background image

LISA JANE SMITH

POWRÓT O ZMIERZCHU

05

PAMIĘTNIKI WAMPIRÓW

background image

PROLOG

Stefano.
Elena była sfrustrowana. Nie potrafiła pomyśleć jego imienia, by zabrzmiało tak, jak chciała.
-Stefano - powtórzył raz jeszcze. - Czy możesz wypowiedzieć moje imię, najukochańsza?
Elena   przyjrzała   mu   się   z   namysłem.   Złamał   jej   serce   swoją   urodą,   rzymskimi   rysami   i 

ciemnymi włosami opadającymi niesfornie na czoło. Chciała ująć w słowa uczucia, jakimi darzyła 
Stefano, ale zaćmiony umysł nie pozwalał.

O   tak   wiele   spraw   pragnęła   go   zapytać...   i   tyle   mu   powiedzieć.   Ale   nie   mogła   znaleźć 

właściwych   słów.   Nawet   nie   mogła   mu   przesłać   myśli.   Stefano   odbierał   tylko   chaotyczne, 
pojedyncze obrazy.

Ale przecież to był dopiero siódmy dzień jej nowego życia.
Stefano opowiedział Elenie, że kiedy po raz pierwszy się obudziła po tym, gdy umarła jako 

wampirzyca,   potrafiła   chodzić,   mówić   i   robić   wiele   rzeczy,   których   teraz   nie   pamiętała.   Nie 
wiedział, dlaczego tak było - nie słyszał nigdy o nikim, poza wampirami, kto wróciłby po śmierci.

Elena była wampirzycą, gdy umierała, ale z pewnością nie teraz.
Stefano   powiedział   jej   też,   że   bardzo   szybko   się   uczyła.   Przesyłała   mu   telepatycznie   nowe 

obrazy, nowe słowa.

Chociaż łatwiej było się z nią porozumieć, raz trudniej, był pewien, że któregoś dnia Elena znów 

będzie   sobą   i   zacznie   zachowywać   się   jak   młoda   dziewczyna,   którą   jest.   Nie   będzie   już 
osiemnastolatką   z   umysłem   dziecka.   Duchy   najwidoczniej   chciały,   żeby   dorastała   jeszcze   raz, 
poznając świat oczami dziecka.

Elena uważała, że nie było to miłe ze strony duchów.
A jeśli Stefano w tym czasie znajdzie sobie inną dziewczynę? Obawiała się tego.
To dlatego pewnej nocy, gdy Stefano się obudził, Eleny nie było w łóżku. Znalazł ją w łazience, 

nachyloną nad gazetą. Z wielkim przejęciem wpatrywała się w tekst, próbując zrozumieć coś ze 
znaków na papierze, o których wiedziała, że są literami, które układają się w wyrazy, które kiedyś 
znała. Papier był wilgotny od jej łez. Nie potrafiła przeczytać żadnego słowa.

-Nie płacz, kochana. Nauczysz się znowu czytać. Po co ten pośpiech?
Powiedział   to,  zanim  zobaczył,  że  połamała   ołówek, zaciskając   na nim  dłoń zbyt  mocno,   i 

podarte papierowe serwetki. Próbowała przerysować litery i słowa. Może gdyby umiała pisać jak 
inni ludzie, Stefano przestałby sypiać w fotelu. Wiedziałby, że Elena jest dorosła, i kładłby się spać 
u jej boku.

Patrzyła, jak oczy Stefano napełniają się łzami. On jednak uważał, że mężczyźnie nie wolno 

płakać, więc obrócił się do niej plecami, by nie widziała jego łez.

A potem wziął ją na ręce i zaniósł do łóżka.
-Eleno, powiedz mi, co mam zrobić. Zrobię to, nawet jeśli wydaje się niemożliwe. Przysięgam. 

Tylko mi powiedz.

Wszystkie słowa, które chciała powiedzieć, tkwiły w jej głowie zaklinowane. Zaczęła płakać. 

Stefano bardzo delikatnie otarł jej łzy, jakby obawiał się, że może jej zrobić krzywdę.

Wtedy Elena uniosła twarz, zamknęła oczy i ułożyła usta do pocałunku. Ale...
-Masz umysł dziecka - powiedział Stefano łamiącym się głosem. - Ni mogę tego zrobić.
Dawniej porozumiewali  się za pomocą  znaków, które Elena  pamiętała.  Uderzyła  palcami  w 

szyję: raz, dwa, trzy razy.

To znaczyło, że czuła się źle. To znaczyło, że chce...
Stefano jęknął.
-Nie mogę...
Znów uderzyła trzy razy.
-Nie jesteś jeszcze sobą...
Jeszcze trzy razy...
-Kochanie, posłuchaj...
Kolejne   trzy   uderzenia.   Spojrzała   na   niego   błagalnym   wzrokiem.   Gdyby   mogła   mówić, 

powiedziała by: „Proszę, zaufaj mi choć trochę - nie jestem dzieckiem. Proszę, posłuchaj tego, 

background image

czego nie mogę ci powiedzieć”.

-Cierpisz. Bardzo cierpisz - szepnął czule Stefano. - Gdybym... tylko trochę...
I nagle pewnym ruchem uniósł jej głowę i obrócił pod takim kątem, jak trzeba, a potem Elena 

poczuła ukąszenie, które bardziej niż cokolwiek innego przekonało ją, że żyje i że nie jest już 
duchem.

Przekonało ją też, że Stefano kocha ją i nikogo innego, i że w końcu może się z nim porozumieć. 

Powiedziała, co czuje za pomocą okrzyków. Stefano słuchał oniemiały.

Elena uznała, że tak jest sprawiedliwie. Potem już zawsze spał obok niej, a ona zawsze była 

szczęśliwa.

background image

ROZDZIAŁ 1

Damon Salvatore właściwie wisiał w powietrzu, lekko tylko przytrzymywał się gałęzi...
Kto zna nazwy drzew? Kogo obchodzi, co to za drzewo? Było wystarczająco wysokie, żeby 

zaglądać z niego do sypialni Caroline Forbes na piętrze, a o szeroki pień mógł oprzeć plecy. Ułożył 
się wygodnie, z rękami założonymi za głowę. Jak polujący kot czuwał z przymkniętymi oczami.

Czekał na magiczną godzinę czwartą czterdzieści cztery, tuż przed świtem, kiedy Caroline odda 

się swojemu rytuałowi. Widział to już dwa razy i był podekscytowany Nagle ukąsił go komar.

To absurdalne, komary nie kąsają wampirów - ich krew nie jest tak pożywna jak ludzka. Ale to, 

co poczuł na karku, z pewnością przypominało ukąszenie komara.

Rozejrzał się, ale niczego nie zobaczył.
Igły sosny. Nic latającego. Żadnego owada przycupniętego na gałęzi.
W porządku zatem. To musiała być igła. Tak czy owak, ukłucie bolało coraz bardziej.
Pszczoła  samobójca?  Damon  ostrożnie  dotknął  dłonią  karku. Nie wyczuł  żądła.  Tylko  mały 

pęcherzyk, który coraz bardziej bolał.

Przestał zwracać uwagę na ból, bo w sypialni Caroline coś się działo. Nie był pewien co, ale 

poczuł nagły przypływ mory wokół śpiącej dziewczyny, jakby buczenie kabli wysokiego napięcia. 
Kilka dni temu właśnie to odczucie przyprowadziło go pod jej okno. Nie potrafił jednak ustalić jego 
źródła. O czwartej czterdzieści zadzwonił budzik. Caroline obudziła się, chwyciła zegar i rzuciła w 
kąt pokoju. Masz dziewczyno szczęście, pomyślał Damon z pewną przekorą. Gdybym był zwykłym 
włamywaczem,   a   nie   wampirem,   nastawałbym   na   twoją   cnotę   -   zakładając,   że   jeszcze   jej   nie 
straciłaś: Aleja odpuściłem sobie dybanie na dziewice . pięćset lat temu.

Na ułamek sekundy uśmiechnął się, a potem jego czarne oczy znów stały się zimne jak lód. 

Spojrzał w otwarte okno.

Tak...   Zawsze   uważał,   że   jego   młodszy   brat   idiota,   Stefano,   nie   doceniał   Caroline   Forbes. 

Dziewczyna była niezłym ciachem: długie, opalone na złoto nogi, wąska talia, kasztanowe loki. No 
i   jej   umysł.   Wynaturzony,   spaczony.   Po   prostu   wspaniały.   Na   przykład,   jeżeli   się   nie   mylił, 
nakłuwała laleczki wudu. Fantastycznie.

Damon lubił obserwować artystów przy pracy.
Jakaś moc wciąż pulsowała w pokoju Caroline, a on nie mógł jej rozgryźć. Czy dziewczyna była 

nią obdarzona? Na pewno me.

Caroline w pośpiechu sięgnęła po coś, co wyglądało jak garść jedwabnych pajęczyn w kolorze 

zielonym. Zdjęła koszulę nocną i - niemal zbyt szybko, by Damon to zauważył - włożyła seksowną 
bieliznę. Na co czekasz, dziewczyno? - zastanawiał się Damon.

Właściwie powinien zachować większą ostrożność. Nagle rozległ się trzepot skrzydeł; na ziemię 

upadło jedno hebanowe pióro, a na gałęzi siedział niezwykłych rozmiarów czarny kruk.

Ptak uważnie przyglądał się jednym okiem Caroline, która zrobiła krok do przodu, jakby kopnął 

ją prąd, z rozchylonymi ustami i wzrokiem wpatrzonym we własne odbicie.

Potem uśmiechnęła się, jakby z kimś się witała.
Damon zlokalizował źródło mocy. Było w lustrze. Nie w tym samym wymiarze co lustro, ale 

wewnątrz niego. Caroline zachowywała się... dziwnie. Odrzuciła do tyłu długie, kasztanowe włosy. 
Opadały na plecy, stanowiąc wspaniały widok. Zwilżyła językiem wargi i uśmiechnęła się znowu - 
scena przypominała spotkanie kochanków Kiedy dziewczyna przemówiła, Damon słyszał ją bardzo 
wyraźnie.

-Dziękuję. Ale spóźniłeś się dzisiaj.
W sypialni Damon nie widział nikogo oprócz Caroline i nie słyszał, żeby ktoś jej odpowiedział. 

Ale odbite w lustrze usta Caroline otwierały się, mimo że dziewczyna miała je zamknięte.

Brawo! - pomyślał, zawsze doceniając każdego, kto robił ludziom takie psikusy.
Dobra robota, kimkolwiek jesteś! Czytając z warg w lustrze, wyłapał coś jakby „przepraszam” i 

„uroczo'' .Pokiwał głową.

-...nie musisz... po dzisiaj.. - mówiło dalej odbicie Caroline.
-A jeśli nie uda mi się ich oszukać? - zapytała Caroline.
-...miała pomoc. Nie przejmuj się, odpocznij...

background image

-Dobrze. I nikomu nie stanie się krzywda, tak? To znaczy nikt nie umrze?
-Dlaczego mielibyśmy..?
Damon uśmiechnął się w duchu. Ile razy słyszał już takie rozmowy? Sam doskonale znał tę 

strategię: najpierw osacza się ofiarę, potem uspokaja się ją Zanim się zorientuje, można skłonić ją 
do wszystkiego, aż nie będzie więcej potrzebna. . A wtedy - oczy mu zabłysły - szuka się kolejnej. 
Caroline nerwowo wyłamywała palce.

-Ale tylko dopóki... wiesz. Obiecałeś. Naprawdę mnie kochasz?
-...zaufaj   mi.   Zajmę   się   tobą...   i   twoimi   wrogami   też.   Już   się   nimi   zajmuję.   Dziewczyna 

przeciągnęła się - chłopcy z Liceum imienia Roberta E. Lee zapłaciliby dużo za ten widok.

-Chcę to zobaczyć - powiedziała: - Mam już dość słuchania o tym, że Elena to, Stefano tamto... 

Teraz wszystko zacznie się od początku. .

Przerwała,   jakby,   uświadomiła   sobie;   że   ktoś   na   drugim   końcu   linii   odłożył   słuchawkę.. 

Zmrużyła. oczy i zacisnęła wargi. Po chwili jednak się uspokoiła. Wciąż patrzyła w lustro. Jedną 
dłoń położyła delikatnie na brzuchu. Spojrzała na nią i jej twarz rozjaśniła się na moment. Potem 
pojawił się na niej wyraz zrozumienia i niepokoju zarazem.

Damon ani na chwilę nie oderwał wzroku od lustra. Zwykłe lustro. I nagle, kiedy Caroline się 

odwracała, zauważył czerwony błysk.

Płomień? Co tu. się dzieje? - pomyślał, przyjmując z powrotem postać zabójczo przystojnego 

faceta leżącego na gałęzi drzewa. Istota z lustra na pewno nie pochodziła stąd. Ale zdaje się, że 
zamierzała sprawić kłopot jego bratu. Uśmiech zadowolenia pojawił się na ustach Damona.

Nic nie sprawiało mu takiej przyjemności, jak widok przemądrzałego, świętoszkowatego Stefano 

„jestem lepszy od ciebie, bo nie piję ludzkiej krwi” Salvatore w tarapatach.

Nastolatki   z   Fell's   Church   -   i   niektórzy   dorośli   -   uważali   opowieść   o   Stefano   Salvatore   i 

miejscowej piękności Elenie Gilbert za współczesną wersję Romea i Julii. Ona oddała życie, żeby 
go uratować, kiedy oboje zostali porwani przez psychopatkę, a potem on umarł z tęsknoty. Krążyły 
nawet plotki, że Stefano nie był zwykłym człowiekiem, ale czymś innym. Demonem, dla którego 
odkupienia Elena się poświęciła.

Damon znał prawdę. Stefano rzeczywiście umarł, ale to było setki lat temu.
Naprawdę był wampirem, ale nazywanie go demonem to jakby powiedzieć o Sierotce Marysi, że 

jest uzbrojona i niebezpieczna:

Tymczasem Caroline wciąż mówiła do pustego pokoju.
-Tylko   poczekaj   -   wyszeptała,   podchodząc   do   biurka.   Długo   grzebała   w   stercie   papierów   i 

książek, aż znalazła miniaturową kamerę wideo. Zielone światełko wyglądało jak oko. Ostrożnie 
podłączyła kamerę do komputera i wpisała hasło.

Wzrok Damona był dużo lepszy niż jakiegokolwiek człowieka. Wyraźnie widział, jak opalone 

palce z długimi paznokciami wstukują „o bogini”. Bogini Caroline Forbes, pomyślał. Żałosne.

Dziewczyna obróciła się i Damon zobaczył łzy w jej oczach. Nagle zaczęła szlochać. Opadła na 

łóżko, chlipiąc i kiwając się w tył i w przód. Uderzała pięścią w materac, ale cały czas płakała. i 
płakała. Jej zachowanie zaskoczyło Damona. Po chwili obudził. się w nim instynkt.

-Caroline? Caroline, mogę wejść?
-Co? Kto tu jest? - rozejrzała się nerwowo.
-Damon: Mogę wejść? - zapytał z fałszywym współczuciem, jednocześnie wywierając na nią 

nacisk telepatycznie.

Wampiry mogą kontrolować ludzkie umysły Do jakiego stopnia, zależy od wielu czynników: 

diety (jeśli żywią się ludzką krwią zyskują potężną moc), siły woli ofiary, relacji między obojgiem, 
pory doby i tylu innych rzeczy, że Damon nawet nie próbował tego zrozumieć. Wiedział tylko, 
kiedy był bardzo silny. Teraz był.

-Mogę wejść? - powtórzył czarującym głosem. W tej samej chwili złamał wolę Caroline, bo jego 

była o wiele silniejsza.

-Tak - odpowiedziała,  ocierając łzy.  Najwidoczniej  nie widziała  nic niezwykłego w tym,  że 

wchodzi do niej przez okno. - Wejdź, Damonie.

W ten sposób zaprosiła go. Jednym zgrabnym ruchem wampir znalazł się w środku. W pokoju 

background image

pachniało perfumami; mocnymi perfumami. Poczuł zew krwi. Jego górne kły zrobiły się dwa razy 
większe, a ich brzegi stały się ostre jak brzytwa To nie była właściwa pora na pogaduszki, chociaż 
zwykle   gawędził   z   ofiarami   -   czekanie   na   deser   stanowi   połowę   przyjemności,   jaką   sprawia 
zjedzenie go. Teraz jednak odczuwał silny głód. Użył maksimum mocy, by zawładnąć umysłem 
Caroline i uśmiechnął się do niej promiennie. Podziałało.

Caroline  otworzyła  usta, jakby chciała  coś  powiedzieć.  Jej źrenice  rozszerzyły  się, a potem 

zwęziły.

- Ja... ja... - wykrztusiła. - Och... I była jego. Łatwo poszło:
Kły  Damona   wibrowały.   Odczuwał   ból,   który   sprawił,   że   zaatakował   z   prędkością   kobry   - 

zanurzył zęby w pulsującej żyle. Był głodny, piekielnie głodny. Jego ciało Ostrożnie, nie przestając 
patrzeć   dziewczynie   w   oczy,   uniósł   jej   głowę,   aby   odsłonić   szyję.   Pulsowanie   krwi,   ciepłej   i 
słodkiej,   odbierał   wszystkimi   zmysłami:   czuł   uderzenia   jej   serca   i   zapach   krwi   tuż   pod 
powierzchnią gładkiej skóry Nachylił się.

Nigdy jeszcze nie był tak podekscytowany, tak spragniony...
Tak spragniony, że aż go to zdziwiło. Zastygł bez ruchu. W końcu każda dziewczyna smakuje 

równie dobrze. Co sprawiało, że Caroline wzbudzała w nim takie pragnienie? Co się z nim działo?

Nagle zrozumiał.
Odzyskałem kontrolę nad swoim umysłem, dziękuję. Myślał jasno i logicznie.
Zmysłowa aura, której uległ, zniknęła. Puścił podbródek Caroline i się wyprostował.
Istota, która nawiedzała dziewczynę, o mało nie przejęła nad nim kontroli. Próbowała zmusić go 

do złamania obietnicy, którą dał Elenie.

Kątem oka znów dostrzegł czerwoną iskrę na lustrze. Tę istotę musiało przyciągnąć epicentrum 

mocy,   które   znajdowało   się   w   Fell's   Church   -   był   tego   pewien.   Na   krótko   zawładnęła   jego 
umysłem, chciała, by wysuszył żyły Caroline. By wypił całą jej krew, by zabił człowieka - czego 
nie zrobił, odkąd złożył obietnicę Elenie.

Dlaczego?   Wściekły,   szukał   umysłem   intruza.   Powinien   wciąż   tu   być,   lustro   było   portalem 

pozwalającym jedynie na przemierzanie niewielkich odległości. W dodatku nieznajomy na chwilę 
przejął nad nim kontrolę, nad Damonem Salvatore, więc musiał być bardzo blisko.

Damon nikogo nie znalazł. To rozwścieczyło go jeszcze bardziej. Nieświadomie przykładając 

dłoń do karku, posłał w przestrzeń wiadomość: Ostrzegam cię tylko raz.

Trzymaj się ode mnie z daleka!
Wiadomość wysłał z mocą; która w jego umyśle zajaśniała jak błyskawica. To uderzenie mocy 

powinno zabić kogoś na dachu, w powietrzu, na drzewie... może w domu obok. Gdziekolwiek był.

Tajemnicza istota powinna upaść na ziemię, a on powinien ją wyczuć.
Ale chociaż ciemne chmury zebrały się nad nim; a wiatr wyginał gałęzie, nikt nie upadł, nikt nie 

próbował go zaatakować.

Nie   wyczuwał   nikogo,   kto   byłby   na   tyle   blisko,   żeby   wedrzeć   się   do   jego   umysłu,   a   ktoś 

znajdujący się daleko nie - mógł oddziaływać na Damona z tak potężną mocą:

Starszy brat Stefano bywał czasem próżny,  ale w gruncie rzeczy miał trzeźwy osąd własnej 

osoby   Był   silny   i   wiedział   o   tym.   Tak   długo,   jak   długo   dobrze   się   odżywiał   i   nie   ulegał 
sentymentom, niewiele było istot, które mogły się z nim równać.

Dwie zjawiły się tutaj w Fell's Church, pomyślał, ale zaraz stwierdził, że z pewnością w okolicy 

nie było innych starych, potężnych wampirów jak on, bo wiedziałby o tym.

Być może były tu całe stada wampirów, ale żaden nie miał takiej mocy, by opanować jego myśli.
Damon był też pewien, że nie było tu nikogo innego, kto mógłby go pokonać.
Wyczułby   go;   tak   jak   wyczuwał   strumienie   dziwnych   mocy,   które   krzyżowały   się   pod 

miasteczkiem.

Spojrzał jeszcze raz na Caroline, wciąż w transie, w który ją wprawił. Wyjdzie z niego powoli.
Potem obrócił się i ze zwinnością pantery wyskoczył  przez okno na gałąź drzewa; a potem 

zgrabnie zeskoczył na ziemię.

background image

ROZDZIAŁ 2

Damon musiał poczekać kilka godzin, by się pożywić - dziewczyny spały tak mocno, że nie 

mógł ich obudzić i nakłonić, by go zaprosiły do sypialni. Był wściekły. Głód, który wzbudziła w 
nim tajemnicza istota, był realny, nawet jeżeli Damonowi szybko udało się odzyskać kontrolę nad 
swoim umysłem. Potrzebował krwi i potrzebował jej już.

Dopiero potem pomyślał o dziwnym gościu Caroline: demonie, który oddał mu dziewczynę na 

pewną śmierć zaraz po tym, kiedy zawarł z nią układ.

Ranek zastał Damona przejeżdżającego główną ulicą miasta, obok antykwariatu, restauracji i 

sklepiku z pocztówkami.

Chwileczkę, tutaj otworzono nowy sklep z okularami przeciwsłonecznymi. Damon zaparkował i 

wysiadł   z   samochodu   z   gracją   wyćwiczoną   przez   stulecia.   Spojrzał   w   przyciemnianą   szybę 
wystawową i uśmiechnął się do swojego odbicia. Świetnie wyglądam, pomyślał z zadowoleniem.

Gdy stanął w drzwiach sklepu, zaanonsował go dzwonek wiszący nad nimi. Za ladą stała bardzo 

ładna dziewczyna o zaokrąglonych kształtach, z brązowymi włosami zebranymi w kucyk i dużymi 
niebieskimi oczami.

Spojrzała w jego stronę i uśmiechnęła się nieśmiało.
-Dzień dobry - przywitała go. - Jestem Page. Damon patrzył na nią uwodzicielsko, po czym 

posłał jej czarujący uśmiech.

-Dzień dobry, Page - powiedział, przeciągając nieco sylaby.
Dziewczyna przełknęła ślinę.
-Czy mogę w czymś pomóc?
-O tak - przytaknął, nie pozwalając jej odwrócić wzroku. - Tak sądzę.
Znowu obrzucił dziewczynę taksującym wzrokiem i z poważną miną stwierdził:
-Powinnaś być damą dworu w jakimś średniowiecznym królestwie.
Page zbladła, po czym zarumieniła się - wyglądała jeszcze ładniej.
-Ja... ja zawsze o tym marzyłam. Ale skąd wiedziałeś? Damon tylko się uśmiechnął.
Elena   spojrzała   na   Stefano   szeroko   otwartymi   oczami   w   kolorze   lapis   -   lazuli.   Właśnie 

powiedział jej, że będzie miała gości! Odkąd wróciła z zaświatów, nie miała gościa.

Musiała się dowiedzieć, co to jest gość.
Damon spędził w sklepie z okularami piętnaście minut. Teraz szedł chodnikiem, pogwizdując, w 

nowych ray banach.

Page drzemała na podłodze. Później szef zażąda, żeby zapłaciła za skradzione okulary, ale teraz 

czuła się obłędnie szczęśliwa. Do końca życia - miała zapamiętać ekstazę, którą przeżyła.

Damon zaglądał przez szyby do sklepów, choć niezupełnie w takim celu, w jakim zwykle robią 

to ludzie. Urocza starsza pani w sklepiku z pocztówkami... nie. Facet w elektronicznym... nie.

Ale... coś ciągnęło go z powrotem do sklepu z elektroniką. Jakie wspaniałe urządzenia się teraz 

produkuje.   Zapragnął   mieć   małą   kamerę   wideo.   A   Damon   nie   miał   w   zwyczaju   odkładać 
zaspokojenia swoich pragnień. Podobnie jak wybrzydzać, gdy był głodny. Krew to krew nieważne, 
w czyich żyłach krąży.

Chwilę   po   tym,   gdy   sprzedawca   zademonstrował   mu   działanie   kamery,   Damon   wyszedł   ze 

sklepu z tym cackiem w kieszeni.

Spacer sprawiał mu przyjemność, chociaż kły znów zaczęły boleć. To dziwne, powinien już być 

nasycony.   Ale   z  drugiej   strony  nie   pił   krwi   poprzedniego   dnia.   To   pewnie   dlatego   wciąż   jest 
głodny. Poza tym zużył dużo mocy na uwolnienie się od demona w pokoju Caroline. Tymczasem 
napawał się tym, że odzyskał siły, a jego organizm funkcjonuje jak dobrze naoliwiony mechanizm, 
że każdy ruch sprawia mu rozkosz.

Przeciągnął   się   dla   czystej   zwierzęcej   przyjemności,   a   potem   przystanął,   żeby   przyjrzeć   się 

swojemu odbiciu w witrynie antykwariatu. Trochę potargany, ale zabójczo przystojny. No i dokonał 
dobrego wyboru: nowe okulary podkreślały jego urodę.

Właścicielką antykwariatu, wiedział o tym, była pewna wdowa, która miała bardzo, bardzo ładną 

siostrzenicę.

W środku sklepu panował półmrok i było chłodno.

background image

-Czy wiesz - zapytał  dziewczynę, gdy podeszła do niego - że wyglądasz,  jakbyś  marzyła  o 

zwiedzaniu egzotycznych krajów?

Stefano wyjaśnił Elenie, że goście to jej przyjaciele, jej dobrzy przyjaciele. Powiedział też, że 

powinna chodzić ubrana. Nie rozumiała dlaczego. Było gorąco. Zgodziła się nosić koszulę nocną, 
ale w dzień było gorąco, no i nie miała koszuli dziennej.

Poza   tym   ubrania,   które   Stefano   jej   podał   -   jego   dżinsy   z   podwiniętymi   nogawkami   i 

zdecydowanie za duża koszulka polo - były... złe. Kiedy dotknęła koszulki, zobaczyła obrazy kobiet 
w małych, ciemnych salach, pochylonych nad maszynami do szycia.

-Ze sweat shopu

*

? - zapytał zdumiony Stefano, kiedy Elena przesłała mu telepatycznie te obrazy. 

- To? - Rzucił ubrania na podłogę.

-A to? - Dał jej inną koszulkę.
Elena   przyjrzała   jej   się   uważnie,   dotknęła   ją   policzkiem.   Żadnego   cierpienia,   żadnej 

niewolniczej pracy.

-W porządku? - dopytywał się Stefano. Ale Elena nie słuchała. Podeszła do okna i wyjrzała 

przez nie.

-Co się stało?
Tym razem przesłała mu tylko jeden obraz. Rozpoznał go od razu.
Damon.
Stefano poczuł skurcz serca. Jego starszy brat utrudniał mu życie, jak mógł, od prawie pięciu 

wieków Za każdym razem, gdy Stefano udało się uciec, Damon znajdował go... Po co? Dla zemsty? 
Satysfakcji? Dawno temu, we Włoszech ery renesansu, zabili się nawzajem, gdy ich szpady niemal 
jednocześnie przebiły ich serca. Pojedynkowali się o wampirzycę, którą obaj kochali. Od tamtej 
pory było między nimi tylko gorzej.

Ale też kilka razy ocalił mi życie, pomyślał Stefano, sam zbijając się z tropu. I daliśmy słowo, że 

będziemy się o siebie troszczyć....

Spojrzał na Elenę. To ona zmusiła ich do złożenia tej obietnicy, kiedy umierała. Dziewczyna 

odwzajemniła spojrzenie. Patrzyła na Stefano niewinnymi niebieskimi oczami.

Musiał jakoś poradzić sobie z Damonem, który właśnie zaparkował swoje ferrari obok jego 

porsche przed pensjonatem.

-Zostań tu i nie podchodź do okna. Błagam - powiedział zdenerwowany do Eleny. Wybiegł z 

pokoju, zatrzasnął drzwi i zbiegł po schodach na dół.

Damon stał przy samochodzie i gapił się na zniszczoną fasadę budynku - najpierw przez ciemne 

okulary, potem bez nich. Wyraz jego twarzy sugerował, że widok był tak samo okropny.

Ale   tym   Stefano   się   nie   przejmował,   zaniepokoiło   go   co   innego   -   aura   wokół   Damona   i 

różnorodność zapachów, których człowiek by nie wyczuł, a co dopiero rozróżnił.

-Coś ty robił? - zapytał, zbyt zdenerwowany, by zdobyć się chociaż na zdawkowe powitanie.
Damon odpowiedział promiennym uśmiechem.
-Byłem na zakupach. Kupiłem kilka rzeczy. - Wskazał na skórzany pasek i okulary, po czym 

położył rękę na kieszeni z kamerą. - Nie uwierzyłbyś, ale w tej mieścinie trafiają się świetne okazje. 
Uwielbiam zakupy.

-Chcesz powiedzieć, że uwielbiasz kraść? Ale to i tak nie tłumaczy nawet połowy zapachów, 

które cię otaczają. Umierasz czy ci odbiło? - Czasem, kiedy wampir zostanie zatruty albo zaatakuje 
go jedna z tajemniczych chorób, na które zapadają wampiry, poluje jak szalony, bez opamiętania, 
na wszystko - wszystkich - w okolicy.

-Byłem po prostu głodny - wyjaśnił Damon uprzejmym tonem. - A co się stało z twoim dobrym 

wychowaniem?   Przejechałem   taki   kawał   drogi,   a   ty   ani   „Cześć,   Damonie”,   ani   „Jak   miło   cię 
widzieć”. Zamiast tego słyszę „Coś ty robił?” Co by na to powiedział signore Marino, braciszku?

-Signore Marino - wycedził przez zęby Stefano, zastanawiając się, jak Damonowi udaje się za 

każdym   razem   wyprowadzić   go   z   równowagi   (tym   razem   przypominając   mu   ich   dawnego 
nauczyciela etykiety i tańca) - zamienił się w proch setki lat temu, tak jak i my powinniśmy. Ale to 
nie ma nic wspólnego z naszą rozmową, bracie. Pytałem, co robiłeś, i wiesz, co miałem na myśli. 
Musiałeś wypić krew połowy dziewczyn w mieście.

background image

-Dziewczyn i kobiet. - Damon, znacząco uniósł palec.
-Nie powinniśmy dyskryminować kobiet, to niepoprawne politycznie. A może ty powinieneś 

zmienić dietę. Gdybyś pił więcej ludzkiej krwi, może wreszcie byś zmężniał.

-Gdybym  pił więcej...? - Stefano przyszło do głowy kilka zakończeń tego zdania, ale żadne 

dobre. - Co za szkoda - wycedził do niższego od niego Damona - że ty nie urośniesz już ani 
milimetra, choćbyś nie wiem jak długo żył i jak dużo krwi wypił. A teraz może powiesz mi, co tu 
robisz. Jak cię znam, narobiłeś w mieście strasznego zamieszania.

-Przyjechałem po swoją skórzaną kurtkę.
-A czemu po prostu nie ukradniesz nowej... - Stefano przerwał, ponieważ nagle poleciał do tyłu, 

a potem uderzył o ścianę pensjonatu.

-Nie   ukradłem   tych   rzeczy,   chłoptasiu.   Zapłaciłem   za   nie,   moją   własną   walutą.   Snami, 

fantazjami i rozkoszą nie z tego świata. - Ostatnie słowa wypowiedział z naciskiem, bo wiedział, że 
najbardziej rozwścieczą Stefano.

Nie mylił się. Stefano miał jednak poważniejszy problem. Wiedział, że Damon był Ciekaw, co 

dzieje się z Eleną. To był powód do niepokoju. W dodatku dostrzegł dziwny błysk w oczach brata. 
Jego źrenice na moment zapłonęły czerwonym płomieniem. To, co Damon dzisiaj robił, nie było 
normalne. Stefano nie wiedział, co się dzieje, ale wiedział, że Damona nic nie powstrzyma.

-Wampir   nie   powinien   płacić   -   wyzłośliwiał   się   Damon.   -   Jesteśmy   uosobieniem   zła, 

powinniśmy zamienić się w proch. Czy nie tak, braciszku? - Uniósł dłoń, na której nosił pierścień z 
błękitnym kamieniem. Ten talizman chronił go przed spłonięciem w świetle słońca.

Kiedy   Stefano   spróbował   się   poruszyć,   dłonią   z   pierścieniem   przygwoździł   go   do   ściany. 

Stefano próbował się wyrwać, ale Damon był szybki jak kobra, nie, szybszy. Dużo szybszy niż 
zwykle i silniejszy dzięki ludzkiej krwi, którą wypił tego dnia.

-Damon, ty... - Stefano był tak wściekły, że na chwilę stracił panowanie nad sobą i próbował 

podciąć bratu nogi.

-Tak, to ja, Damon - syknął tamten jadowicie. - I nie płacę, kiedy nie mam na to ochoty. Po 

prostu biorę. Biorę, co chcę, i nie daję nic w zamian.

Stefano wpatrywał się w czarne jak węgiel oczy. Znów zobaczył błysk płomienia. Próbował 

myśleć. Damon zawsze szybko atakował, nie dawał ofierze szans. Ale nie aż tak szybko. Stefano 
znał go na tyle, żeby zorientować się, że dzieje się coś niedobrego. Wydawało się, że Damona trawi 
gorączka. Stefano użył swojej mocy jak radaru, próbując znaleźć przyczynę, która doprowadziła 
jego brata do takiego stanu.

-Zaczynasz coś rozumieć. - Damon uśmiechnął się z przekąsem. I zaatakował brata potężną falą 

mocy. Stefano miał wrażenie, że płonie.

Mimo   okropnego   bólu   musiał   zachować   zimną   krew.   Musiał   myśleć,   a  nie   tylko   reagować 

odruchowo. Poruszył  się nieznacznie,  obracając głowę w bok i spoglądając w stronę drzwi do 
pensjonatu. Oby tylko Elena go posłuchała i została w pokoju...

Stefano wciąż czuł uderzenia mocy Damona niby smaganie biczem. Oddychał szybko i ciężko.
-Tak jest - prychnął Damon. - My, wampiry, bierzemy to, co chcemy. To lekcja, której musisz 

się nauczyć.

-Damonie, obiecywaliśmy opiekować się sobą nawzajem...
-O, tak, teraz się tobą zaopiekuję. I Damon ugryzł brata.
I zaczął pić jego krew.
To bolało bardziej niż uderzenia mocy. Ugryzienie ostrymi jak brzytwa zębami nie powinno 

sprawiać mu aż takiego bólu, Damon jednak wykręcił szyję Stefano - trzymając go za włosy - w 
taki sposób, by zadać bratu jak największy ból.

A potem ból stał się nie do wytrzymania. Gdy wampir pije twoją krew wbrew twojej woli, 

cierpisz tortury. Czujesz, jakby wyrywano ci z ciała duszę. Było to największe fizyczne cierpienie, 
jakiego Stefano kiedykolwiek doświadczył.  Po chwili łzy napłynęły mu  do oczu i spłynęły po 
policzkach.

Dla wampira jeszcze gorsze od bólu było upokorzenie - to, że inny wampir traktuje cię jak 

człowieka, jak pożywienie. Stefano słyszał walenie swojego serca, kiedy wyrywał się, próbując 

background image

uniknąć kłów Damona. Przynajmniej - dzięki Bogu - Elena posłuchała go i została w pokoju.

Zaczynał się zastanawiać, czy Damon rzeczywiście oszalał i zamierza go zabić, kiedy tamten 

puścił go i odepchnął. Stefano potknął się, upadł, przewrócił na plecy i spojrzał w górę na stojącego 
nad nim Damona. Przycisnął palce do ran na szyi.

-A teraz - powiedział lodowatym  tonem Damon - pójdziesz na górę i przyniesiesz mi moją 

kurtkę.

Stefano podniósł się powoli. Wiedział, że Damon rozkoszuje się jego upokorzeniem i opłakanym 

wyglądem - jego ubranie było pomięte i brudne. Usiłował je otrzepać z trawy i ziemi jedną ręką, 
podczas gdy drugą przyciskał ranę na szyi.

-Milczysz - zauważył Damon, oblizując wargi i mrużąc oczy z radości. - Żadnej ciętej riposty? 

Nawet słówka? Myślę, że powinienem częściej dawać ci taką lekcję.

Stefano z trudem zrobił krok w stronę wejścia do pensjonatu. Nagle zatrzymał się przerażony.
Elena wychylała się przez otwarte okno, trzymając w ręce kurtkę Damona. Wyraz jej twarzy 

świadczył o tym, że wszystko widziała.

To był szok dla Stefano, ale podejrzewał, że dla Damona również.
Elena zakręciła kurtką w powietrzu i rzuciła ją pod stopy Damona.
Ku zdumieniu Stefano jego brat pobladł. Podniósł kurtkę z miną, jakby wcale nie chciał jej 

dotykać. Cały czas wpatrywał się w Elenę, aż w końcu wsiadł do samochodu.

-Do widzenia, Damonie. Nie mogę powiedzieć, że miło było...
Bez słowa, z miną niegrzecznego dziecka, które dostało lanie, Damon przekręcił kluczyk  w 

stacyjce.

-Zostawcie mnie w spokoju - powiedział beznamiętnym tonem i odjechał.
Kiedy Stefano zamknął za sobą drzwi, oczy Eleny błyszczały.
-On cię skrzywdził.
-On krzywdzi  wszystkich.  Chyba  nic nie  może  na to poradzić.  Ale dzisiaj było  w nim coś 

dziwnego. Nie wiem co. Ale teraz mam to gdzieś. Proszę, ty układasz zdania!

On jest... Elena przerwała i po raz pierwszy, odkąd otworzyła oczy na polanie, na której została 

wskrzeszona, na jej czole pojawiła się zmarszczka. Nie mogła znaleźć odpowiedniego obrazu. Nie 
znała odpowiednich słów. Coś w nim. Rośnie w nim. Jak... zimny ogień, ciemne światło - wreszcie 
sformułowała myśl. - Ale ukryte. Ogień, który pali od środka.

Stefano   próbował   skojarzyć   to   z   czymkolwiek,   co   znał,   ale   bez   skutku.   Wciąż   czuł   się 

upokorzony tym, co się stało, i tym, że Elena to widziała.

-Ja wiem tylko, że wypił moją krew. I krew połowy dziewczyn w mieście.
Elena zamknęła oczy i pokręciła głową. A potem wskazała Stefano miejsce na łóżku obok siebie.
-Chodź - zażądała. Jej oczy wydawały się wyjątkowo piękne. - Pozwól mi... usunąć... ból.
Stefano stał bez ruchu, więc wyciągnęła do niego ramiona.
Podszedł do Eleny i musnął wargami jej włosy.

background image

ROZDZIAŁ 3

Caroline, Matt Honeycutt, Meredith Sulez i Bonnie McCullough rozmawiali ze Stefano przez 

komórkę Bonnie.

-Lepiej przyjdźcie późnym popołudniem - mówił Stefano. - Po lunchu Elena zwykle ucina sobie 

drzemkę. Uprzedziłem ją, że wpadniecie. Jest bardzo podekscytowana. Ale pamiętajcie o dwóch 
rzeczach. Po pierwsze, ona wróciła dopiero siedem dni temu i nie jest jeszcze... całkiem sobą. 
Myślę, że za kilka dni jak dawniej będzie sobą, ale na razie nie dziwcie się niczemu. Po drugie, nie 
mówcie nikomu o tym, co tu zobaczycie. Nikomu ani słowa.

-Stefano   Salvatore!   -   krzyknęła   urażona   Bonnie.   -   Po   tym   wszystkim,   przez   co   razem 

przeszliśmy,   myślisz,   że   moglibyśmy   coś   chlapnąć?   Stawiliśmy   czoła   zdziczałym   wampirom, 
duchom, wilkołakom, pradawnym istotom, tajnym kryptom, seryjnym mordercom i nawet... nawet 
Damonowi. I czy kiedykolwiek pisnęliśmy choćby słowo?

-Przepraszam.   Chodzi   o   to,   że   Elena   nie   będzie   bezpieczna,   jeżeli   któreś   z   was   wyjawi 

cokolwiek choćby jednej osobie. Takie historie zawsze trafiają do prasy. Natychmiast w gazetach 
pojawiłyby   się   sensacyjne   nagłówki:   „Dziewczyna   wraca   ze   świata   zmarłych”.   Wszyscy   będą 
chcieli ją zobaczyć, dotknąć, zasypią ją pytaniami. I co wtedy zrobimy?

-Rozumiem. Ale nie musisz się obawiać - uspokoiła go Meredith. Każde z nas przysięgnie, że 

nie powie nikomu ani słowa. - Spojrzała na Caroline.

-Muszę was zapytać  - Stefano wykorzystywał  teraz swoje umiejętności  z zakresu etykiety i 

dyplomacji, które nabył jako młody arystokrata żyjący w czasach renesansu - czy macie sposób na 
wyegzekwowanie przysięgi?

-Myślę, że tak. - Meredith tym razem spojrzała Caroline prosto w oczy. Dziewczyna zarumieniła 

się tak mocno, że jej policzki przybrały barwę szkarłatu.

-Czy ktoś chciałby jeszcze coś powiedzieć Stefano? - zapytała Bonnie, która trzymała telefon.
Matt, który dotąd milczał, teraz wypalił:
-Czy możemy porozmawiać z Eleną? Tylko się przywitamy. To znaczy już cały tydzień...
-Chyba lepiej, żebyście porozmawiali z nią osobiście. Jak przyjedziecie, zrozumiecie dlaczego. - 

Stefano się rozłączył.

Byli w domu Meredith, siedzieli przy starym stole w ogródku.
-Przynajmniej możemy zanieść im coś do jedzenia - stwierdziła Bonnie, podnosząc się z krzesła. 

- Bóg jeden wie, czym karmi ich pani Flowers, o ile w ogóle.

Matt również wstał.
-Obiecaliśmy coś Stefano - powiedziała cicho Meredith. - Najpierw musimy złożyć przysięgę. I 

wyrazić zgodę na poniesienie konsekwencji w razie jej niedotrzymania.

-Wiem, że chodzi ci o mnie - zaperzyła się Caroline. - Dlaczego po prostu tego nie powiesz?
-Masz rację. Miałam na myśli ciebie. Dlaczego nagle tak bardzo interesujesz się Eleną? Skąd 

mamy mieć pewność, że nie rozpowiesz o niej po całym mieście?

-Dlaczego miałabym to zrobić?
-Dla   rozgłosu.   Uwielbiasz   być   w   centrum   uwagi.   Opowiedzenie   ludziom   wszystkich 

ekscytujących szczegółów sprawiłoby ci rozkosz.

-Albo żeby się zemścić - dodała Bonnie, siadając z powrotem. - Albo z zazdrości. Albo z nudy. 

Albo...

-Dosyć! - przerwał jej Matt. - Tyle powodów chyba wystarczy.
-Jeszcze tylko jedno - powiedziała Meredith, wciąż tak samo cichym głosem. - Dlaczego tak 

bardzo ci zależy, żeby ją zobaczyć, Caroline? Nie byłyście w dobrych stosunkach, odkąd Stefano 
przybył   do   Fell's   Church.   Pozwoliliśmy   ci   wziąć   udział   w   rozmowie   z   nim,   ale   po   tym,   co 
powiedział...

-Jeżeli naprawdę nie wiesz, dlaczego mi na tym  zależy,  po wszystkim,  co się stało tydzień 

temu...   cóż,   sądziłam,   że   zrozumiesz   sama!   -   Caroline   utkwiła   w   niej   zielone   oczy   Meredith 
wytrzymała jej spojrzenie z kamiennym wyrazem twarzy.

-W   porządku!  -  wykrzyczała  Caroline.  -  Zabiła   go  dla   mnie.  Czy  wezwała  go  na   sąd,  czy 

cokolwiek z nim zrobiła. Tego wampira, Klausa. A po tym, gdy mnie porwał i... i używał jak 

background image

zabawki... kiedy tylko chciał krwi... - Jej twarz wykrzywił grymas bólu.

Bonnie zaczynała jej współczuć, ale jednocześnie miała się na baczności. Intuicja podpowiadała 

jej, że coś tu nie gra. Zauważyła też, że chociaż Caroline mówi o Klausie, nie wspomina nic o 
drugim porywaczu, Tylerze Smallwoodzie - wilkołaku. Może dlatego, że Tyler był jej chłopakiem, 
zanim uwięzili ją z Klausem.

-Przykro mi - powiedziała Meredith. Brzmiała jakby naprawdę było jej przykro. - Więc chcesz 

podziękować Elenie.

-Tak.   Chcę   jej   podziękować.   -   Caroline   oddychała   ciężko.   -   I   chcę   się   upewnić,   że   z   nią 

wszystko w porządku.

-Dobrze. Ale ta przysięga  będzie cię wiązać na długi czas  - ciągnęła spokojnie Meredith. - 

Możesz zmienić zdanie jutro, w przyszłym tygodniu, za miesiąc... Nie ustaliliśmy, co będzie groziło 
za złamanie przysięgi.

-Meredith, nie możemy grozić Caroline - wtrącił się Matt.
-Ani skłonić kogo innego, żeby jej groził - dodała rozsądnie Bonnie.
-Nie, nie możemy - przyznała Meredith. - Ale... Tej jesieni będziesz się ubiegać o miejsce w 

żeńskim bractwie w college'u, prawda, Caroline? Zawsze mogę powiedzieć twoim „siostrom”, że 
złamałaś obietnicę dotyczącą kogoś bezbronnego, kto nie mógłby cię skrzywdzić i kto na pewno nie 
chciałby   cię   skrzywdzić.   Jakoś   podejrzewam,   że   nie   byłyby   szczególnie   zachwycone   twoją 
postawą.

Caroline znów się zarumieniła.
-Nie zrobiłabyś tego. Nie rozpowiadałabyś o tym w college'u...
Meredith przerwała jej ostro.
-Przekonaj się.
Caroline straciła pewność siebie.
-Nie  powiedziałam,   że  nie  złożę  przysięgi   albo  że  nie  zamierzam  jej  dotrzymać.   Naprawdę 

nauczyłam się paru rzeczy tego lata.

Mam nadzieję. Nikt nie wypowiedział tych słów, ale wydawało się, jakby zawisły w powietrzu. 

W minionym roku dokuczanie Stefano i Elenie Caroline traktowała jak swoje nowe hobby.

Bonnie zmieniła zdanie. Coś kryło się za słowami Caroline. Nie wiedziała, skąd to wie - musiał 

zadziałać szósty zmysł, którym była obdarzona. Ale może to miało coś wspólnego z tym, jak bardzo 
Caroline się zmieniła, z tym, czego się nauczyła. Bonnie tak próbowała to sobie tłumaczyć.

Tak często Caroline pytała ją o Elenę w ciągu tego tygodnia. Czy na pewno wszystko z nią w 

porządku? Czy może posłać jej kwiaty? Czy można ją już odwiedzić? Była natrętna, ale Bonnie nie 
miała serca, żeby jej to powiedzieć. Wszyscy czekali z niepokojem, żeby zobaczyć, jak Elena się 
miewa... po powrocie z zaświatów.

Meredith, która zawsze miała przy sobie długopis i kartkę papieru, napisała kilka słów.
-Co powiecie na to? - zapytała. Wszyscy nachylili się nad stołem.
„Przysięgam nie mówić nikomu o jakichkolwiek nadnaturalnych wydarzeniach związanych ze 

Stefano i Eleną, chyba  że otrzymam  wyraźne pozwolenie od jednego z nich. Pomogę również 
ukarać każdego, kto złamie tę przysięgę, w sposób, który zostanie określony przez resztę grupy. 
Przysięga ta obowiązuje na wieczny czas, a przypieczętuję ją własną krwią”.

Matt pokiwał głową.
-”Na wieczny czas”, doskonale. Brzmi dokładnie tak, jak powinno.
Potem   uroczyście   składali   przysięgę.   Każdy   po   kolei   odczytał   tekst   i   złożył   pod   nim   swój 

podpis,   po   czym   nakłuł   czubek   palca   agrafką,   którą   Meredith   wyciągnęła   z   torebki,   i 
przypieczętował przysięgę kroplą krwi.

-Teraz to cyrograf - oznajmiła Bonnie tonem kogoś, kto wie, o czym mówi. - Nie radziłabym go 

zrywać.

I wtedy właśnie to się stało. Kartka z tekstem przysięgi leżała na środku stołu. Z dębu rosnącego 

na granicy ogródka i lasu sfrunął wielki kruk. Wylądował na stole, wydając z siebie przenikliwy 
skrzek. Bonnie zaczęła krzyczeć. Kruk przyjrzał się po kolei czworgu ludzi, którzy w popłochu 
odsuwali   krzesła   od   stołu.   To   był   największy   kruk,   jakiego   kiedykolwiek   widzieli.   Jego   pióra 

background image

opalizowały w promieniach słońca.

Kruk wpatrywał się w kartkę. Wydawał się czytać cyrograf. A potem zrobił coś tak szybko, że 

Bonnie   ze   strachu   schowała   się   za   plecami   Meredith.   Rozłożył   skrzydła,   pochylił   się   i   zaczął 
gwałtownie uderzać dziobem w papier.

A   potem   odleciał   z   głośnym   łopotem   skrzydeł.   Cała   czwórka   patrzyła   za   nim,   aż   stał   się 

maleńkim punktem na niebie.

-Zniszczył naszą przysięgę - krzyknęła Bonnie zza pleców Meredith.
-Nie sądzę - odpowiedział Matt, który stał bliżej stołu.
Kiedy odważyli się podejść i spojrzeć na kartkę, Bonnie poczuła, jakby ktoś wysypał jej wiadro 

lodu na plecy. Serce zaczęło jej walić jak szalone.

Choć wydawało się to niemożliwe, ślady po wściekłym dziobaniu były czerwone, jakby kruk 

podpisał się własną krwią. Układały się w ozdobne, delikatne litery: „D”

I poniżej:
„Elena jest moja”.

background image

ROZDZIAŁ 4

Z podpisanym cyrografem leżącym bezpiecznie w torebce Bonnie podjechali pod pensjonat pani 

Flowers, w  którym  mieszkał  Stefano. Szukali  właścicielka,  ale  jak zwykle  nie  można  jej było 
znaleźć. Weszli więc na górę po schodach przykrytych wytartym dywanem, wołając niecierpliwie:

-Stefano! Elena! To my!
Otworzyły się drzwi na samej górze i wychylił się zza nich Stefano. Wyglądał... jakoś inaczej.
-Musi być szczęśliwy - szepnęła Bonnie do Meredith.
-Myślisz?
-Oczywiście. Odzyskał Elenę.
-No, tak. Taką jak wcześniej. Widziałaś ją w lesie - powiedziała znacząco Meredith.
-Ale... to... och, nie! Ona znowu jest człowiekiem! Matt spojrzał na nie wymownie.
-Przestaniecie w końcu? Usłyszą nas.
Bonnie nie była przekonana. Oczywiście, Stefano mógłby ich usłyszeć, ale jeżeli miałaby się 

martwić o to, co Stefano słyszy, musiałaby też martwić się o swoje myśli - Stefano zawsze mógł 
odczytać ich sens, nawet jeżeli nie konkretne słowa.

-Chłopcy - syknęła. - To znaczy, wiem, że są absolutnie niezbędni i w ogóle, ale czasem po 

prostu niczego nie rozumieją.

-Poczekaj, aż będziesz miała do czynienia z dorosłymi mężczyznami - wyszeptała w odpowiedzi 

Meredith. Bonnie pomyślała o Alaricu Saltzmannie, doktorancie w college'u, z którym Meredith 
była, powiedzmy, związana.

-Mogłabym powiedzieć coś na ten temat - dodała Caroline z miną znawczyni mężczyzn.
-Bonnie   na   szczęście   na   razie   nie   musi   nic   o   tym   wiedzieć.   Ma   jeszcze   mnóstwo   czasu   - 

przerwała jej Meredith matczynym tonem. - Chodźmy do środka.

-Siadajcie, siadajcie - zapraszał ich Stefano, gdy wchodzili. Gospodarz idealny Ale nikt nie 

siadał. Wszyscy wpatrywali się w Elenę.

Siedziała po turecku przed otwartym oknem. Jej włosy znów miały odcień złota, nie były już 

białe   jak   wtedy,   gdy   Stefano   nieumyślnie   zmienił   ją   w   wampira.   Wyglądała   tak   samo,   jak 
zapamiętała Bonnie.

Poza tym, że unosiła się metr nad podłogą.
Cała czwórka wpatrywała się w Elenę bez tchu.
-Ona to po prostu robi - powiedział  Stefano niemal  przepraszającym  tonem.  - Obudziła  się 

następnego   dnia   po   naszej   walce   z   Klausem   i   zaczęła   lewitować.   Jeszcze   nie   podlega   siłom 
grawitacji.

Odwrócił się do Eleny.
-Spójrz, kto cię odwiedził - szepnął zachęcająco. Elena spojrzała z zaciekawieniem. Uśmiechała 

się do każdego po kolei, ale najwidoczniej nie rozpoznawała nikogo.

Bonnie wyciągnęła do niej ramiona.
-Elena? To ja, Bonnie, pamiętasz? Byłam tam, kiedy wróciłaś. Tak strasznie się cieszę, że cię 

widzę.

-Eleno,   pamiętasz?   -   spróbował   jeszcze   raz   Stefano.   -   To   twoi   przyjaciele,   twoi   dobrzy 

przyjaciele.   Ta   ciemnowłosa,   wysoka   piękna   dziewczyna   to   Meredith,   ta   filigranowa   ruda 
ślicznotka to Bonnie, a ten jakże amerykański przystojniał: to Matt.

Na dźwięk imienia Matt Elena drgnęła.
-Matt - powtórzył Stefana.
-A ja? Czyja jestem niewidzialna? - zapytała Caroline, stojąca w drzwiach. Udało jej się sprawić, 

że zabrzmiało to żartobliwie, ale Bonnie i tak wiedziała, że naprawdę zgrzyta zębami na sarn widok 
Eleny i Stefano.

-Oczywiście, przepraszam - odpowiedział Stefano i zrobił coś, na co nie mógłby sobie pozwolić 

żaden, osiemnastolatek, jeżeli nie chciałby wyjść na idiotę. Wziął dłoń Caroline i ucałował ją w 
sposób tak dystyngowany i szarmancki, jakby był  arystokratą z renesansu. Którym zresztą był, 
pomyślała Bonnie.

Caroline nie mogła ukryć, że mile połechtał ją gest Stefano.

background image

-Natomiast ta opalona piękność to Caroline - dokończył  prezentacje, puszczając jej dłoń. Po 

czym dodał miękko, tonem, który Bonnie słyszała tylko kilka razy - Nie pamiętasz ich, najdroższa? 
Zaryzykowali dla ciebie życie.

Elena wciąż unosiła się w powietrzu, teraz w pozycji wyprostowanej, kołysząc się lekko na boki, 

jak boja na jeziorze.

-Zrobiliśmy to, bo cię kochamy - wyjaśniła Bonnie, jeszcze raz wyciągając ramiona do. Eleny. - 

Ale   nie  sądziliśmy,  że   cię   odzyskamy.  -  Jej  oczy  napełniły  się   łzami.  -  Wróciłaś  jednak.  Nie 
pamiętasz nas?

Elena stanęła na ziemi tuż przed nią.
Nic nie wskazywało na to, że rozpoznaje przyjaciół, ale na jej twarzy pojawiły się spokój i 

błogość. Promieniowała radością i miłością. Bonnie zamknęła oczy i głęboko odetchnęła. Czuła 
energię emanującą od Eleny jak słońce na twarzy, jak szum oceanu w uszach. Prawie się rozpłakała 
wzruszona dobrocią, którą uosabiała Elena - choć słowa „dobroć” dziś prawie się nie używa, jednak 
są ludzie, uczynki po prostu niewyrażalnie dobre.

Elena była dobra.
A potem Elena lekko, dotknęła jej ramienia i pofrunęła w stronę Caroline. Wyciągnęła ręce, by 

ją objąć.

Caroline się spłoszyła. Jej policzki i szyja zrobiły się purpurowe. Bonnie nie rozumiała, co się 

dzieje,   ale   zachowanie   Eleny   nie   przeszkadzało   jej.   W   końcu   ona   i   Caroline   były   kiedyś 
przyjaciółkami - zanim pojawił się Stefano. To dobrze, że Elena postanowiła pierwszą uściskać 
Caroline.

Elena objęła Caroline i zanim ta zdążyła się odezwać, pocałowała ją mocno w usta. To nie był 

delikatny   pocałunek.   Elena  objęła  Caroline  i   całowała  ją  długo  i  mocno.   Dziewczyna   zamarła 
zszokowana, a potem zaczęła się wyrywać z uścisku Eleny tak gwałtownie, że tamta odfrunęła od 
niej, otwierając szeroko oczy.

Stefano chwycił ją pewnie jak bramkarz broniący strzału z dużej odległości.
-Co jest, do cholery? - Caroline zawzięcie ocierała usta wierzchem dłoni.
-Caroline! - zawołał Stefano. - Tb nie ma nic wspólnego z tym, co myślisz. Nic wspólnego z 

seksem. Ona po prostu próbuje cię rozpoznać, dowiedzieć się, kim jesteś.

-Pieski preriowe - powiedziała Meredith spokojnie, - Pieski preriowe całują się na powitanie. To 

działa właśnie tak, jak mówisz: pomaga im się zidentyfikować.

Caroline była jednak zbyt wstrząśnięta, by to wyjaśnienie mogło ją uspokoić. Ocieranie ust nie 

było dobrym pomysłem - rozmazała sobie szkarłatną szminkę, więc wyglądała teraz jak bohaterka 
filmu Narzeczona Drakuli.

-Czy  ty  oszalałaś?   Myślisz,   że   kim   ja  jestem?   Że   jakieś   chomiki   tak   robią,   to  jest  niby  w 

porządku? - Poczerwieniała jeszcze bardziej, od ramion aż po czubek głowy.

-Pieski preriowe. Nie chomiki.
-Och, co za… - Caroline przerwała, nerwowo przeszukując torebkę, w końcu Stefano podał jej 

pudełko chusteczek. Sam otarł już ślady szminki Caroline z ust Eleny.

Caroline poszła do łazienki i zatrzasnęła za sobą drzwi.
Bonnie   i   Meredith   wymieniły   porozumiewawcze   spojrzenia   i   jednocześnie   wybuchnęły 

śmiechem. Bonnie skrzywiła się, naśladując minę Caroline, i na niby otarła usta wyimaginowaną 
garścią chusteczek. A potem jeszcze jedną. Meredith z dezaprobatą pokręciła głową, ale ani ona, ani 
Matt i Stefano nie mogli przestać się śmiać. Nie tylko śmieszyła ich reakcja Caroline, musieli też 
rozładować napięcie - teraz, kiedy Elena znów była z nimi po sześciu miesiącach.

Przestali, gdy z łazienki wyleciało pudełko po chusteczkach, niemal trafiając Bonnie w głowę. 

Wtedy   dopiero   zauważyli,   że   drzwi   łazienki   są   otwarte,   W   łazience   wisiało   lustro.   Bonnie 
zauważyła w nim wyraz twarzy Caroline.

Tak, Caroline widziała, jak się z niej śmiali.
Drzwi   zamknęły   się   ponownie.   Bonnie   zaczęła   nerwowo   bawić   się   swoimi   rudymi   lokami, 

marząc, by podłoga pod nią rozstąpiła się i pochłonęła ją.

-Przeproszę ją. - Bonnie głośno przełknęła ślinę. Uniosła wzrok i zorientowała się, że wszyscy 

background image

wpatrują się w Elenę, która wyglądała na bardzo zranioną tym, że została odrzucona.

Dobrze, że kazaliśmy Caroline podpisać cyrograf, pomyślała. I że podpisał go też wiecie - kto. 

Jeżeli   jest   jedna   rzecz,   na   którą   można   było   liczyć,   jeśli   chodzi   o   Damona,   to   była   nią 
konsekwencja.

Bonnie podeszła do przyjaciół otaczających  Elenę, która się wyrywała.  Stefano próbował ją 

przytrzymać. Matt i Meredith przekonywali Elenę, że wszystko jest w porządku.

Elena przestała się szamotać. Płakała rzęsistymi łzami. Zamiast szczęścia, które emanowało od 

niej wcześniej, Bonnie wyczuwała teraz poczucie krzywdy i żal, a także zrozumienie.

-Nie mogłaś  wiedzieć,  że Caroline  tak się zdenerwuje. Nie zrobiłaś  jej nic  złego. - Bonnie 

głaskała ją uspokajająco.

Łzy   wciąż   spływały   po   policzkach   Eleny,   a   Stefano   zbierał   je   chusteczką,   jakby   byty 

diamentami.

-Ona myśli, że Caroline spotkało coś złego - wytłumaczył im - i martwi się o nią. Nie rozumiem, 

o co chodzi.

Bonnie uświadomiła sobie, że Elena może się przecież porozumiewać ze Stefano telepatycznie.
-Ja też to wyczułam - powiedziała. - Ból. Ale powiedz jej... to znaczy... Eleno, obiecuję, że 

przeproszę Caroline. Pokajam się.

-Wszyscy   będziemy   musieli   się   kajać   -   wtrąciła   Meredith.   -   Ale   wcześniej   chciałabym   się 

upewnić, że nasza zagubiona dusza rozpozna mnie.

Objęła Elenę i pocałowała ją.
Niestety, w tej samej chwili Caroline otworzyła drzwi łazienki. Zatrzymała się w progu.
-Nie wierzę! - krzyknęła piskliwie. - Wciąż to robicie! To odra.
-Caroline - przerwał jej Stefano ostrzegawczym tonem.
Caroline - piękna, smukła, opalona - nerwowo wyłamywała palec.
-Przyszłam zobaczyć się z Eleną. Z dawną Eleną. I co widzę? Ona jest jak dziecko, nie potrafi 

mówić. Unosi się w powietrzu jak jakiś szalony guru. Jak jakaś perwersyjna...

-Przestań!   -   przerwał   jej   cicho,   ale   stanowczo,   Sterano.   -   Mówiłem   wam,   już   za   kilka   dni 

powinna zachowywać się normalnie, sądząc po postępach, jakie zrobiła dotychczas.

Stefano rzeczywiście jest jakaś inny, pomyślała Bonnie. Nie tylko szczęśliwszy, że odzyskał 

Elenę. Jest… w jakiś sposób silniejszy. Zawsze był spokojny - odczuwała jego spokój jak taflę 
jeziora. Teraz odbierała emocje chłopaka jak tsunami.

Co mogło go tak bardzo zmienić?
Odpowiedź   otrzymała   natychmiast,   chociaż   w   postaci   kolejnego   pytania.   Elena   wciąż   była 

częściowo duchem, podpowiadała jej intuicja. Co się dzieje, kiedy wypijesz krew kogoś, kto jest 
pól duchem, pół człowiekiem?

-Caroline, po prostu zapomnijmy o tym - zaproponowała pojednawczo. - Przepraszam, bardzo, 

bardzo przepraszam, wiesz. Źle zrobiłam i przepraszam.

-Och, oczywiście, przeprosiłaś i wszystko w porządku, tak? - Głos Caroline był lodowaty jak 

płynny azot. Zdecydowanym ruchem odwróciła się do nich plecami. Bonnie zdążyła dostrzec w jej 
oczach łzy.

Elena i Meredith wciąż obejmowały się, a ich policzki były mokre od łez. Patrzyły sobie w oczy, 

a Elena znów jaśniała nieziemskim blaskiem.

-Teraz już zawsze cię rozpozna, Meredith - powiedział Stefano. - Nie tylko twoją twarz, ale 

także twoje wnętrze, twoją duszę. Powinienem o tym wspomnieć wcześniej, ale dotąd tylko mnie 
poznała w ten sposób i nie wiedziałem...

-Powinieneś był wiedzieć! - Caroline podeszła do niego wściekła.
-Pocałowałaś dziewczynę i co z tego? - wybuchła Bonnie. - Co, myślisz, że wyrośnie ci broda?
Gęstniejąca atmosfera w pokoju zadziałała na Elenę jak iskra wzniecająca pożar. Zaczęta fruwać 

po pokoju z prędkością kufi armatniej, W jej włosach pojawiały się elektryczne iskry za każdym 
razem, gdy nagle zatrzymywała się lub skręcała. Gdy mijała otwarte okno, Bonnie pomyślała, że 
trzeba   natychmiast   zorganizować   jej   jakieś   ubrania.   Spojrzała   na   Meredith   i   dostrzegła,   że 
przyjaciółka uświadomiła sobie to samo. Tak, muszą znaleźć Elenie coś do ubrania. A zwłaszcza 

background image

bieliznę.

Kiedy Elena zatrzymała się i Bonnie zbliżyła się do niej, tak nieśmiało jak do chłopaka, z którym 

miała się całować po raz pierwszy w życiu, Caroline znowu wybuchnęła.

-Ciągle to robisz! - Teraz już prawie, skrzeczała. - Co jest z tobą? Nie masz wstydu?
Tb, niestety, wywołało u Bonnie i Meredith kolejny atak śmiechu, który próbowały stłumić. 

Nawet Stefano się śmiał. Na nic się zdały jego dobre maniery. Poczucie obowiązku uprzejmego 
traktowania Caroline, która była jego gościem, przegrało z komizmem sytuacji.

Bonnie spojrzała na Elenę i zauważyła, że patrzy ona na Caroline z dziwnym wyrazem twarzy, 

Nie wyglądało to, jakby się jej bata, ale jakby bardzo bała się o nią.

-Wszystko   w   porządku?   -   wyszeptała   Bonnie.   Ku   jej   zaskoczeniu   Elena   skinęła,   a   potem 

spojrzała na Caroline i pokręciła głową. Przyglądała się jej uważnie jak lekarz badający bardzo 
chorego pacjenta.

Po czym podleciała do niej, wyciągając rękę. Caroline odsunęła się, jakby myśl o dotknięciu 

Eleny była odrażająca. Nie, dotyk Eleny nie budził w niej wstrętu, pomyślała Bonnie. Caroline bała 
się tego dotyku.

-Skąd mogę wiedzieć, co teraz, zrobi? - broniła się Caroline, ale Bonnie wiedziała, że to nie jest 

prawdziwy  powód   jej   strachu.   Co   tu   się   dzieje?   -   zastanawiała   się.   Elena   boi   się   o   Caroline, 
Caroline boi się Eleny. Co to znaczy?

Bonnie dostała gęsiej skórki. Coś było nie tak z Caroline. Nigdy wcześniej nie spotkała się z 

czymś takim. A powietrze... powietrze wydawało się gęstnieć jak przed burzą.

Caroline odwróciła się, żeby nie patrzeć na Elenę. Stanęła za krzesłem.
-Po prostu trzymajcie ją, do cholery, z dała ode mnie, dobrze? Nie pozwolę, żeby jeszcze raz 

mnie dotknęła... - zaczęła, kiedy Meredith powiedziała cicho dwa słowa, które zmieniły sytuację.

-Co powiedziałaś? - zapytała zdumiona Caroline.

background image

ROZDZIAŁ 5

Damon jeździł po mieście bez celu, kiedy zauważył tę dziewczynę.
Była sama, szła chodnikiem, wiatr rozwiewał jej włosy, niosła torby z zakupami.
Damon zachował się jak dżentelmen. Zatrzymał samochód, poczekał, aż dziewczyna zrówna się 

z nim, wyskoczył z auta i otworzył drzwi od strony pasażera.

Miała na imię Damaris.
Po   chwili   ferrari   pędziło   z   taką   prędkością   że   włosy   Damaris   powiewały   jak   sztandar. 

Dziewczyna zasługiwała na komplementy, jakie Damon rozdawał przez cały ten dzień. Ucieszyło 
go to, bo zaczynało mu już brakować wyobraźni.

Schlebianie   tej   uroczej   istocie,   z   burzą   rudozłotych   włosów   i   mleczną,   cerą,   nie   wymagało 

wyobraźni. Nie spodziewał się z jej strony żadnych problemów i zamierzał zatrzymać ją na noc.

Veni, vidi, vici, pomyślał i uśmiechnął się do siebie. A potem poprawił się - no, może jeszcze nie 

zwyciężyłem, ale stawiam ferrari, że zwyciężę.

Zatrzymali się przy punkcie widokowym. Kiedy Damaris upuściła torebkę i schyliła się, by ją 

podnieść, Damon zobaczył jej odsłonięty kark, od którego bieli odcinały się rude włosy.

Natychmiast pocałował ją w. kark, bez zastanowienia. Miała skórę ciepłą i miękką jak niemowlę. 

Nie próbował kontrolować jej reakcji ciekaw, czy da mu w twarz. Ona wyprostowała się tylko i 
odetchnęła   głęboko,   ale   pozwoliła   mu   objąć   się   i   całować.   Ciemnoniebieskie   oczy   drżącej 
dziewczyny wyrażały zarazem opór i zachwyt.

-Nie... nie powinnam była ci na to pozwalać. Chcę wrócić do domu.
Damon uśmiechnął się. Jego ferrari było bezpieczne.
Jej ostateczna kapitulacja będzie bardzo przyjemna, pomyślał, kiedy wracali do miasta. Jeżeli nie 

zawiedzie jego oczekiwań, może nawet zatrzyma ją na. kilka dni, może nawet ją przemieni.

Teraz jednak dręczył go dziwny niepokój. Chodziło o Elenę oczywiście. Być tak blisko niej i nie 

śmieć się zbliżyć z obawy o to, co mógłby jej zrobić. Do diabła, co powinienem zrobić, zaklął w 
duchu. Stefano miał rację - coś było z nim nie tak.

Był sfrustrowany tak bardzo, że nigdy się o to nie posądzał. To, co powinien był zrobić, to 

przewrócić swojego braciszka twarzą do ziemi, skręcić mu kark, a potem pójść na górę po wąskich 
skrzypiących schodach i zabrać Elenę, czyby tego chciała, czy nie. Nie zrobił tego z powodu jakiejś 
sentymentalnej bzdury, obawiając się jej protestów, gdy uniósłby jej doskonały podbródek i zatopił 
opuchłe z głodu kły w białej jak lilia szyi.

Snucie fantazji przerwał mu jakiś hałas.
-...nie sądzisz? - pytała Damaris.
Zirytowany i zbyt pochłonięty swoimi myślami, by zastanawiać się, o czym dziewczyna mówi, 

po prostu wyłączył jej umysł. Damaris była śliczna, ale strasznie gadatliwa.

Siedziała teraz z - włosami rozwiewanymi przez wiatr, niewidzącymi oczami, zwężone źrenice 

były nieruchome.

Wszystko na nic. Damon westchnął zrezygnowany. Nie potrafił wrócić do swojego snu na jawie. 

Nawet gdy w samochodzie panowała cisza, przeszkadzał mu wyimaginowany szloch Eleny.

Ale gdyby przemienił ją w wampira, nie szlochałaby, podpowiedział jakiś głos w jego głowie. 

Damon kiedyś chciał uczynić ją swoją królową nocy - dlaczego nie spróbować znowu? Należałaby 
do niego całkowicie. A że musiałby zrezygnować z jej ludzkiej krwi... cóż, teraz też jej nie pił, 
prawda? - ciągnął głos, Elena, blada i otoczona aurą mocy, z włosami niemal srebrnymi, w czarnej 
sukni kontrastującej z jej alabastrową skórą. Ta wizja przyspieszyłaby bicie serca każdego wampira.

Pragnął   jej   bardziej   niż   kiedykolwiek   -   teraz,   gdy   była   dachem.   Nawet   jako   wampirzyca 

zachowała dużo ze swojej natury. Mógł sobie to wyobrazić: jej światłość i jego mrok, jej miękka 
biel   w   jego   muskularnych,   odzianych   w   czerń   ramionach.   Zamknąłby   te   cudowne   usta 
pocałunkami, okryłby nimi ją całą...

O czym on myślał? Wampiry nie całują ot tak, dla przyjemności - a już zwłaszcza nie całują 

innych wampirów. Krew, polowanie - tylko to się liczy Całowanie, jeżeli nie było konieczne do 
zdobycia, ofiary, nie miało sensu. Do niczego nie mogło prowadzić. Tylko sentymentalni idioci jak 
jego   brat   zawracali   sobie   głowę   takimi   głupstwami.   Para   wampirów   może   dzielić   się   krwią 

background image

śmiertelnika, atakując jednocześnie, wspólnie kontrolując jego umysł, sami połączeni umysłami. W 
tym tylko wampiry znajdują przyjemność.

Niemniej Damon był podniecony wizją całowania Eleny, zmuszania jej do pocałunków, uczucia 

satysfakcji, gdy w. końcu złamie jej opór.

Może   wariuję,   pomyślał   Damon   zaintrygowany.   Nic   przypomina!   sobie,   żeby   coś   takiego 

zdarzyło mu się kiedykolwiek wcześniej, ale pociągała go myśl o całowaniu Eleny. Od wieków nie 
był tak podniecony.

Tym lepiej dla ciebie, Damaris. Dotarli już do rogu skrzyżowania Sycamore Street i Old Wood. 

Dalej droga stawała się coraz bardziej kręta i niebezpieczna - Nie przejmując się tym, obrócił się do 
dziewczyny, żeby ją obudzić. Z zadowoleniem zauważył, że wiśniowy kolor jej warg jest naturalny 
Pocałował ją delikatnie i czekał na reakcję.

Przyjemność. Widział, jak jej umysł się nią wypełnia.
Rzucił   okiem   na   drogę   przed   sobą   i   spróbował   jeszcze   raz.   Tym   razem   całował   ją   dłużej. 

Ucieszyła go jej reakcja, reakcje ich obojga. To było niesamowite. Musiało to się jakoś wiązać z 
ilością krwi, którą wypił - większą niż kiedykolwiek w ciągu jednego dnia - albo kombinacją....

Musiał przestać zajmować się Damaris i skupić uwagę na drodze. Jakieś niewielkie brunatne 

zwierzę pojawiło się ni stąd, ni zowąd przed samochodem. Damon chwycił kierownicę obiema 
dłońmi, wbił w zwierzę zimne jak lodowiec oczy i nakierował samochód prosto na nie.

Nie było aż tak małe - samochód mógł podskoczyć.
-Trzymaj się - mruknął do Damaris.
Zwierzę uskoczyło w ostatniej chwili. Damon gwałtownie skręcił kierownicą, chcąc je dopaść, i 

znalazł się na skraju rowu. Tylko nadludzki refleks wampira - i precyzja układu kierowniczego 
bardzo   drogiego   samochodu   -   mogły   go   uratować.   Na   szczęście   Damon   miał   jedno   i   drugie. 
Samochód obrócił się i zatrzymał z piskiem opon.

Ale nie podskoczył.
Damon wysiadł i się rozejrzał. Zwierzę jednak zniknęło równie tajemniczo, jak się pojawiło.
Dziwne.
Żałował, że jechał pod słońce - jasne popołudniowe Światło osłabiło jego wzrok, Ale udało mu 

się zobaczyć niedoszłą ofiarę z bliska, kiedy ją mijał - stworzenie miało dziwaczny kształt: wąski 
pysk i jakby wachlarz z tyłu.

No, cóż.
Wrócił do samochodu, w którym histeryzowała Damaris. Nie był w nastroju do uspokajania 

kogokolwiek, więc znów ją uśpił. Opadła na fotel, a łzy powoli obeschły na jej policzkach.

Był sfrustrowany. Ale przynajmniej wiedział już, co chce dzisiaj zrobić. Chciał znaleźć jakiś 

lokal - obskurną i brudną knajpę albo wytworną i drogą restaurację - i innego wampira. Biorąc pod 
uwagę   moce,   jakie   pulsowały   pod  Fell's   Church,  to   nie   powinno   być   trudne.   Wampiry   i   inne 
stworzenia nocy ciągnęły do takich miejsc jak ćmy do światła.

A potem chciał walczyć. To nie byłaby uczciwa walka - Damon był najsilniejszym żyjącym 

wampirem, a poza tym był opity krwią najpiękniejszych dziewcząt miasta Fell's Church. Ale nie 
obchodziło go to. Miał ochotę wyładować na czymś swoją frustrację, a jakiś wilkołak, wampir albo 
ghoul byłby w sam raz. Może nawet więcej niż jeden - znów uśmiechnął się do siebie, a w jego 
oczach pojawił się groźny błysk - jeżeli uda mu się tyle znaleźć. A na deser - przepyszna Damaris.

Życie jest dobre. A nieżycie, pomyślał Damon, nawet lepsze. Nie zamierzał siedzieć i narzekać 

tylko   dlatego,   że   nie   mógł   natychmiast   mieć   Eleny.   Zamierzał   rozerwać   się  i   stać   się   jeszcze 
silniejszy A potem, któregoś dnia, niedługo, pójść do swojego żałosnego młodszego brata i zabierze 
ją.

Przez   chwilę   patrzył   we   wsteczne   lusterko.   Na   skutek   jakiegoś   załamania   światła,   a   może 

wyładowania w atmosferze przez chwilę wydawało mu się, że dostrzegł w swoich oczach czerwony 
płomień.

background image

ROZDZIAŁ 6

Powiedziałam „wynoś  się” - powtórzyła  Meredith, nie podnosząc głosu. - Mówisz okropne, 

wstrętne rzeczy. Tak się składa, że to Stefano tuta mieszka, i to on może cię wyprosić. Ja robię to 
jednak za niego, ponieważ on jest zbyt dobrze wychowany, by powiedzieć dziewczynie , żeby 
wynosiła się do diabła.

Matt odchrząknął. Wcześniej milczał, teraz zdecydował się powiedzieć, co myśli o zachowaniu 

Caroline.

-Znam cię zdecydowanie zbyt długo, żeby owijać w bawełnę. Meredith mi rację. Jeżeli chcesz 

obrażać Elenę, i nas, wyjdź. Ale zanim wyjdziesz, chcę ci jeszcze coś powiedzieć. Niezależnie od 
tego, co Eleni robiła, kiedy... kiedy była tutaj wcześniej - jego głos załamał się na. chwilę; Bonnie 
wiedziała,  że miał  na myśli  „tutaj, na Ziemi”  - teraz jest tak podobna do anioła, jak to tylko 
możliwe. Teraz jest... jest... całkowicie... - Zawahał się, szukając odpowiednich słów.

-Niewinna jak dziecko - podpowiedziała Meredith.
-Właśnie - przytaknął Matt. - Niewinna, wszystko, co robi, jest niewinne. Twoje wstrętne słowa 

nie mogą jej splamić, ale my nie chcemy więcej słuchać wyzwisk.

Stefano wyszeptał: „Dziękuję”.
-Właśnie wychodzę wycedziła Caroline - I nie praw mi kazań o niewinności i czystości. Po tym 

wszystkim,   co   się   tu   stało!   Pewnie   chcesz   sobie   popatrzeć,   jak   dwie   dziewczyny   się   całują. 
Pewnie...

-Dość - powiedział Stefano spokojnie, ale jakaś niewidzialna siła zwaliła Caroline za drzwi. Za 

nią podążyła torebka.

Potem drzwi zamknęły się cicho.
Włoski   na   karku   Bonnie   się   zjeżyły.   To   była   moc   tak   potężna,   że   dziewczyna   stała   jak 

sparaliżowana. Przeniesienie Caroline w ten sposób - a to nie była mała dziewczynka - wymagało 
wielkiej mocy.

Może Stefano zmienił się tak bardzo jak Elena. Bonnie spojrzała na przyjaciółkę. Niepokój o 

Caroline sprawił, że Światłość emanująca od Eleny przygasła.

Delikatnie dotknęła Elenę i pocałowała ją.
Elena szybko się odsunęła, jakby bała się wywołać kolejną awanturę. Ale to wystarczyło, by 

Bonnie   zrozumiała,   co   miała   na   myśli   Meredith,   mówiąc,   że   zachowanie   Eleny   nie   ma   nic 
wspólnego z seksem. To było... Bonnie miała wrażenie,. że jest badana przez kogoś, kto usiłuje ją 
poznać, używając wszystkich zmysłów: Kiedy Elena odsunęła się od niej, promieniała światłem tak 
jak po pocałunku z Meredith. Wszystkie negatywne uczucia zostały... zniknęły. Bonnie poczuła, 
jakby   światłość   emanująca   od   Eleny   objęła   także   ją.   -   Nie   powinniśmy   jej   przyprowadzać   - 
powiedział   Matt   do   Stefana.   -   Przepraszam   za   to.   Znam   ją   i   wiem,   że   mogłaby   obrzucać 
wyzwiskami Elenę jeszcze długo, sama by nie wyszła.

-Stefano się tym zajął - wtrąciła Meredith. - Czy to może Elena?
-To ja - przyznał Stefano. - Matt ma rację, a ja nie będę tolerował nikogo mówiącego źle o 

Elenie.

Dlaczego oni o tym rozmawiają? - zastanawiała się Bonnie. Meredith i Stefano byli najmniej 

skłonnymi do pogaduszek osobami, jakie znała. Wtedy uświadomiła sobie, że to powodu Matta, 
który podchodził wolno, ale z wyrazem determinacji do twarzy Eleny.

Bonnie podniosła się szybko. Minęła Matta, nie spoglądając w jego stronę. A potem włączyła się 

do rozmowy Meredith i Stefano o tym. co się stało. Nie było dobrze mieć Caroline za wroga, 
zgodzili się. Nic też nie wskazywało na to, że kiedykolwiek nauczy się, że wszelkie ataki na Elenę 
w końcu obracają się przeciw niej. Bonnie mogłaby się założyć, że knuje coś nowego już teraz.

-Ona czuje się samotna. - Stefano próbował usprawiedliwić Caroline. - Chce być akceptowana 

przez każdego i w każdej sytuacji, ale jest... wyalienowana. Jakby nikt, kto ją dobrze pozna, jej nie 
ufał.

-W taki sposób próbuje się po prostu bronić - zgodziła się Meredith. - Ale można by się jednak 

spodziewać odrobiny wdzięczności. W końcu ocaliliśmy jej życie.

Jest w tym coś więcej, pomyślała Bonnie. Intuicja próbowała jej coś powiedzieć - co mogło się 

background image

zdarzyć, zanim udało im się ją uratować - ale była zbyt zdenerwowana, z powodu Eleny, żeby się 
tym przejąć.

-Dlaczego ktoś miałby jej ufać? - zapytała Stefano. Obejrzała się dyskretnie. Elena miała odtąd 

rozpoznawać   Matta,   a   on   wyglądał,   jakby   miał   zemdleć.   -   Caroline   jest   piękna,   jasne,   ale   to 
wszystko. O nikim nie powiedziała jednego dobrego słowa. Stale prowadzi jakąś grę... Wiem, że też 
czasem to robimy, ale ona zawsze życzy ludziom źle. Oczywiście, potrafi uwieść prawie każdego 
faceta - nagle opanował ją niepokój i dokończyła zdanie dużo głośniej, żeby go odsunąć - ale jeżeli 
jesteś dziewczyną, to nie widzisz w niej więcej niż parę długich nóg i du...

Bonnie przerwała, bo Meredith i Stefano zastygli w bezruchu z identycznym wyrazem twarzy 

mówiącym „O Boże, tylko nie to”.

-Ma też dobry słuch - powiedział jakiś drżący ze złości głos za plecami Bonnie. Serce podeszło 

jej do gardła.

Takie są skutki ignorowania instrukcji.
-Caroline...   -   Meredith   i   Stefami   próbowali   ratować   sytuację,   ale   było   za   późno.   Caroline 

wkroczyła do pokoju, podnosząc wysoko nogi, jakby nie chcąc dotykać podłogi Stefano. Szpilki 
trzymała w rękach.

-Wróciłam po swoje okulary - powiedziała wciąż tym samym tonem. - Przy okazji usłyszałam 

dość, żeby dowiedzieć się, co moi tak zwani przyjaciele o mnie myślą.

-Mylisz   się   -   spokojnie   powiedziała   Meredith.   -   Usłyszałaś   tylko,   jak   zdenerwowani   ludzie 

wyładowują złość po tym, gdy ich obraziłaś.

-Poza tym - Bonnie odzyskała głos - przyznaj, Caroline, że liczyłaś na to, że coś usłyszysz. 

Dlatego zdjęłaś buty. Stałaś za drzwiami, prawda?

Stefano zamknął oczy.
-To moja wina. Powinienem był...
-Nie, nie powinieneś - przerwała mu Meredith, i zwróciła się znowu do Caroline. - A jeżeli ty 

wskażesz mi jedno słowo z naszej rozmowy nieprawdziwe albo przesadzone, nie licząc może tego, 
co powiedziała Bonnie, bo Bonnie jest... po prostu Bonnie... W każdym razie, jeżeli wskażesz jedno 
słowo, które nie było prawdą, przeproszę cię.

Caroline nie słuchała. Grymas wykrzywił jej twarz, czerwoną z gniewu.
-Jeszcze mnie przeprosicie - syknęła, wskazując palcem każde z nich po kolei. - Pożałujecie 

swoich słów. A jeżeli jeszcze raz spróbujesz na mnie tej swojej wampirzej sztuczki - zwróciła się 
do Stefano - to mam przyjaciół, prawdziwych przyjaciół, którzy się tobą zajmą.

-Caroline, złożyłaś przysięgę...
-I kogo to obchodzi?
Stefano   się  podniósł.  Zrobiło  się   już  ciemno,  pokój   oświetlała  tylko   nocna  lampka.   Bonnie 

spojrzała na cień Stefano i szturchnęła Meredith. Cień był zaskakująco ciemny i niezwykle długi. 
Cień Caroline był przezroczysty i krótki - jak blada kopia przy oryginale.

Powietrze znów zgęstniało, jakby zbliżała się burza. Bonnie próbowała przestać się trząść, ale 

czuła się, jakby wrzucono ją do lodowato zimnej wody. Zimno przenikało ją do kości. Zaczynała 
się trząść coraz bardziej...

Coś działo się z Caroline: coś się z niej wydostawało, a może coś wchodziło w nią. A może 

jedno i drugie. W każdym razie to było wszędzie dookoła niej, i dookoła Bonnie. Napięcie było tak 
silne, że Bonnie miała wrażenie, że serce wyskoczy jej z piersi. Obok niej Meredith - zwykle 
opanowana - wierciła się niespokojnie.

-Co...? - zaczęła szeptem.
Nagle,  jakby wszystko  zostało  wyreżyserowane  przez  moce  kryjące  się w  ciemności,  drzwi 

zatrzasnęły   się...   lampa,   zgasła..   stara   roleta   nad   oknem   rozwinęła   się   z   łoskotem.   W   pokoju 
zapanowała absolutna ciemność.

Caroline zaczęła krzyczeć. To był przeraźliwy krzyk.
Bonnie   też   krzyczała.   Nie   mogła   przestać,   chociaż   jej   krzyk   brzmiał   co   najwyżej   jak   echo 

imponującej arii Caroline. Dzięki Bogu Caroline szybko zamilkła. Bonnie udało się stłumić kolejny 
okrzyk, ale trzęsła się jeszcze bardziej. Meredith objęła ją mocno, ale po chwili oddała ją Mattowi, 

background image

który wydawał się tym zaskoczony i nieco skrępowany.

-Kiedy wzrok ci się przyzwyczai, nie jest aż tak ciemno - powiedział łamiącym się głosem, jakby 

zaschło mu w gardle. Ale tylko to przyszło mu do głowy, bo wiedział, że ze wszystkiego na świecie 
Bonnie najbardziej bała się ciemności. W mroku kryły się rzeczy,  które tylko ona widziała. A 
potem oboje wstrzymali oddech..

Elena świeciła. I miała skrzydła.
-Czy ty widzisz to co ja? - wyjąkała Bonnie. Matt nie był w stanie wydobyć z siebie głosu.
Skrzydła poruszały się wraz z oddechem Eleny. Unosiła się w powietrzu w pozycji siedzącej..
Przemówiła. W języku. jakiego Bonnie nigdy me słyszała. Nie sądzili, żeby gdzieś ludzie mówili 

takim językiem. Słowa były ostre i jasne, jak okruchy kryształu spadające z wysoka.

Wydawały się Bonnie prawie zrozumiałe - jej parapsychiczne zdolności spotęgowała moc Eleny. 

Ta moc przeciwstawiła się ciemności i odpychała ją na bok... rzeczy, które kryły się w mroku, 
uciekały, skamląc, rozpierzchły się na wszystkie strony. Ostre jak brzytwa słowa podążyły za nimi, 
przepędzając je precz.

A Elena... Elena była niewyobrażalnie piękna, jak wtedy kiedy byli wampirem, i wydawała się 

równie blada.

Caroline też przemówiła. Wykrzykiwała potężne zaklęcia czarnej magii. Bonnie wydało się, że 

wraz ze słowami z ust dziewczyny wydostaje się armia upiornych istot.

To był pojedynek czarnej i białej magii. W jaki sposób Caroline poznała te zaklęcia? Nie była 

nawet spokrewniona z czarownicami, jak Bonnie..

Do pokoju dobiegały dziwne dźwięki, przypominające odgłos lecącego helikoptera. Przerażały 

Bonnie.

Musiała coś zrobić. Jej przodkowie byli Celtami, miała zdolności parapsychiczne, których nie 

mogła się pozbyć, choćby chciała. Musiała, pomóc Elenie. Powoli, jakby przedzierała się przez 
wichurę, podeszła do przyjaciółki i położyła dłoń na jej dłoni, aby ich moce się połączyły.

Z  drugiego boku Eleny, stanęła Meredith. Światło świeciło intensywniej. Stwory z ciemności 

uciekały przed nim, krzycząc i tratując się wzajemnie.

Bonnie zauważyła, że Elena się potknęła. Skrzydła zniknęły. Zniknęły też istoty mroku. Elena 

przegnała je, pokonała potężną mocą białej magii.

-Ona upadnie - wyszeptała Bonnie do Stefano. - Pojedynek z siłami ciemności ją wyczerpał...
W   tym   momencie   nastąpiły   wydarzenia   tak   szybko,   jakby   w   pokoju   zabłysły   snopy 

stroboskopowego światła.

Błysk. Roleta podniosła się z hukiem.
Błysk. Zaświeciła lampa w dłoniach Stefano. Widocznie próbował ją naprawić..
Błysk, Drzwi do pokoju otworzyły się powoli, skrzypiąc,
jakby chciały zrekompensować wcześniejsze trzaśniecie.
Błysk. Caroline znalazła się na podłodze, na czworakach, oddychając ciężko. Elena wygrała...
Elena upadła.
Tylko ktoś o nadludzko szybkim refleksie mógł złapać ją, zanim uderzyła o podłogę. Stefano 

rzucił lampę Meredith i w mgnieniu oka znalazł się przy Elenie. A potem obejmował ją mocno.

-Do diabła - wykrztusiła Caroline. Tusz do rzęs spłynął po jej policzkach, zostawiając czarne 

ślady. Spojrzała na Stefano z nieskrywaną nienawiścią. Stefano popatrzył na nią spokojnie - nie, 
surowo.

-Nie wzywaj diabła - ostrzegł. - Nie tutaj Nie teraz. Może usłyszeć i odpowiedzieć.
-Jakby   jeszcze   tego   nie   zrobił.   -   prychnęła   Caroline.   Wyglądała   żałośnie,   była   pokonana, 

złamana. Jakby rozpętała coś, nad czym nie potrafiła zapanować,

-Caroline, co ty mówisz? - Stefano ukląkł przy niej. - Chcesz powiedzieć, że ty już... zawarłaś 

jakąś umowę?

-Ups - jęknęła Bonnie, rozładowując napięcie, jakie panowało w pokoju. Caroline połamała 

paznokcie, na  podłodze były ślady krwi. Bonnie, przejęta współczuciem, poczuła ból w palcach. 
Kiedy jednak Caroline machnęła zakrwawioną ręką w stronę Stefano, współczucie przemieniło się 
w mdłości. - Chcesz polizać? zapytała Caroline. Jej twarz się zmieniła. - Nie udawaj, Stefano - 

background image

ciągnęła   drwiącym   tonem.   -   Przecież   pijasz   ostatnio   ludzką   krew,   prawda?   Ludzką   czy 
czymkolwiek ta dziewczyna jest. Latacie teraz razem jak nietoperze, co?

-Caroline - wyszeptała Bonnie. - Nie widziałaś ich? Skrzydeł...
-Jak u nietoperza albo wampira. Stefano przemienił ją... - Ja też je widziałem - powiedział Matt. 

To nie były skrzydła nietoperza.

-Jesteście   ślepi?   Spójrzcie,   -   Meredith   pochyliła   się   i   podniosła   z   podłogi   długie,   białe, 

błyszczące pióro.

-Może jest białym krukiem - nie ustępowała Caroline. - To by się zgadzało. I nie mogę uwierzyć, 

że wszyscy tak się przed nią płaszczycie, jakby była królową. Wszyscy cię uwielbiają, prawda 
Eleno?

-Przestań - rzucił Stefano,
-„Wszyscy” to jest słowo klucz. - Przestań.
-Kiedy ich całowałaś - Caroline teatralnie wzruszyła ramionami - przypomniała mi się...
-Przestań, Caroline,
-...dawna Elena. - Głos Caroline ociekał jadem. - Każdy, kto cię zna, wie kim jesteś, byłaś, 

zanim Stefano zaszczycił nas swoją boską obecnością. Byłaś...

-Caroline, przestań natychmiast... - Dziwką! Tak! Tanią dziwką!

background image

ROZDZIAŁ 7

Na chwilę wszyscy zamarli. Stefano zbladł jak ściana, zacisnął wargi w wąską linię. Bonnie 

cisnęły się na usta słowa, wyjaśnienia, oskarżenia pod adresem Caroline, Elena może i miała tylu 
chłopaków, ile jest gwiazd na niebie, ale odkąd się zakochała, istniał dla niej tylko Stefano. Ale 
Caroline i tak by tego nie zrozumiała.

-I co, zatkało was? Nie macie nic do powiedzenia? - naigrywała się Caroline. - Żadnych ciętych 

ripost? Nietoperz potknął wam języki? - Roześmiała się, ale był to wymuszony, sztuczny śmiech. 
Potem z jej ust padły słowa, których z pewnością nie powinno się wypowiadać publicznie. Bonnie 
pewnie zdarzyło się użyć ich raz czy dwa, ale wypowiedziane przez Caroline tutaj i teraz tworzyły 
strumień jadowitej mocy.

Ta moc rosła, wydawało się, że pokój jest dla niej za ciasny. Coś się stanie.
Drgania, pomyślała Bonnie, gdy kaskady dźwięków nabierały mocy.
Szkło, podpowiedziała jej intuicja. Odejdź od szkła.
Stefano ledwie zdążył odwrócić się do Meredith i krzyknąć.
-Rzuć lampę!
Meredith, która miała nadzwyczajny refleks, wycelowała lampę w otwarte okno. Ledwie lampa 

przeleciała przez okno, wybuchła.

Odgłosy pękającego szkła dobiegły ich także z łazienki. Kawałki lustra chyba musiały wbić się 

w drzwi.

W następnej chwili Caroline uderzyła Elenę, zostawiając na jej policzku czerwony ślad. Etena 

podniosła dłoń i dotknęła twarzy, miała bardzo nieszczęśliwą minę.

A   potem   Stefano   zrobił   coś,   co   Bonnie   uznała   za   najbardziej   zadziwiające   ze   wszystkich 

wydarzeń tego dnia. Bardzo delikatnie poi ożył Elenę na podłodze, pocałował ją w czoło i zwrócił 
się do Caroline.

Położył dłonie na jej ramionach i przytrzymał ją mocno, zmuszając do spojrzenia mu w oczy.
-Caroline - powiedział. - Wróć. Przez wzgląd na przyjaciół, którym na tobie zależy, wróć. Przez 

wzgląd na rodzinę, która, cię kocha, wróć. Przez wzgląd na twą nieśmiertelną duszę, wróć. Wróć do 
nas!

Caroline patrzyła na niego butnie. Stefano odwrócił się w stronę Meredith.
-Nie za bardzo się do tego nadaję. To nie jest mocna strona wampirów - westchną! ciężko.
Potem zwrócił się do Eleny.
-Kochana,   możesz   pomóc?   -   zapytał   łagodnie.   -   Czy   możesz   jeszcze   raz   pomóc   swojej 

przyjaciółce?

Elena podniosła się niepewnie, opierając się najpierw na poręczy fotela, a potem na ramieniu 

Bonnie. Chwiała się jak nowo narodzone żyrafiątko, a Bonnie - prawie o głowę niższa - z trudem ją 
podtrzymywała.

Stefano zrobił krok w ich kierunku, ale Matt był szybszy.
Stefano obrócił Caroline twarzą do Eleny, trzymając ją mocno za ramiona.
Elena,   podtrzymywana   w   pasie   przez   Matta   i   Bonnie,   miała   wolne   ręce.   Wykonała   kilka 

dziwnych gestów, jakby malowała przed oczami Caroline kolejne obrazy, coraz szybciej i szybciej. 
Składała i rozkładała dłonie, wyginała palce. Wydawało się, że doskonale wie, co robi; ale Bonnie, 
Meredith i Matt nic z tego nie rozumieli. Caroline wodziła wzrokiem za dłońmi Eleny, ale wyraźnie 
nie podobało jej się to, co widziała.

Magia, pomyślała zafascynowana Bonnie. Biała magia. Ona wzywa anioły,  tak jak Caroline 

wzywała demony. Ale czy jest wystarczająco silna, by wyrwać Caroline ze szponów mroku?

W końcu, jakby chciała dopełnić ceremonii, Elena pochyliła się i złożyła na ustach Caroline 

najniewinniejszy z pocałunków.

Wtedy rozpętało się piekło, Caroline jakoś wyrwała się Stefano i próbowała dosięgnąć twarzy 

Eleny długimi paznokciami. Przedmioty znajdujące się w pokoju zaczęły unosić się w powietrzu, 
choć nikt ich nie dotykał. Matt próbował złapać Caroline za rękę, ale uderzyła go w brzuch tak 
mocno, że upadł na podłogę. Kolejny cios w kark niemal go ogłuszył.

Stefano odciągnął więc Elenę i Bonnie na bezpieczną odległość. Założył, że Meredith da sobie 

background image

radę - i miał rację. Caroline próbowała ją uderzyć, ale Meredith była szybsza. Złapała Caroline za 
rękę i mocno pchnęła. Caroline wylądowała na łóżku, ale natychmiast wstała i ponownie rzuciła się 
na Meredith, tym razem chwytając ją za włosy, Dziewczyna szarpnęła głową i w dłoni Caroline 
został   pęk   włosów.   Zanim   zorientowała   się,   co   się   stało,   Meredith   zadała   jej   potężny   cios   w 
szczękę, powalając na podłogę.

Bonnie ucieszyła się i postanowiła nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. Kiedy Caroline 

leżała zaskoczona, Bonnie zauważyła, że wszystkie jej paznokcie są w idealnym stanie - długie i 
błyszczące. Żaden nie był złamany.

To   musiała   sprawić   Elena.   Kilkoma   gestami   i   pocałunkiem   przywróciła   dłoniom   Caroline 

poprzedni wygląd, Meredith tymczasem rozcierała swoją dłoń.

-Nie sądziłam, że tak bardzo boli ręka, gdy się kogoś uderzy - zdziwiła się. - Na filmach, gdy 

faceci się leją, nie okazują, że bolą ich ręce. Czy chodzi o to, że wiedzą, jak zadawać ciosy, by 
bolało tylko tego drugiego?

Matt się zaczerwienił.
-Ja... hm, ja nigdy...
-Boli wszystkich, nawet wampiry - przyszedł mu z pomocą Stefano. - Czy wszystko dobrze, 

Meredith? Mam na myśli, że Elena mogła…

-Wszystko w porządku. A teraz mamy z Bonnie coś do zrobienia. - Skinęła na przyjaciółkę. - My 

odpowiadamy   za   to,   co   wyprawiała   Caroline.   Powinnyśmy   się   domyślić,   że   wróci   na   górę. 
Przyjechała z nami, nie ma jak wrócić do domu. Pewnie zeszła na dół do telefonu i próbowała 
skłonić kogoś, żeby po nią przyjechał, ale nikt nie chciał, więc nie miała innego wyjścia, jak wrócić 
do nas. Musimy ją odwieźć. Stefano, przepraszam. Nie była to udana wizyta.

Stefano miał ponurą minę.
-Nie przypuszczałem, że Elena może znieść tak wiele. Teraz wiem, że tak - powiedział.
-Ja również mam samochód, ja powinienem odwieźć Caroline - wtrącił Matt.
-Może wrócimy jutro - zaproponowała Bonnie.
-Tak,   myślę,   że   tak   będzie   najlepiej   -   przyznał   Stefano.   -   Prawdę   mówiąc,   niechętnie   ją 

wypuszczam stąd. Boję się o nią. Bardzo.

Bonnie była zaskoczona.
-Dlaczego?
-Myślę... jeszcze za wcześnie, żeby mieć pewność, ale myślę, że ona jest opętana. Ale nie mam 

pojęcia przez co. Ustalenie tego może zająć sporo czasu.

Dreszcz niepokoju przebiegł Bonnie po plecach. Lodowaty ocean strachu był  bardzo blisko, 

mogła utonąć w nim w każdej chwili.

-Pewne jest tytko to, że zachowywała się dziwnie, nawet jak na nią - ciągnął Stefano. - Nie 

wiem,   czy   wy   też   to   słyszeliście.   Kiedy   przeklinała,   miałem   wrażenie,   że   jakiś   głos   jej 
podpowiadał. A ty nie słyszałaś? - zwrócił się do Bonnie.

Bonnie   próbowała   sobie   przypomnieć.   Czy  słyszała   jakiś   inny  glos   oprócz   głosu   Caroline? 

Najcichszy z szeptów...

-To, co tu się stało,  może  pogorszyć  sprawę. Wyzwala  diabła  w chwili,  gdy ten pokój był 

przepełniony mocą. Fell's Church leży na krzyżujących się liniach mocy: To poważna sprawa. Przy 
tym wszystkim... Żałuję po prostu, że nie ma tu jakiegoś dobrego parapsychologa. 

Bonnie wiedziała, że wszyscy myślą o Alaricu.
-Spróbuję go ściągnąć - obiecała Meredith. - Ale może teraz być  gdzieś w Tybecie albo w 

Timbuktu. To trochę potrwa, zanim w ogóle uda się z nim skontaktować.

-Dziękuję. - Stefano westchnął z ulgą.
-Jak powiedziałam, jesteśmy odpowiedzialni za to, co się tutaj stało - dodała cicho Meredith.
-Przepraszamy, że ją tu przyprowadziliśmy - powiedziała głośno Bonnie, z nadzieją, że może 

Caroline to usłyszy.

Pożegnali  się   z  Eleną.  Nie  byli  pewni,  jak  się  zachowa.   Ale  ona  tylko   uśmiechnęła   się  do 

każdego i dotknęła ich dłoni.

Na   szczęście   Caroline   się   obudziła.   Kiedy   podjechali   pod   jej   dom   zachowywała   się   już 

background image

rozsądnie,   choć   wciąż   była   nieco   oszołomiona.   Matt   pomógł   jej   wysiąść   z   samochodu   i 
odprowadził ją do drzwi. Otworzyła  jej matka.  Była  to nieśmiała kobieta o zmęczonej, mysiej 
twarzy. Nie wyglądała na zaskoczoną tym, że jej córka jest w takim stanie.

Dziewczyny   spędziły   noc   u   Bonnie.   Do   późna   rozmawiały   o   ostatnich   wydarzeniach.   Gdy 

Bonnie zasypiała, wciąż dzwoniły jej w uszach klątwy Caroline.

Kochany Pamiętniku,
Coś stanie się dzisiaj w nocy.
Nie mogę mówić ani pisać. Nie pamiętam, jak się używa klawiatury. Ale mogę przesyłać moje 

myśli Stefano, a on może je zapisywać. Nie mamy przed sobą żadnych tajemnic.

Więc to jest teraz mój pamiętnik…
tego ranka znowu się obudziłam. Znowu się obudziłam! Za oknem wciąż było lato i wszystko  

było zielone. W ogrodzie zakwitły żonkile. I miałam gości. Nie wiedziałam, kim oni są, ale z trojga z  
nich emanuje silny jasny kolor. Pocałowałam ich, więc już ich nie zapomnę.

Czwarta była inna. Widziałam tylko niewyraźny kobr, przybrudzony czernią. Musiałam użyć 

potężnych zaklęć białej magii, by powstrzymać ją przed wprowadzeniem mrocznych sit do pokoju 
Stefano:

Robię się senna. Chcę być ze Stefano i chcę, żeby mnie obejmował. Kocham go. Oddałabym 

wszystko, by z nim zostać. Pyta mnie, czy nawet łatanie? Nawet latanie - żeby być z nim i chronić 
go. Wszystko, żeby był bezpieczny. Nawet życie.

Teraz chcę iść do niego.

Elena

Stefano przeprasza za pisanie w nowym dzienniku Eleny, ale musi coś dodać, bo pewnego dnia 

może będzie chciała  to  przeczytać, przypomnieć sobie. Zapisałem jej myśli w postaci zdań, ale 
Elena nie przesyła ich w takiej formie. To tylko urywki myśli, jak sądzą. Wampiry mają wprawę w 
tłumaczeniu ludzkich myśli na pełne zdania, ale myśli Eleny wymagają więcej obróbki. Zwykle to 
tylko jasne obrazy i czasem pojedyncze słowa.

„Czwarta” to Caroline Forbes. Elena znała ją prawie od dziecka tak mi się - wydaje. To, co 

mnie zdumiewa, to to, że dzisiaj Caroline zaatakowała Elenę na niemal wszystkie wyobrażalne  
sposoby, a jednak przeszukując umysł Eleny, nie znajduję tam uczuć gniewu czy bólu. To niemal  
przerażające, że jest tak niewinna, tak doskonała.

To, co naprawdę chciałbym wiedzieć, to to, co się stało z Caroline, gdy została porwana przez 

Klausa i Tylera. Czy to, co wyprawiała dzisiaj, zrobiła z własnej woli? Czy wciąż tkwi w niej  
okruch nienawiści Klausa? Czy może mamy w Fell's Church nowego wroga?

I najważniejsze co mamy z tym zrobić?
Stefano, który jest właśnie odciągany ad kom...

background image

ROZDZIAŁ 8

Wskazówki   staroświeckiego   zegara   pokazywały   trzecią,   kiedy   Meredith   obudziła   się   z 

niespokojnego snu.

Przygryzła wargi, tłumiąc krzyk. Jakaś twarz nachyliła  się nad nią. Ostatnie, co pamiętała z 

poprzedniego wieczoru, to to, że leżała na wznak w śpiworze i rozmawiała z Bonnie u Alaricu.

Teraz Bonnie nachylała się nad nią, miała zamknięte oczy. Klęczała przy poduszce Meredith i 

niemal dotykała jej twarzy nosem. Jeżeli dodać do tego dziwną bladość jej policzków i krótki 
oddech, każdy - każdy, powiedziała sobie Meredith - by się przestraszył.

Czekała, aż Bonnie się odezwie, wpatrując się w nią ze zdumieniem.
Bonnie wstała i tyłem podeszła do biurka, na którym leżała komórka Meredith. Podniosła ją i 

najwidoczniej włączyła nagrywanie wideo, bo zaczęła mówić i wykonywać jakieś gesty.

To   było   przerażające,   Nie   można   było   zrozumieć,   co   mówi.   Wypowiadała   słowa   od   tyłu. 

Chaotyczne, gardłowe albo piskliwe dźwięki miały tę intonację, jatą często słyszy się w horrorach. 
Ale   człowiek   nie   mógł   w   ten   sposób   mówić.   Meredith   miała   złe   przeczucie,   że   coś   próbuje 
zawładnąć ich umysłami.

Może  to  coś  żyje   wstecz,  pomyślała  Meredith,  próbując  nie  wsłuchiwać   się  w  przerażające 

dźwięki. Może myśli, że my tak robimy. Może my się po prostu nie stykamy...

Nie mogła znieść tego dłużej. Wydawało jej się, że odróżnia słowa, nawet cale frazy.  I nie 

brzmiały one przyjemnie. Proszę, niech to się skończy, niech się skończy natychmiast.

Jęki i mamrotania...
Bonnie   zazgrzytała   zębami.   Zrobiło   się   cicho.   A   potem,   jak   na   filmie   puszczonym   wstecz, 

podeszła tyłem do swojego śpiwora, uklękła i wczołgała się do niego z zamkniętymi oczami.

To była jedna z najstraszniejszych rzeczy, jakie Meredith kiedykolwiek widziała albo słyszała, a 

widziała i słyszała niemało.

Już nie mogła zasnąć.
Wstała, na palcach podeszła do biurka i zabrała telefon do drugiego pokoju. Tam podłączyła go 

do komputera, żeby puścić nagranie od tyłu.

Kiedy odsłuchała je raz i drugi, uznała, że Bonnie nigdy nie powinna tego usłyszeć. Oszalałaby 

ze strachu.

Nagrały się głosy zwierząt, pomieszane z tym zniekształconym głosem… to w każdym razie nie 

był głos Bonnie. To nie był glos człowieka. Brzmiał teraz jeszcze straszniej, niż gdy słyszała go za 
pierwszym razem - co mogło znaczyć, że jego właściciel normalnie mówił wspak.

Pomiędzy jękami, zniekształconym śmiechem i głosami dzikich zwierząt, Meredith z trudem 

odróżniała ludzką mowę. Próbowała coś z tego zrozumieć, chociaż dostała gęsiej skórki.

Dosłyszała coś takiego:
„Pszszszs... buz - buz... e.. - . Nie. Ben... nie.... Nagłeeeee... i szszsz.... ją... seeee. Ty... wi.... 

jama... simy… być.... amprz.. JEJ pszszsz... budzeniu.... Nie.

Ben...   nie...   nasssss...   pszszszsz...jeeee   -   (a   może   to   było   „nie”?   a   może   tylko   jęk?).... 

puuuu....dź.... nie. Kto... nnnnnnn... esie.....tym....z - z - za... mnie”.

Meredith zanotowała to i próbowała zrozumieć. W końcu zapisała kilka zdań;
Przebudzenie będzie nagle i szokujące. Ty i ja musimy być  tam przy jej przebudzeniu. Nie 

będzie nas przy niej później. Ktoś inny się tym zajmie.

Odłożyła długopis obok kartki z odszyfrowaną wiadomością.
A potem Meredith weszła do swojego śpiwora i długo leżała, wpatrując się w śpiącą Bonnie jak 

kot w mysią dziurę, aż w końcu błogosławione zmęczenie utuliło ją do snu.

-Co   powiedziałam!?   -   Bonnie   była   ogromnie   zdumiona,   kiedy   Meredith   zrelacjonowała   jej 

wydarzenia   poprzedniej   nocy   Właśnie   wyciskała   sok   z   grejpfruta   i   sypała   do   misek   płatki 
śniadaniowe. Meredith smażyła jajka.

-Mówiłam ci już trzy razy. Te słowa już się nie zmienią, mogę ci to obiecać.
-To jasne, że przebudzenie dotyczy Eleny, to ona musi się przebudzić. A ty i ja musimy tam być, 

gdy to nastąpi.

-Masz rację - zgodziła się Meredith.

background image

-Musi sobie przypomnieć, kim naprawdę jest. A my musimy jej w tym pomoc!
-Nie! - zawołała Meredith. - To nie o to chodzi w wypowiedzianych  przez ciebie słowach. 

Zresztą, nie sądzę, żebyśmy mogli jej pomóc. Możemy ją nauczyć pewnych czynności, tak jak 
Stefano to robi. Jak wiązać buty. Jak czesać włosy, Ale z tego, co mówiłaś, przebudzenie będzie 
nagle  i szokujące. I nie  wspominałaś  nic o tym,  że w tym  pomożemy.  Powiedziałaś  tylko,  że 
musimy być przy niej, bo potem z jakiegoś powodu nas przy niej nie będzie.

Bonnie przez chwilę ponuro milczała.
-Nas nie będzie - powtórzyła. - To znaczy, nie będzie nas przy Elenie? Czy.. - czy w ogóle nas 

nie będzie?

Meredith nagle straciła apetyt.
-Nie wiem.
-Sterano powiedział, że dzisiaj znowu możemy przyjść - - nalegała Bonnie.
-Stefano byłby uprzejmy, nawet gdyby ktoś właśnie wbijał mu kołek w serce.
-Mam pomysł - krzyknęła Bonie, - Zadzwońmy do Matta. Możemy odwiedzić Caroline... o ile 

ona będzie chciała się z nami widzieć. To znaczy, o ile cokolwiek się zmieniło od wczoraj: Potem 
możemy   poczekać   do   popołudnia,   a   potem   zadzwonić   do.   Stefano   i   zapytać,   czy   możemy 
odwiedzić Elenę.

Kiedy dotarli do domu Caroline, jej matka powiedziała im, że córka jest chora, leży w łóżku. 

Wrócili więc do Meredith. Bonnie całą drogę przygryzała wargi, Matka Caroline sama. wyglądała 
na chorą, miała podkrążone oczy. Gdy z nią rozmawiali, Bonnie czuła wielkie napięcie.

Bonnie i. Meredith zostawiły Matta przed domem. Chłopak zajął się swoim wciąż psującym się 

samochodem, a one poszły na gorę wybrać jakieś ubrania dla Eleny. Co prawda ciuchy Meredith 
będą na nią za duże, ale w ubrania Bonnie by nie weszła.

O czwartej po południu zadzwoniły do Stefano. Tak, mogą przyjść. Elena nie pocałowała ich na 

powitanie   -   ku   wyraźnemu   rozczarowaniu   Matta.   Ale   ucieszyła   się   bardzo   z   nowych   ubrań. 
Unosząc się metr nad podłogą, ciągle unosiła je do twarzy i wąchała, po czym uśmiechała się do 
Meredith, chociaż gdy Bonnie wzięła do ręki jedną z koszulek, nie mogła wyczuć niczego poza 
płynem do płukania.

-Przepraszam. - Sterano bezradnie rozłożył ręce, gdy Elena zaczęła kichać, obejmując błękitną, 

bluzkę jak małe kocię. Meredith zapewniła .go, że miło jest, zostać docenionym w ten sposób. 
Sama była jednak nieco zakłopotana.

-Elena potrafi rozpoznać, skąd ubrania pochodzą - wyjaśnił Stefano. - Nie włoży niczego, co 

uszyto w sweat - shopie.

-Kupuję tylko w sklepach, o których wiem, że nie sprzedają takich rzeczy - zapewniła Meredith. 

- Bonnie i ja musimy coś ci powiedzieć - dodała. Kiedy Meredith opowiadała o tym, co stało się w 
nocy, Bonnie zabrała Elenę do łazienki i pomogła jej przebrać się w szorty, które leżały na niej jak 
ulał, i błękitną bluzkę, która była tylko trochę za długa.

Kolor bluzki podkreślał lekko potargane, ale wciąż piękne blond włosy Eleny. Kiedy jednak 

Bonnie próbowała nakłonić ją do spojrzenia w lusterko, Elena wydawała się skonsternowana, jakby 
nie rozumiała, co to jest i do czego służy. Bonnie trzymała lustro przed Eleną, a ona to spoglądała w 
nie, to chowała się za plecami Bonnie zafascynowana tym, że osoba w lustrze pojawia się w tym 
samym momencie. Bonnie odłożyła w końcu lusterko i zajęła się jej włosami, z którymi Stefan o 
wyraźnie sobie nie radził.  Kiedy wreszcie były już rozczesane, z dumą  wprowadziła Elenę do 
pokoju.

I natychmiast pożałowała. Meredith, Mart i Stefano byli pogrążeni w ponurej rozmowie. Bonnie 

z wahaniem puściła rękę Eleny, która natychmiast pofrunęła tu kolana Stefano, i sama dołączyła do 
przyjaciół.

-Oczywiście,   że   rozumiemy   -   tłumaczyła   Meredith.   -   Nawet   zanim   Caroline   urządziła 

przedstawienie, nie było innego wyboru. Ale…

-Jakiego wyboru? - zapytała Bonnie, siadając na łóżku obok Stefano. - O czym rozmawiacie?
Zapadła cisza. Meredith objęła Bonnie i powiedziała:.
-Rozmawiamy o tym, że Stefano i Elena muszą opuścić Fell's Church. Muszą odejść daleko stąd.

background image

Bonnie zatkało. Kiedy odzyskała mowę, potrafiła wykrztusić tylko głupie pytanie.
-Odejść? Dlaczego?
-Widziałaś, dlaczego. Widziałaś, co tu wczoraj zaszło - wyjaśniła Meredith. W jej czarnych 

oczach malował się ból. Ale w tej chwili Bonnie nie mogła przejąć się niczyim cierpieniem poza 
własnym.

Nadciągało jak lawina rozgrzanego do czerwoności śniegu. Lodu, który parzył. Udało jej się 

opanować na tyle, żeby powiedzieć:

-Caroline nic nie zrobi. Podpisała przysięgę. Wie, że złamanie jej, zwłaszcza że sami - wiecie - 

kto ją podpisał...

Meredith   musiała   powiedzieć   Stefano   o   kruku,   ponieważ   tylko   westchnął   i   pokręcił   głową, 

delikatnie odsuwając Elenę, która próbowała zajrzeć mu w oczy. Najwidoczniej wyczuwała, że jej 
przyjaciele są zmartwieni, ale z pewnością nie rozumiała dlaczego.

-Mój brat jest ostatnią osobą, która powinna się zbliżać do Caroline. - Stefano z irytacją odsunął 

włosy z czoła, jakby właśnie przypomniał sobie, jak bardzo są do siebie podobni. - Nie sądzę też, 
żeby Caroline przejęła się groźbą Meredith. Ona jest we władaniu ciemności.

Bonnie się trzęsła. Nie podobały jej się skojarzenia ze słowem ciemność.
-Ale... - zaczął Mart. Bonnie pomyślała, że Matt jest się tak samo oszołomiony jak ona.
-Posłuchajcie   -   przerwał   mu   Stefano   -   jest   jeszcze   jeden   powód,   z   jakiego   musimy   stąd 

wyjechać.

-Jaki? - Matt był zaniepokojony. Bonnie nie mogła wydusić słowa. W jej głowie kryły się jakieś 

myśli na ten temat, ale odsuwała je.

-Bonnie chyba już rozumie. - Stefano spojrzał w jej stronę. Odpowiedziała spojrzeniem oczu 

wilgotnych od łez.

-Pod Fell's Church - ciągnął  Stefano - krzyżują się linie mocy.  Nie wiem, czy ktoś celowo 

założył miasto w tym miejscu. Czy Smallwoodowie mieli z tym coś wspólnego?

Bonnie, Meredith ani Matt nie wiedzieli. W dzienniku Honorii Fell nie było żadnej wzmianki o 

tym, aby rodzina wilkołaków miała coś do powiedzenia przy zakładaniu miasta.

-Cóż,   jeżeli   to   był   przypadek,   to   nieszczęśliwy.   Pod   miastem,   właściwie   pod   cmentarzem 

miejskim, krzyżuje się wiele linii mocy. Tb dlatego ściągają tu wszelkie istoty, złe i... nie tak bardzo 
złe. - Wyglądał na zakłopotanego. Bonnie zrozumiała, że mówi o sobie. - Tb mnie tu przyciągnęło. 
Podobnie jak inne wampiry, jak zresztą wiecie. Za każdym razem, gdy pojawia się tu ktoś mający 
moc, miasto przyciąga z większą siłą. Kolejne istoty ściągają tu jeszcze chętniej. Tb błędne koło.

-W końcu dowiedzą się o Elenie - powiedziała Meredith. - Pamiętajcie, to ludzie jak Stefano i 

Bonnie, ale pozbawieni zasad, Kiedy zobaczą Elenę...

Bonnie niemal wybuchnęła płaczem na myśl o tym. Wydawało jej się, że widzi chmurę białych 

piór opadających powoli na ziemię.

-Ale...   Elena   nie  była   taka   zaraz   po  powrocie  -  wtrącił  Matt,   -  Mówiła.  Myślała   logicznie, 

zachowywała się racjonalnie. Nie fruwała.

-Mówi czy nie mówi, fruwa: czy chodzi, ona ma moc - przypomniał Stefano. - Wystarczająco 

dużo mocy, żeby doprowadzić zwykłe wampiry do szaleństwa, do tego, by skrzywdziły ją, aby 
zdobyć tę moc. A Elena nie zabija ani nie rani. A w każdym razie nie mogę sobie wyobrazić, żeby 
to robiła. Mam nadzieję, że uda mi się zabrać ją w miejsce, w którym będzie... bezpieczna.

-Nie możesz jej zabrać - wykrztusiła Bonnie. Słyszała, że jej głos się łamie, ale nic nie mogła na 

to poradzić. - Meredith ci nie powiedziała? Elena się przebudzi, a Meredith i ja musimy przy niej 
być.

Bo nie będziemy przy niej później. Nagle zakończenie proroctwa stało się jasne. Nie było to 

takie złe jak nie być w ogóle nigdzie, ale wystarczająco złe.

-Nie zamierzałem jej stąd zabierać, dopóki nie będzie przynajmniej chodzić - wyjaśnił Stefano, 

obejmując załamaną Bonnie. - . To było jak siostrzany uścisk Meredith, ale silniejszy. - I nawet nie 
wiesz, jak się cieszę, że ona się przebudzi. I że będziecie przy niej.

-Ale... Ale te wszystkie potwory i tak przyjdą do Fell's Church? - pomyślała Bonnie. I nie będzie 

cię, żeby nas chronić?

background image

Uniosła wzrok i zobaczyła, że Meredith myśli o tym samym.
-Moim  zdaniem  -  powiedziała   Meredith  -  Stefano  i Elena  dostatecznie   wiele  przeszli,  żeby 

ratować nasze miasto.

Cóż. Z tym nie można było polemizować. Ze Stefano również nie. Podjął już decyzję.
Rozmawiali   jeszcze   długo,   rozpatrując   różne   możliwości   i   scenariusze,   próbując   zrozumieć 

proroctwo Bonnie. Niczego nie postanowili, ale przynajmniej mieli kilka alternatywnych planów. 
Bonnie nalegała, by wymyślili jakiś sposób na szybkie komunikowanie się ze Stefano. Miała już 
zażądać   trochę   jego   krwi   i   kosmyka   włosów,   żeby   móc   odprawić   rytuał   przyzwania,   ale 
przypomniał jej, że mają telefony komórkowe.

W końcu trzeba było się rozstać. Byli głodni, a Bonnie domyślała się, że Stefano też czuje głód. 

Był bardzo blady.

Kiedy żegnali się na schodach, Bonnie musiała powtarzać sobie, że Stefano obiecał, że Elena 

będzie z nią i Meredith, żeby im pomóc. Nie zabrałby jej, nie mówiąc im o tym.

To nie było ostateczne pożegnanie.
Więc dlaczego miała takie wrażenie?

background image

ROZDZIAŁ 9

Matt, Meredith i Bonnie odjechali. Zanim wyszła, Bonnie przebrała Elenę w jej „koszulę nocną”. 

Zapadł już mrok - przyniósł ulgę oczom Stefano. Gorsze od bólu oczu było jednak uczucie, że się 
dusi z głodu. Szybko coś na to zaradzę, powiedział sobie. Kiedy Elena zaśnie, wymknie się do lasu 
i upoluje jelenia. Nikt ani nic me skrada się tak jak wampir, nikt ani nic nie mogło konkurować w 
polowaniu ze Sterano, I nawet gdyby trzeba było kilku jelenia by zaspokoił głód, żadnemu nie zrobi 
krzywdy.

Elena miała jednak inne plany. Nie chciało jej się spać. Gdy goście odjechali, zrobiła to, co 

zawsze robiła, gdy była w tym nastroju. Podfrunęła do Stefano, uniosła głowę, zamknęła oczy i dała 
mu usta do pocałunku.

Stefano zasunął roletę w oknie, chroniąc ich przed wzrokiem wścibskich kruków, i wrócił do 

Eleny. Siedziała w tej samej pozycji, lekko się rumieniąc. Wciąż miała zamknięte oczy. Stefano 
czasem myślał, że mogłaby tak siedzieć wiecznie, czekając na pocałunek.

-Naprawdę nic powinienem tego robić, kochana. - Westchnął. Pochylił się i pocałował ją lekko i 

niewinnie.

Elena zamruczała niezadowolona. Dotknęła nosem policzka Stefano:.
-Najukochańsza moja - powiedział,  głaszcząc ją po głowie. - Bonnie udało się rozczesać ci 

włosy? - Ale zaczynały go boleć górne zęby.

Elena jeszcze raz dotknęła go nosem. Pocałował ją nieco mocniej. Właściwie wiedział, że jest 

dorosła. Była starsza i dużo bardziej doświadczona niż dziewięć miesięcy temu, kiedy zatracili się 
w namiętnych pocałunkach. Ale ciągle czuł się winny i nie mógł przestać się martwić o to, że w tej 
chwili Elena nie wie, co oznaczają pocałunki.

Tym razem okazywała. irytację. Miała już dość. Przywarła do Sterano, zmuszając go, by ją 

przytulił. W tej samej chwili jej „proszę” zadźwięczało w jego umyśle jak uderzenie łyżeczką o 
szklankę.

To   było   jedno   z   pierwszych   słów,   które   nauczyła   się   przekazywać   telepatycznie.   Czy   była 

aniołem, czy nie - doskonałe wiedziała, jaką ma władzę nad Stefano dzięki temu jednemu słowu.

Proszę?
-Och, kochanie - jęknął. - Moje śliczne kochanie... Proszę? Pocałował ją.
Zapadła cisza. Jego serce biło szybciej i szybciej. Elenę, swoją Elenę, która kiedyś oddała za 

niego życie, trzymał teraz w ramionach. Należała tylko do niego, a on należał do niej i nie chciał, 
żeby cokolwiek się zmieniło. Nawet szybko narastający ból zębów sprawiał mu przyjemność dzięki 
ustom Eleny przywierającym do jego ust.

Czasem myślał, że jest najbliższa przebudzenia, kiedy na pół spała, tak jak teraz, Tb ona zawsze 

inicjowała takie sytuacje, ale on nie potrafił się jej oprzeć. Kiedy raz odmówił i nie pocałował jej, 
natychmiast przestała „rozmawiać” z nim i odfrunęła do rogu pokoju i szlochała. Nic nie mogło jej 
pocieszyć, chociaż ukląkł na podłodze i błagał ją, sam niemal płacząc. Szlochała, dopóki znów nie 
wziął jej w ramiona.

Obiecał sobie, że więcej nie popełni tego błędu. Ale wciąż miał poczucie winy.
W końcu Elena, oderwała usta od jego ust. Stefano mógł myśleć tylko o tym, że Elena znów jest 

z nim, tak podniecona, drżąca... Aż w końcu przestał się kontrolować.

Wiedział, że ból jego kłów sprawia jej tyle przyjemności co i jemu.
Elena tuliła się do niego. Ich umysły już połączyły się w jedność, Dwa zęby Stefano wydłużyły 

się i wyostrzyły. Gdy dotknął nimi dolnej wargi Eleny, ból pomieszany z rozkoszą niemal odebrał 
mu oddech.

Wtedy Elena zrobiła coś, czego nie robiła wcześniej, Delikatnie i ostrożnie chwyciła wargami 

kieł Stefano.

Świat zawirował.
Tylko dzięki miłości do niej i dzięki połączeniu ich umysłów, nie ugryzł jej. W jego żyłach 

wrzała krew.

Ale   kochał  ją  i  byli   jednością.  Jego  kły  nigdy  nie  były   tak  długie  i  ostre.   Chociaż   się  nie 

poruszył, rozciął wargę Eleny. Krew spływała kropla po kropli do jego gardła. Krew Eleny, która 

background image

zmieniła się, odkąd wróciła ze świata duchów. Kiedyś była wspaniała, tryskała energią.

Teraz...  teraz  to była  klasa sama  w  sobie. Nie do opisania. Nigdy nie doświadczył  niczego 

takiego jak krew ducha, który powrócił. Była nasycona, mocą.

Wampirom picie krwi sprawiało nieopisaną rozkosz. Człowiek takiej rozkoszy nie doświadczał.
Serce Stefano biło tak mocno, że niemal wyskoczyło z piersi.
Elena delikatnie ugryzła jego kieł.
Czuł jej satysfakcję, kiedy ból zmieniał się w rozkosz, ponieważ była z nim związana i ponieważ 

należała do tych ludzkich istot, którym sprawia przyjemność karmienie wampira własną krwią. 
Należała do elity.

Przeszedł go dreszcz. Krew Eleny sprawiała, że świat wirował..
Elena oblizała wargę. Odchyliła głowę, nadstawiając mu szyję.
To było już za dużo, nawet dla niego. Nie mógł się oprzeć. Znał siatkę jej żył tak dobrze jak rysy 

jej twarzy. A jednak...

W porządku. Wszystko jest dobrze... Elena przekonywała go telepatycznie.
Zatopił dwa obolałe kły w cienką żyłę Eleny. Byty tak ostre, że nie poczuła bólu. Jej krew 

wypełniła jego usta. Radość dawania wprawiła Elenę w ekstazę.

Istniało ryzyko, że Sterano wypije za dużo krwi albo nie odda jej dość własnej, by utrzymać ją 

przy życiu. On potrzebował jednak tylko odrobinę, Obawy zniknęły, doznali nieziemskiej rozkoszy.

Matt   szukał   kluczyków,   kiedy   usadowili   się   na   przednim   siedzeniu   jego   gruchota.   Trochę 

wstydził się parkować obok porsche Stefano. Tapicerka na tylnym siedzeniu była podarta, miała 
zwyczaj przyklejać się do pleców i pośladków każdego, kto tam usiadł. Na szczęście filigranowa 
Bonnie zmieściła się z przodu, pomiędzy Mattem i Meredith. Matt zerknął na nią, bo wiedział, że 
niechętnie zapina pasy. Wąska droga przez Stary Las, pełna ostrych zakrętów, była niebezpieczna, 
nawet jeśli akurat nie było na niej innych samochodów, które trzeba by wyminąć.

Dość   umierania,   pomyślał   Matt,   ruszając   z   parkingu.   Dość   cudownych   zmartwychwstań. 

Widział już tyle cudów, że wystarczy mu do końca życia. Tak jak Bonnie chciał, żeby wszystko 
wróciło do normalności, żeby mógł żyć jak zwykły człowiek.

Bez Eleny, drwiąco szepnął jakiś głos w jego głowie. Poddajesz się bez walki?
Nie mógłbym pokonać Stefano w żadnej walce, nawet gdyby miał obie ręce związane za plecami 

i worek na głowie. Zapomnij. To skończone, chociaż mnie pocałowała. Teraz to tylko przyjaciółka.

Ale wciąż czuł na swoich wargach gorące usta Eleny, która nie wiedziała jeszcze, że przyjaciele 

się nie całują. Czuł też jej ciepłe i smukłe ciało.

Cholera, wróciła jako kobieta doskonała, przynajmniej z wyglądu, pomyślał.
-Kiedy myślałam, że wszystko już będzie w porządku. - Bonnie przerwała smętne rozmyślania 

Mata. - Kiedy myślałam, że wszystko się uda.

-To chyba  niemożliwe  - tłumaczyła  jej Meredith. - Ciągle ją tracimy.  Ale nie możemy być 

samolubni.

-Ja mogę - odparowała Bonnie.
Ja też, wyszeptał głos w głowie Matta. Stary, dobry Matt; Matt nie będzie miał nic przeciwko; 

dobry kumpel Matt. No cóż, tym razem stary dobry Matt ma coś przeciwko. Ale ona wybrała 
innego faceta, więc co mogę zrobić? Porwać ją? Zamknąć? Użyć siły?

Ta mysi podziałają jak kubeł zimnej wody. Matt otrząsnął się i skupił na drodze.
-Miałyśmy razem iść do college'u - ciągnęła Bonnie. - A potem wrócić do Fell's Church. Do 

domu.   Wszystko   miałyśmy   zaplanowane   prawie   od   przedszkola,   a   teraz   Elena   znów   jest 
człowiekiem i myślałam, że to znaczy, że wszystko będzie znowu tak, jak powinno być. Ale nigdy, 
nigdy   już   tak   nie   będzie,   prawda?   -   Ostatnie   słowa   wyszeptała,   prawie   płacząc.   -   Prawda?   - 
powtórzyła, ale to właściwie nie było pytanie.

Matt i Meredith spojrzeli na siebie. Współczuli Bonnie, ale nie potrafili jej pocieszyć.
Bonnie, to tylko egzaltowana Bonnie, pomyślał Matt, ale on także nie mógł pogodzić się z tym, 

że choć Elena wróciła do świata żywych, nic nie jest tak jak dawniej.

-Wszyscy na to liczyliśmy, kiedy Elena wróciła - tłumaczył Bonnie. Kiedy tańczyliśmy w lesie z 

radości, dodał w myślach, - Spodziewaliśmy się, że ona i Stefano będą mogli żyć spokojnie gdzieś 

background image

niedaleko i że będziemy się z Eleną przyjaźnić tak jak wcześniej, zanim Stefano...

Meredith pokręciła głową.
-Nie Stefano - powiedziała z naciskiem.
Matt zrozumiał, o co Meredith chodzi. Stefano przybył do Fell's Church, żeby pomóc ludziom, a 

nie, żeby zabrać pewną dziewczynę od jej bliskich.

-Oczywiście. Chciałem powiedzieć, że Elena i Stefano mogliby pewnie znaleźć sposób, żeby żyć 

tutaj spokojnie. To wszystko wina Damona. To on przybył, żeby zabrać ją wbrew jej woli.

-A teraz Elena i Stefano muszą odejść. A kiedy odejdą, już nigdy nie wrócą - dokończyła za 

niego Bonnie. - Dlaczego? Dlaczego Damon to rozpętał?

-Z nudów. Stefano powiedział mi kiedyś, że Damon wywołuje zamieszanie, żeby zabić nudę. 

Chociaż myślę, że tym razem kierowała nim nienawiść do Stefano ~ powiedziała Meredith. - Ale 
chciałabym, żeby wreszcie zostawił nas w spokoju.

-Co za różnica? - Bonnie teraz już płakała. - Więc to wina Damona. Nic mnie to nie obchodzi. 

Nie rozumiem tylko, dlaczego wszystko musiało się zmienić!

-Nie możesz wejść dwa razy tej samej rzeki. Albo nawet raz, jeżeli jesteś wampirem o wielkiej 

mocny - stwierdziła kwaśno Meredith. Nikt się nie roześmiał. Potem dodała łagodnie. - Pytasz 
niewłaściwą osobę. Może Elena umiałaby ci wytłumaczyć, dlaczego wszystko musi się zmieniać, 
jeżeli pamięta, co się z nią działo - tam.

-Nie chodziło mi o to, że musi się zmieniać...
-Ale   musi.   Nie   rozumiesz?   Nie   ma   w   tym   nic   nadprzyrodzonego.   To   życie.   Każdy   musi 

dorosnąć...

-Wiem! Matt dostał stypendium sportowe, a ty jedziesz do college'u, a potem się pobierzecie! I 

będziecie   mieli   dzieci!   -   Bonnie   udało   się   sprawić,   że   zabrzmiało   to   jak   coś   bardzo 
nieprzyzwoitego. - Ja utknę w szkole do końca życia. A wy oboje dorośniecie i zapomnicie o Elenie 
i Stefano... i o mnie - dokończyła bardzo cicho.

-Ej. - Matt zawsze stawał po stronie skrzywdzonych i przegranych. Teraz, mimo wspomnienia 

Eleny (zastanawiał się, czy kiedykolwiek zapomni o jej pocałunku), żal mu było Bonnie. - O czym 
ty   mówisz?   Po   college'u   wrócę   do   Fell's   Church.   Pewnie   tu   umrę.   I   będę   o   tobie   pamiętał. 
Oczywiście, jeżeli ty nie będziesz miała nic przeciwko.

Bonnie zadrżała. Matt bez zastanowienia przytulił ją.
-Nie jest mi zimno - wyjaśniła, ale nie próbowała strącić jego ręki. - Jest ciepła noc. Ja.. .ja po 

prostu nie lubię, jak ktoś mówi o umieraniu... Uważaj!

-Matt, uważaj!
-Ooooo...   -   Mart   wcisnął   hamulec,   przeklinając   głośno.   Obiema   rękami   próbował   utrzymać 

kierownicę. Jego samochód miał kilkanaście łat, nie by! wyposażony w poduszki powietrzne. W 
gruncie rzeczy jechali kupą złomu.

-Trzymajcie się! - krzyknął Matt, kiedy samochód z piskiem opon zaczął obracać się w miejscu. 

Uderzył w drzewo, tylne koła były w rowie.

Matt powoli wypuścił powietrze i zdjął ręce z kierownicy Obrócił się w stronę dziewczyn t się 

przeraził.

Bonnie leżała z głową na. kolanach Meredith, trzymając się jej kurczowo. Meredith siedziała 

wyprostowana, z nienaturalnie odchyloną głową.

Gałąź drzewa wybiła szybę i cudem nie przebiła Meredith jak włócznia.
Gdyby pas Bonnie nie pozwolił jej się obrócić; gdyby się nie schyliła;  gdyby Meredith nie 

odrzuciła głowy do tyłu...

Mart   zorientował   się,   że   patrzy   prosto   na   rozłupany,   ostry   koniec   gałęzi.   Gdyby   pas   nie 

przytrzymał go na miejscu, gdyby pochylił się na bok.

Słyszał swój ciężki oddech. Samochód wypełnił się zapachem igieł. Czuł nawet aromat żywicy, 

która kapała z drzewa.

Meredith bardzo powoli próbowała odsunąć gałąź, która wycelowana była w jej szyję jak strzała. 

Nie mogła. Matt usiłował jej pomóc, Ale gałąź nawet nie drgnęła.

-Muszę się wydostać - jęknęła Bonnie - zanim to mnie złapie. To chce mnie złapać.

background image

Matt spojrzał na nią w zdumieniu. Otarł policzek o koniec gałęzi.
-To nie chce cię złapać. - Ale gdy chciał odpiąć pas, poczuł mdłości. Dlaczego Donnie też ma 

wrażenie, że to nie gałąź, tylko coś żywego, co może jej zrobić krzywdę?

-Wiesz, że chce - wyszeptała Bonnie. Trzęsła się, Szamotała się, usiłując odpiąć pas.
-Matt, musimy jakoś wydostać się z samochodu - powiedziała Meredith. Wciąż siedziała w tej 

samej pozycji, z głową odchyloną do tyłu. Ale oddychała z trudem. - To coś chce mnie udusić.

-To niemożliwe... - Ale on też to widział. Gałązki wyrastające z grubego konara, który przebił 

szybę, poruszyły się nieznacznie, ale wyraźnie było widać, że wyginają się w stronę szyi Meredith.

-Masz takie wrażenie, bo siedzisz w bardzo niewygodnej pozycji - próbował uspokoić Meredith, 

ale sam nie wierzy! w to, co mówił. - W schowku jest tatarka.

-Schowek jest zablokowany. Bonnie, dasz radę sięgnąć do mojego pasa?
-Spróbuje. - Bonnie przesunęła się do przodu, nie podnosząc głowy.
Z perspektywy Matta wyglądało co, jakby gałęzie zaciskały się wokół niej i wciągały ją do 

środka.

-Mamy tu cholerną choinkę. - Oparł czoło o szybę. Coś dotknęło jego karku. Drgnął nerwowo.
-Cholera, Meredith...
-Matt...
Matt był na siebie wściekły, że tak się przestraszył. Ale miał wrażenie, że coś go drapie.
-Meredith? - Przyjrzał się swojemu odbiciu w szybie. Meredith nie dotykała go.
-Matt... nie ruszaj się... w lewo. Tam jest długa ostra drzazga. - Meredith zachowująca zimną 

krew nawet w niezwykłych sytuacjach, tym razem wpadała w panikę. Oddychała płytko i szybko.

-Meredith! - zawołała Bonnie, zanim Matt zdążył odpowiedzieć. Jej głos był przytłumiony.
-W porządku. Muszę to tylko... odsunąć, Nie martw się, nie zostawię cię.
Matt poczuł dotyk, wielu igieł na karku.
-Bonnie, przestani Wciągasz drzewo do środka! Wciągasz je na mnie i Meredith!
-Matt, zamknij się!
Matt się zamknął. Serce waliło mu jak oszalałe. Miał wrażenie, że konar się rozrasta, zajmując 

coraz więcej miejsca w samochodzie.

-Mam! - powiedziała Bonnie i usłyszeli szczek odpinanego pasa. Potem drżącym głosem dodała. 

- Meredith, igły wbijają mi się w plecy.

-W porządku, Bonnie. - Meredith mówiła z wysiłkiem; - Matt, musisz otworzyć drzwi.
-To nie tylko igły. To małe gałązki. Coś jak drut kolczasty. Ja... utknęłam... - ciągnęła coraz 

bardziej przerażona Bonnie.

-Matt, otwórz drzwi!
-Nie mogę. Cisza.
-Matt?
Matt walczył z gałęzią, obiema dłońmi próbując ją odepchnąć, zapierając się nogami. Pchał z 

całych sił.

-Matt! - Meredith niemal krzyczała. - To zaraz podetnie mi gardło!
-Nic mogę otworzyć drzwi! Z tej strony też jest drzewo!
-Tam nie może być drzewa, to droga!
-Jak może tam rosnąć drzewo?
Znów cisza. Matt czuł, jak igry i drzazgi wbijają się w jego kark Jeżeli szybko się nie porusza 

nigdy nie otworzy tych drzwi.

background image

ROZDZIAŁ 10

Elena była szczęśliwa. Teraz jej kolej. Stefano zaciął się ostrym drewnianym nożem do papieru. 

Ib był najskuteczniejszy sposób zranienia wampira. Elena nie lubiła na to patrzeć, więc zamknęła 
oczy i otworzyła je dopiero, gdy na szyi Stefano pojawiła się krew.

-Nie powinnaś wypić dużo - wyszeptał Stefano. - Czy nie ściskam cię zbyt mocno?
On też się denerwował. Tym razem to ona pocałowała jego.
Wiedziała, jak dziwne mu się to wydawało i że jej pocałunków chciał bardziej niż tego, żeby 

wypiła jego krew. Śmiejąc się, odepchnęła go lekko, uniosła się nad podłogę i jeszcze raz musnęła 
wargami jego szyję. Była pewna,, że pomyśli, że wciąż się z nim droczy. Ale ona przywarła do jego 
szyi jak pijawka i zaczęta ssać tak łapczywie, aż zmusiła go do pomyślenia „proszę”. Nie przestała 
ssać, dopóki nie powiedział tego głośno.

Mattowi i Meredith ten sam pomysł przyszedł do głowy w tej samej chwili. Ona była szybsza, 

ale zawołali niemal równocześnie.

-Co za idiota ze mnie! Matt, gdzie jest dźwignia fotela?
-Bonnie,   musisz   znaleźć   dźwignię   i   pociągnąć   ją   do   góry.   Wtedy   Meredith   będzie   mogła 

odchylić fotel!

Głos Bonnie rwał się, jakby miała czkawkę.
-Moje ręce... one wbijają się w moje ręce...
-Bonnie - powiedziała Meredith ostro, - Wiem, że potrafisz to zrobić. Matt, czy dźwignia jest 

dokładnie pod siedzeniem?

-Tak, z brzegu. Na pierwszej, nic, na drugiej. - Brakło mu tchu, by wytłumaczyć dokładniej. Gdy 

na sekundę puszczał gałąź, ta mocniej naciskała na jego kark.

Nie ma wyboru, pomyślał. Odetchnął głęboko i zaczął mocować się z gałęzią. Słysząc krzyk 

Meredith, obrócił się. Ostre drzazgi raniły mu szyję, ucho i skroń. Przeraził się, widząc, że kolejne 
gałęzie wdarły się do samochodu i coraz ciaśniej osaczają troje ludzi.

Wszędzie było pełno igieł.
Nic   dziwnego,   że   Meredith   traci   nerwy,   pomyślał.   Dziewczyna   była   niemal   przysypana 

gałązkami. Jedną ręką walczyła z czymś, co naciskało na jej gardło. Ale zauważyła, że się obrócił.

-Matt... twój fotel! Szybko! Bonnie, wiem, że ci się uda.
Matt schylił się  i  przez stertę igieł dokopał się do dźwigni regulującej oparcie, nie mógł jej 

jednak poruszyć. Owijały ją cienkie, ale bardzo mocne witki. Chwycił je i szarpnął gwałtownie.

Oparcie  jego siedzenia odchyliło  się do tylu.  Zanurkował pod wielką  gałęzią  - jeżeli  wciąż 

zasługiwała na to miano, bo w samochodzie było już kilka grubych konarów. Gdy próbował pomóc 
Meredith, jej fotel nagle też się odchylił prawie do poziomu.

Dziewczyna zyskała trochę przestrzeni. Przez chwilę leżała, łapczywie łykając powietrze. Potem 

przeczołgała się na tylne siedzenie, ciągnąc za sobą. Bonnie, w której ciele tkwiło mnóstwo igieł.

-Matt. Niech cię Bóg błogosławi... za to.., że masz taki łatwy w obsłudze samochód - wydusiła 

Meredith  ochrypniętym   głosem.  Kopniakiem  podniosła   oparcie  fotela  do  pionu.   Matt  zrobił  to 
samo.

-Bonnie - wyszeptał.
Bonnie się nie ruszała. Mnóstwo cienkich witek owijało się wokół niej, wplątało we włosy, Po 

gałęziach zostały rany.

-Boże,   to   wygląda   tak,   jakby   drzewo   próbowało   zapuścić   w   niej   korzenie   -   stwierdził 

zszokowany Matt na widok obrażeń dziewczyny.

-Bonnie ? - Meredith wyplątywała gałęzie z jej włosów. - Bonnie? Spójrz na mnie.
Bonnie znów przeszły dreszcze, ale przy pomocy Meredith uniosła głowę,
-Nie sądziłam, że mi się uda.
-Ocaliłaś mi życie.
-Taksie bałam... Bonnie się rozpłakała.
Lampka w samochodzie mrugnęła i zgasła. Matt dostrzegł jeszcze wyraz oczu Meredith. Poczuł 

się jeszcze gorzej, jeśli to było możliwe. Rozejrzał się.

Samochód był szczelnie oblepiony igłami i gałęziami.

background image

Mimo  to i on, i Meredith bez słowa sięgnęli do klamek. Oboje drzwi udało się uchylić  na 

centymetr, ale natychmiast zatrzasnęły się z powrotem.

Spojrzeli po sobie. Meredith zajęła się rozplątywaniem włosów Bonnie. Wyciągała z nich igły i 

gałązki.

-Czy to boli?
-Nie. Trochę,..
-Trzęsiesz się.
-Jest zimno.
Teraz było zimno. Matt słyszał - przez to, co jeszcze chwilę temu było otwartym oknem, ale 

teraz   zostało   szczelnie   wypełnione   gałęziami   -   wycie   wiatru.   Słyszał   też   skrzypienie   drzew, 
zaskakująco głośno i dochodzące z jakiejś absurdalnej wysokości. Wyraźnie zbierało się na burzę.

-Co to, do cholery, było? - wybuchnął. - To, co próbowałem ominąć na drodze?
-Nie wiem. Miałam właśnie zamknąć okno - powiedziała Meredith. Tylko mi coś mignęło.
-Pojawiło się nagle na środku drogi. - Wilk?
-To było czerwone - wtrąciła Bonnie. - Wilki nie są czerwone.
-Czerwone? - Meredith pokręciła głową. - To było dużo za duże na. lisa.
-Chyba rzeczywiście było czerwone - zgodził się Matt.
-Wilki nie są czerwone..: a wilkołaki? Czy Tyler Smallwood ma jakichś rudych krewnych?
-To nie był wilk - powiedziała Bonnie. - To było... tył do przodu.
-Tył do przodu?
-Miało głowę z niewłaściwej strony. A może miało głowy z obu stron.
-Bonnie, naprawdę mnie przerażasz.
Matt nie przyznałby się, ale też był przerażony. Wydawało mu się, że to, co zdążył zauważyć, 

miało dokładnie kształt opisywany przez Bonnie.

-Może po prostu widzieliśmy to coś pod dziwnym kątem - zasugerował jednak.
-To mogło być jakieś zwierzę wypłoszone lasu przez... - w tej samej chwili zaczęła Meredith.
-Przez co?
Meredith   spojrzała   w   górę.   Matt   podążył   za   jej   spojrzeniem.   Powoli,   trzeszcząc,   dach   się 

wyginał. Jakby opierało się o niego coś bardzo ciężkiego.

Matt zaklął pod nosem.
-Póki siedziałem z przodu, dlaczego po prostu nie wcisnąłem gazu...? - Popatrzył przed siebie, 

próbując dojrzeć między gałęziami stacyjkę. - Czy kluczyki jeszcze tam są?

-Matt, samochód wylądował tylnymi kołami w rowie. A poza tym, gdyby to mogło nam pomóc, 

powiedziałabym ci, żebyś to zrobił.

-Gałąź odcięłaby ci głowę!
-Tak - odpowiedziała krótko Meredith.
-Zabiłaby clę!
-Jeżeli wy dwoje byście się dzięki temu uratowali, kazałabym ci to zrobić. Ale ty patrzyłeś w 

bok i nie mogłeś się obrócić. Ja patrzyłam na wprost. One tam już były. Drzewa. Z każdej strony.

-To.,. nie jest... możliwe! - Matt uderzał pięścią w oparcie przed nim, podkreślając w ten sposób 

każde słowo, .

-Czy to jest możliwe?
Dach znowu zatrzeszczał i wygiął się jeszcze bardziej.
-Przestańcie się kłócić! - zawołała Bonnie, ale głos jej się załamał.
Usłyszeli huk, jakby wystrzał z pistoletu, i samochód przechylił się do tyłu i na lewo.
-Co to było? Cisza.
-Opona pękła - powiedział w końcu Matt. Nie ufał swojemu własnemu głosowi. Spojrzał na 

Meredith.

-Meredith,   gałęzie   wypełniają   przednie   siedzenia.   Ledwie   widzę   światło   księżyca.   Robi   się 

ciemno.

-Wiem.
-Co teraz zrobimy?

background image

Matt widział niezwykłe napięcie i frustrację na twarzy Meredith. Wydawało się, że cokolwiek 

odpowie, wycedzi to przez zaciśnięte zęby. Ale zamiast tego odpowiedziała cicho i łagodnie.

-Nie wiem.
Stefano wciąż drżał - Elena zwinęła się w kłębek jak kot na łóżku. Uśmiechnęła się do niego, a 

jej uśmiech był pełen miłości. Zapragnął chwycić ją w ramiona, całować i pić jej krew.

Doprowadziła go do szaleństwa. Wiedział aż za dobrze - z własnego doświadczenia - z jakim 

niebezpieczeństwem igrają. Jeszcze trochę i Elena będzie pierwszym duchem wampirem, tak jak 
była pierwszym wampirem duchem, jakiego spotkał;

Ale spójrzcie na nią! Patrzył na nią z czułością, jego serce biło coraz mocniej. Włosy Eleny, 

żywe złoto, opadały jak jedwab na łóżko. Jej ciało w świetle jedynej małej lampki wydawało się 
również obwiedzione złotem. Jakby złota aura spowijała ją całą, jakby się w tej aurze unosiła, 
poruszała, spała w niej. To było przerażające. Dla wampira to było jakby miał słońce we własnym 
łóżku.

Powstrzymał   ziewnięcie.   Elena   sprawiała,   że   ogarniała   go   senność.   Jej   krew   dawała   mu 

niesłychaną moc, ale też odprężała i błogo usypiała. Poczuł się rozkosznie senny. Uśnie teraz w jej 
ramionach.

Matt,   Bonnie   i   Meredith   już   prawie   nic   nie   widzieli.   Drzewa   zasłaniały   niemal   całkowicie 

światło księżyca. Wołali o pomoc. Nic to nic dało, a poza tym, jak zauważyła Meredith, powinni 
zużywać jak najmniej tlenu, więc siedzieli w milczeniu.

Nie   wiedzieli,   co   robić.   Meredith   sięgnęła   do   kieszeni   dżinsów   i   wyciągnęła   pęk   kluczy   z 

miniaturowa,  latarka.  Włączyła  ja. Światło  dodało  im  otuchy.  Taka  mała  rzecz,  a tyle  znaczy, 
pomyślał Matt.

Czuli nacisk na przednie siedzenia.
-Bonnie, nikt nie usłyszy naszych krzyków - powiedziała Meredith. - Gdyby było inaczej, ktoś 

usłyszałby pękającą oponę i pomyślał, że to strzał i zawiadomił policję.

Bonnie pokręciła głową, jakby nie chciała tego słuchać. Wciąż wyciągała igły wbite w skórę.
Ma rację, pomyślał Matt. W promieniu kilku kilometrów nie ma nikogo.
-Tu jest coś bardzo złego - wyszeptała Bonnie, z trudem wypowiadając każde słowo.
Matt zbladł.
-Jak bardzo... złego?
-Jest tak złe, że... nigdy nie czułam niczego takiego. Nawet gdy zginęła Elena, ani przy Klausie, 

ani   nigdy.   Nigdy   nie   czułam   niczego   tak   złego   jak   to.   To   jest   takie   złe...   i   takie   silne.   Nie 
pomyślałabym, że coś może być takie silne. To napiera na mnie i obawiam się...

-Bonnie - przerwała jej Meredith. - Wiem, że oboje myślimy o jedynym możliwym sposobie...
-Nic ma żadnego sposobu!
-Wiem, że się boisz...
-Kogo mam wezwać? Mogłabym to zrobić.,. gdybym miała kogo wezwać. Mogę wpatrywać się 

w twoją małą latarkę i wyobrażać sobie, że to płomień...

-Trans? - Matt spojrzał ostro na Meredith. - Nie powinna tego więcej robić.
-Klaus nie żyje. - Ale...
-Nikt mnie nie usłyszy! - krzyknęła Bonnie i zaczęła znowu płakać. - Elena i Stefano są zbyt 

daleko, poza tym pewnie śpią! A nikt inny nam nie pomoże!

Ale   nie   mieli   wyboru.   Gałęzie   rozpychały   się   w   samochodzie,   zostawiając   im   coraz   mniej 

miejsca i coraz mniej powietrza.

-Hm - chrząknął Matt. - Czy.. czy jesteśmy pewni?
-Nie - powiedziała ponuro Meredith. Ale w jej głosie była też nadzieja. Pamiętasz dzisiejszy 

poranek? Myślę, że on wciąż jest gdzieś tutaj.

Matt poczuł się gorzej. Meredith i Bonnie wyglądały blado w świetle latarki.
-A zaraz zanim to się zaczęło, mówiliśmy o tym, jak wiele...
-...w zasadzie wszystko, co się stało i co zmieniło Elenę...
-...jest jego winą.
-W lesie.

background image

-Przy opuszczonej szybie. Bonnie wciąż płakała.
Matt i Meredith zawarli milczące porozumienie ponad jej głową.
-Bonnie - zaczęła Meredith delikatnie  -  będziesz musiała zrobić to, co powiedziałaś. Spróbuj 

wezwać Stefano albo obudzić Elenę, albo... albo przeprosić Damona. Obawiam się, że tylko Damon 
może nam pomóc. On nigdy nie chciał nas uśmiercić, poza tym musi wiedzieć, że Elena nigdy mu 
nie wybaczy, jeżeli pozwoli umrzeć jej przyjaciołom.

Matt był sceptyczny.
-Może  i  nie  chce  uśmiercić  nas  wszystkich,  ale  może   też  poczekać,   aż  ktoś  z  nas   umrze   i 

uratować pozostałych, Nigdy mu nie uf...

-Nigdy mu nie życzyłeś nic złego - przerwała mu Meredith.
Matt spojrzał na nią zaskoczony i zamilkł. Czuł się jak idiota.
-No więc, tu jest latarka - powiedziała Meredith. Mimo dramatycznych okoliczności jej glos był 

spokojny, wręcz hipnotyczny. Żałosne małe światełko było tak cenne. To jedyne, co rozświetlało 
absolutną ciemność,

Ale jeśli drzewa będą nadal  zabierać  coraz więcej przestrzeni, zabraknie  im tlenu i zostaną 

zmiażdżeni, pomyślał Matt.

-Bonnie? - Meredith zapytała tonem, jakim starsza siostra mówi do młodszej, by ją uspokoić, 

gdy znajdzie się w niebezpieczeństwie, łagodnie, spokojnie. - Czy możesz udawać, że to płomień 
świecy... płomień świecy... i spróbować wejść w trans?

-Jestem w transie. - Głos Bonnie brzmiał jak echo odbite od drzew.
-Poproś o pomoc - powiedziała Meredith. Bonnie posłuchała.
-Proszę, pomóż nam. Damonie, jeżeli mnie słyszysz, przyjmij moje przeprosiny i przyjdź nam na 

ratunek. Potwornie nas przestraszyłeś i jestem pewna, że zasłużyliśmy na to, ale pomóż, proszę, 
pomóż. To boli, Damonie. To boli tak bardzo, że aż chce się krzyczeć. Ale nie krzyczę. Całą 
energię zachowuję na skontaktowanie się z tobą. Proszę, proszę, proszę, pomóż...

Powtarzała to przez pięć, dziesięć, dwadzieścia minut, podczas gdy gałęzie wciąż się rozpychały, 

odurzając ich słodkim zapachem żywicy. Matt nie przypuszczał, że Bonnie może być w transie tak 
długo.

Potem latarka zgasła. Nie słychać było już nic poza szumem sosen.
Trzeba to było widzieć,
Damon znów wisiał wysoko nad ziemią, jeszcze wyżej, niż kiedy zaglądał do Caroline. Wciąż 

nie miał pojęcia, jak się nazywają te drzewa, ale nie przeszkadzało mu to. Ta gałąź była jak loża, z 
której oglądał dramat rozgrywający się na dole. Zaczynał się jednak trochę nudzić, bo nic nowego 
się   nie   działo.   Porzucił   Damaris,   kiedy   zaczęła   nudzić   o   małżeństwie   i   poruszać   inne   tematy, 
których wolał uniknąć. Jej męża, na przykład. Nuuuda, Odszedł, nie sprawdzając nawet, czy ją 
przemienił, ale tak mu się wydawało. Go to będzie za niespodzianka, kiedy mężulek wróci do 
domu! Uśmiechnął się na myśl o tym.

Dramat na dole osiągał punkt kulminacyjny.
Patrzył  i podziwiał. Polowanie. Nie miał pojęcia, czym były te małe stwory posługujące się 

drzewami, ale przekształciły polowanie w sztukę, jak wilki albo lwy. Połączyły siły, żeby schwytać 
zdobycz zbyt dużą albo zbyt mocno opancerzoną, by poradzić sobie z nią w pojedynkę. W tym 
przypadku - samochód.

Sztuka   współpracy.   Nieszczęsne   wampiry   są   takimi   samotnikami,   pomyślał.   Gdybyśmy 

współpracowali, świat byłby nasz.

Zamrugał sennie, po czym uśmiechnął się rozmarzony. Oczywiście, gdybyśmy mogli to zrobić - 

na przykład opanować jakieś miasto i podzielić się mieszkańcami - szybko rzucilibyśmy się sobie 
do gardeł. Dosłownie. W ruch poszłyby kły, gwoździe i moc, aż nie zostałoby nic poza strzępami 
ciał na chodnikach spływających krwią.

Piękny   widok,   pomyślał   i   zamknął   oczy,   żeby   lepiej   go   sobie   wyobrazić.   Dzieła   sztuki. 

Szkarłatne   kałuże   krwi,   w   magiczny   sposób   wciąż   dość   płynnej,   żeby   spływać   po   białych 
marmurowych   schodach   w...   na   przykład,   w   Kallimarmaron   w   Atenach.   Całe   miasto   ciche, 
oczyszczone  z  hałaśliwych,   chaotycznych,   obłudnych   ludzi   -   Pozostaliby   tylko   niezbędni 

background image

wampirom nieszczęśnicy: kilka arterii dostarczających słodkiej czerwonej cieczy. Wampirza wersja 
ziemi miodem i mlekiem płynącej.

Otworzył  oczy zirytowany.  Na dole zrobiło się głośno. Ludzie krzyczeli.  Dlaczego?  Po co? 

Królik zawsze piszczy, gdy zamykają się na nim szczęki lisa, ale czy kiedyś inny królik ruszył mu 
na ratunek?

Proszę, ludzie  są równie głupi jak króliki, pomyślał,  ale humor miał  zepsuty.  Próbował nie 

myśleć o sytuacji na dole, ale nie tylko ten hałas mu przeszkadzał. Miód i mleko to był ... błąd. To 
skojarzenie  zaprowadziło  go w  niewłaściwym  kierunku. Skóra Eleny była  jak mleko,  tej  nocy 
tydzień temu, biała i ciepła, nawet w świetle księżyca. Jej jasne włosy w cieniu wyglądały jak 
rozlany   miód.   Elena   nie   byłaby   zadowoloną,   gdyby   dowiedziała   się   o   wyniku   dzisiejszego 
polowania stworów z lasu. Płakałaby łzami, które wyglądają jak małe kryształki i pachną solą.

Nagle Damon zamarł. Wysłał niewielką falę mocy jak radaru.
Ale niczego nie znalazł poza drzewami. Cokolwiek tu było, było niewidzialne.
W porządku, pomyślał, spróbujmy tego: koncentrując się na krwi, której tak wiele wypił przez 

ostatnie   dni,   skierował   we   wszystkich   kierunkach   uderzenie   mocy   potężne   jak   wybuch 
Wezuwiusza.

To wróciło. Niewiarygodne, ale pasożyt znów próbował dostać się do jego umysłu. Nie miał 

żadnych wątpliwości.

Próbował go uśpić, podczas gdy jego towarzysze zajmą się ofiarami w samochodzie. Damon 

rozwścieczony potarł kark. To coś podszeptywało, mu marzenia, brało jego własne mroczne myśli i 
oddawało je jeszcze mroczniejszymi, aby skłonić go do ruszenia znów w miasto i zabijania dla 
przyjemności.

Damon wpadł w furię. Wstał, rozprostował nogi i ramiona i zaczął szukać pasożyta za pomocą 

fal mocy wysyłanych jedna po drugiej. On musiał gdzieś tu być; drzewa wciąż osaczały samochód. 
Ale Damon niczego nie znalazł, chociaż zastosował najskuteczniejszą metodę przeszukiwania, jaką 
znal: tysiąc uderzeń na. sekundę wysyłanych na oślep w każdą stronę. Powinien był natychmiast 
znaleźć zwłoki. Ale nie znalazł.

To rozwścieczyło go jeszcze bardziej, ale tez trochę podekscytowało. Chciał walczyć. Chciał 

zabić coś, co warto było zabić. A teraz, gdy spotkał godnego przeciwnika, nie mógł go zabić, bo nie 
mógł go znaleźć. Wysiał groźną wiadomość: Już raz cię ostrzegałem. Teraz cię wyzywam. Pokaż 
się - albo trzymaj się ode mnie z daleka!

Gromadził   moc,   spiętrzał   ją,   myśląc   o   wszystkich   śmiertelnikach,   dzięki   którym   ją   zebrał. 

Przytrzymywał   ją,   kształtował,   przygotowywał   do   zadania,   które   miała   spełnić.   Wykorzystał 
wszystkie umiejętności, jakie nabył w kilkusetletniej karierze myśliwego. W końcu poczuł, jakby 
trzymał w dłoniach bombę atomową. I wtedy ją wypuścił. Fala eksplozji oddalała się od niego 
niemal z prędkością światła.

Teraz na pewno powinien poczuć śmierć czegoś bardzo potężnego i sprytnego - czegoś, czemu 

udało się przetrwać poprzednie ataki.

Wytężył   zmysły,   czekając,   aż   usłyszy   albo   poczuje,   że   coś   zostało   pokonane   -   że   spada 

zakrwawione z gałęzi, z powietrza, skądkolwiek. Coś powinno spaść i uderzyć b ziemię albo wbić 
się w nią wielkimi pazurami - jakaś istota na pół sparaliżowana i zupełnie zgubiona, wypalona od 
środka, Ale chociaż słyszał wycie wiatru i widział, jak zbierają się nad nim czarne chmury, wciąż 
nie mógł wyczuć żadnej istoty znajdującej się wystarczająco blisko, by wedrzeć się do jego umysłu.

Jak silne jest to coś? Skąd pochodzi?
Jakaś myśl zabłysła w jego głowie. Okrąg. Okrąg z punktem w środku. Okrąg oznaczał zasięg 

uderzenia mocy, ab punkt w środku byt jedynym, do którego uderzenie nie dotarło . Wewnątrz 
niego...

Nagłe  poczuł  uderzenie  w  głowę. Oszołomiony próbował  zebrać  myśli.  Myślał  o uderzeniu 

mocy, tak? I że spodziewał się, że coś umrze i spadnie z dużej wysokości.

Do diabła, nie mógł dostrzec w lesie nawet zwykłych zwierząt większych od lisa. Chociaż użył 

mocy tak, by zadziałała tylko na istoty mroku podobne do niego, zwierzęta tak się przestraszyły, że 
w popłochu uciekły. Spojrzał w dół. Hm, Zostały tylko drzewa wokół samochodu. Ale one nie 

background image

polowały na niego. Poza tym to były szpony niewidzialnego zabójcy. Nie miały zmysłów.

Czy mógł się pomylić? Częściowo jego gniew kierował się przeciw niemu samemu - ponieważ 

był tak syty i pewny siebie, że zapomniał o ostrożności.

Syty... hej, może się upiłem, pomyślał i znów mimowolnie się uśmiechnął. Upiłem się i mam 

paranoję. Pijacka furia.

Oparł   się   o   drzewo.   Wiatr   wył   coraz   głośniej   i   był   coraz   zimniejszy.   Niebo   wypełniło   się 

pędzącymi czarnymi chmurami, które zasłoniły wszelkie światło księżyca i gwiazd. Uwielbiał taką 
pogodę.

Wciąż byt podenerwowany, chociaż nie widział powodu. Ciszę zakłócał tylko cichy płacz w 

samochodzie. To musiała być ta mała ruda ze smukłą szyją. Ta, która narzekała, że życie tak bardzo 
się zmienia.

Damon oparł się nieco mocniej o drzewo. Myślami powędrował w stronę samochodu, ze zwykłej 

ciekawości. Tb nie była jego wina, że złapał ich, kiedy rozmawiali o nim. Ale to z pewnością 
zmniejszało ich szanse na ratunek.

Zamrugał.
To dziwne, że zdarzył im się wypadek, niemal w tym samym miejscu, gdzie on prawie rozbił 

swoje ferrari. Dziwne, że i om, i on próbowali minąć jakieś zwierzę. Szkoda, że go nie zauważył, 
ale gałęzie drzew były zbyt gęste.

Ruda znowu płakała.
No co, teraz chcesz zmiany, mała wiedźmo? Zdecyduj się. Musisz ładnie poprosić.
A potem, oczywiście, ja zdecyduję, na jaką zmianę zasłużyłaś.

background image

ROZDZIAŁ 11

Bonnie nie mogła przypomnieć sobie żadnej modlitwy, więc powtarzała jak dziecko:
-Boże, zlituj się nad moją duszyczką...
Rozpaczliwie wzywała pomocy, ale bez skutku. Była już bardzo senna. Ból ustąpił, czuła się 

otępiała. Tylko zimno przeszkadzało jej usnąć. Ale temu można było zaradzić. Mogła okryć się 
kocem, grubym, puszystym kocem. I już byłoby jej ciepło. Wiedziała to, choć nie wiedziała skąd.

Nie poddała się tylko dlatego, że mama by rozpaczała. To kolejna rzecz, którą wiedziała, nie 

wiedząc skąd. Gdyby tylko mogła przekazać mamie wiadomość, wyjaśnić, że walczyła tak długo, 
jak mogła, ale wyczerpanie i zimno ją pokonały. I że wiedziała, że umiera, ale to nie bolało, więc 
mama nie powinna płakać. A następnym razem Bonnie będzie mądrzejsza... następnym razem...

Damon   miał,   oczywiście,   dramatyczne   wejście.   Gdy  stanął   na   masce   samochodu,   na   niebie 

pojawiła   się   błyskawica.   Jednocześnie   wysłał   falę   mocy   w   stronę   drzew   sterowanych   przez 
niewidzialnego   zabójcę.   Uderzenie   było   tak   mocne,   że   poczuł   reakcję   Stefano.   A   drzewa..... 
wycofały się w mrok, odrywając dach samochodu jak wieko konserwy. To bardzo pomysłowe, 
stwierdził.

Potem zwrócił uwagę na Bonnie, tę rudą, która powinna teraz całować jego stopy i szeptać: 

„Dziękuję!”.

Ale   nie   robiła   tego.   Leżała   nieruchomo,   jakby   związana   przez   gałęzie.   Damon   zirytowany 

sięgnął po jej dłoń, ale coś go poraziło. Zanim poczuł to na palcach, wyczuł dziwny zapach. Setki 
małych nakłuć, a z każdego cieknie krew. Igły sosen musiały pokłuć dziewczyny, aby wyssać jej 
krew  albo  raczej  żeby wpompować  do jej  żył  jakąś  substancję.  Coś  znieczulającego,  żeby nie 
ruszała   się   podczas...   czegokolwiek,   co   było   następnym   etapem   konsumpcji   ofiary.   Sądząc   po 
dotychczasowym   zachowaniu   tych   istot,   nie   było   to   nic   przyjemnego.   Wstrzyknięcie   soków 
trawiennych wydawało się najbardziej prawdopodobne.

A może to było coś, co miało utrzymać ją przy życiu, jak środek zapobiegający zamarzaniu, 

pomyślał.   Nieprzyjemnie   zaskoczyło   go,   że   była   lodowato   zimna,   gdy   dotknął   jej   nadgarstka. 
Spojrzał na pozostałych dwoje ludzi, ciemnowłosą dziewczynę o niepokojąco chłodnym wzroku i 
jasnowłosego chłopaka, który zawsze chciał się bić. Być może jednak trochę przedobrzył. Oboje 
wyglądali naprawdę źle. Ale tę rudą zamierzał uratować. Taki miał kaprys. Ponieważ wzywała 
pomocy tak żałośnie. Ponieważ te istoty, malaki, chciały zmusić go, by patrzył, jak umiera. Malak - 
to określenie istoty mroku: siostry lub brata mocy. Ale Damon miał teraz wrażenie, że samo to 
słowo jest czymś złym, że wypowiadając je, trzeba szeptać bądź spluwać.

Nie miał zamiaru pozwolić im wygrać. Podniósł Bonnie, jakby była piórkiem i przerzucił ją 

sobie   przez   ramię.   Potem   odleciał.   Lot   bez   zmiany   postaci   był   wyzwaniem,   ale   Damon   lubił 
wyzwania.

Postanowił zabrać ją do najbliższego miejsca, gdzie była gorąca woda, czyli do pensjonatu pani 

Flowers. Nie musi niepokoić Stefano. Wiedział, że są tam puste pokoje. Stefano nie jest na tyle 
wścibski, by węszyć po cudzych łazienkach.

Jak się okazało, Stefano był nie tylko wścibski, ale też szybki. Niemal się zderzyli: kiedy Damon 

z   nieprzytomną   Bonnie   mijał   zakręt,   z   naprzeciwka   nadjechał   Stefano.   Elena   frunęła   za 
samochodem jak weselne balony.

Rozmowa braci nie była ani dowcipna, ani błyskotliwa.
-Co ty robisz, do diabła? - zawołał Stefano.
-A co ty robisz? - Damon odpowiedział pytaniem na pytanie, zanim zauważył niezwykłą zmianę 

w   Stefano.   I   niezwykłą   moc   Eleny.   Zszokowany   natychmiast   zaczął   analizować   sytuację, 
zastanawiając się, w jaki sposób Stefano stał się...

Na wrota piekielne. No nic, musi tak czy owak robić dobrą minę do złej gry.
-Wyczułem walkę - powiedział Stefano. - Odkąd to jesteś Piotrusiem Panem?
-Ciesz się, że to nie ty w niej uczestniczyłeś. A ja mogę latać, bo mam moc, chłopcze.
To była brawura. Chociaż w jego czasach do młodszego krewnego zwracano się per  ragazzo

czyli „chłopcze”.

Ale czasy się zmieniły. Część umysłu Damona wciąż próbowała zrozumieć, co się stało. Widział 

background image

i czuł aurę Stefano, chociaż nie mógł jej dotknąć. Była... niewyobrażalna. Gdyby nie stał tak blisko, 
gdyby sam tego nie doświadczył, nie uwierzyłby, że jeden wampir może mieć tyle mocy.

Chłodnie   i   logicznie   ocenił   sytuację.   Stefano   był   obecnie   znaczne   potężniejszy   od   niego. 

Zrozumiał też, że brat wyruszył w wielkim pośpiechu i nie miał dość czasu albo dość rozsądku, by 
ukryć tę aurę.

-No, proszę, proszę - rzucił w końcu z sarkazmem. - Czy to zorza polarna? A może aureola? 

Zostałeś kanonizowany? Czy rozmawiam już ze świętym Stefanem?

Telepatyczna odpowiedź Stefano nie nadaje się do druku.
-Gdzie są Meredith i Matt? - spytał.
-Czy   też   -   ciągnął   Damon,   jakby   Stefano   nie   powiedział   ani   słowa   -   może   należy   ci 

pogratulować, że wreszcie opanowałeś sztukę iluzji i oszustwa?

-I   co   robisz   z   Bonnie?   -   domagał   się   odpowiedzi   Stefano,   ignorując   Damona   tak   jak   on 

ignorował jego.

-Ale chyba wciąż masz problemy z rozumieniem słów dłuższych niż monosylaby. Wyjaśnię to 

najprościej, jak się da. To ty wszcząłeś walkę.

-Ja wszcząłem walkę - powtórzył Stefano. Zrozumiał, że Damon nie zamierza odpowiedzieć na 

żadne pytanie, dopóki nie usłyszy prawdy. - Dziękuję Bogu, że ty byłeś  zbyt  pijany albo zbyt 
szalony, żeby dostrzec, co się dzieje wokół ciebie. Nie chciałem, żebyś ty albo ktokolwiek inny 
dowiedział się, jaką moc daje krew Eleny. Dzięki temu odjechałeś, nawet się na nią nie oglądając. I 
nie podejrzewając, że w każdej chwili mogłem cię zdeptać jak robaka.

-Nie przyszło mi do głowy, że piłeś jej krew. - Damon przypomniał sobie szczegóły ich bójki. 

To   prawda,  nie  podejrzewał   nawet,  że   Stefano  tylko   udawał  i   że  mógłby   w   każdej   chwili   go 
pokonać i zrobić z nim, co by tylko chciał.

-A  to  twoja czarodziejka  -  skinął   w  stronę  Eleny,   która  wciąż  unosiła  się  za  samochodem, 

przywiązana, tak, przywiązana sznurkiem od prania do zderzaka. - Tylko nieco niżej od aniołów 
zasiada w glorii i chwale - rzucił, nie mogąc odwrócić od niej wzroku. Elena w oczach istoty 
obdarzonej mocą jaśniała blaskiem tak mocnym, że niemal oślepiała. - Ona chyba też zapomniała, 
co to znaczy zachowywać się dyskretnie. Świeci jak gwiazda pierwszej jasności.

-Ona nie umie kłamać, Damonie. - Było jasne, że gniew Stefano rośnie. - Powiedz mi teraz, co 

się stało i co zrobiłeś Bonnie.

Chęć, by odpowiedzieć: „Nic. A co, myślisz, że powinienem coś zrobić?”, była niemal nie do 

opanowania.   Niemal.   Ale   Damon   miał   teraz   do   czynienia   z   innym   Stefano   niż   kiedykolwiek 
wcześniej.   To   już   nie   jest   młodszy   braciszek,   którego   z   lubością   wdeptuje   się   w   ziemie, 
podpowiadał mu głos rozsądku. Posłuchał.

-Dwoje pozostałych  ludzi - powiedział  z obrzydzeniem  przeciągając ostatnie słowo - jest w 

samochodzie. A Bonnie - nagle przybrał ton dżentelmena - zamierzałem odnieść do ciebie.

Stefano dotknął dłoni Bonnie. Krople krwi wypływające z nakłuć rozmazały się w jedną wielką 

plamę. Przestraszony uniósł dłoń do oczu. Damon o mało nie zaczął się ślinić, co byłoby bardzo 
nieeleganckim zachowaniem.

Zamiast tego skupił się na dziwnym zjawisku.
Księżyc w pełni świecił wysoko. A na jego tle Elena, ubrana w staroświecką koszulę nocną 

zapinaną   wysoko   pod   szyję.   I   prawdopodobnie   nic   więcej.   Widział   w   niej   raczej   piękną 
dziewczynę, nie anioła.

Pochylił głowę, aby lepiej dojrzeć zarys jej sylwetki. Tak, zdecydowanie w takim oświetleniu 

wyglądała najlepiej. Powinna zawsze prezentować się na tle jasnego światła. Gdyby...

Cios.
Poleciał do tyłu. Uderzył o drzewo, starając się osłonić Bonnie - mogłaby złamać kręgosłup. 

Oszołomiony opadł na ziemię.

Stefano stał nad nim.
-Ty... - wykrztusił Damon. Próbował zachować godność, ale krew cieknąca z rozciętych warg 

mu to utrudniała. - Niegrzeczny chłopcze.

-Zmusiła mnie. Dosłownie. Pomyślałem, że może umrzeć, jeśli nie wypiję trochę jej krwi. Jej 

background image

aura była tak silna. A teraz powiedz mi, co się stało z Bonnie...

-Więc piłeś jej krew, pomimo swoich szlacheckich zasad...
Cios.
Kolejne drzewo pachniało żywicą. Nigdy szczególnie nie zależało mi na bliskiej znajomości z 

drzewami, pomyślał Damon, spluwając krwią. Nawet jako kruk siadał na nich tylko, gdy było to 
konieczne.

Stefano   jakimś   sposobem   złapał   Bonnie,   zanim   upadła   na   ziemię.   Był   teraz   aż   tak   szybki. 

Niesamowicie szybki. Elena była nadnaturalnym zjawiskiem.

-Więc teraz możesz się przekonać, co sprawia krew Eleny. - Stefano w dodatku słyszał jego 

myśli.  Damon  nigdy nie unikał  walki,  ale teraz  niemal  słyszał,  jak Elena  szlocha  nad swoimi 
ludzkimi przyjaciółmi i poczuł się bardzo zmęczony. Bardzo stary i bardzo zmęczony.

Ale tak, rzeczywiście. Krew Eleny - która wciąż unosiła się w powietrzu, to rozprostowując nogi 

o ręce, to zwijając się w kłębek - była jak paliwo rakietowe w porównaniu z wodą z cukrem płynącą 
w żyłach innych dziewczyn.

Stefano chciał walczyć. Nawet nie próbował tego ukryć. Miałem rację, pomyślał Damon. Dla 

wampira   potrzeba   walki   jest   silniejsza   niż   cokolwiek   innego,   nawet   głód   czy,   jeżeli   chodzi   o 
Stefano - jak on to nazywał? - przyjaźń.

Damon myślał, jak ratować skórę. Nie miał wielu możliwości, bo Stefano przygniatał go do 

ziemi. Myśl. Język.

Skłonność do gry nie fair, której Stefano jakoś nie potrafił zrozumieć. Logika. Instynktowna 

zdolność trafiania w spojenie przeciwnika...

Hm...
-Meredith i... - Cholera, jak ten chłopak ma na imię? - jej eskorta już nie żyją, jak sądzę - 

powiedział niewinnie. - Możemy tu zostać i bić się, jeżeli tak chcesz to nazwać, biorąc pod uwagę, 
że nawet cię nie dotknąłem. Ale możemy też próbować ich ratować. Zastanawiam się, co ty na to.

Stefano uniósł się nad ziemią i odleciał do tyłu. Gdy stanął na własnych nogach, spojrzał po 

sobie w zdumieniu. Wyraźnie nie wiedział, co się z nim stało.

Damon natychmiast wykorzystał okazję, by powiedzieć, co miał do powiedzenia.
-To nie je ich skrzywdziłem. Spójrz na Bonnie - całe szczęście, znał jej imię - żaden wampir nie 

zrobiłby czegoś takiego. Sądzę - dorzucił, by zrobić większe wrażenie - że zaatakowały ich malaki 
za pomocą drzew.

-Malaki?   -   Stefano   szybkim   spojrzeniem   obrzucił   zakrwawioną   Bonnie.   -   Musimy   jak 

najszybciej umieścić ich w wannie z gorącą wodą. Weź Elenę...

Och, cudownie. Oddałbym wszystko, naprawdę wszystko...
-...i samochód. Zawieź Bonnie do pensjonatu. Obudź panią Flowers. Zrób, co tylko możesz dla 

Bonnie. Ja zajmę się Meredith i Mattem...

Właśnie! Matt. Gdyby tylko miał jakiś sposób, żeby to zapamiętać.
-Są blisko, tak? Stamtąd dobiegło pierwsze uderzenie twojej mocy.
-Uderzenie? Czemu nie nazwiesz tego - zgodnie z prawem - lekką bryzą?
A tymczasem, póki jeszcze pamiętał... M jak małe, A jak aroganckie, T jak tałatajstwo. I już. 

Problem w tym, że pasowało do nich wszystkich, a żadne z nich nie nazywało się MAT. Cholera, 
czy  tam   powinno   być   jeszcze   jedno   T   na  końcu?   Małe,   Aroganckie,   Trudne   -  do   -  usunięcia 
Tałatajstwo?

-Pytałem, czy są blisko?
Damon wrócił do teraźniejszości.
-Tak, ale samochód jest zniszczony. Nie pojedzie.
-Pociągnę go za sobą w powietrzu. - Stefano nie żartował, stwierdzał fakt.
-Jest w częściach.
-Poskładam   je.   Daj   spokój,   Damon.   Przepraszam,   że   cię   zaatakowałem.   Zupełnie   źle 

zinterpretowałem to, co się dzieje. Ale Matt i Meredith mogą umierać, i przy całej mojej i Eleny 
mocy możemy nie zdążyć ich ocalić. Podniosłem temperaturę ciała Bonnie o kilka stopni, ale nie 
odważę się zostać z nią tutaj i ogrzewać ją wystarczająco powoli. Proszę, Damonie. - Posadził 

background image

Bonnie na przednim siedzeniu porsche.

Mówił jak Stefano, jakiego Damon znał. Ale teraz jego brat miał nie niesłychaną moc. Dopóki 

jednak uważał się na za mysz, był myszą. Koniec, kropka.

Wcześniej Damon czuł się jak Wezuwiusz podczas erupcji. Teraz wydawało mu się, że stoi przy 

Wezuwiuszu, który zaraz wybuchnie. Na bogów! Naprawdę bał się Stefano.

Wziął się w garść.
-Pojadę. Do zobaczenia. Mam nadzieję, że ludzie jeszcze żyją.
Kiedy się rozchodzili, Stefano posłał wiadomość, w której wyrażał swoją dezaprobatę - tym 

razem nie było to uderzenie mocy jak wcześniej, gdy rzucił go o drzewo, ale dosadnie wyraził, co 
myśli o starszym bracie.

Damon   odpowiedział   w   podobny   sposób.   Nie   rozumiem,   wysłał   myśl,   co   jest   złego   w 

powiedzeniu,   że   mam   nadzieję,   że   jeszcze   żyją?   Byłem   w   sklepie   z   kartkami,   wiesz   -   nie 
wspomniał,   że   nie   chodziło   o   kartki,   tylko   o   kasjerkę   -   były   tam   działy:   „Mam   nadzieję,   że 
wydobrzejesz”   oraz   „Kondolencje”,   jak   rozumiem   na   wypadek,   gdy   ta   pierwsza   kartka   nie 
podziałała. Więc co jest złego w powiedzeniu „Mam nadzieję, że jeszcze nie umarli”?

Stefano   nie   zawracał   sobie   głowy   odpowiedzią.   Damon   i   tak   uśmiechnął   się   do   siebie, 

zawracając porsche i ruszając w stronę pensjonatu.

Spojrzał na Elenę frunącą nad samochodem. Unosiła się tuż na głową Bonnie, a raczej tym 

miejscem, gdzie głowa Bonnie powinna się znajdować - dziewczyna nie tylko była drobna, ale teraz 
ułożyła się w pozycji embriona.

-Witaj, księżniczko. Wyglądasz cudownie, jak zawsze.
To był chyba najgorszy tekst, jakim kiedykolwiek zdarzyło mu się zacząć rozmowę. Ale nie był 

sobą. Przemiana Stefano tak nim wstrząsnęła - stąd ten problem, pomyślał.

-Da... mon. - Głos Eleny był słaby i drżący... i przepiękny. Niemal ociekał słodyczą. Był też 

dużo   niższy,   tak   mu   się   wydawało,   niż   wcześniej.   Co   tylko   dodało   mu   uroku..   Wampirowi 
przywodził na myśl krew kapiącą ze świeżo otwartej żyły.

-Tak, aniele. Czy nazywałem cię kiedykolwiek wcześniej aniołem? Jeżeli nie, to tylko przez 

przeoczenie.

Kiedy to powiedział, uświadomił sobie, że to była kolejna nowa i wstrząsająca cecha jej głosu: 

czystość. Tak czyste mogą być tylko głosy serafinów. To powinno go zniesmaczyć, ale zamiast 
tego przypomniało mu jedynie, że Elenę trzeba traktować poważnie. Zawsze.

Traktowałbym cię, jak tylko byś chciała, poważnie czy nie. Pomyślał, gdybyś tylko nie była tak 

zakochana w moim braciszku.

Zwróciły się ku niemy dwa szafiry: oczy Eleny. Usłyszała jego myśli.
Pierwszy raz w życiu Damon był otoczony przez istoty przez istoty potężniejsze od niego. A dla 

wampira   moc   była   wszystkim:   bogactwem,   pozycją   społeczną,   wygodą,   seksem,   pieniędzmi, 
powodzeniem.

To było dziwne uczucie. Nie całkiem nieprzyjemne, jeżeli chodzi o Elenę. Lubił silne kobiety. 

Od stuleciu szukał jakiejś dostatecznie silnej.

Ale   jej   spojrzenie   przypomniało   mu   o   sytuacji,   w   jakiej   się   znajdowali.   Zaparkował   pod 

pensjonatem. Złapał Bonnie i pofrunął w kierunku pokoju Stefano. W łazience Stefano była wanna.

Napełnił   wannę   wodą,   która   była   cieplejsza   o   kilka   stopni   od   temperatury   ciała   Bonnie. 

Próbował wyjaśnić Elenie, co robić, ale nie wydawało się, by była tym zainteresowana. Latała tam i 
z powrotem po pokoju jak ptak zamknięty w klatce.

Co za dylemat. Poprosić Elenę, żeby rozebrała i wykąpała Bonnie, ryzykując, że ją utopi? Czy 

poprosić ją, żeby to zrobiła i obserwować obie, ale nie dotykać - chyba że będzie grozić katastrofa? 
Poza tym ktoś musiał poprosić panią Flowers o gorące napoje. Napisać wiadomość i posłać Elenę? 
Za chwilę może u być więcej umierających ludzi.

Gdy zauważył wzrok Eleny, wszystkie skrupuły zniknęły. Wysłał jej myśl.
Pomóż jej. Proszę!
Wrócił do łazienki, położył Bonnie na podłodze i wyłuskał ją z ubrania jak krewetkę ze skorupy. 

Zdjął sweter i bluzkę, Potem stanik - miseczka A, zauważył z żalem, odkładając go i starając się nie 

background image

patrzeć na Bonnie. Ale zauważył, że na całym ciele miała ślady ukłuć.

Rozpiął dżinsy i musiał się trochę nagimnastykować, żeby ściągnąć jej buty, skarpetki i spodnie.
Bonnie   została   tylko   w   różowych   jedwabnych   majtkach.   Podniósł   ją   i   ułożył   w   wannie. 

Wampirom wanny kojarzyły się krwią dziewic, ale tylko najbardziej szalone z nich tego próbowały.

Woda natychmiast zabarwiła się na czerwono. Zostawił kran odkręcony, by napuścić więcej 

wody. Zastanawiał się, co zrobić. Drzewa wpompowały coś do żył Bonnie przez igły. Cokolwiek to 
było, zabijało dziewczynę. Więc trzeba to z niej wyciągnąć. Rozsądnie byłoby wyssać to jak jad 
węża, ale wolałby się najpierw upewnić, że Elena nie roztrzaska mu czaszki, gdy zobaczy,  że 
metodycznie ssie rany na całym ciele Bonnie.

Trzeba będzie to rozwiązać jakoś inaczej. Czerwona woda nie ukrywała nagości dziewczyny, ale 

widać było tylko zarys jej ciała. Damon oparł Donnie o brzeg wanny i zaczął metodycznie wyciskać 
i masować rany na ramieniu.

Przekonał się, że dobrze rozumował, gdy poczuł zapach żywicy. Substancja wypływająca z ran 

była tak gęsta i lepka, że nie zdążyła jeszcze rozpuścić się w krwiobiegu. Dzięki jego zabiegom 
trucizna wypływała teraz z ran. Ale czy to wystarczy, by dziewczyna nie umarła?

Ostrożnie, obserwując drzwi i wyczulając zmysły na najdrobniejszy ruch w pokoju, podniósł 

rękę Bonnie do ust, jakby zamierzał ją ucałować. Zamiast tego jednak, powstrzymując z pewnym 
trudem ochotę by ugryźć, zaczął ssać ranę na jej nadgarstku.

Prawie natychmiast splunął. Usta miał pełne żywicy. Wyciskanie z pewnością nie wystarczy. 

Ssanie również, choćby nawet zebrał tuzin wampirów, które obsiadłyby Bonnie jak pijawki.

Przykucnął   o   spojrzał   na   umierającą   dziewczynę,   którą   przysiągł   uratować.   Dopiero   teraz 

uświadomił sobie, że cały jest przemoczony. Ściągnął kurtkę.

Co mógł  zrobić?  Bonnie  potrzebowała  lekarstwa,  ale  nie miał  bladego  pojęcia  jakiego.  Nie 

wiedział, do jakiej wiedźmy się zwrócić. Czy pani Flowers posiada tajemną wiedzę? Czy to tylko 
zrzędliwa starsza kobieta? Czy jest jakieś uniwersalne lekarstwo dla ludzi, jak krew dla wampirów?

Mógłby zawieźć Bonnie do szpitala i pozwolić, żeby lekarze spróbowali ja odtruć. Ale została 

zatruta przez przybyszy z Tamtej Strony, z mroczniejszych miejsc, o których ludzcy lekarze nie 
mają pojęcia.

Odruchowo wycierał ręcznikiem dłonie i ramiona. Przyszło mu do głowy, że Bonnie należy się 

jednak odrobina prywatności.

Podniósł nieco temperaturę wody, ale to nic nie zmieniło. Bonnie sztywniała coraz bardziej. 

Umierała. Co za szkoda, taka młoda, do tego jeszcze dziewica - jako wampir, wiedział to.

Otruto ją na jego oczach. Pułapka, atak, stado działające z niezwykłą koordynacją - te istoty 

zabijały ją, gdy on siedział i patrzył. Wręcz im kibicował.

Wezbrał się w nim gniew. Zacisnął pięści, gdy pomyślał o zuchwalstwie malaka, polującego na 

jego ludzi tuż pod jego nosem. Nie zastanawiał się nad tym, kiedy ta trójka stała się „jego” ludźmi - 
widocznie uznał, że byli ostatnio tak blisko, że to go niego należało decydowanie o ich losie, o tym, 
czy będą żyć, czy nie, czy może ich przemieni. W jego oczach zabłysły iskry wściekłości, gdy 
zrozumiał,   że   malak   manipulował   jego   myślami,   skłaniając   go   do   snucia   refleksji   o   śmierci, 
podczas   gdy   śmierć   była   zadawana   pod   jego   nosem.   Teraz   iskra   gniewu   wybuchła   wielkim 
płomieniem. To było nie do zniesienia...

...zadano śmierć Bonnie...
Bonnie, która nie skrzywdziłaby muchy. Bonnie, która przypominała dokazującego kociaka. Z 

włosami koloru, który nazywał się coś tam truskawkowe, ale który wyglądał jak żywy płomień. Z 
bladą, niemal przezroczystą cerą, z delikatnymi fioletowymi fiordami i rzekami żył na szyi i po 
wewnętrznej   stronie   ramion.   Bonnie,   która   ostatnio   spoglądała   na   niego   z   ukosa   swoimi 
dziecięcymi oczami, wielkimi i brązowymi, spod rzęs jak gwiazdy...

Damona bolały szczęki i kły. Czuł, jakby jego usta płonęły od trującej żywicy. Ale nie zwracał 

na to uwagi, bo zaprzątała go tylko jedna myśl.

Bonnie prosiła go o pomoc przez prawie pół godziny, zanim się poddała.
Trzeba to było przyznać. Trzeba to było rozważyć. Bonnie wzywała Stefano, który był zbyt 

daleko i zbyt zajęty swoim aniołkiem, ale wzywała też Damona, błagając o jego pomoc.

background image

A on zignorował jej błagania. U jego stóp trzech przyjaciół  Eleny umierało, a on tylko  się 

przyglądał. Nie wzruszyły go rozpaczliwe próby Bonnie.

Zwykle takie wydarzenia skłoniłyby go co najwyżej do wyjechania do innego miasta. Ale wciąż 

tu był i doświadczał gorzkich konsekwencji swojego postępowania.

Zamknął oczy, próbując odciąć się od obezwładniającego zapachu krwi i ... jeszcze jakiegoś 

zapachu.

Rozejrzał się zdziwiony. Czuł stęchliznę, ale łazienka lśniła czystością. A jednak czuł wyraźnie 

zapach czegoś, o stęchło.

W końcu sobie przypomniał.

background image

ROZDZIAŁ 12

Ciasne pomieszczenie z malutkimi oknami. Regały wypełnione książkami. Starymi książkami o 

charakterystycznym zapachu stęchlizny. Był w Belgii jakieś pięćdziesiąt lat temu. Zaskoczyło go, 
że istnieje jeszcze taka książka po angielsku. Ale stała tam. Zniszczona okładka, z której nie dało 
się odczytać tytułu książki ani nazwiska autora. Brakowało kilku stron. Był to zbiór zaklęć na różne 
okoliczności - zakazana wiedza tajemna.

Damon przypomniał sobie jedno z zaklęć: „Krwi wampirzej ili samfirzej jecno użyć przeciw 

wszelakiej   słabości   ciała   zadanej   przez   te,   co   zabawiają   się   w   lesiech   we   wzejściu”.   Malak   z 
pewnością zabawiał się w lesie i był właśnie miesiąc wzejścia, czyli - w dawnej mowie - letniego 
przesilenia. Damon wiedział już, co może pomóc Bonnie. Wciąż przytrzymując głowę dziewczyny 
ponad   powierzchnią   ciepłej   czerwonawej   wody,   rozpiął   koszulę.   W   pochwie   przytroczonej   do 
paska miał drewniany nóż. Wyciągnął go i jednym szybkim ruchem zaciął się u nasady szyi.

Pociekło   sporo   krwi.   Teraz   musiał   coś   wymyślić,   żeby   Bonnie   ją   wypiła.   Schował   nóż   do 

pochwy, podniósł dziewczynę i usiłował przystawić szyję do jej warg.

Szybko doszedł do wniosku, że to kiepski pomysł. Znowu się wychłodzi, poza tym i tak nie 

przełknie krwi. Ułożył Bonnie z powrotem w wannie i pomyślał chwilę. Po czym wyciągnął nóż i 
zaciął się jeszcze raz, tym razem na nadgarstku. Rozciął żyłę wzdłuż, tak że krew popłynęła szeroką 
strużką. Drugą ręką uniósł głowę Bonnie i do jej ust przyłożył rozcięty nadgarstek. Krew wyglądała 
pięknie, spływając do lekko rozchylonych warg. Co jakiś czas dziewczyna przełykała. Tliła się 
jeszcze w niej iskierka życia.

To  jak karmienie  pisklęcia,  pomyślał,  niezwykle  zadowolony ze swojej  doskonałej  pamięci, 

pomysłowości i w ogóle z siebie. Uśmiechnął się szeroko.

Oby tylko podziałało.
Usiadł wygodniej na brzegu wanny i odkręcił kurek z ciepłą wodą, cały czas trzymając Bonnie i 

karmiąc ją. Bawiła go ta sytuacja. Oto wampir nie żywi się człowiekiem, ale oddaje mu własną 
krew, żeby ocalić go przed śmiercią.

Więcej nawet. Damon zachowywał się bardzo taktownie i przyzwoicie. Musiał Bonnie rozebrać, 

ale przykrył ją ręcznikiem i nie wykorzystał tego, że była zupełnie bezbronna. Ku jego zdumieniu 
przestrzeganie konwenansów okazało się bardzo podniecające. Nigdy wcześniej nie zawracał sobie 
głowy dobrymi manierami.

Może dlatego Stefano tak bardzo kręcili ludzie. Chociaż nie, Stefano miał Elenę, która była 

człowiekiem, wampirem, duchem, a teraz w końcu aniołem, o ile anioły istnieją. Sama w sobie 
dostarczała dość dużo atrakcji. Damon nie myślał o niej już od kilku minut. To mógł być rekord.

Chyba powinien zawołać Elenę, wyjaśnić, dlaczego rozebrał Bonnie i poił ją własną krwią, żeby 

nie zmiażdżyła mu czaszki, gdy pojawi się w łazience i zastanie Damona w dwuznacznej sytuacji.

Nie  zdążył  tego zrobić,  bo nagle  drzwi do łazienki  zostały otwarte  kopniakiem  przez  Małe 

Aroganckie Tałatajstwo...

Matt miał ponurą minę. Podniósł z podłogi różowy stanik Bonnie. Oblał się szkarłatem, rzucił 

stanik, jakby go parzył. W tej chwili do łazienki wszedł Stefano. Matt wziął stanik i podetknął go 
pod oczy Stefano. Damon obserwował tę scenę rozbawiony.

- Jak go zabić, Stefano? Wystarczy kołek? Czy możesz go potrzymać... krew! On karmi  ją 

krwią!   -   Matt   przerwał.   Jego   mina   wskazywała,   że   zaraz   rzuci   się   na   Damona.   Zły   pomysł, 
stwierdził w duchu Damon.

Matt   wbił   w   niego   wzrok.   Stawiamy   czoła   potworowi,   pomyślał   Damon,   jeszcze   bardziej 

ubawiony.

- Puść... ją... - wycedził chłopak, co przypuszczalnie miało brzmieć jak groźba, ale zabrzmiało, 

jakby sądził, że Damon jest psychicznie upośledzony.

Mały Umie Tylko Trajkotać, zaśmiał się w myślach Damon. Ale to dawało...
- Mutt - powiedział kręcąc głową.
-   Mutt?   Nazywasz...?   Boże,   Stefano,   pomóż   mi   go   zabić!   On   zabił   Bonnie!   -   Potok   słów 

wyrzucił z siebie na jednym oddechu. Damonowi coraz bardziej podobał się mnemotechniczny 
zabieg.

background image

Stefano starał się ratować sytuację. Chwycił Matta za ramiona i obrócił go w stronę drzwi.
- Idź do Eleny i Meredith - powiedział tonem, który nie zostawiał miejsca na sprzeciw, po czym 

zwrócił się do swojego brata. - Nie piłeś jej krwi. - To nie było pytanie.

-   Żłopać   truciznę?   Nie   jestem   idiotą,   braciszku.   Kąciki   ust   Stefano   zadrżały.   Nic   nie 

odpowiedział.

Damon przestał żartować.
- Mówię prawdę.
- Czy to będzie twoje nowe hobby?
Powinien zostawić Bonnie i wyjść. To byłoby najlepsze wyjście z tej sytuacji, ale...
Ale. To było jego pisklę. Wypiła tyle krwi, że jeszcze trochę i zostałaby przemieniona. A jeżeli 

taka ilość jeszcze nie wystarczyła, żeby ją wyleczyć, to znaczy, że to nie było właściwe lekarstwo. 
Poza tym Pan Cudotwórca przyszedł.

Zatamował krwawienie z nadgarstka i zaczął mówić...
Drzwi znowu otworzyły się gwałtownie.
Tym razem stanęła w nich Meredith. Trzymała w rękach stanik Bonnie. Stefano i Damon skulili 

się.   Meredith,   pomyślał   Damon,   to   przerażająca   osoba.   Przyjrzała   się,   czego   nie   zrobił   Matt, 
rzeczom rozrzuconym na podłodze.

- Co z nią? - zapytała Stefano, czego Matt również nie zrobił.
-  Będzie  dobrze   -  odpowiedział.  Damona   zaskoczyło,   że  poczuł...  nie   ulgę,  oczywiście,  ale 

satysfakcję z dobrze wykonanej pracy. Poza tym dzięki temu mógł uniknąć śmierci z rąk Stefano.

Meredith odetchnęła głęboko i zmrużyła swoje wzbudzające strach oczy. Jej twarz pojaśniała. 

Być może się modliła. Damon nie robił tego od stuleci. Zresztą żadna jego modlitwa nigdy nie 
została wysłuchana.

Meredith otworzyła oczy.
- Jeżeli dolna część bielizny Bonnie - powiedziała powoli i z naciskiem - nie jest wciąż na niej, 

ktoś tu będzie miał kłopoty.

Stefano wyglądał na skołowanego. Jak może nie rozumieć problemu brakującej części bielizny? 

- zastanawiał się Damon. Jak można  być  takim... takim nierozgarniętym  głupkiem?  Czy Elena 
nigdy   nie   nosiła   bielizny?   Damon   znieruchomiał   pochłonięty   wizją   Eleny.   W   końcu   znalazł 
odpowiedź dla Meredith.

- Sprawdź sama - zaproponował, cnotliwie odwracając wzrok. Meredith podeszła do wanny, 

zanurzyła rękę w ciepłej, czerwonej wodzie i odsunęła ręcznik. Usłyszał, jak z ulgą wypuszcza 
powietrze.

Kiedy obrócił się do niej, w jej oczach znów pojawiła się groźba.
- Masz krew na wargach - wycedziła.
Damon był zaskoczony. Czyżby z przyzwyczajenia pożywił się krwią Bonnie i zapomniał? Na 

ratunek przyszedł mu Stefano.

- Próbowałeś wyssać truciznę, prawda? - Stefano rzucił mu ręcznik. Damon wytarł usta. Na 

ręczniku został krwawy ślad. Nic dziwnego, że wargi tak go piekły. Trucizna była naprawdę silna, 
nawet jeżeli na wampiry nie działała tak mocno jak na ludzi.

- Masz też krew na szyi - ciągnęła Meredith.
- Nietrafiony pomysł - wyjaśnił, wzruszając ramionami.
- Więc rozciąłeś nadgarstek. Głęboko.
- Głęboko dla człowieka. Czy konferencja prasowa już się skończyła?
Meredith   odpuściła.   Uśmiechnął   się   do   siebie.   Hurra!   Tak!   Meredith   zbita   z   tropu!   Znał 

spojrzenie tych, którzy musieli ustąpić przed jego inteligencją.

- Co można zrobić, żeby wargi Damona przestały krwawić? Może dać mu coś do picia?
Stefano   wyglądał   na   oszołomionego.   Jego   problem   -   cóż,   jeden   z   wielu   jego   problemów   - 

polegał na tym, że uważał picie ludzkiej krwi za grzech. A nawet mówienie o tym.

Może to sprawiało mu przyjemność. Ludzi najbardziej kręci to, co uważają za grzeszne. Nawet 

wampiry tak mają. Damon zadumał się. Czy da się wrócić do czasu, kiedy cokolwiek mogło mu się 
wydawać grzeszne? Zdecydowanie brakowało mu podniet.

background image

Damon zaryzykował odpowiedź na pytanie, jak można mu pomóc.
- Napiłbym się ciebie, kochanie... ciebie, kochanie.
- O jedno kochanie za dużo - odparowała Meredith i zanim zdążył zrozumieć, że chodzi jej tylko 

o   kwestię   językową,   a   nie   o   jego   życie   osobiste,   wyszła   z   łazienki.   Zabierając   ze   sobą   rzecz 
wzbudzającą tyle emocji - różowy stanik.

Stefano starał się nie patrzeć na Bonnie. Tak wiele tracisz, matole, pomyślał Damon. Tego słowa 

szukał wcześniej. Matoł.

- Wiele dla niej zrobiłeś - stwierdził Stefano. Starał się także unikać wzroku Damona, gapił się 

więc na ścianę.

- Groziłeś, że się ze mną policzysz, jeżeli tego nie zrobię. Nie lubię, jak ktoś mnie bije - posłał 

bratu promienny uśmiech.

- Zrobiłeś więcej, niż musiałeś.
- Przy tobie, braciszku, nigdy nie wiadomo, jakie jest to minimum, które musisz. Powiedz, jak 

wygląda nieskończoność?

Stefano westchnął.
- Przynajmniej nie należysz  do tych łobuzów, którzy są odważni tylko wtedy, gdy mają do 

czynienia ze słabszymi.

- Proponujesz, żebyśmy wyszli na zewnątrz, jak to się mówi?
- Nie, dziękuję ci za uratowanie życia Bonnie.
-  Nie   sądziłem,   że  mam  wybór.  Jakim   sposobem,   skoro  o  tym   mowa,  Meredith   i...  i...   ten 

chłopak wyszli z tego cało?

- Elena ich pocałowała. Nie zauważyłeś, że zniknęła? Gdy ich przywiozłem, ona sfrunęła na dół, 

tchnęła powietrze w ich usta i w ten sposób ich uleczyła. Z tego co widzę, na powrót staje się 
człowiekiem.

- Przynajmniej mówi. Niewiele, ale jednak. - Damon przypomniał sobie, jak jechał porsche, ze 

spuszczonym   dachem   i   Eleną   unoszącą   się   jak   balon   nad   samochodem.   -   Ta   mała   ruda   nie 
powiedziała ani słowa - dodał zrzędliwie. -Zresztą co za różnica.

- Dlaczego, Damonie? Dlaczego nie chcesz przyznać, że troszczysz się o nią, przynajmniej na 

tyle, żeby nie pozwolić jej umrzeć, i to szanując jej prywatność i nie pijąc jej krwi? Wiedziałeś, że 
utrata krwi zabiłaby ją...

- To był eksperyment. - wyjaśnił Damon rzeczowo. I już się skończył. Bonnie się obudzi albo 

będzie spała, umrze albo przeżyje, pod opieką Stefano, nie jego. Był przemoczony i nie czuł się 
dobrze w obecności brata i jego przyjaciół. Był już głodny. Piekły go wargi. - Ty się teraz nią 
zajmuj. Ja znikam. Ty i Elena, i... Mutt możecie skończyć...

- On ma na imię Matt. To naprawdę nie tak trudno zapamiętać.
- Przecież  nie możesz  się interesować  tym  chłopakiem.  W okolicy jest zbyt  wiele  cudnych 

dziewcząt, żeby kwalifikował się na cokolwiek innego niż zapas na czarną godzinę.

Stefano uderzył pięścią w ścianę, krusząc tynk.
- Do diabła, Damon, ludzie to nie przekąski.
- Wszystko, o co ich proszę, to to, żeby nimi byli.
- Ty nie prosisz. W tym problem.
-   To   był   eufemizm.   To   wszystko,   czego   od   nich   chcę,   w   takim   razie.   Wszystko,   co   mnie 

interesuje. Nie próbuj mnie przekonać, że warto zwracać uwagę na coś więcej. Nie ma sensu.

Pięść Stefano wystrzeliła do przodu. Damon nie mógł upuścić Bonnie, by się uchylić. Była 

nieprzytomna, mogłaby zachłysnąć się wodą.

Posłużył się więc mocą jak tarczą. Uznał, że może przyjąć cios - nawet od Nowego Silniejszego 

Stefano - nie puszczając dziewczyny, nawet gdyby Stefano miał mu wybić zęby.

Pięść Stefano zatrzymała się o milimetry od jego twarzy.
Braci spojrzeli sobie w oczy.
- Czy teraz to przyznasz?
- Co? - Damon był zdziwiony.
- Ze na czymś ci zależy. Wystarczająco mocno, żeby raczej oberwać, niż puścić Bonnie.

background image

Damon spojrzał na dziewczynę w wannie, po czym się roześmiał. Nie mógł przestać.
- I ty pomyślałeś, że ja... że ja martwię się o tę małą...
- Więc dlaczego wysysałeś truciznę z jej żył i oddałeś jej swoją krew? - zapytał Stefano.
- Kaprys. Mówiłem ci. Po prostu kap... - Damon ześlizgnął się z brzegu wanny.
Głowa Bonnie zanurzyła się pod wodę.
Obaj rzucili się na ratunek. Zderzyli się głowami.
Damon  już się nie śmiał.  Walczył  jak lew, żeby wyciągnąć  dziewczynę  z wody.  Tak samo 

Stefano. Ale było dokładnie tak, jak Damon wyobrażał sobie godzinę temu - żaden z nich nawet nie 
pomyślał o współpracy. Każdy chciał to zrobić sam i przeszkadzał drugiemu.

- Zejdź mi z drogi, brachu - warknął Damon rozwścieczony.
- Nie zależy ci na niej. To ty zejdź mi z drogi.
Nagle w wannie jakby wybuchł  gejzer. Bonnie podniosła się z głośnym  pluskiem. Wypluła 

wodę.

- Co się dzieje?
Patrząc   na   swoje   przerażone   pisklę,   które   instynktownie   zacisnęło   dłonie   na   ręczniku,   z 

ognistymi włosami ociekającymi wodą i mrugające wielkimi brązowymi oczami, Damon poczuł... 
ulgę. Stefano wybiegł do pokoju przekazać przyjaciołom dobre wiadomości. Zostali sami. Damon i 
Bonnie.

- Smakuje obrzydliwie - skrzywiła się dziewczyna, wciąż plując wodą.
- Wiem - powiedział Damon, wpatrując się w nią.
- Aleja żyję! - zawołała Bonnie. Jej twarz rozjaśniła się radością. Damona rozpierała duma. On i 

tylko on zatrzymał ją na progu śmierci i uratował. Uleczył jej zatrute ciało. To jego krew pokonała 
truciznę, jego krew...

Damon miał wrażenie, że grobowiec, w którym była uwięziona jego dusza, zaczął pękać.
Chciało   mu   się   śpiewać.   Mocno   objął   Bonnie.   To   już   kobieta,   nie   dziecko,   pomyślał 

oszołomiony.   Obejmował   ją  tak   mocno,   jakby  od   tego   zależało   z   kolei   jego   życie   albo   jakby 
znajdowali się na środku rozszalałego oceanu i puszczenie jej miałoby oznaczać jej ostateczną i 
nieodwołalną utratę.

Zaraz miała nastąpić wybuch i Damon miał zostać uwolniony z grobowca. Był pijany dumą i... 

radością...

Bonnie odepchnęła go.
Wyraz jej twarzy zmienił się gwałtownie. Teraz jej mina zdradzała tylko strach i rozpacz. I 

odrazę.

- Pomocy! Proszę, pomocy! - Brązowe oczy stały się jeszcze większe.
W  drzwiach  tłoczyli  się Meredith,  Stefano  i Matt.  Patrzyli  na przerażoną  Bonnie  kurczowo 

trzymającą ręcznik, próbującą się nim okryć, Damon klęczał przy wannie, z twarzą pozbawioną 
jakiegokolwiek wyrazu.

- On słyszał, jak wołałam o pomoc,  czułam, że słyszy,  ale tylko  patrzył.  Stał i patrzył,  jak 

umieramy.   Chce,   żeby   wszyscy   ludzie   umarli,   żeby   nasza   krew   spływała   po   jakichś   białych 
schodach. Proszę, zabierzcie go ode mnie!

Proszę. Mała  wiedźma  jest dużo  bardziej  utalentowana,  niż podejrzewał.  To nie  jest trudne 

zauważyć, że ktoś odbiera twój przekaz, ale rozpoznać kto, wymagało nie lada talentu. W dodatku 
ewidentnie potrafiła usłyszeć echo niektórych z jego myśli. Zdolne to jego pisklę... nie, nie jego, nie 
kiedy patrzy na niego wzrokiem tak pełnym nienawiści.

Zapadła cisza. Damon mógł zaprzeczyć, ale po co? Stefano i tak domyśliłby się prawdy. Bonnie 

pewnie też.

Meredith podbiegła do wanny, chwytając jeszcze jeden ręcznik. Miała w ręku kubek z jakimś 

ciepłym napojem -kakao, sądząc po zapachu. Był dość gorący, by stanowić skuteczną broń. Damon 
nie uskoczyłby przed chluśnięciem, przynajmniej będąc tak zmęczony.

- Proszę - powiedziała do Bonnie. -Jesteś bezpieczna. Stefano tu jest. Ja tu jestem. Matt tu jest. 

Proszę, weź ręcznik, owinę cię nim.

Stefano, milcząc, wpatrywał się w brata.

background image

- Wynocha - powiedział w końcu.
Wyrzucony jak pies. Damon rozejrzał się za swoją kurtką, podniósł ją, żałując, że z poczuciem 

humoru nie poszło mu równie dobrze. Twarze wokół niego wyglądały wszystkie tak samo -jak 
wykute z kamienia.

Ale   nie   był   to   kamień   tak   twardy   jak   ten,   który   znów   przygniótł   jego   duszę.   Łatwo   było 

naprawić pęknięcia. Na starej warstwie położono nową - w taki sposób powstają perły, ale tu nie 
miało się pojawić nic równie pięknego.

Ludzie coś mówili, ale Damon nie rozróżniał słów. Wyczuwał zbyt dużo krwi. Każdy miał jakieś 

rany. Otaczał go ich zapach, zapach zwierzyny. Kręciło mu się w głowie. Musiał się wydostać 
stamtąd   jak   najszybciej,   zanim   rzuci   się   na   pierwszą   ofiarę   z   brzegu.   Było   mu   gorąco...   był 
spragniony.

Bardzo, bardzo spragniony. Zużył mnóstwo energii od ostatniego posiłku, a teraz był otoczony 

przez zwierzynę. Otoczony. Jak ma się powstrzymać przed rzuceniem się na jedno z nich? Czy ktoś 
naprawdę zdołałby go powstrzymać?

Za drzwiami czekała Elena. Zobaczyć odrazę na jej twarzy - to będzie bolesne, pomyślał.
Ale nie dało się tego uniknąć. Kiedy wychodził z łazienki, Elena unosiła się w powietrzu wprost 

przed nim. Jego wzrok mimowolnie skierował się na to, czego nie chciał widzieć: jej twarz.

Jednak nie malowało się na niej obrzydzenie. Elena wyglądała na zmartwioną.
Odezwała się nawet do niego, tą dziwną mową,  która nie była  całkiem jak telepatia, ale w 

niewytłumaczalny sposób pozwalała jej dotrzeć zarówno do jego uszu, jak i bezpośrednio do jego 
myśli.

Damon.
Powiedz o malaku. Proszę.
Damon uniósł brwi zaskoczony. Opowiedzieć o sobie temu stadu ludzi? Czy ona z niego drwi?
Poza tym malak niczego tak naprawdę nie zrobił. Rozproszył go na chwilę, to wszystko. Nie ma 

sensu go winić, skoro jedyne, co sprawił, to wyostrzenie myśli Damona. Zastanawiał się, czy Elena 
wiedziała, o czym Damon marzy.

Damon.
Widzę to. Wszystko. Ale proszę...
No, cóż, może duchy przywykły do widzenia wszystkich mrocznych myśli.
Elena nie odpowiedziała na to w żaden sposób, został więc sam w ciemności.
W ciemności. Do tego był przyzwyczajony, stamtąd pochodził. Każdy pójdzie teraz w swoją 

stronę, ludzie do swoich ciepłych, przytulnych domów, a on do ciemnego lasu. Elena zostanie ze 
Stefano, oczywiście.

Oczywiście.
- W tych okolicznościach nie powiem „Do zobaczenia” - powiedział, uśmiechając się do Eleny, 

która odpowiedziała smutnym spojrzeniem. - Powiem po prostu „żegnaj” i niech to wystarczy.

Nikt nie odpowiedział.
- Damon. - Elena zaczęła płakać. Proszę. Proszę.
Damon odszedł w mrok.
Proszę...
Szedł dalej, pocierając kark.

background image

ROZDZIAŁ 13

Było już późno, ale Elena nie mogła zasnąć. Powiedziała, że nie chce być zamknięta w wysokim 

pokoju. Stefano obawiał się, że chciała wyjść i tropić malaki, które zaatakowały samochód. Ale nie 
sądził, żeby potrafiła kłamać, nie teraz. Ciągle uderzała w okno, twierdząc, że potrzebuje trochę 
powietrza. Nocnego, świeżego powietrza.

- Musimy cię w coś ubrać.
Ale Elena była uparta. Jest noc... a to jest moja nocna koszula, powiedziała. Nie podobała ci się 

moja dzienna koszula. Znowu uderzyła w okno. Jej „dzienna koszula” to zwykła niebieska koszula, 
która spięta paskiem tworzyła rodzaj krótkiej sukienki, sięgającej do połowy ud.

To, czego teraz się domagała, tak bardzo zgadzało się z jego własnym pragnieniem, że aż czuł 

się winny. Ale w końcu dał się przekonać.

Lecieli   razem,   trzymając   się   za   ręce.   Elena   wyglądała   jak   duch   albo   anioł   w   swojej   białej 

koszuli. Stefano, cały w czerni, niemal znikał na tle drzew przykrywających księżyc. Dolecieli aż 
do Starego Lasu, gdzie szkielety uschłych drzew mieszały się z żywymi gałęziami. Stefano wytężył 
swoje   wzmocnione   zmysły   do   granic   możliwości,   ale   nie   potrafił   namierzyć   niczego   poza 
zwykłymi  mieszkańcami lasu, którzy powoli i z wahaniem wracali, po tym  gdy wypłoszył  ich 
wybuch mocy Damona. Jeże. Jelenie. Lisy, w tym jedna wystraszona lisica z dwojgiem młodych, z 
powodu których nie mogła uciec. Ptaki. Wszystkie te zwierzęta, które sprawiały, że las był tak 
wspaniałym miejscem.

Nic, co przypominałoby malaka albo coś równie groźnego.
Zaczął się zastanawiać, czy Damon po prostu nie zmyślił istoty, która nim manipulowała. Był w 

końcu niezwykle przekonującym kłamcą.

Mówił prawdę, wtrąciła się w jego myśli Elena. Ale to albo jest niewidzialne, albo już odeszło. Z 

twojego powodu. Z powodu twojej mocy.

Elena patrzyła na niego z mieszaniną dumy i jakiegoś innego, trudnego do zidentyfikowania, ale 

wyraźnie zauważalnego, uczucia.

Uniosła twarz. Światło księżyca podkreśliło jej klasyczne rysy.
Rumieniec zaróżowił jej policzki. Wydęła lekko wargi.
Och... do licha, pomyślał Stefano.
- Po wszystkim,  co przeszłaś - zaczął i zrobił pierwszy błąd: objął ją. Jakiś rodzaj synergii 

pomiędzy jego mocą a jej zaczął unosić ich spiralnym ruchem w górę.

Poczuł   jej   ciepło.   Słodką   miękkość   jej   ciała.   Wciąż   czekała,   z   zamkniętymi   oczami,   na 

pocałunek.

Możemy zacząć jeszcze raz, zaproponowała z nadzieją.
To była prawda. Chciał odpowiedzieć jakoś na uczucia, którymi obdarzyła go wcześniej. Chciał 

objąć ją jeszcze mocniej. Chciał ją całować. Chciał, by omdlewała z rozkoszy w jego ramionach.

I mógł to zrobić. Nie tylko dlatego, że będąc wampirem, nauczył się paru rzeczy o kobietach, ale 

dlatego, że znał Elenę. Ich serca, ich dusze były jednością.

Proszę?
Ale była teraz taka młoda, tak bezbronna w białej koszuli, z rumieńcami na policzkach. Nie 

mógł jej wykorzystywać.

Otworzyła oczy i spojrzała wprost na niego.
Czy chcesz... Powiedziała poważnym tonem, ale z przekorą w oczach... sprawdzić, jak wiele 

razy możesz mnie zmusić, żebym powiedziała proszę?

Boże, nie. Mówiła jak dorosła, świadoma swojej urody kobieta. Stefano poddał się i objął ją 

mocniej.   Pocałował   jej   jedwabiste   włosy.   Całował   całą   jej   twarz.   Kocham   cię,   kocham   cię. 
Zorientował  się, że niemal  miażdży jej żebra, próbował więc ją puścić, ale Elena trzymała  go 
równie mocno.

Czy   chcesz   -   zapytała   niewinnie   -   sprawdzić,   jak   wiele   razy   ja   mogę   cię   zmusić,   żebyś 

powiedział „proszę”?

Stefano patrzył na nią przez chwilę w milczeniu. W końcu nie wytrzymał, wpił się niemal w jej 

usta i zaczął całować je zachłannie. Nie przestawał, dopóki nie zakręciło mu się w głowie. Dopiero 

background image

wtedy ją puścił, nie pozwalając jednak, by odsunęła się na więcej niż centymetr, dwa.

Znów spojrzał w jej oczy. Każdy mógłby się w nich zatracić, utonąć w ich głębi. Stefano chciał 

się w nich zatracić. Ale jeszcze bardziej chciał czegoś innego.

- Chcę cię całować -wyszeptał jej do ucha. Tak. Nie miała co do tego wątpliwości.
- Aż zemdlejesz w moich ramionach.
Poczuł dreszcz przebiegający przez jej ciało. Zobaczył, jak jej oczy zachodzą mgłą. Ku swojemu 

zaskoczeniu otrzymał jednak odpowiedź.

- Tak - odpowiedziała Elena, bez wahania... i na głos. Tak też zrobił.
Całował ją, a ona drżała spazmatycznie. A potem, ponieważ już nadszedł czas, paznokciem 

rozciął żyłę na swojej szyi.

Elena, która będąc człowiekiem, byłaby przerażona na myśl o piciu krwi innej osoby, przywarła 

ustami do otwartej rany z cichym jękiem radości. Poczuł jej ciepłe wargi. Jego ukochana piła jego 
krew. Chciałby oddać jej całą duszę, całego siebie. Wiedział, że ona czuła to samo, gdy ofiarowała 
mu swoją krew. To była więź, która ich łączyła.

Czuł się, jakby byli kochankami od początków wszechświata, od zarania pierwszej gwiazdy w 

przedwiecznym   mroku.   To   było   coś   niezwykle   pierwotnego   i   głęboko   zakorzenionego   w   jego 
duszy. Kiedy poczuł, jak krew spływa do ust Eleny, musiał wtulić twarz w jej włosy, żeby stłumić 
krzyk A potem szeptał jej szalone słowa o tym, jak bardzo ją kocha i że nigdy już się nie rozstaną. 
A potem zabrakło mu słów.

Wznosili się w górę w świetle księżyca. Zrównali się z czubkami najwyższych drzew.
To była bardzo uroczysta, bardzo intymna chwila. Byli zbyt odurzeni rozkoszą, by zważać na 

jakiekolwiek  niebezpieczeństwo.  Ale Stefano upewnił się już wcześniej, że nic im nie grozi, i 
wiedział, że Elena zrobiła to samo. Las był bezpieczny, byli w nim sami, unosząc się w powietrzu, 
w świetle księżyca spływającym na nich jak błogosławieństwo.

Jedną z najbardziej pożytecznych rzeczy, jakich Damon ostatnio się nauczył - bardziej użyteczną 

niż latanie, chociaż to też się przydawało - była umiejętność całkowitego ukrycia się.

Musiał,   oczywiście,   opuścić   wszystkie   zasłony,   które   ktoś   mógłby   zauważyć,   nawet 

przypadkiem. Ale to nie miało znaczenia, bo skoro nikt nie mógł go znaleźć, nikt nie mógł go 
zaatakować. Więc był bezpieczny.

Gdy wyszedł z pensjonatu, ukrył się w Starym Lesie.
To   nie   było   tak,   że   obchodziło   go   choć   trochę,   co   myślały   o   nim   te   ludzkie   śmiecie. 

Przejmowanie się tym byłoby jak zastanawianie się, co pomyśli o nim kurczak, zanim ugotuje z 
niego rosół. A opinia jego brata była zdecydowanie na samym szczycie listy rzeczy, którymi się nie 
przejmował.

Ale była tam też Elena. I nawet jeżeli ona zrozumiała -i próbowała sprawić, by inni zrozumieli - 

to było zbyt upokarzające zostać wyrzuconym na jej oczach.

I dlatego wycofałem się, pomyślał gorzko, do jedynego miejsca, które mogę nazwać domem. 

Chociaż było to dość irracjonalne, skoro mógłby spędzić noc w najlepszym (jedynym) hotelu w 
Fell's Church albo w domu jednej z wielu dziewcząt, które na pewno z chęcią przyjęłyby pod swój 
dach znużonego wędrowca. Odrobina mocy wystarczyłaby do uśpienia rodziców. Miałby dach nad 
głową i smaczną przekąskę.

Ale miał paskudny humor i chciał po prostu być sam. Trochę bał się polować. Nie potrafiłby 

teraz zachować nad sobą kontroli. Wszystko, o czym mógł pomyśleć, to cierpienie, jakie zadałby 
każdemu, kto znalazłby się w zasięgu jego kłów:

Tymczasem zauważył jednak, że zwierzęta wracają. Wystarczyły mu do tego zwykłe zmysły - 

nie używał mocy, by nie zdradzić swojej obecności. Nocny koszmar już się skończył, a zwierzęta 
mają krótką pamięć.

Nagle, kiedy właśnie kładł się na gałęzi, myśląc, że czułby się dużo lepiej, gdyby chociaż Mutt 

doznał jakichś poważnych i trwałych obrażeń, zobaczył ich. Pojawili się znikąd. Stefano i Elena, 
trzymający   się   za   ręce,   unoszący   się   w   powietrzu   jak   para   uskrzydlonych   szekspirowskich 
kochanków. Jakby las był ich domem.

W pierwszej chwili nie mógł w to uwierzyć.

background image

W następnej, kiedy już miał wylać na nich gorzkie morze swojego sarkazmu, zaczęła się ich 

wspaniała scena miłosna.

Na jego oczach.
Unieśli się nawet na jego wysokość, jakby chcieli, żeby nic mu nie umknęło. Całowali się, 

pieścili i...

Uczynili go mimowolnym podglądaczem, chociaż w miarę jak ich pieszczoty stawały się coraz 

bardziej namiętne, patrzył na nich z coraz większą wściekłością. Kiedy Stefano rozciął sobie szyję, 
aby napoić Elenę, Damon zazgrzytał zębami. Miał ochotę krzyczeć, że kiedyś ta dziewczyna mogła 
należeć do niego, kiedy mógł wypić całą jej krew, a ona umarłaby szczęśliwa w jego ramionach, 
albo uczynić ją sobie posłuszną i dać jej rozkosz swojej krwi.

Którą obecnie dawał jej Stefano.
To było najgorsze. W zimnej furii wbijał paznokcie we wnętrze dłoni, patrząc, jak Elena owinęła 

się   wokół   Stefano   jak   długi,   pełen   gracji   wąż   i   przywarła   ustami   do   jego   szyi.   Stefano   miał 
zamknięte oczy, odchylił głowę, kierując twarz ku gwiazdom.

Na miłość wszystkich demonów w piekle, czy oni nie mogliby już z tym skończyć?
Wtedy zauważył, że nie jest sam na swoim wygodnym drzewie.
Było tam coś jeszcze, siedziało spokojnie na gałęzi obok niego. Więcej niż jedno. Stworzenia 

widocznie pojawiły się tam, gdy był pochłonięty sceną miłosną i własnym gniewem. Niemniej, 
jeżeli udało im się go podejść, musiały być naprawdę, naprawdę dobre. Nikomu się to nie udało od 
dwóch stuleci. Może nawet trzech.

Zaskoczyło go to tak bardzo, że z wrażenia ześlizgnął się z gałęzi.
Natychmiast pochwyciło go jakieś długie, smukłe ramię. Gdy spojrzał w górę, zobaczył parę 

złotych, śmiejących się oczu.

Kim ty jesteś do diabła? - zapytał. Nie obawiał się, że podniebni kochankowie usłyszą echo jego 

myśli. Nic, może poza smokiem lub bombą atomową, nie zwróciłoby teraz ich uwagi.

Jestem piekielnym Shinichi, odpowiedział chłopiec. Miał najdziwniejsze włosy, jakie Damon 

kiedykolwiek   widział.   Były   gładkie,   błyszczące   i   czarne,   z   końcówkami   zabarwionymi   na 
ciemnoczerwone To nie był jednak normalny kolor, wyglądał raczej jak żywy płomień otaczający 
jego głowę i kark. Dodawał wiarygodności sposobowi, w jaki się przedstawił: „piekielny Shinichi”. 
Chłopiec był bardzo przekonujący w roli diabła.

Z drugiej strony miał niewinne, złociste oczy anioła.
Większość ludzi nazywa mnie po prostu Shinichi, dodał, ale błysk w jego oczach mówił, że to 

miał być żart. Teraz znasz moje imię, a kim ty jesteś?

Damon patrzył na niego w milczeniu.

background image

ROZDZIAŁ 14

Elena obudziła się następnego ranka w wąskim łóżku Stefano. Uświadomiła to sobie, zanim 

całkiem się rozbudziła. Mam nadzieję, że usprawiedliwiłam się wczoraj jakoś sensownie przed 
ciocią Judith, pomyślała. Wczoraj - to pojęcie wydało jej się niezbyt jasne. O czym śniła, że to 
przebudzenie wydało jej się tak dziwne? Nie pamiętała. Rany, nic nie pamiętała!

Aż nagle przypomniała sobie wszystko.
Podniosła się z impetem, który wystrzeliłby ją w powietrze, gdyby zrobiła to poprzedniego dnia. 

Zaczęła nerwowo przetrząsać wspomnienia.

Światło dnia. Przypomniała sobie światło, w którym stała - bez pierścienia na palcu. Spojrzała na 

obie dłonie. Nie ma pierścienia. Okno było odsłonięte i słońce świeciło prosto na nią, ale nie czuła 
bólu. To niemożliwe. Wiedziała, pamiętała, miała to wyryte w każdej komórce swojego ciała, że 
światło słoneczne zabija. Nauczyła się tego, gdy raz tylko na moment wystawiła nieosłoniętą dłoń 
na żer słonecznych promieni. Nigdy nie zapomni tego bólu. Myślała też, że nigdy nie zapomni, że 
nie wolno jej nigdzie ruszać się bez pierścienia na palcu - pierścienia, który sam w sobie był piękny, 
ale jeszcze piękniejszy dzięki swej ochronnej mocy. Bez tego mogłaby...

Och.
Och!
Ale przecież to już się stało, prawda?
Umarła.
Nie   tylko   wtedy,   gdy  została   przemieniona   w   wampira,   ale   umarła   naprawdę   i   ostatecznie. 

Odeszła do krainy, z której nikt nie wraca. W jej własnym przekonaniu powinna była rozpaść się na 
miliony atomów albo trafić prosto do piekła.

Ale nic takiego się nie stało. Śniła o jakichś osobach, które dawały jej rodzicielskie rady, i o tym, 

że   bardzo   chciała   pomóc   ludziom,   których   nagle   tak   dużo   łatwiej   było   zrozumieć.   Szkolny 
łobuziak? Nagle widziała, jak jego ojciec alkoholik noc w noc wyładowuje na nim swoją frustrację i 
gniew.   Ta   dziewczyna,   która   nigdy   nie   odrabiała   zadania   domowego?   Musiała   wyżywić   troje 
młodszego rodzeństwa, podczas gdy jej matka cały dzień nie wstawała z kanapy. To zajmowało 
cały jej czas. Każde zachowanie, dobre czy złe, miało swoje przyczyny, które teraz dostrzegała.

Komunikowała się też z ludźmi poprzez ich sny. A potem w Fell's Church pojawiła się jedna z 

pradawnych istot. Wszystko, co mogła zrobić, to przeciwstawić jej się w snach i nie uciec. Ludzie 
musieli zwrócić się o pomoc do Stefano - i Damon został również wezwany przez przypadek. Elena 
pomagała  im,  jak tylko  mogła,  nawet kiedy było  to już nie do zniesienia,  bo pradawne istoty 
wiedzą, jak działa miłość i jak manipulować ludźmi. I jak sprawić, by ich wrogowie robili to, czego 
one   chcą.   Ale   walczyli   z   tym   wrogiem   i   wygrali.   A   Elena,   próbując   uleczyć   śmiertelne   rany 
Stefano, w jakiś sposób w końcu stała się znowu śmiertelna: obudziła się naga, leżąc na ziemi w 
Starym Lesie, przykryta kurtką Damona, który zniknął, nie czekając na podziękowanie.

Przebudziły się wtedy najprostsze rzeczy: jej zmysły, jej serce, ale nie jej umysł. Stefano był dla 

niej taki dobry.

- A teraz? Kim jestem? - zapytała na głos, przyglądając się swoim dłoniom, swojemu ciału, 

posłusznemu siłom grawitacji. Powiedziała przecież, że dla Stefano wyrzeknie się nawet latania. 
Ktoś widać trzymał ją za słowo.

- Jesteś piękna - odpowiedział jej ukochany, nie poruszając się, pogrążony jeszcze w półśnie. Po 

ułamku sekundy podniósł się gwałtownie. - Ty mówisz!

- Wiem o tym.
- Do rzeczy!
- Dziękuję serdecznie.
- Całymi zdaniami!
- Zauważyłam.
- Proszę, powiedz coś dłuższego - nalegał Stefano, jakby nie wierzył w to, co słyszy.
- Chyba za wiele zadawałeś się z moimi przyjaciółmi. Twoja prośba zdradza zuchwałość Bonnie, 

uprzejmość Matta i dociekliwość Meredith.

- Eleno, to ty!

background image

Zamiast kontynuować ten śmieszny dialog, odpowiadając „Stefano, to ja!”, Elena zamilkła i się 

zamyśliła. Powoli wstała z łóżka. Stefano pospiesznie odwrócił wzrok i podał jej szlafrok. Stefano? 
Stefano?

Cisza.
Kiedy obrócił się po odpowiednio długiej chwili, zobaczył,  że Elena klęczy na podłodze, w 

promieniach słońca wpadających przez okno, trzymając szlafrok w rękach.

-   Elena?   -   Wiedziała,   że   wydawała   mu   się   teraz   bardzo   młodym   aniołem   pogrążonym   w 

medytacji.

- Stefano.
- Ty płaczesz.
- Znowu jestem człowiekiem. Niczym mniej i niczym więcej. Zdaje się, że potrzebowałam po 

prostu kilku dni, żeby tak się stało.

Spojrzała mu w oczy. Były zawsze zielone. Jak szmaragdy podświetlone od tyłu. Jak letni liść 

oglądany pod słońce.

Potrafię czytać w twoich myślach.
- Ale ja nie potrafię czytać w twoich, Stefano. Chwytam tylko ogólny sens, a i tego nie jestem 

pewna... nie możemy na to liczyć.

Eleno,   mam   w   tym   pokoju   wszystko,   czego   potrzebuję.   Usiądź   koło   mnie,   a   będę   mógł 

powiedzieć, że wszystko, czego potrzebuję, jest na tym łóżku.

Nie usiadła koło niego, ale wstała i rzuciła mu się w ramiona.
- Wciąż jestem bardzo młoda - wyszeptała, obejmując go mocno. - A jeżeli liczyć dni, to nie 

było za wiele takich...

- Ja wciąż jestem dla ciebie zdecydowanie za stary. Ale móc na ciebie patrzeć i widzieć, że ty 

patrzysz na mnie...

- Powiedz, że będziesz mnie zawsze kochał.
- Będę cię zawsze kochał.
- Cokolwiek się stanie.
-   Eleno,   Eleno,   kochałem   cię   jako   śmiertelną   dziewczynę,   jako   wampira,   jako   ducha,   jako 

dziecko podobne do anioła. Teraz znów kocham cię jako ludzką istotę.

- Obiecaj, że będziemy razem.
- Będziemy razem.
- Nie. Stefano, to ja. - Dotknęła czoła, jakby chciała podkreślić, że za piękną twarzą kryje się 

żywy i błyskotliwy umysł. - Znam cię. Nawet jeżeli nie mogę czytać w twoich myślach, potrafię 
czytać z twojej twarzy. Twoje dawne lęki wróciły, prawda?

Odwrócił wzrok.
- Nigdy cię nie opuszczę.
- Ani na jeden dzień? Ani na chwilę?
Zawahał się przez chwilę i spojrzał znowu na nią. Jeżeli tego naprawdę chcesz. Nie opuszczę 

cię, nawet na chwilę. Teraz przesyłał jej swoje myśli, wiedziała o tym, bo mogła je usłyszeć.

- Uwalniam cię od wszystkich obietnic.
- Eleno, ale one są szczere.
- Wiem. Ale kiedy już odejdziesz, chcę żebyś miał czyste sumienie.
Nawet bez nadnaturalnych  zdolności potrafiła  odczytać  z twarzy Stefano każdy niuans  jego 

myśli: Kaprysy. W końcu, dopiero się obudziła. Jest oszołomiona. Elenie nie zależało na tym, żeby 
którekolwiek z nich było mniej oszołomione. To dlatego ugryzła go lekko w podbródek, dlatego go 
całowała. Z pewnością, pomyślała, jedno z nas jest oszołomione...

Czas   wydawał   się   rozciągać   tak   bardzo,   że   w   końcu   się   zatrzymał.   Wszelkie   oszołomienie 

zniknęło, wszystko stało się absolutnie jasne. Elena wiedziała, że Stefano wie, czego ona pragnie, i 
że chciał zrobić wszystko, o co ona go poprosi.

Bonnie   wpatrywała   się   w   cyfry   na   ekranie   swojego   telefonu.   Dzwonił   Stefano.   Nerwowo 

przeczesała palcami włosy i odebrała.

To   nie   był   Stefano,   ale   Elena.   Bonnie   zaczęła   chichotać   i   mówić   jej,   żeby   nie   bawiła   się 

background image

zabawkami Stefano, bo one przeznaczone są dla dorosłych... aż w końcu do niej dotarło.

- Elena?
- Czy za każdym razem będę to słyszeć? Czy tylko od najbliższych mi osób?
- Elena?
- Elena. Całkiem przebudzona - wtrącił Stefano, pojawiając się na ekranie. -Jak tylko wstaliśmy, 

postanowiliśmy zadzwonić...

- Ele... ale jest południe! -wypaliła Bonnie.
- Byliśmy zajęci paroma drobnymi  sprawami - wyjaśniła Elena. Czyż  to nie było cudowne, 

słyszeć, jak to mówi! Półniewinnie i z wielkim zadowoleniem z siebie, sprawiając, że masz ochotę 
objąć ją i błagać o wszystkie szczegóły.

-   Elena.   -   Bonnie   wciąż   nie   mogła   się   otrząsnąć.   Oparła   się   o  ścianę,   a  potem   osunęła   na 

podłogę.   Z   jej   oczu   pociekły   łzy.   -   Elena,   oni   powiedzieli,   że   musisz   opuścić   Fell's   Church. 
Odjedziesz?

Tym razem to Elena była w szoku.
- Co powiedzieli?
- Ze ty i Stefano musicie stąd odejść na zawsze.
- Nigdy w życiu!
- Kochanie moje... - zaczął Stefano, ale nagle przerwał i tylko otwierał i zamykał usta, nie mogąc 

wykrztusić ani słowa.

Bonnie przyglądała mu się. To się zdarzyło poza widokiem kamery, ale mogłaby przysiąc, że 

„kochanie” właśnie uderzyło Stefano łokciem w brzuch.

- Spotykamy się o drugiej? - zapytała Elena.
Bonnie wróciła do rzeczywistości. Elena nigdy nie dawała nikomu czasu na zastanowienie.
- Jasne!
Elena - Meredith oddychała ciężko. - Elena! Elena!
- Meredith. Nie zmuszaj mnie do płaczu, ta bluzka jest z czystego jedwabiu!
- Bo to jest moje sari z czystego jedwabiu! Elena wyglądała niewinnie jak anioł.
- Wiesz, Meredith, chyba sporo urosłam ostatnio...
- Jeżeli chcesz powiedzieć „więc tak naprawdę na mnie leży lepiej” - w głosie Meredith słychać 

było   groźbę   -   to   ostrzegam   Cię,   Eleno   Gilbert...   -   Przerwała   i   obie   dziewczyny   wybuchnęły 
śmiechem, a potem płaczem. -Weź je sobie! Weź ją!

- Stefano? - Matt potrząsnął telefonem, najpierw delikatnie, potem dużo mocniej. - Nie widzę... - 

Przerwał i głośno przełknął ślinę. - E - le - na? - wykrztusił powoli, robiąc przerwę po każdej 
sylabie.

- Tak, Matt. Wróciłam. Tu już wszystko w normie. -Przyłożyła palec do czoła. - Spotkasz się z 

nami?

Matt nachylił się nad swoim nowym, niemal sprawnym samochodem.
- Dzięki Bogu, dzięki Bogu - powtarzał.
- Matt? Nie widzę cię. Wszystko w porządku? - On chyba zemdlał.
- Matt? - wtrącił Stefano. - Elena naprawdę chce cię zobaczyć.
- Tak, tak. - Matt podniósł głowę i spojrzał w telefon, wciąż mrugając z niedowierzaniem. - 

Elena, Elena...

- Tak mi przykro, Matt. Nie musisz przychodzić... Matt zaśmiał się krótko.
- Czy to na pewno Elena?
Ten uśmiech Eleny złamał już niejedno serce.
- W takim razie, panie Honeycutt, nalegam, żeby spotkał się pan z nami w wiadomym miejscu o 

drugiej. Czy to brzmi bardziej jak Elena?

- Prawie ci się udało. Władczy styl dawnej Eleny. -Teatralnie odkaszlnął i pociągnął nosem. - 

Przepraszam, jestem trochę przeziębiony. A może to alergia.

- Nie wygłupiaj się, Matt. Zachowujesz się jak dziecko. Ja zresztą też. Tak samo jak Bonnie i 

Meredith, kiedy do nich dzwoniłam. Ja płakałam już prawie cały dzień, więc muszę się naprawdę 
pospieszyć, żeby zdążyć z piknikiem. Meredith przyjedzie po ciebie. Weź coś do jedzenia albo 

background image

picia. Pa!

Elena odłożyła telefon, oddychając ciężko.
- To nie było łatwe.
- On wciąż cię kocha.
- Wolałby, żebym została dzieckiem do końca życia?
- Może podobał mu się sposób, w jaki się witałaś i żegnałaś.
- Nie drocz się ze mną.
- Nigdy w życiu - odpowiedział łagodnie Stefano. A potem chwycił jej dłoń. - Chodź, pójdziemy 

na zakupy. Potrzebujesz samochodu.

Pociągnął ją za rękę. Elena nagle wystrzeliła do góry tak gwałtownie, że musiał ją przytrzymać, 

żeby nie uderzyła o sufit.

- Myślałem, że podlegasz już siłom grawitacji!
- Ja też! Co mam zrobić?
- Spróbuj pomyśleć o poważnych, trudnych sprawach.
- A jeżeli to nie pomoże?
- Kupimy ci kotwicę!
O drugiej Stefano i Elena dotarli  na cmentarz  nowym  czerwonym  jaguarem.  Elena  owinęła 

głowę szalem, który ukrywał jej włosy i dolną połowę twarzy. Do tego włożyła ciemne okulary i 
czarne koronkowe rękawiczki, które w młodości nosiła pani Flowers. Meredith uznała, że wygląda 
niezwykle   malowniczo   w   tym   wszystkim,   w   jej   fioletowym   sari   i   dżinsach.   Razem   z   Bonnie 
rozłożyły przed chwilą koc, a mrówki zdążyły już skosztować kanapek, winogron i dietetycznej 
sałatki z makaronu.

Elena  opowiedziała  o tym,  jak obudziła  się tego ranka. Ilość pocałunków  i uścisków, które 

następnie wymieniły z dziewczynami, była trudna do zniesienia dla męskiej części towarzystwa.

- Chcesz rozejrzeć się po lasach w tej okolicy? Sprawdzić, czy są tam malaki? - zapytał Matt 

Stefano.

-   Lepiej,   żeby   ich   nie   było.   Jeżeli   las   tak   daleko   od   miejsca   waszego   wypadku   też   jest 

nawiedzony...

- To nie jest dobrze?
- To jest bardzo źle.
Mieli już odejść w stronę lasu, kiedy Elena ich zatrzymała.
-   Przestańcie   już   być   tacy   męscy   i   opanowani   -   dodała.   -   Tłumienie   uczuć   nie   jest   dobre. 

Wyrażanie ich jest dużo zdrowsze.

- Słuchaj, jesteście twardsze, niż myślałem - odpowiedział Stefano. - Piknik na cmentarzu?
- Elenę często można było tu zastać - wyjaśniła Bonnie, wskazując na pobliski nagrobek nacią 

selera.

- To grób moich rodziców. Po wypadku zawsze czułam się bliżej nich tutaj niż gdziekolwiek 

indziej. Przychodziłam tu, kiedy było mi źle albo kiedy potrzebowałam odpowiedzi.

- Dostawałaś je? - zapytał Matt, wyciągając korniszona ze słoika i podając słoik dalej.
- Wciąż nie jestem pewna. - Elena zdjęła okulary, szal i rękawiczki. - Ale zawsze czułam się 

lepiej po przyjściu tutaj. Dlaczego pytasz? Potrzebujesz jakiejś odpowiedzi?

-   Tak,   właściwie   tak   -   powiedział   Matt   ku   powszechnemu   zaskoczeniu.   Gdy   zauważył,   że 

znalazł  się w ten sposób w centrum uwagi, zarumienił  się. Bonnie obróciła się w jego stronę, 
Meredith i Elena, które leżały oparte na łokciach, usiadły. Stefano, który stał obok, oparty o jeden z 
grobowców, przykucnął.

- Jakiej, Matt?
- Chciałam powiedzieć, że nie wyglądasz dzisiaj za dobrze - wtrąciła zatroskana Bonnie.
- Dzięki - odparował kwaśno.
W wielkich brązowych oczach pojawiły się łzy.
- Nie miałam na myśli...
Ale   nie   zdążyła   skończyć.   Meredith   i   Elena   objęły   ją,   przysuwając   się   blisko   i   tworząc 

przyjacielska   falangę.   Przekaz   był   jasny:   każdy,   kto   zadziera   z   jedną   z   nich,   będzie   miał   do 

background image

czynienia ze wszystkimi trzema.

Meredith uniosła brew.
- Sarkazm zamiast uprzejmości? Nie takiego Matta znałam.
- Bonnie tylko chciała być miła - wyjaśniła Elena. - To nie była ładna odpowiedź.
-   Dobrze,   dobrze!   Przepraszam.   Bonnie,   naprawdę   przepraszam.   -   Zwrócił   się   do   niej 

zawstydzony. - Nie powinienem był tak zareagować. Wiem, że nie miałaś nic złego na myśli. Ja... 
ja po prostu nie wiem już, co mówię i robię. W każdym razie, chcecie się dowiedzieć, o co mi 
chodzi, czy nie?

Wszyscy chcieli.
- Dobra, już mówię. Poszedłem dzisiaj rano odwiedzić Jima Bryce'a. Pamiętacie go?
-  Jasne.  Chodziłam   z  nim   kiedyś.   Kapitan   drużyny   koszykarskiej.   Miły  chłopak.   Trochę   za 

młody, ale... -Meredith wzruszyła ramionami.

- Jim jest w porządku. - Matt przełknął ślinę. - Po prostu. .. nie chcę plotkować czy coś...
- Mów! - Trzy dziewczyny rozkazały mu chórem. Matt się skulił.
- Dobrze, dobrze! Miałem tam być o dziesiątej, ale byłem trochę wcześniej i zastałem Caroline. 

Właśnie wychodziła.

Dziewczyny wstrzymały oddech. Stefano spojrzał na Matta badawczo.
- Masz na myśli, że spędziła u niego noc?
- Stefano! - zaczęła Bonnie. - Nie tak działają płotki. Nie możesz mówić tak otwarcie...
- Nie - przerwała jej Elena. - Niech Matt odpowie. Pamiętam dość z ostatnich dni, żeby się 

niepokoić o Caroline.

- Rzeczywiście są poważne powody - dodał Stefano. Meredith skinęła głową.
- To nie jest plotka. To jest bardzo ważna informacja.
- W porządku - ciągnął Matt. - Tak właśnie pomyślałem. Jim powiedział, że przyszła wcześniej, 

żeby zobaczyć się z jego młodszą siostrą. Ale Tamra ma tylko piętnaście lat. Poza tym zarumienił 
się strasznie, jak o tym mówił.

Bonnie, Elena, Meredith i Stefano wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
- Caroline zawsze była... no, wiecie... - pierwsza skomentowała Bonnie.
- Ale nigdy nie słyszałam, żeby chociaż spojrzała na Jima - odpowiedziała Meredith.
Spojrzeli na Elenę, jakby spodziewali się, że wyjaśni im wszystko.
- Nie widzę żadnego powodu, żeby odwiedzała Tamrę. - Pokręciła  głową i zwróciła się do 

Matta. - Poza tym nie skończyłeś. Co jeszcze się stało?

-   Coś   więcej   się   stało?   Pokazała   swoją   bieliznę?   -Bonnie   roześmiała   się,   ale   natychmiast 

przestała, gdy zobaczyła rumieniec na twarzy Matta. - No, Matt, nam możesz wszystko powiedzieć.

Chłopak wziął głęboki oddech i zamknął oczy.
- No więc tak, kiedy Caroline wychodziła, to... to chyba postanowiła mnie poderwać.
- Co zrobiła?
- Nigdy...
- Co dokładnie zrobiła? - nalegała Elena.
- Kiedy Jim myślał, że ona już poszła, zszedł do garażu po piłkę. A wtedy Caroline nagle wróciła 

i powiedziała... Zresztą nieważne, co powiedziała. Chodziło o to, że woli futbol od koszykówki i 
czy ja zamierzam być sportowcem.

- I co ty na to? - Bonnie była wyraźnie zafascynowana.
- Nic. Tylko się na nią patrzyłem.
- I potem Jim wrócił? - podpowiedziała Meredith.
- Nie. Caroline odeszła, rzucając mi na pożegnanie spojrzenie, po którym było jasne, co miała na 

myśli. A potem przyszła Tami. - Twarz Matta była już purpurowa. -A potem... nie wiem, jak to 
powiedzieć. Może Caroline powiedziała jej coś o mnie, żeby ją do tego skłonić, bo ona...

- Matt. - Stefano odezwał się po raz pierwszy, odkąd zaczęli ten temat. Pochylił się do przodu i 

mówił cicho i powoli. - Nie pytamy dlatego, że chcemy posłuchać plotek. Chcemy się dowiedzieć, 
czy w Fell's Church dzieje się coś naprawdę złego. Więc, proszę, powiedz nam, co się stało.

background image

ROZDZIAŁ 15

Matt pokiwał głową, ale zarumienił się aż po nasadę włosów.
- Tami... objęła mnie...
Urwał, a reszta zamarła w milczącym oczekiwaniu.
- Matt, czy masz na myśli, że cię uściskała? - zapytała w końcu Meredith. - Tak po koleżeńsku? 

Czy... -Nie skończyła pytania, bo Matt zaczął gwałtownie kręcić głową.

- To nie był niewinny uścisk. Byliśmy sami, staliśmy w drzwiach i ona... No, nie mogłem w to 

uwierzyć. Ona ma tylko piętnaście lat, a zachowywała się jak dorosła kobieta. To znaczy... nie, 
żeby dorosła kobieta kiedykolwiek zrobiła mi coś takiego.

Na jego twarzy zakłopotanie mieszało się wyraźną ulgą, że pozbył się tego ciężaru. Spojrzał po 

kolei na każdego ze swoich przyjaciół.

-   No   i   co   o   tym   myślicie?   Czy   to   tylko   przypadek,   że   Caroline   tam   była?   Czy   może   coś 

powiedziała Tami?

-   To   nie   przypadek   -   odpowiedziała   bez   wahania   Elena.   -   To   byłoby   zbyt   niewiarygodne: 

najpierw Caroline składa ci jakieś propozycje, a potem Tami zachowuje się w ten sposób. Znam... 
znałam ją. To miła, grzeczna dziewczynka. A przynajmniej była taka.

- Wciąż jest - dodała Meredith. - Mówiłam wam, spotykałam się kiedyś z Jimem. To naprawdę 

miłe dziecko, ani trochę nie za bardzo dojrzałe jak na swój wiek. Nie sądzę, żeby normalnie mogła 
zrobić cokolwiek niestosownego, chyba że... - Przerwała i zapatrzyła się w przestrzeń, po czym 
wzruszyła ramionami, nie kończąc zdania.

Bonnie wyglądała na poważnie zatroskaną.
- Ale musimy coś z tym zrobić - powiedziała. - Co jeśli zachowa się tak wobec chłopaka, który 

nie jest tak uprzejmy i nieśmiały jak Matt? To się może dla niej źle skończyć.

- W tym  cały problem.  - Matt znowu poczerwieniał.  -To znaczy,  to dość skomplikowane... 

Gdyby to była jakaś inna dziewczyna, z którą umówiłbym się na randkę... Nie żebym chodził na 
randki - dodał szybko, spoglądając na Elenę.

- Ale powinieneś - odpowiedziała z naciskiem. - Matt, nie oczekuję od ciebie wierności na wieki. 

Nic nie ucieszyłoby mnie tak, jak widok ciebie z jakąś fajną dziewczyną. -Jakby przypadkiem, 
rzuciła spojrzenie w stronę Bonnie, która właśnie z wielkim zaangażowaniem gryzła nać selera.

- Stefano, tylko ty możesz nam powiedzieć, co mamy zrobić.
Stefano zmarszczył brwi.
- Nie mam pojęcia. Na razie za mało wiemy, żeby coś wnioskować.
- Więc co, będziemy czekać, co dalej zrobi Caroline? Albo Tami? - zapytała Meredith.
- Nie  będziemy  czekać.  Musimy się dowiedzieć  więcej. Powinniście  mieć  na nie oko, a  ja 

spróbuję znaleźć jakieś wyjaśnienie.

-  Cholera!  -Elena  uderzyła  pięścią  o  ziemię.  -  Prawie...  -  Przerwała  nagle,  czując  na   sobie 

zdumione spojrzenia przyjaciół. Bonnie z wrażenia upuściła seler, a Matt zakrztusił się colą. Nawet 
Meredith i Stefano nie ukrywali zdziwienia. - Co?

Meredith pierwsza odzyskała mowę.
- Po prostu wczoraj... cóż, anioły nie klną.
- Czy tylko dlatego, że umarłam kilka razy, mam mówić „niech to kurczę kopnie” przez resztę 

życia? Nie ma mowy. Zamierzam być sobą, kimkolwiek jestem.

- Dobrze - zgodził się Stefano, całując ją w czubek głowy. Matt odwrócił wzrok. Elena tylko 

poklepała Stefano po ramieniu, ale w myślach przesłała mu głośne „kocham cię”. Wiedziała, że to 
usłyszy, nawet jeżeli jej nie uda się odczytać odpowiedzi. Udało jej się jednak - miała wrażenie, że 
wokół Stefano unosił się ciepły różany cień.

Czy to właśnie Bonnie nazywała aurą? Elena uświadomiła sobie, że przez cały dzień widziała 

wokół Stefano cień jasny, zimny, w kolorze zbliżonym do szmaragdu - o ile cień może być jasny. 
Teraz znów zieleń wracała, w miarę jak ustępował róż.

Rozejrzała się wokół, przyglądając się pozostałym przyjaciołom. Bonnie również otoczona była 

aurą w kilku bladych odcieniach różu. Meredith - głębokim, ciemnym fioletem. Matt - mocnym 
błękitem.

background image

Przypomniało jej to, że aż do wczoraj - czy tylko do wczoraj? - widziała tak wiele rzeczy, 

których nikt inny nie widział. W tym coś, co ją wystraszyło.

Co to było? Wracały do niej fragmenty obrazów - drobne szczegóły, same w sobie dość straszne. 

To mogło być małe jak paznokieć albo rozmiarów muskularnego ramienia. Ciało pokryte czymś 
jakby korą. Czułki jak u owada, ale było ich bardzo wiele, były długie i poruszały się bardzo 
szybko. Było w tym coś odrażającego, co zawsze czuła, myśląc o owadach. Więc to był jakiś robak. 
Ale robak zbudowany zupełnie inaczej niż jakikolwiek, którego widziała. Przypominał bardziej 
pijawkę albo kałamarnicę. Miał okrągły otwór gębowy, otoczony ostrymi zębami i bardzo wiele 
macek, które poruszały się w powietrzu jak bicze.

To może się przyczepić do kogoś, pomyślała. Ale miała też przerażające przeczucie, że może 

zrobić dużo więcej.

Może stać się przezroczyste i wniknąć do wnętrza ciebie, a ty nie poczujesz nic poza ukłuciem.
I co się wtedy stanie?
Zwróciła się do Bonnie.
- Czy sądzisz, że gdybym pokazała ci, jak coś wygląda, to potrafiłabyś to ponownie rozpoznać? 

Nie oczami...

-   To   zależy,   jakie   coś   -  odpowiedziała   ostrożnie   Bonnie.   Elena   spojrzała   na   Stefano,   który 

nieznacznie skinął głową.

- Więc zamknij oczy - powiedziała.
Bonnie usłuchała. Elena dotknęła palcami wskazującymi jej skroni, a kciuki położyła delikatnie 

na jej powiekach. Próbowała uruchomić swoje moce. Wczoraj było to takie proste, a dziś wydawało 
jej się, że próbuje skrzesać ogień, uderzając o siebie dwoma kamieniami.

W końcu poczuła iskrę. Bonnie odsunęła się gwałtownie i otworzyła szeroko oczy.
- Co to było? - zawołała, oddychając ciężko.
- To, co widziałam wczoraj.
- Gdzie?
- W ciele Damona - odpowiedziała Elena powoli.
- Jak to? Czy on nad tym panował? Czy... czy... -Bonnie urwała, a jej oczy stały się jeszcze 

większe.

Elena dokończyła za nią.
- Czy to coś panowało nad nim? Nie wiem. Ale jedno, co wiem prawie na pewno, to to, że był 

pod wpływem malaka, kiedy zignorował twoje wezwanie.

-   Pytanie   brzmi:   jeżeli   nie   Damon,   to   co   kontrolowało   tę   istotę?   -   Stefano   podniósł   się 

niespokojnie. - Zobaczyłem obraz, który ci pokazała Elena. To nie jest coś, co ma własny umysł. 
Ktoś musi to kontrolować z zewnątrz.

- Na przykład inny wampir? - zapytała cicho Meredith. Stefano wzruszył ramionami.
- Wampiry zwykle je ignorują, bo potrafią same zdobyć wszystko, czego pragną. To musiała być 

bardzo potężna istota, skoro udało jej się użyć malaka do opanowania wampira. Potężna i zła.

- Ci tam - powiedział Damon ze swojego miejsca na gałęzi dębu - to właśnie oni. Mój młodszy 

brat i jego... przyjaciele.

- Cudownie - szepnął Shinichi. Usadowił się na gałęzi z jeszcze większą gracją i nonszalancją 

niż Damon. Nawet w tym zakresie rywalizowali ze sobą. Damon zauważył, jak oczy Shinichiego 
zabłysły raz i drugi na widok Eleny i na wzmiankę o Tami.

- Nawet mi nie mów, że nie masz nic wspólnego z tymi dziewczynami - dodał Damon. - Od 

Caroline do Tamry i dalej, taki jest plan, co?

Shinichi pokręcił głową. Wpatrywał się w Elenę i zaczął nucić coś pod nosem. Coś o policzkach 

jak płatki róż i włosach jak złoto.

- Z tymi dziewczynami bym nie próbował. - Damon uśmiechnął się, chociaż wcale nie żartował. 

Zmrużył   oczy.   -   To   prawda,   że   wyglądają   na   mniej   więcej   równie   mocne   jak   mokry   papier 
toaletowy. Ale są dużo silniejsze, niż byś się spodziewał. Zwłaszcza jeżeli jedna z nich jest w 
niebezpieczeństwie.

- Mówiłem ci już, że to nie moja robota - powiedział Shinichi. Po raz pierwszy, odkąd się 

background image

spotkali, wyglądał na zakłopotanego. - Ale możliwe, że znam sprawcę.

- Powiedz.
- Czy wspominałem o mojej młodszej siostrze bliźniaczce? Ma na imię Misao. - Uśmiechnął się 

szeroko. - To znaczy „dziewica”.

Damon natychmiast poczuł, jak rośnie jego apetyt, ale zignorował to. Było mu zbyt wygodnie, 

żeby myśleć teraz o polowaniu. Poza tym nie był pewien, czy można polować na kitsune - duchy 
lisy - do których Shinichi twierdził, że należy.

- Nie, nie wspominałeś - powiedział więc, drapiąc się po karku. Ślad po ukąszeniu zniknął, ale 

wciąż odczuwał swędzenie. - Musiało ci wylecieć z głowy.

- No więc ona gdzieś tu jest. Przybyła tu w tym czasie co ja, kiedy zobaczyliśmy rozbłysk mocy, 

jaki nastąpił przy powrocie... Eleny.

Damon był pewien, że Shinichi tylko udawał wahanie przed wypowiedzeniem imienia Eleny. 

Przechylił głowę, zrobił minę typu „nie myśl, że mnie oszukasz” i słuchał dalej.

- Misao lubi gry - powiedział krótko Shinichi.
- Och, tak? Szachy, warcaby, karty?
Shinichi   zakaszlał   teatralnie,   ale   Damon   zdołał   dostrzec   czerwony   błysk   w   jego   oku.   On 

rzeczywiście jest nadopiekuńczy wobec niej, pomyślał. Posłał mu jeden ze swoich najjaśniejszych 
uśmiechów.

- Kocham ją - powiedział  młody człowiek  z czarnymi  włosami, które wyglądały,  jakby ich 

końcówki płonęły żywym ogniem. Tym razem w jego głosie słychać było otwartą groźbę.

- Oczywiście - odpowiedział Damon ugodowym tonem. - To widać.
- Ale, cóż, jej gry zwykle kończą się zniszczeniem jakiegoś miasta. Ostatecznie. Nie od razu.
Damon wzruszył ramionami.
- Nikt nie będzie żałował tej zabitej dechami dziury. Oczywiście, najpierw ja zabiorę stąd moje 

dziewczyny.

- Teraz to w jego głosie pojawiło się ostrzeżenie.
-   Jak   sobie   życzysz.   -   Shinichi   wrócił   do   swojego   normalnego,   uległego   tonu.   -Jesteśmy 

sojusznikami i dotrzymamy umowy. Inaczej szkoda by było tracić... to wszystko.

- Znów spojrzał w stronę Eleny.
- W każdym razie nie będziemy dyskutować o tym zgrzycie z twoimi malakami. Czy też jej 

malakami. Jestem pewien, że unicestwiłem  przynajmniej  trzy sztuki, ale jeżeli zobaczę  jeszcze 
jednego, koniec naszej umowy. Nie chcesz mieć mnie za wroga, Shinichi. Uwierz mi.

Wyglądało na to, że na Shinichim zrobiło to wrażenie. Pokiwał grzecznie głową. Ale po chwili 

znów patrzył na Elenę i nucił swoją piosenkę o złotych włosach i mlecznobiałych ramionach.

- I chcę spotkać się z tą twoją Misao. Dla jej dobra.
- Wiem, że ona chce spotkać się z tobą. Jest teraz zajęta swoją intrygą, ale spróbuję ją oderwać 

na chwilę. - Shinichi przeciągnął się leniwie.

Damon przyglądał mu się przez chwilę, po czym też się przeciągnął.
Shinichi uśmiechnął się na ten widok.
Damona  zdziwił ten uśmiech. Zauważył,  że za każdym  razem, gdy się uśmiecha,  w oczach 

Shinichiego pojawiają się dwa małe szkarłatne płomienie.

Ale był zdecydowanie zbyt zmęczony, by teraz o tym myśleć. Zbyt odprężony. Właściwie to 

czuł się senny...

- Więc będziemy szukać tych malaków u dziewczyn takich jak Tami - zapytała Bonnie.
- Właśnie takich jak Tami - przytaknęła Elena.
- I myślisz - wtrąciła Meredith - że Tami przejęła to jakoś od Caroline.
- Tak. Wiem, wiem, pytanie brzmi: skąd to się wzięło u Caroline? Tego nie wiem. Ale nie wiem 

też, nikt z nas nie wie, co się z nią działo, kiedy została porwana przez Klausa i Tylera Smallwooda. 
Nie mamy pojęcia, co robiła przez ostatni tydzień, poza tym, że nie przestała nas nienawidzić.

Matt złapał się za głowę.
- I co potem zrobimy? Czuję się za to odpowiedzialny.
- Nie. Jimmy jest odpowiedzialny, jeżeli ktokolwiek. Jeżeli on... wiecie, spędził noc z Caroline, a 

background image

potem pozwolił jej opowiedzieć o tym swojej piętnastoletniej siostrze... To nie czyni go jeszcze 
winnym, ale na pewno mógł być bardziej subtelny - powiedział Stefano.

- I tu się mylisz - zaoponowała Meredith. - Matt, Bonnie, Elena i ja znamy Caroline od lat i 

wiemy, do czego ona jest zdolna. Jeżeli ktokolwiek jest odpowiedzialny za to, co się dzieje, to my. I 
chyba powinniśmy wyciągnąć z tego wnioski. Proponujemy, żebyśmy do niej pojechali.

- Popieram. - Bonnie westchnęła smutno. - Ale nie powiem, że nie mogę się doczekać. A jeżeli 

w niej nie siedzi jeden z tych malaków?

- To wtedy trzeba będzie zbadać sprawę - odpowiedziała Elena. - Musimy się dowiedzieć, kto 

stoi za tym wszystkim. To musi być ktoś wystarczająco silny, by wpływać na Damona.

- Cudownie. - Meredith miała ponurą minę. - A biorąc pod uwagę moc, jaka zbiera się pod tym 

miejscem, może to być w najgorszym razie... każdy w Fell's Church.

Pięćdziesiąt metrów na zachód i dziesięć do góry Damon próbował nie usnąć.
Shinichi   przeczesał   dłonią   włosy.   Spod   zmrużonych   powiek   uważnie   przypatrywał   się 

Damonowi.

Damon chciał być równie uważny, ale czuł się po prostu zbyt senny. Powoli powtórzył gest 

Shinichiego, odsuwając ze swojego czoła kilka czarnych kosmyków. Czuł, jak jego powieki stają 
się coraz cięższe. Shinichi wciąż się do niego uśmiechał.

- No to dobiliśmy targu - powiedział. - Misao i ja dostajemy miasto, a ty nie stajesz nam na 

drodze. Dostajemy prawa do linii mocy biegnących pod nami. Ty zabierasz stąd bezpiecznie swoje 
dziewczyny i... masz okazję do zemsty.

- Na moim świątobliwym bracie i tym... tym Mutcie.
- Matcie - poprawił go Shinichi.
- Wszystko jedno. Nie pozwolę tylko, żeby coś stało się Elenie. Albo tej małej rudej wiedźmie.
- Ach, tak, słodka Bonnie. Nie wzgardziłbym taką jak ona, albo i dwiema.
Damon ziewnął.
- Nie ma dwóch takich, gdziekolwiek byś szukał. Jej też nie pozwolę skrzywdzić.
- A co z tą wysoką, ciemnowłosą pięknością... Meredith?
Damon się obudził.
- Gdzie?
- Nie obawiaj się, nie idzie tu - uspokoił go Shinichi. - Co ma się z nią stać?
- Och. - Damon się rozluźnił. - Niech idzie swoją drogą. Byle z dala ode mnie.
Shinichi również oparł się wygodniej.
- Z twoim bratem nie będzie problemu. Więc zostaje tylko ten chłopak na dole. - Ton, jakim to 

powiedział, nie zapowiadał dla Matta niczego dobrego.

- Tak.  Ale mój  brat... - Damon  już niemal  zasnął, dokładnie  w takiej  pozycji,  jaką przyjął 

Shinichi.

- Mówiłem ci, z nim nie będzie problemu.
- Mhm. To znaczy, dobrze.
- Więc umowa stoi?
- Mhm.
- Tak?
- Tak.
- Doskonale.
Tym razem Damon już nie odpowiedział. Spał. Śniło mu się, że anielsko złote oczy Shinichiego 

otworzyły się szeroko, żeby uważnie mu się przyjrzeć.

- Damon - usłyszał swoje imię, ale w jego śnie otwarcie oczu okazało się bardzo trudne. Zresztą i 

tak widział dobrze bez tego.

W jego śnie Shinichi pochylił się nad nim, przysuwając swoją twarz do jego tak blisko, że ich 

aury  zmieszały  się,  podobnie  jak  zmieszałyby  się   ich  oddechy,   gdyby   tylko  Damon   oddychał. 
Shinichi przyglądał mu się bardzo długo, jakby sprawdzał jego aurę, ale Damon wiedział, że dla 
nikogo z zewnątrz nie mogła ona być teraz zauważalna. Shinichi pozostał tak jednak przez chwilę, 
przyglądając się uważnie rysom jego bladej twarzy.

background image

W końcu sięgnął ręką za jego głowę i dotknął miejsca po ukąszeniu komara.
- Dobrze ci idzie, co? - powiedział do czegoś, czego Damon nie mógł zobaczyć. Do czegoś 

wewnątrz niego. -Prawie udało ci się pokonać jego silną wolę, prawda?

Shinichi   siedział   przez   chwilę   w   milczeniu,   jakby   obserwował   kwitnące   wiśnie,   po   czym 

zamknął oczy.

- Myślę - wyszeptał - że spróbujemy tego już niedługo. Bardzo niedługo. Ale najpierw musimy 

zdobyć   jego   zaufanie   i   pozbyć   się   jego   rywala.   Musi   zostać   taki,   jak   jest,   wściekły,   próżny, 
niezrównoważony. Musi ciągle myśleć o Stefano, o swojej nienawiści do Stefano, który zabrał mu 
jego anioła. Ja tymczasem zajmę się, czym trzeba. Potem zwrócił się do Damona.

- Sojusznicy, tak! - Zaśmiał się. - Nie, kiedy mam dostęp do twojej duszy. Czujesz, do czego 

mógłbym cię zmusić...

- Ale teraz - mówił znowu do czegoś wewnątrz Damona - mała uczta, żebyś urósł większy i 

silniejszy.

We śnie Shinichi  odchylił  się i ruchem ręki przywołał  niewidoczne wcześniej  malaki,  żeby 

wdrapały   się   na   drzewo.   Zakradły   się   za   głowę   Damona   i   ukradkiem   wślizgnęły   do   niego, 
pojedynczo, przez jakąś ranę, o której nie wiedział, że ją ma. Wrażenie, jakie wywoływały ich 
miękkie, galaretowate ciała, było niemal nie do zniesienia...

Shinichi znowu zaczął śpiewać.
We śnie Damon był wściekły. Nie z powodu tej historii z malakami. To było zbyt absurdalne. 

Był   wściekły,   bo   wiedział,   że   Shinichi   ze   snu   obserwuje   Elenę,   która   pakuje   resztki   pikniku. 
Obsesyjnie śledzi każdy jej ruch, śpiewając swoją piosenkę o pięknej dziewczynie.

- Niezwykła kobieta ta twoja Elena - powiedział Shinichi. - Jeżeli przeżyje, to będzie moja na 

jedną noc, a może na kilka. - Delikatnie odsunął z czoła Damona kosmyk włosów. - Niewiarygodna 
aura, nie sądzisz? Dołożę starań, aby umarła pięknie.

Damon jednak pogrążony był w jednym z tych snów, w których nie można się ani poruszyć, ani 

odezwać.

Tymczasem sfora malaków nie przestawała wspinać się na drzewo i wpełzać przez kark do 

duszy Damona. Jeden, drugi, trzeci, dziesiąty, dwudziesty. Ciągle ich przybywało.

A Damon nie mógł się obudzić, chociaż czuł, że ze Starego Lasu nadciąga ich jeszcze więcej. 

Nie   były   ani   martwe,   ani   żywe,   nie   miały   płci,   były   tylko   kapsułami   mocy,   która   pomoże 
Shinichiemu kontrolować umysł Damona z daleka.

Shinichi przyglądał się błyszczącemu szeregowi swoich sług. Wciąż śpiewał.
Damonowi śniło się, że słyszy słowo „zapomnij” szeptane przez setki głosów. A kiedy próbował 

sobie przypomnieć, o czym ma zapomnieć, ucichły.

Obudził się na drzewie sam. Całe jego ciało przeszywał ból.

background image

ROZDZIAŁ 16

Stefano zaskoczyła pani Flowers, która czekała na nich, kiedy wrócili z pikniku. Tym bardziej że 

miała im do powiedzenia coś, co nie dotyczyło jej ogródka.

- Na górze jest wiadomość dla ciebie - powiedziała, kiwając głową w stronę klatki schodowej. - 

Przyniósł   ją   jakiś   ciemnowłosy   młodzieniec,   trochę   podobny   do   ciebie.   Nic   nie   chciał   mi 
powiedzieć. Zapytał tylko, gdzie zostawić wiadomość.

- Ciemnowłosy młodzieniec? Damon? - zapytała Elena.
Stefano pokręcił głową.
- Czego on może chcieć?
Zostawił Elenę z panią Flowers i pobiegł na górę. Pod drzwiami znalazł kolorową kartkę „Myślę 

o Tobie”, bez koperty. Stefano znał swojego brata na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że na pewno za 
nią nie zapłacił - a przynajmniej nie pieniędzmi. Na odwrocie znalazł słowa napisane czarnym 
tuszem: „Pomyślałem, że św. Stefano może tego potrzebować. Spotkajmy się dziś w nocy przy 
drzewie, gdzie rozbili się ludzie. Nie później niż o 4.30. Mam nowiny.

D.”

To było wszystko... poza adresem internetowym.
Stefano miał już wyrzucić kartkę, ale powstrzymała go ciekawość. Włączył komputer i wpisał 

adres.   Przez   chwilę   nic   się   nie   działo.   Potem   na   czarnym   tle   pojawiły  się   ciemnoszare   litery. 
Człowiek z pewnością nawet by ich nie zauważył. Wampir musiał tylko trochę wytężyć wzrok.

Znudzony tym lapis-lazuli?
Chcesz wyjechać na wakacje na Hawaje?
Masz dość żywieniowej monotonii?
Przyjdź i odwiedź Shi no Shi.
Stefano miał już zamknąć stronę, ale coś przykuło jego uwagę. Wpatrywał się przez chwilę w 

niepozorną małą reklamę pod napisem, aż usłyszał, że Elena weszła do pokoju. Szybko zamknął 
stronę, wyłączył komputer i zabrał od niej piknikowy koszyk. Nie powiedział nic o wiadomości ani 
o stronie internetowej. Ale w nocy myślał o tym cały czas.

- Stefano, połamiesz mi żebra! Udusisz mnie!
- Przepraszam. Po prostu muszę cię objąć.
- Cieszę się.
- Dziękuję, aniele.
W pokoju z wysokim sufitem było całkiem cicho. Przez otwarte okno do środka wpadał blask 

księżyca, który wydawał się skradać po niebie, jakby nie chciał nikogo obudzić.

Damon się uśmiechnął. Wypoczął dobrze w ciągu dnia i zamierzał zabawić się przez noc.
Przedostanie się przez okno okazało się nie tak łatwe, jak na to liczył. Kiedy podleciał do niego 

pod postacią wielkiego kruka, miał zamiar usiąść na parapecie i tam zamienić się w człowieka. 
Okazało się jednak, że okno jest pułapką - niewidzialna nić mocy łączyła je z jedną z osób w 
pokoju. Damon zatrzymał się więc na parapecie, w zamyśleniu muskając piórka. Nie odważył się 
wlecieć do środka.

Nagle coś wylądowało obok niego. Takiego kruka na pewno nie widział nigdy żaden ornitolog. 

Jego pióra były wystarczająco gładkie i w większości czarne, ale na końcach zabarwione były na 
szkarłatno. A jego oczy były złote i błyszczące.

Shinichi? - zapytał Damon.
A kto inny? - odpowiedział cudowny kruk, wbijając w niego wzrok. Widzę, że masz problem. 

Ale da się go rozwiązać. Mogę ich uśpić tak głęboko, że pułapka nie zadziała.

Nie rób tego! Jeżeli tylko dotkniesz jednego z nich, Stefano...
Stefano to tylko chłopiec, pamiętasz? Zaufaj mi. Ufasz mi przecież, prawda?
Wszystko zadziałało tak, jak demonicznie ubarwiony ptak zapowiedział. Stefano i Elena zasnęli 

dużo mocniej. A potem jeszcze mocniej.

Chwilę później Damon zmienił kształt i znalazł się wewnątrz pokoju. Jego brat i... i ona... na 

którą zawsze musiał patrzeć... spała obok Stefano, obejmując go, a jej złote włosy spływały na 
poduszkę.

background image

Z trudem oderwał od niej wzrok. Na biurku stał nieco przestarzały już komputer. Podszedł do 

niego i włączył go bez wahania. Stefano i Elena nawet się nie poruszyli.

Pliki... aha. Pamiętnik. Jakże oryginalna nazwa. Damon otworzył plik i przejrzał zawartość.
Drogi pamiętniku,
obudziłam się dziś rano i - cud nad cudami - znów jestem sobą. Chodzę, mówię, piję, moczę 

łóżko (no, tego nie zrobiłam, ale na pewno bym mogła).

Wróciłam.
Cóż to była za podróż.
Umarłam, najdroższy pamiętniku, naprawdę umarłam. A potem umarłam jako wampir. I nie  

oczekuj, że opiszę, co się działo po tamtej stronie - naprawdę, trzeba było to widzieć.

Najważniejsze, że mnie nie było, ale wróciłam. Och, mój cierpliwy przyjacielu, który od lat 

przechowujesz moje sekrety... Jak się cieszę, że wróciłam.

Nie wszystko jest idealnie. Nigdy już nie będę mogła zobaczyć się z ciocią Judith ani z Margaret.  

Myślą, że „spoczywam w pokoju” z aniołami. Ale za to mam Stefano!

To wystarczające zadośćuczynienie za wszystko, co przeszłam. Ale nie wiem, jak odpłacić się  

tym, którzy dla mnie podążyli aż do bram piekła.

Jestem zmęczona i chcę spędzić noc z moim ukochanym.
Jestem bardzo szczęśliwa. Spędziliśmy przemiły dzień, śmiejąc się i całując, patrząc, jak po kolei  

moi   przyjaciele   przekonują   się,   że   ja   żyję!   (I   nie   jestem   szalona   jak   przez   ostatnie   kilka   dni.  
Naprawdę nie wiem, dlaczego Wielkie Duchy nie mogły zrzucić mnie na ziemię w lepszym stanie. 
No cóż.)

Elena

Damon niecierpliwie przeglądał plik. Szukał czegoś trochę innego. O, tak, jest.
Najdroższa Eleno,
wiedziałem, że zajrzysz tu prędzej lub później. Miałem jednak nadzieję, że nie będziesz musiała.  

Jeżeli to czytasz, to znaczy, że Damon jest zdrajcą albo coś innego poszło strasznie źle.

Zdrajcą? To chyba przesada, pomyślał urażony Damon. Czytał jednak dalej, niecierpliwiąc się,  

by zrealizować swój plan.

Wychodzę do lasu, żeby z nim porozmawiać. Jeżeli nie wrócę, będziesz wiedziała, kogo o mnie 

pytać.

Prawda jest taka, że nie wiem, o co chodzi. Dziś po południu zostawił mi kartkę z adresem 

internetowym. Znajdziesz ją pod poduszką.

Do licha, pomyślał Damon. Nie będzie łatwo wyciągnąć kartki, nie budząc Eleny. Ale będzie 

musiał to zrobić.

Eleno,  wejdź  na  tę  stronę.  Będziesz  musiała  pogrzebać   w  ustawieniach  jasności,  bo  strona  

przygotowana jest tylko dla wzroku wampirów. Jest tam napisane, że istnieje miejsce zwane Shi no  
Shi - dosłownie Śmierć Śmierci, gdzie mogą usunąć klątwę, która wisi nade mną od pięciuset lat.  
Używają magii i medycyny, by zmienić wampiry w zwykłych śmiertelników, mężczyzn i kobiety, 
chłopców i dziewczęta.

Jeżeli naprawdę mogą to zrobić, Eleno, to będziemy mogli być razem tak długo, jak długo żyją  

zwyczajni ludzie. Niczego więcej nie pragnę.

Chcę życz tobą jako zwykły, oddychający, jedzący człowiek.
Ale nie przejmuj się. Porozmawiam tylko o tym z Damonem. Nie musisz mi mówić, że mam  

zostać. Nigdy nie zostawiłbym cię samej z tym wszystkim, co dzieje się w Fell's Church. Jest tu dla  
ciebie zbyt niebezpiecznie, zwłaszcza z twoją nową krwią i nową aurą.

Mam   świadomość   tego,   że   ufam   Damonowi   bardziej   niż   powinienem.   Ale   jednego   jestem  

pewien: ciebie nigdy by nie skrzywdził. Kocha cię. Co może na to poradzić?

Niemniej  muszę   się  z   nim   spotkać  na  jego   warunkach,   sam  w  określonym  miejscu   w  lesie. 

Zobaczymy, co będzie.

Jak   już   pisałem,   jeżeli   czytasz   ten   list,   to   znaczy,   że   coś   poszło   drastycznie   źle.   Broń   się, 

kochana. Nie bój się. Zaufaj sobie i swoim przyjaciołom. Oni mogą ci pomóc.

Ja ufam w opiekuńczość Matta, w chłodny umysł Meredith, w intuicję Bonnie. Powiedz im, żeby  

background image

o tym pamiętali.

Mam nadzieję, że nigdy nie będziesz musiała tego przeczytać.
Kocham cię z całego serca i całej duszy,

Stefano

PS Na wszelki wypadek ukryłem dwadzieścia tysięcy dolarów w studolarowych banknotach pod  

podłogą, po drugą deską od ściany, za łóżkiem. W tej chwili stoi na niej fotel. Jeżeli go przesuniesz,  
zobaczysz szparę.

Damon   ostrożnie   wykasował   list   Stefano.   Potem,   uśmiechając   się   przebiegle,   w   milczeniu 

napisał nową wiadomość z nieco innym morałem. Przeczytał ją. Uśmiechnął się szeroko. Zawsze 
marzył o tym, żeby zostać pisarzem. Nie miał oczywiście żadnego wykształcenia w tej dziedzinie, 
ale czuł, że ma talent.

Etap   pierwszy   został   zrealizowany,   pomyślał,   zapisując   plik   ze   swoim   listem.   Po   czym 

bezszelestnie podszedł do łóżka.

Czas na etap drugi.
Powoli, bardzo powoli, wsunął rękę pod poduszkę Eleny. Czuł na dłoni jej włosy, połyskujące w 

świetle księżyca. Ból, który go przeszył, był bólem serca bardziej nawet niż kłów Przesuwając rękę 
pod poduszką, szukał  kartki.  Elena  mruczała  coś  przez sen. Nagle  obróciła  się w  jego stronę. 
Damon  niemal  odskoczył,  ale  jej   oczy  były   zamknięte.  Ciemne   rzęsy odcinały  się  na  bladych 
policzkach.

Teraz,   gdy   była   zwrócona   twarzą   do   niego,   można   by   się   spodziewać,   że   wzrok   Damona 

przyciągną delikatne żyły widoczne na jej mlecznobiałej szyi. Zamiast tego jednak wpatrywał się 
obsesyjnie w jej nieznacznie rozchylone wargi. Były... Niemal nie mógł się im oprzeć. Nawet we 
śnie miały kolor płatków róży, były lekko wilgotne i rozchylone w ten sposób...

Mogę   to   zrobić   bardzo   lekko.   Nigdy   się   nie   dowie.   Mogę,   wiem,   że   mogę.   Dziś   jestem 

niepokonany.

Kiedy pochylał się nad nią, jego palce dotknęły kartki.
Otrząsnął się ze swojej niemal zrealizowanej fantazji. Co mu strzeliło do głowy? Ryzykować 

wszystko, wszystkie swoje plany i pragnienia dla pocałunku? Będzie mnóstwo czasu na pocałunki - 
i na wiele innych, ważniejszych rzeczy -później.

Bardzo ostrożnie wyciągnął kartkę spod poduszki i włożył ją do kieszeni, po czym przemienił się 

w kruka i odleciał.

Stefano już dawno opanował sztukę budzenia się o zamierzonej godzinie. Zrobił to również 

teraz. Rzucił okiem na budzik na stoliku nocnym i upewnił się, że jest czwarta rano.

Nie chciał budzić Eleny.
Ubrał się bezszelestnie i wyszedł tą samą drogą co jego brat, tyle że pod postacią sokoła. Gdzieś 

w nim czaiło się podejrzenie, że Damon jest manipulowany przez kogoś, kto używa malaków, aby 
uczynić z niego swoją marionetkę. Czuł, że ma obowiązek powstrzymać go, kimkolwiek był.

Wiadomość, którą zostawił Damon, polecała mu udać się pod drzewo, przy którym rozbili się 

ludzie. Damon widocznie chciał wrócić w to miejsce, żeby wyśledzić istotę kontrolującą malaki.

Stefano leciał jak na sokoła przystało, szybując wysoko i pikując od czasu do czasu. Raz o mało 

nie przyprawił niewinnej myszy o zawał serca, gdy przeleciał kilka centymetrów nad jej głową.

W końcu, gdy zobaczył wyraźne ślady wypadku, jeszcze w powietrzu przemienił się z potężnego 

ptaka w młodego człowieka z ciemnymi włosami, bladą twarzą i intensywnie zielonymi oczami.

Opadł na ziemię lekko jak płatek śniegu. Rozejrzał się na wszystkie strony, wytężając wampirze 

zmysły,  by zbadać teren. Nie wyczuwał żadnej pułapki, żadnej niechęci, tylko  niezatarte ślady 
okrutnej walki, która została tu stoczona. Wciąż w postaci ludzkiej wspiął się na jedno z drzew, 
wyczuwając, że to na tym siedział wtedy Damon.

Nie   poczuł   dreszczu,   wspinając   się   na   dąb,   z   którego   jego   brat   w   spokoju   przyglądał   się 

śmiertelnym zmaganiom. Stefano miał na to zbyt wiele krwi Eleny w żyłach. Zauważył jednak, że 
w tej części lasu panuje dziwny chłód, jakby coś rozmyślnie zaniżało temperaturę. Ale dlaczego? I 
co to było? I tak będzie musiało prędzej czy później się z nim skonfrontować, jeżeli chce pozostać 
w Fell's Church, więc na co czeka?

background image

Wyczuł   obecność   Damona   w   pobliżu   długo   przed   tym,   kiedy   zauważyłyby   to   jego   zmysły 

sprzed   przemiany   Eleny.   Wzdrygnął   się   instynktownie.   Oparł   się   plecami   o   gałąź   i   rozejrzał. 
Wiedział, że Damon pędzi w jego stronę, coraz szybciej i szybciej, coraz silniejszy, i że powinien 
stać już tam przed nim, ale wciąż go nie ma.

Zmarszczył brwi.
- Zawsze warto spojrzeć w górę, braciszku - doradził uprzejmy głos dochodzący z góry. Damon 

zeskoczył ze swojej gałęzi i wylądował obok Stefano.

Stefano milczał przez chwilę, przyglądając mu się tylko.
- Widzę, że jesteś w dobrym humorze - powiedział w końcu.
- Miałem wyjątkowo udany dzień. Mam je wymienić? Ta dziewczyna z kiosku z kartkami... 

Elizabeth  i moja droga przyjaciółka  Damaris,  której  mąż  pracuje w Bronston, i młoda  Teresa, 
wolontariuszka w bibliotece, i...

Stefano westchnął.
-   Czasem   mam   wrażenie,   że   pamiętasz   imię   każdej   dziewczyny,   której   krew   wypiłeś,   ale 

regularnie zapominasz moje.

-   Bzdura...   braciszku.   Teraz,   skoro   Elena   bez   wątpienia   wyjaśniła   ci,   co   się   stało,   gdy 

próbowałem uratować tę twoją malutką wiedźmę, Bonnie, chyba należą mi się przeprosiny.

- A skoro ty wysłałeś mi wiadomość, którą można odczytywać jedynie jako prowokację, mnie 

chyba należy się wyjaśnienie.

- Najpierw przeprosiny - upierał się Damon. A potem dodał cierpiętniczym tonem. - Wiem, że 

musisz żałować obietnicy złożonej umierającej Elenie, że będziesz zawsze się o mnie troszczył. Ale 
chyba nie pomyślałeś nigdy o tym, że ja musiałem przysiąc to samo, a ja nie jestem z tych, którzy 
lubią troszczyć się o innych. Teraz, skoro ona znowu żyje, może powinniśmy o tym zapomnieć.

Stefano westchnął ponownie.
- W porządku, już dobrze. Przepraszam. Myliłem się. Nie powinienem był cię wyrzucić. Czy to 

wystarczy?

- Nie jestem pewien, czy przeprosiny były szczerze. Spróbuj jeszcze raz, z uczuciem...
- Damon, na Boga, co to była za strona internetowa?
- Och. Spodobało mi się to. Bardzo sprytne: ustawić takie kolory, żeby tylko wampiry, wiedźmy 

i tym podobne mogły to odczytać, podczas gdy ludzie zobaczą tylko pusty ekran.

- Ale jak się o tym dowiedziałeś?
- Zaraz ci powiem. Ale tylko pomyśl o tym, braciszku. Ty i Elena podczas cudownego miesiąca 

miodowego, po prostu dwoje ludzi w ludzkim świecie. Im wcześniej się tam udasz, tym szybciej się 
z tym ludzkim światem pożegnasz, skądinąd.

- Wciąż nie powiedziałeś, jak trafiłeś na tę stronę.
- W porządku, przyznaję, era technologii w końcu dosięgła i mnie. Mam własną stronę. I pewien 

życzliwy młody człowiek skontaktował się ze mną, żeby sprawdzić, czy to, co na niej wypisałem, 
jest   szczere,   czy   może   po   prostu   jestem   sfrustrowanym   idealistą.   Pomyślałem,   że   to   ostatnie 
wyrażenie pasuje do ciebie.

- Ty? Stronę internetową? Nie wierzę. Damon zignorował to.
- Przekazałem ci tę wiadomość, bo sam już wcześniej słyszałem o tym miejscu, Shi no Shi.
- Śmierć Śmierci.
- Tak się to tłumaczy. - Damon posłał mu uśmiech tak promienny, że Stefano musiał w końcu 

odwrócić wzrok, nie mogąc tego znieść.

- Skądinąd - kontynuował Damon - zaprosiłem tego chłopaka, żeby sam ci to wytłumaczył.
- Co zrobiłeś?
- Powinien tu być dokładnie o czwartej czterdzieści cztery. Nie ja wybrałem tę godzinę, ale dla 

niego to ma duże znaczenie.

Nagłe,   z   niewielkim   szumem,   ale   bez   żadnego   poruszenia   mocy,   które   Stefano   potrafiłby 

zauważyć, coś wylądowało na gałęzi nad nim, a potem zeskoczyło na ich wysokość, przybierając 
ludzką postać.

Był to rzeczywiście młody człowiek z ogniście czerwonymi końcówkami czarnych włosów i 

background image

szczerym wyrazem złotych oczu. Stefano odwrócił się w jego stronę, gotowy do walki. Chłopak 
podniósł ręce w obronnym geście.

- Kim ty jesteś, do diabła?
- Jestem piekielnym Shinichi - odpowiedział beztrosko. - Ale, jak już mówiłem twojemu bratu, 

większość ludzi nazywa mnie po prostu Shinichi. Ty rób, jak wolisz.

- I wiesz wszystko o Shi no Shi.
- Nikt nie wie wszystkiego. To miejsce oraz organizacja. Ja mam do nich słabość, bo, cóż, lubię 

pomagać ludziom - wyznał nieśmiało Shinichi.

- A teraz chcesz pomóc mnie.
- Jeżeli naprawdę chcesz zostać człowiekiem... znam pewien sposób.
- Może was zostawię, żebyście o tym porozmawiali. Trochę ciasno się zrobiło na tej gałęzi.
Stefano rzucił mu surowe spojrzenie.
- Jeżeli choćby przyszło ci do głowy zajrzenie do pensjonatu...
- Braciszku, zlituj  się. Damaris  na mnie  czeka. Damon  zmienił  się w kruka, zanim Stefano 

zdążył zażądać od niego przysięgi.

Elena obróciła się w łóżku, sięgając ręką, by objąć Stefano. Trafiła jednak na puste miejsce. 

Otworzyła oczy.

- Stefano?
Kochany. Byli tak mocno związani, że mogliby być jedną osobą. Zawsze wiedział, kiedy Elena 

się obudzi. Pewnie zszedł na dół po śniadanie - pani Flowers miała je już zawsze gotowe, gdy się 
zjawiał (kolejny dowód na to, że była dobrą czarownicą).

- Eleno - powiedziała do siebie, sprawdzając, jak brzmi jej stary - nowy głos. - Eleno Gilbert, 

dziewczyno, zjadłaś już za dużo śniadań w łóżku - poklepała się po brzuchu. Tak, zdecydowanie 
przydałoby jej się trochę ruchu.

- Dobra - kontynuowała monolog. - Może najpierw się podnieś. A potem trochę się porozciągaj. 

-Jak tylko Stefano wróci, pomyślała, możesz przerwać.

Ale Stefano nie wracał, chociaż po półgodzinnych ćwiczeniach położyła  się z powrotem do 

łóżka. Nie słyszała go też na schodach.

Gdzie on jest?
Elena wyjrzała przez okno i zobaczyła na dole panią Flowers.
Jej serce zaczęło bić szybciej podczas ćwiczeń i teraz wyraźnie nie zamierzało zwolnić. Próba 

nawiązania rozmowy z panią Flowers, krzycząc przez okno, była z góry skazana na porażkę, ale 
postanowiła ją jednak podjąć.

- Pani Flowers?
O dziwo, starsza pani przerwała wieszanie prania i spojrzała w górę.
- Tak, Eleno?
- Gdzie jest Stefano?
Wiatr uniósł jedno z prześcieradeł tak, że zasłoniło panią Flowers. Gdy opadło z powrotem, już 

jej nie było. Kosz z praniem stał jednak na miejscu.

- Proszę nie odchodzić! - zawołała Elena. Ubrała się szybko i zbiegła po schodach do ogródka.
- Pani Flowers!
- Tak, Eleno?
- Czy widziała pani Stefano?
- Nie dzisiaj.
- Nie?
- Wstałam o świcie, jak zawsze. Nie było już jego samochodu. Od tamtej pory nie wrócił.
Serce Eleny biło rekordy liczby uderzeń na minutę. Zawsze bała się, że coś takiego w końcu 

nastąpi. Wzięła głęboki oddech i sprintem wbiegła z powrotem na górę.

Wiadomość...
Nie  opuściłby jej  bez  słowa. Na poduszce  Stefano nic  nie  leżało.  Wsunęła  dłoń pod swoją 

poduszkę, a potem pod jego. Bała się je podnieść, bo tak bardzo chciała, żeby się okazało, że leży 
tam jednak zostawiona przez niego kartka.

background image

W końcu, gdy było już jasne, że pod poduszkami znajduje się tylko prześcieradło, podniosła je i 

przez chwilę wpatrywała się w puste łóżko. Potem odsunęła je od ściany, by sprawdzić, czy coś nie 
spadło.

Czuła, że jeżeli tylko będzie szukać wytrwale, w końcu coś znajdzie. Ściągnęła pościel z łóżka i 

przyjrzała jej się dokładnie.

Pomyślała, że to dobry znak- skoro nie ma wiadomości, to Stefano nie odszedł. Starała się, 

bardzo się starała nie widzieć, że jego część szafy jest pusta.

Zabrał wszystkie ubrania.
I wszystkie buty.
Nie żeby miał ich tak wiele. Ale wszystko, czego potrzebował, zniknęło. I on zniknął.
Dlaczego? Dokąd odszedł? Jak mógł?
Nawet jeżeli odszedł tylko po to, żeby znaleźć dla nich nowe miejsce do zamieszkania, jak 

mógł? Gdy wróci, dostanie burę swojego życia...

...o ile wróci.
Przerażona, czując, że łzy mimowolnie spływają po jej policzkach, miała już zadzwonić do 

Meredith i Bonnie, kiedy przypomniała sobie o ostatnim miejscu, którego nie sprawdziła.

Pamiętnik.

background image

ROZDZIAŁ 17

Przez   pierwsze   dni   po   jej   powrocie   z   zaświatów   Stefano   wcześnie   kładł   Elenę   do   łóżka, 

upewniał  się,  że   jest  jej  ciepło,   po  czym  pozwalał  jej  pracować  z  nim   na  komputerze,   pisząc 
pamiętnik z jej myślami o wydarzeniach ostatniego dnia i jego własnymi komentarzami.

W rozpaczliwym pośpiechu otworzyła teraz plik i przewinęła tekst do końca.
Znalazła wiadomość.
Najdroższa Eleno,
wiedziałem, że zajrzysz tu prędzej łub później. Mam nadzieję, że nastąpiło to prędzej.
Kochana, wierzę, że potrafisz teraz sama o siebie zadbać. Nigdy nie widziałem silniejszej albo  

bardziej niezależnej dziewczyny.

A to znaczy, że już czas. Czas, abym odszedł. Nie mogę zostać dłużej, jeżeli nie chcę przemienić  

cię w wampira. Oboje wiemy, że nie możemy do tego dopuścić.

Proszę, wybacz mi. Proszę, zapomnij o mnie. Och, miłości moja, nie chcę odchodzić, ale muszę.
Jeżeli będziesz potrzebowała pomocy, Damon dał słowo, że będzie cię chronił. Nigdy by cię nie  

skrzywdził. Cokolwiek złego dzieje się w Fell's Church, przy nim będziesz na pewno bezpieczna.

Moja kochana, mój aniele, zawsze będę cię kochał...

Stefano

PS Żeby pomóc ci w nowym - starym życiu, zostawiłem pieniądze dla pani Flowers na opłacenie  

pokoju   przez  następny   rok.   Ponadto  schowałem  dwadzieścia   tysięcy  dolarów  w  studolarowych 
banknotach pod podłogą, pod drugą deską od ściany, za łóżkiem. Użyj ich, by zbudować sobie  
nową przyszłość, z kimkolwiek zechcesz.

Pamiętaj, jeżeli czegokolwiek będziesz potrzebować, Damon ci pomoże. Możesz mu zaufać, jeżeli  

będziesz potrzebowała rady. Och, najsłodsza moja, jak mam odejść? Nawet jeżeli to dla twojego  
dobra...

Elena skończyła czytać list.
Siedziała w bezruchu.
Po długim poszukiwaniu znalazła odpowiedź.
Nie wiedziała teraz, co ma zrobić. Chciała krzyczeć.
Jeżeli potrzebujesz pomocy, zwróć się do Damona... Możesz mu zaufać... Ten list nie mógłby 

bardziej schlebiać Damonowi, nawet gdyby sam go napisał.

Stefano odszedł. Jego ubrania zniknęły. Jego buty też.
Zostawił ją.
Zacznij nowe życie...
W takim stanie zastały ją Meredith i Bonnie, zaniepokojone tym, że przez ponad godzinę nie 

odbierała telefonu. Nie mogły też dodzwonić się do Stefano - po raz pierwszy, odkąd pojawił się na 
ich prośbę, by zabić potwora. Ale ten potwór już nie żył, a Elena...

Elena siedziała przed szafą Stefano.
-   Zabrał   nawet   buty   -   powiedziała   głosem   pozbawionym   jakiegokolwiek   wyrazu.   -   Zabrał 

wszystko. Ale zapłacił za pokój za następny rok. A wczoraj kupił mi nowego jaguara.

- Eleno...
-   Nie   widzicie?   -   zawołała.   -   To   jest   moje   przebudzenie.   Bonnie   przewidziała,   że   będzie 

niespodziewane i gwałtowne i że będę potrzebowała, żebyście były przy mnie. A co z Mattem?

- Nie był wymieniony w proroctwie - odpowiedziała ponuro Bonnie.
- Ale chyba będziemy potrzebowały jego pomocy - dodała Meredith.
- Kiedy Stefano i ja byliśmy razem,  zaraz na początku, zanim zostałam wampirem,  zawsze 

wiedziałam - szeptała Elena - że przyjdzie dzień, kiedy będzie próbował mnie opuścić dla mojego 
dobra. - Nagle uderzyła pięścią o podłogę, tak mocno, że mogła zrobić sobie krzywdę. -Wiedziałam 
to, ale miałam  nadzieję, że będę miała  szansę przekonać go, żeby tego nie robił. On jest taki 
szlachetny, taki skłonny do poświęceń... Odszedł...

- Tobie naprawdę jest wszystko jedno - powiedziała cicho Meredith, przyglądając się jej - czy 

zostaniesz człowiekiem, czy staniesz się wampirem.

- Masz rację, wszystko mi jedno! Dopóki jestem z nim, wszystko mi jedno. Kiedy byłam na pół 

background image

duchem, wiedziałam, że nic mnie nie przemieni. Teraz jestem człowiekiem i jestem podatna na 
przemianę jak każdy inny człowiek. Ale to nie ma znaczenia.

- Może to jest przebudzenie - szepnęła Meredith.
- Och, może  to, że nie przyniósł  rano śniadania  jest przebudzeniem!  - zawołała  wzburzona 

Bonnie. Wpatrywała  się w  płomień  od ponad trzydziestu  minut,  próbując nawiązać  kontakt  ze 
Stefano.   -   Nie   chce   albo   nie   może.   -   Dopiero   gdy   to   powiedziała,   zauważyła,   że   Meredith 
gwałtownie kręci głową.

- Jak to „nie może”? - zawołała Elena, podnosząc się z podłogi.
- Nie wiem! Eleno, ranisz mnie!
- Czy coś mu grozi? Bonnie, pomyśl! Czy spotyka go krzywda z mojego powodu?
Bonnie   rzuciła   okiem   na   Meredith,   która   każdym   centymetrem   swojego   ciała   nadawała 

jednoznaczny komunikat: „nie”. Potem spojrzała na Elenę, która domagała się prawdy Zamknęła 
oczy.

- Nie jestem pewna.
Otworzyła oczy powoli, spodziewając się, że Elena wybuchnie. Ale ona nie zrobiła nic takiego. 

Po prostu zacisnęła mocno wargi.

- Dawno temu przysięgłam, że będzie mój, choćby miało to zabić nas oboje - powiedziała po 

chwili.   -   Jeżeli   wydaje   mu   się,   że   może   po   prostu   mnie   zostawić,   dla   mojego   dobra   czy   z 
jakiegokolwiek innego powodu, to się myli. Pójdę najpierw do Damona, skoro Stefano tak bardzo 
na   tym   zależy.   A   potem   będę   go   szukać.   Znajdę   jakiś   trop.   Zostawił   mi   dwadzieścia   tysięcy 
dolarów. Wykorzystam je, by go odnaleźć. Jeżeli samochód się zepsuje, będę szła piechotą. Jeżeli 
nie będę mogła już iść, będę się czołgać. Ale znajdę go.

- Nie pójdziesz sama - zapewniła ją Meredith. -Jesteśmy z tobą, Eleno.
- A on, jeżeli zrobił to z własnej woli, pożałuje jak nigdy w życiu.
- Jak sobie tylko życzysz. Ale najpierw go znajdźmy.
- Wszystkie za jedną i jedna za wszystkie! - zawołała Bonnie. - Ściągniemy go z powrotem i 

damy mu nauczkę...

albo nie - dorzuciła szybko, widząc, że Meredith znów kręci głową. - Eleno, nie! Nie płacz! 

Elena zaniosła się szlochem.

- Więc Damon powiedział, że zajmie się Eleną, i to on przypuszczalnie ostatni widział Stefano 

dziś  rano. - powiedział  Matt, kiedy dziewczyny  sprowadziły go do pensjonatu i wyjaśniły mu 
sytuację.

- Tak - odpowiedziała Elena zdecydowanym tonem. -Ale, Matt, mylisz się, jeżeli myślisz, że 

Damon zrobiłby cokolwiek, żeby go zabrać ode mnie. Damon nie jest taki, jak wszyscy myślicie. 
On naprawdę próbował uratować Bonnie tamtej nocy. I naprawdę poczuł się zraniony, gdy zamiast 
wdzięczności zobaczył waszą nienawiść.

- Co dowodzi, że miał motyw - zauważyła Meredith.
- Nie, to dowodzi, że ma serce, że potrafi się troszczyć o ludzi - zaprotestowała Elena. - Nigdy 

nie skrzywdziłby Stefano. Z mojego powodu. Wie, jakbym się czuła.

- Więc czemu mi nie odpowiada? - zapytała Bonnie.
-   Może   dlatego,   że   ostatnim   razem,   gdy   nas   widział,   wyglądaliśmy,   jakbyśmy   chcieli   go 

rozszarpać - odparła zawsze sprawiedliwa Meredith.

-   Powiedz   mu,   że   go   przepraszam   -   zaproponowała   Elena.   -   Powiedz,   że   chcę   z   nim 

porozmawiać.

- Czuję się jak satelita komunikacyjny - poskarżyła się Bonnie, ale oczywiście wkładała w swoje 

zadanie całe serce i całą energię. Wyglądała już na wykończoną.

W końcu Elena musiała przyznać, że to na nic się zda.
- Może się opamięta i sam cię wezwie - spróbowała Bonnie. - Może jutro.
- Zostaniemy z tobą dziś w nocy - oznajmiła Meredith. - Bonnie, dzwoniłam do twojej siostry i 

powiedziałam, że będziesz u mnie. Zadzwonię teraz do taty i powiem, że jestem u ciebie. Matt, ty 
nie jesteś zaproszony...

- Dzięki - odpowiedział kwaśno Matt. - Czy mam wrócić do domu piechotą?

background image

-   Nie,   możesz   wziąć   mój   samochód   -   zaoferowała   Elena.   -   Ale   przywieź   go   z   powrotem 

wcześnie rano. Nie chcę, żeby ludzie zaczęli zadawać pytania.

Wieczorem trzy dziewczyny przygotowały się do snu. Pani Flowers dostarczyła im dodatkowych 

koców   i   prześcieradeł   (nic   dziwnego,   że   zrobiła   dziś   rano   takie   duże   pranie   -   musiała   się 
spodziewać dziewczyn,  pomyślała  Elena).  Odsunęły meble  pod ścianę  i rozłożyły  na podłodze 
śpiwory. Leżały z głowami zwróconymi do środka, jak szprychy w kole.

Więc to jest przebudzenie.
Uświadomienie sobie, że jednak mogę znów być sama. Och, jak jestem wdzięczna, że mam 

Bonnie i Meredith. Bardziej, niż da się to wyrazić.

Z przyzwyczajenia podeszła do komputera, żeby wprowadzić kolejny wpis do pamiętnika. Ale 

po kilku pierwszy słowach znów zaczęła płakać. W duchu ucieszyła się, gdy Meredith niemal siłą 
odciągnęła   ją   od   komputera   i   kazała   wypić   gorące   mleko   z   wanilią,   cynamonem   i   gałką 
muszkatołową. A potem Bonnie położyła ją do łóżka i trzymała za rękę, aż usnęła.

Matt został z nimi parę godzin. Kiedy wracał, słońce już zachodziło. Ścigam się z ciemnością, 

pomyślał nagle. Nie pozwalał sobie, by rozpraszał go zapach nowości we wnętrzu jaguara. Nie 
mógł jednak powstrzymać się od rozważania tego, co się stało. Nie powiedział nic dziewczynom, 
ale miał wrażenie, że coś było nie tak z pożegnalną wiadomością Stefano. Musiał tylko upewnić się, 
że tego wrażenia nie wywołuje jego urażona duma.

Dlaczego Stefano w ogóle o nich nie wspomniał? O przyjaciołach Eleny, którzy byli przy niej 

zawsze i są także teraz. Można by się spodziewać, że przynajmniej wspomni o dziewczynach, 
nawet jeżeli pogrążony w bólu zapomniał o Matcie.

Czy   to   wszystko?   Było   w   tym   liście   coś   jeszcze   niepokojącego,   ale   Matt   nie   mógł   tego 

sprecyzować. Wszystko, co przyszło mu do głowy, to wspomnienie zeszłego roku w szkole i... tak, 
pani Hilden, nauczycielki angielskiego.

Nawet rozmyślając o tym wszystkim, uważnie przyglądał się drodze. Nie dało się dojechać z 

pensjonatu do centrum Fell's Church, omijając Stary Las. Miał się więc na baczności.

Mijając   zakręt,   zobaczył   przewrócone   drzewo.   Zdążył   zahamować   z   piskiem,   zatrzymując 

samochód w poprzek drogi.

Musiał się teraz zastanowić.
Jego pierwszą instynktowną reakcją było: wezwać Stefano. On mógłby po prostu podnieść to 

drzewo z drogi. Ale szybko przypomniał sobie, że to nie wchodzi w grę. Zadzwonić do dziewczyn?

Nie   mógł   się   do   tego   zmusić.   Nie   chodziło   tylko   o   męską   dumę,   ale   też   o   empiryczną 

rzeczywistość,   w   której   przed   nim   leżało   wielkie,   stare   drzewo.   Gdyby   nawet   próbowali   we 
czwórkę, i tak by go nie ruszyli.

Przewróciło się dokładnie w poprzek drogi, jakby umyślnie chciało odciąć pensjonat od miasta.
Ostrożnie opuścił szybę po stronie kierowcy Wytężył wzrok, próbując dojrzeć korzenie drzewa. 

Albo jakikolwiek ruch, prawdę mówiąc. Ale nic nie zobaczył.

Nie dostrzegł korzeni, ale drzewo wyglądało na zdecydowanie zbyt zdrowe, żeby tak po prostu 

przewrócić   się   w   słoneczne   letnie   popołudnie.   Nie   było   wiatru,   deszczu,   błyskawic   ani   nawet 
bobrów. Ani drwali.

Rów po prawej stronie drogi wyglądał jednak na całkiem płytki, a korona drzewa nie sięgnęła do 

niego. Może dałoby się...

Coś się poruszyło.
Nie w lesie, ale na drzewie przed nim. Coś poruszyło jego gałęziami i nie był to wiatr.
Kiedy to  zobaczył,   wciąż  nie  mógł  uwierzyć.  To  był  pierwszy  problem.  Drugi  był   taki,  że 

siedział w nowym jaguarze Eleny, a nie w swoim gruchocie. W panice próbując zamknąć okno, nie 
potrafiąc   oderwać   wzroku   od  tego   czegoś,   co   właśnie   zeskoczyło   z   drzewa,   nie   mógł   znaleźć 
odpowiedniego przycisku.

Najważniejszy problem był jednak taki, że to coś było piekielnie szybkie. Dosłownie.
Zanim Matt się zorientował, próbowało już wskoczyć do środka.
Nie wiedział, co Elena pokazała Bonnie na pikniku. Ale jeżeli to, co widział, nie było malakiem, 

to co to było? Mieszkał niedaleko lasu przez całe życie i nigdy nie widział owada choć trochę 

background image

podobnego do tego.

Bo to był owad. Jego skóra przypominała korę drzewa, ale to był tylko kamuflaż. Kiedy odbiło 

się od okna, usłyszał charakterystyczny szczęk chitynowego pancerza. Stworzenie było długie jak 
jego ramię i wydawało się latać dzięki okrężnemu ruchowi licznych macek - co nie powinno być 
możliwe.

Jeszcze raz spróbowało dostać się do środka, zanim Matt zdążył podnieść szybę do końca. Tym 

razem wcisnęło głowę oraz część macek i zaklinowało się.

Było   zbudowane   raczej   jak   pijawka   albo   kałamarnica   niż   owad.   Długie,   smukłe   macki 

wyglądały trochę jak pnącza winorośli, ale były grubsze od kciuka i zakończone dużymi ssawkami, 
w których znajdowało się coś ostrego. Zęby.

Jedna macka owinęła się wokół szyi Matta. Poczuł jednocześnie, jak traci oddech i jak małe zęby 

wgryzają się w jego kark.

Macka owinęła się trzy lub cztery razy i zaczęła zaciskać na jego szyi. Musiał chwycić ją i 

szarpnąć jedną ręką, drugą usiłował wypchnąć stworzenie z samochodu. Okazało się, że owad ma 
otwór gębowy, choć nie ma oczu. Jak cała bestia, otwór był okrągły. Otaczały go zęby. Głęboko w 
środku, co Matt zauważył, gdy paszcza stworzenia zaczęła zamykać się na jego ręce, znajdowała się 
para szczypców tak duża, by odciąć palec.

Boże, nie. Zacisnął pięść i spróbował wyrwać rękę.
Nagle podniesiony poziom adrenaliny dał mu dość siły, by oderwać mackę owiniętą wokół jego 

szyi. Ale wciąż nie udało mu się uwolnić ręki, która już po łokieć zniknęła w paszczy malaka, czy 
cokolwiek to było. Dłonią uderzył w jego korpus.

Musiał jakoś wyciągnąć rękę. Chwycił za brzeg otworu gębowego i pociągnął. Udało mu się 

tylko   oderwać   kawałek   pancerza.   Tymczasem   owad   próbował   wcisnąć   do   wnętrza   samochodu 
więcej macek, uderzając nimi o szybę. W którymś  momencie wpadnie na to, że wystarczy,  że 
przyciśnie je do ciała i będzie mógł cały wślizgnąć się do środka.

Coś ostrego zahaczyło o pięść Matta. Szczypce! Prawie całe jego ramię było już w paszczy 

stwora. Mimo że interesowało go tylko to, jak się uwolnić, pojawiła się w jego głowie myśl: gdzie 
to coś ma żołądek?

Jeżeli natychmiast czegoś nie zrobi, straci rękę.
Udało mu się odpiąć pas. Gwałtownie rzucił się w prawo, na miejsce pasażera. Czuł, jak zęby 

wbijają się w jego ramię. Widział krwawe ślady, które zostawiały. Ale to nie miało znaczenia. 
Najważniejsze było wyciągnąć rękę.

W końcu drugą dłonią sięgnął do przycisku zamykającego okno. Wcisnął go i wyszarpnął pięść z 

paszczy owada. Szyba podniosła się do końca.

Matt spodziewał się chrzęstu chityny i czarnej krwi cieknącej po szybie, być może przeżerającej 

samochód jak kwas.

Zamiast   tego   robak   rozpłynął   się   w   powietrzu.   Po   prostu...   stał   się   przezroczysty,   a   potem 

rozsypał się na tysiące jasnych drobin, które natychmiast zniknęły.

Matt miał długie krwawe bruzdy na ramieniu, rany od ssawek na szyi i kilka bolesnych zadrapań 

na drugiej dłoni. Ale nie tracił czasu na liczenie obrażeń. Musiał uciekać jak najszybciej. Coś znów 
poruszyło gałęziami i nie chciał sprawdzać, czy tym razem to tylko wiatr.

Była tylko jedna droga. Rów.
Uruchomił silnik i wcisnął gaz. Miał nadzieję, że rów nie jest za głęboki i że jaguar nie zahaczy 

kołami o drzewo.

Samochód nagle przechylił się do przodu. Matt aż przygryzł wargę. Potem usłyszał trzask gałęzi. 

Na chwilę samochód stanął w miejscu, ale chłopak nie zdejmował nogi z gazu. Po sekundzie ruszył, 
ślizgając się jednak na liściach. Mattowi udało się odzyskać kontrolę i wyprowadzić auto na drogę 
tuż przed tym, jak rów stał się znacznie głębszy.

Oddychał  szybko  i płytko.  Pędził krętą drogą z zawrotną prędkością, ledwie  przytomny.  W 

końcu   zobaczył   przed   sobą   czerwone   światło,   jaśniejące   w   zapadającym   mroku   jak   obietnica 
zbawienia.

Skrzyżowanie   z   Mallory.   Zmusił   się   do   wciśnięcia   hamulca.   Znów   zapiszczały   opony.   Nie 

background image

czekając   na  zmianę   światła,   skręcił   ostro  w   prawo  i   wyjechał   z   lasu.   Będzie   musiał   objechać 
kilkanaście osiedli, żeby dotrzeć do swojego domu tą drogą, ale przynajmniej będzie już z dala od 
śmiercionośnych drzew i zamieszkujących je istot.

Matt   poczuł   w   końcu   ból   w   ramieniu.   Kiedy   dotarł   do   swojego   domu,   był   już   na   skraju 

omdlenia. Zatrzymał się pod latarnią, ale po chwili namysłu odjechał w część ulicy nieoświetloną 
latarniami. Nie chciał, żeby ktokolwiek go teraz widział.

Czy powinien już teraz zadzwonić do dziewczyn? Ostrzec je, żeby nie wychodziły z domu? Ze 

w lesie nie jest bezpiecznie? Ale to już wiedziały. Meredith nigdy nie pozwoliłaby Elenie zbliżyć 
się do Starego Lasu, nie odkąd Elena jest człowiekiem. A Bonnie nie zniosłaby nawet myśli o 
zapuszczaniu się w tak ciemne miejsce. Tym bardziej że Elena pokazała jej te stworzenia, które się 
tam czają.

Malaki. Nieprzyjemna nazwa odrażającej istoty.
To, co było teraz najważniejsze, to powiadomić odpowiednie służby o przewróconym drzewie, 

żeby jak najszybciej je usunięto. Ale nie w nocy. Nikt raczej nie będzie już tamtędy jechał do rana, 
a wysłanie tam kogokolwiek byłoby przypuszczalnie równoznaczne z wyrokiem śmierci. Zaraz z 
rana zadzwoni na policję. Wtedy odpowiednie służby zajmą się drzewem.

Było   ciemno   i  dużo  później,   niż  myślał.  Chyba  jednak  powinien   zadzwonić   do  dziewczyn. 

Gdyby   tylko   mógł   spokojnie   się   zastanowić.   Rany   piekły.   Trudno   było   mu   się   skupić.   Może 
powinien chwilę odpocząć...

Oparł czoło o kierownicę. Ciemność zamknęła się wokół niego.