czym  posuwistym  krokiem  skierował  się  ku 

schodom, trzymając w dłoniach pudełko. 

Pan ku kichnął, zaklął cicho. Shih-ka’i skrzywił się pod maską. Ostrożnie, bardzo ostrożnie, 

wchodził po schodach. 

Teraz kichnął Kuo. To było zaraźliwe. Shih-ka’i też czuł, że kurz kręci go w nosie. Starał się 

nie kichnąć... Ale nie mógł się powstrzymać. Popędził na górę, obrócił się, wsadził swój pakunek 

w ręce Pan ku. Pan ku doszedł już do ładu ze swoim nosem, dłubiąc w nim palcem wolnej ręki. 

Shih-ka’i zdjął maskę i nie włożył jej, dopóki nie przestał kichać. 

Wydawało się, że bóg w pudełku ponownie zapadł w sen. 

– O mały włos – mruknął Shih-ka’i. 

– Co teraz, lordzie? – zapytał Hsu Shen. 

–  Z powrotem  na  wyspę.  Obciążymy  czymś  pudełko,  zabezpieczymy  zaklęciami  jedną 

z łodzi i poślemy je w morze. Złapie je burza i pójdzie na dno. 

Hsu Shen skinął głową. Wziął latarnię od lorda Kuo i dał sygnał swoim żołnierzom. Zaczęli 

się wycofywać. Większość z nich teleportowała się, zanim Shih-ka’i dotarł do portalu. 

–  Pójdę  ostatni  –  powiedział.  –  Na  wszelki  wypadek.  –  Bóstwo  nadal  się  nie  obudziło.  – 

Bądźcie  gotowi,  gdy  przybędę.  Hsu  Shen,  idź  teraz.  Przygotuj  łódź  i zacznij  wysyłać  ludzi  do 

Lioantungu. 

– Według rozkazu, lordzie. 

Mijały minuty. W końcu zostali z nim tylko lord Kuo i Pan ku. 

–  Lordzie  –  powiedział  Shih-ka’i  –  dam  ci  kilka  minut,  zanim  sam  przejdę.  Przygotujcie 

solidną pułapkę. Teleportacja może go osłabić. 

Wen-chin skinął głową i poszedł. 

– Idź, Pan ku. 

– Lordzie... 

– Będę tam za kilka minut. 

– Jak sobie życzysz, lordzie. – Pan ku zniknął. 

Shih-ka’i  wpatrywał  się  w czarne  pudełko.  Co  zrobi  bóstwo?  Z pewnością  teleportacja  je 

osłabi. Czy uda im się panować nad nim na tyle długo, żeby umieścić je w łodzi? Jak bardzo jest 

potężne? 

Odczekał  pięć  minut.  Przed  teleportacją  nastawił  portal  na  samozniszczenie  po  transferze. 

Nikt  nie  zaniesie  pudełka  z powrotem  na  pustynię,  nawet  gdyby  bóstwo  opanowało  jakiegoś 

człowieka, tak jak robiło to z martwymi. Wziął głęboki oddech i wszedł do portalu. 

Stwór  przebudził  się,  gdy  Shih-ka’i  dotarł  na  wyspę.  Strumień  mocy  trafił  w jego  mózg. 

background image

Zachwiał się. 

– Ty! – ryknął stwór w środku. Shih-ka’i jęknął. Wściekłość potwora była potężniejsza, niż 

się spodziewał. Jego złe, chciwe macki sięgały po niego, przejmując panowanie nad nim... 

Ssu-ma Shih-ka’i był jednak uparty. Odwrócił się, rzucił pudełko. Potoczyło się po podłodze. 

Lord  Kuo  uderzył  w nie  strumieniem  mocy,  która  nie  wyrządziła  żadnych  szkód.  Shih-ka’i 

rzucił  się  na  pudełko,  uderzył  w nie  pięścią.  Potoczyło  się  dalej,  w pulsującą,  czarną  paszczę 

portalu. 

Cichnący wrzask niknął z umysłu Shih-ka’iego. 

Pan ku dotknął jego boku. 

– Jesteś ranny, lordzie. 

Shih-ka’i pozwolił się podnieść na nogi. 

– Myślę, że przeżyję, Pan ku. Na moje stare kości, obawiam się, że przeżyję. Wsparł się na 

swoim adiutancie. – Niemal pożarł mi duszę. 

Hsu Shen wpadł do pokoju, wrzeszcząc jak opętany. 

– Co się stało? 

– Obudził się – wyjaśnił lord Kuo. – Mój lord wrzucił go z powrotem do portalu. 

– Och nie! Jest znowu na pustyni? Co zrobimy? 

Shih-ka’i złapał oddech. 

– Nie. Nie na pustyni. Został pochwycony przez strumień teleportacyjny.  Ten świat ma już 

z nim  spokój.  Zapomnij  o tej  łodzi,  Hsu  Shen.  Pozwólcie,  że  odpocznę,  zanim  wrócę  do 

Lioantungu. Tutaj wszystko załatwione. 

Pan  ku  pomagał  mu  odejść,  gdy  powietrze  za  nimi  zatrzeszczało.  Z portalu  wyszedł  jakiś 

mężczyzna. 

– Lordzie – zwrócił się do Shih-ka’iego. Ten odwrócił się. 

– Lord Lun-yu? 

– Księżniczka Mgła jest w Lioantungu, lordzie. Pomyślałem, że to pana zainteresuje. – Tasi-

feng  zlustrował  otoczenie.  Wydawał  się  zdezorientowany.  Lord  Kuo  usiłował  stać  się 

niewidzialny. 

Shih-ka’i westchnął. 

–  Dobrze.  Od  razu  tam  się  udam.  Pan  ku,  zabierz  nasze  rzeczy.  Hsu  Shen,  odeślij  resztę 

swoich ludzi. 

Lord Kuo trzymał się z daleka od Shih-ka’iego aż do odejścia Tasi-fenga. 

– Pan ku, mam wrażenie, że postarzeliśmy się o sto lat – powiedział Shih-ka’i, gdy zbliżali 

się do swoich kwater. 

 

W komnacie portalu czekała delegacja podenerwowanych tervola. 

background image

– Lord Shih-mihn zabawia księżniczkę, lordzie – powiedział Tasi-feng. 

– O co cała ta wrzawa? 

– Zagrożenie zewnętrzne, lordzie. 

– Powiedz pani, że przyjdę do niej, gdy tylko zapoznam się z sytuacją. 

– Lordzie? 

–  Słyszałeś,  co  powiedziałem.  Lordzie  Lun-yu,  proszę  ze  mną.  Przekaż  mi  wszystko,  co 

mówiła.  –  Ruszył  przodem  do  wysokiej  galerii  w starej  warowni  w samym  sercu  Lioantungu. 

Z niej widział większą część miasta i przylegających terenów. Pan ku postępował krok w krok za 

nim. 

– W dawnych czasach był to klasztor – powiedział Tasi-feng. 

–  Naprawdę?  Interesujące.  Ale  bardziej  interesują  mnie  wydarzenia  bieżące.  Jaka  wygląda 

sytuacja matayangańska? 

– Księżniczka twierdzi, że została opanowana. Lord Kuo przeprowadził szczególnie dotkliwy 

atak przed... przed... 

– Rozumiem. Powiedziała, czego chce? 

–  Sprawdza  naszą  pozycję.  Armia  jest  mocno  rozproszona.  Jeśli  któryś  z frontów  zostanie 

przerwany, możemy być zmuszeni do porzucenia zachodnich prowincji. 

Shih-ka’i wychylił się przez okno i obserwował krążące smoki. 

–  Najgorsze  jest  tam.  Nie  będzie  jednak  więcej  takich  klęsk  jak  ta  nad  Tusghusem.  Co  oni 

robili? 

– Przygotowywali się do szturmu. 

– Do szturmu? To szaleństwo. Nie mają ludzi. 

– Nad Tusghusem też ich nie mieli, lordzie. 

– Święta prawda. Ale teraz nie mają też broni, którą mieli wtedy. – Shih-ka’i wpatrywał się 

w ciemność. – Kiedy zaczną? 

Tasi-feng wzruszył ramionami. 

– Jeżeli postąpi tak jak poprzednio, to nie wcześniej niż za kilka dni. 

–  Nie  licz  na  to.  On  się  uczy.  –  Shih-ka’i  patrzył  w noc.  –  Psiakrew.  Chciałbym  go  dostać 

w swoje ręce. 

Coś przemknęło za nimi. Shih-ka’i odwrócił się błyskawicznie. 

– Mysz, lordzie – powiedział Pan ku. – Przedziwna sprawa. Siedziała tu sobie i wpatrywała 

się w ciebie. 

– Zobaczmy teraz, co Mgle chodzi po głowie – powiedział Shih-ka’i. 

– Lordzie... 

– Nie ma się czym martwić. Będę zachowywał się nienagannie. Jestem równie zadowolony 

ze swojego stanowiska jak ty ze swojego. 

background image

Wcześniej  Shih-ka’i  spotkał  Mgłę  dwukrotnie,  za  jej  pierwszego  panowania,  i za  każdym 

razem jej pierwsze spojrzenie było jak cios prosto między oczy. Chociaż przygotował się na to, 

tym razem było tak samo. Trudno uwierzyć, że ktoś tak piękny mógł być człowiekiem. Trudno 

uwierzyć, że była córką tego szkaradnego, starego szaleńca, Księcia Demona. 

Gdy  wszedł  do  małej  komnaty,  w której  przyjmowała,  wstała.  Jego  dowódcy  legionów 

kłaniali  się  mu,  a ona  wyciągnęła  rękę.  Ponieważ  nigdy  nie  był  formalnie  przedstawiany 

ż

adnemu z władców Shinsanu, Shih-ka’i nie bardzo wiedział, jak zareagować. Lekko się ukłonił, 

tak jak wojskowemu zwierzchnikowi. Kobieta wydawała się usatysfakcjonowana. 

– Lordzie Ssu-ma. 

– To dla mnie zaszczyt, księżniczko. 

–  Cała  przyjemność  po  mojej  stronie,  lordzie  –  Usiadła.  Lord  Shih-mihn,  zgnębiony, 

znajdował się po jej prawej stronie. – Analizowałam twoją kampanię. 

Shih-ka’i skłonił się ponownie. 

–  Łaski,  pani  –  powiedział.  –  Zrobiłem,  co  mogłem,  ale  jestem  tylko  synem  świniopasa.  – 

Ton jego głosu przeczył wypowiedzianym słowom. Starał się zachowywać bardzo formalnie. 

–  Łaska  jest  niepotrzebna,  lordzie  Ssu-ma.  Nawet  wielcy  lordowie  Chin  czy  Wu  nie 

zdziałaliby więcej. 

Zaskoczony Shih-ka’i przyglądał się swoim towarzyszom. Stali wysocy i milczący, z twarzy 

pod maskami nic nie można było wyczytać. Co to miało znaczyć? Czyżby wypowiedzieli się na 

korzyść syna świniopasa? 

Kobieta mówiła dalej: 

– Mam do ciebie  całkowite zaufanie. Nie zjawiłam się tutaj, żeby się wtrącać, a tylko żeby 

zapoznać się z twoją sytuacją. Dla imperium to czas próby. 

Shih-ka’i nie odpowiedział od razu. Tasi-feng przejął pałeczkę. 

– Lord Lun-yu, pani. Dowódca siedemnastego. 

– Legionu, który dobrze pamiętam z czasów, gdy dowodził nim lord Wu. 

– To czasy minione, pani. Podobnie jak lord Wu. 

– Minione, wybaczone, zapomniane. 

–  Dziękuję,  pani.  Istnieje  sposób,  w jaki  mogłabyś  pomóc.  Wybawiciel  ma  towarzyszkę 

o wielkiej  mocy.  Nie  jesteśmy  w stanie  jej  pokonać.  Mówiąc  wprost,  mogłabyś  wystąpić 

przeciwko niej. 

Shih-ka’i odzyskał równowagę. 

– Moi dowódcy mówią, że jest niemal tak potężna jak ty, pani. 

– Ta kobieta jest źródłem mocy Wybawiciela? 

–  Jednym  ze  źródeł.  Ma  on  drugie  –  bóstwo  z zamierzchłych  czasów,  które  przebywało  na 

pustyni  na  wschodzie.  Dzisiaj  tervola  o nazwisku  Hsu  Shen  i ja  zniszczyliśmy  je.  Teraz 

background image

Wybawiciel i jego kobieta muszą liczyć tylko na siebie. 

– Są teraz na zewnątrz? 

– Tak, pani. 

– Zatem rzućmy okiem. 

Shih-ka’i ukłonił się. Wszyscy jego ludzie podążyli za nimi. Mgła jednak poleciła im: 

–  Wy,  panowie,  wracajcie  do  swoich  zajęć.  Chwileczkę,  lordzie  Shih-mihn.  Czy  twoje 

spichlerze są pełne? 

– Tak, pani – odparł skonsternowany. 

–  W tym  miejscu  aż  się  roi  od  myszy.  Mógłbyś  coś  z tym  zrobić,  jeśli  przewidujesz  długie 

oblężenie. 

– Tak, pani. 

Shih-ka’i zauważył: 

–  Nie  będzie  długie.  Ich  siły  stopniały  niemal  całkowicie.  Ale  Wybawiciel  planuje  kolejną 

niespodziankę. 

Mgła obejrzała się i spojrzała wymownie na Pan ku. Dekurion nie przestraszył się. Shih-ka’i 

poinformował ją: 

– Pan ku jest moim cieniem. 

– Jak sobie życzysz. 

Dziesięć  minut  później,  gdy  zbliżali  się  do  północnego  muru  miasta,  Shih-ka’i  usłyszał  za 

sobą  odgłos  skrobania,  a potem  głuchy  dźwięk,  jakby  zderzyły  się  dwa  ciała.  Odwrócił  się  na 

pięcie i zobaczył, jak Pan ku zrzuca z siebie  wielkiego psa. Rękojeść krótkiego sztyletu Pan ku 

wystawała z piersi zwierzęcia. Pies zadrżał, zaskomlał i znieruchomiał. Pan ku wyszarpnął swoją 

broń, odrąbał zwierzęciu głowę i łapy. 

– Pan ku? 

– Wszystko ze mną w porządku, lordzie. Nie przegryzł się przez zbroję. 

– Co się stało? 

– Wypadł z ciemności prosto na ciebie, lordzie. Mgła zapiszczała: 

– Padnij! 

Błysk na chwilę oślepił Shih-ka’iego. Szybko odzyskał zdolność widzenia. U jego stóp leżał 

następny pies. Lewy bark miał spalony do kości. 

– Może powinniśmy byli pozwolić pozostałym pójść z nami – powiedziała Mgła. 

– Wydaje mi się, że wiem, jak będzie wyglądał następny atak Wybawiciela. 

Miał rację. Podobne przypadki zdarzały się w całym mieście. 

–  Twoi  dowódcy  mówią,  że  on  żywi  ogromną  nienawiść  do  imperium.  Wiesz  może 

dlaczego? 

– Nie, pani. Nie wiemy, kim oni są ani skąd się wzięli – powiedział Shih-ka’i ruszyli dalej. – 

background image

Pan ku, pilnuj nas dobrze. Może spróbować znowu. 

Z miejskiego muru widział kobietę w bieli, stojącą na szczycie pagórka w odległości jednej 

trzeciej mili. Jaśniała w ciemności. 

– To ona – powiedział do Mgły. 

Nie odpowiadała przez jakieś pół minuty. Po czym odezwała się: 

–  To  dziwne.  Ona  nie  jest  żywa.  Nie  w zwykłym  sensie.  Ona  nie  ma  fizycznego  ciała. 

A mimo to istnieje. 

– Tam! – krzyknął Shih-ka’i, nagle wyczuwając obecność Wybawiciela. – Na lewo od niej. 

Mgła skupiła uwagę na tym punkcie i sapnęła. 

– To niemożliwe! 

– Pani? 

Już wracała. Shih-ka’i i Pan ku musieli podbiec, by ją dogonić. Powiedziała im: 

–  Nie  dajcie  się.  Potrzebuję  jeszcze  przynajmniej  trzech  dni.  Myślę,  że  znam  lekarstwo  na 

waszego Wybawiciela. 

Shih-ka’i usłyszał ciche stąpanie zwierzęcych łap, ale nic nie zaatakowało ich z ciemności. 

– Mam nadzieję, pani. Mam nadzieję. 

background image

14 

Rok 1016 OUI 

Zarzewie zagłady 

 

Minęło kilka dni. Varthlokkur przebywał  w domu Mgły, upewniając się,  że ani ona,  ani jej 

nowi  poddani  nie  zostawili  w Kavelinie  żadnych  niepożądanych  prezentów.  Wszedł  król. 

Czarodziej był zaskoczony. 

– Znalazłeś coś? – zapytał Bragi. 

– Kilka nieaktywnych portali. Nic więcej. 

–  Musiała  zostawić  jeden  działający,  żeby  mogła  wpadać  w odwiedziny  do  dzieci.  Czy 

możesz ustawić go tak, żeby banda tervola nie zwaliła się nam tu na głowę? 

– Zastanawiam się nad postawieniem na straży demona. 

Na twarzy króla pojawił się grymas. 

–  Mam  na  myśli  stwora  szczególnego  rodzaju.  Typ  biurokraty.  Każdego  poza  Mgłą 

unieruchomi i przekaże sprawę wyżej. 

Król zachichotał. 

– Daj spokój. Mów poważnie. 

– Mówię poważnie. Taka istota istnieje. 

– A co z pozostałymi portalami? 

– Zamknę je. Radeachar jest na zewnątrz i szuka tych, które mogłyby zostać ukryte z dala od 

domu. 

– A co z Maisakiem? 

– Jest czysty. Zajmowaliśmy się nim wczoraj w nocy. Znaleźliśmy cztery portale. 

– Myślisz, że coś planowała? 

Varthlokkur wzruszył ramionami. 

–  Przypuszczam,  że  wykorzystywała  je  do  łączności,  gdy  organizowała  spisek.  Nie  mówię, 

ż

e nie wykorzystałaby ich później, gdybyśmy je przeoczyli. 

– Jak córeczka? 

– Świetnie. A Nepanthe już chodzi. Postanowiliśmy dać dziecku na imię Smyrena. 

– Dziwne imię. 

– W dawnych czasach nie tak bardzo. To imię mojej matki. Nepanthe to wymyśliła. 

– A co z Ethrianem? Dowiedziałeś się czegoś nowego? 

Varthlokkur czuł, jak wzbiera w nim irracjonalny gniew. 

Postanowiwszy bardziej się kontrolować, warknął: 

–  Nie.  Mówiłem  ci,  że  nie  chcę  o tym  rozmawiać.  Nie  budźmy  licha.  Wydaje  mi  się,  że 

w końcu odciągnąłem Nepanthe od tego przeklętego tematu. 

background image

– Mam problem, w którym być może mógłbyś mi pomóc. Dzieci Mgły. 

–  Nepanthe  mówiła  o nich  dzisiaj  rano.  To  są  dzieci  jej  brata.  Uwolnimy  cię  od 

odpowiedzialności za nie, gdy tylko będzie mogła się nimi zająć. – Varthlokkur nie powitał tego 

pomysłu z entuzjazmem. Obawiał się, że Nepanthe jest za stara i ma zbyt silne przyzwyczajenia, 

ż

eby właściwie opiekować się Smyreną, a co tu mówić o grupie bratanków i bratanic. 

– Jakie masz plany? Kryzys mam właściwie już za sobą. 

–  Ale  to  nie  był  kryzys,  z powodu  którego  mnie  wezwałeś.  Przyjacielu,  rozegrałeś  małą 

gierkę  ze  swoją  „wschodnią  obsesją”  i wygrałeś.  To  jest  skończone.  Teraz  musisz  ponownie 

zająć  się  swoimi  prawdziwymi  problemami.  A masz  wielkie  kłopoty.  Wykorzystałeś  przewrót 

Mgły, żeby się od nich oderwać. 

–  Michael  i ja  damy  sobie  radę  z Kavelinem.  Moim  głównym  zmartwieniem  pozostaje 

Shinsan. 

W takim razie jesteś głupcem, pomyślał Varthlokkur, ale nie powiedział tego głośno. 

–  Wątpię.  No  cóż,  ja  tu  skończyłem.  Wracam  do  Nepanthe.  Widząc,  że  już  mnie  nie 

potrzebujesz, będzie chciała przygotować się do podróży. Zapewne sporządzi długie listy rzeczy, 

które koniecznie musimy targać ze sobą. – Czarodziej odszedł, zanim król rozdrażnił go jeszcze 

bardziej. 

Pomyślał, że będzie lepiej, jeśli skłoni Nepanthe do tygodnia lub dwóch zwłoki. Michael nie 

będzie potrzebował dużo czasu, żeby uświadomić królowi, ile tak naprawdę ma kłopotów. 

–  Je  obiad  z królową  –  powiedział  Dahl  Haas  do  Mgły.  –  Nie  mogę  mu  przeszkadzać. 

Myślałem, że wróciłaś do Shin-sanu w ubiegłym tygodniu. 

– Tak było. Ale teraz znowu tu jestem. A jeśli ty natychmiast nie zaniesiesz tej wiadomości 

królowi,  to  pobłogosławię  cię  takim  zaklęciem,  że  staniesz  się  impotentem.  Czy  wyrażam  się 

jasno? – Mgła była zmęczona, przestraszona i zła. 

– Dobrze. Na twoją głowę spadnie jego wściekłość. 

– Pozwól, że tym będę martwić się ja. Po prostu dostarcz tę notkę na górę. 

W ciągu pięciu minut Haas był z powrotem. 

– W porządku. Mówi, żebyś przyszła. 

Mgła odwróciła się od lustra, w którym się przeglądała. Wyglądała o dziesięć lat starzej. Od 

tygodnia  mało  spała.  Idąc  korytarzami  za  adiutantem  króla,  miała  wrażenie,  że  ma  nogi  jak 

z ołowiu. 

Haas wprowadził ją do salonu królowej. Król tam się z nią spotkał. 

–  Tędy.  Jest  ciężko?  –  zapytał,  prowadząc  ją  przez  apartamenty  do  jadalni.  –  Może  to  nie 

najgrzeczniejsze z mojej strony, ale wyglądasz okropnie. 

– Witaj, Inger. 

– Witaj, Mgło. 

background image

Powitanie było bardzo chłodne. Mgła wzruszyła ramionami i powiedziała do Bragiego: 

–  Czuję  się  okropnie.  Mógłbyś  poczęstować  obiadem  zmęczoną,  starą  kobietę?  Odkąd 

wyjechałam, jadłam w biegu. Od wczoraj nie miałam nic w ustach. 

–  Oczywiście  –  powiedziała  Inger.  Chociaż  nigdy  nie  pozostawała  z Mgłą  w dobrych 

stosunkach,  nagle  stała  się  niesamowicie  troskliwa.  Skinęła  ręką.  Jedna  z usługujących  kobiet 

wyszła. 

Mgła  opadła  na  krzesło.  Zauważyła  tę  nagłą  zmianę  nastawienia  królowej,  ale  była  zbyt 

zaabsorbowana swoją niedolą, żeby się tym zajmować. 

– Jestem wykończona. 

Król zmarszczył brwi. 

– Jakieś kłopoty? Co ty, do diabła, znowu tutaj robisz? Chyba jeszcze cię nie obalili? 

– Nie. Jeszcze nie. Przyszłam błagać o pomoc. Znowu. 

– O co? Zdobyłaś to, co chciałaś. 

–  Chodzi  o coś  trochę  innego.  Poza  tym  mam  mnóstwo  przeróżnych  kłopotów.  Tym  nie 

mogę się zająć sama. 

Król usiadł naprzeciwko niej. Na jego twarzy malowało się trochę więcej współczucia. 

– Mów dalej. 

–  Chodzi  o nasze  kłopoty  na  wschodzie.  Przyjrzałam  się  temu  z bliska.  Jest  gorzej,  niż 

przypuszczałam. Lord Ssu-ma myślał, że panuje nad wszystkim, ale... Bragi, on jest przyparty do 

muru.  Wycofał  się  setki  mil  do  starego  warownego  miasta  zwanego  Lioantung.  Dalej  już  nie 

może uciec. Musi stoczyć walkę za pomocą tego, co zostało z Armii Północnej i Wschodniej. 

Bragi wyglądał na zaskoczonego. 

– No i? Co ja mam z tym wspólnego? 

– Jeśli straci Lioantung, to nie tylko przegra bitwę. Padnie nie tylko Shinsan. Ten człowiek 

walczy o cały świat. Razem z nim świat przeżyje lub zginie. 

– No nie! – powiedziała Inger. – Mgło, w to po prostu nie da się uwierzyć. 

Mgła  zignorowała  ją.  Nie  lubiła  tej  kobiety.  Zwróciła  się  teraz  bezpośrednio  do  króla, 

chociaż odpowiadała na zarzut królowej. 

–  Bragi,  Lioantung  jest  ostatnią  przeszkodą  na  drodze  Wybawiciela  do  serca  imperium. 

Ostatnią linią obrony, gdzie ludzie są stłoczeni do kilkunastu tysięcy na milę kwadratową. Jeżeli 

Lioantung  padnie,  nie  będzie  niczego,  co  powstrzymałoby  Wybawiciela  przed  pochłonięciem 

ludności całych prowincji. 

– No dobrze. Zaciekawiłaś mnie. Zacznij od początku. Naprawdę nie wiem, o czym mówisz. 

Zaczęła opowiadanie od przeczucia lorda Kuo związanego ze wschodnią pustynią i wysłania 

lorda  Ssu-my,  by  objął  tam  dowództwo.  Miała  zamiar  okroić  opowieść,  ale  słowa  się  z niej 

wylewały,  nie  panowała  nad  tym.  Opowiedziała  wszystko,  co  wiedziała,  aż  do  jej  niedawnej 

background image

wizyty w Lioantungu. 

– Armie martwych ludzi? – mruknął Bragi. – Naprawdę? – Wydawało się, że nie potrafi się 

zdecydować,  czy  jest  przerażony,  czy  rozbawiony.  –  A on  może  zapanować  nad  każdym,  kogo 

zabiją, tak? 

–  Właśnie.  Może  nawet  kontrolować  żywych,  jeśli  nie  są  chronieni,  chociaż  jest  to 

trudniejsze. Zwierzęta również. 

–  Zmarli  powstający  przeciwko  żywym.  Urzeczywistnia  się  trolledyngiańska  straszna 

opowieść  draug...  Tam,  gdzie  się  wychowywałem,  starcy  lubili  straszyć  dzieciaki  bajkami 

o zmarłych,  którzy  schodzą  z gór  lub  wychodzą  z morza,  żeby  nas  zabrać.  Nazywaliśmy  ich 

draugami. Chodzące trupy. Ale to były tylko zimowe opowieści. – Zamknął oczy i zamyślił się 

na dłuższą chwilę. – Mgło? 

– Tak? 

–  Nie  powiedziałaś,  dlaczego  przyszłaś  z tym  do  mnie.  Masz  najpotężniejszą  armię  na 

ś

wiecie. 

– Cała jest zajęta. I dlatego, że Wybawiciel napadnie na ciebie, gdy skończy z Shinsanem. 

– Na mnie? Na mnie osobiście czy na zachód w ogóle? 

– Na ciebie. Osobiście. 

–  Dlaczego?  Wielu  ludzi  posłałem  do  piachu,  ale  nikogo,  kto  chciałby  wyrównać  rachunki 

tak bardzo, żeby powstać z martwych. 

–  Uraza,  Bragi.  Straszna  uraza.  Tym  mrocznym  Wybawicielem,  tym  przywódcą  zmarłych, 

kieruje  nienawiść.  Coś  go  wypaczyło,  przerabiało  i przekształcało  do  czasu,  aż  zaczął  myśleć 

tylko o jednym – o zemście. Na Shinsanie. Na tobie. Ponieważ tym Wybawicielem jest Ethrian, 

Bragi. Mój bratanek. Twój syn chrzestny. Dziecko Nepanthe i Szydercy. 

Spodziewała się, że ta wiadomość zwali go z nóg. 

–  Ale...  ale...  –  Wpatrywał  się  w przestrzeń,  nie  mogąc  pogodzić  się  z tym,  co  usłyszał. 

Królowa  patrzyła  na  niego,  miała  pobladłą  twarz,  zasłaniała  drżącą  dłonią  usta.  Bragi  usiłował 

coś wykrztusić, ale najwyraźniej nie był w stanie. 

–  Bragi,  to  prawda.  Przysięgnę,  na  co  tylko  chcesz.  Coś  na  wschodzie  ocaliło  go  przed 

Pracchią.  Przez  cały  czas  tam  był.  To  coś  ocaliło  go,  uczyniło  z niego  narzędzie  zniszczenia 

i nienawiści,  dało  mu  potężną  moc,  a potem  utraciło  nad  nim  kontrolę.  Widziałam  go 

w Lioantungu,  Bragi.  Fizycznie  wygląda  tak,  jak  można  się  spodziewać  po  wszystkich  tych 

latach. Ale wewnątrz to już nie jest Ethrian. Raczej ucieleśnienie oszalałych sił natury. 

Inger powiedziała coś chrapliwie. Bragi jęknął. 

–  Wierzę  jej.  Przyjrzyj  się  jej.  Ona  śmiertelnie  się  boi.  Teraz  wiemy  już,  dlaczego 

Varthlokkura ponosiło, ilekroć wymówiono imię Ethriana. On wiedział. 

Mgła przyznała, że się boi. 

background image

–  Masz  rację.  Jestem  tak  przerażona,  że  nie  mogę  zebrać  myśli.  Chcę  po  prostu  uciec... 

Ciągle żałuję, że nie zostawiłam tego wszystkiego na barkach lorda Kuo. Nie spodziewałam się 

czegoś takiego. Zdajesz sobie sprawę, w jakim świetle przedstawi mnie historia, jeśli nie uda mi 

się powstrzymać Ethriana? O ile w ogóle będzie jakaś historia. 

– Teraz naprawdę rozumiem Varthlokkura. – Bragi zadumał się. 

– Dlaczego? 

–  On  wiedział.  Wiedział  od  dawna.  Odkąd  tu  przyjechał,  kilkakrotnie  wspominał  Ethriana. 

Sugerował,  że  ciągle  może  być  wśród  żywych.  Zachowywał  się  jak  człowiek,  który  walczy  ze 

swoim sumieniem. Teraz wiem, co miał na myśli, gdy stwierdził, że nie może o tym powiedzieć 

Nepanthe,  bo  to  by  ją  zabiło.  –  Król  podniósł  się  z krzesła.  –  Nawet  mi  groził,  gdy 

zasugerowałem, że ona powinna wiedzieć, iż istnieje szansa, że Ethrian żyje. 

Mgła spojrzała na niego. Był blady jak śmierć. Równie przestraszony jak ona. Uwierzył jej. 

Jakoś  ujęło  to  ogromnego  ciężaru  z jej  barków.  Wspólny  strach  jest  łatwiejszy  do  zniesienia, 

pomyślała, przypominając sobie jedną z lekcji udzielanych młodym żołnierzom. 

– Chodźmy do niego – zaproponował Bragi. 

–  Ja  też  będę  potrzebowała  jego  pomocy  –  przyznała  Mgła.  –  A niemal  na  pewno  pomocy 

Nepanthe. 

Król skrzywił się. 

– Nie oczekuj, że się na to zgodzi. Postanowił trzymać ją od tego z daleka. 

– Zobaczę się z nim. Muszę. 

– Uważaj na to, co mówisz. Nigdy nie widziałem, żeby był tak drażliwy. Powiedział, że mnie 

wykończy, jeśli chociaż słowem zdradzę się Nepanthe. 

Inger  spojrzała  na  niego  surowo,  zaskoczona.  W jej  spojrzeniu  pojawiło  się  coś  dziwnego. 

Co  do  diabła?  –  zastanawiała  się  Mgła.  Odchrząknęła.  Przy  innej  okazji  wykorzystałaby  to 

w swoich planach. Jednak nie teraz. Teraz pragnęła tylko znaleźć wyjście ze swoich kłopotów. 

Służący królowej wniósł posiłek, o który poprosiła Mgła. Chwyciła talerz z daniem głównym 

i jadła  rękami,  gdy  król  prowadził  ją  przez  pełne  przeciągów  korytarze  zamku.  Pytając  służbę 

o Varthlokkura, dotarli do małej zamkowej biblioteki. 

Gdy  weszli,  czarodziej  podniósł  wzrok  znad  książki.  Ujrzawszy  Mgłę,  uniósł  się  trochę, 

przerażony. Zrobił gest chroniący przed złym okiem. 

Zanim  zdążył  coś  powiedzieć,  czarodziejka  zaczęła  opowiadać.  Jego  przerażenie  zamieniło 

się  w rozpacz.  Mogła  sobie  jedynie  wyobrazić  siłę  targających  nim  emocji.  Był  bowiem 

człowiekiem nie zdradzającym swoich uczuć. 

Rysy jego twarzy stwardniały. 

– Wystarczy, kobieto. Odpowiedź brzmi „nie”. Nie tknę tego. Znajdź jakiś inny sposób. 

– Ale... 

background image

–  Nie  zamierzam  dopuścić  do  tego,  żeby  Nepanthe  zobaczyła,  czym  on  się  stał.  Jest  zbyt 

krucha. Myśli, że on nie żyje. Zostawcie go dla niej w grobie. 

– Co zamierzasz jej powiedzieć, gdy jego martwi żołnierze dotrą w te strony? – zapytał król. 

– Mgła przesadza. Jego armie się rozpadną. 

– Ty za to chowasz głowę w piasek! – wybuchnęła Mgła. – Wystąpili przeciwko najlepszym, 

których mogliśmy postawić im na drodze. Na początku popełniał błędy. To jeszcze dziecko. Ale 

się uczy. Osiągnął już pewien poziom. Od tej chwili będzie się stawał coraz silniejszy. Chyba że 

troje czy czworo ludzi, którzy znaczą dla niego najwięcej, rozkuje emocjonalne kajdany, którymi 

jest spętany. 

Gniew zaróżowił policzki czarodzieja. 

–  Mówisz  z przekonaniem  i zapałem,  ale  nie  wiesz,  o co  prosisz.  Odpowiedź  musi  być 

odmowna. 

–  To  nie  idź  osobiście.  Wyślij  Niezrodzonego.  Uczyń  z kłamstwa  prawdę  –  zaproponował 

Bragi. 

– Co masz na myśli? 

– Każ Radeacharowi go zabić. 

– Nie. Posłuchajcie mnie. Nie rozumiecie. Ja nie mogę pomóc. To wasz problem. Mgło, ty 

się nim zajmij. Bragi, mówiłem ci wcześniej, że jeśli powiesz o tym Nepanthe... 

–  Tak,  tak.  Wiem.  Nie  powiem.  Chociaż  myślę,  że  się  mylisz.  Mylisz  się  całkowicie, 

straszliwie. Ale nie powiem jej. 

– Zachowujesz się irracjonalnie, Varthlokkurze – powiedziała Mgła. 

– Postaraj się zrozumieć. Chcę chronić moją żonę. 

–  Nie  doceniasz  jej  –  odparła  Mgła.  –  Sprawia  wrażenie  neurotyczki,  ale  jest  o wiele 

twardsza, niż się wydaje. Musi być. 

A król dodał: 

–  Nie  wydaje  mi  się,  żebyś  ją  w ten  sposób  chronił.  Myślę,  że  chronisz  siebie.  Przed 

poczuciem  zagubienia.  Po  prostu  boisz  się  zmiany.  Zmiana  mogłaby  przekształcić  twój 

związek... 

–  Milcz!  –  wybuchnął  czarodziej.  –  Przypomnij  sobie,  co  Stwór  zrobił  ci  tamtego  dnia, 

podczas  sukcesji.  Pamiętasz,  jak  przebiegało  głosowanie?  Rozumiesz,  co  to  znaczy?  – 

Uśmiechnął się złośliwie. 

– Czarodzieju, uważaj, robię się paskudna, gdy ktoś stara się wykręcić mi rękę. 

– Lepiej się do tego przyzwyczajaj. 

– Wcześniej byliśmy po przeciwnych stronach. Dam sobie radę bez ciebie. 

– Ostrzegłem cię. Trzymaj się z daleka od mojej żony. – Varthlokkur przeniósł spojrzenie na 

Mgłę. Zachwiała się pod jego siłą. – Wybawiciel to twój problem, kobieto. Ethrian nie żyje... 

background image

Podupadła na duchu, pokonana. Król wziął ją za rękę. 

– Tracimy tutaj czas. On zdumiał. Może Bractwo pomoże. Masz tam przyjaciół. 

–  To  nie  magii  potrzebuję  –  odparła  Mgła.  –  Mamy  jej  w Shin-sanie  mnóstwo.  Potrzebuję 

ludzi, którzy potrafią dotrzeć do uczuć Ethriana. 

– Wymyślimy coś. – Po czym Bragi rzucił przez ramię: – Zapamiętam to sobie, czarodzieju. 

Varthlokkura  zdumiała  pasja  tego  człowieka,  ale  tylko  na  mgnienie  oka.  Rzucił  książkę  na 

podłogę. Mgła podskoczyła. Miała stargane nerwy. Wyszedłszy z biblioteki, zapytała: 

– I co teraz? 

Nie  podobało  jej  się  to  poczucie  bezradności,  to,  że  musiała  udać  się  na  zachód,  by  prosić 

o pomoc. To sprawiało, że czuła się bezsilna i niekompetentna... 

–  Weźmiemy  to  na  siebie.  Może  ciotka  i ojciec  chrzestny  dadzą  sobie  radę.  Chodź.  Muszę 

powiedzieć  Gjerdrumowi  i Derelowi,  dokąd  idę.  Stary  Crankwort  miał  w jednej  sprawie  rację. 

Mam  pewien  kłopot,  sądząc  po  sztuczkach,  które  robił  Stwór,  gdy  osadzaliśmy  cię  na  tronie. 

Muszę się upewnić, że moje tyły są osłaniane, gdy mnie tu nie będzie. W przeciwnym razie mogę 

po powrocie do domu stwierdzić, że wyleciałem z roboty. 

– Nie ma sensu, żebyśmy poszli we dwójkę. Oboje reprezentujemy wszystko, czego Ethrian 

nienawidzi. Nie sądzę, żeby komuś poza jego matką udało się teraz do niego dotrzeć. 

– Będziemy musieli spróbować, czyż nie? Czy on jest tak niebezpieczny, jak mówiłaś? 

– Tak przypuszczam. 

– Jak długo możesz czekać? Może Varthlokkurowi wróci zdrowy rozsądek. 

–  Niezbyt  długo.  Lord  Ssu-ma  to  uparty  człowiek,  ale  nie  może  utrzymywać  się  tam 

w nieskończoność. 

–  Jeżeli  masz  jakiegoś  ulubionego  boga,  pomódl  się  do  niego.  Może  gdy  Varthlokkur  się 

uspokoi,  to  się  zastanowi.  Jeżeli  sprawy  stoją  tak  źle,  jak  mówisz.  W zasadzie  to  przyzwoity 

gość. Ma sumienie. 

– Może. A może jest tylko starym, ślepym głupcem. 

Varthlokkur  wszedł  do  swojego  apartamentu  godzinę  po  spotkaniu  z Mgłą  i królem.  Ręce 

ciągle mu drżały. Był przerażony. Od stuleci nie wpadł w taką wściekłość. Musiał skorzystać ze 

starych  sztuczek  zwalczających  strach  z czasów,  gdy  był  jeszcze  czeladnikiem,  żeby  trochę  się 

uspokoić. 

Coś było z nim nie tak.  Jakieś szaleństwo sączyło mu się w umysł, pokrętne i zagmatwane. 

Utrata  panowania  nad  sobą  była  taka  do  niego  niepodobna.  Czy  Bragi  miał  rację?  Czy  jego 

prawdziwym problemem było dziecinne poczucie braku bezpieczeństwa? 

Czy  Nepanthe  potrafiłaby  sobie  z tym  poradzić?  Czy  była  bardziej  odporna,  niż 

przypuszczał? 

Czy żywił złudną nadzieję, uznając, że Ethrian w końcu zniszczy sam siebie? 

background image

Zapalił  świecę,  usiadł  i próbował  czytać  stary  rękopis,  który  podobno  przedstawiał 

prawdziwą  historię  początku  człowieka  na  tym  świecie.  Litery  co  chwilę  rozmywały  mu  się 

przed oczami. 

Psiakrew!  Jego  świat  się  rozpadał.  Całe  wieki  trwało,  zanim  poukładał  sobie  przyzwoite 

ż

ycie  z drugą  osobą,  i teraz,  nagle,  wszystko  zawisło  na  włosku.  Niech  to  diabli!  Tak,  czuł  się 

niepewnie! A kiedy się walczyło tak długo jak on, to, do cholery, zasługiwało się na coś dobrego 

przez resztę życia... 

Jakiś cień skoczył mu na kolana. Przestraszony, podskoczył. 

– Nepanthe! Dlaczego wyszłaś z łóżka? Już zażyłaś trochę ruchu. Powinnaś odpoczywać... – 

Serce mu zamarło, gdy ujrzał wyraz jej twarzy. Strach uderzył go jak obuchem. 

Była ubrana na trudne warunki pogodowe. Miała ze sobą opatulone dziecko. 

– Chcę swojego syna, Varth. 

– Och, nie – powiedział łagodnie. – Dlaczego? 

– Ethrian żyje, prawda? Wiedziałeś o tym przez cały czas. Okłamywałeś mnie. 

– Nie, kochanie. Mówiłem ci... 

–  Mówiłeś  mi  kłamstwa.  Kłamstwa,  kłamstwa  i jeszcze  raz  kłamstwa.  Jest  w Shinsanie, 

w mieście, które nazywa się Lioantung. A ty nie chciałeś, żebym się dowiedziała. 

Znowu poczuł przypływ wściekłości. 

– Ostrzegałem go! 

Nepanthe też działała pod wpływem gniewu. Zniosła jego wybuch z kamienną twarzą. 

–  Kogo  ostrzegałeś?  Co  ty  mi  robisz,  Varth?  Chcę  się  zobaczyć  z synem.  Słyszysz  mnie? 

Gdzieś tu jest Mgła. Wracam z nią. 

Varthlokkur  zignorował  ją.  Wszedł  wolnym  krokiem  do  ich  sypialni,  zajrzał  do  pustej 

kołyski Smyreny. Po chwili podszedł do okna. 

– Chodź tu, Radeacharze. Chodź, mój jedyny przyjacielu. 

–  Dlaczego  mnie  okłamywałeś?  –  dopytywała  się  Nepanthe.  –  Varth,  do  jasnej  cholery, 

mówię do ciebie. Odpowiedz mi! 

Odwrócił się gwałtownie. 

– Czy oni powiedzieli ci, czym stał się twój syn? 

– Jacy oni? O kim ty mówisz? Wyjaśnij mi. 

– Ragnarson i ta shinsańska dziwka. 

–  Nie  widziałam  żadnego  z nich.  Co  oni  mają  z tym  wspólnego?  Nieważne.  Opowiedz  mi 

o Ethrianie. Potem znajdź Mgłę i powiedz jej, że idę z nią. 

W  obojgu  narastał  gniew.  Ich  krzyki  stawały  się  głośniejsze  i osiągały  wyższe  rejestry. 

Niezrodzony pojawił się w oknie i zawisł tam, niezauważony. 

–  Dobrze,  do  cholery!  –  wrzasnął  niespodziewanie  Varthlokkur.  –  Idziemy.  Na  twoją 

background image

odpowiedzialność, kobieto. – Obrócił się na pięcie, wyszedł szybkim krokiem z pokoju, mrucząc: 

–  Bragi,  zapłacisz  za  to.  Tym  razem  sam  sobie  poderżnąłeś  gardło.  W tej  chwili  otaczają  cię 

wilki. A ja zamierzam usiąść sobie wygodnie i patrzeć, jak cię rozrywają na strzępy. 

 

Nepanthe  patrzyła,  jak  jej  mąż  wychodzi,  zdumiona  pomimo  targającego  nią  gniewu.  O co 

w tym wszystkim chodzi? – zastanawiała się. Całe to zamieszanie wokół Bragiego i Mgły. A nie 

widziała ich od wieków... Oni też musieli wiedzieć. Musieli to przed nią ukrywać. Nigdy by się 

o tym  nie  dowiedziała,  gdyby  królowa  nie  przyszła  zobaczyć  Smyreny  i nie  wspomniała  o tym 

mimochodem. 

Biedna Inger. Teraz i na nią będą wrzeszczeć. Niech idą wszyscy do diabła. Wszyscy, co do 

jednego. Zobaczy swojego syna. To, co im się podoba, nie ma znaczenia. 

background image

15 

Rok 1016 OUI 

Lioantung 

 

Martwi  wojownicy  Ethriana  przynieśli  krzesło  zrabowane  w jakimś  dworze  w pobliżu 

Lioantungu.  Usiadł  na  nim.  Sahmanan  zajęła  miejsce  na  ziemi  obok  niego,  opierając  się 

o krzesło. 

– Możesz mi powiedzieć, co dalej? 

– Tak sądzę. – Droczenie się z nią sprawiało mu radość. – Użyję przeciwko nim ich zwierząt. 

I ciał tych ludzi, których zwierzęta zabiją. 

– Czy oni ich nie wyrżną? 

– Prawdopodobnie. Psy, koty, konie i te, które uda im się złapać. Ale jak obronisz się przed 

szczurami, które zaatakują cię podczas snu? 

– To może się udać. Planujesz oblężenie? 

– Nie możemy sobie na  to pozwolić. Oni nie spodziewają się pomocy. To jest bitwa, która 

albo nas wyniesie na szczyt, albo pchnie w przepaść. 

–  A co  z armią?  –  wskazała  ruchem  głowy  najbliższych  wojowników.  –  Oni  wytrzymają 

najwyżej kilka dni. 

– Nie pozwolimy, by się zmarnowali. Zaczynajmy. Chroń mnie. – Odrzucił więzy łączące go 

z ciałem i poleciał nad miasto. Lioantung był labiryntem krętych uliczek i dziwacznych budowli. 

Całe dzielnice były opuszczone. Zaciągnie porzucone zwierzęta... 

Wróg  pilnie  przygotowywał  się  do  obrony.  Wydawali  się  spokojni.  Bitwa  w lesie 

przywróciła im pewność siebie. Jedynie tervola byli niepewni. 

Debatowali, co zrobić ze zwierzętami... 

Wleciał w spowite mrokiem ulice, znalazł stajnię. Opanował przyćmiony umysł konia, który 

zarżał, rozwalił swój boks, powalając chłopca stajennego na ziemię. 

Ethrian  opanował  jego  ciało,  znalazł  widły  do  siana  i wymknął  się  w noc.  Skradając  się, 

stanął za jakimś legionistą... 

I  tak  to  szło,  godzina  za  godziną.  Wróg  zareagował.  Do  świtu  żaden  żołnierz  nigdzie  nie 

szedł  w pojedynkę.  Następnego  dnia  lord  Ssu-ma  kazał  zniszczyć  wszystkie  zwierzęta.  Ethrian 

wrócił do swojego ciała. 

– Wyglądasz na zmęczonego – powiedziała Sahmanan. 

– Trochę. Mocno atakowali? 

Wskazała  na  ich  otoczenie.  Ziemia  była  spalona.  Jego  krzesło  zamieniło  się  w stos 

wykałaczek. 

– Raz wydawało mi się, że nas dopadli. Ledwo wytrzymałam. 

background image

– Zamierzają zabić zwierzęta. Czas posłać tam martwych. 

– Nie chcesz odpocząć? 

– Nie mam czasu. 

– Ethrianie... 

–  Bądź  cicho.  –  Sięgnął  umysłem,  zebrał  wszystkie  nici.  Ciała  powlokły  się  w kierunku 

miasta.  Smoki  wzbiły  się  w powietrze.  Jedne  niosły  wielu  jeźdźców,  inne  wspierały 

szturmujących mury. Legiony porzuciły rzeź zwierząt domowych i pospieszyły na mury. 

Ethrian  kontynuował  atak,  póki  z jego  armii  nie  zostało  niemal  nic.  Na  zewnątrz  miasta 

ocalał tylko on i Sahmanan. W środku, w opuszczonych dzielnicach, zachomikowal jednak tysiąc 

ciał. 

Przemierzał miasto w swoim bezcielesnym stanie, od czasu do czasu wślizgując się w jakieś 

zwierzę, żeby posłuchać rozmów. Jego wrogowie byli tak samo zmęczeni jak on. 

Ociężale rozpoczęli na nowo rzeź. Część sprawdzała dom po domu w poszukiwaniu ciał. 

Ethrian wrócił do Sahmanan. 

– Ethrianie, odpocznij – nalegała. – Wykończysz się. 

– Jeszcze jedno, żeby im się nie nudziło. Potem odpocznę. 

Wrócił do Lioantungu, szukając szczurów.  I oczywiście znalazł je, ponieważ  Lioantung był 

starym miastem, w którym nie brakowało gryzoni. 

Zaczął od kwatery głównej lorda Ssu-my w cytadeli. W stu miejscach naraz szczury zaczęły 

przemykać po pokojach, przewracając lampy. Większość pożarów gaszono natychmiast, jednak 

kilka wybuchło tam, gdzie nie było nikogo. Ethrian wrócił do swojego ciała. 

– To powinno dać im zajęcie. Obudź mnie, gdyby działo się coś ważnego. 

Spał czternaście godzin, a obudził się tylko trochę wypoczęty. 

– Co się działo? 

– Nic. Byli zbyt zajęci walką z pożarami. 

Znowu  udał  się  do  miasta.  Ostatnie  pożary  były  opanowane.  Znużeni  legioniści  wracali 

chwiejnym  krokiem  do  baraków,  przeklinając  go,  modląc  się  o odpoczynek.  Nie  dał  im 

wytchnąć. 

W  wielu  miejscach  naraz  rzucił  szczury  do  tętnic  szyjnych  śpiących  żołnierzy.  Martwych 

postawił przeciwko żywym. Przenosił się z baraku do baraku. Tervola rozstawili warty pilnujące 

ś

piących.  Znowu  skupił  się  na  samej  kwaterze  głównej,  potem  na  murach,  posyłając  na 

wartowników  zwierzę  za  zwierzęciem.  Z pomocą  martwych  ludzi  otworzył  bramę  miasta, 

wpuszczając  zwierzęta  z pól  i lasów.  Zamieszanie  i przerażenie,  zamieszanie  i przerażenie, 

powtarzał sobie. 

Gdy  nie  robił  nic  innego,  przemieszczał  swych  ukrytych  żołnierzy  w kierunku  centrum 

miasta. Powoli, stopniowo zacieśniali krąg wokół kwatery głównej Ssu-my... 

background image

W  mieście  zabrakło  już  dużych  zwierząt.  Nie  miał  czasu  na  „rekrutację”  w lesie.  Tervola 

skierowali swoje umiejętności na niszczenie myszy, szczurów i wiewiórek. 

– Teraz to wyścig – powiedział Ethrian do Sahmanan. – Chociaż udało mi się odwrócić ich 

uwagę.  Przy  odrobinie  szczęścia  w moim  następnym  ataku  zginie  tylu  tervola,  że  będziesz 

w stanie zapanować nad resztą. 

Jego atak trwał trzy godziny. Potem wrócił do Sahmanan. 

– To powinno wystarczyć. Skończymy, gdy odpocznę. 

– Ethrianie, coś przydarzyło się Wielkiemu. 

– Co? 

– Nie wiem. Nie wyczuwam go już tutaj. Martwi mnie to. 

– To ma jakieś znaczenie? 

– Kto wie? Możemy znowu go potrzebować. 

– Czy on coś knuje? 

– Nie wiem. 

– Sprawdzimy, gdy skończymy tutaj. 

–  Nie  możemy.  Nie  mamy  już  jeźdźców  na  smokach.  Ethrian  spojrzał  na  nią  ostro.  Nie 

podobał mu się jej ton. 

– Chcesz mi coś powiedzieć? 

–  Nie...  Tak.  Ethrianie,  jesteś  dokładnie  taki  sam  jak  Nahaman.  Tak  samo  przepełniony 

goryczą, nienawiścią, brakuje ci rozsądku. 

– Cicho. Muszę się przespać. Wykończymy ich, gdy się obudzę. 

Poranne  czerwone  słońce  wisiało  nisko  nad  horyzontem,  gdy  Ethrian  porzucił  swe 

nawiedzone sny. Sahmanan potrząsała nim. 

– Co? – wymamrotał. 

– Obudź się. Coś szykują. Popatrz. – Wskazała miasto. Żołnierze wychodzili. Przysadzisty, 

krępy tervola niósł białą flagę. Jego ochroniarz rozłożył się w pobliżu bramy. Jacyś obcy kroczyli 

po  obu  bokach  tervola.  Z obu  jego  stron  szły  kobiety.  Obok  nich,  po  zewnętrznej,  szedł  jeden 

mężczyzna. 

– O, Panie – powiedział Ethrian zbolałym głosem – O, Panie, nie. 

– Co się stało? Ethrianie, co się stało? 

Oddech mu się rwał. Coś głęboko w nim się poruszyło. Skulony  cień. Wrzasnął. Ciemność 

gęstniała. Świat zniknął. 

– Ethrian! – Sahmanan rozcierała mu nadgarstki i uderzała w policzki. – Obudź się, proszę! – 

Spojrzała w kierunku miasta. – Już prawie tu są. Potrzebuję kogoś, kto powie mi, co mam robić. 

 

Shih-ka’i  stał  sztywno  w pozycji  na  spocznij,  ignorując  ból  ran.  Księżniczka  i jej  grupa 

background image

weszła  do  ośrodka  dowodzenia.  Stanął  na  baczność.  Ci  z jego  oficerów,  którzy  przeżyli, 

zasalutowali. Mgła wpatrywała się w nich przerażona. 

– Co się stało, lordzie Ssu-ma? 

– Trzymamy się, pani. – Shih-ka’i przyjrzał się jej towarzyszom. Dwóch mężczyzn i kobieta, 

w typie zachodnim. Kobieta niosła niemowlę. Młodszy mężczyzna wyglądał na wojownika. Jego 

wzrok  nie  zatrzymywał  się  na  niczym.  Usta  miał  zaciśnięte  i blade.  Starszy,  szczuplejszy 

mężczyzna wyglądał na rozzłoszczonego. Shih-ka’i stanął przed swoją księżniczką, spoglądając 

na nią pytająco. 

–  To  czarodziej  Varthlokkur  –  powiedziała,  wskazując  starszego  mężczyznę.  Shih-ka’im 

wstrząsnął dreszcz. – Jego żona, Nepanthe, i ich córka. 

Shih-ka’i ukłonił się kobiecie. 

– Pani. 

–  Będę  musiała  tłumaczyć  –  powiedziała  Mgła.  Shih-ka’i  kiwnął  głową,  przyglądał  się 

trzeciemu mężczyźnie. Ochroniarz czarodzieja? 

– Król Kavelinu Bragi – przedstawiła go Mgła. 

Shih-ka’i zesztywniał. Jego dowódcy zatrzęśli się z gniewu. 

Upomniał ich gestem. 

– Ten Ragnarson spod Baxendali i Palmisano? 

– We własnej osobie. 

Jeden z tervola zrobił krok naprzód... 

– Meng Chiao! Uspokój się. Pani, przez tego człowieka stracił trzech braci, czterech synów 

i swój  legion.  –  Shih-ka’i  stanął  naprzeciwko  Ragnarsona,  który  górował  nad  nim  wzrostem. 

Zdjął maskę i popatrzył w jego oczy. Nie dostrzegł w nich strachu. Bragi odezwał się. 

– Mówi, że wyglądasz na uczciwego żołnierza. Pierwszego, którego zobaczył wśród tervola. 

Shih-ka’i uśmiechnął się i odparł: 

–  Przekonasz  się,  że  jestem  bardziej  nieustępliwy  od  lorda  Kuo.  –  Poczekał,  aż  Mgła 

przetłumaczy, i zapytał: – Księżniczko, co to ma znaczyć? 

– Ci ludzie byli kiedyś bliscy Wybawicielowi. To jego dziadek, matka, ojciec chrzestny. 

Wśród dowódców znowu zawrzało. 

– Pani? 

–  Wybawiciel  jest  moim  bratankiem.  Lord  Chin  porwał  go  podczas  tej  sprawy  z Pracchią. 

Myśleliśmy, że nie żyje. Jakoś udało mu się przeżyć, zawarł sojusz z jakimś bóstwem i zawziął 

się na nas, przypuszczając, że to my jesteśmy przyczyną jego nieszczęść. 

Shih-ka’i chodził tam i z powrotem. W końcu powiedział: 

– Co proponujesz, księżniczko? 

–  Żebyśmy  poszli  z nim  porozmawiać.  Żebyśmy  rozwiali  jego  złudzenia.  Żebyśmy  zabrali 

background image

mu powód, dla którego chce zniszczyć imperium. 

Shih-ka’i przyglądał się gościom. 

– Ci ludzie nie mają powodu, żeby nam pomagać. 

– Mają. Swoje własne. 

– W takim razie spróbujmy. Pan ku, ochrona. 

– Lordzie! – Pan ku zasalutował i odszedł. Wrócił po kilku chwilach. – Gotowe, lordzie. 

– Wybawiciel sprawił, że bez ochrony nie da się poruszać po ulicach – wyjaśnił Shih-ka’i. 

Miasto  było  ruiną  trawioną  przez  ogień,  strzaskaną  uderzeniami  stworów  o trupich 

czaszkach. Na każdej ulicy leżały stosy kości. 

Mgła  coś  powiedziała.  Ragnarson  burknął,  ujawniając  zdumienie  rozmiarami  zniszczenia. 

Czarodziej  nie  zdradził  się  żadną  reakcją.  Nadal  trawił  go  gniew.  Wydawało  się,  że  jego  żona 

przyczynia się do tego. Shih-ka’i cofnął się, nałożył maskę, przyjrzał się dziecku. Wyraził swoją 

sympatię uśmiechem. Kobieta w odpowiedzi również się uśmiechnęła. 

– Dlaczego jest tak cicho? – zapytała Mgła. 

– Cisza przed burzą. Odpoczywa. 

– Czy mógłbyś znowu go powstrzymać? 

– Wątpię. To ostatni rzut kostką. 

Doszli  do  bramy.  Żołnierze  otworzyli  ją  na  oścież.  Pan  ku  wręczył  swojemu  panu  kij 

z przymocowaną białą tkaniną. Shih-ka’i wyszedł z miasta. 

– Pan ku, zatrzymaj tu straże. 

– Lordzie? 

– Jeśli księżniczka, czarodziej Varthlokkur i ja nie damy tam sobie rady, i tak nie ma żadnej 

nadziei. 

–  Według  rozkazu,  lordzie.  –  Pan  ku  zrobił  zwrot  o sto  osiemdziesiąt  stopni,  popędził  do 

ś

rodka i pospieszył na szaniec, gdzie znalazł lekką balistę. Przygotował ją z równą starannością, 

z jaką  jego  pan  przygotowywał  zaklęcie.  Wybawiciel  dostanie  wiadomość  od  Pan  ku,  jeśli 

spróbuje jakiegoś podstępu. 

Shih-ka’i zmierzał w stronę pagórka, na którym kobieta właśnie budziła Wybawiciela. Szedł 

zdecydowanym krokiem. Nie zdradzi się ze swoim strachem przed tymi ludźmi z zachodu. 

Wybawiciel wstał, odgarnął włosy, popatrzył i położył się. Kobieta uklękła nad nim. Znowu 

wstał,  emanując  arogancją.  Gestykulował  żywo.  Zza  pagórka  wyszła  pantera  i położyła  się, 

podwijając  łapy  pod  siebie.  Pojawił  się  też  niedźwiedź,  który  zajął  miejsce  po  jego  prawej 

stronie. Ogromny leśny bawół o dzikim wzroku zatrzymał się po lewej stronie kobiety. 

– Miej na oku tę kobietę – Shih-ka’i powiedział do Mgły. I dodał: – Co z nim jest nie tak? 

– Zna tych ludzi. Wyobraża sobie, co oni o nim myślą. 

–  Rozumiem.  –  Zatrzymał  się  pięć  kroków  przed  Wybawicielem.  Krótki  skok  pantery, 

background image

pomyślał. Patrzył gniewnie. To płaczliwe dziecko rozbiło dwie armie? 

Mgła  zatrzymała  się  przy  nim.  Ragnarson  i Varthlokkur  poszli  za  ich  przykładem.  Kobieta 

z dzieckiem nie zrobiła tego. 

– Ethrian? – powiedziała we własnym języku. – Ethrian? Popatrz. To jest twoja siostra. Ma 

na imię Smyrena. 

W oczach chłopca pojawiła się udręka. Zaczął szlochać. 

– Mamusiu. Myślałem, że cię zabili. Myślałem, że cię zabili. Powiedzieli mi... 

Nepanthe przełożyła Smyrenę na lewą rękę. Prawą objęła chłopca, przyciągając go do siebie. 

– Już dobrze. Już dobrze, Ethrian. Już po wszystkim. Wszystko w porządku. 

Powietrze znieruchomiało. Nie było słychać nic, z wyjątkiem płaczu chłopca. Mimo to włosy 

i ubranie kobiety w bieli powiewały, jak gdyby targał nimi wiatr. Shih-ka’i spojrzał na Mgłę. 

– Księżniczko? 

–  Nie  martw  się.  Ona  jest  szczęśliwa  z jego  powodu.  –  Kobiety  przeprowadziły  bezgłośną 

wymianę zdań. Mgła skinęła potakująco głową. 

Coś opuszczało się z nieba. Zawisło za pagórkiem. Shih-ka’i spojrzał tylko raz. 

– Niezrodzony – mruknął. Słyszał o tym stworze. Jego obecność była bardziej obraźliwa, niż 

można było sobie to wyobrazić. 

Leśny  bawół  parsknął  i odbiegł  wielkimi  susami.  Niedźwiedź  poszedł  w jego  ślady, 

powłócząc  nogami.  Pantera  wstała  z gracją,  oblizała  łapę  i wolnym  krokiem  zmierzała 

w kierunku lasu. Nepanthe zaczęła iść ze swoim synem w stronę miasta. 

Shih-ka’i ponownie spojrzał na Mgłę. 

– To już koniec, lordzie Ssu-ma. To naprawdę koniec. Wracaj. 

Minęli  go  matka  i syn.  Odwrócił  się.  Czarodziej  i król  dotrzymywali  im  kroku.  Spojrzał  za 

siebie  i zobaczył  podążających  za  nimi  Mgłę  i kobietę  w bieli,  która  bardziej  się  unosiła,  niż 

stąpała po ziemi. 

Napięcie  opuściło  go.  Czuł  się  słaby.  Niemal  rozczarowany.  Nie  zdawał  sobie  sprawy,  jak 

był spięty... 

 

Zaczęło  się  nagle.  Ethrian  nie  wyczuł,  że  coś  jest  nie  tak,  dopóki  nie  odrzuciło  jego  matki, 

a on sam nie zesztywniał. Otaczała go ciemna aureola. 

 

Powietrze zatrzeszczało. Shih-ka’i wyczuł to samo co tuż przed klęską nad Tusghusem. 

– Pani! Księżniczko! 

Varthlokkur  rzucił  się  do  przodu,  złapał  swoją  żonę,  zanim  upadła.  Ragnarson  z niemal 

niewyobrażalną  szybkością  wyjął  miecz.  Przyczaił  się,  mrucząc  coś  w swoim  chropawym 

zachodnim języku. 

background image

–  Ethrian!  Przestań!  –  krzyknęła  Mgła.  Shih-ka’i  słyszał  w jej  głosie  echo  słów  kobiety 

w bieli. 

Ssu-ma starł się z młodzieńcem, który był całkiem sztywny. Shih-ka’i zacisnął palce wokół 

jego usztywnionej szyi. Coś poruszyło się na murach Lioantungu. Ochrona przepychała się. Król 

z zachodu ryknął. Jego miecz świsnął w powietrzu nad głową Shih-ka’iego. 

Młodzieniec  zaczął  się  gwałtownie  opierać.  Shih-ka’i  skoczył  na  nogi,  gdy  król  wyrwał 

z ziemi złamaną włócznię, drzewce balisty, które zboczyło ze swego śmiercionośnego łuku. 

–  Mam  wobec  ciebie  dług  wdzięczności,  człowieku  z zachodu.  –  Shih-ka’i  powiedział  do 

Bragiego, po czym stanął twarzą w twarz z Wybawicielem. 

W  oczach  chłopca  płonęło  szaleństwo.  Jego  matka  płakała  na  piersi  czarodzieja.  Usta 

chłopca powoli się otwierały. 

Kobieta w bieli minęła Shih-ka’iego. Odległym głosem powiedziała: 

– Ethrian...? Och, nie! To On. Mroczny bóg nim zawładnął. 

–  To  niemożliwe  –  burknął  Shih-ka’i.  –  Zniszczyliśmy  go.  –  On  i Hsu  Shen,  Pan  ku  i lord 

Kuo... A może nie? 

Varthlokkur  delikatnie  przekazał  żonę  Ragnarsonowi.  Pozostało  między  nimi  trochę 

zaufania. Wykonał nieznaczny gest. Niezrodzony podleciał bliżej. 

–  Nie.  Nie  rób  tego  –  powiedziała  kobieta  w bieli.  –  Wezwałam  go.  Będzie  sprawiedliwie, 

jeśli to ja go wyrzucę. 

Wściekłość  potężnej  walki  wewnętrznej  zniekształciła  twarz  chłopca.  Usta  miał  szeroko 

otwarte. Zaczął głęboko oddychać. Próbował zmusić ręce, by zasłoniły usta, ale nie zdołał. 

Powietrze trzeszczało tak jak wcześniej przed katastrofą nad Tusghusem. Shih-ka’i chwycił 

garść  ziemi,  rzucił  się  do  przodu  i siłą  wepchnął  ją  w usta  Wybawiciela.  Wolną  rękę  brutalnie 

wbił w klatkę piersiową chłopca. Czuł, jak pod jego palcami pęka kość. 

Głos Sahmanan zdawał się dochodzić zewsząd i znikąd, podobnie jak lament matek tysięcy 

ludzi, kiedy dowiedziały się, co się stało z ich synami w nieszczęsnej kampanii zachodniej lorda 

Kuo. Młodzieniec stał zwrócony do niej twarzą, blady, trzymając się za pierś. Wychrypiał: 

–  Sahmanan!  Nie!  Błagam  cię...  Dam  ci  wszystko.  Całą  moc,  którą  dałem  Jemu.  Dam  ci 

Słowo. Będziesz królową świata. 

Lament  przybrał  na  sile.  Shih-ka’i  przycisnął  dłonie  do  uszu  swojej  maski,  ale  nie  zdołał 

uwolnić się od niego. 

Usta  Wybawiciela  otworzyły  się  szeroko.  Zwymiotował.  Znowu  wziął  oddech,  żeby 

krzyknąć. 

Głos Sahmanan załamywał się. Młodzieniec zesztywniał. Zdawał się migotać, niknąć, kręcić, 

by wreszcie stać się dwoma odrębnymi Ethrianami, z których jeden był cieniem drugiego, a więc 

ponure  i mroczne  światło  cofało  się.  Wytworzyła  się  migotliwa  mgła,  wirująca  niczym  trąba 

background image

powietrzna. Potem widoczny był już tylko ciemny Ethrian, kołyszący się wolno, starał się jeszcze 

szerzej otworzyć usta. 

Języki  ognia  lizały  ciało  chłopca  ogarniętego  przez  ciemne  moce.  Dymiące  płatki  skóry 

odpadały.  Dym  ulatywał  z wiatrem.  Nagle  –  wiuuuuu!  –  reszta  jego  ciała  pomknęła  w niebo 

w jednej ryczącej, powiększającej się czarnej chmurze. 

Shih-ka’i  wyczuwał  ten  sam  rozpaczliwy  krzyk,  który  się  rozległ,  gdy  cisnął  pudełko 

w portal  na  wyspie  Hsu  Shena.  Ziemia  drżała  i jaśniała  w miejscu,  gdzie  stał  chłopiec.  Nad 

głowami połyskiwało rozjarzone powietrze. 

–  Odszedł  –  powiedziała  kobieta  w bieli.  –  A gdy  on  odchodzi,  ja  muszę  iść  za  nim.  Nie 

będziemy  sprawiać  wam  więcej  kłopotów.  –  Chociaż  wiatr  nadal  wiał,  jej  ubranie  już  się  nie 

poruszało. Stanęła przed kobietą, która płakała wtulona w pierś Ragnarsona. 

–  Przepraszam.  Powiedz  jej,  że  przepraszam.  Nie  chciałam  nikogo  skrzywdzić.  Po  prostu 

nigdy nie znalazłam dość silnej woli, by... 

Shih-ka’i nie mógł już jej słuchać. Przenikało ją teraz światło. Krzyknął: 

– Wybaczono ci. – Odwrócił się do Mgły. – Księżniczko, czy nic się pani nie stało? 

– Nic. Jestem tylko trochę wstrząśnięta. Sądziłam, że pozbyłeś się tego. 

–  Tak  myślałem.  Wrzuciliśmy  to  do  portalu,  który  nie  miał  drugiej  strony.  Jak  to  mogło 

uciec? 

Czarodziej  Varthlokkur  odezwał  się  po  raz  pierwszy  od  chwili  przybycia.  W jego  głosie 

pobrzmiewała wzgarda. 

– Pomyśl, lordzie Ssu-ma. W strumieniu teleportacyjnym czas nie istnieje. Podobnie śmierć. 

Teraz  w końcu  dowiedzieliśmy  się,  jakiej  natury  jest  to  okropieństwo,  które  skrywało  się  tam, 

odkąd Tuan Hua otworzył pierwszą parę portali. To był właśnie ten stwór. 

–  Żył  po  tym,  jak  wy  myśleliście,  że  się  go  pozbyliście.  Pędził  przez  stulecia  w tę 

i z powrotem, polując na podróżnych, którzy mieli pecha. Wyszukał czas, kiedy Ethrian dokonał 

teleportacji, przeniknął go i zahibernował się, dopóki jego własna nieobecność w teraźniejszości 

go  nie  przebudziła.  Dlaczego  zakładacie,  że  chłopiec  chętnie  zaakceptował  szaleństwo  tego 

stwora? Gdyby nie miał siły i uporu swego ojca, uległby dużo szybciej i gruntowniej. 

Varthlokkur odwrócił się i wyciągnął ramiona do swojej żony przytulonej do Ragnarsona. 

– Przykro mi, kochanie. Chciałem ci tego oszczędzić. 

– Popełniłeś błąd, Varth. Nie powinieneś był mnie osłaniać. Nie jestem dzieckiem. Mogliśmy 

go uratować, gdybyśmy przyszli wcześniej. 

W oczach czarodzieja widoczny był ból. 

Shih-ka’i przyglądał się mrocznym chmurom, skrzeniu otaczającemu upadłego Wybawiciela. 

Szukał w sobie jakiegoś uniesienia. Nie znalazł. Jego wojna była skończona i wygrana, a on czuł 

się przegrany. Powlókł się noga za nogą w stronę miasta. Inni poszli za nim, z wyjątkiem obcej 

background image

kobiety. Ona została obok swego syna. 

Tasi-feng pospieszył na powitanie Shih-ka’iego. 

– Lordzie... Twój człowiek, Pan ku. 

– Co się stało? – Shih-ka’i ruszył chwiejnym biegiem. 

Pan  ku  leżał  w poprzek  machiny,  która  wystrzeliła  drzewce,  zniszczone  przez  Ragnarsona. 

Miał  podcięte  gardło.  U jego  stóp  leżały  szczątki  innego  człowieka,  którego  ciało  było  niemal 

całkowicie rozłożone. Tasi-feng powiedział: 

– Zginął, starając się chronić ciebie, lordzie. 

Wilgoć  pojawiła  się  na  wewnętrznych  ściankach  maski  Shih-ka’iego.  Kamienna  bestia 

zemściła się. Zabiła jego człowieka i użyła jego broni do wystrzelenia pocisku, który miał zabić 

Ssu-mę. 

–  Był  dla  mnie  jak  syn,  lordzie  Lun-yu.  Jak  syn  i jak  brat.  Pochowamy  go  z honorami 

należnymi bohaterowi. 

Z pochylonymi ramionami Shih-ka’i stał, zwrócony twarzą ku wschodzącemu słońcu.  Lord 

Ssu-ma Shih-ka’i, syn świniopasa, Dowódca Armii i Zwycięzca Wschodu. Prychnął drwiąco. 

 

Nepanthe  podeszła  do  migoczącej  plamy  ciemności  tak  blisko,  jak  tylko  się  odważyła. 

Szukała w sobie jakiegoś głębokiego uczucia dotyczącego znaczenia tego poranka. Nie potrafiła 

znaleźć  niczego  poza  pustką.  Nie  czuła  nic  poza  lekką  goryczą  z powodu  ukrywania  przed  nią 

prawdy.  To,  czy  wiedziała,  czy  nie  wiedziała,  nie  miało  znaczenia.  Ethrian  został  stracony 

w chwili, gdy te diabły Pracchii zmusiły go do przejścia przez portal. 

Czy mogła winić kogokolwiek poza sobą? To ona wpakowała ich w tę sytuację... 

Słońce przebijało się przez słup ciemności. Spojrzała w górę. Mrok zaczynał się rozpraszać. 

Kobieta w bieli była teraz niczym więcej jak wirem i wibrowaniem powietrza, jak upał unoszący 

się  nad  nagim  kamieniem.  Skrzenie,  w którym  upadł  Ethrian,  traciło  swoją  barwę,  nabierało 

mlecznego koloru i wkrótce mogło stać się przezroczyste. 

Spojrzała  w stronę  miasta.  Przysadzisty,  niski  tervola  wyprzedził  wszystkich.  Był  już 

u bramy.  Bragi  i Mgła  szli  wolnym  krokiem,  rozmawiając.  Gesty  Bragiego  zdradzały,  że  był 

przygnębiony. 

Varthlokkur  zatrzymał  się.  Patrzył  w twarz  Nepanthe  z odległości  dwustu  jardów  i czekał. 

Niezrodzony  unosił  się  nad  jego  głową.  Odwzajemniła  jego  spojrzenie.  Tam  było  nowe  życie. 

Ostatni ślad dawnego życia zaś leżał u jej stóp. Zapisano koniec epoki... 

Skrzenie zgasło. Leżało tam nienaruszone ciało jej syna. 

–  Ale...  –  wymamrotała.  –  Widziałam,  jak  eksploduje.  Widziałam.  –  Jak  szalona  gestami 

przyzywała Varthlokkura. 

Czarodziej  niechętnie  zaczął  się  zbliżać.  Zbyt  wiele  padło  ostrych  słów.  Ich  związek 

background image

poważnie ucierpiał. 

Ethrian jęknął. 

– Pospiesz się, do jasnej cholery! – wrzasnęła Nepanthe. – Proszę, Varth. 

Czarodziej wyczuł procesy życiowe u chłopca. Poderwał się do biegu. 

Powieki Ethriana uchyliły się odrobinę. 

– Mama? – wyrzęził. 

 

Rozkazy  księżniczki  były  zwięzłe  i jednoznaczne.  Shih-ka’i  raportował,  jak  mu  polecono. 

Podobnie  jak  jego  bracia  tervola,  został  w kwaterach,  Ragnarson  i Varthlokkur  zaś  przebywali 

w Lioantungu. Ci dwaj znaczyli dla niego mniej niż dla pozostałych tervola, ale dostosował się 

do  swoich  w imię  morale  i solidarności.  Miał  tutaj  dobry  zespół.  Musiał  stać  przy  nich,  tak  jak 

oni stali przy nim przeciwko Wybawicielowi. 

–  Pani  –  zwrócił  się  do  Mgły,  stojąc  na  baczność  w ruinie,  która  kiedyś  była  jego  kwaterą 

główną. 

– Odjechali. Odwołaj igrzyska. 

– Według rozkazu, pani. 

–  Chcę  cię  pochwalić,  lordzie  Ssu-ma.  I nagrodzić.  Mam  dla  ciebie  nowe  zadanie,  jeśli 

będziesz skłonny się go podjąć. 

– Jestem żołnierzem, pani. Jestem do dyspozycji imperium. 

Jakie  nowe  zadanie?  Front  matayangański?  Nie  ucieszyłoby  mnie  wrzucenie  w ten  krwawy 

kocioł. Mgła uśmiechnęła się. 

–  Nie.  Nie  Armia  Południowa.  Dowództwo,  którego  pragnie  każdy  tervola:  Armia 

Zachodnia. 

Shih-ka’i  zmrużył  oczy  pod  maską.  Armia  Zachodnia?  Gratka,  to  pewne.  Prestiżowe 

dowództwo. Postanowił być szczery: 

– Dlaczego? Co z lordem Hsungiem? 

–  Chcę  mieć  na  zachodzie  dowódcę,  który  skupi  się  na  pracy.  Nie  takiego,  który  będzie 

przeciwko mnie spiskował lub działał na własną rękę. Kogoś, kto nie ślini się na myśl o zemście. 

– Łagodnie i z uśmiechem dodała: – Poza tym nie znoszę lorda Hsunga. 

Shih-ka’i słabo znał tego człowieka. Skinął tylko głową. 

Jedyną  pozytywną  rzeczą,  jaką  słyszał  na  temat  lorda  Hsunga,  było  to,  że  byłby  bardzo 

dobrym dowódcą, gdyby ktoś zmusił go do skupienia się na wykonywaniu obowiązków. 

– Kiedy będę pani potrzebny? – zapytał. 

– Odsunięcie Hsunga to delikatna sprawa. Ale nastąpi to przed końcem roku. Do tego czasu 

weź sobie wolne. Tutaj dowództwo obejmie mój przyjaciel, lord Ch’ien. 

– Wykorzystam ten czas, żeby zaznajomić się z sytuacją na zachodzie. – I zacznę nadaremne 

background image

poszukiwania kogoś, kto mógłby zastąpić Pan ku, pomyślał. 

–  Bardzo  dobrze.  Nie  mogę  zmusić  cię  do  wzięcia  urlopu,  chociaż  chciałabym,  żebyś  to 

zrobił  –  Zbyt  długo  jestem  w jarzmie,  pani.  Jeszcze  jedno  pytanie.  Czy  Ragnarson  i czarodziej 

pogodzili się? To będzie ważne. 

Mgła uśmiechnęła się, wstała, zeszła na dół i wzięła go w objęcia. 

 

– Dziękuję, lordzie Ssu-ma. Za wszystko, co zrobiłeś. – I, już na odchodnym, dodała: – Nie. 

Nie pogodzili się, chociaż kobieta próbowała zaprowadzić pokój. Varthlokkur ma stanowczo zbyt 

twardy kark. 

Pod maską bestii Shih-ka’i się uśmiechnął. Po tym, co przeżyli na wschodzie, wszystko inne 

wydawało się łatwe.