background image

RENEE ROSZEL 

Człowiek z samotnych wysp 

 

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Sara wreszcie mogła się przyjrzeć męŜczyźnie, przez którego zszarpała sobie 

nerwy. Stał nad brzegiem urwiska i w zamyśleniu patrzył w morze. Wysoka, 

barczysta postać wyraźnie odcinała się na tle szarego nieba. 

Zacisnęła pięści. Ten drań, ten... porywacz dzieci stał sobie tak spokojnie, jak 

gdyby nic się nie stało! Kim jest ten człowiek, zdolny z wyrachowaniem zwabić 

naiwną szesnastolatkę pod pozorem oferty matrymonialnej? 

Sara obiecała sobie, Ŝe w momencie konfrontacji z męŜczyzną, który namówił 

jej młodszą siostrę do ucieczki z domu, zachowa godność i lodowaty spokój. 

Jednak straszny tydzień, jaki upłynął od momentu, gdy Lynn potajemnie 

spakowała rzeczy i wy jechała sprawił, Ŝe teraz była juŜ tylko roztrzęsionym 

kłębkiem nerwów. Traktowała młodszą siostrę niemal jak własną córkę. Przez 

osiem lat, od czasu śmierci rodziców, wychowywała ją sama. Z przeraŜeniem 

myślała, jaką krzywdę moŜe wyrządzić naiwnej, nie znającej Ŝycia dziewczynie 

brutal, który dostał ją w swoje ręce. Z drugiej strony narastała w niej wściekłość 

na tę krnąbrną, piegowatą smar kulę, której naleŜała się solidna porcja klapsów. 

Napięcie, jakie towarzyszyło jej podczas długiej podróŜy z Kansas na daleki 

archipelag na Morzu Beringa, złagodziły nieco uwagi starego, gburowate go 

pilota, z którym odbywała ostatni przelot z duŜej wyspy Świętego Pawła na 

background image

najmniejszą, najbardziej samotną wysepkę, gdzie czekało ją spotkanie z 

Ransomem Shepardem. Z kilku niedbałych uwag, jakie rzucił w drodze ten 

ponurak, bez przerwy Ŝujący prymkę tytoniu, wynikało raczej, Ŝe pan Shepard 

znany jest jako zapalony obserwator ptaków, nie zaś deprawator nieletnich 

panienek. 

UsłuŜna wyobraźnia podsunęła Sarze obraz ponurego, krzywonogiego 

okularnika z lornetką na szyi. Tak, do kogoś takiego doskonale pasowałoby 

sprowadzenie sobie narzeczonej pocztą, pomyślała z niejaką ulgą. Kiedy jednak 

dotarła na wysepkę Świętej Katarzyny, obawy powróciły ze zdwojoną siłą. Oto 

stała na jej najdalszym krańcu, na półwyspie, którego właścicielem okazał się 

właśnie Ransom Shepard. Co gorsza, ów pan na włościach w niczym nie 

przypominał krzywonogiego miłośnika ptaków! 

W napięciu zaciskając dłonie na rączce podróŜnej torby, Sara przyglądała się 

szerokim barom i wąskim biodrom wysokiego męŜczyzny, z którego sylwetki 

emanowała niebezpieczna siła i niedbały, koci wdzięk. Ransom Shepard nie był 

typem męŜczyzny, który musiałby się trudzić dawaniem matrymonialnych 

ogłoszeń, by zwabić do siebie Ŝądną przygód nastolatkę czy nawet studentkę. 

Wyglądał raczej na człowieka, który moŜe wybrać sobie kaŜdą kobietę, której 

zapragnie i wykorzystać bez skrupułów. Och, z ochotą rozerwałaby drania na 

strzępy, gdyby nie to, Ŝe mógłby z łat unieść ją jedną ręką jak kociaka. 

Pokonując ostatnie metry kamienistej ścieŜki dzielącej ją od nieznajomego, Sara 

usiłowała opanować się za wszelką cenę. Zawsze sądziła, Ŝe choć jest typowym 

rudzielcem, potrafi okiełznać swój temperament i posłuŜyć się chłodną logiką. 

Tym razem jednak emocje, trzymane w ryzach przez kilka okropnych dni, 

gwałtownie domagały się ujścia, groŜąc nie kontrolowanym wybuchem. 

Ś

wiadoma tego powtarzała sobie przez zaciśnięte zęby, wspinając się ku 

szczytowi urwiska: 

background image

— Tylko pozwól mu się wytłumaczyć. Daj mu szansę. Opanuj się, na litość 

boską... 

Udręczona natłokiem rozpaczliwych myśli, nie była nawet w stanie cieszyć się 

urokiem miejsca. Powietrze wypełniał rześki zapach soli, wokół rozbrzmiewał 

krzyk morskich ptaków pikujących nad falami, a wśród skal ścielił się gęsty 

dywan dzikich jaskrawoczerwonych kwiatków, lecz jej krew szumiała w 

skroniach, a pięści zaciskały się same. Ostatkiem woli powstrzymała się, by nie 

skoczyć na tego wielkiego jak góra faceta i nie zepchnąć go z urwiska. 

Huk fal i wrzask ptaków głuszyły jej kroki. Kiedy jednak podeszła bliŜej, 

nieznajomy wyczul jej obecność i odwrócił się. Wiatr zwiał mu na czoło ciemne 

kręcone włosy, ale czuła, Ŝe mierzy ją uwaŜnym spojrzeniem. Twarz miał 

dziwnie powaŜną, jakby przerwano mu głębokie i raczej nie wesołe 

rozmyślania. 

W głębi duszy musiała niechętnie przyznać, Ŝe Ransom Shepard jest wyjątkowo 

przystojny. Głęboko osadzone ciemnoszare oczy miały ten sam odcień, co 

kamieniste, dzikie plaŜe wyspy i tę samą tajemniczą głębię, co chłodne fale 

północnego morza. Nos zaś, który w jej pojęciu miał upodobnić tego 

obserwatora ptaków do jego ulubieńców, bynajmniej nie przypominał swoim 

szlachetnym kształtem sterczącego dzioba. Jej uwagę przyciągnęły jednak usta 

— pięknie wykrojone, pełne męskiego wyrazu, po waŜne, a zarazem jakby 

stworzone do pocałunków. Wzdrygnęła się, wyobraŜając sobie swoją nie winną 

siostrzyczkę w zetknięciu z taką doskonałością, której nie oparłaby się nawet 

doświadczona kobieta. 

PrzeraŜenie, jakie wywołało w Sarze zniknięcie siostry, zamieniło się we 

wściekłość, gdy dowiedziała się, dokąd pojechała Lynn. Głupia smarkula, lepiej 

juŜ nie mogła sobie tego wymyślić... Narzeczony z najdalszych krańców Alaski, 

z jakichś lodowatych Wysp Pribylowa! śeby tam dotrzeć, musiała wydać 

background image

wszystkie oszczędności. Oszczędności tak pracowicie odkładane na naukę w 

szkole pielęgniarskiej! 

Ten niesamowicie przystojny człowiek pewnie do reszty zawrócił jej w głowie, 

pomyślała, przyglądając się spod oka Shepardowi. A swoją drogą, musi mieć 

jakąś ukrytą wadę, skoro ucieka się do pomocy biura matrymonialnego... Ten 

nagły domysł podziałał jak przysłowiowa iskra na proch i Sara, zapominając, Ŝe 

ma zachowywać się z lodowatą uprzejmością, wy krzyknęła: 

— Ransom Shepard? — takim tonem, jakby na zwała go ostatnim śmieciem. 

MęŜczyzna zrobił zdumioną minę, lecz uprzejmie przytaknął. Tego tytko było 

trzeba rozgniewanej nie na Ŝarty dziewczynie. 

— Och, ty draniu — krzyknęła i cisnąwszy torbę podróŜną na ziemię, 

wymierzyła mu siarczysty po liczek. 

— A Ŝebyś tak zgnił w więzieniu! — dorzuciła nienawistnie, choć rozsądek 

przypominał jej nieśmiało, Ŝe wina leŜy równieŜ po stronie Lynn. Ale siostry nie 

było i mogła się wyładować tylko na nim. Zresztą, co by nie mówić, jej 

siostrzyczka ma zaledwie szesnaście lat, on zaś musi mieć dobrze ponad 

trzydzieści. Jest za stary i w ogóle za... no, po prostu niebezpieczny! Intuicja 

podpowiadała jej, Ŝe ma do czynienia z doświadczonym kobieciarzem, co było 

jeszcze bardziej przeraŜające ze względu na Lynn. 

MęŜczyzna odstąpił krok do tyłu i popatrzył na nią spod zmruŜonych powiek. 

Nie wydawał się jednak zbyt oburzony atakiem, jak gdyby dostał juŜ niejeden 

raz po swej pięknej twarzy. Pewnie dlatego, lalusiu, musiałeś sprowadzić sobie 

narzeczoną z daleka, bo tu juŜ cię znają, pomyślała mściwie Sara i nabrała 

przemoŜnej ochoty, by dołoŜyć mu jeszcze. 

Tym razem jednak jej przegub został unieruchomiony Ŝelaznym chwytem. 

— Pierwszy policzek na koszt firmy, miły gościu, ale na drugi jeszcze nie 

zasłuŜyłem — ostrzegł Shepard, zaciskając palce. 

background image

Skrzywiła się z bólu i szarpnęła gniewnie. 

— Sto razy na niego zasłuŜyłeś, ty nędzna kreaturo — warknęła. 

Ta uwaga musiała wywrzeć na nim pewne wraŜe nie, gdyŜ wyraźnie drgnęła mu 

brew. 

— Dziwne, większość kobiet nie reaguje aŜ tak gwałtownie, gdy męŜczyzna 

bierze je za rękę — stwierdził zwalniając chwyt. — Musi pani być zabawna na 

randce — dodał poufale, z nonszalanckim uśmiechem. 

Sara pobielała z gniewu. Wyprostowała się na całą swoją skromną wysokość i 

rzuciła mu w twarz: — Czy pan nie ma sumienia?! Pewnie uwaŜa pan za 

ś

wietny Ŝart zwabienie tutaj szesnastoletniej, niewinnej dziewczyny, Ŝeby... 

Ŝ

eby ją wykorzystać, tak? 

Przez moment zdawało się jej, Ŝe dostrzegła błysk zaskoczenia na twarzy 

męŜczyzny, lecz jego rysy błyskawicznie przybrały ten sam ponury wyraz, 

którym powitał ją na początku. 

— Ach, teraz rozumiem — stwierdził, krzyŜując ręce na piersi. — Pani wizyta 

ma związek z naszą małą Lynn. 

— Z moją małą Lynn i zamiarem wsadzenia pana za kratki, ty, ty... 

— Ty nędzna kreaturo? — poddał domyślnie. 

Sara zamrugała, walcząc z napływającymi łzami. 

— Wspaniale, Ŝe tak to pana bawi! 

— Proszę posłuchać — powiedział zmęczonym tonem. — Widzę, Ŝe jest pani 

zdenerwowana i rozgoryczona, więc nie mam Ŝalu, ale... 

— AleŜ niech się pan obrazi, proszę — syknęła ze złością. 

Zagryzł wargi, jakby za wszelką cenę próbował się opanować. 

background image

Wiedziała, Ŝe zareagowała zbyt gwałtownie i nie dała temu człowiekowi szansy 

wytłumaczenia się. Nie była jednak w stanie zachowywać się racjonalnie. Od 

czasu śmierci rodziców w wypadku samochodowym, kiedy Sara miała 

siedemnaście lat, Lynn stała się jedyną bliską jej osobą. Po nagłym zniknięciu 

siostry Sarę o paniczny lęk, Ŝe zostanie sama. 

— Co pan zrobił z Lynn Elier? — krzyknęła, z trudem opanowując drŜenie. 

— Nawet n wiem, gdzie jest — wzruszył obojętnie ramionami. 

Sara osłupiała. Jak moŜna się zgubić na tej wysepce porośniętej tundrą, wśród 

ptaków, reniferów i polarnych lisów? 

— Czy uciekła? Co pan z nią zrobił? Jeśli stała jej się krzywda, to... 

— Wiem, wiem, wsadzi mnie pani do więzienia — dokończył Shepard, po czym 

ruchem głowy wskazał na widniejącą w dole plaŜę — Poszła na spacer, gdzieś 

tam. Powiedziała, Ŝe wróci za godzinę, ale widać zmieniła plany. 

Sara wyjrzała poza krawędź skal. Drobne kamienie, omywane kobaltowymi 

wodami morza, lśniły jak rząd czarnych pereł. 

— W takim razie... moŜe by pan raczył jej po szukać! Nie boi się pan, Ŝe mogła 

utonąć? — spytała rozdraŜniona. 

Obojętnie zerknął w dół urwiska. 

— Nikt przy zdrowych zmysłach nie zbliŜa się do wody. Tutaj morze ma 

temperaturę pięciu stopni. Zresztą, gdyby nawet wpadła na taki pomysł, nie 

bałbym się — dodał obojętnie. — Taggart jest z nią, a to dobry pływak. 

— Taggart — Sara aŜ zatrzęsła się z oburzenia. 

— Nie, tego juŜ za wiele! Ona jest pana narzeczoną, a pan pozwala jej się 

włóczyć z innym? 

Shepard westchnął z jawnym zniecierpliwieniem. 

background image

— Droga pani jakaś-tam — niestety nie znam na zwiska — ma pani brudne 

myśli. Taggart to mój czternastoletni syn. Przyznaję, nie jest aniołem, ale mimo 

wszystko nie sądzę, by napastował Lynn  — stwierdził oschłym tonem. — A 

poza tym chciałem zauwaŜyć, Ŝe zostałem niesprawiedliwie potraktowany. Pani 

wie, kim jestem, ja natomiast mogę mieć tylko mgliste pojęcie na temat roli, w 

jakiej pani występuje. Mam do czynienia z krewną Lynn czy teŜ moŜe z jej 

kuratorem? 

— Jestem Sara Elier, siostra i opiekunka Lynn — odparła z godnością. — I z 

tego tytułu występuję w roli jej anioła stróŜa. 

— Och, proszę mi wybaczyć, szanowna panno Elier — powiedział kpiąco i 

spojrzał na nią bacznie. 

— Nie chciałbym pani urazić, ale nie jestem pewien, czy pani właściwie 

wypełnia swoją rolę. 

Uwaga, choć wygłoszona łagodnym tonem, po działała na Sarę jak kubeł zimnej 

wody. Przez chwilę znów doszedł do głosu rozsądek i w duchu musiała 

przyznać rację temu obcemu męŜczyźnie. Tak, nie potrafiła upilnować siostry. 

Kiedy jednak przejmowała opiekę nad nią, sama była prawie dzieckiem. Być 

moŜe popełniała błędy, ale kocha tę dziewczynę jak nikogo na świecie. Dumnie 

uniosła głowę i od parowała: 

— Jak pan śmie mnie krytykować? Pan, oszust, który z wyrachowaniem zwabił 

nieletnią dziewczynę obietnicą dostatniego Ŝycia na rajskiej wyspie! 

— Pani siostra przybyła tu z własnej nieprzymuszonej woli, a poza tym 

powiedziała mi, Ŝe nie ma domu ani rodziny. Dlatego nie rozumiem, skąd te 

pretensje — wyjaśnił bez złości. 

Sara poczuła, Ŝe coś dławi ją w gardle. Lynn wyrzekła się jej z taką łatwością, 

jak gdyby całe lata poświęceń, kiedy harowała, by zapewnić im dach nad głową, 

background image

nic dla niej nie znaczyły! Zgoda, moŜe była zbyt apodyktyczna, ale przecieŜ 

kochała tę smarkulę jak własną córkę. Nie, nie mogła w to uwierzyć! 

— Pan kłamie, nie mogła tak powiedzieć! — wykrzyknęła z rozpaczą. 

Nie zaprzeczył, zajęty obserwowaniem zachmurzonego nieba. 

— Zaraz będzie padać — stwierdził posępnie. — Proponuję, by dalszy ciąg sądu 

nade mną odbył się pod dachem. Zapraszam do siebie. 

— 0, nie, moja noga nie postanie w tej jaskini zła! Proszę tylko znaleźć Lynn, a 

zaraz stąd znikniemy. 

— W jaki sposób, moŜna wiedzieć? 

Och, mam nadzieję, Ŝe ten wrak, dumnie zwany samolotem, zdoła nas zabrać na 

wyspę Świętego Pawła, a tam złapiemy najbliŜszy lot do Anchorage — i dalej, 

do Kansas. 

Roześmiał się ironicznie. 

— Ten wrak, jak go pani nazwala, juŜ dawno odleciał. Nie sądzi pani chyba, Ŝe 

utrzymujemy tu flotyllę powietrzną na potrzeby miłych gości? 

— O czym pan mówi? — jęknęła zdezorientowana. 

— Myślę, Ŝe będzie pani miała wspaniałą okazję dokładniej poznać naszą rajską 

wyspę, gdyŜ stary Krukoff przylatuje tu tylko w środy, Ŝeby przywieźć 

zaopatrzenie. Przy okazji zabiera teŜ gości. A poniewaŜ pogoda wyraźnie się 

psuje, nie sądzę, Ŝeby zjawił się przed upływem tygodnia. 

— Tygodnia...? 

— Tak, jeśli nie później. Wie pani, samolot moŜe nawalić. To zdarza się średnio 

co... 

— BoŜe, dosyć juŜ tych okropności! Czy dręczenie kobiet sprawia panu aŜ tak 

sadystyczną przyjemność? — Sara była pewna, Ŝe wszystkie przeszkody zostały 

wymyślone specjalnie po to, Ŝeby jej dokuczyć. 

background image

Szare oczy błysnęły pogardliwie. 

— Proszę mi wierzyć, znam inne rozkosze — poinformował ją oschle. 

Teraz juŜ przestała się łudzić. Odwróciła głowę, by ukryć niepokój. Co ma 

zrobić? PrzecieŜ nie moŜe spędzić całego tygodnia na maleńkiej wysepce, w do 

mu tego irytującego człowieka! Niestety, zostało jej niewiele pieniędzy na 

wynajęcie jakiegoś lokum, a co gorsza nie widziała tu niczego, co 

przypominałoby hotel. Zaledwie parę domków, kościółek i niewielki port 

rybacki. MoŜe znajdzie się jakaś gospoda? Mała, tania gospoda... Uczepiła się 

tej myśli jak zbawienia. 

— CóŜ, skoro tak, proszę mi powiedzieć, gdzie znajdę najbliŜszy nocleg — 

stwierdziła z rezygnacją. 

Nie odpowiadał, jakby czekał, aŜ spojrzy na niego. Odwróciła się niechętnie, 

tylko po to, by zobaczyć w jego oczach radosną kpinę. 

— Wolałaby pani domek nad brzegiem morza, czy teŜ apartament w tutejszym 

Hiltonie? — zapytał tonem usłuŜnego przewodnika. 

— Więc tu naprawdę nie ma Ŝadnego hotelu? Gdzie moŜna w takim razie 

przenocować? — zapytała bezradnie i dopiero po chwili uświadomiła sobie, Ŝe 

naraŜa się na kolejne kpiny. Jednak Ransom Shepard uśmiechnął się tylko 

wyrozumiale. 

— Tu są twarde warunki, droga panno Elier — po wiedział. — Ludzie Ŝyją 

skromnie i nie rozbudowują swoich domów ponad potrzebę. 

— MoŜemy jeszcze zgłosić się do kościoła — Sara chwyciła się ostatniej deski 

ratunku. 

— Na pewno by was przygarnęli, ale tam jest tylko jedna mała salka, dostępna 

dla wszystkich o kaŜdej porze. To mogłoby być krępujące, prawda? 

background image

Wszystkie moŜliwości zostały wyczerpane — oprócz tej jednej, której nie mogła 

przyjąć do wiadomości. W ostatnim odruchu buntu postanowiła być okrutnie 

szczera.  

— Nie mogę zostać u pana, panie Shepard — oświadczyła oficjalnym tonem. — 

I muszę wyrwać Lynn spod pana władzy. Najwyraźniej musi być coś w pana 

charakterze... jakaś skaza, która kazała panu szukać sobie narzeczonej z 

ogłoszenia. Ale ja nie chcę nawet wiedzieć, o co chodzi. Dlatego nie mam 

zamiaru przebywać w pana towarzystwie, bo mogłabym przypadkiem odkryć tę 

ponurą tajemnicę. 

Długo mierzył ją spojrzeniem, zaciskając zęby, aŜ wbrew własnym deklaracjom 

zaczęła się zastana wiać, do czego ten człowiek moŜe być zdolny. W kaŜdym 

razie nie wyglądał na typa, który plułby na podłogę, walił pięścią w stół i bijał 

kobiety. 

Po długiej, pełnej napięcia chwili w kącikach jego ust pojawił się ironiczny 

uśmieszek. 

— Czy nie przyszło pani do głowy, Ŝe zamawianie narzeczonej pocztą moŜe być 

zupełnie zrozumiałe tu, na dalekiej północy, gdzie jest tak niewiele kobiet — 

zapytał, po czym dorzucił drwiąco — Nawet sekutnica o ostrym języku mogłaby 

tu sobie kogoś znaleźć, proszę mi wierzyć. 

Sara aŜ zachłysnęła się z upokorzenia. 

— Jakim prawem... Ja mam być tą sekutnicą?! 

— A nie — zapytał niemal ubawiony. — Szanowna panno Elier, mało który 

męŜczyzna uderzony w twarz przez nieznaną kobietę i nazwany nędzną kreaturą 

uwaŜałby się za wybrańca bogów. 

Pierwsze lodowate krople deszczu spadły na rozpalone policzki Sary. Po chwili 

juŜ bezradnym gestem odgarniała mokre kosmyki z oczu. Niestety, miał 

absolutną rację. Zachowała się paskudnie. 

background image

— CóŜ, rzeczywiście... przesadziłam — przyznała z wysiłkiem. — Ale proszę i 

mnie zrozumieć. Lynn jest nieletnia, martwiłam się, nie wiedziałam, gdzie jest. 

Jak miałam się zachować? 

Rysy jego twarzy nieco złagodniały. 

— Rozumiem — powiedział i skin w kierunku domu. — A teraz chodźmy. 

Proszę się nie opierać 

— dodał widząc, Ŝe Sara cofa się z uporem. — Nie zachwyca mnie ta sytuacja, 

tak jak i panią. Ale mam wolny pokój i czuję się częściowo odpowiedzialny za 

wszystko. Zresztą Lynn i tak juŜ u mnie mieszka, prawda? 

Jeszcze gotowa była protestować, lecz poczuła, Ŝe nie moŜe wydobyć głosu. 

Szare oczy męŜczyzny z hipnotyczną siłą nakazywały jej posłuszeństwo. Przez 

jedną szaloną chwilę miała ochotę zatopić się w tym spojrzeniu, zapominając o 

całym świecie. Wzdrygnęła się mimowolnie i ruszyła przed siebie, kuląc się z 

zimna. 

Spoza zasłony deszczu coraz wyraźniej wyłaniał się zarys solidnego 

kamiennego domostwa, o niskim dachu krytym długim drewnianym gontem. 

Ten styl, jak Sara zdąŜyła juŜ zauwaŜyć, dominował na całych Wyspach 

Pribylowa, tworząc jedność z surową i dziką przyrodą. 

Podchodząc do krytego ganku, w głębi którego widać było zapraszająco otwarte 

drzwi, Sara doznawała sprzecznych uczuć — radości wędrowca, zmierzającego 

ku bezpiecznemu schronieniu, i oba wy przed niebezpiecznym urokiem tego 

miejsca. Dom Ransoma Sheparda przyciągał ją i odpychał zarazem, tak jak i 

jego właściciel. Odruchowo zwolniła kroku... 

— Jeśli o to chodzi, nigdy nie zmuszam kobiet do pozostania w moim domu 

wbrew ich woli, tak jak i do spania w moim łóŜku — dobiegł ją spokojny głos. 

Ta uwaga boleśnie przypomniała jej o losie Lynn. Teraz, kiedy doświadczyła 

juŜ na sobie nie bezpiecznego uroku tego męŜczyzny, zaczęła się powaŜnie 

background image

obawiać, czy jej naiwna, nigdy nie chodząca na randki, zaczytana w 

romantycznych historiach siostrzyczka nie dała się uwieść, biorąc Ransoma za 

rycerza na białym koniu, o którym stale marzyła. 

I nagle Sara ze wstydem uświadomiła sobie, skąd wzięło się owo poczucie 

głębokiej niechęci na widok przystojnej twarzy Ransoma Sheparda i dlaczego 

ogarnął ją taki gniew - otóŜ dlatego, Ŝe Lynn uciekła z Kansas właśnie do niego. 

Do męŜczyzny, któremu nie sposób byłoby się oprzeć. 

— Czy... czy pan i Lynn jesteście po ślubie — za pytała, w napięciu czekając na 

odpowiedź. 

W odpowiedzi rzucił jej tylko krótkie, poirytowane spojrzenie. 

— Chcę wiedzieć — Sara znów poczuła, jak ogarnia ją nieopanowana 

wściekłość. Ich kroki głucho zadudniły na werandzie. — Nie jestem wprawdzie 

prawną opiekunką siostry, ale przed wyjazdem rozmawiałam z adwokatką i ta 

powiedziała, Ŝe Lynn, jako niepełnoletnia, musi się zwrócić do sądu o zgodę na 

małŜeństwo perorowała podniesionym głosem — Ale przecieŜ ona nie miała 

czasu tego zrobić? A moŜe miała? NiechŜe pan powie, czy macie oficjalny ślub? 

— A jak pani myśli — mruknął. 

— To nie jest pora na zgadywanki! 

Przepuścił ją w przed sobą. Kiedy stanęli w przedpokoju, powoli powiedział z 

westchnieniem: 

— Nie. Nie jesteśmy. Zadowolona? 

— To ty, siostrzyczko? — dobiegł nagle z werandy zaniepokojony głos. Sara 

odwróciła się gwałtownie i zobaczyła Lynn, zamarłą w pół kroku na pierwszym 

schodku. 

background image

Ku werandzie nadbiegał ktoś jeszcze. Ciemno włosy, szczupły chłopak o 

kanciastych ruchach, wyŜszy od Lynn. Wyglądali jak brat i siostra, ubrani w 

dŜinsy, kurtki i ubłocone adidasy, oboje komplet nie przemoknięci. 

— No widzi pani, jednak się nie utopiła — zjadliwie zauwaŜył Ransom. 

— Lynn — zawołała Sara, rzucając się w stronę zaskoczonej dziewczyny — 

Lynn, dzieciaku! — wyszeptała przez łzy, chwytając siostrę za ręce. Poczucie 

ogromnej ulgi sprawiło, Ŝe z trudem wydobywała glos. — O mało mnie nie 

wpędziłaś do grobu, wiesz? Ja cię chyba uduszę! 

Nagle poczuła, jak siostra sztywnieje i usiłuje odsunąć się od niej. Szybko 

wciągnęła ją na werandę. Chłopak szedł krok w krok za nimi. 

Sara odsunęła swoją niesforną siostrzyczkę na odległość ramienia i zaczęła się 

jej badawczo przyglądać. Lynn była niŜsza od niej i pulchniejsza. Mokre 

kosmyki oblepiały piegowatą buzię. Podczas gdy Sara otrzymała w darze od 

natury piękną miedzianorudą grzywę włosów, biedna Lynn musiała się 

zadowolić cienkimi strąkami marchewkowego koloru. Za to z jej twarzy 

patrzyły wielkie orzechowe oczy, identyczne jak u starszej siostry, teraz szeroko 

otwarte i przeraŜone. Poza tym jednak wyglądała na zdrową i całą. Sara poczuła 

nagle, jak cała złość ulatnia się, ustępując miejsca wzruszeniu i radości. 

Impulsywnie chwyciła dziewczynę w ramiona i moc no przytuliła do siebie. 

— Lynn, czy wszystko w porządku? Czy ten męŜczyzna cię nie skrzywdził — 

zapytała wreszcie. 

— Jaki męŜczyzna — zdumiała się Lynn. 

— On — Sara oskarŜycielsko wskazała na Ransoma — ten sam, który zwabił 

cię tu jako narzeczoną. W końcu znalazłam ten magazyn z Alaski z 

ogłoszeniami matrymonialnymi. Jak mogłaś tak zniknąć bez słowa? Jak mogłaś 

wykraść moją kartę kredytową, którą trzymałam na czarną godzinę i pod robić 

podpis — mówiła, nieświadomie zaciskając palce na ramieniu siostry — 

background image

Trafiłam na twój ślad, kiedy zadzwoniłam do banku i powiedziano mi, Ŝe 

kupiłaś na tę kartę bilety do Anchorage, a potem na wyspę Świętej Katarzyny. 

Dlaczego — nagle urwała i przygryzła wargi, czując ucisk w gardle. Ale nie 

mogła sobie pozwolić na płacz tu, przy tym człowieku. 

— Wiesz co, Tag — mrugnął Ransom do syna — moŜe byśmy tak zostawili 

dziewczyny same. Niech się sobą nacieszą. 

Chłopak posłusznie ruszył za ojcem. Sara mimowolnie zwróciła uwagę, Ŝe był 

do niego podobny, choć oczy miał zielone, a jego podbródka nie przecinała 

twarda bruzda. 

Kiedy tylko zamknęły się za nimi drzwi, Sara łamiącym się głosem wyszeptała 

do siostry 

— Teraz powiedz, czy on cię skrzywdził? 

— Kto - Rance — zapytała Lynn z nutą wyraźnego rozbawienia. — Chyba 

Ŝ

artujesz, staruszko. To nieszkodliwy wapniak. 

— Dobra, dobra, daruj sobie te szkolne wyraŜonka. Czy on, ehm... dotykał cię? 

No wiesz, moŜe próbował cię pocałować... albo coś takiego —pytała 

niezręcznie. 

Lynn wreszcie pojęła, o co chodzi. 

— Ach! To! Nie uwierzysz, co za kapitalna historia... — Teraz juŜ chichotała 

niepowstrzymanie. 

— No mów, teŜ chętnie bym się pośmiała. Jestem we wspaniałym nastroju do 

Ŝ

artów — wycedziła Sara przez zaciśnięte zęby. 

Uśmiech zgasł. Twarz młodszej siostry stała się napięta i czujna. 

— Nie mam ochoty kłócić się z tobą. Jak będziesz na mnie wrzeszczeć, to sobie 

pójdę — ostrzegła Lynn. 

background image

— Dziewczyno, zrozum, jestem po prostu strasznie zdenerwowana. Chyba po 

tym, co zrobiłaś, naleŜy mi się jakieś wyjaśnienie, prawda? 

— Och, to długa historia. — Lynn ze zniecierpliwieniem wzruszyła ramionami. 

— Nie szkodzi, mamy czas. Jak mnie poinformowano, musimy tu siedzieć cały 

tydzień. Mów. 

— No właśnie, nie zdąŜyłam na samolot. 

— Co? Na jaki samolot? 

— Ten, który odlatywał na wyspę Świętego Pawła. Rance uwaŜał, Ŝe powinnam 

wracać do domu. 

Ta wiadomość zdumiała Sarę. 

— On tak uwaŜał? 

— Aha. Bo on wcale nie szuka Ŝony. Wszystko było pomysłem Taga. 

— Tag szuka Ŝony? PrzecieŜ ma dopiero czternaście lat! 

Lynn energicznie potrząsnęła głową. 

— Nie, co ty, on chciał sprowadzić Ŝonę dla ojca. Od czasu, gdy umarła mama 

Taga, Rance jest zupełnie nie do Ŝycia. Chłopak pomyślał, Ŝe moŜe nowa Ŝona 

go uszczęśliwi. Poza tym miał nadzieję, Ŝe wtedy nie będzie musiał siedzieć w 

szkole z internatem, bo ojciec pozwoliłby mu zostać w domu. 

Westchnęła z rezygnacją. 

— Niestety, Rance nie chce się drugi raz Ŝenić. Słyszałam, jak mówił do Taga, i 

chyba się wtedy wnerwił, Ŝe nie chce Ŝadnej Ŝony. Widocznie bardzo tamtą 

kochał. Ale to fajny facet, naprawdę. Nawet się nie złościł, jak Tag mnie 

przyprowadził. No, moŜe trochę. W ogóle pozwała nam robić wszystko, co 

chcemy, więc wcale nie chciało mi się wracać do domu. I zostałam. 

background image

— I on się na to zgodził? — zapytała Sara ze zgrozą. Nie mogła uwierzyć, Ŝe 

dorosły, odpowiedzialny męŜczyzna nie uwaŜa za stosowne zatroszczyć się o 

przesianie wiadomości, Ŝe dziewczyna jest zdrowa i cała. W dwudziestym 

wieku nie jest trudno połączyć się z Andover w Kansas, nawet gdy się jest na 

Alasce! 

— Nie wiń go, siostrzyczko. Ja... powiedziałam, Ŝe jestem z Detroit — 

przyznała z ociąganiem dziewczyna. — A swoją drogą miałam niezły ubaw, 

kiedy wydzwaniał do tamtejszej policji i dziwił się, Ŝe nic nie wiedzą — dodała 

z szelmowskim uśmiechem. 

Sara zesztywniała. 

— Skłamałaś! 

— Och, i co takiego — zbagatelizowała Lynn. 

— Wiesz, moŜe byśmy juŜ weszły do domu. Cała się trzęsiesz. — Z troską ujęła 

starszą siostrę za rękę. 

Sara uznała to jednak za wyraźny objaw lekcewaŜenia i po raz kolejny straciła 

panowanie nad sobą. 

— Co ty sobie właściwie myślisz, nieodpowiedzialna smarkulo — wybuchnęła 

— Jak mogłaś mi zrobić coś takiego? Nie dość, Ŝe się nadenerwowałam, to 

jeszcze teraz będę się musiała martwić, za co mamy dalej Ŝyć. Wydałam ostatnie 

grosze na tę podróŜ! 

Chwyciła Lynn za ramiona i gniewnie nią potrząsnęła, lecz młodsza siostra, tak 

zawsze uległa, spojrzała na nią kamiennym wzrokiem. 

— Przestań się na mnie wydzierać — powiedziała spokojnie — Rance tego nie 

robi. On wie, Ŝe jestem dorosła i pozwała mi samej podejmować decyzje. 

— Wziąwszy pod uwagę twoje ostatnie decyzje, w Ŝyciu nie pomyślałabym, Ŝe 

jesteś dorosła! 

background image

Lynn gwałtownie odstąpiła krok do tyłu i zacisnęła pięści. 

— Nic mnie nie obchodzi, co sobie myślisz. Dwa dni spędziłam w podróŜy i 

spałam na Lotniskach, ale poradziłam sobie. Sama! Rozumiesz — wycedziła. 

— Dlatego zejdź ze mnie wreszcie. Nie jestem juŜ dzieckiem. 

— Słuchaj, moja droga, co prawda nie jestem twoją matką, ale harowałam przez 

całe osiem lat, Ŝebyś nie chodziła głodna i obdarta, i chyba naleŜy mi się 

odrobina wdzięczności, nie uwaŜasz? 

— To juŜ twój problem, siostrzyczko. 

Sarę dosłownie zatkało. 

— BoŜe, co z ciebie wyrosło — wyjąkała. — A tak się starałam... 

— Spokojnie, siostruniu, teraz juŜ nie będziesz musiała się martwić — 

bezlitośnie zapewniła Lynn. 

— Odtąd sama będę sobie radzić. MoŜesz z czystym sumieniem wracać do 

Andover. A mnie zostaw w spokoju. 

To mówiąc odwróciła się na pięcie i weszła do domu, demonstracyjnie 

trzaskając drzwiami. 

Sara została sama na werandzie. Deszcz monotonnie bębnił o dach. Nagle 

poczuła, jak bardzo przemarzła. Był początek czerwca, temperatura w Kansas 

sięgała trzydziestu stopni, a tu było najwyraźniej około zera. Szczękając zębami 

przysiadła na podróŜnej torbie i niepewnie popatrzyła na drzwi. MoŜe 

naleŜałoby wreszcie wejść i zacząć zachowywać się normalnie, zamiast tkwić na 

dworze jak obraŜone dziecko? Mogła sobie wyobrazić, co myśli o tym Rance 

Shepard... Ale potrzebowała jeszcze trochę czasu, by uspokoić rozbiegane 

myśli. 

background image

Poryw wiatru przyniósł nową falę ulewy. Krople zadudniły jak głośny werbel. 

Sara wzdrygnęła się. Niepokojący obraz wysokiego męŜczyzny, odwracającego 

się ku niej znad urwiska, uparcie powracał w jej myślach. 

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Sarę niepokoił fakt, Ŝe Ransom Shepard był tak przystojny. Coś musiało być nie 

w porządku z tym człowiekiem. NiemoŜliwe, by doskonałość wyglądu szła w 

parze z doskonałością wewnętrzną. W swoim dwudziestopięcioletnim Ŝyciu 

spotkała juŜ wystarczająco wielu męŜczyzn, Ŝeby wiedzieć, iŜ zaleŜy im 

głównie na dwóch rzeczach — seksie i pieniądzach. Zawód kelnerki stwarzał w 

tym względzie duŜe pole dla obserwacji. Ransom Shepard nie wyglądał jednak 

na kolekcjonera łatwych zdobyczy ani na karierowicza nie mającego czasu na 

głębsze związki. Jego dom, choć okazalszy od innych, nie był pałacem. Na 

wyspie nie było moŜliwości zrobienia majątku. Mieszkańcy utrzymywali się z 

połowu ryb. 

W zadumie pokręciła głową. Przypadkowe miłostki? Nie, to do niego nie 

pasowało. Nadal cierpi po stracie ukochanej Ŝony, co przynajmniej jest ludzkie i 

zrozumiale. MoŜe pobyt u niego nie będzie taki straszny. W końcu to tylko 

tydzień... 

Skuliła się, otulając przemoczoną kurtką. Dojmujący chłód paraliŜował myśli, 

przynoszą jednocześnie zbawienną obojętność. Sara zaczęła błądzić spojrzeniem 

po okolicy. Wyspa Świętej Katarzyny wyglądała jak prehistoryczna Irlandia. 

Rozbawiło ją to skojarzenie. Nigdy nie była w Irlandii, ale wyobraŜała sobie, Ŝe 

muszą tam być podobne zielone łąki usiane barwnymi kobiercami kwiatków, 

nietknięte ręką człowieka. Prawdziwy raj, choć zimny i chłostany deszczami. 

background image

Nagle drgnęła, słysząc jak skrzypnęły drzwi domu. Odruchowo przeczesała ręką 

włosy, które w wilgotnym powietrzu zamieniły się w burzę niesfornych rudych 

loczków. 

— Dobrze, dobrze, zaraz idę — wymamrotała z za kłopotaniem, nie odwracając 

się. Nagle coś szarpnęło ją za włosy. Nim zdąŜyła zareagować, pociągnięto ją 

znowu - tym razem mocno i boleśnie. 

— Hej, bez Ŝartów! Byłam niegrzeczna, ale to nie powód, Ŝeby wciągać mnie do 

domu za włosy - wykrzyknęła z oburzeniem, odwracając się gwałtownie do 

napastnika i zamarła... 

Para złociście połyskujących oczu patrzyła na nią znad wąskiego, brązowego 

pyska. Stworzenie przypominało wyrośniętego źrebaka i tak jak on sprawiało 

wraŜenie, Ŝe składa się wyłącznie ze szczudłowatych długich nóg. Kiedy 

obnaŜyło białe zęby i wydało dziwny, przenikliwy ryk, serce skoczyło jej do 

gardła, jak niegdyś, w dzieciństwie, kiedy rzucił się na nią wielki pies. Z 

krzykiem zerwała się na nogi, lecz upadła potknąwszy się o torbę. W 

oczekiwaniu najgorszego zasłoniła twarz rękami, ale dziwny prześladowca 

poniechał ataku i niezgrabnie kuśtykając wycofał się do domu. 

— C-co to było? — wyjąkała, podejrzliwie popatrując przez palce. 

— To był Boo — usłyszała głęboki glos od progu. 

Opuściła ręce i ujrzała nad sobą wysoką postać Ransoma, przyglądającego się 

jej z uśmieszkiem. 

— Boo to jedno z naszych domowych zwierzątek - wyjaśnił. 

— Ładne mi zwierzątko - wzdrygnęła się. — Najwyraźniej chciało mnie zjeść. 

Co to w ogóle jest? 

— Młody ren, osierocony przez matkę. Biedny Boo, bardzo go pani 

wystraszyła. 

background image

Sara z oburzeniem uniosła się na łokciach. 

— Tego juŜ za wiele! PrzecieŜ on chciał mi wyrwać włosy z głowy. Jak 

moŜecie tu trzymać takie niebezpieczne bestie? 

— Bestie - zachichotał. — Nasz Boo ma dopiero dwa miesiące. Nie miał się 

gdzie podziać, więc za proponowałem mu gościnę, tak samo jak i pani. No, 

moŜe z jedną róŜnicą — dodał. — Bardzo lubię renifery. 

Sara spojrzała na niego z nieukrywaną niechęcią. 

— Skoro tak, proszę się nie krępować i po prostu mnie wyrzucić. 

Zignorował tę zjadliwą uwagę i długo przyglądał się skulonej na podłodze 

postaci. 

— Dobrze się pani czuje? Czy przyjmie pani moją pomocną dłoń? 

— Och, nie trudź się, szlachetny rycerzu Galahadzie — warknęła, chwiejnie 

wstając na nogi. Trudno, niech się z niej śmieje. Nie ma wyjścia, musi przecieŜ 

jakoś przeŜyć ten tydzień. Trzeba działać racjonalnie. 

— Chyba mam juŜ dosyć świeŜego powietrza na dzisiaj — westchnęła. 

— Jak to, przecieŜ dopiero południe? 

— Wiem, bo umieram z głodu. 

— Mamy w domu trochę jedzenia. 

— Tak, i renifera-ludojada. 

— Właściwie dwa ludojady. 

— Dwa reny w jednym domu — Tego było juŜ dla Sary za wiele — Och-Toto 

— westchnęła jak Dorotka z krainy Oz — tak bardzo chciałabym wrócić do 

Kansas! 

background image

- Niech się pani nie martwi, one przyszły tylko z wizytą — zapewnił ją Rance - 

Baby jest siostrą Boo. To naprawdę przemiłe stworzenia, łagodne jak kociaki. A 

moŜe nawet bardziej, bo koty na wyspie są przewaŜnie dzikie. 

— Ciekawostka, koty włóczą się u was na dworze, a renifery rezydują w 

domach w roli pieszczoszków... 

— śadne z tych stworzeń nie naleŜy do rodzimej fauny. Koty przywieźli tu ze 

sobą w latach dwudziestych osadnicy z Alaski jako zwierzęta domowe, a reny 

sprowadzono z Syberii dziesięć lat temu jako zwierzęta hodowlane. 

— Ładne mi zwierzęta hodowlane — mruknęła — A tak naprawdę, to wcale się 

nie przestraszyłam. 

— Ach, teraz rozumiem. Ten krzyk, który słyszałem, był po prostu głosem 

pierwotnej energii, czymś w rodzaju katarsis — stwierdził ze śmiertelną 

powagą. 

— Dobrze, jeden zero dla pana. Ale dopóki nie ma tu dzieciaków, chciałam 

ustalić dwie sprawy. 

— Zamieniam się w słuch... 

— Po pierwsze — odchrząknęła nerwowo — chcę pana przeprosić za swoje 

zachowanie. Myliłam się co do pewnych... 

— Dobrze, o tym juŜ zapomniałem. Co dalej? 

— A po drugie, szanowny panie Shepard, niech pan przestanie udawać. Wiem, 

Ŝ

e Lynn skłamała, mówiąc, Ŝe jest z Detroit. Gdyby jednak zadał pan sobie 

trochę trudu, mógłby pan z łatwością ustalić, kim jest. ChociaŜby poprzez moją 

kartę kredytową. Pana obowiązkiem było zawiadomienie za wszelką cenę władz 

Kansas, Ŝe dziewczyna Ŝyje i nic jej się nie stało. Tego nie mogę panu 

wybaczyć. 

background image

Wyraz rozbawienia zniknął z jego twarzy. Przez moment dostrzegła w niej 

dziwny smutek i Ŝal, szybko przysłonięty znanym jej juŜ dobrze wyrazem 

obojętności. 

— Pewnie będzie to dla pani wstrząsem, ale nie zaleŜy mi na przebaczeniu — 

stwierdził oschle. — Zresztą — dodał — jeśli zdoła pani znaleźć tę mityczną 

kartę kredytową, gotów jestem ją zjeść na pani oczach. Osobiście sądzę, Ŝe od 

dawna spoczywa na dnie morza. 

— Mam przez to rozumieć, Ŝe pan jej szukał? 

— Owszem, ale pani kochana siostrzyczka zadbała o zatarcie wszystkich 

ś

ladów. Usatysfakcjonowały panią wreszcie moje wyjaśnienia? 

Popatrzyła na niego w osłupieniu, dopiero teraz uświadamiając sobie dziwne 

niedomówienia Lynn. CzyŜby w ostatniej chwili postanowiła nie przyznać się, 

Ŝ

e wrzuciła kartę kredytową w fale? Niestety, na to wyglądało. Sara zaczęła 

układać w myślach kolejne przeprosiny. 

— Przeprosiny przyjęte — uśmiechnął się Ransom z miną jasnowidza. W 

przystojnej, ogorzałej twarzy błysnęły białe zęby i Sara poczuła, Ŝe bezwolnie 

poddaje się urokowi tego męŜczyzny. PrzeraŜała ją własna niekonsekwencja. Z 

rezygnacją stwierdziła, Ŝe dalsze dyskusje nie mają sensu i potulnie ruszyła do 

drzwi. 

Po przekroczeniu progu stanęła jak wryta, poraŜona widokiem niesłychanego 

bałaganu, jaki panował w kamiennym holu. Wszędzie walały się najrozmaitsze 

domowe przedmioty, przemieszane z piętrzącymi się stertami starych 

magazynów. 

Być moŜe ten dom był kiedyś ładny i przytulny. Z czasów dawnej świetności 

pozostały pokryte boazerią ściany w salonie, ozdobione zakurzonymi dziełami 

ludowej sztuki eskimoskich i rosyjskich narodów. Na wielkim kominku z 

kamieni płonął wesoły ogień, lecz rzeźbione meble o skórzanych obiciach 

background image

dosłownie niknęły pod stosami ksiąŜek i czasopism. Wszędzie stały talerze z 

resztkami jedzenia i leŜały porozrzucane brudne części garderoby. Pośrodku tej 

niesamowitej scenerii królowała kanapa, a na niej wygodnie ułoŜył się renifer i 

smacznie pochrapywał przez sen. Po chwili Sara dostrzegła, Ŝe z drugiego 

końca, gdzie na oparciu kanapy piętrzyła się góra ciuchów, patrzy na nią czujnie 

para błyszczących ślepi. Widać Boo nie zapomniał jeszcze o incydencie na 

werandzie. 

— Te zwierzaki... leŜą na kanapie?! — wykrzyknęła ze zgrozą Sara. — O Jezu. 

PrzecieŜ pan Ŝyje jak w chlewie — rzekła ciszej, jakby do siebie. 

— Przepraszam, panno Elier, nie dosłyszałem — Ransom pochylił się ku niej. 

— Chciałam, ehm... zapytać, czy mogę dostać szklankę... — zająknęła się 

niezręcznie. 

— Pewnie ciekawi panią, czy w tym chlewie w ogóle mam jakieś szklanki, tak 

— sprostował znacząco. 

Sara poczuła, jak ze wstydu płoną jej policzki. 

— Nie chciałam pana obrazić, ale proszę mi wierzyć, w Ŝyciu nie widziałam 

czegoś takiego. Ten dom wygląda tak, jakby niedawno został splądrowany. Czy 

tu zdarzają się kradzieŜe? — zapytała z nadzieją. 

— Nie. Na wyspie Świętej Katarzyny nie ma złodziei. Jeśli pani czegoś 

potrzebuje, moŜe to pani sobie po prostu wziąć. Muszę zresztą powiedzieć, Ŝe 

pani siostra świetnie się czuje na naszym domowym pobojowisku. 

Sara zrobiła nieszczęśliwą minę. 

— Tak, to niestety do niej podobne. Czy nie ma w tym domu szczotek, ścierek i 

ś

rodków czyszczących? 

— Nawet nie wiem, co to jest. — Ransom wy szczerzył radośnie zęby. 

background image

— Nie chcę się wtrącać, ale nie rozumiem, jak moŜna tak Ŝyć — nie 

wytrzymała. 

— Ma pani rację, nie moŜna — przyznał spokojnie. 

— Miło mi, Ŝe wreszcie się pan ze mną zgadza. 

— Zgadzam się, ale mam prawo Ŝyć, jak mi się podoba — uciął. 

Sara zagryzła zęby i w milczeniu ruszyła dalej. Nagle jej uwagę przykuł jakiś 

dźwięk, dochodzący zza drzwi, które zapewne prowadziły do kuchni. Ruszyła w 

tamtą stronę, torując sobie drogę wśród stosów rupieci. 

Lynn i Tag rezydowali przy kuchennym stole, którego skrawek był jeszcze 

wolny. Zlew oraz wszystkie blaty zawalone były brudnymi naczyniami i 

resztkami opakowań po gotowych daniach. 

— Co tu się dzieje — zapytała, nie wierząc własnym oczom — Co wy robicie? 

— Jemy obiad — wyjaśniła Lynn, łypiąc podejrzliwie na siostrę znad otwartej 

puszki. Druga puszka stała przed Tagiem i oboje z wielkim apetytem coś z nich 

sobie wzajemnie wyjadali. 

— Co to jest — indagowała coraz bardziej zaniepokojona Sara. 

— Łosoś i brzoskwinie — poinformował ją chłopak, po czym dodał z 

uprzejmym uśmiechem: — My się chyba nie znamy, prawda? Jestem Tag 

Shepard. 

— Cześć, Tag — uśmiechnęła się z przymusem i szybko przeniosła spojrzenie 

na siostrę. 

— Lynn, co w ciebie wstąpiło — zaatakowała — PrzecieŜ to jakiś koszmar! 

Siedzisz tutaj, wygrzebujesz jedzenie z puszki jak dzikus i nic cię nie obchodzi, 

Ŝ

e teraz będę musiała harować przez lata, Ŝeby odzyskać to, co wydałaś na tę 

idiotyczną wycieczkę! A co ze szkolą pielęgniarską? Zamiast dalej się kształcić, 

będziesz teraz musiała iść do pracy. Co w ciebie wstąpiło? 

background image

Lynn wreszcie przestała ruszać szczękami i z trzaskiem odstawiła puszkę na 

stół. 

— Chcesz wiedzieć, dlaczego uciekłm, tak? Dlaczego chciałam wyjść za 

bogatego faceta i wynieść się jak najdalej od ciebie i Kansas? — wykrzyknęła, 

patrząc wyzywająco na siostrę. — Dobrze, powiem, ci. Uciekłam, bo nie chcę 

skończyć tak jak ty. Nie chcę być nikim! Nie oszukujmy się, przecieŜ ledwie 

wiąŜemy koniec z końcem. Nawet gdybyśmy obie zaharowały się na śmierć, i 

tak nie wystarczy na moje czesne. Popatrz na siebie, przecieŜ masz dwadzieścia 

pięć lat, a juŜ wyglądasz o wiele starzej. Nie chcę być ciągle zagoniona i 

męczona jak ty. Ty nawet nie masz własnego Ŝycia i... 

- Lynn! 

Sześć par oczu zwróciło się ku stojącemu w drzwiach Ransomowi. Na moment 

zapadła cisza. 

— Słucham — odezwała się wreszcie dziewczyna, aczkolwiek mniej 

wojowniczym tonem. 

Na ustach męŜczyzny pojawił się uśmiech, lecz oczy pozostały powaŜne. Sara 

wyczuła, Ŝe w ostatniej chwili powstrzymał się od reprymendy. 

— Słuchajcie, dzieciaki, deszcz przestał padać — wrócił do swojego dawnego 

swobodnego tonu. 

— MoŜe byście tak zabrały Boo i Baby na spacer? 

— Dobra, Rance — Lynn rzuciła ostre spojrzenie na siostrę, po czym zwróciła 

się do Taga: — Dokąd pójdziemy? 

— Na plaŜę. Wezmę swoją czapkę klubową, moŜe pojawi się ten delfin, o 

którym ci mówiłem, Potluck. 

On uwielbia zabierać mi tę czapkę i płynąć z nią do Zatoki Morskiego Lwa. To 

kawał drogi. Reny się trochę przelecą. 

background image

— Bosko — uśmiechnęła się promiennie Lynn. 

— Dobrze, ale gdzie jest ta czapka? — zaniepokoił się Tag, pytająco zerkając na 

ojca. 

Ransom wzruszył ramionami. 

— Nie mam pojęcia, stary. 

— Chyba ktoś nasadził ją na słój po landrynkach 

— powiedziała Lynn. Oboje poderwali się i w podskokach wybiegli z kuchni. 

Shepard odwrócił się i ruszył za nimi. 

— Proszę sobie wziąć, na co ma pani ochotę. Ja mam coś do załatwienia — 

rzucił wychodząc. 

Sara z rozpaczą ogarnęła wzrokiem kuchenne po bojowisko. W co ta smarkula 

ją wpakowała? To dom jak ze złego snu. Westchnęła cięŜko i zakasawszy 

rękawy zabrała się do porządków. 

— Co pani robi? — zawołał głos z holu. 

— Zmywam naczynia. 

— Wykluczone! 

- Nie będę jadła w takim chlewie! 

Postać Rance”a wypełniła nagle ramę drzwi. Spojrzał na nią groźnie. 

— Szanowna pani, nie mam zwyczaju tłumaczenia się wobec osób, które ledwo 

znam. W kaŜdym razie proszę przyjąć do wiadomości, Ŝe są powody, dla 

których wybrałem taki, a nie inny styl Ŝycia. Będzie pani tutaj tylko tydzień, 

proszę więc nie próbować niczego zmieniać. Jeśli ruszy pani choć jeden talerz, 

będzie pani nocować na plaŜy. 

— Tam przynajmniej jest czysto! 

background image

— Owszem, tylko w nocy temperatura spada prawie do zera — wycedził, z 

trudem utrzymując nerwy na wodzy. - Ostrzegam panią po raz ostatni, proszę 

zostawić moje sprawy i mój dom w spokoju. 

Zamilkła, pokonana i upokorzona. Nigdy nie spotkała tak nieustępliwego 

męŜczyzny. Z drugiej strony nie mogła nie przyznać mu racji. To był jego dom i 

mógł zamienić go w chlew, jeśli miał ochotę. Westchnęła i cięŜko oparła się o 

stół. Puszka z łososiem potoczyła się po blacie i z trzaskiem spadła na podłogę. 

Sara zmełła w ustach soczyste przekleństwo. 

Przez całe popołudnie jak ognia unikała Ransoma Sheparda. Widziała tylko, jak 

wrócił do domu czerwonym jeepem, załadowanym pakunkami. Tag po wiedział, 

Ŝ

e przywiózł zapasy Ŝywności, pozostawione przez samolot, a takŜe paliwo do 

generatora i pocztę. 

Było juŜ około piątej, kiedy zdecydowała się pójść na spacer. Niebo 

zachmurzyło się znów, a nad morzem kłębiły się gęste pasma mgły. Sara 

ciaśniej otuliła się puchową kurtką, którą wzięła ze sterty ciuchów w holu. 

Pomimo zimna z niechęcią spoglądała ku domowi. Nie miała ochoty znów 

widzieć tego irytującego faceta. 

— Hej! 

AŜ podskoczyła, kiedy tuŜ obok wyłonił się niepoŜądany obiekt. 

— Wszystko w porządku? — zapytał Ransom towarzyskim tonem, jak gdyby 

nigdy się nie kłócili. 

On pyta, czy wszystko w porządku! Śmieszne. Wzruszyła ramionami i 

wepchnęła ręce w kieszenie. 

— Czy jest pan pewien, Ŝe nie ma innego sposobu wydostania się z wyspy? — 

zapytała, zwracając spojrzenie ku morzu. 

— Myślałem o tym przez całe popołudnie. Niestety, znów mamy awarię w 

naszej stacji łączności satelitarnej, co oznacza, Ŝe nie będą działały telefony, 

background image

dopóki nie sprowadzimy części. A będziemy mogli je zamówić dopiero w środę, 

kiedy przyleci stary Krukoff. I tak kółko się zamyka. 

— Cudownie mruknęła. 

— Szkoda, Ŝe łódź ratunkowa nie wchodzi w grę 

— stwierdził. 

Sara natychmiast nadstawiła uszu. 

— Co mam przez to rozumieć? — zapytała gorączkowo. — Na pewno mogłaby 

zabrać nas na Świętego Pawia. PrzecieŜ to tylko czterdzieści mil. 

PowaŜnie pokręcił głową, jakby rozumiał jej rozterkę. 

— Proszę nie zapominać, Ŝe to jest łódź ratunkowa. Co by było, gdyby ktoś 

potrzebował jej właśnie wtedy, kiedy przewoziłaby was? Wie pani, jak to jest, 

kiedy łódź rybacka zaczyna tonąć, a ludzie unoszą się na wodzie w kamizelkach 

i powoli zamarzają? 

— Och... Jak często to się zdarza? 

— Na szczęście niezbyt często. 

— W takim razie — złoŜyła błagalnie ręce — czy nie mógłby pan tego 

załatwić? 

— Widzę, Ŝe lubi pani ryzyko, ale nie moŜna naraŜać innych. Zresztą łódź jest 

nieco za stara, by płynąć nią tak daleko — zwłaszcza w tej mgle. 

Jednak Sara nie rezygnowała łatwo. Kolejna myśl natchnęła ją nową nadzieją. 

— Dobrze, a gdyby tak wynająć łódź rybacką? Zapłaciłabym dobrze. 

— Dla kogoś, kto pochodzi z Kansas, taka rzecz wydaje się prosta. Ale tu, droga 

panno Eller, mamy tylko ośmiometrowe łodzie z maleńkimi sterówkami i 

krótkofalówkami o niewielkim zasięgu. Nie ma oczywiście mowy o Ŝadnym 

radarze. Dlatego nawet stary wyga nie śmiałby zapuszczać się na nich daleko w 

background image

morze, choćby było gładkie jak lustro. One słuŜą tylko do połowów 

przybrzeŜnych. Zresztą wy, ludzie z Kansas, gdzie ropa tryska z kaŜdej dziury, 

nie wiecie nawet, Ŝe tutaj kaŜdy oszczędza paliwo, bo jest drogie. Choć 

osobiście gotów byłbym za płacić za wynajem tej cholernej łódki, gdyby to 

tylko było moŜliwe. 

— My, ludzie z Kansas, teŜ nie lubimy marnować paliwa — obruszyła się. — I 

nie lubimy być pouczani. 

— Dobrze, nie chciałem pani urazić. Rozumiem pani sytuację. Proszę mi 

wierzyć, gdybym tylko mógł, natychmiast załatwiłbym jakiś transport — 

powiedział powaŜnie. 

— Wierzę — przytaknęła z nieszczęśliwą miną. 

— MoŜe w takim razie zawrzemy rozejm — za proponował, wyciągając ku niej 

rękę. 

Zaskoczona, po chwili wahania wsunęła dłoń między jego palce. Zdumiało ją, 

jak ciepła jest jego ręka. Szybko wyrwała swoją z uścisku, jakby stał się nazbyt 

intymny. 

— Przepraszam za... no wie pan, za wszystko. Nie powinnam się wtrącać w 

pana Ŝycie — wykrztusiła. 

Przyglądał się jej uwaŜnie, w milczeniu. Intuicyjnie wyczuła, Ŝe jego niechęć 

topnieje. Szybko dostrzegła okazję do zawarcia kompromisu, przynajmniej w 

pewnych sprawach. 

— Czy nie uwaŜa pan jednak, Ŝe moŜna by jeden dzień poświęcić na porządki? 

— zapytała ostroŜnie. 

— Wie pan, lepiej by się nam mieszkało, a dzieciom przydałaby się lekcja 

odpowiedzialności. 

background image

— A czy pani nie uwaŜa, Ŝe moŜna mieć zupełnie inne podejście do 

wychowania? Ja na przykład stosuję odwrotną taktykę: niczego nie zabraniam i 

czekam, by wszystko obrzydło tym dzieciakom tak, Ŝe sanie poczują się 

zmuszone do odpowiedzialności. 

— Tak, ale im bynajmniej nic nie obrzydło. To tylko kolejna prowokacja z pana 

strony — prychnęła. 

- CzyŜby? — kpiąco uniósł brew, a potem uśmiechnął się niespodziewanie. 

Panno Elier, a co się stało z pani włosami? Kiedy się poznaliśmy, nie miała pani 

tylu loczków. Czy to zbawienny wpływ wilgotnego klimatu? — zagadnął 

miękko. 

- O co chodzi? — spytała nieufnie. — Są zbyt rozczochrane jak na pański gust? 

— Przyznaję, są wspaniale rozczochrane — zachichotał. 

- Humor panu dziś dopisuje, prawda? 

— Niezupełnie, ale pani włosy bardzo mi się podobają. 

Odwrócił się i odszedł, zostawiając Sarę kompletnie zaskoczoną i poirytowaną. 

Ujęła palcami rude pasmo, naciągnęła je, a potem puściła. Opadło jej na czoło, 

skręcone jak spręŜynka. I to mu się podoba? — pomyślała z niedowierzaniem. 

Bzdura, pewnie chciał ze mnie zakpić. Nigdy nie mówi serio. I nic go nie 

obchodzi. Co za bufon! 

Szkoda tylko, Ŝe taki przystojny, skonstatowała po chwili, patrząc na oddalającą 

się wysoką postać męŜczyzny w skórzanej lotniczej kurtce. 

 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

background image

Minęła dziesiąta wieczór, lecz na dworze było jasno i nic nie zapowiadało 

nadejścia zmroku. Po powrocie ze spaceru, Sara oczyściła sobie kawałek 

miejsca na kanapie i przez kilka godzin z nudów wertowała stare magazyny. 

Nagle jakiś dźwięk za kłócił ciszę domu. Uniosła głowę i zobaczyła Ransoma, 

wchodzącego z lampami naftowymi. 

— Spodziewa się pan wyłączenia prądu? — zapytała z uśmiechem. 

— Owszem odparł z lekkim rozbawieniem. — Zawsze o dziesiątej wyłączam 

generator, Ŝeby zaoszczędzić paliwo. Zwykle kładziemy się spać o dziesiątej, 

choć słońce zachodzi dopiero po północy — wyjaśnił. 

— Za to wschodzi juŜ o czwartej. 

— W Kansas pracuję na dwie zmiany. Muszę obsłuŜyć tłumy w czasie lunchu, a 

potem, wieczorem, jeszcze większe tłumy w barze. Kończę dopiero o drugiej 

nad ranem, więc obawiam się, Ŝe nie zasnę o tej porze - wyznała Sara. 

— Na pewno pani zaśnie. Jesteśmy w strefie czasowej Morza Beringa — 

wyjaśnił Ŝartobliwie. — W Kansas mija właśnie pierwsza w nocy. 

Jakby na potwierdzenie jego słów Sara ziewnęła szeroko. Roześmiał się i 

wręczył jej lampę. 

— Proszę, przyda się w nocy, jeśli będzie pani chciała wstać. Kiedy się zasunie 

story, w domu będzie całkiem ciemno, mimo Ŝe na dworze jest jasno. 

Wstała przeciągając się leniwie. Ogień na kominku juŜ wygasał. Nadal nie było 

ś

ladu Taga i Lynn. Zaczęła się niepokoić. 

— Gdzie te dzieciaki? — mruknęła. 

— Pewnie u doktora Stepetina. On ma telewizor. 

— I nie wyłącza na noc generatora? 

— Pozostałe domy na wyspie korzystają ze wspólnego agregatu, który chodzi 

przez całą dobę. 

background image

— Nie wie pan, kiedy one wrócą? 

— Kiedy zechcą. 

Przez moment miała ochotę wdać się ponownie w dyskusję na tematy 

wychowawcze, lecz po namyśle zrezygnowała. Poczuła, Ŝe ogarnia ją 

zmęczenie. 

— Wobec tego chyba pójdę spać — powiedziała, znów ziewając. Ransom dał 

jej znak, by szła za nim. 

Drzwi obok kuchni prowadziły do części sypialnej domu. Znajdowała się tam 

łazienka, duŜy pokój Ransoma i dwa inne, mniejsze pokoje. Wskazał Sarze 

jeden z nich. 

— Tu śpi Lynn. Będę musiał panią do niej do kwaterować, bo robi się ciasno. 

— W porządku, jakoś sobie poradzę. 

— A ma pani w czym spać? 

Takiego pytania się nie spodziewała. Niestety, wzięła tylko lekką koszulkę 

bawełnianą. Nie przy puszczała, Ŝe przyjdzie jej spędzić tydzień pod kołem 

polarnym. Nie miała jednak ochoty na dyskusje o bieliźnie nocnej. 

— Coś się znajdzie — zbyła go. 

— W nocy jest zimno, choć palimy w piecu węglowym. Dam pani coś — 

powiedział i w swoim pokoju. Po chwili wrócił i podał jej wieszak z męską 

flanelową koszulą, zabezpieczony dodatkowo folią. Sara ze zdumieniem 

dostrzegła, Ŝe koszula była nieskazitelnie czysta i nienagannie od prasowana. 

W końcu korytarza skrzypnęły drzwi i po chwili dobiegły ich głosy Taga i Lynn. 

Ransom skinął jej głową. 

— A zatem dobranoc. Miłych snów — powiedział i zniknął za drzwiami swojej 

sypialni. 

background image

Sara poszła do pokoiku i czekając na siostrę przysiadła na skraju jednej z 

bliźniaczych kozetek. LóŜko było wprawdzie zaścielone, ale zawalały je 

wszechobecne sterty pism i części ubrania. Na drugim, nie zasłanym, panował 

bałagan nie do opisania. Najwidoczniej spała tam Lynn. 

Młodsza siostra wpadła do pokoju i natychmiast przysiadła się do Sary, 

szepcząc konspiracyjnie: 

— Stara, nie mogłam nic powiedzieć przy Tagu, ale myślę, Ŝe z jego ojcem jest 

coś nie tak. 

— Jak to? 

— Naprawdę! — Lynn jeszcze bardziej ściszyła głos, jakby zamierzała wyjawić 

ogromną tajemnicę. — Jak nie wierzysz, to zobacz, jak wygląda jego garderoba. 

— BoŜe, a co tam jest? — wyobraźnia Sary zaczęła pracować intensywnie, 

podsuwając jej obraz wiszących rzędem pejczy i łańcuchów. 

— Porządek — siostra dramatycznie zawiesiła głos, czekając na efekt. 

Rzeczywiście, Sara popatrzyła na nią w osłupieniu. 

— Mówisz, Ŝe w jego szafie jest porządek? 

— Tak, wszystkie rzeczy są czyste i wiszą równiutko. No mówię ci, to wygląda 

jak... na zdjęciach w tych magazynach o urządzaniu wnętrz. 

— I na tej podstawie uwaŜasz, Ŝe Rance ma nie po kolei w głowie? 

— Owszem, bo reszta jego pokoju wygląda tak samo jak cały dom. Przyznasz, 

Ŝ

e jest coś dziwnego w facecie, który bałagani w domu, a w szafie ma idealny 

porządek, nie? 

Sara zerknęła na leŜącą na poduszce koszulę, zapakowaną w folię. 

— Fakt — przyznała. — Umiłowanie porządku nie jest na ogół uwaŜane za 

oznakę zaburzeń umysłowych, ale jeśli ogranicza się wyłącznie do garderoby, 

rzeczywiście daje do myślenia. Ale nie trzeba zaraz wpadać w panikę. Jakoś nie 

background image

słyszałam o paranoiku-mordercy, którego ulubionym zajęciem jest 

porządkowanie własnych ubrań. 

Najwyraźniej nie przekonała siostry, gdyŜ ta uśmiechnęła się sceptycznie. 

— Okay, skoro tak uwaŜasz. Chciałam tylko, Ŝe byś wiedziała, co jest grane. 

— Dzięki za ostrzeŜenie. Zobacz, co mi dał do spania. — Sara uniosła wieszak, 

pokazując siostrze koszulę Rance”a. — Czy myślisz, Ŝe ten pedant-morderca 

nalał trucizny do Ŝelazka z nawilŜaczem i ślicznie wyprasował dla mnie 

koszulkę, Ŝebym nad ranem skonała w piekielnych mękach, gdy jad 

przedostanie się przez skórę? — zapytała z udaną zgrozą. 

Lynn wywróciła oczami. 

— Ale masz pomysły, siostrzyczko. 

— Jestem po prostu zmęczona i gadam od rzeczy. Czy byłabyś łaskawa zgarnąć 

z mojego łóŜka te graty, Ŝebym wreszcie mogła się połoŜyć? 

Lynn teatralnie jęknęła i wprawnym ruchem zrzuciła na podłogę kilka starych 

gazet, butów nie do pary, majtek i dŜinsów. 

- Zadowolona? — prychnęła, wyzywająco patrząc na siostrę. 

Sara przymknęła oczy i policzyła do dziesięciu. Nie miała ochoty na nowe 

kłótnie. 

— Powiedzmy, Ŝe jestem zadowolona, bo widzę, Ŝe humor ci dopisuje — 

odparła spokojnie. 

Lynn miała minę zaskoczonej. Najwidoczniej spodziewała się bury. Wyraźnie 

odpręŜona, rzuciła się na swój barłóg i nieomal z sympatią spojrzała na siostrę. 

— Wiesz, juŜ mnie nawet tak nie odrzuca na twój widok, siostrzyczko — 

wyznała z rozbrajającą szczerością i zaczęła się szykować do spania. 

Sara pokręciła głową z uśmiechem. Nie czuła juŜ złości. Sięgnęła po koszulę 

Rance”a, która po włoŜeniu sięgała jej do kolan. Rękawy zwisały jak skrzydła. 

background image

Zobaczywszy, Ŝe siostra zagrzebała się pod kołdrą, potarła policzek miękką 

flanelą, wdychając czysty zapach, zmieszany z lekką wonią dobrej wody 

kolońskiej. Jej myśli znów wypełnił obraz przystojnej męskiej twarzy. 

Zirytowana pokręciła głową. Skąd się wzięły te romantyczne porywy? 

— Co będziemy robić jutro? — dobiegł ją nie spodziewanie głos Lynn. 

— JeŜeli o mnie chodzi, mam zamiar zrobić pranie — odparła zaciągając 

cięŜkie story. W pokoju momentalnie zrobiło się ciemno. 

— Niegłupia myśl! Prawie juŜ nie mam w czym chodzić. 

Jej ton rozzłościł Sarę. Ta smarkula za duŜo sobie pozwala! 

— Poddam ci jeszcze jedną niegłupią myśl, moja ty dorosła Zosiu Samosiu — 

powiedziała chłodno — Sama upierz swoje rzeczy. 

— Jezu, co za piła — jęknęła Lynn. - W tym cholernym domu nikt dla nikogo 

nie chce nic zrobić. 

— CóŜ, chciałaś prawdziwego Ŝycia, to je masz 

— odparła Sara bezlitośnie. I nagle z przeraŜeniem uświadomiła sobie, Ŝe 

stosuje metody wychowawcze zalecane przez Ransoma Sheparda. Mało tego, na 

wet przemawia podobnym tonem! Co za ironia... 

Zasypiając zastanawiała się jeszcze, czy w szaleństwie tego człowieka 

rzeczywiście jest jakaś metoda. 

Rance mówił prawdę. Świt nad Morzem Beringa wstawał bardzo wcześnie. 

Ostry promień słońca przenikał przez szparę między zasłonami i świecił jej 

prosto w twarz. Nieprzytomnie spojrzała na zegarek i stwierdziła, śe jest wpół 

do piątej. Po chwili zastanowienia doszła jednak do wniosku, Ŝe w Kansas jest 

wpół do ósmej — czyli pora, którą moŜna uznać za całkiem normalną. 

Ziewając wstała z łóŜka, wyjęła z torby przybory toaletowe i wyszła na korytarz. 

Niestety, łazienka była zamknięta. Zawahała się. Zapewne ktoś jest w środku. 

background image

JuŜ miała zapukać, kiedy nagle otworzyły się drzwi i stanęła twarzą w twarz z 

Ransomem, ubranym tylko w krótki szlafrok. Odruchowo wzrok Sary 

powędrował ku kształtnym, muskularnym nogom. Nie zdawała sobie dotychczas 

sprawy, iŜ męskie łydki mogą być tak pociągające. 

— Dzień dobry. Nie spodziewałem się pani o takiej porze — powitał ją kpiąco. 

Ukradkiem przyjrzała się jego twarzy. Ciemne kędziory mokrych włosów wiły 

się na czole, szare oczy błyszczały, a ironicznie rozchylone wargi ukazywały 

białe zęby. 

Sara ziewnęła. 

Chyba jest pani z gatunku tych, których dopiero poranna kawa stawia na nogi — 

zauwaŜył. 

Oczywiście, miał rację. Przytaknęła w milczeniu. 

Widzę, Ŝe koszula pasuje — kontynuował z lekka ironicznym tonem. 

— Jeśli chce pan powiedzieć, Ŝe rano wyglądam jak czarownica, to proszę się 

nie krępować — prychnę 

Tym razem uśmiechnął się zupełnie szczerze. 

- Dobrze juŜ, dobrze, nie będę pani męczył, zanim nie wypije pani kawy. A co 

do koszuli, to Ŝartowałem. Jest nieco za duŜa. 

Ceremonialnie odstąpił w bok i zapraszającym gestem otworzył przed nią drzwi 

łazienki. 

— Proszę wybaczyć mój brak taktu, panno Eller. Od tej pory jestem do pani 

usług. Czy Ŝyczy sobie pani, bym przygotował kawę? — zapytał uprzejmie. 

— Tak, poproszę — odparła odruchowo, lecz w tej samej sekundzie 

zmarszczyła brwi. Było coś podejrzanego w jego tonie. CzyŜby kpina? No 

jasne! Dlaczego nie miałby sobie uŜyć? PrzecieŜ w tej za wielkiej koszuli, bosa, 

background image

ze strzechą na głowie musi wyglądać jak strach na wróble. — To oczywiście był 

Ŝ

art, prawda — skrzywiła się. — PrzecieŜ nie zasługuję na taki zaszczyt. 

— Chętnie podałbym pani kawę, ale muszę przestrzegać reguł. Co by 

powiedziały dzieci, gdybym zaczął panią faworyzować? 

BoŜe, co teŜ tkwi w tym człowieku — zastanawiała się gorączkowo. Jakie gry z 

nią uprawia? Czy moŜna uwierzyć w choć jedno jego słowo czy gest? Czuła, Ŝe 

jego strategia ma ukryty cel, Ŝe ten męŜczyzna albo świadomie dąŜy do tego, by 

go znienawidziła, albo... Ŝeby znalazła się w jego łóŜku. 0, nie, na to ostatnie 

nigdy się nie zgodzi. 

— Na pocieszenie mogę pani powiedzieć — odezwał się, wyrywając ją z 

zamyślenia — Ŝe jest pani najbardziej uroczą rudą czarownicą, jaką znam. 

W pierwszym odruchu uznała ten pokrętny komplement za prawdziwy i przejął 

ją miły dreszcz. W następnej sekundzie stwierdziła trzeźwo, Ŝe zaspa na, 

rozczochrana kobieta w męskiej koszuli nie moŜe wyglądać pociągająco. Z 

niesmakiem pomyślała, Ŝe dała się nabrać jak naiwna nastolatka. 

— Najlepiej będzie, jeśli sama zrobię sobie kawę, taką, jaką lubię — mruknęła 

wrogo. 

— Naprawdę myśli pani, Ŝe nie potrafiłbym pani zadowolić? — pytająco uniósł 

brwi. 

— Nie myślę, wiem. Nie zniosłabym, gdyby w mojej filiŜance pływała brudna 

skarpeta — od parowała. 

Ransom parsknął śmiechem. 

— Poddaję się, panno Elier. Puszka z kawą jest na półce, nad ekspresem. Mam 

nadzieję, Ŝe zostanę poczęstowany próbką pani boskiego napoju. 

— Nie zrobię panu kawy. Przepisy nie pozwalają 

— uśmiechnęła się słodko. 

background image

— Przestrzega pani wszystkich reguł, czy tylko tych, które pani odpowiadają? 

— zapytał z niespodziewaną napastliwością. 

— Ja... o co panu chodzi? 

— O nic, niewaŜne — uciął, lecz nie spuszczał z niej wzroku. 

Nie mogła znieść jego badawczego, nieruchomego spojrzenia. Rzuciła się w 

pośpiechu do łazienki i zamknęła mu drzwi przed nosem, z trudem po 

wstrzymując się, by nie trzasnąć nimi demonstracyjnie. Zaraz jednak poczuła 

przemoŜną chęć, by zadać jedno jedyne pytanie. Pytanie, które dręczyło ją, 

ilekroć czuła na sobie spojrzenie Ransoma. Zirytowana wychyliła głowę na 

korytarz. 

— Niech mi pan powie, panie Shepard, czy to mnie pan tak nienawidzi, czy 

kobiet w ogóle? — zawołała wyzywająco. 

MęŜczyzna odwrócił się, jak ukłuty Ŝądłem. Oczy mu zabłysły i juŜ miał coś 

odpowiedzieć, kiedy nagle zmienił zamiar. Demonstracyjnie wzruszył ramiona 

mi i szybko zniknął w pokoju, zamykając za sobą drzwi zdecydowanym 

ruchem, jakby chciał uciąć wszelką dyskusję. 

Sara z irytacją przygryzła wargę. Ransom Shepard zaczynał przyjmować 

denerwującą taktykę wycofywania się. 

Ransom wyszedł wcześnie, by obserwować ptaki. Mówił coś o interesującej 

technice budowania gniazd przez czerwononogą odmianę mewy trzypalcowej, 

lecz niewiele to Sarze wyjaśniało. Równie dobrze mógł robić coś zupełnie 

innego i zniknąć na parę godzin albo na pół dnia. Postanowiła wziąć się za 

pranie. Zbierając swoje brudne ubrania odkryła, Ŝe Lynn bezczelnie zabrała 

niektóre z jej rzeczy. 

Kiedy wyjęła z suszarki ostatnią sztukę, z zadowoleniem stwierdziła, Ŝe 

wreszcie moŜe pozbyć się koszuli Rance”a. Szybko włoŜyła dŜinsy i bluzę o 

background image

jaśminowym odcieniu, po czym ruszyła do kuchni. Lynn z Tagiem otwierali 

właśnie kolejną puszkę. 

— Nie wiedziałam, Ŝe tak lubisz łososia — zwróciła się do siostry. 

Lynn zachichotała, nie przerywając uczty. 

— No, jest zupełnie niezły. 

— Niezły? — oburzył się Tag. — Śmiesz powiedzieć o łososiu mojego taty, Ŝe 

jest zaledwie niezły? 

Lynn ze śmiechem chwyciła pustą puszkę i uniosła ją w górę, oblizując się 

demonstracyjnie. 

— Lepszy niŜ wszystkie lody świata jest łosoś, którego puszkuje twój tata! — 

zaśpiewała, parodiując slogan reklamowy. — Smaczniejszy niŜ tuńczyk, a 

kosztuje nie więcej niŜ mercedes — dodała zachęcająco. 

— Świntucho, jak moŜesz kpić z hasła mojego tatusia! PrzecieŜ ono jest piękne: 

‚„Łosoś z Morza Beringa, władca Północnych Mórz” — wygłosił z dumą. 

Sara słuchała tego wszystkiego z rosnącym zdumieniem. 

— O czym wy mówicie? — zapytała wreszcie, gdy przestali chichotać. 

— O firmie mojego ojca — wyjaśnił Tag. — NaleŜą do niej wszystkie 

przetwórnie nad Morzem Beringa. 

— To niemoŜliwe — wyjąkała, odruchowo ogarniając wzrokiem śmietnik, w 

jakim mieszkał ten łososiowy potentat. 

— MoŜliwe, moŜliwe — zapewniła ją Lynn, wyciągając czerwonawy płat z 

nowo otwartej puszki i pakując go sobie wprost do ust. — Mają cztery ogromne 

fabryki konserw, a biura tej grubej ryby znajdują się w Anchorage — 

poinformowała. 

Sara pytająco spojrzała na Taga. Potwierdził skinieniem głowy, nie przerywając 

jedzenia. 

background image

— To dlaczego mieszkacie tutaj? 

— Coś ty, to tylko domek letni — roześmiała się Lynn. 

— Wiesz, mama ojca była Aleutką. Ja sam jestem w jednej czwartej Aleutem — 

oznajmił z dumą chłopak. — To jest nasz dom rodzinny. Babcia Leatha wyszła 

za Kellera Sheparda, który miał łososiowy biznes. Po jej śmierci tata, mama i ja 

zaczęliśmy tu przyjeŜdŜać na letnie wakacje. Tata zajął się obserwacją ptaków, 

tak jak robiła to babcia. Do śmierci mamy spędzaliśmy tu zawsze czerwiec. A 

teraz jestem tu po raz pierwszy od pięciu lat — powiedział w zamyśleniu. - 

Ojciec ma mnóstwo roboty w swojej firmie, ale tego lata wreszcie zabrał mnie z 

tej cholernej szkoły i przyjechaliśmy na wyspę. 

— Kiedy umarła twoja mama, Tag? — Sara wahała się, czy zadać to pytanie, 

lecz ciekawość wzięła górę. 

Cień smutku pojawił się na twarzy chłopca. 

- Kiedy miałem dziewięć lat, w wypadku samo chodowym. 

Sara przygryzła wargi, patrząc na nagle spowaŜniałą minę Lynn. Ich rodzice 

równieŜ zginęli w wypadku samochodowym. Teraz pojęła, skąd wzięła się tak 

głęboka przyjaźń między młodymi. 

— Do jakiej szkoły chodzisz — zapytała, pragnąc zmienić temat. 

Tag skrzywił się z głębokim niesmakiem. 

— Do Prywatnego Więzienia dla Chłopców w Seattle — oznajmił. 

— Więzienia? Chyba jesteś jeszcze za miody, Ŝeby coś przeskrobać. 

— Niektórzy nazywają tę budę Akademią Kirkwooda, ale dla mnie to jest 

więzienie. Sama byś tak mówiła, gdybyś musiała tam siedzieć przez okrągły 

rok. Tata nie chce mnie nawet zabierać do domu na święta, ani... 

— Nie sądzę, by naszego gościa interesowały rodzinne historie, Taggart — 

rozległ się nagle od drzwi stanowczy głos. Sara odwróciła się i zobaczyła 

background image

Ransoma. Twarz miał surową, a minę niezadowoloną, lecz pomyślała 

mimochodem, Ŝe nawet ze złością jest mu do twarzy. Niebieski kolor grubego 

Ŝ

eglarskiego swetra podkreślał szarość oczu i łagodził ich wyraz. 

Przez moment panowało niezręczne milczenie. Wreszcie Shepard zdjął z piersi 

lornetkę i odłoŜył wraz z trzymanym w ręku notesem na stół. Kiedy się odezwał, 

znów mówił dawnym, swobodnym tonem. 

— Na dworze jest ponad dziesięć stopni i świeci słońce. Szkoda siedzieć w 

domu, lepiej iść na spacer. 

— MoŜe weźmiemy wałówkę i zrobimy sobie piknik — ochoczo 

zaproponowała Lynn. 

— Fajno, mam otwieracz, a ty bierz puszki. 

Po chwili juŜ ich nie było. Ransom i Sara stali, przyglądając się sobie. 

— Tag powiedział mi, Ŝe jesteś królem łososi z Morza Beringa — zagadnęła, 

kiedy milczenie stało się nieznośne. 

Lynn i Tag zapomnieli zamknąć drzwi na werandę i chłodny powiew wdarł się 

do środka. Sara wciągnęła głęboki łyk orzeźwiającego, słonego powietrza. 

Ransom trwał w obojętnym milczeniu i po czuła, Ŝe lada chwila puszczą jej 

nerwy. 

— Zresztą niewaŜne. Nie powinnam się wtrącać 

— mruknęła odwracając wzrok. 

JuŜ miała wyjść z kuchni, kiedy zatrzymał ją dźwięk jego głosu. 

— To nie jest Ŝadna tajemnica — powiedział z kpiącym uśmieszkiem, 

obserwując jej zmieszanie. — I nic specjalnie interesującego, panno Elier — 

dodał i minął ją, zmierzając ku wyjściu. Przez moment poczuła jego intrygujący 

zapach, zmieszany z wonią wiatru i morza. 

background image

Podeszła do stołu, wzięła pustą puszkę i zaczęła obracać ją w palcach. Dobrze 

mała tę złotoczerwoną nalepkę. Łosoś z Morza Beringa był najlepszy i 

najdroŜszy na rynku. Jadała go w Kansas, choć nieczęsto. BoŜe, ile zer musi 

mieć konto Sheparda! 

„Nic specjalnie interesującego, panno Eller”. Jak Ŝe się mylił... Był zagadką, 

którą bezskutecznie usiłowała rozwiązać. i, co gorsza, pociągał ją coraz bardziej, 

nawet jeśli chował się za swoją maską obojętności, czy teŜ zachowywał się z 

denerwującą swobodą. 

Sara nigdy nie umiała zachowywać się „na luzie” 

— a moŜe nigdy nie miała okazji, by się odpręŜyć. Swobodny styl Ŝycia 

uwaŜała niemal za zbrodnię. I oto nagle zaczęło jej się to podobać. Czy moŜe 

raczej męŜczyzna, który demonstrował ten styl? Przygryzła wargę w 

zamyśleniu. Coś tu się nie zgadza. Czy tak liberalny ojciec posłałby swego syna 

do prywatnej szkoły z internatem? Jaki więc jest Ransom Shepard? 

W zamyśleniu zupełnie nie zdawała sobie sprawy, Ŝe wyszła z kuchni i 

odruchowo podąŜa w stronę pokoju Ransoma, jakby tam spodziewała się 

znaleźć klucz do tajemnicy. Ochłonęła i szybko wycofała się do salonu. 

ZauwaŜyła tam jedną ze swoich bluzek, niedbale rzuconą na najwyŜszą półkę 

starej, dębowej serwantki. Drzwiczki były otwarte. Pomstując na Lynn, wzięła 

bluzkę i machinalnie przebiegła wzrokiem głębokie, szklane półki. Stały tam 

zakurzone bibelociki i przeróŜne pamiątki. Dostrzegła wśród nich oprawną w 

ramki fotografię młodej kobiety. Bez namysłu sięgnęła po nią i podeszła do 

okna, by lepiej się jej przyjrzeć. 

Kobieta była mniej więcej w jej wieku, lecz sądząc po fryzurze, zdjęcie musiało 

być zrobione dawniej. Miała kasztanowate włosy, niebieskie oczy, wyraziste 

usta i owalną twarz. Nie była pięknością, lecz w jej rysach było coś 

intrygującego i ujmującego zarazem. Sara domyśliła się, Ŝe trzyma w ręku 

fotografię zmarłej Ŝony Sheparda. Patrząc na nią doznała osobliwego uczucia 

background image

niechęci. Uznała jednak, Ŝe nie moŜe to być zazdrość. Jakie w końcu miało dla 

niej znaczenie to, Ŝe tylko ta kobieta potrafiła przełamać niewidzialną barierę, 

którą Ransom odgrodził się od miłości. Nawet od miłości do syna... 

A moŜe właśnie utrata Ŝony kazała mu wznieść ów nieprzekraczalny mur? 

— Co pani tu robi? 

Ostry męski glos tak ją przestraszył, Ŝe upuściła fotografię. Szkło rozprysnęło 

się z trzaskiem. Sara rzuciła się na kolana, by zbierać odłamki. 

— Proszę stąd wyjść! — rozkazał, podnosząc ją za ramię. — Sam to zrobię. 

— Ja... przepraszam bardzo. Ja odkupię... —jąkała się czując, Ŝe rumieniec 

wstydu pali jej policzki. 

— NiewaŜne — mruknął zajęty usuwaniem resztek szkła z ramki. Z bijącym 

sercem dostrzegła, Ŝe przez ułamek sekundy popatrzył na nią, lecz nie potrafiła 

odczytać tego spojrzenia pod zasłoną ciemnych, gęstych rzęs. 

Nim zdąŜyła coś odpowiedzieć, szybko wyszedł z salonu. Widziała, jak zmierza 

korytarzem do swojego pokoju, tuląc do piersi bezcenną pamiątkę, by umieścić 

ją w bezpiecznym zaciszu. 

Sara drŜącą ręką sięgnęła po swoją bluzkę i przysięgła sobie, Ŝe przez pozostałe 

sześć dni będzie się trzymała jak najdalej od Ransoma Sheparda i jego spraw. 

Wiedziała równieŜ, Ŝe będzie to sześć najtrudniejszych dni w jej Ŝyciu. 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

background image

Sara brnęła z wysiłkiem po plaŜy chłostanej bryzgami piany. Wiatr napierał na 

nią jak ruchoma ściana. Teraz zrozumiała, o co chodziło Tagowi, kiedy mówił, 

Ŝ

e Wyspy Pribyliowa nazywane są „kolebką wiatrów”. A zawsze uwaŜała, iŜ 

najbardziej wieje w jej rodzinnym Kansas! Nic dziwnego, Ŝe na wysepce nie 

było w stanie wyrosnąć nic wyŜszego niŜ krzewy mocno wczepione korzeniami 

w skałę, mchy oraz arktyczne dzikie kwiaty. śadne inne rośliny nie 

wytrzymałyby naporu porywistych wichrów, stale przetaczających się przez 

niskie, po fałdowane wzgórza. 

Ciaśniej otuliwszy się kurtką zaczęła wchodzić na skaliste zbocze prowadzące 

ku domowi. Wzdrygnęła się na myśl, Ŝe Shepard wyszedł rano obserwować 

ptaki ubrany tylko w sweter. Znów pojawiła się jej przed oczami wysoka męska 

sylwetka. Szybko prze biegła myślami trzy dni pobytu w domu tego człowieka i 

ogarnęło ją dziwne, niewytłumaczalne przygnębienie. Ransom zachowywał się 

swobodnie, Ŝartował z młodymi i często się śmiał. A jednak Sara pochwyciła 

kilka razy dziwny, smutny wzrok, jakim wpatrywał się w Taga, kiedy myślał, Ŝe 

nikt go nie widzi. To ją dręczyło. Co zaszło między ojcem a synem? 

Równie dziwnie reagował na nią. Kiedy pojawiała się w polu jego widzenia, 

natychmiast stawał się napięty i czujny. Z przykrością doszła do wniosku, Ŝe 

Ransom nie tylko nie ma ochoty na bardziej przyjacielskie stosunki, ale 

wyraźnie jej nie lubi. 

Nagle kątem oka pochwyciła jakiś ruch. Od wróciła się i zobaczyła obcego 

męŜczyznę, nad- chodzącego w kierunku domu. Kiedy się zbliŜył, dostrzegła 

rozwiewające się poły prochowca, od słaniające elegancki garnitur. Szedł 

wymachując teczką-dyplomatką, a drugą ręką bezskutecznie usiłował 

przytrzymać szarpany wiatrem krawat. Sara ze zdumieniem pokręciła głową. 

Pierwszy raz widziała na tej wyspie męŜczyznę w płaszczu i garniturze. 

Ów dziwny człowiek dostrzegł Sarę i skręcił w jej stronę. Oceniła, Ŝe nie 

wygląda na mordercę ani maniaka seksualnego. Przeciwnie, miał całkiem miłą 

background image

powierzchowność. Wiatr zwiewał mu z czoła modnie obcięte, kasztanowate 

włosy, odsłaniając lekko łysiejące zakola. Mógł mieć najwyŜej trzydzieści pięć 

lat. Okrągłe okularki, fryzura i strój nadawały mu wygląd klasycznego młodego 

menedŜera, robiącego karierę na Wall Street bądź na Madison Ayenue. Tu, na 

dalekiej arktycznej wysepce, wyglądał zgoła egzotycznie. 

— Witam! — zawołał machając do niej. — Szukam Ransoma Sheparda. Czy 

pani jest moŜe jego sąsiadką? 

— Nie, jestem... uhm... gościem Ransoma. 

Przybysz ze zdziwieniem uniósł brwi, a potem uśmiechnął się dziwnie, lecz nie 

kpiąco. Pomyślała zaskoczona, Ŝe uśmiech ten wyraŜa raczej zadowolenie. 

— Izaak Dorfman, jestem prawnikiem Sheparda — przedstawił się. 

— Sara Elier z Kansas — wyciągnęła rękę na powitanie. — Sheparda nie ma w 

domu. Poszedł obserwować ptaki i... 

— Cholera, mam bardzo mało czasu — przerwał jej, nerwowo zerkając na zloty 

zegarek. — Gdyby pani mogła mi chociaŜ pokazać, w którą stronę... 

— Dorfman! — rozległ się daleki okrzyk. — Wszystkiego bym się spodziewał, 

tylko nie widoku twojej paskudnej gęby. 

Oboje odwrócili się jak na komendę i dostrzegli zmierzającego ku nim 

Ransoma, uśmiechającego się radośnie. Sara boleśnie przygryzła wargi. Po raz 

pierwszy widziała, jak wygląda uśmiech, który ten człowiek rezerwuje dla 

bliskich przyjaciół. Musiała przyznać, Ŝe było mu z nim bardzo do twarzy. 

Izaak serdecznie uścisnął dłoń Ransoma. 

— Wiesz, stary, za kaŜdym razem, kiedy widzę cię z tą lornetką i notesem, 

trudno m uwierzyć, Ŝe facet, który na posiedzeniach zarządu atakuje zajadle jak 

bulterier, w wolnym czasie liczy sobie ptaszki. Notabene, jak miewają się 

państwo Mewostwo i małe mewiątka? 

background image

Uśmiech Ransoma przygasi. 

— Populacja zmniejszyła się w dwóch miejscach lęgowych, natomiast w 

trzecim utrzymuje się na tym samym poziomie od pięciu lat. 

— CóŜ, stary, moŜe wziąłbyś się lepiej za liczenie szybów naftowych. Tam 

populacja wyraźnie się zwiększa — zaproponował Izaak. 

— Dorf, jesteś straszny facet. Przypomnij mi później, Ŝe mam cię wylać — 

prychnął Ransom. — Ale póki co, twój widok cholernie mnie cieszy. 

MęŜczyzna w garniturze zrobił komicznie zdumioną minę. 

— Proszę, proszę, a juŜ myślałem, Ŝe zrzucisz mnie do morza za to, Ŝe 

przeszkadzam ci na tym odludziu, i do tego w sobotę. 

— Tym razem masz szczęście, bo akurat cię potrzebuję — stwierdził Shepard, 

znacząco mrugając do Sary. — Przyleciałeś samolotem słuŜbowym? 

— Tak. Wiesz, pomyślałem, Ŝe będzie szybciej niŜ na piechotę, a w dodatku 

mniej zmoknę — wyjaśnił Dorfman z niezmąconą powagą, po czym znacząco 

wskazał na swoją wypchaną teczkę. — Słuchaj, w końcu złapałem Walla i 

ostatecznie uzgodniliśmy warunki. Wszystko jest w porządku, ale jeśli dzisiaj do 

szóstej on nie będzie miał na biurku tych papierów z twoim podpisem, cała 

sprawa weźmie w łeb. 

— Dostaniemy całe jedenaście milionów? 

Prawnik przytaknął z Nogą miną. 

— Facet wił się, płakał i jęczał, ale nie popuściłem I w końcu musiał się 

zgodzić. 

Sara sądziła, Ŝe się przesłyszała. Jedenaście milionów dolarów, a Ransom tylko 

się uśmiecha? Sama na taką wieść zemdlałaby z wraŜenia. BoŜe, tego faceta nic 

nie jest w stanie ruszyć! 

background image

To lubię — stwierdził Izaak, patrząc krytycznie na swojego szefa. — Ten dziki i 

spontaniczny wrzask zachwytu, nie mówiąc juŜ o dozgonnej wdzięczności. Ja tu 

wysilam swój prawniczy móŜdŜek i wypruwam z siebie Ŝyły, a mój szanowny 

szef kwituje wszystko zdawkowym uśmieszkiem w stylu: „Jak miło znów cię 

widzieć, stary”. Człowieku, obudź się, przecieŜ zarobiliśmy jedenaście baniek! 

— Cieszę się — rzucił nieobecnym tonem Ransom. 

— Zaraz podpiszę te papiery. Mam teŜ dla ciebie pasaŜerów do Anchorage — 

dodał. 

Izaakowi wyraźnie zrzedła mina. 

— PasaŜerów? — zapytał, z troską przyciskając do piersi teczkę, by nie porwał 

jej wiatr. 

Ransom pokazał gestem na Sarę, która juŜ zaczęła się wycofywać ku domowi. 

— Tak, zaraz się spakuję — wykrztusiła. — I gratuluję panu tego... 

milionowego kontraktu. 

Podziękował skinieniem głowy, lecz nie dostrzegła w jego twarzy śladu 

satysfakcji. Odwróciła się i po maszerowała do domu. 

— Nie spodziewałem się, Ŝe ten przystojny rudzie- lec będzie moją pasaŜerką. 

Ona jest juŜ pewnie zajęta, co? — dobiegło ją jeszcze pytanie Izaaka. 

Słysząc to omal nie potknęła się z wraŜenia, wywołanego nie tyle 

komplementem Dorfmana, ile sugestią, iŜ łączy ją z Ransomem Shepardem 

bliŜsza znajomość. Z pewnością był to kolejny Ŝart jego dowcipnego 

współpracownika... 

Szybko pobiegła do domu. Na werandzie leŜały ubłocone buty Lynn. Kiedy 

schyliła się, by je pod nieść i oczyścić z błota, usłyszała głosy zbliŜających się 

powoli męŜczyzn. 

background image

— Co ty mówisz? Narzeczona z ogłoszenia? — głoś no dziwił się Dorfman. 

Najwidoczniej Ransom wy jaśniał mu przyczyny pobytu sióstr na wyspie. — Ile 

ona ma lat? 

— Szesnaście. I jeśli myślisz sobie teraz o tym, o czym sądzę, Ŝe myślisz, to 

zwyczajnie cię zwolnię — zagroził Ransom. 

— AleŜ skądŜe znowu, mój umysł jest czysty jak nie zapisana tablica — 

skwapliwie zastrzegł się Izaak. 

— Jak rozumiem, drugim pasaŜerem będzie Tag. Ty i twoja młoda narzeczona 

chcecie z pewnością mieć trochę spokoju — dodał z chytrą miną.  

— Słowo daję Dorf, jesteś najzabawniejszym facetem z listy wyznaczonych do 

zwolnienia” 

— Okay — zaśmiał się prawnik. — Ale mówiąc powaŜnie, szefie, czy nie 

uwaŜasz, Ŝe kiedy po pięciu latach pustelniczego Ŝywota sprowadzasz sobie 

nagle słodką szesnastkę na narzeczoną, razem z jej, no, na oko 

dwudziestopięcioletnią seksowną siostrą, to jest to wystrzałowy temat do 

biurowych plotek? 

Sara, skulona za deskami werandy, z wraŜenia przycisnęła do piersi ubłocone 

buty siostry i szybko przekradła się ku drzwiom, pragnąc nadal pozostać nie 

zauwaŜoną i nie uronić ani słowa z tej pas jonującej rozmowy. 

— Nie będzie biurowych plotek, bo obie wyjadą 

z tobą — głos Ransoma zadudnił na werandzie. — Ta 

szesnastka, jak ją nazywasz, potrzebuje po prostu 

paru mocnych klapsów, zaś jej starsza siostra... 

— nagle zawiesił glos. 

— Słucham, szefie, czego potrzebuje jej starsza siostra? — przymilnie zapytał 

Izaak. 

background image

Sara, skulona za drzwiami, wstrzymała oddech. Ciekawe, co Ransom Shepard 

uwaŜa jej potrzeby? 

— Ona chce jak najszybciej znaleźć się w domu 

— dobiegła ją odpowiedź Rance”a, stłumiona pory wami wiatru. 

— Jesteś pewien, Ŝe ona tego pragnie, czy tak tytko sobie wyobraŜasz? — 

dociekał Dorf, tym razem juŜ całkiem powaŜnie. — Jeśli chcesz znać moją 

opinię, to myślę, Ŝe najwyŜszy czas, by w twoim Ŝyciu pojawiło się coś miłego i 

subtelnego. Wiem, wiem — niecierpliwił się, widząc przeczący gest Ransoma. 

— Zaraz mi powiesz, Ŝe nie masz czasu, ale wierz mi, te miliony tak naprawdę 

nic nie znaczą. Potrzeba ci kobiety, mój drogi. I nie próbuj zaprzeczać, 

doskonale to wiem. 

Słysząc, Ŝe podchodzą do drzwi, Sara w pośpiechu przeszła do holu. Zadbała 

jednak o dogodną pozycję, aby móc podsłuchiwać dalej. Wiele by dala, Ŝeby 

widzieć wyraz twarzy Ransoma w momencie, gdy usłyszał słowa Izaaka. Czy 

zamyślił się, czy teŜ wzruszył obojętnie ramionami? I dlaczego w ogóle ją to 

obchodzi? 

Nagły odgłos otwieranych drzwi sprawił, Ŝe drgnęła nerwowo i cofnęła się w 

głąb holu. 

— Dorf, daj sobie z tym spokój. Muszę podpisać te papiery — dobiegi ją 

zniecierpliwiony głos Rance”a. 

Sara wycofała się na korytarz prowadzący do sypialni i stanęła za drzwiami, 

nadal nasłuchując. 

— Jezu, Rance, co tu się działo? W Ŝyciu nie widziałem u ciebie takiego... — 

dobiegi ją podniesiony głos Izaaka, nagle ucięty gwałtownym warknięciem 

Sheparda. 

— Zamknij się łaskawie albo będę musiał... 

background image

— 0, Jezu, to juŜ się robi nudne. Będziesz musiał mnie wylać — jęknął ze 

zniecierpliwieniem Dorfman. 

Nagle usłyszała stuk, jakby potknął się o coś. 

— Rany boskie, a co to jest na tej kanapie? Jakaś zwierzyna? Szefie, ty chyba 

upadłeś na głowę, jeśli hodujesz... 

— To są renifery, miastowy chłopczyku. Czy dziesięć lat Ŝycia z dala od 

Nowego Jorku niczego cię nie nauczyło? 

— Renifery? — Izaak podrapał się z zakłopotaniem w głowę. — A, jasne! W 

kaŜdym porządnym domu musi być na kanapie para renów. Przy okazji pozwól, 

Ŝ

e spytam, gdzie trzymasz swoje słonie? Bo ja preferuję raczej nasłonecznioną... 

— Słuchaj, otwórz wreszcie tę cholerną teczkę i zajmijmy się papierami -. 

warknął Ransom, rozeźlony nie na Ŝarty. 

Sara nadstawiła uszu, po indiańsku wycofując się korytarzem w stronę swojego 

pokoju, lecz najciekawsza część rozmowy juŜ się skończyła. Ciekawe, 

pomyślała, Izaakowi równieŜ wydały się dziwne porządki panujące w tym 

domu. Zaczęła się zastanawiać, czy Ransom nie traktuje zbyt serio swojej 

kontrowersyjnej taktyki wychowawczej. Zresztą na razie nie odnosi sukcesów, 

stwierdziła z przekąsem, patrząc na zabłocone buty Lynn. 

W pięć minut później zdołała juŜ spakować swoje rzeczy i usiłowała poradzić 

sobie z bałaganem siostry. W rozpaczy zaczęła wpychać, jak popadnie, 

skłębione ubrania do walizki. Z trudem dopchnęła wieko i naciskając je 

kolanami walczyła z opornym zamkiem. 

— No i fajnie! Nareszcie mam szansę, Ŝeby wyrwać się z tego piekielnego 

domu — mamrotała do siebie zasapana z wysiłku. 

— I nie zostałabym tutaj, nawet gdybyś mnie prosił i błagał na kolanach, nawet 

za całe jedenaście milionów... — dyszała. 

background image

— Czy pani mówi do mnie, panno Elier? 

Głowa odskoczyła jej do tyłu jak poruszona spręŜyna. Ransom Shepard stał w 

drzwiach, a na jego twarzy malował się nieodgadniony wyraz. 

Sara rzuciła mu spłoszone spojrzenie i z bijącym sercem wyjąkała, Ŝe właśnie 

próbowała sobie nucić pewną piosenkę w stylu country, która... — ... która 

dotyczy proszenia i błagania - dokończył bezlitośnie. 

Zapomniawszy o wstydzie, rzuciła mu gniewne spojrzenie. 

— Mniejsza o to, czego dotyczy — mruknęła z powściąganą irytacją. — O co 

panu chodzi? 

- Och, przyszedłem tylko powiedzieć, ze Tag poszedł po Lynn — oznajmił, 

krzyŜując ręce na piersi. 

— Zaraz tu będzie i pomoŜe pani w pakowaniu. 

— Nie ma potrzeby, juŜ sobie poradziłam — stwierdziła. - A swoją drogą 

powinien pan zmienić zainteresowania i przerzucić się z podglądania ptaków na 

podpatrywanie Bogu ducha winnych ludzi — dorzuciła zjadliwie. 

— Czy ja równieŜ mogę udzielić pani rady? — za pytał, nie komentując jej 

złośliwości. — Niech się pani nie poświęca dla Lynn. Ona i tak tego nie doceni. 

— CzyŜby, panie Wszystkowiedzący Psychologu? 

— Sara zacisnęła z irytacją pięści. — Skoro pan wie lepiej, nie mamy o czym 

rozmawiać. A teraz przepraszam, ale muszę iść do łazienki po swoje przybory. 

Przez długą, denerwującą chwilę Ransom blokował drzwi, mierząc ją cięŜkim, 

badawczym spojrzeniem. Wreszcie bez słowa odwrócił się i odszedł. 

Po kilku minutach Sara wyniosła walizki na korytarz. JuŜ chciała wejść do 

salonu, zawahała się jednak z ręką na klamce, słysząc rozmowę dwóch 

męŜczyzn. 

background image

— Wyjaśnij mi wreszcie, co się dzieje w tym domu — mówił właśnie Izaak. — 

Sądząc po tym bałaganie i twoim podłym humorze dochodzę do wniosku, Ŝe 

ktoś powinien puknąć się w swój zakuty łeb i zacząć myśleć. 

Przez szparę w drzwiach dostrzegła, jak Shepard chwyta swego 

współpracownika za klapy eleganckiej marynarki i ciągnie w odległy kąt salonu. 

— Zapewniam cię, Ŝe wszystko jest• w porządku 

— wycedził. 

— Chyba Ŝartujesz? — Izaak nie dal się zbyć. — Ty to nazywasz porządkiem? 

Rance, przestań się wygłupiać i powiedz, co jest grane? 

— PrzecieŜ wiesz, dlaczego tutaj jestem — westchnął Ransom. Cała jego 

agresja nagle się ulotniła, ustępując miejsca nie ukrywanemu przygnębieniu. 

— I staram się najlepiej, jak potrafię. 

Izaak przyjacielskim gestem połoŜył mu rękę na ramieniu. 

— Wiem, Ŝe się starasz i wiem, jak ci jest cięŜko od czasu, gdy twoja... 

— Proszę, przestań, nie jestem w nastroju do wspomnień. 

Izaak cofnął rękę, lecz minę miał wyraźnie zaintrygowaną. 

— Stary, widzę, Ŝe ty w ogóle nie jesteś w nastroju do niczego. Powiedz, co cię 

martwi, oprócz oczywiście Taga... 

— JuŜ jestem gotowa! — zawołała Sara, chwytając bagaŜe i wchodząc do 

salonu. Dręczyła ją ciekawość, lecz uznała, Ŝe dalsze podsłuchiwanie byłoby nie 

przyzwoite. 

Ransom odwrócił się czujnie. 

— Cicho się pani porusza, panno Elier. Nawet nie usłyszałem, jak pani 

nadchodzi. 

background image

Nim zdąŜyła cokolwiek powiedzieć, Izaak rzucił się ku niej i wyjął z rąk cięŜką 

walizkę. Uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością. 

— Och, dziękuję, panie Dorfman. 

— Proszę do mnie mówić Izaak... — zaczął rozpromieniony, lecz Ransom 

bezceremonialnie wszedł mu w słowo. 

— Dorf zabierze panią i Lynn do Anchorage. I pamiętaj — zwrócił się do 

prawnika — masz wsadzić je do pierwszego samolotu do Kansas. 

— Z przyjemnością — ucieszył się szczerze Dorfman. 

— Chyba juŜ na was czas — przypomniał chłodnym tonem Ransom. 

— A gdzie Lynn? — zapytała Sara, z trudnością wytrzymując jego spojrzenie. 

— Na dworze, razem z Tagiem. Nie. moŜe się rozstać z Baby i Boo. 

Wyszli przed dom. Młodzi Ŝegnali się z wyraźnym Ŝalem. Lynn westchnęła 

cięŜko i spojrzała na Ransoma. 

— Rance, czy ja muszę jechać? 

Sara wbrew własnej woli wpatrzyła się w jego profil. Usta, choć gniewnie 

zaciśnięte, nasuwały jej nieodparcie myśl o pocałunku. Szybko odwróciła 

wzrok. Czemu Shepard jest tak zdenerwowany? PrzecieŜ on takŜe ma, co chciał, 

nareszcie pozbywa się ich ze swojego domu... 

— Nie moŜesz tu zostać, Lynn — odparł spokojnie. 

— Masz swój dom i siostrę. 

Lynn rzuciła Sarze niechętne spojrzenie. 

— Ona mnie pilnuje jak Ŝandarm. Wolę być tutaj, z tobą i Tagiem. 

Przez surową twarz Rance”a przemknął cień tłumionego zniecierpliwienia. 

— Nikt nie moŜe mieć wszystkiego, Lynn — stwierdził, stanowczo ucinając 

dyskusję, po czym nagle odwrócił się ku Sarze i wpatrzył się w nią intensywnie. 

background image

Po długiej chwili na jego ustach pojawił się nieśmiały uśmiech. - Panno Eller, 

nadal podobają mi się pani włosy — powiedział cicho. 

Sarę dosłownie zatkało. Nie darował sobie nawet na koniec. Bojowo potrząsnęła 

głową. 

— Słowo daję, warto było odbyć długą podróŜ, 

by usłyszeć ten nieprawdopodobny komplement 

— stwierdziła lodowatym tonem. — A skoro juŜ 

o tym mowa, to zwrócę za nasze bilety powrotne. 

Co do centa. 

— Daj spokój, dziewczyno, przecieŜ nie ma pani z czego. 

— Zwrócę ratami upierała się, choć twardy wyraz jego szarych oczu mówił jej, 

Ŝ

e nigdy nie przyjmie tych pieniędzy. 

Uśmiechnął się tylko i skinął jej głową. 

— Do widzenia, panno Elier. Cześć, Lynn — po wiedział i szybko odwrócił się 

do Izaaka. 

— A ty nie nawal mi z tym kontraktem, Dorf 

— rzucił mu groźnie — bo... 

— Tak, wiem, bo będę najlepiej ubranym byłym radcą prawnym korporacji, 

stojącym w kolejce do urzędu zatrudnienia — dokończył tamten z wymuszonym 

uśmiechem. Sara wiedziała jednak, Ŝe doskonale wyczuwa napięcie między nią 

a Ransomem i usiłuje za wszelką cenę poprawić atmosferę. 

— No to idźcie — mruknął Shepard. 

— Tato — wtrącił się nagłe Tag, otaczając ramieniem Lynn. — Czy mogę ich 

odprowadzić do samolotu? 

background image

Ojciec przytaknął krótko i odwrócił się ku domowi. Nawet nie spojrzał na Sarę. 

Ona równieŜ nie miała mu juŜ nic do powiedzenia. W milczeniu ruszyła w 

stronę pasa startowego. 

Sara stała, machając ręką w stronę nabierającego wysokości samolotu. Gardło 

miała boleśnie ściśnięte i ze złości chciało jej się płakać. Samolot znikał juŜ w 

chmurach, a wraz z nim ostatnia szansa na wyrwanie się z tego koszmaru. Z 

powodu jakichś bzdurnych przepisów na temat obciąŜenia samolotu i zuŜycia 

paliwa pilot Dorfmana uparł się, Ŝe moŜe zabrać tytko jedną dodatkową osobę! 

Co miała zrobić? Nie mogła przecieŜ odlecieć sama, zostawiając Lynn. Z 

pewnością nigdy by juŜ nie ujrzała siostry. Wysłanie Lynn samej było równieŜ 

nie do przyjęcia. Sara nie była nawet pewna, czy ma jeszcze mieszkanie, gdyŜ z 

powodu przedłuŜającego się wyjazdu nie zapłaciła w terminie czynszu. Gdyby 

stara pani Hermy nie zlitowała się, Lynn groziłoby nocowanie pod mostem. Ta 

cholerna awaria w stacji łączności! Jak ci ludzie mogą Ŝyć bez telefonów? 

Powoli zbliŜali się do domu Sheparda. Młodzi, uszczęśliwieni nieudanym 

odlotem, w radosnych podskokach pobiegli do przodu. 

Sara postawiła walizkę na werandzie i postanowiła odszukać Ransoma, by jak 

najszybciej mieć za sobą denerwujący moment ponownego spotkania. 

Przypuszczała, Ŝe obserwuje ptaki na brzegu urwiska. 

Wreszcie dostrzegła w oddali znajomą sylwetkę. Stał na szeroko rozstawionych 

nogach, z rękami na biodrach i patrzył w niebo. Nie wyglądało na to, by 

obserwował ptaki. Odniosła raczej wraŜenie, Ŝe zamyślił się, spoglądając w 

kierunku samolotu, który dawno juŜ odleciał. Dookoła jego głowy krą Ŝyły z 

krzykiem czerwononogie mewy. 

Sara cicho stanęła za nim i nerwowo przełknęła ślinę. Bała się reakcji Ransoma. 

Będzie wygłaszał wściekłe tyrady, czy skwituje wszystko wzruszeniem ramion i 

obojętną miną? 

background image

— Ransom? — zaczęła nieśmiało, lecz głos uwiązł jej w gardle. Odchrząknęła i 

spróbowała jeszcze raz, głośniej. Wreszcie dosłyszał i odwrócił się gwałtownie, 

jakby rozpoznał jej głos, lecz nie dowierzał własnym uszom. 

— Co się u licha stało? — rzucił szorstko. 

Sara bojowo wysunęła podbródek, gotowa stawić mu czoło. 

— Nie jestem zadowolona, i pan teŜ. Niestety, przepisy dotyczące małych 

samolotów są zupełnie idiotyczne. Pilot uparł się i coś tam tłumaczył na temat 

wiatru, zuŜycia paliwa i obciąŜenia samolotu. 

MęŜczyzna patrzył na nią w milczeniu, z nie odgadnionym wyrazem twarzy. 

Kiedy na jego war gach pojawił się ironiczny uśmieszek, Sara przy mknęła oczy 

poraŜona diabelskim urokiem tej przystojnej twarzy. 

— Słowem, pani i Lynn przekroczyłyście dopuszczalne obciąŜenie maszyny — 

odezwał się wreszcie z rozbawieniem. — Za duŜo się w Kansas jadło 

wieprzowiny, co? 

Sara poczerwieniała z oburzenia. Kpi z niej bez czelnie! 

— Jest pan okropny! Nie dziwię się, Ŝe tkwi tu pan jak odludek. śadna kobieta 

by z panem nie wy trzymała — warknęła ze złością. 

Drgnął, a iskierki rozbawienia w jego oczach zgasły. Źrenice stały się nieobecne 

i szare jak ołów. Odwrócił się ku morzu zaciskając pięści. 

Sara natychmiast poŜałowała swojego niewyparzonego języka. Ten człowiek 

ciągle myśli o zmarłej Ŝonie, a ona rozdrapuje rany! 

— Przepraszam, zupełnie nie mam wyczucia — wy mamrotała niezręcznie. — 

Na swoją obronę mogę tylko powiedzieć, Ŝe bywa pan bardzo denerwujący. 

Po bardzo długiej, pełnej napięcia chwili odwrócił się i spojrzał jej w oczy. Sara 

poczuła ucisk pod sercem, tyle było w jego wzroku Ŝalu i skruchy. I czegoś 

background image

jeszcze. Czegoś, starannie ukrywanego, co mogła określić jedynie jako... 

poŜądanie. 

Przeszedł ją dreszcz. CzyŜby pociągała tego męŜczyznę, tak jak on ją pociągał? 

I dlatego walczył z nią wszelkimi sposobami? Dlaczego broni się przed 

uczuciem? CzyŜby sama nieświadomie postępowała podobnie? Opuściła wzrok, 

obracając w palcach zapinkę kurtki. 

— Nie mówmy juŜ o tym — powiedziała cicho. 

— MoŜe jednak uda się panu szybciej nas pozbyć. Izaak powiedział, Ŝe zrobi 

wszystko, Ŝeby nam po móc. 

— Obiecał, Ŝe przyśle samolot? 

— No, niezupełnie, ale jestem pewna, Ŝe tak właśnie zrobi. Sądzi pan, Ŝe nie? 

— zaniepokoiła się nagle, widząc dziwny uśmieszek Ransoma. 

— Sądzę, Ŝe nie — odparł spokojnie. — Widzi pani, on ma bardzo pokrętne 

poczucie lojalności. Obiecał, Ŝe pani pomoŜe, ale nie oznacza to wcale, Ŝe 

przyśle samolot. 

— Nie rozumiem... — wyjąkała. Ze zdumieniem poczuła, jak Ransom otacza ją 

ramieniem. 

— Chodźmy do środka, bo słyszę, Ŝe zaczyna pani dzwonić zębami. Wszystko 

zaraz wyjaśnię. 

— Dobrze, ale co pan rozumie przez „pokrętną lojalność”? — dopytywała się w 

drodze. 

Zaśmiał się, lecz niezbyt radośnie. 

— Niedawno przekonywał mnie, Ŝe potrzebuję kobiety — wyjaśnił ponurym 

tonem. — I chyba uznał panią za odpowiednią osobę. 

— Mnie? — Sara stanęła jak wryta. — Mam na dzieję, Ŝe nie spodziewa się, 

Ŝ

e... Ŝe my... 

background image

— Owszem, tego się dokładnie spodziewa — od rzekł. 

Patrzyła na niego oszołomiona. Wargi jej drŜały. Nerwowo wciągnęła oddech. 

— Widzę, Ŝe ta koncepcja zrobiła na pani wraŜenie 

— zauwaŜył ironicznie. — Pani bladość podnosi mnie na duchu. Czuję się mile 

połechtany, panno Elier. 

Nienawistnie spiorunowała go wzrokiem. 

— To Izaak uwaŜa, Ŝe powinniśmy iść do łóŜka, nie ja — zastrzegł się. 

Sara wyszarpnęła mu się gwałtownym ruchem. Co za podły intrygant z tego 

Dorfmana! Kiedy podsłuchiwała, jak mówił, Ŝe Ransom powinien mieć kobietę, 

nie przyszło jej do głowy, iŜ tak szybko wprowadzi swój pomysł w czyn, i to 

posługując się właśnie nią. 

— Ten samolot wróci! — zawołała z rozpaczą. 

— Chce się pani załoŜyć? Stawiam dziesięć tysięcy dolarów. 

Zaniemówiła na moment, kompletnie zdruzgota na jego pewnością siebie. Kiedy 

wreszcie zdołała odzyskać glos, kipiała złością. 

— Ostrzegam pana, panie Shepard — syknęła — Ŝe jeśli tylko ośmieli się pan 

tknąć mnie palcem, poŜałuje pan. Ukończyłam kurs samoobrony i umiem sobie 

radzić z przeciwnikiem — zakończyła buńczucznie i odwróciwszy się na pięcie 

pomaszerowała w stronę domu. 

ZdąŜyła ujść zaledwie kilka kroków, kiedy silna dłoń chwyciła ją i obróciła tak, 

by musiała spojrzeć w oczy swego prześladowcy. W twarzy Ransoma drgał 

napięty mięsień, zdradzając jego determinację. 

— Nie wątpię, Ŝe umiesz sobie poradzić, Saro 

— wycedził, prowadząc ją w stronę domu. — Nie przeszkadza ci chyba, Ŝe 

nazwałem cię po imieniu, co? 

background image

— Wszystko mi przeszkadza! Wszystko, co pan robi i mówi! — wrzasnęła, 

szarpiąc się bezsilnie. 

— To miło — stwierdził z przeraŜającą obojętnością. — Mnie natomiast nie 

przeszkadza, jeśli będziesz mówić do mnie Rance. 

 

 

ROZDZIAL PIĄTY 

 

Ransom trzymał mocno swoją rudowłosą brankę i kipiąc gniewem pan przed 

siebie. 

— Cholera, niech no tylko dorwę tego przeklętego Dorfmana! — mruczał 

wściekle. 

— Poczekaj, moŜe jeszcze przyśle samolot — zdyszanym głosem wtrąciła Sara, 

ledwo mogąc nadąŜyć za jego zamaszystymi krokami. 

— Tak, przyśle! — miotał się. — O ile sobie przypominam, samolot firmy jest 

zarejestrowany na sześć osób. Nasz cwaniak po prostu namówił pilota, Ŝeby 

naopowiadał ci tych bzdur o limicie obciąŜenia. Mówię ci, Izaak chce, Ŝebym 

wreszcie miał kobietę i uznał, Ŝe tak śliczny rudzielec jak ty doskonale się do 

tego nadaje. 

Sara rumieniąc się zerknęła ukradkiem na jego regularny profil. Nazwał ją 

„ślicznym rudzielcem”! Choć komplement wypowiedziany był w gniewie, nie 

była w stanie oprzeć się jego urokowi. 

Ransom puścił ją dopiero na werandzie. Stanęła przed nim, dysząc cięŜko. 

— Nigdy nie zostałam tak brutalnie potraktowana przez... — urwała, nie mogąc 

złapać tchu. 

background image

— Przez męŜczyznę, tak? — dopowiedział, krzyŜując ręce na piersi. — 

Przepraszam cię, ale byłem trochę zły — dodał pojednawczo. — Nie znoszę, 

kiedy się mnie robi w konia. 

Nie mogę uwierzyć, Ŝe on kłamał. MoŜe ten samolot miał za duŜo bagaŜy i 

naprawdę był przeciąŜony? 

— Kiedy tylko spotkam tego Dorfmana, zabiję go 

- wymruczał Ransom zmęczonym tonem. A potem go wyleję - dodał mściwie. 

— Na to jest juŜ przygotowany — zachichotała Sara. — Nie pamiętasz, jak 

mówił, Ŝe niedługo będzie najlepiej ubranym byłym prawnikiem w kolejce do 

urzędu zatrudnienia? 

Popatrzył na nią zaskoczony, a potem zobaczyła, jak uśmiech powoli rozjaśnia 

mu twarz. Machnął ręką z komiczną rezygnacją i roześmiał się nagle szczerze i 

głośno. Po raz pierwszy widziała go tak radosnego i odpręŜonego. 

— Co cię tak rozbawiło? — zapytała. 

— Nigdy nie mogę się długo gniewać na tego faceta 

— wyznał z pełnym rozczulenia błyskiem w oku. 

— I dlatego chcesz go co chwila zwalniać? — nie dowierzała. 

— Izaak to porządny gość i świetny kumpel. Zawsze działa w dobrej wierze, 

choć czasami źle pojętej. Jest dla mnie czymś więcej niŜ brat, niŜ... — urwał 

nagle, a rysy ściągnęły mu się boleśnie. Sara przysięgłaby, Ŝe dostrzega w jego 

oczach łzy. Zamrugał gwałtownie i dodał juŜ spokojniej: — W kaŜdym razie 

Dorf nie musi się bać utraty pracy. 

Przeraźliwy smutek, którego istnienia w duszy tego człowieka mogła się tylko 

domyślać, odebrał jej na moment zdolność reakcji. Dopiero po długiej chwili 

zebrała się na odwagę, by zadać pytanie, które nie dawało jej spokoju. 

— Czy masz brata, Rance? 

background image

Grymas wykrzywił ładne usta Sheparda. 

— Nie, Saro. Nie mam brata — odpowiedział głosem ostrym jak brzytwa i 

odwrócił się od niej gwałtownie. Została na werandzie sama. 

Następnego dnia powitał ją słoneczny ranek, który jak na tutejsze warunki mógł 

uchodzić za ciepły. W południe temperatura sięgała dziesięciu stopni, a łagodna 

bryza leniwie przeczesywała wzgórza. Sara z radością wystawiła twarz do 

słońca. Wracała do domu po długim spacerze i wprost rozsadzała ją chęć 

zrobienia czegoś poŜytecznego. 

W domu nie było nikogo. Ransom zapewne pochłonięty był obserwacją swoich 

ulubionych mew, młodzi zaś pobiegli do zatoki bawić się z delfinem. Sara 

krąŜyła po domu czując, Ŝe zwariuje, jeśli za chwilę nie zabierze się za 

sprzątanie. Wreszcie zdobyła się na odwagę i postanowiła poszukać odkurzacza. 

Wcześniej potajemnie odgarnęła graty z niektórych miejsc, uzyskując przejście, 

które teraz za wszelką cenę chciała odkurzyć, zupełnie jak gdyby przecierała 

symboliczne drogi do wolności. 

Po dwudziestu minutach intensywnych poszukiwań zdenerwowała się nie na 

Ŝ

arty. Nigdzie nie mogła znaleźć odkurzacza. Nasuwał się tylko jeden wniosek 

— musiał być gdzieś w pokoju Ransoma. Nasłuchując stanęła przed drzwiami i 

z wahaniem nacisnęła klamkę. Miała paskudne uczucie naruszania cudzej 

prywatności — lecz przymus sprzątania okazał się silniejszy. 

Ten pokój musiał być kiedyś bardzo przyjemny, teraz jednak nie róŜnił się 

stopniem zabałaganienia od reszty domu. Stare meble w niewyszukanym stylu 

wyglądały na funkcjonalne i wygodne. BeŜowy dywan tonął pod zwałami ubrań 

i papierzysk, podobnie jak 

długa ława ustawiona pod oknem z widokiem na morze. Nad szerokim łóŜkiem 

wisiała fotografia W Czarnej ramce, przedstawiająca znaną juŜ jej młodą 

kobietę przytuloną do Ransoma i trzymającą na rękach ciemnowłosego 

background image

chłopczyka. Wszyscy troje uśmiechali się jak klasyczna szczęśliwa rodzina. 

Sara przygryzła wargi i szybko odwróciła wzrok. 

Drzwi do garderoby były zamknięte. Kiedy pode szła i przekręciła gałkę, nie 

wiadomo dlaczego poczuła się jak złodziej. Drzwi otworzyły się bez oporu. 

Drgnęła, oślepiona nagłym blaskiem zapalającego się automatycznie światła. 

Trawiona ciekawością przestąpiła próg i rozejrzała się po sporym 

pomieszczeniu. Miała nieodparte wraŜenie, Ŝe znalazła się w zupełnie innym 

ś

wiecie 

— współczesnym, lecz nieskazitelnym. Lynn miała rację. Pan tego domu 

naprawdę dbał o porządek w swoich rzeczach. 

Siostra miała teŜ rację pod innym względem. W tym porządku było coś 

niesamowitego. Szeregi butów stały karnie na półkach, jak na wojskowej 

musztrze. Nad pólkami widniały dwa drąŜki, jeden nad drugim. Na górnym 

drąŜku wisiały bawełniane koszule z krótkimi rękawami, za nimi — koszule z 

długimi rękawami. Koszule flanelowe były na niŜszym drąŜku. Po drugiej 

stronie garderoby wisiały w ordynku wyprasowane spodnie i dŜinsy, dalej — 

sportowe kurtki i zimowe płaszcze. Półki pod ścianą zajmowały nienagannie 

złoŜone swetry. 

Chodząc po tej wzorcowej garderobie, Sara do znała nagle dziwnego poczucia 

bezpieczeństwa i spokoju. Nie miała pojęcia, czemu tak wpływa na nią widok 

starannie ułoŜonych ubrań. MoŜliwe, Ŝe była to zasługa znanej jej juŜ delikatnej 

woni, która unosiła 

się w powietrzu jak Ŝyczliwy duch Ransoma. Z roztargnieniem musnęła ręką 

stos swetrów. 

Przypadkiem dotknęła białego kaszmiru, miękkie go jak łabędzi puch i nagle 

poczuła łzy, niepowstrzymaną falą napływające do oczu. Powróciły 

background image

wspomnienia z tych szczęśliwych czasów, kiedy Ŝyli jej rodzice. Lynn nie było 

jeszcze na świecie i Sarze pozwalano bawić się w dom w ulubionym miejscu 

— w garderobie taty. 

Choć Ransom w niczym nie przypominał Sarze ojca, w tym pomieszczeniu było 

coś równie kojącego i dającego poczucie bezpieczeństwa jak w sanktuarium 

taty. Teraz, kiedy odkryła dziwną tajemnicę porządków Ransoma, tym bardziej 

za pragnęła poznać prawdziwy charakter tego samotnego, skomplikowanego 

człowieka. Intuicja pod powiadała jej, Ŝe ład i spokój, panujące w tym wnętrzu 

są prawdziwe. Obraz zobojętniałego abnegata, który usiłował podsunąć jej 

Ransom, musiał być fałszywy. 

Z drugiej strony zdawała sobie sprawę, Ŝe ktoś bardziej krytyczny, oglądając tę 

nieskazitelną garderobę, uznałby jej właściciela za osobę opętaną obsesją. Nie 

przyjmowała jednak tego argumentu do wiadomości. Zbyt dobrze pamiętała 

ojca, u którego potrzeba porządku była dokładnym odbiciem ładu moralnego i 

systemu niezachwianych zasad. Z równą troską, co o Ŝonę i córki, dbał o 

wszystko, co do niego naleŜało, podobnie jak o sprawy innych ludzi. Ten sam 

rys charakteru intuicyjnie wyczuwała w Ransomie Shepardzie. 

Uznała, Ŝe nie jest typem człowieka, który obnosił by się ze swoim bólem i 

troskami. Była pewna, Ŝe za fasadą beztroski i obojętności kryje się samotność 

i cierpienie wraŜliwego, odpowiedzialnego męŜczyzny, który usiłuje poradzić 

sobie z wychowaniem niesfornego syna. Ból po stracie Ŝony sprawił, Ŝe Ransom 

ś

wiadomie odrzucił bliskie związki — nawet ze swoim synem, którego nie 

widywał przez pięć lat. Shepard odciął się zwłaszcza od kobiet. Szkoda, Ŝe nie 

ufa jej na tyle, by... 

— Co ty właściwie sobie myślisz? — usłyszała nagle za plecami. 

background image

Serce podeszło jej do gardła. Odwróciła się i zobaczyła Ransoma stojącego w 

drzwiach i patrzącego na nią z taką miną, jakby właśnie przyłapał ją na kra 

dzieŜy. 

— Ja... ja szukałam odkurzacza, i... — zająknęła się, nawet nie usiłując udawać, 

Ŝ

e jest niewinna. 

— Jest w piwnicy. Z jakiej racji miałbym go chować w garderobie? Poza tym 

mówiłem ci, Ŝebyś nie brała się za sprzątanie — warknął, patrząc na nią z 

niechęcią. 

— Ransom - Sara spojrzała mu szczerze w oczy 

— ja... naprawdę me chciałam cię tak traktować. Ty sam mnie... —zająknęła się, 

szukając właściwych słów. Za wszelką cenę pragnęła porozumieć się z tym 

człowiekiem. — Po prostu chciałam powiedzieć, Ŝe teraz ci wierzę — 

powiedziała wreszcie i wskazała jego ubrania. — Twoja garderoba jest tak... tak 

róŜna od reszty domu. Teraz sama widzę, Ŝe w twoich prze wrotnych metodach 

wychowawczych jest trochę racji. Jestem ci... ehm, winna przeprosiny. 

Ku jej zdumieniu, „Ransom nie zareagował tak, jakby się spodziewała. 

— Nie jesteś mi nic winna, Saro — powiedział po chwili, po czym odwrócił się 

i wyszedł z pokoju. 

— I zapomnij o odkurzaczu, jasne? — zawołał juŜ z korytarza. 

Sara nie dala za wygraną i szybko wybiegła za nim. Właśnie wchodził do 

salonu. 

- A moŜe jednak spróbowałbyś innych metod, co? Twoja znajomość psychologii 

wyraźnie zawodzi, a dom popada w ruinę — zawołała. 

Nie odwrócił się, ani nie zwolnił kroku. 

— Bardzo poŜyteczny przyczynek do teorii — rzucił przez ramię. 

— Nie zamierzasz o niej podyskutować? — dreptała za nim, rozŜalona. 

background image

— Po co, skoro wszystko juŜ powiedziałaś na ten temat? 

— Ransomie Shepardzie, czy kiedykolwiek słyszałeś o szlachetnej sztuce 

porozumiewania się między ludźmi? - wykrzyknęła z rozpaczą. 

— Słyszałem, Saro. Niestety, cały problem polega na tym, Ŝe nie przyjmujesz 

do wiadomości tego, co ja ci mówię. 

Trzask zamykanych drzwi zabrzmiał w jej uszach jak wykrzyknik. 

Pól godziny później stała na krawędzi urwiska, głęboko wdychając rześkie, 

przesycone solą powietrze. W dole na skałach roiły się stada ptaków, krąŜące 

wokół gniazd. Sezon lęgowy był w pełni. Dzięki Tagowi Sara umiała juŜ 

rozróŜniać poszczególne gatunki. Na skalnych gzymsach pozakładały swe 

kolonie zwinne nurzyki, czarno-białym upierzeniem przypominające pingwiny. 

Stada mew, zwykłych i tych czerwononogich, które tak ukochał Rance, 

szybowały nad falami. W skalnych zagłębieniach rezydowały pary statecznych 

maskonurów o czarnych grzbietach, białych brzuchach i ogromnych 

pomarańczowo-niebieskich dziobach. Szerokie białe otoczki wokół oczu 

nadawały im komiczny wygląd klownów. W pierwszym momencie niewprawne 

oko Sary uznało je za rodzaj arktycznych papug. 

Usiadła wygodnie, podwijając nogi pod siebie i z zachwytem chłonęła ten 

cudowny obraz dzikiej przyrody. Na zimnej, szarpanej wiatrami wyspie kwitło 

bujne, pierwotne Ŝycie, jakby nigdy nie stanęła na niej stopa człowieka. Tu nie 

ma miejsca dla cieplarnianych roślinek, pomyślała, obracając w palcach świeŜo 

zerwany czerwony kwiatuszek. 

W tym momencie pojawił się w jej pamięci obraz stojącego na skałach 

męŜczyzny. Był tak wyrazisty, Ŝe wzdrygnęła się i ze złością zmięła w ręku 

barwne płatki. Czy nawet lot ptaków i barwy kwiatów muszą go jej 

przypominać? 

background image

— Precz, ty bezczelny troglodyto! — zaklęła głośno, jakby chciała 

egzorcyzmować przystojnego diabła, który ciągle jawił jej się przed oczami. 

- Mam nieodparte wraŜenie, Ŝe chodzi o mnie 

— usłyszała nagle głęboki, rozbawiony męski głos. Odwróciła się 

błyskawicznie. 

Stal za nią z rękami skrzyŜowanymi na piersi, w niedbałej pozie kowoboja, 

długonogi, o wąskich biodrach i szerokich ramionach. Szare oczy iskrzyły się 

radością. 

— Podkradasz się jak złodziej! — prychnęła, patrząc na niego z bijącym 

sercem. Czy musi być taki męski? 

— Chciałem dać grosik za twoje myśli, ale się rozmyśliłem. Nie jestem 

masochistą — stwierdził pogodnie, jakby nie spostrzegł, Ŝe jej glos ocieka 

jadem. 

— Co wprawiło cię w tak świetny humor? — najeŜyła się. 

— Och, Ŝycie jest zbyt krótkie, Ŝeby się gniewać. Postanowiłem przyjąć twoje 

przeprosiny — stwierdził i swobodnie usiadł koło niej na trawie. 

Zaskoczona i nieco przeraŜona skuliła się i oplotła kolana rękami. 

— Wiesz - zaczął tonem towarzyskiej pogawędki 

— cieszę się, Ŝe cię spotkałem. 

Sara milczała udając, Ŝe ze szczególną uwagą śledzi wałęsającego się w pobliŜu 

maskonura. 

Trochę za szorstko cię potraktowałem ciągnął. — Jak myślisz, co by było, 

gdybym teraz prze prosił? 

Ukradkiem zerknęła na jego wyrazisty profil. Opalona, wysmagana wiatrami 

twarz kojarzyła jej się z tą surową i pełną Ŝycia wyspą. 

background image

— Czemu nie spróbujesz? - szepnęła. 

— Widocznie mam powody — powiedział dziwnym głosem i wpatrzył się w 

morze. 

Długo czekała na dalsze wyjaśnienia, lecz milczenie przedłuŜało się. Nie 

rozumiała, dlaczego Ransom się waha. CzyŜby bał się odpowiedzi? 

— Cenisz swoją prywatność, tak? — zapytała impulsywnie. 

— Pewnie uwaŜasz to za powaŜną wadę charakteru — stwierdził, nie patrząc na 

nią. 

— Nie, skądŜe. 

— Mówiłem ci juŜ, Ŝe historia mojego Ŝycia nie jest interesująca. 

— Ale ja chcę wiedzieć — wyszeptała prosząco. Ransom odwrócił się ku niej 

powoli. Poryw wiatru zwiał mu na czoło ciemne pasma włosów. Miała wielką 

ochotę odgarnąć mu je z twarzy. Szare oczy męŜczyzny patrzyły czujnie, 

ostrzegawczo. A jednak wiedziała, Ŝe musi drąŜyć ten zakazany temat, dopóki 

nie dowie się całej prawdy. Całej prawdy o bólu, jaki dręczył Ransoma 

Sheparda. 

- Bardzo kochałeś swoją Ŝonę, prawda? - zapytała, z drŜeniem oczekując jego 

reakcji. 

Rzucił na nią krótkie spojrzenie spod zmruŜonych powiek, by po chwili znów 

obojętnie wpatrzyć się w fale. 

- Czytałaś Johna le Carrć? — zapytał wreszcie. 

Sarę ogarnęło poczucie beznadziei. Niespodziewany zwrot w rozmowie niemile 

ją zaskoczył. Z go ryczą uświadomiła sobie, iŜ dano jej do zrozumienia, kim 

naprawdę jest — prostą, niewykształconą kelnerką. CóŜ, nie ma sensu udawać. 

- Przykro mi, ale mam mało czasu na czytanie. Za to przeglądam magazyny, 

które kolekcjonuje moja gospodyni i dowiaduję się z nich wielu ciekawych 

background image

rzeczy — oświadczyła wyzywająco. — Na przy kład ostatnio czytałam artykuł o 

tym, Ŝe kobieta ma mniejszy mózg niŜ męŜczyzna. Chcesz posłuchać? 

Spojrzał na nią z ukosa. Przysięgłaby, Ŝe w jego wzroku pojawiło się 

rozbawienie. 

- Chętnie, ale najpierw zacytuję ci, co napisał John le Carrć. 

- Zamieniam się w słuch... 

— Napisał, Ŝe miłość jest tym, czego zawsze moŜna się wyrzec. 

Sara poczuła się jeszcze bardziej niepewnie. 

— Och, z pewnością jest to bardzo głęboka myśl, ale ja tego nie rozumiem — 

przyznała. Nagle poczuła przypływ irytacji. — W ogóle muszę ci powiedzieć, Ŝe 

denerwuje mnie twój stały zwyczaj odpowiadania na pytanie aluzjami czy, co 

gorsza, pytaniami. 

— Naprawdę? — Przysunął się bliŜej i uwaŜnie spojrzał jej w oczy. 

Z trudem przychodziło jej zachować spokój, gdy był blisko. 

— Dobrze, powiem ci — westchnął wreszcie, przerywając nieznośne milczenie. 

— Kochałem moją Ŝonę. Kochałem ją do dnia, w którym umarła. Czy ucieszyła 

cię ta szczera odpowiedź? 

Teraz, kiedy wreszcie zmusiła go do wyznań, zamiast satysfakcji poczuła 

głęboki smutek. Czy naprawdę chciała usłyszeć o jego miłości do tamtej 

kobiety? Nerwowo pochwyciła źdźbło trawy i za gryzła je w zębach. 

— Ja... przepraszam cię, Rance — wyjąkała. — Nie powinnam wtrącać się w 

nie swoje sprawy. 

— To prawda. Dlaczego one cię tak cholernie interesują? 

Nie odpowiedziała. Umknęła spojrzeniem w bok. Bała się zdradzić swoje 

uczucia. 

background image

— Dobrze, nie musisz odpowiadać. Wiem, dla czego. Oboje wiemy powiedział 

z nagłą łagodnością. — Jesteś bardzo atrakcyjną kobietą, Saro. Na pewno 

czułaś, Ŝe chciałem się z tobą kochać juŜ wtedy, kiedy po raz pierwszy cię 

zobaczyłem. 

Sara zamarła z wraŜenia. Nigdy by się nie spodziewała, Ŝe usłyszy od Ransoma 

takie wy znanie. 

— Oho, strasznie zbladłaś! CzyŜby myśl o mnie jako kochanku napawała cię aŜ 

takim obrzydzeniem? 

Milczała, wsłuchana w bicie własnego serca, nie zdolna powiedzieć słowa. 

Przystojne rysy męŜczyzny mów ułoŜyły się w cyniczną maskę. 

— Właściwie nie powinna mnie obchodzić twoja opinia, ani... twoje ciało — 

mruknął głębokim, uwodzicielskim tonem. — Ale obchodzi mnie, Saro i jeśli 

będziesz ze sobą szczera, przyznasz, Ŝe Ŝywisz wobec mnie podobne uczucia. 

Sara rozchyliła usta, lecz wydobył się z nich tylko niesłyszalny szept. 

Intensywne spojrzenie męŜczyzny i jego bliskość mąciły jej myśli i wywoływały 

dreszcz. 

— Do licha, ty... — zaklął półgłosem i nagle po czuła, jak silne ręce przyciskają 

ją gwałtownie do zimnych traw, a gorące usta opadają na jej wargi. 

Nie był to jej pierwszy pocałunek w Ŝyciu, lecz nikt nie całował jej dotąd z 

takim wyczuciem, z tak pełnym fantazji poŜądaniem. Ostre zęby delikatnie 

skubały jej wargi, draŜniąc przyjemnie. 

Nie myślała juŜ o oporze. Nawet nie wiedziała kiedy zarzuciła mu ręce na szyję 

i rozchyliła usta. Rance mruknął z wyraźnym ukontentowaniem i zaczął całować 

jeszcze bardziej namiętnie. Ten czaro dziej zauroczył ją i uwodził z 

wyrachowaną konsekwencją, a ona poddawała się z drŜeniem jego pieszczotom, 

chociaŜ nie usłyszała ani jednego czułego słowa i choć wziął ją w ramiona z 

background image

gniewnym przekleństwem. Kraina rozkosznych marzeń zaczęła się nagle stawać 

smutna i gorzka. 

A przecieŜ ostrzegano ją! Nie ukrywał, Ŝe potrzebuje kobiety. BoŜe, co ona tu 

robi, rozłoŜona na ziemi, gotowa oddać się temu owładniętemu Ŝądzą, 

wyposzczonemu męŜczyźnie? 

— Nie... — wyjąkała, odwracając twarz i wpierając się dłońmi w pierś 

Ransoma. — Zostaw mnie! — za- wolała płaczliwie. — Wy wszyscy, cholerni 

faceci, jesteście tacy sami! Gdyby tak ktoś dawał mi dolara za kaŜdym razem, 

kiedy któryś z was ślini się na mój widok, byłabym juŜ bogata... bogatsza niŜ ty! 

— syknęła zjadliwie, nie panując nad sobą. 

Wysłuchał tego wszystkiego z pozornym spoko jem, wsparty na łokciu, ale w 

jego oczach nie dojrzała dawnego, obojętnego i kpiącego wyrazu. Czuła, Ŝe jej 

pragnie, lecz nie chce, by ten krótki moment namiętności przerodził się w 

kolejny uraz. 

— Saro. . — wyszeptał ochryple, biorąc jej dłoń W Swoją. 

Ostatkiem woli zdołała wyrwać się z jego objęć i odsunąć na bezpieczną 

odległość. Stała dysząc, czując na ustach smak pocałunku. Oblizała spieczone 

wargi i nagle z przeraŜającą jasnością uświadomiła sobie, jak bardzo pragnie 

kochać się z Ransomem Shepardem. Pragnie tak, jak jeszcze nigdy w Ŝyciu. JuŜ 

wcześniej odnajdywała w sobie zdradliwe poŜądanie, lecz dopiero kiedy 

znalazła się we władzy rąk i ust Rance”a, wszystko stało się aŜ nazbyt 

oczywiste. 

— Cha, cha, Sara, zabawowa dziewczynka — prychnęła. — Zawiodłeś się, co? 

Zmarszczył brwi. 

— Tak byłoby łatwiej. 

— I... naprawdę myślałeś, Ŝe oddam ci się tu, na tej trawie? — zapytała, 

oszołomiona je szczerością. 

background image

— Wierz mi, nic nie myślałem. To stało się samo. Pojawiło się jak błyskawica, 

piękne i oślepiające. Dorfman miał rację. Za długo byłem bez kobiety 

— westchnął, lecz nagłe w jego spojrzeniu pojawił się nowy błysk. — A swoją 

drogą dałbym sobie głowę uciąć, Ŝe ty teŜ nie jesteś tak obojętna wobec mnie, 

jakbyś sobie tego Ŝyczyła. 

Niestety, miał rację. Uznała jednak, Ŝe najlepszą metodą obrony będzie atak. 

— Naprawdę, współczuję ci. Natura obdarzyła cię niesłychanie pokrętną 

osobowością! 

- Tu nie chodzi o moją osobowość, Saro. Taka jest prawda, czy ci się podoba, 

czy nie. To nie ja wysyłałem sygnał: „pocałuj mnie!”. I radzę ci —jeśli nie jesteś 

na tyle wyzwolona, by iść za głosem instynktu — lepiej trzymaj się ode mnie z 

daleka. 

Poczuła, jak płoną jej policzki. Owszem, miała fantazje erotyczne z Ransomem 

Shepardem w roli głównej, ale nie przypuszczała, Ŝe aŜ tak wyraźnie daje mu 

odczuć najgłębiej skrywane pragnienia. 

— Słowem, chcesz powiedzieć, Ŝe sama się napraszałam, byś mnie całował, 

tak? I wszystko jest moją winą? — zapytała sztucznie spokojnym głosem. 

Dostrzegła tylko błysk białych zębów, kiedy od wrócił się w stronę oceanu i 

wyciągnął się na trawie. 

— Idź juŜ, Saro. Idź do domu, zanim zrobię coś, czego będę potem Ŝałował. 

— A co takiego chcesz zrobić? Znów mi dokuczyć? 

— Chcę się z tobą kochać — powiedział powoli, śledząc ją spod przymkniętych 

powiek. 

Spazmatycznie wciągnęła powietrze. 

— Nie bój się, nie będę cię zmuszał. Skoro ja nie chcę się z nikim wiązać, a ty 

nie chcesz być wykorzystywana, starajmy się niczego nie prowokować. 

background image

Cyniczna nuta w jego glosie wyraźnie świadczyła, Ŝe zdąŜył się opanować i 

przybrać swoją zwykłą pozę. Wahała się jeszcze przez chwilę, lecz nie zwracał 

juŜ na nią uwagi. Znieruchomiał wpatrzony w morze. Poczuła się nagle 

odrzucona i bardzo samotna — niemal równie samotna jak on. Choć dzień był 

wyjątkowo ciepły, przeszedł ją chłodny dreszcz. PodąŜając za wzrokiem 

Ransoma spojrzała na morze, po czym odwróciła się i ruszyła ku domowi, 

przyspieszając kroku, w miarę jak narastał w niej nieznośny Ŝal i niepokój. 

 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Sara nadstawiła ucha, słysząc dziwny odgłos do chodzący z kuchni. Woda lejąca 

się do zlewu? Zaintrygowana postanowiła sprawdzić, skąd ten hałas. Ransoma 

nie było w domu. Od wtorku, od czasu pocałunku na skałach, starali się jak 

najuprzejmiej omijać. PrzewaŜnie znikał na całe godziny, by obserwować ptaki. 

Z zaciekawieniem zajrzała do kuchni i zobaczyła Lynn i Taga, pochylonych nad 

blatem. Chłopak wlewał do zlewu płyn do mycia naczyń, a jej siostra z zapałem 

wertowała grubą ksiąŜkę kucharską. 

— Co tu się dzieje? 

Odwrócili się jak na komendę i zerknęli na nią z powaŜnymi minami. 

— Mamy juŜ dosyć łososia i fasolki rzekł z obrzydzeniem Tag. 

Lynn właśnie znalazła coś w przepisach i trąciła go łokciem. 

— Słuchaj, wystarczy mąki na naleśniki? 

— Jasne, mamy tony zapasów. A jest syrop klonowy? — zaniepokoił się. 

Lynn zaczęła szperać w szafkach. 

background image

— Jest, całe dwie butle. 0, widzę teŜ boczek! 

— Ekstra, w takim razie ja biorę się za mycie, a ty poszukaj jakichś czystych 

talerzy. 

— Szklanki teŜ by się przydały... 

— Aha. I widelce, i noŜe. 

Sara patrzyła z absolutnym niedowierzaniem, jak młodzi zaczęli krzątać się po 

kuchni, z zapamiętaniem myjąc, porządkując i pucując co się da. 

— MoŜe wam pomóc? — zapytała wreszcie. 

— Nie, nie trzeba. Lynn stanowczo pokręciła głową. 

Sara, ciągle oszołomiona cudem, którego świadkiem była w kuchni, zabrała z 

holu kurtkę i wyszła na spacer. Dopiero po kilku minutach zorientowała się, Ŝe 

idzie nad urwisko, by odnaleźć Ransoma. Oczywiście nie dlatego, Ŝe chcę go 

zobaczyć, usprawiedliwiała się w myśli. Po prostu musi mu zanieść wiadomość 

o cudownym nawróceniu młodych bałaganiarzy. Od początku miał rację. Jego 

pokrętne metody wychowawcze zaczęły się wreszcie sprawdzać. 

Tego dnia niebo miało przygnębiający, ołowiany odcień. Sara kochała słońce, 

lecz nauczyła się juŜ odkrywać uroki wyspy w kaŜdą pogodę. Z szarością 

deszczowych chmur kontrastowała Ŝywa, ciemna zieleń tundry i kobaltowa 

głębia morza, tworząc widok kojący jej niespokojne myśli. Nie na długo, 

niestety. 

Przebiegając wzrokiem widnokrąg dostrzegła daleką sylwetkę Sheparda, 

leŜącego na brzuchu, z lornetką przy oczach. Drgnęła i przyspieszyła kroku. 

Kiedy doszła do niego, przykucnęła na skalnej krawędzi. 

— Rance... 

- Cicho — uspokajająco połoŜył jej dłoń na ramieniu, pilnie wpatrując się w 

skupiska gniazd na skałach. — Nie psuj nastroju. 

background image

Czekała cierpliwie, aŜ wreszcie po dobrej minucie obrócił się na bok i spojrzał 

na nią. 

— No, co się stało? - spytał bez irytacji. 

— Jaki nastrój popsułam? - Sara z zaciekawieniem zerknęła poza skalną 

krawędź. 

— Och, czy romantyczność jest ci aŜ tak obca? Popatrz, przecieŜ one łączą się w 

pary. 

Poczuła zdradliwy rumieniec na policzkach, ale postanowiła, Ŝe tym razem nie 

da mu pola do popisu. Odchrząknęła. 

— Słuchaj, Ransom, przyszłam, Ŝeby ci o czymś powiedzieć. 

— Tak? — Przysunął się bliŜej i pytająco prze krzywił głowę, obrzucając ją 

hipnotycznym spojrzeniem szarych, roziskrzonych oczu. 

W jednej chwili jej mózg zmienił się w pustą, nie zapisaną tablicę. Bezradnie 

otworzyła usta, zapomniawszy, co chciała powiedzieć. 

— Saro, powiedz choć słówko... — Uśmiechnął się prosząco. 

— Tato?! — dobiegło z oddali wołanie. 

Skacząc przez kamienie pędził ku nim Tag. Po chwili stal zdyszany przed 

ojcem. 

— Jakieś problemy, Tag? — zapytał spokojnie Ransom. 

— Nie, ale Lynn i ja smaŜymy naleśniki i chcielibyśmy wiedzieć, czy z nami 

zjesz? 

Sarę zdumiała serdeczność chłopca. Odruchowo zerknęła na Ransoma, by 

sprawdzić jego reakcję. Uśmiechał się lekko, lecz w jego spojrzeniu nie było 

radości, tylko starannie skrywana niechęć. 

— Czemu nie, mogę zjeść. 

background image

— Fajnie, tato, będą za dziesięć minut. Aha, chciałem jeszcze o coś zapytać — 

chłopak wyraźnie się zawahał i nerwowo uciekł spojrzeniem w bok. 

— No, co? 

- Jak będzie z ko1acją 

— A co ma być? — Shepard obojętnie wzruszył ramionami. 

- Bo... — Tag zająknął się, wpatrzony w ziemię u swoich stóp. Sara współczuła 

mu całym sercem, widząc, jak bardzo stara się być miły i modliła się w duchu, 

by ojciec z synem przestali się wreszcie boczyć na siebie. 

- Po prostu ja i Lynn pomyśleliśmy, Ŝe... jeśli my zrobimy śniadanie, to zrobisz 

nam coś na kolację wykrztusił wreszcie. 

- A powiedz mi, kochany, kiedy prosiłem cię o pomalowanie werandy? 

- Trzy tygodnie temu — przyznał Tag zgnębiony. 

— OtóŜ to. I jak myślisz, kiedy nabiorę ochoty do zrobienia wam kolacji? 

— Za trzy tygodnie... — odpowiedź była ledwo dosłyszalna. 

No właśnie. A teraz biegnij, bo zaraz przyjdę na naleśniki. 

Chłopak z rezygnacją spojrzał w stronę domu, ale nagle nowa myśl przyszła mu 

do głowy. 

— Tato, a jak pomaluję zaraz po śniadaniu — zapytał z nadzieją. — Lynn teŜ 

weźmie się do roboty i zrobi pranie. 

— Co? CzyŜbym się przesłyszał? — Ransom uniósł brwi. 

— Bo my juŜ mamy dosyć. Nie ma czystych ręczników, nie ma rzeczy na 

zmianę, w ogóle zaraz będziemy śmierdzieć. Kurcze, nie moŜemy przecieŜ Ŝyć 

jak zwierzęta! — wykrzyknął zdesperowany chłopak. 

W oczach ojca pojawił się wreszcie błysk ironicznego rozbawienia. 

— Ach, więc to są te najnowsze doniesienia! 

background image

Ze śmiechem ujął syna za ramiona i skierował w stronę domu. 

- Maszeruj teraz i szykuj naleśniki, bo ja i Sara jesteśmy bardzo głodni. 

Chłopak uszedł kilkanaście kroków, lecz zatrzymał się jak wryty, słysząc glos 

ojca. 

— Słuchaj, Tag, doszedłem do wniosku, Ŝe mam „jednak ochotę upichcić jakąś 

kolację. Wolałbyś kur czaka z roŜna, czy stek z halibuta? 

Chłopiec podskoczył do góry z radości i z rozjaśnioną twarzą zwrócił się ku 

Rance”owi. 

— Oczywiście kurczaka! 

— Dobra, załatwione. 

Sara patrzyła na drobną sylwetkę, w podskokach mknącą ku domowi, a potem 

odwróciła się do Sheparda. Ze zdziwieniem stwierdziła, Ŝe przygląda się jej 

badawczo. 

— Czy o tym właśnie chciałaś mi powiedzieć? 

Przytaknęła w milczeniu. 

— W takim razie dzięki za wieści. I chodźmy, bo naleśniki wystygną — 

stwierdził i nie oglądając się na nią poszedł w stronę domu. Pobiegła za nim. 

— Jak to, nie jesteś szczęśliwy? PrzecieŜ nie miałam racji. Twoje metody 

poskutkowały. Gratuluję — wy dyszała. 

— Szczęście jest rzeczą względną - obojętnie wzruszył ramionami. 

— To czego ci w takim razie trzeba do szczęścia? 

— nie dawała za wygraną. 

— Saro, czy ty piszesz moją biografię? 

— Rance, zrozum, nic nie wiem o twoich losach, ale czuję, Ŝe coś niedobrego 

dzieje się między tobą a Tagiem. Bardzo chciałabym pomóc, gdybyś mi tylko... 

background image

- Tak, nic nie wiesz o moich losach - przerwał jej chłodnym tonem - i lepiej, 

Ŝ

ebyś nie wiedziała. Daj juŜ temu spokój. 

Tym razem przyspieszył kroku, oddalając się od niej zdecydowanie. Stanęła, 

zaciskając pięści i patrząc na wysoką, samotną sylwetkę Nie przyjął ani jej 

podziwu, ani zrozumienia, ani chęci pomocy. A jednak, niechętnie, poczuła do 

niego szacunek. W ciągu paru tygodni udało mu się skłonić młodych, by z 

własnej woli zrobili to, czego chciał. Sama przez lata nie potrafiła wymóc 

niczego na Lynn — ani prośbą, ani groźbą. 

Sukces metody wychowawczej Rance”a przeszedł wszelkie oczekiwania. Po 

ośmiu godzinach w domu zapanował porządek, który w porównaniu z 

poprzednim bałaganem wydawał się wręcz wzorowy. Zniknęły brudne ubrania i 

talerze, kafelki w kuchni lśniły, a wewnętrzne ściany werandy aŜ kłuły w oczy 

bielą świeŜej farby. Sara musiała przyznać, Ŝe Tag i Lynn zrobili wszystko, by 

zasłuŜyć na piknik z pieczonym kurczęciem. Szkoda, Ŝe taka metoda nie moŜe 

Się sprawdzić w Kansas, gdzie na kaŜdym rogu są barki i pizzerie, pomyślała z 

Ŝ

alem. Tutaj wybór był jeden — albo gotować, albo zginąć z głodu. 

Uśmiechnęła się, gdy Lynn po raz kolejny minęła ją z naręczem bielizny do 

prania. 

— Jak leci? 

— Fajnie — odrzekła wesoło siostra. 

— Wiesz, pomyślałam, Ŝe zrobię na deser ciasto z orzeszkami. — Sara 

wiedziała, iŜ jest to ulubiony przysmak Lynn. 

Dziewczyna stanęła jak wryta, z wraŜenia upuszczając na podłogę kłąb skarpet. 

— Siostrzyczko, jesteś fantastyczna! 0, Jezu — oblizała się — kurczak z roŜna i 

ciasto orzeszkowe. Jestem tak szczęśliwa, Ŝe mogłabym nawet ucałować 

skunksa! 

background image

Sara parsknęła głośnym śmiechem, choć dowcip nie był najlepszej jakości. Lynn 

przyłączyła się do niej i obie poczęły zaśmiewać się histerycznie, jak za 

dawnych dobrych czasów. Kiedy wreszcie ochłonęły, Sara z czułością spojrzała 

na siostrę, pracowicie targającą bieliznę do pralki. Lynn Elier nie była juŜ tą 

kanciastą, nieśmiałą dziewczyną sprzed kilku tygodni. Nabrała charakteru i 

zdecydowania. CzyŜby sprawiła to wolność, jaką cieszyła się na tej wyspie? 

Skoro tak, nasuwał się tylko jeden wniosek — była w stosunku do siostry zbyt 

opiekuńcza i zarazem wymagająca. Trze ba było dopiero lekcji wychowania 

Ransoma, by Sara zrozumiała, jak bardzo ograniczała potrzebę wolności Lynn. I 

pojęła, Ŝe nadszedł czas, by przemyśleć wszystko od nowa. Na przykład pomysł 

ze szkołą pielęgniarską. Narzuciła go siostrze wbrew jej woli. Być moŜe 

stanowił projekcję jej własnych, niespełnionych marzeń. Ze wstydem 

uświadomiła sobie, Ŝe właściwie nigdy nie zapytała Lynn o zdanie... 

Przez całą środę wyspę Świętej Katarzyny okrywał szary, nieprzenikniony całun 

mgły. Sara stała na róŜowawym, zbudowanym z wulkanicznych skał pasie 

lotniska i wpatrywała się w niebo w płonnej nadziei ujrzenia nadlatującej 

maszyny. Niestety, stary Krukoff za nic miał pionierskie zasady poczty 

kurierskiej, które nakazywały lot bez względu na deszcz, burzę czy śnieg — nie 

mówiąc juŜ o mgle! 

Zapowiadało się, Ŝe będzie musiała spędzić kolejny tydzień z Ransomem. 

Zabawne... Wyglądało to jak historia z filmu. Skromna kelnerka z Kansas 

przymusowo uwięziona na maleńkiej, zimnej wysepce z multimilionerem, 

samotnikiem i ponurakiem, tęskniącym za swoją zmarłą Ŝoną. Sara z rezygnacją 

wzruszyła ramionami i zatopiona w myślach powlokła się w stronę domu. 

Jak wytrzyma ten tydzień? Ransom Shepard naleŜał niestety do męŜczyzn, 

którzy raz pocałowawszy kobietę, jakby naznaczali ją swoim piętnem, tak Ŝe 

nigdy juŜ nie była w stanie zdobyć się na obojętność. Wczoraj, kiedy piekli 

kurczaka na werandzie, okazał się uroczym towarzyszem. Śmiali się i 

background image

rozmawiali swobodnie przez cały czas jak starzy przyjaciele. Dzieciaki zaś 

zachowywały się cudownie i wypełniały swoje obowiązki bez proszenia. 

Pokręciła głową. Ten męŜczyzna pociągał ją co raz bardziej. Jeszcze chwila, a 

nie będzie w stanie oprzeć się czarowi szarych oczu i przewrotnego uśmiechu. 

Tak, w nadchodzącym tygodniu głównym źródłem zagroŜenia będą jej własne 

zdradliwe emocje. 

Nagłe dojrzała wyłaniającą się z mgły ciemną, wysoką postać. Oczywiście, to 

moŜe być tylko on! Tytko on ma tak szerokie bary i porusza się ze spręŜystą 

gracją dzikiego kota. Sarę przeszedł dreszcz tłumionego podniecenia. Cofnęła 

się, by nie stanął zbyt blisko. 

— I co, poddajesz się? — zagadnął. 

— Jeśli masz na myśli odlot z wyspy, to tak. Nie mam innego wyjścia. 

— A czy mógłbym mieć coś innego na myśli? 

Sara miała uczucie, jakby roztapiała się w środku. Przystojna twarz była coraz 

bliŜej. Usta rozchylały się, jakby miały zamiar znów ją całować... 

— Nie — wykrztusiła, walcząc ze swoim ciałem, które uparcie przesuwało się 

w jego kierunku. We pchnęła ręce w kieszenie i gwałtownie odstąpiła krok do 

tylu. 

— Nie chcesz? zdziwił się. — Myślałem, Ŝe pozwolisz, bym okrył cię moją 

parką, bo ta twoja kurteczka jest podszyta wiatrem. 

Dopiero teraz uświadomiła sobie, Ŝe Ransom usiłuje zarzucić jej na ramiona 

swoją eskimoską kurtkę. 

— Dzięki — wyszeptała, otulając się ciepłym okryciem, by uniknąć dotknięcia 

jego rąk. 

— Znów się boisz. A wczoraj tak świetnie się bawiliśmy — stwierdził ze 

smętnym uśmiechem. 

background image

— CóŜ, pamiętaj, Ŝe w końcu jestem kelnerką i wiem, co robić, Ŝeby goście na 

kolacji dobrze się czuli. 0, BoŜe — westchnęła — chyba straciłam juŜ pracę. 

— Saro, bardzo mi przykro z powodu tych wyłączonych telefonów, Krukoffa, 

który nie przyleciał i Dorfa, który nie przysłał samolotu. Bardziej przy- kro, niŜ 

sądzisz — powiedział z autentycznym współ czuciem. Ujął ją troskliwie za 

ramię i poprowadził do domu. 

 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

— Masz ochotę na spacer po plaŜy? — zapytał niespodziewanie Ransom. 

— Myślałam, Ŝe wolisz, Ŝebym trzymała się od ciebie z daleka — rzuciła, 

czując nerwowe mrowienie w krzyŜu. Pomimo to pozwoliła prowadzić się ku 

stromym klifom. 

— Ha, widzę, Ŝe własne słowa wracają do mnie rykoszetem — zaśmiał się 

gorzko, po czym ujął jej rękę, wsunął ją sobie pod ramię i mocno przy- cisnął do 

boku. — Lepiej trzymaj się mnie. Zejście w dół nie jest łatwe. 

Ś

cieŜka biegnąca w dół urwiska rzeczywiście wy dawała się samobójcza. 

Ransom ścisnął Sarę za rękę i podtrzymywał przy kaŜdym kroku. Kiedy 

zerknęła w przepaść, po raz pierwszy ucieszyła się z jego bliskości. Gdyby 

nawet zaczęła spadać, musiałaby się zatrzymać na wysokim męŜczyźnie 

ubranym w dŜinsy, biały golf i górskie buty, idącym tuŜ przed nią z pewnością 

kozicy. 

— Teraz puszczę cię na chwilę. Trzymaj się skały, a ja sprawdzę przejście — 

nakazał. 

background image

Posłusznie przylgnęła do kamiennego występu. Ransom zeskoczył na połoŜoną 

niŜej skalną półkę, stanął na niej pewnie i wyciągnął ręce ku Sarze, mocno 

chwytając ją w pasie. Dotknięcie było nie spodziewane i elektryzujące. 

— Skacz! — ponaglił niecierpliwie. 

Drgnęła, wyrwana z zamyślenia i puściła skałę. Zaledwie przez ułamek sekundy 

trzymał ją w ramionach, nim postawił bezpiecznie n nogi, ale ten krótki moment 

bliskości wystarczył, by przeskoczyła między nimi iskra erotycznego napięcia. 

Ręce męŜczyzny niechętnie oderwały się od jej bioder. Głowa Sary ciąŜyła ku 

jego szerokiej piersi. 

— Wszystko w porządku? — zapytał wreszcie. 

— Tak, tak, chodźmy. 

Nie pytając ujął ją za rękę i ruszył w dół. Szła za nim na miękkich nogach jak 

posłuszny automat. Dotyk ciepłych palców rodził iskrę w jej ciele. Tam, na 

skale, przez moment równy uderzeniu serca, znalazła się w jego rękach — i juŜ 

podstępne zmysły zaczęły podsuwać jej fantazje. Wpijała wzrok w szerokie 

plecy Sheparda śniąc na jawie o jego rękach na swoim nagim ciele, 

dotykających ją tam, gdzie Ŝadnemu męŜczyźnie... 

— Co się stało? — ocknęła się, czując delikatne muśnięcie na twarzy. 

— Mówiłem, Ŝe zeszliśmy na plaŜę i moŜesz juŜ puścić moją rękę — powtórzył. 

— Saro, dobrze się czujesz? — zapytał z troską, gładząc ją po policzku. 

Jego ręce były tak ciepłe... tak cudownie ciepłe, jak parujący kubek gorącej 

czekolady podany zmarzniętemu wędrowcowi, przedzierającemu się przez 

zimową zadymkę w Kansas. Sara z trudem odzyskała poczucie rzeczywistości. 

— T—tak, wszystko w porządku. Wiesz, my tam, w Andover, nie mamy zbyt 

wielu okazji do wspina czek i... musiałam się mocno skupić — skłamała. 

background image

— Rozumiem, ale teraz juŜ nie musisz — uśmiechnął się, porozumiewawczo 

ś

ciskając jej palce. Natychmiast wyszarpnęła rękę, jakby przez pomyłkę włoŜyła 

ją w gniazdo szerszeni. 

Powoli ruszyli wzdłuŜ plaŜy. Zewsząd dobiegały krzyki niewidocznych we mgle 

ptaków. Fale załamywały się gwałtownie na brzegu, obryzgując kamienie pianą. 

— Wiesz — odezwał się niespodziewanie i ujął ją pod ramię — oboje cierpimy 

na tę samą chorobę. 

Spojrzała na niego podejrzliwie. 

— Tak? A cóŜ to moŜe być za choroba? 

— I tobie, i mnie brakuje... 

-- Nie chcesz chyba powiedzieć, Ŝe brakuje mi miłości — zaprotestowała, 

impulsywnie wyrywając rękę. Nagle dostrzegła w oczach męŜczyzny błysk 

zdumienia i zamarła ze zgrozy. 

— Chciałem tylko powiedzieć, Ŝe kaŜdemu z nas brakuje czasu dla siebie. 

Oboje jesteśmy ambitnymi pracoholikami. Zaniedbujemy swoje Ŝycie osobiste. 

Tylko tyle. Nawet mi przez myśl nie przeszło, by sugerować, Ŝe brakuje nam 

miłości. Skąd miałbym wiedzieć takie rzeczy? 

Właśnie, skąd miałby wiedzieć? Z jednej wzmianki, którą uczyniła na temat 

swojej kelnerskiej harówki i samotnego Ŝycia? 

— Saro — powiedział łagodnie. 

W zapamiętaniu uznała sympatię za litość i oskarŜycielsko zlustrowała go 

wzrokiem. 

— Jeszcze jedno, Ransom. Jeśli powiedziałam, Ŝe komuś brak miłości, nie 

miałam na myśli siebie. Sam powiedziałeś, Ŝe potrzebujesz kobiety. Powinnam 

się trzymać od ciebie z daleka. Nie jestem dzieckiem i wiem, Ŝe uczucia 

męŜczyzn to tylko gra hormonów. Wiem, Ŝe... 

background image

— Co jeszcze wiesz? — rzekł, mocno chwytając ją za przeguby i przerywając 

rozpaczliwą tyradę. — Co ty w ogóle moŜesz wiedzieć? Jak bardzo ja 

potrzebuję miłości? Czy według ciebie jestem jej tak spragniony, Ŝe mógłbym 

rzucić cię tu, na ten piasek i posiąść? Mów! 

Sara zesztywniała. Patrząc w płonące wściekłością oczy męŜczyzny po raz 

pierwszy zdała sobie sprawę, jak bardzo jest bezbronna. Mimo Ŝe ukończyła 

kurs samoobrony, mógłby zrobić z nią, co chciał. Spojrzała na niego z lękiem. 

— To boli, Ransom — szepnęła, mając świadomość, Ŝe raczej obawia się bólu, 

niŜ rzeczywiście go czuje, bowiem Rance trzymał jej ręce mocno, a 

jednocześnie dziwnie delikatnie. 

— Nic nie wiesz o cierpieniu, moja droga — powie dział tonem pełnym urazy i 

nagle, zdusiwszy przekleństwo, wykręcił jej ręce do tyłu, aŜ przylgnęła do niego 

całym ciałem. 

Ten akt przemocy wprawił Sarę w przyjemne drŜenie. Zapach męŜczyzny mącił 

jej myśli. 

- Dziewczyno, uwaŜaj, do cholery — warknął. 

— Przestań obnosić się z tą twoją uwodzicielską niewinnością, bo wreszcie... 

Uwodzicielską? — powtórzyła odruchowo. 

— Owszem, przyznaję, jesteś dobra. Lepsza niŜ wszystkie inne kobiety, z 

którymi miałem do czynienia przez ostatnie pięć lat — stwierdził, wyzywająco 

błyskając zębami. 

Sara miała kompletny mętlik w głowie, toteŜ na wszelki wypadek milczała. 

Ransom zaskakiwał ją coraz bardziej. 

— Dorf miał rację. Potrzebuję ciepła kobiecego ciała — przyznał z brutalną 

szczerością. — Od śmierci Ŝony nie nawiązywałem bliŜszych znajomości 

background image

— ciągnął, a w jego glosie narastało napięcie. — Niestety, problem polega na 

tym, Ŝe nie chcę bliskich związków. Chcę tylko, by od czasu do czasu moje 

łóŜko nie było puste. A poniewaŜ ty, doskonale wiedząc, o co mi chodzi, poszłaś 

ze mną na ten spacer, pomyślałem, Ŝe moŜe zmieniłaś zdanie. Saro, proszę, 

powiedz, czy dasz mi to ciepło, nie Ŝądając nic w zamian, poza własnym 

zaspokojeniem? — wyszeptał. Jego usta zapraszały, czekały. 

— Powiesz „tak” — kusił z uwodzicielskim uśmiechem, świadomie robiąc 

uŜytek ze swojej diabelskiej urody. 

Oblizała językiem spieczone wargi. Serce łomotało jej w piersi — na wpół z 

podniecenia, na wpół ze strachu. 

— Sara? Powiedz „tak” — naglił, przysuwając się bliŜej, aŜ poczuła gorący 

oddech na policzku. 

Westchnęła cięŜko. Gdzieś tam, w podświadomości, najbardziej kobieca cząstka 

jej duszy wyszeptała najcichsze, ledwo słyszalne „tak” — a jednocześnie z 

przeraŜeniem usłyszała własny głos, oznajmiający stanowcze „nie!”. 

— Rozumiem cię lepiej, niŜ myślisz. — W spokojnym głosie Ransoma 

pobrzmiewały lodowate nutki. 

— Ale skoro jestem tak bardzo spragniony miłości, spełnię być moŜe twoje 

pragnienia. Dziwne, w tej mgle wszystko wydaje się inne i tajemnicze, prawda, 

kochana? — mruknął z gorzką ironią. — Ach, i jeszcze jedno. PoniewaŜ mimo 

wszystko jestem dŜentelmenem, proponuję, Ŝebyś poszła plaŜą w prawo. Nie 

będę cię gonił. Dom jest niedaleko. 

Sara poczuła, Ŝe uginają się pod nią nogi, jakby nagle prysnęło zaklęcie, 

otumaniające jej myśli i duszę. Zamrugała, rozpaczliwie próbując powstrzymać 

łzy. Kiedy wreszcie ochłonęła i rozejrzała się wokół, Sheparda juŜ nie było. 

Następnego dnia padało od rana, lecz mgła ustąpiła. Sara niepostrzeŜenie 

wymknęła się z domu, zadowolona, Ŝe uniknęła spotkania z Ransomem. 

background image

Wczorajsza kolacja była fatalna. Nawet Lynn i Tag wyczuli napiętą atmosferę, 

jaka zapanowała między dorosłymi. Shepard siedział posępny jak gradowa 

chmura. Niezręczna rozmowa rwała się raz po raz, aŜ w końcu zapadło męczące 

milczenie. Sara uznała, iŜ jest to najlepsze wyjście. Im mniej będzie się odzywać 

do swego nieznośnego gospodarza, tym lepiej zniesie tydzień niewoli. 

Szła plaŜą tam, dokąd pobiegli młodzi razem z Baby i Boo. Z daleka usłyszała 

ich śmiech. ZbliŜając się dostrzegła, jak Tag zrywa z głowy swoją czapkę 

baseballową i ciska w fale. 

— Hej, co robisz? — zawołała z lekką naganą. 

— Popatrz tylko! — wskazał na. ciemną toń przy brzegu. 

Z początku nie działo się nic. Kolorowa czapeczka spokojnie kołysała się na 

falach. Po chwili jednak coś wystrzeliło spod powierzchni wody, podbijając 

czapkę wysoko w górę, a potem równie szybko zniknęło, porywając ją z sobą w 

głębiny, by wynurzyć się znowu o kilkanaście metrów dalej. 

— Co to jest? — wykrzyknęła Sara patrząc, jak coś podobnego do wielkiej ryby 

zaczyna płynąć równolegle do plaŜy z czapką w pysku, wesoło igrając na fatach.  

- Chodź, szybko - Lynn pociągnęła ją za rękę i cała trójka biegiem ruszyła ku 

skalistemu wierzchołkowi półwyspu zamykającemu zatokę. Gdy do tarli 

zdyszani na miejsce, Tag pochylił się na wodą z wyciągniętą ręką. 

- Potluck! — zawołał. 

Jak na komendę lśniące cielsko wynurzyło się z fal i złoŜyło ociekającą wodą 

czapeczkę w wyczekującą dłoń chłopaka. Lynn zaklaskała z zachwytu. 

- Ale sprytny delfin, co? — zwróciła się do Sary. 

- Wyobraź sobie, Ŝe to on nauczył Taga tej sztuczki! 

— No, Potluck jest fantastyczny — powiedział z durną chłopak wyŜymając 

czapkę i beztrosko wsadzając ją na głowę. — Kiedy przyjechałem, poszliśmy z 

background image

tatą na plaŜę i wiatr zwiał mi czapkę do wody. Wtedy pojawił się ten delfin, 

złapał ją w pysk i zaczął płynąć. PoniewaŜ jest to moja ukochana baseballówka, 

zacząłem biec plaŜą i wrzeszczeć na niego. Nie myślałem, oczywiście, Ŝe ją 

odzyskam, ale biegłem za nim aŜ do Zatoki Morskiego Lwa. On tam wpłynął, 

więc stanąłem na skale, wyciągnąłem rękę i darłem się, Ŝeby mi ją oddał. I nie 

uwierzysz, ale oddal, bestia! — uśmiechnął się. 

— I jakimś cudem zdołał nauczyć cię tej sztuczki, tępolu! — zachichotała Lynn. 

Chłopak z udanym oburzeniem dał jej kuksańca i oboje, śmiejąc się i 

przekomarzając, pobiegli w pod skokach w głąb lądu, ścigając się z Baby i Boo. 

Sara poczuła się nagle stara i samotna. Stała na brzegu, smętnie wpatrując się w 

szare fale, rozświetlone promieniami słońca. Wspomnienie starcia z Ransomem 

zmąciło jej całą radość z pięknego dnia. 

— Hej, przyszłam w odwiedziny! — zawołał nagłe kobiecy głos. 

Sara spojrzała w górę i dostrzegła machającą do niej rękę. Szybko wspięła się 

stromą ścieŜką i stanęła twarzą w twarz z miłą młodą kobietą o okrągłej buzi, 

czarnych oczach i długich ciemnych włosach, splecionych w gruby, sięgający 

pasa warkocz przerzucony przez ramię. Obok niej, na gęstym dywanie zielonych 

mchów, siedział dwuletni moŜe chłopczyk, bawiąc się koszykiem i duŜą 

blaszanką. Na widok Sary uśmiechnął się pogodnie. 

— Jestem Lilly Merculieff przedstawiła się nie znajoma, z miłym uśmiechem 

wyciągając rękę na powitanie. — Wiedziałam, Ŝe spotkamy się na Święcie 

Halibuta, ale po prostu nie mogłam się juŜ doczekać. Jak się pani pewnie 

domyśla, jestem z miasteczka 

— machnęła ręką w kierunku grupki domów na wyspie. - PoniewaŜ Rance 

popłynął dziś na ryby z moim męŜem, Danem, pomyślałam sobie, Ŝe pewnie 

czuje się pani samotna. MoŜe pozbieramy razem jagody i jajka? — zapytała 

przyjacielskim tonem. 

background image

— Chętnie — ucieszyła się Sara, wdzięczna, Ŝe wreszcie nie musi być sam na 

sam z ponurymi myślami. — A co to jest Święto Halibuta? 

— Och, dziwne, Ŝe Rance jeszcze pani nie powie dział. — To będzie w 

weekend. Co roku świętujemy tu wszyscy początek lata — powiedziała Lilly, 

schylając się po malca. — MoŜe pani wziąć tę blaszankę? Danny jest cięŜki jak 

kloc. 

— Jasne — odparła z entuzjazmem Sara, zachwycona perspektywą udziału w 

miejscowej zabawie. 

— co będziemy zbierać? — zaintrygowana popatrzyła na naczynie. 

— śurawiny. PokaŜę pani, ale najpierw pójdziemy po jajka — rzekła jej nowa 

towarzyszka, energicznie ruszając krawędzią klifu. Nagle zatrzymała się i 

podekscytowana wskazała ręką na morze - Są nasi chłopcy! Tam, na czerwonej 

łodzi - wykrzyknęła, machając ku nim z oŜywieniem. Dostrzegli ją i pozdrowili. 

Sara, nie bardzo wiedząc, jak się zachować, równieŜ uniosła rękę. 

- Myślałam, Ŝe te łódki są większe - mruknęła. 

- Bo są i większe. Tej Dan uŜywa tylko do łowienia dla rozrywki, kiedy morze 

jest spokojne 

- wyjaśniła Lilly. — Och, nie ma pani pojęcia, jak się cieszę, Ŝe Dan i Rance są 

znów razem. Dawniej, kiedy jeszcze Shepardowie przyjeŜdŜali tu na lato, 

bardzo się przyjaźnili. 

Pełen zadumy ton Luty zaintrygował Sarę. 

— Rance musiał bardzo przeŜyć śmierć Ŝony, prawda? — ośmieliła się zapytać. 

— 0, tak. Byli bardzo szczęśliwą parą. Nie ma pani pojęcia, jak on kochał Jut. 

Jill? A więc tak miała na imię... 

Młoda kobieta dostrzegła naglą zmianę wyrazu twarzy Sary. 

background image

— Przepraszam, moŜe niepotrzebnie o tym mówię. PrzecieŜ na pewno wie pani 

o wypadku. 

Przytaknęła i Lilly rozpromieniła się na nowo. 

— Wiesz, kochana, tak się cieszymy, Ŝe wreszcie doszedł do siebie i Ŝe pani tu 

jest, i Ŝe nie jest sam... 

— paplała, jednocześnie wypatrując wśród skał ptasich gniazd. 

Sens jej słów dopiero po chwili dotarł do Sary. 

— Luty, to jest kompletne nieporozumienie — wy jąkała wreszcie. — Nie 

przyjechałam do Ransoma. W ogóle go wcześniej nie znałam. Przyjechałam 

szukać mojej młodszej siostry, która uciekła z domu, przeczytawszy ogłoszenie 

matrymonialne Sheparda. 

Niech pani sobie wyobrazi, Ŝe Tag dał je bez wiedzy ojca! A potem popsuła się 

pogoda, stary Krukoff nie przyleciał i dlatego musiałam zostać — tłumaczyła się 

skwapliwie. 

Lilly stanęła, powoli posadziła dziecko na ziemi, wręczyła mu lizaka 

wyciągniętego z kieszeni, po czym przeniosła zdumiony wzrok na Sarę. 

— Chyba pani Ŝartuje! Tag szukał nowej mamusi? Biedne dziecko - dodała z 

ciepłym uśmiechem. - Do dziś nie mogę zrozumieć, czemu Rance wysłał go do 

tej szkoły. PrzecieŜ kiedy umrze ci ktoś bliski, całą miłość skupiasz na dziecku. 

Ja bym w kaŜdym razie tak zrobiła. — Z czułością popatrzyła na synka. 

— TeŜ tak myślę, ale w tym przypadku między synem a ojcem jest jakaś 

niechęć. Nie rozumiem tylko, na czym polega — zmarszczyła brwi Sara. 

— Wiem, teŜ to widzę — przymała Llly. 

Nagle dostrzegła gniazdo i wyjęła z niego dwa cętkowane jaja, zostawiając 

trzecie. 

background image

— Kiedy Dan zapytał, czy Tag popłynie z nimi na ryby, Rance zrobił tę swoją 

zaciętą minę i powie dział, Ŝe nie westchnęła. — My, kobiety, jesteśmy inne. 

Kiedy zdarzy się tragedia, rozpaczamy, płaczemy, szukamy pocieszenia u 

rodziny i przyjaciół. A męŜczyźni zamykają się w sobie i w samotności liŜą 

rany, udając, Ŝe wszystko jest w porządku. Taka głupia ambicja — parsknęła, 

rozglądając się za następnymi gniazdami. 

— Myślę jednak, Ŝe Ransom naprawdę cieŜko przeŜywa brak Jut boi się 

związku z inną kobietą, nie chcąc ryzykować bólu rozstania - powiedziała Sara 

w zamyśleniu, z niespodziewaną melancholią. 

— Lubi go pani, prawda? — Lilly zerknęła na nią spod oka, wybierając kolejne 

jajka. 

- AleŜ ja go prawie nie znam! 

- Mimo to Ŝyczę pani szczęścia - uśmiechnęła się znacząco czarnowłosa kobieta. 

— Szkoda, Ŝeby taki wspaniały człowiek jak Rance marnował Ŝycie na Ŝałobę. 

Sara zarumieniła się, z zakłopotaniem przełykając ślinę. W tym momencie od 

strony morza dobiegi je triumfalny okrzyk. Obie kobiety popatrzyły w stronę 

czerwonej łódki. Jeden z męŜczyzn siłował się z wędziskiem, które gięło się, 

szarpane przez miotającą się potęŜną rybę. 

- Ransom... — wyszeptała Sara. - Co się tam dzieje? — dodała z nagłym 

niepokojem. 

- Chyba ma halibuta — stwierdziła Lilly. — Taki pieszczoszek moŜe waŜyć 

nawet ze sto kilo, wiesz? 

- BoŜe, czy mu nic nie grozi? 

Lilly, słysząc jej przeraŜony ton, wybuchnęła śmiechem. 

- ZaleŜy komu. Halibutowi, na pewno. 

- A jak duŜa jest taka ryba? 

background image

- Och, moŜe mieć i półtora metra. 

- BoŜe, co my z nią zrobimy? W Ŝyciu nie oprawiałam nawet plotki. — Sara 

komicznie załamała ręce. 

— Niech się pani nie martwi — zapewniła ją z uśmiechem Lilly. — My, kobiety 

z wysp, umiemy oprawiać ryby, wędzić je i solić. Zawsze robimy to razem. 

Oczywiście, nigdy nie będą się mogły równać z tym fantastycznym łososiem, 

którym Ransom obdarza wszystkich na BoŜe Narodzenie! 

Od strony morza rozległ się nowy okrzyk. Dan, dzierŜąc ogromny hak, pomagał 

wyciągać z wody imponujące cielsko. Po chwili halibut spoczął bezpiecznie na 

dnie łódki. Lilly błysnęła białymi zębami w radosnym uśmiechu, wyjęła koszyk 

z jajkami z rąk oszołomionej Sary i chwyciła synka za rączkę. 

— Chodź, maluchu, pokaŜemy teraz pannie Sarze, jak się zbiera Ŝurawiny. 

— A gdzie one rosną? 

— Na mchu. — Lilly wskazała ręką niedalekie pagórki. — Tam są ich całe pola. 

— Nawet nie wiedziałam, Ŝe Ŝurawiny rosną na mchu. My w Kansas jesteśmy 

wyraźnie niedouczeni — przyznała z pokorą Sara, widząc rozbawienie w 

czarnych oczach kobiety. 

— W takim razie nie ma pani pojęcia, jak smakują nasze przetwory! Dam pani 

swój ulubiony przepis. Rance uwielbia dŜem Ŝurawinowy — znacząco mrugnęła 

okiem. 

— Dziękuję, chętnie go wezmę — powiedziała Sara, niezbyt przekonana, czy 

przez słoik dŜemu trafi do serca tego męŜczyzny. 

— Pewnie pani myśli, Ŝe to nic nie pomoŜe, co -  spytała jej towarzyszka z 

godną podziwu intuicją. 

— A ja pani mówię, kochana, Ŝe cuda się zdarzają. Dlatego zbieraj pani jagody i 

szybko rób dŜem. 

background image

Kolejny wrzask z łódki obwieścił „nową zdobycz. Ransom zajadle walczył z 

jakimś podwodnym stworem. 

— Popatrz tylko! — wykrzyknęła Lilly. — Ten facet przyciąga je jak magnes. 

Sara odwróciła wzrok. GdybyŜ ten facet przyciągał tylko ryby... 

ROZDZIAŁ ÓSMY    

 

Następnego ranka Sara jak zwykle wybrała się na przechadzkę. KrąŜyła bez 

wyraźnego celu, aŜ trafiła do spokojnej zatoczki, skąd widać było domki 

miasteczka i cebulasty dach zrujnowanej cerkwi. 

Stanęła na plaŜy i rozglądając się po okolicy dostrzegła nagle wyłaniający się 

zza krawędzi skalnej ostry pysk arktycznego lisa. Wychudłe stworzenie o 

niebieskawym futrze węszyło w jej kierunku. Po chwili pojawił się drugi lis, a 

potem trzeci i czwarty. Poczuła nagle ukłucie lęku. Te zwierzaki nie wy g zbyt 

groźnie, ale Sara nadto dobrze pamiętała, jak w dzieciństwie pogryzł ją mały 

kundel, którego dla zabawy pociągnęła za ogon. Na zawsze pozostały jej blizny 

na rękach., 

Z obawą wpatrywała się w cztery pary bystrych ślepi i cztery uwaŜnie węszące 

nosy. Te dzikie stworzenia są zawsze głodne, pomyślała, usiłując wycofać się po 

stromym zboczu. Ku jej przeraŜeniu pojawił się jeszcze piąty lis. Teraz miały 

juŜ niebezpiecznie wyraźną przewagę. 

— Wynocha stąd! JuŜ! — krzyknęła cienkim głosem, machając rękami. Jeden z 

lisów warknął, obnaŜając ostre kły. Sara drgnęła, gwałtownie od skoczyła do 

tyłu i upadła, poślizgnąwszy się na mokrym mchu. LeŜała, nie śmiejąc zrobić 

ruchu i czekała, aŜ zęby wpiją się jej w ciało. Przed jej oczami w ułamku 

sekundy zamigotały obrazy z całego Ŝycia. Lisy nie wahały się długo i jednym 

skokiem znalazły się przy niej. Krzyknęła rozpaczliwie i zasłoniła rękami twarz. 

background image

Coś zaczęło mocno szarpać jej kurtkę i krzyknęła znowu, lecz w tym samym 

momencie poczuła, Ŝe jakaś siła unosi ją w górę i stawia na nogi. Za mrugała 

oszołomiona i zobaczyła Ransoma. 

— Rance, uciekajmy, one nas pogryzą! — wrzasnęła i uwiesiła się na nim 

rozpaczliwie, pragnąc umknąć przed lisami, które nadal szarpały jej kurtkę. 

— Spokojnie, trzymaj się mnie, muszę uwolnić jedną rękę — polecił i szybko 

sięgnął do kieszeni jej parki. 

Po chwili szarpanie ustało, a poszczekiwania li sów ucichły. 

— No, teraz juŜ nic ci nie grozi — powiedział Rance wesoło. 

— Czy zastrzeliłeś je z rewolweru z tłumikiem? 

— Jak mógłbym strzelać do takich miłych stworzonek! 

— Miłych stworzonek? — Sara jeszcze mocniej przylgnęła do niego, pomna, Ŝe 

przed sekundą o mało nie została rozszarpana. 

— No, odpręŜ się. — Zachichotał. — Nic juŜ ci nie grozi i naprawdę moŜesz 

zdjąć nogi z moich bioder. 

Spojrzała na niego nieufnie, ale wreszcie zdecydowała się stanąć na ziemi o 

własnych siłach. Lisy 

— teraz juŜ w liczbie siedmiu — smakowicie i w skupieniu zajadały jakieś 

ochłapy. Ransom patrzył na nią z rozbawieniem. 

— Czego się cieszysz? — burknęła. — Te twoje ukochane drapieŜniki omal nie 

zjadły mnie Ŝywcem! 

Rance przekrzywił głowę i przyjrzał się jej uwaŜnie. 

— Wszystkiemu jest winna twoja parka, Saro. Nie włoŜyłaś dzisiaj tej, którą ci 

dałem. 

background image

— Nie, wzięłam inną, bo tamta się ubłociła i mu siałam ją uprać. Dlatego 

zajrzałam do szafy w przed pokoju. A co, nie wolno mi? — spytała zaczepnie. 

Zrozum, po prostu włoŜyłaś moją kurtkę i zwierzaki ją rozpoznały. Zawsze 

noszę dla nich w kieszeniach kawałki suszonego foczego mięsa. Nic dziwnego, 

Ŝ

e kiedy zobaczyły ubranego w nią człowieka, zaczęły domagać się 

poczęstunku. Zaręczam ci, Ŝe nie chodziło im o cenną osobę panny Eller. 

Sara z niedowierzaniem sięgnęła do kieszeni i wy ciągnęła plastykową torebkę. 

Rzeczywiście, było w niej pełno skrawków wysuszonego na kość mięsa. 

— BoŜe, skąd miałam wiedzieć, Ŝe nosisz takie świństwa w kieszeniach — 

zirytowała się. 

Nagle kątem oka dostrzegła, jak jeden z lisów wlecze po trawie duŜą płócienną 

torbę. 

— Co tam jest? 

— Chleb. 

— Co? 

— Dzisiaj w miasteczku był comiesięczny wypiek, a ja uwielbiam taki świeŜy, 

domowy chleb — stwierdził z obojętnym wzruszeniem ramion. 

— I rzuciłeś go lisom, Ŝeby mnie ratować? — Teraz Sara poŜałowała swojego 

niewyparzonego języka. 

— Nie ma sprawy, za miesiąc kupię następny. 

Spojrzała na niego uwaŜnie. 

— Upiekę ci chleb — powiedziała po chwili wahania. — Mogę teŜ zrobić dŜem 

Ŝ

urawinowy według przepisu Lilly Merculieff. 

Przez moment miał minę łakomego chłopca. 

background image

— Ach, gorący, domowy chleb! I jeszcze mój ulubiony dŜem... — oblizał się z 

zachwytem, lecz szybko spowaŜniał i nabrał czujności. — Taka usługa na 

pewno kosztuje, prawda? 

— Owszem. — Sara stanęła przed nim, mocno biorąc się pod boki. — Upiekę 

chleb i zrobię dŜem, ale pod warunkiem, Ŝe przestaniesz mi dokuczać. 

— Ja? Ja ci dokuczam? — Rance wyglądał na uosobienie niewinności. 

Sara przysunęła się jeszcze bliŜej i zaczęła dobitną przemowę. 

— Nie udawaj, szanowny panie! — Puknęła go palcem w pierś. — Masz 

zaprzestać tych złośliwości i przede wszystkim przestań zachowywać się tak, 

jakbyśmy mieli zostać kochankami — wypaliła śmiało i w tym samym 

momencie ugryzła się w język. Mimo to nie spuszczała stanowczego spojrzenia 

z twarzy męŜczyzny. — No, więc jak będzie? — pytająco zawiesiła głos. 

Ransom milczał, a potem nagle, bez ostrzeŜenia, pochwycił ją w ramiona i 

zaczął całować — twardo, namiętnie, zaborczo. Sara nie pozostała mu dłuŜna. 

Jej ciało drŜało w radosnym oczekiwaniu. Przytuliła się do Rance”a, zarzucając 

mu ramiona na szyję, rozpalona gwałtowną namiętnością, nie zwaŜająca na nic. 

I nagle jej gorące wargi napotkały pustkę. Zesztywniała, kompletnie zaskoczona 

i zmieszana. 

— Nie myśl, Ŝe tak łatwo ci ze mną pójdzie, Saro 

— wykrztusił Ransom głosem drŜącym z hamowanej namiętności i gwałtownie 

się od niej odsunął. 

Przez dłuŜszą chwilę stała z rękami opuszczonymi wzdłuŜ ciała, tępo wpatrując 

się w odchodzącego wielkimi krokami męŜczyznę. Kiedy powróciła jej jasność 

myśli, nadal nie mogła pojąć sprzeczności 

tkwiących w tym człowieku, które kazały mu kusić ją i uwodzić, a potem 

wycofywać się. Najwidoczniej 

background image

pamięć zmarłej Ŝony powstrzymała go w ostatniej chwili jak nieubłagane 

memento. Nieubłagane równieŜ dla niej, Sary... 

— Święto halibuta!? Dzisiaj? Tato, nie Ŝartujesz? dopytywał się entuzjastycznie 

Tag. 

Sara, usłyszawszy te słowa, cicho podeszła do drzwi kuchni i zerknęła zza 

framugi, ciekawa, co odpowie Ransom. 

— Myślałem, Ŝe juŜ ci o tym mówiłem — mruknął Shepard, mieszając ryŜ w 

rondlu i wkładając do niego kawałki surowego halibuta. 

— Nie. 0, rany, Lynn, słyszałaś, co się święci? 

— Tag radośnie wrzasnął do dziewczyny, która z wraŜenia o mało nie 

wypuściła stosu talerzy. 

— Nie drzyj się tak, bo mi uszy puchną — zniecierpliwiła się. 

— Ale to wielkie święto, i na dodatek tata robi dzisiaj potrawkę rybną. 

Lynn krytycznie zajrzała Ransomowi przez ramię. 

— Faktycznie, skądś znany mi smrodek. — Skrzywiła się. 

MoŜe teraz śmierdzi, ale potem będzie świetne — zaperzył się chłopak. 

— Dzięki za zaufanie, stary — odezwał się Ransom. 

— Dawno nie korzystałem z tego starego przepisu babci i pewnie wyszedłem 

juŜ z wprawy. MoŜe smakować jak stare skarpety. 

Tag z chichotem pociągnął Lynn za rękaw. 

— Pamiętasz taką grupę heavy-metalową „Śmierdzące gumiaki”? 

Roześmieli się wszyscy troje, a najgłośniej Ransom. Sara, skulona za drzwiami, 

poczuła bolesne ukłucie w sercu. Od wczoraj, kiedy to uchronił ją przed bandą 

lisów, a potem pocałował, nawet się do niej nie uśmiechnął. Z pewnością nie ma 

background image

ochoty zapraszać jej na tę uroczystość. Ze smutkiem wzruszyła ramionami, 

odwróciła się i poszła do pralni. 

Stała i mechanicznymi ruchami sortowała brudną bieliznę, kiedy nagle poczuła 

czyjąś obecność. Od wróciła się gwałtownie i zobaczyła Rance”a. 

L — Cześć! — pozdrowił ją cicho. Nie miał zbyt szczęśliwej miny. 

Sara sztywno skinęła głową. 

— Słuchaj, chciałem porozmawiać na temat popołudnia — mruknął. 

— Pewnie chodzi ci o to święto, o którym juŜ co nieco słyszałam — 

powiedziała, starannie dozując proszek. — CóŜ, idźcie, bawcie się dobrze i nie 

przejmujcie się mną — dodała włączając pralkę i patrząc, jak kolorowa bielizna 

kręci się za szybką. Szczerze pragnęła, Ŝeby juŜ sobie poszedł i przestał mącić 

jej myśli. 

Niezręczne milczenie przedłuŜało się. 

— O co ci chodzi? — wybuchnęła w końcu. — Chcesz doprowadzić mnie do 

szału? Jeśli masz ochotę podumać sobie w samotności -  juŜ się wynoszę. 

Uśmiechnął się smutno, nie spuszczając z niej uwaŜnego wzroku. 

— Chciałem po prostu wiedzieć, czy upieczesz coś na nasz festyn. Wiesz, ta 

uroczystość ma formę potlaczu, i wedle zwyczaju kaŜdy mieszkaniec coś ze 

sobą przynosi. Ja zrobiłem potrawkę z halibuta — oznajmił z durną i popatrzył 

na nią wyczekująco. 

Nie odpowiadała. 

— Oczywiście nie musisz się mną przejmować. Będzie tam wielu młodych 

męŜczyzn, którzy chętnie dotrzymają ci towarzystwa — dodał jakby z Ŝalem. 

— Dobrze... — westchnęła w końcu. — Upiekę pełnoziarnisty chleb, skoro tak 

bardzo ci zaleŜy. Na kiedy mam być gotowa? — zapytała konkretnym tonem. 

background image

— Festyn zaczyna się o pierwszej, niedaleko stąd, na plaŜy — uśmiechnął się z 

wyraźną ulgą. 

o pierwszej Sara wyjęła z piekarnika pachnący, gorący chleb i ostroŜnie włoŜyła 

go do koszyka. Ransom zabrał swoje pokazowe danie z halibuta. Po chwili juŜ 

oboje szli w stronę plaŜy. Młodzi pobiegli przodem. Było chłodno i mglisto. 

Szary, ponury dzień znakomicie odzwierciedlał nastrój Sary. Ŝadne nie 

podejmowało rozmowy. Wreszcie, po dziesięciu minutach marszu, coś błysnęło 

w oddali. 

— Widzę ogniska — odezwał się Ransom. 

Kiedy podeszli bliŜej, Sara zdumiała się na widok wysoko strzelających 

płomieni. 

— Czym wy tu właściwie palicie, skoro na wyspie nie ma drzew? 

— Kawałkami drewna wyrzuconymi przez morze, starymi skrzynkami, dyktą, 

słowem wszystkim, co się tytko nadaje. Powiadają — uśmiechnął się nagle — 

Ŝ

e za kaŜdym drzewem na wyspie Świętej Katarzyny moŜna znaleźć piękną 

kobietę. I kaŜdy męŜczyzna na wyspie powie ci, Ŝe właśnie ściął ostatnie 

drzewo, szukając jej. To taki lokalny Ŝart 

— dodał, widząc zdumione spojrzenie Sary. — KaŜdy ci go opowie, kiedy tytko 

zapytasz, skąd bierze my drewno. 

ZbliŜali się juŜ do ognisk i tłumu. Sara przywołała na twarz stosowny uśmiech i 

usiłowała udawać, Ŝe jest równie radosna, co sympatyczni Aleuci, którym 

przedstawił ją Ransom. On równieŜ zachowywał się swobodnie, lecz wiedziała, 

Ŝ

e takŜe dba o pozory. 

Popołudnie minęło szybko, urozmaicane wyścigami w workach, przeciąganiem 

liny, meczem koszykówki i nieustającym obŜarstwem. O dziewiątej wieczorem 

Sara czuła się cięŜka jak wieloryb. Próbowała wszystkiego — od surowego 

halibuta, podawanego z miejscową odmianą selera, do przeróŜnych suszonych, 

background image

pieczonych i gotowanych mięs, przyrządzanych na sposób wyspiarski. 

Szczególnie smakował jej mocno wypieczony chlebek, zwany aladekes, oraz 

dŜem z nie znanej jej maliny moroszki. 

Siedziała rozparta na składanym krześle i leniwie śledziła wyczyny nastolatków, 

szalejących w dyskotekowym rytmie ogłuszającej muzyki produkowanej przez 

szkolną kapelę „Odjazdowych Wielorybów” z Anchorage. Zdumieniem 

napawała ją zwłaszcza metamorfoza młodszej siostry, która nagle przeistoczyła 

się w piegowatą furię, podrygującą w wy umyślnych, niedwuznacznie 

erotycznych pozach. 

Kiedy dorosłym wydawało się juŜ, Ŝe ich bębenki nie wytrzymają natęŜenia 

decybeli, „Wieloryby” za kończyły występ ogłuszającym akordem, po którym 

zapadła równie ogłuszająca cisza. 

— Och, nareszcie! — wykrzyknęła z ulgą Lilly, siedząca obok Sary. — Teraz 

zagra Dan ze swoimi muzykami i wreszcie będziemy mogli potańczyć. 

Podrzuciła synka w ramionach i z uśmiechem zwróciła się do Ransoma, który 

zajął właśnie miejsce obok Sary: 

- Cieszę się, ze dobrze się bawicie, kochani! 

Ransom uśmiechnął się w odpowiedzi i zerknął na swoją towarzyszkę. 

— 1 co, rzeczywiście dobrze się bawisz? 

- Tak. Ludzie z tej wyspy są cudowni. 

Mam wraŜenie, Ŝe I oni bardzo cię polubili. 

Usłyszała lekką nutę rozdraŜnienia w jego głosie. Najwyraźniej nie był 

zachwycony, Ŝe grupka młodych męŜczyzn towarzyszy jej wytrwale od 

początku festynu. 

Na szczęście muzycy usadowili się na podium, nastroili instrumenty i zaczęli 

grać, co zwolniło ją od konieczności dalszej konwersacji. Melodia była ład na, 

background image

lecz zupełnie jej nie znana, tak samo jak i język, w jakim zaczęli ją śpiewać 

wszyscy zebrani. Pieśń nabrała radosnych, uroczystych tonów, a perkusista 

powstał i zaczął wybijać rytm na prymitywnym bębnie. 

— To stara aleucka pieśń o udanych połowach 

dosłyszała szept Ransoma tuŜ przy uchu. 

— Bardzo piękna — odszepnęła, speszona i jednocześnie podekscytowana jego 

bliskością. 

— A pomyśl sobie, Ŝe moja matka była jako dziecko zmuszana do mówienia po 

angielsku. Kiedy tylko odezwała się po aleucku, kazali jej za karę jeść mydło. 

Mimo to wymykała się potajemnie i rozmawiała z przyjaciółkami. Całe 

szczęście, Ŝe było więcej takich jak ona, bo kultura, która nieomal zanikła, mów 

się rozwija. 

— Mówisz po aleucku? — zapytała Sara z autentycznym zainteresowaniem. 

- Oczywiście. - Rance odchrząknął i rzucił kilka dziwnych słów. 

— Co powiedziałeś? 

— Powiedziałem, Ŝe akcje Amerykańskiego Towarzystwa Telefonicznego 

zwyŜkują. 

— Eee, chyba chodziło o coś innego — nie dowierzała. 

— Poddaję się. Mój aleucki mocno zardzewiał. Tak naprawdę chciałem 

poprosić cię do tańca — po wiedział, patrząc na nią błyszczącymi oczami. 

W pierwszym odruchu zamierzała uciec, lecz chwycił ją za rękę i wciągnął w 

krąg tańczących. Orkiestra, porzuciwszy temat rybołówstwa, zaczęła grać 

„Pieśń jedynej miłości”. Na piasku plaŜy zaroiło się od przytulonych par. 

Podsycono ogień i płomienie wystrzeliły w niebo. Sara niecierpliwym ruchem 

odrzuciła kurtkę, zostając tylko w swetrze. Gdy poczuła bliskość silnego ciała 

męŜczyzny, znów przeszedł ją znany, podstępny dreszcz. 

background image

— Mgła się rozpłynie i gwiazdy zalśnią na niebie... 

— zanucił jej w ucho, tłumacząc aleuckie słowa. 

Rozejrzała się wokół z rozmarzeniem. Rzeczywiście, szare pasma mgły cofały 

się, odsłaniając gwiaździste niebo. Mocno przylgnęła do Rance”a, kołysząc się 

w rytmie powolnej, zmysłowej melodii. 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

 

Sara tańczyła z przymkniętymi oczami, zatraciwszy poczucie rzeczywistości. 

Ogniska juŜ dogasały, zapach dymu mieszał się ze słonym zapachem morza. 

Orkiestra grała „Czerwone Ŝagle o zachodzie”. Łagodne tony miłosnej pieśni w 

połączeniu ze scenerią surowej przyrody tworzyły nierealną, romantyczną 

atmosferę. Sara czuła siłę męŜczyzny i napawała się wizją rozkoszy, jaką niosła 

jego zmysłowa bliskość. 

Oparła głowę na piersi Ransoma, przytulając policzek do miękkiej flaneli. Przez 

otumaniającą myśli magię romantycznej chwili przedzierał się jeszcze słaby 

głos rozsądku. Kiedy jednak poczuła gorące palce, sunące wzdłuŜ kręgosłupa, 

zapomniała o wszystkim. 

— Jesteś piękna, wiesz? — szepnął jej do ucha. 

Teraz owładnęło nią tylko jedno pragnienie — być bliŜej niego, jak najbliŜej, 

tak jak jeszcze nigdy nie była z Ŝadnym męŜczyzną. W jego spojrzeniu 

dostrzegła jakąś pierwotną, niepohamowaną namiętność, i w porywie uniesienia 

zarzuciła mu ramiona na szyję. Rozchyliła wargi, bezwstydnie błagając o 

pocałunek. 

background image

I pocałował ją — zrazu szybko, ostro, brutalnie, a potem całował ją powoli, 

łagodnie, miękko, jakby napawał się jej oddaniem. Sara nie zwaŜała juŜ na nic. 

Cały jej świat zamknął się w magicznym kręgu objęć męŜczyzny. 

Nagle czar prysł. Ransom westchnął rozpaczliwie i oderwał wargi od jej ust. 

— Nie... — szepnęła. Wyczekująco uniosła głowę, przymykając oczy, lecz 

Rance stanowczo odsunął ją od siebie na odległość ramienia. 

— Saro, nie moŜemy — powiedział z wyrazem takiego cierpienia i Ŝalu, Ŝe, 

tłumiąc rozczarowanie, w odruchu współczucia pogładziła go po policzku. 

Niepotrzebnie się dręczysz, Ŝe zdradzasz pamięć zmarłej Ŝony, Ransom. 

Rozumiem, Ŝe masz poczucie winy, ale... 

— Wiem, Ŝe masz dobre chęci — przerwał jej szybko, ale mylisz się. Nie 

zdradzam Jill. BoŜe, gdybyŜ to wszystko było tak proste... — westchnął, 

zaciskając wargi i patrząc na nią tak, Ŝe instynktownie od stąpiła krok do tyłu. 

— Przepraszam cię — wyjąkała drŜącym głosem, nie mogąc uwierzyć, Ŝe 

człowiek, który jeszcze przed chwilą tulił ją w ramionach, patrzy na nią jak na 

największego wroga. — Powiedz mi — odwaŜyła się zapytać po chwili — co 

złego zrobiłam? 

— Nic — odparł szorstko. — To wszystko moja wina, od początku do końca. 

Wybacz mi słabość. To się juŜ nie powtórzy — mruknął i odwrócił się od niej. 

Sara, jak sparaliŜowana, patrzyła na odchodzące go — znów odchodzącego od 

niej! — Rance”a. Bezsilnie zacisnęła pięści i odwróciła się ku szaremu, 

obojętnemu morzu. Fale, z sykiem cofające się po piasku, powtarzały echem 

słowa: „To się juŜ nigdy nie powtórzy, me powtórzy, nie powtórzy”. 

Następnego dnia Sara krzątała się w kuchni, szykując kurczaka z curry. Była juŜ 

szósta po południu. Przez cały dzień usiłowali z Ransomem zachowywać się 

poprawnie ze względu na młodych. Teraz jednak, kiedy Tag i Lynn wyszli, by 

odwiedzić znajomych w miasteczku, doszło do głosu skrywane napięcie i 

background image

atmosfera stała się nieznośna. W domu panowała cisza, groŜąca w kaŜdej chwili 

wybuchem, od czasu do czasu przerywana jedynie szczękiem naczyń w kuchni i 

szelestem przewracanych stron ksiąŜki. 

Ransom siedział w salonie z nogami na stoliczku do kawy, sprawiając wraŜenie 

pochłoniętego lekturą jakiegoś czasopisma. Jednak Sara nie dała się zwieść. 

Szust, Szust, szust... 

Ze zgrozą wywróciła oczami. Jedna strona w parę sekund! Ten facet musiał 

skończyć z wyróŜnieniem kursy szybkiego czytania. Zamieszała w garnku i 

jeszcze raz zerknęła na przepis. Czy nasypała dosyć curry? Zawahała się. 

— Lubisz curry? — zawołała chłodno. 

— Nie znoszę — dobiegło burknięcie z salonu. 

Teraz juŜ szczodrze nabrała Ŝółtego proszku na łyŜkę i sypnęła do rondla. Niech 

ten niedotykalski facet wie, Ŝe nic jej nie obchodzą jego gusty! 

— Coś mi się wydaje, Ŝe mamy curry na kolację? 

— dobiegło ją nagle od drzwi. 

— Nie, po prostu kurczaka na sposób hinduski 

— warknęła. 

— Taak? A kiedy nabrałaś takiego sentymentu do kuchni indyjskiej? 

— Dokładnie przed kilkoma sekundami — odparła z bezczelną miną, choć 

poczuła się trochę nieswojo, widząc, jak stoi w progu, wpatrując się w nią 

intensywnie. Na wszelki wypadek zaczęła pilnie siekać cebulę. 

— Saro, juŜ ci mówiłem, Ŝe jest mi przykro, i Ŝe to wszystko moja wina. Co 

jeszcze mam zrobić? — po wiedział tonem, od którego przeszedł ją niepokojący 

dreszcz. 

background image

Zacisnęła zęby, by nie powiedzieć mu, co o nim naprawdę myśli. Nieszczęsna 

cebula została posieka na niemal na atomy. 

— Zrozum, tak mi się podobasz, Ŝe... — nie dokończył, jakby czekał na jej 

reakcję. 

Rozpaczliwie pochwyciła chochlę i zaczęła mieszać, jak gdyby rondel był 

kotłem czarownic. 

— Posłuchaj, ja jestem samotny, a ty jesteś piękna, ciepła, kobieca — zniŜył 

głos prawie do szeptu 

— Saro, jestem tylko człowiekiem. Przysięgałem sobie, Ŝe nigdy juŜ cię nie 

pocałuję, ale od czasu, kiedy zrobiłem to po raz pierwszy... 

Zamarła z łyŜką wzniesioną w powietrzu, czekając na dalszy ciąg. Rance jednak 

nie dokończył, a ona nie śmiała pytać. Wobec tego, z miną doskonałej 

gospodyni całkowicie pochłoniętej gotowaniem, wstawiła garnek do piecyka, po 

czym wzięła się za zmywanie naczyń. 

— Saro, naprawdę nie powinienem cię całować 

— powiedział z niekłamanym Ŝalem. — Wierz mi, sam jestem na siebie zły. Ale 

nie mogłem się powstrzymać. W kaŜdym razie uwierz, Ŝe niczego nie 

planowałem — wyznał. 

Sara zastygła ze zmywakiem w ręku. Jego szczerość znów wywołała zamęt w 

jej myślach. 

Wybacz mi, jeśli moŜesz. To wszystko, co mogę ci powiedzieć. 

Zabrzmiało to jak wyrok. Zgnębiona i upokorzona zacisnęła bezsilnie palce na 

zimnej krawędzi zlewu. Jak przez mgłę słyszała oddalające się kroki Ransoma. 

Dwie godziny później cała czwórka zmagała się w milczeniu z mocno 

przyprawioną potrawą. Tag skubnął zaledwie parę kęsów. Sara zauwaŜyła, Ŝe co 

chwila rzuca nerwowe spojrzenia na ojca. Najwidoczniej coś musiało go 

background image

dręczyć juŜ od dłuŜszego czasu. Postanowiła to zbadać, a przy okazji oderwać 

myśli od dręczących gier z Ransomem. 

— Tag, widzę, Ŝe ty i Lynn jesteście dzisiaj dziwnie spokojni — stwierdziła, 

popatrując to na jedno, to na drugie. — Czy coś się stało? 

Młodzi wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Chłopak przełknął z 

zakłopotaniem i łypnął z ukosa na ojca, najwyraźniej jemu pragnąc się zwierzyć. 

— Tato, słuchaj — wykrztusił wreszcie — rozmawiałem dzisiaj z chłopakami z 

wyspy i... i pomyślałem sobie, Ŝe mógłbym od września przenieść się do szkoły 

w Anchorage. Bo wiesz, kiedy lato się skończy i znowu będziesz musiał wrócić 

do pracy, to... to moŜe mógłbym mieszkać z tobą i nawet po pracować w... 

— To są bezsensowne pomysły, Tag — uciął krótko Ransom. — Akademia 

Kirkwooda ma znakomitą opinię i nie widzę powodu, Ŝebyś miał z niej 

zrezygnować. 

Na policzki chłopca wpłynął ciemny rumieniec. 

— Tato, ale ja nienawidzę tej budy! Chcę wrócić do domu i być z tobą. 

Shepard poderwał się gwałtownie na nogi, a w jego oczach zabłysła wściekłość. 

— Nie mam zamiaru o tym dyskutować, Taggart. Nie zmienię decyzji — syknął 

i wyszedł, mocno trzasnąwszy drzwiami. 

Sara współczuła chłopakowi z całego serca, lecz nie wiedziała nawet, jak go 

pocieszać. 

— Dlaczego? Dlaczego on mnie nie kocha? — wy krztusił przez ściśnięte 

gardło. Widać było, Ŝe z trudem powstrzymuje łzy. Ten widok był nie do 

zniesienia. Sara przypadła do chłopca i objęła ramionami jego drŜące plecy. 

Tag, on cię kocha, tylko nie urnie tego okazać 

— przekonywała Ŝarliwie. — Bardzo przeŜywa śmierć twojej mamy, ale jesteś 

jego synem i tylko ty mu zostałeś. 

background image

Chłopak wyrwał się z jej opiekuńczych objęć. 

— On mnie nienawidzi! — wybuchnął, dławiąc się łzami. — Wiem, Ŝe mnie nie 

cierpi! — Zerwał się, aŜ krzesło poleciało z trzaskiem do tyłu. Niemal w tej 

samej sekundzie dał się słyszeć trzask frontowych drzwi. 

Lynn podniosła się z miejsca z westchnieniem. 

— Lepiej pójdę za nim. 

— Tak. Teraz potrzebuje przyjaciela. 

W domu zrobiło się nagle dziwnie cicho. Zmywając Sara rozmyślała nad dziwną 

sprzecznością w charakterze Ransoma. Jakim cudem ten człowiek, którego 

zaczynała juŜ uwaŜać za wraŜliwego i czułego, mógł tak nienawidzić swojego 

jedynego syna? Przy pomniała sobie rodzinne zdjęcie nad jego łóŜkiem i 

pokręciła głową. Nie, to muszą być skutki depresji po śmierci Ŝony. MoŜe 

chłopak zbytnio przypomina mu matkę? Lecz nawet to nie usprawiedliwia 

takiego traktowania rodzonego syna. Znała co prawda wiele przypadków 

emocjonalnych zaburzeń po śmierci bliskiej osoby, ale... coś tu nie pasowało. 

Nagle przypomniała sobie dziwną minę, jaką zrobił Ransom, gdy pocałowali się 

na plaŜy i gdy potem spytała go, czy ma poczucie, Ŝe zdradza pamięć Ŝony. 

Rance zaprzeczył. CóŜ wobec tego go dręczy? 

Rozmyślania przerwał jej niespodziewany, ostry odgłos dalekiego dzwonu. 

Niemal w tym samym momencie usłyszała gwałtowne dudnienie kroków. Rance 

biegł, wciągając po drodze sztormiak. 

— Co się stało? 

— Alarm! Łódź jest w niebezpieczeństwie — od krzyknął. 

— Co mam robić? — zapytała, ale juŜ go nie było. Kiedy w pośpiechu zaczęła 

szukać swojej parki, na werandę wpadli Tag i Lynn. 

background image

— Biegniemy na przystań! — krzyknął zdyszany chłopak. — Zrób gorącą kawę 

w termosie — dodał nakazującym tonem, zupełnie przypominającym ton ojca. 

— A ty, Lynn, weź koce z szafy w przedpokoju. Ja biorę ręczniki. 

Wkrótce cała trójka, niosąc potrzebne rzeczy, gnała juŜ w stronę miasteczka. 

— Jak myślisz, co się stało? — zapytała chłopca zdyszana Sara, biegnąc z 

termosem przyciśniętym do piersi. 

— Pewnie przewróciła się łódź rybacka i teraz szukają rozbitków. 

— O BoŜe! — Z przeraŜeniem zerknęła na ocean, który burzył się, rycząc jak 

rozjuszone zwierzę. Co gorsza, wiatr przybierał na sile. 

Gdy dotarli na miejsce, zobaczyła jak Ransom wraz z innymi odcumowuje od 

nabrzeŜa łódź ratunkową — starą, solidną szalupę z kabiną i do budowaną 

specjalną wieŜyczką obserwacyjną. Załogę tworzyli zarówno dorośli, 

doświadczeni rybacy, jak i kilku młodych chłopaków. Sara podała na pokład 

koce, ręczniki i kawę. Tag juŜ szykował się do wsiadania, kiedy powstrzymał go 

ostry rozkaz Ransoma. 

— AleŜ tato — jęknął — moi koledzy płyną! 

— Oni wychowali się na morzu, a ty nie. Zresztą nie mamy o czym dyskutować. 

Tag, nie popłyniesz 

— stwierdził kategorycznie i wskoczył na odbijającą juŜ łódź. 

Sara patrzyła ze smutkiem na drgające rozpaczliwie ramiona chłopaka. Zasłaniał 

twarz rękami, nie mogąc znieść hańby publicznego zlekcewaŜenia przez ojca. 

Na domiar złego zaczął padać gęsty deszcz. Sara dowiedziała się od ludzi w 

porcie, Ŝe dwie stare, bezkabinowe łodzie, które tego dnia wypłynęły na połów, 

wywróciły się, gdy zerwał się nagle sztorm. Trzech ludzi wpadło do wody. 

Jednego wyratowali rybacy z innej łodzi, ale dwóch zostało na łasce 

wzburzonego morza. Zimny deszcz pogarszał jeszcze sytuację. 

background image

Sara kuliła się pod daszkiem z plandeką razem z przeraŜoną Lilly, której mąŜ, 

Dan, był jednym z zaginionych. Zmartwiała kobieta bez ustanku wpatrywała się 

w szary horyzont, tuląc do siebie popłakującego chłopczyka. Wreszcie, po 

nieskończenie długim oczekiwaniu, zza zasłony deszczu wyłonił się kontur 

nadpływającej łodzi. Patrzyły w napięciu, jak cumowała przy nabrzeŜu. Dwóch 

ludzi ostroŜnie przestąpiło burtę, uginając się pod cięŜarem noszy. 

— To nie jest Dan — szepnęła Lilly. 

Rzeczywiście, był to miody rybak o imieniu Gabriel, kompletnie przemarznięty, 

ranny w głowę. Kiedy tylko wyniesiono go na brzeg, łódź natychmiast odbiła. 

Sara pocieszająco objęła Lilly ramieniem, choć jej samej zbierało się na płacz. 

Nagle zobaczyła nadbiegającą pędem Lynn. Mokre kosmyki oblepiały jej twarz. 

— Nie wiesz, gdzie Tag? — wykrztusiła, łapiąc z trudem oddech. — Wszędzie 

go szukałam. 

Sara poczuła lodowaty dreszcz. 

— Myślałam, Ŝe jest z tobą. 

— Nie. Powiedział, Ŝe ma coś pilnego do zrobienia i zniknął. — Z rozpaczą 

spojrzała na siostrę, a jej ramiona zaczęły drgać. — Boję się, Ŝe... Ŝe on... — 

rozpłakała się nagie. 

— Co? Co mógł zrobić? — Sara złapała ją za ramiona i potrząsnęła mocno. 

— Ojciec mu zabronił, ale on mówił, Ŝe musi pomóc... i była taka wiosłówka w 

porcie, a teraz... zniknęła! 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Morze Beringa szalało. Sara i Lilly tkwiły bezradne w porcie, na próŜno 

czekając na wieści o Danie i Ransomie. Wreszcie Pat, jedna z sąsiadek, zdołała 

namówić Lilly, by oddała jej małego Danny”ego, który zziębnięty płakał 

background image

rozpaczliwie na kolanach matki. Roztrzęsiona Lynn znalazła schronienie u innej 

rodziny. 

Tymczasem rybacy w porcie usiłowali porozumieć się przez radio z łodzią 

ratunkową, by zawiadomić o zniknięciu Taga, lecz baterie okazały się za słabe. 

Sara i Lilly wytrwale czekały, okutane w koce i owinięte plandeką, wpatrując 

się w fale. Obie zdawały sobie sprawę, Ŝe szanse na uratowanie Dana maleją z 

kaŜdą chwilą. Minęła juŜ godzina i trudno było sobie wyobrazić, by człowiek 

wytrzymał tak długo w lodowatej wodzie. Chyba Ŝe udało mu się coś złapać, co 

unosiłoby go na powierzchni. Sara przymknęła oczy i modliła się bezgłośnie za 

tego szorstkiego rybaka o złotym sercu, kochającego rodzinę i dumnego ze 

swego aleuckiego dziedzictwa. Coraz bardziej niepokoiła się teŜ o Taga, 

miotanego falami w wątlej łódeczce. Biedny osamotniony chłopak, rozpaczliwie 

spragniony miłości i aprobaty ojca... Westchnęła cięŜko. 

Nagle Lilly skoczyła na równe nogi, odrzucając okrycia. 

Łódź! Widzę łódź! — wrzasnęła biegnąc na keję. 

Rzeczywiście — zza szarej zasłony rozpylonych bryzgów wody błyskały 

ś

wiatła pozycyjne ratunkowej szalupy. 

Pierwszy na brzeg wyskoczył Ransom. Podbiegł do Lilly i chwycił ją za ręce. 

Stali tak przez dłuŜszą chwilę. 

— Lilly, robiliśmy co w naszej mocy. I będziemy dalej próbować. Obiecuję — 

odezwał się cicho. 

Sara stała z tyłu, ze ściśniętym gardłem przypatrując się całej scenie. Shepard 

wyglądał strasznie 

— mokry, przemarznięty, wyczerpany, z krwawą raną na policzku. 

— Teraz uzupełnimy paliwo i wypłynie nowa zmiana — dodał. — Idź do domu 

i czekaj spokojnie 

background image

— pocieszająco poklepał po plecach zrozpaczoną kobietę. Nieoceniona Pat 

zabrała Lilly do swojego domu, skąd swobodnie moŜna było śledzić, co się 

dzieje w porcie. 

Sara została z Rance”em. Musiała jakoś powiedzieć mu o synu. 

— Ransom, wiesz, Tag... — zająknęła się. 

— No, o co chodzi? — zapytał. Choć usiłował przekrzyczeć wycie wiatru, ton 

jego głosu był zbyt spokojny. 

— On chciał pomóc w akcji i — nabrała głęboko powietrza — wziął wiosłówkę. 

Mniej więcej godzinę temu. 

Teraz dopiero zmienił się wyraz jego twarzy. 

— 0, BoŜe, tylko nie to! — bezsilnie zacisnął pięści. 

— Muszę wracać na łódź. On jest moim... — Rance chciał biec na keję, lecz 

nagle się zachwiał. Najwyraźniej był juŜ bliski wyczerpania. 

Sara mocno chwyciła go za rękę. 

— Błagam, zostań. Musisz iść do domu i przebrać się w suche rzeczy. Opatrzę 

ci tę ranę. Popłyną inni, na pewno znajdą Dana i Taga... — starała się mówić z 

przekonaniem, patrząc mu w oczy. Chodź — wzięła go za ramię. Ruszył za nią 

posłusznie, chwiejąc się na nogach i drŜąc z zimna. 

W domu szybko wytarła mokre włosy ręcznikiem i zaczęła szukać w apteczce 

opatrunków. Ransom przebrał się w suche rzeczy i poszedł do kuchni. Kiedy 

tam weszła, zobaczyła, Ŝe napełnia termos potęŜną porcją kawy. 

— MoŜe przed wyjściem sam byś się napił, Ŝeby się rozgrzać? — 

zaproponowała. 

Skończył wlewanie parującego płynu i starannie zakręcił korek. Rysy miał 

ś

ciągnięte, a wzrok nie przytomny. 

background image

— Jeśli Tag zginie, nic juŜ mnie nie rozgrzeje — mruknął. — A teraz pospiesz 

się i opatrz mi tę ranę — ponaglił niecierpliwie. 

— Jak to się stało? — spytała, tnąc gazę. 

— Jednego z chłopaków woda zmyła z wieŜyczki obserwacyjnej. Kiedy 

skoczyłem za nim do wody, uderzyłem twarzą o reling. 

— A ten chłopak? 

— Chyba będzie mądrzejszy. 

Sara szybko i sprawnie oczyściła ranę i przylepiła opatrunek. 

— Nawet nie trzeba będzie szyć — stwierdziła z zadowoleniem. 

— Masz takie delikatne ręce — powiedział kamiennym głosem. 

— Ja... zawsze chciałam być pielęgniarką — wyznała. — Nawet zaliczyłam 

dwa lata szkoły pielęgniarskiej. 

Ransom zacisnął wargi i wciągnął powietrze, aŜ zadrgały mu nozdrza. 

— Kochana słodka Sara, która chce opiekować się wszystkimi... To, do cholery, 

bądź pielęgniarką, jeśli chcesz. śycie jest krótkie — mruknął agresywnie. 

Nagle grzmotnął pięściami w blat stołu i zerwał się na równe nogi. 

— Szlag by to trafił! Co ja narobiłem? — W rozpaczy objął rękami skronie i 

wypadł z kuchni. 

Sara pobiegła za nim przeraŜona, przypuszczając, Ŝe w tej samej sekundzie 

pogna do przystani. Kiedy jednak wpadła do salonu, zobaczyła, Ŝe stoi bezsilnie 

oparty o gzyms kominka. 

— To nie twoja wina, Rance — powiedziała cicho, kładąc mu rękę na ramieniu. 

— Chciałbym, Ŝeby tak było — westchnął. 

— Wiem, Ŝe ty i Tag pokłóciliście się w porcie i pewnie myślisz, Ŝe gdybyś nie 

potraktował go tak... 

background image

— Nie, Saro, to nie tak! — gwałtownie złapał ją za ramiona. — Wiem, Ŝe 

starasz się mnie zrozumieć i wytłumaczyć, ale nie znasz prawdy. Powiem ci o 

pięciu latach, w ciągu których starałem się pielęgnować w sobie nienawiść do 

tego chłopaka. I myślę, Ŝe teraz, kiedy wiem, Ŝe... — głos mu się nagle załamał 

— ... grozi mu śmierć, nie potrafię odnaleźć w sobie nienawiści. Cholera, ja go 

mimo wszystko kocham! I kiedy wreszcie mógłbym mu to powiedzieć, jest za 

późno — jęknął. 

Sara patrzyła na niego z osłupieniem. 

— Ransom, ty nienawidziłeś swojego syna? 

— Tak. To straszne, prawda? — zapytał w bolesnym napięciu. 

Impulsywnie ujęła jego szerokie dłonie. Dostrzegła rozpacz w oczach 

męŜczyzny i zrozumiała, Ŝe wreszcie nadszedł moment, kiedy zapragnął 

podzielić się z kimś brzemieniem, które dźwigał od lat. 

— Mów, Rance — poprosiła miękko. 

Opadł cięŜko na kanapę i przymknął oczy. Przez moment panowała cisza. 

Niesione wiatrem fale deszczu dudniły o dach jak serie z karabinu ma 

szynowego. 

— Pamiętasz, kiedyś powiedziałem ci, Ŝe nie mam brata — zaczął martwym, 

obojętnym głosem. 

Potwierdziła kiwnięciem głowy, nie mając odwagi się odezwać. 

— Kłamałem. Miałem brata, lecz juŜ nie Ŝyje. Morgan był o trzy lata starszy 

ode mnie. Na studiach krótko chodził z Jill, ale potem oŜenił się z inną. Mnie Jill 

zawsze się podobała. Kiedyś, na uniwersytecie, wpadliśmy na siebie 

przypadkiem i wszystko poszło bardzo szybko. Po miesiącu byliśmy juŜ 

małŜeństwem. 

Przerwał na moment, jakby zastanawiał się nad doborem słów. 

background image

— Jill źle znosiła ciąŜę i miała cięŜki poród. Tag był wcześniakiem i lekarz 

powiedział, Ŝe nie będzie juŜ mogła mieć dzieci. Nie przejąłem się tym zbytnio, 

bo syn i Ŝona mi wystarczali — wyznał z dziw nie gorzkim westchnieniem. — 

Pięć lat temu — kontynuował bezbarwnym głosem — wróciłem pewnego dnia 

do domu i zastałem kartkę od Jill. Pisała, Ŝe odchodzi z moim bratem, Ŝe zawsze 

kochała Morgana i nie mogła mu wybaczyć związku z tamtą kobietą, wobec 

tego posłuŜyła się mną, wiedząc, Ŝe jestem w niej zakochany. I dopięła swego, 

gdyŜ brat porzucił dla niej Ŝonę. Muszę przyznać, Ŝe znakomicie rozegrała tę 

intrygę. Niczego się nie domyślałem. 

Uśmiechnął się smutno, widząc rozszerzone prze raŜeniem oczy Sary. 

— Zabawne, musiałem wtedy mieć minę podobną do twojej. A wyobraź sobie, 

Ŝ

e to jeszcze nie było najgorsze. Jut napisała równieŜ, Ŝe jak tylko skończy się 

ich miesiąc miodowy, przyśle po Taga. Zabierze mi syna, rozumiesz? - zacisnął 

zęby, wyraźnie tracąc panowanie nad sobą. — Ale to nie był cios ostateczny. W 

liście znalazłem teŜ dopisek. Czytałem go kilka naście razy, nie mogąc 

uwierzyć. Wolałbym raczej oślepnąć, niŜ widzieć te słowa — wzdrygnął się, 

zasłaniając twarz rękami. 

Widząc jego ból Sara miała ochotę objąć go i pocieszyć, ale nie zrobiła tego. 

Wiedziała, Ŝe jeśli stara rana ma być uleczona, Ransom musi poradzić sobie 

sam. 

Wyprostował się i spojrzał na nią niewidzącym wzrokiem. Słowa padały 

urywane, chrapliwe, jakby wydzierał je z siebie. 

— Nie oszczędziła mi niczego. Na koniec dowiedziałem się, Ŝe syn, którego tak 

kochałem, jest synem mojego brata. 

Sara odruchowo podniosła dłoń do ust, tłumiąc okrzyk zgrozy. 

— Kiedy okazało się, Ŝe jest w ciąŜy z Morganem, Jill wyznała mu to, lecz on 

nie chciał porzucić Ŝony. Wtedy z zemsty wyszła za mnie. Kiedy Tag się 

background image

urodził, nalegała, Ŝeby dać mu moje imię: Ransom Taggart Shepard. 

Przypuszczam, Ŝe chciała w ten sposób dopiec mojemu braciszkowi — 

zakończył z upiornym uśmiechem. 

— Nie, nie mogę sobie wyobrazić, Ŝeby kobieta mogła być tak okrutna — 

szepnęła Sara. 

— Ja teŜ nie mogłem sobie tego wyobrazić. 

— MoŜe jednak kłamała? 

— Owszem, z początku łudziłem się. Nie wierzyłem jej, ale przeprowadzono 

badanie krwi. Musiałem przyjąć tę straszną prawdę, Ŝe Tag nie jest moim synem 

— powiedział, błądząc pustym spojrzeniem po pokoju. — A jednak został ze 

mną — dodał po chwili milczenia. — Niedługo potem Jill i Morgan zginęli w 

wypadku na oblodzonej szosie do Anchorage. 

Sara siedziała wstrząśnięta, nerwowo wyłamując palce. Koszmarne wyznanie 

Rance”a dopiero teraz zaczynało w pełni docierać do jej świadomości. Co 

musiał czuć ten człowiek, kiedy oskarŜała go o zaniedbywanie ojcowskich 

obowiązków! 

— I dlatego posłałeś Taga do szkoły z internatem i praktycznie porzuciłeś, 

podświadomie obciąŜając go winą za postępowanie matki. Ale tak naprawdę nie 

potrafiłeś znienawidzić niewinnego dziecka, prawda? — zapytała łagodnie. 

— Tak. Nie odwiedzałem go, a sam próbowałem utopić gniew i rozpacz w 

szaleńczej pracy. Och, harowałem dniami i nocami. I dniami i nocami 

cierpiałem. To było piekło! 

— W takim razie, jak to się stało, k przyjechaliście tutaj? 

Ransom wzruszył ramionami. 

— On się zadręczał. Wiedziałem o tym, ale nic nie robiłem. Tymczasem wpadł 

w złe towarzystwo, zaczął rozrabiać, opuścił się w nauce. Wreszcie szkoła 

background image

zawiadomiła mnie, Ŝe grozi mu wyrzucenie. A poniewaŜ Taggart poza mną nie 

ma nikogo bliskiego, musiałem go zabrać. Przyjechaliśmy tutaj, i wtedy dał to 

ogłoszenie matrymonialne. Pewnie wyobraŜał sobie, Ŝe jeśli ponownie się 

oŜenię, znów wszystko będzie jak dawniej. 

Biedny dzieciak westchnęła Sara, jednocześnie kipiąc z wściekłości na myśl o 

bezgranicznym egoizmie JilI, który unieszczęśliwił na zawsze jej syna i męŜa. 

Ale czy ona, Sara, jest lepsza? Zadała tyle bólu Rance”owi, opacznie tłumacząc 

sobie jego za chowanie. — Och, Ransom — wyszeptała ze wstydem 

— a ja nic nie rozumiałam, obrzucałam cię wyzwiskami i krytykowałam. 

Przepraszam cię. Bardzo przepraszam. 

— PrzecieŜ nie mogłaś wiedzieć. 

Ich spojrzenia spotkały się i nagle Sara znalazła się w ramionach Rance”a. 

Poczuła na ustach subtelne muśnięcie jego warg. Ten pocałunek był spokojny, 

niemal uroczysty. Tragiczna spowiedź przyniosła wyzwolenie, czułość i 

najgłębsze porozumienie. Sara czuła coś jeszcze, coś, co przenikało ją 

dreszczem i wzruszeniem — prawdziwą, czystą miłość. 

— Tak się cieszę, Ŝe wszystko mi powiedziałeś — szepnęła z ustami na jego 

wargach. 

Nagle poczuła, Ŝe Ransom znów jest napięty i powoli odsuwa ją od siebie. 

Czynił to z wyraźną niechęcią, ale Sara wiedziała, Ŝe dawny uraz znów daje 

znać o sobie. Niestety, zakochała się w człowieku, który boi się miłości. I choć 

teraz rozumiała przyczynę tego lęku, wcale nie było jej lŜej. Były jednak sprawy 

waŜniejsze od jej uczuć. Ŝyciu dwojga ludzi nadal groziło śmiertelne 

niebezpieczeństwo. Potrząsnęła głową i pomyślała o rzeczywistości. 

— Zrobię dla nas kawy i... 

background image

Jej słowa przerwał głośny stuk. Oboje zerwali się z miejsca. W pierwszym 

momencie zdawało się, Ŝe to przeciąg otworzył drzwi frontowe. Kiedy jednak 

zobaczyli, kogo wichura przywiała do domu, zamarli z wraŜenia. 

— Tag! - wykrzyknęli jednocześnie. 

Chłopak chwiejnie oparł się o framugę. Był kompletnie przemoczony, drŜał z 

zimna, a ręce trzymał dziwnie przykurczone i zaciśnięte jak szpony. Sara 

podeszła bliŜej i z przeraŜeniem spostrzegła, Ŝe po kryte są zakrzepłą krwią. 

Oboje z Rance”em podbiegli by posadzić go na kanapie, ale wyrwał im się 

niecierpliwie. 

— Nie, idę pomóc w zatoce... — zachrypiał. 

— W zatoce? — powtórzył Ransom. 

- D-dan... 

Nagle skojarzenie, jak błyskawica rozświetliło umysł Sary. 

— Dan jest w Zatoce Morskiego Lwa? W twojej wiosłówce? 

Tag przytaknął ze słabym uśmiechem. 

R ansom patrzył na chłopca z osłupieniem, a w je go spojrzeniu widniała teŜ 

miłość i durna. Wprost trudno było uwierzyć, Ŝe ten drobny, nie mający Ŝadnego 

doświadczenia chłopak ocalił od śmierci dorosłego rybaka. 

— Och, synu, dzięki Bogu — wyszeptał Shepard, wyciągając ramiona ku 

chłopcu. 

Tag drŜąc wtulił się w szeroką pierś ojca. 

— Tato, przepraszam, ale... ja musiałem. 

— Nic juŜ nie mów — uśmiechnął się Ransom. 

— Teraz wysusz się i odpocznij, a ja pójdę po Dana. Saro! 

background image

— Tak, juŜ idę — odkrzyknęła, ściągając kurtkę z wieszaka. — Zaraz 

zawiadomię Lilly, doktora Stepetina i Lynn. 

— Tato, idę z tobą — odezwał się Tag. — Zrozurm, muszę. 

Rance ze śmiechem poklepał go po ramieniu. 

— Widzę, Taggart, Ŝe odziedziczyłeś po mnie upór. Dobra, chodźmy. 

Obaj szybko zniknęli w gęstniejącym zmroku 

— ojciec i syn, maszerujący ramię w ramię. Sara patrzyła za nimi, a wzruszenie 

dławiło ją w gardle. Wiedziała,, Ŝe na zawsze zachowa w pamięci ten moment 

pojednania dwóch cięŜko pokrzywdzonych dusz, które wreszcie odnalazły 

swoje szczęście. 

 

 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 

Kiedy tylko rozeszła się wieść o cudownym ocaleniu Dana Mercutiefta, do 

domu Sheparda przybiegła połowa mieszkańców wyspy. Czternastoletni 

bohater, choć dumny, był juŜ wyraźnie zmęczony. Dan szczęśliwie wyszedł bez 

szwanku i poza przemarznięciem i osłabieniem nic mu nie dolegało. Po 

wzruszającym przywitaniu z Ŝoną i synkiem ludzie ponieśli go na rękach do 

doktora Stepetina. 

Kiedy goście wreszcie wyszli, Lynn postanowiła zrobić dla wszystkich kakao. 

Rance rozpalił ogień na kominku. Trzaskające drwa stwarzały miły, domowy 

nastrój. Tag, owinięty w koce, siedział na kanapie. Sara bandaŜowała mu otarte 

od wioseł dłonie. 

Lynn wniosła tacę z czterema parującymi kubkami. 

background image

— Tag, umieram z ciekawości — oznajmiła. — opowiedz wreszcie, jak to się 

stało. 

Chłopak ostroŜnie ujął kubek zabandaŜowaną dłonią i łapczywie pociągnął łyk. 

— To, Ŝe natknąłem się na Dana było czystym przypadkiem — zaczął 

schrypniętym głosem. 

— Strasznie lalo, mało co było widać i nawet prze stałem wiosłować. UwaŜałem 

tylko, Ŝeby nie wy- wróciło łodzi. I nagle zobaczyłem coś białego, 

podskakującego na falach. Kiedy zbliŜyło się do mnie, zobaczyłem, Ŝe to Dan. 

Trzymał się plastykowej bańki. Zawołałem, a on usłyszał i jakoś zdołał złapać 

za wiosło... 

Przerwał na moment i łyknął kolejną porcję gorącego płynu. 

— Całe szczęście, Ŝe Dan zna się na łodziach. Wiedział, jak się wdrapać, Ŝeby 

mnie nie wywrócić. Choć muszę powiedzieć, Ŝe chwilami juŜ mało brakowało. 

Kiedy wreszcie wlazł do środka, zarzuciłem na niego koc i owinąłem go tą starą 

zasłoną od prysznica, którą zabrałem z domu. Ale był tak wymęczony, Ŝe tylko 

leŜał na dnie łodzi i trząsł się. Nie miał nawet siły mówić. 

— I wiosłowałeś, aŜ zobaczyłeś brzeg, tak? — zapytała Sara. 

— Nie. Nie widziałem kompletnie nic i bałem się wiosłować, Ŝeby nie wyniosło 

mnie na pełne morze. Po prostu nic nie robiłem, tylko starałem się jakoś 

przetrwać — uśmiechnął się skromnie. — I nagle usłyszałem ten dźwięk, coś 

jak mechaniczny śmiech, taki dziwny. Po chwili koło łodzi zobaczyłem 

Potlucka. Opływał mnie w koło, nurkował i wystawiał nos z fal, jakby chciał 

zwrócić moją uwagę. Zawsze tak robi, kiedy chce się bawić. 

— Jak z twoją czapką? — nie dowierzała Lynn. 

— Tak. TeŜ z początku myślałem, Ŝe to głupi dowcip. Ledwo utrzymywałem 

łódkę, było mi zim no, a niemądra ryba akurat domaga się zabawy. 

background image

— To nie ryba, ty trąbo, tylko ssak — nie wy trzymała Lynn. 

— Dobra, wszystko jedno, jak go zwał. W kaŜdym razie zacząłem wrzeszczeć 

na tego ssaka, Ŝeby dal mi święty spokój, ale on ciągle krąŜył i popiskiwał po 

swojemu. Patrzyłem tak na niego i nagle mnie olśniło, Ŝe on przecieŜ moŜe 

pokazać mi ląd! 

 

— Jak to? — zawołały chórem siostry. 

— Pewnie rzuciłeś mu basebalówkę, tak? — domyślił się Ransom. 

— Właśnie — uśmiechnął się ze skrywaną durną chłopak. — I udało się. Często 

traciłem go z oczu, bo nie mogłem tak szybko wiosłować, ale ta zmyślna ryba, 

tfu! ten ssak zawsze zawracał i czekał. 

— Nie bez powodu mówi się, Ŝe delfiny są inteligentne - stwierdziła Sara. — 

Zachowywał się tak, jakby chciał cię uratować. 

— Tak myślisz? — zapytał chłopak. 

— Tego się nigdy nie dowiemy — wtrącił się Ransom. — Podobno zdarzało się, 

Ŝ

e ratowały tonących marynarzy. Ale jedno wiem — od tej pory będę wpłacał 

na Fundusz Ochrony Delfinów. 

— Ja teŜ! — wykrzyknęła z entuzjazmem Lynn. 

— Ciekawe, czy Potluck wie, Ŝe ocalił dziś dwie osoby. 

Tag wzruszył ramionami, tłumiąc ziewanie. 

— Wszystko mi jedno. W kaŜdym razie wyglądało to dokładnie tak, jak wam 

opowiedziałem. — Ziewnął jeszcze raz. — To zresztą działo się wczoraj. Tak 

ciemno na dworze, Ŝe pewnie juŜ jest jutro. 

— Tag ma rację — stwierdziła Sara, chowając zawartość apteczki. — Wszyscy 

powinniśmy juŜ iść spać. 

background image

— Popieram. — Ransom przeciągnął się, aŜ zatrzeszczały kości. — Mamy za 

sobą cięŜki dzień, a szczególnie ty, Taggart. — Podszedł do chłopaka i 

serdecznie połoŜył mu dłoń na ramieniu. — Zawiodłeś się na mnie wiele razy, 

synu. Ale to juŜ naleŜy do przeszłości — powiedział z niespodziewaną 

serdecznością. 

Tag popatrzył przez chwilę na ojca. Zapadła przejmująca cisza, przerywana 

jedynie trzaskaniem bierwion w kominku. Wreszcie chłopiec wstał i wy ciągnął 

obandaŜowane dłonie ku ojcu. 

- Nie martw się, tatusiu. PrzecieŜ jesteś tylko człowiekiem. Wszyscy 

popełniamy błędy — powie dział dorośle. 

Wyszli z salonu objęci, Ŝegnani spojrzeniami dwóch par brązowych oczu, 

lśniących od łez. Siostry jeszcze przez dłuŜszą chwilę siedziały bez ruchu, 

ś

ciskając w rękach kubki ze stygnącym kakao. 

Ostatnie dni pobytu na wyspie upłynęły Sarze aŜ za szybko. Do domu ciągle 

przychodzili sąsiedzi, by serdecznie pogawędzić albo wręczyć jakiś drobny 

upominek. Lilly zjawiła się ze słoikami wspaniałych jeŜynowych i 

Ŝ

urawinowych dŜemów. Inni przychodzili z domowymi wypiekami, chlebem i 

wędlinami własnego wyrobu. Ransom dawno nie miał tak świetnie zaopatrzonej 

spiŜarni. 

Tag znosił te hołdy z godnym podziwu stoicyzmem. W głębi duszy uwaŜał, iŜ 

postąpił głupio, a cudowne ocalenie siebie i Dana zawdzięczał jedynie 

szczęśliwemu trafowi. Po raz pierwszy jednak w do mu Shepardów zapanowała 

prawdziwie rodzinna atmosfera. Ojciec z synem zbliŜyli się do siebie i 

nadrabiali stracony czas. Ransom zgodził się, by Tag przeniósł się do szkoły w 

Anchorage i zamieszkał razem z nim. Sara była zachwycona. 

I tylko postawa, jaką Rance konsekwentnie przyjmował wobec niej, bolała jak 

cierń. Nie boczył się juŜ na nią i przestał mierzyć ją podejrzliwym wzrokiem 

background image

spod przymruŜonych powiek. W rzadkich chwilach, kiedy chwytała jego 

spojrzenie, dostrzegała w nim niepokój i Ŝal. Nie potrafiła jednak odgadnąć, czy 

Ŝ

ałuje, iŜ zdradził jej swój najgłębszy sekret, 

czy obawia się litości z jej strony, czy teŜ trochę Ŝałuje, Ŝe ona wkrótce 

wyjeŜdŜa. 

Właściwie chciałaby, Ŝeby choć trochę smuciło go to, Ŝe traci ją na zawsze Bo 

czy kiedykolwiek mieliby się jeszcze spotkać? Nigdy. Z jakiej racji łososiowy 

magnat z Alaski miałby odwiedzać skromną kelnerkę w nudnym Kansas? 

Tylko w najskrytszych marzeniach wyobraŜała sobie, Ŝe wydarzy się cud i 

któregoś dnia Ransom do niej przyjedzie a moŜe nawet zacznie przyjeŜdŜać 

częściej. Gdyby nie smętny nastrój, roześmiałaby się głośno z tych mrzonek. 

Rozumiała aŜ nadto dobrze, Ŝe po okrutnym postępku Ŝony, Ransom nie 

uwierzy Ŝadnej kobiecie. Z jakiej racji miałby zrobić wyjątek dla niej, Sary 

Elier? Wykluczone. Tyle podpowiadał jej rozsądek. Ale kiedy uświadamiała 

sobie, Ŝe nie zobaczy juŜ Ransoma, zamierała w niej wszelka ochota do Ŝycia. 

I tak ostatnie dni spędzili na grzecznych, poprawnych rozmówkach i nudnej 

domowej krzątaninie. Raz po raz ostre spojrzenie Sheparda ostrzegało ją, by 

trzymała swe uczucia na wodzy i unikała zakazanych tematów. 

Sara zerknęła na zegarek. Była środa, jedenasta rano. Lada chwila przyleci stary 

Krukoff. Tym razem złośliwa aura dopisała w całej pełni. Błękitu nieba nie 

mąciła Ŝadna chmurka, a morze falowało leniwie, marszczone łagodną bryzą. 

Sarze zdawało się, Ŝe cała ta dzika przyroda wstrzymała oddech w 

niecierpliwym oczekiwaniu, aŜ pewna niepoŜądana osoba wstąpi na pokład 

samolotu i zniknie na zawsze za południowym horyzontem. Ukradkiem otarła 

łzę, wyciągając z piekarnika chleb, który upiekła Tagowi i Ransomowi na 

poŜegnanie. 

background image

- Ładnie pachnie — odezwał się nagle Rance, bezszelestnie stając za jej 

plecami. 

Przymknęła oczy. Głęboki głos męŜczyzny wibrował jej w mózgu. 

- Dziękuję — mruknęła. - Mam nadzieję, Ŝe nie będziesz musiał ciąć go piłą 

zaŜartowała, rozpaczliwie pragnąc zmienić ponury nastrój. 

Nie musiałaś piec chleba, Saro — stwierdził chłodno 

- To jedyne, co mogłam zrobić westchnęła, zdruzgotana jego ponurą 

obojętnością. Mógłby chociaŜ udawać, Ŝe jest miły. Mechanicznie ułoŜyła 

bochenki w koszyku i nakryła je ściereczką. Tak pragnęła tego męŜczyzny, w 

którego ramionach po raz pierwszy, choć przez krótką chwilę poczuła, jak 

cudownie jest być kobietą. JuŜ dawno przestała ukrywać przed sobą, Ŝe 

chciałaby mieć z nim dom i dzieci. 

— Jesteś spakowana? - Spokojny głos sprowadził ją na ziemię. 

— Tak, od dawna — przytaknęła, powoli obracając się ku niemu. To było 

jeszcze gorsze. Stał przed nią, taki przystojny, z cudownie zmierzwioną 

czupryną, która nadawała mu chłopięcy wygląd, przeczący po waŜnemu 

spojrzeniu szarych oczu. 

— Wezmę twoje bagaŜe. A co z Lynn? — zapytał rzeczowo. 

— Jest juŜ z Tagiem na lotnisku — odparła, gratulując sobie w duchu, Ŝe 

jeszcze nie załamał się jej głos. 

— Aha... W takim razie chyba i na nas pora. 

BoŜe, jak go w tej chwili nienawidziła! NajwyŜszym wysiłkiem woli 

powstrzymywała się, by nie zapytać, czym zasłuŜyła sobie na takie traktowanie. 

Współ czuła, pomagała — i kochała. Oto byty jej jedyne grzechy! 

background image

— Nie musisz mnie odprowadzać — burknęła biorąc swoją torbę. Wreszcie 

odezwała się uraŜona durna. — Wystarczająco duŜo juŜ dla mnie zrobiłeś. Idź 

liczyć swoje ukochane ptasie jajka dodała zjadliwie, wychodząc na werandę. 

— Dobry gospodarz towarzyszy gościom do końca 

— odparł niezraŜony, idąc za nią. 

Sara ze złością obróciła się w miejscu. 

— Po tym, co zdarzyło się między nami, mógłbyś sobie darować towarzyskie 

konwenanse. Rób co chcesz i zostaw mnie w spokoju! 

Przez moment przystojna twarz ściągnęła się w nerwowym grymasie, lecz w tej 

samej sekundzie skryła go wystudiowana maska obojętności. 

— Być moŜe masz rację, Saro — przyznał oschłym tonem. — W takim razie 

mówię ci do widzenia. 

Koniec. Wreszcie musiał nadejść ten moment. JuŜ nigdy nie zobaczy Ransoma 

Sheparda. Wiedziała tytko jedno — nie moŜe się teraz rozpłakać. 

— śegnaj. I dziękuję za wszystko. 

Na poŜegnanie nie uścisnęli sobie nawet ręki. Sara chwyciła bagaŜe i powoli 

ruszyła ku odległym wzgórzom. 

Początek lutego był w Kansas wyjątkowo mroźny. Po wieczornej zmianie Sara 

wyszła z zadymionego lokalu i z rozkoszą wdychała rześkie, pachnące sosnami 

powietrze. Obłoczki pary wydobywały się z ust przy kaŜdym wydechu. Ciaśniej 

owinęła się starym wełnianym płaszczem. Autobus znów się spóźniał. 

Wzruszyła ramionami. Właściwie nie miało to znaczenia. Dokąd ma się 

ś

pieszyć? Do pustego mieszkania? Lynn po szkole poszła jeszcze do pracy, 

gdyŜ jej sklep w czwartki zamykano dopiero o dziewiątej wieczorem. Sara ze 

smutkiem spojrzała w rozgwieŜdŜone niebo. Mogła tak stać tu bez końca, 

background image

nikomu niepotrzebna. śałowała, Ŝe zima tego roku jest wyjątkowo bezśnieŜna. 

BoŜe Narodzenie było ponure, ale, stwierdziła, nie tylko z powodu braku śniegu. 

Po raz kolejny z Ŝalem pomyślała, Ŝe w tym semestrze jeszcze nie zrobi 

dyplomu w szkole pielęgniarskiej. Niestety, sytuacja finansowa jest fatalna. 

Musiała wziąć dodatkowe dyŜury i brakowało jej czasu na przygotowanie się do 

egzaminu. Obiecała jednak sobie solennie, Ŝe zda go, gdy tylko będzie mogła. 

„Bądź sobie pielęgniarką, jeśli chcesz” 

— Ransom nawet nie przypuszczał, jak bardzo wzięła sobie do serca jego 

złośliwą poradę. Kiedy wróciła do Kansas, wiedziała juŜ dokładnie, co ma robić. 

Doskonale wiedziała teŜ, Ŝe nawet katorŜnicza praca nie wybije jej z głowy 

myśli o pewnym męŜczyźnie. A pracowała cięŜko. Przez pięć dni w tygodniu 

biegała na wykłady w szkole pielęgniarskiej na zmianę z kelnerskimi dyŜurami 

w lokalu. Chwilami miała dosyć wszystkiego, lecz upór zwycięŜał. Musi 

zrealizować swoje marzenia, obojętne, jak długo miałoby to trwać! 

Zza zakrętu ukazały się wreszcie światła autobusu. Czekając, aŜ podjedzie, 

przypomniała sobie wczorajszy dzień i list, jaki Lynn dostała od Taga. Świetnie 

szło mu w szkole. Odnosił teŜ sukcesy w druŜynie baseballowej. Podobno ojciec 

nie opuszcza Ŝadnego meczu syna i stał się fanem zespołu. 

Drzwi otworzyły się z sykiem. Sara wsiadła i zajęła miejsce koło Ermy Drope, 

regularnie wracającej o tej porze. Starsza pani była największą plotkarą  w 

miasteczku, ale dawała się lubić. Pulchna, o gładkich róŜowych policzkach, 

ciepła i miła, wyglądała jak klasyczna babunia z dziecięcych ksiąŜeczek. Miało 

się zawsze wraŜenie, Ŝe za chwilę wyciągnie z kieszeni smakowite łakocie. 

Dzielna staruszka, czterokrotnie owdowiała, miała około dziewięćdziesiątki, co 

nie przeszkadzało jej co wieczór chodzić do kina. 

— Co oglądałaś tym razem, Ermo? — rozpoczęła konwersację Sara, świadoma 

swych obowiązków stałej współpasaŜerki. 

background image

— Najnowszy film z Kurtem — odparła kokieteryjnie starsza pani, poprawiając 

siwe loczki. 

— To juŜ chyba dziesiąty raz? 

— Trzynasty, jeśli mam być dokładna. Mogłabym całymi nocami oglądać Kurta 

Russella, jeśli rozumiesz, co mam na myśli - porozumiewawczo trąciła Sarę w 

bok. 

— Chyba rozumiem, ale nie śmiem powiedzieć głośno. — Sara udała 

zawstydzoną. 

Erma zachichotała jak nastolatka. 

— Moja droga, gdybym była o siedemdziesiąt lat młodsza... — westchnęła i 

machnęła ręką. — Ale dosyć juŜ o moich sprawach sercowych. Leniej powiedz, 

co u ciebie, kochana. Jakoś nie widuję cię z chłopakami z okolicy. 

— Wiesz przecieŜ, jaka jestem zajęta — zaczęła Sara, ale starsza pani przerwała 

jej lekcewaŜącym gestem. 

— Nonsens, dziecinko. Kiedy byłam w twoim wieku, przez cały dzień tyrałam 

w fabryce, a wieczorami biegałam na randki. Na kaŜde skinienie palcem 

przybiegał w podskokach nowy narzeczony — a przecieŜ nie byłam w połowie 

tak ładna jak ty. ZałoŜę się, Ŝe starannie ukrywasz gdzieś swojego Kurta Russela 

co? No, przyznaj się. Niech zgadnę... MoŜe jest biznesmenem? 

NaleŜało się mieć na baczności. Staruszka miała piekielną intuicję. 

— Ermo, nie kaŜdy ma taki seksapil jak ty — po wiedziała Sara ostroŜnie. 

— Czy myślisz, Ŝe stara Erma da się tak łatwo zwieść? Opowiedz mi lepiej o 

tym miłym panu, którego spotkałaś na Masce. 

Sara poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy. Kochana siostrunia musiała juŜ 

wszystko wypaplać! W takiej dziurze jak Andover wieści rozchodzą się szybko. 

— Spotkałam tam wielu miłych ludzi — wyjąkała. 

background image

— Nie wątpię, ale podobno jednym z nich był pewien przystojny i do tego 

bogaty męŜczyzna, który... 

— Skąd ty to wszystko wiesz? - przerwała Sara tonem ostrzejszym, niŜ 

zamierzała. 

— Och, po prostu kupowałam walentynki dla swoich wnucząt i wstąpiłam do 

małego butiku w Main, zwanego „Królowa Nastolatek”, gdzie pracuje twoja 

siostra. Jest bardzo miła dla klientów. 

— I bardzo gadatliwa, jak rozumiem. 

— Owszem. Zwierzyła mi się, Ŝe chce mieć własny sklepik. I wiesz, co jeszcze 

mi powiedziała? — Starsza pani dramatycznie zawiesiła głos. — śe 

spotkałyście tam miłego, przystojnego i bogatego faceta, i Ŝe gdyby była starsza, 

zrobiłaby wszystko, Ŝeby się z mą oŜenił. A poniewaŜ ty właśnie jesteś o te 

kilka lat starsza, pomyślałam sobie od razu, czy nie... — za chichotała — no 

wiesz, czy nie przeŜyłaś moŜe małego romansiku, co? — Porozumiewawczo 

puściła oko do Sary, która siedziała jak na szpilkach. 

Na szczęście autobus zatrzymał się na przystanku. Kilka osób wsiadło i zrobiło 

się chwilowe zamiesza nie. Sara z nadzieją spojrzała na zegarek. Za dziesięć 

minut będzie w domu. 

— Ooch... —jęknęła nagle Erma dziwnym głosem. 

— Witaj, o piękny nieznajomy! 

Sara ze zdumieniem zerknęła na towarzyszkę i stwierdziła, Ŝe ta wpatruje się z 

otwartymi ustami w przód autobusu. 

— Ciekawe, czy ten przystojniak lubi starsze panie 

— szepnęła rozmarzonym głosem, kiedy juŜ ruszyli. 

Sara powiodła wzrokiem za jej spojrzeniem i zobaczyła mocno zbudowanego, 

wysokiego męŜczyznę, który właśnie zaczął rozglądać się za wolnym miejscem. 

background image

Na moment ich oczy spotkały się i Sara kurczowo chwyciła się poręczy, tak 

głośno wciągając powietrze z wraŜenia, Ŝe kilku pasaŜerów odwróciło się z 

zaniepokojeniem. 

MęŜczyzna przesuwał się ku tyłowi autobusu, lecz zdawał się jej nie poznawać. 

Za to ona wiedziała, Ŝe aŜ za dobrze jej kogoś przypomina, choć nadal 

podejrzewała, Ŝe wyobraźnia płata jej figle. Ransom Shepard we własnej osobie, 

w Andover, w miejskim autobusie? Ale skąd by się tu wziął — taki elegancki, w 

brązowej kurtce z lamy, czarnych spodniach, czarnym golfie i mokasynach z 

najlepszej firmy. 

Tajemniczy pasaŜer usiadł tuŜ obok, po drugiej stronie przejścia, i zerknął na 

zegarek. Sarę uderzyła delikatna woń cedrowej wody kolońskiej. Przymknęła 

oczy i przesunęła drŜącą dłonią po twarzy. 

— Kochanie, czy dobrze się czujesz? — zapytała troskliwie Erma. 

— Ja... — zająknęła się Sara, ale nie zdąŜyła nic wymyślić, gdyŜ nagle rozległ 

się dźwięczny męski głos. 

— Przepraszam, jestem po raz pierwszy w tym mieście. Czy ten. autobus jedzie 

na ulicę McCloud? 

— Tak. Pewnie ma pan tam rodzinę? — Erma popisała się refleksem. 

— Jeszcze nie - uśmiechnął się do niej męŜczyzna. 

— Ale widzi pani, mieszka tam pewna młoda dama 

i chciałbym się jej dzisiaj oświadczyć — zwierzył się 

z rozbrajającą szczerością, znacząco popatrując na 

osłupiałą Sarę. - Nie wiem tylko, czy mi nie da 

kosza, bo bardzo się jej naraziłem — dodał samo krytycznie. 

— A kim jest ta młoda dama, jeśli wolno spytać? 

background image

— dociekała Erma, podekscytowana jak wyŜeł, który zwęszył trop. 

Nieznajomy, nie spuszczając oczu z Sary, zaczął wyjaśniać, jakby mówił sam do 

siebie: 

— Tego lata pozwoliłem jej odejść i odtąd moje Ŝycie stało się nieznośne. 

Próbowałem o niej zapomnieć, spotykałem się z kobietami, które zupełnie mnie 

nie interesowały, zaniedbałem swoje interesy, źle sypiam. 

Sara słuchała, zafascynowana szczerością, z jaką czynił te wyznania. 

Impulsywnie połoŜył dłoń na jej ręce, nie zwaŜając, Ŝe pasaŜerowie zerkają na 

nich ze wzrastającą ciekawością. 

— Wiesz, nie ufałem kobietom — ciągnął, patrząc jej w oczy. — Po twoim 

wyjeździe miałem aŜ za duŜo czasu na przemyślenia. I w końcu zrozumiałem, Ŝe 

tylko ty moŜesz mi pomóc. 

W tym momencie Erma wydała okrzyk triumfu. 

— To Sara! Nasza Sara! On przyjechał tu, Ŝeby się jej oświadczyć — głośno 

powiadomiła cały autobus. Dla mistrzyni plotkarstwa taka okazja była 

prawdziwym cudem, toteŜ starsza pani dosłownie łkała 

z zachwytu. Spektakl, który rozgrywał się przed jej oczami, bił na głowę 

wszystkie filmy z Kurtem Russellem! 

Ransom wstał i wyciągnął Sarę z fotela. Tulił ją do siebie jak odzyskany skarb i 

szeptał szybko, jakby chciał wyrzucić z siebie wszystko: 

— Z listów od Lynn dowiedziałem się, Ŝe zapisałaś się do szkoły 

pielęgniarskiej. Ale u nas, w Anchorage, teŜ są takie szkoły i do tego bardzo 

potrzebujemy pielęgniarek, wiesz? — Patrzył na nią prosząco i z wielkim 

uczuciem. 

— Och, nie mogę! — jęknęła Erma w najwyŜszej ekstazie. — Pocałuj ją, ty 

przystojny draniu, no juŜ! Kurt Russell dawno by to zrobił! 

background image

Tym razem Rance nie posłuchał dobrej rady. Przeciwnie, dalej uwaŜnie 

wpatrywał się w pobladłą twarz Sary. 

— Musisz mi odpowiedzieć na jedno pytanie, Saro. Czy wyjdziesz za mnie? 

Wzruszenie dławiło ją w gardle, nie mogła wy krztusić słowa. MęŜczyzna 

patrzył na nią w napięciu. 

— Błagam, tylko nie mów „nie”. Wiem, Ŝe sprawiłem ci wiele bólu, ale zrozum 

mnie. Po doświadczeniach z Jill tak się bałem... 

— Rozumiem, Ransom — powiedziała czując, Ŝe miłość zawładnęła jej sercem 

i zmysłami, domagając się ujścia. 

Przyciągnął ją mocniej ku sobie i wyszeptał tak cichutko, Ŝe tylko ona mogła 

usłyszeć: 

— Jesteś taka dobra i czuła. Kocham cię za to, Saro. Kiedy odjechałaś, 

musiałem przyznać wbrew własnej woli, Ŝe jestem w tobie zakochany. 

Popatrzyła w szare oczy i znalazła w nich jedynie szczere, czyste uczucie. 

— Kocham cię, Rance — szepnęła. — Kocham cię od dawna. 

— 1? Ciągle nie odpowiedziałaś na moje pytanie. 

Sara oblała się rumieńcem. Nagle zakręciło się jej w głowie od nadmiaru radości 

i szczęścia, które spadło na nią tak niespodziewanie. 

— Tak, Rance, och, tak. Wyjdę za ciebie — wy szeptała. 

Spojrzał na nią niemal z czcią, a potem pochylił się i dotknął ustami jej warg, 

całując ją coraz bardziej namiętnie, aŜ wspięła się na palce, zarzuciła mu 

ramiona na szyję i przylgnęła do niego całym ciałem. 

PasaŜerowie zaczęli klaskać i pokrzykiwać. Sara odzyskała nagle poczucie 

rzeczywistości i zawstydzona wysunęła się z objęć Ransoma. 

background image

— Hej, to juŜ twój przystanek! — krzyknął do niej wesoło kierowca. — śyczę 

pięknego ślubu! 

— Wiedziałam! Wiedziałam — powtarzała Erma. 

— A ty przez cały czas zaprzeczałaś, Ŝe miałaś romans na Alasce! 

Ransom objął Sarę i spojrzał jej w oczy z komicznym wyrzutem. 

— Jak to? Wyrzekłaś się naszej miłości? 

— Bo myślałam, Ŝe to tylko ja cię kocham — wyznała. 

 

 

EPILOG 

 

Minęły dwa tygodnie od czasu, kiedy Ransom przyjechał do Andover po Sarę i 

Lynn. Przeprowadzka do jego domu w Anchorage odbyła się błyskawicznie, w 

ciągu jednego dnia, specjalnie wy najętym samolotem. Szczęśliwi narzeczeni 

ustalili, Ŝe ślub odbędzie się na wyspie Świętej Katarzyny — tam, gdzie zaczęła 

się ich cudowna przygoda. Zgodnie postanowili równieŜ, Ŝe do tego czasu 

siostry zamieszkają razem w pokoju gościnnym. 

Sara była zachwycona przyjęciem, jakie zgotowali jej mieszkańcy. Miała 

wraŜenie, jakby przebywała na tej wyspie od lat. Niespodziewanie wzruszył ją 

widok Baby i Boo, brykających między domami. 

o świcie w dniu Świętego Walentego z kaŜdego domostwa rozchodziły się 

wspaniałe zapachy pieczonego chleba i potraw szykowanych na weselną ucztę 

Sary i Ransoma. Później wszyscy mieszkańcy mieli się udać do kościoła, 

zwanego tu baraberą. Ten solidny budynek z podziemną kaplicą wtopiony był 

głęboko w stok wzgórza. Z daleka widoczna była tylko charakterystyczna 

drewniana dzwonnica i kopuła z zieloną dachówką. Sara była zdumiona, kiedy 

background image

wytłumaczono jej, Ŝe ten budynek, przedziwny i staroświecki, jest tytko 

uwspółcześnioną wersją dawnych podziemnych świątyń z Wysp Pribyiowa. 

Tego dnia nie widziała jeszcze Ransoma. Jak kaŜe tradycja spędzała czas z 

kobietami. Gospodyni, Pat I kilka innych mieszkanek, ubranych w uroczyste 

ludowe stroje, opowiadało jej historię wyspy i wprowadzało w szczegóły 

ś

lubnej ceremonii. Towarzyszyła im teŜ Lynn, równie prze jęta jak starsza 

siostra. 

Jak się okazało, Aleuci zostali sprowadzeni na Świętą Katarzynę przez 

rosyjskich handlarzy futer jako tania siła robocza. Stopniowo jednak te dwie 

odmienne kultury zaczęły się przenikać, aŜ wykształciły unikatową mieszankę 

rosyjskiego romantyzmu i zamiłowania do ceremonii, połączonego z solidną 

dozą aleuckiego zdrowego rozsądku. 

Szczególnie jednak zafascynował Sarę weselny strój, w który pracowicie stroiły 

ją druhny. Zgodnie z tradycją występowały w nim wszystkie panny młode i Sara 

doznawała wzruszającego poczucia, iŜ wkładając go staje się cząstką tej dumnej, 

surowej ziemi. 

Najpierw włoŜono jej długą do kostek suknię z miękko wyprawionej skórki, 

oblamowaną futrem, naszywaną bajecznie kolorowymi koralikami oraz 

muszelkami i ozdobioną pękami ptasich piór. Później jej niesforne rude włosy 

zostały gładko sczesane do tyłu i misternie splecione w warkocz, przetykany 

skórzanym rzemieniem, tak samo barwnie zdobionym. Na policzku 

wymalowano Sarze czerwony kwiatek, który tak dobrze znała ze spacerów po 

wyspie. Miał symbolizować miłość oblubienicy do oblubieńca. Słysząc to 

wyjaśnienie uśmiechnęła się do siebie. Miłość z Ransomem Shepardem. Co za 

cudowna wizja... 

Kiedy miała juŜ wyruszyć do kościoła, matka Luty ceremonialnie zarzuciła jej 

na ramiona obszerną pelerynę z białej wełny. Wreszcie pochód ruszył drogą 

wśród śnieŜnych zasp. Sara kroczyła dostojnie w asyście Lilly oraz jej matki i 

background image

babki, które przejęły rolę jej najbliŜszej rodziny. Lynn biegła z tyłu w grupie 

radosnych młodych dziewcząt, marzących o własnych, równie wspaniałych 

ś

lubach. 

Kiedy orszak zbliŜał się do kościoła, zasłona porannych chmur rozstąpiła się jak 

za dotknięciem czarodziejskiej róŜdŜki i jaskrawy blask rozświetlił biały pejzaŜ, 

barwiąc go róŜowo-złotymi odcieniami. Śnieg iskrzył się w mroźnym, 

krystalicznie czystym powietrzu i Sara rozglądała się wokół w niemym 

zachwycie, przekonana, iŜ nie ma piękniejszego miejsca na ziemi. 

Drzwi kościoła otworzyły się przed nią natychmiast — i stanął w nich Izaak 

Dorfman we własnej osobie, uśmiechnięty i rozkładający ramiona w po 

witalnym geście. 

— Izaak, nie spodziewałam się ciebie — rozpromieniła się Sara. 

— No wiesz, jak mógłbym przepuścić taką wspaniałą okazję! - zachichotał. — 

Poza tym pamiętasz chyba, komu zawdzięczacie swoje szczęście? — mrugnął 

do niej znacząco. 

— Pamiętam — zarumieniła się. — Jak ci się mam odwdzięczyć Dorf. 

— Po prostu nie zapomnij o mnie, kiedy będziecie wybierać imiona dla dzieci. 

— Świetnie! — roześmiała się. — Co byś powiedział na Izaacetę i Dorfa. 

Radośnie skinął głową i ujął Sarę za rękę. Matka Lilly zdjęła jej białą pelerynę. 

— Chodźmy — powiedział — bo pan miody juŜ się niecierpliwi, a ja nie mam 

zamiaru być wylany z pracy za niedopełnienie obowiązków. 

Do podziemnej kaplicy schodziło się po stromej drabinie. Sara ostroŜnie 

pokonała jej szczeble z po mocą Izaaka i stanęła na klepisku posypanym 

wonnymi trawami tundry. Oślepiona blaskiem świec poczuła, jak druŜba wsuwa 

jej dłoń w inną dłoń 

background image

— duŜą, silną i ciepłą. Podniosła głowę i ujrzała wspaniałą postać Ransoma, 

który wyglądał jak ksiąŜę północy w podobnie uroczystym, tradycyjnie 

zdobionym aleuckim stroju. Z jego szarych oczu odczytała tylko jedno 

odwieczne uczucie, starsze niŜ ludzkość. Teraz juŜ wiedziała, Ŝe miłość tego 

męŜczyzny będzie równie niezłomna i trwała jak ów wspaniały, pierwotny 

ś

wiat, który pokochała. Pełen podniecenia pomruk zgromadzonego tłumu 

towarzyszył im w drodze do ołtarza. Sara była tak nieprzytomna ze szczęścia, Ŝe 

nie docierały do niej nawet zawiłe formuły obrządku, wypowiadane po aleucku i 

tłumaczone cichym szeptem przez Ransoma. Dopiero kiedy wsunięto im na 

palce kościane obrączki i usłyszała najpiękniejsze słowa o połączeniu, jedności i 

początku — pojęła, Ŝe stał się wymarzony cud. 

A potem do ołtarza zbliŜyli się Lynn i Tag, niosący z dumą drewniane rzeźbione 

korony inkrustowane czarnymi klejnotami, i przyklęknąwszy podsunęli je 

kapłanowi. Ten pobłogosławił kaŜdą z osobna i umieścił je na głowach 

nowoŜeńców. Najpierw ukoronował pannę młodą, potem pana młodego. 

Następnie przełamano chleb i Ransom ofiarował swoją część Sarze. Widząc, Ŝe 

nie wie, co począć, szepnął: 

— Zjedz kawałek, kochana. To symbol, Ŝe będę się tobą zawsze opiekował. — 

A teraz nakarm mnie 

— powiedział, kiedy spełniła jego prośbę. 

Wzruszona podsunęła mu swój chleb do ust. Ich 

oczy spotkały się. „Tak, będę cię kochać, będę dbać 

o ciebie i nigdy cię nie skrzywdzę ani nie zdradzę”, 

powtórzyła w myśli słowa kapłana z taką pasją 

i uczuciem, Ŝe długo powstrzymywane łzy spłynęły jej 

po policzkach. 

background image

Jeszcze podano im puchar z sokiem Ŝurawinowym, a kiedy z niego pili, chór 

zaintonował uroczystą pieśń. Sara nie rozumiała słów, ale piękno tej melodii, 

ś

piewanej przez czyste, dźwięczne głosy przejęło ją do głębi. 

Na koniec Ransom ujął prawą rękę Sary i podsunął kapłanowi. Ze zdumieniem 

patrzyła, jak ten wiąŜe im przeguby. 

L — Teraz okrąŜymy ołtarz — pospieszył z wyjaśnieniem Rance, widząc jej 

pytający wzrok. 

Posłusznie dała się poprowadzić. Gdy zatoczyli krąg, pociągnął ją dalej, 

wyjaśniając szeptem, Ŝe tradycja nakazuje okrąŜyć ołtarz trzy razy. 

Kiedy ów symboliczny „taniec trójcy” został do pełniony i rozwiązano ich ręce, 

kapłan zdjął im korony z głów odmawiając końcową modlitwę. 

Cały kościół zaintonował radosną aleucką pieśń weselną. Sara zerknęła na męŜa. 

Ransom śpiewał razem ze wszystkimi. Kiedy przebrzmiały ostatnie słowa, 

przytulił ją mocno. 

— Pocałunek nie jest co prawda częścią tej ceremonii, ale przecieŜ jestem tylko 

półkrwi Aleutem —powiedział i pocałował Ŝonę ku zachwytowi wszystkich 

zebranych. 

Wreszcie ujęli się za ręce i ruszyli ku wyjściu. Serce Sary biło teraz mocno w 

oczekiwaniu spełnienia tej najpiękniejszej obietnicy, jaką niesie w sobie 

małŜeństwo z ukochanym męŜczyzną. 

Podtrzymywana troskliwie przez Rance”a, Sara powoli wstępowała po drabinie, 

widząc dziesiątki wzniesionych ku górze twarzy. Twarzy radosnych, 

Ŝ

yczliwych, uśmiechniętych — a czasami wzruszonych i zapłakanych. 

— Co teraz? — zapytała Ransoma, wzruszona dostojeństwem obrządku. 

— Zacznie się wielki festyn na naszą cześć. Zaraz przyniosą jedzenie — odparł, 

czule opatulając Sarę białym płaszczem. 

background image

Nowo poślubiona małŜonka spojrzała mu przeciągle w oczy. 

— Prawdę mówiąc, nie chce mi s jeść — mruknęła. 

— I bardzo dobrze, bo wcale nas tam nie proszą! 

— Roześmiał się, obejmując ją czule i prowadząc do domu. — My mamy swoją 

ucztę, prawda? 

Sara parsknęła radosnym śmiechem. 

— Och, panie Shepard, muszę przyznać, Ŝe pańskie obyczaje weselne są 

cudownie romantyczne. To najpiękniejszy dzień Świętego Walentego, jaki mogę 

sobie wyobrazić. 

— Moja kochana — wyszeptał, muskając ustami płatek jej ucha pomyśl, Ŝe ten 

dzień dopiero się zaczyna...